background image

MORRIS

 

DESMOND 

 

 

 

Z

ACHOWANIA INTYMNE

 

 

(

 

P

RZEŁOŻYŁ 

P

AWEŁ 

P

RETKIEL

 

 

SCAN-

DAL

 

background image

WSTĘP 

 

Intymność  oznacza  bliskość,  i  od  razu  muszę  wyjaśnić,  że  traktuję  to  dosłownie. 

Zgodnie  z  moją  terminologią  akt  intymności  dokonuje  się  zawsze  wtedy,  gdy  dwie  osoby 

wchodzą  ze  sobą  w  kontakt  cielesny.  Niniejsza  książka  dotyczy  natury  tego  kontaktu,  czy 

będzie  to  uścisk  dłoni  czy  zespolenie  miłosne,  poklepanie  po  plecach,  uderzenie  w  twarz, 

wykonanie  manikiuru  czy  też  interwencja  chirurgiczna.  Każdemu  fizycznemu  kontaktowi 

dwojga ludzi towarzyszy coś szczególnego i właśnie to coś postanowiłem przestudiować.  

Stosuję  metodę  zoologa  ze  specjalnością  etologa,  zwłaszcza  w zakresie  obserwacji  i 

analizy zachowań zwierząt. Tu ograniczam się do zwierzęcia ludzkiego -postawiłem sobie za 

zadanie obserwowanie tego, co robią ludzie. Nie tego, co mówią -nawet gdy mówią -o tym, 

co robią, lecz jedynie tego, co rzeczywiście robią.  

Metoda jest dość prosta -korzystanie z własnych oczu -ale zadanie nie jest tak łatwe, 

jak się wydaje. Mimo  samodyscypliny nieustannie narzucają się nam  pewne słowa i  z góry 

wyrobione  sądy.  Dorosłemu  człowiekowi  z  trudnością  przychodzi  obserwowanie 

jakiegokolwiek zachowania ludzkiego tak, jakby widział je po raz pierwszy, ale tak właśnie 

musi  postępować  etolog,  jeśli  ma  wnieść  coś  nowego  do  rozumienia  zagadnienia.  Problem 

jest  oczywiście  tym  trudniejszy,  im  bardziej  znajome  i  zwyczajne  jest  dane  zachowanie; 

ponadto,  im  bardziej  intymne  jest  dane  zachowanie,  tym  bardziej  jest  ono  nacechowane 

emocjonalnie, i odnosi się to nie tylko do uczestników, lecz także do obserwatora.  

Być  może  dlatego  tak  mało  było  dotąd  badań  nad  zwyczajną  ludzką  intymnością, 

mimo  że są one tak ważne i  ciekawe. Dużo wygodniej jest studiować coś tak odległego od 

ludzkich  spraw  jak,  powiedzmy,  zachowanie  pandy  wielkiej  związane  z  pozostawianiem 

przez  nią  śladów  węchowych  na  danym  terytorium  albo  też  zachowanie  zielonego  acouchi 

związane z zagrzebywaniem pożywienia. Jest to łatwiejsze niż obiektywne i naukowe badanie 

czegoś tak "dobrze znanego" jak obejmowanie się ludzi, matczyny pocałunek czy pieszczoty 

kochanków.  W  coraz  bardziej  zatłoczonym  i  bezosobowym  środowisku  społecznym  coraz 

istotniejsze staje się jednak ponowne rozważenie, jaką wartość mają bliskie stosunki osobiste, 

a  co  za  tym  idzie  postawienie  sobie  rozpaczliwego  pytania,  "co  się  stało  z  miłością?". 

Biologowie  nie  kwapią  się  do  używania  słowa  "miłość",  jakby  odzwierciedlało  ono  jedynie 

jakiś  romantyzm  uwarunkowany  kulturowo.  Tymczasem  miłość  jest  faktem  biologicznym. 

Związane  z  nią  subiektywne,  emocjonalne  radości  i  cierpienia  są  może  głęboko  ukryte  i 

tajemnicze, a przez to trudno dostępne dla badań naukowych, ale zewnętrzne znaki miłości i 

background image

związane z nią działania dają się łatwo obserwować; nie istnieje więc powód, dla którego nie 

można by ich badać, tak jak bada się każdy inny rodzaj zachowania.  

Mówi się niekiedy, że próba wyjaśnienia, czym jest miłość, prowadzi do wniosku, że 

właściwie miłość nie istnieje, ale sąd taki jest zupełnie nie uzasadniony. W pewnym  sensie 

ubliża to miłości, gdyż sugeruje, że nie wytrzymuje ona próby oglądu w jaskrawym świetle, 

niczym starzejąca się, ukryta pod makijażem twarz. Ale w dynamicznym procesie tworzenia 

się  silnych  więzi  między  dwojgiem  ludzi  nie  ma  nic  złudnego.  Jest  to  coś,  co  dzielimy  z 

tysiącami innych gatunków zwierząt i co przejawia się w relacjach rodzice-dzieci, w relacjach 

seksualnych i w bliskich związkach między przyjaciółmi.  

Nasze  intymne  spotkania  odbywają  się  przy  udziale  czynników  werbalnych, 

wzrokowych,  a  nawet  węchowych,  ale  nade  wszystko  -kochanie  polega  na  dotykaniu  i 

kontakcie cielesnym. Często mówimy o tym, w jaki sposób mówimy, i nierzadko usiłujemy 

zobaczyć,  w  jaki  sposób  widzimy,  ale  nie  wiadomo  dlaczego  rzadko  dotykamy  sposobu,  w 

jaki dotykamy. Być może dotyk jest czymś tak elementarnym -często nazywany bywa matką 

zmysłów  -że mamy  skłonność to  traktowania  go jako czegoś oczywistego. Niestety, prawie 

niezauważenie  staliśmy  się  coraz  mniej  dotykalni,  coraz  bardziej  oddaleni  od  siebie,  a  tej 

niedotykalności fizycznej towarzyszy dystans psychiczny. Wygląda to tak, jakby współczesny 

mieszkaniec miasta włożył na siebie uczuciową zbroję i trzymając delikatną jak aksamit rękę 

w żelaznej rękawicy, poczuł się uwięziony i oderwany od uczuć nawet swoich najbliższych 

towarzyszy.  

Nadszedł  czas,  by  dokładniej  przyjrzeć  się  tej  sytuacji.  Czyniąc  to,  postaram  się  nie 

wyrażać swoich własnych opinii, lecz opisać zachowanie tak, jak jawi się ono obiektywnemu 

oku  zoologa.  Ufam,  że  fakty  przemówią  same  za  siebie,  i  to  na  tyle  wyraźnie,  że  czytelnik 

sam będzie mógł wyciągnąć własne wnioski. 

background image

1. 

KORZENIE INTYMNOŚCI 

 

Dorosła  istota  ludzka  może  porozumiewać  się  ze  mną  wieloma  różnymi  sposobami. 

Mogę  przeczytać  to,  co  ktoś  napisze,  usłyszeć  wypowiedziane  przez  kogoś  słowa,  usłyszeć 

czyjś  śmiech  lub  płacz,  dostrzec  wyraz  na  czyjeś  twarzy,  obserwować  czyjeś  działanie, 

wyczuć  zapach  używanych  przez  kogoś  kosmetyków  i  poczuć  czyjś  uścisk.  W  mowie 

codziennej  tego  rodzaju  interakcje  można  określić  jako  "nawiązywanie  kontaktu"  lub 

"utrzymywanie kontaktu", mimo że tylko ostatnia z nich rzeczywiście odnosi się do kontaktu 

cielesnego. Pozostałe należą do kategorii działań na odległość. Używanie wyrazu "kontakt" w 

odniesieniu  do  takich  czynności  jak  pisanie,  mówienie  czy  sygnalizacja  wzrokowa  jest 

obiektywnie biorąc dziwne, a zarazem dość pouczające. Można by z tego wnosić, że kontakt 

cielesny uznajemy za podstawową formę komunikowania się.  

Istnieją  jeszcze  inne  tego  rodzaju  przykłady.  Często  używamy  takich  określeń  jak 

"wstrząsające doświadczenia", "boleśnie dotknąć", "zranione uczucia" czy wreszcie "trzymać 

kogoś  za  twarz".  W  żadnym  z  tych  wyrażeń  nie  chodzi  o  jakikolwiek  wstrząs,  dotknięcie, 

ranę  czy  trzymanie  w  sensie  fizycznym,  ale  nie  ma  to,  jak  się  zdaje,  żadnego  znaczenia. 

Metafory  ze  sfery  kontaktu  fizycznego  pozwalają  adekwatnie  wyrażać  rozmaite  uczucia 

występujące w różnych kontekstach.  

Można to  wyjaśnić dość prosto.  We wczesnym  dzieciństwie, zanim nauczyliśmy się 

mówić  czy  pisać,  dominował  kontakt  cielesny.  Największe  znaczenie  miał  bezpośredni 

związek cielesny z matką, co pozostawiło w nas swój trwały ślad. Jeszcze wcześniej, w łonie 

matki, zanim nauczyliśmy się widzieć czy wąchać, nie mówiąc już o mówieniu czy pisaniu, 

fizyczny  związek  z  matką  decydował  o  naszym  życiu.  Chcąc  zrozumieć  wiele  dziwnych  i 

często  pełnych  zahamowań  sposobów  nawiązywania  wzajemnych  kontaktów  fizycznych  w 

życiu  dorosłym,  musimy  cofnąć  się  do  początku,  kiedy  byliśmy  zaledwie  embrionami  w 

ciałach naszych matek. Ta właśnie rzadko dostrzegana intymność w łonie matki pomoże nam 

zrozumieć  intymność  okresu  dzieciństwa,  którą  zwykle  uważamy  za  oczywistą.  Przejawy 

intymności  dziecięcej,  zbadane  na  nowo  i  ujrzane  świeżym  okiem,  pomogą  nam  zrozumieć 

przejawy  intymności  w  życiu  dorosłym,  które  tak  często  intrygują  nas,  wprawiają  w 

pomieszanie, a nawet zakłopotanie.  

Pierwszymi  wrażeniami,  które  odbieramy  jako  istoty  żywe,  są  odczucia  związane  z 

intymnym  kontaktem  fizycznym  -pławieniem  się  w  bezpiecznym  zaciszu  ścian  macicy. 

Dlatego też na tym etapie pobudzenie rozwijającego się systemu nerwowego przybiera formę 

background image

zmieniających się doznań związanych z dotykiem, naciskaniem i ruchem. Cała powierzchnia 

skóry  nie  narodzonego  jeszcze  dziecka  zanurzona  jest  w  ciepłych  wodach  płodowych.  W 

miarę  jak  dziecko  rośnie,  jego  powiększające  się  ciałko  coraz  mocniej  naciska  na  narządy 

matki, a miękki uścisk otaczającego je matczynego łona z każdym mijającym tygodniem staje 

się  silniejszy.  Ponadto,  w  ciągu  całego  tego  okresu  rozwijające  się  dziecko  poddawane  jest 

rozmaitym  naciskom  związanym  z  rytmicznym  oddechem  matki  i  łagodnymi,  regularnymi 

ruchami kołyszącymi, wywołanymi jej chodzeniem.  

Pod koniec ciąży, w ciągu trzech miesięcy poprzedzających poród, dziecko potrafi już 

słyszeć. Wciąż jeszcze nie ma ono nic do oglądania, posmakowania lub  powąchania, ale w 

ciemnościach  matczynego  łona  dobrze  rozpoznaje  wszelkiego  rodzaju  odgłosy.  Gdy  w 

pobliżu  brzucha  matki  powstanie  jakiś  głośny  i  ostry  dźwięk,  niepokoi  on  znajdujące  się 

wewnątrz dziecko, które zaczyna się wtedy poruszać. Ruch ten można łatwo zarejestrować za 

pomocą  odpowiednio  czułych  przyrządów,  a  bywa  on  na  tyle  silny,  że  matka  sama  jest  w 

stanie  go  wyczuć.  Oznacza  to,  że  w  tym  okresie  przedporodowym  dziecko  niewątpliwie 

słyszy bicie serca matki, czyli siedemdziesiąt dwa uderzenia na minutę. Ulegnie to wpojeniu 

jako główny dźwiękowy sygnał życia w łonie matki.  

Są  to  więc  nasze  pierwsze  rzeczywiste  doświadczenia  życiowe  -otaczający  nas 

zewsząd ciepły płyn i pełny uścisk, kołysanie się w rytmie poruszającego się ciała i dźwięk 

rytmicznych uderzeń pulsującego serca. Nasza przedłużona ekspozycja na te doznania, przy 

braku  innych  konkurencyjnych  bodźców,  wyciska  na  naszych  umysłach  trwały  ślad,  który 

kojarzy się z bezpieczeństwem, wygodą i bezczynnością.  

Ten  stan  wewnątrzmacicznej  błogości  brutalnie  i  gwałtownie  przerywa  chyba 

najbardziej traumatyczne doświadczenie życiowe, jakim są narodziny. W ciągu kilku godzin 

macica  zamienia  się  z  przytulnego  gniazdka  w  naprężający  się  i  uciskający  umięśniony 

worek, największy i najsilniejszy mięsień ciała ludzkiego -nawet w porównaniu z bicepsami 

sportowca. Łagodny uścisk, który odczuwało się jako miłe objęcie, staje się teraz miażdżącym 

zaciskiem.  Nowo  narodzone  niemowlę  nie  prezentuje  na  powitanie  szczęśliwego  uśmiechu, 

lecz  napiętą,  wykrzywioną  twarzyczkę  doprowadzonej  do  ostateczności  ofiary  tortur.  Jego 

płacz  -jakże  słodka  muzyka  dla  uszu  niecierpliwie  oczekujących  rodziców  -jest  w  gruncie 

rzeczy  dzikim  krzykiem  strachu,  będącego  skutkiem  nagłej  utraty  intymnego  kontaktu 

cielesnego.  

W chwili narodzin dziecko wygląda jak sflaczały, miękki i wilgotny worek, ale niemal 

natychmiast  wciąga  powietrze  i  wykonuje  pierwszy  oddech.  Pięć  czy  sześć  sekund  później 

zaczyna  płakać.  Jego  główka,  nóżki  i  ramionka  zaczynają  poruszać  się  coraz  energiczniej  i 

background image

przez następne trzydzieści minut kontynuuje swój protest w postaci nieregularnych napadów 

gwałtownych  ruchów  kończyn,  chwytania,  grymasów  i  wrzasków,  by  wreszcie,  całkowicie 

wyczerpane, zapaść w długi sen.  

Na  pewien  czas  dramat  przycicha,  ale  po  przebudzeniu  się  dziecko  wymaga  wiele 

opieki,  intymności  i  kontaktów  z  matką,  które  mogłyby  mu  zrekompensować  utracone 

wygody  łona.  Matka  lub  osoby,  które  ją  w  różny  sposób  wspomagają,  dostarczają  owych 

substytutów macicy.  Najbardziej oczywistym z nich jest zastąpienie uścisku łona uściskiem 

matczynych  ramion.  Idealne  objęcie  matczyne  otacza  noworodka  ze  wszystkich  stron, 

stwarzając mu kontakt z matką jak największą powierzchnią ciała, nie utrudniając mu jednak 

oddychania.  Istnieje  ogromna  różnica  między  obejmowaniem  a  zwykłym  trzymaniem 

dziecka.  Niewprawny  dorosły,  który  trzyma  dziecko  tak,  że  nie  zapewnia  mu  kontaktu  z 

własnym  ciałem,  wkrótce  przekona  się,  jak  drastycznie  ogranicza  to  wartość  tej  czynności 

jako  środka  dającego  poczucie  komfortu.  Matczyna  pierś,  ramiona  i  ręce  muszą  doskonale 

odtwarzać utracone łono, w którym do niedawna nurzał się noworodek.  

Czasami  samo  objęcie  nie  wystarcza.  Potrzebne  są  inne  elementy  przypominające 

łono. Matka zaczyna bezwiednie kołysać delikatnie dziecko z boku na bok. Działa to bardzo 

kojąco, ale jeśli nie przynosi skutku, matka wstaje i zaczyna przechadzać się z wolna tam i z 

powrotem,  kołysząc  dziecko  w  ramionach.  Od  czasu  do  czasu  może  też  unieść  je  lekko  do 

góry. Wszystkie te przejawy intymności uspokajają płaczącego noworodka, a to dlatego, że w 

jakiś  sposób  powtarzają  chyba  niektóre  rytmy,  jakie  odbierało  dziecko  w  łonie  matki. 

Najpewniej skutecznie naśladują one delikatne ruchy kołyszące, jakie odczuwało, gdy matka 

chodziła.  Jest  w  tym  jednak  pewne  ale,  to  mianowicie,  że  rytm  kołysania  jest  znacznie 

wolniejszy niż rytm normalnego chodzenia. Co więcej, "noszenie dziecka na rękach" odbywa 

się  także  w  tempie  znacznie  wolniejszym  niż  tempo  przeciętnego  zwykłego  przechadzania 

się.  

Ostatnio przeprowadzono pewne doświadczenia, aby ustalić, jakie jest idealne tempo 

kołysania  dziecka  w  kołysce.  Przy  bardzo  wolnych  lub  bardzo  szybkich  rytmach  ruchy  te 

miały  niewielki  lub  nie  miały  żadnego  wpływu  kojącego,  ale  gdy  mechaniczna  kołyska 

została  ustawiona  na  rytm  od  sześćdziesięciu  do  siedemdziesięciu  przechyleń  na  minutę, 

następowała wyraźna zmiana, a obserwowane niemowlęta natychmiast się uspokajały i mniej 

płakały.  Chociaż  matki  w  różnym  tempie  kołyszą  swoje  dzieci  w  ramionach,  typowa 

częstotliwość  kołysania  jest  niemal  identyczna  z  częstotliwością  stosowaną  w  omawianych 

doświadczeniach,  a  tempo,  w  jakim  chodzimy,  nosząc  dziecko  na  ręku,  także  jest zbliżone. 

background image

Natomiast  przeciętna  prędkość  chodzenia  w  normalnych  warunkach  zwykle  przekracza  sto 

kroków na minutę.  

Dlatego wydaje się, że jakkolwiek te działania uspokajające mogą przynosić ukojenie, 

gdyż  naśladują  ruchy  kołyszące,  jakie  dziecko  odczuwa  w  łonie  matki,  ich  tempo  wymaga 

jakiegoś innego wyjaśnienia. Poza chodzeniem matki nie narodzone dziecko odbiera jeszcze 

dwa rodzaje doznań o charakterze rytmicznym: ciągłe unoszenie się i opadanie piersi matki 

podczas oddychania i stałe uderzenia jej serca. Rytm oddychania -od dziesięciu do czternastu 

wdechów na minutę -jest zbyt wolny, aby mógł mieć jakieś znaczenie, natomiast rytm bicia 

serca -około  siedemdziesięciu  uderzeń na minutę -to  chyba właśnie to,  o co chodzi. Wydaje 

się, że ten właśnie rytm, czy się go słyszy czy też wyczuwa, jest najistotniejszym czynnikiem 

kojącym, żywo przypominając noworodkowi utracony raj, jakim było matczyne łono.  

Istnieją jeszcze dwa fakty uzasadniające ten pogląd. Po pierwsze, zarejestrowane bicie 

serca,  odtwarzane  niemowlęciu  z  naturalną  prędkością,  również  działa  uspokajająco,  nawet 

przy braku jakichkolwiek ruchów kołyszących czy bujających. Gdy ten sam dźwięk odtwarza 

się  szybciej,  w  tempie  ponad  stu  uderzeń  na  minutę,  a  więc  w  tempie  chodu,  przestaje  on 

działać  uspokajająco.  Po  drugie;  jak  pisałem  w  Nagiej  małpie,  obserwacje  wykazały,  że 

ogromna większość matek trzyma niemowlę, opierając jego główkę o lewą pierś, w pobliżu 

serca.  Świadomie  czy  nie  matki  umieszczają  więc  uszy  swoich  dzieci  jak  najbliżej  źródła 

dźwięku -bijącego serca. Dotyczy to zarówno matek prawo-jak i lewo-ręcznych, dlatego też 

bicie serca jest chyba jedynym wyjaśnieniem adekwatnym do faktów.  

Można  to  łatwo  wykorzystać  dla  celów  handlowych  -wyprodukować  mianowicie 

mechaniczną kołyskę poruszającą się z prędkością odpowiadającą biciu serca lub wyposażoną 

w  małe  urządzenie  odtwarzające  -odpowiednio  wzmocnione  -zarejestrowane  bicie  serca. 

Model  de  luxe,  łączący  obie  funkcje,  byłby  niewątpliwie  jeszcze  skuteczniejszy,  a  niejedna 

udręczona matka mogłaby po prostu włączyć takie urządzenie i odprężyć się, gdy tymczasem 

przyrząd automatycznie i niezawodnie usypiałby dziecko, podobnie jak automatyczna pralka 

skutecznie pierze ubranka niemowlęcia.  

Urządzenia  takie  zapewne  wkrótce  się  pojawią  i  niewątpliwie  będą  wielce  pomocne 

dla  zapracowanych  współczesnych  matek,  jednak  ich  nadużywanie  niesie  ze  sobą  pewne 

niebezpieczeństwo.  To  prawda,  że  mechaniczne  uspokajanie  jest  czymś  lepszym  niż  jego 

brak,  zarówno  dla  nerwów  matki  jak  dobrego  samopoczucia  dziecka,  a  jeśli  z  powodu 

nadmiaru  czasochłonnych  obowiązków  matka  nie  ma  innych  możliwości,  uspokajanie  takie 

jest  pożądane.  Ale  istnieją  dwa  powody,  dla  których  tradycyjne  uspokajanie  przez  matkę 

będzie zawsze lepsze niż jego mechaniczny  substytut. Po pierwsze, matka dokonuje czegoś 

background image

więcej,  niż  potrafiłaby  kiedykolwiek  zrobić  maszyna.  Jej  działania  uspokajające  są  bardziej 

złożone i mają w sobie pewne cechy, o których jeszcze będziemy mówić. Po drugie, intymny 

związek między matką a dzieckiem, który występuje zawsze, gdy matka pociesza je, nosząc, 

obejmując i kołysząc, stwarza podstawę przyszłych silnych więzi między nimi. To prawda, że 

w  ciągu  pierwszych  kilku  miesięcy  życia  niemowlę  reaguje  pozytywnie  na  każdego 

przyjaźnie  nastawionego  dorosłego.  Chętnie  przyjmuje  ono  każdy  przejaw  intymności  od 

innych osób, bez względu na to, kim one są. Jednakże przed upływem roku dziecko uczy się, 

kim jest jego matka, i zaczyna odrzucać przejawy intymności ze strony obcych. Wiadomo, że 

zmiana  ta  u  większości  niemowląt  zachodzi  mniej  więcej  w  piątym  miesiącu  życia,  ale  nie 

zachodzi ona nagle, a poszczególne niemowlęta bardzo znacznie różnią się w tym względzie 

między  sobą.  Dlatego  trudno  przewidzieć  moment,  w  którym  niemowlę  zacznie  reagować 

selektywnie na własną matkę. Jest to okres o podstawowym znaczeniu, gdyż od bogactwa i 

intensywności  kontaktów  cielesnych  między  matką  a  niemowlęciem  w  tym  czasie  będzie 

zależała siła i jakość ich późniejszej więzi.  

Rzecz  jasna,  zbyt  częste  uciekanie  się  do  mechanicznych  matek  w  tym  kluczowym 

okresie  może  być  szkodliwe.  Niektóre  matki  uważają,  że  dziecko  przywiązuje  się  do  nich, 

ponieważ dostarczają mu one pożywienia i innych podobnych dóbr, naprawdę jednak tak nie 

jest. Obserwacje dzieci pozbawionych matek i doświadczenia z małpami wykazały niezbicie, 

że  czułe  przejawy  intymności,  których  źródłem  jest  delikatne  ciało  matki,  tak  istotne  w 

tworzeniu podstawowej więzi, mają też wielki wpływ na pozytywne zachowania społeczne w 

dalszym  życiu.  W  owych  krytycznych  kilku  miesiącach  życia  nie  można  przesadzić  w 

nacechowanych  miłością  kontaktach  cielesnych;  matka,  która  ignoruje  ten  fakt,  boleśnie 

przekona  się  o  tym  później,  podobnie  jak  jej  dziecko.  Trudno  zrozumieć  ten  wypaczony,  a 

pokutujący  jeszcze  w  naszej  cywilizowanej  kulturze  pogląd,  głoszący,  że  płaczące  dziecko 

lepiej zostawić samo sobie, aby "nie zdobyło nad nami przewagi".  

Należy  jednak  pamiętać,  że  gdy  dziecko  podrośnie,  sytuacja  się  zmienia.  Bywa,  że 

matka  wykazuje  nadopiekuńczość  i  hamuje  dziecko  właśnie  wtedy,  gdy  powinno  się  ono 

usamodzielniać i uniezależniać. Najgorsze możliwe wypaczenie polega na tym, że matka jest 

niedostatecznie opiekuńcza, rygorystyczna i wymagająca wobec niemowlęcia, a potem staje 

się  nadopiekuńcza  i  przesadnie  lgnie  do  dziecka,  gdy  jest  ono  starsze.  Jest  to  całkowite 

odwrócenie naturalnego porządku, według którego tworzy się więź, a niestety w dzisiejszych 

czasach  taka  kolej  rzeczy  nie  należy  do  rzadkości.  Gdy  starsze  dziecko  lub  nastolatek 

"buntuje  się",  można  przypuszczać,  że  gdzieś  w  tle  tkwi  ów  wypaczony  wzorzec 

background image

wychowania.  Niestety,  gdy  to  już  się  stało,  często  jest  za  późno,  by  naprawić  wcześniej 

wyrządzone zło.  

Naturalna  kolejność,  jaką  tu  opisałem  -najpierw  miłość,  a  potem  wolność  -ma 

podstawowe znaczenie nie tylko u człowieka, ale u wszystkich wyższych naczelnych. Matki 

małp zwierzokształtnych i człekokształtnych utrzymują ze swoim potomstwem nieprzerwany 

intymny  kontakt  cielesny  przez  wiele  tygodni  po  urodzeniu.  Jest  to  o  tyle  łatwiejsze,  że 

małpie  noworodki  są  silne  i  mogą  samodzielnie  na  długo  uczepiać  się  matek.  Noworodki 

wielkich  małp  człekokształtnych,  takich  jak  goryle,  potrzebują  nieraz  kilku  dni,  by  móc 

skutecznie uczepić się matki,  ale później, pomimo  swej  wagi,  potrafią to robić z niezwykłą 

wytrwałością.  Mniejsze  małpy  zwierzokształtne  robią  to  od  chwili  narodzin;  sam  kiedyś 

widziałem,  jak  rodząca  się  właśnie  małpka  kurczowo  trzymała  się  już  ciała  matki,  podczas 

gdy tylna część jej ciałka tkwiła jeszcze w macicy.  

Ludzki noworodek nie jest tak sprawny fizycznie. Ma on słabsze ramionka, a krótkie 

paluszki  u  nóg  nie  są  chwytne.  Matka  ludzka  ma  więc  z  tym  większy  problem.  W  ciągu 

pierwszych  miesięcy  to  właśnie  na  niej  spoczywają  wszelkie  działania  mające  na  celu 

utrzymanie cielesnego kontaktu z dzieckiem. Zachowały się jedynie szczątki odziedziczonego 

po przodkach niemowlęcego wzorca czepiania się, co stanowi elementarną pozostałość dawno 

minionej,  ewolucyjnej  przeszłości,  ale  nawet  one  nie  mają  dziś  żadnego  praktycznego 

zastosowania.  Utrzymują  się  tylko  przez  nieco  ponad  dwa  miesiące  po  porodzie  i  znane  są 

jako odruch chwytania i odruch Moro.  

Odruch  chwytania  pojawia  się  wcześnie,  gdyż  już  sześciomiesięczny  płód  posiada 

silny  chwyt.  Zaraz  po  urodzeniu  stymulacja  dłoni  skutkuje  mocnym  zaciśnięciem  rączki,  a 

chwyt jest na tyle silny, że dorosły może dzięki niemu unieść do góry całe ciałko noworodka. 

Jednakże -nie tak jak u młodej małpki -owo uczepienie się nie trwa długo.  

Odruch  Moro  można  zademonstrować,  zdecydowanie  i  szybko  opuszczając  dziecko 

na niewielką odległość ku ziemi  -jakby imitując upuszczanie -jednocześnie podtrzymując je 

od  spodu.  Ramionka  noworodka  gwałtownie  wyciągają  się  wtedy  do  przodu,  przy  czym 

rączki  są  otwarte,  a  paluszki  szeroko  rozpostarte.  Potem  ramionka  znów  się  zamykają,  jak 

gdyby  usiłowały  objąć  coś  konkretnego.  Widać  tu  wyraźnie  ewolucyjny  ślad  czynności 

czepiania się występującej u naczelnych, którą tak sprawnie i skutecznie posługuje się każda 

zdrowa młoda małpka. Niedawno przeprowadzone badania demonstrują to jeszcze wyraźniej. 

Gdy niemowlę czuje, że się je upuszcza, a jednocześnie trzyma się je za rączki i pozwala się 

chwytać, jego pierwszą reakcją nie jest wyrzucenie ramionek do przodu, poprzedzające ruch 

obejmowania,  lecz  natychmiastowe  silne  uczepienie  się.  T  o  samo  zrobiłaby  przestraszona 

background image

młoda małpka, gdyby trzymając w lekkim uchwycie futerko odpoczywającej matki, poczuła, 

że  zaniepokojona  czymś  matka  nagle  zerwała  się  na  nogi.  Małpie  niemowlę  w  identyczny 

sposób  zacisnęłoby  swój  chwyt,  przygotowując  się  do  szybkiego  przeniesienia  się  wraz  z 

matką  w  bezpieczne  miejsce.  Przed  upływem  ósmego  tygodnia  życia  niemowlę  ludzkie  ma 

jeszcze w sobie tyle z małpy, że może demonstrować pozostałości tej reakcji.  

Jednakże  z  punktu  widzenia  matki  ludzkiej  te  "małpie"  reakcje  stanowią  przedmiot 

jedynie  akademickiego  zainteresowania.  Mogą  one  zaciekawić  zoologów,  ale  w  praktyce  w 

żaden sposób nie ułatwiają rodzicom ich zadań. Jak więc należy postępować w tej sytuacji? 

Istnieje kilka możliwości. W tak zwanych społeczeństwach pierwotnych w ciągu pierwszych 

miesięcy życia niemowlę pozostaje na ogół niemal w stałym kontakcie z ciałem matki. Gdy 

matka odpoczywa, dziecko pozostaje w jej rękach lub też w rękach jakiejś innej osoby. Gdy 

matka śpi, dziecko znajduje się na tym samym posłaniu. Gdy matka pracuje lub znajduje się 

w  ruchu,  dziecko  jest  do  niej  solidnie  przywiązane.  W  ten  sposób  zapewnia  mu  ona  niemal 

nieustanny  kontakt  charakterystyczny  dla  innych  naczelnych.  Matki  społeczeństw 

cywilizowanych nie są w stanie w całej rozciągłości stosować się do tych zasad.  

Jedną z możliwości jest szczelne zawinięcie dziecka w pieluszki i w becik. Jeśli matka 

nie może zapewnić dziecku w każdej  godzinie dnia i  nocy błogiego uścisku swoich ramion 

czy  ścisłego  kontaktu  ze  swoim  ciałem,  może  ona  przynajmniej  dostarczyć  mu  błogiego 

uścisku  gładkiej  i  miękkiej  materii,  która  jest  środkiem  zastępującym  wnętrze  utraconego 

łona. Zwykle myślimy o ubieraniu noworodków jako o metodzie zapewnienia im ciepła, ale 

chodzi tu o coś więcej. Równie ważny jest "uścisk" materiału, w który zawinięte jest dziecko i 

który wchodzi w kontakt z powierzchnią jego ciałka. Toczą się jednak ożywione dyskusje nad 

tym, czy owo owinięcie powinno być ścisłe czy luźne. Opinie o tym, jak szczelne winno być 

owo postnatalne łono z materiału, znacznie różnią się w poszczególnych kulturach.  

W  dzisiejszym  świecie  zachodnim  nie  akceptuje  się  na  ogół  ciasnego  spowijania, 

nawet  noworodka  owija  się  lekko,  aby  mógł  swobodnie  poruszać  się  i  wymachiwać 

kończynami,  gdy  ma  na  to  ochotę.  Specjaliści  wyrażają  obawę,  że  spowijanie  niemowlęcia 

"może  krępować  jego  ducha".  Znaczna  większość  zachodnich  czytelników  zgodziłaby  się  z 

tym  skwapliwie,  ale  bliższe  zbadanie  sprawy  nie  potwierdza  tych  obaw.  Starożytni  Grecy  i 

Rzymianie  ciasno  spowijali  swoje  niemowlęta,  ale  nawet  najzagorzalszy  wróg  powijaków 

musi przyznać, że było wśród nich niemało wolnych duchów. Do końca osiemnastego wieku 

trzymano  w  powijakach  również  niemowlęta  brytyjskie,  a  wiele  niemowląt  rosyjskich, 

jugosłowiańskich, meksykańskich, lapońskich, japońskich i indiańskich trzyma się w nich do 

dzisiaj.  Ostatnio  poddano  ten  problem  badaniom  naukowym,  w  toku  których  za  pomocą 

background image

odpowiednio czułych przyrządów sprawdzano uczucie dyskomfortu niemowląt w powijakach 

i  bez  powijaków.  Stwierdzono,  że  spowijane  dzieci  rzeczywiście  były  spokojniejsze,  co 

przejawiało  się  wolniejszym  biciem  serca,  zmniejszoną  prędkością  oddechu  i  rzadszym 

płaczem.  Dłużej  też  spały.  Należy  przypuszczać,  że  spowijanie  lepiej  przypominało  ścisły 

uścisk łona, jakiego doświadczają dojrzałe płody w ostatnich tygodniach ciąży.  

Wszystko  to  wydaje  się  potwierdzać  opinie  zwolenników  spowijania,  ale  trzeba 

przypomnieć, że nawet największy płód nigdy nie podlega w łonie matki takiemu ściśnięciu, 

żeby od czasu do czasu nie mógł kopać i poruszać się. Każda matka, która wyczuwa w sobie 

te  ruchy,  zdaje  sobie  sprawę,  że  nie  "spowija"  ona  swego  nie  narodzonego  dziecka  do  tego 

stopnia,  by  je  unieruchomić.  Umiarkowane  spowijanie  noworodka  jest  chyba  bardziej 

naturalne  niż  silne  krępowanie  stosowane  w  niektórych  kulturach.  Co  więcej,  zwolennicy 

spowijania niepotrzebnie przedłużają nieraz ten zabieg znacznie ponad zalecaną miarę. Może 

to  być  pożyteczne  w  pierwszych  tygodniach,  ale  później  może  zakłócić  procesy 

prawidłowego rozwoju mięśni i kształtowania się postawy. Tak jak płód musi kiedyś opuścić 

naturalne łono, tak noworodek musi wkrótce opuścić łono sztuczne, bo inaczej "nie zdąży" na 

następny  etap  rozwojowy.  Mówimy  zwykle  o  noworodkach  niedonoszonych  lub 

przenoszonych, mając na myśli chwilę porodu,  ale pożyteczne jest zastosowanie tych pojęć 

także do późniejszych etapów rozwoju dziecka. Jeśli potomstwo ma szczęśliwie przebyć owe 

kolejne  fazy,  w  każdej  z  nich,  od  niemowlęctwa  do  dojrzewania,  muszą  być  stosowane 

właściwe  formy  intymności,  kontaktu  cielesnego  i  pielęgnacji.  Inaczej  -jeśli  przejawy 

intymności  wyprzedzają  etap  lub  są  w  stosunku  do  niego  opóźnione  -mogą  pojawić  się 

kłopoty w dalszym życiu.  

Dotychczas  przyglądaliśmy  się  niektórym  stosowanym  przez  matkę  sposobom 

odtwarzania  pewnych  przejawów  intymności  z  okresu  łonowego,  ale  błędne  byłoby 

mniemanie,  jakoby  wygody  wczesnego  okresu  postnatalnego  były  dla  dziecka  jedynie 

przedłużeniem  wygód  okresu  płodowego.  Takie  przedłużenie  to  tylko  fragment  całości 

obrazu. Właściwe etapowi niemowlęctwa formy dbałości o komfort dziecka, to pieszczenie, 

całowanie  i  głaskanie,  a  także  utrzymywanie  ciałka  niemowlaka  w  czystości  przy 

zastosowaniu  delikatnego  dotyku,  ruchów  pocierania,  wycierania  i  innych  łagodnych  form 

tarcia.  Także  uścisk  jest  czymś  więcej  niż  tylko  uściskiem.  Obejmując  dziecko  ramionami, 

matka  często  jednocześnie  poklepuje  je  rytmicznie  jedną  ręką  po  pleckach  -we  właściwym 

tempie  i  z  właściwą  siłą,  ani  zbyt  silnie,  ani  zbyt  słabo.  Błędem  byłoby  sądzić,  że  ma  to 

jedynie  wywołać  "odbicie  się".  Jest  to  jedna  z  najczęstszych  reakcji  matki  o  znacznie 

szerszym  zastosowaniu.  Zawsze  gdy  dziecko  zdaje  się  potrzebować  pociechy,  matka 

background image

obejmując  je  poklepuje  jeszcze  po  pleckach.  Nierzadko  jednocześnie  kołysze  je  i  buja,  a 

często  grucha  też  cichutko  do  dziecka  i  nuci  mu,  zbliżając  usta  do  jego  główki.  Te 

charakterystyczne  dla  niemowlęctwa  działania  pocieszające  mają  duże  znaczenie,  gdyż,  jak 

się  przekonamy,  pojawiają  się  one  później,  już  w  życiu  dorosłych,  w  rozmaitych  formach, 

czasami  zupełnie  jawnych,  a  czasami  bardzo  zawoalowanych,  jako  rozmaite  przejawy 

intymności. Są to zachowania macierzyńskie tak automatyczne, że rzadko się o nich myśli czy 

rozmawia. Dlatego też zazwyczaj nie dostrzega się ich nowych funkcji w późniejszym życiu.  

Poklepywanie  wywodzi  się  ze  zjawiska,  które  badacze  zachowań  zwierząt  określają 

jako  ruch  intencjonalny.  Najlepiej  można  to  zilustrować  na  przykładzie  zwierząt.  Gdy  ptak 

zamierza pofrunąć, porusza głową, co stanowi element odlotu. W toku ewolucji to poruszanie 

głową  uległo  wyolbrzymieniu,  stając  się  dla  innych  ptaków  sygnałem  zwiastującym  zamiar 

odlotu.  Ptak,  zanim  rzeczywiście  odleci,  przez  dłuższą  chwilę  wykonuje  gwałtowne  ruchy 

głową,  uprzedzając  swych  towarzyszy,  że  zamierza  ich  opuścić,  i  umożliwiając  im 

przygotowanie się do odlotu wraz z nim. Innymi słowy, sygnalizuje on zamiar lotu, a takie 

poruszanie  głową  określa  się  jako  ruch  intencjonalny.  Jak  się  wydaje,  w  podobny  sposób 

wykształciło  się  u  matek  poklepywanie  jako  szczególny  przejaw  więzi,  stanowiący  często 

stosowany  ruch  intencjonalny,  sygnalizujący  gotowość  mocnego  przytulenia  się.  Każde 

klepnięcie matczynej ręki komunikuje: "Zobacz, tak właśnie przytulę cię, by chronić cię przed 

niebezpieczeństwem,  bądź  więc  spokojny,  nie  martw  się".  Każde  klepnięcie  jest 

powtórzeniem tego sygnału i pomaga uspokoić niemowlę. Ale jest w tym coś jeszcze. Znów 

pomocny będzie przykład z ptakami. Gdy ptak jest lekko zaniepokojony, ale nie na tyle, by 

zaraz  odlecieć,  może  zaalarmować  swoich  towarzyszy  za  pomocą  kilku  łagodnych  ruchów 

głową,  pozostając  jednak  przy  tym  na  miejscu.  Innymi  słowy,  w  ten  sposób  ptak  wysyła 

jedynie sygnał w postaci ruchu intencjonalnego, nie podejmując właściwej akcji, jaką jest lot. 

U  ludzi  to  właśnie  stało  się  z  czynnością  poklepywania.  Ręka  poklepuje  plecy,  następnie 

przestaje,  potem  poklepuje  znowu  i  znowu  przestaje.  Nie  następuje  potem  kontynuacja  w 

postaci  pełnego  objęcia,  mającego  chronić  przed  niebezpieczeństwem.  Tak  więc  komunikat 

matki  do  dziecka  brzmi  nie  tylko:  "Nie  martw  się,  tak  cię  przytulę  w  razie 

niebezpieczeństwa",  lecz  także:  "Nie  martw  się,  nie  ma  żadnego  niebezpieczeństwa,  bo 

inaczej  przytuliłabym  cię  jeszcze  mocniej  niż  teraz".  Powtarzające  się  poklepywanie  działa 

więc podwójnie kojąco.  

Ciche  gruchanie  czy  mruczenie  jako  sygnał  kojący  działa  jeszcze  inaczej.  I  znów 

pomocny  może  być  przykład  ze  zwierzętami.  Gdy  niektóre  ryby  znajdują  się  w  nastroju 

agresywnym, objawiają to opuszczeniem przedniej części ciała i podniesieniem części tylnej. 

background image

Gdy te same ryby sygnalizują brak agresji, robią coś przeciwnego, to znaczy unoszą głowę, a 

opuszczają  ogon.  Ciche  gruchanie  matki  także  działa  na  zasadzie  przeciwieństwa.  Głośne, 

hałaśliwe  dźwięki  są  u  naszego  gatunku,  podobnie  zresztą  jak  u  wielu  innych,  sygnałami 

alarmowymi.  Krzyki,  wrzaski,  chrapania  i  ryki  są  powszechnymi  wśród  ssaków  sposobami 

informowania  o  bólu,  niebezpieczeństwie,  strachu  i  agresji.  Używając  tonów,  które  są 

przeciwieństwem tych dźwięków, ludzka matka może przekazywać komunikaty przeciwne, a 

mianowicie  to,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Gruchając  i  nucąc,  może  ona  stosować 

komunikaty  słowne,  ale  oczywiście  słowa  nie  mają  tu  większego  znaczenia.  Zasadniczy 

sygnał  kojący  przekazywany  jest  niemowlęciu  za  pośrednictwem  tych  właśnie  łagodnych, 

cichych i słodkich dźwięków.  

Innym  ważnym  wzorcem  zachowań  intymnych,  występującym  w  okresie 

postnatalnym  jest  podawanie  dziecku  piersi  (lub  butelki  ze  smoczkiem)  do  ssania.  Dziecko 

czuje wówczas w buzi coś ciepłego i miękkiego, z czego można wycisnąć słodki i ciepły płyn. 

Buzia  dziecka  odczuwa  ciepło,  język  smakuje  słodycz,  a  usta  wyczuwają  miękkość.  W  ten 

sposób  życie  dziecka  wzbogaca  się  o  jeszcze  jeden  ważny  rodzaj  pociechy,  czyli  przejaw 

elementarnej  intymności.  To  samo  zjawisko,  choć  w  różnych  przebraniach,  pojawi  się 

później, już w kontekstach życia dorosłego.  

Takie więc są najważniejsze przejawy intymności u ludzi w fazie niemowlęcej. Matka 

obejmuje,  nosi,  kołysze,  poklepuje,  pieści,  całuje,  głaszcze,  myje  i  karmi  piersią  swoje 

potomstwo,  a  także  grucha  do  niego,  mruczy  i  nuci  mu.  Jedynym  pozytywnym  działaniem 

kontaktowym  ze  strony  niemowlęcia  jest  w  tym  okresie  ssanie;  ale  dziecko  wysyła  dwa 

ważne sygnały funkcjonujące jako zaproszenie do . intymności i zachęta do ścisłego kontaktu. 

Sygnałami  tymi  są  płacz  i  uśmiech.  Płacz  inicjuje  kontakt,  a  uśmiech  pomaga  ten  kontakt 

utrzymać. Płacz mówi: "chodź tutaj", a uśmiech -"zostań ze mną".  

Płacz  bywa  niekiedy  niewłaściwie  rozumiany.  Ponieważ  pojawia  się  wtedy,  gdy 

dziecko  jest  głodne,  jest  mu  niewygodnie  albo  coś  je  boli,  przyjmuje  się,  że  są  to  jedyne 

treści,  jakie  płacz  komunikuje.  Gdy  dziecko  płacze,  matka  często  automatycznie  uznaje,  że 

chodzi o jeden z tych trzech problemów, co niekoniecznie musi być prawdą. Komunikat głosi 

jedynie "chodź tutaj", nie mówi dlaczego. Dziecko może płakać również, gdy jest syte, jest 

mu wygodnie i nie odczuwa żadnego bólu -chcąc tylko zainicjować intymny kontakt z matką. 

Gdy  matka,  po  nakarmieniu  dziecka  i  upewnieniu  się,  że  jest  mu  wygodnie,  kładzie  je  z 

powrotem,  może  ono  natychmiast  wznowić  sygnalizowanie  płaczem.  U  zdrowego 

niemowlęcia znaczy to tylko tyle, że nie otrzymało odpowiedniej porcji intymnego kontaktu 

cielesnego  i  będzie  protestowało  tak  długo,  aż  to  uzyska.  W  pierwszych  miesiącach 

background image

zapotrzebowanie  na  taki  kontakt  jest  wysokie,  a  niemowlę  ma  na  szczęście  do  dyspozycji 

silnie działający sygnał zachęty, czyli uśmiech zadowolenia, którym nagradza ono matkę za 

jej starania.  

Uśmiech  jest  czymś,  co  wyróżnia  niemowlęta  ludzkie  spośród  innych  naczelnych. 

Niemowlęta  małp  nie  uśmiechają  się.  Po  prostu  nie  potrzebują  one  uśmiechu,  gdyż  są 

wystarczająco  silne,  aby  uczepić  się  sierści  swych  matek  i  być  blisko  nich  dzięki  własnym 

działaniom. Niemowlę ludzkie nie jest zdolne tego dokonać i musi w jakiś sposób zwiększyć 

swoje szanse na przyciągnięcie uwagi matki. Uśmiech stanowi powstałe w procesie ewolucji 

rozwiązanie tego problemu.  

Płacz i  uśmiech uzyskują wsparcie ze strony sygnałów wtórnych. Płacz człowieka z 

początku  przypomina  płacz  małp.  Płaczące  małpie  niemowlę  wydaje  z  siebie  serię 

rytmicznych pisków, którym jednak nie towarzyszą łzy. W ciągu kilku pierwszych miesięcy 

życia niemowlę ludzkie  płacze tak samo,  bez łez, ale po tym  okresie wstępnym  do sygnału 

głosowego dołączają się łzy. Później, w życiu dorosłym, łzy mogą pojawiać się niezależnie od 

głosu,  jako  bezgłośny  sygnał,  ale  u  niemowlęcia  głos  i  łzy  występują  wspólnie,  jako  jedno 

zjawisko  płaczu.  Nie  wiadomo  dlaczego  rzadko  mówi  się  o  tym,  że  człowiek  jako  jedyny 

wśród naczelnych płacze łzami, ale z pewnością musi to mieć jakieś specjalne znaczenie dla 

naszego  gatunku.  W  pierwszym  rzędzie  jest  to  oczywiście  sygnał  wzrokowy,  wzmocniony 

dzięki nieobecności włosów na naszych policzkach, przez co połyskiwanie i ściekanie łez jest 

tak dobrze widoczne. Ale ważna jest też reakcja matki, która wtedy zwykle "osusza oczka" 

niemowlęciu.  Polega  to  na  delikatnym  wycieraniu  łez  ze  skóry  na  buzi,  co  jest  czynnością 

kojącą i przejawem intymnego kontaktu cielesnego. Być może, taka jest właśnie dodatkowa 

funkcja  znacznie  wzmożonego  wydzielania  gruczołów  łzowych,  co  powoduje  tak  częste 

wilgotnienie buzi małego człowieczka.  

Jeśli komuś wydaje się to teorią nieco naciąganą, warto sobie uzmysłowić, że u ludzi, 

jak też u wielu innych gatunków, matka ma silny popęd do czyszczenia ciała potomstwa. Gdy 

dziecko  się  zmoczy,  matka  je  osusza,  i  dlatego  wydaje  się,  że  obfitość  łez  wykształciła  się 

jako coś w rodzaju "substytutu moczu" i ma na celu wywołanie podobnej intymnej reakcji w 

trudnych  chwilach.  W  odróżnieniu  od  moczu  łzy  nie  oczyszczają  organizmu  ze  zbędnych 

substancji.  Wydzielane  w  niewielkich  ilościach,  czyszczą  i  chronią  oczy,  ale  gdy  płyną 

obficie podczas płaczu, ich jedyna funkcja polega chyba na przekazywaniu sygnałów, i wtedy 

można  je  uznać  wyłącznie  za  formę  zachowania.  Podobnie  jak  uśmiech,  zdają  się  one 

funkcjonować głównie jako zachęta do intymności.  

background image

Uśmiech  wspierają  takie  sygnały  wtórne  jak  gaworzenie  i  wyciąganie  rączek. 

Niemowlę uśmiecha się, rechocze i wyciąga rączki ku matce, wykonując ruchy intencjonalne, 

poprzedzające  przytulenie  się  do  niej,  i  w  ten  sposób  zachęca  ją,  by  je  podniosła.  W 

odpowiedzi  matka  odwzajemnia  się.  Oddaje  więc  uśmiech,  "grucha"  do  niemowlęcia, 

wyciąga  ręce,  by  go  dotknąć  lub  podnieść.  Podobnie  jak  płacz  z  łzami,  zespół  uśmiechów 

pojawia  się  dopiero  mniej  więcej  w  drugim  miesiącu  życia.  W  gruncie  rzeczy  pierwszy 

miesiąc  życia  dziecka  można  by  nazwać  "stadium  małpim",  gdyż  charakterystyczne  dla 

człowieka sygnały pojawiają się dopiero po upływie pierwszych kilku tygodni. 

Gdy dziecko osiąga trzeci i czwarty miesiąc życia, zaczynają pojawiać się nowe formy 

kontaktu  cielesnego.  Znikają  wczesne  "małpie"  zachowania,  odruch  chwytania  i  odruch 

Moro,  a  pojawiają  się  bardziej  wyrafinowane  formy  ukierunkowanego  chwytania  i 

przytulania  się.  W  prymitywnym  odruchu  chwytania  rączka  niemowlęcia  automatycznie 

obejmowała  każdy  przylegający  do  niej  przedmiot,  teraz  działaniem  pozytywnym  staje  się 

nowy  rodzaj  chwytania,  chwytanie  selektywne  -niemowlę  koordynując  ruchy  rąk  ze 

wzrokiem,  sięga  po  konkretny  interesujący  je  przedmiot  i  chwyta  go.  Często  jest  to  jakaś 

część ciała matki, zwłaszcza włosy. W takim ukierunkowanym chwytaniu dziecko dochodzi 

do perfekcji przed upływem piątego miesiąca życia.  

Podobnie  automatyczne,  nie  ukierunkowane  ruchy  czepiania  się,  charakterystyczne 

dla odruchu Moro, ustępują ukierunkowanemu obejmowaniu, które polega na przytulaniu się 

dziecka właśnie tylko do ciała matki i dostosowaniu ruchów do zajmowanej przez nią pozycji. 

Takie ukierunkowane czepianie się ustala się zwykle przed upływem szóstego miesiąca życia. 

W  okresie  dzieciństwa,  po  stadium  niemowlęctwa,  rzecz  jasna  ubożeje  sfera  elementarnej 

intymności cielesnej. Potrzeba bezpieczeństwa, którą tak dobrze zaspokajał rozległy kontakt 

cielesny  z  matką,  napotyka  teraz  na  coraz  silniejszą  konkurencję,  jaką  jest  potrzeba 

niezależnego  działania,  odkrywania  świata  i  badania  otoczenia.  Nie  można  tego  oczywiście 

dokonać,  tkwiąc  w  ramionach  matki.  Niemowlę  uniezależnia  się,  na  czym  musi  ucierpieć 

elementarna  intymność.  Ale  świat  wciąż  jest  miejscem  przerażającym  i  dlatego  dziecku 

potrzebna jest jakaś inna forma intymności -pośrednia, zdalnie sterowana -by przy względnej 

niezależności zachować  jednocześnie poczucie pewności  i  bezpieczeństwa. Komunikowanie 

się  za  pomocą  dotyku  ustępuje  miejsca  coraz  bardziej  precyzyjnej  komunikacji  wzrokowej. 

Ograniczające  i  krępujące  środki  bezpieczeństwa,  jakim  są  obejmowanie  i  przytulanie, 

zastępuje  dziecko  mniej  ograniczającym  środkiem,  jakim  jest  wymiana  spojrzeń,  którym 

towarzyszy  odpowiedni  wyraz  twarzy.  Wspólny  uścisk  zostaje  zastąpiony  przez  wspólny 

uśmiech,  wspólny  śmiech  oraz  wszelkiego  rodzaju  miny,  jakie  potrafi  przybierać  twarz 

background image

człowieka.  Twarz  w  uśmiechu,  która  wcześniej  stanowiła  zachętę  do  objęcia,  obecnie 

zastępuje to objęcie. W istocie sam uśmiech staje się symbolicznym objęciem, działającym na 

odległość.  Pozwala  to  niemowlęciu  funkcjonować  w  sposób  mniej  skrępowany,  a  przy  tym 

odnowić uczuciowy kontakt z matką za pomocą jednego tylko spojrzenia.  

Następne  doniosłe  stadium  rozwojowe  przychodzi,  gdy  dziecko  zaczyna  mówić.  W 

trzecim  roku  życiu,  po  opanowaniu  podstawowego  słownictwa,  do  kontaktu  wzrokowego 

dołącza się "kontakt" słowny. Dziecko i jego matka mogą teraz wyrażać uczucia wobec siebie 

nawzajem za pomocą słów.  

W  miarę  rozwoju  tego  stadium  nieuniknione  jest  dalsze  ograniczenie  przejawów 

intymności elementarnej, mających postać kontaktów cielesnych. Przytulanie wydaje się zbyt 

dziecinne. Gwałtownie rosnąca potrzeba eksploracji, niezależności i odrębnej, indywidualnej 

tożsamości w coraz większym stopniu tłumi pragnienie uścisków i pieszczot. Gdy rodzice w 

tym  okresie  nadużywają  elementarnych  kontaktów  cielesnych,  dziecko  odczuwa  je  nie  tyle 

jako  przejawy  opieki,  ile  jako  udrękę.  Trzymanie  dziecka  staje  się  teraz  dla  niego 

powstrzymywaniem  przed  czymś  i  dlatego  rodzice  muszą  przystosować  się  do  tej  nowej 

sytuacji.  

Przy czym kontakt cielesny nie zanika. Jest mile widziany w razie bólu, we wstrząsie 

psychicznym,  strachu  czy  panice,  pojawia  się  też  w  sytuacjach  mniej  dramatycznych. 

Przybiera  on  jednak  inne  formy.  Wszechogarniające  objęcie  ulega  redukcji  do  rozmiarów 

poszczególnych  jego  fragmentów.  Pojawiają  się  takie  formy  jak  półobjęcie,  objęcie 

ramieniem, poklepanie po głowie i uścisk dłoni.  

Jak  na  ironię  w  stadium  późnego  dzieciństwa  i  towarzyszących  jego  eksploracjom 

stresów wciąż istnieje ogromna  wewnętrzna potrzeba pociechy, jaką daje kontakt cielesny  i 

przejawy  intymności.  Potrzeba  ta  ulega  nie  tyle  zredukowaniu,  co  stłumieniu.  Przejawy 

intymności  dotykowej  kojarzą  się  z  niemowlęctwem  i  muszą  odejść  w  przeszłość,  ale 

otoczenie  wciąż  się  ich  domaga.  Konflikt,  jaki  w  związku  z  tym  powstaje,  rozwiązuje  się 

przez  wprowadzenie  nowych  form  kontaktu,  które  dostarczają  pożądanych  przejawów 

intymności cielesnej, ale nie robią wrażenia dziecinnych.  

Pierwszy symptom tych zamaskowanych przejawów intymności pojawia się wcześnie, 

bo już niemal w niemowlęctwie. Rozpoczyna się to w drugim półroczu życia i wiąże się z tak 

zwanymi  obiektami  przeniesieniowymi.  W  gruncie  rzeczy  są  to  nieożywione  substytuty 

matki.  W  powszechnym  użyciu  są  trzy  takie  przedmioty:  ulubiona  butelka  ze  smoczkiem, 

miękka  zabawka  i  kawałek  miękkiego  materiału,  zwykle  szal  lub  jakaś  część  bielizny 

pościelowej. W stadium wczesnego niemowlęctwa przedmioty te stanowią element składowy 

background image

intymnych  kontaktów  z  matką.  Dziecko  nie  przedkłada  tych  przedmiotów  nad  matkę,  ale 

jednak silnie je kojarzy z jej fizyczną obecnością. W czasie nieobecności matki stają się one 

jej substytutami, a wiele dzieci nie chce zasnąć bez ich kojącej bliskości. Gdy pora iść spać, 

szal lub miękka zabawka muszą znajdować się w łóżeczku, bo inaczej powstają problemy. A 

wymagania są szczegółowe, musi to być ta, a nie inna zabawka lub ten, a nie inny szal. Nie 

mogą ich zastąpić rzeczy podobne, ale dziecku nie znane.  

Na  tym  etapie  przedmioty  są  potrzebne  tylko  wtedy,  gdy  matka  jest  nieosiągalna. 

Dlatego stają się one niezbędne w porze zasypiania, kiedy kontakt z matką ulega przerwaniu. 

Ale później, gdy dziecko rośnie, coś się tu zmienia. Dla dziecka, które staje się coraz bardziej 

niezależne  od  matki,  ulubione  przedmioty  raczej  zyskują,  niż  tracą  na  wartości  jako  źródło 

pociechy.  Niektóre  matki  niewłaściwie  wyobrażają  sobie,  że  dziecko  z  jakiegoś  powodu 

odczuwa  nienaturalny  niedostatek  bezpieczeństwa.  Gdy  dziecko  gwałtownie  domaga  się 

swojego "miśka", "szaliczka" czy "przytulanki" -przedmioty te zwykle mają jakieś specjalne 

imiona -matka może niekiedy postrzegać to jak krok wstecz w rozwoju. W istocie jest właśnie 

przeciwnie. Postępując tak, dziecko w rzeczywistości mówi: "Pragnę kontaktu fizycznego z 

matką, ale to byłoby zbyt dziecinne. Teraz jestem już zbyt niezależny na coś takiego. Zamiast 

tego wejdę w kontakt z tym przedmiotem, dzięki czemu poczuję się bezpiecznie, nie rzucając 

się  z  powrotem  w  ramiona  matki".  Jak  wyraził  to  pewien  znawca  tych  problemów,  obiekt 

przeniesieniowy  "przypomina  o  miłych  stronach  matki,  jest  substytutem  matki,  ale  jest  też 

tarczą przeciw ponownemu spowiciu przez matkę".  

Z upływem lat, gdy dziecko rośnie, taki pocieszający przedmiot może mu niezmiennie 

towarzyszyć  niekiedy  aż  do  półmetka  dzieciństwa,  a  z  rzadka  nawet  do  lat  młodzieńczych. 

Zdarza  się,  że  panna  na  wydaniu,  leżąc  w  łóżku,  kurczowo  ściska  ogromnego  pluszowego 

misia.  Mówiąc  "z  rzadka  ",  muszę  tu  uczynić  pewne  zastrzeżenie.  Oczywiście  rzadko  się 

zdarza,  abyśmy  obsesyjnie  trwali  przy  jakimś  konkretnym  obiekcie  przeniesieniowym  z 

okresu  wczesnego  dzieciństwa.  Dla  większości  z  nas  istota  takiego  postępowania  byłaby 

nazbyt  przejrzysta.  Znajdujemy  natomiast  substytuty  dla  substytutów  -przemyślny  dorosły 

wynajduje  substytuty  dla  dziecięcych  substytutów  ciała  matki.  Gdy  zamiast  dziecięcego 

szaliczka pojawia się futrzana pelisa, traktujemy ją z większym szacunkiem.  

Inny zamaskowany przejaw intymności, jaki pojawia się u rosnącego dziecka, można 

dostrzec  w  przepychankach  i  bijatykach.  Kiedy  obejmowanie  się  i  przytulanie  wydaje  się 

infantylne,  ale  jest  wciąż  niezbędne,  można  ten  problem  rozwiązać  obejmując  rodziców  w 

taki sposób, że kontakt cielesny wcale nie wygląda jak czułe przytulanie się. Nadaje mu się 

wtedy  formę  żartobliwego  obejmowania  się  "na  niedźwiedzia",  a  przytulanie  się  przybiera 

background image

postać zapasów. W udawanych zapasach z którymś z rodziców dziecko może wciąż jeszcze 

odtworzyć  bliską  intymność  z  czasów  niemowlęcych,  maskując  ją  jednocześnie  za  pomocą 

dorosłej agresywności.  

Sposób ten jest na tyle skuteczny, że udawane walki z rodzicami zdarzają się jeszcze 

w  późnym  okresie  dojrzewania.  Jeszcze  później,  już  między  dorosłymi,  ogranicza  się  to 

zwykle  do  przyjaznego  klepnięcia  w  ramię  lub  po  plecach.  Trzeba  przyznać,  że  żartobliwa 

bijatyka  dziecięca  jest  czymś  więcej  niż  tylko  zamaskowanym  przejawem  intymności.  W 

dużym stopniu chodzi w niej też o sprawdzenie sprawności własnego ciała, o jego dotykanie, 

o  badanie  nowych  możliwości  i  dawanie  upustu  starym.  Owe  stare  możliwości,  które 

oczywiście wciąż się tam jeszcze kryją, wciąż są ważne, i to w dużo większym stopniu, niż 

się zazwyczaj sądzi.  

Z  nadejściem  okresu  pokwitania  powstaje  nowy  problem.  Kontakt  cielesny  z 

rodzicami ulega dalszemu ograniczeniu. Ojcowie przekonują się, że ich córki nagle stają się 

mniej  skłonne  do  zabaw.  Synowie  stają  się  wstydliwi  wobec  swoich  matek.  Już  w  stadium 

poniemowlęcym  zaczyna  się  przejawiać  potrzeba  niezależności,  ale  teraz,  w  okresie 

pokwitania,  potrzeba  ta  ulega  wzmocnieniu  i  rodzi  kolejną  silną  potrzebę,  czyli  potrzebę 

prywatności.  

Komunikat  niemowlęcia  brzmiał  "trzymaj  mnie  mocno",  komunikat  dziecka  "połóż 

mnie",  a  komunikat  osoby  dojrzewającej  brzmi  "zostaw  mnie  samą/samego".  Pewien 

psychoanalityk opisał, jak w okresie pokwitania "młoda osoba pragnie się odizolować: od tej 

pory  mieszka  z  członkami  rodziny  jak  z  obcymi  ludźmi".  Sens  tego  stwierdzenia  staje  się 

jasny  dzięki  zastosowanej  w  nim  przesadzie.  Osoby  dojrzewające  nie  całują  się  przecież  z 

nieznajomymi, a w dalszym ciągu całują swoich rodziców. Co prawda, pocałunki te w dużej 

mierze  stają  się  tylko  formalnością,  bo  głośny  całus  zamienił  się  w  muśnięcie  policzka,  ale 

przelotne  przejawy  intymności  wciąż  jeszcze  się  zdarzają.  Jednakże,  podobnie  jak  u 

dorosłych,  są  one  na  tym  etapie  ograniczone  głównie  do  powitań,  pożegnań,  uroczystości  i 

różnych smutnych sytuacji. W gruncie rzeczy osoba dojrzewająca jest już dorosła  -niekiedy 

nawet  superdorosła  -przynajmniej  jeśli  idzie  o  przejawy  intymności  rodzinnej.  Kochający 

rodzice,  przemyślnie,  aczkolwiek  nieświadomie,  radzą  sobie  z  tym  problemem  w  rozmaity 

sposób. Typowym wzorcem jest tu poprawienie szczegółów garderoby. Jeśli nie można już z 

miłością  dotknąć  dziecka,  to  można  zrobić  to  pod  pozorem  "poprawię  ci  krawat"  lub 

"wyczyszczę  ci  kurtkę".  Jeśli  w  odpowiedzi  słyszy  się  "nie  zawracaj  sobie  głowy,  mamo" 

albo "sam to zrobię", oznacza to, że młody człowiek, równie nieświadomie, rozszyfrował tę 

sztuczkę.  

background image

Po  okresie  dojrzewania,  gdy  młody  człowiek  wyprowadza  się  z  domu  rodzinnego, 

wówczas,  z  punktu  widzenia  intymności  cielesnej,  następuje  coś  jakby  powtórny  poród. 

Opuszczamy łono rodziny tak jak dwadzieścia lat temu opuściliśmy łono matki. Podstawowa 

sekwencja przejawów intymności: "trzymaj mnie mocno -połóż mnie -zostaw mnie samego", 

zaczyna  się  od  początku.  Młodzi  kochankowie,  jak  niemowlęta,  mówią  "trzymaj  mnie 

mocno".  Czasami  zwracają  się  do  siebie  przez  "dziecinko".  Po  raz  pierwszy  od  czasów 

niemowlęctwa  w  ich  życiu  znów  pojawiają  się  liczne  przejawy  intymności.  Jak  dawniej 

sygnały  kontaktu  cielesnego  zaczynają  splatać  magiczną  więź  i  tworzy  się  nowy,  silny 

związek.  Aby  podkreślić  siłę  tego  przywiązania,  komunikat  "trzymaj  mnie  mocno"  zostaje 

wzbogacony słowami "i nigdy mnie nie puszczaj". Jednakże gdy proces tworzenia się więzi 

zostanie  zakończony,  a  kochankowie  stworzą  nową,  dwuosobową  jednostkę  rodzinną, 

dobiega  też  końca  stadium  drugiego  niemowlęctwa.  Nieuchronnie  pojawiają  się  nowe 

przejawy  intymności,  będące  repliką  wcześniejszej  podstawowej  sekwencji.  Drugie 

niemowlęctwo  ustępuje  miejsca  drugiemu  dzieciństwu.  (Nie  należy  go  mylić  ze  stadium 

starości,  które  pojawia  się  znacznie  później  i  o  którym  często  niesłusznie  mówi  się  jako  o 

drugim dzieciństwie).  

W tym czasie zaczynają słabnąć występujące w okresie zalotów przejawy intymności 

polegające  na  obejmowaniu  się.  W  sytuacjach  krańcowych  jeden  z  partnerów  -lub  oboje  -

zaczynają  odczuwać,  że  wpadli  w  pułapkę,  i  czują,  że  zagrożona  jest  ich  niezależność. 

Zjawisko raczej normalne, ale odczuwane jako coś nienormalnego -partnerzy uznają więc, że 

cały ten ich związek jest błędem, i postanawiają się rozstać. "Połóż mnie" z okresu drugiego 

dzieciństwa  zostaje  zastąpione  przez  "zostaw  mnie  samego/samą"  z  drugiego  pokwitania,  a 

pierwotna  separacja  rodzinna  z  okresu  dojrzewania  staje  się  separacją  rodzinną  w  postaci 

rozwodu.  Ale  jeśli  rozwód  jest  drugim  dojrzewaniem,  to  dlaczego  właściwie  ten  nowo 

dojrzewający  czy  nowo  dojrzewająca  ma  żyć  bez  kochanki  czy  kochanka?  Dlatego  po 

rozwodzie  każde  z  eksmałżonków  znajduje  nową  partnerkę  czy  partnera,  jeszcze  raz 

przeżywa  etap  drugiego  niemowlęctwa,  powtórnie  zawiera  związek  małżeński  i  nagle 

znajduje  się  w  okresie  drugiego  dzieciństwa,  ze  zdumieniem  stwierdzając,  że  wszystko  się 

powtarza.  

Opis  ten  może  wyglądać  na  cyniczne  uproszczenie,  ale  pomaga  on  sformułować 

właściwy wniosek. Szczęśliwcy, a jest ich niemało nawet w dzisiejszych czasach, nigdy nie 

przeżywają owego drugiego dojrzewania. Akceptują oni zamianę drugiego niemowlęctwa na 

drugie dzieciństwo. Wzbogaceni o nową intymność seksualną i wspólne przejawy intymności 

rodzicielskiej, potrafią utrzymać więź pary w małżeństwie.  

background image

W  późniejszych  latach  utrata  czynnika  rodzicielskiego  zostaje  złagodzona 

pojawieniem się nowych przejawów intymności z pokoleniem wnuków, aż w końcu pojawia 

się  trzecie  i  ostatnie  niemowlęctwo  -wraz  z  nadejściem  starości  i  towarzyszącą  jej 

bezradnością.  Ta  trzecia  sekwencja  przejawów  intymności  trwa  krótko.  Nie  istnieje  żadne 

trzecie dzieciństwo, przynajmniej tu na ziemi. Kończymy życie jako niemowlęta, ułożeni w 

przytulnych  trumnach,  miękko  wyściełanych  i  udrapowanych,  zupełnie  jak  kołyski 

niemowląt. Przebyliśmy drogę od bujania się w kołysce do bujania w obłokach wieczności.  

Wiele ludzi nie może pogodzić się z myślą, że tu kończy się trzecia wielka sekwencja 

przejawów  intymności.  Nie  chcą  przyjąć  do  wiadomości,  że  trzecie  niemowlęctwo  nie 

przechodzi  w  trzecie  dzieciństwo  -w  niebie.  Tam  panują  idealne  i  niezmienne  warunki,  nie 

istnieje groźba matczynej nadopiekuńczości, gdyż Bóg-Ojciec nie ma małżonki.  

Opisując te wzorce intymności od łona matki do "łona Abrahama ", poświęciłem dużo 

miejsca  wczesnym  okresom  życia,  pobieżniej  traktując  późniejsze  okresy  dorosłości. 

Ukazawszy korzenie intymności, w następnych rozdziałach będziemy mogli z większą uwagą 

zająć się zachowaniami charakterystycznymi dla wieku dojrzałego. 

background image

2. 

ZAPROSZENIA DO INTYMNOŚCI SEKSUALNEJ 

 

Ciało  każdego  człowieka  nieustannie  wysyła  sygnały  do  innych  ludzi.  Jedne  z  tych 

sygnałów  zapraszają  do  intymnego  kontaktu,  inne  zaś  zniechęcają.  Nigdy  nie  wchodzimy  z 

nikim w kontakt cielesny bez uprzedniego starannego odczytania znaków -chyba że się z kimś 

niechcący  zderzymy.  Nasze  umysły  są  jednak  bezbłędnie  zaprogramowane  tak,  by  sprostać 

trudnej sztuce oceny tych sygnałów zapraszających, dzięki czemu nieraz w ułamku sekundy 

potrafimy rozeznać daną sytuację towarzysko-społeczną. Gdy w tłumie ludzi niespodziewanie 

dojrzymy  osobę,  która  robi  na  nas  duże  wrażenie,  już  po  upływie  kilku  chwil  od  momentu 

zatrzymania na niej wzroku jesteśmy gotowi pochwycić ją w objęcia. Nie oznacza to wcale, 

że działamy nierozważnie. Po prostu znaczy to, że komputery w naszych czaszkach wspaniale 

potrafią  wykonać  błyskawiczne,  niemal  natychmiastowe  kalkulacje  oceniające  wygląd  i 

nastrój wszystkich tych licznych osób, z którymi stykamy się w ciągu dnia. Setki sygnałów 

informujących  o  szczególnych  cechach  kształtu,  wielkości,  koloru,  dźwięku,  zapachu, 

postawy, ruchów i wyrazu twarzy tychże błyskawicznie zaczynają atakować nasze zmysły, a 

wtedy  zaczyna  pracować  nasz  komputer  towarzyski  i  zaraz  otrzymujemy  odpowiedź  na 

pytanie, dotykać czy nie dotykać. 

Jako  niemowlęta  oddziałujemy  na  dorosłych,  gdyż  jesteśmy  mali  i  bezradni,  co 

pobudza ich do wyciągania ręki  i  nawiązywania  z nami życzliwego kontaktu. Płaska buzia, 

wielkie oczy, niezręczne ruchy, krótkie kończyny i okrągłe kształty -wszystko to składa się na 

nasz powab dotykowy .  Gdy  dodać do tego szeroki  uśmiech i  sygnały  alarmowe, jakimi  są 

płacz  i  krzyk,  staje  się  jasne,  że  niemowlę  ludzkie  stanowi  nieodparte  zaproszenie  do 

intymności.  

Gdy, już jako ludzie dorośli, wysyłamy podobne sygnały wyrażające bezradność i ból, 

na  przykład  gdy  jesteśmy  chorzy  lub  ranni,  wówczas  wywołujemy  tego  samego  rodzaju 

reakcje  pseudorodzicielskie.  Również  wtedy  gdy  nawiązujemy  pierwszy,  wstępny  kontakt 

cielesny  w  formie  uścisku  dłoni,  niemal  zawsze  dodajemy  do  niego  odpowiedni  wyraz 

twarzy, czyli uśmiech.  

Są  to  podstawowe  rodzaje  zaproszenia  do  intymności,  ale  wraz  z  dojrzałością 

seksualną  zwierzę  ludzkie  wkracza  w  nową  sferę  sygnałów  kontaktowych  -sygnałów 

związanych z seksapilem, czyli z powabem płciowym, który służy do zachęcania mężczyzn i 

kobiet do wzajemnego dotykania się, wyrażającego coś więcej niż zwykłą życzliwość.  

background image

Niektóre  sygnały  płciowe  są  uniwersalne  i  mają  zastosowanie  u  wszystkich  ludzi 

dorosłych,  inne  zaś  stanowią  wariacje  kulturowe  na  owe  tematy  biologiczne.  Niektóre  są 

składową naszego wyglądu jako osób dorosłych obojga płci, a inne mają związek z naszym 

zachowaniem jako dorosłych, a więc z postawą, gestykulacją i działaniem.  

Aby  je  przedstawić,  najprościej  będzie  udać  się  na  wycieczkę  po  ludzkim  ciele  i 

krótko zatrzymać się przy każdym kolejnym interesującym nas szczególe.  

Krocze.  Ponieważ  mówimy  o  sygnałach  płciowych,  zgodnie  z  logiką  zaczniemy  od 

podstawowego  obszaru  genitalnego,  a  potem  przejdziemy  do  innych  obszarów  przyległych. 

Krocze  jest  główną  strefą  tabu,  i  to  nie  tylko  dlatego,  że  mieszczą  się  w  niej  zewnętrzne 

narządy płciowe. Ten mały obszar ciała jest siedliskiem wszystkich innych najważniejszych 

tabu;  tu  dokonuje  się  oddawanie  moczu,  oddawanie  stolca,  kopulacja,  lizactwo  (fellatio), 

wytrysk  nasienia,  masturbacja  i  menstruacja.  Nic  więc  dziwnego,  że  był  to  zawsze 

najstaranniej zakryty obszar ciała ludzkiego. Wzrokowe zaproszenie do intymności w formie 

bezpośredniej demonstracji tego obszaru byłoby zbyt silnym sygnałem seksualnym, by mógł 

służyć  jako  instrument  wstępny,  zanim  jeszcze  dana  relacja  przejdzie  przez  wcześniejsze 

etapy kontaktu cielesnego. Jak na ironię, kiedy dana relacja osiągnie bardziej zaawansowane 

stadium  intymności  płciowej,  pokazy  wzrokowe  są  już  spóźnione,  toteż  pierwsze 

doświadczenia  życia  płciowego  są  na  ogół  dotykowe.  Bezpośrednie  przyglądanie  się 

genitaliom  płci  przeciwnej  odgrywa  współcześnie  stosunkowo  niewielką  rolę  w  ludzkich 

zalotach. Niemniej zainteresowanie tym obszarem ciała jest znaczne i jeśli nawet nie wchodzi 

w grę bezpośrednie eksponowanie genitaliów, zawsze istnieją jakieś inne możliwości.  

Pierwszą z nich jest używanie stroju podkreślającego charakter organów, które się pod 

nim kryją. Dla kobiet jest to noszenie spodni, szortów lub kostiumów kąpielowych o numer 

mniejszych,  niż  kazałaby  wygoda,  tak  obcisłych,  że  wciskając  się  w  szczelinę  narządu 

rodnego uważnemu męskiemu oku ukazują jej kształt. Jest to wynalazek współczesności, ale 

jego męski odpowiednik ma długą historię. Przez prawie dwieście lat (mniej więcej w latach 

1408  do  1575)  wielu  mężczyzn  w  Europie  ukazywało  swoje  genitalia  w  całej  krasie, 

aczkolwiek nie bezpośrednio, lecz za pomocą woreczka na genitalia, czyli saczka. Rozpoczął 

on  swój  żywot  w  postaci  skromnej  zasłonki  tworzącej  mały  mieszek  w  kroku  niezwykle 

obcisłych  spodni  albo  trykotów,  które  nosili  ówcześni  mężczyźni.  Owe  trykoty  były  tak 

obcisłe, że nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do kształtu narządów, które okrywały. Z 

upływem  lat  ten  szczegół  garderoby  zmienił  charakterze  skromnego  woreczka  na  mosznę 

przeobraził się w wyzywający worek na fallusa, jakby w stanie permanentnego wzwodu. Aby 

to  jeszcze  uwypuklić,  saczek  bywał  często  w  innym  kolorze  niż  całość  spodni  lub  nawet 

background image

ozdobiony złotem i klejnotami. W końcu rozrósł się do tego stopnia, że stał się przedmiotem 

dowcipów, toteż Rabelais, opisując saczek jednego ze swoich bohaterów, napisał: "Na saczek 

u pludrów zużyto siedemnaście i ćwierć łokci tejże materii; i dano mu formę jakoby kabłąka, 

umocowanego  bardzo  uciesznie  dwiema  pięknymi  haftkami  ze  złota,  które  zaczepiały  się  o 

dwa haczyki z emalii, w każdy zaś wprawiony był ogromny szmaragd wielkości pomarańczy. 

(...) Rozporek w saczku był na półtora łokcia długi".  

W dzisiejszych czasach niemodne jest już tak przesadne demonstrowanie członka, ale 

pewne  echa  tego  stylu  wciąż  można  jeszcze  zauważyć.  W  latach  sześćdziesiątych  i 

siedemdziesiątych młodzież męska znów zaczęła nosić zbyt obcisłe "trykoty". Podobnie jak 

współczesna  kobieta  młodzieniec  wciska  się  w  niezwykle  obcisłe  dżinsy  i  spodenki 

kąpielowe,  które  zmuszają  go  do  przemieszczenia  spoczywającego  w  nich  członka.  W 

odróżnieniu  od  starszych  mężczyzn,  u  których  znajdującą  się  między  nogami  przepaść 

międzypokoleniową  wypełnia  członek  luźno  zwisający  pod  zbyt  obszernymi  spodniami, 

współczesny młodzieniec paraduje z członkiem zwróconym ku górze. Stale utrzymywany w 

pozycji  pionowej  przez  przyjemnie  otulający  go  materiał,  zainteresowanej  nim  kobiecie 

ukazuje  się  jako  łagodna,  ale  wyraźnie  widoczna  wypukłość.  Tak  więc  ubiór  młodego 

mężczyzny znów pozwala mu  zademonstrować pseudoerekcję, i,  co może dziwić, podobnie 

jak  wcześniejszy  saczek,  nie  spotyka  się  to  jakoś  z  nadmierną  krytyką  środowisk 

purytańskich. Ciekawe, czy sam saczek powróci jeszcze kiedyś do łask i jak dalece rozwinie 

się ten prąd w modzie, zanim popadnie w niełaskę jako zbyt nachalny przejaw seksualizmu.  

Eksponowanie  narządów  płciowych  za  pomocą  stroju  ma  dziś  charakter  wyraźnie 

egzotyczny i nie znajduje powszechnego zastosowania. Funkcję taką pełnią damskie kostiumy 

kąpielowe i  majteczki  w okolicach łonowych przyozdobione futrem  albo  też sznurowane w 

przodzie.  Inną  formą  pośredniego  eksponowania  genitaliów,  która  nie  budząc  żadnych 

zastrzeżeń,  przetrwała  przez  wieki,  jest  szkocki  sporran,  czyli  symboliczny  mieszek  na 

genitalia noszony w okolicach moszny, często pokrywany futrem symbolizującym owłosienie 

łonowe.  

Mniej  bezpośrednim  sposobem  przekazywania  wzrokowych  sygnałów  płci  jest 

posługiwanie się innymi częściami ciała jako "echem genitaliów", czyli ich imitacją. Pozwala 

to  przekazywać  podstawowe  komunikaty  seksualne  przy  całkowicie  zakrytych  genitaliach 

właściwych.  Można  tego  dokonywać  na  kilka  sposobów.  By  je  lepiej  zrozumieć,  musimy 

znów  przyjrzeć  się  anatomii  żeńskich  organów  płciowych.  Ze  względu  na  ich  symboliczne 

znaczenie można wyróżnić otwór  -pochwę -i parzyste fałdy skóry, czyli mniejsze i większe 

wargi  sromowe.  Gdy  są  one  zakryte,  wtedy  każdy  inny  fragment  ciała  czy  jakikolwiek 

background image

szczegół, który w jakiś sposób je przypomina, może służyć jako "echo genitaliów" i może być 

wykorzystany do sygnalizowania.  

Substytutami otworu mogą więc być pępek, usta, nozdrza i uszy. Wszystkie te miejsca 

na  ciele  mają  w  sobie  coś  z  tabu.  Nie  wypada  publicznie  dłubać  w  nosie  czy  w  uchu  w 

przeciwieństwie  do  takich  czynności  jak  ocieranie  czoła  czy  przecieranie  oczu,  które 

wykonywane na widoku publicznym -nie rażą. Często też zakrywamy usta, jeśli nie welonem 

to  w  każdym  razie  podczas  ziewania,  sapania  czy  śmiechu.  Pępek  stanowi  jeszcze 

wyraźniejsze tabu -ostatnio często się zdarza, że usuwa się go skrzętnie z fotografii, chroniąc 

nasze  oczy  przed  jego  wymownym  kształtem.  Spośród  czterech  wymienionych  otworów 

chyba tylko usta i pępek są uważane za substytuty otworu genitalnego.  

Usta  bez  wątpienia  są  najważniejszym  z  tych  substytutów  i  podczas  kontaktów 

miłosnych  przekazują  one  bardzo  wiele  sygnałów  pseudogenitalnych.  W  Nagiej  małpie 

wyraziłem pogląd, że unikatowy dla naszego gatunku rozwój odwiniętych warg jest być może 

częścią  tej  samej  historii,  a  ich  mięsiste  różowe  powierzchnie  rozwinęły  się  jako  imitacja 

warg sromowych na poziomie biologicznym, a nie na poziomie czysto kulturowym. Podobnie 

jak  wargi  sromowe  czerwienieją  i  nabrzmiewają  pod  wpływem  podniecenia  seksualnego  i 

podobnie  jak  one  otaczają  centralnie  usytuowany  otwór.  Od  zarania  historii  sygnały 

przekazywane  przez  wargi  kobiece  były  wzmacniane  za  pomocą  sztucznego  barwienia. 

Szminka  jest  obecnie  jednym  z  najważniejszych  wyrobów  przemysłu  kosmetycznego  i 

chociaż jej kolor zmienia się zależnie od mody, zawsze w końcu wraca do jakiegoś odcienia 

różu,  co  jest  repliką  czerwienienia  warg  sromowych  w  stanie  silnego  podniecenia 

seksualnego. Nie jest to, rzecz jasna, świadome naśladownictwo sygnałów genitalnych; uważa 

się po prostu, że jest "seksowne" czy "atrakcyjne", i koniec.  

Wargi  dorosłej  kobiety  są  zwykle  nieco  większe  i  bardziej  mięsiste  niż  wargi 

mężczyzny,  co  nie  dziwi,  jeśli  zważyć  na  ich  symboliczną  rolę,  a  tę  różnicę  w  wielkości 

uwypukla  się  niekiedy  jeszcze,  malując  szminką  powierzchnię  większą,  niż  nakazywałaby 

linia  samych  ust.  To  również  imituje  powiększenie,  jakiemu  ulegają  wargi,  gdy  podczas 

podniecenia seksualnego nabrzmiewają krwią.  

Wielu  pisarzy  i  poetów  widzi  w  wargach  i  w  ustach  silną  strefę  erotyczną,  gdy 

podczas głębokiego pocałunku język, niczym członek, wsuwa się do ust kobiety. Wyrażano 

też myśl, że budowa warg kobiety odpowiada budowie jej (jeszcze niedostępnych dla wzroku) 

genitaliów.  Kobieta  o  mięsistych  wargach  ma  podobno  mięsiste  wargi  sromowe.  Kobieta  o 

wąskich, zaciśniętych wargach ma ściśnięte i wąskie narządy płciowe. Jeśli istotnie tak bywa, 

background image

nie  jest  to  przykład  mimikry  cielesnej,  lecz  świadczy  tylko  o  tym,  że  dana  kobieta 

reprezentuje jakiś określony typ somatyczny.  

Pępek nigdy nie wywoływał tylu dyskusji co usta, ale ostatnio i jemu przydarzyło się 

wiele  przygód,  co  świadczy  o  tym,  że  i  on  odgrywa  ważną  rolę  jako  echo  genitaliów.  Nie 

dość,  że  dawno  usunięto  go  z  fotografii,  to  jeszcze  na  mocy  "kodeksu  hollywoodzkiego" 

zakazano  jego  pokazywania,  tak  że  tancerki  w  haremach  w  przedwojennych  filmach  miały 

obowiązek przykrywać go jakąś ozdobą. Nikt nigdy nie wyjaśnił, dlaczego właściwie pępek 

jest  tabu,  jeśli  nie  liczyć  mało  przekonywającego  stwierdzenia,  że  eksponowanie  go  może 

prowokować  dzieci  do  pytania  o  cel  jego  istnienia  i  w  ten  sposób  zmuszać  rodziców  do 

wyjaśniania kłopotliwych "faktów z życia". W świecie dorosłych jest to oczywisty nonsens, a 

prawdziwa  przyczyna  tkwi,  rzecz  jasna,  w  tym,  że  pępek  bardzo  przypomina  "sekretny 

otwór".  Ponieważ  tancerki  haremowe,  opuściwszy  kwefy,  wykonują  zazwyczaj  wschodni 

taniec brzucha, poruszając nim w taki sposób, że ów pseudootwór ukazuje się w pełnej krasie, 

a  towarzyszy  temu  sugestywne  i  seksowne  wyginanie  się  i  przeciąganie,  w  Hollywoodzie 

postanowiono, że ten nieskromny szczegół anatomiczny powinno się jakoś zamaskować. Jak 

na ironię, w drugiej połowie dwudziestego wieku, kiedy na Zachodzie kodeks hollywoodzki 

stracił na znaczeniu,  do akcji wkroczył  owładnięty nowo odkrytym  duchem  republikańskim 

świat  arabski. Egipskie  wykonawczynie tańca brzucha zostały oficjalnie  poinformowane, że 

eksponowanie  pępka  podczas  tradycyjnych  występów  folklorystycznych  jest  niemoralne  i 

niestosowne.  Nowy  rząd  nalegał,  aby  wprowadzić  obowiązek  zakrywania  okolic  przepony 

kawałkiem jakiegoś lekkiego materiału. Tak więc w tym czasie, gdy w Europie i w Ameryce 

pępki  wywalczyły  sobie  powrót  do  kin  i  na  plażę,  w  Afryce  Północnej  te  "ślepe"  otwory 

ponownie zapadły w niebyt.  

Nieosłonięte  pępki,  od  chwili  gdy  ponownie  pojawiły  się  w  świecie  zachodnim, 

zaczęły  ulegać  dziwnej  modyfikacji.  Stopniowo  zmieniały  kształt.  Staromodne  okrągłe 

otwory z dawnych obrazów zaczęły ustępować miejsca wydłużonym, pionowym szczelinom. 

Badając to dziwne zjawisko, stwierdziłem, że współczesne modelki i aktorki w porównaniu z 

modelkami dawniejszych artystów ukazują podłużny pępek sześciokrotnie częściej niż pępek 

okrągły.  Przegląd  przypadkowo  wybranych  dwustu  obrazów  i  rzeźb  z  różnych  okresów, 

przedstawiających nagie kobiety, wykazał, że okrągłe pępki stanowiły dziewięćdziesiąt dwa 

procent,  a  podłużne  jedynie  osiem  procent.  Podobna  analiza  współczesnych  modelek 

przedstawionych na fotografiach i aktorek filmowych wykazuje uderzającą zmianę proporcji: 

obecnie  odsetek  pępków  podłużnych  wzrósł  do  czterdziestu  sześciu.  Stało  się  tak  nie  tylko 

dlatego,  że  współczesne  dziewczyny  są  znacznie  szczuplejsze,  gdyż  jakkolwiek  tłusta  i 

background image

obwisła kobieta nie jest w stanie ukazać zainteresowanym podłużnego pępka, nie jest wcale 

powiedziane,  że  potrafi  to  każda  szczupła.  Pępki  wysmukłych  dziewcząt  z  obrazów 

Modiglianiego  są  tak  samo  okrągłe  jak  pępki  pulchnych  modelek  Renoira.  Co  więcej,  w 

latach  siedemdziesiątych  naszego  wieku  dwie  młode  dziewczyny  o  podobnych  kształtach 

mogą pokazywać dwa różne kształty pępków.  

Nie jest zupełnie jasne, jak dokonała się ta zmiana i czy była ona nieświadom a, czy 

też  może  sprzyjali  jej  współcześni  fotografowie.  Wydaje  się,  że  ma  ona  jakiś  związek  z 

subtelną  zmianą  pozycji  ciała,  którą  przybierają  modelki,  a  ta  z  kolei  -z  intensywniejszym 

wdychaniem  powietrza.  Nie  ulega  jednak  wątpliwości,  że  zmiana  kształtu  pępka  ma 

zasadnicze  znaczenie.  Klasyczny  okrągły  pępek  w  swojej  symbolicznej  roli  jako  otwór 

zanadto  przypomina  odbyt.  Przybierając  bardziej  owalny,  pionowo  wydłużony  kształt 

szczeliny, automatycznie przyjmuje formę bardziej zbliżoną do formy narządu płciowego, na 

skutek czego jego wartość jako symbolu seksualnego niepomiernie wzrasta. Chyba to właśnie 

dokonuje  się  w  zachodnim  świecie,  od  chwili  gdy  pępek  wyszedł  z  ukrycia  i  zaczął 

funkcjonować jako wyraźny sygnał erotyczny.  

Pośladki. Od krocza i  jego substytutów przechodzimy teraz do tylnej  strony okolicy 

miednicowej,  gdzie  znajdują  się  parzyste  mięsiste  półkule  o  nazwie  pośladki.  Bardziej 

wydatne u kobiet niż u mężczyzn, są one charakterystyczne dla człowieka  -nie występują u 

innych  gatunków  naczelnych.  Gdyby  kobieta  zechciała  się  zaprezentować  mężczyźnie  w 

typowej  dla  naczelnych  pozycji  wyrażającej  zaproszenie  do  kopulacji,  czyli  w  pozycji 

pochylonej,  jej  genitalia  ukazałyby  się  oczom  patrzącego  tak,  jakby  były  obramowane 

dwiema gładkimi półkulami ciała. To skojarzenie sprawia, że pośladki są w naszym gatunku 

ważnym sygnałem seksualnym, który prawdopodobnie ma bardzo stary rodowód biologiczny. 

Stanowi  on  u  ludzi  odpowiednik  "obrzmienia  seksualnego",  występującego  u  innych 

gatunków. Różnica polega na tym, że w naszym gatunku jest ono stałe. U innych gatunków 

owo obrzmienie pojawia się i znika zależnie od cyklu menstruacyjnego, osiągając maksimum 

podczas receptywności płciowej samicy, to znaczy w okresie owulacji. Ponieważ kobieta jest 

seksualnie  receptywna  niemal  stale,  jej  "obrzmienia  seksualne"  są  w  stanie  stałego 

"napompowania". Gdy nasi dawni przodkowie zaczęli przybierać postawę pionową, narządy 

płciowe  stały  się  lepiej  widoczne  od  przodu  niż  od  tyłu,  ale  pośladki  zachowały  swoje 

znaczenie  seksualne.  Chociaż  sama  kopulacja  coraz  częściej  odbywała  się  w  pozycji 

frontalnej, kobieta mogła wysyłać sygnały seksualne, w jakiś sposób uwydatniając szczegóły 

tylnych  partii  ciała.  W  dzisiejszych  czasach,  gdy  idąca  dziewczyna  nieco  silniej  zakołysze 

pośladkami, mężczyzna odbiera to jako silny sygnał erotyczny.  Podobnie gdy przybiera ona 

background image

postawę, w której pośladki "niechcący" uwypuklają się bardziej niż zwykle. Czasami zdarza 

się zobaczyć charakterystyczną dla naczelnych pełną prezentację, jak na przykład w słynnej 

figurze kankana. Powszechnie znane są też dowcipy o mężczyźnie pragnącym poklepać czy 

popieścić pośladek dziewczyny, która zupełnie niewinnie schyliła się, aby coś podnieść.  

Od najdawniejszych czasów znane są dwa warte skomentowania zjawiska związane z 

pośladkami.  Pierwsze  to  naturalny  stan  znany  jako  steatopygia,  drugie  zaś  -sztuczne 

urządzenie  o  nazwie  turniura.  Steatopygia  dosłownie  znaczy  "tłusty  tyłek"  i  odnosi  się  do 

znacznie  powiększonych  rozmiarów  pośladków  u  pewnych  ludów,  takich  jak  Buszmeni  w 

Ameryce  Południowej.  Niektórzy  utrzymują,  że  jest  to  zjawisko  magazynowania  tłuszczu, 

analogiczne do garbu wielbłąda, ale ponieważ u kobiet występuje ono w znacznie większym 

stopniu niż u mężczyzn, bliższe prawdy wydaje się mniemanie, że chodzi tu o specjalizację 

sygnałów seksualnych wychodzących z tej części ciała. Wydaje się, że u kobiet buszmeńskich 

sygnał  ten  wykształcił  się  lepiej  niż  u  kobiet  innych  ras.  Możliwe  nawet,  że  stan  taki  był 

właściwy  większości  naszych  dawnych  przodków,  ale  uległ  później  redukcji  na  rzecz 

sportowego  kompromisu,  jakim  jest  mniej  wyzywający  kształt  pośladków  kobiety 

współczesnej.  Z  pewnością  Buszmenów  dawniej  było  więcej  niż  obecnie  i  przed  ekspansją 

murzyńską zaludniali znaczną część Ameryki.  

Ciekawa jest też duża liczba prehistorycznych statuetek pochodzących z wielu miejsc 

w  Europie  i  poza  nią,  przedstawiających  kobiety  o  podobnej  budowie,  a  więc  z 

nieproporcjonalnie  wielkimi  w  stosunku  do  reszty  ciała,  wystającymi  pośladkami.  Istnieją 

dwa  wyjaśnienia.  Albo  kobiety  prehistoryczne  istotnie  miały  tak  wydatne  pośladki,  które 

służyły im do wysyłania sygnałów seksualnych do mężczyzn, albo też dawni rzeźbiarze mieli 

taką  obsesję  na  punkcie  erotycznego  oddziaływania  pośladków,  że  -jak  współcześni  nam 

karykaturzyści  -pozwalali  sobie na znaczny stopień swobody artystycznej. Jakkolwiek było, 

prehistoryczne  pośladki  panowały  niepodzielnie.  Potem,  rzecz  dziwna,  kolejno  na  różnych 

obszarach  wraz  z  pojawianiem  się  nowych  form  sztuki  statuetki  kobiet  o  wydatnych 

pośladkach zaczęły znikać. Wszędzie tam, gdzie w sztuce prehistorycznej występują statuetki, 

najstarsze  mają  taki  właśnie  kształt.  Z  czasem  ich  miejsce  zajmują  statuetki  kobiet 

wysmukłych.  Kobiety  o  tłustych  pośladkach  musiały  być  istotnie  kiedyś  zjawiskiem 

powszechnym,  a  dopiero  potem  stopniowo  wyginęły,  gdyż  inaczej  nie  dałoby  się  wyjaśnić 

przyczyny  tej  szeroko  udokumentowanej  zmiany  w  sztuce  prehistorycznej.  Męskie 

zainteresowanie kobiecymi pośladkami trwa nadal,  ale poza nielicznymi  wyjątkami, zostały 

one  zmniejszone  do  naturalnych  proporcji,  które  można  oglądać  na  dwudziestowiecznych 

ekranach  kinowych.  Tancerki  z  malowideł  ściennych  starożytnego  Egiptu  bez  trudu 

background image

znalazłyby  pracę  we  współczesnym  nocnym  klubie,  a  obwód  bioder  Wenus  z  Milo,  gdyby 

dziś żyła, nie wynosiłby więcej niż 95 centymetrów. 

Wyjątki  od  tej  prawidłowości  są  o  tyle  intrygujące,  że  w  pewnym  sensie  są 

świadectwem  nawrotu  do  czasów  prehistorycznych  i  ukazują  ponowne  zainteresowanie 

mężczyzny  znacznie  uwydatnionymi  tylnymi  partiami  ciała  kobiety.  Tu  przechodzimy  od 

naturalnego cielesnego zjawiska, jakim  była steatopygia, do sztucznego urządzenia znanego 

jako  turniura.  Jedno  i  drugie  daje  ten  sam  efekt,  to  znaczy  wydatne  powiększenie  okolic 

pośladków, tyle że gdy chodzi o turniurę, osiąga się to za pomocą grubej poduszki lub jakiejś 

specjalnej konstrukcji umieszczonej pod suknią. W swoich początkach turniura była rodzajem 

krynoliny w odwrocie. Zwyczaj wypychania bioder w rejonie miednicy był częsty w modzie 

europejskiej i chcąc wprowadzić nowy element -uwydatnienie pośladków -wystarczyło usnąć 

wkładki  z  przodu  i  z  boków.  Tak  więc  turniura  powstała  w  procesie  "redukcji",  a  nie 

wyolbrzymiania,  dzięki  czemu  weszła  do  ekskluzywnej  mody  bez  nieprzychylnych 

komentarzy.  Z  racji  tego  sposobu  pojawienia  się,  niejako  przez  negację,  turniura  nie 

wywoływała  -oczywistych  -skojarzeń  seksualnych.  Okrągła  wypchana  turniura  z  lat 

siedemdziesiątych ubiegłego wieku zanikła po kilku latach, ale już w latach osiemdziesiątych 

wróciła  triumfalnie,  i  to  w  wyolbrzymionej  formie.  Zamieniła  się  ona  wówczas  w  dużą, 

sterczącą  z  tyłu  półkę,  utrzymywaną  na  swoim  miejscu  za  pomocą  konstrukcji  z  drucianej 

siatki  i  stalowych  sprężyn,  na  widok  której  zareagowałby  nawet  wyczerpany  Buszmen.  Z 

nastaniem  lat  dziewięćdziesiątych  zniknął  jednak  i  ten  rodzaj  turniury,  a  coraz  bardziej 

wysportowana  kobieta  dwudziestego  wieku  wcale  nie  życzy  sobie  jej  powrotu.  W 

dzisiejszych  czasach  wyolbrzymienie  pośladków  ogranicza  się  do  rzadko  stosowanych 

"sztucznych pup", prowokujących póz oraz karykatur.  

Nogi. Kobiece nogi jako nośniki sygnałów seksualnych były i są przedmiotem żywego 

zainteresowania mężczyzn. Z natury ich anatomii zewnętrzne części ud kobiecych zawierają 

większe  pokłady  tłuszczu  niż  ud  męskich.  Bywały  okresy,  kiedy  pulchna  noga  była 

czynnikiem erotycznym. 

Kiedy  indziej  samo  pokazanie  nogi  było  nośnikiem  sygnałów  seksualnych. 

Zrozumiałe, że im wyżej odsłonięta noga, tym bardziej pobudzająco działa, a to ze względu 

na  bliskość  właściwej  strefy  genitalnej.  Wśród  sztucznych  środków  poprawiających  kształt 

nóg wymienić można "sztuczne łydki", które nosiło się pod nieprzezroczystymi pończochami, 

ale była to rzadkość podobnie jak "sztuczne pupy". Częściej używano pantofli na wysokich 

obcasach,  gdyż  podniesienie  pięty  miało  poprawić  kształt  nogi,  pozornie  ją  wydłużając,  a 

background image

wydłużenie  kończyn  jest  elementem  dojrzewania.  Długie  nogi  to  dojrzałość,  a  zatem 

seksowność.  

Istniała też tendencja, by wciskać damskie stopy do nieco przyciasnych pantofelków; 

stopa  dorosłej  kobiety  z  natury  jest  nieco  mniejsza  od  stopy  dorosłego  mężczyzny,  a 

zwiększenie  tej  różnicy  sprawia,  że  damska  stopa  jako  sygnał  seksualny  dla  mężczyzny 

prezentuje  się  bardziej  kobieco.  Drobna  stópka  zawsze  cieszyła  się  uznaniem  mężczyzn  i 

niejedna kobieta cierpiała istne męki, aby uzyskać ten efekt.  Tradycyjną  postawę mężczyzn 

oddają  słowa  Byrona:  "stópki  drobne  jak  u  sylfidy  zwiastują  nad  sobą  kształty  jeszcze 

powabniejsze".  Taki  pogląd  na  damskie  stopy  znajduje  swoje  odzwierciedlenie  w 

nieśmiertelnej  bajce  o  Kopciuszku,  która  liczy  sobie  co  najmniej  dwa  tysiące  lat.  Brzydkie 

siostry mają zbyt wielkie stopy, aby je wcisnąć w malutki szklany pantofelek. Tylko piękna 

bohaterka o odpowiednio małych stópkach potrafi podbić serce księcia.  

W  Chinach  moda  na  małe  kobiece  stópki  osiągnęła  kiedyś  takie  rozmiary,  że 

deformowano stopy młodych dziewcząt na skutek bardzo ciasnego obwiązywania. Obwiązana 

stopa, czyli jak ją nazywano "złocista lilia", pięknie się prezentowała w malutkim ozdobnym 

pantofelku,  ale  potem  przypominała  raczej  zniekształconą  świńską  raciczkę.  Ta  bolesna 

praktyka  miała  tak  wielkie  znaczenie,  że  rozmiar  stóp  dziewczyny  stanowił  o  jej  wartości 

handlowej;  wystawiając  na  pokaz  pantofelki,  określano  cenę  panny  młodej.  Współczesna 

kobieta, którą "wykańczają stopy", to tylko odległe echo tego dawnego zjawiska. Oficjalnie 

praktykę  "złocistych  lilii"  uzasadniano  tym,  że  dzięki  niej  każdy  mógł  stwierdzić,  iż  dana 

kobieta  nie  musi  pracować  -mając  takie  stopy  nie  jest  zdolna  do  pracy.  Ale  nie  musiał 

przecież  pracować  także  jej  mąż,  chociaż  jego  stopy  rozwijały  się  bez  przeszkód.  Dlatego 

bardziej  przekonuje  wyjaśnienie,  że  u  źródeł  tego  zwyczaju  leży  dążenie  do  uwydatnienia 

różnic  między  płciami.  Ta  sama  zasada  rządzi  wieloma  innymi  praktykami  obyczajowymi. 

Takie lub inne zniekształcenie czy wyolbrzymienie, oficjalnie podyktowane wymogami mody 

lub  statusu  społecznego,  przy  głębszym  zbadaniu  odsłania  zazwyczaj  swoje  właściwe 

korzenie: chęć podkreślenia biologicznych cech -kobiecych lub męskich. Dobrym przykładem 

jest tu sztuczne ściskanie damskiej talii.  

Pomijając  szczegóły  anatomiczne,  nogi  wysyłają  sygnały  seksualne  przez  swoje 

pozycje. W wielu kulturach dziewczęta wychowuje się w przekonaniu, że stanie lub siedzenie 

z  rozstawionymi  nogami  jest  niestosowne.  Przybieranie  takiej  pozy  oznacza  "otwieranie" 

genitaliów:  nawet  jeśli  są  one  niewidoczne,  przekaz  jest  czytelny.  Z  nadejściem  mody  na 

damskie  spodnie  i  zanikiem  surowych  zasad  etykiety  poza  z  rozstawionymi  nogami 

upowszechniła  się;  coraz  częściej  przybierają  ją  także  modelki  występujące  w  reklamach. 

background image

Coś,  co  dawniej  szokowało,  obecnie  co  najwyżej  prowokuje.  Mimo  wszystko  jednak 

dziewczyna w spódnicy wciąż jeszcze przestrzega dawnych reguł. Ukazywanie przybranego 

tylko  w  majteczki  krocza  dziś  też  zazwyczaj  uważane  jest  za  zbyt  wyraźny  sygnał 

zapraszający.  

Tradycyjnie "grzeczna dziewczynka" trzyma więc nogi razem, ale i w tym nie może 

przesadzać, przyciskając je zbytnio do siebie. W ten sposób, lub gdy zakładając nogę na nogę, 

silnie  zaciska  uda,  sprawia  wrażenie,  że  "stawia  opór",  co  także  jest  swoistą  prowokacją 

seksualną.  Zgodnie z purytańskim rozumowaniem  dziewczyna  okazuje  w ten sposób,  że jej 

myśli  są  zajęte  seksem.  Istotnie  dziewczyna,  która  stara  się  przesadnie  chronić  swoje 

genitalia, zwraca na siebie uwagę tak samo jak dziewczyna, która je pokazuje. Podobnie gdy 

podczas siadania spódniczka zadrze się lekko i  odsłoni więcej,  niżby należało,  dziewczyna, 

próbując ją obciągnąć, podkreśla tylko seksualność sytuacji. Jedynie unikanie skrajności nie 

generuje sygnałów seksualnych.  

U mężczyzny rozstawienie nóg ma mniej więcej to samo znaczenie co u kobiet, gdyż i 

ono  komunikuje:  "pokazuję  ci  genitalia".  Siedzenie  z  nogami  szeroko  rozstawionymi  jest 

pozycją dominującego i pewnego siebie mężczyzny (chyba że jest zbyt otyły, by je zbliżyć).  

Brzuch.  Zmierzając  teraz  ku  górze,  powyżej  strefy  genitaliów,  dochodzimy  do 

brzucha, który może mieć dwa charakterystyczne kształty:  płaski  i  wystający. Kochankowie 

mają  zwykle  brzuchy  płaskie,  a  brzuchy  wystające  można  najczęściej  zobaczyć  u 

niedożywionych dzieci  i żarłocznych mężczyzn.  Wystający brzuch rzadziej obserwuje się u 

dorosłej kobiety niż u dorosłego mężczyzny, nawet jeśli oboje mają podobną nadwagę. A to 

dlatego, że u kobiet tkanki gromadzą więcej tłuszczu w okolicach ud i bioder niż w okolicach 

brzucha.  Gdy  mamy  do  czynienia  ze  znaczną  nadwagą,  wówczas  zarówno  kobieta  jak 

mężczyzna  mogą  przybrać  taki  sam  krągły  kształt,  ale  w  sytuacjach  umiarkowanych  ta 

różnica  w  rozmieszczeniu  tłuszczu  jest  dość  wyraźna.  W  średnim  i  starszym  wieku  także 

wielu przedtem szczupłych mężczyzn miewa pokaźne i wystające brzuchy. Czym można to 

wytłumaczyć?  

Niekiedy  dowcip  rysunkowy  mówi  więcej,  niż  zamierzył  czy  nawet  zrozumiał  sam 

artysta. W pewnej kreskówce do brzuchatego mężczyzny w średnim wieku stojącego na plaży 

zbliża się piękna, młoda dziewczyna w bikini. Gdy jest już blisko, mężczyzna spostrzega ją i 

zaczyna wciągać swój obwisły brzuch, a gdy dziewczyna jest tuż-tuż, jego klatka piersiowa 

jest  już  wydęta,  a  brzuch  zupełnie  wciągnięty.  Gdy  dziewczyna  odchodzi,  brzuch  z  wolna 

zaczyna się wydymać i zwisać, a kiedy dziewczyna znika w oddali, brzuch wraca do swojego 

dawnego kształtu. Dowcip ten miał oczywiście zobrazować świadomą kontrolę, jaką człowiek 

background image

sprawuje nad swoją sylwetką -i nad swoim wizerunkiem seksualnym -ale ujawnia on też coś, 

co u ludzi dzieje się nieświadomie i prawie nieustannie i co ma związek z demonstrowaniem 

seksualności. Otóż podniecenie seksualne lub też zainteresowanie płcią przeciwną powoduje 

automatyczne  napięcie  mięśni  brzucha.  Pomijając  różnice  indywidualne,  przejawia  się  to  w 

ogólnej różnicy w kształtach ciała u młodych i starszych mężczyzn. Młodzi mężczyźni mają 

wyższą potencję seksualną i, ogólnie biorąc, dostosowany do tego odpowiedni kształt ciała. 

Mają oni pokazowy kształt ciała, typowy dla naszego gatunku, a więc szerokie bary, dobrze 

rozwiniętą klatkę piersiową, wąskie biodra. Płaski brzuch stanowi element tej zwężającej się 

ku  dołowi  piramidy,  jaką  jest  kształt  ciała.  Starsi  mężczyźni  miewają  raczej  obwisłe  i 

przygarbione barki, spłaszczoną klatkę piersiową i masywniejsze biodra. Częścią tej teraz już 

odwróconej piramidy, jaką stanowi  wówczas ludzkie ciało, jest wydęty brzuch. Taki kształt 

ciała starszego mężczyzny komunikuje: "Mam już za sobą etap tworzenia się par".  

W  czasach  współczesnych  starsi  mężczyźni,  którzy  młodzieńczość  i  potencję 

seksualną uczynili przedmiotem kultu znamionującego wysoki status społeczny, rozpaczliwie 

walczą o powstrzymanie tego niemal nieuchronnego odwracania się kształtów. Stosują więc 

bezwzględne  diety,  ćwiczą,  niekiedy  noszą  obcisłe  gorsety  i  starają  się  ze  wszystkich  sił 

napinać  coraz  mniej  sprawne  mięśnie  brzucha.  Wszystko  byłoby  znacznie  prostsze,  gdyby 

byli  zdolni  wciąż  od  nowa  zakochiwać  się.  Romans,  którego  integralną  część  stanowią 

przecież  ćwiczenia  fizyczne,  jest  dla  brzucha  równie  korzystny  jak  dieta  i  gorset.  Pod 

wpływem  namiętności  mięśnie  brzucha  napinałyby  się  automatycznie  i  pozostawały  w  tym 

stanie, gdyż przeżywając stan zakochania mężczyźni  ci  w dosłownym,  biologicznym  sensie 

wracaliby  do  stanu  młodości,  a  ich  ciała  robiłyby  wszystko,  by  się  dostosować  do  ich 

nastroju. Oczywiście od czasu do czasu wielu mężczyzn podejmuje wysiłki w tym kierunku, 

ale proces ten musiałby być niemal nieprzerwany, gdyż inaczej następuje trwałe odwrócenie 

kształtów ciała, które nie może już wtedy liczyć na większy sukces. Nie trzeba dodawać, że 

tego rodzaju przedsięwzięcia fatalnie oddziałują na właściwą rolę biologiczną starszego pana, 

której istotą jest rodzicielstwo i troska o rodzinę.  

Kiedyś  sytuacja  była  inna.  Dawno,  dawno  temu,  zanim  cuda  medycyny  tak 

nienaturalnie wydłużyły nam życie, starsi mężczyźni na ogół szybko odchodzili, by spocząć 

w  ziemi.  Z  racji  wagi  naszego  ciała  jako  naczelnych  oraz  innych  cech  cyklu  życiowego 

naturalnym  okresem  życia  dla  mężczyzny  jest  nie  więcej  niż  czterdzieści  do  pięćdziesięciu 

lat.  Wszystko  ponad  to  stanowi  premię.  W  dawnych  czasach  dominujący,  podstarzały 

mężczyzna  utrzymywał  swój  status  często  nie  dzięki  młodzieńczości,  lecz  władzy,  jaką 

sprawował. Atrakcyjną młodą kobietę kupowało się raczej, niż się ją zdobywało. Tłusty pan, 

background image

władca  haremu,  nie  musiał  dbać  o  swoje  opasłe  cielsko  ani  o  to,  że  wysyła  jakieś 

antyseksualne sygnały. Doprowadziło to do powstania w haremie tańca brzucha. Początkowo 

polegał on na tym, że kobieta wykonywała ruchy kopulacyjne na spasionym i niezdolnym do 

czynu cielsku pana i władcy. Niezdolny do ruchów kopulacyjnych mężczyzna musiał uciekać 

się  do  pomocy  specjalnie  wyszkolonych  młodych  kobiet,  które  podczas  zbliżeń  potrafiły 

przejąć na siebie rolę mężczyzny; kołysząc i potrząsając biodrami, wsuwały jednocześnie do 

pochwy  nieruchomy  członek  i  doprowadzały  do  orgazmu,  który  należałoby  raczej  uznać  za 

akt  rozrodczej  masturbacji.  Wymyślne  i  zróżnicowane  ruchy,  wypracowane  przez  owe 

kobiety  i  mające  na  celu  podniecenie  tłustych,  dominujących  mężczyzn,  stały  się  podstawą 

słynnego  wschodniego  tańca  brzucha.  Jako  wizualny  wstęp  były  one  coraz  bardziej 

wyszukane, aż stały się samodzielnym pokazem, który można dziś często oglądać w nocnych 

klubach i kabaretach.  

Dla  współczesnego  mężczyzny  podboje  seksualne,  które  nie  wymagają  od  niego 

zachęcających  sygnałów  męskości,  ograniczają  się  do  krótkich  wizyt  u  prostytutek.  W 

dłuższych  związkach  musi  on  teraz  przywiązywać  znacznie  większą  wagę  do  swojego 

osobistego  powabu  seksualnego.  Pod  tym  względem  mężczyzna  wrócił  teraz  do  sytuacji 

bardziej naturalnej dla człowieka, ale jednocześnie jego życie uległo sztucznemu wydłużeniu. 

To  właśnie  doprowadziło  mężczyznę  do  troski  o  "młodzieńczość  i  krzepkość",  gdyż 

przekroczywszy  trzydziestkę,  nieuchronnie  zaczyna  odczuwać  spadek  swojej  wydolności 

seksualnej.  Nie  byłoby  problemu,  gdyby  około  czterdziestki  czuł  już  na  sobie  tchnienie 

śmierci. Odchowawszy potomstwo, mógłby spokojnie wynieść się na tamten świat. Jednakże 

teraz, gdy spłodziwszy potomstwo, ma przed sobą jeszcze około pół wieku, widzi w tym nie 

lada  problem,  czego  dowodem  są  te  wszystkie  książki  o  diecie,  kuźnie  zdrowia  i  inne 

akcesoria współczesnego życia.  

Talia. Tutaj znów wracamy do sygnałów seksualnych wysyłanych przez kobiety, które 

mają  węższą  niż  mężczyźni  talię,  przynajmniej  taka  się  wydaje  w  zestawieniu  z  szerokimi, 

przystosowanymi do rodzenia biodrami i nabrzmiałymi zaokrąglonymi piersiami. Szczupłość 

talii jest więc u kobiet ważnym sygnałem seksualnym, podatnym na sztuczne modyfikacje, o 

czym była już mowa. Sygnał ten można wzmocnić bezpośrednio lub pośrednio -ściskając talię 

bądź  powiększając  biust  i  biodra.  Maksymalny  sygnał  można  przekazać,  stosując  oba  te 

zabiegi  równocześnie.  Biust  można  powiększyć,  podnosząc  go  za  pomocą  obcisłego  stroju, 

umieszczając  poduszeczki  czy  wreszcie  w  drodze  chirurgii  kosmetycznej.  Biodra  można 

powiększać  za  pomocą  poduszek  lub  sztywnych  strojów  okrągłych  fasonach.  Objętość  talii 

można zmniejszać, stosując obcisłe sznurowanie lub nosząc pasek.  

background image

Damskie  gorsety  mają  długą  i  nie  zawsze  szczęśliwą  historię.  W  dawnych  czasach 

bywały  one  nieraz  tak  ścisłe,  że  nadwerężały  żebra  i  szkodziły  rozwojowi  płuc  młodej 

dziewczyny, uniemożliwiając prawidłowe oddychanie. W późnym  okresie wiktoriańskim  za 

atrakcyjną uważano taką dziewczynę, której obwód talii w calach był  równy jej wiekowi w 

latach.  Aby  osiągnąć  ten  cel,  wiele  młodych  dam  zmuszonych  było  spać  w  ciasno 

zasznurowanych gorsetach, które trzeba też było nosić w ciągu dnia. W okresach gdy modne 

bywały  krynoliny,  możliwe  było  znaczne  rozluźnienie  wymagań  wobec  talii,  gdyż  w 

zestawieniu  z  biodrami,  które  w  tych  spódnicach  wydawały  się  ogromne,  każda  talia 

wyglądała na wąską.  

W  dwudziestym  wieku  talie  już  rzadziej  zwężano  za  pomocą  gorsetów,  z  których  z 

czasem całkowicie się wyswobodzono, polegając na ścisłej diecie jako środku na "zwężanie" 

talii.  Obwód  talii  przeciętnej  kobiety  brytyjskiej  wynosi  obecnie  około  70  centymetrów. 

Modelka Twiggy, typowa dziewczyna z Playboya, i każda miss świata mają w talii nie więcej 

niż 60 centymetrów. Współczesne zawodniczki, stawiające swoim ciałom męskie wymagania, 

miewają talie o obwodzie niewiele przekraczającym 70 centymetrów.  

Cyfry  te  nabierają  większego  znaczenia,  gdy  odniesie  się  je  do  rozmiarów  biustu  i 

bioder,  ukazując  w  ten  sposób  "wcięcie  w  talii",  które  jest  głównym  nośnikiem  sygnału 

związanego z kobiecym kształtem. Okazuje się teraz, że Twiggy (73-60-82) i miss świata (90-

60-90) różnią się od siebie, a sygnał wysyłany za pomocą talii przez tę ostatnią jest znacznie 

silniejszy.  

W  związku  z  talią  należy  wspomnieć  o  jeszcze  jednym  czynniku.  Wcięcie  można 

oceniać albo w porównaniu do góry, albo do dołu, i może ono być różne. Miss świata jest pod 

tym względem doskonale harmonijna, zarówno bowiem różnica między talią a biustem, jak i 

talią  a  biodrami  wynosi  u  niej  30  centymetrów.  Jednak  przeciętna  kobieta  brytyjska  (92,5-

69,5-97,5) bardziej zwęża się od bioder do talii niż od biustu do talii. Fakt, że jej biodra są o 

pięć  centymetrów  szersze  niż  biust,  daje  jej  coś,  co  określa  się  jako  pięciocentymetrowy 

"uskok".  Jest  to  cecha  charakterystyczna  dla  przeciętnej  kobiety  także  w  innych  krajach 

Zachodu. We Włoszech wynosi on także pięć centymetrów, w Niemczech i w Szwajcarii -6, a 

w Szwecji i we Francji -7,8 centymetra.  

Cyfry te w znaczny i istotny sposób różnią się od cyfr przypisywanych dziewczynie z 

Playboya,  które  zwykle  wynoszą  92,5-60-87,5.  Innymi  słowy,  mamy  tu  nie  "uskok",  lecz 

pięciocentymetrowe  "wzniesienie".  Używane  wobec  takiej  dziewczyny  określenie  "cycata" 

mówi  nie  tyle  o  tym,  że  ma  ona  obfitszy  biust  -bo  rozmiar  jej  biustu  jest  identyczny  jak  u 

przeciętnej kobiety brytyjskiej -ile o tym, że ma o dziesięć centymetrów węższe talię i biodra, 

background image

dzięki czemu biust przyciąga uwagę. Nie jest łatwo znaleźć tak niezwykłą kobietę. Ponieważ 

dla  potrzeb  magazynów  ilustrowanych  dziewczyna  musi  być  fotografowana  nago,  jest  to 

problem  czysto  biologiczny  i  nie  pomogą  tu  żadne  sztuczki.  Aby  zająć  się  tym  dokładniej, 

pozostawmy teraz talię i skupmy uwagę na rejonie klatki piersiowej.  

Piersi.  Dorosła  kobieta  reprezentująca  gatunek  ludzki  jako  posiadaczka  pary 

wypukłych, półkulistych gruczołów piersiowych stanowi wyjątek wśród naczelnych. Jej piersi 

nie  są,  rzecz  jasna,  tylko  organem  karmienia,  gdyż  sterczą  i  pozostają  nabrzmiałe  nawet 

wtedy,  gdy  nie  wytwarzają  mleka.  Pod  względem  kształtu  są  one  jeszcze  jedną  imitacją 

podstawowej  strefy  płciowej,  innymi  słowy  -wytworzoną  przez  naturę  kopią  półkolistych 

pośladków.  Dzięki  temu  kobieta  stojąca  w  charakterystycznej  dla  ludzi  pozycji 

wyprostowanej, z twarzą zwróconą ku mężczyźnie, może mu wysyłać silny sygnał seksualny.  

Istnieją jeszcze dwa inne echa podstawowego kształtu pośladków, jako sygnał nie są 

one jednak tak silne jak piersi. Jednym z nich jest gładkie, zaokrąglone kobiece ramię, które 

gdy  się  je  lekko  odsłoni  ściągnąwszy  w  dół  sweterek  lub  bluzkę,  prezentuje  się  jako 

zaokrąglony  półkolisty  kształt.  W  okresach  mody  na  suknie  z  głębokim  dekoltem  jest  to 

często  stosowany  instrument  erotyczny.  Drugie  to  gładkie,  krągłe  kobiece  kolano.  Przy 

zgiętych  i  złączonych  nogach  kolana  jawią  się  oczom  mężczyzny  jako  kolejna  para  półkul. 

Często  wymienia  się  je  w  kontekstach  erotycznych.  Podobnie  jak  ramiona  -wywierają  one 

największe  wrażenie,  gdy  są  tylko  częściowo  odkryte.  Gdy  spódnica  jest  tak  krótka,  że 

widoczna jest cała noga, wrażenie jest słabsze, wtedy bowiem kolana stanowią tylko okrągłe 

zakończenia  ud,  nie  zaś  samodzielne  półkule.  Jako  echo  pośladków  są  one  jednak  dużo 

słabsze; największe wrażenie wywierają piersi. 

Jest  zasadnicza  różnica  między  dziecięcymi  reakcjami  na  kobiece  piersi  i  reakcjami 

seksualnymi  ludzi  dorosłych.  Większość  mężczyzn  interesuje  się  piersiami  ze  względów 

czysto  seksualnych.  Niektórzy  teoretycy  uważają  jednak,  że  jest  inaczej,  że  takie 

zainteresowanie świadczy o infantylizmie. Oba te poglądy są jednostronne, ponieważ ważne 

są  oba  te  czynniki.  Mężczyzna  całujący  sutek  kochanki  być  może  nie  całuje 

pseudopośladków, lecz raczej wraca w ten sposób do rozkoszy niemowlęctwa, ale zakochany 

mężczyzna,  który  wpatruje  się  w  kobiece  piersi  albo  je  pieści,  może  też  reagować  w 

pierwszym  rzędzie  na  ich  półkolisty,  przypominający  pośladki  kształt,  nie  zaś  odnawiać 

doznania  płynące  z  dotykania  piersi  matki  w  okresie  niemowlęctwa.  Dla  małej  rączki 

niemowlęcia  pierś  matki  jest  zbyt  wielka,  by  mogło  ją  objąć  lub  ścisnąć,  ale  dla  ręki 

dorosłego ma ona odpowiedni krągły kształt, w zadziwiający sposób przypominający kształt 

background image

pośladka. Podobnie od strony wizualnej -dwie piersi bardziej przypominają dwa pośladki niż 

jakiś niewyraźny kształt, który widzi z bliskiej odległości karmione piersią niemowlę.  

Seksualizm kobiecych piersi ma więc dla naszego gatunku pierwszorzędne znaczenie i 

chociaż  nie  wyczerpuje  sprawy,  w  znacznej  mierze  wyjaśnia  nieustanne  zaabsorbowanie 

kobiecym biustem panujące w społeczeństwie. Dlatego właśnie angielscy purytanie uważali, 

że  należy  spłaszczać  piersi  za  pomocą  staników.  W  siedemnastowiecznej  Hiszpanii 

zastosowano  jeszcze  drastyczniejsze  środki  -młodym  dziewczętom  przytwierdzano  do 

rozwijających  się  piersi  ołowiane  płytki  mające  zapobiec  dalszemu  ich  wzrostowi.  Takie 

postępowanie  nie  oznacza,  rzecz  jasna,  braku  zainteresowania  kobiecymi  piersiami;  wręcz 

przeciwnie  -jest  to  raczej  przyznanie,  że  ten  rejon  generuje  sygnały  seksualne  i  że  ze 

względów kulturowych należy je stłumić.  

Daleko  bardziej  rozpowszechnione  i  częstsze  były  rozmaite  sposoby  uwydatniania 

piersi.  Uwydatnianie  prawie  zawsze  polegało  nie  tyle  na  ich  powiększaniu,  ile  na 

podnoszeniu.  Innymi  słowy,  chodziło  o  podkreślenie  ich  półkolistego  kształtu  celem 

większego upodobnienia do pośladków. Piersi podciąga się za pomocą obcisłych sukni, które 

nadają im bardziej wypukły wygląd, albo też zbliża się do siebie, aby upodobnić wgłębienie 

między nimi do wgłębienia między pośladkami, wreszcie ujmuje się je ściśle w biustonosz, 

aby  sterczały,  a  nie  obwisały.  Bywało,  że  do  sprawy  tej  przywiązywano  jeszcze  większą 

wagę.  Na  przykład  starożytny  indyjski  podręcznik  sztuki  miłości  pouczał,  że  "stałe 

stosowanie antymonu i wody ryżowej tak powiększy i uwypukli piersi młodej dziewczyny, że 

jak złodziej kradnie złoto, tak ona ukradnie serce miłośnika".  

W  niektórych  kulturach  pierwotnych  uznaniem  cieszą  się  jednak  piersi  obwisłe  i 

opadające,  a młode dziewczyny zachęca się do  pociągania ich ku dołowi,  aby przyśpieszyć 

takie  ich  ukierunkowanie.  Również  w  bliższych  nam  okolicach  kobiety  o  małych,  a  nawet 

zupełnie  płaskich  piersiach,  mają  swoich  gorących  zwolenników.  Te  wyjątki  od  ogólnej 

zasady  domagają  się  jakiegoś  wyjaśnienia.  Antropolog  społeczny  poprzestałby  zapewne  na 

przypisaniu ich  "różnicom kulturowym". Stwierdziłby, że każda kultura i każdy okres mają 

własne kryteria piękna i właściwie wszystko jest dopuszczalne, jeśli zostanie zaakceptowane 

przez  plemię  lub  społeczeństwo.  Nie  istnieje  tu  żaden  biologiczny  temat  z  wariacjami,  lecz 

raczej  szeroki  wachlarz  równorzędnych  możliwości,  z  których  każdą  należy  oceniać, 

uwzględniając jej własne zalety. Ale taki pogląd rodzi od razu zasadnicze pytanie, dlaczego u 

ludzkiego zwierzęcia, zarówno u mężczyzny jak u kobiety, ewolucyjnie  wytworzyło  się tak 

wiele  różnych  i  charakterystycznych  dla  całego  gatunku  szczegółów  w  budowie  ciała. 

Typowa  kobieta  ma  przecież  wypukłe  piersi,  które  nie  występują  u  mężczyzny,  i  przecież 

background image

pokazuje je swojemu potomstwu zarówno w okresie karmienia jak poza nim, podczas gdy u 

pozostałych gatunków ta rzucająca się w oczy cecha nie występuje. Piersi stanowią więc dla 

Homo  sapiens  podstawowy  temat  biologiczny,  a  wszelkie  wariacje,  czyli  różnice,  są 

postrzegane jako odstępstwo od normy i wymagają specjalnych wyjaśnień, a nie traktowania 

ich  jako  równorzędnych  odmian  kulturowych,  które  można  objaśnić  "obyczajem 

plemiennym".  

Zrozumienie tych wyjątków ułatwi nam spojrzenie na "cykl życiowy" typowej piersi 

kobiecej. U dziecka jest ona jedynie brodawką sutkową na płaskiej klatce piersiowej. Później, 

podczas  pokwitania,  brodawka  sutkowa  nabrzmiewa  do  rozmiarów  pączka.  W  tej  fazie 

wypukłości są ukierunkowane prosto ku przodowi. W miarę wzrostu i przybierania na wadze 

zaczynają one ciążyć ku dołowi,  a ich dolna część staje się bardziej zaokrąglona niż górna. 

Jednak sutki wciąż jeszcze wystają ku przodowi. Jest to stan charakterystyczny dla późnego 

okresu  dojrzewania.  Następnie,  gdy  dziewczyna  osiąga  dwudziesty  rok  życia,  a  jej  piersi 

wciąż  rosną,  z  wolna  zaczynają  się  one  zwracać  ku  dołowi,  aż  w  wieku  średnim  kobieta  o 

pełnych piersiach, aby zapobiec widocznemu już wtedy ich obwisaniu, musi stosować jakieś 

środki  podtrzymujące.  Istnieją  więc  tu  trzy  podstawowe  stadia:  małe  u  niedojrzałej 

dziewczynki, wyraźne i wystające u młodej dorosłej kobiety i obwisłe u kobiety starszej.  

W  tym  świetle  różnice  kulturowe  nabierają  więcej  sensu.  Jeśli  z  jakiegoś  powodu 

zaledwie dojrzewające dziewczyny uważa się za seksualnie bardziej atrakcyjne -bardziej ceni 

się piersi małe. Gdy preferuje się kobiety starsze -modne stają się piersi obwisłe. Większość 

preferuje  stadium  pośrednie,  gdyż  reprezentuje  ono  prawdziwą  fazę  pierwszej  aktywności 

seksualnej kobiety. Kobiety słabiej rozwinięte fizycznie naśladują stan piersi rozwiniętych, a 

więc  wyraźnie  wystających,  za  pomocą  poduszeczek,  natomiast  kobiety  starsze,  pragnące 

stworzyć  wrażenie  pierwszej  świeżości  płciowej,  zastosują  sztuczne  sposoby  służące 

podniesieniu piersi.  

Preferowanie pozornie niedojrzałych dziewcząt można tłumaczyć w różnoraki sposób. 

Mężczyźnie żyjącemu w represyjnej w sferze seksu kulturze purytańskiej spłaszczenie piersi 

kobiecych  pomaga  stłumić  silny  popęd  seksualny.  Dla  mężczyzny  mającego  skłonności  do 

roli  "ojca"  wobec  swojej  kobiety  jako  "córki"  atrakcyjne  będą  dziewczęce  małe  piersi.  Dla 

utajonego  homoseksualisty  małe  piersi  będą  bardzo  pociągające,  gdyż  nadają  kobiecie 

chłopięcy  wygląd.  W  społeczeństwach,  w  których  rola  kobiety  jako  matki  jest  kulturowo 

ważniejsza  niż  jej  rola  seksualna,  bardziej  pociągające,  nawet  u  młodych  dziewcząt,  będą 

piersi obwisłe. Muszą więc one "postarzać" swoje piersi, obciągając je ku dołowi.  

background image

Dla  większości  mężczyzn  najbardziej  pociągające  są  jednak  takie  piersi,  które  jako 

półkule  osiągnęły  najwyższy  stopień  uwypuklenia,  a  nie  stały  się  jeszcze  tak  wielkie,  że 

zaczynają  opadać  ku  dołowi.  Wyjaśnia  to,  na  czym  polega  problem  fotografa  z  Playboya, 

mianowicie  na  tym,  że  jedna  cecha  (większy  wymiar)  zagraża  drugiej  (wypukłości 

skierowanej  do  przodu).  By  sfotografować  superpiersi,  fotograf  musi  znaleźć  rzadki  okaz 

dziewczyny, która zachowała jędrność piersi,  gdy urosły już one do normalnych rozmiarów 

piersi dojrzałej kobiety. Ciekawe, że ogranicza go to do wąskiego zakresu wieku, jakim jest 

późny  okres  dojrzewania.  Jest  to  oczywiście  najbardziej  istotny  moment  w  cyklu 

rozwojowym  tego  typu  sygnalizowania  seksualnego  i  dlatego  stadium  to  usiłują  sztucznie 

przedłużyć  i  naśladować  kobiety  starsze,  posługując  się  rozmaitymi  technikami 

podtrzymywania piersi.  

Efekt  superpiersi  ulega  pośredniemu  wzmocnieniu  u  dziewcząt  o  niewielkich 

wymiarach  talii  i  bioder.  Tu  wracamy  do  problemu  ogólnych  zmian,  które  z  wiekiem 

zachodzą  w  budowie  ciała  kobiety.  Testy  wykazały,  że  co  każde  pięć  lat  waga  przeciętnej 

kobiety  wzrasta  o  około  półtora  kilograma.  Niewielki  udział  mają  w  tym  piersi,  które  z 

upływem lat coraz bardziej obwisają. Nieproporcjonalnie dużo dostaje się natomiast biodrom 

i  udom,  co  nadaje  kobietom  w  średnim  wieku  charakterystyczny  "biodrzasty"  wygląd.  Tak 

tworzy  się  wspomniany  wcześniej  "uskok"  -nieco  większy  rozmiar  bioder  niż  biustu.  W 

niektórych  częściach  świata,  zwłaszcza  w  krajach  śródziemnomorskich,  u  kobiet,  które 

ukończyły dwudziesty rok życia, zmiana ta zachodzi w niezwykłym tempie. Niemal z dnia na 

dzień szczupłe i wysmukłe dziewczęta, na skutek tycia w okolicach miednicy, zamieniają się 

w  typowe  podstarzałe  "matrony".  W  innych  rejonach  zmiana  ta  dokonuje  się  łagodniej,  ale 

ogólna  tendencja  jest  ta  sama.  Dopiero  w  starszym  wieku,  gdy  ciało  zaczyna  się  kurczyć, 

tendencja ta ulega odwróceniu.  

Dla  wielu  zachodnich  kobiet,  pragnących  zachować  młodzieńczy  wygląd,  naturalna 

skłonność  biologiczna  naszego  gatunku  stanowi  trudne  wyzwanie  i  wymaga  poddania  się 

katuszom  systematycznej  diety.  Kobiety  te  nie  walczą  tylko  z  obżarstwem,  one  walczą  z 

naturą. Nie chodzi o to, że muszą po prostu jeść "normalnie", ale jeśli mają zachować swoja 

dziewczęcą sylwetkę, muszą z całą premedytacją jeść za mało. Sytuacja nie zawsze była tak 

drastyczna  jak  dziś.  W  przeszłości  pulchne  i  krągłe  kształty  kobiece  pod  względem 

seksualizmu  cieszyły  się  wielkim  uznaniem.  Obfite  krzywizny  nie  mają  w  sobie  nic 

niekobiecego.  Jednak  z  pewnością  sygnalizują  one  fazę  macierzyństwa,  a  nie  dziewictwa, 

podczas gdy nowoczesna kobieta, pod wpływem powszechnego dziś kultu młodości, cieleśnie 

pragnie pozostać dziewicą, nawet gdy prowadzi życie płciowe i rodzi dzieci.  

background image

T  o  że  pulchne  kształty  dorosłej  kobiety  są  zasadniczo  związane  z  okresem 

macierzyństwa, a nie z okresem zalotów w życiu człowieka, znajduje potwierdzenie w fakcie, 

że  gdy  mężatka  z  dzieckiem  przybiera  na  wadze  nieco  ponad  trzy  kilogramy,  kobieta 

niezamężna  przybiera  tylko  niespełna  kilogram.  Morał  stąd  taki,  że  jeśli  kobieta  pragnie 

zachować  dziewczęce  kształty,  powinna  też  zachować  dziewczęcy  status.  Jako  niezamężna, 

bez  względu  na  wiek,  z  biologicznego  punktu  widzenia,  stale  wystawia  się  na  pokaz 

ewentualnemu mężowi i dlatego zachowuje stosowne w tej sytuacji kształty. Gdy już wyjdzie 

za mąż, przybiera "wygodniejsze" kształty macierzyńskie i jej sylwetka zaczyna sygnalizować 

ten nowy stan.  

Chociaż  wiele  współczesnych  kobiet  traktuje  tę  tendencję  jako  przykrą  przypadłość, 

ma ona tak szeroki zasięg, że trudno uznać ją za przypadek. Musi posiadać jakąś wartość w 

pojęciu biologicznym. Jako jedną z przyczyn podaje się często to, że pulchnym kobietom o 

szerokich  biodrach  łatwiej  przychodzi  rodzić  dzieci,  ale  raczej  nie  ma  na  to  dostatecznych 

dowodów, zwłaszcza że o wymiarach bioder decyduje nie tyle szerszy rozstęp między kośćmi 

otaczającymi kanał rodny, co grube warstwy tłuszczu. (Ciało przeciętnej kobiety zawiera 28 

procent  tłuszczu,  a  przeciętnego  mężczyzny  15  procent).  Istnieje  inne,  bardziej  logiczne 

wyjaśnienie,  mające  odniesienia  do  seksu.  Mężczyznom  bardziej  się  podoba  dziewczyna  o 

wysmukłych  kształtach,  przyjemniej  jest  na  nią  popatrzeć,  przyjemniej  jej  dotknąć  i 

pocałować,  a  wreszcie  łatwiej  się  w  niej  zakochać.  Z  niewiastą  o  pełniejszych  i  bardziej 

kobiecych kształtach współżyją oni przez całe lata. Może chodzi tu więc o to, że idealny dla 

oka kształt zamienia się w kształt idealny dla dotyku, a "tańcząca gazela" staje się "poduszką 

rozkoszy".  Taka  zmiana  z  pewnością  wyjaśniałaby  różnice  między  przeznaczoną  do 

oglądania,  nie  zaś  do  dotykania,  chudą  modelką  a  korpulentną  kobietą,  którą  można 

obejmować  i  ściskać  i  która  wykonała  już  swoje  biologiczne  zadanie,  jakim  jest 

przyciągnięcie dorosłego mężczyzny i związanie się z nim.  

Mowa tu, rzecz jasna, o przypadkach skrajnych. Przeciętna dziewczyna nie ma ciała 

aż tak kościstego, aby zbliżenie z nią nie sprawiało przyjemności, przeciętna kobieta zaś nie 

jest tak gruba, by miała być nieprzyjemna dla oka. Zmiana jest nieznaczna i oba stadia mogą 

zadowolić zarówno w pod względem wzrokowym jak dotykowym.  Inna natomiast rzecz, że 

nowoczesne  społeczeństwo  przyswoiło  sobie  romantyczny  mit  o  wiecznej  miłości 

rozmarzonych  młodych  kochanków,  przebiegającej  z  intensywnością  właściwą  stadium 

tworzenia się par, i uznało go za obowiązujący wiele lat po utworzeniu związku pary. Zamiast 

pogodzić się z tym, Że stadium "zakochania się" musi nieuchronnie dojrzeć i przerodzić się w 

stan  głębokiej,  aczkolwiek;  nie  tak  namiętnej  "miłości",  para  małżeńska  stara  się 

background image

podtrzymywać zapierające dech w piersiach uniesienia ich pierwszych kontaktów i zachować 

te  same  sylwetki  ciała.  Gdy  zgodnie  z  naturalną  koleją  rzeczy  małżonkowie  zaczynają 

dostrzegać  osłabienie  początkowej  intensywności,  wyobrażają  sobie,  że  coś  się  popsuło,  i 

czują się rozczarowani. Historycznie winą za ten stan rzeczy można w dużej mierze obciążyć 

wczesne filmy hollywoodzkie. 

Skóra. We wszystkich kulturach i u obojga płci gładka, czysta i zdrowa skóra ma duże 

znaczenie  jako  czynnik  seksualizmu.  Zmarszczki,  brud  i  choroby  skóry  zawsze  działają  jak 

antybodziec.  (Nie  odnosi  się  to  do  celowo  wykonanych  blizn  lub  tatuaży,  które  w  różnych 

kulturach raczej dodają powabu).  

Skóra  kobieca  na  całym  ciele  jest  mniej  owłosiona  niż  skóra  mężczyzny  i  dlatego 

kobieta  nie  tylko  usiłuje  jeszcze  zwiększyć  jej  gładkość  za  pomocą  olejków,  płynów 

kosmetycznych  i  masaży,  ale  też  dodatkowo  stosuje  wszelkiego  rodzaju  depilacje,  by 

uwypuklić jeszcze różnice płciowe. Depilację stosuje się w różnych kulturach od tysięcy lat. 

Praktykowały  ją  nie  tylko  niektóre  plemiona  "prymitywne",  ale  także  zwłaszcza  starożytni 

Grecy,  u  których  kobiety  posuwały  się  aż  do  usuwania  także  dużej  części  owłosienia 

łonowego, albo wyszarpując włosy ręcznie -"wiązki mirty wyrywane rączką", by zacytować 

jednego z klasyków -albo też wypalając je płonącą lampą lub gorącym popiołem.  

Dziś  kobiety  usuwają  sobie  włosy  maszynkami  elektrycznymi  lub  żyletkami,  a 

ostatnio  także  środkami  chemicznymi.  Specjaliści  w  dziedzinie  kosmetyki  twierdzą,  że  80 

procent kobiet brytyjskich ma na swoim ciele "niechciane" owłosienie, które, choć rzadsze i 

delikatniejsze niż owłosienie męskie, dolega im jako nieco nazbyt widoczna cecha męskości. 

Poza goleniem się i stosowaniem kremów przeciw nadmiernemu owłosieniu, a także różnych 

płynów  kosmetycznych  i  preparatów  w  aerozolu,  kosmetycy  proponują  kilka  innych 

możliwości:  woskowanie,  ścieranie,  wyskubywanie  i  elektroliza.  Woskowanie  polega  na 

pokrywaniu  skóry  rozgrzanym  do  odpowiedniej  temperatury  woskiem  i,  gdy  stwardnieje, 

odrywaniu go wraz z tkwiącymi w nim włoskami. Jest to zasadniczo ten sam sposób, który od 

najdawniejszych  czasów  stosowały  kobiety  arabskie,  z  tym  że  wówczas  używano  gęstego 

syropu z wody i cukru z dodatkiem soku cytrynowego. Syrop wylewano na owłosioną skórę i, 

gdy stwardniał, odrywano.  

Na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne, że współcześni mężczyźni, z których wielu 

musi codziennie walczyć z zarostem na twarzy, nigdy nie zaryzykowali próby zastosowania 

czegoś  innego  niż  tradycyjne  golenie  się.  Przy  bliższym  wejrzeniu  można  w  tym  jednak 

dostrzec  pewien  ukryty  czynnik.  Nie  jest  to  tchórzostwo  czy  brak  inicjatywy,  ale  skutek 

paradoksalnego  pragnienia,  aby  nawet  nie  mając  brody,  wyglądać  jak  mężczyzna  brodaty. 

background image

Golenie  zawsze  pozostawia  na  dolnej  szczęce  bardzo  męsko  wyglądający  sinawy  połysk, 

jakiś cień brody, zdradzający jej niedawną obecność. Gdyby za pomocą jakiejś nowej techniki 

można  było  pozbyć  się  na  zawsze  męskiej  brody,  zniknąłby  również  ów  sinawy  połysk,  a 

potraktowana  w  ten  sposób  twarz  mogłaby  robić  wrażenie  zniewieściałej.  Tymczasem 

przeciętny,  gładko  wygolony  mężczyzna  spędza  sporo  ponad  dwa  tysiące  godzin  życia  na 

oskrobywaniu i tarciu twarzy, co jest dość wysoką ceną za tak wątpliwy sygnał.  

Podczas  stadiów  intensywnej  aktywności  przedkopulacyjnej  i  kopulacyjnej  faktura 

całej skóry na ciele zarówno mężczyzny, jak i  kobiety podlega znacznej  zmianie. Wydziela 

ona ciepło, a orgazmowi może towarzyszyć obfite pocenie się. Na fotografiach erotycznych 

modele  i  modelki  demonstrują  ten  stan  jako  sygnał  wizualny.  Dla  uzyskania  większego 

połysku  skórę  naciera  się  wówczas  oliwą  lub  innym  tłuszczem  albo  też  polewa  wodą,  by 

stworzyć wrażenie obfitego pocenia się. Woda nie ma jednak nasuwać myśli o prawdziwym 

poceniu  się.  Woda  pozostaje  wodą,  na  dowód  czego  model  czy  modelka  pokazywani  są  w 

trakcie wychodzenia z basenu czy z kąpieli.  Pokazanie rzeczywiście spoconej  skóry byłoby 

środkiem  zbyt  bezpośrednim.  Natomiast  wilgotna  powierzchnia  skóry  działa  na  zasadzie 

podświadomego  skojarzenia.  T  o  samo  można  powiedzieć  o  zwyczaju  stosowania 

intensywnej  czerwieni  na  kolorowych  obrazkach.  Nadaje  ona  skórze  dziewczyny  zdrowy 

wygląd, przydając jej erotyzmu, co pozwala przypuszczać, że jest ona podniecona seksualnie. 

Sposób  ten  znajduje  częste  zastosowanie  w  wielu  ilustrowanych  magazynach.  Redakcyjne 

wymagania,  aby  "dodać  czerwieni",  nie  idą  jednak  tak  daleko,  by  czytelnik  mógł  sobie 

uzmysłowić, o co tu naprawdę chodzi. 

Ostatnio  na  rynku  ukazały  się  też  przeznaczone  do  bardziej  prywatnego  użytku 

produkty  sztucznie  wywołujące  erotyczny  połysk  skóry.  Kochankowie  mogą  teraz  pokryć 

sobie ciało rozmaitymi dziwnymi substancjami, które sprawią, że wyglądają oni (i czują się), 

jakby  pocili  się  obficie,  nim  jeszcze  podejmą  grę  miłosną.  N  a  przykład,  "pianka  miłości", 

sprzedawana  w  pojemnikach  z  aerozolem,  po  rozpyleniu  wygląda  jak  krem  do  golenia,  ale 

według producentów wtarta w skórę przydaje ciału "magicznego blasku". Dla osób o jeszcze 

bardziej  wyszukanym  guście  istnieje  preparat  o  przemawiającej  do  wyobraźni  nazwie 

"orgiastyczne  masło".  Ta  "luksusowa  wazelina"  reklamowana  jest  w  następujący  sposób: 

"Aktywny  preparat  do  wcierania  w  ciało,  które  rozgrzane  do  czerwoności...  uzyskuje 

delikatną i wilgotną zmysłowość. Preparat należy wcierać w skórę dla nadania jej połysku". 

Także tutaj pojawiają się dobrze widoczne sygnały podniecenia -czerwień, wilgotność, połysk 

-imitujące rozszerzanie naczyń i pocenie się skóry, charakterystyczne dla stanu prawdziwego 

podniecenia.  

background image

Ramiona  i  barki.  Wspomniałem  już  o  krągłości  kobiecych  ramion,  ale  na  uwagę 

zasługują  też  większe  od  nich  ramiona  męskie.  Szerokość  w  ramionach  staje  się  ważną 

wtórną  cechą  płciową,  której  rozwój  zaczyna  się  w  okresie  pokwitania.  Ramiona 

dojrzewającego  chłopca  ulegają  poszerzeniu  w  większym  stopniu  niż  ramiona  dziewczyny, 

tak że mężczyzna przed osiągnięciem stadium wczesnej dorosłości jest zdecydowanie szerszy 

w ramionach niż jego towarzyszka. Jak inne różnice w sylwetce ciała, także tę uwydatnia się 

sztucznie  różnymi  sposobami.  W  historii  mody  ciągle  obecne  są  ubiory  męskie  ze  sztywno 

wyłożonymi  ramionami,  dzięki  czemu  ramiona  jako  sygnał  męskości  wydają  się  większe. 

Wyrazem skrajności stały się epolety wojskowe, dzięki którym ramiona wydają się nie tylko 

szersze,  ale  też  bardziej  kanciaste  i  jako  takie  stanowią  podwójny  kontrast  z  węższymi  i 

okrąglejszymi ramionami kobiet, całkowicie tracąc przy tym wizualną cechę półkolistości. 

Szczęka. W rejonie głowy istnieje kilka ważnych różnic płciowych, a pierwsza z nich 

dotyczy  szczęki  i  podbródka.  Przeciętny  mężczyzna  ma  nieco  masywniejszą  szczękę  i 

podbródek  niż  przeciętna  kobieta.  Rzadko  się  o  tym  mówi,  chociaż  jest  to  wciąż  jeszcze 

jedyna  pewna  wskazówka  zdradzająca  płeć  skądinąd  znakomicie  przebranego  transwestyty 

męskiego  lub  mężczyzny  podszywającego  się  pod  kobietę.  Mężczyźni  tacy  mogą  zmienić 

kontury  ciała,  dokonać  depilacji  wszystkich  odkrytych  fragmentów  skóry,  pokryć  twarz 

grubym makijażem, stworzyć sobie sztuczne piersi za pomocą implantów z silikonu i w ogóle 

nadać  sobie  tak  pociągający  kobiecy  wygląd,  że  niejeden  marynarz  w  obcym  porcie  zbyt 

późno  się  orientuje,  że  "damska"  prostytutka,  z  którą  zawarł  transakcję,  to  nie  "ona",  lecz 

"on".  Ale  nawet  najlepszy  transwestyta  niczego  nie  może  zrobić  ze  swoją  szczęką  i 

podbródkiem -jeśli nie liczyć poważnej operacji chirurgicznej. Jeśli tylko nie ma przypadkiem 

wyjątkowo małej szczęki jak na mężczyznę, wygląd jego masywnego podbródka zawsze go 

zdradzi przed okiem uważnego obserwatora.  

U mężczyzn niektórych ras, zwłaszcza na Dalekim Wschodzie, masywność szczęki i 

podbródka nie jest tak wyrazista, a przedstawiciele tych ras -co ważne -mają mniejszy zarost 

na brodzie. Wydaje się, że między tymi cechami istnieje jakiś związek. Wysuwanie do przodu 

dolnej  szczęki  jest  u  obu  płci  przejawem  agresji  -ruchem  intencjonalnym  zwiastującym 

pchnięcie  i  atak.  Jest  to  przeciwieństwo  potulnego  schylenia  głowy,  jakie  towarzyszy 

łagodnemu  ukłonowi.  Mając  wydatniejszą  szczękę,  mężczyzna  nieustannie  prezentuje  coś 

jakby wykusz asertywności. O tym, że jest to bardzo ważna cecha męskości, świadczy fakt, iż 

mężczyźni z cofniętym podbródkiem bywają niekiedy obiektem szyderstwa jako "cudaki bez 

podbródka", co ma oznaczać, że brakuje im naturalnej u mężczyzn stanowczości.  

background image

Ponieważ jedną z najbardziej widocznych u człowieka cech męskości jest posiadanie 

brody, wydaje się wielce prawdopodobne, że broda rozwinęła się ewolucyjnie wraz z bardziej 

wydatnym  podbródkiem  i  masywniejszą  budową  kości,  co  daje  lepszy  podkład  pod 

owłosienie,  obie  zaś  te  cechy  występujące  wspólnie  i  w  dużym  nasileniu  tworzą  coś  jakby 

wykusz  męskości.  Ważne  są  tu  cechy  charakterystyczne  jedynie  dla  szczęki  ludzkiej.  W 

odróżnieniu  od  innych  naczelnych  nasza  kość  żuchwy  ma  wypukłość,  tzw.  bródkę,  która 

zdaniem współczesnych anatomów nie spełnia żadnej właściwej sobie funkcji mechanicznej. 

Istniało dawniej wiele teorii mających wyjaśnić tę wyłącznie ludzką cechę. Wiązały ją one ze 

szczególnymi  właściwościami  mięśni  szczękowych  i  języka,  ale  ostatnio  wszystkie  te 

argumenty  zostały  obalone.  Uważa  się,  że  bródka  jest  podstawowym  elementem 

sygnalizującym, który uwydatnia asertywne wysunięcie szczęki ozdobionej męską brodą.  

Policzki.  Posuwając  się  w  górę  twarzy,  a  omijając  usta,  o  których  była  już  mowa, 

dochodzimy  do  policzków.  Tu  najważniejszym  sygnałem  jest  rumieniec,  czyli 

zaczerwienienie  się  skóry  spowodowane  przekrwieniem  naczyń.  Powstaje  ono  zawsze 

najpierw na policzkach, gdzie jest najbardziej widoczne, po czym może rozszerzyć się na całą 

twarz i szyję, a niekiedy nawet na górną część tułowia. Rumieniec częściej występuje u kobiet 

niż  u  mężczyzn,  a  wśród  kobiet  częstszy  jest  z  kolei  u  młodszych  niż  u  starszych. 

Zaczerwienieniu  towarzyszy  obrzmienie  skóry,  a  na  jej  powierzchni  pojawia  się  rozbłysk 

widoczny  nawet  na  zarumienionych  twarzach  u  Murzynów.  Rumieniec  występuje  u  ludzi 

wszystkich  ras,  także  u  ludzi  głuchych  i  niewidomych,  toteż  wydaje  się,  że  jest  on  jedną  z 

zasadniczych  cech  biologicznych  gatunku.  Darwin  poświęcił  rumieńcowi  cały  rozdział, 

dochodząc do wniosku, że rumieniec odzwierciedla nieśmiałość, wstyd lub skromność oraz że 

wskazuje  na  przywiązywanie  wagi  do  wyglądu  osobistego.  Jego  znaczenie  seksualne 

przejawia się w fakcie, że wedle istniejących zapisów, dziewczęta przeznaczone do haremu i 

wystawiane  na  sprzedaż  na  starożytnych  targach  niewolników,  które  łatwo  się  rumieniły, 

osiągały  wyższą  cenę  niż  inne.  Pożądany  czy  niepożądany,  rumieniec  zawsze  chyba  silnie 

działa jako sygnał zapraszający do intymności. 

Oczy.  Jako  najważniejszy  narząd  zmysłów  u  ludzi,  oczy  nie  tylko  przyjmują  te 

rozmaite  sygnały,  o  których  dotąd  mówiliśmy,  ale  same  także  przekazują  pewne  sygnały. 

Podczas  kontaktów  twarzą  w  twarz  wielokrotnie  nawiązujemy  i  przerywamy  kontakt 

wzrokowy, patrząc na ludzi, by stwierdzić zmiany w ich nastroju, a potem odwracając wzrok, 

aby uniknąć uporczywego wpatrywania się w nich. Jednak między kochankami wpatrywanie 

się  może  trwać  dłużej,  nie  wywołując  zakłopotania  ani  agresji.  Istnieje  pewien  szczególny 

powód, dla którego kochankowie "patrzą sobie w oczy". Pod wpływem  silnych, a przy tym 

background image

przyjemnych emocji nasze źrenice rozszerzają się do tego stopnia, że czarna plamka w środku 

oka staje się dużym czarnym krążkiem. Jako sygnał silnie działający na podświadomość jest 

to  miernik  natężenia  uczucia  miłości,  jaką  przeżywa  dana  osoba.  Zjawisko  to  dopiero 

niedawno zostało  zbadane naukowo, ale znane  było  już od stuleci,  jako że dawne piękności 

włoskie  zapuszczały  sobie  do  oczu  krople  belladony,  aby  sztucznie  wywołać  ten  efekt.  W 

czasach  współczesnych  podobny  zabieg  stosują  twórcy  reklam,  którzy  na  fotografiach 

modelek zamiast belladony stosują czarny tusz do powiększenia źrenic, by nadać im bardziej 

pociągający wygląd.  

Inną  zmianą,  jaka  zachodzi  w  oczach  pod  wpływem  nasilenia  emocji,  jest  nieco 

intensywniejsze  łzawienie.  W  stanie  uniesienia  miłosnego  nie  przejawia  się  to  zwykle  w 

postaci  rzeczywiście płynących łez, lecz jedynie w szczególnym  blasku  oczu. Takie lśniące 

miłością oczy w połączeniu z rozszerzeniem źrenic nie pozostawiają żadnych wątpliwości co 

do uczuć osób wysyłających te sygnały.  

Zaproszeniem  do  intymności  mogą  być  również  rozmaite  ruchy  oczu.  Wedle 

niektórych  doniesień  poza  dobrze  znanym  perskim  oczkiem  w  pewnych  kulturach  także 

przewracanie oczami oznacza bezpośrednie zaproszenie do zbliżenia. Przesadne spuszczanie 

oczu przez kobietę także przekazuje sygnał,  a lekkie zwężenie oczu przez mężczyznę może 

oznaczać  jego  zainteresowanie.  Podczas  pierwszego  spotkania  znaczące  może  być  nieco 

dłuższe  zatrzymanie  spojrzenia,  jakoby  tak  rzec  -zapowiedź  jeszcze  dłuższego  wpatrywania 

się, które może nastąpić później.  

Kobieta  zapraszająca  do  intymności  patrzy  niekiedy  szeroko  rozwartymi, 

powiększonymi  oczami,  czemu  towarzyszy  trzepotanie  rzęsami  jak  skrzydłami  i  szybkie 

mruganie  powiekami.  Zachowanie  to,  przynajmniej  w  naszej  kulturze,  jest  zdecydowanie 

niemęskie,  do  tego  stopnia,  że  mężczyźni  posługują  się  nim,  przedrzeźniając  kobiety.  Być 

może dlatego, że jest to tak silny element kobiecości, współczesne kobiety stosują wszelkiego 

rodzaju  wyolbrzymianie  rzęs.  Początek  dało  mu  stosowanie  tuszu  do  rzęs,  który  miał  je 

powiększać i sprawić, że będą lepiej widoczne. Potem wprowadzono przyrządy do zawijania 

rzęs, aż w końcu, w latach sześćdziesiątych naszego wieku, zaczęto używać sztucznych rzęs, 

nakładanych  na  rzęsy  naturalne.  Obecnie  tylko  jedna  firma  oferuje  nie  mniej  niż  piętnaście 

różnych stylów sztucznych rzęs, wśród nich "gwiezdne rzęsy o wiotkich koniuszkach", które 

"otwierają oczy", i "rzęsy postrzępione", które "powiększają małe oczy". Przytwierdza się je 

do  górnych  powiek,  podobnie  jak  inne  egzotyczne  wynalazki,  na  przykład  "pęki  rzęs", 

"naturalne  kłaczki"  i  "superzmiotki".  Do  powiek  dolnych  doczepia  się  "uskrzydlone  rzęsy 

dolne", które "poszerzają i rozjaśniają oczy". Tak więc kobieta stara się uczynić wszystko co 

background image

możliwe z każdą częścią ciała, która wysyła jakikolwiek istotny sygnał kobiecości. Ten nowy 

prąd  w  eksponowaniu  i  podkreślaniu  rzęs  dostarczyłby  wyjątkowej  rozkoszy  kochliwemu 

mieszkańcowi  Wysp  Trobrianda,  dla  którego  systematyczne  odgryzanie  rzęs  swoim 

kochankom  było  ważnym  elementem  zabiegów  miłosnych.  Na  szczęście  rzęsy  odrastają  w 

zdumiewająco szybkim tempie, a każda rzęsa, nawet, gdy nie odgryziona, żyje nie dłużej niż 

trzy do pięciu miesięcy.  

Brwi.  Każde  zwierzę  ludzkie  ma  nad  oczami  dwa  jedyne  w  swoim  rodzaju  skupiska 

owłosienia pod skądinąd zupełnie nieowłosionym czołem. Dawniej uważano, że brwi chronią 

oczy przed ściekającym z czoła potem, ale ich podstawową funkcją jest sygnalizowanie zmian 

nastroju. Unoszą się w strachu i zdziwieniu, a opadają na znak złości, ściągają się ku sobie na 

znak zaniepokojenia i wędrują ku górze, gdy się dziwimy.  Ich szybkie drgnięcie w górę i w 

dół jest potwierdzeniem życzliwości.  

Brwi kobiety są węższe i mniej krzaczaste niż brwi mężczyzny, tak więc i tu można 

stosować  zabiegi  uwydatniające  kobiecość.  Brwi  często  zwężano,  wyskubując,  a  w  latach 

trzydziestych  zredukowano  je  do  linii  narysowanej  specjalnym  ołówkiem.  Już  wcześniej 

przekroczono zresztą i tę granicę, bowiem w Japonii panny młode przed ślubem całkowicie 

wygalały sobie brwi.  

Seksualny  charakter  tej  stosunkowo  drobnej  zmiany  w  kobiecym  wyglądzie  dobrze 

odzwierciedla fakt, że w roku 1933 pielęgniarkę starającą się o pracę w jednym z londyńskich 

szpitali  przełożona  ostrzegła,  iż  między  innymi  nie  będzie  mogła  wyskubywać  sobie  brwi. 

Pielęgniarka  złożyła  zażalenie,  które  zostało  rozpatrzone,  ale  Londyńska  Rada  Hrabstwa 

oddaliła  prośbę  o  udzielenie  przełożonej  oficjalnego  upomnienia.  Dzięki  temu  pacjentom 

szpitala oszczędzono zbędnych podniet płynących z wyskubanych brwi, a po długich białych 

korytarzach nadal przesuwały się kobiece postaci z tradycyjnie ukształtowanymi brwiami.  

Twarz. Zanim opuścimy rejon twarzy, warto rzucić na nią ostatnie spojrzenie jako na 

całość,  a  nie  zbiór  detali.  Jest  to  bez  wątpienia  najbardziej  wyrazista  część  ciała  ludzkiego, 

zdolna  do  przesyłania  niewiary  godnie  zróżnicowanych  i  subtelnych  komunikatów 

sygnalizujących  emocje  za  pomocą  skomplikowanej  mimiki.  Napinając  i  rozluźniając 

specjalne  mięśnie,  zwłaszcza  w  pobliżu  ust  i  oczu,  możemy  sygnalizować  wszystko,  od 

radości  i  zdziwienia  do  smutku  i  złości.  Ma  to  ogromne  znaczenie  jako  instrument 

zaproszenia do intymności. Twarz delikatna i uśmiechnięta lub czujna i podniecona silnie ku 

sobie przyciąga. Twarz smutna i bezradna albo pogrążona w bólu, także może pobudzać do 

tego,  aby  podejść  i  udzielić  pociechy.  Twarz  napięta,  surowa  lub  nieprzyjazna  wywołuje 

background image

intencje  przeciwne.  Wszystko  to  jest  na  ogół  znane,  ale  z  twarzą  jest  też  związany  pewien 

trwalszy efekt, na tyle ciekawy, że zasługuje na kilka słów komentarza.  

Jeśli  chodzi  o  wyraz  twarzy,  można  mówić  o  "twarzy  włączonej"  i  "twarzy 

wyłączonej".  Twarz  włączoną  prezentujemy  publicznie.  Mówimy  o  "przybieraniu 

przyjemnego wyrazu twarzy", o tym, że "twarz się komuś wydłuża", staramy się nie "stracić 

twarzy" wobec innych. Jeśli chcemy wyglądać życzliwie, przybieramy łagodny, uśmiechnięty 

wyraz  twarzy.  W  chwilach  powagi  z  kolei  nadajemy  twarzy  odpowiedni  wyraz.  Ale  gdy 

jesteśmy sami i nikt na nas nie patrzy, pozwalamy naszej twarzy odpocząć po służbie. Wtedy 

jej  rysy  układają  się  tak,  że  odzwierciedlają  nasz  typowy,  ogólny  i  długotrwały  nastrój. 

Człowiek, którego stale dręczą jakieś lęki i który na przyjęciu wysilał się, chcąc wyglądać na 

szczęśliwego, gdy znajdzie się w samotności, napina twarz, ujawniając swój prawdziwy stan 

emocjonalny,  oczywiście  tylko  przed  samym  sobą.  (Jeśli  nie  spojrzy  przypadkiem  w  lustro, 

może sam nie zdawać sobie z tego sprawy). Człowiek zasadniczo szczęśliwy i zadowolony, 

który podczas pogrzebu starał się wyglądać na zasmuconego i poważnego, teraz w samotności 

rozluźnia twarz, jego brwi przestają się marszczyć, a usta przybierają łagodny wyraz.  

U  większości  z  nas  długotrwały  nastrój  zmienia  się  co  pewien  czas,  dlatego  też 

mięśnie  naszych  twarzy  nie  pozostają  zbyt  długo  pod  wpływem  jednego  układu  rysów, 

charakterystycznego  dla  twarzy  wyłączonej.  Rankiem  możemy  odczuwać  depresję,  ale 

wieczorem znów czujemy się szczęśliwi i w chwilach samotności rysy naszej twarzy będą się 

odpowiednio  zmieniać.  Inaczej  jest  z  osobami  żyjącymi  w  stanie  niemal  permanentnego 

osobistego  niepokoju,  depresji  lub  złości.  Grozi  im  mianowicie  to,  że  ich  twarze  ulegną 

utrwaleniu  w  stanie  "twarzy  wyłączonej".  Mięśnie  twarzy  wydają  się  wówczas  zastygać  w 

jednym  zasadniczym  kształcie.  Zmarszczki  na  czole,  wokół  ust  i  nosa  pozostają  niemal  na 

stałe.  

Takim ludziom podczas spotkań towarzyskich z trudnością przychodzi zmiana rysów 

twarzy dla nadania jej wyglądu \'  

"twarzy  włączonej".  Osoba  niespokojna,  nawet  gdy  się  uśmiecha  na  powitanie, 

niezmiennie  ma  na  twarzy  wyraz  niepokoju.  Człowiek  zrzędliwy  wygląda  na  zrzędliwego, 

nawet  gdy  śmieje  się  z  jakiegoś  dowcipu.  Układ  mięśni  pozostaje  nie  zmieniony,  a  twarz 

włączona  nakłada  się  na  twarz  wyłączoną,  zamiast  ją  zastąpić. W  ten  sposób  wyraz  twarzy 

może nam coś powiedzieć nie tylko o aktualnym stanie emocjonalnym danej osoby, ale także 

o jej przeszłości.  

Nie  wiadomo,  jak  długo  mogą  się  utrzymywać  zmarszczki,  właściwe  dla  twarzy 

wyłączonej,  po  zaistnieniu  jakiejś  radykalnej  odmiany  w  życiu  człowieka.  U  osoby,  która 

background image

przez całe życie zamartwiała się i odczuwała niepokój, a potem nagle poczuła zadowolenie, 

nie  znikną  one  w  ciągu  jednej  nocy.  Jeżeli  taka  pożądana  zmiana  zachodzi  u  osoby  w 

starszym  wieku,  zmarszczki  zapewne  już  nigdy  nie  opuszczą  jej  twarzy.  Oczywiście  we 

wszystkich  takich  sytuacjach  przez  pewien  okres  utrzymują  się  utrwalone  rysy  twarzy, 

jakkolwiek  wysyłany  przez  nie  komunikat  już  nie  jest  aktualny.  Nie  znam  jednak  żadnych 

badań dotyczących pomiaru długości tego okresu.  

Nawiasem  mówiąc,  uwagi  te  odnoszą  się  także  do  ogólnej  postawy  ciała  ludzkiego. 

Istnieją  ciała  bezwładne  i  ciała  czujne,  ciała  sztywno  napięte  i  ciała  łagodnie  gibkie.  I  tu 

decyduje zmienne napięcie mięśni, zależne od nastrojów i różnych sytuacji towarzyskich, ale 

przedłużający  się  stan  ekstremalny  może  wytworzyć  postawę,  którą  podobnie  jak  wyraz 

twarzy  trudno  później  zmienić,  nawet  gdy  tego  pragniemy.  Opuszczone  barki  mogą  się 

utrwalić jako stały garb, którego nie można się pozbyć, choćby się wygrało milion, a sztywny 

chód może się przerodzić w cechę stałą.  

Włosy. Wreszcie dochodzimy do koronnej chluby człowieka, jaką jest gęsta czupryna 

złożona z około stu tysięcy włosów. U ludzi niektórych ras są one wełniste lub kędzierzawe, u 

innych proste i zwisające lub też powiewające na wietrze. Rosną z prędkością około piętnastu 

centymetrów rocznie i każdy z nich tkwi na głowie do sześciu lat, po czym wypada i w jego 

miejsce  wyrasta  nowy.  Znaczy  to,  że  u  przeciętnego  osobnika  nie  podcinane  proste  włosy 

mogłyby sięgać do bioder, przez co taki nie ostrzyżony barbarzyńca wyróżniałby  się wśród 

innych przedstawicieli naczelnych.  

Owłosienie innych części naszego ciała skarłowaciało i stało się niemal niewidoczne z 

pewnej odległości, gdy tymczasem włosy na głowach straciły wszelki umiar.  

Pomijając fakt, że wielu starszych mężczyzn, w odróżnieniu od kobiet, ma tendencję 

do  łysienia,  nie  istnieją  w  tym  względzie  różnice  między  płciami.  Z  biologicznego  punktu 

widzenia zarówno mężczyźni jak kobiety są istotami długowłosymi i cecha ta rozwinęła się 

jako sygnał rozpoznawczy gatunku, nie zaś jako sygnał seksualny. Zdarzało się, że mężczyźni 

miewali  dłuższe  włosy  niż  kobiety,  zwykle  jednak  było  na  odwrót.  W  ostatnich  kilku 

stuleciach  strzyżenie  męskich  włosów  stosowano  głównie  jako  środek  na  pozbycie  się 

pasożytów,  a  brutalni  kaprale  w  wojsku  mówili  o  długich  włosach  u  mężczyzn  jako  o 

wylęgarniach  wszy.  Kobiety  prawie  zawsze  utrzymywały  swoje  włosy  w  umiarkowanej 

długości, natomiast właśnie mężczyźni  popadali z jednej  skrajności w drugą. W przeszłości 

dochodziło  nieraz  do  tego,  że  mężczyźni  nosili  ogromne,  zwisające  peruki,  które  wciąż 

jeszcze  można  zobaczyć  na  głowach  brytyjskich  sędziów.  Jednakże,  ogólnie  biorąc,  w 

dzisiejszych czasach dłuższe loki zdecydowanie kojarzą się z kobiecością, tak że mężczyzna z 

background image

włosami  choćby  trochę  zbliżonymi  do  naturalnej  długości  niesłusznie  uważany  jest  za  do 

gruntu zniewieściałego. W ostatnim dziesięcioleciu sytuacja uległa radykalnej zmianie wśród 

młodzieży i długość włosów znów chyba przestaje być naturalnym znamieniem płci. Zmianę 

tę  zainicjował  antyhigienicznie  nastawiony  ruch  hipisowski,  chociaż  współczesna  higiena 

pozwala uniknąć ryzyka dochowania się pasożytów.  

Czyszczenie,  pielęgnowanie,  mycie  i  smarowanie  włosów  zawsze  stanowiły  ważny 

dodatek  do  ich  kulturowej  roli  jako  sygnału  seksualnego.  Mieszkańcy  starożytnych  miast, 

podobnie jak ich współcześni  następcy,  gotowi  byli  uciekać się do wszelkich środków,  aby 

tylko osiągnąć pożądany skutek. 

Najstarszy  znany  płyn  do  włosów  przygotowywano  według  następującej  recepty: 

"Jedna  miarka  psich  łap;  jedna  miarka  pestek  daktyla;  jedna  miarka  oślich  kopyt.  Gotować 

długo  z  dodatkiem  oliwy  i  wcierać".  W  dzisiejszych  czasach  długie,  błyszczące,  lśniące  i 

eleganckie włosy są wciąż marzeniem prawie każdej dziewczyny, a jak nieustannie wmawiają 

nam  twórcy reklam, włosy  "martwe i  bez połysku" pozbawiają swoją właścicielkę szans na 

życie intymne.  

W  tej  wielkiej  podróży  po  ludzkim  ciele  omawialiśmy  kolejno  różne  jego  części 

wysyłające  sygnały,  ale  musimy  też  uwzględnić  ludzką  osobę  jako  całość.  Człowiek 

prezentuje  poszczególne  części  ciała  nie  każdą  z  osobna,  lecz  wszystkie  naraz,  jako 

kompletny  zestaw  w  określonym  kontekście.  To  właśnie  niezwykła  rozmaitość  możliwości 

tworzenia tych zestawów i ogromny zakres kontekstów, w jakich się je prezentuje, sprawiają, 

że interakcja społeczna jest tak skomplikowana i fascynująca. Ilekroć wchodzimy do pokoju 

albo  idziemy  ulicą,  przekazujemy  całą  masę  sygnałów,  z  których  część  stanowią  sygnały 

czysto biologiczne, a część -zmodyfikowane zgodnie z daną kulturą. My zaś, bezwiednie tego 

świadomi,  przystosowujemy  owe  sygnały  na  setki  różnych  subtelnych  sposobów  podczas 

różnych kolejnych spotkań z innymi ludźmi. Prawie zawsze usiłujemy wysłać zrównoważony 

zbiór sygnałów, z których jedne zachęcają do intymności, a inne od niej odstręczają. Tylko od 

czasu  do  czasu  posuwamy  się  dalej  w  jednym  lub  w  drugim  kierunku,  bądź  to  otwarcie 

demonstrując  zaproszenie,  bądź  też  prezentując  się  innym  ludziom  w  sposób  wrogi  i 

odpychający.  

Dokonując  w  tym  rozdziale  przeglądu  rozmaitych  wizualnych  zaproszeń  do 

intymności seksualnej, skupiłem się raczej na skrajnościach. Wybrałem najbardziej jaskrawe 

przykłady,  aby  tym  lepiej  podkreślić  istotę  tego,  co  chciałem  powiedzieć.  Saczki,  gorsety  i 

epolety  dla  przeciętnego  współczesnego  dorosłego  mają  może  słaby  związek  z  sygnałami 

kojarzonymi  z  seksapilem,  ale  pozwalają  lepiej  zrozumieć  rolę  takich  umiarkowanych 

background image

środków jak obcisłe spodnie, pasy i wyłożone ramiona, które znajdując szersze zastosowanie, 

mniej rzucają się w oczy. Podobnie taniec brzucha, który dziś jest już tylko egzotyczną formą 

rozrywki,  pomógł  nam  w  tym  przeglądzie  właściwie  ocenić  znaczenie  bardziej  pospolitych 

ruchów tanecznych wykonywanych co wieczór przez setki tysięcy zwyczajnych dziewcząt na 

różnych imprezach i dyskotekach.  

Bez względu na to, czy jako ludzie dorośli zadajemy sobie duży trud, aby poprawić i 

pokazać swoje wizualne sygnały seksapilu, czy też traktujemy tę sprawę lekko, czy uciekamy 

się  do  pomocy  sztucznych  środków  (a  tylko  nieliczni  tego  w  ogóle  nie  robią),  czy  też 

gardzimy nimi i wybieramy sposoby bardziej "naturalne", wszyscy nieustannie przekazujemy 

naszemu otoczeniu skomplikowany zbiór sygnałów. Wiele z nich ma nierozerwalny związek 

z naszymi dojrzałymi cechami płciowymi i nawet będąc tego zupełnie nieświadomi, nigdy nie 

przestajemy  "odczytywać  znaków".  W  ten  sposób  przygotowujemy  się  do  wykonania 

społecznie  ważnego  kroku,  czyli  do  zainicjowania  pierwszego,  wstępnego  kontaktu  z 

potencjalnym  partnerem  seksualnym,  co  później  pozwala  nam  przekroczyć  ważny  próg 

całego złożonego świata intymności seksualnej. 

background image

3. 

INTYMNOŚĆ SEKSUALNA 

 

Odkrywszy swoją indywidualną tożsamość, dorastające dziecko musi wydostać się z 

czułych  objęć  matki.  W  końcu,  jako  młoda  osoba  dorosła,  staje  o  własnych  siłach. 

Niemowlęctwo  cechowały  nieograniczone  zaufanie  do  matki  i  totalna  intymność.  Teraz,  w 

okresie dojrzałości, stosunki  z innymi dorosłymi i  przejawy intymności  podlegają surowym 

ograniczeniom.  Obowiązuje  obustronny  dystans.  Ślepe  zaufanie  ustąpiło  miejsca  czujnemu 

manewrowaniu,  a  zależność  -współzależności.  Delikatne  przejawy  intymności  z  czasów 

niemowlęctwa  i  późniejsze  radosne  zabawy  dzieciństwa  przerodziły  się  w  trudne  interakcje 

między dorosłymi.  

Nie  sposób  zaprzeczyć,  że  jest  to  ekscytujące.  Jest  tyle  rzeczy,  które  można  badać, 

celów, do których można zdążać, i wyższy status, który można osiągnąć. Ale gdzie podziała 

się  miłość?  Miłość  polega  na  dawaniu,  dawaniu  siebie  drugiej  osobie  bez  zastrzeżeń,  a 

przecież stosunki między dorosłymi są czymś zupełnie innym...  

Jak  dotąd  moje  słowa  odnoszą  się  w  równej  mierze  do  dorastającej  małpy  jak  do 

dorastającego  człowieka.  Wzorzec  jest  identyczny.  Ale  jest  i  różnica.  Jeśli  małpa  jest  płci 

męskiej,  to  jako  osobnik  dorosły  nigdy  już  nie  zazna  totalnej  intymności  w  miłosnym 

związku.  Aż  do  śmierci  będzie  żyła  w  pozbawionym  miłości  świecie  rywalizacji  i 

partnerstwa,  

współzawodnictwa i współpracy. Jeśli jest płci żeńskiej, zazna znowu kiedyś miłości 

jako  matka  w  stosunkach  z  własnym  niemowlęciem,  ale  -podobnie  jak  osobnik  męski  -nie 

zazna już podobnej więzi z inną dorosłą małpą. Możliwe będą bliskie przyjaźnie, partnerstwo 

czy krótkie epizody seksualne, ale totalna intymność już nie.  

Tymczasem dorosły człowiek ma taką możliwość. Potrafi on stworzyć silną i trwałą 

więź z osobą pici przeciwnej, związek znacznie przerastający zwyczajne partnerstwo. Często 

używane  określenie  "małżeństwo  partnerskie",  uchybia  godności  małżeństwa  i  świadczy  o 

całkowitym  niezrozumieniu,  czym  są  prawdziwe  więzi  miłości.  Matka  i  dziecko  nie  są 

"partnerami". Dziecko nie ufa matce dlatego, że ona je karmi i otacza opieką. Kocha ją, bo 

jest tym, kim jest, a nie z powodu tego, co robi. W partnerstwie zachodzi po prostu wymiana 

korzyści. Partner nie daje tylko po to, aby dawać. Tymczasem między dorosłymi kochającymi 

się osobami powstaje stosunek podobny do stosunku między matką a dzieckiem. Rozwija się 

pełne zaufanie, a wraz z nim pełna, czyli totalna intymność cielesna. W prawdziwej miłości 

nie istnieje "dawanie i branie", lecz tylko dawanie. Fakt, że jest to "obopólne dawanie", nieco 

background image

zaciemnia  ten  obraz,  ale  "obopólne  otrzymywanie",  które  z  tego  nieuchronnie  wynika,  jest 

tylko przyjemnym dodatkiem, a nie warunkiem dawania, jak w partnerstwie.  

Dla  ostrożnego  i  przezornego  dorosłego  wejście  w  taki  związek  wydaje  się  czymś 

niebezpiecznym. Pozostawianie komuś swobody i darzenie się zaufaniem napotyka ogromny 

opór.  Łamie  to  bowiem  wszelkie  zasady  targowania  się  i  zawierania  transakcji,  do  których 

dorosły człowiek jest tak bardzo przyzwyczajony we wszystkich innych stosunkach z innymi 

dorosłymi. Bez wsparcia ze strony niższych ośrodków mózgowych wyższe ośrodki nigdy by 

do  tego  nie  dopuściły.  Ale  nasz  gatunek  może  liczyć  na  takie  wsparcie,  i  to  często  wbrew 

rozumowi,  potrafimy bowiem  zakochać się. U niektórych osób ta naturalna właściwość jest 

stłumiona i wchodząc w związek małżeński albo jakiś inny równorzędny związek, zawierają 

one  coś  w  rodzaju  transakcji:  ty  wychowujesz  dziecko,  a  ja  zarabiam  pieniądze.  Owo 

"kupowanie  dziecka"  lub  "kupowanie  statusu"  stało  się  niestety  bardzo  powszechne  w 

naszych  zatłoczonych  ludzkich  ogrodach  zoologicznych,  ale  jest  ono  najeżone 

niebezpieczeństwami. Para małżonków trzyma się razem nie dzięki wewnętrznej więzi, lecz 

za  sprawą  zewnętrznej  presji  konwencji  społecznej.  Znaczy  to,  że  naturalne  u  tej  pary 

możliwości  zakochania  się  wciąż  drzemią  gdzieś  w  ukryciu,  gotowe  w  każdej  chwili 

uaktywnić  się  bez  ostrzeżenia,  aby  stworzyć  prawdziwą  więź  gdzieś  poza  oficjalnym 

związkiem małżeńskim.  

Szczęśliwcom  nie  przytrafia  się  taka  sekwencja  wydarzeń.  Jako  młodzi  dorośli 

zakochują  się  w  sobie  w  sposób  nie  kontrolowany  i  tworzą  wówczas  prawdziwą  wzajemną 

więź.  Proces  ma  charakter  stopniowy,  chociaż  nie  zawsze  na  taki  wygląda.  "Miłość  od 

pierwszego  wejrzenia"  jest  pojęciem  dość  powszechnym.  Zwykle  jednak  jest  to  sąd 

retrospektywny.  Mamy  tu  bowiem  do  czynienia  nie  z  "totalnym  zaufaniem  od  pierwszego 

wejrzenia", lecz z "totalnym przyciąganiem się od pierwszego wejrzenia". Przechodzenie od 

tego  pierwszego  przyciągania  do  ostatecznego  wzajemnego  zaufania  tworzy  niemal  zawsze 

długą  i  skomplikowaną  sekwencję  stopniowo  coraz  silniejszych  przejawów  intymności  i 

właśnie temu mamy się teraz przyjrzeć.  

Najprościej będzie wybrać parę "typowych kochanków",  

takich, jakich najczęściej postrzegamy w naszej kulturze zachodniej, i prześledzić ich 

w  procesie  tworzenia  się  pary,  od  pierwszego  wzajemnego  spojrzenia  aż  do  końcowego 

cielesnego zespolenia. Musimy przy tym stale pamiętać, że w rzeczywistości nie istnieje nic 

takiego jak "typowy kochanek", tak samo jak nie istnieje "przeciętny obywatel" czy też "szary 

człowiek".  Pożytecznie  jest  jednak  wyobrazić  sobie  coś  takiego,  a  potem  rozważyć  różne 

odmiany.  

background image

U  zwierząt  wszystkie  wzorce  zalotów  mają  typowy  przebieg,  a  bieg  wydarzeń 

składających  się  na  romans  między  dwojgiem  ludzi  nie  jest  tu  wyjątkiem.  Dla  ułatwienia 

sekwencję zdarzeń występującą u ludzi można podzielić na dwanaście etapów i przekonać się, 

co się dzieje po przekroczeniu każdego kolejnego progu. W oczywistym uproszczeniu owych 

dwanaście etapów wygląda następująco:  

1.  Oko-ciało.  Najczęstszą  formą  "kontaktu"  towarzyskiego  jest  patrzenie  na  kogoś  z 

pewnej  odległości.  W  ułamku  sekundy  potrafimy  zsumować  cechy  fizyczne  innej  osoby 

dorosłej,  psychicznie  nadając  im  przy  tym  etykiety  i  stopnie.  Oczy  dostarczają  umysłowi 

natychmiastowej [ informacji o płci, wymiarach, kształcie, wieku, kolorze, statusie i nastroju 

tej  osoby.  jednocześnie  dokonuje  się  ocena  atrakcyjności  według  skali  od  skrajnego 

przyciągania  do  skrajnego  odpychania.  leżeli  odpowiednie  znaki  i  wskazują,  że  oglądana 

osoba jest atrakcyjnym przedstawicielem płci przeciwnej, jesteśmy gotowi wejść w następny 

etap sekwencji.  

2.  Oko-oko.  Gdy  my  przyglądamy  się  innym  ludziom,  oni  jednocześnie  przyglądają 

się nam. Znaczy to, że od czasu do czasu nasze oczy spotykają się i wtedy normalną reakcją 

jest  szybkie  odwrócenie  spojrzenia  i  przerwanie  "kontaktu"  wzrokowego.  Nie  zachodzi  to 

oczywiście  wtedy,  gdy  rozpoznajemy  się  wzajemnie  jako  wcześniejsi  znajomi.  Wtedy  z 

chwilą rozpoznania wymieniamy od razu sygnały pozdrowień, takie jak uśmiechy, uniesienie 

brwi,  zmiana  pozycji  ciała,  ruchy  rąk  i  wreszcie  słowa.  Gdy  jednak  dwoje  obcych  ludzi 

wzajemnie  zatrzyma  na  sobie  spojrzenie,  typową  reakcją  jest  natychmiastowe  odwrócenie 

wzroku,  jakby  po  to,  by  uniknąć  chwilowego  zakłócenia  prywatności.  Gdy  jedna  z  obcych 

sobie osób utrzymuje kontakt wzrokowy, ta druga może poczuć zakłopotanie, a nawet złość i 

jeśli tylko istnieje możliwość oddalenia się, aby uniknąć uporczywego f spojrzenia, korzysta z 

niej,  nawet  gdyby  w  wyrazie  twarzy  ,  czy  w  gestach  towarzyszących  spojrzeniu  nie  było 

żadnych oznak agresji. Dzieje się tak dlatego, że samo przedłużone wpatrywanie się w kogoś 

jest u nie znających się dorosłych uważane za akt agresji. Skutkiem tego dwoje nieznajomych 

zwykle obserwuje się nie jednocześnie, lecz na zmianę. Wówczas, gdy jedno z nich uzna, że 

ta druga osoba jest atrakcyjna, podczas następnego spotkania oczu może dodać do spojrzenia 

nieznaczny  uśmiech.  Jeżeli  reakcja  zostanie  odwzajemniona,  może  dojść  do  dalszego, 

bardziej intymnego kontaktu. Jeżeli reakcja nie zostanie odwzajemniona, obojętne spojrzenie, 

będące odpowiedzią na przyjazny uśmiech, zwykle kładzie kres dalszemu rozwojowi sytuacji.  

3.  Głos-głos.  Zakładając,  że  nie  istnieje  osoba  trzecia,  która  mogłaby  dokonać 

prezentacji, następny etap polega na kontakcie głosowym między obcymi sobie mężczyzną i 

kobietą. Pierwsze uwagi niezmiennie dotyczą rzeczy błahych. Bardzo rzadko mówi się wtedy 

background image

o  rzeczywistych  nastrojach  rozmawiających  osób.  Taka  rozmówka  towarzyska  dostarcza 

dalszego zestawu sygnałów, tym razem  słuchowych, a nie wzrokowych.  Dialekt, ton  głosu, 

akcent,  sposób  myślenia  i  słownictwo  wzbogacają  nasz  umysł  o  całą  gamę  nowych 

informacji. Utrzymywanie tego rodzaju komunikacji na poziomie nic nie znaczącej rozmówki 

towarzyskiej  pozwala  obu  stronom  na  wycofanie  się  z  dalszych  poczynań,  gdyby  nowe 

sygnały  okazały  się  nieatrakcyjne,  wbrew  temu,  co  obiecywały  wcześniejsze  sygnały 

wzrokowe.  

4. Ręka-ręka. Poprzednie trzy etapy mogą rozegrać się w ciągu kilku sekund, ale też 

potrafią trwać miesiącami, gdy jeden z potencjalnych partnerów, nie ośmielając się nawiązać 

kontaktu  głosowego,  podziwia  drugiego  w  milczeniu  i  z  odległości.  Nowy  etap,  ręka-ręka, 

również może nastąpić bardzo szybko, w formie powitalnego uścisku dłoni, albo też odwlec 

się na dłuższy czas. Jeżeli w grę nie wchodzi grzecznościowy, nieseksualny uścisk dłoni, to 

pierwszy  rzeczywisty  kontakt  cielesny  prawdopodobnie  wystąpi  pod  pozorem  "pomocy", 

"ochrony" albo też "wskazania właściwego kierunku". Zwykle robi to mężczyzna w stosunku 

do kobiety, trzymając ją za przedramię lub za rękę, aby pomóc jej przy przejściu przez jezdnię 

czy  pokonaniu  jakiejś  bariery.  Gdy  kobieta  właśnie  zbliża  się  do  jakiejś  przeszkody  czy 

niebezpiecznego  miejsca,  mężczyzna  może  wykorzystać  sposobność,  wyciągając  rękę  i 

chwytając  ramię  kobiety,  aby  ją  zatrzymać  lub  skierować  w  inną  stronę.  Gdy  kobieta 

poślizgnie się lub potknie, podtrzymujący ją ruch rąk również może ułatwić pierwszy kontakt 

cielesny. I znów, jest to działanie, które jeszcze niczego nie przesądza, jeśli idzie o wyrażenie 

prawdziwego nastroju spotkania. Gdy mężczyzna dotknął już ciała dziewczyny, udzielając jej 

jakiejś pomocy, każde z partnerów może się jeszcze wycofać z dalszych poczynań bez utraty 

twarzy. Kobieta może podziękować mężczyźnie za pomoc i zakończyć sprawę, nie odtrącając 

go  demonstracyjnie.  Oboje  mogą  być  w  pełni  świadomi  tego,  że  sekwencja  wzajemnych 

zachowań  właśnie  się  zaczyna  i  że  to,  co  się  zdarzyło,  może  w  końcu  doprowadzić  do 

dalszych  przejawów  intymności,  ale  żadne  nie  robi  jeszcze  niczego,  co  by  jawnie  na  to 

wskazywało, i dlatego można jeszcze wycofać się, nie raniąc uczuć drugiej osoby. Dopiero i 

gdy  zostanie  w  pełni  ujawnione  to,  że  stosunek  się  rozwija,  można  będzie  przedłużyć 

trzymanie za rękę lub za ramię. Zachowanie takie traci już charakter "pomocy" i staje się nie 

maskowanym przejawem intymności.  

5. Ramię-bark. Jak dotąd ciała nie weszły jeszcze w ścisły kontakt. Gdy się to jednak 

dzieje,  przekroczony  zostaje  kolejny  ważny  próg.  Kontakt  fizyczny  dwóch  ciał  podczas 

siedzenia,  stania  czy  chodzenia,  w  porównaniu  z  wcześniejszymi,  niezdecydowanymi 

dotknięciami,  stanowi  wyraźny  krok  do  przodu  we  wzajemnym  stosunku.  Najwcześniej 

background image

pojawia się ruch objęcia barku, gdy mężczyzna otacza ramieniem barki kobiety, przyciągając 

ją ku sobie. Jest i to najbardziej naturalny wstęp do kontaktu tułowi, ponieważ ruch ten bywa 

też stosowany w innych sytuacjach, na przykład między przyjaciółmi, jako gest koleżeństwa 

pozbawionego  akcentów  seksualnych.  Dlatego  też  istnieje  nikłe  niebezpieczeństwo,  że 

zostanie  odrzucony.  Chodzenie  razem  w  ten  sposób,  jako  coś  pośredniego  między  bliską  t 

przyjaźnią a miłością, tylko w niewielkim stopniu może, być dwuznaczne. " 

6. Ramię-talia. Objęcie ramieniem talii stanowi pewien dalszy postęp w porównaniu z 

poprzednim  etapem.  Jest  to  coś,  czego  mężczyzna  nie  robi  nawet  z  najbardziej 

zaprzyjaźnionym  innym  mężczyzną  i  dlatego  gest  ten  jest  bardziej  bezpośrednim  wyrazem 

miłosnej  intymności.  Co  więcej,  ręka  mężczyzny  znajdzie  się  teraz  dużo  bliżej  genitalnej 

strefy kobiety.  

7.  Usta-usta.  Dalszym  wielkim  krokiem  jest  pocałunek  w  usta,  połączony  z  pełnym 

objęciem frontalnym. Powtarzanie lub dłuższe kontynuowanie tej czynności stwarza pierwszą 

poważną  możliwość  doznania  silnego  pobudzenia  fizycznego.  U  kobiety  może  nastąpić 

wzmożone wydzielanie śluzu z pochwy, a u mężczyzny wzwód prącia.  

8.  Ręka-głowa.  Przedłużając  poprzedni  etap,  ręka  zaczyna  pieścić  głowę  partnerki. 

Palce głaszczą twarz, szyję i włosy. Dłonie obejmują kark i głowę.  

9.  Ręka-ciało.  Po  etapie  pocałunków  ręce  mężczyzny,  ściskając,  pieszcząc  i  gładząc, 

zaczynają  eksplorować  ciało  partnerki.  Najbardziej  zdecydowanym  działaniem  są  tu  ruchy, 

których  obiektem  są  piersi  kobiety.  Dzięki  temu  następuje  wzrost  pobudzenia  fizycznego, 

które  osiąga  taki  poziom,  że  u  kobiet  występuje  wówczas  potrzeba  chwilowego 

powstrzymania  biegu  wydarzeń.  Dalszy  ich  postęp  czyni  coraz  trudniejszym  odejście  od 

wzorca  przed  jego  pełną  realizacją  i  dlatego  dopóki  więź  nie  osiągnie  wystarczającego 

poziomu  wzajemnego  zaufania,  bardziej  zaawansowane  przejawy  intymności  seksualnej 

odkłada się na później.  

10. Usta-piersi. Tutaj następuje przekroczenie progu, za którym interakcje stają się już 

bardzo osobiste. U większości par dotyczy to także poprzedniego etapu, zwłaszcza dotykania 

piersi.  W pewnych warunkach, nieraz w miejscach publicznych, dochodzi  do całowania się 

par  i  wzajemnych  pieszczot.  Mogą  one  wywoływać  niechętne  reakcje  innych  osób,  ale  w 

większości  krajów  rzadko  kiedy  podejmuje  się  jakieś  zdecydowane  działania  wobec 

obejmującej się pary. Całowanie piersi stwarza jednak zupełnie inną sytuację, choćby dlatego, 

że wymaga odkrycia kobiecych piersi. 

background image

Kontakty usta-piersi są ostatnią fazą intymności  poprzedzającą intymność  genitalną i 

stanowi  preludium  do działań mających na  celu  nie tylko  pobudzenie fizyczne w ogóle, ale 

pobudzenie doprowadzone do szczytowania.  

11.  Ręka-genitalia.  Kontynuowanie  eksploracji  ciała  przez  dotyk  ręki  nieuchronnie 

prowadzi  do  strefy  genitaliów.  Po  wstępnych  pieszczotach  genitalnych  następuje  delikatne, 

rytmiczne  pocieranie,  symulujące  rytm  ruchów  kopulacyjnych.  Mężczyzna  wielokrotnie 

gładzi  wargi  sromowe  lub  łechtaczkę  kobiety,  może  też  wsunąć  palec  lub  palce  do  jej 

pochwy, naśladując ruch prącia. Takie ręczne drażnienie może wkrótce doprowadzić każdego 

z  partnerów  do  orgazmu  i  jest  powszechnie  stosowaną  formą  osiągania  kulminacji  w 

zaawansowanej grze miłosnej.  

12. Genitalia-genitalia. Wreszcie przychodzi etap pełnego spółkowania i gdy kobieta 

jest  dziewicą,  następuje  pierwszy  w  całej  sekwencji  akt  nieodwracalny,  czyli  przerwanie 

błony  dziewiczej.  Po  raz  pierwszy  powstaje  też  możliwość  zaistnienia  drugiego 

nieodwracalnego  aktu,  a  mianowicie  zapłodnienia.  Ta  nieodwracalność  nadaje  owemu 

ostatniemu  wydarzeniu  sekwencji  zupełnie  nową  jakość.  Dotąd  każdy  kolejny  etap  służył 

dalszemu zacieśnianiu wzajemnej więzi, ale z biologicznego punktu widzenia ów finalny akt 

zbliżenia  decyduje  o  tym,  że  mamy  do  czynienia  z  zupełnie  nową  fazą  intymności. 

Poprzednie fazy spełniły już swoje zadanie jako czynniki cementujące więź i dlatego ta para 

będzie  chciała  pozostać  razem  także  wtedy,  gdy  pociąg  płciowy  ulegnie  osłabieniu  po 

skonsumowaniu  orgazmu.  Rozpad  takiej  więzi  mógłby  doprowadzić  do  sytuacji,  w  której 

kobieta w brzemiennym stanie nie miałaby trwałej rodziny.  

Omówiłem  tu  dwanaście  typowych  etapów  procesu  tworzenia  się  par  złożonych  z 

młodych  mężczyzn  i  kobiet.  Do  pewnego  stopnia  są  one  oczywiście  uwarunkowane 

kulturowo, ale w dużo większym stopniu są zdeterminowane przez anatomię i fizjologię płci, 

wspólną dla wszystkich przedstawicieli naszego gatunku. Wariacje narzucone przez tradycję 

kulturową  i  konwencje  społeczne,  a  także  przez  indywidualne  cechy  szczególne  niektórych 

nieprzeciętnych osobników, w różnoraki sposób modyfikują tę podstawową sekwencję. Teraz 

możemy  zająć  się  właśnie  tymi  wariacjami,  rozpatrując  je  na  tle  omówionej  właśnie 

sekwencji typowej.  

Wariacje te przybierają trzy podstawowe formy: redukcja pewnych etapów sekwencji, 

zmiana porządku czynności rozbudowanie wzorca.  

Najbardziej skrajną formą redukcji jest wymuszone spółkowanie, czyli gwałt. Droga 

od  pierwszego  etapu  do  ostatniego  jest  tu  pokonywana  z  maksymalną  fizycznie  możliwą 

szybkością, a wszystkie etapy pośrednie zostają skondensowane do absolutnego minimum. Po 

background image

nawiązaniu  przez  mężczyznę  kontaktu  oko-ciało  po  prostu  atakuje  on  kobietę  i,  pomijając 

wszystkie  stadia  pobudzenia,  natychmiast  przystępuje  do  kontaktu  genitalia-genitalia,  w 

zależności  od  tego,  jak  skuteczny  jest  opór  kobiety.  Niegenitalne  kontakty  cielesne 

ograniczają  się  tylko  do  tych,  które  są  niezbędne  do  obezwładnienia  kobiety  i  do  zdarcia  z 

niej ubrania przykrywającego strefę genitalną.  

Gwałt  występujący  u  ludzi  jest  pozbawiony  dwóch  istotnych  składników,  a 

mianowicie  tworzenia  się  pary  i  pobudzenia  płciowego.  Opuszczając  wszystkie  pośrednie 

etapy intymności seksualnej, gwałciciel uniemożliwia, rzecz jasna, rozwinięcie się wzajemnej 

więzi między sobą a daną kobietą. jest to oczywiste, ale w kategoriach biologicznych o tyle 

ważne,  że  nasz  gatunek  wymaga  tworzenia  się  tej  osobistej  więzi,  by  zapewnić  właściwe 

wychowywanie potomstwa, jako możliwego skutku  aktu  płciowego.  Istnieją  gatunki, wśród 

których  odpowiedzialność  rodzicielska  albo  jest  nikła,  albo  nie  występuje  wcale,  wśród 

których  gwałt  zatem,  przynajmniej  teoretycznie,  nie  stwarzałby  żadnych  problemów. 

Jednakże  gwałt  w  świecie  zwierząt  jest  rzadkością  między  innymi  dlatego,  że  jego  cel  jest 

fizycznie  trudny  do  osiągnięcia.  Bez  pary  chwytnych  rąk  i  umiejętności  formułowania 

pogróżek  słownych  -a  oba  te  atrybuty  są  właściwe  jedynie  rodzajowi  ludzkiemu  -gwałt  nie 

byłby możliwy. Nawet gdy wydaje nam się, że mamy do czynienia z gwałtem wśród zwierząt, 

prawdopodobnie  są  to  tylko  mylące  pozory.  Na  przykład  samce  zwierząt  mięsożernych 

obserwujemy to u większości tych gatunków -podczas parzenia się chwytają samice zębami 

za kark, jakby usiłując powstrzymać je od ucieczki. Cóż z tego, skoro jeśli samica nie reaguje 

pozytywnie,  samiec  ma  raczej  niewielkie  szanse  skutecznego  wprowadzenia  członka  do 

pochwy.  Prawda  jest  taka,  że  pozornie  brutalny  akt  chwytania  za  kark  jest  ruchem  dość 

wyspecjalizowanym.  Choć  przypomina  działanie  gwałciciela,  jest  w  gruncie  rzeczy 

występującym u zwierząt mięsożernych odpowiednikiem występującego u ludzi delikatnego 

rodzicielskiego obejmowania. Kąsanie ulega tu tak silnemu wyhamowaniu, że zęby samca nie 

ranią samicy. Jest to wzorzec zachowania stosowany przez zwierzęta mięsożerne w stosunku 

do potomstwa, gdy przenoszą je z miejsca na miejsce. W istocie samiec traktuje więc samicę 

jak  szczenię  lub  kociaka,  a  ona  tak  się  też  zachowuje,  poddając  się  bezwładnie  szczękom 

samca,  zupełnie  tak  jak  dawniej,  gdy  matka  przenosiła  ją,  chroniąc  przed 

niebezpieczeństwem.  

Mężczyźnie  natomiast  gwałt  przychodzi  stosunkowo  łatwiej.  Gdy  nie  wystarcza  siła 

fizyczna,  mężczyzna  może  pogrozić  śmiercią  lub  uszkodzeniem  ciała.  Może  też  całkowicie 

lub  częściowo  pozbawić  kobietę  przytomności  albo  wreszcie  obezwładnić  ją,  korzystając  z 

pomocy  innych  mężczyzn.  Jeśli  przy  braku  pobudzenia  płciowego  u  kobiety  wprowadzenie 

background image

członka  do  pochwy  staje  się  trudne  lub  bolesne,  mężczyzna  może  zawsze  uciec  się  do 

sztucznych środków zastępujących naturalne wydzieliny.  

Kobiecie  takie  postępowanie  nie  przynosi  ani  zadowolenia,  ani  zaspokojenia, 

przeciwnie  -może  doprowadzić  do  poważnego  urazu  i  wyrządzić  jej  ogromne  szkody 

psychiczne. Jakikolwiek związek uczuciowy jako następstwo gwałtownej redukcji właściwej 

dla naszego  gatunku  sekwencji zachowań seksualnych może powstać tylko w akcie  gwałtu, 

którego uczestnicy znali się już wcześniej, a kobieta ma silne skłonności masochistyczne.  

Zająłem  się  zagadnieniem  gwałtu  nieco  szczegółowiej,  gdyż  ma  to  ścisły  związek  z 

inną formą redukcji etapów intymności seksualnej, która w naszej kulturze ma dużo szerszy 

zakres i znaczenie. Dla odróżnienia jej od fizycznego gwałtu, o którym właśnie mówiliśmy, 

można by ją nazwać "gwałtem ekonomicznym". W przeciwieństwie do gwałtu fizycznego nie 

dokonuje  się  on  w  opuszczonych  budynkach  czy  wśród  podmiejskich  opłotków,  lecz  w 

bogato  wyposażonych  buduarach  i  przytulnych  sypialniach.  Jest  to  pozbawione  miłości 

małżeństwo z ekonomicznego rozsądku, akt płciowy wykonywany przez pary, które pobierają 

się i żyją ze sobą przy minimalnym udziale prawdziwej więzi wzajemnej.  

W  dawnych  wiekach  aranżowane  przez  rodziców  małżeństwo  dla  statusu  było 

zjawiskiem  powszechnym.  Dzisiaj  staje  się  ono  coraz  rzadsze,  ale  blizna  psychiczna,  jaką 

zostawia na wydanym  przez siebie potomstwie, jest trwała. Dorastając i  rozwijając się jako 

świadkowie  takiego  pozbawionego  miłości  związku,  dzieci  były  narażone  na  kalectwo 

psychiczne  w  sferze  seksu,  polegające  na  niemożności  zrealizowania  pełnej  sekwencji 

zachowań  miłosnych  właściwych  naszemu  gatunkowi.  Wyrosły  na  ludzi  całkowicie 

sprawnych  w  zakresie  anatomii  płciowej  i  mechanizmów  pobudzenia  fizycznego,  ale 

ograniczonych  w  zakresie  zdolności  wykorzystania  tych  cech  biologicznych  do  stworzenia 

głębokiej  i  trwałej  więzi  wzajemnej  z  powodu  atmosfery,  w  jakiej  dojrzewali.  Im  także  z 

trudnością  przyjdzie  stworzenie  szczęśliwej  więzi  pary,  ale  presja  społeczna  zmusi  ich  do 

podjęcia próby i w ten sposób ucierpi następne pokolenie dzieci. Takich reperkusji trudno się 

pozbyć, nawet jeśli małżeństwa zawierane z woli rodziców przechodzą już do historii, dlatego 

wciąż  jeszcze  ciążą  na  nas  niewypowiedziane  szkody  wynikające  z  dawniejszych  zakłóceń 

tego jakże naturalnego zjawiska, jakim jest wzajemne głębokie zakochanie się. 

Pod względem  sposobu  redukcji dwunastoetapowej  sekwencji intymności  seksualnej 

"gwałt  ekonomiczny"  nie  jest  oczywiście  tak  skrajny  jak  gwałt  fizyczny.  Zachowania 

partnerów  pozornie  mogą  nawet  bardzo  przypominać  pełny  wzorzec,  ale  jeśli  przyjrzeć  się 

dokładniej, okaże się, że wszystkie etapy uległy redukcji, jeśli idzie o ich intensywność, czas 

trwania i częstotliwość.  

background image

Weźmy na początek klasyczny przykład młodej pary ludzi, których pchnięto ku sobie, 

kierując  się  wymaganiami  statusu  społecznego  obu  rodzin.  W  dawniejszych  czasach  ich 

zaloty  przedmałżeńskie  mogły  ograniczać  się  zazwyczaj  do  kilku  pobieżnych  uścisków  i 

pocałunków,  poprzedzonych  długimi  rokowaniami.  Potem,  przy  bardzo  słabej  wzajemnej 

znajomości  cielesnej  i  seksualnej,  wpychało  się  ich  do  małżeńskiego  łoża.  Panna  młoda 

otrzymywała  pouczenie,  że  będą  się  tam  działy  różne  nieprzyjemne,  ale  niezbędne  rzeczy, 

które  mają  zapewnić  przyszłe  właściwe  zaludnienie  kraju,  i  że  podczas  gdy  to  się  będzie 

działo, ma ona "leżeć spokojnie i myśleć o ojczyźnie". Mężczyzna otrzymywał podstawowe 

instrukcje dotyczące kobiecej anatomii i polecenie, że ma być delikatny w stosunku do swojej 

młodej żony, gdyż będzie ona krwawić w chwili wkładania członka do pochwy. Wyposażeni 

w takie informacje, młodzi wykonywali swoje obowiązki seksualne możliwie jak najprościej i 

jak  najszybciej,  przy  minimum  satysfakcji  i  minimum  wzajemnej  więzi.  U  kobiety  rzadko 

kiedy występował orgazm. Mężczyzna miał w łóżku obiekt pozbawiony pozytywnych reakcji, 

przypadkowo  będący  jego  żoną,  który  pod  względem  seksualnym  niewiele  różnił  się  od 

przedmiotu zaopatrzonego w pochwę spełniającą rolę przyrządu do masturbacji. Publicznie, 

w życiu towarzyskim młoda para kierowała się naturalnie zbiorem zasad postępowania, które 

pozwalały im pozorować związek oparty na miłości. Każdy przejaw intymności dostępny dla 

oczu innych, w z góry określonych formach, był dokładnie opisany w podręcznikach dobrego 

wychowania,  toteż  odróżnienie  pary  autentycznej;  od  fałszywej  było  prawie  niemożliwe. 

Prawie, ale nie zupełnie, a dla dzieci nie stanowiło to żadnej trudności, jako że dzieci nie mają 

jeszcze  głów  nabitych  szczegółowymi  zasadami  postępowania,  dzięki  czemu  intuicyjnie 

wyczuwają, ile jest miłości w związku łączącym ich rodziców. W ten sposób szkoda przenosi 

się dalej.  

Jeśli opis ten dziś, w drugiej połowie dwudziestego wieku, brzmi dziwacznie, to nie 

dlatego,  że  teraz  nie  ma  już  takich  małżeństw,  ale  dlatego,  że  są  one  aranżowane  bardziej 

dyskretnie.  Jawniej  demonstruje  się  za  to  udawaną  miłość,  maskującą  takie  związki,  ale 

przecież i tak jest to tylko pozór. Dziś mniej angażują się rodzice, co także ułatwia kamuflaż. 

W dzisiejszych czasach bywa tak, że sami młodzi, zarówno on jak ona, postanawiają zawrzeć 

związek  małżeński  oparty  na  podstawach  ekonomicznych.  Panna  młoda  porusza  ustami 

ukrytymi  pod  ślubnym  welonem,  ale  nie  żywi  żadnych  uczuć  -pochłania  ją  obliczanie 

wysokości  alimentów.  Stojący  przy  niej  mężczyzna  z  nieobecnym  wyrazem  twarzy 

bynajmniej  nie  pogrąża  się  w  marzeniach  -rozważa  wpływ,  jaki  jego  aktywna  towarzysko 

małżonka wywrze na jego partnerów w interesach. Trzeba natomiast przyznać, że młode żony 

w  noc  poślubną  nie  leżą  już  spokojnie,  myśląc  o  ojczyźnie.  Porównują  częstotliwość 

background image

orgazmów ze średnią krajową dla danej grupy wiekowej, na danym poziomie wykształcenia i 

w  danej  grupie  etnicznej  i  miejskiej.  Jeśli  częstotliwość  ta  jest  poniżej  normy,  zatrudniają 

prywatnych detektywów, aby dowiedzieć się, gdzie małżonek uzyskuje owe brakujące jeden, 

przecinek  siedem  orgazmu  na  tydzień.  A  młodzi  małżonkowie  usiłują  wyliczyć,  na  ile 

drinków  mogą  sobie  pozwolić,  aby  alkohol  nie  pozbawił  ich  zdolności  uzyskania 

odpowiednio silnej erekcji w dalszej części wieczoru. Nazbyt często takie właśnie są słodkie 

sekrety życia we współczesnym wielkim mieście.  

Przyglądając się redukcjom sekwencji zachowań seksualnych, przeszliśmy od gwałtu, 

przez  dawne  małżeństwa  zawierane  z  woli  rodziców,  do  współczesnych  małżeństw 

sprostytuowanych. Obsesja na tle częstotliwości orgazmów w tych związkach jest zjawiskiem 

nowym  i  wydaje  się  sprzecznym  z  tendencją  do  redukcji  i  kompresji  pełnej  sekwencji. 

Istotnie  wygląda  to  jak  wychylenie  się  w  przeciwną  stronę,  a  więc  ku  rozbudowaniu,  a  nie 

zredukowaniu tej sekwencji. Sprawa nie jest jednak prosta. Zasadnicze zmiany, które zaszły 

w  okresie  "swobody  seksualnej",  polegały  na  zaakcentowaniu  stadiów  późniejszych. 

Rozbudowa  sekwencji  skoncentrowała  się  więc  głównie  w  jednym  jej  stadium  -w  stadium 

kopulacji.  Tak  ważne  w  tworzeniu  się  par  dawne  wzorce  zalecania  się  nie  uległy 

rozbudowaniu, lecz redukcji i uproszczeniu. Warto zastanowić się, jak do tego doszło.  

W dawniejszych czasach zalecanie się bywało długie, ale mało aktywne. Konieczność 

drobiazgowego przestrzegania sformalizowanych reguł postępowania minimalizowała wpływ 

uczuć.  Ignorancja  i  propaganda  anty  erotyczna  hamowały  rozwój  wzorca  zachowań 

przedkopulacyjnych  i  kopulacyjnych.  Mężczyźni  rozwiązywali  ten  problem,  korzystając  z 

usług  domów  publicznych  i  kochanek.  Większość  kobiet  nie  miała  żadnych  możliwości 

rozwiązania  go.  Sytuacja  zmieniła  się  w  pierwszej  połowie  naszego  wieku.  Rozluźniła  się 

kontrola  rodzicielska,  zaczęto  wprowadzać  edukację  seksualną  w  postaci  książek  na  temat 

"miłości małżeńskiej". Skutkiem tego młode pary uzyskały I więcej swobody w poszukiwaniu 

odpowiedniego  partnera  i  mogły  cieszyć  się  mniej  sformalizowanymi  zalotami.  W  niebyt 

odeszła  przyzwoitka.  Rozluźniły  się  zasady  postępowania  w  odniesieniu  do  kontaktów 

fizycznych,  dzięki  czemu  dopuszczalne  stały  się  wszystkie  rodzaje  intymności  seksualnej  z 

wyjątkiem  etapu  ostatniego.  Wymagano  jednak,  aby  te  poczynania  przedmałżeńskie  były 

odpowiednio  rozciągnięte  w  czasie.  Wreszcie,  gdy  już  dochodziło  do  małżeństwa,  para 

nowożeńców zabierała ze sobą do łóżka l dużo większy zasób wiedzy na temat swoich ciał i 

emocjonalnych  cech  osobowości.  Pojawiła  się  też  skuteczna  antykoncepcja,  która  w 

połączeniu  z  nowo  nabytą  wiedzą  na  temat  seksu  pozwalała  na  wzbogacenie  zakresu  i 

intensywności satysfakcji w małżeństwie.  

background image

W  tym  okresie  pary  narzeczonych  wykazywały  skłonność  do  oddawania  się 

długotrwałym "seansom pieszczot". Pomysł, by teraz wolno im już było robić to czy owo, ale 

nie więcej, wydawał się teoretycznie słuszny, ale trudny do wykonania w praktyce. Przyczyna 

jest  dość  oczywista.  Młoda  para  mogła  teraz  przejść  od  pierwszych  etapów  zalecania  się, 

służących  tworzeniu  się  wzajemnej  więzi,  ale  nie  powodujących  silnego  pobudzenia 

fizycznego,  do  etapu  bezpośredniej  stymulacji  przedkopulacyjnej.  Pomostem  między  tymi 

etapami jest pocałunek usta-usta. Zwykły pocałunek to przyjemny, wiążący akt czułości, ale 

wielokrotny i namiętny jest punktem wyjścia do pobudzenia przedkopulacyjnego.  

Młodzi  kochankowie  popadli  w  nowy  rodzaj  kryzysu.  Przedłużone  pieszczoty 

prowadziły do przedłużonych erekcji u mężczyzn i przedłużonego wydzielania śluzu u kobiet. 

Wtedy  były  trzy  możliwości:  w  zgodzie  z  "oficjalnymi  zasadami"  przerwać  sekwencję, 

doprowadzając się do silnej frustracji; kontynuować sekwencję, doprowadzając się wzajemnie 

do  orgazmu,  ale  bez  pełnego  zbliżenia;  łamiąc  przyjęte  zasad  y,  dopuścić  do  pełnego 

zbliżenia. W drugiej z tych metod  postępowania, to  znaczy wzajemnym  onanizowaniu  się i 

pieszczotach  aż  do  osiągnięcia  orgazmu,  stosowanej  przez  dłuższy  czas  w  okresie 

przedmałżeńskim,  kryło  się  zagrożenie,  że  utrwalenie  się  takiego  sposobu  dochodzenia  do 

szczytowania  może  zrodzić  trudności  w  normalnym  współżyciu  małżeńskim  po  ślubie. 

Trzecia możliwość, czyli złamanie zasad, niosła ze sobą problem winy i dyskrecji. Mimo tych 

problemów wydłużone narzeczeństwo sprzyjało tworzeniu się silnej więzi wzajemnej, dlatego 

też rozwiązanie to było dużo bardziej godne polecenia niż poprzednia sytuacja, w której para 

była tak bardzo ograniczona.  

W  nowszych  czasach  można  zauważyć  dalsze  modyfikacje.  Chociaż  oficjalne 

stanowisko  może  nie  uległo  zmianie,  nie  jest  ono  tak  stanowczo  egzekwowane.  Dzięki 

dalszym  postępom  antykoncepcji  dla  wielu  młodych  dziewcząt  dziewictwo  utraciło  swoje 

dawne  znaczenie.  Zasadę  powstrzymywania  się  od  regularnego  współżycia  przed 

małżeństwem, którą dawniej incydentalnie łamano, dziś całkowicie się ignoruje. Dziewictwo 

nie  tylko  nie  jest  teraz  w  cenie,  ale  stało  się  niemal  piętnem,  jako  przejaw  jakiejś 

niesprawności  seksualnej.  Przedmałżeńskie  stosunki  płciowe  są  w  pełni  akceptowane  przez 

młodych,  a  nawet  może  i  przez  rodziców.  Wynikiem  tego,  i  to  bardziej  powszechnym,  niż 

wiele osób jest skłonnych przyznać, jest brak związanych z pieszczotami frustracji, które były 

udziałem wcześniejszych pokoleń, oraz oddalenie niebezpieczeństwa utrwalenia się wzorców 

masturbacyjnych.  Okres  narzeczeństwa  przebiega  w  sposób  naturalny,  bez  zbędnego 

odkładania  pewnych  spraw  na  później,  według  pełnej,  dwunastoetapowej  sekwencji 

zachowań seksualnych.  

background image

Zakładając  odpowiedni  poziom  higieny  i  łatwą  dostępność  skutecznych  środków 

antykoncepcyjnych, można zapytać, czy ta nowa sytuacja niesie ze sobą jakieś zagrożenia, a 

jeśli tak, to jakie? Niektórzy upatrują ich w "tyranii orgazmu", czyli dążeniu do osiągnięcia 

maksymalnej  wydolności  kopulacyjnej,  wykreowanej  przez  presję  społeczną  płynącą  z 

nowoczesnej  konwencji  swobody  obyczajowej.  Działa  ona  na  niekorzyść  osób,  które  są 

zdolne  do  autentycznego  zakochania  się,  ale  mają  trudności  z  osiągnięciem  dostatecznie 

imponującego orgazmu. 

W zjawisku tym jest coś dziwnie krótkowzrocznego. Opisując małżeństwo bez miłości 

jako współczesny odpowiednik małżeństwa z motywów ekonomicznych lub małżeństwa dla 

podniesienia statusu, wspomniałem o obsesji na tle częstotliwości orgazmu. Jak mówiłem, w 

takich sytuacjach kobieta, jeśli jej wydolność seksualna nie osiąga pewnego standardu, może 

mieć  poczucie  porażki,  ponieważ  musi  ona,  nawet  w  kwestiach  seksu,  liczyć  się  z 

wymaganiami  statusu  społecznego.  Ale  dla  dwojga  kochających  się  ludzi  desperacka 

gimnastyka spółkującej, lecz nie kochającej się pary jest dziś rzeczą śmieszną. Dla nich, tak 

jak i  dla wszystkich prawdziwych kochanków w przeszłości, większą wartość ma przelotne 

muśnięcie  w  policzek  przez  uwielbianą  osobę  niż  sześć  godzin  w  trzydziestu  siedmiu 

pozycjach  z  nie  kochanym  partnerem.  Tak  było  zawsze,  tyle  że  dzisiejsi  kochankowie,  gdy 

tylko  sytuacja  na  to  pozwala,  nie  muszą  się  ograniczać  do  przelotnego  muśnięcia  policzka. 

Mogą  robić  ze  swoimi  ciałami  wszystko,  co  chcą  i  ile  chcą.  Gdy  powstanie  już  silna  więź 

wzajemna,  wtedy  w  zachowaniu  seksualnym  liczy  się  jakość,  nie  tylko  ilość.  Nowe 

konwencje są dla nich czymś, co stwarza możliwość, ale nie przymusza, jak zdają się sądzić 

niektórzy krytycy.  

Inną sprawą, która zdaje się umykać krytykom, jest to, że gdy młodzi ludzie zakochują 

się  w  sobie,  na  początku  niekoniecznie  mają  ochotę  pomijać  pierwsze  stadia  sekwencji 

seksualnej. Nie pragną zrezygnować z trzymania się za ręce tylko dlatego, że mogą współżyć. 

Co  więcej,  gdy  dojdą  już  do  finalnych  stadiów  tej  sekwencji,  nie  będą  mieli  żadnych 

trudności z osiągnięciem maksymalnej naturalnej przyjemności płynącej z orgazmu. Zapewni 

im  to  intensywność  uczuć  towarzyszącą  ich  związkowi  osobistemu,  dzięki  której  będą  z 

radością  doświadczali  kolejnych  szczytowań  bez  potrzeby  przybierania  pokrętnych  pozycji 

zapaśniczych, zalecanych przez wszechobecne współczesne podręczniki seksu.  

Największe  niebezpieczeństwo,  jakie  dziś  czyha  na  wyzwolonych  młodych 

kochanków, jest jednak chyba natury ekonomicznej, gdyż wciąż żyją oni w skomplikowanej 

strukturze ekonomicznej, jaką jest społeczeństwo, i nic dziwnego, że właśnie ekonomia była 

tak ważnym czynnikiem w dawniejszych małżeństwach. Poprzednio aspekt ten był chroniony 

background image

przez surowe ograniczenia, jakim podlegało wczesne zachowanie seksualne. Cierpiała na tym 

intymność seksualna, ale status społeczny był należycie zabezpieczony. Teraz, gdy intymność 

seksualna  nie  jest  ograniczana,  status  społeczny  młodej  pary  stał  się  problemem.  W  jaki 

sposób para w pełni dojrzałych seksualnie siedemnastoletnich kochanków, którzy tworzą silną 

wzajemną  więź  i  mogą  cieszyć  się  pełnym  życiem  płciowym,  ma  założyć  rodzinę  we 

współczesnych warunkach ekonomicznych? Muszą oni albo poczekać w jakimś społecznym 

stanie  zawieszenia,  albo  też  wyłamać  się  z  powszechnie  przyjętych  wzorców  społecznych. 

Wybór nie jest łatwy, a problem ten nie został jeszcze rozwiązany.  

Doszliśmy do tego punktu naszych rozważań, mówiąc o różnych sposobach redukcji 

pełnej wersji sekwencji zachowań seksualnych. Teraz musimy zostawić młodych kochanków, 

którzy mimo poważnych trudności społecznych realizują ową pełną wersję, i wrócić do wersji 

zredukowanych.  Jak  potraktować  człowieka  aktywnego  seksualnie,  ale  nie  kochającego? 

Mówiliśmy  o  gwałcicielu  i  o  zahamowanych  partnerach  w  małżeństwie,  którzy  redukują 

swoje zachowania seksualne do minimum potrzebnego, aby spłodzić dzieci, nie należy jednak 

zapominać  o  tych,  którzy  oddają  się  wyczynom  seksualnym  bez  miłości.  W  jaki  sposób 

skracają  oni  sekwencję  zachowań  seksualnych  właściwą  dla  typowych  kochanków?  Późne 

etapy  genitalne  nie  są  dla  nich  kulminacją  wzorca,  lecz  wzorzec  ten  zastępują.  W 

dawniejszych  r  czasach  to  właśnie  działo  się,  gdy  mężczyzna  odwiedzał!  prostytutkę.  Nie 

było trzymania się za ręce, nie było przytulania się czy szeptania słodkich słówek, lecz tylko 

krótka  transakcja  handlowa  poprzedzająca  natychmiastowy  bezpośredni  kontakt  genitalny. 

Było  to  coś,  co można by  określić jako "gwałt komercyjny". W dawnych czasach było  r to 

często  pierwsze  wprowadzenie  młodego  człowieka  w  świat  seksu,  ale  dzisiaj  takie 

profesjonalne  usługi  są  już  niemal  zbędne.  Zostały  one  zastąpione  czymś,  co  można  by 

nazwać  sypianiem  wszystkich  ze  wszystkimi.  W  tej  praktyce  również  często  dochodzi  do 

redukcji wcześniejszych ogniw łańcucha, podobnie jak podczas wizyt u prostytutki. Sytuację 

tę dobrze prezentują słowa dziewczyny z filmu rysunkowego, która wróciwszy późną nocą do 

pokoju  w  stanie  wyraźnie  wskazującym  na  to,  że  oddawała  się  seksowi,  wyczerpana,  w 

pogniecionym ubraniu, ale z nienaruszonym makijażem na twarzy, mówi: "Chłopcy nie chcą 

mnie już całować".  

Rezultatem  tego  typu  redukcji  jest  osiągnięcie  maksimum  aktywności  kopulacyjnej 

przy  minimalnym  udziale  procesu  tworzenia  się  więzi  pary.  Jako  środek  na  utrzymanie 

statusu pozwala to systematycznie dowartościowywać swoje ego, ale jako źródło intensywnej 

rozkoszy degraduje aktywność seksualną do poziomu czynności oddawania moczu. Dlatego 

nie można się dziwić, że swobodnie spółkujący, ale nie kochający mężczyzna pragnie jakoś 

background image

rozbudować ten akt konsumowania przyjemności. Ponieważ akt ten jest pozbawiony nie tylko 

wzajemnej  więzi,  ale  również  intensywności  emocjonalnej  -brak  ten  należy  skompensować 

wzmożoną intensywnością fizyczną. Tu właśnie na scenę wkraczają ilustrowane podręczniki 

seksu. Warto poddać analizie kilka z nich, żeby przekonać się, co zalecają.  

Próbka  wybrana  losowo  z  wielkiej  liczby  materiałów  znajdujących  się  obecnie  w 

sprzedaży  zawierała  łącznie  kilkaset  fotografii  pokazujących  nagie  "kochające  się"  pary. 

Wśród tych ilustracji nie więcej niż 4 procent ukazywało któryś z pierwszych ośmiu etapów 

opisanej  wyżej  dwunastoetapowej  sekwencji.  Natomiast  82  procent  obrazków  pokazywało 

pełne spółkowanie, a w każdej książce można było naliczyć od trzydziestu do pięćdziesięciu 

różnych pozycji. Znaczy to, że znakomita większość najrozmaitszych przejawów intymności 

została  zilustrowana  jedynie  za  pomocą  finalnego  etapu  kontaktu  genitalia-genitalia,  co 

wyraźnie  wskazuje,  jak  bardzo  akcentuje  się  to  końcowe  ogniwo  łańcucha.  Podczas  gdy 

dawniejsza cenzura ograniczała ukazywanie aktywności miłosnej do etapów wcześniejszych, 

pozbycie  się  tej  cenzury  zamiast  wzbogacić  ten  obraz,  miało  taki  skutek,  że  ośrodek 

zainteresowania przesunął się z jednego końca skali na drugi. Sugeruje się w ten sposób, że 

sam akt spółkowania winien być możliwie jak najbardziej skomplikowany i urozmaicony, a 

całą resztę można pominąć. Pokazywane tam pozycje są nieraz najwyraźniej niewygodne albo 

wręcz bolesne, jeśli próbuje się je utrzymać przez dłuższy czas, nie będąc przy tym akrobatą 

cyrkowym.  Ich  zamieszczenie  jest  jedynie  świadectwem  gorączkowego  poszukiwania 

nowości  w  technice  kopulacji,  które  mają  być  środkiem  do  osiągnięcia  jeszcze  większego 

pobudzenia. Nacisk kładzie się więc nie na uczucia, lecz na i wyczyn seksualny. 

Nie  ma  oczywiście  nic  szkodliwego  w  tych  zabawnych  i  swawolnych  dodatkach  do 

zachowań  seksualnych,  ale  gdy  stają  się  one  obsesją,  zastępującą  i  wykluczającą  osobiste 

relacje  emocjonalne  między  mężczyzną  a  kobietą,  wówczas  ich  ostatecznym  skutkiem  jest 

obniżenie  rzeczywistej  wartości  danego  związku.  Chociaż  rozbudowują  one  jeden  z 

elementów sekwencji seksualnej, w ostatecznym rozrachunku sekwencję tę skracają.  

Młodzi kochankowie, którym potrzebne jest urozmaicenie w spółkowaniu, a nie tylko 

po  prostu  sporadyczne  zabawy  poszukiwawcze  w  tym  zakresie,  być  może  nie  są  już  wcale 

młodymi  kochankami.  W  późniejszym  okresie  życia,  gdy  partnerzy  przeszli  już  przez 

intensywne  stadium  tworzenia  się  związku  pary  i  osiągnęli  spokojniejsze  stadium 

podtrzymywania  związku  pary,  uznają  być  może,  że  ich  aktywność  seksualna  odzyska 

pierwotną  intensywność,  jeśli  ją  jakoś  upiększą  i  wzbogacą.  Taka  potrzeba  byłaby  jednak 

czymś niezwykłym u ludzi młodych i prawdziwie w sobie zakochanych.  

background image

Nie trzeba dodawać, że nie oznacza to wcale konieczności potępienia lub stłumienia 

jakichkolwiek  przejawów  intymności  seksualnej,  choćby  najbardziej  wymyślnych  i 

niezwykłych.  Jeśli  tylko  są  one  dobrowolne  i  uczestniczą  w  nich  osoby  dorosłe  w  miejscu 

prywatnym,  nie  powodując  żadnych  szkód  fizycznych,  nie  istnieje  żadna  przyczyna 

biologiczna, dla której należałoby uznać je za niezgodne z prawem lub potępiać, jak bywa to 

jeszcze w niektórych krajach. Przykładem mogą tu być stosunki oralno-genitalne, których nie 

umieściłem  w  moim  dwunastoetapowym  wykazie,  ponieważ  nie  stanowią  one  oddzielnego 

stadium  w  przechodzeniu  od  pierwszego  kontaktu  kochanków  do  końcowego  pełnego 

zbliżenia.  Zazwyczaj  pojawiają  się  dopiero  po  kilku  pierwszych  zbliżeniach  jako  dalsze 

upiększenie intymności genitalnej. Później, gdy współżycie staje się regularne, stosuje się je 

często  jako  standardowy  wzorzec  przedkopulacyjny  i  w  tej  roli  stosowano  je  od  dawna,  o 

czym świadczy sztuka starożytna.  

Współczesne  badania  amerykańskie  ujawniają,  że  obecnie  kontakty  oralno-genitalne 

jako  część  składowa  aktywności  przedkopulacyjnej  występują  u  około  połowy  małżeństw. 

Stwierdzono,  że  kontakt  między  ustami  mężczyzny  a  genitaliami  kobiety  stosuje  w 

zbliżeniach  54  procent  par,  a  kontakt  między  ustami  kobiety  a  genitaliami  mężczyzny  49 

procent  par.  Chociaż  liczby  te  są  znacznie  niższe  niż  liczby  odnoszące  się  do  innych 

zachowań  przedkopulacyjnych,  o  których  mówiłem  (kontakty  usta-usta,  ręka-piersi,  usta-

piersi,  i  ręka-genitalia  stosuje  ponad  90  procent  par),  to  jednak  około 

pięćdziesięcioprocentowa  przeciętna,  z  jaką  w  całej  badanej  populacji  występują  kontakty 

oralno-genitalne,  nie  uzasadnia  chyba  określania  ich  jako  "nienormalne".  Mimo  to  jednak  i 

mimo  to,  że  aktywność  taka  jest  bardzo  rozpowszechniona  u  innych  ssaków,  uważa  się  ją 

często za nienormalny przejaw intymności. Praktyka ta jest potępiona przez religijne kodeksy 

moralne  tradycji  judeochrześcijańskiej,  nawet  u  par  małżeńskich,  a  bywa  też  uważana  nie 

tylko za niemoralną, ale za niezgodną z prawem. Zdumiewające, że w połowie dwudziestego 

wieku  taki  stan  rzeczy  istnieje  niemal  we  wszystkich  stanach  Ameryki  Północnej.  Ściślej 

mówiąc,  jedynie  w  Kentucky  i  w  Karolinie  Południowej  amerykańskie  pary  małżeńskie 

mogą, nie łamiąc prawa, oddawać się jakimś formom kontaktu oralno-genitalnego. Znaczy to, 

że  w  ostatnich  czasach  50  procent  wszystkich  innych  obywateli  amerykańskich,  formalnie 

biorąc,  przekroczyło  czy  przekracza  prawo  w  którymś  okresie  życia  małżeńskiego.  W 

stanach,  gdzie  praktyki  te  są  nielegalne,  z  wyjątkiem  stanu  Nowy  Jork,  gdzie  są  one 

zakwalifikowane  do  kategorii  wykroczeń,  uznaje  się  je  za  przestępstwo.  W  stanach  Illinois, 

Wisconsin, Missisipi i Ohio prawo sankcjonuje osobliwy rodzaj nierówności seksualnej, gdy 

background image

bowiem  mąż  nawiązuje  kontakt  oralny  z  żoną,  to  jest  to  zgodne  z  prawem,  gdy  zaś  żona 

aktywnie angażuje się w podobny sposób, popełnia przestępstwo.  

Te  dziwne  ograniczenia  prawne  rzadko  są  przestrzegane  w  praktyce,  a  w  ostatnich 

latach, gdy zezwolono na sprzedaż i reklamę aromatycznych natrysków dopochwowych, stały 

się  wręcz  absurdem.  Wykorzystuje  się  jednak  czasami  w  sprawach  rozwodowych, 

wymieniając  praktyki  oralno-genitalne  jako  przykład  "psychicznego  znęcania  się"  w 

małżeństwie.  Wskazywano  też  na  to,  że  teoretycznie  biorąc,  takie  prawo  może  ułatwiać 

szantaż. Jak już powiedziałem, z biologicznego punktu widzenia nie istnieją żadne argumenty 

przeciw  kontaktom  usta-genitalia.  Wprost  przeciwnie,  jeżeli  pomagają  one  zwiększyć 

emocjonalną  intensywność  aktywności  przedkopulacyjnej,  służą  tylko  zacieśnieniu 

wzajemnej  więzi  między  małżonkami  i  w  ten  sposób  umacniają  stan  małżeński,  tak 

energicznie i na tyle innych sposobów chroniony przez Kościół i przez prawo kraju.  

Badając  szczegółowo  formy,  jakie  przybiera  ten  rodzaj  intymności  u  ludzi,  można 

dostrzec  różnicę  między  człowiekiem  i  innymi  ssakami  praktykującymi  kontakty  oralno-

genitalne.  U  innych  gatunków  praktyka  ta  zaczyna  się  zwykle  od  obwąchiwania  i  trącania 

nosem,  co  następnie  przechodzi  w  lizanie.  Rzadziej  występuje  rytmiczne  pocieranie.  Takie 

działanie daje dokładne informacje o stanie genitaliów partnera. W odróżnieniu od ludzi inne 

gatunki ssaków osiągają pełną sprawność seksualną jedynie w pewnych okresach roku lub w 

pewnych określonych fazach ~ cyklu menstruacyjnego i dlatego, zwłaszcza dla samca, przed 

podjęciem  próby  spółkowania,  ważne  jest,  aby  wiedzieć  jak  najwięcej  o  stanie  pobudzenia 

partnerki.  Przyłożenie  nosa  lub  pyska  do  strefy  genitalnej  dostarcza  cennych  wskazówek 

dotyczących  zapachu,  smaku  i  konsystencji.  Rzeczywista  stymulacja  partnerki  za  pomocą 

tych kontaktów ma prawdopodobnie znaczenie drugorzędne.  

U człowieka sytuacja jest odwrotna, gdyż większe znaczenie ma element stymulacji. 

Usta  w  większym  stopniu  służą  do  pobudzenia  partnerki  lub  partnera  niż  jako  środek  do 

zdobycia  wiedzy  ojej  lub  jego  stanie  gotowości  seksualnej  .Z  tego  też  powodu  u  ludzi 

rytmiczne ruchy frykcyjne nabierają większego znaczenia niż zwykłe dotykanie czy lizanie, 

przy czym kobieta, naśladując ruchy kopulacyjne, używa ust jako pseudopochwy. Mężczyzna 

może też używać języka jako pseudoczłonka, ale częściej stosuje stymulację łechtaczki przez 

rytmiczny nacisk języka. Imituje on w ten sposób wielokrotny masaż narządu kobiety podczas 

ruchów  kopulacyjnych.  Dla  mężczyzny  wielką  zaletą  takiego  niby-spółkowania  jest  to,  że 

daje ono kobiecie przedłużoną stymulację, podczas gdy sam mężczyzna nie doznaje przy tym 

zaspokojenia w formie orgazmu.  

background image

W  ten  sposób  może  on  zrekompensować  sobie  dłuższy  czas,  jakiego  przeciętnie 

potrzebuje kobieta dla osiągnięcia orgazmu.  

To  tłumaczy,  dlaczego  ten  przejaw  intymności  seksualnej  :znajduje  szersze 

zastosowanie  wśród  mężczyzn  niż  wśród  kobiet.  Stwierdzono  jednak,  że  tego  rodzaju 

praktyki  są inaczej  przedstawiane w filmach porno. Przeprowadzone niedawno badania nad 

historią tego typu filmów nakręconych w ciągu ubiegłego półwiecza dowodzą, że omawiane 

tu praktyki pokazywano znacznie częściej w wykonaniu kobiet liż w wykonaniu mężczyzn. 

Ma to swoje specjalne uzasadnienie. Filmy te tradycyjnie kręcono na wyłącznie męski użytek, 

bo były przeznaczone do pokazywania podczas  spotkań z wyłącznym  udziałem  mężczyzn i 

często  określano  e  mianem  filmów  "męskich".  Spotkania  takie  mają  niewiele  wspólnego  z 

miłością, bowiem należą one do sfery seksu jako znamienia statusu. W związku ze statusem 

mężczyzny  historycy  filmów  porno  zauważają,  iż  pokazywanie  mężczyzny  w  pozycji 

uległości wobec kobiety "pomniejsza" go, natomiast przedstawianie go w pozycji wyższości, 

w  której  kobieta  mu  "służy",  wzmacnia  jego  poczucie  dominacji.  Tu  wracamy  znów  do 

podstawowego zachowania zwierząt  

pozycji wyrażających poddanie się osobników podwładnych. Klękanie i kłanianie się, 

wykonywane jako akty poddania, biologicznie polegają na obniżaniu pozycji ciała osobnika 

poddanego przed osobnikiem stojącym wyżej. Jest rzeczą znamienną, że w angielskim slangu 

akt oralno-genitalny kobiety wobec mężczyzny określa się m.in. ; dosłownie jako "schodzenie 

do  parteru".  Dotknięcie  genitaliów  ustami  wymaga  od  partnera  aktywnego,  aby  przyjął 

pozycję ciała znacznie poniżej ciała partnera biernego. Zachodzi to w każdej pozycji, ale jest 

szczególnie  widoczne,  I  gdy  partner  bierny  znajduje  się  w  pozycji  stojącej.  Aby  móc 

przyłożyć usta do genitaliów osoby stojącej,  aktywny mężczyzna lub  aktywna kobieta musi 

uklęknąć  lub  ukucnąć,  co  wymaga  przyjęcia  pozycji  zbliżonej  do  pozycji  wyrażającej 

średniowieczne  poddaństwo.  Nic  więc  dziwnego,  że  taki  akt  w  wykonaniu  kobiety  bardzo 

silnie przemawia do mężczyzn podczas męskich spotkań, gdzie seks traktuje się jako element 

statusu.  Zupełnie  inna  jest  oczywiście  sytuacja  między  kochankami  w  warunkach 

prywatności.  Jeżeli  celem  nie  jest  jedynie  pozbawione  miłości  zaspokojenie  seksualne, 

praktyka  ta  będzie  dostarczała  przyjemności,  w  żadnej  mierze  nie  służąc  podnoszeniu 

niczyjego  statusu.  Ponieważ  mężczyźni  i  kobiety  potrzebują  niejednakowej  ilości  czasu  do 

osiągnięcia  orgazmu,  technika  pobudzania  oralno-genitalnego  częściej  stosowana  jest  przez 

mężczyzn.  

Rozważając  różne  warianty  podstawowej  sekwencji  zachowań  seksualnych,  do  tej 

pory  zajmowaliśmy  się  niektórymi  sposobami  jej  redukowania  i  rozbudowywania,  ale 

background image

wspomniałem  też  o  trzeciej  możliwości,  a  mianowicie  o  przesunięciach  w  kolejności 

pojawiania się poszczególnych zachowań. Jest ich, rzecz jasna, wiele, a naszkicowana przeze 

mnie  sekwencja  często  podlega  różnym  modyfikacjom.  W  zaprezentowanej  wersji  jest  ona 

jedynie pobieżnym przewodnikiem ukazującym ogólną tendencję, zgodnie z którą następują 

po sobie kolejne etapy, od chwili pierwszego kontaktu do finalnego pełnego zbliżenia. Jest to 

jednak w miarę wierny obraz przeciętnej sekwencji zachowań, tyle że nieraz sformalizowanie 

poszczególnych jej elementów może wpłynąć na kolejność ich występowania. Wyjaśnię to la 

kilku przykładach.  

Pierwsze trzy z wymienionych rodzajów kontaktów to: oko-ciało, oko-oko i głos-głos. 

Te trzy rodzaje kontaktu bezdotykowego rzadko  zmieniają swoją kolejność w sekwencji. W 

dzisiejszych  czasach  mogą  to  być  sytuacje,  gdy  pierwsze  zetknięcie  odbywa  się  za 

pośrednictwem  telefonu  dlatego czasem  można usłyszeć, jak ktoś  mówi: "miło  się wreszcie 

spotkać osobiście". Sugeruje to, że rozmowy telefoniczne nie są "spotkaniami". Jednakże są 

za  takie  uważane,  jeśli  poprzedza  je  kontakt  wzrokowy.  Wyrażenie  "spotkaliśmy  się"  lub 

"poznaliśmy  się"  w  zeszłym  roku  nie  musi  oznaczać  żadnego  kontaktu  dotykowego,  lecz 

jedynie połączenie wymiany sygnałów wzrokowych i werbalnych. A jednak "poznanie się" na 

ogół łączy się z owym minimalnym kontaktem cielesnym, jakim jest uścisk dłoni. Wydaje się, 

że  v  trakcie  "poznawania"  kogoś  ważną  rolę  odgrywa  rzeczywiste,  choćby  najlżejsze 

dotknięcie.  Ponieważ  w  dzisiejszych  czasach  spotykamy  tak  wiele  obcych  osób,  nie  można 

się dziwić, że to pierwsze dotknięcie ma ściśle ustaloną formę. Nieco bardziej zróżnicowany 

kontakt  cielesny  oznaczałby  nazbyt  wielki  stopień  intymności  na  zbyt  wczesnym  etapie  " 

skali czasu właściwej rozwojowi danej znajomości.  

Z  powodu  wysokiego  stopnia  sformalizowania  uścisk  dłoni  wysuwa  się  niekiedy  na 

pierwsze miejsce w całej sekwencji. Jakaś osoba trzecia mówi po prostu: "Poznajcie się" i w 

ciągu  kilku  sekund  po  nawiązaniu  kontaktu  wzrokowego  następuje  kontakt  dotykowy,  w 

którym wyciągnięte ręce łączą się ze sobą. Może to nastąpić nawet jeszcze przed kontaktem 

słownym.  

Ta podstawowa zasada, zgodnie z którą im bardziej ;formalizowany jest dany kontakt, 

tym łatwiej przesuwa się ku początkowi łańcucha, jest też doskonale widoczna w pocałunku 

usta-usta. Chociaż, ściśle mówiąc, jest to pierwsza czynności przedkopulacyjnych, mających 

na  celu  pobudzenie,  i  jako  taka  plasuje  się  raczej  w  drugiej  połowie  sekwencji,  często 

przesuwa  się  ona  na  początek  za  sprawą  powszechnie  przyjętego  obyczaju  "całusa  na 

dobranoc".  

background image

Znamienne  jest,  że  do  pierwszego  pocałunku  zwykle  dochodzi  podczas  pożegnania. 

Dzięki temu wybiegowi  pocałunek staje się możliwy i wraz z pełnym  objęciem frontalnym 

przesuwa  się  na  początek  sekwencji,  przed  takie  mniej  intymne  stadia  jak  półobjęcie  barku 

ramieniem  czy  półobjęcie  talii,  a  nawet  być  może  trzymanie  się  za  ręce,  a  to  dlatego,  że 

pocałunek  taki,  naśladując  nieseksualne  całowanie  się  przy  takich  okazjach  jak  rodzinne 

powitania  i  pożegnania,  nabiera  cech  "niewinności".  Młoda  para,  po  zapoznaniu  się  i 

kilkugodzinnej  rozmowie,  może  na  przykład  j  w  chwili  rozstania  objąć  się  przelotnie  i 

pocałować,  mimo  że  przedtem  w  żadnej  formie  nie  dotykali  się  wzajemnie.  Różni  się  to 

wyraźnie  od  sytuacji  mężczyzny  odwiedzającego  prostytutkę,  kiedy  to  pocałunek  przesuwa 

się  na  koniec  sekwencji,  czyli  na  miejsce  po  pełnym  kontakcie  genitalnym,  albo  c  nawet 

zostaje całkowicie pominięty.  

Jest chyba oczywiste, że omawiając różne warianty zachowań seksualnych, odnoszę je 

głównie  do  współczesnych  społeczeństw  "cywilizowanych".  W  innych  kulturach  i  u 

rozmaitych plemion wzorce te w pewnym stopniu się różnią, ale podstawowe zasady eskalacji 

przejawów intymności  są na ogół  podobne. Amerykańskie badania blisko dwustu i  różnych 

kultur  wykazały,  że  "jeżeli  gra  wstępna  nie  ulega  zahamowaniom  na  skutek  uwarunkowań 

społecznych,  prawdopodobieństwo  jej  występowania  jest  bardzo  wysokie".  W  większości 

społeczeństw obserwujemy niemal wszystkie techniki pobudzania, choć niekiedy przybierają 

one  nieco  inną  formę.  Niekiedy  na  przykład  nos,  a  nie  usta,  odgrywa,  rolę  organu 

kontaktowego, a pocieranie i przyciskanie :. nosem zastępuje całowanie w usta. W niektórych 

plemionach kontakt usta-twarz lub usta-usta przyjmuje postać przyciskania nosa do twarzy. U 

innych  plemion  występują  jednocześnie  kontakty  usta-usta  i  nos-nos.  Niektórzy  mężczyźni 

zamiast  dotykania  wargami  jako  sposobu  na  stymulację  kobiecych  piersi  stosują  pocieranie 

nosem. U jeszcze innych plemion  całowanie przybiera  formę umieszczania warg w pobliżu 

twarzy  partnerki  i  wciągania  przy  tym  powietrza.  U  jeszcze  innych  jest  to  raczej  forma 

wzajemnego  ssania  języka  i  ust.  Te  odmiany  w  szczegółach  są  ciekawe  same  w  sobie,  ale 

nadmierne  akcentowanie  ich  wagi  -jak  to  bywało  dawniej  -zaciemnia  fakt,  że  ogólnie 

mówiąc, u wszystkich istot ludzkich zaloty i wzorce przedkopulacyjne są bardzo podobne.  

Przyjrzawszy  się  sekwencji  przejawów  ludzkiej  intymności  seksualnej,  dochodzimy 

teraz  do  problemu  ich  częstotliwości.  Kiedyś  stwierdziłem  publicznie,  że  wśród  wszystkich 

naczelnych  najaktywniejszy  seksualnie  jest  człowiek,  co  spotkało  się  z  pewną  krytyką. 

Jednakże dowody biologiczne są nie do obalenia, nonsensowny jest natomiast  argument,  że 

obserwowany  obecnie  tu  i  ówdzie  wysoki  poziom  aktywności  seksualnej  jest  sztucznym 

tworem  cywilizowanego  stylu  życia.  Skoro  już  o  tym  mowa,  to  właśnie  występujący 

background image

gdzieniegdzie  niezwykle  niski  poziom  aktywności  seksualnej  można  przypisać  sztuczności 

warunków  dzisiejszego  życia.  Każdy,  kto  kiedykolwiek  znajdował  się  w  pod  wpływem 

silnego stresu, wie, że niepokój wybitnie obniża zainteresowanie seksem,  a ponieważ pełna 

wielkich  napięć  egzystencja  współczesnych  społeczeństw  miejskich  nacechowana  jest 

wielkim  ładunkiem  stresu,  fakt,  że  zachowania  seksualne  są  wciąż  tak  liczne,  jest  godnym 

uwagi świadectwem seksualności naszego gatunku.  

Spróbuję to wyrazić bardziej precyzyjnie. Jeżeli użyję nieco innego sformułowania, a 

mianowicie,  że  wśród  wszystkich  naczelnych  człowiek  jest  potencjalnie  najaktywniejszy 

seksualnie,  nie  wywoła  ono  sprzeciwu.  Po  pierwsze,  większość  naczelnych  ogranicza  swoją 

aktywność  seksualną  do  krótkiego  wycinka  cyklu  płciowego  samicy.  W  tym  czasie 

zewnętrzne  narządy  rodne  samicy  ulegają  zmianom,  które  u  większości  gatunków  są 

wyraźnie  widoczne  dla  samca  i  które  sprawiają,  że  samica  staje  się  dla  niego  seksualnie 

atrakcyjna. W innych okresach samica pociąga go tylko w małym stopniu albo też wcale go 

nie pociąga. U ludzi aktywność rozciąga się na niemal cały cykl miesięczny, a więc na okres 

mniej  więcej  trzykrotnie  dłuższy.  Już  tylko  z  tego  powodu  zwierzę  ludzkie  ma  trzykrotnie 

większy potencjał seksualny niż jego najbliżsi krewniacy, czyli wszelkiego rodzaju małpy.  

Po drugie, w odróżnieniu od innych naczelnych kobieta zachowuje swą atrakcyjność 

seksualną  i  zdolność  do  pozytywnego  reagowania  również  w  przeważającej  części  okresu 

ciąży.  A  przy  tym  po  rozwiązaniu  kobieta  staje  się  seksualnie  aktywna  dużo  wcześniej  niż 

przedstawicielki  innych  gatunków  naczelnych.  Wreszcie  można  oczekiwać,  że  przeciętne 

współczesne  zwierzę  ludzkie  będzie  w  stanie  oddawać  się  rozkoszom  życia  seksualnego  aż 

przez mniej więcej pół wieku, co zdarza się tylko niewielu innym ssakom.  

Ta  ogromna  aktywność  seksualna  istnieje  nie  tylko  w  sferze  możliwości,  ale 

zazwyczaj  jest  w  pełni  realizowana,  dlatego  nie  muszę  chyba  modyfikować  swojego 

stanowiska.  Większość  ludzi  wyraża  swoją  seksualność,  dobierając  sobie  partnerów  i 

uprawiając  z  nimi  częste  stosunki  seksualne,  ale  nawet  ci,  którzy  tego  nie  robią  lub  którzy 

znajdują się, w izolacji seksualnej, nie popadają na ogół w stan nieaktywności. Brak partnera 

kompensuje im zazwyczaj częsta masturbacja.  

Najważniejsze  jest  to,  że  ludzki  wzorzec  zachowań  seksualnych  jest  bardzo 

skomplikowany.  Obejmuje  on  nie  tylko  aktywne  spółkowanie,  lecz  też  wszelkie  niuanse 

zalecania  się  i  szeroko  wykorzystywane  techniki  pobudzania,  które  składają  się  na 

zachowanie  przedkopulacyjne.  Innymi  słowy,  wzorzec  ten  przez  wiele  lat  jest  nie  tylko 

realizowany  z  wielką  częstotliwością  i  z  rzadkimi  przerwami  na  "fazy  spoczynkowe"  w 

cyklach  reprodukcyjnych  kobiety,  ale  ulega  jeszcze  przedłużeniu  i  rozbudowaniu.  Owo 

background image

wzbogacenie praktyk ludzkiego życia seksualnego jest możliwe dzięki uzupełnieniu tego, co 

stanowi  dziedzictwo  wszystkich  naczelnych,  rozmaitymi  kontaktami  cielesnymi  i  innymi 

przejawami intymności, o których tu właśnie mówimy. Różnica między naszym gatunkiem a 

innymi jest wprost uderzająca i aby tę sprawę lepiej wyjaśnić, warto przyjrzeć się stosunkom 

płciowym u małp. 

Małpy  nie  tworzą  głębokich  więzi  wzajemnych,  a  zaloty  techniki  pobudzania 

przedkopulacyjnego  występują  u  nich  tylko  w  niewielkim  stopniu.  Samica  znajduje  się  w 

pełni prawności płciowej przez kilka dni cyklu miesięcznego wtedy zbliża się do samca albo 

samiec  zbliża  się  do  niej.  samica,  pochylając  się  nieco  do  przodu,  zwraca  się  zadem  u 

samcowi,  który  wspina  się  na  nią  od  tyłu,  wprowadza  członek,  wykonuje  kilka  szybkich 

ruchów kopulacyjnych po wytrysku nasienia schodzi z samicy, po czym następuje rozstanie. 

Całe zbliżenie trwa zwykle kilka sekund. Oto kilka przykładów. Samiec jednego z gatunków 

makaków wykonuje tylko pięć do trzydziestu ruchów kopulacyjnych. samiec wyjca wykonuje 

osiem  do  dwudziestu  ośmiu  ruchów,  ,  ich  średnia  wynosi  siedemnaście,  co  zajmuje 

dwadzieścia lwie sekundy, nie licząc wstępnych dziesięciu sekund potrzebnych na "przyjęcie 

odpowiedniej  pozycji  ciała".  Rezus  wykonuje  od  dwóch  do  ośmiu  ruchów,  trwających  nie 

więcej niż trzy-cztery sekundy. Wedle jednego z doniesień pawiany wykonują do piętnastu. 

ruchów  kopulacyjnych,  trwających  w  sumie  siedem  do  ośmiu  sekund;  według  innego 

doniesienia średnia wynosi sześć ruchów, trwających osiem do dwudziestu sekund. Według 

jeszcze innego doniesienia wykonują one pięć do dziesięciu ruchów, trwających dziesięć do 

piętnastu  sekund.  Dwa  doniesienia  dotyczą  szympansów  pierwsze  z  nich  podaje,  że 

przeciętnie  wykonują  one  cztery  do  ośmiu  ruchów,  przy  maksymalnej  liczbie  piętnastu 

ruchów. Według drugiego doniesienia sześć do dwudziestu ruchów, przy czym spółkowanie 

trwa siedem do dziesięciu sekund.  

Te  szczegóły  pokazują  wyraźnie,  że  nasi  bujniej  owłosieni  krewniacy  nie  marudzą 

zbyt  długo  podczas  parzenia  się.  Jednak  uczciwie  mówiąc,  uprawiają  oni  tę  "kopulację  w 

proszku"  z  bardzo  wysoką  częstotliwością,  w  krótkich,  kilkudniowych  okresach  popędu 

płciowego samicy. U niektórych gatunków ponowne krycie następuje w ciągu kilku minut po 

pierwszym  i  może  być  w  krótkim  czasie  wielokrotnie  powtórzone.  N  a  przykład  pawian 

południowoafrykański  może  pokryć  samicę  trzy  do  sześciu  razy  tylko  w  dwuminutowych 

odstępach.  U  rezusa  wielkość  ta  może  wynosić  od  pięciu  do  dwudziestu  pięciu  razy  w 

odstępach  jednominutowych.  Wydaje  się,  że  wytrysk  następuje  u  samca  dopiero  podczas 

ostatniego krycia, które  jest bardziej energiczne i  intensywne, a więc wzorzec jest tu  chyba 

rzeczywiście  l  bardziej  skomplikowany.  Tak  czy  inaczej  parzenie  się  znacznie  różni  się 

background image

jednak  od  tego,  co  dzieje  się  u  ludzi.  U  człowieka  nie  tylko  więcej  miejsca  zajmuje  gra 

wstępna, ale sam akt spółkowania trwa dłużej. W fazie przedkopulacyjnej ponad 50 procent 

par  przez  ponad  dziesięć  minut  stosuje  szeroki  zakres  technik  pobudzania.  Na  ogół 

mężczyzna mógłby w ciągu następnych kilku minut doprowadzić , się do wytrysku nasienia 

za  pomocą  ruchów  kopulacyjnych,  r  ale  zwykle  przedłuża  tę  fazę.  A  to  dlatego,  że  w 

odróżnieniu  od  małpy  kobieta  jest  zdolna  przeżyć  szczytowanie,  które  pod  względem 

emocjonalnym jest podobne do szczytowania mężczyzny, ale do jego osiągnięcia potrzebuje 

ona  od  dziesięciu  do  dwudziestu  minut.  Znaczy  to,  że  u  normalnej  pary  ludzi  wykonanie 

całego wzorca, razem z grą wstępną i aktem zespolenia, zajmuje około pół godziny, czyli trwa 

ponad  sto  razy  dłużej  niż  u  typowej  pary  małp.  I  znów,  uczciwie  mówiąc,  małpy 

prawdopodobnie powtórzą swój krótki stosunek dużo wcześniej niż ludzie swój, ale z drugiej 

strony, samice małp wykazują receptywność tylko w ciągu kilku dni okresu rui.  

Porównując sytuację małpiej samicy i kobiety, można zauważyć, że samica wchodzi w 

okres rui z nadejściem owulacji i pozostaje w tym stanie przez blisko tydzień. W tym czasie 

kopulacja ani jej nie podnieca, ani nie wyczerpuje seksualnie. Pozostaje ona w stanie ciągłego 

podniecenia  I  przez  cały  okres  parzenia  się.  U  kobiety  jakby  każdy  epizod  obcowania 

płciowego z mężczyzną był krótkim okresem rui, już nie związanym z cyklem płciowym, lecz 

ze stymulacją przedkopulacyjną mężczyzny. W gruncie rzeczy kobieta reaguje więc nie tyle 

na  owulację  co  na  partnera.  Jej  pobudzenie  fizyczne  jest  funkcją  wspólnych  z  mężczyzną 

przejawów  intymności  seksualnej,  nie  zaś  ściśle  ustalonej  sekwencji  miesięcznych  cyklów 

owulacyjnych  i  menstruacyjnych.  Ten  ważny  czynnik,  ilustrujący  podstawową  różnicę  w 

systemie  płciowym  naczelnych,  nieuchronnie  prowadzi  do  zwiększenia  znacznego 

skomplikowania cielesnych kontaktów między obcującymi ze sobą płciowo ludźmi, tworząc 

tym samym podstawę ludzkiej intymności seksualnej.  

Powstaje  zatem  pytanie  o  pochodzenie  bardziej  złożonych  praktyk  seksualnych  u 

ludzi. Jakie są źródła wszystkich tych dodatkowych kontaktów cielesnych? Ponieważ małpy 

właściwie prawie wyłącznie wspinają się do kopulacji i kopulują, owo krycie, wykonywanie 

rytmicznych  ruchów  kopulacyjnych  i  wytrysk,  są  w  gruncie  rzeczy  jedynymi  elementami 

wspólnymi dla małp i dla ludzi. Skąd więc biorą się u nas te wszystkie delikatne, niepewne 

dotknięcia,  trzymanie  się  za  ręce  w  okresie  zalotów  i  owe  pełne  namiętności  ruchy  mające 

wywołać podniecenie w czasie gry wstępnej? Jak się zdaje, niemal wszystko to wywodzi się z 

opisanych wcześniej przejawów intymności między matką a dzieckiem. Prawie żadna z tych 

praktyk  nie  jest  "nowa"  i  nie  rozwinęła  się  tylko  po  to,  by  służyć  wyłącznie  celom 

background image

seksualnym. Pod względem zachowania zakochanie się bardzo przypomina powrót do okresu 

niemowlęctwa.  

Badając  okres  dorastania,  stopniowe  ograniczanie  zakresu  Następującego  w 

najwcześniejszych latach całkowitego obejmowania, stwierdzaliśmy ubytek, a później zanik 

przejawów intymności  cielesnej. Teraz, przyglądając się młodym  kochankom,  stwierdzamy, 

że cały ten proces przyjmuje odwrotny bieg. Pierwsze zachowania w sekwencji seksualnej są 

właściwie  takie  same  jak  każdy  inny  rodzaj  interakcji  towarzyskiej  między  dorosłymi. 

Następnie,  stopniowo,  wskazówki  zegara  zachowań  zaczynają  się  cofać.  Oficjalne  podanie 

sobie  rąk  i  banalna  rozmówka  podczas  przedstawiania  się  mają  to  samo  pochodzenie  co 

trzymanie się opiekuńczej ręki w dzieciństwie. Młodzi kochankowie chodzą trzymając się za 

ręce, tak jak kiedyś każde z nich trzymało za ręce rodziców. Ich ciała z rosnącym zaufaniem 

zbliżają się do siebie i wkrótce jesteśmy już świadkami jakże miłego powrotu do intymnego 

objęcia frontalnego, czemu towarzyszy zetknięcie się głów i pocałunek. W miarę pogłębiania 

się  wzajemnego  stosunku  cofamy  się  jeszcze  bardziej  do  czasów,  gdy  nas  delikatnie 

pieszczono. Znów ręce gładzą twarz, włosy i ciało ukochanej osoby. Wreszcie kochankowie 

są  znów  nadzy  i  po  raz  pierwszy  od  czasów  niemowlęcych  czują  na  swoich  narządach 

płciowych dotyk ręki innej osoby. Tę powrotną podróż w czasie odbywają nie tylko z pomocą 

ruchów,  ale  i  głosów,  delikatny  ton  wymawianych  słów  staje  się  bowiem  ważniejszy  od 

samych słów. Nierzadko używane formy językowe nabierają cech infantylizmu i powstaje coś 

w  rodzaju  "mowy  dzidziusia".  Młodzi  wspólnie  napawają  się  poczuciem  bezpieczeństwa  i, 

podobnie  jak  w  czasach  niemowlęctwa,  cały  zgiełk  świata  zewnętrznego  nie  ma  dla  nich 

większego znaczenia. Rozmarzone oczy zakochanej  dziewczyny nie przypominają czujnego 

wyrazu twarzy dziecka, raczej błogą obojętność buzi zadowolonego niemowlęcia. Ten powrót 

do  intymności,  tak  piękny  dla  tych,  którzy  go  doświadczają,  przez  innych  bywa  często 

traktowany  z  pewnym  odcieniem  lekceważenia.  Wyraża  się  to  w  różnych  powiedzonkach, 

jak: "Witaj miłości, żegnaj mądrości"; "Miłość to cierpienie"; "Miłość jest ślepa"; "Na miłość 

i  na  głupotę  nie  ma  lekarstwa";  "Miłość  i  mądrość  nie  zawsze,  chodzą  w  parze"; 

"Kochankowie  to  urodzeni  głupcy".  i  Nawet  w  literaturze  naukowej  termin  "zachowanie 

regresywne"  ma  zabarwienie  negatywne,  nie  opisując  tego  zjawiska  obiektywnie  i 

bezstronnie.  Rzecz  jasna,  infantylne  zachowanie  osób  dorosłych  nie  jest  najlepszym 

sposobem radzenia sobie w pewnych sytuacjach, ale w tworzeniu głębokiej więzi wzajemnej 

młodych  kochanków  odgrywa  rolę  pozytywną.  Najlepszym  sposobem  na  stworzenie  takiej 

więzi  jest  wszechstronny,  intymny  kontakt  cielesny  i  wiele  tracą  ci,  którzy  się  przed  nim 

powstrzymują, uważając go za "dziecinadę" lub przejaw infantylizmu. 

background image

Gdy  zaloty  osiągają  stadium  przedkopulacyjne,  wzorce  z  czasów  dzieciństwa 

bynajmniej nie zanikają, ale wręcz się odradzają, aż wreszcie dochodzą do fazy ssania piersi 

matki.  Zwyczajny  pocałunek,  podczas  którego  wargi  delikatnie  dotykają  ust  lub  policzka 

kochanki czy kochanka, zamienia się w energiczne i dynamiczne przyciskanie. Uruchamiając 

mięśnie warg i język, partnerzy nacierają wzajemnie na swoje usta, wpijając się w nie, jakby 

chcieli  wydobyć  z  nich  mleko.  Rytmiczne  ssanie  i  ściskanie  wargami,  a  także  badawcze 

lizanie przypomina to, co robią głodne niemowlęta. Takie aktywne całowanie nie ogranicza 

się już do ust partnerki czy partnera. Dociera także do innych miejsc, jakby szukając dawno 

utraconego  matczynego  sutka.  W  tym  poszukiwaniu  język  wędruje  po  całym  ciele, 

odkrywając  pseudosutki,  jakimi  są  płatki  uszu,  palce  u  nóg,  łechtaczka  i  członek,  a  także 

oczywiście same brodawki partnerki czy partnera.  

Wspomniałem  o  przyjemności  doznań  seksualnych  płynących  z  takich  praktyk,  ale 

jest  to  oczywiście  tylko  część  prawdy.  Istnieje  jeszcze  bardziej  bezpośrednia  przyjemność 

płynąca  z  ponownego  doznawania  rozkosznego  kontaktu  oralnego,  jakim  jest  interakcja 

podczas  ssania  w  okresie  niemowlęctwa.  Efekt  ulega  wzmocnieniu,  gdy  pseudopiersi 

uzyskają  możliwość  produkowania  pseudomleka.  Można  to  osiągnąć  przez  wzmożone 

ślinienie  się  kochanka  czy  kochanki  lub  przez  zwiększoną  ilość  wydzielin  z  narządów 

płciowych kobiety i płynu nasieniowego mężczyzny. Kiedy  kobieta trzyma w ustach męski 

członek  aż  do  wystąpienia  wytrysku,  wówczas  można  powiedzieć,  że  pieszczota  ta  została 

uwieńczona  jakby"  wypływem  mleka"  z  pseudopiersi.  Podobieństwo  to  zostało  zauważone 

już  w  siedemnastym  wieku,  kiedy  to  slangowe  wyrażenie  określające  tę  czynność  jako 

"dojenie" weszło do języka potocznego.  

Zachowania  infantylne  nie  zanikają  całkowicie  nawet  po  zakończeniu  stadiów 

przedkopulacyjnych  i  po  rozpoczęciu  samego  spółkowania.  Jedyne  kontakty  cielesne  u 

parzących  się  małp  -poza  samą  interakcją  genitalną  -polegają  na  trzymaniu  samicy  przez 

samca przednimi  i  tylnymi łapami. Trzymanie się ciała samicy nie jest przejawem  miłosnej 

intymności,  lecz  sposobem  zapewnienia  sobie  stabilnej  pozycji  podczas  wykonywania 

gwałtownych ruchów kopulacyjnych. Takie chwyty między partnerami występują również u 

ludzi,  ale  zachodzi  też między  nimi  wiele  innych  kontaktów,  których  funkcją  nie  jest  tylko 

dostosowanie pozycji ciała. Ściskanie lub trzymanie partnerki nie służy ułatwieniu partnerowi 

ruchów kopulacyjnych, lecz jest dotykowym sygnałem intymności.  

W  ilustrowanych  podręcznikach  seksu,  o  których  mówiłem,  można  obliczyć 

częstotliwość  występowania  kontaktów  pozagenitalnych  towarzyszących  ruchom 

kopulacyjnym. Uwzględniając tylko ilustracje ukazujące mężczyznę i kobietę w prawdziwym 

background image

akcie spółkowania, aż 74 procent pozycji kopulacyjnych pokazuje, jak ręka (lub ręce) jednego 

z  partnerów  ściska  lub  dotyka  jakiegoś  fragmentu  ciała  drugiego  w  sposób,  który  nie  służy 

"stabilizacji"  ciała.  Ponadto  jest  tam  wiele  przykładów  obejmowania  się  i  całowania  oraz 

kontaktów głowa-głowa bez pocałunków, a także pewna liczba kontaktów ręka-głowa i ręka-

ręka.  Wszystkie  te  czynności  są  w  zasadzie  związane  z  obejmowaniem  się,  częściowym 

obejmowaniem  się,  czy  też  niektórymi  elementami  obejmowania  się.  Wynika  stąd,  że  u 

człowieka  kopulacja  składa  się  z  właściwego  dla  wszystkich  dorosłych  naczelnych  aktu 

parzenia się i z nawrotu do niemowlęcego aktu obejmowania. Ten drugi element jest obecny 

w całej sekwencji zachowań seksualnych, od jej najwcześniejszych:  etapów, czyli zalecania 

się,  aż  do  jej  finału.  Zwierzę  ludzkie  nie  kopuluje  z  narządami  płciowymi  należącymi  do 

osoby płci przeciwnej, lecz "kocha się" z całą kompletną i konkretną osobą. Dlatego właśnie 

u ludzi wszystkie etapy sekwencji zachowań seksualnych, ze spółkowaniem włącznie, mogą 

służyć  wzmocnieniu  tworzącego  się  związku  pary  i  chyba  właśnie  dlatego  u  kobiety  czas 

receptywności  seksualnej  uległ  przedłużeniu,  rozciągając  się  znacznie  poza  granice  okresu 

owulacji. Można by wręcz powiedzieć, że dzisiejszy człowiek dokonuje aktu kopulacji nie po 

to,  by  zapłodnić  jajo,  lecz  by  zapłodnić  wzajemny  związek.  Tak  czy  inaczej  nie  istnieje  tu 

groźba nadmiernej reprodukcji, gdyż nawet ten ułamek aktów płciowych, który przypada na 

okres  owulacji,  wystarcza  do  wyprodukowania  dostatecznej  liczby  potomstwa,  czego 

dowodem są trzy miliardy ludzi zaludniające ziemię. 

background image

4. 

INTYMNOŚĆ TOWARZYSKO-SPOŁECZNA 

 

Badając  intymność  seksualną  u  ludzi,  obserwujemy  odrodzenie  się  u  dorosłych 

bogatych  i  różnorodnych  wzajemnych  kontaktów  cielesnych,  występujących  w  miejsce 

przejawów  intymności  minionych  wraz  z  dzieciństwem.  A  badając  intymność  towarzysko-

społeczną u ludzi, obserwujemy kontakty ograniczone, ostrożne i pełne zahamowań, którym 

towarzyszy  tocząca  się  w  naszych  wnętrzach  walka  między  sprzecznymi  wobec  siebie 

potrzebami: bliskości i prywatności, zależności i niezależności.  

Wszyscy odczuwamy czasem skutki przeludnienia oraz tego, że bywamy wystawiani 

na ciekawskie spojrzenia i wścibstwo innych ludzi. Korci nas, żeby wzorem mnichów ukryć 

się  przed  tym  wszystkim.  Ale  większości z  nas  wystarcza  kilka  godzin,  by  obrzydzić  sobie 

myśl  o  mającej  trwać  przez  całe  życie  klasztornej  samotności.  Człowiek  jest  bowiem 

stworzeniem  społecznym  i  dlatego  zwykła,  zdrowa  istota  ludzka  uważa  przedłużające  się 

odosobnienie za surową karę. Poza torturami fizycznymi czy śmiercią -całkowita izolacja jest 

najgorszą  męczarnią,  na  jaką  można  skazać  więźnia.  Szybko  doprowadza  go  to  niemal  do 

obłędu, kiedy zaczyna przemawiać do muszli klozetowej, żeby usłyszeć echo własnego głosu. 

Jest to jedyna dostępna dla niego namiastka ludzkiej odpowiedzi. 

Nieśmiała osoba samotna w wielkim mieście może znaleźć się niemal w identycznej 

sytuacji. Dla ludzi, którzy mają już za sobą okres intymności rodzinnej i mieszkają samotnie 

w jakimś pokoiku czy mieszkanku, ta samotność może wkrótce stać się nie do zniesienia. Z 

powodu nadmiernej nieśmiałości, która uniemożliwia im zawarcie jakiejś bliższej znajomości, 

mogą  w  końcu  przedłożyć  samobójczą  śmierć  nad  długotrwały  brak  bliskiego  kontaktu  z 

innym  człowiekiem.  Oto  jak  silna  jest  elementarna  potrzeba  intymności  z  drugim 

człowiekiem. Intymność daje bowiem początek zrozumieniu, a większość las, w odróżnieniu 

od samotnego zakonnika, pragnie zrozumienia ze strony chociażby paru osób.  

Nie  jest  to  kwestia  zrozumienia  racjonalnego  czy  intelektualnego.  Jest  to  kwestia 

zrozumienia emocjonalnego i w tym względzie jeden intymny kontakt cielesny zdziała więcej 

niż wszystkie znane ze słowników piękne słowa. Prawdziwie zdumiewająca jest ta możność 

przekazywania  uczuć  przez  dotyk.  Być  może,  siła  dotyku  jest  zarazem  jego  słabością. 

Szkicując  sekwencję  przejawów  intymności  w  ciągu  całego  życia,  od  narodzin  do  śmierci, 

zauważyliśmy,  że  dwie  fazy  intensywnych  kontaktów  cielesnych  pokrywają  się  z  dwiema 

fazami  intensywnego  tworzenia  się  więzi  międzyludzkiej,  najpierw  między  rodzicem  a 

dzieckiem,  a  później  między  kochankami.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  nie  można 

background image

utrzymywać bogatych i pozbawionych zahamowań kontaktów cielesnych bez jednoczesnego 

silnego  związania  się  z  przedmiotem  swojego  zainteresowania.  Możliwe,  że  właśnie 

intuicyjne  zrozumienie  tego  faktu  tak  skutecznie  powstrzymuje  nas  przed  rozleglejszym 

korzystaniem z czystej przyjemności, jaką daje intymność cielesna. Nie wystarczy stwierdzić, 

że  obejmowanie  i  przytulanie  na  przykład  koleżanki  w  pracy  jest  czymś 

niekonwencjonalnym.  Nie  wyjaśnia  to,  jak  w  ogóle  doszło  do  powstania  konwencji,  która 

każe  "trzymać  ręce  przy  sobie"  i  "utrzymywać  dystans".  Należy  głębiej  przyjrzeć  się  tej 

sprawie,  aby  zrozumieć,  dlaczego  zadajemy  sobie  tyle  trudu,  żeby  poza  ścisłym  kręgiem 

rodzinnym, w zwykłym życiu codziennym unikać wzajemnego dotykania się. 

Częściowo  wyjaśni  to  wielkie  przeludnienie,  jakiego  doświadczamy  we 

współczesnych  społecznościach  miejskich.  Na  ulicach  i  w  różnych  pomieszczeniach 

spotykamy codziennie tak wiele osób, że po prostu nie jesteśmy w stanie nawiązywać z nimi 

bardziej  intymnych  stosunków,  gdyż  doprowadziłoby  to  do  paraliżu  całego  systemu 

społecznego.  Jak  na  ironię  ta  sytuacja  przeludnienia  wpływa  na  nas  w  dwojaki,  wzajemnie 

wykluczający  się  sposób.  Z  jednej  strony  stresuje  nas,  wywołując  napięcie  i  poczucie 

niepewności,  a  z  drugiej  -zmusza  do  ograniczenia  wymiany  tych  właśnie  przejawów 

intymności, które pomogłyby nam pozbyć się stresu i napięć.  

Druga część wyjaśnienia ma związek z seksem. Nie chodzi tu po prostu o to, że nie 

dysponujemy  wystarczająca  ilością  czasu  i  energii,  aby  wchodzić  w  nieskończoną  liczbę 

związków  towarzyskich,  które  byłyby  skutkiem  rozleglejszego  oddawania  się  intymności 

cielesnej. Problem polega na tym, że cielesna intymność ludzi dorosłych kojarzy się z seksem. 

Nietrudno  dociec,  jak  doszło  do  tego  niefortunnego  pomieszania.  Ponieważ  -wyjąwszy 

sztuczne  zapłodnienie  -akt  spółkowania  jest  niemożliwy  bez  intymności  cielesnej,  pod 

pewnymi względami stał się on jej synonimem. Nawet najbardziej "niedotykalski" osobnik w 

akcie płciowym musi dotykać i być dotykanym. We wszelkich innych okolicznościach można 

tego  uniknąć,  ale  tu  jest  to  niemożliwe.  W  czasach  wiktoriańskich,  usiłując  ograniczyć 

kontakt, posuwano się do stosowania nocnych koszul z odpowiednimi wycięciami, ale nawet 

wtedy  musiał  nastąpić  kontakt  polegający  na  wsunięciu  członka  do  pochwy,  bez  czego 

niemożliwe byłoby przysporzenie ówczesnemu światu odpowiedniej liczby dzieci. W końcu 

w  dziewiętnastym  wieku  doszło  do  tego,  że  "stosunek  intymny"  stał  się  eufemizmem 

stosunku płciowego. Dziś, w dwudziestym wieku, wszelki intymny kontakt cielesny między 

dorosłymi, bez względu na ich płeć, coraz łatwiej stwarza wrażenie, że w grę wchodzi jakiś 

czynnik seksualny.  

background image

Twierdzenie,  że  jest  to  jakaś  nowa  tendencja,  nie  byłoby  prawdziwe.  Problem  ten 

istniał  zawsze,  a  przejawy  intymności  między  dorosłymi  zawsze  były  w  jakimś  stopniu 

ograniczane  ze  względu  na  ewentualne  implikacje  seksualne.  Ale  najwyraźniej  w  ostatnich 

latach nastąpiły dalsze obostrzenia. Już nie tak ochoczo wieszamy się komuś na szyi z radości 

czy wypłakujemy się na czyichś piersiach ze zmartwienia. Nadal jednak istnieje elementarna 

potrzeba  dotykania  i  będzie  rzeczą  ciekawą  prześledzić,  jak  się  z  nią  obchodzimy  w 

codziennym  życiu  poza  kręgiem  rodzinnym.  Otóż  wszystko  to  uległo  sformalizowaniu. 

Wyniesione z okresu niemowlęctwa niczym nie hamowane przejawy intymności redukujemy 

do  fragmentów.  Każdy  fragment  poddajemy  stylizacji  i  usztywniamy,  tak  aby  pasował  do 

jakiejś  zgrabnej  kategorii.  Ustalamy  zasady  etykiety  (wyraz  zapożyczony  z  języka 

francuskiego,  dosłownie  oznaczający  nalepkę  czy  przywieszkę)  i  uczymy  ludzi  żyjących  w 

naszej  kulturze,  jak  mają  ich  przestrzegać.  Jeśli  idzie  o  obejmowanie,  nikogo  nie  trzeba 

niczego  uczyć.  Jak  już  stwierdziliśmy,  jest  to  czynność  wrodzona,  wspólna  wszystkim 

naczelnym. Ale obejmowanie ma w sobie wiele elementów i nasze wyposażenie genetyczne 

nie  ułatwia  nam  decyzji,  jaki  fragment  i  w  jakiej  ściśle  wystylizowanej  formie  ma  zostać 

zastosowany  w  danej  sytuacji  towarzyskiej  czy  społecznej.  U  zwierzęcia  dane  zachowanie 

albo  występuje,  albo  nie  występuje,  a  u  człowieka  zachowanie  może  być  właściwe  lub 

niewłaściwe,  dobre  albo  złe  w  danej  sytuacji,  a  reguły  są  tu  bardzo  skomplikowana.  Nie 

oznacza to wcale, że nie możemy ich badać z biologicznego punktu widzenia. Niezależnie od 

tego, jak bardzo są one uwarunkowane i zróżnicowane kulturowo, łatwiej je zrozumiemy, gdy 

się  im  przyjrzymy  jako  przykładom  zachowań  naczelnych,  a  to  dlatego,  że  prawie  zawsze 

zdołamy wówczas dotrzeć do ich biologicznych źródeł.  

Aby  lepiej  zilustrować  to,  co  mam  na  myśli,  przed  dokonaniem  przeglądu 

całościowego spróbuję rozważyć pewien jednostkowy przykład. Posłużę się czynnością, która 

nie  była  dotąd  przedmiotem  zbyt  wielkiej  uwagi,  a  mianowicie  poklepywaniem  w  plecy. 

Można  by  pomyśleć,  że  przykład  jest  zbyt  banalny  i  nie  zasługuje  na  większe 

zainteresowanie,  ale  taka  dyskwalifikacja  może  się  okazać  niebezpieczna.  Każdy  skurcz 

twarzy,  każde  podrapanie  się,  każde  pogłaskanie  i  każde  klepnięcie  ma  w  sobie  potencjał 

zdolny  zmienić  całe  życie  danego  człowieka,  a  nawet  narodu.  Czuła  pieszczota,  której 

zabrakło w decydującym momencie, kiedy ktoś jej rozpaczliwie oczekiwał, może okazać się 

działaniem,  a  raczej  zaniechaniem  działania  prowadzącym  do  ruiny  jakiegoś  związku. 

Podobnie  nie  odwzajemnienie  uśmiechu  jakiegoś  potężnego  władcy  przez  jakiegoś  innego 

potężnego władcę może doprowadzić do wojny i zniszczenia. Niemądrze jest więc szydzić ze 

background image

"zwykłego" poklepania w plecy. Takie drobne gesty są materiałem, z którego składa się całe 

życie emocjonalne.  

Każdy,  kto  utrzymywał  kiedyś  ścisły  związek  osobisty  z  szympansem,  wie,  że 

klepanie  po  plecach  nie  jest  czynnością  właściwą  wyłącznie  ludziom.  Gdy  twoja  małpa 

szczególnie  cieszy  się  na  twój  widok,  prawdopodobnie  podejdzie  do  ciebie,  obejmie, 

przyciśnie gorące i wilgotne wargi do twojej szyi, a potem zacznie cię rytmicznie poklepywać 

łapami po plecach. Jest to dziwne uczucie, bo z jednej strony jest w tym coś bardzo ludzkiego, 

z  drugiej  jednak  -wszystko  jest  nieco  odmienne.  Pocałunek  nie  jest  całkiem  taki  sam  jak 

pocałunek człowieka. Najlepiej można to opisać jako jakby delikatne przyciśnięcie otwartych 

ust. A poklepywanie jest nie tylko lżejsze, ale też szybsze niż poklepywanie człowieka, przy 

czym  uczestniczą  w  nim,  rytmicznie  i  na  przemian,  obie  łapy.  Mimo  to  obejmowanie, 

całowanie i poklepywanie są zasadniczo tym samym u obu gatunków, a sygnały towarzyskie 

wysyłane  w  trakcie  tych  czynności  wydają  się  identyczne.  Możemy  więc  na  początek 

sformułować uzasadnione domniemanie, że poklepywanie po plecach jest biologiczną cechą 

zwierzęcia ludzkiego.  

W  pierwszym  rozdziale  wyjaśniłem  już  prawdopodobne  pochodzenie  tej  czynności 

jako  powtarzającego  się  ruchu  intencjonalnego  sygnalizującego  gotowość  przytulenia  się  i 

znaczącego mniej więcej: "Tak cię przytulę, jeśli będzie trzeba, ale w tej chwili nie ma takiej 

potrzeby, bądź więc spokojny, wszystko jest w porządku". W niemowlęctwie poklepywanie 

jest tylko ozdobnikiem obejmowania, ale później przyjazne poklepywanie może występować 

już  samodzielnie,  bez  obejmowania.  Partner  lub  partnerka  wyciąga  po  prostu  rękę  ku  innej 

osobie i zostaje nawiązany kontakt za pomocą samej dłoni. Już ta zmiana stanowi początek 

procesu  formalizacji.  Nie  udałoby  się  zrozumieć,  skąd  się  naprawdę  wzięło  poklepywanie, 

gdybyśmy obserwowali je bez towarzyszącego mu obejmowania. Jednocześnie zachodzi inna 

zmiana:  poklepywanie  przenosi  się  na  coraz  większy  obszar  ciała.  Niemowlę  poklepuje  się 

niemal  wyłącznie  po  plecach,  ale  starsze  dziecko  poklepuje  się  już  także  po  barkach,  po 

ramionach,  po  rękach,  po  policzkach,  po  głowie,  zarówno  od  góry  jak  i  po  potylicy,  po 

brzuchu,  po  pośladkach,  po  udach,  po  kolanach  i  po  nogach.  Rozszerza  się  też  zakres 

znaczeniowy poklepywania. Pocieszający sygnał: "wszystko w porządku" staje się sygnałem 

gratulującym: "wszystko w najlepszym porządku" lub "świetnie to zrobiłeś". Ponieważ mózg, 

który to sprawił, znajduje się wewnątrz czaszki, nic dziwnego, że właśnie klepanie po głowie 

jest  najbardziej  typowym  gestem  gratulacji.  Ten  szczególny  gest  tak  silnie  zrósł  się  z 

gratulacjami  dla  dzieci,  że  później,  gdy  poklepywanie  przenosi  się  na  stosunki  między 

dorosłymi, trzeba go zaniechać, gdyż zaczyna trącić protekcjonalizmem.  

background image

Przechodząc  od  relacji  dorosły-dziecko  do  relacji  dorosły-dorosły,  w  warstwie 

znaczeniowej poklepywania obserwujemy dalsze zmiany. Poza głową także inne części ciała 

stają się tabu. Można jeszcze bez skrępowania poklepać kogoś po plecach, barku czy ręku, ale 

poklepywanie  po  grzbiecie  dłoni,  po  policzkach,  po  kolanach  czy  po  udach  nabiera 

zabarwienia  seksualnego,  a  poklepywanie  po  pośladkach  ma  już  zdecydowanie  seksualny 

wydźwięk. Sytuacja wykazuje jednak różne modyfikacje i jest wiele wyjątków od tej reguły. 

Między kobietami na przykład poklepywanie się po grzbietach dłoni czy po udach może być 

zupełnie  pozbawione  seksualności.  Można  też  bez  obrazy  poklepywać  niemal  każdą  część 

ciała, utrzymując ten gest w manierze komicznej przesady. Poklepujący wygłasza wtedy jakąś 

żartobliwą uwagę w rodzaju "no dobrze, już dobrze, dziecinko", dając do zrozumienia, że ten 

kontakt  nie  ma  charakteru  seksualnego,  lecz  udaje  kontakt  rodzica  z  dzieckiem,  nie  należy 

więc brać go poważnie. Jest to oczywiście jakiś rodzaj uchybienia, ale nie ma nic wspólnego z 

łamaniem  seksualnych  tabu  dotyczących  dotykania  pewnych  miejsc  w  pewien  określony 

sposób.  

Sprawa  jest  jeszcze  o  tyle  bardziej  skomplikowana,  że  istnieje  ciekawy  wyjątek  od 

wyjątku. Przebiega to następująco: Jakiś dorosły, powiedzmy, że jest to mężczyzna, pragnie 

nawiązać  seksualny  kontakt  cielesny  z  jakąś  kobietą.  Wie,  że  nie  przyzwoli  ona  na  żaden 

kontakt bezpośredni i jawny, który sprawiłby jej przykrość. Właściwie zdaje sobie sprawę, że 

jest dla niej zupełnie nieatrakcyjny, ale pragnienie dotknięcia jej jest tak silne, że nie zważa na 

wysyłane  przez  nią  sygnały  zniechęcające.  Dlatego  stosuje  strategię  imitacji  zachowania 

rodzica w stosunku do dziecka. Odgrywa więc komedię, poklepując ją w kolano i nazywając 

zabawną małą dziewczynką. Ma nadzieję, że dziewczyna przyjmie to jako dowcip, chociaż on 

sam  znajduje  w  tym  przyjemność  seksualną.  Na  nieszczęście,  nie  udaje  mu  się  skutecznie 

ukryć innych sygnałów seksualnych, zwłaszcza mimicznych, i dziewczyna na ogół dostrzega 

sztuczkę i reaguje negatywnie.  

Wśród  różnych  rodzajów  poklepywania  klepanie  po  plecach  jest  czynnością  o 

najmniejszym  nacechowaniu  seksualnym.  W  jakiś  sposób  zdołało  ono  zachować  swój 

pierwotny  charakter  i  często  występuje  między  obcymi  sobie  ludźmi  jako  gest  wyrażający 

współczucie lub  uznanie. Zilustrują to  dwie konkretne sytuacje: wypadek drogowy i  chwila 

triumfu  sportowego.  Po  wypadku  drogowym,  gdy  jeden  z  jego  uczestników  siedzi  skulony 

przy  drodze  w  stanie  szoku  i  odrętwienia,  podchodzi  do  niego  jakaś  osoba,  która  właśnie 

nadjechała i chce udzielić pomocy. Zazwyczaj osoba ta wpatruje się z bliska w zaszokowaną 

ofiarę i  zadaje jakieś  absurdalne pytanie w rodzaju: "Czy nic się pani/panu nie  stało?", gdy 

wyraźnie widać, że coś się stało. Niemal natychmiast spostrzega bezsensowność swoich słów 

background image

i sięga po skuteczniejszy, elementarny wzorzec komunikacji, jakim jest bezpośredni kontakt 

cielesny. Najbardziej prawdopodobną formą, jaką kontakt ten przybierze, będzie pocieszające, 

delikatne  poklepanie  po  plecach.  Tę  samą  reakcję,  chociaż  w  dużo  energiczniejszej  formie, 

można  zaobserwować,  gdy  jakiś  sportowiec  odniósł  właśnie  zwycięstwo.  Gdy  triumfalnie 

schodzi z boiska czy z ringu, jego kibice przepychają się, żeby jak najbliżej podejść do niego i 

poklepać go po plecach, gdy będzie przechodził obok.  

Przebyliśmy  już  długą  drogę  od  wyjściowej  sytuacji,  kiedy  matka  z  miłością 

poklepywała swojego malucha,  ale musimy pójść jeszcze dalej, ponieważ u osób dorosłych 

czynność poklepywania rozciągnęła się aż poza ramy dotyku. W dwóch ważnych kontekstach 

sygnał  dotykowy  przerodził  się  w  sygnał  dźwiękowy  i  sygnał  wzrokowy.  Z  pierwotnej 

czynności  dotykania  wywodzi  się  oklaskiwanie  wykonawcy  przez  publiczność  i  machanie 

rękami podczas powitań i pożegnań. Zajmijmy się najpierw klaskaniem.  

Przez  wiele  lat  intrygowało  mnie  używanie  rąk  do  klaskania  jako  szeroko 

rozpowszechnionego  sposobu  nagradzania  wykonawcy.  Szybkie  uderzenie  dłoni  o  dłoń 

wydawało mi się działaniem niemal agresywnym, podobnie zresztą jak przykry dźwięk, który 

w  ten  sposób  powstaje.  Jednak  oczywiście  jeśli  chodzi  o  efekt  dla  uszczęśliwionego 

wykonawcy, jest to przeciwieństwo agresji. Aktorzy odwiecznie łaknęli aplauzu wyrażanego 

klaskaniem i uciekali się do różnych sztuczek, aby go uzyskać. Stąd wywodzi się angielskie 

wyrażenie  "ciaptrap",  oznaczające  frazesy  dla  poklasku.  Aby  zrozumieć,  na  czym  polega 

wartość  klaskania  jako  nagrody,  musimy  sięgnąć  do  jego  źródeł  tkwiących  w  okresie 

dzieciństwa.  Rzetelne  badania  nad  niemowlętami  między  szóstym  a  dwunastym  miesiącem 

życia wykazały, że w tym wieku klaśnięcie stanowi element powitania matki, gdy wraca ona 

do dziecka po krótkiej nieobecności. Dziecko klaszcze albo tuż przed wyciągnięciem rączek 

do matki albo wręcz zamiast tego. Czynność ta pojawia się mniej więcej w tym samym czasie 

co trzymanie się matki rączkami. Wygląda na to, że niemowlę, widząc nadchodzącą matkę, 

wykonuje ruch wyciągnięcia do przodu rączek zgiętych ku sobie, tak jakby chciało chwycić 

się matki. Ale jest to niemożliwe, bo ciało matki znajduje się zbyt daleko, więc rączki dziecka 

dalej zginają się ku sobie, jakby chciały coś objąć, aż wreszcie dłonie spotykają się i uderzają 

o siebie. U dziecka klaśnięcie wychodzi jakby z ramion, a nie z nadgarstków, jak u dorosłych.  

Szczegółowe  obserwacje  dowiodły,  że  nic  nie  wskazuje  na  to,  by  matka  wcześniej 

uczyła  dziecko  tej  czynności.  Niemowlęce  klaskanie  należałoby  więc  uznać  za  słyszalną 

kulminację  niby-obejmowania  matki.  Powtarzające  się  rytmicznie  klaskanie  z  nadgarstków, 

które  pojawia  się  później,  można  by  więc  postrzegać  jako  rodzaj  niby-poklepywania, 

będącego  dodatkiem  do  niby-obejmowania.  Oklaskując  wykonawcę,  w  gruncie  rzeczy 

background image

poklepujemy  go  na  odległość  po  plecach.  Autentyczny  kontakt  fizyczny,  podbiegnięcie  do 

wykonawcy i poklepanie go po plecach na znak aprobaty, byłby dla nas wszystkich uciążliwy 

lub niemożliwy i dlatego, pozostając na swoich miejscach, wielokrotnie poklepujemy go na 

niby.  Jeśli  prześledzimy  proces  oklaskiwania,  przekonamy  się,  że  ręce  nie  pracują  z  równą 

siłą. Jedna ręka przyjmuje na ogół rolę pleców wykonawcy, gdy tymczasem druga wykonuje 

na niej niby-poklepywanie. T o prawda, że poruszają się obie ręce, ale jedna z nich wykonuje 

tę  czynność  energiczniej  niż  druga.  U  dziewięciu  osób  na  dziesięć  ręka  prawa,  zwrócona 

dłonią ku dołowi, poklepuje rękę lewą, zwróconą dłonią ku górze i odgrywającą rolę pleców.  

Czasem  udaje  się  nawet  w  świecie  dorosłych  dostrzec  wyraźny  związek  między 

pierwotnym  obejmowaniem  a  czynnością  klaskania.  Gdy  pierwszy  kosmonauta  rosyjski 

wrócił  triumfalnie  do  Moskwy  i  stał  na  placu  Czerwonym  obok  rosyjskich  przywódców, 

defilował  przed  nim  tłum  oddających  mu  hołd  ludzi,  którzy  klaskali,  wyciągając  ku  niemu 

ręce. Na filmie pokazującym to wydarzenie widać pewnego człowieka z tłumu, który jest do 

tego  stopnia  rozemocjonowany,  że  co  pewien  czas  przerywa  swoje  długotrwałe  klaskanie, 

usiłując jakby objąć bohatera. Klaszcze wyciągniętymi rękami, następnie obejmuje powietrze 

przed  sobą  i  przytula  je  do  siebie,  a  potem  znów  wyciąga  ręce,  znów  klaszcze  i  znów 

obejmuje powietrze. Takie odstępstwo od sformalizowanej konwencji pod wpływem silnych 

emocji przekonywająco potwierdza źródła tej czynności u dorosłych.  

Tak  się  składa,  że  Rosja  dostarcza  nam  jeszcze  jednej  ciekawej  odmiany  klaskania. 

Istnieje tam zwyczaj, że artyści klaszczą publiczności, która ich oklaskuje. Nie oznacza to, jak 

niekiedy cynicznie sugerowano, że narcystyczni rosyjscy artyści oklaskują samych siebie. Po 

prostu  odwzajemniają  oni  symboliczny  gest  objęcia,  tak  jak  robiliby  to  w  bezpośrednich 

kontaktach fizycznych. N a Zachodzie konwencja taka nie istnieje, chociaż niekiedy pojawia 

się jej wariant w postaci szeroko rozpostartych ramion wykonawców oczekujących na oklaski 

po zakończeniu  występu. Szczególnie skłonni  są do takich  gestów  cyrkowcy i  akrobaci.  Po 

wykonaniu  trudnej  figury  akrobatycznej  stają  w  dumnej  postawie  równowagi,  z  twarzą 

zwróconą ku widowni i z szeroko rozpostartymi ramionami. Widownia natychmiast wybucha 

wówczas burzą oklasków. Takie otwarcie ramion jest ruchem intencjonalnym obejmowania. 

Ramiona  znajdują  się  w  pozycji  gotowej  do  objęcia  publiczności,  ale  nie  kontynuują  tej 

symbolicznej czynności. Niektórzy śpiewacy kabaretowi, specjalizujący się w wykonywaniu 

piosenek o wielkim ładunku uczuciowym, robią coś podobnego podczas śpiewu, działając na 

uczucia  publiczności  za  pomocą  błagalnego  zaproszenia  w  objęcia,  co  stanowi 

akompaniament do słów piosenki. 

background image

Klaskanie  jest  też  niekiedy  stosowane  jako  sposób  przywoływania  służby.  W 

baśniowych haremach jest  to  sygnał  mówiący:  "wprowadzić tancerki".  W takich sytuacjach 

klaskanie nie jest powtarzającą się rytmiczną czynnością typową dla wyrażania aplauzu, lecz 

ogranicza  się  do  jednorazowego  lub  dwukrotnego  klaśnięcia.  Pod  tym  względem  bardziej 

przypomina  klaskanie  niemowlęcia  witającego  matkę.  Podobna  jest  też  treść  komunikatu. 

Skierowana do matki prośba niemowlęcia "podejdź bliżej", staje się żądaniem osoby dorosłej 

skierowanym  do  służby.  Jak  już  mówiłem,  podstawowy  sygnał  dotykowy,  jakim  jest 

poklepywanie,  uległ  rozszerzeniu,  przybierając  formę  zarówno  sygnału  słuchowego,  który 

właśnie  omówiliśmy,  jak  sygnału  wzrokowego  w  postaci  machania  ręką.  Machanie  ręką, 

podobnie  jak  klaskanie,  przyjmowane  bywa  jako  coś  oczywistego,  ale  i  ono  ma  w  sobie 

pewne nieoczekiwane aspekty, którym warto się przyjrzeć.  

Przede  wszystkim  wydaje  się  bezsporne,  że  machamy  ręką  na  powitanie  lub  na 

pożegnanie, gdyż stajemy się przez to lepiej widoczni z pewnej odległości. Jest to prawda, ale 

niepełna.  Obserwując  ludzi,  którym  rzeczywiście  bardzo  zależy  na  tym,  by  ich  dobrze 

widziano, na przykład, gdy przywołują taksówkę albo usiłują zwrócić na siebie uwagę jakiejś 

osoby  w  tłumie,  która  ich  nie  widzi,  zauważamy,  że  nie  machają  oni  ręką  w  zwykły, 

konwencjonalny sposób. Sztywno podnoszą do góry wyprostowane ramię i poruszają nim na 

boki,  przy  czym  ruch  rozpoczyna  się  w  stawie  barkowym.  Czasem  w  stanie  większego 

napięcia  unoszą  w  ten  sam  sposób  obie  ręce  i  wykonują  nimi  takie  same  ruchy.  Z  pewnej 

odległości takie właśnie działanie jest najlepiej widoczne. Ale gdy nawiązaliśmy już z daną 

osobą wzajemny kontakt wzrokowy, nie machamy sobie w taki sposób. Żegnając lub witając 

kogoś, kto nas widzi, ale wciąż jest poza naszym zasięgiem, zwykle unosimy ramię do góry, 

ale  machamy  tylko  dłonią.  Robimy  to  na  jeden  z  trzech  sposobów.  Pierwszy  polega  na 

poruszaniu dłonią w górę i w dół z palcami skierowanymi na zewnątrz. Tu znów pojawia się 

wszechobecna  czynność  poklepywania.  Ramię  wyciąga  się  w  geście  powitania,  aby  objąć  i 

poklepać,  ale  podobnie  jak  przy  klaskaniu,  odległość  zmusza  je  do  wykonania  czynności 

zastępczej.  Różnica  polega  na  tym,  że  w  klaskaniu  uścisk  i  poklepanie  na  odległość 

przekształcają się w sygnał dźwiękowy, a w machaniu -w sygnał wzrokowy. Ramię wykonuje 

ruch ku górze, a nie, jak w prawdziwym obejmowaniu, ku przodowi, ponieważ dzięki temu 

czynność ta staje się lepiej widoczna. Poza tym różnice są niewielkie.  

Druga  forma  machania  ręką  ujawnia  dalsze  przekształcenia  służące  lepszej 

widoczności. Zamiast ruchów w górę i w dół ręka wykonuje ruchy na boki, przy czym dłoń 

zwrócona  jest  na  zewnątrz.  Szybkość  tych  ruchów  jest  mniej  więcej  taka  sama,  ale  w  ten 

sposób czynność machania jeszcze się oddala od czynności podstawowej -poklepywania. Jest 

background image

rzeczą  znamienną,  że  ta  forma  machania  ręką  chętniej  stosowana  jest  przez  dorosłych  niż 

przez dzieci, które chyba wolą prostszą wersję machania w górę i w dół.  

Trzeci  rodzaj  machania  ręką  nie  jest  znany  większości  czytelników  zachodnich. 

Osobiście  widziałem  go  tylko  we  Włoszech,  ale  zdaje  się,  że  występuje  także  w  Hiszpanii, 

Chinach, Indiach, Pakistanie, Birmie, Malezji, Afryce Wschodniej, Nigerii i wśród Cyganów. 

(Jest  to,  najoględniej  mówiąc,  rozmieszczenie  niezwykle  ciekawe,  którego  jak  dotąd  nie 

potrafię  wyjaśnić).  Przypomina  ono  przywoływanie  ręką,  ale  wystarczy  zobaczyć,  jak  to 

wygląda  przy  pożegnaniu,  żeby  stwierdzić,  że  jest  to  coś  innego.  Podobnie  jak  pierwsza 

forma machania ręką, jest to ruch w górę i w dół, ale rozpoczyna się od pozycji, w której dłoń 

jest uniesiona do góry (jak w pozycji błagalnej), a następnie wędruje wielokrotnie w kierunku 

ciała  osoby  machającej.  Zasadniczo  jest  to  także  ruch  poklepywania  -w  prawdziwym 

poklepywaniu po plecach często obserwuje się, że ręka znajduje się w takiej właśnie pozycji, 

w której palce na plecach osoby poklepywanej skierowane są ku górze, a łokieć obejmującego 

ramienia znajduje się niżej. 

Podobna  technika  charakterystyczna  jest  dla  dwóch  dość  wyspecjalizowanych 

sposobów  machania.  Jest  to  machanie  papieskie  i  machanie  królowej  brytyjskiej.  Przy  tej 

technice  ruch  nie  powstaje  ani  w  stawie  barkowym,  ani  w  nadgarstku,  lecz  w  stawie 

łokciowym. Papież wykonuje zwykle ruchy obiema rękami równocześnie, powoli, rytmicznie, 

wielokrotnie przybliżając ku sobie uniesione ku górze dłonie i przedramiona, co składa się na 

serię intencjonalnych ruchów obejmowania. Ale jego ramiona nie zginają się wprost ku klatce 

piersiowej.  Nie  przygarnia  on  więc  tłumu  do  swojego  łona.  Luk,  który  opisują  papieskie 

ramiona, orientuje się po części do wewnątrz, a po części ku górze, jakby te gesty stanowiły 

wypadkową  między  przygarnianiem  tłumu  do  siebie  a  kierowaniem  go  do  nieba,  gdzie 

wszyscy mają nadzieję kiedyś trafić.  

Machanie królowej brytyjskiej także pochodzi ze stawu łokciowego, ale zwykle jest to 

ruch jednej ręki z palcami uniesionymi prosto ku górze. Dłoń zwrócona jest do wewnątrz, w 

kierunku  ciała  monarchini,  co  podkreśla,  że  gest  ma  charakter  uścisku,  a  ramię  wykonuje 

powolny,  rytmiczny  ruch  okrężny,  akcentując  szczególnie  wewnętrzną  część  kręgu.  W  ten 

finezyjny i wysoce sformalizowany sposób królowa obejmuje swoich poddanych i poklepuje 

ich po plecach, dodając im otuchy.  

Podobnie jak w procesie klaskania, można tu czasami natknąć się na sytuację, w której 

pod presją uczuć załamuje się ceremoniał machania i wtedy ukazują się jego pierwotne źródła 

w  stanie  czystym.  Zilustruje  to  szczególny  przykład  powitania.  W  pewnym  małym  porcie 

lotniczym,  gdzie  prowadziłem  obserwacje  dotyczące  machania  ręką,  znajduje  się  taras,  z 

background image

którego przyjaciele i krewni przyglądają się przybyłym pasażerom wychodzącym z samolotu i 

udającym  się  do  wejścia  prowadzącego  do  odprawy  celnej.  Wejście  to  znajduje  się  pod 

tarasem i dlatego chociaż przybyli nie mogą dotknąć postaci podnieconych osób machających 

im  gorączkowo  z  góry,  podchodzą  jednak  do  nich  bardzo  blisko,  zanim  znikną  w  budynku 

portu  lotniczego.  W  takiej  scenerii  odbywa  się,  co  następuje.  Gdy  otwierają  się  drzwi 

samolotu i ukazują się pasażerowie, zaczyna się intensywne poszukiwanie wzrokiem zarówno 

ze  strony  witanych  jak  witających.  Gdy  ktoś  dostrzeże  kogoś  poszukiwanego,  natychmiast 

zaczyna  zwykle  energicznie  machać  całą  ręką  rzucającym  się  w  oczy  ruchem  z  barku.  Po 

nawiązaniu wzajemnego kontaktu wzrokowego obie strony zaczynają machać wyciągniętymi 

rękami. Trwa to przez pewien czas, ale spacer do budynku jest tak długi, że po chwili zwykle 

zaprzestają.  Ich  potrzeba  machania  i  uśmiechania  się  chwilowo  wygasła  (podobnie  jak  u 

osoby fotografowanej, której z upływem czasu coraz trudniej utrzymać naturalny uśmiech na 

użytek  operującego  obiektywem  fotografa),  ale  nie  chcąc  sprawiać  wrażenia  obojętnych  na 

powitania,  obie  strony  nagle  zaczynają  przejawiać  zainteresowanie  innymi  szczegółami 

lotniskowej  scenerii.  Przybyły  przygląda  się  krajobrazowi  wokół  lotniska  albo  też 

przemieszcza bagaż ręczny, który nagle stał się niewygodny i w tajemniczy sposób wysuwa 

mu się z ręki. Witający ze swojej strony zaczynają wymieniać uwagi o wyglądzie przybyłego. 

Następnie,  gdy  ten  podchodzi  bliżej  i  można  już  wyraźniej  dostrzec  rysy  jego  twarzy,  obie 

strony  zaczynają  energicznie  machać  rękami  i  znów  się  uśmiechają,  dopóki  przybyli  nie 

znikną  w  budynku  poniżej.  Pół  godziny  później,  po  zakończeniu  odprawy  celnej,  następuje 

pierwszy  kontakt  fizyczny  -uściski  dłoni,  przytulanie,  poklepywanie,  obejmowanie  i 

całowanie.  

Jest  to  scenariusz podstawowy. Ma on oczywiście wiele wariantów, z których jeden 

okazał  się  dla  mnie  niezwykle  odkrywczy.  Pewien  mężczyzna  wracał  na  łono  rodziny  po 

długim  pobycie  za  granicą.  Gdy  tylko  wyszedł  z  samolotu,  zarówno  on  jak  witająca  go 

rodzina wpadli w trans wymachiwania rękami na różne sposoby. Gdy doszedł do budynku i 

wyraźnie zobaczył nad sobą rysy ich twarzy, poczuł, że konwencjonalne machanie rękami nie 

może sprostać jego potrzebom emocjonalnym. Ze łzami w oczach i z ustami ułożonymi w nie 

wyartykułowane wyrazy miłości, musiał zrobić coś, co lepiej wyraziłoby jego niezwykle silne 

uczucie  radości  z  powrotu  do  bliskich.  Wtedy  zauważyłem  zmianę  w  ruchach  jego  ręki. 

Zwykłe machanie zamieniło się w doskonałe naśladownictwo gwałtownego poklepywania po 

plecach. Podczas gdy dotąd jego ramię unosiło się ku górze, teraz skierowało się ku rodzinie, 

dzięki  czemu  -jakby  krótsze  -mniej  rzucało  się  w  oczy.  Ręka  zginała  się  na  boki  i 

wykonywała w powietrzu energiczne, gwałtowne klepnięcia. Jego uczucia były tak silne, że 

background image

pod  wpływem  gorączki  chwili  odpadły  wszystkie  wtórne,  skonwencjonalizowane 

modyfikacje prawdziwego obejmowania i poklepywania, które, jako bardziej rzucające się w 

oczy,  poprawiają  działanie  sygnałów  na  odległość,  i  w  pełni  doszły  do  głosu  autentyczne 

zachowania pierwotne.  

Intensywność  uczuć  towarzyszących  temu  spotkaniu  znalazła  potwierdzenie  w 

powitaniu  dotykowym,  które  nastąpiło  po  przerwie  na  odprawę  celną.  Gdy  mężczyzna  ów 

wyszedł do głównej części portu lotniczego, wszystkie czternaście osób witającej go rodziny 

zaczęło go tak energicznie obejmować, ściskać, całować i poklepywać, że gdy skończyli, był 

zupełnie  wykończony,  po  twarzy  płynęły  mu  łzy,  a  całe  ciało  drżało  z  emocji.  W  pewnej 

chwili  kobieta,  która  wyglądała  na  jego  matkę,  do  swojego  uścisku  dodała  energiczne 

ugniatanie twarzy, chwytając w ręce oba policzki mężczyzny i tarmosząc je, jakby ugniatała 

ciasto  w  kuchni.  W  tym  czasie  ręce  mężczyzny  obejmowały  ją  aktywnie  i  poklepywały  po 

plecach.  Jednakże  po  mniej  więcej  dziesiątej  powtórce  tego  namiętnego  powitania  u 

mężczyzny pojawiły się oznaki wyczerpania emocjonalnego, znamiennie bowiem ewoluował 

jego  sposób  poklepywania.  I  tym  razem  konwencja  sygnalizowania  załamała  się  pod 

wpływem  napięcia  emocjonalnego,  i  znów  w  całej  okazałości  ukazały  się  źródła 

sformalizowanego wzorca. Podczas gdy wcześniejsze machanie ręką było nawrotem do niby-

poklepywania, teraz zachowanie mężczyzny cofnęło się o jeszcze jeden etap do właściwego 

źródła  swego  pochodzenia.  Powtarzające  się  poklepywanie  ustąpiło  miejsca  krótkim, 

powtarzającym się uściskom. Każde kolejne klepnięcie odpowiadało teraz coraz ściślejszym 

kontaktom  rąk,  a  wszystko  przerodziło  się  jakby  w  serię  kurczowych,  zacieśniających  się  i 

rozluźniających  uścisków. Był to  bez wątpienia klasyczny  intencjonalny ruch czepiania się, 

wzorzec  "odziedziczony  po  przodkach",  ta  jedyna  forma,  z  której  w  procesie  specjalizacji 

sygnałów wykształciły się wszystkie inne formy: zmodyfikowany sygnał dotykowy w postaci 

poklepywania,  sygnał  dźwiękowy  w  postaci  klaskania,  kiedy  jedna  ręka  służy  jako  obiekt 

głośnego  klepania,  i  sygnał  wzrokowy,  czyli  klepanie  w  powietrzu  w  postaci  machania 

uniesioną  do  góry  ręką.  Oto  jakie  są  więc  odrośle  "najprymitywniejszych"  przejawów 

intymności między ludźmi.  

Śledząc różne odmiany tego jednego drobnego przejawu kontaktów międzyludzkich, 

próbowałem  pokazać,  jak  można  ujrzeć  w  nowym  świetle  czynności  stare  i  dobrze  znane. 

Silna  elementarna  potrzeba  wzajemnego  kontaktu  cielesnego,  jaka  tkwi  w  nas,  ludziach 

dorosłych  -jak  się  przekonaliśmy  -rzadko  jest  wyrażana  w  pełni.  Pojawia  się  natomiast  w 

formach  fragmentarycznych,  zmodyfikowanych  i  zamaskowanych,  jako  znaki,  gesty  i 

sygnały,  które  codziennie  wzajemnie  sobie  przekazujemy.  Prawdziwe  znaczenie  różnych 

background image

czynności często bywa przed nami ukryte i by je w pełni zrozumieć, musimy je prześledzić aż 

do  źródeł.  W  przykładach,  które  właśnie  opisałem,  elementarne  kontakty-czynności 

zamieniają się często w mniej bezpośrednie kontakty na odległość. Nadal jednak istnieje też 

wiele  sposobów  wchodzenia  we  wzajemny  rzeczywisty  kontakt  cielesny,  i  ciekawe  będzie 

przekonać  się,  jakie  formy  mogą  one  przybierać.  Zacznijmy  ten  przegląd  od  objęcia 

podstawowego.  U  osób  dorosłych  publicznie  nie  pojawia  się  ono  obecnie  zbyt  często,  ale 

czasem  można  je  jeszcze  zaobserwować.  Warto  zbadać  sytuacje,  w  których  do  niego 

dochodzi.  

Pełne  objęcie.  Gdybyśmy  poddali  dokładnym  obserwacjom  możliwie  dużą  liczbę 

demonstracji  tego  zjawiska,  okazałoby  się,  że  u  dorosłych  czynność  tę  można  podzielić  na 

trzy  wyraźnie  odróżniające  się  kategorie.  Zgodnie  z  oczekiwaniami  najliczniejszą  kategorię 

stanowią  miłosne  kontakty  kochanków.  Należy  do  niej  około  dwóch  trzecich  wszystkich 

przykładów  publicznego  obejmowania  się.  Pozostałą  jedną  trzecią  można  podzielić  na  dwa 

rodzaje, które nazwiemy "spotkania rodzinne" i "triumf sportowca".  

Młodzi  kochankowie  stosują  pełne  objęcie  nie  tylko  podczas  spotkań  i  rozstań,  lecz 

często także gdy przebywają ze sobą. Wśród starszych par, małżeńskich, pełne objęcie się w 

miejscach publicznych widuje się rzadziej, chyba że jedno z partnerów wyjeżdża na jakiś czas 

lub też wraca po co najmniej kilkudniowej nieobecności. W innych sytuacjach, jeśli objęcie 

się  zdarza,  w  miejscu  publicznym  będzie  ono  miało  charakter  tylko  dość  delikatnego 

zdawkowego kontaktu.  

Namiętne  obejmowanie  się  jeszcze  rzadziej  zdarza  się  między  dorosłymi  krewnymi, 

takimi  jak  bracia  i  siostry  czy  rodzice  i  ich  dorosłe  dzieci.  Ze  znaczną  pewnością  można 

jednak  przewidzieć,  iż  pojawia  się  ono  w  jakichś  tragicznych  okolicznościach,  w  których 

szczęśliwie  ocalał  ktoś  z  krewnych.  Gdy  ktoś  został  porwany,  uprowadzony,  pojmany  czy 

uwięziony przez jakieś siły natury, zapewne po szczęśliwym zakończeniu incydentu nastąpi 

"spotkanie rodzinne" z udziałem pełnego obejmowania się w jego najintensywniejszej wersji. 

W takich okolicznościach czynność ta może się nawet przenieść na bliskich przyjaciół obojga 

płci,  z  którymi  kiedy  indziej  wymienia  się  tylko  uściski  dłoni  lub  pocałunki  w  policzek. 

Ładunek emocji jest wówczas tak wielki, że namiętne obejmowanie się dwóch mężczyzn czy 

dwu  kobiet,  albo  też  kolegi  i  koleżanki,  nie  stanowi  przekroczenia  seksualnych  tabu.  Przy 

niższym  poziomie  emocji  powstałby  pewien  problem,  ale  w  najbardziej  dramatycznych 

chwilach  zapomina  się  o  tabu.  W  naszej  kulturze  dopuszczalne  jest  obejmowanie  się  i 

całowanie  dwóch  mężczyzn  w  chwilach  triumfu,  ulgi  czy  rozpaczy,  ale  w  innych,  mniej 

background image

dramatycznych sytuacjach nawet jakiś jeden element obejmowania się, taki jak trzymanie się 

za ręce czy przytulenie policzka do policzka, natychmiast skojarzy się z homoseksualizmem. 

Jest to różnica znamienna i domaga się wyjaśnienia. Mówi nam ona coś o sposobie, w 

jaki  podstawowe  kontakty  cielesne  ulegają  fragmentacji  i  formalizacji.  Przede  wszystkim 

pełne  objęcie  jest  naturalne  między  rodzicami  a  niemowlęciem  i,  co  za  tym  idzie,  chociaż 

obserwujemy  je  rzadziej,  także  między  rodzicami  a  starszym  już  dzieckiem.  U  dorosłych 

typowe jest między kochankami i osobami obcującymi ze sobą płciowo. Dlatego inni dorośli, 

odczuwając z różnych powodów potrzebę wzajemnego objęcia się, muszą jakoś wyraźnie dać 

do  zrozumienia,  że  w  kontakcie  tym  nie  ma  elementu  seksualnego.  Służy  temu  zazwyczaj 

jakiś sformalizowany fragment pełnego obejmowania się, fragment, który zgodnie z przyjętą 

konwencją nie jest nacechowany seksualnie. Na przykład mężczyzna może położyć rękę na 

ramieniu innego mężczyzny, nie narażając się na żadne fałszywe interpretacje seksualne ani 

ze strony danej  osoby, ani  ze strony  otoczenia.  Gdyby jednak chodziło o jakieś inne  proste 

fragmenty,  takie  jak  całowanie  mężczyzny  w  ucho,  natychmiast  przypisano  by  temu 

konotacje seksualne.  

Co innego gdy widzi się dwóch mężczyzn obejmujących się, ściskających i całujących 

w  chwilach  triumfu,  nieszczęścia  lub  podczas  spotkania  rodzinnego.  Wyklucza  się  treści 

seksualne  takiego  zachowania,  gdyż  postrzega  się  je  nie  jako  reakcję  sformalizowaną,  lecz 

autentyczną. Otoczenie uznaje, że w tej sytuacji konwencja ustępuje przed silnymi emocjami. 

Świadkowie  wyczuwają  intuicyjnie,  że  obserwują  właśnie  powrót  do  pierwotnych 

preseksualnych  objęć  z  okresu  niemowlęctwa,  pozbawionych  wszystkich  późniejszych 

stylizacji  okresu  dorosłości,  i  dlatego  akceptują  taki  kontakt  jako  zupełnie  naturalny.  W 

gruncie rzeczy gdyby dwóch dorosłych homoseksualistów chciało nawiązać kontakt cielesny 

na  widoku  publicznym,  nie  wywołując  zwykłych  w  takich  sytuacjach  wrogich  reakcji  lub 

zaciekawienia,  powinni  oni  raczej  z  zapałem  rzucić  się  sobie  w  ramiona,  niż  obdarzać  się 

delikatnymi pocałunkami.  

Badanie różnych sformalizowanych fragmentów objęcia podstawowego powinno nam 

unaocznić, jak za sprawą konwencji zostały one poszufladkowane na różne kategorie, przez 

co każda z nich sygnalizuje obecnie coś bardzo szczególnego, co jest charakterystyczne dla 

związku między osobami nawiązującymi kontakt.  

Zanim  jednak  się  tym  zajmiemy,  musimy  wspomnieć  o  trzeciej  kategorii  pełnego 

objęcia, a mianowicie o "triumfie sportowca". Zwyczaj obejmowania się mężczyzn po jakimś 

tragicznym wydarzeniu istnieje od bardzo dawna, ale namiętne uściski piłkarzy po zdobyciu 

gola są czymś stosunkowo nowym. Jak doszło do tego, że tego rodzaju sytuacja nagle urosła 

background image

do rangi ważnego doświadczenia emocjonalnego? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy 

sięgnąć  dużo  dalej  niż  na  boisko  piłkarskie.  Ściślej  biorąc,  musimy  cofnąć  się  w  czasie  o 

wiele setek lat.  

Dwa  tysiące  lat  temu,  gdy  świat  był  mniej  zatłoczony,  a  stosunki  między 

poszczególnymi członkami danej społeczności były wyraźniej określone, pełne obejmowanie 

się występowało dużo częściej jako zwykła forma powitania między równymi sobie. Objęcie 

z  towarzyszącym  mu  pocałunkiem  występowało  zarówno  wzajemnie  wśród  mężczyzn  jak 

wśród kobiet, a także między mężczyznami i kobietami nie związanymi uczuciem miłości. W 

starożytnej Persji do zwyczaju należało nawet wzajemne całowanie się w usta równych sobie 

mężczyzn,  przy  czym  pocałunek  w  policzek  był  zarezerwowany  dla  osób  o  nieco  niższej 

randze  społecznej.  Gdzie  indziej  jednak  taki  pocałunek  stosowano  między  mężczyznami 

równymi  sobie.  Sytuacja  ta  trwała  przez  wiele  wieków  i  istniała  jeszcze w  średniowiecznej 

Anglii, gdzie waleczni rycerze wzajemnie obejmowali się i całowali w chwilach, w których 

ich współcześni następcy skinęliby tylko głową i uścisnęli wyciągniętą dłoń.  

Pod  koniec  siedemnastego  wieku  sytuacja  w  Anglii  zaczęła  się  zmieniać,  a  nie 

zabarwione  seksualnie  obejmowanie  się  poczęło  gwałtownie  zanikać.  Początkowo  w 

miastach,  ale  z  wolna  rozprzestrzeniło  się  na  wieś,  o  czym  dowiadujemy  się  z  komedii 

Congreve'a Światowe sposoby, z której pochodzi następująca kwestia: "Zda ci się pewnie, żeś 

na wsi, gdzie braciszkowie, wydałe niezgrabiasze, ślinią się i całują, gdy się zdybią, i klepią 

się po ramieniu, jak wachmistrz, gdy w areszt bierze. To iście u nas nie w modzie, miły panie 

bracie".  

Życie  towarzysko-społeczne  w  dużych  miastach  toczyło  się  w  coraz  większym 

zagęszczeniu,  stosunki  międzyludzkie  stawały  się  coraz  bardziej  skomplikowane  i  coraz 

mniej  uporządkowane, a wiek dziewiętnasty przyniósł pogłębienie tych tendencji. Wtedy to 

starannie  wypracowane  ukłony  i  dygi,  które  przetrwały  cały  wiek  osiemnasty,  wyszły  z 

codziennego  użycia  i  zaczęto  je  stosować  tylko  przy  bardzo  oficjalnych  okazjach.  W 

pierwszym  czy  drugim  dziesięcioleciu  dziewiętnastego  wieku  pojawił  się  ów  gest 

symbolizujący kontakt cielesny, jakim jest uścisk dłoni, który przetrwał do dziś dnia.  

Podobne  tendencje,  choć  w  różnym  nasileniu,  występowały  coraz  powszechniej. 

Mieszkańcy  krajów  romańskich  ograniczali  bezpośrednie  kontakty  cielesne  w  dużo 

mniejszym stopniu niż Brytyjczycy, i nawet w dwudziestym wieku dużo łatwiej akceptuje się 

tam  przyjacielskie  uściski  między  dorosłymi  mężczyznami.  Tak  jest  do  dziś  i  właśnie  w 

związku  z  tym  zajmiemy  się  teraz  zjawiskiem  "uścisku  piłkarskiego".  Futbol,  czyli  piłka 

nożna,  powstał  w  Wielkiej  Brytanii  i  w  dwudziestym  wieku  szybko  rozprzestrzenił  się  po 

background image

całym świecie. W krajach romańskich zyskał on szczególną popularność i już wkrótce zaczęto 

rozgrywać mecze międzynarodowe, którym towarzyszą wielkie emocje. Gdy drużyny z tych 

krajów  gościły  w  Anglii,  namiętne  uściski  graczy  po  każdym  strzelonym  golu  początkowo 

spotykały się tam ze zdumieniem i drwinami, ale wszystko to wkrótce się zmieniło za sprawą 

doskonałej ich gry. Z upływem lat "dobra robota, stary",  wypowiadane przez Brytyjczyków 

do  zdobywcy  bramki,  zaczęło  wydawać  się  zbyt  oschłe.  Poklepywanie  po  plecach  zostało 

zastąpione delikatnymi uściskami, które z kolei przemieniły się w serdeczne obejmowanie się, 

aż  doszło  do  tego,  że  dzisiejsi  kibice  nie  dziwią  się  już,  widząc,  jak  zdobywca  bramki 

dosłownie  niknie  pod  stertą  ciał  kolegów  napierających  na  niego  ze  wszystkich  stron  i 

gratulujących mu.  

W  tym  jedynym  szczególnym  wątku  zatoczyliśmy  więc  pełne  koło  -wróciliśmy  do 

czasów średniowiecznych rycerzy i ich dawno minionego świata. Nie wiadomo jeszcze, czy 

ta tendencja rozszerzy się też na inne dziedziny. Niewykluczone, że tak się stanie, ale trzeba 

tu  pamiętać  o  pewnym  ograniczeniu.  Obejmowanie  się  piłkarzy  na  boisku  nie  ma  w  sobie 

żadnego  pierwiastka  seksualnego.  Gracze  występują  w  ściśle  określonych  rolach,  a  ich 

fizyczna  męskość  znajduje  dobitny  wyraz  w  brutalności  gry.  Zupełnie  czym  innym  byłyby 

sytuacje  społeczno-towarzyskie,  w  których  role  zdefiniowane  są  mniej  ściśle.  Znaczące 

wyjątki mogą występować jedynie w tych dziedzinach, w których wyrażanie silnych emocji 

jest  elementem  składowym  funkcji  zawodowej,  czego  przykładem  jest  aktorstwo.  Jeśli 

wydaje  nam  się,  że  zwyczaje  aktorów  w  tym  względzie  cechuje  pewna  przesada,  musimy 

pamiętać, po pierwsze, że ludzi tych specjalnie szkolono w swobodnym wyrażaniu uczuć, po 

drugie, że działają oni w warunkach silnego napięcia emocjonalnego związanego z rodzajem 

wykonywanej  pracy,  i  po  trzecie,  że  zawód  ich  jest  wyjątkowo  niepewny.  Dlatego  sposób 

bycia aktorów może być rozumiany jako forma wzajemnego wsparcia.  

Od  pełnego  objęcia  przejdźmy  teraz  do  mniej  intensywnych  form  ekspresji. 

Dotychczas  mówiliśmy  o  maksymalnym  objęciu  frontalnym,  w  którym  dwoje  partnerów 

przyciska się do siebie, stykając się przy tym głowami i otaczając wzajemnie ramionami. Gdy 

czynność tę wykonuje się z mniejszą intensywnością, możemy zazwyczaj zaobserwować trzy 

istotne zmiany. Ciała stykają się bokami, a nie twarzą w twarz, tylko jedno ramię obejmuje 

ciało  partnera,  a  głowy  nie  stykają  się  ze  sobą,  lecz  są  raczej  odchylone.  Moje  obserwacje 

dowiodły,  że  w  zachowaniach  osób  dorosłych,  w  miejscach  publicznych  takie  częściowe 

objęcie występuje sześciokrotnie częściej niż pełne objęcie.  

background image

Objęcie barku. Najczęściej występującą formą częściowego objęcia jest objęcie barku 

-jedna  osoba  otacza  ramieniem  drugą,  kładąc  przy  tym  rękę  na  jej  bardziej  odległym 

ramieniu. Ta forma występuje dwa razy częściej niż inne formy objęcia częściowego.  

Podstawowa różnica między tą  formą objęcia a pełnym  objęciem  frontalnym polega 

na tym, że zachowanie to jest domeną mężczyzn. Podczas gdy pełne objęcie stosowane było 

równie  często  przez  mężczyzn  i  przez  kobiety,  objęcie  barku  występuje  u  mężczyzn 

pięciokrotnie  częściej  niż  u  kobiet.  Przyczyna  jest  prosta:  mężczyźni  są  wyżsi  od  kobiet, 

kobiety  patrzą  na  ogół  na  mężczyzn  z  dołu,  niezależnie  od  ich  wzajemnych  stosunków  w 

innych  płaszczyznach.  Skutkiem  tej  różnicy  anatomicznej  jest  to,  że  niektóre  kontakty 

cielesne łatwiej przychodzą mężczyznom niż kobietom, a jednym z nich jest właśnie objęcie 

barku.  

Okoliczność ta sprawia, że objęcie barku ma szczególny walor. Gdy zdarza się między 

mężczyzną  i  kobietą,  prawie  zawsze  obejmującym  jest  mężczyzna,  co  oznacza,  że 

zachowanie  takie  nie  jest  oznaką  zniewieściałości.  T  o  z  kolei  oznacza,  że  mogą  je  też 

stosować w nieformalnych sytuacjach zaprzyjaźnieni ze sobą mężczyźni, i nie nadaje to ich 

kontaktowi  odcienia  seksualnego.  Istotnie  około  jednej  czwartej  wszystkich  objęć  barku 

zachodzi  między  mężczyznami,  i  jest  to  jedyna  forma  obejmowania  się,  która  powszechnie 

występuje w relacjach czysto męskich. W porównaniu z pełnym objęciem frontalnym różnica 

ta  jest  uderzająca.  T  o  pierwsze  zdarza  się  między  mężczyznami  na  ogół  tylko  w  chwilach 

bardzo dramatycznych lub w chwilach szczególnego natężenia  emocji,  podczas gdy  objęcie 

barku  nie  jest  związane  z  tak  silnymi  napięciami  i  jest  częste  wśród  kolegów  z  drużyny, 

"starych przyjaciół" czy "kumpli".  

Ta formuła "bezpiecznej męskości" nie ma zastosowania do innych rodzajów objęcia 

częściowego, takich jak objęcie w talii. Ponieważ gest ten jest  łatwiejszy do wykonania dla 

przedstawicieli obu płci, a polega na umieszczeniu ręki w okolicy bliższej genitaliów, rzadko 

kiedy występuje on między mężczyznami.  

Po objęciach częściowych kolej na objęcia fragmentaryczne -jeszcze mniejsze ułamki 

pełnego  aktu  objęcia.  Tu  widzimy  podobne  różnice.  Niektóre  objęcia  fragmentaryczne  nie 

mają  wydźwięku  seksualnego  i  bez  skrępowania  są  stosowane  między  mężczyznami,  inne 

zachowują swoje zabarwienie seksualne i są zazwyczaj zarezerwowane dla kochanków.  

Ręka na ramieniu. Pospolitym gestem jest położenie jednej ręki na ramieniu partnera, 

co  nie  stanowi  żadnej  formy  rzeczywistego  objęcia.  Jest  to  proste  zredukowanie  objęcia 

barków i, jak można się spodziewać, stosuje się je w podobnych okolicznościach. Ponieważ 

jest  ono  nieco  mniej  intymne,  tym  częściej  występuje  między  mężczyznami.  I  tak  na  cztery 

background image

objęcia  barku  tylko  jedno  zachodziło  między  mężczyznami,  a  w  geście  "ręka  na  ramieniu" 

jedno na trzy.  

Wzajemne  wzięcie  się  pod  rękę.  Obserwując  dalszy  proces  podziału  aktu  objęcia  na 

poszczególne  elementy,  dochodzimy  do  gestu  wzajemnego  wzięcia  się  pod  rękę.  I  tu 

zauważamy zastanawiającą zmianę:  gest ten w coraz mniejszym zakresie występuje między 

mężczyznami,  co  wyraża  proporcja  jeden  na  dwanaście.  Musimy  sobie  zadać  pytanie, 

dlaczego  ta  jeszcze  mniej  intymna  postać  kontaktu  cielesnego  rzadziej  zachodzi  między 

mężczyznami  niż  między  mężczyznami  a  kobietami.  Dzieje  się  tak  dlatego,  że  jest  to 

zachowanie specyficznie kobiece. Gdy zdarza się między mężczyznami a kobietami, pięć razy 

częściej  stroną  trzymającą  pod  rękę  jest  kobieta.  Odwrotne  proporcje  stwierdziliśmy, 

obserwując  gest  obejmowania  barku.  Oznacza  to,  że  gest  trzymania  się  pod  rękę  między 

przedstawicielami  tej  samej  płci  jest  uważany  za  objaw  zniewieściałości.  Na  tej  podstawie 

można  wnosić,  że  gest  ten  występujący  między  przyjaciółmi  tej  samej  płci  będzie  częstszy 

między kobietami niż między mężczyznami. Obserwacje to potwierdzają.  

Analizując  sytuacje,  kiedy  jeden  mężczyzna  bierze  pod  rękę  drugiego,  stwierdzamy, 

że  zachowanie  to  właściwe  jest  dwóm  kategoriom  osób:  pochodzącym  z  kręgu  kultury 

romańskiej i starszym. W krajach romańskich mężczyźni stosują to często, gdyż panuje tam 

większa swoboda w sferze kontaktów cielesnych, a starsi  -gdyż z jednej  strony mają już za 

sobą okres aktywności seksualnej, a z drugiej -poszukują wsparcia.  

Ręka za rękę. Posuwając się dalej w kierunku od pełnego objęcia, przez objęcie barku, 

położenie  ręki  na  ramieniu  i  wzięcie  się  pod  ręce,  dochodzimy  do  trzymania  się  za  ręce 

(czego nie należy mylić z uściskiem dłoni, który zostanie omówiony później). Chociaż jest to 

bardziej odległa forma kontaktu niż poprzednie trzy, gdyż ciała uczestniczących w nim osób 

są zwykle oddzielone od siebie, ma on jednak coś wspólnego z pełnym objęciem, co odróżnia 

go od poprzednich trzech form  kontaktu. Jest  to działanie wzajemne. Jeśli  położę ci rękę na 

barku, ty możesz nic nie robić, ale jeśli trzymam twoją rękę, to ty trzymasz moją. Ponieważ 

gest  ten  występuje  często  między  mężczyzną  a  kobietą  i  ponieważ  wymaga  uczestnictwa 

obojga,  nie  ma  on  charakteru  zachowania  specyficznie  męskiego  ani  kobiecego,  lecz  raczej 

heteroseksualnego.  Z  tej  racji  staje  się  w  istocie  pomniejszoną  wersją  pełnego  objęcia. 

Dlatego nie można się dziwić, że rzadko uciekają się do niego dwaj dorośli mężczyźni.  

Nie  zawsze  tak  było.  W  czasach,  gdy  między  mężczyznami  występowało  pełne 

obejmowanie  się,  mogli  oni  także  trzymać  się  za  ręce,  co  było  wyrazem  nie  nacechowanej 

seksualnie  przyjaźni.  Jako  jeden  z  przykładów  może  tu  służyć  spotkanie  dwóch 

średniowiecznych monarchów.  Zgodnie z ówczesnym  zapisem  "Gdy król Francji prowadził 

background image

do swojego namiotu króla Anglii, wzięli się obaj za ręce, a za nimi szli czterej książęta, także 

trzymając  się  za  ręce".  Wkrótce  zwyczaj  ten  zaniknął  i  "prowadzenie  się  za  rękę"  stało  się 

zwyczajem par damsko-męskich. W dzisiejszych czasach czynność ta uległa modyfikacji. W 

sytuacjach  oficjalnych,  gdy  mężczyzna  towarzyszy  kobiecie,  wprowadzając  ją  na  salę 

bankietową lub prowadząc ją wzdłuż kościelnej nawy, zamieniła się w trzymanie pod rękę. W 

sytuacjach  mniej  oficjalnych  występuje  jako  typowe  trzymanie  się  za  ręce,  czyli  wzajemne 

obejmowanie  dłoni.  W  sytuacjach  większej  intymności  zdarza  się  połączenie  obu  tych 

czynności.  

Mimo  tej  ogólnej  prawidłowości  istnieją  pewne  sytuacje  specjalne,  w  których 

współcześni mężczyźni trzymają się jednak za ręce. Przykładem splatanie wielu rąk podczas 

grupowych  produkcji  artystycznych  pieśń  lub  kłanianie  się  w  odpowiedzi  na  oklaski 

publiczności.  Ale  nawet  wtedy  istnieje  tendencja  do  przemiennego  ustawiania  się  kobiet  i 

mężczyzn;  w  braku  równowagi  liczebnej  albo  gdy  takie  ustawienie  sprawia  zbyt  wiele 

zamieszania, możliwe jest trzymanie się za ręce z osobami tej samej płci. Grupa to wszak coś 

innego niż para -już sam jej rozmiar wyklucza wszelkie podteksty seksualne.  

Inna, bardzo wystylizowana wersja trzymania się mężczyzn za ręce polega na ujęciu 

cudzej ręki i uniesieniu jej wysoko do góry na znak zwycięstwa. Chociaż ma to swoje źródła 

w dziedzinie boksu, obecnie chyba nawet częściej można się z tym spotkać u polityków płci 

męskiej, którzy zdają się wyobrażać sobie, że ręce ich zwycięskich towarzyszy wyposażone 

są  w  rękawice  bokserskie.  Trzymanie  się  za  ręce  jest  w  tym  kontekście  dopuszczalne  ze 

względu  na  pierwotnie  agresywny  charakter  uniesionego  ramienia.  Zanim  nastąpiło 

upiększenie tego gestu w postaci trzymania się za ręce, uniesione w górę pięści zwycięskiego 

boksera sygnalizowały niewątpliwie, że jest on w stanie walczyć dalej, gdy jego przeciwnik 

nie był już do tego zdolny. Jest to "zastygły" ruch intencjonalny ciosu znad głowy. Ten sam 

gest został zaadoptowany przez współczesnych komunistów jako gest pozdrowienia. Badania 

nad  zachowaniem  małych  dzieci  podczas  bójek  wykazały,  że  ta  forma  uderzania,  czyli 

uderzenie  z  góry,  jest  dla  naszego  gatunku  formą  podstawową  i  nie  wymaga  uczenia  się. 

Ciekawe, że współczesny bokser wciąż stosuje ten ruch intencjonalny jako gest zwycięstwa, 

chociaż  podczas  prawdziwej  walki  już  tego  nie  stosuje,  posługując  się  bardzo 

wystylizowanymi i "nienaturalnymi" ciosami frontalnymi. Fascynujące jest też to, że podczas 

mniej  sformalizowanych  walk,  jakimi  są  na  przykład  rozruchy  uliczne,  zarówno  ich 

uczestnicy  jak  policjanci  zwykle  uciekają  się  do  bardziej  prymitywnej  formy  ciosów  znad 

głowy.  

background image

Wracając  teraz  do  kwestii  trzymania  się  za  ręce  przez  mężczyzn  w  miejscach 

publicznych, odnotujmy pewien specjalny kontekst, w którym to zachowanie występuje. Mam 

tu  na  myśli  księży,  zwłaszcza  hierarchów  Kościoła  katolickiego.  Często  widuje  się  na 

przykład  papieża  trzymającego  za  ręce  wiernych  obojga  płci  i  wyjątek  ten  stanowi  dobrą 

ilustrację  szczególnych  praw  znanej  osobistości,  której  zachowanie  może  odbiegać  od 

konwencji. Papieski image jest tak całkowicie nieseksualny, że papież może przejawiać wiele 

fragmentarycznych  gestów  intymności  w  stosunku  do  zupełnie  nieznanych  osób,  gestów,  o 

których  zwykły  człowiek  nie  mógłby  nawet  pomyśleć.  Któż  inny  mógłby  na  przykład 

wyciągnąć  ręce  i  objąć  nimi  policzki  pięknej  dziewczyny,  nie  budząc  żadnych  skojarzeń 

seksualnych?  Papież  może  istotnie  zachowywać  się  jak  jakiś  "ojciec  święty",  którym  to 

mianem  jest  obdarzany,  i  bez  skrępowania  nawiązywać  intymne  kontakty  cielesne  z 

dorosłymi obcymi ludźmi, jak robiłby to prawdziwy ojciec ze swoimi prawdziwymi dziećmi. 

Przyjmując rolę superojca, papież może odrzucić obowiązujące innych ludzi ograniczenia w 

sferze  kontaktów  cielesnych  i  powrócić  do  bardziej  naturalnych,  pierwotnych  przejawów 

intymności,  typowych  dla  wczesnej  fazy  relacji  rodzice-dziecko.  Jeśli  nawet  wydaje  się,  że 

podlega on większym zahamowaniom w stosunku do wiernych niż prawdziwy ojciec i jego 

dzieci,  nie  jest  to  spowodowane  względami  seksualnymi,  które  ograniczają  nas  wszystkich, 

lecz raczej  faktem, że mając przed sobą rodzinę  składająca się z pięciuset  milionów dzieci, 

jest zmuszony oszczędniej szafować swoimi siłami.  

Do  tej  chwili  podróżowaliśmy  jak  gdyby,  poruszając  się  w  kierunku  od  pełnego 

objęcia, przez barki, wzdłuż ramienia aż do dłoni, gdzie zakończyliśmy naszą podróż. Teraz 

pora  przyjrzeć  się,  jak  inne  części  ciała  wchodzą  we  wzajemny  kontakt  podczas  pełnego 

objęcia, i  przekonać się, czy one także uczestniczą we fragmentarycznych gestach bliskości 

cielesnej, obecnych w codziennych relacjach między ludźmi.  

Łatwo  zrozumieć,  dlaczego  wzajemne  przyciskanie  się  torsami  i  nogami  podczas 

pełnego objęcia frontalnego nie generuje, jak się wydaje, zbyt wielu takich gestów. Wzajemne 

dotykanie się w takie miejsca na widoku publicznym oznaczałoby nadmierne zbliżanie się do 

zakazanych  okolic  płciowych.  Istnieje  jednak  jeszcze  jedna  ważna  strefa  kontaktowa 

uczestnicząca w pełnym objęciu, a jest nią głowa. Przy intensywnym obejmowaniu się głowy 

stykają bokami, a jednocześnie są obiektem pieszczot rąk lub też bywają dotykane ustami. Z 

tych czynności  wyodrębniły się trzy  ważne  elementy  bliskości cielesnej,  które występują w 

codziennych relacjach między ludźmi: kontakt głowa-głowa, kontakt ręka-głowa i pocałunek.  

G/owa. Dotykanie ręką głowy partnera i wzajemne stykanie się głowami, a zwłaszcza 

to pierwsze jest specjalnością młodych kochanków. U kochanków w młodym wieku kontakty 

background image

ręka-głowa są czterokrotnie częstsze niż u starszych par małżeńskich, a kontakty głowa-głowa 

dwukrotnie  częstsze,  a  jedne  i  drugie  stoją  w  sprzeczności  z  takimi  przejawami  intymności 

jak objęcie barku, które jest powszechniejsze wśród par w starszym wieku.  

Mężczyźni między sobą rzadko praktykują kontakt głowami. Gdy mężczyźni "zbliżają 

się  do  siebie  głowami",  służy  to  poufnej  konwersacji,  a  nie  manifestuje  prawdziwej 

intymności cielesnej. Gdy mężczyzna dotyka ręką głowy innego mężczyzny, może to robić z 

trzech  szczególnych  powodów:  aby  udzielić  pierwszej  pomocy,  aby  udzielić 

błogosławieństwa, aby zaatakować. Gdy mężczyzna (lub kobieta) styka się z ofiarą wypadku, 

podlega silnemu oddziaływaniu sygnałów wysyłanych przez bezradnego rannego, podobnych 

do  sygnałów  wysyłanych  przez  małe  dziecko.  Dlatego  na  przykład  zdjęcia  ofiar  zamachów 

prawie  zawsze  pokazują  kogoś  tulącego  w  rękach  głowę  ofiary.  Z  medycznego  punktu 

widzenia jest to postępowanie wątpliwe, ale nie ma tu miejsca na medyczną logikę. Nie jest to 

profesjonalny  akt  pomocy  osoby  wyszkolonej,  lecz  reakcja  bardziej  fundamentalna,  mająca 

związek  z  elementarną  opieką,  jaką  roztaczają  rodzice  nad  bezradnym  dzieckiem.  Osoba, 

która  niema  odpowiedniego  wyszkolenia,  przed  udzieleniem  pierwszej  pomocy  nie  jest  w 

stanie zastanowić się i dokonać przemyślanej analizy obrażeń, jakie odniosła ofiara. Próbuje 

natomiast,  wyciągnąwszy  ręce,  dotknąć  ofiary  lub  unieść  ją  -co  jest  elementarnym  gestem 

pociechy -nie biorąc pod uwagę dodatkowych szkód, jakie może to wyrządzić. Zbyt przykro 

stać  obok  i  kalkulować  chłodno,  jakie  kroki  należy  podjąć.  Przemożna  jest  chęć 

pocieszającego  kontaktu  cielesnego,  ale  trzeba  pamiętać,  że  czasami  może  on  mieć  fatalne 

skutki.  Jako  mały  chłopiec,  nieświadom  tego,  co  się  dzieje,  widziałem  kiedyś,  jak  pewien 

człowiek  został  w  ten  sposób  pozbawiony  życia.  Rannego  w  wypadku  śpieszący  mu  z 

pomocą ludzie podnieśli i obejmując delikatnie ramionami, umieścili w samochodzie, chcąc 

go zawieźć do szpitala. Ten akt miłości zabił go, gdyż na skutek ruchu złamane żebra przebiły 

płuca. Gdyby "bezlitośnie" zostawiono go na miejscu wypadku do czasu przybycia pomocy z 

noszami  -może  by  przeżył.  Popęd  do  nawiązywania  kontaktów  cielesnych  w  chwilach 

tragedii jest więc bardzo silny i dotyczy zarówno mężczyzn jak kobiet, gdyż w nieszczęściu 

płeć się nie liczy.  

Udzielanie błogosławieństwa przez księdza, na przykład położenie przez biskupa rąk 

na  głowie  podczas  wyświęcania  lub  podczas  bierzmowania,  jest  również  pozbawione 

elementów seksualnych. Mamy tu znów kopiowanie pierwotnej relacji rodzic-dziecko. 

Atak ręką ze strony jednego mężczyzny wymierzony w głowę innego mężczyzny sam 

w  sobie  nie  wymaga  komentarza,  ale  może  być  źródłem  intymności  między  mężczyznami. 

Gdy mężczyzna czuje potrzebę, by na znak przyjaźni dotknąć głowy innego mężczyzny, ale 

background image

odczuwa zahamowania przed gestem przyjaznej pieszczoty, może zastosować prosty sposób, 

jakim  jest  udawanie  agresji.  Zamiast  pogłaskać  go  w  głowę,  co  miałoby  zbyt  wyraźny 

wydźwięk  seksualny,  może  skierować  przeciw  niemu  "żartobliwy  atak",  czyli  na  przykład 

może  mu  zmierzwić  włosy  albo  ścisnąć  za  szyję  pozorując  chwyt.  Podobnie  jak  zabawa  w 

udawane bicie się pomagała rodzicom kontynuować relacje intymne z dorastającymi dziećmi, 

tak  wiele  elementów  udawanego  ataku  pozwala  mężczyznom  na  gesty  intymności  z 

jednoczesnym zachowaniem męskości.  

Pocałunek.  W  ten  sposób  dochodzimy  do  ostatniej  z  ważnych  pochodnych  objęcia 

podstawowego, a mianowicie do pocałunku, który jest czynnością intrygującą i mającą długą 

historię. Jeżeli ktoś  sądzi,  że pocałunek jest czynnością prostą, niech przez chwilę pomyśli, 

jak  wiele  różnych  form  może  on  przybrać,  nawet  w  dzisiejszym,  rzekomo  wyzwolonym 

społeczeństwie. Kochankowie całują się w usta, starego przyjaciela płci przeciwnej całuje się 

w policzek, a niemowlę całuje się w główkę. Gdy dziecko skaleczy się w palec, całuje się je 

w  ten  palec,  "żeby  się  zagoił".  W  obliczu  niebezpieczeństwa  całuje  się  maskotkę  "na 

szczęście". Grając na pieniądze w kości, całuje się kostkę przed jej rzuceniem. Będąc drużbą 

na  ślubie,  całuje  się  pannę  młodą.  Będąc  człowiekiem  religijnym,  całuje  się  biskupa  w 

pierścień na znak szacunku lub też całuje się Biblię, składając przysięgę. Żegnając się z kimś, 

kto  jest już poza naszym  zasięgiem, składa się  pocałunek na własnej  dłoni  i  dmuchnięciem 

przesyła się go w kierunku żegnanej osoby. O nie, pocałunek wcale nie jest czymś prostym i 

aby pojąć jego znaczenie, musimy znowu cofnąć wskazówki zegara.  

Najbardziej  wrażliwymi  miejscami  ludzkiego  ciała  są  koniuszki  palców,  łechtaczka, 

koniuszek  prącia,  język  i  wargi.  Nic  więc  dziwnego,  że  wargi  tak  często  biorą  udział  w 

intymnych  kontaktach  cielesnych.  Zaczyna  się  to  od  ssania  piersi  matki,  które  dostarcza 

przyjemności  dotykowych  jako  dodatku  do  przyjemności  płynącej  z  uzyskania  mleka. 

Udowodniono to, badając zachowanie niemowląt, które miały nieszczęście urodzić się z wadą 

polegającą  na  zablokowaniu  przełyku  i  dlatego  trzeba  je  było  karmić  sztucznie. 

Zaobserwowano,  że  podawane  im  do  ssania  gumowe  sutki  działały  na  niemowlęta  kojąco 

przestawały  one  płakać.  Ponieważ  dzieci  te  nigdy  nie  przyjmowały  żadnego  pożywienia 

drogą  ustną,  przyjemność  płynąca  z  trzymania  sutka  między  wargami  nie  mogła  mieć 

związku  z  uzyskiwaniem  mleka,  które  zwykle  towarzyszy  takiej  czynności.  Musi  tu  więc 

chodzić o kontakt jako taki. Podobnie też dotykanie ustami czegoś miękkiego stanowi ważny, 

elementarny, samoistny przejaw intymności.  

W  miarę  jak  dziecko  rośnie  i  rozwija  swoje  kontakty  z  matką  typu  głowa-głowa,  w 

których czuje na skórze przyciśnięte usta matki, a własnymi ustami czuje jej skórę -jak łatwo 

background image

zauważyć  -te  wczesne  kontakty  ustne  przekształcają  się  w  silnie  oddziałującą  czynność 

przyjaznego  powitania.  Podczas  aktu  obejmowania  w  dzieciństwie  usta  zwykle  dotykają 

policzka matki lub bocznej części jej głowy. Jak już wspominałem, w dawnych czasach, gdy 

między  dorosłymi  obojga  płci  pełne  objęcie  występowało  znacznie  częściej,  pocałunek  w 

policzek był zwykłą formą kontaktu z udziałem ust między równymi sobie. Był to w jakimś 

sensie pierwotny pocałunek powitalny przejęty z niewielkimi modyfikacjami wprost z okresu 

dzieciństwa,  który  przetrwał  przez  wiele  wieków  aż  do  czasów  współczesnych.  W  naszej 

kulturze zaprzyjaźnieni ze sobą ludzie, mężczyźni i kobiety, a także krewni wciąż wymieniają 

takie pocałunki podczas powitań i pożegnań i czynność ta nie ma w sobie żadnych implikacji 

seksualnych.  To  samo  można  powiedzieć  o  dorosłych  kobietach  całujących  inne  dorosłe 

kobiety.  Wśród  dorosłych  mężczyzn  sytuacja  różni  się  dość  znacznie  w  różnych  krajach, 

bowiem na przykład Francja nie odeszła tak daleko od pradawnego obyczaju jak Anglia. 

Całowanie  się  wprost  w  usta  poszło  inną  drogą.  W  różnych  czasach  i  miejscach 

stosowano je do pewnego stopnia jako pozbawione znamion seksu powitanie między bliskimi 

przyjaciółmi,  ale  takie  połączenie  ze  sobą  dwóch  otworów  w  ciele  bywa  zazwyczaj 

postrzegane  jako  przejaw  nadmiernej  intymności  nawet  między  bliskimi  przyjaciółmi,  i 

ogólnie  mówiąc,  zaczęło  się  coraz  bardziej  ograniczać  do  kontaktów  między  kochankami  i 

małżonkami.  

Ponieważ kobiece piersi stanowią sygnał seksualny, a zarazem są organem karmienia, 

całowanie przez mężczyznę kobiecych piersi również stało się w tym kontekście czynnością 

całkowicie seksualną, mimo swojego podobieństwa do elementarnej czynności ssania piersi w 

niemowlęctwie. Nie trzeba dodawać, że całowanie w narządy płciowe także jest czynnością 

wyłącznie seksualną, jak też w istocie całowanie wielu innych części ciała, a zwłaszcza torsu, 

ud  i  uszu.  Jednakże  niektóre  szczególne  części  ciała  zostały  formalnie  wyodrębnione  dla 

celów  specjalnego  rodzaju  całowania  nieseksualnego  -które  można  by  określić  jako 

pocałunek  poddaństwa  i  pocałunek  szacunku.  Różnią  się  one  zdecydowanie  zarówno  od 

pocałunku przyjaźni jak od pocałunku seksualnego; aby to zrozumieć, musimy przyjrzeć się, 

jaki widok przedstawia sobą osobnik poddany w oczach osoby dominującej.  

Z  badań  nad  zachowaniem  zwierząt  dobrze  wiadomo,  że  jednym  ze  sposobów  na 

łagodzenie agresji zwierzęcia dominującego jest nadanie sobie wyglądu czegoś mniejszego, a 

przez to mniej mu zagrażającego. Gdy czuje się ono mniej zagrożone przez nas, postrzega nas 

jako  mniejsze  wyzwanie  dla  jego  nadrzędności  i  tym  samym  nie  czuje  się  zmuszone  do 

podjęcia przeciw nam jakiejś akcji. Po prostu będzie nas ignorowało, jako że znajdujemy się 

poniżej  niego,  zarówno  w  przenośni  jak  i  dosłownie,  a  przecież  jeśli  jesteśmy  akurat 

background image

zwierzęciem słabszym,  o to  nam  właśnie  chodzi  (przynajmniej w danej  chwili).  I dlatego u 

licznych  gatunków  zwierząt  można  zaobserwować  pozy  łagodzące,  takie  jak:  najrozmaitsze 

rodzaje płaszczenia się, kulenia, czołgania, garbienia się oraz spuszczania oczu igłowy. 

Podobnie jest u człowieka. Gdy nie istnieją żadne nakazy formalne, reakcja przybiera 

zwierzęcą formę płaszczenia się nisko przy ziemi, ale w wielu sytuacjach reakcja człowieka o 

niższej kondycji przybrała formy wysoce wystylizowane, a owe stylizacje różnią się znacznie 

w  zależności  od  miejsca  i  czasu.  Nie  znaczy  to  jednak,  że  nie  mogą  one  podlegać  analizie 

biologicznej  -wszystkie,  bez  żadnych  wyjątków,  mają  wszak  w  sobie  pewne  podstawowe 

cechy,  które  w  oczywisty  sposób  ujawniają  ich  związek  z  sygnalizującym  uległość 

zachowaniem u innych gatunków zwierząt.  

Najskrajniejszą formą poddańczego poniżenia ciała spotykaną u człowieka jest leżenie 

z twarzą do ziemi. Wyjąwszy pochówek w ziemi, nie można już przyjąć pozycji niższej. Ale 

osoba  dominująca  może  jeszcze  wzmocnić  efekt  poniżenia,  co  zresztą  często  robi, 

przyglądając  się  podległemu  z  wysokości  jakiegoś  podestu  lub  tronu.  Ten  akt  całkowitej 

służalczości był powszechnie i szeroko stosowany w starożytnych królestwach -wykonywali 

go  jeńcy  wobec  swych  zdobywców,  niewolnicy  wobec  właścicieli  i  służący  wobec  panów. 

Między takim aktem a pozycją w pełni wyprostowaną istnieje cała gama sformalizowanych 

sposobów wyrażania podległości. Przyjrzyjmy się im pokrótce.  

Kolejną  formą  zachowania  sygnalizującego  podległość,  w  skali  wznoszącej  się,  jest 

wschodni obyczaj zwany kowtow, to znaczy taki sposób kłaniania się, że ciało nie znajduje 

się  w  pozycji  leżącej,  lecz  klęczącej,  przy  czym  zgina  się,  dopóki  czoło  nie  dotknie  ziemi. 

Następnym  etapem  jest  klęczenie  na  obu  kolanach  bez  pochylania  się.  Było  ono  często 

stosowane w starożytności w stosunku do suwerena, ale w czasach przed średniowiecznych 

pojawiła  się  pozycja  bardziej  uniesiona  ku  górze,  jaką  jest  przyklęknięcie  tylko  na  jedno 

kolano.  Mężczyźni  otrzymywali  wówczas  wyraźne  polecenie,  aby  klękanie  na  oba  kolana 

zarezerwować  wyłącznie  dla  Boga,  któremu  należało  okazywać  nieco  więcej  szacunku  niż 

ówczesnym  władcom.  W  czasach  współczesnych  rzadko  zdarza  się  komuś  klękać  przed 

innym  człowiekiem,  wyjąwszy  pewne  uroczystości  państwowe  z  udziałem  monarchów,  ale 

wierni  w  kościołach  do  dziś  kultywują  starożytny  zwyczaj  klękania  na  oba  kolana,  jako  że 

Bóg, w odróżnieniu od współczesnych władców, zachował swój dominujący status.  

Następny  etap  to  dworskie  dyganie,  które  jest  w  gruncie  rzeczy  ruchem 

intencjonalnym przyklęknięcia na jedno kolano. Podczas tej czynności jedną nogę odsuwa się 

lekko do tyłu, jakby mając zamiar dotknąć kolanem ziemi, po czym ugina się oba kolana, nie 

dotykając  jednak  ziemi  i  nie  pochylając  ciała  do  przodu.  Aż  do  czasów  Szekspira  takie 

background image

dygnięcia  wykonywali  zarówno  mężczyźni  jak  kobiety.  Przynajmniej  pod  tym  względem 

obowiązywała  równość  płci.  Nie  istniał  jeszcze  wówczas  ukłon  męski.  Z  nadejściem 

dygnięcia  przyklęknięcie  na  jedno  kolano  zaczęło  zanikać  i  pozostało  w  użyciu  jedynie  w 

stosunku do monarchów.  

W siedemnastym wieku nastąpiło zróżnicowanie według płci, gdyż mężczyźni zaczęli 

się  kłaniać  w  pas,  a  kobiety  pozostały  przy  dygnięciu.  Obie  czynności  były  obniżeniem 

pozycji ciała przed osobą dominującą, ale odbywało się to w zupełnie różny sposób. Od tego 

czasu  sytuacja  zasadniczo  nie  zmieniła  się,  z  tym  tylko,  że  zakres  tych  zachowań  uległ 

ograniczeniu. Zamaszysty i skomplikowany ukłon czasów Restauracji zastąpił dużo prostszy i 

sztywniejszy  ukłon  wiktoriański,  a  dworskie  dyganie  zredukowało  się  do  zwykłego 

pojedynczego dygnięcia. Obecnie kobiety rzadko już wykonują dworskie dyganie, wyjąwszy 

uroczystości  z  udziałem  wielkich  władców  lub  monarchów,  a  mężczyźni,  jeśli  w  ogóle  się 

kłaniają, najczęściej ograniczają się do pochylenia głowy.  

Jedyny  wyjątek  od  tej  zasady  przetrwał  w  teatrze,  gdzie  po  zakończeniu  widowiska 

wykonawcy cofają się często o kilka wieków i demonstrują głębokie ukłony i skomplikowane 

dworskie dygania. Spotykamy się tu czasem z ciekawą, zupełnie nową modą: kobiety kłaniają 

się głęboko w pas, tak samo jak mężczyźni. Wygląda na to, że ten powrót do równości płci w 

akcie  poddaństwa  jest  odzwierciedleniem  nowego  kierunku,  jakim  jest  zrównanie  płci  we 

wszystkich  innych  dziedzinach;  jeśli  tak,  to  mężczyźni  mogą  i  tak  podkreślać  swoją 

przewagę,  gdyż  to  kobiety  przyjęły  obyczaj  męski,  a  nie  mężczyźni  wrócili  do 

średniowiecznego  dygania.  Może  jednak  źródło  ukłonów  wykonywanych  przez  aktorki  jest 

zupełnie inne, nie ma związku z maskulinizacją współczesnej kobiety w naszej kulturze. Być 

może  ma  swoje  początki  we  wczesnych  okresach  aktorstwa,  kiedy  to  wszyscy  aktorzy  byli 

płci  męskiej,  a  połowa  mężczyzn  była  sfeminizowana,  by  móc  grać  role  żeńskie.  Może 

współczesna  aktorka,  kłaniając  się,  nawiązuje  do  tradycji,  naśladuje  swoich  poprzedników, 

którzy byli męskimi  transwestytami.  Dopuszczając taką możliwość, uważam  to  wyjaśnienie 

za  mniej  przekonujące  niż  to,  że  kobieta  robi  to  w  poczuciu,  iż  w  ten  sposób  dołącza  do 

mężczyzn.  

Całe  to  kłanianie  się  i  szuranie  nogami  składające  się  na  dawniejsze  powitania  dziś 

niemal powszechnie zastąpił daleko bardziej bezpośredni, prosty uścisk dłoni. Nie wymaga on 

już  żadnego  pochylania  czy  zginania  ciała.  Witamy  się  w  pozycji  wyprostowanej  i  w  ten 

sposób  pokazujemy,  jak  daleko  odeszliśmy  od  płaszczenia  się  i  służalczości.  Obecnie 

wszyscy  ludzie  nie  tylko  "rodzą  się  równi",  ale  też  pozostają  tacy,  przynajmniej  w  akcie 

witania się osób dorosłych.  

background image

Omówiłem obszernie te formalne aspekty powitań, mimo że aż do etapu uścisku dłoni 

same  w  sobie  nie  stanowią  one  przejawów  intymności  wyrażanej  w  kontaktach  cielesnych. 

Dygresja  ta  była  jednak  potrzebna,  gdyż  powitania  są  ważne  w  związku  z  pocałunkiem 

wyrażającym  szacunek.  Stwierdziłem  na  początku,  że  w  czasach  starożytnych  ludzie  równi 

sobie całowali się w policzek, to znaczy na tej samej wysokości, jeśli brać pod uwagę budowę 

ciała.  Jednak  nie  do  pomyślenia  było,  by  osoba  podporządkowana  całowała  w  ten  sposób 

swojego zwierzchnika. Jeśli trzeba było okazać przyjaźń przez dotknięcie wargami, należało 

to wykonać na niższym poziomie, stosownym do poziomu swojej podrzędności. Dla najniżej 

podporządkowanych  oznaczało  to  pocałowanie  osoby  dominującej  w  stopę.  Dla  nędznego 

jeńca nawet  to  było  zbyt zaszczytne, toteż musiał  on całować ziemię w  pobliżu buta osoby 

dominującej. W dzisiejszych czasach takie zachowania są rzadkością, bowiem władcy nie są 

już  tym,  czym  byli  dawniej,  ale  nawet  dziś  na  przykład  władca  Etiopii  może  zostać  w  ten 

sposób publicznie uhonorowany przez jednego ze swoich poddanych. Takie wciąż istniejące 

wyrażenia  jak  "zmiatać  proch  sprzed  czyichś  stóp"  czy  "lizać  buty"  są  echem  dawnych 

upokorzeń.  

Osobom nieco wyższej kondycji społecznej pozwalano całować kraj szaty lub kolano 

osoby  dominującej.  Na  przykład  biskupowi  wolno  było  całować  w  kolano  papieża,  ale 

zwykły śmiertelnik musiał się zadowolić całowaniem krzyża wyhaftowanego na jego prawym 

bucie.  

Posuwając  się  ku  górze,  dochodzimy  do  całowania  ręki.  Takim  pocałunkiem 

obdarzano  wielu  dominujących  mężczyzn,  ale  obecnie,  wyłączając  hierarchów  kościelnych, 

rezerwujemy  go  dla  wyrażenia  szacunku  damom,  a  i  to  tylko  w  niektórych  krajach  i  w 

niektórych sytuacjach.  

Istniały więc cztery miejsca na ludzkim ciele, które, że się tak wyrażę, miały licencję 

na nieseksualne pocałunki: policzek -dla wyrażenia życzliwej równości; ręka -dla wyrażenia 

głębokiego  szacunku;  kolano  -dla  wyrażenia  pokornego  poddania;  i  stopa  -dla  wyrażenia 

uniżoności  i  służalczości.  Dotykanie  wargami  było  zawsze  takie  samo,  ale  im  niższy  był 

punkt  ich  przyłożenia,  tym  niższy  wyrażało  ono  status  w  stosunku  do  osoby  całowanej. 

Pomimo  całej  pompy  i  rytualizmu  takiego  całowania  zachowanie  to  niewiele  odbiegało  od 

sekwencji  typowo  zwierzęcych  póz  uspokajających.  Gdy  pominie  się  szczegóły 

charakterystyczne dla poszczególnych odmian kulturowych i spojrzy się na tę czynność jako 

na  całość,  nawet  najbardziej  dworskie  wzorce  zachowania  się  ludzi  zdumiewająco 

przypominają wzorce zachowań zwierzęcych, które obserwujemy wokół siebie.  

background image

Wymieniłem przedtem wiele współczesnych form całowania, wśród których kilka, jak 

się może wydawać, pominąłem w szczegółowych wyjaśnieniach, na przykład całowanie kości 

do  gry  przed  ich  rzuceniem,  całowanie  maskotki,  czy  też  całowanie  skaleczonego  palca,  by 

się zagoił. Te i wszelkie inne podobne czynności, zasadniczo mając sprowadzać szczęście, są 

spokrewnione  z  pocałunkiem  szacunku,  który  właśnie  tu  opisuję.  Boga,  który  jak  nikt 

dominuje  nad  nami  wszystkimi,  pocałować  nie  można  i  dlatego  wiernym  muszą  wystarczać 

Jego  symbole,  a  więc  krzyże,  Biblie  i  inne  podobne  przedmioty.  Ponieważ  ich  całowanie 

symbolizuje całowanie Boga, czynność ta przynosi szczęście po prostu dlatego, że uśmierza 

Jego  gniew.  Dlatego  też  każdą  szczęśliwą  maskotkę  traktuje  się  jako  relikwię.  Być  może 

dziwna wydaje się myśl, że hazardzista w Las Vegas, chuchając na kości, całuje Boga, ale w 

istocie to  właśnie robi. Także trzymając kciuki na szczęście, nie czyni  nic innego niż pełen 

czci znak krzyża, aby powstrzymać gniew boży. Gdy żegnając się całujemy własne ręce lub 

gdy  zdmuchujemy  z  dłoni  pocałunek,  przesyłając  go  odjeżdżającym,  wykonujemy  jeszcze 

inną starodawną czynność, gdyż w dawniejszych czasach całowanie własnej ręki było oznaką 

większej służalczości niż całowanie ręki osoby dominującej. Całowanie własnej ręki w porcie 

lotniczym  jest  jedyną  pozostałością  tego  zwyczaju,  mimo  że  obecnie  wykonujemy  ten  gest 

raczej ze względu na oddalenie, a nie ze względu na służalczość.  

Uścisk  dłoni.  Pożegnalnym  pocałunkiem  zamykamy  rejestr  różnych  postaci  objęcia 

fragmentarycznego  wraz  ze  wszystkimi  jego  zawiłościami  i  przechodzimy  do  ostatniego 

rodzaju  kontaktów  cielesnych  między  dorosłymi,  czyli  do  uścisku  dłoni.  Jest  on  na  tyle 

ważny,  że  zasługuje  na  szczegółowe  zbadanie.  Wspomniałem  już,  że  wszedł  on  w 

powszechne  użycie  dopiero  około  stu  pięćdziesięciu  lat  temu,  ale  będące  jego  prekursorem 

splecenie  rąk  znamy  już  z  dużo  wcześniejszych  czasów.  W  starożytnym  Rzymie  wyrażało 

ono uroczyste przyrzeczenie i przez blisko dwa tysiące lat to właśnie było jego najważniejszą 

funkcją.  Na  przykład  w  średniowieczu  mężczyzna  klękając  splatał  ręce  ze  swoim 

zwierzchnikiem  i  w  ten  sposób  ślubował  mu  wierność.  Wzmianki  o  towarzyszącym  temu 

potrząsaniu  splecionych  dłoni  pochodzą  już  z  szesnastego  wieku.  Zwrot  "potrząsnęli 

złączonymi dłońmi i przysięgli sobie braterstwo" pojawia się w sztuce Szekspira Jak wam się 

podoba, gdzie gest ten wyraża przypieczętowanie zgody. 

Na  początku  dziewiętnastego  wieku  sytuacja  uległa  zmianie.  Chociaż  uścisk  i 

potrząśnięcie dłoni wciąż stosowano po złożeniu przyrzeczenia lub zawarciu umowy jako akt 

przypieczętowania, po raz pierwszy zaczęto stosować tę czynność również podczas zwykłych 

pozdrowień.  Stało  się  to  za  sprawą  rewolucji  przemysłowej  i  szerokiej  ekspansji  klas 

średnich,  pogłębiającej  jeszcze  przepaść  między  arystokracją  a  chłopstwem.  Ci  nowi 

background image

pośrednicy prowadzący interesy handlowe i zawodowe nieustannie "dokonywali transakcji" i 

"zawierali  umowy",  które  przypieczętowywali  niezbędnymi  uściskami  dłoni.  Transakcje  i 

handel  stawały  się  nowym  stylem  życia,  a  ten  rodzaj  aktywności  zaczął  coraz  bardziej 

wpływać na stosunki społeczne. W ten sposób uścisk dłoni towarzyszący zawieraniu umowy 

wtargnął  również  do  sytuacji  towarzyskich.  Jego  formuła:  "oferuję  ci  wymianę  życzliwych 

pozdrowień",  uwiarygodniała  handel  wymienny.  Z  czasem  uścisk  dłoni  wyparł  inne  formy 

pozdrowień,  aż  wreszcie  w  czasach  dzisiejszych  wszedł  w  powszechne  użycie  jako 

podstawowy  gest  powitalny  wykonywany  nie  tylko  przy  spotkaniu  osób  równych  sobie,  ale 

także  w  kontaktach  osób  podległych  ze  swoimi  zwierzchnikami.  Podczas  gdy  dawniej 

mieliśmy  do  dyspozycji  szeroki  zakres  możliwości  właściwych  dla  różnych  sytuacji 

towarzysko-społecznych, dziś mamy tylko tę jedną. Prezydent wykonuje ten sam gest wobec 

farmera,  który  farmer  wykonuje  wobec  prezydenta,  a  więc  obaj  z  uśmiechem  na  twarzy 

wyciągają  ku  sobie  ręce,  obejmują  je  i  potrząsają  nimi.  Co  więcej,  gdy  jakiś  prezydent 

spotyka się z innym prezydentem albo gdy farmer spotyka się z innym farmerem, zachowują 

się  oni  dokładnie  tak  samo.  W  kategoriach  intymności  cielesnej  czasy  na  pewno  uległy 

zmianie. O ile jednak wszechobecny uścisk dłoni w pewnym względzie uprościł sprawy, to w 

innym względzie je skomplikował. Wiemy, co należy robić, ale nie wiemy dokładnie kiedy. 

Kto wyciąga rękę do kogo?  

Współczesne  podręczniki  dobrego  wychowania  pełne  są  sprzecznych  porad,  co 

wyraźnie wskazuje na istnienie wielkiego zamieszania w tej kwestii. Jeden z nich utrzymuje, 

że mężczyzna nigdy pierwszy nie wyciąga ręki do kobiety, gdy tymczasem inny informuje, że 

w  wielu  miejscach  świata  właśnie  mężczyzna  ma  wykazać  inicjatywę.  Jeden  podręcznik 

mówi, że młody nigdy nie powinien wyciągać ręki do starszego, a inny radzi, że jeśli mamy 

jakiekolwiek wątpliwości, powinniśmy wyciągnąć rękę, by nie zranić czyichś uczuć. Jeden z 

autorytetów obstaje przy tym, że podając rękę kobieta powinna wstać, inny zaś -że powinna 

pozostać w pozycji siedzącej. Dalsze komplikacje zależą od tego, czy jesteśmy gospodarzami 

czy gośćmi, gdyż gospodarze płci męskiej wyciągają rękę do gości płci żeńskiej, ale goście 

płci męskiej czekają na wyciągnięcie ręki przez gospodynię. Istnieją też różnice w zasadach 

odnoszących  się  do  biznesu  i  do  życia  towarzyskiego.  Jeden  z  podręczników  posuwa  się 

jednak do twierdzenia, że "w kwestii podawania ręki do uścisku nie istnieją żadne reguły", ale 

należy  to  chyba  uznać  za  krzyk  rozpaczy  w  sytuacji,  gdy  tak  naprawdę  reguł  tych  jest 

stanowczo zbyt dużo.  

Jak  więc  widać,  w  tej  pozornie  prostej  czynności,  jaką  jest  uścisk  dłoni,  kryje  się 

pewna komplikacja i jeśli chcemy zrozumieć, skąd wzięło się całe to zamieszanie, musimy tę 

background image

komplikację rozwikłać. Aby tego dokonać, musimy spojrzeć na źródła tej czynności. Cofając 

się  aż  do  naszych  krewniaków  w  świecie  zwierząt  zauważymy,  że  podporządkowany 

szympans  często  łagodzi  agresję  osobnika  dominującego  wyciągając  ku  niemu  bezwładną 

rękę,  gestem  jakby  żebraczym.  Gdy  czynność  ta  zostanie  odwzajemniona,  oba  zwierzęta 

przez  chwilę  stykają  się  dłońmi,  co  bardzo  przypomina  krótki  uścisk  dłoni.  Ten  wstępny 

sygnał przekazuje następującą treść: "Widzisz, jestem tylko nieszkodliwym żebrakiem, który 

nie  odważy  się  ciebie  zaatakować",  odpowiedź  zaś  oznacza:  "Ja  też  ciebie  nie  zaatakuję". 

Między równymi sobie, jako gest życzliwości, oznacza to po prostu: "Nie zrobię ci krzywdy, 

jestem  twoim  przyjacielem".  Tak  więc  u  szympansów  wyciągnięcie  ręki  może  zainicjować 

osobnik  podporządkowany  w  stosunku  do  osobnika  dominującego,  i  jest  to  wówczas  gest 

uległości,  albo  osobnik  dominujący  w  stosunku  do  osobnika  podporządkowanego,  i  jest  to 

gest  uspokajający,  albo  wreszcie  może  on  być  wykonany  przez  równych  sobie  jako  akt 

przyjaźni.  Tak  czy  inaczej,  w  tym  kształcie  jest  to  zasadniczo  gest  łagodzenia  agresji,  a  w 

kategoriach  współczesnych  podręczników  dobrego  wychowania  należałoby  go  raczej 

przypisać  sytuacjom,  w  których  osobnik  podporządkowany  jako  pierwszy  wyciąga  rękę  do 

osobnika dominującego.  

Przechodząc teraz do starodawnego ściskania się za ręce, musimy się mu przyjrzeć w 

podobnym świetle. Mówiąc konkretnie, wyciągnięcie otwartej dłoni miało pokazać, że nie ma 

w  niej  broni,  co  wyjaśnia  też,  dlaczego  wyciągamy  prawą  rękę,  czyli  tę,  w  której  zwykle 

trzyma  się  broń.  Takie  pokazywanie  ręki  słabszego  silniejszemu  mogło  być  znakiem 

poddania, albo silniejszego słabszemu -gestem uspokajającym, jak wśród szympansów. Stając 

się  silnym,  wzajemnym  uściskiem  dłoni,  gest  ten  zamienił  się  w  energiczną  czynność 

znamionującą  zawarcie  paktu  wzajemnej  akceptacji,  przynajmniej  na  pewien  czas,  między 

dwiema równymi sobie osobami. Jednak w swojej istocie jest to wciąż akt, w którym żaden z 

dwóch uczestników nie utwierdza się w swojej dominacji, lecz każdy, niezależnie od swego 

względnego statusu, demonstruje, że jest chwilowo nieszkodliwy.  

Jest to jedno z możliwych źródeł współczesnego uścisku dłoni, ale jest też inne, które 

zaciemnia  ten  obraz.  Jedną  z  ważnych  czynności  wykonywanych  przez  mężczyznę  przy 

powitaniu kobiety było całowanie w rękę. Czyniąc to, mężczyzna przed złożeniem pocałunku 

ujmował  w  swoją  rękę  wyciągniętą  w  jego  kierunku  dłoń  kobiety.  Gdy  czynność  ta  uległa 

stylizacji, intensywność jej głównego elementu, czyli pocałunku, osłabła do tego stopnia, że 

usta  mężczyzny  zbliżały  się  do  zewnętrznej  strony  dłoni  kobiety  i  nie  dotykając  jej, 

wykonywały  pocałunek  w  powietrzu.  Ulegając  dalszemu  skonwencjonalizowaniu,  czynność 

ta  ograniczała  się  niekiedy  jedynie  do  ujęcia  i  uniesienia  kobiecej  dłoni  z  lekkim  skłonem 

background image

głowy w jej kierunku. W tej zmodyfikowanej formie jest to ni mniej, ni  więcej tylko lekkie 

potrząśnięcie dłoni. Jeden z autorów widzi w tym jedyne źródło współczesnego uścisku dłoni: 

"Wydaje się, że uścisk dłoni jako kontakt powitalny jest późniejszą pochodną »pocałunku w 

twarz«,  przy  czym  ogniwem  pośrednim  był  »pocałunek  w  rękę«".  W  tym  świetle 

wyciągnięcie  ręki  byłoby  aktem  zdecydowanej  dominacji  nad  podwładnym  i  jako  takie 

zasadniczo różniłoby się od uścisku dłoni wyrażającego układ zawarty między mężczyznami.  

Tymczasem  słuszna  jest  chyba  zarówno  teoria  splatania  rąk  jak  teoria  całowania  w 

rękę  i  owo  podwójne  pochodzenie  jest  powodem  całego  zamieszania  panującego  we 

współczesnych  podręcznikach  dobrego  wychowania.  Sedno  sprawy  tkwi  w  tym,  że  w 

dzisiejszych czasach istnieje wiele okoliczności, w których podajemy sobie ręce. Robimy to 

na  powitanie,  na  pożegnanie,  zawierając  układ,  dobijając  targu,  gratulując,  przyjmując 

wyzwanie,  wyrażając  podziękowanie,  wyrażając  współczucie,  godząc  się  po  sprzeczce  i 

życząc  szczęścia.  Występują  tu  dwa  elementy.  W  niektórych  okolicznościach  uścisk  dłoni 

symbolizuje  więź  między  przyjaciółmi,  a  w  innych  tylko  to,  że  jesteśmy  przyjaźnie 

nastawieni  w  danej  chwili.  Gdy  wymieniam  uścisk  dłoni  z  człowiekiem,  którego  właśnie 

poznałem,  jest  to  tylko  grzeczność  i  nie  mówi  nic  o  naszych  przeszłych  czy  przyszłych 

wzajemnych stosunkach.  

Inaczej  mówiąc,  można  stwierdzić,  że  współczesny  uścisk  dłoni  jest  aktem 

podwójnym, który udaje akt pojedynczy. "Układowy uścisk dłoni" i "powitalny uścisk dłoni" 

mają inne pochodzenie i inne funkcje, ale ponieważ osiągnęły wspólną formę, myślimy o nich 

po prostu jako o "przyjacielskim uścisku dłoni". Stąd wywodzi się całe zamieszanie. Problem 

ten  nie  istniał  aż  do  wczesnych  czasów  wiktoriańskich.  Wówczas  praktykowano  tylko 

układowy uścisk dłoni między mężczyznami, który mówił: "załatwione!", i całowanie kobiety 

w  rękę,  które  mówiło:  "spotkanie  z  panią  jest  dla  mnie  zaszczytem".  Ale  gdy  w  epoce 

wiktoriańskiej  interesy  zaczęły  się  coraz  silniej  splatać  z  życiem  towarzyskim,  obie  te 

czynności stopiły się w jedno i pomieszały ze sobą. Energiczny układowy uścisk dłoni uległ 

zwiotczeniu  i  osłabieniu,  a  delikatne  ujmowanie  kobiecej  dłoni  przy  przelotnym  pocałunku 

uległo wzmocnieniu.  

Obecnie  akceptujemy  ten  stan  rzeczy  bez  zastrzeżeń,  ale  w  dziewiętnastowiecznej 

Francji  spotykało  się  to  z  pewnym  oporem.  Powitalny  uścisk  dłoni  określano  tam  jako 

"amerykańskie  potrząsanie  ręką",  i  patrzono  na  nie  złym  okiem,  gdy  praktykowali  je 

mężczyźni odwiedzający niezamężne  

Francuzki. Powodem był nie tyle związany z tym kontakt cielesny, co po prostu fakt, 

że  Francuzi  wciąż  interpretowali  uścisk  dłoni  zgodnie  z  jego  wcześniejszą  typowo  męską 

background image

funkcją. Odwiedzający mężczyźni byli wówczas postrzegani jako osoby "zawierające układ" i 

nawiązujące przyjazne stosunki ze świeżo poznanymi młodymi dziewczętami, co uważano za 

wysoce niewłaściwe. Oczywiście odwiedzający Francję cudzoziemcy uważali, że jest to tylko 

forma grzecznego powitania.  

Tutaj  wracamy  znów  do  zamętu  i  nieporozumień  panujących  w  podręcznikach  bon 

tonu. Największym problemem jest to, kto komu pierwszy podaje rękę. Czy za obrazę można 

uznać to,  że ktoś  pierwszy nie wyciągnął  ręki  na powitanie, bo może to świadczyć o braku 

przyjaznego  nastawienia,  czy  też  to,  że  ktoś  pierwszy  wyciągnął  rękę,  bo  może  to  być 

poczytane  za  domaganie  się  zmodyfikowanego  pocałunku  w  rękę?  Staranne  obserwacje 

różnych  sytuacji  towarzyskich  dowodzą,  że  zdezorientowane  osoby  witające  się  rozwiązują 

ten  problem  na  podstawie  pewnych  dyskretnych  wskazówek.  Szukają  u  drugiej  osoby 

najlżejszych  oznak  ruchu  intencjonalnego  uniesienia  ręki  i  starają  się  nadać  kontaktowi 

charakter gestu jednoczesnego. Do tego zamieszania przyczynia się też fakt, że przy innych 

pozdrowieniach  okazanie  szacunku  wymaga,  aby  osoba  podporządkowana  działała  jako 

pierwsza.  Szeregowy  salutuje  oficerowi,  zanim  ten  odwzajemni  salut  szeregowemu.  W 

dawnych  czasach  osoba  młodsza  wiekiem  pierwsza  kłaniała  się  osobie  starszej.  Ale 

pocałunek w rękę rządził się innymi prawami -dama musiała wyciągnąć rękę jako pierwsza. 

Żaden szanujący się mężczyzna nie chwytałby jej za rękę, nie czekając na sygnał z jej strony. 

Ponieważ  pocałunek  w  rękę  leży  u  źródła  powitań  polegających  na  podawaniu  ręki, 

zazwyczaj  stosuje  się  tę  właśnie  zasadę.  Mężczyzna  czeka,  aż  kobieta  poda  mu  rękę  do 

uścisku, tak jakby wyciągała ją do pocałunku. Teraz jednak, gdy całowanie w rękę wyszło już 

z  mody,  to  że  mężczyzna  nie  wyciąga  ręki  jako  pierwszy,  może  też  znaczyć,  że  on  jest 

oficerem,  a  ona  szeregowym,  i  że  to  ona  musi  wykonać  pierwszy  ruch  salutowania,  czyli 

powitania.  Stąd  biorą  się  te  wszystkie  upominania  i  narzekania  speców  od  dobrych 

obyczajów.  

Drugie źródło pochodzenia uścisku dłoni, czyli zawieranie układów, jeszcze bardziej 

zaciemnia sytuację. Tu zazwyczaj jako pierwszy podaje rękę mężczyzna słabszy, aby okazać 

silniejszemu  swoją gorliwość. Podczas zawodów sportowych zwykle przegrany podaje rękę 

zwycięzcy, aby zamanifestować, że mimo porażki, potwierdza przyjazne związki. Dlatego też 

gdy młody biznesmen wyciąga na powitanie rękę do starszego kolegi, może to być poczytane 

bądź  za  zuchwałość  ("możesz  pocałować  mnie  w  rękę"),  bądź  jako  gest  pokory  ("jesteś 

zwycięzcą").  I  znów,  jak  w  sytuacjach  towarzyskich,  problem  można  rozstrzygnąć, 

obserwując  drobne  oznaki  ruchów  intencjonalnych  i  starając  się  zaaranżować  działanie 

jednoczesne.  

background image

Zważywszy  na  skomplikowaną  przeszłość  i  poplątaną  teraźniejszość  tego  obyczaju, 

można by się spodziewać, że w coraz mniej sformalizowanym świecie współczesnym uścisk 

dłoni jest w zaniku, i w niektórych kontekstach, jak się zdaje, tak jest. Powitania towarzyskie 

stają się coraz bardziej werbalne. Gdzieś w połowie naszego wieku specjaliści od grzeczności 

orzekli,  że  "w  Wielkiej  Brytanii  zwyczaj  wymieniania  uścisku  dłoni  przez  poznające  się 

osoby  ulega  zanikowi".  Dużo  częściej  jednak  uścisk  dłoni  wymieniają  dwaj  mężczyźni  niż 

mężczyzna  i  kobieta  czy  dwie  kobiety.  Według  moich  obserwacji  dwie  trzecie  wszystkich 

uścisków dłoni wymieniają między sobą mężczyźni, a z pozostałej jednej trzeciej trzykrotnie 

więcej przypada na osoby płci przeciwnej niż na same kobiety. Liczby te współgrają z historią 

tego obyczaju, jako że mężczyźni przejęli go jako część składową zawierania układu, a potem 

dodali do tego funkcję powitalną, nadając tej typowo męskiej czynności,  że się tak wyrażę, 

podwójną wartość. Kobiety wymieniające uścisk dłoni z mężczyznami przejęły tę czynność 

jako kontynuację całowania w rękę, ale ponieważ nie uzyskały jeszcze równorzędnej roli w 

biznesie,  rzadko  stosują  układowe  uściski  dłoni.  Kobiety  nigdy  nie  całowały  też  w  rękę 

innych kobiet, dlatego rzadko w ogóle stosują między sobą uściski dłoni w którejkolwiek z 

ich funkcji i są najmniej liczną grupą osób, które to robią.  

Ostatnia uwaga, jaką można sformułować na temat uścisków rąk, może wydawać się 

oczywista,  ale  jednak  jest  ważna.  Chodzi  o  to,  że  ta  forma  kontaktów  cielesnych  nie 

występuje  między  kochankami.  W  większości  krajów  nie  występuje  ona  też  u  par 

małżeńskich.  Gdy  zapytać  żonatego  od,  powiedzmy,  dwunastu  lat  Anglika,  kiedy  ostatnio 

witał się z żoną uściskiem dłoni, w odpowiedzi usłyszymy raczej, że dwanaście lat temu niż 

że dwanaście dni temu. Jest to niewątpliwie najmniej romantyczny ze wszystkich przyjaznych 

kontaktów  cielesnych.  We  wszystkich  omawianych  w  tym  rozdziale  zachowaniach,  od 

pełnego  objęcia  poczynając,  a  na  pocałunku  kończąc,  występuje  silny  element  seksualny. 

Wszystkie  one  wywodzą  się  z  tego  samego  źródła  podstawowego  i  wszystkie  są  częstsze 

między  kochankami  i  u  par  małżeńskich  niż  u  dorosłych  występujących  w  innych  rolach. 

Takie  kontakty  w  relacjach  między  mężczyznami  zazwyczaj  stają  się  możliwe  tylko  w 

specjalnych okolicznościach. W odróżnieniu do nich uścisk dłoni, mający swe korzenie nie w 

czułym  obejmowaniu  się,  lecz  w  typowo  męskim  akcie  zawierania  układu,  nie  wiąże  się  z 

tego  rodzaju  komplikacjami.  Nawet  gdy  w  jego  historii  pojawiło  się  całowanie  w  rękę,  nie 

zmieniło  to  charakteru  zjawiska,  ponieważ  był  to  już  pocałunek  sformalizowany  i 

odseksualizowany,  który  wyrażał  jedynie  szacunek.  Silni  mężczyźni  mogli  więc  potrząsać 

sobie  wzajemnie  ręce,  dopóki  im  nie  zsiniały,  nie  ryzykując,  że  wywołają  jakieś  miłosne 

skojarzenia. Samo potrząsanie w powietrzu splecionymi dłońmi, tak typowe dla tej czynności, 

background image

sprawia,  że  gest  ten  ma  w  sobie  coś  szorstkiego  i  mało  delikatnego,  co  nawet  z  pewnej 

odległości wyraźnie różni go od miłosnego trzymania się za ręce.  

W niniejszym rozdziale przyjrzeliśmy się zachowaniom ludzi dorosłych wobec siebie 

w miejscach publicznych i stwierdziliśmy, w jaki sposób wszechogarniające i nie hamowane 

przejawy intymności okresu niemowlęcego uległy ograniczeniom, zostały poszufladkowane i 

oznakowane.  Można  by  powiedzieć,  że  stało  się  tak  dlatego,  iż  dorośli  potrzebują  więcej 

niezależności działania i większej mobilności niż niemowlęta i że bardziej rozległe kontakty 

cielesne  ograniczyłyby  ich  w  tym  zakresie.  Wyjaśniłoby  to  zredukowanie  ilości  czasu 

przeznaczonego  na  autentyczne  kontakty  cielesne,  ale  nie  zredukowanie  intymności  tych 

kontaktów, które wszak ciągle funkcjonują. Można by powiedzieć, że stało się tak dlatego, iż 

dorośli nie potrzebują tak wielu kontaktów cielesnych; lecz jeśli tak jest, to dlaczego spędzają 

oni tak wiele czasu, oddając się intymności z drugiej ręki, a więc za pośrednictwem książek, 

filmów,  sztuk  i  telewizji,  i  dlaczego  popularne  piosenki  nieustannie  głoszą  potrzebę 

intymności? Można by powiedzieć, że nasza niechęć do dotyku wiąże się ze statusem -że nie 

życzymy  sobie,  aby  dotykały  nas  osoby  stojące  niżej,  a  nie  ośmielamy  się  dotykać  osób 

stojących  wyżej  od  nas;  ale  jeśli  tak,  to  dlaczego  nie  wykazujemy  więcej  intymności  w 

stosunku do równych nam? Można by powiedzieć, że nie chcemy, aby naszą intymność mylić 

z intymnością kochanków, ale jak wyjaśnić to, że sami kochankowie w porównaniu z tym, co 

robią na osobności, na widoku publicznym tak bardzo ograniczają przejawy intymności?  

Wszystkie te wyjaśnienia zawierają odpowiedzi częściowe, które jednak nie składają 

się  na  pełną  odpowiedź.  Jak  się  wydaje,  tym  czynnikiem  jest  silny  efekt  więzi,  jaki  rodzi 

bliski  kontakt  cielesny  w  stosunku  do  tych,  którzy  w  nim  uczestniczą.  Nie  możemy  być 

fizycznie  blisko  siebie,  nie  będąc  "blisko"  pod  względem  emocjonalnym.  W  naszym 

współczesnym  pełnym  pośpiechu  życiu  powstrzymujemy  się  od  takiego  zaangażowania, 

nawet  jeśli  go  potrzebujemy.  Nasze  stosunki  międzyludzkie  są  zbyt  szerokie,  zbyt 

powierzchowne  i  często  zbyt  nieszczere,  abyśmy  mogli  ryzykować  wchodzenie  w 

autentyczne  procesy  intymności  cielesnej  prowadzące  do  tworzenia  więzi.  W  bezlitosnym 

świecie biznesu możemy zapomnieć o dziewczynie, z którą tylko wymieniliśmy uścisk dłoni, 

możemy zdradzić kolegę, któremu tylko położyliśmy rękę na ramieniu; ale co by było, gdyby 

kontakty  cielesne  były  bardziej  intensywne?  Co  by  było,  gdybyśmy  doświadczali  w  nich 

większej  intymności,  nawet  tam,  gdzie  nie  występuje  czynnik  seksualny?  Wówczas  bez 

wątpienia  zobaczylibyśmy,  jak  słabnie  nasza  determinacja,  jak  w  chwilach  wymagających 

twardych  decyzji  zamiera  w  nas  duch  współzawodnictwa.  Jeśli  sami  nie  odważamy  się 

wystawiać  na  takie  niebezpieczeństwa  i  tak  silnie  się  angażować  w  sposób  nie  uznający 

background image

żadnej  logiki,  zapewne  nie  chcemy  też,  aby  inni  nam  o  tym  przypominali  swoim 

ostentacyjnym  zachowaniem  w  miejscach  publicznych.  Młodzi  kochankowie  muszą  tego 

przestrzegać  i  ograniczyć  intymność  do  miejsc  prywatnych,  a  jeśli  nie  zastosują  się  do 

naszych  życzeń,  uczynimy  z  tych  zasad  przedmiot  uregulowań  prawnych.  Sprawimy,  że 

przejawianie  intymności  w  miejscach  publicznych  będzie  uznane  za  przestępstwo.  I  tak 

właśnie  jeszcze  do  dnia  dzisiejszego  w  niektórych  rozwiniętych  i  cywilizowanych  krajach 

publiczne  całowanie  się  pozostaje  czynem  przestępczym.  Czułe  dotykanie  się  uchodzi  za 

niemoralne  i  nielegalne.  Subtelne  przejawy  intymności  prawnie  zrównane  są  z  kradzieżą. 

Należy się więc z tym kryć, żeby przypadkiem inni nie zobaczyli, co tracą!  

Mówi  się  niekiedy,  że  gdyby  tylko  wszyscy  zaciekli  obrońcy  moralności  publicznej 

objęli się z miłością, pogłaskali po twarzach i ucałowali w policzki, mogliby nagle poczuć, że 

czas  iść  do  domu  i  pozwolić  reszcie  społeczeństwa  kultywować  miłość  i  przyjaźń  bez 

narażania  się  na  wściekłą  zazdrość.  Ale  nie  ma  sensu  traktować  ich  z  pogardą,  bowiem 

społeczeństwo samo szyje sobie kaftan bezpieczeństwa. Rojne zoo, w którym żyjemy, nie jest 

idealną oprawą dla przejawów intymności. Cierpi ono na "zanieczyszczenie demograficzne". 

Wpadamy na siebie i przepraszamy się wzajemnie, zamiast wyciągnąć do siebie ręce i zacząć 

się dotykać; zderzamy się czołowo i klniemy, zamiast ze śmiechem wpaść sobie w objęcia. 

Wokół są tylko ludzie obcy, więc musimy się powstrzymywać. Wydaje się, że nie ma innej 

możliwości.  Możemy  sobie  to  zrekompensować  jedynie  zwiększając  liczbę  przejawów 

intymności  prywatnej,  ale  często  i  tego  nie  robimy.  Postępujemy  tak,  jakbyśmy  naszą 

powściągliwość zachowania w miejscach publicznych przenosili na łono rodziny. Dla wielu 

ludzi rozwiązaniem jest oddawanie się intymności z drugiej ręki i dlatego spędzają oni całe 

godziny,  gorliwie  oglądając  namiętne  dotyki  i  uściski  zawodowców,  ukazujących  się  na 

ekranach  telewizyjnych  i  kinowych,  słuchając  nie  kończących  się  słów  o  miłości  w 

piosenkach lub czytając o niej w powieściach i czasopismach. Niektórzy korzystają z innych, 

bardziej  zamaskowanych  możliwości,  o  czym  przekonamy  się  na  następnych  stronach  tej 

książki. 

background image

5. INTYMNOŚĆ WYSPECJALIZOWANA 

 

Badając  zachowania  niemowląt  i  kochanków,  przekonujemy  się,  że  stopień 

intymności fizycznej między dwoma zwierzętami ludzkimi jest proporcjonalny do stopnia ich 

wzajemnego  zaufania.  Przeludnienie,  będące  cechą  współczesnego  życia,  sprawia,  że 

jesteśmy otoczeni przez ludzi obcych, którym nie ufamy w pełni, i dlatego tak bardzo staramy 

się zachować wobec nich dystans. Świadczą o tym wyszukane sposoby unikania innych, jakie 

można  zaobserwować  na  każdej  ruchliwej  ulicy.  Ale  szaleńcze  tempo  miejskiego  życia 

wywołuje  stres,  a  stres  rodzi  niepokój  i  poczucie  niepewności.  Intymność  łagodzi  takie 

uczucia,  i  stąd,  paradoksalnie,  im  bardziej  jesteśmy  zmuszani  do  trzymania  się  z  dala  od 

siebie, tym bardziej odczuwamy potrzebę kontaktów cielesnych. Jeśli ci, których kochamy, są 

dostatecznie kochający, wówczas zasób intymności, którą nas obdarzają, jest wystarczający i 

możemy  wyjść  na  zewnątrz  stawiając  czoło  światu  z  odpowiedniej  odległości.  Ale 

przypuśćmy,  że  jest  inaczej;  przypuśćmy,  że  nie  udało  się  nam  jako  osobom  dorosłym 

utworzyć  ścisłych  związków  z  przyjaciółmi  czy  kochankami  i  że  nie  mamy  dzieci;  co 

wówczas robimy? Albo przypuśćmy, że udało nam się skutecznie zawrzeć takie związki, ale 

uległy  one  rozbiciu  albo  też  usztywniły  się,  zobojętniały  i  spowodowały  oddalenie,  a 

"miłosne"  obejmowanie  się  i  pocałunki  zamieniły  się  w  sformalizowany  i  publicznie 

wykonywany uścisk dłoni. Co wtedy? Wiele osób narzeka na taką sytuację, ale jakoś ją znosi. 

Istnieją jednak pewne rozwiązania, a jednym z nich jest zatrudnienie zawodowych dotykaczy, 

aby  ci  w  pewnym  stopniu  zrekompensowali  nam  niedostatki  dotykaczy  amatorskich,  którzy 

nie potrafią dostarczyć nam odpowiedniej dawki intymności cielesnej.  

Kim są owi zawodowi dotykacze? Otóż mogą to być dosłownie jacykolwiek obcy lub 

niemal  obcy  nam  ludzie,  którzy  pod  pretekstem  świadczenia  nam  jakiegoś  rodzaju  usług 

specjalistycznych muszą dotykać naszego ciała. Pretekst jest konieczny, gdyż oczywiście nie 

chcemy przyznać, że w poczuciu niepewności mamy potrzebę, aby wejść w kojący kontakt z 

ciałem innego człowieka. Byłoby to oznaką słabości, niedojrzałości i regresu; godziłoby to w 

nasz  wizerunek  samych  siebie  jako  ludzi  niezależnych  i  dojrzałych,  którzy  potrafią  sobą 

kierować.  Dlatego  też  naszą  porcję  intymności  musimy  otrzymać  w  jakiejś  zamaskowanej 

formie.  

Jedną  z  najpopularniejszych  i  najbardziej  rozpowszechnionych  metod  jest 

zafundowanie  sobie  jakiejś  choroby.  Oczywiście  nic  poważnego,  ot  jakieś  łagodne 

schorzenie,  które  pobudzi  inne  osoby  do  wykonania  kojących  czynności  o  pewnej  dozie 

background image

intymności.  Większość  ludzi  sądzi,  że  niewielka  dolegliwość,  jakiej  stali  się  ofiarą,  jest 

spowodowana  tym,  iż  mieli  nieszczęście  przypadkowo  zetknąć  się  z  jakimś  nieprzyjaznym 

wirusem,  bakterią  czy  jakimś  innym  pasożytem.  Gdy  na  przykład  kogoś  powali  atak 

paskudnej  grypy,  sądzi  on,  że  to  samo  powinno  się  przytrafić  każdemu,  kto  właśnie 

dokonywał  zakupów  w  ruchliwym  sklepie  czy  podróżował  stojąc  w  zatłoczonym  autobusie 

albo  też przeciskał się przez tłum  ludzi  na jakimś przyjęciu,  gdzie nieustannie słychać było 

kasłanie  i  kichanie,  rozsiewające  chorobotwórcze  bakterie.  Fakty  nie  potwierdzają  jednak 

słuszności takiego poglądu. Wiele osób w podobny sposób wystawionych na zarażenie nawet 

podczas największego nasilenia epidemii grypy nie zapada na tę chorobę. Jak to się dzieje, że 

udaje  się  im  uniknąć  infekcji?  Dlaczego  zwłaszcza  osobom  pracującym  w  lecznictwie  tak 

znakomicie udaje się zachować dobry stan zdrowia? Są oni przecież codziennie, bardziej niż 

ktokolwiek inny, i to nieustannie, masowo wystawieni na możliwość zarażenia się, a jednak 

chorują chyba nieproporcjonalnie rzadko.  

Pomniejsze dolegliwości nie są więc, jak się zdaje, kwestią nieszczęśliwego trafu. We 

współczesnym  mieście  wszędzie  czyhają  na  nas  złośliwe  mikroby.  Niemal  codziennie  i 

prawie  wszędzie,  chodząc  i  oddychając,  stykamy  się  z  nimi  w  ilości  wystarczającej  do 

wywołania w nas jakiegoś rodzaju infekcji. Jeśli udaje nam się nie ulec im, to nie dlatego, że 

zdołaliśmy  uniknąć  zarazków,  lecz  dlatego,  że  nasze  ciało  jest  wyposażone  w  bardzo 

skuteczny system obronny, pozwalający nam każdego tygodnia unicestwić całe ich zastępy. 

Jeśli  się  im  poddajemy,  to  nie  dlatego,  że  przypadkowo  zostaliśmy  wystawieni  na  ich 

działanie, lecz dlatego, że z jakichś przyczyn uległa osłabieniu obronność naszego organizmu. 

Jednym  z  powodów  takiego  stanu  rzeczy  (poza  przesadnym  przestrzeganiem  higieny 

osobistej!)  jest  uleganie  nadmiernym  stresom  i  napięciom  wynikającym  z  życia  w  wielkim 

mieście. Taki stan osłabienia wydaje nas na pastwę nieprzyjaznych drobnoustrojów, które w 

licznych  odmianach  i  w  wielkich  ilościach  zamieszkują  nasze  środowisko.  Na  szczęście 

choroba  leczy  się  sama,  gdyż  kładąc  nas  do  łóżka,  dostarcza  nam  tych  właśnie  wygód, 

których nam przedtem brakowało. Można to określić jako zespół "niemowlęctwa w proszku".  

"Kiepsko" czujący się mężczyzna przybiera wygląd człowieka słabego i bezbronnego 

i  zaczyna  wysyłać  żonie  silnie  działające  sygnały  pseudoniemowlęce.  Ona  zaś  odpowiada 

odruchowo  "rodzicielstwem  w  proszku"  i  zaczyna  mu  matkować,  otulając  go  w  łóżku 

(kołysce) oraz podając mu gorący bulion i lekarstwa (papki dla niemowląt). Jej głos staje się 

miękki (matczyne gruchanie), a ona krząta się koło niego, kładzie mu rękę na czole i obdarza 

go różnymi innymi przejawami intymności, których mu brakowało przedtem, gdy był zdrowy 

i  silny,  a  których  wówczas  tak  samo  potrzebował.  Lecznicze  działanie  tych  kojących 

background image

czynności  czyni  cuda  i  wkrótce  mężczyzna  wraca  do  zwykłej  aktywności,  stawiając  czoło 

nieprzyjaznemu światu zewnętrznemu.  

Ten opis nie insynuuje żadnego symulanctwa. Dla pacjenta liczy się przede wszystkim 

to, że jest naprawdę, w sposób widoczny, chory i może pobudzić inną osobę do okazania tak 

mu  potrzebnej  pseudomacierzyńskiej  troski.  Tym  tłumaczy  się  częste  występowanie  bardzo 

osłabiających,  ale  stosunkowo  łagodnie  przebiegających  schorzeń  wywołanych  czynnikami 

emocjonalnymi. Ważne jest nie tylko to, że się jest chorym, ale też to, że inni to widzą.  

Ktoś  może  uznać,  że  jestem  cyniczny,  ale  nie  jest  to  moją  intencją.  Życiowy  stres, 

który rodzi w nas zwiększoną potrzebę pociechy i intymności ze strony naszych najbliższych i 

popycha nas w ciepłe objęcia "dziecinnego łóżeczka", jest cennym mechanizmem społecznym 

i nie należy z niego kpić.  

Mechanizm  ten  jest  w  istocie  tak  pożyteczny,  że  dzięki  niemu  zaczął  się  rozwijać 

jeden  z  najważniejszych  przemysłów.  Mimo  całego  wspaniałego  rozwoju  technicznego 

współczesnej  medycyny  i  tak  zwanego  ujarzmienia  natury  wciąż  zdumiewająco  często 

zapadamy  na  zdrowiu.  Większość  ofiar  choroby  nie  trafia  na  oddziały  szpitalne.  Są 

pacjentami przychodni, klientami aptek lub po prostu leczą się domowymi sposobami. Cierpią 

na  wiele  różnych  pospolitych  schorzeń,  takich  jak  kaszel,  katar,  grypa,  ból  głowy,  alergie, 

bóle  pleców,  angina,  zapalenie  krtani,  bóle  żołądka,  owrzodzenie  dwunastnicy,  biegunka, 

wysypki  i  tym  podobne.  Moda  zmienia  się  z  pokolenia  na  pokolenie  -dawniej  mieliśmy" 

wapory", a dziś mamy" wirusa" -ale zasadniczo lista wciąż pozostaje niezmienna. Biorąc pod 

uwagę  częstość  występowania,  takie  właśnie  przypadki  stanowią  znakomitą  większość 

wszystkich współczesnych chorób.  

Na  przykład  w  Wielkiej  Brytanii,  w  celu  leczenia  drobnych  schorzeń  dokonuje  się 

ponad  500  milionów  zakupów  farmaceutycznych  rocznie,  co  daje  w  przeliczeniu  około 

dziesięciu schorzeń rocznie na głowę ludności. Na produkty te wydaje się rocznie około 100 

milionów funtów. Ponad dwie trzecie tych incydentów chorobowych nie wymaga interwencji 

lekarza.  

Przyczyna  tego  stanu  rzeczy  jest  dość  prosta.  Liczba  ludności  nieustannie  wzrasta, 

przez co nasze wspólnoty stają się coraz bardziej przeludnione i zestresowane. Rosnąca liczba 

ludzi oznacza, że jest coraz więcej pieniędzy na badania naukowe w zakresie medycyny, która 

znajduje  coraz  lepsze  sposoby  leczenia.  Tymczasem  jednak  liczba  ludności  wciąż  rośnie, 

stresy  stają  się  coraz  większe  i  tym  samym  rośnie  podatność  na  choroby.  Wzrasta  więc 

zapotrzebowanie na badania naukowe w zakresie medycyny, i tak dalej, łeb w łeb, w wyścigu 

do wymarzonej, wolnej od chorób przyszłości, która nigdy nie nadejdzie.  

background image

Ale  przypuśćmy  przez  chwilę,  że  jestem  nadmiernym  pesymistą;  przypuśćmy,  że 

dzięki  jakiemuś  cudownemu  wynalazkowi  w  medycynie  zostały  wreszcie  pokonane  i 

wytępione  wszystkie  mikro  by.  Czy  osiągniemy  wówczas  w  końcu  stan,  w  którym 

sponiewierany i emocjonalnie okaleczony mieszkaniec wielkiego miasta nie będzie już mógł 

wygodnie i bezkarnie spocząć na łożu boleści? Szanse na taki cud są bardziej niż odległe, ale 

nawet  gdyby  się  on  wydarzył,  potencjalne  "niemowlę  w  proszku"  ma  kilka  innych 

możliwości, z których już obecnie często korzysta. W braku stosownych wirusów czy bakterii 

można  zawsze  ulec  "załamaniu  nerwowemu".  Pomniejsze  dolegliwości  psychiczne  mają  tę 

zaletę,  że  mogą  się  pojawić  zawsze,  gdy  brakuje  mikrobów.  W  istocie  rzeczy  są  one  tak 

skuteczne,  że  nawet  morderca  może  powołać  się  na  "chwilową  niepoczytalność",  a  tym 

samym usprawiedliwić swoje postępowanie i jako "chwilowe niemowlę" uzyskać złagodzenie 

kary.  Powoływanie  się  na  katar,  który  dokuczał  sprawcy  w  chwili  popełniania  morderstwa, 

jest  mniej  skuteczne,  ale  siła  sprawcza  załamania  nerwowego  jako  sposobu  na  przeżycie  w 

sytuacji krańcowego stresu nie da się zakwestionować. Pewna niedogodność polega na tym, 

że wielu łagodniejszym odmianom schorzeń psychicznych nie towarzyszą objawy niezbędne 

do  wywołania  tak  bardzo  pożądanych  reakcji,  które  mają  przynieść  pociechę.  By  wywołać 

pożądaną  reakcję,  osoba  z  zaburzeniami  emocjonalnymi  musi  uciec  się  do  środków 

ostatecznych. Nie wystarcza tu cierpienie wewnętrzne, dopiero solidny i głośny atak histerii 

daje powalonemu ciału szansę, że jakiś gorliwy pocieszyciel otoczy je ramionami, przynosząc 

ukojenie. Gdy załamanie przybierze bardziej gwałtowną formę, ramiona, uciekając się do siły, 

mogą działać ograniczająco, ale nawet wtedy nie wszystko jest stracone, bowiem cierpiącemu 

udaje  się  w  ten  desperacki  sposób  osiągnąć  jakiś  rodzaj  intymnego  kontaktu  cielesnego  z 

innym człowiekiem. Klęskę ponosi jedynie wtedy, gdy całkowicie straci panowanie nad sobą 

i  znajdzie  się  w  kompletnym  odosobnieniu,  jakim  jest  samouścisk,  wymuszony  przez 

płócienne rękawy kaftana bezpieczeństwa.  

Inną  możliwością,  którą  można  się  posłużyć  w  braku  obcych  zarazków,  jest 

wykorzystanie  własnych  drobnoustrojów  endogennych,  czyli  takich,  które  nosi  się  w  sobie 

przez  całe  życie.  Aby  wyjaśnić,  jak  to  działa,  musimy  przyjrzeć  się  dokładniej,  i  to  w 

powiększeniu mikroskopowym, zewnętrznym powierzchniom naszego ciała.  

Jak się zdaje, wiele osób wyobraża sobie, że wszystkie mikroby są wstrętne i że ich 

istnienie zawsze oznacza chorobę i brud, ale nie jest to prawda. Każdy bakteriolog potwierdzi, 

że  jest  to  tylko  współczesny  mit  nowej  religii,  jaką  jest  higiena,  religii,  której  wyznawcy, 

dzięki modlitwom przy użyciu aerozolu, "wyzbywają się wszystkich możliwych zarazków", 

w  której  rolę  święconej  wody  spełnia  płyn  antyseptyczny  i  w  której  bóg  jest  całkowicie 

background image

sterylny.  Oczywiście  nie  da  się  zaprzeczyć,  że  istnieją  mikroby  złośliwe  i  śmiercionośne, 

które  powinniśmy  niszczyć  z  całą  bezwzględnością.  Ale  co  robić  z  tymi,  których  jedynym 

życiowym  zadaniem  jest  niszczenie  innych?  Czy  naprawdę  pragniemy  zniszczyć  wszystkie 

znane nam mikroby?  

Prawda  jest  taka,  że  każdego  z  nas  chroni  olbrzymia  armia  przyjaznych  nam 

drobnoustrojów,  które  nie  tylko  nam  nie  przeszkadzają,  ale  wprost  przeciwnie,  aktywnie 

pomagają nam w utrzymaniu zdrowia. Na każdym centymetrze kwadratowym naszej zdrowej 

i czystej skóry znajduje się przeciętnie pięć milionów mikrobów. Zwykła ślina wypluta z ust 

zawiera  od  dziesięciu  milionów  do  miliarda  bakterii  w  każdym  centymetrze  sześciennym. 

Podczas  każdej  defekacji  wydalamy  sto  miliardów  mikrobów,  ale  wkrótce  ich  liczba  w 

naszym  ciele  zostaje  uzupełniona.  Jest  to  normalny  stan  każdego  dorosłego  zwierzęcia 

ludzkiego. Gdyby udało się uwolnić od mikrobów na całe życie, znaleźlibyśmy się w bardzo 

niekorzystnej  sytuacji.  Pomijając  inne  skutki,  stalibyśmy  się  mniej  odporni  na  obce  i 

naprawdę złośliwe mikroby, z którymi od czasu do czasu musimy się stykać. Wiemy o tym 

dzięki  starannie  przeprowadzonym  eksperymentom  na  zwierzętach  laboratoryjnych. 

Naturalna  flora  bakteryjna  w  naszym  ciele  jest  więc  dla  nas  bardzo  pożyteczna,  ale  w  tym 

właśnie tkwi pewien haczyk. Za pożyteczne usługi musimy płacić naszym obrońcom pewną 

cenę, bo inaczej mogą się one wymknąć spod kontroli, gdy zostaniemy poddani nadmiernemu 

stresowi.  Przyczyną  niektórych  chorób  nie  jest  infekcja,  lecz  gwałtowna  erupcja  i 

"przeludnienie" w szeregach naszych własnych "normalnych" drobnoustrojów. Wówczas nie 

pomaga  stosowanie  zasad  higieny  w  życiu  publicznym,  dzięki  którym  możemy  przeciąć 

drogę  szerzącym  się  infekcjom;  wówczas  nie  "łapiemy"  bowiem  chorób  -ich  czynniki 

sprawcze  nosimy  w  sobie.  Mechanizm  ten  sprawdza  się  szczególnie  w  wielu  zaburzeniach 

przewodu  pokarmowego,  na  które  tak  często  zapadają  pacjenci  zestresowani.  Mając 

"problemy żołądkowe" przypisujemy je zwykle temu, że zjedliśmy "coś niewłaściwego", ale 

zdumienie  budzi  to,  co  może  bezkarnie  pochłonąć  człowiek  zdrowy  i  szczęśliwy.  Niemal 

wszystkie  lekkie  dolegliwości  żołądkowe  i  jelitowe,  które  nas  trapią,  są  prawdopodobnie 

spowodowane  zaburzeniami  emocjonalnymi,  które  wynikają  z  nieprzystosowania  i  napięć 

współczesnego  życia.  By  sobie  to  uzmysłowić,  wystarczy  obejrzeć  film  przyrodniczy  o 

stadzie  zdrowych  sępów  zamieszkujących  równinę  afrykańską,  pożerających  zepsute  i 

rozkładające się ścierwo -co prędzej wywoła wymioty u nas niż u konsumentów.  

Trzecia  możliwość  otwierająca  się  przed  człowiekiem  potrzebującym  pociechy  jest 

bardziej drastyczna. Nie mogąc zapaść na chorobę psychiczną czy endogenną, przy odrobinie 

świadomie  wspieranej  nieuwagi  można  stać  się  niezmiernie  podatnym  na  nieszczęśliwe 

background image

wypadki. Gdy w wyniku potknięcia człowiek złamie sobie nogę w kostce i zaczyna narzekać, 

że jest "bezradny jak niemowlę", w mgnieniu oka, jak niemowlę, uzyskuje pomoc i wsparcie. 

Ale  przecież  nieszczęśliwe  wypadki  na  pewno  zdarzają  się  przypadkowo.  Oczywiście,  ale 

jednak  zastanawia,  do  jakiego  stopnia  ludzie  różnią  się  między  sobą  pod  względem 

podatności  na  "przypadkowe"  obrażenia.  Podczas  niedawnych  badań  nad  podłożem 

emocjonalnym chorób pacjentów leczonych w szpitalu z różnych powodów użyto jako grupy 

kontrolnej pewnej liczby ofiar wypadków, zakładając, że w  łóżkach szpitalnych znaleźli się 

oni przypadkowo. Okazało się jednak, że było to dalekie od prawdy, bowiem właśnie ofiary 

wypadków cierpiały na więcej zaburzeń emocjonalnych niż inni chorzy.  

Tak więc nasz zestresowany i poszukujący pociechy mieszkaniec wielkiego miasta ma 

do wyboru kilka metod, by w stosowny sposób stać się bezradnym i pobudzić otaczające go 

osoby do okazania mu kojących przejawów intymności. Łagodna choroba, na którą zapada się 

od czasu do czasu, przynosi korzyść i jeśli nie da się tej korzyści uzyskać jednym sposobem, 

zawsze  istnieje  jakiś  inny.  Ta  metoda  generowania  intymności  u  dorosłych  ma  też  jednak 

swoje  minusy.  Zawsze  stawia  chorego  w  pozycji  uległości.  Aby  zwrócić  na  siebie  uwagę  i 

uzyskać  pociechę  związaną  ze  swoją  dolegliwością,  konieczne  jest  rzeczywiste  okazanie 

niższości,  czy  to  fizycznej,  czy  to  psychicznej,  wobec  swoich  pocieszycieli.  Inaczej  jest 

między kochankami, którzy "miękną" wspólnie, na zasadzie wzajemności, co nie wpływa na 

obniżenie  ich  statusu  społeczno-towarzyskiego.  Co  więcej,  ciepła,  przynosząca  pacjentowi 

ukojenie kąpiel stygnie, gdy tylko odzyska on zdrowie i siły  -wtedy gwałtownie kończą się 

czułe  przejawy  intymności  ze  strony  tych,  którzy  się  nim  opiekowali.  Satysfakcja  była 

krótkotrwała, jedynym zaś sposobem na to, by ją przedłużyć, jest chroniczne inwalidztwo, w 

którym jak głosi powiedzonko "człowiek cieszy się kiepskim zdrowiem". Poza przedłużeniem 

statusu  niższości  niesie  to  ze  sobą  pewne  nowe  niebezpieczeństwo,  jakim  jest  eskalacja 

schorzeń.  Wzniecony  płomyk,  który  miał  ogrzać,  może  się  wymknąć  spod  kontroli  i  spalić 

cały  dom.  Nawet  przy  krótkotrwałym  zastosowaniu  istnieje  zawsze  ryzyko  długotrwałej 

szkody  dla  organizmu,  o  czym  boleśnie  przekonują  się  cierpiący  na  chorobę  wrzodową. 

Jednakże  wielu  osobom  nie  umiejącym  znosić  napięć  współczesnego  życia  opłaca  się 

ryzykować. Chwilowe wytchnienie jest lepsze niż żadne. Przy odrobinie szczęścia osoby takie 

mogą  wówczas  doładować  sobie  emocjonalne  akumulatory,  co,  jeśli  ująć  to  w  kategoriach 

biologicznych,  we  współczesnym  zatłoczonym  środowisku  społecznym  jest  bardzo  cennym 

sposobem na przetrwanie.  

Jakkolwiek  pociecha  uzyskana  w  ten  sposób  w  sporej  części  pochodzi  od  osób 

najbliższych  pacjentowi,  u  których  iloraz  intymności  na  ogół  znacznie  wzrasta,  zjawisko 

background image

"zachorowania"  dostarcza  dodatkowej  satysfakcji,  wynikającej  z  intymnego  zainteresowania 

grupy  osób  mniej  pacjentowi  znanych,  mianowicie  przedstawicieli  profesji  medycznej. 

Lekarze mają "patent na dotykanie", i  to  w taki sposób,  jaki pod względem  intymności  jest 

niedostępny dla większości dorosłych. Mając intuicyjną świadomość wagi tego elementu ich 

pracy, dobrze znają oni leczniczą wartość "zachowania się przy łóżku". Przynoszące otuchę 

cicho wypowiedziane słowa, zdecydowane dotknięcie ręki badającej puls, opukiwanie klatki 

piersiowej  czy  obracanie  głowy  podczas  badania  oczu  i  ust,  są  to  czynności  o  charakterze 

kontaktów cielesnych, które dla pewnych osób są skuteczniejsze niż setki pigułek.  

Niekiedy  lekarz  zaleca  hospitalizację  jedynie  z  przyczyn  emocjonalnych.  Jest  to 

niezbędne  dla  osobnika,  u  którego  jedyne  źródło  stresu  pochodzi  ze  świata  zewnętrznego. 

Pozostając  w  domu  i  kładąc  się  tam  do  łóżka,  ucieka  on  przed  szkodliwym  dla  niego 

napięciem.  Ale  jeśli  napięcie  istnieje  w  domu,  nie  istnieje  możliwość  takiej  ucieczki.  Jeśli 

napięcia  emocjonalne  powstają  w  rodzinie,  sypialnia  nie  stanowi  niezbędnej  kryjówki,  w 

której można się schować i znaleźć upragnioną pociechę. Wówczas jedyną ucieczką jest łóżko 

szpitalne i modlitwa o to, by godziny odwiedzin trwały jak najkrócej.  

Jak  widać,  dla  łaknącej  intymności  osoby  dorosłej  rozwiązanie  medyczne  ma  swoje 

dobre  i  złe  strony  i  najlepiej  byłoby  oczywiście  poszukać  czegoś  innego.  Osoba  religijna 

może  doznać  niczym  nie  zmąconej  pociechy  z  rąk  księdza,  ale  jeśli  jest  to  niewykonalne, 

można jeszcze skorzystać z innych rodzajów kontaktów przynoszących ukojenie.  

Możemy  więc  dostarczyć  sobie  przyjemności,  jakie  daje  cała  bujna  dziedzina 

formowania  i  upiększania  ciała  z  udziałem  armii  zawodowych  dotykaczy,  którzy  tylko 

czekają,  żeby  nas  nacierać,  klepać,  głaskać,  gładzić  i  szczypać  niemal  w  każdą  część  ciała, 

którą zechcemy im wskazać. Jest to coś w rodzaju "zdrowej medycyny", gdzie nieprzyjemny 

stygmat  choroby  zastępuje  atmosfera,  w  której  decydującą  rolę  odgrywa  gimnastyka  lub 

kosmetyka. Tak się przynajmniej wydaje. Ale i tu istnieje silnie działający element kontaktu 

cielesnego  jako  celu  samego  w  sobie,  który  leży  u  podłoża  wszystkich  tych  zabiegów. 

Poddanie  się  masażowi  całego  ciała  w  wykonaniu  młodej  masażystki  jest  dla  mężczyzny 

czymś prawie tak intymnym jak odbycie z nią stosunku. W pewnym sensie jest nawet czymś 

więcej,  gdyż  pełny  masaż  wymaga  aktywnego  kontaktu  cielesnego  z  niemal  każdą  częścią 

ciała  przy  zastosowaniu  wszelkiego  rodzaju  ugniatania,  dotykania  i  innych  rytmicznych 

ruchów.  W  tym  jednak,  że  tak  powiem,  tkwi  sęk,  gdyż  dla  niektórych  mężczyzn  taka 

interakcja, choć nie występuje w niej bezpośredni kontakt płciowy, jest jednak zbyt bliska, by 

móc przynieść ukojenie.  

background image

Być  może  poprawniejsze  byłoby  stwierdzenie,  że  jako  środek  na  ukojenie  jest  ona 

zbyt  bliska  w  społeczeństwie  zachodnim.  Masowanie  ciała  w  warunkach  całkowitej 

prywatności przynosi wiele zadowolenia, ale publiczny wizerunek gabinetu masażu nie jest w 

naszej  kulturze  taki,  jaki  być  powinien.  Jedną  z  panujących  tu  tendencji  jest  ograniczenie 

domniemanego erotyzmu  związanego z tymi zabiegami przez wprowadzenie rozdziału płci: 

mężczyzn  masują  mężczyźni,  a  kobiety  masują  kobiety.  I  ta  praktyka  nie  spowodowała 

jednak  szerokiej  akceptacji  tej  w  swojej  istocie  nieszkodliwej  formy  kojących  kontaktów, 

jakie  są  możliwe  we  współczesnym  społeczeństwie.  Eliminując  kontakt  heteroseksualny, 

nieuchronnie  stworzono  grunt  dla  niejasnych  aluzji  na  temat  homoseksualizmu.  Tylko 

sportowcom  oszczędzone są takie insynuacje. Bokser czy zapaśnik  nie mają z tym  żadnego 

problemu.  Podobnie  jak  zwycięscy  piłkarze,  którzy  mogą  się  namiętnie  ściskać  na  oczach 

tłumu,  nie  wywołując  tym  komentarzy  z  racji  odgrywanej  niewątpliwie  męskiej  i 

nacechowanej  agresją  roli,  tak  też  bokser  może  oddawać  się  rozkoszom  masażu  nie 

wywołując żadnych  wrogich komentarzy. Teoretycznie reszta społeczeństwa mogłaby pójść 

w jego ślady i robić to samo bez znamion zaangażowania płciowego, niezależnie od tego, kto 

masuje  kogo,  ale  w  praktyce  to  się  jakoś  nie  udaje,  i  dlatego  nie  korzystająca  z  masażu 

większość musi gdzie indziej szukać dorosłej intymności cielesnej.  

Jednym ze sposobów rozwiązania tego problemu jest zwiększenie liczby uczestników 

i wyeliminowanie atmosfery właściwej dla intymnej "pary". Osiąga się to w licznych salach 

gimnastycznych  i  tzw.  kuźniach  zdrowia,  gdzie  grupy  ludzi  zbierają  się  celem  uprawiania 

rozmaitych  ćwiczeń,  które  mogą  wymagać  różnorodnych  kontaktów  cielesnych, 

pozbawionych  jednak  podtekstu,  jaki  towarzyszy  kontaktom  "dwojga  przyzwalających 

dorosłych  w  warunkach  prywatności".  Inną  metodą  jest  zastąpienie  żywego  masażysty  czy 

żywej  masażystki  całkowicie  bezpłciowym  urządzeniem,  które  zamiast  obejmować  czule 

ramionami,  obejmuje  bezosobowym  płóciennym  pasem,  dostarczając  mechanicznego 

kontaktu intymnego. 

Rozwiązaniem częściej stosowanym jest ograniczenie kontaktów cielesnych do mniej 

intymnych  części  ciała  ludzkiego.  Tutaj  wkraczamy  w  nie  budzącą  żadnych  zastrzeżeń 

dziedzinę  fryzjerstwa  i  kosmetyki,  zatrzymując  się  jeszcze  tylko,  by  po  raz  ostatni  rzucić 

życzliwym  okiem  na  dziedzinę  masażu,  w  której  niektórzy  specjaliści  próbują  stosować 

podobne ograniczenie i nieśmiało reklamują tylko "masaż ramion i nóg".  

Ponieważ w zachodnim społeczeństwie wszyscy wystawiamy swoje głowy na widok 

publiczny, fryzjer, wykonując swoją wymagającą kontaktów cielesnych pracę, nie naraża się 

na  oskarżenia  o  nadmierną  ekspozycję  nagości.  To,  czym  się  zajmuje  fryzjer  lub  fryzjerka, 

background image

jest  dobrze  widoczne.  Jednak  dotykanie  czyjejś  głowy,  jak  się  przekonaliśmy  w  jednym  z 

poprzednich rozdziałów, zwykle jest zarezerwowane dla osób najbliższych, a zwłaszcza jest 

charakterystyczne dla czułych kontaktów dwojga młodych kochanków. Między obcymi sobie 

ludźmi  dorosłymi  stanowi  to  niemal  tabu  i  dlatego  fryzjer,  w  przebraniu  specjalisty  od 

kosmetyki, może zaspokoić istotne potrzeby złaknionego kontaktów dorosłego. Nie oznacza 

to,  że kosmetyka jest nieważna, lecz jedynie to,  że fryzjerstwo jest czymś  więcej,  niż na to 

wygląda.  

Pielęgnowanie  głowy  przez  iskanie  w  swojej  podwójnej  roli  kosmetyczno-intymnej 

praktykują  ludzie  od  tysięcy  lat.  Uwzględniając  naszych  przodków  z  rzędu  naczelnych, 

możemy  spokojnie  powiedzieć,  że  nawet  miliony  lat.  Skrupulatne  i  delikatne  przebieranie 

palcami, jakie można zaobserwować w małpiarniach, gdy jakaś małpa z czułością przegląda 

owłosienie na  głowie swojej towarzyszki  lub  towarzysza, nie pozostawia  wiele wątpliwości 

co  do  intymnych  treści  tych  czynności.  Samo  zadowolenie  z  utrzymania  czystości  nie 

wyjaśnia  błogiej  ekstazy,  w  jakiej  znajduje  się  iskana  małpa.  Podobnie  jest  z  nami,  z  tym 

tylko,  że  w  odróżnieniu  od  włochatych  małp  nie  możemy  oczywiście  rozciągnąć  takiej 

interakcji  na  całe  ciało.  W  miejscach,  gdzie  przykrywamy  swoją  nagą  skórę  ubraniem, 

możemy  liczyć  jedynie  na  zręczne  i  delikatne  dotknięcia  palców  krawca,  który  podczas 

przymiarki  poprawia  na  nas  ubranie,  co  tylko  w  bardzo  niewielkim  stopniu  przypomina 

dawno minione doznania towarzyszące iskaniu ciała.  

Dla małpy iskanie sierści przez inną małpę jest aktem więzi społeczno-towarzyskiej, 

nie można więc się dziwić z powodu odkrycia, że w dawnych czasach zawodowy fryzjer był 

rzadkością. Włosy były pielęgnowane w ten sposób przez najbliższe osoby, a nie przez osoby 

prawie  nieznajome.  W  czasach,  gdy  żyliśmy  w  małych  grupach  plemiennych,  było  to 

oczywiście  nieuchronne,  ponieważ  w  danej  grupie  społecznej  wszyscy  się  znali  osobiście. 

Później, wraz z rewolucją miejską, gdy okazało się, że człowiek zaczyna się gubić w morzu 

obcych ludzi, pojawiła się tendencja, by pielęgnację włosów i inne związane z nią czynności 

ograniczyć do uczestnictwa osób bliskich. Jeszcze później, gdy w średniowieczu zaczęły się 

pojawiać  coraz  wymyślniejsze  fryzury,  wysoko  postawieni  członkowie  społeczeństwa 

potrzebowali bardziej fachowych usług i  wtedy też pojawił się zawód fryzjera. Początkowo 

paniom  dostarczano  intymne  usługi  fryzjerskie  do  zacisza  ich  buduarów,  ale  stopniowo 

otwierano bardziej efektywnie działające salony publiczne, tłumnie odwiedzane przez dbające 

o zachowanie szyku damy. Jednakże dopiero w drugiej połowie ubiegłego wieku stało się to 

obyczajem  powszechnym.  Wtedy  też  znacznie  wzrósł  popyt  na  te  usługi.  W  roku  1851  w 

Londynie  istniało  już  2338  salonów  fryzjerskich,  ale  pięćdziesiąt  lat  później,  w  roku  1901, 

background image

liczba ta wynosiła już 7771, co oznacza, że tempo przyrostu było szybsze niż tempo przyrostu 

ludności miasta. Przyczyny były niewątpliwie częściowo ekonomiczne, ale może istniał także 

inny  czynnik,  jako  że  kobiety  wiktoriańskie  miały  poważnie  ograniczone  inne  możliwości 

nawiązywania  kontaktów  cielesnych.  Normy  zachowania  uległy  w  tym  okresie  wielkiemu 

zaostrzeniu:  w  epoce  takich  surowych  ograniczeń  pieszczota  rąk  fryzjera  musiała  być  mile 

widzianym  przejawem  intymności.  Odważała  się  z  niej  korzystać  coraz  częściej  coraz 

większa liczba kobiet. W naszym stuleciu zwyczaj ten wykroczył poza granice wielkich miast 

i  rozprzestrzenił  się  wszędzie,  nawet  w  najmniej  szych  miejscowościach,  obejmując  swym 

zasięgiem niemal całą ludność płci żeńskiej.  

Mając świadomość tego, że zabiegi fryzjerskie nie mogą dać współczesnym klientkom 

tyle  intymności,  ile  by  jej  pragnęły,  ta  nowa  rzesza  zawodowych  dotykaczy  rozszerzyła 

zakres  działalności,  by  swoją  czułą  troską  objąć  wszystkie  odkryte  miejsca  na  skórze. 

Popularne  stały  się  różne  rodzaje  pielęgnacji  rąk.  Pojawiły  się  też  zabiegi  pielęgnacyjne 

twarzy.  Zaczęto  stosować  maseczki  borowinowe,  wygładzać  zmarszczki,  tonizować  skórę, 

demonstrować  profesjonalny  makijaż  odpowiadający  aktualnej  modzie.  "Piękno  -oznajmił 

Vogue  w  roku  1923  -jest  zajęciem  pełnoetatowym".  Nie  da  się  zaprzeczyć,  że  głównym 

motywem  były  efekty  wizualne,  ale  ogromne  znaczenie  miały  niewątpliwie  także  coraz 

intensywniejsze  przejawy  intymności  dotykowej,  jakie  należało  stosować  dla  uzyskania 

pożądanego  efektu  wizualnego.  Wizyta  we  współczesnym  salonie  piękności  byłaby  niczym 

bez doznań dotykowych.  

Natomiast  współczesny  mężczyzna  doświadcza  niewielu  przejawów  takiej 

intymności.  Niektórzy  mężczyźni  pozwalają  sobie  na  manikiur  i  masaż  głowy,  a  są  tacy, 

którzy  wciąż  jeszcze  od  czasu  do  czasu  golą  się  u  fryzjera,  ale  dla  większości  wizyta  w 

zakładzie fryzjerskim ogranicza się do szybkiego ostrzyżenia i nawet włosy myją potem sami 

w  domu.  Ciekawe,  że  fryzjerzy  męscy  robią,  co  mogą,  by  zwiększyć  stopień  intymności 

związanej ze zwykłym strzyżeniem, stosując przy tym pewien rytuał. Każdy mężczyzna może 

przy  najbliższej  wizycie  u  fryzjera  posłuchać,  jak  fryzjer  przygotowawczo  manipulując 

nożyczkami, "tnie powietrze" przed każdym kolejnym przycięciem włosów, i przekonać się, 

że na każde przycięcie włosów przypada kilka cięć w powietrzu. Te cięcia w powietrzu nie 

spełniają żadnej funkcji mechanicznej, ale dają złudzenie wielkiej aktywności wokół głowy, 

co z kolei powiększa wrażenie "złożoności kontaktu". 

Mimo to stopień intymności tych zabiegów jest dość niewielki i wydaje się dziwne, że 

dzisiejsi mężczyźni akceptują takie ograniczenia. Być może powrót dłuższych fryzur męskich 

przyniesie  jakieś  korzystne  zmiany.  Jak  dotąd,  należy  jednak  przyznać,  że  ich  oznaki  są 

background image

nieliczne,  a  nawet  jest  raczej  odwrotnie.  Prawdę  mówiąc,  długie  męskie  włosy  oznaczają 

gwałtowny regres nawet w zwykłym strzyżeniu, a mycie włosów wciąż odbywa się głównie 

w  domu.  Tylko  w  niektórych  co  elegantszych  ośrodkach  miejskich  występują  jakieś 

symptomy  wpływu  nowego  stylu  fryzur  na  pomnożenie  zabiegów  fryzjerskich,  ale  nie 

wiadomo jeszcze, czy styl ten będzie się rozwijał. Obecnie jest on uznawany za nową modę i 

minie  jeszcze  sporo  czasu,  zanim  -jeśli  przetrwa  -odzyska  powszechny  szacunek,  jakim 

cieszył się dawniej. Dla starszych mężczyzn nosi on na sobie niczym nie uzasadnione piętno 

"zniewieściałości".  Mężczyźni  ci  nie  chcą  jeszcze  przyjąć  do  wiadomości,  że  ich  krótkie 

fryzury  powstały  kiedyś  głównie  jako  sposób  na  wszy,  a  naleganie  na  to,  żeby  wszyscy 

mężczyźni tak się strzygli, w epoce, gdy problem zawszenia już nie istnieje, jest całkowicie 

irracjonalne. Dopóki długie włosy kojarzą się niekorzystnie, wielu młodych ludzi nie będzie 

chciało ulegać nowej modzie, by wyciągnąć z niej ostateczne wnioski i oddać się rozkoszom, 

jakie dają bardziej wyszukane przejawy fryzjerskiej intymności.  

Chyba jedynym rodzajem intymności "kosmetycznej", jakim współczesny mężczyzna 

cieszy się w większym stopniu niż kobieta, jest korzystanie z usług publicznych pucybutów, 

ale  nawet  ta  usługa  jest  ostatnio  w  odwrocie.  W  większości  dużych  miast  pojawia  się  co 

najwyżej  jako  ciekawostka  w  paru  specjalnych  miejscach.  Pomijając  kontakty  oralno-

genitalne,  o  których  już  mówiliśmy,  jest  to  chyba  jedyna  chwila  w  życiu  współczesnego 

mężczyzny,  kiedy  może  doznać  jakiegoś  kontaktu  cielesnego  z  innym  człowiekiem 

znajdującym się w pozycji klęczącej, a na pewno jest to jedyny przypadek, gdy dzieje się to w 

miejscu  publicznym.  (Sprzedawca  w  sklepie  obuwniczym  przyjmuje  inną  pozycję  -siada  i 

pochyla  się  do  przodu).  Klęcząca  pozycja  pucybuta  stwarza  tak  uderzające  wrażenie 

służalczości, że chyba właśnie z tego powodu zawód ten zanika. W przeszłości można było 

łatwiej zaakceptować tego rodzaju pokaz uniżoności i dlatego nacechowane pokorą przejawy 

intymności  przynosiły podwójną satysfakcję, ale obecnie,  wraz z rosnącym poszanowaniem 

dla równości między ludźmi, taka jawna uniżoność stała się niemal krępująca. Symboliczne 

całowanie  stóp  uznajemy  za  przesadę  i  dlatego  pucybut  staje  się  ginącym  gatunkiem.  Nie 

chodzi  o to, że nie reagujemy z przyjemnością  na świadczone nam  w poniżeniu  usługi  -nie 

zasłużyliśmy  jeszcze  na  gratulacje  z  tego  tytułu  -chodzi  raczej  o  to,  że  nie  chcemy,  aby 

widziano, że tak reagujemy.  

W  dokonanym  przez  nas  przeglądzie  zawodowych  dotykaczy  znaleźli  się  jak  dotąd: 

lekarz, pielęgniarka, masażysta, , instruktor gimnastyki i specjalista od utrzymywania ciała w 

dobrej kondycji, fryzjer damski i męski, krawiec, manikiurzystka, kosmetyczka, specjalistka 

od makijażu, pucybut i sprzedawca w sklepie obuwniczym. Do tej listy można by dodać kilka 

background image

zawodów  pokrewnych,  jak  perukarz,  kapelusznik,  specjalista  od  chorób  stóp,  dentysta, 

chirurg, ginekolog i cały szereg reprezentantów medycyny oficjalnej czy półoficjalnej. Tylko 

kilka z nich zasługuje na jakiś specjalny komentarz.  Intymny kontakt oralny z dentystą jest 

zwykle  zbyt  stresujący,  by  mógł  nam  sprawić  jakąkolwiek  przyjemność.  Chirurg,  którego 

intymność  cielesna  sięga  dużo  głębiej  niż  intymność  nawet  najbardziej  namiętnych 

kochanków,  także  wywiera  na  nas  niewielki  wpływ  emocjonalny  z  powodu  stosowania 

środków znieczulających.  

Czynności  wykonywane  podczas  badań  ginekologicznych  są  tak  podobne  do 

miłosnych  kontaktów  typu  ręka-genitalia,  że  i  tu  także,  co  jest  paradoksem,  intymność  nie 

daje zadowolenia. Panująca w dzisiejszych czasach ściśle profesjonalna atmosfera gabinetów 

ginekologicznych redukuje też stopień skrępowania, gdyż obie strony bardzo uważają, aby nie 

doszło  do  niewłaściwej  interpretacji  występującego  wtedy  anatomicznego  kontaktu 

płciowego.  Podczas  gdy  trzymanie  kobiety  za  rękę  w  czasie  badania  jej  pulsu  może 

dostarczyć  dodatkowych  doznań  w  postaci  kojącej  intymności  cielesnej,  dotykanie  jej 

genitaliów  jest  czynnością  tak  dalece  intymną,  że  natychmiast  zaczynają  działać  bariery 

emocjonalne przekreślające tego rodzaju korzyści.  

W  dawnych  czasach  specyfika  badań  ginekologicznych  była  powodem  nieustannych 

kłopotów,  z  jakimi  musieli  borykać  się  działający  w  najlepszej  wierze  ginekolodzy. 

Obowiązywały  nadzwyczajne  procedury  mające  zapobiegać  intymności.  Trzysta  lat  temu 

ginekolog celem wykonania badań musiał czasami wpełzać na rękach i kolanach do sypialni 

ciężarnej kobiety, by nie mogła ona zobaczyć człowieka, który w tak bardzo intymny sposób 

miał jej dotykać swoimi palcami. W czasach nieco nam bliższych był on zmuszony pracować 

w  zaciemnionym  pokoju  lub  też  odbierać  dziecko,  wymacując  je  pod  przykryciem  bielizny 

pościelowej.  Siedemnastowieczna  akwaforta  ukazuje  ginekologa  siedzącego  u  stóp  łoża 

porodowego,  z  prześcieradłem  jak  serwetka  zatkniętym  za  kołnierzyk,  żeby  nie  mógł 

zobaczyć  tego,  co  robią  jego  ręce.  Ten  sposób  na  wykluczenie  intymności  sprawiał,  że 

przecięcie pępowiny stawało się zabiegiem wyjątkowo niebezpiecznym.  

Mimo tych dziwacznych środków ostrożności mężczyzna jako akuszer był zawsze pod 

obstrzałem,  a  nieco  ponad  dwieście  lat  temu  pewna  uczona  książka  o  teorii  i  praktyce 

położnictwa  została  otwarcie  potępiona  jako  "najbardziej  sprośna,  nieprzyzwoita  i 

bezwstydna książka, jaką kiedykolwiek wydrukowano". Nie trzeba dodawać, że tymi, którzy 

mieli za złe, byli zwykle mężczyźni, kobiety zaś zawsze cierpiały. Przez całe wieki kojarzenie 

intymności  towarzyszącej  porodowi  z  płciowością  utrudniało  skuteczną  pomoc  lekarską. 

Mężczyznom z właściwym wykształceniem odmawiano miejsca przy łóżku porodowym, a ich 

background image

obowiązki  przejmowały  niewykwalifikowane  i  zazwyczaj  niezwykle  zabobonne  położne. 

Skutkiem  tego  była  śmierć  ogromnej  liczby  kobiet  podczas  połogu,  a  także  śmierć 

noworodków  tuż  po  narodzeniu  lub  w  ciągu  kilku  pierwszych  miesięcy  życia.  Wiele  tych 

przypadków  było  wyłącznym  skutkiem  przeciwdziałania  przejawom  intymności  i 

niedopuszczenia do udzielenia fachowej pomocy.  

Mamy  tu  więc  przykład  tabu  seksualnych,  które  odniesione  do  nieseksualnego 

kontaktu cielesnego, miały katastrofalne skutki społeczne i wpłynęły na bieg historii. Musiało 

upłynąć  wiele  pełnych  ludzkich  nieszczęść  lat,  by  zapanował  wreszcie  rozsądek,  a  nauka 

zdołała się rozprawić z pradawnymi uprzedzeniami. Dziedzina ta stopniowo zdołała wyzwolić 

się  z  dawnych  nonsensów  jedynie  dzięki  najściślejszemu  przestrzeganiu  kodeksu 

postępowania.  Mimo  to  dają  się  jeszcze  odczuć  echa  dawnych  lęków,  a  badanie 

ginekologiczne ze względu na rodzaj kontaktu cielesnego wciąż pozostaje czymś krępującym.  

Istnieje tylko jeden obszar działalności publicznej, w którym kontakty seksualne nie są 

objęte  takimi  przesądami,  a  jest  nim  teatr.  Aktorzy  i  aktorki,  tancerze  baletowi,  śpiewacy 

operowi,  a  także  modele  i  modelki  pozujący  do  zdjęć,  wykonując  swój  zawód,  mają 

powszechnie  uznane  prawo  do  takiego  wzajemnego  dotykania  się,  które  rodzi  skojarzenia 

seksualne.  Podczas  przedstawień  zgodnie  z  poleceniami  reżysera  całują  się,  pieszczą, 

obejmują i głaszczą. Jeśli tak przewiduje scenariusz, jest to zgodne ze społecznym "prawem", 

a  aktor  czy  aktorka  w  ciągu  dnia  pracy  może  zaznać  wiele  satysfakcjonujących  kontaktów 

cielesnych.  Jest  to  niewątpliwie  wielką  zaletą  tego  wysoce  niepewnego  zawodu,  chociaż 

zachowania ekstremalne, jakich się czasem od nich wymaga, mogą być przyczyną pewnych 

problemów. Trudno przez dłuższy czas raz po raz udawać miłość do kogoś, nawet jeśli jest to 

kolega czy koleżanka po fachu, i uniknąć elementarnych reakcji emocjonalnych, które często 

wkradają się do takiego układu ze szkodą dla innych intymnych związków w realnym życiu 

poza  teatrem.  Oddając  doskonale  przejawy  intymności  seksualnej,  niełatwo  stłumić 

towarzyszące im zwykle autentyczne reakcje biologiczne.  

Innym  nieco  ryzykownym  kontaktem,  który  staje  się  udziałem  gwiazd  świata 

rozrywki,  jest  wyrażany  fizyczny  aplauz  ich  żarliwszych  wielbicieli.  Gwiazdy  bywają  w 

miejscach  publicznych  dosłownie  osaczane  przez  rozentuzjazmowanych  fanów,  którzy  za 

wszelką  cenę  pragną  dotknąć  swoich  idoli.  W  umiarkowanej  formie  dostarcza  to  zapewne 

miłej sercu satysfakcji, ale czasem  może przyprawić bożyszcze o siniaki,  a nawet  kontuzje. 

Nieprzeparta ochota, aby dotknąć ciała niektórych gwiazd muzyki i piosenkarzy -a nawet co 

bardziej  atrakcyjnych  polityków  -przybrała  ostatnio  zaskakujące  rozmiary.  Zwłaszcza 

zorganizowane  w  grupy  fanki  jakiejś  wybranej  gwiazdy  muzyki  pop  uważają,  że  wszystkie 

background image

chwyty  są  dozwolone,  a  ostatnio  zademonstrowały  chyba  najbardziej  intymny  przykład 

takiego  zachowania.  Udało  im  się  mianowicie  przekonać  idolów,  by  pozwolili  wykonać 

gipsowy  odlew  swoich  genitaliów  w  stanie  erekcji,  których  one  mogłyby  potem  do  woli 

dotykać, gdy sami bożkowie są już nieobecni.  

W  interakcjach  między  gwiazdami  muzyki  pop  a  ich  fanami  dotykanie  nie  jest 

integralną częścią czynności związanych z uprawianiem zawodu. Masażysta czy fryzjer, aby 

wykonać  swoje  zadanie,  musi  dotykać  swojego  klienta,  ale  piosenkarz,  śpiewając,  nie  musi 

ani nikogo dotykać, ani być przez kogokolwiek dotykanym. Inna rzecz, że z powodu swojej 

specjalnej  roli  w  społeczeństwie  staje  się  on  bardziej  pożądanym  obiektem  dotykania. 

Podobna relacja zachodzi w innych dziedzinach, a wśród nich najbardziej rzucającym się w 

oczy przykładem jest zawód policjanta.  

Praca  policjanta  nie  polega  na  dotykaniu  ludzi,  ale  mimo  to  oficjalnie  wolno  mu  to 

robić w dużo większym  zakresie niż komukolwiek z nas. Wolno  mu dotknąć nas rękami w 

taki sposób, jaki użyty przez "zwykłego śmiertelnika", wywołałby w nas gniewną reakcję. Nie 

narażając się na komentarze, policjant może wziąć za rękę dziecko na ulicy. W tłumie może 

napierać na nas swoim ciałem, aby nas powstrzymać, a my łatwo godzimy się na taki kontakt. 

Jeśli  policjant  popycha  nas  w  chwili,  gdy  zachowujemy  się  gwałtownie,  mało 

prawdopodobne,  że  zaatakujemy  go  ze  złością,  co  byłoby  bardziej  prawdopodobne,  gdyby 

ktoś  inny  tak  nas  potraktował.  Tylko  w  sytuacjach  skrajnej  przemocy,  gdy  u  samego 

policjanta  przestają  działać  hamulce  i  sprowokowany,  zaczyna  działać  jak  nieświadom 

niczego  bandyta,  my  tracimy  kontrolę  na  swoim  zachowaniem  wobec  niego.  Wtedy,  na 

zasadzie  przeciwstawienia,  nasza  wściekłość  nie  zna  żadnych  granic,  o  czym  nazbyt  często 

świadczą rozgrywające się ostatnio podczas rozruchów sceny uliczne. Wydaje się, jakbyśmy, 

dając  policjantowi  ograniczone  uprawnienia  do  dotykania  nas,  czuli  zarazem,  że  nadużycie 

tych uprawnień jest szczególnie naganne, podobnie jak niestosowne zachowanie się dyrygenta 

wobec  chórzysty  czy  nauczyciela  wobec  ucznia.  Skutkiem  tego  gdy  policjanci  są  stale 

zmuszani  do  rozluźniania  swoich  hamulców,  stają  się  oni  wkrótce  uosobieniem  wrogości  i 

częstym obiektem napaści rozeźlonego tłumu. Jedynie w takich krajach jak Wielka Brytania, 

gdzie  na  ulice  miasta  celowo  wysyła  się  zupełnie  nie  uzbrojonych  policjantów,  można 

zauważyć  jakieś  oznaki  wzajemnego  hamowania  się  nawet  podczas  najpoważniejszych 

rozruchów, jakie zdarzyły się w ostatnich latach. Jak się zdaje, hamująco działa okoliczność, 

że  w  razie  ewentualnych  potyczek  obie  strony  byłyby  zmuszone  do  walki  wręcz 

nacechowanej  większym  stopniem  intymności,  która  nie  występuje  w  dzikim  waleniu  się 

kijami i pałami z pewnej odległości ani w brutalnej walce z użyciem broni palnej z jeszcze 

background image

większego  oddalenia.  Nie  znaczy  to  wcale,  że  utarczki  wręcz  są  w  swojej  istocie  mniej 

nienawistne. Wszak bez użycia narzędzi walki można sobie wyłupywać oczy czy kopać się po 

genitaliach,  ale  takie  okrucieństwa  są  niezmiernie  rzadkie.  W  porównaniu  z  rozłupanymi  i 

pokrwawionymi czaszkami, które bywają skutkiem  rozruchów w niektórych innych krajach, 

ręczne bójki w Londynie i innych miastach brytyjskich zaczynają nabierać charakteru niemal 

cywilizowanego,  a  jak  na  ironię,  dzieje  się  tak  z  powodu  przywrócenia  bardziej  intymnych 

form  walki,  które  występowały  w  czasach  poprzedzających  cywilizację  i  wprowadzenie 

jakiejkolwiek broni. 

Istnieje  dobrze  znana  i  ograna  sekwencja  filmowa,  w  której  dwóch  krzepkich  a 

skądinąd sympatycznych facetów atakuje się wzajemnie pięściami, żeby rozstrzygnąć w ten 

sposób  jakiś  zadawniony  spór.  Doświadczona  widownia  doskonale  wie,  że  kiedy  obaj 

przeciwnicy zaczną przegrywać i pokonają się wzajemnie na skutek całkowitego wyczerpania 

sił, stanie się świadkiem narodzin  nowej,  wspaniałej przyjaźni.  Obaj  posiniaczeni  osiłkowie 

rozkładają  się  na  ziemi  i  zgodnie  z  oczekiwaniami  jeden  z  nich  ze  swoich  rozciętych  i 

krwawiących  ust  wypluwa  wybity  ząb,  uśmiechając  się  z  podziwem  do  swego  równie 

zmaltretowanego przeciwnika. Zaraz potem bohaterowie pomagają sobie wzajemnie wstać i 

słaniając  się,  udają  się  do  baru  (zwykle  w  pobliżu  jest  jakiś  bar),  aby  wychylić  ożywczego 

kielicha. Po tej ceremonii nie mamy już żadnych wątpliwości, że nic ich nigdy nie rozłączy i 

że pozostaną wiernymi kumplami na dobre i na złe, aż pod koniec filmu jeden z nich zginie, 

ratując  życie  drugiemu,  wyda  ostatnie  tchnienie  w  czułych  objęciach  człowieka,  któremu 

kiedyś rozkwasił twarz.  

Morał  płynący  z  tej  mocno  podkoloryzowanej  historyjki  jest  oczywiście  taki,  że 

gorący nieprzyjaciel jest lepszy niż chłodny przyjaciel i znajduje to potwierdzenie w postaci 

odpowiednich przejawów intymności cielesnej. Wygląda na to, że każdy rodzaj intymności, 

nawet  intymność  związana  z  przemocą,  jeśli  tylko  jest  oparta  na  dostatecznie  osobistych 

podstawach,  może  prowadzić  do  utworzenia  się  wzajemnej  więzi  między  dwoma 

antagonistami. Nie trzeba dodawać, że uogólnienia są tu niebezpieczne i oczywiście nie może 

to  służyć  za  usprawiedliwienie  każdej  przemocy,  ale  równie  niemądre  jest  całkowite 

ignorowanie tego zjawiska tylko dlatego, że nas ono przeraża.  

Bezosobowa  przemoc  osiągnęła  ostatnio  tak  zastraszające  rozmiary,  że  temat  ten 

został  objęty  niemal  całkowitym  tabu  i  dlatego  trudno  o  nim  mówić.  Dla  seksualnie 

wyzwolonego społeczeństwa przemoc, i to wszelka przemoc, bez względu na jej rozmiar i tło, 

stała się przedmiotem nowej filozofii ograniczeń. Sformułowany w tym szerokim kontekście 

artykuł wiary "uprawiaj miłość, nie walkę" jest nie do podważenia, ale komunikat, jaki leży u 

background image

podłoża  zrytualizowanej  bójki  filmowej  może  jednak  chyba  doprowadzić  nas  do  uznania 

jakiegoś wyjątku od tej ogólnej zasady. Jasne, że nie mam tu na myśli niczego tak brutalnego 

jak opisana wyżej  bijatyka. Wyobrażam  sobie natomiast sytuację,  w której  niektórzy ludzie 

tak  dalece  stłumili  w  sobie  agresywność,  że  nawet  ostro  prowokowani  "nie  tkną  palcem" 

swoich  kumpli.  Doprowadzenie  zasady  niestosowania  przemocy  do  takiej  skrajności  może 

wytworzyć nowe formy antyintymności. Oto przykład.  

Jeżeli  wzajemne  uczucia  dwojga  ludzi  z  jakiegoś  powodu  w  nieuchronny  sposób 

uległy ochłodzeniu, ich stosunek może w końcu "zamarznąć na śmierć" w atmosferze pełnej 

obłudy rezerwy. Wyrażający tłumiony gniew wymuszony uśmieszek na zaciśniętych wargach 

może  ranić  równie  dotkliwie  jak  ostry  nóż.  W  takich  warunkach  wybuch  w  postaci 

gwałtownej  awantury,  której  towarzyszy  łagodna,  ale  niewątpliwie  agresywna  interakcja, 

mogą oczyścić atmosferę jak długo oczekiwana burza i w ten sposób rozładować szkodliwe 

napięcie.  Być  może,  po  raz  pierwszy  od  wielu  miesięcy  chandrycząca  się  ze  sobą  para 

weźmie się nareszcie w ramiona i choć ich zamiarem nie jest bynajmniej pełen miłości uścisk, 

lecz  raczej  gwałtowne  potrząśnięcie  partnerem,  skutkiem  takiego  wybuchu  bywa  doznanie 

pierwszego  od  niepamiętnych  czasów  szczerego  kontaktu  fizycznego.  Sytuacja  taka  jest 

oczywiście  dość  rozpaczliwa,  jeśli  dochodzi  się  do  niej  w  ten  sposób,  bo  każde  dotknięcie 

partnera  jest  wtedy  wyrazem  wrogości  i  łatwo  może  doprowadzić  do  porażki.  Czasami, 

niestety  zbyt  rzadko,  może  to  jednak  przynieść  dobry  skutek.  Ignorowanie  tej  możliwości 

tylko  dlatego,  że  kłóci  się  z  aktualnymi  trendami  kulturowymi,  oznacza  nieuwzględnianie 

jeszcze  jednego  ważnego  czynnika  wpływającego  na  tworzenie  się  więzi  między  dwojgiem 

ludzi za sprawą intymności cielesnej.  

Pokrewnym wzorcem zachowania jest mocowanie się dzieci ze sobą, ich dzikie harce, 

czy  też  wzajemne  przepychanki  które  tak  często  obserwujemy  również  wśród  przyjaźnie 

nastawionych  do  siebie  ludzi  dorosłych.  I  tu  kontakty  cielesne  wywierają  wpływ 

emocjonalny,  a  dzieje  się  tak  dlatego,  że  towarzyszy  im  nie  wyrażony  słowami  komunikat: 

"Jakkolwiek  zachowuję  się  agresywnie,  widzisz  przecież,  że  naprawdę  wcale  nie  jestem 

agresywny". Jest to jednak komunikat subtelny, a bijatyka dla zabawy może w każdym wieku 

stać  się  interakcją  wymagającą  starannie  wyważonej  równowagi.  Mężczyzna,  który 

Żartobliwie poklepuje kolegę po plecach, może  łatwo odwrócić ten sygnał  i  wtedy oznacza 

on: "Jakkolwiek udaję, że jestem agresywny dla żartów, ze sposobu, w jaki to robię, możesz 

się  przekonać,  że  nie  żartuję".  Stosuje  on  klepanie,  ponieważ  zostało  ono  sformalizowane  i 

zaakceptowane  jako  wzór  bijatyki  dla  zabawy,  ale  towarzyszące  temu  gesty  i  siła  tego 

background image

poklepywania  natychmiast  przekonują  poklepywanego,  że  ten  drugi  nadał  komunikatowi 

odwrotny sens.  

Podobna komplikacja zachodzi u wspominanej wyżej chandryczącej się ze sobą pary. 

Jeżeli  pod  wpływem  skrajnie  silnej  prowokacji  dojdzie  tylko  do  lekkiego  klepnięcia  w 

policzek  albo  potrząśnięcia  partnera  za  ramiona,  wtedy  komunikat  głosi:  "Chociaż 

doprowadziłeś(  -aś)  do  tego,  że  mam  ochotę  dać  ci  w  zęby,  robię  ci  tylko  to".  Ale  jeżeli 

prowokacja nie jest tak silna, wówczas każdy, nawet najbardziej umiarkowany odruch agresji 

stanowi sygnał szorstki i nieprzyjemny.  

Ledwie  dostrzegalne  niebezpieczeństwa  tkwiące  w  bijatyce  dla  zabawy  bywają 

wyraźniej  widoczne  podczas  mocowania  się  dwóch  wyrostków  na  ulicy.  Na  początku  obaj 

przestrzegają  konwencji  żartobliwej  agresji.  Każde  popchnięcie  i  chwyt  są  wykonywane  z 

właściwym  stopniem  natężenia  -na  tyle  silnie,  by  wywrzeć  skutek,  ale  nie  dość  silnie,  aby 

objawić prawdziwą przemoc. Gdy ta subtelna równowaga zostanie przypadkowo zachwiana i 

jeden  z  nich  poczuje  ból,  atmosfera  ulega  zmianie.  Pokrzywdzony  rewanżuje  się  z  większą 

siłą i jeśli zajście nie jest prowadzone we właściwy sposób, żartobliwa bitka przeradza się w 

prawdziwą.  Trudno  jest  zanalizować  sygnały  takiej  zmiany,  ponieważ  nawet  żartobliwe 

zapasy  mogą  wyglądać  zupełnie  jak  prawdziwe.  Zwykle  sygnały  znamionujące  zmianę 

pojawiają  się  najpierw  na  twarzach,  z  których  znikają  uśmiechy  i  rozluźnienie,  czy  też 

udawana  zaciętość,  a  pojawia  się  wyraz  zaciekłości  i  zdecydowania,  czemu  towarzyszy 

zmiana koloru skóry z bladego na zaczerwieniony.  

Jeśli  chodzi  o  zapaśników  zawodowych,  tego  rodzaju  udawana  zmiana  bywa  łatwo 

dostrzegalna. "Łobuz" świadomie fauluje "bohatera", który następnie demonstracyjnie wpada 

w  udawany  szał,  zgłaszając  protesty  u  sędziego  i  domagając  się  współczucia  publiczności. 

Rzuca  się  z  furią  na  przeciwnika  i  sprawia  wrażenie,  że  zarzucił  konwencjonalną  technikę 

walki  i  stosuje  nie  kontrolowaną  przemoc,  odwzajemniając  każdy  faul,  gdy  tymczasem 

publiczność  ryczy  z  zachwytu.  Ale  tutaj  nawet  "nie  kontrolowana"  agresja  sama  uległa 

sformalizowaniu,  o  czym  świetnie  wie  publiczność,  włączając  się  do  gry.  Gdyby  jeden  z 

zapaśników  naprawdę  skrzywdził  swojego  rywala,  widowisko  zostałoby  natychmiast 

przerwane  i  zamiast  "bezlitosnego  odwetu"  nastąpiłby  pokaz  źle  skrywanego  niepokoju  ze 

strony wszystkich uczestników.  

Wyczerpawszy ten najeżony niebezpieczeństwami temat, możemy teraz skierować się 

na  teren,  na  którym  przejawiają  się  bezpieczniejsze  i  delikatniejsze  formy  intymności, 

mianowicie na parkiet taneczny. Jako dziedzina, w której działają zawodowcy mający prawo 

do  dotykania,  taniec  ma  do  zaoferowania  ograniczone  możliwości.  T  o  prawda,  że  dorośli 

background image

poszukujący  jakiejś  formy  kontaktu  cielesnego  mogą  taki  kontakt  uzyskać  dzięki  usługom 

nauczyciela tańca. Istnieją też miejsca, gdzie mężczyzna może odwiedzić salę taneczną i za 

określoną  opłatą  skorzystać  z  usług  fordanserek,  ale  taniec  towarzyski  stał  się  obecnie 

głównie domeną amatorów. Podczas zabaw, dyskotek oraz w salach tanecznych i balowych 

obcy sobie dorośli ludzie mogą zbliżyć się do siebie i poruszać się wokół sali, obejmując się 

intymnie  przednią  powierzchnią  ciała.  Osoby,  które  już  są  ze  sobą  zaprzyjaźnione,  mogą 

także  wykorzystać  tę  sytuację,  aby  przejść  z  relacji  bezdotykowych  na  relacje  dotykowe. 

Specjalna rola, jaką odgrywa taniec towarzyski w naszym społeczeństwie, polega na tym, że 

stwarza  on  specjalny  kontekst,  pozwalający  na  szybkie  i  radykalne  zwiększenie  stopnia 

intymności  cielesnej,  w  sposób,  który  byłby  niemożliwy  gdzie  indziej.  Gdyby  obcy  lub 

prawie  obcy  sobie  ludzie  demonstrowali  takie  samo  obejmowanie  się  poza  parkietem 

tanecznym,  jego  konsekwencje  byłyby  zupełnie  inne.  Taniec,  że  się  tak  wyrażę,  dewaluuje 

rangę  obejmowania  się,  obniżając  próg  tolerancji  do  poziomu,  na  którym  można  to  z 

łatwością  uczynić,  nie  obawiając  się  odtrącenia.  Gdy  już  uzyska  się  przyzwolenie  na  takie 

obejmowanie  się,  uzyskuje  się  szansę  na  to,  że  zacznie  ono  oddziaływać  w  swój  magiczny 

sposób.  Gdy  magia  nie  zadziała,  formalny  charakter  sytuacji  pozwala  też  na  honorowe 

wycofanie się.  

Jak wiele innych aspektów intymności cielesnej -taniec ma długą historię sięgającą aż 

do  naszej  zwierzęcej  przeszłości.  Ujmując  to  w  kategoriach  zachowania  się,  jego  głównym 

składnikiem  jest  powtarzający  się  ruch  intencjonalny.  Przyglądając  się  pokazom  tanecznym 

różnych  ptaków,  zauważamy,  że  na  wykonywane  przez  nie  rytmiczne  ruchy  składają  się 

głównie ruchy początkowo skierowane w jedną stronę, zatrzymanie ich i skierowanie w inną 

stronę, ponowne zatrzymanie i powtórzenie pierwszej czynności, i tak dalej. Obracając się na 

boki,  przechylając  się  w  przód  i  w  tył  lub  podskakując  w  górę  i  w  dół,  ptak  z  zapałem 

popisuje się przed swoją partnerką.  Znajduje się  on w stanie wewnętrznego konfliktu,  gdyż 

jeden  z  popędów  popycha  go  do  przodu,  a  drugi  go  powstrzymuje.  W  przebiegu  ewolucji 

rytm  tych  ruchów  intencjonalnych  ulega  utrwaleniu,  a  popis  staje  się  rytuałem.  Forma  tego 

rytuału  jest  różna  u  różnych  gatunków  i  u  każdego  staje  się  cechą  charakterystyczną  dla 

właściwych danemu gatunkowi wstępnych czynności seksualnych.  

Większość ruchów tanecznych, jakie wykonujemy, powstała w ten sam sposób, ale u 

ludzi nie wytworzyła się z nich ewolucyjnie żadna utrwalona forma. Są one natomiast zależne 

od danej kultury i bardzo zróżnicowane. Wiele z tego, co robimy tańcząc, to właśnie ruchy 

intencjonalne sygnalizujące zamiar pójścia w jakimś kierunku, ale zamiast w pełni wykonać 

to  zamierzenie,  zatrzymujemy  się,  cofamy  się  lub  obracamy  i  zaczynamy  od  nowa.  W 

background image

dawnych czasach wiele tańców przypominało małe pochody, w których każda para z powagą 

trzymała  się  za  ręce  i  kroczyła  po  parkiecie,  zatrzymując  się  często,  wykonując  obrót,  a 

następnie  kontynuując  pochód  w  rytm  muzyki.  Ponieważ  wzór  ten  był  zasadniczo  wzorem 

udawania  się  w  podróż,  często  zawierał  on  w  sobie  udane  powitania,  podczas  których 

partnerzy  wykonywali  ukłony  i  dygnięcia,  tak  jakby  się  właśnie  spotykali  po  raz  pierwszy. 

Zarówno w tańcach ludowych jak w tańcach dworskich występowały skomplikowane ruchy 

wirujące oraz schodzenie się i rozchodzenie z udziałem innych par uczestniczących w tańcu. 

Przejawy  intymności  cielesnej  w  tańcu  były  tak  ściśle  ograniczone,  że  nie  budziły  żadnych 

skojarzeń seksualnych. Po prostu umożliwiały tylko ogólne towarzyskie mieszanie się między 

sobą.  Mężczyzna  prowadził  kobietę  po  parkiecie  ruchem  tak  wysoce  sformalizowanym,  że 

wykluczał on jakiekolwiek niewygodne pytania o to, dokąd ją właściwie prowadzi i w jakim 

celu.  

Sytuacja  uległa  radykalnej  zmianie  na  początku  ubiegłego  wieku,  gdy  Europę 

ogarnęło szaleństwo nowego tańca. Był to walc. Po raz pierwszy tańcząca para obejmowała 

się  podczas  wykonywania  ruchów  tanecznych,  co  jako  publiczny  przejaw  intymności 

wywołało  powszechne  zgorszenie  i  wzburzenie.  Tak  drastyczne  przeobrażenie  wymagało 

jakiegoś usprawiedliwienia, którym okazał się znany nam już wybieg. Opisując kontakt ręka-

ręka, wspomniałem, że często stosowaną w nim sztuczką jest intymność pod maską pomocy. 

Wyciągnięcie ręki ma rzekomo na celu podtrzymanie drugiej osoby czy też zapewnienie jej 

równowagi, podprowadzenie jej albo też powstrzymanie przed upadkiem. W ten sposób bez 

obaw  można  przekroczyć  znaczący  próg  w  nawiązywaniu  kontaktu  cielesnego.  To  właśnie 

znalazło  zastosowanie  w  walcu.  Na  początku  był  to  taniec  bardzo  szybki  i  dynamiczny,  w 

którym partnerzy musieli kurczowo trzymać się siebie, aby ich ciała mogły obracać się razem. 

Był to sposób typu "podtrzymanie" i gdy tylko dzięki niemu walc wkroczył na salę balową, 

było jedynie kwestią czasu spowolnienie tempa tańca i zastąpienie gestów rzekomej i pomocy 

bardziej czułymi przejawami intymności, związanymi z obejmowaniem się. Nie znając takich 

rozkoszy,  starsze  pokolenie  uznało  to  za  obrazę  moralności.  Walc,  który  dziś  uchodzi  za 

taniec  staromodny,  w  pierwszych  latach  swojego  istnienia  opisywany  był  jako  "plugawy"  i 

"najbardziej  zwyrodniały  taniec  ostatnich  dwóch  stuleci".  Wczesnowiktoriański  autor 

kieszonkowego podręcznika bon tonu dla dam poświęcił dziesięć stron frontalnemu atakowi 

na  ten  obrzydliwy,  nowy  przejaw  intymności  publicznej.  Wśród  innych  uwag  czytamy: 

"Zapytajcie  którąkolwiek  matkę...  czy  dopuści,  aby  córka  wpadła  w  lubieżne  objęcia 

pierwszego  lepszego  walcującego  mężczyzny?  Zapytajcie  kochanka...  czy  zniesie  widok 

wybranki  swego  serca  spoczywającej  w  ramionach  innego  mężczyzny?  Zapytajcie 

background image

małżonka... czy ścierpi, aby jego żonę obejmował jakiś szczeniak wirujący to na piętach, to 

znów na palcach?". Ataki nie ustawały, a niespełna sto lat temu pewien amerykański mistrz 

tańca  w  Filadelfii  ogłosił,  że  walc  jest  tańcem  niemoralnym,  ponieważ  w  trakcie  jego 

wykonywania  dżentelmen  obejmuje  damę,  którą  być  może  dopiero  co  poznał.  Jednakże 

nieprzyzwoity  walc  wygrał  tę  bitwę  i  niepodzielnie  zapanował  na  parkiecie,  stając  się 

zwiastunem wielu innych tańców wymagających pełnego objęcia frontalnego. Te nowe tańce 

wywoływały kolejne pomruki niezadowolenia i zgorszenia.  

Tango, które w 1912 roku przywędrowało z Ameryki Południowej, także powitano z 

oburzeniem. Ponieważ taniec ten składał się z "sugestywnych bocznych ruchów bioder", które 

bystrookim  stróżom  moralności  przypominały  ruchy  kopulacyjne,  został  on  natychmiast 

uznany za synonim moralnej zgnilizny.  

Gdy  tylko  przeciwnicy  tanga  przegrali  i  tę  bitwę,  hałaśliwie  rozpoczęła  się  epoka 

jazzu,  a  doprowadzeni  do  wściekłości  nauczyciele  tańca  lat  dwudziestych  organizowali 

gorączkowe  spotkania,  aby  omówić  to  nowe  zagrożenie  dla  ich  poczucia  przyzwoitości. 

Formułowali ostre oficjalne protesty na temat tego nowego szaleństwa, zwracając uwagę, że 

wszystkie owe tańce jazzowe powstały w murzyńskich burdelach.  

Chyba najbardziej osobliwy atak na tańce jazzowe pojawił się w artykule prasowym, 

w  którym  czytamy,  że  "taniec  i  muzyka  w  tym  obrzydliwym  kopulacyjnym  rytmie  zostały 

sprowadzone  do  Ameryki  z  Afryki  Środkowej  przez  gang  bolszewików,  ażeby  uderzyć  w 

cywilizację  chrześcijańską  na  całym  świecie".  Stawia  to  chyba  we  właściwym  świetle 

formułowane ostatnio twierdzenia, że aktualna fala buntów studenckich, porzucanie studiów i 

narkomania również są dziełem "spisku czerwonych".  

Od  zarania  swych  dziejów  jazz  wydaje  na  świat  krzepkie  potomstwo,  a  każde  jego 

dziecko  nieuchronnie  wprawia  świat  w  zdziwienie  i  zgorszenie,  ponieważ  tancerze  stosują 

coraz to nowe odmiany obejmowania się w miejscu publicznym. W latach czterdziestych był 

to  jitterbug,  a  w  latach  pięćdziesiątych  rock  and  roll.  Ale  potem  stało  się  coś  dziwnego.  Z 

jakiegoś  powodu,  którego  chyba  jeszcze  na  razie  nie  potrafimy  zrozumieć,  pary  rozdzieliły 

się. W latach sześćdziesiątych obejmowanie się w tańcu zaczęło gwałtownie zanikać. Jeszcze 

tylko  starsze  i  bardziej  stałe  pary  przytulały  się  do  siebie,  kręcąc  się  po  parkiecie.  Młodsi 

oddalili  się  od  siebie  i  tańczyli  stojąc  mniej  więcej  w  tym  samym  miejscu.  Początkowo 

dotyczyło  to  twista,  ale  wkrótce  objęło  zawrotną  liczbę  możliwości,  takich  jak  hitch-hiker, 

shake, monkey i frug. Pojawiało się coraz więcej stylów tańczenia, aż wreszcie pod koniec lat 

sześćdziesiątych sytuacja tak się skomplikowała, że wszystkie one zlały się w jedną, na ogół 

bezimienną kombinację i stały się po prostu tańcem do muzyki pop. Wszystkie one miały tę 

background image

samą cechę  -tancerze nie dotykali się.  Zmiana ta prawdopodobnie ma związek z wyraźnym 

wzrostem liberalizmu seksualnego. Gdy w czasach wiktoriańskich młodym parom nie wolno 

było  prywatnie  cieszyć  się  intymnością,  obejmowanie  się  podczas  walca  miało  dla  nich 

wielkie  znaczenie,  ale  przy  obecnym  rozluźnieniu  obyczajów  któż  przejmowałby  się 

specjalnym  kontekstem,  który  dałby  "zezwolenie"  na  zwykłe  obejmowanie  się  na  stojąco? 

Dzisiejsi młodzi tancerze zdają się publicznie mówić: "Nie potrzebujemy udawać, bo mamy 

to  wszystko  naprawdę".  I  tak  dochodzimy  do  końca  tego  krótkiego  przeglądu 

wyspecjalizowanych metod, które stosujemy w dorosłym życiu w celu osiągnięcia intymności 

cielesnej. Cały ten rozdział, który zaczyna się od lekarzy, a kończy na tancerzach, pokazuje, 

że zawsze chodzi o coś więcej niż tylko o sam kontakt. Nigdy nie jest to kontakt dla samego 

kontaktu. Zawsze istnieje jakiś pretekst, dzięki któremu otrzymujemy przyzwolenie na to, by 

kogoś dotykać, albo na to, by nas ktoś dotykał. A jednak często odnosimy wyraźne wrażenie, 

że sam kontakt jest ważniejszy niż czynność, na którą mamy przyzwolenie. Być może kiedyś, 

gdy nasilą się jeszcze stresy współczesnego życia, będziemy świadkami narodzin niczym nie 

zakamuflowanego  zawodowego  dotykacza,  który  będzie  sprzedawał  uściski,  tak  jak  się 

sprzedaje koraliki. Może się też zdarzyć, że korzystanie z jego oferty będzie oznaczało nasze 

przyznanie  się  do  klęski  niemożności  zapewnienia  sobie  tak  bardzo  potrzebnej  nam 

intymności w naszej własnej rodzinie.  

Cokolwiek  się  stanie,  zawsze  możemy  wrócić  do  niezniszczalnego  substytutu 

intymności  cielesnej,  jakim  jest  intymność  werbalna.  Zamiast  wymieniać  uściski,  możemy 

wymieniać  słowa  otuchy.  Możemy  się  uśmiechać  i  rozmawiać  o  pogodzie.  Jest  to  kiepska 

namiastka  wymiany  uczuć,  ale  lepsze  to  niż  całkowita  izolacja  emocjonalna.  A  jeśli  nadal 

tęsknimy  do  bardziej  bezpośrednich  form  kontaktu,  mamy  do  dyspozycji  jeszcze  inne  jego 

formy:  dotykanie  jakiegoś  zwierzęcia  lub  przedmiotu  nieożywionego  w  zastępstwie  ciała 

innego człowieka, do którego tak naprawdę chcielibyśmy się zbliżyć, albo wreszcie, kiedy nie 

istnieje  już  żadne  inne  rozwiązanie,  dotykanie  własnego  ciała.  W  następnych  trzech 

rozdziałach  omówię  sposoby  wykorzystywania  zwierząt,  przedmiotów  i  własnych  ciał  jako 

substytutów bliskich ludzi. 

background image

6. SUBSTYTUTY INTYMNOŚCI  

 

W świecie dorosłych, pełnym stresów i obcych ludzi, szukamy pociechy u osób nam 

drogich. Jeśli są oni obojętni lub nazbyt zaabsorbowani problemami, jakie niesie współczesne 

życie,  i  przez  to  nie  spełniają  naszych  oczekiwań,  grozi  nam  psychiczny  niedosyt  owego 

podstawowego  wsparcia,  jakie  daje  kontakt  cielesny.  Jeśli  wskutek  moralizatorstwa 

zbałamuconej  mniejszości  przejawy  intymności  ze  strony  naszych  bliskich  ulegają 

zahamowaniu,  bo  dali  sobie  wmówić,  że  korzystanie  z  rozkoszy  dotyku  jest  grzeszne  i 

nieprzyzwoite,  wówczas  nawet  w  otoczeniu  osób  najbliższych  i  najukochańszych  możemy 

odczuwać  głód  dotyku  i  fizyczną  samotność.  Jako  gatunek  jesteśmy  jednak  na  tyle 

przemyślni,  że  nie  mając  tego,  czego  bardzo  pragniemy  albo  potrzebujemy,  wkrótce 

znajdujemy odpowiedni substytut.  

Jeśli  nie  doznajemy  miłości  w  obrębie  rodziny,  wkrótce  zaczynamy  jej  poszukiwać 

gdzie  indziej.  Zaniedbywana  żona  znajduje  sobie  kochanka,  a  małżonek  kochankę  i  znów 

rozkwita  intymność  cielesna.  Niestety,  takie  substytuty  nie  zawsze  wpływają  korzystnie  na 

istniejące jeszcze przejawy życia rodzinnego, stanowią bowiem dla nich konkurencję i bywa, 

że  je  całkowicie  zastępują,  co  wywołuje  mniejsze  czy  większe  spustoszenia  w  życiu 

społecznym.  Mniej  szkodliwe  było  rozwiązanie  omówione  w  poprzednim  rozdziale,  czyli 

kontakt ze specjalistami mającymi patent na dotykanie. 

Takie kontakty mają tę wielką zaletę, że nie stanowią zwykle konkurencji dla relacji 

wewnątrz rodziny. Szeroki zakres intymności ze strony masażysty, jeżeli tylko stosowany jest 

w sposób ściśle profesjonalny, nie może służyć za powód do rozwodu. Ale nawet zawodowy 

dotykacz,  jak  najbardziej  oficjalnie  upoważniony  do  dotykania,  z  fizjologicznego  punktu 

widzenia  nie  przestaje  być  dorosłym  człowiekiem  i  dlatego  nieuchronnie  widzi  się  w  nim 

potencjalne  zagrożenie  seksualne.  Rzadko  mówi  się  otwarcie  o  "dostrzeganiu"  tego 

zagrożenia,  jeśli  nie  brać  pod  uwagę  sporadycznych  dowcipów.  Społeczeństwo  nakłada 

natomiast  coraz  więcej  ograniczeń  na  istotę  i  kontekst  wyspecjalizowanych  przejawów 

intymności. Przede wszystkim rzadko przyznajemy, że one w ogóle istnieją. Na tańce idziemy 

nie po to, żeby kogoś dotykać, tylko po to, żeby się "zabawić". Do doktora idziemy z powodu 

wirusa, a nie żeby się podnieść na duchu. Do fryzjera idziemy, żeby się ostrzyc czy uczesać, a 

nie  po  to,  żeby  dać  się  popieścić  po  głowie.  Wszystkie  te  oficjalne  funkcje  są  naturalnie 

bardzo przekonujące i ważne. Muszą takie być, aby zamaskować coś innego, co się dokonuje 

w  tym  samym  czasie,  mianowicie  poszukiwanie  przyjaznego  kontaktu  cielesnego.  Gdy 

background image

oficjalne  funkcje  tracą  na  znaczeniu,  zbyt  wyraźnie  ujawnia  się  ta  niezaspokojona  potrzeba 

kontaktu i wtedy rodzą się natrętne pytania o nasz styl życia, na które wolelibyśmy raczej nie 

odpowiadać.  

Jednak podświadomie zdajemy sobie sprawę z gry, jaka się tu toczy, i w ten sposób 

pośrednio związujemy ręce, które mogłyby nam udzielić pieszczoty. Czynimy to, bezwiednie 

stosując  się  do  konwencji  i  kodeksów,  które  regulują  postępowanie  redukujące  nasze  lęki 

seksualne.  Po  prostu  akceptujemy  abstrakcyjne  reguły  właściwej  etykiety  i  mówimy  sobie 

wzajemnie,  że  pewnych  rzeczy  się  "nie  robi"  i  że  nie  są  one  "stosowne".  Niegrzecznie  jest 

pokazywać palcem, nie mówiąc już o dotykaniu. Niegrzecznie jest okazywać swoje uczucia.  

Dokąd  więc  mamy  się  zwrócić?  Odpowiedź  ma  przyjemną  i  pieszczotliwą  postać 

kociaka  leżącego  na  kolanach.  Otóż    zwracamy  się  do  innych  gatunków  stworzeń.  Jeżeli 

najbliżsi ludzie nie są w stanie dostarczyć nam tego, czego pragniemy, i jeżeli poszukiwanie 

intymności  u  obcych  jest  zbyt  niebezpieczne,  możemy  skierować  kroki  do  najbliższego 

sklepu  zoologicznego  i  za  niewielką  sumę  kupić  sobie  trochę  intymności  zwierzęcej. 

Zwierzątka  są  bowiem  niewinne,  nie  stwarzają  problemów  i  nie  zadają  pytań.  Liżą  nas  po 

rękach, ocierają się nam łagodnie o nogi, zwijają się do snu na naszych kolanach i trącają nas 

nosem. My zaś możemy je przytulać, głaskać, poklepywać, nosić jak niemowlęta na rękach, 

drapać za uszami, a nawet całować.  

Jeśli  zjawisko  to  wydaje  się  komuś  błahe,  przyjrzyjmy  się  jego  skali.  W  Stanach 

Zjednoczonych  na  zwierzątka  domowe  wydaje  się  ponad  5  miliardów  dolarów  rocznie.  W 

Wielkiej  Brytanii  -100  milionów  funtów.  W  Niemczech  Zachodnich  -600  milionów  marek. 

We Francji kilka lat temu wydawano 125 milionów nowych franków, a wedle nowych ocen 

dziś suma ta podwoiła się. Tam, gdzie w grę wchodzą takie liczby, określenie "błahe" nie ma 

zastosowania.  

Nasze najważniejsze pieszczoszki to koty i psy. W Stanach Zjednoczonych jest ich 90 

milionów. Szczeniaki i kociaki rodzą się w tempie 10 tysięcy sztuk na godzinę. We Francji 

żyje ponad 16 milionów psów, w Niemczech Zachodnich jest ich 8 milionów, a w Wielkiej 

Brytanii 5 milionów. Brak dokładnych danych na temat kotów, ale jest ich co najmniej tyle 

samo, a zapewne więcej.  

Sumując  te  liczby,  możemy  z  grubsza  przyjąć,  że  tylko  w  wymienionych  czterech 

krajach  istnieje  około  150  milionów  kotów  i  psów.  Dokonując  dalszego  przybliżonego 

rachunku, powiedzmy, że każdy właściciel  jednego z tych zwierząt  głaszcze, poklepuje czy 

też pieści  je przeciętnie  trzy razy dziennie, czyli tysiąc razy na  rok. Daje to  w sumie 150  I 

miliardów intymnych kontaktów rocznie. Liczba ta jest I o tyle zdumiewająca, że mówi ona o 

background image

przejawach  intymności  Amerykanów,  Francuzów,  Niemców  i  Anglików  nie  w  stosunku  do 

innych  Amerykanów,  Francuzów,  Niemców  i  Anglików,  lecz  do  przedstawicieli  innych 

gatunków, należących do rzędu mięsożernych. Jeśli tak na to spojrzeć, zjawisko tym bardziej 

nie wydaje się błahe.  

Jak  się  już  przekonaliśmy,  obejmując  się,  poklepujemy  się  wzajemnie  po  plecach,  a 

jako kochankowie lub jako rodzice i dzieci głaszczemy się po włosach i po skórze. Jest jednak 

oczywiste,  że  nam  to  nie  wystarcza,  czego  dowodem  są  owe  miliardy  pieszczot  ze 

zwierzętami.  Ponieważ  obowiązujące  nas  ograniczenia  kulturowe  blokują  nasze  kontakty  z 

ludźmi, przenosimy nasze przejawy intymności na uwielbiające nas zwierzątka, służące jako 

substytuty miłości.  

Sytuacja  ta  doprowadziła  niektóre  osoby  do  formułowania  niezwykle  krytycznych 

opinii  na  ten  temat.  Jeden  z  autorów  nazwał  to  zjawisko  "petyszyzmem";  zostało  ono 

potępione  jako  objaw  dekadenckiej  nieumiejętności  intymnego  porozumiewania  się  ludzi 

tworzących  współczesną  cywilizację.  W  szczególności  wskazywano  na  to,  że  więcej 

pieniędzy przeznacza się na zapobieganie okrucieństwu wobec zwierząt niż na zapobieganie 

okrucieństwu wobec dzieci. Jako nielogiczne i obłudne odrzuca się natomiast argumenty na 

rzecz hodowania zwierząt domowych. Argument, że daje to wiedzę o życiu zwierząt, uważa 

się  za  bezsensowny,  ponieważ  niemal  zawsze  stosunek  do  zwierząt  jest  nacechowany  dość 

prymitywnym  antropomorfizmem. Zwierzęta ulegają humanizacji i  postrzega się je zupełnie 

nie jako prawdziwe zwierzęta, lecz jako owłosionych ludzi. Argument, że są one niewinne i 

bezradne i  że potrzebują i  naszej pomocy, uważa się za nader jednostronny w czasach,  gdy 

maltretuje  się  niemowlęta  i  razi  napalmem  wieśniaków.  Jak  mogliśmy  dopuścić,  by  w  tym 

naszym  oświeconym  wieku  zabito  lub  raniono  miliony  dzieci  w  Wietnamie,  gdy  w  tym 

samym czasie nasze kotki i pieski otrzymują fachową i natychmiastową pomoc, gdy tylko jej 

potrzebują?  Jak  to  możliwe,  żebyśmy  w  dwudziestym  wieku  dali  dorosłym  mężczyznom 

przyzwolenie,  by  w  działaniach  wojennych  zabili  100  milionów  przedstawicieli  własnego 

gatunku,  gdy  jednocześnie  wydajemy  o  wiele  więcej  milionów  na  tuczenie  naszych 

pieszczochów.  Sumując,  jak  to  możliwe,  że  dla  innych  gatunków  staliśmy  się  lepsi  niż  dla 

własnego?  

Są  to  poważne  argumenty  i  nie  da  się  ich  łatwo  zbyć,  ale  mają  one  pewien  istotny 

mankament.  Mówiąc  najprościej  -stara  to  prawda,  że  zło  dodane  do  zła  nie  czyni  dobra. 

Niewątpliwie  tulenie  zwierzątka  i  jednoczesne  odpychanie  dziecka  jest  czymś  okropnym, 

chociaż w skrajnych sytuacjach i  to  się zdarza.  Jednak nierozsądne jest używanie tego jako 

argumentu  przeciwko  przytulaniu  zwierzątka.  Wątpliwe,  czy  nawet  w  tych  skrajnych 

background image

sytuacjach  zwierzę  "kradnie"  pieszczoty  dziecku.  Jeśli  z  jakichś  przyczyn  o  podłożu 

neurotycznym  dziecko  nie  doznaje  przejawów  miłości  rodzicielskiej,  jest  rzeczą  wątpliwą, 

czy przy braku zwierzęcego pieszczocha sytuacja uległaby poprawie. Niemal zawsze zwierzę 

jest  wykorzystywane  jako  dodatkowe  źródło  intymności  albo  jako  substytut  przejawów 

intymności, których j i tak już z jakiegoś powodu brakuje. Twierdzenie, że z powodu większej 

troski o zwierzęta cierpią inni ludzie, wydaje i się zupełnie nieuzasadnione. i  

Wyobraźmy  sobie,  że  jakaś  nagła  choroba  z  dnia  na  dzień  wyniszczyła  wszystkie 

zwierzęta domowe i położyła kres wszystkim tym milionom czułych przejawów intymności, 

które zaistniałyby między tymi zwierzątkami a ich właścicielami. Gdzie podziałaby się cała ta 

miłość? Czy zostałaby ona cudownym sposobem przeniesiona z powrotem na innych ludzi? 

Niestety raczej nie. Natomiast miliony ludzi, również wielu samotnych i z różnych przyczyn 

pozbawionych  dostępu  do  prawdziwej  intymności  ludzkiej,  zostałoby  odartych  z  bardzo 

ważnej  formy  czułego  kontaktu  cielesnego.  Samotna  starsza  pani,  która  za  jedyne 

towarzystwo  ma  swoje  koty,  nie  zaczęłaby  chyba  głaskać  listonosza.  Mężczyzna,  który  z 

czułością  poklepuje  swojego  psa,  w  jego  braku  nie  zacząłby  raczej  częściej  poklepywać 

swojego nastoletniego syna.  

Jest  prawdą,  że  w  idealnym  społeczeństwie  nie  powinniśmy  potrzebować  tych 

substytutów  czy  jakiegoś  dodatkowego  ujścia  dla  naszej  intymności,  ale  propozycja,  by  się 

tego całkowicie wyzbyć, byłaby próbą leczenia objawów, a nie przyczyny trudności. Nawet w 

idealnym,  kochającym  się  i  wolnym  od  uprzedzeń  cielesnych  społeczeństwie  mielibyśmy 

jeszcze  sporą  nadwyżkę  intymności,  którą  moglibyśmy  obdarzyć  naszych  zwierzęcych 

towarzyszy, nie dlatego, że takie kontakty byłyby nam potrzebne, lecz po prostu dlatego, że 

dostarczałyby  nam  one  dodatkowej  przyjemności,  nie  stanowiącej  żadnej  konkurencji  dla 

naszych stosunków z innymi ludźmi.  

I  jeszcze  ostatnie  słowo  w  obronie  zwierząt  domowych:  jeśli  potrafimy  być  czuli  w 

wobec  nich,  znaczy  to  przynajmniej,  że  i  jesteśmy  w  ogóle  do  czułości  zdolni.  Ale  wciąż 

wraca ten sam problem. Nawet komendanci obozów koncentracyjnych byli dobrzy dla swoich 

psów,  a  więc  czego  to  dowodzi?  Krótko  mówiąc,  tego,  że  nawet  największy  potwór  ludzki 

jest  zdolny  do  jakiejś  czułości.  Prawdy  tej  nie  wolno  nam  nie  dostrzegać,  mimo  że 

współistnienie  czułości  z  najtwardszą  brutalnością  -jakie  tu  obserwujemy  -porusza  nas 

szczególnie głęboko i czyni brutalność jeszcze okrutniejszą. Prawda ta każe nam pamiętać, że 

ludzkie zwierzę, jeśli  nie uległo  wypaczeniu  pod  wpływem  czegoś, co paradoksalnie można 

określić jako barbarzyństwa cywilizacji, jest z natury wyposażone w wielki potencjał czułości 

i  intymności.  Jeśli  obserwując  delikatne  i  przyjazne  dotyki  między  właścicielami  a  ich 

background image

zwierzątkami,  wyniesiemy  z  tego  tylko  tyle,  że  człowiek  jest  zasadniczo  zwierzęciem 

kochającym  i  skłonnym  do  intymności,  i  tak  stanowi  to  cenną  lekcję,  którą  należy  sobie 

przyswoić  i  powtarzać  ją,  co  jest  szczególnie  ważne  w  coraz  bardziej  bezosobowym  i 

pozbawionym serca świecie. Właśnie wtedy, gdy działając pod wpływem presji ludzie stają 

się  bezlitośni,  musimy  za  wszelką  cenę  udowodnić,  że  tak  być  nie  musi  i  że  nie  jest  to 

przyrodzony  stan  człowieka.  Jeśli  nasza  zdolność  do  kochania  zwierząt  ma  w  tym  jakiś 

udział,  to  uczciwy  krytycy  powinni  się  dobrze  zastanowić,  zanim  przypuszczą  na  nią  swój 

atak, bez względu na to, jak nierozsądna może się ona wydawać z takiego czy innego punktu 

widzenia. 

To powiedziawszy, możemy zadać pytanie o istotę samych przejawów intymności ze 

zwierzętami. Dlaczego na przykład poklepujemy  psa, a gładzimy kota, ale rzadko gładzimy 

psa, a poklepujemy kota? Dlaczego jedno zwierzę wyzwala dany rodzaj intymności, a drugie 

jakiś inny? Aby na to odpowiedzieć, musimy się przyjrzeć anatomii zwierząt. W swojej roli 

ulubieńców domowych  zastępują one oczywiście towarzystwo  człowieka i  dlatego ich  ciała 

stanowią  substytuty  ciał  ludzkich.  Jednakże  pod  względem  anatomicznym  istnieją  tu 

uderzające różnice. Pies nie potrafi nas objąć swoimi sztywnymi łapami. Kotu nie jesteśmy w 

stanie  zarzucić  ramion  na  barki.  Nawet  największy  kot  nie  osiąga  rozmiarów  niemowlęcia 

ludzkiego,  a  przy  tym  ciało  kota  jest  miękkie  i  giętkie.  Nasze  działania  są  dostosowane  do 

tych cech.  

Zacznijmy  od  psa.  Jako  bliskiego  nam  towarzysza  mamy  ochotę  go  objąć,  ale 

ponieważ  utrudniają  nam  to  jego  łapy,  z  całości  gestu  obejmowania-poklepywania  do 

bezpośredniego zastosowania pozostaje nam jeden element, czyli poklepywanie. Wyciągając 

rękę,  klepiemy  zwierzę  po  grzbiecie  czy  po  łbie  lub  po  bokach.  Przeciętny  duży  pies  ma 

szeroki i twardy grzbiet, który jest stosownym substytutem ludzkich pleców i służy jako ich 

pełnomocnik w poklepywaniu.  

Coś  innego  kot.  Ponieważ  jest  mniejszy  i  bardziej  miękki  w  dotyku,  nie  dostarcza 

odpowiednich  wrażeń  jako  substytut  do  energicznego  poklepywania  pleców.  Miękkie  i 

jedwabiste futerko przypomina w dotyku raczej włosy na ludzkiej głowie. Miewamy czasem 

chęć  pogłaskać  ukochaną  osobę  po  włosach  i  dlatego  miewamy  też  ochotę  pogłaskać  kota. 

Tak  jak  pies  jest  substytutem  pleców,  tak  kot  jest  substytutem  włosów.  W  rzeczywistości 

często traktujemy kota tak, jakby całe jego ciało zastępowało nam jedwabiste włosy na głowie 

człowieka.  

Rozumując tak dalej, można by sądzić, że poklepywanie jest czymś, co automatycznie 

wykonuje  się  wobec  wszystkich  przedstawicieli  rodziny  psów,  a  głaskanie  jest  czynnością 

background image

przeznaczoną dla całej rodziny kotów, ale nie jest to tak proste. Raczej wiąże się z typowymi 

cechami  ciała  psa  domowego  i  kota  domowego.  Każdy,  kto  zaznał  egzotycznych  rozkoszy, 

jakie daj ą pieszczoty z oswojonym gepardem, lwem czy tygrysem, wie, że wówczas wzorzec 

zachowania  zmienia  się.  Chociaż  są  to  najprawdziwsze  koty,  mają  one  szerokie  i  twarde 

grzbiety,  bardziej  przypominające  grzbiety  psów  niż  grzbiety  kotów  domowych.  Ich  sierść, 

jak  u  przeciętnego  psa,  jest  też  bardziej  szorstka.  Skutkiem  tego  poklepuje  się  je,  a  nie 

głaszcze. Natomiast małego pieska salonowego o długiej, falującej sierści głaszcze się i pieści 

podobnie jak kota.  

Poruszając  się  na  skali  wymiarów  ku  górze,  dochodzimy  do  konia.  Miłośnicy  koni 

poklepują  je,  ale  istnieje  tu  subtelna  różnica.  Ludzkie  plecy,  gdzie  poklepywanie  ma  swój 

początek,  są,  że  się  tak  wyrażę,  powierzchnią  pionową,  natomiast  grzbiet  konia  jest 

powierzchnią poziomą, a przez to mniej przydatną jako substytut w tego rodzaju czynności. Z 

pomocą  przychodzi  tu  jednak  końska  szyja,  jako  że  nie  tylko  znajduje  się  na  odpowiedniej 

wysokości, ale co ważniejsze, jest idealną powierzchnią pionową i dlatego to właśnie miejsce 

najczęściej się poklepuje. Pod tym względem koń ma pewną przewagę nad psem, który ma na 

ogół zbyt małą szyję, aby można ją było wykorzystać do tego celu. Wzrost konia sprawia też, 

że  jego  łeb  stanowi  idealny  obiekt  kontaktu,  podczas  gdy  w  kontaktach  z  psem  albo  sami 

musimy  zejść  do  jego  poziomu,  albo  też  podnieść  psa.  Dlatego  często  widzi  się,  jak 

miłośniczki  koni  przytulają głowy do ich szyi  lub  pyska, obejmując je przy tym  ramieniem 

lub poklepując ich jędrne i ciepłe ciało.  

Dla  wielu  ludzi  zwierzątko  domowe  nie  jest  substytutem  kogoś  do  towarzystwa  w 

ogóle,  ale  substytutem  kogoś  konkretnego,  a  mianowicie  dziecka.  Tutaj  ważny  staje  się 

rozmiar zwierzęcia. Z kotami  nie ma problemu, ale przeciętny pies jest  zbyt  duży i  dlatego 

niektóre  rasy  w  drodze  hodowli  selektywnej  stopniowo  zmniejszano,  aż  wreszcie  uzyskały 

wymiary  odpowiadające  proporcjom  ludzkiego  niemowlęcia.  Dzięki  temu  ich  właściciele 

mogą je teraz tulić w swoich pseudorodzicielskich ramionach, podobnie jak robią to z kotami 

i  innymi  stworzeniami  domowymi,  takimi  jak  króliki  czy  małpki.  Jest  to  najpopularniejsza 

forma  kontaktów  cielesnych  ze  zwierzątkami  domowymi.  Analiza  wielkiej  liczby  zdjęć,  na 

których  widnieją  właściciele  w  kontakcie  z  swoimi  zwierzętami,  dowodzi,  że  trzymanie 

zwierzęcia  w  ramionach,  tak  jak  trzyma  się  niemowlę,  stanowi  50  procent  wszystkich 

sfotografowanych  form  intymności.  Kolejne  miejsce  na  liście  zajmuje  poklepywanie  (11 

procent),  dalej  -półobjęcie,  polegające  na  otoczeniu  zwierzęcia  jednym  ramieniem  (7 

procent),  a  po  nim  -przytulenie  policzka  do  ciała  zwierzęcia,  zwykle  w  okolicy  jego  głowy. 

Innym  przejawem  intymności  występującym  zaskakująco  często  jest  pocałunek  usta-usta  (5 

background image

procent) z udziałem wszelkich gatunków zwierząt, od papużki falistej do wieloryba. Można 

by  sądzić,  że  wieloryb  jako  obiekt  intymności  pozostawia  coś  niecoś  do  życzenia.  Kapitan 

Ahab  z  pewnością  obruszyłby  się  na  myśl  o  dziewczynie  całującej  wieloryba  w  pysk,  ale 

panująca  ostatnio  moda  na  faunę  oceaniczną  wiele  w  tym  względzie  zmieniła.  Zarówno 

oswojone wieloryby jak  ich młodsi kuzyni  delfiny  stały się w ostatnich latach faworytami  z 

pierwszej  linii,  a  ponieważ  ich  bulwiaste,  obrzmiałe  głowy  przypominają  kształtem  główki 

niemowląt, wywołują one u obecnych w ich pobliżu ludzi silną potrzebę klepania, łaskotania i 

pieszczenia,  gdy  tylko  wychylą  się  spod  wody,  ukazując  u  brzegu  basenu  swoje  rzekomo 

uśmiechnięte pyski.  

Oswojone  ptaki,  takie  jak  papugi,  papużki  faliste  i  gołębie  często  przykłada  się  do 

twarzy i policzków, aby poczuć na skórze miękkość ich upierzenia. Ten przejaw intymności 

właściciele  często  wzbogacają  przez  karmienie  metodą  usta-usta.  Z  powodu  małych 

rozmiarów  tych  ptaszków,  wykluczających  obejmowanie  i  poklepywanie,  intymność 

wyrażana ręką ogranicza się do głaskania palcami i delikatnego łaskotania "za uchem". 

Poruszając się w dół drabiny ewolucyjnej, dostrzegamy gwałtowny spadek możliwych 

przejawów intymności. Większość ludzi uważa gady, płazy, ryby i owady za nieprzyjemne w 

dotyku. Żółw ze swoją gładką i twardą skorupą zasłuży sobie niekiedy na klepnięcie, ale jego 

pokryci  łuskami  krewniacy  nie  skłaniają  do  przyjaznych  kontaktów  cielesnych.  Być  może, 

jedynymi wyjątkami,  o  których warto napomknąć, są  wielkie węże z rodziny dusicieli.  N  a 

przykład  prawidłowo  oswojone  pytony  potrafią  zapewnić  swoim  właścicielom  całkowite 

objęcie,  do  czego  nie  są  zdolne  ani  koty,  ani  psy.  Pyton,  owijając  się  wokół  ciała  swego 

ludzkiego towarzysza, zaciskając i rozluźniając mięśnie, wprowadzając w ruch falisty swoje 

liczne  żebra  i  muskając  delikatnym  języczkiem  skórę  właściciela,  dostarcza  człowiekowi 

wrażeń  zmysłowych,  których  nie  doceni  nikt,  kto  ich  nie  doznał.  Jednakże  ze  względu  na 

trudności  związane  z  obyczajami  żywieniowymi,  złą  reputację,  zwłaszcza  od  awantury  w 

raju,  nie  wspominając  już  o  okropieństwach  kojarzonych  z  ich  mniejszymi  i  niezwykle 

jadowitymi krewniakami, wielkie węże nigdy nie cieszyły się nadmierną popularnością jako 

bliscy przyjaciele ludzi, nawet tych najbardziej złaknionych uścisków.  

Jeśli spuścić dyskretną zasłonę milczenia na przewrotne przejawy ludzkiej intymności 

w postaci ręcznego łowienia pstrągów, dotykanie się z rybami właściwie nie występuje. Może 

jedynym wyjątkiem jest tu lubieżne całowanie po rękach w wykonaniu karpia hodowlanego, 

który wysuwa głowę z wody i szeroko rozwartym pyszczkiem domaga się jedzenia. Ryby te 

potrafią  u  brzegu  stawu  rozdziawiać  się  i  dyszeć  z  taką  energią,  że  nawet  przelatujący  w 

pobliżu  ptak  daje  się  nakłonić  do  jakiegoś  krótkiego  aktu  intymności.  Istnieje  niezwykłe 

background image

zdjęcie,  na  którym  malutka  zięba  z  dziobem  pełnym  tłustych  owadów  przeznaczonych  dla 

swego  głodnego  potomstwa,  przerwawszy  lot  na  widok  zachęcająco  rozdziawionego 

pyszczka karpia, energicznie wpycha swój cenny łup w przepaściste gardło ryby. Jeżeli nawet 

ptak pozwala się zwabić w ten sposób i wejść w tak wysoce nienaturalny kontakt cielesny, nie 

można  się  dziwić,  że  podobnie  reagują  ludzie  zwiedzający  stawy,  w  których  hoduje  się 

karpie.  

Dotąd  mówiliśmy  o  przejawach  intymności  mających  charakter  przyjacielski  lub 

rodzicielski, ale u niektórych ludzi kontakty te posuwają się aż do pełnej interakcji płciowej. 

Jest  to  zjawisko  rzadkie,  ale  ma  długą,  sięgającą  starożytności  historię,  o  czym  świadczą 

najdawniejsze dzieła sztuki i literatury. Przejawy te występują w dwóch głównych formach: 

albo mężczyzny spółkującego ze zwierzęciem zwykle jest to oswojone zwierzę gospodarcze 

albo masturbacji, w której naturalną skłonność do lizania występującą u niektórych gatunków 

ukierunkowuje się na lizanie lub ssanie męskich lub kobiecych narządów płciowych w celu 

wywołania podniecenia. Świadczy to o wysokim stopniu wyalienowania i frustracji w sferze 

kontaktu  cielesnego  w  społecznościach  ludzkich,  w  których  możliwe  są  tak  bardzo 

wypaczone przejawy intymności. Jeśli jednak pamiętamy o występujących we współczesnych 

cywilizacjach  milionach  mniej  znaczących  przejawów  intymności  między  ogromną  rzeszą 

zwierząt  a  ich  właścicielami,  przybierających  formę  przytulania,  całowania  i  głaskania,  nie 

może  nas  zaskakiwać  to,  że  w  niewielkim  ułamku  tych  kontaktów  intymność  przybiera  tak 

drastyczne formy.  

W przeglądzie kontaktów między ludźmi a zwierzętami uwzględnialiśmy dotąd tylko 

zwierzęta  domowe  i  zwierzęta  gospodarskie,  ale  istnieją  jeszcze  dwa  obszary  interakcji 

zasługujące na jakiś komentarz. Zwierzęta pozostające pod nadzorem ludzi żyją nie tylko w 

domach prywatnych i w gospodarstwach wiejskich, można je także znaleźć w bardzo licznych 

ogrodach zoologicznych i laboratoriach badawczych. Tam także istnieją liczne kontakty i nie 

zawsze spotykają się one z powszechną aprobatą.  

Zwiedzający  zoo  nie  tylko  pragną  przyglądać  się  trzymanym  tam  schwytanym 

stworzeniom, pragnęliby także potrzymać w rękach oglądane okazy. Popęd do ich dotykania 

jest  tak  silny,  że  stwarza  nieustanne  zagrożenie,  którego  świadome  jest  kierownictwo  zoo. 

Dowodzi  tego  rejestr  usług  placówki  pierwszej  pomocy,  który  możemy  znaleźć  w  każdym 

ogrodzie zoologicznym. Na każde zwichnięcie nogi w kostce czy skaleczenie palca przypada 

pokąsanie  ręki  czy  podrapanie  twarzy.  Czasami  obrażenia,  których  doznają  osoby 

lekkomyślnie usiłujące dotknąć zwierzęcia, są poważne, ale rzadko kiedy można je przypisać 

niedbałości  pracowników  zoo.  By  to  zilustrować,  wystarczą  dwa  przykłady.  Pierwszy  to 

background image

kobieta,  która  zgłosiła  się  do  placówki  pierwszej  pomocy  na  terenie  jednego  z  wielkich 

ogrodów zoologicznych z wrzeszczącym dzieckiem z silnie poszarpaną ręką. Okazało się, że 

dziecko  domagało  się,  by  mu  pozwolono  dotknąć  dorosłego  goryla  płci  męskiej.  Chcąc 

zaspokoić  to  życzenie,  kobieta  z  pewnym  wysiłkiem  podniosła  dziecko  i  ignorując  znak 

ostrzegawczy, zbliżyła je do klatki w ten sposób, że zdołało ono wcisnąć rączkę między kraty 

ponad  brzegiem  szklanego  ekranu  ochronnego.  Goryl,  fałszywie  interpretując  ten  przyjazny 

gest, natychmiast wbił zęby w rączkę chłopca.  

Drugi przykład to smutna historia "dotykacza tygrysów", starszego pana, który w tym 

samym  zoo  wielokrotnie  przedostawał  się  przez  barierę  odgradzającą  wybieg  dla  wielkich 

kotów,  aby  popieścić  pewną  tygrysicę.  Personel  zoo  wielokrotnie  usuwał  go  stamtąd  mimo 

jego protestów, aż kiedyś przeskoczył przez barierę z takim impetem, że złamał sobie nogę i 

został  odwieziony  do  szpitala.  Podczas  jego  nieobecności  rzeczoną  tygrysicę  przesłano  w 

celach rozrodczych do innego zoo. Po powrocie do zdrowia starszy pan natychmiast udał się 

do jej dawnej klatki, którą zajmował teraz nie znany mu lampart. Wpadłszy we wściekłość, 

miłośnik tygrysicy pośpieszył do biura dyrekcji zoo i zażądał informacji, co zrobiono z jego 

żoną.  Z  początku  pracownicy  zarządu  zareagowali  na  to  niezwykłe  oskarżenie  z 

zakłopotaniem,  ale  po  pewnym  czasie,  gdy  spokojnym  tonem  wypytali  go,  o  co  chodzi, 

okazało  się,  że  .nieszczęśnik  stracił  ostatnio  prawdziwą  żonę,  bliską  towarzyszkę  całego 

życia, i od tej pory przeniósł wszystkie swoje uczucia na ową tygrysicę. 

Ponieważ w jego mniemaniu zwierzę to stało się uosobieniem jego zmarłej małżonki, 

było rzeczą naturalną, że chciał on kontynuować intymne kontakty z nią w jej nowej postaci, 

nawet za cenę zagrożenia życia i zdrowia.  

Są  to  ekstremalne  przykłady  postępowania,  z  którego  bardziej  umiarkowanymi 

objawami  można  się  codziennie  zetknąć  w  ogrodach  zoologicznych  całego  świata.  Gdy  na 

skutek tragedii osobistej lub tabu kulturowego popęd do dotknięcia innego człowieka zostanie 

zablokowany,  niemal  zawsze,  i  to  bez  względu  na  konsekwencje,  znajdzie  on  jakieś  ujście. 

Przypominają  się  tu  smutne  przypadki  osób  napastujących  dzieci  i  aresztowanych  pod 

zarzutem  seksualnego  wykorzystywania  niemowląt.  Osoby  te,  nie  potrafiąc  nawiązać 

właściwych kontaktów z innymi dorosłymi, kierują  swoją uwagę na dzieci,  którym obce są 

rygory  płynące  z  tabu  obowiązujących  wśród  dorosłych.  Ludzie  ci  pragną  często  zaznać 

jedynie  jakiejś  łagodnej  i  przyjaznej  intymności  cielesnej,  ale  zawsze  -niekoniecznie  z 

najwłaściwszych  pobudek  -przypisuje  się  im  motywy  seksualne.  Oczywiście  bywają  i  takie 

motywy, ale bynajmniej nie jest to reguła. Niejeden zupełnie niewinny starszy człowiek został 

przez to narażony na wiele cierpień. Nie trzeba dodawać, że wówczas cierpią też dzieci -nie z 

background image

powodu owych przejawów intymności, których seksualizm, nawet jeśli występuje, nie dociera 

do ich świadomości, ale z powodu paniki, w jaką wpadają rodzice, oraz, przede wszystkim, ze 

względu na wstrząs psychiczny wynikający z konieczności poddania się procedurze sądowej, 

do której ku swemu zawstydzeniu dzieci te zostają wciągnięte.  

Wracając  teraz  do  zwierząt,  a  pozostawiając  za  sobą  bramy  zoo,  dochodzimy  do 

czwartej, głównej kategorii kontaktów między ludźmi a zwierzętami, mianowicie kontaktów, 

które  istnieją  w  świecie  nauki.  Corocznie  hoduje  się  i  zabija  podczas  badań  naukowych 

miliony  zwierząt  laboratoryjnych,  a  rodzaj  kontaktów  między  badaczami  i  obiektami  ich 

doświadczeń wywołuje  gorące spory. Dla naukowca jest to  interakcja całkowicie rzeczowa. 

Nie przyznaje się on do żadnej więzi emocjonalnej, pozytywnej czy negatywnej, miłości czy 

nienawiści,  ze  zwierzętami,  z  którymi  musi  się  stykać  w  trakcie  swoich  badań.  Dla  niego 

decyzja  nie  jest  skomplikowana:  jeśli  poświęcając  życie  zwierzęcia  laboratoryjnego,  można 

zmniejszyć  cierpienie  człowieka,  to  nie  ma  wyboru.  Gdyby  mógł,  unikałby  czegoś  takiego, 

ale nie może i nie ma zamiaru stawiać życia zwierzęcia ponad życiem innego człowieka. Tak, 

krótko mówiąc, brzmi jego uzasadnienie, ale jest ono często i donośnie kwestionowane.  

Przeciwników było i jest wielu, a ich ogólny stosunek do tej sprawy najlepiej oddają 

słowa  George'a  Bernarda  Shawa:  "Jeśli  nie  potraficie  zdobyć  wiedzy,  nie  torturując  psa, 

musicie się obejść bez wiedzy". Bardziej umiarkowany pogląd wyrażają ci, którzy uważają, 

że wiele doświadczeń na zwierzętach przeprowadza się niepotrzebnie i że uzyskane  w nich 

wyniki  nie  mają  żadnej  wartości  dla  ludzkości,  lecz  zaspokajają  jedynie  czczą  ciekawość 

świata  akademickiego.  Pewną  ciekawostką  jest  to,  że  sam  wielki  Karol  Darwin  również 

wyraził  taki  pogląd  w  liście  do  innego  sławnego  zoologa,  pisząc,  że  eksperyment 

fizjologiczny  na  zwierzętach  jest  usprawiedliwiony  w  prawdziwych  badaniach,  ale  nie  dla 

zaspokojenia  "zasługującej  na  potępienie  i  obrzydliwej  ciekawości".  W  bliższych  nam 

czasach  pewien  psycholog  eksperymentalny  zauważył:  "Jednym  z  następstw  podejścia 

obsesyjnie behawiorystycznego i mechanistycznego jest brak serca w eksperymentowaniu na 

niżej rozwiniętych zwierzętach, często bez żadnego wartościowego celu".  

Na pewno jest prawdą, że pod koniec bieżącego stulecia liczba przeprowadzanych co 

roku  zgodnie  z  prawem  doświadczeń  na  zwierzętach  uległa  gwałtownemu  zwiększeniu.  W 

Wielkiej  Brytanii,  w  600  rozmaitych  placówkach  badawczych,  odpowiednia  liczba  za  rok 

1910 wynosiła 95 tysięcy; do roku 1945 przekroczyła milion, a niewiele później, bo w roku 

1969, sięgnęła już około 5,5 miliona. Ogromna skala tej operacji zaczęła wywoływać pewne 

komentarze w kołach politycznych. Jeden z członków parlamentu brytyjskiego, przemawiając 

w  roku  1971,  wyraził  swój  sprzeciw  w  następujących  słowach:  "Wiem,  że  celem  jest 

background image

zachowanie życia ludzkiego;  jednak zastanawiam  się w związku z tym, czy sięgając po tak 

haniebne praktyki, rasa ludzka naprawdę warta jest zachowania".  

Istnieją  dwie  grupy  krytyków  wykorzystywania  na  szeroką  skalę  zwierząt  do  badań 

naukowych. Pierwsza wyznaje skrajny pogląd antropomorficzny, zgodnie z którym zwierzęta 

postrzega się jako symboliczne istoty ludzkie i  dlatego odmawia się  człowiekowi  prawa do 

zadawania  im  bólu  bez  względu  na  cel,  jaki  temu  przyświeca.  Druga  wyznaje  pogląd 

humanitarny,  wedle  którego  postrzega  się  podobieństwo  między  zwierzętami  a  ludźmi, 

polegające na tym, że zwierzęta także na swój sposób są zdolne do odczuwania strachu, bólu i 

niedoli,  i  dlatego  odmawia  się  człowiekowi  prawa  do  zadawania  im  niepotrzebnego 

cierpienia. Ta druga grupa uznaje jednak, że jakiś stopień cierpienia jest niezbędny, lecz tylko 

pod  warunkiem,  że  nie  przekracza  się  pewnego  absolutnego  minimum,  i  tylko  wtedy,  gdy 

bezpośrednim celem badań jest ulżenie jeszcze większemu cierpieniu.  

Naukowiec odpowiada na te dwa rodzaje krytyki następująco. Krytykowi z pierwszej 

grupy  mówi:  "Powiedz  to  matce  dziecka  będącego  ofiarą  thalidomidu".  Gdyby  w  swoim 

czasie  przeprowadzono  szersze  doświadczenia  naukowe  na  zwierzętach,  mogłaby  urodzić 

normalne  dziecko.  Mógłby  też  powiedzieć:  "Powiedz  to  matce  dziecka,  które  umarło  na 

dyfteryt".  Jeszcze  niedawno  choroba  ta  zabijała  rocznie  tysiące  dzieci,  a  dziś,  dzięki 

szczepionce  wynalezionej  wyłącznie  dzięki  doświadczeniom  na  żywych  zwierzętach, 

praktycznie nie istnieje. Mógłby też powiedzieć: "Zapytaj matkę dziecka chorego na paraliż 

dziecięcy,  jak  się  czuje,  dowiedziawszy  się,  że  trzy  dawki  szczepionki,  która  mogłaby 

uchronić jej dziecko, kosztują życie jednej małpy doświadczalnej".  

Innymi  słowy,  zagorzały  przeciwnik  eksperymentów  głosi,  że  lepsza  jest  śmierć  lub 

męczarnie  dziecka  niż  wykorzystywanie  żywych  zwierząt  do  badań  naukowych.  Chociaż 

może  to  stanowić  świadectwo  podziwu  godnej  troski  o  dobro  zwierząt,  to  jednak  odsłania 

przerażającą  nieczułość  na  losy  ludzkich  dzieci.  Owo  przedkładanie  zwierząt  nad  ludzi 

przywodzi  nam  na  myśl  zwierzęta  trzymane  w  domu,  chociaż  zachodzi  tu  pewna  istotna 

różnica. Mówiąc o zwierzętach domowych, doszliśmy do wniosku, że można wykazać dobroć 

zarówno  w  stosunku  do  zwierząt  jak  i  do  ludzi.  Jedno  nie  wyklucza  drugiego  -argument 

przeciwko trzymaniu zwierząt w domu płynący z przekonania, że te wartości się wykluczają, 

okazał  się  fałszywy.  W  sferze  eksperymentów  sytuacja  jest  jednak  inna  -aby  wykazać  się 

dobrocią  w  stosunku  do  dziecka,  zachodzi  niestety  konieczność  uczynienia  krzywdy 

doświadczalnemu  zwierzęciu.  Nie  można  tych  rzeczy  pogodzić.  Trzeba  dokonać  trudnego 

wyboru.  

background image

Drugiemu,  bardziej  umiarkowanemu  krytykowi,  naukowiec  odpowiada  tak:  "Zgoda. 

Należy  do  minimum  ograniczać  cierpienia  zwierząt,  ale  powstają  tu  pewne  problemy".  W 

ostatnich  latach  przeprowadzono  wiele  szczegółowych  badań  nad  metodami  oszczędzania 

bólu  zwierzętom  laboratoryjnym  i  czyni  się  wszystko,  aby  opracować  takie  testy,  które 

pozwoliłyby  ograniczyć  liczbę  zwierząt  i  ilość  ich  cierpienia  albo  nawet,  jeśli  to  tylko 

możliwe, w ogóle wyeliminować z nich zwierzęta. Na tej podstawie można by przypuszczać, 

że  liczba  zabijanych  co  roku  zwierząt  laboratoryjnych  powinna  się  systematycznie 

zmniejszać. Nie potwierdzają tego jednak cyfry, które przytoczyłem. Naukowcy tłumaczą, iż 

nie  oznacza  to  stosowania  bardziej  rozrzutnych  metod,  lecz  jest  spowodowane  raczej 

rozszerzaniem programów badawczych mających na celu odkrycie nowych sposobów ulżenia 

ludzkiemu cierpieniu. Co więcej, zwracają uwagę, że jednym z największych problemów w 

badaniach  jest  niemożność  ograniczenia  ich  do  tych  dziedzin,  które  mają  oczywisty  i 

bezpośredni związek z cierpieniem w jego konkretnej postaci. Wiele spośród największych i 

w  ostatecznym  efekcie  najwartościowszych  odkryć  jest  rezultatem  doświadczeń 

prowadzonych  na  zwierzętach  nie  jako  badania  "stosowane",  lecz  "podstawowe". 

Twierdzenie, że nie należy wykonywać jakiegoś doświadczenia, ponieważ w danej chwili nie 

ma ono żadnego praktycznego znaczenia dla takich dziedzin  jak medycyna czy psychiatria, 

jest niczym innym jak hamowaniem postępu wiedzy.  

Ta kwestia zaczyna niepokoić niektórych nawet najmniej emocjonalnie nastawionych 

i  najgłębiej  wykształconych  krytyków.  Do  jakiej  granicy  muszą  się  posunąć  Darwinowskie 

"prawdziwe badania ", zanim staną się "zasługującą na potępienie i obrzydliwą ciekawością"? 

Wymaga  to  dużo  trudniejszego  i  dużo  subtelniejszego  sposobu  argumentowania.  Czytając 

niektóre  czasopisma  naukowe,  zwłaszcza  z  zakresu  psychologii  eksperymentalnej,  trudno 

oprzeć się myśli, że w ostatnich czasach, przy uwzględnieniu wszelkich kryteriów rozsądku, 

wielu  badaczy  posuwa  się  zbyt  daleko.  Czyniąc  to,  narażają  oni  na  szwank  publiczną 

akceptację badań naukowych jako takich, a wiele autorytetów jest zdania, że najwyższy czas 

poddać  gruntownej  rewizji  kierunek,  w  którym  zdąża  wiele  realizowanych  badań.  Jeśli  się 

tego  nie  zrobi,  może  nastąpić  wybuch  społecznego  niezadowolenia  na  wielką  skalę,  co  w 

ostatecznym rozrachunku przyniesie nieobliczalne szkody postępowi nauki.  

Po  tych  ogólnych  stwierdzeniach  pozostaje  zadać  sobie  pytanie,  dlaczego  relacje 

między człowiekiem a zwierzęciem, jakie zachodzą w laboratorium, wywołują tyle niepokoju 

i  tak  gorące  dyskusje.  Oczywista,  zbyt  oczywista  odpowiedź  brzmi,  że  nawet  jeśli  uznamy 

zasadność  i  niezbędność  bólu,  który  człowiek  zadaje  zwierzęciu  w  laboratorium,  to  jeszcze 

nie znaczy, że nam się to podoba. A co sądzić o człowieku, który znajduje w swojej kuchni 

background image

myszy, albo  o  mieszkańcu slumsów, który ma w swoim pomieszczeniu  szczury i  tłucze ! je 

kijem na śmierć albo używa trutki przyprawiając je o długie i bolesne konanie? Taki ktoś nie 

spotyka się z naszą krytyką, lecz ze współczuciem. Nie istnieją towarzystwa ochrony dzikich 

szczurów i myszy pleniących się w miejscach naszego zamieszkania, chociaż są to przecież te 

same  gatunki  zwierząt,  które  wykorzystuje  się  w  wywołujących  tyle  kontrowersji 

doświadczeniach laboratoryjnych. Zabicie dzikiego szczura spotyka się z aprobatą, ponieważ 

może  on  roznosić  choroby,  ale  zabicie  szczura  laboratoryjnego  spotyka  się  z  dezaprobatą, 

chociaż  jego  śmierć  może  się  przyczynić  do  ograniczenia  zasięgu  choroby  dzięki  jakiemuś 

odkryciu naukowemu.  

Jak  można  wyjaśnić  tę  niekonsekwencję?  Cokolwiek  by  o  tym  powiedzieć,  ma  to 

oczywiście mały związek z naszym rzeczywistym zatroskaniem o losy szczurów, dzikich czy 

oswojonych.  Gdybyśmy  naprawdę  dbali  o  interes  szczura  laboratoryjnego  jako  szczególnie 

interesującej  formy  życia  zwierząt,  nie  traktowalibyśmy  tak  brutalnie  jego  żyjącego  na 

wolności odpowiednika. W gruncie rzeczy chodzi o to, że nasza reakcja jest znacznie bardziej 

złożona  i  subtelna,  niż  sobie  wyobrażamy.  Nasz  stosunek  do  dzikiego  szczura  należy  do 

kategorii  reakcji  podstawowych  -widzimy  w  nim  najeźdźcę  na  nasz  prywatny  teren  i 

uważamy, że mamy prawo bronić tego terenu w każdy dostępny nam sposób. Żaden sposób 

potraktowania  niebezpiecznego  intruza  nie  jest  zbyt  surowy.  A  co  z  oswojonym  białym 

szczurem laboratoryjnym? Czy nie jest to stworzenie, którego przodkowie przywlekli do nas 

epidemię  dżumy?  Z  pewnością,  ale  obecnie  pojawia  się  ono  w  nowej  roli  i  jeśli  mamy 

zrozumieć  silne  emocje,  które  wywołuje  w  nas  jego  doświadczalna  śmierć,  musimy 

zrozumieć tę rolę.  

Na  początek  zauważmy,  że  biały  szczur  nie  jest  już  żadnym  szkodnikiem,  lecz  jest 

sługą  człowieka.  Dobrze  go  się  traktuje  i  żywi,  stwarza  mu  się  wygodne  warunki  i  pod 

każdym względem dba się o niego. Stosunek człowieka do niego jest taki jak stosunek lekarza 

doglądającego pacjenta przed operacją. Potem eksperymentalnie zaraża się go rakiem. Później 

uśmierca  się  go  tymi  samymi  rękami,  które  przedtem  go  karmiły.  Wyjąwszy  raka,  taka 

sekwencja zdarzeń mogłaby też wystąpić w relacjach między farmerem a hodowanym przez 

niego inwentarzem. Najpierw dba on o swoje zwierzęta, a następnie je uśmierca. A jednak nie 

mamy większych pretensji do przeciętnego farmera za to, że tak traktuje on zwierzęta, które 

hoduje,  podobnie  jak  nie  mamy  pretensji  do  kogoś,  kto  truje  dzikiego  szczura  w  swojej 

kuchni. O co tu więc chodzi? Sekwencja, którą obserwujemy na farmie, składa się z dobrego 

traktowania,  a  następnie  uśmiercania.  Sekwencja  stosunku  do  szkodników  składa  się  z 

zadawania  bólu  i  uśmiercania.  Innymi  słowy,  nie  mamy  nic  przeciwko  uśmiercaniu,  które 

background image

następuje po okresie roztaczania opieki,  ani  też  przeciw uśmiercaniu  po  uprzednim zadaniu 

bólu. Symboliczna rola, jaką odgrywają białe szczury (myszy) w laboratoriach badawczych, 

jest rolą uniżonego i wiernego sługi, kochanego przez swego pana do dnia, kiedy to kochający 

pan  -bynajmniej  nie  sprowokowany  -bez  żadnego  ostrzeżenia  zaczyna  torturować  swego 

sługę i robi to nie dla jego dobra, lecz dla swego własnego pożytku. Jest to alegoria zdrady i 

tu właśnie tkwi istota wszystkich problemów.  

Krytycy  doświadczeń  na  zwierzętach  gwałtownie  zaprzeczą  i  będą  utrzymywać,  że 

chodzi  im  o  szczura,  a  nie  o  tę  symboliczną  relację,  ale  jeśli  nie  są  konsekwentnymi 

wegetarianami i ludźmi, którzy nie tkną palcem nawet muchy, padną ofiarą własnych iluzji. 

Jeśli  kiedykolwiek  korzystali  z  jakiejś  pomocy  lekarskiej,  okażą  się  też  w  dodatku 

obłudnikami. Jeśli natomiast są uczciwi, przyznają, że tym, co ich naprawdę trapi, jest zdrada 

tkwiąca w symbolicznej, intymnej relacji między człowiekiem a szczurem.  

Teraz  powinno  już  być  jasne,  dlaczego  tyle  uwagi  poświęcam  temu  wzorcowi 

ludzkich  zachowań,  który  na  pierwszy  rzut  oka  nie  wydaje  się  mieć  ścisłego  związku  z 

tematem  książki.  Istotę  kłopotliwego  położenia  badacza  stanowi  to,  że  aby  rozwiać  swoje 

obawy, musi on nieustannie podkreślać, jak dobrze traktuje swoje doświadczalne zwierzęta: 

jak łagodnie się z nimi obchodzi, jak miło i wygodnie żyje im się w higienicznych klatkach, w 

których oczekują na odegranie swojej  ważnej  roli  w doświadczeniach. Właśnie ów kontrast 

między  czułą  intymnością  i  tym,  co  następnie  badacz  im  robi,  stanowi  sedno  gwałtownego 

sprzeciwu  jego  krytyków.  Ponieważ,  jak  pokazuje  to  niniejsza  książka,  intymność  oznacza 

zaufanie,  a  tymczasem  symbolicznego  szczura-sługę  skłania  się  do  tego,  aby  całkowicie 

zaufał swojemu panu, by potem z jego dobrych i troskliwych rąk otrzymać ból i chorobę. Jeśli 

taka  zdrada  intymności  zdarza  się  sporadycznie  i  tylko  z  jakichś  szczególnych  powodów, 

większość krytyków, acz niechętnie, jest skłonna ją zaakceptować, ale jeśli co roku powiela 

się  ją  miliony  razy,  wówczas  zaczyna  ich  nachodzić  straszna  myśl,  że  należą  do  plemienia 

uczuciowych zdrajców. Jeśli człowiek potrafi świadomie zadać ból ufającemu mu zwierzęciu, 

które jeszcze przed chwilą traktował łagodnie i troskliwie, jak można mu ufać, gdy chodzi o 

stosunek  do  innych  ludzi?  Jeśli  ten  sam  człowiek  pod  każdym  innym  względem  w  swoim 

życiu społeczno-towarzyskim zachowuje się racjonalnie i życzliwie, to czy możemy jeszcze 

kiedykolwiek żywić pewność, że racjonalna życzliwość odzwierciedla jakąkolwiek prawdę o 

naturze  członków  społeczeństwa,  w  którym  żyjemy?  Jak  to  możliwe,  że  ten  sam  człowiek, 

który  zachowuje  się  tak  wspaniale  w  stosunku  do  swoich  prawdziwych  dzieci,  nieustannie 

nadużywa  zaufania  swoich  symbolicznych  "dzieci"  w  laboratorium?  Wszystkie  te  lęki 

pozostają, nie wyrażone, w umysłach jego krytyków.  

background image

Przypomina to wspomniany wcześniej przykład komendanta obozu koncentracyjnego, 

który był serdeczny i dobry dla swoich psów, a jednocześnie brutalnie torturował więźniów. 

Dobroć dla zwierząt miała nam w tamtej sytuacji uzmysławiać, że nawet  największy ludzki 

potwór  nie  jest  całkowicie  pozbawiony  delikatnych  uczuć.  Tutaj  sytuacja  jest  odwrotna, 

mamy bowiem do czynienia z człowiekiem zdolnym do dobroci w stosunku do innych ludzi, 

który  jednak  jest  w  stanie  spędzać  całe  dnie  pracy  na  zadawaniu  bólu  doświadczalnym 

zwierzętom.  To  właśnie  ten  kontrast  napawa  nas  przerażeniem.  Gdy  widzimy  dobrotliwie 

wyglądającego  żołnierza,  który  poklepuje  po  łbie  swego  psa,  narzuca  się  nam  natrętne 

pytanie, czy on także byłby zdolny do gazowania bezbronnych istot ludzkich. Gdy patrzymy 

na  dobrotliwego  i  kochającego  tatusia  bawiącego  się  z  dziećmi,  nie  możemy  oprzeć  się 

pytaniu, czy i w jego wnętrzu kryje się zdolność do okrutnych eksperymentów. Zaczynamy 

tracić  poczucie  wartości.  Zaczyna  się  chwiać  nasza  wiara  w  jednoczącą  siłę  intymności 

cielesnej i buntujemy się przeciwko, jak to nazywamy, nieczułości nauki.  

Doskonale  wiemy,  że  jest  to  bunt  nieuzasadniony  ze  względu  na  ogromne  korzyści, 

jakie  przyniosły  nam  badania  naukowe,  ale  tak  silnie  uderza  to  w  nasze  podstawowe 

rozumienie tego, czym jest łagodna i troskliwa intymność, że nie możemy się powstrzymać. 

W razie choroby biegniemy do apteki i szybko połykamy różne pigułki i tabletki, ale staramy 

się  nie  myśleć  o  ufnych,  zdradzonych  zwierzętach,  które  cierpiały  po  to,  byśmy  mogli 

otrzymać te błogosławione antybiotyki.  

Jeśli sytuacja rysuje się  tak przykro  w odczuciu  ogółu,  to  jak musi ona  wyglądać  w 

odczuciu badacza? Otóż nie rysuje się ona wcale tragicznie, a to dlatego, że wykształcił on w 

sobie  umiejętność  niepostrzegania  swojej  relacji  do  zwierząt  jako  relacji  symbolicznej. 

Podchodząc do sprawy wyłącznie rzeczowo, przezwycięża on swoje problemy emocjonalne. 

Obchodząc się ze zwierzętami łagodnie i troskliwie, robi to po to, aby mogły one jak najlepiej 

służyć doświadczeniom, a nie po to, aby zaspokoić swoje potrzeby emocjonalne w zakresie 

substytutów  intymności,  jak  zapalony  miłośnik  zwierzątek  domowych.  Wymaga  to  nieraz 

dużego opanowania i samodyscypliny, ponieważ nawet najbardziej kontrolowany rozumowo 

kontakt cielesny może zacząć wywierać swój magiczny wpływ i zapoczątkować tworzenie się 

wzajemnej więzi. Wiemy, że w niejednym wielkim laboratorium w jakiejś klatce na uboczu 

zamieszkuje  sobie  tłusty,  kłapouchy  królik,  spasiony  pieszczoch,  który  stał  się  maskotką  i 

którego nikt nie myśli wykorzystywać do żadnych doświadczeń, ponieważ udało mu się wejść 

w zupełnie inną rolę. 

Ktoś,  kto  nie  jest  naukowcem,  nie  potrafi  tak  łatwo  dokonać  tych  sztucznych 

rozróżnień. Dla niego wszystkie zwierzęta należą do Disneylandu. Jeśli dzięki współczesnym 

background image

mediom edukacyjnym, filmowi i telewizji, poszerzy swoje horyzonty i pozbędzie się wreszcie 

dziecięcych  wyobrażeń  o  pluszowych  zwierzątkach,  sprawią  to  nie  zręczne  ręce 

eksperymentatora, lecz raczej przyrodnicy, którzy podchodzą do tych spraw jak obserwatorzy, 

a nie jak osoby manipulujące zwierzętami i ich życiem.  

Trudne położenie poważnego badacza nie ulega więc poprawie. Podobnie jak ratujący 

pacjentowi życie chirurg, stara się on wpłynąć na polepszenie naszego losu, ale w odróżnieniu 

od  chirurga  otrzymuje  za  to  nikłe  podziękowanie.  Podobnie  jak  chirurg  -badacz  zachowuje 

podczas  swoich  operacji  rzeczowość  i  powstrzymuje  emocje.  Tu  i  tam  zaangażowanie 

emocjonalne byłoby szkodliwe. U chirurga jest to mniej oczywiste, gdyż poza salą operacyjną 

musi on zachowywać takie podejście do chorego, jakie obowiązuje innych lekarzy. Znajdując 

się jednak w sali operacyjnej, traktuje ciała swoich pacjentów tak samo chłodno i bezosobowo 

jak  badacz  eksperymentator,  krając  je,  jak  szef  kuchni  kraje  kawał  wybornej  pieczeni.  Inne 

postępowanie  nam  wszystkim  przyniosłoby  w  końcu  szkodę.  Gdyby  eksperymentator 

zaangażował się emocjonalnie i wszystkie zwierzęta doświadczalne zaczął traktować tak, jak 

traktuje  się  zwierzątka  domowe,  wkrótce  nie  byłby  w  stanie  prowadzić  swoich  żmudnych 

badań, które przynoszą nam taką ulgę w chorobach i cierpieniach. Potworność tego, co robi, 

doprowadziłaby  go  do  alkoholizmu.  Podobnie  gdyby  chirurg  dopuścił  do  siebie  emocje 

związane  z  losem  swoich  pacjentów,  drżałaby  mu    lancet  podczas  cięcia,  co  groziłoby 

pacjentowi  śmiertelnym  niebezpieczeństwem.  Przebywający  w  szpitalu  pacjenci  byliby 

przerażeni, gdyby mogli usłyszeć czasami żartobliwy, a innym razem rzeczowy ton rozmów 

toczonych  w  wielu  salach  operacyjnych,  ale  nie  byłaby  to  właściwa  reakcja.  Napawająca 

grozą intymność, której przejawem jest wtargnięcie do wnętrza ciała innego człowieka przy 

użyciu  ostrego  narzędzia,  wymaga  całkowitego  wyłączenia  wpływu  emocji  na  działanie. 

Gdyby miał to być przejaw zdesperowani a i pełnej miłości troski, to następnego intymnego 

kontaktu pacjent doznałby najpewniej z chłodnych rąk przedsiębiorcy pogrzebowego.  

W  niniejszym  rozdziale  przyglądaliśmy  się  temu,  jak  w  złaknionym  kontaktów 

świecie  wykorzystuje  się  żywe  substytuty  ciała  ludzkiego.  Tam,  gdzie  kontakty  te  są 

nacechowane  miłością,  jak  w  stosunkach  ze  zwierzęcymi  pieszczoszkami,  odpowiednie 

przejawy  intymności  dostarczają  wiele  zadowolenia.  Tam,  gdzie  z  pewnością  nie  są  one 

nacechowane  miłością,  jak  w  stosunkach  ze  zwierzętami  doświadczalnymi,  są  źródłem 

wielkiego  dyskomfortu.  W  ogólnym  rozrachunku  na  kontakty  te  składa  się  ogromna  liczba 

interakcji  dotykowych  i  pod  tym  względem  zwierzęta  są  dla  nas  czymś  ogromnie  ważnym. 

Rozważaliśmy przeważnie działania osób dorosłych, ale trzymanie zwierzątek domowych jest 

też ważnym wzorcem dla starszego dziecka, gdy zaczyna ono naśladować rodziców, otaczając 

background image

małe zwierzątka pseudorodzicielską opieką, tuląc je, nosząc na rękach, pielęgnując i troszcząc 

się o nie, jakby były całkowicie zależnymi od nich niemowlętami. Ponieważ koty i psy często 

i  tak  już  występują  w  rodzinie  jako  pseudodzieci  prawdziwych  rodziców,  młodzi 

pseudorodzice  często  bardziej  przywiązują  się  do  innych  gatunków,  które  dorośli  zwykle 

mają  w  pogardzie,  jak  króliki,  świnki  morskie  i  żółwie.  Gatunki  te,  nie  skażone 

zaangażowaniem  rodziców,  stwarzają  młodocianym  pseudorodzicom  osobny  i  bardziej 

prywatny świat substytutów intymności.  

U  młodszych  dzieci  problem  ten  rozwiązuje  się  za  pomocą  pluszowych  zwierzątek, 

będących substytutami substytutów miłości. Dzieci  otaczają je troską i  miłością, jakby były 

żywymi  istotami,  a  przywiązanie  do  Myszki  Mickey  czy  do  pluszowego  niedźwiadka  jest 

równie silne i  gorące jak przywiązanie starszego dziecka do ulubionego królika czy jeszcze 

później  do  uwielbianego  kucyka.  U  wielu  dziewcząt  przywiązanie  do  sporych  rozmiarów 

zwierzątka-przytulanki  trwa  aż  do  okresu  dorosłości.  N  a  zamieszczonym  w  prasie  zdjęciu 

ofiar  porwania  samolotu  widać  uratowaną  właśnie  kilkunastoletnią  dziewczynkę,  "wciąż 

obejmującą pluszowego misia, który pocieszał ją podczas trudnych przeżyć na pustyni". Gdy 

bardzo  potrzebujemy  jakiegoś  krzepiącego  kontaktu  cielesnego,  wystarcza  nam  nawet 

przedmiot nieożywiony, i to właśnie jest tematem następnego rozdziału. 

background image

7. INTYMNOŚĆ Z PRZEDMIOTAMI 

 

Na tablicy reklamowej w Zurychu widziałem wielki plakat, na którym widniała głowa 

mężczyzny  w  dwóch  wersjach  -jedna  obok  drugiej.  Te  właściwie  identyczne  głowy  różniły 

się  tylko  jednym  szczegółem:  w  ustach  jednej  z  nich  tkwił  papieros,  a  w  ustach  drugiej  -

smoczek. Twórcy plakatu zakładali, że przekaz jest oczywisty, toteż obrazowi nie towarzyszy 

ani jedno słowo. Jednym prostym zabiegiem wizualnym wyjaśnili, dlaczego tyle tysięcy ludzi 

ryzykuje śmierć w męczarniach, w kaszlu i wymiotach, gdy rak zżera im płuca.  

Plakat ma oczywiście zawstydzić dorosłych palaczy, wywołując w nich poczucie, że 

są  niedojrzali  i  dziecinni,  ale  można  go  też  odczytywać  inaczej.  Jeśli  mężczyzna  ze 

smoczkiem  w  ustach,  jak  niemowlę,  czerpie  z  niego  przyjemność,  to  o  tej  części  plakatu 

można  by  powiedzieć,  że  krytykuje  infantylizm.  Przenosimy  teraz  wzrok  na  drugą  z  tych 

głów  i  otrzymujemy  wyjaśnienie.  Smoczek  podobnie  jak  papieros  daje  zadowolenie,  a 

zarazem  uwalnia  od  infantylizmu.  Z  tego  punktu  widzenia  można  w  tej  reklamie  dostrzec 

niemal  zachętę  do  palenia  dla  tych,  którzy  nie  odkryli  jeszcze  przyjemności,  jaką  daje  ta 

czynność.  Zapal  papierosa,  a  osiągniesz  zadowolenie,  nie  narażając  się  na  zarzut 

infantylizmu!  

Jeżeli  nie  przekręcamy  tak  przewrotnie  tego  zawierającego  jak  najlepsze  intencje 

komunikatu,  dostarcza  nam  on  cennej  wskazówki  na  temat  światowego  problemu  palenia 

stojącego przed dzisiejszym społeczeństwem. Palenie jako problem pojawiło się stosunkowo 

niedawno. W wielu krajach podjęto szeroko zakrojoną kampanię mającą na celu wyczulenie 

palaczy na niebezpieczeństwa, jakie niesie napełnianie płuc rakotwórczym dymem. Zakazano 

reklamy  papierosów  w  telewizji,  a  także  toczy  się  nieustanna  dyskusja,  jak  uchronić  przed 

tym  nałogiem  dzieci.  Pokazuje  się  wstrząsające  filmy  o  przebywających  w  szpitalu 

nieszczęsnych  pacjentach  z  zaawansowanym  rakiem  płuc.  Reagując  rozsądnie,  niektórzy 

palacze  zerwali  z  nałogiem,  ale  wielu  innych  tak  się  przeraziło,  że  dla  uspokojenia 

roztrzęsionych nerwów poczuli się zmuszeni sięgnąć po kolejnego papierosa. Innymi słowy, 

chociaż nareszcie zajęto się tym problemem, daleko do jego rozwiązania. Zwykłe mówienie 

ludziom, że nie powinni czegoś robić, bo jest to szkodliwe, może i jest skuteczne, ale działa 

krótko -podobnie jak wojna, która ma wpłynąć na zmniejszenie zaludnienia. Podczas wojny 

giną miliony ludzi, ale natychmiast po jej zakończeniu następuje powojenny wzrost urodzeń i 

liczebność populacji gwałtownie pnie się w górę. Podobnie za każdym razem, gdy wybuchnie 

background image

panika antynikotynowa, tysiące ludzi przestają palić, ale gdy tylko panika minie, zyski spółek 

produkujących papierosy znów zaczynają szybko rosnąć.  

Prowadzący  kampanie  antynikotynowe  popełniają  jeden  wielki  błąd,  a  polega  on  na 

tym,  że  rzadko  zadają  sobie  pytanie,  dlaczego  ludzie  w  ogóle  chcą  palić?  Wydaje  im  się 

chyba,  że  ma  to  coś  wspólnego  z  uzależnieniem  narkotycznym,  a  więc  z  nałogo-twórczym 

działaniem  nikotyny.  Element  ten  oczywiście  też  jest  tu  obecny,  ale  nie  jest  to  bynajmniej 

czynnik najważniejszy. Wielu ludzi nawet nie wdycha dymu, wchłaniając bardzo niewielkie 

dawki  narkotyku,  i  dlatego  przyczyn  ich  nałogu  należy  szukać  gdzie  indziej.  Nie  ulega 

wątpliwości,  że  chodzi  tu  o  akt  intymności  oralnej,  której  doświadczamy,  trzymając  coś 

między wargami, jak to pięknie pokazuje plakat w Zurychu, i takie podstawowe wyjaśnienie 

stosuje się niemal na pewno również do palaczy zaciągających się dymem. Dopóki nie zbada 

się  dokładnie  tego  aspektu  palenia,  trudno  mieć  nadzieję  na  wyeliminowanie  go  z  naszej 

pełnej stresów i poszukującej komfortu kultury.  

Mamy  tu  wyraźnie  do  czynienia  z  sytuacją,  w  której  przedmiot  nieożywiony 

występuje jako substytut rzeczywistej  intymności  z inną istotą ludzką. Badając to  zjawisko, 

oddalamy  się  o  kolejny  krok  od  pierwotnego  źródła  intymności,  czyli  od  intymności  z 

najbliższymi.  Pierwszy  krok  zaprowadził  nas  do  intymności  z  prawie  nieznajomymi 

(zawodowi  dotykacze),  drugi  -do intymności  z żywymi  substytutami (zwierzęta domowe), a 

teraz  trzeci  wprowadza  nas  w  krainę  atrap,  czyli  przedmiotów  kryjących  w  sobie  element 

intymności.  Jest ich wiele, ale wygodnie zacząć  właśnie od papierosa, bo wskazuje on nam 

początki całej tej historii -moment, kiedy zirytowana matka wpycha gumowy substytut sutka 

do buzi rozwrzeszczanego niemowlaka.  

Niemowlęcy  smoczek,  który  działa  uspokajająco  i  kojąco,  określa  się  czasem  jako 

"ślepy" cycuszek, ponieważ w odróżnieniu od smoczka przy butelce do karmienia, nie ma w 

nim dziurki. Określenie to jest nieco mylące, ponieważ żadna matka nie może pochwalić się 

tak wielką i pękatą brodawką sutkową, jaką jest przeciętny, masowo produkowany smoczek. 

Jest  to  supersutek,  wprawdzie  pozbawiony  mleka,  ale  wspaniały  w  dotyku.  Jest  on 

zakończony płaskim krążkiem, który symuluje pierś matki i uniemożliwia dziecku wessanie 

gumowego supersutka do buzi.  

Smoczki  takie  stosuje  się  od  wielu  wieków,  ale  niedawno  popadły  one  w  niełaskę, 

ponieważ uznano je za szkodliwe źródło infekcji. Ostatnio znów zdają się powracać do łask i 

obecnie  często  zalecane  są  przez  autorytety  medyczne.  Niemowlęta,  którym  w  pierwszych 

miesiącach życia daje się do ssania smoczek, dużo rzadziej ssą potem palec (jako oczywistą 

inną możliwość, dającą im uspokojenie i zadowolenie w braku sutka). Ponadto nie mówi się 

background image

już, że smoczki  deformują usta  czy psują  wyrzynające się zęby, a przeprowadzone ostatnio 

doświadczenia przekonały ekspertów o czymś, co dawno już wiedzą matki, a mianowicie, że 

smoczki  bardzo  skutecznie  działają  na  niemowlę  kojąco.  Owo,  jak  to  nazwano,  ,jałowe 

ssanie"  zostało  poddane  dokładnym  badaniom  na  podstawie  reakcji  zarejestrowanych  u 

wielkiej  liczby  niemowląt.  Stwierdzono,  że  już  po  trzydziestu  sekundach  trzymania  w  buzi 

smoczka  płacz  niemowlęcia  słabł  do  jednej  piątej  poziomu  początkowego,  a  niespokojne 

ruchy  kończyn  zmniejszały  się  o  połowę.  Okazało  się  też,  że  obecność  supersutka  między 

wargami niemowlęcia, nawet bez aktywnego ssania, działała na nie uspokajająco. Półśpiące 

dziecko, które przestało  ssać, jeśli  wyjmie mu się smoczek, porusza się  gwałtownie i  znów 

zaczyna  płakać.  Z  obserwacji  tych  wynika  więc,  że  trzymanie  czegoś  między  wargami  jest 

doznaniem  przynoszącym  stworzeniu  ludzkiemu  zadowolenie,  gdyż  jest  utożsamiane  z 

kojącym  kontaktem  z  pierwotnym  opiekunem  -matką.  Kiedy  patrzymy  na  staruszka  z 

lubością  ssącego  cybuch  swojej  fajeczki,  staje  się  jasne,  że  ta  silnie  działająca  forma 

intymności symbolicznej towarzyszy nam przez całe życie.  

Dla dorosłego "ssacza" ważne jest, by to, co robi, wyglądało na coś innego. Na tym 

polega  komunikat  plakatu  w  Zurychu.  Posłużenie  się  smoczkiem  przez  zestresowanego 

dorosłego  prawdopodobnie  uspokoiłoby  go  równie  skutecznie  jak  ssanie  czegokolwiek 

innego, gdyby tylko nie miało na sobie piętna "infantylizmu". Ponieważ jednak takie piętno 

ma,  musi  on  stosować  rozmaite  poprzebierane  atrapy.  Pod  tym  przynajmniej  względem 

papieros  jest  idealny  jako  całkowicie  "dorosły".  Ponieważ  jest  on  dzieciom  zakazany,  ,  nie 

tylko nie jest infantylny, ale wręcz w ogóle nie kojarzy , się z dziećmi i dlatego istnieje poza 

kontekstem  niemowlęcego  ssania,  które  jest  jego  prawdziwym  źródłem.  Przedmiot  ten 

wyczuwa  się  między  wargami  jako  coś  miękkiego,  a  jego  dym  dodaje  do  tego  ciepło,  co 

sprawia,  że  w  porównaniu  z  gumowym  smoczkiem  jeszcze  bardziej  przypomina  on 

prawdziwy matczyny sutek. Ponadto uczucie, że coś się wysysa z jednego końca i wciąga się 

to  do  gardła,  jeszcze  potęguje  złudzenie.  Ustala  się  nowe  równanie  symboliczne:  ciepły 

wdychany dym równa się mleko matki.  

Wielu palaczy, wkładając do ust papieros, albo też wyjmując go, bezwiednie dotyka 

palcami  zewnętrznej  strony  warg,  symulując  w  ten  sposób  dotykanie  matczynych  piersi. 

Niektórzy  wkładają  sobie  papieros  między  wargi  i  pozostawiają  go  tam  na  pewien  czas, 

pociągając  tylko  z  rzadka.  Te  dłuższe  chwile  bez  pociągania  przypominają  sytuację,  gdy 

niemowlę znajduje się w półśnie i trzyma smoczek w buzi, nie ssąc go. Są też palacze, którzy 

wyjąwszy papieros z ust, pieszczą go jeszcze palcami, chociaż bez trudu mogliby go zgasić w 

background image

popielniczce. Wymownym świadectwem tej silnej potrzeby trzymania nikotynowego sutka, i 

to niekoniecznie w ustach, są trwałe ślady tytoniu na "nikotynowych palcach".  

Wariacją  tego  tematu  jest  supersutek  używany  przez  biznesmena,  czyli  cygaro, 

którego koniec jest stosownie zaokrąglony i gładki w miejscu zetknięcia z ustami. Zgodnie ze 

specjalnym umownym rytuałem ten gładki "ślepy" cycek przekłuwa się i przycina za pomocą 

specjalnych  narzędzi,  ażeby  ułatwić  przepływ  kojącego  ciepłego  mleka-dymu.  Niektórzy 

rezygnują  z  miękkiego  dotyku  papierosa  lub  cygara  na  rzecz  jeszcze  większej  gładkości  w 

postaci  cygarniczki  do  papierosów  lub  cygar  albo  też  fajki.  Język  może  wtedy  błądzić  po 

czymś tak samo gładkim i śliskim jak prawdziwy sutek albo jak gumowy cycuszek. Aż dziw, 

że dotąd nie wymyślono jakiegoś urządzenia, które byłoby nie tylko śliskie, ale i miękkie, na 

przykład gumowej cygarniczki. Być może jednak taka rzecz byłaby nie dość zamaskowana i 

zanadto  przypominałaby  ową  prawdziwą  rzecz,  tracąc  tym  samym  znamiona  powagi 

właściwej  ludziom  dorosłym.  Palaczom  fajek  szczególnie  niezręcznie  byłoby  oddawać  się 

swojemu ulubionemu zajęciu, jakim jest ssanie pustej fajki. I bez tego czynność ta jest zbyt 

oczywista  w  swojej  wymowie,  a  gumowy  cybuch  byłby  już  nieomylnym  znakiem 

rozpoznawczym. 

Ogromna  ilość  wypalanych  obecnie  na  całym  świecie  produktów  tytoniowych 

świadczy  o  istnieniu  wielkiego  zapotrzebowania  na  przejawy  kojącej  intymności 

symbolicznej.  Chcąc  zlikwidować  szkodliwe  skutki  uboczne  tego  wzorca  zachowania, 

należałoby albo w odpowiednim stopniu odstresować społeczeństwo, albo dostarczyć jakichś 

innych  możliwości.  Ponieważ  nic  nie  wskazuje  na  to,  by  istniała  jakaś  nadzieja  na  rychłe 

zrealizowanie  pierwszego  z  tych  rozwiązań,  pozostaje  tylko  drugie.  Proponowano  i  nawet 

próbowano stosować papierosy z plastiku, ale zdaje się, że nie mają one przed sobą wielkiej 

przyszłości.  Sam  pomysł  idzie  we  właściwym  kierunku,  ale  nie  uwzględnia  on  takich 

istotnych  czynników  jak  ciepło  i  rzeczywista  możliwość  ssania,  których  dostarczają 

prawdziwe  papierosy.  Nie  daje  on  też  żadnego  oficjalnego  uzasadnienia  takiego 

postępowania. Aby takie działanie dało  się zaakceptować, trzeba je ukryć pod jakąś maską. 

Co  prawda  wiele  osób  ssie  końce  ołówków,  pióra,  zapałki,  a  także  końce  oprawek  od 

okularów,  ale  wszystkie  te  przedmioty  spełniają  jakieś  inne  "oficjalne"  funkcje.  Papieros  z 

plastiku  nie  miałby  takiej  funkcji  i  dlatego  zanadto  przypominałby  smoczek  z  plakatu  w 

Zurychu. Trzeba będzie znaleźć jakieś inne rozwiązanie i wszystko wskazuje na to, że będzie 

ono  musiało  wyjść  od  samych  producentów  papierosów  w  postaci  na  przykład  papierosa 

syntetycznego  lub  ziołowego,  który  nie  będzie  niszczył  płuc.  Już  prowadzi  się  badania 

zmierzające do tego celu i może najdonioślejszym skutkiem panującego obecnie strachu przed 

background image

rakiem  i  różnych  kampanii  propagandowych  będzie  zmuszenie  badaczy,  by  radykalnie 

przyśpieszyli swoje prace.  Zważywszy na szczególną funkcję, jaką spełnia w naszym życiu 

palenie -co  wykazałem  w moim  opisie  -jest  to  chyba jedyny długotrwały pożytek płynący z 

takich kampanii.  

Ludzie,  którzy  rzucili  palenie  albo  próbowali  to  robić,  narzekają,  że  gdy  zerwali  z 

nałogiem,  wkrótce  zaczęli  tyć.  Naprowadza  to  nas  na  pewien  trop,  który  ukazuje  istotę 

pewnych  rodzajów  odżywiania.  Znaczna  część  tego,  co  robimy,  podskubując  i  ssąc  różne 

rodzaje  produktów  żywnościowych,  jest  raczej  symbolicznym  nawiązaniem  do  pierwotnej 

intymności  oralnej  niż  normalnym  sposobem  odżywiania  się  ludzi  dorosłych.  Łaknący 

papierosa były palacz, który nagle zapragnie odrobiny przyjemności, chwyta kawałek czegoś 

słodkiego i wpycha sobie to do pozbawionych sutka ust. Ssanie cukierków i innych słodyczy 

jest  jeszcze  jednym  zamaskowanym  substytutem  korzystania  z  matczynej  piersi.  Dla 

większości z nas jest to wzorzec zachowania wypełniający lukę między smoczkiem z okresu 

niemowlęctwa a papierosem  wieku dojrzałego. Sklep ze słodyczami jest królestwem  dzieci. 

Dziecko,  zbyt  już  duże,  żeby  ssać  gumowe  smoczki,  zaczyna  ssać  najrozmaitsze  rodzaje 

lizaków  o  różnych  kształtach.  Mogą  mu  one  zrujnować  uzębienie,  ale  pomagają 

zrekompensować utracone przyjemności. Jako dorośli, zwykle stronimy od takich rozkoszy, 

ale  niejeden  młody  kochanek  wciąż  jeszcze  ofiarowuje  swojej  najdroższej  dający  wiele 

zadowolenia podarunek w postaci bombonierki pełnej czekoladowych sutków, które mają jej 

poprawić  humor.  A  niejedna  znudzona  gospodyni  domowa  sięga  do  pudełka  po  kojący 

cukierek.  Słodycze  napełnia  się  niekiedy  nie  przeznaczonym  dla  dzieci  alkoholem,  i  w  ten 

sposób,  zanim  trafią  do  ust,  stają  się  "czekoladkami  z  likierem",  które  bardziej  przystoją 

ludziom dorosłym.  

Chociaż  produkty  spożywcze  nie  są  tak  trwałe  jak  sutki,  mają  jednak  pewne  istotne 

cechy, takie jak miękkość i słodycz, pozwalające im lepiej odgrywać ową symboliczną rolę. 

Jedna  szczególna  ich  forma,  a  mianowicie  guma  do  żucia,  przezwycięża  ów  niedostatek, 

którym  jest  brak  trwałości.  Guma  do  żucia  zawiera  w  sobie  rozciągliwą  substancję 

otrzymywaną z mlecznego soku drzewa sapodilla, odpowiednio dosłodzoną i aromatyzowaną. 

(Na  jedną  część  soku  sapodilla  daje  się  trzy  części  cukru,  uzyskaną  masę  podgrzewa  się  i 

ugniata,  dodając  takie  substancje  aromatyczne  jak  goździki,  cynamon  czy  miętę).  Gumę 

można żuć całymi godzinami, a reklamuje się ją jako coś, "co koi nerwy i pomaga się skupić". 

Jako  symbol  jest  to  nic  innego  jak  gumowy  i  wymienialny  sutek.  Ze  względu  na  swoje 

właściwości  guma  do  żucia  powinna  cieszyć  się  wielkim  uznaniem,  ale  pewien  problem 

stanowi  tu  bardzo  rzucający  się  w  oczy  ruch  szczęk,  który  towarzyszy  żuciu.  Nie  jest  to 

background image

przeszkodą dla żującego, ale otoczeniu wydaje się, jakby był zajęty nieustannym jedzeniem. 

Ponieważ żujący nigdy nie przełyka "pożywienia", które ma ustach, powstaje wrażenie, że to 

coś,  co  się  tam  znajduje,  zawadza  mu,  niczym  kawałek  trudnej  do  zgryzienia  chrząstki,  i 

dlatego żujący, mimo że sam doznaje ukojenia, przyprawia o irytację osoby znajdujące się w 

jego bliskości.  Skutkiem  tego w wielu  sytuacjach towarzyskich żucie  gumy uważane jest  za 

"obrzydliwy zwyczaj", a sama czynność nie wszędzie cieszy się popularnością.  

Ponieważ  mleko  matki  jest  płynem  ciepłym  i  słodkim,  nic  dziwnego,  że  dorośli  w 

chwilach  napięć  lub  znudzenia  stosują  rozmaite  ciepłe  i  słodkie  napoje  jako  środki  kojące. 

Corocznie  konsumuje  się  hektolitry  herbaty,  kawy,  czekolady  i  kakao,  co  nie  ma  żadnego 

związku  z  autentycznym  pragnieniem,  które  stwarza  tylko  oficjalny  pretekst.  Filiżanki  i 

kubki, z których tak chętnie sączymy te substytuty mleka, są także miłe i gładkie, a do tego 

mają  śliską  powierzchnię,  której  dotykają  nasze  łaknące  przyjemnych  doznań  usta;  Dlatego 

łatwo  zrozumieć  protesty  przeciwko  współczesnym  tekturowym  kubkom  jednorazowego 

użytku, które nie są ani gładkie, ani śliskie. 

I  znów  warto  zauważyć,  w  jaki  sposób  unikamy  nazbyt  i  oczywistych  skojarzeń: 

pijemy gorącą herbatę, ale mleko -zimne. Picie gorącego mleka w nazbyt oczywisty sposób i 

przypomina to, co robią niemowlęta. Na to mogą sobie pozwolić tylko ludzie chorzy, bo jak 

się  przekonaliśmy,  człowiek  chory  zrezygnował  już  z  typowych  dla  dorosłego  zmagań  z 

życiem,  fundując  sobie  całkowite  "niemowlęctwo  !  w  proszku",  i  dlatego  kolejny  przejaw 

takiego  niemowlęcego  zachowania  niczego  tu  już  właściwie  nie  zmienia.  Poza  zimnym 

mlekiem  lub  koktajlami  mlecznymi,  które,  co  jest  znamienne,  wsysane  są  zwykle  przez 

słomkę,  istnieje  wiele  innych  rodzajów  zimnych  i  słodkich  napojów  używanych  w  funkcji 

smoczków. Prawie zawsze reklamuje się je jako napoje orzeźwiające, ale pod tym względem 

w  żadnym  stopniu  nie  dorównują  zwyczajnej  czystej  wodzie.  Ważne  jest  jednak  to,  że  są 

słodkie,  a  coraz  bardziej  rozpowszechniony  zwyczaj  picia  prosto  z  butelki  podnosi  ich 

wartość  symboliczną.  Same  butelki  są  teraz  znacznie  mniejsze  i  rozmiarami  odpowiadają 

butelkom  dla  niemowląt.  W  gruncie  rzeczy,  gdyby  ktoś,  naśladując  plakat  wiszący  w 

Zurychu,  zechciał  pokazać  człowieka  pijącego  colę  lub  lemoniadę  z  butelki  ze  smoczkiem, 

zdemaskowałby całą tę zabawę.  

W geście samo pocieszenia, ludzie przytykają sobie do ust różne inne przedmioty, na 

przykład łodygi roślin czy wiszące na szyi koraliki. Powiedzieliśmy już jednak dość dużo, aby 

wykazać, że oralna intymność niemowlęca pozostaje istotnym składnikiem naszego dorosłego 

życia,  nawet  jeśli  nie  należy  do  tak  oczywistej  sfery,  jaką  stanowią  pocałunki  zarówno 

przyjacielskie jak erotyczne. Pora więc przejść do innych części ciała dorosłego człowieka.  

background image

Kolejną podstawową formą kontaktu w okresie dzieciństwa jest przytulanie policzka 

do  ciała  matki  i  pozostawanie  w  bezruchu.  Przytulanie  do  policzka  miękkich  przedmiotów, 

służących jako substytuty, rzadko występuje u dorosłych mężczyzn, ale jest dość powszechne 

u  kobiet.  Wiele  reklam  miękkich  łóżek,  pledów,  koców  i  bielizny  pościelowej  ukazuje 

pogodnie uśmiechniętą kobietę, która tuli do siebie jakiś nadający się do tego przedmiot. Jej 

głowa jest przechylona w jedną stronę, a policzek przylega do gładkiej powierzchni materiału. 

Szczególnie  często  widzi  się  ten  obrazek  w  reklamach  koców,  gdzie  zajmuje  on  niemal 

pozycję  monopolisty,  mimo  oczywistego  faktu,  że  kiedy  koc  znajduje  się  już  w  łóżku,  nie 

zachodzi bezpośredni kontakt z nim, ponieważ jest owinięty w prześcieradło.  

Podobnym motywem posługują się reklamy futer. Często pokazują futrzany kołnierz 

podniesiony  albo  właśnie  podnoszony  rękami  w  taki  sposób,  że  jego  nadzwyczaj  miękka 

powierzchnia  pieści  policzki  modelki.  Futrzane  dywaniki  mają  większą  powierzchnię 

kontaktową, przypominając ciało matki rozciągnięte na podłodze lub łóżku.  

Może najbardziej rozpowszechnioną formą kontaktu z udziałem miękkiego w dotyku 

policzka, i to formą występującą zarówno wśród mężczyzn jak wśród kobiet, jest korzystanie 

podczas  nocnego  wypoczynku  z  poduszki  wypełnionej  puchem.  Pieszczota  tej  delikatnej 

poduszki-piersi jest bardzo ważną formą ukojenia u schyłku dnia. Pozwala nam ona wyciszyć 

się do stanu, w którym jesteśmy nareszcie gotowi zapaść w głęboki sen i pozostawić za sobą 

zmagania,  które  jako  ludzie  dorośli  toczyliśmy  w  ciągu  dnia.  Producenci  poduszek 

precyzyjnie wypracowali odpowiednie proporcje między sprężystością a miękkością i obecnie 

w każdym sklepie z pościelą wśród całej gamy poduszek różniących się nieco między sobą 

pod  względem  właściwości  dotykowych  można  sobie  wybrać  właściwą.  Wielu  dorosłym 

pomaga  zasnąć  jakaś  jedna  konkretna  poduszka  lub  jej  "zwartość"  i  gdy  przyjdzie  im 

przyłożyć  twarz  do  innej  poduszki  w  obcym  łóżku,  czy  to  w  hotelu,  czy  w  cudzym  domu, 

mogą  mieć  trudności  ze  snem.  Jest  to  częstsze  u  domatorów,  którzy  mało  podróżują  i  u 

których z czasem  wyrabia się obsesja na tle jednej  konkretnej właściwości  poduszek, takiej 

jak sprężystość, grubość czy miękkość.  

Podobnie mają się sprawy z całą resztą łóżka. Poza wrażliwością na cechy poduszki 

dorośli  preferują  jakiś  szczególny  stopień  miękkości  czy  twardości  materaca  i  jakąś 

szczególną lekkość czy ciężar, a także luźność czy przytulność tego, czym się przykrywają, 

układając się na noc w łóżkach, w których spędzają jedną trzecią życia.  

W 1970 roku na rynku amerykańskim pojawił się nowy i rodzaj łóżka -"łóżko wodne". 

Właściwie jest to materac z winylu wypełniony wodą. Leżąc na nim śpiący łagodnie zapada w 

background image

jego  płynne  objęcia,  jakby  powracając  do  łona  I  matki.  Termostat  i  grzałka  wewnątrz 

materaca utrzymują , wodę w temperaturze, która działa najbardziej kojąco. 

W  drugiej  połowie  1970  roku  sprzedano  ponad  15  tysięcy  takich  łóżek  i  wkrótce 

podaż  przestała  nadążać  za  popytem.  W  reklamach  zachęcano  potencjalnych  nabywców 

takimi wiele mówiącymi zwrotami jak "Żyj i kochaj, nurzając się w luksusie" albo "Bujaj się 

do  snu".  Użytkownikom  tych  materacy  grozi  jedynie,  by  odwołać  się  do  dziedziny 

ginekologii, "przebicie błony". Bo też dziura w materacu wodnym to zapewne nie mniejsze 

zamieszanie niż poród. Może więc ten niewielki, ale stale obecny lęk sprawi, że większość z 

nas pozostanie otulona w bezpieczniejszym uścisku tradycyjnej pościeli.  

Obiektywne  spojrzenie  na  nasze  zwyczaje  związane  ze  spaniem  i  na  jego  atrybuty, 

takie  jak  miękkie  poduszki,  łóżka  i  materace,  pozwala  dostrzec  ich  specjalne  znaczenie.  Są 

one czymś więcej niż sposób na sprowadzenie marzeń sennych, które naszym komputerowym 

mózgom  pozwalają  uporządkować  bezładny  natłok  myśli  minionego  dnia,  i  czymś  dużo 

ważniejszym  niż  środek  zapewnienia  sobie  odpoczynku  fizycznego  przed  trudami  dnia 

następnego.  Są  one  także  przykładem  szeroko  rozpowszechnionego  w  całym  świecie, 

masowego  pławienia  się  w  rozkoszach  intymności,  jakie  daje  otulenie  się  czymś 

nieożywionym, co można by uznać za połączenie tekstylnego łona i ramion tekstylnej matki.  

Nawet  gdy  nie  śpimy,  nie  odrzucamy  tych  podstawowych  uciech,  co  wyraźnie 

pokazuje współczesny przemysł  meblowy.  Fotele i  kanapy  wabiące zmysłową miękkością i 

pod  względem  wygody  jak  nigdy  dotąd  dorównujące  łóżkom,  stały  się  prawie 

najważniejszym  elementem  każdego  salonu,  pokoju  dziennego  i  holu.  Tam  właśnie  po 

męczącym  i  pracowitym  dniu  z  rozkoszą  oddajemy  się  intymnemu  kontaktowi  z  naszym 

ulubionym miękkim meblem, którego "ramiona" może nie obejmują nas w dosłownym sensie, 

ale którego poddająca się powierzchnia dostarcza nam wiele fizycznego komfortu. Siedzimy, 

rozkosznie wtuleni, na symbolicznych kolanach naszego imitującego matkę fotela i wolni od 

zagrożeń uspokajamy się jak dzieci, z bezpiecznej odległości spoglądając na chaos brutalnego 

życia  ludzi  dorosłych,  które  pozostawiliśmy  na  zewnątrz,  ale  którego  symboliczny  wyraz 

znajdziemy na ekranie telewizora lub na kartach powieści.  

Jeśli z mojego opisu oglądania telewizji z pozycji miękkiego i wygodnego fotela  -na 

wzór dziecka, które siedząc bezpiecznie na kolanach matki patrzy na to, co się dzieje z oknem 

-wynika, że potępiam ten zwyczaj, śpieszę zapewnić, że nie jest to moim zamiarem. Wprost 

przeciwnie,  jest  to  dodatkowa  zaleta  tego  rozpowszechnionego  na  całym  świecie  wzorca 

zachowania. Telewizja nie tylko dostarcza rozrywki i edukacji, ale -jak już mówiłem -stanowi 

niezwykle  ważny  czynnik  kojący  w  naszym  pełnym  stresów  dorosłym  świecie.  Szklany 

background image

ekran,  pokazując  nam  różne  sceny,  jednocześnie  nas  od  nich  odgradza,  pozostają  one 

bezpiecznie  zamknięte  we  wnętrzu  pudła  telewizora,  skąd  nie  mogą  nam  wyrządzić  żadnej 

krzywdy. Rekompensuje nam to niedostatki naszych foteli-matek, które dostarczają nam tylko 

jednego  z  dwóch  ważnych  czynników  bezpieczeństwa,  jakie  prawdziwa  matka  zapewnia 

swemu dziecku. Prawdziwa matka daje zarówno intymność kontaktu z delikatnym ciałem, jak 

też  ochronę  przed  światem  zewnętrznym.  Nasze  fotele-matki  dają  nam  tylko  delikatny 

kontakt  -nie  mogą  nas  jednak  chronić.  I  tu  właśnie  śpieszy  nam  na  pomoc  nieprzenikalna 

szklana  ściana  ekranu  telewizyjnego,  która  kompensuje  nam  brak  tego  czynnika  ochrony, 

bezpiecznie  oddzielając  nas  od  rozgrywających  się  wewnątrz  pudła  dramatów  świata  ludzi 

dorosłych. Symboliczne równanie jest więc proste: prawdziwa matka, która chroni i pociesza 

= ekran, który chroni + fotel-matka, który pociesza.  

Gdy  w  ten  sposób  spoglądamy  na  nasze  życie  domowe,  nie  powinno  dziwić 

spostrzeżenie,  że  podczas  podróży  lub  wakacji  większość  z  nas  woli  zatrzymywać  się  w 

hotelach,  które  niemal  pod  każdym  względem  przypominają  warunki  znane  nam  z  pokoju 

dziecinnego.  Jak  w  dzieciństwie  wszystko  robi  za  nas  ktoś  inny,  a  my  nie  musimy  nawet 

kiwnąć palcem. Posiłki przygotowuje nam szef kuchni matki, podaje nam je kelnerka-matka, 

a pokojówka-matka ściele nam łóżko i sprząta pokój. W najlepszych hotelach dzięki obsłudze 

wracamy dosłownie do kołyski, tyle że dziecięcy płacz zastępuje zwykłe naciśnięcie guzika w 

ścianie  czy  podniesienie  słuchawki  telefonicznej.  Niektórzy  nowobogaccy  zatrudniają  też 

osobistych służących-matki, co upodabnia do pokoju dziecinnego także ich domy. Jak już też 

wspominałem  w  jednym  z  poprzednich  rozdziałów,  łóżko  i  szpital  stwarzają  .podobne 

warunki  choremu,  który  chwilowo  zrezygnował  z  uczestnictwa  w  zmaganiach  ludzi 

dorosłych.  

Czasami pozwalamy sobie na jeszcze bardziej podstawowy luksus, którym jest krótki 

powrót  do  podobnych  warunków,  jakie  panują  wewnątrz  macicy  -na  gorącą  kąpiel.  To  nie 

przypadek, że niemal wszyscy lubią się kąpać w wodzie o temperaturze panującej w macicy, 

rozkosznie  pławiąc  się  w  wodzie  imitującej  wody  płodowe,  z  cudownym  poczuciem 

bezpieczeństwa,  które  dają  wyokrąglone  ściany  wanny-macicy  i  szczelnie  zamknięte  drzwi 

łazienki,  oddzielające  nas  od  świata  dorosłych.  Jednak  wcześniej  czy  później  jesteśmy 

zmuszeni wyciągnąć korek z wanny niby z szyjki macicy i niechętnie poddać się bolesnemu 

doświadczeniu  nowych  narodzin.  Jakby znając nasze lęki towarzyszące tej  okropnej chwili, 

producenci  ręczników  współzawodniczą  w  dostarczaniu  nam  najczulszych  i  najmiększych 

objęć,  jakie  są  w  stanie  stworzyć.  Jedna  z  reklam  ręczników  zapewnia:  "Nasze  ręczniki 

background image

wypieszczą  cię  do  sucha",  a  dziewczyna  na  załączonym  obrazku  trzyma  ręcznik  kurczowo 

przyciśnięty do twarzy i do ciała, jakby od niego zależało jej życie.  

Gdy  dziewczyna  obejmująca  ręcznik  wreszcie  się  ubierze,  nie  musi  się  obawiać,  że 

skończy się ta czuła intymność. Reklamy ubiorów -bielizny osobistej, swetrów, spódniczek i 

wszystkiego poza tym -obiecują jej podobne przyjemności. Wydaje się, że te majteczki to coś 

więcej niż tylko sprawa skromności, ponieważ jak się dowiadujemy, dają one "nagi uścisk", 

który "rozciąga się łagodnie i pieszczotliwie, obejmując każde wgłębienie twego ciała". A te 

rajstopy są  "miękkie i  zmysłowe jak jedwab" i  "otulą cię rozkosznie po koniuszki palców", 

nie mówiąc już o tych pończoszkach, które "delikatnie i czule popieszczą ci nogi", albo też 

tych  "lgnących  do  ciebie"  spódniczkach  z  dzianiny.  Szczęśliwa  dziewczyna  może  więc 

przechadzać się w kompletnym stroju, pozornie samotna, ale symbolicznie obwieszona rojem 

pieszczących,  obejmujących  i  obściskujących  ją  intymnych  tekstylnych  kochanków.  Gdyby 

połączone  reklamy  ubiorów  mogły  kumulować  swoje  działanie,  byłoby  rzeczą  dziwną,  że 

taka  dziewczyna  nie  doznaje  wielokrotnego  orgazmu  od  samego  chodzenia  po  pokoju.  Na 

szczęście  dla  jej  prawdziwych  kochanków  oddziaływanie  tych  doborowych  kochanków 

tekstylnych  zazwyczaj  nie  dorównuje  reklamom.  A  jednak  jest  to  autentyczny  i  ważny 

element  składający  się  na  przyjemność  fizyczną,  jaka  płynie  z  noszenia  na  sobie 

współczesnych miękkich i wygodnych wyrobów tekstylnych.  

Te intymne stosunki między ubraniem a osobą, która je nosi, nie są jednostronne. Nie 

tylko  ubranie  obejmuje  właściciela,  lecz  także  właściciel  obejmuje  ubranie.  Pomijając 

wszystko inne, jest to uczciwa odpłata za całe to błogie obejmowanie i delikatne pieszczenie. 

Ulubionym  sposobem  rewanżu  jest  wsunięcie  jednej  lub  obu  rąk  w  jakąś  stosowną  fałdę 

ubrania.  Od  razu  przypomina  się  tu  charakterystyczna  postawa  Napoleona,  z  jedną  ręką 

wsuniętą  pod  połę  marynarki,  ale  w  dzisiejszych  czasach  najbardziej  rozpowszechnioną 

wersją  takiego  gestu  jest  trzymanie  rąk  w  kieszeniach.  Kieszenie  są  oficjalnie  po  to,  aby 

trzymać w nich jakieś drobne przedmioty, i gdy wkładamy rękę do kieszeni, to rzekomo po 

to,  aby  coś  z  niej  wyjąć.  Ale  znakomita  większość  tych  gestów  nie  ma  nic  wspólnego  z 

wyjmowaniem czegokolwiek. Są one natomiast przedłużeniem kontaktów, w których, że tak 

powiem,  trzymamy  się  za  ręce  z  własnymi  kieszeniami.  Uczniom  i  żołnierzom  poleca  się 

często,  aby  "wyjęli  ręce  z  kieszeni",  wyjaśniając  tylko,  że  jest  to  niechlujne  i  nieładne. 

Prawda jest jednak, rzecz jasna, taka, że ta postawa wyraża rozluźnienie się, które towarzyszy 

symbolicznemu  przejawowi  intymności,  a  które  jest  sprzeczne  z  oficjalną  rolą  mężczyzny 

podporządkowanego  i  gotowego  do  wykonywania  rozkazów.  Mężczyźni,  którzy  nie 

podlegają takim ograniczeniom, mają do dyspozycji kilka innych możliwości, a wybór jednej 

background image

z nich odbywa się wedle dość osobliwej reguły. Brzmi ona następująco: im wyżej na mapie 

ciała  w  pozycji  stojącej  następuje  kontakt  ręka-ubranie,  tym  bardziej  jest  on  asertywny. 

Najbardziej asertywne jest chwycenie się za klapy. Tuż za nim idzie wsunięcie kciuków pod 

kamizelkę. Następny w kolejności jest napoleoński gest wsuwania dłoni pod połę marynarki. 

Jeszcze  niżej  plasuje  się  wkładanie  rąk  do  bocznych  kieszeni  marynarki,  a  zupełnie  nisko 

powszechne  wkładanie  rąk  do  kieszeni  spodni.  Zejście  jeszcze  niżej,  czyli  złapanie  się  za 

nogawki spodni, zajmuje odpowiednio niskie miejsce na skali asertywności.  

Jak się wydaje, uzasadnienie tej reguły wywodzi się stąd, że im wyżej unosi się ręka w 

takim kontakcie, tym bliższa jest pozycji właściwej ruchowi intencjonalnemu zadania ciosu. 

Wymierzenie  prawdziwego  ciosu  musi  być  poprzedzone  uniesieniem  ramienia,  którym 

zamierza  się  zaatakować  przeciwnika.  Jak  już  wiemy,  czynność  ta  ulega  zamrożeniu  jako 

czysto  formalny  sygnał  w  postaci  uniesionej  pięści  w  pozdrowieniach  stosowanych  przez 

komunistów.  Chwyta  nie  się  za  klapy  ma  w  sobie  wiele  z  tego  ruchu.  W  gruncie  rzeczy 

niemożliwy jest już jakiś kontakt ręka-ubranie na wyższym poziomie, nic więc dziwnego, że 

wśród  innych  możliwości  ta  pozycja  stanowi  sygnał  najbardziej  zaczepny.  Obok  pozycji  z 

kciukami pod kamizelką stała się ona niemal parodią asertywności. Dlatego też pełniący jakąś 

poważną  i  dominującą  rolę  współczesny  mężczyzna  w  miejscu  publicznym  zastosuje  raczej 

niższą pozycję, jaką jest włożenie rąk do ; kieszeni marynarki. Jest ona szczególnie popularna 

wśród potentatów finansowych, generałów, admirałów i przywódców politycznych. Jest to też 

zwyczajowa  postawa  czołowych  gangsterów  lat  dwudziestych.  Tacy  ludzie  niechętnie 

przyjmują niższą postawę, jaką jest trzymanie rąk w kieszeniach spodni, w każdym razie w 

sytuacjach wymagających potwierdzenia ich praw do dominacji.  

Intrygującym wyjątkiem od powyższej reguły jest pozycja z kciukami wsuniętymi pod 

pasek  od  spodni.  Chociaż  kontakt  ma  tu  miejsce  dość  nisko,  jest  w  nim  wyraźny  element 

zaczepności.  Taką  postawę  upodobali  sobie  różni  "twardziele",  kowboje,  pseudokowboje  i 

pozorujące  agresywność  dziewczyny.  Asertywne  właściwości  tej  pozycji  tkwią  nie  tylko  w 

ruchu intencjonalnym zapowiadającym błyskawiczne wyciągnięcie broni, ale też w fakcie, że 

stał się on współczesną wersją pozycji z kciukami wsuniętymi pod kamizelkę w braku tejże. 

Czasami  pod  pasek  lub  pod  górną  część  spodni  wsuwa  się  wszystkie  palce  dłoni,  ale  wtedy 

pozycja ta traci wiele ze swojej agresywności i ściślej odpowiada swemu miejscu na skali.  

Poza  tymi  gestami  istnieje  wiele  pomniejszych  przejawów  intymności,  w  których 

uczestniczy  ręka  i  różne  części  garderoby.  Wszystkie  one  pojawiają  się  w  sytuacjach 

stresowych,  a  wiele  z  nich,  jak  się  zdaje,  jest  symboliczną  wersją  kojących  czynności 

pielęgnacyjnych, których oczekiwalibyśmy ze strony innych osób. Często obserwujemy, jak 

background image

mężczyźni  poprawiają  sobie  spinki  u  mankietów  albo  krawaty.  Prezydent  Kennedy  w 

chwilach  stresu  podczas  publicznych  wystąpień  dotykał  palcami  środkowego  guzika 

marynarki. Fotografie Winstona Churchilla pokazują, jak w chwilach napięcia przyciska dłoń 

do dolnej części marynarki, co wyglądało, jakby się częściowo obejmował.  

Kobiety  w  momentach  napięć  bardzo  często  dotykają  i  przebierają  palcami  po 

bransoletkach i naszyjnikach, a fizyczna czynność przebierania paciorków przy odmawianiu 

różańca niewątpliwie działa kojąco na zakonnice. Kiedy indziej delikatna pieszczota pomadki 

do ust czy przypudrowanie policzków stanowią dotykowy sposób na odzyskanie równowagi i 

pozwalają  podenerwowanej  kobiecie  oderwać  się  na  chwilę  od  jakiegoś  stresującego  ją 

zajęcia  z  udziałem  innych  osób.  W  chwilach  większej  prywatności  kobieta  czesze  się  i 

szczotkuje  włosy  dużo  intensywniej,  niż  wymaga  tego  ich  "poprawienie",  co  również 

przynosi bardzo widoczny skutek kojący, odgrywając rolę miłosnej auto-pieszczoty.  

Czasami  kontakt  między  osobami  realizuje  się  za  pośrednictwem  przedmiotu  lub 

przedmiotów, na przykład stykających się ze sobą kieliszków podczas wznoszenia toastu. 

Klasycznym  przykładem  może  tu  być  fotografia,  którą  można  znaleźć  w  każdym 

albumie  rodzinnym  z  epoki  wiktoriańskiej.  Zazwyczaj  matka  z  najmłodszym  potomkiem  na 

kolanach  siedzi  w  fotelu  umieszczonym  pośrodku.  Małżonek,  który  zwykle  ma  naturalną 

skłonność, by ją objąć ręką za ramię, odczuwając zahamowanie przed uczynieniem tego gestu 

w  obecności  innych,  obejmuje  oparcie  fotela,  na  którym  siedzi  połowica.  We  współczesnej 

wersji takiej sceny dwoje przyjaciół w sytuacji prywatnej siedzi obok siebie, a ręka jednego z 

nich, wyciągnięta w kierunku pleców drugiej osoby, spoczywa na oparciu kanapy, na której 

razem  siedzą.  Podobnie  gdy  ktoś  siedzi  sam  w  fotelu  i  obejmując  miłośnie  jego  poręcze,  z 

ożywieniem rozmawia z kimś siedzącym w fotelu naprzeciwko. Można wzmóc przyjemność 

płynącą z siedzenia w fotelu, kołysząc się w fotelu na biegunach -co było ulubioną czynnością 

prezydenta Kennedy'ego, gdy był w stanie stresu. Nie trzeba dodawać, że ma to bezpośredni 

związek z kołysaniem się w kołysce lub w matczynych objęciach.  

Dochodzimy wreszcie do przedmiotów, które są już bardzo oczywistymi substytutami 

intymności  seksualnej.  Najmniej  kontrowersyjne  z  nich  to  fotografie  ukochanych  osób  albo 

"rozebrane"  zdjęcia  tych,  z  którymi  pragnęlibyśmy  nawiązać  intymne  kontakty.  Nie  mając 

dostępu do autentycznych obiektów, można dotykać i całować fotografie. Nowym zjawiskiem 

w  tej  dziedzinie  są  poduszki  z  nadrukami.  Można  obecnie  nabyć  powłoczki  na  poduszkę  z 

nadrukowanym  wizerunkiem  twarzy  ulubionej  gwiazdy  filmowej.  Kładąc  się  spać,  można 

przytulić  policzek  do  policzka  uwielbianej  lub  uwielbianego  i  rozkosznie  zapaść  w  sen  w 

zastępczych objęciach z tkaniny.  

background image

Jeśli  chodzi  o  rzeczywiste  akty  płciowe,  mówi  się,  że  podczas  drugiej  wojny 

światowej  żołnierze  nieprzyjaciela  (zawsze  są  to  żołnierze  nieprzyjaciela)  otrzymywali  na 

froncie nadmuchiwane gumowe manekiny kobiet, wyposażone we wszystkie otwory płciowe, 

aby mogli wyładować się seksualnie. Nie udało mi się ustalić, czy była to prawda, czy tylko 

propaganda, mająca pokazać, jak bardzo przeciwnicy są złaknieni seksu i w jakiej marnej są 

kondycji.  

Natomiast  nieożywione  substytuty  męskiego  członka  mają  długą  i  udokumentowaną 

historię,  a  nawet  zasłużyły  na  wzmiankę  w  Starym  Testamencie.  Określane  oficjalnie  jako 

sztuczne  penisy,  występujące  też  pod  innymi  nazwami,  jak  "ogór",  "świeca", 

"samozadowalacz" czy "jebadełko", znane były jeszcze w czasach przedbiblijnych i widnieją 

na  starożytnych  rzeźbach  babilońskich  pochodzących  sprzed  setek  lat  przed  naszą  erą.  W 

starożytnej  Grecji  nosiły  nazwę  "olisbos",  co  znaczy  "śliski  byk";  były  też  podobno 

szczególnie  popularne  w  tureckich  haremach.  Z  upływem  wieków  ich  stosowanie 

rozprzestrzeniło się praktycznie na wszystkie kraje świata. Ich popularność to rosła, to malała, 

osiągając szczyt bodaj że w osiemnastym wieku, kiedy otwarcie sprzedawano je w Londynie, 

co  znów  stało  się  możliwe  dopiero  w  drugiej  połowie  bieżącego  stulecia.  W  ich  produkcję 

wkładano  podobno  wiele  wysiłku  i  talentu,  "aby  wyobrażony  akt  płciowy  jak  najbardziej 

przypominał rzeczywisty". W latach siedemdziesiątych sprzedaje się je w kilkunastu wersjach 

w  sex  shopach  wielu  krajów  świata  zachodniego.  Znajdują  one  nabywców  wśród 

powodowanych  ciekawością  mężczyzn  oraz  lesbijek  i  samotnych  kobiet,  które  stosują  je  w 

celach masturbacyjnych.  

W ostatnich czasach pojawiły się też dwa modele sztucznych penisów mechanicznych. 

Pierwszy  ma  charakter  ściśle  techniczny  i  został  zaprojektowany  w  Ameryce  specjalnie  do 

badań  naukowych  nad  istotą  ludzkiej  kopulacji.  Opracowany  przez  radiofizyków,  zasilany 

elektrycznie,  wykonany  z  plastiku  mającego  optyczne  właściwości  szkła  płaskiego 

walcowanego,  wyposażony  w  źródło  światła  luminescencyjnego,  by  umożliwić  kręcenie 

filmów  wewnątrz  pochwy,  i  zaopatrzony  w  przełączniki  umożliwiające  masturbującej  się 

osobie  regulowanie  zarówno  szybkości  jak  głębokości  ruchów  sztucznego  penisa,  jest  to 

instrument  na  najwyższym  poziomie,  delikatny  i  niezmordowany  sztuczny  kochanek, 

namiastka seksu, z którą nie mogą się równać żadne inne jego namiastki. Mniej ambitnym i o 

wiele tańszym urządzeniem mechanicznym, które w ostatnich latach zyskało sobie ogromną 

popularność,  jest  stosunkowo  prosty"  wibrator"  lub  "wibromasażysta".  Jest  to  mały,  długi  i 

cienki  przedmiot  z  plastiku,  o  gładkiej  powierzchni  i  zaokrąglonym  koniuszku,  zasilany 

bateryjnie. Jego pierwotna i oficjalna funkcja polegała na wykonywaniu miejscowego masażu 

background image

mięśni.  Wkrótce  znaleziono  dla  niego  nową  i  bardziej  seksualną  funkcję  delikatnego, 

wibrującego sztucznego penisa, używanego do masturbacji, a ponieważ można go było nabyć 

w  jego  oficjalnej  roli  jako  urządzenie  do  masażu,  miał  on  tę  dodatkową  zaletę,  że  nawet 

nabywcy,  którzy  wahaliby  się  przy  zakupie  jakichś  mniej  zakamuflowanych  instrumentów 

zaspokojenia  seksualnego,  ten  kupowali  bez  nadmiernego  skrępowania.  Nawet  w  skądinąd 

otwarcie piszącej na te tematy prasie czarnorynkowej uprawia się tę maskaradę.  

Typowa  reklama  brzmi:  "Aparat  do  osobistego  masażu;  penetrujący,  pobudzający, 

usuwa  ból  i  zmęczenie.  Wymiary  17,5  cm  na  3,5  cm.  Standardowe  baterie  w  załączeniu". 

Powściągliwość tej reklamy zupełnie nie współgra z innymi tekstami prasy czarnorynkowej, 

gdzie można znaleźć najbardziej dosadne i swobodne sposoby mówienia o seksie. Jeszcze raz 

widzimy  tu,  jak  działa  zasada,  z  którą  spotkaliśmy  się  już  wielokrotnie,  ta  mianowicie,  że 

przejawy intymności wśród dorosłych wymagają jakiegoś kamuflażu, czy to na nasz własny 

użytek, czy na użytek innych osób, by przesłonić prawdziwy cel tego, co się robi.  

Bardzo  niezwykłą  i  przemyślną  formą  namiastki  seksu  stosowaną  niekiedy  przez 

kobiety w Japonii jest fin-no-tama, znana także jako watama lub ben-wa. Są to dwie puste w 

środku  piłeczki,  o  rozmiarach  zbliżonych  do  gołębiego  jaja,  które  wkłada  się  do  pochwy. 

Pierwotnie  były  one  mosiężne,  dziś  prawdopodobnie  są  plastikowe;  jedna  z  tych  kulek  jest 

zupełnie  pusta,  a  w  drugiej  znajduje  się  odrobina  rtęci.  Najpierw  wkłada  się  kulkę  pustą, 

wsuwając ją głęboko, aż do styku z szyjką macicy. Następnie wkłada się drugą kulkę, która 

ma  dotykać  pierwszej,  a  otwór  pochwy  zatyka  się  na  przykład  tamponem  z  ligniny. 

Wyposażona  w  ten  sposób  kobieta  bez  żadnych  krępujących  ją  zewnętrznych  oznak  może 

zabawiać się w pozornie niewinny sposób, bujając się na huśtawce lub kołysząc się w fotelu 

na biegunach. Rytmiczne ruchy w przód i w tył wywołują przemieszczanie się kulek i nacisk 

na wewnętrzne ściany pochwy, co imituje ruchy męskiego członka. Chociaż jako seksualna 

"zabawka"  rin-no-tama  ma  tę  wielką  zaletę,  że  umożliwia  jawne  uzyskiwanie  niejawnej 

przyjemności,  nie  zdobyła  sobie  tak  wielkiej  popularności  jak  wszechobecny  wibrator, 

przypuszczalnie  dlatego,  że  w  odróżnieniu  od  niego  nie  pełni  żadnej  nieseksualnej  funkcji 

"oficjalnej".  

Nawiasem  mówiąc,  niektóre  zabawki  nie  mające  żadnych  cech  seksualizmu  też 

mogłyby  służyć  jako  przedmioty  nie  ożywione  dostarczające  przyjemności  dotykowych. 

Możliwości są tu ogromne, ale tylko niewiele z nich usiłowano wykorzystać z jakimkolwiek 

powodzeniem. Gdy już się pojawiają, przedstawia się je zwykle jako pewien rodzaj urządzeń 

sportowych. Jednym z nich była trampolina. Główna przyjemność polega tu na poddawaniu 

się "objęciom" sprężystej powierzchni, wyrzucie w powietrze i ponownym zanurzeniu się w 

background image

objęciach  już  w  nowej  pozycji.  Ale  cały  ten  proces  musiał  się  odbywać  pod  pewną 

przykrywką,  czyli  w  atmosferze  ostrego  współzawodnictwa,  co  wykluczało  wiele  osób. 

Innym  przykładem  może  być  krótkotrwały  żywot  tańca  hula-hoop,  który  łączył  obrotowy 

uścisk  koła  wokół  talii  wykonawcy  z  falującym  ruchem  bioder.  Taniec  ten,  przy  bardzo 

ograniczonym zasięgu oddziaływania, nie przetrwał jednak dłużej niż inne nowinki.  

Dziedzina sztuki kilkakrotnie, acz bez większego sukcesu, usiłowała obdarzyć łaknący 

intymności świat przedmiotami natury intymnej. W roku 1942 nowojorskie Muzeum Sztuki 

Współczesnej  po  raz  pierwszy  zaprezentowało  nowy  rodzaj  rzeźby  -przeznaczonej  do 

trzymania  w  ręku.  Te  dzieła  sztuki  rzeźbiarskiej  składały  się  z  małych,  gładko 

wypolerowanych  i  zaokrąglonych  kawałków  drewna  o  abstrakcyjnych  kształtach.  Można  je 

było  wziąć do ręki  i  ściskać lub  obracać  w różne strony,  różnicując w ten sposób  wrażenia 

dotykowe. Artysta, który je stworzył, podkreślał, że należy je raczej wyczuwać niż oglądać, i 

sugerował,  że  mogą  być  znakomitym  substytutem  papierosów,  gumy  do  żucia  lub 

machinalnego  rysowania  dla  osób,  które  nie  potrafią  spokojnie  usiedzieć  podczas  różnych 

zebrań. Tak się niestety nie stało i od tej pory o rzeźbach tych nikt już chyba nie słyszał. I tym 

razem komunikat był nazbyt wyraźny, a żaden członek jakiegokolwiek gremium nie chce, aby 

wiedziano, że odczuwa tak wyraźną potrzebę pocieszającego kontaktu pseudo-cielesnego.  

W bliższych nam czasach, czyli w latach sześćdziesiątych, niektórzy artyści usiłowali 

w  bardziej  ambitny  sposób  bezpośrednio  zaatakować  ciała  miłośników  sztuki,  tworząc 

"rzeźby  środowiskowe".  Przybrały  one  wiele  różnych  form,  na  przykład  coś  w  rodzaju 

przestrzeni do zabawy, gdzie zwiedzający był poddawany działaniu serii wrażeń dotykowych, 

poruszając  się  wewnątrz  różnych  rur,  tuneli  i  przejść,  wyposażonych  w  rozmaite  wiszące  i 

przymocowane  do  ścian  przedmioty  o  różnorodnej  fakturze  i  wykonane  z  różnych 

materiałów. Tu także sukces trwał krótko i zmarnowano wielkie możliwości.  

Ostatni  przykład  jest  stosownym  podsumowaniem  całej  sytuacji.  Pewien  artysta 

zbudował  kapsułę  do  symulowania  kopulacji.  Umieszczonego  w  niej  "miłośnika  sztuki" 

oplatało  się  rozmaitymi  drutami,  potem  zamykało  się  kapsułę  i  włączało  maszynerię,  która 

miała  wywoływać  intensywne  doznania  zmysłowe.  Twórca  tego  urządzenia  wygłosił 

następnie  w  instytucie  sztuki  wykład  na  temat  swoich  koncepcji.  Zapatrzonej  w  niego  i 

zasłuchanej  publiczności  wyjaśnił,  że  z  powodu  trudności  technicznych  zbudował  teraz 

znacznie  prostszą  wersję  urządzenia,  z  którą  wiązał  wielkie  nadzieje  na  sukces. 

Zmodyfikowane urządzenie było w zasadzie wielkim pionowym arkuszem gumy lub jakiegoś 

podobnego materiału z umieszczoną na wysokości genitaliów małą dziurką, w którą miłośnik 

sztuki  mógł  wsuwać  swój  członek.  Dla  miłośniczek  sztuki  przewidziano  podobny  pionowy 

background image

arkusz  z  wystającym  fragmentem  w  kształcie  penisa.  Artysta  powiedział  z  całą  powagą,  że 

poza  swoją  prostotą  nowy  model  ma  tę  zaletę,  że  może  być  używany  jednocześnie  przez 

miłośnika i miłośniczkę sztuki, stojących po obu stronach dzieła.  

Absurdalna ta historyjka przywodzi nam na myśl absurdalność wielu omawianych w 

tym  rozdziale  zjawisk.  Absurdem  jest  to,  że  dorosły  człowiek  napełnia  sobie  płuca 

substancjami rakotwórczymi, aby napawać się prostackim substytutem przyjemności, których 

niegdyś zaznawał u piersi matki albo wtedy, gdy podawano mu do ust butelkę ze smoczkiem. 

Absurdem  jest  też  to,  że  dorosły  mężczyzna  nieustannie  miętosi  w  ustach  odcieleśniony 

gumowy  sutek  w  postaci  gumy  do  żucia,  a  także  że  dorosła  kobieta  pragnąca  zaspokojenia 

seksualnego używa plastikowego aparatu do masażu zamiast żywego penisa. Ale chociaż te 

czynności mogą się komuś wydawać absurdalne, żałosne czy nawet odrażające, dla wielu są, 

być  może,  jedynym  dostępnym  rozwiązaniem,  i  należy  zawsze  pamiętać  o  tym,  że  każdy 

przejaw intymności, choćby najbardziej odległy od prawdziwej intymności, jest jednak lepszy 

niż  pozbawiona  wszelkiej  intymności  potworna  samotność.  Innymi  słowy,  nie  powinniśmy 

zwalczać objawów, lecz dokładniej przyjrzeć się przyczynom problemu. Gdybyśmy potrafili 

zwiększyć  stopień  intymności  z  naszymi  bliskimi,  nasze  zapotrzebowanie  na  substytuty 

intymności byłoby coraz mniejsze. Tymczasem jednak niemal każde dotknięcie zastępcze jest 

lepsze niż żadne. 

background image

8. INTYMNOŚĆ Z SAMYM SOBĄ  

 

Kobieta  stojąca  na  peronie  tuż  przed  wejściem  do  pociągu  jest  przerażona.  Mąż 

zapytał ją właśnie, czy nie zapomniała zamknąć drzwi kuchennych, a ona uświadomiła sobie, 

że zapomniała. Co robi? Zanim jeszcze wypowie jakiekolwiek słowo, otwiera szeroko usta, a 

dłonią dotyka policzka. Gdy zaczyna mówić, jej ręka przyciśnięta do twarzy pozostaje w tym 

samym  miejscu.  Potem,  po  kilku  chwilach,  ręka  opada  i  przychodzi  następne  stadium 

sekwencji jej zachowania. Nie będziemy już tego dalej śledzić, lecz skoncentrujemy się na tej 

ręce, gdyż w niej tkwi klucz do kolejnej sfery intymności cielesnej -do intymności z samym 

sobą.  

W  tej  krótkiej  chwili  przerażenia  kobieta  na  peronie  udzieliła  sobie  błyskawicznej 

samo  pociechy  w  formie  przelotnej  pieszczoty,  jaką  jest  dotknięcie  policzka.  Jej  nagłe 

zmartwienie  doprowadziło  ją  do  nieświadomego,  kojącego  kontaktu,  który  w  innych 

okolicznościach  dałaby  jej  pomocna  dłoń  jakiejś  ukochanej  osoby  albo  -dawno  temu,  gdy 

była  jeszcze  małym  skrzywdzonym  dzieckiem  -rodzice.  Teraz  w  zastępstwie  dłoni 

ukochanego  czy  matczynej  dłoni  jej  własna  ręka  unosi  się  do  góry,  by  wejść  w  kontakt  z 

policzkiem. Dokonuje się to odruchowo, bez namysłu i bez wahania. Podczas tej czynności 

policzek  pozostaje  jej  własnym  policzkiem,  ale  ręka  w  symboliczny  sposób  staje  się  ręką 

cudzą, należącą do ukochanego lub do matki. 

Tego  rodzaju  autokontaktów  nie  uznajemy  raczej  za  przejawy  intymności  cielesnej, 

chociaż  mają  one  to  samo  podłoże  co  inne  formy  kontaktów  omawiane  w  poprzednich 

rozdziałach. Mogą one sprawiać wrażenie czynności, jednoosobowych", ale w gruncie rzeczy 

są bezwiedną imitacją czynności z udziałem dwóch osób, przy czym jako wyimaginowanego 

partnera wykonującego ruch kontaktowy używa się jakiejś części ciała. Takie kontakty można 

więc inaczej określić jako pseudointerpersona1ne.  

Jako takie -stanowią one piąte i ostatnie ważne źródło intymności cielesnej. Wszystkie 

pięć można by zilustrować następująco: l. Gdy jesteśmy zdenerwowani lub znajdujemy się w 

depresji,  ukochana  osoba  może  nas  spróbować  podtrzymać  na  duchu  za  pomocą 

uspokajającego objęcia lub uściśnięcia ręki. 2. Gdy ukochana osoba jest nieobecna, może to 

być jakiś specjalista od dotykania, a więc na przykład lekarz poklepujący nas po ramieniu i 

wypowiadający  słowa  otuchy.  3.  Jeśli  naszym  jedynym  towarzyszem  jest  pies  lub  kot, 

możemy  go  wziąć  w  ramiona  i  pocieszyć  się,  przytulając  policzek  do  jego  ciepłego  i 

owłosionego ciała. 4. Gdy jesteśmy zupełnie sami i w nocy zaniepokoi nas jakiś podejrzany 

background image

hałas, możemy szczelnie otulić się kołdrą i w jej miękkim uścisku poczuć się bezpieczniej. 5. 

Gdy wszystko inne zawodzi, mamy jeszcze do dyspozycji własne ciało, które chcąc pozbyć 

się niepokoju, możemy obejmować, ściskać, chwytać i dotykać na wiele różnych sposobów.  

Poświęciwszy  nieco  czasu  na  zwykłą  obserwację  zachowania  ludzi,  można  wkrótce 

zauważyć,  że  samokontakt  czy  autokontakt  jest  zjawiskiem  niezmiernie  częstym,  znacznie 

częstszym,  niż  moglibyśmy  przypuszczać.  Niesłuszne  byłoby  jednak  uznawanie  wszystkich 

takich  kontaktów  za  substytuty  intymności  interpersonalnej.  Niektóre  z  nich  mają  inne 

funkcje. Na przykład mężczyzna drapiący się w swędzącą go nogę nie robi tego w zastępstwie 

kogoś  innego.  W  czynności  tej  nie  ma  ukrytego  elementu  intymności.  Ważne  więc,  aby 

przejawom  autointymności  nie  przypisywać  nadmiernej  wagi.  By  ocenić  to  zjawisko 

właściwie,  najlepiej  zadać  sobie  najpierw  podstawowe  pytanie:  jak  i  kiedy  sami  dotykamy 

własnych ciał?  

Z myślą o tym pytaniu dokonałem analizy kilku tysięcy przykładów działań ludzkich, 

w  których  mamy  do  czynienia  z  autokontaktem.  Pierwsza  konstatacja,  która  wyłoniła  się  z 

tych  badań,  mówiła  o  tym,  że  najważniejszym  rejonem  "otrzymującym"  takie  kontakty  jest 

głowa,  a  najważniejszym  organem  "udzielającym"  ich  jest  ręka.  Chociaż  głowa  jest  tylko 

niewielkim  fragmentem  powierzchni  ciała  ludzkiego,  skupia  na  sobie  mniej  więcej  połowę 

wszystkich autokontaktów.  

Dokładna  obserwacja  kontaktów  z  udziałem  głowy  doprowadziła  do  wyodrębnienia 

sześciuset  pięćdziesięciu  różnych  rodzajów  czynności.  Później  -w  zależności  od  tego,  która 

część ręki uczestniczy w kontakcie, w jaki sposób odbywa się kontakt oraz która część głowy 

jest  jego  obiektem  -udało  się  podzielić  czynności  kontaktowe  na  cztery  podstawowe 

kategorie. (pierwsze trzy, jakkolwiek same w sobie bardzo interesujące, nie obchodzą nas tu 

bezpośrednio i zostaną opisane tylko w skrócie. Musimy je jednak uwzględnić, by podkreślić, 

że  są  one  odrębne  i  nie  należy  ich  mylić  z  prawdziwymi  przejawami  autointymności).  Oto 

owe cztery kategorie:  

l. Czynności osłonowe. Podnosimy rękę do głowy, aby odciąć lub ograniczyć to, co w 

terminologii cybernetycznej określa się jako "wejście". Człowiek, który chce mniej usłyszeć, 

zatyka sobie uszy rękami. Człowiek, który chce mniej poczuć, zatyka sobie nos. Chroniąc się 

przed  jaskrawym  światłem,  osłania  sobie  oczy,  a  gdy  nie  może  znieść  jakiegoś  widoku, 

zasłania  je  sobie  całkowicie.  Podobnie  postępujemy,  aby  ograniczyć  "wyjście",  kiedy 

unosimy rękę, aby zakryć sobie usta i w ten sposób zamaskować wyraz twarzy.  

2.  Czynności  czyszczące.  Podnosimy  rękę  do  głowy,  aby  się  podrapać,  potrzeć, 

wytrzeć,  podłubać  w  nosie  lub  wykonać  inną  podobną  czynność.  Do  tej  samej  kategorii 

background image

należy szereg innych  czynności związanych z czesaniem się i  dbaniem o włosy. Niektóre z 

nich  istotnie  są  wyrazem  dbałości  o  czystość  i  porządek  na  głowie,  ale  inne  to  działania 

"nerwowe",  wywołane  przez  napięcia  emocjonalne,  podobne  do  "czynności 

przemieszczonych", opisywanych przez etologów u innych gatunków.  

3.  Sygnały  wyspecjalizowane.  Podnosimy  rękę  do  głowy,  aby  wykonać  jakiś  ruch 

symboliczny. Mówiąc "mam tego potąd", człowiek wskazuje przy tym, że jest symbolicznie 

czymś wypełniony i nie może już przyjąć ani odrobiny więcej. Chłopak, który "gra komuś na 

nosie",  przykłada  do  nosa  kciuk,  a  pozostałymi  palcami  porusza  jak  wachlarzem.  Ten 

obraźliwy  gest  ma  swoje  źródło  w  symbolicznym  naśladowaniu  grzebienia  walczącego 

koguta,  przez  co  wyraża  też  zadziorność  i  bywa  określany  jako  robienie  komuś  koguta  na 

nosie.  W  niektórych  krajach  obraźliwy  jest  też  inny  gest  z  kręgu  symboliki  zwierzęcej, 

polegający  na  imitowaniu  pary  rogów  rękami  z  lekko  wygiętymi,  uniesionymi  palcami 

wskazującymi,  które  przykłada  się  do  skroni.  Częstą  formą  samo  obrazy  jest  przyłożenie 

sobie do skroni palców i udawanie strzelania z pistoletu.  

4. Przejawy autointymności. Podnosimy rękę do głowy, aby wykonać jakąś czynność 

kopiującą  lub  imitującą  pewien  przejaw  intymności  interpersonalnej.  Ciekawe,  że  aż  cztery 

piąte różnych kontaktów ręka-głowa należy do tej właśnie kategorii auto intymności. Jak się 

zdaje, dotykamy własnych głów najczęściej po to, aby uzyskać zadowolenie z nieświadomego 

naśladowania różnych czynności, podczas których dotyka nas ktoś inny.  

Najczęstszą  formą  jest  opieranie  głowy  na  ręce  z  jednoczesnym  oparciem  łokcia  na 

jakiejś  powierzchni,  kiedy  przedramię  służy  jako  podpórka,  przejmując  na  siebie  ciężar 

głowy.  Można  oczywiście  twierdzić,  że  wskazuje  to  po  prostu  na  zmęczenie  mięśni  szyi. 

Jednak dokładniejsze obserwacje dowodzą, że zazwyczaj  gest  ten nie daje się wytłumaczyć 

zmęczeniem fizycznym.  

W tym geście ręka jest czymś więcej niż tylko ręką. Gdy podpieramy ją łokciem, staje 

się  bardziej  stabilna  i  zaczyna,  jak  się  zdaje,  odgrywać  rolę  substytutu  barku  lub  piersi 

wyimaginowanej osoby, która nas obejmuje. Spoczywające w czyichś objęciach dziecko lub 

kochana osoba opiera twarz na ciele trzymającego i na skórze policzka wyczuwa jego łagodne 

ciepło.  Gdy  nie  ma  przy  nas  nikogo,  kto  by  nas  tak  objął,  wtedy  opierając  twarz  na 

podtrzymanej  przez  łokieć  ręce,  możemy  odtworzyć  to  uczucie  i  w  ten  sposób  dostarczyć 

sobie pożądanego poczucia komfortu i intymności. Co więcej, ponieważ źródła tej czynności 

są nie uświadomione, możemy to robić przy innych ludziach, nie obawiając się posądzenia o 

infantylizm. Równie skuteczne byłoby ssanie kciuka w zastępstwie piersi, ale wówczas maska 

byłaby zbyt przejrzysta i dlatego takiego zachowania raczej unikamy.  

background image

Innym często wykonywanym gestem jest przykładanie ręki do głowy, tak jak zrobiła 

to owa kobieta na peronie. Wówczas głowa nie opiera się całym ciężarem i wydaje się, że taki 

gest  ma raczej  związek z popieszczeniem czy też dotknięciem policzka lub włosów, co jest 

tylko  uzupełnieniem  objęcia  jako  podstawowego  przejawu  intymności.  Tym  razem  ręka 

funkcjonuje  jako  symboliczna  ręka  innej  osoby,  nie  zaś  jako  symboliczna  pierś  czy 

symboliczny bark.  

Wiele  uwagi  koncentrują  na  sobie  usta,  których  najczęściej  dotyka  się  palcami  lub 

kciukiem,  nie  zaś  całą  ręką.  Podczas  kontaktów  z  ustami  palce  i  kciuk  występują  jako 

substytuty  piersi  i  sutków  matki.  Jak  już  powiedziałem,  ssanie  palca  w  swojej  pierwotnej 

postaci  należy  do  rzadkości,  ale  często  występują  jego  mniej  rzucające  się  w  oczy  wersje 

zmodyfikowane.  Najprostszą  i  najczęstszą  z  nich  jest  wsuwanie  koniuszka  kciuka  między 

wargi.  Chociaż  nie  polega  to  na  wkładaniu  do  ust  i  ssaniu  całego  kciuka,  stanowi  jednak 

wystarczająco skuteczny kontakt. W podobnej funkcji bardzo często używa się koniuszka lub 

jakiejś  części  palca  wskazującego,  który  może  dość  długo  tkwić  tak  między  wargami, 

dostarczając  swemu  zatroskanemu  właścicielowi  pociechy  i  przywołując  w  jego  umyśle 

nieokreślone i nie uświadomione echa z odległego okresu niemowlęctwa. 

Nieco bardziej złożoną formą kontaktu ustnego jest  delikatne pocieranie  palcem  czy 

kciukiem o zewnętrzną stronę warg, co jest odtworzeniem ruchów, jakie wykonuje dziecko, 

przykładając buzię do piersi matki. W momentach silnego niepokoju pojawia się obgryzanie 

paznokci.  Gdy  dojdzie  do  tego  agresja  spowodowana  frustracją,  obgryzanie  paznokci  może 

stać  się  natręctwem,  prowadzącym  do  samookaleczenia,  w  wyniku  którego  z  paznokci 

pozostają tylko resztki, a skóra bywa wygryziona do żywego.  

Spośród wielu rozmaitych kontaktów typu ręka-głowa najbardziej rozpowszechnione 

są te, które wymieniam niżej w porządku odpowiadającym częstotliwości ich występowania: 

1.  Podparcie  szczęki  dolnej.  2.  Podparcie  brody.  3.  Złapanie  się  za  włosy.  4.  Podparcie 

policzka. 5. Dotknięcie ust. 6. Podparcie skroni. Wszystkie te gesty kontaktowe stosowane są 

zarówno przez mężczyzn jak przez kobiety, ale w dwóch istnieje silna przewaga jednej z płci. 

Kobiety łapią się za włosy trzy razy częściej niż mężczyźni, a podparcie skroni obserwuje się 

dwukrotnie częściej wśród mężczyzn niż wśród kobiet.  

Przenosząc  się  na  mapie  ciała  w  dół,  znajdujemy  nowe  formy  autointymności. 

Wszyscy znamy z kronik filmowych sceny pokazujące skutki klęsk żywiołowych -trzęsienia 

ziemi czy katastrofy w kopalni węgla. Przerażona kobieta nie dotyka wówczas po prostu ręką 

policzka -w takich okolicznościach jest to gest niewystarczający. Siedząc przy ruinach swego 

domu lub czekając w rozpaczy u wylotu kopalnianego szybu, kobieta obejmuje się rękami i 

background image

pod  wpływem  silnych  emocji  kołysze  się  na  boki.  Jeśli  kobieta  nie  znajduje  pocieszenia  w 

objęciach  innej,  dzielącej  z  nią  cierpienie,  sama  udziela  sobie  pocieszenia,  oplatając  się 

rękami i kołysząc delikatnie w przód i w tył, jak robiłaby to matka z przerażonym dzieckiem.  

Jest  to  przykład  skrajny,  ale  wszyscy  niemal  codziennie  robimy  coś  podobnego, 

krzyżując  ręce  na  własnych  piersiach.  Sytuacja  nie  jest  wtedy  aż  tak  dramatyczna,  toteż 

skrzyżowanie rąk na piersi jest dużo bardziej umiarkowaną formą samo obejmowania się niż 

pełne  oplatanie  się  rękami  w  chwilach  niedoli.  Niemniej  jest  to  łagodny  i  częsty  przejaw 

autointymności,  który  daje  nam  dość  dużo  zadowolenia,  gdy  jesteśmy  w  postawie 

defensywnej. Rozmawiając w grupie niezbyt nam znanych osób, na przykład na przyjęciu czy 

podczas jakiegoś innego spotkania towarzyskiego, gdy jedna z tych osób zbliża się do nas na 

"niewygodną"  dla  nas  odległość,  czujemy  się  nieco  lepiej,  unosząc  ręce  i  krzyżując  je  na 

piersi. Zazwyczaj prawie nie zdajemy sobie sprawy, że wykonujemy taki gest albo że ma on 

coś wspólnego z tym, co się wokół nas dzieje, ale ze względu na swoje skutki gest ten stał się 

nie  uświadomionym  sygnałem  towarzyskim.  Na  przykład  mężczyzna,  który  chce  zagrodzić 

wejście  intruzom,  staje  przed  drzwiami  i  krzyżuje  ręce  na  piersiach,  mówiąc:  "Nikt  nie 

wejdzie  do  środka".  Skrzyżowanie  rąk,  sprawiając  satysfakcję  wykonującemu,  jest  zarazem 

ostrzeżeniem  dla  tych,  którzy  stoją  przed  nim.  W  rzeczywistości  jest  to  sygnał,  że 

wykonujący  ten  gest  człowiek  wyklucza  ich  ze  swoich  objęć,  bo  czuje  się  wystarczająco 

pokrzepiony, obejmując samego siebie.  

Innym  przejawem  intymności, któremu  się codziennie oddajemy, jest coś, co można 

opisać  jako  "trzymanie  się  za  ręce  z  samym  sobą".  Jedna  ręka  funkcjonuje  wówczas  jako 

nasza własna, druga zaś, która jej dotyka lub ją chwyta -jako ręka jakiegoś wyimaginowanego 

partnera. W zależności od natężenia emocji  robimy to  na kilka sposobów. Gdy na przykład 

jesteśmy  w  nastroju  szczególnie  sprzyjającym  silnemu  trzymaniu  się  za  ręce  z  kimś 

rzeczywiście istniejącym, często splatamy z tą osobą ręce palcami, przez co interakcja staje 

się  bardziej  wiążąca  i  bardziej  złożona.  W  braku  partnera  możemy  odtworzyć  wrażenie, 

splatając palce lewej ręki z palcami prawej. W chwilach napięć robimy to niekiedy i z taką 

siłą, że powstają na rękach widoczne białe plamy.  

Równie silnie możemy oddziaływać na niższe partie ciała, siadając tak, że jedną nogą 

ciasno  oplatamy  drugą.  Zakładanie  nogi  na  nogę  także  dostarcza  nam  sporo  zadowolenia, 

gdyż występuje wtedy silny nacisk jednej części ciała na inną, co, jak się wydaje, dodaje nam 

pewności  siebie,  przypominając  tamten  kojący  uścisk,  gdy  nasze  nogi  tkwiły  w  objęciach 

naszych rodziców.  

background image

W  czasach  wiktoriańskich  damom,  zgodnie  z  obowiązującą  wówczas  etykietą,  w 

miejscach  publicznych  i  sytuacjach  towarzyskich  nie  wolno  było  zakładać  nogi  na  nogę. 

Mężczyźni cieszyli się większą swobodą w tym względzie, ale i im nie wypadało obejmować 

sobie  kolan  czy  stóp.  Obecnie  nie  obowiązują  takie  ograniczenia,  a  wyrywkowe  obliczenia 

dotyczące  zakładania  nogi  na  nogę  wykazują,  że  w  53  procentach  robią  to  kobiety,  a  w  47 

procentach mężczyźni, z czego wynika, że zróżnicowanie pod względem płci nie przetrwało 

próby czasu. Istnieją tu jednak dwa elementy wyraźnie zależne od płci. Umieszczenie kostki 

jednej  nogi  na  kolanie  lub  na  udzie  drugiej  jest  zachowaniem  prawie  wyłącznie  męskim, 

może dlatego, że u kobiet oznaczałoby to nadmierną ekspozycję okolic krocza. Ciekawe, że 

odnosi się to również do kobiet, które mają na sobie spodnie, co może oznaczać, że kobieta w 

spodniach  czuje  się  tak,  jakby  miała  na  sobie  spódniczkę.  Drugim  elementem,  który  różni 

kobiety  i  mężczyzn,  jest  pozycja  stóp.  Po  założeniu  nogi  na  nogę  stopa  nogi  "górnej" 

utrzymuje kontakt z nogą "dolną" prawie wyłącznie u kobiet. (Nie dotyczy to skrzyżowania 

nóg na poziomie kostek, w którym  stopy muszą się ze sobą stykać z natury rzeczy, a które 

występuje niezależnie od płci).  

Bardziej  intymnym  kontaktem  z  nogami  jest  ich  obejmowanie.  Najbardziej 

intensywną  formą  jest  takie  uniesienie  ud,  że  dotyka  się  nimi  do  pochylonej  jednocześnie 

klatki  piersiowej.  Nacisk  jest  jeszcze  większy,  gdy  pozycji  tej  towarzyszy  uchwycenie  się 

rękami  za  kolana  lub  podudzia.  Możemy  także  pochylić  głowę  do  kolan,  a  na  nich  oprzeć 

podbródek  lub  policzek.  Wówczas  podkurczone  nogi  służą  jako  substytut  tułowia 

wyimaginowanego partnera, przy czym kolana występują w roli klatki piersiowej lub barków. 

Jest  to  zachowanie  właściwe  głównie  kobietom.  Wyrywkowe  obserwacje  wykazują,  że 

pozycję taką przyjmują w 95 procentach kobiety, a jedynie w 5 procentach mężczyźni. 

Innym typowo kobiecym gestem jest chwytanie się ręką za udo, bowiem analiza dużej 

liczby przykładów wykazała, że kontakt tego typu w 91 procentach występuje wśród kobiet i 

tylko  w  9  procentach  wśród  mężczyzn.  Jak  się  wydaje,  gest  ten  ma  w  sobie  element 

erotyczny, polegający na tym, że ręka kobiety bierze na siebie rolę ręki męskiej umieszczonej 

na  udzie  kobiety,  co  jest  typowym  dla  zalecających  się  mężczyzn  sposobem  poszukiwania 

kontaktu seksualnego z kobietą.  

W  dotychczas  omawianych  przejawach  autointymności  aktywnymi  częściami  ciała 

były prawie zawsze ręce i ramiona, a niekiedy nogi, ale istnieją też inne możliwości. Czasami 

celowo pochyla się głowę, opierając ją lub przyciskając do ramienia, przy czym w kontakcie 

uczestniczy  policzek,  podbródek  lub  broda.  W  tym  geście  ramię  występuje  w  roli 

symbolicznej  klatki  piersiowej  lub  barku  wyimaginowanego  partnera.  Kolejny  przykład  to 

background image

język,  którym  można  pieścić  wargi  lub  jakąś  inną  część  ciała,  a  niektóre  kobiety  potrafią 

nawet dotykać nim własnych brodawek sutkowych.  

Do  omówienia  pozostał  jeszcze  jeden  ważny  rodzaj  auto  intymności,  a  jest  nim 

stymulacja  autoerotyczna  nazywana  zwykle  masturbacją.  Samo  określenie,  jak  się  zdaje, 

pochodzi  od  wyrazu  manustupare  -"plugawić  za  pomocą  ręki",  co  odzwierciedla  fakt,  że 

najczęściej spotykana metoda auto-stymulacji seksualnej polega na kontakcie ręka-genitalia. 

U mężczyzn oznacza to zazwyczaj uchwycenie dłonią członka i rytmiczne poruszanie ręką w 

górę i w dół. Ręka odgrywa wtedy jednocześnie dwie role symboliczne. Ruchy w górę i w dół 

wzdłuż  członka  naśladują  ruchy  kopulacyjne  samego  mężczyzny,  natomiast  obejmująca 

członek dłoń służy jako pseudopochwa. Odpowiednia czynność u kobiet polega na pocieraniu 

łechtaczki  palcami.  Palce  funkcjonują  tu  jako  substytuty  rytmicznego  nacisku  wywieranego 

pośrednio na łechtaczkę dzięki rytmicznym ruchom kopulacyjnym mężczyzny. Inne metody 

stosowane przez kobiety polegają na pocieraniu warg sromowych lub rytmicznym wsuwaniu 

palców  do  pochwy,  kiedy  to  palce  służą  za  substytuty  męskiego  członka.  Jeszcze  inną 

techniką jest pocieranie ud, podczas którego uda przyciskają się do siebie, czemu towarzyszy 

napinanie i rozluźnianie wewnętrznych mięśni i rytmiczny nacisk na ściśnięte genitalia.  

Badania  prowadzone  w  połowie  bieżącego  stulecia  wykazały,  że  masturbacja  jest 

niezmiernie  częstą  formą  autointymności  i  że  znakomita  większość  ludzi  oddaje  się  jej  w 

jakimś  okresie  życia.  Chociaż  zjawisko  to  zawsze  stanowiło  tylko  zaledwie  nie  szkodliwy 

substytut  interpersonalnego  aktu  płciowego,  społeczeństwo  odnosiło  się  do  niego  różnie  w 

różnych okresach historii.  Jak się zdaje, masturbacja była powszechnie praktykowana przez 

plemiona  pierwotne,  ale  zazwyczaj  traktowano  ją  wówczas  jako  coś  humorystycznego  i 

wskazującego na nieudolność w normalnym współżyciu.  

Zupełnie  inny  i  znacznie  mniej  zdrowy  pogląd  panował  w  dawnych  wiekach  w 

naszych  kulturach,  kiedy  podejmowano  poważne  wysiłki,  aby  całkowicie  stłumić  u  ludzi  te 

skłonności. W osiemnastym wieku masturbacja została potępiona jako "ohydny grzech samo 

plugawienia się". W dziewiętnastym wieku stała się "potwornym i wyniszczającym nałogiem 

samogwałtu",  a  w  czasach  wiktoriańskich  młodym  damom  nie  wolno  było  się  podmywać, 

gdyż  wymagało  to  pocierania  genitaliów,  co,  wykonywane  regularnie,  mogłoby  "wywołać 

nieczyste  myśli".  Grzeszny  bidet  francuski  nie  został  wpuszczony  na  teren  Anglii.  W 

pierwszych latach dwudziestego wieku masturbacja przestała budzić grozę, otrzymując tylko 

miano  "brzydkiego  nałogu",  ale  autorytety  religijne  były  poważnie  zaniepokojone  tym,  że 

mógł  on  dostarczać  onaniście  satysfakcji  zmysłowej.  Dopuszczano  jednak,  że  "wydzielanie 

nasienia  dla  celów  medycznych  może  być  zgodne  z  prawem,  jeśli  tylko  następuje  bez 

background image

uzyskania  przyjemności".  Pod  koniec  pierwszej  połowy  dwudziestego  wieku  stosunek  do 

masturbacji uległ radykalnej zmianie i wreszcie zdecydowanie oznajmiono, że jest to "rzecz 

normalna  i  nieszkodliwa  dla  osób  w  każdym  wieku".  W  ubiegłym  dwudziestoleciu 

kultywowano to nowe podejście, aż wreszcie w roku 1971 poważny magazyn dla kobiet mógł 

sobie  pozwolić  na  umieszczenie  w  dziale  porad  następującej  opinii,  która  zdumiałaby 

czytelników  epoki  wiktoriańskiej:  "Masturbacja...  jest  praktyką  rozsądną,  normalną  i 

zdrową... ćwiczysz swoje ciało, aby stało się wspaniałym instrumentem miłości. Onanizuj się, 

ile dusza zapragnie".  

Dzisiejszy  młodociany,  który  przy  braku  możliwości  normalnego  współżycia  ma 

ochotę  uwolnić  się  od  napięcia,  stosując  tę  formę  autointymności  seksualnej,  jest  w 

szczęśliwym  położeniu.  Młodocianemu  żyjącemu  w  dawniejszych  czasach  nie  tylko  nie 

pozwalano swobodnie oddawać się tej czynności, ale za jej uprawianie surowo go karano. W 

ostatnich dwóch stuleciach stosowano cały szereg niekiedy zupełnie dla nas niewiarygodnych 

surowych  ograniczeń.  Młodemu  złoczyńcy  zakładano  na  przykład  srebrną  obrączkę  na 

specjalnie  przekłuty  w  tym  celu  napletek.  Inną  możliwością  było  założenie  na  członek 

kolczastej  opaski,  która  kłuła,  gdy  tylko  zaczął  on  ulegać  wzwodowi.  Zalecanym 

"lekarstwem" bywało smarowanie członka czerwoną maścią rtęciową, dzięki czemu pokrywał 

się  on  pęcherzami.  Dojrzewające  dzieci  płci  obojga  zmuszano  niekiedy  do  spania  z  rękami 

związanymi lub przywiązanymi do łóżka, aby zapobiec nocnym "zabawom z samym sobą". 

Czasami  nakładano  im  też  uwspółcześnione  wersje  pasów  cnoty.  Młode  niewiasty  musiały 

znosić okaleczenia łechtaczki spowodowane jej przypalaniem albo całkowitym chirurgicznym 

usunięciem, młodzieńcom zaś niektóre autorytety medyczne zalecały obrzezanie jako środek 

na wyzwolenie się ze "złowrogiego nałogu" autostymulacji.  

Na  szczęście,  z  jednym  wyjątkiem,  jakim  jest  obrzezanie,  żaden  z  tych  bolesnych  i 

niebezpiecznych  zwyczajów  nie  jest  dziś  powszechnie  praktykowany.  Jak  się  wydaje, 

staroświecka  dążność  społeczeństwa  do  okaleczania  swojego  dorastającego  potomstwa 

została  wreszcie  poskromiona.  Pamiętając  o  tym,  warto  teraz  zrobić  małą  dygresję  i 

zastanowić się, dlaczego ta ogólna zmiana nie obejmuje stosunku do owego dziwnego rytuału 

obrzezania. Obecnie nie uzasadnia się go już potrzebą przeciwdziałania masturbacji. Napletek 

noworodka płci męskiej usuwa się z przyczyn "religijnych, medycznych lub higienicznych". 

Częstotliwość  tego  zabiegu  jest  różna  w  różnych  krajach.  Panuje  opinia,  że  w  Wielkiej 

Brytanii zabieg ten wykonuje się u mniej niż połowy noworodków płci męskiej, natomiast w 

Stanach Zjednoczonych wedle niektórych źródeł liczba ta sięga aż 85 procent.  

background image

Medycznym uzasadnieniem usunięcia napletka jest opinia, że w ten sposób zapobiega 

się pewnym (niezmiernie rzadkim) chorobom. Zdarzają się one jednak tylko wtedy, gdy nie 

pozbawiony  napletka  człowiek  zaniedbuje  utrzymywanie  członka  w  czystości  przez  proste 

ściągnięcie  napletka  i  umycie  żołędzi.  Gdy  robi  się  to  regularnie,  według  autorytetów 

medycznych  zagrożenie  schorzeniem  jest  identyczne  u  osób  obrzezanych  i  nieobrzezanych. 

Ponieważ  w  większości  obrzezanie  nie  jest  wykonywane  z  przyczyn  religijnych  i  nie 

uzasadniają go dostatecznie względy medyczne, prawdziwa przyczyna tych tysięcy okaleczeń 

organu płciowego wykonywanych każdego roku na męskich noworodkach pozostaje zagadką. 

Określony ostatnio przez jednego z lekarzy amerykańskich jako "gwałt na męskim członku", 

zabieg  ten  wydaje  się  przeżytkiem  po  dawno  minionych  kulturach.  Od  najdawniejszych 

czasów był on powszechnie wykonywany wśród plemion afrykańskich i został przejęty przez 

starożytny  Egipt,  gdzie  kapłani-lekarze  dbali  o  to,  by  żaden  szanujący  się  osobnik  płci 

męskiej  nie  zachował  swojego  napletka.  Z  powodu  stygmatu  społecznego  związanego  z 

nieobrzezaniem napletka Żydzi przejęli ten rytuał od Egipcjan i uczynili go jeszcze bardziej 

obowiązującym  dla  wszystkich  męskich  wyznawców  swojej  religii.  Gdy  zaczął  on 

obowiązywać  jako  "prawo"  społeczne  i  religijne,  zapomniano,  na  czym  polegało  jego 

pierwotne znaczenie, i obecnie niełatwo dotrzeć do jego właściwych źródeł. Nawet u plemion 

afrykańskich, gdzie stanowi on część skomplikowanego ceremoniału inicjacyjnego, mówi się 

o  nim  zwykle  po  prostu  jako  o  "obyczaju",  ale  współcześni  badacze  proponują  tu  szereg 

różnych wyjaśnień. 

Jedna  z  tych  koncepcji  głosi,  że  napletek  męski  był  uważany  za  atrybut  kobiecości, 

zapewne  dlatego,  że  zakrywał  żołądź  organu  męskiego,  podobnie  jak  wargi  sromowe 

zakrywają  żeński  otwór  rodny.  Zgodnie  z  tym  sposobem  myślenia  łechtaczkę  uznawano  za 

organ  męski,  gdy  więc  chłopcy  i  dziewczyny  osiągali  wiek  dojrzałości  płciowej,  mogli 

osiągnąć  wyższy  stopień  wierności  idealnemu  obrazowi  swojej  płci  przez  usunięcie 

niestosownych  atrybutów  płci  przeciwnej.  Innym  proponowanym  wyjaśnieniem  było  to,  że 

zrzucenie  napletka  ma  być  symboliczną  imitacją  zrzucenia  skóry  przez  węża,  co,  jak 

powszechnie  sądzono,  miało  czynić  węża  nieśmiertelnym,  ponieważ  po  każdym  zrzuceniu 

skóry  pojawiał  się  on  w  nowym  blasku.  Symboliczne  równanie  było  tu  dość  proste:  wąż  = 

fallus, skóra węża = napletek.  

Istnieje  jeszcze  wiele  pomysłowych  wyjaśnień,  ale  gdy  na  zjawisko  okaleczenia 

płciowego  patrzy  się  jako  na  całość,  wszystkie  one  wydają  się  nieprzekonujące.  Wcześniej 

czy później, w takiej czy innej postaci zwyczaj ten zagościł niemal w każdym zakątku globu 

w  tysiącach  różnych  kultur.  Nie  zawsze  polegał  on  na  zwykłym  usunięciu  napletka  czy 

background image

łechtaczki.  Niekiedy  usuwano  większy  fragment  lub  też  okaleczenie  polegało  raczej  na 

nacięciu czy rozcięciu niż na usunięciu. W niektórych plemionach dziewczynkę lub kobietę 

odzierano nie tylko z łechtaczki, ale i z warg sromowych, a w innych chłopca lub mężczyznę 

w  bolesny  sposób  pozbawiano  całej  skóry  pokrywającej  podbrzusze,  okolice  miednicy, 

krocze i wewnętrzną powierzchnię nóg, albo też poddawano go ciężkiemu doświadczeniu w 

postaci  rozcięcia  członka  na  pół  na  całej  jego  długości.  Jedynym  wspólnym  czynnikiem 

wydaje  się  to,  że  dorośli  dopuszczali  się  mechanicznego  uszkadzania  genitaliów  swojego 

potomstwa.  

Dlaczego  ten  przejaw  agresji  dorosłych  w  postaci  obrzezania  przetrwał  do  dziś? 

Kwestia  ta  wymaga  dokładniejszego  zbadania  przez  współczesną  medycynę.  Od  ubiegłego 

wieku, kiedy to podejmowano drastyczne środki przeciw masturbacji, młode kobiety nie były 

już  poddawane  takim  doświadczeniom,  zapewne  dlatego,  że  inaczej  niż  u  chłopców,  nie 

istniały  żadne  względy  higieniczne,  które  mogłyby  uzasadniać  usuwanie  jakichkolwiek 

fragmentów  kobiecych  narządów  płciowych.  Gdyby  uznano,  że  łechtaczka  jest  czymś 

niehigienicznym, i w ten sposób znaleziono medyczne uzasadnienie dla jej usuwania, kobieta 

zostałaby  w  dużej  mierze  pozbawiona  możliwości  reagowania  na  bodźce  seksualne. 

Natomiast  wykonane  ostatnio  dokładne  badania  wykazały,  że  w  wyniku  usunięcia  napletka 

prącie niewiele lub nic nie traci ze swojej wrażliwości i dlatego mężczyźni okaleczeni w ten 

sposób przez współczesnych następców dawnych znachorów nie doświadczają przynajmniej 

ubytku  swojej  sprawności  seksualnej.  Te  same  współczesne  badania  wykazują  naturalnie 

kompletną bałamutność dawnych argumentów na rzecz zapobiegania masturbacji za pomocą 

chirurgicznego  usuwania  napletka.  Okaleczony  czy  nie  okaleczony,  mężczyzna  potrafi  bez 

przeszkód osiągnąć zadowolenie seksualne dzięki samotnemu oddawaniu się autointymności 

seksualnej.  

Sumując,  można  by  więc  powiedzieć,  że  chociaż  w  społecznościach 

"cywilizowanych" zaniechano pradawnych zabiegów na członku, obrzezanie przetrwało w tak 

szerokim  zakresie,  gdyż  jest  to  jedyny  zabieg,  który  nie  upośledza  aktywności  seksualnej  i 

który uzyskał jednocześnie szacowną przykrywkę w postaci uzasadnienia medycznego.  

Wracając do samej masturbacji, pozostaje jeszcze kwestia, czy w atmosferze świeżo 

zdobytej  swobody,  w  której  pod  koniec  dwudziestego  wieku  odbywać  się  mogą  praktyki 

samo stymulacyjne, istnieją jeszcze jakieś czyhające na nas niebezpieczeństwa? Jeśli artykuły 

w popularnych magazynach radzą nam: "onanizuj się, ile dusza zapragnie", to może wahadło 

wychyliło  się  zbyt  daleko?  Jasne,  że  dawniejsze  absurdy  na  temat  masturbacji,  które 

wyrządziły  tyle  szkód,  należało  odrzucić,  co  właśnie  bardzo  skutecznie  uczyniono.  Może 

background image

jednak,  pozbywszy  się  nonsensownych  poglądów,  poszliśmy  zbyt  daleko  w  przeciwnym 

kierunku.  Przecież  mimo  wszystko  masturbacja,  podobnie  jak  inne  substytuty  aktywności 

społeczno-towarzyskiej, omawiane w poprzednich rozdziałach, jest mniej wartościową formą 

intymności.  Wszystko,  co  robi  się  samemu,  a  co  jest  namiastką  czegoś,  co  robi  się  z  inną 

osobą, musi być z konieczności gorsze niż autentyczny akt intymności cielesnej, a zasada ta 

odnosi  się  zarówno  do  masturbacji  jak  do  każdej  innej  formy  autointymności.  Gdy  nie  ma 

szans  na  nic  lepszego,  wtedy  rzecz  jasna  nie  istnieje  żaden  rzeczowy  argument  przeciwko 

takim  czynnościom  zastępczym.  Przypuśćmy  jednak,  że  jest  nadzieja  na  coś  lepszego  w 

bliskiej przyszłości, czy nie powstaje wtedy niebezpieczeństwo obsesyjnego przywiązania się 

do mniej wartościowych aktów zastępczych, które potem utrudniają przejście do właściwego 

współżycia?  

We współczesnym poradnictwie dla onanizujących się kobiet podkreśla się, że każda 

kobieta powinna wypracować sobie własny styl  masturbacji i że należy zarezerwować kilka 

godzin w tygodniu na wypróbowanie nowego wzorca reagowania. Informuje się ją, że gdy już 

tak  wytrenuje  własne  ciało,  będzie  mogła  wskazywać  mężczyźnie  pozycje  dostarczające  jej 

maksymalnych  doznań  podczas  stosunków.  Takie  podejście  jest  przynajmniej  uczciwe: 

kobieta  wypracowuje  sobie  i  ustala  zadowalający  ją  wzorzec,  a  potem  już  od  mężczyzny 

zależy, czy będzie ją w stanie odpowiednio obsłużyć. Tak wytrenowane ciało kobiety ma się 

stać  "wspaniałym  instrumentem  miłości".  Być  może,  jest  to  znakomite  jako  system 

dostarczający samotnej czy sfrustrowanej kobiecie wielkich satysfakcji seksualnych, ale jako 

sposób  na  wzbogacanie  uczuć  miłosnych  pozostawia  chyba  coś  niecoś  do  życzenia. 

Całkowicie  pomija  się  tu  fakt,  że  akt  płciowy  u  ludzi  jest  czymś  więcej  niż  świadczeniem 

sobie  usług  seksualnych.  Traktowanie  intensywnych  i  wzajemnych  przejawów  intymności 

cielesnej  według  ustalonych  wcześniej  wzorców  opartych  na  schemacie  zapotrzebowanie-

zaspokojenie  jest  stawianiem  sprawy  na  głowie.  Nie  jest  to  wcale  lepsze  od  sytuacji,  gdy 

męską  aktywność  traktuje  się  jako  substytut  masturbacji  -zamiast  odwrotnie.  Podobnie  gdy 

mężczyzna  ulegnie  obsesji  na  punkcie  jakiegoś  szczególnego  rodzaju  masturbacji  ręcznej, 

może zacząć traktować kobiecą pochwę jako substytut własnej ręki -zamiast odwrotnie. Takie 

podejście  do  aktu  płciowego  oznacza  zredukowanie  partnera  do  roli  urządzenia 

pobudzającego,  zamiast  traktować  go  jako  kochającą,  pełnowartościową  istotę  w  intymnym 

związku. Zbytnie akcentowanie znaczenia zaawansowanych technik masturbacyjnych nie jest 

więc chyba czymś tak zupełnie niewinnym, jak pragnie to nam wmówić współczesny "nowy 

liberalizm".  

background image

Co powiedziawszy, muszę jednak z całym naciskiem podkreślić, że takie ostrzeżenie 

nie może być traktowane jako pretekst do ponownego wprowadzenia dawnych ograniczeń, u 

podłoża  których  leżało  poczucie  winy  i  które  zakazywały  praktykowania  autointymności. 

Jeśli nawet wahadło wychyliło się nieco zbyt daleko, znajdujemy się w dużo lepszej sytuacji 

niż  nasi  niedawni  przodkowie  i  powinniśmy  być  wdzięczni  dwudziestowiecznym 

reformatorom w dziedzinie seksualizmu, dzięki którym stało się to możliwe. Prawdopodobnie 

groźba obsesji na punkcie autointymności nie będzie zbyt poważna. Gdy dwoje ludzi kocha 

się  naprawdę,  intensywność  uczuciowa  ich  związku  zdoła  zapewne  odsunąć  na  margines 

wszystkie dotychczasowe wzorce samotnego zaspokajania własnych potrzeb i umożliwi coraz 

większy  i  nieskrępowany  wzrost  wzajemnych  interakcji  seksualnych.  Jeśli  ich  związek  jest 

zbyt  słaby  i  stanie  się  inaczej,  to  przynajmniej  będą  mogli  cieszyć  się  wzajemną  wymianą 

finezyjnych  przejawów  stymulacji  erotycznej.  Jest  to  dużo  lepsze  niż  sytuacja  z  czasów 

wiktoriańskich,  kiedy  małżonkowie  uważali,  że  muszą  jak  najszybciej  "spełnić  ten  przykry 

obowiązek", zanim błogo zapadną w sen. 

background image

9. POWRÓT DO INTYMNOŚCI  

 

Rodząc  się,  wchodzimy  w  intymny  i  ścisły  związek,  jakim  jest  kontakt  cielesny  z 

matką.  Rosnąc,  stykamy  się  ze  światem  i  dokonujemy  eksploracji,  ale  od  czasu  do  czasu 

wracamy  w  matczyne  objęcia  w  poszukiwaniu  schronienia  i  bezpieczeństwa.  Wreszcie 

wyrywamy  się  na  wolność  i  stajemy  samotnie  przed  światem  ludzi  dorosłych.  Wkrótce 

zaczynamy szukać nowej więzi i znów wracamy do stanu intymności z ukochaną osobą, która 

zostaje  naszym  towarzyszem  życia.  Znów  mamy  bezpieczną  bazę,  z  której  dokonujemy 

naszych eksploracji.  

Gdy  w  którymś  stadium  tej  sekwencji  nasze  intymne  związki  nas  zawodzą,  presje 

życia  stają  się  trudne  do  zniesienia.  Rozwiązujemy  ten  problem,  poszukując  Substytutów 

intymności. Oddajemy się działalności społecznej i towarzyskiej, która dostarcza brakujących 

nam odpowiednich kontaktów cielesnych, albo uciekamy się do zwierzątka domowego, które 

zastępuje nam człowieka jako partnera. Wakującą pozycję intymnego towarzysza zajmują też 

czasem  przedmioty  nieożywione,  a  czasem,  w  sytuacjach  ekstremalnych,  sięgamy  do 

intymności z własnym ciałem  -wtedy pieścimy i obejmujemy samych siebie, jakbyśmy byli 

dwojgiem ludzi.  

Te różne możliwości  prawdziwej  intymności  można oczywiście traktować jako miłe 

dodatki do naszych doświadczeń w dziedzinie dotyku, ale dla wielu osób stają się one niestety 

niezbędnymi  elementami  zastępczymi.  Rozwiązanie  jest  tu  dość  oczywiste.  Jeśli  typowy 

dorosły człowiek tak bardzo potrzebuje intymnych kontaktów, musi się odsłonić i otworzyć 

na przyjazne  gesty ze strony  innych ludzi.  Nie  może żyć według zasady:  "Zajmuj  się tylko 

sobą, trzymaj się na odległość, nie dotykaj, nie folguj sobie i nigdy nie okazuj swoich uczuć". 

Przeciw  tej  prostej  prawdzie  silnie  działa  niestety  kilka  czynników.  Najważniejszym  z  nich 

jest nienaturalnie rozrośnięte i przeludnione społeczeństwo, w którym człowiek żyje. Jest on 

otoczony przez ludzi obcych i prawie obcych, którym nie może ufać, a jest ich taka masa, że 

jest on w stanie nawiązać więzi emocjonalne jedynie z niewielkim ich ułamkiem. W stosunku 

do  pozostałych  swoje  przejawy  intymności  musi  ograniczyć  do  minimum.  Ich  bliskość 

fizyczna  podczas  wykonywania  codziennych  zajęć  wymaga  nienaturalnego  wprost  stopnia 

powściągliwości.  Gdy  człowiek posiądzie tę umiejętność, cała jego sfera intymności  będzie 

podlegać coraz większym zahamowaniom, nawet w stosunku do osób bliskich.  

Żyjącemu  w  takich  warunkach  -oddalenia  cielesnego  i  braku  intymności 

współczesnemu  mieszkańcowi  miasta  grozi,  że  będzie  złym  ojcem  czy  złą  matką. 

background image

Powściągając swoje kontakty z własnymi dziećmi w okresie kilku pierwszych lat ich życia, 

może  on  uniemożliwić  im  późniejsze  tworzenie  silnych  więzi.  Gdy  rodzice,  próbując 

usprawiedliwić  swoje  powściągliwe  zachowanie,  zdołają  znaleźć  jakieś  oficjalne 

uzasadnienie,  pomaga  im  ono  oczywiście  uspokoić  własne  sumienie.  Takie  uzasadnienia 

niestety  czasem  się  znajdują,  co  zgubnie  wpływa  na  rozwój  stosunków  między  członkami 

rodziny.  

N  a  specjalną  wzmiankę  zasługuje  pewna  skrajna  postawa  w  tym  względzie, 

mianowicie watsonowska metoda wychowywania dzieci. Nazwana tak od nazwiska swojego 

krzewiciela, znanego psychologa amerykańskiego, miała ona wielu zwolenników na początku 

naszego  wieku.  Aby  w  pełni  zrozumieć  charakter  poglądów  Watsona,  warto  przytoczyć 

obszerny fragment jego porad dla rodziców. Oto co, między innymi, miał on do powiedzenia:  

"Gdy  matki  całują  swoje  dzieci,  podnoszą  je  i  kołyszą,  pieszczą  i  podrzucają  na 

kolanach,  to  po  prostu  nie  wiedzą,  że  tak  oto  powoli  tworzą  istotę  ludzką  całkowicie 

niezdolną  do  zmagania  się  ze  światem,  w  którym  później  będzie  musiała  żyć...  Istnieje 

rozsądna  metoda  traktowania  dzieci.  Traktuj  je  jak  młodych  dorosłych...  Nigdy  ich  nie 

obejmuj i nie całuj, nigdy nie pozwalaj im siadać ci na kolanach. Jeśli już musisz, pocałuj je 

raz na dobranoc w czoło... Czy w całym swoim postępowaniu z dzieckiem matka nie potrafi 

się  nauczyć  zastępować  pocałunku  i  uścisku,  brania  na  ręce  i  pieszczot  dobrym  słowem  i 

uśmiechem?.. Jeśli nie masz piastunki i nie możesz pozostawić dziecka samego, połóż je w 

ogródku  za  domem,  niech  tam  spędzi  większą  część  dnia.  Stwórz  dziecku  bezpieczną 

przestrzeń, aby mieć pewność, że nie stanie mu się nic złego. Postępuj tak od chwili narodzin 

dziecka Jeśli masz zbyt czułe serce i nie potrafisz się powstrzymać od obserwowania dziecka, 

zainstaluj w drzwiach judasza albo jakiś peryskop, żebyś mogła patrzeć na dziecko, nie będąc 

przez  nie  widziana  Na  koniec  -naucz  się  mówić  bez  zdrobnień  i  wyrażeń  pieszczotliwych". 

Ponieważ  opis  ten  dotyczy  traktowania  dziecka  tak  jak  osoby  dorosłej,  wynika  z  niego 

oczywiście, że typowi dorośli, wychowywani metodą watsonowską, nigdy się nie całują i nie 

obejmują,  a  przez  całe  życie  oglądają  się  nawzajem  tylko  przez  metaforyczne  judasze. 

Oczywiście na co dzień to właśnie jesteśmy zmuszeni robić w stosunku do otaczających nas 

obcych,  ale  zalecanie  czegoś  takiego  jako  prawidłowego  postępowania  rodziców  wobec 

dzieci można łagodnie określić jako osobliwość.  

Watsonowskie  podejście  do  wychowywania  dzieci  opierało  się  na  poglądzie 

behawiorystycznym, który głosił, że w człowieku, by znów posłużyć się cytatem, "nie istnieją 

żadne instynkty. We wczesnym wieku wbudowujemy w siebie wszystko to, co ma się później 

pojawić... nie istnieje wewnątrz nas nic, co się potem może rozwinąć". Wynikało z tego, iż 

background image

aby  mógł  powstać  zdyscyplinowany  dorosły,  należy  zaczynać  od  zdyscyplinowania 

noworodka.  Opóźnienie  tego  procesu  mogłoby  spowodować  powstanie  "złych  nawyków", 

które byłyby potem trudne do wyplenienia.  

Postawa ta, oparta na z gruntu fałszywej interpretacji naturalnego rozwoju zachowań 

człowieka  w  wieku  niemowlęcym  i  dziecięcym,  byłaby  po  prostu  groteskową  ciekawostką 

historyczną,  gdyby  nie  to,  że  jeszcze  dziś  można  się  z  nią  sporadycznie  zetknąć.  Ponieważ 

doktryna  ta  wciąż  jeszcze  pokutuje,  należy  przyjrzeć  się  jej  nieco  dokładniej.  Swoje 

uporczywe  trwanie  zawdzięcza  ona  głównie  temu,  że  jest  metodą,  która  w  pewien  sposób 

sama siebie uwiecznia. Gdy tak nienaturalnie traktuje się małe dziecko, zaczyna ono czuć się 

z  gruntu  niepewnie.  Jego  wielkie  zapotrzebowanie  na  intymność  cielesną  przyprawia  je  o 

nieustanną  frustrację  i  ciągłe  sankcje.  Płacz  pozostaje  nie  zauważony.  Nie  mając  innego 

wyjścia,  dziecko  uczy  się  jednak  i  przystosowuje.  Przyucza  się,  a  przy  tym  rośnie.  Jedyny 

szkopuł  polega  na  tym,  że  w  całym  swoim  przyszłym  życiu  człowiek  ten  będzie  miał 

trudności  z  zaufaniem  komukolwiek.  Ponieważ  jego  popęd  do  kochania  i  bycia  kochanym 

został  w  tak  wczesnej  fazie  zablokowany,  mechanizm  kochania  pozostanie  na  zawsze 

uszkodzony.  Ponieważ  jego  związek  z  rodzicami  miał  charakter  transakcji,  Wszystkie  jego 

późniejsze  zaangażowania  osobiste  będą  się  rozwijały  w  ten  sam  sposób.  Nie  będzie  mógł 

nawet skorzystać z możliwości zachowywania się jak nieczuły automat, ponieważ wewnątrz 

wciąż  będzie  odczuwał  wzbierającą  w  nim  podstawową  potrzebę  biologiczną  -potrzebę 

kochania,  ale  nie  będzie  w  stanie  znaleźć  drogi  jej  ujścia.  Jak  uschła  kończyna,  której  nie 

można  całkowicie  amputować,  potrzeba  ta  będzie  mu  wciąż  sprawiała  ból.  Jeśli  pod  presją 

konwencji społecznych osobnik taki zawrze związek małżeński i spłodzi potomstwo, będzie 

ono prawdopodobnie traktowane w ten sam sposób, gdyż teraz z kolei objawi się niezdolność 

do  prawdziwej  miłości  rodzicielskiej.  Znajduje  to  potwierdzenie  w  doświadczeniach  z 

małpami. Gdy małą małpkę wychowuje się, pozbawiając ją czułych przejawów intymności ze 

strony matki, zostaje ona potem złą matką.  

Wielu rodzicom watsonowski reżim wydawał się atrakcyjny, ale trochę zbyt skrajny. 

Dlatego też stosowali jego złagodzoną i zmodyfikowaną wersję. Raz bywali więc dla dziecka 

surowi, a za chwilę mu ulegali. W pewnych sprawach stosowali ostrą dyscyplinę, a w innych 

okolicznościach obdarzali dziecko pieszczotami. Zostawiali płaczące dziecko w łóżeczku, to 

znów  obsypywali  je  kosztownymi  zabawkami  i  pieszczotami.  Skutkiem  tego  dziecko, 

całkowicie zdezorientowane, wyrastało na tak zwane "zepsute dziecko", Kolejny błąd polegał 

na tym, że owo "zepsucie" przypisywano nie dezorientacji czy czynnikom dyscyplinującym 

we  wczesnym  okresie  niemowlęcym,  lecz  jedynie  owym  momentom  "łagodności".  Rodzice 

background image

mówili sobie, że gdyby przestrzegali ostrego reżimu i nie ulegali tak często, wszystko byłoby 

w porządku. Dorastającemu dziecku, teraz już grymaśnemu i wymagającemu, kazano "dobrze 

się zachowywać" i zaostrzano dyscyplinę. Rezultatem tego, zarówno w tej fazie jak i później, 

były złość i bunt.  

Dziecko  takie  zaznawało  miłości  w  owych  "łagodniejszych"  momentach,  ale 

wówczas,  jakby  pokazawszy  mu  wejście,  zatrzaskiwano  mu  drzwi  przed  nosem.  Dziecko 

wiedziało, jak należy kochać, ale samo nie było  dostatecznie kochane; później, buntując się 

wielokrotnie,  chciało  sprawdzić  rodziców,  w  nadziei  że  uda  mu  się  wreszcie  kiedyś 

udowodnić ich miłość do niego bez względu na to, co robi  -że rodzice kochają je dla niego 

samego,  a  nie  ze  względu  na  jego  "dobre  zachowanie".  Nazbyt  często  reakcja  rodziców 

przeczyła tym oczekiwaniom.  

Nawet  jeśli  doraźna  reakcja  była  zgodna  z  oczekiwaniami  i  rodzice  wybaczyli  jakiś 

najnowszy eksces, dziecko wciąż nie mogło uwierzyć, że wszystko jest w porządku. Wczesne 

wpojenia  odcisnęły  się  zbyt  głębokim  piętnem,  a  powtarzające  się  dawniej  momenty 

zaostrzonej  dyscypliny  nie  kojarzyły  się  w  umyśle  dziecka  z  miłością.  Dlatego  dziecko  w 

dalszym ciągu sprawdzało rodziców, brnąc coraz dalej i rozpaczliwie próbując udowodnić, że 

mimo  wszystko,  jest  przez  nich  kochane.  Wówczas  rodzice,  stojąc  w  obliczu  zupełnego 

chaosu, albo ostatecznie i na stałe zaostrzali dyscyplinę, potwierdzając tym najgorsze obawy 

dziecka, albo coraz częściej ulegali i z powodu rodzącego się w nich poczucia winy tolerowali 

zachowania antyspołeczne. "Gdzie popełniliśmy błąd, dlaczego ponieśliśmy klęskę? Przecież 

daliśmy ci wszystko".  

Wszystkiego tego można było  uniknąć,  gdyby dziecko było  traktowane  od początku 

jak dziecko, a nie jak "młody dorosły". W pierwszych latach życia dziecko wymaga miłości 

totalnej,  i  tylko  takiej.  Nie  próbuje  ono  "zdobyć  nad  tobą  przewagi",  ale  potrzebuje 

wszystkiego  najlepszego,  co  może  od  ciebie  otrzymać.  Nie  zestresowana  matka,  która  w 

dzieciństwie sama nie uległa żadnym deformacjom, ma w sobie naturalny popęd do dawania z 

siebie  wszystkiego  co  najlepsze  i  właśnie  dlatego  zwolennik  ostrej  dyscypliny  musi 

nieustannie  ostrzegać  matki  przed  uleganiem  owym  "słabościom  ",  które  -żeby  użyć 

ulubionego  określenia  zwolenników  Watsona  -"poruszają  w  nich  najczulsze  struny". 

Natomiast  matka  zestresowana,  ulegająca  napięciom  właściwym  współczesnemu  stylowi 

życia,  będzie  miała  trudności,  ale  i  wówczas  może  zbliżyć  się  do  ideału,  by  wychować 

szczęśliwe i w pełni kochane dziecko, nie uciekając się do sztucznie narzuconego reżimu.  

Tak  wychowane  dziecko  nie  tylko  nie  będzie  "dzieckiem  zepsutym  ",  ale  będzie 

wyrastać  na  jednostkę  coraz  bardziej  niezależną,  kochającą  i  pozbawioną  zahamowań  w 

background image

poznawaniu ekscytującego świata, który ją otacza. Pierwsze miesiące życia utwierdziły w nim 

bowiem przeświadczenie o istnieniu prawdziwie pewnej i bezpiecznej bazy, z której można 

dokonywać eksploratorskich wypadów. I znów znajduje to potwierdzenie w doświadczeniach 

z małpami. Kochane przez matkę małpie niemowlę z ochotą podejmuje zabawę i bada swoje 

otoczenie.  Potomstwo  nie  kochającej  matki  jest  nieśmiałe  i  nerwowe.  Przeczy  to  więc 

watsonowskim  przewidywaniom,  wedle  których  "nadmiar"  wczesnej  miłości,  rozumianej  w 

intymnym  sensie  cielesnym,  doprowadzi  w  późniejszych  latach  do  uformowania  istoty 

miękkiej i zależnej. Kłam zadaje tym teoriom już obserwacja dziecka trzyletniego. Dziecko, 

któremu  nie  szczędzono  miłości  w  pierwszych  dwóch  latach  życia,  już  wtedy  zaczyna 

pokazywać  swoje  możliwości,  z  wielką  energią,  choć  może  nieco  chwiejnie,  wyruszając  w 

świat.  To,  że  zacznie  płakać  upadłszy  na  buzię,  staje  się  wtedy  mniej,  a  nie  bardziej 

prawdopodobne. Dziecko, które mniej kochano, a więcej dyscyplinowano, gdy było zupełnie 

malutkie,  ma  w  sobie  mniej  ducha  przygody,  jest  mniej  ciekawe  tego,  co  widzi,  i  mniej 

skłonne  do  podejmowania  pierwszych  własnych  i  niezależnych,  choć  jeszcze  niezbornych 

działań.  

Innymi słowy, po nawiązaniu w pierwszych dwóch latach życia związku opartego na 

pełnej miłości dziecko jest gotowe, by przejść do następnego etapu rozwoju. W tej późniejszej 

fazie  jego  niepohamowany  pęd  do  eksplorowania  świata  będzie  wymagał  pewnego 

zdyscyplinowania ze strony rodziców. To, co było nieprawidłowe w okresie niemowlęctwa, 

teraz  staje  się  prawidłowe.  Watsonowski  krytycyzm  wobec  nadopiekuńczych  rodziców, 

trzęsących się nad swymi nieco już starszymi dziećmi  jest w pewnym stopniu uzasadniony, 

ale cała ironia tkwi w tym, że taka nadopiekuńczość jest prawdopodobnie reakcją na szkody 

spowodowane  przez  wcześniejsze  ćwiczenie  niemowlęcia  wedle  zaleceń  Watsona. 

Prawdziwie kochane dziecko nie będzie prawdopodobnie prowokować takich postaw.  

Dorosły,  który  jako  dziecko  w  pierwszej  fazie  totalnej  miłości  był  połączony  z 

rodzicami  silnymi  więzami,  w  swoim  późniejszym  życiu,  jako  młody  dorosły,  będzie  też 

lepiej wyposażony, by utworzyć silne więzy seksualne i wychodząc z tej nowej "bezpiecznej 

bazy",  dalej  dokonywać  eksploracji,  a  także  prowadzić  aktywne,  otwarte  życie  społeczno-

towarzyskie.  To  prawda,  że  w  fazie  poprzedzającej  tworzenie  się  dorosłych  więzów  będzie 

też  on  czy  ona  wykazywać  więcej  skłonności  do  poszukiwań  w  sferze  seksu.  Wszelkie 

eksploracje będą wówczas szczególnie ważne, a sfera seksu nie będzie wyjątkiem. Lecz jeśli 

jednostce  we  wcześniejszym  życiu  dane  było  naturalnie  przechodzić  przez  kolejne  fazy,  to 

wkrótce  eksploracje  seksualne  doprowadzą  ją  do  utworzenia  związku  pary  i  silnych  więzi 

background image

uczuciowych,  a  tym  samym  powrotu  do  różnorodnych  przejawów  intymności  cielesnej, 

typowych dla miłości okresu niemowlęctwa.  

Młodzi  dorośli,  którzy  zakładając  nowe  rodziny,  cieszą  się  w  ich  łonie  wolną  od 

zahamowań intymnością, będą łatwiej mogli stawić czoło surowemu i bezosobowemu światu 

zewnętrznemu.  Jako  ludzie  już  z  kimś  związani,  a  nie  dopiero  dążący  do  związku,  potrafią 

traktować  każdy  kontakt  społeczny  tak,  jak  na  to  zasługuje,  a  w  sytuacjach  wymagających 

raczej  emocjonalnej  powściągliwości  nie  muszą  stawiać  żadnych  niestosownych  wymagań 

podyktowanych poczuciem braku więzi.  

Jednym  z  aspektów  życia  rodzinnego,  którego  nie  można  pominąć,  jest  potrzeba 

prywatności. Z kontaktów intymnych w pełni korzystać można jedynie w miejscu prywatnym. 

Znaczne  zagęszczenie  w  domu  utrudnia  rozwój  jakiegokolwiek  związku  osobistego  poza 

przemocą.  Wzajemne  wpadanie  na  siebie  jest  czymś  innym  niż  pełen  miłości  uścisk. 

Wymuszona intymność staje się antyintymnością w pełnym sensie tego słowa. Tak więc, choć 

brzmi to paradoksalnie, by zwiększyć znaczenie kontaktów cielesnych, potrzebujemy więcej 

przestrzeni.  Architekci  planujący  ciasne  mieszkania  i  nie  uwzględniający  tego  faktu  tworzą 

nieuchronne  napięcia  emocjonalne,  ponieważ  cielesna  intymność  osobista  nie  może  być 

stanem  trwałym,  podobnie  jak  uporczywe  i  bezosobowe  przeludnienie  zurbanizowanego 

świata  zewnętrznego.  Ludzka  potrzeba  ścisłego  kontaktu  cielesnego  pojawia  się  okresowo, 

przejściowo,  i  tylko  sporadycznie  domaga  się  ujścia.  Ścieśnianie  przestrzeni  domowej 

oznacza zamianę czułego dotykania się na uciążliwą i nieznośną bliskość ciał. O ile to wydaje 

się dość oczywiste  -niepojęty jest  ów wykazywany przez planistów w ostatnich latach brak 

troski o zapewnienie ludziom prywatności w ich własnych domach.  

Kreśląc ten obraz "intymności  młodych dorosłych", wywołałem być może wrażenie, 

że  jeśli  tylko  mają  wystarczająco  dużo  prywatnej  przestrzeni  domowej  wokół  siebie,  pełne 

miłości  niemowlęctwo  za  sobą  i  tworzą  teraz  silny  związek  wzajemny,  to  już  wszystko 

pójdzie im gładko. Niestety tak nie jest. Przeludniony świat współczesny wciąż jeszcze może 

naruszyć  ich  związek  i  stłumić  przejawy  intymności.  W  społeczeństwie  występują  dwie 

postawy,  które  mogą  wywierać  na  nich  wpływ.  Pierwsza  przypisuje  obraźliwe  znaczenie 

przymiotnikowi  "infantylny".  Nieskrępowane  przejawy  intymności  krytykuje  się  jako 

regresywne, głupie czy dziecięce. Jest to coś, co może łatwo pohamować skłonności młodego 

kochanka.  Zaczyna  go  przenikać  myśl,  że  zbytnia  intymność  stwarza  zagrożenie  dla  jego 

ducha niezależności, co wyraża się w różnych obiegowych powiedzonkach jak na przykład: 

"Naprawdę  silny  jest  tylko  człowiek  samotny".  Nie  ma,  rzecz  jasna,  żadnych  dowodów, 

jakoby  niezależność  człowieka  dorosłego,  który  w  niemowlęctwie  w  pełni  cieszył  się 

background image

typowymi dla tego wieku kontaktami cielesnymi, doznawała w późniejszym okresie jakiegoś 

uszczerbku.  Raczej  wprost  przeciwnie.  Kojący  i  uspokajający  wpływ  czułych  przejawów 

intymności  przynosi  człowiekowi  więcej  swobody  i  lepiej  go  przygotowuje  do  zmagań  z 

bezosobowymi relacjami, jakie go czekają w późniejszym życiu. Wbrew temu, co się często 

twierdzi,  nie  ulega  on  wówczas  żadnemu  rozmiękczeniu,  lecz  przeciwnie  -wzmacnia  się, 

podobnie  jak  wzmacnia  się  kochane  przez  rodziców  dziecko,  które  wykazuje  więcej 

gotowości do eksploracji.  

Druga  postawa,  która  może  hamować  przejawy  intymności,  przypisuje  każdemu 

kontaktowi  cielesnemu  aspekt  seksualny.  Błąd  ten  był  w  przeszłości  źródłem  znacznego  i 

zupełnie  niepotrzebnego  ograniczania  intymności.  W  intymności  między  rodzicami  a 

dzieckiem  nie  kryje  się  nic  seksualnego.  Charakteru  seksualnego  nie  ma  ani  miłość 

rodzicielska,  ani  miłość  dziecka,  podobnie  jak  nie  musi  mieć  takiego  charakteru  miłość 

między  dwoma  mężczyznami,  dwiema  kobietami,  czy  nawet  między  mężczyzną  a  kobietą. 

Miłość jest miłością, czyli wzajemną więzią emocjonalną, a ewentualne uczucia o charakterze 

seksualnym  są  sprawą  drugorzędną.  W  ostatnich  czasach  zaczęliśmy  jakoś  nadmiernie 

akcentować element seksualny we wszystkich tego rodzaju związkach. Mając do czynienia ze 

związkiem, który zasadniczo nie ma charakteru seksualnego, a występują w nim tylko jakieś 

nieważne  elementy  o  zabarwieniu  seksualnym,  automatycznie  czepiamy  się  właśnie  ich  i  z 

myślą o nich wyolbrzymiamy je ponad wszelką miarę. Skutkiem tego jest masowe tłumienie 

nieseksualnej  intymności  cielesnej,  co  odnosi  się  do  stosunków  między  rodzicami  a  ich 

potomstwem  (kłania  się  Edyp),  między  rodzeństwem  (kłania  się  kazirodztwo),  między 

przyjaciółmi tej samej płci (kłania się homoseksualizm), między przyjaciółmi płci przeciwnej 

(kłania  się  cudzołóstwo),  a  wreszcie  między  wieloma  innymi  przypadkowymi  przyjaciółmi 

(kłania się rozwiązłość). Wszystko to jest zrozumiałe, ale zupełnie niepotrzebne. Dowodzi to, 

że w naszych relacjach prawdziwie seksualnych nie uzyskujemy, być może, pełnej satysfakcji 

erotycznej płynącej z intymności cielesnej. Gdyby intymność seksualna w naszym związku z 

partnerem lub partnerką była wystarczająco intensywna i rozległa, nie istniałaby już potrzeba 

rozciągania  jej  na  inne  typy  więzi,  a  wówczas  moglibyśmy  się  rozluźnić  i  cieszyć  nimi 

bardziej,  niż  ośmielamy  się  to  robić  obecnie.  Gdy  jednak  podlegamy  zahamowaniom  i 

frustracjom w sferze seksu, to oczywiście sytuacja jest zupełnie inna.  

Obowiązująca obecnie rezerwa w dziedzinie kontaktów cielesnych, nawet tych, które 

nie  mają  zabarwienia  seksualnego,  doprowadziła  do  pewnych  dziwnych  anomalii.  Na 

przykład  przeprowadzone  ostatnio  w  Ameryce  badania  wykazały,  że  kobiety  czują  się 

niekiedy zmuszone do uprawiania przypadkowego seksu jedynie po to, by ktoś je trzymał w 

background image

objęciach.  Indagowane  szczegółowiej,  przyznawały,  że  właśnie  tylko  dlatego  oddawały  się 

mężczyznom, nie znajdując innego sposobu, żeby znaleźć się w uścisku ramion innej osoby. 

Jest  to  przejrzysty,  choć  żałosny  przykład,  ilustrujący  różnicę  między  intymnością  o 

zabarwieniu seksualnym a intymnością bez takiego zabarwienia. Mamy w nim do czynienia 

nie  z  intymnością  cielesną  prowadzącą  do  stosunków  seksualnych,  lecz  ze  stosunkiem 

seksualnym  prowadzącym  do  intymności  cielesnej,  i  to  całkowite  odwrócenie  porządku  nie 

pozostawia żadnych wątpliwości co do odrębności tych zjawisk.  

Takie  są  więc  niektóre  niebezpieczeństwa  zagrażające  współczesnemu  człowiekowi 

dorosłemu  złaknionemu  intymności.  By  zamknąć  ten  przegląd  intymnych  zachowań 

człowieka, należy jeszcze zapytać, czy w postawach współczesnego społeczeństwa występują 

jakieś oznaki zmiany.  

Jeśli chodzi o niemowlęta, to mozolna praca psychologów przyniosła znaczny postęp 

w dziedzinie wychowania dzieci. Dużo lepiej rozumiemy dziś istotę więzi między rodzicami a 

ich  potomstwem,  a  także  zasadniczą  rolę,  jaką  odgrywa  serdeczna  miłość  w  prawidłowym 

rozwoju  dziecka.  Odchodzi  się  od  stosowanych  dawniej  surowych  i  bezwzględnych  metod 

dyscyplinarnych. Jednakże w naszych przeludnionych ośrodkach miejskich wciąż spotykamy 

się z groźnym zjawiskiem, jakim jest "zespół dziecka maltretowanego", co przypomina nam, 

ile jest jeszcze do zrobienia.  

Jeśli  chodzi  o  dzieci  starsze,  wciąż  wprowadza  się  jakieś  zmiany  w  metodach 

wychowawczych i coraz bardziej docenia się niezbędność nie tylko edukacji technicznej, ale i 

społecznej.  Wymagania  w  zakresie  wykształcenia  technicznego  są  jednak  dziś  większe  niż 

kiedykolwiek dotąd, istnieje więc niebezpieczeństwo, że przeciętny uczeń będzie sobie lepiej 

radził z rzeczami niż z ludźmi.  

Wśród  młodych  dorosłych  problem  życia  w  grupie,  jak  się  wydaje,  szczęśliwie 

rozwiązuje  się  sam.  Chyba  nigdy  dotąd  skomplikowane  interakcje  personalne  nie  były 

traktowane  z  równą  otwartością  i  szczerością.  Krytyka  dotycząca  zachowania  się  młodych 

dorosłych  ma  przeważnie  swoje  korzenie  w  starannie  zamaskowanej  zazdrości,  jaką  żywią 

wobec  nich  starsze  pokolenia.  Jednakże  dopiero  przyszłość    pokaże,  czy  świeżo  zdobyta 

wolność  wypowiadania  się,  otwartość  w  sprawach  seksu  i  nieskrępowane  przejawy 

intymności, będące udziałem współczesnej młodzieży, przetrwają próbę czasu i sprawdzą się 

w okresie rodzicielstwa. Nieustannie rosnące bezosobowe stresy mogą jeszcze zebrać swoje 

żniwo w późniejszym życiu tych ludzi.  

U starszych dorosłych wyraźnie wzmaga się zatroskanie o przyszłość życia osobistego 

w obrębie wciąż rozrastających się społeczności miejskich. Ponieważ stres życia publicznego 

background image

coraz  bardziej  wdziera  się  do  życia  prywatnego,  stan,  w  którym  znalazł  się  współczesny 

człowiek, budzi coraz większe zaniepokojenie. Wciąż słyszy się słowo "alienacja" odnoszące 

się do osobistych stosunków międzyludzkich, gdyż ciężkie zbroje, jakie ludzie nakładają na 

swoje  emocje,  staczając  bitwy  w  planie  społecznym,  na  ulicach  i  w  miejscach  pracy,  coraz 

trudniej zdjąć w porze nocnej.  

W Ameryce Północnej  dają się słyszeć  głosy buntu  przeciwko tej sytuacji. Powstaje 

nowy ruch, będący wymownym dowodem potrzeby rewizji poglądów w sprawie kontaktów 

cielesnych  i  intymności  we  współczesnym  społeczeństwie.  Jest  to  rodzaj  terapii  grupowej, 

który  pojawił  się  dopiero  w  ostatnim  dziesięcioleciu,  na  początku  głównie  w  Kalifornii. 

Następnie ruch ten szybko rozprzestrzenił się na inne ośrodki w Stanach Zjednoczonych i w 

Kanadzie. W amerykańskim slangu otrzymał on nazwę "Bod Biz" (czyli "body business", co 

na wzór wyrażenia "show business" oznacza jakby "przemysł cielesny"), a bardziej oficjalnie 

określany  bywa  jako  "psychologia  transpersonalna",  "psychoterapia  wieloskładnikowa"  czy 

wreszcie "dynamika towarzyska".  

Podstawowym czynnikiem jest tu gromadzenie się dorosłych na sesje, które trwają od 

jednego  dnia  do  tygodnia  i  polegają  na  bardzo  różnorodnych  interakcjach  osobowych  i 

grupowych.  Chociaż  niektóre  z  nich  mają  głównie  charakter  werbalny,  jest  też  wiele 

niewerbalnych,  a  te  koncentrują  się  na  kontaktach  cielesnych,  rytualnym  dotykaniu  się, 

wzajemnych  masażach  i  grach.  Ich  celem  jest  zburzenie  fasady  przesłaniającej  zachowanie 

cywilizowanych osób dorosłych i przypomnienie, że człowiek "nie ma ciała, lecz jest ciałem".  

Istota tych sesji polega na zachęcaniu pełnych zahamowań dorosłych do tego, by znów 

bawili  się  jak  dzieci.  Awangardowa,  naukowa  otoczka  daje  uczestnikom  asumpt  do 

infantylnego  zachowania  bez  obawy  o  zażenowanie  czy  ośmieszenie.  A  więc  ocierają  się  o 

siebie, głaszczą się i poklepują, noszą się wzajemnie na rękach i nacierają olejkami. Grają w 

różne  dziecięce  gry  i  obnażają  się  przed  sobą,  czasami  dosłownie,  choć  przeważnie  w 

przenośni.  

Ten  zamierzony  powrót  do  dzieciństwa  jasno  wyrażają  założenia  pewnej 

czterodniowej sesji, której temat brzmiał: "Bądź, jaki byłeś":  

"Dobrze  przystosowany  Amerykanin  osiąga  stan  wątpliwej  »dojrzałości«  w  ten 

sposób,  że z obawy przed wstydem  i  ośmieszeniem  głęboko ukrywa wszystko  to,  co jest w 

nim dziecięcego. Ponowne nauczenie się, jak być dzieckiem, może wzbogacić doświadczenie 

mężczyzny  jako  mężczyzny  i  kobiety  jako  kobiety.  Ponowne  przeżywanie  dzieciństwa  z 

udziałem  matki  pozwala  inaczej  spojrzeć  na  miłość,  uprawianie  miłości  i  poszukiwanie 

background image

miłości. Dziecięca bezradność, której zaznajemy -paradoksalnie -wyzwala siłę, a dziecięce łzy 

stwarzają ujście dla wyrażania radosnych uczuć".  

Tematy  innych  podobnych  kursów:  "Zabawa  jako  sposób  na  ożywienie"  czy 

"Ponowne  budzenie  zmysłów:  ponowne  narodziny",  także  podkreślają  potrzebę  powrotu  do 

form intymności dziecięcej. Proces ten posuwa się tak daleko, że niektóre zajęcia odbywają 

się w basenach kąpielowych, w których woda ma stałą temperaturę wód płodowych.  

Organizatorzy tych kursów nazywają je "terapią dla zdrowych". Ich uczestnicy nie są 

pacjentami,  lecz  członkami  grupy.  Biorą  w  nich  udział,  ponieważ  gwałtownie  szukają 

powrotu do intymności. Smutkiem napawa myśl, że współcześni cywilizowani dorośli ludzie 

potrzebują jakiegoś formalnego usankcjonowania tego, by wzajemnie dotykać swoich ciał, ale 

pocieszające jest, że są oni świadomi nieprawidłowości i chcą coś z tym zrobić. Wiele osób 

uczestniczy w tych sesjach wielokrotnie, czując, że podczas rytualnych kontaktów cielesnych 

doznają  rozluźnienia  i  odprężenia  uczuciowego,  co  pozwala  im  potem  zwiększyć  zasób 

ciepłych uczuć w osobistych interakcjach w domu. Czy jest to cenny nowy ruch społeczny, 

przemijająca moda, czy też może niebezpieczny nowy nałóg bez narkotyków?.  

Specjaliści  różnią  się  w  opiniach  na  temat  powstających  ciągle  nowych  ośrodków. 

Niektórzy psychologowie i psychiatrzy popierają takie grupowe spotkania, a inni nie. Jeden z 

nich twierdzi, że członkowie grupy "nie poprawiają sobie samopoczucia, lecz uzyskują tylko 

minimalną dawkę intymności potrzebną do przetrwania". Jeśli nawet to prawda, to i tak owe 

kursy przynajmniej niektórym jednostkom mogą pomóc przejść przez trudny etap w ich życiu 

społeczno-towarzyskim. Praktykowane w grupach ćwiczenia intymności, nie wykraczają poza 

poziom  wspólnego  tańca  czy  leżenia  w  łóżku  z  powodu  kataru  i  poddania  się  kojącym 

zabiegom  pielęgnacyjnym  -i  nie  ma  w  nich  niczego  złego.  Jest  to  po  prostu  stworzenie 

warunków,  w  których  szukująca  kontaktu  jednostka  może  być  dotykana  przez  osobę 

oficjalnie do tego upoważnioną. Istnieją jednak także poważniejsze zastrzeżenia, a wśród nich 

to, że "techniki mające sprzyjać prawdziwej intymności, czasami ją niszczą". Pewien teolog, 

niewątpliwie wyczuwając w tym nową formę groźnej konkurencji, twierdzi, że w spotkaniach 

grupowych  ludzie  uczą  się  jedynie  "nowych  sposobów  na  to,  jak  być  bezosobowym 

zdobywają  zasób  nowych  sztuczek,  nowych  sposobów  ukrywania  wrogości  przy  pozorach 

życzliwości".  

To  prawda,  że  gdy  słucha  się,  jak  aktywiści  ruchu  opowiadają  ogółowi  o  swoich 

metodach i  filozofii,  wyczuwa się niekiedy ton  samozadowolenia i  pobłażliwej  wyniosłości. 

Sprawiają  oni  wrażenie,  jakby  odkryli  tajemnicę  wszechświata,  którą  łaskawie  dzielą  się  z 

innymi, gorszymi od nich śmiertelnikami. Niektórzy krytycy czynili z tego ruchowi poważny 

background image

zarzut,  ale  jest  to  prawdopodobnie  tylko  obrona  przed  ewentualnym  ośmieszeniem  się. 

Przypomina  to  taktykę  stosowaną  dawniej  przez  zwolenników  psychoanalizy.  Osoby,  które 

poddały  się  psychoanalizie,  podobnie  jak  weterani  spotkań  grupowych,  ulegały  pokusie,  by 

przybierając  ton  wyniosłości,  podśmiewać  się  z  tych,  którzy  się  jej  nie  poddali.  Ale 

psychoanaliza ma już ten etap za sobą. Stosunek do spotkań  grupowych, jeśli  przetrwają tę 

wstępną fazę, zapewne się zmieni i uzyskają one akceptację jako nowy, dojrzały już wzorzec.  

Poważniejsze zastrzeżenia, głoszące, że sesje grupowe wyrządzają wielką szkodę, nie 

zostały  jeszcze  udowodnione.  Owa,  jak  ją  nazwano,  "intymność  w  proszku",  niesie  jednak 

pewne  niebezpieczeństwa  swemu  całkowicie  lub  częściowo  "ponownie  przebudzonemu" 

użytkownikowi,  który  wraca  do  dawnego  środowiska.  On  sam  się  zmienia,  ale  jego 

współdomownicy  pozostają  nie  zmienieni;  istnieje  groźba,  że  może  on  w  niedostatecznym 

stopniu  uwzględniać  tę  różnicę.  Powstaje  problem  stosunków  konkurencyjnych.  Uczestnik 

spotkań grupowych poddaje się masowaniu i głaskaniu przez zupełnie obcych ludzi, bawi się 

z nimi w intymny sposób i oddaje się szerokiej gamie kontaktów cielesnych, czyli robi z nimi 

dużo  więcej,  niż  robi  we  własnym  domu  z  osobami  prawdziwie  "intymnymi".  (Jeśli  jest 

inaczej,  człowiek  ten  nie  ma  żadnego  problemu).  Opisując  potem  swoje  doznania  -co  jest 

nieuchronne  -ze  wszystkimi  barwnymi  szczegółami,  automatycznie  wywołuje  uczucie 

zazdrości.  Dlaczego  z  ochotą  zachowywał  się  tak  w  ośrodku,  a  dystansuje  się  i  unika 

kontaktów  fizycznych  w  domu?  Oficjalne  i  naukowe  usankcjonowanie  takich  aktów, 

odbywających  się  w  szczególnej  atmosferze  ośrodka,  jest  słabą  pociechą  dla  prawdziwie 

intymnych  bliskich.  Jeśli  na  takie  sesje  intymności  uczęszczają  pary,  problem  ulega 

znacznemu złagodzeniu, ale "po powrocie do domu" ich kontakty intymne wymagają dalszej 

pielęgnacji.  

Niektórzy dowodzą, że niesmacznym aspektem spotkań grupowych jest sposób, w jaki 

zamieniają  one  coś,  co  powinno  być  nie  uświadomionym  elementem  życia  codziennego,  w 

świadome, wysoce zorganizowane i profesjonalne postępowanie, w którym intymność może 

stać się celem samym w sobie, a nie jednym z podstawowych środków służących nam jako 

pomoc w stawianiu czoła światu zewnętrznemu.  

Mimo  tych  zrozumiałych  lęków  i  zastrzeżeń  błędem  byłoby  lekceważenie  tego 

nowego  ciekawego  prądu.  Ważne  jest  to,  że  jego  liderzy  dostrzegli  coraz  wyraźniejszy  i 

szkodliwy zwrot ku bezosobowości w naszych stosunkach osobistych i starają się ten proces 

odwrócić. Jeśli nawet, co często się zdarza, prawem rewanżu zanadto teraz przechylają szalę, 

jest  to  tylko  niewielki  defekt.  Jeśli  ruch  ten  rozprzestrzeni  się  i  rozrośnie,  tak  że  stanie  się 

powszechnie znany, wtedy nawet dla osób, które nie są jego zwolennikami, będzie on stałym 

background image

przypomnieniem,  że  coś  jest  nie  w  porządku  ze  sposobem  korzystania,  czy  raczej  nie 

korzystania z naszego ciała. Jeśli zdoła nam uświadomić tylko to właśnie, to już osiągnie swój 

cel.  Tu  także  stosowne  jest  porównanie  z  psychoanalizą.  W  psychoanalizie  uczestniczyła 

bezpośrednio tylko niewielka liczba ludzi, a jednak podstawowy pogląd, że nasze najgłębsze i 

najmroczniejsze  myśli  nie  są  niczym  wstydliwym  czy  nienormalnym,  że  prawdopodobnie 

występują u większości z nas, stał się na szczęście własnością całej naszej kultury. Po części 

właśnie  dzięki  temu  młodzi  ludzie  dorośli  mają  teraz  zdrowsze  i  uczciwsze  podejście  do 

wzajemnych  problemów  osobistych.  Jeśli  spotkania  grupowe  mogą  dostarczyć  takiego 

samego pośredniego ujścia dla naszych powstrzymywanych uczuć związanych z intymnymi 

kontaktami  cielesnymi,  to  w  końcu  okaże  się,  że  jest  to  ich  cenny  wkład  w  rozwój 

społeczeństwa.  Zwierzę  ludzkie  jest  gatunkiem  towarzyskim,  potrafiącym  kochać  i  bardzo 

potrzebującym  miłości.  Powstały  w  procesie  ewolucji  prosty  plemienny  łowca  znalazł  się 

obecnie  w  świecie  stanowiącym  społeczność  rozrośniętą  do  niesamowitych  rozmiarów. 

Osaczony ze wszystkich stron, w odruchu obronnym zwraca się ku samemu sobie. W swoim 

emocjonalnym  odosobnieniu  zaczyna  nawet  odgradzać  się  od  najbliższych  i  najdroższych 

osób,  aż  znajdzie  się  zupełnie  sam  w  gęstym  tłumie.  Nie  potrafiąc  sięgnąć  po  emocjonalne 

wsparcie,  staje  się  napięty  i  nienaturalny,  aż  w  końcu  nawet  może  uciec  się  do  przemocy. 

Poszukując  pociechy,  zwraca  się  ku  nieszkodliwym  substytutom  miłości,  które  mają  to  do 

siebie, że nie zadają żadnych pytań. Ale miłość wymaga wzajemności i w końcu substytuty 

już nie wystarczaj ą. W tej sytuacji, jeśli nie zazna prawdziwej intymności -chociażby z jedną 

tylko  osobą  -zaczyna  cierpieć.  Zmuszony  przywdziać  zbroję,  która  chroniłaby  go  przed 

atakiem  i  zdradą,  może  dojść  do  stanu,  w  którym  wszelki  kontakt  staje  się  dla  niego 

odstręczający i w którym wzajemne dotykanie się oznacza wzajemne zadawanie sobie bólu. 

W pewnym sensie to właśnie stało się jedną z największych bolączek naszych czasów, a może 

raczej  poważną  chorobą  społeczną,  z  której  powinniśmy  się  wyleczyć,  zanim  będzie  za 

późno. Jeśli niebezpieczeństwo pozostanie me zauważone, to wówczas, czym trujące związki 

chemiczne  w  naszym  pożywieniu,  może  przybierać  na  sile  z  pokolenia  na  pokolenie,  aż 

wreszcie szkody nie da się już naprawić.  

W  pewnym  sensie  nasza  niezwykła  umiejętność  przystosowywania  się  może  nas 

doprowadzić  do  zguby.  Ponieważ  jesteśmy  w  stanie  żyć  i  przetrwać  w  tak  potwornie 

nienaturalnych  warunkach,  to  zamiast  nawoływać  do  zatrzymania  się  i  powrotu  do  jakiegoś 

rozsądniejszego systemu, przystosowujemy się i walczymy dalej. Zmagaliśmy się i wciąż się 

zmagamy  w  ten  sposób  w  naszym  przeludnionym  środowisku  miejskim,  coraz  bardziej 

oddalając  się  od  miłości  i  intymności  osobistej,  aż  wreszcie  na  konstrukcji,  którą 

background image

stworzyliśmy, pojawiają się rysy. Wtedy zaczynamy ssać metaforyczny  palec i  wygłaszając 

pokrętne  poglądy  filozoficzne  mające  nas  samych  przekonać,  że  wszystko  jest  w  porządku, 

usiłujemy  przetrwać.  Śmiejemy  się  z  wykształconych  ludzi  dorosłych,  którzy  kupują  sobie 

uczestnictwo w dziecięcych grach i zabawach, by móc doświadczyć naukowo uzasadnionego 

dotykania się i obejmowania wzajemnego, a przy tym nie zauważamy tego, co najważniejsze. 

O ileż byłoby nam łatwiej, gdybyśmy zdołali zaakceptować fakt, że pełna czułości miłość nie 

jest oznaką słabości, która przystoi tylko dzieciom i młodym kochankom, gdybyśmy zdołali 

dać ujście swoim uczuciom i pogrążyć się czasem w magicznym nawrocie do intymności.