background image

Angela Carter 

 

MAGICZNY SKLEP Z ZABAWKAMI 

 

Tytuł oryginału: 

THE MAGIC TOYSHOP 

 

(tłum, Maciej Świerkocki) 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1999 

background image

 

Tego lata, kiedy Melania skończyła piętnasty rok życia, odkryła wreszcie, że 

jest istotą z krwi i kości. O, moja Ameryko, moja nowa ziemio. Melania wyruszyła 

w egzaltowany rejs: podróżowała po sobie, pokonywała cielesne łańcuchy górskie i 

penetrowała wilgotną obfitość swych tajemnych dolin, jak jakiś Cortez, Vasco da 

Gama, czy Mungo Park fizjologii.  Godzinami przypatrywała się swemu nagie mu 

odbiciu  w  lustrze  na  drzwiach  szafy  -  wodziła  palcem  wzdłuż  wytwornej 

konstrukcji  klatki  piersiowej,  gdzie  w  głębi  trzepotało  jej  serce  niczym  ptak  pod 

kocem, a potem rysowała palcem długą linię od mostka po pępek (przypominający 

jakby  tajemniczą  jaskinię  czy  grotę)  i  pocierała  dłońmi  łopatki,  podobne  do 

pączków złożonych skrzydeł. Potem zaczynała się wić, obejmowała się, śmiała, a 

czasem  robiła  młynki  i  stawała  na  rękach  z  czystej  radości  rozciągliwego 

zdumienia, że nie jest już małą dziewczynką. 

Pozowała również przed lustrem niby modelka, używając przy tym różnych 

rekwizytów. Jako prerafaelitka czesała swoje długie, czarne włosy z przedziałkiem 

pośrodku i pozwalała im spływać swobodnie w dół, a później przyglądała się sobie 

w  zadumie,  trzymając  pod  brodą  zerwaną  w  ogrodzie  lilię  i  zaciskając  kolana. 

Pozując a la Toulouse-Lautrec, zarzucała sobie włosy na twarz, jak dziwka, siadała 

na krześle z szeroko rozsuniętymi nogami, a u stóp stawiała miskę z wodą i kładła 

ręcznik. Zawsze, kiedy pozowała dla Lautreca, czuła się wyjątkową nikczemnicą, 

choć oddawała się fantazjom, w jakich mogłaby żyć w jego czasach (była tancerką 

albo  modelką  i  karmiła  okruchami  chleba  wróbla  w  oknie  na  jakimś  paryskim 

poddaszu).  W  tych  rojeniach  pomagała  mu  i  kochała  go.  Litowała  się  nad  nim, 

albowiem był zarazem karłem i geniuszem. 

Dla  Tycjana  albo  Renoira  była  za  chuda,  nadawała  się  jednak  na  bladą, 

smukłą  Wenus  Cranacha  -  owijała  wtedy  głowę  kawałkiem  firanki,  a  na  szyję 

background image

wkładała  sznur  pereł  hodowlanych,  które  dostała  w  prezencie  na  bierzmowanie. 

Gdy  przeczytała  „Kochanka  lady  Chatterley”,  nazbierała  w  tajemnicy 

niezapominajek, które powplatała potem we włosy łonowe.  

Używała  też  firanek  jako  materiału  na  koszule  nocne,  które  mogłyby  jej 

posłużyć  w  wymarzoną  noc  poślubną.  Przeistaczała  się  w  pięknie  opakowany 

prezent  dla  wyimaginowanego  pana  młodego,  brała  prysznic  i  czyściła 

ukochanemu  zęby  w  ogromnej  hiperłazience  przyszłości,  w  jednym  z  miast,  w 

których  spędza  się  zazwyczaj  miesiąc  miodowy,  jak  na  przykład  Cannes.  Albo 

Wenecja.  Albo  Miami  Beach.  Tak  bardzo  pragnęła,  by  jej  luby  przeskoczył 

dzielącą ich barierę czasoprzestrzeni, że czuła niemal na policzkach jego oddech i 

słyszała matowy głos, mówiący „kochanie”. 

W gotowości dla niego odsłaniała swoją długą, marmurowobiałą nogę aż po 

udo  (zapominała  czasem  o  marzeniach,  gdy  ją  napinała  i  wyprężała,  pochłonięta 

nagle  zwierciadlaną  grą  mięśni),  a  potem  mocno  naciągała  firankę,  badając 

obandażowany  kształt  swych  małych,  twardych  piersi.  Była  rozczarowana  ich 

wielkością, ale uważała, że ostatecznie nie są takie złe. 

Działo  się  to  wszystko  za  zamkniętymi  drzwiami  jej  niewinnej,  pastelowej 

sypialni, gdzie z poduszki spoglądał na nią paciorkami oczu pluszowy miś Edward, 

(którego  wydęty  brzuszek  kryła  pasiasta  piżama),  a  w  kurzu  pod  łóżkiem  leżała 

rozłożona  okładką  do  góry  „Lorna  Doone”.  Oto,  co  robiła  Melania  tego  lata,  w 

roku  piętnastych  urodzin,  jeżeli  nie  liczyć,  że  pomagała  ponadto  w  zmywaniu 

naczyń  i  opiekowała  się  młodszą  siostrą,  żeby  ta  nie  postradała  życia  podczas 

zabaw w ogrodzie. 

Pani Rundle sądziła, że Melania uczy się w swoim pokoju. Powiedziała jej, 

że powinna częściej zażywać świeżego powietrza, bo wtedy wyrośnie na dorodną 

dziewczynę.  Melania  odparła,  że  zażywa  mnóstwo  świeżego  powietrza,  kiedy 

załatwia  dla  niej  sprawunki,  a  poza  tym  uczy  się  przy  otwartym  oknie.  Ta 

background image

odpowiedź  najwidoczniej  całkowicie  zadowoliła  panią  Rundle,  albowiem  nie 

poruszała więcej tego tematu. 

Pani Rundle - gruba, stara i brzydka - nigdy nie była mężatką; używaną przez 

kobiety  zamężne  formę  „pani”  sprezentowała  sobie  tak  zwanym  jednostronnym 

aktem prawnym na swoje pięćdziesiąte urodziny. Sądziła, że w miarę jak kobieta 

się starzeje, forma ta przydaje jej znamion godności osobistej. Ponadto pani Rundle 

zawsze bardzo chciała wyjść za mąż. Na starość pamięć i wyobraźnia zlewają się 

ze sobą, a granice mentalnego świata pani Rundle zaczynały się właśnie zacierać. 

Siadywała czasem w ciepłym fotelu przy kominku, gdy dzieci leżały już w łóżkach, 

a  ona  miała  nareszcie  czas  dla  siebie,  by  w  rozmarzeniu  wymyślać  nawyki  i 

zachowania męża, którego nigdy nie zaznała. Wstęga pary z jej wieczornej filiżanki 

herbaty  układała  się  w  kształt  jego  twarzy,  a  pani  Rundle  pozdrawiała  go 

serdecznie. 

Miała włochate pieprzyki i wielkie sztuczne zęby. Mówiła ze staroświeckim, 

sztucznym  patosem,  jak  księżna  w  farsie  z  Whitehall.  Była  ich  gospodynią. 

Przywiozła ze sobą kota. Czuła się tu jak we własnym domu. Miała się opiekować 

Melanią,  Jonatanem  i  Wiktorią,  dopóki  mama  i  tata  bawią  w  Ameryce.  Mama 

dotrzymuje tatusiowi towarzystwa. Tatuś jeździ po Stanach z wykładami. 

- Swykadami! - zapiała pięcioletnia Wiktoria, waląc łyżką w stół. 

- Dokończ pudding, kochanie - powiedziała pani Rundle. 

Pod jej rządami jedli dużo chlebowego puddingu. Pani Rundle przyrządzała 

zwykły i świąteczny pudding chlebowy, z porzeczkami lub rodzynkami, albo bez, 

bądź  też  i  z  jednym,  i  z  drugim  -  tworzyła  też  własne  warianty  podstawowego 

przepisu na pudding chlebowy, z wykorzystaniem marmolady,  daktyli, fig, dżemu 

z  czarnej  porzeczki  i  duszonych  jabłek.  Wykazywała  w  tej  pracy  prawdziwe 

mistrzostwo. Czasami jadali też pudding na podwieczorek, na zimno. 

background image

Melania w końcu zaczęła się bać puddingu. Wystraszyła się, że jeśli będzie 

go jeść za dużo, utyje, nikt się w niej nie zakocha i umrze dziewicą. Widziała w 

snach gargantuiczną Melanię, spasioną na puddingu i wzdętą niby topielec, a wtedy 

budziła się, zlana potem ze strachu. Przesuwała tam i z powrotem śmiercionośny 

pudding łyżką, chytrze spychając większość swojej porcji na talerz Jonatana, kiedy 

pani  Rundle  odwracała  się  do  nich  szerokimi  plecami.  Jonatan  pochłaniał  go 

metodycznie, choć głównie przez nieuwagę. 

Jadł  niczym  ślepa  siła  natury,  przebijając  się  przez  zwały  jedzenia  jak 

przejeżdżający  przez  ścianę  domu  czołg.  Jadł  dopóty,  dopóki  nie  było  już  nic 

więcej do spożycia - wtedy przestawał, odkładał starannie nóż i widelec albo łyżkę 

i widelec, wycierał buzię chusteczką i odchodził sklejać modele statków. Tego lata, 

kiedy Melania obchodziła piętnaste urodziny, Jonatan skończył dwunasty rok życia 

i pochłaniało go klejenie modeli statków. 

Był  drobnym,  perkatonosym,  jasnowłosym  chłopcem  w  ubranku  z  szarej 

flaneli  i  szkolnej  czapce,  a  na  jednym  albo  drugim  kolanie  miał  zawsze  za 

sklepiony,  łuszczący  się  już  strupek.  Sklejał  modele  statków  z  plastikowych 

zestawów,  malował  je  skrupulatnie  i  olinowywał,  a  potem  rozstawiał  po  całym 

domu  na  półkach i kominkach, gdzie  mógł im  się od  czasu  do  czasu przyglądać. 

Były to wyłącznie modele statków żaglowych. 

Zbudował  już  model  trójmasztowca  H.M.S.  „Beagle”,  a  także  H.M.S. 

„Bunty”, H.M.S. „Victory” i H.M.S. „Thermopylae”. Tego lata dłonie ciągle lepiły 

mu  się  od  kleju.  W  oczach  miał  nieobecne  spojrzenie,  jak  gdyby  nie  widział 

rzeczywistego  świata,  a  tylko  błękitne  morza  i  wyspy  kokosowe;  wśród  nich 

żeglowały wiecznie statki, które już kiedyś zwodował. Niczym Latający Holender, 

Jonatan przemierzał w wyobraźni nieznane morza pod rozpostartym niby łabędzie 

skrzydła płótnem, opierając stopy na rozkołysanych, przesyconych solą deskach i 

background image

nie schodząc nigdy na suchy ląd. Dało się zauważyć, że chodzi jakby marynarskim 

krokiem, ale nikt na to nie zważał. 

Nie zwracało też niczyjej uwagi, że Jonatan nikogo nie widzi, ponieważ jego 

oczy  kryły  grube,  okrągłe  szkła,  przypominające  denka  od  butelek.  W  otoczeniu 

rzeczy  z  tego świata  był  bardzo  krótkowzroczny.  Ze  względu  na okulary,  czapkę 

uczniowską i strupy na kolanach wyglądał jak jeden z tych chłopców, których od 

razu  kojarzy  się  z  nastoletnimi  detektywami,  Normanem  i  Henrym  Bonesem, 

[Nonnan  i  Henry  Bonesowie  -  bohaterowie  słuchowisk  dla  dzieci  nadawanych  w 

BBC  i  książek  Anthony'ego  C.  Wilsona  (przyp.  tłum.).]  Zmyleni  wyglądem 

Jonatana,  rodzice  zapełniali  mu  półki  książkami  o  Bigglesie,  [Biggles  -  bohater 

popularnych przed wojną w Anglii książek młodzieżowych W. E. Johnsa, lotnik i 

detektyw (przyp. tłum.).] które, nigdy nie otwierane, obrastały tylko kurzem. 

U progu lata Melania wykradła z jego pokoju sześć książek, kupiła tani bilet 

wycieczkowy,  wywiozła  książki  do  miasta  i  sprzedała  w  antykwariacie,  żeby  za 

zdobyte w ten sposób fundusze zakupić sztuczne rzęsy. Płakała jednak z bólu, gdy 

próbowała  je  bezskutecznie  założyć,  a  nieposłuszne  rzęsy  wyślizgiwały  jej  się  z 

rąk, spadając na toaletkę ni czym okropne, włochate gąsienice, obdarzone własnym 

złowrogim  życiem,  które  oskarżały  ją  milcząco:  „Złodziejka!  Złodziejka!”  Były 

zdradliwe,  jako  owoce  grzechu.  Melania  czuła  się  winna  i  spaliła  je  w  rzadko 

używanym kominku w swojej sypialni. Było dla niej oczywiste, że nie może nosić 

tych rzęs, ponieważ dokonała kradzieży, żeby zdobyć pieniądze na ich zakup. Tego 

lata w Melanii w ogóle rozbudziło się silne poczucie winy. 

Za to Wiktoria wcale go nie miała. Nie miała żadnych uczuć. Była okrągłym, 

złotym  gołąbkiem,  który  od  czasu  do  czasu  pogruchiwał.  Tarzała  się  w  słońcu  i 

rozrywała  na  strzępy  motyle,  jeśli  udało  jej  się  jakiegoś  złapać.  Była  lilią  polną, 

która nie zna trudu ni znoju, choć wcale nie jest piękna. Pani Rundle śpiewała jej 

różne  stare  piosenki  -  światła  nabrzeża  mówią  mi,  że  odjeżdżasz  i  że  w  Pikardii 

background image

kwitną  róże,  ale  takiej  różyczki  jak  ty  nie  ma  nigdzie  -  a  Wiktoria  chichotała, 

siedząc  na  jej  kolanach,  i  wyciągała  piąstkę  w  kształcie  sześcianu  do  kota  pani 

Rundle. Kot pani Rundle był korpulentnym, zadzierającym nosa Mruczkiem.  Gdy 

siedział,  wielkością  i  kształtem  przypominał  okrągły,  pokryty  futrem  stolik.  Być 

może pani Rundle karmiła go resztkami puddingu chlebowego. 

Kot przysiadał często na kapciach pani Rundle (żółtych filcowych kapciach z 

czerwonymi pomponami), a ona śpiewała Wiktorii piosenki i robiła na drutach. 

- Co robisz? - interesowała się Wiktoria. 

- Sweter. 

- Sfetej - przekręcała z zadowoleniem dziewczynka. 

-  Dlaczego  ten  sweter  jest  czarny,  pani  Rundle?  -  spytała  kiedyś  Melania, 

idąc do lodówki po sok pomarańczowy z lodem. Jak to latem, miała nagie stopy. 

-  W  moim  wieku  zawsze  jest,  po  kim  nosić  żałobę  -  odpowiedziała  z 

westchnieniem  pani  Rundle.  -  Jeśli  nie  teraz, to raczej wcześniej  niż  później.  -  W 

tym  ostatnim  słowie  przeciągała  niezwykle  głoskę  „u”,  jak  gdyby  jej  dźwięk 

rozpłaszczył  walec  parowy:  „póóóóóóźniej”.  -  Zaziębisz  się  na  śmierć,  kochanie, 

chodząc boso po kamiennej posadzce. 

Kostki lodu zadrżały w dłoni Melanii. 

- Zna pani wielu zmarłych? 

- Sporo - powiedziała pani Rundle i zaczęła spuszczać oczka. 

-  Śmierć  wydaje  mi  się  niepojęta  -  powiedziała  powoli  Melania  w 

poszukiwaniu odpowiedniego słowa. 

- To zupełnie zrozumiale w twoim wieku. 

-  Śpiewać!  -  zażądała  Wiktoria,  bębniąc  lizakami  łapek  po  obciągniętych 

czarnym jedwabiem kolanach pani Rundle, która posłusznie podnosiła głos. 

Melania  wyobrażała  sobie,  że  śmierć  jest  pomieszczeniem,  jakby  piwnicą 

bez światła, w której zamyka się ludzi. 

background image

Co  mi  się  przydarzy,  zanim  umrę?  -  myślała.  -  Najpierw  dorosnę.  Potem 

wyjdę za mąż. A przynajmniej mam taką nadzieję. Och, byłoby straszne, gdybym 

nie wyszła za mąż. Szkoda, że nie mam już czterdziestu lat i wszystkiego za sobą i 

że nie wiem, co mi się przytrafi do tego czasu. 

Wplatała  stokrotki  w  swoje  długie  włosy  i  przyglądała  się  sobie  w  lustrze, 

jak gdyby była fotografią w albumie należącym do dorosłej Melanii. „Ja w wieku 

piętnastu  lat”.  Dalej  następowały  zdjęcia  jej  dzieci  w  mundurkach  skautów  lub 

przebraniach  Indian.  Psy  dzieci.  Uchwycone  pośpiesznie  na  kliszy  wakacje  z 

przyszłości.  Wiaderka  i  łopatki.  Piasek  w  butach.  Torquay?  Czy  to  będzie  w 

Torquay? W Bournemouth (w Chine)? W Scarbrough? „Bo tam  jest takie zdrowe 

powietrze”? Czy nigdy nie będzie to na przykład Wenecja? A ich psy, czy będą to 

teriery  Yorkshire,  czy  raczej  psy  corgi?  Czy  może  szlachetne,  sokolonose  charty 

afgańskie albo para białych chartów myśliwskich na złotym łańcuchu? 

-  Nie  zgadzam  się,  żeby  było  zwyczajne  -  powiedziała  do  stokrotkowej 

dziewczyny o dużych brązowych oczach. - Nie. Bogate. Musi być bogate. - Miała 

na myśli swoje przyszłe życie. Stokrotka z jej włosów spadła na podłogę niczym 

szyderczy znak niebios. 

Na  razie  mieszkali  wszyscy  w  wielkim  domu  na  wsi,  gdzie  każdy  miał 

własną  sypialnię  i  wystarczało  jeszcze  miejsca  dla  gości,  gdzie  na  polu  pasł  się 

szetlandzki  kuc,  a  za  oknem  rosła  jabłoń,  podtrzymująca  palcami  swych  gałęzi 

księżyc, który Melania widziała, leżąc w łóżku. Jego funkcję pełniła jednoosobowa 

otomana  z  materacem  Dunlopillo  i  białym  pikowanym  zagłówkiem.  Spała  w 

pościeli w paski. 

Dom  był  wolno stojący,  z  czerwonej  cegły,  o  edwardiańskich kalenicach, i 

stał  na  jednym  czy  dwóch  akrach  ziemi.  Pachniał  lawendową  pastą  do  mebli  i 

pieniędzmi. Melania wychowywała się w zapachu pieniędzy, nie dostrzegała, więc, 

w  jaki  sposób  przesyca  on  powietrze,  którym  oddychała,  wiedziała  jednak,  że 

background image

widocznie  jej  się  poszczęściło,  skoro  jest  właścicielką  posrebrzanej  szczotki  do 

włosów,  radia  tranzystorowego  oraz  marynarki  i  spódnicy  z  usztywnionego 

surowego  jedwabiu, uszytych  na  miarę  przez krawcową  matki.  Był  to  wyjściowy 

strój Melanii, w którym chodziła w niedzielę do kościoła. 

Ojciec  chciał,  by  do  kościoła  w  niedziele  chodziła  cała  rodzina.  Czasami 

czytał lekcje, jeśli akurat był w domu. Urodził się w Salford, a ponieważ o Salford 

nie musiał już myśleć, lubił czasami odgrywać dziedzica, właściciela ziemskiego. 

Tego lata chodzili do kościoła z panią Rundle. Była bardzo pobożna. Brała ze sobą 

własny  czarny,  pękaty  modlitewnik,  rozsiewający  stare,  zasuszone  kwiaty  i  listki 

paproci,  jeśli  podnosiła  go  zbyt  nieostrożnie.  Wiktoria  siedziała  na  podłodze  w 

nawie  kościelnej,  leniwie  łowiąc  zeschnięte  rośliny,  spływające  z  modlitewnika 

pani  Rundle.  Gaworzyła.  Niekiedy  dosyć  głośno.  Czy  Wiktoria  jest 

niedorozwinięta? - zastanawiała się Melania. - Czy będę musiała zostać w domu i 

pomóc mamie opiekować się nią? Czy nigdy nie będę żyła własnym życiem?  

Wiktoria... pani Rochester, [Pani Rochester - postać z powieści „Dziwne losy 

Jane  Eyre”  Charlotte  Bronte, obłąkana kobieta, którą  mąż  ukrywa  w  domu  przed 

ludźmi  (przyp.  tłum.).]  przerażająca  tajemnica  sypialni,  rozpromieniona, 

bezmyślnie  bawi  się  klockami,  prostymi  zabawkami  konstrukcyjnymi  i 

drewnianymi  układankami,  wpychając  swoją  nieprzyzwoicie  dziecięcą  twarz 

między słupki w balustradzie schodów, żeby gaworzyć do onieśmielonych gości. 

Ulubionym hymnem Jonatana był hymn „Przedwieczny ojcze, któryś mocen 

zbawić”. Kiedy zgodnie z przyrzeczeniem danym ojcu Melanii przychodził czasem 

ich  przypilnować  pastor,  blady  mężczyzna,  który  lubił  łowić  ryby  i  opowiadać 

blade  anegdoty  o  rybakach  ludzi,  Jonatan  szarpał  go  zawsze  gwałtownie  za  skraj 

sutanny i żądał, żeby w następną niedzielę zaśpiewali „Przedwieczny ojcze, któryś 

mocen zbawić”. 

background image

-  Zobaczymy  -  odpowiadał  wikary,  zmieszany  natarczywym  blaskiem 

okularów Jonatana. 

Jedząc  niedzielne  śniadanie  i  ubierając  się,  Jonatan  drżał  z  tłumionej 

niecierpliwości. Ale zazwyczaj nie śpiewano tego hymnu. Nadzieja znikała, kiedy 

Jonatan  oglądał  numery  hymnów,  wywieszane  w  drewnianych  wycięciach  na 

ścianie. Wstępował wtedy na pokład herbacianego klipera „Cutty Sark” albo H.M.S 

„Bunty”  i  odpływał,  pędzony  silnym  wiatrem,  wzdymającym  żagle.  Kierował 

statek na błękitne, bardzo błękitne morze, by zabliźnić ranę. Pastor go zdradził. 

Wepchnijcie mu w gardło marynarski róg. Na bezanmaszt z nim i zostawcie 

go  tam  na  cały  dzień  - nagiego, na  cały  długi,  tropikalny  dzień.  Niech posmakuje 

masztu. 

Melania  modliła  się:  „Proszę  Cię,  Boże,  pozwól  mi  wyjść  za  mąż.  Albo 

lepiej  pozwól  mi  uprawiać  seks”.  Przestała  wierzyć  w  Boga,  kiedy  skończyła 

trzynaście lat. Pewnego ranka obudziła się, a Jego po prostu nie było. Chodziła do 

kościoła,  by  sprawić  ojcu  przyjemność,  ale  modliła  się  o  rozmaite  rzeczy, 

wykorzystując  zarówno  magiczną  kość  kurczaka,  jak  i  własne  kolana. 

Zdumiewająca  była  modlitwa  pani  Rundle:  „Proszę  Cię,  Boże,  pozwól  mi 

pamiętać,  że  byłam  mężatką,  jak  gdybym  naprawdę  była  kiedyś  mężatką.  - 

Wiedziała,  bowiem,  że  Pana  Boga  nie  wywiedzie  w  pole  swoim  jednostronnym 

aktem  prawnym.  -  Albo  przynajmniej  -  ciągnęła  dalej  -  pozwól  mi  pamiętać,  że 

uprawiałam  kiedyś  seks”.  Tyle  tylko,  że  ujmowała  to  mniej  dosadnie.  W  czasie 

mszy  pani  Rundle  zapominała  się  czasem,  dumając,  jak  się  ma  pieczeń  wołowa  i 

ziemniaki,  pozostawione  w  piecu.  Ale  zawsze  przepraszała  za  to  Pana  Boga, 

wracając do niego myślami. 

Ani Jonatan, ani Wiktoria nie modlili się, ponieważ nie mieli, o co. Wiktoria 

obrywała z podnóżków frędzle i zjadała je. 

background image

Melania miała piętnaście lat, była piękna i nigdy jeszcze nie umówiła się na 

randkę z chłopcem, choć na przykład taka Julia wyszła za mąż i umarła z miłości, 

mając  lat  czternaście.  Melania  czuła,  że  się  starzeje.  Ściskając  w  dłoniach  swoje 

nagie  piersi  o  różowych  koniuszkach,  przypominających  ruchliwe  noski  białych 

królików, Melania myślała: fizycznie jestem zapewne w największym rozkwicie i 

od tej chwili moje ciało może się już tylko psuć. Albo dojrzewać. Ale nie bardzo 

lubiła myśleć, że jej ciało chyba wcale nie jest jeszcze doskonałe. 

Pewnej  nocy  miała  trudności  z  zaśnięciem.  Był  koniec  lata.  Czerwony, 

spuchnięty  księżyc  pomrugiwał  znad  jabłoni  i  nie  pozwalał  jej  spać.  Parzyło  ją 

łóżko.  Odczuwała  swędzenie.  Kręciła  się  i  wierciła,  poprawiała  poduszkę. 

Bezsenność żądliła jej skórę,   a  nerwy  Melanii  były  tak  napięte,  jak  podczas 

koncertu na sto noży, zgrzytających na raz po stu talerzach. W końcu nie mogła już 

dłużej tego znieść i wstała. 

Dom  był  ciężki  od  snu,  ale  Melania  -  zupełnie  rozbudzona.  Odczuwała 

dziwne podniecenie, że ona jest na nogach, kiedy inni śpią. Wyobraziła sobie, że z 

ich  sennych  ust  wydobywają  się  szeregi  zetek  -  zzzzzz...  -  które  jak  pszczoły 

pobzykują  sennie  po  całym  domu.  Weszła  leniwie  do  pustego  pokoju  rodziców. 

Buty  pod  łóżkiem  czekały  cierpliwie  na  powrót  nóg  jej  matki,  pusta  puszka  po 

tytoniu, wyschnięta z tęsknoty, czekała na ojca, żeby wrócił i wyrzucił ją do śmieci. 

Księżyc  oświetlał  cały  pokój.  Biała  szydełkowa  narzuta,  leżąca  na  szerokim, 

niskim  łóżku,  świeciła  w  promieniach  księżyca  brzemiennym  blaskiem.  Na  tym 

wielkim, luksusowym posłaniu, przypominającym łoże sławnej gwiazdy filmowej, 

sypiali jej rodzice. 

Pochylając  się  nad  wieńczącym  wezgłowie  wiklinowym  sercem,  Melania 

usiłowała  sobie  wyobrazić,  jak  jej  rodzice  się  kochają.  Sądziła,  że  wykazuje  się 

odwagą: myśląc o tym w tak gorącą noc. Bardzo chciała sobie wyobrazić ich nagie 

uściski na tym łóżku, ale widziała zawsze matkę w czarnym kostiumie, w którym ta 

background image

jeździła  do  miasta,  ojca  zaś  we  włochatej  tweedowej  marynarce  ze  skórzanymi 

łatami  na  łokciach,  która  wraz  z  fajką  stanowiła  jego  znak  Finnowy.  Kiedy  to 

robili,  fajka  tkwiła  w  kieszonce  na  ojcowej  piersi.  Choć  bardzo  chciała,  nie 

potrafiła wyobrazić sobie nagości rodziców. Kiedy myślała o ojcu i matce, ubrania 

zdawały się częścią ich ciał, jak włosy albo paznokcie u nóg. 

Zwłaszcza matka stroiła się przesadnie, była kobietą ubraną od stóp do głów, 

nosiła pończochy bez względu na pogodę i zawsze wkładała rękawiczki   i 

kapelusz,  gotując  się  na  wycieczkę.  Na  obraz  matki  kochającej  się  z  mężczyzną 

nakładał się Melanii brązowy aksamitny kapelusz z szerokim rondem i zwiniętą z 

boku czarną różą ze wstążki. Melania pamiętała, że kiedy była mała i matka tuliła 

ją  do  siebie,  objęcia  tłumiła  zawsze  jakaś  tkanina:  wełna,  bawełna  albo  len,  w 

zależności  od  pory  roku.  Matka  na  pewno  urodziła  się  już  ubrana,  może  w 

eleganckim,  dopasowanym  czepku,  wybranym  z  reklamy  w  jakimś  połyskliwym 

czasopiśmie: „Oto, co nosi w tym roku każdy dobrze ubrany embrion”. A tata - tata 

zawsze  był  taki  sam,  tweed  i  tytoń,  nic,  tylko  tytoń,  tweed  i  taśma  do  maszyny. 

Tata składał się z tych trzech elementów. 

Zdjęcie  ślubne  rodziców  wisiało  nad  kominkiem,  na  którym  w  świetle 

księżyca  znajome  przedmioty  wydawały  się  dziwne  i  egzotyczne.  Na  przykład 

pozłacany zegar francuski, który pokazywał rodzicom czas i stanął za pięć trzecia 

dzień po ich wyjeździe do Ameryki. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby go nakręcić. 

Obok  zegara  stała  meksykańska  kaczka  z  gliny,  barwna,  wesoła  i  zwariowana,  o 

błękitnym  grzbiecie,  obrzuconym  plamami  żółtych  kwiatów.  Matka  kupiła  tę 

kaczkę, zobaczywszy ją na zdjęciu w niedzielnym, kolorowym dodatku do jakiejś 

gazety  codziennej.  Melania  podeszła  do  kominka,  podniosła  glinianą  kaczkę, 

odstawiła ją z powrotem i przyjrzała się bliżej ślubnej fotografii rodziców. 

Matka  przekształciła  dzień  ślubu  w  epifanię  strojności.  Ubrała  się  tak 

ekstrawagancko  i  suto,  że  rozwiane  brzegi  jej  sukni  zasłaniały  zupełnie  ojca 

background image

Melanii. Widać było jedynie jego nieśmiały uśmiech, zasnuty zwiewnym tiulem, i 

Melania nie wiedziała, czy zgodnie z jej podejrzeniami ojciec nawet na ślub ubrał 

się w tweedową marynarkę z łatami na łokciach, jako że nie był w stanie się z nią 

rozstać. Matka natomiast eksplodowała pirotechnicznym niemal pokazem atłasów i 

koronek. Wystroiła się jak na średniowieczny bankiet. 

Suknia  z białego  atłasu  miała  z przodu głęboki  dekolt,  także  na  szyi  matki 

widać  było  medalion  z  miłosnym  amulecikiem.  Bufiaste,  szerokie  rękawy 

przypominały łabędzie skrzydła, a z wąziutkiej talii spływał wielki, biały tren, na 

zdjęciu  podpięty  z  przodu,  tak,  że  suknia  zdawała  się  jak  gdyby  odbijać  w 

stworzonej  przez  siebie  kałuży.  Na  czole  matka  Melanii  miała  wieniec  ze 

sztucznych róż, wokół którego wykwitała fontanna tiulu, tryskającego pieniście aż 

poniżej  bioder.  Panna  młoda  uśmiechała  się  ckliwie,  ekstatycznie,  młodzieńczo  i 

wzruszająco. 

Otaczali ją krewni, których widywali rzadziej, odkąd wielki sukces odniosła 

powieść tatusia, a potem biografia, potem film i tak dalej. Ciotka Gertruda - zbyt 

sztywna  trwała,  niezgrabne  nogi  w  za  ciasnych  butach  -  ściska  tanią,  lśniącą 

torebkę ze skóry, jak gdyby była to torba pełna zakupów na cały tydzień. Melania 

pamiętała przesycone zapachem „Fiołkowych Popiołów” pocałunki ciotki Gertrudy 

z  tych  kilku  rodzinnych  świąt  Bożego  Narodzenia,  kiedy  żył  jeszcze  dziadek 

(patrzący ponuro w obiektyw, jak gdyby obawiał się, że ten wchłonie jego duszę). 

Do  widzenia, dziadku.  Do  widzenia, ciociu  Gertrudo.  Do  widzenia, wuju  Harry  o 

wypomadowanych  brylantyną  włosach,  którego  trzymała  pod  rękę  ciotka  Rose. 

Uróżowana ciotka Rose. Okrągłe placki różu wyszły na zdjęciu czarne. Można by 

ją wziąć za kominiarza, którego zabrali ze sobą „na szczęście”. Do widzenia, wujku 

Filipie. 

W  przeciwieństwie  do  pozostałych  członków  rodziny,  wuj  Filip  nie 

uśmiechał  się  do  obiektywu.  Wyglądał  tak,  jak  gdyby  zawędrował  na  zdjęcie  z 

background image

zupełnie  innej  grupy,  na  przykład  z  uroczystego  spotkania  Łosi,  wspaniałego 

pogrzebu jakiegoś członka starego, szacownego zakonu Bizonów, [Bizony, Łosie - 

skrócone 

nazwy 

amerykańskich 

organizacji 

społeczno-charytatywnych 

(przyp.tłum.).]  a  może  nawet  ze  spotkania  weteranów  amerykańskiej  wojny 

secesyjnej. Na głowie miał czarny, płaski kapelusz z podwiniętym rondem, jaki w 

westernach noszą hazardziści znad Missisipi, a na szyi cienki niczym sznurowadło 

krawat, związany w fantazyjny węzeł. Garnitur czarny, spodnie obcisłe, marynarka 

długa.  Jednak  ogólnie  biorąc,  nie  wyglądał  elegancko.  Pod  czarnym  kapeluszem 

jego  włosy  wydawały  się  zupełnie  siwe,  a  w  każdym  razie  przeraźliwie  jasne. 

Sumiaste  wąsy  wuja  zakrywały  mu  usta.  Trudno  było  odgadnąć,  ile  ma  lat, 

wydawał  się  jednak  raczej  stary  niż  młody.  Był  wysoki,  średniej  budowy  ciała. 

Dłonie  trzymał  przed  sobą,  zaciśnięte  na  srebrnej  gałce  hebanowej  laski.  Wyraz 

jego twarzy był pusty - na tyle pusty, że wuj Filip nawet nie wydawał się znudzony. 

Jedyny  brat  jej  matki.  Jedyny  jej  żyjący  krewny,  bo  wszyscy  inni  należeli  do 

rodziny ojca. I nie potrafił się nawet zdobyć na uśmiech na ślubie siostry. To z jego 

strony grubiaństwo. 

Melania nie znała wuja Filipa. Kiedyś, gdy była jeszcze małą dziewczynką, 

przysłał  jej  w  prezencie  zabawkę  -  figurkę  wyskakującą  na  sprężynie  z  pudełka. 

Wuj  Filip  robił  zabawki.  Kiedy  Melania  otworzyła  pudełko,  wyskoczyła  z  niego 

główka, której twarz była groteskową karykaturą jej twarzy, po czym zmierzyła ją 

kosym  spojrzeniem.  Tego  samego  roku  rodzice  posłali  wujowi  drukowaną  na 

zamówienie  kartę  świąteczną,  przedstawiającą  ich  samych  wraz  z  Melanią 

(Jonatana  nie  było  jeszcze  na  świecie),  uśmiechniętych,  siedzących  przy  oknie 

małego domku, który kupili niedawno w okolicach Chelsea. Jej ojciec zaczynał już 

wtedy  zdobywać  sobie  nazwisko  i  pieniądze.  W  odpowiedzi  nadeszła  ta  okropna 

zabawka.  Figurka  z  pudełka  straszliwie  przeraziła  Melanię.  Była  stałą  zjawą  z  jej 

koszmarów sennych aż do Nowego Roku i potem z przerwami aż do Wielkanocy. 

background image

W  końcu  matka  wyrzuciła  zabawkę.  Rodzice  zgodnie  uznali,  że  prezent  był 

bezmyślny i w złym guście. Od tej pory nie wysyłali już pocztówek do wuja Filipa. 

Wątłe kontakty między nimi zostały zerwane na dobre. 

Fotografie  to  kęsy  czasu,  które  można  wziąć  do  ręki,  a  to  zdjęcie 

przedstawiało najlepszy  i  najpiękniejszy  okres  w  życiu  matki. Była  młodzieńcza  i 

uśmiechnięta, ale obiektyw jak gdyby przeszył ją na wylot i na zawsze zatrzymał 

pod  szkłem,  niczym  motyla  w  gablocie.  Spoglądając  na  fotografie,  Melania 

pomyślała,  że  dla  wuja  Filipa  zabrakło  miejsca  w  tym  fragmencie  szczęśliwego 

okresu  życia  jej  matki.  Był  jak  barwa,  która  kłóci  się  z  innymi,  albo  raczej  jak 

plama  całkowicie  pozbawiona  koloru.  Przebywał  w  zupełnie  innym  czasie. 

Wyglądał,  jak  gdyby  w  drodze  na  ślub  spotkał  sędziwego  marynarza  {Chodzi  o 

tytułową  postać  poematu  „The  Rime  of  the  Ancient  Mariner”  S.  T.  Coleridge’a, 

jednego z największych angielskich poetów romantycznych (przyp. tłum.).] i został 

przeniesiony  w  jakiś  inny  wymiar,  gdzie  białe  róże  i  konfetti  nie  mają  żadnego 

znaczenia. 

No  cóż,  pomyślała  Melania.  Nie  sądzę,  żebym  miała  go  kiedykolwiek 

spotkać. 

Przyjrzała się uważnie sukni ślubnej. Było coś dziwnego w tym, że kobiety 

stroją  się  tylko  po  to,  by  stracić  dziewictwo.  Melania  zastanawiała  się,  czy  jej 

rodzice  odbywali  stosunki  płciowe  przed  ślubem.  Była  pewna,  że  staje  się  już 

dorosła, skoro zaczyna spekulacje na ten temat. Tata pomimo swego pochodzenia 

prowadził  zapewne  nieco  cygańskie  życie,  a  poza  tym  mieszkał  przed  ślubem 

samotnie.  Kawalerka  w  Bloomsbury,  na  kuchence  gazowej  parzy  się  kawa, 

rozmowa o wolnej miłości, D.H. Lawrence, mroczne bóstwa. Czy ojciec poświęcił 

już  wtedy  swą uśmiechniętą  oblubienicę mrocznym  bóstwom?  A  jeśli tak, to  czy 

ona  nadal  by  się  uśmiechała?  Przecież  jest  jej  matką.  I  czy  ubrałaby  się  w 

background image

dziewiczą biel? A listy z pism kobiecych, które Melania pożyczała po kryjomu od 

pani Rundle? 

„Mój chłopak mówi, że mnie zostawi, jeżeli nie pozwolę mu kochać się ze 

mną do końca, ale ja chcę uczciwie wziąć ślub w białej sukni”. 

Symboliczna, cnotliwa biel. Na białym atłasie widać każdą plamkę, biały tiul 

gniecie  się  pod  dotykiem  palca;  z  białych  róż  osypują  się  płatki  od  jednego 

tchnienia. Cnota jest krucha. Ta suknia była prześliczna. Melania zastanawiała się 

przez chwilę, czy matka miała ją również na sobie podczas nocy poślubnej? 

Matka Melanii była kobietą sentymentalną. Suknia, owinięta błękitną bibułą, 

by  atłas  nie  stracił  bieli,  spoczywała  niczym  skarb  w  kufrze  oblepionym 

wyblakłymi  nalepkami  z  różnych  zagranicznych  miast,  przykryta  piękną, 

haftowaną  tkaniną  indyjską.  Po  co  matka  przechowuje  tę  suknię?  Że  by  w  niej 

spocząć w trumnie czy pójść w niej do nieba? Ale w niebie nie istnieją małżeństwa 

i nikt nie oddaje nikomu niczyjej ręki. 

Melania  zmarszczyła  brwi  w  świetle  księżyca.  Ubrana  była  w  swoją 

zwyczajną,  pasiastą  piżamę,  z  której  wyrosła  tego  lata,  toteż  nogawki  sięgały  jej 

zaledwie do połowy łydek. Wzięła do ręki kilka flakoników z perfumami stojących 

na  toaletce  matki.  Był  tam  też  porcelanowy  stojaczek  na  pierścionki,  (choć 

wszystkie  znajdowały  się  teraz  na  palcach  ich  właścicielki,  w  Ameryce,  gdzie 

oglądała  Empire  State  Building,  Wielki  Kanion  i  Disneyland).  Obok  stała 

stanowiąca  komplet  ze  stojaczkiem  porcelanowa  tacka,  na  której  leżały  dwie 

szpilki  i  pęknięty  guzik  od  koszuli.  Dalej  Melania  ujrzała  oprawioną  fotografię 

Wiktorii,  trzymającej  puchatego  psa-zabawkę,  najpospolitszy  rekwizyt  fotografa, 

który jej siostra chciała jak zwykle rozerwać na strzępy. Melania pomyślała, że jest 

to takie zdjęcie, które jedynie matce może wydawać się ładne. Była ciekawa, czy i 

ona sama pozostanie ślepa na brzydotę swoich dzieci, jeśli okażą się nieatrakcyjne. 

Bezwiednie  posmarowała  się  za  uchem  zwietrzałymi  perfumami  Chanel  i 

background image

natychmiast zapachniała dokładnie jak matka, musiała, więc spojrzeć w lustro, aby 

upewnić się, że ciągle jeszcze jest sobą. 

Całą twarz miała skąpaną w promieniach księżyca. Rozpuściła spięte na noc 

włosy,  które  opadły  jej  na  plecy.  Próbowała  rozmaitych  sposobów  uczesania  - 

pozwoliła  opaść  włosom  na  twarz,  ściągnęła  je  w  koczek  jak  baletnica,  potem 

asymetrycznie sczesała na bok, ujmując je w okrągłą kiść  - i cały czas myślała o 

zamkniętej w kufrze sukni. Czy będzie na nią pasować? 

Przez cały czas, kiedy się nad tym zastanawiała, przypatrywała się sobie - po 

chwili z roztargnieniem rozpięła bluzę od piżamy i zaczęła przybierać różne pozy, 

na  wypadek  gdyby  zechciała  kiedyś  być  modelką  albo  tancerką  kabaretową. 

Lusterko  na  toaletce  matki  było  szersze,  choć  niższe  niż  lustro  Melanii.  Myślała 

jednak  cały  czas:  Tak?  Czy  nie?  W  końcu  otworzyła  szufladę  i  znalazła  w  rogu 

oklejoną pudrem jednopensówkę. 

- Reszka - powiedziała do cieni w pokoju.  

I  wypadła  reszka.  Melania  głęboko  zaczerpnęła  tchu,  po  czym  zaczęła 

odsuwać  kufer  od  ściany,  by  dobrać  się  do  jego  mosiężnych  klamer.  Czuła  się 

nikczemnie,  jak  hiena  cmentarna,  ale  moneta  upadła,  czyli  kości  zostały  rzucone. 

Wieko  uchyliło  się  z  jękiem.  W  powietrze  wzbiły  się  leżące  na  wierzchu  listki 

bibuły,  szeleszcząc  leniwie  po  wielu  latach  spokoju.  Lewitując  chwilowo. 

Emanacja. Melania odsunęła bibułki. 

Pierwszy  był  wieniec,  owinięty  papierem.  Sztuczne  róże  i  kilka  gałązek 

konwalii, których me było widać na fotografii, z powtykanymi tu i ówdzie perłami, 

udającymi  rosę.  Niektóre  płatki  były  pogięte  i  zmierzwione  -  jedna  róża  została 

całkowicie  zmiażdżona,  niczym  dzieło  sztuki  dadaistycznej.  Melania  ostrożnie 

rozprostowała  płatki  i  obracała  wieniec  w  dłoniach.  Wieniec  ślubny.  Potem 

położyła go na łóżku. 

background image

Rozwijała cale akry tiulu, którym mogłyby sobie obwiązać głowy wszystkie 

Wenus Cranacha z jego gotyckiego Parnasu. Znalazła się w pułapce, jak makrela w 

sieci. Welon powiewał wokoło, oślepiając ją i wciskając się do nosa. Kręciła się to 

w  jedną,  to  w  drugą  stronę,  ale  w  ten  sposób  plątała  się  tylko  coraz  bardziej. 

Zaczęła się mocować z tiulem, walczyć z nim, i wreszcie zwyciężyła. Straciła do 

niego cierpliwość i niedbale rzuciła welon na łóżko, obok wieńca. Nadszedł czas na 

suknię. 

Była ciężka. Śliski atłas lśnił takim blaskiem, jak srebrny czajniczek, który 

opuszczał  kredens  w  salonie  tylko  wtedy,  kiedy  miał  zostać  wypolerowany.  Całe 

światło księżyca w pokoju skupiło się na obfitych, tajemniczych fałdach materiału. 

Melania zerwała z siebie piżamę i nieporadnie włożyła suknię. Jej dotyk był bardzo 

zimny.  Tkanina  wślizgnęła  się  na  nią  niczym  leniwy  strumień  lodowatej  wody. 

Melania zadrżała i z trudem zaczerpnęła tchu. 

Suknia  była  na  nią  za  duża.  Matka  brała  ślub,  kiedy  była  jeszcze  hożą 

dziewczyną,  obrośniętą  wciąż  warstwą  młodzieńczego  sadełka.  Dwie  chude 

Melanie  mogłyby  włożyć  tę  suknię  jednocześnie,  jak  siostry  syjamskie,  idące 

razem  do  ślubu.  Przypomniała  sobie,  że  czytała  kiedyś  o  małżeństwie  sióstr 

syjamskich. Pewnie musiały mieć bardzo duże łóżko. Poczwórne. 

Była  gorzko  rozczarowana,  że  suknia  jest  za  duża.  Kręciła  się  i  wierciła 

dokoła w białym atłasie. Kopniakiem przesunęła kraj sukni na przód, by wrócić do 

toaletki, znaleźć szpilki i spiąć materiał. Przekonała się jednak w lustrze, że to, iż 

suknia jest za duża, nie ma żadnego znaczenia. 

W obramowaniu spływających na ramiona czarnych włosów twarz Melanii 

była  jakby  pobielona  i  odmieniona blaskiem  sukni,  której  rąbek  muskał  jej  pierś, 

jak  suknie  elżbietańskich  dziewic.  Poruszała  się  niczym  w  bogato  zdobionym 

namiocie,  który  niezwykle  podkreślał  jej  szczupłość  i  iluminował  ją  niczym 

kandelabr. Wiedziała, że nie poradzi sobie z welonem, sięgnęła jednak po wieniec i 

background image

włożyła go na głowę. Perełki migotały niby oczy albo rybie łzy, niektórzy ludzie 

powiadają, bowiem, że perły to łzy ryb. Ale perły matki były sztuczne. A jednak 

lśniły. Czy naprawdę jestem aż tak piękna? - myślała ze zdumieniem pod wieńcem 

z kwiatów i pereł. 

Otworzyła szafę matki i przejrzała się w długim lustrze na drzwiach. Mimo 

wszystko była piękną dziewczyną. Wróciła do swojego pokoju i przejrzała się raz 

jeszcze we własnym lustrze, żeby sprawdzić, czy nie powie jej czegoś innego, ale 

wciąż była piękna. Światło księżyca, biały atłas, róże. Oblubienica. Czyja? Ale dziś 

w  nocy  wystarczała  sama  sobie  w  swojej  wspaniałości  i  nie  potrzebowała  pana 

młodego. 

- Popatrz na mnie! - powiedziała do jabłoni, tuczącej swoje łagodne owoce w 

wiejskiej,  nocnej  ciszy  -  Popatrz  na  mnie!  -  zawołała  namiętnie  do  dyniowatego 

księżyca, uśmiechniętego, jowialnego i pyzatego, jak w wyobraźni dziecka. 

Przez  otwarte  okno  wpadł  delikatny  powiew  świeżego,  pachnącego  trawą 

wiatru,  który  pogładził  jej  szyję  i  zmierzwił  włosy.  W  świetle  księżyca  wieś 

rozciągała się niczym cudzoziemska, zaczarowana kraina, gdzie zboże było lśniącą 

i nieśmiertelną pszenicą, której nikt nie siał i nie zbierał - terra incognito, nietknięta 

stopą ani dłonią człowieka. Dziewicza. Pójdę do ogrodu. W noc, postanowiła Me 

lania. 

Szybko  na  dół,  po  schodach,  podtrzymując  suknię,  oj,  uwaga  na  ten 

skrzypiący stopień. Szarpnęła bez tchu zamki przy drzwiach frontowych i ułamała 

sobie  paznokieć.  Cicho,  ostrożnie,  bo  inaczej  pani  Rundle  zejdzie  na  dół  z 

uniesionym groźnie pogrzebaczem, który trzyma pod łóżkiem, żeby rozprawiać się 

z nocnymi włamywaczami. Noc. Melania wyszła w noc, a ona natychmiast zgasiła 

jej dzienne „ja”   dwoma ciemnymi palcami. 

Kwiaty  w  ogrodzie  pochylały  kielichy  z  nieodgadnioną,  nocną  słodyczą, 

trawa  zaś  marszczyła  się  i  szeptała  cichym  głosem,  będącym  niby  skumulowana 

background image

cisza. Panował taki spokój, jak gdyby nadszedł koniec świata. Melania była sama. 

W  pancerzu  z  białego  atłasu  została  ostatnią  i  jedyną  kobietą  na  ziemi.  Drżała  z 

zachwytu pod głębokim, granatowym, wysokim łukiem nieba. 

Taki  okrągły  księżyc.  Drzewa  załadowane  aż  po  linię  wodną  towarem 

lśniących  ptaków.  Zmoczone  rosą  źdźbła  trawy  lizały  stopy  jak  mokre  języczki 

małych,  przyjaznych  zwierząt  -  za  dnia  trawa  wydawała  się  dłuższa  i  bardziej 

czepliwa.  Suknia  ciągnęła  się  z  tyłu,  zostawiając  za  Melanią  połyskliwy  ślad. 

Nieruchome  powietrze  było  cudownie  czyste.  Ocienione  gałęzie  czy  kwiaty 

rysowały  się  z  mroczną  precyzją,  jak  gdyby  widziane  przez  wodę.  Cicho, 

bezszelestnie stąpała w podwodnej nocy. Oddychała z drżeniem ustami, smakując 

czarne wino. 

Poruszyły  się  krzewy  bzu.  Jakieś  małe,  pokryte  sierścią  nocne  zwierzątko 

przemknęło  przed  nią  po  murawie  i  zniknęło,  zagrzebując  się  w  kopcu  ściętej 

trawy.  Czymkolwiek  było  to  stworzenie,  nie  posiadało  więcej  cielesnej  realności 

niż unoszone wiatrem liście. 

-  Nigdy  nie  myślałam,  że  taka  właśnie  będzie  noc  -  powiedziała  cichutko 

Melania. 

Zadygotała  w  ekstazie.  Dlaczego?  Jak  to?  Nie  wiedziała  i  nie  dbała  o  to, 

duchem  wykroczyła,  bowiem  poza  siebie.  Wielkie  zwały  chmur  skupiały  się  i 

rozpuszczały na niebie, i tylko gdzieniegdzie świeciła pojedyncza gwiazda. Świat, 

który  zamykał  się  cały  w  tym  ogrodzie,  był  pusty  jak  niebo  i  nieskończony  jak 

wieczność. 

W  szkole  podstawowej  na  lekcjach  religii  nauczycielka  opisywała  im 

wieczność.  Panna  Brown,  która  sepleniła,  nosiła  okulary,  pachniała  cytrynowym 

mydłem i pisząc na tablicy, skrzypiała kredą, bardzo ambitnie opowiadała dzieciom 

o  wieczności,  kiedy  ją  o  nią  pytały.  Wieczność,  mówiła,  podobna  jest  do 

przestrzeni, bo ciągnie  się i  ciągnie bez końca,  a  Bóg tkwi  w niej gdzieś niczym 

background image

sześciopensówka  w  puddingu  śliwkowym  [Wedle  starego  angielskiego  zwyczaju 

do świątecznego puddingu wrzucano czasem drobne monety „na szczęście”, które 

miało  spotkać ich  znalazcę  (przyp.tłum.).]  (myślała  sobie siedmioletnia Melania), 

popychany przez galaktyki w poszukiwaniu rodzynków i tęskniący, być może, za 

towarzystwem  innych  sześciopensówek.  Jakże  samotny  musi  być  Bóg,  dumała 

dalej  siedmioletnia  Melania.  A  Melania  piętnastoletnia  stała  zagubiona  w 

wieczności, ubrana w zwariowaną suknię i zapatrzona w bezmiar nieba.  

Które  okazało  się  za  duże,  tak  jak  suknia.  Była  jeszcze  zbyt  młoda. 

Samotność  ścisnęła  ją  za  gardło  i  nagle  Melania  nie  mogła  jej  już  dłużej  znieść. 

Wpadła  w  panikę.  Zagubiła  się  w  tej  obcej  samotności,  na  ogród  runęło  z  góry 

przerażenie,  a  ona  była  wobec  niego  bezbronna,  ponieważ  upiła  się  już  czarnym 

winem. 

Zaczęła  łkać  i  nieoczekiwanie  puściła  się  biegiem  przed  siebie,  choć 

przeszkadzała  jej  suknia.  Czuła,  że  stało  się  zbyt  wiele  i  zbyt  szybko.  Musiała 

wrócić do drzwi, do zamkniętej, przytulnej ciemności wnętrza i zapachu ludzkich 

istot.  Groźnie  zwieszone  gałęzie  ciągnęły  ją  za  włosy  i  drapały  po  twarzy.  Trawa 

splotła  się  w  sidła,  które  wykręcały  jej  nogi  w  kostkach.  Ogród  zwrócił  się 

przeciwko Melanii, kiedy tylko zaczęła się go bać. 

Biały stopień na progu przed drzwiami oznaczał azyl. Melania osunęła się na 

schodek.  Pani  Rundle  szorowała  i  czyściła  stopień  raz  w  tygodniu,  a  co  dziennie 

odkurzała  go  miotłą,  trzymaną  w  ciepłych,  spracowanych,  domowych  dłoniach. 

Melania  przyłożyła  pulsujący  policzek  do  chłodnego  kamienia,  który  umazał  jej 

twarz  porządnym,  kupionym  w  sklepie  proszkiem  do  czyszczenia  niby  na  znak 

przynależności  kastowej.  Ale  drzwi  były  zamknięte.  Zatrzasnęły  się  za  nią.  Nie 

miała klucza. Nie mogła wejść do domu. Drzwi były zamknięte od środka. 

Omal nie wpadła w panikę, kiedy zrozumiała, że nie może wejść do domu 

drzwiami. Poza tym, gdy biegła żwirowaną dróżką, pokaleczyła stopy, choć dotąd 

background image

tego nie zauważyła  - ale ujrzała teraz, że ma posiniaczone i zakrwawione nogi, a 

skraj matczynej sukni pokrywają drobne, krwawe cętki, czarne w świetle księżyca. 

Najgorsze  było  jednak  to,  że  siedziała  przed  domem  i  nie  mogła  się  dostać  do 

środka. Chcąc dodać sobie otuchy, zacisnęła mocno dłonie na kamiennym stopniu. 

Muszę się wziąć w garść. Co robić? 

Zostawiła  otwarte  okno  w  pokoju.  Może  uda  jej  się  wejść  na  jabłoń, 

wgramolić  się  do  sypialni  i  zatrzasnąć  okno,  by  odciąć  się  od  pustyni  ogromnej 

wieczności na zewnątrz. Musiałaby jednak porzucić najpierw schronienie stopnia i 

wyruszyć jeszcze raz w nieznane. Ale ma do wyboru albo jabłoń, albo czekanie do 

rana. Dopóki pani Rundle nie zejdzie na dół, by przygotować śniadanie. Musiałaby 

wtedy tłumaczyć, jak to się stało, że całą noc spędziła w sukni matki na dworze, a 

potem nie mogła dostać się do domu. Wspięła się raz na jabłoń, kiedy miała osiem 

lat, i później, kiedy skończyła dwanaście. A teraz, w wieku lat piętnastu? Jednak 

nie ma wyboru, jabłoń albo nic, choć musi obejść dom od tyłu, bez względu na to, 

co  się  tam  czai  w  ciemnościach.  Choćby  to  były  nie  wiadomo,  jakie  potwory. 

Olbrzymie, czekające na nią nieruchomo potwory o miękkich, otwartych paszczach 

i ciałach zbudowanych z tej samej substancji, co noc.  

Wiedziała,  że  tam  są  i  czekają  tylko,  żeby  się  potknęła  i  upadła.  Potwory 

przesuwały się w mgławicowej przestrzeni, z boku, poza bezpośrednim zasięgiem 

pola widzenia Melanii. Usiłowała patrzeć tylko przed siebie, żeby nie spojrzeć na 

nie  mimo  woli.  Trzymała  się  jak  najbliżej  ścian,  depcząc  niedbale  po  klombach  - 

dom stanowił coś w rodzaju osłony. Krew pulsowała jej w uszach. Ale szum krwi 

mógł być równie dobrze chrapliwym oddechem otaczających ją potworów. W ciszy 

tej  nocy  można  było  uwierzyć  w  najbardziej  nawet  makabryczną  okropność  z 

jakiegoś filmu, komiksu albo snu. Nie bądź głupia, powtarzała sobie w duchu. Tam 

nic nie  ma.  Nic.  Ale „nic”  dźwięczało  echem  w  jej  głowie  i  Melanię  zdjął  strach. 

Przerażona,  dotarła  wreszcie  na  ganek,  do  swojej  jabłoni,  do  przyjaciółki,  której 

background image

stare,  guzowate  gałęzie  uginały  się  od  owoców.  Ale  dziś,  kiedy  Melania  tak  się 

wystraszyła,  wydawało  jej  się,  że  to  złowrogie,  zatrute  jabłka,  jak  gdyby  nawet 

drzewo, które było kiedyś towarzyszem jej za baw, zwróciło się przeciw niej. tak 

że nie znajdowała w nim żadnej otuchy. 

W  czasach,  kiedy  chodziła  po  drzewach,  wejście  na  jabłoń  zajęłoby  jej 

zaledwie  kilka  minut.  Ale  Melania  przestała  wspinać  się  na  drzewa,  odkąd 

zapuściła  włosy  i  przestała  nosić  codziennie  szorty  podczas  wakacji.  Gdy 

ukończyła trzynaście lat i zaczęła miesiączkować, myślała, że jest brzemienna sobą 

i  nosi  w  sobie  dojrzewający  embrion  dorosłej  Melanii,  choć  nie  wiedziała,  jak 

długo  potrwa  jej  ciąża.  A  chodzenie  po  drzewach  w  tym  okresie  mogłoby 

spowodować  poronienie,  wtedy  zaś  ostrzyżona  na  zapałkę  trzpiotka  na  zawsze 

pozostałaby w pułapce dzieciństwa. Ale teraz nie było innej rady. Tylko jak wejść 

na drzewo w tej sukni? 

Była spętana kilkoma jardami atłasu, który podrze się, podziurawi i popłacze 

nieodwracalnie, gdy będzie próbowała znaleźć oparcie dla rąk i nóg. Znajdzie się 

wówczas w sieci gałęzi, nie mogąc się ruszyć w górę ani w dół. Trzeba byłoby rano 

wzywać ze wsi ludzi z drabinami i linami, żeby ją uwolnili, żywą lub martwą. Nie 

bądź niemądra. Żywą. Żywą, by mogła zakosztować upokorzenia całej tej operacji. 

Musi,  więc  zrzucić suknię  i  wejść  na  drzewo  nago,  zdradziecką,  podstępną  nocą. 

Nie ma innego wyjścia. 

Nisko  na  gałęzi  spostrzegła  ciemniejszą  plamę  czerni,  gdy  poruszyło  się 

zbite ognisko ciemności, przypominające potwory z jej udręczonej wyobraźni. W 

gardle  Melanii  wezbrał  krzyk.  Błysnęły  zielone  oczy  i  ciemność  zamiauczała. 

Melania  z  ulgą  potrząsnęła  głową.  Był  to  kot  pani  Rundle.  Miała  towarzystwo. 

Zaczęła  go  z  wdzięczności  drapać  za  uszami,  a  on  wstrząsał  się  i  drżał, 

pomrukując, i był to odgłos swojski, nieoczekiwany i kojący. Poczuła się tak, jak 

gdyby ktoś rozpalił dla niej niewielkie ognisko. Dopóki mruczał kot, Melania nie 

background image

bała  się  zdjąć  sukni.  Rozpuściła  włosy,  żeby  się  okryć,  ponieważ  zbliżał  się  już 

koniec lata i noc zrobiła się chłodna. 

Złożyła  suknię  i  wcisnęła  ją  w  rozwidlenie  drzewa.  Weźmie  ją  ze  sobą, 

schowa znów do kufra i nikt nie będzie wiedział, że ktoś ją nosił, jeżeli nie zobaczy 

śladów  krwi,  zresztą  krwi było  i tak bardzo  mało.  Kot przechylił  głowę na bok i 

zwrócił  swoje  cekinowe  spojrzenie  na  zawiniątko,  a  potem  wyciągnął  puszystą 

łapkę i pogłaskał suknię. Kocia łapa zakończona była zakrzywionymi, podstępnymi 

hakami rzeźniczymi. W jej ruchach było coś okrutnego. Rozległ się trzask dartego 

materiału. 

- O Boże - powiedziała głośno Melania. 

Kot  wydarł  w  sukni  długą  dziurę.  Zamierzyła  się  na  niego.  Zwierzę 

zeskoczyło  z  drzewa,  opadło  z  cichym  miauknięciem  na  trawę  i  zniknęło.  Znów 

została sama. Na niebie księżyc zaczynał już zsuwać się w dół. Niedługo zajdzie, a 

wtedy  wymaże  ją  absolutna  ciemność.  Melania  modliła  się:  „Proszę  cię,  Boże, 

pozwól mi bezpiecznie wrócić do łóżka”. A potem zacisnęła kciuki na szczęście. 

Była  straszliwie  świadoma  swojej  wyeksponowanej  nagości.  Odczuwała  to 

w  jakiś  nowy  i  ostateczny  sposób,  jak  gdyby  zdjęła  z  siebie  nawet  skórę  i  stała 

teraz  obleczona  w  nicość,  naga  ostateczną  nagością  szkieletu.  Niemal  ze 

zdumieniem zauważyła, że jej palce kryje ciało - bo miała wrażenie, że zdjęła ręce 

niczym rękawiczki i pozostały jej już tylko kości. 

Kiedy sprawdzała, czy pierwsza gałąź utrzyma jej ciężar, wokół lunął deszcz 

jabłek.  Ale  gałąź  wytrzymała.  Melania  odetchnęła  głęboko  i  podciągnęła  się  w 

górę.  Kora  tarła  i  orała  jej  łydki,  uda  i  brzuch,  kiedy  dziewczynka  rzuciła  się  w 

sękate ramiona drzewa. 

Musiała boleśnie wymacywać każde kolejne oparcie dla rąk i nóg. Raz pod 

jej ufną stopą pękła z jękiem gałąź i Melania zawisła na rękach w udręce, rozpięta 

między  ziemią  a  niebem,  kopiąc  na  oślep  w  poszukiwaniu  jakiejś  bezpiecznej  i 

background image

stałej  podpory  w  świecie  zbudowanym  z  nieustannie  przesuwających  się  liści  i 

cieni. Jabłka sypały się wciąż do wtóru jej ruchom, a blednący księżyc pomrugiwał 

spomiędzy liści wciskających złośliwie swoje skórzaste dłonie w oczy i zdyszane 

usta.  Znalazła  się  w  mocy  obcego  żywiołu  i  walczyła  o  każdy  oddech.  Gałązki 

drapały  jej  policzki  i  delikatne  piersi.  Można  by  pomyśleć,  że  toczy  walkę  z 

drzewem.  Była  zlana  potem.  A  jeszcze  musiała  ciągnąć  za  sobą  suknię  niczym 

brzemię  Chrześcijanina.  [Główna  postać  poematu  J.  Bunyana  „The  Pilgrim’s 

Progress”, alegorii cnotliwego życia (przyp. tłum.).] 

Nie wiedziała, jak długo się wspina, ale ujrzała w końcu nad głową parapet 

swojego okna, wizję ziemi obiecanej. Parapet jednak znajdował się znacznie wyżej 

niż  ostatnie  bezpieczne  gałęzie,  musiała,  więc  zaryzykować  i  dźwignąć  się  jakoś 

razem z suknią ku górze. Dzięki Bogu, okno było szeroko otwarte na pluszowego 

misia,  „Lornę  Doone”  i  posrebrzane  szczotki  do  włosów.  Rozkołysała  się, 

rozciągnęła i zagryzając wargi, uniosła się w pianie liści. 

Po dwóch nieudanych próbach, kiedy oszołomiona i drżąca omal nie spadła z 

drzewa  na  niegościnną  ziemię,  zdołała  sięgnąć  sukni.  Sukienka  rozchyliła  się, 

trzepocząc jej pod nosem białymi skrzydłami, na jedną drżącą chwilę usadowiła się 

w oknie niczym olbrzymi albatros, a potem przechyliła się naprzód i zniknęła jej z 

oczu. Melania skoczyła w ślad za nią i wpadła do pokoju twarzą na podłogę. 

Była posiniaczona, powalana i krwawiła z setki drobnych zadrapań. Leżała 

na swoim kremowym indyjskim dywanie, łkając z ulgą, że wreszcie czuje pod sobą 

solidną podłogę. Kiedy się podniosła, pokuśtykała do okna i pogroziła księżycowi 

pięścią.  Chwyciła  misia  Edwarda,  zagrzebała  się  pod  kocami  na  samym  środku 

łózka i natychmiast usnęła. 

Dopiero rano zobaczyła, że suknia jest cała w strzępach.  

Rozłożyła ją. Okryła nią wąskie łóżko, ale z sukni zostały jedynie łachmany. 

Drzewo dokończyło dzieła kota. Spódnica zwisała rozdarta na trzy osobne płaty, a 

background image

poszarpane i postrzępione rękawy trzymały się stanika zaledwie na kilku nitkach. 

Poza  tym  suknia  była  powalana  zielonymi  sokami  drzewa  i  jej  własną  czerwoną 

krwią.  Melania  musiała  krwawić  znacznie  obficiej,  niż  jej  się  wydawało. 

Zmartwiała z przerażenia, wzięła suknię do ręki. 

A  wieniec?  Zapomniała  o  wieńcu...  Widocznie  ciągle  miała  go  na  głowie, 

kiedy wchodziła na drzewo. W pokoju jednak wieńca nie było. Podeszła do okna. 

Wieniec  wisiał  na  górnej  gałęzi  wśród  jabłek,  zbyt  wysoko,  żeby  go  stamtąd 

zerwać.  Wyglądał  jak  gniazdo pokrzewki.  Słońce świeżego  poranka  igrało  wśród 

pereł. Wieniec musi tam zostać, chyba żeby wezwać straż pożarną. 

Z kuchni nadpłynął zapach grzanek i bekonu. Życie toczyło się dalej. 

- Głupia jesteś! - wściekle powiedziała Melania do swego odbicia w lustrze. 

Włosy  miała  poprzetykane  liśćmi  jabłoni.  Wyczesała  liście  szczotką  i 

grzebieniem  na  podłogę,  wyrywając  sobie  w  złości  długie  pasma  włosów.  Ból 

dobrze  jej  zrobił.  Została  ukarana  i  upokorzona,  jak  niemądre  dziecko,  które 

prędzej  czy  później  będzie  musiało  przyznać  się  do  księżycowej  przygody, 

zakończonej wielką katastrofą. 

Włożyła szczątki sukni z powrotem do kufra, wepchnęła je głęboko, byle jak, 

i  przykryła  stosem  bibułek.  Kiedy  matka  wróci,  ona  opowie  jej  o  wszystkim  na 

osobności.  Być  może  do  tego  czasu  nikt  nie  zauważy  wieńca.  Jest  wysoko  na 

drzewie, pani Rundle na krótki wzrok, Jonatan jest prawie ślepy, a Wiktoria nigdy 

nie patrzy do góry. „Mogę zjeść bekonik Melanii?” - dopytywała się Wiktoria. A 

Jonatan zjadł wszystkie grzanki. Melania nie mogła nic przełknąć pod brzemieniem 

winy  i  wstydu,  który  usiadł  jej  na  żołądku.  Gdy  pani  Rundle  uprzątnęła  stół, 

Melania poszła do swojego pokoju i wyciągnęła podręczniki szkolne, jak gdyby za 

pokutę zamierzała odrobić lekcje. Całe lato ani trochę me dbała o „Lornę Doone” - 

teraz robiła z książki obfite notatki. 

background image

Pani Rundle i Wiktoria pojechały do sklepu, do miasteczka, a z nimi Jonatan, 

który  chciał  kupić  nowy  model  statku  do  sklejania.  Pusty  dom  huczał  i  dudnił 

dokoła  echem  -  Melania  wyczuwała  dziwny  niebyt  opuszczonych  pokoi,  a  kiedy 

słyszała  przypadkowy  hałas  albo  skrzypienie,  drgały  jej  nerwowo  mięśnie  karku. 

Poranek  był  słoneczny  i  jabłka  na  drzewie  tryskały  lśniącym  zdrowiem.  Kto  je 

jabłka,  ten  jest  zdrowy.  Osy  przystąpiły  już  zapewne do pracy,  myszkując  wśród 

skarbów  opadłych  owoców  u  stóp  drzewa.  Nie  cierpiała  os.  Nie  mogła  znieść 

myśli, że obżerają się tuż pod jej oknem. 

O  wpół  do  dwunastej,  w  sennym  środku  gorącego  przedpołudnia,  rozległo 

się gwałtowne pukanie do drzwi, tak głośne i nieoczekiwane, że trzymająca pióro 

ręka Melanii drgnęła, stawiając kleks w zeszycie. Dziewczynka zeszła na dół. Kot 

pani  Rundle  ociężale  gonił  muchy  w  przedpokoju.  Był  świadkiem  szaleństwa 

Melanii i przyłożył łapę do jej klęski zeszłej nocy. Kopnęła go, przechodząc obok, 

a kot parsknął na nią. 

W  drzwiach  stał  posłaniec  z telegramem  w  ręku.  W  chwili gdy  go  ujrzała, 

znała już treść telegramu, jak gdyby miał ją wypisaną na czole. Poranek okryła na 

sekundę  ciemność.  Gdy  ranek  powrócił,  chłopak  stał  jeszcze  przed  Melanią, 

czekając  na  napiwek.  Na  stoliku  w  przedpokoju  leżało  sześć  pensów  reszty  za 

mleko - na całe szczęście, bo Melania nie miała przy sobie ani grosza. Kot siedział 

na trzecim schodku i mrugał. Posłaniec odjechał. Melania słyszała z oddali odgłos 

rury wydechowej jego motocykla. 

- To moja wina - powiedziała do kota. Głos chwiał się jej jak trzcina wodna. 

-To  moja  wina,  bo  włożyłam  suknię.  Gdybym  nie  zniszczyła  sukni,  wszystko 

byłoby dobrze. Och, mamusiu! 

Poczuła skurcz w żołądku. Poszła na górę do łazienki i zwymiotowała. Przez 

cały czas trzymała w zaciśniętej dłoni zapieczętowany telegram. Kiedy spojrzała na 

niego,  zwymiotowała  raz  jeszcze.  Weszła  do  sypialni  i  w  lustrze  natknęła  się  na 

background image

samą  siebie:  blada  twarz,  czarne  włosy.  Oto  dziewczyna,  która  zabiła  matkę. 

Chwyciła  szczotkę  do  włosów  i  cisnęła  nią  w  odbicie  swojej  twarzy.  Lustro 

rozprysnęlo się na kawałki. Nie było za nim nic, tylko nagie drewno szafy. 

Zawiodła się - chciała zobaczyć lustro i odbity w nim pokój, a siebie chciała 

się  pozbyć  i  roztrzaskać.  Krocząc  ostrożnie  wśród  rozbitego  szkła,  podeszła  do 

okna i popatrzyła na wieniec ślubny na drzewie. Pójdę i schowam go. Koniecznie. 

Może wtedy mama wróci. 

Wiedziała  jednak,  że  jeśli  wejdzie  na  parapet,  na  pewno  spadnie.  A  poza 

tym, czy umarli wracają? Och, mamusiu! 

Poszła do sypialni rodziców, żeby zobaczyć, jak wyglądali w dniu ślubu. Ale 

sukni  ślubnej  już  nie  było,  tak  jak  nie  było  kobiety  i  mężczyzny,  który  trochę 

nieśmiało stał za swoją oblubienicą, mrużąc oczy, ponieważ raziło go słońce. Och, 

mamusiu! Och, tato! 

Łzy  zaczęły  spływać  jej  po  twarzy.  Wzięła  telegram  w  zęby,  podniosła 

fotografię:  ostrożnie  wyjęła  ją  z  ramki,  po  czym  podarta  zdjęcie  na  strzępy  i 

wrzuciła  papierowe  śnieżynki  do  kominka.  Potem  połamała  ramkę.  A  później 

zaczęła demolować pokój. 

Pootwierała  szuflady  i  szafki,  wysypując  ich  zawartość  na  stosy,  które 

atakowała swoimi silnymi dłońmi. Wbijała palce w pudełka i słoiczki kosmetyków 

i  perfum,  smarując  nimi  siebie,  meble  i  ściany.  Ściągnęła  z  łóżka  materac  i 

poduszki, bila je i kopała, aż przez brokatowy pokrowiec materaca wyskoczyły z 

jękiem  sprężyny,  a  poduszki  wybuchły  delikatną  mgiełką  puchu.  Wciąż  mocno 

trzymała w zębach telegram, który ciemniał powoli od jej śliny. Nic nie widziała i 

nic  nie  słyszała,  niszcząc  wszystko  dokoła  jak  automat.  Do  łez  i  tłuszczu 

kosmetyków na jej policzkach lepiło się pierze. 

Panował  taki  upal,  że  pani  Rundle  i  Wiktoria  wróciły  do  domu,  zajadając 

lody  w  waflach.  Pani  Rundle  nastawiła  obrane  wcześniej  ziemniaki  i  nakryła  do 

background image

stołu. Przyszedł Jonatan, trzymając w ramionach jakieś nowe pudełko. Kupił model 

klipera „Cutty Sark” i oczy za okularami błyszczały mu z podniecenia. 

- Obiad już prawie gotowy - powiedziała spokojnie pani Rundle. 

Usiadł  posłusznie  przy  stole  z  pudełkiem  na  kolanach  -  było  niezwykle 

cenne,  więc  nie  zamierzał  spuszczać  go  z  oka.  Wiktoria  bawiła  się  papierowymi 

torbami, które dostała w sklepie. Podano do stołu i dzieci zaczęły jeść. Pani Rundle 

zastanawiała  się,  gdzie  jest  Melania.  Powinna  zjeść  obiad,  nie  jadła  przecież 

śniadania. Jonatan i Wiktoria pałaszowali z apetytem - pani Rundle nie chciała im 

przeszkadzać. 

- Melanio! - zawołała pani Rundle, przystając u stóp schodów. 

Nie było odpowiedzi. 

Czy  siedzi  w  swoim  pokoju?  A  może  zasnęła  nad  książkami?  Posapując  z 

wysiłku,  pani  Rundle  weszła  na  górę,  ale  pokój  był  pusty,  a  na  podłodze  leżały 

kawałki  rozbitego  lustra.  Pani  Rundle  popatrzyła  tylko  na  bałagan  i  westchnęła. 

Stłukła  nie  chcący  lustro  i  chowa  się  gdzieś,  bo  boi  się  przyznać,  wytłumaczyła 

sobie rezolutnie. 

Na  schodach  usłyszała  jednak  cichy  płacz  i  poszła  tropem  tego 

niespodziewanego  odgłosu.  Znalazła  Melanię  siedzącą  po  turecku  na  stosie 

podartych  koszul  nocnych.  Ze  śmietniska  potłuczonych  flakoników  wydobywała 

się  dusząca  woń  Chanel  numer  5.  Twarz  Melanii  wykrzywiała  się  w  grymasie  - 

była  maską  ukształtowaną  z  czerni  i  szkarłatu,  a  z  otwartych  ust  wydobywał  się 

bezsłowny strumień przerażenia. Pani Rundle widziała już różne rzeczy w swoim 

życiu i spokojnie opanowała sytuację. 

Musiała siłą  rozewrzeć  gorące,  zaciśnięte  palce  Melanii,  by  wyrwać  z  nich 

telegram. Melania nie zwracała na nią najmniejszej uwagi. Pani Rundle z kieszeni 

fartucha wyjęła okulary, przetarła je i przeczytała tekst, a potem lekko potrząsnęła 

głową.  Otoczyła  Melanię  ramieniem,  ale  dziewczyna  była  sztywna  jak  drewno  i 

background image

szlochała bez przerwy, więc pani Rundle zostawiła ją w spokoju i ciężkim krokiem 

zeszła z trudem na dół. 

- Jonatanie - powiedziała. - Leć po lekarza. Twoja siostra ciężko zaniemogła. 

- Nie zjadłem jeszcze puddingu - odpowiedział przytomnie Jonatan. 

- Zostawię ci gorący w piekarniku. 

- Ja chcę swój pudding. Natychmiast! - wrzasnęła Wiktoria, która podejrzała, 

że dzisiaj czeka na nich niespodzianka, czyli placek z jabłkami. 

Pani Rundle ukroiła jej gruby, klinowaty kawałek i polała go słodkim sosem 

z  mleka i jaj. Niech jedzą, póki mogą. Sama jadła powoli i uroczyście, jak gdyby 

placek  był  pieczystym  na  uczcie  żałobnej.  Wiedziała  z  doświadczenia,  że  pełny 

żołądek  pomaga  w  ciężkich  chwilach.  Potem  dała  kotu  miseczkę  ziemniaków 

wymieszanych z sosem pieczeniowym. 

- Będziemy musieli poszukać nowego mieszkania, kiciu  - powiedziała. Kot, 

jedząc, pomrukiwał i kołysał ogonem. 

 

II 

 

Pływała jak ślepa, bezucha ryba w morzu ukojenia, w którym nie było czasu 

ani  pamięci,  tylko  sny.  Lato  przeszło  w  jesień,  nim  Melania  wynurzyła  się  i 

niepewnie  położyła  na  łóżku,  rozpamiętując  przeszłość.  Gdy  odzyskała  siły, 

pewnego razu wyszła wczesnym rankiem, by pogrzebać godnie suknię ślubną pod 

jabłonią. Czuła  pustkę  w  piersi,  jak  gdyby  pochowała  własne serce  - choć  mogła 

jednak  poruszać  się  i  mówić.  „Musisz  być  dla  nich  teraz  jak  mała  mamusia”  - 

powiedziała pani Rundle. Przyszyła dzieciom do rękawów płaszczy czarne opaski - 

nawet  Wiktorii.  Płaszcz  pani  Rundle  był  w  ogóle  czarny,  bo  ona  zawsze 

spodziewała  się,  że  śmierć  może  uderzyć  w  każdej  chwili.  Pani  Rundle  była 

background image

zawiedziona, a nawet poirytowana, że szczątki nie przyjadą do domu na pogrzeb. 

Bo w ogóle nie było żadnych szczątków. Ale mimo to... 

Melania  zaczęła  splatać  włosy  w  warkocze,  jak  indiańska  squaw.  Plotła  je 

tak ciasno, że odczuwała ból, naciągając włosy i skórę, aż wydawało się, że pęknie 

biały  szew,  biegnący  z  tyłu  jej  głowy,  i  mózg  wypłynie  na  zewnątrz.  To  była 

pokuta.  Melania  żuła  kolczasty  koniuszek  warkocza,  kopiąc  nogę  kuchennego 

krzesła.  Do  przedpokoju  przez  otwarte  drzwi  wpływał  szmer  głosów  ludzi 

licytatora.  

Wszystko  miało  pójść  na  licytację.  Nie  było  już  pieniędzy.  Tata  nie  miał 

żadnych  oszczędności,  ponieważ  sądził,  że  zawsze  będzie  mógł  zarobić  więcej. 

Dzieci wegetowały w próżni z dnia na dzień. Miały na razie co jeść, a pani Rundle 

tkwiła wciąż na miejscu. Była stałym punktem oparcia. Melania trzymała się teraz 

blisko  niej  i  pomagała  pani  Rundle  w  różnych  pracach  domowych.  Nie  chciała 

zostać  sama.  Lustro  było  pęknięte,  a  ona  nie  mogła  ścierpieć  nawet  przelotnego 

widoku swojej twarzy, pojawiającego się, kiedy myła zęby albo mijała etażerkę w 

przedpokoju.  Ale pani  Rundle, matkująca  im  kwoka, szukała  już nowej  posady, a 

dom miał zostać sprzedany poza ich plecami, podobnie jak meble. „Mała mamusia” 

-  powtórzyła  Melania.  Musi  zastąpić  matkę  Jonatanowi  i  Wiktorii.  Tylko,  że 

Jonatan  i  Wiktoria  prawie  nie  zauważyli  je]  braku.  Oboje  mieli  własne,  prywatne 

światy. - Jonatan uparcie sklejał model, a Wiktoria gulgotała jak strumyk, goniąc 

pyłki kurzu, unoszące się w promieniach słońca. Nie wspominali rodziców i jakby 

nie  zdawali  sobie  sprawy,  że  pewien  etap  ich  życia  dobiega  właśnie  końca  - 

Wiktoria  była  na  to  za  mała,  a  Jonatana  zbyt  pochłaniał  model.  Gdy  potencjalni 

kupcy  oglądali  dom,  co  zdarzało  się  ostatnio  coraz  częściej,  Wiktoria  i  Jonatan 

trzymali  się  od  nich  z  daleka.  Całe  brzemię  spoczywa  na  moich  barkach, 

powiedziała sobie Melania. 

background image

Pani  Rundle  robiła  na  drutach  skarpetę.  Podkolanówki  miały  być 

pożegnalnym prezentem dla Jonatana. Kończyła właśnie piętę. 

-  Kazali  mi  coś  ci  powiedzieć.  Znaczy  adwokaci.  Bo  niby  jestem  z  tobą  w 

bliskich  stosunkach  -  oznajmiła  pani  Rundle.  -  Czekałam  tylko  na  odpowiednią 

chwilę. 

- Co takiego? 

- Wyjedziecie do wuja Filipa. 

Melania wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. 

-  Wuj  Filip  zgodził  się  przyjąć  was  troje.  A  poza  tym  rodzina  powinna 

trzymać się razem. 

- W tym miejscu pani Rundle dobitnie pociągnęła nosem. 

-  Przecież  my  go  nawet  nie  znamy.  To  jedyny  brat  mamy,  ale  ich  drogi 

kiedyś  się  rozeszły.  -  Z  głębin  jakiejś  przypadkowej  uwagi,  rzuconej  w  odległej 

przeszłości,  Melania  wyłowiła  nazwisko.  -  Nazywa  się  Flower.  Panieńskie 

nazwisko mojej mamy brzmi Flower. 

- Adwokat powiada, że to dżentelmen w każdym calu. 

- Gdzie on mieszka?. 

- Tam gdzie zawsze, w Londynie. 

- Więc musimy wyjechać do Londynu. 

- Wszystko będzie dobrze, a ty przecież dorastasz. Będziesz miała dla siebie 

cały Londyn. Teatry. Tańce. - Po chwili pani Rundle przypomniała sobie właściwie 

słowo, zapamiętane z czasopism i romansów: - Soirĕes. 

- Co on robi? Kiedyś robił zabawki. 

-  I  nic  się  nie  zmieniło.  Ożenił  się,  więc  będzie  nad  wami  czuwać  kobieca 

dłoń. 

- Nie wiedziałam, że wuj Filip ma żonę. 

background image

-  Bo  w  dzisiejszych  czasach  kontakty  rodzinne  za  bardzo  się  rozluźniły!  - 

Pani Rundle nie spodobało się to, co powiedziała Melania. - Pomyśleć tylko, że nie 

wiesz,  że  twój  wujek  ma  żonę!  Przecież  to  mimo  wszystko  wasza  ciotka!  -  Pani 

Rundle błyskała stalowymi drutami. 

- Wszystko będzie tam nowe i obce. 

- Takie jest życie - powiedziała pani Rundle. - Będę za wami tęskniła i będę 

często  myślała  o  tym  maleństwie,  z  którego  wyrośnie  dziewczynka.  Jak  z  ciebie 

młoda kobieta. 

Melania zwiesiła głowę, tak, że warkocze opadły jej na twarz. 

- Była pani dla nas bardzo dobra. 

- Oczywiście pomogę się wam pakować. 

- A kiedy... - Melania przełknęła ślinę -... kiedy wyjeżdżamy? 

- Już niedługo. 

Był październik - rześki, mglisty, złocisty październik, kiedy światło staje się 

słodkie i ciężkie. Stali w progu, czekając na taksówkę. Na ramionach mieli czarne 

opaski,  a  w  dłoniach  walizki,  niczym  zapomniani  pasażerowie  rozbitego  statku, 

którzy  ściskają  kilka  uratowanych  przypadkowo  przedmiotów,  wpatrując  się  z 

przerażeniem we wzburzone morze, na którego łaskę muszą się zdać. 

Może już nigdy nie zobaczę tego domu! - pomyślała Melania. Pożegnanie ze 

starym  domostwem  było  wielkim  przeżyciem,  tak  wielkim,  że  właściwie  nie 

potrafiła go pojąć. Odczuwała tylko nieokreślony żal. Różany wianek wisiał wciąż 

na jabłoni, sponiewierany już nieco przez deszcz i wiatr. 

Pani  Rundle  kolejno  żegnała  dzieci  wilgotnym  pocałunkiem.  Ona  też 

wyjeżdżała tego samego dnia. Ubrała się swój najlepszy czarny płócienny płaszcz. 

Włożyła  starannie  pocerowane  płócienne  rękawiczki  i  mocne,  wygodne, 

sznurowane  trzewiki.  Kot  spał  w  koszyku  stojącym  obok  kufra.  Jej  nowy 

background image

chlebodawca miał po nią przyjechać samochodem. To koniec ich znajomości. Pani 

Rundle należy już do innego domu i do innych ludzi. 

- Ojej - powiedziała nagle Melania. - Szkoła. - Przypomniała sobie o szkole 

na  widok  kufra,  bo  do  tej  pory  o  niej  nie  myślała.  Ale  przecież  ona  i  Jonatan 

powinni wrócić do szkoły, a Wiktoria rozpocząć demokratycznie naukę w wiejskiej 

szkółce dla młodszych dzieci i maluchów obojga pici. 

-  Wuj  Filip  wszystkiego  dopilnuje  -  zapewniła  pani  Rundle.  -  Pamiętaj, 

opiekuj się dziećmi podczas podróży i kup im jakieś słodycze i komiks do pociągu. 

- Pani Rundle zaczęła grzebać wśród fiolek z aspiryną, spinek do włosów i rulonów 

miętówek na trawienie, które nosiła w czarnej pękatej torebce ze sztucznej skóry. - 

Weź to. - Jednofuntowy banknot w prezencie pożegnalnym. 

Potem  przyjechała  taksówka.  Czy  kierowca,  konduktor  na  dworcu  i 

pasażerowie  stojący  na  peronie  wyczuwali,  że  te  dzieci  są  inne,  i  czy  na  widok 

czarnych  opasek  nie  uśmiechali  się...  nie,  nie  smutno,  raczej  domyślnie,  chcąc 

dodać  im  otuchy  i  okazać  współczucie?  Melanii  wydawało  się,  że  tak,  dlatego 

zamarła  na  pierwsze  tchnienie  litości,  ze  wszystkich  sił  starając  się  zachować 

zimną krew. Mała mamusia. 

Odpowiadam  za  nich,  pomyślała,  kiedy  już  siedzieli  w  pociągu.  Wiktoria 

ściągnęła poduszki z foteli, żeby zobaczyć, co jest pod spodem, a Jonatan oglądał 

uważnie diagram olinowania szkunera. Nie jestem już wolnym strzelcem, przyszło 

Melanii do głowy. 

Na  głowę  dziewczynki  wylał  się  czarny  kubeł  nieszczęścia.  Pomyślała,  że 

jakaś  jej  część  umarła,  że  zginął  delikatny,  rozkwitający  fragment  jej  jestestwa  - 

ukoronowana stokrotkami dziewczyna, która zostanie tutaj, żeby straszyć w swoim 

starym  domu,  by  zjawiać  się  w  lustrach,  gdzie  nowy  właściciel  będzie  się 

spodziewał  ujrzeć  własne  odbicie,  a  ciemną  nocą  pobłyskiwać  bielą  z  kłującego 

rdzenia  jabłoni.  Jak  gdyby  amputowano  jakąś  jej  cząstkę,  nie  umiała  jeszcze 

background image

przywyknąć do myśli, że coś odeszło i zginęło na zawsze, jak jej rodzice, których 

szczątki leżały rozrzucone gdzieś na pustym w Newadzie. Rutynowy lot na liniach 

wewnętrznych.  Nieprzewidziany  szkwał.  Awaria  silnika.  Wśród  zabitych  jest 

dwoje  Brytyjczyków.  Z  żalem  informujemy  o  śmierci  wybitnego  pisarza.  I  jego 

małżonki. 

Mamusiu. 

Nie, matko. Teraz, kiedy umarła, określajmy  ją czcigodnym  mianem  matki. 

Matka  i  ojciec  nie  żyją,  a  my  zostaliśmy  sierotami.  I  w  słowie  „sieroty” 

pobrzmiewa  czcigodna  nuta.  Melania  dotąd  nie  znała  nawet  żadnej  sieroty  i  teraz 

nagle sama została sierotą. Jak Jane Eyre. Tylko że z bratem i siostrą, którymi musi 

się zaopiekować, bo oprócz niej nie mają już nikogo. „Londyn! Londyn!” - wolała 

Wiktoria  za  każdym  razem,  kiedy  powolny,  osobowy,  bukoliczny  pociąg 

zatrzymywał  się  na  jakiejś sennej  wiejskiej  stacji, na której  wzdłuż  torów pieniła 

się dzika pietruszka, albo po prostu nigdzie, pośród pól, żeby trochę odpocząć. 

-  Nie  poznają  nas  na  dworcu  w  Londynie  -  odezwał  się  nagle  Jonatan.  - 

Przecież nigdy się nie widzieliśmy. 

-  Łatwo  zauważyć  troje  dzieci,  które  podróżują  bez  opieki  -  odpowiedziała 

Melania. 

Pociąg  był  czymś  w  rodzaju  czyśćca,  okresem  wyczekiwania  pomiędzy 

znaną i dokonaną przeszłością a nieodgadnionym czasem przyszłym, który jeszcze 

nie  nastąpił.  Podróż  trwała  długo.  Jonatan  wpatrywał  się  przez  okno  w  pejzaż, 

który  Melania  widziała  zupełnie  inaczej.  Wiktoria  w  końcu  zasnęła,  nie  widziała 

rozległych przedmieść Londynu i nie obudziła się, gdy pociąg stanął w końcu pod 

łukowatym  sklepieniem  pełnej  ech  stacji  końcowej.  Melania  zdrętwiała,  a  jej 

obolałe ciało kryły pyłki sadzy. Czuła się dziwnie zmarznięta i zbierało się jej na 

nudności, ale zagryzła stanowczo wargi i wzięła cały bagaż. 

- Jonatan - powiedziała. - Musisz nieść Wiktorię. 

background image

Jonatan  zastanawiał  się  nad  tą  propozycją,  trzymał,  bowiem  w  dłoniach 

własny ważny pakunek. 

-  Wolałbym  raczej  nieść  model,  nad  którym  pracuję,  bo  inaczej  mógłby 

doznać uszkodzeń - odparł rozsądnie. 

Melania zrozumiała, że spór z Jonatanem nie ma najmniejszego sensu. 

- No, więc ja ją poniosę i weźmiemy bagażowego. 

Wiktoria  była  dzieciakiem  wielkim  i  masywnym  jak  kloc,  toteż  ramiona 

Melanii  niemal  trzeszczały  pod  jej  ciężarem.  Bezradnie  potrącana  w  tłumie, 

Melania  rozglądała  się  po  peronie.  Nie  widziała  wolnych  bagażowych.  A  gdzie 

podziewał się wuj Filip? 

Wtedy zwróciła uwagę na dwóch młodzieńców, którzy stali oparci o tablicę 

reklamową  i  niespiesznymi,  leniwymi,  wiejskimi  ruchami  podnosili  do  ust 

tekturowe  kubeczki  z  herbatą.  Melanii  spodobał  się  ich  spokój.  Tworzyli  wokół 

siebie  jakby  własne  środowisko.  Choć  widać  było  za  nimi  wysoką  na  sześć  stóp 

butelkę  piwa  z  wypisanym  czerwonymi  literami  hasłem:  „Napój  prawdziwego 

mężczyzny!”,  młodzieńcy  kładli  się  na  niej  obrazem  milczącej,  kamienistej  wsi, 

gdzie  wiatr  niesie  zawsze  zapach  deszczu,  a  ptaki  śpiewają  rzadko.  Twardzi,  ale 

łagodni  ludzie.  Byli  wieśniakami  w  innym  sensie  niż  Melania,  choć  ona  przed 

chwilą przyjechała tu z zielonych pól, a oni, być może, mieszkali w Londynie od 

urodzenia. Byli braćmi. 

To  rzucało  się  w  oczy,  mimo  że  różniło  ich  rażące  niepodobieństwo  - 

przypominali  dwa  różne  ubrania,  skrojone  pewnego  razu  z  tego  samego  sukna. 

Młodszy  mógł  mieć  jakieś  dziewiętnaście  lat,  był  tylko  o  kilka  cali  wyższy  od 

Melanii  i  nosił  długie,  jasnorude  włosy,  które  opadały  na  kołnierz  granatowej 

kurtki  wojskowego  kroju,  ozdobionej  pagonami  i  mosiężnymi  guzikami.  Biodra 

opinały  mu  sprane,  łysiejące  sztruksy,  tak  obcisłe,  że  aż  pomarszczone.  Jego 

ubranie  wyglądało,  jak  gdyby  przybłąkało  się  tu  z  jakiejś  parafialnej  skrzyni  z 

background image

darami  dla  ubogich.  Twarz  przypominała  oblicze  Głupiego  Jasia  z  bajki  -  miał 

wystające  kości  policzkowe  i  skośne  oczy,  z  których  prawe  spoglądało  lekkim 

zezem,  toteż  jego  spojrzenie  było  niepokojąco  rozwarte.  Chłopak  oddychał 

miękkimi, różowymi jak kwiat ustami. Uśmiechnął się szeroko bez powodu, choć 

może  przyczyną  uśmiechu  był  jakiś  tajemny  żart.  W  jego  ruchach  widać  było 

elastyczność  i  niezwykły  wdzięk,  kiedy  podnosił  kubek  do  ust  roziskrzonym, 

poetyckim gestem. 

Towarzysz  młodzieńca  był  jakby  tym  samym  mężczyzną,  tylko 

znieruchomiałym  i  w  starszym  wieku,  w  przyszłości.  Wyższy  i  szerszy  w 

ramionach,  niezgrabnej  budowy,  o  pobrużdżonej,  beznamiętnej  twarzy.  Wyglądał 

na  zabijakę.  Miał na  sobie  ciemnoniebieską  marynarkę  w paski, takież  spodnie o 

wystrzępionych  mankietach  i  beżowo-brązową  koszulę,  z  tych,  na  których  to 

podobno  nie  widać  brudu.  Brązowo-błękitny  krawat  przebił  szpilką  w  kształcie 

harfy.  Za  uchem  mężczyzny  tkwił  zgaszony,  wypalony  do  połowy  skręt, 

rozpadający się na strzępy bibułki i skrawki tytoniu. 

Popijali herbatę, nie rozmawiając ze sobą. Stali w miejscu, choć wokół nich 

wirował  dworcowy  ruch.  Wtopili  się  jakby  w  milczenie  i  nie  wyrażali  żadnych 

uczuć. 

Kiedy  młodszy  skończył,  przerzucił  kubeczek  nad  tablicą  reklamową 

lirycznym,  łukowatym  gestem  dyskobola,  a  potem  otarł  usta  wierzchem  dłoni. 

Przyglądał  się  uważnie  pociągowi,  omiatając  go  na  całej  długości  leniwym, 

szerokim,  kosym  spojrzeniem.  Oczy  miał  dziwnie  szarozielone,  a  jego  wzrok 

koloru  Atlantyku  zalał  Melanię  niczym  fala,  więc  zanurzyła  się  w  jego  oceanie. 

Gdyby  to  była  woda,  przemokłaby  do  suchej  nitki.  Chłopak  dotknął  ramienia 

swojego towarzysza, a wtedy tamten odstawił od razu kubek i obaj podeszli do niej. 

Pierwszy  poruszał  się  niczym  wiatr  w  gałęziach  drzew,  ruchy  drugiego 

przywodziły  raczej  na  myśl  rozpadającą  się  wieżę  -  maszerował  ryzykownym, 

background image

nieskoordynowanym krokiem i wydawało się, że każdy nieostrożny ruch naprzód 

grozi  mężczyźnie  upadkiem,  choć  zaraz  podrywał  się  sztywno  i  prostował, 

chwiejąc  się  przez  chwilę  na  piętach  przed  każdym  następnym,  niepewnym 

stąpnięciem. Chłopak uśmiechnął się i wyciągnął do niej ręce na powitanie, ale na 

twarzy  drugiego  nie  widać  było  uśmiechu.  Melania  zrozumiała,  że  idą  ku  niej,  i 

drgnęła, przestraszona. 

Zupełnie  zdumiał  ją  widok  tych  dwóch  nieznajomych,  spodziewała  się 

bowiem  zobaczyć  starca  w  kowbojskim  kapeluszu,  mężczyznę  o  czamo-białej 

twarzy z fotografii. Przez myśl przebiegały jej blade wspomnienia zamieszczanych 

w  niedzielnych  gazetach  opowieści  o  mężczyznach,  którzy  nawiedzają  większe 

dworce  Londynu,  by  stręczyć  młode  dziewczyny  do  nierządu,  ale  chłopak 

powiedział: 

- Ty pewnie jesteś Melania. 

Wiedzieli,  jak  się  nazywa,  więc  wszystko  było  w  porządku.  Melania 

widziała, że chłopak porusza ustami - wciąż mówił, ale jego niezwykle cichy głos 

ginął w gwiździe pociągu. 

- Tak - odpowiedziała. - Mam na imię Melania. 

-  Daj,  ja  wezmę  to  dziecko.  -  Chłopak  mówił  ze  słabym,  ale 

rozpoznawalnym  irlandzkim  zaśpiewem.  Musiała  się  pochylić,  żeby  słyszeć,  co 

mówi. Z wdzięcznością oddała mu Wiktorię i rozprostowała zdrętwiałe ramiona. 

Od  strony  pociągu  nadchodził  Jonatan  wraz  z  bagażowym,  obładowanym 

ekwipunkiem dzieci. 

-  Ten pan  wszedł  do  przedziału, od  razu z  korytarza, i powiedział:  „Widzę, 

że  potrzebna  panu  pomoc”  -  wyjaśnił  Jonatan,  po  czym  dodał:  -  Powiedział  do 

mnie „pan”! O rany! 

- To jest Jonatan - przedstawiła brata Melania. - A mała ma na imię Wiktoria. 

background image

-  Ja  się  nazywam  Finn  -  odpowiedział  chłopak.  -  A  to  jest  Francie.  Finn  i 

Francie Jowle’owie. Miło mi cię poznać. 

Bracia uścisnęli dłonie Melanii i Jonatanowi w krępująco oficjalny sposób, 

choć Finn musiał w tym celu niebezpiecznie manipulować trzymaną w ramionach 

Wiktorią. 

- Ale kim wy jesteście? - zapytała Melania. 

-  Twoja  ciotka,  Małgorzata,  jest  naszą  siostrą  -  odpowiedział  Finn.  -  Więc 

my  w  pewnym  sensie  jesteśmy  twoimi  wujami.  -  Uśmiechnął  się  szeroko 

swobodnym, lisim uśmiechem, odsłaniając pożółkłe i nierówne zęby. 

- To niemożliwe. Jesteście Irlandczykami! 

- O ile wiem, żadne prawo nikomu nie zabrania być Irlandczykiem  - odparł 

Finn tak łagodnie, że Melania zawstydziła się. 

Wiktoria poruszyła się w ramionach chłopaka. Finn powiedział coś do niej, a 

dziewczynka wtuliła twarz w jego błękitną pierś i znów zasnęła, jeszcze głębiej niż 

przedtem.  A  więc  Finn  ma  na  sobie  starą  kurtkę  strażacką.  Melanię  przebiegł 

dreszcz zdziwienia, kiedy ruszyli na postój taksówek bezładną procesją. 

-  To  bardzo  daleko,  jak  na  jazdę  taksówką,  ale  twój  wujek  uparł  się  i  dal 

Franciemu pieniądze - powiedział Finn. - Bo wiesz, mnie nie chciał ich powierzyć - 

dodał i znów się uśmiechnął.  

-  Miałam  jednego  funta,  ale  kupiłam  już  za  niego  mleko  i  czekoladę  z 

orzechami. 

- Wydałaś całego funta na czekoladę? 

- I czasopisma. Na drogę. Kupiłam  „Morskie Bryzy” dla Jonatana i rocznik 

„Beano” dla Wiktorii. Chciałam ich czymś zająć, rozumiesz. 

- Mimo to dużo wydałaś - zauważył Finn. 

background image

Melania wcisnęła się do samochodu obok niego, z jej drugiej strony usiadł 

milczący i monolityczny Francie, a Jonatan zajął miejsce na rozkładanym krzesełku 

naprzeciwko nich. Obok sunął Londyn, ale Melania nie przyglądała się miastu. 

- Jowle? - zapytała z wahaniem. 

- Jowle. 

- Nie wygląda na irlandzkie nazwisko - powiedziała. 

- Być może. Jest takie, jakie jest, 

Potem  zapadła  cisza  i  Melania  poczuła  zapach  tych  mężczyzn.  Przez  kilka 

chwil nie umiała ustalić źródła woni, nie spodziewała się, bowiem, że bracia są tak 

brudni.  Siedziała  wgnieciona  między  nich  i  zapach  wypełniał  jej  nozdrza,  tak,  że 

Melania niemal się nim dławiła. Dławiło ją również przerażenie, nigdy dotąd nie 

siedziała,  bowiem  tak  blisko  cuchnących  ludzi.  Obaj  wydzielali  wściekły, 

zwierzęcy  odór  niemytych  ciał,  a  Finn  śmierdział  na  dodatek  farbą  i  terpentyną, 

nakładającą  się  na  zapach  ubóstwa  ze  slumsów.  Zauważyła,  że  kołnierzyk 

Franciego  otacza  pierścień  brudu,  a  Francie  ma  brudną  szyję.  Szyi  Finna  nie 

widziała, bo zasłaniały ją włosy. 

Wszystkie  jej  piętnaście  wyczesanych  i  wyszorowanych  lat  powróciło  do 

niej  nieskończonym  łańcuchem  pryszniców,  szamponów  i  czystej  bielizny  - 

procesją  kąpieli  w  wannie,  w  której  się  myła,  i  szeregiem  śliskich  kostek  mydła, 

rozpływających  się  w  nicość,  gdy  tarła  nimi  ciało.  Usiłowała  przywołać 

wspomnienie  gorącej  wody  pełnej  piany,  by  uchronić  się  przed  smrodem,  ale 

bezskutecznie.  Ta  jazda  z  pewnością  nigdy  się  nie  skończy,  a  ona  nigdy  już  nie 

wyjdzie  na  świeże  powietrze.  Taksometr  nieubłaganymi  tyknięciami  odmierzał 

kolejne  szylingi.  Jonatan  przez  chwilę  przyglądał  się  z  podziwem  urządzeniu,  jak 

gdyby szanując jego zuchwalstwo, obciążające ich tak wysoką opłatą. 

- Czy to jeszcze daleko? - zapytała Melania cichym, zdławionym głosem. 

- Jeszcze trochę - powiedział nieobecnym głosem Finn. 

background image

O  czym  myślał?  Z  profilu  wyglądał  dziko  i  ekscentrycznie  -  jego  nos 

przypominał ptasi dziób, a oczy zakryły mu ciężkie kaptury powiek. 

-  Ściemnia  się  -  powiedziała  Melania,  bo  światło  wyciekło  z  ulic,  a  twarz 

Jonatana migotała i rozpuszczała się w kałuży mroku w taksówce. 

-  Będzie  jeszcze  ciemniej  -  odparł  Finn.  Jego  głos  nieoczekiwanie  stal  się 

cieplejszy, jak gdyby Melania natrafiła na tajemne hasło, mogące przeprowadzić ją 

bezpiecznie  po  ostrym  jak  klinga  szabli  moście  do  zamku  Corbenic.  [Corbenic  - 

zamek  Sinobrodego,  bohatera  jednej  z  najsłynniejszych  bajek  Perraulta  i  jej 

transkrypcji  w  wersji  braci  Grimm.  Aluzje  do  niej  powtarzają  się  odtąd  w 

„Magicznym  sklepie...”  wielokrotnie  (przyp.  tłum.).]  Francie  odwrócił  głowę, 

wykrzywiając mocno zaciśnięte usta w archaicznym uśmiechu terakotowej figurki 

z  czasów  starożytnej  Grecji.  Z  jego  wzburzonej  marynarki  dobiegł  stęchły 

podmuch. 

- Wiesz coś o swojej ciotce? - zapytał Finn. 

- No tak. Ciotka Małgorzata. To wasza siostra. 

-  Ale  czy  wiesz, że...  -  Finn  urwał.  Bracia  wymienili  w  mroku dwuznaczne 

spojrzenie, pobłyskując do siebie białkami oczu. 

- Jest niema - powiedział Francie, odzywając się po raz pierwszy. Glos miał 

apatyczny  i  chrapliwy.  Zaczął nucić  jakąś  melodię  i zajął  się  zręcznie skręcaniem 

papierosa. Nie musiał patrzeć, co robi. 

- Jak to: niema? - zapytała ze zdziwieniem Melania. 

- Nie potrafi wyrzec ani słowa - odrzekł Finn. - Ach, powinni cię byli o tym 

uprzedzić. To straszne nieszczęście. Spadło na nią w dzień ślubu, jak przekleństwo. 

Znaczy ta niemota. 

Francie przerwał rolowanie papierosa i zmarszczył brwi, jak gdyby jego brat 

powiedział za dużo, ale Melania tego nie zauważyła. Nieznana ciotka była cieniem 

background image

w  jej  myślach,  wiotkim  uzupełnieniem  wyrabiającego  zabawki  wujka.  Ale  teraz 

stała się konkretna, ponieważ posiadała pewną cechę. Niemotę. 

- To okropne! - rzekła wstrząśnięta. 

-  Jesteśmy  do  siebie  bardzo  przywiązani  -  oznajmił  Francie.  -  Cała  nasza 

trójka. Rodzeństwo powinno żyć ze sobą blisko. 

-  Małgorzata  kapitalnie  gotuje  -  dodał  Finn,  najwyraźniej  na  pociechę.  -  1 

piecze świetne ciasta! 

- Czy często robi pudding? - zapytał Jonatan. 

- Raczej rzadko - odparł Finn po chwili namysłu. 

-  To  dobrze  -  orzekł  Jonatan.  Zapewne  i  on  zauważył  jednak,  i  w  końcu 

znienawidził, niekończące się chlebowe puddingi pani Rundle. 

Taksówka pięła się w górę nędznymi, szarymi ulicami, na które tu i ówdzie z 

postrzępionych,  październikowych  drzew  spadały  smutne  liście,  wprost  w 

gęstniejącą, owczo białą i skłębioną mgłę. Melancholijny, południowy Londyn, dla 

którego nastały ostatnio złe czasy. 

- Jesteśmy już prawie w domu - powiedział Finn i nagle Melania mimo woli 

rozpłakała się. Finn położył jej dłoń na kolanie i powiedział cicho: 

- My też tu mieszkamy, odkąd umarli nasi rodzice. 

- Czyli wszyscy jesteśmy sierotami! 

- Tak, płyniemy jakby na tej samej łodzi. 

-  Na  łodzi  -  powtórzył  niespodziewanie  Jonatan.  Wjechali  na  otwartą 

przestrzeń  w  kształcie  klina,  na  wysokie  wzgórze,  gdzie  przyciągała  wzrok 

cudaczna latryna publiczna, zdobiona rokokową obwódką z kutego żelaza z czasów 

wiktoriańskich.  Nad  latryną  zwieszał  się  zmęczony  jawor  z  przywodzący  mi  na 

myśl chorobę skóry białymi plamami na pniu. Widać było liczne sklepy, już jasno 

oświetlone.  Owocarnia,  gdzie  sztuczna  trawa  biegła  zielenią  wzdłuż  szyb,  za 

którymi  lśniły  kopce  pomarańczy,  więziła  ich  maleńkie,  zimowe  słońca,  a  także 

background image

wyciągające  się  na  oślep,  cętkowane  kiście  bananów,  jakieś  olbrzymie, 

pomarszczone zielone róże, które z bliska okazały się włoską kapustą, i pąki koloru 

kordiału  z  czarnej  porzeczki,  czyli  główki  czerwonej  kapusty,  przeznaczonej  do 

gotowania  w  zalewie  octowej.  Dalej  był  sklep  rzeźniczy,  a  w  nim  mężczyzna  o 

siwej  głowie,  w  niebieskim  fartuchu  i  splamionym  krwią,  płaskim,  słomianym 

kapeluszu.  Mężczyzna  sięgał  po  parówki  zwisające  z  marmurowej  płyty  między 

dwiema  rozkołysanymi  tuszami  baranimi.  Potem  sklep  ze  słodyczami,  pełen 

krakersów  i  cukierków  w  świątecznych  opakowaniach,  zdobionych  wizerunkami 

reniferów  i  gałązkami  ostrokrzewu.  Na  wystawie  stał  już  Święty  Mikołaj  z 

karbowanej bibuły, rozpychający się wraz z rzymskimi świecami, czarodziejskimi 

fontannami  i  innymi  fajerwerkami  przed  świętem  piątego  listopada.  [Święto 

upamiętniające  nieudany  spisek  prochowy  1605  roku,  kiedy  to  udaremniono 

wysadzenie w powietrze parlamentu brytyjskiego i króla Jakuba I. Spisek miał na 

celu przechwycenie władzy i przywrócenie katolicyzmu (przyp.tłum.).] 

I  kolejne  sklepy.  Sklep  ze  starzyzną,  w  którym  w  otoczeniu  rozmaitych 

rupieci siedziała nad  kuchenką naftową  zwiędła, blada  kobieta,  robiąc  na drutach 

wśród dzbanków, świeczników, kilku książek, zapadłego krzesła, kulawego stolika 

i  obtłuczonego  emaliowanego  pojemnika  na  chleb,  pełnego  rozbitych  spodków. 

Nowy sklep meblowy, na które go wystawie stał złożony z kanapy i dwóch foteli 

komplet,  obity  pluszową  tkaniną,  a  obok  lśniący  niczym  toffi  barek.  Wszystkie 

sklepy mieściły się na parterach wysokich starych domów, i miały szyldy wypisane 

zakręconymi,  staromodnymi  literami,  z  wyjątkiem  sklepu  meblowego,  który 

pomrugiwał uszkodzonym neonem „Wszystko dla omu”. 

- Może być - oznajmił Finn taksówkarzowi obok ubikacji; a Francie odliczył 

banknoty z grubej: ale wytłuszczonej rolki. 

- Gdzie jest dom wuja? - spytała Melania. 

- W sklepie. Mieszkamy nad sklepem. O, tam. 

background image

Pomiędzy  podupadłym,  zabitym  deskami  sklepem  jubilera  i  sklepem 

spożywczym  o  wystawie  pełnej  słonecznych  płatków  kukurydzianych  mieścił  się 

sklep przypominający mroczną jaskinię. Tak mamie go oświetlono, że z początku z 

trudem dawał się w ogóle zauważyć, ponieważ chylił szczyt pod położonym wyżej 

mieszkaniem.  W  jaskini  widać  było  rozmazane  kontury  konika  na  biegunach  i 

nieco  ostrzejszy  szkarłat  jego  jaskrawych  nozdrzy,  a  także  wiszące  na  sznurkach 

marionetki o sztywnych członkach, pomalowane nasyconymi, ciemnymi barwami, 

ale brązowy lakier konika wraz ze śliwkowymi i fioletowymi kolorami marionetek 

tworzył wspólnie ciemność, za którą niewiele udawało się zobaczyć. 

Nad  drzwiami  wisiał  szyld  głoszący  „Zabawki  Filip  Flower  Unikaty”, 

ciemnoczerwone  litery  na  czekoladowym  tle.  W  drzwiach,  pod  kartką  „Otwarte”, 

wypisaną  pochyłym  charakterem  pisma,  tkwiła  mniejsza  od  niej  wizytówka 

„Francis K. Jowle. Skrzypce. Gigi i inne tańce. Tchnienie dawnej Irlandii. Usługi 

dla  ludności.  Honoraria  umiarkowane”.  Poniżej  widniała  biała  koniczynka  i 

dopisek ołówkiem: „Pytać w sklepie”. 

Finn pchnął drzwi, które utknęły na chwilę na grubej wycieraczce, jak gdyby 

nie chciały ich wpuścić. W górze zabrzęczał gniewnie dzwonek, a siedząca dotąd 

na  żerdce  nad  kontuarem  jasnoróźowa  papużka  wzleciała  w  górę,  wrzeszcząc 

wyzywająco.  Ptak  uwiązany  był  jednak  na  łańcuszku  i  zaraz  opadł  w  dół, 

trzepocząc skrzydłami. Za długą ladą z lśniącego czerwonobrązowego drewna stały 

półki,  na  których  piętrzyły  się  stosy  kartonowych  pudeł  i  mrowie  kolorowych 

paczek  o  dziwnych  kształtach.  Ale  było  tu  równie  ciemno  jak  na  wystawie, 

oddzielonej  od  wnętrza  zakurzoną  kasztanową  zasłoną  z  aksamitu.  W  sklepie  nie 

było nikogo oprócz papużki. Na kontuarze leżał notatnik i długopis. 

No  tak,  pomyślała  Melania.  W  ten  sposób  ciotka  Małgorzata  może 

sprzedawać zabawki, wypisując klientom ceny, bo jest przecież niema. 

Słowo "niema" huczało w jej głowie jak dzwon. 

background image

- Ptak ma na imię Joey - powiedział Finn. - W pewnym sensie to on pilnuje 

sklepu. 

„Nie sprzedam” - szczeknęła papużka. 

Wiktoria  uniosła  śpiącą  główkę  i  spojrzała  ze  zdumieniem  na  ptaka.  Finn 

nadal  dźwigał  dziewczynkę,  nie  wykazując  żadnych  oznak  zmęczenia.  Choć 

szczupły, był chyba silny. 

Otworzyły  się  drzwi  i  z  zaplecza  wpadło  do  wnętrza  światło  tak  jasne  i 

nieoczekiwane,  że  aż  ich  oślepiło.  Ciotka  Małgorzata.  Światło,  przeświecające 

poprzez jej niedbale zebrane w kształt stogu siana włosy, rozpalało je i można było 

pomyśleć, że da się przy nich ogrzać ręce. Małgorzata była ruda, bardziej ruda niż 

Finn albo Francie. Miała rude brwi, które wyglądały, jakby podmalowano je grubą 

kreską czerwonego tuszu, ale twarz bezbarwną, bo na policzkach ani wargach nie 

było widać, choć by śladu krwi. Była boleśnie chuda. Wysokie, jak u wszystkich 

członków  jej  rodziny,  kości  policzkowe  sterczały  sztywno  w  wymizerowanej 

twarzy, a wąskie ramiona rozpychały tkaninę swetra niczym kościste skrzydła. 

Ciotka  Małgorzata ubierała  się na  czarno,  podobnie  jak pani Rundle  - tego 

dnia  miała  na  sobie  bezkształtny  sweter,  zniszczoną  spódnicę,  czarne  pończochy 

(na pięcie jednej z nich widniało duże oczko) i znoszone czarne pantofle, klapiące 

przeraźliwie  o  podłogę  przy  każdym  kroku.  Uśmiechnęła  się  nerwowym,  jakby 

głodnym  uśmiechem,  otwierając  na  powitanie  ramiona,  podobnie  jak  przedtem 

Finn,  który  teraz  podał  jej  Wiktorię.  Ciotka  westchnęła  i  zamknęła  dziecko  w 

konwulsyjnym,  niewprawnym  uścisku  kobiety,  która  wbrew  swoim  pragnieniom 

nie ma własnych dzieci. Melania zastanawiała się, w jakim wieku jest ciotka, ale w 

żaden  sposób  nie  mogła  tego  odgadnąć:  Małgorzata  mogła  mieć  równie  dobrze 

dwadzieścia pięć, jak i czterdzieści lat. 

- Idźcie z nią na zaplecze - zwrócił się Finn do Melanii i Jonatana. - Francie i 

ja zaniesiemy bagaże do pokojów. 

background image

W  małym  saloniku  na  zapleczu  podsycany  węglem  ogień  pluł  w  komin 

żółtymi płomieniami, których wściekłość podkreślała ciasnota wąskiego paleniska 

z  czarnego  ołowiu.  Włączony  w  gniazdko  ścienne,  parował  elektryczny  czajnik, 

stojący na cynowej tacy w otoczeniu czekających w pogotowiu filiżanek. W rogu 

znajdowała  się  duża  złocona  klatka,  zawierająca  wypchane  ptaki  o  lśniących 

czarnych  piórach,  żółtych  dziobach  i  bystrych  małych  oczkach.  Ptaki  sprawiały 

niepokojące  wrażenie  żywych  i  Melania  myślała  przez  chwilę,  że  są  naprawdę 

żywe.  W  saloniku  stało  kilka  krzeseł  o  trzcinowych  siedziskach  i  prostych 

oparciach  oraz  jeden  tylko,  zapadnięty,  ale  wygodny  i  bardzo  stary  fotel,  obity 

skórą i okryty opadającą za podgłówek szydełkową narzutą, mającą zabezpieczać 

tapicerkę przed tłuszczem z włosów. Na gwoździu w ścianie wisiała wielka tablica 

z pojemnikiem na kredę. Na tablicy widniał wypisany białą kredą napis: „Witamy 

Melanię,  Jonatana  i  Wiktorię”,  otoczony  ozdobnymi,  błękitnymi  zawijasami. 

Melania  poczuła,  że  ma  kluchę  w  gardle  -  było  to  wzruszające  i  serdeczne 

powitanie. 

Ciotka  Małgorzata  wzięła  kredę  i  zaczęła  pisać:  „Zdejmijcie  płaszcze  i 

rozgośćcie  się.  Pilnuję  sklepu,  więc  przez  jakiś  czas  musimy  zostać  na  dole”. 

Melania  zauważyła,  że  wskazujący  palec  ciotki  pokryty  jest  sztywną  warstwą 

kredowego  pyłu.  Gdyby  mogła  mówić,  zapewne  okazałaby  się  rozmowna. 

Posadziła  Wiktorię  na  szerokim  krześle  i  zajęła  się  herbatą,  a  potem  wyjęła  z 

papierowej torby duże drożdżówki z kremem, po dwie dla każdego dziecka. 

- Naszym ostatnim posiłkiem było śniadanie - powiedział Jonatan. - Jedliśmy 

kiełbaski na bekonie. Oczywiście jeszcze w domu. 

-  Byliśmy  w  domu  -  powiedziała  Wiktoria,  która  zdążyła  umazać  sobie 

policzek  konfiturą  i  kremem.  -  Teraz  nie  ma  domu  -  dodała.  Jej  usta  utworzyły 

okrągłe  „O”  rozpaczy  na  falującym  tle  zmiażdżonej  już  częściowo  drożdżówki. 

background image

Ciotka  Małgorzata  znów  chwyciła  kredę,  wytarła  tablicę  wierzchem  dłoni  i 

nabazgrała szybko: „Teraz tu jest wasz dom!” 

- Ona nie umie czytać - powiedziała Melania.  

Wiktoria  zakwiliła.  Ciotka  Małgorzata  rozejrzała  się  za  czymś,  czym 

mogłaby  zabawić  dziecko,  i  przeszła  szybko  w  kąt  pokoju,  gdzie  stała  klatka. 

Pociągnęła  dźwignię  umieszczoną  u  podstawy,  a  wtedy  wszystkie  ptaki  zaczęły 

podskakiwać  i  świergotać,  na  przemian  otwierając  i  zamykając  dzioby. 

Oczarowana  w  jednej  chwili  Wiktoria  rozpromieniła  się  i  na  ich  oczach 

nieszczęśliwe  „O”  rozsunęło  się  w  szeroki  klin  żółto-różowego  uśmiechu 

Szczęśliwego Sambo. Wiktoria zaczęła klaskać, a ptaki podskakiwały i ćwierkały 

mniej  więcej  przez  dwie,  dwie  minuty.  Potem  mechanizm  osłabł,  a  ptaki 

podskakiwały coraz wolniej i bardziej ociężale, wydając zdyszany już świergot, bo 

opadały  z  sił.  Wiktoria  znów  zwiesiła  głowę,  ale  ciotka  Małgorzata  jeszcze  raz 

pociągnęła  dźwignię  i  ptaki  ponownie  ożyły,  podskakując  równie  żwawo,  jak 

przedtem. 

- To absolutnie niezwykle! - powiedziała Melania. 

Kobieta podbiegła do tablicy i napisała: „To twój wujek zrobił tę zabawkę”. 

- Na pewno jest bardzo utalentowany. 

„Zrobił ją na zamówienie. Już za nią zapłacono. Właściwie nie powinnam jej 

włączać”. Blade czoło ciotki zmarszczył niepokój. 

Ciotka Małgorzata sama przywodziła na myśl ptaka chaotycznymi ruchami i 

charakterystycznym  sposobem  kiwania  głową,  przypominającym  wróbla 

 

dziobiącego  okruszki.  Czarny  ptak  z  czerwonym  grzebieniem,  pozbawiony 

głosu.  Słysząc  rzewny,  mechaniczny  dźwięk,  papużka  zaczęła  głośno  trajkotać  - 

były  to  wściekle,  bezsensowne  sylaby,  niespójne  jakby  ze  złości, bo ptak uważał 

chyba, że zabawki go przedrzeźniają. Dom był więc pełen ptaków. 

background image

Bracia zeszli na herbatę, uśmiechając się do siostry. Nie potrzebowali słów, 

by  się  z  nią  porozumieć.  Małgorzata  pogładziła  Finna  po  rozwianych  włosach  i 

przytuliła  policzek  do  klapy  marynarki  Franciego.  Kochali  się  nawzajem  i  nie 

obchodziło ich, że inni to widzą. W niewielkim pokoju miłość rodzeństwa stała się 

niemal namacalna, ciepła jak ogień, mocna i kojąca jak osłodzona herbata. Melania 

na ich widok poczuła się gorzko samotna i niekochana, ale Finn podszedł do niej, 

usiadł  obok  i  podał  jej  następną  drożdżówkę  z  kremem,  którą  przyjęła  z 

zadowoleniem na znak przyjaźni, choć wcale nie chciała jeść. 

-  Tylko  żebyś  nie  zrezygnowała  z  kolacji,  bo  będzie  potrawka  z  królika  - 

powiedział Finn. - A żadna kobieta na świecie nie robi takiej potrawki, jak nasza 

Małgosia. Nie mam racji, Francie? 

Francie uśmiechnął się swoim archaicznym uśmiechem, a ciotka Małgorzata 

zaśmiała się bezgłośnie. 

-  Więc  zjemy  potrawkę  z  królika  i  zostawimy  kości  dla  psa  -  powiedział  z 

namysłem Finn. 

-  Ooo,  tu  jest  piesek?  -  zawołała,  podskakując,  Wiktoria.  -  Zawsze  chciała 

mieć  psa,  ale  mama...  matka  jej  nie  pozwalała.  Mówiła,  że  wszystkie  dzieci 

najpierw proszą o psy, a potem nie chcą się nimi opiekować. Albo chcą kota. 

- No, to Wiktoria jest teraz przynajmniej współwłaścicielką psa - powiedział 

Finn. 

Wszyscy  wypili  jeszcze  trochę  herbaty.  Jonatan  nie  interesował  się  ani 

pokojem,  ani  towarzystwem.  Siedział,  utkwiwszy  wzrok  w  ogromnych  falach, 

rozbijających się o koralowy atol gdzieś na niezmierzonym Pacyfiku. Fala rzuciła 

mu pod nogi butelkę toczącą się w skalnym basenie. Jonatan rozbił ją. W środku 

była  wiadomość,  którą  ze  zdumieniem  przeczytał.  Wiadomość  sprowokowała 

pytanie i chłopiec zapytał z oddali: 

- Kiedy spotkamy się z wujkiem? 

background image

-  Jutro  -  odpowiedział  skwapliwie  Finn.  -  Musiał  dziś  niespodziewanie 

wyjechać, dlatego Francie i ja odebraliśmy was z dworca zamiast niego. 

Dlaczego  odzywał  się  wyłącznie  Finn?  Bo  ciotka  Małgorzata  nie  mogła,  a 

Francie  nie  chciał  mówić.  Finn  pokazał  Melanii  i  Jonatanowi  przeznaczone  dla 

nich  pokoje.  Jonatan  dostał  wysoki, przewiewny,  świeżo  bielony  strych  z  małym, 

żelaznym  łóżkiem,  okrytym  narzutą  z  pozszywanych  kwadratów  dzianiny, 

przypominającą  koce  dla  uchodźców.  Z  okna  w  dachu  roztaczał  się  widok  na 

wielką,  pełną  świateł,  łukowatą  dolinę,  przywodzącą  na  myśl  przepyszny, 

rozkwitający nocą kwietnik. 

- W dzień widać stąd katedrę Świętego Pawła - poinformował Finn. 

- To prawie jak bocianie gniazdo na statku - powiedział Jonatan. - Tylko, że 

z łóżkiem. 

Wzruszony Jonatan zdjął okulary i przetarł szkła chusteczką do nosa, już nie 

pierwszej  świeżości.  Czy  będziemy  mieli  tu  codziennie  czyste  chusteczki,  ot  tak, 

bez ceregieli? - zastanawiała się z niepokojem Melania. Nieosłonięte szkłami oczy 

Jonatana  pomrugiwaly  co  chwila,  nieprzyzwyczajone  do  otwartej  przestrzeni.  Od 

razu  zaczął  się  rozpakowywać.  Pokój  strasznie  mu  się  spodobał,  wyszli,  więc  i 

Melania została sam na sam z Finnem. 

Miała spać z Wiktorią piętro niżej, pod strychem Jonatana, w długim, niskim 

pokoju,  wyłożonym  tapetą  w  duże,  szkarłatne  róże.  Melanii  przypadło  lśniące 

mosiężne  łóżko,  pod  którym  stał  krągły,  brzuchaty  nocnik.  Jego  dno  pokrywała 

warstwa kurzu - nie używano go od dawna i przeznaczony był zapewne na  pokaz. 

Melania obiecała sobie, że nie będzie go używała. Ubrania mogły trzymać w szafie 

pachnącej  kulkami  na  mole.  Obok  stała  pomalowana  na  jasnoniebieski  kolor 

komódka, oklejona dla ozdoby wizerunkami kwiatów powycinanych z torebek po 

nasionach. Nad kominkiem wisiała w bambusowej ramce reprodukcja „Światłości 

świata”. W pokoju nie było lustra. W niebieskim japońskim lampionie w kształcie 

background image

kuli tkwiła elektryczna żarówka, którą oplatały zielone mątwy, światło  było, więc 

zimne i krzykliwie kolorowe. Na parapecie stała pelargonia w doniczce, kwitnąca 

różowym  kwieciem  mimo  jesiennej  pory.  Zasłony  były  w  biało-niebieską  kratę. 

Melania  wyjrzała  przez  okno  i  zobaczyła  daleko  w  dole  maleńką,  obwiedzioną 

murem miejską dżunglę ogrodową, utworzoną ze splątanych zarośli. 

- Przepraszam - powiedziała, otwierając walizkę, by wyjąć misia Edwarda. 

Poczuła  się  lepiej,  kiedy  go  położyła  na  poduszce.  Mieszkała  z  misiem 

Edwardem  od  dziesięciu  lat.  Finn  zapalił  papierosa  i  oparł  się  o  komódkę,  która 

przechyliła się pod jego ciężarem. Melania chciała, żeby Finn sobie poszedł. 

- Piękny miś - powiedział, żeby zagaić rozmowę. Jego głos wznosił się nieco 

nad wpadający przez okno słaby szum ulicznego ruchu Londynu. 

-  Zabawka  z  dawnych  lat  -  wyjaśniła  Melania,  zatapiając  dłonie  w 

rozstępującym się pod jej dotykiem futrem misia Edwarda. 

- Nie jesteś za duża na pluszowe zabawki, Melanio? 

- Mam piętnaście lat. Szesnaście skończę w styczniu. 

-  W  styczniu.  Duża  urosłaś  jak  na  piętnaście  lat.  Finn  znów  uśmiechnął  się 

niemrawo,  a  jego  zezowate  oczy  sunęły  i  pełzły  jak  rtęć  na  talerzu.  Melania 

zauważyła  ostry  koniuszek  języka  między  jego  zębami.  Finn  strzepnął  popiół  z 

papierosa  na  podłogę,  a  skręt  jego  dłoni  w  przegubie  był  muzycznym  akordem, 

doskonałym i zdecydowanym. Melania spostrzegła nagle, że trudno jej oddychać. 

Finn  przystroił  się  w  męskość  jak  w  ekstrawagancki  płaszcz.  Był  płowym 

lwem,  gotującym  się  do skoku  - czy  to  ona  miała  być  jego ofiarą?  Przypomniała 

sobie  stworzonego  na  podstawie  książek  i  wierszy  kochanka,  o  którym  marzyła 

całe lato - zgniótł się jak papier, z którego był zrobiony, w obliczu tej bezczelnej, 

bezceremonialnej,  przerażającej  męskości,  której  odór  wypełniał  cały  pokój.  Nie 

mogła jej znieść. Ale nie mogła oderwać od Finna oczu. 

background image

- Masz śliczne włosy - powiedział. - Śliczne. Czarne jak Guinness. Jak pacha 

Etiopczyka. 

Pomyślała, że Finn wyciąga swoją królewską łapę i igra z nią leniwie, choć 

przecież był ubrany w jakąś absurdalną kurtkę strażacką. 

- Czemu zaplatasz włosy w te mordercze warkocze, co, Melanio? Dlaczego? 

- Bo tak - odparła. 

- To nie jest odpowiedź. Oszpecasz się, maleńka. Chodź tutaj. 

Nie  ruszyła  się  z  miejsca.  Finn  zgasił  papierosa  na  parapecie  za  oknem  i 

roześmiał się. 

- Chodź tu - powiedział znów cicho. 

Więc podeszła. 

Położył dłonie na ramionach dziewczyny i przyjrzał się z bliska jej twarzy, a 

potem  skinął  głową,  jak  gdyby  akceptując  wygląd  Melanii.  Zaczął  rozplatać  jej 

włosy.  Poczuła,  że  płonie,  i  wstrzymała  oddech.  Nigdy  dotąd nie stała  tak  blisko 

żadnego  młodego  mężczyzny.  Zapach  farby  walczył  z  zapachem  jego  ciała  i 

wygrał,  stając  się  niemal  przemożny.  Finn  rozrzucił  jej  włosy,  wyjął  z  kieszeni 

czarny grzebień z powyłamywanymi zębami, przewleczony nićmi rudych włosów, 

a  potem  zaczął  ją  w  skupieniu  czesać.  Zrozumiała,  że  przestał  już  z  nią  igrać. 

Otaczająca go aura zmieniła się, rozładowała i spospoliciała. Po prostu układał jej 

włosy,  nadając  im  puszystość,  jak  prawdziwy  fryzjer.  Z  jakichś  nieznanych 

przyczyn, z których zdawała sobie sprawę, lecz których nie rozumiała, poczuła się 

głęboko urażona. 

-  Teraz  ładnie  wyglądasz  -  powiedział  z  aprobatą,  przesuwając  ręką  po  jej 

głowie,  żeby  nadać  włosom  ostatni  połysk.  -  Możemy  iść  na  kolację,  a  ty 

zostaniesz najpiękniejszą dziewczyną na balu. 

Jedli w zastawionej ciężkimi meblami jadalni, przy okrągłym mahoniowym 

stole, nakrytym sztywnym białym obrusem. Niemal nie było się tu gdzie poruszać 

background image

między wielkimi krzesłami i szafami. Na wytapetowanych dawno temu ścianach w 

liściaste wzorki widniały plamy wilgoci. Zniekształcająca obraz czarodziejska kula 

wielkości  futbolówki  tkwiła  w  drewnianej  misie  na  owoce,  stojącej  na  kredensie 

pośrodku niemej kongregacji butelek z ketchupem, sosem sałatkowym, sosem H. P, 

Daddies  Favourite  i  owocowym  sosem  Okay.  Na  butelkach  pozasychały  strużki 

sosów.  Ciotka  Małgorzata  wniosła  złocistą,  aromatyczną  potrawkę,  parującą  w 

podłużnym naczyniu. Francie zmówił przed jedzeniem dziwną modlitwę: . 

- Z ciała w ciało. Amen. 

Potem  zaczęli  jeść,  a  pod  stołem  położył  się  pies,  który  kolejno  wciskał 

wszystkim nos w kolana, dopominając się w ten sposób o smakołyki. Był to biały 

bulterier o różowych oczach. 

- Czy on ma jakieś imię? - spytała Melania. 

- Czasami - powiedział Finn. - To stary pies. 

Oglądać  jedzącego  Finna  znaczyło  oglądać  balet,  ale  Francie  wymazywał 

chlebem  sos  i  obgryzał  trzymane  w  rękach  kostki.  Poza  tym  okazał  się 

konsumentem  hałaśliwym,  jak  gdyby  chciał  zapewnić  bratu  akompaniament 

orkiestry. Jedzenia było w bród, a wszystko okazało się znakomite. Białe i ciemne 

pieczywo,  żółte  wiórki  masła  w  najlepszym  gatunku,  dwa  rodzaje  dżemów 

(morelowy i truskawkowy), a na kredensie stało ciasto z porzeczkami, czekające na 

czas, kiedy uporają się z potrawką. 

Ciotka  Małgorzata  nalała  świeżej  herbaty  z  brązowego  kamionkowego 

czajnika,  jakich  używa  się  do  podwieczorków  w  szkółkach  niedzielnych.  Był  tak 

ciężki, że musiała go trzymać obiema rękami. Wszyscy pili bardzo mocną herbatę i 

dużo  słodzili.  Ciotka  Małgorzata  dyrygowała  poczynaniami  na  stole  z  łagodnym 

zadowoleniem,  zachęcając  do  jedzenia  wymownymi  ruchami  oczu  i  rąk.  Dzieci 

jadły  łapczywie,  opanowując  się  jednak  w  miarę  trwania  posiłku.  Melania 

pomyślała, że ciotka jest zapewne sympatyczna, skoro tak dobrze gotuje. 

background image

Gdy  wreszcie  potrawka  zamieniła  się  miejscami  z  ciastem  z  kredensu  i 

wszyscy  wypili  już  po  dwie  filiżanki  herbaty,  pies,  uznawszy,  że  nie  dostanie 

więcej żadnych resztek, wyszedł spod stołu, stanął na trzech łapach, podrapał się w 

lewe ucho, otrzepał się i ze skomleniem zaczął drapać w drzwi. Finn otworzył je i 

pies wybiegł, pomerdując ogonem. 

- Wieczorem wychodzi sam ze sobą na mały spacer. Tam i z powrotem, po 

ulicy. Szybkie siusiu. Wtyka nos we wszystkie kąty i sprawdza, co nowego. Potem 

do domu i spać. 

- Jak się dostaje z powrotem do domu? - spyta ła Melania. Pies wydał jej się 

bardzo samodzielny. 

-  Nigdy  nie  zamykamy  tylnych  drzwi,  a  na  końcu  ogrodu  jest  alejka.  Więc 

wchodzi normalnie. 

-  Ale  przecież  tędy  mogą  też  wejść  jacyś  ludzie,  obcy,  na  przykład 

włamywacze, jeżeli zawsze zostawiacie otwarte drzwi. 

-  Mamy  ich  czym  ugościć  -  powiedział  Francie  swoim  charakterystycznym 

głosem, który skrzypiał, ponieważ zbyt długo nie był używany. 

W jadalni też wisiała tablica. Ciotka Małgorzata napisała: „Mała powinna już 

spać”.  Jonatan  chciał  popracować  w  pokoju  nad  swoim  modelem,  rozległo  się, 

więc  zgodne  szuranie  krzeseł.  Melania  zaproponowała,  że  pomoże  zmywać,  ale 

ciotka  pokręciła  głową.  Pierwszego  wieczoru  nie  będzie  obowiązków,  a  zatem 

Melania  wypakuje  tylko  kilka  rzeczy  i  sama  też  położy  się  spać  wcześniej. 

Rzeczywiście  ledwo  żyła  ze  zmęczenia  i  trochę  się  bała  tych  nowych  ludzi,  a 

szczególnie mężczyzn. 

Ciotka  Małgorzata  przyszła  do  sypialni  dziewcząt  i  nieporadnie  rozebrała 

Wiktorię,  chociaż  mała  doskonale  umiała  rozbierać  się  sama.  Niema  kobieta 

pochyliła się nad dzieckiem z niekłamanie macierzyńskim wyrazem twarzy, który 

zażenowanej Melanii wydał się wzruszający. Okazało się, że ciotka wszędzie nosi 

background image

ze sobą notatnik i długopis. Poszczypując delikatne jak poduszeczki uda Wiktorii 

(która  wiła  się  i  wrzeszczała  z  rozkoszy),  ciotka  na  pisała:  „Śliczna,  pulchniutka 

dziewczynka!” 

- Tak - powiedziała Melania. - Wszyscy tak mówią. 

„Ile  ma  roków,  pięć?”  -  napisała  ciotka  z  charakterystycznym  cieniem 

irlandzkiej mowy. 

- Pięć lat i cztery miesiące. 

Ciotka opatuliła Wiktorię i na dłuższą chwilę pochyliła się nad łóżeczkiem, 

jak gdyby miała ochotę zaśpiewać jej kołysankę. Rude włosy upięła w niezgrabny 

węzeł  i  teraz  sypała  spinkami  niczym  Biała  Królowa.  Jedna  czy  dwie  spadły  z 

brzękiem  do  łóżeczka.  Wiktoria  westchnęła  i  zamknęła  oczy,  a  spinki  sypały  się 

dalej niby stalowy deszcz. 

„Śpiące dziecko to bardzo piękny widok!” 

- Tak - odparła Melania. - Chyba tak. - Nie chciała przeciągać rozmowy z tą 

gadatliwą, ale niemą kobietą; pragnęła położyć się do łóżka i tulić misia Edwarda. 

Oczy  miała  tak  zmęczone,  że  zamaszyste,  czarne  pismo  ciotki  podrygiwało  i 

podskakiwało na papierze.  

Ciotka  Małgorzata  pochyliła  się  szybko  i  ucałowała  czoło  zasypiającej  już 

Wiktorii,  a  potem  pocałowała  Melanię  w  policzek,  trzymając  ją  w  sztywnym 

uścisku  holenderskiej  lalki  -  jej  ramiona  były  dwoma  kijami  na  zawiasach,  usta 

chłodne,  suche  i  trochę  papierowe,  a  pocałunek  nieśmiały,  złożony  zaciśniętymi 

wargami,  ale  w  pewnym  sensie  rozpaczliwy,  jak  gdyby  błagający  o  miłość.  Po 

chwili ciotka wybiegła, pozostawiając zaskoczoną Melanię z palcem utkwionym w 

policzku. 

Kiedy  dziewczynka  znalazła  się  już  sama  z  misiem  Edwardem,  zgasiła 

światło,  odgrodziła  dla  bezpieczeństwa  noc  zaciągniętymi  zasłonami  i  popłakała 

trochę,  ponieważ  nie  leżała  opatulona  w  swoim  własnym  łóżku  z  atłasowym 

background image

podgłówkiem i pod pasiastą kołdrą. Ale nowa pościel pachniała lawendą, w nogach 

spoczywała  dodająca  otuchy  kamionkowa  butelka  z  gorącą  wodą,  owinięta 

kawałkiem  starego  koca,  żeby  Melania  nie  poparzyła  sobie  palców  u  stóp,  a 

delikatny  oddech  Wiktorii  był  usypiający  niczym  bzyczenie  pszczół  i  Melania 

zasnęła. Na policzkach wysychały jej łzy. 

Materia  snu  okazała  się  jednak  lekka  i  drżąca  i  kiedy  Melania  już  o  wiele 

później  otworzyła  oczy,  wydawało  jej  się,  że  wcale  nie  spała,  choć  ciemność  w 

pokoju się pogłębiła, a butelka ostygła. Melania przekręciła się rozkosznie na bok, 

ziewnęła,  mosiężne  łóżko  sieknęło  pod  nią,  i  choć  nie  była  całkiem  rozbudzona, 

wydawało jej się, że słyszy muzykę, jak gdyby gdzieś daleko grało radio  - ale na 

radio  było  zdecydowanie  za  późno.  Chyba  wiatr  śpiewał  w  przewodach 

telegraficznych. Był to jednak dźwięk wiejski, a przecież Melania mieszkała teraz 

w  Londynie, u  swojego  wujka,  uniosła,  więc  głowę,  żeby  przez  chwilę  posłuchać 

tej muzyki. 

Po  domu  krążyły  słabe  odgłosy  skrzypiec  i  jakiegoś  innego  instrumentu, 

fujarki  albo  fletu.  Zlewały  się  z  sobą  jakby  w  jeden  ton,  brzmiący  zarazem  jak 

fujarka i flet. Dźwięki skakały w górę i dół gamy niby kozice, tańczące w swoim 

własnym,  pulsującym  rytmie.  Muzyka  taneczna  dla  wyrafinowanego, 

introwertycznego,  niezależnego  tancerza.  Muzyka  w  domu.  Francis  K.  Jowle, 

skrzypce. A kto gra na flecie? Czyżby Finn? 

Melodia skończyła się. Nie tyle dobiegła końca, ile zwolniła i przesączyła się 

w ciszę, jak gdyby muzycy znudzili się nią i nieostrożnie pozwolili jej przepłynąć 

między  palcami.  Nastąpiła  przerwa,  a  potem  Francie  zagrał  sam,  powoli  i 

delikatnie. 

Melania  usiadła  na  łóżku.  Poczuła,  że  Francie  przeciąga  smyczkiem  po 

strunach  jej  serca.  Poduszka  spadła  niepostrzeżenie  na  podłogę,  podobnie  jak  miś 

Edward,  ale  Melania  tylko  splotła  i  zacisnęła  dłonie,  by  łatwiej  znieść  płaczliwą 

background image

wspaniałość tej muzyki, będącej lamentem nad wszystkim, co minione, utracone i 

ukochane, jak żal, który wydawał się Melanii zbyt głęboki, by można go wyrazić. 

Muzyka wywabiła ją z łóżka. Dziewczynka chciała odkryć jej źródło, wstała 

więc,  wsunęła  stopy  w  pantofle,  podeszła  po  omacku  do  drzwi,  otworzyła  je  i 

śladem muzyki zaczęła schodzić po schodach. Dwa piętra niżej, pod jej pokojem, 

naprzeciwko jadalni, po drugiej stronie podestu, znajdowała się kuchnia. Paliły się 

w  niej  jeszcze  wszystkie  światła,  a  muzyka  dobiegała  zza  zamkniętych  drzwi  i  z 

każdą  chwilą  stawała  się  głośniejsza.  Melania  przyklękła  i  przyłożyła  oko  do 

dziurki od klucza, żeby sprawdzić, co uda się jej zobaczyć. 

Najpierw oczom dziewczynki ukazał się biały pies, który wrócił ze spaceru i 

siedział  teraz  na  wytartym  dywanie  przed  kominkiem  elektrycznym,  leniwie,  ale 

rytmicznie bijąc ogonem o ziemię - łup... łuppp... - w takt powolnego, pulsującego 

rytmu  melodii  skrzypiec.  Pies  był,  zatem  wrażliwy  i  muzykalny.  Ten  widok 

natychmiast  ściągnął  Melanię  na  ziemię  z  wysokiego,  tragicznego  szczytu, 

sprawiając, że poczuła się trochę lepiej, pomyślała, bowiem, że dzieli tę muzykę z 

bardzo mądrym i przyjaznym psem. 

Zmieniła  nieco  pozycję,  a  wówczas  w  kuchni  widzianej  przez  dziurkę  od 

klucza pojawiła się ciotka Małgorzata. Siedziała, czy raczej przycupnęła, na krześle 

z prostym oparciem, uśmiechając się jak anioł, zesłany przed chwilą z nieba. Miała 

rozpuszczone  włosy,  które  opadały  jej  na  ramiona  jak  płonący  krzak.  Melania 

odgadła,  że  to  Finn  je  rozplótł.  Twarz  ciotki  miała  kolor  odtłuszczonego  mleka  i 

odcinała się niebieskawą bielą od płomienistych włosów. Małgorzata trzymała na 

kolanach  hebanowej  barwy  flet  o  srebrnych  klawiszach,  który  gładziła  w 

zamyśleniu, słuchając gry Franciego. 

Melania przesunęła się znowu i zobaczyła, że Francie wygląda właściwie jak 

pomnik skrzypka, bo poruszały się tylko jego ręce. Instrument trzymał pod brodą, a 

pod  strunami  widać  było  biały  łupież  kalafonii.  Palce  Franciego  na  strunach 

background image

krążyły  niczym  motyle  nad  kwiatowym  klombem  w  gorący  letni  dzień,  a  wyraz 

jego twarzy był surowy, poważny i pełen godności. 

Powolna  muzyka  umilkła  i  Melania  westchnęła.  Ciotka  Małgorzata  wzięła 

Franciego za ręce, a on bezwolnie opuścił skrzypce. Oboje patrzyli na siebie, jak 

gdyby porozumiewając się bez słów, a potem ciotka Małgorzata przyłożyła bokiem 

flet  do  ust,  skwapliwie,  jak  gdyby  budził  w  niej  pragnienie.  Kolejna  melodia 

taneczna.  Ogon  psa  przyśpieszył,  aż  zdawał  się  wzbijać  gwałtowny  obłok  pyłu  z 

wytartego dywanu. Francie wyszczerzył zęby w uśmiechu i dołączył do Małgorzaty 

po  kilku  pierwszych  taktach.  Jego  smyczek  połyskiwał  i  lśnił,  ale  tym  razem 

Melania  usłyszała  jakiś  dziwny  brzęk  i  znów  zmieniła  pozycję,  żeby  zobaczyć, 

skąd pochodzi hałas. 

Finn grał na łyżkach. Melania nigdy dotąd nie widziała czegoś podobnego. 

Ułożone  grzbietami  do  siebie  łyżeczki  deserowe  śmigały  między  jego  palcami, 

wybijając  skomplikowane,  perkusyjne  staccato,  którego  rytmu  Finn  nie  potrafił 

jednak utrzymać dłużej niż kilka minut - palce zaczynały mu się plątać, łyżeczki z 

metalicznym brzdęknięciem nieruchomiały, a wtedy Finn potrząsał wściekle głową 

i  zaczynał  od  nowa.  Nawet  Melania  widziała,  że  gra  kiepsko.  Zdjął  strażacką 

kurtkę  i  siedział  teraz  w  podkoszulku  z  krótkimi  rękawami.  Podkoszulek  był  z 

pożółkłej  wełny,  mocno  poplamiony  pod  pachami.  Zniechęcony  własną 

nieudolnością, Finn rzucił łyżeczki na stół i wstał. Dwoje pozostałych muzykantów 

spoglądało  na  niego  wyczekująco.  Finn  wyszedł  na  środek  pokoju,  a  Melania 

okręciła się na kolanach, żeby go obserwować. Chłopak zaczął tańczyć. 

Spełnił  wszystkie  oczekiwania,  jakie  budził  jego  fizyczny  wdzięk,  choć 

tańczył w sposób wystylizowany i pozbawiony cienia ekstrawagancji. Wyraz jego 

twarzy  nie  zmienił  się  ani  na  chwilę.  Ciało  Finna  rozluźniło  się  w  dziwnym 

bezwładzie, ręce dyndały swobodnie po bokach, a cała dusza chłopaka zdawała się 

skupiać w jego rączych, zwinnych stopach, poruszających się wedle zróżnicowanej 

background image

i  skomplikowanej  sekwencji.  Każdej  bez  wyjątku  nutce  muzyki  odpowiadał  jakiś 

ruch  wyrazistych  i  żwawych  stóp  Finna.  Rodzeństwo  przypatrywało  mu  się  w 

trakcie  gry,  przy  czym  Francie  pochrząkiwał  cicho  i  zachęcająco,  a  ciotka 

Małgorzata kiwała głową. Jej oczy zmieniły się w gwiazdy. 

A  więc  to  w  taki  sposób  ci  rudzielcy  zabijali  czas  i  zabawiali  się,  kiedy 

sądzili, że ich nikt nie widzi. 

 

III 

 

Kto  zasadził  ten  gęsty  żywopłot  purpurowych  róż  w  ciemnozielonym 

bujnym listowiu, pełnym okrutnych, ach, jakże okrutnych cierni? 

Melania otworzyła oczy i zobaczyła kolce pośród róż, jak gdyby zbudziła się 

po stuletniej nocy, la belle au bois dormante, uwięziona w nieustannie pączkującym 

ogrodzie  wieku.  Ale  była  to  tylko  zadrukowana  różami  wzorzysta  tapeta,  choć 

dziewczynka przedtem nie zauważyła cierni. Na poduszce leżał jednak dobrze jej 

znany  miś  Edward,  a  sześć  stóp  dalej,  w  swoim  łóżeczku,  za  pomalowanymi  na 

biało prętami, spała na brzuchu Wiktoria. Zza zasłon sączyło się niepewne, szare 

światło. Melanii zmarzł koniuszek nosa, był zupełnie zimny. 

Żeby go rozgrzać, wsunęła twarz w brzuszek misia Edwarda. Futro pachniało 

pieprzem.  Melania  przypomniała  sobie  wczorajszy  dzień.  „Ostatni  posiłek  w 

starym  domu”,  tak  mógłby  się  nazywać  jakiś  prerafaelicki  obraz:  troje  sierot  i 

zrozpaczona  sługa  siedzą  melancholijnie  wokół  stołu,  posługując  się  sztućcami, 

których już nigdy nie będą używać. Co się stanie z tymi nożami i widelcami, kto 

zechce  je  kupić?  Są  jak  nierdzewne  odpadki,  wyrzucone  na  nieczułe  plaże  życia 

obcych ludzi. Pewnie skończą na śmietniku. Siedzieli przy stole pokrytym obrusem 

w szachownicę i opierali stopy na dźwięcznych kafelkach, (które mama przywiozła 

z Hiszpanii). Dalej widać było pełen miedzianych garnków duży ceglany kominek, 

background image

obwieszony końskimi rzędami. W miejscu gdzie powinien buzować wielki ogień, 

stał bojler. Ale mniejsza z tym. To by ła piękna, staroświecka kuchnia. Ktoś zrobił 

kiedyś w kuchni serię zdjęć matce Melanii. Matka była w plisowanej spódniczce i 

kręciła ciasto. Fotografie złożyły się na reportaż z cyklu, w którym prezentowano 

żony sławnych ludzi, by czytelnicy  mogli się dowiedzieć, kim te kobiety są i jak 

sobie  radzą,  z  co  dziennymi  obowiązkami.  W  każdym  razie  kuchnia  była 

prześliczna,  a  ich  ostatni  w  niej  posiłek  powinien  stać  się  czymś  w  rodzaju 

sakramentu.  Mimo  że  Wiktoria  niczym  mała  Eskimoska  wysmarowała  się 

tłuszczem  od  kiełbasy,  wciąż  jeszcze  za  młoda  na  wszelkie  sentymenty.  Tak,  ale 

trzeba się pożegnać z przeszłością. 

A potem przyjechali do Londynu, zjedli potrawkę z królika i cały ten dzień, 

niezbyt  fortunnie,  zakończył  się  muzyką  i  tańcem.  Finn  w  poplamionym 

podkoszulku  tańczył,  Francie  grał  na  skrzypcach  jak  diabeł  wcielony,  który  sam 

jest  wirtuozem  skrzypiec,  niema  zaś  ciotka  Małgorzata  o  płomiennych  włosach 

wtórowała  mu  na  flecie.  A  może  jej  się  to  tylko  śniło?  Jeżeli  tak,  to,  dlaczego? 

Gdyby jednak to nie był sen, jak znalazła się z powrotem w łóżku? Czy przyniósł ją 

tutaj  Finn?  Wyobraziła  sobie,  jak  wyglądała  w  bezkształtnej  flanelowej  piżamie, 

wciśnięta  w  wąską,  młodą  pierś  Finna  i  bezwładna  niczym  wałek  od  kanapy, 

ozdobiony na jednym końcu czarną peruką. Finn w jej myślach przypominał satyra. 

Może wytarte spodnie chłopaka kryją kosmate nogi - pokryte szorstką sierścią nogi 

kozła  i  kształtne,  rozszczepione  kopyta.  Ale  Finn  był  zbyt  brudny  jak  na  satyra. 

Satyry zapewne często się kąpały w górskich strumieniach. 

Finn  nie  budzi  zaufania,  pomyślała.  Miał  ruchliwe,  kosę  i  śliskie  oczy,  a 

lekki zez sprawiał, że nie było wiadomo, w którą stronę patrzy. Poza tym hołdował 

obrzydliwemu  zwyczajowi  głośnego  oddychania  przez  usta.  Przypominał 

sprzedającego wieszaki na ubrania i papierowe kwiaty Cygana domokrążcę, równie 

dobrze  zdolnego  splądrować  ogród,  co  uwieść  służące  i  skraść  pranie  ze  sznura. 

background image

Niepokoił  ją,  i  to  w  niemiły  sposób.  Ostatecznie  jednak  Finn  był  młodym 

chłopakiem, a ona bała się, że w jej nowym domu będą tylko starcy. 

Światło  drgało,  było,  więc  chyba  wcześnie.  Melania  miała  ochotę  jeszcze 

pospać,  ale  nie  mogła  już  zasnąć  i  musiała  wstać.  Chłód  przeszył  ją  na  wskroś 

przez piżamę. Przywykła do centralnego ogrzewania. Będzie musiała kupić sobie 

nową,  grubą  piżamę  na  zimę,  która  właśnie  się  rozpoczynała,  jeśli  oczywiście 

znajdą się na to pieniądze. Ale - i ta myśl sprawiła jej przykrość - czy oprócz tego 

będzie dostawać coś na drobne wydatki, jakieś kieszonkowe na osobiste potrzeby, 

jak  szampony,  pończochy  i  może  krem  do  twarzy  czy  coś  w  tym  rodzaju?  Nie 

wiadomo. Włożyła na piżamę płaszcz przeciwdeszczowy i zapięła pasek. Jej stary, 

grubo  tkany  bawełniany  szlafroczek  skurczył  się  w  końcu  do  bezużytecznych 

rozmiarów tuż przed wyjazdem rodziców. W pośpiechu przed podróżą zabrakło im 

czasu, żeby kupić Melanii nowy szlafrok. „Przywieziemy ci jakiś fajny szlafrok z 

Ameryki” - obiecała jej matka. 

Melania  musiała  sama  znaleźć  drogę  do  łazienki  i  ucieszyła  się,  ponieważ 

szybko sobie przypomniała, że łazienka znajduje się na końcu korytarza. Czuła się 

mniej obco, wiedząc, gdzie jest łazienka. Nie korzystała z niej dotąd, bo ubiegłego 

wieczoru  była  zbyt  zmęczona,  żeby  się  umyć.  A  teraz,  czując  na  całym  ciele 

kolejowy brud, pomyślała, że weźmie chyba kąpiel. Dobrze byłoby wypluskać się 

porządnie w gorącej wodzie. 

Ale  do  łazienkowej  umywalki  spływała  tylko  zimna  woda.  Melania  długo 

trzymała dłoń pod strumieniem, który jednak nie stawał się cieplejszy. Musiała z 

niedowierzaniem  przyjąć  do  wiadomości,  że  w  łazience  brak  gorącej  wody  i  nie 

może się wykąpać ani umyć twarzy. Nie wiedziała, że wciąż istnieją domy, gdzie 

nie ma bieżącej ciepłej wody, i że jeden z jej krewnych mieszka właśnie w takim 

domu.  Brakowało  też  mydła  toaletowego.  W  niebiesko-białej,  porcelanowej 

mydelniczce,  pokrytej  meandrycznym  greckim  deseniem,  przycupnął  tylko 

background image

ociupinka  zwykłego  szarego  mydła  o  szorstkiej  powierzchni,  naznaczonej 

niedbałymi  odciskami  brudnych  palców.  Mydło  piekło  ją  w  twarz,  jak  gdyby 

wyżerało skórę. Melania wyraźnie to czuła. A więc tak: zimna woda i szare mydło. 

W głębokiej staroświeckiej umywalce widniało pęknięcie. Wystawał z niego długi, 

rudy  włos,  który  wypłynął, gdy  umywalka  napełniła się  wodą.  Ręcznik  wisiał  na 

rolce  i  razem  z  nią  spadł  na  podłogę,  kiedy  Melania  chciała  wytrzeć  ręce.  Był  w 

paski, niezbyt czysty, oślizgły i szorstki zarazem. 

W  plastikowym  uchwycie,  oblepionym  pastą  do  zębów,  tkwiły  cztery 

wygryzione  szczoteczki:  różowa,  zielona,  niebieska  i  żółta.  Ze  stojącego  na 

powalanej szklanej półce mętnego kubka uśmiechała się szeroko sztuczna szczęka 

bez  twarzy,  niczym  kot  z  Cheshire,  który  już  zniknął.  Plastikowe  dziąsła 

odznaczały się gorączkową barwą różu zachodzącego słońca. Melania pomyślała, 

że szczęka niewątpliwie należy do wuja Filipa. A zatem wuj wrócił. 

Wnętrzności  rezerwuaru  ubikacji  były  niemal  całkowicie  widoczne.  Kiedy 

Melania  pociągnęła  za  łańcuch  (zakończony  porcelanową  rączką,  nakazującą  jej 

bez  ogródek:  „CIĄGNĄĆ”,  rozległ  się  chrapliwy,  metaliczny  łoskot,  który  łatwo 

obudziłby  cały  dom,  ale  do  sedesu  nie  spłynęła  nawet  strużka  wody.  Ponowiła 

próbę i tym razem kilka opornych kropli zrosiło powierzchnię jeziorka w muszli, 

nawet go nie  mącąc, więc Melania dała sobie spokój. Zauważyła, że koło sedesu 

nie ma papieru toaletowego, za to z drucianej pętli zwisa kilkanaście podartych na 

nierówne  kwadraty  stronic  „Daily  Mirror”.  Za  rurą  odpływową  natomiast  tkwił 

egzemplarz  „Irish  Independent”.  Pewnie  czytywał  tu  gazetę  ktoś  cierpiący  na 

zaparcie. 

Łazienka pomalowana była na ciemnozielono do połowy wysokości ścian, a 

wyżej na kremowo. Było to wysokie, wąskie pomieszczenie, o niewłaściwych, zbyt 

majestatycznych  proporcjach  w  stosunku  do  okna  oszklonego  matową  szybą  i 

częściowo  przesłoniętego  rozdartą  plastikową  zasłonką  z  wizerunkiem 

background image

disneyowskiej  rybki.  Nie  było  lustra,  nawet  do  golenia.  Nad  wanną  na  czterech 

szponiastych mosiężnych nogach, kryjącą na dnie kałużę pokrytej pyłem wody, po 

której  pływała  mała  plastikowa  łódź  podwodna  z  paczki  płatków  śniadaniowych, 

wisiał wielki bojler. Jego obnażona blacha zdążyła już pozielenieć ze starości. 

Melania  umyła  się,  jak  potrafiła  najszybciej.  Łazienka  podziałała  na  nią 

niezwykle przygnębiająco. „Ostatnia kąpiel w starym domu”. Nie obraz w żadnym 

konkretnym  stylu,  tylko  fotografia  jak  z  łazienkowego  katalogu  reklamowego. 

Kafelki połyskiwały łagodnie i różowo. Puszyste ręczniki i papier były też różowe, 

żeby pasowały do wystroju. Parująca woda tryskała obficie z kranów w kształcie 

delfinów,  a  słoje  z  płynem  kąpielowym,  butelki  z  wodą  toaletową  i  wodą  po 

goleniu lśniły jak drogie kamienie. Woda z nisko osadzonego zbiornika spłukiwała 

muszlę  klozetową  zupełnie  bezszelestnie.  To  była  świątynia  czystości.  Matka 

uwielbiała ładne łazienki. Uważała, że to niesłychanie ważne pomieszczenia. Tylko 

nie płacz przez tę ich łazienkę, twardo upomniała się w duchu. 

Ale  nie  było  jej  łatwo  powstrzymać  się  od  płaczu.  Zmusiła  się,  żeby  nie 

myśleć o swojej dawnej łazience, a co za tym idzie, także i o matce. Teraz dopiero 

pojęła, że wiele różnych rzeczy, które dotąd uważała za oczywiste, rzeczy prostych, 

przytulnych  i  domowych,  to  w  rzeczywistości  prawdziwy  luksus.  Musiały  drogo 

kosztować,  a  kura,  która  znosiła  złote  jaja,  już  nie  żyła,  toteż  nic  dziwnego,  że 

dzieci nic otrzymały po niej żadnego spadku i teraz muszą ranić sobie skórę gazetą, 

a wypielęgnowane palce czerwienieją im w lodowatej wodzie. 

Sypialnia  wydała  się  Melanii  już  bezpieczna  i  znajoma.  Dziewczynka 

włożyła  czarne  spodnie  i  czekoladowy  sweter,  leżały,  bowiem  na  wierzchu  w 

pierwszej walizce, którą otworzyła, a poza tym tak samo ubrała by się w domu w 

chłodny  jesienny  dzień,  gdy  wzgórza  kryje  mgła,  nad  drogami  unosi  się  dym 

palonego drewna i... 

background image

Melania wyjrzała przez okno. Poranek był wilgotny, ale nie deszczowy, choć 

szary dzień dopiero się zaczynał.  

 

Na  rzadkich  krzewach  w  ogrodzie  zostało  jeszcze  kilka  pomarszczonych, 

pozbawionych  życia  liści.  Spośród  skąpej  trawy  prześwitywały  nagie  płaty 

brunatnej ziemi. Mury porastał zrzucający liście na zimę bluszcz, który ciągnął się 

splątaną  siecią  ogołoconych  łodyg,  przypominającą  drut  kolczasty.  U  wejścia  do 

ogrodu  biegła  wąska  alejka,  zastawiona  kubłami  na  śmieci,  a  dalej  widać  było 

pospolite,  zaniedbane  grzbiety  szeregu  domów  czynszowych  o  ślepych, 

pozasłanianych oknach. Pomiędzy szczytowymi oknami, ze sznurów bieliźnianych, 

rozciągniętych wysoko za pomocą kół, zwisało w bezwietrznym powietrzu oklapło 

pranie (spodnie, pod koszulki, pościel, koszule). Cynowe balie sięgały do połowy 

wysokości  ścian,  przypominały  olbrzymie  ślimaki,  odpoczywające  w  drodze  na 

dach. Nowe terytorium, które ona musi odtąd zamieszkiwać. 

Śpiąca Wiktoria przewróciła się na bok i zapiszczała, bo coś jej się przyśniło. 

Wyglądała  jak  brzoskwinia,  pokryta  meszkiem  i  pełna  słodyczy  dziecięcego  snu. 

We włosach miała ciemnobłękitną falistą wstążkę. Co będzie teraz z Wiktorią? Czy 

wyrośnie  na  ulicznego  urwipołcia  bez  skarpetek,  w  płóciennych  pantoflach  i 

brudnej  koszulce,  mówiącego  z  londyńskim  akcentem,  drażniącym  ucho  każdego 

dobrze  wychowanego  człowieka?  Co  będzie  z  Jonatanem  w  tej  jego  kajucie  na 

poddaszu? A co się stanie z nią samą? Z Melanią? 

Wszędzie  panowała  głucha  cisza  i  dziewczynka  postanowiła  udać  się  na 

wyprawę  do  kuchni,  w  które}  jeszcze  nie  była.  Chciała  możliwie  najszybciej 

nauczyć się nowej domowej geografii, ustalić, co kryje się za każdymi drzwiami, 

sprawdzić,  jak  się  zapala kuchenkę i  gdzie  sypia pies.  Chciała  się  poczuć  jak  we 

własnym domu. Musiała czuć się jak w domu. Nie mogła znieść świadomości, że 

jest tu obca, wyalienowana i niepewna siebie, jak gdyby nie umiała się odnaleźć w 

nowym otoczeniu. Zeszła po cichu na dół wyłożonymi linoleum schodami. 

background image

Kuchnia  tonęła  w  ciemnościach,  ponieważ  żalu  zje  zostały  na  noc 

opuszczone. W powietrzu unosił się stęchły odór dymu papierosowego, a w zlewie 

stały w ordynku niepozmywane filiżanki, ale poza tym dokoła panowała wściekła 

czystość. Kuchnia była przestronna. Zabudowany kredens z zastawą stołową, słój z 

mąką, pojemnik na chleb. Osobna spiżarnia. Melania postanowiła prowadzić dalej 

badania, weszła, więc do środka, w chłodny zapach sera i pleśni. Co oni tu jadają? 

Konserwy  -  chyba  szczególnie  lubią  konserwowe  brzoskwinie,  bo  w  spiżami  stoi 

cała  bateria  puszek.  Fasola  i  sardynki  w  puszkach.  Widocznie  ciotka  Małgorzata 

kupuje konserwy hurtowo. Są też puszki z ciastem. Melania otworzyła jedną z nich. 

Znalazła wczorajsze ciasto porzeczkowe, wzięła kawałek i zaczęła jeść. Poczuła się 

bardziej  domowo,  podkradając  jedzenie  ze  spiżami.  Potem  wróciła  do  kuchni, 

rozsiewając dookoła okruchy. 

Długi  stół  z  wygładzonego  sosnowego  drewna,  nakryty  obrusem  z  rozlaną 

plamą wzoru rdzawych chryzantem. Takie obrusy czasem widzi się u obcych ludzi, 

przechodząc  pod  oknami  cudzych  domów  w  porze  podwieczorku.  Podwinięty 

obrus  kryl  naczynia,  przygotowane  zawczasu  na  śniadanie,  być  może  po  to,  by 

myszy nie zapaskudziły filiżanek. 

Kuchnia  była  brunatna,  podobnie  jak  sklep  i  korytarze,  pomalowane  grubo 

na  ciemnobrązowy  kolor.  Starą  brązową  lśniącą  tapetę  kryły  tłuste  smugi.  Na 

ścianie  wisiała  jeszcze  jedna  tablica  z  następującą  wiadomością:  „Przyjechali  o 

czasie. Śpią jak zabici”. Widocznie wuj Filip wrócił tak późno (albo tak wcześnie), 

że tylko ciotka Małgorzata była wciąż na nogach. Melania usiłowała przedstawić 

sobie jego powrót. Ciotka zrobiła herbatę, on rozpytywał o nowo przybyłych, a ona 

opowiadała  o  nich  na  swój  sposób.  Wuj  był  ubrany  w  swój  strój  karciarza  znad 

Missisipi, ale Melania nie potrafiła wyobrazić sobie dokładnie jego twarzy. 

Kuchnię  wypełniało  nieznane  jej  życie  obcych  ludzi.  Ślad  spalenizny  na 

obrusie,  posiadający  swoją  sekretną  historię;  tajemnicze,  zapieczętowane  listy  za 

background image

niewielką  gipsową  figurką  owczarka  alzackiego  na  kominku  (nowoczesnym, 

brzydkim kominku z beżowych kafli). Ten kominek chyba nigdy nie był używany: 

tam  gdzie  powinny  leżeć  szczapy  i  węgiel,  spoczywał  wachlarz  gazet,  ale  nad 

kominkiem wisiał niezwykły obraz. Melania rozsunęła zasłony, by wpuścić więcej 

światła i przyjrzeć się malowidłu. 

Był  to  portret  białego  bulteriera,  wykonany  z  niewiarygodną  wiernością 

wobec modela. Widać było ziarnistą powierzchnię psiego nosa, a na różowej farbie 

skóry  pojedyncze  włoski,  jak  gdyby  osobno  nałożone  pędzlem.  Pies  siedział 

zwrócony  przodem  do  patrzącego,  na  spiczastej  kępce  trawy,  trzymając  w  pysku 

dziewczęcy, wiklinowy koszyk pełen goździków i stokrotek. Na płatkach kwiatów 

drżały krople rosy. Oczy zwierzęcia błyszczały nie naturalnie, ponieważ zrobiono 

je  z  przyklejonych  do  płótna  kawałków  barwionego  szkła.  W  tle  widać  było 

skalisty  brzeg,  morze  i  mnóstwo  fal  o  białych  grzywach,  napływających 

równoległymi  rzędami  pod  złowieszczym,  sinym,  burzliwym  niebem,  na  którym 

zachodziło rozlane kolorem pomarańczy słońce. Pies spoglądał na kuchnię z góry. 

Było  w  nim  coś  urzędowego,  jak  gdyby  pilnował  domu  albo  był  strażnikiem,  za 

którego szklanymi  oczami  kryje  się nieustannie pytanie, qui vive,  który  zamienia 

się wciąż miejscami z tym rzeczywistym, domo wym psem i któremu wetknięto do 

pyska koszyk z kwiatami, usiłując go rozbroić, jak gdyby koszyk był rekwizytem 

wypożyczonym  po  to,  by  nadać  zwierzęciu  wyraz  niewinności.  Po  prawdziwym 

psie  nie  było  ani  śladu,  z  wyjątkiem  pełnej  świeżej  wody  foremki  do  pieczenia 

ciasta,  stojącej  na  podłodze  pod  zlewem.  Widocznie  bulterier  nie  był  jeszcze  na 

służbie. 

Obok  portretu  psa  wisiał  rzeźbiony  zegar  z  kukułką,  którego  zielone 

drzwiczki  porastały  również  zielone  pnącza  winorośli  i  ciemne  winogrona.  Kiedy 

Melania  przyglądała  się  psu,  drzwiczki  otwarły  się  gwałtownie  z  głośnym 

łoskotem,  który  bardzo  ją  wystraszył.  Z  wnętrza  wyłonił  się  ptak  i  zakukał 

background image

siedmiokroć, kiwając przy tym łebkiem. Była to prawdziwa wypchana kukułka, w 

której  pierzastej  piersi  ukryto  w  przemyślny  sposób  mechanizm  dźwiękowy. 

Melania nigdy dotąd nie widziała podobnego zegara. Była w nim jakaś groteskowa 

wymyślność  i  świadome  dziwactwo.  Następnie  ptak  wycofał  się  do  domku. 

Drzwiczki zamknęły się z trzaskiem. Chciała, żeby zegar się zepsuł, bo wtedy nie 

musiałaby  oglądać  kukułki.  Nie  spodobała  się  jej.  Wyglądała  na  zwiędłą  i 

pokurczoną.  Nie  było  w  niej  nic  zwyczajnego  ani  znajomego,  z  wyjątkiem  pary 

czarnych łapek i dwóch plamek czerni po obu stronach łebka. 

Może  zaparzy  herbatę.  Kuchenka  gazowa  o  czterech  prostych  nogach 

wyglądała  normalnie,  choć  była  bardzo  stara.  Melania  napełniła  wodą  wielki 

czarny  czajnik  i  postawiła  go  na  gazie.  Miło  będzie  napić  się  herbaty.  Czy  nie 

powinna podać wujostwu herbaty do łóżka? Czy nie byłby to odpowiedni początek 

znajomości? Nie wiedziała, jednak, które z licznych drzwi na korytarzu prowadzą 

do  ich  sypialni.  A  może  zanieść  herbatę  Franciemu  albo  Finnowi?  Rude  włosy 

Finna  na  białej  poduszce,  jak  chleb  z  marmoladą.  Na  myśl  o  Finnie  Melania 

poczuła dziwne drżenie w głębi brzucha - były to sensacje równie przerażające, co 

rozkoszne. Ale nie wiedziała, gdzie śpią dwaj młodzi bracia. 

Na półce koło kuchenki stał blaszany pojemnik na herbatę, ozdobiony niby-

chińskimi wizerunkami ubranych w kimona ludzi, przechadzających się po jakimś 

ogrodzie.  Melania  wsypała  herbatę  do  odświętnego  imbryczka,  jedną,  dwie,  trzy 

łyżeczki,  po  czym  napełniła  go  do  połowy  wodą,  odmierzając  proporcje  na  oko. 

Chwilę  później  usłyszała  kroki  na  schodach.  Stała  nieruchomo,  z  przykrywką  od 

imbryka w dłoni, a w twarz biła jej aromatyczna para. Kroki zeszły na dół, minęły 

kuchnię  i  podążyły  do  sklepu.  Melania  myślała,  że  może  całkiem  ucichną,  ale 

wróciły  przy  akompaniamencie  stłumionych,  brzękliwych  dźwięków  i  chrobotu 

psich łap po linoleum. Do kuchni wszedł Finn, dźwigając pięć butelek mleka. Za 

nim przydreptał bulterier. Melania odetchnęła z ulgą i wreszcie przykryła imbryk. 

background image

- Dzień dobry - powiedziała. 

- Wcześnie wstajesz - odparł bez zdziwienia W jego kleistych oczach widać 

było grudki sennej ropy, a włosy miał skołtunione i zmierzwione, bo jeszcze ich nie 

czesał  tego  rana.  Ziewnął  przepastnie  -  tak  przepastnie,  że  Melania  dostrzegła 

gnijący trzonowiec. 

-  Napijesz  się  herbaty?  Mam  nadzieję,  że  nie  zrobiłam  nic  złego.  Że 

zaparzyłam herbatę. 

- O tej porze w żadnym wypadku. Chcę mnóstwo herbaty i trzy kostki cukru. 

Melania  zastanawiała  się,  co  miał  na  myśli  mówiąc:  „O  tej  porze”.  Czy  o 

innych  godzinach  nie  będzie  jej  wolno  parzyć  herbaty?  Zauważyła,  że  Finn  jest 

częściowo  ubrany.  Był  w  sztruksowych  spodniach,  ale  stopy  miał  bose,  a  spoza 

rozpiętej bluzy od piżamy przebłyskiwała chwilami śnieżnobiała pierś. Finn zapalił 

elektryczny  grzejnik  w  kominku  i  ukląkł  przed  nim,  wyciągając  dłonie  w  stronę 

czerwieniejącego rusztu. Odwracając wzrok od nagości Finna, Melania podała mu 

herbatę, którą wypił z wdzięcznością. Pies wychłeptał trochę wody, podszedł bliżej 

i ciężko usiadł u boku Finna, spoglądając w zamyśleniu na swój własny portret, być 

może krytycznie. Albo rozmawiając z nim bezgłośnie. Finn grzebał po kieszeniach 

piżamy w poszukiwa niu papierosów. Melania sparzyła sobie wargi gorącą herbatą. 

Malowane  wierzby,  zdobiące  filiżanki,  wyglądały  tandetnie,  ale  dziewczynka 

poczuła się teraz swojsko. 

-  Dostanę  jeszcze kropelkę?  -  zapytał  Finn,  podsuwając  jej  filiżankę. Jak to 

możliwe,  ze  tak  szybko  wypił  gorący  płyn?  -  Nic  nie  stawia  na  nogi  lepiej  niż 

poranna herbata. 

Melania  siedziała obok niego,  przeraźliwie  świadoma  swoich niezgrabnych 

rąk  i  długich  nóg,  których  w  żaden  sposób  nie  potrafiła  elegancko  skrzyżować, 

choć  bardzo  się  starała.  Ale  przynajmniej  nie  zezowała,  zez  Finna  natomiast  był 

jeszcze bardziej widoczny rankiem niż w dzień, jak gdyby wzmacniał go sen. 

background image

- Znów upięłaś włosy - powiedział chłopak obojętnie. 

- Tak mi jest wygodniej - odparła, rumieniąc się z lekka. 

- No tak - wzruszył ramionami, przecierając oczy żeby wygnać z nich sen, a 

potem przyjrzał się Melanii od stóp do głów i powiedział gwałtownie: - Nie, w tym 

nie możesz chodzić! 

- W czym? 

- W spodniach. Wuj Filip tego me znosi. Nie cierpi kobiet w spodniach. Nie 

obsługuje w sklepie kobiet w spodniach. Jak jakąś zauważy, wyprasza ją na ulicę i 

wrzeszczy,  że  jest  dziwką.  To  bywa  okropne.  Byłabyś  dla  niego  chodzącą 

zniewagą, rozumiesz mnie, Melanio? 

- Wiem, że wuj już wrócił - odpowiedziała. 

- Widziałam w łazience jego sztuczną szczękę. 

- Pójdź może szybko na górę i włóż spódnicę. Inaczej wuj cię wyrzuci! 

Oszołomiona  Melania  przyjrzała  się  sobie.  Miała  osłonięte  ciało.  Była 

ubrana skromnie. Finn chyba żartuje. 

- Proszę cię! - Finn wręcz błagał ją. Zaklinał. 

-  No  dobrze...  -  powiedziała,  choć  wszystko  to  wydało  jej  się  dziwne.  - 

Ostatecznie znasz go lepiej ode mnie. 

- Owszem. Znam go doskonale. 

Melania zawahała się, kładąc dłoń na klamce. 

- Jest jeszcze coś, co powinnam o nim wiedzieć? 

-  Uważaj,  nie  maluj  się.  Odzywaj  się  tylko  wtedy,  kiedy  sam  cię  zagadnie. 

On lubi milczące kobiety. 

Melania popatrzyła na tablicę. 

- Dobrze - powiedziała. 

Finn wstał choreograficznym ruchem i po raz trzeci nalał sobie herbaty. Jego 

pierś wyłoniła się zza piżamy niby dziób lodzi ślizgającej się na grzywie fali. Ciało 

background image

miał  koloru  białego  atłasu  o  przygasłym  połysku,  a  jego  brodawki  były  różowe, 

różowe jak papużki, ale wypełniał pokój zapachem potu i snu, a poza tym Melania 

wolałaby, żeby nie oddychał ustami. Spostrzegła, że podeszwy stóp Finna są czarne 

i pokryte drobinami brudu. 

- Pośpiesz się i zmień te spodnie, Melanio. 

Wróciła na górę, wyjęła z walizki plisowaną spódnicę, włożyła ją i zapięła 

suwak.  Była  to  szkol  na  spódniczka,  wyjątkowo  niewinna.  Pod  wpływem 

nieokreślonego  impulsu  Melania  rozplotła  włosy  i  rozpuściła  je.  Szeleściły  jej  w 

uszach,  jak  dawniej,  przed  żałobą.  Wiktoria  jeszcze  się  nie  obudziła.  Kiedy 

Melania znów zeszła do kuchni, Finn czytał starą gazetę, siedział na stole i zajadał 

suchy chleb, wydłubując kęsy z miękiszu bochenka, na którym  

pozostawiał 

zare  ślady  palców.  Pies  warczał  i  przybierał  zaaferowane  pozy  nad  sporym 

kopczykiem siekanej koniny w kamionkowej misce z napisem „Pies”. 

-  Tak  lepiej  -  powiedział  z  aprobatą  Finn.  Ale  czy  zauważył  też,  że 

rozpuściła włosy? - Zjedz teraz trochę chleba. 

Jedli,  więc  razem,  a  Finn  czytał  gazetę.  Kukułka  wykukała  następne  pół 

godziny. Melania poderwała się ze strachu. 

- Ten zegar zrobił wuj. 

- Jejku! 

- Nie masz jeszcze pojęcia, co on potrafi zrobić. 

- Pewnego razu przysłał mi diabełka w pudełku. Ale bałam się tej zabawki. 

- Mimo to wiesz chyba, że wuj robi też lalki, koniki, domki dla lalek i tego 

rodzaju rzeczy? 

- Nie. 

-  Jest  mistrzem  -  powiedział  Finn.  -  Nie  ma  drugiego  takiego  artysty  ani 

rzemieślnika. Jest na swój sposób geniuszem i dobrze o tym wie. - Finn zastanawiał 

background image

się  przez  chwilę.  -  Chciałabyś  zobaczyć  niektóre  z  jego  dzieł?  Teraz  jest  dobra 

pora. Zanim wstaną inni domownicy. Właściwie to jedyna odpowiednia chwila. 

- A to dlaczego? 

- Ach, wuj już taki jest. Nie lubi, kiedy się ogląda jego zabawki. Zwłaszcza 

teatrzyk. Szczególnie teatrzyk lubi chować dla siebie. 

- Teatrzyk? Jaki teatrzyk? 

- Marionetek. Wuj odgrywa w nim różne przedstawienia. Ale nikt nie wie o 

tych marionetkach. Nie są na sprzedaż. To tylko jego hobby. 

Na  piżamie  Finna  widać  było  z  przodu  zaschnięte  ślady  żółtka.  Mankiety 

miał poprzecierane i szare, a zęby, podobnie jak Francie, pożółkłe od dymu. Finn 

zapalił  nowego  papierosa  marki  „Sweet  Afton”  z  paczki  ozdobionej  podobizną 

Roberta  Burnsa.  Pies,  skończywszy  śniadanie,  położył  się  z  westchnieniem  na 

wytartym  dywanie.  Elektryczny  ogień  nadawał  jego  bokom  pomarańczowy 

poblask. 

- Kto namalował psa? 

-Ja. 

- Jest... jest uderzająco podobny. 

-  Pies  to  pies  -  odpowiedział  Finn  i  wzruszył  ramionami.  -  Maluję  wujowi 

marionetki, scenografię i zabawki. Niektóre. 

- To wszystko? 

-  Uczę  się  rzemiosła.  Jestem  czeladnikiem  twojego  wuja,  Melanio.  -  Finn 

zeskoczył ze stołu. - No chodź, zobaczysz jego skarby. 

Właściwie  nie  była  zadowolona,  że  Finn  ciągle  używa  jej  imienia  - 

żartobliwie  modulował  głos,  wymawiając  trzy  płynne  sylaby,  jak  gdyby  imię 

„Melania”  wydawało  mu  się  śmieszne.  Ale  zaciekawił  ją  i  poszła.  Pies  otworzył 

sennie  oko,  jakby  chciał  dopilnować,  żeby  bezpiecznie  wyszli.  Drepczące,  bose  i 

ohydnie brudne stopy Finna wydawały mlaszczące dźwięki. Paznokcie u nóg miał 

background image

długie i zakrzywione niby rogi kozła, co przypomniało Melanii o rozszczepionych 

kopytach,  którymi,  jak  przypuszczała,  Finn  mógł  być  obdarzony.  Na  takich 

paznokciach  pewnie  stępiłby  się  nóż,  bo  chyba  nie  były  obcinane  od  wielu 

miesięcy,  a  może  nawet  lat.  Finn  otworzył  na  dole  drzwi  prowadzące  do  sklepu, 

który ciemniał za zasuniętymi roletami. W kącie drzemała papużka. 

- Najpierw obejrzymy sobie parę zabawek, które może zobaczyć każdy klient 

- powiedział, zapalając światło. 

- Dobry Joey - zwrócił się do papużki. Ptak obudził się i rozświergotał. - Wuj 

pracuje  w  drewnie  i  czasem  w  metalu  -  oznajmił  znów  Finn  cichym  głosem  bez 

wyrazu. - Co myślisz na przykład o tym? 

Wyjął  z  tekturowego  pudła  zabawkę,  na  którą  składały  się  dwie  małpki  o 

jasnobrązowym futrze. Oczy miały zrobione ze skuwek od dziurek w butach. Jedna 

małpka  ubrana  była  w  przepięknie  wykonany  miniaturowy  gamiturek  w  jodełkę, 

druga  natomiast  w  równie  starannie  uszytą  czarną  sukienkę.  Małpka  w  męskim 

stroju trzymała  blaszane skrzypce,  małpka  w  stroju kobiecym  natomiast blaszany 

flet. Obie stały na metalowej estradzie, pokrytej czerwoną emalią. Melania poczuła 

skurcz zakłopotania. Uśmiechając się szyderczo, Finn przekręcił kluczyk, a wtedy 

futrzaste  ramiona  małpek  poruszyły  się.  Blaszany  smyczek  sunął  po  strunach, 

blaszany flet zaś poruszał się wzdłuż porośniętej futrem mordki drugiej małpki. Z 

ukrytej  gdzieś  w  podstawie  pozytywki  popłynęła  wysoka,  dźwięczna  melodia, 

będąca  bez  wątpienia  parodią  muzyki,  którą  Melania  słyszała  ostatniej  nocy. 

Małpki przytupywały nogami do taktu. 

-  To  jest  giga  -  wyjaśnił  Finn.  -  Nazywa  się  „The  Rocky  Road  to  Dublin”. 

Chciałbym to teraz odtańczyć. 

Melania  w  milczeniu  przyglądała  się  małpkom.  Pozytywka  w  końcu 

zgrzytnęła i zatrzymała się, a papuga wrzasnęła: „Nie sprzedam! Nie sprzedam!”. 

background image

- To dobra muzyka - powiedział Finn. - Popularna. Mamy też małpkę, która 

tańczy, dzwoniąc dzwoneczkami, przywiązanymi do kostek. Dzwonki. 

- Słyszałam w nocy muzykę. 

-  To  ja  cię  zaniosłem  do  łóżka.  Było  już  późno,  kiedy  cię  znaleźliśmy. 

Leżałaś  zwinięta  na  podeście,  pod  drzwiami  do  kuchni.  Ten  widok  bardzo  nas 

wzruszył. 

- Zastanawiałam się, jak trafiłam do łóżka. 

-  Nie  lekceważ  wujka  -  powiedział  Finn,  puszczając  mimo  uszu 

napomknienia o wydarzeniach zeszłego wieczoru. - W każdym razie wuj robi też 

zabawki romantyczne. A nawet liryczne. - I Finn z innego pudla wyjął dużą różę. 

- To biała róża - powiedziała Melania, z trudem łapiąc dech. 

- A co się stało? 

- Ach... Nic. 

Gdy  Finn  przekręcił  kluczyk,  sztywne  płatki  (z  nakrochmalonego  płótna? 

kartonu?  a  może  cienkich  drewnianych  wiórków?)  rozchyliły  się  z  wdziękiem, 

ukazując pomarszczoną figurkę pastereczki, nie większej od dłoni dziecka. W głębi 

kwiatu  rozlegało  się  cichutkie  brzęczenie.  Pastereczka  uniosła  nogę  i  wykonała 

piruet,  a  po  chwili  następny,  obracając  się  na  drugiej  nodze.  W  końcu  dygnęła, 

płatki zamknęły się nad nią i brzęczenie ustało. 

- Nazywamy ją „Różaną Niespodzianką” - powiedział Finn. Wyjął z kieszeni 

tabliczkę balonowej gumy do żucia, rozwinął opakowanie i włożył gumę do ust. - 

Dziesięć gwinei. Wuj uważa, że jest piękna. - Finn nadmuchał balonik, który pękł z 

odgłosem przypominającym pierdnięcie. 

-  Przemyślna  zabawka  -  powiedziała  z  wahaniem  Melania,  niepewna 

odpowiedzi. 

- Głupia, ale dobrze się sprzedaje - odpowiedział Finn i odłożył różę. - Mam 

tu coś lepszego. To był mój pomysł. 

background image

Wskazał  żółtego  misia  z  muszką  na  szyi,  który  jeździł  na  rowerze  wzdłuż 

kontuaru, podzwaniając  od  czasu do  czasu dzwonkiem.  Miś  jeździł  chaotycznie i 

wykonawszy  jakiś  gwałtowny  skręt,  spadł  z  lady,  ale  Finn  chwycił  go  w  locie, 

odwróconego do góry nogami, gdy koła rowerku jeszcze się kręciły. Zabawka był 

tak  niezwykle  pomysłowa,  że  Melania  zachichotała  i  wyciągnęła  rękę  chcąc  ją 

uruchomić sama. 

-  Cieszę  się,  że  się  śmiejesz  -  powiedział  Finn.  -  Myślałem,  że  chcesz  już 

zapomnieć o śmiechu. Ale sklep możesz sobie oglądać, kiedy zechcesz. Chodźmy 

lepiej na dół, bo zaraz będzie za późno. 

Zeszli,  więc  do  piwnicy,  podłużnego,  bielonego  wapnem  pomieszczenia, 

biegnącego  przez  całą  szerokość  domu.  Jedno  z  okienek  wychodziło  na  tunel, 

którym zrzucano węgiel, a odrobina załamanego pod ostrym kątem światła wpadała 

do wnętrza przez żelazną kratownicę, tkwiącą wyżej w chodniku. Wokół unosił się 

słodki,  czysty  zapach  świeżego  drewna  i  ostra  woń  farby.  Pod  stopami  Finna  i 

Melanii  chrzęściły  drewniane  strużyny.  Przy  ścianie  stał  stół  stolarski,  jak  w 

fabryce  drewnianych  protez,  pokryty  pociętymi  i  porąbanymi  kończynami, 

przywodzącymi  na  myśl  „Noc  Walpurgi”.  Naprzeciwko,  pod  drugą  ścianą,  stał 

ochlapany  tęczą  barw  stół  malarski.  Na  ścianach  wisiały  rozmaite  figurki  na 

sprężynach,  tańczące  misie  i  podskakujące  arlekiny,  a  także  gotowe  już  niemal 

marionetki  wszelkich  rozmiarów  -  niektóre  dorównywały  niemal  wzrostem 

Melanii. Były wśród nich kukiełki o ślepych oczach, jedne bez rąk, inne bez nóg, 

nagie  lub  ubrane,  wszystkie  nie  wykończone,  choć  dyndając  na  haczykach, 

sprawiały  wrażenie  dziwnie  ożywionych.  Na  ścianach  wisiały  też  maski, 

najróżniejsze maski we wszystkich możliwych kolorach - ich fluorescencyjne róże 

i fiolety zlewały się z barwami złotymi i granatowymi. Finn włożył jedną z masek i 

przeistoczył  się  w  Mefistofelesa  o  kudłatych  brwiach,  wąsach  i  brodzie 

background image

przytwierdzonej  do  cętkowanej,  żółto-czerwonej  twarzy,  zastygłej  w  grymasie 

gniewnego warknięcia. 

- To prawdziwe włosy - powiedział, szarpiąc brodę. - Staramy się uprawiać 

rzemiosło na wysokim poziomie. 

Piwnicę rozjaśniały pasma nierzucających cienia jarzeniówek. 

Ze stojącego po drugiej stronie dużego rusztowania, przypominającego duże 

pudło, zamaszyście opadły na podłogę czerwone pluszowe zasłony. Finn, wciąż w 

masce,  podszedł  bliżej  i  pociągnął  za  sznur.  Kurtyna  rozsunęła  się  z  szelestem, 

marszcząc się po obu stronach niewielkiej sceny, przedstawiającej grotę w cichym, 

wyczekującym  lesie,  ozdobionym  kartonowymi  skałami.  W  plątaninie  sznurków 

leżała  twarzą  do  ziemi  wysoka,  co  najmniej  na  pięć  stóp  marionetka  sylfidy, 

otulona  fontanną  białego  tiulu.  Była  rozciągnięta  na  płask,  jak  gdyby  ktoś  nagle 

znudził  się  zabawą,  upuścił  lalkę  i  poszedł  sobie  precz.  Marionetka  miała  długie 

czarne włosy, sięgające bioder opiętych ciasnym atłasowym gorsetem. 

- Tego już za wiele - powiedziała podenerwowa na Melania. - Za wiele. 

- Przecież jeszcze prawie nic nie zobaczyłaś. 

Nie mogła patrzeć na upadłą lalkę w białym atłasie i tiulu. 

- Ja... nie lubię teatru. Proszę cię, zrób to dla mnie i zasuń kurtynę. 

Finn niechętnie pociągnął znów za sznur. Czerwona kurtyna litościwie skryła 

porzuconą sylfidę. 

- Ten kukiełkowy teatrzyk to w pewnym sensie rzecz najdroższa jego sercu, 

rozumiesz? Choć może to raczej obsesja. Powinnaś zobaczyć, jakie on tu urządza 

przedstawienia! Czasem pozwala mi pociągać za sznurki. To dla mnie wielki dzień. 

- Głos Finna podwinął się ironicznie w kącikach ust. 

-  Tego  już  za  wiele  -  powtórzyła  Melania.  Dookoła  wirował  szalony  świat, 

mężczyźni i kobiety pomniejszeni przez zabawki i kukiełki, świat, w którym nawet 

ptaki były mechaniczne, a nieliczni realnie istniejący ludzie chodzili tu w maskach 

background image

i  grali  koncerty  głuchą,  straszną  nocą,  w  którą  coś  wtrąciło  ją  raz  jeszcze.  Znów 

pochłonęła ją noc. Melania była lalką. Zadrżały jej usta. 

Finn  zauważył,  że  jest  przygnębiona.  Jego  sflaczałe  wargi  wygięły  się  ze 

współczuciem,  przypominając  leżący  na  grzbiecie  księżyc.  Ku  niesłychanemu 

przerażeniu i zdumieniu Melanii Finn rzucił się nagle w głąb piwnicy, wykonując 

serię  młynków.  Diabelsko  zamaskowana  postać  chłopaka  stała  się  świszczącą 

zabawką, szumiącym słońcem gimnastycznym, migającym ramionami i nogami, aż 

wreszcie  Finn  wylądował  przed  nią  na  rękach.  Jego  odwróconą  do  góry  nogami 

fałszywą twarz zasłaniały zarówno prawdziwe, jak i doklejone włosy, kłębiące się 

wokół policzków z papier-mache. 

-  Śmiej  się  ze  mnie  -  powiedział.  -  Próbuję  cię  rozbawić.  I  wierzgnął  w 

powietrzu ohydnie brudnymi nogami. 

-  Chcę  wrócić  do  domu  -  powiedziała  beznadziejnie  Melania,  ponura  jak 

listopadowy dzień, a potem skryła twarz w dłoniach. 

Czuła zapach jego bliskości, ostry i jakby lisi. Finn stanął powoli na nogi i 

zdjął maskę, choć Melania nie widziała jego twarzy, bo nie patrzyła na niego. 

-  Przywiozła  nas  do  tego  domu  jedna  zakonnica  -  oznajmił.  -  Znaczy, 

Franciego  i  mnie.  Byliśmy  w  naszych  najlepszych,  sztywnych  gamiturkach  i 

skrzypiących butach. Przyjechała z nami z rodzinnych stron, z sierocińca. Dwieście 

głów w dwustu łóżkach, dwieście pękniętych serc pod dwustoma kocami z rezerw 

wojskowych.  Opiekowały  się  nami  poczciwe  zakonnice.  Ta  przewiozła  nas  przez 

Morze  Irlandzkie,  ufając  w  Panu,  ale  Bóg  kazał  jej  cierpieć  wskutek  pogody  i  w 

Kanale Świętego Jerzego porzygała się jak kot, a Francie płakał, bo nie było z nami 

nikogo  i to on  musiał  zamknąć  matce  oczy.  Miał  wtedy  czternaście  lat  i grał  już 

cudownie  na  skrzypcach,  ale  nie  mógł  zapomnieć  dotyku  jej  powiek.  Powtarzał 

ciągle, że były jak płatki lilii wodnych. Białe i wilgotne. Ale martwe. 

- Daj już spokój, Finn. 

background image

Melania czuła, że łzy napływają jej do oczu. O dziwo, nie z żalu nad sobą, 

ale nad przeszłością Finna i Franciego, chyba szczególnie Franciego. Finn otworzył 

ramiona,  jak  gdyby  chciał  ją  objąć,  Melania  wciąż  powstrzymywała  jednak  łzy 

pięściami.  A  potem  na  górze  rozległo  się  głośne  uderzenie.  Finn  wzruszył 

ramionami. Ciągle tylko wzrusza ramionami. 

- Gong na śniadanie, musimy już lecieć. Poczujesz się lepiej, jak coś zjesz i 

wypijesz. W tym domu lepiej się nie spóźniać na posiłki. 

Schody blokowała olbrzymia, przytłaczająca postać mężczyzny na podeście. 

Światło padało z tyłu i Melania nie widziała jego twarzy, a poza tym Finn pierwszy 

wszedł  na  schody,  ale  wydało  się  jej,  że  mężczyzna  trzyma  w  ręku  wielki  jak 

cebula  zegarek  i  patrzy  nań  z  gniewem,  mrucząc  coś  pod  nosem.  Nagle  na 

schodach zapaliło się światło i pomruk przeszedł w ryk. 

-  Trzy  minuty  spóźnienia!  I  wbiegasz  tu,  podrygując  w  tych  swoich 

śmierdzących szmatach, jak gdybyś miał to w nosie! Czy ja prowadzę internat dla 

niedomytych bitników? No co? No, co? - Mężczyzna wymierzył Finnowi potężny, 

druzgocący  cios  w  głowę,  po  którym  chłopak  zatoczył  się  i  zachwiał  na  nogach, 

kurczowo zaciskając dłonie na poręczy, żeby nie upaść.  

Kołysząc się na niej Fnn zaczął się śmiać. 

- Melanio, to właśnie jest twój wujek Filip! 

Ale ona rozpoznała go już przypominając sobie fotografię, choć minęły lata i 

wuj bardzo przytył. Zupełnie nie zwracając na nią uwagi chwycił Finna za bluzę od 

piżamy  usiłując  ściągnąć  mu  ją  z  grzbietu.  Rozpoczęła  się  nieprzyzwoita 

szarpanina a Finn wił się na wszystkie strony jak węgorz, i to roześmiany węgorz, 

albowiem chłopak ciągle się śmiał. Nagle dał nura pod pachą wuja Filipa, chwycił 

swoja niebieską kurtkę z wieszaka z jeleniego rogu wiszącego na podeście i zaczął 

ją pospiesznie zapinać po samą szyję. 

- Czego oczy nie widzą - powiedział bez tchu.  

background image

- Owsianka stygnie - rzucił wuj Filip, - Stygnie, bo ty się spóźniasz Niczego 

na świecie nie brzydzę się tak bardzo jak, jak właśnie zimnej owsianki. Nie licząc 

ciebie, Jowle - dodał - nie licząc ciebie. 

 

IV 

 

Wszystkie  inne  posiłki  (wyjąwszy  niekiedy  podwieczorek  i  drobne  przekąski) 

spożywali  w  jadalni,  która  nie przestawała  pachnieć stęchlizną  niezamieszkanego 

pomieszczenia, bez względu na to, jak często w nim przesiadywali. Ale śniadanie 

stanowiło  wyjątek  -  zawsze  jedli  je  w  kuchni,  choć  Melanii  nigdy  nie  udało  się 

ustalić, dlaczego. 

Jonatan i Wiktoria, lśniący i rumiani od zimnej wody, siedzieli w kuchni nad 

miskami nietkniętej jeszcze owsianki. Widocznie ciotka Małgorzata obudziła dzieci 

i zorganizowała im poranną toaletę. Nerwowym machnięciem szczupłego ramienia 

ciotka  wskazała  Melanii,  by  usiadła  obok  siostry.  Małgorzata  była  w  brudnym 

fartuchu  z  ciemnej  wzorzystej  bawełny,  zawiązanym  z  tyłu  na  cienkie  tasiemki, 

które  obciągały  jej  czarną  spódnicę  i  sweter.  Wydawała  się  wzburzona.  Miała 

zmierzwione włosy, jak gdyby upinała je przez sen. 

Wiktoria  siedziała  wystrojona  w  puszysty  śliniaczek  z  zieloną  żabką,  ale 

robiła  wrażenie  spłoszonej  ceremonialną  atmosferą,  otaczającą  posiłek,  a 

manifestującą  się  gongiem  i  krzykami.  Była  wyjątkowo  przestraszona...  i  dzięki 

Bogu, bo Melania nie  zniosłaby  dzisiaj  roześmianej  i  rozśpiewanej  Wiktorii przy 

śniadaniu.  Wuj  Filip  mógłby  nawet  uderzyć  dziecko,  a  to  już  byłoby  straszne. 

Bracia Jowle’owie siedzieli naprzeciwko Melanii i Wiktorii niczym moralizatorski 

obraz,  przeciwstawiający  schludność  niedbałości,  Francie  ubrał  się  bowiem  z 

wymęczoną elegancją. Wbił się w garnitur i nowy zielony krawat, przyozdobiony 

inną  niż  wczoraj  szpilką  w  kształcie  sztyleciku.  U  szczytu  stołu  stało  szerokie 

background image

krzesło  z  poręczami,  na  którym  niezgrabnie  usadowił  się  wuj  Filip,  obejmując  z 

namaszczeniem  władzę  nad  paterą  pokrajanego  chleba  i  przypominającym 

kształtem  pomarańczę,  lepkim  słoikiem  marmolady.  Ciotka  Małgorzata  siedziała 

po drugiej stronie, zerkając jednym okiem na czajnik - czekała, kiedy zagotuje się 

woda. Przed jedzeniem zabrzmiała znów modlitwa, wprawdzie nie tak dziwna, jak 

Franciego, ale wyjątkowo lakoniczna. 

- Za dary, które spożywać będziemy - powiedział wuj Filip i urwał. Podniósł 

łyżkę i na ten sygnał wszyscy zgodnie zaatakowali owsiankę. 

Mleko w brązowym dzbanie i - do wyboru - cukier albo gęsty złocisty syrop 

w zielono-złotej puszce. Rozmarzony Finn zawładnął syropem, którym wyhaftował 

sobie  na  owsiance  jakiś  kościelny  ornament,  ale  nie  jadł.  W  kuchni  panowała 

absolutna  cisza  -  słychać  było  wyłącznie  istną  symfonię  siorbania  i  chłeptania, 

towarzyszącą  posiłkowi  Franciego.  Finn  tworzył  wciąż  delikatne  sploty 

koronkowych  wzorów,  a  miski innych domowników pustoszały.  Czas  mijał.  Wuj 

Filip rzucał Finnowi meduzowate spojrzenia spod swoich krzaczastych brwi. 

- Finn - odezwał się wreszcie straszliwym głosem. 

- Tak jest, sir? - zapytał raźno Finn z szerokim uśmiechem. Dlaczego on tak 

często się uśmiecha, szczerząc te żółte zęby? 

- Przestań się bawić jedzeniem, do cholery! 

- Ja sobie tylko rysuję - powiedział Finn. 

- Nie baw się, bo pożałujesz. 

Ciotka Małgorzata zadrżała i zamknęła oczy. Finn westchnął i nagle opróżnił 

miskę  ze  zdumiewającą  szybkością,  jak  gdyby  nie  jadł,  tylko  szuflował  zupę  do 

kieszeni.  Dzięki  tej  awanturze  Melania  ośmieliła  się  spojrzeć  w  końcu  na  wuja, 

którego uwaga całkowicie skupiła się na Finnie. 

Dziwiła  się  wciąż  potężnej  postawie  wuja  Filipa,  bo  na  weselu  matki  był 

przecież  bardzo  szczupły.  A  ile  miał  lat?  Z  pewnością  był  starszy  od  ciotki 

background image

Małgorzaty  -  znacznie  starszy,  ale  dokładnie  o  ile?  Dobiegał  podeszłego  wieku, 

lecz  nie  posiwiał,  włosy  miał  raczej  pożółkłe,  jak  zaśniedziałe  srebro,  choć 

jedwabiste i lśniące. Czesał się na bok, z prze działkiem. Gęste włosy. Dba o nie z 

widomą  próżnością.  Jego  sumiaste  wąsy  miały  bardziej  nasyconą  barwę, 

przetykaną smugami szpakowatej ironii. Kiedy koniuszki tych wąsów zanurzały się 

w wielkim, osobistym kubku wuja, opatrzonym ułożonym z pączków róży napisem 

„Ojciec”,  stawały  się  brunatne  i  obwisłe.  Wąs  czynił  wuja  podobnym  do  Alberta 

Schweitzera, 

ale 

nie 

nadawał 

mu 

wyrazu  

dobrotliwości.  Jego  kubek  posiadał  odpowiednią  pojemność,  lecz  niewłaściwe 

ozdoby  -  był  zbyt  uroczy  i  nie  pasował  do  wielkiej,  sękatej  dłoni,  szorstkiej  od 

blizn  i  przebarwionej  skutkiem  długich  lat  stolarki  i  prac  malarskich.  Melania 

pomyślała,  że  nie  chciałaby  trzymać  go  za  rękę.  Brwi  mu  zwisały  jak  na  tamtej 

masce  Mefistofelesa,  a  skryte  pod  nimi  oczy  okazały  się  bezbarwne  niby 

deszczowy dzień. 

Wuj  był  ubrany  w  nieskazitelnie  białą  koszulę  z  kołnierzykiem  o 

odkładanych rożkach, nakrochmalonym i lśniącym niby szkło. Pod szyją zawiązał 

cienki jak śledź krawat, który wyglądał tak, jak gdyby jego właściciel nie zdjął go 

ani  razu  od  dnia  ślubu  swej  siostry.  Wuj  siedział  w  samej  koszuli,  obleczony 

patriarchalnym  majestatem  i  obszerną,  czarną  kamizelką  (której  błyszczący  tył 

marszczył  się  na  plecach  długimi  krechami),  obciągniętą  imponującym  złotym 

łańcuszkiem  od  zegarka,  jakie  lubili  nosić  właściciele  kopalń  w  czasach 

wiktoriańskich.  Taki  by  się  nie  przejął,  gdyby  w  kopami  zdarzyło  się  coś  złego. 

Wuj  wcisnął  pod  brodę  dużą  białą  serwetkę.  Jego  władza  przytłaczała  resztę 

domowników.  Ciotka  Małgorzata,  zwiędła  jak  zmiażdżony  kwiat,  była  tak 

onieśmielona, że bała się spojrzeć na męża. Zjadła tylko odrobinę owsianki, porcję 

w  sam  raz  dla  Niedźwiadka,  ale  zajęło  jej  to  najwięcej  czasu,  wydziobywała 

background image

bowiem pożywienie tylko z brzegu łyżki. Nie skończyła jeść, gdy wuj Filip wrzucił 

z brzękiem do pustej miski swoją łyżkę. 

- Zmiana naczyń, Finn! Migiem! 

Ciotka Małgorzata odstawiła owsiankę, podeszła do pieca, zdjęła podgrzane 

talerze z bekonem i smażonym chlebem, ale Finn przeciągał się obojętnie, ziewając 

sztucznym,  przesadzonym  ziewnięciem,  ukazującym  szkarłatny  tunel gardła.  Wuj 

Filip obrzucił chłopaka groźnym spojrzeniem.  

- Chcesz mnie zdenerwować, młody człowieku? 

Finn zebrał brudne naczynia. Przechodząc za szerokimi plecami wuja Filipa 

z  krzywą  wieżą  naczyń  na  dłoni,  odtańczył  szybki,  krótki,  szyderczy  taniec, 

którego starzec nie mógł zauważyć. Nikt po za nim nie odzywał się i nie poruszał. 

Gdy  zabrakło  bekonu,  śniadanie  skończyło  się  marmoladą  i  tą  samą  uciążliwą 

ciszą, w jakiej się zaczęło.  

W  dni  robocze  korzystali  z  zastawy  z  wierzbowym  wzorem  -  było  jej  w 

domu  pod  dostatkiem  -  do  śniadań,  lunchów  i  podwieczorków,  choć  w  użyciu 

znajdowały  się  także  zwykłe  białe,  niegdyś  wojskowe  kubki,  w  których  późnym 

wieczorem Finn i Francie popijali od czasu do czasu kakao albo gorące mleko. W 

niedziele używali serwisu z misami na warzywa i wazą do zupy, wykonanego z o 

wiele  szlachetniejszej  białej  porcelany,  ozdobionej  zielonym  szlaczkiem.  Ciotka 

Małgorzata była z niego dumna. Dawniej, jeszcze w Irlandii, należał do jej matki. 

Mieszkał w kredensie w jadalni i wkraczał do kuchni po to, by podgrzać go przed 

jedzeniem,  a  potem  zmyć.  Po  pewnym  czasie  Melania  zaczęła  odmierzać  w 

myślach  upływ  tygodni  obecnością  serwisu  z  zielonym  paskiem  na  stole.  „Oto 

kolejna  niedziela”.  W  poniedziałkowe  ranki  natomiast  spoglądała  na  maleńki 

mostek  na  talerzu  z  wierzbowym  wzorem  i  chciała  po  nim  uciekać  z  domu  wuja 

Filipa,  tam  gdzie  kwitną  drzewa.  Ale  pierwszego  ranka  nie  wiedziała  jeszcze,  że 

tak będzie. 

background image

-  Za  dary,  które  spożywaliśmy  -  powiedział  wuj  Filip.  Rzucił  serwetkę  na 

talerz i odsunął krzesło. - Ogarnij się, Finn, i natychmiast zejdź na dół. 

Wuj trzasnął drzwiami. 

Pokój jakby pojaśniał. 

Francie i szeroko uśmiechnięty Finn zapalili papierosy i zaczęli bujać się na 

krzesłach. Ciotka Małgorzata nastawiła czajnik, żeby zagrzać wodę do zmywania 

naczyń, ponieważ w kuchni też nie było bieżącej ciepłej wody. Dzieci przytuliły się 

do  siebie  w  obronnym  geście,  a  Wiktoria,  i  nawet  Jonatan,  chwycili  Melanię  za 

ręce. Wiktoria głośno pociągała noskiem. Na twarzy ciotki Małgorzaty znać było 

udrękę. „Nie taki diabeł straszny, jak go malują” - wypisała kredą na tablicy. 

Jak gdyby posłuszny niejasnej uwadze scenicznej, zaszczekał pies. 

- Nie zapytał nawet, jak się nazywamy - powiedział z mglistym zdumieniem 

Jonatan. 

- Zna wasze imiona - zauważył łagodnie Finn. 

- Nie powinieneś już iść? - zapytała Melania. 

- Najpierw muszę się chyba umyć, nie? I ogolić... 

-  Jess  traszny!  -  wydyszala  Wiktoria,  dokonując  błyskawicznej  oceny  wuja 

Filipa.  Głoski,  które  nie  dawno  opanowała,  zniknęły  bez  śladu  pod  wpływem 

stresu. 

Zafrasowana  ciotka  Małgorzata  zamaszyście  wzięła  dziewczynkę  na  ręce  i 

przytuliła do siebie.  

-  Wiktoria  nie  przywykła  do  krzyków  -  wyjaśniła 

Melania.  

- To będzie się musiała przyzwyczaić  - odpowie dział Finn, drapiąc się pod 

pachą. 

Tego dnia po zmyciu naczyń Melania miała zostać z ciotką w sklepie, żeby 

nauczyć się cen i zapamiętać, gdzie się trzyma zabawki. Wuj pozwolił im zabrać 

Wiktorię,  która  mogła  bawić  się  w  sklepie  sama.  Swojski,  rodzinny  plan. 

background image

Pozostawiony  samemu  sobie  Jonatan  zapytał,  czy  może  odejść  od  stołu  i 

popracować trochę nad modelem. Uzyskał pozwolenie. 

- Jonatan jest bardzo uzdolniony manualnie - powiedziała Melania. 

-  Wuj  się  ucieszy  -  odparł  Finn,  kręcąc  się  po  kuchni  w  oczekiwaniu  na 

gorącą wodę do golenia. - Może wystruga z naszą pomocą parę marionetek. 

-  Szkoła...  -  powiedziała  słabym  głosem  Melania,  wycierając  do  sucha 

widelec. 

- Ach, rok szkolny zaczął się tak dawno, że nie warto wracać teraz do szkoły 

- zauważył Finn. 

Palący  przy  stole  Francie  roześmiał  się  śmiechem  przypominającym 

zgrzytanie  młynka  do  kawy,  a  ciotka  Małgorzata,  z  rękami  po  łokcie  w  pianie, 

odwróciła się do niego ostrzegawczo, przykładając palec do ust. 

- Jego wielmożność tego nie usłyszy - odezwał się Finn, obejmując siostrę w 

pasie. - Nie pękaj. 

Ciotka wsparła się na jego ramieniu, a Finn pocałował ją w szyję, tam gdzie 

opadały  bez  życia  rude  włosy.  Melania  poczuła  się  jak  intruz.  Usiłowała 

odizolować  się  od  ich  intymności,  starannie  odkładając  widelce  do  szuflady,  w 

której spoczywały pozostałe sztućce. Potem wytarła i pochowała także noże i łyżki. 

Wydawało  się  jej,  że  jest  nakręconą,  nauczoną  porządku  lalką,  klekoczącą 

mechanicznie przy każdym zaprogramowanym ruchu. Jak gdyby wuj Filip uczynił 

już z niej zabawkę. Została po zbawiona własnej woli. 

Na  dworze  trwał  londyński  poranek  i  nijaka  pogoda,  okrutnie  monotonna, 

bez  słońca  ani  deszczu  -  takie  chłodne  nic.  Melania  pomyślała,  że  i  w  jej  duszy 

panuje podobny klimat. Nie będzie już żadnych skrajności, nigdy. Nie lękajcie się 

spiekoty słońca, i tak dalej. Znalazła się w czyśćcu i pozostanie w nim przez resztę 

życia, o ile można nazwać życiem coś, co będzie się nudno ciągnęło bez większych 

background image

radości  i  straszliwej  rozpaczy,  bo  Melania  nie  miała  już  siły  ich  znosić.  A 

skończyła zaledwie piętnaście lat. Było to przerażające uczucie. 

Kiedy chowała sztućce, użalając się nad sobą, zauważyła, że jest jej lżej, jeśli 

dramatyzuje, a  nawet  melodramatyzuje  swoje problemy.  Na  przykład łatwiej było 

stawić  czoło  postaci  wuja  Filipa,  kiedy  wyobrażała  sobie,  że  jest  on  bohaterem 

filmu granym, powiedzmy, przez Orsona Wellesa. Melania siedzi w kinie i ogląda 

film.  Wkrótce  podejdzie  dziewczyna  w  białym  fartuchu,  sprzedająca  lody,  solone 

orzeszki i prażoną kukurydzę. Ale smakiem miesiąca był smak nijakości. Melania 

usiłowała  nie  patrzeć  na  demonstrację  swobodnie  odwzajemnianych  uczuć, 

łączących Finna, Franciego i niemą kobietę. 

Ubiegłego  wieczoru  ta  trójka  zebrała  się  razem,  jak  gdyby  była  to 

najzwyklejsza  rzecz  na  świecie.  Utworzyli  nowe  trzygłowe  zwierzę,  które  z 

łatwością rozmawiało samo ze sobą za pomocą dłoni Franciego, ust i palców ciotki 

Małgorzaty oraz stóp Finna. A Melania podpatrywała ich przez dziurkę od klucza i 

nigdy nie miała zbliżyć się do nich bardziej niż na odległość tych drzwi, za którymi 

mieszkali. Oglądając film, jest się podglądaczem, żyje się cudzym życiem. Rodzina 

Jowle’ów  stanowiła  jedność.  Byli  ciepli  jak  wełna  i  Melanię  trawiła  gorzka 

zazdrość.  „Rozgość  się,  czuj  się  jak  w  domu”.  Jakim  cudem?  Odosobnienie 

Melanii  rozpękło  się  na  kawałki.  Nagle  zapragnęła  ponad  wszystko  wtargnąć  do 

ich amatorskiego, domowego filmu. 

Ale  czy  naprawdę  chciałaby  zostać  członkiem  tej  rodziny?  Przez  chwilę 

odczuwała  bolesną  tęsknotę  -  a  potem,  równie  nieoczekiwanie,  zbuntowała  się 

przeciwko tamtym trojgu. Byli brudni i plebejscy. Nie cierpiała słowa „plebejski”, 

to tylko plebejusze nazywają innych plebejuszami - tego nauczyła ją matka. Ale to 

określenie pasowało do Jowle’ów. 

Nie  widziałam  w  tym  domu  ani  jednej  książki,  dosłownie  ani  jednej, 

pomyślała. Albo na przykład te sosy. Jak w knajpie dla kierowców. Albo weźmy 

background image

Franciego,  który  ochlapał  się  owsianką,  a  (teraz)  w  skupieniu  dłubie  w  zębach 

wypaloną zapałką. Albo wyplamiony podkoszulek i jeszcze paskudniejszą piżamę 

Finna. Jedyne obrazy, jakie tu widziała, to ta sentymentalna, staroświecka grafika, 

wisząca w jej pokoju, i namalowany przez Finna psi portret. Wyglądał, jak gdyby 

namalowało  go  dziecko,  które  potem  powiesiło  obraz  nad  kominkiem,  żeby  się 

popisać. No i herbata, herbata, ciągle ta herbata, do każdego posiłku, właśnie teraz, 

kiedy Melania zaczęła już doceniać subtelny smak kawy. I dziury w pończochach 

ciotki  Małgorzaty.  Brak  papieru  toaletowego.  Wszystko  to  było  w  sumie 

obrzydliwe. Ci ludzie żyli jak świnie. 

Lecz mimo to byli rumiani i nader cieleśni, a ona, Melania, miała na zawsze 

pozostać  szara  jak  cień,  zapewne  z  powodu  nocy  sukni  ślubnej,  gdy  poślubiła 

cienie i wszystko się skończyło. Ale to działo się w pustce, gdzieś na końcu świata. 

Wytarła jeszcze kubki, spodeczki i talerze, bo nie miała nic lepszego do roboty. 

Jak to możliwe, że udało im się zachować cielesność i rumianą cerę (choć w 

przypadku  ciotki  Małgorzaty  można  było  mówić  jedynie  o  cielesności 

sporadycznej), skoro żyli przytłoczeni osobowością wuja Filipa, tej apokaliptycznej 

bestii?  I  skąd  ona,  Melania,  mogła  wiedzieć,  że  jej  wuj  okaże  się  obdarzonym 

potężnym głosem potworem, który - czego się obawiała - może wstrząsnąć domem 

w posadach i pogrzebać ich wszystkich pod gruzami? 

Och,  nieszczęsna  ciotka  Małgorzata.  Jest  niezwykle  łagodna,  a  musi 

(zapewne) sypiać z wujem w jednym łóżku, bo są przecież małżeństwem. Wuj robi 

zabawki  parodiujące  niewinne  igraszki  ciotki  i  jej  braci,  a  ona  drży,  kiedy  wuj 

podnosi swój lwi głos. Melania domyślała się, że ciotka marzy, by mieć dzieci - ale 

czy  na  pewno  z  wujem  Filipem?  Małgorzata  tak  bardzo  pragnie  dzieci,  że  chce 

mieć Wiktorię wyłącznie dla siebie. W takim razie niech ją sobie weźmie. Melania 

ochoczo zrzekła się wszelkich praw do siostry i poczuła, że napięcie opadło. Jakby 

ktoś zdjął jej z pleców wielki ciężar. 

background image

A  może  by  tak  uciec?  - pomyślała,  ustawiając  równo  talerze  na  pólkach  w 

kredensie. Mogłabym dostać pracę i mieszkać samotnie w wynajętym pokoju, jak 

dziewczyny w różnych opowiadaniach z pism ilustrowanych. 

Parzyłaby neskę na własnej kuchence gazowej i kupowała ćwierć funta sera 

tylko  dla  siebie  -  jedną  ścianę  pomalowałaby  na  kolor  czerwonych  pelargonii, 

drugą na chabrowy błękit, a pozostałe na biało, jak chciała zrobić w domu, ale nie 

pozwoliła  jej  na  to  matka.  Pomyślała  o  niej  i  ujrzała  ją  znów  jasno  i  wyraźnie  - 

maleńką,  jakby  oglądaną  z  niewłaściwego  końca  teleskopu.  Leżała  na  żółtym 

piasku  wśród  szczątków  samolotu,  ubrana  w  swoją  najlepszą,  czarną  garsonkę  i 

mały  podróżny  kapelusz,  a  wokół  poniewierały  się  fragmenty  zwęglonych  ciał 

innych  pasażerów.  Ale  w  rzeczywistości  na  pewno  wcale  tak  nie  wyglądała. 

Melania  wieszała  kubki  na  haczykach  umocowanych  na  zewnętrznych  ściankach 

kredensu, nieustannie poruszając ręką z dołu do góry i z góry na dół. Przypatrywała 

się swojej dłoni z łagodną ciekawością i pomyślała, że żyje ona własnym życiem. 

Później tego ranka, na zapleczu sklepu, napisała list do pani Rundle, tak jak 

jej  obiecała.  Użyła  kartki  wyrwanej  z  notesu  ciotki.  Gryzła  ołówek,  połykając 

drzazgi - co ona może mieć do powiedzenia pani Rundle, która stała się obca (choć 

i przedtem niewiele dla nich znaczyła), mieszka daleko i na pewno już zapomniała 

o  dzieciach,  spychając  je  w  głąb  swojej  przeszłości,  pełnej  wspomnień 

wyładowanych innymi wspomnieniami, które zawsze nosiła w pękatej torebce? 

„Droga Pani Rundle, 

Podróż minęła spokojnie, ale była męcząca. Mamy nadzieję, że i Pani podróż 

minęła spokojnie”. 

Pomyślała  chwilę,  a  potem  wykreśliła  słowo  „podróż”  z  drugiego  zdania  i 

wpisała  „jazda”,  żeby  się  nie  powtarzać.  W  szkole  uczyli  ją,  że  właśnie  na  tym 

polega ładny styl. Melania podejrzewała, że już nie wróci do szkoły. 

„Dzielę pokój z Wiktorią. Ciotka Małgorzata chyba bardzo ją już polubiła”. 

background image

Dziwnie  zgaszona  Wiktoria  siedziała  u  stóp  ciotki,  wpatrzona  w  płynne 

wzory, jakie tworzył ogień, nucąc pod nosem jakąś pozbawioną słów, przejmującą 

piosenkę.  Dlaczego  nie  dadzą  jej  zabawek?  Przecież  zabawek  w  tym  domu  nie 

brakuje. 

„Ciotka Małgorzata jest niemową”  - poinformowała Melania, ale po chwili 

wykreśliła „niemowę” i napisała: „bardzo miła”, bo przyszło jej do głowy, że pani 

Rundle wiedziała zapewne o przypadłości ciotki, choć nie umiała powiedzieć o tym 

dzieciom. 

„Wuj  Filip  jest  nieco  staroświecki,  ale  na  pewno  -  Melania  starała  się 

uwypuklić tę część zdania - już wkrótce wszyscy poczujemy się tu dobrze. 

Mam nadzieję, że i Pani urządziła się w nowym domu i że kot jest zdrowy”. 

Było  to  kłamstwo.  Melania  miała  nadzieję,  że  kot  nie  czuje  się  dobrze. 

Spodziewała  się,  że  zdechł.  Żywiła  przekonanie,  że  kot  pani  Rundle  jest 

stworzeniem  z  gruntu  złym.  Był  jednak  bandyckim,  ale  mimo  wszystko 

ukochanym dzieckiem pani Rundle, Melania musiała więc o niego spytać. 

„Serdecznie całujemy - Melania, Jonatan i Wiktoria”. 

Westchnęła,  kończąc  tekst.  Będzie  musiała  zdobyć  jakąś  kopertę,  kupić 

znaczek  (gdzie  jest  poczta?)  i  wysłać  ten  list,  a  następnego  dnia  pani  Rundle 

wyjmie  okulary,  żeby  go  przeczytać  w  jakiejś  nowej  kuchni,  gdzie  jest  lodówka, 

kuchenka  z  automatyczną  regulacją  temperatury  pieca,  dobrze  widoczny  ruszt, 

lśniące plastikowe blaty, elektryczny mikser i może elektryczny młynek do kawy. 

Melania była pewna, że w nowym domu pani Rundle pija się świeżo mieloną kawę 

w  czerwonych  emaliowanych  kubkach.  Kurczowo  trzymała  się  widoku  pani 

Rundle,  jaki  zapamiętała  z  rodzinnego  domu,  bo  kiedyś  pani  Rundle  stanowiła 

przecież  jego  część,  a  dzieci  cumowały  przez  krótki  czas  w  czarnym  porcie 

uścisków na jej kolanach. 

background image

Zabrzmiał  sklepowy  dzwonek  i  zaskrzeczała  papuga.  Melania  wyszła  do 

klienta z ciotką. Jakiś chłopczyk w miniaturowych dżinsach chciał kupić maskę na 

Halloween.  Dzieciak  miał  zaschnięte  smarki  w  nosie.  Wybór  dziwacznych  i 

przerażających masek był ogromny. Melania i ciotka Małgorzata wykładały je na 

ladę  z  kolejnych  pudełek,  żeby  pokazać  chłopcu  wszystkie  -  lwów,  niedźwiedzi, 

diabłów i czarownic (o bladozielonych obliczach i włosach z prawdziwej słomy). 

Maski  były  jednak  mniej  wyrafinowane  niż  te  z  pracowni.  Kiedy  Melania 

wspomniała  o  tym  ciotce,  kobieta  nabazgrała  po  śpiesznie:  „Tamte  to  modele 

luksusowe,  te  są  standardowe.  Ale  proszę  cię,  nie  wchodź  do  pracowni”.  Ciotka 

podsunęła chłopcu maskę niedźwiedzia grizzly o uszach z futrzastej tkaniny. 

Rozentuzjazmowany  malec  przymierzał  jedną  maskę  po  drugiej,  porykując 

jak  lew  albo  miaucząc  jak  kot.  Miał  około  siedmiu  lat.  Pieniądze  przyniósł 

zawiązane  w  rogu  chusteczki  do  nosa.  Jego  kluchowata  wymowa,  typowa  dla 

południowego  Londynu,  wydała  się  Melanii  brzydka  i  prymitywna,  więc  jeszcze 

raz  pomyślała  z  nadzieją,  że  Wiktoria  nie  przyswoi  sobie  tutejszego  akcentu. 

Chłopiec z pewnością musiał długo oszczędzać z kieszonkowego, by kupić jedną z 

masek  wuja  Filipa.  Melania  sądziła,  że  dziewiętnaście  szylingów  i  jedenaście 

pensów za sztukę to dużo, ale chłopcu maski strasznie się podobały. 

Przymierzył pasiastą maskę i udał, że rzuca się przez ladę na Melanię, która 

wydała  urywany  okrzyk.  Była  to  maska  rozjuszonego  tygrysa,  płonąca  jasno 

fosforyzującą farbą, naprawdę zwierzęca i dzika. Melania uważała, że tego rodzaju 

maski nie są odpowiednimi zabawkami dla małych dzieci, ale chłopiec odliczył w 

końcu kilka sześciopensówek i pensów na kontuarze, wybierając ostatecznie maskę 

słonia  z  odlanymi  z  plastiku,  niezwykle  ostrymi  kłami  i  gumową  trąbą,  którą 

można  było  unosić  i  opuszczać,  pociągając  za  sznurek.  Melania  pomyślała,  że 

maska  przypomina  oblicze  słonia  w  rui,  i  chciała  zapakować  ją  do  papierowej 

torby, ale chłopiec z trzaskiem naciągnął gumkę na tył głowy i wybiegł na ulicę z 

background image

kołyszącym  się  nad  kołnierzykiem  łbem  słonia,  którego  nowiuteńka  trąba 

podskakiwała miarowo w górę i w dół. Ciotka Małgorzata z uśmiechem schowała 

pieniądze  do  szuflady  pełniącej  rolę  kasy.  Uśmiechnęła  się  ślicznie,  ciepło  i 

niewymuszenie. 

„Obsługiwać dzieci to prawdziwa przyjemność” - napisała. 

- Ale chyba męcząca - powiedziała Melania. 

„Tutejsze dzieci już przywykły do mnie” - napisała znów ciotka, a Melania, 

chowając  z  ulgą  maski,  zastanawiała  się,  w  jaki  sposób  ciotka  zrozumiała  jej 

odpowiedź. 

Czas  płynął  bardzo  wolno.  O  wpół  do  dwunastej  ciotka  zaparzyła  na 

zapleczu herbatę. Melania była ciekawa, czy każe jej zanieść tacę do piwnicy, ale 

wuj  Filip  i  Finn  najprawdopodobniej  mieli  na  dole  własną  kuchenkę  gazową  i 

mogli  sobie  sami  robić  herbatę,  gdy  tylko  mieli  ochotę.  Melania  zaniosła  jednak 

herbatę  Jonatanowi,  a  ciotka  pokazała  jej,  w  jaki  sposób  zatrzymać  ciepło  w 

filiżance, przykrywając ją spodeczkiem. 

Na strychu u Jonatana było bardzo zimno. Chłód szczypał go i kąsał, barwiąc 

blizny na kolanach chłopca na jasnofioletowy kolor. Jego czerwony nos wyglądał 

jak  obdarty  ze  skóry.  Jonatan  ledwie  uniósł  głowę,  kiedy  Melania  weszła  do 

pokoju.  Podłogę  pokrywała  splątana  pajęczyna  czarnych  nici,  okręt  żeglował 

dumnie po pasach tureckiego dywanu, a siedzący w kucki Jonatan zaplatał właśnie 

skomplikowaną  kocią  kołyskę  olinowania.  Był  schludnie  ubrany  w  szkolny 

mundurek  z  szarej  flaneli,  jak  w  całkiem  zwyczajny  dzień.  Krótkie  spodenki, 

marynarka z emblematem na piersi i długie, szare, pomarszczone skarpetki  - było 

to  ubranie,  w  którym  przyjechał  do  Londynu.  Jak  tchnienie  przeszłości.  Jonatan 

rano  zawsze  ubierał  się  po  omacku.  Wkładał  rzeczy,  które  zdjął  poprzedniego 

wieczoru, chyba że na krześle przy łóżku, w którym sypiał, ktoś przygotował mu 

ubranie na zmianę. 

background image

- Wypij coś gorącego - powiedziała Melania. Jonatan nie usłyszał.  

- Jonatanie! Przyniosłam ci herbatę! 

Postawiła  filiżankę  na  podłodze  i  dotknęła  ramienia  brata,  który  powoli 

zsunął  z  palców  czarną  nitkę,  przypatrując  się  Melanii  zza  swoich  okularów,  jak 

gdyby  zachodził  w  głowę,  kto  to  może  być.  Szkła  były  matowe  i  zapaskudzone. 

Jonatan  zdjął  okulary,  nachuchał  na  soczewki  i  przetarł  je  bardzo  już  brudną 

chusteczką  do  nosa.  Oczy  miał  bezbronne,  okolone  beżowymi  obwódkami. 

Przypominał  małego  gryzonia,  jak  świnka  morska  albo  kret.  Nałożył  okulary  i 

znowu bacznie przyjrzał się Melanii. 

- Ach, to ty - powiedział, spoglądając na herbatę z wyrazem oszołomienia. 

- Pij, bo wystygnie. 

Jonatan z przerażającą uległością wypił zawartość filiżanki trzema łykami i 

oddał naczynie siostrze. Czekał grzecznie, aż sobie pójdzie, wbijając wzrok w swój 

okręt. Melania czuła się jak intruz, ale Jonatan był przecież jej bratem i ostatecznie 

miała prawo mu przeszkadzać. 

- Wszystko w porządku? - spytała. 

Zastanawiał się nad tym pytaniem, a w każdym razie tak się wydawało. 

- Co masz na myśli? - odezwał się po chwili. 

- Czy jesteś szczęśliwy? Albo czy wiesz, czego ci trzeba do szczęścia? 

Siedział  nieruchomo,  trzymając  dłonie  na  kolanach  i  nie  próbując  nawet 

odpowiedzieć, jak gdyby pytanie Melanii było prozaiczne i całkiem nieistotne. 

-  Jonatan,  powiedz  mi,  czy  jesteś  szczęśliwy,  czy  nie.  -  Przecież  to  był  jej 

brat, dlatego martwiła się o jego pomyślność. 

- Chcę pracować dalej nad moim statkiem - od parł. - Proszę cię. 

- Aha - wyrzekła słabym głosem Melania i wyszła. 

Czuła  się  samotna  i  ogarnął  ją  chłód,  kiedy  szła  długimi,  brunatnymi 

korytarzami, mijając zamknięte na głucho, tajemnicze drzwi. Zamek Sinobrodego. 

background image

Wstrząsnął  nią  dreszcz  przerażenia,  gdy  przechodziła  obok,  bała  się,  bowiem,  że 

drzwi  się  nagle  otworzą  i  wytoczy  się  z  nich  jakieś  straszliwe  urządzenie  na 

kółkach, okropny żart albo potworny wynalazek, w każdym razie coś, co wystawi 

jej  odwagę  na  próbę.  Teraz  została  już  zupełnie  sama,  straciła,  bowiem  zarówno 

brata,  jak  i  siostrę,  Jonatan  siedział  na  górze,  Wiktoria  na  dole,  a  Melania 

wędrowała niebezpieczną drogą między nimi, niełączącą jej z nikim. 

Szkoda, że jestem jeszcze taka młoda, niedoświadczona i zależna od innych, 

pomyślała. 

Za tymi drzwiami, (za którymi?) spali nocami ciotka Małgorzata, wuj Filip, 

Francie i Finn. Jednak nie teraz, nie o tej porze - a kto zajmował te pokoje za dnia? 

Tak,  to  zamek  Sinobrodego,  a  może  raczej  posiadłość  pana  Foxa,  w  której  na 

każdym  nadprożu  widniało  wyryte  motto:”"Bądź  śmiały,  śmiały,  ale  nie  za 

śmiały”, a w szafach i przewiewnych kredensach spoczywały na prześcieradłach i 

poszwach  starannie  ułożone,  poćwiartowane  zwłoki.  Melania  wiedziała,  że  nie 

zachowuje się rozsądnie, że wokół znajdują się tylko puste pokoje i milczące łóżka, 

ale  nadal  odczuwała  lęk,  a  jej  przerażone  stopy  dreptały  zbyt  głośno,  budząc 

uśpione echa. Przed kuchnią, u szczytu schodów, na podeście siedział niezłomnie 

pies. Zwrócony grzbietem do Melanii, zagradzał jej drogę. Był niesamowicie biały, 

niczym  Moby  Dick,  a  w  brunatnym  domu  wuja  Filipa  po  prostu  świecił,  dlatego 

Melania bardzo się wystraszyła. 

Przystanęła za psem. Nie poruszył się. Znalazła się w pułapce. 

- Dobry piesek - powiedziała na próbę. - Piesku miły, puść mnie. Bardzo cię 

proszę. 

Ogon zwierzęcia zaczął się poruszać na boki z ledwie słyszalnym świstem. 

- Proszę cię - powiedziała znowu. 

Pies  spojrzał  na  nią,  odwracając  łeb  o  migotliwych,  czerwonych  oczach. 

Przyszła  jej  do  głowy  szaleńcza  myśl:  czy  to  prawdziwy  pies,  czy  może  ten  z 

background image

obrazu? W końcu przestąpiła go i zeszła na dół, choć w głębi duszy obawiała się, 

że  mógłby  jej  odgryźć  nogę.  Ale  bulterier  ani  drgnął.  Śledził  ją  spojrzeniem  bez 

mrugnięcia powieki, aż weszła na zaplecze i zamknęła drzwi, kryjąc się przed jego 

purpurowymi oczami. 

Ciotka  Małgorzata  obierała  ziemniaki  i  wrzucała  je  do  plastikowej  miski  z 

wodą. Miskę trzymała na kolanach. Wiktoria pomagała niemej kobiecie małym, ale 

niebezpiecznie  wyglądającym  nożykiem.  Siedziały  pośród  drobnych  rozprysków 

wody.  Ciotka  czule  i  serdecznie  spoglądała  z  góry  na  okrągły  czubek  głowy 

Wiktorii,  przechylając  na  bok  ptasi  łebek  Dobrze,  ze,  choć  Wiktoria  znalazła  tu 

swoje miejsce. 

Zaraz  potem  ciotka  poszła  po  popołudniowy  posiłek  i  wzięła  Wiktorię  ze 

sobą, Melania musiała, więc pilnować sklepu. Odkryła, że stanie za ladą sprawia jej 

przyjemność - dotąd była zawsze konsumentką, stała po stronie dla klientów. Przez 

chwilę bawiła się w sklep. Przeliczyła pieniądze w kasie i przejrzała zwój faktur. 

Dwukrotnie  sprawdziła,  gdzie  leżą  papierowe  torby,  brązowy  papier  pakowy, 

sznurek i taśma klejąca. 

Zaczęła  oglądać  towar.  Czuła  wstręt  do  tych  dzikich  masek,  choć  zarazem 

coś się jej w nich podobało, i w końcu przymierzyła kilka. Nie mogła się przejrzeć, 

bo  w  sklepie  nie  było  lustra,  w  zależności  jednak  od  tego,  jaką  maskę  akurat 

przymierzała,  czuła,  że  nabiera  dziwnych,  lisich  albo  kocich  cech.  Wydawało  jej 

się, że maski nawet pachną dzikimi zwierzętami. Potem zmierzwiła czub papużce i 

przyglądała się, jak Joey wydziobuje z łuski nasiono słonecznika. Ptak przesuwał 

się  boczkiem  na  poręczy,  kulił  pod  siebie  skrzydła  i  popatrywał  chytrze  na 

dziewczynę,  dając  do  zrozumienia,  że  gdyby  chciał,  mógłby  jej  niejedno 

opowiedzieć. 

Klienci nie przychodzili. W sklepie było tak ciemno, że światło paliło się tu 

przez cały dzień. W środku panowała zawsze piąta po południu zimowego dnia, a 

background image

kuszące pudła sprawiały, że sklep wyglądał jak w dzień przedwigilijny, przesycony 

gęstą,  pełną  wyczekiwania  emanacją  świątecznych  prezentów.  Melania  czuła  się 

lepiej  w  sklepie  niż  w  domu.  Cieszyło  ją,  że  stoi  blisko  drzwi  prowadzących  na 

ulicę, bo mogła przyglądać się przechodniom, i stwierdziła, że ludzkie życie płynie 

swoim uregulowanym trybem. 

Przebierała wśród pudełek ukradkiem, potajemnie, jak dziecko buszujące po 

świątecznych  paczkach,  schowanych  na  górnej  półce  w  szafie  rodziców. 

Zdejmowała  wieka,  których  nie  otworzył  Finn,  wstrzymując  oddech  z  rozkoszy  i 

zadziwienia. Znów stała się na chwilę siedmioletnią dziewczynką. 

Osobno,  na  kilku  równoległych  półkach,  leżały  proste,  drewniane  zabawki 

dla najmłodszych. Były zachwycające. Na przykład koniki na kółkach, które można 

ciągnąć  za  sobą  na  sznurku,  czerwone,  niebieskie  i  zielone  koniki,  nakrapiane 

czarnymi, białymi albo żółtymi kwiatkami. Grzechotki w kształcie świnek i sów z 

suszonymi  nasionami  w  pustych  brzuszkach.  Gwizdki  w  kształcie  kolorowych 

ptaków,  którym  gwizdało  się  w  ogon.  Melania  przyłożyła  do  ust  ptasi  gwizdek  i 

wydobyła  z  niego  odgłos  o  głębokiej,  przenikliwej  słodyczy.  Potem  znalazła 

drewniane figurki, fikające kozły na drewnianych ramkach  - allez oop! - do góry 

nogami.  I  dwa  drewniane  ludziki,  walące  na  przemian  młotami  w  kowadło,  tak 

prymitywne w formie, jak gdyby by ły najstarszymi zabawkami na świecie. 

Rozpoznawała  powoli  wyrafinowaną,  malarską  rękę  Finna,  widoczną  w 

kwitnących  koniach,  w  dziwnych,  przypominających  spodki  mordkach  świnek  i 

sów, w nakrapianej, pawiej wspaniałości ptaków, w utrudzonych, profesjonalnych 

grymasach  twarzy  linoskoczków  i zaciśniętych  z  wysiłku  ustach kowali.  Im  Finn 

poświęcił szczególnie dużo uwagi - twarze kowali zdobiło owłosienie, od cienkich 

jak kreski ołówka wąsików a la Ronald Coleman po przypominające starożytnych 

Asyryjczyków  kręte  kędziory  na  głowach.  Maleńkie,  pociągnięte  farbą  kurtki 

ludzików  zdobiła  mozaika  pasków,  gwiazdek,  strzałek  i  kropek.  Finn  chyba 

background image

wyjątkowo  lubił  malować  zabawki  dla  bardzo  małych  dzieci.  A  w  następnym 

wielkim kwadratowym pudle kryla się arka Noego. Było to arcydzieło. 

Melania rozstawiła na ladzie poszczególne jego elementy. 

Noe  mierzył  sześć  cali,  miał  białą  brodę  do  kolan  i  rybackie  buty  z 

prawdziwej  gumy.  Państwo  Noe  stanowili  jednak  dziwną  rodzinę.  Pani  Noe 

obdarzona została na przykład kształtem kołka, jak gdyby była to idealna i jedyna 

postać  małżonki  Noego,  którą  Stwórca  zaakceptował  z  ulgą,  wypróbowawszy 

wcześniej bez powodzenia setki innych wariantów. Tamte nie zyskały jednak jego 

aprobaty.  Pani  Noe  miała  nisko  upięty  kok  na  karku,  a  w  jej  włosach  tkwiły 

rzeźbione  szpilki,  cieńsze  od  rozszczepionych  zapałek.  Figurka  o  okrągłych 

rumianych policzkach uśmiechała się. 

Sem  i  Cham  wyglądali  natomiast  na  brudnawych  mieszkańców  Bliskiego 

Wschodu, kierowników  szulerni  albo  knajpy  ze  striptizem  -  ubrani  w  garnitury  w 

jodełkę, mieli czarne loki i czerwone, uśmiechnięte usta, za którymi błyskały złote 

zęby.  Jafet  z  kolei  (poznała,  że  to  Jafet,  bo  na  koszulce  widniało  jego  imię 

wypisane  maleńkimi  literkami)  był  Finnem  we  własnej  osobie,  jego  idealną 

podobizną  w  każdym  calu, ubraną  w  błękitne dżinsy.  Finn  podpisał  się  i  zostawił 

sygnaturę na arce. Przypomniała sobie, jak powiedział: „Wszyscy płyniemy na tej 

samej łodzi”. No cóż, on siedział w arce i mógł prawdopodobnie przetrwać każdy 

potop.  Na  pokładzie  arki  znajdowało  się  trzydzieści  par  zwierząt,  począwszy  od 

lwa i lwicy dorównujących niemal wielkością Noemu, po parkę białych myszy, nie 

większych od paznokcia małego palca Melanii. Lwy nosiły na głowach korony na 

znak,  że  są  królewską  parą.  Melania  chichotała  z  czystej  radości,  że  może  je 

trzymać  w  dłoniach,  że  te  zwierzęta  są  takie  maleńkie  i  śliczne,  że  koty  są  takie 

kocie,  a  figurki  kangurów,  (wśród  których  była  matka  z  kangurzątkiem  w  torbie) 

doskonale  oddają  naturalnie  zabawny  wygląd  kangurów.  Ustawiła  zwierzęta  w 

długim  szeregu  z  lwami  na  czele,  tworząc  wyrzeźbioną  w  drewnie  i  pastelowo 

background image

barwną  cyrkową  paradę.  Zauważyła,  że  zaczyna  myśleć  małymi  kategoriami  w 

skali  arki,  ponieważ  wydawało  się  jej,  że  ma  wielkie  dłonie,  na  podobieństwo 

Guliwera w krainie liliputów. 

Burtę  płaskodennej  arki  zdobił  pejzaż  morski,  sięgający  wysokości  linii 

wodnej.  Była  to  pozbawiona  malarskiej  perspektywy  wizja  dalekich  głębin, 

pełnych  truskawkowych  ryb,  lasów  wodorostów  i  oblepionych  małżami  kamieni, 

wśród  których  widać  było  tu  i  ówdzie  pulchne  syreny,  jakie  marynarze  tatuują 

sobie  czasem  na  ramionach.  Syreny  energicznie  napierały  piersiami  na  fale  albo 

siedziały  na  wywróconych  do  góry  stępką,  zatopionych  statkach,  rozczesując 

długie,  nieprawdopodobnie  żółte  włosy.  Kadłub  arki  był  zielony,  a  zdobiły  go 

malowane wizerunki głów zwierząt, wyglądających na zewnątrz przez bulaje. Na 

maszcie wisiała cena. Siedemdziesiąt pięć gwinei. 

- Wielki Boże! - zawołała Melania. 

-  To  uczciwa  cena  za  taką  robotę  -  odezwał  się  wuj  Filip.  -  A  ceny  trzeba 

kalkulować  uczciwie.  To  zwykła  ekonomia.  Poza  tym  bądź  łaskawa  odłożyć  te 

rzeczy, panienko. Ńie lubię, kiedy ktoś bawi się moimi zabawkami. 

„Nie sprzedam!” - zawołała śpiewnie papużka. 

Wuj Filip całkowicie zasłaniał sobą drzwi. Podwinięte rękawy koszuli spiął 

powyżej  łokci  stalowymi  spinkami  i  był  przepasany  szorstkim,  białym  niegdyś 

fartuchem,  który  zakrywał  go  od  węzła  krawata  aż  po  kostki  nóg.  W  bladych 

oczach wuja nie było ani śladu serdeczności. Przybrał marsową minę, a jego brwi 

zbiegły  się,  przypominając  stalowy  pręt.  Zdenerwowana  Melania  z  łoskotem 

wrzucała zwierzątka do pudełka. 

- Uważaj, jak się z nimi obchodzisz! To jest te raz twój chleb! 

I była to prawda. 

 

background image

 

W górze zabrzmiał przeraźliwy gong na obiad. 

- Właściwie wcale nie czuję, że jesteśmy w Londynie - powiedziała Melania. 

W  kuchni  nie  było  ni  kogo  poza  nią  i  Wiktorią.  -  Równie  dobrze  mogłybyśmy 

mieszkać gdzie indziej. 

- Na przykład gdzie? - zapytała Wiktoria bez za ciekawienia. Wyskrobywała 

łyżką  resztki dżemu  malinowego ze  słoika.  Siedziała  na podłodze,  a  włosy  miała 

zlepione w strąki dżemem, którego gniewna wysypka otaczała jej usta i pokrywała 

sukienkę lepkimi smugami. Była zadowolona z życia i grubsza niż kiedykolwiek. 

Ciągle  ściskała  w  garści  jakieś  słodycze,  zajadała  między  głównymi  posiłkami 

przekąski w postaci chleba i skondensowanego mleka albo wyskrobywała miski, w 

których ciotka Małgorzata miesiła ciasto. Ciotka uwielbiała małą i rozpuszczała ją. 

- Na przykład gdzie? - powtórzyła purpurowa od dżemu Wiktoria. 

-  Gdziekolwiek.  -  Ale  nie  było  sensu  rozmawiać  z  Wiktorią,  która 

zapomniała już o istnieniu innych miejsc, żyjąc z dnia na dzień. 

Wszyscy  mówili,  że  Melania  zamieszka  w  wielkim  mieście,  które  jednak 

okazało się dla niej małym, szarym miasteczkiem. Dom Flowerów stał na szczycie 

południowego  wzgórza.  Melania,  z  koszykiem  na  ramieniu  i  listą  zakupów,  jak 

francuska  gospodyni,  wychodziła  z  domu  tylko  po  sprawunki.  Nigdy  jednak  nie 

dostawała  pieniędzy,  ponieważ  wuj  Filip  miał  kredyt  we  wszystkich  sklepach,  w 

których kupował, i regulował rachunki raz na kwartał czekiem. Niekiedy Melanii 

towarzyszył pies, choć czasem zostawał w domu, a czasem miał jakieś inne zajęcia. 

Nie  szedł  na  smyczy  ani  na  łańcuchu,  lecz  dreptał  cicho  obok  Melanii.  Czasami 

szła z nią Wiktoria, która kiedy indziej zostawała w domu, ale w przeciwieństwie 

do psa Wiktoria nigdy nie miała nic do roboty. Teraz, kiedy sprawunki załatwiała 

Melania, ciotka Małgorzata w ogóle nie wychodziła z domu. 

background image

Sklepikarze  przesyłali  przez  Melanię  pozdrowienia  dla  ciotki  i  pytali,  czy 

dobrze  się  miewa,  podobnie  jak  dawniej,  kiedy  pytali  o  matkę  i  o  panią  Rundle, 

gdy  Melania  robiła  zakupy  w  miasteczku.  Z  pełnym  troski  zniecierpliwieniem 

cmokali  nad  jej  czarną  opaską,  przyszytą  wciąż  do  rękawa,  albowiem  tutejsi 

sprzedawcy (tak samo byłoby w jej rodzinnej miejscowości) słyszeli u przyjeździe 

dzieci i wiedzieli, w jaki sposób zostały osierocone. Ciotka Małgorzata zabazgrała 

pewnie niejeden notes, by o nich opowiedzieć. 

Wszyscy byli bardzo mili dla Melanii. Właściciel sklepu spożywczego, były 

żołnierz o surowym obliczu, bez kciuka u prawej dłoni (Melania zastanawiała się, 

czy nie obciął go sobie przypadkiem krajalnicą do wędlin, ale nie śmiała zapytać z 

obawy,  że  dowie  się  prawdy),  obdarzał  ją  niekiedy  uśmiechami  i  czasem  dawał 

czekoladki  Wiktorii,  która  wracała  wtedy  do  sklepu  z  zabawkami  z  obfitym 

brązowym  wąsem  i  bokobrodami  na  buzi.  Wiktoria  zawsze  musiała  się  ubabrać. 

Rzeźnik,  człowiek  łagodny  i  gołębiego  serca  pomimo  okrutnych  plam  krwi  na 

fartuchu,  wypełniał Melanii koszyk  darmowymi  kośćmi  dla psa i proponował,  że 

pokaże dziewczynie tajemnice swojego magazynu, gdzie w schłodzonej ciemności 

wisiały kudłate od szronu połcie mięsa. Melania odmawiała, choć potrafiła docenić 

gest rzeźnika. 

Kobieta  z  warzywniaka  dawała  jej  czasami  bukiecik  fiołków  albo  kwiat 

chryzantemy, który przypadkowo łamał się w dłoni Melanii, i te prezenty sprawiały 

jej  największą  przyjemność.  Sprzedawczyni  miała  ciemną  karnację,  łotrzykowski 

wygląd i przymilny, roześmiany, niski, ale łamiący się głos. Jej ręce były wiecznie 

powalane na czarno ziemią od kartofli. Gdy widywała Wiktorię, dawała jej banana, 

i zachęcała Melanię, by częstowała się leżącymi w koszyku orzechami. Mówiła „z 

Bogiem”  zamiast  „do  widzenia”  i  Melania  zwykle  wychodziła  z  jej  sklepu  pełna 

otuchy, miażdżąc w zębach migdały. 

background image

-  Szkoda, że  wuj  Filip  nie  jest kupcem  warzywnym  -  powiedziała  pewnego 

razu Wiktoria. - Albo nie handluje słodyczami - dodała po chwili. 

A gdzie był Londyn, gdzie gwar i anonimowość wielkiego miasta? Z okien 

na piętrze Melania widziała jego światła, ale nigdy nie poznała go bliżej. 

Flowerowie prowadzili samotnicze życie. Nikt ich nie odwiedzał wieczorami 

ani nie wpadał na pogawędkę za dnia, chyba że w interesach - by sprzedać drewno 

wujowi  Filipowi  albo  zamówić  usługi  Franciego  i  jego  skrzypiec.  Żadnych 

przyjaciół  czy  gości.  Ich  życie  było  zaczarowaną  ciszą.  Nie  mieli  telewizora, 

gramofonu ani nawet radia. Wuj Filip uwielbiał ciszę. Ale Francie przeszmuglował 

do  domu  maleńki  tranzystorowy  odbiornik  radiowy  i  czasem  potajemnie  słuchał 

radia Eireann, jeśli akurat nadawano muzykę. 

Wróciwszy  z  zakupów  Melania  pomagała  ciotce  obsługując  klientów, 

wypisując ceny na karteczkach, albo bez końca polerując szuflady i wielki niczym 

most  drewniany  blat  kontuaru,  gdy  tylko,  bowiem  kończyła  go  czyścić  ślady 

brudnych palców małych interesantów kazały zaczynać pracę od nowa. Zmiany w 

trybie  życia  Melanii  były  tak  ogromne,  że  prawie  nie  do  wiary.  Nieruchomiała 

niekiedy  ze  szmatką  w  ręku  i  obserwowana  uważnie  przez  papużkę,  mówiła 

głośno: 

- To na pewno nie ja, w żadnym wypadku! 

A jednak to była ona. 

Wieczorami, kiedy filiżanki od herbaty były już umyte i schowane, a ciotka 

opatulała Wiktorię w łóżeczku, Melania siadywała w kuchni i czytała swoje stare 

książki  Miała  rację  -  w  domu  Flowerów  nie  było  ani  jednej,  wyjąwszy  księgę 

podatkową  wuja,  chyba,  że  jakieś  tajemnicze  tomy  kryły  się  w  sypialni  braci 

Jowle’ów.  Możliwe,  lecz  nawet  jeśli  tak  było,  Melania  nie  widziała  nigdy,  by 

bracia czytali książki, choć Francie kupował czasem „Irish Independent”. Czytywał 

go  w  ubikacji,  gdzie  Melania po  raz  pierwszy  natknęła  się  na  dziennik,  i  zawsze 

background image

chował potem egzemplarz za rurą, a kiedy wuj Filip znajdował gazetę w klozecie, 

wyrzucał  ją  na  schody,  deptał  i  skakał  po  niej.  Nie  mijało  wiele  czasu,  a  gazeta, 

pokryta śladami butów, pojawiała się z powrotem za rurą w ubikacji. 

Ocalała  jedna  walizka  książek  Melanii.  Był  to  zbiór  przypadkowy, 

zawierający  „Kubusia  Puchatka”  i  opowieści  o  doktorze  Dolittle,  które,  jak  się 

okazało, mogła czytać nostalgicznie w kółko. Myślała, że jej dzieciństwo uwięzło 

na stronicach tych książek, na które ściekała czasami czekolada i w których przed 

laty  zaznaczała  ulubione  fragmenty  papierkami  po  cukierkach  i  skrawkami 

wstążek.  Nie  tykała  jednak  książek  dla  dorosłych,  a  egzemplarz  „Lorny  Doone” 

schowała, choć reszty księgozbioru trzymała się kurczowo niby kół ratunkowych. 

Czytała i czytała, podczas gdy ciotka Małgorzata cerowała skarpetki męża i 

braci  albo  przyszywała  im  niezliczone  guziki  do  koszul.  Szyła  też  ubranka 

niektórym  zabawkom  i  marionetkom  -  maleńkie  sukienki  i  kurteczki  dla 

antropomorficznych  misiów  i  małpek,  peleryny  i  płaszcze  dla  tych  nielicznych 

kukiełek, które sprzedawali w sklepie, oraz suknie i bryczesy dla wysokich lalek z 

teatrzyku.  W  jej  olbrzymim  wiklinowym  koszyku  krawieckim,  przypominającym 

kosze,  w  jakich  zaklinacze  trzymają  węże,  piętrzył  się  nieskończony  stos  tkanin, 

przeznaczonych  do  szycia.  Z  kosza  groźnie  wyłaniały  się  kolejne  fale  wspaniale 

barwionych materii i wydawało się, że ją zaleją, lecz ciotka szybkimi jak światło 

palcami  mężnie  się  z  nimi  zmagała.  Melania  uważała,  że  wuj  Filip  mógłby  jej 

przynajmniej kupić maszynę do szycia, żeby nie musiała ściubolić ręcznie długich 

szwów. 

Melania  i  ciotka  Małgorzata  siedziały  w  absolutnej  ciszy,  jeśli  nie  liczyć 

ociężałego tykania zegara z kukułką i jej regularnych wykrzykników na dwa tony. 

Melania wciąż nie mogła przywyknąć do kukułki i za każdym razem podrywała się 

ze  strachu  na głos ptaka.  Z  kranu  kapała do  zlewu  woda.  Czasami  pies  drapał  w 

drzwi,  żeby  go  wpuścić,  a  czasami  drapał,  żeby  wyjść.  Niekiedy  zasypiał  na 

background image

wytartym dywanie przed elektrycznym ogniem w kominku, pochrapując z cicha, i 

bywało,  że  drżały  mu  łapy,  gdy  gonił  we  śnie  króliki.  Ciotka  chwilami  unosiła 

głowę  znad  szycia  i  uśmiechała  się  nerwowo  do  Melanii,  chcąc  dać  jej  do 

zrozumienia, że są przyjaciółkami. Zdarzało się, że kiedy Finn miał wolny wieczór, 

grywał z Melanią w gry, do których wystarczał papier i ołówek, jak „okręty”, ale 

zazwyczaj  chłopak  był  potrzebny  na  dole  wujowi  Filipowi,  któremu  pomagał  w 

pracy  nad  marionetkami.  Wuj  Filip  zajmował się  marionetkami  wieczorem,  kiedy 

inne zabawki były już schowane. 

Melania  widywała  go  tylko  podczas  posiłków,  ale  pełna  zadumy  i 

przytłaczająca  obecność  wuja  wypełniała  cały  dom,  dziewczynka  stąpała  więc 

ostrożnie, jak gdyby jego bezbarwne oczy sądziły i oceniały ją przez cały czas. Na 

widok  wuja  Filipa  drżała  mimo  woli.  Nie  potrafiła  ani  trochę  połączyć  go  w 

myślach  z  matką,  choć  przecież  wuj  Filip  i  mama  Melanii  byli  dziećmi  jednej 

matki. Wuj zdawał się zbudowany z zupełnie innej substancji niż jej łagodna, wątła 

mama  -  jak  gdyby  wyciosano  go  czy  wykrojono  z  gromu.  Melania  wyczuwała 

otaczającą  wuja  aurę  irracjonalnej  przemocy.  Czasami  rzucał  się  na  Finna  jak 

lawina  ziemna  i  przy  obiedzie  walił  go  po  łbie,  kiedy  niefrasobliwa  bezczelność 

chłopaka  posuwała  się  trochę  za  daleko.  Wskutek  nieporozumień  na  tle  jakichś 

drobiazgów  dotyczących  zabawek,  nad  którymi  właśnie  pracowali,  Finn  często 

opuszczał pracownię z sińcem na policzku albo z podbitym okiem, a wtedy ciotka 

Małgorzata  zaczynała  jęczeć  i  mimo  protestów  Finna  dezynfekowała  ranę  lub 

zaklejała ją plastrem, jeśli chłopak  miał rozciętą skórę. Ale on chyba się tym nie 

przejmował,  przechodził,  bowiem  nad  podobnymi  incydentami  do  porządku 

dziennego. 

Francie  dniem  i  nocą  siedział  zamknięty  w  pokoju,  który  dzielił  z  Finnem 

(jak się okazało, pokój braci sąsiadował z sypialnią Melanii), i bez przerwy grał na 

skrzypcach,  wyjąwszy  tylko  dni,  kiedy  grywał  na  zamówienie  w  mieście  -  w 

background image

irlandzkich  klubach  Londynu,  na  irlandzkich  zabawach  ludowych  i  rozmaitych 

przyjęciach.  Kiedy  Melania  szła  wieczorem  na  górę  do  łazienki,  słyszała  na 

schodach  słabe  echa  płynnych  treli  skrzypiec.  Nocami,  gdy  fala  materiałów 

krawieckich opadała do najniższe go poziomu, ciotka Małgorzata wkradała się do 

pokoju Franciego i grała z nim na flecie. Nigdy nie zaprosiła Melanii, by przyszła 

ich  posłuchać,  i  w  takie  dni  pozostawioną  samotnie  w  kuchni  dziewczynę,  jeżeli 

nie liczyć żywego i namalowanego na obrazie psa, ogarniało poczucie, że nikogo 

na świecie nie obchodzi, czy ona żyje, czy umarła. 

Jonatan pracował teraz nad modelami pod okiem wuja Filipa. Uczył się, jak 

wycinać statki z jednego kawałka drewna. Spędzał na tej czynności każdą chwilę, 

której  nie  marnował  na  jedzenie  czy  spanie.  Wuj  Filip  i  Finn  pracowali  nad 

marionetkami, a Jonatan nawet wieczorami rzeźbił swoje statki, dopóki nie musiał 

iść  spać  o  wpół  do  dziewiątej.  Prześlizgiwał  się  wtedy  przez  kuchnię,  rzucając 

mimochodem „dobranoc”, i właściwie nie odzywał się więcej do Melanii, choć po 

prawdzie dawniej wcale nie bywał bardziej rozmowny. 

„Filip jest zadowolony z Jonatana” - napisała na tablicy ciotka Małgorzata. 

-  To  dobrze  -  odpowiedziała  Melania.  W  głębi  duszy  wiedziała,  że  jeśli 

nawet Jonatan kiedyś do niej należał, to teraz utraciła go na zawsze. 

Dzieci  nie  dostawały  kieszonkowego.  Wszyscy  używali  szamponu  ze 

wspólnej butelki. Melania postanowiła nie wspominać o nowej piżamie dla siebie, 

dopóki jej kupno nie stanie się palącą koniecznością. 

Tymczasem  z  rosnącego  na  placu  jawora  opadły  resztki  liści,  które 

uprzątnęły  w  zapomnienie  sztywne  miotły  pracowników  służb  miejskich.  Noce 

nadciągały  coraz  wcześniej,  spowite  w  złowrogie  peleryny  mgły,  jak  postaci  z 

opowiadań  Edgara  Allana  Poe.  Melania  stała  z  twarzą  wtuloną  w  szybę  okna  w 

swoim pokoju, nie widząc ponurego podwórka ani świateł rozkwitających na tyłach 

innych domów, lecz jagody czerwieniejące na żywopłotach wokół willi i lśniące od 

background image

szronu  pola.  Dym  z  ognisk,  w  których  palono  zeschłe  liście,  drażnił  jej  gardło. 

Włożyła rękawiczki i wyszła do ogrodu, rzucając w trawę okruchy chleba i skórki 

od bekonu, a potem patrzyła, jak głodne ptaki pikują z góry na ziemię. Przez głowę 

przemykały jej rozmaite wizje. Rozjarzone światłem lamp twarze wokół stołu, na 

którym dymi jedzenie typowe dla pory chłodów, jak pożywne gulasze i ociekające 

złotym  syropem  puddingi.  Matka  ciasno  zapina  jej  płaszcz  pod  szyją  i  otula 

Melanię  szalikiem.  Szczapy  drewna  płoną  w  kominku  w  salonie,  ojciec  pyka  z 

fajki, szeleszcząc „Timesem”, mama czyta powieść, Melania, leżąc między nimi na 

futrzastym  dywanie,  opiłowuje  sobie  paznokcie,  a  o  szyby  bębni  z  łoskotem 

deszcz, co sprawia, że kominkowy pokój staje się jeszcze bardziej przytulny. 

Wszystko to wydawało jej się soczyste, dziwne i odległe, jak gdyby nigdy się 

nie  wydarzyło  albo  jakby  zdarzyło  się  komuś  innemu.  Bo  rzeczywistość  była 

jednak tu, w tym chłodnym, wysokim, niegościnnym domu o groźnych wstęgach 

brunatnej  farby,  wzdłuż  których  ryczały  przeciągi  niczym  lokomotywy.  Melania 

mówiła sobie, że to jest właśnie surowa, niekochana prawda, czarny, gorzki chleb 

życia, a tkliwość obfitej przyszłości stała się anemiczna i wyzuta już z treści. 

Wygnana  z  Raju  Ewa  musiała  czuć  się  podobnie  w  drodze  na  wschód, 

pomyślała Melania. I to Ewa była wszystkiemu winna. 

Na  list  Melanii  nadeszła  odpowiedź  od  pani  Rundle,  której  pismo  było 

czarne,  okrągłe  i  stateczne,  a  sunęło  po  papierze  z  dostojeństwem  zabytkowego 

rolls-royce’a.  Pani  Rundle  ucieszyła  się,  że  dzieci  są  zdrowe  i  zadomowiły  się  w 

nowym  otoczeniu.  Rodzina  musi  żyć  ze  sobą  w  zgodzie,  tak  powinno  być. 

Przywykła już do swojej nowej posady, ale tęskniła za dziećmi. 

„Chciałabym  należeć  do  Waszej  rodziny,  żeby  móc  wam  pomagać  i  mieć 

prawo widywania Was. Ale, niestety, nie jestem Waszą krewną i w ogóle nie mam 

już  nikogo  i  niczego,  z  wyjątkiem  wspomnień.  I  nie  mogę  zrobić  nic  więcej,  jak 

tylko  wspominać  Was  w  modlitwie,  co  czynię  w  każdą  niedzielę,  i  życzę  Warn 

background image

wszystkiego  najlepszego.  Przesyłam  specjalne  całusy  Wiktorii,  mojej  małej 

dziewczynce, a całej trójce moc serdeczności i miłości”. 

Miłość  pani  Rundle.  Kufry,  skrzynie,  garnki  i  szafy  miłości,  gromadzonej 

przez  całe  życie  i  wreszcie  rozrzutnie  rozdanej.  Ale  pani  Rundle  była  bezradna, 

mogła jedynie kochać ich na odległość. Na Boże Narodzenie obiecała przysłać im 

pocztówkę  z  krzyżykami  oznaczającymi  pocałunki,  choć  Wiktoria  nie  pamiętała 

już  o  pani  Rundle,  a  i  ona  zaczynała  zapominać  ich  konkretne  i  realne  postaci. 

Rysy ich twarzy zacierały się, dzieci zaś rozwiewały się w pamięci, nabierając w 

końcu  równie  eterycznego  i  wieloznacznego  charakteru,  jak  postać  pana  Rundle. 

Wskutek  śmierci  rodziców  stały  się  dziećmi  ze  snu,  pięknymi  i  dobrymi.  Kto  je 

śnił?  Coś  się  pojawia,  coś  znika.  Czy  Melania  jest  częścią  snu  pani  Rundle?  W 

każdym razie złożyła list i wsunęła go do szuflady między figi i chusteczki do nosa 

jako  coś  w  rodzaju  talizmanu,  który  miał  jej  przypominać,  że  przeszłość 

rzeczywiście istniała. 

W środy zamykali wcześniej niż zwykle. Zanim Melania zdążyła odwrócić 

wiszącą  na  drzwiach  tabliczkę  z  napisem  „Zamknięte”,  do  sklepu  weszła 

nieznajoma kobieta, żeby obejrzeć zabawki. Była zamożna, cala odziana w zamsz, i 

przyjechała  samochodem  z  północnego  brzegu  rzeki.  Należała  do  tego  typu 

klientów,  których  sklep  uparcie  przyciągał,  a  których  wuj  Filip  szczególnie 

nienawidził.  „To  właśnie  tacy  ludzie  ściągają  nam  na  kark  dziennikarzy  z 

kolorowych  dodatków  do  niedzielnych  gazet”  -  powiedział  kiedyś  w  zapiekłej 

wściekłości.  „Któregoś  dnia  przyjechał  do  nas  fotograf  z  dodatku  świątecznego  - 

wyjaśnił  pewnego  ranka  Finn  Melanii,  gdy  oglądała  nowy  zestaw  sprężynowych 

figurek (żołnierzy paradujących w czerwonych kurtkach, na których pieczołowicie 

wymalowano  szeregi  medali),  i  wykrzyknęła,  że  są  za  ładne  dla  dzieci.  -  Facet 

chciał zrobić o nas reportaż fotograficzny. Na temat tych zabawek dla dorosłych. 

Mówił,  że  my..  to  zna  czy  twój  wuj  i  ja...  robimy  coś,  co  jest  unikalnym 

background image

połączeniem  pop-artu  i  sztuki  ludowej.  Powiedział,  że  jeżeli  będziemy  z  nim 

trzymać  sztamę,  połowa  Londynu  zacznie  dobijać  się  do  naszych  drzwi.  -  Finn 

pociągnął  za  sznurek  i  jeden  z  żołnierzy  zatrzepotał  rękami.  -  Wtedy  wuj  Filip 

roztrzaskał temu gościowi aparat i zrzucił ze schodów sprzęt fotograficzny wartości 

dwustu funtów. Musiałem mu wstawić mój irlandzki bajer i bardzo się starać, żeby 

facet  nie  podał  nas  do  sądu”.  „Dlaczego  to  zrobił?”  „Filip  Flower  sam  jest  sobie 

panem.  Nie  chce,  żeby  ludzie,  którymi  pogardza,  kupowali  jego  wyroby  tylko  po 

to, by mieć o czym gadać”. 

-  Pragnę  kupić  jakiś  sympatyczny  drobiazg  -  powiedziała  kobieta, 

uśmiechając  się  do  Melanii  ustami  umalowanymi  pomadką  koloru  wyjątkowo 

bladej  pomarańczy.  -  Coś  takiego,  żeby  moi  przyjaciele  koniecznie  chcieli  się 

dowiedzieć, skąd to mam. 

Cóż, mimo wszystko trzeba ją było obsłużyć. Melania zastawiła zabawkami 

całą  ladę,  a  kobieta  palcami  w  zamszowych  rękawiczkach  gładziła  malowane 

powierzchnie  z  drewna  i  blachy,  wykrzykując  chwilami:  „Ojej!  Ale  super!”,  w 

końcu  jednak  kupiła  tylko  maskę  czarownicy.  Skąpa  suka,  pomyślała  Melania, 

która mimo woli nabierała manier sklepikarki. Uprzejmie zapakowała maskę, choć 

usłyszała już gong i wiedziała, że spóźni się na obiad. 

Kobieta odeszła lekkim krokiem w butach z lakierowanej skóry na wysokich 

obcasach w stronę przypominającego wiklinowy kosz austina mini, zaparkowanego 

przy  toalecie  publicznej.  Należała  do  tego  rodzaju  kobiet,  które  czasami 

przyjeżdżają  do  rodzinnego  domu  na  weekendy  z  walizeczką  pełną  małych 

czarnych sukienek, odpowiednich na koktajle i późne obiady. (Dlaczego charakter 

obiadu  jest  tak  inny,  jeśli  ów  posiłek  podaje  się  około  południa,  jak  w  domu 

Flowerów?) I Melania mogłaby z łatwością stać się tego typu kobietą. 

Finn,  który  także  miał  się  spóźnić  na  obiad,  wyszedł  z  pracowni  i  pomógł 

Melanii  uporządkować  leżące  w  nieładzie  zabawki.  Nigdy  nie  czuła  się  całkiem 

background image

swobodnie  z  Finnem,  mimo  że  grywała  z  nim  w  okręty.  Osaczały  ją  jego  kose 

spojrzenia, a Finn zawsze uśmiechał się szeroko, jak gdyby znał jakieś dotyczące 

jej  tajemnice,  którymi  nie  mógł  się  z  nią  podzielić.  Poza  tym  nadal  nie  mogła 

znieść  jego  fizycznego  brudu  i  niezwykłego,  ekstrawaganckiego,  nieomal 

namiętnego  niechlujstwa.  Zdjął  swój  sztywny  od  farby  fartuch,  ale  we  włosach 

miał  niebieską  farbę  i  jego  ręce  też  były  niebieskie,  jak  u  Dżambli,  którzy 

wyruszyli na morze w durszlaku. 

-  Co  będziemy  robić  dziś  po  południu?  -  zapytał  tak  obojętnie,  jak  gdyby 

wszystkie środowe popołudnia spędzali razem. 

- Hmm... - mruknęła Melania, żeby zyskać na czasie. 

- Chcesz pójść na spacer? 

- Nigdy nie byłam dalej niż na placu - powiedziała tęsknie. Czy to możliwe, 

że pojadą do Londynu, do złotego miasta? 

-  W  takim  razie  wybierzemy  się  na  spacer.  -  Finn  uśmiechnął  się  niemal 

słodko. 

Melania  zafrasowała  się,  bo  nie  wiedziała,  czy  wedle  obowiązujących  w 

domu wuja praw wolno jej chodzić z Finnem na spacery, a poza tym byli spóźnieni 

na  obiad.  Okazało  się  jednak,  że  wuj  Filip  nie  siedzi  przy  stole  i  nie  spogląda 

groźnie  na  dwa  puste  miejsca  -  na  obrusie  brakowało  nawet  jego  nakrycia.  Wuj 

Filip udał się na poszukiwanie drewna. Potrzebował więcej drewna. 

- Kiedy kota nie ma... - powiedział Finn i w kuchni zapanowała świąteczna 

atmosfera. 

Zjedli zapiekankę mięsną z wyjątkowym apetytem, a kiedy naczynia zostały 

uprzątnięte, Melania pobiegła na górę, żeby się uczesać. Znieruchomiała na chwilę 

ze  wstążką  w  ręku  i  postanowiła  nie  zaplatać  włosów;  pozwoliła  im  swobodnie 

opaść na plecy, żeby sprawić przyjemność Finnowi, choć był taki nieokrzesany. Z 

background image

sąsiedniego  pokoju  dobiegał  płaczliwy  i  niepewny  dźwięk  skrzypiec,  które  stroił 

Francie.  

Ciotka  Małgorzata  pomogła  Wiktorii  zbudować  na  podłodze  w  kuchni 

wysoki domek z talii wytłuszczonych kart. Uśmiechnęła się do Melanii, wskazując 

jej płaszcz przeciwdeszczowy i unosząc pytająco rude brwi. 

-  Oprowadzę  Melanię  po  okolicy  -  powiedział  Finn,  chwytając  siostrę  za 

ramiona  i  kołysząc  jej  klęczącą  postać  w  uścisku,  który  sprowokował  ciotkę  do 

bezgłośnego  śmiechu,  nadającego  jej  wygląd  młodej  dziewczyny.  Pierwsze 

kondygnacje domku z kart rozsypały się i Wiktoria wybuchnęla płaczem. 

- Chodźmy - powiedział Finn. 

Miał na sobie czarny plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy, który chrzęścił 

przy każdym poruszeniu. Uczesał także włosy przed spacerem, a nawet zadał sobie 

trud  zeskrobania  z  rąk  niebieskiej  farby.  Jego  przygotowania  zaniepokoiły 

Melanię:, dlaczego usiłował się dla niej upiększyć? 

Wszystkie  sklepy  były  już  zamknięte  i  na  placyku  panował  niedzielny 

spokój.  Biały  bulterier,  zajęty  swoimi  sprawami,  czaił  się  w  zadumie  w  progu 

sklepu ze starzyzną. Kiedy przechodzili obok, uniósł łapę, żeby się wysiusiać. 

- Dobry piesek  - powiedział Finn, a stojący na trzech łapach terier machnął 

ogonem, ale nie pobiegł za nimi, zapewne dlatego, żeby im nie przeszkadzać. 

Przed trafiką stał automat z gumą do żucia. Finn kupił dwa opakowania. 

-  Nie  żułam  gumy  balonowej  już  od  wielu  lat  -  rzekła  niezdecydowanie 

Melania. 

- Ja żuję tylko dlatego, żeby zrobić na złość twojemu wujowi. 

Rozwinęła papierek i wsunęła gumę do ust. 

Popołudnie  było  chłodne,  więc  spotykali  bardzo  niewielu  przechodniów. 

Wszyscy  wyglądali na  zziębniętych,  jak gdyby  w  domach  brakowało  ognia,  przy 

którym  mogliby  się  ogrzać.  Kocierpkowe  żywopłoty  obwisły  pod  męczącym 

background image

ciężarem  zielonego  listowia,  które  utrzymywało  się  u  progu  nowego  roku,  choć 

wszystkie  inne  drzewa  poddały  się  już  i  zrzuciły  liście.  Spacerowali  po  smutnej 

okolicy,  gdzie  na  progach  domów  siedziały  wątłe  kolorowe  dzieci,  zbyt 

przygnębione  i  apatyczne,  żeby  się  bawić.  Spoglądały  w  ślad  za  nimi  wielkimi 

czarnymi  oczami,  w  których  zgasło  tropikalne  słońce.  Od  czasu  do  czasu  mijali 

zapłakane  niemowlęta  w  sfatygowanych  wózkach  stojących  przed  drzwiami,  z 

których łuszczyła się farba. Przy domach i w zaniedbanych ogródkach gniły śmieci 

w  przepełnionych  kubłach,  a  szeregi  butelek  ze  skislym  dawno  mlekiem  czekały 

bezskutecznie, by je ktoś zabrał. 

- Ta część południowego Londynu pamięta wciąż lepsze czasy - powiedział 

Finn z ustami pełnymi gumy do żucia. 

- Aha - odparła Melania, której spacer, jak dotąd, nie sprawiał przyjemności. 

Byli w wysoko położonej, wietrznej dzielnicy podmiejskiej. Plac, jej nędzne 

centrum, znajdował się na stromym wzgórzu, z którego miejscowe ulice zbiegały 

stromo  w  dół.  Dawniej  były  stateczne  i  solidne,  utuczone  pieniędzmi,  wolnym 

czasem  i  domami  niezależnych  finansowo  ludzi  z  klasy  średniej,  których 

usztywnione tiurniurami córki mogły grzecznie grywać w salonach „The Last Rose 

of  Sumer”  albo  „Believe  me  if  all  those  Endearing  Young  Charms”  na 

palisandrowych pianinach, zdobionych rogami świeczników. W jadalniach koloru 

pieczonej  wołowiny  panowie  starzeli  się  jak  wino  nad  gęstym  poobiednim 

portwajnem,  a  mahoń  odbijał  węgle,  na  których  piekły  się  befsztyki,  doglądane 

przez czarne stadka pokojówek. Ale teraz rozpadające się, zdewastowane budynki, 

przytłoczone  ciężarem  ludzkiego  strapienia,  wyglądały  tak,  jak  gdyby  czekały  w 

kolejce  do  rozbiórki  na  wielkim  złomowisku,  witając  skwapliwie  kres  dawnej 

świetności  i  poddając  się  ruinie  z  niemal  rozkosznym  zapamiętaniem.  Ciągle 

jednak rosły tutaj drzewa, posadzone jeszcze w dawnych dobrych czasach, i widać 

background image

było spory kawałek nieba. Duża, zalesiona i smutna dzielnica, pozbawiona prawie 

całkowicie ruchu ulicznego. 

- Ty oczywiście wychowałaś się na wsi. 

- Ale pamiętam, że dawniej mieszkaliśmy w Chelsea. Co prawda, jak przez 

mgłę. 

- Ach - odpowiedział Finn - tu nie jest tak, jak w Chelsea. 

- Nie. - Melania kopnęła leżącą na chodniku puszkę. Jeśli wierzyć naklejce, 

kryła kiedyś krążki ananasa. Puszka potoczyła się z grzechotem po ulicy, budząc 

barokowy  koncert  ech,  odbitych  od  próchniejących  szczytów  ścian  z  czerwonej 

cegły, i gdzieś we frontowym pokoju, okrytym całunem brudnych firanek, zaczęło 

płakać dziecko. - Dokąd idziemy? - spytała. 

- Do parku. 

- Do parku? 

- To wszystko, co pozostało po Wystawie Krajowej z 1852 roku. Odbyła się 

tutaj, w malowniczym wówczas podlondyńskim miasteczku, do którego ze stolicy 

przyjeżdżało  wtedy  do  stu  pociągów  wycieczkowych  dziennie.  Wzniesiono 

ogromne,  gotyckie  zamczysko,  przypominające  fortece  szkockich  gór,  tylko,  że 

gargantuicznie  wielkie,  i  wypełniono  je  wszystkim,  co  tylko  wpadło  do  głowy 

organizatorom,  chcącym  się  popisać.  Sprowadzono  różne  towary,  sprzęty,  dzieła 

sztuki  i  wynalazki.  Przyjechał  cały  świat.  Było  to  coś  w  rodzaju  Wystawy 

Paryskiej,  ale  miało  miejsce  wcześniej.  I  było  mniej  powierzchowne.  -  Finn 

nadmuchał  w  zadumie  balonik  gumy.  -  Zamek  wykonano  ze  specjalnie 

impregnowanej  masy  papierowej,  żeby  był  odporny  na  niszczące  działanie 

warunków atmosferycznych. Był niesamowicie przemyślny. 

- Co się z nim stało? 

-  W  1914  roku  ktoś  rzucił  tu  zapałkę.  I  to  wystarczyło.  Zamek  spłonął 

doszczętnie, kiedy w całej Europie zaczynały akurat gasnąć światła. Był to ostatni 

background image

stos  pogrzebowy  królowej  Wiktorii.  Pomyślałabyś,  że  konstruktorom  przyszło 

pewnie  na  myśl,  by  zabezpieczyć  zamek  również  na  wypadek  ognia.  Ale  nie. 

Namalowałem  kiedyś  ten  pożar  jako  alegorię.  Zamek  był  grubą  kobietą,  ubraną 

tylko  w  szkocki  szal.  -  Finn  nadmuchał  jeszcze  jeden  balonik.  -  Taka  alegoria  w 

stylu Rubensa. 

Ujrzała  w  wyobraźni  wulgarne, nagie kobiety,  i proste, sztywne  płomienie, 

jakie zdobią pudełka od fajerwerków. 

- Musiał to być nadzwyczajny obraz - powie działa. 

-  Fakt,  zwyczajny  to  on  nie  był.-  Finn  spojrzał  na  nią  z  ukosa  i  Melania 

spostrzegła, że chłopak się śmieje. 

Szła obok niego, nieco skrępowana. Nie było nic do powiedzenia, więc nic 

nie mówili. Po chwili stanęli przed potężnym płotem z surowych, nowych desek i 

tkwiącymi  w  nim  drzwiami,  opatrzonymi  tabliczką  z  napisem  „Teren  prywatny”, 

wiszącą nad szczerzącym ponuro zęby zamkiem. Płot ciągnął się daleko, jak okiem 

sięgnąć, a w górze kołysały się brunatne wierzchołki drzew. 

- To tutaj, Melanio. 

- Ale... 

-  Użyją  buldożerów,  żeby  zrównać  park  z  ziemią  i  zbudować  bloki  dla 

robotników. Czytam o tym ciągle w lokalnej prasie, odkąd tu przyjechałem. 

Finn wyjął z kieszeni klucz i otworzył zamek. Weszli wprost z ulicy w gęste 

zarośla leszczyny, a Finn zamknął drzwi. Ziemia ustępowała pod ich stopami. Szli 

po  miękkim  bagnisku  przesiąkniętych  deszczem  martwych  liści.  Nagie  gałęzie 

chłostały  ich  twarze  niby  kościste  knykcie.  Melania  poczuła  zapach  duszącego 

plastiku  płaszcza  Finna  i  pod  wpływem  impulsu  wzięła  chłopaka  za  rękę,  żeby 

poczuć  się  raźniej.  Finn  zamknął  jej  palce  w  swojej  pokrytej  odciskami  dłoni  i 

poprowadził ją dalej. Cisza wciskała im się w uszy jak wilgotna wata. 

background image

Park trwał w przemoczonej samotności, rozciągnięty bezwładnie, płasko na 

cuchnącym  terenie,  jak  gdyby  stracił  przytomność.  Zaniedbane  drzewa  gubiły 

wielkie  konary  albo  leżały  przewrócone  na  ziemi,  korzeniami  do  góry. 

Niepielęgnowane  zarośla  i  krzaki  pieniły  się  bujnie,  przypominając  otyłe 

dziewczęta, które zrzuciły gorsety, i wciskały się wszędzie, tworząc pułapki wśród 

kolczastego poszycia. Była to lepka, zimna, wilgotna dżungla północy, Finn szedł 

jednak  naprzód  stanowczym  krokiem.  Znał  chyba  każdy  cal  tej  parkowej  orgii. 

Wyszli  z  lasu  na  jakieś  nagie  pole,  a  rosnąca  na  nim  szorstka  trawa  owijała  się 

bezsilnie wokół ich kostek. Źdźbło takiej trawy może rozciąć dłoń, jeśli pociągnie 

się  je  nieostrożnie.  Trawa,  zbita  w  szare  bałwany,  falowała  w  nicości,  niknąc  w 

opadającej  już  mgle.  Wszystko  zamarło  w  bezruchu.  Wokół  nie  było  żywego 

ducha. 

-  To  cmentarz  parku  rozrywki  -  odezwał  się  Finn.  -  Dlatego  panuje  tu  taka 

przeraźliwa rozpacz. 

Szli  skrajem  otwartego  pola,  wzdłuż  granic  lasu,  będącego  kiedyś  parkiem 

krajobrazowym, i Melania był wdzięczna Finnowi, bo czułaby się zbyt widoczna i 

wyeksponowana  na  tym  morzu  trawy,  gdzie  stanowiłaby  wyraźny  cel  dla  kuli 

snajpera lub strzały łucznika w jasnozielonym kaftanie, przemykającego cichaczem 

wśród  omszałych  pni.  Tutaj  natomiast  miała  się  gdzie  ukryć.  Finn  pomógł  jej 

przestąpić rozkwitający żółtym grzybem kikut zwalonego drzewa.  

-  Tu  stały  pewnie  kiedyś  kioski  z  kawą,  piernikami  i  pamiątkami  - 

powiedział.  -  A  w  okolicznych  namiotach  odbywały  się  przedstawienia  teatralne. 

Wokół  biegali  śpiewacy  i  balladziści.  Tak  to  z  pewnością  wyglądało.  Były  też 

maleńkie altanki, w których chłopcy  mogli siedzieć z dziewczynami, kiedy padał 

deszcz.  Panowała  atmosfera  eleganckiego  święta,  choć  teraz  raczej  trudno  w  to 

uwierzyć. 

background image

-  Dziwaczne  miejsce  -  powiedziała  Melania.  Zauważyła,  że  mówi  równie 

cicho, jak Finn. Wyczuwała nastrój, którego nie chciał zmącić. 

- Patrz - powiedział Finn, odsuwając na bok frędzel gałęzi. 

U  wejścia  do  kamiennej  jaskini  Melania  ujrzała  kamienną  lwicę,  strzegącą 

małych  lwiątek.  Sto  lat  zmiennej  pogody  splamiło  jej  zad  poczerniałą  zielenią,  a 

kopulasty  łeb  lwicy  kryły  białe odchody  całych  pokoleń  ptaków.  Wyrzeźbione  w 

kamieniu  gałki  oczne  zwierzęcia  odpowiadały  Finnowi  i  Melanii  przeciągłym 

spojrzeniem  niesamowitej  ślepoty  pomników,  które  zawsze  zdają  się  postrzegać 

jakiś  inny  wymiar,  w  którym  pomniki  są  wszystkim.  Lwiątka  lgnęły  do  matki  w 

kamiennych pozach. 

-  Powinna  mieć  na  głowie  koronę  -  powiedziała  Melania  na  wspomnienie 

lwicy z arki Noego. 

- Pokażę ci zaraz królową - odparł Finn. - Królową Ziemi Jałowej. 

Finn  już  nie  uśmiechał  się  szeroko,  jak  zwykle.  Owładnął  nim  dziwnie 

elegijny  nastrój.  Stąpał  miękko,  jedwabistymi  krokami,  z  szacunku  wobec  tego 

miejsca,  dotykając  chwilami  drzew  albo  jakiegoś  ocalałego  kawałka  kamienia 

przymilnym  gestem,  jak  gdyby  chciał  je  przeprosić  za  swoją  obecność.  Melania 

zastanawiała się, jakie znaczenie ma dla Finna to pustkowie. Wydawało się ważyć 

dla  niego  wiele.  Nie  spodziewała  się,  że  myśli  chłopaka  kryją  taki  pejzaż.  Chciał 

ujrzeć  w  nim  Melanię  i  pokazał  jej  to  miejsce  w  odruchu  głębokiej  przyjaźni  - 

dlatego żałowała, że niezbyt ją to obchodzi. 

- Pachnie tu zgnilizną śmiertelności  - rzekł Finn, wpatrzony  w niewidzialną 

dal. 

- Co to za zapach? 

- Błota. 

background image

Melanii  było  wszystko  jedno,  bo  w  jej  ciało  sączyło  się  zimne  cierpienie, 

czego była równie pewna, jak tego, że jej cienkie buty przesiąkają wilgocią. Szła 

jednak w ślad za Finnem, żeby się nie zgubić. 

- Kiedyś wszystkie te ogrody były pełne pomników - powiedział chłopak. - 

Driady, młode niewolnice, popiersia wielkich ludzi, wielcy ludzie na koniach i na 

stojąco. Efektowny, chociaż leśny krajobraz, w którym można było się przechadzać 

przy  dźwiękach  orkiestr  dętych.  Część  pomników  udało  się  później  sprzedać, 

chociaż nie wyobrażam sobie, kto mógłby je kupić. Ale reszta została, widocznie 

nie chcąc się pogodzić z myślą, że musiałyby opuścić to miejsce. 

-  Mówisz  dziwne  rzeczy  -  poskarżyła  się  Melania,  ponieważ  miała  już 

zupełnie mokre stopy. 

Finn odwrócił się i rzucił jej spojrzenie przez lśniące czernią ramię. 

-  Chodzi  ci  o  to,  że  mówię  dziwne  rzeczy  jak  na  zasranego  chłopaka  z 

irlandzkich slumsów?  

Melania oblała się rumieńcem. 

- Od czasu do czasu czytuję różne książki z biblioteki. Poza tym jeden Bóg 

wie, że życie z twoim wujem jest... niezwykle kształcące. 

Nagle  ziemia  umknęła  im  spod  nóg  i  wyszli  na  otwarty  płaskowyż  o 

posadzce  z  marmuru  w  czarnobiałą  szachownicę  i  szerokich,  kamiennych 

schodach,  których  balustrady  zbiegały  ku  wyschniętemu  korytu  krajobrazowego 

stawu,  wyglądającego  we  mgle  niczym  misa  mleka.  Na  schodach  stały  w 

symetrycznych odstępach neoklasyczne, niewinnie przysłonięte posągi, a w pełnej 

wdzięku przyzwoitości ich póz kryła się wciąż słodka egzaltacja, choć niektórym 

postaciom  brakowało  dłoni  lub  ramienia,  innym,  wskutek  mszczącego  działania 

warunków  atmosferycznych,  poodpadały  nosy  albo  nawet  głowy,  a  wszystkie 

figury  były  powalane  sadzą  i  nadgryzione  zębem  czasu.  Na  schodach  zalegały 

potłuczone  kamienie  i  gruz.  Wyszli  oboje  na  marmurową  posadzkę,  pełniącą 

background image

niegdyś rolę parkietu tanecznego. Dawniej orkiestra smyczkowa zaczęła by w tej 

chwili grać staroświeckiego walca. 

Melania  drepatała  ostrożnie  kilka  kroków  za  Finnem,  starając  się  stąpać 

wyłącznie po białych kwadracikach. Jeśli nie wejdzie na żaden czarny kwadrat, to 

może  kiedy  dojdzie  na  drugi  koniec  parkietu,  wzdrygnie  się  i  obudzi  w  swym 

dawno utraconym łóżku, we własnej prążkowanej pościeli, powie jabłonce „dzień 

dobry” i spojrzy sobie w twarz w lustrze, którego, jak się okaże; jednak nie stłukła. 

Od  tamtej  chwili  Melania  nie  przeglądała  się  w  lustrze.  Ogarnęła  ją  panika,  gdy 

przypomniała  sobie,  że  od  tak  dawna  nie  widziała  swojej  twarzy.  Czy  ciągle 

wyglądam  tak  samo?  O  Boże,  czy  ja  bym  się  jeszcze  poznała?  -  przyszło  jej  na 

myśl pytanie. 

Niemal nieśmiało, jak gdyby wstydziła się tych zabobonnych obaw, dotknęła 

swojego  zimnego  policzka  i  nosa  zesztywniałymi,  zziębniętymi  bez  rękawiczek 

palcami. Ale dotyk nic jej nie powiedział. 

Idź ostrożnie, trzymaj się białych kwadratów. 

Nie, to nie może być prawda, to z pewnością jej się nie przytrafi, choć idzie 

przecież teraz po białych kwadratach za Finnem, który porusza się tak, jak gdyby w 

ogóle nie dotykał ziemi, z niezwykłym wprost wdziękiem. A co by się stało, gdyby 

nadepnęła na jakiś czarny kwadrat? Czy to po prostu trwałoby dalej, czy ten ponury 

koszmar  ciągnąłby  się  wtedy  już  przez  całe  życie,  czyli  dalsze  sześćdziesiąt  albo 

siedemdziesiąt  lat?  A  jeśli  nastąpi  na  szczelinę,  którą  porasta  trawa,  czy  szpara 

otworzy  się,  żeby  ją  pochłonąć,  i  czy  będzie  to  koniec  tego  wszystkiego, 

jakkolwiek by to nazwać? 

Wyszli w końcu na łąkę, a Melania magiczną wiarą trzymała się po drodze 

białych kwadratów. Błyszczący,  jakby  żółwi pancerz  Finna  wznosił  się przed nią 

masywnie, ale Melania nie wiedziała, czy wierzyć w niego, czy nie. 

- Oto ona - powiedział czule. 

background image

- Ach tak... twoja królowa. 

Na  końcu  niskiej  balustrady,  przed  parkietem  tanecznym  stał  kamienny 

rokokowy cokół, zbudowany warstwowo i zdobiony jak weselny tort. Na gładkim 

kawałku  lukru  widniało  wypisane  szminką  następujące  motto:  „Gordon  Cox 

(Cocks) ma zajebiście wspaniałego członka”. 

- Przepraszam - powiedział Finn. - To jacyś wandale... 

Z cokołu już dawno temu runęła na bok wysoka figura. Spoczywała twarzą 

do  ziemi  w  kałuży,  przeglądając  się  w  niej  narcystycznie.  Pękła  w  biodrach  na 

dwoje i obie połowy pomnika wspierały się skosem na sobie pod kątem prostym. 

Figurę  pokrywał  szlam  i  grzyb,  ale  nie  było  wątpliwości,  że  posąg  przedstawia 

królową Wiktorię w wieku czterdziestu lat. 

- Z drugiej strony stał Albert, dla przeciwwagi - wyjaśnił Finn. - Ale ktoś go 

usunął.  Często  myślę,  dokąd  zawędrował.  Jest  chyba  zadowolony,  że  uciekł  od 

gderliwej Wiktorii. 

Wyjął  chusteczkę,  przyklęknął  i  delikatnie  starł  drobinę  błota  z  bladej, 

marmurowej twarzy królowej. Melania trąciła stopą odpęknięte popiersie, ale było 

zbyt ciężkie, by mogła je przesunąć. 

-  Nie  podoba  mi  się  -  powiedziała  mimo  woli.  -  Biedactwo,  ryje  nosem  w 

ziemi. 

-  Tak  to  bywa  -  odpowiedział  filozoficznie  Finn,  zbryzgując  Melanię 

szarozielonym oceanem swoich oczu. 

Ściemniało się, bo ludzie cofnęli zegarki kilka tygodni temu i noce zapadały 

ostatnio  coraz  wcześniej.  W  dali,  za  mgłą,  plama  miasta  pogłębiała  się  niczym 

okopcony  sadzą  odcisk  kciuka,  a  na  horyzoncie  zapłonęły  pojedyncze  światła. 

Drzewa  i  krzewy  straciły  ostrość  swoich  bezlistnych  konturów.  Białe  kwadraty 

marmuru  posadzki  lśniły  niczym  na  upiornej  szachownicy.  Melania  poczuła  na 

twarzy  kropelki  wilgoci  -  może  był  to  deszcz,  a  może  skrzepnięta  rosa  mokrego, 

background image

nocnego  powietrza  albo  wodny  pył  spojrzenia  Finna,  który  wyjął  już  przeżutą 

gumę z ust i przykleił ją z namysłem na łukowatych, kamiennych plecach królówej 

Wiktorii Kiedy Melania zobaczyła, co robi, zrozumiała, że chce ją pocałować, a w 

każdym razie spróbuje to uczynić. 

Nie  była  w  stanie  się  ruszyć  ani  odezwać.  Stała  nieruchomo  w  agonii 

wyczekiwania. Jeżeli to się musi zdarzyć, to się zdarzy, a wtedy dowie się, jak to 

jest być całowaną, bo do tej pory nie zasmakowała jeszcze pocałunków. Zdobędzie, 

więc  przynajmniej  nowe  doświadczenie,  nawet,  jeżeli  tym,  który  ją  pocałuje, 

będzie tylko Finn. Miał włosy koloru nagietków albo płomienia świecy. Zadrżała 

na widok jego pożółkłych zębów. 

Stali po przeciwnych stronach upadłej królowej. Finn wspiął się lekko na jej 

kamienne pośladki i przeskoczył posąg, ale w locie ogarnął go nagle ekscentryczny 

kaprys, rozpostarł więc odziane w czarny plastik ramiona i zaczął nimi trzepotać, 

kracząc  jak  kruk.  We  wstrząsających  fałdach  jego  uścisku  wszystko  stało  się 

czarne. Melania przestraszyła się i omal nie zaczęła płakać. 

„Kra, kra” - powtarzał niby echo czarny płaszcz. 

- Nie bój się - powiedział Finn. - To tylko ja, biedny Finn, który nie zrobi ci 

krzywdy. 

Uspokoiła się trochę, choć nadal dygotała. Widziała swoje zminiaturyzowane 

odbicie  w  czarnych  źrenicach  jego  podwodnych  oczu.  Wyglądała  jak  zwykle.  I 

musiała sobie pogratulować. Finn był tylko niewiele wyższy od niej i w głębi duszy 

Melania odczuła rozczarowanie, że nie góruje nad nią wzrostem, co najmniej o trzy 

cale. Albo i cztery. Policzek Melanii musnął delikatny powiew jego oddechu, niby 

z  paszczy  dzikiego  zwierza.  Znieruchomiała.  Sztywna,  jakby  drewniana  i 

bezwolna,  stała  w  ramionach  Finna  i  przyglądała  się  własnemu  odbiciu  w  jego 

oczach. Fakt, że wygląda tak, jak sobie wyobrażała, okazał się krzepiący. 

- Och, zrób to, zrób to już - wyszeptała z wściekłym zniecierpliwieniem. 

background image

Finn  uśmiechał  się  niczym  leśny  Pan.  Pocałował  ją,  zamykając  oczy,  więc 

nie widziała już swojego odbicia. Usta miał wilgotne, szorstkie i spękane. Było jej 

wszystko jedno, kto ją całuje, a po za tym nie znała tego kogoś, może nawet wcale. 

Zastanawiała  się,  dlaczego  on  to  robi,  po  co  dotyka  jej  nieodczuwających 

pożądania  ust  i  po  co  delikatnie  ociera  się  o  nią?  Co  to  za  potrzeba,  która  nim 

kieruje? Pomyślała, że jest Finnowi obca i góruje nad nim. 

Przyszła  jej  do  głowy  niewyraźna  myśl,  że  wyglądają  chyba  strasznie 

dziwacznie.  Przypominają  kadr  z  jakiegoś  filmu  brytyjskiego  nowej  fali,  bo  stoją 

złączeni  w  uścisku  obok  pękniętego  posągu  w  umarłym  parku  rozrywki,  wokoło 

wiruje  listopadowy  zmierzch,  a  jasnorude  kędziory  Finna  i  jej  kruczoczarne  loki 

splatają drobne dłonie delikatnego wietrzyku  - jasne i czarne włosy, skłębione ze 

sobą. Wolałaby, żeby ktoś ich podglądał i podziwiał albo żeby to ona  obserwowała 

z  odległych  o  mniej  więcej  sto  jardów  zarośli,  jak  Finn  całuje  jakąś  młodą, 

czarnowłosą dziewczynę. Wtedy ta scena wydawałaby jej się romantyczna. 

Finn  wsunął  język  między  wargi  Melanii,  szukając  jej  języka  w  głębi  ust. 

Trawiła  ją  ta  chwila  niczym  ogień.  Krztusiła  się  i  szarpała,  bijąc  go  pięściami, 

zdjęta spazmem trwogi wskutek intymnego, sensualnego zespolenia, stanowiącego 

brutalne  i  upokarzające  naruszenie  jej  nietykalności  fizycznej.  Odchylała  się  na 

boki  i  chyba  osunęłaby  się  na  ziemię,  w  błoto,  obok  martwej  królowej,  ale  Finn 

trzymał  ją  uparcie,  nie  zważając,  jak  mocno  Melania  go  bije.  Wpił  się,  choć 

delikatnie,  w  jej  ramiona,  żeby  nie  upadła.  Kiedy  wróciła  do  siebie,  powoli 

rozluźnił  uścisk,  a  ona  odeszła  na  bok  chwiejnym  krokiem  zatapiając  dłonie  w 

kieszeniach i odwracając się do niego plecami. Finn otarł usta wierzchem dłoni. 

- Wejrzyj, więc na moje czyny, o wielka, i miej się na baczności - zwrócił się 

do posągu. Odkleił gumę do żucia, sprawdził, czy się nie ubrudziła, i włożył ją z 

powrotem do ust. 

background image

Na podwieczorek dostaną babeczki kartoflane, rozcięte pośrodku, z masłem, 

które rozpuści się w ich złotych sercach, a potem będzie prawdopodobnie placek z 

dżemem,  bo  ciotka  Małgorzata  przygotowywała  ciasto.  W  kuchni  unosiły  się 

smakowite zapachy. Światło raziło Melanię, a żar łaskotał ją w nos i palce u stóp. 

Wiktoria  siedziała  na  podłodze,  bawiąc  się  wałeczkami  surowego  ciasta  jak 

plasteliną. 

- Ptaszek - powiedziała do Melanii, podnosząc szarą i niekształtną grudkę. 

-  Może  i  tak  -  odparła  Melania.  Kucnęła  obok  i  przytuliła  siostrę,  bo 

Wiktoria była maleńka, pulchna i szczęśliwa. Dziewczynka zaczęła się wiercić. 

- Nie rób tak - powiedziała. - Jestem zajęta. Bawię się. 

- Śliczny ptaszek - rzekła pojednawczo Melania. - Od razu wiedziałam, że to 

ptak. 

- Przez ciebie go rozgniotłam - rzuciła gniewnie Wiktoria i obrażona cisnęła 

kawałkiem ciasta, który przeleciał przez pokój i trafił śpiącego psa w bok.  

Pies  zbudził  się,  obwąchał  ciasto,  zjadł  je  i  czknął.  Melania  nie  widziała 

nigdy  czkającego  psa.  Wiele  rzeczy  tego  dnia  zdarzyło  się  po  raz  pierwszy. 

Siedziała  wciąż  bezwładnie  na  podłodze,  gdy  ciotka  Małgorzata  wytarła  uwalane 

mąką dłonie w uwalany mąką fartuch. „Jak było na spacerze?” - napisała kredą na 

tablicy.  Jej  twarz  miała  promienny  i  zaciekawiony  wyraz.  Czy  domyślała  się,  że 

Finn  ją  po  całował?  A  może  zaplanowali  to  razem,  dla  żartu...  Ale  to  nie  była 

mądra myśl. 

-  Mam  przemoczone  stopy  -  powiedziała  Melania.  -  Mogę  się  nabawić 

przeziębienia. - Które rozwinie się w zapalenie płuc, a potem umrę i nikt nie będzie 

się moją śmiercią przejmował, dodała w duchu. 

Pomyślała, że Finn zszedł zapewne do pracowni. Wrócili razem do sklepu, 

ale on, w przeciwieństwie  do niej, nie poszedł na górę do kuchni. Nie chciała go 

widzieć ani z nim rozmawiać. Pragnęła być sama, gdzieś, gdzie nie byłoby światła. 

background image

Uciekła do sypialni i usiadła na łóżku, kuląc się w wilgotnym płaszczu i skubiąc 

szwy opaski na ramieniu. Czy jestem normalna, skoro czułam taką obojętność? A 

potem wydało mi się to okropne, więc czy nie jest ze mną jeszcze gorzej, ponieważ 

było to dla mnie takie straszne? - rozważała. 

A może chodziło o to, że pocałował ją Finn, a nie jeden z tych mężczyzn, w 

których  ramionach  widziała  siebie  dawniej,  kiedy  jeszcze  wyobrażała  sobie  takie 

rzeczy?  Odtąd  nie  będzie  już  umiała  ich  sobie  wyobrażać,  bo  będą  jej  się 

przypominać  wilgotne  pocałunki  Finna.  Zauważyła,  że  wyskubała  niemal  całą 

opaskę żałobną. Pozostało tylko ściągnąć resztki z rękawa. 

W oknach poruszyły się zasłony. Pelargonia rzucała na nie fantastyczny cień, 

na  którym  liście  wyglądały  niczym  parasole,  a  kwiaty  jak  główki  kapusty.  Pręty 

łóżeczka Wiktorii stały się czarne i groźne, a linia światła pod drzwiami, sącząca 

się  z korytarza,  przypominała  rozjarzony  ołówek,  który  lada  chwila  mógł  zerwać 

się  i  nabazgrać  migotliwie  na  ścianie:  „Melania  jest  nienormalna!”  Żeby  się 

uspokoić, zaczęła liczyć róże na tapecie, choć w ciemności z trudem rozpoznawała 

ich ciężkie ciemne kształty. Jedna, dwie, trzy.. i nagle w sercu trzeciej róży lśnienie 

światła.  Jak  okrągła  plamka.  Spojrzała  na  nią  leniwie,  a  potem  z  rosnącym 

zainteresowaniem.  Była  to  dziura  w  ścianie,  przez  którą  wpadało  do  wnętrza 

światło z sąsiedniego pokoju Równiutki, okrągły otwór. 

Melania w końcu wstała i przyklękła przy dziurze wielkości jednopensówki. 

Przypomniawszy  sobie  pierwszą  noc  w  domu  wuja,  gdy  podglądała  Jowle’ów 

przez dziurkę od klucza w drzwiach kuchni, nabrała przekonania, że podglądała ich 

zawsze.  Po  chwili  ujrzała,  jak  wygląda  terra  incognito  sypialni  braci,  oświetlona 

nieosłoniętą kloszem stojącą na środku lampą. 

Dwa małe białe łóżka, z prześcieradłami zarzuconymi na pikowane atłasowe 

kołdry. Na podłodze strasznie tandetny, czamo-brązowy dywanik. Przypominające 

barkę  drewniane  krzesło,  pomalowane  w  zamki  i  róże.  To  pewnie  krzesło  Finna. 

background image

Kwadratowe lusterko, oparte o różową ścianę. Obok wisiał obraz. Melania musiała 

zmienić  pozycję,  by  lepiej  mu  się  przyjrzeć.  Był  dziwny.  Właściwie 

niewiarygodny. Na klombie pierwiosnków siedziała ciotka Małgorzata. Była naga, 

jeśli nie liczyć zwisającej z jej ramion jasnozielonej peleryny. Przeraźliwą chudość 

ciotki  łagodziły  rozwiane,  szkarłatne  włosy.  Jej  łono  wyglądało  niby  ognisty 

kopiec, piersi znajdowały się w ostatnim stadium przemiany w róże, a ciało lśniło 

bielą.  Finn  niewątpliwie  kładł  białą  farbę  wprost  z  tubki,  nie  mieszając  jej  z 

żadnym  innym  barwnikiem.  Po  białych  policzkach  ciotki  spływały  dwie  pękate, 

lśniące  łzy,  zrobione  z  krągłych,  szlifowanych,  kryształowych  paciorków, 

naklejonych  na  płótno.  Nad  głową  ciotki  wiła  się  kwietna  girlanda  z  dziwnie 

wyglądających  tulipanów,  złocieni  i  kaczeńców,  przewiązanych  z  obu  końców 

zielonymi  wstążkami.  Wstążek  trzymały  się  dwa  kupidyny,  wierzgające  w 

powietrzu  tłustymi  piętami.  Była  to  jakby  cieniutka  płaskorzeźba  z  różowej 

plasteliny.  Malowidło  miało  w  sobie  coś  tajemniczego  i  prywatnego  zarazem, 

jakby  za  dłonią  malarza  kryl  się  jakiś  szept.  Ten  obraz  to  niewątpliwie  kolejna 

alegoria, chociaż nie w stylu Rubensa. 

Na podłodze, obok pudła od skrzypiec przypominającego kształtem trumnę 

karła,  leżał  płaszcz  Finna,  a  po  chwili  on  sam  wszedł  w  pole  widzenia  Melanii. 

Jego  włosy  ocierały  się  o  najeżone  drzazgami  deski  podłogi.  Finn  chodził  na 

rękach.  Nic  już nie  mogło  jej  zdziwić.  Poruszał  się niemal  bezszelestnie,  słychać 

było tylko plaśnięcia dłoni o podłogę, jak odgłos rannych pantofli. Usiadła prosto, 

zastanawiając się, co ma oznaczać ten judaszowy otwór w ścianie. 

Był  okrągłym,  równiutkim  wynikiem  premedytacji.  Ktoś  go  wywiercił.  W 

jakim  celu?  Najprawdopodobniej  po  to,  żeby  ją  podglądać.  A  zatem  to  nie  tylko 

ona  podglądała  -  podglądano  także  ją,  kiedy  wydawało  jej  się,  że  jest  sama,  gdy 

rozbierała się i ubierała, i tak dalej. Przez cały ten czas ktoś ją obserwował. Odkąd 

background image

zamieszkała  w  tym  domu.  Nie  pozwolili  jej  nawet  zachować  samotności,  wręcz 

przeciwnie, naruszyli ją. 

Przypuszczała, że głównie podglądał ją Finn,  chyba, że bracia czynili to na 

zmianę.  Ale  nie  potrafiła  jakoś  wyobrazić  sobie  Franciego,  który  choć  raz 

przykłada  do  otworu  oko  tylko  po  to,  by  ją  zobaczyć  bez  majtek  -  miał  zbyt 

sztywny grzbiet, zbyt stężały kark. Tak, to Finn był podglądaczem. I to on wsunął 

jej język do ust. Melania poczerwieniała ze złości. Mała, plugawa bestyjka, orzekła 

w duchu. Ach, ależ z niego zwierzak! 

A on w tej samej chwili chodził sobie na rękach w sąsiednim pokoju. Tak ją 

to  rozgniewało,  że  chciała  pójść  tam  do  niego,  żeby  go  oskarżyć,  przyszło  jej 

jednak do głowy, że lepiej tego nie robić, bo Finn jest zwinny i szybki, a poza tym 

nie miała ochoty go widzieć. Po chwili namysłu przyciągnęła krzesło i powiesiła na 

oparciu płaszcz, który zasłonił otwór. Może to wystarczy. Więcej już nie pójdzie na 

spacer z Finnem i nie zostanie z nim nigdy sam na sam, jeżeli nie zmusi jej do tego 

sytuacja. I zmrozi go spojrzeniem, kiedy będzie próbował z nią rozmawiać. Finn w 

żadnym  wypadku  nie  zostanie  jej  przyjacielem.  Głuche  odgłosy  z  sąsiedniego 

pokoju wskazywały, że chłopak ćwiczy już akrobatyczne młynki albo salta. 

 

VI 

 

Oprócz  grubej  złotej  obrączki  ślubnej  ciotka  Małgorzata  posiadała  tylko 

jeden klejnot. Był to niezwykły naszyjnik, który wkładała w niedzielne popołudnia 

po  lunchu,  gdy  przebierała  się  z  nijakich,  czarnych  ubrań  roboczych  w  swoją 

najlepszą  sukienkę.  Po  całym  tygodniu  pracy  ciotka  czekała  na  rozpoczęcie 

kolejnego  tygodnia  trudów  w  brzydkiej  odświętnej  sukni.  A  sukienka  była 

staroświecka,  uszyta  z  taniej,  sztywnej  wełnianej  tkaniny  o  śmiertelnie  tępym 

odcieniu  szarości,  będącej  zaprzeczeniem  koloru  i  ewentualnej  urody,  szarości 

background image

absolutnie  nieszczęśliwej  i  zgnębionej.  Zapinała  się  wysoko  pod  szyję  i  miała 

wąskie,  za  krótkie  na  ciotkę  rękawy.  Wystawały  z  nich  spierzchnięte  dłonie  i 

kościste nadgarstki, na których widać było węzły wszystkich ścięgien i żył. Dłonie 

zwisały  bezwładnie,  jak  gdyby  zostały  przyszyte  osobno  do  mankietów  i  nie 

stanowiły  części  rąk  ciotki.  Sukienka  była  najlepsza,  ponieważ  jedyna  -  poza  nią 

garderoba Małgorzaty składała się z zaledwie trzech czy czterech wyświechtanych 

czarnych  spódnic  i  czterech  albo  pięciu  czarnych  swetrów  o  pozaciąganych 

nitkach, które pruły się z wolna. Swetry były wytarte i prześwitywały na łokciach.  

Sukienka  wprost  z  ramion  opadała  na  biodra  i  dalej  na  łydki  ciotki  długą 

pionową krechą. Była źle dopasowana, więc tylko muskała jej ciało, ocierając się 

jedynie  o  kościste  pośladki.  Trudno  było  sobie  wyobrazić,  że  ciotka  kupiła  ją 

całkowicie  świadomie  -  pewnego  pięknego,  dawno  minionego  dnia  weszła  do 

sklepu,  zaczęła  przymierzać  suknie  i  w  końcu  zdjąwszy  tę  szarą,  szpetną  rurę  ze 

stojaka, obwieszonego kolorową odzieżą, włożyła sukienkę przez głowę, obejrzała 

się  ze  wszystkich  stron  w  lustrze  przebieralni,  przywołała  uśmiech  zadowolenia, 

klasnęła  w  dłonie  z  aprobatą  i  powiedziała  do  siebie:  „Jest  śliczna,  o  taką  mi 

właśnie  chodzi”,  a  młoda,  wyperfumowana  sprzedawczyni  o  falistych  lokach 

krążyła wokół niej i powtarzała ciągle: „Bardzo w niej pani do twarzy”. Nie, ciotka 

musiała  sukienkę  odziedziczyć  albo  kupić  ją  na  wyprzedaży  jako  coś,  czym 

mogłaby okrywać grzbiet w ramach odpoczynku od swojej wiecznej czerni... choć 

może  (co  najbardziej  prawdopodobne),  znalazła  ją  zaraz  po  ślubie  w  szafie  w 

małżeńskiej  sypialni,  suknię  zaś  nabył  wuj  Filip,  uznawszy  ją  za  odpowiedni 

niedzielny strój dla żony. 

Sukienka  była,  zatem  niegustowna,  stara,  pachniała  naftaliną  i  wydzielała 

słabą  woń  potu,  którym  przesiąkała  od  lat,  choć  w  zasadzie  znajdowała  się  w 

dobrym  stanie,  gdyż  ciotka  przechowywała  ją  starannie.  Zresztą  mimo  wszystko 

był to jej najelegantszy strój i jako taki na przekór swojej brzydocie posiadał pewną 

background image

przyrodzoną  godność,  a  co  więcej,  we  wzruszający  sposób  ciotkę  odmładzał  - 

sukienka  była  bowiem  niedopasowana  i  zwisała  z  niej  szkaradnie  dwiema 

równoległymi  krechami,  Małgorzata  natomiast  szalenie  o  nią  dbała,  prasowała  ją 

często, szczotkowała i wywabiała z tkaniny każdą plamkę. 

Była  to  sukienka,  jakie  noszą  grzeczne  dziewczynki  w  szkółkach 

niedzielnych.  Ciotka  Małgorzata  wyglądała  w  niej  naiwnie  i  młodzieńczo. 

Wkładała do niej starannie zacerowane pończochy, które oszczędzała na niedziele, 

i, przeznaczone również na dni świąteczne, stare, starannie wyglansowane pantofle 

o okrągłych noskach, na niskim obcasie i zapinane na paski. Kiedy była już ubrana 

i gotowa, wyjmowała naszyjnik z jakiejś szkatułki czy szafki i zaciskała go na szyi 

do kompletu. 

Naszyjnik  był  przypominającą  obrożę  kolią  z  matowego  srebra,  złożoną  z 

dwóch  kawałków  metalu,  ozdobionych  guzami  kamieni  księżycowych.  Kolia 

zatrzaskiwała się wokół szczupłej szyi i unosiła niemal na wysokość brody, tak, że 

ciotka  ledwie  mogła  ruszać  głową.  Była  to  ciężka,  obezwładniająca  i  cenna 

biżuteria. 

Naszyjnik 

sprawiał 

wrażenie 

zabytkowego, 

czasów 

przedchrześcijańskich  albo  wręcz  prehistorycznych,  choć  w  rzeczywistości  wcale 

nie  był  stary.  Wieńcząc  wymizerowaną,  szarą  suknię,  kolia  wyglądała  niemal 

złowieszczo egzotycznie i niesamowicie. Nosząc ją na szyi, ciotka musiała chodzić 

z głową podniesioną dumnie i wyniośle, jak królowa Asyrii, ale jej widoczne wyżej 

oczy spoglądały z niepokojem, smutkiem i bez cienia dumy. 

W  niedziele  ciotka  czesała się znacznie  staranniej  niż  zazwyczaj, fryzowała 

włosy  w  lśniące  rude  kędziory  i  loki,  a  wskutek  tej  niecodziennej  schludności, 

wspaniałego naszyjnika i młodzieńczego wyglądu nabierała zdumiewającej, jakby 

zajęczej,  przemijającej,  oskrobanej  do  kości  urody  -  urody  dziwacznej, 

utrzymującej  się  tylko  do  wieczora,  kiedy  to  Małgorzata  zdejmowała  naszyjnik, 

żeby  go  schować.  Było  coś  wstrząsającego  w  tym,  że  co  tydzień  stawała  się  na 

background image

chwilę tak niezwykle urodziwa. Kiedy Wiktoria siedziała jej na kolanach,   a ciotka 

pod  naciskiem  naszyjnika  trzymała  po  królewsku  wysoko  uniesioną  głowę, 

przypominała ikonę Naszej Pani Głodu, przedstawionej pod postacią chudej młodej 

dziewczyny. 

Z  kolią  na  szyi  mogła  jeść  jedynie  z  najwyższym  trudem.  Niedzielne 

podwieczorki niczym się od siebie nie różniły. Zawsze były krewetki, chleb, masło, 

miseczka  gorczycy  i  rzeżuchy,  a  na  koniec  świąteczne  ciasto  biszkoptowe, 

pieczone  w  niedzielne  ranki  wraz  z  niedzielnym  udźcem,  toteż  wydzielało  lekki 

zapach  przypalonego  tłuszczu.  Stół  pokrywały  potem  wąsy  krewetek,  a  ciasto 

znikało  do  ostatniej  okruszyny,  ale  ciotka  ze  zbolałą  miną  sączyła  tylko  nędzną 

filiżankę  herbaty,  bawiąc  się  paroma  łodyżkami  gorczycy  i  rzeżuchy,  choć  sama 

przygotowywała  ten  kilkudaniowy  posiłek.  Wuj  Filip  kruszył  pancerzyki  całego 

batalionu  różowych  krewetek  i  jadł  je  miarowo,  przeżuwając  przy  tym  bochenek 

chleba z półfuntem masła, później zaś nakładał sobie na talerz lwią część  ciasta i 

spoglądał  na  ciotkę  z  pozbawioną  większej  emocji  satysfakcją.  Najwyraźniej 

czerpał rozkosz z zakłopotania żony i chyba nawet podsycał apetyt jej widokiem. 

Wuj Filip jest bez serca, myślała Melania. Ale to owa królewska, krępująca 

kolia  czyniła  ciotkę  Małgorzatę  piękną  kobietą.  Il  faut  souffrir  pour  ĕtre  belle. 

Najeżony  księżycowymi  kamieniami  naszyjnik  wyglądał  prymitywnie  i 

barbarzyńsko.  Mógłby  zdobić  szyję  mastyfa  jakiegoś  księcia  w  średniowiecznej 

Persji, przedstawionego na miniaturze podczas polowania z sokołami. Trudno było 

się spodziewać, że ciotka osobiście wybrała tę ozdobę - należało przypuszczać, że 

bardziej  w  jej  guście  byłyby  perły  hodowlane,  jakie  Melania  dostała  na 

bierzmowanie,  kryształy  górskie,  kwietne  brosze,  wysadzane  kruchymi, 

połyskliwymi  kamieniami  lub  małe  złote  medaliony  z  wyblakłymi  fotografiami 

dzieci i świeżymi loczkami miękkich włosów. Mimo to ciotka szczyciła się swoją 

kolią z prawdziwego srebra. 

background image

„To był mój prezent ślubny - napisała kredą na tablicy. - Filip sam go zrobił. 

Według własnego projektu”. 

- Wielki Boże, jaki to utalentowany człowiek - powiedziała Melania. 

„Z drewna i metalu potrafi zrobić wszystko. Może kiedyś zrobi coś też dla 

ciebie”. 

-  Byłoby  mi  bardzo  miło  -  odparła  uprzejmie  Melania,  ale  w  duchu 

pomyślała: uchowaj Boże. 

Kiedyś, gdy rozmawiała z Finnem o naszyjniku, chłopak powiedział: 

- Bo widzisz, wuj i ona kochają się w niedziele wieczorami. - Jego oczy były 

zimne i wodniste. Splunął, co do tego stopnia zgnębiło Melanię, że nie zrozumiała 

jego  słów.  Kulka  plwociny  wyglądała  na  podłodze  jak  porzucony  kamień 

księżycowy. 

- Nie przepadasz za wujem Filipem, co? - zapytała. 

-  A  powinienem?  -  odpowiedział  pytaniem,  przebiegając  palcami  wielki 

fioletowy siniec pod prawym okiem. 

Miał zły dzień. Dłuto wyślizgnęło mu się z ręki i rozciął sobie ciało do kości, 

nie  mógł,  więc  pracować.  Nawet  w  sklepie  Melania  słyszała  głuche  odgłosy 

uderzeń  i  krzyki  wuja  Filipa:  „Zrobiłeś  to  na  umyślnie,  ty  irlandzki  skurwielu!” 

Później  Finn  zjawił  się  na  górze,  milczący,  ponury  i  zakrwawiony,  bez  słowa 

pokazał Melanii okropne skaleczenie i poszedł do siostry po opatrunek. 

Ale teraz siedział na ladzie sklepowej i zdrową lewą ręką bawił się grającymi 

na skrzypcach i flecie małpkami. 

-  Oby  zdechł!  -  powiedział  nagle,  z  całej  siły  ciskając  zabawkę  w  kąt. 

Rozbiła się o boazerię i spadła na podłogę w drzazgach zębatej blachy. Pozytywka 

zatrzymała się z chrzęstem. 

- Och, Finn! 

background image

-  Powinienem  roztrzaskać  tu  wszystko  dookoła  -  odparł  nieszczęśnik, 

którego  wuj  znowu  pobił.  Wyglądał  dziecinnie,  jak  chłopiec,  któremu  na  placu 

zabaw spuścili lanie silniejsi od niego chuligani, a on nie może im odpłacić inaczej, 

tylko  nienawiścią.  -  Chciałbym  tupnąć  i  dmuchnąć,  jak  ten  wilk  z  bajki,  zmieść 

jego dom i odebrać mu Małgosię, a wtedy moglibyśmy z nią i Franciem wrócić do 

Irlandii, żyć sobie spokojnie razem, grać, a od czasu do czasu nawet tańczyć. 

- Co stałoby się wtedy ze mną i dziećmi? 

-  Tego  nie  wiem.  Ratuj  się,  kto  może.  -  Finn  zakołysał  skaleczoną  ręką. 

Siniec był czarnym znamieniem, podkreślającym jeszcze jego zez. - Dlaczego mam 

unieruchomioną właśnie prawą rękę? Rękę, którą maluję? 

Melania poszła posprzątać szczątki rozbitej zabawki. 

Nie  chciała  rozmawiać  z  Finnem,  ale  nie  mogła  milczeć, kiedy  przyszedł i 

usiadł na kontuarze. Poza tym, jeśli w ogóle z nim nie rozmawiała, nie rozmawiała 

z nikim, chyba że za rozmowę uważać kontakty z ciotką, toteż samotność Melanii 

stawała się nieznośna. Nie miała ostatecznie dość odwagi, by całkowicie odciąć się 

od,  Finna,  który  i  tak  udawał,  że  nigdy  jej  nie  dotknął  swoimi  gorącymi, 

wilgotnymi ustami. Dlatego po pewnym czasie - jako że Finn traktował ją z pełną 

opanowania życzliwością - Melania zaczęła sądzić, iż wymyśliła sobie więcej, niż 

się  naprawdę  zdarzyło,  a  może  nawet  wszystko.  Kiedy  jednak  odsuwała  krzesło, 

widziała otwór w ścianie. Zostawiała, więc krzesło na swoim miejscu. 

- A Jonatan? - zapytała. - Co robi, kiedy wuj Filip cię bije? - Nie podobała jej 

się  myśl,  że  Jonatan  siedzi  w  pracowni  niczym  milczący  widz  i  przygląda  się 

scenom zimnej przemocy. 

- Nie widzi, co się dzieje. Pracuje nad olinowaniem. 

- Nie chciałabym, żeby mój młodszy braciszek się denerwował. 

- On zazwyczaj myśli o czymś innym. 

background image

A wuj jest nim zachwycony. Pewnie weźmie go na czeladnika, tak jak kiedyś 

mnie. Statki Jonatana zrobiły na nim ogromne wrażenie. Mówił nawet, że zacznie 

prowadzić nowy rodzaj działalności i produkować statki w butelkach, bo Jonatan 

chce robić wyłącznie statki. A jest w tym bardzo dobry. 

- To forma szaleństwa. 

- Raczej obsesja. 

- Nie wiem. 

-  Ale  Jonatan  ma  tylko  dwanaście  lat.  Jest  chyba  trochę  za  młody,  żeby 

oszaleć albo dostać obsesji. 

- Sprawia zazwyczaj wrażenie nieobecnego - powiedziała powoli Melania. - 

Jak gdyby prawdziwy Jonatan przebywał naprawdę gdzie indziej, ale zostawił na 

miejscu kopię samego siebie, żeby nikt nie zauważył, że zniknął. Zawsze był taki, 

nawet we wczesnym dzieciństwie. 

- Kiedy zdejmuje okulary, oczy mu drżą pod naporem powietrza  - zauważył 

Finn. 

-  Na  świadectwach  szkolnych  przynosił  uwagi  w  rodzaju:  „Jonatan  mógłby 

uzyskiwać lepsze wyniki w nauce, gdyby tylko chciał”. 

- Nauczyciele zawsze piszą takie  rzeczy. Nie martw się Jonatanem. Jest mu 

dobrze. Płynie w nim krew twojego wuja. Jonatan jest nieodrodnym Flowerem. 

-  Flower  -  powtórzyła  Melania,  smakując  niespostrzeżoną  dotąd 

niecodzienność tego nazwiska. 

- Zastanawiałem się z początku, jaka była wasza matka, skoro w jej dzieciach 

nie  ma  wiele  z  Flowerów,  bo  są  dobre,  czyste  i  zawsze  wycierają  nosy  w 

chusteczkę, a nie rękawem. Ale wasz polor już się zaczyna łuszczyć. 

- Moja matka - powiedziała Melania, przywołując nie bez trudności jej obraz 

-  nosiła  kapelusze  i  rękawiczki  i  chodziła  czasem  na  posiedzenia  różnych 

komitetów. 

background image

Ale Finn już nie słuchał. Zadumał się nad skaleczoną ręką, a oczy zaszły mu 

morderczą mgłą. 

Tego  wieczoru  Melania  zmywała  sama,  bo  ciotka  kąpała  Wiktorię.  Raz  w 

tygodniu  dla  dobra  małej  ciotka  Małgorzata  przeciwstawiała  się  dudniącemu, 

rozedrganemu,  toczonemu  gangreną  i  buchającemu  gazem  potworowi 

łazienkowego  bojlera,  aby  wykąpać  dziewczynkę  w  głębokiej  na  trzy  cale, 

zielonkawej  jak  smarki,  słonawej  letniej  wodzie,  która  ściekała  do  wanny  ze 

zwierzęcej  paszczy  zbiornika  przez  pełne  dziesięć  minut.  Melania  uważała,  że 

ciotka  Małgorzata  musi  być  wyjątkowo  bohaterska,  skoro  wyzywa  na  pojedynek 

ten zardzewiały, oszalały bojler, zapala gaz wbrew niemu i zmusza go, by rzygał 

gorącą lub względnie gorącą wodą. Melania tylko raz usiłowała napełnić wannę za 

pomocą tego urządzenia, które eksplodowało wówczas tak okrutnie, że wszystkie 

szczoteczki do zębów wzbiły się w górę i zadrżały na stojaku, a kubek, w którym 

wuj  Filip  trzymał  sztuczną  szczękę,  skoczył  samobójczo  na  podłogę,  choć 

szczęśliwie się nie stłukł. 

Po tym incydencie Melania myła się już tylko w zimnej wodzie,  chyba, że 

udało jej się pożyczyć od ciotki parujący czajnik, by myć się po kawałku w kuchni 

albo  nad  ciasną  umywalką  w  łazience.  Wilgotna  flanelowa  myjka  odsłaniała 

połyskujące morelowym blaskiem płaty jej czystego ciała - najpierw jedna, potem 

druga noga. Melania pamiętała, że dawniej codziennie nurzała się w perfumowanej 

wodzie, a w lepkie letnie miesiące nawet dwa razy dziennie, wiedziała jednak, że to 

już  nigdy  nie  wróci,  dopóki  nie  dorośnie  i  nie  będzie  miała  własnej  łazienki. 

Trudno było jej też umyć włosy.  

Finn i Francie nigdy nie próbowali uruchomić bojlera. Melania nie wiedziała, 

jak i kiedy kąpie się Finn, a nawet czy w ogóle się myje, ale Francie podgrzewał 

czasem  wodę  w  rondlach  i  czajnikach,  napełniał  owalną  blaszaną  wanienkę,  a 

potem bez szczególnego zadowolenia siedział w niej w kuchni za zamkniętymi na 

background image

klucz drzwiami. Podobnie postępowała ciotka Małgorzata, nawet dość często, jeśli 

udawało  się  jej  zapędzić  Wiktorię  do  łóżka  o  wczesnej  porze.  Wuj  Filip  brał 

natomiast kąpiel w wannie raz, a nawet dwa razy w tygodniu, i wydawało się, że 

posiada  jakąś  magiczną  władzę  nad  bojlerem,  który  nie  wybuchał  nigdy,  gdy  on 

zapalał  gaz.  Zostawiał  po  sobie  w  łazience  straszliwy  bałagan,  a  na  podłodze 

kałuże rozchlapanej wody, ściekającej także z jego ręcznika. Melania nigdy się nie 

dowiedziała,  do  kogo  należała  plastikowa  zabawka,  którą  odkryła  w  wannie 

rankiem pierwszego dnia w nowym domu. Poszlaki wskazywały na wuja Filipa, ale 

ta możliwość nie wydawała jej się prawdopodobna. 

Cotygodniowa  kąpiel  Wiktorii  stała  się  jednak  stopniowo  rytualną 

ceremonią,  pochłaniającą  całą  uwagę  ciotki  i  mnóstwo  zachodu.  Melania  została 

sama w ciepłej, schludnej i jakby zadowolonej z siebie kuchni, ponieważ praca na 

ten dzień była ukończona. Garnki stały na kredensie, krzesła o prostych, twardych 

oparciach  i  wytarty  dywan  wyglądały  na  pogodzone  ze  światem.  W  kuchni  było 

miło i Melania nuciła sobie pod nosem, odwieszając kubki na odpowiednie haczyki 

i ustawiając starannie talerze. Otworzyła szufladę, żeby schować noże i widelce. W 

środku leżała zakrwawiona u nasady, świeżo odcięta dłoń. 

Była delikatna, o zgrabnych, stożkowatych pacach, których paznokcie barwił 

perłowy  lakier.  Serdeczny  palec  zdobił  wąski,  dziecinny  pierścionek  ze  srebra. 

Była  to  ręka  dziewczynki  pobierającej  lekcje  tańca  i  noszącej  dopasowane  do 

majteczek  plisowane  halki.  Ciało  w  przegubie  było  rozerwane,  jak  gdyby  dłoń 

została  oddzielona  od  ramienia  bardzo  tępym  nożem  lub  siekierą.  Melania 

usłyszała w szufladzie chlupot krwi. 

- Ja wariuję - powiedziała na głos. - Sinobrody tu był. 

Zamknęła szufladę i wsparła się piersią o kredens. Była zlana potem i miała 

sucho w ustach. Po chwili ugięły się pod nią kolana i osunęła się na podłogę pośród 

łoskotu lawiny sztućców. Wszystkie meble w kuchni podskoczyły w górę - krzesła 

background image

tańczyły gigę, przestępując z nogi na nogę, stoły niezgrabnie podrygiwały w takt 

walca, a wskazówki zegara zaczęły się kręcić w kółko. Melania leżała w bezruchu 

na falującej podłodze, bo bała się poruszyć. 

Kiedy wróciła do siebie, poczuła, że ktoś jej przytyka kubek do ust. Była w 

nim  woda  z  niewielkim  dodatkiem  whisky  koloru  torfu.  Francie  podtrzymywał 

głowę Melanii siedzącej prosto i sztywno w jego ramionach. W jednej ręce trzymał 

kubek,  w  drugiej  otwartą  butelkę  Teacher’s  Highland  Cream.  Choć  Francie  miał 

ręce  zajęte,  Melania  czuła  się  zupełnie  bezpieczna.  Ujrzała  w  jego  nozdrzach 

krótkie, piaskowe włoski i zęby dziewczyny zadzwoniły o kubek. 

- Bądź grzeczną dziewczynką i wypij to do końca... - powiedział Francie. 

Tego dnia spiął krawat spinką w kształcie krzyża świętej Brygidy, wykonaną 

z  jakiegoś  szarego,  mocno  zmatowiałego  metalu.  Krawat  miał  w  ukośne, 

czerwono-niebieskie  pasy.  Pokryte  szczeciną  zarostu  policzki  Franciego 

przypominały  papier  ścierny.  Wyglądał  jak  każdy  Irlandczyk.  Melania  ucieszyła 

się, że kiedy ją znalazł, był w granatowym garniturze i miał w krawacie spinkę. 

- Jesteś zwyczajny - powiedziała, błogosławiąc go w duchu. 

Francie uśmiechnął się swoim zardzewiałym uśmiechem. 

- Owszem - odpowiedział. - Jestem zwyczajnym facetem. 

Melania oparła głowę na jego ramieniu. 

- Upadłam. 

-  Chyba  zemdlałaś.  Wchodzę  sobie  do  kuchni  po  kalafonię,  a  ty  leżysz  na 

podłodze i pies cię obwąchuje. - Francie mówił tak, jak gdyby nie myślał słowami i 

musiał  je  tworzyć  na  gorąco,  żeby  przedstawiać  pojawiające  się  w  jego  umyśle 

idee. 

Bulterier, w którego oczach widać było troskę, wcisnął nos w dłoń Melanii, 

wydając krzepiące sapnięcia. Poklepała go z wysiłkiem po głowie i nieoczekiwanie 

background image

zaprzyjaźniła się z psem. Małymi łyka mi popijała słodką, rozwodnioną whisky, aż 

w końcu poczuła się lepiej. 

- Myślałam, że pijasz raczej irlandzką whisky - powiedziała zaskoczona. 

-  Wszystko  mi  jedno  -  odparł.  -  W  każdym  razie  lubię  wypić  czasem 

kropelkę przyzwoitej gorzałki. 

Francie mówił powoli, głosem skrzypiącym jak wóz ciągnięty przez starego i 

mądrego  konia,  idącego  wyboistą  drogą.  Dopiła  wodę,  uśmiechając  się  znad 

krawędzi kubka, a Francie musiał się pochylić nad dziewczyną, żeby pociągnąć łyk 

whisky wprost z butelki. 

- Co tu się stało, skarbie? - zapytał po chwili. 

Melanię przebiegł dreszcz i koszmarna wizja po wróciła. 

- Znalazłam coś w szufladzie z nożami. Widziałam to. Krwawiło. 

-  W  szufladzie?  Przecież  Małgosia  trzyma  w  niej  tylko  sztućce.  Nie 

chowałaby tam nic innego. To w końcu szuflada na sztućce. 

- Idź i sprawdź, czy to tam jeszcze jest. Idź i zobacz. 

- Najpierw, skarbie, posadzę cię wygodnie na krześle. 

To,  że  Francie  nazywał  ją  „skarbem”,  sprawiało  jej  skrytą  przyjemność.  Z 

łatwością  przeniósł  Melanię  na  krzesłu  wuja  Filipa,  po  czym  przyciągnął  bliżej 

elektryczny grzejnik, na ile pozwalała długość sznura. Później otworzył szufladę, a 

Melania w nerwowym przerażeniu gryzła własną pięść. 

- Nic tu nie ma - powiedział. - Oprócz noży i widelców. No i łyżek. Coś ci 

się pewnie przyśniło. 

- Jesteś całkiem pewien? Naprawdę?  

Kręcąc  głową,  Francie  kilka  razy  otworzył  i  zamknął  szufladę,  jak  gdyby 

chciał zademonstrować w ten sposób jej nieszkodliwość. 

- A wydawało ci się, że co widziałaś, dziewczyno? 

- Dłoń - odpowiedziała. - Odciętą dłoń. 

background image

Francie ze zdumieniem odwrócił się w jej stronę. Źrenice miał szarozielone, 

jak Finn, ale oczy Franciego usiane były brunatnymi plamkami. Patrzyły prosto i 

szczerze  przed  siebie,  oglądały  wszystko  wprost  i  dlatego  nie  mogły  zezować  na 

boki. 

-  To  straszne!  -  Francie  zastanawiał  się  przez  chwilę.  -  Może  pomyślałaś  o 

zranionej ręce Finna i dlatego przywidziała ci się jakaś dłoń? 

- Nie wiem. Nie wiem. 

-  Zaparzę  ci  dobrej  herbaty.  To  cię  uspokoi.  -  Francie  napełnił  skrupulatnie 

czajnik i postawił go na kuchence gazowej, ale choć bardzo się starał, rozlał trochę 

wody. Jego niezgrabne ciało uginało się pod brzemieniem troskliwości. 

Jaki on miły, pomyślała ze zdumieniem Melania. Nie znałam go z tej strony. 

Była  pewna,  że  widziała  jednak  dłoń  w  szufladzie,  dłoń  o  drobnych 

różowych paznokciach, ze srebrnym pierścionkiem na palcu. Serdecznym palcu, z 

którego biegnie żyła aż do serca. Francie nie znalazł jednak dłoni w szufladzie, a 

Melania miała do niego zaufanie. Popijała słodką, gorącą herbatę, a Francie dalej 

badał szufladę, przetrząsając jej zawartość i cmokając. 

-  Nic,  co  tu  leży,  nie  przypomina  ręki.  Musiała  być  wytworem  twojej 

rozpaczy  -  powiedział.  -  Rozpacz  po  stracie  rodziców  może  wywoływać  takie 

wizje. To zupełnie normalne. 

Nie był na swoim  miejscu wśród garnków, patelni, gipsowych wilczurów i 

okruchów  chleba.  Przypominał  kamienną  figurę  z  Wyspy  Wielkanocnej, 

niezgrabną  i  archaiczną,  wykutą  na  podobieństwo  jakiegoś  innego,  starszego 

wzorca niż reszta ludzi, dlatego patrząc na niego, trudno było zgadnąć, że w jego 

piersi  bije  kochające  serce.  Słodycz  Franciego  zdawała  się  nieoczekiwana  i 

upajająca  jak  wiosna  w  jego  ojczyźnie,  której  pola  porastają  wyłącznie  kamienie 

albo skąpa trawa. Wypiła herbatę, a Francie wylał fusy do zlewu.  

background image

- Popatrz - powiedział, wskazując kształt, w jaki ułożyły się herbaciane listki 

pośród resztek cukru. - Statek. To oznacza podróż. 

- Wyjadę w podróż? - spytała, nie mogąc pozbyć się tęsknoty w głosie. 

- Ty albo ktoś inny. Nie wyglądasz dobrze, powinnaś się położyć. 

-  Chyba  tak  -  przyznała.  -  Ale  musisz  mi  pomóc  wejść  na  górę.  Nogi  mam 

ciągle jak z waty. 

W  oświetlonym  na  niebiesko  pokoju  Melanii  ciotka  Małgorzata  wkładała 

nocną koszulkę słodkiej, wykąpanej Wiktorii. Tarzały się po łóżku, baraszkując w 

najlepsze  w  aromatycznej  chmurze  wilgotnego  talku.  Rozpromieniona  ciotka 

łaskotała  Wiktorię  w  obrośnięte  dziecięcym  tłuszczykiem  żebra  i  podeszwy 

delikatnych  stopek.  Podrygiwała  i  mocowała  się  z  dzieckiem,  wstrząsana 

bezgłośnym  śmiechem,  a  dziewczynka  popiskiwała  z  radości.  Cudownie  było 

widzieć uszczęśliwioną ciotkę. Miała rozwiane włosy, z których wszędzie dookoła 

wypadały spinki. 

- Melania zemdlała - powiedział Francie.  

Koniec zabawy, natychmiast. Wyraz niepokoju zalał twarz ciotki, zmywając 

dokładnie radość z jej oblicza. 

Chwyciła  Wiktorię  na  ręce,  nie  zważając  na  protesty  małej,  dała  jej  tylko 

pośpiesznego buziaka i wrzuciła dziewczynkę do łóżeczka, pokazując jednocześnie 

Melanii, żeby się położyła. Zaczęła gładzić jej czoło. Dotyk był chłodny i świeży, 

jak  niesiony  wiatrem  deszcz,  ale  ciotka  aż  dygotała  z  wysiłku,  by  powstrzymać 

słowa, których nie mogła wy mówić. 

Porozumiała  się  z  Franciem  bez  słów.  Wymieniła  z  nim  informacje  zbyt 

poufne i osobiste, by Melania mogła je odczytać, a potem uśmiechnęła się, znów 

głaszcząc  dziewczynę  po  twarzy  tak  delikatnie,  że  Melania  przymknęła  oczy. 

Wyobraziła sobie, że pieści ją własna mama - nie, pomyślała jedynie, że matka tak 

pieści  dziecko.  Ale  kiedy  tylko  zamknęła  oczy,  pod  jej  powiekami  zamigotała 

background image

odcięta dłoń niczym kadr z jakiegoś krwawego filmu. Melania jęknęła i zaczęła się 

rzucać na łóżku. 

- Cicho, cicho - powiedział Francie. 

Siostra  i  brat  stali  z  dwóch  stron  łóżka,  pochylając  się  nad  Melanią,  jak 

gdyby  chcieli  ją  osłonić  przed  niebezpieczeństwami  nocy  własnymi  ciałami.  W 

oślepionych oczach Melanii zlali się w jeden kształt, tworząc w górze jakby żywe 

sklepienie, pod którym mogła już bezpiecznie zasnąć. „Mateuszu, Marku, Łukaszu 

i Janie, pobłogosławcie łóżko, w którym leżę, gdzie czterej aniołowie wokół mojej 

głowy...” 

Nie czterej, ale trzej, bo oto u stóp łóżka stanął Finn. Rudzielcy rozpalają dla 

niej  ognisko,  żeby  wypłoszyć  wilki  i  tygrysy  ze  straszliwego  lasu,  w  którym  ona 

mieszka. 

-  Zostanę  przy  Melanii,  dopóki  nie  zaśnie  -  powiedział  Finn.  Jest  bratem 

Franciego, tak jak niema kobieta jego siostrą, więc ze strony Finna nie spotka jej 

nic złego. - To tylko ja, biedny, Finn, który nie zrobi ci krzywdy. - Powiedział już 

kiedyś coś podobnego, ale wtedy mu nie uwierzyła. A teraz wierzy. 

Francie  i  Małgorzata  złożyli  na  jej  policzkach  lekkie,  suche  i  czułe 

pocałunki,  a  potem  zniknęli.  W  pokoju  widoczna  była  tylko  wątła  poświata 

jasności  -  główna  lampa  była  wyłączona.  Melania  nie  wiedziała,  skąd  dochodzi 

światło.  Paliło  się  czystym,  dziecinnym  płomieniem  w  biało-niebieskim  spodku, 

pełnym  zapałek.  Finn  siedział  na  krześle  przy  łóżku.  Jego  zmierzwione  włosy 

wyglądały w półmroku tak, jak gdyby biły z nich promienie blasku. Cienie zrywały 

ciało z jego twarzy, Melania widziała, więc ostre zarysy czaszki i twardą tajemnicę 

kości  samej  w  sobie.  Chłopak  splótł spokojnie  ręce na kolanach.  Bandaż  na  jego 

dłoni był już powalany. 

- Boli cię rana, Finn? - zapytała sennie. 

- Nie jest śmiertelna. Przeżyję. 

background image

W sąsiednim pokoju Francie stroił skrzypce, a ciotka Małgorzata zagrała coś 

na próbę na flecie. 

- Mam ich stamtąd przegonić czy i tak zaśniesz? 

- Lubię słuchać, jak grają. 

Pozostawiona swojemu losowi Wiktoria już zasnęła, pomrukując przez sen, 

co  przypominało  szum  we  wnętrzu  ula.  Finn  zapalił  papierosa,  a  dym  wił  się  i 

kłębił wokół niego. Znaleźli się w klimacie intymności i ciepła. 

-  Finn?  -  zapytała  ponieważ  nadchodzący  sen  stępił  jej  nieśmiałość.  - 

Dlaczego wywierciłeś dziurę w ścianie? Dlaczego mnie podglądałeś? 

- Bo jesteś bardzo piękna - odpowiedział cichutko ustami czerwieńszymi od 

wina. Wyglądał jak jej śpiący, widmowy kochanek i przytłoczona tą wizją Melania 

zapadła w sen. 

A  potem  pokochała  ich  już  bez  żadnych  zastrzeżeń.  Nie  przypuszczała,  że 

wyciągną do niej ręce ze swojego zaklętego kręgu, a teraz sama poczuła się jego 

częścią.  Franciego  wprost  uwielbiała  i  chętnie  pomagała  ciotce  cerować  jego 

ubrania.  Przy  każdej nadarzającej  się okazji  czyściła  mu  także buty.  Rzuciła swój 

los na szalę wraz z losem Jowle’ów, a oni zaadoptowali ją jak córkę. Uśmiechali 

się,  kiedy  wchodziła  do  pokoju.  Satysfakcji  dostarczało  jej  nawet  prowadzenie 

domu u boku ciotki Małgorzaty, w ten sposób  odgrywała, bowiem własną rolę w 

kierowaniu  wspólnym  gospodarstwem.  Była  pomocna  ciotce.  Pewnego  dnia,  gdy 

przygotowywały  razem  jakiś  posiłek,  ciotka  napisała  na  tablicy:  „Nie  wiem,  jak 

sobie radziłam z tym wszystkim przed twoim przyjazdem. Cudownie mieć w domu 

jeszcze jedną kobietę”. 

Melania bawiła się kurkami kuchennego kranu, by ukryć pełne zakłopotania 

zadowolenie.  Aż  ją  skręcało  w  środku  ze  współczucia  dla  ciotki, której  milczenie 

stawało się upiorne, jeśli w pobliżu nie było któregoś z braci. 

background image

Ona żyje dla nich, myślała Melania. Wyszła za wuja Filipa chyba tylko po to, 

żeby zapewnić im dom, kiedy byli mali. Bo czy wuj Filip mógłby wzbudzić w niej 

miłość jako mężczyzna? 

Wuj  nie  rozmawiał  nigdy  ze  swoją  żoną,  wydawał  jej  tylko  wrzaskliwe, 

obcesowe polecenia. Podarował ciotce naszyjnik, który ją dusił. Bił jej młodszego 

brata.  Ścinał  mrozem  powietrze,  którym  oddychał.  Potężny  mężczyzna  o 

nieobecnych oczach, siedzący pośrodku stołu, wysysał smak z pysznego jedzenia, 

jakie gotowała jego żona. Wuj dławił nawet samą myśl o śmiechu. Tego wieczoru, 

kiedy  przywidziała  się  jej  odcięta  dłoń,  Melania  postanowiła  opowiedzieć  się  po 

jednej ze stron - i wtedy zaczęła nienawidzić wuja Filipa. 

A  on  nigdy  jeszcze  nie  zwrócił  się  do  Melanii  po  imieniu  i  nie  dostrzegał 

obecności  Wiktorii.  Obrzucał  je  tylko  gniewnymi  spojrzeniami  z  drugiej  strony 

stołu,  gasząc  poranną  wesołość,  panującą  w  kuchni,  a  podczas  podwieczorku 

przyglądał im się badawczo, jak gdyby sprawdzając, co zrobił z nimi dzień. Sama 

jego obecność wystarczyła, żeby uczynić jadalnię zimną i smętną, niczym pokój w 

motelu  dla  komiwojażerów.  Wiedział,  że  w  domu  mieszkają  jego  siostrzenice. 

Widywał  je  czasem.  Ale  nigdy  z  nimi  nie  rozmawiał,  był,  bowiem  zajęty,  czym 

innym. 

Melania  miała  się  wkrótce  dowiedzieć,  czym.  Pewnego  dnia 

przygotowywała brukselkę na obiad, nacinając ją na krzyż u nasady, jak nauczyła 

ją  ciotka,  która  tego  dnia  była  wyjątkowo  zdenerwowana.  Najpierw,  co  chwila 

gubiła oczka (robiła dla Wiktorii sweter z żółtej angory) i przerażona podrywała się 

z  miejsca za każdym razem, gdy brzęczał dzwonek sklepowy  albo, kiedy papuga 

zaczynała  coś  do  siebie  mamrotać,  a  teraz  gorączkowo  kroiła  kotlety  baranie, 

wycinając z nich twardy, biały tłuszcz, ponieważ wuj Filip nie cierpiał tłuszczu. Od 

czasu do czasu ciotka popatrywała ukradkiem na Melanię, otwierając i zamykając 

background image

usta w niepewnym, przygnębiającym grymasie. W końcu, jak gdy by nie mogła już 

dłużej wytrzymać, odrzuciła nóż i chwyciła kredę. 

„Jutro odbędzie się przedstawienie” - napisała. Miała dziurawe pończochy, a 

upięte w kok włosy rozsypywały się jej na wszystkie strony. 

- Jakie przedstawienie? 

„Kukiełkowe. Teatru marionetek. Będziemy musieli iść i podziwiać kukiełki. 

To specjalne przedstawienie, bo wy, dzieci, nie widziałyście jeszcze teatrzyku”. 

- Aha - odpowiedziała Melania. - Rozerwiemy się trochę. 

Nacięła kolejny krzyż, zastanawiając się mgliście, czy może mieć znaczenie 

religijne.  Jowle’owie  są  Irlandczykami,  ale  czy  wyznają  katolicyzm?  O  ile 

wiedziała,  nie  chodzili  jednak  do  kościoła,  a  kukiełki  jej  nie  interesowały, 

ponieważ zrobił je wuj Filip. Ciotka Małgorzata wytarła tablicę, bo chciała napisać 

coś więcej. 

„Nic nie rozumiesz. To dla niego bardzo ważne!” 

-  Rozumiem  -  odparła  ze  zdziwieniem  Melania.  Tyle  krzyku  o  jakieś 

przedstawienie kukiełkowe! 

Następnego dnia wypadała niedziela - na obiad podano pieczeń i nie trzeba 

było  zajmować  się  sklepem.  Ciotka  Małgorzata  kazała  Melanii  włożyć  najlepszą 

sukienkę, dziewczynka ubrała się więc w suknię, której nie nosiła jeszcze w domu 

wuja,  swą  najpiękniejszą  suknię,  pamiętającą  dawne  czasy.  Była  z 

ciemnozielonego  aksamitu  i  miała  koronkowy  kołnierzyk.  Od  prawie  trzech 

miesięcy wisiała bezużytecznie w szafie, ale teraz Melania poczuła się na siłach, by 

wytrzepać z niej wszystkie wspomnienia. Wygładziła spódnicę i zapragnęła znów 

lustra, żeby móc się w nim przejrzeć i zobaczyć, jak bardzo urosła, odkąd nosiła tę 

suknię po raz ostatni, w pewne burzliwe, różowo-białe wielkanocne święto. Albo, 

że by sprawdzić, czy wygląda starzej i czy w ogóle się zmieniła. Rozczesała włosy, 

chcąc sprawić przyjemność Finnowi. Spostrzegła, że urosły jej mniej więcej o pól 

background image

cala.  Były  szorstkie  i  niemile  w  dotyku,  ponieważ  nie  dbała  już  o  nie  jak  należy. 

Musiała  improwizować,  by  umyć  głowę  nad  kuchennym  zlewem,  polewając  ją 

gorącą  wodą  z  czajnika.  W  dodatku  były  już  tak  długie,  że  źle  się  w  nich  czuła. 

Najrozsądniej byłoby ściąć włosy krótko, ale zaczęła je zapuszczać jeszcze za życia 

rodziców i pomyślała, że obcinając je teraz, zbezcześciłaby pamięć ojca i matki. W 

każdym razie głowę miała zawsze niedomytą. Zaczynała się już przyzwyczajać, że 

chodzi niedomyta właściwie na całym ciele. 

Po  obiedzie  wuj  i  Finn  poszli  znów  do  pracowni,  a  ciotka  włożyła  szarą 

suknię i przypominającą obrożę srebrną kolię. Poprawiła fryzurę. Upaprany śliniak 

Wiktorii  zniknął  z  usianej  kwiatkami  sukienki.  Gąbka  usunęła  z  jej  buzi  resztki 

puddingu  czekoladowego.  Poddano  także  kontroli  szyję  i  uszy  Jonatana,  które 

zostały  przetarte  wilgotną  myjką  „na  szczęście”.  Jonatan  otrzymał  też  polecenie 

zmienienia  koszuli.  Potem  pojawił  się  Francie  z  wpiętą  w  krawat  szpilką  w 

kształcie harfy i skrzypcowym futerałem w ręce. 

- Podoba mi się ta harfa - powiedziała Melania, ponieważ go kochała. 

-  Dostałem  ją  na  dzień  świętego  Patryka  -  odparł.  -  W  klubie irlandzkim  w 

Dagenham. 

Byli gotowi - czyści, wymuskani, ubrani uroczyście, jak na niedzielną mszę. 

Zeszli  gęsiego  na  dół,  a  w  ślad  za  nimi  pies,  który  miał  taką  minę,  jak  gdyby 

wykonywał  tylko obowiązek.  Pracownia okazała się  starannie  uprzątnięta  -  przed 

kukiełkowym  teatrzykiem  stały  rzędem  cztery  krzesła.  Twarde,  przyniesione  z 

zaplecza  sklepu.  Melania  nie  była  w  pracowni  od  pierwszego  poranka  w  domu 

wuja. Usiłowała nie patrzeć na częściowo ukończone, rozczłonkowane marionetki, 

wiszące na ścianach. Kurtyna z czerwonego pluszu wydęła się, a zza niej dobiegał 

łomot i odgłos głuchych uderzeń. Nieco ceremonialnie zajęli wyznaczone miejsca, 

wygładzając świąteczne ubrania. Do kurtyny ktoś przyszpilił kartkę z wykonanym 

czerwoną  farbą  napisem:  PROSZĘ  NIE  PALIĆ.  Na  ścianie  wisiał  wymalowany 

background image

krzykliwymi  kolorami  plakat,  głoszący:  WIELKIE  PRZEDSTAWIENIE  - 

MIKROKOSMOS  KUKIEŁEK  PANA  FLOWERA.  Był  ozdobiony  ogromną 

postacią  mężczyzny,  przypominającą  wuja  Filipa  ze  względu  na  wąsy  i  szeroki 

kołnierzyk.  Mężczyzna  trzymał  w  dłoni  kulę  ziemską.  Najprawdopodobniej 

namalował go Finn. 

Chłopak  wyszedł  po  chwili  zza kurtyny,  podenerwowany  i  przejęty.  Zgasił 

światła i czmychnął znów za kulisy. Siedzieli w pełnej wyczekiwania ciemności i 

nagle z góry rozległ się stłumiony ryk: 

-  Grajże  na  tych  przeklętych  skrzypcach.  Francie  Jowle!  Po  co  cię 

utrzymuję? 

Francie nastroił skrzypce i zaczął grać jakąś dziwną melodię, którą można by 

usłyszeć w herbaciarni. Melania przyglądała mu się zdumiona, ale twarz Franciego 

była  bez  wyrazu,  niczym  żywy  kamień.  Kurtyna  rozsunęła  się  na  boki,  ukazując 

jaskinię  o  pawich  barwach,  którą  Melania  widziała  już  przedtem.  Grota  była 

oświetlona  jaskrawym  zielonym  światłem,  a  naprzeciwko  widzów  stała 

wyprostowana  marionetka w białej baletowej spódniczce. Włosy  miała ściągnięte 

w  koczek,  niczym  primabalerina,  a  jej  drewniane  usta  zastygły  w  uśmiechu 

przesadnej  słodyczy.  Marionetkę  podtrzymywała  sieć  sznurków.  Nagle  baletnica 

stanęła na puentach na drewnianej nodze i obróciła się, wykonując piruet. 

Głos wuja Filip zagłuszył muzykę Franciego: 

-  „Morte  d’une  Sylphe,  czyli  śmierć  drewnianej  nimfy”.  -Wszyscy  słyszeli, 

jak dodał: - Biedne dziewczątko. - A więc czasami bywał sentymentalny. 

Marionetka  rozpostarła  ramiona  i  wyrzuciła  jedną  nogę  w  tył.  Ciotka 

Małgorzata zaczęła energicznie klaskać, trącając łokciem Melanię, by uczyniła to 

samo,  i  po  chwili  klaskały  już  unisono.  Ich  dłonie  szumiały  niby  wodorosty  w 

podwodnym mroku. Melania przestała klaskać w tej samej chwili, co ciotka. 

background image

Po chwili marionetka wzniosła ręce nad głową, kołysząc się z boku na bok. 

Jej  drewniane  stopy  w  jasnoróżowych  baletkach  postukiwały  o  deski  sceny  w 

sposób  przypominający  tykanie  zegara.  Natężenie  światła  narastało,  aż  wreszcie 

kukiełka wyglądała niczym baletnica w butelce z zielonego szkła. Przycisnęła do 

serca  drewniane  dłonie  i  przechyliła  głowę,  najpierw  w  tył,  potem  w  górę.  Znad 

kurtyny  posypały  się  wycięte  z  papieru  liście  rozmaitych  kształtów,  rozmiarów  i 

barw. 

-  Jaka  śmieszna  pani  -  odezwała  się  Wiktoria,  a  ciotka  Małgorzata 

pośpiesznie rozwinęła cukierek i zakleiła nim Wiktorii usta. 

-  Drewniana  nimfa  przeczuwa,  że  wraz  z  nadejściem  jesieni  i  na  nią 

przychodzi zagłada - poinformował wuj Filip. 

Ciotka  Małgorzata  i  Melania  zaczęły  bić  brawo,  ale  po  chwili  przestały. 

Skrzypce  kwiliły  płaczliwie.  Nimfa  starała  się  wykonać  ostatnią  arabeskę,  ale 

wysiłek  okazał  się  zabójczy  dla  jej  wątłego  serduszka  i  z  wdziękiem  upadła  na 

scenę w kaskadzie białego tiulu. Liście gęsto i szybko wypełniały jaskinię. Zgasły 

światła.  Zamknęła  się  kurtyna.  Francie  zagrał  ostatni  jękliwy  akord,  a  potem 

opuścił  

skrzypce. 

Melania  i  ciotka  Małgorzata  klaskały  tak  mocno,  że  rozbolały  je  ręce. 

Kurtyna  rozsunęła  się  i  znów  ujrzały  żywą  i  uśmiechniętą  nimfę,  która  dygała 

sztywno.  Kurtyna  zamknęła  się.  Melania  i  ciotka  nadal  biły  brawo.  Kurtyna 

rozsunęła  się  ponownie  i  obok  lalki  stanął  dumnie  rozpromieniony  wuj  Filip. 

Owszem, rozpromieniony - uśmiechał się szeroko jak rekin, przypominając Melanii 

jałowe,  profesjonalne,  aktorskie  uśmiechy,  jakie  widywała  na  twarzach 

miniaturowych akrobatów. Wuj Filip zgiął się w ukłonie. Był wyelegantowany jak 

lalka,  miał  na  sobie  anachroniczny  strój,  czyli  prążkowane  spodnie,  frak  ze 

sztucznym białym goździkiem w butonierce i muchę przypiętą na zatrzask. Ubranie 

wyglądało  na  nieużywane  i  stare,  jak  gdyby  od  lat  trzymano  je  w  słojach  z 

background image

formaldehydem.  W  tym  właśnie  stroju  wuj  Filip  występował  jako  mistrz 

marionetek. 

Nimfa  zakołysała  się  niebezpiecznie,  bo  teraz  Finn  kierował  z  góry  jej 

ruchami.  Marionetka  zachwiała  się  i  wpadła  na  wuja,  który  natychmiast  odrzucił 

jowialność niczym kamień, grożąc Finnowi złowieszczo uniesioną pięścią. Finn był 

niedoświadczonym i niewprawnym lalkarzem. 

- Uważaj, młodzieńcze! 

Ciotka  Małgorzata  przyniosła  ze  sobą  torbę.  Wyjęła  z  niej  bukiet 

czerwonych papierowych róż, by rzucić go na scenę. Kwiaty osunęły się po głowie 

marionetki.  Wuj  Filip  podniósł  je  i  wsadził  szybko  w  szczelinę  między 

drewnianymi piersiami kukiełki a gorsetem z białego atłasu. Bisował jeszcze dwa 

razy, po czym wrzasnął: 

- Światła na widowni! 

Zapalił je Francie. 

Całe przedstawienie trwało najwyżej siedem minut. 

- Czy to już wszystko? - spytała szeptem Melania. 

Ciotka  energicznie  pokręciła  głową  i  wepchnęła  jej  do  ręki  cukierek, 

delikatnie  ściskając  palcami  dłoń  dziewczyny.  Wewnątrz  opakowania  widniała 

pośpiesznie nabazgrana prośba: 

„Zachowuj  się  tak,  jak  gdyby  przedstawienie  ci  się  podobało,  dla  dobra 

mojego i Finna”. 

By  sprawić  jej  przyjemność,  Melania  skrzywiła  twarz  w  fałszywym, 

radosnym uśmiechu. 

Francie też przyjął cukierek od ciotki. 

- Moim zdaniem, jesteś wspaniałym skrzypkiem - powiedziała Melania. 

Francie żuł toffi, melancholijnie przesuwając palcem wzdłuż nosa. 

background image

- Na tym śmieciu nie da się grać - powiedział. - Ale robię, co mogę. Jestem 

niezły w gigach i tańcach szkockich. 

Finn  rzucił  się  do  drzwi.  Wrócił,  niosąc  wspaniały,  złocony  tron  z  tektury. 

Na twarzy Finna widać było smugi potu i brudu. Kurtyna westchnęła i wydęła się. 

Jak żagiel - powiedział Jonatan. Ciotka Małgorzata dała mu cukierek, 

ale  Jonatan  nie  zjadł  go,  tylko  schował  do  kieszeni,  gdzie  miał  spoczywać  w 

zapomnieniu długie miesiące. - Czy mogę już iść? - zapytał.  

Ku swojemu oburzeniu, Melania zauważyła strach na twarzy ciotki. 

- Jeszcze nie. 

- Niech Francis Jowle włączy światła i przestroi skrzypce! 

Kurtyna  rozsunęła  się  znowu,  a  Francie  zaczai  grać.  Złotawe  światło 

sztucznego  słońca  wydobyło  w  obitym  drewnem  pomieszczeniu  fryz,  przedsta-

wiający  bodące  się  jednorożce.  Podest  złożonych  z  trzech  stopni  schodów, 

stojących pośrodku sceny, wieńczył tekturowy tron. 

To  pałac  Holyrood  -  powiedział  wuj  Filip,  a  jego  małżonka  i 

siostrzenica zaklaskały z gorliwym entuzjazmem. - Sekwencja historyczna - ogłosił 

wuj. - Maria, królowa Szkotów, spotyka się z Bothwellem na potajemnej randce. 

Francie  zaczął  grać  temat  miłosny  z  uwertury  -fantazji  „Romeo  i  Julia”, 

chyba  świadomie  szyderczo  nadużywając  tremola.  Na  scenę  weszła  marionetka 

płci  żeńskiej  o  pięknym,  wypukłym  czole,  szeleszcząc  suknią  z  czarnego  atłasu. 

Oklaski.  Dygnięcie.  Marionetka  wbiegła  na  schody  -  raz,  dwa,  trzy  -  a  jej 

drewniana  stopa  przez  długą,  pełną  napięcia  chwilę  kołysała  się  nad  trzecim 

stopniem,  nim  w  końcu  na  nim  stanęła.  Potem  królowa  powoli  odwróciła  się  i 

zasiadła na tronie. Nosiła kolię, jak ciotka Małgorzata, ale ozdoba nie ocierała jej 

szyi,  bo  marionetka  była  zrobiona  z  drewna.  Ciotka  Małgorzata  ukradkiem 

przebiegła palcami swój własny srebrny kołnierz, jak gdyby na widok królewskiej 

kolii przypomniała sobie, że bardzo boli ją szyja. Nastąpiła teraz dłuższa pauza, w 

background image

trakcie  której  chytrze  wymowne  palce  królowej  bawiły  się  okrągłym 

pojemniczkiem z wonnościami. 

Potem na scenę wszedł Bothwell. Była to piękna lalka, ubrana w czerwoną 

pelerynę i kapelusz z piórem. Miał skrzydlate wąsiska i kozią bródkę, ale poruszał 

się  z  wahaniem,  niepewnie,  i  Melania  odgadła,  że  steruje  nim  Finn.  Bothwell 

ruszył,  naprzód,  gdy  muzyka  osiągnęła  najwyższe  natężenie  i  zaczęła  cichnąć. 

Minęła chyba cała wieczność, zanim Bothwell dotarł na środek sceny. Sejsmiczny 

rumor i stłumiony skowyt z nadscenia wskazywał, że wuj Filip nie jest zadowolony 

z  Finna.  Melania  poczuła,  że  siedzącą  obok  ciotkę  przebiegł  dreszcz.  Maria, 

królowa  Szkotów,  wstała  i  zeszła  z  postumentu,  wyciągając  ręce  na  powitanie. 

Bothwell uniósł ramiona. 

- Spotkanie kochanków - komentował wuj Filip. 

Marionetki  objęły  się,  przywierając  do  siebie  ramionami  wśród  trzepotu 

czarnego i  czerwonego  atłasu, a  ich  drewniane  twarze  wystukiwały  dźwiękowym 

alfabetem namiętne sygnały. Ciotka Małgorzata i Melania klaskały bez końca, bo 

uścisk trwał bardzo długo. Francie skończył miłosny temat z „Uwertury-fantazji” i 

zaczął grać „Liebestod” z „Tristana i Izoldy” na powolną nutę. Melanię piekły już 

dłonie, ale klaskała dalej. 

Marionetki  przywarły  do  siebie  tak,  jak  gdyby  miały  się  już  nigdy  nie 

rozłączyć.  Napięcie  rosło.  Lalki  były  niczym  igła,  utkwiona  w  rowku  płyty  gra-

mofonowej  i  powtarzająca  nieubłaganie  uścisk  za  uściskiem.  Głos  wuja  Filipa 

rozległ  się  znów  jak  grzmot.  Zamknięte  w  uścisku  lalki  napierały  na  siebie 

gwałtownie,  owładnięte  żądzą.  Przestraszona  Melania  zorientowała  się,  że 

scenariusz  nie  przewidywał  takiej  sceny.  Oklaski  zamarły.  Zauważyła,  że  sznurki 

Bothwella  splątały  się  beznadziejnie  ze  sznurkami  jego  królewskiej  kochanki  i 

związane prawdziwym węzłem miłości marionetki szarpią się bezradnie. Dookoła 

brzmiały nadal dźwięki „Liebestod”. 

background image

Ciotka  Małgorzata skuliła się na krześle,  zakryła  oczy  i  czekała  na  koniec. 

Jonatan  wpatrywał  się  przed  siebie  pustym  wzrokiem,  widząc  wysoki  maszt  i 

żagiel z czerwonego pluszu. Nad jego głową krążyły z krzykiem mewy. Znudzona 

Wiktoria  podciągnęła  koszulkę  i  zsunęła  nieco  ciasne,  robione  na  drutach 

majteczki, żeby sprawdzić, czy pępuszek jest na swoim miejscu. Był. 

- Mogę dostać jeszcze jednego cukierka? - zapytała, nikt jednak nie zwrócił 

na nią uwagi. 

Rozległ  się  straszny  trzask  rozdzieranego  sznurka.  Finnowi  udało  się 

wreszcie  uwolnić  Bothwella,  ale  szarpnął  tak  mocno,  że  stracił  panowanie  nad 

lalką,  która  runęła  na  deski  kolczastej  aureoli  rozerwanych  sznurków.  Bothwell 

zastukał głową o schody podwyższenia, jak gdyby pukał do drzwi. Maria cofnęła 

się chwiejnie. Francie przestał grać w połowie taktu. Zapadła martwa cisza. 

Milczenie przerwał perlisty, przenikliwy i niepohamowany wybuch śmiechu 

Finna. 

Śmiech  przeszedł  w  wysoki,  przeraźliwy  krzyk,  a  potem  Finn  spadł  z 

nadscenia,  jak  przedtem  spadały  liście,  tylko  że  one  opadały  miękko  i  powoli. 

Włosy  rozwiały  mu  się  niby  ogon  komety.  Leciał  niekończącą  się  sekundę, 

rozpostarłszy  bezwolnie  nogi  i  ramiona,  zapomniany,  opadający  bezładnie,  aż 

wreszcie  runął  plecami  na  leżącego  na  scenie  Bothwella,  którego  peleryna  miała 

kolor krwi. 

Maria,  królowa  Szkotów,  odwróciła  się  na  swojej  majestatycznej  pięcie  i 

zeszła dumnie ze sceny z podniesionym czołem. Kroki królowej i słaby stukot jej 

kończyn,  obijających  się  o  siebie  w  marszu,  brzmiały  niby  tykanie  mechanizmu 

bomby zegarowej. Wiktoria zaczęła płakać, a Jonatan odsunął krzesło i wstał. 

- Już chyba po wszystkim - powiedział. - Idę. - I poszedł. 

background image

Po twarzy Małgorzaty spływały łzy, rozpryskując się na policzkach Wiktorii, 

którą  skrępowana  nienawistną  kolią  ciotka  próbowała  uspokoić.  Francie  ukląkł 

obok, osłaniając je własnym ciałem niby kamiennym murem. 

Jak  ona  może  płakać,  nie  wydając  z  siebie  żadnego  dźwięku?  -  pomyślała 

Melania. 

Finn leżał bez ruchu. 

Może nie żyje, i ona, dlatego tak płacze? - rozważała dalej Melania. A jeśli 

nie żyje, to co? Och, Boże, spraw, żeby żył. 

Ale  Finn  nadal  się  nie  poruszał.  Miał  szeroko  otwarte,  nieobecne  oczy. 

Wyglądał,  jakby  pekł  na  pół  niczym  zabawka,  którą  roztrzaskał  o  ścianę.  To  już 

koniec  wdzięcznych  ruchów  Finna.  Melania  usiłowała  pojąć,  jak  straszna  byłaby 

jego śmierć, ale przeszkadzał jej okropny odgłos milczenia ciotki Małgorzaty i nie 

potrafiła  zebrać  myśli.  Na  scenę  wkroczyła  potężna  i  ponura  postać  wuja  Filipa, 

który  poprawiał  przekrzywioną  muszkę.  Wuj  bezceremonialnie  kopnął  Finna  w 

brzuch, ale i tym razem chłopak ani drgnął. 

-  On  już  na  pewno  nie  będzie  poruszał  moich  ślicznych  lalek  -  powiedział 

wuj  głosem  nieokrzesanym  i  grubym  jak  wiejska  kiełbasa.  -  Nie  pozwolę,  żeby, 

choć tykał sznurki. 

Zsunął nogą  ciało  Finna  z  leżącego  pod nim  Bothwella.  Zachowywał  się  z 

niedbałą  brutalnością  faszystowskich  żołdaków,  uprzątających  trupy  w  filmach  o 

obozach koncentracyjnych. Potem wziął lalkę na ręce. Dopiero teraz Finn z trudem 

i  powoli  przewrócił  się  na  bok,  a  potem  podparł  się  i  przykucnął  jak  pies, 

oddychając ciężko. Twarz miał bledszą niż ciotka Małgorzata na jego obrazie. 

- Szkoda, że mnie nie zabiłeś - powiedział chrapliwie. - Gdybyś mnie zabił, 

byłbyś potępiony. 

Wuj  Filip  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Wygładzał  ostrożnie  pelerynę 

Bothwella. 

background image

-  Finn  nie  będzie  mi  więcej  pomagał  w  teatrzyku  -  gderał  dalej.  - 

Bezużyteczny skurwiel. Bezużyteczny. 

Finn próbował uklęknąć, ale jęknął i upadł. 

-  Z  moimi  lalkami  mogą  występować  żywi  ludzie  -  oświadczył  wuj  Filip.  - 

Właśnie. To byłoby coś nowego. Lalki i ludzie. Wezmę tę dziewczynę. - Od wrócił 

się i gwałtownym ruchem wskazał Melanię. - Skorzystam z ciebie, panienko! 

- Och, nie! - wykrzyknął Francie. 

- Nie! - zaprotestowała bezgłośnie ciotka Małgorzata. 

-  Obyś  zgnił  w  piekle  -  powiedział  Finn  i  zwymiotował.  Wymiociny  były 

upstrzone pasemkami krwi. Finn przyglądał im się z przerażonym zdumieniem. 

-  A  niby,  dlaczego  to  dziewuszysko  nie  miałoby  zarobić  na  swoje 

utrzymanie? Bóg widzi, że dużo je. Więc może grać z moimi lalkami na scenie. Nie 

jest  za  duża,  nie  będą  przy  niej  wyglądać  nieproporcjonalnie.  -  Wuj  Filip  zatarł 

dłonie z zadowoleniem. - Jak się nazywasz, dziewucho? No, gadaj. 

- Melania - odpowiedziała, choć usta miała zdrętwiałe, jak po znieczuleniu u 

dentysty. Wuj chyba przecież zna jej imię? 

-  Brzmi  idiotycznie  -  powiedział.  -  Zatem  sprawa  załatwiona.  A  teraz 

wynoście się wszyscy. 

- Ale Finn... - zaczął Francie. 

-  Zabierajcie  go  stąd  i  krzyżyk  na  drogę!  Spedalił  mojego  Bothwella.  A  ty 

posprzątaj ten ohydny chlew, którego narobił. To twój brat, Małgosiu. - Wuj Filip 

zabrał Bothwella, zszedł ze sceny i ruszył w stronę stołu stolarskiego. Położył na 

nim  lalkę  ni  czym  zwłoki  na  kamiennej  płycie  i  zaskomlił:  -  Biedny  Bothwell! 

Stracił wszystkie sznurki! 

Francie pomógł Finnowi dźwignąć się na nogi. Przyciskając wciąż do piersi 

Wiktorię,  ciotka  Małgorzata  podbiegła  z  drugiej  strony  z  miną  boleściwej 

Madonny.  Podeszła  do  nich  Melania,  a  potem  pies,  który  do  tej  pory  siedział 

background image

spokojnie  pod  krzesłem,  skąd  wszystko  obserwował.  Melania  aż  zająknęła  się  z 

radości, bo Finn żył i chodził o własnych siłach. 

-  Nic  mi  nie  jest  -  powiedział.  -  A  przynajmniej  tak  mi  się  wydaje.  Ale 

jestem jakiś kołowaty. Właśnie, kołowaty. I czuję smak krwi. Skąd ten smak krwi, 

Małgoś? - Po chwili zapytał znów z oszołomioną niewinnością: - No. skąd? - Finn 

utracił iakby ostrość widzenia. 

Ciotka Małgorzata pojękiwała, okrywając jego twarz pocałunkami. 

-  Wypieprzajcie  stąd  wszyscy!  -  zawołał  wuj  Filip  w  nagłym  ataku 

narastającej wściekłości. - Won! 

 

VII 

 

Od tej pory Finn przestał się uśmiechać. Po upadku w teatrzyku zmienił się. 

Usta w kącikach wykrzywiały mu się płaczliwie, jak usta, które Melania widziała 

kiedyś na śmiesznym kubku w sklepie ze starzyzną. Na kubku wymalowano twarz, 

a  wyżej  napis  PEŁNO,  i  kiedy  kubek  stał  prosto,  twarz  była  nalana,  jowialna  i 

wesoła - ale kiedy postawiło się go do góry dnem, napis głosił PUSTO, a wówczas 

szczeciniaste brwi zmieniały się w obwisłe, przygnębione usta. Twarz Finna ciągle 

przypominała  teraz  twarz  z  napisem  PUSTO.  Rzadko  się  odzywał,  bo  strumień 

jego mowy wysechł u źródła. Chodził ze zwieszoną głową, jeszcze brudniejszy niż 

zwykle,  i  często  nie  golił  się  przez  trzy  albo  cztery  dni,  a  wtedy  jego  szczęka 

wyglądała niczym pomalowana albo porośnięta żółtą pleśnią  - albo jak spryskany 

wodą samochód, przewożący lśniące mandarynki. 

Najgorsze  było  to,  że  zniknął  gdzieś  wdzięk  Finna.  Jakimś  cudem  chłopak 

wyszedł  cało  z  opresji,  nie  odnosząc  żadnych  wewnętrznych  ani  zewnętrznych 

obrażeń,  upadek  pozbawił  go  jednak  piękna  ruchów.  Finn  stąpał  sztywno,  jak 

starzec.  Jego  widok  wzbudzał  w  Melanii  ból.  Zamienił  się  w  bryłę  skwaśniałego, 

background image

surowego ciasta, i o ile dawny Finn o cichym głosie i chytrym języku irytował ją, 

to w obecności jego nowego wcielenia krajało jej się serce. Poza tym Finn przestał 

się  nią  interesować  -  prawdopodobnie  nie  dlatego,  że  nie  chciał,  lecz  po  prostu 

dlatego,  że  jedyną  osobą,  istniejącą  jeszcze  dla  niego  realnie,  był  już  tylko  wuj 

Filip.  Posiłki  stały  się  koszmarem.  Finn prawie  nic  nie  jadł, za  to  przez  cały  czas 

wpatrywał się w wuja dzikim, kosym spojrzeniem. 

Przebywał  jakby  w  szklanej  budce  i  nie  słyszał,  kiedy  Francie  albo  ciotka 

Małgorzata drapali w sz bę, by zwrócić jego uwagę. Ciotka znów schudła i stała się 

bardziej  widmowa.  Jedyną  pełną  życia  cząstką  jej  osoby  były  włosy, 

przypominające  rude  węże,  usiłujące  uwolnić  się  od  spinek.  Oczy,  skryte  pod 

rudymi brwiami, często bywały zaczerwienione od skrywanego płaczu. Finn nadal 

traktował ją łagodnie, choć całował ciotkę na dobranoc z roztargnieniem, jak gdyby 

już kiedyś pożegnał się z nią gdzie indziej. Jej twarz wyglądała niby maska tragika 

-  była  to  twarz  kobiety,  która  wyprawiła  wszystkich  synów  na  wojnę  i  teraz  w 

każdej godzinie spodziewa się telegramu zawiadamiającego o ich śmierci. 

Krąg trojga rudzielców pękł. Melania lgnęła przede wszystkim do Franciego, 

który  się  nie  zmienił.  Czasem  przesiadywała  z  nim  wieczorami  w  pokoju,  kiedy 

ćwiczył.  Zwijała  się  wtedy  w  kłębek  na  jednym  z  dwóch  wąskich  łóżek  i  szyła. 

Zaczęła pomagać ciotce w niekończącym się szyciu. Dopiero teraz zrozumiała, że 

nigdy  nie  potrzebowała  zaproszenia,  żeby  słuchać  jego  muzyki  tanecznej  - 

wystarczyło, by otworzyła drzwi i weszła do pokoju. Od dnia upadku Finna ciotka 

Małgorzata  nie  opuszczała  już  kuchni,  żeby  grać  z  Franciem  na  flecie.  „Może 

przyjść Filip i będzie czegoś chciał” - napisała kredą na tablicy. 

Ale  nie  o  to  chodziło.  Ciotka  czekała  samotnie  w  kuchni,  kiedy  jej  mąż 

zamorduje  Finna.  Melania  wiedziała,  że  Małgorzata  się  tego  spodziewa,  chociaż 

ciotka nic jej nie zdradziła. Ale i Melania bała się zabójstwa. Rozwścieczony wuj 

background image

rzuci się na Finna z nożem albo klocem drewna. Mściwy i ponury chłopak chciał 

sprowokować nadejście morderczego ciosu. 

Przemoc stała się w domu niemal namacalna. Drżała na zimnych schodach i 

unosiła  się  niewidzialnymi  chmurami  z  wytartych  dywanów.  Melanię  nocami 

oblatywał strach, kiedy gasła jej błękitna latarnia, a łóżeczko Wiktorii majaczyło w 

ciemnościach niczym pułapka na szczury. Dygotała w pachnącej lawendą pościeli, 

błagając sama siebie, żeby spróbować wypocząć i nie myśleć u lej okropnej rzeczy, 

którą powiedział Finn. Że chce, że by wuj go zabił, bo wtedy skazałby mordercę na 

potępienie.  Pewnej  nocy  Melania  wstała  z  łóżka,  zapaliła  światło  i  spojrzała  na 

słodką,  łagodną  twarz  Jezusa,  Światłości  Świata,  wyobrażoną  na  obrazie  nad 

kominkiem. Jezus uśmiechał się, choć skronie wieńczyła mu cierniowa korona. 

- Słodki Jezu - powiedziała. - Pomóż mi. Pomóż nam wszystkim. 

Ale pomoc nie  nadchodziła.  Młodość  Melanii  ciążyła  jej na szyi  jak  głaz  - 

jak  albatros.  [Aluzja  do  poematu  S.T.  Coleridge’a  (patrz  przypis  do  rozdziału  I). 

Bohater  zamiast  krzyża  musi  nosić  na  szyi  albatrosa,  którego  symbolika 

zawędrowała  do  potocznej  angielszczyzny  i  oznacza  w  przenośni  „ciężkie 

brzemię”,  „utrapienie”  (przyp.  tłum.)].  Była  za  młoda,  za  delikatna  i  zbyt 

niedoświadczona,  by  dojść  do  ładu  z  dzikimi  stworzeniami,  których  myśli 

przecinały  pod  szalonym  kątem  krótkie,  proste  i  delikatne  linie  jej 

dotychczasowego  życia.  Melania  wkroczyła  pomiędzy  ogniste  namiętności  tych 

ludzi. A Finn zapomniał o niej - bo była jeszcze dzieckiem. Zapomniał Melanię z 

łatwością,  choć  kiedyś  ciągnął  ją  za  włosy,  przekomarzał  się  z  nią,  całował  (czy 

Finn ją pocałował?) i grał z nią w okręty. Kiedyś, ale teraz nie. 

Nocami malował obraz, kiedy Francie już spał, a w domu nie było nic więcej 

do roboty - bo Finn w ciągu dnia w niebezpiecznej i nieprzyjemnej ciszy pracował 

wciąż na dole nad zabawkami, poświęcając wieczory marionetkom. Dopiero potem 

zabierał się do obrazu. Melania wiedziała o tym, ponieważ go podglądała. Przyjęła 

background image

do wiadomości istnienie otworu w ścianie i czasem, kiedy dręczyła ją bezsenność, 

zaglądała  do  sąsiedniego  pokoju.  By  nie  przeszkadzać  Franciemu,  Finn  pracował 

cicho,  w  skupionym  świetle  lampki  kreślarskiej,  przykurczonej  na  krześle  niby 

okaz wielkiego pająka - czarnej wdowy. Finn malował tryptyk. Przedstawił na nim, 

na  każdej  z  trzech  części  osobno,  Franciego,  ciotkę  Małgorzatę  i  siebie.  Biodra 

spowijały im skrwawione przepaski, a wszyscy byli przywiązani do pali i najeżeni 

strzałami niczym święty Sebastian. 

Tymczasem  zbliżało  się  Boże  Narodzenie  i  w  sklepie  zwiększył  się  ruch. 

Pierwsze  drewniane  statki  Jonatana  poszły  na  sprzedaż  po  dziesięć  gwinei  za 

sztukę.  Jonatan  zarabiał  na  swoje  utrzymanie,  podobnie  jak  Melania,  która  całe 

dnie spędzała na nogach w sklepie. Zaczynały ją boleć, i zastanawiała się, czy nie 

dostanie  żylaków.  Pani  Rundle  miała  kiedyś  żylaki,  ale  pozbyła  się  ich  dzięki 

operacji.  

Na  święta  Bożego  Narodzenia  przygotowali  kilka  serii  okolicznościowych 

zabawek - drewniane choinki, których pomalowane na zielono gałęzie można było 

otwierać  niby  parasolki,  maski  Świętych  Mikołajów,  czerwono-białe  jak  surowa 

wołowina,  oraz  małe  blaszane  świeczniki  w  kształcie  gnomów  i  chochlików, 

którymi dekorowano świąteczne wypieki. Mieli też specjalny świąteczny papier w 

kwiaty, stanowiący nawiązanie do nazwiska właściela firmy - Flower. [flower, ang, 

kwiat]  Były  to  śliczne,  różowe  i  niebieskie  stokrotki.  Wzór  zaprojektował  Finn, 

kiedy  zdarzało  mu  się  jeszcze  popadać  w  sielski  nastrój.  Melania  i  ciotka 

Małgorzata  codziennie  pakowały  kolejne  zabawki  w  ozdobiony  różowymi  i 

niebieskimi  stokrotkami  papier,  a  szuflada,  w  której  trzymały  pieniądze,  nie 

domykała się czasem, tyle w niej było banknotów.  

No, więc teraz zostałam sprzedawczynią, pomyślała Melania w dniu, kiedy 

sprzedała arkę Noego. Kupiła ją jakaś pulchna kobieta w białej wełnianej garsonce 

i ciemnych okularach, która chciała zapłacić czekiem. Melania zaniosła go ciotce, 

background image

żeby  dowiedzieć  się,  jak  ma  postąpić,  ale  dłonie  siostry  Finna  zatrzepotały  w 

przerażeniu. „Filip nie przyjmuje czeków. Uważa, że to anormalna forma zapłaty”. 

-  Obawiam  się,  że  czeków  nie  przyjmujemy.  Przykro  mi  -  powiedziała 

kobiecie Melania. 

-  Ojej  -  odparła  klientka,  która  była  chyba  Amerykanką,  a  w  każdym  razie 

mówiła z zamorskim akcentem. - Nic nie szkodzi. To czarujące. Pasuje do takiego 

staroświeckiego sklepu, jak wasz. Jest zupełnie jak z Dickensa. 

Wkrótce kobieta  wróciła  ze spiętym  gumką grubym  rulonem  banknotów,  z 

którego  Melania  odliczyła  siedemdziesiąt  osiem  funtów  i  dziesięć  szylingów,  a 

kobieta dodała jej jeszcze pięć szylingów ze swojej portmonetki ze skóry aligatora. 

Wtedy  Melania  uświadomiła  sobie,  że  sklep  handluje  swoim  staroświeckim 

urokiem  ze  znacznym  zyskiem.  Zaczęła  szanować  kupieckie  umiejętności  wuja 

Filipa - był świnią, ale świnią inteligentną. Melania cieszyła się, że sprzedała arkę, 

choć było jej przykro, że idzie w obce ręce wraz z maleńkim Finnem, ubranym w 

koszulkę i dżinsy. 

Powiesiła  na  wystawie  plastikowe  gałązki  ostrokrzewu,  żeby  zachować 

pozory.  Wszystkie  sklepy  na  placu,  nawet  sklep  ze  starzyzną,  udekorowane  były 

prawdziwą zielenią i papierowymi łańcuchami. Warzywniak wyglądał jak altana z 

jodłowych  gałęzi.  Melania  i  Wiktoria  dostały  po  dużej,  owiniętej  w  folię 

mandarynce z aromatycznego, wyściełanego pudła, które właśnie rozpakowywano 

w sklepie, kiedy dziewczęta przyszły kupić ziemniaki i jabłka do pieczenia. Żona 

właściciela,  kołysząc  złotymi  kolczykami,  obiecała  Wiktorii  potężną  kiść 

rodzynków  muszkateli,  jeżeli  będzie  grzeczna,  a  ich  nikt  nie  kupi.  U  rzeźnika 

wisiały fiołkoworóżowe indyki, a na ladzie leżały szeregiem na grzbietach kurczęta 

z uniesionymi w górę łapami. 

„My  nie  obchodzimy  Bożego  Narodzenia  -  napisała  ciotka  Małgorzata.  - 

Filip uważa, że to strata pieniędzy, a święta stały się zbyt skomercjalizowane”. 

background image

No pewnie, pomyślała z goryczą Melania.  

„Za to w pierwszy dzień świąt odbywa się specjalne przedstawienie - pisała 

dalej Małgorzata. - To wielkie widowisko”. 

Ciotka nie wytrzymała i zaczęła płakać, rosząc łzami ukwiecony papier. 

Melania  otoczyła  ramionami  jej  nieszczęsne,  wychudzone  ciało.  Z  czego 

zrobiona  jest  ciotka  Małgorzata?  Z  ptasich  kości,  bibuły,  dmuchanego  szkła  i 

słomy. Tuląc tę wyniszczoną, smutną kobietę, poczuła się wyjątkowo silna, młoda, 

żywotna i twarda. Wierzyła i ufała swojemu sprężystemu, żwawemu, elastycznemu 

ciału,  które  przez  całe  życie  pożywnie  karmiła,  kąpała  i  pielęgnowała.  A  ciotka 

Małgorzata była równie krucha, jak pierwsze białe pędy, które niedawno puściła z 

drżeniem cebulka, rosnąca w doniczce w ciemnej suszarni. Melania wiedziała, że i 

ją  ktoś  schował  w  ciasnej  suszarni  tego  szarego,  wysokiego  domu.  Czy  i  ona  tu 

zwiędnie? 

- Nie płacz - powiedziała Melania, która była zbyt silna, żeby uschnąć. Miała 

co do tego całkowi tą pewność. 

„Filip chce, żebyś wystąpiła w najbliższym przedstawieniu”. 

- Och. Och, Boże. 

„Ciebie nie skrzywdzi. Jesteś przecież dzieckiem jego siostry”. 

W  takim  razie,  dlaczego  ciotka  płakała?  Czy  tylko  na  wspomnienie 

ostatniego  występu  marionetek?  Melania  jeszcze  mocniej  przytuliła  ciotkę.  W 

dodatku  nadchodziło  Boże  Narodzenie,  a  święta  musiały  być  dla  Małgorzaty 

okresem  szczególnie  trudnym,  bo  uwielbiała  dzieci  i  chociaż  nie  miała  swoich, 

całymi dniami sprzedawała zabawki ukochanym dzieciom obcych ludzi. 

Święta  Bożego  Narodzenia  w  domu  Filipa  Flowera  nie  zapowiadały  się, 

zatem  wesoło.  Ale  Melania  przeżyła  już  piętnaście  szczęśliwych  świąt,  podczas 

których  wszyscy  wieszali  na  klamkach  wieńce  z  ostrokrzewu  i  częstowali 

kolędników  chóru  chłopięcego  słodkimi  babeczkami  -  może,  zatem  piętnaście 

background image

szczęśliwych świąt powinno jej wystarczyć. Poza tym Melania była za duża, żeby 

wierzyć w Świętego Mikołaja. Mimo to powiesiła na wystawie kilka dodatkowych 

gałązek z plastiku. Miała nadzieję, że wuj Filip ich nie zauważy. 

Przyszła  pocztówka  od  pani  Rundle,  pretensjonalna,  pobożna  pocztówka, 

przedstawiająca Jezusa leżącego w żłobie w otoczeniu wolu, osiołka i klęczących 

pasterzy.  Pani  Rundle  przesyłała  dzieciom  najserdeczniejsze  pozdrowienia, 

wypisane monumentalnym charakterem pisma. Melania ustawiła kartę na kominku 

pod  „Światłością  Świata”.  Z  tyłu  widniała  wciąż  delikatnie  skreślona  ołówkiem 

cena  -  jeden  szyling,  trzy  pensy  -  co  wydało  się  Melanii  krzepiąco  zwyczajne  i 

przyjemne.  Pocztówkę  kupiono  za  gotówkę,  w  jakimś  jasno  oświetlonym  sklepie, 

gdzie sprzedaje się gazety, pełne faktów i zdarzeń z ludzkiego życia, jak narodziny, 

zgony i śluby, a także czekoladę i papierosy, cieszące zwyczajnych klientów. Pani 

Rundle przysłała też pogniecioną paczkę, zaadresowaną na wszystkich troje dzieci i 

pozaklejaną  nalepkami  z  napisem:  „Nie  otwierać  aż  do  pierwszego  dnia  świąt”. 

Melania  schowała  paczkę  do  szuflady.  To  prawdopodobnie  jedyny  prezent,  jaki 

dostaną w tym roku, i była nim głęboko wzruszona. Jednak ktoś o nich pamiętał. 

Poza tym było jej wstyd. Wypadało wysłać pani Rundle pocztówkę, a może 

nawet  podarek,  ale  w  ogóle  nie  miała  pieniędzy.  Wuj  Filip  każdego  wieczoru 

chował  pod  kluczem  cały  utarg  ze  sklepu.  Ciotka  Małgorzata  mówiła,  że  w  ich 

małżeńskiej sypialni jest sejf, w którym wuj przechowuje pieniądze, a pod koniec 

tygodnia zanosi je do banku w masywnej, lśniącej i solidnie wyglądającej teczce z 

cielęcej  skóry,  zaopatrzonej  w  ogromny  zamek.  Melania  wyobraziła  sobie  sejf  z 

bardzo czarnego metalu, ustawiony dokładnie na wprost łóżka, żeby wuj widział go 

przez  cały  czas,  w  pokoju,  w  którym  sypiał  z  ciotką  Małgorzatą  w  zapewne 

zapadniętym  z  jego  strony  łóżku,  ponieważ  dużo  ważył,  a  ciotka  była  niemal 

bezcielesna.  Melania  nie  dostała  dotąd  nawet  sześciu  pensów,  mimo  że  już  od 

background image

dawna  pracowała  w  sklepie.  Pierwszy  raz  poprosiła  ciotkę  o  trochę  pieniędzy, 

przestępując z nogi na nogę i spuszczając bojaźliwie wzrok. 

- Tylko pięć szylingów, na... na perfumowane mydło. Miło byłoby posłać jej 

pachnące mydło. Pani Rundle była dla nas dobra, ciągle nas lubi i pamięta o nas. - 

W  gardle  Melanii  powstała  dziwna  klucha,  gdy  przyszło  jej  do  głowy,  że  pani 

Rundle  rozmyśla  o  niej,  Jonatanie  i  Wiktorii,  mieszając  świąteczny  pudding  albo 

siekając  owoce  do  babeczek,  które  przygotowuje  w  swoim  nowym  domu. 

Ucieszyłaby  się,  że  sieroty  spędzają  święta  na  łonie  rodziny,  ponieważ  Boże 

Narodzenie  to  święta  rodzinne.  Taka  wiadomość  dodałaby  jej  otuchy  i  nigdy  nie 

dowiedziałaby się, że to nieprawda. 

Ciotka Małgorzata załamała swoje wymowne ręce. 

„Ja też nie dostaję pieniędzy od Filipa. Inaczej oddałabym ci wszystko”. 

-  No  tak  -  powiedziała  Melania.  -  Bardzo  mi  przykro!  -  Jej  końcowe  „o” 

spłaszczyło się i jakby obwisło z żalu. 

„Filip już taki jest. Nie ufa mi, gdy chodzi o pieniądze”. 

Boi się, że ciotka mogłaby uciec? 

- Jeżeli tak, to trudno - rzekła Melania. 

„Wszyscy udzielają nam kredytu w sklepach. Rozumiesz, dlatego właściwie 

nie  potrzebuję  gotówki.  A  Filip  już  taki  jest”.  -  Ciotka  usiłowała  za  tuszować 

poczucie upokorzenia. 

-  Rozumiem  -  oświadczyła  Melania.  Wymieniła  z  ciotką  prastare,  kobiece 

spojrzenie - były jedynie ubogimi najmitkami, krążącymi wokół męskiego słońca. 

W  końcu  Francie  dał  Melanii  jednofuntowy  banknot  z  pieniędzy,  które 

zarobił  grą  na  skrzypcach.  Wsunął  jej  funta  do  kieszeni  spódnicy  i  Melania  nie 

wiedziała, jak ma mu dziękować. 

Zakupiła  kostkę  różanego  mydła  i  wysłała  je  w  prezencie  pani  Rundle. 

Pomyślała,  że  brak  świątecznej  atmosfery  najboleśniej  odczuje  jej  młodsze 

background image

rodzeństwo, kupiła, więc także słodycze dla Wiktorii (puszkę z cukierkami zdobił 

wesoły  wizerunek  królików  w  cylindrach)  i  trzy  chusteczki  z  monogramem  dla 

Jonatana, żeby gdzieś ich nie zapodział, jak zwykle. Ponieważ zostało jej jeszcze 

trochę  pieniędzy,  dokupiła  maleńki  flakonik  perfum  dla  ciotki  Małgorzaty.  Nie 

były  zbyt  dobrej  jakości,  ale  mimo  wszystko  stanowiły  upominek.  Melania  czuła 

się  jak  buntowniczka,  ponieważ  kupując  prezenty,  ryzykowała,  że  ściągnie  na 

siebie gniew wuja Filipa, który nie mógł jednak wiedzieć, że jego siostrzenica robi 

świąteczne zakupy. 

W ramach prezentu będę czyściła Franciemu buty przez cały rok, pomyślała. 

Nie przyszło jej jednak do głowy, by podarować coś Finnowi. Finn mieszkał teraz 

w krainie, w której prezenty, czułość, miłość i hojność nie znaczyły nic. Usiłowała, 

więc  nie  myśleć  o  Finnie,  bo  kiedy  o  nim  myślała,  ogarniała  ją  słabość  i 

beznadzieja. Oczami  wyobraźni widziała wciąż, jak Finn tańczy. Ale Finn już nie 

zatańczy, nigdy więcej. 

Któregoś wieczoru ciotka wyjęła z papierowej torby kupon białego szyfonu. 

Oczy psa na obrazie rozbłysły białym światłem, odbijając tkaninę. Ciotka gestem 

pokazała  Melanii,  żeby  podeszła  bliżej,  a  potem  udrapowała  jej  materiał  na 

ramionach  i  w  tej  samej  chwili  Melania  znalazła  się  z  powrotem  w  rodzinnym 

domu - stała przed lustrem spowita przezroczystym welonem. Ale wtedy zegarowa 

kukułka  wytknęła  łebek,  ogłaszając  nadejście  godziny  dziewiątej,  i  Melania 

powróciła do domu wuja Filipa. 

„To twój kostium - napisała ciotka w notesie, by oszczędzić sobie chodzenia 

do tablicy. - Na przedstawienie”. 

- Kogo będę grać? - zapytała Melania. 

„Ledę. Filip robi łabędzia, ale ma z nim problemy. Powiada, że Finn chce go 

zniszczyć”. Brzmiało to całkiem prawdopodobnie. 

- Czy ten łabędź jest duży? 

background image

Ciotka zarysowała w powietrzu niewyraźny kształt. 

- Chyba nie chcę być Ledą - powiedziała Melania. 

„On widzi cię właśnie w tej roli. Biały szyfon, kwiaty we włosach. Bardzo 

młoda dziewczyna”. 

- Jakie kwiaty? 

Ciotka  wyciągnęła  z  torby  garść  sztucznych  stokrotek,  żółto-bialych  jak 

sadzone  jajka.  Oto  Melania  będzie  znowu  nimfą,  ukoronowaną  stokrotkami  -  wuj 

ujrzał  ją  taką,  jaką  ona  widziała  kiedyś  siebie.  Mimo  wszystko  łechtało  to  jej 

próżność. 

- Nie ma rady - powiedziała Melania. - Tak mi się wydaje. 

Nożyce połyskiwały w świetle lampy niby wykrzykniki, kiedy ciotka kroiła 

wiotki materiał. 

Gdy szata została już z grubsza sfastrygowana, Melania musiała ją włożyć, 

zejść na dół i pokazać się wujowi Filipowi. Ciotka kazała jej się rozebrać i ubrać 

tylko w szyfonową tunikę ze wstążkami z białego atłasu, krzyżującymi się między 

piersiami  (zauważyła,  że  piersi  Melanii  urosły,  a  brodawki  nieco  pociemniały). 

Potem wyczesała jej włosy szczotką o posrebrzanym grzbiecie, która, podobnie jak 

„Ku  buś  Puchatek”,  przetrwała  katastrofę  -  czesała  ją  bardzo  długo,  aż  czarne 

włosy Melanii zawirowały niczym Tamiza w czas powodzi, a wtedy ciotka spuściła 

stokrotki na rzekę. Potem wyjęła z kredensu pudełko po cygarach i otworzyła je. W 

środku leżały cienie do makijażu. Pomalowała powieki Melanii na błękitno, a usta 

na  koralowo.  Dziewczyna  poczuła  się  wytłuszczona,  jak  gdyby  ktoś  oblał  ją 

smalcem.  

„Masz jakąś ładną biżuterię?” 

- Tylko perły. Dostałam je na bierzmowanie.  

background image

Perły też ocalały. Ciotka Małgorzata pogładziła je ze czcią i zapięła sznur na 

szyi Melanii. W szyfonie pozostało kilka szpilek, które kłuły dziewczynę. Zaczęła 

się wiercić. 

„To już ostatni akcent. Wyglądasz bardzo pięknie!” 

-  Szkoda, że  nie  mogę się  przejrzeć.  Od dawna  nie  miałam  okazji, żeby  się 

tak wystroić. - Melania przygryzła wargę, bo wróciła jej pamięć. 

„Idź już na dół”. 

- Sama? 

Ciotka  Małgorzata  skinęła  głową.  Melania  narzuciła  na  ramiona  płaszcz, 

ponieważ  cienki,  jedwabisty  materiał  nie  chronił  przed  przeciągami,  a  w  domu 

panował  przeraźliwy  chłód.  Było  już  dawno  po  podwieczorku  i  wieczorna  praca 

toczyła  się  pełną  parą.  Na  scenie,  przy  rozsuniętej  kurtynie,  stał  wśród  puszek  z 

farbą  Finn.  Jasne,  bezbarwne  oczy  miał  szeroko  otwarte.  Pracował  nad 

scenograficznym  tłem,  przedstawiającym  krwisto-pomarańczowy  zachód  słońca 

nad  morzem,  który  przypominał  tło  wiszącego  w  kuchni  portretu  psa.  Wuj  Filip 

siedział  w  kucki  w  ostrym  świetle  jarzeniówek  przed  rozpostartą  na  podłodze 

płachtą,  na  której  piętrzyło  się  pierze.  Przebierał  pióra,  układając  je  w  mniejsze 

pryzmy. Wąsy pokrywał mu delikatny osad puchu. 

- Jestem - powiedziała Melania. 

Nie  zmienił  pozycji,  wsparł  tylko  niegrabnedło  nie  na  kolanach  brudnych 

białych  ogrodniczek.  Tego  wieczoru  jego  oczy  przybrały  bezimienny  kolor  starej 

gazety. 

Ależ on ma kwadratową głowę! - pomyślała Melania. Nigdy przedtem tego 

nie  zauważyła,  lecz  blade  włosy  wuja  były  tego  dnia  zwichrzone,  co  podkreślało 

kanciastość czaszki. Przypominała pudło, z którego wyskakuje diabeł na sprężynce. 

Melania poczuła pod pachą bolesne ukłucie szpilki. 

- Zdejmij okrycie - powiedział wuj Filip. 

background image

Melania  posłusznie  zrzuciła  z  ramion  płaszcz  i  przebiegł  ją  dreszcz,  bo 

piwnicę  ogrzewał  tylko  nędzny,  mało  wydajny  piecyk  olejowy.  Finn  pracował 

dalej. Słyszała mlaszczące dźwięki jego pędzla, gdy zaczął malować wielką połać 

nieba. 

- Jesteś dobrze zbudowana jak na piętnaście lat. - Głos wuja był drewniany i 

głuchy. 

- Skończyłam prawie szesnaście. 

- Wszystko dlatego, że pijesz za darmo mleko i sok pomarańczowy. Czy już 

miesiączkujesz? 

-  Tak  -  odpowiedziała  mu  szeptem,  zbyt  oburzona,  by  zdobyć  się  na  coś 

więcej. 

Wuj odchrząknął z niezadowoleniem. 

- Chciałem, żeby moja Leda była małą dziewczynką. Ty masz za duże cycki. 

Finn cisnął pędzel na ziemię. 

- Nie mów do niej w ten sposób! 

-  Trzymaj  gębę na kłódkę  i  pilnuj  swojego nosa,  Finnie  Jowle.Będę  do  niej 

mówił, jak mi się podoba. Kto płaci za jej utrzymanie? 

- Ja też mogę mówić, co chcę, tak samo jak ty! 

Wuj Filip pogładził w zamyśleniu wąsy, nie pa trząc nawet na Finna. 

- O nie - powiedział spokojnie. - Nie, ty nie masz do tego prawa. Maluj dalej. 

Czas ucieka. 

Między  Finnem  a  wujem  rozbrzmiewał  dysonans  kłótni.  Melania 

uświadomiła sobie, że rozbolała ją głowa. 

- Finn, daj spokój - powiedziała. - Mnie to nie przeszkadza. 

- A widzisz? - odezwał się wuj Filip z akcentem dziwnego triumfu. 

Finn wzruszył ramionami i podniósł pędzel z podłogi. 

- I wytrzyj tę plamę po farbie, którą zostawiłeś! 

background image

Finn z nachmurzoną miną starł z podłogi ślad pędzla łokciem sztywnego od 

farby kombinezonu. 

-  Trudno, ujdziesz  w  tłoku  -  zwrócił  się do  Melanii  wuj  Filip.  -  Nic  innego 

zresztą nie wymyślimy. Całe szczęście, że masz dość ładne włosy. I zgrabne nogi. - 

Ale mimo wszystko wuj gniewał się na nią, ponieważ nie była jedną z jego lalek. - 

Odwróć się. 

Melania odwróciła się. 

- Uśmiechnij się. 

Uśmiechnęła się. 

- Nie tak, ty głupia suko. Dokaż zęby. 

Uśmiechnęła się, ukazując zęby. 

- Jesteś trochę podobna do matki. Niewiele, ale trochę tak. Dzięki Bogu, nie 

masz  w  sobie  nic  z  ojca.  Nie  znosiłem  twojego  ojca.  Uważał  się  za  o  niebo 

lepszego  od  Flowerów.  Oj,  tak.  Nazywał  się  pisarzem.  Mięczakowaty  gnojek, 

nigdy nie zabrudził sobie rączek. 

-  Mój  ojciec  był  bardzo  mądry!  -  zaprotestowała  Melania,  która  odczula 

nareszcie ukłucie sprzeciwu. 

- Jakoś nie starczyło mu mądrości, żeby coś odłożyć na wasze wychowanie, 

gdyby  go zabrakło  - zauważył  rozsądnie wuj  Filip.  -  Dlatego dostałem  wszystkie 

jego ukochane dzieciaki na własność, nie? I zrobię z nich małych Flowerów. 

Wuj  zaczął  znów  przebierać  pióra.  Jezus  chce,  żebym  była  promieniem 

słońca, a wuj Filip, żebym była kwiatuszkiem. Pióra unosiły się w ciągnącym spod 

drzwi podmuchu powietrza. Wuj Filip westchnął ciężko westchnieniem człowieka, 

który dziękuje nawet za najmarniejszą z łask. 

- Ujdziesz w tłoku - powiedział. - A teraz spieprzaj stąd. 

Finn  uniósł  gniewnie  wzrok  i  Melania  uciekła  na  górę,  żeby  nie  słyszeć 

ostrych słów i odgłosów bicia. Dlaczego Finn jej bronił, dlaczego zachowywał się 

background image

jak  jej  orędownik?  Czyżby,  dlatego,  że  w  ten  sposób  najłatwiej  mu  było 

rozgniewać  wuja?  A  czy  Finn  wiedział,  jak  bardzo przygnębia  ją  ich  widok, gdy 

rozwścieczeni  skaczą  sobie  do  oczu?  Pewnie  na  wet  tego  nie  zauważał.  Wyjęła 

kwiaty z włosów i ostrożnie zsunęła tunikę. Pomyślała, że chyba nie spodobałaby 

się sobie w tym stroju, gdyby  mogła przejrzeć się teraz w lustrze, i że raczej nie 

chciała by widzieć swojej grubo i jaskrawo umalowanej twarzy. 

- Wolałabym, żeby już było po przedstawieniu - powiedziała. 

Ciotka skinęła głową, a jej oczy wezbrały skrycie rwącymi łzami. Wcisnęła 

w  oczy  zaciśnięte pięści  i  zaczęły  jej  się  trząść  ramiona.  Ostatnio  często  płakała. 

Bulterier natychmiast przestał chłeptać wodę z formy do ciasta, służącej mu jako 

miska,  podszedł  do  ciotki  i  położył  jej  łeb  na  kolanie.  Melanię  znowu  zdumiało 

czujne,  natychmiastowe  współczucie  ze  strony  zwierzęcia,  łączącego  rolę  psa 

obronnego  i  czworonożnego  pocieszyciela.  Było  jej  przykro,  że  ona  nie  potrafi 

reagować tak prędko i prostodusznie. Położyła rękę na ramieniu niemej kobiety, a 

ciotka Małgorzata po omacku zacisnęła na niej ptasi szpon swej dłoni. Trwały w tej 

pozycji  przez  dłuższy  czas.  Za  każdym  razem,  kiedy  ciotka  płakała,  siostrzenica 

stawała się jej bliższa. 

-  Musimy  odbyć  próbę  przed  przedstawieniem  -  powiedział  Finn.  Nie 

podniósł  głowy,  tylko  wpatrywał  się  w  grzbiety  swoich  dłoni.  Po  cięciu  dłuta 

została mu szeroka fioletowa blizna w kształcie pół księżyca. 

- Na scenie? 

- Myślisz, że wpuściłby nas na swoją ukochaną scenę? Nigdy w życiu. Próby 

będą się musiały odbywać w moim pokoju. 

- Dlaczego mam ćwiczyć z tobą, a nie z łabędziem? 

- Nie możesz zobaczyć łabędzia do chwili rozpoczęcia przedstawienia, żebyś 

zareagowała  na  niego  spontanicznie.  A  ze  mną  musisz  ćwiczyć  po  to,  żeby  się 

nauczyć ruchu scenicznego. Ja ci zastąpię łabędzia. 

background image

Głos  miał  delikatniejszy  niż  gęsia  szyja,  niemal  niedosłyszalny,  i  wciąż 

odwracał wzrok. 

-  Będziemy  ćwiczyć  w  kostiumach?  -  zapytała  nieco  bojaźliwie,  myśląc  o 

białym  szyfonie  i  swoim  białym  ciele,  prześwitującym  przez  tkaninę  jak  mleko 

przez mleczne szkło. 

- A co, chciałabyś, żeby mi wyrosły pióra? 

Wyglądał  jak  przesiąknięta  ropą  naftową  ruina  łabędzia,  którego  spotkało 

nieszczęście  w  zanieczyszczonej  rzece.  Spodnie  i  koszulę  Finna  (była  to 

staromodna koszula z prążkowanej flaneli, która powinna była mieć kołnierzyk, ale 

nie miała) pokrywała pstrokacizna farb oraz mieszanina brudu i potu. Bose stopy 

pokrywały liszaje brudu. Wokół gardła Finna biegła ciemnobrązowa smuga, niby 

linii  wodnej,  a  pod  uszami  chłopaka  widać  było  odciski  brudnych  kciuków.  Jego 

podbródek  porastała  znowu  pleśń  zarostu.  Cuchnął  obrzydliwie,  zjełczałym, 

słodko-kwaśnym smrodem, jakby gnił. 

-  Powinieneś  bardziej  o  siebie  dbać  -  powiedziała  Melania.  -  Och,  Finn, 

wykąp  się.  I  może  pójdź  do  fryzjera  -  dodała,  bo  pomarańczowe  czułki 

nieczesanych włosów wiły mu się wokół rękawów zapaskudzonej koszuli. 

- A po co? 

Nie potrafiła na to odpowiedzieć. 

Była  pełnia  bezwietrznego,  niedzielnego  popołudnia.  Ciotka  Małgorzata 

siedziała w kuchni w swojej szarej sukni i zaklętej kolii, zszywając grecką tunikę 

wspaniałymi  szwami.  Stół  był  już  nakryty  do  podwieczorku  spokojnym,  białym 

obrusem, na którym stała niedzielna porcelanowa zastawa z zielonym szlaczkiem. 

Mleko i cukier czekały w napięciu w dzbanie i cukiernicy, aż ktoś z nich wreszcie 

skorzysta.  Wiktoria  drzemała  w  swojej  klatce, stojącej  obok  kwitnącej  pelargonii. 

Jonatan budował na dole statki, a wuj Filip konstruował łabędzia opracowując dla 

niego  specjalny  system  sznurków.  Francie  wziął  skrzypce  i  wyszedł  gdzieś  w 

background image

swoich  sprawach,  ubrany  w  filcowy  kapelusz  i  płaszcz  przeciwdeszczowy.  Dom 

mógł przez chwilę odetchnąć. 

- No to chodźmy - powiedział Finn. 

Ruszyli  po  schodach  na  górę,  mijając  pozamykane  drzwi  w  zamku 

Sinobrodego.  Rzężący,  przypominający  chrapanie  oddech  Finna  odbijał  się 

głośnym  echem.  Gdy  weszli  do  pokoju,  Finn  zatrzasnął  drzwi  kopniakiem. 

Wyglądał na znudzonego i obrażonego. 

- Miejmy już tę durną zabawę za sobą. 

Melania rozejrzała się wokoło, zbita z tropu. Pokój był zupełnie ogołocony, 

jak  gdyby  cały  dobytek  braci  leżał  spakowany  w  kufrach  i  walizach,  oczekując 

nieuchronnego  wyjazdu.  Na  ścianie,  której  nigdy  dotąd  nie  widziała,  ponieważ  w 

niej  właśnie  znajdował  się  otwór,  wisiała  półka,  na  niej  zaś  stał  jedyny  w  całym 

pokoju osobisty drobiazg - wyblakła fotografia w czarnej, źle dopasowanej ramce. 

Zdjęcie  przedstawiało  kobietę  o  szerokiej  twarzy,  wpatrzoną  wprost  w  obiektyw 

bez uśmiechu. Kobieta miała na sobie szal z Galway, w którego fałdach widać było 

niemowlę. 

- To nasza matka - objaśnił Finn. - Trzyma na rękach Małgosię. - W tle, za 

głową  kobiety,  majaczyło  skaliste  pustkowie.  -  To  było  jeszcze  w  domu  -  dodał 

Finn i nie odzywał się więcej. 

Obok fotografii stała lampka kreślarska, której zwinięty sznur czekał tylko, 

żeby się rozprostować. Nie licząc wąskiego pasa lustra i portretu ciotki, pokój był 

pusty.  Tryptyk  świętego  Sebastiana  zniknął.  Widocznie  Finn  go  schował.  Pod 

półką  mieściła  się  wbudowana  w  ścianę  szafa,  ale  pozostałe  meble  wyglądały 

znajomo. Melania usiadła na zdobionym wizerunkami róż i zamków krześle. Czuła 

się idiotycznie oficjalnie; jak gdyby przyszła z wizytą w szytej na miarę garsonce i 

kapelusiku z woalką. 

background image

 No  więc  zaczyna  się  to  wszystko  tak  -  powiedział  Finn.  Wydawało  się,  że 

każde  słowo  wypowiada  z  niechęcią.  -  Leda  spaceruje  brzegiem  morza  i  zbiera 

muszelki.  -  Wyjął  z  kieszeni  uzwojoną  muszlę,  mleczną  jak  z  masy  perłowej,  i 

położył ją na skraju dywanu. - Nadciąga noc. Leda słyszy trzepot skrzydeł i widzi 

nadlatującego  łabędzia.  Próbuje  uciekać,  ale  łabędź  rzuca  się  na  dziewczynę  i 

przewraca ją. Kurtyna. 

- To wszystko? 

- Chodzi mu tylko o pretekst, żeby pokazać swojego pięknego łabędzia. 

Melania wstała i schyliła się, by podnieść muszlę. Poruszała się niezgrabnie, 

bo Finn ją obserwował.  

- Zrób to trochę płynnie j. Spróbuj kołysać biodrami. 

Schyliła  się  jeszcze  raz,  kręcąc  pupą,  bo  wyda  wałojej  się,  że  tylko  w  ten 

sposób można kołysać biodrami. 

- Na litość boską, Melanio. Czy w twojej szkole uczyli gry w hokeja? 

- Tak, owszem. Tak. 

Finn uśmiechnął się szyderczo. 

-  Spróbuj  trochę  inaczej...  o,  w  ten  sposób.  -  Podniósł  muszlę,  ale  teraz  nie 

poruszał się jak fala morska. Przeciwnie, skrzypiał niby marionetka. Zapomniał, że 

stracił  wdzięk.  Stał  jak  wkopany  w  ziemię,  dłubiąc  palcem  w  muszli.  -  Tak  czy 

owak, spróbuj jeszcze raz. 

Spróbowała. 

- Chyba trochę lepiej. Powtórz tę scenę, a ja będę łabędziem. 

Spacerowała  brzegiem  morza,  zbierając  muszle.  Finn  stanął  na  palcach. 

Włosy  opadały  mu  na  twarz  i  Melania  ledwie  ją  widziała.  Finn  wydawał 

szeleszczące dźwięki, naśladujące szum skrzydeł. 

- Kiedy mnie słyszysz, zaczynasz się niepokoić. Biegniesz kilka kroków. 

Podbiegła. 

background image

- Dobrze. 

Finn pobiegł za nią. Dziecinna zabawa. Melania zachichotała. 

-  No  nie,  nie  wygłupiaj  się!  Musisz  się  zachowywać  jak  nieszczęsna, 

przerażona dziewczyna. 

- Nie potrafię traktować tego poważnie. 

- Wuj wyrzuci cię z domu, jeżeli nie będziesz dla niego pracować. I co wtedy 

będzie? 

- Nie zrobiłby tego - powiedziała w zamyśleniu Melania. - Nie mógłby tego 

zrobić. 

- Mógłby i zrobiłby. - Finn mówił trzeźwo i serio. - A wtedy nie będziemy w 

stanie ci pomóc. Umarłabyś z głodu. 

- Nienawidzę go - powiedziała mimo woli. 

Ich oczy spotkały się, ale po chwili oboje odwrócili wzrok. 

- Zacznijmy od początku. Udawaj. Graj. 

Tym razem poszło znacznie lepiej. Melania zacisnęła powieki i wyobraziła 

sobie  zapadający  wieczór.  Udawała,  że  słyszy  krzyki  mew,  chrzęst  piasku  pod 

stopami  i  rytmiczne  uderzenia  skrzydeł,  dlatego  było  jej  łatwiej  zrobić 

przestraszoną minę i uciekać. 

- Biegniesz, potykasz się, a ja cię przyduszam do ziemi. - Finn usiłował skryć 

ziewnięcie. - Odłóż muszlę na miejsce i powtórzymy wszystko jeszcze raz. 

Usłuchała. Mewy krzyczały, piasek się sypał, łabędź runął w dół i wszystko 

poszło  gładko.  Odskoczyła  od  Finna  i  już  nie  udawała  -  potknęła  się  o  splątany 

frędzel dywanu. Zachwiała się i chwyciła chłopaka, żeby nie upaść, ale pociągnęła 

go  za  sobą.  Zaczęła  się  śmiać  i,  spleceni  w  uścisku,  osunęli  się  w  zwolnionym 

tempie na podłogę. 

Finn się jednak nie śmiał, a śmiech zamarł Melanii na ustach, gdy zobaczyła 

jego bladą, kościstą twarz, na wpół zakrytą włosami, a na niej nic, żadnego śladu 

background image

rozbawienia  czy  czułości,  mogącego  oznaczać,  że  będzie  oszczędzona.  Leżał  na 

niej, jak poszwa na kocu, i nadal cuchnął zgnilizną, ale to nie miało już znaczenia. 

Zadrżała, uświadomiwszy sobie, że to już nie ma znaczenia. Czekała w napięciu, aż 

wreszcie będzie po wszystkim.   

Ogarnęło  ją  nerwowe,  nieumiejscowione  podniecenie.  Leżeli  razem  na 

nagich,  pełnych  drzazg  deskach.  Nie  było  ani  czasu,  ani  Melanii.  Została 

całkowicie  stłamszona.  Zmieniała  się,  rosła.  Realnie  istniał  teraz  dla  niej  tylko 

chłopak,  którego  dotykała  całym  ciałem,  nie  dotykając  go  wcale.  Ta  chwila  była 

wiecznością,  drżącą  jak  kropla  rosy  na  róży,  wiecznie  gotowa  spaść.  Niechętnie, 

powoli, z wahaniem, Finn położył dłoń na jej prawej piersi. Czas, ich czas, szarpnął 

się i znowu zaczął biec. Odetchnęła, wydając pośpieszny syk. Finn zamknął swoje 

atlantyckie oczy i wyglądał jak własna maska pośmiertna. Bolało go to wyjście z 

odosobnienia,  ale  po  prostu  nie  mógł  inaczej  postąpić.  To  jest  początek, 

powiedziała sobie wyraźnie. W myślach słyszała swój głos, pewny i wyrazisty. Nie 

będzie  już  takich  falstartów,  jak  w  parku,  i  teraz  nadejdzie  prawdziwy  początek 

łączącej  ich  głębokiej  tajemnicy.  Co  on  jej  zrobi?  Czy  będzie  dla  niej  dobry? 

Spojrzała  ze  strachem,  będącym  zarazem  rozkoszą,  na  jego  poplamioną,  pokrytą 

bliznami dłoń. Dłoń robotnika, silną i zręczną. Światło zdawało się gasnąc dookoła, 

musiała wiec kierować się tylko zmysłami. 

-  Nie  -  wyrzekł  głośno  Finn.  -  Nie!  -  Zerwał  się  na  nogi  i  pognał  pod 

przeciwległą ścianę pokoju, a potem wskoczył do szafy i zamknął za sobą drzwi. Z 

wnętrza dobiegł znów stłumiony okrzyk: 

-Nie! 

Napięcie, które powstało między nimi, zostało zniszczone z tak bezsensowną 

i  lubieżną  dzikością,  że  Melania  opadła  bezwładnie  na  plecy  i  walczyła  z 

napływającymi  jej  do  oczu  łzami.  Czuła  ciągle  koniuszki  jego  palców  jak  pięć 

background image

czerwonych  węgli,  żarzących  się  na  jej  piersi.  Ale  Finn  zniknął.  Zrobiło  jej  się 

zimno i niedobrze. 

- Nie! - zabrzmiał jeszcze słabszy głos. 

- Czy zrobiłam coś nie tak? - zapytała drzwi od szafy. 

Odpowiedzi nie było. 

- Finn? 

I  teraz  nie  odpowiedział.  Czuła  się  idiotycznie,  leżąc  na  podłodze  z 

podciągniętą nad kolana, wygniecioną spódnicą. Zauważyła, że pod łóżkami stoją 

niewinnie  buty,  wokół  których  nie  unosi  się  kurz.  Pokój  był  bardzo  czysty,  w 

przeciwieństwie do Finna. Buty Franciego lśniły od pasty, ale buty Finna oblepiało 

błoto  -  dokąd  poszedł?  Czyżby  samotnie  spacerował  po  parku,  rozmawiał  z 

pękniętą  królową  i  poklepywał  kamienną  lwicę  po  głowie?  Buty  Finna  były  już 

mocno znoszone.  

Może  nie  chciał  tego  zrobić,  bo  nigdy  nie  czyszczę  mu  butów,  pomyślała. 

Wszystko było możliwe, skoro Finn schował się w szafie, żeby od niej uciec. 

Z  dziurki  od  klucza  w  drzwiach  szafy  sączyła  się  błękitna  smuga  dymu. 

Przeraziła się najpierw i dopiero po chwili zrozumiała, że Finn zapalił papierosa. W 

takiej  ciasnocie  pewnie  udusi  się  we  własnym  dymie  albo  spłonie  jak  buddyjski 

mnich, tyle tylko, że wskutek wypadku. 

Finn jest bardzo niemądry, pomyślała. Czuła się staro, ale nie dojrzale. 

- Nie pal w szafie - powiedziała. 

Odpowiedzią  był  kłąb  świeżego  dymu.  Pomrukując  coś  pod  nosem, 

dźwignęła  się  na  nogi,  podeszła  bliżej  i  otworzyła  drzwi.  Szafa  była  na  tyle 

głęboka, by pomieścić Finna siedzącego ze skrzyżowanymi nogami i głową ukrytą 

w  jodełkowych  fałdach  drugiego,  co  do  jakości  garnituru  Franciego,  wiszącego 

wyżej  na  wieszaku.  Obok  wisiały  upiornie  białe  koszule.  Na  górnej  półce  leżały 

stosy  obrazów  najrozmaitszych  rozmiarów  i  kształtów.  Dłoń  Finna,  trzymająca 

background image

papierosa,  wysunęła  się  spomiędzy  pofałdowanych  ubrań  i  strząsnęła  popiół  na 

podłogę.  Finn  milczał.  Wpatrywał  się  uważnie  w  skrzyżowane  podbicia  swoich 

stóp. 

- Masz drzazgę w lewej nodze - powiedziała Melania. 

- Idź stąd - odparł. 

-  Jeśli  nie  wyjmiesz  drzazgi,  rana  zacznie  się  jątrzyć  i  w  końcu  trzeba  ci 

będzie amputować nogę. 

- Odejdź, proszę cię. 

- Dlaczego schowałeś się w szafie? - zapytała, jak pyta matka niezrozumiale 

zachowujące się dziecko pod koniec ciężkiego dnia. 

- Bo mieszczę się w niej cały - odpowiedział.  

Nie  mogąc  poradzić  sobie  z  tą  logiką  w  stylu  Lewisa  Carrolla,  wywiesiła 

białą flagę, przyznając się do porażki. 

-  Och,  Finn,  dlaczego  ode  mnie  uciekłeś?  -  Jej  słowa  unosiły  się  na 

skrzydłach lamentu. 

-  Jesteś  za  młoda,  żeby  mówić  takie  rzeczy  -  powiedział.  -  Musiałaś  to 

wyczytać  w  jakimś  piśmie  dla  kobiet.  -  Jego  głos  tłumiła  serża,  jak  gdyby  był 

ubrany w czapkę i szalik na arktyczną wyprawę. 

Odsunęła  ubrania  i  odsłoniła  go,  zmalałego,  nie  pocieszonego  i  jakby 

skurczonego,  z  nogami  pod  ciągniętymi  pod  brodę  w  pozycji  embrionalnej. 

Spoglądał  na  nią  spode  łba  wściekle  przymrużonymi  oczami,  niczym  narowisty 

kocur syjamski. 

- Bo widzisz... - powiedział. - Wuj Filip chciał, żebym cię wypierdolił. 

Do  tej  pory  znała  to  słowo  z  lektury,  widziała  je  w  zimnej,  aseptycznej 

formie  drukowanej  i  nigdy  nie  słyszała,  by  ktoś  używał  go  w  mowie,  wyjąwszy 

prymitywnych  robotników  rolnych,  którzy,  zaaferowani  rozmową,  nie  zdawali 

sobie  sprawy,  że  Melania  przechodzi  właśnie  obok.  Była  głęboko  wstrząśnięta. 

background image

Nigdy nie odnosiła tego słowa do siebie - jej widmowy oblubieniec nie mógłby jej 

pierdolić - oni by się kochali. Ale Finn - wprost przeciwnie, co musiała przyznać z 

ciężkim sercem. Sposób, w jaki zgasił papierosa na podłodze, utwierdził ją jedynie 

w tym przekonaniu. 

- To jego wina - powiedział. - Zrozumiałem to nagle, kiedy leżeliśmy razem 

na  podłodze.  Pociągał  za  sznurki,  jakbyśmy  byli  jego  marionetkami,  a  ja  już 

miałem ochotę cię obmacywać. Tak jak chciał. Kazał mi przećwiczyć z tobą scenę 

z  Ledą  i  łabędziem.  Gdzieś  na  osobności.  „Na  przykład  w  twoim  pokoju, 

powiedział.  Idź  na  górę  i  odegraj  z  Melanią  scenę  gwałtu  w  twojej  sypialni”. 

Chryste.  Chciał,  żebym  cię  przeleciał,  dlatego  przygotował  wszystko  na  nasz 

występ. Och, jaki on jest podły! 

Melania  czubkiem  pantofla  przesunęła  po  sęku  w  desce  podłogowej. 

Stwierdziła,  że  but  jest  zdarty  i  że  trzeba  będzie  go  naprawić.  Czy  wuj  Filip  ma 

kredyt również u szewca? Próbowała skupić się na tej kwestii, żeby nie myśleć o 

tym, co mówi Finn. 

-  Tak  -  kontynuował  Finn,  rozsuwając  ubrania,  żeby  zapalić  nowego 

papierosa. - Jak widzisz, nie skorzystałem z okazji. Nie będę robił tego, co on chce, 

choć bardzo mi się podobasz. I koniec. 

Melania przestała myśleć o warsztacie szewskim. 

- Ale dlaczego wuj Filip miałby chcieć, żebyś... 

- Pragnął cię poniżyć, Melanio. Nie cierpiał twojego ojca, tak jak nie cierpi 

ciebie  i  twojego  młodszego  rodzeństwa,  bo  jesteście  dziećmi  waszego  ojca,  choć 

nie ma nic przeciwko twojej matce. W jego oczach uosabiasz wroga, który używa 

papieru toaletowego i specjalnych noży do ryb. 

- Nie mieliśmy w domu specjalnych noży do ryb - odparła Melania. 

Finn puścił tę uwagę mimo uszu. Był rozkojarzony i mówił chaotycznie. 

background image

-  Poza  tym  jesteście  wszyscy  niedoświadczeni  i  niewinni,  więc  doskonale 

nadajecie się do tego, żeby was zmienić i zniszczyć. Wiktoria jest teraz pod opieką 

Małgosi, a Jonatan dzień i noc pracuje pod okiem wuja,  zostajesz, więc tylko ty. 

Dlatego wymyślił, że powinienem cię przelecieć, bo mną też pogardza. Uważa, że 

jestem śmieciem. Naprawdę. Ma mnie za niechlujnego bitnika i gdyby nie ona i to 

malowanie,  wyrzuciłby  mnie  z  domu.  Zresztą  i  tak  bym  stąd  odszedł,  gdyby  nie 

ona. Dlatego powinienem cię przelecieć, bo golisz się pod pachami   i 

może 

miałabyś dziecko, a to upokorzyłoby twojego ojca. 

- Mój ojciec nie żyje. 

- On o tym wie. Ale to wszystko jedno. Jemu jest wszystko jedno. 

- Nie golę się pod pachami. 

-  To  tylko  metafora.  -  Finn  wykrzywił  twarz  w  grymasie  bólu,  a  może 

czystego obrzydzenia, odrzucił papierosa i ukrył głowę w dłoniach. 

Melania  przestępowała  z  nogi  na  nogę,  niepewna  i  oszołomiona.  Nie 

docierało do niej, co mówi Finn. Nie zrozumiała, o co mu chodziło, i zapytała: 

- Czyli ty mnie nie chcesz? 

- To nie ma nic do rzeczy - burknął. - Poza tym jesteś za młoda. Zauważyłem 

to już w parku. Może kiedyś. Na razie jesteś za młoda. 

- Wiem - odpowiedziała. - To moje przekleństwo. 

-  Czy  to  nie  straszne?  -  zapytał  Finn.  -  Mieszkamy  w  domu  wariatów.  Ja 

przez niego oszaleję. 

Znowu skrył się wśród ubrań, szarpiąc wieszaki. Na skutek wstrząsów stos 

obrazów  spadł  z  półki  na  podłogę.  Melania  podniosła  je  z  wysiłkiem.  Miała  na 

dzisiaj  dosyć  niespodzianek.  Na  wierzchu  leżał  tryptyk  świętego  Sebastiana,  już 

wykończony,  co  do  ostatniego  grota  i  skrzepu  krwi.  Wykrzywiła  się  na  widok 

obrazu i odrzuciła malowidło na bok. Potem ujrzała siebie i odczuła wzruszenie. 

background image

Zdejmowała na obrazie czekoladowy sweter i miała skręcony tułów, ale było 

widać,  że  jest  szczupłą,  dobrze  zbudowaną  dziewczyną  o  subtelnej,  zamyślonej 

twarzy.  Tło  stanowiła  ściana  pokryta  ciemnoczerwonymi  różami.  Była  to  tapeta  z 

jej  pokoju.  Melania  na  obrazie  wydawała  się  niebywale  czysta.  Wyglądała  jak 

dziewica,  która  szoruje  zęby  po  każdym  posiłku  i  lubi  wgryzać  się  w  rumiane 

jabłka. Czarne włosy eksplodowały wokół jej głowy wielkimi, secesyjnymi falami, 

jak  gdyby  Finn  ćwiczył  rękę  w  malowaniu  krzywizn.  Obraz  był  równie  płaski  i 

niekomunikatywny  jak  wszystkie  inne  jego  malowidła.  Przypominał  aseksualną 

rozkładówkę.  Nad  łokciem  prawego,  nagiego  ramienia  Melanii  widniała  czarna 

opaska.  Wizerunek  nie  zgadzał  się  do  końca  z  jej  własnym  wyobrażeniem  samej 

siebie, ale mógł być przecież znacznie gorszy. 

Tylko, po co domalował mi żałobną opaskę? - po myślała. 

Ale mimo wszystko była zadowolona. 

- Podglądałeś mnie i szkicowałeś przez dziurkę, kiedy się rozbierałam? 

- Nie oglądaj moich obrazów. 

- Odkładam je tylko na miejsce. 

Wtedy  zobaczyła  obraz  przerażający.  Przedstawiał  piekło  tańczących 

płomieni,  wśród  których  uciekały  pędem  ciemne  postacie.  Wuj  Filip  leżał 

rozciągnięty  na  węglowym  grillu  jak  pieczona  karkówka.  Był  nagi,  ohydny  i 

odrażający.  Jego  ciało  pękało  i  pokrywało  się  bąblami,  ponieważ  pod  skórą 

bulgotał  mu  wrzący  tłuszcz.  Siwe  włosy  wuja  sklejały  maleńkie  płomyki.  Obok 

niego  stał  rogaty  diabeł  w  czerwonych  trykotach  i  z  rozdwojonym  ogonem.  W 

dłoniach trzymał rozżarzone do czerwoności szczypce, którymi szarpał jądra wuja 

Filipa.  Twarz  wuja  znaczył  ślad  rozpalonego  kopyta, a  jego usta  tworzyły  czarną, 

ziejącą  krzykiem  dziurę,  z  której  wysuwała  się  flaga  ze  słowami:  „Błagam  o 

przebaczenie!” Diabeł miał dawną, szeroko uśmiechniętą twarz Finna. 

background image

A  więc  to  tu  podziewa  się  jego  uśmiech,  pomyślała  Melania.  Starł  go  z 

twarzy  i  przeniósł  na  kawałek  kartonu.  Finn  już  więcej  nie  będzie  się  tak 

uśmiechał. 

Z jego namalowanych na obrazie, ognistych ust wydobywało się tylko jedno 

słowo: „Nigdy!” Wyżej, na białym tle, widniał tytuł, wypisany gotykiem, podobnie 

jak  inne  napisy:  „W  piekle  wszystkie  krzywdy  zostaną  wyrównane”.  Inspiracją 

dzieła  był  Hieronymus  Bosch.  Melania  płaczliwie  pociągnęła  nosem  i  upuściła 

malowidło na podłogę. 

- Mówiłem, żebyś nie oglądała moich obrazów. 

- Masz rację. To dom wariatów. - Melania zalała się łzami. 

Finn wypełzł z szafy na czworakach i chwycił ją pod kolana, kryjąc głowę w 

jej  udach,  a  ona  konwulsyjnie  wczepiła  mu  palce  we  włosy  i  powiedziała  coś, co 

bezmyślnie krążyło jej po głowie - gdyby wiedziała, co mówi, nigdy by się na to 

nie zdecydowała: 

- Wydaje mi się, że chcę się w tobie zakochać, ale nie wiem, jak to zrobić. 

-  Znów  mówisz  językiem  kobiecego  pisma  -  oświadczył  Finn.  -  To,  co 

czujesz, wynika z naszej bliskości. Bo jestem obok ciebie. W każdym razie jesteś 

jeszcze  za  młoda,  już  o  tym  mówiliśmy.  Zresztą  i  tak  byłaby  to  strata  czasu,  bo 

przecież chcę go sprowokować, żeby mnie zamordował. 

Wtedy  rozległ  się  gong  na  podwieczorek,  przez  który  mimo  wszystko 

musieli jakoś przebrnąć. Wyłuskane z pancerzyków krewetki, chleb posmarowany 

masłem,  mleko  i  herbata  w  filiżankach  i  ciasto  dla  Wiktorii,  już  pokrojone  w 

kostkę, żeby mogła zjeść wszystko. Domownicy odbijali się w czarodziejskiej kuli, 

monstrualnie  rozdęci  -  jedli  przy  wypaczonym  białym  stole,  który  zdawał  się 

rozciągać w nieskończoność. Melania wbiła wzrok w kulę, żeby nie oglądać wuja 

Filipa.  

background image

Nazajutrz  przypadała  Wigilia,  która  nie  różniła  się  od  innych  dni  tygodnia 

niczym prócz tego, że w sklepie panował bardzo duży ruch. Klienci przychodzili 

tłumnie przez cały dzień, a Melania i ciotka Małgorzata ledwo się już trzymały na 

piekących  ze  zmęczenia  nogach,  kiedy  przekręciły  wreszcie  wiszącą na drzwiach 

tabliczkę  tak,  by  na  pis  głosił:  „Zamknięte”.  Półki  zostały  niemal  ogołocone,  a 

zapas  zabawek  wykupiony  prawie  całkowicie.  Zniknął  nawet  konik  na  kiju  i 

kukiełki  z  wystawy,  na  której  zostały  tylko  plastikowe  gałązki.  Z  szuflady  z 

pieniędzmi  wysypywały  się  banknoty,  a  zapas  kwietnego  papieru  pakowego 

stopniał do jednej rolki. Sklep przypominał krajobraz po bitwie. Papużka zwisała 

bezwładnie na swoim drążku, jakby i ona leciała już z nóg z wyczerpania. 

„Ale za to jutro będziemy mogły odpocząć” - napisała ciotka Małgorzata. 

I  nic  więcej.  Melania  zmagała  się  z  żalem  nad  sobą  i  wspomnieniami, 

czytając w kuchni książkę, podczas gdy ciotka zszywała ostatnie szwy jej greckiej 

tuniki. Nie było tutaj gałązek ostrokrzewu ani jemioły nad lampą. Nie było choinki 

z  małymi  kolorowymi  lampkami.  Wuj  Filip  dostawał  kartki  świąteczne  i 

kalendarze  od  kupców  i  hurtowników,  z  którymi  handlował,  ale  niszczył  je 

natychmiast, więc na kominku nie było żadnych kartek. Nic. A w domu panowało 

dziwne zimno, jak gdyby wychłódł na złość domownikom. 

Melania  zastanawiała  się,  czy  pójdą  do  kościoła  na  Pasterkę,  ponieważ  na 

swój  zdezorientowany  sposób  sądziła,  że  Jowle’owie  muszą  być  religijni,  skoro 

wierzą tak niezachwianie w piekło. Ale położyli się spać o zwykłej porze i tylko 

Francie  wrócił  bardzo  późno,  trochę  podpity,  więc  chyba  nie  był  w  kościele. 

Melania słyszała na schodach jego nie pewne kroki. Pogwizdywał pod nosem jakąś 

skoczną melodię. 

Finn leżał zapewne w ciemności z otwartymi oczami, tak jak ona, za ścianą 

dzielącą ich niby miecz Tristana, słyszała bowiem ciche szepty, kiedy rozmawiał z 

Franciem,  choć  nie  rozumiała  ani  słowa.  Po  chwili  przez  odsłonięty  otwór  w 

background image

ścianie  wpadło  do  wnętrza  migotliwe,  ukradkowe  światełko,  a  nozdrza  Melanii 

uchwyciły  zapach  zwęglonego  drewna,  jakby  Finn  i  Francie  coś  palili.  Wstała  z 

łóżka, żeby ich podpatrzyć, choć dręczyły ją wyrzuty sumienia. Okazało się, że jest 

chłodniej, niż myślała - w pokoju panowała temperatura najmroźniejszej na świecie 

rosyjskiej  nocy  Deski  podłogowe  parzyły  Melanie  w  nie  osłonięte  podeszwy  stóp 

jak lód i dziewczynka poczuła, że całe jej ciało pokrywa gęsia skórka. 

Pokój braci był mroczny i pełen cieni, toteż z trudnością rozróżniła kształty 

ich  postaci.  Robili  coś  razem  pośrodku  pokoju,  na  podłodze.  W  pasie  lustra 

rozbłysła nagle zapalona zapałka i zalśnił płaszcz Franciego, ponieważ Francie nie 

zdjął jeszcze okrycia ani kapelusza. Klęczał, podpierając się jedną ręką, w drugiej 

zaś trzymał małą, rzeźbioną laleczkę z burzą żółto-siwych włosów, wykonanych z 

rozplecionych  sznurków.  Figurka  ubrana  była  w  maleńką,  dandysowską  białą 

koszulę i cieniutki krawat. Koszula była tak misternej roboty, że uszyła ją zapewne 

ciotka Małgorzata. Niewątpliwie trudno było uszyć coś równie maleńkiego. 

Finn ostrożnie przypalał lalkę zapałkami. Kiedy ubranie zaczynało się na niej 

tlić  i  żarzyć,  przenosząc  iskrę  na  znajdujące  się  pod  spodem  drewno,  Finn 

wyskubywał zwęglone okruchy i zaczynał wszystko od początku w innym miejscu. 

Bracia  milczeli,  pochłonięci  swym  zajęciem.  Melania  spostrzegła,  że  w  pokoju 

siedzi  także  pies,  obserwujący  ich  bez  mrugnięcia  powiek.  Kiedy  zapałki  gasły, 

oczy  bulteriera  przypominały  fluorescencyjne  maliny,  a  jego  biała  sierść  nosiła 

nienaturalny  odcień,  jak  gdyby  została  wybielona  w  celach  maskujących.  Finn 

przytknął  zapałkę  do  osłoniętego  spodniami  krocza  lalki  i  bracia  roześmiali  się 

cichutko. Obchodzili święta Bożego Narodzenia na swój własny sposób. 

Melania  wróciła  do  łóżka i naciągnęła kołdrę na głowę.  Ale w  pościeli  nie 

było  odrobiny  ciepła,  a  kamienna  butla  z  gorącą  wodą  wystygła  w  czasie  jej 

nieobecności.  Pomyślała,  że  zamarznie  jej  śluz  w  nosie,  a  mózg  zetnie  się  w 

background image

pofałdowaną bryłę lodu. Schowała głowę pod kołdrą, żeby nie widzieć magicznego 

światełka. 

 

VIII 

 

Kiedy  w  świąteczny  poranek  Melania  weszła  do  kuchni  i  dała  ciotce 

perfumy,  Małgorzata  przytuliła  ją,  ucałowała  i  okazała  tak  ogromną  radość,  że 

dziewczynka zawstydziła się, ponieważ podarunek był niezwykle skromny. 

Dlaczego  o  tym  nie  pomyślałam?  -  powiedziała  do  siebie.  Mogłam  jej  dać 

perły. Nie są mi potrzebne, s po jutrzejszym dniu nie włożę ich już nigdy więcej. 

Och, ciotka bardzo by się ucieszyła z pereł! 

Wyobraziła  sobie,  jak  Małgorzata  dotyka  ich  niedowierzającymi, 

odmienionymi  palcami,  zapinając  sznur  księżycowych  nasion  na  swojej 

nieszczęsnej szyi. Są śliczne, o wiele lepiej harmonizują z delikatnym ciałem ciotki 

niż  mordercze  srebro.  I  tylko  te  drogocenne  perły  stanowiłyby  stosowny  prezent, 

mogący  wyrazić  jej  uczucia  dla  ciotki.  Podaruje  je  Małgorzacie  na  Gwiazdkę  w 

przyszłym roku albo na urodziny, jeżeli tylko się dowie, kiedy przypadają. 

„Też chciałam wam kupić prezenty - napisała na tablicy ciotka Małgorzata. - 

Ale wiesz, nie mam pieniędzy, a Filip...” -1 kreda zwisła jej bezwładnie z dłoni. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  powiedziała  Melania  w  przypływie  miłości.  -  Nie 

przejmuj się. 

Już  u  siebie  w  pokoju  rozpakowała  jedyną  paczkę,  jaką  dostali  na  święta. 

Pani  Rundle  zrobiła  im  swetry  na  drutach  -  szary,  praktyczny  sweter  był  dla 

Jonatana, apetyczny, owocowo różowy dla Wiktorii, a twarzowy, barwy błękitnego 

nieba,  dla  Melanii.  Wszystkie  były  obłożone  zielonymi  gałązkami  ostrokrzewu  i 

opakowane  w  ozdobny  papier.  Melania  ubierała  Wiktorię  w  nowy  sweter,  jak 

gdyby  naciągała  poszwę  na  oporną  poduszkę.  W  tegoroczne  święta  dziewczynka 

background image

nie dostała wypchanej prezentami pończochy z pomarańczą w palcach, orzechami 

w  pięcie  i  wystającym  z  nogawicy  krakersem  -  nie dostała nic  oprócz słodyczy  i 

swetra.  Ale  Wiktoria  nie  pamiętała  zeszłorocznego  Bożego  Narodzenia  i  nikt  jej 

nie  mówił,  że  powinna  spodziewać  się  świąt  w  tym  roku,  więc  dziewczynka  nie 

odczuwała  ich  braku,  choć  odczuwała  go  w  jej  imieniu  Melania.  Uważała,  że  to 

okrutne pozbawiać dziecka świąt. Ale dla Wiktorii sweter był tylko jeszcze jedną, 

nieciekawą  częścią  garderoby,  a  słodycze  przyjęła  obojętnie,  przypuszczając  być 

może,  że  są  czymś  w  rodzaju  łapówki.  Od  razu,  gdy  tylko  Melania  otworzyła 

puszkę,  mała  zaczęła  pałaszować.  Nie  powinna  jeść  cukierków  o  tak  wczesnej 

porze, ale Melania nie miała serca, jej tego zabronić. 

Japoński  lampion  wyglądał  tego  ranka  jak  świąteczna  ozdoba,  był  tak 

okrągły,  niebieski  i  pogodny.  Czy  pierwotnie,  w  odległej  przeszłości,  kiedy 

Flowerowie byli jeszcze zwyczajną, przeciętną rodziną, naprawdę stanowił element 

świątecznych dekoracji? Flowerowie na pewno byli zwyczajni, dopóki mieszkała z 

nimi  matka  Melanii.  Mama  nie  mogłaby  być  ekscentryczką.  A  dziadkowie,  o 

których  nie  wspomina  się  w  tym  domu?  Jacy  byli?  Na  pewno  świętowali  Boże 

Narodzenie, kiedy mama i wuj Fi lip byli jeszcze dziećmi. Jeżeli wuj Filip w ogóle 

był  kiedyś  dzieckiem.  Nie  umiała  wyobrazić  sobie  wuja  jako  małego  chłopca  w 

krótkich  spodenkach  i  szkolnej  czapeczce,  który  gra  w  cymbergaja,  czytuje 

komiksy i kolekcjonuje pudełka od zapałek. 

A jeśli wuj Filip o żelaznych pięściach wcale nie jest bratem mojej mamy? - 

pomyślała Melania z nieoczekiwanym przerażeniem. Może z biegiem lat ten grubas 

zajął  miejsce  szczupłego  mężczyzny  z  fotografii  ślubnej.  Może  ten  dziwny,  tęgi 

człowiek to oszust, który przybrał twarz i strój Filipa Flowera, ale w rzeczywistości 

jest kimś zupełnie innym. 

Melania żałowała, że nie mieszkają u rodziny ojca. Wszyscy ci sympatyczni 

ludzie  z  fotografii  ślubnej  na  pewno  pieką  teraz  olbrzymie  indyki  i  ubierają 

background image

świąteczne  choinki,  przygotowując  się  do  obfitej  uczty.  Ale  gdyby  Melania 

mieszkała  u  ciotki  Róży  albo  ciotki  Gertrudy,  nie  poznałaby  Franciego,  ciotki 

Małgorzaty i Finna. I Finna też. 

Melania przymierzyła nowy sweter. Świeża wełna łaskotała ją, ale sweter był 

cudownie  obcisły  i  miał  wysoki  kołnierzyk,  który  aż  zawijał  się  na  szyi.  Grzał 

Melanię czymś więcej niż tylko wełną, jak gdyby pani  Rundle z każdym oczkiem 

wplatała  w  jego  ściegi okruchy  miłości.  Dziewczyna  była  jej  wdzięczna,  bo dom 

wuja Filipa pogrążył się głęboko w środku zimy. Kilka elektrycznych grzejników 

wzmagało raczej ziąb zamiast go rozpraszać. W te grudniowe dni ostry nos ciotki 

Małgorzaty był zawsze lekko zaczerwieniony na czubku, ale Melanii wystarczy już 

ten sweter koloru czerwcowego nieba - nawet nie będzie musiała wkładać na niego 

kamizelki.  Napisze  do  pani  Rundle  i  podziękuje.  Pomyślała  o  jej  włochatych 

znamionach, które okazały się zaskakująco ważnym i pięknym wspomnieniem. 

Ku zdumieniu Melanii obiad był wyjątkowy, ponieważ na stole,  niby upiór 

minionych  świąt,  nieoczekiwanie  zmaterializowała  się  pieczona  gęś,  której 

towarzyszyła  miseczka  z  musem  jabłkowym.  Zapewne  ciotka  Małgorzata  sama 

zamówiła tę gęś w tajemnicy, żeby zrobić domownikom niespodziankę. Na widok 

gęsi wuj Filip zmarszczył brwi niczym stary Scrooge i z wściekłością zatopił nóż w 

jej brzuchu, tak że nadzienie wytrysnęło na najlepszy adamaszkowy obrus i ciotka 

Małgorzata musiała zbierać je ze stołu łyżką. Wuj zaatakował bezbronnego ptaka z 

ogromną zaciekłością, jak gdyby chciał go zabić po raz drugi, uznawszy może, że 

najpierw niekompetencją wykazał się rzeźnik, a potem ciotka trzymała gęś w nie 

dość gorącym piekarniku i nie zdołała jej idealnie dopiec. Z dymiącym nożem w 

ręce wuj w zamyśleniu przyglądał się Finnowi. Melania przez chwilę obawiała się, 

że  wuj  na  gęsi  przećwiczył  tylko  śmiertelny  cios,  a  teraz,  opanowawszy  go  do 

perfekcji,  uderzy  nożem  Finna  Ale  po  chwili  wuj  nałożył  mu  po  prostu  skąpą 

porcję  skóry  i  kości,  które  Finn,  nie  jedząc,  przesuwał  w  zadumie  widelcem  po 

background image

talerzu.  Wuj  Filip  natomiast  urządził  sobie  suty  posiłek  i  obgryzał  kości  niczym 

Henryk VIII. Atmosfera przy stole była więc ponura i obiad nie trwał długo. 

W  całym  Londynie  ludzie  włożyli  już  kolorowe  papierowe  czapeczki, 

zasiedli  przed  telewizorami  i  oglądali  przemówienie  królowej,  łupiąc  orzechy  i 

wznosząc  toasty  portwajnem.  Trudno  byłoby  im  uwierzyć,  że  u  Flowerów 

tymczasem  wuj  Filip,  Finn  i  Jonatan  wrócili  do  pracowni,  gdy  tylko  zjedli  bez 

entuzjazmu  deser,  czyli  babeczki  z  maślanym  kremem,  zaprawionym  brandy. 

Ciotka  Małgorzata  pozmywała,  a  potem  wyciągnęła  szyfonową  tunikę,  żeby 

ostatecznie  przyszyć  skrzyżowane  wstążki.  Wiktoria  bawiła  się  rondlem, 

obtłukując go drewnianą kopystką. Na jej wełnianych różowych mankietach widać 

było  ślady  sosu.  Bębniła  rytmicznie  i  głośno  wrzeszczała,  aż  Melanię  rozbolała 

głowa. 

W domu jest pełno zabawek, a wuj Filip nie chce Wiktorii dać niczego, czym 

mogłaby  się  bawić  po  cichu,  pomyślała  z  oburzeniem.  Usiłowała  nie  patrzeć  na 

tunikę, ponieważ przypominała jej o nieznanym i nieświadomym niczego łabędziu, 

który  miał  ją  nazajutrz  zniewolić.  Bała  się  nawet  o  nim  myśleć.  Popołudnie 

przytłaczało  Melanię.  Wiktoria  wciąż  waliła  w  rondel,  podśpiewując  fragmenty 

różnych  piosenek,  a  ciotka  Małgorzata  głaskała  ją  miłośnie  po  głowie.  Było  im 

dobrze razem. Ból głowy Melanii narastał. Wymknęła się do pokoju, ale za ścianą 

Francie  wygrywał  jakieś  rzewne  melodie  i  Melanię  otoczył  szelest  kroków 

drobnych,  delikatnych  i  melancholijnych  stóp  muzyki.  Miała  wrażenie,  że  zaraz 

pęknie jej serce. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Pozrywała uschłe, pożółkłe listki 

pelargonii  i  zmiażdżyła  je  w  dłoni  na  aromatyczną  miazgę.  Spojrzała  na  swoją 

rękę. Cztery palce i kciuk. Pięć gwoździ. 

To moja ręka. Moja. Ale, do czego ona służy? - pomyślała. Co oznacza? 

Dłoń  wydała  jej  się  cudowna  i  zdumiewająca,  jak  przedmiot,  który  nie 

należy  do  niej  i  którego  zastosowania  ona  nie  zna.  Palce  to  ludzie,  członkowie 

background image

jednej  rodziny.  Kciuk  jest  ojcem,  niskim  i  grubokościstym  mężczyzną,  zapewne 

wieśniakiem  z  północy,  wymawiającym  samogłoski  głucho  i  twardo.  Palec 

wskazujący  jest  matką,  wysoką,  gibką  jak  wierzba  panią  z  klasy  średniej,  która 

grasejuje,  a  pomarańcze  jada  nożem  i  widelcem.  Czy  popełnili  mezalians, 

ponieważ  jemu  udało  się  zarobić  mnóstwo  pieniędzy?  Odznaczał  się  otwartą, 

szczerą  postawą  człowieka,  który  sam  dał  sobie  radę  w  życiu.  Dalej  troje 

dorodnych dzieci, dwoje wyrośniętych, duży chłopak i dziewczynka wkraczająca w 

okres dojrzewania. Melania zgięła dłoń, a cała rodzina usłużnie wykonała dla niej 

króciutki taniec. Wtedy ogarnęło ją przerażenie. 

Wariuję! Finn powiedział, że oszaleje w tym domu wariatów, i ona też traci 

tu zmysły. Owinęła głowę zasłonami okiennymi, żeby nie słyszeć gry Franciego i 

nie  widzieć  ciemniejącego  pokoju,  który  powoli  zbliżał  się  do  jutra.  Czuła,  że 

okrągły  świat  wiruje  ku  nowemu  dniu,  niosąc  ze  sobą  nieskończenie  maleńką, 

rozzłoszczoną i zniechęconą Melanię. Wyobraziła sobie siebie stojącą na szkolnym 

globusie, który obraca się w ogromnej, milczącej przestrzeni, i jeszcze raz poczuła, 

że balansuje na krawędzi szaleństwa. Ale czy można przeżyć załamanie nerwowe, 

dobiegając  zaledwie  szesnastego  roku  życia?  Cóż,  widocznie  Melania  będzie 

pierwszym  wyjątkiem.  Nad  jej  głową  niczym  miecz  Damoklesa  wisiał  łabędź, 

podążający  wszędzie  śladem  Melanii,  osoby  marnej  i  nic  nieznaczącej,  jak  pył, 

unoszony krzyżowymi prądami przerażających wiatrów. Och, nie wolno mi się bać 

łabędzia. To tylko dziecinna zabawa. 

W rzeczywistości bardziej niż łabędzia obawiała się tego, że będzie musiała 

mu się poddać. 

Gdy  następnego  dnia  uczesała  się  i  włożyła  tunikę,  Wiktoria  zagarnęła 

szyfon lepkimi rączkami i wykrzyknęła: 

- Jaka śliczna pani! Jaka śliczna pani! 

background image

- Naprawdę tak myślisz? - zapytała tęsknie Melania, jak gdyby liczyła się z 

opinią Wiktorii albo jak gdyby uroda mogła być czymś w rodzaju tarczy ochronnej. 

-  Tak  -  odpowiedziała  z  naciskiem  Wiktoria,  okrągła  niby  owoc  w  swoim 

nowym  swetrze  owocowej  barwy.  Ciotka  Małgorzata,  która  właśnie  wpinała 

Melanii  kwiaty  we  włosy,  skinęła  głową,  jak  dalece  pozwalała  jej  kolia.  Była  w 

znajomej  prostej,  szarej  sukience,  w  której  przypominała  dorycką  kolumnę.  Nie 

spięła  jednak  włosów  tak  starannie,  jak  zwykle,  kiedy  wkładała  swój  odświętny 

strój,  dlatego  nad  uchem  zwieszał  jej  się  zabłąkany  lok,  który  nadawał  ciotce 

wygląd  jakby  niestosowny  i  nieprzyzwoity.  Widocznie  była  dzisiaj  zbyt  przejęta, 

by należycie upiąć włosy. Ale, podobnie jak inni, ciotka była schludnie, uroczyście 

ubrana,  czarująca  i  szykowna,  toteż  Melania  poczuła  się  nie  na  miejscu,  niczym 

tancerka rewiowa, przystępująca do komunii świętej w ażurowych pończochach. A 

zatem wkracza w świat rozrywki i estrady. 

- Miałam za mało prób - powiedziała z drżeniem. 

-  Dasz  sobie  radę  -  zapewnił  Francie.  -  Nie  certol  się,  dziewczyno,  kurtyna 

zaraz się rozsunie. 

- Och, Francie - jęknęła Melania i przełknęła ślinę, a Francie poklepał ją po 

szyfonowej pupie. 

- Nie taki diabeł straszny, jak go malują. 

Ktoś powiedział jej już coś takiego o wuju Filipie, ale Melania nie wierzyła, 

że to prawda. Skrzywiła się na myśl, co mógłby z nią zrobić, gdyby źle zagrała, i 

wyobraziła sobie, że jej świeża krew zrasza maleńką scenę. Ale kiedy wuj zobaczył 

Melanię, wydawał się stosunkowo zadowolony - obrzucił dziewczynę spojrzeniem 

od stóp do głów i powiedział: 

- Dobra. Właź za kurtynę. 

Olbrzym we fraku i pasiastych spodniach przypominał jej byka. A może wuj 

jest bykiem. Zionie ogniem z nozdrzy, zamienił się w Zeusa pod postacią byka i - 

background image

myląc dwa różne mity - uniesie ją jako Europę za wymalowane na scenie morze, w 

którym baraszkują delfiny. Była na skraju wytrzymałości nerwowej i przychodziły 

jej do głowy najrozmaitsze wizje. 

Tym razem na widowni stały tylko trzy krzesła, ponieważ Melanii nie było 

już  wśród  widzów.  Tabliczka  z  zakazem  palenia  wisiała  na  kurtynie,  jak 

poprzednio,  ale  plakat  został  przemalowany  i  zaopatrzony  w  nowy  napis: 

WIELKIE,  ORYGINALNE  PRZEDSTAWIENIE  -  sztuka,  przyroda  oraz  Filip 

Flower  prezentują  WYDARZENIE  NIEZWYKŁE.  Na  plakacie  wuj  Filip,  w 

otoczeniu  kręgu  karłowatych,  podskakujących  dziewczynek,  trzymał  wysoko  w 

górze ślicznego łabędzia, wiszącego na sznurkach. 

Scena  przypominała  wymiecione  pudełko  o  jednym  boku  czerwonym  i 

jednym w kolorze morskim, Wyżej wznosiło się rusztowanie, a na nim reflektory, 

między  którymi  siedział  ponuro  Finn,  przykucnięty  jak  ropucha.  Miał 

nieprzeniknioną,  bezmyślną  i  rozdrażnioną  twarz.  Łabędzia  nie  było  widać. 

Widocznie  chowa  się  gdzieś  za  kulisami.  Scenę  zaścielały  niezliczone  muszle 

wszelkich  rozmiarów  i  kształtów,  płaskie,  duże,  okrągłe,  perłowe  i  jadowicie 

kolczaste.  Po  drugiej  stronie  kurtyny,  w  innym  wymiarze,  ciotka  Małgorzata 

zajmowała  z  dziećmi  miejsca  na  widowni,  a  Melania  stała  pośród  muszli. 

Pomyślała, że robi z siebie idiotkę. 

-  Zdejmij  te  stukoczące  buciory, głupia  suko!  -  Wuj  Filip  wchodził na górę 

po  krótkiej  drabinie,  by  stanąć  obok  Finna.  Melania  miała  na  nogach  ciężkie 

sznurowane  buty,  które  włożyła,  schodząc  do  piwnicy.  W  połączeniu  z  tuniką 

wyglądały chyba rzeczywiście absurdalnie. Ściągnęła je i odrzuciła za kulisy. Boso 

poczuła się o wiele bardziej obnażona niż obuta. 

Światło  przeszło  serię  kalejdoskopowych  przemian  barwnych,  jak  gdyby 

Finn  chciał  wypróbować  cały  swój  arsenał  efektów.  Usiłowała  się  uspokoić, 

myśląc o czymś innym,  miłym, jak puszyste kocięta albo placki ziemniaczane na 

background image

podwieczorek,  ale  nie  oczekiwanie  na  myśl  o  takich  rzeczach  zachciało  jej  się 

płakać. Zaczęła przepowiadać sobie tabliczkę mnożenia, by czas upływał szybciej. 

W górze Finn i wuj Filip szeptali i szeleścili. 

- Muzyka! 

Skryty  za  czerwoną  ścianą  sceny  Francie  odegrał  wiązankę  melodii  z 

„Jeziora  łabędziego”  w  takim  stylu,  jak  gdyby  występował  w  audycji  „Grand 

Hotel”,  nadawanej  w  radio  w  niedzielne  wieczory.  I  co  jeszcze?  -  pomyślała 

Melania,  tłumiąc  nagłą  chęć,  żeby  zachichotać.  Co  jeszcze?  Przyjemnie  było 

odczuwać  wyższość  nad  tandetnym  gustem  wuja  Filipa,  który  najwyraźniej  miał 

słabość  do  Czajkowskiego,  bo  kiwał  do  taktu  swoją  ciężką  głową.  Po  chwili 

zaszeleścił trzymanym w dłoni scenariuszem i odczytał: 

- W zapadającym zmierzchu Leda zbiera muszelki nad brzegiem morza i nie 

spodziewa się. że wszechmogący Zeus wybrał ją na małżonkę.  

Finn  przekręcił  przełącznik  i  scenę  zalał  brązowy  w  odcieniu  zmierzch. 

Punktówka sparaliżowała ruchy Melanii i wuj Filip syknął: 

- Zaczynaj, ty, jak ci tam!... 

Rozciągnęła  tunikę  i  zaczęła  wkładać  muszle  w  podołek,  schylając  się  i 

prostując, co chwila w świetle punktowego reflektora. Wtedy rozsunęła się kurtyna. 

Francie trzymał skrzypce pod brodą, a ciotka i rodzeństwo Melanii bili brawo. Jak 

na  szkolnym  przedstawieniu.  Dokładnie przed  rokiem  grała  właśnie  rolę  anioła w 

szopce  i  wtedy  też  była  ubrana  w  białe  szaty,  ale  na  głowie  miała  tekturową 

aureolę. A teraz zbiera muszelki. 

Co ja mam z nimi zrobić? - pomyślała. Uzyskała odpowiedź, kiedy wuj Filip 

uderzył  nagle  miękką  pałeczką  w  płachtę  metalu,  naśladując  grzmot,  bo  wtedy 

przestraszona upuściła po prostu wszystkie muszle na ziemię. Po chwili zjawił się 

łabędź. 

background image

Niemal  dorównywał  jej  wzrostem.  Był  jajowatą  bryłą  z  pomalowanej  na 

biało sklejki, oklejonej piórami. Domyśliła się, że długa szyja ptaka jest zrobiona z 

gumy,  ponieważ  zginała  się  i  kołysała  groźnie,  jak  gdyby  żyła  własnym  życiem. 

Głowa  i  dziób  łabędzia  były  jednak  wyrzeźbione  z  jednego  kawałka  drewna,  do 

którego  wuj  przykleił  czarne  szklane  oczy.  Dziób  pomalowany  był  na  złoto,  a 

skrzydła  skonstruowane  na  wzór  skrzydeł  modeli  samolotowych,  ale  wygięte  - 

zrobiono  je  z  cienkich  łukowatych  płatów  drewna,  całkowicie  pokrytych  białym 

pierzastym  papierem.  Czarne  nogi  ptaka  tkwiły  wciśnięte  pod  brzuch.  Była  to 

groteskowa parodia łabędzia, jakby zaprojektował go Edward Lear. W niczym nie 

przypominał dzikiego, fallicznego ptaka z wyobraźni Melanii. Był pękaty i swojski, 

choć zarazem ekscentryczny. Znów niewiele brakowało, żeby się zaśmiała, widząc, 

jak  niezdarnie  łabędź  się  porusza,  ale  czmychnęła  przed  nim  -  tak  przewidywał 

scenariusz - biegnąc po muszlach, które raniły jej bose stopy. 

Łabędź machał skrzydłami, kiedy wuj Filip ciągnął za odpowiednie sznurki. 

Ptak  leciał  śladem  Melanii,  wyciągając  gwałtownie  swój  bezmyślny  dziób. 

Nieliczna publiczność znów zaczęła klaskać. Łabędź wysunął nogi, podchodząc do 

lądowania  jak  model  samolotu.  Sprytne,  pomyślała  Melania.  Osiadł  z  cichym, 

głuchym tąpnięciem na błoniastych łapach z plastiku, a ona stanęła, nie wiedząc, co 

robić dalej. Ptak ruszył ku niej zdecydowanym krokiem, rozkołysany jak kaczka. 

Melania  modliła  się,  by  ktoś  jej  podpowiedział,  co  teraz  powinna  uczynić,  a  wuj 

Filip odczytał: . 

-  Leda  próbuje  umknąć  niebiańskiemu  gościowi,  który  jednak  powala  ją  na 

ziemię swym pięknem i majestatem. 

Trudno,  muszę  się  położyć,  uznała,  i  roztrąciwszy  nogą  muszle,  padła  na 

kolana. Łabędź zbliżał się jak fatum albo wskazówka zegara, człapiąc: klap, klap, 

klap.  Przypomniała  sobie  konia  trojańskiego,  który  też  był  zrobiony  z  drewna  i 

pusty w środku - więc może jeśli źle odegra swoją rolę, w boku ptaka otworzą się 

background image

zapadkowe drzwiczki i wypadnie z nich zbrojna horda maleńkich, mechanicznych 

wujów  Filipów,  żeby  ją  zgwałcić.  Ta  myśl  wydała  jej  się  realna  i  straszliwa. 

Śmiech zamarł Melanii w gardle. Była cudzą halucynacją - czuła, że nie jest sobą, 

że została jak gdyby wyrwana z własnego ja, ogląda ten spektakl, będąc zupełnie 

gdzie  indziej,  i  wie, że na scenie  wszystko bywa  możliwe.  Nawet ten  łabędź  czy 

raczej  parodia  łabędzia,  która  mogłaby  przyjąć  realną  postać  i  zgwałcić  tamtą 

dziewczynę w zadymce białych piór. Ptak unosił się nad czarnowłosą dziewczyną, 

którą  Melania  była  i  nie  była  jednocześnie.  Jego  puste  ciało  okazało  się  białe  i 

lekkie jak beza, a głowa chwiała mu się to w tę, to w tamtą stronę na elastycznej 

szyi. Muzyka pulsowała w dręczącym apogeum. 

Ostatnio słyszała muzykę z „Jeziora łabędziego” kilka lat temu, też w Boże 

Narodzenie, siedząc w czerwonym, pluszowym fotelu w Operze w Covent Garden, 

dokąd z okazji końca semestru ojciec zabrał ją na przedstawienie baletowe. Białe 

postacie  obracały  się  i  wirowały  wokół  niej.  Lubiła  oglądać  balet,  a  teraz  sama 

znalazła  się  na  scenie  z  fałszywym  łabędziem,  który  opierał  się  brzuchem  o  jej 

stopy.  Wyczuwała  go,  a  kiedy  uniosła  wzrok,  ujrzała  wuja  Filipa,  kierującego 

ruchami marionetki. Był tak skupiony, że rozwarł szeroko usta. Spostrzegła lśniące 

plamki  na  jego  czarnej  muszce,  świecące  odbitym  światłem.  Przesuwała  się  pod 

szeleszczącym  łabędziem,  który  zaczął  mocno  bić  skrzydłami,  rozwiewając  jej 

włosy. Podmuch porwał nawet jedną stokrotkę. A potem Melania nie widziała już 

nic, z wyjątkiem zapylonego, gniewnego spojrzenia punktówki. 

-  Wszechmogący  Zeus  pod  postacią  łabędzia  czyni  swoją  wolę.  -  Głęboki  i 

uroczysty  niczym  dźwięk  organów  głos  wuja  Filipa  zabrzmiał  mrocznie  i 

dźwięcznie na tle jęczących skrzypiec. 

Łabędź  rzucił  się  niezgrabnie  naprzód  i  usadowił  się  na  jej  lędźwiach. 

Melania  wyprężyła  się  z  całej  siły,  żeby  go  odtrącić,  ale  skrzydła  osłoniły  ją  ze 

wszystkich  stron  niby  namiot,  a  głowa  ptaka  opadła,  wtulając  się  w  jej  szyję. 

background image

Pozłacany  dziób  wbił  się  głęboko  w  delikatne  ciało  i  Melania  krzyknęła 

przeraźliwie,  niemal  nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy.  Łabędź  przesłaniał  ją  całą, 

wyjąwszy wierzgające stopy i rozkrzyczaną twarz. Sprośny ptak pokrył ją. Melania 

znów  krzyknęła.  Usta  miała  pełne  piór.  Usłyszała  szum  zasuwanej  kurtyny  przy 

wtórze rzęsistych oklasków i pomyślała, że to szum morza. 

Kiedy  wróciła  do  siebie,  obok  klęczał  Finn,  który  dla  przyzwoitości 

obciągnął  jej  tunikę,  zwleczoną  niemal  całkiem  przez  namiętnego  łabędzia. 

Chłopak  miał  zacięty  wyraz  twarzy.  Patrzyła  na nie go  jak na obcego człowieka. 

Był zarośnięty, w kraciastej wełnianej koszuli i wytartych sztruksowych spodniach. 

Ma ładne uszy, pomyślała, ujrzawszy je po raz pierwszy. Były małe i eleganckie w 

kształcie.  Usiłowała  sobie  przypomnieć,  skąd  zna  tego  człowieka,  bo  twarz 

wydawała jej się znajoma, ale zadanie okazało się zbyt trudne, więc zrezygnowała. 

Rozejrzała się natomiast dookoła w poszukiwaniu łabędzia, którego wuj wciągnął 

na  górę.  Ptak  wisiał  na  sznurkach,  kołysząc  się  lekko  na  boki.  Pozbawiony  siły 

napędowej, wyglądał żałośnie. 

- Wszystko w porządku - powiedział Finn. - Sztuka skończona. 

Dopiero  wtedy  poznała,  że  to  Finn.  Oczywiście,  Finn  maluje  i  jest  jej 

przyjacielem,  cokolwiek  to  słowo  znaczy.  Melania  nakładała  siebie  na  siebie 

powoli,  niczym  płaszcz.  Wuj  Filip  zszedł po drabinie,  sapiąc i  dysząc  ciężko,  po 

czym ostrym głosem nakazał Finnowi wrócić na górę, do świateł. 

-  Przeszarżowałaś  -  zwrócił  się  do  Melanii  i  uderzył  ją  w  twarz  wierzchem 

dłoni. - Byłaś zbyt melodramatyczna. Marionetki nie przesadzają w grze. Zepsułaś 

całą poezję. 

Poczuła piekący ból policzka i powiedziała: 

- Bałam się łabędzia. 

Ale  wuj  nie  słyszał.  Poprawiał  muszkę  pod  brodą.  Scenę  zalał  blask,  a 

Melania, wuj Filip i łabędź zostali nagrodzeni burzą oklasków. Kłaniali się; dygali i 

background image

odrzucali  na  widownię  papierowe  róże,  które  miotała  im  pod  stopy  ciotka,  co 

trwało chyba cały migodzinami, dopóki wuj Filip nie krzyknął: 

-  Światła  na  widowni!  -  i  wtedy  kurtyna  zamknęła  się  po  raz  ostatni.  Wuj 

natychmiast wyłączył swój promienny uśmiech i objął za szyję bezsilnego łabędzia. 

-  Dobra  robota,  stary  -  powiedział  do  ptaka.  Drewniana  głowa  kukiełki  zwisała 

bezwładnie. 

-  Czy  mam  coś  jeszcze  zrobić?  -  spytała  Melania.  Kiedy  napięcie  opadło, 

poczuła mdłości i dreszcze. 

- Nie. Zabieraj się stąd. 

Odszukała, więc swoje buty i poszła. Ciotka Małgorzata i Francie ucałowali 

ją, a Francie powiedział: 

- Świetnie się spisałaś, naprawdę świetnie. 

Zatem  już po wszystkim. Debiut  miała za sobą i powróciła do życia. Pióra 

wczepiły się jej we  włosy i była cała pokryta kurzem.  Uczesała się,  wyskubała z 

włosów kwiaty i pióra, a potem przebrała się w codzienną spódnicę i nowy sweter, 

który  przyjaźnie  otulił  jej  ramiona.  Mimo  to  wciąż  czuła  się  jakaś  odległa  i 

oderwana od świata. 

Na  podwieczorek  dostali  świąteczne  ciasto  czekoladowe,  udekorowane 

maleńkim  cukrowym  ptaszkiem,  którego  zjadła  Wiktoria.  Ciasto  wydało  się 

Melanii  nadzwyczaj  egzotyczne  i  nieprawdopodobne,  jak  wytwór  wyobraźni. 

Zjadła kawałek, ale nie czuła smaku. Osoby siedzące przy podwieczorkowym stole 

były  niewyraźne  i  obce,  niczym  ich  miniaturowe  odbicia  w  czarodziejskiej  kuli. 

Melania  patrzyła,  jak  wuj  Filip  opróżnia  kolejno  cztery  ozdobione  zielonym 

szlaczkiem  filiżanki  herbaty,  i  wyobraziła  sobie,  że  ciecz  zamienia  się  w  urynę, 

przepływając  przez  nerki  -  wuj  niby  alchemik  umiał  dokonywać  transmutacji 

płynów. Potrafił też przemieniać drewno w łabędzie. Na wąsach osiadły mu resztki 

czekoladowej  polewy  -  w  co  zamieni  czekoladę?  Czekała  w  głębokim  skupieniu. 

background image

Milczenie  wuja  posiadało  masę,  wysokość  i  ciężar.  Sięgało  aż  do  nieba. 

Wypełniało  pokój.  Wuj  był  ciężki  jak  Saturn.  Jadła  przy  tym  samym  stole,  przy 

którym siedziało to żywiołowe milczenie, mogące ją zetrzeć na proch. 

Ale  spojrzenie  Melanii  powracało,  co  chwila  do  obłudnie  zniekształconego 

obrazu w szklanej kuli. Zaczęła się zastanawiać, który stół jest prawdziwy, a który 

jest  tylko  odbiciem.  Polewa  czekoladowa  na  nożu  Melanii  nie  stanowiła 

empirycznego  dowodu,  ponieważ  zielona  gałązka  z  lakierowanego  papieru, 

zdobiąca  ciasto,  była  sztuczna.  Siła  ciążenia  wuja  Filipa  zajadającego 

podwieczorek spłaszczała całe otoczenie do grubości papierowych wycinanek. Me 

lania miała wrażenie, że nie rzuca cienia. 

Nie  pamiętała,  jak  dalej  przebiegał  wieczór,  ale  widocznie  jakoś  przebiegł, 

bo potem znalazła się w łóżku i zajęła szarą ziemię niczyją między jawą a snem. 

Szczęśliwa  Wiktoria,  mieszkająca  wciąż  w  mlekiem  i  miodem  płynącej  ziemi 

obiecanej, w raju, gdzie wąż jeszcze drzemie w przyszłości... bezmyślna Wiktoria 

spała jak kamień, ale Melania usłyszała drapanie do drzwi. Nie wierzyła własnym 

uszom. Udawała, że śpi w rodzinnym domu w swojej pasiastej pościeli, a za oknem 

jabłonka  rozkwita  szronem,  ale  mimo  to  drapanie  nie  ustawało,  więc  otworzyła 

oczy. 

Zza  zasłony  wsunął  się  do  pokoju  palec  księżycowego  światła.  Spoczął  na 

krańcu  łóżka,  oświetlając  jakąś  dziwną  pryzmę,  i  Melania  dopiero  po  chwili 

skonstatowała  z  ulgą,  że  to  jej  stopy  pod  kołdrą.  Znów  rozległo się skrobanie  do 

drzwi, a potem szept: 

- To ja, Finn. Chcę z tobą porozmawiać. 

Ona leży otoczona zapachem lawendy, a Finn chce z nią rozmawiać. Choć 

bardzo się starała, nie zdołała dostrzec w tym żadnej logiki. 

- Jeśli chcesz, to wejdź - powiedziała, pozwalając unieść się fali. 

background image

Ale czy to na pewno Finn? Nie było go widać w ciemności, a szept brzmiał 

anonimowo metaliczną chrypką. Czuła się trochę nieswojo, widząc cienistą postać, 

która lawiruje przez pokój w stronę łóżka, brodząc w bezszelestnym mroku niczym 

pływak. Słyszała jednak oddech Finna. To musiał być on. Jego oddech dźwięczał 

niby piła. Nikt inny tak nie oddychał. Kucnął przy łóżku. Pachniał też Finnem. Nikt 

inny nie pachnie jak Finn. Ale kryły go dzikie alikwoty nocy, a oddech zalatywał 

mocnym alkoholem, choć chłopak nie robił wrażenia pijanego. Dzwonił zębami tak 

głośno, jakby to były łyżki. Wiedziała już na pewno, że to Finn, i przestraszyła się, 

że chłopak jest w takim stanie. 

- Co się stało? 

-  Och,  Melanio,  och...  -  Szczękał  wciąż  zębami,  co  uniemożliwiało 

jakąkolwiek  komunikatywność.  Trząsł  się  na  całym  ciele.  Melania  dotknęła  jego 

rozpalonego od gorączki czoła, a Finn szarpnął się w tył, jak gdyby dotyk jej dłoni 

sprawił mu ból. 

- Jesteś chory! 

- Nie wiem. - Nie - powiedział, zaciskając zęby, żeby przestały dzwonić. 

Chory  i  żałosny  przyczołgał  się  do  jej  łóżka.  Nie  obchodziło  jej  jak  ani 

dlaczego.  Ważne,  że  tu  był.  Co  dalej?  W  tym  momencie  z  krzaczka  pelargonii 

spadł z papierowym szelestem zwiędły kwiat. O jeden kwiat mniej. 

-  Melanio  -  rzekł  Finn.  -  Czy  mogę  na  chwilę  wejść  do  ciebie  do  łóżka? 

Czuję się okropnie. 

Gdy  była  w  wieku  Wiktorii  i  zwidywały  jej  się  nocami  duchy,  biegła  w 

rozwianej  koszuli  nocnej  do  pokoju  matki,  a  potem  wciskała  się  w  przytulną 

szczelinę  między  rodzicami  i  spała  bezpiecznie,  otoczona  ich  ciałami,  których 

częścią była. 

- Ale...ach, no dobrze, chodź. 

background image

Obronnym gestem okryła się szczelnie kołdrą, ale nie umiała mu powiedzieć, 

żeby  sobie  poszedł.  Był  kompletnie  ubrany.  Zrzucił  buty,  jeden,  potem  drugi,  i 

wgramolił  się na łóżko obok niej,  przynosząc ze  sobą  wilgotny,  błotnisty  oddech 

otwartej przestrzeni. Miał wilgotne skarpetki. 

- Cały jestem oblepiony ziemią - powiedział. - Nie wiem, jak wytłumaczymy 

Małgosi  ten  brud  na  pościeli.  Melanio,  proszę  cię,  czy  mogłabyś  mnie  objąć, 

dopóki się nie rozgrzeję? 

Prosta i szczera prośba. Melania trzymała go w ramionach tak długo, aż w 

końcu  przestał  dzwonić  zębami.  Nie  wiedziała,  co  o  tym  myśleć.  Ich  spotkanie 

należało  do  nierzeczywistości  tego  dnia,  lecz  nocą  zdawało  się  nieco 

zwyczajniejsze,  jak  gdyby  miało  miejsce  już  wielokrotnie  przedtem.  Mosiężne 

guziki strażackiej kurtki Finna wbijały jej się w żebra. 

- Gdzie byłeś? - spytała w końcu. 

- W parku. 

- Coś ty tam robił w środku nocy, na Boga? 

- Byłem na pogrzebie. 

- Czyim? - zapytała przygotowana na wieść o śmierci. 

- Łabędzia. 

- Jak to? 

- Łabędź. Spoczywa w pokoju. Ten łabędź. 

- Pogrzebałeś łabędzia - powtórzyła, żeby lepiej zrozumieć jego słowa. 

-  Tak,  owszem.  -  Głos  Finna  brzmiał  dziwnie  swobodnie  i  nieważku.  -  - 

Najpierw  porąbałem  go  w  pracowni  na  kawałki.  Zszedłem  na  dół  i  porąbałem  go 

siekierką, którą  rąbiemy  zwykle  drewno na  opał.  Porąbałem  go na  małe kawałki. 

Bez trudu. 

- Och, Finn, nie... 

- Właśnie że tak. 

background image

Na  chwilę  przestali  szeptać.  Zasłony  wydął  nocny  wiatr.  Oczy  Melanii 

przywykły już do ciemności, widziała więc niewyraźny zarys twarzy leżącego obok 

Finna, ale nic ponadto. 

- Finn, przecież to potworne! 

- To tylko taki gest. 

Wpadli w nową otchłań milczenia i wydobyli się z niej dopiero po dłuższej 

chwili. 

- I zrobiłeś to zupełnie sam! - zdumiewała się Melania, wyobraziwszy sobie 

Finna, otoczonego od 

rąbanymi  kończynami  i  maskami,  obserwującymi  go  w 

pracowni, gdzie w każdym kącie czuło się obecność wuja Filipa. 

-  Bo  Francie  gra  w  mieście  na  skrzypcach.  W  Kilburn  odbywa  się  dziś 

całonocna zabawa irlandzka. Myślę, że poszedłby ze mną, gdyby został. Właśnie, 

dlatego chciałem wejść do ciebie, że Franciego nie ma. Musiałem mieć kogoś przy 

sobie, bo kiedy wróciłem do domu, poczułem się bardzo źle. - Finn wyciągnął się 

wygodniej  na  łóżku.  -  A  teraz  mi  dużo  lepiej.  Boże  kochany,  już  myślałem,  że 

nigdy się nie uspokoję. Marzłem i płonąłem jednocześnie. Jak gdybym umierał. 

W łóżku było dość miejsca dla nich dwojga, jeśli leżeli blisko siebie. 

-  Księżyc  troszkę  świeci  -  powiedział  Finn.  -  Znaczyłem  drogę  piórami. 

Zobaczyłem jakiegoś człowieka na spacerze z psem, spanikowałem i ukryłem się w 

krzakach. Kto wychodzi z psem o tej godzinie? Facet chyba zwariował. 

- Ale dlaczego porąbałeś łabędzia? 

-  Leżałem  w  łóżku  i  nagle  wpadło  mi  do  głowy,  że  powinienem  to  zrobić. 

Nie  wiem, dlaczego. Po prostu coś  mnie  naszło, żeby  zabić  jego  ptaka.  Golnąłem 

sobie na odwagę z flaszki Franciego. 

- Wuj cię zamorduje. 

Finn  nie  odpowiedział.  Wiktoria  zachichotała  przez  sen,  a  Melania 

powtórzyła: 

background image

- Zamorduje cię. - Pomyślała, że Finn oczywiście chce to od niej usłyszeć. 

- Więc wyłożymy karty na stół. Ja i on. 

- Och, głupi jesteś! 

- Ciszej. Obudzisz dziecko. 

- Moim zdaniem, jesteś opętany na punkcie wuja Filipa. 

- Nie truj - powiedział, jak gdyby byli małżeństwem od wielu lat. - Nie truj, 

to była okropna noc. Niech mnie Bóg strzeże przed niebezpieczeństwami nocy. 

Łóżko zadrżało. Odsunęła się instynktownie, bo pomyślała, że Finn chce jej 

dotknąć, ale po chwili zrozumiała z przerażeniem, że chłopak kreśli w powietrzu 

znak  krzyża.  Nie  wiedziała,  co  o  tym  wszystkim  sądzić.  Musiał  przejść  tej  nocy 

ciężką  próbę.  Podobnie  jak  ona,  kiedy  przymierzała  suknię  ślubną.  Finn 

przewędrował  w  parku  lasy  nocy,  w  których  nikt  nie  był  bezpieczny.  Ja  też  to 

przeżyłam, pomyślała, gotowa rozpłakać się za nich oboje. 

-  Pochowałem  łabędzia  koło  królowej  -  informował  Finn  tym  nieważkim 

głosem,  żeby  podtrzymać  rozmowę.  -  Myślisz,  że  to  ładnie  z  mojej  strony? 

Pomyślałem, że przynajmniej będą mieli towarzystwo. 

- Takie samo miejsce, jak każde inne - odparła Melania. 

- Właściwie nic jestem pewien; dlaczego poszedłem do parku, skoro mogłem 

wyrzucić  szczątki  do  kosza  na  śmieci.  Tylko  nie  wiadomo,  czemu  wydawało  mi 

się,  że  najlepiej  będzie  pochować  je  w  parku.  Ale  w  parku  zacząłem  chyba 

majaczyć,  wiesz?  To  straszne...  Byłem  pewien,  że  kamienna  lwica  idzie  moim 

tropem.  Słyszałem,  jak  powarkuje.  A  królowa  stała  wyprostowana  na  piedestale. 

Muszę  przyznać,  że  to  mnie  przeraziło.  Widziałem  ją  z  daleka,  ale  ona  też  mnie 

zobaczyła,  więc  zeszła,  żeby  znowu  położyć  się  na  ziemi.  I  rzeczywiście,  leżała, 

kiedy podszedłem. Suka jedna. I słyszałem w oddali, że ktoś gra na harmonii. To 

mnie zaniepokoiło najbardziej. 

- Co to była za muzyka? 

background image

- Drwisz ze mnie - powiedział z wyrzutem Finn. 

-Nie. 

-  Wziąłem  ze  sobą  łopatę,  żeby  wykopać  łabędziowi  grób,  ale  ciągle  ją 

upuszczałem. Wypadała mi z rąk, jak gdyby nie chciała iść ze mną. Poza tym szyja 

łabędzia nie dawała się porąbać. Siekierka po prostu odbijała się od niej. A swoją 

drogą,  siekierka  wystawała  mi  spod  płaszcza,  choć  go  zapiąłem,  żeby  ją  ukryć, 

więc rozglądała się dokoła po drodze, kiedy ją niosłem na miejsce ze szczątkami 

łabędzia  i  łopatą.  Miałem,  co  nieść,  wierz  mi.  Widząc  wystającą  spod  płaszcza 

szyję  łabędzia,  przypadkowy  przechodzień  mógłby  pomyśleć,  że  jestem 

ekshibicjonistą  i  się  obnażam.  Było  mi  wstyd.  Sprawdzałem  ciągle,  czy  mam 

zapięty rozporek. 

Finn opowiadał dalej. Równie swobodnie, jak dawniej. A nawet swobodniej. 

-  Wiem,  przez  co  przeszedłeś,  biedaku.  -  To  był  niedobry  dzień  dla  nich 

obojga.  Wyczuwała,  że  oboje  doświadczyli  czegoś  podobnego,  i  rozumiała  jego 

rozgorączkowanie. - Biedny Finn. 

- Ach, ale zniszczenie łabędzia było przyjemnością. 

- Wolałabym, żebyś tego nie zrobił. 

- On cię pokrył - powiedział Finn. - Posiadł cię. W pewnym sensie zrobiłem 

to dla ciebie, bo cię pokrył. 

- Nie zrobił mi krzywdy. 

- A poza tym wuj Filip go uwielbiał. 

- I co teraz będzie? 

- Nie wiem. Mogę się tylko domyślać. 

Leżeli  obok  siebie  spokojnie  niczym  małżeństwo,  które  sypiało  w  jednym 

łóżku przez cale wspólne życie. Wydawało jej się całkowicie normalne, że dzieli z 

Finnem  poduszkę,  ale  kiedy  znów  zamknęła  oczy,  znalazła  się  w  białym  igloo 

background image

skrzydeł łabędzia. Był tak wielki i potężny, że nie mógłby przestać istnieć w jednej 

chwili.  

-  Ten  łabędź  był  pokraczny  -  powiedziała.  -  Ale  wymagał  bardzo  wiele 

pracy. 

-  Wuj  włożył  w  niego  wszystkie  umiejętności.  Dlatego  ptak  musiał  zginąć. 

Och, jaki jestem zmęczony. 

- To śpij. 

- Wleci z trzepotem przez okno, żeby mnie straszyć. 

- Nie wleci. Głupi jesteś. 

- Surowo mnie traktujesz - zaprotestował Finn. 

- Bo mam jeszcze trochę zdrowego rozsądku. 

- Być może. 

- Zdejmij skarpetki. Są mokre. Przeziębisz się. 

Kiedy Finn wykonywał polecenie, łóżko nawiedziło słabe trzęsienie ziemi. 

-  Trawa  była  mokra,  sięgała  mi  nad  cholewki  i  dlatego  przemoczyłem 

skarpetki. I bardzo wysoka. Czemu trawa w nocy wydaje się wyższa niż w dzień? 

- Nie wiem. Ja też to zauważyłam. 

Po chwili ułożyli się wygodnie do snu. Finn chrapał, czego można się było 

spodziewać, biorąc pod uwagę, że oddychał ustami, ale Melania wkrótce oswoiła 

się z tym odgłosem. I miała sen. 

Śniło jej się, że jest Jonatanem. Przez cały dzień była tak niepewna siebie, że 

niemal z ulgą przekonała się, iż w rzeczywistości jest Jonatanem. Świat widziany 

przez  jego  butelkowe  szkła  wydawał  się  ten  sam,  ale  nie  taki  sam.  Wyczuwała 

swoje  nagie  kolana  między  rąbkiem  nogawek  krótkich  szarych  spodenek  a 

swędzącym  uciskiem  podkolanówek  na  podwiązkach,  i  słyszała  uporczywy  zew 

morza.  Muszę  powrócić  w  wody  oceanów,  pomyślała.  Zew  był  bardzo  silny, 

niczym  cofająca  się  fala  morska.  Świat  widziany  oczami  krótkowidza  stał  się 

background image

niewyraźny - Melania była ślepym jak nietoperz Jonatanem, który nie może zasnąć 

w małym żelaznym łóżku, stojącym w bielonej wapnem jaskini na zboczu domu. U 

stóp  tylnej  ściany,  tam  gdzie  powinno  się  znajdować  podwórko,  rozbijało  się 

morze.  Jonatan  słuchał  śpiewających  wód  i  rozwrzeszczanych  mew,  aż  nie  mógł 

już dłużej wytrzymać i wstał z łóżka. 

Był  oczywiście  ubrany  w  białą  piżamę,  ozdobioną  spranymi  nieco 

wizerunkami samochodów wyścigowych. Na kołnierzyku widać było stempel z ich 

starej  pralni  na  wsi.  Jonatan  włożył  buty  i  szarą  flanelową  marynarkę  z 

emblematem  szkoły  na  lewej  piersi,  żeby  osłonić  się  przed  słonym  ukąszeniem 

powietrza.  Wziął  okulary  leżące  na  krześle  przy  łóżku  i  ostrożnie  otworzył  drzwi 

na korytarz.  

Uwięziony  w  świetliku  księżyc  pomrugiwał  do  niego  chwilami  zza 

pędzących przez jego oblicze chmur. Jonatan zszedł ostrożnie na dół. Jego postać 

zaczęła migotać, a Melania ujrzała, że jak na źle wyświetlonym filmie jej sylwetka 

nakłada się na sylwetkę Jontana i oboje skradają się na dół korzystając z tej samej 

pary stóp. Jedno z syjamskich bliźniąt drżało ze strachu, kiedy mijali pozamykane 

drzwi, wyobrażając sobie wścibskie oko za każdą kolejną dziurką od klucza. Ale 

Jonatanowi  było  wszystko  jedno  i  sylwetka  Melanii  wkrótce  zniknęła.  Jonatan 

ruszył  przez  sklep,  w  którym  światło  księżyca  lśniło  na  polerowanym  drewnie,  a 

papużka  wyglądała  jak  z  litego  srebra,  i  wszedł  do  pracowni,  gdzie,  tak  jak 

przypuszczał, panował jasny dzień. 

Zza  rozsuniętej  kurtyny  na  scenie  wpadało  do  pracowni  światło  dzienne. 

Pejzaż  nadmorski  pędzla  Finna  mienił  się  blaskiem,  a  wszystkie  drobne  fale 

zdobiły  białe  grzywy.  Niebo  było  niebieskie  i  świeciło  słońce.  Piękny  dzień. 

Jonatan  patrzył,  jak  na  malowana  woda  rozpuszcza  się  i  przemienia.  Wirowała, 

rozpryskując  się  na  piaszczystym  brzegu,  na  którym  połyskiwały  ziarna  miki. 

Daleko  na  morzu  bawiły  się  wesoło  delfiny,  koziołkujące  w  wodzie.  Ujrzawszy 

background image

Jonatana zaczęły wołać wysokimi, nosowymi głosami: „Cześć, Jonatan! Nareszcie 

jest Jonatan!” Zawsze wiedział, że delfiny mówią. Czytał o tym w jakiejś książce, 

którą wypożyczył z biblio teki. Pod jego nogami chrzęścił piasek, jak gdyby ktoś 

miażdżył  zębami  płatki  kukurydziane.  Szedł  brzegiem  morza,  a  jego  okulary 

szarpała świeża bryza. Wizja zniknęła, ale nie odwrócił się, żeby zobaczyć, w jaki 

sposób i gdzie się podziała. 

Potem  natknął  się  na  piasku  na  małą  łódź  wiosłową,  wyposażoną  w  parę 

tkwiących w dulkach wioseł. Ściągnął ją na brzeg, zepchnął w wodę i wszedł na 

pokład.  Stojąc  na  dziobie,  osłonił  ręką  oczy  i  zbadał  wzrokiem  horyzont,  aby 

upewnić  się,  że  statek  jest  na  swoim  miejscu.  Za  chwilę  miał  wyruszyć  w  rejs. 

Jonatan powiosłował ku statkowi z delikatnym pluskiem. Kiedy był już blisko, na 

burcie  rozwinęła  się  drabinka  sznurowa.  Usłyszał  ostrzegawczy  gwizd  -  chcieli 

wezwać go na pokład gwizdkiem bosmańskim, tak jak należy. Okulary zasnuły mu 

się  kropelkami  wody.  Zdjął  je  niecierpliwie  i  wrzucił  do  wody,  bo  już  ich  nie 

potrzebował.  Zatonęły,  pozostawiając  na  powierzchni  smugę  bąbelków,  które 

zaczęły pękać. 

Melania  obudziła  się.  Pokój  był  niewyraźną  mgiełką  krótkowidza,  a  ręce 

bolały  ją,  jak  gdyby  wiosłowała.  Wytrząsnęła  z  oczu  ślepotę  i  w  końcu  stała  się 

sobą. Rozluźniła dłonie. Było już rano. Wiktoria siedziała na podłodze przy łóżku, 

wpatrując  się  w  nią  pytającym  wzrokiem.  Udało  jej  się  jakoś  wygramolić  z 

wysokiego  łóżeczka.  Koszulkę  miała  zadartą  i  siedziała  brzoskwiniową  pupką  na 

gołych deskach.  

- Chodź do mnie, bo półnago zaziębisz się na śmierć, Wiktorio. 

- A dlaczego on jest z tobą w łóżku? 

Melania zapomniała o Finnie. Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Spał, 

podparłszy  policzek  brudną  ręką.  Uszy  miał  zasłonięte  kurtką.  We  śnie  wyglądał 

słodko i dziecinnie. Wciąż chrapał. 

background image

- Kiepsko się poczuł wieczorem - powiedziała bez namysłu Melania. 

-  Rozumiem,  rozumiem  -  odparła  Wiktoria,  papugując  z  zadowoleniem 

sposób mówienia dorosłych, a Melania jeszcze raz zaprosiła ją do łóżka. 

-  Chcę  do  cioci  Magosi!  -  oświadczyła  Wiktoria,  ściągając  buntowniczym 

gestem  koszulkę  nocną.  Naga  jak  ryba,  kręciła  się  po  pokoju,  podśpiewując:  - 

Ciociu Magosiu! Ciociu Magosiu! 

- Och, Wiktorio, bądź cicho! 

Finn uniósł się na łóżku, tocząc mętnym spojrzeniem. 

- Na litość boską, Melanio, ucisz tego bachora! 

Jak  gdyby  od  lat  byli  małżeństwem,  a  Wiktoria  ich  dzieckiem.  Ujrzała 

proroczą wizję, kiedy Finn usiadł obok, ubrany w swoją cudaczną kurtkę, brudny w 

czystej pościeli i ziewający tak szeroko, ze widziała żebrowanie czerwonej katedry 

jego  ust  i  pożółkłe  zęby,  które  wyglądały  jak  niezdrowi  chórzyści.  Wiedziała,  że 

pewnego  dnia  wezmą  ślub  i  spędzą  razem  życie  we  wszechogarniającym 

plugastwie, brudzie, nieporządku i niechlujstwie, już zawsze, po wsze czasy. Będą 

płakać dzieci, dookoła wieczne pranie, a ona do końca swoich dni będzie przypalać 

tosty.  Żadnego  splendoru,  romantyczności  czy  uroku.  Żadnej  fantazji.  Wyłącznie 

bałagan i rudowłose dzieci. Ta myśl wzbudziła w niej sprzeciw, 

-  Nie!  -  wykrzyknęła  tak  głośno,  że  Wiktoria  skamieniała  w  bezruchu  i 

zaczęła  wrzeszczeć,  oburzona  gwałtownością  jej  reakcji.  -  Nie,  ja  cię  nie  chcę, 

Finn! 

- Daj spokój - rzucił Finn z nutką dawnej beztroski w głosie. - Jeszcze z tobą 

nie spałem. 

-  Właśnie  o  to  mi  chodzi  -  powiedziała  z  rozpaczą.  -  Jesteś  wiecznie... 

brudny. 

Finn rzucił Wiktorii paczuszkę gumy do żucia. 

background image

- Pożuj sobie - poradził. Tego ranka jego zez szczególnie rzucał się w oczy. 

Finn z czułością pociągnął Melanię za włosy. On też wiedział, co będzie. Byli ze 

sobą  związani,  czy  tego  chcieli,  czy  nie,  a  Finn  czekał  tylko  stosownej  chwili. 

Szarpnął  mocniej,  ponieważ  nie  zareagowała.  -  Co  się  stało?  Co  cię  gryzie, 

skarbie? 

-  Czy  „skarb”  to  ma  być  jakieś  irlandzkie  zdrobnienie?  -  zapytała,  kierując 

rozmowę na boczny tor. 

-  Wydaje  mi  się, że  jest dość  rozpowszechnione i  na  Wyspach  Brytyjskich. 

Ale co ci jest? Nie mogłaś spać? 

W  przygnębiającym  poczuciu  nieuchronności  Melania  wsparła  się 

bezwładnie o  jego  ramię,  a  Wiktoria  zakrztusiła  się gumą.  Melania czuła się  tak, 

jak gdyby od lat chodziła z Finnem do łóżka. Podświadomie pragnęła, żeby okazał 

zaskoczenie  albo  aprobatę,  ale  on  tylko  otoczył  ją  ramieniem  z  prostoduszną 

tkliwością. 

- Miałam bardzo dziwny sen - powiedziała po woli i niechętnie. 

- Naprawdę? 

- Śniło mi się, że jestem Jonatanem... - Dobrze zapamiętała ten złowieszczy, 

znaczący sen. Pomyślała, że łóżko kołysze się jak łódź, ale to tylko Finn drapał się 

pod pachą. Nie miał wstydu. Będzie musiała się do tego przyzwyczaić. 

- Co ci się śniło, skarbie? 

-  Że  Jonatan  odpłynął.  Sen  był  bardzo  wyraźny.  A  ja  jak  gdyby  byłam 

Jonatanem. 

- Ale to był tylko sen. 

- Tak - rzekła z powątpiewaniem. 

-  Mnie  się  kiedyś  śniło,  że  umarłem  i  poszedłem  do  nieba  -  wtrącił  Finn.  - 

Wyglądało  jak  wesołe  miasteczko,  wszędzie  stały  automaty  do  gier 

zręcznościowych i elektryczny bilard. 

background image

- Czy to był złowieszczy albo proroczy sen? 

- Nie wiem. Może. Następnego dnia użądliła mnie pszczoła. 

- Co takiego? 

-  Właśnie,  dlatego  mam  zeza.  To  było  w  tym  sierocińcu  u  zakonnic,  po 

śmierci mojej matki. Pewnie, dlatego śniło mi się, że poszedłem do nieba. Ale ja 

widziałem  niebo  siedmiolatka,  pełne  cukrowej  waty,  i  zapomniałem  o  mamie, 

niech Bóg da jej wieczne odpoczywanie, kiedy tylko włączyłem automat do gry w 

piłkę nożną.- Finn wyjął wymiętą paczkę papierosów i zapalił. 

- No a co było z tą pszczołą? 

-  Bawiłem  się  w  ogrodzie,  bo  wszystkie  zakonnice  się  modliły.  Zerwałem 

różę, a wtedy z kwiatu wyleciała pszczoła. Była rozjuszona, bo jej przeszkodziłem, 

kiedy  zajmowała  się  swoimi  sprawami  i  zapylała  kwiat.  Użądliła  mnie  w  prawe 

oko. Miałem szczęście, że nie straciłem w nim wzroku. 

- O rany - powiedziała Melania. - Bolało? 

- Już nie pamiętam. Zakonnice były bardzo miłe, dawały mi dużo galaretki, 

ciastek i świętych obrazków, kiedy wracałem do zdrowia. Masz coś, czego można 

by użyć jako popielniczki? 

-Nie. 

- Ach tak. No, trudno. Będę strzepywał popiół do buta. 

- Pora wstawać - powiedziała Melania, odrzucając kołdrę. 

Finn leżał, obserwował ją i palił. Jego zez nie wydawał się już tak wyraźny, 

kiedy  dowiedziała  się,  co  było  jego  przyczyną.  Wyobraziła  sobie,  jak  mały, 

rudowłosy  Finn  ufnie  sięga  po  różę  i  po  chwili  jego  oczy  eksplodują  z  bólu,  a 

zakonnice klęczą, rozmyślając o Kalwarii. 

- Przykro mi z powodu twojego zeza. 

- Już się przyzwyczaiłem. Bez niego nie byłbym sobą. 

background image

Rozpięła  bluzę  od  piżamy  i  przebiegł  ją  dreszcz  niepokoju,  kiedy  się 

rozbierała,  ale  po  chwili  przyszło  jej  do  głowy,  że  ostatecznie  Finn  już  nieraz 

oglądał  ją  bez  ubrania.  Tak  czy  inaczej,  jakby  nie  zauważał  jej  nagości,  bo  leżał 

tylko, palił i strząsał popiół do stojącego pod łóżkiem buta. Melania włożyła swój 

niebieski  sweter  i  zaczęła  ubierać  Wiktorię.  Na  nieużywanej  kieszonce  nocnej 

koszuli dziewczynki był wyhaftowany jacht. 

-  Ale  ja  nie  mogę  pozbyć  się  wrażenia,  że  mój  sen  jest  proroczy.  Mam 

nadzieję, że Jonatanowi nie stało się nic złego. Och, Finn, oby mu się nic stało. 

Nie odpowiedział. 

- Finn?  

Na jego twarzy widać było wyraz przerażenia. 

-  Jezu  -  powiedział.  -  Przecież  ja  wczoraj  za  mordowałem  łabędzia. 

Musiałem być schlany jak świnia. 

 

IX 

 

Spłukała  z  oczu  zimną  wodą  strzępy  absurdalnej  nocy.  Lodowaty  szok 

wodny  dobrze  zrobił  Melanii,  bo  aż  zabrakło  jej  tchu  -  woda  ją  uderzyła,  była 

namacalna.  Woda  to  woda.  Nie  można  z  nią  dyskutować.  Ona  po  prostu  jest. 

Ściekała jej po twarzy, kiedy Melania, uniósłszy głowę znad prychającego kranu, 

zauważyła, że gdzieś zniknęły zęby wuja Filipa. Kubek stał na miejscu, w środku 

pozostała mętna woda, kawałki gnijącego pożywienia; usunięte ze szczelin między 

zębami,  nadal  tworzyły  na  dnie  biały  osad,  ale  paskudny  plastikowy  zgryz 

znajdował się gdzie indziej. A zatem wuj Filip już wstał mimo tak wczesnej pory. 

Było  naprawdę  bardzo  wcześnie.  Disneyowskie  ryby  harcowały  na  plastikowej 

zasłonie z większym animuszem, ponieważ zęby wuja Filipa zniknęły. Z pęknięcia 

w umywalce sterczał siwy włos, a ręcznik lepił się od wilgoci. Czyżby wuj umył 

background image

się, oskrobał zarost i wyszedł gdzieś samotnie? Czy to możliwe? Zastanawiała się 

nad tym, myjąc zęby, kiedy wypluwała białą ślinę i płukała usta. 

Ktoś  przykręcił  do  ściany  nowy  wieszaczek  na  trzy  nowe,  dziecięce 

szczoteczki do zębów. Melanią z niejaką ulgą spostrzegła, że na przekór jej snom 

szczoteczka  Jonatana  wciąż  pręży  swój  wytarty  i  sfatygowany  łebek.  Gdyby 

wyjechał  na  dobre,  zapewne  zabrałby  szczoteczkę  ze  sobą.  Ale  (tu  z  przerażenia 

połknęła  grudkę  pasty  o  smaku  lodowatej  mięty)  niekoniecznie.  Umyła  jednak 

twarz w dobrej, prawdziwej wodzie i była gotowa śmiać się ze swego snu. Czysta i 

przy  zdrowych  zmysłach  nie  spodziewała  się,  że  wróciwszy  do  pokoju,  zastanie 

Finna w swoim łóżka, i z początku go nie zauważyła. Dzięki Bogu, znów jestem 

normalna, pomyślała. 

Częściowo  ubrana  Wiktoria  wgramoliła  się  z  powrotem  do  łóżeczka  i 

spoglądała groźnie zza jego prętów, trzymając się dwóch z nich obiema rączkami. 

Między  jej  atłasowymi,  przykucniętymi  udami  uśmiechała  się  pionowa  fałda 

kobiecości. 

- Ależ ty jesteś nieprzyzwoita, Wiktorio. 

Ale  Wiktoria  rzucała  wciąż  groźne  spojrzenia,  nie  zwracając  uwagi  na 

Melanię. 

- Ten niedobry Finn jest jeszcze w łóżku. 

A  więc leżał  w nim  przedtem  i  leży  w  nim  teraz.  Zagrzebał  się  głęboko,  a 

jego przygarbiona postać tworzyła na łóżku niewielki kurhan czy kopiec, jak gdyby 

to  była  równina  Salisbury.  Melania  odciągnęła  kołdrę.  Finn  leżał  zwinięty  w 

wymowny kłębek, niczym połykająca własny ogon ryba na talerzu. Należałoby go 

przybrać gałązkami natki i plasterkami cytryny. 

- Finn? Finn! 

- Zbieram siły - powiedział. Powieki miał zaciśnięte. 

- Z łazienki zniknęły zęby wuja Filipa. 

background image

- No, więc tym łatwiej mnie pożre. Są w jego ustach, to chyba oczywiste. 

- Może wyjechał w podróż? 

-  Akurat,  też  coś.  Wstał  raźny  i  żwawy,  i  wcześnie,  żeby  się  na  mnie 

wyżywać. 

- Myślałam, że chcesz mu stawić czoło. 

- Ale teraz odzyskałem zmysły. 

- A może zrobił sobie dzień urlopu? 

- Gdyby wszystkie moje „moża” się sprawdzały, nie siedziałbym teraz tutaj, 

tylko karmiłbym swoją jedyną świnię jako małorolny chłop spod Galway. 

O  szyby  tłuką  postrzępionymi,  bezmyślnymi  skrzydłami  stada  brązowo 

upierzonych  „móż”.  Słyszała,  jak  wrzeszczą  i  gdaczą.  Ale  jedna  smutna,  zmokła 

kura  trzepocze  wewnątrz  domu.  To  cud.  Włosy  ciotki  Małgorzaty  powiewały 

niczym  czerwona  flaga  radości.  Wuj  Filip  zabrał  Jonatana  fiołkowym  świtem  na 

zlot  miłośników  modeli  pływających,  odbywający  się  gdzieś  nad  sztucznym 

jeziorem pod Londynem. 

- Ojej - powiedziała Melania, która wolałaby dotknąć Jonatana i upewnić się, 

że to tylko sen. Ale wiadomość o tej wyprawie brzmiała tak nieprawdopodobnie, że 

musiała być prawdziwa. Było w niej coś z sądu Bożego, co podobałoby się wujowi 

Filipowi. 

W  kuchni  zapanowała  taka  wesołość,  że  Melania  zapomniała  wkrótce  o 

wszelkich  wątpliwościach.  Nawet  bekon  podskakiwał  i  trzeszczał  z  radości  na 

patelni, że nie ma wuja Filipa. Tosty zajęły się figlarnym płomieniem i nie była to 

wcale katastrofa, jak potraktowałby ten wypadek wuj, tylko zwykły żart. 

„Mogliście dłużej pospać” - napisała ciotka Małgorzata. 

Nie wystroiła się w najlepsze ubranie, a jej pończochy były tak dziurawe, że 

przypominały sita, ale mimo to ciotka była piękna i uśmiechała się bez wysiłku, a 

ruchy  miała  pewne  i  pełne  słodyczy,  nie  przypominające  ruchów  zgłodniałego 

background image

wróbla zimą, jak wtedy, kiedy patrzył na nią Filip Flower. Obsiedli stół i resztkami 

chleba wymazywali żółtka jaj z talerzy. Złowrogie krzesło wuja Filipa stało puste, 

jak skorupa groźby albo puste siedzisko przy stole króla Artura. 

- A niech to szlag trafi - powiedział Finn. - Usiądę na jego krześle. 

Dłoń ciotki Małgorzaty podfrunęła ku jej skonsternowanym ustom. 

- Nie pękaj, Małgoś. Krzesło mnie nie pochłonie. 

Zajął  honorowe  miejsce  przy  stole  niczym  Król  Głupców,  karmiąc  psa 

kanapkami z marmoladą, które zwierzę wydawało się uwielbiać. Po chwili można 

było odnieść wrażenie, że nie ma nic niezwykłego w miejscu, które zajął Finn. 

- Finn jest tatusiem - powiedziała Wiktoria z grubą satysfakcją. 

-  Jeszcze  nie  -  odparł  Finn.  -  Ale  pierwszemu  dziecku  damy  na  imię 

Bliskość. 

Melania  zakrztusiła  się.  Na  zewnątrz,  może  na  schodach,  stała  rozgadana 

grupka zezowatych, rudowłosych dzieciaków, walczących w tłoku o dostęp do jej 

brzucha. Francie grzmotnął ją w plecy i Melania doszła do siebie na, tyle, że mogła 

skończyć  śniadanie.  Miałaby  czego  żałować,  bo  tego  dnia  było  wyjątkowo  sute. 

Jajka  na  bekonie, pieczarki, pomidory,  smażony  chleb  i  ziemniaki,  odsmażone  na 

smalcu. Ciotka Małgorzata poświęciła chyba wszystko, co znalazła w spiżarni i co 

nadawało  się  na  patelnię.  Podała  też  fasolkę  konserwową,  za  którą  przepadał 

Francie. Rdzawe plamy po sosie pomidorowym pojawiły się na jego krawacie, tym 

razem z odświętnego atłasu, drukowanego w ptaszki. Na pewno dostał ten krawat 

w prezencie. Nie śpieszyli się i wszyscy podjedli do syta, nawet ciotka Małgorzata. 

Siedzący  wciąż  na  krześle  wuja  Filipa  Finn  wydawał  się  Melanii  wyższy  i 

ważniejszy niż zwykle. 

- Nie otwierajmy dziś sklepu - powiedział. 

Krzesło nadawało mu powagę. Wszyscy popatrzyli na niego przeciągle. 

background image

-  Bo  trzeba  wam  wiedzieć  -  ciągnął  dalej  Finn,  zapalając  pompatycznym 

gestem papierosa „Sweet Afton” - że wczoraj wieczorem porąbałem łabędzia wuja. 

Cisza zgęstniała niczym stygnący tłuszcz na ich talerzach. 

- Ty stuknięty palancie - wydyszał niemal z podziwem Francie. 

Ciotka Małgorzata, odarta z urody, przygarnęła Wiktorię do piersi, jak gdyby 

była tarczą albo talizmanem. Dziewczynka wierciła się i wyrywała z jej objęć. 

 A  więc  nie  będziemy  otwierać  dzisiaj  sklepu.  Urządzimy  sobie  zabawę 

Stypę po łabędziu. Z muzyką i tańcami. Albo nie, nie będziemy tańczyć. 

- Porąbałeś łabędzia - powiedział z przerażeniem Francie, rozchylając usta i 

odsłaniając  zęby,  przypominające  wyszczerbiony  mur.  Francie  zaczął  się  śmiać 

potężnym głosem, skręcając się na krześle, i raz po raz wykrzykiwał: - Zrobił to! 

Finn to zrobił! I bardzo dobrze! Zuch! - Pochylił się nad sto łem, roztrącił zastawę, 

przewrócił słoik z marmoladą, chwycił dłoń Finna, ściskał ją i śmiał się tak, że po 

jego szorstkich policzkach zaczęły spływać łzy. 

Ciotka Małgorzata zmiękła pod naporem śmiechu. Na jej twarzy pojawiło się 

słońce. Po raz pierwszy, odkąd Melania ją poznała, ciotka wydawała się rozważać 

własne widoki na przyszłość, kiedy będzie mogła robić, co jej się żywnie podoba, 

ubierać  się,  jak  chce,  a  może  nawet  rozewrzeć  zamknięte  wargi  i  mówić.  Albo 

śpiewać. Otworzyła nawet usta, zapominając, że jest niema. Zadrżały, by zamknąć 

się ponownie w grymasie uśmiechu. 

Potem  wszyscy  zaczęli  zmywać,  chichocząc  i  ochlapując  się  wzajemnie 

wodą.  Był  to  mydlany  karnawał.  Bańki  unosiły  się  w  powietrzu,  pękały  z 

wilgotnym,  opalizującym  cmokaniem,  a  Wiktoria  tarzała  się  po podłodze,  goniąc 

je,  kiedy  znikały.  Wycierali  właśnie  filiżanki,  gdy  Finn  z  namysłem  zdjął  z 

wieszaka na ściance kredensu kubek wuja Filipa. Był śliczny, zdobiony napisem z 

liter przypominających pączki róż. Finn zważył kubek w ręku. 

- Jezus, Maria, Józefie święty - powiedział. - Dziś stałem się dorosły. 

background image

Wzniósł  ramię,  wycelował  i  cisnął  kubkiem  w  zegar  z  kukułką.  Maleńkie 

drzwiczki otworzyły się sprężyście, a kukułka wysunęła się i wyśpiewała kolejno 

godzinę czternastą, piętnastą i szesnastą. Melania nigdy  nie widziała, żeby bracia 

śmiali  się  do  rozpuku.  Francie,  niczym  częściowo  zdemolowana  wieża,  zawisł, 

pohukując  i  czkając  nad  zlewem,  a  Finn  tarzał  się  po  podłodze,  trzymając  się  za 

brzuch. Wiktoria złapała bakcyla i oszalała zupełnie, omal nie spadając ze śmiechu 

z kolan ciotki. Melanii ta scena nie wydawała się zbyt zabawna, chociaż ucieszył ją 

widok  śmiertelnych  skurczów  zegarowej  kukułki.  Wypchany  ptak  wrzasnął 

trzydzieści  jeden  razy,  a  potem  wycofał  się  raptownie  w  głąb  zegara.  Drzwi 

zatrzasnęły się za nim, wstrząśnięte dreszczem. Tykanie ustało. 

- I już po czasie - powiedział Finn, ocierając łzy. 

Przed nimi rozciągał się jeszcze cały dzień, a nie było nic do roboty. Jak w 

pierwszy dzień ferii, bo w istocie był to taki dzień. Na dworze zapanowała piękna 

zima.  Krańce  budynków  odcinały  się  wyraźnie  od  tła  i  nie  rzucały  cienia,  a  w 

powietrzu  nie  było  wcale  dymu.  Mały  ogródek  na  tyłach  domu  udawał,  że  jest 

wiosna, i stał już na paluszkach, by wypuścić listki. Finn otworzył okno w kuchni i 

wychylił  się  na  dwór,  wdychając  głęboko  powietrze.  Melania  nigdy  dotąd  nie 

widziała, by ktoś otwierał to okno. 

-  Czuję  zapach  morza  -  powiedział.  -  Przybył  z  Brighton  do  Wiktorii  z 

jednodniową wycieczką. 

-  Och,  Finn  -  powiedziała  zaniepokojona  Melania.  -  Naprawdę  czujesz 

morze? - Przypomniała sobie swój sen i fale rozbijające się o ścianę domu. 

-  Prawdę  mówiąc,  nie  -  przyznał.  -  Zagalopowałem  się.  Ale  wiesz,  co? 

Zamierzam się wykąpać. 

I wziął kąpiel. Wykąpał się z chwalebną starannością w wodzie gotowanej w 

nieskończoność w czajniku, a nawet umył włosy i poprosił ciotkę Małgorzatę, żeby 

mu  je  przycięła  nożyczkami  krawieckimi.  Gdy  się  już  wyszorował,  zachwycił 

background image

Melanię: wyglądał jak zrobiony z kości słoniowej i czerwonego złota, niczym mała 

drogocenna statuetka albo figurka szachowa. Poszedł do pokoju i wrócił ubrany w 

wyszperaną gdzieś świeżą, białą, elegancką koszulę z żabotem, nieco na niego za 

dużą. 

- Zabrakło mi czystych koszul, więc pożyczyłem jedną od Filipa. 

- Na pewno nie miałby do ciebie pretensji - powiedział Francie. 

Ciotka  Małgorzata  nawet  nie  przybrała  zaniepokojonej  miny.  Pogłaskała 

Finna po ramieniu i napisała: „Od tej chwili wszystko będzie inaczej”. 

Co  miała  na  myśli?  Ale  nie  było  czasu,  żeby  się  nad  tym  zastanawiać. 

Wszyscy poszli ubrać się odświętnie, ponieważ Finn był czysty. W pokoju, gdzie 

na  niepościelonym  łóżku  odciskał  się  wciąż  kształt  ciała  Finna,  Melania  wyjęła 

swoją śliczną zieloną sukienkę i nagle znieruchomiała, wciągając ją przez głowę. 

Nie  mogła  znieść  myśli,  że  ciotka  Małgorzata  wyjmuje  z  szafy  i  wkłada  swoją 

upiorną  szarą  suknię  -  nie  dzisiaj.  Melania  da  jej  swoją.  Ma  ich  jeszcze  wiele,  a 

nawet  gdyby  nie  miała,  mogłaby  żyć  zapasem  wspomnień  piętnastu,  prawie 

szesnastu  lat  ładnych  ubrań.  Po  namyśle  wzięła  jeszcze  czerwone  marokinowe 

pudełko, zawierające perły, które dostała na dzień bierzmowania. Skoro już dawać, 

to wszystko. Może byłoby dobrze pozbyć się swojej własności, tak jak  należałoby 

wyciąć wspomnienia i sny albo spłukać je do cna zimną wodą. 

Zapukała  do  drzwi  sypialni  ciotki  Małgorzaty  w  głębi  korytarza.  Ciotka 

otworzyła.  Była  w  białej  bawełnianej  halce,  a  jej  odsłonięte  ramiona  pokrywała 

gęsia skórka, bo kobieta zmarzła. 

- Chcę... - powiedziała Melania i urwała, nie wiedząc, jak podarować ciotce 

suknię. 

Ciotka pytająco uniosła rude brwi i  zaprosiła  ją gestem  do pokoju.  Melania 

nie była tu nigdy przedtem i weszła do środka, owładnięta dziwnym przerażeniem. 

background image

W  gipsowej  ścianie  kryła  się  szafa,  obok  zaś,  w  głębi,  sejf  -  a  więc  nie  w 

nogach łóżka, jak myślała. Łóżko było bardzo szerokie i rzeczywiście zapadnięte z 

jednej  strony,  gdzie  sypiał  zapewne  wuj  Filip,  sądząc  po  piżamie  w  paski, 

spoczywającej na pstrokatej pościeli. Pikowana kołdra była bardzo stara, sprana i 

swojska,  nie  pasowała,  więc  do  agresywnie  nagiego  pokoju.  Melania 

przypuszczała, że kołdra należy do ciotki Małgorzaty i dawno temu przybyła z nią 

z Irlandii. Przy łóżku stało zwyczajne, drewniane krzesło z prostym oparciem, a na 

krześle  budzik,  opatrzony  bardzo  wyraźnymi,  czarnymi  cyframi  i  zwieńczony 

metalowym dzwonkiem;  

z  pewnością  budził  ostrym  terkotem.  Poza  tym  na 

krześle  nie  było  nic  więcej.  Z  sufitu  zwisała  żarówka,  osłonięta  kloszem  z 

różowego plastiku, a na podłodze leżał brązowy kwadratowy dywan, tak wytarty, 

że widać było nawet splot nici podkładu. Na kominku znajdowała się tylko jedna 

fotografia.  By  ło  to  zdjęcie,  które  stało  również  na  kominku  jej  rodziców, dopóki 

go nie podarta. 

-  Och  -  powiedziała  Melania.  Oto  jej  matka  w  białej  sukni,  ojciec,  jego 

rodzina i wuj Filip. Fotografia była oprawiona w wąską, mosiężną ramkę. Melania 

usiadła na łóżku. - W tym domu straszy - rzekła, a ciotka Małgorzata naskrobała w 

notesie: 

„Co masz na myśli?” 

-  Tę  fotografię.  Wytrąciła  mnie  trochę  z  równowagi.  Za  chwilę  dojdę  do 

siebie. 

„Biedactwo.  Pewnie  zrobiło  ci  się  smutno”  I  ciot  ka  Małgorzata 

zamaszystym ruchem zdjęła zdjęcie z kominka, żeby je schować.  

Bawełniana  halka  czy  też  koszulka  ciotki  trzymała  się  na  szerokich 

ramiączkach i zasłaniała jej dekolt, ale pod szyją było widać dwa przypominające 

solniczki wgłębienia. Małgorzata wyglądała w tym stroju niczym dziecko z obozu 

dla uchodźców, jak gdyby była zbudowana wyłącznie z kończyn i oczu. Włożyła 

background image

już  swoje  najlepsze  pończochy.  Otworzyły  się  drzwi  szafy,  odsłaniając  suknię, 

szarą i znieruchomiałą niby żona Lota, która odwróciła się za siebie. Szara suknia 

napawała  Melanię  zabobonnym  lękiem.  Jeśli  ciotka  ją  włoży,  nic  nie  pójdzie 

dobrze  -  może  postacie  na  zdjęciu  ożyją,  a  może  wuj  Filip  wróci  do  domu 

wcześniej i przyniesie karabin maszynowy. 

- Proszę - powiedziała, podsuwając sukienkę ciotce. - Pomyślałam, że zieleń 

będzie pasować do twoich rudych włosów. 

„To dla mnie? - napisała ciotka Małgorzata. - Pożyczasz mi sukienkę?” 

- Jeśli chcesz, daję ci ją na zawsze. 

Melania pomagała ciotce niczym pokojówka. Ułożyła jej pięknie suknię na 

ramionach, wygładziła spódnicę i zapięła zamek błyskawiczny na plecach. Ciotka 

stała  w  kamiennym  bezruchu  i  pozwoliła  Melanii,  żeby  ją  ubrała.  Wyglądała  jak 

wyniesiona do godności świętej. Trudno byłoby się dziwić, gdyby w pokoju zjawił 

się nagle anioł z posłaniem od Boga, dzierżący w ręku długą, białą lilię. 

- Gdzie masz grzebień, ciociu? 

Był na półce w szafie, obok plątaniny spinek do włosów. Melania zgarnęła 

wszystko  i  zaczęła  układać  ciotce  fryzurę.  Kazała  jej  usiąść  i,  jak  należy,  okryła 

ręcznikiem ramiona kobiety. 

Jak ona się czesze bez lustra? - pomyślała. 

Było  jej  szczególnie  przykro,  że  ciotka  nie  może  się  przejrzeć  w 

ciemnozielonej sukience, przy której jej włosy nabierały soczystej, świeżej barwy, 

a  cera  wydawała  się  bielsza  od  piany.  Włosy  ciotki  były  jedwabiste  i  śliskie  jak 

włoski  pięcioletniej  Wiktorii,  wymykały  się,  więc  spomiędzy  spinek  i  palców 

Melanii.  której  splecenie  i  malownicze  upięcie  kędziorów  zajęło  wiele  czasu. 

Potem  pomyślała;  nie.  Dziś  będzie  inaczej.  Wyciągnęła  spinki  i  włosy  ciotki 

rozsypały  się  deszczem  czerwonych  iskier.  Widok  przypominał  fajerwerki,  ale 

dzień piątego listopada dawno minął. Czerwień i zieleń, czerwone na zielonym, jak 

background image

barwy świąt Bożego Narodzenia, barwy ostrokrzewu rodzącego jagody purpurowe 

niczym krew. Melania cofnęła się, żeby zobaczyć efekt. 

Boże, pomyślała. Więc jestem taka chuda? Ciemnozielona sukienka leżała na 

ciotce idealnie, pozbawiając jej członki niezgrabności i przydając im jakiś gotycki 

wdzięk. Wystające kości biodrowe wyglądały, jakby zielenią odcisnął się na nich 

niewyraźnie  czyjś  kciuk.  No,  a  poza  tym  Małgorzata  miała  dosłownie 

pirotechniczne  włosy.  Melania  poczuła  się  jak  znana  z  hollywoodzkich  filmów 

„dobra  przyjaciółka”,  której  udaje  się  w  końcu  nakłonić  pospolitej  urody 

stenotypistkę, by zdjęła okulary i pozwoliła sobie zrobić makijaż. Jakie to proste. 

Ciotka  Małgorzata  jest śliczna,  młoda i  śliczna,  chichocze teraz  i  pyszni  się niby 

uradowany ptak, prezentujący dumnie nowe upierzenie. 

- Ładnie ci w niej - powiedziała Melania. - Na prawdę. Proszę, przyjmij ją w 

prezencie. Ja mam dużo sukienek. - Raczej miała. 

Ciotce przyszły wreszcie do głowy odpowiednie słowa i napisała: 

„Pożyczę ją od ciebie, ale tylko na dziś. Dopóki nie ma Filipa. Nie mogę jej 

przyjąć w prezencie”. 

- Nie. Zatrzymaj ją na zawsze. I to też. - Perły. Ciotka Małgorzata rozpłakała 

się  i nie  chciała ich wziąć. Melania opasała  jej nimi  szyję  i  nie  chciała słyszeć o 

odmowie. Oddaj wszystko, oddaj. 

„Zamierzałam włożyć swój srebrny naszyjnik” - napisała ciotka Małgorzata, 

a łzy kapiące z jej twarzy rozmazywały tekst. 

- Na dzisiaj się nie nadaje. 

„Dobrze, ale ja tylko pożyczam te perły!” 

Melania  wzruszyła  ramionami.  Chciała  je  oddać  bez  ceregieli  i  mieć  to  za 

sobą, nawet, jeśli z ramki ukrytej gdzieś fotografii obserwowała ją matka. Czuła się 

młoda, twarda i odważna, ponieważ rozdawała swoje relikwie. A perły ułożyły się 

prześlicznie,  wtulone  w  ciało  ciotki,  które  lśniło  tym  samym  blaskiem,  co  one. 

background image

Melania  miała  nadzieję,  że  zanim  minie  dzień,  ciotka  przywyknie  do  pereł  i 

pomyśli, że należą do niej od dawna. 

„A co ty włożysz, Melanio?” 

- Spodnie. 

- Nogi po samą szyję - powiedział Finn. - Masz bardzo ładne nogi. 

- Wieki nie chodziłam w spodniach. - Przez wuja Filipa. 

- A wuja Filipa nie ma. 

- Właśnie. 

Francie  siedział  w  kuchni  ze  skrzypcami  w  jednym  ręku  i  na  wpół 

opróżnioną butelką whisky w drugiej. 

- Jezu! - zwrócił się do Finna. - Nie żałowałeś sobie wczoraj gorzały! 

- W końcu mieliśmy Boże Narodzenie  - odparł Finn. - Poza tym był środek 

nocy i chciało mi się pić. 

-  Widzę  -  powiedział  jakby  pogardliwie  Francie.  -  Byłeś  pijany  jak  bela  i 

wymachiwałeś pewnie tą siekierką. 

Zaczął stroić skrzypce. Ciotka Małgorzata pchnęła drzwi do kuchni i weszła, 

niosąc  flet,  ubrana  w  sukienkę  Melanii,  perły  i  swoje  wspaniale  włosy.  Francie 

opuścił smyczek. 

- Moja kochana - powiedział. - Ładnie wyglądasz. 

- Taką cię pamiętam - powiedział Finn. - Z Irlandii. Kiedy jeszcze żyła nasza 

matka. 

Wyrosła między nimi wspólna, materialna przeszłość - lata spędzone razem, 

ich  dawny  dom,  rodzice.  Tamta  kobieta  ze  zdjęcia  w  sypialni  braci  to  ich  matka. 

Jak miała na imię? Jak z nimi rozmawiała, w jaki sposób okazywała, że ich kocha, i 

jakich  imion  czy  zdrobnień  używała,  zwracając  się  do  nich?  Czy  to  po  niej 

odziedziczyli  rude  włosy,  a  jeśli  nie,  to  jakie  włosy  miała?  I  jak  się  czesała? 

Melania  znała  tylko  jej  czujną  twarz  i  dotyk  martwych  powiek  tej  kobiety, 

background image

przekazany  jej  palcom  przez  Franciego  za  pośrednictwem  Finna.  Melania  chciała 

dzielić  z  nimi  wszystko,  całą  przeszłość.  Chciała  się  dowiedzieć,  kiedy  Francie 

zaczął  grać  na  skrzypcach  i  kto  podarował  Finnowi  pierwsze  farby.  I  jak  ciotka 

Małgorzata  spotkała  wuja  Filipa,  jakiego  sądnego  dnia?  A  kim  był  ich  ojciec? 

Pragnęła poznać wszystko, rodzinne dowcipy i miłosne listy ich rodziców, pisane 

przed  ślubem  (oczywiście  o  ile  pisywali  do  siebie  listy  miłosne),  ucięte  loki 

drogocennych  włosów  i  wycinki  z  pożółkłych,  starych,  lokalnych  gazet  z 

ogłoszeniami  o  narodzinach  dzieci.  Pomyślała,  że  umrze,  jeśli  nie  dowie  się 

wszystkiego. 

- Jaka była wasza matka? - zapytała Finna na początek. 

- Jak każda matka. 

Finn  znowu  pił  whisky.  Zaraz  popadnie  w  sentymentalny  nastrój.  Ale  nie 

uśmiechał się do Melanii, a ona ucieszyła się, że jego szeroki uśmiech satyra tkwi 

bezpiecznie na diabelskim obliczu na obrazie i nigdy już nie będzie jej krępował. 

Francie  i  ciotka  Małgorzata  zaczęli  grać  gigi  i  skoczne  tańce  szkockie,  Francie 

przytupywał nogą do taktu.  

- Postępuj trochę, Finn - powiedział.  

- Skończyłem z tańcem. 

- Niemożliwe. 

- Owszem, możliwe. Spadłem z dużej wysokości i porąbałem łabędzia, więc 

nie będę już tańczył. Po za tym jestem teraz w zasadzie człowiekiem obarczonym 

rodziną.  -  Finn  pociągnął  Melanię  za  włosy,  które  opadały  jej  luźno  na  ramiona, 

ponieważ mieli święto. 

- Chyba żartujesz - powiedziała z powątpiewaniem Melania. 

Finn przytulił ją. Nie mogła się jeszcze przyzwyczaić do bijącego od niego 

zapachu mydła. 

- Los popchnął nas ku sobie - oświadczył. 

background image

- Jesteś pijany. 

- Dopiero będę pijany. 

- Jesteś taki jak dawniej. 

- Nie. Nie przesadzajmy. 

Starał  się okazywać  radość, ale  jego  zachowanie nie  było spontaniczne, bo 

zbytnio  się  wysilał.  Melanii  zrobiło  się  żal  chłopaka  i  przysunęła  się  do  niego 

bliżej. Usiedli razem na stole. Whisky już się kończyła. 

Wiktoria miała różową wstążkę we włosach i była ubrana w swój kwiecisty 

fartuszek.  Nienaturalnie  podniecona,  piszczała  bez  przerwy  cienkim  głosem  i 

skakała  po  kuchni,  wdrapując  się  wszystkim  kolej  no  na  kolana  i  szarpiąc  ich 

ubrania, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Za bardzo hałasowali, żeby ją słyszeć - 

Francie  i  ciotka  Małgorzata, pochyleni  ku  sobie, grali  jak  jeden  mąż  i  rozkołysali 

kuchnię, na sześć ósmych, dziewięć ósmych, dwanaście ósmych, grali „Rolling in 

the  Barrel”, „In  the  Tap  Room",  „The  Earl’s  Chair”, „The  Morning  Dew”,  „Kitty 

Gone  A-Milking”,  „Galway  Rambler”,  „A  Trip  to  Athalone”  „The  Pope  on  the 

Hob”  Melodia  goniła  melodię.  Pies  siedział  na  dywanie,  wybijając  takt  ogonem. 

Od czasu do czasu Finn bębnił do wtóru łyżkami, aż wreszcie wypadły mu z rąk. 

Siedział  na  stole  obok  Melanii  i  tulił  ją,  co  chwila.  Nie  powstrzymywała  go,  bo 

właściwie  nie  wiedziała  jak  i  nie  była  pewna,  czy  chce,  żeby  przestał.  Kiedy 

nadeszła  pora  otwarcia  pubów,  Finn  wyszedł  do  miasta  i  wrócił,  pobrzękując 

butelkami guinnessa, choć Melania nie wiedziała, skąd miał pieniądze na piwo. 

-  Kupiłem  guinnessa,  żeby  udowodnić,  że  jesteśmy  Irlandczykami  - 

powiedział. 

Francie  i  Finn  namówili  Melanię  do  wypicia  kilku  łyków  melasowatej 

cieczy.  Francie  był  rozentuzjazmowany  jak  mały  chłopiec,  a  ciotka  wydawała  się 

młodsza od Melanii, bo była bardziej beztroska. „When you’re sick, is it tea you 

background image

want?”, „The Rakes of Mallow”, „Off she gors”. Gigi i tańce ludowe, raz, dwa, i 

hop. 

 Bez  wuja  Filipa  jest  o  wiele  przyjemniej  -  oświadczyła  Melania,  która 

wreszcie zaczynała się bawić. 

- Gdy wróci, uderzę go - zapowiedział Finn. - Francie odwróci jego uwagę, a 

ja  go  uderzę.  Potem  zostawimy  go  wszyscy  pełzającego  po  kuchni  na  podłodze. 

Dostanie nauczkę! Nic łatwiejszego. Nie przypuszczałem, że to takie łatwe. 

Sukienka Melanii przybrała na ciele ciotki kolor sośniny. Ciotka siedziała na 

najwyższej gałęzi choinki radości, grając z Franciem na flecie. Wiktoria turlała się 

po  podłodze.  Piętro  niżej  trwał  pogrążony  w  świątecznym  bałaganie  sklep,  a 

położoną  pod  nim  pracownię  zalegały  wciąż  nieuprzątnięte  pióra,  ale  kuchnia 

kipiała  wprost  radością.  („Soldier’s  Joy”,  „Huish the  Cat from  Under the  Table”, 

„Rakish Paddy” - znali nieprzebrane mnóstwo piosenek). Podłogę pokryty kapsle i 

puste  butelki.  Powietrze  zgęstniało  i  stało  się  niebieskie  od  papierosowego  dymu. 

Kiedy  zgłodnieli,  zjedli  zimną  gęś  z  nadzieniem,  ser,  chleb  i  babeczki,  a  potem 

znów  zabrzmiała  muzyka.  Finn  bezmyślnie  uraczył  piwem  Wiktorię,  która  nagle 

osunęła się nieprzytomnie na dywan. Leżała z głową między łapami psa. Kuchnia 

pogrążyła się w zepsuciu i rozpuście. 

- Uszanuję twoją niewinność i młodość - oznajmił Finn. - Nie masz się czego 

obawiać. 

- W takim razie dlaczego całowałeś mnie w parku, chociaż wiedziałeś, że nie 

sprawia mi to przyjemności? 

-  Nie  wiedziałaś,  że  ci  to  nie  sprawia  przyjemności,  dopóki  cię  nie 

pocałowałem. 

No tak, teraz jest już zdrowo narąbany, pomyślała. 

- Popatrz na mnie - powiedział Finn, odwracając ją ku sobie.  

- Po co? 

background image

- Popatrz na mnie. 

Patrzyli  na  siebie.  Czy  on  ją  chce  oczarować?  Przeglądała  się  w  czarnych 

źrenicach  jego  zezowatych  oczu,  tak  jak  kiedyś  w  parku.  „Na  twarzach  naszych 

znać serc związek szczery, a każda lustro ma w kochanka oku”. [Cytat z wiersza 

„Dzień  dobry”  w  przekładzie  Stanisława  Barańczaka  (przyp.tłum.).  John  Donnę, 

1572-1632, czyli Jack Donne, czyli dziekan katedry Świętego Pawła. W szkolnych 

wypisach z poezji, między fragmentami Szekspira i „Porwanym lokiem” Alexandra 

Pope’a. Uczennice uwielbiały Donne’a. A John Donne uważał, że dusze zespalają 

się ze sobą jak nerwy i mięśnie oczne, splatają się jak sznurki marionetek, wtedy, w 

noc upadku. Siedziała twarzą w twarz z Finnem  - i widziała w jego oczach swoje 

podwójne odbicie. 

- Nie pozwolę, żebyś mnie ponaglał - powiedziała z rozpaczą. 

Finn pochylił się i położył palec na jej ustach. 

- Ćśś. 

Kiedy na siebie patrzyli, muzyka umilkła. Skrzypce i flet leżały na podłodze. 

Francie i ciotka Małgorzata obejmowali się w niszczącym świat, miłosnym uścisku 

kochanków,  jak  gdyby  stali  o  północy  gdzieś  na  szczycie  wzgórza,  na  którym 

rozdzierający wiatr chłoszcze nad ich głowami gałęzie drzew. Brat i siostra uklękli. 

Na  kuchnię  spłynął  pokój.  Dym  zadrżał  i  rozwiał  się.  Mądry  pies  i  jego  portret 

spoglądali na nich bezpruderyjnym wzrokiem. 

- Chodźmy stąd - rzekł Finn. - Nic tu po nas. 

Melania spoważniała i szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Pozwoliła, by 

Finn wyciągnął ją z kuchni i zamknął za nimi drzwi. W innych pomieszczeniach 

domu  panował  chłód  i  biała  koszula  Finna  majaczyła  w  półmroku  niczym  góra 

lodowa. Chłopak zdjął z wieszaka swoją kurtkę strażacką i zapiął ją pod szyję. Był 

zupełnie trzeźwy. Może udawał tylko, że jest pijany. 

background image

-  To  kazirodztwo  -  szepnęła  Melania.  -  To  robili  królowie  i  królowe 

starożytnego Egiptu. 

- Tak - odparł Finn. 

- Nie wpadłabym na to - powiedziała. 

- Nie. 

-  Myślałam,  że  ciotka  bardziej  lubi  ciebie,  bo  jesteś  najmłodszy  z 

rodzeństwa. 

- A nie możesz się po prostu zamknąć? 

Poszli na górę, do sypialni braci. Ucieszyła się, że włożyła sweter, który pani 

Rundle  utkała  własnymi,  gospodarnymi  rękami  z  wełny  beczułkowatych  owiec, 

żywiących  się  zwykłą  trawą  i  swojsko  pobekujących.  Usiadła  na  łóżku.  Była 

przygaszona i milcząca. Finn wyciągnął się na łóżku Franciegn i palił. 

- Są kochankami. Od zawsze. Rozumiesz? 

- Tak - odpowiedziała cichutko. 

-  Są  dla  siebie  wszystkim.  Dlatego  wciąż  tu  mieszkamy,  bo  Francie  i 

Malgoś... - Finn urwał. 

-  Ale  ona  jest  znacznie  starsza  od  niego  -  powiedziała  Melania.  -  Musi  być 

starsza, na pewno. 

- Myślisz, że to ma jakieś znaczenie? 

- Może i nie - odpowiedziała po chwili. 

- Czy to szokuje taką przyzwoitą dziewczynkę, jak ty? 

Melania zastanawiała się przez chwilę. 

- Nigdy nie zetknęłam się z czymś takim. To znaczy z kazirodztwem. Nie w 

mojej rodzinie. 

Francie  i  ciotka  Małgorzata  zamknięci  w  uścisku  najbardziej  pierwotnej  z 

namiętności,  na  podłodze,  obok  kuchenki,  wśród  pustych  butelek  po  piwie, 

background image

brudnych  talerzy,  stojących  wciąż  na  stole  od  obiadu,  okruchów  sera  i 

obgryzionych gęsich kości. Wyżej, na ścianie, zegar z kukułką, który już nie działa. 

- A wuj Filip... 

-  Jest  rogaczem  -  oświadczył  ponuro  Finn.  -  Któremu  rogi  przyprawił  jego 

własny szwagier, czego nigdy by nie podejrzewał. 

- Podarowałam ciotce swoje perły - powiedziała Melania. 

- Chcesz, żeby ci je oddała? 

-  Nie.  Kocham  ją.  -  Była  to  prawda.  Mówiąc  te  słowa,  poczuła  w  duszy 

ciepłą i wyrozumiałą miłość. Franciego też kochała, nic nie mogła na to poradzić. - 

Perły to rybie łzy - dodała bez związku. 

- Co takiego? 

-  Rybie  łzy.  Perły.  Kto  by  pomyślał,  że  ryby  płaczą.  Nagle  sobie  o  tym 

przypomniałam. 

-  To  nasza  tajemnica  -  rzekł  Finn  nie  podejmując  tematu  łkających  ryb.  - 

Poznałaś  nasz  najskrytszy  sekret  i  wiesz,  czym  różnimy  się  od  innych  ludzi. 

Francie, Małgoś i ja. - Finn zgasił papierosa na podłodze. 

Noc  nadeszła  wcześnie.  Zaległa  nad  dachami,  a  wtedy  w  domach 

naprzeciwko zapaliły się światła, w tych dziwnych domach, w których ludzie nie 

mieli żadnych tajemnic. Melania siedziała na łóżku Finna, on na łóżku Franciego, a 

sekret  wypełniał  przestrzeń  między  nimi  i  wokół  nich.  Było  to  hieratyczne  i 

prastare  zjawisko.  Kazirodztwo  przywołane  na  dole,  na  wytartym  dywanie,  i 

kazirodztwo przywołane na górze, w cichej sypialni. 

- Mam nadzieję, że Wiktoria się nie obudzi - powiedziała Melania.  

Choć  zapadł  zmrok,  widziała  spopieloną  gałąź  w  kominku  -  wszystko,  co 

pozostało po wigilijnym święcie. Zorientowała się, że patrzy na nią, jak gdyby był 

to najważniejszy przedmiot, który zdarzyło jej się w życiu widzieć albo jak gdyby 

gałąź  mogła  nagle  zacząć  z  nią  rozmawiać  o  przeszłości,  teraźniejszości  i 

background image

przyszłości  i  o  wielkiej,  ogólnej  koncepcji  tych  pojęć,  w  której  kazirodztwo 

zajmowałoby wytłumaczalne miejsce. Ale była to tylko zwęglona gałąź. 

Dochodziło  wpół  do  szóstej  (pora  podwieczorku  w  zimowe  popołudnia, 

najbardziej brytyjska godzina dnia i roku), kiedy usłyszeli pierwszy trzask. 

- Och, nie - żachnął się Finn, odrzucając papierosa. - Nie! 

Kolejny trzask i przeraźliwy krzyk kobiety, który unosił się wysoko i czysto 

aż po najwyższą nutę, po czym zaczął opadać. Później rozległ się ryk wuja. Był tak 

głośny, że wyraźnie słyszeli go w pokoju. 

- Wszetecznicy' Szelmy! 

Melania  jednym  skokiem  pokonała  dzielącą  łóżka  przestrzeń  i  wpadła 

Finnowi w ramiona. 

- Ratuj mnie, ratuj - powtarzała. Odrzucony papieros tlił się na prześcieradle. 

- Myślałem, że wuj mnie zabije - powiedział Finn. - On też, obaj myśleliśmy 

tak samo. Ale myliliśmy się. 

Albowiem  wuj  Filip  wrócił  do  domu  i  zastał  swoją  żonę  w  ramionach  jej 

brata.  Był  to  ostatni  punkt,  do  którego  płynął  czas,  końcowy  płotek  w  biegu  z 

przeszkodami, w którym brali udział w czerwonych kostiumach. 

- Ratuj mnie - błagała Melania, trzymając się kurtki Finna, jakby się topiła. 

- Dobrze - odparł z roztargnieniem Finn. - Dobrze, nie mów nic więcej. 

Wciąż dochodziły ich trzaski i przeraźliwe krzyki. 

-  Tłucze  zastawę  -  skonstatował  Finn  ze  zdziwieniem.  Zdumienie  zmieniło 

go w marmur. Wyglądał, jakby nie mógł się ruszyć. 

- Ratuj mnie - powtórzyła Melania.  

Drzwi  otwarły  się  gwałtownie  i  do  sypialni  wbiegła  ciotka  Małgorzata, 

otulona rudym welonem zmierzwionych włosów. Jej urocza zielona sukienka była 

porozrywana. Ciotka trzymała na rękach zawodzącą Wiktorię. Wpadła do sypialni 

jak burza. Po dmuch, który jej towarzyszył, podwinął róg dywanu. 

background image

-  Idźcie  stąd  -  powiedziała.  -  Szybko.  -  Małgorzata  odzyskała  mowę. 

Katastrofa  oswobodziła  jej  język.  Mówiła  cichym,  ale  czystym  głosem.  - 

Uciekajcie, póki czas. Zaopiekuję się dzieckiem. Cokolwiek by się stało, Wiktoria 

będzie bezpieczna. 

- A Francie? 

-  Nic  mu  nie  jest.  Ale  musimy  zostać  i  załatwić  swoje  sprawy  z  Filipem.  - 

Wraz  z  mową  ciotka  odzyskała  siłę  i  wątłą,  ale  nieprzerwaną  odwagę,  jak 

przędzona nieustannie nitka jedwabiu. Oniemiała w dzień ślubu, a odzyskała glos 

w dniu, kiedy dostąpiła wyzwolenia. 

- Małgoś, Malgoś najdroższa... 

-  Opiekuj  się  dziewczyną.  Idźcie  już.  Filip  zbiera  drewno.  Chce  podpalić 

dom. 

- Pocałuj mnie - powiedział Finn nad głową Melanii. - Bóg wie, co się stanie. 

Ciotka  pocałowała  go  w  usta.  Melania  na  zawsze  zapamiętała  dostojne 

namaszczenie,  z  jakim  się  całowali,  niczym  towarzysze  broni,  dwaj  generałowie, 

oddający  sobie  honory  wieczorem  przed  wielką  bitwą,  w  której  jeden  z  nich 

zapewne zginie, i później wydawało jej się, że widziała ich otoczonych ramą ognia, 

rozumiała jednak, że był to tylko wytwór jej wyobraźni. Ciotka była boginią ognia. 

Płonęły  jej  oczy,  a  włosy  migotały  iskrami  wokół  niej.  Finn  i  ciotka  powoli 

odsunęli się od siebie. Następnie Małgorzata położyła dłoń na głowie Melanii, po 

czym  wybiegła  z  pokoju.  Dlatego  Melania  nie  zdążyła  pożegnać  się  z  Wiktorią. 

Dobiegające  z  dołu  hałasy  przybrały  na  sile.  Wuj  rąbał  teraz  meble.  Melania 

poczuła dym, ale był to dym z zapomnianego papierosa, który przepalił koc. Finn 

wziął z kominka fotografię matki i schował ją do kieszeni. 

- Pora spadać - powiedział. 

U stóp schodów, na kuchennym podeście, stała barykada wzniesiona ze stosu 

roztrzaskanych  krzeseł.  Filip  Flower  przyciągnął  jeszcze  stół  z  kuchni,  żeby 

background image

wzmocnić  konstrukcję.  Kwiecisty  obrus  łopotał  niepocieszony  wokół  jego  nóg,  a 

resztki wczorajszej uczty spadały na podłogę, kiedy zasapany wuj ciągnął mebel. 

-  Uwiężę  ich  jak  szczury  i  wyplenię  ogniem!  -  zawołał  z  obłąkańczą 

radością. 

Tak,  z  radością.  Spłoną  wszyscy,  a  on  będzie  przyglądał  się  temu  z 

satysfakcją.  Oczy  nabiegly  mu  krwią.  Był  w  płaszczu  i  znajomym  kapeluszu  o 

szerokim  rondzie.  Melania  pomyślała,  że  wuj  jest  zbyt  potężny  i  niegodziwy,  by 

mógł  istnieć  naprawdę,  a  z  kuchni  dochodził  trzask  płomieni  i  swąd  palonego 

drewna.  

Kiedy  stanęli  niezdecydowanie  na  schodach,  z  jadalni  wypadł  pędem  biały 

pies,  z  trudem  przesadził  barykadę  i  przemknął  obok  na  piętro,  dysząc  i  robiąc 

bokami.  Czy  niósł  w  pysku  kosz  kwiatów,  czy  nie?  Zniknął  zbyt  szybko,  żeby 

Melania mogła mieć jakąkolwiek pewność. Filip Flower przewrócił stół na bok, za 

piramidą  krzeseł  zauważył  Finna,  ryknął  nienawistnie  i  rzucił  się  na  barykadę, 

która urosła już do sporych rozmiarów. Usiłując dźwignąć się na nogi, mamrotał: . 

- Niech no cię tylko dostanę w swoje ręce, Finnie Jowle, wszyscy mieliście 

w tym udział, rżnęliście ją kolejno... 

-  Kłamca  -  powiedział  Finn.  Wziął  Melanię  za  rękę  i  chwiejnym  krokiem 

wrócili  razem  na  górę.  -  Świetlik  -  rzekł  blady,  ale  opanowany,  jak  gdyby 

sceniczna  próba  tych  wydarzeń  odbyła  się  dawno  temu.  -  Wyjdziemy  na  dach.  - 

Odgłosy  trzaskających  płomieni  otaczały  ich  już  ze  wszystkich  stron,  jak  gdyby 

wuj Filip zamierzał upiec całe stado świń. - W piwnicy jest tyle drewna, że dom 

spłonie w mgnieniu oka. Musimy się śpieszyć. 

Otworzyły  się  jakieś  złowrogie  drzwi  w  zamku  Sinobrodego,  gdy 

przechodzili obok, i wyszedł z nich Francie, niosąc żelazny pręt. 

- Powodzenia - powiedział Finn. 

- Och, uważaj na siebie! - dorzuciła Melania. 

background image

- Niech was Bóg błogosławi - odrzekł Francie. Był bez marynarki, w samej 

koszuli. Pod jego pachami widać było czarne kręgi potu. 

Zszedł na dół, a oni pobiegli na górę. Finn podsadził Melanię i przepchnął ją 

przez  okienko,  a  potem  sam  podciągnął  się  na  wysoki,  wietrzny  dach,  pośród 

kominów i pierwszych gwiazd. Przez chwilę odpoczywali. „Sally obiega gwiazdy, 

Sally obiega księżyc, Sally obiega komin w niedzielne popołudnie. Ooooooooj!” 

Kiedy była bardzo małą dziewczynką, ojciec recytował jej ten tekst, a kiedy 

dochodził  do  „Oooooooj!”,  chwytał  ją  w  pasie  i  podrzucał  z  obrotem  do  góry. 

Melania i Finn siedzieli oszołomieni między kominami, trzymając się za ręce. 

Poznaliśmy  swoje  tajemnice  i  nie  będziemy  już  nigdy  podobni  do  innych. 

Możemy tylko być podobni do siebie samych i do siebie nawzajem. Bo teraz mamy 

tylko siebie, myślała Melania. 

A głośno powiedziała: 

- Już raz straciłam wszystko. 

- Ja też - powiedział Finn. 

- Ale wtedy miałam jeszcze brata i siostrę. Gdzie jest Jonatan? 

- Nie wiem. Jeżeli odzyskałaś oddech, musimy już iść, Melanio. Z łatwością 

przedostaniemy  się  na  tamten  dach,  a  sąsiedni  dom  jest  wyposażony  w  schody 

ewakuacyjne. 

Był to opustoszały dom jubilera. Zardzewiałe metalowe stopnie dźwięczały 

im  pod  stopami.  Pokoje  nad  sklepem  były  jeszcze  puste,  ale  wkrótce  mogły 

wypełnić je płomienie. Kilka chwil później stali po kolana w trawie zapuszczonego 

ogrodu.  Leżało  w  niej  mnóstwo  porzuconych  puszek  po  konserwach,  słoików  po 

dżemie i rozmaitych śmieci, które ludzie przerzucali przez mur. 

- Powinniśmy zadzwonić po straż. 999. Straż ogniową. I karetkę - powiedział 

Finn. - Na policję. Żeby nam pomogli. - Dom płonął niczym wielka chryzantema, 

background image

cały w złocie. - Ale pewnie ktoś już zawiadomił strażaków - dodał, jakby sam do 

siebie. 

Wokół nich ze wszystkich stron otwierały się okna, a z innych wysuwały się 

głowy  zaniepokojonych  ludzi,  wyrażających  chórem  zaniepokojenie.  Była  noc. 

Dom  tryskał  płomieniami.  Jakiś  człowiek,  który  przystanął  niedaleko  na  ulicy, 

powiedział żałobnym tonem: 

- Nikt nie mógł stamtąd ujść z życiem. 

- Myślisz, że wszyscy spłonęli? - zapytała Melania. 

- Myślę, że Francie, Małgoś i dziecko są bezpieczni. A nasz pies jest stary i 

zna różne sztuczki. 

-  Wcale  tak  nie  myślisz.  Masz  tylko  taką  nadzieję.  A  ten  nieszczęsny, 

gadający ptak? 

- Biedny Joey - powiedział Finn. - Ale kupił go Filip. 

Zapatrzyli się w ogień. 

- Moja kurtka - rzekł nagle Finn, krztusząc się na poły ze śmiechu, a na poły 

od płaczu. - W tej sytuacji to jednak ironia losu. Kurtka strażacka. 

- Zastanawiałam się często, skąd ją masz. 

- Kupiłem na wyprzedaży. 

- Aha. 

Wewnątrz  domu,  przy  akompaniamencie świstu  ognia  zapadła  się podłoga. 

Paliło się wszystko, cały dobytek, zabawki, kukiełki, maski, krzesła, stoły, dywany 

i  pocztówka  świąteczna  od  pani  Rundle  z  wyrazami  miłości.  Klosze  pękały  od 

ognia, topił się łazienkowy bojler, a zasłony z plastiku skapywały w nicość, lizane 

płomieniami. Płonął też miś Edward z piżamą Melanii na brzuchu. 

- I wszystkie moje obrazy - wyrzekł Finn słabym głosem. - Jakiekolwiek są. 

- I nawet miś Edward. - powiedziała Melania. 

- Co? 

background image

- Mój miś. Nie ma go. Nic nie ma. 

- Nie ma nic prócz nas. 

Stali  razem  w  ogrodzie,  nocą,  twarzą  w  twarz,  pogrążeni  w  obłąkańczych 

domysłach.