background image

Morris Desmond

Zachowania intymne

Przełożył: Paweł Pretkiel

background image

Wydanie polskie: 2000

background image

WSTĘP

Intymność oznacza bliskość, i od razu muszę wyjaśnić, że traktuję to dosłownie. Zgodnie

z moją terminologią akt intymności dokonuje się zawsze wtedy, gdy dwie osoby wchodzą ze

sobą w kontakt cielesny. Niniejsza książka dotyczy natury tego kontaktu, czy będzie to uścisk

dłoni  czy  zespolenie  miłosne,  poklepanie  po  plecach,  uderzenie  w  twarz,  wykonanie

manikiuru  czy  też  interwencja  chirurgiczna.  Każdemu  fizycznemu  kontaktowi  dwojga  ludzi

towarzyszy coś szczególnego i właśnie to coś postanowiłem przestudiować.

Stosuję  metodę  zoologa  ze  specjalnością  etologa,  zwłaszcza  w  zakresie  obserwacji  i

analizy zachowań zwierząt. Tu ograniczam się do zwierzęcia ludzkiego – postawiłem sobie za

zadanie obserwowanie tego, co robią ludzie. Nie tego, co mówią – nawet gdy mówią – o tym,

co robią, lecz jedynie tego, co rzeczywiście robią.

Metoda jest dość prosta – korzystanie z własnych oczu – ale zadanie nie jest tak łatwe, jak

się  wydaje.  Mimo  samodyscypliny  nieustannie  narzucają  się  nam  pewne  słowa  i  z  góry

wyrobione  sądy.  Dorosłemu  człowiekowi  z  trudnością  przychodzi  obserwowanie

jakiegokolwiek zachowania  ludzkiego tak, jakby  widział  je  po  raz  pierwszy,  ale  tak  właśnie

musi  postępować  etolog,  jeśli  ma  wnieść  coś  nowego  do  rozumienia  zagadnienia.  Problem

jest  oczywiście  tym  trudniejszy,  im  bardziej  znajome  i  zwyczajne  jest  dane  zachowanie;

ponadto,  im  bardziej  intymne  jest  dane  zachowanie,  tym  bardziej  jest  ono  nacechowane

emocjonalnie, i odnosi się to nie tylko do uczestników, lecz także do obserwatora.

Być  może dlatego tak mało było dotąd badań nad  zwyczajną  ludzką  intymnością,  mimo

że są one tak ważne i ciekawe. Dużo wygodniej jest studiować coś tak odległego od ludzkich

spraw  jak,  powiedzmy,  zachowanie  pandy  wielkiej  związane  z  pozostawianiem  przez  nią

śladów węchowych na danym terytorium albo też zachowanie zielonego acouchi związane z

zagrzebywaniem pożywienia. Jest to łatwiejsze niż obiektywne i naukowe badanie czegoś tak

„dobrze  znanego”  jak  obejmowanie  się  ludzi,  matczyny  pocałunek  czy  pieszczoty

kochanków.  W  coraz  bardziej  zatłoczonym  i  bezosobowym  środowisku  społecznym  coraz

istotniejsze staje się jednak ponowne rozważenie, jaką wartość mają bliskie stosunki osobiste,

background image

a  co  za  tym  idzie  postawienie  sobie  rozpaczliwego  pytania,  „co  się  stało  z  miłością?”.

Biologowie  nie  kwapią  się  do  używania  słowa  „miłość”,  jakby  odzwierciedlało  ono  jedynie

jakiś  romantyzm  uwarunkowany  kulturowo.  Tymczasem  miłość  jest  faktem  biologicznym.

Związane  z  nią  subiektywne,  emocjonalne  radości  i  cierpienia  są  może  głęboko  ukryte  i

tajemnicze, a przez to trudno dostępne dla badań naukowych, ale zewnętrzne znaki  miłości  i

związane z nią działania dają się łatwo obserwować; nie istnieje więc powód, dla którego nie

można by ich badać, tak jak bada się każdy inny rodzaj zachowania.

Mówi  się  niekiedy,  że  próba  wyjaśnienia,  czym  jest  miłość,  prowadzi  do  wniosku,  że

właściwie  miłość  nie  istnieje,  ale  sąd  taki  jest  zupełnie  nie  uzasadniony.  W  pewnym  sensie

ubliża to miłości, gdyż sugeruje, że nie wytrzymuje ona próby oglądu w  jaskrawym świetle,

niczym starzejąca się, ukryta pod makijażem twarz. Ale w dynamicznym procesie tworzenia

się  silnych  więzi  między  dwojgiem  ludzi  nie  ma  nic  złudnego.  Jest  to  coś,  co  dzielimy  z

tysiącami innych gatunków zwierząt i co przejawia się w relacjach rodzice-dzieci, w relacjach

seksualnych i w bliskich związkach między przyjaciółmi.

Nasze  intymne  spotkania  odbywają  się  przy  udziale  czynników  werbalnych,

wzrokowych,  a  nawet  węchowych,  ale  nade  wszystko  –  kochanie  polega  na  dotykaniu  i

kontakcie cielesnym. Często mówimy o tym,  w  jaki  sposób  mówimy,  i  nierzadko  usiłujemy

zobaczyć,  w  jaki  sposób  widzimy,  ale  nie  wiadomo  dlaczego  rzadko  dotykamy  sposobu,  w

jaki dotykamy. Być może dotyk jest czymś tak elementarnym – często nazywany bywa matką

zmysłów – że mamy skłonność to traktowania go jako czegoś oczywistego. Niestety, prawie

niezauważenie  staliśmy  się  coraz  mniej  dotykalni,  coraz  bardziej  oddaleni  od  siebie,  a  tej

niedotykalności fizycznej towarzyszy dystans psychiczny. Wygląda to tak, jakby współczesny

mieszkaniec miasta włożył na siebie uczuciową zbroję i trzymając delikatną jak aksamit rękę

w  żelaznej  rękawicy,  poczuł  się  uwięziony  i  oderwany  od  uczuć  nawet  swoich  najbliższych

towarzyszy.

Nadszedł  czas,  by  dokładniej  przyjrzeć  się  tej  sytuacji.  Czyniąc  to,  postaram  się  nie

wyrażać swoich własnych opinii, lecz opisać zachowanie tak, jak jawi się ono obiektywnemu

oku  zoologa.  Ufam,  że  fakty  przemówią  same  za  siebie,  i  to  na  tyle  wyraźnie,  że  czytelnik

sam będzie mógł wyciągnąć własne wnioski.

background image

1. KORZENIE INTYMNOŚCI

Dorosła  istota  ludzka  może  porozumiewać  się  ze  mną  wieloma  różnymi  sposobami.

Mogę  przeczytać  to,  co  ktoś  napisze,  usłyszeć  wypowiedziane  przez  kogoś  słowa,  usłyszeć

czyjś  śmiech  lub  płacz,  dostrzec  wyraz  na  czyjeś  twarzy,  obserwować  czyjeś  działanie,

wyczuć  zapach  używanych  przez  kogoś  kosmetyków  i  poczuć  czyjś  uścisk.  W  mowie

codziennej  tego  rodzaju  interakcje  można  określić  jako  „nawiązywanie  kontaktu”  lub

„utrzymywanie kontaktu”, mimo że tylko ostatnia z nich rzeczywiście odnosi się do kontaktu

cielesnego. Pozostałe należą do kategorii działań na odległość. Używanie wyrazu „kontakt” w

odniesieniu  do  takich  czynności  jak  pisanie,  mówienie  czy  sygnalizacja  wzrokowa  jest

obiektywnie biorąc dziwne, a zarazem dość pouczające. Można by z tego wnosić, że kontakt

cielesny uznajemy za podstawową formę komunikowania się.

Istnieją  jeszcze  inne  tego  rodzaju  przykłady.  Często  używamy  takich  określeń  jak

„wstrząsające doświadczenia”, „boleśnie dotknąć”, „zranione uczucia” czy wreszcie „trzymać

kogoś  za  twarz”.  W  żadnym  z  tych  wyrażeń  nie  chodzi  o  jakikolwiek  wstrząs,  dotknięcie,

ranę  czy  trzymanie  w  sensie  fizycznym,  ale  nie  ma  to,  jak  się  zdaje,  żadnego  znaczenia.

Metafory  ze  sfery  kontaktu  fizycznego  pozwalają  adekwatnie  wyrażać  rozmaite  uczucia

występujące w różnych kontekstach.

Można  to  wyjaśnić  dość  prosto.  We  wczesnym  dzieciństwie,  zanim  nauczyliśmy  się

mówić  czy  pisać,  dominował  kontakt  cielesny.  Największe  znaczenie  miał  bezpośredni

związek cielesny z matką, co pozostawiło w nas swój trwały ślad. Jeszcze wcześniej, w łonie

matki, zanim  nauczyliśmy się widzieć czy wąchać, nie  mówiąc  już o mówieniu czy  pisaniu,

fizyczny  związek  z  matką  decydował  o  naszym  życiu.  Chcąc  zrozumieć  wiele  dziwnych  i

często  pełnych  zahamowań  sposobów  nawiązywania  wzajemnych  kontaktów  fizycznych  w

życiu  dorosłym,  musimy  cofnąć  się  do  początku,  kiedy  byliśmy  zaledwie  embrionami  w

ciałach naszych matek. Ta właśnie rzadko dostrzegana intymność w łonie matki pomoże nam

zrozumieć  intymność  okresu  dzieciństwa,  którą  zwykle  uważamy  za  oczywistą.  Przejawy

intymności  dziecięcej,  zbadane  na  nowo  i  ujrzane  świeżym  okiem,  pomogą  nam  zrozumieć

background image

przejawy  intymności  w  życiu  dorosłym,  które  tak  często  intrygują  nas,  wprawiają  w

pomieszanie, a nawet zakłopotanie.

Pierwszymi  wrażeniami,  które  odbieramy  jako  istoty  żywe,  są  odczucia  związane  z

intymnym  kontaktem  fizycznym  –  pławieniem  się  w  bezpiecznym  zaciszu  ścian  macicy.

Dlatego też na tym etapie pobudzenie rozwijającego się systemu nerwowego przybiera formę

zmieniających się doznań związanych z dotykiem, naciskaniem i ruchem. Cała powierzchnia

skóry  nie  narodzonego  jeszcze  dziecka  zanurzona  jest  w  ciepłych  wodach  płodowych.  W

miarę  jak  dziecko  rośnie,  jego  powiększające  się  ciałko  coraz  mocniej  naciska  na  narządy

matki, a miękki uścisk otaczającego je matczynego łona z każdym mijającym tygodniem staje

się  silniejszy.  Ponadto,  w  ciągu  całego  tego  okresu  rozwijające  się  dziecko  poddawane  jest

rozmaitym  naciskom  związanym  z  rytmicznym  oddechem  matki  i  łagodnymi,  regularnymi

ruchami kołyszącymi, wywołanymi jej chodzeniem.

Pod  koniec  ciąży,  w  ciągu  trzech  miesięcy  poprzedzających  poród,  dziecko  potrafi  już

słyszeć.  Wciąż  jeszcze  nie  ma  ono  nic  do  oglądania,  posmakowania  lub  powąchania,  ale  w

ciemnościach  matczynego  łona  dobrze  rozpoznaje  wszelkiego  rodzaju  odgłosy.  Gdy  w

pobliżu  brzucha  matki  powstanie  jakiś  głośny  i  ostry  dźwięk,  niepokoi  on  znajdujące  się

wewnątrz dziecko, które zaczyna się wtedy poruszać. Ruch ten można łatwo zarejestrować za

pomocą  odpowiednio  czułych  przyrządów,  a  bywa  on  na  tyle  silny,  że  matka  sama  jest  w

stanie  go  wyczuć.  Oznacza  to,  że  w  tym  okresie  przedporodowym  dziecko  niewątpliwie

słyszy bicie serca matki, czyli siedemdziesiąt dwa uderzenia na minutę. Ulegnie to wpojeniu

jako główny dźwiękowy sygnał życia w łonie matki.

Są to więc nasze pierwsze rzeczywiste doświadczenia życiowe – otaczający nas zewsząd

ciepły  płyn  i  pełny  uścisk,  kołysanie  się  w  rytmie  poruszającego  się  ciała  i  dźwięk

rytmicznych  uderzeń  pulsującego  serca.  Nasza  przedłużona  ekspozycja  na  te  doznania,  przy

braku  innych  konkurencyjnych  bodźców,  wyciska  na  naszych  umysłach  trwały  ślad,  który

kojarzy się z bezpieczeństwem, wygodą i bezczynnością.

Ten stan wewnątrzmacicznej błogości brutalnie i gwałtownie przerywa chyba najbardziej

traumatyczne  doświadczenie  życiowe,  jakim  są  narodziny.  W  ciągu  kilku  godzin  macica

zamienia  się  z  przytulnego  gniazdka  w  naprężający  się  i  uciskający  umięśniony  worek,

największy  i  najsilniejszy  mięsień  ciała  ludzkiego  –  nawet  w  porównaniu  z  bicepsami

sportowca. Łagodny uścisk, który odczuwało się jako miłe objęcie, staje się teraz miażdżącym

zaciskiem.  Nowo  narodzone  niemowlę  nie  prezentuje  na  powitanie  szczęśliwego  uśmiechu,

lecz  napiętą,  wykrzywioną  twarzyczkę  doprowadzonej  do  ostateczności  ofiary  tortur.  Jego

płacz –  jakże słodka  muzyka dla uszu  niecierpliwie oczekujących rodziców – jest w gruncie

rzeczy  dzikim  krzykiem  strachu,  będącego  skutkiem  nagłej  utraty  intymnego  kontaktu

cielesnego.

W  chwili  narodzin  dziecko  wygląda  jak  sflaczały,  miękki  i  wilgotny  worek,  ale  niemal

natychmiast  wciąga  powietrze  i  wykonuje  pierwszy  oddech.  Pięć  czy  sześć  sekund  później

background image

zaczyna  płakać.  Jego  główka,  nóżki  i  ramionka  zaczynają  poruszać  się  coraz  energiczniej  i

przez następne trzydzieści minut kontynuuje swój protest w postaci  nieregularnych napadów

gwałtownych  ruchów  kończyn,  chwytania,  grymasów  i  wrzasków,  by  wreszcie,  całkowicie

wyczerpane, zapaść w długi sen.

Na pewien czas dramat przycicha, ale po przebudzeniu się dziecko wymaga wiele opieki,

intymności i kontaktów z matką, które mogłyby mu zrekompensować utracone wygody łona.

Matka  lub  osoby,  które  ją  w  różny  sposób  wspomagają,  dostarczają  owych  substytutów

macicy.  Najbardziej  oczywistym  z  nich  jest  zastąpienie  uścisku  łona  uściskiem  matczynych

ramion.  Idealne  objęcie  matczyne  otacza  noworodka  ze  wszystkich  stron,  stwarzając  mu

kontakt  z  matką  jak  największą  powierzchnią  ciała,  nie  utrudniając  mu  jednak  oddychania.

Istnieje  ogromna  różnica  między  obejmowaniem  a  zwykłym  trzymaniem  dziecka.

Niewprawny  dorosły,  który  trzyma  dziecko  tak,  że  nie  zapewnia  mu  kontaktu  z  własnym

ciałem, wkrótce przekona się, jak drastycznie ogranicza to wartość tej czynności jako środka

dającego  poczucie  komfortu.  Matczyna  pierś,  ramiona  i  ręce  muszą  doskonale  odtwarzać

utracone łono, w którym do niedawna nurzał się noworodek.

Czasami  samo  objęcie  nie  wystarcza.  Potrzebne  są  inne  elementy  przypominające  łono.

Matka  zaczyna  bezwiednie  kołysać  delikatnie  dziecko  z  boku  na  bok.  Działa  to  bardzo

kojąco, ale jeśli nie przynosi skutku, matka wstaje i zaczyna przechadzać się z wolna tam i z

powrotem,  kołysząc  dziecko  w  ramionach.  Od  czasu  do  czasu  może  też  unieść  je  lekko  do

góry. Wszystkie te przejawy intymności uspokajają płaczącego noworodka, a to dlatego, że w

jakiś  sposób  powtarzają  chyba  niektóre  rytmy,  jakie  odbierało  dziecko  w  łonie  matki.

Najpewniej skutecznie naśladują one delikatne ruchy kołyszące, jakie odczuwało, gdy  matka

chodziła.  Jest  w  tym  jednak  pewne  ale,  to  mianowicie,  że  rytm  kołysania  jest  znacznie

wolniejszy niż rytm normalnego chodzenia. Co więcej, „noszenie dziecka na rękach” odbywa

się  także  w  tempie  znacznie  wolniejszym  niż  tempo  przeciętnego  zwykłego  przechadzania

się.

Ostatnio  przeprowadzono  pewne  doświadczenia,  aby  ustalić,  jakie  jest  idealne  tempo

kołysania  dziecka  w  kołysce.  Przy  bardzo  wolnych  lub  bardzo  szybkich  rytmach  ruchy  te

miały  niewielki  lub  nie  miały  żadnego  wpływu  kojącego,  ale  gdy  mechaniczna  kołyska

została  ustawiona  na  rytm  od  sześćdziesięciu  do  siedemdziesięciu  przechyleń  na  minutę,

następowała wyraźna zmiana, a obserwowane niemowlęta natychmiast się uspokajały i mniej

płakały.  Chociaż  matki  w  różnym  tempie  kołyszą  swoje  dzieci  w  ramionach,  typowa

częstotliwość  kołysania  jest  niemal  identyczna  z  częstotliwością  stosowaną  w  omawianych

doświadczeniach,  a  tempo,  w  jakim  chodzimy,  nosząc  dziecko  na  ręku,  także  jest  zbliżone.

Natomiast  przeciętna  prędkość  chodzenia  w  normalnych  warunkach  zwykle  przekracza  sto

kroków na minutę.

Dlatego  wydaje  się,  że  jakkolwiek  te  działania  uspokajające  mogą  przynosić  ukojenie,

gdyż  naśladują  ruchy  kołyszące,  jakie  dziecko  odczuwa  w  łonie  matki,  ich  tempo  wymaga

background image

jakiegoś  innego wyjaśnienia. Poza chodzeniem  matki nie  narodzone dziecko odbiera  jeszcze

dwa  rodzaje  doznań  o  charakterze rytmicznym:  ciągłe  unoszenie  się  i  opadanie  piersi  matki

podczas oddychania i stałe uderzenia jej serca. Rytm oddychania – od dziesięciu do czternastu

wdechów na minutę – jest zbyt wolny, aby mógł mieć jakieś znaczenie, natomiast rytm bicia

serca – około siedemdziesięciu uderzeń na minutę – to chyba właśnie to, o co chodzi. Wydaje

się, że ten właśnie rytm, czy się go słyszy czy też wyczuwa, jest najistotniejszym czynnikiem

kojącym, żywo przypominając noworodkowi utracony raj, jakim było matczyne łono.

Istnieją  jeszcze  dwa  fakty  uzasadniające  ten  pogląd.  Po  pierwsze,  zarejestrowane  bicie

serca,  odtwarzane  niemowlęciu  z  naturalną  prędkością,  również  działa  uspokajająco,  nawet

przy braku jakichkolwiek ruchów kołyszących czy bujających. Gdy ten sam dźwięk odtwarza

się  szybciej,  w  tempie  ponad  stu  uderzeń  na  minutę,  a  więc  w  tempie  chodu,  przestaje  on

działać  uspokajająco.  Po  drugie;  jak  pisałem  w  Nagiej  małpie,  obserwacje  wykazały,  że

ogromna większość  matek trzyma niemowlę,  opierając  jego  główkę  o  lewą  pierś,  w  pobliżu

serca.  Świadomie  czy  nie  matki  umieszczają  więc  uszy  swoich  dzieci  jak  najbliżej  źródła

dźwięku – bijącego serca. Dotyczy to zarówno matek prawo – jak i leworęcznych, dlatego też

bicie serca jest chyba jedynym wyjaśnieniem adekwatnym do faktów.

Można  to  łatwo  wykorzystać  dla  celów  handlowych  –  wyprodukować  mianowicie

mechaniczną kołyskę poruszającą się z prędkością odpowiadającą biciu serca lub wyposażoną

w  małe  urządzenie  odtwarzające  –  odpowiednio  wzmocnione  –  zarejestrowane  bicie  serca.

Model  de  luxe,  łączący  obie  funkcje,  byłby  niewątpliwie  jeszcze  skuteczniejszy,  a  niejedna

udręczona matka mogłaby po prostu włączyć takie urządzenie i odprężyć się, gdy tymczasem

przyrząd automatycznie i  niezawodnie usypiałby dziecko, podobnie  jak automatyczna pralka

skutecznie pierze ubranka niemowlęcia.

Urządzenia  takie  zapewne  wkrótce  się  pojawią  i  niewątpliwie  będą  wielce  pomocne  dla

zapracowanych  współczesnych  matek,  jednak  ich  nadużywanie  niesie  ze  sobą  pewne

niebezpieczeństwo.  To  prawda,  że  mechaniczne  uspokajanie  jest  czymś  lepszym  niż  jego

brak,  zarówno  dla  nerwów  matki  jak  dobrego  samopoczucia  dziecka,  a  jeśli  z  powodu

nadmiaru  czasochłonnych  obowiązków  matka  nie  ma  innych  możliwości,  uspokajanie  takie

jest  pożądane.  Ale  istnieją  dwa  powody,  dla  których  tradycyjne  uspokajanie  przez  matkę

będzie  zawsze  lepsze  niż  jego  mechaniczny  substytut.  Po  pierwsze,  matka  dokonuje  czegoś

więcej,  niż  potrafiłaby  kiedykolwiek  zrobić  maszyna.  Jej  działania  uspokajające  są  bardziej

złożone i mają w sobie pewne cechy, o których jeszcze będziemy mówić. Po drugie, intymny

związek między matką a dzieckiem, który występuje zawsze, gdy matka pociesza je, nosząc,

obejmując i kołysząc, stwarza podstawę przyszłych silnych więzi między nimi. To prawda, że

w  ciągu  pierwszych  kilku  miesięcy  życia  niemowlę  reaguje  pozytywnie  na  każdego

przyjaźnie  nastawionego  dorosłego.  Chętnie  przyjmuje  ono  każdy  przejaw  intymności  od

innych osób, bez względu na to, kim one są. Jednakże przed upływem roku dziecko uczy się,

kim jest jego matka, i zaczyna odrzucać przejawy intymności ze strony obcych. Wiadomo, że

background image

zmiana  ta  u  większości  niemowląt  zachodzi  mniej  więcej  w  piątym  miesiącu  życia,  ale  nie

zachodzi ona nagle, a poszczególne niemowlęta bardzo znacznie różnią się w tym względzie

między  sobą.  Dlatego  trudno  przewidzieć  moment,  w  którym  niemowlę  zacznie  reagować

selektywnie  na  własną  matkę.  Jest to okres o  podstawowym  znaczeniu,  gdyż  od  bogactwa  i

intensywności  kontaktów  cielesnych  między  matką  a  niemowlęciem  w  tym  czasie  będzie

zależała siła i jakość ich późniejszej więzi.

Rzecz  jasna,  zbyt  częste  uciekanie  się  do  mechanicznych  matek  w  tym  kluczowym

okresie  może  być  szkodliwe.  Niektóre  matki  uważają,  że  dziecko  przywiązuje  się  do  nich,

ponieważ dostarczają mu one pożywienia i innych podobnych dóbr, naprawdę jednak tak nie

jest. Obserwacje dzieci pozbawionych matek i doświadczenia z małpami wykazały niezbicie,

że  czułe  przejawy  intymności,  których  źródłem  jest  delikatne  ciało  matki,  tak  istotne  w

tworzeniu podstawowej więzi, mają też wielki wpływ na pozytywne zachowania społeczne w

dalszym  życiu.  W  owych  krytycznych  kilku  miesiącach  życia  nie  można  przesadzić  w

nacechowanych  miłością  kontaktach  cielesnych;  matka,  która  ignoruje  ten  fakt,  boleśnie

przekona  się  o  tym  później,  podobnie  jak  jej  dziecko.  Trudno  zrozumieć  ten  wypaczony,  a

pokutujący  jeszcze  w  naszej  cywilizowanej  kulturze  pogląd,  głoszący,  że  płaczące  dziecko

lepiej zostawić samo sobie, aby „nie zdobyło nad nami przewagi”.

Należy jednak pamiętać, że gdy dziecko podrośnie, sytuacja się zmienia. Bywa, że matka

wykazuje  nadopiekuńczość  i  hamuje  dziecko  właśnie  wtedy,  gdy  powinno  się  ono

usamodzielniać i uniezależniać. Najgorsze możliwe wypaczenie polega na tym, że matka jest

niedostatecznie  opiekuńcza,  rygorystyczna  i  wymagająca  wobec  niemowlęcia,  a  potem  staje

się  nadopiekuńcza  i  przesadnie  lgnie  do  dziecka,  gdy  jest  ono  starsze.  Jest  to  całkowite

odwrócenie naturalnego porządku, według którego tworzy się więź, a niestety w dzisiejszych

czasach  taka  kolej  rzeczy  nie  należy  do  rzadkości.  Gdy  starsze  dziecko  lub  nastolatek

„buntuje  się”,  można  przypuszczać,  że  gdzieś  w  tle  tkwi  ów  wypaczony  wzorzec

wychowania.  Niestety,  gdy  to  już  się  stało,  często  jest  za  późno,  by  naprawić  wcześniej

wyrządzone zło.

Naturalna  kolejność,  jaką  tu  opisałem  –  najpierw  miłość,  a  potem  wolność  –  ma

podstawowe znaczenie  nie tylko u człowieka, ale u wszystkich wyższych naczelnych. Matki

małp zwierzokształtnych i człekokształtnych utrzymują ze swoim potomstwem nieprzerwany

intymny  kontakt  cielesny  przez  wiele  tygodni  po  urodzeniu.  Jest  to  o  tyle  łatwiejsze,  że

małpie  noworodki  są  silne  i  mogą  samodzielnie  na  długo  uczepiać  się  matek.  Noworodki

wielkich  małp  człekokształtnych,  takich  jak  goryle,  potrzebują  nieraz  kilku  dni,  by  móc

skutecznie  uczepić  się  matki,  ale  później,  pomimo  swej  wagi,  potrafią  to  robić  z  niezwykłą

wytrwałością.  Mniejsze  małpy  zwierzokształtne  robią  to  od  chwili  narodzin;  sam  kiedyś

widziałem,  jak  rodząca  się  właśnie  małpka  kurczowo  trzymała  się  już  ciała  matki,  podczas

gdy tylna część jej ciałka tkwiła jeszcze w macicy.

background image

Ludzki  noworodek  nie  jest  tak  sprawny  fizycznie.  Ma  on  słabsze  ramionka,  a  krótkie

paluszki  u  nóg  nie  są  chwytne.  Matka  ludzka  ma  więc  z  tym  większy  problem.  W  ciągu

pierwszych  miesięcy  to  właśnie  na  niej  spoczywają  wszelkie  działania  mające  na  celu

utrzymanie cielesnego kontaktu z dzieckiem. Zachowały się jedynie szczątki odziedziczonego

po przodkach niemowlęcego wzorca czepiania się, co stanowi elementarną pozostałość dawno

minionej,  ewolucyjnej  przeszłości,  ale  nawet  one  nie  mają  dziś  żadnego  praktycznego

zastosowania.  Utrzymują  się  tylko  przez  nieco  ponad  dwa  miesiące  po  porodzie  i  znane  są

jako odruch chwytania i odruch Moro.

Odruch  chwytania  pojawia  się  wcześnie,  gdyż  już  sześciomiesięczny  płód  posiada  silny

chwyt. Zaraz  po  urodzeniu  stymulacja  dłoni  skutkuje  mocnym  zaciśnięciem  rączki,  a  chwyt

jest  na  tyle  silny,  że  dorosły  może  dzięki  niemu  unieść  do  góry  całe  ciałko  noworodka.

Jednakże – nie tak jak u młodej małpki – owo uczepienie się nie trwa długo.

Odruch  Moro  można  zademonstrować,  zdecydowanie  i  szybko  opuszczając  dziecko  na

niewielką odległość ku ziemi – jakby imitując upuszczanie – jednocześnie podtrzymując je od

spodu. Ramionka noworodka gwałtownie wyciągają się wtedy do przodu, przy czym rączki są

otwarte,  a  paluszki  szeroko  rozpostarte.  Potem  ramionka  znów  się  zamykają,  jak  gdyby

usiłowały objąć coś konkretnego. Widać tu wyraźnie ewolucyjny ślad czynności czepiania się

występującej u naczelnych, którą tak sprawnie i skutecznie posługuje się każda zdrowa młoda

małpka. Niedawno przeprowadzone badania demonstrują to jeszcze wyraźniej. Gdy niemowlę

czuje, że się  je upuszcza, a  jednocześnie trzyma się  je za rączki  i pozwala się chwytać,  jego

pierwszą reakcją nie jest wyrzucenie ramionek do przodu, poprzedzające ruch obejmowania,

lecz  natychmiastowe  silne  uczepienie  się.  To  samo  zrobiłaby  przestraszona  młoda  małpka,

gdyby  trzymając  w  lekkim  uchwycie  futerko  odpoczywającej  matki,  poczuła,  że

zaniepokojona  czymś  matka  nagle  zerwała  się  na  nogi.  Małpie  niemowlę  w  identyczny

sposób  zacisnęłoby  swój  chwyt,  przygotowując  się  do  szybkiego  przeniesienia  się  wraz  z

matką  w  bezpieczne  miejsce.  Przed  upływem  ósmego  tygodnia  życia  niemowlę  ludzkie  ma

jeszcze w sobie tyle z małpy, że może demonstrować pozostałości tej reakcji.

Jednakże  z  punktu  widzenia  matki  ludzkiej  te  „małpie”  reakcje  stanowią  przedmiot

jedynie  akademickiego  zainteresowania.  Mogą  one  zaciekawić  zoologów,  ale  w  praktyce  w

żaden sposób nie ułatwiają rodzicom  ich zadań.  Jak  więc  należy  postępować  w tej  sytuacji?

Istnieje kilka możliwości. W tak zwanych społeczeństwach pierwotnych w ciągu pierwszych

miesięcy życia  niemowlę pozostaje na ogół niemal w stałym kontakcie  z  ciałem  matki.  Gdy

matka odpoczywa, dziecko pozostaje w jej rękach lub też w rękach  jakiejś  innej osoby. Gdy

matka śpi, dziecko znajduje się na tym samym posłaniu. Gdy  matka pracuje  lub znajduje się

w  ruchu,  dziecko  jest  do  niej  solidnie  przywiązane.  W  ten  sposób  zapewnia  mu  ona  niemal

nieustanny  kontakt  charakterystyczny  dla  innych  naczelnych.  Matki  społeczeństw

cywilizowanych nie są w stanie w całej rozciągłości stosować się do tych zasad.

background image

Jedną z możliwości jest szczelne zawinięcie dziecka w pieluszki i w becik. Jeśli matka nie

może zapewnić dziecku  w  każdej  godzinie  dnia  i  nocy  błogiego  uścisku  swoich  ramion  czy

ścisłego kontaktu ze swoim ciałem,  może ona przynajmniej dostarczyć  mu  błogiego  uścisku

gładkiej  i  miękkiej  materii,  która  jest  środkiem  zastępującym  wnętrze  utraconego  łona.

Zwykle myślimy o ubieraniu noworodków jako o metodzie zapewnienia im ciepła, ale chodzi

tu o coś więcej. Równie ważny jest „uścisk” materiału, w który zawinięte jest dziecko i który

wchodzi w kontakt z powierzchnią jego ciałka. Toczą się jednak ożywione dyskusje nad tym,

czy owo owinięcie powinno być ścisłe czy luźne. Opinie o tym, jak szczelne winno być owo

postnatalne łono z materiału, znacznie różnią się w poszczególnych kulturach.

W dzisiejszym  świecie zachodnim  nie akceptuje się  na  ogół  ciasnego  spowijania,  nawet

noworodka  owija  się  lekko,  aby  mógł  swobodnie  poruszać  się  i  wymachiwać  kończynami,

gdy  ma  na  to  ochotę.  Specjaliści  wyrażają  obawę,  że  spowijanie  niemowlęcia  „może

krępować  jego  ducha”.  Znaczna  większość  zachodnich  czytelników  zgodziłaby  się  z  tym

skwapliwie,  ale  bliższe  zbadanie  sprawy  nie  potwierdza  tych  obaw.  Starożytni  Grecy  i

Rzymianie  ciasno  spowijali  swoje  niemowlęta,  ale  nawet  najzagorzalszy  wróg  powijaków

musi przyznać, że było wśród nich niemało wolnych duchów. Do końca osiemnastego wieku

trzymano  w  powijakach  również  niemowlęta  brytyjskie,  a  wiele  niemowląt  rosyjskich,

jugosłowiańskich, meksykańskich, lapońskich, japońskich i indiańskich trzyma się w nich do

dzisiaj.  Ostatnio  poddano  ten  problem  badaniom  naukowym,  w  toku  których  za  pomocą

odpowiednio czułych przyrządów sprawdzano uczucie dyskomfortu niemowląt w powijakach

i  bez  powijaków.  Stwierdzono,  że  spowijane  dzieci  rzeczywiście  były  spokojniejsze,  co

przejawiało  się  wolniejszym  biciem  serca,  zmniejszoną  prędkością  oddechu  i  rzadszym

płaczem.  Dłużej  też  spały.  Należy  przypuszczać,  że  spowijanie  lepiej  przypominało  ścisły

uścisk łona, jakiego doświadczają dojrzałe płody w ostatnich tygodniach ciąży.

Wszystko  to  wydaje  się  potwierdzać  opinie  zwolenników  spowijania,  ale  trzeba

przypomnieć, że nawet największy płód nigdy nie podlega w łonie matki takiemu ściśnięciu,

żeby od czasu do czasu nie mógł kopać i poruszać się. Każda matka, która wyczuwa w sobie

te ruchy,  zdaje  sobie  sprawę,  że  nie  „spowija”  ona  swego  nie  narodzonego  dziecka  do  tego

stopnia,  by  je  unieruchomić.  Umiarkowane  spowijanie  noworodka  jest  chyba  bardziej

naturalne  niż  silne  krępowanie  stosowane  w  niektórych  kulturach.  Co  więcej,  zwolennicy

spowijania niepotrzebnie przedłużają nieraz ten zabieg znacznie ponad zalecaną miarę. Może

to  być  pożyteczne  w  pierwszych  tygodniach,  ale  później  może  zakłócić  procesy

prawidłowego rozwoju mięśni i kształtowania się postawy. Tak jak płód musi kiedyś opuścić

naturalne łono, tak noworodek musi wkrótce opuścić łono sztuczne, bo inaczej „nie zdąży” na

następny  etap  rozwojowy.  Mówimy  zwykle  o  noworodkach  niedonoszonych  lub

przenoszonych,  mając  na  myśli  chwilę  porodu,  ale  pożyteczne  jest  zastosowanie  tych  pojęć

także do późniejszych etapów rozwoju dziecka. Jeśli potomstwo ma szczęśliwie przebyć owe

kolejne  fazy,  w  każdej  z  nich,  od  niemowlęctwa  do  dojrzewania,  muszą  być  stosowane

background image

właściwe  formy  intymności,  kontaktu  cielesnego  i  pielęgnacji.  Inaczej  –  jeśli  przejawy

intymności  wyprzedzają  etap  lub  są  w  stosunku  do  niego  opóźnione  –  mogą  pojawić  się

kłopoty w dalszym życiu.

Dotychczas  przyglądaliśmy  się  niektórym  stosowanym  przez  matkę  sposobom

odtwarzania  pewnych  przejawów  intymności  z  okresu  łonowego,  ale  błędne  byłoby

mniemanie,  jakoby  wygody  wczesnego  okresu  postnatalnego  były  dla  dziecka  jedynie

przedłużeniem  wygód  okresu  płodowego.  Takie  przedłużenie  to  tylko  fragment  całości

obrazu. Właściwe  etapowi  niemowlęctwa  formy  dbałości  o  komfort  dziecka,  to  pieszczenie,

całowanie  i  głaskanie,  a  także  utrzymywanie  ciałka  niemowlaka  w  czystości  przy

zastosowaniu  delikatnego  dotyku,  ruchów  pocierania,  wycierania  i  innych  łagodnych  form

tarcia.  Także  uścisk  jest  czymś  więcej  niż  tylko  uściskiem.  Obejmując  dziecko  ramionami,

matka często jednocześnie poklepuje  je  rytmicznie  jedną  ręką  po  pleckach  –  we  właściwym

tempie  i  z  właściwą  siłą,  ani  zbyt  silnie,  ani  zbyt  słabo.  Błędem  byłoby  sądzić,  że  ma  to

jedynie  wywołać  „odbicie  się”.  Jest  to  jedna  z  najczęstszych  reakcji  matki  o  znacznie

szerszym  zastosowaniu.  Zawsze  gdy  dziecko  zdaje  się  potrzebować  pociechy,  matka

obejmując  je  poklepuje  jeszcze  po  pleckach.  Nierzadko  jednocześnie  kołysze  je  i  buja,  a

często  grucha  też  cichutko  do  dziecka  i  nuci  mu,  zbliżając  usta  do  jego  główki.  Te

charakterystyczne  dla  niemowlęctwa  działania  pocieszające  mają  duże  znaczenie,  gdyż,  jak

się  przekonamy,  pojawiają  się  one  później,  już  w  życiu  dorosłych,  w  rozmaitych  formach,

czasami  zupełnie  jawnych,  a  czasami  bardzo  zawoalowanych,  jako  rozmaite  przejawy

intymności. Są to zachowania macierzyńskie tak automatyczne, że rzadko się o nich myśli czy

rozmawia. Dlatego też zazwyczaj nie dostrzega się ich nowych funkcji w późniejszym życiu.

Poklepywanie wywodzi się ze zjawiska, które badacze zachowań zwierząt określają jako

ruch  intencjonalny.  Najlepiej  można  to  zilustrować  na  przykładzie  zwierząt.  Gdy  ptak

zamierza pofrunąć, porusza głową, co stanowi element odlotu. W toku ewolucji to poruszanie

głową  uległo  wyolbrzymieniu,  stając  się  dla  innych  ptaków  sygnałem  zwiastującym  zamiar

odlotu.  Ptak,  zanim  rzeczywiście  odleci,  przez  dłuższą  chwilę  wykonuje  gwałtowne  ruchy

głową,  uprzedzając  swych  towarzyszy,  że  zamierza  ich  opuścić,  i  umożliwiając  im

przygotowanie  się  do odlotu  wraz  z  nim.  Innymi  słowy,  sygnalizuje  on  zamiar  lotu,  a  takie

poruszanie  głową  określa  się  jako  ruch  intencjonalny.  Jak  się  wydaje,  w  podobny  sposób

wykształciło  się  u  matek  poklepywanie  jako  szczególny  przejaw  więzi,  stanowiący  często

stosowany  ruch  intencjonalny,  sygnalizujący  gotowość  mocnego  przytulenia  się.  Każde

klepnięcie  matczynej  ręki  komunikuje:  „Zobacz,  tak  właśnie  przytulę  cię,  by  chronić  cię

przed  niebezpieczeństwem,  bądź  więc  spokojny,  nie  martw  się”.  Każde  klepnięcie  jest

powtórzeniem tego sygnału i pomaga uspokoić niemowlę. Ale jest w tym coś  jeszcze. Znów

pomocny  będzie przykład z ptakami.  Gdy  ptak  jest  lekko  zaniepokojony,  ale  nie  na  tyle,  by

zaraz  odlecieć,  może  zaalarmować  swoich  towarzyszy  za  pomocą  kilku  łagodnych  ruchów

głową,  pozostając  jednak  przy  tym  na  miejscu.  Innymi  słowy,  w  ten  sposób  ptak  wysyła

background image

jedynie sygnał w postaci ruchu intencjonalnego, nie podejmując właściwej akcji, jaką jest lot.

U  ludzi  to  właśnie  stało  się  z  czynnością  poklepywania.  Ręka  poklepuje  plecy,  następnie

przestaje,  potem  poklepuje  znowu  i  znowu  przestaje.  Nie  następuje  potem  kontynuacja  w

postaci  pełnego  objęcia,  mającego  chronić  przed  niebezpieczeństwem.  Tak  więc  komunikat

matki  do  dziecka  brzmi  nie  tylko:  „Nie  martw  się,  tak  cię  przytulę  w  razie

niebezpieczeństwa”,  lecz  także:  „Nie  martw  się,  nie  ma  żadnego  niebezpieczeństwa,  bo

inaczej  przytuliłabym  cię  jeszcze  mocniej  niż  teraz”.  Powtarzające  się  poklepywanie  działa

więc podwójnie kojąco.

Ciche  gruchanie  czy  mruczenie  jako  sygnał  kojący  działa  jeszcze  inaczej.  I  znów

pomocny  może  być  przykład  ze  zwierzętami.  Gdy  niektóre  ryby  znajdują  się  w  nastroju

agresywnym, objawiają to opuszczeniem przedniej części ciała i podniesieniem części tylnej.

Gdy te same ryby sygnalizują brak agresji, robią coś przeciwnego, to znaczy unoszą głowę, a

opuszczają  ogon.  Ciche  gruchanie  matki  także  działa  na  zasadzie  przeciwieństwa.  Głośne,

hałaśliwe  dźwięki  są  u  naszego  gatunku,  podobnie  zresztą  jak  u  wielu  innych,  sygnałami

alarmowymi.  Krzyki,  wrzaski,  chrapania  i  ryki  są  powszechnymi  wśród  ssaków  sposobami

informowania  o  bólu,  niebezpieczeństwie,  strachu  i  agresji.  Używając  tonów,  które  są

przeciwieństwem tych dźwięków, ludzka matka może przekazywać komunikaty przeciwne, a

mianowicie  to,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Gruchając  i  nucąc,  może  ona  stosować

komunikaty  słowne,  ale  oczywiście  słowa  nie  mają  tu  większego  znaczenia.  Zasadniczy

sygnał  kojący  przekazywany  jest  niemowlęciu  za  pośrednictwem  tych  właśnie  łagodnych,

cichych i słodkich dźwięków.

Innym  ważnym  wzorcem  zachowań  intymnych,  występującym  w  okresie  postnatalnym

jest podawanie dziecku piersi (lub butelki ze smoczkiem) do ssania. Dziecko czuje wówczas

w buzi coś ciepłego i miękkiego, z czego można wycisnąć słodki i ciepły płyn. Buzia dziecka

odczuwa  ciepło,  język  smakuje  słodycz,  a  usta  wyczuwają  miękkość.  W  ten  sposób  życie

dziecka  wzbogaca  się  o  jeszcze  jeden  ważny  rodzaj  pociechy,  czyli  przejaw  elementarnej

intymności.  To  samo  zjawisko,  choć  w  różnych  przebraniach,  pojawi  się  później,  już  w

kontekstach życia dorosłego.

Takie  więc  są  najważniejsze  przejawy  intymności  u  ludzi  w  fazie  niemowlęcej.  Matka

obejmuje,  nosi,  kołysze,  poklepuje,  pieści,  całuje,  głaszcze,  myje  i  karmi  piersią  swoje

potomstwo,  a  także  grucha  do  niego,  mruczy  i  nuci  mu.  Jedynym  pozytywnym  działaniem

kontaktowym  ze  strony  niemowlęcia  jest  w  tym  okresie  ssanie;  ale  dziecko  wysyła  dwa

ważne sygnały funkcjonujące jako zaproszenie do intymności i zachęta do ścisłego kontaktu.

Sygnałami  tymi  są  płacz  i  uśmiech.  Płacz  inicjuje  kontakt,  a  uśmiech  pomaga  ten  kontakt

utrzymać. Płacz mówi: „chodź tutaj”, a uśmiech – „zostań ze mną”.

Płacz bywa niekiedy niewłaściwie rozumiany. Ponieważ pojawia się wtedy, gdy dziecko

jest głodne, jest mu niewygodnie albo coś je boli, przyjmuje się, że są to jedyne treści,  jakie

płacz komunikuje. Gdy dziecko płacze, matka często automatycznie uznaje, że chodzi o jeden

background image

z tych trzech problemów, co niekoniecznie musi być prawdą. Komunikat głosi jedynie „chodź

tutaj”, nie  mówi dlaczego.  Dziecko  może  płakać  również,  gdy  jest  syte,  jest  mu  wygodnie  i

nie odczuwa żadnego bólu – chcąc tylko  zainicjować  intymny  kontakt  z  matką.  Gdy  matka,

po nakarmieniu dziecka i upewnieniu się, że jest mu wygodnie, kładzie je z powrotem, może

ono natychmiast wznowić sygnalizowanie płaczem. U zdrowego niemowlęcia znaczy to tylko

tyle,  że  nie  otrzymało  odpowiedniej  porcji  intymnego  kontaktu  cielesnego  i  będzie

protestowało  tak  długo,  aż  to  uzyska.  W  pierwszych  miesiącach  zapotrzebowanie  na  taki

kontakt  jest  wysokie,  a  niemowlę  ma  na  szczęście  do  dyspozycji  silnie  działający  sygnał

zachęty, czyli uśmiech zadowolenia, którym nagradza ono matkę za jej starania.

Uśmiech  jest  czymś,  co  wyróżnia  niemowlęta  ludzkie  spośród  innych  naczelnych.

Niemowlęta  małp  nie  uśmiechają  się.  Po  prostu  nie  potrzebują  one  uśmiechu,  gdyż  są

wystarczająco  silne,  aby  uczepić  się  sierści  swych  matek  i  być  blisko  nich  dzięki  własnym

działaniom. Niemowlę ludzkie nie jest zdolne tego dokonać i musi w jakiś sposób zwiększyć

swoje szanse na przyciągnięcie uwagi matki. Uśmiech stanowi powstałe w procesie ewolucji

rozwiązanie tego problemu.

Płacz  i  uśmiech  uzyskują  wsparcie  ze  strony  sygnałów  wtórnych.  Płacz  człowieka  z

początku  przypomina  płacz  małp.  Płaczące  małpie  niemowlę  wydaje  z  siebie  serię

rytmicznych pisków, którym  jednak nie towarzyszą  łzy.  W ciągu  kilku  pierwszych  miesięcy

życia  niemowlę  ludzkie  płacze  tak  samo,  bez  łez,  ale  po  tym  okresie  wstępnym  do  sygnału

głosowego dołączają się łzy. Później, w życiu dorosłym, łzy mogą pojawiać się niezależnie od

głosu,  jako  bezgłośny  sygnał,  ale  u  niemowlęcia  głos  i  łzy  występują  wspólnie,  jako  jedno

zjawisko  płaczu.  Nie  wiadomo  dlaczego  rzadko  mówi  się  o  tym,  że  człowiek  jako  jedyny

wśród naczelnych płacze łzami, ale z pewnością musi to mieć  jakieś specjalne znaczenie dla

naszego  gatunku.  W  pierwszym  rzędzie  jest  to  oczywiście  sygnał  wzrokowy,  wzmocniony

dzięki nieobecności włosów na naszych policzkach, przez co połyskiwanie i ściekanie łez jest

tak  dobrze  widoczne.  Ale  ważna  jest też  reakcja  matki,  która  wtedy  zwykle  „osusza  oczka”

niemowlęciu.  Polega  to  na  delikatnym  wycieraniu  łez  ze  skóry  na  buzi,  co  jest  czynnością

kojącą  i przejawem  intymnego kontaktu cielesnego.  Być  może,  taka  jest  właśnie  dodatkowa

funkcja  znacznie  wzmożonego  wydzielania  gruczołów  łzowych,  co  powoduje  tak  częste

wilgotnienie buzi małego człowieczka.

Jeśli komuś wydaje się to teorią nieco naciąganą, warto sobie uzmysłowić, że u ludzi, jak

też  u  wielu  innych  gatunków,  matka  ma  silny  popęd  do  czyszczenia  ciała  potomstwa.  Gdy

dziecko  się  zmoczy,  matka  je  osusza,  i  dlatego  wydaje  się,  że  obfitość  łez  wykształciła  się

jako coś w rodzaju „substytutu moczu” i ma na celu wywołanie podobnej intymnej reakcji w

trudnych  chwilach.  W  odróżnieniu  od  moczu  łzy  nie  oczyszczają  organizmu  ze  zbędnych

substancji.  Wydzielane  w  niewielkich  ilościach,  czyszczą  i  chronią  oczy,  ale  gdy  płyną

obficie podczas płaczu, ich jedyna funkcja polega chyba na przekazywaniu sygnałów, i wtedy

background image

można  je  uznać  wyłącznie  za  formę  zachowania.  Podobnie  jak  uśmiech,  zdają  się  one

funkcjonować głównie jako zachęta do intymności.

Uśmiech wspierają takie sygnały wtórne jak gaworzenie  i wyciąganie rączek. Niemowlę

uśmiecha  się,  rechocze  i  wyciąga  rączki  ku  matce,  wykonując  ruchy  intencjonalne,

poprzedzające  przytulenie  się  do  niej,  i  w  ten  sposób  zachęca  ją,  by  je  podniosła.  W

odpowiedzi  matka  odwzajemnia  się.  Oddaje  więc  uśmiech,  „grucha”  do  niemowlęcia,

wyciąga  ręce,  by  go  dotknąć  lub  podnieść.  Podobnie  jak  płacz  z  łzami,  zespół  uśmiechów

pojawia  się  dopiero  mniej  więcej  w  drugim  miesiącu  życia.  W  gruncie  rzeczy  pierwszy

miesiąc  życia  dziecka  można  by  nazwać  „stadium  małpim”,  gdyż  charakterystyczne  dla

człowieka sygnały pojawiają się dopiero po upływie pierwszych kilku tygodni.

Gdy  dziecko  osiąga  trzeci  i  czwarty  miesiąc  życia,  zaczynają  pojawiać  się  nowe  formy

kontaktu  cielesnego.  Znikają  wczesne  „małpie”  zachowania,  odruch  chwytania  i  odruch

Moro,  a  pojawiają  się  bardziej  wyrafinowane  formy  ukierunkowanego  chwytania  i

przytulania  się.  W  prymitywnym  odruchu  chwytania  rączka  niemowlęcia  automatycznie

obejmowała  każdy  przylegający  do  niej  przedmiot,  teraz  działaniem  pozytywnym  staje  się

nowy  rodzaj  chwytania,  chwytanie  selektywne  –  niemowlę  koordynując  ruchy  rąk  ze

wzrokiem,  sięga  po  konkretny  interesujący  je  przedmiot  i  chwyta  go.  Często  jest  to  jakaś

część ciała  matki, zwłaszcza włosy.  W  takim  ukierunkowanym  chwytaniu  dziecko  dochodzi

do perfekcji przed upływem piątego miesiąca życia.

Podobnie  automatyczne,  nie  ukierunkowane  ruchy  czepiania  się,  charakterystyczne  dla

odruchu  Moro,  ustępują  ukierunkowanemu  obejmowaniu,  które  polega  na  przytulaniu  się

dziecka właśnie tylko do ciała matki i dostosowaniu ruchów do zajmowanej przez nią pozycji.

Takie ukierunkowane czepianie się ustala się zwykle przed upływem szóstego miesiąca życia.

W  okresie  dzieciństwa,  po  stadium  niemowlęctwa,  rzecz  jasna  ubożeje  sfera  elementarnej

intymności cielesnej. Potrzeba bezpieczeństwa,  którą tak  dobrze  zaspokajał  rozległy  kontakt

cielesny  z  matką,  napotyka  teraz  na  coraz  silniejszą  konkurencję,  jaką  jest  potrzeba

niezależnego  działania,  odkrywania  świata  i  badania  otoczenia.  Nie  można  tego  oczywiście

dokonać,  tkwiąc  w  ramionach  matki.  Niemowlę  uniezależnia  się,  na  czym  musi  ucierpieć

elementarna  intymność.  Ale  świat  wciąż  jest  miejscem  przerażającym  i  dlatego  dziecku

potrzebna  jest  jakaś  inna  forma  intymności  –  pośrednia,  zdalnie  sterowana  –  by  przy

względnej  niezależności  zachować  jednocześnie  poczucie  pewności  i  bezpieczeństwa.

Komunikowanie  się  za  pomocą  dotyku  ustępuje  miejsca  coraz  bardziej  precyzyjnej

komunikacji  wzrokowej.  Ograniczające  i  krępujące  środki  bezpieczeństwa,  jakim  są

obejmowanie  i  przytulanie,  zastępuje  dziecko  mniej  ograniczającym  środkiem,  jakim  jest

wymiana  spojrzeń,  którym  towarzyszy  odpowiedni  wyraz  twarzy.  Wspólny  uścisk  zostaje

zastąpiony  przez  wspólny  uśmiech,  wspólny  śmiech  oraz  wszelkiego  rodzaju  miny,  jakie

potrafi przybierać twarz człowieka. Twarz w uśmiechu, która wcześniej stanowiła zachętę do

objęcia,  obecnie  zastępuje  to  objęcie.  W  istocie  sam  uśmiech  staje  się  symbolicznym

background image

objęciem, działającym  na odległość. Pozwala to niemowlęciu  funkcjonować w sposób mniej

skrępowany,  a  przy  tym  odnowić  uczuciowy  kontakt  z  matką  za  pomocą  jednego  tylko

spojrzenia.

Następne  doniosłe  stadium  rozwojowe  przychodzi,  gdy  dziecko  zaczyna  mówić.  W

trzecim  roku  życiu,  po  opanowaniu  podstawowego  słownictwa,  do  kontaktu  wzrokowego

dołącza się „kontakt” słowny. Dziecko i jego matka mogą teraz wyrażać uczucia wobec siebie

nawzajem za pomocą słów.

W  miarę  rozwoju  tego  stadium  nieuniknione  jest  dalsze  ograniczenie  przejawów

intymności elementarnej, mających postać kontaktów cielesnych. Przytulanie wydaje się zbyt

dziecinne. Gwałtownie rosnąca potrzeba eksploracji, niezależności  i odrębnej,  indywidualnej

tożsamości w coraz większym stopniu tłumi pragnienie uścisków i pieszczot. Gdy rodzice w

tym  okresie  nadużywają  elementarnych  kontaktów  cielesnych,  dziecko  odczuwa  je  nie  tyle

jako  przejawy  opieki,  ile  jako  udrękę.  Trzymanie  dziecka  staje  się  teraz  dla  niego

powstrzymywaniem  przed  czymś  i  dlatego  rodzice  muszą  przystosować  się  do  tej  nowej

sytuacji.

Przy  czym  kontakt  cielesny  nie  zanika.  Jest  mile  widziany  w  razie  bólu,  we  wstrząsie

psychicznym,  strachu  czy  panice,  pojawia  się  też  w  sytuacjach  mniej  dramatycznych.

Przybiera  on  jednak  inne  formy.  Wszechogarniające  objęcie  ulega  redukcji  do  rozmiarów

poszczególnych  jego  fragmentów.  Pojawiają  się  takie  formy  jak  półobjęcie,  objęcie

ramieniem, poklepanie po głowie i uścisk dłoni.

Jak  na  ironię  w  stadium  późnego  dzieciństwa  i  towarzyszących  jego  eksploracjom

stresów  wciąż  istnieje  ogromna  wewnętrzna  potrzeba  pociechy,  jaką  daje  kontakt  cielesny  i

przejawy  intymności.  Potrzeba  ta  ulega  nie  tyle  zredukowaniu,  co  stłumieniu.  Przejawy

intymności  dotykowej  kojarzą  się  z  niemowlęctwem  i  muszą  odejść  w  przeszłość,  ale

otoczenie  wciąż  się  ich  domaga.  Konflikt,  jaki  w  związku  z  tym  powstaje,  rozwiązuje  się

przez  wprowadzenie  nowych  form  kontaktu,  które  dostarczają  pożądanych  przejawów

intymności cielesnej, ale nie robią wrażenia dziecinnych.

Pierwszy symptom tych zamaskowanych przejawów intymności pojawia się wcześnie, bo

już  niemal  w  niemowlęctwie.  Rozpoczyna  się  to  w  drugim  półroczu  życia  i  wiąże  się  z  tak

zwanymi  obiektami  przeniesieniowymi.  W  gruncie  rzeczy  są  to  nieożywione  substytuty

matki.  W  powszechnym  użyciu  są  trzy  takie  przedmioty:  ulubiona  butelka  ze  smoczkiem,

miękka  zabawka  i  kawałek  miękkiego  materiału,  zwykle  szal  lub  jakaś  część  bielizny

pościelowej. W stadium wczesnego niemowlęctwa przedmioty te stanowią element składowy

intymnych  kontaktów  z  matką.  Dziecko  nie  przedkłada  tych  przedmiotów  nad  matkę,  ale

jednak silnie je kojarzy z jej fizyczną obecnością. W czasie  nieobecności  matki stają się one

jej substytutami, a wiele dzieci nie chce zasnąć  bez  ich kojącej  bliskości. Gdy pora iść spać,

szal lub miękka zabawka muszą znajdować się w łóżeczku, bo inaczej powstają problemy. A

background image

wymagania są szczegółowe, musi to być ta, a nie  inna zabawka  lub ten, a nie  inny szal. Nie

mogą ich zastąpić rzeczy podobne, ale dziecku nie znane.

Na tym etapie przedmioty są potrzebne tylko wtedy, gdy matka jest nieosiągalna. Dlatego

stają  się  one  niezbędne  w  porze  zasypiania,  kiedy  kontakt  z  matką  ulega  przerwaniu.  Ale

później,  gdy  dziecko  rośnie,  coś  się  tu  zmienia.  Dla  dziecka,  które  staje  się  coraz  bardziej

niezależne  od  matki,  ulubione  przedmioty  raczej  zyskują,  niż  tracą  na  wartości  jako  źródło

pociechy.  Niektóre  matki  niewłaściwie  wyobrażają  sobie,  że  dziecko  z  jakiegoś  powodu

odczuwa  nienaturalny  niedostatek  bezpieczeństwa.  Gdy  dziecko  gwałtownie  domaga  się

swojego „miśka”, „szaliczka” czy „przytulanki” – przedmioty te zwykle mają jakieś specjalne

imiona  –  matka  może  niekiedy  postrzegać  to  jak  krok  wstecz  w  rozwoju.  W  istocie  jest

właśnie  przeciwnie.  Postępując  tak,  dziecko  w  rzeczywistości  mówi:  „Pragnę  kontaktu

fizycznego  z  matką,  ale  to  byłoby  zbyt  dziecinne.  Teraz  jestem  już  zbyt  niezależny  na  coś

takiego.  Zamiast  tego  wejdę  w  kontakt  z  tym  przedmiotem,  dzięki  czemu  poczuję  się

bezpiecznie,  nie  rzucając  się  z  powrotem  w  ramiona  matki”.  Jak  wyraził  to  pewien  znawca

tych  problemów,  obiekt  przeniesieniowy  „przypomina  o  miłych  stronach  matki,  jest

substytutem matki, ale jest też tarczą przeciw ponownemu spowiciu przez matkę”.

Z  upływem  lat,  gdy  dziecko  rośnie,  taki  pocieszający  przedmiot  może  mu  niezmiennie

towarzyszyć  niekiedy  aż  do  półmetka  dzieciństwa,  a  z  rzadka  nawet  do  lat  młodzieńczych.

Zdarza  się,  że  panna  na  wydaniu,  leżąc  w  łóżku,  kurczowo  ściska  ogromnego  pluszowego

misia.  Mówiąc  „z  rzadka”  muszę  tu  uczynić  pewne  zastrzeżenie.  Oczywiście  rzadko  się

zdarza,  abyśmy  obsesyjnie  trwali  przy  jakimś  konkretnym  obiekcie  przeniesieniowym  z

okresu  wczesnego  dzieciństwa.  Dla  większości  z  nas  istota  takiego  postępowania  byłaby

nazbyt  przejrzysta.  Znajdujemy  natomiast  substytuty  dla  substytutów  –  przemyślny  dorosły

wynajduje  substytuty  dla  dziecięcych  substytutów  ciała  matki.  Gdy  zamiast  dziecięcego

szaliczka pojawia się futrzana pelisa, traktujemy ją z większym szacunkiem.

Inny  zamaskowany  przejaw  intymności,  jaki  pojawia  się  u  rosnącego  dziecka,  można

dostrzec  w  przepychankach  i  bijatykach.  Kiedy  obejmowanie  się  i  przytulanie  wydaje  się

infantylne,  ale  jest  wciąż  niezbędne,  można  ten  problem  rozwiązać  obejmując  rodziców  w

taki sposób, że kontakt cielesny wcale  nie  wygląda  jak  czułe  przytulanie  się.  Nadaje  mu  się

wtedy  formę  żartobliwego  obejmowania  się  „na  niedźwiedzia”,  a  przytulanie  się  przybiera

postać zapasów. W udawanych zapasach z  którymś  z  rodziców  dziecko  może  wciąż  jeszcze

odtworzyć  bliską  intymność  z  czasów  niemowlęcych,  maskując  ją  jednocześnie  za  pomocą

dorosłej agresywności.

Sposób ten jest na tyle skuteczny, że udawane  walki  z  rodzicami  zdarzają  się  jeszcze  w

późnym okresie dojrzewania. Jeszcze później, już między dorosłymi, ogranicza się to zwykle

do  przyjaznego  klepnięcia  w  ramię  lub  po  plecach.  Trzeba  przyznać,  że  żartobliwa  bijatyka

dziecięca  jest  czymś  więcej  niż  tylko  zamaskowanym  przejawem  intymności.  W  dużym

stopniu  chodzi  w  niej  też  o  sprawdzenie  sprawności  własnego  ciała,  o  jego  dotykanie,  o

background image

badanie  nowych  możliwości  i  dawanie  upustu  starym.  Owe  stare  możliwości,  które

oczywiście wciąż się tam  jeszcze kryją, wciąż są ważne,  i  to  w  dużo  większym  stopniu,  niż

się zazwyczaj sądzi.

Z  nadejściem  okresu  pokwitania  powstaje  nowy  problem.  Kontakt  cielesny  z  rodzicami

ulega  dalszemu  ograniczeniu.  Ojcowie  przekonują  się,  że  ich  córki  nagle  stają  się  mniej

skłonne  do  zabaw.  Synowie  stają  się  wstydliwi  wobec  swoich  matek.  Już  w  stadium

poniemowlęcym  zaczyna  się  przejawiać  potrzeba  niezależności,  ale  teraz,  w  okresie

pokwitania,  potrzeba  ta  ulega  wzmocnieniu  i  rodzi  kolejną  silną  potrzebę,  czyli  potrzebę

prywatności.

Komunikat  niemowlęcia  brzmiał  „trzymaj  mnie  mocno”,  komunikat  dziecka  „połóż

mnie”,  a  komunikat  osoby  dojrzewającej  brzmi  „zostaw  mnie  samą/samego”.  Pewien

psychoanalityk opisał, jak w okresie pokwitania „młoda osoba pragnie się odizolować; od tej

pory  mieszka  z  członkami  rodziny  jak  z  obcymi  ludźmi”.  Sens  tego  stwierdzenia  staje  się

jasny  dzięki  zastosowanej  w  nim  przesadzie.  Osoby  dojrzewające  nie  całują  się  przecież  z

nieznajomymi, a w dalszym ciągu całują swoich rodziców. Co prawda, pocałunki te w dużej

mierze  stają  się  tylko  formalnością,  bo  głośny  całus  zamienił  się  w  muśnięcie  policzka,  ale

przelotne  przejawy  intymności  wciąż  jeszcze  się  zdarzają.  Jednakże,  podobnie  jak  u

dorosłych,  są  one  na  tym  etapie  ograniczone  głównie  do  powitań,  pożegnań,  uroczystości  i

różnych smutnych sytuacji. W gruncie rzeczy osoba dojrzewająca jest już dorosła – niekiedy

nawet  superdorosła  –  przynajmniej  jeśli  idzie  o  przejawy  intymności  rodzinnej.  Kochający

rodzice,  przemyślnie,  aczkolwiek  nieświadomie,  radzą  sobie  z  tym  problemem  w  rozmaity

sposób. Typowym wzorcem jest tu poprawienie szczegółów garderoby. Jeśli nie można już z

miłością  dotknąć  dziecka,  to  można  zrobić  to  pod  pozorem  „poprawię  ci  krawat”  lub

„wyczyszczę  ci  kurtkę”.  Jeśli  w  odpowiedzi  słyszy  się  „nie  zawracaj  sobie  głowy,  mamo”

albo „sam to zrobię”, oznacza to, że młody człowiek, równie nieświadomie, rozszyfrował  tę

sztuczkę.

Po  okresie  dojrzewania,  gdy  młody  człowiek  wyprowadza  się  z  domu  rodzinnego,

wówczas,  z  punktu  widzenia  intymności  cielesnej,  następuje  coś  jakby  powtórny  poród.

Opuszczamy łono rodziny tak jak dwadzieścia lat temu opuściliśmy łono matki. Podstawowa

sekwencja  przejawów  intymności:  „trzymaj  mnie  mocno  –  połóż  mnie  –  zostaw  mnie

samego”,  zaczyna  się  od  początku.  Młodzi  kochankowie,  jak  niemowlęta,  mówią  „trzymaj

mnie mocno”. Czasami zwracają się do siebie przez „dziecinko”. Po raz pierwszy od czasów

niemowlęctwa  w  ich  życiu  znów  pojawiają  się  liczne  przejawy  intymności.  Jak  dawniej

sygnały  kontaktu  cielesnego  zaczynają  splatać  magiczną  więź  i  tworzy  się  nowy,  silny

związek.  Aby  podkreślić  siłę  tego  przywiązania,  komunikat  „trzymaj  mnie  mocno”  zostaje

wzbogacony  słowami  „i  nigdy  mnie nie puszczaj”. Jednakże gdy  proces tworzenia  się  więzi

zostanie  zakończony,  a  kochankowie  stworzą  nową,  dwuosobową  jednostkę  rodzinną,

dobiega  też  końca  stadium  drugiego  niemowlęctwa.  Nieuchronnie  pojawiają  się  nowe

background image

przejawy  intymności,  będące  repliką  wcześniejszej  podstawowej  sekwencji.  Drugie

niemowlęctwo  ustępuje  miejsca  drugiemu  dzieciństwu.  (Nie  należy  go  mylić  ze  stadium

starości,  które  pojawia  się  znacznie  później  i  o  którym  często  niesłusznie  mówi  się  jako  o

drugim dzieciństwie).

W  tym  czasie  zaczynają  słabnąć  występujące  w  okresie  zalotów  przejawy  intymności

polegające  na  obejmowaniu  się.  W  sytuacjach  krańcowych  jeden  z  partnerów  –  lub  oboje  –

zaczynają  odczuwać,  że  wpadli  w  pułapkę,  i  czują,  że  zagrożona  jest  ich  niezależność.

Zjawisko raczej normalne, ale odczuwane jako coś nienormalnego – partnerzy uznają więc, że

cały ten ich związek jest błędem, i postanawiają się rozstać. „Połóż mnie” z okresu drugiego

dzieciństwa  zostaje  zastąpione  przez  „zostaw  mnie  samego/samą”  z  drugiego  pokwitania,  a

pierwotna  separacja  rodzinna  z  okresu  dojrzewania  staje  się  separacją  rodzinną  w  postaci

rozwodu.  Ale  jeśli  rozwód  jest  drugim  dojrzewaniem,  to  dlaczego  właściwie  ten  nowo

dojrzewający  czy  nowo  dojrzewająca  ma  żyć  bez  kochanki  czy  kochanka?  Dlatego  po

rozwodzie  każde  z  eksmałżonków  znajduje  nową  partnerkę  czy  partnera,  jeszcze  raz

przeżywa  etap  drugiego  niemowlęctwa,  powtórnie  zawiera  związek  małżeński  i  nagle

znajduje  się  w  okresie  drugiego  dzieciństwa,  ze  zdumieniem  stwierdzając,  że  wszystko  się

powtarza.

Opis  ten  może  wyglądać  na  cyniczne  uproszczenie,  ale  pomaga  on  sformułować

właściwy wniosek. Szczęśliwcy, a  jest  ich  niemało  nawet  w  dzisiejszych  czasach,  nigdy  nie

przeżywają owego drugiego dojrzewania. Akceptują oni zamianę drugiego niemowlęctwa na

drugie dzieciństwo. Wzbogaceni o nową intymność seksualną i wspólne przejawy intymności

rodzicielskiej, potrafią utrzymać więź pary w małżeństwie.

W  późniejszych  latach  utrata  czynnika  rodzicielskiego  zostaje  złagodzona  pojawieniem

się  nowych  przejawów  intymności  z  pokoleniem  wnuków,  aż  w  końcu  pojawia  się  trzecie  i

ostatnie  niemowlęctwo  –  wraz  z  nadejściem  starości  i  towarzyszącą  jej  bezradnością.  Ta

trzecia sekwencja przejawów intymności trwa krótko. Nie istnieje żadne trzecie dzieciństwo,

przynajmniej  tu  na  ziemi.  Kończymy  życie  jako  niemowlęta,  ułożeni  w  przytulnych

trumnach,  miękko  wyściełanych  i  udrapowanych,  zupełnie  jak  kołyski  niemowląt.

Przebyliśmy drogę od bujania się w kołysce do bujania w obłokach wieczności.

Wiele  ludzi  nie  może  pogodzić  się  z  myślą,  że  tu  kończy  się  trzecia  wielka  sekwencja

przejawów  intymności.  Nie  chcą  przyjąć  do  wiadomości,  że  trzecie  niemowlęctwo  nie

przechodzi w trzecie dzieciństwo – w niebie. Tam panują  idealne  i  niezmienne  warunki,  nie

istnieje groźba matczynej nadopiekuńczości, gdyż Bóg-Ojciec nie ma małżonki.

Opisując  te  wzorce  intymności  od  łona  matki  do  „łona  Abrahama”  poświęciłem  dużo

miejsca  wczesnym  okresom  życia,  pobieżniej  traktując  późniejsze  okresy  dorosłości.

Ukazawszy korzenie intymności, w następnych rozdziałach będziemy mogli z większą uwagą

zająć się zachowaniami charakterystycznymi dla wieku dojrzałego.

background image

2. ZAPROSZENIA DO INTYMNOŚCI SEKSUALNEJ

Ciało  każdego  człowieka  nieustannie  wysyła  sygnały  do  innych  ludzi.  Jedne  z  tych

sygnałów  zapraszają  do  intymnego  kontaktu,  inne  zaś  zniechęcają.  Nigdy  nie  wchodzimy  z

nikim  w  kontakt  cielesny  bez  uprzedniego  starannego  odczytania  znaków  –  chyba  że  się  z

kimś  niechcący  zderzymy.  Nasze  umysły  są  jednak  bezbłędnie  zaprogramowane  tak,  by

sprostać trudnej sztuce oceny tych sygnałów  zapraszających,  dzięki  czemu  nieraz  w  ułamku

sekundy  potrafimy  rozeznać  daną  sytuację  towarzysko-społeczną.  Gdy  w  tłumie  ludzi

niespodziewanie dojrzymy osobę, która robi na nas duże wrażenie, już po upływie kilku chwil

od  momentu  zatrzymania  na  niej  wzroku  jesteśmy  gotowi  pochwycić  ją  w  objęcia.  Nie

oznacza  to  wcale,  że  działamy  nierozważnie.  Po  prostu  znaczy  to,  że  komputery  w  naszych

czaszkach  wspaniale  potrafią  wykonać  błyskawiczne,  niemal  natychmiastowe  kalkulacje

oceniające  wygląd  i  nastrój  wszystkich  tych  licznych  osób,  z  którymi  stykamy  się  w  ciągu

dnia.  Setki  sygnałów  informujących  o  szczególnych  cechach  kształtu,  wielkości,  koloru,

dźwięku,  zapachu,  postawy,  ruchów  i  wyrazu  twarzy  tychże  błyskawicznie  zaczynają

atakować  nasze  zmysły,  a  wtedy  zaczyna  pracować  nasz  komputer  towarzyski  i  zaraz

otrzymujemy odpowiedź na pytanie, dotykać czy nie dotykać.

Jako niemowlęta oddziałujemy na dorosłych, gdyż  jesteśmy  mali  i  bezradni, co pobudza

ich  do  wyciągania  ręki  i  nawiązywania  z  nami  życzliwego  kontaktu.  Płaska  buzia,  wielkie

oczy, niezręczne ruchy, krótkie kończyny i okrągłe kształty – wszystko to składa się  na nasz

powab dotykowy. Gdy dodać do tego szeroki uśmiech  i sygnały alarmowe,  jakimi są płacz  i

krzyk, staje się jasne, że niemowlę ludzkie stanowi nieodparte zaproszenie do intymności.

Gdy, już jako ludzie dorośli, wysyłamy podobne sygnały wyrażające bezradność i ból, na

przykład gdy jesteśmy chorzy lub ranni, wówczas wywołujemy tego samego rodzaju reakcje

pseudorodzicielskie. Również wtedy gdy nawiązujemy pierwszy, wstępny kontakt cielesny w

formie  uścisku  dłoni,  niemal  zawsze  dodajemy  do  niego  odpowiedni  wyraz  twarzy,  czyli

uśmiech.

background image

Są to podstawowe rodzaje zaproszenia  do  intymności,  ale  wraz  z  dojrzałością  seksualną

zwierzę  ludzkie  wkracza  w  nową  sferę  sygnałów  kontaktowych  –  sygnałów  związanych  z

seksapilem,  czyli  z  powabem  płciowym,  który  służy  do  zachęcania  mężczyzn  i  kobiet  do

wzajemnego dotykania się, wyrażającego coś więcej niż zwykłą życzliwość.

Niektóre  sygnały  płciowe  są  uniwersalne  i  mają  zastosowanie  u  wszystkich  ludzi

dorosłych,  inne  zaś  stanowią  wariacje  kulturowe  na  owe  tematy  biologiczne.  Niektóre  są

składową naszego wyglądu  jako osób  dorosłych  obojga  płci,  a  inne  mają  związek  z  naszym

zachowaniem jako dorosłych, a więc z postawą, gestykulacją i działaniem.

Aby  je przedstawić, najprościej  będzie udać  się  na  wycieczkę  po  ludzkim  ciele  i  krótko

zatrzymać się przy każdym kolejnym interesującym nas szczególe.

Krocze.  Ponieważ  mówimy  o  sygnałach  płciowych,  zgodnie  z  logiką  zaczniemy  od

podstawowego  obszaru  genitalnego,  a  potem  przejdziemy  do  innych  obszarów  przyległych.

Krocze  jest  główną  strefą  tabu,  i  to  nie  tylko  dlatego,  że  mieszczą  się  w  niej  zewnętrzne

narządy płciowe.  Ten  mały  obszar  ciała  jest  siedliskiem  wszystkich  innych  najważniejszych

tabu;  tu  dokonuje  się  oddawanie  moczu,  oddawanie  stolca,  kopulacja,  lizactwo  (fellatio),

wytrysk  nasienia,  masturbacja  i  menstruacja.  Nic  więc  dziwnego,  że  był  to  zawsze

najstaranniej zakryty obszar ciała ludzkiego. Wzrokowe zaproszenie do intymności w formie

bezpośredniej demonstracji tego obszaru byłoby zbyt silnym sygnałem seksualnym, by  mógł

służyć  jako  instrument  wstępny,  zanim  jeszcze  dana  relacja  przejdzie  przez  wcześniejsze

etapy kontaktu cielesnego. Jak na ironię, kiedy dana relacja osiągnie  bardziej zaawansowane

stadium  intymności  płciowej,  pokazy  wzrokowe  są  już  spóźnione,  toteż  pierwsze

doświadczenia  życia  płciowego  są  na  ogół  dotykowe.  Bezpośrednie  przyglądanie  się

genitaliom  płci  przeciwnej  odgrywa  współcześnie  stosunkowo  niewielką  rolę  w  ludzkich

zalotach. Niemniej zainteresowanie tym obszarem ciała jest znaczne i jeśli nawet nie wchodzi

w grę bezpośrednie eksponowanie genitaliów, zawsze istnieją jakieś inne możliwości.

Pierwszą  z  nich  jest  używanie  stroju  podkreślającego  charakter  organów,  które  się  pod

nim kryją. Dla kobiet jest to noszenie spodni, szortów  lub  kostiumów  kąpielowych  o  numer

mniejszych,  niż  kazałaby  wygoda,  tak  obcisłych,  że  wciskając  się  w  szczelinę  narządu

rodnego uważnemu męskiemu oku ukazują jej kształt. Jest to wynalazek współczesności, ale

jego męski odpowiednik ma długą historię. Przez prawie dwieście lat (mniej więcej w latach

1408  do  1575)  wielu  mężczyzn  w  Europie  ukazywało  swoje  genitalia  w  całej  krasie,

aczkolwiek nie bezpośrednio, lecz za pomocą woreczka na genitalia, czyli saczka. Rozpoczął

on  swój  żywot  w  postaci  skromnej  zasłonki  tworzącej  mały  mieszek  w  kroku  niezwykle

obcisłych  spodni  albo  trykotów,  które  nosili  ówcześni  mężczyźni.  Owe  trykoty  były  tak

obcisłe, że nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do kształtu narządów, które okrywały. Z

upływem  lat  ten  szczegół  garderoby  o  charakterze  skromnego  woreczka  na  mosznę

przeobraził się w wyzywający worek na fallusa, jakby w stanie permanentnego wzwodu. Aby

to  jeszcze  uwypuklić,  saczek  bywał  często  w  innym  kolorze  niż  całość  spodni  lub  nawet

background image

ozdobiony złotem i klejnotami. W końcu rozrósł się do tego stopnia, że stał się przedmiotem

dowcipów, toteż Rabelais, opisując saczek jednego ze swoich bohaterów, napisał: „Na saczek

u pludrów zużyto siedemnaście i ćwierć łokci tejże materii, i dano mu formę jakoby kabłąka,

umocowanego  bardzo  uciesznie  dwiema  pięknymi  haftkami  ze  złota,  które  zaczepiały  się  o

dwa haczyki z emalii, w każdy zaś wprawiony był ogromny szmaragd wielkości pomarańczy.

(...) Rozporek w saczku był na półtora łokcia długi”.

W  dzisiejszych  czasach  niemodne  jest  już  tak  przesadne  demonstrowanie  członka,  ale

pewne  echa  tego  stylu  wciąż  można  jeszcze  zauważyć.  W  latach  sześćdziesiątych  i

siedemdziesiątych  młodzież  męska  znów  zaczęła  nosić  zbyt  obcisłe  „trykoty”.  Podobnie  jak

współczesna  kobieta  młodzieniec  wciska  się  w  niezwykle  obcisłe  dżinsy  i  spodenki

kąpielowe,  które  zmuszają  go  do  przemieszczenia  spoczywającego  w  nich  członka.  W

odróżnieniu  od  starszych  mężczyzn,  u  których  znajdującą  się  między  nogami  przepaść

międzypokoleniową  wypełnia  członek  luźno  zwisający  pod  zbyt  obszernymi  spodniami,

współczesny  młodzieniec paraduje z członkiem zwróconym ku górze.  Stale  utrzymywany  w

pozycji  pionowej  przez  przyjemnie  otulający  go  materiał,  zainteresowanej  nim  kobiecie

ukazuje  się  jako  łagodna,  ale  wyraźnie  widoczna  wypukłość.  Tak  więc  ubiór  młodego

mężczyzny  znów  pozwala  mu  zademonstrować  pseudoerekcję,  i,  co  może  dziwić,  podobnie

jak  wcześniejszy  saczek,  nie  spotyka  się  to  jakoś  z  nadmierną  krytyką  środowisk

purytańskich. Ciekawe, czy sam saczek powróci jeszcze kiedyś do łask i jak dalece rozwinie

się ten prąd w modzie, zanim popadnie w niełaskę jako zbyt nachalny przejaw seksualizmu.

Eksponowanie  narządów  płciowych  za  pomocą  stroju  ma  dziś  charakter  wyraźnie

egzotyczny i nie znajduje powszechnego zastosowania. Funkcję taką pełnią damskie kostiumy

kąpielowe  i  majteczki  w  okolicach  łonowych  przyozdobione  futrem  albo  też  sznurowane  w

przodzie.  Inną  formą  pośredniego  eksponowania  genitaliów,  która  nie  budząc  żadnych

zastrzeżeń,  przetrwała  przez  wieki,  jest  szkocki  sporran,  czyli  symboliczny  mieszek  na

genitalia noszony w okolicach moszny, często pokrywany futrem symbolizującym owłosienie

łonowe.

Mniej  bezpośrednim  sposobem  przekazywania  wzrokowych  sygnałów  płci  jest

posługiwanie się innymi częściami ciała jako „echem genitaliów”, czyli ich imitacją. Pozwala

to  przekazywać  podstawowe  komunikaty  seksualne  przy  całkowicie  zakrytych  genitaliach

właściwych.  Można  tego  dokonywać  na  kilka  sposobów.  By  je  lepiej  zrozumieć,  musimy

znów  przyjrzeć  się  anatomii  żeńskich  organów  płciowych.  Ze  względu  na  ich  symboliczne

znaczenie można wyróżnić otwór – pochwę – i parzyste fałdy skóry, czyli mniejsze i większe

wargi  sromowe.  Gdy  są  one  zakryte,  wtedy  każdy  inny  fragment  ciała  czy  jakikolwiek

szczegół, który w jakiś sposób je przypomina, może służyć jako „echo genitaliów” i może być

wykorzystany do sygnalizowania.

Substytutami otworu mogą więc być pępek, usta, nozdrza i uszy. Wszystkie te miejsca na

ciele  mają  w  sobie  coś  z  tabu.  Nie  wypada  publicznie  dłubać  w  nosie  czy  w  uchu  w

background image

przeciwieństwie  do  takich  czynności  jak  ocieranie  czoła  czy  przecieranie  oczu,  które

wykonywane  na  widoku  publicznym  –  nie  rażą.  Często  też  zakrywamy  usta,  jeśli  nie

welonem to w każdym razie  podczas  ziewania,  sapania  czy  śmiechu.  Pępek  stanowi  jeszcze

wyraźniejsze tabu – ostatnio często się zdarza, że usuwa się go skrzętnie z fotografii, chroniąc

nasze  oczy  przed  jego  wymownym  kształtem.  Spośród  czterech  wymienionych  otworów

chyba tylko usta i pępek są uważane za substytuty otworu genitalnego.

Usta bez wątpienia są najważniejszym z tych substytutów i podczas kontaktów miłosnych

przekazują  one  bardzo  wiele  sygnałów  pseudogenitalnych.  W  Nagiej  małpie  wyraziłem

pogląd, że unikatowy dla naszego gatunku rozwój odwiniętych warg jest być może częścią tej

samej  historii,  a  ich  mięsiste  różowe  powierzchnie  rozwinęły  się  jako  imitacja  warg

sromowych  na poziomie  biologicznym, a  nie na  poziomie  czysto  kulturowym.  Podobnie  jak

wargi  sromowe  czerwienieją  i  nabrzmiewają  pod  wpływem  podniecenia  seksualnego  i

podobnie  jak  one  otaczają  centralnie  usytuowany  otwór.  Od  zarania  historii  sygnały

przekazywane  przez  wargi  kobiece  były  wzmacniane  za  pomocą  sztucznego  barwienia.

Szminka  jest  obecnie  jednym  z  najważniejszych  wyrobów  przemysłu  kosmetycznego  i

chociaż jej kolor zmienia się zależnie od mody, zawsze w końcu wraca do jakiegoś odcienia

różu,  co  jest  repliką  czerwienienia  warg  sromowych  w  stanie  silnego  podniecenia

seksualnego. Nie jest to, rzecz jasna, świadome naśladownictwo sygnałów genitalnych; uważa

się po prostu, że jest „seksowne” czy „atrakcyjne”, i koniec.

Wargi dorosłej kobiety są zwykle nieco większe i bardziej mięsiste niż wargi mężczyzny,

co  nie  dziwi,  jeśli  zważyć  na  ich  symboliczną  rolę,  a  tę  różnicę  w  wielkości  uwypukla  się

niekiedy jeszcze, malując szminką powierzchnię większą, niż nakazywałaby linia samych ust.

To  również  imituje  powiększenie,  jakiemu  ulegają  wargi,  gdy  podczas  podniecenia

seksualnego nabrzmiewają krwią.

Wielu pisarzy  i poetów widzi w wargach  i  w  ustach  silną  strefę  erotyczną,  gdy  podczas

głębokiego pocałunku język, niczym członek, wsuwa się do ust kobiety. Wyrażano też myśl,

że  budowa  warg  kobiety  odpowiada  budowie  jej  (jeszcze  niedostępnych  dla  wzroku)

genitaliów.  Kobieta  o  mięsistych  wargach  ma  podobno  mięsiste  wargi  sromowe.  Kobieta  o

wąskich, zaciśniętych wargach ma ściśnięte i wąskie narządy płciowe. Jeśli istotnie tak bywa,

nie  jest  to  przykład  mimikry  cielesnej,  lecz  świadczy  tylko  o  tym,  że  dana  kobieta

reprezentuje jakiś określony typ somatyczny.

Pępek  nigdy  nie  wywoływał  tylu  dyskusji  co  usta,  ale  ostatnio  i  jemu  przydarzyło  się

wiele  przygód,  co  świadczy  o  tym,  że  i  on  odgrywa  ważną  rolę  jako  echo  genitaliów.  Nie

dość,  że  dawno  usunięto  go  z  fotografii,  to  jeszcze  na  mocy  „kodeksu  hollywoodzkiego”

zakazano  jego  pokazywania,  tak  że  tancerki  w  haremach  w  przedwojennych  filmach  miały

obowiązek przykrywać go jakąś ozdobą. Nikt nigdy  nie  wyjaśnił,  dlaczego  właściwie  pępek

jest  tabu,  jeśli  nie  liczyć  mało  przekonywającego  stwierdzenia,  że  eksponowanie  go  może

prowokować  dzieci  do  pytania  o  cel  jego  istnienia  i  w  ten  sposób  zmuszać  rodziców  do

background image

wyjaśniania kłopotliwych „faktów z życia”. W świecie dorosłych jest to oczywisty nonsens, a

prawdziwa  przyczyna  tkwi,  rzecz  jasna,  w  tym,  że  pępek  bardzo  przypomina  „sekretny

otwór”.  Ponieważ  tancerki  haremowe,  opuściwszy  kwefy,  wykonują  zazwyczaj  wschodni

taniec brzucha, poruszając nim w taki sposób, że ów pseudootwór ukazuje się w pełnej krasie,

a  towarzyszy  temu  sugestywne  i  seksowne  wyginanie  się  i  przeciąganie,  w  Hollywoodzie

postanowiono, że ten nieskromny szczegół anatomiczny powinno się  jakoś zamaskować. Jak

na  ironię, w drugiej połowie dwudziestego wieku, kiedy  na Zachodzie  kodeks  hollywoodzki

stracił  na  znaczeniu,  do  akcji  wkroczył  owładnięty  nowo  odkrytym  duchem  republikańskim

świat  arabski.  Egipskie  wykonawczynie  tańca  brzucha  zostały  oficjalnie  poinformowane,  że

eksponowanie  pępka  podczas  tradycyjnych  występów  folklorystycznych  jest  niemoralne  i

niestosowne.  Nowy  rząd  nalegał,  aby  wprowadzić  obowiązek  zakrywania  okolic  przepony

kawałkiem jakiegoś lekkiego materiału. Tak więc w tym czasie, gdy w Europie i w Ameryce

pępki  wywalczyły  sobie  powrót  do  kin  i  na  plażę,  w  Afryce  Północnej  te  „ślepe”  otwory

ponownie zapadły w niebyt.

Nieosłonięte pępki, od chwili gdy ponownie  pojawiły  się  w  świecie  zachodnim,  zaczęły

ulegać  dziwnej  modyfikacji.  Stopniowo  zmieniały  kształt.  Staromodne  okrągłe  otwory  z

dawnych obrazów  zaczęły  ustępować  miejsca  wydłużonym,  pionowym  szczelinom.  Badając

to  dziwne  zjawisko,  stwierdziłem,  że  współczesne  modelki  i  aktorki  w  porównaniu  z

modelkami dawniejszych artystów ukazują podłużny pępek sześciokrotnie częściej niż pępek

okrągły.  Przegląd  przypadkowo  wybranych  dwustu  obrazów  i  rzeźb  z  różnych  okresów,

przedstawiających  nagie  kobiety,  wykazał,  że  okrągłe  pępki  stanowiły  dziewięćdziesiąt  dwa

procent,  a  podłużne  jedynie  osiem  procent.  Podobna  analiza  współczesnych  modelek

przedstawionych na fotografiach i aktorek filmowych wykazuje uderzającą zmianę proporcji:

obecnie  odsetek  pępków  podłużnych  wzrósł  do  czterdziestu  sześciu.  Stało  się  tak  nie  tylko

dlatego,  że  współczesne  dziewczyny  są  znacznie  szczuplejsze,  gdyż  jakkolwiek  tłusta  i

obwisła kobieta nie  jest w stanie ukazać  zainteresowanym  podłużnego  pępka,  nie  jest  wcale

powiedziane,  że  potrafi  to  każda  szczupła.  Pępki  wysmukłych  dziewcząt  z  obrazów

Modiglianiego  są  tak  samo  okrągłe  jak  pępki  pulchnych  modelek  Renoira.  Co  więcej,  w

latach  siedemdziesiątych  naszego  wieku  dwie  młode  dziewczyny  o  podobnych  kształtach

mogą pokazywać dwa różne kształty pępków.

Nie  jest zupełnie  jasne,  jak dokonała się ta  zmiana  i  czy  była  ona  nieświadoma,  czy  też

może sprzyjali jej współcześni fotografowie. Wydaje się, że ma ona jakiś związek z subtelną

zmianą  pozycji  ciała,  którą  przybierają  modelki,  a  ta  z  kolei  –  z  intensywniejszym

wdychaniem  powietrza.  Nie  ulega  jednak  wątpliwości,  że  zmiana  kształtu  pępka  ma

zasadnicze  znaczenie.  Klasyczny  okrągły  pępek  w  swojej  symbolicznej  roli  jako  otwór

zanadto  przypomina  odbyt.  Przybierając  bardziej  owalny,  pionowo  wydłużony  kształt

szczeliny, automatycznie przyjmuje formę bardziej zbliżoną do formy narządu płciowego, na

skutek czego jego wartość jako symbolu seksualnego niepomiernie wzrasta. Chyba to właśnie

background image

dokonuje  się  w  zachodnim  świecie,  od  chwili  gdy  pępek  wyszedł  z  ukrycia  i  zaczął

funkcjonować jako wyraźny sygnał erotyczny.

Pośladki.  Od  krocza  i  jego  substytutów  przechodzimy  teraz  do  tylnej  strony  okolicy

miednicowej,  gdzie  znajdują  się  parzyste  mięsiste  półkule  o  nazwie  pośladki.  Bardziej

wydatne u kobiet niż u mężczyzn, są one charakterystyczne dla człowieka – nie występują u

innych  gatunków  naczelnych.  Gdyby  kobieta  zechciała  się  zaprezentować  mężczyźnie  w

typowej  dla  naczelnych  pozycji  wyrażającej  zaproszenie  do  kopulacji,  czyli  w  pozycji

pochylonej,  jej  genitalia  ukazałyby  się  oczom  patrzącego  tak,  jakby  były  obramowane

dwiema gładkimi półkulami ciała. To skojarzenie sprawia, że pośladki są w naszym gatunku

ważnym sygnałem seksualnym, który prawdopodobnie ma bardzo stary rodowód biologiczny.

Stanowi  on  u  ludzi  odpowiednik  „obrzmienia  seksualnego”,  występującego  u  innych

gatunków. Różnica polega na tym, że w naszym gatunku  jest ono stałe.  U  innych  gatunków

owo obrzmienie pojawia się i znika zależnie od cyklu menstruacyjnego, osiągając maksimum

podczas receptywności płciowej samicy, to znaczy w okresie owulacji. Ponieważ kobieta jest

seksualnie  receptywna  niemal  stale,  jej  „obrzmienia  seksualne”  są  w  stanie  stałego

„napompowania”. Gdy nasi dawni przodkowie zaczęli przybierać postawę pionową, narządy

płciowe  stały  się  lepiej  widoczne  od  przodu  niż  od  tyłu,  ale  pośladki  zachowały  swoje

znaczenie  seksualne.  Chociaż  sama  kopulacja  coraz  częściej  odbywała  się  w  pozycji

frontalnej, kobieta mogła wysyłać sygnały seksualne, w jakiś sposób uwydatniając szczegóły

tylnych  partii  ciała.  W  dzisiejszych  czasach,  gdy  idąca  dziewczyna  nieco  silniej  zakołysze

pośladkami,  mężczyzna odbiera to jako  silny  sygnał  erotyczny.  Podobnie  gdy  przybiera  ona

postawę, w której pośladki  „niechcący” uwypuklają się  bardziej  niż zwykle. Czasami zdarza

się zobaczyć  charakterystyczną  dla  naczelnych  pełną  prezentację,  jak  na  przykład  w  słynnej

figurze kankana. Powszechnie znane są  też  dowcipy  o  mężczyźnie  pragnącym  poklepać  czy

popieścić pośladek dziewczyny, która zupełnie niewinnie schyliła się, aby coś podnieść.

Od  najdawniejszych  czasów  znane  są  dwa  warte  skomentowania  zjawiska  związane  z

pośladkami.  Pierwsze  to  naturalny  stan  znany  jako  steatopygia,  drugie  zaś  –  sztuczne

urządzenie  o  nazwie  turniura.  Steatopygia  dosłownie  znaczy  „tłusty  tyłek”  i  odnosi  się  do

znacznie  powiększonych  rozmiarów  pośladków  u  pewnych  ludów,  takich  jak  Buszmeni  w

Ameryce  Południowej.  Niektórzy  utrzymują,  że  jest  to  zjawisko  magazynowania  tłuszczu,

analogiczne do garbu wielbłąda, ale ponieważ u kobiet występuje ono w znacznie większym

stopniu  niż u  mężczyzn,  bliższe  prawdy  wydaje  się  mniemanie,  że  chodzi  tu o  specjalizację

sygnałów seksualnych wychodzących z tej części ciała. Wydaje się, że u kobiet buszmeńskich

sygnał  ten  wykształcił  się  lepiej  niż  u  kobiet  innych  ras.  Możliwe  nawet,  że  stan  taki  był

właściwy  większości  naszych  dawnych  przodków,  ale  uległ  później  redukcji  na  rzecz

sportowego  kompromisu,  jakim  jest  mniej  wyzywający  kształt  pośladków  kobiety

współczesnej.  Z  pewnością  Buszmenów  dawniej  było  więcej  niż  obecnie  i  przed  ekspansją

murzyńską zaludniali znaczną część Ameryki.

background image

Ciekawa  jest też duża liczba prehistorycznych statuetek pochodzących z wielu  miejsc  w

Europie  i  poza  nią,  przedstawiających  kobiety  o  podobnej  budowie,  a  więc  z

nieproporcjonalnie  wielkimi  w  stosunku  do  reszty  ciała,  wystającymi  pośladkami.  Istnieją

dwa  wyjaśnienia.  Albo  kobiety  prehistoryczne  istotnie  miały  tak  wydatne  pośladki,  które

służyły im do wysyłania sygnałów seksualnych do mężczyzn, albo też dawni rzeźbiarze mieli

taką  obsesję  na  punkcie  erotycznego  oddziaływania  pośladków,  że  –  jak  współcześni  nam

karykaturzyści – pozwalali sobie na znaczny stopień swobody artystycznej. Jakkolwiek było,

prehistoryczne  pośladki  panowały  niepodzielnie.  Potem,  rzecz  dziwna,  kolejno  na  różnych

obszarach  wraz  z  pojawianiem  się  nowych  form  sztuki  statuetki  kobiet  o  wydatnych

pośladkach zaczęły znikać. Wszędzie tam, gdzie w sztuce prehistorycznej występują statuetki,

najstarsze  mają  taki  właśnie  kształt.  Z  czasem  ich  miejsce  zajmują  statuetki  kobiet

wysmukłych.  Kobiety  o  tłustych  pośladkach  musiały  być  istotnie  kiedyś  zjawiskiem

powszechnym,  a  dopiero  potem  stopniowo  wyginęły,  gdyż  inaczej  nie  dałoby  się  wyjaśnić

przyczyny  tej  szeroko  udokumentowanej  zmiany  w  sztuce  prehistorycznej.  Męskie

zainteresowanie  kobiecymi  pośladkami  trwa  nadal,  ale  poza  nielicznymi  wyjątkami,  zostały

one  zmniejszone  do  naturalnych  proporcji,  które  można  oglądać  na  dwudziestowiecznych

ekranach  kinowych.  Tancerki  z  malowideł  ściennych  starożytnego  Egiptu  bez  trudu

znalazłyby  pracę  we  współczesnym  nocnym  klubie,  a  obwód  bioder  Wenus  z  Milo,  gdyby

dziś żyła, nie wynosiłby więcej niż 95 centymetrów.

Wyjątki od tej prawidłowości są o tyle intrygujące, że w pewnym sensie są świadectwem

nawrotu  do  czasów  prehistorycznych  i  ukazują  ponowne  zainteresowanie  mężczyzny

znacznie  uwydatnionymi  tylnymi  partiami  ciała  kobiety.  Tu  przechodzimy  od  naturalnego

cielesnego zjawiska, jakim była steatopygia, do sztucznego urządzenia znanego jako turniura.

Jedno i drugie daje ten sam efekt, to znaczy wydatne powiększenie okolic pośladków, tyle że

gdy  chodzi  o  turniurę,  osiąga  się  to  za  pomocą  grubej  poduszki  lub  jakiejś  specjalnej

konstrukcji umieszczonej pod suknią. W swoich początkach turniura była rodzajem krynoliny

w  odwrocie.  Zwyczaj  wypychania  bioder  w  rejonie  miednicy  był  częsty  w  modzie

europejskiej  i  chcąc  wprowadzić  nowy  element  –  uwydatnienie  pośladków  –  wystarczyło

usnąć wkładki z przodu i z boków. Tak  więc  turniura  powstała  w  procesie  „redukcji”,  a  nie

wyolbrzymiania,  dzięki  czemu  weszła  do  ekskluzywnej  mody  bez  nieprzychylnych

komentarzy.  Z  racji  tego  sposobu  pojawienia  się,  niejako  przez  negację,  turniura  nie

wywoływała  –  oczywistych  –  skojarzeń  seksualnych.  Okrągła  wypchana  turniura  z  lat

siedemdziesiątych ubiegłego wieku zanikła po kilku latach, ale już w latach osiemdziesiątych

wróciła  triumfalnie,  i  to  w  wyolbrzymionej  formie.  Zamieniła  się  ona  wówczas  w  dużą,

sterczącą  z  tyłu  półkę,  utrzymywaną  na  swoim  miejscu  za  pomocą  konstrukcji  z  drucianej

siatki  i  stalowych  sprężyn,  na  widok  której  zareagowałby  nawet  wyczerpany  Buszmen.  Z

nastaniem  lat  dziewięćdziesiątych  zniknął  jednak  i  ten  rodzaj  turniury,  a  coraz  bardziej

wysportowana  kobieta  dwudziestego  wieku  wcale  nie  życzy  sobie  jej  powrotu.  W

background image

dzisiejszych  czasach  wyolbrzymienie  pośladków  ogranicza  się  do  rzadko  stosowanych

„sztucznych pup”, prowokujących póz oraz karykatur.

Nogi.  Kobiece  nogi  jako  nośniki  sygnałów  seksualnych  były  i  są  przedmiotem  żywego

zainteresowania  mężczyzn. Z natury  ich anatomii zewnętrzne części ud kobiecych  zawierają

większe  pokłady  tłuszczu  niż  ud  męskich.  Bywały  okresy,  kiedy  pulchna  noga  była

czynnikiem erotycznym.

Kiedy  indziej  samo  pokazanie  nogi  było  nośnikiem  sygnałów  seksualnych.  Zrozumiałe,

że  im  wyżej  odsłonięta  noga, tym  bardziej  pobudzająco  działa,  a  to  ze  względu  na  bliskość

właściwej strefy genitalnej. Wśród sztucznych środków poprawiających kształt nóg wymienić

można  „sztuczne  łydki”,  które  nosiło  się  pod  nieprzezroczystymi  pończochami,  ale  była  to

rzadkość  podobnie  jak  „sztuczne  pupy”.  Częściej  używano  pantofli  na  wysokich  obcasach,

gdyż  podniesienie  pięty  miało  poprawić  kształt  nogi,  pozornie  ją  wydłużając,  a  wydłużenie

kończyn jest elementem dojrzewania. Długie nogi to dojrzałość, a zatem seksowność.

Istniała  też  tendencja,  by  wciskać  damskie  stopy  do  nieco  przyciasnych  pantofelków;

stopa  dorosłej  kobiety  z  natury  jest  nieco  mniejsza  od  stopy  dorosłego  mężczyzny,  a

zwiększenie  tej  różnicy  sprawia,  że  damska  stopa  jako  sygnał  seksualny  dla  mężczyzny

prezentuje  się  bardziej  kobieco.  Drobna  stópka  zawsze  cieszyła  się  uznaniem  mężczyzn  i

niejedna  kobieta  cierpiała  istne  męki,  aby  uzyskać  ten  efekt.  Tradycyjną  postawę  mężczyzn

oddają  słowa  Byrona:  „stópki  drobne  jak  u  sylfidy  zwiastują  nad  sobą  kształty  jeszcze

powabniejsze”.  Taki  pogląd  na  damskie  stopy  znajduje  swoje  odzwierciedlenie  w

nieśmiertelnej  bajce  o  Kopciuszku,  która  liczy  sobie  co  najmniej  dwa  tysiące  lat.  Brzydkie

siostry  mają zbyt wielkie stopy, aby  je wcisnąć w  malutki  szklany  pantofelek.  Tylko  piękna

bohaterka o odpowiednio małych stópkach potrafi podbić serce księcia.

W  Chinach  moda  na  małe  kobiece  stópki  osiągnęła  kiedyś  takie  rozmiary,  że

deformowano stopy młodych dziewcząt na skutek bardzo ciasnego obwiązywania. Obwiązana

stopa, czyli jak ją nazywano „złocista lilia”, pięknie się prezentowała w malutkim ozdobnym

pantofelku,  ale  potem  przypominała  raczej  zniekształconą  świńską  raciczkę.  Ta  bolesna

praktyka  miała  tak  wielkie  znaczenie,  że  rozmiar  stóp  dziewczyny  stanowił  o  jej  wartości

handlowej;  wystawiając  na  pokaz  pantofelki,  określano  cenę  panny  młodej.  Współczesna

kobieta, którą „wykańczają  stopy”,  to tylko odległe  echo  tego  dawnego  zjawiska.  Oficjalnie

praktykę  „złocistych  lilii”  uzasadniano  tym,  że  dzięki  niej  każdy  mógł  stwierdzić,  iż  dana

kobieta  nie  musi  pracować  –  mając  takie  stopy  nie  jest  zdolna  do  pracy.  Ale  nie  musiał

przecież  pracować  także  jej  mąż,  chociaż  jego  stopy  rozwijały  się  bez  przeszkód.  Dlatego

bardziej  przekonuje  wyjaśnienie,  że  u  źródeł  tego  zwyczaju  leży  dążenie  do  uwydatnienia

różnic  między  płciami.  Ta  sama  zasada  rządzi  wieloma  innymi  praktykami  obyczajowymi.

Takie lub inne zniekształcenie czy wyolbrzymienie, oficjalnie podyktowane wymogami mody

lub  statusu  społecznego,  przy  głębszym  zbadaniu  odsłania  zazwyczaj  swoje  właściwe

background image

korzenie:  chęć  podkreślenia  biologicznych  cech  –  kobiecych  lub  męskich.  Dobrym

przykładem jest tu sztuczne ściskanie damskiej talii.

Pomijając szczegóły anatomiczne, nogi wysyłają sygnały seksualne przez swoje pozycje.

W  wielu  kulturach  dziewczęta  wychowuje  się  w  przekonaniu,  że  stanie  lub  siedzenie  z

rozstawionymi  nogami  jest  niestosowne.  Przybieranie  takiej  pozy  oznacza  „otwieranie”

genitaliów;  nawet  jeśli  są  one  niewidoczne,  przekaz  jest  czytelny.  Z  nadejściem  mody  na

damskie  spodnie  i  zanikiem  surowych  zasad  etykiety  poza  z  rozstawionymi  nogami

upowszechniła  się;  coraz  częściej  przybierają  ją  także  modelki  występujące  w  reklamach.

Coś,  co  dawniej  szokowało,  obecnie  co  najwyżej  prowokuje.  Mimo  wszystko  jednak

dziewczyna w spódnicy wciąż  jeszcze  przestrzega  dawnych  reguł.  Ukazywanie  przybranego

tylko  w  majteczki  krocza  dziś  też  zazwyczaj  uważane  jest  za  zbyt  wyraźny  sygnał

zapraszający.

Tradycyjnie  „grzeczna  dziewczynka”  trzyma  więc  nogi  razem,  ale  i  w  tym  nie  może

przesadzać, przyciskając je zbytnio do siebie. W ten sposób, lub gdy zakładając nogę na nogę,

silnie  zaciska  uda,  sprawia  wrażenie,  że  „stawia  opór”,  co  także  jest  swoistą  prowokacją

seksualną.  Zgodnie  z  purytańskim  rozumowaniem  dziewczyna  okazuje  w  ten  sposób,  że  jej

myśli  są  zajęte  seksem.  Istotnie  dziewczyna,  która  stara  się  przesadnie  chronić  swoje

genitalia, zwraca na siebie uwagę tak samo jak dziewczyna, która je pokazuje. Podobnie gdy

podczas  siadania  spódniczka  zadrze  się  lekko  i  odsłoni  więcej,  niżby  należało,  dziewczyna,

próbując  ją obciągnąć, podkreśla  tylko  seksualność  sytuacji.  Jedynie  unikanie  skrajności  nie

generuje sygnałów seksualnych.

U  mężczyzny  rozstawienie  nóg  ma  mniej  więcej  to  samo  znaczenie  co  u  kobiet,  gdyż  i

ono  komunikuje:  „pokazuję  ci  genitalia”.  Siedzenie  z  nogami  szeroko  rozstawionymi  jest

pozycją dominującego i pewnego siebie mężczyzny (chyba że jest zbyt otyły, by je zbliżyć).

Brzuch.  Zmierzając  teraz  ku  górze,  powyżej  strefy  genitaliów,  dochodzimy  do  brzucha,

który  może  mieć  dwa  charakterystyczne  kształty:  płaski  i  wystający.  Kochankowie  mają

zwykle brzuchy płaskie, a brzuchy wystające można najczęściej zobaczyć u niedożywionych

dzieci  i  żarłocznych  mężczyzn.  Wystający  brzuch  rzadziej  obserwuje  się  u  dorosłej  kobiety

niż  u  dorosłego  mężczyzny,  nawet  jeśli  oboje  mają  podobną  nadwagę.  A  to  dlatego,  że  u

kobiet tkanki gromadzą więcej tłuszczu w okolicach ud i bioder niż w okolicach brzucha. Gdy

mamy  do  czynienia  ze  znaczną  nadwagą,  wówczas  zarówno  kobieta  jak  mężczyzna  mogą

przybrać  taki  sam  krągły  kształt,  ale  w  sytuacjach  umiarkowanych  ta  różnica  w

rozmieszczeniu  tłuszczu  jest  dość  wyraźna.  W  średnim  i  starszym  wieku  także  wielu

przedtem  szczupłych  mężczyzn  miewa  pokaźne  i  wystające  brzuchy.  Czym  można  to

wytłumaczyć?

Niekiedy  dowcip  rysunkowy  mówi  więcej,  niż  zamierzył  czy  nawet  zrozumiał  sam

artysta. W pewnej kreskówce do brzuchatego mężczyzny w średnim wieku stojącego na plaży

zbliża się piękna, młoda dziewczyna w bikini. Gdy jest już blisko, mężczyzna spostrzega ją i

background image

zaczyna wciągać  swój  obwisły  brzuch,  a  gdy  dziewczyna  jest tuż-tuż,  jego  klatka  piersiowa

jest  już  wydęta,  a  brzuch  zupełnie  wciągnięty.  Gdy  dziewczyna  odchodzi,  brzuch  z  wolna

zaczyna się wydymać i zwisać, a kiedy dziewczyna znika w oddali, brzuch wraca do swojego

dawnego kształtu. Dowcip ten miał oczywiście zobrazować świadomą kontrolę, jaką człowiek

sprawuje  nad  swoją  sylwetką  –  i  nad  swoim  wizerunkiem  seksualnym  –  ale  ujawnia  on  też

coś,  co  u  ludzi  dzieje  się  nieświadomie  i  prawie  nieustannie  i  co  ma  związek  z

demonstrowaniem  seksualności.  Otóż  podniecenie  seksualne  lub  też  zainteresowanie  płcią

przeciwną powoduje automatyczne napięcie mięśni brzucha. Pomijając różnice indywidualne,

przejawia się to w ogólnej różnicy w kształtach ciała u młodych i starszych mężczyzn. Młodzi

mężczyźni  mają  wyższą  potencję  seksualną  i,  ogólnie  biorąc,  dostosowany  do  tego

odpowiedni  kształt  ciała.  Mają  oni  pokazowy  kształt  ciała,  typowy  dla  naszego  gatunku,  a

więc szerokie bary, dobrze rozwiniętą klatkę piersiową, wąskie biodra. Płaski brzuch stanowi

element  tej  zwężającej  się  ku  dołowi  piramidy,  jaką  jest  kształt  ciała.  Starsi  mężczyźni

miewają  raczej  obwisłe  i  przygarbione  barki,  spłaszczoną  klatkę  piersiową  i  masywniejsze

biodra. Częścią  tej  teraz  już  odwróconej  piramidy,  jaką  stanowi  wówczas  ludzkie  ciało,  jest

wydęty  brzuch. Taki kształt ciała  starszego  mężczyzny  komunikuje:  „Mam  już  za  sobą  etap

tworzenia się par”.

W  czasach  współczesnych  starsi  mężczyźni,  którzy  młodzieńczość  i  potencję  seksualną

uczynili przedmiotem kultu znamionującego wysoki status społeczny, rozpaczliwie walczą o

powstrzymanie  tego  niemal  nieuchronnego  odwracania  się  kształtów.  Stosują  więc

bezwzględne  diety,  ćwiczą,  niekiedy  noszą  obcisłe  gorsety  i  starają  się  ze  wszystkich  sił

napinać  coraz  mniej  sprawne  mięśnie  brzucha.  Wszystko  byłoby  znacznie  prostsze,  gdyby

byli  zdolni  wciąż  od  nowa  zakochiwać  się.  Romans,  którego  integralną  część  stanowią

przecież  ćwiczenia  fizyczne,  jest  dla  brzucha  równie  korzystny  jak  dieta  i  gorset.  Pod

wpływem  namiętności  mięśnie  brzucha  napinałyby  się  automatycznie  i  pozostawały  w  tym

stanie,  gdyż  przeżywając  stan  zakochania  mężczyźni  ci  w  dosłownym,  biologicznym  sensie

wracaliby  do  stanu  młodości,  a  ich  ciała  robiłyby  wszystko,  by  się  dostosować  do  ich

nastroju. Oczywiście od czasu do czasu wielu mężczyzn podejmuje wysiłki w tym kierunku,

ale proces ten musiałby  być  niemal  nieprzerwany, gdyż  inaczej  następuje trwałe odwrócenie

kształtów ciała, które nie  może  już wtedy  liczyć  na większy  sukces. Nie trzeba dodawać, że

tego rodzaju przedsięwzięcia fatalnie oddziałują na właściwą rolę biologiczną starszego pana,

której istotą jest rodzicielstwo i troska o rodzinę.

Kiedyś sytuacja była inna. Dawno, dawno temu, zanim cuda medycyny tak nienaturalnie

wydłużyły  nam  życie,  starsi  mężczyźni  na  ogół  szybko  odchodzili,  by  spocząć  w  ziemi.  Z

racji  wagi  naszego  ciała  jako  naczelnych  oraz  innych  cech  cyklu  życiowego  naturalnym

okresem życia dla mężczyzny jest nie więcej niż czterdzieści do pięćdziesięciu lat. Wszystko

ponad  to  stanowi  premię.  W  dawnych  czasach  dominujący,  podstarzały  mężczyzna

utrzymywał  swój  status  często  nie  dzięki  młodzieńczości,  lecz  władzy,  jaką  sprawował.

background image

Atrakcyjną  młodą  kobietę  kupowało  się  raczej,  niż  się  ją  zdobywało.  Tłusty  pan,  władca

haremu,  nie  musiał  dbać  o  swoje  opasłe  cielsko  ani  o  to,  że  wysyła  jakieś  antyseksualne

sygnały. Doprowadziło to do powstania w haremie tańca brzucha. Początkowo polegał on na

tym, że kobieta wykonywała ruchy kopulacyjne na spasionym i niezdolnym do czynu cielsku

pana  i  władcy.  Niezdolny  do  ruchów  kopulacyjnych  mężczyzna  musiał  uciekać  się  do

pomocy specjalnie wyszkolonych młodych kobiet, które podczas zbliżeń potrafiły  przejąć  na

siebie  rolę  mężczyzny;  kołysząc  i  potrząsając  biodrami,  wsuwały  jednocześnie  do  pochwy

nieruchomy  członek  i  doprowadzały  do  orgazmu,  który  należałoby  raczej  uznać  za  akt

rozrodczej  masturbacji.  Wymyślne  i zróżnicowane ruchy, wypracowane przez owe  kobiety  i

mające  na  celu  podniecenie  tłustych,  dominujących  mężczyzn,  stały  się  podstawą  słynnego

wschodniego tańca brzucha. Jako wizualny wstęp były one coraz bardziej wyszukane, aż stały

się  samodzielnym  pokazem,  który  można  dziś  często  oglądać  w  nocnych  klubach  i

kabaretach.

Dla  współczesnego  mężczyzny  podboje  seksualne,  które  nie  wymagają  od  niego

zachęcających  sygnałów  męskości,  ograniczają  się  do  krótkich  wizyt  u  prostytutek.  W

dłuższych  związkach  musi  on  teraz  przywiązywać  znacznie  większą  wagę  do  swojego

osobistego  powabu  seksualnego.  Pod  tym  względem  mężczyzna  wrócił  teraz  do  sytuacji

bardziej naturalnej dla człowieka, ale jednocześnie jego życie uległo sztucznemu wydłużeniu.

To  właśnie  doprowadziło  mężczyznę  do  troski  o  „młodzieńczość  i  krzepkość”,  gdyż

przekroczywszy  trzydziestkę,  nieuchronnie  zaczyna  odczuwać  spadek  swojej  wydolności

seksualnej.  Nie  byłoby  problemu,  gdyby  około  czterdziestki  czuł  już  na  sobie  tchnienie

śmierci. Odchowawszy potomstwo, mógłby spokojnie wynieść się na tamten świat. Jednakże

teraz, gdy spłodziwszy potomstwo, ma przed sobą jeszcze około pół wieku, widzi w tym  nie

lada  problem,  czego  dowodem  są  te  wszystkie  książki  o  diecie,  kuźnie  zdrowia  i  inne

akcesoria współczesnego życia.

Talia.  Tutaj  znów  wracamy  do  sygnałów  seksualnych  wysyłanych  przez  kobiety,  które

mają  węższą  niż  mężczyźni  talię,  przynajmniej  taka  się  wydaje  w  zestawieniu  z  szerokimi,

przystosowanymi do rodzenia biodrami i nabrzmiałymi zaokrąglonymi piersiami. Szczupłość

talii jest więc u kobiet ważnym sygnałem seksualnym, podatnym na sztuczne modyfikacje, o

czym  była  już  mowa.  Sygnał  ten  można  wzmocnić  bezpośrednio  lub  pośrednio  –  ściskając

talię bądź powiększając biust i biodra. Maksymalny sygnał można przekazać, stosując oba te

zabiegi  równocześnie.  Biust  można  powiększyć,  podnosząc  go  za  pomocą  obcisłego  stroju,

umieszczając  poduszeczki  czy  wreszcie  w  drodze  chirurgii  kosmetycznej.  Biodra  można

powiększać  za  pomocą  poduszek  lub  sztywnych  strojów  okrągłych  fasonach.  Objętość  talii

można zmniejszać, stosując obcisłe sznurowanie lub nosząc pasek.

Damskie  gorsety  mają  długą  i  nie  zawsze  szczęśliwą  historię.  W  dawnych  czasach

bywały  one  nieraz  tak  ścisłe,  że  nadwerężały  żebra  i  szkodziły  rozwojowi  płuc  młodej

dziewczyny,  uniemożliwiając  prawidłowe  oddychanie.  W  późnym  okresie  wiktoriańskim  za

background image

atrakcyjną  uważano  taką  dziewczynę,  której  obwód talii  w  calach  był  równy  jej  wiekowi  w

latach.  Aby  osiągnąć  ten  cel,  wiele  młodych  dam  zmuszonych  było  spać  w  ciasno

zasznurowanych gorsetach, które trzeba też było nosić w ciągu dnia. W okresach gdy modne

bywały  krynoliny,  możliwe  było  znaczne  rozluźnienie  wymagań  wobec  talii,  gdyż  w

zestawieniu  z  biodrami,  które  w  tych  spódnicach  wydawały  się  ogromne,  każda  talia

wyglądała na wąską.

W  dwudziestym  wieku  talie  już  rzadziej  zwężano  za  pomocą  gorsetów,  z  których  z

czasem całkowicie się wyswobodzono, polegając na ścisłej diecie jako środku na „zwężanie”

talii.  Obwód  talii  przeciętnej  kobiety  brytyjskiej  wynosi  obecnie  około  70  centymetrów.

Modelka Twiggy, typowa dziewczyna z Playboya, i każda miss świata mają w talii nie więcej

niż 60 centymetrów. Współczesne zawodniczki, stawiające swoim ciałom męskie wymagania,

miewają talie o obwodzie niewiele przekraczającym 70 centymetrów.

Cyfry te nabierają większego znaczenia, gdy odniesie się je do rozmiarów biustu i bioder,

ukazując w ten sposób „wcięcie w talii”, które jest głównym nośnikiem sygnału związanego z

kobiecym kształtem. Okazuje się teraz, że Twiggy (73-60-82) i miss świata (90-60-90) różnią

się od siebie, a sygnał wysyłany za pomocą talii przez tę ostatnią jest znacznie silniejszy.

W związku z talią należy wspomnieć o jeszcze jednym czynniku. Wcięcie można oceniać

albo  w  porównaniu  do  góry,  albo  do  dołu,  i  może  ono  być  różne.  Miss  świata  jest  pod  tym

względem doskonale harmonijna, zarówno bowiem różnica między talią a biustem, jak i talią

a  biodrami  wynosi  u  niej  30  centymetrów.  Jednak  przeciętna  kobieta  brytyjska  (92,5-69,5-

97,5) bardziej zwęża się od bioder do talii niż od biustu do talii. Fakt, że jej biodra są o pięć

centymetrów szersze niż biust, daje jej coś, co określa się jako pięciocentymetrowy „uskok”.

Jest to cecha charakterystyczna dla przeciętnej kobiety także w  innych krajach Zachodu. We

Włoszech wynosi on także pięć centymetrów, w Niemczech i w Szwajcarii – 6, a w Szwecji i

we Francji – 7,8 centymetra.

Cyfry  te  w  znaczny  i  istotny  sposób  różnią  się  od  cyfr  przypisywanych  dziewczynie  z

Playboya,  które  zwykle  wynoszą  92,5-60-87,5.  Innymi  słowy,  mamy  tu  nie  „uskok”,  lecz

pięciocentymetrowe  „wzniesienie”.  Używane  wobec  takiej  dziewczyny  określenie  „cycata”

mówi  nie tyle o tym,  że  ma  ona  obfitszy  biust  –  bo rozmiar  jej  biustu  jest  identyczny  jak  u

przeciętnej  kobiety  brytyjskiej  –  ile  o  tym,  że  ma  o  dziesięć  centymetrów  węższe  talię  i

biodra,  dzięki  czemu  biust  przyciąga  uwagę.  Nie  jest  łatwo  znaleźć  tak  niezwykłą  kobietę.

Ponieważ dla potrzeb  magazynów  ilustrowanych dziewczyna  musi  być  fotografowana  nago,

jest  to  problem  czysto  biologiczny  i  nie  pomogą  tu  żadne  sztuczki.  Aby  zająć  się  tym

dokładniej, pozostawmy teraz talię i skupmy uwagę na rejonie klatki piersiowej.

Piersi. Dorosła kobieta reprezentująca gatunek ludzki jako posiadaczka pary wypukłych,

półkulistych  gruczołów  piersiowych  stanowi  wyjątek  wśród  naczelnych.  Jej  piersi  nie  są,

rzecz jasna, tylko organem karmienia, gdyż sterczą i pozostają  nabrzmiałe nawet wtedy, gdy

nie  wytwarzają  mleka.  Pod  względem  kształtu  są  one  jeszcze  jedną  imitacją  podstawowej

background image

strefy  płciowej,  innymi  słowy  –  wytworzoną  przez  naturę  kopią  półkolistych  pośladków.

Dzięki temu kobieta stojąca w charakterystycznej dla  ludzi pozycji wyprostowanej, z twarzą

zwróconą ku mężczyźnie, może mu wysyłać silny sygnał seksualny.

Istnieją jeszcze dwa inne echa podstawowego kształtu pośladków, jako sygnał nie są one

jednak tak silne jak piersi. Jednym z nich jest gładkie, zaokrąglone kobiece ramię, które gdy

się je lekko odsłoni ściągnąwszy w dół sweterek lub bluzkę, prezentuje się  jako zaokrąglony

półkolisty kształt. W okresach mody na suknie z głębokim dekoltem jest to często stosowany

instrument  erotyczny.  Drugie  to  gładkie,  krągłe  kobiece  kolano.  Przy  zgiętych  i  złączonych

nogach kolana jawią się oczom mężczyzny jako kolejna para półkul. Często wymienia  się  je

w kontekstach erotycznych. Podobnie jak ramiona – wywierają one największe wrażenie, gdy

są  tylko  częściowo  odkryte.  Gdy  spódnica  jest  tak  krótka,  że  widoczna  jest  cała  noga,

wrażenie  jest słabsze, wtedy  bowiem kolana stanowią tylko  okrągłe  zakończenia  ud,  nie  zaś

samodzielne półkule. Jako echo pośladków są one jednak dużo słabsze; największe wrażenie

wywierają piersi.

Jest  zasadnicza  różnica  między  dziecięcymi  reakcjami  na  kobiece  piersi  i  reakcjami

seksualnymi  ludzi  dorosłych.  Większość  mężczyzn  interesuje  się  piersiami  ze  względów

czysto  seksualnych.  Niektórzy  teoretycy  uważają  jednak,  że  jest  inaczej,  że  takie

zainteresowanie świadczy o infantylizmie. Oba te poglądy są  jednostronne,  ponieważ  ważne

są  oba  te  czynniki.  Mężczyzna  całujący  sutek  kochanki  być  może  nie  całuje

pseudopośladków, lecz raczej wraca w ten sposób do rozkoszy niemowlęctwa, ale zakochany

mężczyzna,  który  wpatruje  się  w  kobiece  piersi  albo  je  pieści,  może  też  reagować  w

pierwszym  rzędzie  na  ich  półkolisty,  przypominający  pośladki  kształt,  nie  zaś  odnawiać

doznania  płynące  z  dotykania  piersi  matki  w  okresie  niemowlęctwa.  Dla  małej  rączki

niemowlęcia  pierś  matki  jest  zbyt  wielka,  by  mogło  ją  objąć  lub  ścisnąć,  ale  dla  ręki

dorosłego ma ona odpowiedni krągły kształt, w zadziwiający  sposób przypominający kształt

pośladka. Podobnie od strony wizualnej – dwie piersi bardziej przypominają dwa pośladki niż

jakiś niewyraźny kształt, który widzi z bliskiej odległości karmione piersią niemowlę.

Seksualizm  kobiecych  piersi  ma  więc  dla  naszego  gatunku  pierwszorzędne  znaczenie  i

chociaż  nie  wyczerpuje  sprawy,  w  znacznej  mierze  wyjaśnia  nieustanne  zaabsorbowanie

kobiecym  biustem panujące w społeczeństwie. Dlatego właśnie angielscy  purytanie  uważali,

że  należy  spłaszczać  piersi  za  pomocą  staników.  W  siedemnastowiecznej  Hiszpanii

zastosowano  jeszcze  drastyczniejsze  środki  –  młodym  dziewczętom  przytwierdzano  do

rozwijających  się  piersi  ołowiane  płytki  mające  zapobiec  dalszemu  ich  wzrostowi.  Takie

postępowanie  nie  oznacza,  rzecz  jasna,  braku  zainteresowania  kobiecymi  piersiami;  wręcz

przeciwnie  –  jest  to  raczej  przyznanie,  że  ten  rejon  generuje  sygnały  seksualne  i  że  ze

względów kulturowych należy je stłumić.

Daleko bardziej rozpowszechnione i częstsze były rozmaite sposoby uwydatniania piersi.

Uwydatnianie  prawie  zawsze  polegało  nie  tyle  na  ich  powiększaniu,  ile  na  podnoszeniu.

background image

Innymi  słowy,  chodziło  o  podkreślenie  ich  półkolistego  kształtu  celem  większego

upodobnienia do pośladków. Piersi podciąga się za pomocą obcisłych sukni, które nadają  im

bardziej  wypukły  wygląd,  albo  też  zbliża  się  do  siebie,  aby  upodobnić  wgłębienie  między

nimi  do  wgłębienia  między  pośladkami,  wreszcie  ujmuje  się  je  ściśle  w  biustonosz,  aby

sterczały, a nie obwisały. Bywało, że do sprawy tej przywiązywano jeszcze większą wagę. Na

przykład  starożytny  indyjski  podręcznik  sztuki  miłości  pouczał,  że  „stałe  stosowanie

antymonu  i  wody  ryżowej  tak  powiększy  i  uwypukli  piersi  młodej  dziewczyny,  że  jak

złodziej kradnie złoto, tak ona ukradnie serce miłośnika”.

W  niektórych  kulturach  pierwotnych  uznaniem  cieszą  się  jednak  piersi  obwisłe  i

opadające,  a  młode  dziewczyny  zachęca  się  do  pociągania  ich  ku  dołowi,  aby  przyśpieszyć

takie  ich  ukierunkowanie.  Również  w  bliższych  nam  okolicach  kobiety  o  małych,  a  nawet

zupełnie  płaskich  piersiach,  mają  swoich  gorących  zwolenników.  Te  wyjątki  od  ogólnej

zasady  domagają  się  jakiegoś  wyjaśnienia.  Antropolog  społeczny  poprzestałby  zapewne  na

przypisaniu  ich  „różnicom  kulturowym”.  Stwierdziłby,  że  każda  kultura  i  każdy  okres  mają

własne kryteria piękna i właściwie wszystko jest dopuszczalne, jeśli  zostanie zaakceptowane

przez  plemię  lub  społeczeństwo.  Nie  istnieje  tu  żaden  biologiczny  temat  z  wariacjami,  lecz

raczej  szeroki  wachlarz  równorzędnych  możliwości,  z  których  każdą  należy  oceniać,

uwzględniając jej własne zalety. Ale taki pogląd rodzi od razu zasadnicze pytanie, dlaczego u

ludzkiego  zwierzęcia,  zarówno  u  mężczyzny  jak  u  kobiety,  ewolucyjnie  wytworzyło  się  tak

wiele  różnych  i  charakterystycznych  dla  całego  gatunku  szczegółów  w  budowie  ciała.

Typowa  kobieta  ma  przecież  wypukłe  piersi,  które  nie  występują  u  mężczyzny,  i  przecież

pokazuje je swojemu potomstwu zarówno w okresie karmienia  jak poza nim, podczas gdy u

pozostałych gatunków ta rzucająca się w oczy cecha nie występuje. Piersi  stanowią więc dla

Homo  sapiens  podstawowy  temat  biologiczny,  a  wszelkie  wariacje,  czyli  różnice,  są

postrzegane jako odstępstwo od normy i wymagają specjalnych wyjaśnień, a nie traktowania

ich  jako  równorzędnych  odmian  kulturowych,  które  można  objaśnić  „obyczajem

plemiennym”.

Zrozumienie  tych  wyjątków  ułatwi  nam  spojrzenie  na  „cykl  życiowy”  typowej  piersi

kobiecej. U dziecka jest ona jedynie brodawką sutkową na płaskiej klatce piersiowej. Później,

podczas  pokwitania,  brodawka  sutkowa  nabrzmiewa  do  rozmiarów  pączka.  W  tej  fazie

wypukłości są ukierunkowane prosto ku przodowi. W miarę wzrostu i przybierania na wadze

zaczynają  one  ciążyć  ku  dołowi,  a  ich  dolna  część  staje  się  bardziej  zaokrąglona  niż  górna.

Jednak sutki wciąż  jeszcze wystają ku przodowi. Jest to stan  charakterystyczny  dla  późnego

okresu  dojrzewania.  Następnie,  gdy  dziewczyna  osiąga  dwudziesty  rok  życia,  a  jej  piersi

wciąż  rosną,  z  wolna  zaczynają  się  one  zwracać  ku  dołowi,  aż  w  wieku  średnim  kobieta  o

pełnych piersiach, aby zapobiec widocznemu już wtedy  ich obwisaniu,  musi stosować jakieś

środki  podtrzymujące.  Istnieją  więc  tu  trzy  podstawowe  stadia:  małe  u  niedojrzałej

dziewczynki, wyraźne i wystające u młodej dorosłej kobiety i obwisłe u kobiety starszej.

background image

W  tym  świetle  różnice  kulturowe  nabierają  więcej  sensu.  Jeśli  z  jakiegoś  powodu

zaledwie  dojrzewające  dziewczyny  uważa  się  za  seksualnie  bardziej  atrakcyjne  –  bardziej

ceni  się  piersi  małe.  Gdy  preferuje  się  kobiety  starsze  –  modne  stają  się  piersi  obwisłe.

Większość  preferuje  stadium  pośrednie,  gdyż  reprezentuje  ono  prawdziwą  fazę  pierwszej

aktywności  seksualnej  kobiety.  Kobiety  słabiej  rozwinięte  fizycznie  naśladują  stan  piersi

rozwiniętych,  a  więc  wyraźnie  wystających,  za  pomocą  poduszeczek,  natomiast  kobiety

starsze,  pragnące  stworzyć  wrażenie  pierwszej  świeżości  płciowej,  zastosują  sztuczne

sposoby służące podniesieniu piersi.

Preferowanie  pozornie  niedojrzałych  dziewcząt  można  tłumaczyć  w  różnoraki  sposób.

Mężczyźnie żyjącemu w represyjnej w sferze seksu kulturze purytańskiej  spłaszczenie piersi

kobiecych  pomaga  stłumić  silny  popęd  seksualny.  Dla  mężczyzny  mającego  skłonności  do

roli  „ojca”  wobec  swojej  kobiety  jako  „córki”  atrakcyjne  będą  dziewczęce  małe  piersi.  Dla

utajonego  homoseksualisty  małe  piersi  będą  bardzo  pociągające,  gdyż  nadają  kobiecie

chłopięcy  wygląd.  W  społeczeństwach,  w  których  rola  kobiety  jako  matki  jest  kulturowo

ważniejsza  niż  jej  rola  seksualna,  bardziej  pociągające,  nawet  u  młodych  dziewcząt,  będą

piersi obwisłe. Muszą więc one „postarzać” swoje piersi, obciągając je ku dołowi.

Dla  większości  mężczyzn  najbardziej  pociągające  są  jednak  takie  piersi,  które  jako

półkule  osiągnęły  najwyższy  stopień  uwypuklenia,  a  nie  stały  się  jeszcze  tak  wielkie,  że

zaczynają  opadać  ku  dołowi.  Wyjaśnia  to,  na  czym  polega  problem  fotografa  z  Playboya,

mianowicie  na  tym,  że  jedna  cecha  (większy  wymiar)  zagraża  drugiej  (wypukłości

skierowanej  do  przodu).  By  sfotografować  superpiersi,  fotograf  musi  znaleźć  rzadki  okaz

dziewczyny,  która  zachowała  jędrność  piersi,  gdy  urosły  już  one  do  normalnych  rozmiarów

piersi dojrzałej kobiety. Ciekawe, że ogranicza go to do wąskiego zakresu  wieku,  jakim  jest

późny  okres  dojrzewania.  Jest  to  oczywiście  najbardziej  istotny  moment  w  cyklu

rozwojowym  tego  typu  sygnalizowania  seksualnego  i  dlatego  stadium  to  usiłują  sztucznie

przedłużyć  i  naśladować  kobiety  starsze,  posługując  się  rozmaitymi  technikami

podtrzymywania piersi.

Efekt superpiersi ulega pośredniemu wzmocnieniu u dziewcząt o niewielkich wymiarach

talii  i  bioder.  Tu  wracamy  do  problemu  ogólnych  zmian,  które  z  wiekiem  zachodzą  w

budowie ciała kobiety. Testy wykazały, że co każde pięć lat waga przeciętnej kobiety wzrasta

o  około  półtora  kilograma.  Niewielki  udział  mają  w  tym  piersi,  które  z  upływem  lat  coraz

bardziej obwisają. Nieproporcjonalnie dużo dostaje się natomiast biodrom  i udom, co nadaje

kobietom  w  średnim  wieku  charakterystyczny  „biodrzasty”  wygląd.  Tak  tworzy  się

wspomniany  wcześniej  „uskok”  –  nieco  większy  rozmiar  bioder  niż  biustu.  W  niektórych

częściach  świata,  zwłaszcza  w  krajach  śródziemnomorskich,  u  kobiet,  które  ukończyły

dwudziesty  rok  życia,  zmiana  ta  zachodzi  w  niezwykłym  tempie.  Niemal  z  dnia  na  dzień

szczupłe  i  wysmukłe  dziewczęta,  na  skutek  tycia  w  okolicach  miednicy,  zamieniają  się  w

typowe  podstarzałe  „matrony”.  W  innych  rejonach  zmiana  ta  dokonuje  się  łagodniej,  ale

background image

ogólna  tendencja  jest  ta  sama.  Dopiero  w  starszym  wieku,  gdy  ciało  zaczyna  się  kurczyć,

tendencja ta ulega odwróceniu.

Dla  wielu  zachodnich  kobiet,  pragnących  zachować  młodzieńczy  wygląd,  naturalna

skłonność  biologiczna  naszego  gatunku  stanowi  trudne  wyzwanie  i  wymaga  poddania  się

katuszom  systematycznej  diety.  Kobiety  te  nie  walczą  tylko  z  obżarstwem,  one  walczą  z

naturą. Nie chodzi o to, że muszą po prostu jeść „normalnie”, ale jeśli  mają zachować swoja

dziewczęcą sylwetkę, muszą z całą premedytacją  jeść za  mało. Sytuacja  nie zawsze była tak

drastyczna  jak  dziś.  W  przeszłości  pulchne  i  krągłe  kształty  kobiece  pod  względem

seksualizmu  cieszyły  się  wielkim  uznaniem.  Obfite  krzywizny  nie  mają  w  sobie  nic

niekobiecego.  Jednak  z  pewnością  sygnalizują  one  fazę  macierzyństwa,  a  nie  dziewictwa,

podczas gdy nowoczesna kobieta, pod wpływem powszechnego dziś kultu młodości, cieleśnie

pragnie pozostać dziewicą, nawet gdy prowadzi życie płciowe i rodzi dzieci.

To  że  pulchne  kształty  dorosłej  kobiety  są  zasadniczo  związane  z  okresem

macierzyństwa, a nie z okresem zalotów w życiu człowieka, znajduje potwierdzenie w fakcie,

że  gdy  mężatka  z  dzieckiem  przybiera  na  wadze  nieco  ponad  trzy  kilogramy,  kobieta

niezamężna  przybiera  tylko  niespełna  kilogram.  Morał  stąd  taki,  że  jeśli  kobieta  pragnie

zachować  dziewczęce  kształty,  powinna  też  zachować  dziewczęcy  status.  Jako  niezamężna,

bez  względu  na  wiek,  z  biologicznego  punktu  widzenia,  stale  wystawia  się  na  pokaz

ewentualnemu mężowi i dlatego zachowuje stosowne w tej sytuacji kształty. Gdy już wyjdzie

za  mąż,  przybiera  „wygodniejsze”  kształty  macierzyńskie  i  jej  sylwetka  zaczyna

sygnalizować ten nowy stan.

Chociaż wiele  współczesnych  kobiet  traktuje  tę tendencję  jako  przykrą  przypadłość,  ma

ona  tak  szeroki  zasięg,  że  trudno  uznać  ją  za  przypadek.  Musi  posiadać  jakąś  wartość  w

pojęciu  biologicznym.  Jako  jedną  z  przyczyn  podaje  się  często to,  że  pulchnym  kobietom  o

szerokich  biodrach  łatwiej  przychodzi  rodzić  dzieci,  ale  raczej  nie  ma  na  to  dostatecznych

dowodów, zwłaszcza że o wymiarach bioder decyduje nie tyle szerszy rozstęp między kośćmi

otaczającymi kanał rodny, co grube warstwy tłuszczu. (Ciało przeciętnej kobiety  zawiera  28

procent  tłuszczu,  a  przeciętnego  mężczyzny  15  procent).  Istnieje  inne,  bardziej  logiczne

wyjaśnienie,  mające  odniesienia  do  seksu.  Mężczyznom  bardziej  się  podoba  dziewczyna  o

wysmukłych  kształtach,  przyjemniej  jest  na  nią  popatrzeć,  przyjemniej  jej  dotknąć  i

pocałować,  a  wreszcie  łatwiej  się  w  niej  zakochać.  Z  niewiastą  o  pełniejszych  i  bardziej

kobiecych kształtach współżyją oni przez całe lata. Może chodzi tu więc o to, że idealny dla

oka kształt zamienia się w kształt idealny dla dotyku, a „tańcząca gazela” staje się „poduszką

rozkoszy”.  Taka  zmiana  z  pewnością  wyjaśniałaby  różnice  między  przeznaczoną  do

oglądania,  nie  zaś  do  dotykania,  chudą  modelką  a  korpulentną  kobietą,  którą  można

obejmować  i  ściskać  i  która  wykonała  już  swoje  biologiczne  zadanie,  jakim  jest

przyciągnięcie dorosłego mężczyzny i związanie się z nim.

background image

Mowa tu,  rzecz  jasna,  o  przypadkach  skrajnych.  Przeciętna  dziewczyna  nie  ma  ciała  aż

tak kościstego, aby zbliżenie z nią nie sprawiało przyjemności, przeciętna kobieta zaś nie jest

tak  gruba,  by  miała  być  nieprzyjemna  dla  oka.  Zmiana  jest  nieznaczna  i  oba  stadia  mogą

zadowolić zarówno w pod względem wzrokowym  jak  dotykowym.  Inna  natomiast  rzecz,  że

nowoczesne  społeczeństwo  przyswoiło  sobie  romantyczny  mit  o  wiecznej  miłości

rozmarzonych  młodych  kochanków,  przebiegającej  z  intensywnością  właściwą  stadium

tworzenia się par, i uznało go za obowiązujący wiele lat po utworzeniu związku pary. Zamiast

pogodzić się z tym, że stadium „zakochania się” musi nieuchronnie dojrzeć i przerodzić się w

stan  głębokiej,  aczkolwiek,  nie  tak  namiętnej  „miłości”,  para  małżeńska  stara  się

podtrzymywać zapierające dech w piersiach uniesienia ich pierwszych kontaktów i zachować

te  same  sylwetki  ciała.  Gdy  zgodnie  z  naturalną  koleją  rzeczy  małżonkowie  zaczynają

dostrzegać  osłabienie  początkowej  intensywności,  wyobrażają  sobie,  że  coś  się  popsuło,  i

czują się rozczarowani. Historycznie winą za ten stan rzeczy można w dużej mierze obciążyć

wczesne filmy hollywoodzkie.

Skóra.  We  wszystkich  kulturach  i  u  obojga  płci  gładka,  czysta  i  zdrowa  skóra  ma  duże

znaczenie  jako  czynnik  seksualizmu.  Zmarszczki,  brud  i  choroby  skóry  zawsze  działają  jak

antybodziec.  (Nie  odnosi  się  to  do  celowo  wykonanych  blizn  lub  tatuaży,  które  w  różnych

kulturach raczej dodają powabu).

Skóra kobieca na całym ciele jest mniej owłosiona niż skóra mężczyzny i dlatego kobieta

nie tylko usiłuje jeszcze zwiększyć jej gładkość za pomocą olejków, płynów kosmetycznych i

masaży,  ale  też  dodatkowo  stosuje  wszelkiego  rodzaju  depilacje,  by  uwypuklić  jeszcze

różnice płciowe. Depilację stosuje się w różnych kulturach od tysięcy lat. Praktykowały ją nie

tylko  niektóre  plemiona  „prymitywne”,  ale  także  zwłaszcza  starożytni  Grecy,  u  których

kobiety  posuwały  się  aż  do  usuwania  także  dużej  części  owłosienia  łonowego,  albo

wyszarpując  włosy  ręcznie  –  „wiązki  mirty  wyrywane  rączką”,  by  zacytować  jednego  z

klasyków – albo też wypalając je płonącą lampą lub gorącym popiołem.

Dziś  kobiety  usuwają  sobie  włosy  maszynkami  elektrycznymi  lub  żyletkami,  a  ostatnio

także  środkami  chemicznymi.  Specjaliści  w  dziedzinie  kosmetyki  twierdzą,  że  80  procent

kobiet  brytyjskich  ma  na  swoim  ciele  „niechciane”  owłosienie,  które,  choć  rzadsze  i

delikatniejsze niż owłosienie męskie, dolega im jako nieco nazbyt widoczna cecha męskości.

Poza goleniem się i stosowaniem kremów przeciw nadmiernemu owłosieniu, a także różnych

płynów  kosmetycznych  i  preparatów  w  aerozolu,  kosmetycy  proponują  kilka  innych

możliwości:  woskowanie,  ścieranie,  wyskubywanie  i  elektroliza.  Woskowanie  polega  na

pokrywaniu  skóry  rozgrzanym  do  odpowiedniej  temperatury  woskiem  i,  gdy  stwardnieje,

odrywaniu go wraz z tkwiącymi w nim włoskami. Jest to zasadniczo ten sam sposób, który od

najdawniejszych  czasów  stosowały  kobiety  arabskie,  z  tym  że  wówczas  używano  gęstego

syropu z wody i cukru z dodatkiem soku cytrynowego. Syrop wylewano na owłosioną skórę i,

gdy stwardniał, odrywano.

background image

Na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne, że współcześni mężczyźni, z których wielu musi

codziennie walczyć z zarostem na twarzy, nigdy nie zaryzykowali próby zastosowania czegoś

innego  niż  tradycyjne  golenie  się.  Przy  bliższym  wejrzeniu  można  w  tym  jednak  dostrzec

pewien  ukryty  czynnik.  Nie  jest  to  tchórzostwo  czy  brak  inicjatywy,  ale  skutek

paradoksalnego  pragnienia,  aby  nawet  nie  mając  brody,  wyglądać  jak  mężczyzna  brodaty.

Golenie  zawsze  pozostawia  na  dolnej  szczęce  bardzo  męsko  wyglądający  sinawy  połysk,

jakiś cień brody, zdradzający jej niedawną obecność. Gdyby za pomocą jakiejś nowej techniki

można  było  pozbyć  się  na  zawsze  męskiej  brody,  zniknąłby  również  ów  sinawy  połysk,  a

potraktowana  w  ten  sposób  twarz  mogłaby  robić  wrażenie  zniewieściałej.  Tymczasem

przeciętny,  gładko  wygolony  mężczyzna  spędza  sporo  ponad  dwa  tysiące  godzin  życia  na

oskrobywaniu i tarciu twarzy, co jest dość wysoką ceną za tak wątpliwy sygnał.

Podczas  stadiów  intensywnej  aktywności  przedkopulacyjnej  i  kopulacyjnej  faktura  całej

skóry  na  ciele  zarówno  mężczyzny,  jak  i  kobiety  podlega  znacznej  zmianie.  Wydziela  ona

ciepło,  a  orgazmowi  może  towarzyszyć  obfite  pocenie  się.  Na  fotografiach  erotycznych

modele  i  modelki  demonstrują  ten  stan  jako  sygnał  wizualny.  Dla  uzyskania  większego

połysku  skórę  naciera  się  wówczas  oliwą  lub  innym  tłuszczem  albo  też  polewa  wodą,  by

stworzyć wrażenie obfitego pocenia się.  Woda nie ma  jednak nasuwać  myśli o prawdziwym

poceniu  się.  Woda  pozostaje  wodą,  na  dowód  czego  model  czy  modelka  pokazywani  są  w

trakcie  wychodzenia  z  basenu  czy  z  kąpieli.  Pokazanie  rzeczywiście  spoconej  skóry  byłoby

środkiem  zbyt  bezpośrednim.  Natomiast  wilgotna  powierzchnia  skóry  działa  na  zasadzie

podświadomego skojarzenia. To samo można powiedzieć o zwyczaju stosowania intensywnej

czerwieni  na  kolorowych  obrazkach.  Nadaje  ona  skórze  dziewczyny  zdrowy  wygląd,

przydając jej erotyzmu, co pozwala przypuszczać, że jest ona podniecona seksualnie. Sposób

ten  znajduje  częste  zastosowanie  w  wielu  ilustrowanych  magazynach.  Redakcyjne

wymagania,  aby  „dodać  czerwieni”,  nie  idą  jednak  tak  daleko,  by  czytelnik  mógł  sobie

uzmysłowić, o co tu naprawdę chodzi.

Ostatnio na rynku ukazały się też przeznaczone do bardziej prywatnego użytku produkty

sztucznie  wywołujące  erotyczny  połysk  skóry.  Kochankowie  mogą  teraz  pokryć  sobie  ciało

rozmaitymi dziwnymi substancjami, które sprawią, że wyglądają oni (i czują się), jakby pocili

się obficie, nim jeszcze podejmą grę miłosną. Na przykład, „pianka miłości”, sprzedawana w

pojemnikach  z  aerozolem,  po  rozpyleniu  wygląda  jak  krem  do  golenia,  ale  według

producentów wtarta w skórę przydaje ciału „magicznego blasku”. Dla osób o jeszcze bardziej

wyszukanym  guście  istnieje  preparat  o  przemawiającej  do  wyobraźni  nazwie  „orgiastyczne

masło”.  Ta  „luksusowa  wazelina”  reklamowana  jest  w  następujący  sposób:  „Aktywny

preparat  do  wcierania  w  ciało,  które  rozgrzane  do  czerwoności...  uzyskuje  delikatną  i

wilgotną zmysłowość. Preparat należy wcierać w skórę dla nadania jej połysku”. Także tutaj

pojawiają  się  dobrze  widoczne  sygnały  podniecenia  –  czerwień,  wilgotność,  połysk  –

background image

imitujące rozszerzanie  naczyń  i pocenie się skóry, charakterystyczne  dla  stanu  prawdziwego

podniecenia.

Ramiona  i  barki.  Wspomniałem  już  o  krągłości  kobiecych  ramion,  ale  na  uwagę

zasługują  też  większe  od  nich  ramiona  męskie.  Szerokość  w  ramionach  staje  się  ważną

wtórną  cechą  płciową,  której  rozwój  zaczyna  się  w  okresie  pokwitania.  Ramiona

dojrzewającego  chłopca  ulegają  poszerzeniu  w  większym  stopniu  niż  ramiona  dziewczyny,

tak że mężczyzna przed osiągnięciem stadium wczesnej dorosłości jest zdecydowanie szerszy

w ramionach niż jego towarzyszka. Jak inne różnice w sylwetce ciała, także tę uwydatnia się

sztucznie  różnymi  sposobami.  W  historii  mody  ciągle  obecne  są  ubiory  męskie  ze  sztywno

wyłożonymi  ramionami,  dzięki  czemu  ramiona  jako  sygnał  męskości  wydają  się  większe.

Wyrazem skrajności stały się epolety wojskowe, dzięki którym ramiona wydają się nie tylko

szersze,  ale  też  bardziej  kanciaste  i  jako  takie  stanowią  podwójny  kontrast  z  węższymi  i

okrąglejszymi ramionami kobiet, całkowicie tracąc przy tym wizualną cechę półkolistości.

Szczęka.  W  rejonie  głowy  istnieje  kilka  ważnych  różnic  płciowych,  a  pierwsza  z  nich

dotyczy  szczęki  i  podbródka.  Przeciętny  mężczyzna  ma  nieco  masywniejszą  szczękę  i

podbródek  niż  przeciętna  kobieta.  Rzadko  się  o  tym  mówi,  chociaż  jest  to  wciąż  jeszcze

jedyna  pewna  wskazówka  zdradzająca  płeć  skądinąd  znakomicie  przebranego  transwestyty

męskiego  lub  mężczyzny  podszywającego  się  pod  kobietę.  Mężczyźni  tacy  mogą  zmienić

kontury  ciała,  dokonać  depilacji  wszystkich  odkrytych  fragmentów  skóry,  pokryć  twarz

grubym makijażem, stworzyć sobie sztuczne piersi za pomocą implantów z silikonu i w ogóle

nadać  sobie  tak  pociągający  kobiecy  wygląd,  że  niejeden  marynarz  w  obcym  porcie  zbyt

późno  się  orientuje,  że  „damska”  prostytutka,  z  którą  zawarł  transakcję,  to  nie  „ona”,  lecz

„on”.  Ale  nawet  najlepszy  transwestyta  niczego  nie  może  zrobić  ze  swoją  szczęką  i

podbródkiem  –  jeśli  nie  liczyć  poważnej  operacji  chirurgicznej.  Jeśli  tylko  nie  ma

przypadkiem  wyjątkowo  małej  szczęki  jak  na  mężczyznę,  wygląd  jego  masywnego

podbródka zawsze go zdradzi przed okiem uważnego obserwatora.

U  mężczyzn  niektórych  ras,  zwłaszcza  na  Dalekim  Wschodzie,  masywność  szczęki  i

podbródka  nie  jest  tak  wyrazista,  a  przedstawiciele  tych  ras  –  co  ważne  –  mają  mniejszy

zarost na brodzie. Wydaje się, że między tymi cechami istnieje jakiś związek. Wysuwanie do

przodu  dolnej  szczęki  jest  u  obu  płci  przejawem  agresji  –  ruchem  intencjonalnym

zwiastującym  pchnięcie  i  atak.  Jest  to  przeciwieństwo  potulnego  schylenia  głowy,  jakie

towarzyszy  łagodnemu  ukłonowi.  Mając  wydatniejszą  szczękę,  mężczyzna  nieustannie

prezentuje coś  jakby wykusz asertywności.  O  tym,  że  jest  to  bardzo  ważna  cecha  męskości,

świadczy fakt, iż mężczyźni z cofniętym podbródkiem bywają niekiedy obiektem szyderstwa

jako  „cudaki  bez  podbródka”,  co  ma  oznaczać,  że  brakuje  im  naturalnej  u  mężczyzn

stanowczości.

Ponieważ  jedną  z  najbardziej  widocznych  u  człowieka  cech  męskości  jest  posiadanie

brody, wydaje się wielce prawdopodobne, że broda rozwinęła się ewolucyjnie wraz z bardziej

background image

wydatnym  podbródkiem  i  masywniejszą  budową  kości,  co  daje  lepszy  podkład  pod

owłosienie,  obie  zaś  te  cechy  występujące  wspólnie  i  w  dużym  nasileniu  tworzą  coś  jakby

wykusz  męskości.  Ważne  są  tu  cechy  charakterystyczne  jedynie  dla  szczęki  ludzkiej.  W

odróżnieniu  od  innych  naczelnych  nasza  kość  żuchwy  ma  wypukłość,  tzw.  bródkę,  która

zdaniem współczesnych anatomów nie spełnia żadnej właściwej sobie  funkcji  mechanicznej.

Istniało dawniej wiele teorii mających wyjaśnić tę wyłącznie ludzką cechę. Wiązały ją one ze

szczególnymi  właściwościami  mięśni  szczękowych  i  języka,  ale  ostatnio  wszystkie  te

argumenty  zostały  obalone.  Uważa  się,  że  bródka  jest  podstawowym  elementem

sygnalizującym, który uwydatnia asertywne wysunięcie szczęki ozdobionej męską brodą.

Policzki.  Posuwając  się  w  górę  twarzy,  a  omijając  usta,  o  których  była  już  mowa,

dochodzimy  do  policzków.  Tu  najważniejszym  sygnałem  jest  rumieniec,  czyli

zaczerwienienie  się  skóry  spowodowane  przekrwieniem  naczyń.  Powstaje  ono  zawsze

najpierw na policzkach, gdzie jest najbardziej widoczne, po czym może rozszerzyć się na całą

twarz i szyję, a niekiedy nawet na górną część tułowia. Rumieniec częściej występuje u kobiet

niż  u  mężczyzn,  a  wśród  kobiet  częstszy  jest  z  kolei  u  młodszych  niż  u  starszych.

Zaczerwienieniu  towarzyszy  obrzmienie  skóry,  a  na  jej  powierzchni  pojawia  się  rozbłysk

widoczny  nawet  na  zarumienionych  twarzach  u  Murzynów.  Rumieniec  występuje  u  ludzi

wszystkich  ras,  także  u  ludzi  głuchych  i  niewidomych,  toteż  wydaje  się,  że  jest  on  jedną  z

zasadniczych  cech  biologicznych  gatunku.  Darwin  poświęcił  rumieńcowi  cały  rozdział,

dochodząc do wniosku, że rumieniec odzwierciedla nieśmiałość, wstyd lub skromność oraz że

wskazuje  na  przywiązywanie  wagi  do  wyglądu  osobistego.  Jego  znaczenie  seksualne

przejawia się w fakcie, że wedle istniejących zapisów, dziewczęta przeznaczone do haremu i

wystawiane  na  sprzedaż  na  starożytnych  targach  niewolników,  które  łatwo  się  rumieniły,

osiągały  wyższą  cenę  niż  inne.  Pożądany  czy  niepożądany,  rumieniec  zawsze  chyba  silnie

działa jako sygnał zapraszający do intymności.

Oczy. Jako najważniejszy  narząd zmysłów u  ludzi, oczy  nie tylko przyjmują te rozmaite

sygnały,  o  których  dotąd  mówiliśmy,  ale  same  także  przekazują  pewne  sygnały.  Podczas

kontaktów  twarzą  w  twarz  wielokrotnie  nawiązujemy  i  przerywamy  kontakt  wzrokowy,

patrząc  na  ludzi,  by  stwierdzić  zmiany  w  ich  nastroju,  a  potem  odwracając  wzrok,  aby

uniknąć uporczywego wpatrywania się w  nich.  Jednak  między  kochankami  wpatrywanie  się

może  trwać  dłużej,  nie  wywołując  zakłopotania  ani  agresji.  Istnieje  pewien  szczególny

powód, dla  którego  kochankowie  „patrzą  sobie  w  oczy”.  Pod  wpływem  silnych,  a  przy  tym

przyjemnych emocji nasze źrenice rozszerzają się do tego stopnia, że czarna plamka w środku

oka staje się dużym czarnym krążkiem. Jako sygnał  silnie działający  na podświadomość  jest

to  miernik  natężenia  uczucia  miłości,  jaką  przeżywa  dana  osoba.  Zjawisko  to  dopiero

niedawno zostało zbadane  naukowo,  ale  znane  było  już  od  stuleci,  jako  że  dawne  piękności

włoskie  zapuszczały  sobie  do  oczu  krople  belladony,  aby  sztucznie  wywołać  ten  efekt.  W

czasach  współczesnych  podobny  zabieg  stosują  twórcy  reklam,  którzy  na  fotografiach

background image

modelek zamiast belladony stosują czarny tusz do powiększenia źrenic, by nadać im bardziej

pociągający wygląd.

Inną  zmianą,  jaka  zachodzi  w  oczach  pod  wpływem  nasilenia  emocji,  jest  nieco

intensywniejsze  łzawienie.  W  stanie  uniesienia  miłosnego  nie  przejawia  się  to  zwykle  w

postaci  rzeczywiście  płynących  łez,  lecz  jedynie  w  szczególnym  blasku  oczu.  Takie  lśniące

miłością oczy w połączeniu z rozszerzeniem źrenic nie pozostawiają żadnych wątpliwości co

do uczuć osób wysyłających te sygnały.

Zaproszeniem do intymności  mogą być również rozmaite  ruchy  oczu.  Wedle  niektórych

doniesień  poza  dobrze  znanym  perskim  oczkiem  w  pewnych  kulturach  także  przewracanie

oczami  oznacza  bezpośrednie  zaproszenie  do  zbliżenia.  Przesadne  spuszczanie  oczu  przez

kobietę  także  przekazuje  sygnał,  a  lekkie  zwężenie  oczu  przez  mężczyznę  może  oznaczać

jego  zainteresowanie.  Podczas  pierwszego  spotkania  znaczące  może  być  nieco  dłuższe

zatrzymanie  spojrzenia,  jakoby  tak  rzec  –  zapowiedź  jeszcze  dłuższego  wpatrywania  się,

które może nastąpić później.

Kobieta zapraszająca do intymności patrzy niekiedy szeroko rozwartymi, powiększonymi

oczami,  czemu  towarzyszy  trzepotanie  rzęsami  jak  skrzydłami  i  szybkie  mruganie

powiekami. Zachowanie to, przynajmniej w naszej kulturze, jest zdecydowanie niemęskie, do

tego stopnia, że mężczyźni posługują się nim, przedrzeźniając kobiety. Być może dlatego, że

jest  to  tak  silny  element  kobiecości,  współczesne  kobiety  stosują  wszelkiego  rodzaju

wyolbrzymianie rzęs. Początek dało mu stosowanie tuszu do rzęs, który miał je powiększać i

sprawić,  że  będą  lepiej  widoczne.  Potem  wprowadzono  przyrządy  do  zawijania  rzęs,  aż  w

końcu,  w  latach  sześćdziesiątych  naszego  wieku,  zaczęto  używać  sztucznych  rzęs,

nakładanych  na  rzęsy  naturalne.  Obecnie  tylko  jedna  firma  oferuje  nie  mniej  niż  piętnaście

różnych stylów sztucznych rzęs, wśród nich „gwiezdne rzęsy o wiotkich koniuszkach”, które

„otwierają oczy”, i „rzęsy postrzępione”, które „powiększają małe oczy”. Przytwierdza się je

do  górnych  powiek,  podobnie  jak  inne  egzotyczne  wynalazki,  na  przykład  „pęki  rzęs”,

„naturalne  kłaczki”  i  „superzmiotki”.  Do  powiek  dolnych  doczepia  się  „uskrzydlone  rzęsy

dolne”, które „poszerzają i rozjaśniają oczy”. Tak więc kobieta stara się uczynić wszystko co

możliwe z każdą częścią ciała, która wysyła jakikolwiek istotny sygnał kobiecości. Ten nowy

prąd  w  eksponowaniu  i  podkreślaniu  rzęs  dostarczyłby  wyjątkowej  rozkoszy  kochliwemu

mieszkańcowi  Wysp  Trobrianda,  dla  którego  systematyczne  odgryzanie  rzęs  swoim

kochankom  było  ważnym  elementem  zabiegów  miłosnych.  Na  szczęście  rzęsy  odrastają  w

zdumiewająco szybkim tempie, a każda rzęsa, nawet, gdy nie odgryziona, żyje nie dłużej niż

trzy do pięciu miesięcy.

Brwi.  Każde  zwierzę  ludzkie  ma  nad  oczami  dwa  jedyne  w  swoim  rodzaju  skupiska

owłosienia pod skądinąd zupełnie nieowłosionym czołem. Dawniej uważano, że brwi chronią

oczy przed ściekającym z czoła potem, ale ich podstawową funkcją jest sygnalizowanie zmian

nastroju. Unoszą się w strachu i zdziwieniu, a opadają na znak złości, ściągają się ku sobie na

background image

znak zaniepokojenia  i wędrują ku górze, gdy się dziwimy. Ich szybkie drgnięcie w górę  i  w

dół jest potwierdzeniem życzliwości.

Brwi  kobiety  są  węższe  i  mniej  krzaczaste  niż  brwi  mężczyzny,  tak  więc  i  tu  można

stosować  zabiegi  uwydatniające  kobiecość.  Brwi  często  zwężano,  wyskubując,  a  w  latach

trzydziestych  zredukowano  je  do  linii  narysowanej  specjalnym  ołówkiem.  Już  wcześniej

przekroczono  zresztą  i  tę  granicę,  bowiem  w  Japonii  panny  młode  przed  ślubem  całkowicie

wygalały sobie brwi.

Seksualny  charakter  tej  stosunkowo  drobnej  zmiany  w  kobiecym  wyglądzie  dobrze

odzwierciedla fakt, że w roku 1933 pielęgniarkę starającą się o pracę w jednym z londyńskich

szpitali  przełożona  ostrzegła,  iż  między  innymi  nie  będzie  mogła  wyskubywać  sobie  brwi.

Pielęgniarka  złożyła  zażalenie,  które  zostało  rozpatrzone,  ale  Londyńska  Rada  Hrabstwa

oddaliła  prośbę  o  udzielenie  przełożonej  oficjalnego  upomnienia.  Dzięki  temu  pacjentom

szpitala oszczędzono zbędnych podniet płynących z wyskubanych brwi, a po długich białych

korytarzach nadal przesuwały się kobiece postaci z tradycyjnie ukształtowanymi brwiami.

Twarz.  Zanim  opuścimy  rejon  twarzy,  warto  rzucić  na  nią  ostatnie  spojrzenie  jako  na

całość,  a  nie  zbiór  detali.  Jest  to  bez  wątpienia  najbardziej  wyrazista  część  ciała  ludzkiego,

zdolna  do  przesyłania  niewiarygodnie  zróżnicowanych  i  subtelnych  komunikatów

sygnalizujących  emocje  za  pomocą  skomplikowanej  mimiki.  Napinając  i  rozluźniając

specjalne  mięśnie,  zwłaszcza  w  pobliżu  ust  i  oczu,  możemy  sygnalizować  wszystko,  od

radości  i  zdziwienia  do  smutku  i  złości.  Ma  to  ogromne  znaczenie  jako  instrument

zaproszenia do intymności. Twarz delikatna i uśmiechnięta lub czujna i podniecona silnie ku

sobie przyciąga. Twarz smutna  i  bezradna  albo  pogrążona  w  bólu,  także  może  pobudzać  do

tego,  aby  podejść  i  udzielić  pociechy.  Twarz  napięta,  surowa  lub  nieprzyjazna  wywołuje

intencje  przeciwne.  Wszystko  to  jest  na  ogół  znane,  ale  z  twarzą  jest  też  związany  pewien

trwalszy efekt, na tyle ciekawy, że zasługuje na kilka słów komentarza.

Jeśli chodzi o wyraz twarzy, można mówić o „twarzy włączonej” i „twarzy wyłączonej”.

Twarz  włączoną  prezentujemy  publicznie.  Mówimy  o  „przybieraniu  przyjemnego  wyrazu

twarzy”,  o  tym,  że  „twarz  się  komuś  wydłuża”,  staramy  się  nie  „stracić  twarzy”  wobec

innych. Jeśli chcemy wyglądać życzliwie, przybieramy łagodny, uśmiechnięty wyraz twarzy.

W chwilach powagi z kolei nadajemy twarzy odpowiedni wyraz. Ale gdy jesteśmy sami i nikt

na nas nie patrzy, pozwalamy naszej twarzy odpocząć po służbie. Wtedy jej rysy układają się

tak,  że  odzwierciedlają  nasz  typowy,  ogólny  i  długotrwały  nastrój.  Człowiek,  którego  stale

dręczą  jakieś  lęki  i  który  na  przyjęciu  wysilał  się,  chcąc  wyglądać  na  szczęśliwego,  gdy

znajdzie  się  w  samotności,  napina  twarz,  ujawniając  swój  prawdziwy  stan  emocjonalny,

oczywiście tylko przed samym  sobą. (Jeśli  nie spojrzy przypadkiem  w  lustro,  może  sam  nie

zdawać sobie z tego sprawy).  Człowiek  zasadniczo  szczęśliwy  i  zadowolony,  który  podczas

pogrzebu  starał  się  wyglądać  na  zasmuconego  i  poważnego,  teraz  w  samotności  rozluźnia

twarz, jego brwi przestają się marszczyć, a usta przybierają łagodny wyraz.

background image

U większości  z nas długotrwały  nastrój zmienia  się  co  pewien  czas,  dlatego też  mięśnie

naszych  twarzy  nie  pozostają  zbyt  długo  pod  wpływem  jednego  układu  rysów,

charakterystycznego  dla  twarzy  wyłączonej.  Rankiem  możemy  odczuwać  depresję,  ale

wieczorem znów czujemy się szczęśliwi i w chwilach samotności rysy naszej twarzy będą się

odpowiednio  zmieniać.  Inaczej  jest  z  osobami  żyjącymi  w  stanie  niemal  permanentnego

osobistego  niepokoju,  depresji  lub  złości.  Grozi  im  mianowicie  to,  że  ich  twarze  ulegną

utrwaleniu  w  stanie  „twarzy  wyłączonej”.  Mięśnie  twarzy  wydają  się  wówczas  zastygać  w

jednym  zasadniczym  kształcie.  Zmarszczki  na  czole,  wokół  ust  i  nosa  pozostają  niemal  na

stałe.

Takim  ludziom  podczas  spotkań  towarzyskich  z  trudnością  przychodzi  zmiana  rysów

twarzy  dla  nadania  jej  wyglądu  „twarzy  włączonej”.  Osoba  niespokojna,  nawet  gdy  się

uśmiecha  na  powitanie,  niezmiennie  ma  na  twarzy  wyraz  niepokoju.  Człowiek  zrzędliwy

wygląda  na  zrzędliwego,  nawet  gdy  śmieje  się  z  jakiegoś  dowcipu.  Układ  mięśni  pozostaje

nie zmieniony, a twarz włączona nakłada się na twarz wyłączoną, zamiast ją zastąpić. W ten

sposób wyraz twarzy może nam coś powiedzieć nie tylko o aktualnym stanie emocjonalnym

danej osoby, ale także o jej przeszłości.

Nie  wiadomo,  jak  długo  mogą  się  utrzymywać  zmarszczki,  właściwe  dla  twarzy

wyłączonej,  po  zaistnieniu  jakiejś  radykalnej  odmiany  w  życiu  człowieka.  U  osoby,  która

przez całe życie zamartwiała się  i  odczuwała  niepokój,  a  potem  nagle  poczuła  zadowolenie,

nie  znikną  one  w  ciągu  jednej  nocy.  Jeżeli  taka  pożądana  zmiana  zachodzi  u  osoby  w

starszym  wieku,  zmarszczki  zapewne  już  nigdy  nie  opuszczą  jej  twarzy.  Oczywiście  we

wszystkich  takich  sytuacjach  przez  pewien  okres  utrzymują  się  utrwalone  rysy  twarzy,

jakkolwiek  wysyłany  przez  nie  komunikat  już  nie  jest  aktualny.  Nie  znam  jednak  żadnych

badań dotyczących pomiaru długości tego okresu.

Nawiasem  mówiąc,  uwagi  te  odnoszą  się  także  do  ogólnej  postawy  ciała  ludzkiego.

Istnieją  ciała  bezwładne  i  ciała  czujne,  ciała  sztywno  napięte  i  ciała  łagodnie  gibkie.  I  tu

decyduje zmienne napięcie mięśni, zależne od nastrojów i różnych sytuacji towarzyskich, ale

przedłużający  się  stan  ekstremalny  może  wytworzyć  postawę,  którą  podobnie  jak  wyraz

twarzy  trudno  później  zmienić,  nawet  gdy  tego  pragniemy.  Opuszczone  barki  mogą  się

utrwalić jako stały garb, którego nie można się pozbyć, choćby się wygrało milion, a sztywny

chód może się przerodzić w cechę stałą.

Włosy.  Wreszcie  dochodzimy  do  koronnej  chluby  człowieka,  jaką  jest  gęsta  czupryna

złożona z około stu tysięcy włosów. U ludzi niektórych ras są one wełniste lub kędzierzawe, u

innych proste i zwisające lub też powiewające na wietrze. Rosną z prędkością około piętnastu

centymetrów rocznie i każdy z nich tkwi na głowie do sześciu lat, po czym wypada i w jego

miejsce  wyrasta  nowy.  Znaczy  to,  że  u  przeciętnego  osobnika  nie  podcinane  proste  włosy

mogłyby  sięgać  do  bioder,  przez  co taki  nie  ostrzyżony  barbarzyńca  wyróżniałby  się  wśród

innych przedstawicieli naczelnych.

background image

Owłosienie  innych  części  naszego  ciała  skarłowaciało  i  stało  się  niemal  niewidoczne  z

pewnej odległości, gdy tymczasem włosy na głowach straciły wszelki umiar.

Pomijając  fakt, że wielu starszych  mężczyzn, w odróżnieniu od kobiet, ma tendencję do

łysienia,  nie  istnieją  w  tym  względzie  różnice  między  płciami.  Z  biologicznego  punktu

widzenia zarówno  mężczyźni  jak  kobiety  są  istotami  długowłosymi  i  cecha  ta  rozwinęła  się

jako sygnał rozpoznawczy gatunku, nie zaś jako sygnał seksualny. Zdarzało się, że mężczyźni

miewali  dłuższe  włosy  niż  kobiety,  zwykle  jednak  było  na  odwrót.  W  ostatnich  kilku

stuleciach  strzyżenie  męskich  włosów  stosowano  głównie  jako  środek  na  pozbycie  się

pasożytów,  a  brutalni  kaprale  w  wojsku  mówili  o  długich  włosach  u  mężczyzn  jako  o

wylęgarniach  wszy.  Kobiety  prawie  zawsze  utrzymywały  swoje  włosy  w  umiarkowanej

długości,  natomiast  właśnie  mężczyźni  popadali  z  jednej  skrajności  w  drugą.  W  przeszłości

dochodziło  nieraz  do  tego,  że  mężczyźni  nosili  ogromne,  zwisające  peruki,  które  wciąż

jeszcze  można  zobaczyć  na  głowach  brytyjskich  sędziów.  Jednakże,  ogólnie  biorąc,  w

dzisiejszych czasach dłuższe loki zdecydowanie kojarzą się z kobiecością, tak że mężczyzna z

włosami  choćby  trochę  zbliżonymi  do  naturalnej  długości  niesłusznie  uważany  jest  za  do

gruntu zniewieściałego. W ostatnim dziesięcioleciu sytuacja uległa radykalnej zmianie wśród

młodzieży i długość włosów znów chyba przestaje być naturalnym znamieniem płci. Zmianę

tę  zainicjował  antyhigienicznie  nastawiony  ruch  hipisowski,  chociaż  współczesna  higiena

pozwala uniknąć ryzyka dochowania się pasożytów.

Czyszczenie,  pielęgnowanie,  mycie  i  smarowanie  włosów  zawsze  stanowiły  ważny

dodatek  do  ich  kulturowej  roli  jako  sygnału  seksualnego.  Mieszkańcy  starożytnych  miast,

podobnie  jak  ich  współcześni  następcy,  gotowi  byli  uciekać  się  do  wszelkich  środków,  aby

tylko osiągnąć pożądany skutek.

Najstarszy znany płyn do włosów przygotowywano według  następującej recepty:  „Jedna

miarka psich  łap;  jedna  miarka  pestek  daktyla;  jedna  miarka  oślich  kopyt.  Gotować  długo  z

dodatkiem oliwy  i wcierać”. W dzisiejszych czasach długie, błyszczące,  lśniące  i  eleganckie

włosy  są  wciąż  marzeniem  prawie  każdej  dziewczyny,  a  jak  nieustannie  wmawiają  nam

twórcy reklam, włosy „martwe i bez połysku” pozbawiają swoją właścicielkę szans na życie

intymne.

W  tej  wielkiej  podróży  po  ludzkim  ciele  omawialiśmy  kolejno  różne  jego  części

wysyłające  sygnały,  ale  musimy  też  uwzględnić  ludzką  osobę  jako  całość.  Człowiek

prezentuje  poszczególne  części  ciała  nie  każdą  z  osobna,  lecz  wszystkie  naraz,  jako

kompletny  zestaw  w  określonym  kontekście.  To  właśnie  niezwykła  rozmaitość  możliwości

tworzenia tych zestawów i ogromny zakres kontekstów, w jakich się je prezentuje, sprawiają,

że interakcja społeczna  jest tak skomplikowana  i  fascynująca. Ilekroć wchodzimy do pokoju

albo  idziemy  ulicą,  przekazujemy  całą  masę  sygnałów,  z  których  część  stanowią  sygnały

czysto  biologiczne,  a  część  –  zmodyfikowane  zgodnie  z  daną  kulturą.  My  zaś,  bezwiednie

tego świadomi, przystosowujemy owe sygnały na setki różnych subtelnych sposobów podczas

background image

różnych kolejnych spotkań z innymi ludźmi. Prawie zawsze usiłujemy wysłać zrównoważony

zbiór sygnałów, z których jedne zachęcają do intymności, a inne od niej odstręczają. Tylko od

czasu  do  czasu  posuwamy  się  dalej  w  jednym  lub  w  drugim  kierunku,  bądź  to  otwarcie

demonstrując  zaproszenie,  bądź  też  prezentując  się  innym  ludziom  w  sposób  wrogi  i

odpychający.

Dokonując  w  tym  rozdziale  przeglądu  rozmaitych  wizualnych  zaproszeń  do  intymności

seksualnej,  skupiłem  się  raczej  na  skrajnościach.  Wybrałem  najbardziej  jaskrawe  przykłady,

aby  tym  lepiej  podkreślić  istotę tego,  co  chciałem  powiedzieć.  Saczki,  gorsety  i  epolety  dla

przeciętnego współczesnego dorosłego mają może słaby związek z sygnałami kojarzonymi z

seksapilem,  ale  pozwalają  lepiej  zrozumieć  rolę  takich  umiarkowanych  środków  jak  obcisłe

spodnie, pasy i wyłożone ramiona, które znajdując szersze zastosowanie, mniej rzucają się w

oczy. Podobnie taniec  brzucha, który dziś  jest  już tylko egzotyczną  formą rozrywki, pomógł

nam w tym przeglądzie właściwie ocenić znaczenie  bardziej pospolitych ruchów tanecznych

wykonywanych co wieczór przez setki tysięcy zwyczajnych dziewcząt na różnych imprezach

i dyskotekach.

Bez  względu  na  to,  czy  jako  ludzie  dorośli  zadajemy  sobie  duży  trud,  aby  poprawić  i

pokazać swoje wizualne sygnały seksapilu, czy też traktujemy tę sprawę lekko, czy uciekamy

się  do  pomocy  sztucznych  środków  (a  tylko  nieliczni  tego  w  ogóle  nie  robią),  czy  też

gardzimy nimi i wybieramy sposoby bardziej „naturalne”, wszyscy nieustannie przekazujemy

naszemu otoczeniu skomplikowany zbiór sygnałów. Wiele z nich ma  nierozerwalny związek

z naszymi dojrzałymi cechami płciowymi i nawet będąc tego zupełnie nieświadomi, nigdy nie

przestajemy  „odczytywać  znaków”.  W  ten  sposób  przygotowujemy  się  do  wykonania

społecznie  ważnego  kroku,  czyli  do  zainicjowania  pierwszego,  wstępnego  kontaktu  z

potencjalnym  partnerem  seksualnym,  co  później  pozwala  nam  przekroczyć  ważny  próg

całego złożonego świata intymności seksualnej.

background image

3. INTYMNOŚĆ SEKSUALNA

Odkrywszy  swoją  indywidualną  tożsamość,  dorastające  dziecko  musi  wydostać  się  z

czułych  objęć  matki.  W  końcu,  jako  młoda  osoba  dorosła,  staje  o  własnych  siłach.

Niemowlęctwo  cechowały  nieograniczone  zaufanie  do  matki  i  totalna  intymność.  Teraz,  w

okresie  dojrzałości,  stosunki  z  innymi  dorosłymi  i  przejawy  intymności  podlegają  surowym

ograniczeniom.  Obowiązuje  obustronny  dystans.  Ślepe  zaufanie  ustąpiło  miejsca  czujnemu

manewrowaniu,  a  zależność  –  współzależności.  Delikatne  przejawy  intymności  z  czasów

niemowlęctwa  i  późniejsze  radosne  zabawy  dzieciństwa  przerodziły  się  w  trudne  interakcje

między dorosłymi.

Nie sposób zaprzeczyć, że jest to ekscytujące. Jest tyle rzeczy, które można badać, celów,

do  których  można  zdążać,  i  wyższy  status,  który  można  osiągnąć.  Ale  gdzie  podziała  się

miłość? Miłość polega na dawaniu, dawaniu siebie drugiej osobie bez zastrzeżeń, a przecież

stosunki między dorosłymi są czymś zupełnie innym...

Jak  dotąd  moje  słowa  odnoszą  się  w  równej  mierze  do  dorastającej  małpy  jak  do

dorastającego  człowieka.  Wzorzec  jest  identyczny.  Ale  jest  i  różnica.  Jeśli  małpa  jest  płci

męskiej,  to  jako  osobnik  dorosły  nigdy  już  nie  zazna  totalnej  intymności  w  miłosnym

związku.  Aż  do  śmierci  będzie  żyła  w  pozbawionym  miłości  świecie  rywalizacji  i

partnerstwa,  współzawodnictwa  i  współpracy.  Jeśli  jest  płci  żeńskiej,  zazna  znowu  kiedyś

miłości  jako  matka  w  stosunkach  z  własnym  niemowlęciem,  ale  –  podobnie  jak  osobnik

męski – nie zazna już podobnej więzi z inną dorosłą małpą. Możliwe będą bliskie przyjaźnie,

partnerstwo czy krótkie epizody seksualne, ale totalna intymność już nie.

Tymczasem dorosły człowiek ma taką możliwość. Potrafi on stworzyć silną i trwałą więź

z  osobą  płci  przeciwnej,  związek  znacznie  przerastający  zwyczajne  partnerstwo.  Często

używane  określenie  „małżeństwo  partnerskie”,  uchybia  godności  małżeństwa  i  świadczy  o

całkowitym  niezrozumieniu,  czym  są  prawdziwe  więzi  miłości.  Matka  i  dziecko  nie  są

„partnerami”. Dziecko nie  ufa  matce  dlatego,  że ona  je  karmi  i  otacza  opieką.  Kocha  ją,  bo

jest tym, kim jest, a nie z powodu tego, co robi. W partnerstwie zachodzi po prostu wymiana

background image

korzyści. Partner nie daje tylko po to, aby dawać. Tymczasem między dorosłymi kochającymi

się osobami powstaje stosunek podobny do stosunku między matką a dzieckiem. Rozwija się

pełne zaufanie, a wraz z nim pełna, czyli totalna  intymność  cielesna.  W  prawdziwej  miłości

nie istnieje „dawanie i branie”, lecz tylko dawanie. Fakt, że jest to „obopólne dawanie”, nieco

zaciemnia  ten  obraz,  ale  „obopólne  otrzymywanie”,  które  z  tego  nieuchronnie  wynika,  jest

tylko przyjemnym dodatkiem, a nie warunkiem dawania, jak w partnerstwie.

Dla  ostrożnego  i  przezornego  dorosłego  wejście  w  taki  związek  wydaje  się  czymś

niebezpiecznym. Pozostawianie komuś swobody i darzenie się zaufaniem napotyka ogromny

opór.  Łamie  to  bowiem  wszelkie  zasady  targowania  się  i  zawierania  transakcji,  do  których

dorosły człowiek jest tak bardzo przyzwyczajony we wszystkich innych stosunkach z innymi

dorosłymi. Bez wsparcia ze strony niższych ośrodków mózgowych wyższe ośrodki nigdy  by

do  tego  nie  dopuściły.  Ale  nasz  gatunek  może  liczyć  na  takie  wsparcie,  i  to  często  wbrew

rozumowi,  potrafimy  bowiem  zakochać  się.  U  niektórych  osób  ta  naturalna  właściwość  jest

stłumiona i wchodząc w związek małżeński  albo  jakiś  inny równorzędny związek, zawierają

one  coś  w  rodzaju  transakcji:  ty  wychowujesz  dziecko,  a  ja  zarabiam  pieniądze.  Owo

„kupowanie  dziecka”  lub  „kupowanie  statusu”  stało  się  niestety  bardzo  powszechne  w

naszych  zatłoczonych  ludzkich  ogrodach  zoologicznych,  ale  jest  ono  najeżone

niebezpieczeństwami. Para  małżonków trzyma  się  razem  nie  dzięki  wewnętrznej  więzi,  lecz

za  sprawą  zewnętrznej  presji  konwencji  społecznej.  Znaczy  to,  że  naturalne  u  tej  pary

możliwości  zakochania  się  wciąż  drzemią  gdzieś  w  ukryciu,  gotowe  w  każdej  chwili

uaktywnić  się  bez  ostrzeżenia,  aby  stworzyć  prawdziwą  więź  gdzieś  poza  oficjalnym

związkiem małżeńskim.

Szczęśliwcom nie przytrafia się taka sekwencja wydarzeń. Jako młodzi dorośli zakochują

się w sobie w sposób nie kontrolowany i tworzą wówczas prawdziwą wzajemną więź. Proces

ma  charakter  stopniowy,  chociaż  nie  zawsze  na  taki  wygląda.  „Miłość  od  pierwszego

wejrzenia”  jest  pojęciem  dość  powszechnym.  Zwykle  jednak  jest  to  sąd  retrospektywny.

Mamy tu bowiem do czynienia nie z  „totalnym zaufaniem od  pierwszego  wejrzenia”,  lecz  z

„totalnym  przyciąganiem  się  od  pierwszego  wejrzenia”.  Przechodzenie  od  tego  pierwszego

przyciągania  do  ostatecznego  wzajemnego  zaufania  tworzy  niemal  zawsze  długą  i

skomplikowaną  sekwencję  stopniowo  coraz  silniejszych  przejawów  intymności  i  właśnie

temu mamy się teraz przyjrzeć.

Najprościej  będzie  wybrać  parę  „typowych  kochanków”,  takich,  jakich  najczęściej

postrzegamy w naszej kulturze zachodniej, i prześledzić ich w procesie tworzenia się pary, od

pierwszego  wzajemnego  spojrzenia  aż  do  końcowego  cielesnego  zespolenia.  Musimy  przy

tym  stale pamiętać, że w rzeczywistości nie  istnieje nic takiego  jak  „typowy  kochanek”,  tak

samo jak nie istnieje „przeciętny obywatel” czy też „szary człowiek”. Pożytecznie jest jednak

wyobrazić sobie coś takiego, a potem rozważyć różne odmiany.

background image

U  zwierząt  wszystkie  wzorce  zalotów  mają  typowy  przebieg,  a  bieg  wydarzeń

składających  się  na  romans  między  dwojgiem  ludzi  nie  jest  tu  wyjątkiem.  Dla  ułatwienia

sekwencję zdarzeń występującą u ludzi można podzielić na dwanaście etapów i przekonać się,

co się dzieje po przekroczeniu każdego kolejnego progu. W oczywistym uproszczeniu owych

dwanaście etapów wygląda następująco:

1.  Oko-ciało.  Najczęstszą  formą  „kontaktu”  towarzyskiego  jest  patrzenie  na  kogoś  z

pewnej  odległości.  W  ułamku  sekundy  potrafimy  zsumować  cechy  fizyczne  innej  osoby

dorosłej,  psychicznie  nadając  im  przy  tym  etykiety  i  stopnie.  Oczy  dostarczają  umysłowi

natychmiastowej  informacji  o  płci,  wymiarach,  kształcie,  wieku,  kolorze,  statusie  i  nastroju

tej  osoby.  Jednocześnie  dokonuje  się  ocena  atrakcyjności  według  skali  od  skrajnego

przyciągania do skrajnego odpychania. Jeżeli odpowiednie znaki wskazują, że oglądana osoba

jest  atrakcyjnym  przedstawicielem  płci  przeciwnej,  jesteśmy  gotowi  wejść  w  następny  etap

sekwencji.

2.  Oko-oko.  Gdy  my  przyglądamy  się  innym  ludziom,  oni  jednocześnie  przyglądają  się

nam. Znaczy to, że od czasu do czasu nasze oczy spotykają się i wtedy normalną reakcją jest

szybkie  odwrócenie  spojrzenia  i  przerwanie  „kontaktu”  wzrokowego.  Nie  zachodzi  to

oczywiście  wtedy,  gdy  rozpoznajemy  się  wzajemnie  jako  wcześniejsi  znajomi.  Wtedy  z

chwilą rozpoznania wymieniamy od razu sygnały pozdrowień, takie jak uśmiechy, uniesienie

brwi,  zmiana  pozycji  ciała,  ruchy  rąk  i  wreszcie  słowa.  Gdy  jednak  dwoje  obcych  ludzi

wzajemnie  zatrzyma  na  sobie  spojrzenie,  typową  reakcją  jest  natychmiastowe  odwrócenie

wzroku,  jakby  po  to,  by  uniknąć  chwilowego  zakłócenia  prywatności.  Gdy  jedna  z  obcych

sobie osób utrzymuje kontakt wzrokowy, ta druga może poczuć zakłopotanie, a nawet złość i

jeśli tylko istnieje możliwość oddalenia się, aby uniknąć uporczywego spojrzenia, korzysta z

niej,  nawet  gdyby  w  wyrazie  twarzy,  czy  w  gestach  towarzyszących  spojrzeniu  nie  było

żadnych oznak agresji. Dzieje się tak dlatego, że samo przedłużone wpatrywanie się w kogoś

jest u nie znających się dorosłych uważane za akt agresji. Skutkiem tego dwoje nieznajomych

zwykle obserwuje się nie jednocześnie, lecz na zmianę. Wówczas, gdy jedno z nich uzna, że

ta druga osoba jest atrakcyjna, podczas następnego spotkania oczu może dodać do spojrzenia

nieznaczny  uśmiech.  Jeżeli  reakcja  zostanie  odwzajemniona,  może  dojść  do  dalszego,

bardziej intymnego kontaktu. Jeżeli reakcja nie zostanie odwzajemniona, obojętne spojrzenie,

będące odpowiedzią na przyjazny uśmiech, zwykle kładzie kres dalszemu rozwojowi sytuacji.

3. Głos-głos. Zakładając, że nie istnieje osoba trzecia, która mogłaby dokonać prezentacji,

następny  etap  polega  na  kontakcie  głosowym  między  obcymi  sobie  mężczyzną  i  kobietą.

Pierwsze  uwagi  niezmiennie  dotyczą  rzeczy  błahych.  Bardzo  rzadko  mówi  się  wtedy  o

rzeczywistych  nastrojach  rozmawiających  osób.  Taka  rozmówka  towarzyska  dostarcza

dalszego  zestawu  sygnałów, tym  razem  słuchowych,  a  nie  wzrokowych.  Dialekt,  ton  głosu,

akcent,  sposób  myślenia  i  słownictwo  wzbogacają  nasz  umysł  o  całą  gamę  nowych

informacji. Utrzymywanie tego rodzaju komunikacji na poziomie nic nie znaczącej rozmówki

background image

towarzyskiej  pozwala  obu  stronom  na  wycofanie  się  z  dalszych  poczynań,  gdyby  nowe

sygnały  okazały  się  nieatrakcyjne,  wbrew  temu,  co  obiecywały  wcześniejsze  sygnały

wzrokowe.

4.  Ręka-ręka.  Poprzednie  trzy  etapy  mogą  rozegrać  się  w  ciągu  kilku  sekund,  ale  też

potrafią trwać miesiącami, gdy jeden z potencjalnych partnerów, nie ośmielając się nawiązać

kontaktu  głosowego,  podziwia  drugiego  w  milczeniu  i  z  odległości.  Nowy  etap,  ręka-ręka,

również może nastąpić  bardzo szybko, w formie powitalnego uścisku dłoni, albo też odwlec

się na dłuższy czas. Jeżeli w grę nie wchodzi  grzecznościowy,  nieseksualny  uścisk  dłoni,  to

pierwszy  rzeczywisty  kontakt  cielesny  prawdopodobnie  wystąpi  pod  pozorem  „pomocy”,

„ochrony” albo też „wskazania właściwego kierunku”. Zwykle robi to mężczyzna w stosunku

do kobiety, trzymając ją za przedramię lub za rękę, aby pomóc jej przy przejściu przez jezdnię

czy  pokonaniu  jakiejś  bariery.  Gdy  kobieta  właśnie  zbliża  się  do  jakiejś  przeszkody  czy

niebezpiecznego  miejsca,  mężczyzna  może  wykorzystać  sposobność,  wyciągając  rękę  i

chwytając  ramię  kobiety,  aby  ją  zatrzymać  lub  skierować  w  inną  stronę.  Gdy  kobieta

poślizgnie się lub potknie, podtrzymujący ją ruch rąk również może ułatwić pierwszy kontakt

cielesny. I znów, jest to działanie, które jeszcze niczego nie przesądza, jeśli idzie o wyrażenie

prawdziwego nastroju spotkania. Gdy mężczyzna dotknął już ciała dziewczyny, udzielając jej

jakiejś pomocy, każde z partnerów może się jeszcze wycofać z dalszych poczynań bez utraty

twarzy. Kobieta może podziękować mężczyźnie za pomoc i zakończyć sprawę, nie odtrącając

go  demonstracyjnie.  Oboje  mogą  być  w  pełni  świadomi  tego,  że  sekwencja  wzajemnych

zachowań  właśnie  się  zaczyna  i  że  to,  co  się  zdarzyło,  może  w  końcu  doprowadzić  do

dalszych  przejawów  intymności,  ale  żadne  nie  robi  jeszcze  niczego,  co  by  jawnie  na  to

wskazywało,  i  dlatego  można  jeszcze  wycofać  się,  nie  raniąc  uczuć  drugiej  osoby.  Dopiero

gdy  zostanie  w  pełni  ujawnione  to,  że  stosunek  się  rozwija,  można  będzie  przedłużyć

trzymanie za rękę lub za ramię. Zachowanie takie traci już charakter „pomocy” i staje się nie

maskowanym przejawem intymności.

5.  Ramię-bark.  Jak  dotąd  ciała  nie  weszły  jeszcze  w  ścisły  kontakt.  Gdy  się  to  jednak

dzieje,  przekroczony  zostaje  kolejny  ważny  próg.  Kontakt  fizyczny  dwóch  ciał  podczas

siedzenia,  stania  czy  chodzenia,  w  porównaniu  z  wcześniejszymi,  niezdecydowanymi

dotknięciami,  stanowi  wyraźny  krok  do  przodu  we  wzajemnym  stosunku.  Najwcześniej

pojawia się ruch objęcia barku, gdy mężczyzna otacza ramieniem barki kobiety, przyciągając

ją ku sobie. Jest to najbardziej  naturalny wstęp do kontaktu tułowi, ponieważ ruch ten bywa

też stosowany w innych sytuacjach, na przykład  między przyjaciółmi,  jako gest koleżeństwa

pozbawionego  akcentów  seksualnych.  Dlatego  też  istnieje  nikłe  niebezpieczeństwo,  że

zostanie  odrzucony.  Chodzenie  razem  w  ten  sposób,  jako  coś  pośredniego  między  bliską

przyjaźnią a miłością, tylko w niewielkim stopniu może, być dwuznaczne.

6.  Ramię-talia.  Objęcie  ramieniem  talii  stanowi  pewien  dalszy  postęp  w  porównaniu  z

poprzednim  etapem.  Jest  to  coś,  czego  mężczyzna  nie  robi  nawet  z  najbardziej

background image

zaprzyjaźnionym  innym  mężczyzną  i  dlatego  gest  ten  jest  bardziej  bezpośrednim  wyrazem

miłosnej  intymności.  Co  więcej,  ręka  mężczyzny  znajdzie  się  teraz  dużo  bliżej  genitalnej

strefy kobiety.

7.  Usta-usta.  Dalszym  wielkim  krokiem  jest  pocałunek  w  usta,  połączony  z  pełnym

objęciem frontalnym. Powtarzanie lub dłuższe kontynuowanie tej czynności stwarza pierwszą

poważną  możliwość  doznania  silnego  pobudzenia  fizycznego.  U  kobiety  może  nastąpić

wzmożone wydzielanie śluzu z pochwy, a u mężczyzny wzwód prącia.

8. Ręka-głowa. Przedłużając poprzedni etap, ręka zaczyna pieścić głowę partnerki. Palce

głaszczą twarz, szyję i włosy. Dłonie obejmują kark i głowę.

9.  Ręka-ciało.  Po  etapie  pocałunków  ręce  mężczyzny,  ściskając,  pieszcząc  i  gładząc,

zaczynają  eksplorować  ciało  partnerki.  Najbardziej  zdecydowanym  działaniem  są  tu  ruchy,

których  obiektem  są  piersi  kobiety.  Dzięki  temu  następuje  wzrost  pobudzenia  fizycznego,

które  osiąga  taki  poziom,  że  u  kobiet  występuje  wówczas  potrzeba  chwilowego

powstrzymania  biegu  wydarzeń.  Dalszy  ich  postęp  czyni  coraz  trudniejszym  odejście  od

wzorca  przed  jego  pełną  realizacją  i  dlatego  dopóki  więź  nie  osiągnie  wystarczającego

poziomu  wzajemnego  zaufania,  bardziej  zaawansowane  przejawy  intymności  seksualnej

odkłada się na później.

10.  Usta-piersi.  Tutaj  następuje  przekroczenie  progu,  za  którym  interakcje  stają  się  już

bardzo osobiste. U większości par dotyczy to także poprzedniego etapu, zwłaszcza dotykania

piersi.  W  pewnych  warunkach,  nieraz  w  miejscach  publicznych,  dochodzi  do  całowania  się

par  i  wzajemnych  pieszczot.  Mogą  one  wywoływać  niechętne  reakcje  innych  osób,  ale  w

większości  krajów  rzadko  kiedy  podejmuje  się  jakieś  zdecydowane  działania  wobec

obejmującej się pary. Całowanie piersi stwarza jednak zupełnie inną sytuację, choćby dlatego,

że wymaga odkrycia kobiecych piersi.

Kontakty  usta-piersi  są  ostatnią  fazą  intymności  poprzedzającą  intymność  genitalną  i

stanowi  preludium  do  działań  mających  na  celu  nie  tylko  pobudzenie  fizyczne  w  ogóle,  ale

pobudzenie doprowadzone do szczytowania.

11.  Ręka-genitalia.  Kontynuowanie  eksploracji  ciała  przez  dotyk  ręki  nieuchronnie

prowadzi  do  strefy  genitaliów.  Po  wstępnych  pieszczotach  genitalnych  następuje  delikatne,

rytmiczne  pocieranie,  symulujące  rytm  ruchów  kopulacyjnych.  Mężczyzna  wielokrotnie

gładzi  wargi  sromowe  lub  łechtaczkę  kobiety,  może  też  wsunąć  palec  lub  palce  do  jej

pochwy, naśladując ruch prącia. Takie ręczne drażnienie może wkrótce doprowadzić każdego

z  partnerów  do  orgazmu  i  jest  powszechnie  stosowaną  formą  osiągania  kulminacji  w

zaawansowanej grze miłosnej.

12. Genitalia-genitalia. Wreszcie przychodzi etap pełnego spółkowania i gdy kobieta jest

dziewicą,  następuje  pierwszy  w  całej  sekwencji  akt  nieodwracalny,  czyli  przerwanie  błony

dziewiczej.  Po  raz  pierwszy  powstaje  też  możliwość  zaistnienia  drugiego  nieodwracalnego

aktu, a mianowicie zapłodnienia. Ta nieodwracalność nadaje owemu  ostatniemu  wydarzeniu

background image

sekwencji  zupełnie  nową  jakość.  Dotąd  każdy  kolejny  etap  służył  dalszemu  zacieśnianiu

wzajemnej  więzi,  ale  z  biologicznego  punktu  widzenia  ów  finalny  akt  zbliżenia  decyduje  o

tym,  że  mamy  do  czynienia  z  zupełnie  nową  fazą  intymności.  Poprzednie  fazy  spełniły  już

swoje zadanie jako czynniki cementujące więź i dlatego ta para będzie chciała pozostać razem

także  wtedy,  gdy  pociąg  płciowy  ulegnie  osłabieniu  po  skonsumowaniu  orgazmu.  Rozpad

takiej  więzi  mógłby  doprowadzić  do  sytuacji,  w  której  kobieta  w  brzemiennym  stanie  nie

miałaby trwałej rodziny.

Omówiłem  tu  dwanaście  typowych  etapów  procesu  tworzenia  się  par  złożonych  z

młodych  mężczyzn  i  kobiet.  Do  pewnego  stopnia  są  one  oczywiście  uwarunkowane

kulturowo, ale w dużo większym stopniu są zdeterminowane przez anatomię i fizjologię płci,

wspólną dla wszystkich przedstawicieli  naszego gatunku. Wariacje  narzucone przez  tradycję

kulturową  i  konwencje  społeczne,  a  także  przez  indywidualne  cechy  szczególne  niektórych

nieprzeciętnych osobników, w różnoraki sposób modyfikują tę podstawową sekwencję. Teraz

możemy  zająć  się  właśnie  tymi  wariacjami,  rozpatrując  je  na  tle  omówionej  właśnie

sekwencji typowej.

Wariacje  te  przybierają  trzy  podstawowe  formy:  redukcja  pewnych  etapów  sekwencji,

zmiana porządku czynności, rozbudowanie wzorca.

Najbardziej  skrajną  formą  redukcji  jest  wymuszone  spółkowanie,  czyli  gwałt.  Droga  od

pierwszego  etapu  do  ostatniego  jest  tu  pokonywana  z  maksymalną  fizycznie  możliwą

szybkością, a wszystkie etapy pośrednie zostają skondensowane do absolutnego minimum. Po

nawiązaniu  przez  mężczyznę  kontaktu  oko-ciało  po  prostu  atakuje  on  kobietę  i,  pomijając

wszystkie  stadia  pobudzenia,  natychmiast  przystępuje  do  kontaktu  genitalia-genitalia,  w

zależności  od  tego,  jak  skuteczny  jest  opór  kobiety.  Niegenitalne  kontakty  cielesne

ograniczają  się  tylko  do  tych,  które  są  niezbędne  do  obezwładnienia  kobiety  i  do  zdarcia  z

niej ubrania przykrywającego strefę genitalną.

Gwałt  występujący  u  ludzi  jest  pozbawiony  dwóch  istotnych  składników,  a  mianowicie

tworzenia  się  pary  i  pobudzenia  płciowego.  Opuszczając  wszystkie  pośrednie  etapy

intymności seksualnej, gwałciciel uniemożliwia, rzecz jasna, rozwinięcie się wzajemnej więzi

między sobą a daną kobietą. Jest to oczywiste, ale w kategoriach biologicznych o tyle ważne,

że  nasz  gatunek  wymaga  tworzenia  się  tej  osobistej  więzi,  by  zapewnić  właściwe

wychowywanie  potomstwa,  jako  możliwego  skutku  aktu  płciowego.  Istnieją  gatunki,  wśród

których  odpowiedzialność  rodzicielska  albo  jest  nikła,  albo  nie  występuje  wcale,  wśród

których  gwałt  zatem,  przynajmniej  teoretycznie,  nie  stwarzałby  żadnych  problemów.

Jednakże  gwałt  w  świecie  zwierząt  jest  rzadkością  między  innymi  dlatego,  że  jego  cel  jest

fizycznie  trudny  do  osiągnięcia.  Bez  pary  chwytnych  rąk  i  umiejętności  formułowania

pogróżek słownych – a oba te atrybuty są właściwe jedynie rodzajowi ludzkiemu – gwałt nie

byłby możliwy. Nawet gdy wydaje nam się, że mamy do czynienia z gwałtem wśród zwierząt,

prawdopodobnie  są  to  tylko  mylące  pozory.  Na  przykład  samce  zwierząt  mięsożernych

background image

obserwujemy to u większości tych gatunków – podczas parzenia się chwytają samice zębami

za kark, jakby usiłując powstrzymać je od ucieczki. Cóż z tego, skoro jeśli samica nie reaguje

pozytywnie,  samiec  ma  raczej  niewielkie  szanse  skutecznego  wprowadzenia  członka  do

pochwy.  Prawda  jest  taka,  że  pozornie  brutalny  akt  chwytania  za  kark  jest  ruchem  dość

wyspecjalizowanym.  Choć  przypomina  działanie  gwałciciela,  jest  w  gruncie  rzeczy

występującym u zwierząt  mięsożernych  odpowiednikiem  występującego  u  ludzi  delikatnego

rodzicielskiego obejmowania. Kąsanie ulega tu tak silnemu wyhamowaniu, że zęby samca nie

ranią samicy. Jest to wzorzec zachowania stosowany przez zwierzęta mięsożerne w stosunku

do potomstwa, gdy przenoszą je z miejsca na miejsce. W istocie samiec traktuje więc samicę

jak  szczenię  lub  kociaka,  a  ona  tak  się  też  zachowuje,  poddając  się  bezwładnie  szczękom

samca,  zupełnie  tak  jak  dawniej,  gdy  matka  przenosiła  ją,  chroniąc  przed

niebezpieczeństwem.

Mężczyźnie  natomiast  gwałt  przychodzi  stosunkowo  łatwiej.  Gdy  nie  wystarcza  siła

fizyczna,  mężczyzna  może  pogrozić  śmiercią  lub  uszkodzeniem  ciała.  Może  też  całkowicie

lub  częściowo  pozbawić  kobietę  przytomności  albo  wreszcie  obezwładnić  ją,  korzystając  z

pomocy  innych  mężczyzn.  Jeśli  przy  braku  pobudzenia  płciowego  u  kobiety  wprowadzenie

członka  do  pochwy  staje  się  trudne  lub  bolesne,  mężczyzna  może  zawsze  uciec  się  do

sztucznych środków zastępujących naturalne wydzieliny.

Kobiecie takie postępowanie nie przynosi ani zadowolenia, ani zaspokojenia, przeciwnie

–  może  doprowadzić  do  poważnego  urazu  i  wyrządzić  jej  ogromne  szkody  psychiczne.

Jakikolwiek związek uczuciowy jako następstwo gwałtownej redukcji właściwej dla  naszego

gatunku  sekwencji  zachowań  seksualnych  może  powstać  tylko  w  akcie  gwałtu,  którego

uczestnicy znali się już wcześniej, a kobieta ma silne skłonności masochistyczne.

Zająłem się zagadnieniem gwałtu nieco szczegółowiej, gdyż ma to ścisły związek z  inną

formą redukcji etapów intymności seksualnej, która w naszej kulturze ma dużo szerszy zakres

i  znaczenie. Dla odróżnienia  jej od fizycznego gwałtu, o którym właśnie  mówiliśmy,  można

by  ją  nazwać  „gwałtem  ekonomicznym”.  W  przeciwieństwie  do  gwałtu  fizycznego  nie

dokonuje  się  on  w  opuszczonych  budynkach  czy  wśród  podmiejskich  opłotków,  lecz  w

bogato  wyposażonych  buduarach  i  przytulnych  sypialniach.  Jest  to  pozbawione  miłości

małżeństwo z ekonomicznego rozsądku, akt płciowy wykonywany przez pary, które pobierają

się i żyją ze sobą przy minimalnym udziale prawdziwej więzi wzajemnej.

W  dawnych  wiekach  aranżowane  przez  rodziców  małżeństwo  dla  statusu  było

zjawiskiem  powszechnym.  Dzisiaj  staje  się  ono  coraz  rzadsze,  ale  blizna  psychiczna,  jaką

zostawia  na  wydanym  przez  siebie  potomstwie,  jest  trwała.  Dorastając  i  rozwijając  się  jako

świadkowie  takiego  pozbawionego  miłości  związku,  dzieci  były  narażone  na  kalectwo

psychiczne  w  sferze  seksu,  polegające  na  niemożności  zrealizowania  pełnej  sekwencji

zachowań  miłosnych  właściwych  naszemu  gatunkowi.  Wyrosły  na  ludzi  całkowicie

sprawnych  w  zakresie  anatomii  płciowej  i  mechanizmów  pobudzenia  fizycznego,  ale

background image

ograniczonych  w  zakresie  zdolności  wykorzystania  tych  cech  biologicznych  do  stworzenia

głębokiej  i  trwałej  więzi  wzajemnej  z  powodu  atmosfery,  w  jakiej  dojrzewali.  Im  także  z

trudnością  przyjdzie  stworzenie  szczęśliwej  więzi  pary,  ale  presja  społeczna  zmusi  ich  do

podjęcia próby i w ten sposób ucierpi następne pokolenie dzieci. Takich reperkusji trudno się

pozbyć, nawet jeśli małżeństwa zawierane z woli rodziców przechodzą już do historii, dlatego

wciąż  jeszcze  ciążą  na  nas  niewypowiedziane  szkody  wynikające  z  dawniejszych  zakłóceń

tego jakże naturalnego zjawiska, jakim jest wzajemne głębokie zakochanie się.

Pod  względem  sposobu  redukcji  dwunastoetapowej  sekwencji  intymności  seksualnej

„gwałt  ekonomiczny”  nie  jest  oczywiście  tak  skrajny  jak  gwałt  fizyczny.  Zachowania

partnerów  pozornie  mogą  nawet  bardzo  przypominać  pełny  wzorzec,  ale  jeśli  przyjrzeć  się

dokładniej, okaże się, że wszystkie etapy uległy redukcji, jeśli idzie o ich intensywność, czas

trwania i częstotliwość.

Weźmy  na  początek  klasyczny  przykład  młodej  pary  ludzi,  których  pchnięto  ku  sobie,

kierując  się  wymaganiami  statusu  społecznego  obu  rodzin.  W  dawniejszych  czasach  ich

zaloty  przedmałżeńskie  mogły  ograniczać  się  zazwyczaj  do  kilku  pobieżnych  uścisków  i

pocałunków,  poprzedzonych  długimi  rokowaniami.  Potem,  przy  bardzo  słabej  wzajemnej

znajomości  cielesnej  i  seksualnej,  wpychało  się  ich  do  małżeńskiego  łoża.  Panna  młoda

otrzymywała  pouczenie,  że  będą  się  tam  działy  różne  nieprzyjemne,  ale  niezbędne  rzeczy,

które  mają  zapewnić  przyszłe  właściwe  zaludnienie  kraju,  i  że  podczas  gdy  to  się  będzie

działo, ma ona  „leżeć spokojnie  i  myśleć o ojczyźnie”. Mężczyzna otrzymywał podstawowe

instrukcje dotyczące kobiecej anatomii i polecenie, że ma być delikatny w stosunku do swojej

młodej żony, gdyż będzie ona krwawić w chwili wkładania członka do pochwy. Wyposażeni

w takie informacje, młodzi wykonywali swoje obowiązki seksualne możliwie jak najprościej i

jak  najszybciej,  przy  minimum  satysfakcji  i  minimum  wzajemnej  więzi.  U  kobiety  rzadko

kiedy występował orgazm. Mężczyzna miał w łóżku obiekt pozbawiony pozytywnych reakcji,

przypadkowo  będący  jego  żoną,  który  pod  względem  seksualnym  niewiele  różnił  się  od

przedmiotu  zaopatrzonego  w  pochwę  spełniającą  rolę  przyrządu  do  masturbacji.  Publicznie,

w życiu towarzyskim młoda para kierowała się naturalnie zbiorem zasad postępowania, które

pozwalały im pozorować związek oparty na miłości. Każdy przejaw intymności dostępny dla

oczu innych, w z góry określonych formach, był dokładnie opisany w podręcznikach dobrego

wychowania,  toteż  odróżnienie  pary  autentycznej  od  fałszywej  było  prawie  niemożliwe.

Prawie, ale nie zupełnie, dla dzieci nie stanowiło to żadnej trudności, jako że dzieci nie mają

jeszcze  głów  nabitych  szczegółowymi  zasadami  postępowania,  dzięki  czemu  intuicyjnie

wyczuwają, ile jest miłości w związku łączącym ich rodziców. W ten sposób szkoda przenosi

się dalej.

Jeśli  opis  ten  dziś,  w  drugiej  połowie  dwudziestego  wieku,  brzmi  dziwacznie,  to  nie

dlatego,  że  teraz  nie  ma  już  takich  małżeństw,  ale  dlatego,  że  są  one  aranżowane  bardziej

dyskretnie.  Jawniej  demonstruje  się  za  to  udawaną  miłość,  maskującą  takie  związki,  ale

background image

przecież i tak jest to tylko pozór. Dziś mniej angażują się rodzice, co także ułatwia kamuflaż.

W dzisiejszych czasach bywa tak, że sami młodzi, zarówno on jak ona, postanawiają zawrzeć

związek  małżeński  oparty  na  podstawach  ekonomicznych.  Panna  młoda  porusza  ustami

ukrytymi  pod  ślubnym  welonem,  ale  nie  żywi  żadnych  uczuć  –  pochłania  ją  obliczanie

wysokości  alimentów.  Stojący  przy  niej  mężczyzna  z  nieobecnym  wyrazem  twarzy

bynajmniej  nie  pogrąża  się  w  marzeniach  –  rozważa  wpływ,  jaki  jego  aktywna  towarzysko

małżonka wywrze na jego partnerów w interesach. Trzeba natomiast przyznać, że młode żony

w  noc  poślubną  nie  leżą  już  spokojnie,  myśląc  o  ojczyźnie.  Porównują  częstotliwość

orgazmów ze średnią krajową dla danej grupy wiekowej, na danym poziomie wykształcenia i

w  danej  grupie  etnicznej  i  miejskiej.  Jeśli  częstotliwość  ta  jest  poniżej  normy,  zatrudniają

prywatnych detektywów, aby dowiedzieć się, gdzie małżonek uzyskuje owe brakujące jeden,

przecinek  siedem  orgazmu  na  tydzień.  A  młodzi  małżonkowie  usiłują  wyliczyć,  na  ile

drinków  mogą  sobie  pozwolić,  aby  alkohol  nie  pozbawił  ich  zdolności  uzyskania

odpowiednio silnej erekcji w dalszej części wieczoru. Nazbyt często takie właśnie są słodkie

sekrety życia we współczesnym wielkim mieście.

Przyglądając  się  redukcjom  sekwencji  zachowań  seksualnych,  przeszliśmy  od  gwałtu,

przez  dawne  małżeństwa  zawierane  z  woli  rodziców,  do  współczesnych  małżeństw

sprostytuowanych. Obsesja na tle częstotliwości orgazmów w tych związkach jest zjawiskiem

nowym  i  wydaje  się  sprzecznym  z  tendencją  do  redukcji  i  kompresji  pełnej  sekwencji.

Istotnie  wygląda  to  jak  wychylenie  się  w  przeciwną  stronę,  a  więc  ku  rozbudowaniu,  a  nie

zredukowaniu tej sekwencji. Sprawa nie  jest jednak prosta.  Zasadnicze  zmiany,  które  zaszły

w  okresie  „swobody  seksualnej”,  polegały  na  zaakcentowaniu  stadiów  późniejszych.

Rozbudowa  sekwencji  skoncentrowała  się  więc  głównie  w  jednym  jej  stadium  –  w  stadium

kopulacji.  Tak  ważne  w  tworzeniu  się  par  dawne  wzorce  zalecania  się  nie  uległy

rozbudowaniu, lecz redukcji i uproszczeniu. Warto zastanowić się, jak do tego doszło.

W  dawniejszych  czasach  zalecanie  się  bywało  długie,  ale  mało  aktywne.  Konieczność

drobiazgowego przestrzegania sformalizowanych reguł postępowania minimalizowała wpływ

uczuć.  Ignorancja  i  propaganda  antyerotyczna  hamowały  rozwój  wzorca  zachowań

przedkopulacyjnych  i  kopulacyjnych.  Mężczyźni  rozwiązywali  ten  problem,  korzystając  z

usług  domów  publicznych  i  kochanek.  Większość  kobiet  nie  miała  żadnych  możliwości

rozwiązania  go.  Sytuacja  zmieniła  się  w  pierwszej  połowie  naszego  wieku.  Rozluźniła  się

kontrola  rodzicielska,  zaczęto  wprowadzać  edukację  seksualną  w  postaci  książek  na  temat

„miłości małżeńskiej”. Skutkiem tego młode pary uzyskały więcej swobody w poszukiwaniu

odpowiedniego  partnera  i  mogły  cieszyć  się  mniej  sformalizowanymi  zalotami.  W  niebyt

odeszła  przyzwoitka.  Rozluźniły  się  zasady  postępowania  w  odniesieniu  do  kontaktów

fizycznych,  dzięki  czemu  dopuszczalne  stały  się  wszystkie  rodzaje  intymności  seksualnej  z

wyjątkiem  etapu  ostatniego.  Wymagano  jednak,  aby  te  poczynania  przedmałżeńskie  były

odpowiednio  rozciągnięte  w  czasie.  Wreszcie,  gdy  już  dochodziło  do  małżeństwa,  para

background image

nowożeńców  zabierała  ze  sobą  do  łóżka  dużo  większy  zasób  wiedzy  na  temat  swoich  ciał  i

emocjonalnych  cech  osobowości.  Pojawiła  się  też  skuteczna  antykoncepcja,  która  w

połączeniu  z  nowo  nabytą  wiedzą  na  temat  seksu  pozwalała  na  wzbogacenie  zakresu  i

intensywności satysfakcji w małżeństwie.

W  tym  okresie  pary  narzeczonych  wykazywały  skłonność  do  oddawania  się

długotrwałym „seansom pieszczot”. Pomysł, by teraz wolno im już było robić to czy owo, ale

nie więcej, wydawał się teoretycznie słuszny, ale trudny do wykonania w praktyce. Przyczyna

jest  dość  oczywista.  Młoda  para  mogła  teraz  przejść  od  pierwszych  etapów  zalecania  się,

służących  tworzeniu  się  wzajemnej  więzi,  ale  nie  powodujących  silnego  pobudzenia

fizycznego,  do  etapu  bezpośredniej  stymulacji  przedkopulacyjnej.  Pomostem  między  tymi

etapami  jest pocałunek usta-usta. Zwykły pocałunek to przyjemny, wiążący akt czułości,  ale

wielokrotny i namiętny jest punktem wyjścia do pobudzenia przedkopulacyjnego.

Młodzi kochankowie popadli w nowy rodzaj kryzysu. Przedłużone pieszczoty prowadziły

do  przedłużonych  erekcji  u  mężczyzn  i  przedłużonego  wydzielania  śluzu  u  kobiet.  Wtedy

były  trzy  możliwości:  w  zgodzie  z  „oficjalnymi  zasadami”  przerwać  sekwencję,

doprowadzając się do silnej frustracji; kontynuować sekwencję, doprowadzając się wzajemnie

do orgazmu, ale bez pełnego zbliżenia; łamiąc przyjęte zasady, dopuścić do pełnego zbliżenia.

W drugiej z tych metod postępowania, to znaczy wzajemnym onanizowaniu się i pieszczotach

aż do osiągnięcia orgazmu, stosowanej przez dłuższy czas w okresie przedmałżeńskim, kryło

się zagrożenie, że utrwalenie się takiego sposobu dochodzenia do szczytowania może zrodzić

trudności w normalnym współżyciu małżeńskim po ślubie. Trzecia możliwość, czyli złamanie

zasad,  niosła  ze  sobą  problem  winy  i  dyskrecji.  Mimo  tych  problemów  wydłużone

narzeczeństwo  sprzyjało  tworzeniu  się  silnej  więzi  wzajemnej,  dlatego  też  rozwiązanie  to

było  dużo  bardziej  godne  polecenia  niż  poprzednia  sytuacja,  w  której  para  była  tak  bardzo

ograniczona.

W nowszych czasach można zauważyć dalsze modyfikacje. Chociaż oficjalne stanowisko

może nie uległo zmianie, nie jest ono tak stanowczo egzekwowane. Dzięki dalszym postępom

antykoncepcji  dla  wielu  młodych  dziewcząt  dziewictwo  utraciło  swoje  dawne  znaczenie.

Zasadę powstrzymywania  się od regularnego  współżycia  przed  małżeństwem,  którą  dawniej

incydentalnie  łamano,  dziś  całkowicie  się  ignoruje.  Dziewictwo  nie  tylko  nie  jest  teraz  w

cenie,  ale  stało  się  niemal  piętnem,  jako  przejaw  jakiejś  niesprawności  seksualnej.

Przedmałżeńskie  stosunki  płciowe  są  w  pełni  akceptowane  przez  młodych,  a  nawet  może  i

przez  rodziców.  Wynikiem  tego,  i  to  bardziej  powszechnym,  niż  wiele  osób  jest  skłonnych

przyznać, jest brak związanych z pieszczotami frustracji, które były udziałem wcześniejszych

pokoleń, oraz oddalenie  niebezpieczeństwa  utrwalenia  się  wzorców  masturbacyjnych.  Okres

narzeczeństwa  przebiega  w  sposób  naturalny,  bez  zbędnego  odkładania  pewnych  spraw  na

później, według pełnej, dwunastoetapowej sekwencji zachowań seksualnych.

background image

Zakładając  odpowiedni  poziom  higieny  i  łatwą  dostępność  skutecznych  środków

antykoncepcyjnych, można zapytać, czy ta nowa sytuacja  niesie ze sobą  jakieś zagrożenia, a

jeśli tak, to  jakie?  Niektórzy  upatrują  ich  w  „tyranii  orgazmu”,  czyli  dążeniu  do osiągnięcia

maksymalnej  wydolności  kopulacyjnej,  wykreowanej  przez  presję  społeczną  płynącą  z

nowoczesnej  konwencji  swobody  obyczajowej.  Działa  ona  na  niekorzyść  osób,  które  są

zdolne  do  autentycznego  zakochania  się,  ale  mają  trudności  z  osiągnięciem  dostatecznie

imponującego orgazmu.

W  zjawisku  tym  jest  coś  dziwnie  krótkowzrocznego.  Opisując  małżeństwo  bez  miłości

jako współczesny odpowiednik  małżeństwa z motywów  ekonomicznych  lub  małżeństwa  dla

podniesienia statusu, wspomniałem o obsesji na tle częstotliwości orgazmu. Jak mówiłem, w

takich sytuacjach kobieta, jeśli jej wydolność seksualna nie osiąga pewnego standardu, może

mieć  poczucie  porażki,  ponieważ  musi  ona,  nawet  w  kwestiach  seksu,  liczyć  się  z

wymaganiami  statusu  społecznego.  Ale  dla  dwojga  kochających  się  ludzi  desperacka

gimnastyka spółkującej,  lecz  nie kochającej  się pary  jest dziś rzeczą śmieszną. Dla  nich, tak

jak  i  dla  wszystkich  prawdziwych  kochanków  w  przeszłości,  większą  wartość  ma  przelotne

muśnięcie  w  policzek  przez  uwielbianą  osobę  niż  sześć  godzin  w  trzydziestu  siedmiu

pozycjach  z  nie  kochanym  partnerem.  Tak  było  zawsze,  tyle  że  dzisiejsi  kochankowie,  gdy

tylko  sytuacja  na  to  pozwala,  nie  muszą  się  ograniczać  do  przelotnego  muśnięcia  policzka.

Mogą  robić  ze  swoimi  ciałami  wszystko,  co  chcą  i  ile  chcą.  Gdy  powstanie  już  silna  więź

wzajemna,  wtedy  w  zachowaniu  seksualnym  liczy  się  jakość,  nie  tylko  ilość.  Nowe

konwencje są dla nich czymś, co stwarza możliwość, ale nie przymusza,  jak zdają się sądzić

niektórzy krytycy.

Inną sprawą, która zdaje się umykać krytykom, jest to, że gdy młodzi ludzie zakochują się

w  sobie,  na  początku  niekoniecznie  mają  ochotę  pomijać  pierwsze  stadia  sekwencji

seksualnej. Nie pragną zrezygnować z trzymania się za ręce tylko dlatego, że mogą współżyć.

Co  więcej,  gdy  dojdą  już  do  finalnych  stadiów  tej  sekwencji,  nie  będą  mieli  żadnych

trudności z osiągnięciem maksymalnej naturalnej przyjemności płynącej z orgazmu. Zapewni

im  to  intensywność  uczuć  towarzyszącą  ich  związkowi  osobistemu,  dzięki  której  będą  z

radością  doświadczali  kolejnych  szczytowań  bez  potrzeby  przybierania  pokrętnych  pozycji

zapaśniczych, zalecanych przez wszechobecne współczesne podręczniki seksu.

Największe  niebezpieczeństwo,  jakie  dziś  czyha  na  wyzwolonych  młodych  kochanków,

jest  jednak  chyba  natury  ekonomicznej,  gdyż  wciąż  żyją  oni  w  skomplikowanej  strukturze

ekonomicznej,  jaką  jest  społeczeństwo,  i  nic  dziwnego,  że  właśnie  ekonomia  była  tak

ważnym  czynnikiem  w  dawniejszych  małżeństwach.  Poprzednio  aspekt  ten  był  chroniony

przez surowe ograniczenia, jakim podlegało wczesne zachowanie seksualne. Cierpiała na tym

intymność seksualna, ale status społeczny był należycie zabezpieczony. Teraz, gdy intymność

seksualna  nie  jest  ograniczana,  status  społeczny  młodej  pary  stał  się  problemem.  W  jaki

sposób para w pełni dojrzałych seksualnie siedemnastoletnich kochanków, którzy tworzą silną

background image

wzajemną  więź  i  mogą  cieszyć  się  pełnym  życiem  płciowym,  ma  założyć  rodzinę  we

współczesnych warunkach ekonomicznych?  Muszą oni  albo  poczekać  w  jakimś  społecznym

stanie  zawieszenia,  albo  też  wyłamać  się  z  powszechnie  przyjętych  wzorców  społecznych.

Wybór nie jest łatwy, a problem ten nie został jeszcze rozwiązany.

Doszliśmy  do  tego  punktu  naszych  rozważań,  mówiąc  o  różnych  sposobach  redukcji

pełnej wersji sekwencji zachowań seksualnych. Teraz musimy zostawić młodych kochanków,

którzy mimo poważnych trudności społecznych realizują ową pełną wersję, i wrócić do wersji

zredukowanych.  Jak  potraktować  człowieka  aktywnego  seksualnie,  ale  nie  kochającego?

Mówiliśmy  o  gwałcicielu  i  o  zahamowanych  partnerach  w  małżeństwie,  którzy  redukują

swoje zachowania seksualne do minimum potrzebnego, aby spłodzić dzieci, nie należy jednak

zapominać  o  tych,  którzy  oddają  się  wyczynom  seksualnym  bez  miłości.  W  jaki  sposób

skracają  oni  sekwencję  zachowań  seksualnych  właściwą  dla  typowych  kochanków?  Późne

etapy  genitalne  nie  są  dla  nich  kulminacją  wzorca,  lecz  wzorzec  ten  zastępują.  W

dawniejszych czasach to właśnie działo się, gdy  mężczyzna odwiedzał prostytutkę. Nie  było

trzymania  się  za  ręce,  nie  było  przytulania  się  czy  szeptania  słodkich  słówek,  lecz  tylko

krótka  transakcja  handlowa  poprzedzająca  natychmiastowy  bezpośredni  kontakt  genitalny.

Było  to  coś,  co  można  by  określić  jako  „gwałt  komercyjny”.  W  dawnych  czasach  było  to

często  pierwsze  wprowadzenie  młodego  człowieka  w  świat  seksu,  ale  dzisiaj  takie

profesjonalne  usługi  są  już  niemal  zbędne.  Zostały  one  zastąpione  czymś,  co  można  by

nazwać  sypianiem  wszystkich  ze  wszystkimi.  W  tej  praktyce  również  często  dochodzi  do

redukcji wcześniejszych ogniw łańcucha, podobnie jak podczas wizyt u prostytutki. Sytuację

tę dobrze prezentują słowa dziewczyny z filmu rysunkowego, która wróciwszy późną nocą do

pokoju  w  stanie  wyraźnie  wskazującym  na  to,  że  oddawała  się  seksowi,  wyczerpana,  w

pogniecionym ubraniu, ale z nienaruszonym makijażem na twarzy, mówi: „Chłopcy nie chcą

mnie już całować”.

Rezultatem tego typu redukcji  jest osiągnięcie  maksimum  aktywności  kopulacyjnej  przy

minimalnym  udziale  procesu  tworzenia  się  więzi  pary.  Jako  środek  na  utrzymanie  statusu

pozwala  to  systematycznie  dowartościowywać  swoje  ego,  ale  jako  źródło  intensywnej

rozkoszy  degraduje  aktywność  seksualną  do  poziomu  czynności  oddawania  moczu.  Dlatego

nie  można się dziwić, że swobodnie  spółkujący,  ale  nie  kochający  mężczyzna  pragnie  jakoś

rozbudować ten akt konsumowania przyjemności. Ponieważ akt ten jest pozbawiony nie tylko

wzajemnej więzi, ale również  intensywności emocjonalnej – brak  ten  należy  skompensować

wzmożoną intensywnością fizyczną. Tu właśnie na scenę wkraczają  ilustrowane podręczniki

seksu. Warto poddać analizie kilka z nich, żeby przekonać się, co zalecają.

Próbka  wybrana  losowo  z  wielkiej  liczby  materiałów  znajdujących  się  obecnie  w

sprzedaży  zawierała  łącznie  kilkaset  fotografii  pokazujących  nagie  „kochające  się”  pary.

Wśród tych ilustracji nie więcej niż 4 procent ukazywało któryś z pierwszych ośmiu etapów

opisanej  wyżej  dwunastoetapowej  sekwencji.  Natomiast  82  procent  obrazków  pokazywało

background image

pełne spółkowanie, a w każdej książce można było naliczyć od trzydziestu do pięćdziesięciu

różnych pozycji. Znaczy to, że znakomita większość najrozmaitszych przejawów intymności

została  zilustrowana  jedynie  za  pomocą  finalnego  etapu  kontaktu  genitalia-genitalia,  co

wyraźnie  wskazuje,  jak  bardzo  akcentuje  się  to  końcowe  ogniwo  łańcucha.  Podczas  gdy

dawniejsza cenzura ograniczała ukazywanie aktywności miłosnej do etapów wcześniejszych,

pozbycie  się  tej  cenzury  zamiast  wzbogacić  ten  obraz,  miało  taki  skutek,  że  ośrodek

zainteresowania przesunął się z  jednego końca skali  na drugi. Sugeruje się  w  ten  sposób,  że

sam akt spółkowania  winien  być  możliwie  jak  najbardziej  skomplikowany  i  urozmaicony,  a

całą resztę można pominąć. Pokazywane tam pozycje są nieraz najwyraźniej niewygodne albo

wręcz bolesne, jeśli próbuje się je utrzymać przez dłuższy czas, nie będąc przy tym akrobatą

cyrkowym.  Ich  zamieszczenie  jest  jedynie  świadectwem  gorączkowego  poszukiwania

nowości  w  technice  kopulacji,  które  mają  być  środkiem  do  osiągnięcia  jeszcze  większego

pobudzenia. Nacisk kładzie się więc nie na uczucia, lecz na wyczyn seksualny.

Nie  ma  oczywiście  nic  szkodliwego  w  tych  zabawnych  i  swawolnych  dodatkach  do

zachowań  seksualnych,  ale  gdy  stają  się  one  obsesją,  zastępującą  i  wykluczającą  osobiste

relacje  emocjonalne  między  mężczyzną  a  kobietą,  wówczas  ich  ostatecznym  skutkiem  jest

obniżenie  rzeczywistej  wartości  danego  związku.  Chociaż  rozbudowują  one  jeden  z

elementów sekwencji seksualnej, w ostatecznym rozrachunku sekwencję tę skracają.

Młodzi kochankowie, którym potrzebne jest urozmaicenie w spółkowaniu, a nie tylko po

prostu  sporadyczne  zabawy  poszukiwawcze  w  tym  zakresie,  być  może  nie  są  już  wcale

młodymi  kochankami.  W  późniejszym  okresie  życia,  gdy  partnerzy  przeszli  już  przez

intensywne  stadium  tworzenia  się  związku  pary  i  osiągnęli  spokojniejsze  stadium

podtrzymywania  związku  pary,  uznają  być  może,  że  ich  aktywność  seksualna  odzyska

pierwotną  intensywność,  jeśli  ją  jakoś  upiększą  i  wzbogacą.  Taka  potrzeba  byłaby  jednak

czymś niezwykłym u ludzi młodych i prawdziwie w sobie zakochanych.

Nie  trzeba  dodawać,  że  nie  oznacza  to  wcale  konieczności  potępienia  lub  stłumienia

jakichkolwiek  przejawów  intymności  seksualnej,  choćby  najbardziej  wymyślnych  i

niezwykłych.  Jeśli  tylko  są  one  dobrowolne  i  uczestniczą  w  nich  osoby  dorosłe  w  miejscu

prywatnym,  nie  powodując  żadnych  szkód  fizycznych,  nie  istnieje  żadna  przyczyna

biologiczna, dla której należałoby uznać je za niezgodne z prawem lub potępiać, jak bywa to

jeszcze w niektórych krajach. Przykładem mogą tu być stosunki oralno-genitalne, których nie

umieściłem  w  moim  dwunastoetapowym  wykazie,  ponieważ  nie  stanowią  one  oddzielnego

stadium  w  przechodzeniu  od  pierwszego  kontaktu  kochanków  do  końcowego  pełnego

zbliżenia.  Zazwyczaj  pojawiają  się  dopiero  po  kilku  pierwszych  zbliżeniach  jako  dalsze

upiększenie  intymności genitalnej. Później, gdy współżycie  staje się regularne, stosuje się  je

często  jako  standardowy  wzorzec  przedkopulacyjny  i  w  tej  roli  stosowano  je  od  dawna,  o

czym świadczy sztuka starożytna.

background image

Współczesne badania amerykańskie ujawniają, że obecnie kontakty oralno-genitalne jako

część  składowa  aktywności  przedkopulacyjnej  występują  u  około  połowy  małżeństw.

Stwierdzono,  że  kontakt  między  ustami  mężczyzny  a  genitaliami  kobiety  stosuje  w

zbliżeniach  54  procent  par,  a  kontakt  między  ustami  kobiety  a  genitaliami  mężczyzny  49

procent  par.  Chociaż  liczby  te  są  znacznie  niższe  niż  liczby  odnoszące  się  do  innych

zachowań  przedkopulacyjnych,  o  których  mówiłem  (kontakty  usta-usta,  ręka-piersi,  usta-

piersi, 

ręka-genitalia 

stosuje 

ponad 

90 

procent 

par), 

to 

jednak 

około

pięćdziesięcioprocentowa  przeciętna,  z  jaką  w  całej  badanej  populacji  występują  kontakty

oralno-genitalne,  nie  uzasadnia  chyba  określania  ich  jako  „nienormalne”.  Mimo  to  jednak  i

mimo  to,  że  aktywność  taka  jest  bardzo  rozpowszechniona  u  innych  ssaków,  uważa  się  ją

często za nienormalny przejaw intymności. Praktyka ta jest potępiona przez religijne kodeksy

moralne  tradycji  judeochrześcijańskiej,  nawet  u  par  małżeńskich,  a  bywa  też  uważana  nie

tylko za niemoralną, ale za niezgodną z prawem. Zdumiewające, że w połowie dwudziestego

wieku  taki  stan  rzeczy  istnieje  niemal  we  wszystkich  stanach  Ameryki  Północnej.  Ściślej

mówiąc,  jedynie  w  Kentucky  i  w  Karolinie  Południowej  amerykańskie  pary  małżeńskie

mogą, nie łamiąc prawa, oddawać się jakimś formom kontaktu oralno-genitalnego. Znaczy to,

że  w  ostatnich  czasach  50  procent  wszystkich  innych  obywateli  amerykańskich,  formalnie

biorąc,  przekroczyło  czy  przekracza  prawo  w  którymś  okresie  życia  małżeńskiego.  W

stanach,  gdzie  praktyki  te  są  nielegalne,  z  wyjątkiem  stanu  Nowy  Jork,  gdzie  są  one

zakwalifikowane  do  kategorii  wykroczeń,  uznaje  się  je  za  przestępstwo.  W  stanach  Illinois,

Wisconsin, Missisipi i Ohio prawo sankcjonuje osobliwy rodzaj  nierówności seksualnej, gdy

bowiem  mąż  nawiązuje  kontakt  oralny  z  żoną,  to  jest  to  zgodne  z  prawem,  gdy  zaś  żona

aktywnie angażuje się w podobny sposób, popełnia przestępstwo.

Te dziwne ograniczenia prawne rzadko są przestrzegane w praktyce, a w ostatnich latach,

gdy  zezwolono  na  sprzedaż  i  reklamę  aromatycznych  natrysków  dopochwowych,  stały  się

wręcz  absurdem.  Wykorzystuje  się  je  jednak  czasami  w  sprawach  rozwodowych,

wymieniając  praktyki  oralno-genitalne  jako  przykład  „psychicznego  znęcania  się”  w

małżeństwie.  Wskazywano  też  na  to,  że  teoretycznie  biorąc,  takie  prawo  może  ułatwiać

szantaż. Jak już powiedziałem, z biologicznego punktu widzenia nie istnieją żadne argumenty

przeciw  kontaktom  usta-genitalia.  Wprost  przeciwnie,  jeżeli  pomagają  one  zwiększyć

emocjonalną  intensywność  aktywności  przedkopulacyjnej,  służą  tylko  zacieśnieniu

wzajemnej  więzi  między  małżonkami  i  w  ten  sposób  umacniają  stan  małżeński,  tak

energicznie i na tyle innych sposobów chroniony przez Kościół i przez prawo kraju.

Badając  szczegółowo  formy,  jakie  przybiera  ten  rodzaj  intymności  u  ludzi,  można

dostrzec  różnicę  między  człowiekiem  i  innymi  ssakami  praktykującymi  kontakty  oralno-

genitalne.  U  innych  gatunków  praktyka  ta  zaczyna  się  zwykle  od  obwąchiwania  i  trącania

nosem,  co  następnie  przechodzi  w  lizanie.  Rzadziej  występuje  rytmiczne  pocieranie.  Takie

działanie daje dokładne informacje o stanie genitaliów partnera. W odróżnieniu od ludzi inne

background image

gatunki ssaków osiągają pełną sprawność seksualną jedynie w pewnych okresach roku lub w

pewnych  określonych  fazach  cyklu  menstruacyjnego  i  dlatego,  zwłaszcza  dla  samca,  przed

podjęciem  próby  spółkowania,  ważne  jest,  aby  wiedzieć  jak  najwięcej  o  stanie  pobudzenia

partnerki.  Przyłożenie  nosa  lub  pyska  do  strefy  genitalnej  dostarcza  cennych  wskazówek

dotyczących  zapachu,  smaku  i  konsystencji.  Rzeczywista  stymulacja  partnerki  za  pomocą

tych kontaktów ma prawdopodobnie znaczenie drugorzędne.

U człowieka sytuacja jest odwrotna, gdyż większe znaczenie ma element stymulacji. Usta

w większym stopniu służą do pobudzenia partnerki lub partnera niż jako środek do zdobycia

wiedzy o jej lub jego stanie gotowości seksualnej. Z tego też powodu u ludzi rytmiczne ruchy

frykcyjne  nabierają  większego  znaczenia  niż  zwykłe  dotykanie  czy  lizanie,  przy  czym

kobieta, naśladując ruchy kopulacyjne, używa ust jako pseudopochwy. Mężczyzna  może  też

używać języka jako pseudoczłonka, ale częściej stosuje stymulację łechtaczki przez rytmiczny

nacisk  języka. Imituje on w ten sposób wielokrotny  masaż  narządu  kobiety  podczas  ruchów

kopulacyjnych.  Dla  mężczyzny  wielką  zaletą  takiego  niby-spółkowania  jest  to,  że  daje  ono

kobiecie  przedłużoną  stymulację,  podczas  gdy  sam  mężczyzna  nie  doznaje  przy  tym

zaspokojenia w formie orgazmu.

W  ten  sposób  może  on  zrekompensować  sobie  dłuższy  czas,  jakiego  przeciętnie

potrzebuje kobieta dla osiągnięcia orgazmu.

To tłumaczy, dlaczego ten przejaw  intymności  seksualnej znajduje szersze  zastosowanie

wśród  mężczyzn  niż  wśród  kobiet.  Stwierdzono  jednak,  że  tego  rodzaju  praktyki  są  inaczej

przedstawiane  w  filmach  porno.  Przeprowadzone  niedawno  badania  nad  historią  tego  typu

filmów  nakręconych  w  ciągu  ubiegłego  półwiecza  dowodzą,  że  omawiane  tu  praktyki

pokazywano znacznie częściej w wykonaniu kobiet niż w wykonaniu mężczyzn. Ma to swoje

specjalne  uzasadnienie.  Filmy  te  tradycyjnie  kręcono  na  wyłącznie  męski  użytek,  bo  były

przeznaczone  do  pokazywania  podczas  spotkań  z  wyłącznym  udziałem  mężczyzn  i  często

określano je mianem filmów „męskich”. Spotkania takie mają niewiele wspólnego z miłością,

bowiem należą one do sfery seksu jako znamienia statusu. W związku ze statusem mężczyzny

historycy  filmów  porno  zauważają,  iż  pokazywanie  mężczyzny  w  pozycji  uległości  wobec

kobiety „pomniejsza” go, natomiast przedstawianie go w pozycji wyższości, w której kobieta

mu  „służy”,  wzmacnia  jego  poczucie  dominacji.  Tu  wracamy  znów  do  podstawowego

zachowania zwierząt, pozycji wyrażających poddanie się osobników podwładnych. Klękanie i

kłanianie  się,  wykonywane  jako  akty  poddania,  biologicznie  polegają  na  obniżaniu  pozycji

ciała  osobnika  poddanego  przed  osobnikiem  stojącym  wyżej.  Jest  rzeczą  znamienną,  że  w

angielskim slangu akt oralno-genitalny kobiety wobec mężczyzny określa się m.in. dosłownie

jako „schodzenie do parteru”. Dotknięcie genitaliów ustami wymaga od partnera aktywnego,

aby  przyjął  pozycję  ciała  znacznie  poniżej  ciała  partnera  biernego.  Zachodzi  to  w  każdej

pozycji,  ale  jest  szczególnie  widoczne,  gdy  partner  bierny  znajduje  się  w  pozycji  stojącej.

Aby  móc  przyłożyć  usta  do  genitaliów  osoby  stojącej,  aktywny  mężczyzna  lub  aktywna

background image

kobieta  musi  uklęknąć  lub  ukucnąć,  co  wymaga  przyjęcia  pozycji  zbliżonej  do  pozycji

wyrażającej  średniowieczne  poddaństwo.  Nic  więc  dziwnego,  że  taki  akt  w  wykonaniu

kobiety bardzo silnie przemawia do mężczyzn podczas  męskich spotkań,  gdzie  seks  traktuje

się  jako  element  statusu.  Zupełnie  inna  jest  oczywiście  sytuacja  między  kochankami  w

warunkach  prywatności.  Jeżeli  celem  nie  jest  jedynie  pozbawione  miłości  zaspokojenie

seksualne,  praktyka  ta  będzie  dostarczała  przyjemności,  w  żadnej  mierze  nie  służąc

podnoszeniu  niczyjego  statusu.  Ponieważ  mężczyźni  i  kobiety  potrzebują  niejednakowej

ilości  czasu  do  osiągnięcia  orgazmu,  technika  pobudzania  oralno-genitalnego  częściej

stosowana jest przez mężczyzn.

Rozważając  różne  warianty  podstawowej  sekwencji  zachowań  seksualnych,  do  tej  pory

zajmowaliśmy  się  niektórymi  sposobami  jej  redukowania  i  rozbudowywania,  ale

wspomniałem  też  o  trzeciej  możliwości,  a  mianowicie  o  przesunięciach  w  kolejności

pojawiania się poszczególnych zachowań. Jest ich, rzecz jasna, wiele, a naszkicowana przeze

mnie  sekwencja  często  podlega  różnym  modyfikacjom.  W  zaprezentowanej  wersji  jest  ona

jedynie  pobieżnym  przewodnikiem  ukazującym  ogólną  tendencję,  zgodnie  z  którą  następują

po sobie kolejne etapy, od chwili pierwszego kontaktu do finalnego pełnego zbliżenia. Jest to

jednak w miarę wierny obraz przeciętnej sekwencji zachowań, tyle że nieraz sformalizowanie

poszczególnych jej elementów może wpłynąć na kolejność ich występowania. Wyjaśnię to na

kilku przykładach.

Pierwsze trzy z wymienionych rodzajów kontaktów to: oko-ciało, oko-oko i głos-głos. Te

trzy  rodzaje  kontaktu  bezdotykowego  rzadko  zmieniają  swoją  kolejność  w  sekwencji.  W

dzisiejszych  czasach  mogą  to  być  sytuacje,  gdy  pierwsze  zetknięcie  odbywa  się  za

pośrednictwem  telefonu  dlatego  czasem  można  usłyszeć,  jak  ktoś  mówi:  „miło  się  wreszcie

spotkać osobiście”. Sugeruje to, że rozmowy telefoniczne nie są „spotkaniami”. Jednakże  są

za  takie  uważane,  jeśli  poprzedza  je  kontakt  wzrokowy.  Wyrażenie  „spotkaliśmy  się”  lub

„poznaliśmy  się”  w  zeszłym  roku  nie  musi  oznaczać  żadnego  kontaktu  dotykowego,  lecz

jedynie  połączenie  wymiany  sygnałów  wzrokowych  i  werbalnych.  A  jednak  „poznanie  się”

na ogół łączy się z owym minimalnym kontaktem cielesnym, jakim jest uścisk dłoni. Wydaje

się,  że  w  trakcie  „poznawania”  kogoś  ważną  rolę  odgrywa  rzeczywiste,  choćby  najlżejsze

dotknięcie.  Ponieważ  w  dzisiejszych  czasach  spotykamy  tak  wiele  obcych  osób,  nie  można

się dziwić, że to pierwsze dotknięcie ma ściśle ustaloną  formę. Nieco bardziej  zróżnicowany

kontakt  cielesny  oznaczałby  nazbyt  wielki  stopień  intymności  na  zbyt  wczesnym  etapie  w

skali czasu właściwej rozwojowi danej znajomości.

Z  powodu  wysokiego  stopnia  sformalizowania  uścisk  dłoni  wysuwa  się  niekiedy  na

pierwsze miejsce w całej sekwencji. Jakaś osoba trzecia mówi po prostu: „Poznajcie się” i w

ciągu  kilku  sekund  po  nawiązaniu  kontaktu  wzrokowego  następuje  kontakt  dotykowy,  w

którym wyciągnięte ręce  łączą się ze sobą. Może to nastąpić nawet jeszcze przed kontaktem

słownym.

background image

Ta  podstawowa  zasada,  zgodnie  z  którą  im  bardziej  sformalizowany  jest  dany  kontakt,

tym łatwiej przesuwa się ku początkowi  łańcucha, jest też doskonale widoczna w pocałunku

usta-usta.  Chociaż,  ściśle  mówiąc,  jest  to  pierwsza  z  czynności  przedkopulacyjnych,

mających  na  celu  pobudzenie,  i  jako  taka  plasuje  się  raczej  w  drugiej  połowie  sekwencji,

często przesuwa się ona na początek za sprawą powszechnie przyjętego obyczaju „całusa  na

dobranoc”.

Znamienne  jest,  że  do  pierwszego  pocałunku  zwykle  dochodzi  podczas  pożegnania.

Dzięki  temu  wybiegowi  pocałunek  staje  się  możliwy  i  wraz  z  pełnym  objęciem  frontalnym

przesuwa  się  na  początek  sekwencji,  przed  takie  mniej  intymne  stadia  jak  półobjęcie  barku

ramieniem  czy  półobjęcie  talii,  a  nawet  być  może  trzymanie  się  za  ręce,  a  to  dlatego,  że

pocałunek  taki,  naśladując  nieseksualne  całowanie  się  przy  takich  okazjach  jak  rodzinne

powitania  i  pożegnania,  nabiera  cech  „niewinności”.  Młoda  para,  po  zapoznaniu  się  i

kilkugodzinnej  rozmowie,  może  na  przykład  w  chwili  rozstania  objąć  się  przelotnie  i

pocałować,  mimo  że  przedtem  w  żadnej  formie  nie  dotykali  się  wzajemnie.  Różni  się  to

wyraźnie  od  sytuacji  mężczyzny  odwiedzającego  prostytutkę,  kiedy  to  pocałunek  przesuwa

się na koniec sekwencji, czyli na miejsce po pełnym kontakcie genitalnym, albo nawet zostaje

całkowicie pominięty.

Jest  chyba  oczywiste,  że  omawiając  różne  warianty  zachowań  seksualnych,  odnoszę  je

głównie  do  współczesnych  społeczeństw  „cywilizowanych”.  W  innych  kulturach  i  u

rozmaitych plemion wzorce te w pewnym stopniu się różnią, ale podstawowe zasady eskalacji

przejawów  intymności  są  na  ogół  podobne.  Amerykańskie  badania  blisko  dwustu  różnych

kultur  wykazały,  że  „jeżeli  gra  wstępna  nie  ulega  zahamowaniom  na  skutek  uwarunkowań

społecznych,  prawdopodobieństwo  jej  występowania  jest  bardzo  wysokie”.  W  większości

społeczeństw obserwujemy niemal wszystkie techniki pobudzania, choć niekiedy przybierają

one  nieco  inną  formę.  Niekiedy  na  przykład  nos,  a  nie  usta,  odgrywa,  rolę  organu

kontaktowego, a pocieranie  i  przyciskanie  nosem  zastępuje  całowanie  w  usta.  W  niektórych

plemionach kontakt usta-twarz lub usta-usta przyjmuje postać przyciskania nosa do twarzy. U

innych  plemion  występują  jednocześnie  kontakty  usta-usta  i  nos-nos.  Niektórzy  mężczyźni

zamiast  dotykania  wargami  jako  sposobu  na  stymulację  kobiecych  piersi  stosują  pocieranie

nosem.  U  jeszcze  innych  plemion  całowanie  przybiera  formę  umieszczania  warg  w  pobliżu

twarzy  partnerki  i  wciągania  przy  tym  powietrza.  U  jeszcze  innych  jest  to  raczej  forma

wzajemnego  ssania  języka  i  ust.  Te  odmiany  w  szczegółach  są  ciekawe  same  w  sobie,  ale

nadmierne  akcentowanie  ich  wagi  –  jak  to  bywało  dawniej  –  zaciemnia  fakt,  że  ogólnie

mówiąc, u wszystkich istot ludzkich zaloty i wzorce przedkopulacyjne są bardzo podobne.

Przyjrzawszy się sekwencji przejawów ludzkiej intymności seksualnej, dochodzimy teraz

do  problemu  ich  częstotliwości.  Kiedyś  stwierdziłem  publicznie,  że  wśród  wszystkich

naczelnych  najaktywniejszy  seksualnie  jest  człowiek,  co  spotkało  się  z  pewną  krytyką.

Jednakże  dowody  biologiczne  są  nie  do obalenia,  nonsensowny  jest  natomiast  argument,  że

background image

obserwowany  obecnie  tu  i  ówdzie  wysoki  poziom  aktywności  seksualnej  jest  sztucznym

tworem  cywilizowanego  stylu  życia.  Skoro  już  o  tym  mowa,  to  właśnie  występujący

gdzieniegdzie  niezwykle  niski  poziom  aktywności  seksualnej  można  przypisać  sztuczności

warunków  dzisiejszego  życia.  Każdy,  kto  kiedykolwiek  znajdował  się  w  pod  wpływem

silnego  stresu,  wie,  że  niepokój  wybitnie  obniża  zainteresowanie  seksem,  a  ponieważ  pełna

wielkich  napięć  egzystencja  współczesnych  społeczeństw  miejskich  nacechowana  jest

wielkim  ładunkiem  stresu,  fakt,  że  zachowania  seksualne  są  wciąż  tak  liczne,  jest  godnym

uwagi świadectwem seksualności naszego gatunku.

Spróbuję  to  wyrazić  bardziej  precyzyjnie.  Jeżeli  użyję  nieco  innego  sformułowania,  a

mianowicie,  że  wśród  wszystkich  naczelnych  człowiek  jest  potencjalnie  najaktywniejszy

seksualnie,  nie  wywoła  ono  sprzeciwu.  Po  pierwsze,  większość  naczelnych  ogranicza  swoją

aktywność  seksualną  do  krótkiego  wycinka  cyklu  płciowego  samicy.  W  tym  czasie

zewnętrzne  narządy  rodne  samicy  ulegają  zmianom,  które  u  większości  gatunków  są

wyraźnie  widoczne  dla  samca  i  które  sprawiają,  że  samica  staje  się  dla  niego  seksualnie

atrakcyjna. W innych okresach samica pociąga go tylko w małym stopniu albo też wcale go

nie pociąga. U ludzi aktywność rozciąga się na niemal cały cykl miesięczny, a więc na okres

mniej  więcej  trzykrotnie  dłuższy.  Już  tylko  z  tego  powodu  zwierzę  ludzkie  ma  trzykrotnie

większy potencjał seksualny niż jego najbliżsi krewniacy, czyli wszelkiego rodzaju małpy.

Po  drugie,  w  odróżnieniu  od  innych  naczelnych  kobieta  zachowuje  swą  atrakcyjność

seksualną  i  zdolność  do  pozytywnego  reagowania  również  w  przeważającej  części  okresu

ciąży.  A  przy  tym  po  rozwiązaniu  kobieta  staje  się  seksualnie  aktywna  dużo  wcześniej  niż

przedstawicielki  innych  gatunków  naczelnych.  Wreszcie  można  oczekiwać,  że  przeciętne

współczesne  zwierzę  ludzkie  będzie  w  stanie  oddawać  się  rozkoszom  życia  seksualnego  aż

przez mniej więcej pół wieku, co zdarza się tylko niewielu innym ssakom.

Ta ogromna  aktywność  seksualna  istnieje  nie  tylko  w  sferze  możliwości,  ale  zazwyczaj

jest  w  pełni  realizowana,  dlatego  nie  muszę  chyba  modyfikować  swojego  stanowiska.

Większość  ludzi  wyraża  swoją  seksualność,  dobierając  sobie  partnerów  i  uprawiając  z  nimi

częste  stosunki  seksualne,  ale  nawet  ci,  którzy  tego  nie  robią  lub  którzy  znajdują  się,  w

izolacji seksualnej, nie popadają na ogół w stan nieaktywności. Brak partnera kompensuje im

zazwyczaj częsta masturbacja.

Najważniejsze  jest  to,  że  ludzki  wzorzec  zachowań  seksualnych  jest  bardzo

skomplikowany.  Obejmuje  on  nie  tylko  aktywne  spółkowanie,  lecz  też  wszelkie  niuanse

zalecania  się  i  szeroko  wykorzystywane  techniki  pobudzania,  które  składają  się  na

zachowanie  przedkopulacyjne.  Innymi  słowy,  wzorzec  ten  przez  wiele  lat  jest  nie  tylko

realizowany  z  wielką  częstotliwością  i  z  rzadkimi  przerwami  na  „fazy  spoczynkowe”  w

cyklach  reprodukcyjnych  kobiety,  ale  ulega  jeszcze  przedłużeniu  i  rozbudowaniu.  Owo

wzbogacenie praktyk ludzkiego życia seksualnego jest możliwe dzięki uzupełnieniu tego, co

stanowi  dziedzictwo  wszystkich  naczelnych,  rozmaitymi  kontaktami  cielesnymi  i  innymi

background image

przejawami intymności, o których tu właśnie mówimy. Różnica między naszym gatunkiem a

innymi jest wprost uderzająca i aby tę sprawę lepiej wyjaśnić, warto przyjrzeć się stosunkom

płciowym u małp.

Małpy  nie  tworzą  głębokich  więzi  wzajemnych,  a  zaloty  i  techniki  pobudzania

przedkopulacyjnego  występują  u  nich  tylko  w  niewielkim  stopniu.  Samica  znajduje  się  w

pełni prawności płciowej przez kilka dni cyklu miesięcznego i wtedy zbliża się do samca albo

samiec  zbliża  się  do  niej.  Samica,  pochylając  się  nieco  do  przodu,  zwraca  się  zadem  ku

samcowi,  który  wspina  się  na  nią  od  tyłu,  wprowadza  członek,  wykonuje  kilka  szybkich

ruchów kopulacyjnych a po wytrysku nasienia schodzi z samicy, po czym następuje rozstanie.

Całe zbliżenie trwa zwykle kilka sekund. Oto kilka przykładów. Samiec jednego z gatunków

makaków  wykonuje  tylko  pięć  do  trzydziestu  ruchów  kopulacyjnych.  Samiec  wyjca

wykonuje osiem do dwudziestu ośmiu ruchów, ich średnia wynosi  siedemnaście, co zajmuje

dwadzieścia dwie sekundy, nie licząc wstępnych dziesięciu sekund potrzebnych na „przyjęcie

odpowiedniej  pozycji  ciała”.  Rezus  wykonuje  od  dwóch  do  ośmiu  ruchów,  trwających  nie

więcej  niż trzy-cztery  sekundy.  Wedle  jednego  z  doniesień  pawiany  wykonują  do  piętnastu.

ruchów  kopulacyjnych,  trwających  w  sumie  siedem  do  ośmiu  sekund;  według  innego

doniesienia  średnia  wynosi  sześć  ruchów, trwających  osiem  do  dwudziestu  sekund.  Według

jeszcze  innego doniesienia wykonują one pięć do  dziesięciu  ruchów, trwających  dziesięć  do

piętnastu  sekund.  Dwa  doniesienia  dotyczą  szympansów  pierwsze  z  nich  podaje,  że

przeciętnie  wykonują  one  cztery  do  ośmiu  ruchów,  przy  maksymalnej  liczbie  piętnastu

ruchów. Według drugiego doniesienia  sześć do  dwudziestu  ruchów,  przy  czym  spółkowanie

trwa siedem do dziesięciu sekund.

Te  szczegóły  pokazują  wyraźnie,  że  nasi  bujniej  owłosieni  krewniacy  nie  marudzą  zbyt

długo podczas parzenia się. Jednak uczciwie mówiąc, uprawiają oni tę „kopulację w proszku”

z  bardzo  wysoką  częstotliwością,  w  krótkich,  kilkudniowych  okresach  popędu  płciowego

samicy. U niektórych gatunków ponowne krycie następuje w ciągu kilku minut po pierwszym

i  może  być  w  krótkim  czasie  wielokrotnie  powtórzone.  Na  przykład  pawian

południowoafrykański  może  pokryć  samicę  trzy  do  sześciu  razy  tylko  w  dwuminutowych

odstępach.  U  rezusa  wielkość  ta  może  wynosić  od  pięciu  do  dwudziestu  pięciu  razy  w

odstępach  jednominutowych.  Wydaje  się,  że  wytrysk  następuje  u  samca  dopiero  podczas

ostatniego  krycia,  które  jest  bardziej  energiczne  i  intensywne,  a  więc  wzorzec  jest  tu  chyba

rzeczywiście bardziej skomplikowany. Tak czy inaczej parzenie się znacznie różni się jednak

od tego, co dzieje się u ludzi. U człowieka nie tylko więcej miejsca zajmuje gra wstępna, ale

sam  akt  spółkowania  trwa  dłużej.  W  fazie  przedkopulacyjnej  ponad  50  procent  par  przez

ponad dziesięć minut stosuje szeroki zakres technik pobudzania. Na ogół mężczyzna mógłby

w  ciągu  następnych  kilku  minut  doprowadzić,  się  do  wytrysku  nasienia  za  pomocą  ruchów

kopulacyjnych, ale zwykle przedłuża tę fazę. A to dlatego, że w odróżnieniu od małpy kobieta

jest  zdolna  przeżyć  szczytowanie,  które  pod  względem  emocjonalnym  jest  podobne  do

background image

szczytowania mężczyzny, ale do jego osiągnięcia potrzebuje ona od dziesięciu do dwudziestu

minut. Znaczy to, że u normalnej pary ludzi wykonanie całego wzorca, razem z grą wstępną i

aktem zespolenia, zajmuje około pół godziny, czyli trwa ponad sto razy dłużej niż u typowej

pary małp. I znów, uczciwie mówiąc, małpy prawdopodobnie powtórzą swój krótki stosunek

dużo  wcześniej  niż  ludzie  swój,  ale  z  drugiej  strony,  samice  małp  wykazują  receptywność

tylko w ciągu kilku dni okresu rui.

Porównując  sytuację  małpiej  samicy  i  kobiety,  można  zauważyć,  że  samica  wchodzi  w

okres rui z nadejściem owulacji i pozostaje w tym stanie przez blisko tydzień. W tym czasie

kopulacja ani jej nie podnieca, ani nie wyczerpuje seksualnie. Pozostaje ona w stanie ciągłego

podniecenia  przez  cały  okres  parzenia  się.  U  kobiety  jakby  każdy  epizod  obcowania

płciowego z mężczyzną był krótkim okresem rui, już nie związanym z cyklem płciowym, lecz

ze stymulacją przedkopulacyjną  mężczyzny.  W gruncie rzeczy kobieta  reaguje  więc  nie  tyle

na  owulację  co  na  partnera.  Jej  pobudzenie  fizyczne  jest  funkcją  wspólnych  z  mężczyzną

przejawów  intymności  seksualnej,  nie  zaś  ściśle  ustalonej  sekwencji  miesięcznych  cyklów

owulacyjnych  i  menstruacyjnych.  Ten  ważny  czynnik,  ilustrujący  podstawową  różnicę  w

systemie  płciowym  naczelnych,  nieuchronnie  prowadzi  do  zwiększenia  znacznego

skomplikowania cielesnych kontaktów między obcującymi  ze sobą płciowo  ludźmi,  tworząc

tym samym podstawę ludzkiej intymności seksualnej.

Powstaje  zatem  pytanie  o  pochodzenie  bardziej  złożonych  praktyk  seksualnych  u  ludzi.

Jakie  są  źródła  wszystkich  tych  dodatkowych  kontaktów  cielesnych?  Ponieważ  małpy

właściwie prawie wyłącznie wspinają się do kopulacji  i kopulują, owo krycie, wykonywanie

rytmicznych  ruchów  kopulacyjnych  i  wytrysk,  są  w  gruncie  rzeczy  jedynymi  elementami

wspólnymi dla  małp  i dla  ludzi. Skąd więc  biorą  się  u  nas  te  wszystkie  delikatne,  niepewne

dotknięcia,  trzymanie  się  za  ręce  w  okresie  zalotów  i  owe  pełne  namiętności  ruchy  mające

wywołać podniecenie w czasie gry wstępnej? Jak się zdaje, niemal wszystko to wywodzi się z

opisanych wcześniej przejawów intymności między  matką a dzieckiem. Prawie żadna z tych

praktyk  nie  jest  „nowa”  i  nie  rozwinęła  się  tylko  po  to,  by  służyć  wyłącznie  celom

seksualnym. Pod względem zachowania zakochanie się bardzo przypomina powrót do okresu

niemowlęctwa.

Badając  okres  dorastania,  stopniowe  ograniczanie  zakresu  następującego  w

najwcześniejszych  latach  całkowitego obejmowania,  stwierdzaliśmy  ubytek,  a  później  zanik

przejawów  intymności  cielesnej.  Teraz,  przyglądając  się  młodym  kochankom,  stwierdzamy,

że cały ten proces przyjmuje odwrotny bieg. Pierwsze zachowania w sekwencji seksualnej są

właściwie  takie  same  jak  każdy  inny  rodzaj  interakcji  towarzyskiej  między  dorosłymi.

Następnie,  stopniowo,  wskazówki  zegara  zachowań  zaczynają  się  cofać.  Oficjalne  podanie

sobie  rąk  i  banalna  rozmówka  podczas  przedstawiania  się  mają  to  samo  pochodzenie  co

trzymanie się opiekuńczej ręki w dzieciństwie. Młodzi kochankowie chodzą trzymając się za

ręce, tak jak kiedyś każde z nich trzymało za ręce rodziców. Ich ciała z rosnącym zaufaniem

background image

zbliżają się do siebie i wkrótce jesteśmy  już świadkami  jakże  miłego powrotu do intymnego

objęcia frontalnego, czemu towarzyszy zetknięcie się głów i pocałunek. W miarę pogłębiania

się  wzajemnego  stosunku  cofamy  się  jeszcze  bardziej  do  czasów,  gdy  nas  delikatnie

pieszczono. Znów ręce gładzą twarz, włosy  i ciało ukochanej osoby. Wreszcie  kochankowie

są  znów  nadzy  i  po  raz  pierwszy  od  czasów  niemowlęcych  czują  na  swoich  narządach

płciowych dotyk ręki innej osoby. Tę powrotną podróż w czasie odbywają nie tylko z pomocą

ruchów,  ale  i  głosów,  delikatny  ton  wymawianych  słów  staje  się  bowiem  ważniejszy  od

samych słów. Nierzadko używane formy językowe nabierają cech infantylizmu i powstaje coś

w  rodzaju  „mowy  dzidziusia”.  Młodzi  wspólnie  napawają  się  poczuciem  bezpieczeństwa  i,

podobnie  jak  w  czasach  niemowlęctwa,  cały  zgiełk  świata  zewnętrznego  nie  ma  dla  nich

większego  znaczenia.  Rozmarzone  oczy  zakochanej  dziewczyny  nie  przypominają  czujnego

wyrazu twarzy dziecka, raczej błogą obojętność buzi zadowolonego niemowlęcia. Ten powrót

do  intymności,  tak  piękny  dla  tych,  którzy  go  doświadczają,  przez  innych  bywa  często

traktowany  z  pewnym  odcieniem  lekceważenia.  Wyraża  się  to  w  różnych  powiedzonkach,

jak: „Witaj miłości, żegnaj mądrości”; „Miłość to cierpienie”; „Miłość jest ślepa”; „Na miłość

i  na  głupotę  nie  ma  lekarstwa”;  „Miłość  i  mądrość  nie  zawsze,  chodzą  w  parze”;

„Kochankowie  to  urodzeni  głupcy”.  Nawet  w  literaturze  naukowej  termin  „zachowanie

regresywne”  ma  zabarwienie  negatywne,  nie  opisując  tego  zjawiska  obiektywnie  i

bezstronnie.  Rzecz  jasna,  infantylne  zachowanie  osób  dorosłych  nie  jest  najlepszym

sposobem radzenia sobie w pewnych sytuacjach, ale w tworzeniu głębokiej więzi wzajemnej

młodych  kochanków  odgrywa  rolę  pozytywną.  Najlepszym  sposobem  na  stworzenie  takiej

więzi  jest  wszechstronny,  intymny  kontakt  cielesny  i  wiele  tracą  ci,  którzy  się  przed  nim

powstrzymują, uważając go za „dziecinadę” lub przejaw infantylizmu.

Gdy zaloty osiągają stadium przedkopulacyjne, wzorce z czasów dzieciństwa bynajmniej

nie  zanikają,  ale  wręcz  się  odradzają,  aż  wreszcie  dochodzą  do  fazy  ssania  piersi  matki.

Zwyczajny  pocałunek,  podczas  którego  wargi  delikatnie  dotykają  ust  lub  policzka  kochanki

czy kochanka, zamienia  się  w  energiczne  i  dynamiczne  przyciskanie.  Uruchamiając  mięśnie

warg i  język, partnerzy nacierają wzajemnie na swoje usta, wpijając  się  w  nie,  jakby  chcieli

wydobyć  z  nich  mleko.  Rytmiczne  ssanie  i  ściskanie  wargami,  a  także  badawcze  lizanie

przypomina  to,  co robią  głodne  niemowlęta. Takie  aktywne  całowanie  nie  ogranicza  się  już

do  ust  partnerki  czy  partnera.  Dociera  także  do  innych  miejsc,  jakby  szukając  dawno

utraconego  matczynego  sutka.  W  tym  poszukiwaniu  język  wędruje  po  całym  ciele,

odkrywając  pseudosutki,  jakimi  są  płatki  uszu,  palce  u  nóg,  łechtaczka  i  członek,  a  także

oczywiście same brodawki partnerki czy partnera.

Wspomniałem o przyjemności doznań seksualnych płynących z takich praktyk, ale jest to

oczywiście tylko część prawdy. Istnieje jeszcze bardziej bezpośrednia przyjemność płynąca z

ponownego doznawania rozkosznego kontaktu oralnego, jakim jest interakcja podczas ssania

w  okresie  niemowlęctwa.  Efekt  ulega  wzmocnieniu,  gdy  pseudopiersi  uzyskają  możliwość

background image

produkowania pseudomleka. Można to osiągnąć przez wzmożone ślinienie się kochanka  czy

kochanki  lub  przez  zwiększoną  ilość  wydzielin  z  narządów  płciowych  kobiety  i  płynu

nasieniowego  mężczyzny.  Kiedy  kobieta trzyma  w  ustach  męski  członek  aż  do  wystąpienia

wytrysku,  wówczas  można  powiedzieć,  że  pieszczota  ta  została  uwieńczona  jakby

„wypływem mleka” z pseudopiersi. Podobieństwo to zostało zauważone już w siedemnastym

wieku, kiedy to slangowe wyrażenie określające tę czynność jako „dojenie” weszło do języka

potocznego.

Zachowania  infantylne  nie  zanikają  całkowicie  nawet  po  zakończeniu  stadiów

przedkopulacyjnych  i  po  rozpoczęciu  samego  spółkowania.  Jedyne  kontakty  cielesne  u

parzących  się  małp  –  poza  samą  interakcją  genitalną  –  polegają  na  trzymaniu  samicy  przez

samca  przednimi  i  tylnymi  łapami.  Trzymanie  się  ciała  samicy  nie  jest  przejawem  miłosnej

intymności,  lecz  sposobem  zapewnienia  sobie  stabilnej  pozycji  podczas  wykonywania

gwałtownych ruchów kopulacyjnych. Takie chwyty  między partnerami  występują  również  u

ludzi,  ale  zachodzi  też  między  nimi  wiele  innych  kontaktów,  których  funkcją  nie  jest  tylko

dostosowanie pozycji ciała. Ściskanie lub trzymanie partnerki nie służy ułatwieniu partnerowi

ruchów kopulacyjnych, lecz jest dotykowym sygnałem intymności.

W  ilustrowanych  podręcznikach  seksu,  o  których  mówiłem,  można  obliczyć

częstotliwość 

występowania 

kontaktów 

pozagenitalnych 

towarzyszących 

ruchom

kopulacyjnym. Uwzględniając tylko ilustracje ukazujące mężczyznę i kobietę w prawdziwym

akcie spółkowania, aż 74 procent pozycji kopulacyjnych pokazuje, jak ręka (lub ręce) jednego

z  partnerów  ściska  lub  dotyka  jakiegoś  fragmentu  ciała  drugiego  w  sposób,  który  nie  służy

„stabilizacji”  ciała.  Ponadto  jest  tam  wiele  przykładów  obejmowania  się  i  całowania  oraz

kontaktów głowa-głowa bez pocałunków, a także pewna liczba kontaktów ręka-głowa i ręka-

ręka.  Wszystkie  te  czynności  są  w  zasadzie  związane  z  obejmowaniem  się,  częściowym

obejmowaniem  się,  czy  też  niektórymi  elementami  obejmowania  się.  Wynika  stąd,  że  u

człowieka  kopulacja  składa  się  z  właściwego  dla  wszystkich  dorosłych  naczelnych  aktu

parzenia się i z nawrotu do niemowlęcego aktu obejmowania. Ten drugi element jest obecny

w  całej  sekwencji  zachowań  seksualnych,  od  jej  najwcześniejszych  etapów,  czyli  zalecania

się,  aż  do  jej  finału.  Zwierzę  ludzkie  nie  kopuluje  z  narządami  płciowymi  należącymi  do

osoby płci przeciwnej, lecz „kocha się” z całą kompletną i konkretną osobą. Dlatego właśnie

u ludzi wszystkie etapy sekwencji zachowań seksualnych, ze spółkowaniem  włącznie,  mogą

służyć  wzmocnieniu  tworzącego  się  związku  pary  i  chyba  właśnie  dlatego  u  kobiety  czas

receptywności  seksualnej  uległ  przedłużeniu,  rozciągając  się  znacznie  poza  granice  okresu

owulacji. Można by wręcz powiedzieć, że dzisiejszy człowiek dokonuje aktu kopulacji nie po

to,  by  zapłodnić  jajo,  lecz  by  zapłodnić  wzajemny  związek.  Tak  czy  inaczej  nie  istnieje  tu

groźba nadmiernej reprodukcji, gdyż  nawet ten ułamek aktów płciowych, który  przypada  na

okres  owulacji,  wystarcza  do  wyprodukowania  dostatecznej  liczby  potomstwa,  czego

dowodem są trzy miliardy ludzi zaludniające ziemię.

background image

4. INTYMNOŚĆ TOWARZYSKO-SPOŁECZNA

Badając intymność seksualną u ludzi, obserwujemy odrodzenie się u dorosłych bogatych i

różnorodnych  wzajemnych  kontaktów  cielesnych,  występujących  w  miejsce  przejawów

intymności  minionych  wraz  z  dzieciństwem.  A  badając  intymność  towarzysko-społeczną  u

ludzi,  obserwujemy  kontakty  ograniczone,  ostrożne  i  pełne  zahamowań,  którym  towarzyszy

tocząca  się  w  naszych  wnętrzach  walka  między  sprzecznymi  wobec  siebie  potrzebami:

bliskości i prywatności, zależności i niezależności.

Wszyscy odczuwamy czasem skutki przeludnienia oraz tego,  że  bywamy  wystawiani  na

ciekawskie spojrzenia i wścibstwo innych ludzi. Korci nas, żeby wzorem mnichów ukryć się

przed tym wszystkim. Ale większości z nas wystarcza kilka godzin, by obrzydzić sobie myśl

o mającej trwać przez całe życie klasztornej samotności. Człowiek jest bowiem stworzeniem

społecznym i dlatego zwykła, zdrowa istota ludzka uważa przedłużające się odosobnienie za

surową  karę.  Poza  torturami  fizycznymi  czy  śmiercią  –  całkowita  izolacja  jest  najgorszą

męczarnią, na jaką można skazać więźnia. Szybko doprowadza go to niemal do obłędu, kiedy

zaczyna przemawiać do muszli klozetowej, żeby usłyszeć echo własnego głosu. Jest to jedyna

dostępna dla niego namiastka ludzkiej odpowiedzi.

Nieśmiała  osoba  samotna  w  wielkim  mieście  może  znaleźć  się  niemal  w  identycznej

sytuacji. Dla ludzi, którzy mają już za sobą okres intymności rodzinnej i mieszkają  samotnie

w jakimś pokoiku czy  mieszkanku, ta samotność może wkrótce stać się nie do  zniesienia.  Z

powodu nadmiernej nieśmiałości, która uniemożliwia im zawarcie jakiejś bliższej znajomości,

mogą  w  końcu  przedłożyć  samobójczą  śmierć  nad  długotrwały  brak  bliskiego  kontaktu  z

innym  człowiekiem.  Oto  jak  silna  jest  elementarna  potrzeba  intymności  z  drugim

człowiekiem.  Intymność  daje  bowiem  początek  zrozumieniu,  a  większość  z  nas,  w

odróżnieniu od samotnego zakonnika, pragnie zrozumienia ze strony chociażby paru osób.

Nie  jest  to  kwestia  zrozumienia  racjonalnego  czy  intelektualnego.  Jest  to  kwestia

zrozumienia emocjonalnego i w tym względzie jeden intymny kontakt cielesny zdziała więcej

niż wszystkie znane ze słowników piękne słowa. Prawdziwie zdumiewająca  jest  ta  możność

background image

przekazywania  uczuć  przez  dotyk.  Być  może,  siła  dotyku  jest  zarazem  jego  słabością.

Szkicując  sekwencję  przejawów  intymności  w  ciągu  całego  życia,  od  narodzin  do  śmierci,

zauważyliśmy,  że  dwie  fazy  intensywnych  kontaktów  cielesnych  pokrywają  się  z  dwiema

fazami  intensywnego  tworzenia  się  więzi  międzyludzkiej,  najpierw  między  rodzicem  a

dzieckiem,  a  później  między  kochankami.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  nie  można

utrzymywać bogatych i pozbawionych zahamowań kontaktów cielesnych  bez  jednoczesnego

silnego  związania  się  z  przedmiotem  swojego  zainteresowania.  Możliwe,  że  właśnie

intuicyjne  zrozumienie  tego  faktu  tak  skutecznie  powstrzymuje  nas  przed  rozleglejszym

korzystaniem z czystej przyjemności, jaką daje intymność cielesna. Nie wystarczy stwierdzić,

że 

obejmowanie 

przytulanie 

na 

przykład 

koleżanki 

pracy 

jest 

czymś

niekonwencjonalnym.  Nie  wyjaśnia  to,  jak  w  ogóle  doszło  do  powstania  konwencji,  która

każe  „trzymać  ręce  przy  sobie”  i  „utrzymywać  dystans”.  Należy  głębiej  przyjrzeć  się  tej

sprawie,  aby  zrozumieć,  dlaczego  zadajemy  sobie  tyle  trudu,  żeby  poza  ścisłym  kręgiem

rodzinnym, w zwykłym życiu codziennym unikać wzajemnego dotykania się.

Częściowo  wyjaśni  to  wielkie  przeludnienie,  jakiego  doświadczamy  we  współczesnych

społecznościach  miejskich.  Na  ulicach  i  w  różnych  pomieszczeniach  spotykamy  codziennie

tak  wiele  osób,  że  po  prostu  nie  jesteśmy  w  stanie  nawiązywać  z  nimi  bardziej  intymnych

stosunków, gdyż doprowadziłoby to do paraliżu całego systemu społecznego. Jak na ironię ta

sytuacja  przeludnienia  wpływa  na  nas  w  dwojaki,  wzajemnie  wykluczający  się  sposób.  Z

jednej strony stresuje nas, wywołując  napięcie  i poczucie niepewności, a z drugiej – zmusza

do ograniczenia wymiany tych właśnie przejawów intymności, które pomogłyby nam pozbyć

się stresu i napięć.

Druga  część  wyjaśnienia  ma  związek  z  seksem.  Nie  chodzi  tu  po  prostu  o  to,  że  nie

dysponujemy  wystarczająca  ilością  czasu  i  energii,  aby  wchodzić  w  nieskończoną  liczbę

związków  towarzyskich,  które  byłyby  skutkiem  rozleglejszego  oddawania  się  intymności

cielesnej. Problem polega na tym, że cielesna intymność ludzi dorosłych kojarzy się z seksem.

Nietrudno  dociec,  jak  doszło  do  tego  niefortunnego  pomieszania.  Ponieważ  –  wyjąwszy

sztuczne  zapłodnienie  –  akt  spółkowania  jest  niemożliwy  bez  intymności  cielesnej,  pod

pewnymi względami stał się on jej synonimem. Nawet najbardziej „niedotykalski” osobnik w

akcie płciowym musi dotykać i być dotykanym. We wszelkich innych okolicznościach można

tego  uniknąć,  ale  tu  jest  to  niemożliwe.  W  czasach  wiktoriańskich,  usiłując  ograniczyć

kontakt, posuwano się do stosowania nocnych koszul z odpowiednimi wycięciami, ale nawet

wtedy  musiał  nastąpić  kontakt  polegający  na  wsunięciu  członka  do  pochwy,  bez  czego

niemożliwe  byłoby przysporzenie ówczesnemu  światu  odpowiedniej  liczby  dzieci.  W  końcu

w  dziewiętnastym  wieku  doszło  do  tego,  że  „stosunek  intymny”  stał  się  eufemizmem

stosunku płciowego. Dziś, w dwudziestym  wieku,  wszelki  intymny  kontakt  cielesny  między

dorosłymi,  bez względu na  ich płeć, coraz łatwiej  stwarza wrażenie, że  w  grę  wchodzi  jakiś

czynnik seksualny.

background image

Twierdzenie, że jest to jakaś nowa tendencja,  nie byłoby prawdziwe. Problem ten  istniał

zawsze, a przejawy intymności między dorosłymi zawsze były w jakimś stopniu ograniczane

ze  względu  na  ewentualne  implikacje  seksualne.  Ale  najwyraźniej  w  ostatnich  latach

nastąpiły dalsze obostrzenia. Już nie tak ochoczo wieszamy się komuś na  szyi  z  radości  czy

wypłakujemy  się  na  czyichś  piersiach  ze  zmartwienia.  Nadal  jednak  istnieje  elementarna

potrzeba  dotykania  i  będzie  rzeczą  ciekawą  prześledzić,  jak  się  z  nią  obchodzimy  w

codziennym  życiu  poza  kręgiem  rodzinnym.  Otóż  wszystko  to  uległo  sformalizowaniu.

Wyniesione z okresu niemowlęctwa niczym nie hamowane przejawy intymności redukujemy

do  fragmentów.  Każdy  fragment  poddajemy  stylizacji  i  usztywniamy,  tak  aby  pasował  do

jakiejś  zgrabnej  kategorii.  Ustalamy  zasady  etykiety  (wyraz  zapożyczony  z  języka

francuskiego,  dosłownie  oznaczający  nalepkę  czy  przywieszkę)  i  uczymy  ludzi  żyjących  w

naszej  kulturze,  jak  mają  ich  przestrzegać.  Jeśli  idzie  o  obejmowanie,  nikogo  nie  trzeba

niczego  uczyć.  Jak  już  stwierdziliśmy,  jest  to  czynność  wrodzona,  wspólna  wszystkim

naczelnym.  Ale obejmowanie  ma w sobie wiele elementów i nasze wyposażenie  genetyczne

nie  ułatwia  nam  decyzji,  jaki  fragment  i  w  jakiej  ściśle  wystylizowanej  formie  ma  zostać

zastosowany  w  danej  sytuacji  towarzyskiej  czy  społecznej.  U  zwierzęcia  dane  zachowanie

albo  występuje,  albo  nie  występuje,  a  u  człowieka  zachowanie  może  być  właściwe  lub

niewłaściwe,  dobre  albo  złe  w  danej  sytuacji,  a  reguły  są  tu  bardzo  skomplikowane.  Nie

oznacza to wcale, że nie możemy ich badać z biologicznego punktu widzenia. Niezależnie od

tego, jak bardzo są one uwarunkowane i zróżnicowane kulturowo, łatwiej je zrozumiemy, gdy

się  im  przyjrzymy  jako  przykładom  zachowań  naczelnych,  a  to  dlatego,  że  prawie  zawsze

zdołamy wówczas dotrzeć do ich biologicznych źródeł.

Aby  lepiej zilustrować to, co mam  na  myśli, przed dokonaniem przeglądu  całościowego

spróbuję  rozważyć  pewien  jednostkowy  przykład.  Posłużę  się  czynnością,  która  nie  była

dotąd  przedmiotem  zbyt  wielkiej  uwagi,  a  mianowicie  poklepywaniem  w  plecy.  Można  by

pomyśleć, że przykład jest zbyt banalny i nie zasługuje na większe zainteresowanie, ale taka

dyskwalifikacja może się okazać niebezpieczna. Każdy  skurcz twarzy, każde podrapanie się,

każde pogłaskanie i każde klepnięcie ma w sobie potencjał zdolny zmienić całe życie danego

człowieka,  a  nawet  narodu.  Czuła  pieszczota,  której  zabrakło  w  decydującym  momencie,

kiedy  ktoś  jej  rozpaczliwie  oczekiwał,  może  okazać  się  działaniem,  a  raczej  zaniechaniem

działania  prowadzącym  do  ruiny  jakiegoś  związku.  Podobnie  nie  odwzajemnienie  uśmiechu

jakiegoś  potężnego  władcy  przez  jakiegoś  innego  potężnego  władcę  może  doprowadzić  do

wojny  i zniszczenia. Niemądrze  jest więc szydzić ze  „zwykłego”  poklepania  w  plecy.  Takie

drobne gesty są materiałem, z którego składa się całe życie emocjonalne.

Każdy,  kto  utrzymywał  kiedyś  ścisły  związek  osobisty  z  szympansem,  wie,  że  klepanie

po  plecach  nie  jest  czynnością  właściwą  wyłącznie  ludziom.  Gdy  twoja  małpa  szczególnie

cieszy  się na twój widok, prawdopodobnie podejdzie do ciebie, obejmie, przyciśnie gorące  i

wilgotne wargi do twojej szyi, a potem zacznie cię rytmicznie poklepywać łapami po plecach.

background image

Jest to dziwne uczucie, bo z jednej strony jest w tym coś bardzo ludzkiego, z drugiej jednak –

wszystko jest nieco odmienne. Pocałunek nie jest całkiem taki sam jak pocałunek człowieka.

Najlepiej można to opisać jako jakby delikatne przyciśnięcie otwartych ust. A poklepywanie

jest nie tylko  lżejsze, ale też szybsze niż poklepywanie człowieka, przy czym  uczestniczą  w

nim, rytmicznie  i  na przemian, obie  łapy. Mimo  to  obejmowanie,  całowanie  i  poklepywanie

są  zasadniczo  tym  samym  u  obu  gatunków,  a  sygnały  towarzyskie  wysyłane  w  trakcie  tych

czynności  wydają  się  identyczne.  Możemy  więc  na  początek  sformułować  uzasadnione

domniemanie, że poklepywanie po plecach jest biologiczną cechą zwierzęcia ludzkiego.

W pierwszym rozdziale  wyjaśniłem  już  prawdopodobne  pochodzenie  tej  czynności  jako

powtarzającego  się  ruchu  intencjonalnego  sygnalizującego  gotowość  przytulenia  się  i

znaczącego mniej więcej: „Tak cię przytulę, jeśli będzie trzeba, ale w tej chwili nie ma takiej

potrzeby, bądź  więc  spokojny,  wszystko  jest  w  porządku”.  W  niemowlęctwie  poklepywanie

jest tylko ozdobnikiem obejmowania, ale później przyjazne poklepywanie może występować

już  samodzielnie,  bez  obejmowania.  Partner  lub  partnerka  wyciąga  po  prostu  rękę  ku  innej

osobie  i  zostaje  nawiązany  kontakt  za  pomocą  samej  dłoni.  Już  ta  zmiana  stanowi  początek

procesu  formalizacji.  Nie  udałoby  się  zrozumieć,  skąd  się  naprawdę  wzięło  poklepywanie,

gdybyśmy obserwowali je bez towarzyszącego mu obejmowania. Jednocześnie zachodzi inna

zmiana:  poklepywanie  przenosi  się  na  coraz  większy  obszar  ciała.  Niemowlę  poklepuje  się

niemal  wyłącznie  po  plecach,  ale  starsze  dziecko  poklepuje  się  już  także  po  barkach,  po

ramionach,  po  rękach,  po  policzkach,  po  głowie,  zarówno  od  góry  jak  i  po  potylicy,  po

brzuchu,  po  pośladkach,  po  udach,  po  kolanach  i  po  nogach.  Rozszerza  się  też  zakres

znaczeniowy poklepywania. Pocieszający sygnał: „wszystko w porządku” staje się sygnałem

gratulującym: „wszystko w najlepszym porządku” lub „świetnie to zrobiłeś”. Ponieważ mózg,

który to sprawił, znajduje się wewnątrz czaszki, nic dziwnego, że właśnie klepanie po głowie

jest  najbardziej  typowym  gestem  gratulacji.  Ten  szczególny  gest  tak  silnie  zrósł  się  z

gratulacjami  dla  dzieci,  że  później,  gdy  poklepywanie  przenosi  się  na  stosunki  między

dorosłymi, trzeba go zaniechać, gdyż zaczyna trącić protekcjonalizmem.

Przechodząc  od  relacji  dorosły-dziecko  do  relacji  dorosły-dorosły,  w  warstwie

znaczeniowej poklepywania obserwujemy dalsze zmiany. Poza głową także inne części ciała

stają się tabu. Można jeszcze bez skrępowania poklepać kogoś po plecach, barku czy ręku, ale

poklepywanie  po  grzbiecie  dłoni,  po  policzkach,  po  kolanach  czy  po  udach  nabiera

zabarwienia  seksualnego,  a  poklepywanie  po  pośladkach  ma  już  zdecydowanie  seksualny

wydźwięk. Sytuacja wykazuje jednak różne modyfikacje i jest wiele wyjątków od tej reguły.

Między kobietami na przykład poklepywanie się po grzbietach dłoni czy po udach może być

zupełnie  pozbawione  seksualności.  Można  też  bez  obrazy  poklepywać  niemal  każdą  część

ciała, utrzymując ten gest w manierze komicznej przesady. Poklepujący wygłasza wtedy jakąś

żartobliwą uwagę w rodzaju „no dobrze, już dobrze, dziecinko”, dając do zrozumienia, że ten

kontakt  nie  ma  charakteru  seksualnego,  lecz  udaje  kontakt  rodzica  z  dzieckiem,  nie  należy

background image

więc brać go poważnie. Jest to oczywiście jakiś rodzaj uchybienia, ale nie ma nic wspólnego z

łamaniem  seksualnych  tabu  dotyczących  dotykania  pewnych  miejsc  w  pewien  określony

sposób.

Sprawa  jest  jeszcze  o  tyle  bardziej  skomplikowana,  że  istnieje  ciekawy  wyjątek  od

wyjątku. Przebiega to następująco: Jakiś dorosły, powiedzmy,  że  jest  to  mężczyzna,  pragnie

nawiązać  seksualny  kontakt  cielesny  z  jakąś  kobietą.  Wie,  że  nie  przyzwoli  ona  na  żaden

kontakt bezpośredni i jawny, który sprawiłby jej przykrość. Właściwie zdaje sobie sprawę, że

jest dla niej zupełnie nieatrakcyjny, ale pragnienie dotknięcia jej jest tak silne, że nie zważa na

wysyłane  przez  nią  sygnały  zniechęcające.  Dlatego  stosuje  strategię  imitacji  zachowania

rodzica w stosunku do dziecka. Odgrywa więc komedię, poklepując ją w kolano i nazywając

zabawną małą dziewczynką. Ma nadzieję, że dziewczyna przyjmie to jako dowcip, chociaż on

sam  znajduje  w  tym  przyjemność  seksualną.  Na  nieszczęście,  nie  udaje  mu  się  skutecznie

ukryć innych sygnałów seksualnych, zwłaszcza mimicznych, i dziewczyna na ogół dostrzega

sztuczkę i reaguje negatywnie.

Wśród  różnych  rodzajów  poklepywania  klepanie  po  plecach  jest  czynnością  o

najmniejszym  nacechowaniu  seksualnym.  W  jakiś  sposób  zdołało  ono  zachować  swój

pierwotny  charakter  i  często  występuje  między  obcymi  sobie  ludźmi  jako  gest  wyrażający

współczucie  lub  uznanie.  Zilustrują  to  dwie  konkretne  sytuacje:  wypadek  drogowy  i  chwila

triumfu  sportowego.  Po  wypadku  drogowym,  gdy  jeden  z  jego  uczestników  siedzi  skulony

przy  drodze  w  stanie  szoku  i  odrętwienia,  podchodzi  do  niego  jakaś  osoba,  która  właśnie

nadjechała i chce udzielić pomocy. Zazwyczaj osoba ta wpatruje się z bliska w zaszokowaną

ofiarę  i  zadaje  jakieś  absurdalne  pytanie  w  rodzaju:  „Czy  nic  się  pani/panu  nie  stało?”,  gdy

wyraźnie widać, że coś się stało. Niemal natychmiast spostrzega bezsensowność swoich słów

i  sięga po skuteczniejszy, elementarny wzorzec komunikacji,  jakim  jest  bezpośredni  kontakt

cielesny. Najbardziej prawdopodobną formą, jaką kontakt ten przybierze, będzie pocieszające,

delikatne  poklepanie  po  plecach.  Tę  samą  reakcję,  chociaż  w  dużo  energiczniejszej  formie,

można  zaobserwować,  gdy  jakiś  sportowiec  odniósł  właśnie  zwycięstwo.  Gdy  triumfalnie

schodzi z boiska czy z ringu, jego kibice przepychają się, żeby jak najbliżej podejść do niego i

poklepać go po plecach, gdy będzie przechodził obok.

Przebyliśmy już długą drogę od wyjściowej sytuacji, kiedy matka z miłością poklepywała

swojego  malucha,  ale  musimy  pójść  jeszcze  dalej,  ponieważ  u  osób  dorosłych  czynność

poklepywania  rozciągnęła  się  aż  poza  ramy  dotyku.  W  dwóch  ważnych  kontekstach  sygnał

dotykowy  przerodził  się  w  sygnał  dźwiękowy  i  sygnał  wzrokowy.  Z  pierwotnej  czynności

dotykania  wywodzi  się  oklaskiwanie  wykonawcy  przez  publiczność  i  machanie  rękami

podczas powitań i pożegnań. Zajmijmy się najpierw klaskaniem.

Przez  wiele  lat  intrygowało  mnie  używanie  rąk  do  klaskania  jako  szeroko

rozpowszechnionego  sposobu  nagradzania  wykonawcy.  Szybkie  uderzenie  dłoni  o  dłoń

wydawało mi się działaniem niemal agresywnym, podobnie zresztą jak przykry dźwięk, który

background image

w  ten  sposób  powstaje.  Jednak  oczywiście  jeśli  chodzi  o  efekt  dla  uszczęśliwionego

wykonawcy, jest to przeciwieństwo agresji. Aktorzy odwiecznie  łaknęli aplauzu wyrażanego

klaskaniem  i uciekali  się do różnych sztuczek, aby go uzyskać. Stąd wywodzi się angielskie

wyrażenie  „claptrap”,  oznaczające  frazesy  dla  poklasku.  Aby  zrozumieć,  na  czym  polega

wartość  klaskania  jako  nagrody,  musimy  sięgnąć  do  jego  źródeł  tkwiących  w  okresie

dzieciństwa.  Rzetelne  badania  nad  niemowlętami  między  szóstym  a  dwunastym  miesiącem

życia wykazały, że w tym wieku klaśnięcie stanowi element powitania matki, gdy wraca ona

do dziecka po krótkiej  nieobecności. Dziecko klaszcze albo tuż przed wyciągnięciem  rączek

do matki albo wręcz zamiast tego. Czynność ta pojawia się mniej więcej w tym samym czasie

co trzymanie  się  matki  rączkami.  Wygląda  na  to,  że  niemowlę,  widząc  nadchodzącą  matkę,

wykonuje ruch wyciągnięcia do przodu rączek zgiętych ku sobie,  tak  jakby  chciało  chwycić

się matki. Ale jest to niemożliwe, bo ciało matki znajduje się zbyt daleko, więc rączki dziecka

dalej zginają się ku sobie, jakby chciały coś objąć, aż wreszcie dłonie spotykają się i uderzają

o siebie. U dziecka klaśnięcie wychodzi jakby z ramion, a nie z nadgarstków, jak u dorosłych.

Szczegółowe obserwacje dowiodły, że nic nie wskazuje na to, by matka wcześniej uczyła

dziecko tej czynności. Niemowlęce klaskanie należałoby więc uznać za słyszalną kulminację

niby-obejmowania matki. Powtarzające się rytmicznie klaskanie z nadgarstków, które pojawia

się  później,  można  by  więc  postrzegać  jako  rodzaj  niby-poklepywania,  będącego  dodatkiem

do  niby-obejmowania.  Oklaskując  wykonawcę,  w  gruncie  rzeczy  poklepujemy  go  na

odległość  po  plecach.  Autentyczny  kontakt  fizyczny,  podbiegnięcie  do  wykonawcy  i

poklepanie  go  po  plecach  na  znak  aprobaty,  byłby  dla  nas  wszystkich  uciążliwy  lub

niemożliwy i dlatego, pozostając na swoich miejscach, wielokrotnie poklepujemy go na niby.

Jeśli  prześledzimy  proces  oklaskiwania,  przekonamy  się,  że  ręce  nie  pracują  z  równą  siłą.

Jedna  ręka  przyjmuje  na  ogół  rolę  pleców  wykonawcy,  gdy  tymczasem  druga  wykonuje  na

niej niby-poklepywanie. To prawda, że poruszają się obie ręce, ale jedna z nich wykonuje tę

czynność energiczniej niż druga. U dziewięciu osób na dziesięć ręka prawa, zwrócona dłonią

ku dołowi, poklepuje rękę lewą, zwróconą dłonią ku górze i odgrywającą rolę pleców.

Czasem  udaje  się  nawet  w  świecie  dorosłych  dostrzec  wyraźny  związek  między

pierwotnym  obejmowaniem  a  czynnością  klaskania.  Gdy  pierwszy  kosmonauta  rosyjski

wrócił  triumfalnie  do  Moskwy  i  stał  na  Placu  Czerwonym  obok  rosyjskich  przywódców,

defilował  przed  nim  tłum  oddających  mu  hołd  ludzi,  którzy  klaskali,  wyciągając  ku  niemu

ręce. Na filmie pokazującym to wydarzenie widać pewnego człowieka z tłumu, który jest do

tego  stopnia  rozemocjonowany,  że  co  pewien  czas  przerywa  swoje  długotrwałe  klaskanie,

usiłując jakby objąć bohatera. Klaszcze wyciągniętymi rękami, następnie obejmuje powietrze

przed  sobą  i  przytula  je  do  siebie,  a  potem  znów  wyciąga  ręce,  znów  klaszcze  i  znów

obejmuje powietrze. Takie odstępstwo od sformalizowanej konwencji pod wpływem  silnych

emocji przekonywająco potwierdza źródła tej czynności u dorosłych.

background image

Tak  się  składa,  że  Rosja  dostarcza  nam  jeszcze  jednej  ciekawej  odmiany  klaskania.

Istnieje tam zwyczaj, że artyści klaszczą publiczności, która ich oklaskuje. Nie oznacza to, jak

niekiedy cynicznie sugerowano, że narcystyczni rosyjscy artyści oklaskują samych siebie. Po

prostu  odwzajemniają  oni  symboliczny  gest  objęcia,  tak  jak  robiliby  to  w  bezpośrednich

kontaktach fizycznych. Na  Zachodzie  konwencja  taka  nie  istnieje,  chociaż  niekiedy  pojawia

się jej wariant w postaci szeroko rozpostartych ramion wykonawców oczekujących na oklaski

po  zakończeniu  występu.  Szczególnie  skłonni  są  do  takich  gestów  cyrkowcy  i  akrobaci.  Po

wykonaniu  trudnej  figury  akrobatycznej  stają  w  dumnej  postawie  równowagi,  z  twarzą

zwróconą ku widowni i z szeroko rozpostartymi ramionami. Widownia natychmiast wybucha

wówczas burzą oklasków. Takie otwarcie ramion  jest  ruchem  intencjonalnym  obejmowania.

Ramiona  znajdują  się  w  pozycji  gotowej  do  objęcia  publiczności,  ale  nie  kontynuują  tej

symbolicznej czynności. Niektórzy śpiewacy kabaretowi, specjalizujący się  w  wykonywaniu

piosenek o wielkim ładunku uczuciowym, robią coś podobnego podczas śpiewu, działając na

uczucia  publiczności  za  pomocą  błagalnego  zaproszenia  w  objęcia,  co  stanowi

akompaniament do słów piosenki.

Klaskanie jest też niekiedy stosowane jako sposób przywoływania służby. W baśniowych

haremach jest to sygnał mówiący: „wprowadzić tancerki”. W takich sytuacjach klaskanie nie

jest powtarzającą się rytmiczną czynnością typową dla wyrażania aplauzu, lecz ogranicza się

do  jednorazowego  lub  dwukrotnego  klaśnięcia.  Pod  tym  względem  bardziej  przypomina

klaskanie niemowlęcia witającego matkę. Podobna jest też treść komunikatu. Skierowana do

matki prośba  niemowlęcia  „podejdź  bliżej”,  staje  się  żądaniem  osoby  dorosłej  skierowanym

do  służby.  Jak  już  mówiłem,  podstawowy  sygnał  dotykowy,  jakim  jest  poklepywanie,  uległ

rozszerzeniu,  przybierając  formę  zarówno  sygnału  słuchowego,  który  właśnie  omówiliśmy,

jak  sygnału  wzrokowego  w  postaci  machania  ręką.  Machanie  ręką,  podobnie  jak  klaskanie,

przyjmowane  bywa  jako  coś  oczywistego,  ale  i  ono  ma  w  sobie  pewne  nieoczekiwane

aspekty, którym warto się przyjrzeć.

Przede  wszystkim  wydaje  się  bezsporne,  że  machamy  ręką  na  powitanie  lub  na

pożegnanie, gdyż stajemy się przez to lepiej widoczni z pewnej odległości. Jest to prawda, ale

niepełna.  Obserwując  ludzi,  którym  rzeczywiście  bardzo  zależy  na  tym,  by  ich  dobrze

widziano, na przykład, gdy przywołują taksówkę albo usiłują zwrócić na siebie uwagę jakiejś

osoby  w  tłumie,  która  ich  nie  widzi,  zauważamy,  że  nie  machają  oni  ręką  w  zwykły,

konwencjonalny sposób. Sztywno podnoszą do góry wyprostowane ramię i poruszają nim na

boki,  przy  czym  ruch  rozpoczyna  się  w  stawie  barkowym.  Czasem  w  stanie  większego

napięcia  unoszą  w  ten  sam  sposób  obie  ręce  i  wykonują  nimi  takie  same  ruchy.  Z  pewnej

odległości  takie  właśnie  działanie  jest  najlepiej  widoczne.  Ale  gdy  nawiązaliśmy  już  z  daną

osobą wzajemny kontakt wzrokowy, nie machamy sobie w taki sposób. Żegnając lub witając

kogoś, kto nas widzi, ale wciąż jest poza naszym zasięgiem, zwykle unosimy ramię do góry,

ale  machamy  tylko  dłonią.  Robimy  to  na  jeden  z  trzech  sposobów.  Pierwszy  polega  na

background image

poruszaniu dłonią w górę i w dół z palcami skierowanymi na zewnątrz. Tu znów pojawia się

wszechobecna  czynność  poklepywania.  Ramię  wyciąga  się  w  geście  powitania,  aby  objąć  i

poklepać,  ale  podobnie  jak  przy  klaskaniu,  odległość  zmusza  je  do  wykonania  czynności

zastępczej.  Różnica  polega  na  tym,  że  w  klaskaniu  uścisk  i  poklepanie  na  odległość

przekształcają  się  w  sygnał  dźwiękowy,  a  w  machaniu  –  w  sygnał  wzrokowy.  Ramię

wykonuje  ruch  ku  górze,  a  nie,  jak  w  prawdziwym  obejmowaniu,  ku  przodowi,  ponieważ

dzięki temu czynność ta staje się lepiej widoczna. Poza tym różnice są niewielkie.

Druga forma machania ręką ujawnia dalsze przekształcenia służące  lepszej  widoczności.

Zamiast ruchów w górę i w dół ręka wykonuje ruchy na boki, przy czym dłoń zwrócona jest

na zewnątrz. Szybkość tych ruchów jest mniej  więcej taka sama, ale w ten sposób czynność

machania  jeszcze  się  oddala  od  czynności  podstawowej  –  poklepywania.  Jest  rzeczą

znamienną,  że  ta  forma  machania  ręką  chętniej  stosowana  jest  przez  dorosłych  niż  przez

dzieci, które chyba wolą prostszą wersję machania w górę i w dół.

Trzeci rodzaj machania ręką nie jest znany większości czytelników zachodnich. Osobiście

widziałem  go  tylko  we  Włoszech,  ale  zdaje  się,  że  występuje  także  w  Hiszpanii,  Chinach,

Indiach, Pakistanie, Birmie, Malezji, Afryce Wschodniej, Nigerii  i  wśród Cyganów. (Jest to,

najoględniej  mówiąc,  rozmieszczenie  niezwykle  ciekawe,  którego  jak  dotąd  nie  potrafię

wyjaśnić). Przypomina ono przywoływanie ręką, ale wystarczy zobaczyć, jak to wygląda przy

pożegnaniu,  żeby  stwierdzić,  że  jest  to  coś  innego.  Podobnie  jak  pierwsza  forma  machania

ręką, jest to ruch w górę i w dół, ale rozpoczyna się od pozycji, w której dłoń  jest uniesiona

do góry (jak w pozycji  błagalnej),  a  następnie  wędruje  wielokrotnie  w  kierunku  ciała  osoby

machającej. Zasadniczo  jest to także ruch poklepywania  –  w  prawdziwym  poklepywaniu  po

plecach często obserwuje się, że ręka znajduje się w takiej właśnie pozycji, w której palce na

plecach  osoby  poklepywanej  skierowane  są  ku  górze,  a  łokieć  obejmującego  ramienia

znajduje się niżej.

Podobna technika charakterystyczna  jest dla dwóch dość wyspecjalizowanych sposobów

machania. Jest to machanie papieskie i machanie królowej brytyjskiej. Przy tej technice ruch

nie  powstaje  ani  w  stawie  barkowym,  ani  w  nadgarstku,  lecz  w  stawie  łokciowym.  Papież

wykonuje  zwykle  ruchy  obiema  rękami  równocześnie,  powoli,  rytmicznie,  wielokrotnie

przybliżając  ku  sobie  uniesione  ku  górze  dłonie  i  przedramiona,  co  składa  się  na  serię

intencjonalnych  ruchów  obejmowania.  Ale  jego  ramiona  nie  zginają  się  wprost  ku  klatce

piersiowej.  Nie  przygarnia  on  więc  tłumu  do  swojego  łona.  Łuk,  który  opisują  papieskie

ramiona, orientuje się po części do wewnątrz, a po części ku górze, jakby te gesty stanowiły

wypadkową  między  przygarnianiem  tłumu  do  siebie  a  kierowaniem  go  do  nieba,  gdzie

wszyscy mają nadzieję kiedyś trafić.

Machanie  królowej  brytyjskiej  także  pochodzi  ze  stawu  łokciowego,  ale  zwykle  jest  to

ruch jednej ręki z palcami uniesionymi prosto ku górze. Dłoń zwrócona jest do wewnątrz, w

kierunku  ciała  monarchini,  co  podkreśla,  że  gest  ma  charakter  uścisku,  a  ramię  wykonuje

background image

powolny,  rytmiczny  ruch  okrężny,  akcentując  szczególnie  wewnętrzną  część  kręgu.  W  ten

finezyjny i wysoce sformalizowany sposób królowa obejmuje swoich poddanych i poklepuje

ich po plecach, dodając im otuchy.

Podobnie  jak  w  procesie  klaskania,  można  tu  czasami  natknąć  się  na  sytuację,  w  której

pod presją uczuć załamuje się ceremoniał machania i wtedy ukazują się jego pierwotne źródła

w  stanie  czystym.  Zilustruje  to  szczególny  przykład  powitania.  W  pewnym  małym  porcie

lotniczym,  gdzie  prowadziłem  obserwacje  dotyczące  machania  ręką,  znajduje  się  taras,  z

którego przyjaciele i krewni przyglądają się przybyłym pasażerom wychodzącym z samolotu i

udającym  się  do  wejścia  prowadzącego  do  odprawy  celnej.  Wejście  to  znajduje  się  pod

tarasem i dlatego chociaż przybyli nie mogą dotknąć postaci podnieconych osób machających

im  gorączkowo  z  góry,  podchodzą  jednak  do  nich  bardzo  blisko,  zanim  znikną  w  budynku

portu  lotniczego.  W  takiej  scenerii  odbywa  się,  co  następuje.  Gdy  otwierają  się  drzwi

samolotu i ukazują się pasażerowie, zaczyna się intensywne poszukiwanie wzrokiem zarówno

ze  strony  witanych  jak  witających.  Gdy  ktoś  dostrzeże  kogoś  poszukiwanego,  natychmiast

zaczyna  zwykle  energicznie  machać  całą  ręką  rzucającym  się  w  oczy  ruchem  z  barku.  Po

nawiązaniu wzajemnego kontaktu wzrokowego obie strony zaczynają machać wyciągniętymi

rękami. Trwa to przez pewien czas, ale spacer do budynku jest tak długi, że po chwili zwykle

zaprzestają.  Ich  potrzeba  machania  i  uśmiechania  się  chwilowo  wygasła  (podobnie  jak  u

osoby fotografowanej, której z upływem czasu coraz trudniej utrzymać naturalny uśmiech na

użytek  operującego  obiektywem  fotografa),  ale  nie  chcąc  sprawiać  wrażenia  obojętnych  na

powitania,  obie  strony  nagle  zaczynają  przejawiać  zainteresowanie  innymi  szczegółami

lotniskowej  scenerii.  Przybyły  przygląda  się  krajobrazowi  wokół  lotniska  albo  też

przemieszcza  bagaż ręczny, który  nagle stał się  niewygodny  i  w  tajemniczy  sposób  wysuwa

mu się z ręki. Witający ze swojej strony zaczynają wymieniać uwagi o wyglądzie przybyłego.

Następnie,  gdy  ten  podchodzi  bliżej  i  można  już  wyraźniej  dostrzec  rysy  jego  twarzy,  obie

strony  zaczynają  energicznie  machać  rękami  i  znów  się  uśmiechają,  dopóki  przybyli  nie

znikną  w  budynku  poniżej.  Pół  godziny  później,  po  zakończeniu  odprawy  celnej,  następuje

pierwszy  kontakt  fizyczny  –  uściski  dłoni,  przytulanie,  poklepywanie,  obejmowanie  i

całowanie.

Jest  to  scenariusz  podstawowy.  Ma  on  oczywiście  wiele  wariantów,  z  których  jeden

okazał  się  dla  mnie  niezwykle  odkrywczy.  Pewien  mężczyzna  wracał  na  łono  rodziny  po

długim  pobycie  za  granicą.  Gdy  tylko  wyszedł  z  samolotu,  zarówno  on  jak  witająca  go

rodzina wpadli w trans wymachiwania rękami  na różne sposoby. Gdy  doszedł  do  budynku  i

wyraźnie zobaczył nad sobą rysy ich twarzy, poczuł, że konwencjonalne machanie rękami nie

może sprostać jego potrzebom emocjonalnym. Ze łzami w oczach i z ustami ułożonymi w nie

wyartykułowane wyrazy miłości, musiał zrobić coś, co lepiej wyraziłoby jego niezwykle silne

uczucie  radości  z  powrotu  do  bliskich.  Wtedy  zauważyłem  zmianę  w  ruchach  jego  ręki.

Zwykłe machanie zamieniło się w doskonałe naśladownictwo gwałtownego poklepywania po

background image

plecach. Podczas gdy dotąd jego ramię unosiło się ku górze, teraz skierowało się ku rodzinie,

dzięki  czemu  –  jakby  krótsze  –  mniej  rzucało  się  w  oczy.  Ręka  zginała  się  na  boki  i

wykonywała w powietrzu energiczne, gwałtowne klepnięcia.  Jego  uczucia  były  tak  silne,  że

pod  wpływem  gorączki  chwili  odpadły  wszystkie  wtórne,  skonwencjonalizowane

modyfikacje prawdziwego obejmowania i poklepywania, które, jako bardziej rzucające się w

oczy,  poprawiają  działanie  sygnałów  na  odległość,  i  w  pełni  doszły  do  głosu  autentyczne

zachowania pierwotne.

Intensywność uczuć towarzyszących temu spotkaniu znalazła potwierdzenie w powitaniu

dotykowym,  które  nastąpiło  po  przerwie  na  odprawę  celną.  Gdy  mężczyzna  ów  wyszedł  do

głównej części portu lotniczego, wszystkie czternaście osób witającej go rodziny  zaczęło  go

tak  energicznie  obejmować,  ściskać,  całować  i  poklepywać,  że  gdy  skończyli,  był  zupełnie

wykończony,  po  twarzy  płynęły  mu  łzy,  a  całe  ciało  drżało  z  emocji.  W  pewnej  chwili

kobieta,  która  wyglądała  na  jego  matkę,  do  swojego  uścisku  dodała  energiczne  ugniatanie

twarzy,  chwytając  w  ręce  oba  policzki  mężczyzny  i  tarmosząc  je,  jakby  ugniatała  ciasto  w

kuchni.  W  tym  czasie  ręce  mężczyzny  obejmowały  ją  aktywnie  i  poklepywały  po  plecach.

Jednakże  po  mniej  więcej  dziesiątej  powtórce  tego  namiętnego  powitania  u  mężczyzny

pojawiły się oznaki wyczerpania emocjonalnego, znamiennie bowiem ewoluował jego sposób

poklepywania.  I tym  razem  konwencja  sygnalizowania  załamała  się  pod  wpływem  napięcia

emocjonalnego,  i  znów  w  całej  okazałości  ukazały  się  źródła  sformalizowanego  wzorca.

Podczas  gdy  wcześniejsze  machanie  ręką  było  nawrotem  do  niby-poklepywania,  teraz

zachowanie  mężczyzny  cofnęło  się  o  jeszcze  jeden  etap  do  właściwego  źródła  swego

pochodzenia.  Powtarzające  się  poklepywanie  ustąpiło  miejsca  krótkim,  powtarzającym  się

uściskom.  Każde  kolejne  klepnięcie  odpowiadało  teraz  coraz  ściślejszym  kontaktom  rąk,  a

wszystko  przerodziło  się  jakby  w  serię  kurczowych,  zacieśniających  się  i  rozluźniających

uścisków.  Był  to  bez  wątpienia  klasyczny  intencjonalny  ruch  czepiania  się,  wzorzec

„odziedziczony  po  przodkach”,  ta  jedyna  forma,  z  której  w  procesie  specjalizacji  sygnałów

wykształciły  się  wszystkie  inne  formy:  zmodyfikowany  sygnał  dotykowy  w  postaci

poklepywania,  sygnał  dźwiękowy  w  postaci  klaskania,  kiedy  jedna  ręka  służy  jako  obiekt

głośnego  klepania,  i  sygnał  wzrokowy,  czyli  klepanie  w  powietrzu  w  postaci  machania

uniesioną  do  góry  ręką.  Oto  jakie  są  więc  odrośle  „najprymitywniejszych”  przejawów

intymności między ludźmi.

Śledząc  różne  odmiany  tego  jednego  drobnego  przejawu  kontaktów  międzyludzkich,

próbowałem  pokazać,  jak  można  ujrzeć  w  nowym  świetle  czynności  stare  i  dobrze  znane.

Silna  elementarna  potrzeba  wzajemnego  kontaktu  cielesnego,  jaka  tkwi  w  nas,  ludziach

dorosłych –  jak się przekonaliśmy – rzadko  jest  wyrażana  w  pełni.  Pojawia  się  natomiast  w

formach  fragmentarycznych,  zmodyfikowanych  i  zamaskowanych,  jako  znaki,  gesty  i

sygnały,  które  codziennie  wzajemnie  sobie  przekazujemy.  Prawdziwe  znaczenie  różnych

czynności często bywa przed nami ukryte i by je w pełni zrozumieć, musimy je prześledzić aż

background image

do  źródeł.  W  przykładach,  które  właśnie  opisałem,  elementarne  kontakty-czynności

zamieniają się często w mniej  bezpośrednie kontakty na odległość. Nadal  jednak  istnieje też

wiele  sposobów  wchodzenia  we  wzajemny  rzeczywisty  kontakt  cielesny,  i  ciekawe  będzie

przekonać  się,  jakie  formy  mogą  one  przybierać.  Zacznijmy  ten  przegląd  od  objęcia

podstawowego.  U  osób  dorosłych  publicznie  nie  pojawia  się  ono  obecnie  zbyt  często,  ale

czasem  można  je  jeszcze  zaobserwować.  Warto  zbadać  sytuacje,  w  których  do  niego

dochodzi.

Pełne  objęcie.  Gdybyśmy  poddali  dokładnym  obserwacjom  możliwie  dużą  liczbę

demonstracji  tego  zjawiska,  okazałoby  się,  że  u  dorosłych  czynność  tę  można  podzielić  na

trzy  wyraźnie  odróżniające  się  kategorie.  Zgodnie  z  oczekiwaniami  najliczniejszą  kategorię

stanowią  miłosne  kontakty  kochanków.  Należy  do  niej  około  dwóch  trzecich  wszystkich

przykładów  publicznego  obejmowania  się.  Pozostałą  jedną  trzecią  można  podzielić  na  dwa

rodzaje, które nazwiemy „spotkania rodzinne” i „triumf sportowca”.

Młodzi  kochankowie  stosują  pełne  objęcie  nie  tylko  podczas  spotkań  i  rozstań,  lecz

często także gdy przebywają ze sobą. Wśród starszych par, małżeńskich, pełne objęcie się w

miejscach publicznych widuje się rzadziej, chyba że jedno z partnerów wyjeżdża na jakiś czas

lub też wraca po co  najmniej  kilkudniowej  nieobecności.  W  innych  sytuacjach,  jeśli  objęcie

się  zdarza,  w  miejscu  publicznym  będzie  ono  miało  charakter  tylko  dość  delikatnego

zdawkowego kontaktu.

Namiętne  obejmowanie  się  jeszcze  rzadziej  zdarza  się  między  dorosłymi  krewnymi,

takimi  jak  bracia  i  siostry  czy  rodzice  i  ich  dorosłe  dzieci.  Ze  znaczną  pewnością  można

jednak  przewidzieć,  iż  pojawia  się  ono  w  jakichś  tragicznych  okolicznościach,  w  których

szczęśliwie  ocalał  ktoś  z  krewnych.  Gdy  ktoś  został  porwany,  uprowadzony,  pojmany  czy

uwięziony  przez  jakieś  siły  natury,  zapewne  po  szczęśliwym  zakończeniu  incydentu  nastąpi

„spotkanie rodzinne” z udziałem pełnego obejmowania się w jego najintensywniejszej wersji.

W takich okolicznościach czynność ta może się nawet przenieść na bliskich przyjaciół obojga

płci,  z  którymi  kiedy  indziej  wymienia  się  tylko  uściski  dłoni  lub  pocałunki  w  policzek.

Ładunek emocji jest wówczas tak wielki, że namiętne obejmowanie się dwóch mężczyzn czy

dwu  kobiet,  albo  też  kolegi  i  koleżanki,  nie  stanowi  przekroczenia  seksualnych  tabu.  Przy

niższym  poziomie  emocji  powstałby  pewien  problem,  ale  w  najbardziej  dramatycznych

chwilach  zapomina  się  o  tabu.  W  naszej  kulturze  dopuszczalne  jest  obejmowanie  się  i

całowanie  dwóch  mężczyzn  w  chwilach  triumfu,  ulgi  czy  rozpaczy,  ale  w  innych,  mniej

dramatycznych sytuacjach nawet jakiś jeden element obejmowania się, taki jak trzymanie się

za ręce czy przytulenie policzka do policzka, natychmiast skojarzy się z homoseksualizmem.

Jest to  różnica  znamienna  i  domaga  się  wyjaśnienia.  Mówi  nam  ona  coś  o  sposobie,  w

jaki  podstawowe  kontakty  cielesne  ulegają  fragmentacji  i  formalizacji.  Przede  wszystkim

pełne  objęcie  jest  naturalne  między  rodzicami  a  niemowlęciem  i,  co  za  tym  idzie,  chociaż

obserwujemy  je  rzadziej,  także  między  rodzicami  a  starszym  już  dzieckiem.  U  dorosłych

background image

typowe jest między kochankami i osobami obcującymi ze sobą płciowo. Dlatego inni dorośli,

odczuwając z różnych powodów potrzebę wzajemnego objęcia się, muszą jakoś wyraźnie dać

do  zrozumienia,  że  w  kontakcie  tym  nie  ma  elementu  seksualnego.  Służy  temu  zazwyczaj

jakiś sformalizowany fragment pełnego obejmowania się, fragment, który zgodnie z przyjętą

konwencją  nie  jest  nacechowany  seksualnie.  Na  przykład  mężczyzna  może  położyć  rękę  na

ramieniu  innego  mężczyzny,  nie narażając  się  na  żadne  fałszywe  interpretacje  seksualne  ani

ze  strony  danej  osoby,  ani  ze  strony  otoczenia.  Gdyby  jednak  chodziło  o  jakieś  inne  proste

fragmenty,  takie  jak  całowanie  mężczyzny  w  ucho,  natychmiast  przypisano  by  temu

konotacje seksualne.

Co innego gdy widzi się dwóch mężczyzn obejmujących się, ściskających i całujących w

chwilach  triumfu,  nieszczęścia  lub  podczas  spotkania  rodzinnego.  Wyklucza  się  treści

seksualne  takiego  zachowania,  gdyż  postrzega  się  je  nie  jako  reakcję  sformalizowaną,  lecz

autentyczną. Otoczenie uznaje, że w tej sytuacji konwencja ustępuje przed silnymi emocjami.

Świadkowie  wyczuwają  intuicyjnie,  że  obserwują  właśnie  powrót  do  pierwotnych

preseksualnych  objęć  z  okresu  niemowlęctwa,  pozbawionych  wszystkich  późniejszych

stylizacji  okresu  dorosłości,  i  dlatego  akceptują  taki  kontakt  jako  zupełnie  naturalny.  W

gruncie rzeczy gdyby dwóch dorosłych homoseksualistów chciało nawiązać kontakt cielesny

na  widoku  publicznym,  nie  wywołując  zwykłych  w  takich  sytuacjach  wrogich  reakcji  lub

zaciekawienia,  powinni  oni  raczej  z  zapałem  rzucić  się  sobie  w  ramiona,  niż  obdarzać  się

delikatnymi pocałunkami.

Badanie  różnych  sformalizowanych  fragmentów  objęcia  podstawowego  powinno  nam

unaocznić,  jak  za  sprawą  konwencji  zostały  one  poszufladkowane  na  różne  kategorie,  przez

co  każda  z  nich  sygnalizuje  obecnie  coś  bardzo  szczególnego,  co  jest  charakterystyczne  dla

związku między osobami nawiązującymi kontakt.

Zanim jednak się tym zajmiemy, musimy wspomnieć o trzeciej kategorii pełnego objęcia,

a  mianowicie  o  „triumfie  sportowca”.  Zwyczaj  obejmowania  się  mężczyzn  po  jakimś

tragicznym wydarzeniu  istnieje od bardzo dawna, ale namiętne uściski piłkarzy po  zdobyciu

gola są czymś stosunkowo nowym. Jak doszło do tego, że tego rodzaju sytuacja nagle urosła

do rangi ważnego doświadczenia emocjonalnego? Aby odpowiedzieć  na  to  pytanie,  musimy

sięgnąć  dużo  dalej  niż  na  boisko  piłkarskie.  Ściślej  biorąc,  musimy  cofnąć  się  w  czasie  o

wiele setek lat.

Dwa tysiące lat temu, gdy świat był mniej zatłoczony, a stosunki między poszczególnymi

członkami danej społeczności były wyraźniej określone, pełne obejmowanie się występowało

dużo częściej jako zwykła forma powitania między równymi sobie. Objęcie z towarzyszącym

mu pocałunkiem występowało zarówno wzajemnie wśród mężczyzn jak wśród kobiet, a także

między mężczyznami i kobietami nie związanymi uczuciem miłości. W starożytnej Persji do

zwyczaju  należało  nawet  wzajemne  całowanie  się  w  usta  równych  sobie  mężczyzn,  przy

czym  pocałunek  w  policzek  był  zarezerwowany  dla  osób o  nieco  niższej  randze  społecznej.

background image

Gdzie  indziej  jednak  taki  pocałunek  stosowano  między  mężczyznami  równymi  sobie.

Sytuacja  ta  trwała  przez  wiele  wieków  i  istniała  jeszcze  w  średniowiecznej  Anglii,  gdzie

waleczni rycerze wzajemnie obejmowali się i całowali w chwilach, w których ich współcześni

następcy skinęliby tylko głową i uścisnęli wyciągniętą dłoń.

Pod  koniec  siedemnastego  wieku  sytuacja  w  Anglii  zaczęła  się  zmieniać,  a  nie

zabarwione  seksualnie  obejmowanie  się  poczęło  gwałtownie  zanikać.  Początkowo  w

miastach,  ale  z  wolna  rozprzestrzeniło  się  na  wieś,  o  czym  dowiadujemy  się  z  komedii

Congreve’a Światowe sposoby, z której pochodzi następująca kwestia: „Zda ci się pewnie, żeś

na wsi, gdzie braciszkowie, wydałe niezgrabiasze, ślinią się  i całują, gdy się zdybią,  i klepią

się po ramieniu, jak wachmistrz, gdy w areszt bierze. To iście u nas nie w modzie, miły panie

bracie”.

Życie  towarzysko-społeczne  w  dużych  miastach  toczyło  się  w  coraz  większym

zagęszczeniu,  stosunki  międzyludzkie  stawały  się  coraz  bardziej  skomplikowane  i  coraz

mniej  uporządkowane,  a  wiek  dziewiętnasty  przyniósł  pogłębienie  tych  tendencji.  Wtedy  to

starannie  wypracowane  ukłony  i  dygi,  które  przetrwały  cały  wiek  osiemnasty,  wyszły  z

codziennego  użycia  i  zaczęto  je  stosować  tylko  przy  bardzo  oficjalnych  okazjach.  W

pierwszym  czy  drugim  dziesięcioleciu  dziewiętnastego  wieku  pojawił  się  ów  gest

symbolizujący kontakt cielesny, jakim jest uścisk dłoni, który przetrwał do dziś dnia.

Podobne  tendencje,  choć  w  różnym  nasileniu,  występowały  coraz  powszechniej.

Mieszkańcy  krajów  romańskich  ograniczali  bezpośrednie  kontakty  cielesne  w  dużo

mniejszym stopniu niż Brytyjczycy, i nawet w dwudziestym wieku dużo łatwiej akceptuje się

tam  przyjacielskie  uściski  między  dorosłymi  mężczyznami.  Tak  jest  do  dziś  i  właśnie  w

związku  z  tym  zajmiemy  się  teraz  zjawiskiem  „uścisku  piłkarskiego”.  Futbol,  czyli  piłka

nożna,  powstał  w  Wielkiej  Brytanii  i  w  dwudziestym  wieku  szybko  rozprzestrzenił  się  po

całym świecie. W krajach romańskich zyskał on szczególną popularność i już wkrótce zaczęto

rozgrywać mecze  międzynarodowe, którym towarzyszą wielkie emocje. Gdy drużyny z tych

krajów  gościły  w  Anglii,  namiętne  uściski  graczy  po  każdym  strzelonym  golu  początkowo

spotykały się tam ze zdumieniem i drwinami, ale wszystko to wkrótce się zmieniło za sprawą

doskonałej  ich gry. Z  upływem  lat  „dobra  robota,  stary”,  wypowiadane  przez  Brytyjczyków

do  zdobywcy  bramki,  zaczęło  wydawać  się  zbyt  oschłe.  Poklepywanie  po  plecach  zostało

zastąpione delikatnymi uściskami, które z kolei przemieniły się w serdeczne obejmowanie się,

aż  doszło  do  tego,  że  dzisiejsi  kibice  nie  dziwią  się  już,  widząc,  jak  zdobywca  bramki

dosłownie  niknie  pod  stertą  ciał  kolegów  napierających  na  niego  ze  wszystkich  stron  i

gratulujących mu.

W  tym  jedynym  szczególnym  wątku  zatoczyliśmy  więc  pełne  koło  –  wróciliśmy  do

czasów średniowiecznych rycerzy  i  ich dawno minionego  świata.  Nie  wiadomo  jeszcze,  czy

ta tendencja rozszerzy się też na inne dziedziny. Niewykluczone, że tak się stanie, ale trzeba

tu  pamiętać  o  pewnym  ograniczeniu.  Obejmowanie  się  piłkarzy  na  boisku  nie  ma  w  sobie

background image

żadnego  pierwiastka  seksualnego.  Gracze  występują  w  ściśle  określonych  rolach,  a  ich

fizyczna  męskość  znajduje  dobitny  wyraz  w  brutalności  gry.  Zupełnie  czym  innym  byłyby

sytuacje  społeczno-towarzyskie,  w  których  role  zdefiniowane  są  mniej  ściśle.  Znaczące

wyjątki  mogą występować jedynie w  tych  dziedzinach,  w  których  wyrażanie  silnych  emocji

jest  elementem  składowym  funkcji  zawodowej,  czego  przykładem  jest  aktorstwo.  Jeśli

wydaje  nam  się,  że  zwyczaje  aktorów  w  tym  względzie  cechuje  pewna  przesada,  musimy

pamiętać, po pierwsze, że ludzi tych specjalnie szkolono w swobodnym wyrażaniu uczuć, po

drugie, że działają oni w warunkach silnego napięcia emocjonalnego związanego z rodzajem

wykonywanej  pracy,  i  po  trzecie,  że  zawód  ich  jest  wyjątkowo  niepewny.  Dlatego  sposób

bycia aktorów może być rozumiany jako forma wzajemnego wsparcia.

Od pełnego objęcia  przejdźmy  teraz  do  mniej  intensywnych  form  ekspresji.  Dotychczas

mówiliśmy o maksymalnym objęciu frontalnym, w którym dwoje partnerów przyciska się do

siebie,  stykając  się  przy  tym  głowami  i  otaczając  wzajemnie  ramionami.  Gdy  czynność  tę

wykonuje  się  z  mniejszą  intensywnością,  możemy  zazwyczaj  zaobserwować  trzy  istotne

zmiany.  Ciała  stykają  się  bokami,  a  nie  twarzą  w  twarz,  tylko  jedno  ramię  obejmuje  ciało

partnera,  a  głowy  nie  stykają  się  ze  sobą,  lecz  są  raczej  odchylone.  Moje  obserwacje

dowiodły,  że  w  zachowaniach  osób  dorosłych,  w  miejscach  publicznych  takie  częściowe

objęcie występuje sześciokrotnie częściej niż pełne objęcie.

Objęcie barku. Najczęściej  występującą  formą  częściowego  objęcia  jest  objęcie  barku  –

jedna osoba otacza ramieniem drugą, kładąc przy tym rękę na jej bardziej odległym ramieniu.

Ta forma występuje dwa razy częściej niż inne formy objęcia częściowego.

Podstawowa  różnica  między  tą  formą  objęcia  a  pełnym  objęciem  frontalnym  polega  na

tym,  że  zachowanie  to  jest  domeną  mężczyzn.  Podczas  gdy  pełne  objęcie  stosowane  było

równie  często  przez  mężczyzn  i  przez  kobiety,  objęcie  barku  występuje  u  mężczyzn

pięciokrotnie  częściej  niż  u  kobiet.  Przyczyna  jest  prosta:  mężczyźni  są  wyżsi  od  kobiet,

kobiety  patrzą  na  ogół  na  mężczyzn  z  dołu,  niezależnie  od  ich  wzajemnych  stosunków  w

innych  płaszczyznach.  Skutkiem  tej  różnicy  anatomicznej  jest  to,  że  niektóre  kontakty

cielesne łatwiej przychodzą mężczyznom niż kobietom, a jednym z nich  jest właśnie objęcie

barku.

Okoliczność  ta  sprawia,  że  objęcie  barku  ma  szczególny  walor.  Gdy  zdarza  się  między

mężczyzną  i  kobietą,  prawie  zawsze  obejmującym  jest  mężczyzna,  co  oznacza,  że

zachowanie  takie  nie  jest  oznaką  zniewieściałości.  To  z  kolei  oznacza,  że  mogą  je  też

stosować  w  nieformalnych  sytuacjach  zaprzyjaźnieni  ze  sobą  mężczyźni,  i  nie  nadaje  to  ich

kontaktowi  odcienia  seksualnego.  Istotnie  około  jednej  czwartej  wszystkich  objęć  barku

zachodzi  między  mężczyznami,  i  jest  to  jedyna  forma  obejmowania  się,  która  powszechnie

występuje w relacjach czysto męskich. W porównaniu z pełnym objęciem frontalnym różnica

ta  jest  uderzająca.  To  pierwsze  zdarza  się  między  mężczyznami  na  ogół  tylko  w  chwilach

bardzo  dramatycznych  lub  w  chwilach  szczególnego  natężenia  emocji,  podczas  gdy  objęcie

background image

barku  nie  jest  związane  z  tak  silnymi  napięciami  i  jest  częste  wśród  kolegów  z  drużyny,

„starych przyjaciół” czy „kumpli”.

Ta  formuła  „bezpiecznej  męskości”  nie  ma  zastosowania  do  innych  rodzajów  objęcia

częściowego, takich  jak  objęcie  w  talii.  Ponieważ  gest  ten  jest  łatwiejszy  do  wykonania  dla

przedstawicieli obu płci, a polega na umieszczeniu ręki w okolicy bliższej genitaliów, rzadko

kiedy występuje on między mężczyznami.

Po  objęciach  częściowych  kolej  na  objęcia  fragmentaryczne  –  jeszcze  mniejsze  ułamki

pełnego  aktu  objęcia.  Tu  widzimy  podobne  różnice.  Niektóre  objęcia  fragmentaryczne  nie

mają  wydźwięku  seksualnego  i  bez  skrępowania  są  stosowane  między  mężczyznami,  inne

zachowują swoje zabarwienie seksualne i są zazwyczaj zarezerwowane dla kochanków.

Ręka na ramieniu. Pospolitym gestem jest położenie jednej ręki na ramieniu partnera, co

nie stanowi żadnej formy rzeczywistego objęcia. Jest to proste zredukowanie objęcia barków

i, jak można się spodziewać, stosuje się je w podobnych okolicznościach. Ponieważ  jest ono

nieco  mniej  intymne,  tym  częściej  występuje  między  mężczyznami.  I  tak  na  cztery  objęcia

barku tylko jedno zachodziło  między  mężczyznami, a w geście „ręka  na ramieniu”  jedno  na

trzy.

Wzajemne  wzięcie  się  pod  rękę.  Obserwując  dalszy  proces  podziału  aktu  objęcia  na

poszczególne  elementy,  dochodzimy  do  gestu  wzajemnego  wzięcia  się  pod  rękę.  I  tu

zauważamy  zastanawiającą  zmianę:  gest ten  w  coraz  mniejszym  zakresie  występuje  między

mężczyznami,  co  wyraża  proporcja  jeden  na  dwanaście.  Musimy  sobie  zadać  pytanie,

dlaczego  ta  jeszcze  mniej  intymna  postać  kontaktu  cielesnego  rzadziej  zachodzi  między

mężczyznami  niż  między  mężczyznami  a  kobietami.  Dzieje  się  tak  dlatego,  że  jest  to

zachowanie specyficznie kobiece. Gdy zdarza się między mężczyznami a kobietami, pięć razy

częściej  stroną  trzymającą  pod  rękę  jest  kobieta.  Odwrotne  proporcje  stwierdziliśmy,

obserwując  gest  obejmowania  barku.  Oznacza  to,  że  gest  trzymania  się  pod  rękę  między

przedstawicielami  tej  samej  płci  jest  uważany  za  objaw  zniewieściałości.  Na  tej  podstawie

można  wnosić,  że  gest  ten  występujący  między  przyjaciółmi  tej  samej  płci  będzie  częstszy

między kobietami niż między mężczyznami. Obserwacje to potwierdzają.

Analizując  sytuację,  kiedy  jeden  mężczyzna  bierze  pod  rękę  drugiego,  stwierdzamy,  że

zachowanie  to  właściwe  jest  dwóm  kategoriom  osób:  pochodzącym  z  kręgu  kultury

romańskiej  i starszym.  W krajach romańskich  mężczyźni stosują  to  często,  gdyż  panuje  tam

większa swoboda w sferze kontaktów cielesnych, a starsi – gdyż z  jednej strony  mają  już za

sobą okres aktywności seksualnej, a z drugiej – poszukują wsparcia.

Ręka  za  rękę.  Posuwając  się  dalej  w  kierunku  od  pełnego  objęcia,  przez  objęcie  barku,

położenie  ręki  na  ramieniu  i  wzięcie  się  pod  ręce,  dochodzimy  do  trzymania  się  za  ręce

(czego nie należy mylić z uściskiem dłoni, który zostanie omówiony później). Chociaż jest to

bardziej odległa forma kontaktu niż poprzednie trzy, gdyż ciała uczestniczących w  nim osób

są zwykle oddzielone od siebie, ma on jednak coś wspólnego z pełnym objęciem, co odróżnia

background image

go od poprzednich trzech  form kontaktu. Jest to działanie wzajemne.  Jeśli  położę  ci  rękę  na

barku, ty możesz nic nie robić, ale  jeśli trzymam twoją rękę, to ty trzymasz  moją. Ponieważ

gest  ten  występuje  często  między  mężczyzną  a  kobietą  i  ponieważ  wymaga  uczestnictwa

obojga,  nie  ma  on  charakteru  zachowania  specyficznie  męskiego  ani  kobiecego,  lecz  raczej

heteroseksualnego.  Z  tej  racji  staje  się  w  istocie  pomniejszoną  wersją  pełnego  objęcia.

Dlatego nie można się dziwić, że rzadko uciekają się do niego dwaj dorośli mężczyźni.

Nie  zawsze  tak  było.  W  czasach,  gdy  między  mężczyznami  występowało  pełne

obejmowanie  się,  mogli  oni  także  trzymać  się  za  ręce,  co  było  wyrazem  nienacechowanej

seksualnie  przyjaźni.  Jako  jeden  z  przykładów  może  tu  służyć  spotkanie  dwóch

średniowiecznych  monarchów.  Zgodnie  z  ówczesnym  zapisem  „Gdy  król  Francji  prowadził

do swojego namiotu króla Anglii, wzięli się obaj za ręce, a za nimi szli czterej książęta, także

trzymając  się  za  ręce”.  Wkrótce  zwyczaj  ten  zaniknął  i  „prowadzenie  się  za  rękę”  stało  się

zwyczajem par damsko-męskich. W dzisiejszych czasach czynność ta uległa  modyfikacji. W

sytuacjach  oficjalnych,  gdy  mężczyzna  towarzyszy  kobiecie,  wprowadzając  ją  na  salę

bankietową lub prowadząc ją wzdłuż kościelnej nawy, zamieniła się w trzymanie pod rękę. W

sytuacjach  mniej  oficjalnych  występuje  jako  typowe  trzymanie  się  za  ręce,  czyli  wzajemne

obejmowanie  dłoni.  W  sytuacjach  większej  intymności  zdarza  się  połączenie  obu  tych

czynności.

Mimo  tej  ogólnej  prawidłowości  istnieją  pewne  sytuacje  specjalne,  w  których

współcześni  mężczyźni  trzymają  się  jednak  za  ręce.  Przykładem  jest  splatanie  wielu  rąk

podczas grupowych produkcji artystycznych pieśń lub kłanianie się w odpowiedzi na oklaski

publiczności.  Ale  nawet  wtedy  istnieje  tendencja  do  przemiennego  ustawiania  się  kobiet  i

mężczyzn;  w  braku  równowagi  liczebnej  albo  gdy  takie  ustawienie  sprawia  zbyt  wiele

zamieszania, możliwe jest trzymanie się za ręce z osobami tej samej płci. Grupa to wszak coś

innego niż para – już sam jej rozmiar wyklucza wszelkie podteksty seksualne.

Inna,  bardzo  wystylizowana  wersja  trzymania  się  mężczyzn  za  ręce  polega  na  ujęciu

cudzej ręki i uniesieniu jej wysoko do góry na znak zwycięstwa. Chociaż ma to swoje źródła

w dziedzinie boksu, obecnie chyba nawet częściej można się z tym spotkać u polityków płci

męskiej, którzy zdają się  wyobrażać  sobie,  że  ręce  ich  zwycięskich  towarzyszy  wyposażone

są  w  rękawice  bokserskie.  Trzymanie  się  za  ręce  jest  w  tym  kontekście  dopuszczalne  ze

względu  na  pierwotnie  agresywny  charakter  uniesionego  ramienia.  Zanim  nastąpiło

upiększenie tego gestu w postaci trzymania się za ręce, uniesione w górę pięści zwycięskiego

boksera sygnalizowały  niewątpliwie, że  jest on w stanie  walczyć  dalej,  gdy  jego  przeciwnik

nie był już do tego zdolny. Jest to „zastygły” ruch  intencjonalny ciosu znad głowy. Ten sam

gest został zaadoptowany przez współczesnych komunistów jako gest pozdrowienia. Badania

nad  zachowaniem  małych  dzieci  podczas  bójek  wykazały,  że  ta  forma  uderzania,  czyli

uderzenie  z  góry,  jest  dla  naszego  gatunku  formą  podstawową  i  nie  wymaga  uczenia  się.

Ciekawe, że współczesny  bokser wciąż stosuje ten ruch  intencjonalny  jako gest zwycięstwa,

background image

chociaż  podczas  prawdziwej  walki  już  tego  nie  stosuje,  posługując  się  bardzo

wystylizowanymi i „nienaturalnymi” ciosami frontalnymi. Fascynujące jest też to, że podczas

mniej  sformalizowanych  walk,  jakimi  są  na  przykład  rozruchy  uliczne,  zarówno  ich

uczestnicy  jak  policjanci  zwykle  uciekają  się  do  bardziej  prymitywnej  formy  ciosów  znad

głowy.

Wracając  teraz  do  kwestii  trzymania  się  za  ręce  przez  mężczyzn  w  miejscach

publicznych, odnotujmy pewien specjalny kontekst, w którym to zachowanie występuje. Mam

tu  na  myśli  księży,  zwłaszcza  hierarchów  Kościoła  katolickiego.  Często  widuje  się  na

przykład  papieża  trzymającego  za  ręce  wiernych  obojga  płci  i  wyjątek  ten  stanowi  dobrą

ilustrację  szczególnych  praw  znanej  osobistości,  której  zachowanie  może  odbiegać  od

konwencji. Papieski image jest tak całkowicie nieseksualny, że papież może przejawiać wiele

fragmentarycznych  gestów  intymności  w  stosunku  do  zupełnie  nieznanych  osób,  gestów,  o

których  zwykły  człowiek  nie  mógłby  nawet  pomyśleć.  Któż  inny  mógłby  na  przykład

wyciągnąć  ręce  i  objąć  nimi  policzki  pięknej  dziewczyny,  nie  budząc  żadnych  skojarzeń

seksualnych?  Papież  może  istotnie  zachowywać  się  jak  jakiś  „ojciec  święty”,  którym  to

mianem  jest  obdarzany,  i  bez  skrępowania  nawiązywać  intymne  kontakty  cielesne  z

dorosłymi obcymi ludźmi, jak robiłby to prawdziwy ojciec ze swoimi prawdziwymi dziećmi.

Przyjmując rolę superojca, papież  może odrzucić obowiązujące  innych  ludzi  ograniczenia  w

sferze  kontaktów  cielesnych  i  powrócić  do  bardziej  naturalnych,  pierwotnych  przejawów

intymności,  typowych  dla  wczesnej  fazy  relacji  rodzice-dziecko.  Jeśli  nawet  wydaje  się,  że

podlega  on  większym  zahamowaniom  w  stosunku  do  wiernych  niż  prawdziwy  ojciec  i  jego

dzieci,  nie  jest  to  spowodowane  względami  seksualnymi,  które  ograniczają  nas  wszystkich,

lecz  raczej  faktem,  że  mając  przed  sobą  rodzinę  składająca  się  z  pięciuset  milionów  dzieci,

jest zmuszony oszczędniej szafować swoimi siłami.

Do tej chwili podróżowaliśmy jak gdyby, poruszając się w kierunku od pełnego objęcia,

przez  barki,  wzdłuż  ramienia  aż  do  dłoni,  gdzie  zakończyliśmy  naszą  podróż.  Teraz  pora

przyjrzeć się, jak inne części ciała wchodzą we wzajemny kontakt podczas pełnego objęcia, i

przekonać  się,  czy  one  także  uczestniczą  we  fragmentarycznych  gestach  bliskości  cielesnej,

obecnych w codziennych relacjach między ludźmi.

Łatwo zrozumieć, dlaczego wzajemne przyciskanie się torsami i nogami podczas pełnego

objęcia  frontalnego  nie  generuje,  jak  się  wydaje,  zbyt  wielu  takich  gestów.  Wzajemne

dotykanie się w takie miejsca na widoku publicznym oznaczałoby nadmierne zbliżanie się do

zakazanych  okolic  płciowych.  Istnieje  jednak  jeszcze  jedna  ważna  strefa  kontaktowa

uczestnicząca w pełnym objęciu, a jest nią głowa. Przy intensywnym obejmowaniu się głowy

stykają bokami, a jednocześnie są obiektem pieszczot rąk lub też bywają dotykane ustami. Z

tych  czynności  wyodrębniły  się  trzy  ważne  elementy  bliskości  cielesnej,  które  występują  w

codziennych relacjach między ludźmi: kontakt głowa-głowa, kontakt ręka-głowa i pocałunek.

background image

Głowa. Dotykanie ręką głowy partnera i wzajemne stykanie się głowami, a zwłaszcza to

pierwsze  jest  specjalnością  młodych  kochanków.  U  kochanków  w  młodym  wieku  kontakty

ręka-głowa są czterokrotnie częstsze niż u starszych par małżeńskich, a kontakty głowa-głowa

dwukrotnie  częstsze,  a  jedne  i  drugie  stoją  w  sprzeczności  z  takimi  przejawami  intymności

jak objęcie barku, które jest powszechniejsze wśród par w starszym wieku.

Mężczyźni między sobą rzadko praktykują kontakt głowami. Gdy mężczyźni „zbliżają się

do  siebie  głowami”,  służy  to  poufnej  konwersacji,  a  nie  manifestuje  prawdziwej  intymności

cielesnej.  Gdy  mężczyzna  dotyka  ręką  głowy  innego  mężczyzny,  może  to  robić  z  trzech

szczególnych powodów: aby udzielić pierwszej pomocy, aby udzielić błogosławieństwa, aby

zaatakować.  Gdy  mężczyzna  (lub  kobieta)  styka  się  z  ofiarą  wypadku,  podlega  silnemu

oddziaływaniu  sygnałów  wysyłanych  przez  bezradnego  rannego,  podobnych  do  sygnałów

wysyłanych przez małe dziecko. Dlatego na przykład zdjęcia ofiar zamachów prawie zawsze

pokazują  kogoś  tulącego  w  rękach  głowę  ofiary.  Z  medycznego  punktu  widzenia  jest  to

postępowanie wątpliwe, ale nie ma tu miejsca na medyczną  logikę. Nie  jest to profesjonalny

akt  pomocy  osoby  wyszkolonej,  lecz  reakcja  bardziej  fundamentalna,  mająca  związek  z

elementarną opieką,  jaką  roztaczają  rodzice  nad  bezradnym  dzieckiem.  Osoba,  która  nie  ma

odpowiedniego  wyszkolenia,  przed  udzieleniem  pierwszej  pomocy  nie  jest  w  stanie

zastanowić  się  i  dokonać  przemyślanej  analizy  obrażeń,  jakie  odniosła  ofiara.  Próbuje

natomiast,  wyciągnąwszy  ręce,  dotknąć  ofiary  lub  unieść  ją  –  co  jest  elementarnym  gestem

pociechy – nie biorąc pod uwagę dodatkowych szkód, jakie może to wyrządzić. Zbyt przykro

stać  obok  i  kalkulować  chłodno,  jakie  kroki  należy  podjąć.  Przemożna  jest  chęć

pocieszającego  kontaktu  cielesnego,  ale  trzeba  pamiętać,  że  czasami  może  on  mieć  fatalne

skutki.  Jako  mały  chłopiec,  nieświadom  tego,  co  się  dzieje,  widziałem  kiedyś,  jak  pewien

człowiek  został  w  ten  sposób  pozbawiony  życia.  Rannego  w  wypadku  śpieszący  mu  z

pomocą  ludzie podnieśli  i  obejmując  delikatnie  ramionami,  umieścili  w  samochodzie,  chcąc

go zawieźć do szpitala. Ten akt miłości zabił go, gdyż na skutek ruchu złamane żebra przebiły

płuca. Gdyby „bezlitośnie” zostawiono go na miejscu wypadku do czasu przybycia pomocy z

noszami  –  może  by  przeżył.  Popęd  do  nawiązywania  kontaktów  cielesnych  w  chwilach

tragedii  jest więc  bardzo silny  i dotyczy  zarówno mężczyzn  jak kobiet, gdyż w  nieszczęściu

płeć się nie liczy.

Udzielanie  błogosławieństwa przez księdza,  na  przykład  położenie  przez  biskupa  rąk  na

głowie podczas wyświęcania lub podczas bierzmowania, jest również pozbawione elementów

seksualnych. Mamy tu znów kopiowanie pierwotnej relacji rodzic-dziecko.

Atak ręką ze strony jednego mężczyzny wymierzony w głowę innego mężczyzny sam w

sobie nie wymaga komentarza, ale może być źródłem intymności między mężczyznami. Gdy

mężczyzna  czuje  potrzebę,  by  na  znak  przyjaźni  dotknąć  głowy  innego  mężczyzny,  ale

odczuwa zahamowania przed gestem przyjaznej pieszczoty, może zastosować prosty sposób,

jakim  jest  udawanie  agresji.  Zamiast  pogłaskać  go  w  głowę,  co  miałoby  zbyt  wyraźny

background image

wydźwięk  seksualny,  może  skierować  przeciw  niemu  „żartobliwy  atak”,  czyli  na  przykład

może  mu  zmierzwić  włosy  albo  ścisnąć  za  szyję  pozorując  chwyt.  Podobnie  jak  zabawa  w

udawane bicie się pomagała rodzicom kontynuować relacje intymne z dorastającymi dziećmi,

tak  wiele  elementów  udawanego  ataku  pozwala  mężczyznom  na  gesty  intymności  z

jednoczesnym zachowaniem męskości.

Pocałunek.  W  ten  sposób  dochodzimy  do  ostatniej  z  ważnych  pochodnych  objęcia

podstawowego, a mianowicie do pocałunku, który jest czynnością intrygującą i mającą długą

historię.  Jeżeli  ktoś  sądzi,  że  pocałunek  jest  czynnością  prostą,  niech  przez  chwilę  pomyśli,

jak  wiele  różnych  form  może  on  przybrać,  nawet  w  dzisiejszym,  rzekomo  wyzwolonym

społeczeństwie. Kochankowie całują się w usta, starego przyjaciela płci przeciwnej całuje się

w policzek, a niemowlę całuje się w główkę. Gdy dziecko skaleczy się w palec, całuje się  je

w  ten  palec,  „żeby  się  zagoił”.  W  obliczu  niebezpieczeństwa  całuje  się  maskotkę  „na

szczęście”. Grając na pieniądze w kości, całuje się kostkę przed jej rzuceniem. Będąc drużbą

na  ślubie,  całuje  się  pannę  młodą.  Będąc  człowiekiem  religijnym,  całuje  się  biskupa  w

pierścień na znak szacunku lub też całuje się Biblię, składając przysięgę. Żegnając się z kimś,

kto  jest  już  poza  naszym  zasięgiem,  składa  się  pocałunek  na  własnej  dłoni  i  dmuchnięciem

przesyła się go w kierunku żegnanej osoby. O nie, pocałunek wcale nie jest czymś prostym i

aby pojąć jego znaczenie, musimy znowu cofnąć wskazówki zegara.

Najbardziej  wrażliwymi  miejscami  ludzkiego  ciała  są  koniuszki  palców,  łechtaczka,

koniuszek  prącia,  język  i  wargi.  Nic  więc  dziwnego,  że  wargi  tak  często  biorą  udział  w

intymnych  kontaktach  cielesnych.  Zaczyna  się  to  od  ssania  piersi  matki,  które  dostarcza

przyjemności  dotykowych  jako  dodatku  do  przyjemności  płynącej  z  uzyskania  mleka.

Udowodniono to, badając zachowanie niemowląt, które miały nieszczęście urodzić się z wadą

polegającą  na  zablokowaniu  przełyku  i  dlatego  trzeba  je  było  karmić  sztucznie.

Zaobserwowano,  że  podawane  im  do  ssania  gumowe  sutki  działały  na  niemowlęta  kojąco

przestawały  one  płakać.  Ponieważ  dzieci  te  nigdy  nie  przyjmowały  żadnego  pożywienia

drogą  ustną,  przyjemność  płynąca  z  trzymania  sutka  między  wargami  nie  mogła  mieć

związku  z  uzyskiwaniem  mleka,  które  zwykle  towarzyszy  takiej  czynności.  Musi  tu  więc

chodzić o kontakt jako taki. Podobnie też dotykanie ustami czegoś miękkiego stanowi ważny,

elementarny, samoistny przejaw intymności.

W  miarę  jak  dziecko  rośnie  i  rozwija  swoje  kontakty  z  matką  typu  głowa-głowa,  w

których czuje na skórze przyciśnięte usta matki, a własnymi ustami czuje jej skórę – jak łatwo

zauważyć  –  te  wczesne  kontakty  ustne  przekształcają  się  w  silnie  oddziałującą  czynność

przyjaznego  powitania.  Podczas  aktu  obejmowania  w  dzieciństwie  usta  zwykle  dotykają

policzka matki lub bocznej części jej głowy. Jak już wspominałem, w dawnych czasach, gdy

między  dorosłymi  obojga  płci  pełne  objęcie  występowało  znacznie  częściej,  pocałunek  w

policzek był zwykłą  formą kontaktu z udziałem ust  między równymi  sobie. Był to w jakimś

sensie pierwotny pocałunek powitalny przejęty z niewielkimi modyfikacjami wprost z okresu

background image

dzieciństwa,  który  przetrwał  przez  wiele  wieków  aż  do  czasów  współczesnych.  W  naszej

kulturze zaprzyjaźnieni ze sobą ludzie, mężczyźni i kobiety, a także krewni wciąż wymieniają

takie pocałunki podczas powitań i pożegnań i czynność ta nie ma w sobie żadnych implikacji

seksualnych.  To  samo  można  powiedzieć  o  dorosłych  kobietach  całujących  inne  dorosłe

kobiety.  Wśród  dorosłych  mężczyzn  sytuacja  różni  się  dość  znacznie  w  różnych  krajach,

bowiem na przykład Francja nie odeszła tak daleko od pradawnego obyczaju jak Anglia.

Całowanie  się  wprost  w  usta  poszło  inną  drogą.  W  różnych  czasach  i  miejscach

stosowano je do pewnego stopnia jako pozbawione znamion seksu powitanie między bliskimi

przyjaciółmi,  ale  takie  połączenie  ze  sobą  dwóch  otworów  w  ciele  bywa  zazwyczaj

postrzegane  jako  przejaw  nadmiernej  intymności  nawet  między  bliskimi  przyjaciółmi,  i

ogólnie  mówiąc,  zaczęło  się  coraz  bardziej  ograniczać  do  kontaktów  między  kochankami  i

małżonkami.

Ponieważ  kobiece  piersi  stanowią  sygnał  seksualny,  a  zarazem  są  organem  karmienia,

całowanie przez  mężczyznę kobiecych piersi również stało się w tym kontekście czynnością

całkowicie seksualną, mimo swojego podobieństwa do elementarnej czynności ssania piersi w

niemowlęctwie.  Nie  trzeba  dodawać,  że  całowanie  w  narządy  płciowe  także  jest  czynnością

wyłącznie seksualną, jak też w istocie całowanie wielu innych części ciała, a zwłaszcza torsu,

ud  i  uszu.  Jednakże  niektóre  szczególne  części  ciała  zostały  formalnie  wyodrębnione  dla

celów  specjalnego  rodzaju  całowania  nieseksualnego  –  które  można  by  określić  jako

pocałunek  poddaństwa  i  pocałunek  szacunku.  Różnią  się  one  zdecydowanie  zarówno  od

pocałunku przyjaźni jak od pocałunku seksualnego; aby to zrozumieć, musimy przyjrzeć się,

jaki widok przedstawia sobą osobnik poddany w oczach osoby dominującej.

Z  badań  nad  zachowaniem  zwierząt  dobrze  wiadomo,  że  jednym  ze  sposobów  na

łagodzenie agresji zwierzęcia dominującego jest nadanie sobie wyglądu czegoś mniejszego, a

przez to mniej mu zagrażającego. Gdy czuje się ono mniej zagrożone przez nas, postrzega nas

jako  mniejsze  wyzwanie  dla  jego  nadrzędności  i  tym  samym  nie  czuje  się  zmuszone  do

podjęcia przeciw nam jakiejś akcji. Po prostu będzie nas ignorowało, jako że znajdujemy się

poniżej  niego,  zarówno  w  przenośni  jak  i  dosłownie,  a  przecież  jeśli  jesteśmy  akurat

zwierzęciem  słabszym,  o to  nam  właśnie  chodzi  (przynajmniej  w  danej  chwili).  I  dlatego  u

licznych  gatunków  zwierząt  można  zaobserwować  pozy  łagodzące,  takie  jak:  najrozmaitsze

rodzaje płaszczenia się, kulenia, czołgania, garbienia się oraz spuszczania oczu i głowy.

Podobnie  jest  u  człowieka.  Gdy  nie  istnieją  żadne  nakazy  formalne,  reakcja  przybiera

zwierzęcą formę płaszczenia się nisko przy ziemi, ale w wielu sytuacjach reakcja człowieka o

niższej kondycji przybrała formy wysoce wystylizowane, a owe stylizacje różnią się znacznie

w  zależności  od  miejsca  i  czasu.  Nie  znaczy  to  jednak,  że  nie  mogą  one  podlegać  analizie

biologicznej  –  wszystkie,  bez  żadnych  wyjątków,  mają  wszak  w  sobie  pewne  podstawowe

cechy,  które  w  oczywisty  sposób  ujawniają  ich  związek  z  sygnalizującym  uległość

zachowaniem u innych gatunków zwierząt.

background image

Najskrajniejszą formą poddańczego poniżenia ciała spotykaną u człowieka  jest leżenie z

twarzą  do  ziemi.  Wyjąwszy  pochówek  w  ziemi,  nie  można  już  przyjąć  pozycji  niższej.  Ale

osoba  dominująca  może  jeszcze  wzmocnić  efekt  poniżenia,  co  zresztą  często  robi,

przyglądając  się  podległemu  z  wysokości  jakiegoś  podestu  lub  tronu.  Ten  akt  całkowitej

służalczości był powszechnie i szeroko stosowany w starożytnych królestwach – wykonywali

go  jeńcy  wobec  swych  zdobywców,  niewolnicy  wobec  właścicieli  i  służący  wobec  panów.

Między  takim  aktem  a  pozycją  w  pełni  wyprostowaną  istnieje  cała  gama  sformalizowanych

sposobów wyrażania podległości. Przyjrzyjmy się im pokrótce.

Kolejną  formą  zachowania  sygnalizującego  podległość,  w  skali  wznoszącej  się,  jest

wschodni obyczaj zwany „kowtow”, to znaczy taki sposób kłaniania się, że ciało nie znajduje

się  w  pozycji  leżącej,  lecz  klęczącej,  przy  czym  zgina  się,  dopóki  czoło  nie  dotknie  ziemi.

Następnym  etapem  jest  klęczenie  na  obu  kolanach  bez  pochylania  się.  Było  ono  często

stosowane  w  starożytności  w  stosunku  do  suwerena,  ale  w  czasach  przed  średniowiecznych

pojawiła  się  pozycja  bardziej  uniesiona  ku  górze,  jaką  jest  przyklęknięcie  tylko  na  jedno

kolano.  Mężczyźni  otrzymywali  wówczas  wyraźne  polecenie,  aby  klękanie  na  oba  kolana

zarezerwować  wyłącznie  dla  Boga,  któremu  należało  okazywać  nieco  więcej  szacunku  niż

ówczesnym  władcom.  W  czasach  współczesnych  rzadko  zdarza  się  komuś  klękać  przed

innym  człowiekiem,  wyjąwszy  pewne  uroczystości  państwowe  z  udziałem  monarchów,  ale

wierni  w  kościołach  do  dziś  kultywują  starożytny  zwyczaj  klękania  na  oba  kolana,  jako  że

Bóg, w odróżnieniu od współczesnych władców, zachował swój dominujący status.

Następny  etap to  dworskie  dyganie,  które  jest  w  gruncie  rzeczy  ruchem  intencjonalnym

przyklęknięcia na jedno kolano. Podczas tej czynności  jedną  nogę odsuwa się  lekko do tyłu,

jakby  mając  zamiar  dotknąć  kolanem  ziemi,  po  czym  ugina  się  oba  kolana,  nie  dotykając

jednak  ziemi  i  nie  pochylając  ciała  do  przodu.  Aż  do  czasów  Szekspira  takie  dygnięcia

wykonywali zarówno mężczyźni jak kobiety. Przynajmniej pod tym względem obowiązywała

równość  płci.  Nie  istniał  jeszcze  wówczas  ukłon  męski.  Z  nadejściem  dygnięcia

przyklęknięcie na jedno kolano zaczęło zanikać  i pozostało w użyciu  jedynie w stosunku do

monarchów.

W siedemnastym wieku nastąpiło zróżnicowanie według płci, gdyż mężczyźni zaczęli się

kłaniać w pas, a kobiety pozostały przy  dygnięciu.  Obie  czynności  były  obniżeniem  pozycji

ciała przed  osobą  dominującą,  ale  odbywało  się  to  w  zupełnie  różny  sposób.  Od tego  czasu

sytuacja  zasadniczo  nie  zmieniła  się,  z  tym  tylko,  że  zakres  tych  zachowań  uległ

ograniczeniu. Zamaszysty i skomplikowany ukłon czasów Restauracji zastąpił dużo prostszy i

sztywniejszy  ukłon  wiktoriański,  a  dworskie  dyganie  zredukowało  się  do  zwykłego

pojedynczego dygnięcia. Obecnie kobiety rzadko już wykonują dworskie dyganie, wyjąwszy

uroczystości  z  udziałem  wielkich  władców  lub  monarchów,  a  mężczyźni,  jeśli  w  ogóle  się

kłaniają, najczęściej ograniczają się do pochylenia głowy.

background image

Jedyny  wyjątek  od  tej  zasady  przetrwał  w  teatrze,  gdzie  po  zakończeniu  widowiska

wykonawcy cofają się często o kilka wieków i demonstrują głębokie ukłony i skomplikowane

dworskie dygania. Spotykamy się tu czasem z ciekawą, zupełnie nową modą: kobiety kłaniają

się głęboko w pas, tak samo jak mężczyźni. Wygląda na to, że ten powrót do równości płci w

akcie  poddaństwa  jest  odzwierciedleniem  nowego  kierunku,  jakim  jest  zrównanie  płci  we

wszystkich  innych  dziedzinach;  jeśli  tak,  to  mężczyźni  mogą  i  tak  podkreślać  swoją

przewagę,  gdyż  to  kobiety  przyjęły  obyczaj  męski,  a  nie  mężczyźni  wrócili  do

średniowiecznego  dygania.  Może  jednak  źródło  ukłonów  wykonywanych  przez  aktorki  jest

zupełnie inne, nie ma związku z maskulinizacją współczesnej kobiety w naszej kulturze. Być

może  ma  swoje  początki  we  wczesnych  okresach  aktorstwa,  kiedy  to  wszyscy  aktorzy  byli

płci  męskiej,  a  połowa  mężczyzn  była  sfeminizowana,  by  móc  grać  role  żeńskie.  Może

współczesna  aktorka,  kłaniając  się,  nawiązuje  do tradycji,  naśladując  swoich  poprzedników,

którzy  byli  męskimi  transwestytami.  Dopuszczając  taką  możliwość,  uważam  to  wyjaśnienie

za  mniej  przekonujące  niż  to,  że  kobieta  robi  to  w  poczuciu,  iż  w  ten  sposób  dołącza  do

mężczyzn.

Całe  to  kłanianie  się  i  szuranie  nogami  składające  się  na  dawniejsze  powitania  dziś

niemal powszechnie zastąpił daleko bardziej bezpośredni, prosty uścisk dłoni. Nie wymaga on

już  żadnego  pochylania  czy  zginania  ciała.  Witamy  się  w  pozycji  wyprostowanej  i  w  ten

sposób  pokazujemy,  jak  daleko  odeszliśmy  od  płaszczenia  się  i  służalczości.  Obecnie

wszyscy  ludzie  nie  tylko  „rodzą  się  równi”,  ale  też  pozostają  tacy,  przynajmniej  w  akcie

witania się osób dorosłych.

Omówiłem  obszernie  te  formalne  aspekty  powitań,  mimo  że  aż  do  etapu  uścisku  dłoni

same  w  sobie  nie  stanowią  one  przejawów  intymności  wyrażanej  w  kontaktach  cielesnych.

Dygresja  ta  była  jednak  potrzebna,  gdyż  powitania  są  ważne  w  związku  z  pocałunkiem

wyrażającym  szacunek.  Stwierdziłem  na  początku,  że  w  czasach  starożytnych  ludzie  równi

sobie całowali się w policzek, to znaczy na tej samej wysokości, jeśli brać pod uwagę budowę

ciała.  Jednak  nie  do  pomyślenia  było,  by  osoba  podporządkowana  całowała  w  ten  sposób

swojego zwierzchnika. Jeśli trzeba  było okazać przyjaźń przez dotknięcie wargami, należało

to wykonać na niższym poziomie, stosownym do poziomu swojej podrzędności. Dla najniżej

podporządkowanych  oznaczało  to  pocałowanie  osoby  dominującej  w  stopę.  Dla  nędznego

jeńca  nawet  to  było  zbyt  zaszczytne,  toteż  musiał  on  całować  ziemię  w  pobliżu  buta  osoby

dominującej. W dzisiejszych czasach takie zachowania są rzadkością, bowiem władcy  nie są

już  tym,  czym  byli  dawniej,  ale  nawet  dziś  na  przykład  władca  Etiopii  może  zostać  w  ten

sposób publicznie uhonorowany przez  jednego ze swoich poddanych. Takie wciąż  istniejące

wyrażenia  jak  „zmiatać  proch  sprzed  czyichś  stóp”  czy  „lizać  buty”  są  echem  dawnych

upokorzeń.

Osobom  nieco  wyższej  kondycji  społecznej  pozwalano  całować  kraj  szaty  lub  kolano

osoby  dominującej.  Na  przykład  biskupowi  wolno  było  całować  w  kolano  papieża,  ale

background image

zwykły śmiertelnik musiał się zadowolić całowaniem krzyża wyhaftowanego na jego prawym

bucie.

Posuwając  się  ku  górze,  dochodzimy  do  całowania  ręki.  Takim  pocałunkiem  obdarzano

wielu  dominujących  mężczyzn,  ale  obecnie,  wyłączając  hierarchów  kościelnych,

rezerwujemy  go  dla  wyrażenia  szacunku  damom,  a  i  to  tylko  w  niektórych  krajach  i  w

niektórych sytuacjach.

Istniały więc cztery miejsca na ludzkim ciele, które, że się tak wyrażę,  miały  licencję na

nieseksualne  pocałunki:  policzek  –  dla  wyrażenia  życzliwej  równości;  ręka  –  dla  wyrażenia

głębokiego  szacunku;  kolano  –  dla  wyrażenia  pokornego  poddania;  i  stopa  –  dla  wyrażenia

uniżoności  i  służalczości.  Dotykanie  wargami  było  zawsze  takie  samo,  ale  im  niższy  był

punkt  ich  przyłożenia,  tym  niższy  wyrażało  ono  status  w  stosunku  do  osoby  całowanej.

Pomimo  całej  pompy  i  rytualizmu  takiego  całowania  zachowanie  to  niewiele  odbiegało  od

sekwencji  typowo  zwierzęcych  póz  uspokajających.  Gdy  pominie  się  szczegóły

charakterystyczne dla poszczególnych odmian kulturowych i spojrzy się na tę czynność  jako

na  całość,  nawet  najbardziej  dworskie  wzorce  zachowania  się  ludzi  zdumiewająco

przypominają wzorce zachowań zwierzęcych, które obserwujemy wokół siebie.

Wymieniłem przedtem wiele współczesnych form całowania, wśród których kilka, jak się

może wydawać, pominąłem w szczegółowych wyjaśnieniach, na przykład całowanie kości do

gry  przed  ich  rzuceniem,  całowanie  maskotki,  czy  też  całowanie  skaleczonego  palca,  by  się

zagoił.  Te  i  wszelkie  inne  podobne  czynności,  zasadniczo  mając  sprowadzać  szczęście,  są

spokrewnione  z  pocałunkiem  szacunku,  który  właśnie  tu  opisuję.  Boga,  który  jak  nikt

dominuje  nad  nami  wszystkimi,  pocałować  nie  można  i  dlatego  wiernym  muszą  wystarczać

Jego  symbole,  a  więc  krzyże,  Biblię  i  inne  podobne  przedmioty.  Ponieważ  ich  całowanie

symbolizuje całowanie Boga, czynność ta przynosi szczęście  po  prostu  dlatego,  że  uśmierza

Jego  gniew.  Dlatego  też  każdą  szczęśliwą  maskotkę  traktuje  się  jako  relikwię.  Być  może

dziwna wydaje się myśl, że hazardzista w Las Vegas, chuchając na kości, całuje Boga, ale w

istocie  to  właśnie  robi.  Także  trzymając  kciuki  na  szczęście,  nie  czyni  nic  innego  niż  pełen

czci znak krzyża, aby powstrzymać gniew boży. Gdy żegnając się całujemy własne ręce  lub

gdy  zdmuchujemy  z  dłoni  pocałunek,  przesyłając  go  odjeżdżającym,  wykonujemy  jeszcze

inną starodawną czynność, gdyż w dawniejszych czasach całowanie własnej ręki było oznaką

większej służalczości niż całowanie ręki osoby dominującej. Całowanie własnej ręki w porcie

lotniczym  jest  jedyną  pozostałością  tego  zwyczaju,  mimo  że  obecnie  wykonujemy  ten  gest

raczej ze względu na oddalenie, a nie ze względu na służalczość.

Uścisk  dłoni.  Pożegnalnym  pocałunkiem  zamykamy  rejestr  różnych  postaci  objęcia

fragmentarycznego  wraz  ze  wszystkimi  jego  zawiłościami  i  przechodzimy  do  ostatniego

rodzaju  kontaktów  cielesnych  między  dorosłymi,  czyli  do  uścisku  dłoni.  Jest  on  na  tyle

ważny,  że  zasługuje  na  szczegółowe  zbadanie.  Wspomniałem  już,  że  wszedł  on  w

powszechne  użycie  dopiero  około  stu  pięćdziesięciu  lat  temu,  ale  będące  jego  prekursorem

background image

splecenie  rąk  znamy  już  z  dużo  wcześniejszych  czasów.  W  starożytnym  Rzymie  wyrażało

ono uroczyste przyrzeczenie i przez blisko dwa tysiące lat to właśnie było jego najważniejszą

funkcją.  Na  przykład  w  średniowieczu  mężczyzna  klękając  splatał  ręce  ze  swoim

zwierzchnikiem  i  w  ten  sposób  ślubował  mu  wierność.  Wzmianki  o  towarzyszącym  temu

potrząsaniu  splecionych  dłoni  pochodzą  już  z  szesnastego  wieku.  Zwrot  „potrząsnęli

złączonymi dłońmi i przysięgli sobie braterstwo” pojawia się w sztuce Szekspira Jak wam się

podoba, gdzie gest ten wyraża przypieczętowanie zgody.

Na  początku  dziewiętnastego  wieku  sytuacja  uległa  zmianie.  Chociaż  uścisk  i

potrząśnięcie dłoni wciąż stosowano po złożeniu przyrzeczenia lub zawarciu umowy jako akt

przypieczętowania, po raz pierwszy zaczęto stosować tę czynność również podczas zwykłych

pozdrowień.  Stało  się  to  za  sprawą  rewolucji  przemysłowej  i  szerokiej  ekspansji  klas

średnich,  pogłębiającej  jeszcze  przepaść  między  arystokracją  a  chłopstwem.  Ci  nowi

pośrednicy prowadzący interesy handlowe i zawodowe nieustannie „dokonywali transakcji” i

„zawierali  umowy”,  które  przypieczętowywali  niezbędnymi  uściskami  dłoni.  Transakcje  i

handel  stawały  się  nowym  stylem  życia,  a  ten  rodzaj  aktywności  zaczął  coraz  bardziej

wpływać na stosunki społeczne. W ten sposób uścisk dłoni towarzyszący zawieraniu umowy

wtargnął  również  do  sytuacji  towarzyskich.  Jego  formuła:  „oferuję  ci  wymianę  życzliwych

pozdrowień”,  uwiarygodniała  handel  wymienny.  Z  czasem  uścisk  dłoni  wyparł  inne  formy

pozdrowień,  aż  wreszcie  w  czasach  dzisiejszych  wszedł  w  powszechne  użycie  jako

podstawowy  gest  powitalny  wykonywany  nie  tylko  przy  spotkaniu  osób  równych  sobie,  ale

także  w  kontaktach  osób  podległych  ze  swoimi  zwierzchnikami.  Podczas  gdy  dawniej

mieliśmy  do  dyspozycji  szeroki  zakres  możliwości  właściwych  dla  różnych  sytuacji

towarzysko-społecznych, dziś mamy tylko tę jedną. Prezydent wykonuje ten sam gest wobec

farmera,  który  farmer  wykonuje  wobec  prezydenta,  a  więc  obaj  z  uśmiechem  na  twarzy

wyciągają  ku  sobie  ręce,  obejmują  je  i  potrząsają  nimi.  Co  więcej,  gdy  jakiś  prezydent

spotyka się z innym prezydentem albo gdy farmer spotyka się z innym farmerem, zachowują

się  oni  dokładnie  tak  samo.  W  kategoriach  intymności  cielesnej  czasy  na  pewno  uległy

zmianie. O ile jednak wszechobecny uścisk dłoni w pewnym względzie uprościł sprawy, to w

innym względzie  je skomplikował. Wiemy, co należy robić, ale nie wiemy  dokładnie  kiedy.

Kto wyciąga rękę do kogo?

Współczesne podręczniki dobrego wychowania pełne są sprzecznych porad, co wyraźnie

wskazuje  na  istnienie  wielkiego  zamieszania  w  tej  kwestii.  Jeden  z  nich  utrzymuje,  że

mężczyzna nigdy pierwszy nie wyciąga ręki do kobiety, gdy tymczasem inny informuje, że w

wielu miejscach świata właśnie mężczyzna ma wykazać  inicjatywę. Jeden podręcznik  mówi,

że  młody  nigdy  nie  powinien  wyciągać  ręki  do  starszego,  a  inny  radzi,  że  jeśli  mamy

jakiekolwiek wątpliwości, powinniśmy wyciągnąć rękę, by nie zranić czyichś uczuć. Jeden z

autorytetów obstaje przy tym, że podając rękę kobieta powinna wstać, inny zaś – że powinna

pozostać w pozycji siedzącej. Dalsze komplikacje zależą od tego, czy jesteśmy gospodarzami

background image

czy  gośćmi,  gdyż  gospodarze  płci  męskiej  wyciągają  rękę  do  gości  płci  żeńskiej,  ale  goście

płci  męskiej  czekają  na wyciągnięcie ręki przez gospodynię. Istnieją  też  różnice  w  zasadach

odnoszących  się  do  biznesu  i  do  życia  towarzyskiego.  Jeden  z  podręczników  posuwa  się

jednak do twierdzenia, że „w kwestii podawania ręki do uścisku nie istnieją żadne reguły”, ale

należy  to  chyba  uznać  za  krzyk  rozpaczy  w  sytuacji,  gdy  tak  naprawdę  reguł  tych  jest

stanowczo zbyt dużo.

Jak więc widać, w tej pozornie prostej czynności,  jaką  jest uścisk dłoni, kryje się pewna

komplikacja  i  jeśli  chcemy  zrozumieć,  skąd  wzięło  się  całe  to  zamieszanie,  musimy  tę

komplikację rozwikłać. Aby tego dokonać, musimy spojrzeć na źródła tej czynności. Cofając

się  aż  do  naszych  krewniaków  w  świecie  zwierząt  zauważymy,  że  podporządkowany

szympans  często  łagodzi  agresję  osobnika  dominującego  wyciągając  ku  niemu  bezwładną

rękę,  gestem  jakby  żebraczym.  Gdy  czynność  ta  zostanie  odwzajemniona,  oba  zwierzęta

przez  chwilę  stykają  się  dłońmi,  co  bardzo  przypomina  krótki  uścisk  dłoni.  Ten  wstępny

sygnał przekazuje następującą treść: „Widzisz, jestem tylko nieszkodliwym żebrakiem, który

nie  odważy  się  ciebie  zaatakować”,  odpowiedź  zaś  oznacza:  „Ja  też  ciebie  nie  zaatakuję”.

Między równymi sobie, jako gest życzliwości, oznacza to po prostu: „Nie zrobię ci krzywdy,

jestem  twoim  przyjacielem”.  Tak  więc  u  szympansów  wyciągnięcie  ręki  może  zainicjować

osobnik  podporządkowany  w  stosunku  do  osobnika  dominującego,  i  jest  to  wówczas  gest

uległości,  albo  osobnik  dominujący  w  stosunku  do  osobnika  podporządkowanego,  i  jest  to

gest  uspokajający,  albo  wreszcie  może  on  być  wykonany  przez  równych  sobie  jako  akt

przyjaźni.  Tak  czy  inaczej,  w  tym  kształcie  jest  to  zasadniczo  gest  łagodzenia  agresji,  a  w

kategoriach  współczesnych  podręczników  dobrego  wychowania  należałoby  go  raczej

przypisać  sytuacjom,  w  których  osobnik  podporządkowany  jako  pierwszy  wyciąga  rękę  do

osobnika dominującego.

Przechodząc  teraz  do  starodawnego  ściskania  się  za  ręce,  musimy  się  mu  przyjrzeć  w

podobnym świetle. Mówiąc konkretnie, wyciągnięcie otwartej dłoni miało pokazać, że nie ma

w  niej  broni,  co  wyjaśnia  też,  dlaczego  wyciągamy  prawą  rękę,  czyli  tę,  w  której  zwykle

trzyma  się  broń.  Takie  pokazywanie  ręki  słabszego  silniejszemu  mogło  być  znakiem

poddania,  albo  silniejszego  słabszemu  –  gestem  uspokajającym,  jak  wśród  szympansów.

Stając się silnym, wzajemnym uściskiem dłoni, gest ten zamienił się w energiczną czynność

znamionującą  zawarcie  paktu  wzajemnej  akceptacji,  przynajmniej  na  pewien  czas,  między

dwiema równymi sobie osobami. Jednak w swojej istocie jest to wciąż akt, w którym żaden z

dwóch uczestników nie utwierdza się w swojej dominacji,  lecz każdy, niezależnie od  swego

względnego statusu, demonstruje, że jest chwilowo nieszkodliwy.

Jest  to  jedno  z  możliwych  źródeł  współczesnego  uścisku  dłoni,  ale  jest  też  inne,  które

zaciemnia  ten  obraz.  Jedną  z  ważnych  czynności  wykonywanych  przez  mężczyznę  przy

powitaniu kobiety było całowanie w rękę. Czyniąc to, mężczyzna przed złożeniem pocałunku

ujmował  w  swoją  rękę  wyciągniętą  w  jego  kierunku  dłoń  kobiety.  Gdy  czynność  ta  uległa

background image

stylizacji,  intensywność  jej głównego elementu, czyli pocałunku, osłabła  do tego  stopnia,  że

usta  mężczyzny  zbliżały  się  do  zewnętrznej  strony  dłoni  kobiety  i  nie  dotykając  jej,

wykonywały  pocałunek  w  powietrzu.  Ulegając  dalszemu  skonwencjonalizowaniu,  czynność

ta  ograniczała  się  niekiedy  jedynie  do  ujęcia  i  uniesienia  kobiecej  dłoni  z  lekkim  skłonem

głowy w  jej kierunku. W tej zmodyfikowanej  formie  jest to  ni  mniej,  ni  więcej  tylko  lekkie

potrząśnięcie dłoni. Jeden z autorów widzi w tym jedyne źródło współczesnego uścisku dłoni:

„Wydaje się, że uścisk dłoni jako kontakt powitalny  jest późniejszą pochodną »pocałunku w

twarz«,  przy  czym  ogniwem  pośrednim  był  »pocałunek  w  rękę«„.  W  tym  świetle

wyciągnięcie  ręki  byłoby  aktem  zdecydowanej  dominacji  nad  podwładnym  i  jako  takie

zasadniczo różniłoby się od uścisku dłoni wyrażającego układ zawarty między mężczyznami.

Tymczasem słuszna jest chyba zarówno teoria splatania rąk jak teoria całowania w rękę i

owo podwójne pochodzenie jest powodem całego zamieszania panującego we współczesnych

podręcznikach  dobrego  wychowania.  Sedno  sprawy  tkwi  w  tym,  że  w  dzisiejszych  czasach

istnieje  wiele  okoliczności,  w  których  podajemy  sobie  ręce.  Robimy  to  na  powitanie,  na

pożegnanie,  zawierając  układ,  dobijając  targu,  gratulując,  przyjmując  wyzwanie,  wyrażając

podziękowanie,  wyrażając  współczucie,  godząc  się  po  sprzeczce  i  życząc  szczęścia.

Występują  tu  dwa  elementy.  W  niektórych  okolicznościach  uścisk  dłoni  symbolizuje  więź

między przyjaciółmi, a w innych tylko to, że jesteśmy przyjaźnie nastawieni w danej chwili.

Gdy  wymieniam  uścisk  dłoni  z  człowiekiem,  którego  właśnie  poznałem,  jest  to  tylko

grzeczność i nie mówi nic o naszych przeszłych czy przyszłych wzajemnych stosunkach.

Inaczej  mówiąc,  można stwierdzić, że  współczesny  uścisk  dłoni  jest  aktem  podwójnym,

który  udaje  akt  pojedynczy.  „Układowy  uścisk  dłoni”  i  „powitalny  uścisk  dłoni”  mają  inne

pochodzenie i inne funkcje, ale ponieważ osiągnęły wspólną formę, myślimy o nich po prostu

jako  o  „przyjacielskim  uścisku  dłoni”.  Stąd  wywodzi  się  całe  zamieszanie.  Problem  ten  nie

istniał  aż  do  wczesnych  czasów  wiktoriańskich.  Wówczas  praktykowano  tylko  układowy

uścisk dłoni  między  mężczyznami,  który  mówił:  „załatwione!”,  i  całowanie  kobiety  w  rękę,

które mówiło: „spotkanie z panią jest dla mnie zaszczytem”. Ale gdy w epoce wiktoriańskiej

interesy zaczęły się coraz silniej splatać z życiem towarzyskim, obie te czynności  stopiły się

w  jedno  i  pomieszały  ze  sobą.  Energiczny  układowy  uścisk  dłoni  uległ  zwiotczeniu  i

osłabieniu,  a  delikatne  ujmowanie  kobiecej  dłoni  przy  przelotnym  pocałunku  uległo

wzmocnieniu.

Obecnie akceptujemy ten stan rzeczy bez zastrzeżeń, ale w dziewiętnastowiecznej Francji

spotykało się to z pewnym oporem. Powitalny uścisk dłoni określano tam jako „amerykańskie

potrząsanie  ręką”,  i  patrzono  na  nie  złym  okiem,  gdy  praktykowali  je  mężczyźni

odwiedzający niezamężne Francuzki. Powodem był nie tyle związany z tym kontakt cielesny,

co po prostu fakt, że Francuzi wciąż interpretowali uścisk dłoni  zgodnie z  jego wcześniejszą

typowo  męską  funkcją.  Odwiedzający  mężczyźni  byli  wówczas  postrzegani  jako  osoby

„zawierające  układ”  i  nawiązujące  przyjazne  stosunki  ze  świeżo  poznanymi  młodymi

background image

dziewczętami,  co  uważano  za  wysoce  niewłaściwe.  Oczywiście  odwiedzający  Francję

cudzoziemcy uważali, że jest to tylko forma grzecznego powitania.

Tutaj wracamy znów do zamętu i nieporozumień panujących w podręcznikach bon tonu.

Największym problemem jest to, kto komu pierwszy podaje rękę. Czy za obrazę można uznać

to,  że  ktoś  pierwszy  nie  wyciągnął  ręki  na  powitanie,  bo  może  to  świadczyć  o  braku

przyjaznego  nastawienia,  czy  też  to,  że  ktoś  pierwszy  wyciągnął  rękę,  bo  może  to  być

poczytane  za  domaganie  się  zmodyfikowanego  pocałunku  w  rękę?  Staranne  obserwacje

różnych  sytuacji  towarzyskich  dowodzą,  że  zdezorientowane  osoby  witające  się  rozwiązują

ten  problem  na  podstawie  pewnych  dyskretnych  wskazówek.  Szukają  u  drugiej  osoby

najlżejszych  oznak  ruchu  intencjonalnego  uniesienia  ręki  i  starają  się  nadać  kontaktowi

charakter gestu  jednoczesnego.  Do tego  zamieszania  przyczynia  się  też  fakt,  że  przy  innych

pozdrowieniach  okazanie  szacunku  wymaga,  aby  osoba  podporządkowana  działała  jako

pierwsza.  Szeregowy  salutuje  oficerowi,  zanim  ten  odwzajemni  salut  szeregowemu.  W

dawnych  czasach  osoba  młodsza  wiekiem  pierwsza  kłaniała  się  osobie  starszej.  Ale

pocałunek w rękę rządził się innymi prawami – dama musiała wyciągnąć rękę jako pierwsza.

Żaden szanujący się mężczyzna nie chwytałby jej za rękę, nie czekając na sygnał z jej strony.

Ponieważ  pocałunek  w  rękę  leży  u  źródła  powitań  polegających  na  podawaniu  ręki,

zazwyczaj  stosuje  się  tę  właśnie  zasadę.  Mężczyzna  czeka,  aż  kobieta  poda  mu  rękę  do

uścisku, tak jakby wyciągała ją do pocałunku. Teraz jednak, gdy całowanie w rękę wyszło już

z  mody,  to  że  mężczyzna  nie  wyciąga  ręki  jako  pierwszy,  może  też  znaczyć,  że  on  jest

oficerem,  a  ona  szeregowym,  i  że  to  ona  musi  wykonać  pierwszy  ruch  salutowania,  czyli

powitania.  Stąd  biorą  się  te  wszystkie  upominania  i  narzekania  speców  od  dobrych

obyczajów.

Drugie  źródło  pochodzenia  uścisku  dłoni,  czyli  zawieranie  układów,  jeszcze  bardziej

zaciemnia sytuację. Tu zazwyczaj jako pierwszy podaje rękę mężczyzna słabszy, aby okazać

silniejszemu  swoją  gorliwość.  Podczas  zawodów  sportowych  zwykle  przegrany  podaje  rękę

zwycięzcy, aby zamanifestować, że mimo porażki, potwierdza przyjazne związki. Dlatego też

gdy młody biznesmen wyciąga na powitanie rękę do starszego kolegi, może to być poczytane

bądź  za  zuchwałość  („możesz  pocałować  mnie  w  rękę”),  bądź  jako  gest  pokory  („jesteś

zwycięzcą”).  I  znów,  jak  w  sytuacjach  towarzyskich,  problem  można  rozstrzygnąć,

obserwując  drobne  oznaki  ruchów  intencjonalnych  i  starając  się  zaaranżować  działanie

jednoczesne.

Zważywszy  na  skomplikowaną  przeszłość  i  poplątaną  teraźniejszość  tego  obyczaju,

można by się spodziewać, że w coraz mniej sformalizowanym  świecie współczesnym uścisk

dłoni jest w zaniku, i w niektórych kontekstach, jak się zdaje, tak jest. Powitania towarzyskie

stają się coraz bardziej werbalne. Gdzieś w połowie naszego wieku specjaliści od grzeczności

orzekli,  że  „w  Wielkiej  Brytanii  zwyczaj  wymieniania  uścisku  dłoni  przez  poznające  się

osoby  ulega  zanikowi”.  Dużo  częściej  jednak  uścisk  dłoni  wymieniają  dwaj  mężczyźni  niż

background image

mężczyzna  i  kobieta  czy  dwie  kobiety.  Według  moich  obserwacji  dwie  trzecie  wszystkich

uścisków dłoni wymieniają między sobą mężczyźni, a z pozostałej jednej trzeciej trzykrotnie

więcej przypada na osoby płci przeciwnej niż na same kobiety. Liczby te współgrają z historią

tego obyczaju, jako że mężczyźni przejęli go jako część składową zawierania układu, a potem

dodali  do  tego  funkcję  powitalną,  nadając  tej  typowo  męskiej  czynności,  że  się  tak  wyrażę,

podwójną  wartość.  Kobiety  wymieniające  uścisk  dłoni  z  mężczyznami  przejęły  tę  czynność

jako  kontynuację  całowania  w  rękę,  ale  ponieważ  nie  uzyskały  jeszcze  równorzędnej  roli  w

biznesie,  rzadko  stosują  układowe  uściski  dłoni.  Kobiety  nigdy  nie  całowały  też  w  rękę

innych  kobiet,  dlatego  rzadko  w ogóle  stosują  między  sobą  uściski  dłoni  w  którejkolwiek  z

ich funkcji i są najmniej liczną grupą osób, które to robią.

Ostatnia  uwaga,  jaką  można  sformułować  na  temat  uścisków  rąk,  może  wydawać  się

oczywista,  ale  jednak  jest  ważna.  Chodzi  o  to,  że  ta  forma  kontaktów  cielesnych  nie

występuje  między  kochankami.  W  większości  krajów  nie  występuje  ona  też  u  par

małżeńskich.  Gdy  zapytać  żonatego  od,  powiedzmy,  dwunastu  lat  Anglika,  kiedy  ostatnio

witał się z żoną uściskiem dłoni, w odpowiedzi usłyszymy raczej, że dwanaście  lat temu  niż

że dwanaście dni temu. Jest to niewątpliwie najmniej romantyczny ze wszystkich przyjaznych

kontaktów  cielesnych.  We  wszystkich  omawianych  w  tym  rozdziale  zachowaniach,  od

pełnego  objęcia  poczynając,  a  na  pocałunku  kończąc,  występuje  silny  element  seksualny.

Wszystkie  one  wywodzą  się  z  tego  samego  źródła  podstawowego  i  wszystkie  są  częstsze

między  kochankami  i  u  par  małżeńskich  niż  u  dorosłych  występujących  w  innych  rolach.

Takie  kontakty  w  relacjach  między  mężczyznami  zazwyczaj  stają  się  możliwe  tylko  w

specjalnych okolicznościach. W odróżnieniu do nich uścisk dłoni, mający swe korzenie nie w

czułym  obejmowaniu  się,  lecz  w  typowo  męskim  akcie  zawierania  układu,  nie  wiąże  się  z

tego  rodzaju  komplikacjami.  Nawet  gdy  w  jego  historii  pojawiło  się  całowanie  w  rękę,  nie

zmieniło  to  charakteru  zjawiska,  ponieważ  był  to  już  pocałunek  sformalizowany  i

odseksualizowany,  który  wyrażał  jedynie  szacunek.  Silni  mężczyźni  mogli  więc  potrząsać

sobie  wzajemnie  ręce,  dopóki  im  nie  zsiniały,  nie  ryzykując,  że  wywołają  jakieś  miłosne

skojarzenia. Samo potrząsanie w powietrzu splecionymi dłońmi, tak typowe dla tej czynności,

sprawia,  że  gest  ten  ma  w  sobie  coś  szorstkiego  i  mało  delikatnego,  co  nawet  z  pewnej

odległości wyraźnie różni go od miłosnego trzymania się za ręce.

W  niniejszym rozdziale przyjrzeliśmy się zachowaniom  ludzi  dorosłych  wobec  siebie  w

miejscach  publicznych  i  stwierdziliśmy,  w  jaki  sposób  wszechogarniające  i  nie  hamowane

przejawy intymności okresu niemowlęcego uległy ograniczeniom, zostały poszufladkowane i

oznakowane.  Można  by  powiedzieć,  że  stało  się  tak  dlatego,  iż  dorośli  potrzebują  więcej

niezależności działania  i większej  mobilności  niż  niemowlęta i że  bardziej rozległe kontakty

cielesne  ograniczyłyby  ich  w  tym  zakresie.  Wyjaśniłoby  to  zredukowanie  ilości  czasu

przeznaczonego  na  autentyczne  kontakty  cielesne,  ale  nie  zredukowanie  intymności  tych

kontaktów, które wszak ciągle funkcjonują. Można by powiedzieć, że stało się tak dlatego, iż

background image

dorośli nie potrzebują tak wielu kontaktów cielesnych; lecz jeśli tak jest, to dlaczego spędzają

oni tak wiele czasu, oddając się intymności z drugiej ręki, a więc za pośrednictwem książek,

filmów,  sztuk  i  telewizji,  i  dlaczego  popularne  piosenki  nieustannie  głoszą  potrzebę

intymności? Można by powiedzieć, że nasza niechęć do dotyku wiąże się ze statusem – że nie

życzymy  sobie,  aby  dotykały  nas  osoby  stojące  niżej,  a  nie  ośmielamy  się  dotykać  osób

stojących  wyżej  od  nas;  ale  jeśli  tak,  to  dlaczego  nie  wykazujemy  więcej  intymności  w

stosunku do równych nam? Można by powiedzieć, że nie chcemy, aby naszą intymność mylić

z intymnością kochanków, ale jak wyjaśnić to, że sami kochankowie w porównaniu z tym, co

robią na osobności, na widoku publicznym tak bardzo ograniczają przejawy intymności?

Wszystkie te wyjaśnienia zawierają odpowiedzi częściowe, które jednak  nie składają  się

na pełną odpowiedź. Jak się wydaje, tym czynnikiem  jest  silny  efekt  więzi,  jaki  rodzi  bliski

kontakt  cielesny  w  stosunku  do tych,  którzy  w  nim  uczestniczą.  Nie  możemy  być  fizycznie

blisko  siebie,  nie  będąc  „blisko”  pod  względem  emocjonalnym.  W  naszym  współczesnym

pełnym  pośpiechu  życiu  powstrzymujemy  się  od  takiego  zaangażowania,  nawet  jeśli  go

potrzebujemy. Nasze stosunki  międzyludzkie są  zbyt  szerokie,  zbyt  powierzchowne  i  często

zbyt  nieszczere,  abyśmy  mogli  ryzykować  wchodzenie  w  autentyczne  procesy  intymności

cielesnej prowadzące do tworzenia więzi. W bezlitosnym świecie biznesu możemy zapomnieć

o  dziewczynie,  z  którą tylko  wymieniliśmy  uścisk  dłoni,  możemy  zdradzić  kolegę,  któremu

tylko  położyliśmy  rękę  na  ramieniu,  ale  co  by  było,  gdyby  kontakty  cielesne  były  bardziej

intensywne?  Co  by  było,  gdybyśmy  doświadczali  w  nich  większej  intymności,  nawet  tam,

gdzie nie występuje czynnik seksualny? Wówczas bez wątpienia zobaczylibyśmy, jak słabnie

nasza  determinacja,  jak  w  chwilach  wymagających  twardych  decyzji  zamiera  w  nas  duch

współzawodnictwa. Jeśli sami nie odważamy się wystawiać na takie niebezpieczeństwa  i tak

silnie się angażować w sposób nie uznający żadnej logiki, zapewne nie chcemy też, aby  inni

nam  o  tym  przypominali  swoim  ostentacyjnym  zachowaniem  w  miejscach  publicznych.

Młodzi kochankowie muszą tego przestrzegać i ograniczyć intymność do miejsc prywatnych,

a  jeśli  nie  zastosują  się  do  naszych  życzeń,  uczynimy  z  tych  zasad  przedmiot  uregulowań

prawnych. Sprawimy, że przejawianie intymności w miejscach publicznych będzie uznane za

przestępstwo.  I  tak  właśnie  jeszcze  do  dnia  dzisiejszego  w  niektórych  rozwiniętych  i

cywilizowanych  krajach  publiczne  całowanie  się  pozostaje  czynem  przestępczym.  Czułe

dotykanie  się  uchodzi  za  niemoralne  i  nielegalne.  Subtelne  przejawy  intymności  prawnie

zrównane są z kradzieżą. Należy się więc z tym kryć, żeby przypadkiem inni nie zobaczyli, co

tracą!

Mówi się niekiedy, że gdyby tylko wszyscy zaciekli obrońcy moralności publicznej objęli

się z miłością, pogłaskali po twarzach i ucałowali w policzki, mogliby nagle poczuć, że czas

iść do domu i pozwolić reszcie społeczeństwa kultywować miłość i przyjaźń bez narażania się

na wściekłą zazdrość. Ale nie ma sensu traktować ich z pogardą, bowiem społeczeństwo samo

szyje sobie kaftan bezpieczeństwa. Rojne zoo, w którym żyjemy, nie jest idealną oprawą dla

background image

przejawów intymności. Cierpi ono na „zanieczyszczenie demograficzne”. Wpadamy na siebie

i  przepraszamy  się  wzajemnie,  zamiast  wyciągnąć  do  siebie  ręce  i  zacząć  się  dotykać;

zderzamy się czołowo i klniemy, zamiast ze śmiechem wpaść sobie w objęcia. Wokół są tylko

ludzie  obcy,  więc  musimy  się  powstrzymywać.  Wydaje  się,  że  nie  ma  innej  możliwości.

Możemy  sobie  to  zrekompensować  jedynie  zwiększając  liczbę  przejawów  intymności

prywatnej,  ale  często  i  tego  nie  robimy.  Postępujemy  tak,  jakbyśmy  naszą  powściągliwość

zachowania  w  miejscach  publicznych  przenosili  na  łono  rodziny.  Dla  wielu  ludzi

rozwiązaniem  jest  oddawanie  się  intymności  z  drugiej  ręki  i  dlatego  spędzają  oni  całe

godziny,  gorliwie  oglądając  namiętne  dotyki  i  uściski  zawodowców,  ukazujących  się  na

ekranach  telewizyjnych  i  kinowych,  słuchając  nie  kończących  się  słów  o  miłości  w

piosenkach lub czytając o niej w powieściach i czasopismach. Niektórzy korzystają z innych,

bardziej  zamaskowanych  możliwości,  o  czym  przekonamy  się  na  następnych  stronach  tej

książki.

background image

5. INTYMNOŚĆ WYSPECJALIZOWANA

Badając  zachowania  niemowląt  i  kochanków,  przekonujemy  się,  że  stopień  intymności

fizycznej  między  dwoma  zwierzętami  ludzkimi  jest  proporcjonalny  do  stopnia  ich

wzajemnego  zaufania.  Przeludnienie,  będące  cechą  współczesnego  życia,  sprawia,  że

jesteśmy otoczeni przez ludzi obcych, którym nie ufamy w pełni, i dlatego tak bardzo staramy

się zachować wobec nich dystans. Świadczą o tym wyszukane sposoby unikania innych, jakie

można  zaobserwować  na  każdej  ruchliwej  ulicy.  Ale  szaleńcze  tempo  miejskiego  życia

wywołuje  stres,  a  stres  rodzi  niepokój  i  poczucie  niepewności.  Intymność  łagodzi  takie

uczucia,  i  stąd,  paradoksalnie,  im  bardziej  jesteśmy  zmuszani  do  trzymania  się  z  dala  od

siebie, tym bardziej odczuwamy potrzebę kontaktów cielesnych. Jeśli ci, których kochamy, są

dostatecznie kochający, wówczas zasób intymności, którą nas obdarzają, jest wystarczający i

możemy  wyjść  na  zewnątrz  stawiając  czoło  światu  z  odpowiedniej  odległości.  Ale

przypuśćmy,  że  jest  inaczej;  przypuśćmy,  że  nie  udało  się  nam  jako  osobom  dorosłym

utworzyć  ścisłych  związków  z  przyjaciółmi  czy  kochankami  i  że  nie  mamy  dzieci;  co

wówczas robimy? Albo przypuśćmy, że udało nam się skutecznie zawrzeć takie związki, ale

uległy  one  rozbiciu  albo  też  usztywniły  się,  zobojętniały  i  spowodowały  oddalenie,  a

„miłosne”  obejmowanie  się  i  pocałunki  zamieniły  się  w  sformalizowany  i  publicznie

wykonywany uścisk dłoni. Co wtedy? Wiele osób narzeka na taką sytuację, ale jakoś ją znosi.

Istnieją jednak pewne rozwiązania, a jednym z nich jest zatrudnienie zawodowych dotykaczy,

aby  ci  w  pewnym  stopniu  zrekompensowali  nam  niedostatki  dotykaczy  amatorskich,  którzy

nie potrafią dostarczyć nam odpowiedniej dawki intymności cielesnej.

Kim  są  owi  zawodowi  dotykacze?  Otóż  mogą  to  być  dosłownie  jacykolwiek  obcy  lub

niemal  obcy  nam  ludzie,  którzy  pod  pretekstem  świadczenia  nam  jakiegoś  rodzaju  usług

specjalistycznych muszą dotykać naszego ciała. Pretekst jest konieczny, gdyż oczywiście  nie

chcemy przyznać, że w poczuciu niepewności mamy potrzebę, aby wejść w kojący kontakt z

ciałem innego człowieka. Byłoby to oznaką słabości, niedojrzałości i regresu; godziłoby to w

nasz  wizerunek  samych  siebie  jako  ludzi  niezależnych  i  dojrzałych,  którzy  potrafią  sobą

background image

kierować.  Dlatego  też  naszą  porcję  intymności  musimy  otrzymać  w  jakiejś  zamaskowanej

formie.

Jedną z najpopularniejszych  i  najbardziej  rozpowszechnionych  metod  jest  zafundowanie

sobie jakiejś choroby. Oczywiście nic poważnego, ot jakieś łagodne schorzenie, które pobudzi

inne  osoby  do  wykonania  kojących  czynności  o  pewnej  dozie  intymności.  Większość  ludzi

sądzi,  że  niewielka  dolegliwość,  jakiej  stali  się  ofiarą,  jest  spowodowana  tym,  iż  mieli

nieszczęście przypadkowo zetknąć się z  jakimś  nieprzyjaznym wirusem, bakterią czy  jakimś

innym pasożytem. Gdy na przykład kogoś powali atak paskudnej grypy, sądzi on, że to samo

powinno się przytrafić  każdemu,  kto  właśnie  dokonywał  zakupów  w  ruchliwym  sklepie  czy

podróżował stojąc w zatłoczonym autobusie albo też przeciskał się przez tłum ludzi na jakimś

przyjęciu,  gdzie  nieustannie  słychać  było  kasłanie  i  kichanie,  rozsiewające  chorobotwórcze

bakterie.  Fakty  nie  potwierdzają  jednak  słuszności  takiego  poglądu.  Wiele  osób  w  podobny

sposób wystawionych na zarażenie nawet podczas największego nasilenia epidemii grypy nie

zapada na tę chorobę. Jak to się dzieje, że udaje się im uniknąć infekcji? Dlaczego zwłaszcza

osobom pracującym w lecznictwie tak znakomicie udaje się zachować dobry stan zdrowia? Są

oni  przecież  codziennie,  bardziej  niż  ktokolwiek  inny,  i  to  nieustannie,  masowo  wystawieni

na możliwość zarażenia się, a jednak chorują chyba nieproporcjonalnie rzadko.

Pomniejsze  dolegliwości  nie  są  więc,  jak  się  zdaje,  kwestią  nieszczęśliwego  trafu.  We

współczesnym  mieście  wszędzie  czyhają  na  nas  złośliwe  mikroby.  Niemal  codziennie  i

prawie  wszędzie,  chodząc  i  oddychając,  stykamy  się  z  nimi  w  ilości  wystarczającej  do

wywołania w nas jakiegoś rodzaju infekcji. Jeśli udaje nam się nie ulec im, to nie dlatego, że

zdołaliśmy  uniknąć  zarazków,  lecz  dlatego,  że  nasze  ciało  jest  wyposażone  w  bardzo

skuteczny  system  obronny,  pozwalający  nam  każdego tygodnia  unicestwić  całe  ich  zastępy.

Jeśli  się  im  poddajemy,  to  nie  dlatego,  że  przypadkowo  zostaliśmy  wystawieni  na  ich

działanie, lecz dlatego, że z jakichś przyczyn uległa osłabieniu obronność naszego organizmu.

Jednym  z  powodów  takiego  stanu  rzeczy  (poza  przesadnym  przestrzeganiem  higieny

osobistej!)  jest  uleganie  nadmiernym  stresom  i  napięciom  wynikającym  z  życia  w  wielkim

mieście. Taki stan osłabienia wydaje  nas  na pastwę nieprzyjaznych drobnoustrojów, które w

licznych  odmianach  i  w  wielkich  ilościach  zamieszkują  nasze  środowisko.  Na  szczęście

choroba  leczy  się  sama,  gdyż  kładąc  nas  do  łóżka,  dostarcza  nam  tych  właśnie  wygód,

których nam przedtem brakowało. Można to określić jako zespół „niemowlęctwa w proszku”.

„Kiepsko”  czujący  się  mężczyzna  przybiera  wygląd  człowieka  słabego  i  bezbronnego  i

zaczyna  wysyłać  żonie  silnie  działające  sygnały  pseudoniemowlęce.  Ona  zaś  odpowiada

odruchowo  „rodzicielstwem  w  proszku”  i  zaczyna  mu  matkować,  otulając  go  w  łóżku

(kołysce) oraz podając mu gorący bulion i lekarstwa (papki dla niemowląt). Jej głos staje się

miękki (matczyne gruchanie), a ona krząta się koło niego, kładzie mu rękę na czole i obdarza

go różnymi innymi przejawami intymności, których mu brakowało przedtem, gdy był zdrowy

i  silny,  a  których  wówczas  tak  samo  potrzebował.  Lecznicze  działanie  tych  kojących

background image

czynności  czyni  cuda  i  wkrótce  mężczyzna  wraca  do  zwykłej  aktywności,  stawiając  czoło

nieprzyjaznemu światu zewnętrznemu.

Ten opis nie insynuuje żadnego symulanctwa. Dla pacjenta liczy się przede wszystkim to,

że jest naprawdę, w sposób widoczny, chory i może pobudzić inną osobę do okazania tak mu

potrzebnej  pseudomacierzyńskiej  troski.  Tym  tłumaczy  się  częste  występowanie  bardzo

osłabiających,  ale  stosunkowo  łagodnie  przebiegających  schorzeń  wywołanych  czynnikami

emocjonalnymi. Ważne jest nie tylko to, że się jest chorym, ale też to, że inni to widzą.

Ktoś może uznać, że jestem cyniczny, ale nie jest to moją  intencją. Życiowy  stres, który

rodzi  w  nas  zwiększoną  potrzebę  pociechy  i  intymności  ze  strony  naszych  najbliższych  i

popycha  nas  w  ciepłe  objęcia  „dziecinnego  łóżeczka”,  jest  cennym  mechanizmem

społecznym i nie należy z niego kpić.

Mechanizm ten jest w istocie tak pożyteczny, że dzięki niemu zaczął się rozwijać jeden z

najważniejszych przemysłów. Mimo całego wspaniałego rozwoju technicznego współczesnej

medycyny  i  tak  zwanego  ujarzmienia  natury  wciąż  zdumiewająco  często  zapadamy  na

zdrowiu. Większość ofiar choroby nie trafia na oddziały szpitalne. Są pacjentami przychodni,

klientami  aptek  lub  po  prostu  leczą  się  domowymi  sposobami.  Cierpią  na  wiele  różnych

pospolitych schorzeń, takich jak kaszel, katar, grypa, ból głowy, alergie, bóle pleców, angina,

zapalenie krtani, bóle żołądka, owrzodzenie dwunastnicy, biegunka, wysypki i tym podobne.

Moda  zmienia  się  z  pokolenia  na  pokolenie  –  dawniej  mieliśmy  „wapory”,  a  dziś  mamy

„wirusa”  –  ale  zasadniczo  lista  wciąż  pozostaje  niezmienna.  Biorąc  pod  uwagę  częstość

występowania,  takie  właśnie  przypadki  stanowią  znakomitą  większość  wszystkich

współczesnych chorób.

Na przykład w Wielkiej Brytanii, w celu leczenia drobnych schorzeń dokonuje się ponad

500  milionów  zakupów  farmaceutycznych  rocznie,  co  daje  w  przeliczeniu  około  dziesięciu

schorzeń rocznie na głowę  ludności. Na produkty te wydaje się rocznie około 100 milionów

funtów. Ponad dwie trzecie tych incydentów chorobowych nie wymaga interwencji lekarza.

Przyczyna tego stanu rzeczy jest dość prosta. Liczba  ludności  nieustannie wzrasta, przez

co nasze wspólnoty stają się coraz bardziej przeludnione i zestresowane. Rosnąca liczba ludzi

oznacza,  że  jest  coraz  więcej  pieniędzy  na  badania  naukowe  w  zakresie  medycyny,  która

znajduje  coraz  lepsze  sposoby  leczenia.  Tymczasem  jednak  liczba  ludności  wciąż  rośnie,

stresy  stają  się  coraz  większe  i  tym  samym  rośnie  podatność  na  choroby.  Wzrasta  więc

zapotrzebowanie na badania naukowe w zakresie medycyny, i tak dalej, łeb w łeb, w wyścigu

do wymarzonej, wolnej od chorób przyszłości, która nigdy nie nadejdzie.

Ale przypuśćmy przez  chwilę,  że  jestem  nadmiernym  pesymistą;  przypuśćmy,  że  dzięki

jakiemuś  cudownemu  wynalazkowi  w  medycynie  zostały  wreszcie  pokonane  i  wytępione

wszystkie  mikroby.  Czy  osiągniemy  wówczas  w  końcu  stan,  w  którym  sponiewierany  i

emocjonalnie  okaleczony  mieszkaniec  wielkiego  miasta  nie  będzie  już  mógł  wygodnie  i

bezkarnie  spocząć  na  łożu  boleści?  Szanse  na  taki  cud  są  bardziej  niż  odległe,  ale  nawet

background image

gdyby  się  on  wydarzył,  potencjalne  „niemowlę  w  proszku”  ma  kilka  innych  możliwości,  z

których  już  obecnie  często  korzysta.  W  braku  stosownych  wirusów  czy  bakterii  można

zawsze ulec „załamaniu nerwowemu”. Pomniejsze dolegliwości psychiczne mają tę zaletę, że

mogą się pojawić zawsze, gdy brakuje  mikrobów. W  istocie rzeczy są one tak skuteczne, że

nawet  morderca  może  powołać  się  na  „chwilową  niepoczytalność”,  a  tym  samym

usprawiedliwić  swoje  postępowanie  i  jako  „chwilowe  niemowlę”  uzyskać  złagodzenie  kary.

Powoływanie  się  na  katar,  który  dokuczał  sprawcy  w  chwili  popełniania  morderstwa,  jest

mniej  skuteczne,  ale  siła  sprawcza  załamania  nerwowego  jako  sposobu  na  przeżycie  w

sytuacji krańcowego stresu nie da się zakwestionować.  Pewna  niedogodność  polega  na  tym,

że wielu łagodniejszym odmianom schorzeń psychicznych  nie towarzyszą objawy  niezbędne

do  wywołania  tak  bardzo  pożądanych  reakcji,  które  mają  przynieść  pociechę.  By  wywołać

pożądaną  reakcję,  osoba  z  zaburzeniami  emocjonalnymi  musi  uciec  się  do  środków

ostatecznych. Nie wystarcza tu  cierpienie  wewnętrzne,  dopiero  solidny  i  głośny  atak  histerii

daje powalonemu ciału szansę, że jakiś gorliwy pocieszyciel otoczy je ramionami, przynosząc

ukojenie. Gdy załamanie przybierze bardziej gwałtowną formę, ramiona, uciekając się do siły,

mogą działać ograniczająco, ale nawet wtedy nie wszystko jest stracone, bowiem cierpiącemu

udaje  się  w  ten  desperacki  sposób  osiągnąć  jakiś  rodzaj  intymnego  kontaktu  cielesnego  z

innym człowiekiem. Klęskę ponosi jedynie wtedy, gdy całkowicie straci panowanie nad sobą

i  znajdzie  się  w  kompletnym  odosobnieniu,  jakim  jest  samouścisk,  wymuszony  przez

płócienne rękawy kaftanu bezpieczeństwa.

Inną  możliwością,  którą  można  się  posłużyć  w  braku  obcych  zarazków,  jest

wykorzystanie  własnych  drobnoustrojów  endogennych,  czyli  takich,  które  nosi  się  w  sobie

przez  całe  życie.  Aby  wyjaśnić,  jak  to  działa,  musimy  przyjrzeć  się  dokładniej,  i  to  w

powiększeniu mikroskopowym, zewnętrznym powierzchniom naszego ciała.

Jak  się  zdaje,  wiele  osób  wyobraża  sobie,  że  wszystkie  mikroby  są  wstrętne  i  że  ich

istnienie zawsze oznacza chorobę i brud, ale nie jest to prawda. Każdy bakteriolog potwierdzi,

że  jest  to  tylko  współczesny  mit  nowej  religii,  jaką  jest  higiena,  religii,  której  wyznawcy,

dzięki  modlitwom przy użyciu  aerozolu,  „wyzbywają  się  wszystkich  możliwych  zarazków”,

w  której  rolę  święconej  wody  spełnia  płyn  antyseptyczny  i  w  której  bóg  jest  całkowicie

sterylny.  Oczywiście  nie  da  się  zaprzeczyć,  że  istnieją  mikroby  złośliwe  i  śmiercionośne,

które  powinniśmy  niszczyć  z  całą  bezwzględnością.  Ale  co  robić  z  tymi,  których  jedynym

życiowym  zadaniem  jest  niszczenie  innych?  Czy  naprawdę  pragniemy  zniszczyć  wszystkie

znane nam mikroby?

Prawda  jest  taka,  że  każdego  z  nas  chroni  olbrzymia  armia  przyjaznych  nam

drobnoustrojów,  które  nie  tylko  nam  nie  przeszkadzają,  ale  wprost  przeciwnie,  aktywnie

pomagają nam w utrzymaniu zdrowia. Na każdym centymetrze kwadratowym naszej zdrowej

i czystej skóry znajduje się przeciętnie pięć milionów mikrobów. Zwykła ślina wypluta z ust

zawiera  od  dziesięciu  milionów  do  miliarda  bakterii  w  każdym  centymetrze  sześciennym.

background image

Podczas  każdej  defekacji  wydalamy  sto  miliardów  mikrobów,  ale  wkrótce  ich  liczba  w

naszym  ciele  zostaje  uzupełniona.  Jest  to  normalny  stan  każdego  dorosłego  zwierzęcia

ludzkiego. Gdyby udało się uwolnić od mikrobów na całe życie, znaleźlibyśmy się w bardzo

niekorzystnej  sytuacji.  Pomijając  inne  skutki,  stalibyśmy  się  mniej  odporni  na  obce  i

naprawdę złośliwe  mikroby, z którymi od czasu  do czasu  musimy  się  stykać.  Wiemy  o tym

dzięki  starannie  przeprowadzonym  eksperymentom  na  zwierzętach  laboratoryjnych.

Naturalna  flora  bakteryjna  w  naszym  ciele  jest  więc  dla  nas  bardzo  pożyteczna,  ale  w  tym

właśnie tkwi pewien haczyk. Za pożyteczne usługi  musimy płacić  naszym  obrońcom  pewną

cenę, bo inaczej mogą się one wymknąć spod kontroli, gdy zostaniemy poddani nadmiernemu

stresowi.  Przyczyną  niektórych  chorób  nie  jest  infekcja,  lecz  gwałtowna  erupcja  i

„przeludnienie” w szeregach naszych własnych „normalnych” drobnoustrojów. Wówczas nie

pomaga  stosowanie  zasad  higieny  w  życiu  publicznym,  dzięki  którym  możemy  przeciąć

drogę  szerzącym  się  infekcjom;  wówczas  nie  „łapiemy”  bowiem  chorób  –  ich  czynniki

sprawcze  nosimy  w  sobie.  Mechanizm  ten  sprawdza  się  szczególnie  w  wielu  zaburzeniach

przewodu  pokarmowego,  na  które  tak  często  zapadają  pacjenci  zestresowani.  Mając

„problemy żołądkowe” przypisujemy je zwykle temu, że zjedliśmy „coś niewłaściwego”, ale

zdumienie  budzi  to,  co  może  bezkarnie  pochłonąć  człowiek  zdrowy  i  szczęśliwy.  Niemal

wszystkie  lekkie  dolegliwości  żołądkowe  i  jelitowe,  które  nas  trapią,  są  prawdopodobnie

spowodowane  zaburzeniami  emocjonalnymi,  które  wynikają  z  nieprzystosowania  i  napięć

współczesnego  życia.  By  sobie  to  uzmysłowić,  wystarczy  obejrzeć  film  przyrodniczy  o

stadzie  zdrowych  sępów  zamieszkujących  równinę  afrykańską,  pożerających  zepsute  i

rozkładające się ścierwo – co prędzej wywoła wymioty u nas niż u konsumentów.

Trzecia  możliwość  otwierająca  się  przed  człowiekiem  potrzebującym  pociechy  jest

bardziej drastyczna. Nie mogąc zapaść na chorobę psychiczną czy endogenną, przy odrobinie

świadomie  wspieranej  nieuwagi  można  stać  się  niezmiernie  podatnym  na  nieszczęśliwe

wypadki. Gdy w wyniku potknięcia człowiek złamie sobie nogę w kostce i zaczyna narzekać,

że jest „bezradny jak niemowlę”, w mgnieniu oka, jak niemowlę, uzyskuje pomoc i wsparcie.

Ale  przecież  nieszczęśliwe  wypadki  na  pewno  zdarzają  się  przypadkowo.  Oczywiście,  ale

jednak  zastanawia,  do  jakiego  stopnia  ludzie  różnią  się  między  sobą  pod  względem

podatności  na  „przypadkowe”  obrażenia.  Podczas  niedawnych  badań  nad  podłożem

emocjonalnym chorób pacjentów leczonych w szpitalu z różnych powodów użyto jako grupy

kontrolnej  pewnej  liczby  ofiar  wypadków,  zakładając,  że  w  łóżkach  szpitalnych  znaleźli  się

oni przypadkowo. Okazało się  jednak, że było to dalekie od prawdy, bowiem właśnie ofiary

wypadków cierpiały na więcej zaburzeń emocjonalnych niż inni chorzy.

Tak więc nasz zestresowany i poszukujący pociechy mieszkaniec wielkiego miasta ma do

wyboru  kilka  metod,  by  w  stosowny  sposób  stać  się  bezradnym  i  pobudzić  otaczające  go

osoby do okazania mu kojących przejawów intymności. Łagodna choroba, na którą zapada się

od czasu do czasu, przynosi korzyść i jeśli nie da się tej korzyści uzyskać jednym sposobem,

background image

zawsze  istnieje  jakiś  inny.  Ta  metoda  generowania  intymności  u  dorosłych  ma  też  jednak

swoje  minusy.  Zawsze  stawia  chorego  w  pozycji  uległości.  Aby  zwrócić  na  siebie  uwagę  i

uzyskać  pociechę  związaną  ze  swoją  dolegliwością,  konieczne  jest  rzeczywiste  okazanie

niższości,  czy  to  fizycznej,  czy  to  psychicznej,  wobec  swoich  pocieszycieli.  Inaczej  jest

między kochankami, którzy „miękną” wspólnie, na zasadzie wzajemności, co nie wpływa na

obniżenie  ich  statusu  społeczno-towarzyskiego.  Co  więcej,  ciepła,  przynosząca  pacjentowi

ukojenie kąpiel stygnie, gdy tylko odzyska on zdrowie  i  siły – wtedy gwałtownie kończą się

czułe  przejawy  intymności  ze  strony  tych,  którzy  się  nim  opiekowali.  Satysfakcja  była

krótkotrwała, jedynym zaś sposobem na to, by ją przedłużyć, jest chroniczne inwalidztwo, w

którym jak głosi powiedzonko „człowiek cieszy się kiepskim zdrowiem”. Poza przedłużeniem

statusu  niższości  niesie  to  ze  sobą  pewne  nowe  niebezpieczeństwo,  jakim  jest  eskalacja

schorzeń.  Wzniecony  płomyk,  który  miał  ogrzać,  może  się  wymknąć  spod  kontroli  i  spalić

cały  dom.  Nawet  przy  krótkotrwałym  zastosowaniu  istnieje  zawsze  ryzyko  długotrwałej

szkody  dla  organizmu,  o  czym  boleśnie  przekonują  się  cierpiący  na  chorobę  wrzodową.

Jednakże  wielu  osobom  nie  umiejącym  znosić  napięć  współczesnego  życia  opłaca  się

ryzykować. Chwilowe wytchnienie jest lepsze niż żadne. Przy odrobinie szczęścia osoby takie

mogą  wówczas  doładować  sobie  emocjonalne  akumulatory,  co,  jeśli  ująć  to  w  kategoriach

biologicznych,  we  współczesnym  zatłoczonym  środowisku  społecznym  jest  bardzo  cennym

sposobem na przetrwanie.

Jakkolwiek  pociecha  uzyskana  w  ten  sposób  w  sporej  części  pochodzi  od  osób

najbliższych  pacjentowi,  u  których  iloraz  intymności  na  ogół  znacznie  wzrasta,  zjawisko

„zachorowania” dostarcza  dodatkowej  satysfakcji,  wynikającej  z  intymnego  zainteresowania

grupy  osób  mniej  pacjentowi  znanych,  mianowicie  przedstawicieli  profesji  medycznej.

Lekarze  mają  „patent  na  dotykanie”,  i  to  w taki  sposób,  jaki  pod  względem  intymności  jest

niedostępny dla większości dorosłych. Mając intuicyjną świadomość wagi tego elementu ich

pracy, dobrze znają oni  leczniczą  wartość  „zachowania  się  przy  łóżku”.  Przynoszące  otuchę

cicho wypowiedziane słowa, zdecydowane dotknięcie ręki  badającej puls,  opukiwanie  klatki

piersiowej  czy  obracanie  głowy  podczas  badania  oczu  i  ust,  są  to  czynności  o  charakterze

kontaktów cielesnych, które dla pewnych osób są skuteczniejsze niż setki pigułek.

Niekiedy  lekarz  zaleca  hospitalizację  jedynie  z  przyczyn  emocjonalnych.  Jest  to

niezbędne  dla  osobnika,  u  którego  jedyne  źródło  stresu  pochodzi  ze  świata  zewnętrznego.

Pozostając  w  domu  i  kładąc  się  tam  do  łóżka,  ucieka  on  przed  szkodliwym  dla  niego

napięciem.  Ale  jeśli  napięcie  istnieje  w  domu,  nie  istnieje  możliwość  takiej  ucieczki.  Jeśli

napięcia  emocjonalne  powstają  w  rodzinie,  sypialnia  nie  stanowi  niezbędnej  kryjówki,  w

której można się schować i znaleźć upragnioną pociechę. Wówczas jedyną ucieczką jest łóżko

szpitalne i modlitwa o to, by godziny odwiedzin trwały jak najkrócej.

Jak widać, dla łaknącej intymności osoby dorosłej rozwiązanie medyczne ma swoje dobre

i  złe  strony  i  najlepiej  byłoby  oczywiście  poszukać  czegoś  innego.  Osoba  religijna  może

background image

doznać  niczym  nie  zmąconej  pociechy  z  rąk  księdza,  ale  jeśli  jest  to  niewykonalne,  można

jeszcze skorzystać z innych rodzajów kontaktów przynoszących ukojenie.

Możemy więc dostarczyć sobie przyjemności, jakie daje cała bujna dziedzina formowania

i upiększania ciała z udziałem armii zawodowych dotykaczy, którzy tylko czekają,  żeby  nas

nacierać, klepać, głaskać, gładzić i szczypać  niemal  w każdą część ciała, którą zechcemy  im

wskazać.  Jest  to  coś  w  rodzaju  „zdrowej  medycyny”,  gdzie  nieprzyjemny  stygmat  choroby

zastępuje  atmosfera,  w  której  decydującą  rolę  odgrywa  gimnastyka  lub  kosmetyka.  Tak  się

przynajmniej wydaje. Ale i tu istnieje silnie działający element kontaktu cielesnego jako celu

samego  w  sobie,  który  leży  u  podłoża  wszystkich  tych  zabiegów.  Poddanie  się  masażowi

całego ciała w wykonaniu młodej masażystki jest dla mężczyzny czymś prawie tak intymnym

jak  odbycie  z  nią  stosunku.  W  pewnym  sensie  jest  nawet  czymś  więcej,  gdyż  pełny  masaż

wymaga  aktywnego  kontaktu  cielesnego  z  niemal  każdą  częścią  ciała  przy  zastosowaniu

wszelkiego rodzaju ugniatania, dotykania i innych rytmicznych ruchów. W tym jednak, że tak

powiem, tkwi sęk, gdyż dla niektórych  mężczyzn taka  interakcja, choć nie występuje  w  niej

bezpośredni kontakt płciowy, jest jednak zbyt bliska, by móc przynieść ukojenie.

Być  może  poprawniejsze  byłoby  stwierdzenie,  że  jako  środek  na  ukojenie  jest  ona  zbyt

bliska  w  społeczeństwie  zachodnim.  Masowanie  ciała  w  warunkach  całkowitej  prywatności

przynosi  wiele  zadowolenia,  ale  publiczny  wizerunek  gabinetu  masażu  nie  jest  w  naszej

kulturze  taki,  jaki  być  powinien.  Jedną  z  panujących  tu  tendencji  jest  ograniczenie

domniemanego  erotyzmu  związanego  z  tymi  zabiegami  przez  wprowadzenie  rozdziału  płci:

mężczyzn  masują  mężczyźni,  a  kobiety  masują  kobiety.  I  ta  praktyka  nie  spowodowała

jednak  szerokiej  akceptacji  tej  w  swojej  istocie  nieszkodliwej  formy  kojących  kontaktów,

jakie  są  możliwe  we  współczesnym  społeczeństwie.  Eliminując  kontakt  heteroseksualny,

nieuchronnie  stworzono  grunt  dla  niejasnych  aluzji  na  temat  homoseksualizmu.  Tylko

sportowcom  oszczędzone  są  takie  insynuacje.  Bokser  czy  zapaśnik  nie  mają  z  tym  żadnego

problemu.  Podobnie  jak  zwycięscy  piłkarze,  którzy  mogą  się  namiętnie  ściskać  na  oczach

tłumu,  nie  wywołując  tym  komentarzy  z  racji  odgrywanej  niewątpliwie  męskiej  i

nacechowanej  agresją  roli,  tak  też  bokser  może  oddawać  się  rozkoszom  masażu  nie

wywołując  żadnych  wrogich  komentarzy.  Teoretycznie  reszta  społeczeństwa  mogłaby  pójść

w jego ślady i robić to samo bez znamion zaangażowania płciowego, niezależnie od tego, kto

masuje  kogo,  ale  w  praktyce  to  się  jakoś  nie  udaje,  i  dlatego  nie  korzystająca  z  masażu

większość musi gdzie indziej szukać dorosłej intymności cielesnej.

Jednym  ze  sposobów  rozwiązania  tego  problemu  jest  zwiększenie  liczby  uczestników  i

wyeliminowanie  atmosfery  właściwej  dla  intymnej  „pary”.  Osiąga  się  to  w  licznych  salach

gimnastycznych  i  tzw.  kuźniach  zdrowia,  gdzie  grupy  ludzi  zbierają  się  celem  uprawiania

rozmaitych  ćwiczeń,  które  mogą  wymagać  różnorodnych  kontaktów  cielesnych,

pozbawionych  jednak  podtekstu,  jaki  towarzyszy  kontaktom  „dwojga  przyzwalających

dorosłych  w  warunkach  prywatności”.  Inną  metodą  jest  zastąpienie  żywego  masażysty  czy

background image

żywej  masażystki  całkowicie  bezpłciowym  urządzeniem,  które  zamiast  obejmować  czule

ramionami,  obejmuje  bezosobowym  płóciennym  pasem,  dostarczając  mechanicznego

kontaktu intymnego.

Rozwiązaniem  częściej  stosowanym  jest  ograniczenie  kontaktów  cielesnych  do  mniej

intymnych  części  ciała  ludzkiego.  Tutaj  wkraczamy  w  nie  budzącą  żadnych  zastrzeżeń

dziedzinę  fryzjerstwa  i  kosmetyki,  zatrzymując  się  jeszcze  tylko,  by  po  raz  ostatni  rzucić

życzliwym  okiem  na  dziedzinę  masażu,  w  której  niektórzy  specjaliści  próbują  stosować

podobne ograniczenie i nieśmiało reklamują tylko „masaż ramion i nóg”.

Ponieważ  w  zachodnim  społeczeństwie  wszyscy  wystawiamy  swoje  głowy  na  widok

publiczny, fryzjer, wykonując swoją wymagającą kontaktów cielesnych pracę, nie naraża się

na  oskarżenia  o  nadmierną  ekspozycję  nagości.  To,  czym  się  zajmuje  fryzjer  lub  fryzjerka,

jest  dobrze  widoczne.  Jednak  dotykanie  czyjejś  głowy,  jak  się  przekonaliśmy  w  jednym  z

poprzednich rozdziałów, zwykle  jest  zarezerwowane  dla  osób  najbliższych,  a  zwłaszcza  jest

charakterystyczne dla czułych kontaktów dwojga młodych kochanków. Między obcymi sobie

ludźmi  dorosłymi  stanowi  to  niemal  tabu  i  dlatego  fryzjer,  w  przebraniu  specjalisty  od

kosmetyki,  może zaspokoić  istotne  potrzeby  złaknionego  kontaktów  dorosłego.  Nie  oznacza

to,  że  kosmetyka  jest  nieważna,  lecz  jedynie  to,  że  fryzjerstwo  jest  czymś  więcej,  niż  na  to

wygląda.

Pielęgnowanie  głowy  przez  iskanie  w  swojej  podwójnej  roli  kosmetyczno-intymnej

praktykują  ludzie  od  tysięcy  lat.  Uwzględniając  naszych  przodków  z  rzędu  naczelnych,

możemy  spokojnie  powiedzieć,  że  nawet  miliony  lat.  Skrupulatne  i  delikatne  przebieranie

palcami,  jakie  można zaobserwować w małpiarniach, gdy  jakaś  małpa z  czułością  przegląda

owłosienie  na  głowie  swojej  towarzyszki  lub  towarzysza,  nie  pozostawia  wiele  wątpliwości

co  do  intymnych  treści  tych  czynności.  Samo  zadowolenie  z  utrzymania  czystości  nie

wyjaśnia  błogiej  ekstazy,  w  jakiej  znajduje  się  iskana  małpa.  Podobnie  jest  z  nami,  z  tym

tylko,  że  w  odróżnieniu  od  włochatych  małp  nie  możemy  oczywiście  rozciągnąć  takiej

interakcji  na  całe  ciało.  W  miejscach,  gdzie  przykrywamy  swoją  nagą  skórę  ubraniem,

możemy  liczyć  jedynie  na  zręczne  i  delikatne  dotknięcia  palców  krawca,  który  podczas

przymiarki  poprawia  na  nas  ubranie,  co  tylko  w  bardzo  niewielkim  stopniu  przypomina

dawno minione doznania towarzyszące iskaniu ciała.

Dla małpy iskanie sierści przez  inną  małpę  jest aktem więzi społeczno-towarzyskiej,  nie

można  więc  się  dziwić  z  powodu  odkrycia,  że  w  dawnych  czasach  zawodowy  fryzjer  był

rzadkością. Włosy były pielęgnowane w ten sposób przez najbliższe osoby, a nie przez osoby

prawie  nieznajome.  W  czasach,  gdy  żyliśmy  w  małych  grupach  plemiennych,  było  to

oczywiście  nieuchronne,  ponieważ  w  danej  grupie  społecznej  wszyscy  się  znali  osobiście.

Później, wraz z rewolucją  miejską, gdy okazało się, że człowiek zaczyna się gubić w  morzu

obcych ludzi, pojawiła się tendencja, by pielęgnację włosów i inne związane z nią czynności

ograniczyć do uczestnictwa osób bliskich. Jeszcze później, gdy w średniowieczu  zaczęły  się

background image

pojawiać  coraz  wymyślniejsze  fryzury,  wysoko  postawieni  członkowie  społeczeństwa

potrzebowali  bardziej  fachowych  usług  i  wtedy  też  pojawił  się  zawód  fryzjera.  Początkowo

paniom  dostarczano  intymne  usługi  fryzjerskie  do  zacisza  ich  buduarów,  ale  stopniowo

otwierano bardziej efektywnie działające salony publiczne, tłumnie odwiedzane przez dbające

o zachowanie szyku damy. Jednakże dopiero w drugiej połowie ubiegłego wieku stało się to

obyczajem  powszechnym.  Wtedy  też  znacznie  wzrósł  popyt  na  te  usługi.  W  roku  1851  w

Londynie  istniało  już  2338  salonów  fryzjerskich,  ale  pięćdziesiąt  lat  później,  w  roku  1901,

liczba ta wynosiła już 7771, co oznacza, że tempo przyrostu było szybsze niż tempo przyrostu

ludności miasta. Przyczyny były niewątpliwie częściowo ekonomiczne, ale może istniał także

inny  czynnik,  jako  że  kobiety  wiktoriańskie  miały  poważnie  ograniczone  inne  możliwości

nawiązywania  kontaktów  cielesnych.  Normy  zachowania  uległy  w  tym  okresie  wielkiemu

zaostrzeniu;  w  epoce  takich  surowych  ograniczeń  pieszczota  rąk  fryzjera  musiała  być  mile

widzianym  przejawem  intymności.  Odważała  się  z  niej  korzystać  coraz  częściej  coraz

większa liczba kobiet. W naszym stuleciu zwyczaj ten wykroczył poza granice wielkich miast

i  rozprzestrzenił  się  wszędzie,  nawet  w  najmniej  szych  miejscowościach,  obejmując  swym

zasięgiem niemal całą ludność płci żeńskiej.

Mając  świadomość  tego,  że  zabiegi  fryzjerskie  nie  mogą  dać  współczesnym  klientkom

tyle  intymności,  ile  by  jej  pragnęły,  ta  nowa  rzesza  zawodowych  dotykaczy  rozszerzyła

zakres  działalności,  by  swoją  czułą  troską  objąć  wszystkie  odkryte  miejsca  na  skórze.

Popularne  stały  się  różne  rodzaje  pielęgnacji  rąk.  Pojawiły  się  też  zabiegi  pielęgnacyjne

twarzy.  Zaczęto  stosować  maseczki  borowinowe,  wygładzać  zmarszczki,  tonizować  skórę,

demonstrować  profesjonalny  makijaż  odpowiadający  aktualnej  modzie.  „Piękno  –  oznajmił

Vogue  w  roku  1923  –  jest  zajęciem  pełnoetatowym”.  Nie  da  się  zaprzeczyć,  że  głównym

motywem  były  efekty  wizualne,  ale  ogromne  znaczenie  miały  niewątpliwie  także  coraz

intensywniejsze  przejawy  intymności  dotykowej,  jakie  należało  stosować  dla  uzyskania

pożądanego  efektu  wizualnego.  Wizyta  we  współczesnym  salonie  piękności  byłaby  niczym

bez doznań dotykowych.

Natomiast  współczesny  mężczyzna  doświadcza  niewielu  przejawów  takiej  intymności.

Niektórzy  mężczyźni  pozwalają  sobie  na  manikiur  i  masaż  głowy,  a  są  tacy,  którzy  wciąż

jeszcze  od  czasu  do  czasu  golą  się  u  fryzjera,  ale  dla  większości  wizyta  w  zakładzie

fryzjerskim ogranicza się do szybkiego ostrzyżenia i nawet włosy myją potem sami w domu.

Ciekawe, że fryzjerzy  męscy robią, co mogą, by zwiększyć stopień  intymności związanej  ze

zwykłym  strzyżeniem,  stosując  przy  tym  pewien  rytuał.  Każdy  mężczyzna  może  przy

najbliższej  wizycie  u  fryzjera  posłuchać,  jak  fryzjer  przygotowawczo  manipulując

nożyczkami, „tnie powietrze” przed każdym kolejnym przycięciem włosów, i przekonać się,

że na  każde  przycięcie  włosów  przypada  kilka  cięć  w  powietrzu.  Te  cięcia  w  powietrzu  nie

spełniają żadnej  funkcji  mechanicznej, ale dają  złudzenie  wielkiej  aktywności  wokół  głowy,

co z kolei powiększa wrażenie „złożoności kontaktu”.

background image

Mimo  to  stopień  intymności  tych  zabiegów  jest  dość  niewielki  i  wydaje  się  dziwne,  że

dzisiejsi mężczyźni akceptują takie ograniczenia. Być może powrót dłuższych fryzur męskich

przyniesie  jakieś  korzystne  zmiany.  Jak  dotąd,  należy  jednak  przyznać,  że  ich  oznaki  są

nieliczne,  a  nawet  jest  raczej  odwrotnie.  Prawdę  mówiąc,  długie  męskie  włosy  oznaczają

gwałtowny regres nawet w zwykłym  strzyżeniu, a mycie włosów wciąż odbywa się głównie

w  domu.  Tylko  w  niektórych  co  elegantszych  ośrodkach  miejskich  występują  jakieś

symptomy  wpływu  nowego  stylu  fryzur  na  pomnożenie  zabiegów  fryzjerskich,  ale  nie

wiadomo jeszcze, czy styl ten będzie się rozwijał. Obecnie jest on uznawany za nową modę i

minie  jeszcze  sporo  czasu,  zanim  –  jeśli  przetrwa  –  odzyska  powszechny  szacunek,  jakim

cieszył się dawniej. Dla starszych mężczyzn nosi on na sobie niczym nie uzasadnione piętno

„zniewieściałości”.  Mężczyźni  ci  nie  chcą  jeszcze  przyjąć  do  wiadomości,  że  ich  krótkie

fryzury  powstały  kiedyś  głównie  jako  sposób  na  wszy,  a  naleganie  na  to,  żeby  wszyscy

mężczyźni tak się strzygli, w epoce, gdy  problem  zawszenia  już  nie  istnieje,  jest  całkowicie

irracjonalne. Dopóki długie włosy kojarzą się niekorzystnie, wielu  młodych  ludzi  nie  będzie

chciało ulegać nowej modzie, by wyciągnąć z niej ostateczne wnioski i oddać się rozkoszom,

jakie dają bardziej wyszukane przejawy fryzjerskiej intymności.

Chyba  jedynym  rodzajem  intymności  „kosmetycznej”,  jakim  współczesny  mężczyzna

cieszy się w większym stopniu niż kobieta, jest korzystanie z usług publicznych pucybutów,

ale  nawet  ta  usługa  jest  ostatnio  w  odwrocie.  W  większości  dużych  miast  pojawia  się  co

najwyżej  jako  ciekawostka  w  paru  specjalnych  miejscach.  Pomijając  kontakty  oralno-

genitalne,  o  których  już  mówiliśmy,  jest  to  chyba  jedyna  chwila  w  życiu  współczesnego

mężczyzny,  kiedy  może  doznać  jakiegoś  kontaktu  cielesnego  z  innym  człowiekiem

znajdującym się w pozycji klęczącej, a na pewno jest to jedyny przypadek, gdy dzieje się to w

miejscu  publicznym.  (Sprzedawca  w  sklepie  obuwniczym  przyjmuje  inną  pozycję  –  siada  i

pochyla  się  do  przodu).  Klęcząca  pozycja  pucybuta  stwarza  tak  uderzające  wrażenie

służalczości, że chyba  właśnie  z  tego  powodu  zawód ten  zanika.  W  przeszłości  można  było

łatwiej zaakceptować tego rodzaju pokaz uniżoności i dlatego nacechowane pokorą przejawy

intymności  przynosiły  podwójną  satysfakcję,  ale  obecnie,  wraz  z  rosnącym  poszanowaniem

dla równości  między  ludźmi,  taka  jawna  uniżoność  stała  się  niemal  krępująca.  Symboliczne

całowanie  stóp  uznajemy  za  przesadę  i  dlatego  pucybut  staje  się  ginącym  gatunkiem.  Nie

chodzi o to, że nie reagujemy z przyjemnością  na świadczone nam w poniżeniu usługi – nie

zasłużyliśmy  jeszcze  na  gratulacje  z  tego  tytułu  –  chodzi  raczej  o  to,  że  nie  chcemy,  aby

widziano, że tak reagujemy.

W  dokonanym  przez  nas  przeglądzie  zawodowych  dotykaczy  znaleźli  się  jak  dotąd:

lekarz, pielęgniarka,  masażysta,  instruktor  gimnastyki  i  specjalista  od  utrzymywania  ciała  w

dobrej kondycji,  fryzjer damski  i  męski,  krawiec,  manikiurzystka,  kosmetyczka,  specjalistka

od makijażu, pucybut i sprzedawca w sklepie obuwniczym. Do tej listy można by dodać kilka

zawodów  pokrewnych,  jak  perukarz,  kapelusznik,  specjalista  od  chorób  stóp,  dentysta,

background image

chirurg, ginekolog i cały szereg reprezentantów medycyny oficjalnej czy półoficjalnej. Tylko

kilka  z  nich  zasługuje  na  jakiś  specjalny  komentarz.  Intymny  kontakt  oralny  z  dentystą  jest

zwykle  zbyt  stresujący,  by  mógł  nam  sprawić  jakąkolwiek  przyjemność.  Chirurg,  którego

intymność  cielesna  sięga  dużo  głębiej  niż  intymność  nawet  najbardziej  namiętnych

kochanków,  także  wywiera  na  nas  niewielki  wpływ  emocjonalny  z  powodu  stosowania

środków znieczulających.

Czynności  wykonywane  podczas  badań  ginekologicznych  są  tak  podobne  do  miłosnych

kontaktów  typu  ręka-genitalia,  że  i  tu  także,  co  jest  paradoksem,  intymność  nie  daje

zadowolenia.  Panująca  w  dzisiejszych  czasach  ściśle  profesjonalna  atmosfera  gabinetów

ginekologicznych redukuje też stopień skrępowania, gdyż obie strony bardzo uważają, aby nie

doszło  do  niewłaściwej  interpretacji  występującego  wtedy  anatomicznego  kontaktu

płciowego.  Podczas  gdy  trzymanie  kobiety  za  rękę  w  czasie  badania  jej  pulsu  może

dostarczyć  dodatkowych  doznań  w  postaci  kojącej  intymności  cielesnej,  dotykanie  jej

genitaliów  jest  czynnością  tak  dalece  intymną,  że  natychmiast  zaczynają  działać  bariery

emocjonalne przekreślające tego rodzaju korzyści.

W  dawnych  czasach  specyfika  badań  ginekologicznych  była  powodem  nieustannych

kłopotów,  z  jakimi  musieli  borykać  się  działający  w  najlepszej  wierze  ginekolodzy.

Obowiązywały  nadzwyczajne  procedury  mające  zapobiegać  intymności.  Trzysta  lat  temu

ginekolog celem wykonania badań musiał czasami wpełzać  na rękach  i kolanach do sypialni

ciężarnej kobiety, by nie mogła ona zobaczyć człowieka, który w tak bardzo intymny sposób

miał jej dotykać swoimi palcami. W czasach nieco nam bliższych był on zmuszony pracować

w  zaciemnionym  pokoju  lub  też  odbierać  dziecko,  wymacując  je  pod  przykryciem  bielizny

pościelowej.  Siedemnastowieczna  akwaforta  ukazuje  ginekologa  siedzącego  u  stóp  łoża

porodowego,  z  prześcieradłem  jak  serwetka  zatkniętym  za  kołnierzyk,  żeby  nie  mógł

zobaczyć  tego,  co  robią  jego  ręce.  Ten  sposób  na  wykluczenie  intymności  sprawiał,  że

przecięcie pępowiny stawało się zabiegiem wyjątkowo niebezpiecznym.

Mimo  tych  dziwacznych  środków  ostrożności  mężczyzna  jako  akuszer  był  zawsze  pod

obstrzałem,  a  nieco  ponad  dwieście  lat  temu  pewna  uczona  książka  o  teorii  i  praktyce

położnictwa  została  otwarcie  potępiona  jako  „najbardziej  sprośna,  nieprzyzwoita  i

bezwstydna książka, jaką kiedykolwiek wydrukowano”. Nie trzeba dodawać, że tymi, którzy

mieli za złe, byli zwykle mężczyźni, kobiety zaś zawsze cierpiały. Przez całe wieki kojarzenie

intymności  towarzyszącej  porodowi  z  płciowością  utrudniało  skuteczną  pomoc  lekarską.

Mężczyznom z właściwym wykształceniem odmawiano miejsca przy łóżku porodowym, a ich

obowiązki  przejmowały  niewykwalifikowane  i  zazwyczaj  niezwykle  zabobonne  położne.

Skutkiem  tego  była  śmierć  ogromnej  liczby  kobiet  podczas  połogu,  a  także  śmierć

noworodków  tuż  po  narodzeniu  lub  w  ciągu  kilku  pierwszych  miesięcy  życia.  Wiele  tych

przypadków  było  wyłącznym  skutkiem  przeciwdziałania  przejawom  intymności  i

niedopuszczenia do udzielenia fachowej pomocy.

background image

Mamy  tu  więc  przykład  tabu  seksualnych,  które odniesione  do  nieseksualnego  kontaktu

cielesnego, miały katastrofalne skutki społeczne i wpłynęły na bieg historii. Musiało upłynąć

wiele pełnych  ludzkich  nieszczęść  lat,  by  zapanował  wreszcie  rozsądek,  a  nauka  zdołała  się

rozprawić  z  pradawnymi  uprzedzeniami.  Dziedzina  ta  stopniowo  zdołała  wyzwolić  się  z

dawnych  nonsensów  jedynie  dzięki  najściślejszemu  przestrzeganiu  kodeksu  postępowania.

Mimo to dają się jeszcze odczuć echa dawnych lęków, a badanie ginekologiczne ze względu

na rodzaj kontaktu cielesnego wciąż pozostaje czymś krępującym.

Istnieje  tylko  jeden  obszar  działalności  publicznej,  w  którym  kontakty  seksualne  nie  są

objęte  takimi  przesądami,  a  jest  nim  teatr.  Aktorzy  i  aktorki,  tancerze  baletowi,  śpiewacy

operowi,  a  także  modele  i  modelki  pozujący  do  zdjęć,  wykonując  swój  zawód,  mają

powszechnie  uznane  prawo  do  takiego  wzajemnego  dotykania  się,  które  rodzi  skojarzenia

seksualne.  Podczas  przedstawień  zgodnie  z  poleceniami  reżysera  całują  się,  pieszczą,

obejmują i głaszczą. Jeśli tak przewiduje scenariusz, jest to zgodne ze społecznym „prawem”,

a  aktor  czy  aktorka  w  ciągu  dnia  pracy  może  zaznać  wiele  satysfakcjonujących  kontaktów

cielesnych.  Jest  to  niewątpliwie  wielką  zaletą  tego  wysoce  niepewnego  zawodu,  chociaż

zachowania ekstremalne,  jakich się  czasem  od  nich  wymaga,  mogą  być  przyczyną  pewnych

problemów. Trudno przez dłuższy czas raz po raz udawać miłość do kogoś, nawet jeśli jest to

kolega czy koleżanka po fachu, i uniknąć elementarnych reakcji emocjonalnych, które często

wkradają się do takiego układu ze szkodą dla  innych  intymnych związków w realnym życiu

poza  teatrem.  Oddając  doskonale  przejawy  intymności  seksualnej,  niełatwo  stłumić

towarzyszące im zwykle autentyczne reakcje biologiczne.

Innym  nieco  ryzykownym  kontaktem,  który  staje  się  udziałem  gwiazd  świata  rozrywki,

jest  wyrażany  fizyczny  aplauz  ich  żarliwszych  wielbicieli.  Gwiazdy  bywają  w  miejscach

publicznych dosłownie osaczane przez rozentuzjazmowanych fanów, którzy za wszelką cenę

pragną  dotknąć  swoich  idoli.  W  umiarkowanej  formie  dostarcza  to  zapewne  miłej  sercu

satysfakcji, ale czasem może przyprawić bożyszcze o siniaki, a nawet kontuzje. Nieprzeparta

ochota,  aby  dotknąć  ciała  niektórych  gwiazd  muzyki  i  piosenkarzy  –  a  nawet  co  bardziej

atrakcyjnych polityków – przybrała ostatnio zaskakujące rozmiary. Zwłaszcza zorganizowane

w  grupy  fanki  jakiejś  wybranej  gwiazdy  muzyki  pop  uważają,  że  wszystkie  chwyty  są

dozwolone,  a  ostatnio  zademonstrowały  chyba  najbardziej  intymny  przykład  takiego

zachowania.  Udało  im  się  mianowicie  przekonać  idolów,  by  pozwolili  wykonać  gipsowy

odlew swoich genitaliów w stanie erekcji, których one mogłyby potem do woli dotykać, gdy

sami bożkowie są już nieobecni.

W interakcjach między gwiazdami muzyki pop a ich fanami dotykanie nie jest integralną

częścią  czynności  związanych  z  uprawianiem  zawodu.  Masażysta  czy  fryzjer,  aby  wykonać

swoje zadanie, musi dotykać swojego klienta, ale piosenkarz, śpiewając, nie musi ani nikogo

dotykać,  ani  być  przez  kogokolwiek  dotykanym.  Inna  rzecz,  że  z  powodu  swojej  specjalnej

roli w społeczeństwie  staje  się  on  bardziej  pożądanym  obiektem  dotykania.  Podobna  relacja

background image

zachodzi w innych dziedzinach, a wśród nich najbardziej rzucającym się w oczy przykładem

jest zawód policjanta.

Praca policjanta nie polega na dotykaniu ludzi, ale mimo to oficjalnie wolno mu to robić

w  dużo  większym  zakresie  niż  komukolwiek  z  nas.  Wolno  mu  dotknąć  nas  rękami  w  taki

sposób,  jaki  użyty  przez  „zwykłego  śmiertelnika”,  wywołałby  w  nas  gniewną  reakcję.  Nie

narażając się na komentarze, policjant może wziąć za rękę dziecko na ulicy. W tłumie  może

napierać na nas swoim ciałem, aby nas powstrzymać, a my łatwo godzimy się na taki kontakt.

Jeśli  policjant  popycha  nas  w  chwili,  gdy  zachowujemy  się  gwałtownie,  mało

prawdopodobne,  że  zaatakujemy  go  ze  złością,  co  byłoby  bardziej  prawdopodobne,  gdyby

ktoś  inny  tak  nas  potraktował.  Tylko  w  sytuacjach  skrajnej  przemocy,  gdy  u  samego

policjanta  przestają  działać  hamulce  i  sprowokowany,  zaczyna  działać  jak  nieświadom

niczego  bandyta,  my  tracimy  kontrolę  na  swoim  zachowaniem  wobec  niego.  Wtedy,  na

zasadzie  przeciwstawienia,  nasza  wściekłość  nie  zna  żadnych  granic,  o  czym  nazbyt  często

świadczą rozgrywające się ostatnio podczas rozruchów sceny uliczne. Wydaje się, jakbyśmy,

dając  policjantowi  ograniczone  uprawnienia  do  dotykania  nas,  czuli  zarazem,  że  nadużycie

tych uprawnień jest szczególnie naganne, podobnie jak niestosowne zachowanie się dyrygenta

wobec  chórzysty  czy  nauczyciela  wobec  ucznia.  Skutkiem  tego  gdy  policjanci  są  stale

zmuszani  do  rozluźniania  swoich  hamulców,  stają  się  oni  wkrótce  uosobieniem  wrogości  i

częstym obiektem napaści rozeźlonego tłumu. Jedynie w takich krajach jak Wielka Brytania,

gdzie  na  ulice  miasta  celowo  wysyła  się  zupełnie  nie  uzbrojonych  policjantów,  można

zauważyć  jakieś  oznaki  wzajemnego  hamowania  się  nawet  podczas  najpoważniejszych

rozruchów, jakie zdarzyły się w ostatnich latach. Jak się zdaje, hamująco działa okoliczność,

że  w  razie  ewentualnych  potyczek  obie  strony  byłyby  zmuszone  do  walki  wręcz

nacechowanej  większym  stopniem  intymności,  która  nie  występuje  w  dzikim  waleniu  się

kijami  i  pałami  z  pewnej  odległości  ani  w  brutalnej  walce  z  użyciem  broni  palnej  z  jeszcze

większego  oddalenia.  Nie  znaczy  to  wcale,  że  utarczki  wręcz  są  w  swojej  istocie  mniej

nienawistne. Wszak bez użycia narzędzi walki można sobie wyłupywać oczy czy kopać się po

genitaliach,  ale  takie  okrucieństwa  są  niezmiernie  rzadkie.  W  porównaniu  z  rozłupanymi  i

pokrwawionymi czaszkami, które bywają skutkiem rozruchów  w  niektórych  innych  krajach,

ręczne bójki w Londynie i innych miastach brytyjskich zaczynają nabierać charakteru niemal

cywilizowanego,  a  jak  na  ironię,  dzieje  się  tak  z  powodu  przywrócenia  bardziej  intymnych

form  walki,  które  występowały  w  czasach  poprzedzających  cywilizację  i  wprowadzenie

jakiejkolwiek broni.

Istnieje dobrze znana i ograna sekwencja filmowa, w której dwóch krzepkich a skądinąd

sympatycznych  facetów  atakuje  się  wzajemnie  pięściami,  żeby  rozstrzygnąć  w  ten  sposób

jakiś  zadawniony  spór.  Doświadczona  widownia  doskonale  wie,  że  kiedy  obaj  przeciwnicy

zaczną  przegrywać  i  pokonają  się  wzajemnie  na  skutek  całkowitego  wyczerpania  sił,  stanie

się świadkiem  narodzin  nowej, wspaniałej przyjaźni. Obaj posiniaczeni osiłkowie rozkładają

background image

się na ziemi i zgodnie z oczekiwaniami jeden z nich ze swoich rozciętych i krwawiących ust

wypluwa  wybity  ząb,  uśmiechając  się  z  podziwem  do  swego  równie  zmaltretowanego

przeciwnika. Zaraz potem bohaterowie pomagają sobie wzajemnie wstać i słaniając się, udają

się  do  baru  (zwykle  w  pobliżu  jest  jakiś  bar),  aby  wychylić  ożywczego  kielicha.  Po  tej

ceremonii  nie  mamy  już  żadnych  wątpliwości,  że  nic  ich  nigdy  nie  rozłączy  i  że  pozostaną

wiernymi kumplami na dobre i na złe, aż pod koniec filmu jeden z nich zginie, ratując życie

drugiemu, wyda ostatnie tchnienie w czułych objęciach człowieka, któremu kiedyś rozkwasił

twarz.

Morał  płynący  z  tej  mocno  podkoloryzowanej  historyjki  jest  oczywiście  taki,  że  gorący

nieprzyjaciel  jest  lepszy  niż  chłodny  przyjaciel  i  znajduje  to  potwierdzenie  w  postaci

odpowiednich  przejawów  intymności  cielesnej.  Wygląda  na  to,  że  każdy  rodzaj  intymności,

nawet  intymność  związana  z  przemocą,  jeśli  tylko  jest  oparta  na  dostatecznie  osobistych

podstawach,  może  prowadzić  do  utworzenia  się  wzajemnej  więzi  między  dwoma

antagonistami. Nie trzeba dodawać, że uogólnienia są tu niebezpieczne i oczywiście nie może

to  służyć  za  usprawiedliwienie  każdej  przemocy,  ale  równie  niemądre  jest  całkowite

ignorowanie tego zjawiska tylko dlatego, że nas ono przeraża.

Bezosobowa  przemoc  osiągnęła  ostatnio  tak  zastraszające  rozmiary,  że  temat  ten  został

objęty niemal całkowitym tabu  i dlatego trudno o  nim  mówić.  Dla  seksualnie  wyzwolonego

społeczeństwa  przemoc,  i  to  wszelka  przemoc,  bez  względu  na  jej  rozmiar  i  tło,  stała  się

przedmiotem  nowej  filozofii  ograniczeń.  Sformułowany  w  tym  szerokim  kontekście  artykuł

wiary  „uprawiaj  miłość,  nie  walkę”  jest  nie  do  podważenia,  ale  komunikat,  jaki  leży  u

podłoża  zrytualizowanej  bójki  filmowej  może  jednak  chyba  doprowadzić  nas  do  uznania

jakiegoś wyjątku od tej ogólnej zasady. Jasne, że nie mam tu na myśli niczego tak brutalnego

jak  opisana  wyżej  bijatyka.  Wyobrażam  sobie  natomiast  sytuację,  w  której  niektórzy  ludzie

tak  dalece  stłumili  w  sobie  agresywność,  że  nawet  ostro  prowokowani  „nie  tkną  palcem”

swoich  kumpli.  Doprowadzenie  zasady  niestosowania  przemocy  do  takiej  skrajności  może

wytworzyć nowe formy antyintymności. Oto przykład.

Jeżeli  wzajemne  uczucia  dwojga  ludzi  z  jakiegoś  powodu  w  nieuchronny  sposób  uległy

ochłodzeniu, ich stosunek może w końcu „zamarznąć na śmierć” w atmosferze pełnej obłudy

rezerwy. Wyrażający tłumiony gniew  wymuszony  uśmieszek  na  zaciśniętych  wargach  może

ranić  równie  dotkliwie  jak  ostry  nóż.  W  takich  warunkach  wybuch  w  postaci  gwałtownej

awantury, której towarzyszy  łagodna,  ale  niewątpliwie  agresywna  interakcja,  mogą  oczyścić

atmosferę  jak  długo  oczekiwana  burza  i  w  ten  sposób  rozładować  szkodliwe  napięcie.  Być

może, po raz pierwszy od wielu miesięcy chandrycząca się ze sobą para weźmie się nareszcie

w  ramiona  i  choć  ich  zamiarem  nie  jest  bynajmniej  pełen  miłości  uścisk,  lecz  raczej

gwałtowne  potrząśnięcie  partnerem,  skutkiem  takiego  wybuchu  bywa  doznanie  pierwszego

od niepamiętnych czasów szczerego kontaktu fizycznego. Sytuacja taka jest oczywiście dość

rozpaczliwa, jeśli dochodzi się do niej w ten sposób, bo każde dotknięcie partnera jest wtedy

background image

wyrazem  wrogości  i  łatwo  może  doprowadzić  do  porażki.  Czasami,  niestety  zbyt  rzadko,

może to jednak przynieść dobry skutek. Ignorowanie tej możliwości tylko dlatego, że kłóci się

z  aktualnymi  trendami  kulturowymi,  oznacza  nieuwzględnianie  jeszcze  jednego  ważnego

czynnika wpływającego na tworzenie się więzi między dwojgiem ludzi za sprawą intymności

cielesnej.

Pokrewnym  wzorcem  zachowania  jest  mocowanie  się  dzieci  ze  sobą,  ich  dzikie  harce,

czy  też  wzajemne  przepychanki  które  tak  często  obserwujemy  również  wśród  przyjaźnie

nastawionych  do  siebie  ludzi  dorosłych.  I  tu  kontakty  cielesne  wywierają  wpływ

emocjonalny,  a  dzieje  się  tak  dlatego,  że  towarzyszy  im  nie  wyrażony  słowami  komunikat:

„Jakkolwiek  zachowuję  się  agresywnie,  widzisz  przecież,  że  naprawdę  wcale  nie  jestem

agresywny”. Jest to jednak komunikat subtelny, a bijatyka dla zabawy może w każdym wieku

stać  się  interakcją  wymagającą  starannie  wyważonej  równowagi.  Mężczyzna,  który

żartobliwie  poklepuje  kolegę  po  plecach,  może  łatwo  odwrócić  ten  sygnał  i  wtedy  oznacza

on: „Jakkolwiek udaję, że jestem agresywny dla żartów, ze sposobu, w jaki to robię,  możesz

się  przekonać,  że  nie  żartuję”.  Stosuje  on  klepanie,  ponieważ  zostało  ono  sformalizowane  i

zaakceptowane  jako  wzór  bijatyki  dla  zabawy,  ale  towarzyszące  temu  gesty  i  siła  tego

poklepywania  natychmiast  przekonują  poklepywanego,  że  ten  drugi  nadał  komunikatowi

odwrotny sens.

Podobna  komplikacja  zachodzi  u  wspominanej  wyżej  chandryczącej  się  ze  sobą  pary.

Jeżeli  pod  wpływem  skrajnie  silnej  prowokacji  dojdzie  tylko  do  lekkiego  klepnięcia  w

policzek  albo  potrząśnięcia  partnera  za  ramiona,  wtedy  komunikat  głosi:  „Chociaż

doprowadziłeś(-aś)  do  tego,  że  mam  ochotę  dać  ci  w  zęby,  robię  ci  tylko  to”.  Ale  jeżeli

prowokacja nie jest tak silna, wówczas każdy, nawet najbardziej umiarkowany odruch agresji

stanowi sygnał szorstki i nieprzyjemny.

Ledwie dostrzegalne niebezpieczeństwa tkwiące w bijatyce dla zabawy bywają wyraźniej

widoczne podczas mocowania się dwóch wyrostków na ulicy. Na początku obaj przestrzegają

konwencji  żartobliwej  agresji.  Każde  popchnięcie  i  chwyt  są  wykonywane  z  właściwym

stopniem  natężenia  –  na  tyle  silnie,  by  wywrzeć  skutek,  ale  nie  dość  silnie,  aby  objawić

prawdziwą przemoc. Gdy ta subtelna równowaga zostanie przypadkowo zachwiana  i  jeden z

nich poczuje ból, atmosfera ulega zmianie. Pokrzywdzony rewanżuje się z większą siłą i jeśli

zajście nie jest prowadzone we właściwy sposób, żartobliwa bitka przeradza się w prawdziwą.

Trudno  jest  zanalizować  sygnały  takiej  zmiany,  ponieważ  nawet  żartobliwe  zapasy  mogą

wyglądać  zupełnie  jak  prawdziwe.  Zwykle  sygnały  znamionujące  zmianę  pojawiają  się

najpierw na twarzach, z których znikają uśmiechy i rozluźnienie, czy też udawana zaciętość, a

pojawia  się  wyraz  zaciekłości  i  zdecydowania,  czemu  towarzyszy  zmiana  koloru  skóry  z

bladego na zaczerwieniony.

Jeśli  chodzi  o  zapaśników  zawodowych,  tego  rodzaju  udawana  zmiana  bywa  łatwo

dostrzegalna. „Łobuz” świadomie fauluje „bohatera”, który następnie demonstracyjnie wpada

background image

w  udawany  szał,  zgłaszając  protesty  u  sędziego  i  domagając  się  współczucia  publiczności.

Rzuca  się  z  furią  na  przeciwnika  i  sprawia  wrażenie,  że  zarzucił  konwencjonalną  technikę

walki  i  stosuje  nie  kontrolowaną  przemoc,  odwzajemniając  każdy  faul,  gdy  tymczasem

publiczność  ryczy  z  zachwytu.  Ale  tutaj  nawet  „nie  kontrolowana”  agresja  sama  uległa

sformalizowaniu,  o  czym  świetnie  wie  publiczność,  włączając  się  do  gry.  Gdyby  jeden  z

zapaśników  naprawdę  skrzywdził  swojego  rywala,  widowisko  zostałoby  natychmiast

przerwane  i  zamiast  „bezlitosnego  odwetu”  nastąpiłby  pokaz  źle  skrywanego  niepokoju  ze

strony wszystkich uczestników.

Wyczerpawszy ten najeżony niebezpieczeństwami temat, możemy teraz skierować się na

teren,  na  którym  przejawiają  się  bezpieczniejsze  i  delikatniejsze  formy  intymności,

mianowicie na parkiet taneczny. Jako dziedzina, w której działają zawodowcy mający prawo

do  dotykania,  taniec  ma  do  zaoferowania  ograniczone  możliwości.  To  prawda,  że  dorośli

poszukujący  jakiejś  formy  kontaktu  cielesnego  mogą  taki  kontakt  uzyskać  dzięki  usługom

nauczyciela  tańca.  Istnieją  też  miejsca,  gdzie  mężczyzna  może  odwiedzić  salę  taneczną  i  za

określoną  opłatą  skorzystać  z  usług  fordanserek,  ale  taniec  towarzyski  stał  się  obecnie

głównie  domeną  amatorów.  Podczas  zabaw,  dyskotek oraz  w  salach  tanecznych  i  balowych

obcy sobie dorośli ludzie mogą zbliżyć się do siebie i poruszać się wokół sali, obejmując się

intymnie  przednią  powierzchnią  ciała.  Osoby,  które  już  są  ze  sobą  zaprzyjaźnione,  mogą

także  wykorzystać  tę  sytuację,  aby  przejść  z  relacji  bezdotykowych  na  relacje  dotykowe.

Specjalna rola, jaką odgrywa taniec towarzyski w naszym społeczeństwie, polega  na tym, że

stwarza  on  specjalny  kontekst,  pozwalający  na  szybkie  i  radykalne  zwiększenie  stopnia

intymności  cielesnej,  w  sposób,  który  byłby  niemożliwy  gdzie  indziej.  Gdyby  obcy  lub

prawie  obcy  sobie  ludzie  demonstrowali  takie  samo  obejmowanie  się  poza  parkietem

tanecznym,  jego  konsekwencje  byłyby  zupełnie  inne.  Taniec,  że  się  tak  wyrażę,  dewaluuje

rangę  obejmowania  się,  obniżając  próg  tolerancji  do  poziomu,  na  którym  można  to  z

łatwością  uczynić,  nie  obawiając  się  odtrącenia.  Gdy  już  uzyska  się  przyzwolenie  na  takie

obejmowanie  się,  uzyskuje  się  szansę  na  to,  że  zacznie  ono  oddziaływać  w  swój  magiczny

sposób.  Gdy  magia  nie  zadziała,  formalny  charakter  sytuacji  pozwala  też  na  honorowe

wycofanie się.

Jak wiele innych aspektów intymności cielesnej – taniec ma długą historię sięgającą aż do

naszej  zwierzęcej  przeszłości.  Ujmując  to  w  kategoriach  zachowania  się,  jego  głównym

składnikiem  jest  powtarzający  się  ruch  intencjonalny.  Przyglądając  się  pokazom  tanecznym

różnych  ptaków,  zauważamy,  że  na  wykonywane  przez  nie  rytmiczne  ruchy  składają  się

głównie ruchy początkowo skierowane w jedną stronę, zatrzymanie ich i skierowanie w inną

stronę, ponowne zatrzymanie i powtórzenie pierwszej czynności, i tak dalej. Obracając się na

boki,  przechylając  się  w  przód  i  w  tył  lub  podskakując  w  górę  i  w  dół,  ptak  z  zapałem

popisuje  się  przed  swoją  partnerką.  Znajduje  się  on  w  stanie  wewnętrznego  konfliktu,  gdyż

jeden  z  popędów  popycha  go  do  przodu,  a  drugi  go  powstrzymuje.  W  przebiegu  ewolucji

background image

rytm  tych  ruchów  intencjonalnych  ulega  utrwaleniu,  a  popis  staje  się  rytuałem.  Forma  tego

rytuału  jest  różna  u  różnych  gatunków  i  u  każdego  staje  się  cechą  charakterystyczną  dla

właściwych danemu gatunkowi wstępnych czynności seksualnych.

Większość  ruchów  tanecznych,  jakie  wykonujemy,  powstała  w  ten  sam  sposób,  ale  u

ludzi nie wytworzyła się z nich ewolucyjnie żadna utrwalona forma. Są one natomiast zależne

od  danej  kultury  i  bardzo  zróżnicowane.  Wiele  z  tego,  co  robimy  tańcząc,  to  właśnie  ruchy

intencjonalne sygnalizujące zamiar pójścia w  jakimś kierunku, ale zamiast  w  pełni  wykonać

to  zamierzenie,  zatrzymujemy  się,  cofamy  się  lub  obracamy  i  zaczynamy  od  nowa.  W

dawnych czasach wiele tańców przypominało małe pochody, w których każda para z powagą

trzymała  się  za  ręce  i  kroczyła  po  parkiecie,  zatrzymując  się  często,  wykonując  obrót,  a

następnie  kontynuując  pochód  w  rytm  muzyki.  Ponieważ  wzór  ten  był  zasadniczo  wzorem

udawania  się  w  podróż,  często  zawierał  on  w  sobie  udane  powitania,  podczas  których

partnerzy  wykonywali  ukłony  i  dygnięcia,  tak  jakby  się  właśnie  spotykali  po  raz  pierwszy.

Zarówno w tańcach  ludowych  jak  w  tańcach  dworskich  występowały  skomplikowane  ruchy

wirujące oraz schodzenie się i rozchodzenie z udziałem innych par uczestniczących w tańcu.

Przejawy  intymności  cielesnej  w  tańcu  były  tak  ściśle  ograniczone,  że  nie  budziły  żadnych

skojarzeń seksualnych. Po prostu umożliwiały tylko ogólne towarzyskie mieszanie się między

sobą.  Mężczyzna  prowadził  kobietę  po  parkiecie  ruchem  tak  wysoce  sformalizowanym,  że

wykluczał on jakiekolwiek niewygodne pytania o to, dokąd ją właściwie prowadzi i w  jakim

celu.

Sytuacja  uległa  radykalnej  zmianie  na  początku  ubiegłego  wieku,  gdy  Europę  ogarnęło

szaleństwo nowego tańca. Był to walc. Po raz pierwszy tańcząca para obejmowała się podczas

wykonywania  ruchów  tanecznych,  co  jako  publiczny  przejaw  intymności  wywołało

powszechne  zgorszenie  i  wzburzenie.  Tak  drastyczne  przeobrażenie  wymagało  jakiegoś

usprawiedliwienia,  którym  okazał  się  znany  nam  już  wybieg.  Opisując  kontakt  ręka-ręka,

wspomniałem,  że  często  stosowaną  w  nim  sztuczką  jest  intymność  pod  maską  pomocy.

Wyciągnięcie ręki  ma  rzekomo  na  celu  podtrzymanie  drugiej  osoby  czy  też  zapewnienie  jej

równowagi, podprowadzenie  jej albo też powstrzymanie przed  upadkiem.  W  ten  sposób  bez

obaw  można  przekroczyć  znaczący  próg  w  nawiązywaniu  kontaktu  cielesnego.  To  właśnie

znalazło  zastosowanie  w  walcu.  Na  początku  był  to  taniec  bardzo  szybki  i  dynamiczny,  w

którym partnerzy musieli kurczowo trzymać się siebie, aby ich ciała mogły obracać się razem.

Był to sposób typu  „podtrzymanie”  i gdy tylko dzięki  niemu walc wkroczył  na salę  balową,

było jedynie kwestią czasu spowolnienie tempa tańca i zastąpienie gestów rzekomej pomocy

bardziej czułymi przejawami intymności, związanymi z obejmowaniem się. Nie znając takich

rozkoszy,  starsze  pokolenie  uznało  to  za  obrazę  moralności.  Walc,  który  dziś  uchodzi  za

taniec  staromodny,  w  pierwszych  latach  swojego  istnienia  opisywany  był  jako  „plugawy”  i

„najbardziej  zwyrodniały  taniec  ostatnich  dwóch  stuleci”.  Wczesnowiktoriański  autor

kieszonkowego podręcznika bon tonu dla dam  poświęcił  dziesięć  stron  frontalnemu  atakowi

background image

na  ten  obrzydliwy,  nowy  przejaw  intymności  publicznej.  Wśród  innych  uwag  czytamy:

„Zapytajcie  którąkolwiek  matkę...  czy  dopuści,  aby  córka  wpadła  w  lubieżne  objęcia

pierwszego  lepszego  walcującego  mężczyzny?  Zapytajcie  kochanka...  czy  zniesie  widok

wybranki  swego  serca  spoczywającej  w  ramionach  innego  mężczyzny?  Zapytajcie

małżonka... czy ścierpi, aby  jego żonę  obejmował  jakiś  szczeniak  wirujący  to  na  piętach,  to

znów na palcach?”.  Ataki nie ustawały, a niespełna sto lat temu  pewien  amerykański  mistrz

tańca  w  Filadelfii  ogłosił,  że  walc  jest  tańcem  niemoralnym,  ponieważ  w  trakcie  jego

wykonywania  dżentelmen  obejmuje  damę,  którą  być  może  dopiero  co  poznał.  Jednakże

nieprzyzwoity  walc  wygrał  tę  bitwę  i  niepodzielnie  zapanował  na  parkiecie,  stając  się

zwiastunem wielu innych tańców wymagających pełnego objęcia frontalnego. Te nowe tańce

wywoływały kolejne pomruki niezadowolenia i zgorszenia.

Tango,  które  w  1912  roku  przywędrowało  z  Ameryki  Południowej,  także  powitano  z

oburzeniem.  Ponieważ  taniec  ten  składał  się  z  „sugestywnych  bocznych  ruchów  bioder”,

które bystrookim stróżom moralności przypominały ruchy kopulacyjne, został on natychmiast

uznany za synonim moralnej zgnilizny.

Gdy tylko przeciwnicy tanga przegrali i tę bitwę, hałaśliwie rozpoczęła się epoka jazzu, a

doprowadzeni  do  wściekłości  nauczyciele  tańca  lat  dwudziestych  organizowali  gorączkowe

spotkania, aby omówić to nowe zagrożenie dla ich poczucia przyzwoitości. Formułowali ostre

oficjalne  protesty  na  temat  tego  nowego  szaleństwa,  zwracając  uwagę,  że  wszystkie  owe

tańce jazzowe powstały w murzyńskich burdelach.

Chyba  najbardziej  osobliwy  atak  na  tańce  jazzowe  pojawił  się  w  artykule  prasowym,  w

którym  czytamy,  że  „taniec  i  muzyka  w  tym  obrzydliwym  kopulacyjnym  rytmie  zostały

sprowadzone  do  Ameryki  z  Afryki  Środkowej  przez  gang  bolszewików,  ażeby  uderzyć  w

cywilizację  chrześcijańską  na  całym  świecie”.  Stawia  to  chyba  we  właściwym  świetle

formułowane ostatnio twierdzenia, że aktualna fala buntów studenckich, porzucanie studiów i

narkomania również są dziełem „spisku czerwonych”.

Od  zarania  swych  dziejów  jazz  wydaje  na  świat  krzepkie  potomstwo,  a  każde  jego

dziecko  nieuchronnie  wprawia  świat  w  zdziwienie  i  zgorszenie,  ponieważ  tancerze  stosują

coraz to nowe odmiany obejmowania się w miejscu publicznym. W latach czterdziestych był

to  jitterbug,  a  w  latach  pięćdziesiątych  rock  and  roll.  Ale  potem  stało  się  coś  dziwnego.  Z

jakiegoś  powodu,  którego  chyba  jeszcze  na  razie  nie  potrafimy  zrozumieć,  pary  rozdzieliły

się. W latach sześćdziesiątych obejmowanie się w tańcu zaczęło gwałtownie zanikać. Jeszcze

tylko  starsze  i  bardziej  stałe  pary  przytulały  się  do  siebie,  kręcąc  się  po  parkiecie.  Młodsi

oddalili  się  od  siebie  i  tańczyli  stojąc  mniej  więcej  w  tym  samym  miejscu.  Początkowo

dotyczyło  to  twista,  ale  wkrótce  objęło  zawrotną  liczbę  możliwości,  takich  jak  hitch-hiker,

shake, monkey i frug. Pojawiało się coraz więcej stylów tańczenia, aż wreszcie pod koniec lat

sześćdziesiątych sytuacja tak się skomplikowała, że wszystkie one zlały się w jedną, na ogół

bezimienną kombinację i stały się po prostu tańcem do muzyki pop. Wszystkie one  miały tę

background image

samą cechę – tancerze nie dotykali się. Zmiana ta prawdopodobnie  ma związek z wyraźnym

wzrostem liberalizmu seksualnego. Gdy w czasach wiktoriańskich młodym parom nie wolno

było  prywatnie  cieszyć  się  intymnością,  obejmowanie  się  podczas  walca  miało  dla  nich

wielkie  znaczenie,  ale  przy  obecnym  rozluźnieniu  obyczajów  któż  przejmowałby  się

specjalnym  kontekstem,  który  dałby  „zezwolenie”  na  zwykłe  obejmowanie  się  na  stojąco?

Dzisiejsi  młodzi tancerze zdają się publicznie  mówić: „Nie potrzebujemy udawać, bo  mamy

to  wszystko  naprawdę”.  I  tak  dochodzimy  do  końca  tego  krótkiego  przeglądu

wyspecjalizowanych metod, które stosujemy w dorosłym życiu w celu osiągnięcia intymności

cielesnej. Cały ten rozdział, który zaczyna się od lekarzy, a kończy  na tancerzach, pokazuje,

że zawsze chodzi o coś więcej niż tylko o sam kontakt. Nigdy nie jest to kontakt dla samego

kontaktu. Zawsze istnieje jakiś pretekst, dzięki któremu otrzymujemy przyzwolenie na to, by

kogoś dotykać, albo na to, by nas ktoś dotykał. A jednak często odnosimy wyraźne wrażenie,

że sam kontakt jest ważniejszy niż czynność, na którą mamy przyzwolenie. Być może kiedyś,

gdy nasilą się jeszcze stresy współczesnego życia, będziemy świadkami narodzin niczym nie

zakamuflowanego  zawodowego  dotykacza,  który  będzie  sprzedawał  uściski,  tak  jak  się

sprzedaje koraliki. Może się też zdarzyć, że korzystanie z jego oferty będzie oznaczało nasze

przyznanie  się  do  klęski  niemożności  zapewnienia  sobie  tak  bardzo  potrzebnej  nam

intymności w naszej własnej rodzinie.

Cokolwiek się stanie, zawsze możemy wrócić do niezniszczalnego substytutu intymności

cielesnej,  jakim  jest  intymność  werbalna.  Zamiast  wymieniać  uściski,  możemy  wymieniać

słowa  otuchy.  Możemy  się  uśmiechać  i  rozmawiać  o  pogodzie.  Jest  to  kiepska  namiastka

wymiany uczuć, ale  lepsze to niż całkowita  izolacja emocjonalna. A  jeśli  nadal tęsknimy do

bardziej  bezpośrednich  form  kontaktu,  mamy  do  dyspozycji  jeszcze  inne  jego  formy:

dotykanie  jakiegoś  zwierzęcia  lub  przedmiotu  nieożywionego  w  zastępstwie  ciała  innego

człowieka,  do  którego  tak  naprawdę  chcielibyśmy  się  zbliżyć,  albo  wreszcie,  kiedy  nie

istnieje  już  żadne  inne  rozwiązanie,  dotykanie  własnego  ciała.  W  następnych  trzech

rozdziałach  omówię  sposoby  wykorzystywania  zwierząt,  przedmiotów  i  własnych  ciał  jako

substytutów bliskich ludzi.

background image

6. SUBSTYTUTY INTYMNOŚCI

W  świecie  dorosłych,  pełnym  stresów  i  obcych  ludzi,  szukamy  pociechy  u  osób  nam

drogich. Jeśli są oni obojętni lub nazbyt zaabsorbowani problemami, jakie niesie współczesne

życie,  i  przez  to  nie  spełniają  naszych  oczekiwań,  grozi  nam  psychiczny  niedosyt  owego

podstawowego  wsparcia,  jakie  daje  kontakt  cielesny.  Jeśli  wskutek  moralizatorstwa

zbałamuconej  mniejszości  przejawy  intymności  ze  strony  naszych  bliskich  ulegają

zahamowaniu,  bo  dali  sobie  wmówić,  że  korzystanie  z  rozkoszy  dotyku  jest  grzeszne  i

nieprzyzwoite,  wówczas  nawet  w  otoczeniu  osób  najbliższych  i  najukochańszych  możemy

odczuwać  głód  dotyku  i  fizyczną  samotność.  Jako  gatunek  jesteśmy  jednak  na  tyle

przemyślni,  że  nie  mając  tego,  czego  bardzo  pragniemy  albo  potrzebujemy,  wkrótce

znajdujemy odpowiedni substytut.

Jeśli nie doznajemy miłości w obrębie rodziny, wkrótce zaczynamy jej poszukiwać gdzie

indziej. Zaniedbywana żona znajduje sobie kochanka, a małżonek kochankę i znów rozkwita

intymność  cielesna.  Niestety,  takie  substytuty  nie  zawsze  wpływają  korzystnie  na  istniejące

jeszcze  przejawy  życia  rodzinnego,  stanowią  bowiem  dla  nich  konkurencję  i  bywa,  że  je

całkowicie  zastępują,  co  wywołuje  mniejsze  czy  większe  spustoszenia  w  życiu  społecznym.

Mniej  szkodliwe  było  rozwiązanie  omówione  w  poprzednim  rozdziale,  czyli  kontakt  ze

specjalistami mającymi patent na dotykanie.

Takie  kontakty  mają  tę  wielką  zaletę,  że  nie  stanowią  zwykle  konkurencji  dla  relacji

wewnątrz rodziny. Szeroki zakres intymności ze strony masażysty, jeżeli tylko stosowany jest

w sposób ściśle profesjonalny, nie może służyć za powód do rozwodu. Ale nawet zawodowy

dotykacz,  jak  najbardziej  oficjalnie  upoważniony  do  dotykania,  z  fizjologicznego  punktu

widzenia  nie  przestaje  być  dorosłym  człowiekiem  i  dlatego  nieuchronnie  widzi  się  w  nim

potencjalne  zagrożenie  seksualne.  Rzadko  mówi  się  otwarcie  o  „dostrzeganiu”  tego

zagrożenia,  jeśli  nie  brać  pod  uwagę  sporadycznych  dowcipów.  Społeczeństwo  nakłada

natomiast  coraz  więcej  ograniczeń  na  istotę  i  kontekst  wyspecjalizowanych  przejawów

intymności. Przede wszystkim rzadko przyznajemy, że one w ogóle istnieją. Na tańce idziemy

background image

nie po to, żeby kogoś dotykać, tylko po to, żeby się „zabawić”. Do doktora idziemy z powodu

wirusa, a nie żeby się podnieść na duchu. Do fryzjera idziemy, żeby się ostrzyc czy uczesać, a

nie  po  to,  żeby  dać  się  popieścić  po  głowie.  Wszystkie  te  oficjalne  funkcje  są  naturalnie

bardzo przekonujące i ważne. Muszą takie być, aby zamaskować coś innego, co się dokonuje

w  tym  samym  czasie,  mianowicie  poszukiwanie  przyjaznego  kontaktu  cielesnego.  Gdy

oficjalne  funkcje  tracą  na  znaczeniu,  zbyt  wyraźnie  ujawnia  się  ta  niezaspokojona  potrzeba

kontaktu i wtedy rodzą się natrętne pytania o nasz styl życia, na które wolelibyśmy raczej nie

odpowiadać.

Jednak  podświadomie  zdajemy  sobie  sprawę  z  gry,  jaka  się  tu  toczy,  i  w  ten  sposób

pośrednio związujemy ręce, które mogłyby nam udzielić pieszczoty. Czynimy to, bezwiednie

stosując  się  do  konwencji  i  kodeksów,  które  regulują  postępowanie  redukujące  nasze  lęki

seksualne.  Po  prostu  akceptujemy  abstrakcyjne  reguły  właściwej  etykiety  i  mówimy  sobie

wzajemnie,  że  pewnych  rzeczy  się  „nie  robi”  i  że  nie  są  one  „stosowne”.  Niegrzecznie  jest

pokazywać palcem, nie mówiąc już o dotykaniu. Niegrzecznie jest okazywać swoje uczucia.

Dokąd więc mamy się zwrócić? Odpowiedź ma przyjemną i pieszczotliwą postać kociaka

leżącego  na  kolanach.  Otóż  zwracamy  się  do  innych  gatunków  stworzeń.  Jeżeli  najbliżsi

ludzie  nie  są  w  stanie  dostarczyć  nam  tego,  czego  pragniemy,  i  jeżeli  poszukiwanie

intymności  u  obcych  jest  zbyt  niebezpieczne,  możemy  skierować  kroki  do  najbliższego

sklepu  zoologicznego  i  za  niewielką  sumę  kupić  sobie  trochę  intymności  zwierzęcej.

Zwierzątka  są  bowiem  niewinne,  nie  stwarzają  problemów  i  nie  zadają  pytań.  Liżą  nas  po

rękach, ocierają się nam łagodnie o nogi, zwijają się do snu na naszych kolanach i trącają nas

nosem. My  zaś  możemy  je przytulać, głaskać, poklepywać, nosić  jak niemowlęta na rękach,

drapać za uszami, a nawet całować.

Jeśli  zjawisko  to  wydaje  się  komuś  błahe,  przyjrzyjmy  się  jego  skali.  W  Stanach

Zjednoczonych  na  zwierzątka  domowe  wydaje  się  ponad  5  miliardów  dolarów  rocznie.  W

Wielkiej Brytanii – 100 milionów funtów. W Niemczech Zachodnich – 600 milionów marek.

We  Francji kilka  lat temu wydawano 125 milionów nowych  franków, a wedle  nowych  ocen

dziś suma ta podwoiła się. Tam, gdzie w grę wchodzą takie liczby, określenie „błahe” nie ma

zastosowania.

Nasze  najważniejsze  pieszczoszki  to  koty  i  psy.  W  Stanach  Zjednoczonych  jest  ich  90

milionów. Szczeniaki  i  kociaki  rodzą  się  w  tempie  10  tysięcy  sztuk  na  godzinę.  We  Francji

żyje ponad 16  milionów psów, w Niemczech  Zachodnich  jest  ich  8  milionów,  a  w  Wielkiej

Brytanii 5  milionów. Brak  dokładnych  danych  na  temat  kotów,  ale  jest  ich  co  najmniej  tyle

samo, a zapewne więcej.

Sumując te liczby, możemy z grubsza przyjąć, że tylko w wymienionych czterech krajach

istnieje  około  150  milionów  kotów  i  psów.  Dokonując  dalszego  przybliżonego  rachunku,

powiedzmy, że każdy właściciel jednego z tych zwierząt głaszcze, poklepuje czy też pieści je

przeciętnie  trzy  razy  dziennie,  czyli  tysiąc  razy  na  rok.  Daje  to  w  sumie  150  miliardów

background image

intymnych kontaktów rocznie. Liczba ta jest o tyle zdumiewająca, że mówi ona o przejawach

intymności  Amerykanów,  Francuzów,  Niemców  i  Anglików  nie  w  stosunku  do  innych

Amerykanów,  Francuzów,  Niemców  i  Anglików,  lecz  do  przedstawicieli  innych  gatunków,

należących do rzędu mięsożernych. Jeśli tak na to spojrzeć, zjawisko tym bardziej nie wydaje

się błahe.

Jak się już przekonaliśmy, obejmując się, poklepujemy się wzajemnie po plecach, a jako

kochankowie  lub  jako  rodzice  i  dzieci  głaszczemy  się  po  włosach  i  po  skórze.  Jest  jednak

oczywiste,  że  nam  to  nie  wystarcza,  czego  dowodem  są  owe  miliardy  pieszczot  ze

zwierzętami.  Ponieważ  obowiązujące  nas  ograniczenia  kulturowe  blokują  nasze  kontakty  z

ludźmi, przenosimy nasze przejawy intymności na uwielbiające nas zwierzątka, służące  jako

substytuty miłości.

Sytuacja ta doprowadziła niektóre osoby do formułowania niezwykle krytycznych opinii

na ten temat. Jeden z autorów nazwał to zjawisko „petyszyzmem”; zostało ono potępione jako

objaw  dekadenckiej  nieumiejętności  intymnego  porozumiewania  się  ludzi  tworzących

współczesną  cywilizację.  W  szczególności  wskazywano  na  to,  że  więcej  pieniędzy

przeznacza  się  na  zapobieganie  okrucieństwu  wobec  zwierząt  niż  na  zapobieganie

okrucieństwu  wobec  dzieci.  Jako  nielogiczne  i  obłudne  odrzuca  się  natomiast  argumenty  na

rzecz hodowania zwierząt domowych. Argument, że daje to wiedzę o życiu zwierząt, uważa

się  za  bezsensowny,  ponieważ  niemal  zawsze  stosunek  do  zwierząt  jest  nacechowany  dość

prymitywnym antropomorfizmem. Zwierzęta ulegają  humanizacji  i  postrzega  się  je  zupełnie

nie  jako prawdziwe zwierzęta, lecz  jako owłosionych  ludzi.  Argument, że są one  niewinne  i

bezradne,  że  potrzebują  naszej  pomocy,  uważa  się  za  nader  jednostronny  w  czasach,  gdy

maltretuje  się  niemowlęta  i  razi  napalmem  wieśniaków.  Jak  mogliśmy  dopuścić,  by  w  tym

naszym  oświeconym  wieku  zabito  lub  raniono  miliony  dzieci  w  Wietnamie,  gdy  w  tym

samym czasie nasze kotki i pieski otrzymują fachową i natychmiastową pomoc, gdy tylko jej

potrzebują?  Jak  to  możliwe,  żebyśmy  w  dwudziestym  wieku  dali  dorosłym  mężczyznom

przyzwolenie,  by  w  działaniach  wojennych  zabili  100  milionów  przedstawicieli  własnego

gatunku,  gdy  jednocześnie  wydajemy  o  wiele  więcej  milionów  na  tuczenie  naszych

pieszczochów.  Sumując,  jak  to  możliwe,  że  dla  innych  gatunków  staliśmy  się  lepsi  niż  dla

własnego?

Są  to  poważne  argumenty  i  nie  da  się  ich  łatwo  zbyć,  ale  mają  one  pewien  istotny

mankament.  Mówiąc  najprościej  –  stara  to  prawda,  że  zło  dodane  do  zła  nie  czyni  dobra.

Niewątpliwie  tulenie  zwierzątka  i  jednoczesne  odpychanie  dziecka  jest  czymś  okropnym,

chociaż  w  skrajnych  sytuacjach  i  to  się  zdarza.  Jednak  nierozsądne  jest  używanie  tego  jako

argumentu  przeciwko  przytulaniu  zwierzątka.  Wątpliwe,  czy  nawet  w  tych  skrajnych

sytuacjach  zwierzę  „kradnie”  pieszczoty  dziecku.  Jeśli  z  jakichś  przyczyn  o  podłożu

neurotycznym  dziecko  nie  doznaje  przejawów  miłości  rodzicielskiej,  jest  rzeczą  wątpliwą,

czy przy braku zwierzęcego pieszczocha sytuacja uległaby poprawie. Niemal zawsze zwierzę

background image

jest  wykorzystywane  jako  dodatkowe  źródło  intymności  albo  jako  substytut  przejawów

intymności, których i tak już z jakiegoś powodu brakuje. Twierdzenie, że z powodu większej

troski o zwierzęta cierpią inni ludzie, wydaje się zupełnie nieuzasadnione.

Wyobraźmy  sobie,  że  jakaś  nagła  choroba  z  dnia  na  dzień  wyniszczyła  wszystkie

zwierzęta domowe i położyła kres wszystkim tym milionom czułych przejawów  intymności,

które zaistniałyby między tymi zwierzątkami a ich właścicielami. Gdzie podziałaby się cała ta

miłość? Czy zostałaby ona  cudownym  sposobem  przeniesiona  z  powrotem  na  innych  ludzi?

Niestety raczej nie. Natomiast miliony ludzi, również wielu samotnych  i z różnych przyczyn

pozbawionych  dostępu  do  prawdziwej  intymności  ludzkiej,  zostałoby  odartych  z  bardzo

ważnej  formy  czułego  kontaktu  cielesnego.  Samotna  starsza  pani,  która  za  jedyne

towarzystwo  ma  swoje  koty,  nie  zaczęłaby  chyba  głaskać  listonosza.  Mężczyzna,  który  z

czułością  poklepuje  swojego  psa,  z  jego  braku  nie  zacząłby  raczej  częściej  poklepywać

swojego nastoletniego syna.

Jest  prawdą,  że  w  idealnym  społeczeństwie  nie  powinniśmy  potrzebować  tych

substytutów  czy  jakiegoś  dodatkowego  ujścia  dla  naszej  intymności,  ale  propozycja,  by  się

tego całkowicie wyzbyć, byłaby próbą leczenia objawów, a nie przyczyny trudności. Nawet w

idealnym,  kochającym  się  i  wolnym  od  uprzedzeń  cielesnych  społeczeństwie  mielibyśmy

jeszcze  sporą  nadwyżkę  intymności,  którą  moglibyśmy  obdarzyć  naszych  zwierzęcych

towarzyszy,  nie dlatego, że takie kontakty byłyby nam potrzebne,  lecz  po  prostu  dlatego,  że

dostarczałyby  nam  one  dodatkowej  przyjemności,  nie  stanowiącej  żadnej  konkurencji  dla

naszych stosunków z innymi ludźmi.

I  jeszcze  ostatnie  słowo  w  obronie  zwierząt  domowych:  jeśli  potrafimy  być  czuli  w

wobec nich, znaczy to przynajmniej, że jesteśmy w ogóle do czułości zdolni. Ale wciąż wraca

ten sam problem. Nawet komendanci obozów koncentracyjnych byli dobrzy dla swoich psów,

a  więc  czego  to  dowodzi?  Krótko  mówiąc,  tego,  że  nawet  największy  potwór  ludzki  jest

zdolny do jakiejś czułości. Prawdy tej nie wolno nam nie dostrzegać, mimo że współistnienie

czułości  z  najtwardszą  brutalnością  –  jakie  tu  obserwujemy  –  porusza  nas  szczególnie

głęboko  i  czyni  brutalność  jeszcze  okrutniejszą.  Prawda  ta  każe  nam  pamiętać,  że  ludzkie

zwierzę, jeśli nie uległo wypaczeniu pod wpływem czegoś, co paradoksalnie  można określić

jako  barbarzyństwa  cywilizacji,  jest  z  natury  wyposażone  w  wielki  potencjał  czułości  i

intymności.  Jeśli  obserwując  delikatne  i  przyjazne  dotyki  między  właścicielami  a  ich

zwierzątkami,  wyniesiemy  z  tego  tylko  tyle,  że  człowiek  jest  zasadniczo  zwierzęciem

kochającym  i  skłonnym  do  intymności,  i  tak  stanowi  to  cenną  lekcję,  którą  należy  sobie

przyswoić  i  powtarzać  ją,  co  jest  szczególnie  ważne  w  coraz  bardziej  bezosobowym  i

pozbawionym  serca  świecie.  Właśnie  wtedy,  gdy  działając  pod  wpływem  presji  ludzie  stają

się  bezlitośni,  musimy  za  wszelką  cenę  udowodnić,  że  tak  być  nie  musi  i  że  nie  jest  to

przyrodzony  stan  człowieka.  Jeśli  nasza  zdolność  do  kochania  zwierząt  ma  w  tym  jakiś

udział,  to  uczciwi  krytycy  powinni  się  dobrze  zastanowić,  zanim  przypuszczą  na  nią  swój

background image

atak, bez względu na to, jak nierozsądna może się ona wydawać z takiego czy innego punktu

widzenia.

To  powiedziawszy,  możemy  zadać  pytanie  o  istotę  samych  przejawów  intymności  ze

zwierzętami.  Dlaczego  na  przykład  poklepujemy  psa,  a  gładzimy  kota,  ale  rzadko  gładzimy

psa, a poklepujemy kota? Dlaczego jedno zwierzę wyzwala dany rodzaj intymności, a drugie

jakiś  inny?  Aby  na to odpowiedzieć,  musimy  się przyjrzeć anatomii zwierząt.  W  swojej  roli

ulubieńców  domowych  zastępują  one  oczywiście  towarzystwo  człowieka  i  dlatego  ich  ciała

stanowią  substytuty  ciał  ludzkich.  Jednakże  pod  względem  anatomicznym  istnieją  tu

uderzające różnice. Pies nie potrafi nas objąć swoimi sztywnymi łapami. Kotu nie jesteśmy w

stanie  zarzucić  ramion  na  barki.  Nawet  największy  kot  nie  osiąga  rozmiarów  niemowlęcia

ludzkiego,  a  przy  tym  ciało  kota  jest  miękkie  i  giętkie.  Nasze  działania  są  dostosowane  do

tych cech.

Zacznijmy od psa. Jako bliskiego nam towarzysza mamy ochotę go objąć,  ale  ponieważ

utrudniają  nam  to  jego  łapy,  z  całości  gestu  obejmowania-poklepywania  do  bezpośredniego

zastosowania  pozostaje  nam  jeden  element,  czyli  poklepywanie.  Wyciągając  rękę,  klepiemy

zwierzę  po  grzbiecie  czy  po  łbie  lub  po  bokach.  Przeciętny  duży  pies  ma  szeroki  i  twardy

grzbiet,  który  jest  stosownym  substytutem  ludzkich  pleców  i  służy  jako  ich  pełnomocnik  w

poklepywaniu.

Co  innego  kot.  Ponieważ  jest  mniejszy  i  bardziej  miękki  w  dotyku,  nie  dostarcza

odpowiednich  wrażeń  jako  substytut  do  energicznego  poklepywania  pleców.  Miękkie  i

jedwabiste futerko przypomina w dotyku raczej włosy na  ludzkiej głowie. Miewamy czasem

chęć  pogłaskać  ukochaną  osobę  po  włosach  i  dlatego  miewamy  też  ochotę  pogłaskać  kota.

Tak  jak  pies  jest  substytutem  pleców,  tak  kot  jest  substytutem  włosów.  W  rzeczywistości

często traktujemy kota tak, jakby całe jego ciało zastępowało nam jedwabiste włosy na głowie

człowieka.

Rozumując  tak  dalej,  można  by  sądzić,  że  poklepywanie  jest  czymś,  co  automatycznie

wykonuje  się  wobec  wszystkich  przedstawicieli  rodziny  psów,  a  głaskanie  jest  czynnością

przeznaczoną dla całej rodziny kotów, ale nie jest to tak proste. Raczej wiąże się z typowymi

cechami  ciała  psa  domowego  i  kota  domowego.  Każdy,  kto  zaznał  egzotycznych  rozkoszy,

jakie dają pieszczoty z oswojonym gepardem, lwem czy tygrysem, wie, że wówczas wzorzec

zachowania  zmienia  się.  Chociaż  są  to  najprawdziwsze  koty,  mają  one  szerokie  i  twarde

grzbiety,  bardziej  przypominające  grzbiety  psów  niż  grzbiety  kotów  domowych.  Ich  sierść,

jak  u  przeciętnego  psa,  jest  też  bardziej  szorstka.  Skutkiem  tego  poklepuje  się  je,  a  nie

głaszcze. Natomiast małego pieska salonowego o długiej, falującej sierści głaszcze się i pieści

podobnie jak kota.

Poruszając  się  na  skali  wymiarów  ku  górze,  dochodzimy  do  konia.  Miłośnicy  koni

poklepują  je,  ale  istnieje  tu  subtelna  różnica.  Ludzkie  plecy,  gdzie  poklepywanie  ma  swój

początek,  są,  że  się  tak  wyrażę,  powierzchnią  pionową,  natomiast  grzbiet  konia  jest

background image

powierzchnią poziomą, a przez to mniej przydatną jako substytut w tego rodzaju czynności. Z

pomocą  przychodzi  tu  jednak  końska  szyja,  jako  że  nie  tylko  znajduje  się  na  odpowiedniej

wysokości, ale co ważniejsze, jest idealną powierzchnią pionową i dlatego to właśnie miejsce

najczęściej się poklepuje. Pod tym względem koń ma pewną przewagę nad psem, który ma na

ogół zbyt małą szyję, aby można ją było wykorzystać do tego celu. Wzrost konia sprawia też,

że  jego  łeb  stanowi  idealny  obiekt  kontaktu,  podczas  gdy  w  kontaktach  z  psem  albo  sami

musimy  zejść  do  jego  poziomu,  albo  też  podnieść  psa.  Dlatego  często  widzi  się,  jak

miłośniczki  koni  przytulają  głowy  do  ich  szyi  lub  pyska,  obejmując  je  przy  tym  ramieniem

lub poklepując ich jędrne i ciepłe ciało.

Dla wielu ludzi zwierzątko domowe nie jest substytutem kogoś do towarzystwa w ogóle,

ale  substytutem  kogoś  konkretnego,  a  mianowicie  dziecka.  Tutaj  ważny  staje  się  rozmiar

zwierzęcia. Z kotami  nie  ma  problemu,  ale  przeciętny  pies  jest  zbyt  duży  i  dlatego  niektóre

rasy  w  drodze  hodowli  selektywnej  stopniowo  zmniejszano,  aż  wreszcie  uzyskały  wymiary

odpowiadające proporcjom ludzkiego niemowlęcia. Dzięki temu ich właściciele mogą je teraz

tulić  w  swoich  pseudorodzicielskich  ramionach,  podobnie  jak  robią  to  z  kotami  i  innymi

stworzeniami  domowymi,  takimi  jak  króliki  czy  małpki.  Jest  to  najpopularniejsza  forma

kontaktów cielesnych ze zwierzątkami domowymi. Analiza wielkiej  liczby zdjęć, na których

widnieją właściciele w kontakcie z swoimi zwierzętami, dowodzi, że trzymanie zwierzęcia w

ramionach,  tak  jak  trzyma  się  niemowlę,  stanowi  50  procent  wszystkich  sfotografowanych

form  intymności.  Kolejne  miejsce  na  liście  zajmuje  poklepywanie  (11  procent),  dalej  –

półobjęcie,  polegające  na  otoczeniu  zwierzęcia  jednym  ramieniem  (7  procent),  a  po  nim  –

przytulenie  policzka  do  ciała  zwierzęcia,  zwykle  w  okolicy  jego  głowy.  Innym  przejawem

intymności występującym zaskakująco często jest pocałunek usta-usta (5 procent) z udziałem

wszelkich gatunków zwierząt, od papużki falistej do wieloryba. Można by sądzić, że wieloryb

jako  obiekt  intymności  pozostawia  coś  niecoś  do  życzenia.  Kapitan  Ahab  z  pewnością

obruszyłby się na myśl o dziewczynie całującej wieloryba w pysk, ale panująca ostatnio moda

na  faunę oceaniczną wiele w tym względzie  zmieniła.  Zarówno  oswojone  wieloryby  jak  ich

młodsi kuzyni delfiny stały się w ostatnich latach faworytami z pierwszej linii, a ponieważ ich

bulwiaste,  obrzmiałe  głowy  przypominają  kształtem  główki  niemowląt,  wywołują  one  u

obecnych  w  ich  pobliżu  ludzi  silną  potrzebę  klepania,  łaskotania  i  pieszczenia,  gdy  tylko

wychylą się spod wody, ukazując u brzegu basenu swoje rzekomo uśmiechnięte pyski.

Oswojone ptaki, takie jak papugi, papużki faliste i gołębie często przykłada się do twarzy

i  policzków,  aby  poczuć  na  skórze  miękkość  ich  upierzenia.  Ten  przejaw  intymności

właściciele  często  wzbogacają  przez  karmienie  metodą  usta-usta.  Z  powodu  małych

rozmiarów  tych  ptaszków,  wykluczających  obejmowanie  i  poklepywanie,  intymność

wyrażana ręką ogranicza się do głaskania palcami i delikatnego łaskotania „za uchem”.

Poruszając  się  w  dół  drabiny  ewolucyjnej,  dostrzegamy  gwałtowny  spadek  możliwych

przejawów intymności. Większość ludzi uważa gady, płazy, ryby i owady za nieprzyjemne w

background image

dotyku. Żółw ze swoją gładką i twardą skorupą zasłuży sobie niekiedy na klepnięcie, ale jego

pokryci  łuskami  krewniacy  nie  skłaniają  do  przyjaznych  kontaktów  cielesnych.  Być  może,

jedynymi  wyjątkami,  o  których  warto  napomknąć,  są  wielkie  węże  z  rodziny  dusicieli.  Na

przykład  prawidłowo  oswojone  pytony  potrafią  zapewnić  swoim  właścicielom  całkowite

objęcie,  do  czego  nie  są  zdolne  ani  koty,  ani  psy.  Pyton,  owijając  się  wokół  ciała  swego

ludzkiego towarzysza, zaciskając  i rozluźniając  mięśnie,  wprowadzając  w  ruch  falisty  swoje

liczne  żebra  i  muskając  delikatnym  języczkiem  skórę  właściciela,  dostarcza  człowiekowi

wrażeń  zmysłowych,  których  nie  doceni  nikt,  kto  ich  nie  doznał.  Jednakże  ze  względu  na

trudności  związane  z  obyczajami  żywieniowymi,  złą  reputację,  zwłaszcza  od  awantury  w

raju,  nie  wspominając  już  o  okropieństwach  kojarzonych  z  ich  mniejszymi  i  niezwykle

jadowitymi krewniakami, wielkie węże  nigdy  nie cieszyły  się nadmierną  popularnością  jako

bliscy przyjaciele ludzi, nawet tych najbardziej złaknionych uścisków.

Jeśli spuścić dyskretną zasłonę milczenia na przewrotne przejawy  ludzkiej  intymności w

postaci  ręcznego  łowienia  pstrągów,  dotykanie  się  z  rybami  właściwie  nie  występuje.  Może

jedynym wyjątkiem jest tu lubieżne całowanie po rękach w wykonaniu karpia hodowlanego,

który wysuwa głowę z wody i szeroko rozwartym pyszczkiem domaga się  jedzenia. Ryby te

potrafią  u  brzegu  stawu  rozdziawiać  się  i  dyszeć  z  taką  energią,  że  nawet  przelatujący  w

pobliżu  ptak  daje  się  nakłonić  do  jakiegoś  krótkiego  aktu  intymności.  Istnieje  niezwykłe

zdjęcie,  na  którym  malutka  zięba  z  dziobem  pełnym  tłustych  owadów  przeznaczonych  dla

swego  głodnego  potomstwa,  przerwawszy  lot  na  widok  zachęcająco  rozdziawionego

pyszczka karpia, energicznie wpycha swój cenny łup w przepaściste gardło ryby. Jeżeli nawet

ptak pozwala się zwabić w ten sposób i wejść w tak wysoce nienaturalny kontakt cielesny, nie

można  się  dziwić,  że  podobnie  reagują  ludzie  zwiedzający  stawy,  w  których  hoduje  się

karpie.

Dotąd  mówiliśmy  o  przejawach  intymności  mających  charakter  przyjacielski  lub

rodzicielski, ale u niektórych ludzi kontakty te posuwają się aż do pełnej  interakcji płciowej.

Jest  to  zjawisko  rzadkie,  ale  ma  długą,  sięgającą  starożytności  historię,  o  czym  świadczą

najdawniejsze dzieła sztuki  i  literatury. Przejawy  te  występują  w  dwóch  głównych  formach:

albo mężczyzny spółkującego ze zwierzęciem, zwykle jest to oswojone zwierzę gospodarcze

albo masturbacji, w której naturalną skłonność do lizania występującą u niektórych gatunków

ukierunkowuje  się  na  lizanie  lub  ssanie  męskich  lub  kobiecych  narządów  płciowych  w  celu

wywołania podniecenia. Świadczy to o wysokim stopniu wyalienowania  i  frustracji w sferze

kontaktu  cielesnego  w  społecznościach  ludzkich,  w  których  możliwe  są  tak  bardzo

wypaczone przejawy intymności. Jeśli jednak pamiętamy o występujących we współczesnych

cywilizacjach  milionach  mniej  znaczących  przejawów  intymności  między  ogromną  rzeszą

zwierząt  a  ich  właścicielami,  przybierających  formę  przytulania,  całowania  i  głaskania,  nie

może  nas  zaskakiwać  to,  że  w  niewielkim  ułamku  tych  kontaktów  intymność  przybiera  tak

drastyczne formy.

background image

W  przeglądzie  kontaktów  między  ludźmi  a  zwierzętami  uwzględnialiśmy  dotąd  tylko

zwierzęta  domowe  i  zwierzęta  gospodarskie,  ale  istnieją  jeszcze  dwa  obszary  interakcji

zasługujące  na  jakiś komentarz. Zwierzęta pozostające pod nadzorem  ludzi  żyją  nie  tylko  w

domach prywatnych i w gospodarstwach wiejskich, można je także znaleźć w bardzo licznych

ogrodach zoologicznych i laboratoriach badawczych. Tam także istnieją liczne kontakty i nie

zawsze spotykają się one z powszechną aprobatą.

Zwiedzający  zoo  nie  tylko  pragną  przyglądać  się  trzymanym  tam  schwytanym

stworzeniom, pragnęliby także potrzymać w rękach oglądane okazy. Popęd do ich dotykania

jest  tak  silny,  że  stwarza  nieustanne  zagrożenie,  którego  świadome  jest  kierownictwo  zoo.

Dowodzi  tego  rejestr  usług  placówki  pierwszej  pomocy,  który  możemy  znaleźć  w  każdym

ogrodzie zoologicznym. Na każde zwichnięcie nogi w kostce czy skaleczenie palca przypada

pokąsanie  ręki  czy  podrapanie  twarzy.  Czasami  obrażenia,  których  doznają  osoby

lekkomyślnie usiłujące dotknąć zwierzęcia, są poważne, ale rzadko kiedy można je przypisać

niedbałości  pracowników  zoo.  By  to  zilustrować,  wystarczą  dwa  przykłady.  Pierwszy  to

kobieta,  która  zgłosiła  się  do  placówki  pierwszej  pomocy  na  terenie  jednego  z  wielkich

ogrodów zoologicznych z wrzeszczącym dzieckiem z silnie poszarpaną ręką. Okazało się, że

dziecko  domagało  się,  by  mu  pozwolono  dotknąć  dorosłego  goryla  płci  męskiej.  Chcąc

zaspokoić  to  życzenie,  kobieta  z  pewnym  wysiłkiem  podniosła  dziecko  i  ignorując  znak

ostrzegawczy, zbliżyła je do klatki w ten sposób, że zdołało ono wcisnąć rączkę między kraty

ponad  brzegiem  szklanego  ekranu  ochronnego.  Goryl,  fałszywie  interpretując  ten  przyjazny

gest, natychmiast wbił zęby w rączkę chłopca.

Drugi  przykład  to  smutna  historia  „dotykacza  tygrysów”,  starszego  pana,  który  w  tym

samym  zoo  wielokrotnie  przedostawał  się  przez  barierę  odgradzającą  wybieg  dla  wielkich

kotów,  aby  popieścić  pewną  tygrysicę.  Personel  zoo  wielokrotnie  usuwał  go  stamtąd  mimo

jego protestów, aż kiedyś przeskoczył przez barierę z takim impetem, że złamał sobie nogę i

został  odwieziony  do  szpitala.  Podczas  jego  nieobecności  rzeczoną  tygrysicę  przesłano  w

celach rozrodczych do innego zoo. Po powrocie do zdrowia starszy pan natychmiast udał się

do jej  dawnej  klatki,  którą  zajmował  teraz  nie  znany  mu  lampart.  Wpadłszy  we  wściekłość,

miłośnik tygrysicy pośpieszył do biura dyrekcji zoo i zażądał  informacji, co zrobiono z jego

żoną.  Z  początku  pracownicy  zarządu  zareagowali  na  to  niezwykłe  oskarżenie  z

zakłopotaniem,  ale  po  pewnym  czasie,  gdy  spokojnym  tonem  wypytali  go,  o  co  chodzi,

okazało się, że nieszczęśnik stracił ostatnio prawdziwą żonę, bliską towarzyszkę całego życia,

i od tej pory przeniósł wszystkie swoje uczucia na ową tygrysicę.

Ponieważ  w  jego  mniemaniu  zwierzę  to  stało  się  uosobieniem  jego  zmarłej  małżonki,

było rzeczą naturalną, że chciał on kontynuować intymne kontakty z nią w jej nowej postaci,

nawet za cenę zagrożenia życia i zdrowia.

Są to ekstremalne przykłady postępowania, z którego bardziej umiarkowanymi objawami

można  się  codziennie  zetknąć  w  ogrodach  zoologicznych  całego  świata.  Gdy  na  skutek

background image

tragedii  osobistej  lub  tabu  kulturowego  popęd  do  dotknięcia  innego  człowieka  zostanie

zablokowany,  niemal  zawsze,  i  to  bez  względu  na  konsekwencje,  znajdzie  on  jakieś  ujście.

Przypominają  się  tu  smutne  przypadki  osób  napastujących  dzieci  i  aresztowanych  pod

zarzutem  seksualnego  wykorzystywania  niemowląt.  Osoby  te,  nie  potrafiąc  nawiązać

właściwych  kontaktów  z  innymi  dorosłymi,  kierują  swoją  uwagę  na  dzieci,  którym  obce  są

rygory  płynące  z  tabu  obowiązujących  wśród  dorosłych.  Ludzie  ci  pragną  często  zaznać

jedynie  jakiejś  łagodnej  i  przyjaznej  intymności  cielesnej,  ale  zawsze  –  niekoniecznie  z

najwłaściwszych pobudek – przypisuje się  im  motywy seksualne. Oczywiście  bywają  i takie

motywy, ale bynajmniej nie jest to reguła. Niejeden zupełnie niewinny starszy człowiek został

przez to narażony na wiele cierpień. Nie trzeba dodawać, że wówczas cierpią też dzieci – nie

z  powodu  owych  przejawów  intymności,  których  seksualizm,  nawet  jeśli  występuje,  nie

dociera  do  ich  świadomości,  ale  z  powodu  paniki,  w  jaką  wpadają  rodzice,  oraz,  przede

wszystkim,  ze  względu  na  wstrząs  psychiczny  wynikający  z  konieczności  poddania  się

procedurze sądowej, do której ku swemu zawstydzeniu dzieci te zostają wciągnięte.

Wracając teraz do zwierząt, a pozostawiając za sobą bramy zoo, dochodzimy do czwartej,

głównej  kategorii  kontaktów  między  ludźmi  a  zwierzętami,  mianowicie  kontaktów,  które

istnieją  w  świecie  nauki.  Corocznie  hoduje  się  i  zabija  podczas  badań  naukowych  miliony

zwierząt laboratoryjnych, a rodzaj kontaktów między badaczami i obiektami ich doświadczeń

wywołuje gorące spory. Dla naukowca jest to interakcja całkowicie rzeczowa. Nie przyznaje

się on do żadnej więzi emocjonalnej, pozytywnej czy negatywnej, miłości czy nienawiści, ze

zwierzętami,  z  którymi  musi  się  stykać  w  trakcie  swoich  badań.  Dla  niego  decyzja  nie  jest

skomplikowana:  jeśli  poświęcając  życie  zwierzęcia  laboratoryjnego,  można  zmniejszyć

cierpienie człowieka, to nie ma wyboru. Gdyby mógł, unikałby czegoś takiego, ale nie może i

nie  ma  zamiaru  stawiać  życia  zwierzęcia  ponad  życiem  innego  człowieka.  Tak,  krótko

mówiąc, brzmi jego uzasadnienie, ale jest ono często i donośnie kwestionowane.

Przeciwników  było  i  jest  wielu,  a  ich  ogólny  stosunek  do  tej  sprawy  najlepiej  oddają

słowa  George’a  Bernarda  Shawa:  „Jeśli  nie  potraficie  zdobyć  wiedzy,  nie  torturując  psa,

musicie się obejść  bez  wiedzy”.  Bardziej  umiarkowany  pogląd  wyrażają  ci,  którzy  uważają,

że  wiele  doświadczeń  na  zwierzętach  przeprowadza  się  niepotrzebnie  i  że  uzyskane  w  nich

wyniki  nie  mają  żadnej  wartości  dla  ludzkości,  lecz  zaspokajają  jedynie  czczą  ciekawość

świata  akademickiego.  Pewną  ciekawostką  jest  to,  że  sam  wielki  Karol  Darwin  również

wyraził  taki  pogląd  w  liście  do  innego  sławnego  zoologa,  pisząc,  że  eksperyment

fizjologiczny  na  zwierzętach  jest  usprawiedliwiony  w  prawdziwych  badaniach,  ale  nie  dla

zaspokojenia  „zasługującej  na  potępienie  i  obrzydliwej  ciekawości”.  W  bliższych  nam

czasach  pewien  psycholog  eksperymentalny  zauważył:  „Jednym  z  następstw  podejścia

obsesyjnie behawiorystycznego i mechanistycznego jest brak serca w eksperymentowaniu na

niżej rozwiniętych zwierzętach, często bez żadnego wartościowego celu”.

background image

Na  pewno  jest  prawdą,  że  pod  koniec  bieżącego  stulecia  liczba  przeprowadzanych  co

roku  zgodnie  z  prawem  doświadczeń  na  zwierzętach  uległa  gwałtownemu  zwiększeniu.  W

Wielkiej  Brytanii,  w  600  rozmaitych  placówkach  badawczych,  odpowiednia  liczba  za  rok

1910 wynosiła 95 tysięcy; do roku 1945 przekroczyła  milion, a niewiele później,  bo w  roku

1969, sięgnęła już około 5,5 miliona. Ogromna skala tej operacji  zaczęła wywoływać pewne

komentarze w kołach politycznych. Jeden z członków parlamentu brytyjskiego, przemawiając

w  roku  1971,  wyraził  swój  sprzeciw  w  następujących  słowach:  „Wiem,  że  celem  jest

zachowanie  życia  ludzkiego,  jednak  zastanawiam  się  w  związku  z  tym,  czy  sięgając  po  tak

haniebne praktyki, rasa ludzka naprawdę warta jest zachowania”.

Istnieją  dwie  grupy  krytyków  wykorzystywania  na  szeroką  skalę  zwierząt  do  badań

naukowych. Pierwsza wyznaje skrajny pogląd antropomorficzny, zgodnie z którym zwierzęta

postrzega  się  jako  symboliczne  istoty  ludzkie  i  dlatego  odmawia  się  człowiekowi  prawa  do

zadawania  im  bólu  bez  względu  na  cel,  jaki  temu  przyświeca.  Druga  wyznaje  pogląd

humanitarny,  wedle  którego  postrzega  się  podobieństwo  między  zwierzętami  a  ludźmi,

polegające na tym, że zwierzęta także na swój sposób są zdolne do odczuwania strachu, bólu i

niedoli,  i  dlatego  odmawia  się  człowiekowi  prawa  do  zadawania  im  niepotrzebnego

cierpienia. Ta druga grupa uznaje jednak, że jakiś stopień cierpienia jest niezbędny, lecz tylko

pod  warunkiem,  że  nie  przekracza  się  pewnego  absolutnego  minimum,  i  tylko  wtedy,  gdy

bezpośrednim celem badań jest ulżenie jeszcze większemu cierpieniu.

Naukowiec  odpowiada  na  te  dwa  rodzaje  krytyki  następująco.  Krytykowi  z  pierwszej

grupy  mówi:  „Powiedz  to  matce  dziecka  będącego  ofiarą  thalidomidu”.  Gdyby  w  swoim

czasie  przeprowadzono  szersze  doświadczenia  naukowe  na  zwierzętach,  mogłaby  urodzić

normalne  dziecko.  Mógłby  też  powiedzieć:  „Powiedz  to  matce  dziecka,  które  umarło  na

dyfteryt”.  Jeszcze  niedawno  choroba  ta  zabijała  rocznie  tysiące  dzieci,  a  dziś,  dzięki

szczepionce  wynalezionej  wyłącznie  dzięki  doświadczeniom  na  żywych  zwierzętach,

praktycznie  nie  istnieje. Mógłby też  powiedzieć:  „Zapytaj  matkę  dziecka  chorego  na  paraliż

dziecięcy,  jak  się  czuje,  dowiedziawszy  się,  że  trzy  dawki  szczepionki,  która  mogłaby

uchronić jej dziecko, kosztują życie jednej małpy doświadczalnej”.

Innymi  słowy,  zagorzały  przeciwnik  eksperymentów  głosi,  że  lepsza  jest  śmierć  lub

męczarnie  dziecka  niż  wykorzystywanie  żywych  zwierząt  do  badań  naukowych.  Chociaż

może  to  stanowić  świadectwo  podziwu  godnej  troski  o  dobro  zwierząt,  to  jednak  odsłania

przerażającą  nieczułość  na  losy  ludzkich  dzieci.  Owo  przedkładanie  zwierząt  nad  ludzi

przywodzi  nam  na  myśl  zwierzęta  trzymane  w  domu,  chociaż  zachodzi  tu  pewna  istotna

różnica. Mówiąc o zwierzętach domowych, doszliśmy do wniosku, że można wykazać dobroć

zarówno  w  stosunku  do  zwierząt  jak  i  do  ludzi.  Jedno  nie  wyklucza  drugiego  –  argument

przeciwko trzymaniu zwierząt w domu płynący z przekonania, że te wartości się wykluczają,

okazał  się  fałszywy.  W  sferze  eksperymentów  sytuacja  jest  jednak  inna  –  aby  wykazać  się

dobrocią  w  stosunku  do  dziecka,  zachodzi  niestety  konieczność  uczynienia  krzywdy

background image

doświadczalnemu  zwierzęciu.  Nie  można  tych  rzeczy  pogodzić.  Trzeba  dokonać  trudnego

wyboru.

Drugiemu,  bardziej  umiarkowanemu  krytykowi,  naukowiec  odpowiada  tak:  „Zgoda.

Należy  do  minimum  ograniczać  cierpienia  zwierząt,  ale  powstają  tu  pewne  problemy”.  W

ostatnich  latach  przeprowadzono  wiele  szczegółowych  badań  nad  metodami  oszczędzania

bólu  zwierzętom  laboratoryjnym  i  czyni  się  wszystko,  aby  opracować  takie  testy,  które

pozwoliłyby  ograniczyć  liczbę  zwierząt  i  ilość  ich  cierpienia  albo  nawet,  jeśli  to  tylko

możliwe, w ogóle wyeliminować z nich zwierzęta. Na tej podstawie można by przypuszczać,

że  liczba  zabijanych  co  roku  zwierząt  laboratoryjnych  powinna  się  systematycznie

zmniejszać. Nie potwierdzają tego jednak cyfry, które przytoczyłem. Naukowcy tłumaczą,  iż

nie  oznacza  to  stosowania  bardziej  rozrzutnych  metod,  lecz  jest  spowodowane  raczej

rozszerzaniem programów badawczych mających na celu odkrycie nowych sposobów ulżenia

ludzkiemu  cierpieniu.  Co  więcej,  zwracają  uwagę,  że  jednym  z  największych  problemów  w

badaniach  jest  niemożność  ograniczenia  ich  do  tych  dziedzin,  które  mają  oczywisty  i

bezpośredni związek z cierpieniem w  jego konkretnej postaci.  Wiele spośród największych  i

w  ostatecznym  efekcie  najwartościowszych  odkryć  jest  rezultatem  doświadczeń

prowadzonych  na  zwierzętach  nie  jako  badania  „stosowane”,  lecz  „podstawowe”.

Twierdzenie, że nie należy wykonywać jakiegoś doświadczenia, ponieważ w danej chwili nie

ma  ono  żadnego  praktycznego  znaczenia  dla  takich  dziedzin  jak  medycyna  czy  psychiatria,

jest niczym innym jak hamowaniem postępu wiedzy.

Ta  kwestia  zaczyna  niepokoić  niektórych  nawet  najmniej  emocjonalnie  nastawionych  i

najgłębiej  wykształconych  krytyków.  Do  jakiej  granicy  muszą  się  posunąć  Darwinowskie

„prawdziwe badania”, zanim staną się „zasługującą na potępienie i obrzydliwą ciekawością”?

Wymaga  to  dużo  trudniejszego  i  dużo  subtelniejszego  sposobu  argumentowania.  Czytając

niektóre  czasopisma  naukowe,  zwłaszcza  z  zakresu  psychologii  eksperymentalnej,  trudno

oprzeć się myśli, że w ostatnich czasach, przy uwzględnieniu wszelkich kryteriów rozsądku,

wielu  badaczy  posuwa  się  zbyt  daleko.  Czyniąc  to,  narażają  oni  na  szwank  publiczną

akceptację badań naukowych jako takich, a wiele autorytetów jest zdania, że najwyższy  czas

poddać  gruntownej  rewizji  kierunek,  w  którym  zdąża  wiele  realizowanych  badań.  Jeśli  się

tego  nie  zrobi,  może  nastąpić  wybuch  społecznego  niezadowolenia  na  wielką  skalę,  co  w

ostatecznym rozrachunku przyniesie nieobliczalne szkody postępowi nauki.

Po tych ogólnych stwierdzeniach pozostaje zadać sobie pytanie, dlaczego relacje  między

człowiekiem  a  zwierzęciem,  jakie  zachodzą  w  laboratorium,  wywołują  tyle  niepokoju  i  tak

gorące  dyskusje.  Oczywista,  zbyt  oczywista  odpowiedź  brzmi,  że  nawet  jeśli  uznamy

zasadność  i  niezbędność  bólu,  który  człowiek  zadaje  zwierzęciu  w  laboratorium,  to  jeszcze

nie znaczy, że nam się to podoba. A co sądzić o człowieku, który znajduje w  swojej  kuchni

myszy,  albo  o  mieszkańcu  slumsów,  który  ma  w  swoim  pomieszczeniu  szczury  i  tłucze  je

kijem na śmierć albo używa trutki przyprawiając je o długie i bolesne konanie? Taki ktoś nie

background image

spotyka się z naszą krytyką, lecz ze współczuciem. Nie istnieją towarzystwa ochrony dzikich

szczurów i myszy pleniących się w miejscach naszego zamieszkania, chociaż są to przecież te

same  gatunki  zwierząt,  które  wykorzystuje  się  w  wywołujących  tyle  kontrowersji

doświadczeniach laboratoryjnych. Zabicie dzikiego szczura spotyka się z aprobatą, ponieważ

może  on  roznosić  choroby,  ale  zabicie  szczura  laboratoryjnego  spotyka  się  z  dezaprobatą,

chociaż  jego  śmierć  może  się  przyczynić  do  ograniczenia  zasięgu  choroby  dzięki  jakiemuś

odkryciu naukowemu.

Jak  można  wyjaśnić  tę  niekonsekwencję?  Cokolwiek  by  o  tym  powiedzieć,  ma  to

oczywiście mały związek z naszym rzeczywistym zatroskaniem o losy szczurów, dzikich czy

oswojonych.  Gdybyśmy  naprawdę  dbali  o  interes  szczura  laboratoryjnego  jako  szczególnie

interesującej  formy  życia  zwierząt,  nie  traktowalibyśmy  tak  brutalnie  jego  żyjącego  na

wolności odpowiednika. W gruncie rzeczy chodzi o to, że nasza reakcja jest znacznie bardziej

złożona  i  subtelna,  niż  sobie  wyobrażamy.  Nasz  stosunek  do  dzikiego  szczura  należy  do

kategorii  reakcji  podstawowych  –  widzimy  w  nim  najeźdźcę  na  nasz  prywatny  teren  i

uważamy, że  mamy prawo bronić tego terenu w każdy dostępny  nam sposób.  Żaden  sposób

potraktowania  niebezpiecznego  intruza  nie  jest  zbyt  surowy.  A  co  z  oswojonym  białym

szczurem laboratoryjnym? Czy nie jest to stworzenie, którego przodkowie przywlekli do nas

epidemię  dżumy?  Z  pewnością,  ale  obecnie  pojawia  się  ono  w  nowej  roli  i  jeśli  mamy

zrozumieć  silne  emocje,  które  wywołuje  w  nas  jego  doświadczalna  śmierć,  musimy

zrozumieć tę rolę.

Na początek zauważmy, że biały szczur nie jest już żadnym szkodnikiem, lecz jest sługą

człowieka.  Dobrze  go  się  traktuje  i  żywi,  stwarza  mu  się  wygodne  warunki  i  pod  każdym

względem  dba  się  o  niego.  Stosunek  człowieka  do  niego  jest  taki  jak  stosunek  lekarza

doglądającego pacjenta przed operacją. Potem eksperymentalnie zaraża się go rakiem. Później

uśmierca  się  go  tymi  samymi  rękami,  które  przedtem  go  karmiły.  Wyjąwszy  raka,  taka

sekwencja zdarzeń  mogłaby też wystąpić w relacjach  między  farmerem a  hodowanym przez

niego inwentarzem. Najpierw dba on o swoje zwierzęta, a następnie je uśmierca. A jednak nie

mamy większych pretensji do przeciętnego  farmera za to, że tak traktuje on zwierzęta, które

hoduje,  podobnie  jak  nie  mamy  pretensji  do  kogoś,  kto  truje  dzikiego  szczura  w  swojej

kuchni. O co tu więc chodzi? Sekwencja, którą obserwujemy na farmie, składa się z dobrego

traktowania,  a  następnie  uśmiercania.  Sekwencja  stosunku  do  szkodników  składa  się  z

zadawania  bólu  i  uśmiercania.  Innymi  słowy,  nie  mamy  nic  przeciwko  uśmiercaniu,  które

następuje  po okresie  roztaczania  opieki,  ani  też  przeciw  uśmiercaniu  po  uprzednim  zadaniu

bólu. Symboliczna rola,  jaką odgrywają  białe  szczury  (myszy)  w  laboratoriach  badawczych,

jest rolą uniżonego i wiernego sługi, kochanego przez swego pana do dnia, kiedy to kochający

pan  –  bynajmniej  nie  sprowokowany  –  bez  żadnego  ostrzeżenia  zaczyna  torturować  swego

sługę i robi to nie dla jego dobra, lecz dla swego własnego pożytku. Jest to alegoria zdrady i

tu właśnie tkwi istota wszystkich problemów.

background image

Krytycy  doświadczeń  na  zwierzętach  gwałtownie  zaprzeczą  i  będą  utrzymywać,  że

chodzi  im  o  szczura,  a  nie  o  tę  symboliczną  relację,  ale  jeśli  nie  są  konsekwentnymi

wegetarianami  i  ludźmi, którzy nie tkną palcem  nawet  muchy,  padną  ofiarą  własnych  iluzji.

Jeśli  kiedykolwiek  korzystali  z  jakiejś  pomocy  lekarskiej,  okażą  się  też  w  dodatku

obłudnikami. Jeśli natomiast są uczciwi, przyznają, że tym, co ich naprawdę trapi, jest zdrada

tkwiąca w symbolicznej, intymnej relacji między człowiekiem a szczurem.

Teraz  powinno  już  być  jasne,  dlaczego  tyle  uwagi  poświęcam  temu  wzorcowi  ludzkich

zachowań,  który  na  pierwszy  rzut  oka  nie  wydaje  się  mieć  ścisłego  związku  z  tematem

książki. Istotę kłopotliwego położenia badacza stanowi to, że aby rozwiać swoje obawy, musi

on  nieustannie  podkreślać,  jak  dobrze  traktuje  swoje  doświadczalne  zwierzęta,  jak  łagodnie

się  z  nimi  obchodzi,  jak  miło  i  wygodnie  żyje  im  się  w  higienicznych  klatkach,  w  których

oczekują  na  odegranie  swojej  ważnej  roli  w  doświadczeniach.  Właśnie  ów  kontrast  między

czułą intymnością i tym, co następnie badacz im robi, stanowi sedno gwałtownego sprzeciwu

jego  krytyków.  Ponieważ,  jak  pokazuje  to  niniejsza  książka,  intymność  oznacza  zaufanie,  a

tymczasem symbolicznego szczura-sługę skłania się do tego, aby całkowicie zaufał swojemu

panu,  by  potem  z  jego  dobrych  i  troskliwych  rąk  otrzymać  ból  i  chorobę.  Jeśli  taka  zdrada

intymności  zdarza  się  sporadycznie  i  tylko  z  jakichś  szczególnych  powodów,  większość

krytyków,  acz  niechętnie,  jest  skłonna  ją  zaakceptować,  ale  jeśli  co  roku  powiela  się  ją

miliony  razy,  wówczas  zaczyna  ich  nachodzić  straszna  myśl,  że  należą  do  plemienia

uczuciowych zdrajców. Jeśli człowiek potrafi świadomie zadać ból ufającemu mu zwierzęciu,

które jeszcze przed chwilą traktował łagodnie i troskliwie, jak można mu ufać, gdy chodzi o

stosunek  do  innych  ludzi?  Jeśli  ten  sam  człowiek  pod  każdym  innym  względem  w  swoim

życiu społeczno-towarzyskim  zachowuje  się  racjonalnie  i  życzliwie,  to  czy  możemy  jeszcze

kiedykolwiek żywić pewność, że racjonalna życzliwość odzwierciedla jakąkolwiek prawdę o

naturze  członków  społeczeństwa,  w  którym  żyjemy?  Jak  to  możliwe,  że  ten  sam  człowiek,

który  zachowuje  się  tak  wspaniale  w  stosunku  do  swoich  prawdziwych  dzieci,  nieustannie

nadużywa  zaufania  swoich  symbolicznych  „dzieci”  w  laboratorium?  Wszystkie  te  lęki

pozostają, nie wyrażone, w umysłach jego krytyków.

Przypomina  to  wspomniany  wcześniej  przykład  komendanta  obozu  koncentracyjnego,

który był  serdeczny  i dobry dla swoich psów, a jednocześnie  brutalnie torturował więźniów.

Dobroć  dla  zwierząt  miała  nam  w  tamtej  sytuacji  uzmysławiać,  że  nawet  największy  ludzki

potwór  nie  jest  całkowicie  pozbawiony  delikatnych  uczuć.  Tutaj  sytuacja  jest  odwrotna,

mamy bowiem do czynienia z człowiekiem zdolnym do dobroci w stosunku do innych ludzi,

który  jednak  jest  w  stanie  spędzać  całe  dnie  pracy  na  zadawaniu  bólu  doświadczalnym

zwierzętom.  To  właśnie  ten  kontrast  napawa  nas  przerażeniem.  Gdy  widzimy  dobrotliwie

wyglądającego  żołnierza,  który  poklepuje  po  łbie  swego  psa,  narzuca  się  nam  natrętne

pytanie, czy on także byłby zdolny do gazowania bezbronnych  istot ludzkich. Gdy patrzymy

na  dobrotliwego  i  kochającego  tatusia  bawiącego  się  z  dziećmi,  nie  możemy  oprzeć  się

background image

pytaniu,  czy  i  w  jego  wnętrzu  kryje  się  zdolność  do okrutnych  eksperymentów.  Zaczynamy

tracić  poczucie  wartości.  Zaczyna  się  chwiać  nasza  wiara  w  jednoczącą  siłę  intymności

cielesnej i buntujemy się przeciwko, jak to nazywamy, nieczułości nauki.

Doskonale wiemy, że jest to bunt nieuzasadniony ze względu na ogromne korzyści, jakie

przyniosły  nam  badania  naukowe,  ale  tak  silnie  uderza  to  w  nasze  podstawowe  rozumienie

tego,  czym  jest  łagodna  i  troskliwa  intymność,  że  nie  możemy  się  powstrzymać.  W  razie

choroby biegniemy do apteki i  szybko połykamy różne pigułki  i tabletki, ale staramy  się nie

myśleć  o  ufnych,  zdradzonych  zwierzętach,  które  cierpiały  po to,  byśmy  mogli  otrzymać  te

błogosławione antybiotyki.

Jeśli  sytuacja  rysuje  się  tak  przykro  w  odczuciu  ogółu,  to  jak  musi  ona  wyglądać  w

odczuciu badacza? Otóż nie rysuje się ona wcale tragicznie, a to dlatego, że wykształcił on w

sobie  umiejętność  niepostrzegania  swojej  relacji  do  zwierząt  jako  relacji  symbolicznej.

Podchodząc do sprawy wyłącznie rzeczowo, przezwycięża on swoje problemy  emocjonalne.

Obchodząc się ze zwierzętami łagodnie i troskliwie, robi to po to, aby mogły one jak najlepiej

służyć  doświadczeniom,  a  nie  po to,  aby  zaspokoić  swoje  potrzeby  emocjonalne  w  zakresie

substytutów  intymności,  jak  zapalony  miłośnik  zwierzątek  domowych.  Wymaga  to  nieraz

dużego opanowania i samodyscypliny, ponieważ nawet najbardziej kontrolowany rozumowo

kontakt cielesny może zacząć wywierać swój magiczny wpływ i zapoczątkować tworzenie się

wzajemnej więzi. Wiemy, że w niejednym  wielkim  laboratorium  w  jakiejś  klatce  na  uboczu

zamieszkuje  sobie  tłusty,  kłapouchy  królik,  spasiony  pieszczoch,  który  stał  się  maskotką  i

którego nikt nie myśli wykorzystywać do żadnych doświadczeń, ponieważ udało mu się wejść

w zupełnie inną rolę.

Ktoś, kto nie jest naukowcem, nie potrafi tak łatwo dokonać tych sztucznych rozróżnień.

Dla  niego  wszystkie  zwierzęta  należą  do  Disneylandu.  Jeśli  dzięki  współczesnym  mediom

edukacyjnym,  filmowi  i  telewizji,  poszerzy  swoje  horyzonty  i  pozbędzie  się  wreszcie

dziecięcych  wyobrażeń  o  pluszowych  zwierzątkach,  sprawią  to  nie  zręczne  ręce

eksperymentatora, lecz raczej przyrodnicy, którzy podchodzą do tych spraw jak obserwatorzy,

a nie jak osoby manipulujące zwierzętami i ich życiem.

Trudne  położenie  poważnego  badacza  nie  ulega  więc  poprawie.  Podobnie  jak  ratujący

pacjentowi życie chirurg, stara się on wpłynąć na polepszenie naszego losu, ale w odróżnieniu

od chirurga otrzymuje za to nikłe podziękowanie. Podobnie  jak  chirurg  –  badacz  zachowuje

podczas  swoich  operacji  rzeczowość  i  powstrzymuje  emocje.  Tu  i  tam  zaangażowanie

emocjonalne byłoby szkodliwe. U chirurga jest to mniej oczywiste, gdyż poza salą operacyjną

musi on zachowywać takie podejście do chorego, jakie obowiązuje innych lekarzy. Znajdując

się jednak w sali operacyjnej, traktuje ciała swoich pacjentów tak samo chłodno i bezosobowo

jak  badacz  eksperymentator,  krając  je,  jak  szef  kuchni  kraje  kawał  wybornej  pieczeni.  Inne

postępowanie  nam  wszystkim  przyniosłoby  w  końcu  szkodę.  Gdyby  eksperymentator

zaangażował się emocjonalnie i wszystkie zwierzęta doświadczalne zaczął traktować tak, jak

background image

traktuje  się  zwierzątka  domowe,  wkrótce  nie  byłby  w  stanie  prowadzić  swoich  żmudnych

badań, które przynoszą nam taką ulgę w chorobach  i cierpieniach. Potworność tego, co robi,

doprowadziłaby  go  do  alkoholizmu.  Podobnie  gdyby  chirurg  dopuścił  do  siebie  emocje

związane  z  losem  swoich  pacjentów,  drżałaby  mu  lancet  podczas  cięcia,  co  groziłoby

pacjentowi  śmiertelnym  niebezpieczeństwem.  Przebywający  w  szpitalu  pacjenci  byliby

przerażeni, gdyby mogli usłyszeć czasami żartobliwy, a  innym razem rzeczowy ton rozmów

toczonych  w  wielu  salach  operacyjnych,  ale  nie  byłaby  to  właściwa  reakcja.  Napawająca

grozą intymność,  której  przejawem  jest  wtargnięcie  do  wnętrza  ciała  innego  człowieka  przy

użyciu  ostrego  narzędzia,  wymaga  całkowitego  wyłączenia  wpływu  emocji  na  działanie.

Gdyby  miał  to  być  przejaw  zdesperowania  i  pełnej  miłości  troski,  to  następnego  intymnego

kontaktu pacjent doznałby najpewniej z chłodnych rąk przedsiębiorcy pogrzebowego.

W  niniejszym  rozdziale  przyglądaliśmy  się  temu,  jak  w  złaknionym  kontaktów  świecie

wykorzystuje  się  żywe  substytuty  ciała  ludzkiego.  Tam,  gdzie  kontakty  te  są  nacechowane

miłością,  jak  w  stosunkach  ze  zwierzęcymi  pieszczoszkami,  odpowiednie  przejawy

intymności dostarczają wiele zadowolenia. Tam, gdzie z pewnością  nie są one nacechowane

miłością,  jak  w  stosunkach  ze  zwierzętami  doświadczalnymi,  są  źródłem  wielkiego

dyskomfortu.  W  ogólnym  rozrachunku  na  kontakty  te  składa  się  ogromna  liczba  interakcji

dotykowych  i  pod  tym  względem  zwierzęta  są  dla  nas  czymś  ogromnie  ważnym.

Rozważaliśmy przeważnie działania osób dorosłych, ale trzymanie zwierzątek domowych jest

też ważnym wzorcem dla starszego dziecka, gdy zaczyna ono naśladować rodziców, otaczając

małe zwierzątka pseudorodzicielską opieką, tuląc je, nosząc na rękach, pielęgnując i troszcząc

się o nie, jakby były całkowicie zależnymi od nich niemowlętami. Ponieważ koty i psy często

i  tak  już  występują  w  rodzinie  jako  pseudodzieci  prawdziwych  rodziców,  młodzi

pseudorodzice  często  bardziej  przywiązują  się  do  innych  gatunków,  które  dorośli  zwykle

mają  w  pogardzie,  jak  króliki,  świnki  morskie  i  żółwie.  Gatunki  te,  nie  skażone

zaangażowaniem  rodziców,  stwarzają  młodocianym  pseudorodzicom  osobny  i  bardziej

prywatny świat substytutów intymności.

U  młodszych  dzieci  problem  ten  rozwiązuje  się  za  pomocą  pluszowych  zwierzątek,

będących  substytutami  substytutów  miłości.  Dzieci  otaczają  je  troską  i  miłością,  jakby  były

żywymi  istotami,  a  przywiązanie  do  Myszki  Mickey  czy  do  pluszowego  niedźwiadka  jest

równie  silne  i  gorące  jak  przywiązanie  starszego  dziecka  do  ulubionego  królika  czy  jeszcze

później  do  uwielbianego  kucyka.  U  wielu  dziewcząt  przywiązanie  do  sporych  rozmiarów

zwierzątka-przytulanki  trwa  aż  do  okresu  dorosłości.  Na  zamieszczonym  w  prasie  zdjęciu

ofiar  porwania  samolotu  widać  uratowaną  właśnie  kilkunastoletnią  dziewczynkę,  „wciąż

obejmującą pluszowego misia, który pocieszał ją podczas trudnych przeżyć na pustyni”. Gdy

bardzo  potrzebujemy  jakiegoś  krzepiącego  kontaktu  cielesnego,  wystarcza  nam  nawet

przedmiot nieożywiony, i to właśnie jest tematem następnego rozdziału.

background image

7. INTYMNOŚĆ Z PRZEDMIOTAMI

Na  tablicy  reklamowej  w  Zurychu  widziałem  wielki  plakat,  na  którym  widniała  głowa

mężczyzny w dwóch wersjach –  jedna obok drugiej. Te właściwie identyczne głowy różniły

się  tylko  jednym  szczegółem:  w  ustach  jednej  z  nich  tkwił  papieros,  a  w  ustach  drugiej  –

smoczek. Twórcy plakatu zakładali, że przekaz jest oczywisty, toteż obrazowi nie towarzyszy

ani jedno słowo. Jednym prostym zabiegiem wizualnym wyjaśnili, dlaczego tyle tysięcy ludzi

ryzykuje śmierć w męczarniach, w kaszlu i wymiotach, gdy rak zżera im płuca.

Plakat  ma  oczywiście  zawstydzić  dorosłych  palaczy,  wywołując  w  nich  poczucie,  że  są

niedojrzali i dziecinni, ale można go też odczytywać  inaczej. Jeśli  mężczyzna ze smoczkiem

w  ustach,  jak  niemowlę,  czerpie  z  niego  przyjemność,  to  o  tej  części  plakatu  można  by

powiedzieć,  że  krytykuje  infantylizm.  Przenosimy  teraz  wzrok  na  drugą  z  tych  głów  i

otrzymujemy  wyjaśnienie.  Smoczek  podobnie  jak  papieros  daje  zadowolenie,  a  zarazem

uwalnia  od  infantylizmu.  Z  tego  punktu  widzenia  można  w  tej  reklamie  dostrzec  niemal

zachętę do palenia  dla  tych,  którzy  nie  odkryli  jeszcze  przyjemności,  jaką  daje  ta  czynność.

Zapal papierosa, a osiągniesz zadowolenie, nie narażając się na zarzut infantylizmu!

Jeżeli  nie  przekręcamy  tak  przewrotnie  tego  zawierającego  jak  najlepsze  intencje

komunikatu,  dostarcza  nam  on  cennej  wskazówki  na  temat  światowego  problemu  palenia

stojącego przed dzisiejszym społeczeństwem. Palenie  jako problem pojawiło się stosunkowo

niedawno. W wielu krajach podjęto szeroko zakrojoną kampanię  mającą na celu  wyczulenie

palaczy na niebezpieczeństwa, jakie niesie napełnianie płuc rakotwórczym dymem. Zakazano

reklamy  papierosów  w  telewizji,  a  także  toczy  się  nieustanna  dyskusja,  jak  uchronić  przed

tym  nałogiem  dzieci.  Pokazuje  się  wstrząsające  filmy  o  przebywających  w  szpitalu

nieszczęsnych  pacjentach  z  zaawansowanym  rakiem  płuc.  Reagując  rozsądnie,  niektórzy

palacze  zerwali  z  nałogiem,  ale  wielu  innych  tak  się  przeraziło,  że  dla  uspokojenia

roztrzęsionych  nerwów poczuli się zmuszeni  sięgnąć po kolejnego papierosa.  Innymi  słowy,

chociaż nareszcie zajęto się tym problemem, daleko  do  jego  rozwiązania.  Zwykłe  mówienie

ludziom, że nie powinni czegoś robić, bo jest to szkodliwe,  może  i  jest skuteczne, ale działa

background image

krótko – podobnie jak wojna, która ma wpłynąć na zmniejszenie zaludnienia. Podczas wojny

giną miliony ludzi, ale natychmiast po jej zakończeniu następuje powojenny wzrost urodzeń i

liczebność populacji gwałtownie pnie się w górę. Podobnie za każdym razem, gdy wybuchnie

panika antynikotynowa, tysiące ludzi przestają palić, ale gdy tylko panika minie, zyski spółek

produkujących papierosy znów zaczynają szybko rosnąć.

Prowadzący kampanie antynikotynowe popełniają jeden wielki błąd, a polega on na tym,

że rzadko zadają sobie pytanie, dlaczego ludzie w ogóle chcą palić? Wydaje im się chyba, że

ma  to  coś  wspólnego  z  uzależnieniem  narkotycznym,  a  więc  z  nałogotwórczym  działaniem

nikotyny.  Element  ten  oczywiście  też  jest  tu  obecny,  ale  nie  jest  to  bynajmniej  czynnik

najważniejszy.  Wielu  ludzi  nawet  nie  wdycha  dymu,  wchłaniając  bardzo  niewielkie  dawki

narkotyku, i dlatego przyczyn ich nałogu należy szukać gdzie indziej. Nie ulega wątpliwości,

że chodzi tu o akt intymności oralnej, której doświadczamy, trzymając coś między wargami,

jak to pięknie pokazuje plakat w Zurychu, i takie podstawowe wyjaśnienie stosuje się niemal

na pewno również do palaczy zaciągających się dymem. Dopóki nie zbada się dokładnie tego

aspektu  palenia,  trudno  mieć  nadzieję  na  wyeliminowanie  go  z  naszej  pełnej  stresów  i

poszukującej komfortu kultury.

Mamy  tu  wyraźnie  do  czynienia  z  sytuacją,  w  której  przedmiot  nieożywiony  występuje

jako  substytut  rzeczywistej  intymności  z  inną  istotą  ludzką.  Badając  to  zjawisko,  oddalamy

się  o  kolejny  krok  od  pierwotnego  źródła  intymności,  czyli  od  intymności  z  najbliższymi.

Pierwszy krok zaprowadził nas do intymności z prawie nieznajomymi (zawodowi dotykacze),

drugi – do intymności z żywymi substytutami (zwierzęta domowe), a teraz trzeci wprowadza

nas w krainę atrap, czyli przedmiotów kryjących w sobie element intymności. Jest ich wiele,

ale wygodnie zacząć  właśnie  od  papierosa,  bo  wskazuje  on  nam  początki  całej  tej  historii  –

moment, kiedy zirytowana matka wpycha gumowy substytut sutka do buzi rozwrzeszczanego

niemowlaka.

Niemowlęcy  smoczek,  który  działa  uspokajająco  i  kojąco,  określa  się  czasem  jako

„ślepy” cycuszek, ponieważ w odróżnieniu od smoczka przy butelce do karmienia, nie ma w

nim dziurki. Określenie to jest nieco mylące, ponieważ żadna  matka nie  może pochwalić się

tak wielką i pękatą brodawką sutkową, jaką jest przeciętny,  masowo produkowany  smoczek.

Jest  to  supersutek,  wprawdzie  pozbawiony  mleka,  ale  wspaniały  w  dotyku.  Jest  on

zakończony płaskim  krążkiem,  który  symuluje  pierś  matki  i  uniemożliwia  dziecku  wessanie

gumowego supersutka do buzi.

Smoczki  takie  stosuje  się  od  wielu  wieków,  ale  niedawno  popadły  one  w  niełaskę,

ponieważ uznano je za szkodliwe źródło infekcji. Ostatnio znów zdają się powracać do łask i

obecnie  często  zalecane  są  przez  autorytety  medyczne.  Niemowlęta,  którym  w  pierwszych

miesiącach życia daje się do ssania smoczek, dużo rzadziej ssą potem palec (jako  oczywistą

inną możliwość, dającą im uspokojenie i zadowolenie w  braku sutka). Ponadto nie  mówi się

już,  że  smoczki  deformują  usta  czy  psują  wyrzynające  się  zęby,  a  przeprowadzone  ostatnio

background image

doświadczenia przekonały ekspertów o czymś, co dawno już wiedzą matki, a mianowicie, że

smoczki  bardzo  skutecznie  działają  na  niemowlę  kojąco.  Owo,  jak  to  nazwano,  „jałowe

ssanie”  zostało  poddane  dokładnym  badaniom  na  podstawie  reakcji  zarejestrowanych  u

wielkiej  liczby  niemowląt.  Stwierdzono,  że  już  po  trzydziestu  sekundach  trzymania  w  buzi

smoczka  płacz  niemowlęcia  słabł  do  jednej  piątej  poziomu  początkowego,  a  niespokojne

ruchy  kończyn  zmniejszały  się  o  połowę.  Okazało  się  też,  że  obecność  supersutka  między

wargami  niemowlęcia,  nawet  bez  aktywnego  ssania,  działała  na  nie  uspokajająco.  Półśpiące

dziecko,  które  przestało  ssać,  jeśli  wyjmie  mu  się  smoczek,  porusza  się  gwałtownie  i  znów

zaczyna  płakać.  Z  obserwacji  tych  wynika  więc,  że  trzymanie  czegoś  między  wargami  jest

doznaniem  przynoszącym  stworzeniu  ludzkiemu  zadowolenie,  gdyż  jest  utożsamiane  z

kojącym  kontaktem  z  pierwotnym  opiekunem  –  matką.  Kiedy  patrzymy  na  staruszka  z

lubością  ssącego  cybuch  swojej  fajeczki,  staje  się  jasne,  że  ta  silnie  działająca  forma

intymności symbolicznej towarzyszy nam przez całe życie.

Dla  dorosłego  „ssacza”  ważne  jest,  by  to,  co  robi,  wyglądało  na  coś  innego.  Na  tym

polega  komunikat  plakatu  w  Zurychu.  Posłużenie  się  smoczkiem  przez  zestresowanego

dorosłego  prawdopodobnie  uspokoiłoby  go  równie  skutecznie  jak  ssanie  czegokolwiek

innego, gdyby tylko nie  miało  na sobie piętna „infantylizmu”.  Ponieważ  jednak  takie  piętno

ma,  musi  on  stosować  rozmaite  poprzebierane  atrapy.  Pod  tym  przynajmniej  względem

papieros  jest  idealny  jako  całkowicie  „dorosły”.  Ponieważ  jest  on  dzieciom  zakazany,  nie

tylko nie  jest  infantylny, ale wręcz w ogóle  nie kojarzy się z dziećmi  i  dlatego  istnieje  poza

kontekstem  niemowlęcego  ssania,  które  jest  jego  prawdziwym  źródłem.  Przedmiot  ten

wyczuwa  się  między  wargami  jako  coś  miękkiego,  a  jego  dym  dodaje  do  tego  ciepło,  co

sprawia,  że  w  porównaniu  z  gumowym  smoczkiem  jeszcze  bardziej  przypomina  on

prawdziwy matczyny sutek. Ponadto uczucie, że coś się wysysa z jednego końca i wciąga się

to  do  gardła,  jeszcze  potęguje  złudzenie.  Ustala  się  nowe  równanie  symboliczne:  ciepły

wdychany dym równa się mleko matki.

Wielu  palaczy,  wkładając  do  ust  papieros,  albo  też  wyjmując  go,  bezwiednie  dotyka

palcami  zewnętrznej  strony  warg,  symulując  w  ten  sposób  dotykanie  matczynych  piersi.

Niektórzy  wkładają  sobie  papieros  między  wargi  i  pozostawiają  go  tam  na  pewien  czas,

pociągając  tylko  z  rzadka.  Te  dłuższe  chwile  bez  pociągania  przypominają  sytuację,  gdy

niemowlę znajduje się w półśnie i trzyma smoczek w buzi, nie ssąc go. Są też palacze, którzy

wyjąwszy papieros z ust, pieszczą go jeszcze palcami, chociaż bez trudu mogliby go zgasić w

popielniczce. Wymownym świadectwem tej silnej potrzeby trzymania nikotynowego sutka, i

to niekoniecznie w ustach, są trwałe ślady tytoniu na „nikotynowych palcach”.

Wariacją  tego  tematu  jest  supersutek  używany  przez  biznesmena,  czyli  cygaro,  którego

koniec  jest  stosownie  zaokrąglony  i  gładki  w  miejscu  zetknięcia  z  ustami.  Zgodnie  ze

specjalnym umownym rytuałem ten gładki „ślepy” cycek przekłuwa się i przycina za pomocą

specjalnych  narzędzi,  ażeby  ułatwić  przepływ  kojącego  ciepłego  mleka-dymu.  Niektórzy

background image

rezygnują  z  miękkiego  dotyku  papierosa  lub  cygara  na  rzecz  jeszcze  większej  gładkości  w

postaci  cygarniczki  do  papierosów  lub  cygar  albo  też  fajki.  Język  może  wtedy  błądzić  po

czymś tak samo gładkim i śliskim jak prawdziwy sutek albo jak gumowy cycuszek. Aż dziw,

że dotąd nie wymyślono jakiegoś urządzenia, które byłoby nie tylko śliskie, ale i miękkie, na

przykład gumowej cygarniczki. Być może jednak taka rzecz byłaby  nie dość zamaskowana  i

zanadto  przypominałaby  ową  prawdziwą  rzecz,  tracąc  tym  samym  znamiona  powagi

właściwej  ludziom  dorosłym.  Palaczom  fajek  szczególnie  niezręcznie  byłoby  oddawać  się

swojemu ulubionemu zajęciu,  jakim  jest ssanie pustej  fajki.  I  bez  tego  czynność  ta  jest  zbyt

oczywista  w  swojej  wymowie,  a  gumowy  cybuch  byłby  już  nieomylnym  znakiem

rozpoznawczym.

Ogromna ilość wypalanych obecnie na całym świecie produktów tytoniowych świadczy o

istnieniu  wielkiego  zapotrzebowania  na  przejawy  kojącej  intymności  symbolicznej.  Chcąc

zlikwidować  szkodliwe  skutki  uboczne  tego  wzorca  zachowania,  należałoby  albo  w

odpowiednim  stopniu  odstresować  społeczeństwo,  albo  dostarczyć  jakichś  innych

możliwości.  Ponieważ  nic  nie  wskazuje  na  to,  by  istniała  jakaś  nadzieja  na  rychłe

zrealizowanie  pierwszego  z  tych  rozwiązań,  pozostaje  tylko  drugie.  Proponowano  i  nawet

próbowano stosować papierosy z plastiku, ale zdaje się, że nie  mają one przed sobą wielkiej

przyszłości.  Sam  pomysł  idzie  we  właściwym  kierunku,  ale  nie  uwzględnia  on  takich

istotnych  czynników  jak  ciepło  i  rzeczywista  możliwość  ssania,  których  dostarczają

prawdziwe  papierosy.  Nie  daje  on  też  żadnego  oficjalnego  uzasadnienia  takiego

postępowania.  Aby  takie  działanie  dało  się  zaakceptować, trzeba  je  ukryć  pod  jakąś  maską.

Co  prawda  wiele  osób  ssie  końce  ołówków,  pióra,  zapałki,  a  także  końce  oprawek  od

okularów,  ale  wszystkie  te  przedmioty  spełniają  jakieś  inne  „oficjalne”  funkcje.  Papieros  z

plastiku  nie  miałby  takiej  funkcji  i  dlatego  zanadto  przypominałby  smoczek  z  plakatu  w

Zurychu. Trzeba będzie znaleźć jakieś inne rozwiązanie i wszystko wskazuje na to, że będzie

ono  musiało  wyjść  od  samych  producentów  papierosów  w  postaci  na  przykład  papierosa

syntetycznego  lub  ziołowego,  który  nie  będzie  niszczył  płuc.  Już  prowadzi  się  badania

zmierzające do tego celu i może najdonioślejszym skutkiem panującego obecnie strachu przed

rakiem  i  różnych  kampanii  propagandowych  będzie  zmuszenie  badaczy,  by  radykalnie

przyśpieszyli  swoje  prace.  Zważywszy  na  szczególną  funkcję,  jaką  spełnia  w  naszym  życiu

palenie – co wykazałem w moim opisie – jest to chyba jedyny długotrwały pożytek płynący z

takich kampanii.

Ludzie,  którzy  rzucili  palenie  albo  próbowali  to  robić,  narzekają,  że  gdy  zerwali  z

nałogiem,  wkrótce  zaczęli  tyć.  Naprowadza  to  nas  na  pewien  trop,  który  ukazuje  istotę

pewnych  rodzajów  odżywiania.  Znaczna  część  tego,  co  robimy,  podskubując  i  ssąc  różne

rodzaje  produktów  żywnościowych,  jest  raczej  symbolicznym  nawiązaniem  do  pierwotnej

intymności  oralnej  niż  normalnym  sposobem  odżywiania  się  ludzi  dorosłych.  Łaknący

papierosa były palacz, który nagle zapragnie odrobiny przyjemności, chwyta kawałek czegoś

background image

słodkiego i wpycha sobie to do pozbawionych sutka ust. Ssanie cukierków i innych słodyczy

jest  jeszcze  jednym  zamaskowanym  substytutem  korzystania  z  matczynej  piersi.  Dla

większości z nas jest to wzorzec zachowania wypełniający lukę między smoczkiem z okresu

niemowlęctwa  a  papierosem  wieku  dojrzałego.  Sklep  ze  słodyczami  jest  królestwem  dzieci.

Dziecko,  zbyt  już  duże,  żeby  ssać  gumowe  smoczki,  zaczyna  ssać  najrozmaitsze  rodzaje

lizaków  o  różnych  kształtach.  Mogą  mu  one  zrujnować  uzębienie,  ale  pomagają

zrekompensować  utracone  przyjemności.  Jako  dorośli,  zwykle  stronimy  od  takich  rozkoszy,

ale  niejeden  młody  kochanek  wciąż  jeszcze  ofiarowuje  swojej  najdroższej  dający  wiele

zadowolenia podarunek w postaci bombonierki pełnej czekoladowych sutków, które mają jej

poprawić  humor.  A  niejedna  znudzona  gospodyni  domowa  sięga  do  pudełka  po  kojący

cukierek.  Słodycze  napełnia  się  niekiedy  nie  przeznaczonym  dla  dzieci  alkoholem,  i  w  ten

sposób,  zanim  trafią  do  ust,  stają  się  „czekoladkami  z  likierem”,  które  bardziej  przystoją

ludziom dorosłym.

Chociaż  produkty  spożywcze  nie  są  tak  trwałe  jak  sutki,  mają  jednak  pewne  istotne

cechy, takie  jak  miękkość  i słodycz, pozwalające  im  lepiej odgrywać ową symboliczną rolę.

Jedna  szczególna  ich  forma,  a  mianowicie  guma  do  żucia,  przezwycięża  ów  niedostatek,

którym  jest  brak  trwałości.  Guma  do  żucia  zawiera  w  sobie  rozciągliwą  substancję

otrzymywaną z mlecznego soku drzewa sapodilla, odpowiednio dosłodzoną i aromatyzowaną.

(Na  jedną  część  soku  sapodilla  daje  się  trzy  części  cukru,  uzyskaną  masę  podgrzewa  się  i

ugniata,  dodając  takie  substancje  aromatyczne  jak  goździki,  cynamon  czy  miętę).  Gumę

można  żuć  całymi  godzinami,  a  reklamuje  się  ją  jako  coś,  „co  koi  nerwy  i  pomaga  się

skupić”.  Jako  symbol  jest  to  nic  innego  jak  gumowy  i  wymienialny  sutek.  Ze  względu  na

swoje  właściwości  guma  do  żucia  powinna  cieszyć  się  wielkim  uznaniem,  ale  pewien

problem stanowi tu bardzo rzucający się w oczy ruch szczęk, który towarzyszy żuciu. Nie jest

to  przeszkodą  dla  żującego,  ale  otoczeniu  wydaje  się,  jakby  był  on  zajęty  nieustannym

jedzeniem.  Ponieważ  żujący  nigdy  nie  przełyka  „pożywienia”,  które  ma  ustach,  powstaje

wrażenie, że to coś, co się tam znajduje, zawadza mu, niczym kawałek trudnej do zgryzienia

chrząstki,  i  dlatego  żujący,  mimo  że  sam  doznaje  ukojenia,  przyprawia  o  irytację  osoby

znajdujące się w jego bliskości. Skutkiem tego w wielu sytuacjach towarzyskich żucie gumy

uważane  jest  za  „obrzydliwy  zwyczaj”,  a  sama  czynność  nie  wszędzie  cieszy  się

popularnością.

Ponieważ  mleko  matki  jest  płynem  ciepłym  i  słodkim,  nic  dziwnego,  że  dorośli  w

chwilach  napięć  lub  znudzenia  stosują  rozmaite  ciepłe  i  słodkie  napoje  jako  środki  kojące.

Corocznie  konsumuje  się  hektolitry  herbaty,  kawy,  czekolady  i  kakao,  co  nie  ma  żadnego

związku  z  autentycznym  pragnieniem,  które  stwarza  tylko  oficjalny  pretekst.  Filiżanki  i

kubki, z których tak chętnie sączymy te substytuty mleka, są także miłe  i gładkie, a do tego

mają  śliską  powierzchnię,  której  dotykają  nasze  łaknące  przyjemnych  doznań  usta.  Dlatego

background image

łatwo  zrozumieć  protesty  przeciwko  współczesnym  tekturowym  kubkom  jednorazowego

użytku, które nie są ani gładkie, ani śliskie.

I  znów  warto  zauważyć,  w  jaki  sposób  unikamy  nazbyt  oczywistych  skojarzeń:  pijemy

gorącą  herbatę,  ale  mleko  –  zimne.  Picie  gorącego  mleka  w  nazbyt  oczywisty  sposób

przypomina to, co robią niemowlęta. Na to mogą sobie pozwolić tylko ludzie chorzy, bo jak

się  przekonaliśmy,  człowiek  chory  zrezygnował  już  z  typowych  dla  dorosłego  zmagań  z

życiem,  fundując  sobie  całkowite  „niemowlęctwo  w  proszku”,  i  dlatego  kolejny  przejaw

takiego  niemowlęcego  zachowania  niczego  tu  już  właściwie  nie  zmienia.  Poza  zimnym

mlekiem  lub  koktajlami  mlecznymi,  które,  co  jest  znamienne,  wsysane  są  zwykle  przez

słomkę,  istnieje  wiele  innych  rodzajów  zimnych  i  słodkich  napojów  używanych  w  funkcji

smoczków. Prawie zawsze reklamuje się je jako napoje orzeźwiające, ale pod tym względem

w  żadnym  stopniu  nie  dorównują  zwyczajnej  czystej  wodzie.  Ważne  jest  jednak  to,  że  są

słodkie,  a  coraz  bardziej  rozpowszechniony  zwyczaj  picia  prosto  z  butelki  podnosi  ich

wartość  symboliczną.  Same  butelki  są  teraz  znacznie  mniejsze  i  rozmiarami  odpowiadają

butelkom  dla  niemowląt.  W  gruncie  rzeczy,  gdyby  ktoś,  naśladując  plakat  wiszący  w

Zurychu,  zechciał  pokazać  człowieka  pijącego  colę  lub  lemoniadę  z  butelki  ze  smoczkiem,

zdemaskowałby całą tę zabawę.

W  geście  samopocieszenia,  ludzie  przytykają  sobie  do  ust  różne  inne  przedmioty,  na

przykład łodygi roślin czy wiszące na szyi koraliki. Powiedzieliśmy już jednak dość dużo, aby

wykazać, że oralna intymność niemowlęca pozostaje istotnym składnikiem naszego dorosłego

życia,  nawet  jeśli  nie  należy  do  tak  oczywistej  sfery,  jaką  stanowią  pocałunki  zarówno

przyjacielskie jak erotyczne. Pora więc przejść do innych części ciała dorosłego człowieka.

Kolejną podstawową  formą  kontaktu  w okresie  dzieciństwa  jest  przytulanie  policzka  do

ciała  matki  i  pozostawanie  w  bezruchu.  Przytulanie  do  policzka  miękkich  przedmiotów,

służących jako substytuty, rzadko występuje u dorosłych mężczyzn, ale jest dość powszechne

u  kobiet.  Wiele  reklam  miękkich  łóżek,  pledów,  koców  i  bielizny  pościelowej  ukazuje

pogodnie uśmiechniętą kobietę, która tuli do siebie  jakiś  nadający się do tego przedmiot. Jej

głowa jest przechylona w jedną stronę, a policzek przylega do gładkiej powierzchni materiału.

Szczególnie  często  widzi  się  ten  obrazek  w  reklamach  koców,  gdzie  zajmuje  on  niemal

pozycję  monopolisty,  mimo  oczywistego  faktu,  że  kiedy  koc  znajduje  się  już  w  łóżku,  nie

zachodzi bezpośredni kontakt z nim, ponieważ jest owinięty w prześcieradło.

Podobnym  motywem  posługują  się  reklamy  futer.  Często  pokazują  futrzany  kołnierz

podniesiony  albo  właśnie  podnoszony  rękami  w  taki  sposób,  że  jego  nadzwyczaj  miękka

powierzchnia  pieści  policzki  modelki.  Futrzane  dywaniki  mają  większą  powierzchnię

kontaktową, przypominając ciało matki rozciągnięte na podłodze lub łóżku.

Może  najbardziej  rozpowszechnioną  formą  kontaktu  z  udziałem  miękkiego  w  dotyku

policzka, i to formą występującą zarówno wśród mężczyzn jak wśród kobiet, jest korzystanie

podczas  nocnego  wypoczynku  z  poduszki  wypełnionej  puchem.  Pieszczota  tej  delikatnej

background image

poduszki-piersi jest bardzo ważną formą ukojenia u schyłku dnia. Pozwala nam ona wyciszyć

się do stanu, w którym jesteśmy nareszcie gotowi zapaść w głęboki sen i pozostawić za sobą

zmagania,  które  jako  ludzie  dorośli  toczyliśmy  w  ciągu  dnia.  Producenci  poduszek

precyzyjnie wypracowali odpowiednie proporcje między sprężystością a miękkością i obecnie

w  każdym  sklepie  z  pościelą  wśród  całej  gamy  poduszek  różniących  się  nieco  między  sobą

pod  względem  właściwości  dotykowych  można  sobie  wybrać  właściwą.  Wielu  dorosłym

pomaga  zasnąć  jakaś  jedna  konkretna  poduszka  lub  jej  „zwartość”  i  gdy  przyjdzie  im

przyłożyć  twarz  do  innej  poduszki  w  obcym  łóżku,  czy  to  w  hotelu,  czy  w  cudzym  domu,

mogą  mieć  trudności  ze  snem.  Jest  to  częstsze  u  domatorów,  którzy  mało  podróżują  i  u

których  z  czasem  wyrabia  się  obsesja  na  tle  jednej  konkretnej  właściwości  poduszek,  takiej

jak sprężystość, grubość czy miękkość.

Podobnie  mają  się  sprawy  z  całą  resztą  łóżka.  Poza  wrażliwością  na  cechy  poduszki

dorośli  preferują  jakiś  szczególny  stopień  miękkości  czy  twardości  materaca  i  jakąś

szczególną  lekkość  czy  ciężar,  a także  luźność  czy  przytulność  tego,  czym  się  przykrywają,

układając się na noc w łóżkach, w których spędzają jedną trzecią życia.

W 1970 roku na rynku amerykańskim pojawił się nowy i rodzaj łóżka – „łóżko wodne”.

Właściwie jest to materac z winylu wypełniony wodą. Leżąc na nim śpiący łagodnie zapada w

jego płynne objęcia, jakby powracając do łona matki. Termostat i grzałka wewnątrz materaca

utrzymują wodę w temperaturze, która działa najbardziej kojąco.

W drugiej połowie 1970 roku  sprzedano  ponad  15  tysięcy  takich  łóżek  i  wkrótce  podaż

przestała  nadążać  za  popytem.  W  reklamach  zachęcano  potencjalnych  nabywców  takimi

wiele  mówiącymi  zwrotami  jak  „Żyj  i  kochaj,  nurzając  się  w  luksusie”  albo  „Bujaj  się  do

snu”. Użytkownikom tych  materacy grozi  jedynie, by odwołać się  do  dziedziny  ginekologii,

„przebicie  błony”. Bo też dziura w  materacu  wodnym  to  zapewne  nie  mniejsze  zamieszanie

niż  poród.  Może  więc  ten  niewielki,  ale  stale  obecny  lęk  sprawi,  że  większość  z  nas

pozostanie otulona w bezpieczniejszym uścisku tradycyjnej pościeli.

Obiektywne spojrzenie na nasze zwyczaje związane ze spaniem  i  na  jego atrybuty, takie

jak  miękkie  poduszki,  łóżka  i  materace,  pozwala  dostrzec  ich  specjalne  znaczenie.  Są  one

czymś  więcej  niż  sposób  na  sprowadzenie  marzeń  sennych,  które  naszym  komputerowym

mózgom  pozwalają  uporządkować  bezładny  natłok  myśli  minionego  dnia,  i  czymś  dużo

ważniejszym  niż  środek  zapewnienia  sobie  odpoczynku  fizycznego  przed  trudami  dnia

następnego.  Są  one  także  przykładem  szeroko  rozpowszechnionego  w  całym  świecie,

masowego  pławienia  się  w  rozkoszach  intymności,  jakie  daje  otulenie  się  czymś

nieożywionym, co można by uznać za połączenie tekstylnego łona i ramion tekstylnej matki.

Nawet gdy nie śpimy, nie odrzucamy tych podstawowych uciech, co  wyraźnie  pokazuje

współczesny  przemysł  meblowy.  Fotele  i  kanapy  wabiące  zmysłową  miękkością  i  pod

względem  wygody  jak  nigdy  dotąd  dorównujące  łóżkom,  stały  się  prawie  najważniejszym

elementem  każdego  salonu,  pokoju  dziennego  i  holu.  Tam  właśnie  po  męczącym  i

background image

pracowitym  dniu  z  rozkoszą  oddajemy  się  intymnemu  kontaktowi  z  naszym  ulubionym

miękkim  meblem,  którego  „ramiona”  może  nie  obejmują  nas  w  dosłownym  sensie,  ale

którego  poddająca  się  powierzchnia  dostarcza  nam  wiele  fizycznego  komfortu.  Siedzimy,

rozkosznie wtuleni, na symbolicznych kolanach naszego imitującego matkę fotela i wolni od

zagrożeń uspokajamy się jak dzieci, z bezpiecznej odległości spoglądając na chaos brutalnego

życia  ludzi  dorosłych,  które  pozostawiliśmy  na  zewnątrz,  ale  którego  symboliczny  wyraz

znajdziemy na ekranie telewizora lub na kartach powieści.

Jeśli  z  mojego  opisu  oglądania  telewizji  z  pozycji  miękkiego  i  wygodnego  fotela  –  na

wzór dziecka, które siedząc bezpiecznie na kolanach matki patrzy na to, co się dzieje z oknem

– wynika, że potępiam ten zwyczaj, śpieszę zapewnić, że nie jest to moim zamiarem. Wprost

przeciwnie,  jest  to  dodatkowa  zaleta  tego  rozpowszechnionego  na  całym  świecie  wzorca

zachowania.  Telewizja  nie  tylko  dostarcza  rozrywki  i  edukacji,  ale  –  jak  już  mówiłem  –

stanowi  niezwykle  ważny  czynnik  kojący  w  naszym  pełnym  stresów  dorosłym  świecie.

Szklany ekran, pokazując nam różne sceny, jednocześnie nas od nich odgradza, pozostają one

bezpiecznie  zamknięte  we  wnętrzu  pudła  telewizora,  skąd  nie  mogą  nam  wyrządzić  żadnej

krzywdy. Rekompensuje nam to niedostatki naszych foteli-matek, które dostarczają nam tylko

jednego  z  dwóch  ważnych  czynników  bezpieczeństwa,  jakie  prawdziwa  matka  zapewnia

swemu dziecku. Prawdziwa matka daje zarówno intymność kontaktu z delikatnym ciałem, jak

też  ochronę  przed  światem  zewnętrznym.  Nasze  fotele-matki  dają  nam  tylko  delikatny

kontakt  –  nie  mogą  nas  jednak  chronić.  I  tu  właśnie  śpieszy  nam  na  pomoc  nieprzenikalna

szklana  ściana  ekranu  telewizyjnego,  która  kompensuje  nam  brak  tego  czynnika  ochrony,

bezpiecznie  oddzielając  nas  od  rozgrywających  się  wewnątrz  pudła  dramatów  świata  ludzi

dorosłych. Symboliczne równanie jest więc proste: prawdziwa matka, która chroni i pociesza

= ekran, który chroni + fotel-matka, który pociesza.

Gdy  w  ten  sposób  spoglądamy  na  nasze  życie  domowe,  nie  powinno  dziwić

spostrzeżenie,  że  podczas  podróży  lub  wakacji  większość  z  nas  woli  zatrzymywać  się  w

hotelach,  które  niemal  pod  każdym  względem  przypominają  warunki  znane  nam  z  pokoju

dziecinnego.  Jak  w  dzieciństwie  wszystko  robi  za  nas  ktoś  inny,  a  my  nie  musimy  nawet

kiwnąć palcem. Posiłki przygotowuje nam szef kuchni matki, podaje nam je kelnerka-matka,

a pokojówka-matka ściele nam łóżko i sprząta pokój. W najlepszych hotelach dzięki obsłudze

wracamy dosłownie do kołyski, tyle że dziecięcy płacz zastępuje zwykłe naciśnięcie guzika w

ścianie  czy  podniesienie  słuchawki  telefonicznej.  Niektórzy  nowobogaccy  zatrudniają  też

osobistych służących-matki, co upodabnia do pokoju dziecinnego także ich domy. Jak już też

wspominałem w jednym z poprzednich rozdziałów, łóżko i szpital stwarzają podobne warunki

choremu, który chwilowo zrezygnował z uczestnictwa w zmaganiach ludzi dorosłych.

Czasami  pozwalamy  sobie  na  jeszcze  bardziej  podstawowy  luksus,  którym  jest  krótki

powrót  do  podobnych  warunków,  jakie  panują  wewnątrz  macicy  –  na  gorącą  kąpiel.  To  nie

przypadek, że niemal wszyscy lubią się kąpać w wodzie o temperaturze panującej w macicy,

background image

rozkosznie  pławiąc  się  w  wodzie  imitującej  wody  płodowe,  z  cudownym  poczuciem

bezpieczeństwa,  które  dają  wyokrąglone  ściany  wanny-macicy  i  szczelnie  zamknięte  drzwi

łazienki,  oddzielające  nas  od  świata  dorosłych.  Jednak  wcześniej  czy  później  jesteśmy

zmuszeni wyciągnąć korek z wanny niby z szyjki macicy  i  niechętnie poddać się bolesnemu

doświadczeniu  nowych  narodzin.  Jakby  znając  nasze  lęki  towarzyszące  tej  okropnej  chwili,

producenci  ręczników  współzawodniczą  w  dostarczaniu  nam  najczulszych  i  najmiększych

objęć,  jakie  są  w  stanie  stworzyć.  Jedna  z  reklam  ręczników  zapewnia:  „Nasze  ręczniki

wypieszczą  cię  do  sucha”,  a  dziewczyna  na  załączonym  obrazku  trzyma  ręcznik  kurczowo

przyciśnięty do twarzy i do ciała, jakby od niego zależało jej życie.

Gdy  dziewczyna  obejmująca  ręcznik  wreszcie  się  ubierze,  nie  musi  się  obawiać,  że

skończy się ta czuła intymność. Reklamy ubiorów – bielizny osobistej, swetrów, spódniczek i

wszystkiego  poza tym  –  obiecują  jej  podobne  przyjemności.  Wydaje  się,  że  te  majteczki  to

coś  więcej  niż  tylko  sprawa  skromności,  ponieważ  jak  się  dowiadujemy,  dają  one  „nagi

uścisk”,  który  „rozciąga  się  łagodnie  i  pieszczotliwie,  obejmując  każde  wgłębienie  twego

ciała”. A te rajstopy są „miękkie i zmysłowe jak jedwab” i „otulą cię rozkosznie po koniuszki

palców”, nie mówiąc już o tych pończoszkach, które „delikatnie  i czule popieszczą ci  nogi”,

albo  też  tych  „lgnących  do  ciebie”  spódniczkach  z  dzianiny.  Szczęśliwa  dziewczyna  może

więc przechadzać się w kompletnym  stroju, pozornie samotna, ale symbolicznie obwieszona

rojem  pieszczących,  obejmujących  i  obściskujących  ją  intymnych  tekstylnych  kochanków.

Gdyby połączone reklamy ubiorów mogły kumulować swoje działanie, byłoby rzeczą dziwną,

że taka dziewczyna nie doznaje wielokrotnego orgazmu od samego chodzenia po pokoju. Na

szczęście  dla  jej  prawdziwych  kochanków  oddziaływanie  tych  doborowych  kochanków

tekstylnych  zazwyczaj  nie  dorównuje  reklamom.  A  jednak  jest  to  autentyczny  i  ważny

element  składający  się  na  przyjemność  fizyczną,  jaka  płynie  z  noszenia  na  sobie

współczesnych miękkich i wygodnych wyrobów tekstylnych.

Te  intymne  stosunki  między  ubraniem  a  osobą,  która  je  nosi,  nie  są  jednostronne.  Nie

tylko  ubranie  obejmuje  właściciela,  lecz  także  właściciel  obejmuje  ubranie.  Pomijając

wszystko inne, jest to uczciwa odpłata za całe to błogie obejmowanie i delikatne pieszczenie.

Ulubionym  sposobem  rewanżu  jest  wsunięcie  jednej  lub  obu  rąk  w  jakąś  stosowną  fałdę

ubrania.  Od  razu  przypomina  się  tu  charakterystyczna  postawa  Napoleona,  z  jedną  ręką

wsuniętą  pod  połę  marynarki,  ale  w  dzisiejszych  czasach  najbardziej  rozpowszechnioną

wersją  takiego  gestu  jest  trzymanie  rąk  w  kieszeniach.  Kieszenie  są  oficjalnie  po  to,  aby

trzymać w nich  jakieś drobne przedmioty,  i gdy  wkładamy  rękę  do  kieszeni,  to rzekomo  po

to,  aby  coś  z  niej  wyjąć.  Ale  znakomita  większość  tych  gestów  nie  ma  nic  wspólnego  z

wyjmowaniem czegokolwiek. Są one natomiast przedłużeniem kontaktów, w których, że tak

powiem,  trzymamy  się  za  ręce  z  własnymi  kieszeniami.  Uczniom  i  żołnierzom  poleca  się

często,  aby  „wyjęli  ręce  z  kieszeni”,  wyjaśniając  tylko,  że  jest  to  niechlujne  i  nieładne.

Prawda jest jednak, rzecz jasna, taka, że ta postawa wyraża rozluźnienie się, które towarzyszy

background image

symbolicznemu  przejawowi  intymności,  a  które  jest  sprzeczne  z  oficjalną  rolą  mężczyzny

podporządkowanego  i  gotowego  do  wykonywania  rozkazów.  Mężczyźni,  którzy  nie

podlegają takim ograniczeniom, mają do dyspozycji kilka innych możliwości, a wybór jednej

z nich odbywa się wedle dość osobliwej reguły. Brzmi ona  następująco:  im  wyżej  na  mapie

ciała  w  pozycji  stojącej  następuje  kontakt  ręka-ubranie,  tym  bardziej  jest  on  asertywny.

Najbardziej asertywne jest chwycenie się za klapy. Tuż za nim idzie wsunięcie kciuków pod

kamizelkę. Następny w kolejności jest napoleoński gest wsuwania dłoni pod połę marynarki.

Jeszcze  niżej  plasuje  się  wkładanie  rąk  do  bocznych  kieszeni  marynarki,  a  zupełnie  nisko

powszechne  wkładanie  rąk  do  kieszeni  spodni.  Zejście  jeszcze  niżej,  czyli  złapanie  się  za

nogawki spodni, zajmuje odpowiednio niskie miejsce na skali asertywności.

Jak się wydaje, uzasadnienie tej  reguły  wywodzi  się  stąd,  że  im  wyżej  unosi  się  ręka  w

takim kontakcie, tym  bliższa  jest pozycji właściwej  ruchowi  intencjonalnemu  zadania  ciosu.

Wymierzenie  prawdziwego  ciosu  musi  być  poprzedzone  uniesieniem  ramienia,  którym

zamierza  się  zaatakować  przeciwnika.  Jak  już  wiemy,  czynność  ta  ulega  zamrożeniu  jako

czysto  formalny  sygnał  w  postaci  uniesionej  pięści  w  pozdrowieniach  stosowanych  przez

komunistów.  Chwyta  nie  się  za  klapy  ma  w  sobie  wiele  z  tego  ruchu.  W  gruncie  rzeczy

niemożliwy jest już jakiś kontakt ręka-ubranie na wyższym poziomie, nic więc dziwnego, że

wśród  innych  możliwości  ta  pozycja  stanowi  sygnał  najbardziej  zaczepny.  Obok  pozycji  z

kciukami pod kamizelką stała się ona niemal parodią asertywności. Dlatego też pełniący jakąś

poważną  i  dominującą  rolę  współczesny  mężczyzna  w  miejscu  publicznym  zastosuje  raczej

niższą pozycję, jaką jest włożenie rąk do kieszeni marynarki. Jest ona szczególnie popularna

wśród potentatów finansowych, generałów, admirałów i przywódców politycznych. Jest to też

zwyczajowa  postawa  czołowych  gangsterów  lat  dwudziestych.  Tacy  ludzie  niechętnie

przyjmują  niższą  postawę,  jaką  jest trzymanie  rąk  w  kieszeniach  spodni,  w  każdym  razie  w

sytuacjach wymagających potwierdzenia ich praw do dominacji.

Intrygującym  wyjątkiem  od  powyższej  reguły  jest  pozycja  z  kciukami  wsuniętymi  pod

pasek  od  spodni.  Chociaż  kontakt  ma  tu  miejsce  dość  nisko,  jest  w  nim  wyraźny  element

zaczepności.  Taką  postawę  upodobali  sobie  różni  „twardziele”,  kowboje,  pseudokowboje  i

pozorujące  agresywność  dziewczyny.  Asertywne  właściwości  tej  pozycji  tkwią  nie  tylko  w

ruchu intencjonalnym zapowiadającym błyskawiczne wyciągnięcie broni, ale też w fakcie, że

stał się on współczesną wersją pozycji z kciukami  wsuniętymi  pod  kamizelkę  z  braku  tejże.

Czasami pod pasek  lub  pod  górną  część  spodni  wsuwa  się  wszystkie  palce  dłoni,  ale  wtedy

pozycja ta traci wiele ze swojej agresywności i ściślej odpowiada swemu miejscu na skali.

Poza  tymi  gestami  istnieje  wiele  pomniejszych  przejawów  intymności,  w  których

uczestniczy  ręka  i  różne  części  garderoby.  Wszystkie  one  pojawiają  się  w  sytuacjach

stresowych,  a  wiele  z  nich,  jak  się  zdaje,  jest  symboliczną  wersją  kojących  czynności

pielęgnacyjnych,  których  oczekiwalibyśmy  ze  strony  innych  osób.  Często obserwujemy,  jak

mężczyźni  poprawiają  sobie  spinki  u  mankietów  albo  krawaty.  Prezydent  Kennedy  w

background image

chwilach  stresu  podczas  publicznych  wystąpień  dotykał  palcami  środkowego  guzika

marynarki. Fotografie Winstona Churchilla pokazują, jak w chwilach napięcia przyciska dłoń

do dolnej części marynarki, co wyglądało, jakby się częściowo obejmował.

Kobiety  w  momentach  napięć  bardzo  często  dotykają  i  przebierają  palcami  po

bransoletkach  i naszyjnikach, a  fizyczna  czynność  przebierania  paciorków  przy  odmawianiu

różańca niewątpliwie działa kojąco na zakonnice. Kiedy indziej delikatna pieszczota pomadki

do ust czy przypudrowanie policzków stanowią dotykowy sposób na odzyskanie równowagi i

pozwalają  podenerwowanej  kobiecie  oderwać  się  na  chwilę  od  jakiegoś  stresującego  ją

zajęcia  z  udziałem  innych  osób.  W  chwilach  większej  prywatności  kobieta  czesze  się  i

szczotkuje  włosy  dużo  intensywniej,  niż  wymaga  tego  ich  „poprawienie”,  co  również

przynosi bardzo widoczny skutek kojący, odgrywając rolę miłosnej auto-pieszczoty.

Czasami  kontakt  między  osobami  realizuje  się  za  pośrednictwem  przedmiotu  lub

przedmiotów, na przykład stykających się ze sobą kieliszków podczas wznoszenia toastu.

Klasycznym przykładem może tu być fotografia, którą można znaleźć w każdym albumie

rodzinnym z epoki wiktoriańskiej. Zazwyczaj matka z najmłodszym potomkiem  na kolanach

siedzi w fotelu umieszczonym pośrodku. Małżonek, który zwykle ma naturalną skłonność, by

ją objąć ręką za ramię, odczuwając zahamowanie przed uczynieniem tego gestu w obecności

innych,  obejmuje  oparcie  fotela,  na  którym  siedzi  połowica.  We  współczesnej  wersji  takiej

sceny  dwoje  przyjaciół  w  sytuacji  prywatnej  siedzi  obok  siebie,  a  ręka  jednego  z  nich,

wyciągnięta w kierunku pleców drugiej osoby, spoczywa na oparciu kanapy, na której razem

siedzą.  Podobnie  gdy  ktoś  siedzi  sam  w  fotelu  i  obejmując  miłośnie  jego  poręcze,  z

ożywieniem rozmawia z kimś siedzącym w  fotelu naprzeciwko. Można wzmóc przyjemność

płynącą  z  siedzenia  w  fotelu,  kołysząc  się  w  fotelu  na  biegunach  –  co  było  ulubioną

czynnością prezydenta Kennedy’ego, gdy był w stanie stresu. Nie trzeba dodawać, że  ma  to

bezpośredni związek z kołysaniem się w kołysce lub w matczynych objęciach.

Dochodzimy  wreszcie  do  przedmiotów,  które  są  już  bardzo  oczywistymi  substytutami

intymności  seksualnej.  Najmniej  kontrowersyjne  z  nich  to  fotografie  ukochanych  osób  albo

„rozebrane”  zdjęcia  tych,  z  którymi  pragnęlibyśmy  nawiązać  intymne  kontakty.  Nie  mając

dostępu do autentycznych obiektów, można dotykać i całować fotografie. Nowym zjawiskiem

w  tej  dziedzinie  są  poduszki  z  nadrukami.  Można  obecnie  nabyć  powłoczki  na  poduszkę  z

nadrukowanym  wizerunkiem  twarzy  ulubionej  gwiazdy  filmowej.  Kładąc  się  spać,  można

przytulić  policzek  do  policzka  uwielbianej  lub  uwielbianego  i  rozkosznie  zapaść  w  sen  w

zastępczych objęciach z tkaniny.

Jeśli  chodzi  o rzeczywiste  akty  płciowe,  mówi  się,  że  podczas  drugiej  wojny  światowej

żołnierze  nieprzyjaciela  (zawsze  są  to  żołnierze  nieprzyjaciela)  otrzymywali  na  froncie

nadmuchiwane  gumowe  manekiny  kobiet,  wyposażone  we  wszystkie  otwory  płciowe,  aby

mogli  wyładować  się  seksualnie.  Nie  udało  mi  się  ustalić,  czy  była  to  prawda,  czy  tylko

background image

propaganda, mająca pokazać, jak bardzo przeciwnicy są złaknieni seksu  i w  jakiej  marnej  są

kondycji.

Natomiast  nieożywione  substytuty  męskiego  członka  mają  długą  i  udokumentowaną

historię,  a  nawet  zasłużyły  na  wzmiankę  w  Starym  Testamencie.  Określane  oficjalnie  jako

sztuczne  penisy,  występujące  też  pod  innymi  nazwami,  jak  „ogór”,  „świeca”,

„samozadowalacz” czy „jebadełko”, znane były jeszcze w czasach przedbiblijnych i widnieją

na  starożytnych  rzeźbach  babilońskich  pochodzących  sprzed  setek  lat  przed  naszą  erą.  W

starożytnej  Grecji  nosiły  nazwę  „olisbos”,  co  znaczy  „śliski  byk”;  były  też  podobno

szczególnie  popularne  w  tureckich  haremach.  Z  upływem  wieków  ich  stosowanie

rozprzestrzeniło się praktycznie na wszystkie kraje świata. Ich popularność to rosła, to malała,

osiągając szczyt bodaj że w osiemnastym wieku, kiedy otwarcie sprzedawano je w Londynie,

co  znów  stało  się  możliwe  dopiero  w  drugiej  połowie  bieżącego  stulecia.  W  ich  produkcję

wkładano  podobno  wiele  wysiłku  i  talentu,  „aby  wyobrażony  akt  płciowy  jak  najbardziej

przypominał rzeczywisty”. W latach siedemdziesiątych sprzedaje się je w kilkunastu wersjach

w  sex  shopach  wielu  krajów  świata  zachodniego.  Znajdują  one  nabywców  wśród

powodowanych  ciekawością  mężczyzn  oraz  lesbijek  i  samotnych  kobiet,  które  stosują  je  w

celach masturbacyjnych.

W  ostatnich  czasach  pojawiły  się  też  dwa  modele  sztucznych  penisów  mechanicznych.

Pierwszy  ma  charakter  ściśle  techniczny  i  został  zaprojektowany  w  Ameryce  specjalnie  do

badań  naukowych  nad  istotą  ludzkiej  kopulacji.  Opracowany  przez  radiofizyków,  zasilany

elektrycznie,  wykonany  z  plastiku  mającego  optyczne  właściwości  szkła  płaskiego

walcowanego,  wyposażony  w  źródło  światła  luminescencyjnego,  by  umożliwić  kręcenie

filmów  wewnątrz  pochwy,  i  zaopatrzony  w  przełączniki  umożliwiające  masturbującej  się

osobie  regulowanie  zarówno  szybkości  jak  głębokości  ruchów  sztucznego  penisa,  jest  to

instrument  na  najwyższym  poziomie,  delikatny  i  niezmordowany  sztuczny  kochanek,

namiastka seksu, z którą nie mogą się równać żadne inne jego namiastki. Mniej ambitnym i o

wiele tańszym urządzeniem  mechanicznym, które  w ostatnich  latach  zyskało  sobie  ogromną

popularność,  jest  stosunkowo  prosty  „wibrator”  lub  „wibromasażysta”.  Jest  to  mały,  długi  i

cienki  przedmiot  z  plastiku,  o  gładkiej  powierzchni  i  zaokrąglonym  koniuszku,  zasilany

bateryjnie. Jego pierwotna i oficjalna funkcja polegała na wykonywaniu miejscowego masażu

mięśni.  Wkrótce  znaleziono  dla  niego  nową  i  bardziej  seksualną  funkcję  delikatnego,

wibrującego sztucznego penisa, używanego do masturbacji, a ponieważ można go było nabyć

w  jego  oficjalnej  roli  jako  urządzenie  do  masażu,  miał  on  tę  dodatkową  zaletę,  że  nawet

nabywcy,  którzy  wahaliby  się  przy  zakupie  jakichś  mniej  zakamuflowanych  instrumentów

zaspokojenia  seksualnego,  ten  kupowali  bez  nadmiernego  skrępowania.  Nawet  w  skądinąd

otwarcie piszącej na te tematy prasie czarnorynkowej uprawia się tę maskaradę.

Typowa reklama brzmi: „Aparat do osobistego masażu; penetrujący, pobudzający, usuwa

ból  i  zmęczenie.  Wymiary  17,5  cm  na  3,5  cm.  Standardowe  baterie  w  załączeniu”.

background image

Powściągliwość tej reklamy  zupełnie nie współgra z  innymi tekstami prasy czarnorynkowej,

gdzie można znaleźć najbardziej dosadne i swobodne sposoby mówienia o seksie. Jeszcze raz

widzimy  tu,  jak  działa  zasada,  z  którą  spotkaliśmy  się  już  wielokrotnie,  ta  mianowicie,  że

przejawy  intymności wśród dorosłych wymagają  jakiegoś kamuflażu, czy  to  na  nasz  własny

użytek, czy na użytek innych osób, by przesłonić prawdziwy cel tego, co się robi.

Bardzo niezwykłą i przemyślną formą namiastki seksu stosowaną niekiedy przez kobiety

w Japonii jest rin-no-tama, znana także jako watama  lub ben-wa. Są to dwie puste w środku

piłeczki, o rozmiarach zbliżonych do gołębiego jaja, które wkłada się do pochwy. Pierwotnie

były  one  mosiężne,  dziś  prawdopodobnie  są  plastikowe;  jedna  z  tych  kulek  jest  zupełnie

pusta, a w drugiej znajduje się odrobina rtęci. Najpierw wkłada się kulkę pustą, wsuwając  ją

głęboko,  aż  do  styku  z  szyjką  macicy.  Następnie  wkłada  się  drugą  kulkę,  która  ma  dotykać

pierwszej,  a  otwór  pochwy  zatyka  się  na  przykład  tamponem  z  ligniny.  Wyposażona  w  ten

sposób  kobieta  bez  żadnych  krępujących  ją  zewnętrznych  oznak  może  zabawiać  się  w

pozornie  niewinny  sposób,  bujając  się  na  huśtawce  lub  kołysząc  się  w  fotelu  na  biegunach.

Rytmiczne ruchy w przód i w tył wywołują przemieszczanie się kulek i nacisk na wewnętrzne

ściany  pochwy,  co  imituje  ruchy  męskiego  członka.  Chociaż  jako  seksualna  „zabawka”  rin-

no-tama  ma  tę  wielką  zaletę,  że  umożliwia  jawne  uzyskiwanie  niejawnej  przyjemności,  nie

zdobyła sobie tak wielkiej popularności jak wszechobecny wibrator, przypuszczalnie dlatego,

że w odróżnieniu od niego nie pełni żadnej nieseksualnej funkcji „oficjalnej”.

Nawiasem mówiąc, niektóre zabawki nie mające żadnych cech seksualizmu też mogłyby

służyć jako przedmioty nie ożywione dostarczające przyjemności dotykowych. Możliwości są

tu ogromne, ale tylko niewiele z nich usiłowano wykorzystać z jakimkolwiek powodzeniem.

Gdy  już  się  pojawiają,  przedstawia  się  je  zwykle  jako  pewien  rodzaj  urządzeń  sportowych.

Jednym  z  nich  była  trampolina.  Główna  przyjemność  polega  tu  na  poddawaniu  się

„objęciom”  sprężystej  powierzchni,  wyrzucie  w  powietrze  i  ponownym  zanurzeniu  się  w

objęciach  już  w  nowej  pozycji.  Ale  cały  ten  proces  musiał  się  odbywać  pod  pewną

przykrywką,  czyli  w  atmosferze  ostrego  współzawodnictwa,  co  wykluczało  wiele  osób.

Innym  przykładem  może  być  krótkotrwały  żywot  tańca  hula-hoop,  który  łączył  obrotowy

uścisk  koła  wokół  talii  wykonawcy  z  falującym  ruchem  bioder.  Taniec  ten,  przy  bardzo

ograniczonym zasięgu oddziaływania, nie przetrwał jednak dłużej niż inne nowinki.

Dziedzina  sztuki  kilkakrotnie,  acz  bez  większego  sukcesu,  usiłowała  obdarzyć  łaknący

intymności  świat  przedmiotami  natury  intymnej.  W  roku  1942  nowojorskie  Muzeum  Sztuki

Współczesnej  po  raz  pierwszy  zaprezentowało  nowy  rodzaj  rzeźby  –  przeznaczonej  do

trzymania  w  ręku.  Te  dzieła  sztuki  rzeźbiarskiej  składały  się  z  małych,  gładko

wypolerowanych  i  zaokrąglonych  kawałków  drewna  o  abstrakcyjnych  kształtach.  Można  je

było  wziąć  do  ręki  i  ściskać  lub  obracać  w  różne  strony,  różnicując  w  ten  sposób  wrażenia

dotykowe. Artysta, który je stworzył, podkreślał, że należy je raczej wyczuwać niż oglądać, i

sugerował,  że  mogą  być  znakomitym  substytutem  papierosów,  gumy  do  żucia  lub

background image

machinalnego  rysowania  dla  osób,  które  nie  potrafią  spokojnie  usiedzieć  podczas  różnych

zebrań. Tak się niestety nie stało i od tej pory o rzeźbach tych nikt już chyba nie słyszał. I tym

razem komunikat był nazbyt wyraźny, a żaden członek jakiegokolwiek gremium nie chce, aby

wiedziano, że odczuwa tak wyraźną potrzebę pocieszającego kontaktu pseudo-cielesnego.

W  bliższych  nam czasach, czyli w  latach sześćdziesiątych, niektórzy artyści usiłowali w

bardziej  ambitny sposób bezpośrednio zaatakować ciała  miłośników  sztuki,  tworząc  „rzeźby

środowiskowe”. Przybrały one wiele różnych form, na przykład coś w rodzaju przestrzeni do

zabawy, gdzie zwiedzający był poddawany działaniu serii wrażeń dotykowych, poruszając się

wewnątrz różnych  rur, tuneli  i  przejść,  wyposażonych  w  rozmaite  wiszące  i  przymocowane

do  ścian  przedmioty  o  różnorodnej  fakturze  i  wykonane  z  różnych  materiałów.  Tu  także

sukces trwał krótko i zmarnowano wielkie możliwości.

Ostatni  przykład  jest  stosownym  podsumowaniem  całej  sytuacji.  Pewien  artysta

zbudował  kapsułę  do  symulowania  kopulacji.  Umieszczonego  w  niej  „miłośnika  sztuki”

oplatało  się  rozmaitymi  drutami,  potem  zamykało  się  kapsułę  i  włączało  maszynerię,  która

miała  wywoływać  intensywne  doznania  zmysłowe.  Twórca  tego  urządzenia  wygłosił

następnie  w  instytucie  sztuki  wykład  na  temat  swoich  koncepcji.  Zapatrzonej  w  niego  i

zasłuchanej  publiczności  wyjaśnił,  że  z  powodu  trudności  technicznych  zbudował  teraz

znacznie  prostszą  wersję  urządzenia,  z  którą  wiązał  wielkie  nadzieje  na  sukces.

Zmodyfikowane urządzenie było w zasadzie wielkim pionowym arkuszem gumy lub jakiegoś

podobnego materiału z umieszczoną na wysokości genitaliów małą dziurką, w którą miłośnik

sztuki  mógł  wsuwać  swój  członek.  Dla  miłośniczek  sztuki  przewidziano  podobny  pionowy

arkusz  z  wystającym  fragmentem  w  kształcie  penisa.  Artysta  powiedział  z  całą  powagą,  że

poza  swoją  prostotą  nowy  model  ma  tę  zaletę,  że  może  być  używany  jednocześnie  przez

miłośnika i miłośniczkę sztuki, stojących po obu stronach dzieła.

Absurdalna ta historyjka przywodzi nam na myśl absurdalność wielu omawianych w tym

rozdziale  zjawisk.  Absurdem  jest to,  że  dorosły  człowiek  napełnia  sobie  płuca  substancjami

rakotwórczymi,  aby  napawać  się  prostackim  substytutem  przyjemności,  których  niegdyś

zaznawał  u  piersi  matki  albo  wtedy,  gdy  podawano  mu  do  ust  butelkę  ze  smoczkiem.

Absurdem  jest  też  to,  że  dorosły  mężczyzna  nieustannie  miętosi  w  ustach  odcieleśniony

gumowy  sutek  w  postaci  gumy  do  żucia,  a  także  że  dorosła  kobieta  pragnąca  zaspokojenia

seksualnego używa  plastikowego  aparatu  do  masażu  zamiast  żywego  penisa.  Ale  chociaż  te

czynności mogą się komuś wydawać absurdalne, żałosne czy nawet odrażające, dla wielu są,

być  może,  jedynym  dostępnym  rozwiązaniem,  i  należy  zawsze  pamiętać  o  tym,  że  każdy

przejaw intymności, choćby najbardziej odległy od prawdziwej intymności, jest jednak lepszy

niż  pozbawiona  wszelkiej  intymności  potworna  samotność.  Innymi  słowy,  nie  powinniśmy

zwalczać objawów, lecz dokładniej przyjrzeć się przyczynom problemu. Gdybyśmy potrafili

zwiększyć  stopień  intymności  z  naszymi  bliskimi,  nasze  zapotrzebowanie  na  substytuty

background image

intymności byłoby coraz mniejsze. Tymczasem jednak niemal każde dotknięcie zastępcze jest

lepsze niż żadne.

background image

8. INTYMNOŚĆ Z SAMYM SOBĄ

Kobieta stojąca na peronie tuż przed wejściem do pociągu jest przerażona. Mąż zapytał ją

właśnie,  czy  nie  zapomniała  zamknąć  drzwi  kuchennych,  a  ona  uświadomiła  sobie,  że

zapomniała.  Co  robi?  Zanim  jeszcze  wypowie  jakiekolwiek  słowo,  otwiera  szeroko  usta,  a

dłonią dotyka policzka. Gdy zaczyna mówić, jej ręka przyciśnięta do twarzy pozostaje w tym

samym  miejscu.  Potem,  po  kilku  chwilach,  ręka  opada  i  przychodzi  następne  stadium

sekwencji jej zachowania. Nie będziemy już tego dalej śledzić, lecz skoncentrujemy się na tej

ręce, gdyż w niej tkwi klucz do kolejnej sfery intymności cielesnej – do intymności z samym

sobą.

W tej krótkiej chwili przerażenia kobieta na  peronie  udzieliła  sobie  błyskawicznej  samo

pociechy w formie przelotnej pieszczoty, jaką jest dotknięcie policzka. Jej nagłe zmartwienie

doprowadziło  ją  do  nieświadomego,  kojącego  kontaktu,  który  w  innych  okolicznościach

dałaby jej pomocna dłoń jakiejś ukochanej osoby albo – dawno temu, gdy była jeszcze małym

skrzywdzonym  dzieckiem  –  rodzice.  Teraz  w  zastępstwie  dłoni  ukochanego  czy  matczynej

dłoni  jej  własna  ręka  unosi  się  do  góry,  by  wejść  w  kontakt  z  policzkiem.  Dokonuje  się  to

odruchowo,  bez  namysłu  i  bez  wahania.  Podczas  tej  czynności  policzek  pozostaje  jej

własnym  policzkiem,  ale  ręka  w  symboliczny  sposób  staje  się  ręką  cudzą,  należącą  do

ukochanego lub do matki.

Tego  rodzaju  autokontaktów  nie  uznajemy  raczej  za  przejawy  intymności  cielesnej,

chociaż  mają  one  to  samo  podłoże  co  inne  formy  kontaktów  omawiane  w  poprzednich

rozdziałach. Mogą one sprawiać wrażenie czynności „jednoosobowych”, ale w gruncie rzeczy

są bezwiedną imitacją czynności z udziałem dwóch osób, przy czym jako wyimaginowanego

partnera wykonującego ruch kontaktowy używa się jakiejś części ciała. Takie kontakty można

więc inaczej określić jako pseudointerpersonalne.

Jako takie – stanowią one piąte  i  ostatnie  ważne  źródło  intymności  cielesnej.  Wszystkie

pięć można by zilustrować następująco: l. Gdy jesteśmy zdenerwowani lub znajdujemy się w

depresji,  ukochana  osoba  może  nas  spróbować  podtrzymać  na  duchu  za  pomocą

background image

uspokajającego objęcia  lub uściśnięcia ręki. 2. Gdy ukochana osoba  jest nieobecna,  może to

być  jakiś  specjalista  od  dotykania,  a  więc  na  przykład  lekarz  poklepujący  nas  po ramieniu  i

wypowiadający  słowa  otuchy.  3.  Jeśli  naszym  jedynym  towarzyszem  jest  pies  lub  kot,

możemy  go  wziąć  w  ramiona  i  pocieszyć  się,  przytulając  policzek  do  jego  ciepłego  i

owłosionego ciała. 4. Gdy  jesteśmy  zupełnie sami i  w nocy zaniepokoi  nas  jakiś  podejrzany

hałas, możemy szczelnie otulić się kołdrą i w jej miękkim uścisku poczuć się bezpieczniej. 5.

Gdy wszystko  inne  zawodzi,  mamy  jeszcze  do  dyspozycji  własne  ciało,  które  chcąc  pozbyć

się niepokoju, możemy obejmować, ściskać, chwytać i dotykać na wiele różnych sposobów.

Poświęciwszy  nieco  czasu  na  zwykłą  obserwację  zachowania  ludzi,  można  wkrótce

zauważyć,  że  samokontakt  czy  autokontakt  jest  zjawiskiem  niezmiernie  częstym,  znacznie

częstszym,  niż  moglibyśmy  przypuszczać.  Niesłuszne  byłoby  jednak  uznawanie  wszystkich

takich  kontaktów  za  substytuty  intymności  interpersonalnej.  Niektóre  z  nich  mają  inne

funkcje. Na przykład mężczyzna drapiący się w swędzącą go nogę nie robi tego w zastępstwie

kogoś  innego.  W  czynności  tej  nie  ma  ukrytego  elementu  intymności.  Ważne  więc,  aby

przejawom  autointymności  nie  przypisywać  nadmiernej  wagi.  By  ocenić  to  zjawisko

właściwie,  najlepiej  zadać  sobie  najpierw  podstawowe  pytanie:  jak  i  kiedy  sami  dotykamy

własnych ciał?

Z myślą o tym pytaniu dokonałem analizy kilku tysięcy przykładów działań  ludzkich, w

których mamy do czynienia z autokontaktem. Pierwsza konstatacja, która wyłoniła się z tych

badań, mówiła o tym, że najważniejszym rejonem „otrzymującym” takie kontakty jest głowa,

a najważniejszym organem „udzielającym” ich jest ręka. Chociaż głowa jest tylko niewielkim

fragmentem  powierzchni  ciała  ludzkiego,  skupia  na  sobie  mniej  więcej  połowę  wszystkich

autokontaktów.

Dokładna  obserwacja  kontaktów  z  udziałem  głowy  doprowadziła  do  wyodrębnienia

sześciuset pięćdziesięciu różnych rodzajów czynności. Później – w zależności od tego, która

część ręki uczestniczy w kontakcie, w jaki sposób odbywa się kontakt oraz która część głowy

jest  jego  obiektem  –  udało  się  podzielić  czynności  kontaktowe  na  cztery  podstawowe

kategorie. (pierwsze trzy, jakkolwiek same w sobie  bardzo interesujące, nie obchodzą nas tu

bezpośrednio i zostaną opisane tylko w skrócie. Musimy je jednak uwzględnić, by podkreślić,

że  są  one  odrębne  i  nie  należy  ich  mylić  z  prawdziwymi  przejawami  autointymności).  Oto

owe cztery kategorie:

l.  Czynności  osłonowe.  Podnosimy  rękę  do  głowy,  aby  odciąć  lub  ograniczyć  to,  co  w

terminologii cybernetycznej określa się jako „wejście”. Człowiek, który chce mniej usłyszeć,

zatyka sobie uszy rękami. Człowiek, który chce mniej poczuć, zatyka sobie nos. Chroniąc się

przed  jaskrawym  światłem,  osłania  sobie  oczy,  a  gdy  nie  może  znieść  jakiegoś  widoku,

zasłania  je  sobie  całkowicie.  Podobnie  postępujemy,  aby  ograniczyć  „wyjście”,  kiedy

unosimy rękę, aby zakryć sobie usta i w ten sposób zamaskować wyraz twarzy.

background image

2. Czynności czyszczące. Podnosimy rękę do głowy, aby  się  podrapać,  potrzeć,  wytrzeć,

podłubać w nosie lub wykonać inną podobną czynność. Do tej samej kategorii należy szereg

innych czynności związanych z czesaniem się i dbaniem o włosy. Niektóre z nich istotnie są

wyrazem  dbałości  o  czystość  i  porządek  na  głowie,  ale  inne  to  działania  „nerwowe”,

wywołane  przez  napięcia  emocjonalne,  podobne  do  „czynności  przemieszczonych”,

opisywanych przez etologów u innych gatunków.

3.  Sygnały  wyspecjalizowane.  Podnosimy  rękę  do  głowy,  aby  wykonać  jakiś  ruch

symboliczny. Mówiąc „mam tego potąd”, człowiek wskazuje przy tym, że  jest symbolicznie

czymś wypełniony i nie może już przyjąć ani odrobiny więcej. Chłopak, który „gra komuś na

nosie”,  przykłada  do  nosa  kciuk,  a  pozostałymi  palcami  porusza  jak  wachlarzem.  Ten

obraźliwy  gest  ma  swoje  źródło  w  symbolicznym  naśladowaniu  grzebienia  walczącego

koguta,  przez  co  wyraża  też  zadziorność  i  bywa  określany  jako  robienie  komuś  koguta  na

nosie.  W  niektórych  krajach  obraźliwy  jest  też  inny  gest  z  kręgu  symboliki  zwierzęcej,

polegający  na  imitowaniu  pary  rogów  rękami  z  lekko  wygiętymi,  uniesionymi  palcami

wskazującymi, które przykłada się do skroni. Częstą formą samoobrazy jest przyłożenie sobie

do skroni palców i udawanie strzelania z pistoletu.

4.  Przejawy  autointymności.  Podnosimy  rękę  do  głowy,  aby  wykonać  jakąś  czynność

kopiującą  lub  imitującą  pewien  przejaw  intymności  interpersonalnej.  Ciekawe,  że  aż  cztery

piąte różnych kontaktów ręka-głowa należy do tej właśnie kategorii  auto intymności. Jak się

zdaje, dotykamy własnych głów najczęściej po to, aby uzyskać zadowolenie z nieświadomego

naśladowania różnych czynności, podczas których dotyka nas ktoś inny.

Najczęstszą  formą  jest  opieranie  głowy  na  ręce  z  jednoczesnym  oparciem  łokcia  na

jakiejś  powierzchni,  kiedy  przedramię  służy  jako  podpórka,  przejmując  na  siebie  ciężar

głowy.  Można  oczywiście  twierdzić,  że  wskazuje  to  po  prostu  na  zmęczenie  mięśni  szyi.

Jednak  dokładniejsze  obserwacje  dowodzą,  że  zazwyczaj  gest  ten  nie  daje  się  wytłumaczyć

zmęczeniem fizycznym.

W tym geście ręka jest czymś więcej niż tylko ręką. Gdy podpieramy ją łokciem, staje się

bardziej  stabilna  i  zaczyna,  jak  się  zdaje,  odgrywać  rolę  substytutu  barku  lub  piersi

wyimaginowanej osoby, która nas obejmuje. Spoczywające w czyichś objęciach dziecko lub

kochana osoba opiera twarz na ciele trzymającego i na skórze policzka wyczuwa jego łagodne

ciepło.  Gdy  nie  ma  przy  nas  nikogo,  kto  by  nas  tak  objął,  wtedy  opierając  twarz  na

podtrzymanej  przez  łokieć  ręce,  możemy  odtworzyć  to  uczucie  i  w  ten  sposób  dostarczyć

sobie pożądanego poczucia komfortu i intymności. Co więcej, ponieważ źródła tej czynności

są nieuświadomione, możemy to robić przy  innych  ludziach, nie obawiając się posądzenia o

infantylizm. Równie skuteczne byłoby ssanie kciuka w zastępstwie piersi, ale wówczas maska

byłaby zbyt przejrzysta i dlatego takiego zachowania raczej unikamy.

Innym często  wykonywanym  gestem  jest  przykładanie  ręki  do  głowy,  tak  jak  zrobiła  to

owa kobieta na peronie. Wówczas głowa nie opiera się całym ciężarem  i wydaje się, że taki

background image

gest  ma  raczej  związek  z  popieszczeniem  czy  też  dotknięciem  policzka  lub  włosów,  co  jest

tylko  uzupełnieniem  objęcia  jako  podstawowego  przejawu  intymności.  Tym  razem  ręka

funkcjonuje  jako  symboliczna  ręka  innej  osoby,  nie  zaś  jako  symboliczna  pierś  czy

symboliczny bark.

Wiele  uwagi  koncentrują  na  sobie  usta,  których  najczęściej  dotyka  się  palcami  lub

kciukiem,  nie  zaś  całą  ręką.  Podczas  kontaktów  z  ustami  palce  i  kciuk  występują  jako

substytuty  piersi  i  sutków  matki.  Jak  już  powiedziałem,  ssanie  palca  w  swojej  pierwotnej

postaci  należy  do  rzadkości,  ale  często  występują  jego  mniej  rzucające  się  w  oczy  wersje

zmodyfikowane.  Najprostszą  i  najczęstszą  z  nich  jest  wsuwanie  koniuszka  kciuka  między

wargi.  Chociaż  nie  polega  to  na  wkładaniu  do  ust  i  ssaniu  całego  kciuka,  stanowi  jednak

wystarczająco skuteczny kontakt. W podobnej funkcji bardzo często używa się koniuszka lub

jakiejś  części  palca  wskazującego,  który  może  dość  długo  tkwić  tak  między  wargami,

dostarczając  swemu  zatroskanemu  właścicielowi  pociechy  i  przywołując  w  jego  umyśle

nieokreślone i nieuświadomione echa z odległego okresu niemowlęctwa.

Nieco  bardziej  złożoną  formą  kontaktu  ustnego  jest  delikatne  pocieranie  palcem  czy

kciukiem o zewnętrzną stronę  warg,  co  jest odtworzeniem  ruchów,  jakie  wykonuje  dziecko,

przykładając buzię do piersi  matki. W  momentach silnego niepokoju pojawia się obgryzanie

paznokci.  Gdy  dojdzie  do  tego  agresja  spowodowana  frustracją,  obgryzanie  paznokci  może

stać  się  natręctwem,  prowadzącym  do  samookaleczenia,  w  wyniku  którego  z  paznokci

pozostają tylko resztki, a skóra bywa wygryziona do żywego.

Spośród  wielu  rozmaitych  kontaktów  typu  ręka-głowa  najbardziej  rozpowszechnione  są

te, które wymieniam niżej w porządku odpowiadającym częstotliwości  ich występowania: 1.

Podparcie szczęki dolnej. 2. Podparcie brody. 3. Złapanie się za włosy. 4. Podparcie policzka.

5. Dotknięcie ust. 6. Podparcie skroni. Wszystkie te gesty kontaktowe stosowane są zarówno

przez mężczyzn jak przez kobiety, ale w dwóch istnieje silna przewaga jednej z płci. Kobiety

łapią  się  za  włosy  trzy  razy  częściej  niż  mężczyźni,  a  podparcie  skroni  obserwuje  się

dwukrotnie częściej wśród mężczyzn niż wśród kobiet.

Przenosząc się na  mapie ciała w  dół,  znajdujemy  nowe  formy  autointymności.  Wszyscy

znamy z kronik filmowych sceny pokazujące skutki klęsk żywiołowych – trzęsienia ziemi czy

katastrofy w kopalni węgla. Przerażona kobieta nie dotyka wówczas po prostu ręką policzka –

w takich okolicznościach jest to gest niewystarczający. Siedząc przy ruinach swego domu lub

czekając  w  rozpaczy  u  wylotu  kopalnianego  szybu,  kobieta  obejmuje  się  rękami  i  pod

wpływem  silnych  emocji  kołysze  się  na  boki.  Jeśli  kobieta  nie  znajduje  pocieszenia  w

objęciach  innej,  dzielącej  z  nią  cierpienie,  sama  udziela  sobie  pocieszenia,  oplatając  się

rękami i kołysząc delikatnie w przód i w tył, jak robiłaby to matka z przerażonym dzieckiem.

Jest to przykład skrajny, ale wszyscy niemal codziennie robimy coś podobnego, krzyżując

ręce na  własnych  piersiach.  Sytuacja  nie  jest  wtedy  aż  tak  dramatyczna,  toteż  skrzyżowanie

rąk na piersi jest dużo bardziej umiarkowaną formą samo obejmowania się niż pełne oplatanie

background image

się  rękami  w  chwilach  niedoli.  Niemniej  jest  to  łagodny  i  częsty  przejaw  autointymności,

który daje nam dość dużo zadowolenia, gdy jesteśmy w postawie defensywnej. Rozmawiając

w  grupie  niezbyt  nam  znanych  osób,  na  przykład  na  przyjęciu  czy  podczas  jakiegoś  innego

spotkania  towarzyskiego,  gdy  jedna  z  tych  osób  zbliża  się  do  nas  na  „niewygodną”  dla  nas

odległość, czujemy  się nieco lepiej, unosząc ręce  i krzyżując  je  na  piersi.  Zazwyczaj  prawie

nie zdajemy sobie sprawy, że wykonujemy taki gest albo że ma on coś wspólnego z tym, co

się  wokół  nas  dzieje,  ale  ze  względu  na  swoje  skutki  gest  ten  stał  się  nie  uświadomionym

sygnałem towarzyskim. Na przykład mężczyzna, który chce zagrodzić wejście intruzom, staje

przed  drzwiami  i  krzyżuje  ręce  na  piersiach,  mówiąc:  „Nikt  nie  wejdzie  do  środka”.

Skrzyżowanie rąk, sprawiając satysfakcję wykonującemu, jest zarazem ostrzeżeniem dla tych,

którzy  stoją  przed  nim.  W  rzeczywistości  jest  to  sygnał,  że  wykonujący  ten  gest  człowiek

wyklucza  ich  ze  swoich  objęć,  bo  czuje  się  wystarczająco  pokrzepiony,  obejmując  samego

siebie.

Innym  przejawem  intymności,  któremu  się  codziennie  oddajemy,  jest  coś,  co  można

opisać  jako  „trzymanie  się  za  ręce  z  samym  sobą”.  Jedna  ręka  funkcjonuje  wówczas  jako

nasza  własna,  druga  zaś,  która  jej  dotyka  lub  ją  chwyta  –  jako  ręka  jakiegoś

wyimaginowanego partnera. W zależności od natężenia emocji robimy to na kilka sposobów.

Gdy na przykład jesteśmy w nastroju szczególnie sprzyjającym silnemu trzymaniu się za ręce

z kimś rzeczywiście istniejącym, często splatamy z tą osobą ręce palcami, przez co interakcja

staje się bardziej wiążąca  i bardziej złożona. Z braku partnera  możemy odtworzyć wrażenie,

splatając palce  lewej  ręki  z  palcami  prawej.  W  chwilach  napięć  robimy  to  niekiedy  i  z  taką

siłą, że powstają na rękach widoczne białe plamy.

Równie  silnie  możemy  oddziaływać  na  niższe  partie  ciała,  siadając  tak,  że  jedną  nogą

ciasno  oplatamy  drugą.  Zakładanie  nogi  na  nogę  także  dostarcza  nam  sporo  zadowolenia,

gdyż występuje wtedy silny nacisk jednej części ciała na inną, co, jak się wydaje, dodaje nam

pewności  siebie,  przypominając  tamten  kojący  uścisk,  gdy  nasze  nogi  tkwiły  w  objęciach

naszych rodziców.

W  czasach  wiktoriańskich  damom,  zgodnie  z  obowiązującą  wówczas  etykietą,  w

miejscach  publicznych  i  sytuacjach  towarzyskich  nie  wolno  było  zakładać  nogi  na  nogę.

Mężczyźni cieszyli się większą swobodą w tym względzie, ale i im nie wypadało obejmować

sobie  kolan  czy  stóp.  Obecnie  nie  obowiązują  takie  ograniczenia,  a  wyrywkowe  obliczenia

dotyczące  zakładania  nogi  na  nogę  wykazują,  że  w  53  procentach  robią  to  kobiety,  a  w  47

procentach mężczyźni, z czego wynika, że zróżnicowanie pod względem płci  nie przetrwało

próby czasu. Istnieją tu jednak dwa elementy wyraźnie zależne od płci. Umieszczenie kostki

jednej  nogi  na  kolanie  lub  na  udzie  drugiej  jest  zachowaniem  prawie  wyłącznie  męskim,

może dlatego, że u kobiet oznaczałoby to  nadmierną  ekspozycję  okolic  krocza.  Ciekawe,  że

odnosi się to również do kobiet, które mają na sobie spodnie, co może oznaczać, że kobieta w

spodniach  czuje  się  tak,  jakby  miała  na  sobie  spódniczkę.  Drugim  elementem,  który  różni

background image

kobiety  i  mężczyzn,  jest  pozycja  stóp.  Po  założeniu  nogi  na  nogę  stopa  nogi  „górnej”

utrzymuje kontakt z nogą „dolną” prawie wyłącznie u kobiet.  (Nie  dotyczy  to  skrzyżowania

nóg  na  poziomie  kostek,  w  którym  stopy  muszą  się  ze  sobą  stykać  z  natury  rzeczy,  a  które

występuje niezależnie od płci.)

Bardziej  intymnym  kontaktem  z  nogami  jest  ich  obejmowanie.  Najbardziej  intensywną

formą  jest  takie  uniesienie  ud,  że  dotyka  się  nimi  do  pochylonej  jednocześnie  klatki

piersiowej. Nacisk jest jeszcze większy, gdy pozycji tej towarzyszy uchwycenie się rękami za

kolana lub podudzia. Możemy także pochylić głowę do kolan, a na nich oprzeć podbródek lub

policzek.  Wówczas  podkurczone  nogi  służą  jako  substytut  tułowia  wyimaginowanego

partnera, przy czym kolana występują w roli klatki piersiowej lub barków. Jest to zachowanie

właściwe głównie kobietom. Wyrywkowe obserwacje wykazują, że pozycję taką przyjmują w

95 procentach kobiety, a jedynie w 5 procentach mężczyźni.

Innym  typowo  kobiecym  gestem  jest  chwytanie  się  ręką  za  udo,  bowiem  analiza  dużej

liczby przykładów wykazała, że kontakt tego typu w 91 procentach występuje wśród kobiet i

tylko  w  9  procentach  wśród  mężczyzn.  Jak  się  wydaje,  gest  ten  ma  w  sobie  element

erotyczny, polegający na tym, że ręka kobiety bierze na siebie rolę ręki męskiej umieszczonej

na  udzie  kobiety,  co  jest  typowym  dla  zalecających  się  mężczyzn  sposobem  poszukiwania

kontaktu seksualnego z kobietą.

W  dotychczas  omawianych  przejawach  autointymności  aktywnymi  częściami  ciała  były

prawie  zawsze  ręce  i  ramiona,  a  niekiedy  nogi,  ale  istnieją  też  inne  możliwości.  Czasami

celowo pochyla się głowę, opierając ją lub przyciskając do ramienia, przy czym w kontakcie

uczestniczy  policzek,  podbródek  lub  broda.  W  tym  geście  ramię  występuje  w  roli

symbolicznej  klatki  piersiowej  lub  barku  wyimaginowanego  partnera.  Kolejny  przykład  to

język,  którym  można  pieścić  wargi  lub  jakąś  inną  część  ciała,  a  niektóre  kobiety  potrafią

nawet dotykać nim własnych brodawek sutkowych.

Do  omówienia  pozostał  jeszcze  jeden  ważny  rodzaj  auto  intymności,  a  jest  nim

stymulacja  autoerotyczna  nazywana  zwykle  masturbacją.  Samo  określenie,  jak  się  zdaje,

pochodzi  od  wyrazu  manustupare  –  „plugawić  za  pomocą  ręki”,  co  odzwierciedla  fakt,  że

najczęściej spotykana metoda autostymulacji seksualnej polega na kontakcie ręka-genitalia. U

mężczyzn  oznacza  to  zazwyczaj  uchwycenie  dłonią  członka  i  rytmiczne  poruszanie  ręką  w

górę i w dół. Ręka odgrywa wtedy jednocześnie dwie role symboliczne. Ruchy w górę i w dół

wzdłuż  członka  naśladują  ruchy  kopulacyjne  samego  mężczyzny,  natomiast  obejmująca

członek dłoń służy jako pseudopochwa. Odpowiednia czynność u kobiet polega na pocieraniu

łechtaczki  palcami.  Palce  funkcjonują  tu  jako  substytuty  rytmicznego  nacisku  wywieranego

pośrednio  na  łechtaczkę  dzięki  rytmicznym  ruchom  kopulacyjnym  mężczyzny.  Inne  metody

stosowane przez kobiety polegają na pocieraniu warg sromowych lub rytmicznym wsuwaniu

palców  do  pochwy,  kiedy  to  palce  służą  za  substytuty  męskiego  członka.  Jeszcze  inną

background image

techniką jest pocieranie ud, podczas którego uda przyciskają się do siebie, czemu towarzyszy

napinanie i rozluźnianie wewnętrznych mięśni i rytmiczny nacisk na ściśnięte genitalia.

Badania  prowadzone  w  połowie  bieżącego  stulecia  wykazały,  że  masturbacja  jest

niezmiernie  częstą  formą  autointymności  i  że  znakomita  większość  ludzi  oddaje  się  jej  w

jakimś  okresie  życia.  Chociaż  zjawisko  to  zawsze  stanowiło  tylko  zaledwie  nieszkodliwy

substytut  interpersonalnego  aktu  płciowego,  społeczeństwo  odnosiło  się  do  niego  różnie  w

różnych  okresach  historii.  Jak  się  zdaje,  masturbacja  była  powszechnie  praktykowana  przez

plemiona  pierwotne,  ale  zazwyczaj  traktowano  ją  wówczas  jako  coś  humorystycznego  i

wskazującego na nieudolność w normalnym współżyciu.

Zupełnie  inny  i znacznie  mniej zdrowy pogląd panował  w  dawnych  wiekach  w  naszych

kulturach,  kiedy  podejmowano  poważne  wysiłki,  aby  całkowicie  stłumić  u  ludzi  te

skłonności.  W  osiemnastym  wieku  masturbacja  została  potępiona  jako  „ohydny  grzech

samoplugawienia  się”.  W  dziewiętnastym  wieku  stała  się  „potwornym  i  wyniszczającym

nałogiem  samogwałtu”,  a  w  czasach  wiktoriańskich  młodym  damom  nie  wolno  było  się

podmywać,  gdyż  wymagało  to  pocierania  genitaliów,  co,  wykonywane  regularnie,  mogłoby

„wywołać nieczyste myśli”. Grzeszny bidet francuski nie został wpuszczony na teren Anglii.

W  pierwszych  latach  dwudziestego  wieku  masturbacja  przestała  budzić  grozę,  otrzymując

tylko miano „brzydkiego nałogu”, ale autorytety religijne były poważnie zaniepokojone tym,

że mógł on dostarczać onaniście satysfakcji zmysłowej. Dopuszczano jednak, że „wydzielanie

nasienia  dla  celów  medycznych  może  być  zgodne  z  prawem,  jeśli  tylko  następuje  bez

uzyskania  przyjemności”.  Pod  koniec  pierwszej  połowy  dwudziestego  wieku  stosunek  do

masturbacji uległ radykalnej zmianie  i wreszcie zdecydowanie oznajmiono, że  jest to  „rzecz

normalna  i  nieszkodliwa  dla  osób  w  każdym  wieku”.  W  ubiegłym  dwudziestoleciu

kultywowano to nowe podejście, aż wreszcie w roku 1971 poważny magazyn dla kobiet mógł

sobie  pozwolić  na  umieszczenie  w  dziale  porad  następującej  opinii,  która  zdumiałaby

czytelników  epoki  wiktoriańskiej:  „Masturbacja...  jest  praktyką  rozsądną,  normalną  i

zdrową... ćwiczysz swoje ciało, aby stało się wspaniałym instrumentem miłości. Onanizuj się,

ile dusza zapragnie”.

Dzisiejszy  młodociany, który przy  braku  możliwości  normalnego  współżycia  ma  ochotę

uwolnić  się  od  napięcia,  stosując  tę  formę  autointymności  seksualnej,  jest  w  szczęśliwym

położeniu.  Młodocianemu  żyjącemu  w  dawniejszych  czasach  nie  tylko  nie  pozwalano

swobodnie  oddawać  się  tej  czynności,  ale  za  jej  uprawianie  surowo  go  karano.  W  ostatnich

dwóch  stuleciach  stosowano  cały  szereg  niekiedy  zupełnie  dla  nas  niewiarygodnych

surowych  ograniczeń.  Młodemu  złoczyńcy  zakładano  na  przykład  srebrną  obrączkę  na

specjalnie  przekłuty  w  tym  celu  napletek.  Inną  możliwością  było  założenie  na  członek

kolczastej  opaski,  która  kłuła,  gdy  tylko  zaczął  on  ulegać  wzwodowi.  Zalecanym

„lekarstwem” bywało smarowanie członka czerwoną maścią rtęciową, dzięki czemu pokrywał

się  on  pęcherzami.  Dojrzewające  dzieci  płci  obojga  zmuszano  niekiedy  do  spania  z  rękami

background image

związanymi  lub przywiązanymi do łóżka,  aby  zapobiec  nocnym  „zabawom  z  samym  sobą”.

Czasami  nakładano  im  też  uwspółcześnione  wersje  pasów  cnoty.  Młode  niewiasty  musiały

znosić okaleczenia łechtaczki spowodowane jej przypalaniem albo całkowitym chirurgicznym

usunięciem, młodzieńcom zaś niektóre autorytety medyczne zalecały obrzezanie  jako środek

na wyzwolenie się ze „złowrogiego nałogu” autostymulacji.

Na  szczęście,  z  jednym  wyjątkiem,  jakim  jest  obrzezanie,  żaden  z  tych  bolesnych  i

niebezpiecznych  zwyczajów  nie  jest  dziś  powszechnie  praktykowany.  Jak  się  wydaje,

staroświecka  dążność  społeczeństwa  do  okaleczania  swojego  dorastającego  potomstwa

została  wreszcie  poskromiona.  Pamiętając  o  tym,  warto  teraz  zrobić  małą  dygresję  i

zastanowić się, dlaczego ta ogólna zmiana nie obejmuje stosunku do owego dziwnego rytuału

obrzezania. Obecnie nie uzasadnia się go już potrzebą przeciwdziałania masturbacji. Napletek

noworodka płci  męskiej usuwa się z przyczyn  „religijnych,  medycznych  lub  higienicznych”.

Częstotliwość  tego  zabiegu  jest  różna  w  różnych  krajach.  Panuje  opinia,  że  w  Wielkiej

Brytanii zabieg ten wykonuje się u mniej niż połowy noworodków płci męskiej, natomiast w

Stanach Zjednoczonych wedle niektórych źródeł liczba ta sięga aż 85 procent.

Medycznym uzasadnieniem usunięcia napletka jest opinia, że w ten sposób zapobiega się

pewnym  (niezmiernie  rzadkim)  chorobom.  Zdarzają  się  one  jednak  tylko  wtedy,  gdy  nie

pozbawiony  napletka  człowiek  zaniedbuje  utrzymywanie  członka  w  czystości  przez  proste

ściągnięcie  napletka  i  umycie  żołędzi.  Gdy  robi  się  to  regularnie,  według  autorytetów

medycznych  zagrożenie  schorzeniem  jest  identyczne  u  osób  obrzezanych  i  nieobrzezanych.

Ponieważ  w  większości  obrzezanie  nie  jest  wykonywane  z  przyczyn  religijnych  i  nie

uzasadniają go dostatecznie względy medyczne, prawdziwa przyczyna tych tysięcy okaleczeń

organu płciowego wykonywanych każdego roku na męskich noworodkach pozostaje zagadką.

Określony ostatnio przez jednego z lekarzy amerykańskich jako „gwałt na męskim członku”,

zabieg  ten  wydaje  się  przeżytkiem  po  dawno  minionych  kulturach.  Od  najdawniejszych

czasów był on powszechnie wykonywany wśród plemion afrykańskich i został przejęty przez

starożytny  Egipt,  gdzie  kapłani-lekarze  dbali  o  to,  by  żaden  szanujący  się  osobnik  płci

męskiej  nie  zachował  swojego  napletka.  Z  powodu  stygmatu  społecznego  związanego  z

nieobrzezaniem  napletka Żydzi przejęli ten rytuał od  Egipcjan  i  uczynili  go  jeszcze  bardziej

obowiązującym  dla  wszystkich  męskich  wyznawców  swojej  religii.  Gdy  zaczął  on

obowiązywać  jako  „prawo”  społeczne  i  religijne,  zapomniano,  na  czym  polegało  jego

pierwotne znaczenie, i obecnie niełatwo dotrzeć do jego właściwych źródeł. Nawet u plemion

afrykańskich, gdzie stanowi on część skomplikowanego ceremoniału inicjacyjnego, mówi się

o  nim  zwykle  po  prostu  jako  o  „obyczaju”,  ale  współcześni  badacze  proponują  tu  szereg

różnych wyjaśnień.

Jedna  z  tych  koncepcji  głosi,  że  napletek  męski  był  uważany  za  atrybut  kobiecości,

zapewne  dlatego,  że  zakrywał  żołądź  organu  męskiego,  podobnie  jak  wargi  sromowe

zakrywają  żeński  otwór  rodny.  Zgodnie  z  tym  sposobem  myślenia  łechtaczkę  uznawano  za

background image

organ  męski,  gdy  więc  chłopcy  i  dziewczyny  osiągali  wiek  dojrzałości  płciowej,  mogli

osiągnąć  wyższy  stopień  wierności  idealnemu  obrazowi  swojej  płci  przez  usunięcie

niestosownych  atrybutów  płci  przeciwnej.  Innym  proponowanym  wyjaśnieniem  było  to,  że

zrzucenie  napletka  ma  być  symboliczną  imitacją  zrzucenia  skóry  przez  węża,  co,  jak

powszechnie  sądzono,  miało  czynić  węża  nieśmiertelnym,  ponieważ  po  każdym  zrzuceniu

skóry  pojawiał  się  on  w  nowym  blasku.  Symboliczne  równanie  było  tu  dość  proste:  wąż  =

fallus, skóra węża = napletek.

Istnieje  jeszcze  wiele  pomysłowych  wyjaśnień,  ale  gdy  na  zjawisko  okaleczenia

płciowego  patrzy  się  jako  na  całość,  wszystkie  one  wydają  się  nieprzekonujące.  Wcześniej

czy później, w takiej czy innej postaci zwyczaj ten zagościł niemal w każdym zakątku globu

w  tysiącach  różnych  kultur.  Nie  zawsze  polegał  on  na  zwykłym  usunięciu  napletka  czy

łechtaczki.  Niekiedy  usuwano  większy  fragment  lub  też  okaleczenie  polegało  raczej  na

nacięciu  czy  rozcięciu  niż  na  usunięciu.  W  niektórych  plemionach  dziewczynkę  lub  kobietę

odzierano nie tylko z łechtaczki, ale i z warg sromowych, a w innych chłopca lub mężczyznę

w  bolesny  sposób  pozbawiano  całej  skóry  pokrywającej  podbrzusze,  okolice  miednicy,

krocze i wewnętrzną powierzchnię  nóg, albo też poddawano go ciężkiemu doświadczeniu w

postaci  rozcięcia  członka  na  pół  na  całej  jego  długości.  Jedynym  wspólnym  czynnikiem

wydaje  się  to,  że  dorośli  dopuszczali  się  mechanicznego  uszkadzania  genitaliów  swojego

potomstwa.

Dlaczego ten przejaw agresji dorosłych w postaci obrzezania przetrwał do dziś? Kwestia

ta  wymaga  dokładniejszego  zbadania  przez  współczesną  medycynę.  Od  ubiegłego  wieku,

kiedy  to  podejmowano  drastyczne  środki  przeciw  masturbacji,  młode  kobiety  nie  były  już

poddawane takim doświadczeniom, zapewne dlatego, że inaczej  niż u chłopców, nie  istniały

żadne  względy  higieniczne,  które  mogłyby  uzasadniać  usuwanie  jakichkolwiek  fragmentów

kobiecych  narządów płciowych. Gdyby uznano, że łechtaczka  jest czymś  niehigienicznym,  i

w ten sposób znaleziono medyczne uzasadnienie dla jej usuwania, kobieta zostałaby w dużej

mierze  pozbawiona  możliwości  reagowania  na  bodźce  seksualne.  Natomiast  wykonane

ostatnio dokładne badania wykazały, że w wyniku usunięcia napletka prącie niewiele lub nic

nie  traci  ze  swojej  wrażliwości  i  dlatego  mężczyźni  okaleczeni  w  ten  sposób  przez

współczesnych następców dawnych znachorów nie doświadczają przynajmniej ubytku swojej

sprawności  seksualnej.  Te  same  współczesne  badania  wykazują  naturalnie  kompletną

bałamutność  dawnych  argumentów  na  rzecz  zapobiegania  masturbacji  za  pomocą

chirurgicznego  usuwania  napletka.  Okaleczony  czy  nie  okaleczony,  mężczyzna  potrafi  bez

przeszkód osiągnąć zadowolenie seksualne dzięki samotnemu oddawaniu się autointymności

seksualnej.

Sumując,  można  by  więc  powiedzieć,  że  chociaż  w  społecznościach  „cywilizowanych”

zaniechano  pradawnych  zabiegów  na  członku,  obrzezanie  przetrwało  w  tak  szerokim

background image

zakresie,  gdyż  jest  to  jedyny  zabieg,  który  nie  upośledza  aktywności  seksualnej  i  który

uzyskał jednocześnie szacowną przykrywkę w postaci uzasadnienia medycznego.

Wracając  do  samej  masturbacji,  pozostaje  jeszcze  kwestia,  czy  w  atmosferze  świeżo

zdobytej  swobody,  w  której  pod  koniec  dwudziestego  wieku  odbywać  się  mogą  praktyki

samostymulacyjne, istnieją jeszcze jakieś czyhające na nas niebezpieczeństwa? Jeśli artykuły

w popularnych magazynach radzą nam: „onanizuj się, ile dusza zapragnie”, to może wahadło

wychyliło  się  zbyt  daleko?  Jasne,  że  dawniejsze  absurdy  na  temat  masturbacji,  które

wyrządziły  tyle  szkód,  należało  odrzucić,  co  właśnie  bardzo  skutecznie  uczyniono.  Może

jednak,  pozbywszy  się  nonsensownych  poglądów,  poszliśmy  zbyt  daleko  w  przeciwnym

kierunku.  Przecież  mimo  wszystko  masturbacja,  podobnie  jak  inne  substytuty  aktywności

społeczno-towarzyskiej, omawiane w poprzednich rozdziałach, jest mniej wartościową formą

intymności.  Wszystko,  co  robi  się  samemu,  a  co  jest  namiastką  czegoś,  co  robi  się  z  inną

osobą, musi być z konieczności gorsze niż autentyczny akt intymności cielesnej, a zasada ta

odnosi  się  zarówno  do  masturbacji  jak  do  każdej  innej  formy  autointymności.  Gdy  nie  ma

szans  na  nic  lepszego,  wtedy  rzecz  jasna  nie  istnieje  żaden  rzeczowy  argument  przeciwko

takim  czynnościom  zastępczym.  Przypuśćmy  jednak,  że  jest  nadzieja  na  coś  lepszego  w

bliskiej przyszłości, czy nie powstaje wtedy niebezpieczeństwo obsesyjnego przywiązania się

do mniej wartościowych aktów zastępczych, które potem utrudniają przejście do właściwego

współżycia?

We  współczesnym  poradnictwie  dla  onanizujących  się  kobiet  podkreśla  się,  że  każda

kobieta  powinna  wypracować  sobie  własny  styl  masturbacji  i  że  należy  zarezerwować  kilka

godzin w tygodniu na wypróbowanie nowego wzorca reagowania. Informuje się ją, że gdy już

tak  wytrenuje  własne  ciało,  będzie  mogła  wskazywać  mężczyźnie  pozycje  dostarczające  jej

maksymalnych  doznań  podczas  stosunków.  Takie  podejście  jest  przynajmniej  uczciwe:

kobieta  wypracowuje  sobie  i  ustala  zadowalający  ją  wzorzec,  a  potem  już  od  mężczyzny

zależy, czy będzie ją w stanie odpowiednio obsłużyć. Tak wytrenowane ciało kobiety ma się

stać  „wspaniałym  instrumentem  miłości”.  Być  może,  jest  to  znakomite  jako  system

dostarczający samotnej czy sfrustrowanej kobiecie wielkich satysfakcji seksualnych, ale jako

sposób  na  wzbogacanie  uczuć  miłosnych  pozostawia  chyba  coś  niecoś  do  życzenia.

Całkowicie  pomija  się  tu  fakt,  że  akt  płciowy  u  ludzi  jest  czymś  więcej  niż  świadczeniem

sobie  usług  seksualnych.  Traktowanie  intensywnych  i  wzajemnych  przejawów  intymności

cielesnej  według  ustalonych  wcześniej  wzorców  opartych  na  schemacie  zapotrzebowanie-

zaspokojenie  jest  stawianiem  sprawy  na  głowie.  Nie  jest  to  wcale  lepsze  od  sytuacji,  gdy

męską aktywność traktuje się  jako substytut masturbacji –  zamiast  odwrotnie.  Podobnie  gdy

mężczyzna  ulegnie  obsesji  na  punkcie  jakiegoś  szczególnego  rodzaju  masturbacji  ręcznej,

może  zacząć  traktować  kobiecą  pochwę  jako  substytut  własnej  ręki  –  zamiast  odwrotnie.

Takie  podejście  do  aktu  płciowego  oznacza  zredukowanie  partnera  do  roli  urządzenia

pobudzającego,  zamiast  traktować  go  jako  kochającą,  pełnowartościową  istotę  w  intymnym

background image

związku. Zbytnie akcentowanie znaczenia zaawansowanych technik masturbacyjnych nie jest

więc chyba czymś tak zupełnie niewinnym, jak pragnie to nam wmówić współczesny „nowy

liberalizm”.

Co powiedziawszy, muszę jednak z całym naciskiem podkreślić, że takie ostrzeżenie  nie

może  być  traktowane  jako  pretekst  do  ponownego  wprowadzenia  dawnych  ograniczeń,  u

podłoża  których  leżało  poczucie  winy  i  które  zakazywały  praktykowania  autointymności.

Jeśli nawet wahadło wychyliło się nieco zbyt daleko, znajdujemy się w dużo lepszej  sytuacji

niż  nasi  niedawni  przodkowie  i  powinniśmy  być  wdzięczni  dwudziestowiecznym

reformatorom w dziedzinie seksualizmu, dzięki którym stało się to możliwe. Prawdopodobnie

groźba obsesji  na punkcie  autointymności  nie  będzie  zbyt  poważna.  Gdy  dwoje  ludzi  kocha

się  naprawdę,  intensywność  uczuciowa  ich  związku  zdoła  zapewne  odsunąć  na  margines

wszystkie dotychczasowe wzorce samotnego zaspokajania własnych potrzeb i umożliwi coraz

większy  i  nieskrępowany  wzrost  wzajemnych  interakcji  seksualnych.  Jeśli  ich  związek  jest

zbyt  słaby  i  stanie  się  inaczej,  to  przynajmniej  będą  mogli  cieszyć  się  wzajemną  wymianą

finezyjnych  przejawów  stymulacji  erotycznej.  Jest  to  dużo  lepsze  niż  sytuacja  z  czasów

wiktoriańskich,  kiedy  małżonkowie  uważali,  że  muszą  jak  najszybciej  „spełnić  ten  przykry

obowiązek”, zanim błogo zapadną w sen.

background image

9. POWRÓT DO INTYMNOŚCI

Rodząc się, wchodzimy w intymny i ścisły związek, jakim jest kontakt cielesny z matką.

Rosnąc, stykamy się ze światem i dokonujemy eksploracji, ale od czasu do czasu wracamy w

matczyne objęcia w poszukiwaniu schronienia i bezpieczeństwa. Wreszcie wyrywamy  się na

wolność  i  stajemy  samotnie  przed  światem  ludzi  dorosłych.  Wkrótce  zaczynamy  szukać

nowej  więzi  i  znów  wracamy  do  stanu  intymności  z  ukochaną  osobą,  która  zostaje  naszym

towarzyszem życia. Znów mamy bezpieczną bazę, z której dokonujemy naszych eksploracji.

Gdy w którymś stadium tej sekwencji  nasze  intymne  związki  nas  zawodzą,  presje  życia

stają  się  trudne  do  zniesienia.  Rozwiązujemy  ten  problem,  poszukując  substytutów

intymności. Oddajemy się działalności społecznej i towarzyskiej, która dostarcza brakujących

nam odpowiednich kontaktów cielesnych, albo uciekamy się do zwierzątka domowego, które

zastępuje nam człowieka jako partnera. Wakującą pozycję intymnego towarzysza zajmują też

czasem  przedmioty  nieożywione,  a  czasem,  w  sytuacjach  ekstremalnych,  sięgamy  do

intymności z własnym ciałem – wtedy pieścimy i obejmujemy samych siebie,  jakbyśmy  byli

dwojgiem ludzi.

Te  różne  możliwości  prawdziwej  intymności  można  oczywiście  traktować  jako  miłe

dodatki do naszych doświadczeń w dziedzinie dotyku, ale dla wielu osób stają się one niestety

niezbędnymi  elementami  zastępczymi.  Rozwiązanie  jest  tu  dość  oczywiste.  Jeśli  typowy

dorosły  człowiek  tak  bardzo  potrzebuje  intymnych  kontaktów,  musi  się  odsłonić  i  otworzyć

na  przyjazne  gesty  ze  strony  innych  ludzi.  Nie  może  żyć  według  zasady:  „Zajmuj  się  tylko

sobą, trzymaj się na odległość, nie dotykaj, nie folguj sobie i nigdy nie okazuj swoich uczuć”.

Przeciw  tej  prostej  prawdzie  silnie  działa  niestety  kilka  czynników.  Najważniejszym  z  nich

jest nienaturalnie rozrośnięte i przeludnione społeczeństwo, w którym człowiek żyje. Jest on

otoczony przez ludzi obcych i prawie obcych, którym nie może ufać, a jest ich taka masa, że

jest on w stanie nawiązać więzi emocjonalne jedynie z niewielkim ich ułamkiem. W stosunku

do  pozostałych  swoje  przejawy  intymności  musi  ograniczyć  do  minimum.  Ich  bliskość

fizyczna  podczas  wykonywania  codziennych  zajęć  wymaga  nienaturalnego  wprost  stopnia

background image

powściągliwości.  Gdy  człowiek  posiądzie  tę  umiejętność,  cała  jego  sfera  intymności  będzie

podlegać coraz większym zahamowaniom, nawet w stosunku do osób bliskich.

Żyjącemu  w  takich  warunkach  oddalenia  cielesnego  i  braku  intymności  współczesnemu

mieszkańcowi  miasta  grozi,  że  będzie  złym  ojcem  czy  złą  matką.  Powściągając  swoje

kontakty z własnymi dziećmi w okresie kilku pierwszych lat ich życia, może on uniemożliwić

im  późniejsze  tworzenie  silnych  więzi.  Gdy  rodzice,  próbując  usprawiedliwić  swoje

powściągliwe  zachowanie,  zdołają  znaleźć  jakieś  oficjalne  uzasadnienie,  pomaga  im  ono

oczywiście  uspokoić  własne  sumienie.  Takie  uzasadnienia  niestety  czasem  się  znajdują,  co

zgubnie wpływa na rozwój stosunków między członkami rodziny.

Na specjalną wzmiankę zasługuje pewna skrajna postawa  w tym  względzie,  mianowicie

watsonowska metoda wychowywania dzieci. Nazwana tak od nazwiska swojego krzewiciela,

znanego  psychologa  amerykańskiego,  miała  ona  wielu  zwolenników  na  początku  naszego

wieku.  Aby  w  pełni  zrozumieć  charakter  poglądów  Watsona,  warto  przytoczyć  obszerny

fragment jego porad dla rodziców. Oto co, między innymi, miał on do powiedzenia:

„Gdy matki całują swoje dzieci, podnoszą je i kołyszą, pieszczą i podrzucają na kolanach,

to  po  prostu  nie  wiedzą,  że  tak  oto  powoli  tworzą  istotę  ludzką  całkowicie  niezdolną  do

zmagania  się  ze  światem,  w  którym  później  będzie  musiała  żyć...  Istnieje  rozsądna  metoda

traktowania  dzieci.  Traktuj  je  jak  młodych  dorosłych...  Nigdy  ich  nie  obejmuj  i  nie  całuj,

nigdy  nie pozwalaj  im  siadać ci  na kolanach. Jeśli już  musisz, pocałuj  je raz na  dobranoc  w

czoło...  Czy  w  całym  swoim  postępowaniu  z  dzieckiem  matka  nie  potrafi  się  nauczyć

zastępować  pocałunku  i  uścisku,  brania  na  ręce  i  pieszczot  dobrym  słowem  i  uśmiechem?..

Jeśli  nie  masz  piastunki  i  nie  możesz  pozostawić  dziecka  samego,  połóż  je  w  ogródku  za

domem,  niech  tam  spędzi  większą  część  dnia.  Stwórz  dziecku  bezpieczną  przestrzeń,  aby

mieć pewność, że nie stanie  mu się  nic złego. Postępuj tak od chwili  narodzin dziecka. Jeśli

masz zbyt czułe serce i nie potrafisz się powstrzymać od obserwowania dziecka, zainstaluj w

drzwiach  judasza  albo  jakiś  peryskop,  żebyś  mogła  patrzeć  na  dziecko,  nie  będąc  przez  nie

widziana. Na koniec – naucz się mówić bez zdrobnień i wyrażeń pieszczotliwych”. Ponieważ

opis ten dotyczy traktowania  dziecka  tak  jak  osoby  dorosłej,  wynika  z  niego  oczywiście,  że

typowi  dorośli,  wychowywani  metodą  watsonowską,  nigdy  się  nie  całują  i  nie  obejmują,  a

przez całe życie oglądają się nawzajem tylko przez metaforyczne  judasze. Oczywiście  na co

dzień  to  właśnie  jesteśmy  zmuszeni  robić  w  stosunku  do  otaczających  nas  obcych,  ale

zalecanie  czegoś  takiego  jako  prawidłowego  postępowania  rodziców  wobec  dzieci  można

łagodnie określić jako osobliwość.

Watsonowskie  podejście  do  wychowywania  dzieci  opierało  się  na  poglądzie

behawiorystycznym, który głosił, że w człowieku, by znów posłużyć się cytatem, „nie istnieją

żadne instynkty. We wczesnym wieku wbudowujemy w siebie wszystko to, co ma się później

pojawić...  nie  istnieje  wewnątrz  nas  nic,  co  się  potem  może  rozwinąć”.  Wynikało  z  tego,  iż

aby  mógł  powstać  zdyscyplinowany  dorosły,  należy  zaczynać  od  zdyscyplinowania

background image

noworodka.  Opóźnienie  tego  procesu  mogłoby  spowodować  powstanie  „złych  nawyków”,

które byłyby potem trudne do wyplenienia.

Postawa  ta,  oparta  na  z  gruntu  fałszywej  interpretacji  naturalnego  rozwoju  zachowań

człowieka  w  wieku  niemowlęcym  i  dziecięcym,  byłaby  po  prostu  groteskową  ciekawostką

historyczną,  gdyby  nie  to,  że  jeszcze  dziś  można  się  z  nią  sporadycznie  zetknąć.  Ponieważ

doktryna  ta  wciąż  jeszcze  pokutuje,  należy  przyjrzeć  się  jej  nieco  dokładniej.  Swoje

uporczywe  trwanie  zawdzięcza  ona  głównie  temu,  że  jest  metodą,  która  w  pewien  sposób

sama siebie uwiecznia. Gdy tak nienaturalnie traktuje się małe dziecko, zaczyna ono czuć się

z  gruntu  niepewnie.  Jego  wielkie  zapotrzebowanie  na  intymność  cielesną  przyprawia  je  o

nieustanną  frustrację  i  ciągłe  sankcje.  Płacz  pozostaje  nie  zauważony.  Nie  mając  innego

wyjścia,  dziecko  uczy  się  jednak  i  przystosowuje.  Przyucza  się,  a  przy  tym  rośnie.  Jedyny

szkopuł  polega  na  tym,  że  w  całym  swoim  przyszłym  życiu  człowiek  ten  będzie  miał

trudności  z  zaufaniem  komukolwiek.  Ponieważ  jego  popęd  do  kochania  i  bycia  kochanym

został  w  tak  wczesnej  fazie  zablokowany,  mechanizm  kochania  pozostanie  na  zawsze

uszkodzony.  Ponieważ  jego  związek  z  rodzicami  miał  charakter  transakcji,  wszystkie  jego

późniejsze  zaangażowania  osobiste  będą  się  rozwijały  w  ten  sam  sposób.  Nie  będzie  mógł

nawet skorzystać z możliwości zachowywania się jak nieczuły automat, ponieważ wewnątrz

wciąż  będzie  odczuwał  wzbierającą  w  nim  podstawową  potrzebę  biologiczną  –  potrzebę

kochania,  ale  nie  będzie  w  stanie  znaleźć  drogi  jej  ujścia.  Jak  uschła  kończyna,  której  nie

można  całkowicie  amputować,  potrzeba  ta  będzie  mu  wciąż  sprawiała  ból.  Jeśli  pod  presją

konwencji społecznych osobnik taki zawrze  związek  małżeński  i  spłodzi  potomstwo,  będzie

ono prawdopodobnie traktowane w ten sam sposób, gdyż teraz z kolei objawi się niezdolność

do  prawdziwej  miłości  rodzicielskiej.  Znajduje  to  potwierdzenie  w  doświadczeniach  z

małpami. Gdy małą małpkę wychowuje się, pozbawiając ją czułych przejawów intymności ze

strony matki, zostaje ona potem złą matką.

Wielu  rodzicom  watsonowski  reżim  wydawał  się  atrakcyjny,  ale  trochę  zbyt  skrajny.

Dlatego też stosowali jego złagodzoną i zmodyfikowaną wersję. Raz bywali więc dla dziecka

surowi, a za chwilę mu ulegali. W pewnych sprawach stosowali ostrą dyscyplinę, a w innych

okolicznościach obdarzali dziecko pieszczotami. Zostawiali płaczące dziecko w łóżeczku, to

znów  obsypywali  je  kosztownymi  zabawkami  i  pieszczotami.  Skutkiem  tego  dziecko,

całkowicie zdezorientowane, wyrastało na tak zwane „zepsute dziecko”. Kolejny błąd polegał

na tym,  że  owo  „zepsucie”  przypisywano  nie  dezorientacji  czy  czynnikom  dyscyplinującym

we  wczesnym  okresie  niemowlęcym,  lecz  jedynie  owym  momentom  „łagodności”.  Rodzice

mówili sobie, że gdyby przestrzegali ostrego reżimu i nie ulegali tak często, wszystko byłoby

w porządku. Dorastającemu dziecku, teraz już grymaśnemu i wymagającemu, kazano „dobrze

się zachowywać” i zaostrzano dyscyplinę. Rezultatem tego, zarówno w tej fazie jak i później,

były złość i bunt.

background image

Dziecko  takie  zaznawało  miłości  w  owych  „łagodniejszych”  momentach,  ale  wówczas,

jakby pokazawszy mu wejście, zatrzaskiwano mu drzwi przed nosem. Dziecko wiedziało, jak

należy  kochać,  ale  samo  nie  było  dostatecznie  kochane;  później,  buntując  się  wielokrotnie,

chciało sprawdzić rodziców, w nadziei że uda mu się wreszcie kiedyś udowodnić  ich  miłość

do  niego  bez  względu  na  to,  co  robi  –  że  rodzice  kochają  je  dla  niego  samego,  a  nie  ze

względu  na  jego  „dobre  zachowanie”.  Nazbyt  często  reakcja  rodziców  przeczyła  tym

oczekiwaniom.

Nawet  jeśli  doraźna  reakcja  była  zgodna  z  oczekiwaniami  i  rodzice  wybaczyli  jakiś

najnowszy eksces, dziecko wciąż nie mogło uwierzyć, że wszystko jest w porządku. Wczesne

wpojenia  odcisnęły  się  zbyt  głębokim  piętnem,  a  powtarzające  się  dawniej  momenty

zaostrzonej  dyscypliny  nie  kojarzyły  się  w  umyśle  dziecka  z  miłością.  Dlatego  dziecko  w

dalszym ciągu sprawdzało rodziców, brnąc coraz dalej i rozpaczliwie próbując udowodnić, że

mimo  wszystko,  jest  przez  nich  kochane.  Wówczas  rodzice,  stojąc  w  obliczu  zupełnego

chaosu, albo ostatecznie i na stałe zaostrzali dyscyplinę, potwierdzając tym  najgorsze obawy

dziecka, albo coraz częściej ulegali i z powodu rodzącego się w nich poczucia winy tolerowali

zachowania antyspołeczne. „Gdzie popełniliśmy błąd, dlaczego ponieśliśmy klęskę? Przecież

daliśmy ci wszystko”.

Wszystkiego tego można było uniknąć, gdyby  dziecko  było  traktowane  od  początku  jak

dziecko,  a  nie  jak  „młody  dorosły”.  W  pierwszych  latach  życia  dziecko  wymaga  miłości

totalnej,  i  tylko  takiej.  Nie  próbuje  ono  „zdobyć  nad  tobą  przewagi”,  ale  potrzebuje

wszystkiego  najlepszego,  co  może  od  ciebie  otrzymać.  Niezestresowana  matka,  która  w

dzieciństwie sama nie uległa żadnym deformacjom, ma w sobie naturalny popęd do dawania z

siebie  wszystkiego  co  najlepsze  i  właśnie  dlatego  zwolennik  ostrej  dyscypliny  musi

nieustannie  ostrzegać  matki  przed  uleganiem  owym  „słabościom,  które  –  żeby  użyć

ulubionego  określenia  zwolenników  Watsona  –  „poruszają  w  nich  najczulsze  struny”.

Natomiast  matka  zestresowana,  ulegająca  napięciom  właściwym  współczesnemu  stylowi

życia,  będzie  miała  trudności,  ale  i  wówczas  może  zbliżyć  się  do  ideału,  by  wychować

szczęśliwe i w pełni kochane dziecko, nie uciekając się do sztucznie narzuconego reżimu.

Tak wychowane dziecko nie tylko nie będzie „dzieckiem zepsutym”, ale będzie wyrastać

na  jednostkę  coraz  bardziej  niezależną,  kochającą  i  pozbawioną  zahamowań  w  poznawaniu

ekscytującego  świata,  który  ją  otacza.  Pierwsze  miesiące  życia  utwierdziły  w  nim  bowiem

przeświadczenie  o  istnieniu  prawdziwie  pewnej  i  bezpiecznej  bazy,  z  której  można

dokonywać eksploratorskich wypadów. I znów znajduje to potwierdzenie w doświadczeniach

z małpami. Kochane przez matkę małpie niemowlę z ochotą podejmuje zabawę i bada swoje

otoczenie.  Potomstwo  nie  kochającej  matki  jest  nieśmiałe  i  nerwowe.  Przeczy  to  więc

watsonowskim  przewidywaniom,  wedle  których  „nadmiar”  wczesnej  miłości,  rozumianej  w

intymnym  sensie  cielesnym,  doprowadzi  w  późniejszych  latach  do  uformowania  istoty

miękkiej  i zależnej.  Kłam zadaje tym teoriom  już obserwacja dziecka  trzyletniego.  Dziecko,

background image

któremu  nie  szczędzono  miłości  w  pierwszych  dwóch  latach  życia,  już  wtedy  zaczyna

pokazywać  swoje  możliwości,  z  wielką  energią,  choć  może  nieco  chwiejnie,  wyruszając  w

świat.  To,  że  zacznie  płakać  upadłszy  na  buzię,  staje  się  wtedy  mniej,  a  nie  bardziej

prawdopodobne. Dziecko, które mniej kochano, a więcej dyscyplinowano, gdy było zupełnie

malutkie,  ma  w  sobie  mniej  ducha  przygody,  jest  mniej  ciekawe  tego,  co  widzi,  i  mniej

skłonne  do  podejmowania  pierwszych  własnych  i  niezależnych,  choć  jeszcze  niezbornych

działań.

Innymi  słowy,  po  nawiązaniu  w  pierwszych  dwóch  latach  życia  związku  opartego  na

pełnej miłości dziecko jest gotowe, by przejść do następnego etapu rozwoju. W tej późniejszej

fazie  jego  niepohamowany  pęd  do  eksplorowania  świata  będzie  wymagał  pewnego

zdyscyplinowania  ze  strony  rodziców. To,  co  było  nieprawidłowe  w  okresie  niemowlęctwa,

teraz  staje  się  prawidłowe.  Watsonowski  krytycyzm  wobec  nadopiekuńczych  rodziców,

trzęsących  się  nad  swymi  nieco  już  starszymi  dziećmi  jest  w  pewnym  stopniu  uzasadniony,

ale cała ironia tkwi w tym, że taka nadopiekuńczość  jest prawdopodobnie reakcją na szkody

spowodowane  przez  wcześniejsze  ćwiczenie  niemowlęcia  wedle  zaleceń  Watsona.

Prawdziwie kochane dziecko nie będzie prawdopodobnie prowokować takich postaw.

Dorosły, który jako dziecko w pierwszej fazie totalnej miłości był połączony z rodzicami

silnymi  więzami,  w  swoim  późniejszym  życiu,  jako  młody  dorosły,  będzie  też  lepiej

wyposażony, by utworzyć silne więzy seksualne i wychodząc z tej nowej „bezpiecznej bazy”,

dalej  dokonywać  eksploracji,  a  także  prowadzić  aktywne,  otwarte  życie  społeczno-

towarzyskie.  To  prawda,  że  w  fazie  poprzedzającej  tworzenie  się  dorosłych  więzów  będzie

też  on  czy  ona  wykazywać  więcej  skłonności  do  poszukiwań  w  sferze  seksu.  Wszelkie

eksploracje będą wówczas szczególnie ważne, a sfera seksu nie będzie wyjątkiem. Lecz  jeśli

jednostce  we  wcześniejszym  życiu  dane  było  naturalnie  przechodzić  przez  kolejne  fazy,  to

wkrótce  eksploracje  seksualne  doprowadzą  ją  do  utworzenia  związku  pary  i  silnych  więzi

uczuciowych,  a  tym  samym  powrotu  do  różnorodnych  przejawów  intymności  cielesnej,

typowych dla miłości okresu niemowlęctwa.

Młodzi  dorośli,  którzy  zakładając  nowe  rodziny,  cieszą  się  w  ich  łonie  wolną  od

zahamowań intymnością, będą łatwiej mogli stawić czoło surowemu i bezosobowemu światu

zewnętrznemu.  Jako  ludzie  już  z  kimś  związani,  a  nie  dopiero  dążący  do  związku,  potrafią

traktować  każdy  kontakt  społeczny  tak,  jak  na  to  zasługuje,  a  w  sytuacjach  wymagających

raczej  emocjonalnej  powściągliwości  nie  muszą  stawiać  żadnych  niestosownych  wymagań

podyktowanych poczuciem braku więzi.

Jednym  z  aspektów  życia  rodzinnego,  którego  nie  można  pominąć,  jest  potrzeba

prywatności. Z kontaktów intymnych w pełni korzystać można jedynie w miejscu prywatnym.

Znaczne  zagęszczenie  w  domu  utrudnia  rozwój  jakiegokolwiek  związku  osobistego  poza

przemocą.  Wzajemne  wpadanie  na  siebie  jest  czymś  innym  niż  pełen  miłości  uścisk.

Wymuszona intymność staje się antyintymnością w pełnym sensie tego słowa. Tak więc, choć

background image

brzmi to paradoksalnie, by zwiększyć znaczenie kontaktów cielesnych,  potrzebujemy  więcej

przestrzeni.  Architekci  planujący  ciasne  mieszkania  i  nie  uwzględniający  tego  faktu  tworzą

nieuchronne  napięcia  emocjonalne,  ponieważ  cielesna  intymność  osobista  nie  może  być

stanem  trwałym,  podobnie  jak  uporczywe  i  bezosobowe  przeludnienie  zurbanizowanego

świata  zewnętrznego.  Ludzka  potrzeba  ścisłego  kontaktu  cielesnego  pojawia  się  okresowo,

przejściowo,  i  tylko  sporadycznie  domaga  się  ujścia.  Ścieśnianie  przestrzeni  domowej

oznacza zamianę czułego dotykania się na uciążliwą i nieznośną bliskość ciał. O ile to wydaje

się dość oczywiste – niepojęty  jest ów wykazywany przez planistów w ostatnich  latach brak

troski o zapewnienie ludziom prywatności w ich własnych domach.

Kreśląc  ten  obraz  „intymności  młodych  dorosłych”,  wywołałem  być  może  wrażenie,  że

jeśli  tylko  mają  wystarczająco  dużo  prywatnej  przestrzeni  domowej  wokół  siebie,  pełne

miłości  niemowlęctwo  za  sobą  i  tworzą  teraz  silny  związek  wzajemny,  to  już  wszystko

pójdzie im gładko. Niestety tak nie jest. Przeludniony świat współczesny wciąż jeszcze może

naruszyć  ich  związek  i  stłumić  przejawy  intymności.  W  społeczeństwie  występują  dwie

postawy,  które  mogą  wywierać  na  nich  wpływ.  Pierwsza  przypisuje  obraźliwe  znaczenie

przymiotnikowi  „infantylny”.  Nieskrępowane  przejawy  intymności  krytykuje  się  jako

regresywne, głupie czy dziecięce. Jest to coś, co może łatwo pohamować skłonności młodego

kochanka.  Zaczyna  go  przenikać  myśl,  że  zbytnia  intymność  stwarza  zagrożenie  dla  jego

ducha  niezależności, co  wyraża  się  w  różnych  obiegowych  powiedzonkach  jak  na  przykład:

„Naprawdę  silny  jest  tylko  człowiek  samotny”.  Nie  ma,  rzecz  jasna,  żadnych  dowodów,

jakoby  niezależność  człowieka  dorosłego,  który  w  niemowlęctwie  w  pełni  cieszył  się

typowymi dla tego wieku kontaktami cielesnymi, doznawała w późniejszym okresie jakiegoś

uszczerbku.  Raczej  wprost  przeciwnie.  Kojący  i  uspokajający  wpływ  czułych  przejawów

intymności  przynosi  człowiekowi  więcej  swobody  i  lepiej  go  przygotowuje  do  zmagań  z

bezosobowymi relacjami, jakie go czekają w późniejszym  życiu. Wbrew temu, co się często

twierdzi,  nie  ulega  on  wówczas  żadnemu  rozmiękczeniu,  lecz  przeciwnie  –  wzmacnia  się,

podobnie  jak  wzmacnia  się  kochane  przez  rodziców  dziecko,  które  wykazuje  więcej

gotowości do eksploracji.

Druga  postawa,  która  może  hamować  przejawy  intymności,  przypisuje  każdemu

kontaktowi  cielesnemu  aspekt  seksualny.  Błąd  ten  był  w  przeszłości  źródłem  znacznego  i

zupełnie  niepotrzebnego  ograniczania  intymności.  W  intymności  między  rodzicami  a

dzieckiem  nie  kryje  się  nic  seksualnego.  Charakteru  seksualnego  nie  ma  ani  miłość

rodzicielska,  ani  miłość  dziecka,  podobnie  jak  nie  musi  mieć  takiego  charakteru  miłość

między  dwoma  mężczyznami,  dwiema  kobietami,  czy  nawet  między  mężczyzną  a  kobietą.

Miłość jest miłością, czyli wzajemną więzią emocjonalną, a ewentualne uczucia o charakterze

seksualnym  są  sprawą  drugorzędną.  W  ostatnich  czasach  zaczęliśmy  jakoś  nadmiernie

akcentować element seksualny we wszystkich tego rodzaju związkach. Mając do czynienia ze

związkiem, który zasadniczo nie ma charakteru seksualnego, a występują w nim tylko jakieś

background image

nieważne  elementy  o  zabarwieniu  seksualnym,  automatycznie  czepiamy  się  właśnie  ich  i  z

myślą o nich wyolbrzymiamy je ponad wszelką miarę. Skutkiem tego jest masowe tłumienie

nieseksualnej  intymności  cielesnej,  co  odnosi  się  do  stosunków  między  rodzicami  a  ich

potomstwem  (kłania  się  Edyp),  między  rodzeństwem  (kłania  się  kazirodztwo),  między

przyjaciółmi tej samej płci (kłania się homoseksualizm), między przyjaciółmi płci przeciwnej

(kłania  się  cudzołóstwo),  a  wreszcie  między  wieloma  innymi  przypadkowymi  przyjaciółmi

(kłania się rozwiązłość). Wszystko to jest zrozumiałe, ale zupełnie niepotrzebne. Dowodzi to,

że w naszych relacjach prawdziwie seksualnych nie uzyskujemy, być może, pełnej satysfakcji

erotycznej płynącej z intymności cielesnej. Gdyby intymność seksualna w naszym związku z

partnerem lub partnerką była wystarczająco intensywna i rozległa, nie istniałaby już potrzeba

rozciągania  jej  na  inne  typy  więzi,  a  wówczas  moglibyśmy  się  rozluźnić  i  cieszyć  nimi

bardziej,  niż  ośmielamy  się  to  robić  obecnie.  Gdy  jednak  podlegamy  zahamowaniom  i

frustracjom w sferze seksu, to oczywiście sytuacja jest zupełnie inna.

Obowiązująca obecnie rezerwa w dziedzinie kontaktów cielesnych, nawet tych, które nie

mają  zabarwienia  seksualnego,  doprowadziła  do  pewnych  dziwnych  anomalii.  Na  przykład

przeprowadzone  ostatnio  w  Ameryce  badania  wykazały,  że  kobiety  czują  się  niekiedy

zmuszone do uprawiania przypadkowego seksu jedynie po to, by ktoś je trzymał w objęciach.

Indagowane  szczegółowiej,  przyznawały,  że  właśnie  tylko  dlatego  oddawały  się

mężczyznom, nie znajdując innego sposobu, żeby znaleźć się w uścisku ramion  innej osoby.

Jest  to  przejrzysty,  choć  żałosny  przykład,  ilustrujący  różnicę  między  intymnością  o

zabarwieniu seksualnym  a  intymnością  bez takiego  zabarwienia.  Mamy  w  nim  do  czynienia

nie  z  intymnością  cielesną  prowadzącą  do  stosunków  seksualnych,  lecz  ze  stosunkiem

seksualnym  prowadzącym  do  intymności  cielesnej,  i  to  całkowite  odwrócenie  porządku  nie

pozostawia żadnych wątpliwości co do odrębności tych zjawisk.

Takie  są  więc  niektóre  niebezpieczeństwa  zagrażające  współczesnemu  człowiekowi

dorosłemu  złaknionemu  intymności.  By  zamknąć  ten  przegląd  intymnych  zachowań

człowieka, należy jeszcze zapytać, czy w postawach współczesnego społeczeństwa występują

jakieś oznaki zmiany.

Jeśli  chodzi o niemowlęta, to  mozolna  praca  psychologów  przyniosła  znaczny  postęp  w

dziedzinie wychowania dzieci. Dużo lepiej rozumiemy  dziś  istotę  więzi  między  rodzicami  a

ich  potomstwem,  a  także  zasadniczą  rolę,  jaką  odgrywa  serdeczna  miłość  w  prawidłowym

rozwoju  dziecka.  Odchodzi  się  od  stosowanych  dawniej  surowych  i  bezwzględnych  metod

dyscyplinarnych. Jednakże w naszych przeludnionych ośrodkach miejskich wciąż spotykamy

się z groźnym zjawiskiem, jakim jest „zespół dziecka maltretowanego”, co przypomina nam,

ile jest jeszcze do zrobienia.

Jeśli  chodzi  o  dzieci  starsze,  wciąż  wprowadza  się  jakieś  zmiany  w  metodach

wychowawczych i coraz bardziej docenia się niezbędność nie tylko edukacji technicznej, ale i

społecznej.  Wymagania  w  zakresie  wykształcenia  technicznego  są  jednak  dziś  większe  niż

background image

kiedykolwiek dotąd, istnieje więc niebezpieczeństwo, że przeciętny uczeń będzie sobie lepiej

radził z rzeczami niż z ludźmi.

Wśród  młodych  dorosłych  problem  życia  w  grupie,  jak  się  wydaje,  szczęśliwie

rozwiązuje  się  sam.  Chyba  nigdy  dotąd  skomplikowane  interakcje  personalne  nie  były

traktowane  z  równą  otwartością  i  szczerością.  Krytyka  dotycząca  zachowania  się  młodych

dorosłych  ma  przeważnie  swoje  korzenie  w  starannie  zamaskowanej  zazdrości,  jaką  żywią

wobec  nich  starsze  pokolenia.  Jednakże  dopiero  przyszłość  pokaże,  czy  świeżo  zdobyta

wolność  wypowiadania  się,  otwartość  w  sprawach  seksu  i  nieskrępowane  przejawy

intymności, będące udziałem współczesnej młodzieży, przetrwają próbę czasu i sprawdzą się

w okresie  rodzicielstwa.  Nieustannie  rosnące  bezosobowe  stresy  mogą  jeszcze  zebrać  swoje

żniwo w późniejszym życiu tych ludzi.

U starszych dorosłych wyraźnie wzmaga się zatroskanie o przyszłość życia osobistego w

obrębie  wciąż  rozrastających  się  społeczności  miejskich.  Ponieważ  stres  życia  publicznego

coraz  bardziej  wdziera  się  do  życia  prywatnego,  stan,  w  którym  znalazł  się  współczesny

człowiek, budzi coraz większe zaniepokojenie. Wciąż słyszy się słowo „alienacja” odnoszące

się do osobistych  stosunków  międzyludzkich,  gdyż  ciężkie  zbroje,  jakie  ludzie  nakładają  na

swoje  emocje,  staczając  bitwy  w  planie  społecznym,  na  ulicach  i  w  miejscach  pracy,  coraz

trudniej zdjąć w porze nocnej.

W Ameryce Północnej dają się słyszeć głosy buntu przeciwko tej sytuacji. Powstaje nowy

ruch,  będący  wymownym  dowodem  potrzeby  rewizji  poglądów  w  sprawie  kontaktów

cielesnych  i  intymności  we  współczesnym  społeczeństwie.  Jest  to  rodzaj  terapii  grupowej,

który  pojawił  się  dopiero  w  ostatnim  dziesięcioleciu,  na  początku  głównie  w  Kalifornii.

Następnie ruch ten szybko rozprzestrzenił się  na  inne ośrodki w Stanach Zjednoczonych  i w

Kanadzie. W amerykańskim slangu otrzymał on nazwę „Bod Biz” (czyli „body business”, co

na wzór wyrażenia „show business” oznacza jakby „przemysł cielesny”), a bardziej oficjalnie

określany  bywa  jako  „psychologia  transpersonalna”,  „psychoterapia  wieloskładnikowa”  czy

wreszcie „dynamika towarzyska”.

Podstawowym  czynnikiem  jest  tu  gromadzenie  się  dorosłych  na  sesje,  które  trwają  od

jednego  dnia  do  tygodnia  i  polegają  na  bardzo  różnorodnych  interakcjach  osobowych  i

grupowych.  Chociaż  niektóre  z  nich  mają  głównie  charakter  werbalny,  jest  też  wiele

niewerbalnych,  a  te  koncentrują  się  na  kontaktach  cielesnych,  rytualnym  dotykaniu  się,

wzajemnych  masażach  i  grach.  Ich  celem  jest  zburzenie  fasady  przesłaniającej  zachowanie

cywilizowanych osób dorosłych i przypomnienie, że człowiek „nie ma ciała, lecz jest ciałem”.

Istota tych  sesji  polega  na  zachęcaniu  pełnych  zahamowań  dorosłych  do  tego,  by  znów

bawili  się  jak  dzieci.  Awangardowa,  naukowa  otoczka  daje  uczestnikom  asumpt  do

infantylnego  zachowania  bez  obawy  o  zażenowanie  czy  ośmieszenie.  A  więc  ocierają  się  o

siebie, głaszczą się i poklepują, noszą się wzajemnie na rękach i nacierają olejkami. Grają w

background image

różne  dziecięce  gry  i  obnażają  się  przed  sobą,  czasami  dosłownie,  choć  przeważnie  w

przenośni.

Ten  zamierzony  powrót  do  dzieciństwa  jasno  wyrażają  założenia  pewnej  czterodniowej

sesji, której temat brzmiał: „Bądź, jaki byłeś”.

„Dobrze  przystosowany  Amerykanin  osiąga  stan  wątpliwej  »dojrzałości«  w  ten  sposób,

że  z  obawy  przed  wstydem  i  ośmieszeniem  głęboko  ukrywa  wszystko  to,  co  jest  w  nim

dziecięcego.  Ponowne  nauczenie  się,  jak  być  dzieckiem,  może  wzbogacić  doświadczenie

mężczyzny  jako  mężczyzny  i  kobiety  jako  kobiety.  Ponowne  przeżywanie  dzieciństwa  z

udziałem  matki  pozwala  inaczej  spojrzeć  na  miłość,  uprawianie  miłości  i  poszukiwanie

miłości. Dziecięca bezradność, której zaznajemy – paradoksalnie – wyzwala siłę, a dziecięce

łzy stwarzają ujście dla wyrażania radosnych uczuć”.

Tematy  innych  podobnych  kursów:  „Zabawa  jako  sposób  na  ożywienie”  czy  „Ponowne

budzenie  zmysłów,  ponowne  narodziny”,  także  podkreślają  potrzebę  powrotu  do  form

intymności dziecięcej. Proces ten posuwa się tak daleko, że niektóre zajęcia odbywają się w

basenach kąpielowych, w których woda ma stałą temperaturę wód płodowych.

Organizatorzy  tych  kursów  nazywają  je  „terapią  dla  zdrowych”.  Ich  uczestnicy  nie  są

pacjentami,  lecz  członkami  grupy.  Biorą  w  nich  udział,  ponieważ  gwałtownie  szukają

powrotu do intymności. Smutkiem napawa myśl, że współcześni cywilizowani dorośli ludzie

potrzebują jakiegoś formalnego usankcjonowania tego, by wzajemnie dotykać swoich ciał, ale

pocieszające  jest, że są oni świadomi  nieprawidłowości  i chcą coś z tym zrobić.  Wiele  osób

uczestniczy w tych sesjach wielokrotnie, czując, że podczas rytualnych kontaktów cielesnych

doznają  rozluźnienia  i  odprężenia  uczuciowego,  co  pozwala  im  potem  zwiększyć  zasób

ciepłych  uczuć  w  osobistych  interakcjach  w  domu.  Czy  jest to  cenny  nowy  ruch  społeczny,

przemijająca moda, czy też może niebezpieczny nowy nałóg bez narkotyków?

Specjaliści  różnią  się  w  opiniach  na  temat  powstających  ciągle  nowych  ośrodków.

Niektórzy psychologowie i psychiatrzy popierają takie grupowe spotkania, a inni nie. Jeden z

nich twierdzi, że członkowie grupy „nie poprawiają sobie samopoczucia, lecz uzyskują tylko

minimalną dawkę intymności potrzebną do przetrwania”. Jeśli nawet to prawda, to i tak owe

kursy przynajmniej niektórym jednostkom mogą pomóc przejść przez trudny etap w ich życiu

społeczno-towarzyskim. Praktykowane w grupach ćwiczenia intymności, nie wykraczają poza

poziom  wspólnego  tańca  czy  leżenia  w  łóżku  z  powodu  kataru  i  poddania  się  kojącym

zabiegom  pielęgnacyjnym  i  nie  ma  w  nich  niczego  złego.  Jest  to  po  prostu  stworzenie

warunków,  w  których  szukująca  kontaktu  jednostka  może  być  dotykana  przez  osobę

oficjalnie do tego upoważnioną. Istnieją jednak także poważniejsze zastrzeżenia, a wśród nich

to, że „techniki mające sprzyjać prawdziwej intymności, czasami ją niszczą”. Pewien teolog,

niewątpliwie wyczuwając w tym nową formę groźnej konkurencji, twierdzi, że w spotkaniach

grupowych  ludzie  uczą  się  jedynie  „nowych  sposobów  na  to,  jak  być  bezosobowym,

background image

zdobywają  zasób  nowych  sztuczek,  nowych  sposobów  ukrywania  wrogości  przy  pozorach

życzliwości”.

To  prawda,  że  gdy  słucha  się,  jak  aktywiści  ruchu  opowiadają  ogółowi  o  swoich

metodach  i  filozofii, wyczuwa  się  niekiedy  ton  samozadowolenia  i  pobłażliwej  wyniosłości.

Sprawiają  oni  wrażenie,  jakby  odkryli  tajemnicę  wszechświata,  którą  łaskawie  dzielą  się  z

innymi, gorszymi od nich śmiertelnikami. Niektórzy krytycy czynili z tego ruchowi poważny

zarzut,  ale  jest  to  prawdopodobnie  tylko  obrona  przed  ewentualnym  ośmieszeniem  się.

Przypomina  to  taktykę  stosowaną  dawniej  przez  zwolenników  psychoanalizy.  Osoby,  które

poddały  się  psychoanalizie,  podobnie  jak  weterani  spotkań  grupowych,  ulegały  pokusie,  by

przybierając  ton  wyniosłości,  podśmiewać  się  z  tych,  którzy  się  jej  nie  poddali.  Ale

psychoanaliza  ma  już  ten  etap  za  sobą.  Stosunek  do  spotkań  grupowych,  jeśli  przetrwają  tę

wstępną fazę, zapewne się zmieni i uzyskają one akceptację jako nowy, dojrzały już wzorzec.

Poważniejsze  zastrzeżenia,  głoszące,  że  sesje  grupowe  wyrządzają  wielką  szkodę,  nie

zostały  jeszcze  udowodnione.  Owa,  jak  ją  nazwano,  „intymność  w  proszku”,  niesie  jednak

pewne  niebezpieczeństwa  swemu  całkowicie  lub  częściowo  „ponownie  przebudzonemu”

użytkownikowi,  który  wraca  do  dawnego  środowiska.  On  sam  się  zmienia,  ale  jego

współdomownicy  pozostają  nie  zmienieni;  istnieje  groźba,  że  może  on  w  niedostatecznym

stopniu  uwzględniać  tę  różnicę.  Powstaje  problem  stosunków  konkurencyjnych.  Uczestnik

spotkań grupowych poddaje się masowaniu i głaskaniu przez zupełnie obcych ludzi, bawi się

z nimi w intymny sposób i oddaje się szerokiej gamie kontaktów cielesnych, czyli robi z nimi

dużo  więcej,  niż  robi  we  własnym  domu  z  osobami  prawdziwie  „intymnymi”.  (Jeśli  jest

inaczej,  człowiek  ten  nie  ma  żadnego  problemu).  Opisując  potem  swoje  doznania  –  co  jest

nieuchronne  –  ze  wszystkimi  barwnymi  szczegółami,  automatycznie  wywołuje  uczucie

zazdrości.  Dlaczego  z  ochotą  zachowywał  się  tak  w  ośrodku,  a  dystansuje  się  i  unika

kontaktów  fizycznych  w  domu?  Oficjalne  i  naukowe  usankcjonowanie  takich  aktów,

odbywających  się  w  szczególnej  atmosferze  ośrodka,  jest  słabą  pociechą  dla  prawdziwie

intymnych  bliskich.  Jeśli  na  takie  sesje  intymności  uczęszczają  pary,  problem  ulega

znacznemu złagodzeniu, ale „po powrocie do domu” ich kontakty intymne wymagają dalszej

pielęgnacji.

Niektórzy  dowodzą,  że  niesmacznym  aspektem  spotkań  grupowych  jest  sposób,  w  jaki

zamieniają  one  coś,  co  powinno  być  nie  uświadomionym  elementem  życia  codziennego,  w

świadome, wysoce zorganizowane  i profesjonalne postępowanie,  w  którym  intymność  może

stać się celem  samym  w  sobie,  a  nie  jednym  z  podstawowych  środków  służących  nam  jako

pomoc w stawianiu czoła światu zewnętrznemu.

Mimo  tych  zrozumiałych  lęków  i  zastrzeżeń  błędem  byłoby  lekceważenie  tego  nowego

ciekawego  prądu.  Ważne  jest  to,  że  jego  liderzy  dostrzegli  coraz  wyraźniejszy  i  szkodliwy

zwrot ku bezosobowości w naszych stosunkach osobistych  i  starają się ten proces odwrócić.

Jeśli  nawet,  co  często  się  zdarza,  prawem  rewanżu  zanadto  teraz  przechylają  szalę,  jest  to

background image

tylko  niewielki  defekt.  Jeśli  ruch  ten  rozprzestrzeni  się  i  rozrośnie,  tak  że  stanie  się

powszechnie znany, wtedy nawet dla osób, które nie są jego zwolennikami, będzie on stałym

przypomnieniem,  że  coś  jest  nie  w  porządku  ze  sposobem  korzystania,  czy  raczej  nie

korzystania z naszego ciała. Jeśli zdoła nam uświadomić tylko to właśnie, to już osiągnie swój

cel.  Tu  także  stosowne  jest  porównanie  z  psychoanalizą.  W  psychoanalizie  uczestniczyła

bezpośrednio tylko niewielka liczba ludzi, a jednak podstawowy pogląd, że nasze najgłębsze i

najmroczniejsze  myśli  nie  są  niczym  wstydliwym  czy  nienormalnym,  że  prawdopodobnie

występują u większości z nas, stał się na szczęście własnością całej naszej kultury. Po części

właśnie  dzięki  temu  młodzi  ludzie  dorośli  mają  teraz  zdrowsze  i  uczciwsze  podejście  do

wzajemnych  problemów  osobistych.  Jeśli  spotkania  grupowe  mogą  dostarczyć  takiego

samego  pośredniego  ujścia  dla  naszych  powstrzymywanych  uczuć  związanych  z  intymnymi

kontaktami  cielesnymi,  to  w  końcu  okaże  się,  że  jest  to  ich  cenny  wkład  w  rozwój

społeczeństwa.  Zwierzę  ludzkie  jest  gatunkiem  towarzyskim,  potrafiącym  kochać  i  bardzo

potrzebującym  miłości.  Powstały  w  procesie  ewolucji  prosty  plemienny  łowca  znalazł  się

obecnie  w  świecie  stanowiącym  społeczność  rozrośniętą  do  niesamowitych  rozmiarów.

Osaczony ze wszystkich stron, w odruchu obronnym zwraca się ku samemu sobie. W swoim

emocjonalnym  odosobnieniu  zaczyna  nawet  odgradzać  się  od  najbliższych  i  najdroższych

osób,  aż  znajdzie  się  zupełnie  sam  w  gęstym  tłumie.  Nie  potrafiąc  sięgnąć  po  emocjonalne

wsparcie,  staje  się  napięty  i  nienaturalny,  aż  w  końcu  nawet  może  uciec  się  do  przemocy.

Poszukując  pociechy,  zwraca  się  ku  nieszkodliwym  substytutom  miłości,  które  mają  to  do

siebie, że nie  zadają  żadnych  pytań.  Ale  miłość  wymaga  wzajemności  i  w  końcu  substytuty

już nie wystarczają. W tej sytuacji, jeśli nie zazna prawdziwej intymności – chociażby z jedną

tylko  osobą  –  zaczyna  cierpieć.  Zmuszony  przywdziać  zbroję,  która  chroniłaby  go  przed

atakiem  i  zdradą,  może  dojść  do  stanu,  w  którym  wszelki  kontakt  staje  się  dla  niego

odstręczający  i w którym  wzajemne dotykanie  się  oznacza  wzajemne  zadawanie  sobie  bólu.

W pewnym sensie to właśnie stało się jedną z największych bolączek naszych czasów, a może

raczej  poważną  chorobą  społeczną,  z  której  powinniśmy  się  wyleczyć,  zanim  będzie  za

późno.  Jeśli  niebezpieczeństwo  pozostanie  nie  zauważone,  to  wówczas,  niczym  trujące

związki chemiczne w naszym pożywieniu, może przybierać na sile z pokolenia na pokolenie,

aż wreszcie szkody nie da się już naprawić.

W  pewnym  sensie  nasza  niezwykła  umiejętność  przystosowywania  się  może  nas

doprowadzić  do  zguby.  Ponieważ  jesteśmy  w  stanie  żyć  i  przetrwać  w  tak  potwornie

nienaturalnych  warunkach,  to  zamiast  nawoływać  do  zatrzymania  się  i  powrotu  do  jakiegoś

rozsądniejszego systemu, przystosowujemy się i walczymy dalej. Zmagaliśmy się i wciąż się

zmagamy  w  ten  sposób  w  naszym  przeludnionym  środowisku  miejskim,  coraz  bardziej

oddalając  się  od  miłości  i  intymności  osobistej,  aż  wreszcie  na  konstrukcji,  którą

stworzyliśmy,  pojawiają  się  rysy.  Wtedy  zaczynamy  ssać  metaforyczny  palec  i  wygłaszając

pokrętne  poglądy  filozoficzne  mające  nas  samych  przekonać,  że  wszystko  jest  w  porządku,

background image

usiłujemy  przetrwać.  Śmiejemy  się  z  wykształconych  ludzi  dorosłych,  którzy  kupują  sobie

uczestnictwo w dziecięcych grach i zabawach, by móc doświadczyć naukowo uzasadnionego

dotykania się i obejmowania wzajemnego, a przy tym nie zauważamy tego, co najważniejsze.

O ileż byłoby nam łatwiej, gdybyśmy zdołali zaakceptować fakt, że pełna czułości miłość nie

jest oznaką słabości, która przystoi tylko dzieciom  i  młodym  kochankom,  gdybyśmy  zdołali

dać ujście swoim uczuciom i pogrążyć się czasem w magicznym nawrocie do intymności.