background image

Barbara Boswell

Złamane zasady

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Powiedziała: nie.

Rand  Marshall  usłyszał  w  głosie  przyjaciela  nutę 

zdumienia  i  niedowierzania.  Stłumił  śmiech.  Przystojny, 
dobrze  sytuowany  i  absolutnie  wolny  Daniel  Wilcox  nie  był 
przyzwyczajony do słowa „nie" ze strony jakiejkolwiek osoby. 
Zwłaszcza płci żeńskiej.

- Kto powiedział „nie"? - spytał Rand.

Siedzieli  w  popularnej  restauracji,  czekając,  aż  podadzą 

kolację.  O  siódmej,  w  czwartkowy  wieczór,  lokal  świecił 
pustkami,  co  ułatwiało rozmowę. Podczas  weekendu tłoczyła 
się tu młodzież.

- Ona.  No  wiesz,  Jamie  Saraceni.  Ta,  o  której  ci 

opowiadam od trzech tygodni. - Daniel zmarszczył brwi.

- A tak, niezrównana Jamie. - Tym razem Rand nawet nie 

próbował  kryć  uśmiechu  rozbawienia. - Od  trzech  tygodni 
słucham,  jak  planujesz  kampanię,  mającą  zwabić  tę 
nieuchwytną  Jamie  do  łóżka.  I  teraz,  po  tych  wszystkich 
wysiłkach, powiedziała „nie"?

- Do  łóżka?  Ha!  Spędziłem  trzy  tygodnie,  usiłując  ją 

namówić,  by  gdzieś  ze  mną  wyszła - poprawił  go  posępnie 
Daniel.

Rand spojrzał ze szczerym zdumieniem.

- Nawet nie umówiłeś się z nią na randkę?
- Ani  razu.  Posyłałem  jej  róże,  czekoladki,  balony, 

zabawne  pocztówki,  pluszowe  zwierzaczki.  Zjawiałem  się  u 
niej  codziennie,  czasem  dwa  razy.  Załatwiłem  nawet  dwa 
bilety do teatru na Broadwayu w Nowym Jorku.

Powiedziałem,  że  możemy  pojechać  na  spektakl,  zjeść 

kolację  i  zostać  na  noc  w  Hotelu  Plaza.  Czy  znasz  kobietę, 
która mogłaby się temu oprzeć?

background image

- Ale powiedziała „nie"? - domyślił się Rand. - „Nie" na 

wszystko? - Sam był bardziej niż trochę zdumiony.

- Na wszystko - potwierdził smętnie Daniel. - Rand, może 

ona naprawdę nie jest zainteresowana spotkaniami ze mną?

Rand  uznał,  że  takie  pytanie  mógł  zadać  jedynie 

trzydziestoczteroletni  kawaler,  po  mniej  więcej  dwudziestu 
latach  sukcesów u  kobiet.  Taki był  Daniel.  A  uczciwie  rzecz 
biorąc, on był taki sam.

W zadumie zmarszczył brwi i spojrzał na Daniela, którego 

znał od czasów college'u. Nadal był przystojny, dobrze ubrany 
i  świetnie  zbudowany.  Miał  dużą  praktykę  dentystyczną,  a 
pacjentów  zjednywał  sobie nie tylko  dzięki sztuce lekarskiej, 
ale przede wszystkim za sprawą osobistego uroku. Nigdy nie 
było  kobiety, której pragnął, a której  nie mógłby  zdobyć.  Aż 
do teraz.

- Może tylko udaje - zasugerował Rand.
- Też tak z początku myślałem - przyznał żałośnie Daniel, 

sięgając  po  następne  skrzydełko.  Stwierdził,  że  na  talerzu 
pozostały jedynie kości, i nastrój wyraźnie mu się pogorszył. -
Ale  kiedy  odmówiła  tej  nocy  w  Hotelu  Plaza...  zacząłem 
myśleć,  że  może  naprawdę  nie  chce  się  ze  mną  spotkać. -
Westchnął ciężko. - Nie jestem przyzwyczajony do odmowy, 
Rand. Po prostu nie zorientowałem się, o co jej chodzi.

- Może  ma  kogoś  innego - wtrącił  taktownie  Rand.  Dla 

niego  także  damska  odmowa  była  pojęciem  całkowicie 
obcym.

Daniel pokręcił głową.

- Nie,  nie  ma.  To  wiem  na  pewno.  Przyjaźni  się  z  moją 

asystentką,  Angelą  Kelso.  To  dzięki  niej  się spotkaliśmy. 
Jamie  przyprowadziła  do  mojego  gabinetu  swojego 
siostrzeńca.

- I  było  to  pożądanie  od  pierwszego  wejrzenia -

dokończył Rand. - Przynajmniej z twojej strony.

background image

- Angela powiedziała, że ostatnio Jamie z nikim się nawet 

nie  spotyka.  Myślałem,  że  wystarczy  tylko  poprosić  i... -
Daniel  dramatycznym  gestem  chwycił  się  za  głowę. - Może 
dotarłem w końcu do etapu, przed którym całe lata ostrzegali 
mnie  rodzice...  Wiesz:  jeśli  będziesz  tak  skakał z  kwiatka  na 
kwiatek, wszystkie odpowiednie dziewczyny będą zajęte, a ty 
zostaniesz sam. - Zadrżał.

- Czy natura chce mi w ten sposób powiedzieć, że jeśli się 

nie ustatkuję i nie ożenię, to skończę jako jakiś żałosny stary 
kawaler, nad którym połowa świata się lituje, a druga połowa 
uważa, że jest pedałem?

- Zaczniesz przegrywać, jeśli uwierzysz w te głupoty.
- Rand  uśmiechnął  się. - Zapomnij  o  tej  Saraceni. 

Zadzwoń  do  kogoś  innego,  teraz.  Gwarantuję  ci,  że  w  ciągu 
dziesięciu minut będziesz umówiony na randkę. I zapomnij o 
tych bzdurach na temat starych kawalerów. Ja zapomniałem o 
nich już lata temu.

- Rodzina powtarza ci to samo, co?
- Gorzej. Wtedy w to nie wierzyłem i teraz też nie wierzę. 

Chcą  nas  przestraszyć,  żebyśmy  byli  tacy,  jakimi  chcą  nas 
widzieć.

Ale Daniel nie znał nawet połowy prawdy, pomyślał Rand 

z cynicznym uśmiechem. Rodzina Daniela była zadowolona z 
jego  osiągnięć,  dumna  z  niego  jako  z  człowieka  i  jako  syna. 
Jedynie  kawalerski  tryb  życia  budził  u  państwa  Wilcox 
dezaprobatę.

Za  to  jego  rodzice,  Dixon  i  Letitia  Marshall,  okazywali 

niezadowolenie  ze  wszystkiego,  co  dotyczyło  Randa. 
Dziwactwa i lubieżne powieścidła, choć przynoszące dochód, 
nie  pasowały  do  syna  tak  dystyngowanych  ludzi.  A  były 
zyskowne. 

Ostatnie 

dzieło 

Randa 

przyniosło 

mu

sześciocyfrową  zaliczkę,  a  procent  od  zysku  ze  sprzedaży 
książki znacznie zwiększy tę kwotę.

background image

A  jednak  na  Marshallach  z  hrabstwa  Ablemarle  w 

Wirginii nie robiło to wrażenia. Dawno dorobili się majątku, a 
ich korzenie sięgały do pierwszych rodów Wirginii. Erotyczne 
thrillery  Randa  i  jego  swobodny  tryb  życia  były  zbyt... 
czerwonokrwiste jak na ich błękitną krew. Już dawno zaczęli 
uważać  Randa,  ich  drugiego  syna,  za  odszczepieńca. 
Pierworodny,  Dixon  Junior,  był  spełnieniem  rodzicielskich 
marzeń.

Rand  powrócił  myślami  do  Daniela  i  jego  kłopotów.  Jak 

zawsze  pragmatyczny,  wolał  zająć  się  problemem,  który 
można  rozwiązać.  Zatargi  z  rodziną  nie  mieściły  się  w  tej 
kategorii.

- Zrób  sobie  samemu  przysługę  i  umów  się  z  kimś  na 

dzisiejszy  wieczór - poradził  Danielowi. - Musisz  odzyskać 
pewność  siebie.  Zadzwoń  do  kobiety,  która  będzie 
zachwycona, że jej proponujesz randkę.

- Może masz rację. - Daniel był pełen wątpliwości, ale już 

nie tak ponury.

- Oczywiście,  że  tak. - Rand  klepnął  przyjaciela  po 

ramieniu.

- Mógłbym  zadzwonić  do  Mary  Jane  Strayer.  Dla  mnie 

zrezygnuje z innych spotkań.

- Wspaniale. Zaraz do niej zadzwoń i umów się jeszcze na 

dzisiaj. Przy tylnym wyjściu jest automat.

- Chyba  tak  zrobię.  Jamie  Saraceni  przegapiła  swoją 

szansę. Koniec z telefonami do biblioteki w Merlton.

- Biblioteka w Merlton? - powtórzył zaskoczony Rand.
- Tam  pracuje.  Jest  bibliotekarką.  To  jedyne  miejsce, 

gdzie mogłem ją zastać. Domowego numeru nie ma w książce, 
a nie chciała mi go podać - dodał trochę zawstydzony.

- Ta mała jest bibliotekarką? - parsknął śmiechem Rand.

background image

- No pewnie, śmiej się. Założę się, że też nie dałbyś rady 

się  z  nią  umówić.  W  końcu  jesteś,  tak  samo  jak  ja, 
powierzchowny, arogancki, agresywny i zarozumiały.

- Ona tak powiedziała? Daniel energicznie kiwnął głową.
- Powtarzała  to  za  każdym  razem,  kiedy  pytałem, 

dlaczego nie chce się ze mną umówić. Twierdzi, że tacy ludzie 
jak ja budzą w niej obrzydzenie.

- Wiesz,  zaczynam  nabierać  przekonania,  że  ona 

naprawdę nie udaje trudnej. Pani bibliotekarka mówi całkiem 
poważnie. Pobudziłeś moją ciekawość. - Rand uśmiechnął się 
niczym  krokodyl,  który  właśnie  dostrzegł  swój  następny 
posiłek. - Może warto przejechać się do biblioteki w Merlton, 
by zobaczyć tę boginię bibliofilów.

- Proszę  bardzo - oświadczył  Daniel  z  nie  skrywaną 

gorliwością. - Chętnie zobaczę, jak i ty dostajesz kosza.

- Daniel,  przyjacielu,  nie  urodziła  się  jeszcze  kobieta, 

która  mnie  ustrzeli. - Oczy  Randa  błysnęły. - Jeżeli  moje 
rozumowanie  jest  powierzchowne,  aroganckie,  agresywne  i 
zarozumiałe, to tak ma być.

- Jeszcze  zobaczymy,  jaki  arogancki  i  zarozumiały  się 

poczujesz, kiedy Jamie Saraceni zrobi z ciebie idiotę.

-

Ta  perspektywa  wyraźnie  sprawiła  Danielowi 

zadowolenie. Po raz pierwszy tego wieczoru się uśmiechnął.

- Chyba zadzwonię do Mary Jane.

Pewny  siebie,  sprężystym  krokiem  odszedł  od  stolika. 

Rand  uśmiechnął  się.  Bibliotekarka  zadała  potężny  cios 
męskiej dumie przyjaciela, ale Wilcox szybko odzyskał formę.

A  potem  Rand  zamyślił  się.  Daniel  Wilcox,  jeden  z 

najbardziej  atrakcyjnych  kawalerów  w  regionie  Filadelfii  i 
Południowego  Jersey,  trafił  na  kobietę,  która  nie  podała  mu 
nawet numeru telefonu. Udało się jej wytrzymać tę kampanię 
zalotów, od lat gwarantującą sukcesy w miłosnych podbojach. 
Co to za kobieta?

background image

Daniel  wrócił  i  oznajmił,  że  Mary  Jane  Strayer  z 

zachwytem przyjęła zaproszenie na dzisiejszy wieczór.

Rand  podjął  decyzję.  Jutro  pojedzie  do  biblioteki  w 

Merlton  i  obejrzy  tę  bibliotekarkę,  tę  tajemniczą  istotę 
imieniem Jamie.

W  bibliotece  panował  chaos.  Dziewczyna,  która  miała 

czytać  dla  grupy  dwu - i  trzylatków,  złapała  gumę  na 
autostradzie.  Ośmioro  dzieci,  przywiezionych  już  przez 
rodziców na godzinę bajek, szalało na korytarzu.

Zjawili się również inni bywalcy bibliotecznej świetlicy -

dzieci w wieku od pięciu do dziesięciu lat, które przychodziły 
po lekcjach i czekały, aż matki zabiorą je po pracy. W domu 
nie  miał  się  kto  nimi  zająć,  a  ograniczony  budżet  ich  rodzin 
nie pozwalał na wynajęcie opiekunki. Matki uznały, że dzieci 
będą  bezpieczniejsze  w  bibliotece  niż  bez  nadzoru  w  domu 
czy na ulicy.

Cindy,  nowa  pomocnica,  wydawała  się  sparaliżowana 

perspektywą  rozłożenia  książek  na  półki  zgodnie  z 
uniwersalną klasyfikacją dziesiętną. Oznajmiła, że sobie z tym 
nie  poradzi,  i  zniknęła  wśród  regałów  z  ostatnim  numerem 
„Rolling Stone".

Trzech starszych czytelników czekało w kolejce, by oddać 

książki.

Jamie Saraceni przyjrzała się tej scenie, zastanawiając się, 

dlaczego  kształcenie  bibliotekarzy  nie  obejmowało  zajęć 
uczących  zachowania  się  w  sytuacjach  kryzysowych.  Na 
szczęście  dorastała  w  dość  niezwykłej,  niepowtarzalnej  i 
cudownej  rodzinie  Saracenich.  W  jej  domu  zawsze  panował 
harmider. Nauczyła się radzić sobie z atmosferą cyrku o trzech 
arenach.

Nie  tracąc  spokoju,  odszukała  Cindy  wśród  regałów  i

nakłoniła ją do czytania maluchom. Wysłała po posiłki Ashley 
z piątej klasy, najstarszą z przebywających w świetlicy dzieci. 

background image

Potem  szybko  przyjęła  książki  od czytelników  i  zapędziła 
uczniów do bufetu czytelni na sok i kanapki.

W  zadziwiająco  krótkim  czasie  w  bibliotece  zagościł 

spokój.  Jamie  wykorzystała  tę  chwilę,  by  skatalogować 
dostarczone  dziś  nowe  książki.  Usiadła  za  biurkiem  i 
pogrążyła  się  w  pracy.  Uniosła  głowę,  słysząc,  że  zbliża  się 
kolejny klient.

- W czym mogę panu pomóc?

Spojrzała  prosto  w  jasnobrązowe  oczy  o  niezwykłym 

odcieniu.  Nie były aż tak jasne, by nazwać je złocistymi, ale 
jeśli  ktoś  był  w  poetyckim  nastroju...  Te  czujne,  inteligentne 
oczy  stanowiły  najbardziej  rzucający  się  w  oczy  szczegół 
męskiej twarzy.

Przestudiowała  uważnie  tę  twarz:  prosty  nos,  stanowcze, 

zaciśnięte  wargi,  mocna  szczęka,  czarujący  dołek  w  brodzie. 
Gęste  ciemnobrązowe  włosy  opadały  na  kołnierz  spranej 
szarej  bluzy  z  Filadelfia  Flyers,  która  wyglądała  tak,  jakby 
ktoś  od  dawna  naprawdę  uprawiał  w  niej  sport.  Dżinsy  były 
równie  znoszone  i  obcisłe.  Mężczyzna  był  bardzo  wysoki, 
miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu.

Jamie  zaschło  w  ustach.  Zatrzepotała  mimowolnie 

rzęsami.  Erotyczny  magnetyzm  przybysza  przywoływał 
gdzieś  z  głębi  umysłu  pierwotną,  kobiecą  reakcję.  Czuła,  że 
brakuje jej tchu, jakby ktoś wymierzył jej cios prosto w splot 
słoneczny. Była zdezorientowana. Jeszcze nigdy w taki sposób 
nie  reagowała  na  obecność  mężczyzny.  Żar  z  wolna  ogarnął 
jej ciało, wywołując rumieniec na policzkach.

- Ja...  szukam  książki  —  powiedział  Rand,  a  potem 

niemal  głośno  jęknął,  słysząc  własne  słowa.  A czego  jeszcze 
można  szukać  w  bibliotece?  zadrwił  z  siebie  w  duchu. 
Sprytnie, Rand, naprawdę sprytnie.

Myśli  rozbiegły  się  nagle.  Zapomniał  o  starannie 

przygotowanym scenariuszu rozmowy. Od chwili gdy spojrzał 

background image

w ciemnobłękitne oczy nieznajomej, poczuł, że świat zatrząsł 
się, a fala oszałamiającego żaru zalała jego ciało.

Słyszał  o  urodzie  zwalającej  z  nóg,  ale  po  raz  pierwszy 

miał  wrażenie,  że  naprawdę  tego  doświadcza.  Wystarczyło 
jedno spojrzenie na tę kobietę, by ugięły się pod nim kolana.

Obserwując z osobna każdy szczegół jej urody, trudno by 

ją  było  zakwalifikować  do  kategorii  klasycznych  piękności. 
Ale  w  tym  przypadku  te  szczegóły  tworzyły  olśniewającą 
całość. Szerokie usta ze zmysłowo pełnymi wargami, zadarty 
podbródek  i  mały  nos  sprawiały,  że  człowiek  zapominał  o 
kryteriach  klasycznego  piękna.  Gładka  mlecznobiała  cera 
intrygująco  kontrastowała  z  czarnymi  jak  heban  włosami, 
lśniącymi,  miękkimi  i  długimi  niemal  do  ramion.  Żywe 
błękitne  oczy  okolone  długimi,  ciemnymi  rzęsami  zrobiły  na 
nim największe wrażenie.

Rand  odetchnął głębiej  i  opuścił wzrok ku jej  jedwabnej, 

żółtej  bluzce. Piersi  pod nią były jędrne,  pełne i kusiły, żeby 
ująć  je  w  dłonie.  Kiedy  zaczął  sobie  wyobrażać  ich  kształt  i 
rozmiar, ledwie zdołał stłumić jęk podniecenia.

Na  wpiętym  w  bluzkę  identyfikatorze  wypisane  było 

nazwisko:  Jamie  Saraceni.  To  ona  była  tą  bibliotekarką!  Tą, 
która  zmieniła  Daniela  Wilcoxa  w  podnieconego  nastolatka, 
sapiącego przy drzwiach biblioteki. W oczach Randa błysnęła 
determinacja  i  zaciekawienie.  Nigdy  nie  cofał  się  przez 
wyzwaniem.  A  właściwie  ostatnio  trafiało  mu  się  zbyt  mało 
wyzwań. Teraz właśnie patrzył na jedno z nich.

- A jakiej książki pan szuka? - spytała Jamie.

Zmusiła się, by oderwać od niego wzrok. Był najbardziej 

podniecającym mężczyzną, jakiego widziała.

Pod wpływem jego wyzywającego spojrzenia rozdzwoniły 

się dzwonki alarmowe w jej głowie. Był zapewne czarującym, 
pociągającym hultajem, który łamał kobiece serca i odchodził 
z uśmiechem, nieświadom wywoływanych cierpień, gdyż jego 

background image

serce  było  nie  do  zdobycia.  Znała  takich  mężczyzn,  uważała 
się za uodpornioną na ich urok i była z tego dumna.

- Czy pan mnie słyszy? Pytałam, jakiej książki pan szuka

- powiedziała chłodno.

Z pewnością słyszał jej pytanie, lecz rozgrywał numer ze 

spojrzeniem w oczy i robił to bardzo fachowo. Zacisnęła zęby.

Rand  spojrzał  na  stos  książek  na  biurku.  Na  samym 

szczycie  leżała  najnowsza  powieść  pełna  seksu,  krwi  i 
przemocy,  dzieło  Bricka  Lawsona,  niezwykle  popularnego 
autora,  podziwianego  przez  czytelników  i  traktowanego  z 
pogardą przez wszystkich poważnych krytyków.

Prawdziwa  tożsamość  Bricka  Lawsona  była  pilnie 

strzeżonym  sekretem,  który  próbowały  czasem  odkryć 
magazyny i gazety, piszące o rosnącej popularności kolejnych 
powieści. Krążyły plotki, że Lawson jest tajnym agentem i że 
jego  książki  oparte  są  na  prawdziwych  doświadczeniach. 
Jedynie  jego  wydawca,  redaktor,  agent,  rodzina  i  kilku 
bliskich  przyjaciół  wiedziało,  że  twórcą  tych  książek  jest 
zbuntowany arystokrata, Rand Marshall.

Wzrok  Jamie  podążył  za  spojrzeniem  Randa.  Podniosła 

ostrożnie  najnowsze  dzieło  Bricka  Lawsona,  jakby  było 
zakażone.

- Tego  pan  szuka? - Daremnie  próbowała  ukryć  ton 

niesmaku.

- Nie lubi pani Bricka Lawsona? - Rand skrzywił się. Tak 

wiele kalumni rzucano na bestsellery Bricka

Lawsona,  że  Rand  wykształcił  w  sobie  odporność  na 

krytykę. Wiedział, że nie była to wielka literatura, ale dobrze 
bawił  się  przy  pisaniu  i,  na  Boga,  jego  książki doskonale  się 
sprzedawały.

- To  bardzo  popularny...  pisarz. - Zdawało  się,  że 

niechętnie  użyła  tego  słowa. - Mam  już  trzystronicowy  spis 
osób oczekujących na tę książkę.

background image

Rand  uznał,  że  najlepiej  będzie,  gdy  nie  będą  dłużej 

rozmawiali na temat najnowszej książki Bricka Lawsona.

- Ponieważ  nie  ma  mnie  na  tej  liście,  chyba  poszukam 

czegoś innego. - Znów spojrzał jej w oczy i ponownie poczuł 
ten jakby elektryczny wstrząs, od którego prężyły się mięśnie.

To  śmieszne,  kpił  z  siebie.  Brick  Lawson  pisał  o 

niezwykłej  chemii  seksu,  ale  to  przecież  fikcja.  Brednie,  jak 
określiłaby to z pewnością Jamie Saraceni. Ale oto Rand stał 
w  bibliotece  miasta  Merlton  i  wyraźnie  odczuwał  reakcje 
chemiczne wzbudzone obecnością bibliotekarki.

- A  co  pani  lubi  najbardziej? - zapytał,  a  uśmiech  i  ton 

głosu świadczyły, że niekoniecznie chodzi mu o lektury.

Obrzuciła go krótkim spojrzeniem, wybrała jeszcze jedną 

książkę  i  odpowiedziała  jak  bibliotekarka  czytelnikowi, 
ignorując wszelkie insynuacje. Jeśli w istocie nimi były.

- Może  zapozna  się  pan  z  tą  powieścią?  Polityczno -

szpiegowski  thriller,  dobrze  napisany,  ze  znakomicie 
skonstruowaną intrygą i...

- Nie  sądzi  pani,  że  Lawsona  „Przydział:  więzienie"  jest 

dobrze napisany i ma interesującą fabułę?

- Niech pan nie żartuje! - Wzniosła oczy ku niebu.
- Aż tak źle?
- Przyznaję,  że  nie  czytałam,  ale  przyrównuje  się  tę 

książkę  do  arcydzieła  Bricka  Lawsona,  „Kraina  tysiąca 
grzechów", które czytałam. A raczej próbowałam. - Spojrzenie 
wielkich,  wyrazistych  oczu  wystarczało  za  dodatkowe 
komentarze.

- Spróbuję  zgadnąć - stwierdził  sucho  Rand. - Nie  jest 

pani miłośniczką tej książki.

- Popełniłam  błąd,  gdyż  próbowałam  przeczytać  to 

podczas  lunchu.  Po  pierwszym  rozdziale  musiałam  wyrzucić 
kanapkę. Prolog, w którym narracja przeskakuje od gwałtu w 

background image

fabryce  słodyczy  do  masakry  w  basenie  z  rekinami,  zemdlił 
mnie. Dosłownie.

Chyba powinienem się obrazić, pomyślał Rand. W końcu 

thriller „Kraina tysiąca grzechów" odniósł największy sukces. 
Sprzedał  się  w  tysiącach  egzemplarzy  zarówno  w  twardej 
oprawie,  jak  i  w  broszurze.  Na  podstawie  tej  książki 
nakręcono  popularny  miniserial  dla  telewizji.  Rand 
otrzymywał  listy  z  podziękowaniami  od  producentów 
cukierków, którzy byli wdzięczni za wzrost sprzedaży.

A ona twierdzi, że ją zemdliło.

- Przyznaję, że ta scena z rekinami była dość krwawa, ale 

co  pani  nie  spodobało  się  w  fabryce  słodyczy? - zapytał 
niewinnie. - Płynna czekolada? Wanna śmietanki czy...

- Całość! - warknęła Jamie.

Przekomarzał  się  z  nią,  o  czym  oboje  wiedzieli. 

Najbardziej  martwiły  ją  własne,  gwałtowne  reakcje.  Była 
ekspertem  w  ignorowaniu  takich  dwuznacznych  uwag  i 
żartów. Zawsze była dumna, że potrafi zniechęcić usiłujących 
flirtować  z  nią  żartownisiów  swym  chłodnym,  niezmąconym 
spokojem. Ale nie tym razem. Ten mężczyzna jakoś zdołał ją 
zdenerwować.

- Chce  pan  wypożyczyć  tę  książkę  czy  nie? - zapytała, 

postanawiając skończyć tę irytującą rozmowę.

- Dobrze.  Wezmę  ją. - Obejrzał  powieść,  którą  mu 

poleciła. - Autor  jest  ulubieńcem  krytyków,  ale  wyniki 
sprzedaży jego dzieł nie są nawet zbliżone do wyników Bricka 
Lawsona.  Przypuszczam,  że  uzna  to  pani  za  przejaw  złego 
gustu większości czytelników.

Znowu chciał ją sprowokować do dyskusji, ale tym razem 

Jamie nie połknęła przynęty.

- Mogę prosić o kartę biblioteczną?
- Kartę? - O tym nie pomyślał. W końcu zjawił się tu, by 

zobaczyć  bibliotekarkę,  a  nie  po  to,  aby  pożyczyć  książkę. -

background image

Nie  mam  przy  sobie  karty.  Mam  tylko  taką  z  biblioteki  w 
Haddonfield.

- Haddonfield? Tam pan mieszka?

Kiwnął  głową.  Zaraz  się  zacznie,  pomyślał.  Standardowe 

pytanie:  „Więc  co  pan  robi  w  Merlton?"  Nie  wymyślił 
odpowiedzi, a powinien. Bez ważnych powodów mieszkaniec 
Haddonfield  nie  zjawiłby  się  w  Merlton.  Wprawdzie  te  dwa 
miasta  w  Południowym  Jersey  leżały  tylko  kilka  kilometrów 
od siebie, ale oddzielała je przepaść kulturalna, ekonomiczna i 
społeczna.

Haddonfield  było  społecznością  dobrze  sytuowanych 

ludzi, miastem pełnym eleganckich domów w zadrzewionych 
alejach i małych sklepików oferujących najmodniejsze towary. 
Ziemia  w  tym  mieście  była  droga,  gdyż  pragnęła  tu 
zamieszkiwać klasa bogaczy oraz ci, którzy chcieli się do niej 
dostać.

Zatłoczone,  zniszczone  Merlton  było  przemysłowym 

miastem  klasy  pracującej;  popadającą  w  ruinę  antytezą 
Haddonfield.

- Nie  każdy  w  Haddonfield  jest  biznesmenem  czy 

dziedzicem  fortuny - wyjaśnił  Rand. - Mamy  tam  również 
kilku prawdziwych przedstawicieli klasy średniej.

On nie należał do tej grupy, lecz instynkt mu podpowiadał, 

że zyskałby wtedy w oczach Jamie Saraceni.

- Mamy  takich  również  w  Merlton. - W  głosie  Jamie 

zabrzmiał lekko obronny ton. - Nie każdy w tym mieście jest 
bukmacherem czy kanciarzem.

- Stereotypy - rzucił  Rand  i  wzruszył  ramionami. - W 

pewnym  sensie wszyscy  w nie wierzymy.  Muszę wyznać, że 
póki  pani  nie  zobaczyłem,  wyobrażałem  sobie  bibliotekarki 
jako...

- Proszę  sobie  darować.  Zaprzecza  pan  stereotypom,  a 

jednocześnie  je  aprobuje - odparła,  studząc  jego  zapał. -

background image

Proszę,  tu  jest  formularz.  A  potem  może  pan  wypożyczyć 
książkę.

Odstąpiła  od  biurka  i  wysunęła  szufladę,  dzięki  czemu 

Rand  mógł  ujrzeć  całą  jej  sylwetkę.  Natychmiast  to 
wykorzystał.

Przebiegł  wzrokiem  po  wąskiej  talii,  podkreślonej 

szerokim  granatowo - żółtym  paskiem.  Przyglądał  się  długo 
gładkim  wypukłościom  bioder,  dyskretnie  zarysowanych  pod 
prostą  granatową  spódnicą.  Dziewczyna  miała  około  metra 
sześćdziesięciu  wzrostu,  była  szczupła,  lecz  we  właściwych 
miejscach kobieco zaokrąglona.

Poczuł,  jak  burzy  się  w  nim  krew.  Spróbował  odwrócić 

wzrok  od  Jamie,  lecz  okazało  się  to  zbyt  trudne.  Poddał  się 
pokusie  obserwowania  jej  nóg  okrytych  wzorzystymi 
pończochami.  Łydki  miała  zgrabne,  a  kostki  szczupłe. 
Wyglądałaby  wspaniale  na  wysokich  obcasach.  Nawet  w 
zwykłych, praktycznych bucikach była oszałamiająca.

Jamie odwróciła się i zobaczyła, jak Rand gapi się na jej 

nogi. 

Znieruchomiała. 

Zrobił 

na 

niej 

wrażenie 

zdecydowanego, niebezpiecznego, kogoś spoza jej kręgu.

Po  skórze  przebiegł  jej  ostrzegawczy  dreszcz.  W  końcu 

nic  o  nim  nie  wiedziała  prócz  tego,  że  wzbudzał  w  niej 
najsilniejsze  i  najbardziej  intensywne  fizyczne  reakcje.  A  to 
przecież żaden test na osobowość.

Przecież  może  być  żonaty!  Nawet  nie  wie,  jak  on  się 

nazywa!

- Rand  Marshall. - Głos  miał  tak  głęboki,  niski  i 

aksamitny, że zadrżało jej serce. - Mam trzydzieści cztery lata, 
skończyłem  uniwersytet  w  Wirginii  i  nie  jestem  ani  też  nie 
byłem żonaty.

Zupełnie  jakby  czytał  w  jej  myślach!  Jamie  przełknęła 

ślinę  i  oderwała  spojrzenie  od  jego  oczu.  Była  spięta  i 

background image

zdenerwowana.  Ten  mężczyzna  miał  bogate  doświadczenie; 
zbyt dobrze znał i rozumiał kobiety.

Rand  obdarzył  ją  budzącym  zaufanie  uśmiechem,  który, 

miał  nadzieję,  był  też  uśmiechem  zwycięskim.  Wypełnił 
formularz.  Musiał  ją  przekonać,  że  nie  był  zarozumiałym 
łamaczem serc, za którego już go uznała.

- Mieszkam  w  Haddonfield,  ale  jestem  tu  w  Merlton  w 

interesach - powiedział uprzejmie.

Przygarbił  się  lekko,  próbując  sprawiać  wrażenie miłego, 

rozsądnego,  nieszkodliwego  faceta.  Nie  chciał  spłoszyć 
zwierzyny. Dyskretnie oceniał efekty swego uśmiechu i pozy.

Wyraz  twarzy  Jamie  świadczył,  że  ani  jedno,  ani  drugie 

nie zrobiło na niej wrażenia.

- Więc  jest  pan  w  Merlton  w  interesach? - Ironiczny 

uśmiech  dowodził,  że  zarówno  jego  słowa,  jak  i  zachowanie 
ocenia wyjątkowo sceptycznie.

Rand uznał, że zdobycie jej zaufania zależy wyłącznie od 

tej odpowiedzi. Nie mógł wspomnieć o Danielu Wilcoksie ani 
przyznać się, że jest Brickiem Lawsonem. Dostatecznie jasno 
wyraziła swoją opinię o jego twórczości. Jeśli się przekona, że 
autor  tej  budzącej  mdłości  szmiry  stoi  obok  niej,  nie  będzie 
miał  żadnej  szansy.  Odepchnie  go  równie  stanowczo  jak 
Daniela.

Spojrzał  na  krzykliwą  okładkę  swojej  najnowszej 

powieści.

- Jestem rzeczoznawcą w firmie ubezpieczeniowej - rzekł, 

wypożyczając zawód od głównego bohatera.

Wszyscy  bohaterowie  Bricka  Lawsona  mieli  nudne, 

bezpieczne,  zupełnie  zwyczajne  zawody,  dzięki  czemu  ich 
skok  w  świat  erotyzmu  i  niebezpieczeństw  był  tym  bardziej 
szokujący.

- Dzisiaj  mam  wolny  dzień,  lecz  klient  tu,  w  Merlton, 

wezwał mnie nieoczekiwanie, więc musiałem przyjechać. -

background image

Brzmiało to wiarygodnie, ale oczy lśniły mu podejrzanie. 

Czyżby to było kłamstwo? Jakiś żart?  Jamie nie była pewna, 
ale ostrzegała ją kobieca intuicja, rozbudzona reakcją na jego 
obecność.

Rand wypełnił formularz i zwrócił go Jamie.

- Dziękuję,  panie  Marshall - powiedziała  lakonicznie. -

Zaraz wypiszę panu kartę.

- Proszę mówić mi: Rand.

Nie  mogła  odmówić,  nie  żyli  w  wiktoriańskiej  Anglii, 

gdzie  zwracanie  się  do  przygodnego  znajomego  po  imieniu 
uznawano  za  niewłaściwe.  A  jednak  Jamie  miała  przed  tym 
opory. 

Wyczuwała, 

że 

stoi 

przed 

nią 

człowiek 

przyzwyczajony  do  posłuszeństwa  ze  strony  bliźnich,  który 
próbował  dominować  nad  kobietami  i  zazwyczaj  pewnie  mu 
się to udawało.

Ale  nie  z  Jamie  Saraceni.  Przez  te  lata  zdobyła 

ugruntowaną pozycję wśród wszystkich niekonwencjonalnych 
Saracenich. Nie podda się urokowi tego przystojnego, silnego 
i podniecającego... eksperta od ubezpieczeń!

Rand czuł, jak narasta w niej niecierpliwość. Jamie miała 

wyrazistą  twarz i  wszystkie  jej myśli  były  aż nadto  czytelne. 
Wahała  się,  wciąż  niepewna.  Wspomniał  trzytygodniową 
przegraną  kampanię  Daniela.  Rand  Marshall  nie  knuł,  nie 
spiskował i żadnej kobiety nie musiał prosić o spotkanie.

- Podaj  mi  swój  numer  telefonu,  chciałbym  do  ciebie 

zadzwonić - powiedział  władczym  tonem,  pochodzącym  z 
niezmąconej  pewności  siebie.  Przymilny  uśmiech  zniknął,  a 
Rand  patrzył  na  Jamie  w  taki  sposób,  w  jaki  drapieżnik 
przygląda się swojej zdobyczy.

Na  Jamie  wywarło  to  natychmiastowy  efekt.  Ulotny

dreszcz  podniecenia,  który  ją  przebiegł,  był  szokująco 
intensywny. A wszystkiego, co mogło w ten sposób naruszyć 
jej opanowanie, należało za wszelką cenę unikać.

background image

- Raczej nie - odparła stanowczo.
- Co? - Spojrzał ze zdziwieniem.
- Wolę  nie  podawać  swojego  numeru  telefonu.  Nie  ma 

powodu, żebyś do mnie dzwonił.

Był zdumiony. Niczego nie rozumiał. To się jeszcze nigdy 

nie  zdarzyło.  Ani  razu.  Kiedy  Rand  Marshall  prosił  jakąś 
dziewczynę o numer telefonu, natychmiast mu go podawała.

- Nie  ma  powodu,  żebym  dzwonił? - powtórzył.  Głos 

zadrżał mu lekko. - A rozmowa? Po to właśnie są telefony.

- Nie mamy sobie nic do powiedzenia.
- Tak  uważasz? - Wezbrało  w  nim  zdziwienie, 

rozczarowanie i gniew. - Słuchaj, maleńka, mam ci mnóstwo 
rzeczy  do  powiedzenia. - Urwał  na  chwilę,  by  zebrać 
rozproszone myśli.

Jamie wykorzystała ten moment.

- Więc to, co masz mi do powiedzenia, powiedz od razu, 

ponieważ nie podam ci numeru swojego telefonu.

Bez  łaski!  Powinien  natychmiast  wybiec  z  biblioteki  i 

nigdy już tu nie wracać. Niewiele brakowało, by to zrobił, gdy 
jego wzrok napotkał jej oczy. Dostrzegł w nich ogień. Płonęły 
oburzeniem,  przez  co  były  jeszcze  bardziej  lśniące  i  piękne. 
Spojrzał  na  jej  usta,  na  te  zaciśnięte  zmysłowo,  pełne  wargi. 
Jak te małe usteczka czułyby się na jego wargach?

Spojrzał na jej piersi, rozgrzany i podniecony patrzył, jak 

unoszą się i opadają pod miękkim, gładkim materiałem bluzki.

Gniew nagle zmienił się w coś zupełnie innego. Poczuł się 

pobudzony  i  wyzwany  jak  wtedy,  gdy  pracował  nad
szczególnie  interesującym  zwrotem  fabuły  w  którejś  ze 
swoich książek.

- Doskonale  rozumiem,  o  co  ci  chodzi - stwierdził  z 

przekonaniem,  spoglądając  na nią wyzywająco. - Myślisz,  że 
jeśli  będziesz  udawała  trudną  do  zdobycia,  staniesz  się 
bardziej pociągająca...

background image

- Nie  udaję  trudnej  do  zdobycia!  —  krzyknęła  Jamie. 

Sama sugestia budziła w niej irytację. - Nie chcę, żebyś mnie 
zdobywał, ty wielki, zarozumiały...

- Gorylu? - podpowiedział  Rand. - Wielki  zarozumiały 

gorylu.  Chociaż  może  być  także:  czubku,  ośle,  kretynie  lub 
durniu. - Tymi  epitetami  bohaterki  książek  Bricka  Lawsona 
niezmiennie  obrzucały  bohaterów,  zanim,  zwyciężone, 
znalazły się w ich ramionach. - Mogę wymyślić więcej takich 
określeń,  jeśli  mnie  o  to  poprosisz.  Mam  w  pamięci  cały 
słownik.

- Znam  wiele  obelg.  Nie  potrzebuję  twojej  pomocy.  Z 

trudem zachowywała poważną minę, gdyż tak

naprawdę miała ochotę się roześmiać. Nie spotkała jeszcze 

tak  zarozumiałego  łamacza  serc  z  równie  dużym  poczuciem 
humoru.

Rand dostrzegł w jej oczach tłumione rozbawienie.

- Jamie,  podaj  mi  swój  numer  telefonu - poprosił 

przymilnie.

Jamie zmarszczyła czoło. Wyczuł, że się waha, i próbował 

to  wykorzystać.  Był  zbyt  szybki  i  zbyt  spostrzegawczy.  Być 
może to najbardziej podniecający, przystojny i czarujący facet, 
jakiego w życiu spotkała. I dlatego nie mogła ustąpić.

- Nigdy w życiu. Był niewzruszony.
- Jamie,  wiem,  dlaczego  próbujesz  się  bronić.  Boisz  się 

uczuć, jakie w tobie wzbudzam.

- Uczucia, jakie we mnie wzbudzasz, to pogarda, niechęć 

i zdumienie, że istnieje ktoś aż tak pewny siebie.

- W tej kolejności? - roześmiał się Rand.

Bawił  się  dobrze.  Nie  przeszkadzało  mu  to 

przekomarzanie, gdyż był pewien, że w końcu osiągnie to, na 
czym  mu  zależało.  Któraż  kobieta  mogłaby  mu  odmówić? 
Sięgnął  do  biurka,  wyrwał  kartkę  z  notesu,  a  potem  chwycił 
długopis.

background image

- No proszę, skarbie, zapisz tu swój numer. Jamie patrzyła 

na  niego  zdumiona  zarozumiałością, uporem,  a  przede 
wszystkim  sposobem  reagowania  na  odmowę.  Był  to 
człowiek, który rzadko, jeśli w ogóle, słyszał odpowiedź „nie" 
padającą  z  ust  kobiety.  Zmrużyła  gniewnie  oczy.  Właśnie  za 
chwilę ją usłyszy.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Nie.

Głos  miała  stanowczy,  czysty,  niedopuszczający

sprzeciwu.

Rand zupełnie zignorował odmowę.

- Dobrze.  W  takim  razie  ja  sam  zapiszę  twój  numer. -

Długopis  zawisł  nad  papierem. - Podaj  mi  tylko  pierwsze 
siedem cyfr.

- Mój numer telefonu ma tylko siedem cyfr. Uśmiechnął 

się.

- Sprytna dziewczynka. Myślałem, że dasz się złapać.

Niewiele  brakowało,  a  uśmiechnęłaby  się  w  odpowiedzi. 

Powinna zachować stanowczość. Musiała przypomnieć sobie, 
że  przed  takimi  mężczyznami  broniła  się  skutecznie  przez 
wszystkie  dorosłe  lata.  Zamiast  więc  uśmiechnąć  się  czy 
cokolwiek  odpowiedzieć,  zignorowała  Randa  i  zajęła  się 
katalogiem.

Rand westchnął przesadnie głęboko.

- No  dobrze,  wygrałaś.  Jeśli  podasz  mi  swój  numer 

telefonu, zadzwonię do ciebie dziś o ósmej.

Z niedowierzaniem otworzyła oczy.

- Czy ty w ogóle słyszałeś, co powiedziałam?
- Słyszałem  każde  słowo,  skarbie,  dlatego  w  końcu  się 

poddałem  i  określiłem  dokładną  datę  i  godzinę,  kiedy 
zadzwonię. Przecież o to ci chodziło, prawda?

- Chodziło mi o to, żebyś zostawił mnie w spokoju!
- Nie  zostawię  cię  w  spokoju,  dopóki  nie  dostanę  tego, 

czego chcę. - Uśmiechnął się znacząco. Oczy mu błyszczały i 
Jamie domyśliła się, że mówi nie tylko o numerze telefonu.

- Kiedy dostaniesz to, o co prosisz, nie zdołasz zostawić 

mnie  w  spokoju  dostatecznie  szybko - rzuciła.  Ona  też  nie 
mówiła  o  numerze  telefonu. - Daj  sobie  spokój,  Rand.  Nie 

background image

chcę,  żebyś  do  mnie  dzwonił.  Nie  chcę  się  z  tobą  spotykać. 
Czy  można  to  wyrazić  jaśniej?  Nie  chcę  mieć  z  tobą  nic 
wspólnego.

Na chwilę zamilkł. Zastanawiał się nad odpowiedzią, która 

powinna  być  dowcipna,  a  jednocześnie  zmuszająca  tę 
dziewczynę  do  uległości,  gdy  powietrze  wypełnił  piskliwy, 
dziecięcy głos.

- Panno  Saraceni,  ten  mały  miał  wypadek!  Zanim  Jamie 

czy Rand zdołali się ruszyć, jasnooka,

mniej  więcej  dziesięcioletnia  dziewczynka  podbiegła  do 

biurka, ciągnąc za rękę chłopczyka w mokrych spodenkach.

- Więc to był tego rodzaju wypadek. - Rand odezwał się 

pierwszy, wyraźnie rozbawiony.

- Co się stało, Ashley? - spytała Jamie.
- Cindy  próbowała czytać „Trzy małe  koźlątka", a  Mark 

wstał i zawołał: „Chcę siusiu". - Ashley wskazała na chłopca i 
zachichotała. - Ale już było za późno. Cindy powiedziała, że 
sobie z tym nie poradzi. Kazała przyprowadzić go tutaj.

Rand parsknął śmiechem. Spojrzał z uwagą na parę dzieci.

- Chyba naprawdę powinien się przebrać. Gdzie jest jego 

mama?

- Ma  godzinę  spokoju  i  wolności - odparła  rezolutnie 

Ashley. - Tak  mówią  nasze  mamy.  Cieszą  się,  że  panna 
Saraceni zorganizowała tę godzinę bajek dla maluchów, gdyż 
dzięki temu mają trochę spokoju i wolności.

- To znaczy, że są tu inne dzieci? - zdziwił się Rand. - A 

ich matki?

Jamie zerknęła na zegarek.

- Pojawią się nie wcześniej niż za trzydzieści pięć minut. 

To  cała  wieczność  w  pokoju  pełnym  rozbieganych  dzieci. 
Lepiej zastąpię Cindy, a ją przyślę tutaj.

Mały  Mark  odbiegł  nagle,  obejrzał  się  na  Ashley,  a  jego 

szeroki uśmiech mówił wyraźnie: „Złap mnie, jeśli potrafisz".

background image

- On nie chce wracać na bajkę, panno Saraceni
- zauważyła  Ashley. - Mogę  się  z  nim  pobawić  w 

dziecięcym kąciku?

- To  świetny  pomysł, Ashley. Ale  najpierw przebierz  go 

w  to. - Otworzyła  szufladę  i  wyjęła  małe  spodnie  od  dresu, 
przygotowane właśnie na takie przypadki. - Potem możesz go 
zaprowadzić  do dziecięcego  kącika. - Wskazała  głową  w  kąt 
biblioteki,  przeznaczony  specjalnie  dla  przedszkolaków.  Był 
tam stolik, drewniane klocki i domek dla lalek.

Ashley kiwnęła głową i odprowadziła Marka.

- Zabawki? - zdziwił się Rand. - W bibliotece?
- To są dary lub rzeczy z przeceny - wyjaśniła Jamie.
- Chciałam  stworzyć  takie  miejsce,  gdzie  małe  dzieci 

mogłyby  się  czymś  zająć,  kiedy  ich  rodzice  przeglądają 
książki.

Rand z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Prowadzisz tę bibliotekę zupełnie inaczej niż robiono to 

w mieście, w którym się wychowywałem. Nie wolno tam było 
hałasować, a na samą myśl o maluchach biegających dookoła 
bibliotekarka dostałaby ataku serca. Była jedną z...

- Daruj  sobie  stereotypy. - Jamie  wyszła  zza  biurka. 

Dostrzegła, że Rand ją obserwuje. Starała się ignorować nagłe 
bicie serca wzbudzone jego pożądliwym wzrokiem.

- Łamiesz  wszelkie  stereotypy - powiedział  Rand, 

ruszając za nią. - Jamie, ja...

Nie  miał  okazji  dokończyć.  Trąba  powietrzna  w  krótkiej 

dżinsowej  spódniczce  i  kurtce  pojawiła  się  nagle  i  wpadła 
pomiędzy nich.

- Cześć, Jamie, możesz mi pożyczyć samochód?
- zapytała  zdyszana  nastoletnia  brunetka,  której  gęste 

włosy  były  pokryte  pianką  i  lakierem,  tworząc  zadziwiającą 
fryzurę. - Muszę pojechać do centrum.

- Mówisz tak, jakby była to sprawa życia i śmierci

background image

- odparła  Jamie  tonem,  który,  miała  nadzieję,  wyrażał 

zrozumienie  i  sympatię.  Naprawdę  ogarnęło  ją  przerażenie. 
Nie jej kuzynka Saran! Nie teraz!

- Bo  jest! - upierała  się  Saran. - Ta  czarna  skórzana 

spódnica,  o  której  marzyłam,  jest  teraz  na  wyprzedaży  z 
czterdziestoprocentową zniżką. Muszę zdążyć, Jamie.

- Skórzana spódnica? - Jamie zmarszczyła brwi.
- Wiesz, Saran, nie przypuszczam...
- Nie  próbuj  mnie  nawet  przekonywać - przerwała 

gwałtownie  Saran. - Przeczytałam  w  magazynie,  że  każda 
kobieta  powinna zainwestować w czarną  skórzaną spódnicę i 
nosić ją do butów na wysokich obcasach.

Rand bezskutecznie próbował powstrzymać śmiech.

- Kim  pan  jest? - Saran  zmierzyła  go  wzrokiem.  Oczy 

miała  ciemnobrązowe,  ale  była  wystarczająco podobna  do 
Jamie, by Rand domyślił się, że są spokrewnione.

- Nazywa  się  Rand  Marshall  i  pracuje  w  firmie 

ubezpieczeniowej - wyjaśniła  cierpliwie  Jamie. - A  to  moja 
kuzynka, Saran Saraceni - przedstawiła ją Randowi.

- Aha... - Saran  wzruszyła  ramionami  i  natychmiast 

straciła zainteresowanie nieznajomym. - Myślałam, że to może 
ten  szurnięty  dentysta,  który  za  tobą  łazi.  Co  ci  dzisiaj 
przysłał, Jamie?

Rand zastrzygł uszami.

- Szurnięty dentysta? - powtórzył.
- Tak. Kompletny czubek - pogardliwie dorzuciła Saran. -

Nie  uwierzyłby  pan,  jakie  przysyła  jej  prezenty.  Kwiaty, 
słodycze,  balony  i  pluszowe  zwierzaki.  Jamie  przeznacza  to 
wszystko  na  nagrody,  kiedy  dzieciaki  ze  świetlicy  grają  w 
bingo. Jamie skrzywiła się.

- Saran, proszę cię! Wystarczy!

Wargi  Randa  drgnęły.  Rozbawiło  go  to,  że  taki  playboy 

jak Daniel może być postrzegany jako szurnięty dziwak.

background image

- Jak słyszę, masz oddanego adoratora - zauważył.
- Tylko  dlatego,  że  powiedziałam  mu  „nie", a  on  nie 

chciał się z tym pogodzić - odparła chłodno Jamie.

- Rozumiesz?  Zresztą  doktór  Wilcox  adoruje  głównie 

siebie.  I  żywi  zupełnie  nieuzasadnione  przekonanie,  że 
wszystko mu się należy.

- A co gorsza, przyjaciółka Jamie, Angela, pracuje w jego 

gabinecie  i  jest  w  nim  zakochana  do  szaleństwa - dodała 
Saran.

- Rzeczywiście  interesujący  zbieg  okoliczności -

powiedział  Rand.  Zastanawiał  się,  czy  Daniel  wie  o  tym. 
Chyba  nie.  Jak  zauważyła  Jamie,  Daniel  zazwyczaj  bywa 
zajęty wyłącznie sobą.

- Cała  ta  sytuacja  jest  ogromnie  kłopotliwa - stwierdziła 

Jamie  z  wyraźnym  niesmakiem. - Wolałabym  o  tym  nie 
mówić.

- Dobrze,  porozmawiajmy o czymś innym - zgodziła  się 

Saran. Zerknęła na Randa i zmrużyła oczy. - Spotyka się pan z 
Jamie?

- Saran! - syknęła  Jamie  przez  zaciśnięte  zęby.  Rand 

parsknął śmiechem.

- Jeszcze się nie umówiliśmy, ale żywię pewne nadzieje. 

Może w sobotę, Jamie?

- A może dzisiaj? - wtrąciła Saran. - Moglibyście pójść na 

kolację, a wtedy nie musiałabym oddawać ci samochodu przed 
szóstą,  żebyś  mogła  wrócić  do  domu.  Będę  mogła  bez 
pośpiechu zrobić zakupy.

Jamie  westchnęła  głęboko.  Myśl  o  zakneblowaniu  Saran 

wydała się jej niezwykle kusząca.

- Znakomity  pomysł. - Rand  się  uśmiechnął.  Ta  mała 

kuzynka  stworzyła  znakomitą  okazję,  by  spróbować  jeszcze 
raz. Wykorzystał ją. - Zjesz ze mną kolację, Jamie?

- Nie, przykro mi, ale naprawdę nie mogę - odparła.

background image

- Znam  świetną  chińską  Rest...  Nie? - Rand  spojrzał  na 

nią zdumiony.

Jamie pokręciła głową.

- Ale  dziękuję  za  zaproszenie - dodała  z  wymuszoną 

uprzejmością.

„Nie?"  Słowo  to  odbijało  się  echem  w  głowie  Randa. 

Znowu „nie"? Poczuł zniechęcenie. Mógł znosić jej upór przez 
jakiś czas, ale bez przesady.

- Dlaczego nie? - usłyszał własny głos. - Masz jakieś inne 

plany?

- Nie,  nie  ma  innych  planów - powiedziała  zgryźliwie 

Saran. - Po  prostu  Jamie  nie  spotyka  się  z  nikim,  kto  nie 
przedstawi  przynajmniej  dwóch  listów  polecających  i 
zaświadczenia od pastora. Może mi pan wierzyć, że jej życie 
towarzyskie na tym nie zyskuje.

- Saran, skręcę ci kark - obiecała słodkim głosem Jamie. 

Saran  uśmiechnęła  się,  bynajmniej  nie  przestraszona tą 
groźbą.

- Jeśli dasz mi kluczyki do samochodu, wyniosę się stąd i 

przestanę ci przeszkadzać.

- Możesz pożyczyć wóz, ale masz go oddać przed szóstą. 

Muszę wrócić do domu.

Gdy  tylko  Saran  wybiegła,  natychmiast  pojawiła  się 

bardzo zirytowana Cindy.

- Panno  Saraceni,  nie  zostanę  ani  chwili  dłużej  z  tymi 

bachorami.  Jeden  z  nich  mnie  ugryzł! - Wyciągnęła  rękę. -
Proszę spojrzeć na ślady po zębach! Ten mały wampir niemal 
wyssał mi krew!

Podczas  gdy  Jamie  usiłowała  uspokoić  Cindy,  Rand

wyszedł  z  biblioteki.  Zauważył  Saran  otwierającą  drzwi  do 
czystej, srebrzystoszarej hondy civic.

- Hej, Saran! - zawołał.

Dziewczyna obejrzała się i zaczekała, aż podejdzie bliżej.

background image

- Co  to  za  imię:  Saran? - spytał  z  uśmiechem  Rand. -

Skrót od nazwiska, czy co?

Saran zrobiła zbolałą minę, jakby zbyt często zadawano jej 

to pytanie.

- Powinno być Sara Ann, ale rodzina opuściła jedno „a" i 

zapomniała  o  dodatkowym  „n"  na  świadectwie  urodzenia, 
więc  zostało:  Saran.  Gdyby  pan  znał  moich  rodziców,  to  by 
się pan nie dziwił. Jeszcze, jakieś pytania?

- Jedno.  Dasz  się  przekupić  i  podasz  mi  numer  telefonu 

twojej kuzynki, Jamie?

- Przekupić? - jęknęła. - To  znaczy,  że  mi  pan  zapłaci? 

Pieniędzmi?

- Gotówką. - Rand  uśmiechnął  się. - Może  chciałabyś 

nową bluzkę do tej czarnej skórzanej spódnicy?

Sięgnął  do  portfela  i  wyciągnął  dwudziestodolarowy 

banknot.  Saran  otworzyła  szerzej  oczy.  Podobała  mu  się  ta 
dziewczyna, więc dołożył jeszcze dziesięć dolarów.

- Da  mi  pan  trzydzieści  dolarów? - Wyciągnęła  rękę,  a 

potem cofnęła ją nagle. - Nie jest pan zboczeńcem ani kimś w 
tym  rodzaju,  prawda? - zapytała  ostrożnie.  Rand  stłumił 
uśmiech.  To  miło,  że  dziewczyna  miała  skrupuły,  sprzedając 
numer telefonu swojej krewnej.

- Słowo  honoru.  Po  prostu  jestem  wielbicielem  twojej 

kuzynki. Jak ten dentysta - dodał sucho.

Saran  wzięła  pieniądze  i  wyrecytowała  numer  telefonu, 

który Rand zapisał starannie na swojej książeczce czekowej.

- Jest  pan  tak  samo  zwariowany  jak  on - stwierdziła, 

wpychając  banknoty do torebki. - Traci pan czas i pieniądze, 
chodząc za Jamie. Nigdy się z panem nie umówi.

- Kiedy  ogromna  siła  napotyka  nieruchomy  obiekt... -

rzekł w zamyśleniu Rand. - W fizyce...

- W fizyce? O rany! Znikam stąd.

background image

Saran  zupełnie  straciła  zainteresowanie  całą  rozmową. 

Wskoczyła do samochodu i odjechała, przyciskając klakson.

Rand  wrócił  do  biblioteki  w  chwili,  gdy  matki 

wyprowadzały z niej swoje pociechy.

Jamie  wysłała  Cindy  do  świetlicy  i  zerknęła  na  zegarek. 

Miała  wrażenie,  że  do  szóstej  została  cała  wieczność. 
Zastanawiała  się,  czy  nie  pójść  do  baru  Milliesa  na  filiżankę 
kawy.  Zazwyczaj  była  tak  mocna,  że  działała  jak  zastrzyk 
czystej kofeiny.

Tuż  przed  nią  na  biurku  pojawiła  się  nagle  puszka  coli. 

Jamie podniosła głowę i spojrzała wprost w twarz Randa.

- Wróciłeś! Uśmiechnął się krzywo.
- Cieszysz się, że mnie widzisz. Jestem pewien, że przez 

chwilę widziałem radość w twoich oczach. Proszę.

- Przysunął  jej  puszkę. - To  dla  ciebie.  Pomyślałem,  że 

chętnie  się  napijesz.  Ja  o  tej  porze  zwykle  potrzebuję  czegoś 
takiego.

Wiedziała, że nie powinna niczego od niego przyjmować. 

Ale ten natręt miał rację. Była spragniona. Musiała się napić. 
Otworzyła puszkę i wypiła jeden łyk.

- Myślałaś,  że  sobie  poszedłem? - zapytał  z  uśmiechem 

Rand.

- Tak. Miałam nadzieję, iż w końcu zrozumiałeś, że nie...
- Pięć pięć pięć dziewięć siedem dwa pięć - wyrecytował 

z triumfem Rand.

Jamie niemal się zakrztusiła.

- To... to mój numer telefonu! - Szeroko otworzyła oczy. -

Jak...

- Kuzynka Saran. Nie potępiaj jej zbytnio. Zanim podała 

mi  numer,  sprawdziła,  czy  nie  jestem  przypadkiem 
zboczeńcem.

- Niech no tylko...

background image

- Nie  bądź  dla  niej  zbyt  surowa,  Jamie.  Złożyłem  jej 

propozycję nie do odrzucenia, jak można by to określić. Saran 
nie jest tak niedostępna i niechętna jak ty.

Jamie spojrzała na niego gniewnie.

- Saran ma siedemnaście lat, prawie osiemnaście, i uważa 

naukę  za  stratę  czasu.  Jej  życiowym  celem  jest  wyjazd  do 
Nowego Jorku i kariera modelki, której ukoronowaniem będą 
zdjęcia  w  kostiumie  kąpielowym  na  okładce  „Sports 
Illustrated''.

- To  zdolna  dziewczyna,  choć  trochę  za  niska. - Rand 

wzruszył ramionami. - Może jej się uda.

Znał  się  na  tym.  Spotykał  się  z  tyloma  modelkami,  że 

mógłby prowadzić agencję.

- Proszę  cię,  nie  mów  jej  takich  rzeczy.  Już  dość  mamy 

kłopotów,  by  utrzymać  ją  w  szkole  przez  te  ostatnie  dwa 
miesiące.

- My?
- Moi  rodzice  i  ja.  Oni  są  jej  prawnymi  opiekunami. 

Matka Saran nie żyje, a ojciec to relikt ery hippisów. Wiecznie 
wędruje  do  Nepalu  czy  Maroka.  Byle  nie  do  New  Jersey. 
Rodzice  nie  mają  nic  przeciwko  jej  wyjazdowi  do  Nowego 
Jorku,  pod  warunkiem,  że  skończy  szkołę  i  stanie  się 
pełnoletnia. Ale ja uważam, że powinna kształcić się dalej i...

- Jestem  kimś  w  rodzaju  eksperta  w  kwestii  konfliktu 

własnych celów i rodzinnych oczekiwań - przerwał jej Rand. -
Niech  mała  sama  decyduje,  Jamie.  Nie  możesz  od  niej 
wymagać,  by  żyła  tak  jak  ty.  Macie  zupełnie  różne 
osobowości.  Ty  jesteś  naprawdę  niezwykła - dodał. - Czy 
rzeczywiście żądasz referencji, zanim zjesz z kimś kolację?

- Oczywiście, że nie. - Jamie westchnęła ciężko.
- Saran przesadza i bez przerwy dramatyzuje. - Spojrzała 

na  niego  uważnie. - Ale  prawdą  jest,  że  nie  umawiam  się  z 
obcymi.

background image

- A  czy  ja  jestem  obcy?  Podałem  ci  wszystkie  ważne 

informacje o sobie - przypomniał. - Wiesz o mnie więcej niż 
ja o tobie.

-

Mam 

dwadzieścia 

pięć 

lat, 

dyplom 

bibliotekoznawstwa,  nie  jestem  i  nigdy  nie  byłam mężatką. -
Za jego przykładem streściła swoją biografię.

- I podnieca cię stawianie oporu facetom - dodał.
- To nieprawda!
- Prawda.  Strzeżesz  swojego  numeru  telefonu,  jakby  to 

był tajny szyfr szpiegowski. Zakładam jednak, że od czasu do 
czasu  podajesz  go  jakiemuś  szlachetnemu  człowiekowi, 
którego  uznasz za  godnego  rozmowy  z tobą  przez  telefon. A 
co  masz  w  planie  na  później?  Rozmawiasz  z  tym  biedakiem 
przez telefon, a potem...

- Po kilku rozmowach, jeśli mi się spodoba, mogę przyjąć 

zaproszenie na lunch. - Jamie zmarszczyła brwi.

- Po co ci to właściwie opowiadam? Po co w ogóle tracę 

czas na tę rozmowę?

- Czy to są pytania retoryczne, czy też oczekujesz na nie 

odpowiedzi?

- Nie sądzę, by zainteresowała mnie twoja odpowiedź.
- Nie,  chyba  nie. - Rand  roześmiał  się. - Ale  i  tak  ci 

odpowiem. Rozmawiasz ze mną, bo chcesz, żebym był blisko. 
Pociągam  cię,  panno  Saraceni.  Podniecam  cię,  nie  uznaję 
odmowy i sądzę, że wbrew sobie jesteś mną zaintrygowana.

Zaczerwieniła się.

- Naprawdę  jesteś  zarozumiałym  gorylem,  czubkiem, 

osłem... - Jakie  jeszcze  epitety  wtedy  wymieniał?  Była  zbyt 
zdenerwowana, by je sobie przypomnieć.

- Trafiłaś. - Rand uśmiechnął się, wspominając wszystkie 

erotyczne  sceny  ze  swoich  powieści. - Teraz  ja  muszę  ci 
powiedzieć,  że  cudownie  wyglądasz,  kiedy  się  gniewasz. 
Jesteś namiętna, ognista i podniecająca.'

background image

Zwinnie  ominął  biurko  i  stanął  obok  niej.  O  wiele  za 

blisko.  Czy  nie  słuchała  kiedyś  pewnej  starej  ballady,  która 
mówiła,  że  niebezpiecznie  jest  znaleźć  się  zbyt  blisko 
mężczyzny?  Jamie miała  wrażenie,  że  znów  słyszy  ten  tekst. 
Odetchnęła głęboko.

- Nie  wolno  tutaj  wchodzić.  Przepisy  mówią,  że  to 

miejsce tylko dla personelu.

- A  ty  zawsze  przestrzegasz  przepisów,  prawda,  panno 

Jamie? - zadrwił  i  przesunął  palcem  po  delikatnej  linii  jej 
podbródka.

Jamie drgnęła jak oparzona.

- Tak, zawsze ich przestrzegam. Po to są przepisy.
- Złapałaś  mnie,  dziecinko. - Rand  roześmiał  się 

chrapliwie.

-

Wiesz,  że  muszę  ci  się  sprzeciwić. 

Przypuszczam, że tego właśnie chcesz. - Przesunął się o kilka 
kroków, niemal przygniatając ją do krawędzi biurka. - Założę 
się, że są jakieś przepisy, które me pozwalają, by bibliotekarka 
w pracy całowała się z czytelnikiem. Ale przepisy są po to, by 
je łamać.

W  głowie  się  jej  kręciło,  ale  zdołała  się  nieco  odsunąć. 

Wydawał się tym rozbawiony. Twarz Jamie pokrył rumieniec, 
krew  szumiała  jej  w  uszach.  Czy  chciał  ją  pocałować?  Czy 
ona tego chciała?

- Jeśli natychmiast stąd nie wyjdziesz... - zaczęła. Ku jej 

przerażeniu  głos  miała  gardłowy,  niski  i  wcale  nie  brzmiący 
stanowczo.

Raz  jeszcze  spojrzał  na  nią  z  rozbawieniem,  po  czym 

obszedł  długie,  wygięte  półki  i  stanął  po  drugiej  stronie 
biurka.

- Czy  teraz  jesteś  zadowolona?  Stoisz  za  biurkiem,  a  ja 

nie. Nie naruszyliśmy żadnych przepisów.

Jak  mu  się  udawało  mówić  tonem  drwiącym  i 

uwodzicielskim  równocześnie,  pomyślała  Jamie,  usiłując 

background image

odzyskać  panowanie  nad  sobą.  Musiała  się  pozbyć  tego 
człowieka.

- Wybacz.  Muszę  sprawdzić,  co  z  Cindy  i  dziećmi -

oświadczyła, dumnie unosząc głowę. Ruszyła do świetlicy.

- Nie  wybaczę. - Silna  dłoń  Randa  zamknęła  się  na 

przegubie jej dłoni i zatrzymała dziewczynę w miejscu.

- Nie  powiedziałaś  mi  jeszcze,  co  się  dzieje  podczas  tej 

wspaniałej  randki  z  wybranym  przez  ciebie  szczęściarzem. 
Wiesz, kiedy spotkasz się z tym ofermą, który w końcu zdołał 
zaliczyć  trudny  test  telefoniczny.  Nie  wyjdę,  dopóki  nie 
rozwiążę tej zagadki.

- Puść mnie natychmiast. - Zacisnęła wargi w wąską linię.
- Opowiesz mi o swoich randkach?
- Jeżeli puścisz mnie w tej chwili! - warknęła. W miejscu 

gdzie jej dotykał, mrowiła skóra. - I jeśli obiecasz, że później 
natychmiast wyjdziesz!

Rand puścił jej rękę. Przełknęła ślinę. Wiedziała, że powie 

mu wszystko, co chciał wiedzieć, byleby sobie poszedł.

- Ustalmy  pewne  fakty.  Nie  spotykam  się  z  ofermami. 

Mężczyźni, z którymi się umawiam, to wrażliwi dżentelmeni.

- Nie wątpię, że w najgorszym sensie tego słowa
- parsknął Rand.
- Mam  kontynuować? - Spojrzała  na  niego  lodowatym 

wzrokiem.

- Och,  zdecydowanie.  Za  skarby  świata  nie  chciałbym 

stracić takiej okazji.

- Więc  kiedy  zgodzę  się  iść  na  lunch  z  dżentelmenem, 

ustalamy czas i miejsce spotkania, a potem jemy, rozmawiamy 
i odjeżdżamy, każde swoim samochodem.

- Ależ  oczywiście. - Rand  błysnął  zębami  w  ironicznym 

uśmiechu. - Powiedz, ile musisz zjeść takich lunchów, zanim 
dojdzie  do  czegoś  tak  ryzykownego  jak  wspólna  kolacja. 

background image

Wieczorem!  I... - udał,  że  brakuje  mu  tchu  z  przerażenia -
powrót jednym samochodem. Jamie zamarła w bezruchu.

- Czas,  żeby  pan  wyszedł,  panie  Marshall.  Nie  mam  ani 

czasu, ani ochoty, by słuchać, jak bawi się pan moim kosztem.

- Moja droga - roześmiał się - nie masz nawet pojęcia, co 

znaczy słowo „zabawa". I tak zresztą nie wiesz, co to takiego.

Prychnęła 

oburzona, 

uniosła 

głowę 

i  odeszła. 

Przynajmniej  miała  taki  zamiar.  Rand  wyciągnął  rękę  i 
chwycił ją za ramię, zatrzymując raz jeszcze.

- Teraz  moja  kolej.  Powiem  ci  dokładnie,  co  myślę  o 

twoich spotkaniach - oznajmił.

- Nie chcę tego słuchać.

Próbowała  się  wyrwać,  ale  nie  zdołała,  mimo  że  Rand 

trzymał ją tylko jedną ręką.

- Zachowujesz  się  w  stosunku  do  mężczyzn  jak 

dziwaczka - mówił  dalej,  ignorując  jej  słowa  i  próby 
oswobodzenia się. - Jesteś osobą bez serca, a twoje zasady są 
tak  surowe,  że  możesz  stanowić  wzór  staroświeckiej,  nudnej 
bibliotekarki. - Wykrzywił  się. - Przy  tobie  chłopcy  z 
ubezpieczeń  to  szaleńcy,  którzy  chwytają  życie  pełnymi 
rękami.

- Nie  interesuje  mnie  to,  co  o  mnie  myślisz - odparła 

chłodno.  Przestała  się  wyrywać,  usiłując  zachować  resztki 
godności. - Jestem przekonana o słuszności zasad, którymi się 
kieruję.

- Jesteś  po  prostu  zboczona  na  punkcie  zachowania 

samokontroli.  Związek  z  tobą  byłby  równie  przyjemny  jak 
życie w Rosji za czasów Stalina.

Zmrużyła  oczy,  aż  zaczęły  przypominać  wąskie, 

migotliwe szparki.

- Przypuszczam, że według ciebie każda kobieta powinna 

chodzić  w  krótkiej,  skórzanej  spódnicy  i  w  butach  na 

background image

wysokich obcasach, i uganiać się za każdym mężczyzną, który 
skinie na nią palcem.

- To  jeden  koniec  skali.  Ty  jesteś  na  przeciwnym  i 

musztrujesz swoich nieszczęsnych wielbicieli, strzelasz z bata, 
pokazujesz marchewkę, pociągasz za sznurki...

- Znasz  jeszcze  jakieś  banalne  powiedzonka? - rzuciła 

Jamie. - Warto uzupełnić tę listę.

- Pewnie. - Szelmowski  uśmiech  wykrzywił  mu  wargi. 

Oczy  błysnęły  wyzywająco. - Oto  najbardziej  banalny  ze 
wszystkich  banałów.  Kłótnia  przyszłych  kochanków  w 
zwarciu.

I zanim  Jamie zdołała  się odezwać,  poruszyć  czy choćby 

odetchnąć,  pochwycił  ją  w  ramiona.  Czuła  jego  siłę,  każdy 
napięty  mięsień.  Przez  ułamek  sekundy  była  zbyt 
zaszokowana,  by  walczyć,  a  potem  zaczęła  mówić  jak 
nakręcona:

- Pańskie  neandertalskie  zaloty  wcale  mnie  nie  bawią, 

panie  Marshall.  Próbowałam  być  uprzejma,  ale  posunął  się 
pan za daleko. Proszę mnie natychmiast puścić, bo...

- Będziesz  krzyczeć? - zapytał  zaciekawiony.  Opuścił 

głowę  i  musnął  wargami  jej  usta. - Nie  możesz,  jesteśmy 
przecież w bibliotece.

Przesunął zuchwale dłońmi po jej ciele. Jamie walczyła z 

ogarniającym  ją  słodkim  ciepłem,  które  budziło  dreszcze  i 
zaćmiewało umysł.

- Będę krzyczeć tak głośno, że w ciągu minuty zjawi się 

tu policja - ostrzegła. Czuła, jak kręci się jej w głowie.

- Mmm, naprawdę? - zmysłowo pieścił wargami jej ucho.
- Zaskarżę cię.

Ciążyły  jej  powieki,  otwierała  je  z  trudem.  Miała  ochotę 

rozluźnić się, przytulić do Randa i rozkoszować się jego siłą. 
Policzki poczerwieniały jej ze wstydu, gdy przyznała się przed 
sobą, że chciałaby, by te ręce pieściły ją aż do... do...

background image

Najwyższym  wysiłkiem  woli  opanowała  się,  szarpnęła  w 

tył i spojrzała gniewnie.

- Znam  prawie  wszystkich  policjantów  w  mieście. 

Zamkną cię...

- Najpierw muszą mnie o coś oskarżyć - wymruczał Rand, 

zupełnie nie przestraszony jej groźbami. Znów zaczął pieścić 
wargami, tym razem szyję dziewczyny. - O co?

Jamie  jęknęła.  Przepłynęła  przez  nią  gęsta,  gorąca  rzeka 

wrażeń, a ona walczyła z jej prądem.

- O napastowanie.

Znów  usiłowała  się  wyrwać.  Rand  nie  rozluźnił  uścisku. 

Odruchowo  poruszyła  się  znowu,  ale  zrobiła  to  mało 
zdecydowanie.

Popełniła  poważny  błąd.  Rand  wydał  dziwny  dźwięk: 

połączenie śmiechu i jęku.

- Myślę,  że  trudno  będzie  rozstrzygnąć,  kto  kogo 

napastuje, Jamie. - Głos mężczyzny stał się bardziej gardłowy.
- Jamie. - Pochylił uwodzicielskie i wygłodniałe wargi.

- Nie - zaprotestowała  słabo.  Choć  umysł  nakazywał  jej 

go odepchnąć, ciało odmówiło posłuszeństwa.

- Tak - szepnął. - O, tak. Rozchylił wargi i pocałował ją 

mocno.

Nie  była  przygotowana  na  tę  oszałamiającą  falę 

pożądania.  Rand  był  taki  wielki  i  silny.  Wzbudzał  doznania, 
jakich  nigdy  przedtem  nie  doświadczyła.  Zamknęła  oczy, 
zrezygnowała z walki i objęła go za szyję.

Głęboko  w  jej  brzuchu  pulsował  żar,  ciało  ogarniał 

dreszcz.  A  pocałunek  trwał  i  trwał,  stawał  się  coraz  głębszy, 
gorętszy, bardziej pożądliwy. Na świecie istniał ja tylko Rand, 
zdominował jej myśli i ciało. Przytulona do niego, poruszająca 
się zmysłowo w jego ramionach, czuła rozkosz tak głęboką, że 
graniczącą z bólem.

background image

A  potem  nagle,  niespodziewanie  wszystko  się  skończyło. 

Rand przerwał pocałunek i odsunął się.

Patrzył na nią lśniącymi ciemnymi oczami. Miał wrażenie, 

że  wybuch  namiętności  całkiem  pozbawił  go  sił.  Tego 
fenomenu  bohaterowie  Bricka  Lawsona  doświadczali  często, 
jednak  ich  twórca  dotąd  go  nie  przeżył.  Nie  Rand  Marshall, 
sprawny  podrywacz,  którego  emocje  były  zawsze  oddzielone 
od znakomitej techniki.

Aż  do  dzisiaj.  Erotyczne  pożądanie  połączyło  się  z 

głębszymi  emocjami,  by  eksplodować  w  namiętnym 
rozpaleniu.  Nigdy  jeszcze  żaden  pocałunek  tak  go  nie 
poruszył.  W  dodatku  byli  w  bibliotece,  miejscu  niezbyt 
romantycznym. Ale Jamie była tak namiętna, tak gwałtownie 
drżała  w  jego  ramionach,  że  szybko  przekonał  się,  że 
pocałunki mu nie wystarczą.

Gdyby  natychmiast  się  od  niej  nie  oderwał,  wyciągnąłby 

jej  bluzkę  spod  paska  i  rozpiął  guziki.  A  potem  objąłby 
wargami  sutki  tak  twarde  i  wypukłe,  że  czuł  ich  kształt  na 
swojej piersi.

Przeszył  go  dreszcz  pożądania.  Skupił  wzrok  na  jej 

wargach: różowych, wilgotnych i lekko opuchniętych.

Jamie  przyglądała  mu  się.  Pozostawiony  na  ustach  i 

języku  smak  uderzał  do  głowy.  Piersi  miała  nabrzmiałe,  a 
sutki  mrowiące  i  niezwykle  wrażliwe.  Między  udami  czuła 
ciepłą  wilgoć.  Oddychała  nierówno,  zarumieniona.  Pragnęła 
go.  Kiedy  na  nią  patrzył,  miała  wrażenie,  że  raz  jeszcze  jej 
dotyka.  Była  rozdarta  wewnętrznie.  Nie  wiedziała,  czy 
bardziej  pragnie  przytulić  się  mocno  do  Randa,  czy  uciec  od 
groźby, jaką sobą przedstawiał.

Jeszcze  nigdy,  w  ciągu  dwudziestu  pięciu  lat 

poukładanego  życia,  nie  doznała  tak  żywiołowego  i  silnego 
pragnienia, by połączyć się z mężczyzną. A przecież chłodna, 
spokojna  Jamie  nie  należała  do  kobiet,  które  tracą  głowę  z 

background image

powodu  pocałunku  mężczyzny.  Tym  razem  to  się  zdarzyło. 
Była przerażona.

- Musisz stąd wyjść - powiedziała jednym tchem. Ledwie 

rozpoznała własny głos.

- Teraz znam twoją tajemnicę. - Rand wykrzywił usta w 

leniwym  uśmiechu. - Bibliotekarka  wcale  nie  jest  tak 
opanowana.

Ogarnął  ją  gniew.  Czuła  się  zdemaskowana  i  bezbronna, 

co  było  nowym  doświadczeniem,  które  wcale  się  jej  nie 
spodobało.  Ten  bezczelny,  zarozumiały,  męski  uśmieszek, 
drwiący  ton  głosu  podziałał  jak  zapałka  rzucona  w  kałużę 
benzyny. Natychmiast rozgorzała w niej wściekłość.

- Wynoś  się  stąd!  Jestem  zdumiona  tym,  co  zaszło! 

Śmiech Randa brzmiał uwodzicielsko i gardłowo.

- Skarbie, jesteś rozpalona i zakłopotana tym, co zaszło.

Zarumieniła  się.  Wiedział,  dlaczego,  i  kpił  z  niej.  Była 

upokorzona.

- Wychodzę  teraz,  Jamie. - Ton  świadczył  wyraźnie,  że 

wychodzi  dlatego,  że  chce,  a  nie  dlatego,  że  mu  kazała. -
Zadzwonię  do  ciebie - rzucił  przez  ramię,  zmierzając  do 
drzwi.

- Nie będę z tobą rozmawiać - zawołała.
- Owszem, będziesz - odparł uprzejmie.

Nie  będzie,  przekonywała  samą  siebie.  Zagubiony 

kontynent Atlantydy wynurzy się z morza, UFO wyląduje na 
trawniku przed Białym Domem, a New Jersey oderwie się od 
Stanów  Zjednoczonych,  zanim  Jamie  Saraceni  zgodzi  się 
ponownie rozmawiać z Randem Marshallem.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Jamie  ogarniało  przerażenie  za  każdym  razem,  kiedy 

dzwonił telefon. Dzwonili do jej siostrzeńców, ośmioletniego 
Brandona  i  siedmioletniego  Timmy'ego,  do  ojca  Ala,  matki 
Maureen, do babci i przynajmniej z pięć razy do Saran.

Nikt  nie  dzwonił  do  Jamie  ani  do  jej  siostry  Cassie, 

rozwiedzionej  matki  obu  chłopców.  Cassie  siedziała  przed 
telewizorem. W domu Saracenich telewizor bez przerwy grał 
od „Wiadomości o świcie", aż po „Show Dawida Lettermana''. 
Siostra była całkowicie pochłonięta programem.

Jamie  zazdrościła  jej.  Czuła  się  niespokojna  i  spięta.  Nie 

dlatego, że oczekiwała na telefon Randa, przekonywała samą 
siebie.  W  mieszkaniu  mieli  tylko  jeden  aparat,  w  zawsze 
zatłoczonej  kuchni,  tak  że  dyskretna  rozmowa  telefoniczna 
była  rzeczą  zupełnie  niewyobrażalną.  Gdyby  Rand  znowu 
zaczął te swoje seksualne insynuacje...

„Skarbie,  jesteś  rozpalona  i  zakłopotana  tym,  co  zaszło". 

W  myślach  zabrzmiało  echo  jego  głosu.  Pomyślała  o 
zachłannych pocałunkach w bibliotece i puls jej przyspieszył.

- Czy ten miły, młody dentysta zajrzał dziś do biblioteki z 

jakimiś  prezentami,  kochanie? - spytała  mama  znad  lalki, 
którą właśnie czesała.

Jej dzieci, zarówno mól książkowy,  Jamie, jak i łobuziak 

Cassie,  nie  lubiły  lalek,  więc  matka  sama  zaczęła  je 
kolekcjonować. Dzisiaj miała ich ponad trzy tysiące.

Lalki  z  lat  sześćdziesiątych,  siedemdziesiątych  i 

osiemdziesiątych,  ustawione  były  we  wszystkich  wolnych 
miejscach w domu. Kupowała, sprzedawała i wymieniała je ze 
wszystkimi zbieraczami w kraju.

- On nie jest miłym młodym dentystą, mamo. To czubek -

stwierdziła Jamie. „Osioł, kretyn, dureń". Znowu usłyszała w 
myślach głos Randa i niemal się uśmiechnęła. - Nie widziałam 

background image

go dzisiaj. Zrozumiał wreszcie, sądzę, że nie mam zamiaru się 
z nim umawiać.

- Mili młodzi dentyści nie rosną na drzewach, skarbie
- zauważyła  Maureen,  ubierając  lalkę  w  lśniącą  suknię 

bez ramiączek. - Na pewno złapie go jakaś szczęśliwa, młoda 
dziewczyna.

- Mamo, Angela jest w nim szaleńczo zakochana
- wyjaśniła  cierpliwie  Jamie. - Nawet  gdyby  Daniel 

Wilcox  nie  był  czubkiem,  którym  zdecydowanie  jest,  nie 
mogłabym się z nim umawiać.

- Jesteś  naprawdę  lojalną  przyjaciółką. - Maureen 

zerknęła  na  córkę. - I  wiem,  że  pewnego  dnia,  już  niedługo, 
spotkasz odpowiedniego dla siebie mężczyznę.

- Może  już  go  spotkała - pisnęła  Saran.  Szeroko  i 

niewinnie  otworzyła  swe  wielkie  piwne  oczy. - Jakiś 
przystojniak  był  u  niej  dzisiaj  w  bibliotece.  Rand  Jakośtam. 
Jest  dość  przystojny,  by  występować  w  telewizji,  choć 
sprzedaje polisy ubezpieczeniowe.

- Szacuje szkody - poprawiła odruchowo Jamie, rzucając 

Saran  spojrzenie  pełne  wyrzutu.  Nie  zapomniała,  że  ta  mała 
żmija podała Randowi jej numer telefonu.

- Dość  przystojny,  by  występować  w  telewizji? - Matka 

wyglądała na zadowoloną. - Powiedz coś więcej, Jamie.

- Wygląd  o  niczym  nie  świadczy - zauważyła  kwaśno 

babcia. - Nawet nie chce  mi się liczyć,  ilu było przystojnych 
morderców.  Wykorzystywali  swój  wygląd,  by  ukryć 
straszliwą, przestępczą naturę.

- Może przejrzę magazyny policyjne i sprawdzę, czy nie 

ma tam jego zdjęcia - odparła oschle Jamie.

Babcia  od  czasu  mafijnej  masakry  w  Dniu  Świętego 

Walentego  była  wielbicielką  kryminałów  i  uznawała,  że 
człowiek jest winny, póki nie udowodni swojej niewinności.

background image

- Udało mi się! Znalazłem strefę styku i przeskoczyłem na 

czwarty  poziom! - krzyczał  podniecony  Brandon,  używając 
niezrozumiałego  żargonu  gier,  którym  ostatnio  posługiwały 
się  chyba  wszystkie  dzieci.  Obydwaj  z  Timmym  radośnie 
klaskali w dłonie.

Biały  kot  i  drugi  w  rude  pręgi  przebiegły  przez  pokój 

ścigane przez wielkiego czarnego kocura. Przewróciły stojącą 
na  podłodze  miskę  prażonej  kukurydzy,  której  zawartość 
rozprysnęła się wokół.

Rand  Marshall  został  zapomniany,  gdyż  cała  rodzina 

ruszyła  do  działania,  karcąc  koty  i  wymiatając  kukurydzę. 
Jamie  odetchnęła  z  ulgą.  Z  powodów,  których  wolała  zbyt 
dokładnie  nie  analizować,  nie  miała  ochoty  z  nikim 
dyskutować na temat Randa.

Niektórzy dziwiliby się pewnie, że dwudziestopięcioletnia, 

niezależna  kobieta  wciąż  mieszka  w  domu  z  rodziną.  Ale 
Jamie  sama  tak  zdecydowała.  Lubiła  towarzystwo  i 
zamieszanie. Nie pociągały jej codzienne powroty do pustego 
mieszkania, nieodmiennie uporządkowanego i cichego niczym 
grobowiec.

Przez chwilę pozwoliła sobie  na fantazje  o powrotach do 

wymarzonego cichego gniazdka, które dzieliła z wymarzonym 
mężem.  Wyobrażała  sobie  czarującą,  wiejską  kuchnię, 
staromodną sypialnię z sofą przy oknie, łóżko z baldachimem, 
masą  poduszek  i  kołdrą,  i  ogień  na  kominku.  Mąż,  tak  jak  i 
ona,  uwielbiałby  czytanie  w  łóżku.  Leżeliby  obok  siebie, 
zajęci  lekturą,  aż  nagle  spojrzeliby  sobie  w  oczy  i  wtedy 
odłożyliby książki i objęli się...

Jamie stłumiła tęskne westchnienie. Bardzo uważała, by te 

romantyczne  marzenia  pozostały  dobrze  skrywaną  tajemnicą. 
Rodzina  i  przyjaciele  widzieli  w  niej  tylko  metodyczną, 
prozaiczną  Jamie  i  nie  mogli  się  doczekać,  aż  pozna  miłego, 

background image

młodego człowieka i weźmie ślub w pięknej, białej sukni. Ona 
też tego chciała.

Ale nie może być ani miłości, ani ślubu, dopóki nie pozna 

mężczyzny, któremu mogłaby w pełni zaufać. Bez uczciwości 
i  zaufania  wszelkie  związki  są  tylko  chwilowe.  Tak  jak  ciąg 
romansów  jej  brata  Steve'a  czy  katastrofalne  małżeństwo 
Cassie.

Długoletnia  obserwacja  brata  i  byłego  szwagra 

wykształciła  u  Jamie  rodzaj  szóstego  zmysłu,  który  pozwalał 
zdemaskować 

tych 

czarujących, 

egoistycznych 

wyzyskiwaczy,  cynicznych  i  rozpieszczonych  przez  gromady 
kobiet.  Zakochiwały  się  w  nich,  zwiedzione  wyglądem  i 
gładkimi słówkami.

Tacy  mężczyźni  w  ogóle  jej  nie  interesowali.  Szukała 

kogoś,  kto  pragnął  emocjonalnego  związku,  a  nie  jedynie 
fizycznego  zbliżenia.  Mężczyzna  jej  marzeń  powinien  mieć 
poczucie humoru, by mogli razem się śmiać, podobnie jak ona 
ceniłby małżeństwo i rodzinę, i kochałby ją tak, jak ona jego.

Taki  człowiek  musi  istnieć.  Czekała  na  niego  przez  całe 

życie.

Kiedy obraz Randa stanął przed jej oczami, starała się go 

szybko  wymazać.  Jak  ten  drań  śmiał  wkradać  się  w  jej 
romantyczne, ukryte myśli! To było jak świętokradztwo. Rand 
Marshall  był  gorszy  niż  Daniel  Wilcox  i  ci  inni,  kłamliwi 
podrywacze. Oni przynajmniej nie śmieli jej dotknąć, podczas 
gdy Rand nie zawahał się, by ją pochwycić, pieścić, całować...

Stłumiła  falę  ogarniającego  ją  żaru.  Nie  chciała  mieć  nic 

wspólnego  z  Randem  Marshallem.  Choć  nigdy  się  tego  nie 
dowie, był w jej życiu jedynym człowiekiem, który sprawił, że 
zapragnęła złamać własne zasady.

Strumienie  deszczu  spływały  po  szybie  jaguara, 

zaparkowanego przed biblioteką w Merlton. Był to najnowszy 
samochód  Randa,  jego  radość  i  duma.  Zajmował  się  nim  jak 

background image

ukochanym dzieckiem. Gdyby ktokolwiek powiedział mu trzy 
dni temu, że będzie prowadził tę importowaną czarną piękność 
do  Merlton  w  czasie  ulewy  przypominającej  biblijny  potop, 
Rand uznałby go za szaleńca.

Lecz  jego  ciało  płonęło  wspomnieniem  wczorajszego 

spotkania  z  Jamie.  Pamiętał  jej  dotyk,  gorącą  namiętność 
pocałunku,  oczy  lśniące  inteligencją  i  zadziwiająco  ciepły 
uśmiech. Nie mógł przestać o niej myśleć.

To do mnie niepodobne, pomyślał. Rand Marshall, znany 

też jako Brick Lawson, przyzwyczajony był do panowania nad 
swoimi  emocjami,  tak  jak  panował  nad  losem  swych 
bohaterów.  Nigdy  się  nie  angażował,  czy  to  w  stosunki  z 
rodziną, czy z kobietami. Tak było o wiele łatwiej żyć.

Już  dawno  uznał,  że  seks  sprawia  o  wiele  więcej 

przyjemności 

niż 

zaangażowanie 

wzbudzone 

przez 

emocjonalny  odlot,  zwany  przez  niektórych  miłością.  Ale 
ostatniej  nocy,  choć  niespokojny  i  sfrustrowany,  jakoś  nie 
szukał chętnej partnerki, przy której uwolniłby się z napięcia.

Skrzywił  się.  Był  tylko  jeden  sposób  załatwienia  tej 

sprawy. Musi iść z Jamie do łóżka i nasycić się nią, a potem 
zapomnieć. Nie będzie to trudne, gdy już się przekona, że jest 
taka sama jak inne kobiety.

A  jeśli  nie?  Jeśli  po  tym  wszystkim  będzie  jej  pragnął 

jeszcze bardziej? Zdenerwowany Rand próbował się uspokoić. 
Przestań myśleć, co będzie potem, upomniał się. Nie jesteś do 
tego  przyzwyczajony.  Nawet  kiedy  pisał,  robił  to  bez 
pośpiechu,  rozdział  za  rozdziałem,  ku  rozpaczy  wydawców, 
którzy chcieliby wiedzieć, co stanie się z bohaterami. Ale skąd 
miał  wiedzieć,  co  będzie  w  dziesiątym  rozdziale,  gdy  był 
dopiero na trzeciej stronie?

Mniej  więcej  w  tym  samym  miejscu  znalazł  się  z  Jamie 

Saraceni:  na  trzeciej  stronie.  Pora,  by  napisać  czwartą. 

background image

Otworzył  drzwi  samochodu  i  pobiegł  przez  kałuże  w  stronę 
szerokich, szklanych drzwi biblioteki.

Jamie  wręczyła  zebranym  w  świetlicy  dzieciom  po 

pomarańczy.  Wykorzystywała  to  pomieszczenie,  odkąd 
wprowadziła 

życie 

nieoficjalny 

program 

zajęć 

pozalekcyjnych  dla  swoich  nieoficjalnych  podopiecznych. 
Miejscowe koło kobiet wielkodusznie ofiarowało pewną stałą 
sumę  na  codzienny  poczęstunek,  który  Jamie  musiała 
kupować i podawać dzieciom.

- Powiedz  pannie  Saraceni  o  kotku,  Scotty - zachęcił 

kolegę jeden z chłopców.

Jamie uśmiechnęła się do niego.

- Macic  w  domu  nowego  kotka,  Scotty? - spytała. 

Chłopiec pokręcił głową.

- Ale  widziałem, jak  ten  duży chłopak  wetknął kotka  do 

skrzynki na książki.

Jamie szeroko otworzyła oczy.

- Do skrzynki zwrotów? - powtórzyła z niedowierzaniem.

Stojąca przed biblioteką skrzynka została przez miejscową 

pocztę  wycofana  z  użytku  i  ofiarowana  bibliotece. 
Pomalowana  na  pomarańczowo,  nosiła  napis  „Tylko  na 
książki,  to  nie  jest  skrzynka  na  listy".  Ale  ludzie  i  tak  bez 
przerwy wrzucali tam korespondencję.

- Ktoś wsadził tam kotka? Może ucierpieć, kiedy spadnie 

na niego jakaś ciężka książka.

Zmarszczyła czoło. Nigdy nie była wielbicielką kotów, ale 

mieszkała  z  siedmioma  i  ten  fakt  wywołał  u  niej  pewną 
lojalność wobec tych zwierząt.

- Może być głodny.
- Albo  może  nasiusiać  na  książki - zauważył 

entuzjastycznie jeden z malców.

Wszystkie dzieci, prócz Scotty'ego, roześmiały się głośno.

background image

- Nie  opowiadam  bajek,  panno  Saraceni - oświadczył  z 

powagą. - Widziałem, jak chłopak wkłada tam kotka.

Jaki mam wybór? pytała samą siebie Jamie, zmierzając do 

skrzynki  zwrotów.  Ulewa  trwała,  więc  zabrała  ze  sobą 
parasolkę. Trzymając ją w jednej ręce, drugą szukała w pęku 
właściwego klucza.

- Mógłbym ci w czymś pomóc? - rozległ się męski głos. 

Jamie odwróciła się tak szybko, że niemal straciła równowagę. 
Zachowała ją, ale klucze upuściła w kałużę na chodniku.

- Rand - zawołała zaskoczona, a myśli ogarnął chaos.
- Mogę skorzystać z twojej parasolki? - spytał i przysunął 

się bliżej, nie czekając na odpowiedź.

Ledwie  uchwytny  zapach  perfum podrażnił  mu nozdrza  i 

Rand  poczuł  ukłucie  pożądania.  Pochylił  się  i  wyłowił  z 
kałuży klucze.

- Szukam pewnej książki - powiedział, kładąc kółko na jej 

dłoni.

Rękę  miał  silną,  ciepłą  i  tak  dużą,  że  niemal  całkowicie 

przykryła jej dłoń. Jamie zadrżała mimo woli.

Rand  również  zareagował  na  zetknięcie  się  ich  rąk. 

Poruszony,  odetchnął  głęboko  i  odchrząknął,  próbując 
powrócić do zaplanowanej taktyki.

- Sprawdzałem  już  w  bibliotekach  w  Haddonfield  i 

Cherry Hill. Pomyślałem, że spróbuję w Merlton.

- Jeżeli  biblioteka  w  Cherry  Hill  nie  ma  tej  książki,  to 

pewnie  też  jej  nie  mamy - odparła  Jamie,  próbując  mówić 
rzeczowym tonem.

Nie  mogła  się  powstrzymać,  by  na  niego  nie  patrzeć. 

Lubiła,  jak  błyszczały  mu  oczy.  Lubiła  o  wiele  za  bardzo. 
Pamiętając  o  wczorajszym  solennym  postanowieniu,  by 
trzymać  się  od niego  z  daleka, spróbowała  wrócić  do  tematu 
książek.

background image

- Jakiej książki szukasz? - spytała niepewnie. Zupełnie nie 

przypominała zwykłej, opanowanej Jamie.

- Jakiej  książki? - powtórzył  Rand.  Przypomniał  sobie 

przysłowie o wpadaniu we własne sidła. Powinien bardziej się 
starać.  No  cóż,  było  wiele  sposobów.  Jeżeli  jeden  zawodził, 
twórczy umysł podpowiadał następne.

- Będę z tobą szczery, Jamie. Nie szukam żadnej książki.

- Szczerość  przynosiła  czasem  różne  skutki,  ale  tym  razem 
postanowił  zaryzykować. - Przyszedłem,  żeby  znów  cię 
zobaczyć.

Radość  przyprawiła  ją  o  zawrót  głowy.  Walczyła  z  tym, 

próbując  przypomnieć  sobie  wszystkie  powody,  dla  których 
nie  powinna  widywać  Randa  Marshalla.  Problem  w  tym,  że 
teraz,  w  jego  obecności,  wszystkie  wydawały  się  mgliste  i 
nierealne. Mimo to nie poddawała się.

- Rand, to niemożliwe.
- Wytłumacz mi to dokładniej. - Roześmiał się.
- Zwykle nie włóczę się po bibliotekach, ale wiedząc, że 

tu będziesz, nie mogłem się powstrzymać. Od chwili naszego 
spotkania potrafię myśleć tylko o tobie.

- Ale  kręcisz - odparła  drżącym  głosem. - Nie  dam  się 

poderwać na ten stary numer.

- Numer? Myślisz, że to numer? - Był oburzony.
- Tak się składa, że to prawda. Dlatego nie działa tak, jak 

powinna.  Kiedy  mam  zamiar  oczarować  kobietę,  robię  to  w 
odpowiedni,  sprawdzony  sposób.  Gdybym  chciał  wyciąć  ci 
jakiś  numer,  złapałabyś  się  na  niego,  dziecinko.  I  to  tobie 
kręciłoby się w główce.

Uznała te objawy gniewu za zabawne. Roześmiała się.

- Nie  spotkałam  dotąd  nikogo,  kto  miałby  o  sobie  tak 

wysokie mniemanie.

- Ty też nie jesteś lepsza. Wydaje ci się, że jesteś słodką 

małą figlarką.

background image

- Słodką  małą  figlarką? - roześmiała  się  głośno  Jamie. -

To  określenie  rodem  z  lat  dziewięćdziesiątych,  ale  zeszłego 
wieku. Jeżeli twoje uwodzicielskie teksty są podobnego typu, 
to  kobiety,  na  które  one  działają,  muszą  mieć  jednocyfrowy 
iloraz inteligencji.

Spojrzał  w  jej  roześmiane,  kpiące  oczy,  a  ona 

odpowiedziała mu wyzywającym spojrzeniem.

Znowu poczuł żar w całym ciele. Musiał ją zdobyć.

- Zawsze  musisz  mieć  ostatnie  słowo,  prawda?  Ci 

biedacy,  których  zaszczycisz  swoim  numerem  telefonu  i 
spotkaniami podczas lunchu, nie mają u ciebie żadnej szansy.

- A  te  biedne  idiotki,  które  zachwycają  się  tobą  w  roli 

wytrawnego  podrywacza,  też  nie  mają  żadnej  szansy -
odparła.

- To  nie  rola.  Jestem  podrywaczem,  jednym  z 

najlepszych.

- Ale ostrzeżony to uzbrojony, jak słyszałam. Zresztą nie 

muszę  się  martwić. - Rozsądek  podpowiadał  jej,  by 
natychmiast  przerwać  tę  rozmowę.  Atmosfera  stała  się  zbyt 
przesycona  pożądaniem.  Jamie  kusiła  go  świadomie, 
pociągała... - Jestem  całkowicie  uodporniona  na  ciebie  i 
innych  przedstawicieli z  twojego gatunku - dodała drwiącym 
tonem, który aż prosił się o ripostę.

- Może jesteś uodporniona na facetów takich jak ja
- Rand rozciągnął wargi w uśmiechu. - Ale na pewno nie 

na mnie. Udowodniłem to wczoraj. - Chwycił ją za ramiona i 
przyciągnął do siebie. - Przypuszczam, że jednak chcesz, bym 
udowodnił to po raz drugi.

- Nie  chcę! - Ale  strumyczki  żaru  rozbiegały  się  już 

gdzieś z okolicy brzucha.

- Byłem z tobą szczery - wyszeptał i wolno opuścił głowę.

- Mimo  twoich  drwin  i  oskarżeń  szczerze  wyznałem,  że  nie 
mogę  przestać  o  tobie  myśleć.  Jesteś  mi  winna  tę  samą 

background image

szczerość,  Jamie. - Kusząco  przesunął czubkiem  języka 
wzdłuż  jej  górnej  wargi. - Powiedz  mi,  że  chcesz  tego. 
Przyznaj się. Jamie niemal jęknęła.

- Nie - szepnęła resztką woli.
- Jesteś  najbardziej  upartą  kobietą,  jaką  spotkałem -

wymruczał, całując delikatnie jej wargi. - Masz równie jak ja 
silną wolę.

- I za to mnie podziwiasz.

Czuła  na  wargach  jego  ciepły  oddech.  Nozdrza  wypełnił 

jej oszałamiający aromat: mieszanka mydła, płynu po goleniu 
i zapachu mężczyzny.

- Nie! - Złapał ją za biodra i przyciągnął wyżej ku sobie. -

Lubię kobiety, które są uległe i...

- I naiwne? - podpowiedziała Jamie.

Oparła  dłonie  o  jego  pierś,  a  kiedy  zaczął  całować  jej 

szyję,  odruchowo  uniosła  głowę,  by  ułatwić  mu  pieszczotę. 
Jednocześnie protestowała:

- Rand, nie. Nie możemy. Nie powinniśmy.
- Możemy, powinniśmy i zaraz to zrobimy.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Usta,  które  dotknęły  na  jej  warg,  były  gorące  i 

wygłodniałe.  Dziwny  dźwięk  wibrował  jej  w  krtani,  a  wargi 
rozchyliły  się  przed  śmiałym  wtargnięciem  języka.  Drżąc  z 
pragnienia i pożądania, ciało Jamie wtopiło się w muskularną 
sylwetkę Randa. Z wolna przesunęła ręce na ramiona, a potem 
objęła szyję mężczyzny.

Rączka parasolki wsunęła się między nich, a czasza oparła 

na głowach. Nie zauważyli tego. Całowali się namiętnie.

Przyciśnięte  do  żeber  Randa  piersi  Jamie  nabrzmiały. 

Spróbował wsunąć udo między jej nogi, ale barierę stanowiła 
wąska spódnica. Jęk rozczarowania wyrwał mu się z gardła -
prymitywne  wołanie  godowe,  niskie,  i  głębokie.  Jamie 
zadrżała.

Rand  wprawnym  ruchem  dłoni  podciągnął  jej  spódnicę. 

Wsunął  kolano  między  nogi  Jamie,  przycisnął ją  do siebie,  a 
wprawne palce gładziły pośladki i uda.

Jamie czuła żar i moc jego pieszczot. Jęknęła z rozkoszy. 

Instynktownie  zaczęła  kołysać  biodrami  w  subtelnym, 
erotycznym rytmie. Wszelkie poczucie miejsca i czasu zostało 
zmazane przez potęgującą się żądzę.

Pocałunek  był  coraz  mocniejszy,  coraz  bardziej 

pożądliwy.  Oderwali  się  od  siebie,  gdy  zabrakło  im  tchu. 
Zdezorientowana  Jamie  odstąpiła  o  krok,  ale  nie  potrafiła 
oderwać  wzroku  od  twarzy  Randa.  Oczy  miał  zmrużone,  a 
wargi wilgotne. Poczuła, że spódnica zsuwa się wolno w dół. 
Aż  nagle  w  pełni  uświadomiła  sobie,  co  robili  i  jak  musiała 
wyglądać tutaj, przed biblioteką.

Przestraszyła ją własna reakcja. Rand wziął ją w ramiona, 

a ona stała się dzikim stworzeniem, zmysłowym i kierowanym 
tylko emocjami. Nie zważającym na rozsądek i przyzwoitość.

background image

Mocno ściskając rączkę parasolki, pohamowała gorące łzy 

upokorzenia.

- Gdyby ktoś nas widział...

Przełknęła  ślinę,  wyobrażając  sobie,  jak  wyglądała  przed 

chwilą, przytulona do Randa, z podwiniętą spódnicą...

- Mogę stracić pracę, zachowując się w ten sposób. Rand 

przyglądał się jej oszołomiony i zdumiony.

Kiedy jej dotknął, przestał nad sobą panować.
Podmuch  wiatru  zmoczył  go  i  Rand  był  wdzięczny 

naturze, gdyż to pomagało odzyskać rozsądek.

- Jamie,  sam  nie  wiem,  co  powiedzieć. - Głos  Randa 

brzmiał  chrapliwie. - Masz  rację.  Czas  i  miejsce  nie  jest 
właściwe.  Ale  kiedy  ty...  kiedy  ja... - Przerwał  zakłopotany. 
Gdzie  się  podział  jego  dar  przekonywania,  teraz,  kiedy 
naprawdę był mu potrzebny?

Jamie czuła się lepiej,  widząc, że Rand tak samo jak ona 

jest  zakłopotany.  Rozejrzała  się  i  stwierdziła  z  ulgą,  że  nie 
mieli świadków.

- Nikogo  nie  ma - szepnęła. - Powinniśmy  podziękować 

pogodzie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie spaceruje w takim 
deszczu.

W  tej  właśnie  chwili  ze  skrzynki  na  zwroty  rozległo  się 

miauczenie.

- Słyszałeś? - mruknęła  drżącym  głosem. - Scotty 

powiedział, że tam jest kociak. Przyszłam to sprawdzić.

Zamilkła.  Pochyliła  się,  by  otworzyć  skrzynkę,  a  Rand 

trzymał  parasolkę.  W  skrzynce  były  cztery  książki,  list  i 
przerażony,  miauczący  kotek.  Jamie  szybko  wyciągnęła 
biedne stworzenie.

Oboje wciąż tkwili pod parasolem, stali blisko, dotykając 

się.  Rand  nie  mógł  się  powstrzymać,  by  nie  objąć  Jamie  w 
talii.  Tylko  po  to,  żeby  ją  i  kota  ochronić  przed  deszczem, 

background image

przekonywał  siebie.  Ale  w  żaden  sposób  nie  mógł 
wytłumaczyć żaru, który ogarniał jego ciało.

- Jeszcze jeden kot! - Jamie trzymała kociaka i próbowała 

nie zwracać uwagi na ciepło emanujące z ciała Randa. - Chyba 
nic mu się nie stało.

- Biedny zwierzak - powiedział Rand.
- Lepiej zabierzmy  go  do  środka. - Jamie  odsunęła się  z 

wysiłkiem. Nie mogła się powstrzymać, by nie sprawdzić, czy 
Rand za nią idzie.

Szedł.

- Przyjrzyjmy  się  dobrze  temu  maluchowi - powiedział, 

gdy stanęli w holu biblioteki. Pogłaskał kota. Zwierzątko było 
czarne  jak  węgiel,  miało  żółte  oczy  i  białe  łapki. - Wygląda, 
jakby nosił adidasy - zauważył rzeczowo.

- Nazwijmy go Trampek. To dobre imię dla niego. Jamie 

wstrzymała  oddech,  gdy  Rand  wsunął  kciuk  pod jej  dłoń  i 
pogładził wnętrze. Pozostałymi palcami nadal głaskał zwierzę.

- To zbyt pospolite, a ten kociak wcale nie jest zwyczajny. 

To rasowy kot, więc potrzebuje innego imienia... Reebok.

Kciuk  Randa  wciąż  przesuwał  się  od  dłoni  Jamie  do 

przegubu. Spojrzała mu w oczy. Między nimi wciąż panowało 
erotyczne napięcie.

- Jamie, pójdź ze mną dziś wieczorem do domu - poprosił 

nagle Rand.

Serce  Jamie  jakby  zatrzymało  się  na  moment,  by  zaraz 

ruszyć z oszałamiającą prędkością.

- Nie.
- Musisz  wzbogacić  swój  słownik. - Wygiął  wargi w 

drwiąco - uwodzicielskim  uśmiechu. - Zbyt  często  używasz 
słowa  „nie".  Powiedz:  tak,  Jamie.  Sama  wiesz,  że  tego 
pragniesz.

Czy  Ewa  i  wąż  prowadzili  podobną  rozmowę  na  temat 

pewnego owocu? Jamie przełknęła ślinę.

background image

- Wcale nie.
- Ależ tak - zapewnił łagodnie. - I zrobisz to.
- Panno Saraceni, ma go pani! Ma pani kotka! - krzyknął 

Scotty z drugiego końca holu. Popędził w ich stronę, a za nim 
pozostałe dzieci.

Rand  zaklął  pod  nosem.  Jamie  poczuła  ulgę.  Wszystko 

działo się za szybko, a ona była zbyt wytrącona z równowagi, 
by zaufać własnym sądom. Niczego nie była już pewna, prócz 
tego, że straszliwie pragnęła Randa i nie mogła poddać się tym 
pragnieniom.

Dzieci  otoczyły  ją  i  Randa;  przepychały  się,  próbując 

dosięgnąć kotka.

- Czy ktoś może wziąć go do domu? - spytała z nadzieją.

Wszystkie  dzieci  wyraziły  takie  pragnienie,  a  potem  po 

kolei  wyjaśniały,  dlaczego  jest  to  niemożliwe.  Większość 
mieszkała  w  budynkach,  gdzie  nie  było  wolno  trzymać 
zwierząt.  Czyjś  brat  miał  alergię  na  kocią  sierść,  a  trójka 
malców stwierdziła, że karma dla zwierząt jest zbyt droga.

- Zatrzyma go pani, panno Saraceni? - poprosiło jedno z 

dzieci.  Jamie  powstrzymała  grymas  niechęci.  Od  początku 
wiedziała,  że  do  tego  dojdzie,  ale  uznała,  że  powinna  jakoś 
zaprotestować.

- Mając w domu już siedem kotów... - zaczęła.
- Siedem kotów? - przerwał jej zdumiony Rand. Kiwnęła 

głową.

- A jedyna rzecz gorsza od życia z siedmioma kotami to 

życie z ośmioma.

- Pani ma dużo kotów - zgodziła się Ashley z piątej klasy. 

Spojrzała na Randa. - A czy pan ma jakieś zwierzęta?

Pokręcił głową, a dziecko rozpromieniło się.

- Więc pan może go wziąć do siebie.
- Ja? - Rand speszył się.

background image

- Świetny  pomysł! - Jamie  wcisnęła  czarnego  kotka  w 

ramiona Randa. - Trzymaj. Czy nie jest uroczy?

- Tobie  jakoś  udało  się  oprzeć  jego  urokowi - rzucił 

sucho.

Kot... i on? Nigdy przedtem nie miał w domu zwierzaka. 

Nie  hodował  nawet  roślin.  Ale  kotek  był  mały,  miękki  i 
miauczał  błagalnie,  tuląc  się  do  niego.  Rand  spoglądał  to  na 
zwierzątko,  to  na  Jamie,  to  na  wyczekujące  twarze  dzieci. 
Różowy języczek kotka wysunął się i maluch polizał mu rękę.

- Liże pańską dłoń! - zawołała Ashley. - Lubi pana! Wie, 

że pan jest jego nowym tatusiem.

- Panie  Marshall,  jesteśmy  bardzo  wdzięczni,  że 

zaopiekuje  się  pan  naszym  małym  kotkiem  ze  skrzynki. -
Jamie spojrzała na niego z oszałamiającym uśmiechem.

- Trochę przesadziłaś - wymruczał. Niepokojący był fakt, 

że nie potrafił jej niczego

odmówić - zwłaszcza wtedy, gdy Jamie uśmiechała się do 

niego w taki sposób. Znów poczuł na skórze szorstki języczek 
kotka. Zerknął na Reeboka i pogodził się z nieuniknionym.

- Panno Saraceni, mówiła pani, że możemy dziś zawiesić 

dekoracje  na  Dzień  Świętego  Patryka - pisnęła  chuda 
dziewczynka.

- Oczywiście - zgodziła  się  Jamie. - Są  w  teczce,  w 

świetlicy,  na  dużym  stole.  Jest  tam  też  kilka  rolek  taśmy 
klującej.

Zanim skończyła, dzieci popędziły już do świetlicy. Rand 

popatrzył za nimi.

- Próbuję zrozumieć, jak dałem się w to wplątać.
- Pokręcił  głową. - Nie  myślałem,  że  pewnego  dnia 

zostanę kocim tatusiem!

- Nabierzesz  doświadczenia - stwierdziła  sucho  Jamie. -

Zanim 

zostaniesz 

tatusiem 

dziecka, 

będziesz 

już 

zawodowcem.

background image

- Dziecka? - Rand roześmiał się. - Ja?
- Dlaczego nie? Nie lubisz dzieci?
- Oczywiście, lubię dzieci. I chociaż zdaję sobie sprawę, 

jak  wiele  osób  samotnie  wychowuje  swoje  potomstwo, 
stanowczo twierdzę, że para powinna się pobrać, zanim będzie 
miała dziecko.

-

A,  naturalnie,  najsprawniejszy  ze  sprawnych 

podrywaczy nie planuje żadnego małżeństwa.

- To  prawda - potwierdził  chełpliwie. - Podoba  mi  się 

moje  życie  dokładnie  takie,  jakie  jest  w  tej  chwili.  Ty 
oczywiście  chciałabyś  wyjść  za  mąż - dodał  z  uśmiechem 
wyższości. - Odkąd  swoją  pierwszą  Barbie  ubrałaś  w  ślubną 
suknię,  na  pewno  śnisz  o  kwiatach  pomarańczy  i  białym 
welonie.

- Nigdy  nie  bawiłam  się  lalkami.  Robi  to  moja  matka, 

która  jest  kolekcjonerką  lalek - wyjaśniła  Jamie.  Wolała 
zmienić  temat.  Nie  wiedziała  dlaczego,  ale  jego  opinia  o 
małżeństwie zepsuła jej nastrój. - W naszym domu są tysiące 
lalek.

- W  naszym  domu? - powtórzył  Rand. - Mieszkasz  z 

matką?

Mówił  tonem  kogoś,  kto  zetknął  się  z  dżumą  i  pytał  o 

objawy tej choroby. Jamie usłyszała w jego głosie zdumienie, 
niesmak i przerażenie. Była dumna ze swojej rodziny i wcale 
jej  nie  przeszkadzało,  że  mieszka  razem  z  nią.  Opowiedziała 
mu o siedmiu członkach klanu Saracenich, nie zapominając o 
starszym  bracie  Stevie,  który  często  ich  odwiedzał,  choć  nie 
mieszkał w rodzinnym domu na stałe.

- I wszyscy ci ludzie mieszkają z tobą w jednym domu? -

Rand był wstrząśnięty. - Ostatni raz umówiłem się na randkę z 
dziewczyną,  mieszkającą  wraz  z  rodziną,  kiedy  byłem 
nastolatkiem.  Ale  wtedy  wszystkie  moje  dziewczyny  były 
nastolatkami.

background image

- Więc naprawdę szczęśliwie się składa, że nie spotykasz 

się ze mną - odpaliła Jamie.

- Kiedy  skończyłem  trzydzieści  lat,  przestałem  się 

spotykać  nawet  z  takimi  dziewczynami,  które  mieszkają  z 
koleżankami - kontynuował. Nie, nie chce, nie może wplątać 
się  w  związek  z  kobietą,  której  życie  przypomina  odcinek 
serialu „Pełna chata". - To czasem bywa bardzo krępujące.

Ale  nie  aż  tak,  jak  obecność  siedmiorga  członków 

rodziny!

- I  ty  oskarżasz  mnie,  że  jestem  zbyt  ostrożna! -

zauważyła zgryźliwie Jamie. - Przyganiał kocioł garnkowi!

- Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  Uśmiechnęła  się  z 

wyższością, a Rand zgrzytnął zębami.

- Chcę powiedzieć, że kontrolujesz swoje życie dokładnie 

tak  samo  jak  ja.  A  może  nawet  bardziej.  Ja  przynajmniej 
mieszkam z innymi ludźmi, z którymi muszę się liczyć. Ty nie 
ryzykujesz nawet tego.

Patrzył  na  nią  zdumiony.  Wspomnienia  z  całego  życia 

wirowały,  zmieniały  się  jak  szkiełka  w  kalejdoskopie. 
Zobaczył siebie nie jako swobodnego, nie zważającego na nic 
lekkoducha,  ale  człowieka  sztywnego  i  ograniczonego... 
potwora samokontroli? Niemożliwe!

- Tą  psychoanalizą  przekraczasz  swoje  kompetencje, 

skarbie. Tak się składa, że jestem najbardziej spontanicznym, 
beztroskim człowiekiem, jakiego znam. Po prostu nienawidzę 
niewygody, żądań i oczekiwań. - Podniósł zapalczywie głos. -
Godzę  się  z  tym  w  życiu  zawodowym,  ale  nie  towarzyskim. 
Idealna kobieta Randa Marshalla mieszka sama. Przychodzi i 
wychodzi  z  domu  kiedy  zechce,  tak  jak  i  ja  przychodzę  i 
odchodzę.  Nic  nas  nie  krępuje,  liczy  się  tylko  swoboda, 
niezależność i dyskrecja.

background image

Rand  był  przekonany,  że  niezależność  i  swoboda  są 

jedynymi  marzeniami  kobiety,  która  mieszka  z  siedmiorgiem 
krewnych. A już seks nie jest możliwy w takich warunkach.

- Nigdy w życiu nie słyszałam o bardziej beznadziejnym, 

samotnym i nie spełnionym życiu. - Jamie popatrzyła na niego 
z  uwagą. - Żal  mi  ciebie  i  tej  twojej  idealnej  kobiety.  Ale  w 
końcu... może zasługujecie na siebie nawzajem.

- Nie współczuj mi - odparł ostro. - Moje życie wcale nie 

jest  beznadziejne  ani  samotne,  ani  nie  spełnione!  Wręcz 
przeciwnie!

Pomyślał  o  swoim  domu,  samochodach  i  wysokich 

honorariach.  Mógł  robić  to,  na  co  miał  ochotę,  kiedy  miał 
ochotę  i  gdzie  miał  ochotę.  Nikt  niczego  od  niego  nie  żądał 
ani  oczekiwał. Rodzice  nie  zapraszali  go ani  na  wakacje, ani 
na święta.

- Cóż,  widocznie  nie  doceniam  uroków  tak  wspaniałego 

życia - powiedziała  Jamie,  obrzucając  go  lodowatym 
wzrokiem. - Muszę  teraz  sprawdzić,  co  robią  dzieci. -
Odwróciła się i odeszła.

- Jamie! - krzyknął za nią.

Wolał  nie  pamiętać,  że  jeszcze  przed  chwilą  gotów  był 

zapomnieć  o  Jamie  Saraceni,  gdyż  jej  sposób  życia  zupełnie 
mu  nie  odpowiadał.  Z  niezrozumiałych  powodów  nie  mógł 
pozwolić jej odejść.

- Muszę kupić jakieś rzeczy i jedzenie dla kota. Mogłabyś 

mi  poradzić,  co  i  gdzie. - Obdarzył  ją  jednym  ze  swych 
najbardziej  uwodzicielskich  uśmiechów. - Pójdziesz  ze  mną? 
Jesteś  ekspertem,  skoro  mieszkasz z  siedmioma  kotami. 
Umówmy się zaraz po pracy, o szóstej. Dobrze?

- Jestem  pewna,  że  doskonale  poradzisz  sobie  sam. 

Sprzedawcy w każdym sklepie z radością ci pomogą - odparła.

Czuła się zraniona i rozgniewana. Postanowiła na zawsze 

usunąć  Randa  Marshalla  ze  swych  myśli.  Widziała,  jak 

background image

wzdrygnął  się,  gdy  zaczęła  mówić  o  rodzinie.  Nie 
zaakceptował  jej  sposobu  życia,  a  Jamie  nie  potrafiła  tego 
łatwo znieść.

Widziała, jak jej przystojny i czarujący brat raz za razem 

porzuca  kobiety,  patrzyła  na  cierpienie  siostry,  gdy  została 
odepchnięta przez swego męża - kobieciarza. Przez wszystkie 
te lata była świadkiem takich dramatów i postanowiła, że nie 
przeżyje  ich  osobiście.  Jak  dotąd  jej  się  udawało.  To  ona 
odrzucała, starannie sprawdzając, z kim się spotyka.

Stanęła przed drzwiami świetlicy.
Oczy Randa błysnęły. Nagle ogarnęła go taka wściekłość, 

że wcale by się nie zdziwił, gdyby stanął w płomieniach.

- Jeżeli  przejdziesz  przez  te  drzwi,  już  nigdy  mnie  nie 

zobaczysz - zagroził. - Nie  będę  odgrywał  roli  zakochanego 
szczeniaka,  przysyłał  balonów,  cukierków  i  kwiatów,  żebyś 
miała co rozdawać dzieciom.

Obróciła się na pięcie. Jej błękitne oczy płonęły gniewem.

- To dobrze!

Patrzył na nią zaskoczony. Nie tego oczekiwał.

- Nie żartuję, Jamie - zapewnił.
- Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Wyraziłeś  się  dostatecznie 

jasno.  Nie  będziesz  marnował  cennego  czasu  na  kogoś,  kto 
jest tak głupi, by mieszkać z rodziną.

Gestem  zniechęcenia  przesunął  dłonią  po  włosach. 

Wygrywała  z  nim  każde  starcie  i  to  było  całkiem  nowym
doświadczeniem.  Kobiety  nie  kłóciły  się  z  Randem 
Marshallem,  ale ze  wszystkich  sił  starały  się go zadowolić.  I 
to właśnie lubił!

Co  powinien  zrobić,  co  zrobiłby  każdy  szanujący  się, 

dumny  i  ambitny  bohater  Bricka  Lawsona?  Powinien  stąd 
wyjść.  Nie  musiał  rozmawiać  z  tą  upartą  dziewczyną,  która 
nie chciała zagrać roli, jaką dla niej zaplanował. Odwrócił się.

background image

I  nagle  zrozumiał.  Już  nigdy  nie  będzie  z  nią  rozmawiał. 

Nie zobaczy jej uśmiechu, nie pocałuje jej. Już nigdy. Utraci 
szansę, by się z nią kochać. Rand usiłował zidentyfikować to 
niezwykłe uczucie, które go opanowało. Czyżby to był żal?

Jamie  otworzyła  podwójne  drzwi  prowadzące  do 

świetlicy.

- Nie odchodź.

Dźwięk  jego  głosu,  głęboki  i  męski,  zatrzymał  ją  w 

miejscu. Obejrzała się. Niebieskie oczy stały się czujne.

- Kiedy  usłyszałem,  że  mieszkasz  z  rodziną,  pierwszym 

odruchem było uciekać natychmiast i nie oglądać się za siebie.

Jamie milczała. Rand westchnął głęboko.

- Ale  wciąż  tu  jestem. - Uśmiechnął  się,  drwiąc  sam  z 

siebie. - W południowym  Jersey  nie  ma gór,  gdzie  mógłbym 
się  ukryć. Okolica jest zupełnie płaska.  A ja wciąż chcę,  byś 
się ze mną umówiła. - Postąpił krok w jej stronę. - Dzisiaj?

- Nie  mogę  dzisiaj,  Rand. - Słysząc  to,  ucieknie  pewnie 

jak  najdalej.  I choć  wiedziała, że  tak  będzie  lepiej,  to  jednak 
cierpiała. - Szkoła podstawowa w Merlton organizuje co roku 
wiosenny  festiwal.  Występują  na  nim  moi  siostrzeńcy.  I  te 
dzieci. - Ruchem  głowy  wskazała  zatłoczoną  świetlicę. -
Obiecałam, że przyjdę.

Już  się  zaczyna,  pomyślał  Rand.  Niechęć  ogarnęła  go 

niczym  fala  przypływu.  Te  irytujące  rodzinne  obowiązki,
które  utrudniały  życie.  W  ten  sposób  nie  da  się  nawiązać 
przelotnego romansu!

Zapomnij  o  tym,  powiedział  do siebie.  Nie  uda  się.  Cały 

pomysł od początku skazany był na klęskę.

- Wiosenny  Festiwal  w  szkole  podstawowej  w  Merlton, 

co? - Zmarszczył brwi. - Na pewno nie chciałabyś go opuścić, 
a  ja  nie  śmiałbym  o  to  prosić. - Wzruszył  ramionami  i 
odwrócił się.

- Rand. Znieruchomiał.

background image

- Czy poszedłbyś ze mną na te szkolne występy? - spytała 

impulsywnie  Jamie.  Uświadomiła  sobie,  że  był  to  jeden  z 
nielicznych  przypadków,  kiedy  zadziałała  pod  wpływem 
impulsu.

- Tak - odparł  z  takim  entuzjazmem,  jakby  zaprosiła  go 

do łóżka, a nie na szkolne przedstawienie.

Nie  pamiętał,  kiedy  był  ostatnio  tak  ucieszony 

perspektywą zwykłej randki. Ale w końcu nie była to randka z 
typową zdobyczą Randa Marshalla. To była Jamie Saraceni i 
zdawał  sobie  sprawę,  że  właśnie  złamała  dla  niego  dwie  ze 
swoich kardynalnych zasad. Nie musiał przejść telefonicznego 
testu,  wykreśliła  też  spotkania  podczas  lunchu.  Osiągnął 
wyraźny postęp.

Nagłe  krzyki  i  wyraźny  dźwięk  przewracanych  mebli  w 

świetlicy  zaskoczyły  ich  oboje.  Kociak  miauknął, 
przypominając o swojej obecności i potrzebach. Rand i Jamie 
rozstali  się  niechętnie,  by  zająć  się  swoimi  podopiecznymi. 
Jamie  wyjaśniła  tylko  Randowi,  jak  dojechać  do  jej  domu  w 
Merlton i podała godzinę spotkania.

Wyszedł  z  biblioteki,  gwiżdżąc  skoczną  melodię  sprzed 

kilku  lat.  Tekst  piosenki  wyrażał  radość  ze  świadomości,  że 
można łamać wszelkie reguły. Uznał, że to znakomity motyw 
na dzisiejszy wieczór.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wciąż  jeszcze  padał  deszcz,  gdy  wieczorem  Rand 

parkował  przed  domkiem  z  cegieł  w  zatłoczonej  dzielnicy 
willowej Merlton.

Przy  takiej  pogodzie  zwykle  zostawał  w  samochodzie, 

klaksonem  przywołując  dziewczynę.  Dziś  jednak  sumiennie 
stawił czoło strugom deszczu i podszedł do frontowych drzwi.

Zanim  zdążył  nacisnąć  dzwonek,  drzwi  otworzyły  się 

gwałtownie.  Uśmiechnął  się  na  widok  nie  skrywanej 
niecierpliwości Jamie. O tak, już nie jest taka twarda. Jeśli nie 
dziś, na pewno znajdzie się w jego łóżku przed weekendem.

Tyle  że  to  nie  Jamie  otworzyła  drzwi  z  tak  ogromną 

szybkością. To była jej kuzynka Saran.

Rand poczuł niewielkie, wyjątkowo małe, zapewnił siebie, 

uczucie  rozczarowania.  Obdarzył  Saran  swym  najbardziej 
czarującym uśmiechem, wytrenowanym po to, by wywoływać 
omdlenie.

- Cześć. Jamie jest gotowa?

Saran nie zemdlała. Przyglądała mu się ze spokojem.

- Nie mogę uwierzyć, że idzie pan, żeby oglądać ten cyrk

- oświadczyła  śmiało. - Wiosenny  Festiwal  w  Merlton  jest 
straszny. Nawet rodzice boją się tam chodzić. Nie ma pan nic 
lepszego do roboty? Czy aż tak pan się napalił na Jamie?

Dziwne, ale nie miał gotowych odpowiedzi na te pytania. 

Sam nie miał odwagi, by je sobie zadać. Z ulgą powitał starszą 
kobietę w czerni, która zjawiła się w małym przedpokoju.

- Dobry wieczór. - Kobieta wyciągnęła drobną, znaczoną 

błękitnymi  żyłami  dłoń. - Nazywam  się  Saraceni  i  jestem 
babcią Jamie. Kim jesteś, młody człowieku?

Rand  szybko  wyciągnął  rękę  z  kieszeni,  wyprostował  się 

po wojskowemu i uścisnął jej dłoń.

background image

- Nazywam  się  Rand  Marshall,  pani  Saraceni.  Miło  mi 

panią poznać - usłyszał własny głos.

Przenikliwe,  czarne  oczy  starszej  pani  zdawały  się 

przyszpilać go do ściany.

- To ten facet z biblioteki, babciu - wyjaśniła Saran.
- Ale  nie  ten  zwariowany  dentysta,  który  przysyłał 

balony, cukierki i te wszystkie rzeczy - wtrącił szybko Rand, z 
uśmiechem,  którym  niezawodnie  oczarowywał  swoje 
rozmówczynie.

Babcia wzruszyła ramionami.

- Szkoda. Chciałabym go poznać. Najbardziej lubiłam te 

mleczne  czekoladki,  które  przysyłał  Jamie.  A  migdały  w 
cukrze też nie były złe. Jak na dentystę, dawał sporo słodyczy. 
Mam  ochotę  iść  do  jego  gabinetu  i  obejrzeć  go  sobie 
dokładnie.

W  tej  właśnie  chwili  pojawiła  się  Jamie,  ubrana  w 

pikowane luźne spodnie i granatowy sweter, który podkreślał 
jaskrawy  błękit  oczu.  Strój  doskonale  uwydatniał  jej  figurę: 
pełne  piersi,  wąską  talię  i  kształtne  biodra.  Rand  przełknął 
ślinę.

- Cześć, Rand - rzuciła gardłowo.

Musiał odchrząknąć, zanim zdołał odpowiedzieć:

- Witaj, Jamie.

Ich  zapatrzenie przekroczyło  ramy  czasowe przewidziane 

na  wymianę  zwykłych,  przyjaznych  uśmiechów.  Oboje  nie 
zwracali  uwagi  na  badawczy  wzrok  babci  i  Saran.  Starsza 
kobieta i nastolatka wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

- Saran,  weź  to  pudło  Maureen.  Zawieziemy  je  dziś do 

klubu - poleciła  babcia,  wyrywając  Randa  i  Jamie  ze 
zmysłowego oszołomienia.

- Ono  jest  ciężkie,  babciu - jęknęła  Saran. - Czy  on  nie 

mógłby go ponieść?

background image

- Świetny pomysł. - Babcia klepnęła Randa po ramieniu. -

Pudło jest w kuchni. Chodź za mną, młody człowieku.

Rozbawiony Rand poszedł do kuchni znajdującej się obok 

salonu,  gdzie  stały  obok  siebie  dwa  duże  telewizory.  Na 
każdym  siedział  wielki  kot.  Ich  ogony  przesuwały  się  przed 
ekranami jak wahadła.

Smuga  czarnego  futra  przemknęła  obok,  dokładnie  w  tej 

chwili,  gdy  wyraźnie  przekarmiony  syjamski  kot  wyłonił  się 
spod stołu. Stanął na tylnych łapach, wbił przednie pazury w 
spodnie gościa i prosząco zamiauczał.

- Siedem kotów, co? - mruknął Rand.
- Rand również ma kotka - oznajmiła z uśmiechem Jamie, 

przeganiając kudłatego natręta. - Byli dziś razem na zakupach.

- Reebok  zbuntował  się,  nie  chciał  siedzieć  w koszyku  i 

niewiele  brakowało,  a  wyrzuciliby  nas  ze  sklepu. - Rand  nie 
mógł  oderwać  wzroku  od  twarzy  Jamie.  Miała  najbardziej 
nieodparty  i  pociągający  uśmiech,  jaki  w  życiu  widział. -
Wieczorem  musisz wstąpić do mnie i zobaczyć,  czy kupiłem 
mu wszystko, co powinienem - dodał gładko.

Zanim Jamie zdążyła odpowiedzieć, babcia wtrąciła się do 

rozmowy,  wskazując  duże  pudło  w  kącie.  Rand  zajrzał  do 
środka. Wypełniały go...

- Głowy lalek? - powiedział głośno.
- Zdziwiłby się pan, ile kolekcjonerzy zapłacą za niektóre 

z  tych  głów - oświadczyła  z  dumą  babcia. - Maureen,  moja 
synowa,  kupuje  stare  lalki  na  wyprzedażach,  wyrzuca 
połamane tułowia, odnawia głowy i sprzedaje je za podwójną, 
a nawet potrójną cenę.

- Ach. - Rand spojrzał na pudło. - Ciekawe hobby.
- Maureen sprzedaje też lalki - zapewniła babcia.
- Rankiem  chce  zacząć  przygotowania  do  sobotniej 

wystawy w klubie. Odniesie pan to pudło, panie Marshall?

- Możemy zatrzymać się po drodze - dodała Jamie.

background image

- Mama  z  tatą  musieli  wyjść  zaraz  po  kolacji  z  Cassie  i 

chłopcami.  Obiecałam  babci  i  Saran,  że  podwieziesz  je  do 
szkoły.

- Ja  je  podwiozę? - powtórzył  Rand,  chwycił  Jamie  za 

ramię  i  zatrzymał  ją,  kiedy  babcia  i  kuzynka  biegły  już  do 
samochodu. - Nie przypominam sobie, żebyś mnie o to pytała.

-

Ponieważ 

zostałeś 

zwolniony 

obowiązku 

telefonowania do mnie i zaproszenia na lunch, uznałam, że nie 
będzie ci to przeszkadzać.

Zamiast  czuć  się  urażonym,  Rand  wybuchnął  śmiechem. 

Jamie zażartowała z niego i sam nie wiedział, czemu wcale się
tym  nie  przejął.  Nie  potrafił,  gdyż  Jamie  uśmiechała  się  do 
niego zachęcająco. Nie mógł już doczekać się wieczoru.

- Ten wóz jest, no, niesamowity - pisnęła Saran z małego 

tylnego siedzenia, gdzie zajęła miejsce wraz z babcią.

- Jeden  z  tych  zagranicznych  modeli - orzekła  kwaśno 

babcia. - Musiał  kosztować  tysiące  dolarów.  I  pan  szacuje 
szkody w ubezpieczeniach, panie Marshall?

- Ton głosu staruszki stał się ironiczny. - Nie sądziłam, że 

jest to tak dobrze płatne zajęcie.

Oczywiście,  że  nie  było.  Rand  poczuł,  że  rumieniec 

zalewa  mu  kark  i  pełznie  na  policzki.  Pani  Saraceni  była 
naprawdę bystra.

- Mam  nadzieję,  że  nie  będziesz  miał  pretensji,  młody 

człowieku, że zadam ci osobiste pytanie. - Z tonu starszej pani 
wynikało, że zada je niezależnie od tego, czy będzie mu się to 
podobało, czy nie. - Czy próbujesz nielegalną drogą zwiększać 
swoje  dochody?  Bo  jeśli  tak,  to  pójdziemy  piechotą.  My, 
rodzina  Saraceni,  nie  utrzymujemy  kontaktów  z  handlarzami 
narkotyków czy specjalistami od wymuszania.

Mógłby  teraz  wyznać,  że  jest  Brickiem  Lawsonem, 

pomyślał  Rand.  W  końcu  lepsze  to  niż  podejrzenie  o 
przestępstwo.  Zawahał  się  jednak.  Jamie  zerkała  na  niego 

background image

badawczo. A jeśli się rozzłości, że ją oszukiwał, i postanowi, 
że nigdy już się z nim nie spotka? Była dostatecznie uparta, by 
dotrzymać takiego postanowienia.

Ta perspektywa wzbudziła w nim dreszcze. Nie, nie może 

ryzykować.  Musi  wytrwać  w  słusznej  sprawie.  To  oszustwo 
było  jak  lekarstwo,  miało  ukoić  gorączkę  rozbudzoną  przez 
Jamie.

I chociaż nie lubił wspominać o swoim pochodzeniu, było 

to bezpieczniejsze niż zdradzenie swojego zajęcia.

- Ma  pani  rację,  pani  Saraceni.  Pensja  firmy 

ubezpieczeniowej  nigdy  nie  pozwoliłaby  na  kupno  takiego 
wozu. - Przerwał. - Mam pieniądze z funduszu powierniczego 
i odziedziczyłem sporą sumę.

- Pochodzi pan z bogatej rodziny? - wykrzyknęła Saran ze 

szczerym entuzjazmem. - Ale numer! - W oczach błysnęły jej 
iskry. - Niech pan opowie o swoim stylu życia.

- Człowiek  ma  życie,  a  nie  styl  życia - zauważyła 

spokojnie Jamie.

- Ty masz życie, Jamie, i ja mam życie. A jeśli pan Rand 

jest  taki  bogaty,  to  on  ma  styl  życia - sprzeciwiła  się  z 
wyższością  Saran. - Styl  życia  zależy  od  pieniędzy.  To 
ubranie,  które  nosisz,  ludzie,  z  którymi  się  spotykasz, 
samochody,  którymi  jeździsz,  twój  dom  i  wszystko,  co  jest 
twoje.

Jamie  wyczuwała  zakłopotanie  Randa,  lecz  było  ono 

niczym  wobec  jej  zmieszania.  Saran  częściowo miała  rację. 
Istnieje  różnica  między  życiem  a  stylem  życia,  między 
zarabianiem  pieniędzy  a  ich  dziedziczeniem,  między  życiem 
w Merlton a w Haddonfield. I z powodu tych różnic powinna 
trzymać się od Randa z daleka.

- Proszę  spojrzeć,  tam  na  rogu  po  lewej  stoi 

autostopowicz. - Głos  babci  przerwał  zamyślenie  Jamie. -
Wszyscy  święci,  jak  ten  człowiek  może  w  taki  sposób 

background image

ryzykować  życie!  Czy  wie  pan,  ilu  autostopowiczów  zginęło 
przez ostatnie lata?

Babcia wymieniła długą listę nazwisk, miejsc i dat, którą 

skompletowała  dzięki  lekturze  czasopism  o  tematyce 
kryminalnej.

Randowi  zadrżały  wargi.  W  głowie  zaczął  mu  się 

formować  zalążek  pomysłu.  Powiedzmy,  że  nieśmiały 
sprzedawca,  bohater  jego  następnej  książki,  ma  babcię  ze 
skłonnościami do czytania o ohydnych przestępstwach. Babcia 
mogłaby  doprowadzać  równocześnie  bohatera,  zbrodniarza  i 
policję  do  rozpaczy.  W  końcu  jego  postacie  powinny 
przeżywać  podobne  przygody  jak  ich  twórca.  A  wszystko  to 
dzięki tej nieosiągalnej Jamie.

- Wyszedł  z  psem  i  wykrył  ciało. - Posępna  opowieść 

babci wyrwała go z twórczego zamyślenia. - Zdumiewa liczba 
ciał  odnalezionych  przez  osoby  wyprowadzające  psa  na 
spacer.

- To stwierdzenie nadaje spacerom z psami zupełnie nowy 

wymiar. - Rand uśmiechnął się kwaśno.

- Cieszę się, że mamy koty, babciu - oświadczyła Saran.

Jamie  siedziała  spokojnie,  właściwie  nie  słuchając 

rozmowy.  Dorastała  karmiona  makabrycznymi  opowieściami 
babci, więc dawno straciły one moc budzenia lęku. Przerażały 
ją za to krążące w myśli pytania. Na przykład: kim był Rand 
Marshall?

Przyznanie, 

że 

pensja 

pracownika 

agencji 

ubezpieczeniowej  nie  wystarcza  na  taki  samochód,  było 
równoważne  przyznaniu,  że  tam  nie  pracuje.  Wiec  dlaczego 
tak  jej  powiedział?  Teraz  twierdzi,  że  odziedziczył  spory 
majątek.  Czy  to  też  było  kłamstwo?  Ogarnęła  ją  niechęć  i 
gniew. Jak można zaufać komuś, kto kłamie?

Saran  dobrze  określiła  szkolne  przedstawienie,  myślał 

ponuro  Rand,  wiercąc  się  na  niewygodnym  metalowym 

background image

krześle  w  sali  gimnastycznej  szkoły  w  Merlton.  Wiosenny 
Festiwal był naprawdę straszny. W sali panował tłok i zaduch, 
dzieci nie potrafiły zaśpiewać porządnie ani jednej piosenki, a 
głośniki przerażająco wzmacniały ich nie zgrane głosy. Uznał, 
że jeśli istnieje piekło, to tak właśnie wygląda.

Czuł  się  wykorzystany  i trochę  urażony,  ale  Jamie nawet 

tego  nie  dostrzegała.  Siedziała  tak  blisko,  że  dotykali  się 
ramionami, lecz wyczuwał, że myślami krąży gdzieś daleko.

- Czy  to  nie  Ashley?  Po  prawej  w  trzecim  rzędzie? -

szepnął,  pochyliwszy  się  tak,  że  niemal  dotknął  wargami  jej 
ucha.

Wciągnął do płuc kuszący zapach jej perfum. Uderzył mu 

do  głowy  jak  łyk  stuprocentowego  bourbona.  Tak  bardzo 
chciał zwrócić na siebie jej uwagę, że był gotów na wszystko. 
Nawet  na  udawanie  zaciekawienia  tym  potwornym 
przedstawieniem.

Grzeczność  wymagała  od  Jamie,  by  skłonić  ku  niemu 

głowę  i  odpowiedzieć  na  pytanie.  Ich  twarze  znalazły  się 
blisko siebie. Gdyby zbliżyli się jeszcze o parę centymetrów, 
zetknęłyby  się  ich  usta.  Jamie  drgnęła  i  odsunęła  się  prędko, 
zdecydowana  nie  odpowiadać  kłamcy,  choćby  był  nie  wiem 
jak atrakcyjny i pociągający.

Rand  poczuł  ukłucie  pożądania  tak  silne,  że  niemal

bolesne. Skoncentrował wzrok na jej ustach, wspominając ich 
słodki smak.

- Pokaż mi swoich siostrzeńców - szepnął i przesunął się 

na krześle tak, że przylgnął udem do jej nogi.

Jamie  trzykrotnie  zignorowała  to  pytanie.  Za  czwartym 

razem,  gdy  podniósł  głos,  uznała,  że  lepiej  pokaże  mu 
Brandona i Timmy'ego, byle tylko zamilkł.

Rand jakoś nie potrafił dostrzec chłopców w tłumie dzieci. 

Musiał  pochylić  się  bliżej,  objąć  ją  ramionami,  by  rzekomo 
lepiej widzieć scenę. Drugą ręką uniósł jej dłoń, na pozór po 

background image

to, by podziwiać pierścionek z szafirem. Ale już jej nie puścił. 
Zaczął  gładzić  kciukiem  wnętrze  dłoni,  z  tą  podniecającą 
pieszczotą, która tak podziałała na nią dziś w bibliotece.

Jamie  westchnęła.  Kobiecy  instynkt  podpowiadał,  by 

zamknęła  oczy  i  rozluźniła  się.  Ale  dręczyło  ją  zbyt  wiele 
wątpliwości, by teraz o nich zapomnieć.

Nieraz  mówiono  Jamie,  że  ma  żelazną  wolę.  Musiała 

jednak wykorzystać jej resztki, by zmusić się do stanowczego 
wysunięcia z objęć Randa. Siedziała potem spięta i sztywna na 
brzegu krzesła, dumnie prostując plecy.

Rand  pochylił  się  na  krześle  i  wolno  wytyczył  palcami 

zmysłową ścieżkę wzdłuż jej grzbietu, delikatnie podążając po 
linii kręgosłupa. Dotarł do talii i zaczął zmysłowy, dyskretny 
masaż.  Po  brzuchu  Jamie  zaczęły  spływać  gorące  strużki 
ognia.  Z  wysiłkiem  powstrzymała  wzbierający  w  krtani  jęk 
rozkoszy.

- Przestań! - szepnęła gardłowo.
- Dlaczego? - Ten  chrapliwy,  uwodzicielski  szept 

przyćmił jej umysł. - Lubię cię dotykać i ty to lubisz.

Wsunął palce pod brzeg swetra i dotknął nagiej skóry.
Jamie zerwała się z krzesła jak oparzona. Wyszła szybko z 

sali  gimnastycznej  i  ruszyła  bocznym  korytarzem.  Był 
chłodny i słabo oświetlony. Serce biło jej jak szalone, a kolana 
drżały, gdy oparła się o pokrytą kafelkami ścianę i próbowała 
odzyskać panowanie nad sobą.

Ale to była przegrana sprawa. Rand wyszedł także i teraz 

zmierzał w jej stronę. Jamie szeroko otworzyła oczy. Miał ze 
sobą płaszcz i parasolkę, którą zostawiła na krześle.

- Zrobiłaś  to,  o  czym  i  ja  myślałem - powiedział  ze 

zdecydowanie  łobuzerskim  błyskiem  jasnobrązowych  oczu. -
Im  szybciej  stąd  wyjdziemy,  tym  szybciej  możemy  zostać 
sami.

Miała wrażenie, że serce podchodził jej do gardła.

background image

- Wyszłam, żeby uciec od ciebie, a nie zostać z tobą sam 

na sam - odparła zarumieniona.

- Wcale  ci  nie  wierzę - uśmiechnął  się  uwodzicielsko, 

upuścił  płaszcz  i  parasolkę  na  podłogę  i  stanął  wprost  przed 
Jamie.

Objął  dłońmi  jej  ramiona  i  przyciągnął  dziewczynę  do 

siebie.  Trzymał  ją  lekko,  tak,  że  mogła  się  wyrwać,  gdyby 
tylko miała ochotę.

Ale  nie  zrobiła  tego.  Nie  mogła.  Wzbudzona  na  nowo 

namiętność pokonała barierę moralności.

Patrząc jej w oczy, Rand opuścił głowę i musnął wargami 

usta. Przez sekundę czy dwie pieścił jej wargi, zachęcając, by 
je  rozwarła.  A  potem,  jakby  nie  mogąc  czekać  ani  chwili 
dłużej, wpił się wargami w jej usta.

Jamie jęknęła, gdy ponownie rozkwitło w niej pożądanie. 

Objęła  go  za  szyję,  przycisnęła  Randa  do  siebie,  próbując 
zbliżyć  się  jeszcze  bardziej.  Z  cichym  jękiem  oddała 
pocałunek.

Rand jęknął z rozkoszy i przytulił ją mocno, przesuwając 

dłonie  po wypukłościach  bioder dziewczyny.  Kiedy  wreszcie 
przerwał  pocałunek, przycisnął wargi  do wrażliwego  łuku  jej 
szyi.

- Tak bardzo cię pragnę, Jamie. Pozwól, bym cię zdobył. 

Kochaj się dziś ze mną. - Przymknął oczy,  gdy szarpnął nim 
gwałtowny  spazm  pożądania. - Nie  mogę  już  dłużej  czekać. 
Doprowadzasz  mnie  do  szaleństwa.  Moc  tych  pełnych  pasji 
słów przywróciła jej rozsądek.

- Nie, Rand.

Jamie była przerażona. Nie tylko jemu nie mogła ufać, ale 

też  i  sobie.  Wiedziała,  że  siła  jej  woli  wzrasta  wprost 
proporcjonalnie do odległości od ramion Randa. Odsunęła się 
szybko.

background image

- Kochanie,  będzie  cudownie.  Sprawię,  że  poczujesz  się 

tak, jak jeszcze nigdy.

- A co  potem, Rand? - Płomień błysnął  w jej błękitnych 

oczach. - Kiedy już pójdziemy do łóżka i sprawisz, że poczuję 
się tak, jak jeszcze nigdy... Co potem?

Rand spoglądał na nią zaskoczony. Zawsze był dumny ze 

swojej  szybkiej  reakcji  i  krasomówczego  talentu.  Ale  w  tej 
chwili  potrafił  tylko  patrzeć  na  Jamie  zamglonymi 
namiętnością oczami i powtórzyć:

- Co potem?
- Nie  myślałeś,  co  będzie,  gdy  już  zaciągniesz  mnie  do 

łóżka?! - krzyknęła,  rozgniewana  na  niego  i  jeszcze  bardziej 
na siebie, że tak całkowicie poddała się jego pocałunkom.

- To podchwytliwe pytanie.
- To nie jest pytanie, to stwierdzenie faktu. Chcesz iść ze 

mną do łóżka.

- Od chwili gdy cię ujrzałem - wyznał chrapliwym głosem 

Rand.

- Pociągam  cię  seksualnie,  ale  mnie  nie  kochasz -

oskarżyła go.

Choć  jej  skryta  głęboko  natura  romantyczki  pragnęła 

usłyszeć,  że  zakochał  się  w  niej  od  pierwszego  wejrzenia, 
wiedziała, że kłamałby, gdyby to powiedział.

- Jak  mogę  być  w  tobie  zakochany? - Pokręcił  głową 

zrozpaczony. - Na miłość boską, Jamie, prawie się nie znamy!

O  rany!  Rand  skrzywił  się.  Gdyby  był  postacią  w 

komiksie, teraz narysowaliby mu nad głową żarówkę. Zaśmiał 
się krótko.

- Naturalnie  to  właśnie  chciałaś  mi  uświadomić,  i 

doprowadziłaś, że sam to przyznałem.

Jamie  bez  słowa  wzięła  od  niego  płaszcz  i  zarzuciła  na 

ramiona. Rand obserwował ją. Ręce jej drżały. Wydawała się 

background image

drobna, delikatna i niezwykle godna pożądania. Nie mógł się 
powstrzymać - wyciągnął rękę i pogładził dłonią jej policzek.

- Czy to dla ciebie takie ważne, by twoi faceci kochali cię, 

zanim pójdziesz z nimi do łóżka?

Poczuł bolesne ukłucie na myśl, że Jamie zakochuje się do 

szaleństwa  w  innych  mężczyznach,  a  potem...  To  ukłucie 
rozrosło się aż do bólu, gdy wyobraził sobie, jak leży w łóżku 
naga  i  podniecona,  jak  z  otwartymi  ramionami  przyjmuje 
jednego  z  tych  bezimiennych  mężczyzn.  Był  wstrząśnięty, 
zaskoczony. Aż do tej chwili zazdrość była mu nie znana.

- Oczywiście, nigdy nie zależało ci na tym, aby kochać i 

być kochanym. - Chłodny ton wymagał od niej wysiłku.

- Komplikujesz wszystko bardziej, niż powinnaś
- poskarżył się. - Właściwie to bardzo proste. Pragniemy 

się nawzajem i oboje jesteśmy dorośli...

- Widzę, że uwodzenie to dla ciebie prosta sprawa
- przerwała  mu. - Więc  oto  moja  odpowiedź  na  twoją 

propozycję  szybkiego,  wolnego  od  uczucia  i  zaangażowania 
seksu: nie, dziękuję.

- Nie  będzie  szybki - wyszczerzył  zęby  w  drapieżnym 

uśmiechu. - Wierz  mi,  skarbie,  w  tej  dziedzinie  nikt  się  na 
mnie nie skarżył.

Odeszła od niego bez słowa.

- Jamie, wracaj! - zawołał zrozpaczony Rand, podnosząc 

głos. - Nie oczekujesz chyba, że będę cię gonił.

- Nie. - Zwolniła  i  obejrzała  się. - Oczekuję,  że 

skoncentrujesz  się  na  następnym,  uwieńczonym  sukcesem 
podboju.  Dokładnie  to  zrobiłby  Steve.  Ponieważ  zawsze 
wszystko przychodzi ci łatwo, nie chce ci się poświęcać czasu 
i  wysiłku  na  cokolwiek,  co  sprawia  kłopot.  Dlatego  nie 
męczysz się i bierzesz tylko to, co łatwe do zdobycia.

Trafiła  w  jego  czuły  punkt.  Zrobił  jedyne,  co  mógł,  gdy 

czuł się zagrożony. Obraził się.

background image

- Najbardziej  nie  cierpię,  gdy  kobiety  porównują  mnie  z 

innymi  mężczyznami.  Nie  znoszę  też  wysłuchiwania  takich 
amatorskich  analiz  mojego  charakteru. - A  potem  zapytał, 
gdyż nie mógł się opanować: - Kto to jest Steve?

- Mój  brat.  Wiedziałbyś,  gdybyś  zadał  sobie  trud 

wysłuchania  mnie.  Ale  ciebie  nie  interesuje  moje  życie  ani 
ludzie, którzy są mi bliscy. Chcesz ode mnie tylko seksu.

- Nie  zaczynaj  znów  tego  tematu! - jęknął  Rand. - Nie 

powtarzaj  się!  A  czego  ty  chcesz?  Zalotów  czy  czegoś 
podobnego?

- Powiedziałeś  „zaloty"  z  takim  samym  obrzydzeniem, 

jak  członek  ligi  trzeźwości  wymawia  słowo  „alkohol" -
stwierdziła oschle Jamie, choć nie umiała powstrzymać się od 
uśmiechu. - A tak się składa, że podobają mi się staroświeckie 
zaloty.  I  owszem,  tego  oczekuję.  Nie  od  ciebie - dodała 
szybko.  Dla  uspokojenia  odetchnęła  głęboko.  To  sprawiało 
ból, lecz postanowiła spojrzeć prawdzie w twarz. - Nigdy nie 
będziemy się zgadzać. Nadajemy na zupełnie innych falach.

- Delikatnie  mówiąc - zgodził  się  szybko  Rand,  zbyt 

szybko.

Jamie  poczuła  ból,  słysząc  jego  odpowiedź.  Tak  będzie 

lepiej, przekonywała samą siebie i ruszyła dalej.

Rand  wiedział,  że  by  ją  zatrzymać,  musiałby  obiecać 

więcej, niż miał na to ochotę. Nie chciał. Zaloty? Nic z tego. 
Czemu miałby się do niej zalecać, cóż za idiotyczne słowo, do 
tej wymagającej, upartej kobiety o staroświeckich poglądach i 
żelaznej  woli.  Jamie  Sara - '  ceni  z  radością  i  bez  poczucia 
winy  wywróci  jego  życie  do  góry  nogami.  I  tak,  dzięki  niej, 
było już mocno przechylone.

Wbił  ręce  w  kieszenie  i  patrzył,  jak  Jamie  wraca  do  sali 

gimnastycznej.  Przez  chwilę  stał  w  pustym  korytarzu,  po 
czym stanowczym krokiem ruszył do wyjścia.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Pół godziny później, gdy widzowie zaczęli wychodzić, stał 

obok wyjściowych drzwi. Babcia i Saran dostrzegły go przed 
Jamie. A przynajmniej wcześniej to okazały.

- Tu  jesteśmy,  Rand - zawołała  głośno  babcia,  gdy 

wszystkie trzy przeciskały się przez tłum.

Zauważył,  że  w  czasie  trwania  przedstawienia  coś  się 

zmieniło, gdyż seniorka rodu Saracenich zwracała się do niego 
po imieniu. Ale jeśli robił jakieś postępy z babcią, z wnuczką 
szło mu fatalnie. Jamie nawet nie spojrzała w jego stronę.

- Zanim odjedziemy, musimy powiadomić Maureen i Ala, 

że  mamy  zamiar  odwiedzić  twojego  kotka - zaznaczyła 
babcia.

- Widzę  ich,  babciu.  Powiem  im - zawołała  Saran  i 

rozpychając się, zniknęła w tłumie.

Starsza  pani  Saraceni  zapewne  uważała,  że  zaproszenie 

wystosowane  do  Jamie  obejmuje  wszystkich  członków  jej 
rodziny.  Rand  powinien  być  wściekły.  Zamiast  tego  poczuł 
ulgę.  Wiedział,  że  Jamie  nie  miała  zamiaru  do  niego  jechać. 
Teraz  babcia  podjęła  za  nią  decyzję.  Pierwszy  raz  rodzina 
kobiety okazała się nie tylko irytującą przeszkodą.

Ostatnie  pół  godziny  spędził  walcząc  ze  sobą.  Powinien 

zostać  czy  odejść?  Choć  wciąż  tu  był,  nie  miał  pojęcia,  czy 
wygrał tę walkę, czy przegrał.

- Rand  zmienił  zdanie,  babciu - rzekła  Jamie,  starannie 

unikając  jego  spojrzenia. - Nie  chce  już,  żebyśmy  z  nim 
jechały.

- Nie  musisz  wyrażać  się  o  mnie  w  trzeciej  osobie -

wtrącił urażony Rand. - I potrafię sam za siebie mówić. I chcę, 
żebyście  ze  mną  pojechały.  Martwię  się  o  tego  kociaka. 
Pragnę się upewnić, czy kupiłem wszystko, co trzeba.

background image

- Dobrze - zgodziła się babcia. Spojrzała na Randa, potem 

na Jamie, wzniosła oczy do nieba i pokręciła głową.

Elegancki  dom  Randa  ozdobiony  stiukami  i  glazurą 

stanowił  wyjątek  wśród  budynków  z  cegły  i  drewnianych 
domków w  stylu  chatki  z  piernika,  które tworzyły  większość 
zabudowy  w  Haddonfield.  Stał  na  końcu  ślepej  uliczki  na 
dwóch  akrach  ziemi  porośniętej  wysokimi  drzewami  i 
krzewami.

Rand  zahamował  na  pętli  podjazdu  i  pilotem  otworzył 

drzwi  garażu.  Uchyliły  się,  a  on  zaparkował  jaguara  obok 
ciemnobłękitnego ferrari testarossa.

- Ma  pan  dwa  najlepsze  samochody,  jakie  w  życiu 

widziałam - zawołała  Saran. - Muszę  powiedzieć  o  tym 
Steve'owi.

- Steve - powtórzył  Rand. - Czy  to  twój  kuzyn?  Brat 

Jamie? - Obrzucił  Jamie  tryumfującym  spojrzeniem.  Nie 
odzywała się przez całą drogę do Haddonfield. - Jak widzisz, 
słyszałem,  co  mówiłaś,  Jamie - dodał  z  godnością,  na 
wypadek gdyby przeoczyła znaczenie tej wypowiedzi.

Jamie  milczała  dumnie,  gdy  Rand  prowadził  ją  z  garażu 

do  domu.  Ale  pierwsze  spojrzenie  na  salon  Randa  naprawdę 
odebrało jej mowę. Nigdy jeszcze nie widziała takiego pokoju. 
Był rozmiaru sali gimnastycznej. Biel, czerń i nikiel. Żadnych 
lamp. Ukryte światła rozjaśniały pewne obszary pokoju. Okna 
sięgały  od  podłogi  po  sufit,  niskie  meble  miały  czarną, 
skórzaną tapicerkę - jeśli można nazwać meblami zestaw kół, 
kwadratów i prostokątów pozbawionych oparć, poręczy i nóg.

- Czy  cały  dom  tak  wygląda? - zdołała  w  końcu 

wykrztusić.

Babcia i Saran były zdumione jak Dorota po przybyciu do 

Krainy Oz.

Rand kiwnął głową.

background image

-

O  ile  pamiętam,  dekoratorka  nazywała  to 

minimalizmem. 

Powiedziałem, 

że 

chcę 

mieć 

coś 

szczególnego.

- Szczególne to niezbyt dokładny opis - mruknęła Jamie.
- Minimalizm - mruknęła babcia. - Chyba domyślam się, 

co  znaczy  to  określenie.  Minimum  koloru,  wygody,  smaku  i 
oczywiście maksymalne ceny.

Zwabiony rozmową Reebok tę właśnie chwilę wybrał, by 

wkroczyć do salonu. Łapki ślizgały się na gładkiej podłodze, 
gdy  podbiegł  do  jednego  z  białych,  puszystych  dywanów. 
Wyprężył  grzbiet,  syknął  groźnie,  a  potem  rzucił  się  na 
dywan.

- Nawet kot jest czarno - biały - zauważyła babcia. - Ma 

szczęście, idealnie pasuje do tego wnętrza.

Rand wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

- Widzę, że ten wystrój zrobił na was wrażenie. Mnie też 

się  specjalnie  nie  podoba,  ale  już  się  do  niego 
przyzwyczaiłem.

- Jak długo tu pan mieszka? - spytała Saran.
- Od roku. - Chociaż na pozór odpowiadał Saran, zwracał 

uwagę  tylko  na  Jamie.  Patrzyła  na  czarne  i  białe  ceramiczne 
polana  w  czarnym  kominku  z  imitacji  marmuru. - Przez  lata 
miałem mieszkanie w Nowym Jorku, ale w końcu znudziło mi 
się tempo i problemy życia w tak dużym mieście.

- Ofiara  kryzysu  wieku  średniego,  choć  twój  nastąpił  o 

wiele  wcześniej  niż  u  większości  ludzi - stwierdziła  mądrze 
babcia.

- Absolutnie  nie  zgadzam  się  z  opinią,  że  chęć 

zamieszkania  w  małym  miasteczku  to  objaw  kryzysu
średniego 

wieku. 

Nigdy 

nie 

byłem 

człowiekiem 

konwencjonalnym  i  nie  pochwalam  takich  schematów. 
Przyjaciele  w  Filadelfii  polecili  mi  Haddonfield.  Obejrzałem 
je, spodobało mi się, wiec się przeprowadziłem.

background image

Ta  rozmowa  zaczynała  go  nudzić.  Był  niespokojny  i 

pobudzony.  Marzył  o  działaniu  i  ekscytacji,  pragnął  seksu. 
Ponieważ  działanie,  ekscytacja  i  seks  były  wykluczone, 
wystarczyłaby  mu  rozmowa  z  Jamie  sam  na  sam.  Wolał  nie 
analizować tej nagłej chęci do kompromisów, gdyż zwykle nie 
zgadzał się na nie.

- W  kuchni  jest  wszystko,  co  kupiłem  dla  kota.  Zechce 

pani  to  obejrzeć,  pani  Saraceni? - zapytał  tonem  pełnym 
szacunku. - Jamie,  mogę  zamienić  z  tobą  słowo?  Na 
osobności?

- Oczywiście,  oczywiście - zgodziła  się  dobrodusznie 

babcia. - Saran, zabierz tego kota do kuchni.

Gdy obie wyszły z salonu, Jamie odwróciła się do Randa.

- Po co to wszystko? - spytała znużonym głosem.
- Chcę, żebyś zdefiniowała zaloty - odparł szybko Rand. -

Spotkania  przy  kolacji?  Kino?  Minigolf?  Pocałunek  na 
dobranoc  w  progu,  kiedy  światło  na  ganku  świeci  prosto  w 
twarz?

- To,  co  próbujesz  przedstawić,  brzmi  śmiesznie  i 

dziecinnie.

- Udało mi się?
- Jesteś bogaty - stwierdziła nagle Jamie, zadziwiając go 

pozornym  brakiem  związku. - Kiedy  mówiłeś  o  tym 
wcześniej,  zastanawiałam  się,  czy  kłamiesz.  Teraz  jestem 
pewna,  że  nie.  Te  samochody,  ten  dom  są  na  to  dowodem. 
Dlatego muszę cię spytać, w co właściwie ze mną grasz.

- Gram? - powtórzył, by zyskać na czasie. Czy ośmieli się 

opowiedzieć jej o Bricku Lawsonie?

- Z  pewnością  nie  pracujesz  w  ubezpieczeniach. - Oczy 

jej błysnęły. - Okłamałeś mnie. I nie mogę nie zastanawiać się, 
kiedy jeszcze skłamałeś. Tym razem chcę usłyszeć prawdę.

background image

- Czy  ciągłe  słuchanie  mrożących  krew  w  żyłach 

opowieści  babci  sprawiło,  że  jesteś  taka  podejrzliwa  i 
dociekliwa? - zapytał z uśmiechem.

Sytuacja  była  paradoksalna:  zarabiał  mnóstwo  pieniędzy 

na  opowiadaniu  historii,  a  jednocześnie  zupełnie  nie  wyszła 
mu  opowieść  przeznaczona  dla  Jamie.  Gdyby  tylko  mógł 
porozmawiać z redaktorem, ten wskazałby mu luki w fabule.

Teraz pytanie brzmiało: Jak dużo może jej powiedzieć, nie 

zniechęcając do siebie na zawsze?

- Masz  rację.  Nie  pracuję  w  ubezpieczeniach - zaczął 

ostrożnie.

-

Powiedziałem  tak,  gdyż  potrzebowałem 

rozsądnego  pretekstu  do  wizyty  w  Merlton.  Prawdziwym 
powodem, dla którego odwiedziłem bibliotekę, byłaś ty. - Nie 
odrywał wzroku od jej twarzy, czekając na reakcję.

Zaciśnięte  wargi  i  gniewne  niebieskie  oczy  wskazywały, 

że ta częściowa spowiedź nie została dobrze przyjęta.

- Dlaczego  chciałeś  mnie  zobaczyć?  Przecież  mnie  nie 

znałeś. - Patrzyła  na  niego  ze  złością. - Chcę,  żebyś  był 
szczery. Czy masz siostrę, która popełniła ten błąd i zakochała 
się w moim bracie? Czy przyszedłeś szukać zemsty, ponieważ 
Steve ją rzucił? Czy postanowiłeś, że zakocham się w tobie, a 
ty złamiesz mi serce?

- Zwariowałaś? Oczywiście, że nie! - Rand otworzył usta 

ze  zdumienia. - Ja  nawet  nie  mam  siostry.  Ten  twój  pomysł 
przypomina  intrygę  rodem  z  popołudniowych  seriali.  W 
prawdziwym życiu ludzie nie robią takich rzeczy.

- Owszem,  robią - odparła  posępnie  Jamie.  Szeroko 

otworzył oczy.

- Chcesz powiedzieć, że naprawdę to ci się zdarzyło?
- Kręciło mu się w głowie na samą myśl, że Jamie została 

wykorzystana i zraniona. Nic dziwnego, że była taka ostrożna.

- Wierz albo nie, przeżyłam coś takiego dwa razy

background image

- Jamie pokiwała głową. - Obaj byli braćmi kobiet na tyle 

głupich,  że  miały  nadzieję  na  stały  związek  ze  Steve'em. 
Oczywiście  zerwał  z  nimi,  gdy  próbowały  nakłaniać  go  do 
małżeństwa.  Ich  bracia  wyznawali  starą  zasadę:  oko  za  oko, 
ząb  za  ząb,  porzucona  siostra  za  porzuconą  siostrę.  Przyszli, 
żeby mnie uwieść i porzucić. To miała być zemsta.

- Udało im się? - spytał cicho Rand.
- Nie.  Domyśliłam  się,  o  co  chodzi,  zanim  zdążyli  mnie 

zranić.  Steve  nie  był  tym  nawet  zdziwiony.  Powiedział,  że 
zrobiłby  dla  mnie  to  samo.  Więc  jeżeli  ktoś  mnie  rzuci, 
powinnam dać mu znać.

- Wiem, że piekło nie dorówna furii wzgardzonej kobiety, 

ale  jakoś  nie  wyobrażam  sobie,  byś  wypuściła  swego  brata, 
Don  Juana,  z  misją  zemsty  na  niewinnej  siostrze  jakiegoś 
faceta.

- Najpierw  ktoś  musiałby  mnie  rzucić,  prawda? -

zauważyła chłodno Jamie. - A do tego nie dojdzie.

- Popatrzyła  na  niego  uważnie. - Nie  widziałam  cię, 

dopóki  nie  zjawiłeś  się  w  bibliotece.  Skąd  się  o  mnie 
dowiedziałeś?

Rand westchnął głęboko.

- Znam  Daniela  Wilcoxa,  Jamie.  A  on  specjalnie  nie 

ukrywał,  że  chce  się  z  tobą  umówić.  Kiedy  usłyszałem,  jak 
stanowczo go odepchnęłaś, zainteresowałem się tobą.

- Więc  przyjechałeś  do  Merlton,  by  zobaczyć  kobietę, 

która nie chciała umówić się na randkę z twoim dentystą?

- Wiem, że to brzmi śmiesznie.

Czy  traciła  poczucie  rzeczywistości,  czy  ta  historia 

faktycznie  brzmiała  wiarygodnie?  Jamie  nie  była  pewna. 
Chciała uwierzyć Randowi i bardzo ją to przeraziło.

- No cóż, człowieka tak bogatego jak ty może chwilowo 

bawić  związek  z  kimś  z  klasy  pracującej,  ale  nie  mam 
złudzeń, że byłby to związek krótkotrwały.

background image

- Więc teraz chodzi o walkę klas - warknął Rand.
- Nie pasujemy do siebie - stwierdziła stanowczo.
- Wciąż  to  powtarzasz.  Szybki  seks  przeciwko  miłości. 

Błękitna krew przeciwko niebieskim kołnierzykom.

- Zbliżył się o krok. - Nie potrafisz wymyślić nic innego?
- Czy to nie wystarczy? - Ogarnął ją nagły lęk, połączony 

z żarem podniecenia. Próbowała całą siłą woli uciszyć mocno 
bijący  puls.  Daremnie. - Chcę  już  wracać  do  domu,  Rand. 
Zawołam babcię i Saran.

- Jeszcze nie. - Rand stanął tuż przy niej. - Nie sądzę, by 

różnice  między  nami  były  aż  tak  istotne - stwierdził  cicho, 
muskając dłonią wrażliwą skórę jej szyi. - Nie wtedy, gdy tak 
bardzo siebie pragniemy.

- Nie pójdę z tobą do łóżka - oświadczyła jednym tchem.
- Wiem. Dopóki nie zacznę się do ciebie zalecać.
- Uśmiechnął się, po czym zmysłowo musnął jej wargi.
- Dlatego  postanowiłem  spróbować  tych  zalotów. 

Zaczynam w tej chwili, od pocałunku na dobranoc. Bez progu 
i świateł na ganku.

Zamknął  wargi  na  jej  ustach,  gorące  i  twarde.  Jamie 

przytuliła  się  do  niego,  drżąc  z  rozkoszy.  Zdawało  się,  że  z 
każdym pocałunkiem staje się bardziej nieobliczalna, szybciej 
traci panowanie.

Jęknął, kiedy wreszcie oderwali się od siebie.

- Razem  będziemy  jak  dynamit.  Jesteś  pewna,  że  nie 

chcesz pominąć tego minigolfa i całej reszty, i od razu przejść 
do sypialni?

Jamie zachichotała nerwowo.

- Jestem  pewna. - Potarła  nosem  o  jego  policzek  w 

spontanicznym  geście  sympatii.  Była  uradowana.  Wreszcie 
przestał ją okłamywać. Był wobec niej uczciwy i przed chwilą 
zgodził  się  zapracować  na  związek  oparty  na  szacunku, 
przyjaźni i zaufaniu.

background image

Stał się jej bliższy, jakby ten płomień namiętności roztopił 

między  nimi  bariery.  To  ulga,  że  nie  musiała  już  z  nim 
walczyć, i jeszcze większa, że skończyła walkę z sobą. Będzie 
widywać  Randa Marshalla, umawiać się z nim, poznawać  go 
lepiej.

A potem... Jamie westchnęła z rozmarzeniem. Czy ośmieli 

się  wierzyć,  że  ich  wspólna  przyszłość  kryje  szansę  na  to,  o 
czym  zawsze  śniła?  Głęboką,  wzajemną  miłość,  która 
przetrwa do końca życia?

Ma  takie  rozmarzone  oczy,  pomyślał  Rand  i  poczuł 

ukłucie  pożądania.  Jego  plany  na  przyszłość  koncentrowały 
się głównie na tym, by jak najszybciej ujrzeć Jamie w ekstazie 
na wielkim wodnym łóżku w jego czarno - białej sypialni.

To 

dość 

niezwykłe, 

że 

doroczna 

konferencja 

Amerykańskiego  Stowarzyszenia  Bibliotek  Publicznych 
stanowiła  interesującą  wiadomość,  a  w  tym  roku 
sprawozdanie z jej otwarcia znalazło się już na drugiej stronie 
filadelfijskiej gazety. Jamie przeczytała artykuł z uwagą, gdyż 
tegoroczny  program  obejmował  też  pomoc  dla  bibliotek 
pełniących rolę świetlic dla dzieci.

Spojrzała na  grupę dzieciaków. Jakoś trudno  było  je  dziś 

uspokoić.  Były  podniecone,  jak  zawsze  w  piątkowe 
popołudnie, cierpiały na weekendową gorączkę. Nawet Jamie 
odczuwała jej łagodne objawy.

Powróciła do artykułu. Do niektórych bibliotek w wielkich 

miastach,  mogących  przechować  dziennie  setki  dzieci,  nie 
miały one wstępu, chyba że w towarzystwie dorosłego.

Jamie  doceniała  troskę  o  podstawowe  funkcje  biblioteki. 

Lecz  odkąd  zaczęła  realizować  swój  nieoficjalny  program, 
liczba  dzieci  spędzających  tu  po  lekcjach  kilka godzin 
podwoiła się. Na szczęście Merlton było małym miasteczkiem 
i radziła sobie z tą gromadką podopiecznych. Ale przypuśćmy, 
że liczba przychodzących do czytelni dzieci wzrośnie jeszcze 

background image

bardziej.  Jamie  przeczytała  tekst,  szukając  odpowiedzi  na 
nurtujące  ją  pytanie.  Niestety,  artykuł  przedstawiał  tylko 
fakty, nie proponował żadnych rozwiązań.

Była tak zamyślona, że drgnęła gwałtownie, gdy tuż przed 

nią upadła na blat biurka książka w twardej oprawie. Uniosła 
głowę  i  spojrzała  wprost  w  kpiące,  brązowe  oczy  Randa 
Marshalla.

- Przestraszyłeś mnie - powiedziała z wyrzutem.
- Niemal  wyskoczyłaś  ze  skóry - poprawił  Rand. - O 

czym rozmyślasz? - Uśmiechnął się szerzej. - A może: o kim?

- Zastanawiałam  się,  czy  nie  zmienić  zawodu  i  zamiast 

bibliotekarką zostać opiekunką dla dzieci.

- Zła  odpowiedź,  skarbie.  Kiedy  mężczyzna  pyta,  o  kim 

myślisz, powinnaś wymienić jego imię. Patrz, wszystko to jest 
w  tej  książce. - Przysunął  jej  tom,  który  rzucił  na  biurko. -
Znalazłem to dziś rano w księgarni.

Tytuł  książki,  „Przewodnik  po  współczesnych  metodach 

zalotów", rozbawił Jamie.

- Przeczytałeś ją?
- Przeczytałem  pierwszy  rozdział.  Sugerował,  by  na 

początku  zalotów  wręczać  jakieś  drobne  prezenty,  coś 
dziwacznego,  jak  na  przykład  balony,  albo  tradycyjnego,  jak 
kwiaty  i  cukierki.  Znając  jednak  los  dowodów  zachwytu 
nieszczęsnego Daniela, przekazuję podarunki ich ostatecznym 
odbiorcom. Tu jest pudełko mlecznych czekoladek dla twojej 
babci. - Położył na biurku bombonierkę. - A tu...

Wyszedł  do  holu  i  wrócił,  trzymając  ze  dwadzieścia 

kolorowych balonów na długich sznurkach.

- Dzieciaki! - zawołał. - To dla was. - Dzieci zbiegły się 

wokół  niego,  chwytając  balony. - No  dobra - powiedział 
wesoło. - Weźcie  te  balony  na  dwór  i  obiegnijcie  parę  razy 
bibliotekę.

- Jest chłodno... - zaczęła Jamie.

background image

- Świeci słońce i jest dziesięć stopni - sprzeciwił się Rand, 

ale krzyknął za dziećmi: - Weźcie płaszcze! Wujek Rand nie 
chce,  żeby  któreś  się  przeziębiło. - Zniżył  głos  i  dodał, 
zwracając  się  do  Jamie: - Ale  bardzo  chce  pozbyć  się  tych 
małych  łobuzów,  by  na  parę  minut  zostać  sam  na  sam  z 
bibliotekarką.

Jamie  zarumieniła  się  lekko.  Dzieci  z  krzykiem  pobiegły 

do drzwi, a balony kołysały się w powietrzu.

- Wujek  Rand? - powtórzyła,  starając  się  mówić 

nonszalanckim tonem.

- Według  autorów  książki,  jeżeli  obiekt  zalotów  lubi 

dzieci  i  zwierzęta,  dobrze  jest  zademonstrować,  jak  dzielnie 
radzisz sobie z tymi potworkami. Wczoraj wywarłem na tobie 
wrażenie,  zapewniając  opiekę  Reebokowi.  Dzisiaj  próbuję 
oczarować cię naturalną i szczerą sympatią, jaką wzbudzam u 
dzieci. Jesteś oczarowana?

- Niezwykle, wujku Randzie. - Uśmiechnęła się.
- Świetnie.  Czy  możemy  teraz  przejść  aż  do  rozdziału 

piątego?  Są  tam  rady,  jak  postępować,  gdy  pozwalamy,  by 
opanowała  nas  wzajemna  namiętność,  i  przechodzimy  do 
sypialni.

Jamie 

wybuchnęła 

śmiechem. 

Ten 

mężczyzna

zachowywał  się  skandalicznie  i  niepoprawnie.  I  trudno  było 
mu się oprzeć.

- Przykro mi, ale nigdy nie opuszczam rozdziałów.
- To by się zgadzało. - Wzruszył ramionami. - No trudno, 

jeśli  nie  chcesz  iść  ze  mną  do  łóżka,  to  wybierz  się  jutro  do 
Blarney Stone. To odpowiednie miejsce, by spędzić tam Dzień 
Świętego  Patryka.  Usłyszysz  irlandzką  muzykę,  zjesz 
autentyczną peklowaną wołowinę z kapustą, nie wspominając 
już o piciu irlandzkiego piwa, irlandzkiej whisky i irlandzkiej 
kawy.

background image

- Z  przyjemnością.  Ale  ubierz  się  jutro  na  zielono,  bo 

mama nie wpuści cię do domu - ostrzegła Jamie. - Jest pełnej 
krwi Irlandką.

- A więc jesteś na pół Włoszką, na pół Irlandką. Ciekawa 

kombinacja: włoska namiętność i irlandzki ogień.

- Zawsze  uważałam  się  za  praktyczną  i  opanowaną 

Amerykankę.

- Wolę moje wyobrażenia. - Spojrzał na zegarek. - Mam 

jeszcze  parę  spraw  do  załatwienia.  Przyjadę  po  ciebie  o 
szóstej.

- Dzisiaj? - Szeroko  otworzyła oczy. - Przecież...  dzisiaj 

nie mamy randki.

- Teraz  już  mamy. - Pochylił  się i  lekko  pocałował ją  w 

czoło, po czym ruszył do drzwi. - Zobaczymy się o szóstej.

Jamie przełknęła ślinę.

- Rand,  nie  mogę  dzisiaj  spotkać  się  z  tobą. - To 

zatrzymało go w miejscu. Westchnęła. - Mam inne plany.

Ciepły blask zniknął z jego oczu.

- Odgrywaliśmy  tę  scenę  już  wczoraj.  Byłem  dobrym 

kumplem  i  dostosowałem się  do twoich  planów.  Teraz  twoja 
kolej, byś zrobiła to samo dla mnie.

- Ale nie mogę...
- Jeśli  masz  randkę,  odwołaj  ją - warknął. - Nie  będę 

tolerował twoich spotkań z innymi mężczyznami.

Wymknęły mu się słowa, których obojętny i chłodny Rand 

Marshall  nigdy  nie  musiał  wypowiadać.  To,  że  wyrzekł  je 
teraz, oszołomiło go i zaalarmowało. Ale ich nie cofnął.

- Nie  mam  randki,  nie  z  mężczyzną - wyjaśniła  szybko 

Jamie. - Kilka moich przyjaciółek i ja...

- Dziewczyny. - Rand  wyraźnie  się  uspokoił. - Jeśli 

umówiłaś się z dziewczętami, to sprawa jest prosta. Zadzwoń i 
powiedz,  że  masz  randkę.  Zrozumieją,  że  mężczyźni  są 
ważniejsi.

background image

Jamie zacisnęła zęby.

- Nie wiem, z jakimi dotąd bywałeś kobietami, ale tak się 

składa,  że  cenię  swoje  przyjaciółki.  Umówiłyśmy  się  parę 
tygodni  temu  i  nie  mogę  się  wycofać.  To  urodziny  mojej 
najbliższej  przyjaciółki  i  wszystkie  trzy  zabieramy  ją  na 
kolację.

- No,  jeśli  to  są  urodziny,  to  chyba  rzeczywiście  nie 

możesz  się  wycofać

-

przyznał  Rand  z  ciężkim 

westchnieniem.

Wolał nie wspominać, że pewna kobieta, z którą spotykał 

się  zaledwie  przez  dwa  tygodnie,  zrezygnowała  z  udziału  w 
ślubie brata, żeby wyjechać z nim na Bahamy. Jamie by się to 
nie spodobało.

- Nie  jestem  z  tego  zadowolony.  Pierwszy  raz  w  życiu 

kobieta woli spędzić wieczór z koleżankami niż ze mną.

- W  takim  razie  zbyt  wiele  kobiet  cię  psuło - rzuciła 

oschle Jamie. - Nie możesz się spodziewać, że wszyscy będą 
zmieniać swoje plany, by dopasować je do twoich kaprysów.

- Wiesz,  kto  tak  do  mnie  mówił?  Oschła,  napuszona, 

pedantyczna  Martha  Elizabeth  Healy,  dopust  boży  moich 
szkolnych  lat.  Każda  klasa  ma  kogoś  takiego,  kogo 
nauczyciele  zawsze  wybierają,  by  siedział  przy  ich  stoliku, 
gdy  wychodzą z klasy, i zapisywał nazwiska tych,  którzy się 
nieodpowiednio zachowują.

-

Zaraz,  pozwól,  że  zgadnę.  Ty  zawsze  się 

nieodpowiednio zachowywałeś i Martha Elizabeth zapisywała 
twoje  nazwisko.  I  aby  do  tego  nieszczęścia  dodać  jeszcze 
obrazę,  nie  zdołałeś  jej  tak  oczarować,  by  zgodziła  się  je 
wymazać. - Jamie roześmiała się.

Ku  zakłopotaniu  Randa,  trafiła  bezbłędnie.  A  teraz,  jako 

wolnomyśliciel,  swobodnie  żyjący  mężczyzna,  miałby  z 
własnej  woli  zacząć  zalecać  się  do  osoby  pokroju  Marthy 
Elizabeth?

background image

Poczuł się sfrustrowany. Zanim dotarł do domu, przekonał 

siebie,  że  powinien  czuć  urazę.  Kiedy  w  godzinę  później 
zadzwonił  Daniel  i  zaproponował  randkę  w  ciemno  z  pewną 
modelką, uznał, że ma wszelkie prawa i wszelkie powody, by 
na nią pójść.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Jamie  z  przyjaciółkami:  Angelą  Kelso,  Romaine 

Abramovic  i  Charlene  Spencer,  zarezerwowały  stolik  u 
Darby'ego i otworzyły wielkie, ręcznie pisane karty dań. Lokal 
był  zatłoczony,  hałaśliwy  i  zadymiony.  Jamie  usiłowała  nie 
żałować, że tu przyszła. W końcu to dwudzieste piąte urodziny 
Angeli,  rodzaj  kamienia  milowego  w  jej  życiu,  a  Jamie, 
Romaine i Charlene zgodziły się postawić jej dowolne danie w 
restauracji, którą sama wybierze. Po kolacji Angela uparła się, 
by  przyjść  tutaj,  i  pod  wpływem  urodzinowego  nastroju 
wszystkie się na to zgodziły.

- Chyba wezmę deser lodowy amaretto - Angela odłożyła 

menu. - Nie  mogę  się  oprzeć.  W  końcu  to  moje  urodziny -
dodała, jakby się tłumacząc.

Jamie spojrzała w oczy Romaine, ale milczały.

- Nie  zjesz  chyba  takich  wielkich  lodów  po  solidnej 

kolacji - zdziwiła się Charlene.

- Dlaczego  nie  powiesz  wprost,  Charlene? - zawołała 

zirytowana Angela. - Uważasz, że jestem gruba!

Jamie  skrzywiła  się.  Przez  całe  lata  obserwowała,  jak 

Angela przechodzi od etapu pucołowatej nastolatki do młodej 
kobiety  z  piętnastoma  kilogramami  nadwagi.  Była  z  tego 
powodu na przemian załamana i dumna.

Na  szczęście  zjawiła  się  kelnerka  i  cała  sprawa  poszła  w 

niepamięć.  Jamie  i  Charlene  zamówiły  wodę,  Romaine 
kieliszek białego wina, a Angela deser amaretto.

- Nie  uwierzycie,  kto  właśnie  wszedł  –  powiedziała

Romaine,  zniżając  głos. - To  ten  łamacz  serc  z  Cherry  Hill, 
lekarz stomatologii Daniel E. Wilcox we własnej osobie.

- Przyszedł  tutaj?  Jesteś  pewna? - Angela  oblała  się 

szkarłatem.  Nerwowo  sięgnęła  do  torebki  po  szminkę  i 
grzebień.

background image

- Wiedziałaś, że tu przyjdzie, prawda, Angie? - domyśliła 

się Charlene. - Dlatego tak się upierałaś, żebyśmy tu zajrzały.

- Wiem,  że  często  tu  bywa  w  weekendy. - Angela 

gorączkowo  poprawiała  swój  makijaż. - Ja...  wiedziałam,  że 
może go spotkamy. O Boże, jak prezentują się moje włosy?

- Wyglądasz  świetnie,  Angie - zapewniła  ją  Romaine. 

Jamie stłumiła jęk. Tylko nie Daniel Wilcox! Tygodnie

jego  zalotów  pogorszyły  jej  stosunki  z  Angelą.  Miała 

nadzieję,  że  sprawa  zostanie  zapomniana,  gdy  tylko  Wilcox 
przestanie ją prześladować. A teraz były tu wszystkie razem i 
Jamie nie miała pojęcia, czym to się skończy.

Charlene  siedziała  twarzą  w  stronę  wejścia  i  meldowała 

koleżankom, co widzi.

- Przygotuj  się  na  złe  wieści,  Angelo.  Dentysta  twoich 

marzeń  przyprowadził  wysoką  blondynkę.  Wygląda  jak 
modelka.

Angela  zgarbiła  się.  Trzy  przyjaciółki  wymieniły  pełne 

współczucia spojrzenia.

- Piękny  urodzinowy  prezent.  Biedna  Angela - szepnęła 

Romaine do Jamie, która tylko kiwnęła głową.

Rand szedł za Danielem i dwoma smukłymi blondynkami 

do  stolika  w  rogu.  Kiedy  złożyli  zamówienia,  kobiety 
przeprosiły i wyszły do „sali dziewczynek".

Rand  skrzywił  się,  słysząc  to  określenie.  „Jego" 

dziewczyna  coraz  bardziej  go  irytowała,  choć  musiał 
przyznać,  że  nie  było  w  tym  jej  winy.  Owszem,  była 
pociągająca  i  godna  pożądania.  Dała  też  wyraźnie  do
zrozumienia, że chętnie nawiąże z nim bliższą znajomość. Był 
taki  czas,  kiedy natychmiast  skorzystałby z takiej oferty.  Ale 
nie  teraz.  Dzisiaj  był  niespokojny  i  rozkojarzony.  Myślał 
jedynie  o  Jamie, która  nie  tylko przeniknęła  do jego  umysłu, 
ale  zdobyła  go  całkowicie.  Nie  mógł  się  doczekać  końca 
wieczoru.  Odwiezie  dziewczynę  i  zadzwoni  do  Jamie, 

background image

nieważne,  która  będzie  godzina.  Chciał,  żeby  było  już  jutro, 
by znów mógł zobaczyć Jamie...

- Patrz, tam siedzi Angela Kelso! Moja asystentka. - Głos 

Daniela  wyrwał  Randa  z  zadumy. - Powinienem  podejść  i 
przywitać  się.  Dzisiaj ma urodziny, a  ja zapomniałem złożyć 
jej życzenia. - Zmarszczył brwi z wyraźnym poczuciem winy.

Daniel wstał, potem gwizdnął cicho.

- Niech to szlag! Jamie Saraceni też tam jest.
- Gdzie? - Rand poderwał się z krzesła.
- Jamie to ta czarnowłosa. - Daniel wskazał cztery młode 

kobiety. - Siedzi obok Angeli, tej z jasnobrązowymi włosami.

Rand  przyglądał  się  dziewczynom.  Nie  chciał  się 

przyznać, że zna Jamie, i udawał Greka.

- Przy  stoliku  są  dwie  dziewczyny  z  jasnobrązowymi 

włosami.

- Angela  to  ta,  która,  no,  ma  trochę  nadwagi.  Świetna 

dziewczyna - dodał  szybko. - Moja  prawa  ręka  w  gabinecie. 
Podejdź  tam  ze  mną.  Chcę  się  przywitać  z  Angela,  ale  nie 
zachwyca mnie perspektywa spotkania Jamie. Nie po tym, jak 
ona... no...

- Dała  ci  kosza? - podsunął  oschle  Rand.  Daniel 

zmarszczył czoło.

- Założę  się,  że  będąc  na  moim  miejscu,  nie  posunąłbyś 

się ani o krok dalej.

Rand  wzruszył  ramionami.  Wprawdzie  chciał  zobaczyć 

Jamie,  ale  na  pewno  nie  w  takich  okolicznościach.  Był tu  z 
dziewczyną  i  wolał,  by  Jamie  się  o  tym  nie  dowiedziała. 
Dręczące  go  przez  cały  wieczór  poczucie  winy  teraz 
powróciło z pełną mocą.

- Zostanę przy stoliku i poczekam, aż wrócą Shelli i Maxi.
- To jeszcze potrwa. - Daniel poklepał przyjaźnie  Randa 

po  ramieniu. - No,  chodź.  Boisz  się,  że  Jamie  Saraceni  nie 
zwróci na ciebie uwagi?

background image

Rand uśmiechnął się. Nie potrafił się powstrzymać.

- Zwróci, na pewno. - Wspominając jej namiętną reakcję 

na pocałunki, uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Udowodnij  to - zaproponował  Daniel  konspiracyjnym 

szeptem. - Osłodzę ci tę przynętę. Weekend tego lata w mojej 
chacie na Cape May... jeśli załatwisz sobie z nią randkę.

- Zwariowałeś? Zakład? To życie, a nie jakiś głupi serial.
- Mogę  nawet  zwiększyć  stawkę.  Jeżeli  zwabisz  ją  do 

łóżka, możesz mieć tę chatę podczas weekendu przed Świętem 
4 Lipca. To wielka frajda być w tym okresie na wybrzeżu. No, 
chodźmy.

Daniel popchnął Randa przez tłum na małym parkiecie do 

tańca, w stronę stolika, gdzie siedziała Jamie z przyjaciółkami.

- Zbliża się do nas, Angie - rzuciła podniecona Charlene.

Jamie  siedziała  tyłem  do  sali  i  nie  mogła  obserwować 

Daniela  Wilcoxa.  Czy  istnieje  święty,  patron  zakochanych? 
Jeśli tak, to proszę, niech Daniel będzie miły dla Angeli, a nie 
robi słodkich oczu do mnie, modliła się w duchu.

- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Angelo!
- Nad stołem rozległ się nagle jowialny głos Daniela.
- Na  pewno  myślałaś,  że  zapomniałem.  Mam  przy  sobie 

kartkę, którą chciałem dać ci w poniedziałek.

- Och,  dziękuję - odparła  jednym  tchem,  pełna  euforii 

Angela.

- Może  przedstawisz  swoim  koleżankom  mojego 

przyjaciela, Randa Marshalla - mówił Daniel, uśmiechając się 
chytrze.

Jamie  odwróciła  się  i  spojrzała  w  głębokie,  złociste  oczy 

Randa.  Przez  moment  była  zbyt  zdumiona,  by  cokolwiek 
powiedzieć. Zanim odzyskała mowę, Angela zdążyła dokonać 
prezentacji.

- Czy  mogę  zatańczyć  z  solenizantką? - zapytał  Daniel 

swoim  obleśnym,  przymilnym  tonem.  Ale  Angela  tylko 

background image

zarumieniła  się  z  radości  i  szybko  wstała. - Rand,  może 
poprosisz Jamie?

Rand  spojrzał  na  Jamie i  uniósł  brwi.  Wstała  i pozwoliła 

poprowadzić się na zatłoczony parkiet.

- Spójrz  na  wyraz  twarzy  Wilcoxa - zaśmiał  się  cicho 

Rand,  chwytając  ją  w  ramiona. - Myśli,  że  dopiero  teraz  się 
poznaliśmy, i nie może się nadziwić, że zgodziłaś się ze mną 
zatańczyć.

- Spójrz na wyraz twarzy Angeli - odparła Jamie.
- Wygląda  na  oczarowaną.  Gdyby  tylko  zdawała  sobie 

sprawę, jakim łobuzem jest Wilcox.

- Daniel  nie  jest  taki  zły. - Gestem  właściciela  ułożył 

sobie  jej  dłonie  na  szyi,  a  potem  objął  mocno  Jamie  w  talii. 
Przy nim wydawała się filigranowa. Poczuł dreszcz pożądania.

- Nadal  jesteśmy  umówieni  na  jutro,  prawda? - Musnął 

wargami jedwabiste włosy Jamie.

- Jesteśmy? - głos Jamie drżał. Kręciło się jej w głowie z 

emocji. - Nie  byłam  tego  pewna,  gdy  dziś  po  południu 
wściekły  wybiegłeś  z  biblioteki. - Uśmiechnęła  się,  widząc 
nagle,  jak  zabawna  jest  ta  sytuacja. - Oskarżyłeś  mnie,  że 
jestem  podobna  do  paskudnej  Marthy  Elizabeth,  która 
dręczyła cię w szkole. Zaręczam ci, że nigdy nie pilnowałam 
klasy.

- W to mogę uwierzyć - odpowiedział z uśmiechem.
- Byłaś pewnie królową na wszystkich balach.

Wybuchnęła śmiechem.

- Ja? Ależ skąd. Byłam spokojną dziewczyną, która pilnie 

się  uczyła.  Miałam  piętnaście  lat,  kiedy  zatrudnili  mnie  jako 
asystentkę bibliotekarza w Cherry Hill.

- I wtedy postanowiłaś zostać bibliotekarką - dokończył.

Jamie skinęła głową.

- Uwielbiam czytać książki.

background image

- Ale są takie, bez których mogłabyś się obyć - zauważył 

ostrożnie Rand, badając grunt. - Na przykład dzieła Lawsona.

- Masz  rację. - Jamie  roześmiała  się. - Cytując  opinię 

pewnego  krytyka,  powiem:  „To  nie  pisarstwo,  to 
maszynopisanie!"

W tej sytuacji nie mogę się jeszcze ujawniać, zdecydował 

Rand.

Muzyka  umilkła  nagle  i  pary  zaczęły  rozchodzić  się  do 

stolików.

Rand  nie  ruszał  się  z  miejsca,  a  Jamie  patrzyła  na  niego 

tak wyczekująco, że niemal potrafił czytać jej myśli. Czekała 
na  propozycję,  że  przysiądzie  się  do  niej  i  jej  koleżanek,  a 
potem  odwiezie  ją  do  domu.  Gdyby  tylko  przyszedł  do 
Darby'ego sam!

- Chciałbym  zaproponować,  że  odwiozę  cię  do  domu -

zaczął.

- Dziękuję - odparła  Jamie. - Romaine  przyjechała 

samochodem, więc może odwieźć Charlene i Angelę.

- Nie pozwoliłaś mi skończyć, skarbie. Powiedziałem, że 

chciałbym cię odwieźć do domu. Ale nie mogę.

- Ach tak. - Jamie wpatrywała się w parkiet.
- Jestem tutaj z dziewczyną - dokończył mężnie Rand.

Spojrzała  mu  w  oczy,  a  jej  policzki  pokrył  ciemny 

rumieniec  poniżenia  i  zawodu.  I  czystej,  niepohamowanej 
wściekłości.  Była  zazdrosna!  Jamie  uświadomiła  to  sobie  ze 
zgrozą  i  furią.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  była  zazdrosna  o 
mężczyznę. Nienawidziła siebie za to; jego też nienawidziła.

- Świetnie - oznajmiła  z  wymuszonym  uśmiechem  i 

ruszyła do stolika. - Więc wracaj do swojej dziewczyny.

Rand westchnął, chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie.

- Znowu  zaczynamy?  Ile  razy  masz  zamiar  odchodzić 

taka obrażona? Ile razy mam się tłumaczyć przed tobą?

- Jeśli chcesz wiedzieć, to wcale nie jestem obrażona.

background image

- Przeszła  do  kontrataku. - Myślę,  że  jesteś  bezczelny, 

tańcząc ze mną w taki sposób, gdy przyszedłeś z inną kobietą!

- Żałuję,  że  jestem  z  inną  kobietą.  Chciałem być  z  tobą, 

Jamie. To twoja wina, że tak się nie stało.

- Muszę dołączyć do koleżanek. Jestem pewna, że twoja 

towarzyszka już cię oczekuje.

Chociaż  odsunęła  się,  nie  mogła  oderwać  wzroku  od 

błyszczących oczu Randa.

- Chcesz,  żebym natychmiast  ją spławił?  Jamie ogarnęło 

uczucie tryumfu. Wolał ją od tamtej kobiety!

Jednak jej umysł szybko przejął kontrolę nad ogarniającą 

ją euforią. Nie współzawodniczyła z partnerką Randa, a on nie 
był  nagrodą  do  zdobycia.  Znała  siebie  na  tyle  dobrze,  by 
wiedzieć,  że  chwilowa  radość  ustąpi  miejsca  wyrzutom 
sumienia.

- Nie przerywaj sobie randki - westchnęła z rezygnacją. -

To  byłoby  nieuczciwe  wobec  twojej  znajomej.  Steve  robi 
czasem takie rzeczy, ale ja tego nie pochwalam.

- I nie zmienisz swoich zasad nawet w tej sytuacji
- dokończył w zamyśleniu Rand. - To... godne podziwu.
- Daruj  sobie  ten  sarkazm - warknęła  Jamie. -

Powiedziałeś  bardzo  wyraźnie,  że  zasady  są  po  to,  by  je 
łamać!

- To  nie  był  sarkazm.  A  poza  tym  są  pewne  różnice 

między zasadami, wartościami i regułami. - Rzucił jej kpiący 
uśmiech  zblazowanego  światowca. - Ja  oczywiście  nie 
przestrzegam żadnych.

Po  odprowadzeniu  Angeli  do  stolika,  podszedł  do  nich 

Daniel.

- Chodź, Marsh. Musimy wracać do Shelli i Maxi - rzucił 

znacząco  i  mrużąc  oczy  przyjrzał  się  Randowi  i  Jamie. - To 
początkujące  modelki  z  Nowego  Jorku - dodał  z  chytrym 
uśmiechem.

background image

- Jestem pod wrażeniem - odparła Jamie.

W  myślach  pogratulowała  sobie  dobrego  smaku.  Nigdy 

nawet przez chwilę nie miała zamiaru umawiać się z Danielem 
Wilcoxem.

- Zobaczymy  się  jutro  wieczorem,  Jamie - powiedział 

Rand stanowczo, jakby prowokował ją, by mu odmówiła.

Nie zrobiła tego.

- Dobranoc  Rand - powiedziała  chłodno  i  odeszła  do 

stołu,  gdzie  Romaine,  Charlene  i  Angela  czekały  na  nią 
niecierpliwie.

- Jutro? Umówiłeś się z nią na jutro? - wykrztusił Daniel.

- To znaczy, że wygrałeś weekend w moim domku. Jak ci się 
to udało? Co jej powiedziałeś? Dlaczego umówiła się z tobą, a 
nie  ze  mną?  A  jeśli  wciągniesz  ją  do  łóżka?  Mam  plany  na 
weekend  przed  Świętem  4  Lipca.  To  moje  doroczne 
bachanalia! - Jęknął.

Rand  spojrzał  na  niego,  zdumiony  nagłą  niechęcią,  jaką 

poczuł  do  przyjaciela.  Po  raz  pierwszy  dostrzegł 
powierzchowny stosunek Daniela  do życia  i  kobiet. Pojął, że 
albo on sam się zmienił, albo Daniel.

A  kiedy  wrócił  do  domu,  zostawiając  Daniela  z  dwiema 

rozbawionymi,  podchmielonymi  i  seksownymi  kobietami, 
musiał  pogodzić  się  z  faktem,  że  to  nie  Daniel  przeżył 
transformację. To on.

Marcowa  pogoda  zawsze  była  trudna  do  przewidzenia  i 

temperatura  w  Dniu  Świętego  Patryka  podskoczyła  do 
zdumiewających o tej porze roku dwudziestu czterech stopni. 
Rand odłożył zielony sweter i wybrał ciemnozieloną koszulkę 
polo.  Dokładnie  o  ósmej  zjawił  się  przed  drzwiami  domu 
państwa Saraceni.

- Wejdź, wejdź - powitała go ciepło babcia i wciągnęła za 

ramię do środka. Miała na sobie czarną sukienkę, ale przypięła 

background image

do ramienia zieloną plastykową koniczynę. Saran, w jaskrawej 
koszulce i szortach, stała tuż za staruszką.

- Żadnych kwiatów ani czekoladek? - przyjrzała mu się z 

dezaprobatą. - Zupełnie nic?

- Saran,  biegnij  na  górę  i  zawiadom  Jamie - poleciła 

stanowczo  babcia. - Niech  się  pospieszy.  A  ty  pójdziesz  ze 
mną.  Skoro  i  tak  musisz  zaczekać,  przedstawię  cię  rodzicom 
Jamie.

Wzięła  Randa  pod  ramię  i  pociągnęła  za  sobą. 

Przedstawiła  go  Maureen,  pięknej  kobiecie  o  delikatnych 
rysach,  ciemnych  włosach  i  niebieskich  oczach,  podobnej  do 
Jamie.

Następnie  poznał  ojca,  Ala  Saraceni,  którego  babcia 

przedstawiła z dumą słowami „mój syn, mistrz ciesielski".

- Rand, wyglądasz mi na takiego, któremu przydałaby się 

szklaneczka wina - zawołał Al.

- Chyba  nie  prowadzisz  po  alkoholu,  prawda? - wtrąciła 

szybko babcia, spoglądając na gościa przenikliwie.

Rand spojrzał to na jedno, to na drugie, niepewny, co ma 

odpowiedzieć. Do czego prowadziły te podchwytliwe pytania?

Gdy 

babcia 

cytowała 

statystyki 

wypadków 

spowodowanych  przez  pijanych  kierowców,  Al  wręczył  mu 
butelkę wina. Miała ręcznie wypisaną etykietę.

- To  dla  ciebie.  Wiśniowe  wino  Saracenich. - Al 

rozpromienił się. - Produkcja wina to jedno z moich hobby.

- Wypij  w  domu,  kiedy  już  nigdzie  nie  będziesz  się 

wybierał - dodała posępnie babcia.

Głośny,  ostry  dźwięk  klaksonu  zagłuszył  hałas 

dobiegający z pobliskiej autostrady.

- To na pewno Todd. Zobaczymy się później! - zawołała 

Saran, wybiegając z domu.

- Najpóźniej o północy, Saran! - odkrzyknął Al.
- Jamie ma głowę na karku - oświadczyła babcia.

background image

- Saran  powinna  iść  za  jej  przykładem.  Jamie  nigdy  nie 

spotyka  się  z  łobuzami,  którzy  trąbią  na  nią  klaksonem. 
Obraca się w towarzystwie eleganckich dżentelmenów.

- Skinęła głową w stronę Randa. - Może Saran też trafi na 

kogoś takiego jak on?

Jamie  zjawiła  się  w  samą  porę,  by  usłyszeć  wypowiedź 

babci. Uśmiechnęła się lekko.

- Jestem gotowa, Rand.

Obrzucił  ją  wzrokiem.  Miała  na  sobie  zieloną,  jedwabną 

sukienkę  z  krótkimi rękawami. Szeroki  pas podkreślał wąską 
talię, a szeroka spódnica sięgała do kolan. Nogi w sandałkach 
na wysokim obcasie wydawały się dłuższe i bardziej kształtne. 
Rand  nie  mógł  się  doczekać,  by  wreszcie  mieć  ją  tylko  dla 
siebie.

- Uff! - odetchnął, kiedy już pożegnali się i wyszli.
- Bałem się, że twój ojciec każe cię odwieźć o północy.
- Mnie te zasady nie obowiązują - uśmiechnęła się Jamie.

- Od lat mam własny klucz. Właściwie... - zająknęła się, lekko 
zarumieniona. - Rodzice  byliby  pewnie  zachwyceni,  gdybym 
wróciła  do  domu  o  piątej  czy  szóstej  rano.  Uznaliby,  że  w 
końcu,  hmm,  trochę  się  rozluźniam.  Uważają  mnie  za 
zdeklarowaną starą pannę.

- Ale nie babcia. Ona lubi cię taką, jaką jesteś.

Rand  otworzył przed  nią  drzwi samochodu,  jak  przystało 

dżentelmenowi.  Potem  uśmiechnął  się.  Babcia  Saraceni 
obserwowała  ich  z  okna,  nie  próbując  nawet  tego  ukrywać. 
Pomachał do niej, a ona odpowiedziała tym samym gestem.

- Widzę,  że  znalazłeś  wielbicielkę - stwierdziła  sucho 

Jamie. - No cóż, to chyba naturalne. Babcia uwielbia Steve'a, 
a... ty jesteś bardzo do niego podobny.

- Za chwilę powiesz, że jestem taki jak Daniel Wilcox.
- A nie?

background image

- Nie! - Zamiast  uruchomić  silnik,  Rand  zwrócił  się  do 

niej  z  powagą.  Było  bardzo  ważne,  by  dostrzegła  różnicę 
między nim a wszystkimi Danielami i Steve'ami.

- Widzisz, ja...

Przerwał,  marszcząc  czoło.  Jakie  były  te  różnice? 

Zdenerwowało  go,  że  nie  potrafi  ich  wykazać.  W  gruncie 
rzeczy  zdawał  sobie  sprawę,  że  właśnie  uczucie  dla  Jamie 
wyróżniało  go  ze  stada,  za  którym  podążał  ślepo  przez  lata. 
Ale jak wyrazić to w słowach?

- Gdybym był jak oni, nie byłoby cię tu ze mną
- stwierdził w końcu.
- Tak, to prawda. - Jamie roześmiała się nerwowo.
- Chyba  że  cierpię  na  jakieś  zaburzenia  umysłu  i 

popełniam właśnie największy błąd w swoim życiu.

- Będąc ze mną, nie popełniasz błędu.

Zalała  go  fala  pożądania.  Ciało  pulsowało  pragnieniem, 

które - zgodnie  z  regułami  zalotów - nie  miało  dziś  doznać 
spełnienia.

Poczuł rozczarowanie. Do diabła z zalotami.

- Jeszcze ci nie powiedziałem, jak pięknie dziś wyglądasz.

- Ściszył  głos. - I  jak  bardzo  chcę  być  z  tobą  sam  na  sam.
Zapomnijmy o Blarney Stone i jedźmy do mnie.

Spojrzała na niego chłodno.

- Twój  ojciec  dał  mi  butelkę  domowego  wina - nie 

ustępował. - Możemy wypić za świętego Patryka w wygodzie 
i odosobnieniu.

Nawet nie mrugnęła okiem.

- Chcesz  usłyszeć  moją  odpowiedź,  czy  potrafisz  się 

domyślić, jaka będzie?

Chwycił  jej  dłoń  i  uniósł  do  ust,  muskając  wargami 

delikatną skórę.

- Wiem,  że  chciałabyś  powiedzieć:  tak.  Czułem,  jak  na 

mnie  reagujesz,  jak  roztapiasz  się  w  moich  ramionach,  jak 

background image

twoje  ciało  płonie,  kiedy  cię  całuję.  Niech  ta  noc  nastąpi 
dzisiaj.

Delikatnie, acz stanowczo cofnęła rękę.

- Czy  to  rutynowa  przemowa,  rozpoczynająca  każdą 

randkę? I kobiety naprawdę to kupują?

Nie  miał  zamiaru  opowiadać,  jak  dobrze  działa  ta  akurat 

zagrywka. Próbując wykorzystać okazję, naciskał dalej.

- Nie udawaj opanowanej, Jamie. Wiem, że to tylko gra. 

Twoi  rodzice  twierdzą,  że  nigdy  nie  tracisz  głowy,  ale  ja 
sprawię, że ci się w niej zakręci. Oboje wiemy, że chcesz iść 
ze mną do łóżka.

- Jeśli  uwagi  rodziny  uznamy  za  słuszne,  to,  według 

babci, już cię złowiłam. Czy to prawda, Rand? - Uśmiechnęła 
się  kpiąco. - Mam  poprosić  tatusia,  by  posłał  zaliczkę  do 
Klubu Synów Italii na nasze ślubne przyjęcie?

- Przyjęcie  ślubne? - Rand  roześmiał  się  chłodno  i  z 

przymusem. - Nie łudź się, skarbie.

- Ja?  Z  tobą  w  łóżku? - Uśmiechnęła  się  słodko. - Nie 

łudź się, skarbie - dodała ze śmiechem.

- Znajdziesz  się  w  moim  łóżku  na  długo  przedtem,  nim 

odbędzie się ślubne przyjęcie - obiecał Rand.

Jamie nie odpowiedziała.
To  milczenie  go  irytowało.  Była  taka  opanowana,  tak

spokojna.  Paradoksalne,  ale  podziwiał  ją,  że  mu  łatwo  nie 
ustępuje.

- Zanim  stąd  odjedziemy...  do  Blarney  Stone,  nie  do 

mnie... mam jeszcze coś dla ciebie. Tutaj.

Podał jej małe pudełeczko, opakowane w zieloną bibułkę.

- Jeden  z  tych  zabawnych  lub  tradycyjnych  drobiazgów, 

zalecanych w pierwszym rozdziale książki o zalotach?

- Przeszedłem  do  rozdziału  drugiego.  Sugeruje  pamiątki 

pewnych szczególnych wspólnych doświadczeń lub wydarzeń.

background image

- Nie  mamy  wspólnych  doświadczeń - przypomniała. -

Chyba że to na pamiątkę Wiosennego Festiwalu?

- Wierz mi, że to jedyne zdarzenie, którego wolałbym nie 

pamiętać. Otworzysz to pudełko?

-

Naprawdę,  nie  powinieneś...

-

powiedziała, 

odpakowując prezent.

-

Według  twojej  kuzynki,  Saran,  zdecydowanie 

powinienem.  Musisz  wiedzieć,  że  uznała  mnie  za  ofermę  i 
prostaka,  gdy  zjawiłem  się  bez  kwiatów  i  czekoladek.  Nie 
wątpię,  że  miała  na  myśli  czarne  orchidee  i  szwajcarską 
czekoladę.

- Prawdopodobnie. - Jamie  roześmiała  się.  Otworzyła 

pudełko. Na zielonym aksamicie lśniła mała złota koniczynka 
na cienkim złotym łańcuszku. - Och, Rand, jakie to piękne! -
wykrzyknęła.

Wzruszył  ramionami.  Nie  chciał  tego  przyznać,  ale  jej 

zachwyt  wzbudził  w  nim  ogromną  radość.  Nigdy  nie  był 
zwolennikiem dawania prezentów pod wpływem impulsu. Ale 
dziś  ogarnął  go  taki  impuls.  A  żartobliwe  odwołania  do 
„Przewodnika po współczesnych metodach zalotów" nie miały 
z tym nic wspólnego. Lecz o tym nie miał zamiaru jej mówić!

- Uznałem,  że  Dzień  Świętego  Patryka  jest  dostatecznie 

wyjątkowy,  bym  mógł  się  zastosować  do  zaleceń  drugiego 
rozdziału - stwierdził  burkliwie,  ponownie  wzruszając 
ramionami.

- Jest cudowna, Rand. Dziękuję ci bardzo. - Uścisnęła go 

spontanicznie. - Chcę ją włożyć. Zapniesz mi łańcuszek?

Zrobił  to,  a  w  nagrodę  mógł  gładzić  delikatną 

śmietankowobiałą  skórę  jej  szyi.  Kiedy  wreszcie  uruchomił 
silnik i odjechał, Jamie trzymała go pod rękę i opierała dłoń o 
jego  udo.  W  dolnym  oknie  domu  Saracenich  babcia  opuściła 
zasłony  i  odeszła.  Fałszując,  nuciła  najpierw  „To  miłość",  a 
potem „Marsz weselny" Mendelssohna.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Blarney  Stone  w  Filadelfii  było  spokojną  restauracją  i 

pubem  przez  cały  rok,  z  wyjątkiem  siedemnastego  marca, 
kiedy podawano tam irlandzkie piwo i grała na żywo muzyka. 
Wśród  hord  gości  trzy  czwarte  osób  nie  miało  w  żyłach  ani 
kropli irlandzkiej krwi. Zanim Jamie i Rand dotarli na miejsce, 
przed  wejściem  uformowała  się  kolejka  sięgająca  już  do 
następnej przecznicy. Rand zignorował kolejkę i poprowadził 
Jamie  prosto  do  frontowych  drzwi.  Wymruczał  kilka  słów  i 
uścisnął rękę bramkarzowi, który wpuścił ich oboje.

- Co mu powiedziałeś? - spytała Jamie. - Słyszałam głosy, 

że wszyscy z kolejki mają rezerwację.

- Po co martwić się o rezerwację - uśmiechnął się Rand.
- Pewniejsze jest posmarowanie ręki paroma banknotami.
- Dałeś  mu  łapówkę,  żeby  nas  wpuścił? - Jamie 

zmarszczyła  brwi. - To  mi  się  nie  podoba,  Rand.  To 
nieuczciwe.

- Traktuję  łapówki  jako  dzielenie  się  bogactwem.  Obie 

strony odnoszą korzyści. - Rand chwycił ją pod ramię.

- Chodź, widzę stolik na dwie osoby. Zajmijmy go.

Jamie nie ruszyła się. Ogarnęły ją podejrzenia. Zmierzyła 

go groźnym wzrokiem.

- W  ten  sposób  przekonałeś  Saran,  by  podała  ci  mój 

numer telefonu, tak? Przekupiłeś ją!

- Jamie, nie ma nic złego w płaceniu za pewne przysługi 

czy  przywileje.  Taki  jest  ten  świat,  tak  się  załatwia  pewne 
sprawy.

- Chcesz  powiedzieć,  że  tak  załatwiają  pewne  sprawy 

zepsuci, rozpieszczeni, bogaci chłopcy.

- Trudno napiwki zakwalifikować jako...

background image

- Napiwki? - przerwała  mu  Jamie. - Wszystko  potrafisz 

wytłumaczyć jednym zręcznym słowem. Rozumiem, że dałeś 
Saran suty napiwek, kiedy podała ci mój numer telefonu?

Zmarszczył brwi.

- Czy zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
- Tylko wtedy, kiedy mam rację.
- O  to  bym  się  spierał.  Jeśli  o  ciebie  chodzi,  jeszcze  się 

nie zdarzyło, żebyś nie miała racji!

Żałowała, że nie potrafi wymyślić riposty. Niestety, nic jej 

nie przychodziło do głowy. Splotła ręce na piersi i przyjrzała 
się roześmianemu, roztańczonemu i rozśpiewanemu tłumowi. 
Wszyscy  nosili  różne  odcienie  zieleni.  Jamie  rozglądała  się, 
czekając  na  natchnienie.  Nie  przyszło,  ale  za  to  zauważyła 
znajomą, wyjątkowo przystojną twarz. To jej brat, Steve.

Poczuła  rozbawienie.  Powinna  się  domyślić,  że  Steve 

Saraceni  będzie  tutaj  dziś  wieczorem.  Jeżeli  Blarney  Stone 
było  tym  miejscem,  które  należało  odwiedzić  w  Dniu 
Świętego Patryka, to oczywiście Steve musiał się tu zjawić.

Steve  dostrzegł  ją  w  tej  samej  chwili.  Natychmiast 

przecisnął się do niej przez tłum.

- Cześć, mała. Co ty tu robisz? - zapytał i podniósł ją do 

góry, obracając się dokoła.

Rand obserwował to, walcząc z mdlącą falą zazdrości. Ten 

facet  z  twarzą  filmowego  gwiazdora  obejmował  Jamie  z 
poufałością  uzasadnioną  tylko  u  długoletnich  przyjaciół  lub 
kochanków.  Od  pierwszego  rzutu  oka  Rand  domyślił  się,  że 
taki mężczyzna nie miewa przyjaciół wśród kobiet.

O  tak,  z  tym  mężczyzną  coś  Jamie  łączyło.  Stąd  ta  jej

ostrożność  i  podejrzliwość  w  stosunku  do  podrywaczy. 
Powinien  się  domyślić,  że  kiedyś  sparzyła  się  na  jednym  z 
nich. A ten facet, ubrany od stóp do głów w kosztowne zielone 
ciuchy,  poruszał'  się  z  aroganckim  wdziękiem  i  pewnością 
siebie. Wyglądał jak kandydat do tytułu podrywacza roku.

background image

- Chodź, poszalejemy. Zatańcz ze mną. . - Steve chwycił 

Jamie za rękę i pociągnął za sobą na parkiet.

Jamie  zerknęła  na  Randa.  Przyglądał  się  im  posępnie. 

Zatrzymała się i nie ruszyła nawet o krok.

- Zaczekaj  moment,  Steve.  Chcę  ci  kogoś  przedstawić. -

Pociągnęła  Steve'a  za  ramię. - Chcę  cię  przedstawić  mojemu 
chłopakowi. Rand Marshall. Stoi tam.

Steve  przyjrzał  się  Randowi,  który  zmierzył  go  groźnym 

spojrzeniem. A potem uśmiechnął się do siostry.

- Widzę,  że  leci  na  ciebie,  Jamie.  Powiedzieć  ci  coś 

zabawnego? Myśli, że coś jest między nami. Wygląda, jakby 
miał  ochotę  porąbać  mnie  na  kawałki  i  wykorzystać  jako 
przynętę na ryby! - Steve wybuchnął śmiechem.

Rand  zacisnął  wargi.  Zuchwały  śmiech  tego  mężczyzny 

był  ostatnią  kroplą  przepełniającą  kielich.  Nie  zostawi  Jamie 
na łasce tego zarozumiałego, zielonego pawia!

- Rand, to mój brat Steve - zawołała Jamie, gdy tylko się 

zbliżył.  Groźny  wyraz  jego  twarzy  trochę  ją  przestraszył. -
Steve, poznaj Randa Marshalla.

- Twój  brat? - powtórzył  Rand  i  jego  bojowy  nastrój 

złagodniał nagle, pozostawiając go w lekkim oszołomieniu.

- Jeden, jedyny. - Steve uśmiechnął się i wyciągnął rękę. -

Więc  jesteś  nowym  chłopakiem  Jamie? - Przyjrzał  mu  się  z 
uwagą. - Nie wyglądasz tak jak jej poprzedni faceci.

- Ani słowa więcej, Steve - ostrzegała go Jamie.
- A jak wyglądali ci poprzedni? - zapytał Rand.

Steve roześmiał się.

- Tacy  bardzo  dobrze  wychowani,  lalusiowaci.  I  zawsze 

zanudzali ją na śmierć, bo ona też jest taka dobrze wychowana 
i chłodna.

Rand wybuchnął śmiechem.

- Ponieważ tak świetnie się wam rozmawia, to może was 

zostawię - wtrąciła zimno Jamie. - Jestem pewna, że jeżeli nie 

background image

będzie  mnie  w  pobliżu,  lepiej  uda  wam  się  polowanie  na 
kociaki. - Odwróciła się i chciała odejść.

Rand objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.

- Tylko na ciebie mam zamiar polować, Jamie
- oświadczył cicho.
- Dobrze  powiedziane. - Steve  uszczypnął  siostrę  w 

policzek. - Fajnie widzieć cię z facetem, którego nie potrafisz 
wystraszyć.

- A  mnie  miło byłoby  zobaczyć  cię z  kobietą, której  nie 

zdołałbyś  oczarować  i  zawrócić  w  głowie  tym  twoim 
fałszywym urokiem - odparła surowo Jamie.

Steve nie poczuł się bynajmniej urażony, a nawet wydawał 

się zachwycony.

- Moja  maleńka  siostrzyczka - powiedział  z  sympatią. -

Zawsze  robi  mi  wymówki.  Krytykuje  mój styl  życia. - Steve 
zachichotał, po czym przysunął się do Randa i konspiracyjnie 
zniżył  głos. - Też  nie  będziesz  mógł  jej  oczarować  ani 
zawrócić w głowie. Sugeruję, żebyś nawet nie próbował.

Ucałował Jamie w policzek, uścisnął dłoń Randa i zniknął 

w tłumie. Rand i Jamie stali niepewnie naprzeciw siebie.

- Steve powiedział, że uznałeś jego i mnie za parę
- zauważyła,  próbując  przerwać  coraz  dłuższe,  pełne 

napięcia milczenie.

- Nie  miał  racji.  Natychmiast  dostrzegłem  podobieństwo 

między wami i domyśliłem się, że to twój brat.

- Och,  oczywiście. - Wzniosła  oczy  do  góry. - Dlatego 

byłeś tak zdumiony, gdy ci go przedstawiłam? Myślałeś, że to 
mój dawny chłopak, i byłeś zazdrosny.

- Ten pomysł wydawał jej się ogromnie zabawny.
- Równie zazdrosny, jak ty wczoraj, kiedy powiedziałem, 

że jestem u Darby'ego z dziewczyną - odparował.

- Nie  mogę  w  to  uwierzyć. - Jamie  westchnęła 

niecierpliwie. - Znów zaczynamy się spierać. Kłócę się z tobą 

background image

częściej  niż  z  kimkolwiek  innym,  nie  wyłączając  Steve'a  i 
Saran.

- A wiesz, czemu tak często się ze sobą kłócimy?
- Ponieważ w oczywisty sposób do siebie nie pasujemy.
- Ponieważ pragniemy siebie nawzajem tak bardzo, że się 

nieomal  spalamy.  Wierz  mi,  skarbie,  seksualna  frustracja  to 
najlepszy środek, by doprowadzić człowieka do wrzenia.

- Powinnam  się  domyślić,  że  powiesz  coś  takiego -

stwierdziła  kwaśno. - Jeśli  się  nie  kłócimy,  to  mówimy  o 
seksie.

- Znam sposób, by przełamać tę patową sytuację. Chodź 

dzisiaj  ze  mną  do  łóżka,  Jamie.  To  rozwiąże  problem 
frustracji, kłótni i tych nieustających rozmów o seksie.

- Twierdzisz,  że  jeśli  prześpię  się  z  tobą,  natychmiast 

zmienimy  się  w  zgodnych,  rozumiejących  się  partnerów, 
którzy  będą  prowadzić  głębokie,  filozoficzne  dyskusje  o 
literaturze,  muzyce  i  polityce. - To  była  zabawna  teoria  i 
Jamie  roześmiała  się  cicho. - Naprawdę  myślisz,  że  jestem 
taka naiwna?

- Miałem  nadzieję.  Człowiek  może  trochę  pomarzyć, 

prawda?

Wesołość błysnęła w jej oczach.

- Nie zniechęcaj się, snuj swoje marzenia. - Spoważniała i 

spojrzała  na  niego  uważnie. - Rand,  przesadziłam  trochę, 
krytykując  cię  za  to,  że  zapłaciłeś  temu  facetowi przy 
drzwiach.  W  tej  kłótni  nie  chodziło  o  seks.  To  różnica 
poglądów. Przepraszam cię.

Te  nieoczekiwane  przeprosiny  zupełnie  go  zaskoczyły. 

Przyszło  mu  do  głowy,  że  za  mało  czasu  spędzał  na 
rozmowach  ze  swoimi  partnerkami.  Zawsze  uważał,  że  jako 
środek  porozumienia  seksualne  działanie  przynosi  lepsze 
efekty.

background image

W  następnej  chwili  uświadomił  sobie,  że  seks  jest  także 

skutecznym  sposobem  unikania  porozumienia.  Szeroko 
otworzył oczy. Wielki Boże, co to jest? Przebłysk intuicji?

Spojrzał na Jamie, która obserwowała go z uśmiechem.

- Wyglądasz jak porażony piorunem.
- Nie jestem pewien, co powinienem teraz powiedzieć.

To  była  prawda.  Dzięki  seksowi  można  uniknąć 

porozumienia.  Skąd  się  brały  u  niego  takie  myśli  i  dlaczego 
akurat teraz?

- Nie  będę  przepraszał  za  ten  napiwek,  który  dałem 

bramkarzowi...  Ale  przyznaję,  że  nie  powinienem 
przekupywać Saran, żeby podała mi twój numer telefonu.

- Z którego jeszcze nie skorzystałeś.
- Zamierzam to naprawić i w pełni go wykorzystać.
- Właściwie  nie  musisz - zapewniła  go  pospiesznie. -

Jedyny  telefon  w  domu  jest  w  kuchni,  gdzie  wszyscy  się 
kręcą.  A  słuchanie  cudzych  rozmów  to  ulubiona  rozrywka 
Saracenich.

- To  chyba  znaczy,  że  nie  będziesz  mówić  ze  mną  o 

rzeczach nieprzyzwoitych. - Udał rozczarowanie.

Roześmiali się głośno.

- A  teraz  będziemy  śpiewać  i  chcemy,  by  wszyscy  nam 

towarzyszyli - obwieścił przez mikrofon irlandzki tenor.

- Mamy śpiewać? - Rand nie wyglądał na zadowolonego.

Jamie śpiewała wraz z rozbawionym tłumem, wybuchając 

śmiechem, gdy mylił się jej tekst piosenki. Jest może ostrożna, 
jeśli  chodzi  o  randki,  ale  nie  ma  żadnych  oporów,  by 
przyłączyć się do śpiewającego tłumu.

Rand  czuł  się  zakłopotany.  Nigdy  nie  angażował  się,  nie 

mieszał z ludźmi wokół siebie. Nawet jeśli chodziło o kobietę, 
która  dzieliła  z  nim  łóżko.  Dopiero  kiedy  spotkał  Jamie, 
poczuł tę dziwną, niewyjaśnioną chęć, by się do niej zbliżyć; 

background image

fascynowała  go  i  to  nie  tylko  seksualnie.  Pragnął 
emocjonalnego zbliżenia, którego zawsze starannie unikał.

To  odkrycie  zaniepokoiło  go  i  przeraziło.  Emocjonalne 

zbliżenie?

- No  dalej,  Rand - ponagliła  go  rozbawiona  Jamie. -

Śpiewaj.

Pokręcił głową, wciąż nie mogąc zrozumieć, co się z nim 

dzieje.  Kobiety  oskarżały  go  często  o  to,  że  traktuje  je 
instrumentalnie. Przyjmował tę opinię bez mrugnięcia okiem. 
Czasem 

nawet 

wykorzystywał 

ją 

jako 

wygodne 

usprawiedliwienie swego zachowania.

Ale  tacy,  którzy  naprawdę  boją  się  zaangażowania,  nie 

pragną  ryzyka  i  zagrożeń  emocjonalnego  zbliżenia.  Uciekają 
na  samą  myśl  o  czymś  takim.  Rand  spoglądał  w  roześmiane 
oczy Jamie i wiedział, że on nigdzie nie ucieknie.

- Nie bądź taki przerażony - zakpiła, biorąc go za rękę. -

Nie  możesz  śpiewać  gorzej  ode  mnie - stwierdziła  i  razem  z 
całym tłumem zaczęła nucić słowa następnej piosenki.

Entuzjazm i rozbawienie zgromadzonych były najlepszym 

antidotum  na  ponure  myśli.  Po  chwili  Rand  zaczął  śpiewać. 
Wypili  trochę  irlandzkiego  piwa,  a  potem  spróbowali 
peklowanej  wołowiny  z  kapustą.  Jeszcze  trochę  pośpiewali  i 
zaczęli uczyć się irlandzkiego tańca.

Po  północy  zespół  zaśpiewał  kilka  powolnych, 

romantycznych  ballad.  Jamie  i  Rand  bez  słowa  poszli  na 
parkiet.

Rand przytulił ją mocno do siebie.  Jamie splotła ramiona 

na jego szyi i westchnęła cicho. Kołysali się wolno w idealnej 
harmonii, jakby tańczyli razem od lat.

Rand gładził jej plecy, od talii aż po szyję, na której wisiał 

łańcuszek ze złotą koniczynką.

Cieszył  się,  że  Jamie  ma  na  sobie  wisiorek,  który  jej 

podarował.  Miał  wrażenie,  że  to  rodzaj  symbolicznego 

background image

naznaczenia;  znak,  że  ta  dziewczyna  należy  tylko  do  niego. 
Oczywiście tradycyjnie do tego celu służyły ślubne obrączki. 
Ta zdradziecka myśl pojawiła się w jego głowie, ale szybko ją 
odsunął w odruchu samoobrony.

Kilka  godzin  później  rozstali  się  pod  jej  drzwiami,  po 

długim,  namiętnym  pocałunku  na  dobranoc.  Była  już  prawie 
trzecia i niewielki ganek oświetlała jaskrawa lampa.

- Czy...  masz  jakieś  plany  na  jutro? - spytał,  starając  się 

mówić z obojętnością, jakiej wcale nie odczuwał.

- Obiecałam tacie, że pojadę z nim na plażę, żeby pomóc 

Brandonowi i Timmy'emu wypróbować nowe latawce.

- Czy mogę coś zaproponować? Może ktoś inny z twojej 

licznej  rodziny  zechciałby  puszczać  latawce  z  tatusiem  i 
dzieciakami?

- Nikt  nie  ma  na  to  czasu.  Mama  ma  jakieś  sprawy 

dotyczące  lalek.  Cassie  i  Saran  idą  do  pracy.  Steve  jest,  jak 
zwykle, nieosiągalny, a babcia nie nadaje się do takich rzeczy. 
Tata nie może pomagać obu chłopcom. Potrzebna jest dwójka 
dorosłych.

- A  co  z  ojcem  chłopców? - nie  ustępował  Rand. - Nie 

odwiedza ich podczas weekendów? Niech się z nimi pobawi.

- Ojciec chłopców ma prawo odwiedzin. - Jamie zacisnęła 

wargi. - Dwa lub trzy  razy  w roku wpada  tu  na parę  godzin, 
składa  mnóstwo  obietnic,  których  nie  dotrzymuje.  Dlatego 
nigdy ani ja, ani nikt z rodziny nie złamał obietnicy danej tym 
dzieciom. Chłopcy powinni wiedzieć, że są na świecie ludzie, 
którzy dotrzymują słowa.

- To  doprawdy  jest  godne  podziwu.  Ale  dla  mnie 

ogromnie  niewygodne.  Żeby  cię  jutro  zobaczyć,  muszę 
pojechać z wami i puszczać latawce?

- Chciałabym, żebyś przyjechał, ale na to nie liczyłam.
- A do szału doprowadza mnie fakt, że we wszystkim ci 

ulegam.  O  nic  mnie  nie  prosisz.  Pojedziesz  z  dziećmi  bez 

background image

względu na to, czy zabiorę się z wami, czy nie. W ten sposób 
przerzucasz piłkę na moją stronę kortu.

- To  nie  jest  tenis. - Uśmiechnęła  się. - Mówiliśmy  o 

puszczaniu latawców.

- Nie robiłem tego od lat.
- Przypuszczam,  że  nie  robisz  wielu  rzeczy.  Inni  ludzie 

robią je za ciebie.

- Mówisz  tak,  jakbym  był  jakimś  obrzydliwym 

próżniakiem! - zaprotestował  Rand. - Dużo  ćwiczę.  Działam 
w klubie, biegam, pływam, gram w tenisa i nawet czasami w 
golfa.

- Nie  chodzi  mi  o  rozrywki - odparła  Jamie. - Mam  na 

myśli  to,  że  ty  niczego  nie  robisz  dla  kobiet.  Od  czasu  do 
czasu  zabierasz  je  tylko  na  kolację  lub  do  teatru.  Generalnie 
czas z kobietą spędzasz głównie w łóżku.

- Mogę cię zapewnić, że kiedy jestem z kobietą w łóżku, 

zdecydowanie coś z nią robię. - Uniósł znacząco brwi.

Ku swej irytacji poczuła, że się rumieni.

- Wiedziałam, że powiesz coś w tym rodzaju.
- Myślisz, że tak dobrze mnie znasz - burknął Rand. - Czy 

słusznie zakładam, że całą tę wiedzę o męskich rozrywkach i 
życiu  seksualnym  zaczerpnęłaś  z  opowiadań  swego  brata? -
Szczególnie irytujące było to, że tak trafnie podsumowała jego 
życie czy styl życia. Czy jakkolwiek to nazwać. - Co ty robiłaś 
przez te lata? Chodziłaś za bratem i sporządzałaś notatki?

- Po  prostu  słuchałam  i  obserwowałam. - Aby  urazić  go 

do końca, zerknęła na zegarek. - Już późno, Rand. Dobranoc i 
dziękuję za dzisiejszy wieczór. Świetnie się bawiłam.

- Wygłosiłaś  już  tę  swoją  obowiązkową,  uprzejmą 

przemowę  pożegnalną.  Tuż  przed  tym,  jak  cię  pocałowałem. 
Wtedy mnie zirytowała, a teraz irytuje mnie jak diabli.

- Wchodzę  do  domu.  Ty  po  prostu  znów  chcesz  się 

pokłócić.

background image

- Ja po prostu chcę iść z tobą do łóżka, a potem usunąć ze 

swojej pamięci!

Zadrżał, przerażony własnym wybuchem. Jeśli teraz Jamie 

zatrzaśnie  mu  drzwi  przed  nosem  i  odmówi  widywania  się  z 
nim, to będzie wiedział, że na to zasłużył.

Ale,  ku  jego  całkowitemu  zdumieniu,  Jamie  roześmiała 

się.

- Nie  powinieneś  tak  się  odkrywać  i  zwierzać  się  ze 

swoich  intencji,  Rand.  Nie  mów  o  swoich  planach  i 
skoncentruj  się  na  prawieniu  mi  komplementów.  Opanuj  się. 
Steve nigdy by się tak fatalnie nie przejęzyczył.

Patrzył  na  nią  zakłopotany.  Była  nie  do  pokonania. 

Absolutnie  wspaniała.  I  potrafiła  manipulować  nim  tak,  jak 
nie potrafiła tego robić żadna inna kobieta.

- Jesteś taka... taka...

Nie mógł znaleźć słów. Do diabła, gdyby teraz jako Brick 

Lawson miał opisać podobną scenę, bez problemów znalazłby 
dowcipną  lub  złośliwą  odpowiedź.  Ale  jako  Rand  Marshall 
zupełnie oniemiał.

- Dobranoc, Rand - powiedziała z uśmiechem i odwróciła 

się, by zamknąć drzwi.

- Nie  możemy  zakończyć  w  ten  sposób  dzisiejszego 

spotkania - mruknął.  Próbował  odzyskać  przewagę.  Było  to 
absolutnie konieczne. - Pocałuj mnie na dobranoc.

- Przecież już...

Chwycił ją za ręce i pociągnął ku sobie.

- Żadnych ale. Po prostu zrób to.

Poczuła, że nie potrafi mu tego odmówić. Spędzili razem 

cudowny  wieczór.  Z  wyjątkiem  tych  chwil,  kiedy  się  kłócili. 
Lecz  kłótnia  z  Randem  była  bardziej  ekscytująca  niż 
cokolwiek innego z kimkolwiek innym.

background image

Wyciągnęła  dłoń,  by  prześledzić  zmysłowy  kształt  jego 

ust. Zadrżała z pożądania. Miał tak wspaniałe wargi: kuszące, 
namiętne... Naprawdę chciała go pocałować. Bardzo chciała.

- Rand - szepnęła.

Objęła  go  za  szyję  a  potem  całowali  się  mocno  i 

szaleńczo. Przesuną) dłoń i objął jej pierś. Była ciepła, miękko 
zaokrąglona. Pieścił ją, gładząc kciukiem sztywny czubek, aż 
Jamie jęknęła z rozkoszy.

Nagle,  bez  ostrzeżenia,  odsunął  się  od  niej.  Jamie 

westchnęła i oparła się niepewnie o framugę.

- Dobranoc, Jamie.

Oczy  Randa  lśniły.  Czuł,  że  odniósł  zwycięstwo.  Jamie 

poddała  mu  się  absolutnie  i  bezwarunkowo.  Udowodnił,  że 
należy do niego, że będzie jego, kiedy tylko on tego zechce.

Tryumfujący,  ruszył  do  samochodu.  Zostawił  ją 

spoglądającą ze zdziwieniem i zakłopotaniem.

Przystanął, otwierając drzwi samochodu.

- O której jedziecie jutro na tę plażę?
- Po mszy - odparła ochrypłym głosem. - Około południa.
- Więc się zobaczymy. Szeroko otworzyła oczy.
- Jedziesz z nami?
- Będę tu o dwunastej.

Jamie stała na ganku, patrząc na oddalający się samochód. 

Kiedy Rand odjechał, zgasiła światło i weszła do domu.

Nim  zapadła  w  niespokojny  sen,  myślała  o  Randzie. 

Przewracała się i rzucała, śniąc o mężczyźnie z ciemnozłotymi 
oczami,  którego  wprawne  ręce  pieściły  jej  ciało;  którego 
twarde, zmysłowe wargi sprawiały, że jęczała z rozkoszy.

Obudziła się zarumieniona, z imieniem Randa na ustach.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

W  niedzielne  popołudnie  Rand  i  Jamie  wyruszyli  wraz  z 

jej ojcem i siostrzeńcami, Brandonem i Timmym, na pobliską 
Long  Beach  Island.  Dzieci  wbiegły  na  pustą  plażę  z  dwoma 
nowymi czerwono - niebiesko - żółtymi latawcami. Wiał lekki 
wiatr.  Pomimo  to  latawce  nie  od  razu  wzniosły  się  w  górę. 
Ponieważ  zjawił  się  Rand,  Al  Saraceni  postanowił  usiąść  w 
plażowym fotelu i poczytać gazetę.

Rand, pamiętając zasady puszczania latawców ze swojego 

dzieciństwa, instruował chłopców:

- Nie trzeba biegać, żeby latawiec wzbił się w powietrze. 

Należy stanąć plecami do wiatru i wolno luzować sznurek.

Pomógł  Timmy'emu  puścić  latawca,  a  Jamie  i  Brandon 

walczyli  z  drugim.  Kiedy  oba  wzniosły  się  w  górę,  chłopcy 
przejęli sznurki.

Jamie wsunęła dłoń w rękę Randa.

- Zostawmy  chłopców  z  tatą  i  chodźmy  na  spacer -

zaproponowała cicho.

- Chcesz być ze mną sam na sam? - Rand uśmiechnął się 

z satysfakcją.

- Chcę  się  przejść  po  plaży - odrzekła  Jamie. - Jeśli  nie 

chcesz ze mną iść, zostań z chłopcami, a ja pospaceruję z tatą.

- Pójdziesz  ze  mną. - Objął  ją  ramieniem. - Dziecinko -

dodał, doskonale naśladując Steve'a.

Zostawili chłopców pod czujnym okiem dziadka i ruszyli 

na  długi  spacer  wzdłuż  plaży.  Było  chłodniej  niż wczoraj, 
temperatura  sięgała  piętnastu stopni  i  było  o wiele za zimno, 
by  wejść  do  wody.  Szli  więc  po  plaży.  Rozmawiali, 
przekomarzali się i śmiali całkowicie zajęci sobą.

Kiedy  wrócili,  stwierdzili  ze  zdumieniem,  że  już  prawie 

piąta.  Chłopcy,  znudzeni  puszczaniem  latawców,  budowali 
gigantyczny zamek z piasku, a dziadek udzielał im instrukcji.

background image

- Straciłem poczucie czasu - stwierdził zdumiony Rand.

W  ciągu  tych  godzin  spędzonych  z  Jamie  ani  razu  nie 

spojrzał  na  zegarek.  To  było  niezwykłe.  Zazwyczaj  bardzo 
cenił swój czas.

Al  nalegał,  by  Rand  zjadł  kolację  w  domu  Saracenich. 

Jamie  zasugerowała,  że  być  może  ma  on  inne  plany  na 
dzisiejszy wieczór. Ale ojciec nie chciał o niczym słyszeć.

- Ciekawe,  co  by  się  stało,  gdybym  naprawdę  miał  inne 

plany  na  wieczór - szepnął  Rand  do  Jamie,  gdy  usiedli  na 
tylnym siedzeniu wielkiego niebieskiego buicka Ala.

- Obawiam się, że mimo wszystko jadłbyś z nami kolację. 

Zyskałeś w oczach taty, bawiąc się z jego wnukami.

- Chociaż  zniknąłem  z  jego  córką  na  całe  popołudnie? -

szepnął prowokująco i przysunął się bliżej. - Mogłem przecież 
cię wykorzystać.

- Na plaży w środku dnia? To nie wchodzi w grę! Ojciec 

wie  doskonale,  że  dobrze  ułożona,  przyzwoita  i  opanowana 
Jamie nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego.

- Pamiętam  taki  moment  przed  biblioteką,  gdy  dobrze 

ułożona i przyzwoita Jamie wcale nie była taka opanowana.

Zarumieniona  Jamie  przygryzła  wargę.  Uwaga  Randa 

wymagała odpowiedzi, ale brakowało jej słów.

- Powinnam  wiedzieć,  że  nie  powstrzymasz  się  od 

jakichkolwiek seksualnych insynuacji - szepnęła z wyrzutem.

- Byłabyś  rozczarowana,  gdybym  nie  zrobił  niczego 

takiego. Zaczęłabyś się martwić, że już cię nie pragnę.

- Chwycił  ją  za  rękę,  uścisnął  jej  palce  i  oparł  się 

wygodnie, przyciągając Jamie bliżej siebie.

- Nie byłabym rozczarowana - szepnęła.
- Nie? Taka jesteś pewna siebie?
- Nie!  Tak!  To  znaczy... - Pokręciła  głową  i  roześmiała 

się  mimo woli. - Potrafisz  tak wszystko  przekręcić, że  każda 
odpowiedź będzie niedobra.

background image

Wolną ręką szturchnęła go żartobliwie w bok. Chwycił tę 

rękę i praktycznie ją unieruchomił. Jamie ze śmiechem zaczęła 
się  wyrywać,  przypominając  sobie  z  dzieciństwa,  jak  unikała 
zapaśniczych chwytów Steve'a.

Była jednak podstawowa różnica. Ona i Rand nie byli już 

dziećmi, a on nie był jej bratem. Ta szamotanina wyzwalała w 
obojgu  uczucie  erotycznego  podniecenia.  Jamie  nie  miała 
ochoty dłużej walczyć.

Spojrzała mu w oczy i ujrzała w nich pożądanie.

- Więc  jak,  Rand,  myślisz,  że  Flyersi  pobiją  Rangersów 

jutro wieczorem? - zabrzmiał jowialny głos Ala.

Jamie  szarpnęła  się  konwulsywnie  i  Rand  niechętnie  ją 

wypuścił.  Z  wyjątkiem  prawej  ręki,  którą  wciąż  mocno 
trzymał.

- Dobrze ułożona,  przyzwoita i opanowana - szepnął tak 

cicho, że z trudem go słyszała. - Nie ze mną, skarbie.

- Zarumieniła  się,  a  on  pochylił  się  do  przodu  i  głośno 

powiedział: - Myślę, że Flyersi im dokopią.

Rozdział  trzeci  w  „Przewodniku  po  współczesnych 

metodach zalotów" sugerował, by pary spędzały wspólnie czas 
na rozrywkach. Rand wspomniał dawne dni, kiedy spędzanie 
czasu  z  kobietą  oznaczało  zapasy  w  łóżku.  Uśmiechnął  się 
smętnie.  Od  pierwszej  randki  wiedział,  że  z  Jamie  to  się  nie 
uda.

Ona lubiła  rozrywki. Uwielbiała tańczyć,  pływać,  jeździć 

na  wrotkach,  na  łyżwach,  a  nawet  grać  w  kręgle.  Lubiła 
chodzić na targowiska i do kina, do teatru i muzeum, i do zoo 
w Filadelfii. Lubiła jeździć na rowerze i na wycieczki, zbierać 
truskawki  na  farmie,  a  potem  robić  lody  i  zjadać  je  z  tymi 
truskawkami.

Przez następne tygodnie robili razem wszystkie te rzeczy. 

Parę  razy  grali  nawet  w  minigolfa!  Rand  dzwonił  do  niej 
codziennie wieczorem, nawet gdy widział się z nią wcześniej.

background image

Żeby  uniknąć  dostarczania  rodzinie  Saraceni  dodatkowej 

rozrywki,  kupił  Jamie  aparat  telefoniczny  i  zainstalował 
gniazdko  w  jej  sypialni.  Tam  mogła  z  nim  rozmawiać  na 
osobności i bez zahamowań odpowiadać na jego skandaliczne 
propozycje i insynuacje.

Odpierała  je  dowcipnie  i  z  wdziękiem,  czasem  rzucając 

kilka własnych prowokacyjnych uwag. Wiedziała, że Rand jej 
pragnie, i pociąg, jaki do niego czuła, nie wydawał się już tak 
groźny. Kochała go i pragnęła być z nim na dobre i złe.

Początkowe 

opory 

przed 

zaangażowaniem 

poważniejszy  związek  wydawały  się  teraz  śmieszne.  Randa  i 
ją  łączyło  coś,  co  opierało  się  na  wzajemnym  szacunku  i 
zaufaniu. I miłości.

Rodzice  i  babcia,  według  których  romans  Jamie  i  Randa 

musiał  zakończyć  się  ślubem,  zaczynali  już  pytać,  czy  w 
Klubie  Synów  Italii  powinni  zarezerwować  salę  na  wielkie 
przyjęcie  weselne.  Jamie  zdołała ich  jakoś  przekonać,  by  nie 
pytali Randa o datę ślubu. Przyłapała się jednak, że przegląda 
biblioteczne egzemplarze magazynu „Panna Młoda".

Wprawdzie ona i Rand nie mówili jeszcze o małżeństwie, 

lecz  Jamie  była  pewna,  że  ich  romans  może  się  tym 
zakończyć. Tak musiało być! Tak bardzo go kochała.

I pragnęła go nie mniej niż on jej. Pomiędzy nimi płonął 

coraz  gorętszy  ogień,  bardziej  intensywny  w  miarę jak  bliżej 
się  poznawali.  Nie  mogli  przebywać  obok  siebie,  by  się  nie 
dotknąć.  Kiedy  tylko  było  to  możliwe,  trzymali  się  za  ręce. 
Rand  przy  każdej  okazji  obejmował  jej  ramiona,  talię  czy 
sadzał ją sobie na kolanach.

Całowali  się  często  i  namiętnie.  Niektóre  najbardziej 

gorące  pocałunki  i  pieszczoty  zdarzały  się  w  samochodzie, 
lecz nigdy nie posuwali się zbyt daleko. Nie byli przecież parą 
zwariowanych i nieobliczalnych nastolatków.

background image

Nocą, sama w łóżku, w maleńkiej różowo - żółtej sypialni, 

Jamie  przewracała  się  z  boku  na  bok,  prześladowana  przez 
ostre i słodkie zarazem ukłucia pożądania.

Rand,  samotny  w  wielkim  wodnym  łóżku,  w  zimnym 

czarno - białym pokoju, także wiercił się niespokojnie. Często 
brał zimny prysznic i ćwiczył więcej niż zwykle w nadziei, że 
zmęczenie pozwoli mu szybciej usnąć.

Myślał  o  Jamie,  śnił  o  niej,  pragnął  bardziej,  niż 

kiedykolwiek  pragnął  kobiety.  Planował  skomplikowane 
techniki uwodzenia, wymyślał spiski, które miały zwabić ją do 
jego  łóżka,  ale  nie  realizował  żadnego  z  nich.  Chociaż 
rozpaczliwie  pragnął  się  z  nią  kochać,  a  jego  pożądanie  i 
desperacja rosły z każdym dniem, chciał, by przyszła do niego 
bez  wątpliwości  i  lęków,  by  oddała  mu  się  całkowicie  i  bez 
żadnych oporów. Zbyt o nią dbał i za bardzo lubił, by mogło 
to odbyć się w inny sposób.

Jedyna  chmura  nad  tym  niemal  idyllicznym  związkiem 

łączyła się z pracą czy też z pozornym brakiem pracy Randa. 
Nie mówił jej, że gdy ona pracuje w bibliotece, on spędza całe 
dnie,  tworząc  najnowszy,  nie  mający  jeszcze  tytułu  thriller. 
Przyjęto  jego  propozycję  i  wypłacono  mu  czekiem  sporą 
zaliczkę.  Nadal  jednak  żartobliwie  opowiadał  o  zaletach
bezczynnego życia bogaczy. Tymczasem Jamie, która kochała 
swoją pracę, próbowała namówić go, żeby znalazł sobie jakieś 
zajęcie.

W  powieści  Bricka  Lawsona  taki  konflikt  byłby  dość 

interesujący,  lecz  własną  sytuację  Rand  uznawał  za  coraz 
mniej  zabawną.  Przez  całe  życie  starał  się  unikać  bycia  tym, 
za  kogo  uznawała  go  Jamie - pozbawionym  jakichkolwiek 
ambicji,  beztroskim  dyletantem,  żyjącym  z  rodzinnego 
majątku.

Ale  jak  jej  powiedzieć  o  tym,  czym  się  zajmuje? 

Zwłaszcza  teraz,  po  tak  długiej  znajomości?  Rand  powtarzał 

background image

sobie, że woli uniknąć kłótni, która z pewnością wyniknęłaby 
z  powodu  tak  długiego  utrzymywania  całej  sprawy  w 
tajemnicy.  Ale  stawką  mogłoby  być  coś  więcej  niż  zwykła 
kłótnia.  Rozmyślając,  Rand  dostrzegał,  na  czym  polega 
problem.  Wiedział,  że  Jamie  ceni  prawdomówność,  a  on  nie 
był z nią całkiem uczciwy. Nie chciał ryzykować, że ją straci.

Świadomość tego, co się dzieje, napełniała lękiem byłego 

beztroskiego kawalera. W końcu przyznał sam przed sobą, że 
ostatecznym celem jego zalotów nie jest wciągnięcie Jamie do 
łóżka.  Nie  mógł  sobie  wyobrazić  życia  bez  niej  i  zrobiłby 
wszystko, by uczynić ją szczęśliwą. Czyżby ją pokochał?

To  pytanie  zadał  sobie  pewnego  ciepłego,  majowego 

wieczoru,  kiedy  wyruszał,  by  zabrać  Jamie  na  mecz  na 
Stadionie  Weteranów  w  Filadelfii.  Właśnie  wyjeżdżał 
jaguarem  z  podjazdu,  gdy  Saran  zahamowała  obok  niego 
samochodem Jamie.

- Rand! - zawołała  przez  okno. - Mogę  z  tobą 

porozmawiać parę minut? - Wyskoczyła z wozu i podeszła do 
niego.

- Coś  się  stało?  Gdzie  jest  Jamie? - zapytał  z  lękiem, 

wysiadając z wozu.

- Jest  w  domu  i  czeka  na  ciebie.  Nie  chodzi  o  Jamie, 

chodzi o mnie. Mam kłopot, Rand - oznajmiła dramatycznie.

- O Boże! - jęknął Rand, blednąc. - Jesteś w ciąży.
- Nie  jestem! - zawołała  oburzona  Saran.  Poczuł  ulgę  i 

zaraz potem irytację.

- A  co  mogłem  sobie  pomyśleć?  Kiedy  nastoletnia

dziewczyna mówi, że ma kłopoty...

- Obleję z angielskiego, a wtedy zostanę na drugi rok
- przerwała  mu  Saran. - Mój  nauczyciel  mówi,  że  jeżeli 

do  wtorku  nie  oddam  piętnastostronicowej  pracy  na  temat 
wykorzystania  czerwieni  jako  symbolu  w  „Opowieści  o 
dwóch  miastach" Charlesa  Dickensa,  postawi  mi  dwóję. 

background image

Wtedy, by dostać dyplom, będę musiała zdawać poprawkę, a 
nie  mogę,  bo  kiedy  tylko  skończę  osiemnaście  lat,  czyli 
pierwszego  lipca,  wyjeżdżam  z  Merlton  i  przenoszę  się  do 
Nowego Jorku.

- Więc  napisz  tę  pracę - poradził  Rand,  wsiadając  do 

samochodu. Nie mógł się doczekać, by zobaczyć Jamie.

- Nie  mogę!  Nienawidzę  angielskiego  i  nienawidzę 

„Opowieści  o  dwóch  miastach".  Tę  pracę  i  tak  powinnam 
złożyć dwa miesiące temu.

- Dwa  miesiące?  Nic  dziwnego,  że  nauczyciel  dostał 

szału.  Posłuchaj,  wiem,  że  takie  wypracowanie  może 
człowieka  zirytować,  ale  po  prostu  usiądź  spokojnie  i  zmuś 
się, żeby je napisać.

- Myślałam,  że  może  ty  je  za  mnie  napiszesz -

oświadczyła chytrze.

- Ha!  Źle  myślałaś,  dziecinko.  Nie  będę  pisał  żadnych 

wypracowań.

- Ale  dla  ciebie  to  będzie  fraszka,  skoro  jesteś 

zawodowym pisarzem. - Uśmiechnęła się tryumfująco.

- Brickiem Lawsonem.

Rand jęknął.

- Ty... ty wiesz? - wykrztusił z trudem.
- Od  Wiosennego  Festiwalu  w  szkole - powiedziała  z 

dumą. - Nudziło  mi  się  w  twojej  kuchni  z  babcią,  kiedy  ty  i 
Jamie  ściskaliście  się  w  sąsiednim  pokoju,  więc  trochę  się 
rozejrzałam. Znalazłam twój gabinet, komputer i wszystkie te 
teksty  Lawsona. - Przechyliła  głowę  i  obserwowała  go 
przenikliwie. - Nie  mogę  tylko  zrozumieć,  dlaczego  nie 
powiedziałeś o tym Jamie. Ale ponieważ tego nie zrobiłeś, ja 
też milczałam.

- Pomyślałaś,  że  wykorzystasz  swoje  odkrycie,  gdy 

pojawi się okazja do szantażu - domyślił się zgryźliwie Rand.

background image

- O to ci chodziło, prawda, Saran? Jeśli napiszę ci tę pracę, nie 
powiesz Jamie o tym, że jestem Brickiem Lawsonem.

Saran wzruszyła ramionami.

- Nie  zrobiłabym  tego,  gdybym  nie  była  w  rozpaczliwej 

sytuacji.  Ale  jestem  i  obiecuję,  że  nigdy  nawet  nie  szepnę  o 
tym  słówka - dodała  ze  słodkim  uśmiechem. - Chociaż 
naprawdę  nie  wiem,  czemu  sądzisz,  że  Jamie  by  to 
przeszkadzało.  Ona  kocha  książki,  a  ty  je  piszesz.  Idealna  z 
was para.

- Ona nie lubi tego typu książek, a ja za długo czekałem, 

żeby jej o tym powiedzieć. Teraz to już chyba niemożliwe. -
Rand  zmarszczył  brwi. - Do  diabła,  sam  sobie  na  to 
zasłużyłem.  Przekupiłem  cię,  niewinne  dziecię,  nie 
zachowałem się uczciwie wobec Jamie... szantaż jest naturalną 
konsekwencją tej nieuczciwości.

- Pewnie  i  tak  będziesz  jej  musiał  powiedzieć -

westchnęła Saran.

- Teraz nie jest na to odpowiednia chwila - mruknął Rand. 

Jeśli  napisanie  tej  obmierzłej  pracy  da  mu  jeszcze  trochę 
czasu,  podejmie się  tego  zadania. - Powiem  jej  w  końcu,  ale 
nie przed... nie przed...

- Nie przed czym? - zapytała ciekawie Saran.
- To  nie  twoja  sprawa.  Napiszę  ci  to  cholerne 

wypracowanie, a ty trzymaj buzię na kłódkę.

- Rand,  jesteś  aniołem!  Zbawco!  Będę  ci  wdzięczna  do 

końca  życia. - Cmoknęła  go  w policzek,  po czym wskoczyła 
do  samochodu. - Bawcie  się  dobrze - zawołała  wesoło  i 
odjechała.

Rand starał się opanować złość i zachować optymizm. W 

końcu  wciąż  może  czekać  na  odpowiedni  moment,  by 
powiedzieć Jamie o tym, że jest Brickiem Lawsonem. Od lat 
nie  czytał  Dickensa;  może  zyska  trochę  wiedzy.  I  w  końcu, 
skoro  pomoże  Saran,  ta  mała  szantażystka  zda  egzamin  z 

background image

angielskiego, skończy szkołę i opuści Merlton. Miał nadzieję, 
że na zawsze.

Uspokojony, ruszył po Jamie.
W  weekend  poprzedzający  Dzień  Pamięci  była  piękna, 

wiosenna  pogoda.  Rand  zgodził  się  pomóc  Jamie  posadzić 
kwiaty  w  gazonach  przed  jej  domem.  Nigdy  wcześniej  tego 
nie  robił,  ale  Jamie  powiedziała,  że  sadzenie  kwiatów  przed 
Dniem  Pamięci  było  rodzinną  tradycją  Saracenich.  Rodzina 
Jamie  przestrzegała  wielu  zwyczajów  i  to  mu  się  nawet 
podobało.  Zestawił  ich  z  własną  rodziną,  z  tą  gromadą 
egoistów,  których nie  łączyło  ze sobą  nic  prócz finansowych 
zobowiązań.

Rozdział czwarty w podręczniku zalotów sugerował, o ile 

to  możliwe,  spotkanie i  poznanie  się  rodzin.  Rand  doskonale 
znał Saracenich, spotykał się z nimi od tygodni, ale Jamie nie 
wiedziała  nic  o  rodzinie  Marshallów.  Zmarszczył  brwi. 
Wczoraj dostał pocztą zaproszenie od rodziców na przyjęcie z 
okazji dziesiątej rocznicy ślubu jego brata Dixona i jego żony, 
Taylor  Ann.  Przyjęcie  miało  się  odbyć  w  ostatni  weekend 
czerwca.  Właściwie  nie  wiedział,  dlaczego  wziął  ze  sobą 
oficjalne,  wydrukowane  zaproszenie,  bez  żadnej  osobistej 
notatki. Chciał je pokazać Jamie. Było tak różne od ostatniego 
zaproszenia  od  Saracenich,  serdecznego,  choć  nie 
sformułowanego  na  piśmie.  Ciocia  Jamie,  Rita,  powiedziała: 
„Wpadnij  na  urodziny  wuja  Boba.  Jeśli  chcesz,  możesz 
przyprowadzić kolegów".

- Naturalnie  nie  mam  zamiaru  iść  na  przyjęcie  Dixa  i 

Taylor  Ann - oświadczył  Rand  i  wypił  duży  łyk  mrożonej 
herbaty.

Zrobili  sobie  właśnie  przerwę  w  sadzeniu  begonii. 

Siedzieli  razem  na  huśtawce,  zwisającej  z  dachu  niewielkiej 
werandy  na  tyłach  domu.  Jamie  studiowała  zaproszenie, 
przesuwając palcami po wypukłych literach.

background image

- Dlaczego?
- Towarzystwo  mojego  brata  wywołuje  śpiączkę,  a  jego 

żona  to  obrzydliwa  cnotka.  Szczerze  mówiąc,  jeśli  się  nie 
zjawię,  zrobię  im  tylko  przyjemność.  Zwłaszcza  rodzicom. 
Moja obecność zrujnuje całe przyjęcie. Nie widzieliśmy się od 
trzech  lat  i  tak  jest  lepiej  dla  wszystkich  zainteresowanych 
stron.

- Nigdy  wcześniej  nie  opowiadałeś  mi  o  rodzinie,  Rand. 

Domyślałam  się,  że  nie  jesteście  ze  sobą  związani,  ale  ty 
jesteś... - przerwała, szukając odpowiedniego słowa - jesteś do 
nich wręcz zrażony, czy tak?

- Zawsze  tak  było,  nawet  wówczas,  gdy  mieszkaliśmy 

razem.  Mój  brat  jest  ukochanym  synem  moich  rodziców.  Ja 
okazałem  się  z  piekła  rodem.  Nie  aprobowali  mnie  nawet 
wówczas, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, ale gdy skończyłem 
college,  nie  chciałem  prowadzić  życia,  jakie  dla  mnie 
zaplanowali.  Nie  odpowiadało  mi  bywanie  na  przyjęciach, 
przesiadywanie  na  zebraniach  zarządu,  mecze  tenisowe, 
polowania... Dali mi jasno do zrozumienia, że nie ma dla mnie 
miejsca wśród Marshallów.

Wyraz  twarzy  Jamie  świadczył  wyraźnie,  że  dziewczyna 

nie może tego zrozumieć. Nic dziwnego. Żaden z Saracenich 
nie odepchnąłby krewniaka.

- Rand,  jesteś  pewien,  że  tak  uważają?  Czasami  pewne 

nieporozumienia pogłębiają się i obie strony...

- To  miłe,  skarbie,  że  starasz  się  zachowywać  jak 

terapeuta,  ale  w  niczym  mi  nie  pomożesz.  Rodzice  uważają 
mnie  za  niewdzięcznego,  nielojalnego  wykolejeńca,  gdyż 
zawsze chciałem inaczej iść przez życie. Dla nich moja praca 
jest...

- Ale  przecież  nie  pracujesz? - Spojrzała  na  niego 

badawczo. - Prawda?

background image

- Czasem...  trochę  piszę.  Teksty  handlowe.  To  zbyt 

skomplikowane,  by  teraz  ci  to  wyjaśniać,  ale  jakoś  zarabiam 
na  życie. - Nie  kłamał  przecież,  prawda?  Pisał  czasem  o 
handlu.  Bohater  „Krainy  tysiąca  grzechów" był  zwykłym 
biznesmenem. - Tak  naprawdę  wcale  nie  korzystam  z 
rodzinnego majątku.

Powiedz  jej,  krzyczał  chór  głosów  w  jego  głowie. 

Odkładanie tego na później jest niewybaczalne. Ale...

Przypomniał  sobie,  jak  zareagowała  na  książki  Bricka 

Lawsona tego dnia, gdy pierwszy raz spotkali się w bibliotece. 
Nie  kryła  swojej  pogardy.  Wykrzywił  usta  w  posępnym 
uśmiechu. To ironia losu, że jedyna kobieta, z którą łączył go 
poważny  związek,  podzielała  rodzinną  opinię  na  temat  jego 
pracy.

Najgorsze  ze  wszystkiego  było  przemilczanie  prawdy  od 

samego  początku.  Kłamstwo  pogłębiane  przez  każdy  dzień 
ukrywania  prawdy.  A  gdyby  kiedykolwiek  dowiedziała  się  o 
tym  przeklętym  wypracowaniu,  które  dwa  tygodnie  temu 
napisał dla Saran... Ogarnęło go przerażenie.

- Zajmujesz się handlem? - Jamie była zaskoczona.
- Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś,  Rand?  Przez  cały  czas 

usiłowałam...

- Przekonać  mnie,  że  powinienem  zająć  się  jakąś 

interesującą i twórczą pracą - dokończył Rand. - Lubiłem cię 
słuchać. Tak bardzo się starałaś być subtelna i dyskretna.

- Ale...
- Później opowiem ci o szczegółach - powiedział.
- Teraz  chciałbym  posłuchać  o  letnich  zajęciach  w 

bibliotece,  które  masz  zamiar  wkrótce  rozpocząć.  Czy  już 
wszystko przemyślałaś?

Kilka  tygodni  temu  wspomniała  o  wakacyjnych  planach 

zorganizowania  obozu  dla  dzieci,  których  rodzice  pracowali. 
Kiedy teraz pytał o to, pochylając się ku niej, oczy błyszczały 

background image

mu  zaciekawieniem.  Jamie  zaczęła  opowiadać  o  swoich 
planach,  nieświadoma,  że  celowo  Rand  nakłonił  ją  do 
omawiania tego bezpiecznego tematu.

Po  podwieczorku  w  ogrodzie,  kiedy  cała  rodzina 

Saracenich  bawiła  się  na  dworze,  a  oni  zniknęli  w  cichym 
zakątku,  Jamie  powróciła  do  tematu,  którego  cały  dzień 
unikał.

- Rand,  myślałam  o  tym  zaproszeniu  twoich  rodziców. 

Zmarszczył czoło.

- Nie pójdę tam, Jamie.
- Czy  nie  sądzisz,  że  to  przysłowiowa  gałązka  oliwna? 

Myślę,  że  powinieneś  je  przyjąć.  Rodziny  nie  można 
traktować jak wrogów.

- Nie  jesteśmy  dla  siebie  wrogami.  Jesteśmy  sobie 

zupełnie obojętni.

- A  poszedłbyś,  gdybym  i  ja  wybrała  się  tam  z  tobą? -

ośmieliła się zapytać Jamie.

Wiedziała,  że  ryzykuje,  ale  nie  miała  innego  wyjścia.  Za 

bardzo  kochała  Randa,  by  stać  z  boku  i  nie  pomóc  mu 
pokonać przepaści, która powstała między nim a rodziną.

- Nie  chciałabyś  ich  poznać,  Jamie.  Moja  matka  jest  tak 

zimna, że mogłaby zamrozić ogień. Brat i ojciec zupełnie cię 
zignorują. Nie mają nic do powiedzenia nikomu, kto nie jest...

- Nie boję się tego spotkania. - Uśmiechnęła się, dodając 

mu  odwagi. - Należę  do  Saracenich.  Potrafię  przyjąć 
wszystko,  co  otrzymam,  a  jeśli  będzie  trzeba,  oddam  z 
nawiązką. - Uśmiech  jej  zbladł. - Chyba  że  uważasz,  iż  nie 
jestem dość dobra, by poznać rodzinę Marshallów.

- Nie  bądź  śmieszna!  Do  licha,  Jamie,  byłbym  dumny, 

przedstawiając im ciebie.

Spuściła oczy i milczała.

- Chcesz,  żebym  to  udowodnił?  Zrobię  to,  jeśli  muszę. 

Powiem  im,  że  przyjdę  na  to  przyjęcie  z  tobą.  Oczywiście, 

background image

mama  na  pewno  zażąda  twojego  nazwiska  i  adresu,  by 
przesłać osobne zaproszenie. Ma nienaganne maniery.

- A  ja  odpiszę  jej  grzecznie,  przyjmując  uprzejme 

zaproszenie. - Oczy Jamie błysnęły.

Rand z uśmiechem pokręcił głową.

- Matka będzie zaskoczona. Ona uważa, że spotykam się 

wyłącznie  z  prostakami,  nie  mającymi  pojęcia  o  dobrym 
wychowaniu.

- Twoja rodzina nie zna takiego Randa Marshalla, jakiego 

ja znam. Myślę, że czas, by go wreszcie poznali.

- Jamie,  to  nie  będzie  takie  łatwe.  Nie  pojedziemy  do 

Wirginii na spotkanie z miłą, przyjazną rodziną. To zdarza się 
tylko  w  telewizyjnych  serialach. - Nagle  jego  ciało  zaczęło 
reagować na jej bliskość. Objął ją i przyciągnął do siebie.

- Pojedziemy  i  poradzimy  sobie  ze  wszystkim - odparła 

cicho, stanęła na palcach i lekko musnęła wargami jego usta.

- Jamie,  jesteś  taka  słodka. - Pieszczotliwie  pogładził 

palcami jej plecy. - Tak lojalna. - Zsunął dłonie na jej biodra i 
przycisnął ją mocno do siebie.

Lojalność  była  czymś,  czego  rzadko  doświadczał,  ale 

przekonał się, że to cecha wszystkich Saracenich. Więź, która 
łączy  ich  ze  sobą  i  nie  ulega  zerwaniu  nawet  podczas 
najgorętszych  kłótni.  Początkowo  Rand  uważał,  że  to 
zabawne,  potem  fascynujące,  aż  wreszcie  poddał  się  i 
przyznał,  że  podziwia  tę  rodzinną  lojalność.  A  teraz  Jamie 
okazywała ją także wobec niego.

Ta  świadomość  dotknęła  go  głęboko  i  uwolniła  falę 

emocji,  rozpalając  namiętność  jeszcze  mocniej.  Rand  okrył 
wargami  usta  Jamie,  a  wtedy  eksplodowało  w  nim
podniecenie i pożądanie. Jamie jęknęła cicho i przysunęła się 
bliżej, kołysząc miękko biodrami.

Odsunął głowę, nadal obejmując ją mocno.

background image

- Jeśli nie przestaniemy, to zaraz zabiorę cię na górę, żeby 

posiąść cię w twoim własnym łóżku - powiedział chrapliwie. -
Pragnę  cię  tak,  że  nie  powstrzyma  mnie  nawet  cała  armia 
twoich krewnych.

Jamie  przylgnęła  do  niego,  osłabiona  trawiącym  ją 

pragnieniem.

- To  prawie  nie  do  zniesienia - szepnęła. - Czekać  i 

pragnąć.

- Nie mów: „prawie". To jest nie do zniesienia.
- Przesunął  dłonią  po  jej  udzie,  czując  ciepło  skóry  pod 

miękkim, wytartym dżinsem. - Jedź ze mną do domu, Jamie. 
Spędzimy razem resztę weekendu.

Prosił  ją  o  to  wcześniej,  niezliczoną  ilość  razy.  Zawsze 

odmawiała.  Przygotował  się,  oczekując  na  kolejne  „nie".  Ile 
jeszcze  można  czekać?  zastanawiał  się,  z  góry  znając 
odpowiedź.  Będzie czekał tyle, ile trzeba. Zbyt oszalał na jej 
punkcie, by pomyśleć o fizycznej satysfakcji z kimś innym.

Zalała  ją  gwałtowna  fala  miłości  i  pożądania.  Siła  tego 

uczucia,  połączona  z  pragnieniem  i  namiętnością,  sprawiały, 
że nie mogła już niczego mu odmówić. Zniknęły wątpliwości i 
lęki. Kochała go i ufała mu. Nadszedł czas.

- Chcę pojechać z tobą - szepnęła cicho. - Ale...
- Spojrzała na niego zarumieniona. - Co im powiemy? Nie 

mogę po prostu wyjść z torbą w ręku.

- Dlaczego  nie?  Będę  przy  tobie.  Gdy  będziemy 

wychodzić,  zawołaj  po  prostu:  „Zobaczymy  się  w 
poniedziałek". Uważam, że nikt nie powie nawet słowa.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Myliłeś  się - powiedziała  Jamie,  wkładając  torbę  do 

samochodu. - Twierdziłeś,  że  nikt  nie  powie  ani  słowa,  ale 
mama krzyknęła: „Bawcie się dobrze".

- A  twoja  babcia  dodała:  „Prowadź  ostrożnie"  i 

wyrecytowała prognozę wypadków na najbliższy weekend:

Rozmawiali przez całą drogę do domu Randa. Gdy dotarli 

na miejsce, Jamie miała wrażenie, że śni. A jednak wszystkie 
jej  zmysły  reagowały  z  niewiarygodną  wrażliwością,  gdy 
Rand wziął ją na ręce i poniósł, wraz z małą torbą, prosto do 
sypialni.  Czuła  twarde  mięśnie  jego  ramion  i  oszałamiający, 
męski zapach.

Chłodne, srebrzyste światło księżyca rozjaśniało sypialnię, 

urządzoną  w  tym  samym  co  salon  minimalistycznym  stylu. 
Pokój  był  duży  i  miał  nawet  czarny,  granitowy  kominek  ze 
sztucznymi  polanami  z  czarno - białej  ceramiki.  Trudno 
będzie  zmienić  te  modne,  drażniące  oko  wnętrza  w  ciepłe 
gniazdko z jej marzeń.

Wodne łóżko nieco ją zaskoczyło. Gdy Rand położył ją na 

nim i sam opadł obok, podskoczyła, szeroko otwierając oczy. 
Podskoczyła jeszcze raz. Wodny materac falował i kołysał się.

Jamie zachichotała.

- Nigdy  w  życiu  nie  leżałam  na  czymś  takim.  Uderzyła 

dłonią, wywołując fale.

- Jamie! - Rand bezskutecznie usiłował ją objąć.

Podskakiwała na łóżku i kołysała się, wznosząc fale.

- Nie  powinnaś  bawić  się  z  łóżkiem - powiedział  z 

udawaną rozpaczą. - Powinnaś bawić się w łóżku.

- Tym  razem  chwycił  ją  i  ułożył  na  grubej  pikowanej 

narzucie. - Ze mną.

Uśmiechnęła się.

- Przepraszam. Zachwyciła mnie ta nowość.

background image

- Oj!  Cóż  za  cios. - Rand  ułożył  się  na  niej. - Kiedy 

jesteśmy razem w łóżku, tylko mną powinnaś się zachwycać.

Czuła,  jak  jej  ciało  reaguje  na  dotyk  Randa,  a  wodny 

materac ugina się pod nią.

- Och,  Rand - szepnęła. - Nie  mogę  uwierzyć,  że 

naprawdę jesteśmy razem.

- Nie możesz uwierzyć? - Zaśmiał się. - Skarbie, nie masz 

pojęcia, jak długo czekałem na ten etap zalotów.

- Rozdział piąty - wtrąciła Jamie.
- Tak. Zaczynałem się już martwić, że przez resztę życia 

będę realizował zalecenia zawarte w rozdziale czwartym.

- Nie  wierzyłeś,  że  mogę  zrobić  coś  takiego? - Z 

zuchwałością,  której  nawet  sobie  nie  wyobrażała  u 
opanowanej Jamie Saraceni, dotknęła jego dżinsów.

Zacisnął zęby i westchnął głęboko.

- Dobrze  wychowana,  mała  Jamie - szepnął. - Kto  by 

pomyślał?

Zadowolona z sukcesu, pieściła go przez gruby materiał.

- Nigdy nie myślałam, że jestem do tego zdolna
- stwierdziła  ze  zdziwieniem. - Och,  Rand,  kocham  cię. 

Uwielbiam cię dotykać. I niczego się nie boję!

Rand westchnął i zmusił się, by odsunąć jej rękę.

- Dziecinko,  doprowadzasz  mnie do  szaleństwa.  Chcę  to 

robić  wolno  i  rozkoszować  się  każdą  minutą.  A  jeśli  nie 
przestaniesz... - Uśmiechnął się żałośnie.

- Czekałem  tak  długo,  Jamie.  Nie  chcę,  by  wszystko  się 

skończyło, zanim zaczniemy.

Kiwnęła głową i objęła go za szyję.

- Pocałuj mnie, Rand - szepnęła.
- O,  tak. - Głos  miał  szorstki  i  gardłowy.  Dotknął 

wargami jej ust, a Jamie odwzajemniła pocałunek.

To  Rand  ją  nauczył,  jak  się  całować,  pomyślała, 

rozkoszując  się  cudowną  zmysłowością  kontaktu.  Tak  jak 

background image

nauczył  ją  wszystkiego  o  podnieceniu,  emocjach,  radościach 
fizycznej  rozkoszy.  A  dzisiaj  odsłoni  przed  nią  ostatnie 
tajemnice  seksu.  Dziś  dowie  się,  co  znaczy  być  kobietą 
zaspokojoną przez ukochanego mężczyznę.

Szeptała  jego  imię  między  głębokimi,  mocnymi 

pocałunkami.  Szarpała  koszulę,  by  wsunąć  pod  nią  ręce  i 
dotknąć  rozgrzanej  skóry  pleców.  Rand  wsunął  nogę  między 
jej  uda,  wzbudzając  w  niej  nowe  fale  rozkoszy.  Jęknęła  i 
zgięła palce, drapiąc mu skórę.

A  potem  powoli  uniósł  się,  oparł  na  łokciu  i  spojrzał  na 

nią.

- Rand... - zaczęła, próbując przyciągnąć go do siebie.
- Mamy na sobie za dużo rzeczy - roześmiał się gardłowo.

- Pora się ich pozbyć.

Nagle  poczuła  się  zawstydzona.  Sama  myśl  o  tym,  że 

zuchwale  zrzuca  ubranie,  wzbudziła  w  niej  dreszcz  lęku.  A 
potem pomyślała o Randzie i jego rzeczach. Czy powinna go 
rozebrać?  Teraz  czy  wówczas,  gdy  będzie  już  naga?  Jamie 
zmarszczyła brwi, zrozpaczona swym brakiem doświadczenia.

- Chcę  cię  rozebrać. - Głęboki  głos  Randa  natychmiast 

rozwiązał jej problem.

Przymknęła  oczy.  Poczuła  jego  palce,  odpinające  guziki 

jej  bluzki.  Kiedy  otworzyła  oczy,  zobaczyła,  że  Rand  się 
uśmiecha.

- Droczysz się ze mną - oskarżyła go drżącym głosem.
- Miałaś  oczy  okrągłe  jak  spodki,  gdy  wspomniałem o 

zdjęciu  ubrań.  Wyglądałaś  jak  przerażona  dziewica. -
Roześmiał  się  cicho. - Co  prawda,  nie  mam  żadnego 
doświadczenia  z  dziewicami,  przestraszonymi  czy  nie.  Jamie 
przełknęła ślinę.

- Wolisz kobiety doświadczone.

background image

-

To  prawda.  Nie  chciałem  brać  na  siebie 

odpowiedzialności  za  odebranie  kobiecie  dziewictwa.  Lub 
obowiązków, które mogą z tego faktu wynikać.

Patrzył łakomie na jej piersi, wychylające się spod bluzki.

- Rozumiem.

Trudniej  było  jej  to  powiedzieć,  niż  sądziła,  pomyślała 

nerwowo.  Jedno  jest  pewne.  Nie  będzie  odgrywać  banalnej 
sceny  z  sobą  w  roli  przerażonej  dziewicy!  Zarumieniła  się. 
Miała przecież zbyt wiele dumy.

Zebrała  się  na  odwagę,  usiadła  i  zaczęła  rozpinać  mu 

koszulę.  Lęki  zniknęły,  gdy  zsunęła  materiał  z  ramion  i 
spojrzała na nagą pierś. Zdjęła bluzkę i rzuciła się w ramiona 
Randa.

Opadli  na  materac,  a  falowanie  wody  nabrało  dla  Jamie 

nowego znaczenia.

Uniosła  się  lekko,  gdy  Rand  wprawnie  zsunął  jej  stanik, 

odsłaniając wspaniałe, miękkie piersi.

- Jesteś piękna - szepnął.

Musnął  sutki  palcami  i,  nie  mogąc  się  powstrzymać, 

pochwycił jedną wargami.

Jamie krzyknęła ostro i wygięła się. Czuła, jak Rand pieści 

sutkę językiem i wciąga głęboko w usta.

Zalała  ją  fala  rozkoszy.  Czuła  się  wspaniale  bezwładna. 

Miała wrażenie, że niewidzialny przewód biegnie do jej łona, 
gdyż tam też odczuwała dzikie i pulsujące efekty pieszczot.

- Jesteś  taka  wrażliwa,  taka  słodka - szepnął  Rand, 

chwytając wargami drugą pierś Jamie. Wsunął dłoń pod pasek 
jej dżinsów. - Zdejmijmy to - mruknął uwodzicielsko.

Zsunął jej dżinsy wraz z bielizną. Leżała przed nim naga i 

zarumieniona.  Objął  ją  spojrzeniem,  studiował  wypukłości 
ciała.  Podziwiał  krągłe  piersi,  szczupłą  talię,  kobiecą 
wypukłość bioder i długie kształtne nogi.

- Och, skarbie, tak bardzo cię pragnę.

background image

Jamie  patrzyła,  jak  zmaga  się  z  własnymi  dżinsami  i 

bielizną. Potem położył się obok i wziął ją w ramiona. Pieścił i 
poznawał dłońmi każdą wypukłość jej ciała.

Jamie  reagowała  na  wszystkie,  tak  długo  tłumione 

pragnienia  swej  namiętnej  natury.  Rand  budził  w  niej  coś, 
czego  dotąd  nie  doświadczyła.  Uświadamiał  jej  własną 
kobiecość w zupełnie nowy, podniecający sposób. Chciała się 
poddać, i to jemu, poddać się jego sile i męskości, a także sile 
i mocy miłości, jaką do niego czuła.

- Kocham cię - szepnęła. - Och, Rand, zakochałam się w 

tobie od pierwszego wejrzenia. Z początku próbowałam z tym 
walczyć,  gdyż  obawiałam  się  uczuć,  jakie  we  mnie  budziłeś. 
Ale teraz wiem, że jestem stworzona, by być z tobą.

Te słowa go wzruszyły. W czasie długich zalotów dobrze 

poznał  Jamie,  wiedział,  że  mówi  to,  co  myśli,  a  myśli  to,  co 
mówi. Kochała go i ten fakt budził w nim radość, jakiej nigdy 
jeszcze nie przeżył.

- Kochanie - szepnął,  po  raz  pierwszy  używając  tego 

określenia.

Nawet  jako  Brick  Lawson  nie  pozwalał,  by  bohaterowie 

tak przemawiali do swych kobiet. Słowo to zawsze wydawało 
mu się  zbyt  ckliwe dla  mężczyzn z  książek  Bricka Lawsona. 
Tak samo zresztą jak dla kobiet Randa Marshalla.

Tyle  że  Jamie  nie  była  jedną  z  kobiet  Randa  Marshalla. 

Była t ą kobietą, jego ukochaną.

A  ponieważ  chciał,  by  dzisiejsza  noc,  ich  pierwsza 

wspólna  noc,  była  doskonała,  po  raz  pierwszy  w  życiu 
postanowił, że własna przyjemność musi ustąpić wzajemnemu 
spełnieniu.

Pochwycił ręce Jamie w przegubach i przytrzymał nad jej 

głową.  Poruszyła  się  i  udając  przestrach,  próbowała  się 
wyrwać.

background image

- Jesteś  taki  silny.  Mam  wrażenie,  że  zakułeś  mnie  w 

kajdanki - zawołała.

- Mam  je  w  szufladzie - rzucił  Rand. - Użyjemy  ich 

następnym razem. I opaski na oczy.

Zaśmiał się, a Jamie mu zawtórowała.

- Jesteś  diabłem - szepnęła  oskarżycielsko,  a  potem 

ucałowała go z miłością, zaprzeczając własnym słowom.

- A  ty  jesteś  aniołem. - Oddał  pocałunek. - Namiętnym, 

pięknym aniołem - szepnął.

Jęczała  z  pożądania,  gdy  wsunął  dłoń  między  jej  uda. 

Pieszczoty stały się coraz bardziej intensywne, aż Rand poczuł 
lekki opór, a Jamie szarpnęła się spazmatycznie.

- Jamie. - Gardłowy  i  chrapliwy  głos  wyrażał  lekkie 

zdziwienie. - Zabolało cię?

- Nie. - Stanowczo pokręciła głową.

Pieściła  go,  wytyczając  wargami  ścieżkę  na  opalonej 

skórze  jego  szyi.  Jak  mogła  opisać  w  słowach  zdumienie 
odkrycia  tych  nieznośnych  fal  rozkoszy  wzbudzanych  przez 
jego delikatne palce? Nie istniały słowa, które by to wyraziły.

- Nic mnie nie zabolało - szepnęła cicho. Wygięła ciało w 

milczącym zaproszeniu. Drżała na myśl, co z nią robi i co do 
niej  mówi,  ale  wiedziała,  że  wolałaby  zginąć,  niż  teraz  mu 
przerwać.

Rand  patrzył  na  jej  półprzymknięte  oczy  z  długimi 

rzęsami i lekko rozchylone wargi. Patrzył na jej rozkosz, na jej 
nie  skrywaną  namiętną  reakcję  i  czuł  się  tak  podniecony, 
jakby  sam  doznawał  spełnienia.  Było  to  dla  niego  zupełnie 
nowe  doświadczenie.  Czerpał  rozkosz  z  rozkoszy  ukochanej 
kobiety.

Do  tej  chwili  seks  był  dla  niego  zajęciem  czysto

fizycznym,  z  łatwymi  do  przewidzenia  cyklami  napięcia  i 
rozładowania.  Z  Jamie  było  to  coś  więcej.  Był  to  zalew 
czułości,  fala pożądania tak spleciona  z  uczuciem i  potrzebą, 

background image

że  nie  potrafił  tych  doznań  od  siebie  oddzielić.  Namiętność 
pochłonęła go całkowicie, ciało i duszę, umysł i serce.

- Tak, dziecinko. - Głos Randa podziałał na nią niemal tak 

fizycznie, jak pieszczota. - Chcę cię widzieć, czuć...

Cudowne,  pulsujące  fale  osiągnęły  punkt  zapłonu  i 

eksplodowały  w  niej  fontanną  iskier.  Jamie  w  ekstazie 
wykrzyknęła imię Randa.

Należała  do  niego.  I  nagle  wszystko  wydawało  się  takie 

prostej,  tak  nieuniknione.  Wszystko,  co  się  działo  między 
nimi,  śmiech,  kłótnie,  pocałunki,  zaloty  było  koniecznym 
elementem naturalnego ciągu aż do tego momentu, w którym 
dopełnią związku z całą miłością i pasją, jaka w nich płonęła.

Ale najpierw...

- Jamie, czy jesteś zabezpieczona? Czy ja powinienem się 

tym  zająć? - zapytał  cicho.  Zawsze  był  odpowiedzialny  i  nie 
miał  zamiaru  teraz  zachowywać  się  inaczej.  Nie  ze  swoją 
ukochaną Jamie.

- Tym razem chyba spadnie to na ciebie.

To  było  dla  niej  tak  nowe,  że  oczywiście  zapomniała  o 

tych kluczowych czynnościach wstępnych. Na szczęście Rand 
był przewidujący.

Po  chwili,  mrucząc  podniecające,  pełne  miłości  słowa 

ułożył się między jej udami.

Jamie westchnęła głośno i chwyciła go za ramiona.

- Rozluźnij  się,  kochanie. - Patrzył  w  intensywny  błękit 

jej  oczu.  I  nagle  zrozumiał. - Nigdy  jeszcze  nie  byłaś  z 
mężczyzną, prawda?

Uśmiechnęła się niepewnie.

- Nie. Czy to widać? Czy robię coś nie tak?

Spojrzała  na  niego,  a  jej  wielkie  oczy  były  pełne  lęku  i 

niepewne.

- Nie, skarbie. Ale powinnaś mnie uprzedzić.

background image

- A gdybym ci powiedziała, czy nadal byś mnie pragnął? -

szepnęła cicho.

- To,  co  wcześniej  mówiłem...  Jamie,  to  nie  dotyczy 

ciebie.  To,  co  do  ciebie  czuję... - Przerwał  i  spróbował  od 
początku. - Z tobą jest inaczej. Moje stare zasady nie mają tu 
zastosowania, nigdy nie miały. Jak mam ci to wytłumaczyć?

Pokręcił  głową.  Nie  potrafił  wyrazić  tego,  co  czuje.  I  to 

ma być pisarz? zadrwił z siebie w myślach.

Ale  ona  jakby  zrozumiała.  Szukając  wargami  jego  ust,

szepnęła:

- Kocham  cię,  Rand.  I  bardzo  cię  pragnę.  Okrążyła 

brodawkę jego piersi czubkiem palca, potem

wargami...

- Jamie! - jęknął. - Jesteś pewna?
- Tak - odparła tak zdecydowanie, że oboje się roześmiali.

Pocałowali się  gorąco, a  potem Rand  znów wsunął się w 

nią.

- Jesteś idealna, tak gładka, miękka i ciasna.

Był jej pierwszym kochankiem. Ta myśl działała na niego 

jak  dodatkowa  podnieta.  Wszystko,  czego  z  nim 
doświadczała,  będzie  nowe.  1  to,  zamiast  przestraszyć, 
przyprawiło go o nową rozkosz.

- Nie spodziewałam się nawet, że może być aż tak
- szepnęła  Jamie,  przesuwając  dłonie  po  szerokich 

plecach Randa.

- Jesteś  taka  cudowna,  jakbyś  była  stworzona  specjalnie 

dla mnie. Tylko dla mnie - dodał.

- Byłam i jestem - szepnęła. - Tak jak ty dla mnie.
- Nie  miała  co  do  tego  wątpliwości.  Długo  czekała,  aż 

zjawi  się  jej  królewicz  z  bajki,  i  w  końcu  przybył.  Był  teraz 
przy niej, tulił ją i kochał.

Potem,  nieprzytomni  z  rozkoszy,  popłynęli  wolno  i 

leniwie, ku ostatecznemu spełnieniu.

background image

Było  już prawie południe,  kiedy uparte  walenie do drzwi 

wyrwało  Randa  ze  snu,  w  który  zapadł  po  porannej  sesji 
miłosnej.  Przez  kilka  minut  leżał  prawie  nieprzytomny, 
niezdolny nawet pomyśleć o wyjściu z łóżka.

Obok,  zwinięta  w  kłębek,  leżała  Jamie.  Spała  głęboko  z 

lekko  rozchylonymi  wargami,  a  jej  piersi  opadały  i  wznosiły 
się delikatnie w rytmie wolnego, równego oddechu.

Randa  zalała  fala  szczęścia  połączonego  z  pożądaniem. 

Jest  tak  piękna  i  słodka,  myślał.  Włosy  miała  splątane,  a 
kołdrę  podciągniętą  pod  brodę.  Uśmiechnął  się,  nie 
rozumiejąc,  w  jaki  sposób  potrafi  wyglądać  jednocześnie 
młodo i niewinnie, a jednocześnie tak kusząco.

Kiedy  walenie  do  drzwi  ucichło,  odetchnął  z  ulgą  i 

zamierzał  zasnąć  znowu.  Ale  wtedy  zabrzmiał  dzwonek. 
Przeklinając  pod  nosem,  wstał  ostrożnie.  Nie  chciał  obudzić 
Jamie, która nawet nie drgnęła. Biedna dziecina, naprawdę ją 
wymęczył. Ale była tak chętna jak on, przypomniał sobie. To 
ona zaczęła te pieszczoty o świcie, kiedy pierwsze promienie 
słońca  przesączyły  się  przez  szczeliny  w  czarno - białych 
żaluzjach.

Dzwonek  terkotał  ciągle,  chwycił  więc  biały  frotowy 

szlafrok  i  szybko  ruszył  do  drzwi.  Spodziewał  się  dzieci 
urządzających  wyprzedaż  w  szkole,  zastępu  harcerzy  lub 
drużyny sportowej.

Ze zdumieniem zobaczył w drzwiach Daniela Wilcoxa.

-

Przepraszam,  obudziłem  cię?

-

Słowa  padły 

mechanicznie, bez śladu wyrzutów sumienia.

- Trupa byś obudził! - warknął Rand. - Po co przyszedłeś?
- Dzwoniłem cały  ranek i twój numer wciąż  był  zajęty -

oświadczył z rozdrażnieniem.

- To  dlatego,  że  odłożyłem  słuchawkę.  Nie  chciałem, 

żeby ktoś do mnie dzwonił.

Daniel udawał, że nie słyszał słów Randa.

background image

- W  związku  z  tym  pomyślałem,  że  zajrzę.  Mam  dwa 

bilety  na  dzisiejszy  mecz  i  miałem  nadzieję,  że  się  ze  mną 
wybierzesz.

- Dziękuję bardzo, ale jestem umówiony.
- Z  Jamie  Saraceni? - Daniel  zaśmiał  się  krótko. -

Ostatnio bez przerwy masz z nią randki.

Rand  nie  miał  ochoty  omawiać  z  Danielem  swojego 

związku  z  Jamie.  Dlatego  wzruszył  ramionami  i  zmienił 
temat.

- A jak to się stało, że ty nie masz dzisiaj randki, Dan? To 

przecież  świąteczny  weekend,  a  ty  zawsze  masz jakieś  plany 
na święta.

- Moje życie towarzyskie nie układa się ostatnio najlepiej. 

Jestem  w  dołku. - Zmarszczył  brwi. - Nie  rozumiem.  Nawet 
Mary Jane Strayer nie chce się ze mną umówić. Twierdzi, że 
spotyka się ostatnio z jakimś facetem.

- A  może  zadzwonisz  do  swojej  asystentki...  Jak  jej  na 

imię? Angela? - zaproponował Rand. Dzisiaj żywił przyjazne 
uczucia wobec całego świata.

- Angela? - zdziwił  się  Daniel. - Chcesz  powiedzieć,  że 

powinienem się spotkać z Angela Kelso? Chyba żartujesz!

W  sypialni  wolno  budziła  się  Jamie.  Przeciągnęła  się  i 

postanowiła  przytulić  się  do  Randa.  Była  naga  pod  miękką, 
jedwabną,  czarno - białą  kołdrą,  czuła  się  leniwa  i  cudownie 
rozpustna.

Ku  jej  rozczarowaniu,  Randa  nie  było  w  łóżku.  Nie  było 

go  nawet  w  pokoju.  Spojrzała  na  zegar  i  aż  jęknęła  cicho. 
Dziesięć  po  dwunastej.  Była  wstrząśnięta.  To  niemożliwe, 
przez całe życie nie spała tak długo.

Teraz, rozbudzona, czuła się pełna energii i głodna.
Wyskoczyła z łóżka i dostrzegła swoje rzeczy rozrzucone 

po podłodze. Zarumieniła się.

background image

Nie  będzie  się  ubierała,  dopóki  się  nie  wykąpie.  Zajrzała 

więc do garderoby Randa i znalazła czarny jedwabny szlafrok. 
Zawiązała  go  mocno  i  wyszła  z  sypialni.  Usłyszała  męskie 
głosy i pomyślała, że Rand włączył telewizor. Jako członkini 
rodziny Saracenich miała prawo tak podejrzewać.

Zaraz jednak zrozumiała, że Rand z kimś rozmawia, albo 

przez  telefon,  albo - o  zgrozo! - ma  gościa.  Zatrzymała  się  i 
mocniej  otuliła  szlafrokiem.  Zajrzała  do  salonu  i  zobaczyła 
Randa stojącego blisko drzwi z... Danielem Wilcoxem!

- Wygrałeś pierwszą część naszego zakładu. Masz zatem 

prawo  spędzić  w  moim  domku  jeden  z  trzech  weekendów 
sierpnia - usłyszała słowa Daniela.

Głosy  rozbrzmiewały  bardzo  wyraźnie.  Jamie  stała 

nieruchomo,  nie  chcąc  zwracać  na  siebie  uwagi.  Miała 
nadzieję, że Wilcox zakończy wizytę i odejdzie.

- Więc  który  weekend  wybierasz?  Czy  musisz  się 

naradzić z Jamie, zanim podejmiesz decyzję?

Jamie zmarszczyła brwi, słysząc w głosie Daniela wyraźną 

drwinę. Pragnęła, by Rand wyrzucił Wilcoxa możliwie szybko 
i niegrzecznie!

Lecz Rand nie był chyba urażony złośliwym tonem gościa. 

Wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.

- Chyba nie zażądasz domku na weekend przed Świętem 

4  Lipca? - zapytał  Daniel  rozdrażnionym  głosem. - To 
najlepszy  weekend wakacji.  Zaplanowałem imprezę,  jakiej  w 
życiu  nie  widziałeś...  od  poprzedniego  weekendu  przed 
Świętem 4 Lipca.

- Uspokój się, Danielu. Rezygnuję.
- Zwalniasz mnie z drugiej części zakładu czy jeszcze go 

nie wygrałeś?

- Wilcox, na miłość boską, możesz się zamknąć?!
- Co ja gadam? Oczywiście, że wygrałeś!  Żadna kobieta 

nie  poświęciłaby  ci  tyle  czasu  co  mała  panna  Saraceni,  nie 

background image

wskakując do twego łóżka - parsknął śmiechem Daniel. - Jaka 
była, Marshall? Tyle przynajmniej mógłbyś mi powiedzieć.

Jamie  poczuła,  jak  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  W  ciągu 

sekundy  zrozumiała,  o  czym  rozmawiają,  i  doszła  do 
przerażających wniosków.

Z a k ł a d? Miała wrażenie, że ktoś przebił jej serce. Rand 

założył  się  z  tym  kretynem,  że  zaciągnie  ją  do  łóżka?  Nie 
chciała  w  to  uwierzyć,  ale  była  zbyt  praktyczna  i  zbyt 
inteligentna,  by  pozwolić  sobie  na  taki  luksus.  Słyszała  na 
własne uszy słowa Daniela Wilcoxa.

Nie  słyszała  za  to  zaprzeczeń  Randa.  Jeśli  byłoby  to 

kłamstwo,  czy  Rand  by  się  nie  rozgniewał,  a  przynajmniej 
zdziwił insynuacjami Wilcoxa? Czy nie powinien zawołać ze 
zdumieniem: „Nie mam pojęcia, o czym mówisz?''

Oddała swe dziewictwo mężczyźnie, który wciągnął ją do 

łóżka  dla  zakładu!  Jamie  poczuła  mdłości.  Zapragnęła  ukryć 
się  niczym  zraniony  kot,  który  szuka  samotności,  by  lizać 
rany.  Ale  tutaj  nie  mogła  się  ukrywać.  Musiała  wrócić  do 
domu.  Natychmiast.  Już  nigdy  nie  zobaczy  się  z  Randem 
Marshallem.

Łzy  stanęły jej w oczach, lecz stłumiła szloch. Życie bez 

niego  będzie  smutne,  puste  i  samotne,  pełne  tęsknoty  za 
wszystkim, co dzięki niemu przeżyła. Już nigdy nie będzie się 
z nim śmiać, żartować i całować. Nigdy go nie obejmie i nie 
będzie się z nim kochać.

Czarna  rozpacz przygniotła  jej  serce i  wstrząsnęła  nią  do 

głębi duszy. Wspomniała, że zawsze starała się unikać takich 
mężczyzn  jak  Rand.  Jaka  była  głupia  i  dumna,  wierząc,  że 
może żyć i kochać, unikając cierpienia!

Miała  ochotę  pobiec  do  sypialni,  zebrać  swoje  rzeczy  i 

uciekać. Ale w połowie drogi zawróciła nagle i pędem ruszyła 
do salonu.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Powinieneś zażądać swojej nagrody, Rand - powiedziała 

chłodno.  Wolałaby,  żeby  głos  nie  drżał  jej  tak  mocno. 
Odetchnęła głęboko. - W końcu zasłużyłeś na nią. Wygrałeś.

Rand i Daniel patrzyli na nią bez słowa. Rand poczuł, że 

coś  ściska  mu  żołądek.  Jamie  była  blada,  ściągnęła  usta  i 
zmrużyła oczy. Zaciskała pięści tak mocno, że aż pobielały jej 
kostki.  Stanowiła  personifikację  powstrzymywanej  furii  i 
cierpienia.

Nie  potraktowała  słów  Daniela  z  ironiczną  pogardą,  na 

jaką zasługiwały. Rand wiedział i czuł, że poniósł klęskę.

- Jamie - zaczął. - Skarbie,  wszystko  ci  wyjaśnię.  Z 

pewnością nie wierzysz, że mógłbym się o to założyć...

- Nie  chcę  w  to  wierzyć. - Łzy  paliły  ją  w  oczach. 

Wysiłkiem  woli  zdołała  je  powstrzymać.  Pomogła  jej  duma. 
Nie będzie płakać w obecności tych potworów!

- Tak jak kiedyś nie chciałam uwierzyć, że ktoś spróbuje 

mnie wykorzystać dla zemsty.

Rand  poczuł,  że  ogarnia  go  panika.  Zapomniał  o  tych 

dwóch błaznach, którzy usiłowali zemścić się za swoje siostry, 
porzucone  przez  Steve'a.  Nie  udało  im  się,  ale  same  próby 
oraz niezbyt godne pochwały romanse brata sprawiły, że taki 
zakład wydał jej się prawdopodobny.

- Oni  przynajmniej  wyznali  prawdę,  gdy  przedstawiłam 

im fakty. Nie próbowali ciągnąć tego oszustwa dalej.

- Palący gniew i równie intensywny ból niemal odbierały 

jej panowanie nad sobą.

- Chyba  lepiej  sobie  pójdę - odezwał  się  wyraźnie 

zakłopotany Daniel, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

- Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie powiesz Jamie, że nie 

było żadnego zakładu - warknął Rand.

- Wolałbym się nie mieszać...

background image

- Już  się  wmieszałeś,  idioto! - Rand  schwycił  go  za 

koszulę. - Odpowiadasz za to całe nieporozumienie. Mógłbyś 
przynajmniej...

- Skłamać dla ciebie? - wtrąciła kwaśno Jamie.
- Proszę się nie wysilać, doktorze Wilcox, i tak panu nie 

uwierzę.

Rand puścił Daniela i odwrócił się do Jamie.

- Taką masz o mnie opinię? - Niepohamowana wściekłość 

wyparła panikę i strach. - Powiedziałaś, że mnie kochasz, ale 
gdy  tylko  usłyszałaś  coś,  co  można  ocenić  negatywnie,  od 
razu zmieniłaś zdanie.

- Coś, co można ocenić negatywnie? - powtórzyła.
-

Bardzo  udany  eufemizm  na  określenie  tak 

upokarzającego kobietę zakładu!

- Muszę  przyznać,  że  postępuje  słusznie,  godząc  się  z 

faktami. Woli to, niż kontynuować oszustwo - wtrącił gorliwie 
Daniel.

- Jesteś ostatnim człowiekiem na świecie, który ma prawo 

do takiego moralizowania, Wilcox! - ryknął Rand.

- A  teraz  może  zechcesz  powiedzieć  Jamie,  że  nie 

zgadzałem się na żaden zakład!

Daniel skrzywił się.

- Wiem  tylko,  że  zaproponowałem  ci  mój  domek  nad 

morzem na weekend, jeśli umówisz się z nią na randkę.

- Ani  przez  chwilę  nie  traktowałem  tego  poważnie! 

Miałem  randkę  z  Jamie,  zanim  w  ogóle  wspomniałeś  o  tym 
głupim domku! Nigdy się nie zgadzałem...

- Już  dość  usłyszałam - przerwała  Jamie.  Jeżeli  jeszcze 

przez  moment  będzie  tego  słuchać,  zupełnie  się załamie. -
Wychodzę. Zadzwonię do domu i poproszę, by ktoś po mnie 
przyjechał.

- Odwiozę cię do domu, gdy wszystko sobie wyjaśnimy -

oznajmił lodowatym tonem Rand.

background image

- Nie! - Nie  chciała  więcej  słuchać  jego  kłamstw,  a 

pomysł, by zostać z nim sam na sam, był zbyt niepokojący. -
Nie  mamy  sobie  nic  do  powiedzenia. - Krew  szumiała  jej  w 
uszach.  Czuła,  że  jednocześnie  ogarnia  ją  żar  i  lodowate 
zimno. - Wykorzystałeś  mnie  i  nie  mogę  ci  ufać.  A  bez 
zaufania nie ma już nic.

- Ja  cię  wykorzystałem?  Coś  podobnego! - Rand 

roześmiał  się  głucho. - Kiedy  ujrzałem  cię  po  raz  pierwszy, 
chciałem  zaciągnąć cię  do łóżka.  Gdyby  wtedy mi  się  udało, 
twoje oskarżenia byłyby uzasadnione. Ale nic takiego się nie 
zdarzyło.

Rand zaczął krążyć po pokoju niczym zwierzę w klatce.

- Przez  całe  miesiące  zachowywałem  się  tak,  jak  sobie 

życzyłaś.  Staroświeckie  zaloty.  Randki!  Te  bezsenne  noce, 
kiedy  myślałem,  że  eksploduję,  ponieważ  szanowałem  twoje 
życzenia i nie próbowałem zwabić cię do łóżka. I nie oszukuj 
się,  dziecinko,  mogłem  cię  mieć  znacznie  wcześniej  niż 
wczoraj wieczorem. Byłaś gotowa, pragnęłaś mnie od tygodni. 
Od miesięcy! - dodał z gniewem. - Ale postępowałem według 
twoich zasad, łamiąc moje, ponieważ... ponieważ...

Urwał,  gdy  uświadomił  sobie  ten  fakt:  ponieważ  był  w 

niej  zakochany,  chciał  uczynić  ją  szczęśliwą,  nawet  jeśli 
musiałby  w  tym  celu  zapomnieć  o  swoich  potrzebach  i 
przyjemnościach.

- Wczoraj wieczorem? - Daniel spoglądał to na Randa, to 

na  Jamie,  rumieniąc  się  coraz  bardziej. - To  znaczy,  że  to 
pierwsza  noc,  kiedy... - Wyjął  chusteczkę  i  otarł  czoło. - O 
rany, rzeczywiście spieprzyłem wszystko, przychodząc tu dziś 
rano, co?

Przez  moment  Jamie  i  Rand  patrzyli  sobie  w  oczy. 

Wspomnienia  tej  nocy  znów  ożyły.  Ale  potem  Jamie 
odwróciła głowę i zwróciła się do Daniela:

background image

- Chyba powinnam być panu wdzięczna, że się pan tutaj 

zjawił, zanim... - Przełknęła ślinę.

Zanim  co?  krzyknęło  jej  serce.  Zanim  się  zakochała?  To 

już  nastąpiło,  i  to  bardzo  dawno  temu.  Zanim  się  z  nim 
przespała? Też bez sensu. Zaciskając poły szlafroka, wybiegła 
z pokoju.

- Jamie! - krzyknął Rand.

Nie pobiegł za nią. Byli zdenerwowani, mogli powiedzieć 

coś,  czego  wcale  nie  myśleli.  Poczeka,  aż  Jamie  weźmie 
prysznic i ubierze się. Wtedy z nią porozmawia. Wyjaśnią to 
nieszczęsne  nieporozumienie  i  zapomną  o  nim.  A  potem 
powie, że ją kocha.

- Posłuchaj,  Rand.  Naprawdę  przykro  mi,  że  wszystko 

zepsułem - wybełkotał  Daniel. - Ale  rzeczywiście  się  z  tobą 
założyłem. U Darby'ego. Naprawdę nie pamiętasz?

Rand spojrzał na starego kumpla i wiedział, że trwająca od 

lat  przyjaźń  dobiegła  końca.  Daniel  zranił  Jamie.  Może 
nieświadomie, lecz zbudował między nimi mur w dniu, który 
dla kochanków powinien być pełen radości i miłości.

- Ten zakład ty zaproponowałeś. Ja się nie zakładałem, o 

czym zapomniałeś powiedzieć Jamie - oznajmił chłodno. - A 
teraz wynoś się, zanim powybijam ci wszystkie zęby.

Wilcox,  jak  zawsze  dbający  o  własne  bezpieczeństwo, 

szybko ruszył do wyjścia.

Z  łazienki  dobiegał  szum  wody.  Rand  oparł  się  pokusie, 

by przyłączyć się do Jamie. Jest naga i mokra. Wziąłby ją w 
ramiona  i  pocałował,  zanimby  zdążyła  zaprotestować.  To 
właśnie zrobiłby bohater powieści Bricka Lawsona.

Rand westchnął ciężko i poszedł do kuchni nakarmić kota. 

Jamie  nie  jest  bohaterką  powieści  Bricka  Lawsona,  jedną  z 
tych głupawych, słodkich idiotek, które istnieją chyba tylko w 
wyobraźni autorów książek przygodowych i ich czytelników.

background image

Jamie  była  uparta,  miała  silną  wolę  i  zdecydowane 

poglądy. Fascynowała go. Kochał ją, przyznał raz jeszcze. Nie 
mógł się doczekać, by jej to wyznać.

Był  tak  pogrążony  w  myślach,  że  nie  usłyszał,  jak  Jamie 

wychodzi  z  łazienki.  Tym  bardziej  że  szła  na  palcach  przez 
korytarz do frontowych drzwi. Zanim stanęła pod prysznicem, 
zadzwoniła  do  Saran;  przy  odrobinie  szczęścia  kuzynka 
pojawi się tutaj, gdy ona będzie gotowa do wyjścia.

Niestety, jej szczęście skończyło się dziś rano, pomyślała 

zrozpaczona, otwierając drzwi. Ich skrzypienie zaalarmowało 
Randa.

- Jamie!  Wracaj  natychmiast! - krzyknął  głośniej,  niż 

zamierzał, ale widok Jamie w drzwiach zupełnie wyprowadził 
go z równowagi.

Nie  zatrzymała  się.  Musiał  wybiec  za  nią  boso  i  w 

szlafroku na zewnątrz. Chwycił ją za ramię i przytrzymał.

- Nigdzie nie jedziesz.
- Nie zostanę z tobą ani chwili dłużej.
- Płakałaś - powiedział,  patrząc  na  jej  opuchnięte, 

zaczerwienione  powieki.  Na  pewno  płakała  pod  prysznicem, 
gdy szum wody zagłuszał łkanie. Patrzył na nią, zrozpaczony.
- Jamie, przepraszam za to, co mówił Wilcox. Ale cokolwiek 
by mówił, nie zakładałem się z nim o ciebie.

- On uważa, że tak. - Jamie przełknęła ślinę. - Twierdzisz, 

że kłamie? Że wszystko to wymyślił?

- Pamiętam,  że  proponował  jakiś  głupi  zakład  u 

Darby'ego,  w  dniu  urodzin  Angeli.  Ale  ja  nie  traktowałem 
tego  poważnie.  Nawet  o  tym  nie  pamiętałem,  aż  do
dzisiejszego  ranka,  kiedy  zjawił  się  nagłe  i  zaczął  tę  swoją 
głupią paplaninę.

Patrzyła  na  niego  i  rozpaczliwie  chciała  mu  uwierzyć. 

Kochała go. Chciała wierzyć, że ostatnia noc była początkiem 
stałego związku, a nie rezultatem upokarzającego ją zakładu.

background image

Widząc  jej  niezdecydowanie  i  błysk  nadziei  w  oczach, 

stanął przed nią i chwycił ją za ramiona.

- Mówiłaś  o  zaufaniu - powiedział  cicho. - Ta  zasada 

obowiązuje  obie  strony.  Czy  przez  ostatnie  miesiące  nie 
uczyliśmy się ufać sobie nawzajem? Jeśli mi ufasz, wiesz, że 
nie zraniłbym ciebie i nie wykorzystał.

Jamie  zaczęła  płakać.  Tego  już  było  za  wiele: 

oszałamiające 

doznania, 

których 

doświadczyła 

po 

przebudzeniu niecałą godzinę temu. Miała chęć pozwolić, by 
Rand  wziął  ją  w  ramiona,  aby  doświadczyła  rozkoszy 
pocieszenia.

Wtedy  jednak  nadjechała  Saran  i  zahamowała  z  piskiem 

opon.

- Co  się  stało? - zawołała,  wyskakując  z  samochodu. 

Podbiegła  do  Jamie,  dostrzegła  jej  zapłakaną  twarz,  napięcie 
w oczach Randa i doszła do własnych wniosków.

- Och, nie! Jamie odkryła, że jesteś Brickiem Lawsonem! 

O rany, to straszne. Nie wściekaj się na niego, Jamie, on...

- Saran! - Głos Randa zabrzmiał  jak szczeknięcie. Jamie 

cofnęła się, spoglądając na niego z uwagą.

- Brick Lawson? Ten pisarz? - spytała ostrożnie.
- Rand wszystko ci wyjaśni - wtrąciła pospiesznie Saran, 

po czym nadal tłumaczyła wszystko po swojemu:

- Z początku bał się, że nie będziesz chciała go widywać, 

bo uważasz Bricka Lawsona za tępego grafomana, który pisze 
okropne, pornograficzne bzdury. A potem też nie miał odwagi 
tego  wyznać,  bo  nie  zrobił  tego  na  początku  waszej 
znajomości,  a  wszyscy  wiedzą,  że  masz  fioła  na  punkcie 
uczciwości. - Przerwała, by zaczerpnąć tchu.

- Rand  jest  Brickiem  Lawsonem - powiedziała  Jamie 

bezbarwnym tonem. Patrzyła na Randa zdumiona. - Autorem 
„Przydziału: więzienie", „Krainy tysiąca grzechów", „Życie to 
gra  nonsensów",  „Nieposkromieni  motocykliści",  „Twardzi 

background image

jak zawsze". Opuściłam coś? To prawda, Rand? I Saran przez 
cały czas o tym wiedziała?

Rand otworzył usta, ale Saran go uprzedziła.

- Wiedziałam od dnia Wiosennego Festiwalu - oznajmiła 

z  dumą. - Ale  nie  powiedziałam  mu,  że  wiem,  dopóki  nie 
musiałam napisać wypracowania. Wiesz, Rand jest naprawdę 
dobrym  pisarzem - dodała. - Nawet  nauczyciel  to  przyznał... 
tak jakby. Powiedział: „Saran, powinnaś się wstydzić, że przez 
cały  rok  ukrywałaś  swoje  zdolności.  Masz  talent,  a  jeśli 
będziesz  go  rozwijać,  możesz  kiedyś  zostać  pisarką". 
Dostałam  ocenę  celującą,  Jamie!  Dzięki  staremu,  dobremu 
Brickowi zdam angielski.

- Dobry, stary Brick - powtórzyła zimno Jamie.
- Domyślam  się,  że  wymusiłaś  to  na  nim  szantażem. 

Zagroziłaś, że zdradzisz mi jego pseudonim, tak?

- Wiem,  że  nie  powinnam,  ale  byłam  w  rozpaczliwej 

sytuacji.

- Nie, Saran, byłaś leniwa. - Oczy Jamie płonęły.
- Nie chciało ci się tracić czasu i żałowałaś wysiłku, żeby 

napisać tę pracę, więc znalazłaś kogoś, kto zrobił to za ciebie. 
Powinnaś się wstydzić.

- Ale  się  nie  wstydzę. - Saran  wzruszyła  ramionami. -

Cieszę się, że zdam angielski. I sądzę, że powinnaś przeprosić 
Randa  za  to,  że  tak  źle  mówisz  o  jego  książkach.  Mnóstwo 
ludzi  je  lubi  i  kupuje.  Pewnego  dnia  nawet  ja  którąś  może 
przeczytam.

- Saran, sądzę, że powiedziałaś już dosyć - wtrącił Rand, 

nie  odrywając  wzroku  od  twarzy  Jamie. - Jedź  do  domu,  a 
my...

- Jedziemy obie. - Jamie odebrała Saran kluczyki i ruszyła 

do samochodu.

- Chcę, żebyś została, Jamie - powiedział z naciskiem.

background image

- Bo  masz  zamiar  uraczyć  mnie  jakimiś  nowymi 

kłamstwami? - krzyknęła. - W  tym  jesteś  dobry!  Nic 
dziwnego,  że  napisałeś  tyle  powieści.  Najbardziej 
nieprawdopodobne  historie  w  twojej  interpretacji  wydają  się 
wiarygodne!

- Powtórz  jakąś  nieprawdopodobną  historię,  jaką  ci 

opowiedziałem - warknął Rand.

Cóż  za  potworny  dzień.  Najpierw  Wilcox  i  ten  zakład,  a 

teraz, kiedy dochodzili już z Jamie do jakiegoś porozumienia, 
zjawiła  się  Saran  i  oznajmiła  Jamie,  że  on  jest  Brickiem 
Lawsonem.

Gniew  minął  tak  szybko,  jak  się  pojawił.  Rand  był 

załamany  i  zrozpaczony.  To  najgorsza  chwila  z  możliwych, 
uznał  posępnie.  Spędzili  wspólnie  pierwszą  noc,  Jamie 
potrzebowała  jego  miłości  i  opieki.  Zamiast  tego  odkryła 
kłamstwa, częściowe prawdy i oszustwo.

Wiedział,  jak to przyjmie.  Rozumiał ją  tak,  jak ona  jego. 

Dobrze było im razem. Choć wystarczyło jedno spojrzenie na 
jej bladą twarz, by mieć pewność, że nigdy tego nie przyzna.

Łzy stanęły jej w oczach.

- Nie będę przedłużać, tej farsy. - Jej dolna warga drżała. 

Jeśli natychmiast nie odjedzie, wybuchnie płaczem. - Wsiadaj 
do samochodu, Saran. Wracamy do domu - nakazała surowo.

- Och, Jamie, dlaczego nie zostaniesz i nie pogodzisz się z 

Randem? - Saran westchnęła. - Wiesz, że tego chcesz. Jesteś 
w nim wściekle zakochana i wszyscy to widzą.

- Trudno  oczekiwać,  żeby  taka  mała,  kłamliwa 

szantażystka jak ty rozumiała, co znaczy uczciwość i lojalność 
w  stosunkach  między ludźmi - odparła  Jamie  z  naciskiem. -
Bez  nich  nie ma  trwałego związku.  Jest tylko  oszukiwanie. I 
tego właśnie ostatnio doświadczyłam. Saran skrzyżowała ręce 
na piersi i spojrzała na Randa.

background image

- No,  Rand.  Masz  zamiar  pozwolić  jej  odejść?  Ona  cię 

rzuca, chyba wiesz o tym. Nie pozwól jej na to. Weź ją na ręce 
i  zabierz  do  domu.  A  ja  z  przyjemnością  pożyczę  od  niej 
samochód na resztę weekendu.

- To  nie  w  moim  stylu - burknął  Rand. - Jeśli  Jamie 

zechce...

- Nie  zechcę! - przerwała  gwałtownie  Jamie. - Teraz 

wsiadaj  do  wozu,  Saran.  Wracam  do  domu  i  nie  zostawię 
nieletniej dziewczyny z twórcą „Przydziału: więzienie".

Randowi błysnęły oczy. Milczał jednak.
Jamie przyglądała mu się gniewnie. Stał w miejscu, gdzie 

chodnik  stykał  się  z  podjazdem,  i  nie  próbował  nawet  jej 
zatrzymać. Powtarzała sobie, że jest z tego zadowolona.

- Nie chcę cię więcej widzieć - dodała, niemal krzycząc. -

I nie próbuj do mnie dzwonić.

Rand  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Pełna  napięcia  twarz 

zmieniła się w kamienną maskę. Jamie poczuła się zagubiona, 
zmieszana, nie wiedziała, co robić. Pamiętała, jaki był uparty 
na początku ich znajomości, jak nie godził się z odmową, jak 
ją  ścigał,  gdy  próbowała  go  unikać.  Teraz  zachowywał  się 
inaczej. Czy dlatego, że w końcu osiągnął swój cel i zaciągnął 
ją do łóżka? Może rzeczywiście nie było tego zakładu, ale czy 
to  możliwe,  że  pociągała  go  przede  wszystkim  jej 
niedostępność? A to skończyło się tej nocy w jego łóżku. Och, 
nocą była dostępna, jak najbardziej!

Ale  ona  go  kochała  i  to  zmieniło  ich  związek  w  coś,  co 

przekraczało  granice  zwykłego  seksu.  Teraz,  kiedy  o  tym 
myślała, uświadomiła sobie, że Rand ani razu nie wspomniał o 
miłości. Nawet w chwili namiętnego uniesienia.

A jeśli dla niego liczy się tylko seks? Nic głębokiego, po 

prostu  zaspokojenie  fizycznego  popędu,  jak  podrapanie 
swędzącego miejsca? Poczuła mdłości.

background image

- Nienawidzę cię - zawołała desperacko. Teraz naprawdę 

w  to  wierzyła.  Ale  przecież  mógłby  ją  przekonać,  że  jest 
inaczej.

Rand bez słowa odwrócił się i zniknął wewnątrz domu.

- Genialne  posunięcie,  Jamie - oznajmiła  sarkastycznie 

Saran. - Chciałaś,  by  podszedł  i  objął  cię,  dlatego 
wykrzykiwałaś  do  niego  te  okropne  słowa.  Ale  on  uznał,  że 
mówisz to, co czujesz. I co teraz zrobisz?

- Dokładnie to, co powiedziałam.

Jamie usiadła za kierownicą i ostrożnie wyjechała na ulicę. 

Jaki  miała  wybór?  krzyczało  jej  zrozpaczone  serce.  Rand 
wyraźnie  dał  jej  do  zrozumienia,  że  ta  noc  zupełnie  mu 
wystarczy.

Przyjechała  do  domu,  przywitała  się  z  rodziną  i 

rzeczowym tonem oznajmiła, że zerwała z Randem. Po czym 
poszła  na  górę  do  swojego  pokoju,  zamknęła  drzwi  i 
wybuchnęła płaczem.

Rand  wziął  prysznic,  włożył  czarne  dżinsy  i  czarną, 

bawełnianą  koszulę.  Ubranie  idealnie  pasowało  do  jego 
nastroju. A kiedy niebo poszarzało i zaczął padać deszcz, miał 
wrażenie,  że  współczuje  mu  nawet  pogoda.  Pierwszy  raz  w 
życiu,  samotny  z  wyboru,  poczuł  straszliwą  pustkę 
samotności.

Nie  miał  z  kim  porozmawiać.  Jamie  była  pierwszą  i 

jedyną  osobą,  której  mógł  się  zwierzyć,  jedyną  osobą,  która 
troszczyła się o niego, o jego uczucia, myśli i czyny. A stracił 
ją, tracąc jej zaufanie. Uznała, że ją oszukał i że nie może go 
kochać.

Szczerze mówiąc, nie był tym zaskoczony. Gdzieś w głębi 

duszy  zawsze  podejrzewał,  że  nikt  nigdy  go  nie  pokocha. 
Rodzice i brat nie darzyli go miłością. A starał się nie szukać 
potwierdzenia  swoich  obaw  w  związku z  jakąkolwiek  inną 

background image

osobą. Nikt oprócz Jamie nie zbliżył się tak, by go naprawdę 
poznać.

Jamie  nie  otworzyła,  kiedy  matka  zapukała  do  drzwi 

sypialni.  Zapewniła  spokojnie, że  nie  czuje  się dobrze  i  chce 
zostać  sama,  żeby  się  przespać.  To  samo  powiedziała  ojcu, 
babci,  Cassie  i  Saran,  gdy  każde  z  nich  próbowało  po  kolei 
wejść do jej pokoju. Zyskała jakieś dwie godziny samotności. 
Potem zjawił się Steve.

Jamie  wygłosiła  do  niego  to  samo  przemówienie,  co  do 

pozostałych, ale on nie dał się zbyć.

- Jeżeli natychmiast nie otworzysz, wyłamię zamek
- zagroził. - I nie żartuję.

Jamie  wiedziała  o  tym.  Westchnęła,  otarła  oczy  i 

otworzyła drzwi.

Steve wkroczył do pokoju, a za nim cała rodzina.

- Saran  nam  wszystko  powiedziała - oznajmiła  matka. -

Przykro  nam,  że  tak  się  stało,  i  chcemy  powiedzieć,  że  cię 
kochamy.

- Chociaż uważamy, że zwariowałaś - dodała Saran.
- Zerwać  z  takim  facetem  jak  Rand:  przystojnym, 

inteligentnym, bogatym...

- Kochanie,  oczywiście  szanujemy  twoje  prawo  do 

podejmowania decyzji - wtrącił Al. - Ale nie sądzisz, że trochę 
przesadziłaś? Nie rozumiem, co takiego okropnego zrobił.

-

Okłamał  mnie,  tatusiu!

-

krzyknęła  Jamie, 

powstrzymując kolejną falę łez.

Oczywiście  nie  tylko  o  to  chodziło.  Z  początku  była 

wściekła, że Rand nie powiedział jej o tym, że pisze powieści 
jako  Brick  Lawson,  ale  nie  uważała  tego  za  niewybaczalny 
grzech.  To  nie  miało  większego  znaczenia.  Naprawdę 
chodziło o to, że Rand jej nie kochał. Ostatniej nocy w łóżku 
zaspokoiła  jego  ciekawość,  a  on  pozwolił  jej  zakończyć  ten 
romans pod byle pretekstem.

background image

- Tyle hałasu, bo on pisze książki, których nie lubisz?
- Babcia była zdumiona i pełna dezaprobaty.
- Babciu, jestem pewna, że chodzi o coś więcej
- wtrąciła  spokojnie Cassie. - Jamie kocha  Randa.  Miała 

swoje  powody,  by  zrobić  to,  co  zrobiła.  A  może  nie  miała 
wyboru.

- To  prawda - odezwał  się  Steve. - Potrafię  rozpoznać 

takie  zaaranżowane  porzucenie.  Dokładnie  to  się  zdarzyło. 
Marshall pozwolił Jamie ze sobą zerwać. Każdy powód byłby 
dobry. Ale tak naprawdę on uznał, że dostał to, czego pragnął. 
Oto  scena:  kłótnia  z  byle  powodu.  Kobieta  zmuszona  jest 
powiedzieć, że z nim zrywa, a mężczyzna trzyma ją za słowo. 
Z satysfakcją i niesłychaną ulgą.

Zapadła  przeraźliwa  cisza.  Potem  Jamie  zaczęła  płakać. 

Miała wrażenie, że jej serce rozpadło się na milion kawałków.

Rodzice  i  Cassie  stłoczyli  się  dookoła,  próbując  ją 

pocieszyć.  Steve  krążył  po  pokoju,  mrucząc  jakieś  groźby, 
obiecując zemstę i pytając, czy Rand nie ma siostry.

- Saran, potrzebuję oliwy na rigatoni - oznajmiła babcia. -

Zawieź mnie do sklepu.

- Teraz? - zaprotestowała  Saran. - Babciu,  jak  możesz 

nawet myśleć o jedzeniu, kiedy...

- Uważasz,  że  powinniśmy  zagłodzić  się  na  śmierć? 

Kiedy  wybije  szósta,  wszyscy  będą  chcieli  jeść. - Staruszka 
chwyciła  dziewczynę  pod  rękę. - Weź  kluczyki  od  Steve'a, 
pojedziemy jego wozem. Natychmiast.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Rand  wpatrywał  się  w  ekran  komputera,  aż  piekły  go 

oczy.  Nie  potrafił  napisać  ani  słowa.  Nie  mógł  też 
wprowadzać poprawek, gdyż nie rozumiał tego, co poprzednio 
napisał.  Dlaczego  uznał,  że  pisanie  będzie  najlepszym 
sposobem,  by  zapomnieć  o  bólu?  Już  dawno  nauczył  się 
wznosić psychiczny mur między sobą a cierpieniem.

Lecz teraz albo stracił tę umiejętność, albo ból po stracie 

Jamie  był  zbyt  wielki.  Rand  wędrował  po  domu,  zapadając 
coraz głębiej w otchłań żalu i samotności. Zadzwonił telefon. 
Podbiegł  myśląc,  mając  nadzieję,  modląc  się,  by  to  była 
Jamie. Ale to nie była Jamie. Dzwoniła matka z pytaniem, czy 
otrzymał zaproszenie na przyjęcie Dixa, i z zapewnieniem, że 
wszyscy  zrozumieją,  gdyby  nie  mógł  się  zjawić.  Musiałby 
odbyć długą podróż, a z pewnością jest zajęty.

Rand  udzielił  jej  zapewnienia,  którego  oczekiwała.  Nie, 

nie przyjedzie do Wirginii. Tak, to rzeczywiście daleko, a on 
jest  bardzo  zajęty,  bo  zbliża  się  ustalony  w  umowie  termin 
złożenia  książki.  Matka  zignorowała  wzmiankę  o  powieści, 
ale trudno było nie usłyszeć ulgi w jej głosie, gdy potwierdził, 
że się nie zjawi.

Zastanawiał  się,  jak  przeżyje  następną  godzinę.  Ta 

ciągnęła  się boleśnie, nieskończenie, a kiedy wyobraził sobie 
następne godziny, te wszystkie noce i dni, ogarnął go gniew i 
żal.

Próbował  na  różne  sposoby  odsunąć  te  ponure  myśli,  ale 

nic nie skutkowało. Sięgnął po butelkę wiśniowego wina Ala 
Saraceni.

Pierwsze  kilka  łyków  było  jak  płynny  ogień  z  mocnym 

smakiem  wiśni.  Wypił  jeszcze  trochę  i  wtedy  zadzwonił 
dzwonek.  Nie miał  nadziei, że to Jamie,  więc postanowił nie 
otwierać  drzwi.  Nic  z  tego,  intruz  był  uparty.  Czując 

background image

zdecydowaną  wrogość,  z  butelką  wina  w  ręku,  szarpnięciem 
otworzył drzwi.

- Co  jest? - ryknął,  zdecydowany  wypłoszyć  natręta. 

Przeżył największy szok swego życia, ponieważ

w progu stała babcia Jamie, a tuż za nią Saran. Rand był 

wstrząśnięty. Nie tylko krzyknął na panią Saraceni, ale był nie 
ogolony,  rozczochrany  i  ściskał  butelkę  wina  niczym  pijany 
marynarz.

- Odpowiedz  mi  na  jedno  pytanie - rzekła  babcia,  a  jej 

oczy płonęły gniewem. - Czy to zerwanie było zaaranżowane?

Jamie wiedziała, że Cassie i rodzice próbują ją pocieszyć, 

ale wycieczka do kina z Timmym i Brandonem na kreskówkę 
Disneya  nie  mogła  jej  pomóc.  Odmówiła  udziału  w  tej 
wyprawie,  lecz  zasugerowała,  by  poszli  bez  niej.  Ku  jej 
zdumieniu babcia i Saran także postanowiły obejrzeć ten film. 
Nie  pamiętała,  by  babcia  kiedykolwiek  była  w  kinie...  choć 
rzeczywiście  kiedyś  wspomniała,  że  oglądała  „Przeminęło  z 
wiatrem"...zaraz po premierze w 1939 roku.

Ale  Jamie  nie  zadawała  pytań.  Podejrzewała  nawet,  że 

wszyscy  szukają  pretekstu,  by  zniknąć  z  domu  i  nie  znosić 
dłużej jej szlochów i płaczu. Właściwie nie chciała być sama. 
Niewiele brakowało, by poprosiła Steve'a, żeby dotrzymał jej 
towarzystwa. Zrezygnowała, kiedy odebrał telefony od trzech 
młodych  kobiet,  z  którymi  umówił  się  na  randkę  tego 
wieczoru.  W  efekcie  siedziała  sama  w  salonie,  jeżeli  można 
być samotnym z siedmioma kotami. Próbowała czytać i po raz 
pierwszy nie potrafiła się skupić.

Z  ulgą  powitała  dźwięk  dzwonka.  Odłożyła  książkę  i 

pobiegła  do  drzwi.  Za  progiem  stał  Rand.  Błyskawicznie 
chwycił ją za przegub ręki.

-

Pójdziesz  ze  mną

-

oświadczył  tonem  nie 

dopuszczającym sprzeciwu.

Mimo to Jamie sprzeciwiła się.

background image

- Nie! Nie możesz tu przychodzić i...
- Zostałem zaproszony.
- Nie  przeze  mnie! - Serce  biło jej  mocno i  coś  ściskało 

żołądek, a głos miała nieznośnie piskliwy.

- Przez  twoją  babcię  i  Saran.  Odwiedziły  mnie  dziś  po 

południu.

- Och, nie! - jęknęła Jamie. - Nie miały prawa się wtrącać.
- Babcia  powiedziała,  że  rodzina  ma  wszelkie  prawo  się 

wtrącać,  kiedy jeden z jej członków sprawia,  że drugi  cierpi. 
Powiedziała,  że  uważa  mnie  za  członka  rodziny.  Po  raz 
pierwszy w życiu mam wrażenie, że wiem, co to znaczy mieć 
rodzinę.

Jamie spojrzała gniewnie.

- A wszelkie niewygody...
- Tak,  to  też.  Ale  również  wzajemne  wsparcie,  pomoc  i 

życzliwość. - Pociągnął  ją  za  rękę. - Chodź,  Jamie,  mamy 
wiele spraw do omówienia.

Łzy  stanęły  jej  w  oczach.  Zamrugała  gwałtownie 

powiekami.

- Nie wiem, co babcia ci powiedziała.
- Powiedziała,  że  wypłakujesz  sobie  oczy  w  swoim 

pokoju, ponieważ mnie kochasz, a uznałaś, że ja nie kocham 
ciebie.

Jamie skrzywiła się. Czy mogła temu zaprzeczać?

- I przyszedłeś z kondolencjami? - Zdobyła się na całkiem 

wiarygodne, gniewne spojrzenie. - Czy żeby mieć satysfakcję?

Rand uśmiechnął się.

- Wiedziałem,  że  nie  poddasz  się  bez  walki. - Szybko, 

zwinnie objął ją i podniósł do góry.

- Puść  mnie! - zażądała,  choć  jej  głos  nie  brzmiał  tak 

stanowczo jak powinien.

- Twoje  życzenie  jest  dla  mnie  rozkazem. - Powoli 

postawił  ją  na  podłodze,  zmieniając  uwolnienie  w  zmysłową 

background image

pieszczotę. - Ale zabieram cię do domu, skarbie. Musimy się 
pogodzić, kochać i...

- Nie pójdę z tobą do łóżka!
- Już  to  zrobiłaś  i  byłaś  bardzo  szczęśliwa  tej  nocy.  Ja 

zresztą też, kochanie. Och, Jamie, budzisz we mnie uczucia, o 
których  nawet  mi  się  nie  śniło.  Nie  sądziłem,  że  jestem  do 
nich  zdolny.  Próbowałem  to  wczoraj  powiedzieć,  ale... -
Uniósł  jej  głowę  i  spojrzał  w  głęboki  błękit  oczu. -
Najwyraźniej  nie  przekonałem  cię,  jak  wiele  dla  mnie 
znaczysz.

Jamie zamknęła oczy, czując zawrót głowy. Przylgnęła do 

niego i oplotła go ramionami.

- Pozwoliłeś mi odejść - szepnęła. - Nie próbowałeś mnie 

zatrzymać.  Kiedy  Saran  powiedziała,  żebyś  zatrzymał  mnie 
siłą, stwierdziłeś, że to nie w twoim stylu.

Musnął wargami jej usta.

- A ty miałaś nadzieję, że posiądę cię przemocą?
- Nie  jestem w nastroju  do  żartów! - Zaczerwieniła  się i 

usiłowała go odepchnąć. - Puść mnie natychmiast.

- Nic  z  tego.  Uczę  się  na  własnych  błędach,  skarbie. 

Właśnie  powiedziałaś,  że  gdybym  cię  rano  nie  wypuścił, 
uniknęlibyśmy tego piekielnego dnia. A zatem...

Ledwie  otworzyła  usta,  by zaprotestować,  kiedy  przykrył 

je swoimi wargami. Jamie odruchowo objęła go za szyję.

- Kocham  cię,  Jamie - powiedział,  gdy  stanęli  objęci, 

dysząc  z  emocji  i  podniecenia. - Raz  tylko  spojrzałem  na 
ciebie  i  straciłem  głowę.  A  wkrótce  potem  straciłem  i  serce. 
Wszystko,  co  robiłem  i  mówiłem  od  tego  czasu, miało  tylko 
jeden cel. Zatrzymać cię przy sobie. Na zawsze.

- Kochasz mnie - szepnęła, czując, jak łzy spływają jej po 

policzkach. Ale te łzy były łzami radości i ulgi. - Och, Rand, 
ja też cię kocham. A wczorajsza noc była...

background image

- Cudowna - wtrącił  Rand. - Byłem  taki  szczęśliwy. 

Kiedy Daniel zjawił się w drzwiach, paplając o zakładzie...

- Wiem, że nie było żadnego zakładu, Rand. - Teraz ona 

mu  przerwała. - Przynajmniej  nie  z  twojej  strony.  A  co  do 
Bricka Lawsona, to przepraszam. To przeze mnie nie mogłeś 
mi o tym powiedzieć.

- Skarbie,  nie  musisz  czytać  moich  książek.  Chcę  tylko, 

żebyś mnie kochała. I wyszła za mnie. Twoja babcia dzwoniła 
do Klubu Synów Italii i zamówiła salę na początek sierpnia.. 
Zgodzisz się, Jamie? Wyjdziesz za mnie?

- Tak! - krzyknęła radośnie.

Podniósł  ją  z  podłogi  i  zakręcił  w  koło.  Śmiała  się  i 

krzyczała ze szczęścia.

W czasie jazdy do domu Randa planowali ślub i wspólną 

przyszłość,  żartowali  i  śmiali  się,  całowali  gorąco  przy 
każdym  skrzyżowaniu  i  czerwonym  świetle.  Rand  wniósł 
Jamie  prosto  do  sypialni.  Przytulona  do  niego  drżała  w 
oczekiwaniu.

- Kocham  cię - powtórzyła,  gdy  delikatnie  ułożył  ją  na 

łóżku.

- I ja ciebie kocham, skarbie.

Zaczął ją rozbierać, pieszcząc i całując. Potem wziął ją w 

ramiona.

Poznawali  siebie  nawzajem,  odkrywając  na  nowo 

rozkosze poprzedniej nocy.

Potem leżeli objęci, nasyceni, wolno i leniwie dryfując ku 

ziemi ze szczytów rozkoszy.

- Tak się cieszę, że się pogodziliśmy - szepnęła.
- Chyba  nie  przeżyłabym  tej  nocy,  myśląc,  że  mnie  nie 

kochasz.

- Myślałem,  że  to  niemożliwe,  bym  zdołał  zachować 

twoją  miłość - wyznał  niepewnie. - A  potem  przeczytałem 
szósty  rozdział  tej  przeklętej  książki  o  zalotach  i  tam  było 

background image

tylko  o  kłótniach,  zerwaniach  i  godzeniu  się  z  faktem,  że 
wszystko  skończone.  Miałem  wrażenie,  że  został  napisany 
specjalnie dla mnie.

- Och,  Rand,  z  pewnością  będziemy  się  kłócić  od  czasu 

do czasu, ale przysięgnijmy, że nigdy żadne z nas nie odejdzie 
tak, jak ja dzisiaj. Nieważne, jak będziemy na siebie wściekli, 
będziemy wierzyć, że w końcu się pogodzimy.

- Obiecuję to z radością. I obiecuję, że nigdy nie pozwolę 

ci odejść. Będziemy zawsze razem. - Uśmiechnął się. Był tak 
uszczęśliwiony, że mógł się nawet z nią przekomarzać. - Ale 
czy  zostaniesz  przy  mnie  po  przeczytaniu  recenzji  mojej 
następnej książki?

- Oczywiście. Od tej chwili będę wielbicielką twórczości 

Bricka Lawsona.

- To  uczciwy  układ - rzekł  Rand,  pieszcząc  ją,  aż  raz 

jeszcze  ogarnęła  ich  fala  namiętności. - Ponieważ  ja  zawsze 
byłem  gorącym,  oddanym,  namiętnym  wielbicielem  Jamie 
Saraceni.

- Nie  sposób  z  tobą  dyskutować - zawołała  Jamie,  a 

potem ucałowała go gorąco, z oddaniem i namiętnie.