background image

Barbara Boswell 

NAJMŁODSZA SIOSTRA

1

- Hej, Jack! Kazorowski chce cię widzieć u siebie, natychmiast.

Jackson Blackledge nie odwrócił głowy od ekranu komputera, a jego palce, zwinnie 

tańczące po klawiaturze, nie opuściły nawet jednej litery.

- Później, chłopcze - burknął do zbyt gorliwego młodego człowieka, chyba praktykanta, 

przysłanego do redakcji z college’u. Skip Jakiśtam, nazwisko wyleciało mu z pamięci. - 

Teraz znikaj. Jestem zajęty, nie widzisz?

- Kazorowski  mówi, że  to  bardzo  ważne. - W  głosie  Skipa dawał się  wyczuć lekki 

niepokój. Wszyscy w redakcji  Buffalo Times-Gazette  znali Jacka z całkowicie nieprze-

widywalnych, gwałtownych wybuchów furii.

- Zaczęła się wojna? - Jack przerwał pisanie i spojrzał na posłańca. - A może drużyna 

Buffalo Bills wyniosła się z naszego miasta?

- No nie, ale...

- W takim razie to nie jest aż tak ważne, prawda? - Blackledge ponownie zwrócił się ku 

klawiaturze, dając nieszczęsnemu gońcowi sygnał do odwrotu...

... którego ów nie wykonał.

- Przykro mi, Jack, ale Kazorowski kazał mi cię przyprowadzić do swojego gabinetu. O 

rany... - ton głosu Skipa przybrał nagle przymilny odcień - przecież i tak ci już prze-

rwałem, no nie?

Jack   powoli   uniósł   się   z   krzesła   i   stanął   wyprostowany:   sto   osiemdziesiąt   pięć 

1

background image

centymetrów potężnie umięśnionego mężczyzny. Trzasnął obiema dłońmi w blat stołu i 

nie bez satysfakcji obserwował, jak chytry uśmieszek szybko blednie i znika z twarzy 

gońca.

Jack był w pełni świadomy wrażenia, jakie wywiera na ludziach jego sylwetka. W czasie 

swojej   kariery   sportowej   często   wykorzystywał   ten   atut   dla   psychicznego   załamania 

przeciwnika. Zerknął z ukosa na niskiego, chudego jak patyk dzieciaka i westchnął. To 

przecież nie boisko piłkarskie. Znajdują się w redakcji gazety, a młody Skip po prostu wy-

konuje polecenie, jak każdy inny tutaj.

- Prowadź mały. Damy Kazorowskiemu dziesięć minut.

Skip, czując wyraźną ulgę, uśmiechnął się szeroko.

- Tylko ty możesz gwizdać sobie na rozkazy naczelnego i zawsze uchodzi ci to na sucho. 

Chciałem powiedzieć, że on rządzi wszystkimi oprócz ciebie. Nie dajesz sobie w kaszę 

dmuchać, Jack. Bardzo cię za to podziwiam.

-   Tak,   niektórym   to   się   podoba.   Tylko   nie   mów   Kazorowskiemu,   że   chcesz   mnie 

naśladować. On sądzi, że moja osoba to dla niego kara boska. Jego wrzód żołądka nie wy-

trzyma dwóch takich typów.

Przeszli   przez   redakcję,   jak   co   rano   gwarną   i   pełną   gorączkowo   pracujących   ludzi. 

Reporterzy   siedzieli   przed   monitorami   komputerów,   pisząc   swoje   artykuły,   inni 

rozmawiali przez telefon lub przerzucali stosy korespondencji. Mała grupka obradowała w 

wąskim korytarzu wokół automatu z kawą i napojami. Z tyłu znajdowała się redakcja 

działu lokalnego.

W   środku   siedział   Kazorowski   -   otyły,   łysiejący,   wyglądający   na   więcej   niż   swoje 

pięćdziesiąt lat - i palił. Na jego biurku leżała opróżniona w połowie paczka papierosów.

- Za dużo palisz. Kaz - zauważył Jack, wchodząc do gabinetu. - Pamiętasz, co ci mówił 

lekarz? Chcesz znowu wylądować w szpitalu?

- Jeśli ci tak zależy na moim zdrowiu, to mógłbyś mi oszczędzić tej kłótni, którą zaraz 

będziemy mieli - odciął się Kazorowski.

- Oho - Jack mimowolnie się naprężył. Podszedł do małego okna i wyjrzał na ulicę. 

Widok nie był zbyt piękny. Budynek mieszczący Buffalo Times-Gazette znajdował się w 

jednej   z   najstarszych   i   najbardziej   zaniedbanych   części   miasta.   Siedziba   gazety   od 

początku jej istnienia, czyli od prawie siedemdziesięciu pięciu lat, była równie wiekowa i 

2

background image

sfatygowana jak cała okolica.

Wrzesień jest wspaniałą porą roku w zachodniej części stanu Nowy Jork. Liście właśnie 

zaczynały zmieniać kolor, a zieleń i kwiaty wciąż nęciły wzrok soczystymi barwami. 

Ulica widoczna z okien gabinetu Kazorowskiego była jednak odpychająco ponura, piękno 

zmieniającej się przyrody nie miało do niej dostępu.

Jack odwrócił się i obrzucił naczelnego jednym z tych słynnych spojrzeń Black Jacka, 

nieruchomym i świdrującym.

- Dawaj te złe wieści. Kaz. Nie, sam zgadnę: wydawca znowu ocenzurował mój felieton.

Kazorowski przypalił papierosa od niedopałka poprzedniego.

- Nic z tych rzeczy, dzięki Bogu. - Z wysiłkiem przełknął ślinę. - Jack, chciałbym z tobą 

porozmawiać o twojej umowie z syndykatem ogólnokrajowym...

- O co chodzi tym razem? - zapytał powoli Jack wojowniczym tonem, a w jego oczach 

pojawiły się groźne błyski.

- Zdaję sobie sprawę, że dla dziennikarza, który całe życie pracuje w Buffalo - i to dla 

naszej gazety - przystąpienie do syndykatu współpracującego z dwustu dwunastoma ga-

zetami w całym kraju to wielka szansa - wyrzucił z siebie Kaz. - W innych miastach są 

felietoniści znani w całych Stanach, ale w Buffalo ty jesteś pierwszy i jedyny! Załoga 

naszej Times-Gazette pieje z radości. Wszyscy mamy nadzieję, że twoja sława zwiększy 

sprzedaż T-G. Jack, wiesz, jakie to przygnębiające, kiedy pracujesz w jedynej w mieście 

codziennej popołudniówce i widzisz, że ludzie przestają ją kupować, bo wolą oglądać 

telewizję.

-   Ale...   -   bąknął   Jack,   niespokojnie   zerkając   na   szefa.   Musiało   być   jakieś   „ale”. 

Kazorowski nigdy nie chwalił ludzi bez jakichś własnych, ukrytych powodów.

Naczelny wziął głęboki wdech.

-   Jack,   podpisałeś   umowę   na   trzy   artykuły   tygodniowo   dla   syndykatu,   ale   my 

potrzebujemy pięciu na tydzień do naszej gazety.

- Przykro mi, Kaz. Przystąpiłem do syndykatu tylko dlatego, że przez ostatnie pięć lat 

pisywałem po pięć felietonów na tydzień. Chciałbym poprzestać na trzech, ale takich, 

które interesowałyby czytelników w całym kraju, a nie tylko tutaj.

- Ale przecież twoja rubryka jest tak popularna właśnie ze względu na lokalny charakter i 

tematykę, Jack. Rozumiem twoje ambicje, ale nasi czytelnicy chcą kogoś, kto komentuje 

3

background image

lokalne wiadomości, plotki i anegdoty.

-   W   takim   razie   oczekujesz   ode   mnie   trzech   kolumn   tygodniowo   dla   publiczności 

ogólnokrajowej i dwóch na tematy lokalne, tak? Jezu, Kaz, wykończysz mnie. Wiesz, że 

nie płacisz za dużo - dodał Jack sucho.

- Nie jestem bez serca, Jack. Rozumiem, że praca w syndykacie zabierze ci więcej czasu 

i energii. Dlatego też pozwoliliśmy sobie... to znaczy ja pozwoliłem sobie... zatrudnić dla 

ciebie asystenta.

Jack postąpił krok do przodu.

- Kogo?

- No wiesz, kogoś do pomocy. Za jakiś czas mógłby przejąć wtorkową i czwartkową 

rubrykę... oczywiście, pod twoim kierownictwem i tak dalej - dodał szybko. - Nigdy nie 

znajdziemy   kogoś,   kto   by   tobie   dorównał,   a   rubrykę   nadal   podpisywałbyś   swoim 

nazwiskiem.

- Tak jest taniej, co? - skrzywił się Jack. - Nie możesz sobie pozwolić na zatrudnienie 

jeszcze jednego felietonisty.

- Cóż, masz rację... - Kaz spróbował się uśmiechnąć. Zawsze szczycił się umiejętnością 

oszczędzania. - A wracając do sprawy, Jack, musisz jedynie...

- Nauczyć jakiegoś gówniarza prosto po szkole dziennikarskiej, jak się pisze nadający się 

do czytania felieton? Przygotować się na ciągłe poprawki i przeróbki? Do diabła, Tom, 

niańczenie go zajmie mi więcej czasu, niż gdybym to wszystko pisał sam.

- Jej - poprawił go Kazorowski, bawiąc się ołówkiem.

- Co?

- Jej. Twój asystent jest kobietą, Jack.

Jack roześmiał się.

-   Dobra,   Kaz,   skończ   te   żarty.   Kobiety   nadają   się   do   pisania   o   posiłkach,   ślubach, 

dzieciach albo o psychologii na co dzień czy o obchodach jakiejś rocznicy, jeśli są bardziej 

zainteresowane światem. Ja   piszę  o sporcie, polityce  i najważniejszych  wydarzeniach. 

Drukuję felietony satyryczne. i poważniejsze rzeczy, ale...

- Mnóstwo kobiet czytuje twoją rubrykę, Jack.

- Zgoda, ale to nie znaczy, że któraś z nich umiałaby coś takiego napisać. Jeśli chcesz 

mieć kobietę-felietonistkę, to wsadź ją do redakcji kobiecej i niech pisze o przedszkolach 

4

background image

albo o najnowszej diecie-cud, czy o dziesięciu najlepszych metodach flirtowania, ale na 

tym koniec.

- Nie wiedziałem, że z ciebie aż taki męski szowinista, Jack. Nic dziwnego, że żadna z 

kobiet pracujących u nas nie przyjęła oferty pracy z tobą.

Jack otworzył szeroko swoje czarne jak onyks oczy.

- Żadna?

- Żaden z mężczyzn też nie chciał tej posady - dodał Kaz. - Starsi dziennikarze mają już 

swoje stałe miejsca, a młodsi wcale się nie palili, żeby grać przy tobie drugie skrzypce 

albo służyć za chłopca do bicia trudnemu we współżyciu... - chrząknął głośno -...czy 

słowo „tyran” będzie tu odpowiednie?

- Tyran? Ja? - Jack poczuł się urażony. - To prawda, że umiem postawić na swoim, ale...

- Niektórzy używali innych sformułowań. Na przykład „terrorysta” lub „furiat”.

- Jestem po prostu pewny siebie. Wiem, na co mnie stać.

- Jack, granicę między pewnością siebie a arogancją przekroczyłeś już wiele lat temu.

- Lubię ryzyko - powiedział Jack gorzko. - Sam ustanawiam reguły i nie mam zamiaru 

podporządkowywać się czyimś rozkazom, nawet szefów czy dyrektorów, to wszystko.

- A ludzie, którzy cenią sobie spokój w pracy, chcą się trzymać od ciebie jak najdalej. 

Dlatego musiałem poszukać  kogoś spoza gazety, nawet spoza Buffalo, jeśli mam być 

szczery. Jesteś swego rodzaju legendą w środowisku dziennikarskim, Jack.

Kazorowski przygotował się na eksplozję, co do której był pewien, że zaraz nastąpi.

Jack   rzeczywiście   miał   zamiar   wybuchnąć,   kiedy   uświadomił   sobie,   że   dopiero   co 

nazwano go furiatem. Kazorowski z pewnością oczekiwał, że zrobi mu awanturę. Jedyna 

rzecz, która nie podobała mu się bardziej niż perspektywa jajogłowej panienki, piszącej 

artykuły pod jego nazwiskiem, to świadomość, że ktoś potrafi z łatwością przewidzieć 

jego zachowanie. Dlatego uśmiechnął się. Nie był to może ten rodzaj uśmiechu, który 

zachęca drugą stronę do odwzajemnienia go, niemniej jednak ten grymas przypominał 

uśmiech.

- Opowiedz mi o tej asystentce, za którą ponoć uganiałeś się po całym kraju, Tom - 

wycedził słodkim głosem. - Pozwól, że to i owo sam odgadnę: była na tyle naiwna, że 

zgodziła się na przeraźliwie niską pensję, nawet jak na branżę dziennikarską.

- Trafiłeś, chłopcze. - Kazorowski zatarł dłonie. - Wiesz, jak u nas krucho z forsą. Jeżeli 

5

background image

mam być do końca szczery, to praca z tobą nie była jedynym powodem, dla którego 

wszyscy tutaj odrzucili ofertę. Zaproponowaliśmy bardzo niską płacę. Bałem się, że będę 

musiał ją podnieść, aż tu nagle dostałem podanie tej dziewczyny. Przejrzałem kilka z jej 

prób dziennikarskich i rozmawiałem z nią. Ona jest dobra, Jack. Zamierzałem wygłosić 

przed nią kazanie o tym, jak niskie są płace w gazetach i tak dalej, ale ona wzięła tę 

posadę od razu. Z pierwotną stawką!

- Myślisz, że to bogata panienka, która pracuje dla przyjemności, a żyje z ogromnego 

konta bankowego, założonego przez kochającego tatusia? - Ciemne oczy Jacka zwęziły się 

w szparki w nagłym przypływie zainteresowania.

- Przykro mi, ale cię rozczaruję, Blackledge. Jeśli ona jest bogata, to ja napiszę te dwa 

artykuły tygodniowo sam i to za darmo. Nie wygląda mi na zamożną, nie zachowuje się 

ani nie mówi jak bogate córeczki. Jestem pewien, że to dziewczyna z klasy średniej, a jej 

mieszkający w małym domku rodzice ledwo wiążą koniec z końcem, żeby pomóc dziecku 

rozpocząć karierę zawodową.

- Mogłeś przynajmniej załatwić mi forsiastą panienkę na wydaniu - zakończył Jack, nie 

całkiem żartując.

-   Nadal   planujesz   małżeństwo   dla   pieniędzy?   -   Kaz   uśmiechnął   się.   -   Powodzenia. 

Przyda ci się parę dolarów. 

Jack wzruszył ramionami.

-   Już   raz   ożeniłem   się   z   tak   zwanej   miłości   i   skończyło   się   to   kompletną   klapą. 

Następnym razem, o ile w ogóle będzie jakiś następny raz, poślubię worek pieniędzy. 

Bogata narzeczona z dużą forsą - tylko to mnie interesuje.

Na krótką chwilę z twarzy Jacka zniknął wyraz cynicznej obojętności, a pojawiło się na 

niej coś w rodzaju rozczarowania.

- Tu masz próbkę jej zdolności - głos Kazorowskiego wyrwał Jacka z nieprzyjemnych 

wspomnień. Szybko zerknął na kartkę maszynopisu, którą wręczył mu szef.

- To przecież wypracowanie typu „Jak spędziłam swoje letnie wakacje”. Przyjąłeś ją na 

podstawie takich bzdur?

- Przeczytaj to uważnie. To jest świetne, dużo humoru. Ona rokuje wielkie nadzieje. 

Pracowała w Disney...

- Zatrudniłeś Myszkę Miki, żeby pisała za mnie artykuły?

6

background image

- Podczas wakacji pracowała w Disneylandzie. Oni wynajmują ludzi i przebierają ich za 

bohaterów filmów, żeby zabawiali turystów - wyjaśniał Kaz cierpliwie. - Była jednym z 

siostrzeńców Donalda.

Jack przewrócił oczami.

- No to pięknie. Mam pozwolić eks-kaczce pisać pod moim nazwiskiem. Kaz, bądź ze 

mną szczery. Ona jest pełna entuzjazmu, odważna i pyskata, prawda? I do tego ładna?

- Jack, na miłość boską...

- Więc jest! Wiesz doskonale, że nie znoszę tego typu osóbek. Nic z tego szefie. Sam 

będę pisał felietony. Potrzebne mi to jak dziura w moście, ale nic mnie nie zmusi do pracy 

z jakimś ptasim móżdżkiem - używam tego określenia zupełnie dosłownie w tej sytuacji - 

który...

- Został przyjęty i jutro zaczyna - przerwał Kaz. - Ma na koncie ponad rok współpracy z 

gazetami   w   Houston   i   w  Waszyngtonie,   a   to   już   jakieś   doświadczenie,   więc   nie   jest 

kompletnie zielona. To dobry interes, Jack. Nie zamierzam zostawić jej tylko dla ciebie. 

Redakcja kulinarna i rozrywkowa też prosiły o jakąś pomoc: w takim razie podzielicie 

dziewczynę między siebie. Zatrudniłem trzy osoby za niecałą jedną pensję!

- Co z ciebie za facet. Kaz. - Jack pokręcił głową, oburzony i rozbawiony zarazem. - 

Jesteś dusigrosz i straszny spryciarz, ale ostrzegam cię już teraz, że zrobię wszystko co w 

mojej mocy, żeby tej panience odechciało się ze mną pracować.

Zadzwonił telefon i Kaz wyraźnie zadowolony, że ma tę rozmowę za sobą, pośpiesznie 

sięgnął po słuchawkę.

Jack skierował się ku drzwiom.

- Kiedy tu jutro przyjdzie, przyślij ją do mnie. Zamierzam pracować w domu. - Miał taką 

możliwość   dzięki   komputerowi   osobistemu,   zainstalowanemu   w   mieszkaniu,   chociaż 

zwykle   wolał   przychodzić   do   redakcji.   Dzień   jutrzejszy   będzie   wyjątkiem.   Musi 

skutecznie odstraszyć tę małą, a gdzież można to zrobić lepiej niż we własnym domu.

Kaz zakrył dłonią mikrofon słuchawki.

- Jack - ryknął - ani mi się śni posyłać dwudziestotrzyletnią dziewczynę do twojego 

mieszkania. Spotkasz się z nią tutaj w redakcji i nie będzie żadnych problemów z nagaby-

waniem seksualnym.

- Dwadzieścia trzy lata? - Jack uderzył się w czoło otwartą dłonią. - To znaczy, że jest 

7

background image

młodsza   ode   mnie   o   dziesięć   lat!   Dziesięć   lat!   Kiedy   ja   dojrzewałem   płciowo,   ona 

zaczynała chodzić do żłobka. Kiedy ja uczyłem się prowadzić samochód, ona uczyła się 

czytać! Kaz, to śmieszne, ja...

- Będzie tu jutro punktualnie o siódmej, Blackledge.

- Dobra, przyjdę z nią pogadać - wysapał Jack. Tę rundę przegrał, ale nie miał zamiaru 

przyznawać się do porażki. - Jak się nazywa to słodkie, małe kaczątko? - Jego uśmiech był 

więcej niż diaboliczny.

Kaz nie wyglądał na uszczęśliwionego.

- Colleen Brady - wyrzucił z siebie i powrócił do przerwanej rozmowy telefonicznej, 

nerwowo unosząc brwi.

Colleen   Brady   weszła   do   redakcji  Buffalo   Times-Gazette   o  szóstej   trzydzieści.   Tak 

spieszno   jej  było  zacząć   nową   pracę,   że  musiała   się   powstrzymać,   by  nie   przyjechać 

godzinę wcześniej.

W   trakcie   oczekiwania   na   przybycie   Jacksona   Blackledge   została   przedstawiona 

wszystkim pracownikom, a ci przyjęli ją miło i ciepło. Obawiała się, że jej nowi koledzy 

mogliby źle potraktować kogoś z zewnątrz, kto sprzątnął im sprzed nosa świetną posadę 

asystenta felietonisty drukowanego w całym kraju. Samodzielne pisanie artykułów, oczy-

wiście pod czujnym okiem pana Blackledge’a, stanowiło spełnienie jej wielkich marzeń. 

Nie zdziwiłaby się więc, gdyby ktoś z redakcji okazał jej zazdrość bądź nawet otwartą 

wrogość.

Ku swojemu zaskoczeniu, została przyjęta z otwartymi ramionami. Dostała kubek kawy 

z ekspresu zainstalowanego w holu. Kiedy pociągnęła łyk i spróbowała go przełknąć, ktoś 

zażartował na temat mocy tej czarnej, gęstej smoły. Colleen śmiała się ze wszystkimi, ale 

zanotowała sobie w myślach, aby przynosić własną kawę w termosie.

- Już jest - wyszeptał jakiś głos. - Black Jack właśnie wysiadł z windy.

Colleen   nadstawiła   uszu.   Pan   Blackledge   swoje   artykuły   podpisywał   pseudonimem 

„Black Jack”.

Nagle przez tłumek przebiegł pomruk lekko podnieconych głosów, rozległo się kilka 

sapnięć i Colleen poczuła na sobie powłóczyste spojrzenia. Nie rozumiała, co się dzieje, 

ale w swym krótkim życiu już kilka razy grała rolę nowicjuszki, więc potraktowała tę 

8

background image

sytuację jako coś normalnego. Każda grupa razem pracujących ludzi ma swoje własne do-

wcipy, swój język, swój własny kod. Wiedziała z doświadczenia, że nie mogłaby zrobić 

nic gorszego niż zapytać o powód zamieszania.

Z natury ostrożna i czujna, Colleen udała, że nie zauważyła nagłego wzrostu napięcia i 

spokojnie popijała śmiercionośną ciecz, tutaj zwaną kawą. Niestety, stała tyłem do drzwi, 

więc musiałaby się odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni, żeby zobaczyć, kto wchodzi do 

pokoju.

Wolała tego nie robić. Lepiej nie niszczyć oczekiwań grupy na... na co? Colleen nie 

wiedziała,   ale   z   pewnością   wszyscy   wkoło   na   coś   czekali.   Na   pozór   spokojnie 

kontynuowała rozmowę z jednym z młodszych reporterów, udając brak zainteresowania.

- Hej, Jack, ona jest tutaj! - zawołał ktoś śpiewnym głosem. - Twoja asystentka jest 

gotowa i czeka na ciebie.

Colleen poczuła gorąco czerwieniejących policzków. Ten facet wypowiedział zwykłe, 

niewinne słowo „asystentka” tonem sugerującym jakiś sprośny podtekst!

- Dobra, gdzie ona jest? - usłyszała szorstki, mocny głos, pełen zniecierpliwienia i złości.

- Tam, Black Jack - padła wesoła odpowiedź. - Ta mała śliczna blondynka.

Colleen postawiła kubek z kawą na brzegu biurka i umyślnie powoli odwróciła się w 

stronę drzwi.

Jacka   Blackledge’a   dzieliło   od   niej   kilka   kroków.   Bez   wątpienia   zauważył   ją 

natychmiast.   Nie   tylko   była   jedyną   nie   znaną   mu   osobą   w   biurze,   ale   też   naprawdę 

wyglądała jak „śliczna mała blondynka.”

Zmierzył ją wzrokiem. Jej rozpuszczone jasnoblond włosy opadały nieco na ramiona. 

Patrzyła na niego ogromnymi brązowymi oczami. Dostrzegł słodkie, miękkie i zmysłowe 

usta. Jej skóra przywodziła na myśl lody brzoskwiniowe, taka gładka i bez skazy jak 

porcelana w najlepszym gatunku.

- Colleen Brady? - wyrzucił z siebie, chcąc zyskać na czasie. Dał się zaskoczyć, a nie 

zdarzało mu się to zbyt często. Kaz nie uznał za koniecznie poinformować go, że jego 

asystentka jest również piękną kobietą. Niezła laska, jak powiedzieliby niektórzy z jego 

kolegów. Fala ciepła, która przebiegła przez jego ciało, nie ucieszyła go w najmniejszym 

stopniu.

-  Tak,   proszę   pana   -   odpowiedziała   Colleen.   Usłyszała   za   sobą   stłumiony   chichot   i 

9

background image

drgnęła. Poczuła wewnętrzne napięcie jak nowy rekrut, stojący przed najbardziej zniena-

widzonym   instruktorem   musztry.   Zmusiła   ciało   do   częściowego   choćby   rozluźnienia 

napiętych mięśni, zdołała wykrzywić wargi w grymasie, który, miała nadzieję, przypomi-

nał oficjalny uśmiech i wyciągnęła rękę na powitanie.

Jack zamknął jej dłoń w swojej, tak wielkiej, że wchłonęła jej małą rączkę całkowicie. 

Jego palce były długie, silne i twarde.

Colleen usiłowała nie gapić się na niego, ale nowy szef bez wątpienia podziałał na jej 

zmysły. Dotąd wyobrażała sobie pana Blackledge’a, jako lustrzane odbicie łysiejącego, 

otyłego,  pięćdziesięciokilkuletniego  Kazorowskiego.  Ujrzała  przed  sobą   jego  dokładne 

przeciwieństwo: młody, wysoki i przystojny w bardzo męskim, surowym typie. Miał dość 

długie, czarne i niemożliwie gęste włosy, oczy swą barwą przypominały bezksiężycową 

noc, a usta o zmysłowych kształtach w tej właśnie chwili wykrzywiał nie wróżący nic 

dobrego uśmiech.

Kiedy tak stali na wprost siebie, wyglądali jak olbrzym i krasnoludek. On, potężnie 

zbudowany, wysoki jak wieża, i ona, która przy swoich stu sześćdziesięciu centymetrach 

wzrostu i drobnokościstej budowie stanowiła z nim uderzający kontrast. Ubrany był w 

wypłowiałe czarne dżinsy, co tylko podkreślało jego szczupłe biodra, płaski brzuch i onie-

śmielającą,   przytłaczającą   męskość.   Czarna   koszulka   i   skórzana   kurtka   przydawały 

ogólnemu wrażeniu nieokreślonej aury zagrożenia.

„Ubiera się raczej jak gangster, a nie jak dziennikarz” - pomyślała nerwowo Colleen. Z 

całą pewnością nie odpowiadał ideałowi osoby, która ma innych przyuczać do zawodu. 

Emanował seksem i był nieprzystępny: klasyczny przykład niebezpiecznego i trudnego we 

współżyciu   mężczyzny,   którego   to   typu   Colleen,   klasyczny   przykład   grzecznej 

dziewczynki, konsekwentnie unikała.

- Miło mi panią poznać, panno Brady - rzekł Jack fałszywie uprzejmym tonem, który 

wywołał wśród obserwatorów zduszony śmiech. - Jestem Jack Blackledge.

Już wczoraj, wiedząc, że publiczność dopisze, zaplanował sobie scenę niby grzecznego 

przywitania, a po nim zamierzał kontynuować schemat pod tytułem „Black Jack poznaje i 

niszczy nie chcianą asystentkę.” Nie miał nic przeciwko zabawianiu innych, o ile nie stało 

to   w   sprzeczności   z   jego   własnymi   celami.   Nie   przewidział   jednak,   że   „nie   chciana 

asystentka” będzie taka... pociągająca. Nie spodziewał się również, że dotyk jej małej, 

10

background image

ciepłej i miękkiej dłoni okaże się tak miły.

Colleen z trudem przełknęła ślinę.

- Cała przyjemność po mojej stronie. - To zdanie padło z jej ust automatycznie. Nie 

ulegało wątpliwości, że podobnie zachowałaby się, witając samego diabła. Dobre maniery

 wpajała jej matka, a potem najstarsza siostra Shavonne, która przyjęła na siebie ciężar 

wychowania Colleen po śmierci rodzicielki.

„Brak pieniędzy nie usprawiedliwia braku dobrych manier.”

Ta zasada, powtarzana tak często przez matkę i siostrę, wręcz wdrukowała się w jej 

pamięć. Kiedyś rodzina Bradych cierpiała straszliwą nędzę i chociaż ten problem przestał 

istnieć, gdy cztery siostry Colleen poślubiły bogatych braci Ramseyów, to kindersztuba 

pozostała. „Posiadanie pieniędzy nie usprawiedliwia braku dobrych manier” - brzmiało 

nowe zawołanie bojowe Shavonne.

- A więc spotkanie ze mną sprawia pani przyjemność, Colleen? - Zjadliwość jego tonu 

poruszyła dziewczynę do głębi. - Czy zawsze tak łatwo pani sprawić przyjemność, panno 

Brady?

Colleen poczerwieniała na twarzy. Ktoś z tłumu skomentował to głośno i poczuła, że jej 

policzki robią się coraz gorętsze. W myślach przeklęła jasną karnację swej skóry, która 

zdradziła ją właśnie wtedy, kiedy chciała zachować pozory zimnej obojętności.

Wysunęła rękę z jego dłoni. Właściwie tylko spróbowała to uczynić, bo Jack nie zwolnił 

uścisku. Pozostało jej jedynie wyrwanie ręki z kleszczy nowego szefa, ale i to wydawało 

się daremne w obliczu silniejszego przeciwnika, który nie miał najmniejszego zamiaru do 

tego dopuścić. Zamierzał natomiast ją zirytować, rozzłościć, zmusić do bitwy o odzy-

skanie własnej dłoni i tym sposobem ośmieszyć przed kolegami.

Oczy Colleen i Jacka spotkały się. Wyczytała w jego spojrzeniu wyzwanie i zdecydowała 

się je przyjąć.

2

- Czy mógłby pan puścić moją rękę? - zapytała Colleen z wymuszonym, drewnianym 

uśmiechem. Jeżeli nie udało się jej wyglądać na zimną i obojętną, może chociaż tak za-

brzmią te słowa. Miała nadzieję, że nikt nie zauważył lekkiego drżenia w jej głosie.

- Nie. - Jack uśmiechnął się złośliwie. Wiedział, że wyprowadził ją z równowagi. To 

11

background image

dobrze. Postanowił trzymać jej rękę tak długo, aż straci resztkę opanowania i pobiegnie do 

Każą z żądaniem uwolnienia jej od jakichkolwiek kontaktów z tym paskudnym Jackiem 

Blackledge’em.

Za jego decyzją krył się jeszcze jeden powód. Podobało mu się dotykanie tej dziewczyny.

Colleen nie była jednak ani tak naiwna, ani tak słaba psychicznie jak przypuszczał. W 

końcu przecież jej siostry poślubiły czterech braci Ramseyów, z których żadnemu nie 

brakowało agresywności, ciągot dyktatorskich i męskiej przewrotności. Siostry Colleen 

nauczyły się, jak postępować z Ramseyami, co w żadnym razie nie było łatwe, a Colleen 

miała oczy i uszy otwarte i również sporo sobie przyswoiła.

Wiele   razy   widziała,   jak   siostry   z   humorem   rozbrajały   pola   minowe   małżeńskich 

nieporozumień. Zawsze warto spróbować dowcipu, kazała więc wargom przybrać kształt 

najbardziej promiennego uśmiechu i zaprzestała wysiłków, by uwolnić dłoń.

-   Nie   sądziłam,   że   tak   szybko   osiągniemy   etap   trzymania   się   za   ręce,   Jack.   Więc 

zakochałeś się od pierwszego wejrzenia?

Tłumek wybuchnął śmiechem. Jack zarejestrował aprobatę widzów i zmarszczył brwi. 

Niezła z niej zawodniczka, skoro zdołała zażartować z jego taktyki zastraszania. Powinien 

teraz puścić jej dłoń i śmiać się ze wszystkimi. Zmarszczył brwi jeszcze bardziej. Nie lubił 

czuć się wystrychnięty na dudka, zwłaszcza przez blondynkę o twarzy dziecka.

Colleen   Brady   będzie   musiała   nauczyć   się   podstawowych   reguł,   z   których   pierwsza 

brzmi: on tu dowodzi. Kobiety przychodziły i odchodziły stosownie do jego zachcianek. 

Zawsze wszystko przebiegało zgodnie z jego warunkami. Raz nawet podziękował jednej z 

rozwścieczonych   dziewcząt,   która   nazwała   go   zimnokrwistą   żmiją;   uznał   to   za 

komplement.

Łatwo   przyszło,   łatwo   p   o   s   z   ł   o.   Tak   brzmiało,   kredo   i   zdecydowanie   odrzucał 

możliwość   zmiany   swych   poglądów   z   powodu   jakiejś   tam   laleczki   Barbie.   Zuchwale 

otaksował   ją   spojrzeniem.   Ze   zdumieniem   stwierdził,;;   przełknięcie   śliny   sprawia   mu 

trudność.

Jej figura posiadała wszystkie ponętne krzywizny, zagłębienia i wypukłości dokładnie 

tam, gdzie należy. Ciemnopurpurowej sukienki, którą założyła tego ranka, nie woźna by 

nazwać seksowną, ale miękki materiał uwydatniał znacząco jej kobiecość. Kształtne stopy 

obute były w, lekkie pantofelki na niskim obcasie, a ciemne rajstopy opinały smukłe łydki.

12

background image

„Wspaniałe   nogi”   -   przyznał   Jack,   wyobrażając   sobie   jej   uda,   z   pewnością   jędrne   i 

zaokrąglone. Następnie spróbował ujrzeć w myślach barwę i wielkość brodawek jej piersi, 

co  zaowocowało,   rzecz  jasna,   narastającym   podnieceniem.   „Pozbycie   się   małej  panny 

Brady za pomocą uwiedzenia zapowiada się całkiem przyjemnie” - pomyślał.

- Nazwijmy to pożądaniem od pierwszego wejrzenia, kochanie - wycedził. Uniósł jej 

dłoń do ust przyciągając ją tym samym ku sobie. Kiedy odwrócił jej rękę i przycisnął do 

niej wargi, do jego nozdrzy dotarła subtelna kwiatowa woń jej perfum.

W uszach Colleen zabrzmiało echo jej przeraźliwie głośno bijącego serca. Co ma teraz 

zrobić? Poczuła silną pokusę, żeby wyrwać rękę i trzasnąć go na odlew w twarz, ale prze-

cież obserwuje ich cała redakcja, czekając z niecierpliwością na jej następne posunięcie. 

Jeden fałszywy ruch może ją kosztować sympatię nowych kolegów, a może nawet wzbu-

dzić w nich niechęć czy wrogość.

Co gorsza, dotknięcie warg Jacka na wrażliwej skórze dłoni wprowadziło ją w jeszcze 

większe pomieszanie. Całe ciało Colleen ogarnął ten szczególny rodzaj fali gorąca, pły-

nącej z okolic żołądka, która wnet dotarła do policzków i oblała je krwistym rumieńcem.

Szybko   zerknęła   na   jego   prawą   rękę.   Nie   dojrzała   na   niej   obrączki   ślubnej. 

Niespodziewana, a przy tym ani trochę nie pomocna w wyplątaniu się z tego ambarasu, 

myśl przeraziła ją tak samo; jak dreszcz emocji wywołany dotykiem jego dłoni.

Witamy w Times-Gazette - krzyknął ktoś z tłumu - i na posadzie z piekła rodem. Jesteś 

odważniejsza niż ktokolwiek z nas.

-   Black   Jackowi   potrzebna   asystentka   jak,   nie   przymierzając   jak   ślubna   małżonka   - 

wymamrotał ktoś inny.

Tę ostatnia uwagę potwierdziły chóralne potakiwania i szepty. Colleen pojęła ją w lot: 

Jack Blackledge nie chciał się żenić i nie zamierzał pracować z kimkolwiek. Naraz zo-

baczyła swą wymarzoną posadę z zupełnie innej perspektywy.

-   Pan   Kazorowski   przyjął   mnie   dość   entuzjastycznie   -   wybuchnęła   Colleen,   zbyt 

poruszona najświeższym odkryciem, by utrzymać język na wodzy. - Ale to nie był entu-

zjazm, prawda? To był akt desperacji?

Usłyszała pojedyncze oklaski i śmiechy. Z uczuciem, jakie zwykle towarzyszy tonącemu, 

Colleen zdała sobie sprawę ze swego rzeczywistego położenia. Ten szczęśliwy los na 

loterii, jej wspaniała nowa praca okazała się niewypałem. Prawdopodobnie propozycję jej 

13

background image

podjęcia odrzuciło mnóstwo ludzi, także wszyscy obecni w tym pokoju, zanim ona miała 

nieszczęście przysłać swoje podanie. Czy Kazorowski w ogóle czytał próbki jej tekstów?

Nagle Jack puścił jej dłoń. Kiedy ich oczy niechcący się spotkały, dostrzegła w jego 

wzroku gniew zamiast wcześniejszej złośliwej satysfakcji.

- Do tego kupił cię tanio - wycedził zimno Jack. - Mam nadzieję, że nie łudziłaś się, że to 

z powodu twoich talentów dziennikarskich. 

- Umiem pisać - odrzekła Colleen.

P o m o c y - zawołała bezgłośnie w myślach. Nie lubiła walczyć, a walka z mężczyzną, 

w dodatku tak silnym, wysokim i tak bardzo męskim, przerażała ją bardziej niż cokolwiek 

innego. Obserwowała swoje siostry, ich zmagania z przyszłymi wówczas mężami z klanu 

Ramseyów i już wtedy czuła wielką ulgę, że była tą panną Brady, której oszczędzono 

podobnych przejść.

Jednak przyglądając się siostrom, zapamiętała dobrze jedną ważną rzecz. Pewien typ 

mężczyzny: dominujący, agresywny, promieniujący magnetyzmem seksualnym osobnik - 

a Jack Blackledge bez wątpienia należy do tej kategorii - każdego, kto ustępuje mu z 

drogi, natychmiast rozgniata jak pchłę. Jack Blackledge rozumie i szanuje tylko siłę i 

władzę. Uległa, nieśmiała kobieta nie ma w walce z nim żadnych szans.

Musi   mu   teraz   udowodnić,   że   trafił   na   równego   sobie   przeciwnika.   Ruszaj,   jeżeli 

zamierzasz iść naprzód. Tak brzmiała dewiza Ramseyów, mająca uzasadnić konieczność 

nieustannego   panowania   nad   sytuacją,   a   Colleen   zbyt   często   oglądała   tych,   którzy 

wycofali   się   bez   walki.   W   atmosferze   powszechnego   lekceważenia   tracili   możliwość 

decydowania o własnej przyszłości. To właśnie spotkałoby ją w  Times-Gazette,  gdyby 

pozwoliła Jackowi Blackledge’owi sterroryzować się na dobre.

- Umiem pisać - powtórzyła jeszcze dobitniej.

- Umiesz pisać?! - zawołał kpiąco Jack. - Spędziłaś wakacje przebrana za kaczuszkę. Co 

to ma wspólnego z pisaniem? Zaliczyłaś kilka egzaminów z dziennikarstwa na jakimś 

zakichanym uniwerku...

- Nie studiowałam dziennikarstwa - przerwała mu Colleen, a jej piwne oczy zaczęły 

jarzyć się gniewnym blaskiem. - Skończyłam filologię angielską.

- Jeszcze lepiej! - krzyknął Jack z pogardą.

Colleen wpadła w konsternację. Usiłowała odpowiadać ciosem na cios i stępić jego ostry 

14

background image

język, ale Blackledge najwyraźniej postanowił ją znokautować. Nie była pewna, jak długo 

utrzyma się na ringu.

-   Och,   daj   jej   spokój,   Jack   -   odezwał   się   jeden   z   dziennikarzy   sportowych. 

Przypuszczalnie, wczuwając się w jej położenie, pragnął w ten sposób podtrzymać ją na 

duchu.

- Ona jest w porządku - dodał któryś z reporterów, uśmiechając się nerwowo.

Zgodził się z nim ktoś jeszcze i szala zwycięstwa zaczęła się powoli przechylać na stronę 

Colleen. Czyżby zdała nieformalny egzamin i zdobyła sympatię nowych kolegów? Kiedy 

dwie z młodszych reporterek podeszły do niej i zaprosiły ją na lunch w czasie przerwy, 

pomyślała, że chyba tak.

Jack   doszedł   do   tego   samego   wniosku.   Rzucił   Colleen   złowróżbne   spojrzenie   i 

pomaszerował sztywno w kierunku swojego biurka.

- Idziesz tutaj czy zamierzasz sterczeć tam i plotkować cały dzień?! - zawołał ze złością. 

- Nie jesteś w wesołym miasteczku. W tym miejscu wydaje się gazetę.

- Spróbuj się nie przejmować, Colleen - szepnęła jedna z jej nowych przyjaciółek, z 

którymi miała zjeść lunch. - To nawet lepiej, że cię nie znosi. Będziesz bezpieczniejsza i 

popracujesz tu o wiele dłużej.

Colleen była wdzięczna za słowa otuchy, lecz nie dodały jej one odwagi. Podeszła do 

biurka Jacka w pełni świadoma, że nie cieszy się łaską swego szefa.

-   Dotąd   miałem   ten   kąt   wyłącznie   dla   siebie   -   powiedział   kwaśno   -   ale   widzę,   że 

wstawiono już mebel dla ciebie. - Wskazał na stary, odrapany blat, wciśnięty pomiędzy 

jego wielkie, błyszczące biurko a ścianę. - Siadaj i do roboty - rozkazał.

Colleen usiadła na starym drewnianym krześle. Nie mogła nie zauważyć, że obrotowe 

krzesełko Jacka jest zaopatrzone w miękkie poduszki, podczas gdy jej stary grat wyglądał 

jak wyrzucony na śmietnik z liczącej sobie sto lat wiejskiej szkółki. Po kilkudziesięciu 

sekundach siedzenia na nim jej ciało potwierdziło tę ocenę. Zastanawiała się, jak wy-

trzyma na nim przez kilka godzin.

Colleen powstrzymała westchnienie. Na szczęście biurka ustawiono tak, że dzieliła ją od 

Jacka szerokość dwóch blatów. Cóż, należy być wdzięcznym choćby i za to. Gdyby biurka 

stały tyłem do siebie, nie dałoby się uniknąć przypadkowych dotknięć.

Pomyślała o jego dużej, silnej i ciepłej ręce, o jego wargach na swej skórze i dziwny 

15

background image

dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. Tak, musi za wszelką cenę uciekać przed dotykiem 

tego człowieka.

- Wiesz, jak włączyć komputer? - zapytał Jack, udając troskliwość i obserwując ją przy 

tym uważnie. - Tam z boku jest taki kluczyk, który musisz przekręcić. Może ci pomóc?

- Nie, dziękuję. Poradzę sobie. - Poprzysięgła w duchu, że nie skorzysta z pomocy Jacka, 

nawet   gdyby   to   miało   oznaczać   ślęczenie   przed   czarnym   ekranem   przez   cały   dzień. 

Przeszukała klawiaturę, znalazła przełącznik i po chwili komputer ożył, sygnalizując to 

cichym brzęczeniem.

Jack zdawał się jej nie zauważać, więc w końcu zebrała się na odwagę i chrząknęła.

- Nie chciałabym panu przeszkadzać, ale co właściwie mam robić?

- A może ty mi powiesz, moja mała, co cię skłoniło do zabawy w dziennikarstwo?

Colleen popatrzyła mu prosto w oczy. Wtedy coś trudnego do uchwycenia, silnego jak 

wyładowanie elektryczne przebiegło między nimi.

Po prostu hormony, czysta chemia - pomyślał Jack. Ekscytujące, ale w obecnej sytuacji 

zupełnie nie na miejscu. Przecież starał się jej pozbyć, a nie zaciągnąć do łóżka. Ku 

swemu niezadowoleniu skonstatował, że ma ochotę na jedno i drugie jednocześnie.

Mniej   doświadczona   Colleen   zinterpretowała   powstałe   napięcie   jako   wrogość   z   jego 

strony. Z  historii burzliwego  narzeczeństwa  swoich  sióstr  zapamiętała  także  tę naukę: 

jedyny sposób radzenia sobie z wrogością to stawić jej czoło.

Odmówiła w myśli krótką modlitwę, wdzięczna za czysto zawodowy charakter swych 

stosunków z Jackiem. Wyobraziła sobie, że musiałaby utrzymywać osobiste kontakty z ta-

kim seksownym, wymagającym, agresywnym, trudnym mężczyzną! To... przerażające.

- Nie bawię się w dziennikarstwo - odrzekła, dumna ze swego opanowanego, zimnego 

tonu. Bez onieśmielającej asysty obserwatorów łatwiej się z nim rozmawiało. - Zawsze 

chciałam pisać. Kiedy pan Kazorowski przyjął mnie do pracy, ledwo uwierzyłam w swoje 

szczęście.

- Jak się dowiedziałaś, że nikt w redakcji nie reflektował na tę posadę?

-   Po   takim   miłym   powitaniu   z   pańskiej   strony   nie   miałam   żadnych   wątpliwości.   - 

Ucieszyła się z udanej repliki. Tak, słowna potyczka z panem Blackledge’em okazała się 

dla niej dużo prostsza, kiedy rozmawiali sam na sam.

- A dlaczego szukałaś pracy właśnie w Buffalo? - Ogarnęło go rozdrażnienie, gdy jej 

16

background image

żałosne próby odcinania się naprawdę odniosły skutek. - Tak się składa, że ja kocham to 

miasto. Tutaj się urodziłem i wychowałem, ale nie mogę nie dostrzegać, jaką złą reputacją 

cieszy się Buffalo w całym kraju. Nikt bez specjalnego powodu nie przyjeżdża tutaj.

Colleen zastanawiała się, czy on czeka na odpowiedź, czy tylko sposobi się do kolejnej 

złośliwości. Postanowiła wziąć jego pytanie za dobrą monetę i odpowiedzieć.

- Osoba, z którą wynajmuję mieszkanie...

- Mężczyzna czy kobieta? - Znów zastawiał na nią pułapkę.

Colleen zdecydowała, że ominie ją z daleka. Rzuciła mu pobłażliwe spojrzenie. 

-   Kobieta   -   rzekła.   -   Ma   na   imię   Nicola.   Nicola   Shakarian.   Byłyśmy   najlepszymi 

przyjaciółkami przez całe studia, więc po dyplomie...

- Mieszkałaś kiedyś z mężczyzną?

- Nie! - Zaraz pożałowała, że jej głos  ujawnił tyle  przerażenia. Znowu zamierzał ją 

zirytować, a ona połknęła przynętę. Musi odzyskać utracone terytorium.

-   Mieszkał   pan   kiedyś   z   kobietą?   -   Po   raz   pierwszy   w   życiu   zadała   takie   pytanie 

mężczyźnie. Miała nadzieję, że wygłosiła je niedbałym tonem osoby doświadczonej.

- Oczywiście. Przez dwa lata byłem żonaty. Oprócz tego i przed ślubem, i po rozwodzie 

zdarzało mi się przez czas dłuższy gościć kobiety w swoim mieszkaniu.

- Ach tak. - No i co teraz powinna powiedzieć? Kiedy dochodziło do niedbałej wymiany 

zdań osób doświadczonych, Jack miał nad nią co najmniej tysiąc lat przewagi.

- Pozwól, że uprzedzę twoje kolejne pytanie. Nie, w tej chwili mieszkam sam. - Jack 

uśmiechnął się w sposób, jakiego nie powstydziłby się wilkołak. - Powszechnie uważa się 

mnie za doskonałą partię.

- Kto tak uważa i z jakich powodów? - zareplikowała natychmiast Colleen. Niestety, 

znów zaczęła się rumienić. Jak on odgadł, że właśnie zastanawiała się nad jego obecną 

sytuacją?

- Punkt dla ciebie. - Tym razem zaśmiał się szczerze. - Czy w twoim życiu jest jakiś 

mężczyzna,  Colleen?  Może   miły  chłopiec   z   college’u,   który   nawet   teraz,  kiedy   sobie 

gawędzimy, haruje jak wół, żeby kupić ci pierścionek zaręczynowy z jednokaratowym 

diamentem?

Sztywno pokręciła głową i w tym samym momencie nagle odzyskane poczucie humoru 

dodało jej pewności siebie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że się uśmiecha.

17

background image

- Wygląda na to, że właśnie ten brak pierścionka rzucił mnie i Nicolę do Buffalo. Przez 

pierwsze miesiące po studiach próbowałyśmy mieszkać w Houston, ale na dłuższą metę 

okazało się to niemożliwe. Moja rodzina wciąż organizowała dla mnie i dla Nicoli randki 

z chłopcami, których wcześniej nie widziałyśmy na oczy. A kiedy nie usiłowali nas wydać 

za mąż, to bez przerwy nas odwiedzali, zapraszali na obiady i raczyli kazaniami na temat 

zagrożeń i pułapek czyhających na dwie samotnie mieszkające dziewczyny. Doszłyśmy do 

wniosku, że powinnyśmy wyjechać z miasta. Znalazłyśmy zajęcie w Waszyngtonie. Tam 

mieszkają krewni Nicoli. - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - No i proszę sobie wyobrazić: 

cała historia powtórzyła się od początku do końca, tym razem z rodziną Nicoli w roli 

głównej. Znowu doprowadzali nas do szału nadopiekuńczy wujowie i swatające ciotki.

Wcale nie pragnął odwzajemnić jej uśmiechu, jednak zrobił to bez udziału woli.

- Więc postanowiłyście poszukać wolności i niezależności w Buffalo?

-   Zależało   nam   na   wolności   gdziekolwiek.   Starałyśmy   się   o   pracę   we   wszystkich 

miastach w całym kraju, byle z daleka od Bradych i Shakarianów. Nicola jest pielęgniarką 

i chciała zatrudnić się w szpitalu pediatrycznym, a ja w gazecie. Umówiłyśmy się, że 

pojedziemy tam, gdzie będzie praca dla nas obu.

- I była w Buffalo.

Colleen przytaknęła.

- Nicola dostała etat pielęgniarki w szpitalu dziecięcym. Myślę, że spodoba nam się to 

miejsce. Wiem, że tak będzie - poprawiła się, a w jej oczach błysnęła radość. - Nareszcie 

jesteśmy na swoim, mamy przyjemne mieszkanko i obie znalazłyśmy dobre posady.

- Może twoja przyjaciółka znalazła dobrą posadę, ale ciebie wpuszczono w maliny, moja 

droga. Masz na głowie trzy różne zajęcia za niecałą jedną pensję.

- Trzy? - Wpatrzyła się w niego spłoszona.

- Oprócz pracy ze mną, która będzie ciężką torturą, mogę ci to obiecać, przyjdzie ci 

recenzować   bzdurne   komedie   dla   nastolatków   i   rzygawiczne   horrory,   bo   nasza 

recenzentka od idiotycznych filmideł idzie na urlop macierzyński. Laura Berman, szefowa 

działu   rozrywki,   kategorycznie   odmówiła   oglądania   tych   śmieci.  A  Stefania   Doebler, 

redaktorka   działu   kulinarnego,   poprosiła   o   kogoś   do   pomocy   przy   rubryce   wymiany 

przepisów od czytelników, w czwartkowym poszerzonym wydaniu. Wysil mózg i zgadnij, 

kto zajmie się tym wszystkim.

18

background image

- Ja? - Colleen rozwarła szeroko oczy.

- Brawo.

- Wymiana przepisów kulinarnych? Czy będę musiała też gotować?

- Skąd, u diabła, mam wiedzieć? - Jack wzruszył ramionami. - Nie miałem dotąd nic 

wspólnego z czymś takim. Z pomocą boską może nigdy nie będę miał.

- Ale ja nienawidzę gotowania. Jestem okropną kucharką.

- W takim razie żywię nadzieję, że każą ci nie tylko wypróbować każdy przepis, ale także 

zjeść to, co przygotujesz. I nie spodziewaj się, że zaryzykuję przełknięcie choćby kęsa z 

tej brei.

- Ani mi to w głowie. - Zagryzła dolną wargę. - Pan Kazorowski nic nie wspominał o 

przepisach i recenzjach filmów.

-   O   recenzjach   głupich   filmów   -   poprawił   ją   Jack   radośnie.   -   Oczywiście,   że   nie 

wspomniał. Jak słusznie zauważyłaś, był zdesperowany. Nie powiedział ci także, że w 

dziennikarskim światku Buffalo uważa się mnie za plagę egipską i dopust boży, prawda?

Colleen przyjrzała mu się w zamyśleniu.

- Najwyraźniej nie jest ci przyjemnie, że nikt nie chce z tobą pracować, a mimo to wcale 

nie próbujesz traktować ludzi uprzejmie i po przyjacielsku...

- Uprzejmie i  po przyjacielsku?-  huknął  Jack.- Za   długo  przebywałaś  w  magicznym 

świecie Disneya, moja panno. W realnym świecie nie ma miejsca na „uprzejmie i po przy-

jacielsku”. Każdy układa sobie grafik własnych celów i robi wszystko, żeby je osiągnąć 

kosztem pozostałych. Chodzi tylko o to, żeby wysforować się daleko przed innych i utrzy-

mać na czele wyścigu, to wszystko.

Colleen skrzywiła się.

- Jakbym słyszała teścia moich sióstr. To znaczy ojca moich szwagrów - wytłumaczyła.

- Co? - Jack najwyraźniej potrzebował dalszych wyjaśnień.

- Mam cztery siostry: Shavonne, Erin, Tarę i Megan, które poślubiły czterech braci: 

Slade’a, Rada, Jeda i Ricka. Oni...

- Zaraz, zaraz, chcesz, żebym się nauczył tych wszystkich imion na pamięć? - przerwał 

jej znowu. - Czy na koniec szykujesz jakiś konkurs?

Colleen obrzuciła go zimnym jak lód spojrzeniem.

- Moje siostry mają tego samego teścia, bo ich mężowie są synami tego samego ojca. 

19

background image

Większość ludzi uważa ten fakt za interesujący. Ten człowiek to rekin w ludzkiej skórze. 

Zgodziłby   się   z   tobą   co   do   filozofii   typu   „rób   wszystko,   byle   tylko   utrzymać   się   na 

szczycie” i podobnych bzdur. Ja się nie zgadzam, jeśli chcesz wiedzieć - zakończyła. W jej 

brązowych oczach zajaśniały iskierki buntu.

Jack   popatrzył   na   nią   surowo.   Sytuacja   zaczęła   wymykać   się   spod   mojej   kontroli   - 

pomyślał z niepokojem. Ta dziewczyna jest zbyt ładna i zbyt pociągająca... i za młoda dla 

niego.   Co   gorsza,   w   jej   towarzystwie   czuł   się   o   wiele   za   dobrze.   Czas   skończyć 

koleżeńską pogawędkę i to natychmiast.

- To nie bzdury, to uniwersalna prawda - rzucił ostro. - Poza tym nie interesuje mnie 

historia twojej rodziny, więc jeśli w ten sposób usiłujesz zachowywać się uprzejmie i po 

przyjacielsku, to na mnie to nie działa, Colleen.

Jej policzki przybrały barwę głębokiej purpury. Nie dość, że co chwila z niej drwił, to 

jeszcze wymówił „Colleen” takim tonem, jakby chciał powiedzieć „ty idiotko”.

Doprowadził ją do ostateczności.

- Dlaczego jesteś taki... taki nieznośny! - wybuchnęła.

- Nieznośny? - warknął Jack. - Nie jestem nieznośny! Tak możesz nazwać dzieciaka, 

który nie chce iść spać po dobranocce. Uprzejmie, po przyjacielsku, nieznośny...Jeżeli 

twoje słownictwo dziennikarskie brzmi tak przyziemnie, jak to, co słyszę, to radzę ci jak 

najszybciej zainwestować w dobry słownik, dziecinko.

- Nie lubię, kiedy nazywa się mnie dziecinką albo panienką - rzekła ostro Colleen. - Nie 

jestem dzieckiem.

-   Oho,   witamy   nową   feministkę.   No   dalej,   powiedz   mi,   jak   bardzo   nienawidzisz 

mężczyzn, i jak to my, mężczyźni, niszczymy was, piekielnie utalentowane kobiety. Już 

czekam na przemówienie z cyklu „Jakiż ten świat byłby wspaniały, gdyby rządziły nim 

kobiety”.

Zmierzyli się wzrokiem ponad blatami dwóch biurek.

- Wcale nie nienawidzę mężczyzn - zaprzeczyła Colleen gorąco - ale dla ciebie chyba 

uczynię wyjątek.

- A zatem Colleen lubi mężczyzn - odezwał się przesłodzonym głosem, zastawiając na 

nią kolejną pułapkę. - Założę się, że wielu mężczyzn lubi Colleen. Czy spędzasz czas jako 

imprezowa seksowna panienka  co  wieczór z  innym przyjacielem,  Colleen? Bawią cię 

20

background image

zaloty kilku facetów naraz, kiedy ty możesz wybrać sobie tego lub tamtego w zależności 

od nastroju?

- Odpowiedź na oba pytania brzmi „nie” - odrzekła z kamienną twarzą.

- Nie? Nie chodzisz na przyjęcia, nie flirtujesz, nie mieszkasz z przyjacielem. Co ty 

właściwie robisz z mężczyznami, moja droga?

Zignorowała   złośliwy   podtekst   tego   pytania.   Ich   rozmowa,   czy   raczej   kłótnia,   coraz 

bardziej przypominała wszystkie te nieprzyjemne wymiany zdań, do jakich dochodziło w 

trakcie randek z amantami myślącymi tylko o wciągnięciu jej do łóżka. Przywołała w 

pamięci rezultaty tych nudnych, żałosnych dialogów.

- Więc powiesz mi czy nie, Colleen? - nalegał Jack. - Czekam na odpowiedź z zapartym 

tchem.

Usta Colleen wykrzywiły się nagle w kwaśnym uśmiechu. Skoro chce się dowiedzieć, to 

proszę bardzo.

- Mogłabym odpowiedzieć, że tak osobiste szczegóły to nie twój interes i że zbliżasz się 

do  granicy  nagabywania  seksualnego.  Odniosłam  jednak  wrażenie,  że  to  by  cię   tylko 

zachęciło do dalszego włażenia z butami w moje prywatne życie. Może nawet zachęciłoby 

cię do ponownego bajdurzenia o moim feminizmie.

- Hm, nie mylisz się - zgodził się, a jego czarne oczy zaczęły błyszczeć.

- W takim razie usłyszysz prawdę. - Głęboko odetchnęła. Oto nastąpi wyznanie, które 

zawsze odstrasza mężczyzn. Nigdy dotąd jej nie zawiodło. - Jeśli chodzi ci o seks, to mam 

niewiele   wspólnego   z   mężczyznami.   Czasem   tylko   pocałunek   na   dobranoc,   jeżeli 

spędziliśmy razem  kilka miłych  wieczorów i  jeśli  zdołałam go  polubić. To wszystko. 

Dotąd sięga moje doświadczenie z płcią przeciwną.

- Mówisz poważnie? - Jack wyglądał na zakłopotanego. - Chcesz powiedzieć, że jesteś 

dziewicą?

Colleen skinęła głową, rozpaczliwie walcząc z wpełzającym na jej twarz rumieńcem.

Jack gapił się na nią baranim wzrokiem.

- A co... co z seksem?

Rumieniec pogłębił się. Zaczęła się wiercić na niewygodnym krześle.

- Nie jestem pewna, czy powinnam uprawiać seks przed ślubem, czy dopiero po wyjściu 

za mąż - wyznała cicho. - Moje dwie siostry spały ze swoimi mężami przed ślubem, a 

21

background image

dwie pozostałe wytrzymały z tym do nocy poślubnej. Wiem jedynie, że aby podjąć taką 

decyzję, musiałabym być bardzo zakochana i absolutnie pewna swoich uczuć, tak jak 

moje siostry.

Przez kilka chwil Jack nie był w stanie wykrztusić ani słowa.

- Naprawdę nie zamierzasz - wydukał w końcu - iść do łóżka z mężczyzną, dopóki się z 

tobą nie ożeni?

Wstał z krzesła i rozpoczął wędrówkę w tę i z powrotem, środkiem wąskiego pasa wolnej 

podłogi między biurkiem a oknem.

- Toż to średniowiecze! Co za wariactwo, żeby nie rzec, kompletne... - Z trudem złapał 

oddech. - Nawet nie potrafię znaleźć na tyle dosadnych słów, żeby ci powiedzieć,co myślę 

o takich staroświeckich, obłąkanych poglądach.

- Och, jak dotąd nieźle sobie radzisz.

Jego   reakcja   nie   jest   zaskakująca   ani   tym   bardziej   oryginalna   -   pomyślała   Colleen 

wzdychając. Przywykła już do takich scen. Zdarzały się zawsze, kiedy sytuacja zmuszała 

ją do wyłuszczenia powodów tego, że „nie idzie na całość”, jak to uroczo określali jej 

niedoszli kochankowie.

- Dlaczego was, mężczyzn, tak to denerwuje? - zapytała, czując narastającą wściekłość. - 

Nie potępiam nikogo, kto ma inne zapatrywania na seks. Ja nie chcę nakłaniać innych do 

podejmowania jakichkolwiek decyzji, zanim będą gotowi. Dlaczego więc ludzie tak łatwo 

potępiają i wyszydzają moje decyzje?

- Dlatego, że... że... - Jack zamilkł. Chociaż ciężko przyszło mu to przyznać, Colleen 

miała rację. Zastanawiał się gorączkowo, czemu tak go to ubodło. Przecież nie namawiała 

go do życia w celibacie, po prostu przedstawiła swoje stanowisko w pewnej kwestii.

Jego   wzrok,   jakby   niezależnie   od   woli,   po   raz   kolejny   spoczął   na   zmysłowych 

krągłościach piersi, ukrytych pod miękką włóczkową sukienką. Na piersiach, których nie 

zobaczył ani nie dotknął żaden mężczyzna.

Jest   dziewicą!   Te   słowa   nadal   dźwięczały   mu   w   uszach.   Dlaczego   ten   prosty   fakt 

poruszył go aż tak mocno? Czemu nie mógł przestać myśleć o tym, że każde miłosne 

dotknięcie i każda pieszczota okazałyby się dla tej dziewczyny czymś zupełnie nowym? 

Zmusił   się,   żeby   wypchnąć   z   umysłu   prowokacyjne   myśli   i   skoncentrować   się   na 

głównym celu tej rozmowy: tłamszeniu i odstraszaniu niepożądanej asystentki.

22

background image

- Cóż, więc nie jesteś zbyt doświadczona - mruknął. - Pozwól, że udzielę ci małej lekcji 

na temat życia we współczesnym świecie. Otóż dziewictwo straciło dziś na atrakcyjności. 

Jeśli kiedykolwiek poweźmiesz zamiar zainteresowania sobą mężczyzny, to nie wyskakuj 

ze swoimi rewelacjami.

-   Waśnie   o   to   chodzi.   Nie   muszę   cię   sobą   zainteresować,   dlatego   postanowiłam 

powiedzieć ci trochę prawdy - odparła natychmiast Colleen. - Teraz, mam nadzieję, dasz 

sobie spokój z niewybrednymi uwagami na temat seksu. Jak już wiesz, w przypadku mojej 

osoby to strata czasu.

Podszedł do jej biurka i zawisł nad nią jak sekwoja nad kępą paproci, znów próbując 

taktyki onieśmielenia.

- Być może popełniłaś strategiczny błąd, moja słodka. Przypuśćmy, że potraktuję twą 

niewinność jako wyzwanie? Przypuśćmy, że nie spocznę, dopóki nie będę cię miał w łóż-

ku? Nigdy jeszcze żadna kobieta nie wymknęła się z moich sideł. Gdybym zdecydował się 

na ciebie, spotkałby cię ten sam los. Z całą pewnością.

Colleen na chwilę zesztywniała, czując falę dreszczy. Z przerażeniem skonstatowała, że 

nie był to dreszcz strachu, tylko podniecenia. Natychmiast opanowała to uczucie. Za-

kończenia tego typu dyskusji znała już na pamięć.

- Na pewno ci się odechce - powiedziała matowym głosem. - Stracisz mnóstwo czasu i 

energii. Szybko dojdziesz do wniosku, że niepotrzebnie marnujesz siły.

- Zdarzało się tak przedtem?

Kiwnęła głową.

- Ale nigdy dotąd nikogo nie kochałam i nikt nie zakochał się we mnie. Redy to się 

stanie, kiedy zakocham się w kimś, kto pokocha mnie...

- Wylądujesz w jego łóżku, nie oglądając się na nic - dokończył Jack.

-   Chciałam   powiedzieć,   że   on   nie   potraktuje   mnie   jak   prehistorycznego   potwora   ze 

względu na moje poglądy. Uszanuje je i pozwoli mi podjąć decyzję bez ciągłego pona-

glania - odparowała cios.

-   Teraz   rozumiem,   dlaczego   tak   polubiłaś   Disneyland.   Kraina   śpiących   królewien, 

szlachetnych książąt i bajkowych ślubów w długiej białej sukni. - Pokręcił głową. - Obudź 

się, dziewczyno. Życie to nie bajka.

- Czasem życie wydaje się dziwniejsze nawet od bajki - sprzeciwiła się. - Moje życie...

23

background image

-   Oszczędź   mi   opowieści   o   swoim   życiu,   jeśli   łaska   -   przerwał   jej   z   sardonicznym 

uśmiechem na twarzy.

- Nie bój się, nie będę cię zanudzać. Zresztą ktoś tak mocno osadzony w rzeczywistości 

jak ty i tak by mi nie uwierzył.

- Niełatwo zbić cię z pantałyku, co, Colleen?

Wiedziała, że nie był to komplement.

Rzeczywiście, nie był. Cała ta rozmowa o ślubach i małżeństwie podziałała Jackowi na 

nerwy.   Wywołała   nieprzyjemne   wspomnienie   z   czasów,   kiedy   sam,   zamroczony   su-

kcesami bohater stadionów, wierzył w historie typu „żyli długo i szczęśliwie”. Mimo woli 

zobaczył w myślach swój ślub sprzed dziesięciu laty, pannę młodą. Donnę, w długiej 

białej sukni.

Sekundę później na ten obraz nałożył się inny, późniejszy o niecałe dwa lata. Oto Donna 

upychająca sukienki w walizce i oznajmiająca mu lodowatym tonem, że odchodzi. Po-

czuła się oszukana, kiedy jej mąż, wspaniały sportowiec, złamał warunki umowy, kończąc 

swą bardzo dochodową karierę. Jack, z ręką w gipsie od nadgarstka aż po ramię, a więc 

bez szans na dalsze występy w piłkarskiej ekstraklasie, po prostu słuchał.

Długo i szczęśliwie. Ha! Od tamtej pory zdążył zmądrzeć, dlatego idealizm Colleen 

wydał mu się irytującą dziecinadą. Jack wrócił do swego biurka i usiadł.

-   Dlaczego   nie   pobiegniesz   do   Każą   ze   skargą   na   moje   podłe   zachowanie?   - 

zaproponował z chytrym uśmieszkiem.

- Nie byłeś podły - odpowiedziała spokojnie. - Byłeś... hmmm... waham się użyć tego 

słowa znowu, ale zrobię to mimo wszystko. Byłeś nieznośny. Nie zamierzam rozpłakać się 

z te go powodu.

- Obrażałem cię i dręczyłem od pierwszej chwili naszego spotkania - wycedził Jack przez 

zaciśnięte zęby. - Jeśli tego nie zauważyłaś, to jesteś najbardziej nieczułą albo najgłupszą 

kobietą, jaką znam.

Desperacko próbował wyprowadzić tę dziewczynę z równowagi, sprawić, by rzuciła się 

na niego z pięściami albo wybuchnęła płaczem. Uważał siebie za mistrza w manipulo-

waniu   reakcjami   ludzi   i   władza   płynąca   z   tego   daru   zawsze   dawała   mu   ogromną 

satysfakcję. Na nieszczęście, Colleen Brady najwyraźniej odmawiała współpracy w tym 

względzie. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni strawił tyle czasu i energii na okiełznanie 

24

background image

kogoś, kto jak ta mała wszedł mu w drogę. Ani też, kiedy poniósł klęskę.

Colleen ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że zaistniała sytuacja nie jest jej niemiła. Z 

przyczyn, których jak dotąd nawet nie zaczęła sobie uświadamiać, nie bała się swego sze-

fa. Na przekór wszelkim oczekiwaniom jego towarzystwo działało na nią stymulujące, a 

nawet sprawiało jej pewną przyjemność.

- Wiesz, to bardzo podniecające nie dać się wyprowadzić z równowagi komuś, kto stara 

się to zrobić tak uparcie i bez ogródek - zaszczebiotała wesoło. - Może to wyprowadzi 

ciebie   z   równowagi,   Jack.   Nie   wzięłam   sobie   do   serca   ani   jednego   twojego   słowa. 

Wszystkie te nieznośne uwagi spłynęły po mnie jak...

-... jeśli powiesz „jak woda po kaczym zadku” to nie ręczę za siebie - wtrącił Jack.

- Ach tak? No to nic nie powiem.

Ku swemu zaskoczeniu o mało się nie uśmiechnął. Szczęściem w porę opanował tę 

pokusę.   Nie   podda   się   urokowi   tej   zuchwałej,   pewnej   siebie,   pyskatej   baby. 

Niedoczekanie!   Niestety,   pyskata   baba   jest   również   śliczna   i   z   pewnością   zbyt 

sympatyczna. Po raz pierwszy od stu lat stracił panowanie nad sytuacją. Co za potworne 

uczucie!

Nigdy więcej żadna kobieta nie zrobi mu t e g o, przysiągł po raz n-ty. Żadnej kobiecie 

nie da  się  oszukać,  zranić, pozbawić choćby pięciu  minut spokojnego snu.  Już  nigdy 

więcej.

Wstał z krzesła z impetem.

- Często pracuję w domu, tylko dziś, z powodu nalegań Każą, przyszedłem cię powitać. 

No to powitałem, a teraz wychodzę. Jeżeli chcesz się na coś przydać, możesz poczytać 

trochę na temat Buffalo albo przejrzeć kilka z moich felietonów. Albo pójść do działu 

rozrywki czy kulinarnego, żeby się przedstawić. Mnie jest wszystko jedno. Wychodzę.

Chwycił   swą   poobijaną   dyplomatkę   i   wymaszerował   z   redakcji.   Nie   wycofuję   się   - 

przekonywał sam siebie - nie uciekam przed panną Brady. Jack Blackledge nie czmyha 

przed wygadanymi, seksownymi dziewicami, nawet gdy nie dają się zastraszyć.

Szedł do domu, bo miał ochotę tam iść, a zawsze robił to, na co miał ochotę.

Przez całą drogę powtarzał te zdania jak modlitwę.

3

Tego popołudnia Colleen wróciła z pracy tuż przed czwartą, objuczona stosem przepisów 

25

background image

kulinarnych, oprawionym zbiorem wszystkich artykułów Black Jacka i grubym brulionem 

zapisanym   notatkami.   Nicola,   której   zmiana   trwała   od   siódmej   do   wpół   do   czwartej, 

zdążyła przyjść do domu pierwsza.

- Wskakuj w dżinsy i sweter, Colleen. - Nicola już je miała na sobie. - Idziemy na randkę.

- Na randkę? - powtórzyła Colleen bez entuzjazmu.

- Mój jest stażystą na chirurgii dziecięcej. Robi specjalizację i dopiero po pięciu latach 

może zostać zatwierdzony. A twój to jego kumpel.

Colleen ciężko westchnęła.

- Znowu randka z nieznajomym. Uciekłyśmy z Houston i z Waszyngtonu, żeby tego 

uniknąć, pamiętasz?

- To będzie co innego - paplała Nicola radośnie. - Mamy się z nimi spotkać w pizzerii 

niedaleko szpitala.

-   Pracujesz   w   szpitalu   dopiero   jeden   dzień   i   już   znalazłaś   sobie   chłopaka.   Jesteś 

niesamowita, Nicola. Ale czy ja naprawdę muszę iść z tobą? - Colleen westchnęła ponuro. 

- Powinnam sporo przeczytać na jutro, a poza tym czuję się tak zmęczona, że najchętniej 

wskoczyłabym do łóżka i spała aż do rana.

- To do ciebie niepodobne, Colleen. Co cię tak wykończyło? Czy coś źle poszło? Jaki jest 

ten Blackledge?

- Zupełnie inny niż myślałam - wymamrotała posępnie. Nie spodziewała się także, że po 

wyjściu Jacka ogarnie ją taka chandra. Podczas lunchu jej samopoczucie pogorszyło się 

znacznie, gdy zapoznano ją z pełną listą miłosnych podbojów szefa. Wyszła z redakcji 

zdruzgotana.

- Co to znaczy? Lepszy, gorszy, jaki? - nalegała Nicola.

-   Nie   chcę   rozmawiać   o   Blackledge’u.   Opadłam   z   sił,   a   ten   temat   jest   dla   mnie 

wyjątkowo męczący. - Żeby nie powiedzieć kłopotliwy i denerwujący, ale z domieszką... 

czegoś jeszcze. Nie chciała o nim myśleć, nie tylko mówić.

Weszła do swego pokoju, żeby się przebrać, a Nicola pośpieszyła za nią.

- Opowiedz mi o tym chirurgu, Nickie.

Nicola  przeczesała palcami  długie, kruczoczarne  włosy. Była  tego  samego  wzrostu  i 

wagi,  co  Colleen,  ale   odróżniała  się  czernią   włosów  i   oliwkową  karnacją.   Choć   obie 

patrzyły na świat brązowymi oczami, to często żartowały, że oczy Colleen mają barwę 

26

background image

czekolady mlecznej, a oczy Nicoli przypominają raczej gorzką.

- Poznaliśmy się na oddziale intensywnej terapii. Opiekuję się dwoma jego pacjentami - 

zaśpiewała Nicola, dając nura na łóżko. - Zaprzyjaźniliśmy się natychmiast i zaprosił mnie 

na lunch. Potem zaproponował mi kolację w tej pizzerii. Koło szpitala, bo dzisiaj ma 

dyżur.

- A ten mój amant? - zapytała Colleen zrezygnowanym głosem.

- Internista na pediatrii. Pochodzi z Pakistanu czy z... Nie pamiętam dokładnie. Nie mówi 

za dobrze po angielsku, ale dużo rozumie i...

- Idę na randkę z głuchoniemym? Nicola, jak ja się z nim dogadam? Nie mogę przez cały 

wieczór porozumiewać się z facetem na migi!

- Nie  przejmuj  się  -  rzuciła beztrosko  Nicola.  - Wszystko  pójdzie dobrze. W końcu 

Kamal i ja też tam będziemy. Mój chirurg nazywa się Kamal. Kawał chłopa. Ciemnowło-

sy, czarnooki, śniady. Jest taki inteligentny i oddany swojej pracy. Żebyś tylko widziała, 

jak cudownie obchodzi się z dziećmi. Och, Colleen, on jest niesamowity! Mamy takie 

same gusta muzyczne, lubimy te same książki i filmy. Och!

- Oczywiście, ten twój mówi po angielsku - domyśliła się Colleen. Po chwili zapytała:

- Nicola, czy twój poprzedni chłopak nie miał na imię Kamal? Tak, na pewno. Wtedy 

jeszcze mieszkałyśmy w Waszyngtonie. Twoja rodzina wychodziła z siebie, bo to Turek, a 

Turcy i Ormianie uchodzą za najgorszych wrogów na świecie. Nigdy nie przykładałam się 

do historii, ale z opowieści twoich rodziców wiem wszystko o krwawej wendecie turecko-

ormiańskiej.

- Tamten nazywał się Kemal, przez „e” - poprawiła Nicola, choć w wymowie różnica 

była ledwie słyszalna. - Kamal nie pochodzi z Turcji, tylko ze Związku Radzieckiego. - 

Spuściła głowę. Dokładnie rzecz ujmując, z jednej z republik, z Azerbejdżanu - dodała.

-   O   tym   też   słyszałam   od   twojej   rodziny!   -   Colleen   wpatrzyła   się   w   przyjaciółkę 

surowym wzrokiem. - Armenia i Azerbejdżan prowadzą teraz wojnę. Nicola, pamiętasz, 

jak w zeszłym roku twoi Ormianie organizowali pomoc dla...

-   Jak   mogłabym   zapomnieć   -   przerwała   jej   Nicola.   -   Tylko   co   to   ma   wspólnego   z 

Kamalem i ze mną? Nigdy w życiu nie zbliżyłam się nawet do granic Armenii, a on 

przyjechał do Stanów piętnaście lat temu, bo tu mieszkali jego wujostwo. Poszedł do 

college’u,   potem   na   Akademię   Medyczną   w   Buffalo   i   chce   przyjąć   obywatelstwo 

27

background image

amerykańskie.

- Nie musisz się przede mną tłumaczyć, Nickie. Ja też nie uważam, żeby w Ameryce 

pochodzenie czy różnice religijne miały jakieś znaczenie. Ale kiedy chodziłaś z Kemalem, 

wszyscy twoi krewniacy dostawali szału, więc na Kamala pewnie zareagują podobnie.

Nicola zaśmiała się.

- Colleen, pamiętasz? Przeniosłyśmy się do Buffalo, żeby przed nim uciec, prawda?

Telefon dzwonił już od dłuższego czasu. Jack, zajęty cyzelowaniem puenty felietonu, 

postanowił go zignorować. Natręt prędzej czy później będzie musiał dać za wygraną.

Na jego nieszczęście ten ktoś nie grzeszył brakiem cierpliwości. Monotonne dzwonienie 

nie milkło. Tok myśli Jacka został brutalnie przerwany.

- Tak?- warknął do słuchawki.

Przez moment panowała cisza, po czym chłodny, starannie modulowany kobiecy głos 

powiedział:

- Jack Blackledge? Mówi Ariel Morgan. Moja ciocia Polly przyjaźni się z twoją matką i 

ciotkami. Jest klientką ich sklepu na Florydzie.

Tylko   najwyższym   wysiłkiem   woli   Jack   powstrzymał   przemożną   chęć   trzaśnięcia 

słuchawką o widełki. Zanim Ariel Morgan zdołała wydusić słówko, już wiedział, co usły-

szy. Następne zdanie, które w jego rodzinie zrobiło karierę godną hymnu państwowego, 

bezgłośnie wymówił wargami jednocześnie z panną Ariel.

- Kiedy się okazało, że mieszkamy w tym samym mieście, zaczęły nalegać, żebym do 

ciebie zadzwoniła.

Matka i jej dwie siostry, także już wdowy, wspólnie prowadziły w Orlando sklepik z 

kartkami, upominkami i zabawkami. Wśród krewnych i znajomych niestrudzenie poszu-

kiwały kobiet, które według nich stanowiły dla Jacka dobrą partię, po czym udostępniały 

delikwentce numer telefonu w Buffalo, a Jack regularnie zmagał się z pełnymi nadziei 

konkurentkami.

- Wykładam literaturę angielską na uniwersytecie w Buffalo, zajmuję się też warsztatami 

poetyckimi - kontynuowała dziewczyna, a Jack pozwolił sobie na cichy jęk.

Oczywiście, ciocia Dorothy, ciocia Judy i mama zrobiły to znowu. Panią profesor od 

literatury, i to babrającą się  w poezji, dzieliła od wziętego dziennikarza niezmierzona 

28

background image

przepaść.

-   Ponieważ   oboje   paramy   się   pisaniem.   nasze   matki   pomyślały,   że   moglibyśmy   się 

spotkać.   -   W   tonie  Ariel   pobrzmiewało   rozbawienie,   mające   oznaczać   rzekomy   brak 

zainteresowania.

„Tak jakby telefonowała jedynie po to, by nie zrobić przykrości starszym paniom” - 

pomyślał Jack złośliwie. Wiedział, że to nieprawda. Dzwoni, bo wiąże z tym pewne na-

dzieje. Dokładnie tak, jak to wyjaśnił Colleen: każdy układa sobie grafik własnych celów.

- Czytuję twoją rubrykę - ciągnęła Ariel. - Masz... niezły styl. Przy odrobinie starania i 

niewielkiej pomocy mógłbyś spróbować sił w powieści.

No proszę. Jack skrzywił się. Kolejny dobrze znany schemacik, czyli: „Kiedy wreszcie 

przestaniesz pisać bzdury dla roboli i dołączysz do nas. Intelektualistów, tworząc Wielkie 

Dzieło   Literackie”.   Słyszał   to   już   wcześniej   od   sobowtórów   panny   Ariel.   Ziewnął, 

wysłuchując jej wersji coraz nudniejszego monologu.

Jack prawdopodobnie nie odbiegał poziomem od swych czytelników, ponieważ nigdy nie 

pociągała go wizja Wielkiej Powieści Amerykańskiej ani żaden inny rodzaj tak zwanej 

literatury pięknej. I chociaż zdawał sobie sprawę z dobrych chęci matki i ciotek, to wizja 

Ariel Morgan nie pociągała go ani odrobinę bardziej.

Wymówił się, kiedy zaproponowała wspólną kolację w tym tygodniu. Miał jednak do 

czynienia ze szczególnie wytrwałym przypadkiem - powinien był się tego domyślić po 

siedemnastym dzwonku telefonu - więc dostał zaproszenie na przyszły tydzień, a potem 

jeszcze na następny. Pokręcił głową. Będzie musiał ją przekonać, że jest zajęty do końca 

życia, i w dodatku zrobić to taktownie. Gdyby tylko nie maczały w tym palców ciocie i 

mama! W sercu Jacka krył się jeden czuły zakątek, zarezerwowany właśnie dla tych trzech 

kobiet.

- Posłuchaj, Ariene...

- Ariel - poprawiła go. - To imię duszka z Burzy Szekspira i elfa z Pukla Belindy Pope’a. 

Jestem urodzoną nauczycielką literatury.

Tak jak ja urodzonym piłkarzem - zadumał się Jack. A kiedy rozwiał się sen o karierze 

sportowej, Jack wylądował w świecie dziennikarskim, z dala od literackiego świata Ariel 

Morgan.

- Ariel, nie chciałbym cię urazić, ale... ostatnio spotykam się z pewną dziewczyną. To 

29

background image

zaczyna wyglądać poważnie, zdecydowaliśmy się... - Przełknął ślinę. Tej wymówki dotąd 

nie stosował. Jak to sformułować? - Zdecydowaliśmy nie spotykać się z nikim innym. 

Taki kontrakt na wyłączność, rozumiesz?

Zadziałało. Ariel Morgan uwierzyła. W jej głosie dała się wyczuć najpierw obojętność, a 

potem zdenerwowanie. W końcu szybko odwiesiła słuchawkę.

Zadowolony   ze   swej   pomysłowości,   Jack   wrócił   do   artykułu,   lecz   przedtem   zdjął 

słuchawkę z widełek. Przez resztę wieczoru nie będą go nękać żadne telefony.

Około północy przed położeniem się do łóżka odłożył słuchawkę na miejsce. W tym 

samym momencie rozległ się dzwonek.

- Jack, próbuję się do ciebie dodzwonić od ładnych paru godzin. - Słyszalny z drugiego 

końca linii głos matki pobrzmiewał nietrudną do uchwycenia naganą. - Znowu zdjąłeś 

słuchawkę, tak?

- Jasne, że tak, mamo - powiedział wesoło i wcale nie przepraszająco. Gdyby chodziło o 

złe wieści, matka nie traciłaby czasu na wymówki. - Co nowego?

- To ty mi powiedz, co nowego. Polly Morgan zadzwoniła do mnie, bo jej siostrzenica 

dzwoniła do niej z wiadomością, że dzwoniła do ciebie i że ją poinformowałeś o swojej 

dziewczynie.

- Ariel Morgan telefonowała do ciotki, żeby jej o tym powiedzieć?! - wykrzyknął Jack z 

niedowierzaniem. - Dlaczego? Po co? - Psiakość był pewien, że Ariel uwierzyła w jego 

wytłumaczenie.   Wygląda   na   to,   że   nie   i   wypaplała   wszystko   rodzinie   dla   uzyskania 

stamtąd poparcia.

-   Czuła   się   nieco   urażona,   że   dostała   od   ciotki   numer   telefonu   mężczyzny   już 

zaangażowanego w związek z kimś innym. Polly natychmiast zadzwoniła z pytaniem, co 

się dzieje. No właśnie, co się dzieje, Jack? - Matka nawet nie starała się ukryć coraz 

większego podniecenia. - Kim ona jest, ta dziewczyna? Ciocia Dorothy, ciocia Judy i ja 

jesteśmy takie podekscytowane. Musisz nam wszystko opowiedzieć.

Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. - Jack przypomniał sobie kolekcję 

dzierganych poduszek z sypialni matki. To przysłowie zostało wyszyte na jednej z nich. 

Szkoda, że nie pamiętałem o nim wcześniej - pomyślał, gorączkowo próbując wymyślić 

opis swojej nie istniejącej ukochanej.

Na nieszczęście fantazjowanie nie należało do jego mocnych stron.

30

background image

- Ona... hmmm... ona jest nie do opisania, mamo. - Kiepsko, panie Blackledge, ale tylko 

tyle mógł powiedzieć, pozostając na bezpiecznym gruncie.

- Jestem przekonany, że polubicie ją od pierwszej chwili - dodał, mając nadzieję, że 

zabrzmiało to wiarygodnie. Ku jego uldze, matka najwyraźniej wzięła te rewelacje za 

dobrą monetę.

- Och, Jack, tak się cieszę. Jakże mi u l ż y ł o, że w końcu znalazłeś sobie kogoś takiego. 

Po tym wszystkim, co przeszedłeś, kiedy Donna...

- Nie wracajmy do przeszłości, mamo - przerwał Jack zdecydowanie. - Mimo wszystko 

rozwód z Donną to nic strasznego. To się musiało stać prędzej czy później i...

- Masz rację, synku. Było, minęło - tym razem przerwała matka. - Jutro zarezerwuję dla 

nas bilety na samolot do Buffalo. Jeśli dopisze nam szczęście, to zobaczymy się pojutrze. 

Twoi kuzyni zajmą się sklepem w czasie naszej nieobecności.

- Słucham?

- I tak zamierzałyśmy cię odwiedzić - paplała matka radośnie. - Twoje częste wizyty w 

Orlando rozleniwiły nas niemożliwie. Teraz nasza kolej, żeby ruszyć się z domu. Nie 

przejmuj się, nie zwalimy ci się na głowę. Wynajmiemy pokój w hotelu, ale oczywiście 

chcemy poznać twoją ukochaną i spędzić z wami trochę czasu.

Moją   ukochaną?   Jack   osłupiał.   Przez   kilka   minut   usiłował   odwieść   matkę   od 

niefortunnego pomysłu, ale wszelkie wysiłki spełzły na niczym. Natychmiast po odłożeniu 

słuchawki, matka i ciotki zaczęły liczyć godziny dzielące je od spotkania z Jackiem i jego 

nową, prawdziwą miłością.

Która nie istnieje.

Jack leżał, spoglądając w sufit, i wpadał w coraz czarniejszą rozpacz.

Następnego ranka, wszedłszy do biura redakcji, Colleen zastała w nim Jacka. Kiedy szła 

w kierunku swojego biurka, Jack nie odrywał oczu od jej jasnej twarzy i błyszczących 

źrenic, a po sekundzie jego wzrok ześlizgnął się na gibką, zgrabną figurę asystentki.

Miała na sobie długi czarny wełniany sweter, bluzkę w czarno-białe pasy, czarne rajstopy 

i czarne buty, a włosy związała wysoko w koński ogon, który podskakiwał przy każdym 

kroku. Sweter sięgał tylko kilka centymetrów poniżej kolan, więc Jack po raz kolejny 

zachwycił się kształtnością nóg Colleen. Małe wysokie piersi, intrygująco wąska talia 

31

background image

rozszerzająca się w biodra o pięknej krzywiźnie coraz bardziej przykuwały jego uwagę. 

Było w niej coś nieuchwytnie erotycznego i kuszącego, lecz jednocześnie emanowała z 

niej młodość, świeżość i niewinność.

I taka też się wydawała. Bardzo amerykański typ porządnej i miłej dziewczyny, którego 

dotąd unikał jak ognia, nawet kiedy sam był młody, porządny i miły. Wówczas jego myśli 

obracały   się   stale   wokół   jednego   pragnienia.   Chciał   stracić   swą   niewinność   i   szybko 

odkrył,   że   istnieją   wesołe   dziewczynki   o   dużych   piersiach   oraz   niewielkich   zahamo-

waniach, które mogą pomóc w osiągnięciu celu. Lata mijały, a on nie widział powodu do 

zmiany upodobań.

Być   może   inni   mężczyźni   szukali   charakteru,   głębi,   inteligencji   bądź   zrozumienia   u 

kobiet, z którymi się spotykali, ale Jackowi wystarczała rozrywka. Jego krewni od lat 

ostrzegali go, że jeśli wkrótce nie ustatkuje się z kimś odpowiednim u boku, to „wszystkie 

porządne dziewczyny wyjdą za mąż, a ty zostaniesz sam albo z taką, której nikt inny nie 

zechciał”.

Jack nie przejmował się tego rodzaju proroctwami, a uwagi na ten temat zbywał żartami.

Kiedy   złośliwa   i   interesowna   Donna   opuściła   go,   żegnając   się   jedynie   obojętnym 

wzruszeniem ramion, wiedział, że niektórzy mogliby stwierdzić, że dostał dokładnie to, na 

co zasłużył. Ale  od matki  ani ciotek  ani razu  nie usłyszał niczego w  rodzaju „A nie 

mówiłam?” Doceniał to, ponieważ w rzeczy samej mówiły mu i ostrzegały na długo przed 

ślubem z Donną.

Colleen   witała   miłym   uśmiechem,   uprzejmie   i   po   przyjacielsku   wszystkich,   których 

mijała. Tę właśnie cechę bezlitośnie wyśmiewał, ale Colleen stanowiła uosobienie narze-

czonej, którą dobry syn powinien przedstawić matce. Gdyby z  n i ą właśnie powitał mamę 

i ciotki, byłyby zachwycone, a zarazem spokojne o jego szczęście. Co więcej, prawdopo-

dobnie szybciej wróciłyby na Florydę i zaprzestały tego piekielnego swatania.

Plan   wyglądał   doskonale,   bo   od   momentu   jego   powstania,   czyli   od   wczorajszego 

wieczoru, Jack bezustannie dopracowywał szczegóły, z których nie był pewien tylko jed-

nego: jak namówić Colleen do współpracy? Postanowił się tym nie przejmować. Mała, 

słodka panna Brady nie oprze się zniewalającemu urokowi Black Jacka.

- Cześć - Colleen z trudem łapała oddech. Przekonywała sama siebie, że zmęczyła się, 

biegnąc z samochodu na piętro do redakcji, i że jej puls nie zwielokrotnił się dopiero na 

32

background image

widok Jacka, siedzącego za biurkiem w nader zmysłowej pozie. Dzisiaj ujrzała  go w 

niebieskich   wytartych   dżinsach   i   granatowej   koszuli,   ale   zmiana   koloru   ubrania   nie 

wpłynęła   na   niepokojącą   aurę   erotyzmu   otaczającą   tego   mężczyznę.   Mimowolnie 

zesztywniała.

Jack przywołał na twarz najbardziej kuszący uśmiech Blackledge’a.

- Dzień dobry, Colleen.

Colleen ostrożnie powiesiła torebkę na oparciu krzesła, położyła na biurku plastykową 

teczkę z notatkami i otworzyła ją.

-  Twoja   teczuszka   wygląda   na   bardzo   poręczną   -  zauważył   Jack   uprzejmie.   -  Kolor 

kanarkowy, hm. Ładniutka.

Colleen   patrzyła   na   niego   uważnie   i   czekała.   Jack   uśmiechnął   się   szerzej,   więc 

zmarszczyła brwi.

- No, proszę. Powiedz to - zażądała.

- Co mam powiedzieć?

- Ten złośliwy dowcip na temat mojej teczki, który masz na końcu języka.

- Podoba mi się, to wszystko.

- Chyba nie sądzisz, że ci uwierzę?

- A czemuż to miałabyś mi nie wierzyć? Masz ochotę na wodę sodową albo kawę z 

automatu? Przyniosę ci.

- Nie, dziękuję. Zaopatrzyłam się we własną kawę w termosie. - Wyciągnęła z torebki 

kubek o barwie zżółkłej trawy i nalała do niego gorącej kawy.

-   Założę   się,   że   parzysz   wspaniałą   kawę   -   zawołał   z   entuzjazmem.   -   Mogę   dostać 

odrobinę? - Wydobył z szuflady swój kubek, ozdobiony symbolem drużyny Buffalo Bills, 

i podszedł do biurka dziewczyny. Nadal uśmiechał się promiennie.

Dłonie Colleen nieznacznie drżały, gdy nalewała mu aromatycznego płynu z termosu.

- Ach, tak jak myślałem. Ta kawa jest cudowna - oznajmił już po pierwszym łyku. Posłał 

jej, kolejny słoneczny uśmiech. Colleen cofnęła się o kilka kroków.

- Dlaczego to robisz? - zapytała niepewnie.

Jego mina wyrażała szczere zaskoczenie.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

- Uśmiechasz się do mnie. To... to jakiś fałsz. - Koniuszkiem języka oblizała spieczone 

33

background image

wargi.

- Ja się uśmiecham fałszywie? - Jack był urażony. I obrażony. Zawsze komplementowano 

jego zniewalający uśmiech. W końcu zaczął wierzyć bez zastrzeżeń w jego moc. A ona 

mówi, że jest fałszywy?

- Chyba wiem, co knujesz - wykrztusiła.

- Niby co?

- Niekonsekwencja to zasada twojej gry. Wczoraj byłeś sarkastyczny i złośliwy, więc dziś 

przygotowałam się na kolejne kpiny. A tu uśmiech od ucha do ucha, i to szczery jak, nie 

przymierzając, podrobiony czek. Następnym razem będę oczekiwać od ciebie uśmiechu, a 

ty wyskoczysz z nową sztuczką. Liznęłam trochę psychologii i wiem, że ludzie i zwierzęta 

przystosowują   się   niemal   do   wszystkiego   z   wyjątkiem   niekonsekwencji.   Chcesz   mnie 

zmusić, żebym poleciała do Kazorowskiego z prośbą o przeniesienie do innego działu.

- Sprytna mała Colleen - jęknął Jack. - Myślisz, że rozwiązałaś całą zagadkę, co? - 

Zirytował się, że tak szybko przejrzała go na wylot. Nie odkryła motywów, ale rozszyfro-

wała tę nieszczerą uprzejmość.

- Mam rację, prawda?

Wydał z siebie krótkie szczęknięcie, mające imitować chichot, ale nie był rozbawiony w 

najmniejszym stopniu.

- Jak dotąd mój szczery uśmiech i urok osobisty działały na każdego.

- Ja nie jestem każdy. - Colleen usiadła na swoim twardym drewnianym krześle. Sięgnęła 

do teczki i wydostała stamtąd paczkę listów i wycinków prasowych.

- Co to jest? - zapytał Jack, niechcący zdradzając zaciekawienie.

- Rubryka wymiany przepisów od czytelników z ostatnich dwóch miesięcy i listy, w 

których przysyłają te przepisy. - Wzięła jeden ze stosika. - Ktoś pisze na przykład tak: 

„Moja babcia często piekła ciasto z czekoladą. Pamiętam, że dodawała oleju i proszku 

kakaowego. Czy ktoś zna przepis?” Teraz ja muszę przekopać się przez te wszystkie odpo-

wiedzi i znaleźć przepis na ciasto czekoladowe z olejem i proszkiem kakaowym.

Jack skrzywił się.

- To przecież nie dziennikarstwo, tylko gastronomia.

- Stefania Doebler twierdzi, że nie muszę wypróbowywać przepisów sama. Dzięki Bogu 

i za to! Chociaż niektóre brzmią nawet interesująco. Posłuchaj tego, nazywa się to Deser 

34

background image

Niebiański: składa się zmiksowanych owoców, kwiatów malwy, bitej śmietany, dwóch 

rodzajów   budyniu   i   trzech   rodzajów   galaretki,   poukładanych   warstwami   w   głębokiej 

salaterce.

- Brzmi okropnie. Na twoim miejscu przemianowałbym to świństwo na Deser Wymiotny.

Colleen posłała szefowi surowe spojrzenie.

- Przysłała go pewna dama z Tonawanda, gdziekolwiek to jest. Zamierzam zamieścić ten 

deser w czwartkowym wydaniu. Poza tym dwa przepisy na ciasto czekoladowe i dwie 

prośby o nowe przepisy.

Włączyła komputer i zabrała się do pracy. Jack zaniepokoił się. Nic nie poszło zgodnie z 

jego   planem.   Założył,   że   ona   ulegnie   jego   czarowi   do   tego   stopnia,   że   natychmiast 

przyjmie zaproszenie na mały lunch we dwoje, a wtedy on przedłoży swą najdziwniejszą 

w świecie prośbę. Zaproponuje, żeby podczas pobytu matki i ciotek udawała „poważne 

zainteresowanie”   jego   osobą.  W  nocy   był   całkowicie   pewien,   że   oczaruje   Colleen   w 

dziesięć minut. Teraz po raz pierwszy zaczął wątpić w jej uległość.

Cóż,   jeżeli   nie   udało   się   za   pierwszym   podejściem...   Nie   zdobyłby   obecnej  pozycji, 

gdyby zawsze poddawał się po pierwszej próbie. Oparł się stopą o biurko dziewczyny tak, 

że   zwisał   ze   swojego   krzesła.   Jeśli   nie   zdziałał   nic   uprzejmością,   to   zagra   na   jej 

współczuciu. Ten sposób nigdy go nie zawiódł. Należy tylko delikatnie, ostrożnie zdążać 

do celu...

- Wczoraj skończyłem mój ostatni artykuł dla prasy ogólnokrajowej. Dzisiaj ukaże się w 

porannych wydaniach dzienników - zaczął pozornie obojętnym tonem. - Czytałaś?

Wzrok Colleen spoczął na muskularnym udzie, które prawie jej dotykało. Przygryzła 

wargę.

- Tak - bąknęła, szybko odwracając głowę. - Całkiem niezły. Pouczający i rozrywkowy 

zarazem. Nie śledziłam sporu między związkiem zawodowym Narodowej Ligi Futbolu a 

właścicielami drużyn, ale zrozumiałam wszystko. Naprawdę myślisz, że będą strajkować, 

czy umyślnie grasz rolę advocatus diaboli w tym felietonie?

- Niestety, chyba będziemy mieli strajk przed końcem miesiąca. - Z błyskiem w oku, Jack 

wyłuszczył swoje stanowisko w tej sprawie. Jego entuzjazm okazał się zaraźliwy.

- Bardzo mi się spodobało, że nie poparłeś żadnej ze stron. - Colleen nie kryła uznania. - 

Stwierdziłeś,   że   jedni   i   drudzy   kierują   się   li   tylko   chciwością,   ale   uniknąłeś   tonu 

35

background image

kaznodziei na rzecz satyry, i to dobrej.

- A co sądzisz o motcie? „Co jest moje, to jest moje, a co twoje, to się dopiero okaże.” 

Idealnie pasuje do wszystkich zachłannych maniaków, poczynając od zawodowych spor-

towców i gwiazd, a kończąc na popularnej odmianie eks-żony, także mojej - powiedział 

najzupełniej obojętnym tonem.

Colleen drgnęła. Nigdy jeszcze nie rozmawiała z mężczyzną o jego byłej żonie. Chłopcy, 

z którymi umawiała się na randki byli w jej wieku, zbyt młodzi na małżeństwo, a co do-

piero na rozwód. W tym momencie przypomniała sobie, że ma przed sobą szefa, a nie 

podrywającego ją chłopaka. Zarumieniła się lekko.

- Rozumiem - rzekła cicho.

A jednak połknęła tą wymyślną przynętę - pogratulował sobie Jack.

- Cóż, moja żona chorowała na ciężki przypadek chciwości. - Wzruszył ramionami. - 

Kiedy   braliśmy   ślub,   miałem   świetny,   bardzo   dobrze   płatny   kontrakt   jako   zawodowy 

piłkarz. Byłem całkiem niezły na boisku. Rozstając się ze mną. Donna chciała zabrać 

wszystko.

- Dostała to, czego chciała? - Colleen wstrzymała oddech, mając nadzieję, że nie weźmie 

jej za ciekawską plotkarkę. Jednak życie tego człowieka zbyt ją intrygowało, by mogła 

darować sobie to pytanie.

- Sąd uznał za stosowne darować jej wolność i nic więcej - odrzekł Jack spokojnie. - 

Kilka okoliczności świadczyło na moją korzyść. Byliśmy małżeństwem tylko przez dwa 

lata,   nie   mieliśmy   dzieci,   a   od   dnia   ślubu   Donna   pozostawała   na   moim   utrzymaniu. 

Oczywiście,   z   pieniędzy   zarobionych   moimi   występami   na   boisku   nie   zostało   wiele. 

Donna   lubiła   wystawne   życie.   W   czasie   naszego   małżeństwa   wydawaliśmy   prawie 

wszystko, co zarobiłem. A poza tym ja także wytoczyłem jej proces, chodziło o zdradę 

małżeńską. Sąd przyznał mi rozwód - dodał jakby mimochodem.

Colleen siedziała nieruchomo, milczała i zastanawiała się, co powiedzieć. Rozwód z 

niewierną żoną, która w dodatku wydała jego wszystkie pieniądze, musiał być bolesnym 

przejściem, choć Jack sprawiał wrażenie, jakby go to zupełnie nie obeszło. Nie wiedziała, 

czy już przetrawił tę sprawę, czy jedynie dusił w sobie gorycz i niemiłe wspomnienia. 

Była w rozterce, a on milcząc nie pomagał jej w doborze odpowiednich słów.

- To musiało być dla ciebie ciężkie przeżycie - wyjąkała w końcu ostrożnie. Zwierzył się 

36

background image

właśnie   jej.   Pochlebiało  jej   to  i  jednocześnie   czuła   rosnącą   ciekawość.   Przy   tym  we-

wnętrzny instynkt, jak dotąd niezawodny, nakazywał jej, by się miała na baczności. Było 

w tym wszystkim jeszcze coś... tylko co?

Jack wzruszył ramionami.

- Koniec kariery na boisku zabolał mnie sto razy bardziej niż odejście Donny. - Ich oczy 

spotkały   się   i   mieszanina   uczuć,   jakie   dostrzegł   w   jej   spojrzeniu   zaskoczyła   go. 

Współczucie, to prawda, ale przede wszystkim podejrzliwość.

Zmarszczył brwi i pochylił się tak, że wyczuł słabą woń jej perfum. Pamiętał ten zapach i 

pragnienie nim wywołane. Na jedną krótką chwilę zakręciło mu się w głowie, a umysł 

stracił zdolność myślenia. Zwalczył w sobie perwersyjną ochotę, by dotknąć alabastrowo 

gładkiego policzka Colleen.

Był blisko, bardzo blisko. Colleen zadrżała i wzięła głęboki oddech. Serce waliło jak 

oszalałe, wnętrzności zamieniły się w płynny miód.

- Jak to się  stało, że przestałeś grać?  - Jak przez mgłę usłyszała to pytanie, zadane 

miękkim, gardłowym głosem, który z trudem rozpoznała jako swój własny.

Pytanie wyrwało Jacka z otchłani erotycznego rozmarzenia. Trzeba dalej przeprowadzać 

plan, napomniał się. Jeśli zamierza zwyciężyć, a tak jest, to musi trzymać rękę na pulsie.

-   Miałem   wypadek   samochodowy.  Wyszedłem   z   tego   ze   zdruzgotanym   ramieniem   - 

rzekł, przysuwając się jeszcze bliżej i nagle poddał się nieodpartemu pragnieniu, by do-

tknąć związanych w koński ogon włosów. W dotyku okazały się tak samo miękkie, jak 

wyglądały. Ścisnął kosmyk między dwoma palcami i potarł go powoli.

- W dwóch miejscach miałem skomplikowane złamania i w związku z tym porażenie 

kilku nerwów - ciągnął ochryple. - Lekarze stwierdzili, że odzyskam władzę w ręce, ale 

nigdy   już   nie   będę   mógł   grać.   Nie   mylili   się,   ale   ten   wyrok   był   dla   mnie   stokroć 

trudniejszy do przyjęcia niż wyrok rozwodowy.

Dreszcze wywołane dotknięciem męskich palców głaszczących jej włosy przywróciły 

Colleen świadomość. Wstała i odeszła kilka kroków. Jack znajdował się o wiele za blisko, 

a Colleen prześladowało przeczucie, że robi to celowo jako część jakiegoś planu. Tylko 

jakiego?

- Dokąd  idziesz?  - wykrztusił  chrapliwie. Nie  powinien był  jej dotykać. Najbardziej 

jednak wyprowadziło go z równowagi to, że nie potrafił się powstrzymać. Na krótką 

37

background image

chwilę Jack Blackledge stracił panowanie nad sobą.

- Będę stała tutaj. - Colleen ulokowała się po drugiej stronie biurka, ręce skrzyżowała na 

piersiach.   Wyglądała   na   kruchą   i   delikatną,   a   jednocześnie   zdecydowaną   bronić   się 

wszelkimi środkami.

- Dlaczego? Przecież tylko rozmawialiśmy. - Kłamał i oboje o tym wiedzieli, lecz nie 

zamierzał się do tego przyznać.

- Pochyliłeś się nade mną, wisiałeś nade mną. - Colleen trzęsła się ze wzburzenia. - 

Bawi... - przerwała, by z trudem przełknąć ślinę. - Bawiłeś się moimi włosami. Dlaczego 

opowiedziałeś mi tyle o sobie? Wczoraj kazałeś mi zatrzymać szczegóły mego życia dla 

siebie, a dzisiaj częstujesz mnie swoją historią. Co ty knujesz, Jack?

Jack zaczerwienił się od szyi aż po końce uszu. Ta sytuacja była śmieszna, żeby nie 

powiedzieć żenująca. Nie przywykł do tego, by kobiety, które postanowił oczarować, wy-

wodziły go w pole.

-   Może   posłuchałem   twojej   rady   i   zacząłem   się   zachowywać   uprzejmie   i   po 

przyjacielsku? - burknął.

-   Nie   wierzę   ci   -   odparowała   natychmiast   Colleen.   -   Sądzę,   że   chciałeś,   żebym   ci 

współczuła. Ale nie rozumiem, dlaczego.

Jack westchnął przeciągle.

- Wygląda na to, że nie jesteś tak naiwna, jak myślałem. Cóż, masz rację. Próbowałem 

zagrać na twoim współczuciu.

Zaskoczona tym wyznaniem, Colleen wróciła na miejsce.

- Ale po co? - zapytała, szeroko otwierając oczy.

- Bo chcę cię prosić o przysługę. - Zmieszał się jeszcze bardziej, ponieważ Colleen 

roześmiała się głośno. - Co w tym śmiesznego.

- Ty jesteś śmieszny. Dlaczego po prostu nie poprosiłeś?

- Bo to najgłupsza prośba, jaką słyszałaś w życiu. Pomyślałem, że będę miał większą 

szansę, jeśli twoje małe miękkie serduszko uroni kroplę krwi z mojego powodu.

-   Jack,   po   prostu   powiedz,   o   co   chodzi.   Mimo   wszystko   jesteś   moim   szefem. 

Musiałabym zgłupieć, żeby odmówić szefowi, no nie?

Jack skrzywił się.

-   Mając   na   uwadze   twoje   ostatnie   słowa:   czy   przyjęłabyś   zaproszenie   na   jutrzejszy 

38

background image

wieczór, to znaczy na wspólną kolację?

Jej serce przestało bić. Proponował jej randkę. Podniecenie, które przeszyło ją na wskroś, 

było równie przerażające, jak odkrywcze: dotąd nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tego 

pragnie.

- Nie przejmuj się, nie chodzi o zwykłą randkę - pośpiesznie wyjaśnił Jack. - Jestem w 

pełni świadom, że zupełnie do siebie nie pasujemy, nie mamy żadnych wspólnych po-

glądów ani ochoty, żeby... no... kontynuować znajomość na płaszczyźnie towarzyskiej.

Colleen poczuła się jak balon napełniony helem, który właśnie wpadł na kaktus. Nagle i 

niespodziewanie uszło z niej całe powietrze. Zmusiła mięśnie twarzy do przyjęcia wyrazu, 

choć w przybliżeniu przypominającego chłodną obojętność.

-   Masz   całkowitą   rację   -   powiedziała   cicho.   Ma   rację   -   próbowała   sobie   wmówić. 

Musiała na chwilę postradać rozum, jeśli myślała co innego. - W takim razie dlaczego 

zapraszasz mnie na kolację?

- Ponieważ nie tylko ty cieszysz się posiadaniem życzliwych, acz wścibskich krewnych. 

Moja   matka   i   dwie   ciotki   marzą   jedynie   o   tym,   żebym   się   ustatkował   u   boku   miłej 

dziewczyny.   Mimo   że   mieszkają   na   Florydzie,   nie   przestają   nasyłać   na   mnie   jednej 

kandydatki za drugą. Problem polega na tym, że nasze wyobrażenia miłej dziewczyny 

różnią się diametralnie.

- Chyba to rozumiem. - Wizja Jacka na łasce swatających go starszych pań przedstawiała 

się dość zabawnie. Przydawało mu to nieco ludzkich cech.

- Krótko mówiąc: popełniłem błąd, zapewniając je, że jestem związany z miłą, porządną 

dziewczyną. Matka i ciotki przyjeżdżają jutro do Buffalo specjalnie po to, żeby poznać ten 

wzór wszelkich cnót. O to właśnie chodzi, Colleen. Czy zgodziłabyś się zagrać tę rolę? 

Uszczęśliwisz   trzy   sześćdziesięciokilkuletnie   wdowy,   a   do   tego   zarobisz   dodatkowe 

punkty u swego szefa.

- Ależ z pewnością znasz wiele kobiet, które mógłbyś o to poprosić zamiast mnie - 

zaprotestowała Colleen. 

Pokręcił głową.

- Kobiety, z którymi zwykle się spotykam, nie nadają się, żeby je pokazywać rodzinie. 

Dlatego się z nimi spotykam. Nie chcę się z nikim wiązać, nie chcę ich przedstawiać mojej 

rodzinie ani też poznawać krewnych tych kobiet. Powiedz, że robisz to dla mnie, Colleen - 

39

background image

poprosił.

- Nie podoba mi się pomysł oszukiwania twojej matki. Dlaczego ci na tym zależy?

- Chciałbym, żeby wróciły do domu szczęśliwe, że zmądrzałem i porzuciłem niemoralny 

żywot. Żeby myślały, że miłość  odpowiedniej kobiety zmieniła mnie na lepsze. Żeby 

przestały rozdawać mój numer telefonu na prawo i lewo każdej niezamężnej kobiecie, 

która wejdzie do ich sklepu.

-  A  potem,   kiedy   zaczną   pytać   o   plany   na   przyszłość,   a   wiesz   że   to   zrobią,   co   im 

odpowiesz?

-   Że   nadal   się   spotykamy,   ale   nie   spieszno   nam   do   ołtarza.   Mógłbym   używać   tej 

wymówki latami. Poza tym oszczędzone mi będzie ciągłe wysłuchiwanie matczynych na-

pomnień i dobrych rad od obu ciotek, a co najważniejsze, koniec ze swataniem i randkami 

na oślep. Z drugiej strony, one odpoczną od zamartwiania się o mnie i spokojnie zajmą się 

sklepem, moimi kuzynami i resztą rodzinki.

- Sama nie wiem, Jack.

- Tobie też się to opłaci - dodał szybko. - Jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebowała 

kogoś do podobnej roli na wypadek wizyty twojej rodziny, to służę w każdej chwili.

Colleen przyjrzała mu się w zamyśleniu. Przekonany, że ludzie działają tylko z grafikiem 

własnych celów w ręku, zaproponował jej wymianę usług. Co by się stało, gdyby jej ro-

dzina   zaczęła   zabawę   w   swatanie   na   odległość?   Jeśli   matka   z   ciotkami   zdołała 

doprowadzić Jacka do takiej depresji, to czego dokonaliby potężni Ramseyowie, gdyby 

wpadli na pomysł podsyłania jej kandydatów aż do Buffalo?

- Nie spodziewam się takiej konieczności, ale biorę to pod uwagę - przyznała. - Nie mam 

nic do roboty jutro wieczorem, a jeśli się zgodzę, Nicola nie wyciągnie mnie znowu do 

miasta. Mam dosyć randek ze znajomymi chłopaka Nicoli. Wczorajsza była koszmarna!

- Poszłaś wczoraj na randkę.? - zapytał szybko, zbyt szybko. Zmarszczył brwi.

Colleen niczego nie zauważyła. Wspominała wczorajszą przeprawę.

- Mój partner nie spał od trzydziestu godzin. Jest internistą i miał dyżur. Prawie nie mówi 

po angielsku, nawet kiedy nie odczuwa zmęczenia. Przez cały wieczór nie wykrztusił ani 

jednego słowa. Po prostu gapił się na swoją pizzę szklanym wzrokiem, a w końcu zasnął 

głębokim snem. Zwyczajnie położył głowę na stole i zachrapał. Nicola i Kamal byli. 

oczywiście, zbyt zajęci sobą, żeby to zauważyć. Przez trzy godziny siedzieli w boksie 

40

background image

naprzeciwko naszego, aż Kamala wezwano do szpitala. Umierałam z nudów. Wciąż od 

nowa rozwiązywałam tę samą krzyżówkę.

- Ze mną nie spotka cię nic takiego, obiecuję. - Jack uśmiechnął się uspokajająco. - Moja 

matka, ciocie i ja świetnie mówimy po angielsku i nigdy nie zasypiamy w restauracjach. 

Powiedz, że się zgadzasz, Colleen.

Pochyliła głowę.

- Cóż, dobrze - rzekła w końcu. - I tak jutro nie ma nic ciekawego w telewizji.

- Jestem ci wdzięczny, ale żywię nadzieję, że przy moich starszych paniach okażesz 

więcej entuzjazmu.

- Poinstruuj mnie dokładnie, na ile entuzjazmu liczysz?

- Po prostu zachowuj się tak, jakbyś była zakochana we mnie po uszy, a ja zachowam się 

tak samo.

- Dla ciebie to będzie łatwe: ty jesteś zakochany sam w sobie.

Uniósł swoje ciemne brwi.

-  Ufam, że powstrzymasz się jutro od takich uwag. Powinnaś być miłym, zakochanym 

dziewczęciem.

- Chyba zapiszę się do szkoły aktorskiej.

Uśmiechnęli się do siebie, najpierw z wahaniem, później już ciepło i wesoło.

- Umowa stoi, tak? - Jack wyciągnął rękę.

- Stoi. - Colleen podała mu dłoń do uściśnięcia.

4

- Mamy się z nimi spotkać na tarasie Górnej Restauracji przy wodospadzie Niagara - 

oznajmił   posępnie   Jack,   kiedy   tylko   Colleen   otworzyła   przed   nim   drzwi   swego 

mieszkania.   -   To   miejsce   wygląda   dokładnie   tak,   jak   się   nazywa.   Zemdli   nas   od 

cukierkowej   elegancji.   Zrozum,   matka   i   ciotki   zawsze   były   niepoprawnymi 

romantyczkami. Prawdopodobnie wymyśliły sobie, że jeśli będziemy jeść i tańczyć, obser-

wując wodospad z wysokości dwudziestu pięter, to z miejsca padnę na kolana i poproszę 

cię o rękę.

- Czy mam przyjąć oświadczyny? - zapytała Colleen ze złośliwym uśmieszkiem.

- Tak, jeśli chcesz za mnie wyjść. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby panie wzięły ze sobą 

formularze aktu ślubu i przyprowadziły sędziego pokoju na wypadek, gdybym się zająknął 

41

background image

na temat oświadczyn.

Colleen roześmiała się.

- Aż tak im zależy na twoim ożenku?

- Nie mam rodzeństwa, a matka marzy o wnukach. Ciotki już się ich doczekały, więc ona 

czuje się niedowartościowana.

- A doczeka się? - zainteresowała się Colleen. - To znaczy wnuków?

- Kiedyś, być może. - Jack wzruszył ramionami. - Lubię dzieci. Jeżeli spotkam kobietę 

na tyle zamożną, żeby warto było ją poślubić, to zrobię to, i będą dzieci.

-   Na   tyle   zamożną,   żeby   warto   było   ją   poślubić!?   -   powtórzyła   Colleen   z 

niedowierzaniem.

-   Nie   jestem   zachłanny.   Milion   czy   dwa   wystarczą   w   zupełności.   -   Uśmiechnął   się 

drapieżnie. - 1 oczywiście żadnego kontraktu ślubnego.

- „Co jest moje, to jest moje, a co twoje, to się dopiero okaże?”

- Szybko się uczysz, moja mała. Szkoda, że nie śmierdzisz groszem. Miałabyś u mnie 

szansę.

- Na szczęście nie mam szans - odpaliła Colleen lodowatym tonem.

Jej uczucia nie były bynajmniej równie lodowate jak słowa. Znała Jacka od sześciu dni i 

jak na razie nie znalazła okazji, aby wspomnieć, że mężowie jej sióstr należą do ob-

rzydliwie   bogatego   rodu   Ramseyów,   który   władał   ogromnym   imperium   finansowym. 

Ramseyowie zajmowali się budową i prowadzeniem centrów handlowych. Dotąd założyli 

już sto trzydzieści supernowoczesnych centrów w trzydziestu dwóch stanach. O takich 

sprawach nie mogła przecież wspomnieć ni stąd, ni zowąd w trakcie rozmowy o czym 

innym, szczególnie po uwadze Jacka, że nie interesuje go historia jej rodziny.

Tym bardziej teraz, kiedy Jack wyjawił jej swe małżeńskie plany, nie byłoby rozsądnie 

opowiedzieć   mu   o   nieżyjącej   już  Auguście   Ramsey,   sąsiadce   rodziny   Bradych   z   Za-

chodniej Wirginii, która w swym testamencie nie pominęła osieroconych dziewcząt. Część 

spadku należąca do Colleen dzięki mądrym inwestycjom jej szwagrów wzrosła niemal do 

pięciu milionów dolarów. Mimo to Colleen nie zapomniała szesnastu lat życia w ubóstwie. 

Nigdy nie pozbyła się uczucia, że niespodziewana fortuna może w każdej chwili rozpłynąć 

się   w   powietrzu   tak   szybko   i   niespodziewanie   jak   się   pojawiła.   Nie   zmieniła   tego 

przekonania nawet po  rozmowach  z siostrami i  ich mężami,  którzy usilnie  próbowali 

42

background image

wybić jej z głowy takie nastawienie. Poszła na uniwersytet i nie zmarnowała ani jednej 

chwili. Studiowała pilnie, żeby zdobyć zawód i jednocześnie pracowała, nie pozwalając 

sobie   na   luksus   życia   z   pieniędzy   w   banku.  Wypłacano   jej,   co   prawda,   procenty,   ale 

Colleen rzadko z nich korzystała. Nie raz słyszała od Ramseyów o kobietach polujących 

na bogatych mężów. Zwykle gratulowali sobie, że nie dali się złapać łowczyniom fortun. 

Ale aż do tej chwili Colleen nie zdawała sobie sprawy, że sama może stać się ofiarą 

podobnej intrygi. Wyjść za mąż za kogoś, kto poślubi ją po prostu w wyniku zimnej 

kalkulacji, dla konta bankowego... Przeszły jej ciarki po plecach.

Do niczego podobnego nie dojdzie - przyrzekła sobie solennie. Być może dotąd nie była 

świadoma niebezpieczeństwa, ale teraz Jack mimowolnie otworzył jej oczy. Dzięki Bogu, 

zrobił to w porę.

- Wyglądasz jak bojowniczka ruchu na rzecz praw zwierząt przed sklepem futrzarskim. - 

Jack jak zwykle prawił złośliwości. - Rozumiem, że nie aprobujesz finansowej strony 

moich planów małżeńskich

Zgorszona mina Colleen tylko go rozbawiła, co spotęgowało wzburzenie dziewczyny.

- Oczywiście, że nie. Już wiesz, jak czuje się człowiek wykorzystany dla pieniędzy. 

Twoja żona postąpiła tak z tobą. Nie pojmuję, jak mogłeś choćby pomyśleć o zrobieniu 

tego samego komuś innemu.

Uśmiech na twarzy Jacka przybladł.

- Umówiliśmy się, że będziesz grała rolę mojej dziewczyny, a nie spowiednika, więc 

oszczędź sobie kazań. A żeby wszystko było jasne, to dowiedz się, że moja eks-żona nie 

wyszła za mnie dla pieniędzy. - Skrzywił się. - Wyszła za gwiazdę sportu, bo to dawało jej 

wstęp do wielkiego świata sław futbolu. Kiedy to się skończyło, odeszła.

- I wtedy skończyły się też pieniądze - uściśliła Colleen, choć Jack sprawiał wrażenie, 

jakby za chwilę miał ją udusić. Nie zamierzała pozwolić mu przemilczeć tej prawdy.

W pokoju zaległa gęsta, pełna napięcia cisza; atmosfera stała się nie do wytrzymania.

Kiedy Nicola, opatulona w szlafrok kąpielowy i z ręcznikiem okręcanym wokół głowy, 

wpadła do salonu, Colleen wydała ciche westchnienie ulgi.

- Colleen, dzwonił ktoś do mnie, kiedy się kąpałam? - zapytała z miejsca.

- Dzwonił Kamal. Powiedział, że wpadnie po ciebie za godzinę.

43

background image

- Za godzinę! - wrzasnęła przeraźliwie. - Nie zdążę się przygotować. - Zniknęła w swojej 

sypialni.

- To była Nicola - zwróciła się Colleen do Jacka. - Przedstawiłabym cię, ale...

- Rozumiem. Za godzinę przybywa Kamal, każda sekunda jest droga. A propos, kto to 

jest?

- Stażysta na chirurgii w Szpitalu Dziecięcym, a poza tym zwiastun wojny ormiańsko-

azerbejdżańskiej w Buffalo.

- Co?

Wyjaśniła mu patriotyczne poglądy Shakarianów, następnie historię związku Nicoli z 

Turkiem Kemalem i perspektywy nowego romansu z Kamalem Veli.

- Rodzina! - Jack wyrzucił ramiona w górę. - Nie można bez niej żyć, ale jest o niebo 

łatwiej, kiedy mieszka tysiąc kilometrów od granic twego miasta.

- Nawet wtedy nie daje o sobie zapomnieć - wtrąciła Colleen. - Nasza dzisiejsza kolacja, 

czyż to nie kliniczny przypadek?

Spojrzeli na siebie.

-   Mam   wiać   płaszcz?   -   spytała   Colleen,   celowo   zmieniając   temat.   Dyskusja   o 

pieniądzach, małżeństwie i seksie stawała się zbyt niebezpieczna. - Po południu było dość 

ciepło, ale teraz już prawie noc i ten wiatr...

- Daj spokój, mamy świetną pogodę. Zostaw płaszcz.

Przebiegł po niej oczyma. Ubrała się elegancko i ze smakiem, tak jak powinna się ubrać 

dziewczyna   idąca   na   spotkanie   z   matką   narzeczonego:   dwuczęściowy   komplet   z 

kremowego jedwabiu w jasnoniebieskie groszki. Bardzo skromny dekolt, rękawy do łokci 

i krótka, marszczona spódniczka.

Matce   i   ciotkom   jej   wygląd   nie   wyda   się   seksowny:   to   jego   rozpasana   wyobraźnia 

wywołała przeszywającą go na wskroś falę pożądania. Nie potrafił się opanować, by nie 

przyglądać   się   jej   kształtnym   nogom   w   zwykłych   kremowych   rajstopach   i 

jasnoniebieskich pantofelkach na wysokim obcasie. Przyłapał się na rozmyślaniu, co też 

ona nosi pod spodem i serce zabiło mu mocniej.

Czy założyła zmysłową, skąpą bieliznę, reklamowaną w sex-shopach? A może wolała 

staromodne tasiemki i koronki, które na swój sposób mogą być równie kuszące jak krótkie 

i przezroczyste haleczki? Oblizał nagle wyschnięte wargi.

44

background image

Nic z tego. Powinien przypomnieć sobie, że zdecydował się wytrzymać cały wieczór z 

purytanką o beznadziejnie niedzisiejszych poglądach tylko po to, by wyprowadzić w pole 

matkę i jej siostry.

-   Nie   znoszę   eleganckich   ciuchów   -   jęknął   i   dla   potwierdzenia   tych   słów   ściągnął 

ramiona do tyłu, jakby próbował walczyć z nienawistną mu marynarką.

- Przypominasz   mi  moich małych kuzynów.  Connora i  Christophera,  którym  kazano 

założyć niedzielne garniturki. - Colleen uśmiechnęła się na to wspomnienie. - Nienawidzą 

eleganckich ciuchów tak samo jak ty.

Na tym jednak kończyło się podobieństwo do małych łobuziaków. W Jacku nie było nic 

dziecinnego. Wręcz przeciwnie - pomyślała Colleen, a jej puls nagle przyśpieszył. Po raz 

pierwszy widziała go w garniturze. Wyglądał w nim niewiarygodnie wspaniale, roztaczał 

wokół siebie szczególną aurę bez względu na swój strój. Colleen poczuła, jak jej ciało 

ogarnia mimowolne podniecenie.

Skarciła się w duchu. Przecież ten łowca posagów powinien wzbudzać nudności, a nie 

przyśpieszone bicie serca. Pojedzie na tę kolację, bo tak obiecała. Będzie miła i uprzejma, 

ale na tym koniec. I już nigdy, ale to nigdy więcej nie popełni błędu i nie da się zaprosić 

temu gorylowi na randkę. Za żadne skarby.

Jack jeszcze raz przygładził krawat, a twarz Colleen rozjaśnił przesłodzony uśmiech.

- Jestem pewna, że twojej matce i ciotkom spodoba się, że założyłeś garnitur, szczególnie 

jeśli wiedzą, jaka to dla ciebie tortura.

Jack   nachmurzył   się   znowu.   Kiedy   się   śmiała,   w   jej   lewym   policzku   ukazywał   się 

dołeczek.   Boże,   jest   zbyt   pociągająca.   Ma   miękkie,   kuszące   usta,   bardzo   wyraziste,   i 

wielkie brązowe oczy. Urzekł go ich blask i czujne inteligentne spojrzenie. Zastanawiał 

się, jak wyglądałyby te oczy rozpalone namiętnością lub senne po spełnieniu.

Ciało Jacka przeszył mocny tętniący ból niepohamowanej żądzy. Zmusił się do powrotu 

z gwiazd na ziemię: przecież ta dziewczyna liczy sobie całe dziesięć lat mniej niż on. Kie-

dy brał ślub z Donną, Colleen chodziła jeszcze do podstawówki.

Mimo   to   nadal   wpatrywał   się   chmurnymi   oczami   w   łagodne,   tak   bardzo   kobiece 

krzywizny  jej   figury.  Nieskuteczność   tej  argumentacji   polegała   na  tym,   że   Colleen   w 

niczym nie przypominała smarkatej uczennicy. Stała przed nim dorosła, w pełni dojrzała i 

piękna kobieta. A także niebezpieczna, bo hołdująca zupełnie innym wartościom niż on. 

45

background image

Raptem Jacka ogarnęła wściekłość na Colleen. To uczucie było konieczne dla zachowania 

między nimi dystansu.

- Mam tylko jeden garnitur, właśnie ten. Noszę go chyba wyłącznie na pogrzeby - dodał 

ponuro.

- Widzisz jakieś podobieństwo między kolacją w moim towarzystwie i pogrzebem? - 

Sądząc po sposobie, w jaki to wypowiedziała, nie należało uznać tego za żart. - Cóż, 

zakarbuj sobie w pamięci, że wyświadczam ci grzeczność i nic poza tym - wyrzuciła z 

siebie Colleen. Ostatni raz przeczesała włosy, po czym wsunęła szczotkę do torebki obok 

szminki i portmonetki.

Jack przyglądał się złotym kaskadom jej włosów oczami błyszczące i pełne wargi. Chęć 

dotknięcia Colleen stała się tak ogromna, że sprawiła mu ból.

- Chodźmy już - zarządził. - To prawie pół godziny jazdy stąd. Jeszcze chwila, a z 

pewnością się spóźnimy.

Zbiegł po schodach, wyprzedzając ją o kilka metrów. Wypadł przez drzwi pozwalając, by 

zatrzasnęły się przed nosem Colleen, która z wyrazem niesmaku na twarzy pchnęła je i 

podążyła jego śladem na parking. Jack wskoczył do swego sportowego czarnego pontiaca, 

usadowił się za kierownicą i uderzył w klakson, żeby ponaglić gramolącą się po wysy-

panej żwirem ścieżce Colleen, której wysokie i cienkie obcasy uniemożliwiały szybki 

krok.

Wiał wiatr, a temperatura najwyraźniej spadła o dziesięć stopni. Colleen trzęsła się z 

zimna. Niewątpliwie, powinna była wziąć płaszcz, ale on poradził zostawić go w domu. 

Świetna pogoda, tak powiedział. Pewnie dla niedźwiedzi polarnych!

Nie zadał sobie nawet trudu, żeby się przechylić w fotelu i otworzyć przed nią drzwi. 

Oczy Colleen zaczęły miotać błyskawice, kiedy sama otwierała drzwi i wsiadała do samo-

chodu. W tej samej chwili rozpaczliwie złapała jakiś uchwyt, ponieważ Jack natychmiast 

włączył silnik i ruszył do przodu. Colleen rzuciło na przednią szybę, aż wsparła się o nią 

obiema   rękami.   Posłała   mu   mordercze   spojrzenie.   Ten   człowiek   ma   maniery 

neandertalczyka.

- Twoje szczęście, że to randka na niby, bo inaczej już by się skończyła - wypaliła.

- Zaczniemy nasze przedstawienie nie wcześniej, niż ujrzysz moją matkę i ciotki. - Jack 

zdawał sobie sprawę, że zachowuje się obrzydliwie. Z powodów, których nie chciało mu 

46

background image

się zgłębiać, nie odważył się zmienić postępowania.

- Nicola uważa, że to bardzo głupi pomysł - powiedziała Colleen drętwo. - Mówi, że 

nikogo nie oszukamy, że nie można udawać tego, czego się nie czuje.

- Nieprawda. Czytałaś kiedyś Williama Jamesa? James twierdzi, że to działania kierują 

uczuciami, a nie odwrotnie.

Colleen uniosła brwi.

- Więc jeśli zachowujemy się tak, jakbyśmy byli zakochani, to w końcu naprawdę się 

pokochamy? - Zrobiła zdziwioną minę. - Chyba powinniśmy zmienić plany. Nie chcę się 

zakochać w pozbawionym ludzkich uczuć łowcy posagów.

-  A  ja   nie   zamierzam   tracić   głowy   dla   naiwnej   dziewicy   bez   posagu.   Na   przekór 

Williamowi Jamesowi jesteśmy nawzajem uodpornieni na siebie.

Nigdy przedtem Colleen nie spotkała nikogo o równie skostniałych poglądach.

Jack   zatrzymał   samochód   na   czerwonym   świetle   i   posłał   współpasażerze   chłodne, 

taksujące spojrzenie.

-   Nie   próbuj   się   teraz   wycofać,   Colleen.   Zgodziłaś   się   odegrać   rolę   mojej   słodkiej 

narzeczonej i zrobisz to. I masz być przekonująca, moja panno.

- Zaczyna to wyglądać nie na przysługę, a bardziej na wykonywanie rozkazów. Ja nic nie 

muszę, Jack. W pracy jesteś moim szefem, a i tam tylko wtedy, gdy piszę felietony, do 

czego mnie zresztą nie dopuszczasz.

- Mam w zapasie dziesięć gotowych artykułów, zatem na razie nie potrzebuję asystentki.

- Założę się, że nigdy nie będziesz potrzebował. W ogóle nie zamierzasz kiedykolwiek 

dopuścić mnie do swojej rubryki, dlatego zawsze będziesz trzymał kilka felietonów niby 

na zapas.

-   Zgadłaś.   Dlaczego   więc   nie   pójdziesz   do   Kazorowskiego   i   nie   poprosisz   o   stały 

przydział w redakcji dodatku dla kobiet?

- Dodatek dla kobiet nie istnieje już od jakichś dwudziestu lat - odcięła się Colleen.

- A, tak. Przemianowali go na Twój Styl czy inny Styl Życia, i to ma jakoby interesować 

wszystkich. Tyle że nie interesuje. Nadal czytają te bzdury tylko kobiety.

- Mylisz się, ale nie zamierzam tracić energii na dyskusje z tobą. - Ten facet posiada 

wyjątkowy dar drażnienia jej na sto różnych sposobów. Najlepiej zrobi, jeśli zacznie go 

ignorować. Umyślnie odwróciła głowę ku oknu.

47

background image

Jednocześnie założyła nogę na nogę. Na ułamek sekundy oczom Jacka ukazał się rąbek 

białej koronkowej halki. Usłyszał też cichy szelest, który wydały ocierające się o siebie 

uda w nylonowych pończochach. Tętno znów przyśpieszyło i na nowo wezbrało w nim 

pożądanie.   Po   raz   nie   wiadomo   który   pogrążył   się   w   świecie   marzeń   erotycznych   z 

Colleen Brady w roli głównej.

Pragnął jej, nie mógł dłużej temu zaprzeczać, ale nie mógł też jej mieć, bo Colleen nie 

należy do gatunku kobiet uznających seks bez miłości za rzecz właściwą. Tylko pewien 

typ dziewczyn z werwą zgadza się na taki układ: sympatyczne małe dziewice snują sieci 

gęstsze niż pająki. Ich nadzieje, ich pragnienie miłości, oddania, małżeństwa i posiadania 

dzieci wiążą mężczyznę silniej niż stalowe liny.

Pomyślał o wolności i niezależności, które tak bardzo sobie cenił, o planach ożenku z 

bogatą kobietą. Ewentualna zażyłość z Colleen Brady wykluczyłaby i jedno, i drugie. A 

jednak siedział za kierownicą, z trudem dusząc w sobie głód jej ciała. Dzisiejszy wieczór 

był dużym błędem, widział to wyraźnie już teraz.

- Wiesz, może twoja przyjaciółka ma trochę racji. Jak mogę... - urwał w pół zdania. Jak 

mogę zachowywać się jak dżentelmen, jeżeli przez cały czas chcę tylko jednego: zerwać z 

niej tę jedwabną sukienkę!...

Powstrzymał   się   od   zakończenia   tej   niebezpiecznej   myśli.   Na   szczęście   zapaliło   się 

zielone światło i musiał zająć się prowadzeniem samochodu.

- Chciałeś zapytać, jak możesz się zachowywać, jakbyś mnie kochał, skoro mnie nawet 

nie lubisz? - podpowiedziała mu Colleen. - Zanosi się na to, że drogą doświadczeń prakty-

cznych obalimy teorię Williama Jamesa.

Jack nie palił się, by wyjaśniać teraz zawiłości miotających nim emocji. Nie podaje się 

wrogowi oręża!

- Co za śmieszna sytuacja - mruknął. - Udawać miłość do kogoś, kto nie jest w moim 

typie i nigdy nie będzie, nie mogę być, nie mógłbym być...

Uświadomił sobie, że przesadził z lamentowaniem i momentalnie ucichł. Co za ulga, że 

Colleen nie dokończyła zdania jakąś kąśliwą uwagą. W nagłym olśnieniu pojął, że nie 

dostrzegła   prawdziwego   sensu   jego   słów,   bo   nie   zdawała   sobie   sprawy   z   siły   swej 

kobiecości. Colleen Brady codziennie przeglądała się w lustrze i na pewno wie, że jest 

atrakcyjna, ale nie ma pojęcia, jak bardzo zmysłową posiada urodę. Jest niewinna, nie 

48

background image

rozbudzona i zupełnie nieświadoma tego, że mężczyzna może pożądać jej tak mocno, jak 

on w tej chwili.

Na szczęście dla niego! Jack westchnął z ulgą.

Colleen słysząc westchnienie, wzięła je za wyraz zniecierpliwienia i zdenerwowania tą 

„śmieszną sytuacją”.

-   Przecież   to   twój   pomysł,   nie   mój,   ta   dzisiejsza   maskarada,   pamiętasz   jeszcze?   - 

powiedziała. - Jeżeli się rozmyśliłeś, to ja się nie obrażę. Możesz odwieźć mnie do domu. 

Mam coś do zrobienia dziś wieczorem.

- Mianowicie co? Randka z następnym nieznajomym, który nie mówi po angielsku i 

zasypia z nosem w talerzu?

Colleen zachmurzyła się. Niepotrzebnie opowiedziała mu tę historię.

- Sądzisz, że nie mogłabym wyjść z kimś, kogo znam i kto mnie lubi?

Pewnie,   że   to   możliwe.   Bardzo   możliwe.   Ta   wizja   przyprawiła   go   o   kolejną   falę 

wściekłości, sączącej się z nerwów do mięśni. Którą to wściekłość postanowił wylać na 

Colleen.

- Być może się mylę, ale z tego, co wiem, miałaś w Buffalo zaledwie dwie randki i obie 

na ślepo. Pierwsza z tą śpiącą królewną z Afganistanu, druga to nasza dzisiejsza maska-

rada.   Małe   dziewice   o   średniowiecznych   poglądach   nie   liczą   się   na   giełdzie,   nie 

wiedziałaś o tym?

Colleen uniosła podbródek ruchem pełnym dostojeństwa i gracji. Ostatnia uwaga ubodła 

ją, ale nie da tego po sobie poznać.

- Ten chłopak pochodzi z Pakistanu, a nie z Afganistanu - rzekła wyniośle.

- Niech będzie. Przyznaję się do pomyłki.

Jechali w milczeniu przez parę chwil, które zdawały się wiecznością, choć zegar na desce 

rozdzielczej odmierzył niecałe dziesięć minut.

- W takim razie co chciałabyś dziś robić? - zapytał w końcu Jack. Jego głos niemal 

odbijał się echem wśród zalegającej wkoło ciszy.

- Pracować - odparła od razu Colleen. Milczenie dało się jej we znaki. Sama miała ochotę 

je przerwać, ale nie wiedziała, jak się do tego zabrać. - Po południu obejrzałam Krwawą 

betoniarkę i nie skończyłam jeszcze recenzji do jutrzejszego wydania.

Krwawą betoniarka. - Jack uśmiechnął się wbrew sobie. - Żartujesz, tak?

49

background image

-   Chciałabym.   To   się   składa   ze   stu   jedenastu   minut   wypełnionych   krwią,   flakami   i 

urwanymi kończynami. Żadnej akcji, żadnych efektów specjalnych, tylko scena za sceną 

zwariowana betoniarka i jej ofiary. Nie grzeszę wiedzą w dziedzinie krytyki filmowej, ale 

nie trzeba być krytykiem, żeby uznać ten film za jedną wielką ohydę.

-   Zwariowana   betoniarka   idzie   na   całość,   co?   Z   pewnością   zrobi   furorę   wśród 

niedorozwiniętych nastolatków. Mam nadzieję, że zrecenzujesz  Krwawą betoniarkę  2, a 

potem 3 i 4. Hej, oni to mogą ciągnąć w nieskończoność.

Colleen jęknęła. Jack zarechotał głośno.

-   Przed   nami   Tęczowy   Most   -   oznajmił,   zatrzymując   samochód.   -   Granica   Stanów 

Zjednoczonych i Kanady.

Colleen rozejrzała się wokoło z niekłamanym zaciekawieniem.

- Nigdy nie wyjeżdżałam za granicę, nawet do Meksyku, kiedy mieszkałam w Teksasie. 

Nie mogę się doczekać widoku Niagary.

Jack wychował się w Buffalo i traktował wodospady jako rzecz całkiem zwyczajną, ale 

pokazując je gościom spoza miasta odczuwał coś na kształt lokalnego patriotyzmu i dumy.

- Kiedy się patrzy na Niagarę po raz pierwszy, to zawsze robi wrażenie. Z restauracji 

zobaczysz wodospady po obu stronach granicy.

Strażnik   graniczny   machnął   tylko   ręką,   więc   wjechali   na   wysoki   most   łączący 

miejscowość   Niagara   Falls   w   Stanach   z   miejscowością   Niagara   Falls   w   Kanadzie.   Z 

parkingu,   na   który   skręcili,   był   doskonale   widoczny   wodospad   kanadyjski, 

przypominający kształtem podkowę.

-   Niewiarygodne!   Wspaniałe!   -   zachwycała   się   Colleen   w   drodze   do   restauracji 

hotelowej.

Jack chwycił dziewczynę za nadgarstek i wprowadził do windy.

- Ze szczytu zobaczysz więcej.

Oprócz   nich   w   windzie   nie   było   nikogo.   Colleen   szybko   zerknęła   na   swoją   dłoń 

uwięzioną między długimi palcami Jacka. Mężczyzna o jego wzroście i sile mógł zrobić z 

nią wszystko, co chciał. Trwający krótką chwilę brak kontroli nad własnymi odczuciami 

zaowocował intrygującym podekscytowaniem, którego źródło tkwiło w kobiecej słabości. 

Natychmiast udzieliła sobie nagany. Żyje w końcu dwudziestego wieku i nie powinna 

szukać romantyzmu na poziomie jaskiniowców. Poza tym ten szczególny jaskiniowiec 

50

background image

choruje na ciężki przypadek gorączki złota.

Dlaczego więc tak ją fascynuje? Colleen rozpaczliwie próbowała znaleźć odpowiedź. 

Miał więcej wad niż jakikolwiek mężczyzna, którego dotąd znała: arogancki, nieuprzejmy, 

złośliwy... a jednak zawsze, kiedy rzucał jej jakiś ochłap, zapominała o ciągle tlącej się 

między nimi wrogości i nie wiedzieć czemu brała wszystko za dobrą monetę.

Kiedy zamknęły się drzwi i winda ruszyła ostro w górę, Jack nadal ściskał jej nadgarstek.

-   Boli   mnie   ręka   -   rzekła   chłodno   Colleen.   Chociaż   wcale   nie   bolała.   Tylko   to 

niewymowne napięcie, które spinało klamrą całe ciało, popchnęło ją do kłamstwa.

- Naprawdę? - spytał niskim gardłowym głosem. Rozluźnił nieco palce i powoli zaczął 

wodzić kciukiem wzdłuż jej dłoni.

W dole brzucha Colleen poczuła nagle silny ucisk.

- Nie...- wykrztusiła.

- Drży ci ręka, Colleen. - Jack splótł swoje palce z palcami dziewczyny. - Ciekaw jestem, 

dlaczego?

- Pewnie dlatego, że miewam napady klaustrofobii, czasami także w windzie.

- Bardzo dobrze, Colleen! - Jack zaśmiał się z uznaniem. - Szybko myślisz. Mam wiele 

szacunku dla takich umiejętności.

Spojrzał na nią z góry. Delikatna skóra zaczęła pokrywać się rumieńcem. Trzymając ją za 

rękę, mógł nawet wyczuć przyśpieszone tętno. Był zbyt doświadczony, by nie zauważyć 

pewnych subtelnych oznak i nie odczytać ich właściwie: jako zwiastunów budzącego się 

pożądania. W odpowiedzi w lędźwiach poczęła pulsować, nie mająca szans na spełnienie, 

żądza.

- Chyba już czas, żeby wejść w role. - Czarne oczy błyszczały jak dwie świece. - Co 

zrobiłaby para śmiertelnie zakochanych ludzi, gdyby znalazła się sam na sam w windzie?

-   Porozmawiałaby   -   brzmiała   szybka   odpowiedź.   -   Ona   denerwowałaby   się   przed 

spotkaniem z jego rodziną, więc on próbowałby podtrzymać ją na duchu.

- Błąd, Colleen. - Jak może być rozzłoszczony i podniecony zarazem? W dodatku jedno 

tylko potęguje drugie. - Nic dziwnego, że nadal cieszysz się dziewictwem. Kobieta nie 

pozbawiona choćby odrobiny uczuć wiedziałaby, kiedy trzeba przestać gadać i zacząć...

- Obmacywanie? - Naburmuszyła się. - Być może brak mi odrobiny namiętności, ale za 

to mam sporo rozsądku. Nie zamierzam obściskiwać się z tobą w windzie, wiedząc na 

51

background image

twój temat to, co wiem.

- A co takiego o mnie wiesz?

-   Że   wykorzystujesz   kobiety   i   że   tyle   w   tobie   głębi   i   czułości,   co   w...   scenariuszu 

Krwawej betoniarki

 Jack zaniósł się śmiechem.

- Mała kaczuszka przystępuje do kontrataku. Pewnie powinienem się obrazić, ale zbyt 

doceniam twą pomysłowość. Raczono mnie już porównaniem mojej osoby do szczura i 

węża, ale pierwszy raz w życiu ktoś mnie nazwał...

- Próbowałam skruszyć trochę twoje wybujałe ego, a nie dawać ci powód do śmiechu - 

przerwała Colleen, unosząc brwi.

- A ja potraktowałem to jako dowcip, a nie obelgę. Biedna Colleen.

Winda zatrzymała się.

- Proszę. - Jack ujął Colleen pod rękę i podprowadził do oszklonych drzwi. Otworzył je 

przed nią i przytrzymał, dopóki nie weszła do środka, po czym podążył za nią.

- Z pewnością patrzy na nas twoja mama - zauważyła sucho Colleen. - Inaczej wbiegłbyś 

przede mną i puścił mi drzwi prosto w twarz.

-   Siedzi   przy   stoliku   z   lewej   strony   i   obserwuje   każdy   nasz   krok   -   wycedził   przez 

zaciśnięte zęby Jack, uśmiechając się z przymusem. - Mama jest w czerwonej sukience, 

ciocia Judy na niebiesko, a ciocia Dorothy na żółto.

- Pewnie ubrały się tak celowo, żebym ich bez przerwy nie myliła.

Wymuszony uśmiech Jacka przekształcił się w naturalny.

- Przestań, Colleen. Masz być ujmująca, a nie dowcipna.

- Aha, więc powinnam trzepotać rzęsami, wzdychać i rzucać ci powłóczyste spojrzenia?

- Tak, coś w tym rodzaju.

- W takim razie czeka mnie bardzo długi wieczór.

- Colleen, umówiliśmy się, że odegramy zakochaną parę, pamiętasz? To oznacza, że 

znamy się dłużej niż kilka dni. Gdyby cię o to zapytały, powiedz, że mieszkasz w Buffalo 

od paru miesięcy.

- A dokładnie? - właśnie podchodzili do stolika. Oczekujące ich starsze panie wstały i 

pośpieszyły naprzeciw.

- Nie wiem. Pół roku? Rok? - zdążył szepnąć Jack, zanim ciocia Judy, ta na niebiesko, 

52

background image

chwyciła ich kolejno w niedźwiedzi uścisk.

Jack   dokonał   prezentacji,   a   potem   przez   chwilę   wszyscy   stali   i   starali   się   nawiązać 

rozmowę. Nikt z pozostałych gości nie zwracał na nich uwagi: zawitali tu głównie turyści, 

którzy wędrowali od okna do okna i fotografowali wodospad. Po drugiej stronie sali, przy 

długim   stole,   siedziała   grupa   dzieciaków   i   zabawiała   się   wydawaniem   straszliwych 

wrzasków. Tak jak przewidywał, starsze panie zakochały się w Colleen od pierwszego 

wejrzenia.   A   Colleen   była   czarująca,   uśmiechnięta,   słodka   i   naturalna   i   udzielała 

najwłaściwszych odpowiedzi.

- Ona jest kochana, Jack! - wykrzyknęła ciocia Dorothy.- Po prostu ujmująca.

Matka promieniała.

- Zupełnie inna niż Don...

- Helen, nie wracajmy do przeszłości - upomniała siostrę Judy. Zniżyła głos do szeptu, 

który i tak słyszalny był dla wszystkich. - Nie wiemy, co ona wie, no, wiecie o czym.

- Och, wiem wszystko o Donnie, tej zapalonej miłośniczce futbolu. - Na obliczu Colleen 

malował się niewinny uśmieszek.

Usłyszała, że Jack wstrzymał oddech i uśmiechnęła się szerzej.

- Jack opowiadał mi ze szczegółami o swym małżeństwie i rozwodzie.

Helen Blackledge przysunęła się bliżej.

- Tak bardzo martwiłyśmy się o niego po tym, co... - szepnęła konspiracyjnie.

- Mamo - przerwał Jack ostro. Posłał Colleen zdesperowane spojrzenie. W jej oczach 

natomiast pojawiły się iskierki, jak gdyby siłą powstrzymywała się od śmiechu. Zacisnął 

zęby. - Może byśmy usiedli?

Helen wzięła Colleen za rękę.

- Usiądź tutaj, kochanie, między mną i Jackiem. - Wszyscy zajęli miejsca przy stoliku 

pod oknem. - Czy pochodzisz z Buffalo? Jak poznałaś Jacka? - Pani Helen strzelała pyta-

niami jak karabin maszynowy.

Zanim   Colleen   zdołała   cokolwiek   powiedzieć,   do   przesłuchania   włączyła   się   ciocia 

Dorothy.

- Od jak dawna się spotykacie?

- Od sześciu miesięcy - odparła Colleen.

-   Od   roku   -   powiedział   Jack   dokładnie   w   tej   samej   chwili.   Zerknęli   na   siebie, 

53

background image

wymieniając zbolałe spojrzenia.

- No to pół roku czy rok? Nie rozumiem - drążyła ciocia Judy.

Talent Jacka do wymyślania romansów wystarczył tylko na początek, a teraz opuścił go 

zupełnie. Chwycił szklankę z wodą i zajął się opróżnianiem zawartości.

Colleen na moment się wyprostowała, po czym pochyliła się nad stolikiem.

- Cóż, to zależy. Jack wyznał mi, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, 

kiedy spotkaliśmy się w redakcji. Czyli właśnie rok temu, zaraz po moim przyjeździe do 

Buffalo. - Jej aksamitne oczy lśniły. - Tylko że przez sześć miesięcy nie miał odwagi 

zaprosić mnie na randkę, więc ja liczę od naszej pierwszej wspólnej kolacji pół roku temu.

Jack prawie zakrztusił się wodą.

- Colleen - syknął ostrzegawczo.

- Zawsze się wstydzi, kiedy opowiadam tę historię, bo nigdy przedtem nie był nieśmiały 

wobec kobiet - ciągnęła Colleen wesoło.

- Mogłam się tego domyślić! - wykrzyknęła triumfalnie ciocia Dorothy. - Całe życie 

wiedziałam, że gdy nasz Jack się zakocha, przestanie udawać napuszonego koguta.

- Och, nie, przy mnie nigdy nie udaje napuszonego koguta - zaprzeczyła gorąco Colleen. 

- Jest czuły, uprzejmy i opiekuńczy. - Szukała innych epitetów na określenie mężczyzny 

marzeń każdej feministki, a dla Jacka zmory z koszmarnych snów.

- Czuły, uprzejmy i opiekuńczy - powtórzył jak echo Jack. Wyglądał na przerażonego. 

Colleen ukazała zęby w uśmiechu. Jack uniósł brwi.

- Poza tym jest taki troskliwy i nigdy nie zapomina o okazjach - kontynuowała swą 

litanię Colleen. - Przynosi mi kwiaty i czekoladki, czasem małe prezenciki i... zdarza mu 

się płakać w kinie - zakończyła niespodziewanie.

- Płakać?! - wrzasnął kompletnie znokautowany Jack. - Ja? - Mama i ciocie wpatrywały 

się w niego z zainteresowaniem, więc zmusił się do krzywego uśmiechu. - Oto moja mała 

Colleen, uwielbia stroić sobie żarty. Dobrze wiecie, że ostatni raz płakałem w przedszkolu.

- Jest taki wrażliwy, tylko wstydzi się do tego przyznać - poczyniła wyznanie Colleen.

- Tak się cieszę, że przy tobie nauczył się okazywać uczucia, Colleen - rzekła matka 

Jacka   poważnym   tonem.   -  Jego   ojciec   był   wspaniałym   człowiekiem,   ale   wierzył   nie-

złomnie w teorię, według której płacz przystoi wyłącznie kobiecie. Jack naśladował go od 

czwartego roku życia. Nie płakał nawet na pogrzebie ojca trzynaście lat temu. „Tatuś nie 

54

background image

chciałby żebym płakał” - powiedział mi.

-   Nie   ukrywamy   przed   sobą   naszych   uczuć   -   uspokoiła   ją   Colleen.   -   Przenigdy.   - 

Zignorowała Jacka, który kopnął ją pod stołem.

Trzy starsze panie na moment oniemiały z zachwytu, po czym jęły szczebiotać jedna 

przez drugą o swoim przekonaniu, że odpowiednia dziewczyna będzie umiała się przebić 

przez mur obojętności drogiego małego Jacka. Skoro udało się to Colleen, trudno marzyć 

o lepszej partnerce dla niego.

Z rogu sali dobiegły ich pierwsze dźwięki muzyki tanecznej, granej przez mały zespół 

instrumentalny. Zaczęli grać dokładnie w przerwie między przekąskami i głównym da-

niem.

- Przecież to moja ulubiona piosenka - rzekła rozmarzonym tonem Helen Blackledge. - 

Dama w czerwieni. Taka romantyczna, taka wzruszająca.

- Sentymentalna, głupia i banalna - mruknął Jack pod nosem.

Colleen z ledwością stłumiła chichot.

- Oho, dają o sobie znać różnice pokoleniowe.

-   Colleen,   Jack,   powinniście   pójść   zatańczyć   -   zarządziła   ciocia   Dorothy.   -   Świece, 

muzyka, Niagara w tle... czy można sobie wyobrazić lepszą atmosferę?

- Niestety, Colleen cierpi na ból w kolanie - odpowiedział gładko Jack. - Nie może 

tańczyć.

Colleen wstała.

- Pamiętasz te gorące kompresy i tabletki od doktora Johnsona? Bardzo mi pomogły, 

kolano jest jak nowe. Chodźmy.

- Nic z tego - warknął Jack.

- Przecież tak świetnie tańczysz, Jack - zaprotestowała matka. - Brałeś lekcje w Akademii 

Tańca panny Wilcroft. Chyba od szóstej klasy  nie widziałam cię tańczącego - dodała 

smutno.

-   Rusz   się,   Jack,   tylko   jeden   taniec   -   włączyła   się   Colleen,   ciągnąc   go   za   rękaw 

marynarki. Miała przy tym dość szatańskie błyski w oczach. - Na pewno przypomnisz 

sobie parę kroków, jeśli dobrze poszperasz w pamięci.

- Och, do diabła. - Jack rzucił serwetkę na stół i wstając, z impetem odsunął krzesło. - 

Jeden taniec, a potem nie chcę nawet słyszeć tego słowa.

55

background image

5

- Cały czas robisz ze mnie zaślinionego mięczaka! Aż tak cię to bawi? - wypalił Jack, 

otaczając Colleen ramieniem. - Wyglądasz na zadowoloną z siebie.

-   Lubię   uszczęśliwiać   ludzi.   Popatrz   na   mnie,   Jack.   -   Colleen   uśmiechnęła   się   i 

pomachała w stronę rozradowanej trójki. Starsze panie odpowiedziały tym samym. - Więc 

brałeś lekcje tańca? - Pokręciła głową i zachichotała. - Całkiem nieźle ci idzie. Panna 

Wilcroft byłaby z ciebie dumna.

Tańczyli w sposób tradycyjny. Ona oparła lewą rękę na jego ramieniu, a prawą wsunęła 

mu w dłoń. Jack obejmował ją lekko potężnym ramieniem. Ich ciała nie stykały się, wła-

ściwie w odstęp między nimi z łatwością, wszedłby ktoś trzeci.

- Panna Wilcroft wyglądała  jak  stupięćdziesięciokilogramowy orangutan,  a jej  lekcje 

ledwo znosiłem. Wyobraź sobie chłopca, który żyje i oddycha tylko sportem, w sali ba-

lowej. Tak mi to dało w kość, że przez wiele lat nienawidziłem tańca. Dopiero później 

zorientowałem się, że wolny taniec pomaga zaciągnąć kobietę do łóżka.

Jack wyczuł jej napięcie i uśmiechnął się triumfująco. Znęcała się nad nim niemiłosiernie 

i to w obecności matki i ciotek, więc teraz nadszedł czas na staromodną słodką zemstę.

- Oczywiście to, co robimy w tej chwili, nie przypomina moich zwykłych lubieżnych 

numerów. Mam ci pokazać różnicę?

- Lubieżnych numerów? - Serce podskoczyło jej w piersi. — Nie! Patrzą na nas!

- Chciałaś uszczęśliwiać ludzi - przypomniał jej Jack. - W takim razie nasza spragniona 

romantyzmu widownia dostanie zamiast tego dużą porcję namiętności.

Jednym ruchem przyciągnął ją do siebie. Pragnął tulić tę dziewczynę, a jeden taniec, 

nawet pod okiem rodziny, nie stanowił żadnego niebezpieczeństwa.

- Zarzuć mi ręce na szyję - zarządził, a sam oplótł mocno rękoma jej talię.

Nie   miała   wyboru,   musiała   się   podporządkować.   Skonstatowała   ten   fakt   z   niejakim 

przestrachem,   bo   objęta   została   tak   silnie,   że   trudno   byłoby   wcisnąć   pomiędzy   nich 

choćby szpilkę. Nie mogła pozwolić rękom, by zwisały swobodnie po bokach, jeśli wolała 

uniknąć długiego tłumaczenia się przed widownią w postaci trzech starszych pań. Czując 

to samo, co czuje mysz złapana w pułapkę, z wahaniem oparła ręce na jego barkach, nie 

ważąc się jednak go objąć.

Tańczyli tak przytuleni, że nie pozostał ani jeden wolny skrawek jej ciała, który by nie 

56

background image

dotykał ciała Jacka. Colleen ze świstem wciągnęła powietrze. Jack napierał na nią twar-

dymi mięśniami, gorącym oddechem ogrzewał jej włosy.

- Rozluźnij się - szepnął Jack prosto w ucho Colleen. - Za bardzo się napinasz. Mam 

wrażenie, że tańczę ze szczotką do podłogi. No, prawie - poprawił się chichocząc. - Jesteś 

za miękka i zbyt zaokrąglona tu i ówdzie jak na szczotkę. Tak czy inaczej, powinnaś się 

rozluźnić.

- Ja... ja zawsze sztywnieję na parkiecie - wymamrotała Colleen. Jack wydawał się jej 

taki wysoki, silny i taki ciepły. Ledwie oparła się niepokojącemu pragnieniu, by opuścić 

powieki i stopnieć w jego potężnych ramionach. Potknęła się lekko, a Jack troskliwie objął 

ją jeszcze mocniej.

- Nie tańczę za dobrze. Wciąż się martwię, że w końcu zacznę komuś deptać po palcach. 

- Nigdy nie była ślamazarna i nigdy nie miała trudności z wolnym tańcem, aż do dzisiaj. 

Za to nabyła chyba zdolność prowokowania, bo ostra szpilka jej pantofla prawie przeszyła 

na wylot stopę Jacka, który zdążył zwinnie uskoczyć w bok. - No widzisz? - spytała z 

nerwowym śmiechem.

Czekała, aż nazwie ją słonicą z dwiema lewymi nogami. Ostatnią rzeczą, której mogła 

się spodziewać, było to, że objął dłonią jej szyję i zaczął delikatnie masować kręgosłup.

- Dobrze ci idzie - mruknął ciepłym głosem. Ręką opartą na jej biodrze uciskał wrażliwe 

miejsce na plecach. Colleen dotąd nie uświadamiała sobie jego istnienia, ale najwyraźniej 

należało   ono   do   niezwykle   erogennych.   Poczuła   się   tak,   jakby   zewsząd   otoczyły   ją 

płomienie.

W rzeczywistości każdy nerw jej ciała odpowiadał na tę szczególną pieszczotę. Cała 

płonęła; piersi ocierające się o muskuły Jacka zdawały się wielkie i pełne, sutki wyprężyły 

się i nabrzmiały. Silny, instynktowny odruch, by otrzeć się o Jacka, przyprawił Colleen o 

zawrót głowy. W uszach słyszała łomot, harmonizujący z grzesznym, lecz nieokiełznanym 

i podniecającym pulsowaniem w dole brzucha.

Napięcie   i   opór   stopniały   jak   ciepły   miód.   Rozluźniła   się,   pozwalając   miękkim 

krągłościom swej sylwetki przylgnąć do twardego, męskiego ciała. Nie potknęła się już 

więcej. Poruszała się idealnie w takt powolnej, usypiającej muzyki, kołysała się zgodnie z 

rytmem płynącym z ich obojga. Powieki Colleen drgnęły, a potem opadły. Drżąc, wzięła 

głęboki oddech.

57

background image

Jack był sprężysty, silny i ocierał się o nią, lecz zamiast uciekać przed tą przytłaczającą 

męską potęgą, Colleen przysunęła się bliżej. Nigdy dotąd nie zaznała równie intensyw-

nego rozbudzenia, nigdy dotąd nie uświadamiała sobie żywiej swej kobiecości. Kiedy na 

karku poczuła dotknięcie jego warg, z piersi wyrwało się jej bezgłośne westchnienie.

- Jack... - wyszeptała, tonąc w błogim świecie marzeń. Szczypał wargami jej kark i 

gładził skórę szyi, a podniecenie Colleen sięgało zenitu. Odrzuciła głowę w tył, by umo-

żliwić mu lepszy dostęp do ramion, i ponownie westchnęła.

Jack   niemal   oszalał.   Głęboko   odetchnął,   by   się   nieco   uspokoić,   ale   z   następnym 

wdechem delikatny, acz podniecający zapach perfum Colleen uderzył go w nozdrza. Po-

działał na niego jak haust stuprocentowej whisky i zmącił mu myśli. Wydawała się taka 

drobna, jak to tylko możliwe, pragnął jeszcze większej bliskości, bez ograniczenia w po-

staci ubrań, by mógł dotykać jej jedwabistej skóry swym nagim ciałem. Wyobraził sobie, 

że zdejmuje z niej tę elegancką sukienkę, obejmuje nagą, uległą postać ramionami...

Piosenka   się   skończyła,   a   muzycy   uderzyli   w   struny   i   klawisze,   prezentując 

zdecydowanie   nieromantyczny   temat   z   filmu  Pogromcy   duchów.  Dzieci   z   końca   sali 

rozwrzeszczały   się   na   całe   gardło.   Colleen   i   Jack   wypuścili   się   z   objęć   i   wymienili 

oszołomione spojrzenia. Żadne z nich nie wyrzekło ani słowa. Oboje oddychali z trudem i 

drżeli.

- Jack! Hej, Jack! - Jowialny męski głos zdawał się dochodzić z innego świata.

Jak na komendę zwrócili się w stronę, z której dobiegało wołanie. Wysoki mężczyzna o 

bujnej blond fryzurze zmierzał prosto w ich kierunku.

- O nie!- jęknął Jack.

- Kt... kto to jest?- wyjąkała Colleen. Ku swemu zaskoczeniu, z ledwością formułowała 

słowa. Zamglony umysł z wielkim wysiłkiem znajdował właściwe określenia, wargi lekko 

drżały.   Głośna   muzyka   i   jazgot   dzieciaków   przydawały   całej   scenie   elementu   dość 

surrealistycznego.

- Hej, Blackie, to naprawdę ty! - Olbrzymi blondyn poczęstował Jacka niedźwiedzim 

klepnięciem w plecy. - Tak myślałem, ale nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Co ty 

robisz tu sam? To nie jest twój typowy teren. - Zaniósł się gargantuicznym rechotem, lecz 

nagle spostrzegł Colleen. Szeroki uśmiech zbladł i zmienił się w wyraz niedowierzania. - 

Zazwyczaj balujesz z innym typem panienek... to znaczy... z innymi kobietami. Stary, co 

58

background image

jest grane?

Colleen zerkała to na rozognioną twarz Jacka, to na pełną niedowierzania fizjonomię 

blondyna. Podniecenie, które ogarnęło ją w uścisku Jacka, odpłynęło równie nagle jak 

woda z umywalki po wyciągnięciu korka. Balujesz z innym typem panienek. Ta fraza 

nadal dźwięczała jej w uszach. Przypominała o realnym świecie, w którym partnerki Jacka 

Blackledge’a nie nadają się do zaprezentowania rodzinie. O świecie, w którym Jack za 

najważniejszy powód małżeństwa uważa pieniądze.

Przerażająco   żywe   wspomnienie   tańca   i   sposobu,   w   jaki   tańczyli,   stanęło   jej   przed 

oczami. Jak się do niego kleiła, jak się poruszali, co czuli... wszystko to jego sprawka. 

Zarumieniła się od czubka głowy po koniuszki palców.

- Hej, co z wami? Zamurowało was, czy jak? - pokrzykiwał muskularny blondyn.

- Czy jak - odpowiedziała Colleen. Odzyskała właśnie panowanie nad swym układem 

nerwowym. Chwilowa utrata zmysłów, wywołana lubieżnym, szalonym tańcem, litościwie 

odeszła w niepamięć. - Nazywam się Colleen Brady - przedstawiła się, wyciągając rękę na 

powitanie. - Pracuję w Times-Gazette razem z Jackiem. Zastałeś nas w trakcie odgrywania 

przedstawienia specjalnie dla jego rodziny. Udajemy zakochanych. Jak nam poszło?

- Rodd Garrett. - Blondyn uniósł dłoń Colleen do ust i złożył na niej pocałunek w czysto 

europejskim   stylu.  W  zestawieniu   z   jego   potężnymi   kształtami,   ten   gest   wydawał   się 

cokolwiek   śmieszny.   -   Tak,   nadzwyczaj   udany   występ.   Niesamowity   widok. 

Wykombinowałem,   że   jeśli   Black   Jack   obściskuje   się   z   ładną   dziewczyną   w   takim 

miejscu, to ani chybi zbliża się wesele.

Jack   obserwował   tę   dwójkę   zamglonymi   oczyma.   Zauważył   natychmiast,   że   Garrett 

trzymał dłoń Colleen nieco za długo. A ona nie przestawała szczebiotać; żywe, brązowe 

oczy błyszczały humorem, kiedy żartowała sobie z Garrettem. Jakiż to bzdurny pomysł 

wziąć ją i Jacka za parę kochanków!

Zirytowało go, że Colleen tak szybko i radykalnie zmieniła nastrój, podczas gdy on nadal 

tkwił w żelaznych okowach podniecenia. Jego umysł potrzebował nieziemsko długiego 

czasu, by się przejaśnić. Denerwował go jej śmiech, słowa, jej flirtowanie - tak, flirtowała 

sobie w najlepsze! - a on stał jak oniemiały, usiłując odzyskać kontrolę nad myślami.

- Dla ciebie to też nie jest typowy teren, Garrett - burknął Jack. - Z kim przyszedłeś?

Rodd Garrett wyszczerzył zęby.

59

background image

- Słyszysz tę bandę bachorów? Drą się jak stare prześcieradła.

- Musiałbym być głuchy jak pień, żeby nie słyszeć.

- No to właśnie z nimi tu jestem. Przyjęcie urodzinowe mojego siostrzeńca, no wiesz, 

dzieciaka   mojej   siostry   Rity.   Chłopiec   mnie   ubóstwia.  Zawsze  chwali   się   wujkiem 

Roddem, który gra w drużynie Buffalo Bills. - Garrett wzruszył ramionami. - Wiesz, jakie 

są dzieci. Nie mogłem go zawieść.

- To miło z twojej strony - powiedziała ciepło Colleen. - Na jakiej pozycji grasz?

- W ataku - odparł Rodd. Natychmiast zaczął rozprawiać o drużynie i swojej roli w 

zespole. Colleen słuchała z uwagą.

Garrett zapomniał dodać, że zwykle siedzi na ławce rezerwowych i że w tym sezonie 

prawie wyleciał z drużyny - pomyślał Jack z mroczną miną. Chociaż prawdopodobnie dla 

Colleen nie stanowi to żadnej różnicy. W końcu Rodd jest nadal zawodowym piłkarzem, 

choćby nawet u końca kariery, a Jack znał nazbyt dobrze z własnego doświadczenia ten 

rodzaj fascynacji, która ogarnia dziewczęta na widok znanego sportowca. Kiedyś sam 

korzystał z tego równie nierozważnie, jak teraz Rodd. Przez kilka chwil Jack przysłu-

chiwał się ich rozmowie i czuł się coraz bardziej ignorowany, a przez to wściekły.

- Zgrabny z ciebie podrywacz, Garrett - wreszcie włączył się do konwersacji. - Najpierw 

zmiękczasz   serce   kobiety   historyjką   o   dobrym   wujaszku,   a   potem   niby   przypadkiem 

rzucasz, że jesteś zawodowym piłkarzem i liczy. na to, że rozdziawi gębę z zachwytu.

Colleen i Rodd odwrócili się i spojrzeli na Jacka, a on zaczerwienił się jak burak. Gorzki 

ton tych stów zaskoczył nawet jego samego. Zmusił się do uśmiechu, żeby jakoś zatu-

szować horrendalną gafę.

- Chodź, przywitasz się z moją mamą i ciotkami, Rodd. - Ucieszą się na twój - widok.

Położył dłoń na ramieniu Rodda w przyjacielskim geście i skierował go ku stolikowi. 

Trzy siostry wpadły w szczery zachwyt, widząc dawnego kolegę swego pupila.

- Chodziliśmy do tej samej szkoły. Jack kilka lat wyżej ode mnie - poinformował Rodd 

Colleen, gdy reszta pogrążyła się we wspomnieniach o dawnych dobrych czasach. - Przez 

jakiś   czas   szliśmy   ramię   w   ramię:   najpierw   przewodziliśmy   chłopakom   z   sąsiedztwa, 

później dostaliśmy się do drużyny i...- urwał nagle.

Cisza trwała, a Colleen spoglądała to na Jacka, to na Rodda. Karierę Jacka zakończył 

wypadek   samochodowy,   a   Rodd   ciągle   grał.   Zastanawiała   się,   jak   Jack   zniósł   to   do-

60

background image

świadczenie. Zmiany, jakie wprowadziło ono do jego życia, były co najmniej tak głębokie, 

jak zwrot w życiu Colleen po skojarzeniu rodziny Bradych z wszechpotężnym klanem 

Ramseyów. Jednak oboje stawili czoło wyzwaniu i zdołali zbudować sobie nowy świat. 

Łączy ich więcej, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.

Zerknęła ponownie na Jacka i stwierdziła, że się jej przygląda. Znowu zapłonął w niej 

ogień podniecenia. Przypomniała sobie twardość jego mięśni, wielkie, lecz czułe dłonie, 

wargi pieszczące kark...

Jack   pierwszy   odwrócił   wzrok,   przerywając   dopiero   co   nawiązany   kontakt.   Colleen 

poczuła się jakby rozczarowana, kiedy chcąc nie chcąc zwróciła się ku reszcie towarzy-

stwa.

- Jack, ten to ma łeb na karku - perorował Rodd zawzięcie, może zbyt zawzięcie. - Robi 

coraz większa karierę dziennikarską, a ja nadal dostaję kopniaki na boisku. A propos, 

czytałem twój ostatni artykuł, Jack. Ten, w którym oskarżyłeś związek piłkarzy o to, że są 

tak samo chciwi, jak właściciele klubów. Co to za bzdury, podstępny zdrajco?

Podczas   gdy   dwaj   mężczyźni   gawędzili   sobie   przyjaźnie   o   teorii   kopania   piłki, 

przyniesiono główne danie. Przez resztę wieczoru Rodd siedział z nimi, tylko od czasu do 

czasu zaglądał do gości siostrzeńca.

- Jak to miło, że Colleen i Rodd znaleźli wspólny język - zauważyła Helen Blackledge, a 

Jack spode łba obserwował Rodda, który wyciągał opierającą się i chichoczącą Colleen na 

parkiet. - Pewnie widujecie się często? Nie zanosi się na to, żeby Rodd też ustatkował się 

z jakąś miłą dziewczyną jak Colleen? Jego matka byłaby taka szczęśliwa.

Jack nie odpowiedział, ale wewnątrz gotował się coraz bardziej. Wszystko wskazywało 

na to, że Rodd nie miałby nic przeciwko temu, żeby ustatkować się właśnie z Colleen. Po 

prostu ślinił się na jej widok. Jack nie dał się oszukać: Rodd Garrett nie przysiadł się do 

nich ze starej przyjaźni ani dla snucia wspomnień. Nie uczynił tego dla pogawędki ze 

szkolnym kumplem czy choćby po to, by uwolnić się od watahy ryczących dzieciaków. 

Rodd Garrett dołączył do nich w jednym celu, któremu na imię Colleen.

Wieczór zamieniał się w noc, a nastrój Jacka pogarszał się z minuty na minutę. Za 

każdym   razem   kiedy   zerkał   na   Rodda   i   Colleen,   odczuwał   niespodziewane   ukłucie 

zazdrości, która stale rosła. Nie pomagało tłumaczenie sobie, że nie ma ani prawa, ani 

powodu, by czuć coś podobnego.

61

background image

Rodd został nawet wtedy, gdy przyjęcie urodzinowe siostrzeńca dobiegło szczęśliwego 

końca. Zatańczył raz z każdą ze starszych pań i więcej niż parę razy z Colleen. Jack nie 

wstawał od stołu. Siedział i rozmawiał z matką i ciotkami o sklepie w Orlando, o czterech 

zamężnych   kuzynkach,   czyli   córkach   Judy   i   Dorothy,   mieszkających   z   rodzinami   na 

Florydzie, o sławnych na cały kraj młynach zbożowych w Buffalo i o planach uczynienia 

ze starych elewatorów pomnika kultury narodowej.

Nigdy jeszcze nie odgrywał roli dobrego syna tak gorliwie. Każdy nowy temat odwracał 

jego myśli od Rodda i Colleen, którzy śmiali się, tańczyli i w ogóle zachowywali się jak 

para niesfornych nastolatków.

Minęła   już   jedenasta,   kiedy   Jack,   Colleen   i   Rodd   odprowadzili   starsze   panie   do 

wynajętego przez nie samochodu i pożegnali się.

-   No   co,   Jack.   Przedstawienie   skończone.   Przestańmy   udawać.   Może   bym   odwiózł 

Colleen do domu - wypalił Rodd ze śmiałością, która omal me sprowadziła mu na szczękę 

pięści Jacka.

- Ja ją przywiozłem i ja ją odwiozę - oświadczył. Chwycił Colleen za rękę zupełnie 

niestosownym w tej sytuacji gestem właściciela i już jej nie wypuścił.

- Tam stoi moje ferrari. - Rodd napuszył się jak paw. Właśnie pokazał swą atutową kartę, 

tak przynajmniej sądził, i teraz oczekiwał radosnego przyjęcia swojej propozycji przez 

Colleen...

...   która   w   ogóle   nie   zareagowała.   Ramseyowie   mieli   hyzia   na   punkcie   sportowych 

samochodów, więc Colleen w ciągu ostatnich siedmiu lat napatrzyła się na najbardziej 

egzotyczne i najdroższe modele świata. Przejażdżka ferrari nie stanowiła dla niej żadnej 

atrakcji. O wiele mocniej intrygowało ją zdecydowanie Jacka, by do owej przejażdżki nie 

dopuścić. Wybrała towarzystwo Jacka.

- Dlaczego nie chciałeś, żebym pojechała z Roddem? — zapytała go, gdy wjeżdżali na 

most, a Rodd Garrett został sam na sam ze swoim ferrari.

- Powiedzmy, że to mój kaprys - odrzekł. Nie posiadał się z radości, triumfował. Co 

chwila wspominał, jak to Colleen wybrała jego i rozklekotanego pontiaca zamiast lśnią-

cego ferrari z Roddem w środku i cieszył się coraz bardziej, choć nie znał powodu tej 

radości i nie miał ochoty go szukać. - Facet typu Rodda może być bardzo niebezpieczny 

dla szanującej się dziewczyny.

62

background image

- Coś mi się widzi, że powinnam bać się raczej ciebie - burknęła Colleen. - To nie Rodd 

dobierał się do mnie w tańcu. - Zdziwiła ją własna bezpośredniość, ale musiała poroz-

mawiać   o   tym,   co   się   między   nimi   wydarzyło.   Czy   dla   niego   ma   to   jakiekolwiek 

znaczenie?

- Dotrzymywałaś mi kroku przez cały czas, złotko - odciął się Jack.

Colleen zarumieniła się. Chyba jednak wolałaby o tym nie dyskutować.

- Polubiłam twoją rodzinę - powiedziała szybko, przenosząc się na bezpieczniejszy grunt. 

- Bardzo miłe starsze panie.

- Tak, to prawda.

- Uwielbiają cię.

Uśmiechnął się.

- Ciebie też, wcale nie mniej. Colleen, hmm, chciałbym ci podziękować za dzisiejszy 

wieczór. Uszczęśliwiłaś je i jestem ci za to wdzięczny.

Colleen tylko kiwnęła głową. Gdyby to była prawda, pomyślała ze smutkiem. Na pewno 

nie, odpowiedziała sobie z pozbawioną złudzeń szczerością. Dzisiejsza randka to jedynie 

maskarada, nie wolno ignorować faktów i oddawać się fantazjowaniu. To najkrótsza droga 

do tragedii.

- Czy Rodd zaprosił cię na kolację?

Pogrążona   w   rozmyślaniach   ledwo   usłyszała   pytanie,   wypowiedziane   głosem   tak 

beznamiętnym. Odpowiedziała po prostu:

- Tak, na przyjęcie w piątek za tydzień.

- I jaką dałaś odpowiedź?

- Że się zastanowię i żeby zadzwonił, to mu powiem.

- Bardzo sprytne, Colleen. Umiesz zastawić sidła, co? Dobrze wiesz, że facet pokroju 

Rodda nie poleci na każdą babę, więc skazujesz go na niepewność i...

- Nie zastawiam żadnych sideł! - zaprzeczyła gorąco. - Nie bawię się w żadne gierki czy 

intrygi. Powiedziałam, że się zastanowię, bo jeszcze nie podjęłam decyzji.

- Dlaczego? Przecież on ci się podoba. Przez ładnych parę godzin obserwowałem, jak 

wodzisz za nim oczami i chichoczesz z jego żartów jak pensjonarka. Pewnie nie możesz 

się doczekać, żeby pochwalić się przyjaciółce nowym amantem. W Buffalo latają za nim 

tabuny panienek, wiedziałaś o tym?

63

background image

- Nie wiedziałam i guzik mnie to obchodzi. Poza tym wcale nie wodziłam za nim oczami 

i nie... chichotałam jak pensjonarka.

- Od lat mam do czynienia z kobietami, które na widok zawodowego sportowca tracą 

resztki rozsądku. Tak było zawsze, kobiety lgną do sławy. Niektóre jeżdżą po świecie za 

zespołami muzycznymi, inne polują na piłkarzy...

- Nie lgnę do Rodda Garretta! - ucięła Colleen. Kipiała złością, ale pod tym wzburzeniem 

kryła się mała obawa. Czy Rodd odebrał jej zachowanie tak samo opacznie jak Jack? Co 

za ironia losu, że Jack wziął jej uprzejmość w stosunku do Rodda za umizgi, podczas gdy 

ona była tak zafascynowana Jackiem właśnie, że brała udział w przyjęciu niemal nie-

świadomie, automatycznie grając swoją rolę.

- Nie interesuję się sportem i nie zachwycają mnie piłkarze... ani byli piłkarze - dodała 

gniewnie.

-   Niemniej   jednak   pójdziesz   z   Roddem   na   przyjęcie.   Kobieta,   która   by   odrzuciła 

zaproszenie  zawodowego piłkarza  na wydaniu, i to  posiadacza  ferrari,  jeszcze się  nie 

narodziła.

- Nieprawda! Właśnie z nią rozmawiasz!

- Uwierzę dopiero wtedy, kiedy powiesz to jemu - ciągnął Jack przekornie.

- Zrobię to, gdy tylko zadzwoni - warknęła Colleen. - To ty polujesz na posagi, nie ja.

Jack dawno nie był tak zadowolony z siebie. Kilka razy próbował zagaić rozmowę, lecz 

Colleen odpowiadała najczęściej monosylabami.

Mając w pamięci jego zachowanie, gdy zabierał ją z mieszkania przed przyjęciem, teraz 

oczekiwała, że zahamuje pod blokiem, lekko tylko przygasi silnik, da jej trzy sekundy na 

opuszczenie   samochodu   i   zniknie   wśród   nocnej   ciszy.   Ku   zaskoczeniu   Colleen,   Jack 

odprowadził ją do drzwi mieszkania i otworzył je przed nią.

- No to... - Colleen stała w progu i gapiła się na gumową wycieraczkę. Nieoczekiwanie 

ogarnęło ją wewnętrzne napięcie. Nerwy zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a świadomość, 

że Jack stoi tuż obok, nie pozwoliła zebrać myśli na powrót.

- To był... bardzo miły wieczór.

- Zgadzam się całkowicie.

Zrobiła krok do ciemnego przedpokoju. Serce roztrzepotało się szaleńczo, kiedy Jack 

podążył jej śladem i zamknął za sobą drzwi.

64

background image

-   Myś...   myślę,   że   Nicola   zapomniała   włączyć   światło   -   wyjąkała   piskliwym   ze 

zdenerwowania głosem. - A może już wróciła i poszła spać. Przy framudze jest włącznik... 

och!

Nie spostrzegła, kiedy do niej podszedł. Poczuła tylko objęcie silnych ramion i ciepło 

jego ciała. Po chwili jej wargi zostały wręcz zgniecione przez szerokie, męskie usta.

Gdyby pochwycił ją w ciemności ktoś obcy. przeraziłaby się i próbowała wyrwać. Lecz 

Jack nie napotkał oporu. Szaleństwo zmysłów zawładnęło Colleen całkowicie. Zdawało 

się, że chwili obecnej nie dzieliły nawet sekundy od tamtego momentu przebudzenia, 

którego doświadczyła, tańcząc z nim parę godzin temu. Pragnęła Jacka. Pożądała go.

Jęknęła,   kiedy   ich   języki   się   zetknęły   i   przechyliła   głowę   w   tył,   by   nie   uronić   ani 

odrobiny z palącego pocałunku. Zarzuciła ramiona na szyję Jacka i zatonęła w mrocznym, 

wzburzonym oceanie zmysłowości.

Jack przyciągnął ją bliżej i przechylił, penetrując językiem coraz to głębiej, a ona drżała 

w słodkiej, gorącej namiętności pocałunku. Szybkim ruchem doświadczonego kochanka 

sięgnął ku jej piersiom.

Colleen wydała urywane westchnienie, czując, jak wielkie dłonie ściskają jej piersi, a 

długie palce rozpoczynają delikatną zmysłową pieszczotę. Potarł brodawkę, która zdążyła 

już   stwardnieć   i   stała   się   aż   do   bólu   wrażliwa,   a   teraz   słała   małe   gorące   iskierki   do 

najsekretniejszego miejsca kobiecego ciała.

Jack w coraz większym uniesieniu rozedrganym pożądaniem ciałem napierał mocno na 

Colleen. Fale gorąca przelewały się w niej, sprawiając, że miękła i słabła; ulegała, kiedy 

zsunął ręce, by gładzić i pieścić jej pośladki, po czym podniósł ją wysoko i tak trzymał. W 

tym momencie kobiece ciało przeszył erotyczny spazm. Czuła go między udami, gdzie 

centrum jej płci płonęło, powiększone i gorące. Nigdy przedtem nie doświadczyła tak 

palącej żądzy, której intensywność zaskakiwała ją i przerażała zarazem.

Całował ją tak, jak jeszcze nikt; mocno, głęboko i namiętnie wsuwał język w jej usta i 

wyjmował   na   powrót,   coraz   szybciej,   w   swoistej,   rozdzierająco   erotycznej   symulacji 

zbliżenia,   pragnąc   uległości   i   otrzymując   ją   w   najbardziej   pierwotnym,   namiętnym 

zapamiętaniu...

Późno   w   nocy,   leżąc   samotnie   w   łóżku,   Colleen   przewracała   się   z   boku   na   bok   i 

rozmyślała, co mogłoby się wtedy zdarzyć, gdyby nie nagły, zaskakujący błysk światła, a 

65

background image

zaraz po nim zdziwiony okrzyk:

- Ojojoj! - i zakłopotany chichot.

Jackowi i Colleen zajęło kilka chwil, by się zorientować, że nie są już sami, że ktoś 

włączył lampę, że słychać zduszony śmiech i sapnięcia.

Jack   opuścił   ręce   i   jednym   susem   odskoczył   od   Colleen,   jakby   uciekał   przed 

niewypałem.   Colleen   oparła   się   o   ścianę.   Wszystko   w   niej   drżało,!   osłabło   tak,   że 

obawiała się osunięcia na podłogę.

- Tak mi przykro, przepraszam - zawołała Nicola. - Nie wiedziałam... - Urwała, po czym 

przełknęła ślinę i kontynuowała komicznie uprzejmym tonem: - Kamal, znasz już Colleen. 

Chciałabym ci przedstawić Jacka Blackledge’a, yyy, szefa Colleen.

Jack bezgłośnie zaklął. Cały się trząsł; intensywność niedawnej namiętności i gwałtowne 

zakończenie   dawały   o   sobie   znać.   Oddychał   ciężko   i   z   trudem.   Omiótł   Colleen   roz-

marzonym wzrokiem, dostrzegł rozległy rumieniec i lekko spuszczone, lecz błyszczące 

oczy.

- Miło mi pana poznać, panie Blackledge. - Niewysoki mężczyzna o nadzwyczaj bujnej, 

kruczoczarnej czuprynie i krzaczastych wąsach wyciągnął rękę na powitanie. - Kamal Veli 

- przedstawił się. - Proszę nam wybaczyć to przedwczesne wtargnięcie. Nicola zaprosiła 

mnie na kawę. Dołączy pan do nas?

Jack podziwiał zimną krew młodego człowieka. Czy praktyka medyczna przygotowuje 

lekarza do radzenia sobie w każdej sytuacji? Uścisnął jego dłoń i zmusił się do słabego 

uśmiechu.

- Może nie tak przedwczesne, jak pan sądzi - wymamrotał.

Być   może   pojawienie   się   Nicoli   i   Kamala   było   łaską   opatrzności.   Jego   odczucia, 

niewiarygodna intensywność żądzy, prawie bolesnej w płynącej z niej rozkoszy... szalone 

odruchy ciała... reakcja Colleen, za którą pewnie poszłaby uległość...

Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz pożądanie opanowało go tak szybko, a przecież tylko 

się całowali! Pójście do łóżka z czarującą, nieznośnie piękną dziewicą byłoby na pewno 

początkiem, a nie końcem szeregu zdarzeń. Początkiem tego, co dzisiaj jedynie udawali 

przed matką. Poważny związek, ślub, dzieci i ich hałaśliwe przyjęcia urodzinowe...

Zaczął   się   pocić.   Jego   odczucia   przypominały   spadanie   w   czarną   otchłań   bez   dna. 

Związek z Colleen oznaczałby zaangażowanie emocjonalne; więzy, których zawsze pra-

66

background image

gnął uniknąć. Jednak z Colleen nie da się inaczej, ona potrzebuje i wymaga tego. Ma 

prawo do własnej wizji, lecz on żyje życiem wolnego ptaka, bez ograniczeń i zobowiązań. 

Wolność albo śmierć, tak brzmiałoby jego motto, do tego on ma prawo.

Spojrzał na Colleen, która od momentu pojawienia się Nicoli i Kamala nie podniosła 

oczu. Pragnienie objęcia jej, pocieszenia, uspokojenia  wyprowadziło go z równowagi. 

Gdyby uległ i zrobił to, wieczór zakończyliby przy kawie i plotkach z Nicolą i Kamalem; 

potem nastąpiłyby kolejne, coraz intymniejsze kontakty, a z nimi obietnice, przysięgi...

- Już późno, a ja muszę wstać przed szóstą. - Jack odwrócił się ku drzwiom jak ktoś 

umykający przed duchem. - Nie mogę zostać na kawie, ale cieszę się, że cię poznałem, 

Kamal. Miło było cię zobaczyć, Nicola. Colleen, no to trzymaj się, mała. Na razie.

Zniknął, nim ktokolwiek zdołał wydukać choćby słowo.

- Trzymaj się, mała? - powtórzył Kamal ze zdziwieniem.

- To takie powiedzonko - wyjaśniła Nicola. - Slangowe.

- Wiem. - Kamal nie ukrywał zmieszania. - Ale czy to jest coś, co mężczyzna mówi 

kobiecie po tym, gdy...

- Padam ze zmęczenia, pójdę już spać - przerwała mu Colleen. Słuchanie interpretacji 

nagłego odwrotu Jacka w wykonaniu Kamala, było ponad jej siły.

- Colleen? - Nicola pobiegła za nią do sypialni. - Dobrze się czujesz? Nie... nie gniewaj 

się...

-  Nic   się   nie   stało.   -  Colleen   położyła   rękę   na   ramieniu   przyjaciółki   w   siostrzanym 

geście. - Dobrze, że weszliście tak niespodziewanie.

Nicola uśmiechnęła się niepewnie.

- To bardzo uprzejme z twojej strony, ale nie wierzę ci ani trochę. - Jej oczy błyszczały. - 

Colleen,   czy   to   nie   cudowne?   Nawet   nam   się   nie   śniło,   że   po   tygodniu   w   Buffalo 

zakochamy się obie, i to jednocześnie.

- Nie kocham Jacka Blackledge’a - zaprzeczyła Colleen żarliwie.

- Colleen, znamy się od pięciu lat. Przez cały ten czas nie zdarzyło się, żebyś była z 

mężczyzną... no... tak blisko. I to na pierwszej randce. Wierz mi, to na pewno miłość.

6

- Nie jestem zakochana w Jacku - powtórzyła Colleen chyba po raz dziesiąty tego ranka. 

Wczoraj   w   nocy   mamrotała   te   słowa   zasypiając.   Teraz,   jadąc   do   pracy,   próbowała 

67

background image

skoncentrować się na znakach drogowych, ponieważ nie znała jeszcze zbyt dobrze tej 

trasy.

Nicola myliła się. Ogromnie to miłe, że przyjaciółka uważała za powód zachowania 

Colleen uczucie tak szlachetne jak miłość, ale Colleen nie kochała Jacka Blackledge’a. 

Nie mogłaby! On nie należy do opiekuńczych, delikatnych, wyrozumiałych i otwartych 

mężczyzn,   a   takiego   dla   siebie   wymarzyła.   Jest   za   to   kapryśny,   trudny,   cyniczny   i 

arogancki. Nigdy nie zakocha się w kimś takim, to pewne.

Czy miłość nie opiera się na uczciwości i zaufaniu? W przypadku Jacka nie ma mowy o 

uczciwości, wystarczy wspomnieć jego plany małżeńsko-finansowe. Żadna kobieta przy 

zdrowych zmysłach nie wyjdzie za kogoś, kto od miłości wyżej ceni jej konto bankowe.

Dlaczego zatem całowała go tak namiętnie, dlaczego pozwalała się dotykać i budzić w 

sobie dotąd uśpione emocje? Nicola zadała jej to trudne pytanie podczas zwykłej porannej 

krzątaniny po kuchni, kiedy każdy próbuje coś zjeść i nie spóźnić się przy tym do pracy. A 

Colleen musiała stawić czoło wstydliwej prawdzie.

Chciała iść z nim do łóżka. Nawet przed samą sobą trudno jej było się do tego przyznać. 

Ona, Colleen Elizabeth Brady, grzeczne dziewczę z dobrego domu, pragnęła, mężczyzny, 

który ani nie udawał miłości, ani nie zawahałby się wykorzystać ją, a potem porzucić, albo 

nawet gorzej: ożenić się z nią dla pieniędzy, o ile zorientowałby się, że je posiada.

O tym się nie dowie, poprzysięgła Colleen. Nie wyzna Jackowi swych powiązań z jedną 

z najbogatszych rodzin w kraju.

Wyleczy się z tego ryzykownego seksualnego zauroczenia, trzymając się jak najdalej od 

Jacka. Do zakochania potrzeba ciągłego, bliskiego przebywania ze sobą. Postara się w 

miarę   możliwości   nie   podchodzić   do   swojego   biurka,   kiedy   on   będzie   siedział   przy 

swoim, i ograniczy do zera kontakty poza pracą. Zacznie prowadzić tak intensywne życie 

towarzyskie,   że   nie   starczy   jej   czasu   ani   energii   na   jedną   choćby   myśl   o   Jacku 

Blackledge’u. Nawet jeśli będzie musiała poprosić Nicolę o zorganizowanie paru randek z 

nieznajomymi zaspanymi cudzoziemcami.

Rychło okazało się, że efekt tych rozmyślań i postanowień był mierny. Jack nie przyszedł 

do redakcji, a Colleen zamiast ulgi doznała rozczarowania.

Kazorowski właśnie nalewał sobie kawy. Colleen - dołączyła do niego w nadziei na 

kubek brunatnej smoły, umyślnie zostawiając termos z nadającą się do picia kawą na 

68

background image

biurku.

- Gdzie jest Jack? - zapytała niby mimochodem.

- Dzisiaj pracuje w domu - odrzekł Kaz, krzywiąc się między jednym a drugim łykiem 

brei, którą pewnie uważał za kawę. - Czy on, hmm, pomaga ci trochę, wprowadza cię w 

rolę?

Colleen pojęła, że naczelny pyta o to, czy Jack zmiękł i pozwolił jej napisać artykuł. 

Właściwą odpowiedzią byłoby oczywiście „nie”.

- Codziennie czegoś się uczę - odrzekła równie ostrożnie, jak ostrożnie ją zapytano.

Kazorowski zrozumiał. Uśmiechnął się niewesoło.

- Trzymaj się, mała - rzucił i wyniósł się do swojego gabinetu.

Policzki   Colleen   przybrały   barwę   zachodzącego   słońca.   Znów   usłyszała   frazę,   którą 

poczęstował ją  Jack wczoraj  na  odchodnem. Pamiętała,  jak  się  śpieszył, jak  odmówił 

najniewinniejszej w świecie propozycji wypicia filiżanki kawy. i uciekł. Zrobił to, bo mu 

nie zależało na niej ani trochę. Skorzystał z jej towarzystwa... i z jej ciała, ponieważ miał 

w tym interes, i na tym koniec.

Naga   prawda   bolała.   Być   może   nie   kocha   Jacka,   ale   zaangażowała   się   głębiej,   niż 

przypuszczała, a to źle. Zbuntowawszy się przeciwko własnym myślom, zmusiła się, by 

zapomnieć o Jacku, i rzuciła się w wir pracy.

Najpierw zakopała się w notatkach i korespondencji działu kulinarnego, przygotowując 

kolejną wymianę przepisów między czytelnikami. Potem szef działu rozrywki polecił jej 

uzupełnić klepsydry kilku aktorów z telewizji i filmu. Robienie klepsydr ludziom, którzy 

żyją i mają się dobrze, zawsze wprawiało ją w wisielczy humor, choć rozumiała potrzebę 

zbierania podobnych informacji. Jednak godzina wypełniona pisaniem o żywych w czasie 

przeszłym nie poprawiła jej nastroju.

Ucieszyła się, kiedy Susan Farley i Christina Fusco, dwie reporterki, z którymi jadła 

lunch pierwszego dnia, zaprosiły ją ponownie, tym razem do restauracji Befsztykowy Raj. 

Tam uraczyła się wysokokalorycznym stekiem na serze z dodatkami, nie dopuszczając do 

siebie ani na chwilę wyrzutów sumienia. Wróciła do redakcji odświeżona i zabrała się do 

pracy   z   nowym   optymizmem.   Dziś   przepisy   i   klepsydry,   jutro   własne   artykuły, 

powiedziała sobie. Może, jeśli dożyje... Uśmiechnęła się do tej myśli.

- Wyglądasz na rozbawioną. Czy też mógłbym usłyszeć ten dowcip?

69

background image

Głowa Colleen na dźwięk głosu Jacka podskoczyła jak gumowa piłka. Stał opodal i 

patrzył. Bardzo uważała, żeby nie zaczerwienić się albo nie zblednąć,- ani w żaden inny 

sposób nie dać po sobie poznać, że jego obecność robi na niej wrażenie.

- Właściwie zbieram się do wyjścia - powiedziała, wzruszając ramionami. Umyślnie 

obojętny ton ostro kontrastował z wewnętrzną burzą. Zerknęła na zegarek. - Minęła druga, 

a siedzę tu prawie od szóstej rano.

Pochyliła się i wyłączyła komputer. Reszta klepsydr może poczekać do jutra. Gdyby 

któraś z gwiazd zdecydowała się nagle wyzionąć ducha, to przy odrobinie szczęścia może 

będzie należała do tych już załatwionych.

- Dobrze, że cię jeszcze zastałem - powiedział Jack, postępując krok do przodu.

Colleen pozwoliła sobie na krótkie zerknięcie w jego stronę. Znowu miał na sobie dżinsy, 

te mocno sprane, i żółte włóczkowe polo. Promieniował siłą i zmysłowością. Szybko 

odwróciła wzrok.

- Dlaczego? - zapytała i pochwaliła się w duchu za idealnie beznamiętny ton.

Jack uśmiechał się tym swoim słodkim uśmiechem, którym bez wątpienia omamił już 

wiele niewinnych duszyczek. Nie mogła się mylić, bo nawet znając motywy Jacka, nie po-

trafiła oprzeć się mocy jego uśmiechu i musiała zwalczyć w sobie chęć odwzajemnienia 

go.

Wygrała bitwę.

- Dlaczego? - powtórzyła, zachowując kamienne oblicze.

Uśmiech Jacka nieco zbladł.

-  Wygląda   na   to,   że   mama   i   ciotki   zapałały   ochotą,   żeby   wybrać   się   na   wycieczkę 

statkiem. Oczywiście, chcą zabrać nas ze sobą, a potem zjeść z nami kolację.

Colleen  popatrzyła na  niego  zimno. A więc  tak  to  rozegrał. Próbuje udawać,  że ich 

namiętne interludium nigdy się nie zdarzyło, że po prostu realizowali pewien ustalony 

plan. Nic więcej.

- Nie - burknęła. - Przepraszam, ale nic ż tego. Przeproś ode mnie mamę i ciocie.

- One liczą na ciebie, Colleen. Poza tym mamy przecież umowę.

- Tak. Umowę polegającą na oszukiwaniu trzech miłych pań, które na to nie zasługują. 

Przestań na mnie liczyć, Jack.

Ignorując go, zajęła się porządkowaniem biurka i zbieraniem notatek. Cały czas jednak 

70

background image

pamiętała o jego obecności.

Dwoma krokami pokonał dzielącą ich odległość.

- Nie dowierzasz sobie po tym, co się stało wczoraj, prawda? - rzekł niskim, sztucznym 

głosem.

Żołądek Colleen wykonał salto ze śrubą. Już wolała udawanie, że nic się nie zdarzyło, od 

otwartej rozmowy na ten temat. Cóż, trzeba podjąć rękawicę.

- Wczoraj? Masz na myśli swoją ucieczkę przed Nicolą, Kamalem i mną, jakbyśmy byli 

grupą trędowatych?

- Tak to mogło wyglądać, przyznaję - zaśmiał się nerwowo. - Ale ja mówiłem o tym, co 

się działo, zanim...

- Wybiegłeś jak nieokrzesany gbur? - dokończyła z jadowitą słodyczą w głosie.

- Widzę, że od wczorajszej kolacji zmieniłaś opinię o mnie dość diametralnie. Przedtem 

uważałaś mnie za wrażliwego, opiekuńczego, uprzejmego i, zaraz, już nie pamiętam, aha, 

czułego.

- Fantazjowałam, ale na więcej nie starczy mi talentu.

- A nawet gdyby, to nie marnowałabyś go na mnie?

Uniosła brwi.

- Trudno to ująć lepiej.

Podszedł jeszcze bliżej, tak że dzieliły ich tylko centymetry i czuła ciepło emanujące z 

jego ciała. Serce kołatało jej wściekle.

- Bądźmy ze sobą  szczerzy: obraziłaś się, bo nie odegrałem swojej roli przed twoją 

przyjaciółką i jej chłopakiem. - Powoli odzyskiwał zwykłą wojowniczość. - Chciałaś, że-

bym został i do tego udawał, że tworzymy parę tak samo jak oni. Żebyśmy pożartowali 

coś o randkach we czwórkę, opowiedzieli kilka starych dowcipów, coś o sobie, i tak dalej.

Cała sytuacja wyglądała śmiesznie, kiedy przedstawiał to w ten sposób. Ona wyglądała 

śmiesznie.

- Jestem na ciebie wściekła, bo jedynie umiesz wykorzystywać ludzi. Przy mojej pomocy 

oszukałeś matkę i... niewiele brakowało, żebyś wykorzystał mnie także inaczej.

- Jeżeli ja wykorzystałem ciebie, to ty mnie również. I nadal to robisz. - Sięgnął palcami 

do zwisającego nad jej uchem kosmyka włosów. Odtrąciła jego rękę.

- Nie próbuj sugerować, że...

71

background image

- Straciłaś głowę od mojego pocałunku? - podsunął jej uprzejmie. - O to chodzi, prawda? 

Dlatego jesteś zła. Bo byłaś gotowa pożegnać tak długo pielęgnowane dziewictwo...

- Nieprawda! - przerwała z furią. - Nigdy bym...

- Kotku, gdyby twoi kumple przyszli trochę później, zastaliby nas w łóżku.

Wściekła i upokorzona Colleen przestała panować nad sobą. Wyciągnęła rękę, gotowa go 

spoliczkować.

- Proszę bardzo - szydził Jack. - Uderz mnie. Publiczność czeka, damy im cały spektakl, 

choć to kiepski melodramat. Na parę miesięcy staniemy się głównym obiektem plotek dla 

wszystkich w redakcji.

Przerażająca   perspektywa   w   mgnieniu   oka   przywróciła   jej   zdolność   panowania   nad 

nerwami. Opuściła rękę i ukradkiem rozejrzała się po pokoju. Niepokojąco wiele osób 

przyglądało się im z nie ukrywanym zainteresowaniem. Chociaż nie słyszeli rozmowy, to 

sam   widok   Colleen   i   Black   Jacka   stykających   się   prawie   guzikami   wystarczył,   by 

rozbudzić ich ciekawość.

Colleen odwróciła się powoli i z wysiłkiem przyoblekła twarz w, jej zdaniem, neutralną 

minę. Spakowała swoje rzeczy.

- Koniec przedstawienia? - zapytał Jack z promiennym uśmiechem.

- Jesteś próżny, złośliwy... karaluch - syknęła.

- Karaluch  -  powtórzył  jak  echo  Jack.  - To  nawet  oryginalniejsze   niż   „szczur”   albo 

„wąż”, ale jeszcze niezbyt mądre. Nie mogłabyś się dla mnie postarać o jakąś naprawdę 

niepowtarzalną zniewagę? Masz w końcu pisać artykuły.

- Ostatnio nieczęsto zajmuję się pisaniem artykułów. Właściwie wcale ich nie piszę. 

Sortuję   przepisy   na   kluski   z   serem,   oglądam   najgorsze   filmy   i   uzupełniam   klepsydry 

zamiast pracować nad rubryką, do której mnie przyjęto. 

Odwróciła się do wyjścia, ale Jack zastąpił jej drogę.

- Czy zgodziłabyś się... popracować ze mną nad jakimś artykułem? - Obserwował ją z 

napięciem.

Colleen   próbowała   go   obejść,   ale   on   zręcznie   blokował   każdy   jej   ruch   i   wciąż 

znajdowała go przed sobą.

- Mam parę nowych pomysłów - ciągnął - ale mógłbym skorzystać z twojej pomocy co 

do ostatecznego kształtu. Co ty na to, Colleen? Zrobimy burzę mózgów i zobaczymy, co z 

72

background image

tego wyniknie.

- Usiłujesz mnie przekupić, żebym wybrała się na ten statek. Tylko dlatego wyskoczyłeś 

z ofertą...

- Najważniejsze, że proponuję ci współpracę. Jeśli chcesz pisać, to nie rezygnuj z szansy 

i daj sobie spokój z analizowaniem motywów.

Spojrzała na niego niepewnie.

- Naprawdę pozwolisz mi napisać artykuł, jeśli zgodzę się pojechać z twoją rodziną na 

wycieczkę?

- Jeżeli uda ci się stworzyć coś ciekawego i nadającego się do druku, to czemu nie?

Colleen pomyślała o danej sobie obietnicy, aby trzymać się z dala od Jacka Blackledge’a. 

Na   drugiej   szali   złożyła   niespodziewaną   szansę   na   początek   prawdziwej   kariery 

dziennikarskiej, co z kolei oznaczałoby ciągły kontakt z szefem. Starała się nie zważać na 

coraz większy przypływ entuzjazmu. Powinna teraz podjąć decyzję o charakterze ściśle 

zawodowym, tłumaczyła sobie. Ściśle zawodowym. Patrząc z tej strony, musiałaby być 

niespełna rozumu, żeby odrzucić pierwszą, a może jedyną szansę na własny felieton.

-   Nie   wiem,   czy   powinnam   ci   wierzyć,   że   dotrzymasz   przyrzeczenia.   Czy   w   ogóle 

przeczytasz to, co napiszę? - zapytała oschle. - Nie wycofasz się jutro, kiedy nie będziesz 

już potrzebował mojej pomocy?

W jej oczach błyskały wojownicze iskierki.

- W odróżnieniu od ciebie nie łamię obietnic, Colleen.

- Ja nie... - zaprzeczyła gorąco.

- Przed chwilą prawie zerwałaś umowę, odmawiając udziału w wycieczce - przerwał, 

ucinając jej protesty. - Ustaliliśmy, że zagrasz rolę mojej przyjaciółki aż do wyjazdu matki 

i ciotek z Buffalo. Nawet podaliśmy sobie wtedy ręce, pamiętasz?

O   tak,   pamiętała.   Wówczas   przedstawiało   się   to   prosto   i   niewinnie.   Teraz   jednak... 

Colleen odwróciła wzrok. Dość negocjacji na dzisiaj.

- Czy powinnam się  przebrać przed zaokrętowaniem, czy mogę iść  tak, jak stoję? - 

spytała z kamienną twarzą.

Jack zlustrował, jej bawełniany kombinezon w kolorze piasku. Ubiór podkreślał każdą 

krągłość jej szczupłego ciała, a duże obciągane guziki, rozmieszczone pomiędzy dekoltem 

a   pępkiem   wzbudzały   w   nim   pragnienie,   by   rozpiąć   je   jeden   po   drugim.   Z   trudem 

73

background image

przełknął ślinę.

- Wyglądasz doskonale. Chodźmy już.

Nim minęła godzina, cała piątka płynęła statkiem, który powoli zbliżał się do wodospadu 

Niagara. Pasażerom rozdano grube gumowe płaszcze, kapelusze i kalosze dla ochrony 

przed tryskającymi z góry miriadami lśniących kropelek.

- Cudownie! Pięknie! - wykrzykiwała Colleen, zwisając z poręczy okalającej pokład i 

chłonąc oczyma okryty całunem wodnej mgiełki wodospad.

- Lepiej niż w Disneylandzie? - zapytał kpiąco Jack.

-   Co   najmniej   równie   przyjemnie   -   odparła.   -   Moi   mali   kuzyni   i   siostry   też   byliby 

zachwyceni. Nie mogę się doczekać ich odwiedzin.

- Ostrożnie, moja droga - przestrzegł ją Jack. - Takie życzenia spełniają się czasem w 

najmniej oczekiwanym momencie. Rodzina często pojawia się jak duch, wiesz przecież.

Colleen zachichotała.

- Bardzo bym chciała ich zobaczyć, o ile zostawią w spokoju mój stan cywilny.

- Hej, wyraziłaś moje uczucia najdokładniej jak można.

Roześmiała się na całe gardło. Poranne przygnębienie i złość zniknęły jak za dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki. Znała oczywiście powód: zostawiła daleko stąd klepsydry, a w 

perspektywie widziała swoje nazwisko wydrukowane w gazecie u dołu rubryki. Świetny 

nastrój   Colleen   przesłaniał   jej   to,   że   znajduje   się   w   centrum   uwagi   Jacka,   który   do-

trzymywał   jej   towarzystwa   na   pokładzie.   Stali   przy   barierce,   on   luźno   obejmował   ją 

ramieniem. Starsze panie zajmowały miejsca na ławce pod daszkiem. Chociaż ulokowali 

się poza zasięgiem ich wzroku, nadal prowadzili lekką, miłą konwersację o wszystkim i o 

niczym. Żadne z nich nie próbowało sugerować, że z dala od oczu publiczności nie muszą 

odgrywać pary kochanków.

- Co robią ci ludzie? - Zdziwiona Colleen wskazała postacie na brzegu, które wspinały 

się ścieżką prowadzącą pod wodospad.

-  Idą   do   Jaskini  Wiatrów   -  wyjaśnił   Jack.   - Wciskają   się   w   gumowy   kombinezon   i 

wchodzą pod Niagarę.

- Och! Ja też chcę tam pójść! - wykrzyknęła Colleen.

- Przemokniesz do suchej nitki. Kombinezon i kalosze niemal nie chronią przed wodą, bo 

już są mokre, kiedy je zakładasz.

74

background image

- Nieważne! Chodźmy tam, Jack! - Uśmiechnęła się do niego, ukazując twarz jaśniejącą 

radością.

Jack poczuł ukłucie bólu w dole żołądka. Miał przed sobą młodą, radosną i bezgranicznie 

piękną dziewczynę. Nawet w śmiesznym płaszczu nieprzemakalnym i za dużych butach 

rozsiewała   wokół   siebie   aurę   zmysłowości;   kusiła   słodkimi,   pełnymi   wargami   i 

błyszczącymi   źrenicami.   Miotały   nim   sprzeczne   pragnienia:   aby   posiąść   jej   ciało   i 

jednocześnie chronić przed niebezpieczeństwami tego świata. Z powodu tych rozterek 

chwilami tracił zdolność jasnego formułowania myśli.

Od   momentu,   kiedy   wybiegł   z   jej   mieszkania   wczoraj   w   nocy,   uciekając   przed 

szarpiącymi nim emocjami wywołanymi bliskością Colleen, głowę wypełniała mu tylko 

ona.  Nie  zareagował  ze  zwykłym  sarkazmem  na  propozycję  matki,  by  wybrać  się  na 

wycieczkę statkiem, lecz natychmiast uchwycił się dodatkowej szansy na spędzenie paru 

chwil z Colleen. Kiedy odmówiła, zmartwił się bardziej, niż byłby skłonny to przyznać, 

więc skusił ją perspektywą felietonu.

I   zamierzał   dotrzymać   przyrzeczenia.   Jakkolwiek   wydawało   mu   się   to   dziwne,   nie 

przerażała   go   wizja   współpracy   z   asystentką,   nawet   gdyby   okazała   się   kompletną 

grafomanką. Od dnia jej przybycia do gazety zmienił poglądy o sto osiemdziesiąt stopni, 

ale nie zastanawiał się nad przyczynami.

- Przepraszam, czy mogliby państwo odsunąć się na chwilę?! - zawołał obładowany 

sprzętem wideo chudy mężczyzna. Obejrzeli się i zobaczyli zmierzającą w ich kierunku 

parę w podeszłym wieku, a obok kobietę i dwoje nastolatków, chłopca i dziewczynę. 

Wszyscy uśmiechali się i machali do kamery.

Nagle chłopak wspiął się na barierkę i usiadł na poręczy.

- Hej, tato! - zawołał i zaczął wymachiwać obiema rękoma. Rodzina obserwowała go, 

nadal szczerząc zęby. Ojciec spokojnie trzymał kamerę i filmował syna.

Jack i Colleen spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.

- Jack, przecież on może wypaść za burtę - zauważyła z niepokojem Colleen w tej samej 

chwili, w której Jack krzyknął do nastoletniego akrobaty.

- Złaź stamtąd! Chcesz wylądować w wodzie?

Ułamek sekundy później chłopiec zachwiał się i zaczął przechylać się w tył. Colleen 

wrzasnęła.   Ojciec   nie   przerywał   filmowania.   Ze   zwinnością   i   refleksem   zawodowego 

75

background image

sportowca Jack pochwycił nogę młodzieńca w momencie, kiedy ten już spadał w głębię. 

Natychmiast podbiegli dwaj inni pasażerowie i pomogli wytaszczyć niedoszłego topielca 

na pokład.

- Bałwan! - ryknął Jack na chłopca i zwrócił się do jego ojca: - Nigdy w życiu nie 

widziałem takiej gromady wariatów. Pan...

- Zepsuł pan nam film - przerwała Jackowi siostra chłopaka. - Chcieliśmy posłać go do 

programu  Rodzina amerykańska na filmie wideo.  Pewnie pokazaliby nas dzisiaj w te-

lewizji. Mark miał spaść do wody. Spadanie do wody to gorący temat, a z tego statku 

jeszcze nikt nie wypadł. Na pewno puściliby film dziś wieczorem.

Colleen rzuciła badawcze spojrzenie na pełną niedowierzania twarz Jacka i ująwszy go 

pod ramię, szybko odciągnęła z miejsca wydarzeń. Amatorami wideo już się zajęli dwaj 

marynarze z załogi.

-   Jack,   jesteś   bohaterem!   -   wykrzyknęła,   odruchowo   rzucając   mu   się   na   szyję.   - 

Skoczyłeś jak błyskawica, uratowałeś tego chłopca.

- Całą tę nienormalną rodzinkę powinni wsadzić do więzienia za krańcową głupotę. - 

Jack dyszał ze złości. - Tutaj woda aż się roi od wirów. Gdyby ten dzieciak wypadł, mo-

mentalnie znalazłby się na dnie.

Czuł   w   sobie   nadmiar   energii.   Niebezpieczeństwo   i   konieczność   szybkiej   reakcji 

oznaczały potężny zastrzyk adrenaliny, która nadal krążyła w jego żyłach. Istnieją teorie 

naukowe, wedle których zagrożenie, a właściwie jego pokonanie, wiąże się ze wzrostem 

popędu płciowego, ale Jack nie myślał o eksperymentach medycznych. Po prostu czuł na 

szyi ramiona Colleen. Szybko objął ją i przytulił.

Trzymanie   Colleen   w  uścisku   wydawało   mu  się  najnaturalniejszą   rzeczą   na  świecie. 

Kiedy opuściła ręce i chciała się odsunąć, przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej.

- Ci dumie ryzykowali życiem dziecka, żeby na pięć minut pokazać się w telewizji! - 

wybuchnął oburzony. - Pewnie następnym razem zrzucą go w beczce z wodospadu i też to 

sfilmują.

- To już było - zauważyła sucho Colleen. - Telewizja mogłaby im tego nie puścić. W 

końcu tylko spadanie do wody to gorący temat - dodała, imitując głos żującej gumę na-

stolatki.

- Nieładnie naśmiewać się z kretynów, którzy za wszelką cenę chcą wystąpić w telewizji, 

76

background image

Colleen. - Pochylił głowę tak, że dotknął jej czoła swoim. - Więc jestem bohaterem, tak? - 

Nazwała go w ten sposób i spodobało mu się to, choć mężczyzna pozujący na zimnego 

drania o kamiennym sercu nie powinien zwracać uwagi na takie komplementy.

Colleen zadrżała, ale nie z powodu tryskających zewsząd pióropuszy zimnych kropli.

- Jesteś bohaterem - szepnęła. - Nie powinieneś się wtrącać, ale pomogłeś temu chłopcu.

W jej serce sączyła się nadzieja. Czy nie jest to dowód, że matka i ciocie Jacka mówiły 

prawdę? Pod maską Black Jacka kryje się ktoś inny: otwarty, wrażliwy i opiekuńczy.

Ich usta znalazły się tak blisko, że oddechy się mieszały.

- Byłeś odważny i tak silny - powiedziała cicho.

- Nie zrobiłem niczego nadzwyczajnego, Colleen - mruknął Jack. Musnął wargami jej 

usta, odsunął się i dotknął ich ponownie.

- Zrobiłeś. - Stała na palcach i lekko odchylała głowę. Tym razem ona otarła wargami 

jego usta. - Ciągle udajesz nieczułego cynika, ale ja ci na to nie pozwolę. Czasami trzeba 

cię nieco utemperować.

Spojrzeli sobie w oczy i patrzyli tak przez dłuższą chwilę, aż podniecenie ogarnęło ich 

oboje. Jednocześnie przywarli do siebie mocno.

- To nie ma sensu - burknął Jack, wsuwając dłoń pod gęstwę jej włosów i obejmując 

kark. - Płyniemy statkiem wycieczkowym, do diabła. Dzieli nas ze trzy kilo nieprzema-

kalnej gumy. - Popatrzył na swój płaszcz z odrazą.

- Mój waży co najmniej pięć - zamruczała Colleen, ściskając go za szyję.

Głaskał palcami jedwabistą skórę na karku Colleen i wpatrywał się w dziewczynę.

- Jeszcze jedno. Prawdopodobnie jakiś wariat z kamerą wideo trzyma nas na muszce. - 

Dotknął kciukiem kącika jej ust i obrysował je wkoło. - Nie wyszedł mu film o topieniu 

syna. to może spróbować sił. kręcąc choćby nas.

W odpowiedzi na jego pieszczoty rozchyliła wargi.

- Sądzisz, że zainteresowalibyśmy kogokolwiek w telewizji? - Niełatwo podtrzymywać 

rozmowę, kiedy marzy się jedynie o zamknięciu oczu i poddaniu się nastrojowi chwili. - 

Przecież tylko spadanie do wody to gorący temat.

- Och, cóż za niezwykła zachęta - zaśmiał się Jack. - Mogę ci wymienić z tuzin rzeczy, 

które są gorące. - Nadal muskał ustami jej wargi. - Mógłbym też zdradzić, kto jest gorący.

Colleen przylgnęła do niego, wciąż walcząc z ciężkimi, sennymi powiekami. Po całym 

77

background image

ciele rozlewał się żar, jakby w trzewiach zapłonęło ognisko. Ten żar oznaczał pragnienie, 

oznaczał pożądanie. Dotąd nie znała tak lubieżnych, tak erotycznych myśli, jak te, które 

teraz opanowały bez reszty jej umysł. Chciała, żeby ją pocałował, naprawdę pocałował, 

tak jak zrobił to wczoraj: powoli, mocno i głęboko. Pragnęła, by ją tulił, gładził skórę, 

dotykał piersi, pieścił brodawki, sięgnął niżej...

Statek przyhamował tak niespodziewanie, że stracili równowagę. Jack odruchowo złapał 

poręcz, drugim ramieniem silnie przytrzymał Colleen. Ona uwiesiła się na barku Jacka, 

czując   lekki   zawrót   głowy,   zdezorientowana,   jakby   zbudzono   ją   w   środku   bardzo 

plastycznego snu. Tuląc się do Jacka, zapomniała, że na świecie istnieją jeszcze prócz nich 

inni ludzie.

- Lepiej... lepiej pójdę zapytać, jak się bawią nasze panie - wyjąkała, odsuwając się od 

Jacka.

Jack   pozwolił   jej   odejść,   ponieważ   wyglądała   na   tak   samo   poruszoną,   jak   on.   W 

zamyśleniu   oparł   się   o   barierkę.   Głębokie   pożądanie,   jakiego   doświadczył   wczoraj 

wieczorem, nie było chwilową zachcianką ani wytworem rozgorączkowanej wyobraźni. 

Dziś kiedy przytulił ją do piersi, namiętność i szaleńcza żądza powróciły.

Pytanie   brzmiało:   Co   z   tym   począć?   Rysowały   się   przed   nim   dwie   możliwości,   jak 

sądził. Po pierwsze, postąpić jak przystało na dżentelmena i zejść jej z drogi, ograniczając 

kontakty do minimum. Taka młoda, miła i niewinna dziewczyna zasługiwała na stały, 

poważny związek. A Jack nie przepadał za stałymi związkami. Najlepsze, co mógłby dla 

niej zrobić, to trzymać się od niej z daleka.

Jednakże   Black   Jack   nie   słynął   z   dobrych   uczynków.   Brał   od   życia   to,   czego 

potrzebował. A teraz potrzebuje Colleen. Drugie wyjście z obecnej sytuacji polegało na 

pójściu z nią do łóżka i zaspokojeniu palących żądz. Ta opcja przemawiała do Jacka z 

dużo większą siłą.

Przez chwilę opanowały go wyrzuty sumienia, przypomniał sobie bowiem zapatrywania 

Colleen na sprawy miłości i seksu. W końcu miała dwadzieścia trzy lata: już czas, by 

zamienić   dziewczęce   ideały   na   rozkosz   miłości   fizycznej.   Tak,   najwyższy   czas, 

przekonywał   się.   Właściwie   zrobi   jej   przysługę.   Nauczy,   jak   odróżnić   miłość   od 

zwyczajnego pożądania, tak że gdy spotka kiedyś mężczyznę swego życia, będzie umiała 

go rozpoznać.

78

background image

Nagle przerwał rozmyślania. W wizji Colleen z jej przyszłym narzeczonym coś mu się 

wyraźnie nie podobało. Jak zwykle, nie miał ochoty zagłębiać się w sens i przyczyny tego 

odczucia. O ileż przyjemniej snuć marzenia o Colleen w jego łóżku.

A  zatem   klamka   zapadła.   Przywołał   na   twarz   swój   najbardziej   czarujący   uśmiech   i 

poszedł poszukać Colleen.

7

Colleen   spoglądała   na   Jacka   niepewnym   wzrokiem,   gdy   wprowadzał   samochód   na 

podjazd swego domu z białej cegły. Po wycieczce do Jaskini Wiatrów i obfitej kolacji od-

prowadzili trzy starsze panie do hotelu. Do Jaskini poszli tylko we dwoje, bo matka i 

ciotki wolały poczekać na ławce w parku. Idąc pod Niagarą, Colleen i Jack ubawili się 

setnie; najpierw bez przerwy ślizgali się i potykali na ścieżce, a potem, gdy podstawiali 

ręce pod spadające z nieba kaskady i zaśmiewali się jak para zachwyconych dzieciaków 

albo może beztroskich kochanków, przemokli do suchej nitki.

Jack zahamował przed drzwiami garażu.

-   Nie   chce   mi   się   wprowadzać   wozu   do   środka.   Od   lat   zamierzam   kupić   jakiś 

elektroniczny   zamek   z   pilotem,   ale   ciągle   wylatuje   mi   to   z   głowy,   no   i   zostawiam 

samochód pod chmurką.

Drobny kapuśniaczek zaczął bębnić o dach i szyby pontiaka, Colleen odwróciła się do 

Jacka.

- Gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała, choć doskonale znała odpowiedź.

- U mnie.

Czy   lekkie   napięcie   przebijające   z   jego   głosu   jest   wytworem   jej   wyobraźni,   czy 

naprawdę coś wisiało w powietrzu? Niepokojąca mieszanka obawy i podekscytowania: 

tak musiałaby określić swój stan psychiczny.

- Powiedziałeś mamie, że chcesz już jechać z powodu zmęczenia, bo miałeś ciężki dzień, 

i że odwieziesz mnie do domu.

-   Byłem   zmęczony.   Zmęczony   towarzystwem   trzech   przyzwoitek   naraz.   A   teraz 

przywiozłem cię do domu, do mojego domu. - Obserwował, jak skuliła się nieznacznie i 

przygryzła górną wargę. Doskonale sobie uświadamia, jakie konsekwencje wiążą się z 

przebywaniem ze mną tête-à-tête, pomyślał. Bardzo dobry znak. - Dopiero ósma, chyba 

79

background image

moglibyśmy jeszcze dziś popracować nad artykułem.

Przywiózł ją do siebie. Colleen siedziała nieruchomo niczym żona Lota zamieniona w 

słup soli i w milczeniu patrzyła na Jacka, który wysiadł, okrążył samochód i sięgnął do 

klamki drzwiczek po stronie Colleen. Deszcz rozpadał się na dobre, więc kiedy otworzył 

drzwi i podał dłoń, by mogła się na niej wesprzeć, do środka chlusnęła struga zimnej wo-

dy. Odebrała to jako złowieszczy omen.

-   Tutaj   nikt   cię   nie   obserwuje,   Jack.   Nie   musisz   udawać   ani   dżentelmena,   ani 

narzeczonego - powiedziała. - Daj sobie spokój z przesadną uprzejmością.

Uśmiechnął się.

- Może po prostu chcę być uprzejmy. I może wcale nie udaję. - Kiedy nie przyjęła jego 

pomocnej dłoni, sam chwycił ją za rękę i lekko pociągnął. Wysiadła z auta bez oporu, ale 

sztywna jak automat.

Nadal ściskając jej dłoń, Jack pobiegł do drzwi, więc podążyła za nim. Wpadli do środka 

i zaczęli strząsać z płaszczy krople deszczu, a Jack pstryknął wyłącznikami światła.

- Najpierw oprowadzę cię po całej posiadłości - rzucił wesoło. Poszli od pokoju do 

pokoju, a on przyjął na siebie rolę przewodnika i przez cały czas komentował wystrój i 

przeznaczenie oglądanych pomieszczeń.

Na szczęście, Colleen nie musiała odpowiadać ani robić żadnych uwag. Ani w wielkiej, 

nowocześnie wyposażonej kuchni, ani w salonie wyłożonym pluszowym dywanem, w 

którym znajdowała się ogromna narożna kanapa i ceglany kominek z pagórkiem miękkich 

poduszek, ułożonych w półkole przed paleniskiem. Milczała nadal, zwiedzając utrzymaną 

w jasnozielonych i szarych barwach sypialnię, której centrum stanowiło olbrzymie łoże z 

mosiężnymi kratami i w wyłożonej lustrami łazience z wanną wbudowaną w podłogę.

Wreszcie dotarli do gabinetu gospodarza, gdzie wszystkie ściany zajmowały regały z 

książkami, a pośrodku królował sprzęt komputerowy najnowszej generacji. Stało tam rów-

nież  szerokie   biurko,  wyściełane  krzesło,  czarna  skórzana  sofa   i mała   lodóweczka  na 

napoje. O szyby miarowo stukał deszcz.

-   Czego   się   napijesz?   -   zapytał   Jack.   -   Mam   wszystko:   wodę   sodową,   piwo,   wino, 

aperitify. Może coś gorącego? Kawa, herbata?

- Nie, dziękuję.

-   W   takim   razie   spróbuj   któregoś   z   tych   egzotycznych   koktajli,   jakie   się   pija   na 

80

background image

Hawajach. No wiesz, wysoka szklanka, kolorowy płyn, słomka z papierową parasolką.

Zaskoczona Colleen uniosła brwi.

- Umiesz przyrządzać coś takiego?

- Tak, z wyjątkiem parasolki. Jeszcze kiedy grałem w piłkę, między sezonami często 

pracowałem jako barman w San Francisco. Potrafię przygotować każdy koktajl i nawet 

czasem wymyślam nowe mieszanki.

- Mimo wszystko dziękuję, nie będę nic piła. Lepiej bierzmy się do roboty.

- Tak. - Jack opadł na sofę. - Masz rację. Usiądź, proszę.

Colleen wybrała krzesło przy biurku. Odważyła się zerknąć na Jacka i stwierdziła, że 

przypatruje się jej bacznie. W tej chwili przypominał kota jej siostry Erin, który identy-

cznie przyglądał się rybkom pływającym w akwarium. 

Z trudem przełknęła ślinę.

- Podo... podoba mi się twój dom - wykrztusiła nerwowo.

-   Dziękuję,   Colleen.   -   W   dalszym   ciągu   zachowywał   się   jak   najlepiej   wychowany 

dżentelmen i nawet mogłaby wziąć jego uprzejmość za dobrą monetę, gdyby nie dostrze-

gała w tych ciemnych oczach figlarnych błysków. 

Wzruszyła ramionami.

- Prawdę mówiąc, spodziewałam się czegoś innego - kontynuowała nieco wyzywającym 

tonem.

- A mianowicie czego? Jaskini starego erotomana? Luster na suficie i...

- Z tego, co mówiłeś o swoich finansach, oczekiwałam raczej wynajętej klitki bez mebli, 

prądu i łazienki - przerwała mu. - A tu widzę przytulny, pięknie umeblowany dom ze 

wszelkimi wygodami. Twoja eks-żona nie wydała wszystkiego co do grosza, zapewne nie 

zdążyła.

Jack uśmiechnął się, wstał i rozpoczął powolny spacer po pokoju.

- Nie, Donna nie wydała wszystkiego. Lubiłem tę willę i udało mi się schować to i owo 

do skarpety.

- Mieszkaliście tutaj? - Colleen nie umiała powstrzymać ciekawości.

- Donna w Buffalo? - Jack roześmiał się, choć tym razem bez cienia goryczy, którą 

wywoływało  w nim zwykle wspomnienie byłej  żony.  -  Nie ma  mowy. Kiedy  jeszcze 

grałem, mieszkaliśmy w Kalifornii. Potem wróciłem do Buffalo i kupiłem ten dom, już po 

81

background image

rozstaniu z Donną.

-   I   od   razu   wzięli   cię   do   gazety   jako   sprawozdawcę   sportowego.   Po   kilku   latach 

awansowałeś na felietonistę, tak? - Colleen referowała to, co usłyszała od kolegów w 

redakcji. - Teraz piszesz do prasy ogólnokrajowej i zarabiasz jeszcze więcej. Nie mam 

pojęcia, po co ci bogata żona - zakończyła nieco ostrzej, niż zamierzała.

- Kochanie, j e ż e l i, a to jest  bardzo duże jeżeli, kiedykolwiek zdecyduję się  na 

ponowne małżeństwo, to chcę coś z tego mieć, a nie tylko nic nie znaczące przysięgi miło-

ści,   wierności   i   posłuszeństwa.   Najbardziej   odpowiada   mi   gotówka.   Będziemy   żyli   z 

pieniędzy nowej pani Blackledge, a moja pensja w całości powędruje do banku.

- Poczekaj, niech zgadnę: masz na myśli swoje prywatne konto, nie wspólne, prawda? - 

rzuciła ze złością Colleen. - Wszystko dla ciebie, bo co jest twoje, to jest twoje, a co jej, to 

się dopiero okaże. A zrobisz każdą rzecz, żeby „sprawiedliwość” była po twojej stronie.

Jack skinął głową.

- Dokładnie tak, kotku - zgodził się, nie urażony ani trochę.

Colleen wydała odgłos mający wyrażać obrzydzenie i skoczyła na równe nogi.

- Jesteś najbardziej interesownym, wyrachowanym, chciwym...

- Hej, uspokój się. Nie musisz się unosić z powodu przyszłej pani Blackledge. - Jack 

chichotał rozbawiony. - Kto wie zresztą, kiedy się taka pojawi. A jak już to się stanie, to 

możesz mi wierzyć, nie będzie jakąś niewinną dzierlatką, która wyjdzie za mnie wyłącznie 

z miłości. Uczyni to pewnie z paru innych powodów.

Drań, kreatura - myślała Colleen z furią. Skierowała się ku drzwiom. Jack chwycił ją w 

talii i okręcił tak, że znalazła się w jego objęciach.

- Puść mnie - zażądała. Pomasował jej szyję.

- Puściłbym, gdybym choć przez chwilę przypuszczał, że właśnie tego chcesz.

- Tak! Masz mnie puścić. - Szamotała się, próbując uwolnić dłoń.

Jack znów się roześmiał.

- Colleen, przestańmy udawać. Oboje wiemy, po co tu przyszliśmy.

- Mogę mówić tylko za siebie, a ja jestem tutaj, żeby pracować nad artykułem. Obiecałeś 

mi to. - Wierciła się w jego uścisku, aż nagle znieruchomiała. Poczuła na swym ciele oz-

nakę rosnącego podniecenia Jacka.

- Widzisz, jak na mnie działasz - mruknął, napierając na nią jeszcze mocniej. Wycisnął 

82

background image

pocałunek na szyi dziewczyny i uśmiechnął się, spostrzegłszy, że wprawiło ją to w drże-

nie. - Twoja bliskość odbiera mi zmysły. Pragnę cię, Colleen.

Jego zęby zwarły się lekko na delikatnej małżowinie i w tym samym momencie dłoń 

odnalazła przykrytą miękkim materiałem pierś.

- Jack, przestań - poprosiła Colleen niskim, schrypniętym głosem i zastanowiła się przez 

chwilkę, czemu mówi tak cicho. - Nie mogę... nie chcę...

- Chcesz - powiedział. - Możesz. Zaraz się przekonasz.

Jest bardzo pewny siebie - pomyślała Colleen - o wiele bardziej niż ja. Mimo słabych 

protestów coraz mocniej lgnęła do niego, zamiast się wyrywać. Chociaż usiłowała odpy-

chać jego dłonie, one uwalniały się i wędrowały bez przeszkód po jej ciele, tuliły ją, a 

Colleen położyła głowę na jego ramieniu.

Trzeba to przerwać, natychmiast. Wiedziała o tym, ale nim zdążyła wykrztusić choćby 

słowo, trzy guziki swetra zostały rozpięte, a męska dłoń znalazła się pod spodem. Dotyk 

jego palców na nagiej skórze sprawił, że zaczęła dygotać.

- Jack - szepnęła  ochryple. Chciała go  powstrzymać,  kazać  mu przestać, lecz słowa 

uwięzły jej w gardle.

- Ciii, kochanie, wszystko będzie dobrze. - Jego głos uspokajał i uwodził, wprowadzał ją 

w pomieszanie. - Całował jej kark, delikatnie chwytając zębami skórę, co troszeczkę ją 

bolało. Dłonie Jacka kontynuowały wędrówkę po nagim ciele, aż w końcu spomiędzy jej 

warg wyrwał się cichy jęk.

- Przyjemnie, prawda? - Głos Jacka był równie podniecający, jak jego lubieżne ręce, 

które odnalazły zapięcie biustonosza i z łatwością pokonały tę przeszkodę.

Głowa Colleen kręciła się i przechylała bezustannie. Powieki ciążyły, coraz trudniej było 

utrzymać oczy otwarte. Dotyk mocnych, dużych dłoni na nagich piersiach budził doznania 

silniejsze niż jakiekolwiek przeżycia, których doświadczyła dotąd. Pieścił ją; głaskał i 

masował tak,  że brodawki  z każdą chwilą twardniały i  stawały się coraz  wrażliwsze. 

Pragnęła, by ich dotykał, pragnęła tak zachłannie, że zaczęło ją to przerażać.

- Jack, proszę! - odwróciła głowę w niemym proteście, ale on najwyraźniej zrozumiał ją 

opacznie.

- Tak, kochanie, tak. - Sięgnął jej ust, językiem rozsunął wargi i wepchnął go głębiej, 

podczas gdy dłońmi pocierał pełne, nabrzmiałe sutki. Ściskał je delikatnie i masował, aż 

83

background image

wygięła się w łuk, zwisając mu w ramionach i ulegając w końcu potędze jego pożądania.

Przegrała bitwę o utrzymanie otwartych oczu. Pogrążyła się w otchłani nowych, do tej 

pory nie znanych, odczuć tak głęboko, że nie uświadamiała sobie poczynań Jacka, który 

prawą ręką wciąż ściskał jej pierś, lewą odpiął resztę guzików i obnażył ją aż do pępka.

Colleen   powitała   westchnieniem   jego   dłoń   na   nagiej   skórze   brzucha.   Kciuk   Jacka 

odnalazł pępek, a strumień gorąca z czubka jego palca dotarł do sekretnego ośrodka jej 

kobiecości, od paru chwil wilgotnego, nabrzmiałego i pulsującego oczekiwaniem. Kiedy 

palce mężczyzny, podpełzły do granicy chronionej bielizną, Colleen wstrzymała oddech. 

Całe ciało wpadło w niemożliwe do powstrzymania drżenie.

Wtedy wysunął rękę spod swetra i uniósł ją w ramionach. Kroczył, trzymając ją wysoko 

przy piersi, a ona widziała wokół rozkołysany pokój. Odczuła to jako brutalne przejście od 

zmysłowej   abstrakcji   uniesienia   do   sytuacji   pozbawionej   wszelkich   dwuznaczności. 

Zesztywniała.

- Co robisz? - zapytała przerażonym, piskliwym głosem, który ledwie rozpoznała jako 

własny.

Jack nie zamierzał zboczyć z kursu, u którego końca czekała czarna skórzana sofa, więc 

przeoczył wzburzenie w jej tonie.

- Połóżmy się, malutka. Będzie nam o wiele... wygodniej. - Umieścił ją na sofie i położył 

się  na   dziewczynie.   Zdała   sobie   sprawę   z   tego.   Co   się   stanie,   i  ledwo   powstrzymała 

wybuch   paniki.   Namiętność   wypełniająca   ją   do   tej   chwili   zniknęła,   a   w   jej   miejsce 

pojawiła się chęć walki; potrzeba obrony.

- Zejdź ze mnie!- Odepchnęła go obiema rękami.- Dusisz mnie, nie mogę oddychać! - Co 

nie do końca zgadzało się z prawdą. Pełne zmysłowości omdlenie, którego doznała, dało 

jej tak nieoczekiwaną rozkosz, że o mały włos poddałaby się narkotycznej, zapierającej 

dech   w   piersiach   namiętności.   Nawet   teraz   nie   odzyskała   jeszcze   zupełnie   jasności 

umysłu. Ta myśl wprawiła ją w przerażenie. Colleen jęła się rzucać i wierzgać jak dziki 

mustang.

Jack podparł się na łokciach i spojrzał na nią z góry zamglonymi, nieobecnymi oczami.

- Kochanie, my...

-   Nie   chcę   lego,   Jack!   -   Colleen   wykorzystała   chwilową   słabość   przeciwnika   i 

wyślizgnęła się spod niego, spadając z hukiem na podłogę. Szybko wstała i wyprostowała 

84

background image

się.

- Kochanie, oczywiście, że. chcesz. - Jack usiadł na kanapie. - Pośpieszyłem się zanadto i 

przestraszyłem cię. Chodź do mnie, to...

-   W   tej   chwili   odwieź   mnie   do   domu.-   Jej   głos   dygotał   ze   zdenerwowania. 

Błyskawicznie,   choć   trzęsącymi   się   rękami,   zapięła   wszystkie   guziki.   Nawet   nie 

próbowała poprawić biustonosza. Zatrzaski wymagały nieco zręczności, a tej brakowało 

jej   teraz   niewątpliwie,   więc   zwisał   luźno   pod   swetrem,   przypominając   o   niedawnych 

wypadkach.

- W co ty grasz, Colleen? - Jack westchnął ze zniecierpliwieniem. - Przed sekundą byłaś 

taka chętna, a...

- W nic nie gram! - ryknęła Colleen. Jej twarz okryła się purpurą. - Za to ty grasz, ale ja 

nie należę do twojej drużyny.

- Oszczędź mi sportowych porównań! - Jack wydał udawany jęk. - Wszystkie możliwe 

już słyszałem, niektóre sam stworzyłem, od porównań z pierwszą, drugą i trzecią ligą aż 

po strzelanie bramek ze spalonego. Wystarczy.

- Zgadzam  się.  Żartujesz   sobie  z...  z...  - Urwała.  Czy  istniał  odpowiedni  termin  dla 

opisania tego, co zdarzyło się miedzy nimi? Gorączka namiętności, podniecenie, i strach, 

strumień dzikich emocji... A on to wszystko obraca w żart! Oczy zaszły jej łzami i kontury 

przedmiotów rozmazały się, kiedy ruszyła do drzwi.

-   Colleen!   -   zawołał   Jack.   Trzęsąc   się   wstał   z   sofy   i   spróbował   przezwyciężyć 

paraliżujące całe ciało pożądanie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek przeżył tak piekącą i 

bolesną frustrację. Coś wewnątrz niego, jakiś głos sumienia, mówił mu, że zasłużył na to 

w   zupełności.   Zamierzał   przecież   uwieść   młodą,   niedoświadczoną   dziewczynę,   której 

myśli krążyły wokół małżeństwa, nie seksu.

Usłyszał   trzaśniecie   kuchennych   drzwi.   Wydawszy   dziwne   pół   westchnienie,   pół 

warknięcie,   wybiegł   na   zewnątrz   i   zastał   Colleen   siedzącą   w   jego   samochodzie. 

Obejmowała się ciasno rękami i czekała z twarzą chmurną jak burza gradowa.

Jack otworzył drzwiczki.

- Wróć do środka, Colleen. - Deszcz zdążył już zamienić się w ulewę i teraz wlewał mu 

się za kołnierz. - Natychmiast.

-   Nie!   Chcę   wracać   do   domu.   Natychmiast   -   dodała,   idealnie   naśladując   jego   ton   i 

85

background image

mimikę.

- Colleen, chciałaś się zająć artykułem. Wróć do mieszkania! zacz...

- Sądzisz, że jestem aż tak głupia? - przerwała mu z wściekłością. - Drugi raz nie dam się 

nabrać na a k ą sztuczkę. Nie miałeś najmniejszego zamiaru pozwolić mi napisać choćby 

linijki. Obiecałeś mi to, bo potrzebowałeś mojego udziału w tej wariackiej maskaradzie i... 

żeby zwabić mnie tutaj i wciągnąć do łóżka!

Czuła się wykpiona i pozbawiona złudzeń. Jednak najgorsze było to, że tak łatwo, tak 

bezmyślnie uległa jego zakusom. Zatrzęsła się na samo wspomnienie o tym, jak pozwoliła 

mu się dotykać, jak pragnęła więcej...

W   jakiś   sposób   zapomniała,   że   jego   uczucia   ograniczają   się   do   czysto   fizycznego 

popędu, że niczym  nie  różniła  się  w jego oczach od  wszystkich innych kobiet,  które 

przywoził tu na jeden czy dwa szybkie numerki. Z plotek zasłyszanych w pracy wiedziała, 

że   było   ich   mnóstwo!   Nie   darzył   jej   żadnym   szacunkiem   ani   jako   kobietę,   ani   jako 

dziennikarkę i asystentkę.

Zachował się jak łajdak, to prawda, ale jak uczciwy łajdak, przyznała niechętnie. Zrobił z 

niej   kompletną   idiotkę,   bo   poleciała   na   niego   mimo   wszystko.   Nie   mogła   nawet   po-

wiedzieć, że ją oszukał słodkimi słówkami i miłosnymi zaklęciami.

- Nie chcę stać na deszczu całą noc i kłócić się z tobą, Colleen. Dostanę zapalenia płuc - 

rzekł Jack przymilnie. 

Colleen siedziała nieporuszona.

- Nie wysiądę z tego samochodu. Skoro nie odpowiada ci stanie na deszczu, to odwieź 

mnie do domu.

Jack zaklął pod nosem i wślizgnął się na fotel kierowcy.

- Powinienem pójść spać i pozwolić ci spędzić noc w wozie - parsknął. Uruchomił silnik 

i samochód ożył.

- Nie wyświadczasz mi teraz grzeczności - odgryzła się Colleen. - Miałeś wcześniej 

odwieźć mnie do domu, ale...

- Tak, tak. Popełniłem niewybaczalny grzech, bo chciałem się z tobą kochać. W takim 

razie   powiem   ci,   że   nie   musiałem   się   usilnie   starać,   ponieważ   pragnęłaś   tego   równie 

mocno, jak ja. I nadal pragnę - dodał z krzywą miną. - Boli mnie wszystko, od pięt po 

czubek nosa.

86

background image

- Pewnie mam ci współczuć? To ty...

Nie pozwolił jej skończyć.

- To ty najpierw ulegasz, dajesz mi odczuć, że tego chcesz, a potem uciekasz.

Colleen zaczerwieniła się. Może ma rację, ale nie powtórzy błędu i nie pozwoli mu 

zrzucić całej winy na siebie.

- To ty nie dałeś mi odczuć jednej rzeczy, mianowicie, że ci na mnie zależy, że jestem 

czymś więcej niż kolejną zdobyczą Black Jacka.

Jack westchnął przeciągle.

- Przemawiasz jak zaprzysięgła dziewica, Colleen. Chyba nie planujesz zostać nią do 

końca życia, co? Zbyt łatwo ulegasz i poddajesz się zmysłom, by żyć bez miłości.

- Nie zamierzam żyć bez miłości, ale seks to nie miłość i...

- Ratunku! Przestań. Oszczędź mi kazań na temat seksu i miłości. Szkoda twojego czasu, 

znam to już na pamięć.

- Wobec tego nie mam nic do dodania.

- Cieszę się.

Milczeli przez resztę drogi. Na parkingu przed swoim blokiem Colleen otworzyła drzwi 

na oścież, nie czekając nawet, aż Jack zahamuje. W chwili gdy wyskakiwała na chodnik, 

Jack złapał jął za ramię.

- Pomimo twojego skandalicznego zachowania nie cofam swego słowa - wygłosił tonem 

sprawiedliwego, co doprowadziło Colleen do furii.

- Mojego skandalicznego zachowania?! - wybuchnęła. - Jeśli któreś z nas zachowało się 

skandalicznie, to na pewno nie ja. Podszedłeś mnie jak oszust, a wiedziałeś, co sądzę...

- Przyrzekłem ci artykuł i dotrzymam słowa - ciągnął z niezmąconym spokojem, nie 

zwracając najmniejszej uwagi na jej wściekłą tyradę. - Przynieś jutro jakiś kawałek, to 

rzucę nań okiem. Dobranoc, Colleen - dodał na zakończenie i rozluźnił uchwyt.

Colleen zdusiła w sobie chęć zrewanżowania się zniewagą. Namiętność przeistoczyła się 

w furię. Teraz pragnęła walczyć z nim tak samo gorąco, jak przedtem się kochać. Ale 

opanowała się i powstrzymała mordercze instynkty. Wyskoczyła z auta jak z procy.

Wszedłszy do mieszkania, zatrzasnęła drzwi z taką siłą, że huk odbił się echem w całym 

budynku. Nicola wpadła do salonu i Colleen miała właśnie rozpocząć długie przemó-

wienie, kiedy dostrzegła zalaną łzami i spuchniętą od płaczu twarz przyjaciółki.

87

background image

- Nicola, coś nie tak?

- Och, Colleen, wszystko ni? tak - wyjąkała Nicola między jednym a drugim spazmem. 

Rzuciła się na kanapę.- Kamal ma narzeczoną. Dzisiaj się dowiedziałam. Jedna z pie-

lęgniarek, z którą chodził przedtem, zapytała mnie, czy o tym wiem. Jest zaręczony z kimś 

w Aber... Adżer...

- Azerbejdżanie - powiedziała Colleen. Być może Nicola nie uważała, kiedy jej krewni 

opowiadali   o   zbrodniach   popełnionych   na   Ormianach   przez   sąsiadów,   ale   Colleen 

pamiętała wszystko.

-   Nieważne   -   chlipała   Nicola.   -   Z   początku   myślałam,   że   kłamie,   bo   zwyczajnie 

zazdrości. Powiedziała, że w jakiejś wiosce w górach mieszka dziewczyna, której rodzina 

podpisała kontrakt zaręczynowy z rodziną Kamala.

- Kontrakt? To brzmi jak średniowiecze. Nicola, zastanów się. Dziewczyna z gór w Azji 

ma poślubić lekarza z Buffalo. To niemożliwe.

- Ale to prawda, Colleen! Zapytałam Kamala. Zaręczył się jakieś pięć lat temu. Jego 

wujek przyśle ją do Stanów w przyszłym roku, kiedy będzie pełnoletnia. Wtedy wezmą 

ślub.

- Boże, przecież to jeszcze dziecko! - żachnęła się Colleen. - I są zaręczeni od paru lat? 

Toż to średniowiecze, żeby nie rzec barbarzyństwo!

- Kamal nigdy jej nie widział! Jego krewni wszystko ukartowali, a on tylko się zgodził. 

Chętnie!   On   chce   młodej   zacofanej   dziewczyny   z   wioski   w  Azercośtam.   Uważa,   że 

amerykańskie kobiety są zbyt niezależne, zblazowane i za bardzo wyzwolone seksualnie.

- Ale nie pogardzi amerykańską dziewczyną, którą może wykorzystać dla zabicia czasu 

dzielącego go od spotkania z nieletnią narzeczoną!- Oczy Colleen miotały błyski obu-

rzenia. - Nicola, tak mi przykro. - Objęła przyjaciółkę.

- Colleen, jaka ja byłam głupia. Kamal chciał wykorzystać mnie i moją skłonność do 

niego, żeby złapać trochę nadprogramowego seksu. A cały czas miał narzeczoną! - Nicola 

rozpłakała   się   znowu.   -   Umówiliśmy   się   na   najbliższy   weekend,   żeby   pojechać   do 

Toronto. To tylko godzina drogi stąd, no i Kamal chciał mi pokazać miasto.

- Pewnie chciał ci pokazać coś jeszcze - wymamrotała Colleen ponuro.

- Wiem. Gdybym pojechała, wkrótce by się przekonał, że nie jestem tak wyzwolona 

seksualnie, jak to sobie wyobrażał.

88

background image

- Co za świństwo! - stwierdziła Colleen. Sama ledwo powstrzymywała się od płaczu. - 

Może należało zostać w Houston albo w Waszyngtonie. Może nasze rodziny mają rację, 

może przydałaby się nam opieka mądrzejszych od nas. Może powinnyśmy pozwolić, żeby 

znaleźli dla nas chłopaków, którzy nie ośmielą się nas wykorzystać, choćby ze strachu 

przed Ramseyami i Shakarianami.

- Colleen, z tego, co mówisz, odnoszę wrażenie, że tobie też. się coś dzisiaj przytrafiło - 

rzekła nieco spokojniejszym głosem Nicola, chwilowo zapominając o swoich przejściach i 

koncentrując się na minie Colleen. - Coś niedobrze z Jackiem, tak?

Colleen popatrzyła przed siebie niewidzącymi oczyma.

-   Jack   nie   chowa   w   zanadrzu   żadnej   młodocianej   oblubienicy,   ale   jest   absolutnie 

zdecydowany, żeby, jak to ujęłaś, złapać trochę nadprogramowego seksu, chociaż mnie nie 

kocha i nawet tego nie udaje.

- Pokłóciliście się? Zamierzasz z nim zerwać?

- Tak, na oba pytania. - Colleen przełknęła pierwsze oznaki szlochu, na który zbierało się 

jej od dłuższej chwili. Cóż za głupota płakać z powodu kogoś, komu na tobie nie zależy i 

nigdy nie będzie zależało.

Nicola westchnęła smutno.

- Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze wczoraj obie byłyśmy szczęśliwe, pełne nadziei i 

zakochane, a dzisiaj tylko płacz i zgrzytanie zębów, tyle że dalej jesteśmy zakochane. 

Nienawidzę tego, Colleen. Nienawidzę miłości. Ech! Jedynie w książkach wszystko idzie 

jak   z   płatka.   Pewnie   powinnam   się   cieszyć,   że   nie   poszłam   do   łóżka   z   Kamalem. 

Wyobrażasz sobie, jak bym się czuła, gdybym odkryła dopiero potem, że mu wcale nie 

zależy na mnie, tylko na mojej...

Jeszcze gorzej wiedzieć to przedtem i zrobić to mimo wszystko - pomyślała Colleen 

posępnie. Jeśli natychmiast nie zacznie dotrzymywać danej sobie obietnicy, żeby unikać 

tego typa, to pewnie wcześniej czy później wyląduje na czarnej skórzanej sofie. Od chwili 

gdy Jack wyzwolił drzemiącą w niej namiętność i pasję, ryzyko niepomiernie rosło. Na-

miętność i pasja wciągają i bawią, kiedy się o tym czyta, ale żyć z tym nie jest łatwo. Od 

tej pory koniec z pobłażaniem sobie, koniec z iluzjami.

Zadzwonił   telefon   i   Nicola   skoczyła   na   równe   nogi.   Podniosła   słuchawkę   niemal 

natychmiast.

89

background image

-   Do   ciebie,   Colleen   -   powiedziała   z   nutką   zawiści   w   głosie.   Serce   Colleen   zabiło 

mocniej. Jeżeli to Jack dzwoni z przeprosinami, a może nawet żeby porozmawiać o dzi-

siejszych nieporozumieniach...

Niestety.   W   słuchawce   odezwał   się   Rodd   Garrett.   Przez   kilka   chwil   wymieniali 

zdawkowe uprzejmości, aż w końcu Colleen oznajmiła, że nie może mu towarzyszyć na 

przyjęciu w piątek z powodu nieoczekiwanej wizyty starych przyjaciół. Było to kłamstwo, 

ale dość niewinne, za to oszczędzało długich i bolesnych wyjaśnień, czemu straciła ochotę 

na jakiekolwiek przyjęcia.

Rodd   zareagował   na   jej   odmowę   spokojnie,   potem   zapytał   czy   może   zatelefonować 

ponownie za parę dni. Zgodziła się, lecz wstrętne insynuacje Jacka bezustannie kłębiły się 

jej w głowie.

- Rodd Garrett wygląda na miłego faceta. Nie bawię się z nim w kotka i myszkę i nie 

zamierzam go złapać tylko dlatego, że jest zawodowym piłkarzem - oznajmiła Nicoli, jak-

by broniła się przed zarzutami Jacka.

Nicola spojrzała na nią, nie pojmując przyczyny dziwnego oświadczenia.

- Ktoś ci zarzucił, że łapiesz tego Rodda?

- Jack. On... - Colleen urwała.  Nie miała ochoty rozmawiać o Blackledge’u. Obiecała 

sobie, że nie będzie nawet o nim myśleć i zwierzyła się ze swoich ślubów Nicoli.

- Dobrze. W takim razie ja przestanę mówić i myśleć o Kamalu - rzekła twardo Nicola. - 

Gdybyśmy   się   zapomniały,   to   możemy   się   nawzajem   hamować,   prawda?   Utworzymy 

towarzystwo   wzajemnej   pomocy.   Nazwiemy   się   na   przykład   tak:   Niedoszłe   Ofiary 

Mężczyzn Wykorzystujących Kobiety. Jak to brzmi?

Wymieniły nieszczęśliwe uśmiechy.

- Właśnie podsunęłaś mi temat artykułu, Nicola. Chciałabyś pomóc mi trochę?

-   Jeśli   chodzi   o   to,   żeby   dołożyć   wszystkim   facetom,   a   Kamalowi   i   Jackowi   w 

szczególności, to możesz na mnie liczyć! - zawołała Nicola w nagłym podekscytowaniu. - 

Będziemy mogły zapomnieć o naszym garbatym losie na godzinę albo dwie.

Colleen przyniosła papier i pióro.

Jack ułożył się w wannie z gorącą wodą i zajął się obserwowaniem stukających o szybę 

kropli  deszczu. Gdzieś  w pobliżu  strzelił piorun, błyskawica  rozdarła  niebo, a  deszcz 

90

background image

przeistoczył się w oberwanie chmury, zalewające okna potokami chlupiącej wody.

Gorąca kąpiel działała niewymownie kojąco, choć na zewnątrz szalała burza. Napięcie 

skuwające całe ciało żelaznymi obręczami poczęło stopniowo rozpuszczać się w parującej 

wodzie. Miał nadzieję, że jego nerwom zrobi to równie dobrze, lecz niestety. Myśli nadal 

wirowały i kłębiły się z zawrotną szybkością wewnątrz czaszki.

Wszystkie dotyczyły Colleen Brady. Jej obrazy stały mu przed oczami jak żywe: Colleen 

wybucha śmiechem pod tryskającym jej w twarz prysznicem rozpylonej wody Niagary w 

czasie wycieczki do Jaskini Wiatrów; Colleen na statku rzuca mu się na szyję i nazywa 

bohaterem; jej kwadratowy ze złości podbródek; zmatowiałe z rozmarzenia oczy, gdy 

trzymał ją w ramionach...

Jego myśli dryfowały dalej, ku wspomnieniom z ostatniej godziny, kiedy tulił ją, a ona 

reagowała naturalnie i z pasją, czego w swej niewinności nie umiała ukryć. Pamiętał 

każdy szept i jęk, dotknięcie miękkich, spragnionych warg. Wyobraził sobie, że jest tu z 

nim teraz i krew w nim zawrzała.

Odprężenie zniknęło. Jack wyjął korek z dna wanny i zaczął się wycierać. Ciało nie 

dawało mu spokoju. Dzisiejszy wieczór wcale nie musiał się zakończyć w ten sposób. 

Będąc człowiekiem czynu, podszedł do telefonu i wykręcił numer Colleen.

Wróci   tu   szybko,   przekonywał   się.   Chciała   tego   tak   samo   jak   on.   Nie   zawsze 

zachowywał   się   wobec   niej   jak   dżentelmen,   to   fakt,   ale   można   to   naprawić   kilkoma 

słodkimi   słówkami.   Podjechałby   nawet   po   nią   do   jej   mieszkania,   a   to   już   wielkie 

ustępstwo. Zazwyczaj adresatka nocnego wezwania sama musiała martwić się o transport.

- Colleen nie ma ochoty z tobą rozmawiać - poinformował go po chwili zimny głos 

Nicoli. - Nie podejdzie do telefonu.

- Co? - Jack był tak. zaskoczony, że prawie rzucił słuchawkę. - Dlaczego? Przez moment 

w słuchawce panowało milczenie, a Nicola przekazywała pytanie Colleen.

- Mówi, że wiesz, dlaczego - padła lodowata odpowiedź.

- Nie, nie wiem - warknął Jack i rozłączył się. Ale przecież wiedział. Colleen nie pozwoli 

traktować   się   jak   obiekt   przelotnego   flirtu.   Jeżeli   chce   ją   mieć,   musi   przejść   przez 

wszystkie etapy udawania, że się w niej zakochał.

Jakaś część jego świadomości podpowiadała mu, żeby posłać całą tę historię do diabła i 

zadzwonić do innej dziewczyny, która wykorzysta go w takim samym stopniu, co on ją. 

91

background image

Bez cienia żalu czy większych wymagań. Która niczego nie oczekuje i nie daje w zamian 

niczego prócz możliwości skorzystania z jej ciała.

Jednak   zamiast   do   telefonu   poczłapał   do   łóżka.   Bezgłośnie   wyjąc   do   księżyca, 

zastanawiał się, czemu ten sposób zapomnienia o Colleen nie kusi go ani trochę. Zmartwił 

się swoją reakcją.

Sen długo nie przychodził. Kłębiły mu się w głowie najdziwniejsze myśli. Przyłapał się 

na rozważaniu, że skończył właśnie trzydzieści trzy lata, a jego ojciec w tym wieku miał 

już syna, jego samego. Ojciec często żartował, że został tatusiem bardzo późno, dopiero 

po trzydziestce.

Późno? Jack usiadł na łóżku. Dobry Boże, przecież przeżywa swoje najlepsze lata. Przed 

nim   jeszcze   tyle   czasu   na   poczęcie   i   wychowanie   potomka,   na   przyjęcie   roli   głowy 

rozrastającej się rodziny. Tak jak ojciec.

Coś ścisnęło mu gardło. Nie potrafił wyobrazić sobie lepszego ojca niż jego własny. 

Wspominał niezliczone godziny, które poświęcił mu ojciec, ucząc, jak trzeba rzucać, łapać 

i   kopać   piłkę.   Wszędzie   chodzili   razem:   na   ryby,   na   polowania,   na   mecze,   wyścigi 

samochodowe i zbiórki skautów. Żaden ojciec nie szczycił się swym synem bardziej niż 

Bob Blackledge Jackiem. Obejrzał wszystkie mecze syna, od ligi podwórkowej aż do 

ekstraklasy.

Nagle powróciła cała nienawiść do pijanego kierowcy, który trzynaście lat temu pewnego 

ciepłego   wiosennego   popołudnia,   wjechał   na   przeciwległy   pas   jezdni   i   zmiażdżył   sa-

mochód   ojca.   Śmierć   ojca   była   najgorszą   rzeczą,   jaka   kiedykolwiek   spotkała   Jacka. 

Spędził z nim tylko dwadzieścia lat, a chciałby o wiele, wiele więcej.

Po raz pierwszy Jack pozwolił sobie na rozważanie, jak wyglądałoby jego życie, gdyby 

ojciec nie odszedł tak nagle. Jedna rzecz nie ulegała wątpliwości: nigdy nie ożeniłby się z 

Donną.   Ojciec   nie   polubił   jej,   Jack   wiedział   to   zawsze,   ale   zmusił   się,   by   o   tym 

zapomnieć.   Gdyby   nie   kilkuletnia   żałoba,   pewnie   także   zachowałby   więcej   spokoju   i 

rozwagi. Może nie pędziłby tamtej nocy po autostradzie wiodącej do Kalifornii i jego 

samochód nie wpadłby w poślizg, nie przewróciłby się na dach i Jack uniknąłby obrażeń, 

które przekreśliły jego karierę sportową.

Ale   to   wszystko   zdarzyło   się   n   a   p   r   a   w   d   ę,   a   on   jest   tym,   kim   jest:   samotnym 

mężczyzną siedzącym w ciemnym pokoju i rozpamiętującym przeszłość, ponieważ pewna 

92

background image

drobna blondynka tak inna od wszystkich kobiet, które znał, nie pozwoliła zwabić się do 

łóżka na parę godzin pospiesznego, łatwego seksu.

Jack wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. Colleen nie da się oszukiwać i zwodzić. Jak 

dotąd udowodniła, że potrafi się bronić, i uczyniła to. Zmusiła go, by traktował ją jak god-

nego przeciwnika. Uśmiechnął się szerzej. Ojciec polubiłby ją od pierwszego wejrzenia, to 

prawda.

8

Proszę, tu jest tekst, który miałam przynieść - oznajmiła chłodno Colleen następnego 

ranka, wręczając Jackowi maszynopis. Przyszła do pracy wcześniej, żeby siedzieć już za 

biurkiem, kiedy wejdzie Jack. Najwyraźniej on wpadł na identyczny pomysł. Wchodząc 

do redakcji, zastała go przy komputerze.

Jack zerknął na kartki.

- To jest tytuł? „Seks, kłamstwa i mężczyźni?” - Uniósł brwi i lekko poczerwieniał na 

twarzy. - Przecież to gazeta dla całej rodziny, zapomniałaś?

- Przeczytaj to. Żadnej pornografii, po prostu kilka starych prawd uporządkowanych i 

sklasyfikowanych tak, jak ja to widzę. Nie żebym choć przez sekundę wierzyła, że to wy-

drukujesz w swojej nieskalanej rubryce. Nigdy nie wydrukujesz niczego, co napiszę. I 

nigdy nikomu nie pomożesz, tak jak pomagano tobie swego czasu. - Wysunęła górną szu-

fladę biurka i zaczęła wrzucać zawartość do przyniesionej w tym celu torby.

-,,Mężczyźni oczekują, że  zapłatą  za  zaproszenie na  randkę będzie seks.  Im  droższa 

kolacja, tym większa presja, by zakończyć wieczór w łóżku” - czytał Jack. Spojrzał znad 

tekstu na Colleen i przez dłuższą chwilę nie odrywał wzroku od jej kamiennego oblicza.

- Oho - wykrztusił zdumiony.

- Wreszcie zrozumiałam, że nigdy nie zostanę felietonistką w tej gazecie. Postanowiłam 

wziąć   pełny  etat  w   dziale  kulinarnym  i   rozrywkowym   -  poinformowała   Colleen,   jed-

nocześnie opróżniając kolejną szufladę.

- „Mężczyźni domagają się seksu bez zobowiązań” - Jack czytał dalej, marszcząc przy 

tym brwi. - „Żaden nie zawaha się skłamać, by dostać to, czego pragnie, szczególnie jeśli 

chodzi o seks.”

-   Mam   parę   nowych   pomysłów   na   rubrykę   wymiany   przepisów,   a   przed   Świętem 

93

background image

Dziękczynienia i Bożym Narodzeniem pojawi się masa filmów najpośledniejszego gatun-

ku, w sam raz do moich recenzji, a to już za kilka miesięcy. - Słowa wylewały się z jej ust 

tak gwałtownie, że nie miała czasu odetchnąć.

- „Mężczyźni używają seksu jako broni” - kontynuował Jack. - „Mężczyźni tracą resztki 

dobrych manier, gdy tylko usłyszą od kobiety odmowę pójścia do łóżka.”

- Poza tym zawsze zostają klepsydry - trajkotała Colleen jak nakręcona. - Nigdy nie 

wiadomo, kiedy która się przyda. Wystarczy dla mnie roboty. Cieszę się, że nie będę mu-

siała   się   martwić   o   nowy   artykuł   co   tydzień   czy   dwa   tygodnie.   -   Chwyciła   torbę   z 

rzeczami i zarzuciła pasek torebki na ramię. - Do widzenia, Jack.

- Gdzie ty się, do diabła, wybierasz?! - zawołał Jack.

- Idę uzgodnić wszystko z Kazorowskim. Poproszę, żeby przeniósł mnie na górę do 

rozrywki już na stałe. Może uda mi się dostać biurko i krzesło nowsze niż z zeszłego stu-

lecia. - Rzuciła wymowne spojrzenie na rozklekotane biurko i krzesło, przytargane chyba 

ze śmietnika.

- Więc uciekasz i nie dasz ani mnie, ani innym mężczyznom szansy obrony przed twoim 

feministycznym pamfletem? Albo żeby któryś z nas odpowiedział czymś podobnym? - 

Jack upuścił kartki na blat biurka. - Nie, Colleen, nie zrobisz tego.

Stanął na wprost niej, blokując przejście dokładnie tak jak wczoraj.

- Wsyp rzeczy  z  powrotem do szuflady, siadaj do komputera i przepisz tekst. Panno 

Brady, wydrukujemy pani artykuł we wtorek, a na czwartek ja przygotuję replikę z punktu 

widzenia mężczyzny. Potem poczekamy, aż włączą się do bitwy czytelnicy. Powinniśmy 

dostać tyle listów, że przez dobry tydzień będziemy mogli zamiast artykułów pisać od-

powiedzi na nie.

Colleen stała nieruchomo, kompletnie zaskoczona. Była tak pewna, że jej tekst zostanie 

odrzucony, że nie poświęciła jednej myśli na zastanawianie się, co zrobi w przeciwnym 

wypadku. Wykoncypowany wczoraj w nocy plan trzymania się z dala od Blackledge’a 

przedstawiał się nadzwyczaj sensownie. Lecz teraz, tutaj...

- Ja nie, to znaczy... - zaczęła, ale Jack ruszył ku niej, wymuszając, by cofała się krok po 

kroku, jeśli pragnęła uniknąć zderzenia.

Za  wszelką cenę nie chciała  dopuścić do kontaktu z nim. Rzuciła torbę na biurko i 

powoli   obeszła   je   wkoło.  Trzymanie   się   z   dala   od   szefa   nadal   ma   sens   -   pomyślała 

94

background image

nerwowo.

- Sądziłam, że wyrzucisz tekst do kosza.

- Taki też miałem zamiar, zanim go przeczytałem, ale jest dobrze napisany. Niezły styl: 

lekki i dowcipny, nawet kiedy poruszasz tak śliski temat jak seks, kłamstwa i mężczyźni. 

Czytelnicy zasypią nas listami, to gwarantuję. Na dodatek podsunęłaś mi świetny pomysł. 

Zaraz siadam i piszę felieton na czwartek.

Rzeczywiście usiadł, lecz po chwili wstał, mrugnął kilkakrotnie i w zamyśleniu potarł 

podbródek.

- Jak ci się podoba pierwsze zdanie? Posłuchaj: „Kobiety odmawiają uprawiania seksu, 

ponieważ próbują w ten sposób zdobyć to, na czym im zależy. Niektóre chcą nowej su-

kienki czy zmywarki do naczyń, a inne wycieczki do Europy lub obrączki ślubnej”.

- To obraźliwe, a do tego nieprawda - odrzekła Colleen krótko.

-   Ale   przyciąga   uwagę,   zmusza   do   refleksji,   każe   zająć   jakieś   stanowisko.   Co 

najważniejsze, nie pozwala odłożyć

gazety, zanim nie dowiesz się, jakie inne oszczercze opinie znalazły się w felietonie. 

Dokładnie tak, jak w twoim tekście, Colleen.

-  Ale   przecież   ja   tego   nie   pisałam   w   ten   sposób   -   wyznała   szczerze.   -  To   są   moje 

autentyczne sądy. Wczoraj wieczorem Nicola i ja...

- Świetnie się bawiłyście, mieszając mnie z błotem, jak przypuszczam.

- Nie tylko ciebie - przyznała Colleen. - Kamalowi też się oberwało, i każdemu innemu 

facetowi waszego pokroju.

- Ajajaj, zaczyna się Forum Feministyczne. Szczęście, że spałem w domu, poza polem 

rażenia. Dobrze, rozumiem moją rolę, ale co tu zawinił Kamal? Wygląda na sympatycz-

nego, grzecznego chłopaka.

- Sympatyczny? Grzeczny? Ha! Hoduje w Azerbejdżanie siedemnastoletnią narzeczoną!

- Ach tak. No to mamy następną złotą myśl do mojego felietonu. „Kobiety łudzą się, że 

uprawianie seksu i kochanie się z mężczyzną to to samo. Sądzą, że jeśli chcą iść z kimś do 

łóżka, to znaczy, że są zakochane.”

- Bo mężczyźni robią wszystko, żeby je utwierdzić w tych złudzeniach - odcięła się 

Colleen.

- Ja nie. A ty pragniesz mnie i tak, Colleen. Gdybyś nie wpadła wczoraj w panikę, dziś 

95

background image

nie trzęślibyśmy się z frustracji i nie kłócili na temat seksu, tylko wspominalibyśmy miło 

spędzoną noc.

- To mi przypomina o pewnym banale, który przeoczyłam, pisząc artykuł: „Mężczyźni 

uważają, że seks rozwiązuje wszystkie problemy”.

- To prawda, kotku - powiedział Jack z uśmiechem.

- Może na krótką metę - żachnęła się Colleen. - Raczej na b a r d z o krótką. Och, Jack, 

po co tracić czas? Nie możemy razem pracować. To niemożliwe. Idę do Kazorow...

- Siadaj i bierz się do roboty - zarządził Jack. - Ja tymczasem zamówię nowe biurko dla 

ciebie i postaram się jeszcze dziś o porządne krzesło. To, na którym siedzisz, mogłoby 

służyć hiszpańskim inkwizytorom podczas awarii fotela tortur.

Odwrócił   się   na   pięcie,   miarowym   krokiem   przemierzył   redakcję   i   wyszedł,   a   ona, 

ogłupiała i zła, długo wpatrywała się, w drzwi, które zamknął za sobą.

- Dlaczego nic nie dzieje się tak, jak przewidujemy? - zapytała wieczorem Colleen swą 

przyjaciółkę,   gdy   zajadały   na   kolację   przyniesionego   z   baru   pieczonego   kurczaka.   - 

Zeszłej   nocy   byłam   święcie   przekonana,   że   skończyłam   jakąkolwiek   współpracę   z 

Jackiem,  i   nieodwołalnie  postanowiłam  się  przenieść   na  górę  do   działu   kulinarnego   i 

rozrywkowego. A dzisiaj on  chwali  mój  artykuł  i biega  po  wszystkich piętrach,  żeby 

znaleźć dla mnie nowe biurko. Nic z tego nie rozumiem.

-   Czasem   dzieje   się   dokładnie   tak,   jak   przewidujemy   -   rzekła   ponuro   Nicola.   -   Na 

przykład dzisiaj w szpitalu Kamal i ja unikaliśmy się wzajemnie przez cały czas, chyba że 

chodziło o zajęcie się jakimś chorym dzieckiem. Potem usłyszałam, że już umawia się z 

kimś z radiologii, kto pewnie ani odrobinę nie dba o azerską narzeczoną. Och. Colleen, 

chciałabym go znienawidzić, ale nie potrafię. Nie mogę przestać myśleć o nim i o tym, jak 

by było, gdyby... - Upuściła udko kurczaka i rozpłakała się.

Colleen  zerwała  się,  by ją  pocieszyć, ale  nagle  usłyszała  głośny  dzwonek  do drzwi. 

Nicola złapała ją za rękę.

- Jak myślisz, może to on? - szepnęła z tak głęboką nadzieją w oczach, że Colleen 

zapragnęła całą duszą, żeby to był właśnie Kamal. Pobiegła do drzwi.

Otworzyła je gwałtownie i ujrzała niedbale opartego o framugę Jacka Blackledge’a we 

własnej osobie.

96

background image

-  Trzeba   zawsze   zerknąć   w   judasza,   zanim   się   otworzy   drzwi.   Nawet   w   spokojnym 

Buffalo mieszka kilku kryminalistów. - Przywołał na twarz ciepły, zmysłowy uśmiech, 

który mógłby stopić cały lód Antarktydy.

- Co ty tu robisz? - Ze zdenerwowania powiedziała to piskliwym głosem.

-   Jadłaś   już   deser?   -   Oczywiście,   odpowiedział   pytaniem   na   pytanie.  A  potem   sam 

udzielił sobie odpowiedzi:

- No to czeka cię sławna pieczona alaska sióstr Jackson. Jackson to panieńskie nazwisko 

mojej matki; dlatego, jeśli jeszcze się nie domyśliłaś, nazwano mnie pięknym imieniem 

Jack. Mama i ciotki odlatują jutro na Florydę, no i na pożegnanie postanowiły uhonorować 

cię swoim wspaniałym deserem. Czekają na nas w moim domu.

Colleen straciła zdolność poruszania się. Sprzeczne myśli przelatywały przez jej głowę 

jak błyskawice. Złość, podniecenie, niepokój i zakłopotanie kolejno brały górę w bitwie o 

ostateczną decyzję. W końcu oprzytomniała na tyle, by wykrztusić odpowiedź.

- Jack, nie pojadę do ciebie.

- Bo sądzisz, że zastawiłem na ciebie pułapkę? Że postanowiłem zwabić cię do mojej 

jaskini i zdradziecko uwieść, tak? Uwierz mi, dom jest pełen przyzwoitek. Mama, ciocia 

Judy,   ciocia   Dorothy   i   cała   kuchnia   obrzydliwych   zapachów,   czyli   masz   zapewnione 

bezpieczeństwo.

- Ta pieczona alaska na pewno nie jest obrzydliwa - zaprotestowała Colleen. - Jadłam ją 

tylko kilka razy, ale zawsze smakowała doskonale.

- Skoro tak ją lubisz, to oddam ci mój kawałek. Mogłabyś nawet wydrukować przepis w 

gazecie. Chodź, urządzimy staruszkom wieczór spełnionych marzeń.

Powinna kazać mu natychmiast się wynosić, powinna dotrzymać danego sobie słowa i 

unikać Jacka jak ognia. A już na pewno nie powinna stać tak i uśmiechać się, mimo 

ogromnych wysiłków, by tego nie robić, lecz stała tak nadal i nie posłała go do diabła.

- Muszę być przy Nicoli - broniła się. - Ona jest bardzo roztrzęsiona i wolałabym nie 

zostawiać jej samej.

Jack wzruszył ramionami.

- Niech jedzie z nami. Im większe towarzystwo, tym weselej... i tym mniejsze porcje tej 

kulinarnej katastrofy.

- Chyba nie zechce pójść...

97

background image

- No to trzeba ją przekonać, prawda, Colleen? - Wszedł wreszcie do przedpokoju, wciąż 

uśmiechając się promiennie.

Po upływie mniej niż dziesięciu minut Nicola, Colleen i Jack wyruszyli w drogę.

- Szkoda, że nie zdążyłam się przebrać. - Colleen zmartwiła się, zerkając na swe dżinsy i 

wymiętą bluzkę.

- Eee tam. Nie musisz ubierać się specjalnie, żeby zrobić wrażenie na matce. Wszystkie 

trzy i tak zachwycają się tobą bezustannie. Mama nawet już się zastanawia, czy ślub urzą-

dzić w Houston, czy w Buffalo, i marzy o poznaniu twoich starych.

- Colleen nie ma starych, o ile myślisz o rodzicach - odezwała się Nicola, wtłoczona na 

tylne siedzenie. - Ma siostry, ale za to całe mnóstwo. I szwagrów, i słodkich siostrzeńców, 

i siostrzenicę. Wszystkich oprócz mamy i taty.

- Jesteś sierotą? - spytał zaskoczony Jack. Colleen wzruszyła ramionami.

-   Na   to   wygląda,   w   pewnym   sensie.   Moja   mama   zmarła   na   zapalenie   płuc,   zanim 

skończyłam jedenaście lat. Ojciec zostawił nas, kiedy byłam jeszcze niemowlęciem. Od 

tamtego czasu nic o nim nie słyszałam.

- Kto cię wychowywał po śmierci matki? - pytał dalej Jack, nie mogąc dojść do siebie po 

tak szokującej informacji. Oczyma duszy widział maleńką, osieroconą Colleen.

Znał nazbyt dobrze ból po stracie ojca i niszczący wpływ takiej tragedii na niedojrzałą 

psychikę młodego człowieka. Colleen przeżyła to nieszczęście o wiele wcześniej niż on i 

wcześniej została bez rodziców.

Zmarszczył brwi. W takim razie trudno się dziwić, że Colleen lęka się związku opartego 

na seksie, tak jak trudno się dziwić, że on swe kontakty z kobietami ograniczył właściwie 

wyłącznie   do   seksu.   Jedna   i   druga   postawa   zapewniła   im   konieczny   dystans.   Oboje 

zbudowali wokół siebie mury obronne i kierowały nimi zadziwiająco podobne motywy.

A jednak coś przyciąga ich do siebie. Chociaż zwalczają w sobie to przyciąganie, choć 

starają się trzymać od siebie z daleka, to ich drogi i tak stale się krzyżują. Jack obrzucił 

Colleen ukradkowym spojrzeniem. Być może dzieje się tak dlatego, że tylko on może 

przełamać bariery otaczające namiętną młodą kobietę, teraz jeszcze zamkniętą w duszy 

Colleen, i tylko jej pisane jest dotarcie do samotnego i nieco zgorzkniałego mężczyzny 

ukrywającego się wewnątrz skorupy Black Jacka.

Pokręcił głową. Nie lubił takich nagłych olśnień, wprowadzały go w pomieszanie.

98

background image

- Jej najstarsza siostra Shavonne miała zaledwie osiemnaście lat - plotkowała w najlepsze 

Nicola, która znała historię rodziny Bradych nie gorzej niż Colleen dzieje Shakarianów. - 

Potem wszystko jak w bajce o Kopciuszku! Siostry Colleen, wszystkie cztery, wyszły za 

mąż za Ram...

-   Już   mówiłam   Jackowi   o   ich   ślubie   z   czterema   braćmi   -   wtrąciła   szybko   Colleen. 

Należało   ostrzec   Nicolę,   żeby   nie   wypaplała   sekretu   o   bogactwie   Ramseyów.   - 

Zanudziłam go na śmierć pierwszego dnia w redakcji.

- Już w ciągu pierwszych dwudziestu minut - poprawił Jack, a po chwili położył dłoń na 

kolanie   Colleen.   -  Ale   wcale   mnie   nie   zanudziłaś.   Nie   sądzę,   żebyś   umiała   zanudzić 

kogokolwiek.

- Za to bez przerwy działam ci na nerwy - odrzekła spokojnie, strącając rękę Jacka z 

kolana. Nie wierzyła w czuły ton pobrzmiewający w jego głosie, to nie w jego stylu.

Zmieniła temat.

Trzy wdowy wpadły w zachwyt na widok przybyłych. Natychmiast rozdzieliły kopiaste 

talerzyki z alaską.

-   Tak   się   cieszę,   że   Colleen   przyprowadziła   koleżankę.   -   Matka   Jacka   promieniała 

radością. - Miło poznawać przyjaciół naszych przyjaciół.

- Pani syn ma niewątpliwy dar przekonywania - odparła Nicola, zerkając w zamyśleniu 

na Jacka i Colleen, którzy zajmowali wielki, wyłożony poduszkami fotel w rogu salonu.

„To mało  powiedziane”  - pomyślała  Colleen. Siedziała  na  kolanach  Jacka. Zaraz  po 

wejściu do pokoju Jack usadził ją tam i otoczył ramionami jak żelazną obręczą. W ten spo-

sób miał zajęte obie ręce i nie mógł jeść alaski. Colleen zastanawiała się, czy zrobił to 

umyślnie,   właśnie   po   to,   by   się   wykręcić   od,   jego   zdaniem,   wybitnie   nieapetycznego 

deseru z przeraźliwie słodkiej bezy przekładanej masą lodową.

Jednakże po uprzątnięciu talerzy nadal trzymał ją na kolanach. Przesiedziała tak całe 

dwie godziny aż do końca wizyty. Jego ręce ani na chwilę nie pozostały bezczynne, ale 

pod   czujnym   okiem   starszych   pań   zachowały   umiar   i   nie   przekroczyły   granic   pełnej 

czułości, a zarazem szacunku niewinnej pieszczoty.

W   pewnym   momencie   Nicola   nie   wytrzymała   i   opowiedziała   smutną   historię   o 

zamorskiej   narzeczonej   Kamala,   a   starsze   panie   natychmiast   pośpieszyły   z   wyrazami 

współczucia i mnóstwem dobrych rad, uwalniając tym samym siedzącą w fotelu parę od 

99

background image

stałego nadzoru. Jack bez namysłu skorzystał z okazji i jął szeptać do ucha Colleen raczej 

jednoznaczne   uwagi,   głaszcząc   ją   jednocześnie   tam,   gdzie   nie   powinien   sięgać 

dżentelmen.

Colleen chwyciła jego obie dłonie i przytrzymała je z całą siłą, na jaką było ją stać.

- Co robisz? - syknęła zdenerwowana.

- Chyba widzisz - wycedził jeszcze ciszej. - Próbuję cię podniecić. Myślałem, że nawet 

ktoś tak niedoświadczony jak ty pojmie, w czym rzecz.

- Jack, na miłość boską, twoja matka...

- Rozpacza nad niedolą panny Shakarian. Nie zauważa nas wcale, ale to wcale, i ciotki 

też. Widzisz, one uważają nas za parę przyszłych małżonków, więc spokojnie zajęły się 

kimś innym. - Musnął ją zuchwale wargami. - Pocałuj mnie, Colleen.

Odchyliła głowę.

- Zwariowałeś? - Zaczęła się wiercić i wyrywać z jego objęć.

Jęknął cicho, ale nie rozluźnił uścisku.

- Zaczynam myśleć, że tak. Siedź spokojnie, Colleen, albo będziesz musiała się liczyć z 

konsekwencjami.

Jej policzki przybrały kolor purpury.

- Jack, chyba posuwamy się za daleko z tą maskaradą. Jutro twoje panie wyjadą i wtedy 

koniec z udawaniem.

-   Zastanawiałem   się   nad   tym   -   przemówił   ochrypłym   szeptem,   od   którego   setki 

maleńkich ostrych igiełek przedefilowały wzdłuż kręgosłupa Colleen. Kiedy męska dłoń 

prześlizgnęła się wokół jej krzyża, spontanicznie wygięła się w pałąk jak głaskana kotka.

- To nie musi być udawanie, Colleen. Nie chciałbym, żebyś tak myślała.

Znieruchomiała.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Że  bardzo lubię być z tobą. Do tej pory nie mogłaś  się tego nie domyślić. Ja... - 

przerwał i z trudem przełknął ślinę. - Chcę być z tobą. Chcę spotykać się z tobą także po 

ich wyjeździe.

Serce Colleen na sekundę przestało bić, ą potem ruszyło z ogłuszającym tąpnięciem.

- Czy to nowa sztuczka, żeby zaciągnąć mnie do łóżka? - Jej ciemne oczy błyszczały.

- Jeśli pytasz o to, czy wciąż mam ochotę kochać się z tobą, to odpowiedź brzmi „tak”. - 

100

background image

Uśmiechnął się leniwie. - Wolałabyś, żebym ci zaproponował po prostu przyjaźń? Albo 

żebyśmy się zachowywali jak brat i siostra?

Colleen zmartwiała. Wargi jej wyschły i z trudności ą przełknęła ślinę.

- Powiedziałeś, że lubisz być ze mną. - Wymawiała słowa powoli, jakby z wysiłkiem.- 

Czy to znaczy, że chcesz się ze mną spotykać tylko z jednego powodu... wyłącznie se-

ksualnego?

Uśmiechnął się perfidnym, zdradzieckim uśmiechem.

- A jak myślisz, kotku?

- Myślę... - Powędrowała oczami do znów rozszlochanej Nicoli. Trzy panie otaczały ją, 

oferując chusteczki. - Myślę, że w artykule napisałam prawdę. Mężczyźni kłamią, aby 

dostać to, czego pragną, szczególnie jeśli chodzi o seks.

Zamiast się obrazić, Jack wybuchnął lubieżnym rechotem.

- Jestem pewien, że będziemy się razem świetnie bawić, Colleen. - Pogłaskał jej szyję i 

patrzył na nią spod półprzymkniętych powiek. - Obiecuję ci, kochanie. - Potarł kciukiem 

jej dolną wargę.

Colleen   pamiętała   niejasno,   że   w   artykule   pisała   również   o   męskich   obietnicach;   że 

wszystkie   obietnice   to   kłamstwa   albo   odwrotnie.   Nie   przypominała   sobie   dokładnej 

wersji, ale teraz nie miało to chyba specjalnego znaczenia, nawet jeśli Jack zachowywał 

się zbyt swobodnie i zuchwale, nawet jeśli ona poddawała się zbyt łatwo jego koguciemu 

urokowi.

Mogłaby   wyrecytować   listę   wszystkich   logicznych   i   opartych   na   zdrowym   rozsądku 

powodów,   dla   których   nie   powinna   wiązać   się   z   Jackiem   Blackledge’em,   lecz   nagle 

przestały się one liczyć. Przez całe życie kierowała się logiką i zdrowym rozsądkiem. 

Nawet   jedna   jedyna,”   uwieńczona   zresztą   sukcesem,   próba   buntu,   kiedy   odmówiła 

mężczyźnie wybranemu przez rodzinę, nie wzięła się z kaprysu ani chwilowego nastroju, 

ale została drobiazgowo przemyślana i zaplanowana. Teraz ma swoją pracę, mieszkanie, 

skromny budżet i życie na poziomie daleko niższym od możliwości finansowych. Brakuje 

jej jedynie jakiegoś bodźca, ożywienia czy... miłości.

-   Dlaczego   masz   taką   dziwną   minę?   -   wymamrotał   Jack,   przesuwając   ją   na   swych 

kolanach  tak, że  prawie  stykali się  ustami. Musnął jej  wargi i  poczuł gorący  dreszcz 

podniecenia. Już zapomniał, jak przyjemne może być oczekiwanie.

101

background image

- Właśnie zastanawiałam się... - zaczęła, ale on położył dwa palce na jej ustach.

- Nie, nie zastanawiaj się, kochanie. Twój problem polega na tym, że za dużo myślisz. 

Już czas, żebyś pozwoliła kierować sobą uczuciom. Rozluźnij się, przestań się dręczyć. 

Spokojnie zdjęła jego dłoń ze swoich ust.

- Być może masz rację. O tym właśnie myślałam: jaka jestem ponura, jaka poważna. 

Zawsze kroczyłam drogą rozsądku; mówiłam to, co należy; robiłam to, co powinnam. W 

wieku dwudziestu trzech lat czuję się, jakbym miała sześćdziesiąt. I to zmarnowanych 

smutnych sześćdziesiąt lat. - Popadła w jeszcze głębszą zadumę.

-   Rozumiem   cię   doskonale,   moja   droga.   Na   szczęście   spotkałaś   właściwą   osobę   we 

właściwym czasie. Przy mnie odzyskasz to, czego dotąd brakowało w twym życiu: radość, 

wzruszenia i seks.

Spojrzała na niego z ukosa.

- Ja szukam radości i wzruszeń, ale w prawdziwym związku, w prawdziwym uczuciu, a 

seks bez zobowiązań mnie nie interesuje.

Wykrzywił twarz w komicznie groteskowym grymasie.

- W takim razie przykro mi, mała. Chyba trafiłaś pod zły adres.

Popatrzyli na siebie i naraz wybuchnęli śmiechem.

- Nie sądzę, Jack - powiedziała Colleen. Z nieoczekiwaną śmiałością potarła knykciami 

jego twardy kwadratowy podbródek. Zdradziłeś się, Jack. Dobrze wiesz, że nie uznaję 

seksu bez miłości, a jednak nadal tu jesteś. Tak samo, jak ja marzysz o tym, żeby się 

zakochać. Już niedługo...

- A więc przejmujesz moje zasady gry - rzekł na poły kuszącym, na poły wyzywającym 

tonem. Grunt to cierpliwość, a ja jestem cierpliwy. Tak samo jak ja marzysz o tym, by 

pójść ze mną do łóżka. Już niedługo...

Wymienili   triumfujące   spojrzenia,   każde   przekonane   o   swoim   zwycięstwie   nad 

przeciwnikiem.

Oczekiwanie na seks z Colleen sprawiło Jackowi taka przyjemność, że postanowił nie 

śpieszyć się z wciąganiem jej do łóżka. Odkąd był pewien, że może to uczynić, kiedy 

tylko zapragnie, przestał się tak niecierpliwić. Zdecydował, że nie będzie jej ponaglał i da 

jej trochę czasu, tak by potem myślała, że robi to z własnej nieprzymuszonej woli. Pogra-

102

background image

tulował sobie świetnego  pomysłu i  zaczął napawać się coraz  bliższą, nie  pozbawioną 

erotycznego podtekstu zażyłością z Colleen.

Colleen przeżywała ich związek jak panna przyjmująca zaloty konkurenta. Zaloty może 

niezbyt konwencjonalne, bez płonących świec i pęków róż, romantycznych kolacji we 

dwoje i wieczornych wizyt w teatrze. Zwariowany na punkcie sportu Jack dysponował 

biletami na wszystkie mecze Buffalo Bills, chętnie oglądał futbol i baseball w telewizji, a 

w kinie uznawał wyłącznie sensację i mordobicie.

Colleen   to   nie   przeszkadzało.   Została   zagorzałym   kibicem   Buffalo   Billsów   do   tego 

stopnia, że z ulgą przyjęła zakończenie dwutygodniowego strajku piłkarzy. Kiedy wie-

czorem Jack siadał przed telewizorem i z ogniem w oczach obserwował kopanie piłki, ona 

sadowiła się koło niego i robiła na drutach albo wyszywała, jednocześnie oglądając mecz. 

Także sensacyjne filmy jej nie odstraszały, bo klasą znacznie przerastały to świństwo, 

które   musiała   recenzować  dla   gazety.   Zaczęła  nawet  trochę   lubić   różnych  szpiegów   i 

najemnych żołnierzy z ekranu.

Kiedy Jack nie oglądał sportu, to sam go uprawiał. Często wyciągał Colleen i Nicolę na 

mecze tenisa i koszykówki, w których grał z podobnymi sobie sportowymi maniakami. 

Trenował Colleen przed rozgrywkami, w których mieli wziąć udział dziennikarze Buffalo 

Times-Gazette.  Od czasu do czasu wybierali się na wycieczki rowerowe. Colleen, która 

nigdy nie zażywała zbyt wiele ruchu, ku swemu zaskoczeniu zauważyła, że daje jej to 

sporo radości i zadowolenia.

Oddawali   się   również   innemu   rodzajowi   ćwiczeń   fizycznych.   Jack   bezustannie 

wyszukiwał powody, by mocować się z nią na rękę. Colleen niezmiennie przegrywała, co 

kończyło   się   pocałunkami   i   pieszczotami,   zwykle   przekraczającymi   granicę   między 

zabawą   a   erotyzmem.   Za   każdym   razem   Colleen   powstrzymywała   jego   i   siebie, 

aczkolwiek   coraz   łatwiej   wyobrażała   sobie,   że   się   poddaje   intensywnym   zmysłowym 

doznaniom, wywoływanym dotknięciem jego dłoni.

Jack jej nie ponaglał, a ona z czasem zaczęła mu ufać. Miała w pamięci swą teorię, wedle 

której   zakochany   mężczyzna   nie   potraktuje   jej   jak   staroświeckiej   pensjonarki   tylko 

dlatego, że nie wskoczy mu natychmiast do łóżka; ale uszanuje jej potrzebę upewnienia 

się, zrozumienia swoich uczuć, czekania na właściwą chwilę. Czyż Jack nie zachowywał 

się dokładnie w ten sposób?

103

background image

Wrzesień niepostrzeżenie przeszedł w październik. Wiatr od niedalekiego jeziora Erie 

hulał po ulicach i owiewał twarze przechodniów lodowatym tchnieniem. Ochłodziło się. 

W redakcji prześcigano się w przewidywaniach nadejścia pierwszej śnieżycy. Niektórzy 

robili zakłady o to, ile śniegu spadnie na Buffalo tego pierwszego dnia zimy. Colleen, któ-

ra od przeprowadzki do Teksasu siedem lat temu nie widziała śniegu, dotąd sądziła, że 

jego opady mierzy się w centymetrach i nigdy w październiku. Teraz przygotowywała się 

do ciężkiej zimy na północy.

Widywali się codziennie, w pracy i po pracy. Jack pozwalał jej napisać artykuł raz na 

dwa tygodnie. Opatrywał go zwykle kilkoma zdaniami wstępu, a dalej pozostawiał jej 

wolną rękę.

- Stajesz się znana - zauważył na widok sterty listów piętrzącej się na biurku Colleen. Ta 

świadomość napełniła go dumą. Jack zawsze się starał dystansować wszelką konkurencję, 

lecz teraz udany występ Colleen na łamach Buffalo Times-Gazette sprawił mu niekłamaną 

przyjemność.

- Chyba już pora, żebyś drukowała swój felieton raz na tydzień. Powiedzmy we wtorki.

Twarz Colleen rozświetliła się.

- Byłoby wspaniale, Jack. Już wiem, o czym napiszę w tym tygodniu.

Pochyliła   się   ku   niemu,   a   on   ku   niej,   ale   blaty   biurek   odgradzały   ich   zbyt   szeroką 

granicą. W redakcji panował hałas; musiałaby krzyczeć, żeby coś zrozumiał. Nie mając in-

nego wyjścia, wstała i podeszła do biurka szefa. Nachyliła się do jego ucha i mimowolnie 

napięła się lekko, jak zwykle, gdy znajdowała się w pobliżu Jacka. Ostatnio uzależniła się 

od słodkiego, pulsującego bólu, który odczuwała w jego bliskości, tak że coraz trudniej 

znosiła brak kontaktu z Jackiem. A kiedy już była przy nim, chciała... musiała... dotknąć 

go...

Spojrzeli sobie w oczy: ona w ostro błyszczącą czerń, on w miękki, matowy brąz.

- Usiądź mi na kolanach - powiedział Jack z wyzywającym, prowokacyjnym uśmiechem.

Pragnęła to zrobić. Powstrzymała się ostatkiem siły woli.

- Przestań. Zaraz posypałyby się niewybredne plotki - przypomniała mu.

- Chyba już się sypią. Do diabła, właśnie teraz przydałby się mały prywatny gabinet, w 

którym moglibyśmy...

- Taki jak Kazorowskiego? - Colleen udała przerażenie.

104

background image

Oboje roześmiali się, bowiem obskurny, zaśmiecony pokój Każą nadawał się raczej na 

areszt niż na miejsce potajemnych schadzek.

- Wymyśliłam, że napiszę składankę dowcipów o kandydatach na prezydenta - wyznała 

Colleen, a Jack nie mógł wyjść z podziwu nad łatwością, z jaką przechodzili od try-

skającej   iskrami   zmysłowości,   poprzez   obniżający   napięcie   śmiech   do   spraw 

zawodowych. Uświadomił sobie, że właśnie dlatego ich współpraca i znajomość układa 

się tak gładko.

- Wybory dopiero za rok, ale kandydaci już się pokazują na arenie - ciągnęła. - Prezydent 

Lipton kończy kadencję, więc mają szerokie pole do popisu.

- Kiedy Lipton i jego rodzinka znikną ze sceny, to będzie ogromna strata dla satyryków - 

dorzucił Jack z komicznie poważną miną. - Wyczerpie się kopalnia tematów, a nikogo 

równie   zabawnego   nie   widać   na   horyzoncie.   Pamiętasz,   jak   Lucas   Lipton   uciekł   ze 

striptizerką? Cóż za uczta dla felietonistów! Albo jak rozkoszna Laynie Lynn czekała na 

łóżku Lincolna na ducha starego Abrahama? Z tajnymi agentami rozstawionymi wokół i 

gapiącymi   się   na   panienkę   jak   z   rozkładówki  Playboya,   o  przepraszam,   na   szacowną 

synową pana prezydenta.

- To były czasy - westchnęła Colleen.

- Tak czy inaczej pomysł jest niezły. Obraziłabyś się, gdyby twój szef ci go podkradł?

- Tylko spróbuj, a wieczorem przy mocowaniu się na ręce przegrasz z kretesem - odparła 

z groźną minką.

Jack uśmiechnął się zawadiacko.

- Kochanie, kiedy mocuję się z tobą, wygrywam nawet wtedy, gdy przegrywam.

Z czasem przywykli do codziennych wspólnych kolacji, to u Jacka, to w mieszkaniu 

Colleen, to w którejś z licznych restauracji Buffalo. Często towarzyszyła im Nicola. Żadne 

z nich nie przepadało za gotowaniem, więc zwykle przynosili do domu gotowe dania z 

barów. Co jakiś czas Colleen testowała ciekawy i zarazem łatwy przepis ze swojej rubryki 

wymiany przepisów od czytelników. Czasem nawet dawało się to zjeść.

Pewnego listopadowego wieczoru cała trójka siedziała w Barze Harry’ego i zajadała 

kurze udka z sałatką, gdy nagle do baru wkroczyła grupa olbrzymów. Przez salę przebiegł 

szmer podekscytowania. Po chwili ożywione rozmowy zagłuszyły dźwięk telewizora, na 

105

background image

którego gigantycznym ekranie oglądano Poniedziałkowy wieczór piłkarski. Kilku stałych 

bywalców podeszło do nowo przybyłych.

- To obrońcy z Buffalo Bills - wyjaśnił Jack. - A wśród nich ktoś, kogo powinnaś poznać, 

Nicola. Mój stary kumpel Rodd Garrett. Gra w ataku, ale ostatnio rzadko wychodzi na 

boisko. Znamy się tak długo...

- Rodd Garrett? - powtórzyła Nicola. - Czy to nie ten, który dzwoni do ciebie czasem, 

Colleen?

Colleen skinęła głową. Jackowi opadła szczęka.

- Rodd Garrett dzwoni do ciebie? - Brzmiało to raczej jak oskarżenie, a nie jak pytanie. - 

Od kiedy? Po co?

- Odkąd się poznaliśmy w Niagara Falls. Telefonuje co jakieś dwa tygodnie. - Colleen 

wzruszyła ramionami. - Rozmawiamy przez chwilę i...

-   Zapraszał   cię   na   kolację?   -   spytał   Jack   ostro.   Głupie   pytanie,   skarcił   się   zaraz. 

Oczywiście, że Garrett ją zapraszał. Colleen to miła, piękna i sympatyczna dziewczyna. 

Który mężczyzna nie chciałby się z nią umówić?

Nie dał jej czasu na odpowiedź.

- Czy kiedykolwiek wyszłaś z nim? - naciskał dalej. Na myśl, że ktoś inny mógł spędzić 

z nią wieczór, aż zatrząsł się od przypływu niepohamowanej zazdrości.

- Wiesz, że nie - zaprzeczyła Colleen spokojnie. - Większość czasu spędzam z tobą.

-   Większość,   ale   nie   cały   czas   -   warknął.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   zachowuje   się 

nierozsądnie, lecz nie był w stanie temu zaradzić. - Skoro nie wiedziałem o telefonach, to 

równie dobrze mogę nie wiedzieć o jego randkach z tobą, Colleen.

- Nigdzie z nim nie chodziłam. - Tym razem Colleen warknęła jak on przedtem. - On 

dzwoni, rozmawiamy chwilę, on zaprasza mnie do restauracji, ja odmawiam. Bo nie mam 

na   to   ochoty.   Poza   tym   miałabym   pełne   prawo   pójść,   gdybym   chciała   -   dodała 

zdecydowanie. - Nigdy nie stawialiśmy sobie warunków co do spotykania się z kimś 

innym.

- No i masz babo placek - jęknął Jack. - Ograniczenia i zakazy kobiety, z którą widziałeś 

się raptem kilkakrotnie, a która już próbuje tobą rządzić.

- Mam wrażenie, że to ty próbujesz rządzić mną - wytknęła mu Colleen chłodnym tonem. 

- Ty dostajesz histerii na samą myśl o tym, że mogłabym wyjść z kimś innym.

106

background image

Twarz   Jacka   przybrała   kolor   ceglastoczerwony.   Zwrócił   się   ku   Colleen   z   jadowitym 

błyskiem w oku.

- Który to Garrett? - wtrąciła Nicola w desperackiej próbie zapobieżenia nadciągającej 

burzy.

- Ten przerośnięty małpolud. Wygląda tak, jakby w dzieciństwie zamiast mleka ssał z 

matczynej piersi steroidy. - Jack prychnął z pogardą.

- Oni wszyscy tak wyglądają - zauważyła Nicola.

- Może ty wskażesz swego fatyganta, Colleen? - rzucił Jack wściekłym i złośliwym 

tonem, którego nie słyszała z jego ust już od dłuższego czasu. Teraz trudno było uwierzyć, 

że   potrafił   się   pozbyć   tego   irytującego   sposobu   dyskutowania.   Sprawił   jej   ból   tak 

dotkliwy, jak ból rany zadanej ostrą brzytwą.

- Dajmy temu spokój - powiedziała szybko Nicola. - Nie zamierzam spotykać się z 

żadnym z tych dryblasów. Nie przepadam za wielkoludami, nie poszłabym na randkę ze 

słoniem. A Karna! twierdzi, że siła i agresja może...

- Kamal? - przerwała Colleen, wdzięczna losowi za okazję zmiany tematu. Nie chciała 

kłócić się z Jackiem w obecności Nicoli. W ogóle nie chciała kłócić się z Jackiem. Inaczej 

niż w pierwszych dniach znajomości, kiedy sprzeczki wybuchały bez przerwy, w ciągu 

minionych tygodni jakoś dopasowali swe usposobienia i kłócili się rzadko. Na samą myśl 

o Jacku wpadającym w furię łzy napłynęły jej do oczu. Mrugnęła kilka razy, żeby się nie 

rozpłakać.

-   Znowu   rozmawiasz   z   Kamalem,   Nicky?   -   spytała,   odwróciwszy   się   od   Jacka   i 

skupiwszy uwagę na przyjaciółce.

-   Jakieś   trzy   tygodnie   temu   zaczęliśmy   jadać   razem   lunch   -   przyznała   się   Nicola.   - 

Rozmawiamy, trochę żartujemy. Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Jesteśmy przyjaciółmi, 

to wszystko.

- Ha! Nie wierzę w to ani na jotę - wtrącił się Jack. - Mężczyzna i kobieta nie mogą się 

przyjaźnić ot tak sobie. Jeżeli tak sądzą, to po prostu sami się oszukują. Każdy to wie.

- Ja nie...- zaczęła Colleen.

- Każdy prócz Colleen Brady - uciął zjadliwie Jack.

Nicola zerknęła na zegarek.

- Czy mielibyście coś przeciwko temu, żebyśmy już poszli? Moja kuzynka Dana ma 

107

background image

zadzwonić, bo musimy omówić przygotowania do rocznicy ślubu dziadków. To ważne, 

więc nie mogę się spóźnić.

Cała   trójka   wstała   i   pomaszerowała   do   samochodu   Jacka.   Wiał   przenikliwy   wiatr, 

pojawiły się też pierwsze płatki śniegu. W miarę jak jechali, śnieżynki zamieniły się w 

spore płaty, wirujące na wietrze szybciej i gęstniejące z minuty na minutę. Dziewczyny 

rozmawiały o niespodziewanej zmianie pogody, świadome obecności milczącego, lecz 

kipiącego niemą złością Jacka.

Colleen ledwie zdawała sobie sprawę z tego, co mówi. Nie umiała odwrócić wzroku ani 

myśli od ponurego, zamkniętego w sobie Jacka. Bo rozmawiała z Roddem przez telefon?! 

oto   siedziała   smutna   i   przestraszona,   zastanawiając   się,   co   się   stanie   po   powrocie   do 

domu.   Próbowała   znaleźć   sposób   na   załagodzenie   sporu,   w   końcu  chciała   nawet 

wybuchnąć płaczem i błagać go, by przestał się złościć.

Nagle wszystko to wydało jej się mocno niesprawiedliwe. Przecież to o n zachował się 

niewłaściwie, a ona chce go przepraszać i głaskać po głowie? Widziała podobne sceny ze 

swoimi siostrami i ich narzeczonymi w rolach głównych i o ile pamiętała, to zazwyczaj 

panny Brady prowadziły negocjacje pokojowe. Wiele razy miała nadzieję, że siostry po-

wiedzą swym mężczyznom parę słów prawdy, że zmuszą ich do przejęcia inicjatywy, 

przerwania ognia i wywieszenia białej flagi.

Cóż, być może nadszedł czas, by wyrzec się rodzinnego pacyfizmu Bradych.

9

- Możesz nas po prostu wysadzić przed blokiem - rzuciła chłodno Colleen, kiedy zbliżali 

się do celu. - Nie musisz wjeżdżać na parking.

Albo wchodzić do środka, dodał Jack w duchu. Zerknął szybko na Colleen. Skrzyżowała 

ramiona   na   piersiach   i   przybrała   buntowniczą   minę.   Jakże   różniła   się   od   niemal 

szlochającej,   pełnej   poczucia   winy   dziewczynki,   która   wsiadła   do   samochodu   po 

opuszczeniu baru.

Niezadowolony z tej przemiany, uniósł niecierpliwie brwi.

- I co potem? Każesz szoferowi iść do diabła?

-   Idź,   gdzie   ci   się   podoba   -   odpaliła   Colleen   -   ale   najpierw   jesteś   winien   Nicoli 

przeprosiny. Twój chamski wybuch w restauracji postawił ją w bardzo niemiłej sytuacji. 

108

background image

Dlatego chciała wyjść tak szybko.

- Chciała wyjść, bo czeka na telefon od kuzynki Dany - warknął Jack.

- Zwykła wymówka. - Colleen ani myślała ustąpić. - Dana dzwoniła wczoraj.

-   Czy   mogłabym   zostawić   was   samych?   -   zapytała   sucho   Nicola.   -   Jack,   dzięki   za 

podwiezienie. Nie musisz przepraszać, nie było mi aż tak nieprzyjemnie. Lecę na górę, bo 

naprawdę czekam na telefon, choć nie od Dany. Ona rzeczywiście dzwoniła wczoraj.

Colleen natychmiast odłożyła kłótnię na bok.

- Nicola, czekasz na telefon od Kamala, tak? - zapytała pośpiesznie.

Nicola skinęła głową i wyskoczyła z samochodu.

- Kłóćcie się dalej beze mnie. Cześć.

Colleen chciała wybiec za nią, ale Jack chwycił ją za rękę i przytrzymał.

- Jeszcze nie skończyliśmy dyskusji, moja droga. - Jego głos stracił całą jadowitość, teraz 

wyzierała z niego obojętność, nie wściekłość.

- Wybacz, ale nie będę marnowała czasu na jałowe spory z tobą. Muszę powstrzymać 

Nicolę, bo jeśli uwierzy w to, że ma jakieś szansę u Kamala, to on złamie jej serce.

- Może naprawdę ma jakieś szansę. - Jack wzruszył ramionami. - Azerbejdżan jest tak 

daleko, a Nicola mieszka tutaj, w Buffalo. Tak czy siak, to nie twój interes, Colleen. 

Pozwól Nicoli samej kierować swym życiem uczuciowym, a ty skoncentruj się na swoim.

- Moje życie uczuciowe, jak na razie...

Nie dał jej skończyć.

- Jak na razie? - powtórzył. Nadal trzymając ją za ramię, wyciągnął drugą rękę i ujął 

Colleen   pod   brodę,   przez   co   musiała   spojrzeć   w   jego   ciemne,   głębokie   źrenice.   - 

Mogłabyś to wyjaśnić?

- Co tu wyjaśniać? - Colleen szarpnęła się nerwowo. Udało jej się wyswobodzić tylko 

dlatego, że on postanowił ją puścić. Wiedzieli o tym oboje. Na zewnątrz wyła wichura, o 

szyby uderzały coraz silniejsze porywy śnieżycy. Colleen zadrżała i otuliła się szczelnie 

płaszczem.

- Lepiej już pójdę, a ty jedź do domu. Drogi mogą zostać zasypane...

- Drogi zostaną zasypane, gwarantuję ci. - Jack zapuścił silnik. - Ale zanim to nastąpi, my 

będziemy bezpieczni u mnie. - Błyskawicznie wykonał skręt kierownicą i zawrócił, nic 

sobie nie robiąc z protestów Colleen.

109

background image

- Zaczęłaś coś mówić o swoim życiu uczuciowym - rzekł chłodno. - Odnoszę wrażenie, 

że robisz ze mnie durnia. Rzuciłaś rękawicę, a ja muszę ją podnieść, inaczej okazałbym 

albo obojętność, albo słabość. Nie jestem obojętny i słaby też nie, Colleen.

Colleen nerwowo otwierała i zamykała torebkę.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

- A zatem powinienem ci wyjaśnić, czyż nie? Kiedy kobieta mówi „życie uczuciowe, jak 

na razie” takim tonem, jak ty przed chwilą, to znaczy, że nie ma żadnego życia uczucio-

wego, o którym warto byłoby wspominać. Skoro w twym życiu nie ma innego mężczyzny 

poza mną, to chyba naturalne, że czuję się dotknięty.

- Nie ma innego mężczyzny? Więc nie wierzysz, że spotykam się z Roddem Garrettem 

na boku? - Gniew zdążył już stopnieć, a jego miejsce powoli zajmowało kipiące pode-

kscytowanie.

- Nie zmieniaj tematu, Colleen. Rozmawiamy o...

- Moim życiu uczuciowym. - Jack zatrzymał wóz na czerwonym świetle i przyjrzał się 

dziewczynie badawczo. Colleen wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami.- Jak 

na razie.

Czarne oczy Jacka zwęziły się w szparki. Przez kilka sekund nie był w stanie ruszyć 

samochodem, choć wokół nich ulica świeciła pustkami.

- Powinienem był wziąć cię do łóżka parę tygodni temu - syknął przez zaciśnięte zęby. - 

Mogłem to zrobić, dobrze wiesz.

- Na pewno? - odcięła się buńczucznie,

- Bez cienia wątpliwości. Nie powstrzymałabyś mnie, nie umiałabyś.

Uśmiechnęła się słodko.

- Zgódźmy się co do tego, że się nie zgadzamy, Jack.

- Wyhodowałem żmiję na własnej piersi - poskarżył się Jack. - Oto, co mnie spotyka za 

to, że nie zaspokoiłem swoich żądz seksualnych. Zasługuję na takie traktowanie, bo nie 

naciskałem cię, nie ponaglałem, bo dałem ci czas na... - urwał i siedział sztywno, mocno 

ściskając kierownicę.

- Zakochanie się w tobie? - spróbowała zgadnąć Colleen.

W samochodzie zaległa skrząca napięciem cisza.

- Nigdy nie widziałem tak zaśnieżonych ulic - odezwał się nagle Jack szorstkim głosem. - 

110

background image

Prawie nie można przejechać. Muszę się skoncentrować na prowadzeniu.

Czy   istnieje   skuteczniejszy   sposób,   żeby   wykręcić   się   od   rozmowy?   Colleen 

posmutniała.   Wyjrzała   przez   okno.   Drogi   wcale   nie   wyglądały   tak   źle,   przynajmniej 

jeszcze nie teraz. Ale ona już nie potrafiła się powstrzymać.

- Bo to się stało, Jack - powiedziała cicho. - Zakochałam się w tobie.

Co za ulga wypowiedzieć to wreszcie na głos! Poczuła, jak serce wypełnia jej radosna 

lekkość, a ciało zaczyna pulsować pożądaniem. Wszystko zrobiło się takie prawdziwe, 

cudowne i na swoim miejscu. Kocha Jacka, a miłość wzbudziła i spotęgowała pragnienie 

fizycznego kontaktu. Miłość uczyniła z namiętności, którą do niego czuła, coś głębokiego 

i ważnego. Do chemii i hormonów, które dały o sobie znać u obojga od pierwszej chwili 

ich znajomości, miłość dodała uczucie i głębię. Teraz nie musi się już wstydzić tlącego się 

wewnątrz niej pożądania.

- Kocham cię, Jack - wyszeptała, wsłuchując się w brzmienie swoich słów. Całe życie 

czekała na moment, kiedy powie to odpowiedniemu mężczyźnie.

Jack rzucił jej ukradkowe spojrzenie i zamyślił się. Słyszał wyznania miłosne wiele razy: 

od Donny, która kochała właściwie jego karierę sportową i płynące z niej korzyści, od 

mnóstwa innych kobiet, które usiłowały w ten sposób nim manipulować.

Jednak jego cynizm stopniał na dźwięk tych słów wypowiedzianych głosem Colleen. 

Wiedział, że mówi prawdę. Nie wykrztusiła ich przecież podczas zbliżenia, gdy w gorącej 

atmosferze można łatwo pomylić „Kocham cię” z „Lubię się z tobą kochać”.

Uświadomił sobie, że spędzili razem sporo czasu, że zdążyli już dobrze się poznać, że 

widziała go w najlepszym wcieleniu jako ciepłego i wyrozumiałego opiekuna i w naj-

gorszym   jako   wściekającego   się,   niecierpliwego   samca.   To   wszystko   eliminowało 

możliwość pomylenia ciągot seksualnych z prawdziwym uczuciem. Czy podświadomie 

szukał takiego zabezpieczenia? Ta myśl poraziła go jak grom z jasnego nieba.

- Jack? - zaniepokoiła się Colleen. - Powiedz coś, powiedz cokolwiek. Siedzisz koło 

mnie i milczysz jak grób od... - z trudem przełknęła ślinę - odkąd wyznałam, że cię 

kocham. - Nieprzyjemne ukłucie zwątpienia sprawiło, że skuliła się na fotelu. Może jej 

wyznanie zaskoczyło go i przestraszyło? Może ciąży mu, zamiast go cieszyć?

Jack wprowadził samochód na podjazd do garażu.

- W takiej chwili zabrzmi to pewnie strasznie prozaicznie, ale muszę wyjść i otworzyć 

111

background image

garaż. Przysięgam, że jutro kupię ten elektroniczny zamek z pilotem.

Pośpiesznie wyskoczył z auta w gęsty śnieg, lecz myślami był daleko od elektronicznych 

zamków do garaży. Słowa Colleen nadal dźwięczały mu w uszach. Kocha go i musiał 

przyznać, że doprowadziło do tej sytuacji jego zachowanie w ciągu ostatnich tygodni. 

Chciał wzbudzić w niej miłość, a nie tylko pożądanie. Zatopiony w rozważaniach, nie 

zwracał uwagi na przenikliwie zimny wiatr i wirujące wokół płatki śniegu.

Czy   kocha   Colleen?   Po   historii   z   Donną   postanowił   traktować   miłość   jako   termin, 

którego ludzie, sami się okłamując, używają na określenie związku opartego na seksie lub 

wzajemnych korzyściach, a czasem na jednym i drugim jednocześnie. Ale z Colleen nie 

uprawiał seksu, a ich związek nie przyniósł specjalnych korzyści żadnej ze stron. Jack je-

szcze nigdy tak się nie namęczył, jak ostatnio z Colleen, by zdobyć czyjeś zaufanie.

Wrócił myślami do teorii Williama Jamesa. Wszyscy sądzili, że Jack i Colleen kochają 

się, bowiem zachowywali się tak, jak każda zakochana para. Spotykali się codziennie, 

śmieli   się,   żartowali,   rozmawiali,   dotykali   się   i   całowali,   rzucali   sobie   powłóczyste 

spojrzenia. Czy w takim razie jest zakochany? Cóż za dziwaczny temat do rozmyślań dla 

takiego cynika jak on. A jednak...

Colleen   obserwowała   go,   kiedy   otwierał   ciężkie   odrzwia,   a   potem   odwrócił   się   i   z 

wysiłkiem prąc pod wiatr, na powrót skierował się ku autu. Jakież rozczarowanie, jakiż 

zawód   przyniosło   jej   szczere   wyznanie!   Jack   wyglądał   na   oszołomionego   i   milczał, 

zamiast odpowiedzieć po prostu „Ja też cię kocham”.

Nie powiedział tego, bo jej nie kocha. Zrobiła z siebie kompletną idiotkę. Rozprawiał o 

zaśnieżonej drodze i drzwiach do garażu, wszystko po to, by uniknąć rozmowy o tym, co 

od niej usłyszał.

Jack   wrócił   do   samochodu,   wjechał   do   środka   i   na   nowo   podjął   długą   procedurę 

mocowania się z drzwiami. Colleen zignorowała go. Siedziała nieruchoma i milcząca, aż 

otworzył drzwiczki, wziął ją na ręce i wyniósł z samochodu.

- Co robisz? - pisnęła. - Postaw mnie na ziemię.

-   Sądziłem,   że   będzie   szalenie   romantycznie,   jeżeli   mężczyzna,   któremu   właśnie 

wyznałaś miłość, wniesie cię na górę na rękach.

Popatrzyła na niego z obrzydzeniem.

-   Nie   zamierzam   już   dłużej   wprawiać   cię   w   zakłopotanie   swoją   obecnością,   Jack. 

112

background image

Byłabym wdzięczna, gdybyś uczynił to samo. - Dość trudno zachować dumną wyniosłość, 

kiedy ktoś niesie cię na rękach, lecz Colleen starała się jak mogła, rzucając złowieszcze 

spojrzenia i krzyżując dłonie na piersiach.

Wypuścił ją z objęć dopiero w kuchni. Natychmiast podeszła do wiśniowego aparatu 

telefonicznego.

- Do kogo dzwonisz? - zainteresował się Jack.

- Do Nicoli. Mam nadzieję, że starczy jej odwagi, żeby tu po mnie przyjechać.

-   Nie   odwagi,   tylko   samobójczej   desperacji.   Nikt   nie   powinien   wyjeżdżać   w   taką 

śnieżycę. - Jack wyjął słuchawkę z dłoni dziewczyny i odłożył na widełki. Zaczął rozpinać 

jej płaszcz.

- Nie będziesz nigdzie dzwonić i nigdzie nie pojedziesz, Colleen.

Colleen spróbowała zapiąć płaszcz z powrotem, ale bez skutku.

- I nie chodzi tu bynajmniej o śnieg na ulicach. - Zdjął z niej okrycie i upuścił je na 

podłogę. - Chciałbym, żebyś ze mną została, Colleen. - Wziął ją za obie dłonie.

- Bo ci mnie żal? Dlatego, że ja cię kocham, a ty mnie nie?

- To świetnie, bo nie zamierzam się nad tobą litować. - Jack westchnął niecierpliwie. - 

Chyba nie idzie mi za dobrze. Nigdy w życiu nie namieszałem aż tyle.

- Z pewnością masz rację. Można by sądzić, że tak doświadczony podrywacz jak ty 

przywykł do tego, że kobiety zakochują się w nim bez pamięci i od razu wyznają swą mi-

łość. Powinieneś mieć na podorędziu jakąś gotową odpowiedź. Na przykład: „Jestem w 

tobie zakochany, ale cię nie kocham”. Jeden z moich szwagrów zwierzył mi się, że dzięki 

tej frazie doskonale sobie radził z kobietami, oczywiście przed ślubem z moją siostrą.

- Oczywiście. - Jack skrzywił się. - Sam to mówiłem parę razy.

- Dziękuję, że mnie tym nie uraczyłeś. Czuję się wystarczająco upokorzona.

- Uwierz mi, Colleen, upokorzenie to ostatnia rzecz na świecie, jaka mogłaby cię ode 

mnie spotkać. - Wciągnął powietrze ze świstem. - Wygląda na to, że się z tego nie wykrę-

cę. Po prostu powiem ci to, co chcesz usłyszeć. Ja... - urwał i z trudem przełknął ślinę. - 

Kocham cię, Colleen.

Czekała na te słowa tak długo, lecz nie w ten sposób wypowiedziane. Spojrzała na niego 

spod oka.

- Mówisz to tylko dlatego, że chciałam to usłyszeć. Sam się do tego przyznałeś.

113

background image

- Mówię to, bo to prawda. Szaleję za tobą, Colleen. Kocham cię od dawna, ale byłem za 

głupi albo zbyt uparty, żeby przestać się z tym kryć przed sobą, a co dopiero przed tobą. 

Ale to prawda, kocham cię.

Wpatrywała się w niego uważnie, jeszcze nie wierząc w szczerość ostatnich zdań.

- Na... naprawdę? - wykrztusiła.

- Sądzisz, że zrobiłbym z siebie takiego durnia, gdybym cię nie kochał? - Twarz Jacka 

powoli rozjaśniła się w uśmiechu. Naraz wszystko stało się tak oczywiste, tak oślepiająco 

jasne. - Oczywiście, że cię kocham, Colleen.

Wciąż trzymając ją za ręce, wolnym ruchem przyciągnął ją ku sobie.

- Łatwo być zimnym cynikiem, kiedy ci nie zależy. Ale mnie zależy na tobie tak bardzo, 

najdroższa. Kocham cię.

- Och, Jack! - krzyknęła Colleen głosem ochrypłym ze szczęścia. Rzuciła mu się na szyję 

i objęła go mocno, płacząc i śmiejąc się na przemian.

Wielkie dłonie Jacka chwyciły ją w pasie, uniosły w górę i okręciły wkoło. Colleen 

pisnęła cienko i oboje wybuchnęli śmiechem pełnym szczęścia.

- To wcale nie było takie straszne. - Jack uśmiechnął się. - Dlaczego nie poddałem się i 

nie powiedziałem ci tego przed miesiącem?

-   Cieszę   się,   że   zwlekałeś   tak   długo.   Miesiąc   temu   prawdopodobnie   bym   ci   nie 

uwierzyła. Och, Jack, chyba nigdy nie byłam taka szczęśliwa, nawet na ślubie moich 

sióstr, nawet po narodzinach ich dzieci.

Oczy Jacka pociemniały. Pozwolił jej ześlizgnąć się ze swojej potężnej klatki piersiowej i 

ostrożnie postawił ją na ziemi. Tym sposobem samo wypuszczanie jej z ramion prze-

rodziło się w długą, intymną pieszczotę.

- Odkąd cię spotkałem, jestem szczęśliwszy niż kiedykolwiek przedtem - wyznał cicho. - 

Wniosłaś światło w moje życie, Colleen. Dałaś mi wszystko, czego pragnąłem, nawet o 

tym nie wiedząc.

Złączyła dłonie na jego karku i spojrzała mu w oczy.

- Wszystko prócz jednego - poprawiła go miękko. - Jack, chcę się z tobą kochać.

Przez chwilę patrzyli na siebie, lecz zaraz usta Jacka wpiły się w jej namiętne, łakome i 

wilgotne wargi. Odpowiadała na jego pożądanie tym samym, rozchylała usta, błądziła ję-

zykiem   po   jego   podniebieniu,   wzniecając   w   sobie   coraz   większy   żar.   Im   mocniej   ją 

114

background image

całował, tym więcej chciała pocałunków. Kiedy wreszcie oderwali się od siebie, Colleen 

szepnęła:

- Tak bardzo cię pragnę, Jack.

Miękki, matowy głos przeszył go jak prąd elektryczny. Przeogromna siła narastającego 

pożądania   ogarnęła   wszystkie   zakamarki   jego   mózgu,   a   pierwotny   instynkt   samca 

podpowiadał,   by   zaciągnąć   ją   do   najbliższego   pokoju,   rzucić   na   dywan   i   posiąść   w 

szaleńczym ogniu żądzy.

Ale   przeważyło   w   nim   coś   silniejszego   niż   prymitywne   nakazy   płci.   Powstrzymał 

wybuch namiętności, wziął Colleen na ręce i zaniósłszy do sypialni, delikatnie ułożył na 

środku mosiężnego łoża. Blask księżyca wpadł do pokoju, napełniając go nieziemskim, 

srebrnobłękitnym światłem. Po raz pierwszy w życiu nie tyle oczekiwał przyjemności, co 

pragnął ją dawać. Colleen potrzebowała czasu i łagodności, więc zrobi to dla niej. Nie 

będą uprawiali seksu: będą się kochać.

Ostrożnie zdjął jej buty, masując małe stopy i krążąc palcami wokół jej kruchych kostek.

- Nareszcie rozumiem, co ludzie widzą w noszeniu bransoletek na nogach - powiedział, 

gładząc swą wielką dłonią kostki Colleen. - Kupię ci taką, żebyś ją nosiła tylko dla mnie. 

Masz najbardziej seksowne kostki na świecie.

Szybkim ruchem zrzucił swoje buty i położył się obok Colleen, która wtuliła się w jego 

bark i przesuwała palec wzdłuż linii jego ust.

- W końcu jesteśmy razem - szepnęła cichutko. Jej uśmiech promieniował miłością.

Jack przyjrzał się jej po raz nie wiedzieć który.

- Jesteś piękna, Colleen i taka słodka. - Zaczął rozpinać guziki niebieskiej bluzeczki ze 

sztucznego   jedwabiu.   Krótka,   obcisła   spódniczka   podwinęła   się   w   górę,   odsłaniając 

kształtne, jędrne uda.

- I seksowna. - Jęknął przesuwając dłoń po jej udzie. Powoli, centymetr po centymetrze, 

podnosił spódniczkę coraz wyżej. Natknął się na przymocowaną do pasa podwiązkę i 

pogładził nad wyraz wrażliwą skórę nad brzegiem pończoch, a Colleen w odpowiedzi 

zadrżała.

- Bardzo seksowna. - Nadal głaskał to czułe miejsce. - Masz najgładszą skórę na świecie 

- wychrypiał. - Jak jedwab.

Colleen wciągnęła powietrze w płuca. Wiedziała, że się rumieni, a krew w jej żyłach 

115

background image

zdawała się kipieć jak lawa w wulkanie.

- Nie... nie mogę uwierzyć, że tu jestem - wyjąkała z trudem. - Pragnęłam cię od dawna, 

ale bałam się, że mnie nie zechcesz.

Jack roześmiał się.

- Jak w ogóle mogło ci to przyjść do głowy? Od pierwszego dnia wiedziałaś, że cię 

pragnę.

- Wiedziałam, że chcesz mnie wziąć do łóżka. Bałam się, że chcesz tego tylko dla sportu, 

a nie... Z miłości.

Wzory, które wypisywał po  wewnętrznej  stronie jej  ud, odczuwała jak wyładowania 

elektryczne, rozchodzące się błyskawicznie po całym ciele i osiągające szybko swój cel: 

tajemne   centrum   kobiecości.  Wydała   z   siebie   stłumiony   jęk   i   pogrążyła   się   we   mgle 

przenikających ją emocji.

- Chcę ciebie z miłości, tylko z miłości - poprzysiągł. Pochylił głowę i objął wargami jej 

usta. Wsunął język w wilgotne wnętrze i poruszał nim miarowo w pierwotnym rytmie, 

który odpowiadał pulsacji między udami Colleen.

Pocałunki przybrały na sile, stały się bardziej dzikie i łapczywe. Colleen przywarła do 

Jacka, błądząc rękoma na oślep po całym jego ciele, pragnąc być tak blisko niego, jak to 

tylko   możliwe.   Dłonie   Jacka   wślizgnęły   się   pod   spódniczkę   i   objęły   pośladki.   Kiedy 

dotarły do koronkowego obrzeża fig, Colleen wstrzymała oddech, a wtedy wsunęły się zu-

chwale pod jedwabistą materię i poczęły głaskać miękką skórę podbrzusza.

Jack   wcisnął   ją   silnym   ruchem   w   kołyskę   utworzoną   z   jego   twardych   ud   i   Colleen 

poczuła nacisk tętniącej napięciem męskości. Nie przestawał masować i pieścić miękkiej 

krągłości jej ciała. Zwinnymi pociągnięciami palców uwolnił pończochy z podwiązek. 

Muskając   dłońmi   załamania   i   wypukłości   ud,   a   potem   łydek   zrolował   pończochy   do 

samego dołu. Po drodze zdążył obrysować palcami kolana, nauczyć się kształtu łydek i 

jeszcze raz popatrzeć na zachwycające kostki jej stóp.

Zręczność, z jaką odpiął podwiązki, nieco zaskoczyła Colleen. Sama nie zrobiłaby tego 

lepiej i szybciej”.

- Masz za sobą sporą praktykę - zauważyła. Nawet w jej własnych uszach słowa te 

zabrzmiały niepewnie i nerwowo.

- Nie bój się mnie, Colleen - rzekł cicho, patrząc jej przy tym w oczy. Sprawiała wrażenie 

116

background image

onieśmielonej,   nieco   zagubionej,   ale   niewiarygodnie   seksownej,   co   wydaje   się   dość 

karkołomną kombinacją, lecz w Colleen te przeciwstawne cechy harmonizowały ze sobą 

całkiem naturalnie. Ogarnęła go fala czułości. - Kocham cię. Pamiętaj o tym.

Jego   głos   uspokajał   i   kusił.   Kochają.   Kiedy   patrzyła   nań,   niemal   wyczuwała,   jak 

niepewność i zagrożenie odpływają w niebyt, i zostawiają jej tylko wolność, swobodę i 

pragnienie,   by   dać   szczęście   kochanemu   mężczyźnie.   Jackowi   Blackledge’owi,   który 

kochał ją równie szczerze.

Ośmielona, poszukała zamka jego dżinsów i natrafiła na twardą, męską wypukłość pod 

szorstkim   materiałem.   Jej   uszu   dobiegł   zduszony   jęk   Jacka   i   uśmiechnęła   się   lekko. 

Natychmiastowa   reakcja   mężczyzny   dodała   jej   pewności   siebie,   przyniosła   poczucie 

cudownej władzy, a jednak chciała ofiarować mu radość i zaspokojenie. Oto paradoks, 

który   powinien   wprowadzić   ją   w   pomieszanie,   ale   tak   się   nie   stało.   Była   rozgrzana 

namiętnością, chciała dawać i brać, Chciała doświadczać, chciała wiedzieć.

Delikatnie odsunął jej rękę, ucałował wszystkie palce, wnętrze dłoni i nadgarstek, by 

nagle chwycić ją za ramię i unieść do pozycji siedzącej.

-   Zdejmij   bluzkę,   Colleen   -   poprosił   łagodnie,   pożerając   ją   głodnym   wzrokiem. 

Poprzednia   Colleen   uciekłaby   przerażona,   lecz   ta   nowa,   przebudzona,   zapomniała   o 

wstydzie. Guziki Jack rozpiął już wcześniej, więc zsunęła bluzkę z ramion bez przeszkód.

Miała   na   sobie   koronkowy   staniczek   w   kolorze   ecru,   z   którego   wyłaniały   się 

powiększone,   pełne   piersi.   Spod   ciemnej   tkaniny   prześwitywały   twarde,   wyraźnie 

zaznaczone   brodawki.   Jack   sięgnął   ku   nim   i   pieścił   palcem   jedną,   a   potem   drugą, 

oczarowany ich kształtem i wielkością.

Colleen zwilgotniała w środku. Musnęła jego wargi swymi z początku lekko, potem z 

rosnącym pożądaniem. I kiedy całował ją długo, mocno i głęboko, swą wielką dłonią 

ściskając delikatnie pierś i pocierając brodawki, poczęła drżeć z podniecenia.

Colleen wsłuchiwała się we własny ciężki, chrapliwy oddech. Nagle odsunęła się od 

Jacka, nie mogąc znieść zbyt gwałtownych doznań. Zmysłowy żar ogrzewał jej skórę tak 

silnie,   że   nawet  cienki  staniczek   zdawał   się   przeszkadzać,  jakby   stanowił  nieprzebytą 

barierę, którą należało jak najrychlej usunąć. Ściągnęła go czym prędzej przez głowę. Jack 

padł na plecy i przyglądał się jej zamglonym, lecz intensywnym spojrzeniem.

- Masz piękne piersi, Colleen - rzekł w końcu ochryple. - Mlecznoróżowe, takie jędrne i 

117

background image

wysokie, tak cudownie okrągłe. Uwielbiam na nie patrzeć. Uwielbiam ich dotykać.

Colleen przyglądała się spod omdlewających powiek, jak jej piersi wypełniają wnętrze 

jego dłoni. Kiedy wargi Jacka zamykały się gorącymi, wilgotnymi pocałunkami na sztyw-

nych, zaróżowionych brodawkach, czuła przenikające całe jej jestestwo płomienie żądzy, 

wrzące napięcie, graniczące wręcz z bólem.

Uwolnił ją ze spódniczki tak zręcznie, że zdziwiłaby się gdyby była tego świadoma. Ale 

jej świadomość rozpuszczała się powoli w oparach namiętności. Zmysły odbierały jedynie 

sygnały   od   pieszczonych   piersi   i   nerwów   targanych   odrętwiającą   pulsacją.   Krzyknęła 

krótko, przywarła do niego i wpiła się paznokciami w grubą wełnę swetra.

Sweter. Nagle zdała sobie sprawę, że ubranie Jacka przeszkadza jej. Chciała czuć ciepło 

jego ciała na swej skórze, chciała widzieć jego nagość, dotykać go...

Wsunęła dłonie pod sweter, pod koszulę i odnalazła twarde, nagie, napięte sploty mięśni. 

Zadygotała z przypływu żądzy. Zachwyciło ją jego ciało, takie silne, muskularne i męskie. 

Przeszyła ją rozżarzona strzała namiętności. Błądziła dłońmi po jego torsie, czochrała 

gęste   owłosienie,   a   potem   powędrowała   wyżej,   by   dotknąć   sztywnych,   napiętych 

brodawek.

Jack chwycił jej ręce i odepchnął delikatnie.

Gwałtownie otworzyła oczy i spojrzała na niego z obawą.

- Zrobiłam coś złego?

- Nie, kochanie. Radzisz sobie doskonale. Tylko że ja mam na sobie za dużo ubrania. Już 

czas, by się pozbyć tego i owego.

- A może wszystkiego naraz? - zapytała Colleen zduszonym, namiętnym tonem, którego 

nigdy wcześniej u siebie nie zauważyła.

Podniósł się do klęczek i ściągnął sweter. W przypływie odwagi Colleen uklękła również 

i pomogła mu rozpiąć guziki koszuli. Ich palce przeszkadzały sobie nawzajem i w re-

zultacie więcej guzików przeoczyli, niż odpięli. Upadli na materac chichocząc.

- Pamiętasz stare przysłowie? Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy - rzuciła 

Colleen ze śmiechem. Przez krótką chwilę zastanowiła się nad ich niewiarygodną poufa-

łością. Klęczy na łóżku w samych tylko majteczkach i próbuje rozebrać Jacka, a jednak 

wcale się nie wstydzi. Jack nadal jest Jackiem, z którym może się droczyć i żartować.

-   Niestety,   przysłowia   często   mówią   prawdę   -   powiedział   Jack   z   lekkim   odcieniem 

118

background image

smutku w głosie, mocując się ponownie z guzikami. Tym razem wyszedł z potyczki zwy-

cięsko, zdjął koszulę i rzucił ją na podłogę.

Colleen   pożerała   go   wzrokiem.   Skóra   Jacka   rozbłyskiwała   drobniutkimi   kropelkami 

potu. Miał szeroką klatkę piersiową, porośniętą gęstymi ciemnymi włosami, które rzedły 

na brzuchu, acz rosły także niżej, ukryte jeszcze przed jej spojrzeniem. Zapragnęła go 

dotknąć i uczyniła to. Wczepiła palce w gąszcz ciemnego owłosienia, podziwiając jego 

miękkość. Lekko piżmowy zapach męskiego ciała dotarł do jej nozdrzy i zamroczył ją jak 

dym opium.

Obserwowała spod przymkniętych powiek, jak rozpina klamrę paska i opuszcza suwak w 

swoich   spodniach.   Wstrzymała   oddech,   zafascynowana   widokiem   mężczyzny,   który 

zdejmował spodnie i bieliznę zwinnymi, precyzyjnymi ruchami. Serce roztańczyło się w 

piersi, gdy ujrzała go nagiego; potężnego i oszałamiającego.

Nagle ogarnął ją lęk. Porażająca w swej potędze męskość Jacka sprawiła, że zobaczyła 

siebie jako małą, kruchą i bezbronną istotę. Wiedziała, na czym polega miłość fizyczna, 

ale ta wiedza okazała się żałośnie niewystarczająca.

Zrozumiał jej wahanie i po raz kolejny pohamował gorejącą w nim namiętność.

- Nie bój się, Colleen - szepnął, pociągając ją za sobą na materac. - Nic się nie stanie, 

póki sama tego nie zechcesz.

I znów cierpliwość i wyrozumiałość Jacka oddaliły jej strach, przywracając spokój. Nagi, 

ułożył się przy niej, a ona mocno go objęła. Fala gęstego gorąca rozlała się po całym ciele 

Colleen. Jack przybliżył usta do jej twarzy, lecz tym razem ona przejęła inicjatywę. Jej 

język przystąpił do śmiałego ataku. Całowała go z intensywnością, jakiej dotąd nie do-

świadczyła.

Dłoń Jacka wędrowała figlarnie po jej płaskim brzuchu, a po chwili wkradła się pod 

cienką   tkaninę   majteczek,   na   co   Colleen   odpowiedziała   gwałtownym   westchnieniem. 

Dotykał jej czule, aż znalazł miejsce wilgotne i nabrzmiałe, Colleen zadrżała.

Jack zsunął jej majteczki, a ona, naga i drżąca, przylgnęła do niego. Głaskał jej brzuch i 

biodra,   choć   wiedział,   że   czeka   z   zamkniętymi   oczami,   by   sięgnął   niżej.   Drgnęła,   a 

powódź namiętności jak rzeka miodu wypełniła wszystkie zakamarki jej ciała, czyniąc ją 

wilgotną i uległą.

- Jack! - wykrzyknęła w niewiarygodnym przypływie podniecenia. - Jack, proszę.

119

background image

-   Chcesz,   żebym   cię   dotknął?   -   spytał   nienaturalnie   niskim   głosem.   Brakowało   jej 

doświadczenia,   by   umiała   ukryć   swe   potrzeby,   ale   jemu   sprawiało   przyjemność   ich 

zaspokajanie. Trzymał w ramionach kobietę cudownie naturalną i zmysłową. Mógł wziąć 

ją teraz, lecz wolał przedłużyć grę miłosną, aż zbudzi się w niej taki głód namiętności, że 

zapomni o wszystkich obawach i uprzedzeniach.

-   Gdzie   mam   cię   dotknąć,   Colleen?-   wyszeptał.   -   Tutaj?   -   Szorstką   dłonią   nakrył 

jedwabisty trójkąt ciemnozłotych włosów u szczytu ud.

Cicho   pisnęła   i   uniosła   powieki.   Wpatrywał   się   w   nią   wzrokiem   zamglonym   z 

namiętności.

- Tak - zdołała szepnąć, dygocząc z niecierpliwości.

- Proszę, rozsuń nogi, Colleen - poprosił łagodnie, co rozpaliło ją jeszcze bardziej. Tępy 

ból w środku i tętniące podniecenie natychmiast przełamały wszelkie bariery.

Śmiało   rozluźniła   mięśnie   ud   i   lekko   rozchyliła   nogi.   Palec   wskazujący   wniknął 

pomiędzy nabrzmiałe fałdy. Jednocześnie Jack zaczął ją całować, nie przerywając badania 

nie znanych jeszcze żadnemu mężczyźnie przestrzeni. To, jak ją dotykał... To, co czuła 

dzięki niemu... pragnęła, by ta noc trwała w nieskończoność; a jednocześnie coś w niej 

narastało, coś nieuchwytnego i szaleńczo ekscytującego, co nagliło, by...

Oderwała wargi od całujących ją ust Jacka.

- Jack, ja...

Cokolwiek zamierzała powiedzieć, zostało zapomniane gdy powolnym ruchem wsunął 

palec  wewnątrz  jej  kobiecości.  Colleen  drgnęła  konwulsyjnie.  Instynktownie  zacisnęła 

mięśnie i poczuta coś tak niewiarygodnie porywającego, że zrobiła to raz jeszcze.

- Jesteś taka miękka, taka wilgotna i cudowna - usłyszała niski, gardłowy głos Jacka. 

Całe jego ciało pulsowało. - Nigdy nie śniłem, że można pożądać kogoś jak ja ciebie, 

Colleen.

- Czuję to samo - wykrztusiła. - Teraz, kiedy jestem z tobą...

Rosło w niej napięcie, a wraz z nim gorączka wszystkich zmysłów. Wtuliła się w niego, 

bezwiednie   wprawiając   biodra   w   naturalny,   falujący   rytm.   Między   udami   odczuwała 

pustkę, która musiała być natychmiast wypełniona.

- Kochaj mnie, Jack - poprosiła cicho. - Kochaj mnie teraz.

- To może zaboleć. - W ciszy nocy jego głos zabrzmiał ochryple.

120

background image

Colleen poczuła, jak Jack przegina się od szalejącego w nim pragnienia; zrozumiała też, 

że ostatkiem sił trzyma swe żądze na wodzy.

- Nie szkodzi - szepnęła, muskając go ustami. - Kocham cię bardzo, pragnę cię tak 

bardzo, że nie boję się bólu.

- Musimy być ostrożni - powiedział. Usłyszała szelest rozrywanej folii. Była wdzięczna, 

że o tym pomyślał, bo jej zupełnie wypadło to z głowy. Własny brak doświadczenia w 

zestawieniu z jego wyrafinowaniem chwilami nieco ją deprymował.

Jack wślizgnął się między jej nogi i Colleen wstrzymała oddech, czując napór twardego, 

rozpalonego ciała. Ich oczy spotkały siei tak pozostały, utrzymując nieme porozumienie w 

przyćmionym blasku księżyca.

Wszedł w nią, pchnął delikatną przeszkodę, cały czas szepcząc jej do ucha słowa miłości 

i pożądania, słowa czułe i podniecające, które w jej myślach wirowały w szaleńczym 

tańcu.   Leżała   spokojnie,   pozwalając   mu   wnikać   głębiej   i   raz   tylko   wyprężyła   się   w 

spazmie bólu.

-   Rozluźnij   się,   maleńka   -   mruczał   Jack   słodko.   Jego   głos   działał   jak   uspokajające 

polecenia hipnotyzera. Rozgrzanym oddechem owiał jej twarz, ucałował i zebrał wargami 

słone łzy bólu. - Już dobrze, kochanie. Tylko spróbuj się rozluźnić.

Colleen odetchnęła głęboko i wtuliła się w niego, czując silny nacisk wewnątrz. Mała, 

przestraszona część jej jaźni chciała odepchnąć go i uciec, lecz Colleen nie poddała się lę-

kowi. Wsłuchała się w melodię słów Jacka, skoncentrowała na miłości do niego i powoli, 

stopniowo rozluźniła mięśnie. Jej ciało zaczęło oswajać się z obecnością Jacka, który wsu-

nął się głęboko w jej wnętrze.

Kiedy   jął   poruszać   się   miarowo,   zesztywniała,   oczekując   ukłucia   bólu,   lecz   ono   nie 

nadeszło. Zamiast bólu ogarnął ją żar i surowe, prymitywne podniecenie, które wciąż rosło 

i rosło. Przywarła do kochanka, oplotła go ramionami i udami tak ciasno, jak zdołała, a on 

wypełniał jej miękką głębię, sprawiając, że krzyczała i jęczała z czystej, dzikiej, prze-

ogromnej rozkoszy.

Poruszali się we wspólnym rytmie, który stawał się coraz szybszy i gwałtowniejszy. 

Colleen poczuła, jak gorąca spirala napięcia głęboko w jej wnętrzu skręca się mocno, 

coraz  mocniej,  aż  wreszcie  wybucha  i,  rozwijając  swe  skręty,  rozsyła  fale  pulsującej, 

kipiącej rozkoszy. Kiedy wpłynęła w nią fala męskiej siły, a jej ciało ogarnęły konwulsje, 

121

background image

usłyszała   swe   imię   szeptane   zdyszanym   głosem,   i   wtedy   już   znała   radość   spełnienia: 

radość, jakiej dotąd nie przeżyła.

Przez dłuższą chwilę leżeli w milczeniu, odczuwając taką bliskość, że żadne słowa nie 

były im potrzebne. Wtulając się w pierś Jacka, Colleen powitała rozlewającą się po całym 

ciele ciepłą, usypiającą ociężałość. Westchnęła spokojnie i przysunęła się do niego jeszcze 

bliżej.

- Mam wrażenie, że w końcu wiem, co to jest seks z miłości - powiedział Jack czule. 

Delikatnie wodził palcami po kosmykach włosów Colleen. - Czegoś tak wspaniałego do-

tąd nie przeżyłem.

Uśmiechnęła się do niego, ukazując twarz jaśniejącą rozczuleniem.

- To druga najpiękniejsza rzecz, jaką chciałam od ciebie usłyszeć, Jack.

- A ta pierwsza?

- Już ją słyszałam wcześniej. - Westchnęła ze szczęścia. - Kocham cię.

- Wobec tego powiem to jeszcze raz. Kocham cię, Colleen.

Pocałowali się leniwie i przeciągle. Chwilę później oboje zasnęli, przytuleni do siebie jak 

małe kocięta.

10

Następnego   ranka   obudził   ich   przeraźliwie   głośny   dzwonek   telefonu.   Jack   otworzył 

jedno oko, spojrzał na budzik i jęknął. Dochodziło wpół do ósmej. Kto, u diabła, budził go 

o tak pogańskiej porze w sobotę rano?

- Tak - warknął do słuchawki.

Colleen usiadła na łóżku. Wielkimi brązowymi oczami rozejrzała się po obcym wnętrzu. 

Po raz pierwszy w życiu przebudziła się w łóżku mężczyzny i w jego ramionach.

Spędziła tę noc wtulona w pierś Jacka, pod grubą kołdrą z gęsiego puchu. W porannym 

słońcu wspomnienie namiętnej nocy zdawało się tak odległe, jak czerń północnej godziny. 

Wczoraj...

Na samą myśl o wczorajszych wydarzeniach poczuła w środku gorąco i słabość. Owinęła 

się   szczelnie   kołdrą,   nagle   świadoma   swojej   nagości.   Była   taka   bezbronna,   taka 

onieśmielona.

Kiedy Jack wydał z siebie rozdzierający jęk, zesztywniała i zacisnęła palce na brzegu 

122

background image

nakrycia.

- Do ciebie. To Nicola - oznajmił niezadowolonym tonem. Wręczył jej słuchawkę, po 

czym przekręcił się na brzuch i przykrył głowę poduszką.

Serce Colleen zabiło mocniej.

- Nicola? Coś się stało?

- Na dworze ponad metr śniegu, a ty pytasz, czy coś się stało - odparła sucho Nicola. - 

Całe miasto zasypane, niektóre zaspy mają nawet po dwa metry. Wyjrzyj przez okno, jeśli 

jeszcze tego nie zrobiłaś.

-   Jeszcze   nie   -  wymamrotała.   -   Hej,   zadzwoniłaś,   żeby   mi   przekazać   wiadomości  o 

pogodzie?

- Gorzej. Mam ci przekazać wiadomości o Bradych i Ramseyach. Wiesz, oni wcześnie 

wstają. Prawdopodobnie usłyszeli w telewizji informacje o metrowych zaspach w Buffalo. 

Najpierw  dzwoniła   Shavonne,   potem  Erin   i Tara.  Wszystkie   chcą   wiedzieć,  jak   sobie 

radzisz wśród śniegów północy, i oferują bilet do Houston, gdy tylko samoloty znowu 

zaczną latać.

Colleen siedziała jak skamieniała.

- Co im powiedziałaś, Nicky? Że gdzie jestem? - W sobotni ranek w mieście zasypanym 

śniegiem po dachy nie ma zbyt wielu możliwości.

- Powiedziałam, że poszłaś na kolację do koleżanki z pracy, że rozhulała się śnieżyca i 

nie mogłaś wrócić do domu, ale telefonowałaś do mnie i czujesz się świetnie.

Colleen westchnęła z ulgą.

- Stokrotne... nie, milionowe dzięki, Nicola. Ja...

- To jeszcze nie koniec, Colleen. Z naszymi rodzinami nigdy nie idzie tak gładko. Twoje 

siostry zażądały numeru telefonu i nazwiska tej koleżanki. Koniecznie chciały do niej 

zadzwonić, aby się upewnić, co do twojego samopoczucia.

Colleen z ledwością przełknęła ślinę.

- Ojej, Nicola.

- Udałam, że nie pamiętam nazwiska tej dziewczyny, więc nie mogę podać im numeru. 

Tylko że one tego nie kupiły. Przed sekundą dzwoniła twoja siostra Megan. Oświadczyła, 

że starsze siostry szaleją z niepokoju i że ich mężowie zaraz zajmą się tą sprawą. Są 

pewni, że w coś wdepnęłaś. Prawdopodobnie uważają, że ja zawsze wiem, gdzie i z kim 

123

background image

jesteś. Oto, co cię spotyka za to, że całe życie postępujesz uczciwie i odpowiedzialnie. 

Jedynie Megan zachowała resztkę rozsądku. Powiedziała, że na pewno jesteś u chłopaka, 

ii żebyś zadzwoniła do Houston i uspokoiła rodzinkę.

Colleen   obrzuciła   spojrzeniem   długi   kształt   pod   kołdrą.   Nie   wystawał   spod   niej   ani 

centymetr kwadratowy Jacka, ale była przekonana, że słyszał każde słowo. Zdenerwowana 

potarła   dłonią   czoło.   Po   długiej,   wypełnionej   namiętnością   nocy   nie   bardzo   umiała 

wymyślić coś sensownego, co można by powiedzieć siostrom.

- Zadzwonić natychmiast? - Zniżyła głos. - To może być trochę kłopotliwe.

- Serdecznie ci współczuję - równie cicho odrzekła Nicola. - Mój brat Alex zadzwonił o 

szóstej rano i Kamal odebrał telefon. Nawet sobie nie wyobrażasz, co przeżyłam! Po-

wiedziałam Alexowi, że to dozorca sprawdza, czy rury nie popękały od mrozu.

- Kamal jest w naszym mieszkaniu? Spędził u nas noc?

-   Zadzwonił   wczoraj   i   zaraz   przyszedł.   Martwił   się,   jak   sobie   poradzę   przy   takiej 

śnieżycy. Colleen zakaszlała.

- Rozumiem. Dobra, dzięki za telefon. Zadzwonię później.

Czy   Nicola   wiedziała,   co   robi?   W   tym   konkretnym   momencie   Colleen   nie   miała 

pewności,   czy   sama   wie,   co   robi,   ponieważ   ostrzeżenie   Nicoli   wydobyło   na   światło 

dziennie wszystkie problemy, które wczoraj w nocy nie zostały rozwiązane... Plany Jacka 

co do ożenku z kontem bankowym, jeśli w ogóle planuje ślub z kimkolwiek. A także 

istnienie jej własnego konta bankowego i fortuny Ramseyów.

Przechyliła się nad Jackiem, żeby odłożyć słuchawkę.

-   Jack,   miałbyś   coś   przeciwko   temu,   żebym   wykonała...   yyy...   parę   zamiejscowych 

telefonów?

Usiadł na łóżku, chwycił ją za nadgarstki i przewrócił na siebie, jednocześnie padając na 

poduszkę.

- Oczywiście, że miałbym coś przeciwko temu.

Wtoczył się na nią, zawisając ustami nad jej twarzą. Jego ciemne oczy błyszczały.

- Teraz nie ma czasu na rozmowy telefoniczne. Jesteś w łóżku z rozgrzanym mężczyzną, 

więc poświęć mu trochę uwagi.

-   O   Boże.   -   Colleen   zagryzła   wargę.   Nigdy   jeszcze   nie   musiała   przedkładać 

czegokolwiek ponad sprawy rodzinne, a teraz Jack żądał właśnie tego. - Ja... ja naprawdę 

124

background image

muszę zadzwonić do moich sióstr. - Jack już szczypał wargami jej szyję, a ciężar męskiego 

ciała podziałał na dziewczynę jak afrodyzjak. - Ale może... mogłyby jeszcze chwilę zacze-

kać...

- Dłuższą chwilę - poprawił ją Jack.

Jego usta pochłonęły usta Colleen w żarłocznym pocałunku, a ona odpowiedziała z całą 

mocą świeżo przebudzonej namiętności.

Płomienie rozbłyskiwały i wybuchały w nich z ogromną siłą, przenosząc ich gdzieś w 

inny świat i w inny, zmysłowy i ekstatyczny wymiar. Colleen poruszała się z nim i dla nie-

go,   wirująca   rozkosz   i   żar   wynosiły   ją   wciąż   wyżej   i   wyżej,   poza   ciało,   na   wysokie 

równiny szarpiącej duszę pasji. Jack towarzyszył jej przez cały czas.

Minęły dobre dwie godziny, zanim była w stanie wykręcić numer do Houston. Przedtem 

ucięła sobie drzemkę w ramionach Jacka, a potem oboje moczyli się w wannie z gorącą 

wodą. Później Jack poszedł do kuchni przygotować śniadanie - naleśniki i kawę - a ona 

pobiegła zadzwonić do najstarszej siostry, Shavonne.

-   Nic   mi   nie   jest,   Shavonne.  To   miło,   że   tak   się   o   mnie   troszczycie,   ale   naprawdę 

wszystko w porządku. - Miała nadzieję, że jej głos brzmi szczerze i niewinnie, jednocześ-

nie ciągle zerkała w kierunku drzwi sypialni.

Jack był w kuchni, ale nie chciała, żeby wszedł i usłyszał jej rozmowę. Oświadczyła 

bowiem siostrze, że noc spędziła u Susan Farley. Czuła się winna, kłamiąc siostrze, i 

winna wobec Jacka, że zataiła prawdę o nim. W jego ramionach rozkwitała w dój rżała 

kobietę, ale teraz, ściskając słuchawkę w spoconej dłoni, znowu była małą dziewczynką, 

która napsociła i boi się do tego przyznać.

- Colleen, może jednak zmienisz zdanie i wrócisz do domu? - poprosiła Shavonne. - 

Tęsknimy za tobą wszyscy. A przy takiej pogodzie...

- Shavonne, mnie się tu podoba, naprawdę - broniła się Colleen. - Ja też tęsknię za wami 

wszystkimi, wierz mi, ale...

-   Masz   tam   chłopaka,   prawda?   -   domyśliła   się   Shavonne.   -   Dlaczego   nic   nam   nie 

powiedziałaś?

Colleen westchnęła. Dlaczego? Było mnóstwo powodów, które wiązały się ze sobą. Jack 

nie miał pojęcia o pieniądzach Ramseyów i nie wiadomo, jak przyjąłby taką rewelację. Po 

drugie,   nie   ulegało   wątpliwości,   że   w   ciągu   godziny   po   otrzymaniu   informacji   o 

125

background image

mężczyźnie w jej życiu cała rodzina wsiadłaby do samolotu lecącego do Buffalo. Dokład-

nie tak, jak rodzina Jacka zrobiła to wcześniej; z tą różnicą, że trudno porównywać trzy 

przemiłe starsze panie z wpływowym klanem Ramseyów.

- Ja... yyy... spotykam się z kimś - wyznała w końcu Colleen.

- Wiedziałam! - krzyknęła Shavonne głosem aż drżącym z ciekawości. - Opowiedz mi o 

nim, Colleen.

Colleen   nie   umiała   się   powstrzymać.   Mówienie   o   ukochanym   sprawiało   jej   taką 

przyjemność, że niespodziewanie dla siebie samej zaczęła opowiadać.

Shavonne słuchała uważnie, nie robiąc uwag i nie zadając zbyt wielu pytań. Pozwoliła 

Colleen się wygadać.

- Uczepiłaś się tego faceta, co, Colleen? - rzekła w końcu zatroskanym tonem.

- Nie uczepiłam się - zaprzeczyła Colleen. To wyrażenie pasowało bardziej do Nicoli i jej 

związku z Kamalem. - Ja się w nim zakochałam, Shavonne.

Usłyszała, jak siostra ze świstem wciąga powietrze.

- Colleen, jesteś jeszcze za młoda i nic nie wiesz o tym człowieku. Za krótko się znacie, 

przecież mieszkasz w Buffalo dopiero...

-   Mieszkam   w   Buffalo   na   tyle   długo,   żeby   wiedzieć,   czy   kocham   Jacka,   czy   nie   - 

wyrzuciła z siebie zdenerwowana Colleen. - Megan była o wiele młodsza niż ja teraz, 

kiedy wychodziła za mąż za Ricky’ego. Pamiętam, jak próbowaliście ich rozdzielić, więc 

jeśli wy albo Ramseyowie chcecie zabawiać się w podobny spisek, żeby rozdzielić Jacka i 

mnie...

- Colleen, nie dramatyzuj. Jak moglibyśmy zabawiać się w spisek przeciwko tobie?

- Po prostu dajcie sobie spokój - powiedziała Colleen stanowczo.

W drzwiach pojawił się Jack.

- Śniadanie! - zawołał. - Chodź tutaj, zanim naleśniki zamienią się w kamień. Chyba 

wyciągnąłem je z kuchenki mikrofalowej odrobinę za późno.

- Colleen, czy słyszę męski głos? - zapytała wzburzona Shavonne.

- To... on jest... to dozorca, - szybko odparła Colleen, w duchu składając dzięki Nicoli za 

podsunięcie pomysłu. - Przyszedł sprawdzić, czy rury nie popękały od mrozu. Tutaj w 

Buffalo rury często pękają.

Jack zaśmiał się. Colleen poczerwieniała i pośpiesznie zakończyła rozmowę.

126

background image

- Nie stać mnie na taką odwagę, żeby ni stąd, ni zowąd zakomunikować własnej siostrze, 

że   siedzę   w   sypialni   mężczyzny,   w   której   zresztą   spędziłam   noc.-   przyznała   z   za-

wstydzeniem.

- Rozumiem cię doskonale. Też mam rodzinę, pamiętasz? - Otworzył ramiona, a ona 

przypadła do niego, wtuliła twarz w jego pierś i uścisnęła mocno.

- Tak bardzo cię kocham, Jack.

- Ja ciebie też, kochanie. - Uśmiechnął się, a potem ucałował ją czule.

Kiedy wreszcie znaleźli się w kuchni, musieli wyrzucić stwardniałe naleśniki, a zamiast 

nich wpakowali do kuchenki dwa gotowe zestawy, składające się z kanapki z pieczonym 

serem i kubka zupy pomidorowej. Jack oświadczył, że jedno i drugie smakuje doskonale, 

a Colleen zawyrokowała, że to najlepsze śniadanie, jakie kiedykolwiek jadła.

Do końca weekendu nie wysuwali nosa z zasypanego śniegiem domu Jacka i cieszyli się 

każdą chwilą cudownego uwięzienia.

Przez   cały   listopad   Colleen   miała   wrażenie,   że   śni   najwspanialszy   sen   o   miłości.   O 

każdej porze dnia byli razem, o każdej porze nocy również. W garderobie Jacka znalazło 

się trochę miejsca na jej ubrania; w łazience pojawiły się jej kosmetyki i szczoteczka do 

zębów. W lodówce obok naleśników Jacka leżały teraz także jej ulubione ciasteczka i za-

piekanki z kurczaka, a gabinet zaczął służyć do pracy dwóm osobom.

Zazwyczaj przez cale dni nie odczuwała potrzeby, aby zaglądać do swojego mieszkania. 

Czasem wpadała tam tylko na chwilkę, a i to jedynie po to, żeby zabrać trochę swoich 

rzeczy   i   przewieźć   je   do   domu   Jacka.   Właściwie   to   u   niego   czuła   się   jak   w   domu, 

szczególnie,   odkąd   w   swoim   mieszkaniu   bez   przerwy   natykała   się   na   szczoteczki   do 

zębów, kosmetyki, książki i ulubione potrawy Kamala Veli. A raczej w swoim byłym 

mieszkaniu, które ostatnio Nicola dzieliła z Kamalem równie nieoficjalnie, jak Colleen 

dzieliła dom z Jackiem.

Czasami   Colleen   w   zupełności   zadowalała   się   tym   układem,   a   czasem   marzyła,   by 

przekształcił się on w całkowicie oficjalny. Owe pragnienia przybrały na sile w tygodniach 

poprzedzających Święto Dziękczynienia. Cała czwórka planowała urządzenie tradycyjnej 

świątecznej kolacji u Jacka. Dania chcieli przygotować sami, żeby choć raz obejść się bez 

gotowych   posiłków   podgrzewanych   w   kuchence   mikrofalowej.   Colleen   dysponowała 

127

background image

grubym zeszytem pełnym przepisów od czytelników, a oprócz tego nie omieszkała za-

sięgnąć porady u nieocenionej szefowej działu kulinarnego, Stefanie Doebler.

Niestety, kiedy zawiadomiła rodzinę, że spędzi święta w Buffalo i nie przyjedzie na 

tradycyjną ucztę Dziękczynienia do rodowej posiadłości Ramseyów w River Oaks, siostry 

podniosły straszny lament. Nicola spotkała się z nie mniejszą falą protestów ze strony 

swoich krewnych.

Colleen i Nicola twardo trzymały się ustalonych planów, lecz radość oczekiwania na 

święta została mocno przytłumiona.

- Za nic w świecie nie chciałabym zrobić przykrości siostrom - zwierzyła się Nicoli w 

trakcie zestawiania listy świątecznych zakupów.

- Nieprawda - wytknęła jej przyjaciółka. - Za nic w świecie nie chciałabyś pojechać do 

Houston i zostawić Jacka samego na święta.

„Nic nie zmusi mnie do zmiany decyzji” - poprzysięgła Colleen po ostatnim telefonie od 

sióstr. Ani wieści o pierwszej ciąży Tary, ani to, że jej siostrzenice, Carrie Beth i Courtney, 

grają   główne   role   w   przedstawieniu.  Ani  zamierzenia  Megan   i  jej   męża  Ricka   co  do 

wspólnego   studiowania   prawa,   ani   nawet   zapewnienia   Erin   i   Shavonne,   że   Święto 

Dziękczynienia bez Colleen to zupełnie nie to samo.

Mimo   wszystko,   rozmyślała   Colleen,   pojedzie   na   tydzień   do   Houston   w   Boże 

Narodzenie. Obejrzy sztukę z udziałem Courtney i Carrie Beth. Dziecko Tary przyjdzie na 

świat   dopiero   za   osiem   miesięcy,   a   Megan   i   Rick   w   zeszłym   roku   planowali   studia 

medyczne. Jak na razie wszyscy zgodnie pracowali w dziale handlowym firmy Ramsey i 

Synowie.

Cierpliwie i grzecznie wyjaśniła siostrom, że klan Bradych-Ramseyów świetnie obejdzie 

się bez niej podczas świąt. Jack i ona pragnęli spędzić je razem, musieli być razem w 

Święto Dziękczynienia.

- To było najlepsze Dziękczynienie w moim życiu. - Colleen westchnęła radośnie, stojąc 

wraz z Jackiem w drzwiach i machając na pożegnanie Nicoli i Kamalowi. - Kolacja udała 

się nadzwyczajnie i tylko dwa razy dzwoniłam do Stefanie Doebler po pomoc. 

- Przygotowałaś świetne jedzenie - zgodził się Jack, pochylając się nad nią i całując ją 

lekko w usta.

128

background image

Colleen westchnęła raz jeszcze. „Tak właśnie musi wyglądać małżeństwo” - zadumała 

się.   Przyjmowanie   przyjaciół  w   domu,  potem   krótka   rozmowa  o   ich  wizycie,  później 

gaszenie świateł i do łóżka. Poszli do sypialni ręka w rękę, gawędząc o tym i owym, 

czując narastające podniecenie, wymieniając spojrzenia, pocałunki i czułe słówka.

Colleen   chciałaby,   żeby   się   pobrali   albo   zaręczyli,   albo   przynajmniej   o   tym 

porozmawiali. Ale żyli z dnia na dzień i żadne z nich nie wspominało o małżeństwie. 

Niekiedy Colleen zastanawiała się, jak poruszyć ten temat na tyle delikatnie, by Jack nie 

posądził jej o naciskanie lub usiłowanie złapania męża. Albo o jedno i drugie naraz. I jak 

ma się przyznać do swej majętności? Przecież nie mogła ni stąd, ni zowąd zapytać: Czy 

nadal chcesz poślubić bogatą kobietę? No to wiesz co? Ja jestem bogata.

Nie,   nie   może   podcinać   gałęzi,   na   której   siedzi.   Nie   ma   potrzeby.   Kocha   Jacka,   on 

kochają i to uważa za rzecz najważniejszą. Musi wierzyć, że wszystko ułoży się jak najle-

piej. Wie, że tak się stanie, skoro tak mocno go kocha. I on kochają.

Spojrzała na niego zakochanymi oczyma, a Jack uniósł ją i położył na łóżku.

- Jesteś taka piękna. Nie potrafię ci się oprzeć - szepnął łagodnie, nadal zadziwiony 

intensywnością swych uczuć. Bez względu na to, ile czasu spędzali ze sobą, ona nigdy nie 

przestawała go pociągać i oddziaływać na jego zmysły. Bez względu na to, jak często się 

kochali,  wspólne   uniesienia   stawały  się   coraz   bardziej   ekstatyczne  i   dawały  im   coraz 

więcej rozkoszy.

- Śpij dalej, moja słodka. Możesz dziś popracować w domu. Ja pojadę do biura, ale tylko 

na   jakieś   dwie   godzinki.   -   Jack   pochylił   się   i   pocałował   ją,   drzemiącą   w   wielkim 

mosiężnym łożu. 

W redakcji urzędowały jedynie nędzne niedobitki dziennikarskiej załogi, jak to w piątek 

po Święcie Dziękczynienia. W większości reporterzy ukończyli swoje artykuły zawczasu i 

tym sposobem zyskali dodatkowy wolny dzień.

Jack siedział właśnie za biurkiem, zgarbiony nad drugą już filiżanką kawy i pierwszą 

przeróbką nowego felietonu, gdy spostrzegł przed sobą wysokiego siwowłosego mężczy-

znę w płaszczu wyglądającym na bardzo drogi.

- Jackson Blackledge? - usłyszał.

- We własnej osobie. - Popatrzył na nieznajomego.

129

background image

- Jestem Quentin Ramsey. - Ciemnoszare oczy mężczyzny były zimne i bezwzględne jak 

stal. Nie wyciągnął ręki na powitanie, tylko stał nad Jackiem, przytłaczając go lodowatym 

spojrzeniem.

Zmieszany i nieprzyjemnie zaskoczony, Jack podniósł się z krzesła.

-   Czym   mogę   panu   służyć?   -   Ledwo   powstrzymał   się   od   ukłonu,   bowiem   Ramsey 

roztaczał wokół siebie aurę władzy i potęgi. Ale Jack zorientował się, że tamten próbuje 

go zastraszyć, więc postanowił nie ustąpić mu ani na krok, nawet najmniejszy.

- Proszę nie udawać, że nie słyszał pan o mnie - warknął Quentin Ramsey. - Proszę 

oszczędzić nam obu tej obrzydliwej farsy. Przejdę do  rzeczy. -  Sięgnął do wewnętrznej 

kieszeni marynarki i wyciągnął stamtąd wypisany czek, który rzucił na biurko Jacka.

Był to czek na okaziciela opiewający na milion dolarów. Jack uśmiechnął się krzywo.

- Jesteśmy w ukrytej kamerze, tak? Filmujecie ludzi, jak robią wielkie oczy i ślinią się na 

widok fałszywego czeku?

-  Ten   czek   nie   jest   fałszywy.   Jest   prawdziwy   i   należy   do   pana   -   wycedził   Ramsey 

lodowatym tonem. - Może pan iść do banku i zamienić go na gotówkę w każdej chwili.

- Tak, rozumiem. Daje mi pan czek na milion dolarów, a w zamian za to ja... - urwał i 

czekając na dalszy ciąg, zastanawiał się, o co w tym wszystkim chodzi. Wciąż uważając 

całą sprawę za kiepski dowcip, nie przestawał się bezczelnie uśmiechać. - Zapewne wiążą 

się z tym jakieś konsekwencje.

- Zgadł pan - odparł Ramsey bez ogródek. - Trzymaj się z daleka od Colleen Brady.

Jack otworzył usta ze zdumienia. Dowcip nagle okazał się całkiem niezabawny.

- Ejże - zaczął - co tu jest...

- My, Ramseyowie, znamy cię dobrze, Blackledge. Wiemy, kim jesteś, więc skończ te 

nędzne gierki - przerwał mu ostro Ramsey. - Kiedy Colleen odmówiła przyjazdu do domu 

na święta, jej siostry, a moje synowe, szalenie się zmartwiły; a ja nie chcę, żeby matki 

moich wnuków były zmartwione. Sam bardzo lubię Colleen, ona należy do rodziny. To 

naiwna, porządna dziewczyna, Blackledge, i nie pozwolę ci jej zdeprawować. Wynająłem 

prywatnego detektywa, żeby cię śledził. Nikomu z nas nie spodobało się to, czego się do-

wiedział. Wiesz, o co mi chodzi: że jesteś pozbawionym skrupułów kobieciarzem i łowcą 

posagów. Sam mówiłeś różnym ludziom wiele razy, że zamierzasz ożenić się z kupą forsy.

Jack chciał zaprotestować, lecz w ostatniej chwili zrezygnował. Rzeczywiście, mówił to 

130

background image

wszystkim, ale czy kiedykolwiek brał pod uwagę ewentualne konsekwencje takiej ga-

daniny? Niestety nie, należało to przyznać. Teraz rozumiał, że były to tylko przechwałki, 

pusta mowa, podbudowywanie swojej osobowości po ciosie zadanym mu ręką Donny. 

Dzisiaj problemy psychiczne miał już za sobą. Po raz pierwszy zakochał się we wspaniałej 

dziewczynie i...

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy - doszedł go cichy, acz nie skrywający pogróżki 

głos Quentina Ramseya - mam po temu wystarczające środki, Blackledge, nie pozwolę, by 

Colleen Brady padła ofiarą takiego nędznego łowcy posagów jak ty.

- Cześć! - zawołała radośnie Colleen. słysząc, że Jack wraca z pracy. Pobiegła ku niemu, 

gotowa rzucić mu się na szyję. I wtedy dostrzegła jego minę.

- Jack, co się stało? - zapytała z przestrachem. Nigdy jeszcze nie widziała go takiego... 

takiego obcego, nawet w pierwszych, burzliwych dniach ich znajomości.

- Nic się nie stało, Colleen - podał jej czek. - Jestem bogatym człowiekiem. Nie muszę 

nawet bawić się w nużące ceremonie ślubne z bezbronnymi córkami milionerów. Sam 

Quentin Ramsey pofatygował się dziś do mego biura, żeby wykupić cię z niewoli Jacka 

Blackledge’a.

- Quentin Ramsey! - pisnęła Colleen. - Jest w Buffalo? - Serce podeszło jej do gardła, a 

żołądek wykonał potrójne salto w tył.

- Był. Wpadł tylko na chwilę, korzystając z rodzinnego odrzutowca. - Przyjrzał się jej 

zmienionej twarzy z zimnym szyderczym uśmiechem. - Kiedy, jeśli w ogóle, zamierzałaś 

mnie poinformować o swoich koligacjach z jedną z najbogatszych rodzin w tym kraju? 

Zapewne dopiero wtedy, kiedy odkryłbym wysokość twojego osobistego konta, co?

- Jack, chciałam ci powiedzieć, ale czekałam na właściwy moment, i...

- Colleen, przebywaliśmy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę, od tygodni, od 

miesięcy! Rozmawialiśmy o wszystkim prócz, jak się okazuje, twojego małego oszustwa.

- Nie oszukiwałam cię! - krzyknęła Colleen.

- A jak mam nazwać to, że pracujesz na marnie płatnej posadzie, że mieszkasz z ciężko 

pracującą, składającą grosz do grosza pielęgniarką? A może Nicola też dysponuje tajnym 

sejfem z walizką banknotów w środku? Że łapiesz faceta, który daje się nabrać na twoje 

piękne oczy? A cały czas masz w ręku tyle forsy, że mogłabyś kilka razy kupić mnie i całą 

131

background image

gazetę, w której pracuję. Żyjesz sobie ze mną, choć dla ciebie to pewnie jak dobroczynna 

wycieczka do slumsów dla ubogich, ale gdy tylko ci się znudzę, wrócisz na skrzydłach do 

swojej   bogatej   rodzinki.   I   do   swojego   bogatego   życia,   i   do   bogatego   narzeczonego, 

którego wybierze ci bogaty papa Ramsey.

- Jack, przecież wiesz, że to nieprawda - wyjąkała Colleen łamiącym się z przerażenia 

głosem. - Nie wiem, co ci powiedział Quentin, ale...

- Dał mi czek i kazał trzymać się od ciebie z daleka. Jego prywatny detektyw zdobył 

niezbite dowody, że jestem łowcą posagów. Ma nazwiska ludzi, którzy słyszeli ode mnie, 

że zamierzam ożenić się dla pieniędzy.

- Przecież oboje wiemy, że nie miałeś pojęcia o... majątku mojej rodziny - powiedziała 

Colleen z wypiekami na twarzy. - Dlaczego po prostu nie podarłeś tego czeku i nie kazałeś 

Quentinowi pilnować własnego nosa?

- Ostrzegł mnie, żebym nie robił żadnych „teatralnych gestów”, jak to określił, w nadziei 

na zdobycie większej forsy przez małżeństwo z tobą. Ramseyowie mają przyjaciół na 

wysokich stołkach. Wielki wódz Quentin może w każdej chwili wykonać parę telefonów, 

po których nigdy i nigdzie nie znajdę pracy jako dziennikarz. Zrobi to, jeśli nie zostawię 

cię w spokoju raz na zawsze.

Colleen osunęła się na najbliższe krzesło. Czuła się zbyt wstrząśnięta i zdruzgotana, by 

móc się rozpłakać.

- Więc postanowiłeś pójść po linii najmniejszego oporu? Wziąć czek, zachować posadę 

w gazecie i rzucić mnie, tak?

-  A  co   mam   robić   z   małą   rozpieszczoną   panienką,   która   nie   ufa   mi   na   tyle,   żeby 

powiedzieć prawdę o swojej rodzinie?

Colleen zamknęła oczy. To wszystko jest zbyt straszne, żeby o tym myśleć, to po prostu 

jakiś koszmarny sen!

- Nie... nie chcesz mnie już? Wolisz czek Quentina ode mnie?

Jack odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Kilka  minut   później  wpadła   Nicola,   żeby   zabrać  blaszkę   do  ciasta   i  salaterkę,  które 

zostały tu po świątecznej kolacji. Na widok przyjaciółki Colleen wybuchnęła płaczem, 

chwyciła poły jej kurtki i wśród szlochu wyznała, że chce wracać z nią do ich mieszkania. 

Spędziła noc w swojej sypialni, usiłując nie zwracać uwagi na raczej bezowocne wysiłki 

132

background image

Nicoli i Kłamała, którzy w sąsiednim pokoju próbowali kochać się bezszelestnie. Oboje 

przyjęli ją bardzo ciepło; pocieszali i starali się ją rozweselić. Kamal powiedział nawet, że 

cieszy się z jej powrotu, bo Nicola strasznie za nią tęskniła. Było to kłamstwo, choć w 

dobrej wierze, i Colleen rozpłakała się znowu.

Czyniła wysiłki, żeby okazać nieco radości na wieść o zerwaniu zaręczyn Kamala z 

azerską narzeczoną i o tym, że Nicola opowiedziała o całej sprawie rodzinie, a ta nie wy-

klęła jej mimo wszystko. Skoro nie jest Turkiem i nie brał osobiście udziału w wojnie 

ormiańsko-azerskiej, to Shakarianowie zgodzą się go zaakceptować.

Radowało ją, że w życiu Nicoli nastąpiły zmiany na lepsze, nawet jeśli jej własne życie 

właśnie waliło się w gruzy. Nigdy nie należała do osób, które w nieszczęściu nie potrafią 

dojrzeć szczęścia innych.

Za   każdym   razem,   kiedy   dzwonił   telefon,   powtarzała   Nicoli   to   samo:   że   nie   chce 

rozmawiać z Jackiem i że nie życzy sobie od niego więcej telefonów, ale mówiła to na 

próżno,   bo   nie   zadzwonił   ani   tamtego   wieczoru,   ani   następnego   dnia,   ani   kolejnego. 

Telefonowały za to siostry z Houston, lecz Colleen z nimi także odmówiła rozmowy.

- Wasza interwencja zrujnowała jej życie - usłyszała, jak Nicola dyskutuje zawzięcie 

najpierw z Shavonne, potem z Erin, potem z Tarą, potem z Megan, a w końcu z samym 

Quentinem Ramseyem. - Jak po tym wszystkim możecie się dziwić, że nie chce słyszeć o 

Ramseyach?

W niedzielne przedpołudnie Colleen wysłała Nicolę z Kamalem po swoje rzeczy do 

domu   Jacka.   Dała   im   klucz   do   drzwi   wejściowych,   modląc   się   w   duchu,   żeby   Jack 

zabronił im dotykać jej rzeczy, żeby natychmiast przyjechał i zabrał ją do siebie. Żeby 

powiedział,   że   ją   kocha   i   że   przeklęty   czek   Quentina   Ramseya,   podarty   na   tysiąc 

kawałków, wrócił pocztą do właściciela.

Jednak Nicola i Kamal przywieźli walizkę pełną jej ubrań i kosmetyków. Jacka nie było 

w domu. W stanie krańcowej rozpaczy Colleen wstawiła swoje mienie do kąta.

Kiedy zadzwonił telefon i Nicola poinformowała ją, że to Rodd Garrett, w pierwszej 

chwili nie chciała podejść, ale Nicola zdołała namówić ją do tego. Rodd był jak zwykle 

miły, zabawny i łatwo się z nim rozmawiało. Zapraszał ją na wieczór do Baru Harry’ego, 

gdzie miał się spotkać z kilkorgiem przyjaciół.

Instynktownie Colleen prawie odmówiła. Nagle stanęła jej przed oczami naga prawda o 

133

background image

okrutnej rzeczywistości. Została porzucona, a Jacka nie było w domu. Czy spędzał urocze 

chwile z inną kobietą, tak jak i wczoraj w nocy? Serce ścisnęło się jej z rozpaczy. Kamal i 

Nicola wybierali się wieczorem do teatru.

Czy naprawdę chce zostać sama w domu, próbując oglądać telewizję i kontemplując 

pustkę swego życia?

Przyjęła zaproszenie Rodda Garretta.

11

Pożałowała swojej decyzji, już kiedy wsiadała do samochodu Rodda. Garrett sprawiał 

wrażenie zamkniętego w sobie, posępnego i niechętnego do rozmowy. Wsunął kasetę do 

kieszeni   magnetofonu   i   nastawił   go   tak   głośno,   że   jakakolwiek   konwersacja!   tak   nie 

byłaby możliwa. Muzyka wypełniła nieuniknioną wskutek jego milczenia ciszę.

Bar Harry’ego pękał w szwach od ożywionego, hałaśliwego tłumu ludzi, którzy wszyscy 

najwyraźniej dobrze znali Rodda. Oprócz kolegów z drużyny, którzy przyszli z żonami lub 

dziewczynami, przy stolikach zasiedli także niezliczeni wielbiciele talentu piłkarskiego 

Rodda Garretta. Colleen niezbyt skutecznie próbowała zwalczyć kolejne fale żalu, kiedy 

ogarniały   ją   wspomnienia   godzin   spędzonych   tu   w   towarzystwie   Jacka.   Pierwszy   raz 

kochali się właśnie po kłótni w Barze Harry’ego. Po kłótni o Rodda. Zauważyła w tym 

jakąś symetrię, pokrętną logikę zdarzeń, prowadzącą do tej nieszczęsnej, łamiącej serce 

randki z Garrettem.

Nieprzerwana defilada ludzi przysiadała się do stołu Rodda. Powtarzali te same dowcipy, 

śmiali się i częstowali kopiastymi talerzami kurzych skrzydełek, które Rodd co chwila 

zamawiał. Nikt nie zdradzał ochoty, żeby zamówić normalną, pełną kolację. Wciąż tylko 

półmiski kurzych skrzydełek i tacka za tacką frytek.

I piwo. Morze piwa.

Colleen szybko przestała liczyć podchodzących do stolika piłkarzy i szklanki napełniane 

piwem, w mgnieniu oka osuszane i napełniane ponownie. Próbowała dostosować się do 

panującej wokół atmosfery. Wymieniała żartobliwe uwagi z przyjaciółmi Rodda; śmiała 

się z ich dowcipów, które stawały się coraz głupsze z godziny na godzinę. Nie lubiła piwa 

i   zamiast   niego   niezmiennie   prosiła   o   kolejne   kubki   dietetycznej   coca-coli,   co 

najwyraźniej nie  przypadło do  gustu  Roddowi.  Kiedy zrozumiał,  że nie  złamie  oporu 

Colleen i nie namówi jej na zmianę napoju, przestał na nią zwracać uwagę i zajął się 

134

background image

wyłącznie głośną dyskusją z kolegami. Po trzech godzinach, które dla niej ciągnęły się jak 

trzy tygodnie, Colleen uznała, że już najwyższy czas na powrót do domu. Piwo działało na 

Rodda w dziwny sposób: nie tylko go upijało, ale także zdawało się zmieniać całą jego 

osobowość.   Pod   wpływem   trunku   Rodd   stał   się   arogancki,   zgryźliwy   i   skory   do 

awanturowania   się;   tak   inny   od   tego   miłego,   uprzejmego   Rodda,   którego   znała. 

Postanowiła zadzwonić do Nicoli i poprosić, by zabrała ją z tego okropnego miejsca. 

Miała nadzieję, że Nicola i Kamal wrócili już z teatru, choć w zasadzie było to mało 

prawdopodobne. Ale kiedy wstała od stołu, usłyszała ryk Garretta.

- Gdzie ty się, do ciężkiej cholery, wybierasz?!

- Zadzwonić - odpowiedziała. Poczuła ucisk w żołądku i zdała sobie sprawę, że boi się 

Rodda Garretta. Im szybciej stąd wyjdzie, tym lepiej.

Rodd wyciągnął przez stół swoją wielką łapę i pchnął Colleen z powrotem na krzesło.

-   Siadaj,   Belinda.   Nigdzie   nie   pójdziesz.   -   Zaśmiał   się   chrapliwie,   jednym   haustem 

opróżnił szklankę z piwem i natychmiast krzyknął na zabieganą kelnerkę, żeby przyniosła 

następną porcję.

- Hej, Rodd, to nie Belinda - poinformował go jeden z kompanów. - To jest, yyy, jak ci na 

imię, mała?

- Colleen - wymamrotała. Jej serce biło jak oszalałe; teraz naprawdę była przerażona. 

Rodd Garrett umięśnieniem przypominał tura, a na samą myśl o sile, z jaką popchnął ją 

przed chwilą, zatrzęsła się ze strachu.

- Kto to jest Belinda? - odważyła się zapytać.

- To dziwka! - wrzasnął Rodd, po czym nastąpił straszliwie długi stek przekleństw.

- Belinda chodziła z Roddem przez parę lat - wyjaśniła Tina, przyjaciółka jednego z 

obrońców liniowych o posturze mamuta. - Przez jakiś czas wyglądało to poważnie, ale 

parę miesięcy temu zerwała z nim. - Tina zniżyła głos do ledwie słyszalnego szeptu. - 

Powiedziała, że ma dosyć ciągłego imprezowania. Rodd przeżył to ciężko, chociaż nie 

przyznaje się do tego. A propos, jesteś trochę podobna do Belindy.

„Imprezowanie   musiało   oznaczać   picie,   i,   to   w   potwornych   ilościach”   -   pomyślała 

Colleen. Współczuła nieznajomej Belindzie. Jednocześnie wzmianka o jej podobieństwie 

do byłej dziewczyny Rodda sprawiła, że poczuła się nieswojo. W tym świetle zachowanie 

Garretta nabrało cech zdecydowanie demonicznych. Colleen odsunęła się wraz z krzesłem 

135

background image

od stołu i błyskawicznie wstała, uskakując poza zasięg ręki Rodda.

- Muszę już iść - sapnęła nerwowo.

- Dobra, dobra. - Rodd wstał również. - Podwiozę cię.

Colleen otworzyła szeroko oczy ze strachu.

- On nie może prowadzić w takim stanie. - Spojrzała błagalnie na Tinę, jedną z niewielu 

trzeźwych osób w tym towarzystwie.

Tina kiwnęła głową ze zrozumieniem.

- Lepiej zabierz mu kluczyki i sama poprowadź.

Colleen skrzywiła się. Raczej inne rozwiązanie miała na myśli.

- Przecież on nie da mi kluczyków - odparła z niepokojem.

- Trane, zabierz Roddowi kluczyki i daj je Colleen. Ona odwiezie go do domu - zwróciła 

się Tina do swego narzeczonego.

Trane swym umięśnieniem przewyższał nawet Rodda, który najwyraźniej nie był aż tak 

pijany,   żeby   ryzykować   szamotaninę   z   atletą   rozmiarów   sporej   kamienicy.   Oddał   mu 

kluczyki, a ten przekazał je Colleen.

Colleen zagryzła wargi.

- Nie wiem, gdzie on mieszka. - Zerknęła na Rodda, który przed sekundą zmiażdżył 

puszkę po piwie na własnym czole, a teraz pohukiwał z zadowolenia.

Pamiętała go z kolacji przy Niagarze. Wtedy, w obecności krewnych Jacka i małych 

gości swojego siostrzeńca, zachowywał się tak uprzejmie i grzecznie. A jak ujmująco roz-

mawiał z nią parę razy przez telefon! Nigdy nie przypuszczała, że może zamienić się w 

hałaśliwego, zapijaczonego prostaka.

- On raczej nie będzie w stanie pokazać mi drogi - dodała posępnie.

- Ja wiem, gdzie on mieszka.- Tina westchnęła.- Pojadę przodem samochodem Trane’a, a 

ty jedź za mną. Trane, daj mi kluczyki, kotku, muszę wziąć twój wóz. Zostań tu i poczekaj 

na mnie.

Trane posłusznie wypełnił jej polecenie.

- Chodź, Rodd. Colleen zawiezie cię do domu - zarządziła Tina głosem nie uznającym 

sprzeciwu.

Ku uldze Colleen, Rodd nie zaprotestował. Bez oporów wyszedł z baru i wtoczył się na 

tylne siedzenie swojego ferrari. Colleen wylewnie podziękowała Tinie i postarała się nie 

136

background image

myśleć, co by się stało, gdyby nie pomoc tej dziewczyny.

Na całe szczęście Colleen zdarzyło się parę razy w życiu prowadzić sportowe samochody 

szwagrów,   inaczej   za   kierownicą   superszybkiego   ferrari   straciłaby   głowę.   Jechała   z 

prędkością niższą od dozwolonej, na co Rodd zareagował niewybrednymi uwagami na 

temat jej tchórzostwa, lecz po chwili zapadł w niespokojną, pijacką drzemkę.

Wreszcie Tina zwolniła przed piętrowym domem z czerwonej cegły. Znajdowali się w 

spokojnej dzielnicy, zamieszkanej przez zamożnych, mogących sobie pozwolić na utrzy-

manie dużych posiadłości, ludzi.

- To tu! - krzyknęła Tina, wysuwając głowę przez okno auta. Zanim Colleen zdążyła 

opuścić szybę, wychylić się i poprosić o podwiezienie do domu, Tina zapuściła silnik i 

zniknęła za rogiem.

Colleen obejrzała się na rozwalonego wzdłuż siedzenia, głośno chrapiącego Garretta. I co 

teraz? Narastający w ciągu ostatniej godziny niepokój zastąpiła irytacja. Co za okropny 

wieczór! Idealne zakończenie najgorszego weekendu w jej życiu. Przyszłość także nie 

zapowiadała się różowo. Czekała ją pustka i samotność bez Jacka. Miała wrażenie, że jej 

życie stacza się po prowadzącej wprost na dno rozpaczy spirali, a podziękowania za to 

należały się Quentinowi Ramseyowi i jego wojowniczemu, wścibskiemu klanowi.

Wzdychając raz po raz, Colleen wprowadziła samochód na podjazd do garażu, ale wokół 

kierownicy nie znalazła pilota do automatycznego otwierania drzwi. Najwyraźniej Rodd 

zapomniał o zainstalowaniu takiego zamka, podobnie jak Jack.

Tak niewinne z pozoru wspomnienie wycisnęło jej z oczu łzy żalu. Z trudem opanowała 

spazm szlochu. Niech Rodd zostanie w samochodzie i prześpi się trochę, zdecydowała i 

skoncentrowała się na walce z cisnącymi się do oczu łzami. Nie miała już siły płakać. 

Powieki jej spuchły, a gardło bolało od ciągłych wybuchów płaczu. Zdecydowanie za 

dużo płakała, odkąd Jack wyrzucił ją ze swojego życia. Z trzęsącym się podbródkiem, 

Colleen ruszyła w stronę domu, skąd miała nadzieję zadzwonić do Nicoli i poprosić o 

zabranie z tego miejsca.

Wśród kluczy Rodda znalazł się jeden pasujący do zamka drzwi wejściowych. Weszła do 

środka. Wewnątrz panowały totalne ciemności. Przez kilka chwil, zanim wzrok przysto-

sował się do mroku, poruszała się po omacku. Potem szybko nacisnęła pierwszy włącznik 

światła, na jaki udało jej się trafić.

137

background image

Dziwnie się czuła, sama w domu Rodda, w miejscu zupełnie jej obcym. Szła od pokoju 

do pokoju, szukając aparatu telefonicznego, i narastało w niej surrealistyczne wrażenie, że 

zachowuje się jak włamywacz w filmach kryminalnych. W końcu odnalazła telefon w 

ogromnej,   czarno-czerwono-białej   sypialni   na   piętrze.   Na   środku   pokoju   królował 

gigantyczny   materac   wodny   umieszczony   na   podwyższeniu,   nad   którym   wisiał 

przymocowany do sufitu trapez.

Colleen wpatrzyła się w ten ostatni przedmiot. Nawet nie chciała się zastanawiać, do 

czego mógł być używany! Najchętniej uciekłaby stąd natychmiast, ale musiała skorzystać 

z telefonu. Chwyciła słuchawkę i drżącą dłonią wykręciła numer swego mieszkania. Jeżeli 

Kamal i Nicola nie wstąpili nigdzie w drodze powrotnej z teatru...

Czekała przez dziesięć, jedenaście, dwanaście sygnałów. W końcu poddała się. Kamal i 

Nicola albo utknęli w jakiejś kawiarni, albo z pewnych powodów nie podnoszą słuchawki. 

Niepokój powrócił z dawną siłą. Zadzwoniła do informacji po numer radio-taxi. Podano 

jej numery dwóch firm, ale telefony do obu przyniosły taki sam rezultat: na taksówkę 

trzeba czekać co najmniej dziewięćdziesiąt minut.

Odwiesiwszy słuchawkę, Colleen uświadomiła sobie, że nie zna adresu Rodda. Jadąc tu 

nie zwracała uwagi na tabliczki z nazwami ulic, tylko koncentrowała się na prowadzeniu 

niebezpiecznego sportowego ferrari.

Zdruzgotana osunęła się na materac wodny i nagle musiała chwycić się jego krawędzi, 

bowiem zachybotał i zapadł się pod jej ciężarem. Wszystko wskazywało na to, że zostało 

już tylko jedno wyjście. Zadzwonić do Jacka. Koniecznie trzeba się stąd wydostać, a 

jedynie   Jack   na   pewno   zna   adres   Garretta.   Czy   pozostał   jej   jakiś   wybór?   Próbowała 

przekonać samą siebie, że nie szuka po prostu pretekstu, by się z nim zobaczyć. Mimo 

wszystko miała swoją dumę i nie zamierzała rzucać się na szyję mężczyźnie, który ją 

odtrącił.   Teraz   jednak   potrzebuje   pomocy,   a   nie   należy   łączyć   prośby   o   pomoc   z 

jakimikolwiek  sprawami  osobistymi.  Palce   się   jej   trzęsły,  lecz   jakoś   wykręciła   numer 

Jacka.

Odebrał telefon po trzecim sygnale.

- Tak? - usłyszała.

Jego głos nigdy dotąd tak jej nie ucieszył jak w tej chwili. Cała miłość, którą do niego 

czuła, zapłonęła jak pochodnia i roznieciła w jej sercu iskierkę nadziei.

138

background image

- Jack, tu Colleen - rzuciła bez tchu.

- Nie musisz się przedstawiać - wycedził. - Jeszcze nie zapomniałem twojego głosu tak 

zupełnie.

Czy oczekiwał chłodnej, gładkiej repliki? Jeśli tak, to Colleen go rozczaruje.

- Jack, mam... mam kłopoty i muszę cię o coś prosić - wyjąkała nerwowo. - Utknęłam... 

gdzieś i potrzebuję podwiezienia.

Natychmiast zareagował na wyraźnie obecne w jej głosie podenerwowanie.

- Gdzie jesteś, Colleen?

Wessała powietrze w płuca.

- W domu Rodda Garretta. Nie znam adresu.

Zapadło długie, pełne napięcia milczenie.

- Niech Rodd cię odwiezie - odrzekł wreszcie. - Nie prowadzę firmy przewozowej dla 

jego panienek - dodał zjadliwie.

- Jack, błagam, nie odkładaj słuchawki! - Głos jej się załamał. - Boję się. On zasnął w 

samochodzie i...

- Belinda! - To imię odbiło się echem po całej willi. Na dole trzasnęły drzwi, potem 

rozległ się odgłos upadku, a po nim wiązanka najgorszych przekleństw.

Colleen zmartwiała.

- To on! Jest w środku.

- Gdzie się chowasz, dziwko? - darł się Rodd na całe gardło. Nawet Jack słyszał jego 

wrzaski przez telefon.

- Colleen, co się dzieje? - zapytał stanowczo Jack.

- Upił się i wszystko mu się pomieszało - szeptała przerażona Colleen. - Boję się, Jack. 

Proszę, przyjedź po mnie. 

Jack zaklął pod nosem, a później powiedział:

- Wyjeżdżam natychmiast, Colleen. Trzymaj się od niego z daleka. Zamknij się gdzieś.

Colleen ledwie zdążyła odłożyć słuchawkę i pobiec do łazienki, gdy Rodd, zataczając 

się, wpadł do sypialni.

- Cho tu! - ryknął niewyraźnie, zamroczony alkoholem. - Zatrzasnęła drzwi łazienki i 

przekręciła klucz w zamku.

Rodd rzucił się za nią i zaczął bębnić pięściami w drzwi.

139

background image

- Otwieraj, Belinda. Otwieraj, bo pożałujesz!

- Tu nie ma Belindy. Jestem Colleen - pisnęła ze środka. - Byliśmy dzisiaj razem w Barze 

Harry’ego.

- Wyłaź, dziwko! W tej chwili! - Walenie przybrało na sile, a drzwi zatrzęsły się w 

futrynie.

Rzuca   się   jak   nacierający   baran   -   pomyślała   ledwo   żywa   ze   strachu   Colleen.   Czy 

drewniane drzwi, do tego niezbyt grube, wytrzymają uderzenia tak silnego taranu jak 

Rodd Garrett?

- Zaraz wyłamię te cholerne drzwi - usłyszała wykrzyczane rozwścieczonym głosem 

ostrzeżenie. Rozległ się raniący uszy trzask, drzwi wygięły się do środka, ale na szczęście 

utrzymały się w futrynie.

Nie na długo, Colleen wiedziała o tym doskonale. Wskoczyła do wanny, a właściwie do 

ogromnego basenu z kafelków i marmuru, który znajdował się w drugim końcu łazienki, z 

dala od kruszących się drzwi. Nigdy w życiu nie była tak przerażona. Trzęsła się jak osika, 

i z trudnością łapała powietrze. Za każdym wdechem czuła wbijające się w płuca ostre 

noże.

Nie minęła nawet minuta, kiedy drzwi dosłownie wleciały na środek łazienki, a za nimi 

poszybował   w   powietrzu   Rodd.   Siła,   z   jaką   wkopał   drzwi   do   łazienki,   rzuciła   go   na 

przeciwległą ścianę, co dało Colleen kilka cennych sekund na próbę ucieczki. Zdołała 

przebiec   parę   metrów,   kiedy   złapał   ją   po   długim,   futbolowym   skoku.   Colleen   całym 

ciężarem upadła na podłogę, a w ułamek sekundy później obok niej zwalił się z głuchym 

tąpnięciem Rodd.

- Aha, lubisz ostre numerki, mała. - Zarechotał i wycisnął na jej szyi jeden, a potem 

kolejne mokre, cuchnące piwem pocałunki. Gwałtowność upadku ogłuszyła ją i przez parę 

sekund Colleen leżała nieruchomo, wpatrując się w sufit szklanym wzrokiem. Łazienka 

zdawała się wirować jak oszalała, przyprawiająca o mdłości karuzela, ale już w następnej 

chwili przypływ adrenaliny dodał tyle sił dziewczynie, że zaczęła kopać i walić pięściami 

napastnika. Wykręcała głowę w prawo i w lewo, żeby uniknąć dotyku zaślinionych warg.

Rodd roześmiał się chrapliwie. Najwyraźniej podniecony jej oporem, bez trudu parował 

uderzenia małych piąstek, przygwoździwszy ją do podłogi udami grubości pnia drzewa i 

stalowymi mięśniami ramion.

140

background image

Do   jej   nozdrzy   wtargnął   odór   potu   pomieszany   ze   smrodem   piwa,   co   o   mały   włos 

przyprawiłoby ją o wymioty. Kiedy nachylił się nad nią z otwartymi szeroko ustami, 

oszalała ze strachu i bólu Colleen z całej siły ukąsiła go w język.

Rodd zaskowyczał wściekłym, oburzonym wyciem, stoczył się ze swej ofiary i usiadł.

-   Ugryzłaś   mnie!   -   ryknął.   Jego   oczy   wyglądały   jak   wąskie   szparki   w   czerwonej, 

wykrzywionej furią twarzy. Wetknął palec w głąb ust i wrzasnął na widok krwi.

- Ja krwawię - kwiknął i trzepnął ją na odlew w twarz.

Na   kilka   sekund   oślepiły   ją   snopy   białych   iskier   bólu,   ale   skorzystała   z   chwilowej 

wolności  i  chwiejnie   wstała  na   nogi.  Rodd  ociężale   potoczył  się  za   nią,  lecz  alkohol 

spowolnił jego i tak nie skoordynowane ruchy, podczas gdy ona umykała z rączością 

gazeli.

Wybiegła   przez   frontowe   drzwi,   słysząc   za   sobą   przekleństwa   i   tupot   ciężkich   stóp 

prześladowcy.   Niestety,   świeże   powietrze   otrzeźwiło   go   nieco,   bo   rzucił   się   w   pogoń 

zwinnie i z rosnącą szybkością.

Płucami dziewczyny wstrząsnął suchy spazm dzikiej trwogi. Nie miała żadnych szans, 

żeby mu umknąć. Równie dobrze można by próbować uciec przed rozpędzonym spy-

chaczem; jedynym wyjściem z takiej opresji jest skok w lewo bądź na prawo, byle z drogi 

przejazdu maszyny. Szarpnęła drzwiczki samochodu Rodda i zanurkowała do środka, po 

czym   dokładnie   zamknęła   wszystkie   drzwi.   Ułamek   sekundy   później   mięsiste   łapsko 

Rodda zacisnęło się na klamce.

Targnął klamką tak mocno, jakby chciał wyrwać całe drzwi. Wóz zakołysał się w przód i 

w tył, ale zawiasy i zamek ani drgnęły. Colleen podziękowała w duchu ludziom, którzy 

zaprojektowali i wyprodukowali ten samochód.

-   On   jest   mój!   -   wrzeszczał   Rodd,   waląc   pięściami   o   dach   swojego   ferrari.   -   Mój 

samochód!

Przypomina teraz rozwydrzonego dzieciaka podczas napadu złości - przemknęło przez 

myśl Colleen. Skuliła się na siedzeniu jak bezbronny ptak w klatce.

- Sprowadzę policję! - pieklił się dalej Garrett. - Będziesz musiała mnie przejechać, żeby 

ukraść moje ferrari.

Kusząca idea - pomyślała Colleen, ale niestety nie miała kluczyków. Ogarnęła ją nowa 

fala paniki. Gdzie są kluczyki? Pamiętała, że użyła ich do otwarcia frontowych drzwi. Czy 

141

background image

zostały w zamku? Zrobiło się jej zimno, a potem gorąco od palącego strachu. Jeżeli Rodd 

odkryje je w drzwiach, to dostanie się do samochodu...

Po raz pierwszy tego wieczora ucieszyła się, że umysł Garretta został dokładnie zmącony 

alkoholem.  Napastnik   dysponował   siłą   oszalałego  słonia,  ale   nie   był  zdolny   logicznie 

myśleć.   Jego   przesiąknięty   trucizną   mózg   nie   pojmował,   dlaczego   nie   odjechała;   nie 

wykoncypował, że należy poszukać kluczyków. Łomotał pięściami w dach samochodu, 

biegał   wokół   niego   i   szarpał   za   klamki,   a   siedząca   wewnątrz   Colleen   umierała   z 

przerażenia.

Czas   stanął.   Nie   miała   pojęcia,   jak   długo   kuliła   się   na   siedzeniu,   zanim   usłyszała 

przenikliwy dźwięk, klaksonu i zobaczyła światła wozu zatrzymującego się obok ferrari. 

Zerknęła w lusterko i ujrzała Jacka, który wysiadał właśnie z czarnego pontiaca. Zamknęła 

oczy, spod opuchniętych powiek popłynęły łzy niewymownej ulgi.

- Rodd, co jest grane?- zawołał Jack z udawaną nonszalancją.

- Jack! Musisz mi pomóc, psiakrew - zawył Rodd. - Ona próbuje ukraść moje ferrari. - 

Posypała się kolejny raz wiązanka niewybrednych przekleństw. Tym razem Rodd kopnął 

także oponę.

Jack   zajrzał   do   środka   i   zobaczył   płaczącą,   skuloną   na   siedzeniu   kierowcy   Colleen. 

Zacisnął wargi w jedną, siną kreskę.

- Rodd, uspokój się - powiedział łagodnie. - Nie weźmie auta, nie dam jej zabrać auta. 

Teraz wrócimy do domu i ustalimy jakiś plan działania - dodał tonem konspiratora.

Colleen patrzyła, jak obaj znikają we wnętrzu willi. Kiedy tylko zatrzasnęły się za nimi 

drzwi, wyskoczyła z ferrari i natychmiast zamknęła się w samochodzie Jacka. W tej samej 

chwili przyszła jej do głowy straszna myśl: a jeśli Jack znalazł się w niebezpieczeństwie? 

Kto mógł zaręczyć, że nieobliczalny Rodd Garrett nie wpadnie nagle w szał? Spróbowała 

uporządkować rozbiegane myśli i wykoncypować sensowny plan ratunku.

Jednak Jack zaledwie po kilku minutach pojawił się cały i zdrowy i pomaszerował do 

samochodu. Colleen odblokowała drzwi i wpuściła go do środka.

- Och, Jack - jęknęła. Jego bliskość wywołała kolejną fontannę łez. - To było takie 

potworne! Nigdy w życiu tak się nie bałam.

Jack spojrzał na nią z góry. Światełko u sufitu uwypukliło zaczerwienioną opuchliznę na 

jej   policzku.  Włosy   opadały   w   bezładnych,   potarganych   splotach,   a   bluzka   wisiała   w 

142

background image

strzępach. Chwycił Colleen za ramiona.

- Colleen, czy on...

-   Próbował   to   zrobić   -   chlipnęła,   nieporadnie   ścierając   płynące   strumieniami   łzy.   - 

Uderzył mnie... on... on zachowywał się tak, jakby zwariował. Nawet nie wiedział, kim je-

stem. Myślał, że goni swoją dziewczynę, Belindę.

Jack dotknął jej spuchniętego policzka. Będzie z tego siniak; już na mlecznobiałej cerze 

pojawiły się niewyraźne, fioletowe pręgi.

- Taki silny facet jak Garrett mógł ci złamać kość policzkową... - urwał. Lista rzeczy, 

które pijany, lecz nadal piekielnie mocarny Rodd mógł zrobić Colleen, nie miała końca.

Przeszyła go straszliwa, paląca jak rozżarzony do białości pręt, żądza zemsty.

-   Łajdak!   Powinienem   był   wbić   mu   wszystkie   zęby   do   gardła.   -   Otworzył   drzwi 

kopniakiem. - Zabiję tego bandytę.

- Nie! Nie! - Colleen wychyliła się i chwyciła go za ramię. - Nie chcę bijatyki. Proszę 

cię, zabierz mnie stąd zaraz. Do domu... - Szlochała tak gwałtownie, że ledwie widziała 

przez zatopione we łzach źrenice, ale kurczowo ścisnęła jego rękę i nie pozwoliła mu 

odejść.

Jack z ponurą miną zatrzasnął drzwi i wyjechał na ulicę. W tym momencie Colleen 

spostrzegła wybiegającego z domu Garretta. Zbladła jak śmierć.

- A jeśli pojedzie za nami? - wykrztusiła.

- Nie pojedzie - uspokoił ją Jack. - Mam jego kluczyki. - Klepnął się po kieszeni kurtki. - 

Dyndały sobie w zamku drzwi frontowych. Nie chciałem, żeby wsiadł do wozu i zabił 

kogoś po pijanemu.

Odjechali, zostawiając z tyłu wrzeszczącego wniebogłosy Rodda Garretta.

Colleen  zamknęła  oczy  i spróbowała  się  uspokoić. Jest  teraz  bezpieczna, powtarzała 

sobie raz za razem. Wstrząsnęły nią dreszcze, czuła lodowate zimno w sobie i wokół 

siebie. Nawet zęby dzwoniły jej bez przerwy.

-   Nie...   nie   mogę   powstrzymać   dreszczy.   Strasznie   mi   zimno.   -   Nie   mogła   także 

powstrzymać łez.

- To tylko reakcja nerwowa. Jesteś w szoku. - Podkręcił ogrzewanie i podmuch gorącego 

powietrza owionął jej twarz. Jack ściskał kierownicę tak mocno, że kostki dłoni stały się 

białe jak naga kość.

143

background image

- Colleen, na pewno nic ci nie jest?- zapytał niskim, nerwowym głosem. - Zawiozę cię do 

szpitala i...

- Nie! Nie ma potrzeby. Poza stłuczeniem policzka nic mi nie zrobił. - Zdusiła kolejny 

spazm płaczu.

- Podarł ci bluzkę - powiedział Jack z napięciem.

Colleen spojrzała w dół i po raz pierwszy zauważyła rozdarcie.

- Ale nie... nie zrobił... - to słowo nie przeszłoby jej przez gardło.

-   Nie   zgwałcił   cię,   ale   napadł   i   pobił.   -   Ton   Jacka   dorównywał   bezwzględnością 

oskarżeniu. - Masz siniaka, możemy to udowodnić i zaskarżą go, Colleen. Moglibyśmy od 

razu pojechać na policję.

- Nie! Och, nie! - Zawładnęła nią mieszanina szoku, strachu i rozpaczy. Przez chwilę z 

trudem łapała powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg morski. - Chcę jechać do domu i 

zapomnieć o tym wszystkim. Proszę, cię, Jack!

- Nie pozwolę, żeby draniowi uszło na sucho. To, co ci zrobił i co... próbował zrobić. - 

Podniósł głos prawie do krzyku, kiedy wyobraził sobie Colleen w łapskach Garretta. - 

Muszę go ukarać, nawet więcej niż ukarać. Do diabła, zrujnuję bydlaka.

- Nie, Jack, proszę! Nie zniosę więcej pogróżek i złości.

- Za każdym razem, kiedy pomyślę, że cię gonił, że cię uderzył... rozerwał ci ubranie... - 

Jack przełknął ślinę. Czuł się tak, jakby w gardle utkwił mu kawał lodu o ostrych kra-

wędziach. - Nie mogę ścierpieć myśli, że ktokolwiek podniósł na ciebie rękę. Dostaję 

szału na samo wspomnienie.

- Zachowywał się zupełnie inaczej niż Rodd, którego znałam przedtem - szepnęła. - To 

dziwne... jakby alkohol odsłonił jego drugą osobowość. Od samego początku, od kiedy 

zabrał mnie z domu - był inny niż zawsze. Pewnie zaczął pić jeszcze wcześniej, tylko że ja 

nie miałam o tym pojęcia.

-  Alkohol   wpływa   zabójczo   na   niektórych,   ale   nie   wiedziałem,   że   na   Garretta   też   - 

powiedział Jack. - Po co, u diabła, wyszłaś z nim dzisiaj?

- Bo ty mnie nie chcesz - wybuchnęła Colleen. - Nicola i Kamal poszli do teatru, a ja 

czułam się taka samotna... Dlatego z nim wyszłam. Tak mi przykro, Jack. - Starła kapiące 

po policzkach łzy.

Wydawało się jej, że dosłownie po kilku minutach wjechali na podjazd do garażu Jacka.

144

background image

- Jesteśmy w domu - oznajmił, a Colleen rozejrzała się wokół z nieśmiałą nadzieją, z na 

nowo rodzącą się wiarą. W domu. W jego domu, w ich domu.

- Wysłałam Nicolę i Kamala po moje rzeczy - rzekła cicho. - Nie było cię, kiedy zabierali 

walizki.

- Pojechałem do apteki po proszki od bólu głowy. Łeb mi pękał, odkąd uciekłaś stąd w 

piątek wieczorem. Wróciłem i zauważyłem, że twoje rzeczy zniknęły, ale na wypadek 

gdybym tego nie zarejestrował, Nicola zostawiła mi jadowity liścik. - Jack wysiadł z 

samochodu i władczym gestem pochwycił Colleen w ramiona.

Nie opierała się. Przerażenie przeistoczyło się w  dziką zapamiętałą ekscytację, która 

ożywiła jej wymęczone ciało. Po chwili cała płonęła podnieceniem.

Jack zaniósł ją prosto do sypialni i ułożył na łóżku.

-   Jesteśmy   znowu   razem?   -   zapytała,   a   jej   serce   biło   trzy,   cztery   razy   szybciej   niż 

normalnie.

Nie odpowiedział. Zamiast tego zmierzył ją wzrokiem i wyszedł z pokoju. Wrócił prawie 

natychmiast, z kopertą w dłoni. W środku znajdowały się skrawki papieru.

- To czek, prawda? - odgadła w tej samej chwili, w której padła twierdząca odpowiedź. - 

Nie boisz się groźby Quentina?

- Do diabła z nim i jego pogróżkami. Nie zdoła wyrzucić mnie z pracy. Wystarczy, że 

opiszę go w gazecie, a każdy prawnik w tym kraju zniszczy go bez mrugnięcia powieką. 

Ani przez sekundę nie zamierzałem ulec, Colleen. - Pochyliła głowę. - Przyniosłem ten 

czek do domu i pokazałem ci go, bo byłem na ciebie wściekły. Wpadłem w furię, bo nie 

powiedziałaś mi prawdy o sobie...

- Byłeś urażony i rozgoryczony - poprawiła go Colleen. Choć w kącikach oczu drgały 

krople   łez,   to   usta   rozchyliły   się   w   słabiutkim,   niemal   niedostrzegalnym   uśmiechu. 

Podniosła się nieco i powoli podpełzła do krawędzi łóżka, bliżej Jacka.

- Nie, nie, byłem wściekły - ciągnął z ponurą miną. - Chciałem cię ukarać. - Otworzył 

szeroko ramiona i zamknął ją w nich, kiedy przysunęła się jeszcze bliżej. - Wiesz, jak 

łatwo tracę panowanie nad sobą - dodał ze skruchą i musnął wargami czubek jej głowy. - 

Kochanie, wcale nie myślałem, że mnie opuścisz albo że mogłabyś sądzić, że tego chcę. 

Nigdy przedtem nie bałaś się moich napadów gniewu, zawsze walczyłaś jak równy z 

równym. Między innymi dlatego tak dobrze do siebie pasujemy. Jesteś dość silna, żeby 

145

background image

poradzić sobie ze mną, kiedy tracę rozsądek. A odkąd się znamy, to zdarza się coraz 

rzadziej. Jesteś dla mnie taka dobra, Colleen. Razem jesteśmy dobrzy, w każdym sensie 

tego słowa.

- Wiem - szepnęła i przytuliła się do niego. Wciąż płacząc, podziękowała niebiosom za to 

cudowne pojednanie. - Nigdy nie przerażały mnie twoje humory, ale wtedy wyglądało to 

poważniej niż zwykła kłótnia. Sądziłam, że masz prawo mnie nienawidzić. Oszukałam cię, 

nie mogę zaprzeczyć. Powinnam była opowiedzieć ci o Ramseyach i swoich finansach już 

dawno temu. Chciałam to zrobić, ale...

- Nie ułatwiałem ci tego szczeniackimi przechwałkami, że szukam bogatej żony. - Jack 

westchnął ciężko. - Przepraszam cię, Colleen. Prawda jest taka, że byłem wściekły jak 

diabli, ale nie zamierzałem z tobą zrywać. Myślałem, że pokłócimy się strasznie, potem 

upokorzę cię troszeczkę...

- A może bardziej niż troszeczkę? - wtrąciła Colleen z drżącym uśmiechem.

-   Tylko   że   ty   poczułaś   się   upokorzona,   zanim   zdążyłaś   rozgniewać   się   na   mnie   - 

wyjaśniał   dalej   Jack.   -   Potem   zamiast   pogonić   mnie   do   sypialni,   jak   planowałem, 

odjechałaś z Nicola. Postanowiłem, że nie dam się złamać i przez cały weekend czekałem, 

aż zadzwonisz i poprosisz o zabranie z powrotem do domu, ale ten cholerny telefon ani 

myślał dzwonić.

- To śmieszne - rzekła cicho Colleen. - Ja czekałam na telefon od ciebie, ale dzwonił 

tylko Quentin, potem moje siostry, a w końcu Rodd Garrett. - Dojrzała cień na twarzy 

Jacka, więc postanowiła nie poruszać więcej tematu Rodda. - Odmówiłam rozmowy z 

Ramseyem i siostrami, ale za to wysłuchali długiego wykładu Nicoli o wtykaniu nosa w 

cudze sprawy. Nadal się dręczę, że tak bezceremonialnie weszli pomiędzy nas.

Pochylił się i drżącymi wargami pocałował ją delikatnie i czule. - Nie wiń ich za to, że 

próbowali cię chronić, kochanie. Ja na ich miejscu postąpiłbym tak samo. Rozumiem, że 

Quentin Ramsey chce dla ciebie jak najlepiej. Teraz tylko muszę ich przekonać, że to ja 

jestem dla ciebie najlepszy.

Westchnęła uspokojona.

- Bo j e s e ś najlepszy. Kocham cię, Jack. Na zawsze.

- Powtórzyłabyś to przed ołtarzem, wobec mojej i twojej rodziny, gdy tylko załatwimy 

formalności?

146

background image

- Och tak, tak!

- Bardzo cię kocham, Colleen. Nie wiedziałem, że można kochać aż tak. Zmieniłaś moje 

życie, moje poglądy, cały mój świat, a wszystko na lepsze. Na tym świecie nie istnieje dla 

mnie inna kobieta.

Ich wargi zetknęły się. Głęboki, miłosny pocałunek szczęścia przerodził się w gwałtowną 

namiętność, która rozbudziła w nich pożądanie. Opadli na wielkie mosiężne łoże, zdarli z 

siebie ubrania, całowali siei pieścili wśród łagodnej muzyki jęków i westchnień. Żadne z 

nich nie potrafiło się powstrzymać, połączyli się nagle i gorączkowo. Wszedł w nią silnym 

pchnięciem, a ona przywarła do niego, objęła go, a zjednoczone ciała związały ich dusze 

na zawsze.

-   Poproszę   Quentina   Ramseya,   żeby   sporządził   żelazną,   bezwarunkową   umowę 

przedślubną, zgodnie z którą nie będę miał prawa uszczknąć ani centa z twojego majątku - 

powiedział Jack, kiedy pół godziny później leżeli zmęczeni i zadowoleni, tuląc się do 

siebie.

- Nie podpiszę tego - ostrzegła Colleen.

- Ech, Colleen. Oczywiście, że powinnaś to podpisać. Nie wychodzisz za mąż za łowcę 

posagów, a ja chciałbym o tym przekonać twoją rodzinę.

- Sami się przekonają, kiedy cię poznają i zobaczą, jak się kochamy. - Oparła się na 

łokciu i popatrzyła na niego surowo. - Nie traktuj mnie jak trzpiotkę o ptasim móżdżku, 

która   dałaby   się   omotać   łowcy   posagów.   Jeśli   moi   krewniacy   jeszcze   nie   są   tego 

świadomi, to wkrótce się o tym dowiedzą.

- Ta dyskusja nie ma sensu. Podpiszesz umowę i kropka.

Potrząsnęła głową.

- Co jest moje, to jest nasze, a co jest twoje, to też jest nasze.

- Kochanie, nie chcę się z tobą spierać...

- To dobrze, bo mnie nie przekonasz - uśmiechnęła się kusząco.

- Colleen, przecież ty wcale nie zachowujesz się jak uległa, potulna, słodka...

-... idiotka? Mam nadzieję, że nie!

Jack zaśmiał się wesoło i przyciągnął ją ku sobie.

- Przyrzeknij, że nigdy taka nie będziesz.

- Przyrzekam - szepnęła. Była bezgranicznie szczęśliwa, bo mogła tulić się do niego, 

147

background image

całować go i kochać całym swoim sercem.

148