background image

 

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY XVIII 

 

SIOSTRY 

 
Wydarzenia przedstawione w serii powieściowej „Grzech pierworodny" rozgrywają się w 

gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe są 
autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczy
ćże ani ludzie, ani cala historia opisana w serii nie 
maj
ą żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni. 

   
Dla Taty - z podzi
ękowaniem za słowa otuchy i podtrzymywanie na duchu  
podczas pracy nad „Grzechem pierworodnym"  
oraz za poparcie dla innych moich planów pisarskich 
Anne-Lise Boge. 
 
ROZDZIAŁ 1. 
 
Było  ciemno,  kiedy  Ruth  wreszcie  uniosła  głowę  i  nieprzytomnie  rozejrzała  się  dookoła. 

Nie  wiedziała,  ile  minęło  czasu.  Odniosła  wrażenie,  jak  gdyby  długo  jej  nie  było.  Mimo  to 
czuła, że cały czas była na miejscu, lecz nie pamiętała, co robiła. Nie miała odwagi sobie tego 
przypomnieć. Coś jej mówiło, że nie wolno jej myśleć, bo inaczej się załamie. 

Siedziała  na  sofie.  Z  kuchni  do  mrocznego  salonu  sączyło  się  światło.  Zaczęło  się  robić 

zimno;  dawno  już  pewnie  nikt  nie  dokładał  do  pieca,  zaświtało  niejasno  w  jej  głowie.  Po 
chwili zorientowała się, że trzyma na rękach Marilenę. Dziewczynka leżała w jej ramionach i 
spała.  Na  jej  drobnej  buzi  rysowały  się  zaschnięte  smugi  od  łez,  a  mała  nadal  od  czasu  do 
czasu  łkała  przez  sen.  Wsunęła  kciuk  do  ust  i  ssała  go  słabo,  nie  budząc  się.  Drugą  rączkę 
zaciskała  mocno  na  palcu  środkowym  Ruth,  jak  gdyby  już  nigdy  nie  chciała  puścić  matki. 
Butelka  z  mlekiem  ześliznęła  się  na  bok  i  utworzyła  dużą  mokrą  plamę  na  pledzie,  którym 
Ruth  otuliła  siebie  i  dziecko.  Nie  pamiętała  kiedy.  Nie  przypominała  też  sobie,  że 
przygotowała dla malej butelkę z mlekiem. 

Nagle poczuła, jak gdyby ktoś zapalił w jej głowie ostre, rażące światło, i wszystko stało 

się jasne. Zasłoniła dłonią usta, żeby powstrzymać krzyk. Samuel! Zabiła Samuela! 

Trzęsła  się  jak  w  febrze.  Ostrożnie  przesunęła  się,  usiłując  zajrzeć  do  kuchni,  jednak  z 

miejsca, gdzie siedziała, niczego nie mogła zobaczyć. Było zbyt ciemno, a poza tym zasłaniał 
jej  stół.  Powoli  położyła  dziecko  na  sofie  i  starannie  je  okryła.  Pogładziła  palcem  ciepły 
policzek dziewczynki i delikatnie odgarnęła z jej twarzy wilgotny kosmyk włosów. Potem z 
bijącym  sercem  odwróciła  się  w  stronę  otwartych  kuchennych  drzwi.  Wstała.  Ledwie 
trzymała się na nogach. 

Samuel leżał na brzuchu na podłodze. Nogi miał rozstawione, a ręce wyrzucone do przodu 

i rozczapierzone palce, jak gdyby usiłował się czołgać. Nóż kuchenny nadal wystawał mu z 
pleców,  a  na  podłodze  wokół  ciała  utworzyła  się  spora  kałuża  częściowo  skrzepłej  krwi. 
Samuel leżał z twarzą odwróconą na bok i szeroko otwartymi oczami. Misjonarz nie wyglądał 
już  tak  nienagannie  i  pedantycznie,  do  czego  zawsze  przywiązywał  wagę,  zauważyła  Ruth. 
Jego  ubranie  było  wygniecione,  a  włosy  sterczały  na  wszystkie  strony.  Te  piękne,  jasne 
włosy, o które zawsze tak dbał, teraz były pozlepiane od zakrzepłej krwi. 

background image

Ruth stała obok niczym skamieniała. Domyślała się, że jej mąż nie żyje. Ona go zabiła. Na 

samą  myśl  znowu  ogarnęły  ją  dreszcze.  Mimo  wszystko  nie  żałowała.  Nie  czuła  nic. 
Wypełniała ją pustka, jak gdyby sama również była martwa. W głowie jej szumiało. 

Podniosła  wzrok  i  spojrzała  na  zegar  stojący  na  blacie.  Już  po  północy!  Nie  pamiętała, 

kiedy  wróciła  ze  Stornes,  dokąd  poszła  na  chrzest  domowy  Malej  Mali,  ale  musiało  to  być 
kilka godzin temu. 

Nagle  ogarnęły  ją  mdłości.  Ledwie  zdążyła  do  wiadra  z  pomyjami  i  zwymiotowała. 

Drżącymi dłońmi nabrała czystej wody z dzbanka i przepłukała usta, ochlapała twarz zimną 
wodą. Zakręciło się jej w głowie i pochyliła się do przodu, żeby nie zemdleć. Mdłości powoli 
przechodziły,  pozostawiając  kwaśny  smak  w  ustach  i  pieczenie  w  piersiach.  Ruth  ostrożnie 
odwróciła  się  i  ponownie  popatrzyła  na  mężczyznę,  który  leżał  na  podłodze,  jak  gdyby 
chciała się przekonać, że to, co poprzednio widziała, nie było prawdą. Ale Samuel nadal tam 
leżał tak samo nieruchomo. 

Ruth  uderzył  mdły  odór  krwi  i  śmierci.  Zadrżała  i  kwaśno  jej  się  odbiło.  Obeszła  ciało, 

uważając, by zbytnio się nie zbliżyć ani do zwłok, ani do kałuży krwi. Wreszcie wycofała się 
do  salonu  i  usiadła  na  krześle.  Siedziała  tak  przez  dłuższą  chwilę,  tępo  wpatrując  się  przed 
siebie.  Nagle  jej  wzrok  zatrzymał  się  na  śpiącym  dziecku.  Ruth  wzdrygnęła  się.  W  jednej 
chwili  uświadomiła  sobie  całe  okrucieństwo  tego,  co  zrobiła.  Co  innego  odebrać  życie 
nienarodzonemu dziecku - nikt by się o tym nie dowiedział. Ale Samuel... 

Przyjdzie  po  nią  lensman  i  wsadzi  do  więzienia!  Na  wiele  lat,  pomyślała  ze  strachem, 

czując,  jak  zimny  pot  spływa  jej  po  plecach.  Być  może  na  całe  życie!  Nigdy  więcej  nie 
zobaczy już Marileny.  I  drugiego dziecka...  Zabiorą je zaraz po urodzeniu i oddadzą obcym 
ludziom, myślała zrozpaczona. 

Nikt  nie  będzie  chciał  jej  znać,  ponieważ  sprowadziła  na  swą  rodzinę  hańbę  i  same 

zmartwienia. Nigdy nie będzie mogła spojrzeć bliskim w oczy, a przede wszystkim Marilenie. 
Chociaż to z jej powodu dopuściła się tego morderstwa! Nie, nie wolno jej zrzucać winy na 
nikogo.  Zrobiła  to,  ponieważ  uczucie  nienawiści  do  Samuela  zagłuszyło  wszystko  inne. 
Zatarło myśli i zdrowy rozsądek, doprowadziło do desperacji i wypełniło palącą żądzą, której 
dłużej nie dało się powstrzymać. Kiedy Samuel uderzył ich dziecko, przebrał miarę, sprawił, 
ż

e  straciła  panowanie  nad  sobą.  Zapewne  działała  w  zaślepieniu  i  nie  była  całkiem  przy 

zdrowych zmysłach, kiedy wbijała mu nóż w plecy, pomyślała niepewnie. Nie pamiętała, że 
to zrobiła. Ale to żadne usprawiedliwienie. Tak długo go nienawidziła... 

Ruth odchyliła się do tyłu na krześle i zamknęła oczy. Życie, które ją teraz czeka, to tylko 

grzech  i  upodlenie.  Nie  ma  już  do  czego  dążyć.  Gnicie  w  więzieniu  rok  za  rokiem  za 
zamordowanie  Samuela,  bez  Marileny...  To  nie  do  zniesienia.  Poza  tym  zmarnowała  życie 
Marilenie  -  wszyscy  odsuną  się  od  jej  córki  z  powodu  matki  morderczyni.  A  co  sama 
Marilena pomyśli, gdy będzie wystarczająco duża i dowie się, że matka zabiła jej ojca? Czy 
zdoła zrozumieć lub wybaczyć coś tak potwornego? 

Ruth  nigdy  nie  będzie  w  stanie  opowiedzieć  córce,  jakim  człowiekiem  był  Samuel.  Że 

oboje żyli w piekle nie do opisania, które w końcu doprowadziło ją do tego, że złapała za nóż. 
Marilena  nie  zrozumie,  jak  matka  mogła  to  znosić,  nikt  tego  nie  byłby  w  stanie  zrozumieć, 
pomyślała zmęczona. Nikt nie zdawał sobie sprawy, ile musiała wycierpieć. A teraz już na nic 
się  nie  zda  opowiadanie  o  tym.  Zresztą  nawet  sama,  siedząc  tak  z  zamkniętymi  oczyma  i 
czując  mdłości  podchodzące  do  gardła,  nie  pojmowała,  jak  mogła  wytrzymać  tyle 
upokorzenia  i  bólu.  Powinna  była  odejść  od  męża!  Ale  nie  miała  odwagi.  Jej  tchórzostwo 
zniszczyło życie jej i jej dziecka. 

Powoli  odzyskiwała  jasność  myśli.  Jej  życie  nic  już  nie  znaczy,  uświadomiła  sobie. 

Lodowatą  dłonią  przetarła  twarz.  Teraz  liczy  się  jedynie  Marilena  i  jej  bezpieczeństwo.  Z 
upływem  lat  i  ona,  i  ludzie  zapomną  o  tej  tragedii,  jednak  pod  warunkiem,  że  nie  będzie 
wśród nich Ruth, której obecność będzie ciągle przypominać o tym, co się wydarzyło. 

background image

Ruth wyprostowała się. Istniało tylko jedno rozwiązanie. Mali zajmie się Marileną, co do 

tego nie miała wątpliwości. Zapewni jej córce poczucie bezpieczeństwa i miłość, które sama 
tak  bardzo  chciała  ofiarować  swemu  dziecku.  W  Stornes  będą  chronić  maleństwo  i  zrobią 
wszystko, by było szczęśliwe. Ale ona sama musi zniknąć. 

Powoli  wstała  i  uklękła  przy  sofie.  Jej  oczy  nabiegły  łzami,  kiedy  przyłożyła  usta  do 

miękkiego  policzka  córki.  Czuła,  że  serce  jej  pęknie.  Oddech  przeszedł  w  szybkie,  drżące 
łkanie. 

-  Jesteś  najdroższą  istotą,  jaką  mam  -  musnęła  oddechem  główkę  Marileny.  -  Tylko  dla 

ciebie żyłam, córeczko. Byłaś moim życiem i moim promyczkiem w ciemności. Jednak lepiej 
ci będzie beze mnie, maleńka. Teraz liczy się twoja przyszłość. Dla mnie już nie ma nadziei... 
Niewiele mi życia zostało... 

Ostrożnie pogładziła dłonią policzek dziecka. Delikatnie okręciła na palcu miękki, lśniący 

loczek na głowie córki. 

-  Jeżeli odejdę, będziesz mogła wyrosnąć na piękną dziewczynę, Marileno - mówiła dalej 

cicho, zwracając się raczej do siebie. - Będziesz silna, jestem pewna, że moja matka się o to 
postara. Nikt cię nie zawiedzie ani nie będzie ci dokuczał. Nigdy! Możesz zostać kimś, kim ja 
nigdy  nie  byłam,  dziecko.  Musisz  wiedzieć,  że  istnieje  tylko  jeden  Bóg.  Bądź  mu  wierna, 
choć być może pojawi się ktoś, kto spróbuje cię przekonać, byś wierzyła w co innego. Ktoś, 
kto  będzie  się  mienił  sługą  Bożym,  lecz  mimo  to  nim  nie  będzie.  Ktoś,  kto  w  imię  Boga 
będzie prowadził własną grę. Wielu jest takich ludzi i musisz się nauczyć ich rozpoznawać. 
W przeciwnym razie zniszczą ciebie i twoje życie. 

Zasłoniła dłonią usta, żeby stłumić szloch - Marilena nie może się obudzić. Ruth wiedziała, 

co powinna teraz zrobić. Na myśl o lodowatym, czarnym fiordzie jęknęła ze strachu i grozy. 
Mimo  to  zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  pozostało  jej  nic  innego.  Musiała  to  zrobić.  Dla 
Marileny. 

Czy  kochała  córkę  tak  bardzo,  że  gotowa  była  oddać  za  nią  życie?  Miękko  pocałowała 

zamknięte oczy dziecka. Jej łzy spadły na ciepłą, drobną twarzyczkę córki i stoczyły się po jej 
policzku.  Ruth  otarta  je  pośpiesznie,  lecz  ostrożnie.  Potem  wyprostowała  się  i  głęboko 
wciągnęła  powietrze.  Tak,  nie  ma  innego  wyjścia!  Najlepiej  będzie  zniknąć.  Ktoś  może 
pomyśleć,  że  stchórzyła,  lecz  ona  sama  czuła  wyraźnie,  jak  po  całym  ciele  rozchodzi  się 
pewnego rodzaju gorące przeświadczenie że to jedyne słuszne rozwiązanie. Zgrzeszyła, zabiła 
człowieka.  Teraz  powinna  ponieść  karę.  Zniknąć  w  ciemności,  by  Marilena  pozostała  w 
blasku światła. 

  
Ruth skuliła się z zimna, kiedy wyszła w tę marcową noc i poczuła podmuch północnego 

wiatru.  Dużym  szalem  otuliła  szczelnie  Marilenę,  chociaż  ciepło  ją  ubrała  i  dodatkowo 
owinęła  kocykiem  z  sypialni  na  poddaszu.  Szybkimi  krokami  ruszyła  w  dół  ku  Stornes. 
Ciemność  nocy  rozjaśniały  księżyc,  zbliżający  się  do  pełni,  i  barwna  zorza  polarna,  która 
płonęła na niebie i mknęła z przenikliwym szumem. 

Ruth  nie  zastanawiała  się  dłużej.  Bolała  ją  głowa  i  co  chwila  ogarniały  mdłości. 

Zrozpaczona zamknęła oczy. Omal nie upadła, gdy potknęła się o grudę lodu. Musi bardziej 
uważać  i  zrobić,  co  trzeba!  Nie  myśleć,  tylko  działać.  Łzy  zapiekły  na  policzkach,  gdy 
dmuchnął  na  nie  mroźny  wiatr  i  zamienił  w  lód  na  jej  twarzy.  Pochyliła  głowę  bliżej 
tłumoczka,  który  niosła  w  ramionach.  Kiedy  poczuła  słodki,  ciepły  oddech  Marileny, 
rozpłakała się z bezsilności. 

-    Pomóż  mi  to  uczynić,  Boże  -  jęknęła  cicho.  -  Dodaj  mi  sił,  bym  zdołała  zrobić  to,  co 

powinnam.  Tak  się  boję  -  szepnęła  zduszonym  głosem,  przyciskając  twarz  do  dziecka.  -  O 
Boże, tak bardzo się boję! 

  

background image

W  ciemnościach  dwór  wydał  się  Ruth  ogromny,  kiedy  przechodziła  przez  niewielki 

mostek nad strumieniem przy pralni. W obejściu panowała cisza. Raz tylko krowa zaryczała 
w oborze, lecz poza tym spokój nocy zakłócał jedynie pulsujący szum zorzy polarnej. 

Ruth przemknęła się do wejścia. Ostrożnie otworzyła drzwi. Tutaj we wsi nikt nie zamykał 

ich na klucz ani w dzień, ani w nocy. Tak było zawsze, odkąd pamiętała. Nigdy jednak nikt 
niepożądany nie wszedł do środka. Nigdy też nie zginął choćby okruch chleba, nawet wtedy, 
gdy  Cyganie  nocowali  latem  w  stodole.  Drzwi  w  Stornes  nie  zamykano  na  klucz  mimo 
krążących  opinii,  że  Cyganie  to  banda  złodziei.  Oni  jednak  ani  razu  nie  zabrali  ze  Stornes 
nawet złamanego noża. 

Drzwi zaskrzypiały cicho. Ruth przystanęła nieruchomo i wstrzymała oddech. Wiedziała, 

jak łatwo w tym domu rozchodzą się wszelkie dźwięki, a nie chciała nikogo obudzić, zanim 
nie  zrobi  tego,  co  powinna.  Nasłuchiwała.  Po  chwili  wśliznęła  się  do  korytarza  i  otworzyła 
drzwi do salonu. Z pieca snuło się słabe światło - teraz w zimie palono w nim na okrągło. W 
pokoju nadal panowało przyjemne ciepło. 

Ruth  ostrożnie  pociągnęła  za  sobą  drzwi,  nie  zamykając  ich  do  końca.  Ktoś  mógłby 

usłyszeć szczęknięcie zamka, pomyślała. Jeżeli nie spał, to na pewno sprawdziłby, dlaczego 
drzwi  zamknęły  się  w  środku  nocy.  Ruth  podeszła  do  kanapy  i  delikatnie  położyła  na  niej 
Marilenę. Dziecko poruszyło się przez sen, zakwiliło trochę i spało dalej. Ruth przyklęknęła 
obok  i  zaczęła  je  rozbierać.  Rozwinęła  kocyk  i  odłożyła  go  na  kanapę,  potem  zsunęła 
czapeczkę.  Gdyby  zostawiła  Marilenę  zbyt  ciepło  ubraną,  dziewczynka  spociłaby  się  i 
obudziła  z  pragnienia.  A  do  tego  za  nic  nie  można  dopuścić...  przez  jakiś  czas.  Gdyby 
Marilena zaczęła płakać, Mali zaraz by ją usłyszała, Ruth nie miała co do tego wątpliwości. 
Matka  zeszłaby  na  dół,  znalazła  dziecko  i  zajęła  się  nim.  Wzięła  na  ręce,  przytuliła  i 
uspokoiła. 

Ruth  znowu  ogarnął  płacz.  Pochyliła  głowę  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Jeszcze  raz 

próbowała  się  modlić,  ale  nie  zdołała.  Paraliżował  ją  strach  i  żal,  czuła,  że  zaraz  zemdleje. 
Ogromnym  wysiłkiem  wyprostowała  się,  wytarła  rękawem  mokre  policzki  i  zdjęła  szal. 
Odrętwiałymi  palcami  rozluźniła  warkocz,  tak  że  długie  włosy  opadły  swobodnie  na  plecy. 
Na koniec chwyciła cienki i długi złoty łańcuszek z krzyżykiem i zdjęła przez głowę. 

Przez chwilę przyglądała mu się, jak błyszczy w jej dłoni. Dostała go od rodziców w dniu 

konfirmacji. Pamiętała jeszcze to wzniosłe uczucie, które ją wypełniło, gdy mama zawiesiła 
go  na  jej  szyi.  Już  wtedy  wiedziała,  że  będzie  żyć  tak,  jak  pragnął  Bóg.  Właściwie  zawsze 
tego  chciała,  pomyślała  nieco  zdziwiona  -  zawsze  czuła,  że  to  dla  niej  najlepsza  droga. 
Podczas konfirmacji z głęboką powagą złożyła przyrzeczenie, czuła, jak krzyżyk przylegał do 
piersi,  kiedy  klęczała  przed  ołtarzem,  a  pastor  położył  na  jej  głowie  swą  ciężką  dłoń. 
Wszystko było wtedy takie dobre. Takie prawe. A teraz obróciło się w zło, wszystko. 

Ostrożnie założyła krzyżyk na szyi Marileny. 
-  To  mój  spadek  dla  ciebie,  dziecko  -  szepnęła.  -  Nie  będziesz  mnie  pamiętała,  swojej 

matki. Ale być może, gdy dotkniesz krzyżyka na szyi, uświadomisz sobie, że istniałam. 

Ruth rozpłakała się, lecz zaraz otarła łzy. 
-  Zgrzeszyłam,  moja  maleńka.  Nie  tego  dla  ciebie  chciałam.  Ale  kocham  cię,  Marileno, 

kocham  od  dnia,  gdy  poczułam,  że  noszę  cię  pod  sercem.  Jesteś  moim  największym 
szczęściem,  najwspanialszym  darem!  Ale  masz  prawo  do  dobrego  życia,  życia  w  radości  i 
wolności. To dlatego muszę od ciebie odejść, rozumiesz? Gdybym została, obarczyłabym cię 
swoją  winą.  Nie  zniosłabym  tego.  Już  zbyt  wiele  wycierpiałaś  z  mojego  powodu.  Od  tej 
chwili zaczniesz żyć na nowo, moja córeczko. 

Przytuliła twarz do ciepłego policzka dziecka, złożyła ręce i modliła się do Boga cichym, 

zachrypniętym  głosem.  Potem  wyprostowała  się  i  jeszcze  raz  spojrzała  na  śpiącą  Marilenę. 
Uczyniła nad nią duży znak krzyża. 

background image

-  Wybacz  mi  -  szepnęła  wzruszona.  -  Wybacz  mi,  dziecko!  Następnie  podniosła  się 

sztywno, nie odrywając wzroku od córki. Ręce przyciskała do bolącego brzucha. Na mgnienie 
oka jej myśli podążyły ku nienarodzonemu dziecku, które nosiła. Ono też ma prawo do życia, 
przyznała w duchu, ale tę kruszynkę zabierze ze sobą na śmierć. Nie ma już wyboru, była o 
tym przekonana. 

-  O  Boże,  nie  dam  rady  -  łkała  bezgłośnie.  -  Nie  mogę.  Marilena  poruszyła  się 

niespokojnie. Ruth znieruchomiała i wstrzymała oddech. Oby się teraz nie obudziła! Marilena 
odwróciła główkę i wsunęła palec do buzi. Drugą rączką machnęła w powietrzu i natrafiła na 
dłoń Ruth. Pulchne drobne paluszki chwyciły matkę za środkowy palec i mocno się zacisnęły. 
Mała westchnęła cicho i spała dalej. 

Ruth  stała  nieruchomo.  Ciepło  dziecięcej  rączki  rozchodziło  się  po  zesztywniałym  ciele. 

Nie zdoła odejść od swojego dziecka! Gdyby opowiedziała matce... 

Jakiś  dźwięk  z  sypialni  na  poddaszu  sprawił,  że  aż  się  poderwała.  Powoli  i  delikatnie 

wyswobodziła  palec  z  uścisku  dziecka.  Pochyliła  się  po  raz  ostatni  i  pocałowała  je.  Potem 
szybko się odwróciła i na palcach wybiegła z salonu, przymknęła ostrożnie drzwi i wypadła 
na  dziedziniec.  Kiedy  dotarła  do  rogu  budynku,  zatrzymała  się  na  chwilę  i  popatrzyła  na 
czarny  fiord.  Dostała  tak  silnych  mdłości,  że  myślała,  że  się  udusi.  Czuła,  że  nie  może 
oddychać. Potykając się, zaczęła brnąć w głębokim śniegu w stronę nabrzeża. 

  
W  momencie,  kiedy  lodowata  woda  zamknęła  się  nad  nią,  Ruth  przypomniała  sobie,  że 

zostawiła obok kanapy swój szal. Na myśl o tym położyła ręce na brzuchu. 

-  Zimno ci, dziecko? - szepnęła w duchu. - Zimno ci? 
W  tej  samej  chwili  wszystko  eksplodowało  w  strumieniu  światła  i  przezroczystych 

bąbelków powietrza. 

  
 ROZDZIAŁ 2. 
  
Mali  poruszyła  się  niespokojnie.  Coś  dotarło  do  jej  głowy  ciężkiej  od  snu.  Jakiś  obcy 

dźwięk.  Odwróciła  się  na  bok  i  lepiej  okryła  kołdrą,  lecz  dźwięk  nie  umilkł.  Powoli 
wybudziła  się.  Nasłuchiwała.  To  płacz  dziecka.  Uśmiechnęła  się  do  siebie  i  westchnęła 
zadowolona. Ach, pewnie córeczka Herborg zgłodniała, pomyślała z ulgą, że to nie ona musi 
wstać i przygotować posiłek dla małej. Oja obiecał, że przyniesie maleństwo, jeżeli będzie to 
konieczne. Jednak poza płaczem dziecka w domu panowała cisza. 

Mali nie potrafiła powiedzieć, jak długo to trwało, zanim zorientowała się, że coś jest nie 

tak.  To,  co  słyszała,  nie  było  krzykiem  noworodka,  lecz  żałosnym  płaczem  dziecka! 
Oszołomiona usiadła na łóżku i znowu zaczęła nasłuchiwać. Płacz dobiegał z dołu, z salonu! 
Strach  ścisnął  jej  serce.  Odrzuciła  kołdrę  i  postawiła  stopy  na  lodowatej  podłodze.  Coś  się 
stało! Czuła to każdym nerwem ciała. 

-  Co się dzieje? - mruknął Havard. 
-  Nie  wiem  -  odparła  Mali  cicho.  Narzuciła  na  koszulę  wełniany  sweter,  a  na  stopy 

wciągnęła skarpetki. - Słyszałam z salonu płacz dziecka. 

-  To pewnie malutka Mali - ziewnął Havard i przekręcił się na bok. 
-  Nie, hardziej przypomina głos Marileny - zauważyła Mali zdenerwowana. 
Havard poderwał się i usiadł na łóżku oszołomiony. 
-  Marilena? Ale skąd by się tu wzięła w środku nocy?! 
-  Nie mam pojęcia, nie powinno jej tu być - odparła Mali, czując, jak żołądek ściska się jej 

z niepokoju. - Stało się coś strasznego, Havard. Wstań i zejdź ze mną na dół. 

Nie  pytał  o  nic.  Zataczając  się,  wstał  z  łóżka,  włożył  spodnie  i  narzucił  sweter. 

Przyświecając  sobie  parafinową  lampą,  zeszli  pośpiesznie  po  schodach  i  ruszyli  prosto  do 
drzwi do salonu. 

background image

Chybotliwy  płomień  lampy  rozproszył  ciemności  panujące  w  pokoju.  Oświetlił  kanapę  i 

leżący  na  niej  tłumoczek.  Mali  w  kilku  długich  susach  znalazła  się  obok  i  pochyliła  nad 
dzieckiem, które wymachując rączkami, żałośnie płakało. Maleństwo miało włosy mokre od 
potu i łez i rozpaloną buzię. 

-  Ależ to jest... To Marilena! - krzyknął Havard za plecami Mali przerażony. - Co to ma 

znaczyć? 

Rozejrzał się po pustym salonie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem Ruth nie śpi skulona na 

którymś z foteli. Mali przemawiała cicho do dziecka, próbując je uspokoić. Rozluźniła nieco 
kaftanik małej, żeby ochłonęła. 

-  Dołóż do pieca - poleciła, nie odwracając się. - Za zimno tu, żeby ją przewinąć. 
Serce  waliło  jej  jak  oszalałe.  Paraliżował  ją  strach  i  drżały  jej  ręce,  tak  że  z  trudem 

rozwiązywała troczki i rozpinała guziki ubranka Marileny. Nagle zauważyła krzyżyk na szyi 
wnuczki.  Zrobiło  jej  się  słabo.  Wzięła  do  ręki  piękny,  połyskujący  łańcuszek  i  przez  kilka 
sekund  nieruchomo  przyglądała  mu  się  przez  łzy.  Krzyżyk,  który  Ruth  dostała  w  dniu 
konfirmacji! Przypomniała sobie, że długo wybierali go razem z Havardem podczas jednej z 
wypraw  do  miasta.  Poprosili  nawet  o  wygrawerowanie  na  odwrocie  imienia  Ruth.  Mali 
zamknęła oczy i jęknęła zrozpaczona. Nie stało się chyba to, czego obawiała się najbardziej! 
Ruth jest pewnie  gdzieś w pobliżu. Może musiała wyjść za potrzebą? Pewnie przyszła tu w 
ś

rodku  nocy,  ponieważ  pokłóciła  się  z  Samuelem,  uspokajała  Mali  w  duchu  samą  siebie. 

Jednak pod zamkniętymi powiekami widziała tylko czarną toń fiordu. 

-  Gdzie jest Ruth? 
-  Nie  wiem,  Havardzie  -  szepnęła.  -  Obudź  Dorbet,  niech  zajmie  się  Marilena.  Pośpiesz 

się! Musimy poszukać Ruth. 

Gdyby  Ane  była  w  domu,  poprosiłaby  ją  o  pomoc.  Obawiała  się,  że  młodziutka  Dorbet 

może się załamać, jeśli stało się to, czego się domyślała. Mimo to wybrała ją, a nie Ingeborg, 
która mogła zareagować histerycznie. Histeria byłaby jeszcze gorsza. 

-  Tylko gdzie? 
-  Obudź Dorbet - powtórzyła Mali. - Rusz się! 
Mali wzięła Marilenę na ręce i przytuliła ją. Przemawiała do niej cicho i łagodnie, gładząc 

ją  po  plecach.  Całowała  czule  po  mokrych,  ciepłych  policzkach.  Powoli  dziecko  się 
uspokajało.  Objęło  Mali  rączką  za  szyję  i  okręcało  wokół  paluszków  kosmyk  jej  włosów. 
Palec wskazujący drugiej rączki wsunęło do buzi i głośno ssało; jej drobnym ciałem jeszcze 
od czasu do czasu wstrząsało łkanie. Mali nastawiła czajnik z wodą, nalała mleka do butelki, 
którą zawsze mieli przygotowaną, i wstawiła ją do czajnika, żeby podgrzać mleko. Marilena 
umiała  już  pić  z  filiżanki,  mimo  to  Mali  postanowiła  dać  jej  butelkę.  Pomyślała,  że  mała 
znajdzie  w  niej  więcej  ukojenia.  Coś  jej  mówiło,  że  za  chwilę  wszyscy  mogą  potrzebować 
otuchy,  ponieważ  Ruth  już  nie  żyje.  Świadomość  tego  poraziła  ją  niczym  piorun,  kiedy 
wreszcie  odważyła  sieją  do  siebie  dopuścić.  Brzemię,  które  Ruth  do  tej  pory  dźwigała 
samotnie, widocznie okazało się dla niej za ciężkie. 
 

-   Co się dzieje? 
Dorbet  weszła  do  salonu;  miała  zaspane  oczy  i  plątaninę  włosów  na  głowie.  Popatrzyła 

zaskoczona na rodziców. Zatrzymała wzrok na Marilenie. 

-  O rany, przyszła Ruth z Marileną? 
-  Znaleźliśmy Marilenę samą na sofie - wyjaśniła Mali cicho. - A Ruth nie... 
W jednej chwili Dorbet otrząsnęła się ze snu. 
-  Gdzie w takim razie jest Ruth? 
Jej  głos  brzmiał  wysoko  i  przenikliwie.  Wzrok  błądził  po  salonie,  jak  gdyby  nie  chciała 

wierzyć, że nie ma tutaj Ruth - ani w salonie, ani nigdzie indziej w pobliżu. 

background image

-  Nie wiemy, Dorbet - odparła Mali ochrypłym głosem i objęła córkę ramieniem. - Musisz 

być silna i zająć się Marileną. Daj jej butelkę,  a  potem może mała zaśnie znowu. My z tatą 
musimy wyjść i... 

-  Ale... ale Ruth... Ona przecież nie mogła... - głos Dorbet zdradzał, że jest bliska paniki, a 

jej oczy wypełniły się łzami. - Ona nie mogła... Nie Ruth, mamo! 

-  Nie wiem, Dorbet - szepnęła Mali zbolała. - Nie wiem! Ale musimy się dowiedzieć, co 

się z nią stało - dodała. - Dlatego zajmij się... 

-  Chcę iść z wami szukać - rozpłakała się Dorbet. - Znam miejsce w stodole, gdzie Ruth 

często bywała, kiedy... 

Na krótko oczy matki i córki spotkały się. Dorbet zarzuciła Mali ręce na szyję i desperacko 

do niej przywarła. 

-  Nie  wierzysz,  że  ona  tam  jest!  -  szlochała  zrozpaczona.  -  Widzę  to  po  tobie.  Nie 

wierzysz, że Ruth zaszyła się w swojej kryjówce! 

-  Nie wiem, dziecko - rzekła Mali cicho. - Popilnuj przez chwilę Marileny. Zawołaj Oję, 

gdybyś  potrzebowała  czyjegoś  towarzystwa.  Ingeborg  tak  łatwo...  -  dalsza  część  zdania 
zawisła w powietrzu. 

Mali pośpiesznie pogładziła Dorbet po policzku, po czym dała znak Havardowi i oboje bez 

słowa wyszli z salonu. 

  
Zobaczyli ślady Ruth od razu, gdy zaczęli szukać. Wiatr namiótł cieniutką warstwę śniegu 

na  stare  ślady,  ale  od  progu  wiodły  świeżo  odciśnięte  wgłębienia  zimowych  butów 
prowadzące  w  stronę  narożnika  domu.  Mali  nie  miała  pojęcia,  jak  zdołała  stawiać  kolejne 
kroki. Najchętniej osunęłaby się w śnieg i tak już została. Nie wiedziała, czy zdoła udźwignąć 
to, co ich teraz czekało. 

Za domem ślady wiodły dalej w głębokim śniegu w stronę nabrzeża. 
-  O Boże! - jęknął Havard za plecami Mali, chwycił ją za ramiona i przyciągnął ku sobie. - 

O Boże! 

Mali nie odpowiedziała. Czuła, jakby opuściły ją słowa lub przymarzły gdzieś głęboko w 

jej wnętrzu i nie mogła ich wydobyć. Puls dudnił jej w uszach, przyprawiał o zawroty głowy i 
mdłości.  Wzięła  Havarda  za  rękę  i  razem  zaczęli  brnąć  przez  ogród  w  stronę  fiordu.  Raz 
potknęła  się  o  koszulę  nocną,  która  zmoczyła  się  w  głębokim  śniegu  i  zrobiła  ciężka.  Mali 
czuła,  że  jej  nogi  są  lodowato  zimne.  Nie  miała  czasu,  żeby  włożyć  coś  więcej  poza 
wełnianymi skarpetkami i swetrem. Wsunęła tylko stopy w kozaki, zapomniała narzucić szal. 
Była  zbyt  lekko  ubrana  jak  na  zimną  marcową  noc,  lecz  ledwie  to  zauważała.  Havard 
podtrzymał ją, żeby nie upadła. Przystanął i ponownie ją przytulił. 

-  Nie wiem, czy będę w stanie to znieść - jęknął. - Jeżeli rzeczywiście ona... 
-  Musimy znaleźć w sobie dość siły - odparła Mali jakby nie swoim głosem. - Zbyt długo 

zaniedbywaliśmy Ruth, Havardzie. Nie możemy zawieść jej teraz, choć być może jest już za 
późno. Jest przecież naszą córką, Havardzie... naszą córką. 

Głos jej się załamał, oparła się ciężko o Havarda i rozpłakała. 
  
Ruth leżała na płyciźnie. Wiatr, który przeszedł w zachodni i wiał teraz zimny i ostry ku 

lądowi,  sprowadził  ciało  na  brzeg.  Fale,  które  przelewały  się  przez  nie,  poruszały  nim  i 
wydawało się, jak gdyby dziewczyna jeszcze żyła. Jej długie włosy falowały wokół głowy. 

Mali  i  Havard  na  chwilę  zamarli  w  bezruchu.  Nagle  Mali  zerwała  się  i  rzuciła  w  stronę 

córki,  która  nie  dawała  oznak  życia.  Osunęła  się  na  kolana  obok  niej,  objęła  ramionami, 
uniosła w objęciach i delikatnie odgarnęła mokre włosy z jej twarzy. 

-  O, Ruth - szeptała zrozpaczona - Najdroższa Ruth! 
Havard w milczeniu stanął za nią. Mali usłyszała, jak rozpłakał się, gdy spojrzał na bladą 

jak  płótno  twarz  córki.  Choć  sama  skostniała  z  zimna,  Mali  położyła  dłonie  na  zastygłej 

background image

twarzy Ruth, jak gdyby chciała ogrzać ją i ożywić. Wiedziała jednak, że nic nie jest w stanie 
przywrócić  życia  jej  dziecku.  Pomyślała  rozgoryczona,  że  spóźnili  się  z  pomocą,  którą 
powinni ofiarować Ruth już dawno temu. Być może dzięki temu sine policzki Ruth kwitłyby 
teraz kolorami, na niebieskich ustach jaśniałby uśmiech, a w zmatowiałych oczach tętniłoby 
ż

ycie. 

Mali  uniosła  Ruth  nieco  wyżej  na  kolana.  Lodowata  woda  ochlapywała  ją  z  każdą  falą, 

lecz zdawała się tego nie zauważać. Jedyną jasną myślą była ta, że Ruth nie żyje. Nigdy już 
nie  poczuje  jej  ciepła,  nigdy  nie  ujrzy  jej  dobrego  uśmiechu,  który  rozświetlał  szare  oczy. 
Nigdy  nie  usłyszy  jej  radosnego  śmiechu.  Zresztą  dawno  już  nie  widziała  Ruth  szczęśliwej, 
pomyślała ze smutkiem. Bardzo dawno. Jednak liczyła na to, że wszystko jeszcze się zmieni, 
jeżeli tylko uda im się pozbyć Samuela. Teraz już na nic nie było nadziei. 

Co takiego zdarzyło się na Wzgórzu, że Ruth zdecydowała się na ten krok? Co zmusiło ją 

do  porzucenia  Marileny?  Przecież  żyła  tylko  dla  tego  dziecka,  a  teraz  zostawiła  je 
Samuelowi!  Coś  tu  się  nie  zgadzało.  Nic  się  nie  zgadzało,  pomyślała  Mali.  Ruth  nigdy  nie 
porzuciłaby Marileny, chyba że... 

Pochyliła  się  nad  zmarłą  córką,  którą  trzymała  w  objęciach,  zamknęła  delikatnie  jej 

szeroko  otwarte  oczy  i  odgarnęła  z  twarzy  mokre  włosy.  Czuła  ciepło  Havarda,  klęczącego 
tuż  obok. Jego  ciałem  wstrząsał  płacz.  Mali  podniosła  rękę  i  objęła  go  za  szyję.  Dobrze,  że 
może  płakać,  pomyślała.  Sama  była  odrętwiała  -  z  zimna,  smutku  i  nienawiści.  Wyrzucała 
sobie,  że  przecież  razem  z  Havardem  mogli  więcej  pomagać  Ruth.  Chociaż...  córka  za 
każdym razem, kiedy próbowali, odmawiała, nie pozwalała im wtrącać się do swojego życia. 
Mogli jednak nalegać, pomyślała Mali. Nie poddawać się. Ale to było życie Ruth i jej wybór i 
należało  to  uszanować.  Głębokie  poczucie  winy  nie  dawało  jednak  Mali  spokoju.  Zawiodła 
Ruth.  Z  drugiej  strony  zdawała  sobie  sprawę,  że  za  śmierć  jej  dziecka  odpowiada  jeden 
człowiek - Samuel. 

-  Nie żyje - szlochał Havard. - O dobry Boże, Ruth umarła! Nie przeżyję tego! 
-  Musimy  być  silni,  ty  i  ja,  Havardzie  -  rzekła  Mali  ochrypłym  głosem.  -  Marilena  ma 

teraz tylko nas. 

-  Ale Samuel. 
-  Nie pozwolę mu jej tknąć - warknęła Mali. - Nigdy więcej! 
-  Jest jej ojcem... 
-  Powiedziałam: nigdy! Nigdy, Havardzie! - Mali odwróciła się i utkwiła w mężu czarne, 

pałające nienawiścią spojrzenie. - Nigdy - powtórzyła z naciskiem. 

  
Przeciągnęli  ciało  Ruth  pod  ścianę  szopy  na  łodzie.  Nasiąknięte  wodą,  częściowo  już 

zamarznięte ubranie sprawiało, że wydawała się ciężka jak ołów. 

-  Musimy  sprowadzić  pomoc  -  zauważył  Havard  wyczerpany.  -  Sami  nie  zdołamy  jej 

zanieść do domu. 

Do domu, pomyślała Mali i zerknęła na dwór, skąd przez okna salonu padało słabe światło. 

Tak,  Ruth  powinna  teraz  wrócić  do  Stornes,  bo  to  Stornes  było  jej  domem.  Wzgórze 
zgotowało  jej  tylko  piekło.  Większe  piekło,  niż  Mali  była  w  stanie  sobie  wyobrazić  -  teraz 
zaczynała to rozumieć. Inaczej Ruth nigdy by się nie targnęła na własne życie. 

Mali złożyła dłonie Ruth na jej piersi i rozpostarła na śniegu jej włosy, które wyglądały jak 

czarny jedwabny wachlarz. Poprawiła jej ubranie, uporządkowała resztę. Potem pochyliła się 
i pocałowała zimne jak lód czoło córki. 

-  Zabierzemy  cię  do  domu  -  obiecała.  -  Do  Stornes.  O  nic  nie  musisz  się  już  martwić. 

Zajmę  się  wszystkim  jak  należy.  Wiedziałaś  o  tym,  prawda?  Wiedziałaś,  że  cię  teraz  nie 
zawiodę. 

Havard klęczał obok. Nie mógł powstrzymać łez. Po chwili i on się pochylił i ujął w dłonie 

twarz  Ruth.  Przyglądał  się  jej,  jak  gdyby  pragnął  na  wieczność  utrwalić  obraz  córki  w 

background image

pamięci. Niepotrzebnie, pomyślała Mali. Ruth będzie im towarzyszyć już zawsze, w dzień i w 
nocy. Nigdy jej nie zapomną. 

  
-  Znaleźliście ją? 
Dorbet poderwała się z krzesła na równe nogi. W międzyczasie również Oja zszedł na dół. 

Był blady i poważny. Marilena spała słodko na sofie z butelką w rączce. 

Mali oparła się ciężko o Havarda. Jej nasiąknięte wodą ubranie, które zamarzło na mrozie, 

teraz zaczęło tajać. Dłonie i stopy paliły jak ogień, gdy powoli odzyskiwały czucie i ciepło. 

-  Ruth nie żyje - rzekła cicho. 
-  Nie! - Dorbet z płaczem rzuciła się jej na szyję. - Nie umarła, mamo! Jak mogła umrzeć? 

- szlochała zrozpaczona. 

-  Ruth nie żyje - powtórzyła Mali i objęła Dorbet. - Rzuciła się do morza. 
Na moment zrobiło się tak cicho, że słyszeli lekkie posapywanie Marileny śpiącej na sofie. 
Po chwili Dorbet wyprostowała się i popatrzyła na rodziców przez łzy, które ciekły jej po 

policzkach. 

-  Rzuciła się do morza? Nie wierzę. Ruth nie mogła tego zrobić, miała przecież Marilenę! 
-  Ale miała też męża - syknął Oja ochryple. Był kredowobiały na twarzy i mocno zaciskał 

szczęki. - Gdzie jest ten diabeł? Dostanie za swoje ten misjonarz z piekła rodem! 

-  Tak, koniecznie musimy pójść na Wzgórze - zgodził się Havard. - Jeżeli istnieje jakieś 

wytłumaczenie tego, co się stało, to on powinien je znać... 

-  Zabiję drania! - warknął Oja. 
-  Nie,  ty  pójdziesz  do  Aslaka  i  Ane  i  ich  tu  sprowadzisz  -  zadecydowała  Mali.  -  Ale 

najpierw musisz porozmawiać z Herborg. Na pewno się denerwuje, a wiesz, że nie wolno jej 
wstawać, Oja. Nie można dopuścić, by z naszego powodu jeszcze bardziej się rozchorowała. 
Dopiero  co  urodziła  i  ma  gorączkę...  Właśnie,  jak  ona  i  maleństwo  się  czują?  -  spytała 
pośpiesznie. 

-  Dobrze - odparł Oja. - Pójdę do niej, jak tylko... 
Mali odgarnęła odmrożoną, czerwoną ręką mokre włosy, które spadały jej na twarz. 
-  Obudź  Ingeborg  i  Olava,  Dorbet.  Będzie  nam  potrzebna  pomoc,  żeby  przenieść  Ruth... 

do domu. 

-  Gdzie ona jest? - dopytywała sie Dorbet. - Gdzie jest Ruth? 
-  Leży na brzegu przy szopie na łodzie - odparł Havard cicho. - Nie udało się nam, matce i 

mnie, przenieść ciała na górę. 

-  Ale Ruth tam zmarznie... 
Nagle Dorbet uświadomiła sobie, że siostra już nie zmarznie, że już nic nie czuje. Opadła 

na kolana i rozpłakała się. Mali uklękła tuż przed nią i chwyciła ją za ramiona. 

-  Wiem,  że  to,  co  się  stało,  trudno  znieść,  moja  Dorbet  -  szepnęła  przy  jej  policzku.  - 

Rozumiem  cię.  Ale  stało  się  i  nie  możemy  tego  zmienić.  Dlaczego  Ruth  wybrała  śmierć... 
jeszcze nie jestem w stanie o tym myśleć. Ty też nie próbuj, Dorbet. Teraz musimy zrobić to, 
czego  Ruth  by  się  po  nas  spodziewała:  urządzić  godne  czuwanie  przy  zwłokach  i  pogrzeb 
oraz zaopiekować się Marileną. 

-  Ale Samuel... - Oja stał nieporuszony z zaciśniętymi pięściami. Napięte mięśnie szczęki 

wyglądały niczym bolesne opuchlizny po obu stronach twarzy, oczy ziały nienawiścią. 

-  Najpierw  posłuchamy,  co  ma  nam  do  powiedzenia,  Oja  -  rzekła  Mali  cicho.  -  O  ile  w 

ogóle znajdzie jakieś wytłumaczenie. Wierz mi, że niezależnie od tego, co powie, nie darzę 
go cieplejszym uczuciem niż ty - dodała. - Już dawno temu powinien był stąd wyjechać. 

-  Samuel  jest  potworem  -  łkała  Dorbet.  -  Wy  też  o  tym  wiedzieliście!  Ale  nic  nie 

robiliście, a teraz Ruth nie żyje! - utkwiła zapłakane oczy w bladej twarzy Mali. - Mogliście 
temu przeszkodzić! - rzuciła bez namysłu z wyrzutem. - Ale zawsze przymykaliście oczy! 

background image

Słowa  Dorbet  zabolały  Mali.  Dziewczyna  co  prawda  nie  panowała  nad  sobą,  przeżyła 

szok, dlatego nie przebierała w słowach. Po jakimś czasie pewnie zmieni zdanie. A może nie? 
W tym, co powiedziała, tkwiło wiele prawdy, to było najgorsze. 

Mali  na  sekundę  zamknęła  oczy.  Najchętniej  osunęłaby  się  na  podłogę  i  poddała 

dręczącemu smutkowi. Po chwili jednak wciągnęła głęboko powietrze i wyprostowała plecy. 
Nie ma prawa się poddawać. Jeszcze nie. Najpierw musi się zatroszczyć o Ruth. Zawiadomić 
rodzinę  i  znajomych  o  czuwaniu  przy  zwłokach  i  przygotować  wszystko  do  pogrzebu. 
Zaniedbań  wobec  córki  za  jej  życia  nie  może  powtórzyć  teraz,  po  jej  śmierci.  Musi  spełnić 
swoją  powinność  i  zadbać  o  godny  pochówek.  Na  umartwianie  się  będzie  miała  czas  przez 
resztę życia. 

-  Pójdziemy z tatą na górę, żeby się przebrać w suche rzeczy - powiedziała cicho. - A wy 

oboje zróbcie, jak powiedziałam. 

-  Ale Samuel... - nie poddawał się Oja. 
-  Ojciec  i  ja  pójdziemy  tam  zaraz  -  uspokoiła  go  Mali.  -  Przekonamy  się,  co  ma  do 

powiedzenia. 

Odwróciła się i wzięła Havarda za rękę. Ścisnęła ją lekko, nie patrząc na męża. Wydawał 

się jakby sparaliżowany i pozbawiony życia. Jakby i on był martwy, pomyślała Mali. 

-  Róbcie, co powiedziałam, oboje - powtórzyła cicho, nie patrząc na Dorbet i Oję. 
Drzwi  do  salonu  cicho  zamknęły  się  za  nimi.  Na  podłodze  widniały  dwie  kałuże  wody: 

jedna w miejscu, gdzie stała Mali, druga obok, gdzie przed chwilą stał Havard. 

   
ROZDZIAŁ 3. 
  
Przebierali  się  w  milczeniu.  Mali  zebrała  mokre  rzeczy  i  położyła  je  na  korytarzu  przed 

sypialnią.  Od  czasu  do  czasu  zerkała  kątem  oka  na  Havarda,  który  próbował  się  ubierać. 
Poruszał  się  jak  lunatyk.  Jak  gdyby  nie  zdawał  sobie  sprawy,  co  robi  i  gdzie  jest.  Mali  nie 
odezwała  się.  Gdyby  zaczęła  mówić,  zniszczyłaby  resztkę  jego  mechanizmów  obronnych, 
dzięki  którym  jeszcze  jakoś  się  trzymał.  Nie  mogła  dopuścić,  żeby  się  teraz  załamał.  Przed 
nimi jeszcze sporo spraw do załatwienia. A pełen bólu smutek nie do zniesienia lub wyrzuty 
sumienia nieprędko znikną. 

Kiedy przechodzili z powrotem wzdłuż korytarza na poddaszu, Mali usłyszała ciche głosy 

dochodzące z sypialni Oi i Herborg. A więc zrobił tak, jak mówiła, i poszedł porozmawiać z 
ż

oną. Trudno przewidzieć, jak Herborg zareaguje, oby tylko nie straciła pokarmu, pomyślała 

Mali  -  maleństwo  jeszcze  przez  wiele  miesięcy  będzie  od  niego  uzależnione.  I  oby  stan  jej 
zdrowia się nie pogorszył, by mogła zwalczyć zapalenie, które zaczęło się cofać na kilka dni 
przed  porodem,  ale  teraz...  Mali  zamknęła  pełne  bólu  oczy  i  przycisnęła  dłonie  do  brzucha, 
który  palił  jak  ogień.  Nie  zdoła  wziąć  więcej  na  swe  barki.  Ruth  nie  żyje.  To  brzemię 
wydawało się już za ciężkie. 

  
Wieczór  był  zimny,  a  niebo  czyste  i  rozgwieżdżone.  Wiatr  szumiał  w  koronach  drzew. 

Mali  przysunęła  się  bliżej  Havarda  i  wzięła  go  za  rękę.  Szedł  obok,  poruszając  się  sztywno 
niczym  manekin.  Kiedy  uszli  kawałek  drogi  i  zbliżyli  do  Wzgórza,  Havard  nagle  zatrzymał 
się. Oddychał ciężko. 

-  A jeżeli go zabiję? - zastanowił się na głos. - Jeżeli stanie w drzwiach i... Będę mordercą, 

Mali! 

Mali odwróciła się w jego stronę i objęła wpół. Uniosła twarz i spojrzała mężowi w oczy. 
-  Pomyśl, co to da, Havardzie. Śmierć to dla Samuela zbyt łagodna kara! I z powodu tego 

drania  miałbyś  spędzić  w  więzieniu  resztę  życia?  On  musi  stanąć  przed  sądem,  Havardzie  -
powiedziała  z  naciskiem  i  pogładziła  męża  po  twarzy.  -  Niech  wszyscy  zobaczą,  jakim  jest 
złym człowiekiem. To on powinien trafić za kratki. Nie ty! 

background image

Oparła się ciężko o Havarda. 
-  Potrzebuję  cię  teraz  -  łkała.  -  Nie  poradzę  sobie  sama.  Nie  odpowiedział.  Stał 

nieporuszony, nie objął Mali. 

Po chwili puściła jego rękę i ruszyli dalej. Havard szedł powoli z tyłu. 
-   Nigdy  mnie  naprawdę  nie  potrzebowałaś,  Mali.  Zatrzymała  się  i  odwróciła  do  niego. 

Jego oczy lśniły w ciemności. 

-  Ty  nie  potrzebujesz  nikogo  -  mówił  dalej  ochrypłym  głosem.  -  Trwasz  wyprostowana 

niczym wiekowa sosna i nic cię nie złamie, nawet gdyby całe Stornes runęło do fiordu. 

Mali nie odpowiedziała. Stała tak i patrzyła w milczeniu na męża. Jego słowa ją zapiekły. 

Czy  naprawdę  taka  była?  Nie,  Havard  się  mylił.  Nie  była  tak  zimna  i  nieczuła,  by  nie 
potrzebować niczyjej pomocy. Nie wiedziała, jak poradziłaby sobie bez Havarda. Mówiła mu 
o tym, ale widocznie jej nie wierzył. To bolało. Ale była silna, to prawda. Bo ktoś musi. Co 
by  to  dało,  gdyby  po  prostu  opuściła  ręce  i  się  poddała?  Nic!  Byli  właścicielami  jednego  z 
największych dworów we wsi i żyli dostatnio właśnie dlatego, że miała dość siły, by dźwigać 
swe brzemię. Ponieważ nigdy nie pozwoliła sobie na to, by się poddać. To zostawiała innym: 
mogli  wypłakać  smutek  i  wykrzyczeć  złość.  Jednak  ktoś  musi  stać  wyprostowany  i  kazać 
ż

yciu płynąć dalej, niezależnie od tego, co się stanie. I tym kimś zawsze była ona. 

Nagle  Havard  podszedł  krok  bliżej  i  mocno  przytulił  Mali,  jak  gdyby  słyszał  jej  myśli. 

Przysunął twarz do jej głowy i rozpłakał się. 

-  Nie to miałem na myśli - szlochał. - Nie chciałem cię urazić, Mali, ale ty... 
-  Tak bardzo cię potrzebuję, Havardzie - szepnęła zdławionym głosem, przytulona do jego 

piersi. - Dlaczego nie możesz w to uwierzyć? Jesteś silny i dobry i wiesz, jak wielu z nas cię 
potrzebuje.  A  najbardziej  ja,  czy  wierzysz  w  to,  czy  nie.  Nie  zawiedź  mnie  w  tej  chwili, 
Havardzie  -  poprosiła,  drżąc.  -  Nie  mam  nadludzkich  zdolności,  żeby  dźwigać  wszystko  w 
pojedynkę. Nie wiem, jak wytrzymam to, co nas dziś spotkało. Powinniśmy być teraz razem. 

Nie odpowiedział, ale przestał płakać. Po chwili wypuścił ją z objęć i pogładził po twarzy. 
-  Wybacz mi - rzekł cicho. - Nie wiem, co mówię.  
Otoczył ją ramieniem i ruszyli w stronę Wzgórza. 
 
-  Co, u licha, drzwi są otwarte! 
Mali  spojrzała  przerażona  na  niedomknięte  drzwi,  które  popychane  wiatrem  uderzały  o 

framugę. 

-  Misjonarz  leży  sobie  pewnie  i  śpi  na  piętrze  -  mruknął  Havard  z  nienawiścią.  -  Chyba 

nawet nie wie, że Ruth wyszła z domu. 

Mali  nie  odpowiedziała,  ale  nie  zgadzała  się  z  mężem.  Musiało  zajść  coś  strasznego 

między  Ruth  a  Samuelem,  inaczej  Ruth  nie  odważyłaby  się  na  tak  desperacki  krok.  Córka 
wycierpiała wiele od tego człowieka, Mali widziała to i owo. Tak  więc  myśl, że Samuel po 
prostu leży i śpi... 

Weszła pierwsza. Drzwi do kuchni również stały otworem. W domu było ciemno i zimno. 

Pewnie  w  piecu  wygasło,  pomyślała,  ponieważ  nawet  stamtąd  nie  docierało  żadne  światło. 
Parafinowa lampa w salonie również musiała się dopalić, gdyż w korytarzu czuć było słaby 
zapach parafiny. Mali po omacku przesunęła ręką po komodzie - pamiętała, że zawsze stała tu 
latarenka, której Ruth i Samuel zwykle używali, gdy musieli wyjść wieczorem na zewnątrz. 
Wreszcie trafiła na nią i prawie zrzuciła na podłogę; w ostatniej chwili zdołała ją pochwycić. 
Mocno  złapała  lampę  drżącymi  rękami  i  poczuła,  że  jest  ciężka.  Pewnie  niedawno  została 
napełniona, pomyślała. Samuelowi bardzo by się to nie spodobało, gdyby wychodząc w nocy 
w jakiejś pilnej sprawie, znalazł pustą lampę. O wszystko musiała dbać Ruth. W Stornes za 
napełnianie  lamp  parafinowych  w  równym  stopniu  odpowiadali  zarówno  mężczyźni,  jak  i 
kobiety.  Ale  na  Wzgórzu  zawsze  musiała  tego  pilnować  Ruth.  Jak  i  wszystkiego  innego, 
pomyślała Mali z goryczą. 

background image

-  Znajdź zapałki - poleciła cicho Havardowi. - Powinny też leżeć gdzieś na komodzie. 
Po  chwili  udało  im  się  wreszcie  zapalić  lampę.  Słabe,  żółtawe  światło  rzucało  na  ściany 

chybotliwe refleksy. Mali, trzymając lampę w górze, podeszła do kuchennych drzwi. Pchnęła 
je  ostrożnie  i  poświeciła.  Kiedy  światło  dosięgło  nieruchomej  postaci  na  podłodze,  Mali 
zamarła. Nie mogła złapać tchu, kiedy po chwili zauważyła wielki kuchenny nóż sterczący z 
pleców  leżącego  tam  mężczyzny.  Nie  od  razu  dotarło  do  niej  znaczenie  tego,  co  zobaczyła. 
Potem jednak zrozumiała prawdę w całym jej okrucieństwie. Ruth zamordowała Samuela! 

-  O Boże - jęknęła, czując, jak mdłości podchodzą jej do gardła. - O Boże, co ona zrobiła? 
-  Zrobiła  to,  co  ja  powinienem  był  uczynić  -  stwierdził  Havard  zachrypniętym  głosem.  - 

Ale przyszedłem za późno. 

Mali  zastygła  w  bezruchu  i  patrzyła  na  mężczyznę  leżącego  na  podłodze  w  kałuży 

zakrzepłej  krwi.  Powoli  jej  mózg  zaczął  ponownie  funkcjonować.  Musiało  się  stać  coś 
potwornego,  pomyślała.  Ruth,  która  nie  skrzywdziłaby  nawet  muchy,  wbiła  nóż  w  plecy 
swego męża z taką siłą, że Samuel padł martwy. Musiała mieć poważny powód, zastanowiła 
się  Mali  wstrząśnięta.  Coś  musiało  wyzwolić  w  niej  tę  siłę,  coś,  z  czym  nie  mogłaby  dalej 
ż

yć. Jednak nikt nigdy się nie dowie, co to takiego. 

-  Powinniśmy  zadzwonić  po  lensmana  -  zauważył  Havard  za  plecami  Mali.  -  Musi  się 

zająć ciałem. My nie chcemy mieć z misjonarzem już nic wspólnego. Nigdy! Niech tamci w 
Berkak urządzą mu pogrzeb. U nas ten diabeł wyrządził zbyt wiele złego! 

-  Więc  i  tym  razem  na  tym  zyska,  drań  jeden  -  rzekła  Mali  z  przekąsem.  -  Zdobędzie 

sławę męczennika, podczas gdy Ruth wszyscy zapamiętają jako... A Marilena... czy możemy 
dopuścić, by dorastała jako córka kobiety, o której wszyscy mówią: morderczyni? 

Powoli odwróciła się do Havarda. Przykuła jego wzrok. 
-  Ruth  nie  była  zabójczynią,  Havardzie.  To,  że  wbiła  nóż  w  plecy  Samuelowi...  Jak 

myślisz, co musiał jej zrobić, żeby posunęła się tak daleko? 

-  No,  nie  wiem...  -  bąknął  cicho.  -  Ale  po  tym  człowieku  mógłbym  się  spodziewać 

najgorszego.  Obawiam  się,  że  był  zdolny  do  potworniejszych  rzeczy,  niż  potrafimy  sobie 
wyobrazić - dodał z niechęcią. 

Nagle  Mali  poczuła,  że  robi  jej  się  słabo.  A  jeśli  się  rozniesie,  że  Ruth zabiła  Samuela... 

jeśli pozostanie w ludzkiej pamięci z powodu tego mordu? Jej ciepła, łagodna córka! Na samą 
myśl  o  tym  jak  gdyby  opuściły  ją  wszystkie  siły  i  energia,  a  całe  ciało  ogarnęła  niemoc. 
Osunęła  się  na  kolana  i  wybuchnęła  płaczem,  jej  ramionami  wstrząsał  szloch.  Havard 
uklęknął obok. Objął Mali i mocno przytulił. 

-  Mali... Moja kochana Mali - szeptał i gładził ją po plecach. 
-  Nie  wytrzymam  tego,  Havardzie  -  płakała  na  jego  piersi.  -  Nie  jestem  w  stanie  tego 

udźwignąć. Mam ochotę umrzeć! 

Przez  chwilę  Havard  siedział  w  milczeniu,  trzymając  Mali  w  objęciach.  Jedynie  głośny 

szloch Mali zakłócał ciszę panującą w maleńkiej kuchni. Potem Havard uniósł twarz żony ku 
swojej i delikatnie odgarnął włosy z jej mokrych od łez policzków. 

-  Razem to przetrzymamy, ty i ja, Mali - pocieszał ją cicho. - Nie jesteś sama, pamiętaj o 

tym. Razem damy radę. 

Mali  spostrzegła,  że  w  głosie  Havarda,  oprócz  zwątpienia  i  bezgranicznego  smutku, 

pojawiło się coś nowego - pewna stanowczość, nowa siła. Przyłożyła twarz do jego szyi. 

-  Już więcej nie zniosę - jęknęła. - Nie jestem w stanie, Havardzie. 
-  Nie załamuj się, Mali - szepnął. - Lensman to dobry człowiek. Przekonam go, że to był... 

ż

e to był wypadek. Rodzinna tragedia. Zresztą tak właśnie było - dodał łamiącym się głosem. 

-  Nie  martw  się,  zajmę  się  tym.  Nie  pozwolę,  by  rozniosły  się  plotki,  że  Ruth...  Sądzę,  że 
zrozumie i się zgodzi, żeby informację o tym, jak zginął Samuel, utrzymać w tajemnicy. 

Pogładził  Mali  po  głowie  i  położył  swą  ciepłą  dłoń  na  jej  plecach.  Jego  gorący  oddech 

muskał jej policzek. Mali przysunęła się do męża jeszcze bliżej. 

background image

Pierwszy raz w życiu się poddała. Teraz, kiedy czuła, że całkiem opuściły ją siły, odwaga i 

odporność  psychiczna,  Havard  stanowił  jej  oparcie,  niczym  opoka.  On,  który  jeszcze  kilka 
minut temu płakał jak dziecko i wydawał się całkiem załamany. Tym razem on dodawał jej 
otuchy i wspierał na duchu. W bezmiarze smutku czuła głęboką wdzięczność, że mogła tego 
doświadczyć, a także że i Havard poznał siebie od tej strony; że przekonał się, jak ogromną 
siłę potrafi z siebie wykrzesać w razie potrzeby. 

-  Wracajmy  do  domu  -  zaproponował.  -  Zadzwonię  do  lensmana,  a  kiedy  przyjedzie, 

przyprowadzę go tutaj.  Pójdę z nim, a ty zostaniesz w domu. Zajmę się tym, Mali - obiecał 
jeszcze raz. 

-  Ale co my powiemy ludziom?... 
-  Że Samuel nie żyje - odparł krótko. - Że spadł ze schodów i skręcił sobie kark. Nikt inny 

nie dowie się prawdy poza nami i lensmanem. I poza naszymi dziećmi - dodał. - Uważam, że 
przed nimi nie powinniśmy niczego ukrywać. 

-  A jeżeli lensman... 
-  Nie  obawiaj  się  -  uspokoił  Mali.  -  Lensman  też  dobrze  wie,  że  Ruth  nikomu  nie 

zrobiłaby krzywdy. Znał ją przecież od dziecka. A co się tyczy Samuela... Lensman zabierze 
jego ciało i przetransportuje do Berkak. I wreszcie pozbędziemy się misjonarza - dodał cicho. 

-  Jednak to kosztowało nas życie Ruth - szlochała Mali i mocno przywarła do Havarda. 
Havard objął ją i skinął głową. Mali poczuła na swej szyi jego ciepłe łzy. 
-  Tak, to kosztowało nas życie Ruth - przyznał zachrypniętym głosem. 
  
Kiedy  Mali  i  Havard  wrócili  do  Stornes,  służba  także  już  przybyła.  Nagrzano  w  piecu  i 

zapalono światła. Na stole stało jedzenie, ale wyglądało na to, że nikt nic nie jadł. Marilena 
nadal spała na sofie mocnym snem. Butelka z mlekiem wysunęła się z jej rączki i upadła na 
podłogę, ale nikt nie pomyślał o tym, żeby ją podnieść. Służba z zaczerwienionymi oczami i 
bladymi, poważnymi twarzami uścisnęła dłonie właścicielom dworu i złożyła kondolencje. 

-  A co powiedział misjonarz? - spytał Oja. 
Chłopak  był  równie  blady  jak  wtedy,  gdy  wychodzili,  pomyślała  Mali.  Jego  oczy 

wydawały się równie ciemne i pełne nienawiści. 

-  Samuel Langmo nie żyje - odparł Havard krótko. 
Przez dłuższą chwilę w  salonie panowała zupełna cisza. Oczy wszystkich zwróciły się w 

stronę Mali i Havarda, którzy przytuleni do siebie stali w drzwiach. 

-  Nie żyje? Misjonarz też nie żyje? 
Oja patrzył na rodziców wielkimi oczami. Dorbet rozpłakała się. 
-  Ale jak... 
-  Musiał się potknąć w ciemności i spadł ze schodów - przerwał Havard. - Wygląda na to, 

ż

e skręcił kark, ale go nie ruszałem. Widzieliśmy tylko, że nie żyje i pewnie leży tak już od 

jakiegoś  czasu.  Muszę  zadzwonić  do  lensmana  -  dodał  i  uścisnął  dłoń  Mali,  żeby  jej  dodać 
otuchy. 

-  Po  co  dzwonić  do  lensmana,  skoro  to  był  wypadek?...  -  Oja  utkwił  w  ojcu  pytający 

wzrok. 

-  Zawsze  trzeba  go  zawiadomić,  jeśli  nie  ma  świadków  wypadku  -  odparł  Havard 

spokojnie. 

-  Ale Ruth widziała chyba... - Dorbet ugryzła się w język i nie dokończyła. Na jej długich 

rzęsach zalśniły ciężkie łzy. 

-  Tak, Ruth mogła widzieć, co się stało - przyznał Havard cicho. - Ale ona nam już nic nie 

może  powiedzieć,  Dorbet.  I  dlatego.  ..  Tak  się  złożyło,  że  musimy  zawiadomić  lensmana  - 
zakończył. 

-  Powinniśmy  też  zawiadomić  Siverta  i  jego  rodzinę  -  zauważyła  Mali  ze  smutkiem.  -  I 

zaprosić wszystkich bliskich na czuwanie przy zwłokach. 

background image

-  Mogę się tym zająć -  zaofiarowała się Ane. -  Z Sivertem lepiej sama porozmawiaj, ale 

do  pozostałych  ja  zadzwonię.  -  Zerknęła  pytająco  na  Havarda.  -  Nie  wiem  tylko,  co  z 
pogrzebem misjonarza... 

-  Z nim nic nas już nie łączy - skwitował Havard krótko. - Jego ciało lensman zabierze do 

Berkak, a tam zajmą się nim jak trzeba. Samuel już nie należy do Stornes. 

-  Nigdy nie należał - szlochała Dorbet. Osunęła się na krzesło i ukryła twarz w dłoniach. - 

Ale  mieszkał  tu  wystarczająco  długo,  by  zaprowadzić  Ruth  nad  fiord!  Powinniśmy  go  stąd 
wyrzucić dawno temu, ale wy... 

Mali podeszła do córki i objęła ją. 
-  Masz rację, dziecko - przyznała cicho. - Ale wybór należał do Ruth. Ruth była dorosła i 

ponosiła  odpowiedzialność  za  swoje  życie.  Każdy  z  nas  za  nie  odpowiada.  Gdybyśmy 
wiedzieli, że to się tak skończy... 

-  Powinniście byli coś zrobić - upierała się Dorbet. - Mogliście... 
-  Próbowali przecież - przekonywał ją Oja. - Próbowali, Dorbet. 
Na chwilę znowu zapanowała cisza. Przerwał ją Havard. Odchrząknął i rzekł: 
-  Zadzwonię  po  lensmana,  a  potem  będę  potrzebował  waszej  pomocy,  żeby  przenieść 

Ruth. - Głos mu się załamał, a w oczach zakręciły łzy. - Mam nadzieję, że pójdziesz ze mną, 
Oja? 

Oja skinął w milczeniu i nerwowo odgarnął włosy. 
-  A potem położymy Ruth w starej sypialni, w której spała, gdy jeszcze z nami mieszkała - 

zaproponowała Mali. - Tam ją przyszykuję do pogrzebu. 

-  Pomogę ci - łkała Dorbet. 
Mali skinęła głową. 
-  Dobrze, jeżeli chcesz... 
-  Chcę. 
-  Spiszę ci nazwiska wszystkich, do których powinnaś zadzwonić, Ane, choć pewnie sama 

wiesz, kogo zawiadomić. Czuwanie rozpoczniemy o trzeciej. Zadbajcie o to, by goście dostali 
kanapki  i  ciasto.  Trochę  nam  zostało  od  świąt  Bożego  Narodzenia,  ale  kilka  form  możecie 
jeszcze wstawić do pieca... 

-  Zajmiemy  się  wszystkim  -  obiecała  Ane  cicho.  -  Goście  chyba  też  przyniosą  ze  sobą 

trochę  jedzenia.  Ale...  Kiedy  będę  dzwonić...  -  spojrzała  na  Mali  niepewnie.  -  Mam  tylko 
powiedzieć, że Ruth nie żyje? Będą pewnie pytać, jak to się stało... 

-  Mów  po  prostu,  że  nie  żyje  -  przerwała  jej  Mali.  -  O  tym,  w  jaki  sposób  zginęła... 

Powiemy w czasie czuwania. Zresztą wieść na pewno już się rozniesie po okolicy, zanim się 
spotkamy.  Zawiadomię  tylko  Siverta  i  powiem  mu,  że  Ruth  popełniła  samobójstwo  - 
westchnęła ciężko. - Ale Astrid w centrali... 

-  Nie uda nam się utrzymać tego w tajemnicy - zauważył Havard cicho. - Wszyscy znają 

sytuację. Uwierzą, w co będą chcieli - dodał załamany. - Niezależnie od tego, co im powiemy. 
A powiemy, że to rodzinna tragedia, bo przecież to nas spotkało - stwierdził. - Tragedia. 

Mali podeszła do sofy i uklęknęła przy śpiącym dziecku. Palcem pogładziła je po krągłym 

policzku. 

-  No to nie masz matki, maleńka - szepnęła, a łzy wolno popłynęły jej po twarzy. - Jednak 

nigdy  nie  będziesz  sama.  Jesteśmy  tu  dla  ciebie,  każdego  dnia.  Nikt  ci  nie  dokuczy  ani  nie 
zrobi  krzywdy.  A  kiedy  podrośniesz,  opowiem  ci  o  twojej  mamie.  Była  tak  bezgranicznie 
dobrym człowiekiem, ale... 

Urwała.  Nie  zwróciła  uwagi  na  to,  że  nie  wspomniała,  że  Marilena  tej  nocy  straciła 

również ojca. W pewnym sensie mała nigdy nie miała ojca. Nie takiego, jakiego Mali miała 
na myśli. 

Zauważyła, że ktoś podszedł do niej i usiadł obok. Dorbet objęła ją ramieniem i przysunęła 

głowę do jej głowy. 

background image

-  Jak nam się uda z tym żyć, mamo? 
Mali przytuliła ją mocno. Poczuła, że Dorbet drży, jakby jej było zimno. 
-  Człowiek wiele zniesie, jeśli musi, moja Dorbet - rzekła powoli. - W miarę upływu czasu 

się tego nauczysz, bo życie jest bezlitosne. 

Drzwi otworzyły się i wszedł Havard. Mali nawet nie spostrzegła, że wychodził. 
-  Lensman  przybędzie  za  godzinę  -  oznajmił.  -  Chodźmy  więc  nad  fiord  i...  Tak, 

przynieśmy Ruth do domu - dodał ochrypłym głosem. 

Mali  wstała  i  ogarnęła  dłonią  włosy.  Serce  biło  jej  w  piersi  mocno  i  boleśnie  i  czuła  w 

nogach dziwną słabość. Smutek ją obezwładniał, ale go odegnała. Nie wolno jej się załamać, 
tak  jak  przed  chwilą  na  Wzgórzu.  Najpierw  trzeba  w  godny  sposób  urządzić  czuwanie  przy 
zwłokach  i  pogrzeb  Ruth.  A  kiedy  uroczystości  się  skończą,  być  może  dopuści  do  siebie 
uczucia.  Dopuści  do  świadomości  tę  potworną  prawdę  i  zapłacze  z  tęsknoty  nad  utraconym 
dzieckiem. Ale jeszcze nie teraz. 

Wciągnęła  głęboko  powietrze  i  wyprostowała  się.  Napotkała  wzrok  Havarda.  Mąż  jej 

pomoże, pomyślała. Havard miał więcej siły, niż sądziła. 

-  Tak, przynieście Ruth do domu - rzekła cicho. 
   
ROZDZIAŁ 4. 
  
Mali  długo  czekała,  by  w  Oslo  ktoś  odebrał  telefon.  Zerknęła  na  zegar.  Nie  było  jeszcze 

siódmej. Pomyślała, że u Siverta na pewno wszyscy jeszcze śpią. Jednak nie mogła odłożyć 
tej rozmowy na później, musiała syna zawiadomić, co się stało - w każdym razie powiedzieć 
choć  tyle,  ile  można  przez  telefon  -  żeby  zdążył  się  przygotować  i  przyjechał  na  pogrzeb. 
Mali nie wątpiła, że on i Tordhild przyjadą, mimo że była zima i droga do Stornes daleka i 
choć  być  może  Sivert  miał  występy.  Jednak  wiedziała,  że  syn  rzuci  wszystko,  ponieważ 
chodziło  o  Ruth.  Zawsze  między  tymi  dwojgiem  istniała  silna  więź,  coś  szczególnego. 
Chociaż nie widywali się często od czasu wyjazdu Siverta z domu, Mali wiedziała, że te więzi 
nadal ich łączą. Zauważyła to podczas odwiedzin Siverta w Stornes. 

Telefon nadal dzwonił. Oby tylko nie wyjechali, pomyślała Mali nagle i poczuła ucisk w 

ż

ołądku. Wtedy musiałaby... 

-  Stornes, słucham. 
W  słuchawce  zachrypiał  zaspany  głos  Siverta.  Na  ten  dźwięk  z  oczu  Mali  znowu 

popłynęły łzy. Przełknęła ślinę i odchrząknęła. 

-  Sivert, to ja. Stało się coś... 
-  Coś z Ruth? 
Sivert w jednej chwili oprzytomniał. 
-  Tak - szepnęła Mali i przetarta dłonią twarz mokrą od łez. Poczuła się nagle śmiertelnie 

zmęczona i bezsilna. - Ona... ona nie żyje. 

W słuchawce zapadła zupełna cisza. Mali słyszała tylko nierówny oddech syna. Domyśliła 

się, że Sivert stara się nad sobą zapanować. 

-  Ale jak... 
-  Rozumiem,  że  masz  wiele  pytań  -  przerwała  mu  Mali  cicho.  -  Ale  czy  moglibyśmy  o 

tym pomówić, kiedy przyjedziecie? Wiesz... 

-  Tak,  masz  rację  -  odparł  zdławionym  głosem.  -  Zresztą  myślę,  że  sporo  rozumiem  - 

dodał. - Kiedy pogrzeb? 

-  Jeszcze  niczego  nie  załatwiliśmy  -  odparła  Mali.  -  Mężczyźni  dopiero  przyniosą...  - 

urwała  nagle,  bo  pomyślała  o  telefonistce  z  centrali.  -  Dorbet  i  ja  zajmiemy  się 
przygotowaniem Ruth -  mówiła dalej. - Dziś po  południu odbędzie się u nas czuwanie przy 
zwłokach.  Potem  zadzwonię  do  pastora,  kiedy  otworzą  kancelarię,  i  ustalimy  termin 
pogrzebu. Przyjedziecie, prawda? 

background image

-  Przyjedziemy - obiecał, opanowując płacz. - Postaramy się dotrzeć do niedzieli. Chyba 

pogrzeb nie odbędzie się wcześniej niż przed końcem tygodnia? 

-  Nie, nie sądzę - odpowiedziała Mali. - Dzisiaj jest piątek, więc może  we wtorek lub w 

ś

rodę... Nie wiem, Sivert. 

-  A co z Marileną? - spytał nagle. 
-  Jest tutaj - odparta Mali spokojnie. 
Sivert nie pytał o Samuela. Może domyślał się, że i jemu też się coś stało, skoro Marilena 

jest w Stornes. Zresztą, jak sam powiedział, sporo rozumiał. Jednak pewnie nawet przez myśl 
mu nie przeszło, że Ruth mogła zamordować Samuela. Dowie się o tym, kiedy przyjedzie z 
Tordhild. Nikt nigdy by nie podejrzewał, że Ruth mogłaby się targnąć na życie Samuela. Mali 
miała cichą nadzieję, że Havardowi uda się dojść do porozumienia z lensmanem, żeby sprawa 
nie wyszła na jaw. 

-  Przyjedziemy, mamo - rzekł cicho. - Przyjedziemy na pewno. 
  
Zanim  Mali  zajęła  się  swoimi  obowiązkami,  zajrzała  do  sypialni  Herborg  i  Oi.  W 

półmroku zobaczyła Herborg siedzącą na łóżku z dzieckiem przy piersi. 

-  To ja, Herborg - szepnęła. 
Dziewczyna podniosła głowę i popatrzyła na Mali stojącą w drzwiach. W pokoiku unosił 

się zapach niemowlęcia. Mali chłonęła dobrze znaną woń i przez mgnienie oka zajaśniała w 
jej duszy iskierka radości z powodu nowo narodzonego dziecka. 

-  Ruth... - Herborg zaczęła cicho płakać. 
Mali ostrożnie zamknęła za sobą drzwi, podeszła bliżej i usiadła na brzegu łóżka. Objęła 

Herborg ramieniem i uścisnęła oboje - synową i maleństwo. 

-  Tak, Ruth nie żyje. 
-  Jak mogło do tego dojść? - łkała Herborg. - Dlaczego popełniła samobójstwo? 
Dziecko poruszyło się niespokojnie: Zatrzepotało rączkami nad piersią matki. 
-  Wiesz  chyba,  że  oni  nie...  że  Ruth  była  nieszczęśliwa  -  zaczęła  Mali  z  trudem.  - 

Samuel... Ruth popełniła błąd, wierząc, że misjonarz jest tym, którego Bóg jej przeznaczył. 

-  Ale czy nie mogła po prostu... Czy nie mogliście jej pomóc, żeby... 
-  Nie  zdołaliśmy  jej  pomóc,  Herborg.  Ruth  dokonała  wyboru  i  chyba  czuła,  że  musi 

ponieść konsekwencje, zarówno przed Bogiem, jak i przed ludźmi. Sama nie wiem, była taka 
skryta... - pogładziła delikatnie pokrytą puszkiem główkę dziecka. - Najważniejsze, żebyś ty 
się nie rozchorowała z powodu tej tragedii, Herborg. Nie trzeba nam więcej smutku i goryczy 
ponad to, co już nas spotkało. Powinnaś więc... 

-  Leżę tu i rozmyślam o Ruth - szepnęła Herborg zdławionym głosem. - Jak ona, która tak 

bardzo kochała Marilenę, mogła ją zostawić... Jak to możliwe? 

-  Tylko ten może się na to zdobyć, kto wierzy, że dla dziecka tak będzie lepiej - odparła 

Mali smutno. 

Herborg podniosła głowę i spojrzała na Mali wielkimi oczami pełnymi łez. 
-  Jak ona mogła pomyśleć coś takiego? Ruth była najlepszą matką na świecie! 
-  Pewnie  mimo  to  wierzyła,  że  dla  Marileny  tak  będzie  lepiej  -  powtórzyła  Mali.  -  Nie 

wiem, jak inaczej to rozumieć, Herborg. 

Niemowlę  zakwiliło.  Herborg  wygodniej  ułożyła  się  na  łóżku,  żeby  dziecko  lepiej 

schwyciło brodawkę piersi.  

Mali lekko dotknęła jej czoła. 
-  Nie masz przypadkiem gorączki? 
-  Nie, nie czuję się źle. 
-  Mieliśmy niezwykły dzień - zauważyła Mali. - Najpierw spotkała nas wielka radość, że 

tobie i Oi urodziło się zdrowe, śliczne dziecko, a potem... 

background image

-  Tak, też o tym myślę - przyznała Herborg. - Cieszyłam się, że Dorbet i Ruth, i wszyscy 

pozostali przyjdą zobaczyć maleństwo, a wtedy... Byłam taka szczęśliwa wczoraj wieczorem, 
kiedy było po wszystkim, a potem przyszedł tylko smutek i rozpacz... 

-  Nie,  nie  powinnaś  się  smucić.  To,  że  urodziła  się  wam  córeczka,  to  prawdziwy  cud  i 

ogromna  radość  -  zapewniła  ją  Mali.  -  Pamiętaj  o  tym,  Herborg.  Ciesz  się  swoim 
maleństwem, a my zajmiemy się Ruth i przygotujemy wszystko do czuwania i pogrzebu. Na 
szczęście  w  całym  tym  smutku  mamy  ciebie  i  Oję,  i  to  nowe  maleńkie  życie.  W 
najczarniejszym smutku zawsze musi być jakieś światełko, Herborg. 

Wstała, pogładziła synową po policzku i ostrożnie pogłaskała główkę dziecka. 
-  Zastukaj w podłogę, gdybyś czegoś potrzebowała - zaproponowała. - Oja zaraz wróci. - 

Rzuciła szybkie spojrzenie na stolik nocny. - Pijesz wywar z ziół przeciw zapaleniu, który ci 
dałam? 

-  Tak. 
-  Dobrze. Nie zapominaj o tym. Dbaj o siebie, żebyś nie zmarzła, i daj znać,  gdybyś się 

gorzej  poczuła.  Tak  bardzo  potrzebujemy  teraz  ciebie  i  tej  kruszynki,  Herborg.  Wszyscy 
potrzebują światełka w ciemności - dodała. - Malutka Mali jest dla nas takim światełkiem. 

Herborg skinęła w milczeniu i osłoniła ramieniem dziecko przy piersi. Mali zauważyła, że 

płacze, ale nie potrafiła uchronić jej przed smutkiem. Wszyscy muszą sobie z nim poradzić, 
każdy na swój sposób. A to niełatwe zadanie. Dla każdego z nich. 

Drzwi na powrót cicho zamknęły się za Mali. 
Mali uprzątnęła w dawnej sypialni Ruth. Równo zaścieliła łóżko, a na komodzie rozłożyła 

ś

liczną  koszulę  nocną,  którą  kupił  jej  Havard  podczas  którejś  wspólnej wyprawy  do  miasta. 

Koszula  miała  haftowany  stan  i  koronki  przy  szyi.  Mali  pomyślała,  że  ubierze  w  nią  Ruth. 
Ona, która przez ostatnie dwa lata nie dostała nic nowego, powinna być pięknie wyszykowana 
na swą ostatnią podróż. 

Mali zapaliła świece na wszystkich świecznikach i rozpaliła w piecu. Ciągle podchodziła 

do okna, żeby sprawdzić, czy mężczyźni już idą. Dzień wstawał nad górami złocistą smugą, 
która  stawała  się  coraz  szersza.  Zapowiada  się  słoneczny,  piękny  dzień,  pomyślała  Mali. 
Goście nie powinni mieć trudności z dotarciem na czuwanie przy zwłokach, w każdym razie 
nie z powodu pogody. 

Odwróciła  się  gwałtownie,  gdy  skrzypnęły  drzwi.  Do  sypialni  weszła  Dorbet,  blada  i 

zrezygnowana. Mali przytuliła ją do siebie, pogładziła po włosach. 

-  Nadal jesteś pewna, że chcesz mi pomóc?  
Dorbet tylko skinęła głową. 
-  Ale to nie będzie dla ciebie łatwe, moje dziecko. 
-  Mimo to chcę - szepnęła. - To ostatnia rzecz, jaką mogę zrobić dla Ruth. Ona zrobiłaby 

dla mnie to samo. 

Mali nie odpowiedziała, w milczeniu trzymała córkę w ramionach. 
-  Możesz wyjść, jeżeli... 
-  Zostanę z tobą. 
Usłyszały, że otwierają się drzwi wejściowe. Mali rozpoznała głos Havarda i poczuła ucisk 

w dołku. Wypuściła Dorbet z objęć i wyszła na korytarz. 

-  Przyszli - rzekła cicho. 
Mali  przez  dłuższą  chwilę  przyglądała  się  zmarłej  córce.  Długie,  ciemne  rzęsy  rzucały 

cienie na kredowobiałej twarzy, na zamarzniętych włosach pobłyskiwały kryształki lodu. 

-  Ruth - wykrztusiła Dorbet zdławionym głosem. - Ruth... 
-  Teraz odnajdzie spokój - rzekła Mali cicho. 
-  Powinna żyć - płakała Dorbet. - Nie rozumiem... 

background image

Mali  nie  odpowiedziała.  Powoli  i  ostrożnie  zaczęła  ściągać  z  Ruth  sztywne  od  mrozu 

ubranie.  Dorbet  stała  przez  chwilę,  przyglądając  się  matce,  ale  zaraz  podeszła  do  łóżka  i 
zaczęła pomagać. Nie płakała już. Jej twarz była blada i nieruchoma. 

Kiedy  zdjęły  z  Ruth  ostatnią  sztukę  bielizny,  Mali  zauważyła  sińce  na  ciele  córki.  W 

pierwszym  momencie  pomyślała,  że  to  plamy  pośmiertne,  ale  chwilę  później  uświadomiła 
sobie,  że  to  jednak  coś  innego.  Czyżby  się  uderzyła?  Jednak  kiedy  Dorbet  pomogła  jej 
odwrócić Ruth na bok, żeby mogły umyć jej plecy, Mali jęknęła z wrażenia. Wzdłuż pleców i 
pośladków  Ruth  biegły  długie  czerwone  i  niebieskie  pręgi.  Na  skórze  widniało  mnóstwo 
pęcherzy  i  świeżych  blizn.  W  jaki  sposób  się  tu  znalazły?  Co  Samuel  z  nią  zrobił?  Czy 
rzeczywiście było tak źle, że bił Ruth pasem? Mali stała jak oniemiała, czując, jak wzbierają 
w niej mdłości. 

-  O  Boże,  to  nie  może  być  prawda  -  szepnęła  przerażona.  -  Nawet  on  nie  byłby  chyba 

zdolny do czegoś... 

-  Samuel  ją  bił,  mamo!  -  głos  Dorbet  brzmiał  ochryple  ze  złości  i  rozpaczy.  -  On...  O 

Boże, co za łajdak! On ją katował! 

Mali nie odezwała się. Przełknęła ślinę, prowadząc myjkę wzdłuż posiniaczonych pleców. 

Serce  jej  krwawiło.  Również  to  cierpienie  Ruth  zdecydowała  się  dźwigać  sama.  Dlaczego? 
Dlaczego nie powiedziała im, że... 

Może miało to jakiś związek z Marileną, przyszło jej do głowy. Pamiętała sytuację, kiedy 

Samuel  z  drwiną  w  głosie  twierdził,  że  Ruth  nigdy  nie  odważy  się  nikomu  poskarżyć. 
Opowiadał,  że  wszyscy  we  wsi  wiedzą,  że  jest  nerwowo  chora  i  właściwie  wcale  się  nie 
nadaje, by mieć dzieci. Tak właśnie powiedział! Czyżby udało mu się zastraszyć Ruth, żeby 
nie próbowała rozpowiadać, jaki naprawdę jest, ponieważ nikt i tak jej nie uwierzy? Czyżby 
udało  mu  się  ją  przekonać,  że  każdy  przyjmie  jej  słowa  z  politowaniem,  a  da  wiarę  tylko 
jemu? Tak, na pewno tak było. Ruth milczała ze strachu, że ją zamkną w zakładzie i zabiorą 
Marilenę. O Boże! O Boże! 

Nienawiść  ogarnęła  Mali  niczym  ogromna  fala.  Miała  trudności  z  oddychaniem,  złapała 

się za piersi. Powoli kończyła myć Ruth. Osunęła się na kolana obok zmarłej córki, położyła 
ciepłą dłoń na jej zimnym brzuchu. 

-  Mamo... 
Dorbet dotknęła jej ostrożnie, w jej głosie brzmiał strach. Mali podniosła głowę. Napotkała 

spojrzenie najmłodszej córki. 

-  Nie martw się o mnie, Dorbet. Ja tylko... Tak bardzo nienawidzę, że mogłabym umrzeć - 

szepnęła ochryple. - Ponieważ Samuel... on... on... 

Dorbet popatrzyła na matkę czarnymi, pytającymi oczyma. 
-  Tak,  Samuel  znęcał  się  nad  Ruth  -  dokończyła  Mali.  -  Musiało  to  trwać  długi  czas. 

Zauważyłam kiedyś, że Ruth nagle sztywnieje, kiedy ją objęłam. Nie rozumiałam dlaczego, a 
kiedy spytałam... nigdy się nie przyznała. Teraz rozumiem, że była obolała. Nie miała jednak 
odwagi mi o tym powiedzieć... 

Mali powoli przesunęła ręką po brzuchu Ruth. 
-  Zawsze  miała  jakieś  wytłumaczenie,  więc  ja...  ja  nic  z  tym  nie  zrobiłam.  Ale  czegoś 

takiego  jak  to,  co  teraz  zobaczyłam,  za  żadne  skarby  bym  się  nie  domyśliła  -  dodała.  -  Nie 
podejrzewałam nawet, że on mógłby... 

Nagle  wyprostowała  plecy  i  przyjrzała  się  brzuchowi  Ruth.  Nie  zwróciła  na  to  uwagi 

wcześniej,  kiedy  bezwiednie  przesuwała  po  nim  dłonią,  ale...  Powoli  wstała  i  z  góry 
popatrzyła na martwe ciało córki. 

-  Ruth  spodziewała  się  dziecka  -  wykrztusiła  zduszonym  głosem.  -  Już  się  nawet  trochę 

zaokrągliła. O tym też mi nie powiedziała. Nie wiedziałam... 

Mali musiała się oprzeć o ścianę, żeby nie upaść. Przed oczami wirowały jej czarne plamy. 

background image

-  O  Boże,  ileż  ona  musiała  sama  dźwigać,  moja  biedna  córka!  Nie  mogła  pewnie  znieść 

myśli o tym, że wyda na świat kolejne życie zdane na takiego ojca. Samuel nie znosił dzieci. 
Ich płaczu... 

W  jednej  chwili  Mali  zrozumiała,  co  takiego  mogło  sprowokować  Ruth.  Co  sprawiło,  że 

wbiła nóż w plecy swego męża. Może podniósł rękę również na Marilenę? Może ją uderzył! 
Tego Ruth nigdy by nie  zniosła, za Marilenę oddałaby życie! A wczoraj... Ruth przyszła do 
Stornes na domowy  chrzest Małej Mali,  a Samuel został sam z Marileną  na Wzgórzu. Ruth 
musiała coś zauważyć po powrocie do domu... 

W końcu jakby  wszystkie części układanki ułożyły się w logiczną całość. Wreszcie Mali 

zrozumiała. Jednak zabrało jej to zbyt wiele czasu. Teraz było już za późno. W każdym razie 
za późno, by uratować Ruth. 

Usiadła  na  krześle  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Smutek,  nienawiść  i  uczucie,  że  zawiodła 

córkę, odebrały jej resztkę sił. Rozpłakała się. 

-  Ale,  mamo...  -  Dorbet  w  jednej  chwili  znalazła  się  przy  niej  i  objęła  ją  ramieniem.  - 

Mamo, przecież nie mogłaś wiedzieć. .. 

-  Tak, jednak miałaś rację, przez cały czas byłam ślepa - łkała Mali. - Ja... ja, jej rodzona 

matka... Dlaczego nie mogłam uwierzyć... 

-  Już jest za późno - stwierdziła cicho Dorbet. 
-  Tak, jest za późno - przyznała Mali i otarła twarz mokrą od łez. - Powiem ci coś, czego 

w żadnym wypadku nie wolno ci nikomu powtórzyć. Obiecujesz? 

Dorbet niepewnie skinęła głową. 
-  Nigdy  nie  wolno  ci  komukolwiek  powiedzieć  o  tym,  co  tu  razem  odkryłyśmy.  To  nie 

pomoże  Ruth.  Myślę  zresztą,  że  i  tak  większość  ludzi  prędzej  czy  później  zrozumie,  jakim 
człowiekiem  był  misjonarz.  Że  był...  że  był  zdolny  do  wszystkiego  -  rzekła  ochrypłym 
głosem. - Co się stało z Guro z Oppstad? Czy to prawda, że Samuel stosował przemoc wobec 
niej i innych? Obawiam się, że wyrządził jeszcze wiele złego, o czym nawet nie mam pojęcia 
- jęknęła zbolała. - Powinnam więc była zrozumieć. .. 

Wzięła  Dorbet  za  obie  ręce  i  lekko  przyciągnęła  ku  sobie,  tak  że  Dorbet  uklęknęła 

naprzeciw matki. 

-  Samuel nie spadł ze schodów - szepnęła, patrząc córce prosto w oczy. - Ruth wbiła mu w 

plecy duży kuchenny nóż do chleba. 

Dorbet zrobiła wielkie oczy. Odsunęła się od Mali. 
-  Czy ona... zabiła go? 
-  Tak. 
-  Ale dlaczego... jak to...? 
-  Być może zaskoczyła go, kiedy bił Marilenę - odparła Mali. - Nie wiem, ale to jedyne, 

co  mi  przychodzi  do  głowy,  a  co  mogło  popchnąć  Ruth  do  morderstwa.  Wszystko  była  w 
stanie znosić w milczeniu, ale nie to. Pewnie nie mogła darować Samuelowi, że podniósł rękę 
na dziecko. 

Na  chwilę  w  sypialni  zapanowała  cisza.  Złocista  smuga  światła  wstającego  dnia  znalazła 

przez okna drogę do środka sypialni i musnęła pośpiesznie i miękko martwe ciało Ruth. 

-  To ja powinnam go zabić! - rozpłakała się Dorbet. - Gdybym to zrobiła, Ruth pewnie by 

teraz żyła. 

-  A  ty  wylądowałabyś  w  więzieniu  -  dokończyła  Mali.  -  To  w  niczym  by  nie  pomogło. 

Twój ojciec też miał ochotę zabić tego drania. Ale... 

-  Jeżeli się wyda, że ona... 
-  Nigdy  się  nie  wyda,  Dorbet  -  przerwała  jej  Mali  cicho  i  położyła  palec  na  ustach.  - 

Havard  porozmawia  z  lensmanem  i  postara  się  go  przekonać,  by  zachował  w  tajemnicy 
prawdziwą przyczynę śmierci misjonarza. By zgodził się zapisać w raporcie, że Samuel spadł 
ze  schodów  i  skręcił  kark,  że  to  po  prostu  był  nieszczęśliwy  wypadek.  Ruth  nie  może 

background image

pozostać  w  ludzkiej  pamięci  jako  morderczyni  -  dodała  stanowczo.  -  I  dlatego  nikomu, 
absolutnie nikomu, nie możesz wyjawić prawdy. 

-  Ale czy lensman się zgodzi? 
-  Nie wiem, Dorbet - przyznała Mali. - Ale mam nadzieję i wierzę, że tak. Jeżeli nie, to nie 

ma sprawiedliwości na tym świecie. 

Dorbet  spojrzała  na  martwą  siostrę.  Po  jej  policzkach  wolno  spływały  łzy,  które  otarła 

rękawem sukni. 

-  Nikomu nie powiem ani słowa - obiecała. - Nigdy. 
 
Już  dawno  uporały  się  z  przygotowaniem  Ruth,  a  Havard  wciąż  nie  wracał  ze  Wzgórza, 

dokąd poszedł z lensmanem. Mali ciągle podchodziła do okna w salonie i spoglądała w tamtą 
stronę,  lecz  nikogo  nie  widziała.  A  jeśli  lensman  się  nie  zgodził  zataić  prawdy?  Właściwie 
miał  obowiązek  spisać  raport  zgodnie  z  tym,  jak  naprawdę  było,  pomyślała  Mali 
zaniepokojona.  Ma  przecież  przełożonych,  względem  których  musi  być  uczciwy.  Trzeba 
będzie  jakoś  z  tym  żyć.  Racja,  Ruth  zabiła  męża,  nie  można  tego  usprawiedliwić.  Jednak 
mimo to Mali nie potrafiła myśleć o córce jak o morderczyni. W pamięci przesuwały się jej 
obrazy  Ruth  -  uśmiechniętej,  radosnej  dziewczynki  obejmującej  owcę;  zawsze  kochała 
zwierzęta. Albo na przykład z kwiatami w rękach lub w jaskrawożółtym wianku z mleczy na 
głowie.  Albo  na  hali,  w  otoczeniu  krów  i  owiec.  Uśmiechającej  się.  Zawsze  uśmiechniętej, 
pomyślała Mali, czując, jak zapiekło ją w piersi. Ale Ruth, trzeba to przyznać, miała też swoje 
trudne  chwile.  Kłopoty  nadeszły,  kiedy  zaczęła  się  zastanawiać  nad  sensem  życia,  zanim 
wiara  w  Boga  nie  przywróciła  jej  wewnętrznego  spokoju.  Odzyskała  radość  życia,  ale 
pozostała niezwykle wrażliwa i łatwo ją było zranić. 

Wyrosła  na  dziewczynę  uprzejmą  i  troskliwą  i  mogło  ją  w  życiu  spotkać  wiele  dobrego. 

No i pojawił się Samuel. Wtedy zaczęło się piekło. Ruth, niewinna i naiwna, nie była w stanie 
dostrzec  fałszu  za  gładką  fasadą  i  pięknymi  słowami  misjonarza.  Wręcz  przeciwnie, 
traktowała  Samuela  jak  dar  od  Boga.  To  sprowadziło  na  nią  nieszczęście  i  śmierć.  Nawet 
rodzina, która kochała ją ponad wszystko, nie zdołała temu zapobiec. Mali przycisnęła dłonie 
do palącego brzucha i znowu zerknęła przez okno. 

Havard  szedł  sam.  Poczuła,  jak  mocno  zabiło  jej  serce.  Wypadła  na  korytarz,  schwyciła 

szal, owinęła się nim i wybiegła mężowi na spotkanie. 

-  Jak poszło? - spytała bez tchu.  
Havard otoczył ją ramieniem i przytulił. 
-  Dobrze  -  odparł.  -  Opowiedziałem  lensmanowi,  jak  wyglądało  życie  w  tym  domu.  Jak 

Samuel traktował ludzi. Sądzę, że lensman wcześniej wiedział już co nieco. Wiesz, plotki się 
szybko rozchodzą i zapewne dotarły również do niego. 

Odchrząknął, zanim mógł mówić dalej. Przełknął ciężko ślinę. 
-  Poza  tym  pamiętał  Ruth...  pamiętał  Ruth  jako  jaśniejący  promyczek,  jak  się  wyraził.  I 

chociaż nikt z nas nie wie, co doprowadziło Ruth do tej zbrodni, zgodził się, by potraktować 
ś

mierć  Samuela  jako  nieszczęśliwy  wypadek.  Ale  to  musi  pozostać  między  nami  -  dodał 

Havard zachrypniętym  głosem. - Nigdy nie może wyjść na jaw,  co naprawdę wydarzyło się 
na Wzgórzu. 

Mali odetchnęła z ulgą i poczuła, jak robi się jej ciepło. Pomyślała o Ruth, która leżała na 

górze  w  sypialni,  taka  piękna,  w  ślicznej  koszuli  nocnej  i  z  włosami  rozlewającymi  się  na 
poduszce. Nikt nie nazwie Ruth morderczynią - to jakaś pociecha w całym smutku. 

-  Gdyby lensman nie zgodził się milczeć, powinien ją zobaczyć - szepnęła Mali. - Ruth ma 

całe plecy i pośladki w sińcach. Ten drań Samuel ją bił, Havardzie! 

Havard zatrzymał się, jak rażony piorunem, i spojrzał na Mali ze zdumieniem. 
-  Bił ją? 

background image

-  Tak - przyznała Mali cicho. - Ślady wyglądają tak, jak  gdyby używał  pasa, i to nieraz. 

Ileż to nasze dziecko musiało znosić... 

-    Jacy  z  nas  rodzice,  że  nie  widzieliśmy  cierpienia  Ruth?  Podejrzewałem,  że  w  jej 

małżeństwie dzieje się coś złego, ale że Samuel odważy się ją tknąć... 

-  Kto mógłby przypuszczać, Havardzie! Żaden normalny człowiek tak nie postępuje, a w 

dodatku Samuel był misjonarzem. .. 

-  To  czart  w  ludzkiej  skórze  ten  Samuel  Langmo  -  wykrztusił  Havard.  -  Oby  się  po 

wieczność smażył w piekle! 

-  Nie możemy się przyznać przed ludźmi, że znęcał się nad Ruth - Mali ścisnęła Havarda 

za rękę. - Dorbet widziała siniaki, więc powiedziałam jej, że Ruth zabiła Samuela. Oja i Sivert 
również  muszą  poznać  prawdę.  Zgodziliśmy  się  co  do  tego,  że  dzieci  powinny  dowiedzieć 
się, jak było. Ale inni... Niech sobie ludzie myślą, co chcą. 

Odwróciła się, słysząc wóz lensmana podjeżdżający do dworu. 
-  A jednak przyjechał tu? - spytała przestraszona. 
-  Zabierze tylko Samuela i trumnę, mamy dwie gotowe w stodole. Lensman weźmie jedną 

i w ten sposób pozbędziemy się Smuela Langmo na dobre. 

-  Ale kto zadzwoni do Berkak i powie... 
-  Lensman  -  odparł  Havard.  -  Wyjaśni,  że  Samuel  zginął  w  wypadku  i  uznaliśmy,  że 

najlepiej będzie, jeśli zostanie pochowany w swej parafii. 

-  Zaczną się dziwić, dlaczego nie my... 
-  Nie sądzę - uspokoił ją Havard. - Myślę, że niektórzy dobrze wiedzą, jakim człowiekiem 

był  misjonarz.  I  jeżeli  tego  do  tej  pory  nie  zrozumieli,  to  teraz  zrozumieją,  że  nie  chcemy 
mieć z nim już nic wspólnego. Mimo że był naszym zięciem - dodał. 

-  A  jeśli  oni...  -  Mali spojrzała  na  Havarda  wielkimi  oczami.  -  Przecież zobaczą  ranę  po 

nożu na jego plecach. 

-  Rozmawiałem  i  o  tym  z  lensmanem.  Samuel  zostanie  przygotowany  do  pogrzebu  w 

Surnadalen,  zanim  przekażemy  trumnę.  Obiecałem  lensmanowi,  że  się  tym  zajmę  i 
przypilnuję,  by  nikt  inny  nie  oglądał  ciała.  Przebierzemy  go,  umyjemy  i  nadamy  pogodny 
wyraz  twarzy.  W  ten  sposób  nikt  nie  będzie  się  niczego  doszukiwał,  gdy  ciało  dotrze  do 
Berkak. Poza tym od razu pewnie zacznie się czuwanie przy zwłokach i wszyscy się skupią 
na modlitwie. 

Mali  poczuła  w  duszy  niejasny  niepokój.  A  jeżeli  ktoś...  Jednak  nikt  chyba  nie  będzie 

ruszał ciała przygotowanego do pogrzebu? Z drżeniem wciągnęła powietrze. 

-  Pójdę na górę - rzekła. - Wolałabym nie spotkać się z lensmanem, ale podziękuj mu ode 

mnie. Powiedz mu, że nigdy nie zapomnę mu tego, co teraz dla nas zrobił. 

-  Nie zgodziłby się na zatuszowanie zbrodni, gdyby nie uważał tego za słuszne - stwierdził 

Havard  i  przytulił  Mali.  -  Jest  jednym  z  tych,  którzy  nie  przeceniali  misjonarza.  Wiesz, 
lensman potrafi przejrzeć innych na wskroś, ma to we krwi - dodał. - Poza tym powiedział mi 
w  cztery  oczy,  że  wie  o  innych  sprawkach  tego  obłudnika.  Ponoć  nie  tylko  Guro  zaszła  w 
ciążę  z  Samuelem  podczas  tutejszych  spotkań  rekolekcyjnych.  Mali  spojrzała  na  Havarda 
przerażona. 

-  Nie  wiedziałam,  że  to z  nim  Guro  z  Oppstad  jest  w  ciąży  -  szepnęła.  -  Nigdy  bym  nie 

uwierzyła, że... A jest ich jeszcze więcej! A więc wszystkie te plotki to prawda... 

-  Wiesz,  że  nie  słucham  plotek  -  mruknął  Havard  ze  złością.  -  Ale  jedno  jest  pewne: 

wszystko, co mówią o występkach Samuela, możesz uznać za prawdę. A nawet jeśli dodasz 
co nieco, nie zrobisz krzywdy temu człowiekowi! 

-  Co  powiemy  ludziom,  kiedy  przyjdą  na  czuwanie  przy  zwłokach?  -  spytała  Mali 

zrozpaczona. - Będą pytać... 

-  Powiemy,  że  zdarzył  się  wypadek,  przecież  to  był  wypadek,  Mali!  Reszty  mogą  się 

domyślać. Wielu z nich widziało, jak Ruth ostatnio wyglądała. Zrozumieją... 

background image

-  A co sobie o nas pomyślą, skoro nic nie uczyniliśmy... 
-  Niech  sobie  myślą,  co  chcą  -  rzucił  Havard  ochryple.  -  Musimy  przyznać  się  do  winy, 

Mali, i dźwigać to brzemię. 

Havard nie musiał wcześniej dźwigać zbyt wielkiego ciężaru, pomyślała Mali, więc może 

poradzi sobie z tym, który teraz spadł mu na barki. Ale ona... czy ona sobie poradzi? 

Powoli puściła rękę męża, szczelniej otuliła się szalem i ze spuszczoną głową i skulonymi 

ramionami ruszyła w stronę domu. Jak gdyby brzemię już było dla niej za ciężkie. 

 
ROZDZIAŁ 5. 
  
Salon  został  udekorowany,  zapalono  wszystkie  lampy  i  we  wszystkich  świecznikach 

zapłonęły  świece.  Na  środku  na  dwóch  belkach  stała  trumna  z  ciałem.  Rodzina  urządziła 
własne, ciche pożegnanie Ruth przed przybyciem gości. Zostali sami w salonie. Mali wysłała 
służbę  do  domu  babci,  gdzie  Ane  również  zajęła  się  Marileną.  Dziewczynka  gaworzyła  i 
uśmiechała się jak zawsze. Dobrze, że jeszcze jest taka mała, myślała Mali wiele razy w ciągu 
dnia.  Dobrze,  że  niewiele  jeszcze  rozumie. Jednak  wkrótce  zorientuje  się,  że  nie  ma  mamy. 
Mali nie wątpiła w to. Jeżeli nie wcześniej, to na pewno w nocy, kiedy się obudzi, a Ruth się 
nie pojawi ze swym łagodnym głosem i czułymi rękami. Zapach matki i miłość matki - czy 
ktokolwiek  zdoła  zastąpić  je  Marilenie?  Nigdy  całkowicie,  ale  trzeba  przynajmniej  się 
postarać,  pomyślała  Mali,  aby  jak  najlepiej  wychować  to  biedactwo  i  zapewnić  mu  jak 
najlepsze  warunki.  Herborg  nalegała,  by  być  na  rodzinnym  czuwaniu,  choćby  przez  chwilę. 
Mali nie zgodziła się. 

-  Nie ma mowy - rzuciła krótko. - Urodziłaś dopiero wczoraj wieczorem, w dodatku nie 

jesteś całkiem zdrowa... 

-  Nie odmawiaj jej, mamo - ujął się Oja za żonę. - Herborg również musi się pożegnać z 

Ruth.  Nie  zostanie  długo  i  przypilnuję,  żeby  ciepło  się  ubrała.  Ale  powinna  być,  potrzebuje 
tego - nie ustępował. 

I  tak  się  stało.  Rodzina  zebrała  się  wokół  otwartej  trumny,  wszyscy  stanęli  blisko  siebie, 

ramię  przy  ramieniu.  Dorbet  i  Herborg  cicho  płakały.  Oja  otoczył  żonę  ramieniem  i  mocno 
przytulił. Od chwili, kiedy dowiedział się o maltretowaniu Ruth i o tym,  że siostra odebrała 
ż

ycie Samuelowi, jego twarz wydawała się niczym wyciosana z kamienia. 

-  To  ja  powinienem  go  zabić!  -  wyszeptał  zduszonym  głosem,  kiedy  Havard  mu  o  tym 

powiedział. - To ja powinienem... 

-  Ja też wiele razy o tym myślałem, że powinienem był wcześniej uwolnić Ruth od tego 

diabła - odparł Havard cicho i położył mu rękę na ramieniu. - Ale to ona popełniła zbrodnię. 
Trzymała nas z dala od swoich spraw, Oja, to był jej wybór i powinniśmy to uszanować. Była 
dorosła. 

-  Ale była też moją siostrą - łkał Oja. - I tak bardzo cierpiała! Po tej rozmowie Oja spędzał 

większość  czasu  na  górze  z  żoną  i  dzieckiem.  Zeszli  razem  tuż  przed  rozpoczęciem 
umówionej pory czuwania przy zwłokach w wąskim kręgu rodziny. 

-  Ruth spoczywa teraz w spokoju - odezwała się Mali. 
-  Ale dlaczego musiała umrzeć, żeby odnaleźć ten spokój? - płakała Dorbet. - Ona, która 

miała Marilenę i... 

Havard przeczytał fragment Pieśni nad Pieśniami o wędrówce po zielonych pastwiskach i 

gaszeniu pragnienia czystą wodą. O życiu i śmierci. Na koniec zniżonymi głosami odmówili 
Ojcze nasz i Wieczny odpoczynek. 

Herborg  z  płaczem  wyszła  z  salonu.  Oja  odprowadził  ją,  wspierając  ramieniem.  Mali, 

pogrążona  w  smutku  po  śmierci  córki,  martwiła  się  również  o  synową.  Oby  silny  wstrząs, 
którego  na  pewno  doznała  w  związku  z  tragedią  na  Wzgórzu,  nie  pogorszył  jej  stanu, 
pomyślała.  Herborg  i  maleństwo  muszą  być  zdrowi,  to  ważne  dla  nich  wszystkich,  ale 

background image

najbardziej dla Oi, który bardzo przeżył samobójstwo Ruth. Tak, Oja nie jest już tym dawnym 
burkliwym,  niemiłym  i  zamkniętym  w  sobie  chłopcem,  uświadomiła  sobie  nagle  Mali. 
Wyrósł  na  silnego,  pełnego  ciepła,  dojrzałego  mężczyznę,  który  nie  wstydzi  się  okazywać 
uczuć.  Może  to,  że  odważył  się  płakać,  pomoże  mu  przebrnąć  przez  te  trudne  dni.  Na 
szczęście ma u swego boku Herborg i córeczkę, które będą dla niego podporą. 

„Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi", zwykła mawiać babcia. Tak właśnie było ostatniej doby 

w Stornes. Herborg dała życie nowemu potomkowi, a Ruth opuściła ich na zawsze. „Takie są 
koleje życia", stwierdzają ludzie lakonicznie, gdy tracą kogoś bliskiego, ale Mali nie umiała 
tego tak traktować. Zwłaszcza gdy umierał ktoś młody i gdy ginął w tak potworny sposób, jak 
to się stało z Ruth. 

  
Zapadał już zmierzch, kiedy  wozy  jeden za drugim zaczęły zajeżdżać na  dziedziniec. Na 

kładce  przed  progiem  ułożono  świeże  sosnowe  gałęzie.  Dwie  parafinowe  lampy  rzucały 
chybotliwe światło na poważne twarze gości, którzy kolejno zatrzymywali się przed wejściem 
i otrzepywali śnieg z butów, zanim weszli do środka. 

Pierwsi  pojawili  się  Sigrid  i  Bengt.  Sigrid  w  milczeniu  otworzyła  ramiona  i  mocno 

uścisnęła Mali. Obie się rozpłakały. 

-  Nie mogę uwierzyć, że to prawda - szepnęła Sigrid przy policzku Mali. - Jak mogło do 

tego dojść? 

-  My...  sama  tego  nie  pojmuję  -  płakała  Mali.  -  Zdawaliśmy  sobie  sprawę,  że  Ruth  i 

Samuel nie byli ze sobą szczęśliwi, ale... Wiesz, tyle krążyło plotek... 

Mali ciężko oparła głowę na ramieniu Sigrid. 
-  Powinniśmy jej jakoś pomóc - szlochała. - Zawiedliśmy naszą Ruth, Sigrid! 
-  Nie  masz  racji,  zawsze  staliście  przy  niej,  Mali  -  zaprotestowała  Sigrid.  -  Ile  razy 

staraliście  się  ją  przekonać,  że  Samuel  być  może  naprawdę  jest  zupełnie  inny,  niż  jej  się 
wydawało, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, gdy pojawił się w naszej wsi i w Stornes? Ale 
Ruth nie chciała was słuchać. Pamiętaj, była już dorosła. Można dawać rady i pomagać, ale 
nie sposób dokonywać  wyborów za swoje dzieci, Mali. Ani przeżyć za  nie życia. Po prostu 
tak jest. 

Mali stała przytulona do Sigrid i czuła, że te słowa dodały jej otuchy. Wiedziała, że żal i 

wyrzuty sumienia będą ją dręczyć do końca życia, mimo to musiała przyznać, że w słowach 
Sigrid było wiele racji. W tej chwili podziałały kojąco. 

Zaraz potem przyjechali Helga i Kristen, bladzi i milczący. 
-  Nie wiem, co powiedzieć - rozpłakała się Helga i spojrzała na Ruth, leżącą w trumnie. - 

Nie pojmuję, jak... - szepnęła, obejmując Mali. 

-  Nie, nawet my we dworze tego nie wiemy - odparła Mali. 
-  I misjonarz też... 
-  Tak,  nie  mamy  pojęcia,  jak  mogło  do  tego  dojść,  ale  pewnie  spadł  ze  schodów.  W 

każdym razie lensman tak twierdzi. 

-  To  straszne,  co  was  spotkało  -  rzekła  Helga  ze  współczuciem.  -  Gdybyśmy  mogli  w 

czymś pomóc, Mali... 

-  Dziękuję  -  skinęła  Mali  głową.  -  Ale,  rozumiesz,  musimy  sobie  jakoś  poradzić.  Jakoś 

musimy - dodała cicho. 

Dorbet podeszła do Oli, kiedy przyjechali goście z Granvold, poważni i skupieni. W takiej 

chwili  nawet  Marit  Granvold  była  milcząca.  Przystanęła  przy  trumnie  Ruth  i  przez  moment 
przyglądała się zmarłej, po czym wyciągnęła ręce do Mali i Havarda. 

-  To niepojęte - rzekła cicho. - Całkiem niepojęte. I Samuel też. Co się stało?... 
-  Nikt tego nie wie - odparł Havard poważnie. - Wierz mi, to dla nas prawdziwy wstrząs. 
-  Bardzo wam współczuję - szepnęła Marit ze łzami w oczach. - Bardzo wam wszystkim 

współczuję! 

background image

Niewielu z gości wiedziało, że poprzedniego wieczoru urodziła się we dworze dziedziczka. 

Jednak  Mali  zauważyła,  że  niektórzy  ściskali  Oi  dłonie  i  pozwalali  sobie  na  przelotny, 
nieznaczny  uśmiech.  Pewnie  gratulują  mu  potomka,  pomyślała,  bo  jakimś  cudem  dotarła 
jednak do nich wieść o radosnym wydarzeniu w Stornes. Sama jednak nie była w stanie tego 
teraz ogłosić. Ten wieczór należał do Ruth. Narodziny córeczki Herborg i Oi będą świętować 
po pogrzebie. 

Nagle  przy  drzwiach  do  salonu  powstało  niewielkie  zamieszanie.  Mali  rzuciła  szybkie 

spojrzenie ponad  ramieniem Marit i zauważyła,  że do środka przeciska się Ola Havard.  Nie 
zdążył się nawet rozebrać. Laura usiłowała go zatrzymać. 

-  Poczekaj, Ola Havardzie! - rzuciła półgłosem. - Zdejmij najpierw... 
Mali zrobiło się słabo. Spodziewała się co prawda gości z Oppstad, ale nie tego, że Laura 

też przyjedzie... 

Ogarnęła  ją  taka  złość,  że  aż  trzęsły  się  jej  ręce.  Ta  czarownica  nawet  takiej  chwili  nie 

potrafiła uszanować i musiała się tu przypałętać! Ola Havard wyrwał się z objęć matki, rzucił 
Havardowi  w  ramiona  i  rozpłakał  się  w  głos.  Havard  wziął  go  na  ręce,  podszedł  do  sofy, 
usiadł  na  niej  z  chłopcem  na  kolanach  i  zaczął  mu  zdejmować  wierzchnie  okrycie.  Mali 
podeszła do nich, przykucnęła obok i pogładziła Olę Havarda po czuprynie. 

-  Ruth  -  płakał  malec.  -  Mama  mówi,  że  Ruth...  Ciekawe,  co  takiego  powiedziała  mu 

Laura, zastanowiła się Mali. Z nią nigdy nic nie wiadomo. 

Havard gładził syna powoli po plecach. Jego oczy zaszkliły się łzami. 
-  Tak,  Ruth  nie  żyje  -  wyznał  cicho  nad  potarganą  głową  chłopca.  -  Ale  teraz  już  nie 

cierpi. 

-  Ale dlaczego... 
-  Nie wiemy, Ola Havardzie. 
Chłopiec uniósł zapłakaną buzię i spojrzał na Havarda. 
-  A co będzie z Marileną... 
Mali wzięła go za rękę i popatrzyła mu w oczy. 
-  Zaopiekujemy się Marileną - rzekła cicho. - Nie zostanie sama. 
Przez  chwilę  Ola  Havard  siedział  w  milczeniu,  patrząc  przed  siebie.  Od  czasu  do  czasu 

szloch wstrząsał jego szczupłym ciałem. 

-  Będę się nią opiekował - zdecydował nagle. - Zawsze będę pilnował Marileny. Ona mnie 

zna - dodał i popatrzył na Mali. Na jego ciemnych rzęsach lśniły łzy. 

-  Na  pewno  -  przytaknęła  Mali  i  pogładziła  chłopca  po  mokrym  policzku.  -  Będzie  się 

czuła dobrze i bezpiecznie, gdy ty będziesz się nią zajmował. A kiedy przyjedzie Johannes... 

-  Będzie Johannes?! 
-  Tak, przyjedzie pod koniec tygodnia. 
-  Wtedy razem będziemy mogli jej pilnować, Johannes i ja. Ale kiedy go tutaj nie ma, to 

ja... - jego wzrok zatrzymał się na trumnie. 

Malec zaczął się trząść. Mali i Havard wymienili spojrzenia. 
-  Możesz teraz pożegnać się z Ruth, Ola Havardzie - rzekł Havard ciepło i wziął syna za 

rękę. 

Malec  cofnął  się,  a  jego  oczy  zrobiły  się  czarne  ze  strachu.  Mali  chwyciła  go  za  drugą 

rękę. 

-   To  nic  groźnego  -  przemówiła  cicho.  -  Ruth  nic  nie  boli.  Teraz  wszyscy  się  z  nią 

pożegnamy, a potem... 

-  A potem będzie aniołkiem? - spytał szeptem. 
-  Tak - skinął głową Havard. - Dużym, pięknym aniołem, który będzie czuwał nad nami, 

nad wszystkimi, których kochała. 

-  Nade mną też? 
-  Nad tobą również, Ola Havardzie. Ruth bardzo cię kochała. 

background image

Malec niechętnie podszedł za Mali i Havardem do trumny. Uważnie przyjrzał się leżącej w 

niej Ruth. 

-  Ona śpi - szepnął zdumiony. - Ona tylko śpi. 
Gdyby tak było, westchnęła Mali w duchu, czując w piersi ukłucie bólu. Gdyby ktoś mógł 

obudzić Ruth, żeby mogli zacząć wszystko od nowa. Ale to niemożliwe. Ani Ruth, ani oni nie 
dostaną drugiej szansy. Bóg dał człowiekowi prawo wyboru, pomyślała Mali ze smutkiem. A 
Ruth wybrała śmierć. 

-  Mali i Havardzie... 
Mali drgnęła wyrwana z zamyślenia. Przed nimi stała Laura. Jedną rękę położyła lekko na 

ramieniu  Mali,  lecz  wzrokiem  przykuwała  Havarda.  Potem  niespodziewanie  zarzuciła  mu 
ramiona na szyję i uścisnęła go. 

-   Moje  kondolencje  -  rzekła  z  błyszczącymi  oczami  i  jeszcze  mocniej  przywarła  do 

Havarda. - Biedacy. 

Havard  uwolnił  się  szybko  i  zdecydowanie  z  uścisku  Laury  i  cofnął  o  krok.  Jego  oczy 

pociemniały. Nie odpowiedział, tylko wziął Olę Havarda za rękę i wrócił z nim na sofę. 

-  Pomyślałam, że przyjdę - zwróciła się Laura do Mali. - Czułam, że powinnam. 
-  Na pewno - odparła Mali i utkwiła w niej czarne spojrzenie. - Na pewno. 
Nikolai  przewodził  śpiewaniu  psalmów  i  odczytał  tekst  z  Biblii.  Nawet  słowem  nie 

wspomniał,  że  Ruth  popełniła  samobójstwo  oraz  że  misjonarz  też  nie  żyje.  Mali  uprzedziła 
go, żeby nie mówił o Samuelu. Zresztą Nikolai sam zdecydował, że nie powie nic o tym, w 
jaki sposób zmarła Ruth, ani o śmierci Samuela, którego nikt z zebranych nie darzył sympatią. 
Jednak  Mali  zdawała  sobie  sprawę,  że  do  zebranych  tu  gości  dotarły  już  najnowsze  plotki, 
tylko się z tym nie zdradzali. 

-    Wszyscy,  którzy  się  zgromadziliśmy  w  tym  salonie,  znaliśmy  Ruth  -  zaczął  Nikolai 

cicho. - Zawsze myślę o niej jak o górskim kwiecie. Ponieważ w pewnym sensie należała do 
Boga  i  natury.  Taką  ją  pamiętam.  Ale  nawet  silne  kwiaty  czasem  giną  podczas  zimowej 
zawieruchy.  Nie  potrafimy  doszukać  się  w  tym  sensu,  ale  Bóg  we  wszystkim  ma  jakiś  cel. 
Wiemy o tym, choć w tej bolesnej chwili trudno nam to zrozumieć. Ruth odpoczywa teraz w 
pokoju. Natomiast ci, którzy zostali, muszą zmagać się ze smutkiem i tęsknotą. Jednak Bóg 
pragnie być teraz blisko was. Obiecał to, tak przeczytaliśmy w Biblii. 

Mali stała przytulona do Havarda. Nie spuszczała wzroku z Ruth. Ola Havard miał rację - 

wyglądała,  jakby  spała.  Jednak  Ruth  odeszła  na  zawsze.  Nigdy  już  nie  przebiegnie 
roześmiana  przez  dziedziniec  z  włosami  rozwianymi  na  letnim  wietrze,  z  rękami  pełnymi 
kwiatów.  Nigdy  już,  siedząc  w  milczeniu,  nie  poklepie  kota  czułymi,  delikatnymi  dłońmi, 
nigdy już nie spojrzy na nich swym pogodnym wzrokiem. 

Taka była, zanim związała się z Samuelem, pomyślała Mali z żalem. Misjonarz zabrał im 

córkę. Ruth była taka szczęśliwa, że ma dziecko, kochała je ponad wszystko. Ale nigdy już 
nie poczuje na swej szyi dotyku pulchnych rączek Marileny ani też nie pocieszy jej w swoich 
objęciach  łagodnym  głosem.  Być  może  Ruth  zniosłaby  wszelkie  upokorzenia,  gdyby  była 
bezdzietna, pomyślała Mali. W pewnym sensie Ruth oddała życie za Marilenę i nienarodzone 
dziecko,  które  nosiła  pod  sercem.  Ale  poprowadziła  też  z  sobą  Samuela  na  śmierć.  Ona, 
najłagodniejsza ze wszystkich istot, zabiła drugiego człowieka! Ta myśl ciągle wydawała się 
Mali  niepojęta.  Zaraz  jednak  wytłumaczyła  sobie  w  duchu,  że  Ruth  zrobiła  to,  ponieważ 
pragnęła dla Marileny lepszego życia. Nie chciała, żeby małą wychowywał Samuel - w końcu 
nawet Ruth zrozumiała, że był złym człowiekiem. 

Mali westchnęła ciężko i otarła oczy. Teraz już wiedziała, dlaczego Ruth nie miała odwagi 

porozmawiać o swoim koszmarze. Zobaczyła przed oczami pobite plecy i pośladki i dreszcz 
jej przebiegi po krzyżu. Co jeszcze Samuel wyprawiał z jej córką? Nigdy się tego nie dowie i 
może  tak  będzie  lepiej.  W  każdym  razie  było  już  za  późno,  żeby  ją  ratować.  Teraz  muszą 

background image

zatroszczyć  się  o  los  Marileny,  i  to  jest  najważniejsze.  Ruth  liczyła  na  nich,  że  to  dla  niej 
zrobią, i tym razem jej nie zawiodą. 

Mali  wyprostowała  się,  kiedy  Nikolai  poprosił  Havarda,  by  zamknął  wieko  trumny. 

Havard, blady na twarzy, poruszając się sztywno, wyszedł na środek. Przez krótką chwilę stał 
nad  trumną  i  przyglądał  się  zmarłej  córce.  Potem  zamknął  wieko.  Nie  zdołał  powstrzymać 
płaczu.  Powoli  podeszli  do  niego  Oja,  Bengt  i  Ola  Granvold,  którzy  razem  z  nim  mieli 
zanieść trumnę do stodoły. 

-  Ale jej będzie zimno! 
Zdławiony  płaczem  głos  Oli  Havarda  sprawił,  że  się  zatrzymali.  Chłopiec  wyrwał  się 

matce i podbiegł do Havarda. 

-  Będzie jej zimno, Havardzie - powtórzył. - Możesz ją przykryć kocem? 
-  Rzeczywiście, powinniśmy to zrobić - odparł Havard, zerkając na Mali. 
Skinęła głową, podeszła do sofy i przyniosła leżący tam wełniany koc. 
-  Okryjesz Ruth? - spytała i podała pled Oli Havardowi.  
Chłopiec przytaknął w milczeniu. Niezbyt sobie radził, ale z pomocą Havarda rozłożył koc 

na trumnie. Potem wziął Havarda za rękę. 

-  Idę z wami - rzekł. 
Havard  skinął  bez  słowa.  Dał  znak  pozostałym  mężczyznom  i  razem  unieśli  trumnę  z 

belek. Ruth po raz ostatni opuściła salon w Stornes. 

   
ROZDZIAŁ 6. 
  
Mali  co  chwila  podchodziła  do  okna,  wyglądając  Siverta,  Tordhild  i  Johannesa.  Ale  w 

miarę, jak zapadał zmrok, traciła nadzieję. 

-  Na  pewno  przyjadą,  Mali  -  uspokajał  ją  Havard.  Siedział  obok  i  bezwiednie  wertował 

jakąś gazetę, którą przeglądał już co najmniej ze dwa razy. Mimo to Mali nie była pewna, czy 
zdołał cokolwiek zrozumieć z tego, co czytał. On także był jakby odrętwiały ze smutku i po 
przeżytym szoku. 

-  Żeby tylko im się nic nie stało - wzdychała, nerwowo obgryzając paznokieć. 
-  Na  pewno  dojadą  cało  -  przekonywał  ją  Havard.  -  Ale  to  zwykle  trochę  trwa.  Jest 

niedziela, na wszystko trzeba więcej czasu, i na podróż autobusem, i na znalezienie kogoś, z 
kim będą się mogli zabrać z Surnadalen. 

Mali  przyznała  mu  rację  i  przysiadła  na  brzegu  krzesła.  Bolała  ją  głowa.  Być  może  z 

powodu  braku  snu,  pomyślała  i  ucisnęła  mocno  palcami  czoło  między  oczami.  W  ciągu 
ostatnich  nocy  niewiele  spała.  Było  tak  dużo  do  załatwienia,  a  kiedy  wreszcie  mogła  się 
położyć,  myśli  zaczynały  krążyć  niespokojnie.  I  chociaż  była  tak  śmiertelnie  zmęczona,  że 
bolało ją całe ciało i piekły oczy, długo leżała bezsennie, wpatrując się w sufit. 

Pogrzeb  miał  się  odbyć  we  wtorek.  Mali  zadzwoniła  do  pastora.  Havard,  co  prawda, 

zaofiarował  się,  że  zrobi  to  za  nią,  ale  przekonała  męża,  że  załatwi  sprawę  sama.  Dobrze 
wiedziała,  jak  ma  wyglądać  ceremonia,  jednak  podejrzewała,  że  pastor  będzie  chciał 
odprawić nabożeństwo  według własnych zasad.  Był  wierny  Biblii i ściśle trzymał się Pisma 
Ś

więtego,  ale  nie  rozumiał  ludzi,  którym  miał  udzielać  rad,  gdy  błądzili,  i  których  miał 

pocieszać  w  bólu.  Uważał,  że  albo  żyje  się  tak,  żeby  trafić  do  raju,  albo  zasługuje  się  na 
piekło. Nie uznawał nic pośredniego. Na pewno nie będzie mu łatwo zaakceptować tego, że 
Ruth popełniła samobójstwo, rzucając się do fiordu. Jego zdaniem tylko Bóg decyduje o życiu 
i  śmierci,  człowiek  nie  powinien  tego  rozstrzygać,  niezależnie  od  tego,  jaki  mógłby  mieć 
powód. 

-  Ale  jednak  tak  się  stało,  pastorze  -  przekonywała  Mali  zachrypniętym  głosem.  -    nie 

wolno nam tego osądzać. Ruth sama odpowie przed Panem za swoje czyny. 

-  Tak, tak - mruknął pastor. - Pewnie tak, ale ja... 

background image

-  Zadzwonię znowu, kiedy mój najstarszy syn przyjedzie do domu - przerwała mu Mali. - 

Porozmawiamy wtedy na temat przebiegu uroczystości pogrzebowych w kościele. 

-  Przebiegu uroczystości? 
-  Tak,  Sivert  na  pewno  zagra  na  skrzypcach,  a  najmłodsza  córka  mogłaby  przeczytać 

fragment... 

-  Ale to nie należy do... 
-  Zadzwonię za kilka dni - rzuciła krótko Mali, nie dając pastorowi dokończyć. - Na razie 

dziękuję. 

Odwiesiła  słuchawkę,  oparła  głowę  o  zimną  ścianę  i  rozpłakała  się  ze  smutku,  goryczy  i 

bezsilności. 

  
-  Przyjechali! 
Mali  aż  podskoczyła  wyrwana  z  własnych  myśli,  kiedy  Havard  wstał.  To  Dorbet 

zauważyła  Siverta  z  rodziną  przez  okno.  Odwróciła  się  do  rodziców  i  po  raz  pierwszy  od 
ś

mierci Ruth jej oczy rozbłysły. Ona również wypatrywała Siverta, pomyślała Mali. Wszyscy 

czekali  na  jego  przyjazd,  jakby  wierząc,  że  pomoże  im  przetrwać  najgorsze  chwile.  Darzyli 
go szacunkiem i liczyli się z jego zdaniem, choć Mali nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego. Po 
prostu w miarę upływu lat tak się ułożyło. Sivert potrafił spojrzeć na problemy z dystansu, a 
od  kiedy  się  wyprowadził,  widział  je  z  innej  perspektywy,  pomyślała  Mali.  Z  pewnej 
odległości  wyraźniej  widać  różne  sprawy.  Poza  tym  najstarszy  syn  wyrósł  na  mądrego 
człowieka. Bezpośredniego, trzeba przyznać, ale mądrego. 

-  Nastaw kawę, Ane - poprosiła w drodze na korytarz. -  I przypilnuj, żeby  wędliny i ser 

przyniesiono z chłodni. 

-  Dobrze, oby tylko ktoś zechciał jeść - odparła Ane i westchnęła. 
Nic  dziwnego,  że  narzeka,  pomyślała  Mali.  W  ostatnich  dniach  żaden  z  domowników 

prawie nic nie jadł, niezależnie od tego, co Ane postawiła na stole. 

  
Mali z Havardem, Dorbet i Oja szli przez dziedziniec, rozjaśniony blaskiem księżyca. Mali 

szczelniej  otuliła  się  szalem.  Od  Stortind  wiał  zimny  wiatr.  Drzewa,  ciężkie  od  śniegu  po 
wczorajszych  niespodziewanych  opadach,  wolno  poruszały  się  przy  każdym  podmuchu. 
Niebo  było  pełne  gwiazd.  Mali  odruchowo  odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  fiord.  Księżyc, 
zbliżający  się  do  pełni,  wisiał  nad  górami  po  drugiej  stronie,  a  w  jego  świetle  woda 
połyskiwała niczym ciemny olej. Z dołu dochodziły odgłosy fal uderzających o skały. Nawet 
tu, na dziedzińcu, czuć było zapach słonej wody i morszczynu. Mali wzdrygnęła się. 

Johannes  pierwszy  wygramolił  się  z  wozu.  Mali  uderzyło,  że  bardzo  urósł  od  ostatniej 

wizyty  w  Stornes.  Zaraz  jednak  uświadomiła  sobie,  że  minęło  już  pół  roku  i  że  chłopak 
wszedł w okres największego wzrostu. 

-  Babcia! 
Zarzucił jej ręce na szyję i omal jej nie przewrócił. Mali przytuliła go mocno i gładziła po 

grubej wełnianej kurtce. 

-  Ruth... - rzekł cicho drżącym głosem tuż przy jej policzku. 
-  Tak, Ruth nie żyje, Johannesie - szepnęła Mali. 
-  Dlaczego rzuciła się do fiordu, babciu? 
A  więc  i  to  mu  powiedzieli,  pomyślała  i  zerknęła  na  Siverta,  który  pomagał  Tordhild 

wysiąść  z  wozu.  Powinna  to  przewidzieć,  Sivert  był  przecież  zwolennikiem  mówienia 
wszystkiego wprost. 

-  Nie wiem, Johannesie. 
Kłamstwo, pomyślała natychmiast po wypowiedzeniu tych słów. Wiedziała, dlaczego Ruth 

zginęła,  ale  uznała,  że  Johannes  jest  jeszcze  dzieckiem  i  nie  należy  go  wtajemniczać  w 
problemy dorosłych. 

background image

-  Witaj, mamo. 
Mali wypuściła Johannesa z objęć. Sivert podszedł do niej i przytulił ją. Mocno ją uścisnął. 
-  Jak sobie dajecie radę? - spytał cicho. 
Ciepło  jego  ciała  i  dźwięk  głębokiego,  kochanego  głosu  sprawiły,  że  w  oczach  Mali 

zakręciły się łzy. 

-  Tak  się  cieszę,  że  przyjechaliście  -  szlochała  cicho.  -  Ciągle  nie  mogę  uwierzyć,  że  to 

prawda, Sivercie. Że Ruth mogła... Powinnam była więcej zrobić, żeby jej pomóc... 

Gładził matkę po plecach. Jego miękkie jak jedwab, kręcone włosy musnęły jej policzek. 
-  Nie chodzi o to, czy można było pomóc, czy nie albo o szukanie winnych i niewinnych - 

tłumaczył cicho. - Chodzi o to, że ktoś dokonał wyboru, mamo. Człowiek ma do tego prawo. 
Nie będziesz mogła dalej żyć, zanim się z tym nie pogodzisz. 

Odsunął  ją  trochę,  pośpiesznie  otarł  jej  mokry  policzek.  Mali  dostrzegła  w  jego  wzroku 

głęboki smutek. Sivert tak bardzo kochał Ruth. 

-  Musimy sobie z tym poradzić - dodał. - Chodź, przywitaj się z Tordhild. 
  
Mali zatrzymała na chwilę Siverta i Tordhild, podczas gdy pozostali goście z walizkami i 

torbami podróżnymi ruszyli już ku wejściu, a ruchliwy Johannes skakał dookoła nich. 

-  Jest coś, o czym powinniście wiedzieć - zaczęła cicho. - Samuel również nie żyje. 
-  Nie żyje? 
Sivert stanął jak wryty. W jego oczach kryło się zdumienie i niedowierzanie. 
-  Domyślałem się, że wydarzyło się coś jeszcze - rzekł w końcu. - Poznałem to po twoim 

głosie,  kiedy  zadzwoniłaś  i  powiedziałaś,  że  Marilena  jest  w  Stornes,  lecz  nie  wspomniałaś 
ani słowem o Samuelu. Co się z nim stało? 

Mali głęboko wciągnęła powietrze. Przeszedł ją dreszcz. 
-  Ruth go zamordowała - wyznała cicho. - Havard i ja znaleźliśmy na Wzgórzu jego ciało 

z nożem w plecach na podłodze w kuchni. Ona... ona go zabiła. 

-  W tym domu już od dłuższego czasu musiało się dziać coś złego - szepnął Sivert ledwie 

słyszalnie  i  przetarł  czoło.  Wyraźnie  zbladł.  -  Ruth  pewnie  od  dawna  w  milczeniu  znosiła 
upokorzenia i ból. Ona przecież nie skrzywdziłaby nawet muchy. 

-  Też o tym myślałam, że nasza łagodna Ruth nie byłaby do tego zdolna - przyznała Mali 

cicho.  -  Nie  mogłam  wprost  uwierzyć  własnym  oczom,  ale...  ale  teraz  nie  ma  co  do  tego 
wątpliwości.  Ruth  wbiła  Samuelowi  nóż  w  plecy.  Jednak  Bóg  jeden  wie,  ile  od  tego  drania 
wycierpiała, Sivercie. Zauważyłyśmy... 

Mali z drżeniem zaczerpnęła powietrza i otarła oczy. 
-  Kiedy  myłyśmy  z  Dorbet  ciało  Ruth,  zauważyłyśmy  ślady  pobicia.  To  było  okropne... 

Nie rozumiem, jak... 

Pozostałe słowa zdławił płacz. Sivert objął matkę ramieniem i przytulił. 
-  Mimo wszystko pewnie nie to popchnęło Ruth do zabójstwa - rzekł zamyślony. - Sądzę, 

ż

e przemoc musiała znosić od dawna. Nie, na pewno stało się coś więcej. Coś, co sprawiło, że 

straciła panowanie nad sobą. Być może miało to związek z Marileną... 

Mali podniosła wzrok i spojrzała na syna zaskoczona. 
-  Z czego to wnioskujesz? - szepnęła.  
-  Z tego, że dla Ruth Marilena była wszystkim. Ruth mogła znieść wiele cierpienia, które 

dotykało tylko jej samej, ale jeżeli ten drań podniósł rękę na dziecko... 

-  Też  mi  to  przyszło  do  głowy  -  wyznała  Mali.  -  Musiała  go  zaskoczyć,  kiedy...  Wiesz, 

Samuel został sam z małą tego wieczoru, kiedy Ruth przyszła do Stornes na domowe chrzciny 
dziecka Oi i Herborg, które właśnie się urodziło. Nie wyszła na długo. Zauważyłam, że cały 
czas  była  niespokojna.  Sami  wiecie,  że  Samuel  nie  znosił  płaczu  dziecka,  dlatego  Ruth 
najchętniej  wcale  nie  zostawiałaby  Marileny  pod  jego  opieką.  Kiedy  wróciła  na  Wzgórze... 
Musiała coś zobaczyć. Pewnie dlatego złapała za nóż i ugodziła nim misjonarza. 

background image

Sivert skinął głową. Objął ramieniem Tordhild, która stała tuż obok, zakrywając ręką usta. 

Jak gdyby chciała powstrzymać krzyk, pomyślała Mali. Jej oczy błyszczały. 

-  Ruth nie jest zabójczynią - stwierdził Sivert ochrypłym głosem. - Nie chciałbym, żeby... 

Był tutaj lensman, prawda? 

-  Tak, musieliśmy go zawiadomić - przyznała Mali z wahaniem. - Nie mogliśmy przecież 

po  prostu  zakopać  misjonarza,  żeby  ukryć  ślady  zbrodni.  Ale  twój  ojciec  rozmawiał  z 
lensmanem  i  opowiedział  o  wszystkim,  co  zaszło.  Przez  wzgląd  na  pamięć  o  Ruth  lensman 
obiecał, że  nikt od niego nie dowie się prawdy.  Ten człowiek  wiele  rozumie i jest niegłupi. 
Zabrał zwłoki Samuela do Surnadalen. Havard pojechał z nim i pomógł przygotować ciało do 
pogrzebu,  tak  by  nikt  inny  nie  mógł  zobaczyć  rany  na  plecach.  Potem  wysłano  trumnę  do 
Berkak - dodała. - Lensman wpisał jako oficjalną przyczynę śmierci Samuela, że ten spadł ze 
schodów  i  skręcił  kark.  My  też  podajemy  wszystkim  tę  wersję.  Tłumaczymy,  że  Ruth...  że 
ona załamała się psychicznie i w desperacji rzuciła się do morza. 

Z  ust  Siverta  wydobył  się  chrapliwy  dźwięk,  przypominający  śmiech  pomieszany  z 

ż

ałosnym szlochem. 

-  Też  coś!  Że  niby  Ruth  rzuciła  się  do  morza  z  powodu  misjonarza!  Kto  w  to  uwierzy? 

Ludzie w okolicy musieli przecież wiedzieć, jak... 

-  Nie, chyba jednak nic nie wiedzieli - rzekła Mali cicho. - W każdym razie niewielu znało 

prawdę o jej małżeństwie. Sami nie mieliśmy pojęcia - dodała z żalem - że jest aż tak źle, jak 
w  istocie  było,  o  czym  dopiero  teraz  się  przekonaliśmy.  Ruth  nigdy  się  nie  skarżyła,  nawet 
gdy  byłyśmy  same.  Dlatego  mam  nadzieję,  że  ludzie  uwierzą...  że  Ruth  po  prostu  się 
załamała,  kiedy  wróciwszy  do  domu,  zastała  męża  martwego  przy  schodach.  Będziemy 
trzymać się tej wersji - szepnęła z przekonaniem i położyła Sivertowi rękę na ramieniu. - Nikt 
się  nie  dowie,  że  Ruth  zamordowała  swego  męża.  Nikt!  Prawdę  znacie  tylko  wy,  Dorbet  i 
Oja, i tak musi pozostać. Dla dobra Ruth. 

Sivert skinął głową. Popatrzył na Tordhild. Ona również przytaknęła. 
-  Dobrze,  niech  tak  będzie  -  bąknął  Sivert.  -  Nikt  nie  nazwie  Ruth...  Niech  tak  będzie, 

zgadzam się, mamo. Dla dobra Ruth - powtórzył. 

-  Herborg również o tym wie - dodała szybko Mali. - Należy teraz do rodziny. 
-  A jak się czuje ona i maleństwo? 
Tordhild wzięła Mali pod rękę. Mali poczuła jej ciepło i to dodało jej otuchy. Uśmiechnęła 

się blado. 

-  Obie  czują  się  dobrze  -  odpowiedziała.  -  Ten  dzień  był  dla  nas  taki  dziwny:  najpierw 

pojawiło się we dworze nowe życie, a niedługo potem straciliśmy Ruth. 

-  Zaraz  po  jedzeniu  pójdziemy  na  górę  i  zajrzymy  do  Herborg  -  zdecydowała  Tordhild  i 

popatrzyła na Siverta. - To miał być dla niej i dla Oi czas radości, a tymczasem całe szczęście 
prysnęło pośród smutku i żałoby.  

Mali pokiwała głową. 
-  To  samo  i  mi  przyszło  do  głowy.  Zajrzyjcie  do  nich  od  razu,  oni  też  zasługują  na 

odrobinę zainteresowania. 

-  Ludzie będą gadać, jeżeli misjonarz nie zostanie tutaj pochowany. 
Sivertowi najwyraźniej ta sprawa nie dawała spokoju. 
-  I tak nie unikniemy ludzkiego gadania - rzekła Mali i wzruszyła ramionami. - Nic na to 

nie  poradzimy.  Przywykliśmy  do  plotek,  to  mała  wieś,  a  ludzie  i  tak  nie  poznają  prawdy. 
Pewnie  wielu  z  nich  wie,  że  nie  darzyliśmy  misjonarza  sympatią.  Samuel  Langmo  nie 
powinien  nigdy  tu  przyjeżdżać  ani  ożenić  się  z  Ruth.  Nie  jesteśmy  w  stanie  udawać,  że 
smucimy się z powodu śmierci tego człowieka. On nie należy do tego miejsca. Odebrał nam 
naszą córkę i z jego powodu Ruth popełniła samobójstwo - dodała z goryczą. 

Sivert nie odpowiedział. Otrzepali śnieg z butów i weszli do środka. 

background image

Posiłek przebiegał w zupełnie innej atmosferze, niż Mali sobie wyobrażała, głównie dzięki 

Johannesowi.  Bez  reszty  pochłaniało  go  wszystko  i  wszyscy  wokół  niego,  pomyślała  Mali, 
przyglądając  się  synowi  Siverta.  Siedział  obok  matki,  która  wzięła  na  kolana  Marilenę  i 
wkładała  jej  do  buzi  kawałeczki  chleba  z  pasztetem.  Marilena  śmiała  się  do  Johannesa  i 
ciągnęła go za włosy, a on potrząsał głową i wtedy mała śmiała się jeszcze głośniej. 

Mali nie wątpiła, że Johannes zmartwił się z powodu śmierci Ruth. Mimo to potrafił, jak 

każde dziecko, zapomnieć o smutku, kiedy zajmował się czymś innym. Szczęśliwy Johannes, 
pomyślała. Zazdrościła mu tej umiejętności. Jeżeli kiedykolwiek ją posiadała, to straciła ją już 
bardzo dawno temu. 

Widok Johannesa, wesoło przekomarzającego się z Marileną, i radość z odwiedzin Siverta 

wraz  z  rodziną  sprawiły,  że  ściśnięty  na  supeł  żołądek  Mali  trochę  się  rozluźnił  i  wreszcie 
mogła przełknąć kanapkę. Nikt nie rozmawiał przy stole o tragedii, która się wydarzyła, a w 
głównym  punkcie  zainteresowania  znalazł  się  Johannes.  Chłopiec  sześć  dni  temu  skończył 
siedem lat. 

-  Całkiem zapomniałeś  podziękować za prezent, który  dostałeś w paczce - przypomniała 

mu Tordhild. 

Zerknął  z  poczuciem  winy  na  dziadków  i  podziękował  za  piękny  sweter,  który  mu  Mali 

przysłała na urodziny. Miał go ze sobą w walizce, jak zapewniał. 

-  To  już  siedem  lat  -  westchnęła  Mali.  -  Że  też  jesteś  już  taki  duży.  Nie  do  wiary,  że 

jesienią pójdziesz do szkoły. 

-  Umiem już czytać - powiedział dumnie. 
-  Nie, to niemożliwe - rzekł Havard z podziwem. 
-  Naprawdę  potrafię  -  zapewnił  Johannes  z  przekonaniem  i  chciał  już  wstawać  od  stołu, 

ż

eby to udowodnić. 

-  Najpierw skończ jeść - upomniała go Tordhild i zatrzymała syna na miejscu. - Poczytać 

możesz później. 

-  Umiem też liczyć - pochwalił się chłopak znowu. 
-  I w dodatku pięknie grasz na skrzypcach, prawda? - dopytywała się Mali. - Świetnie ci 

szło, kiedy ostatnio u nas byłeś. 

Johannes skinął głową. 
-  Nie  jestem  taki  zdolny  jak  tato  -  przyznał  uczciwie  i  zerknął  na  ojca.  -  Ale  też  kiedyś 

będę tak dobrze grał - dodał nieskromnie. 

-  A więc będziesz muzykiem, tak jak tato? - spytał Havard.  
Na czole Johannesa pojawiła się pionowa zmarszczka. Zamilkł na chwilę i zamyślił się. 
-  Tak, ale będę również gospodarzem - odparł w końcu.  
Mali  napotkała  wzrok  Siverta.  Gdyby  stało  się  tak,  jak  zawsze  pragnęła,  Johannes 

odziedziczyłby  Stornes.  A  teraz,  skoro  Sivert  zrzekł  się  dziedzictwa,  Johannes  nie  może 
przejąć  gospodarstwa.  Jednak  marzenie  siedmiolatka  o  tym,  żeby  zostać  na  roli,  może  z 
czasem przeminąć. Życie w mieście ze wszystkimi możliwościami, jakie daje, może w miarę 
upływu  lat  coraz  bardziej  go  pochłaniać,  pomyślała  Mali.  No  i  muzyka,  tak  jak  to  było  w 
przypadku jego ojca. Mali miała nadzieję, że tak się stanie, ponieważ Stornes nie należało się 
Johannesowi, lecz nowo narodzonej córeczce Herborg i Oi - maleńkiej Mali Stornes. 

  
Po posiłku Johannes poszedł z rodzicami na poddasze odwiedzić Herborg z maleństwem. 

Na widok Małej Mali zaparło mu dech ze zdziwienia. 

-  Jaka  ona  malutka!  -  wykrzyknął  i  spojrzał  na  Herborg,  leżącą  z  noworodkiem  w 

ramionach. 

-  Ale będzie rosła - wyjaśnił Oja, stojący za nim, i uśmiechnął się szeroko. - Ty byłeś taki 

sam, kiedy się urodziłeś. 

-  Naprawdę? 

background image

Johannes popatrzył na matkę wielkimi oczami. 
-  Może  ciut  większy  -  uśmiechnęła  się  Tordhild  i  potargała  mu  czuprynę.  -  Wiesz, 

wszyscy są mali, kiedy się rodzą, ludzie i zwierzęta. Pamiętasz chyba nasze kotki? 

-  Ale  one  nic  nie  widziały  -  przypomniał  sobie  Johannes  i  pochylił  się  w  stronę 

dziewczynki, która wpatrywała się w niego dużymi, ciemnymi oczami. Dotknął ostrożnie jej 
policzka. - A ona widzi. 

Dorośli roześmiali się. 
-  Mogę ją potrzymać? - spytała Tordhild trochę  zakłopotana. - To było tak dawno temu, 

kiedy Johannes... 

Herborg  podała  dziecko,  a  Tordhild  wzięła  je  i  wygodnie  ułożyła  na  swym  ramieniu. 

Pochyliła twarz nad maleńką główką i wciągnęła zapach noworodka. Kiedy podniosła wzrok, 
jej oczy błyszczały. 

-  Jaka ona śliczna - rzekła z zachwytem. - Jest maleńkim cudem. Powinniście się bardzo 

cieszyć, mimo że w domu panuje żałoba. Nie ma w tym przecież nic złego. 

Przykucnęła, żeby Johannes mógł dokładniej przyjrzeć się dziecku. 
-  Narodziny...  -  Tordhild  odchrząknęła  i  pocałowała  główkę  Małej  Mali.  -  Cieszcie  się  - 

powtórzyła. - Nikt nie wie, czy będzie mu dane radować się kolejnym dzieckiem i ponownie 
przeżywać  to  ogromne  szczęście.  Nikt  nie  wie  również,  jak  długo  pożyje.  Cieszcie  się  więc 
każdym dniem spędzonym z waszą córeczką. 

Sivert  położył  jej  rękę  na  ramieniu.  Mali  domyśliła  się,  że  ich  tęsknota  za  kolejnym 

dzieckiem była większa, niż sądziła. Oboje go pragnęli. Teraz zobaczyła to wyraźnie. 

-  Chciałbym mieć siostrzyczkę - odezwał się Johannes. - Już od dawna  o nią proszę, ale 

ciągle jej nie mam. 

-  Nie zawsze można mieć to, czego się  chce, wiesz? - wyjaśniła Mali i pogładziła go po 

włosach. - I mimo wszystko można z tym żyć. 

Unikała  wzroku  Siverta  i  Tordhild.  Nie  zniosłaby  widoku  tej  ogromnej  tęsknoty  w  ich 

oczach.  Oboje  nigdy  nie  będą  mieli  więcej  dzieci,  niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  by  tego 
pragnęli.  Dokonali  wyboru  i  zdecydowali,  że  Tordhild  urodzi  dziecko,  które  nosiła  pod 
sercem,  chociaż  wiedzieli,  że  są  spokrewnieni.  Na  szczęście  się  udało,  pomyślała  Mali. 
Johannes  jest  zdrowym  i  mądrym  chłopcem,  a  Sivert  zdołał  ukryć  przed  ludźmi  zakazany 
związek. Tak długo to już trwa, pomyślała Mali, czując w piersi ukłucie strachu. Gdyby ktoś 
się dowiedział... Szybko jednak odegnała tę obawę. Sivert zadba o to, by wszystko ułożyło się 
dobrze. 

Nagle Johannes się odwrócił i spojrzał w górę na ojca i Mali z promiennym uśmiechem. 
-  Ale teraz mogę przecież mieć młodszą siostrę! - zawołał. - Marilena straciła mamę i tatę 

i jest na świecie całkiem sama, biedulka. Możemy ją chyba zabrać. Możemy, babciu? 

Mali  była  tak  zaskoczona,  że  nie  mogła  wydobyć  słowa.  Rzuciła  szybkie  spojrzenie 

Sivertowi,  on  zaś  zerknął  na  Tordhild  i  Johannesa.  Tordhild  podniosła  głowę  i  napotkała 
wzrok męża. W sypialni zapanowała cisza. Nikt się nie odezwał. Mimo to Mali czuła, że w 
spojrzeniu Tordhild kryją się tysiące niewypowiedzianych słów, kiedy synowa popatrzyła na 
Siverta. 

-  Marilena  nie  jest  sama  -  przerwała  ciszę  Mali.  -  Ma  tutaj  w  Stornes  nas  wszystkich, 

Johannesie. 

-  Ale nie ma ani mamy, ani taty, ani starszego brata - przekonywał Johannes z powagą, nie 

dając za wygraną. 

-  Ale... - Mali spojrzała na Siverta trochę bezradnie. 
-  Możesz  się  nią  opiekować  przez  cały  ten  czas,  gdy  będziemy  w  Stornes  -  zwrócił  się 

Sivert do syna. - Jestem pewien, że będzie zachwycona. 

-  Tak, Ola Havard też będzie się nią zajmował - dodała szybko Mali. - Obaj chłopcy... 
-  Ale ja chcę, żeby ona... 

background image

-  Pomówimy o tym później, Johannesie - przerwał mu Sivert łagodnie, ale zdecydowanie. 

-  Teraz  musimy  pozwolić  Herborg  i  maleństwu  trochę  odpocząć,  a  sami  pójdziemy 
rozpakować nasze rzeczy. Zaraz też będziesz musiał iść spać -dodał. 

I tak zrobili. 
-  Zajmę się rozpakowywaniem rzeczy - zdecydowała Tordhild, kiedy wyszli na korytarz. - 

Johannes może zejść na chwilę do salonu - dodała i zerknęła na Siverta. 

-  Tak,  idź  pomóż  Dorbet  przy  usypianiu  Marileny,  Johannesie  -  zaproponowała  Mali  i 

ruszyła ku schodom. 

-  Mali... 
Mali odwróciła się trochę zaskoczona, kiedy Tordhild wymówiła jej imię. 
-  Chciałabym z tobą porozmawiać. Możesz pójść ze mną do sypialni? 
Mali zatrzymała się i przesunęła dłonią po włosach Johannesa. 
-  Zaraz przyjdę - rzekła do chłopca. 
Potem odwróciła się i poszła za synową do dużej sypialni, którą urządzili dla gości. 
Tordhild usiadła na łóżku. Mali stanęła obok. 
-  Usiądź - zaproponowała Tordhild. - Mam dla ciebie wiadomość, która niestety przyszła 

za późno. 

Mali spojrzała na synową pytająco. 
-  Chodzi o Samuela - zaczęła Tordhild. 
Serce  się  Mali  ścisnęło.  Tordhild  musiała  dowiedzieć  się  w  Oslo  o  byłym  zięciu  czegoś 

więcej. 

-  Nawiązałam kontakt z kobietą, o której pisałam - wyjaśniła Tordhild cicho. - Pojechałam 

ją odwiedzić. Mieszka trochę za miastem. Gdybyśmy wcześniej o niej wiedzieli... 

Przygładziła dłonią włosy i westchnęła. 
-  Mieszka w ciasnym mieszkaniu z trójką dzieci. Ojcem całej gromadki jest Samuel. Nie 

pobrali  się,  ale,  jak  twierdzi  ta  kobieta,  misjonarz  obiecał,  że  się  z  nią  ożeni.  Wierzyła,  że 
dotrzyma  obietnicy.  Jednak  do  ślubu  nie  doszło.  Samuel  mieszkał  z  nimi,  gdy  mu  to 
odpowiadało, ale nic nie płacił. Na dzieci, oczywiście. Kiedy kobieta zaczęła się dopominać, 
ż

eby  wywiązał  się  z  danego  słowa,  zagroził  jej  piekłem  i  wstydem  z  powodu  bękartów, 

których  się  dochowała.  Zapowiedział,  że  wyprze  się  ojcostwa.  W  ostatnim  czasie  rzadko 
wracał do domu i zaczął się przechwalać, że ma inną. Mówił, że znalazł sobie młodszą i nie 
potrzebuje już takiego zabiedzonego nieroba jak ona. A potem po prostu zniknął. 

Mali  siedziała  bez  słowa,  czując,  jak  ogarnia  ją  wściekłość.  Gdyby  wiedzieli  o  tym 

wcześniej, Ruth pewnie by żyła. Wtedy miałaby może odwagę wyrzucić misjonarza za drzwi. 

-  Myślę,  że  ta  kobieta  nie  jest  jedyną,  która  została  sama  z  dziećmi  Samuela  -  mówiła 

dalej  Tordhild  z  przekonaniem.  -  Ona  zresztą  jest  tego  samego  zdania  i  również  uważa,  że 
oszukał pewnie jeszcze kilka innych. 

-  Tak,  na  pewno  -  rzekła  Mali  przybita.  -  Ale  żadna  z  nich  nie  ma  odwagi  się  przyznać. 

Groził im pewnie piekłem i zatraceniem, a one... 

-  Czy Ruth o tym nie wiedziała? 
-  Nie  mam  pojęcia  -  westchnęła  Mali.  -  Może  i  wiedziała,  a  w  każdym  razie  coś 

podejrzewała,  jestem  o  tym  przekonana.  Jednak  nigdy  nie  chciała  ze  mną  na  ten  temat 
rozmawiać.  Mówiła  tylko,  że  nie  miała  innego  wyboru.  Okazało  się,  że  jej  również  groził. 
Twierdził,  że  jest  nerwowo  chora  i  nie  jest  zdolna  wychowywać  dzieci.  A  jeśli  odważy  się 
komuś  poskarżyć,  on  postara  się,  by  zamknięto  ją  w  szpitalu  dla  psychicznie  chorych,  i 
odbierze jej Marilenę - dodała z bólem. 

-  Boże, co za podły drań! 
-  Cały czas sobie wyrzucam, że mogłam ostrzec Ruth i jakoś zapobiec temu małżeństwu - 

zaczęła Mali. - Że mogłam zażądać, żeby Ruth... 

-  Ruth była dorosła, Mali. Zrobiliście wszystko, co mogliście zrobić. 

background image

Mali poczuła, jak opuszczają ją siły; pochyliła się i ukryła twarz w dłoniach. 
-  Nienawidzę go z całej duszy - szepnęła. - Mam nadzieję, że smaży się w piekle! 
Ogarnął ją płacz. Tordhild objęła Mali czule i pogładziła po włosach. Długo tak siedziały 

przytulone. 

-  Zawsze istnieje jakieś światełko w ciemności - pocieszyła ją Tordhild cicho. - Sivert tak 

twierdzi. Wierzy, że we wszystkim, co nas spotyka, jest jakiś sens. Kiedy zamykają się drzwi, 
otwiera się jakieś okno, mówi zwykle. Tak głosi Biblia - dodała. - Powinniśmy w to wierzyć, 
Mali, inaczej nie damy rady udźwignąć nieszczęścia, które nas dotknęło. 

-  Jaki sens? - westchnęła Mali ciężko. Otarła twarz i wyprostowała się. - Nie potrafię tak 

na to spojrzeć. Nie potrafię znaleźć w śmierci Ruth żadnego sensu. Dla mnie to jest całkiem 
bezsensowne. Ruth powinna żyć... 

Tordhild skinęła głową w zamyśleniu. 
-  Musi  upłynąć  trochę  czasu  -  rzekła  cicho.  -  Nie  dlatego,  bym  uważała,  że  czas  leczy 

wszelkie  rany.  Jednak  smutek  stopniowo  będzie  coraz  łagodniejszy  i  w  pewnym  sensie 
łatwiejszy do zniesienia. Bo życie musi płynąć dalej. 

Mali wstała. Nie skomentowała słów Tordhild. 
-  Tak bardzo się cieszę, że przyjechaliście - powiedziała tylko. 
-  Przecież należymy do tego miejsca - odparła Tordhild. - Jesteśmy rodziną. 
Mali skinęła głową. Przypomniała sobie słowa Siverta, kiedy opuszczał dom. Rzekł wtedy, 

ż

e  już  nie  należy  do  Stornes.  Czy  Tordhild  mówiła  tylko  za  siebie,  czy  jednak  w  imieniu 

obojga? Mali zerknęła na synową, lecz nie miała odwagi zapytać. Cichutko wyszła i zamknęła 
za sobą drzwi. 

  
Mali bezszelestnie wyśliznęła się z łóżka. 
-  Co się dzieje? Dokąd idziesz? - spytał Havard przestraszony. 
-  Czuję niepokojące bulgotanie w brzuchu - szepnęła i wciągnęła na stopy skarpetki, a na 

ramiona  zarzuciła  kurtkę.  -  Dokucza  mi  od  paru  dni.  To  chyba  nerwy.  Muszę  wyjść,  zanim 
położę się spać. 

Przemknęła cicho przez ciemny korytarz. W domu panowała cisza, pewnie wszyscy udali 

się już na spoczynek. 

Kiedy  w  pośpiechu  wracała  przez  dziedziniec,  pogrążona  we  własnych  myślach,  nagle 

zobaczyła ciemny zarys sylwetki, który wyłonił się zza węgła domu. Rozpoznała, że to Sivert. 

-  Co tu robisz o tej porze? - spytała, podchodząc bliżej. 
-  Poszedłem do stodoły, żeby pożegnać się z Ruth.  
Dopiero wtedy Mali zauważyła, że Sivert niesie duży śrubokręt. 
-  Otwierałeś... otwierałeś trumnę? 
-  Tak,  musiałem  jeszcze  raz  zobaczyć  Ruth  -  odparł  cicho.  -  Miałem  jej  tyle  rzeczy  do 

powiedzenia i teraz jest mi lżej, skoro mogłem na nią popatrzeć. 

Objął matkę ramieniem i przytulił się do niej. 
-  Była taka ładna - rzekł. - Leżała tam i wyglądała, jakby spała. Dobrze, że jeszcze raz na 

nią spojrzałem, to mi pomogło. W pewnym sensie była tą Ruth, którą znałem, zanim wyszła 
za mąż za misjonarza. Jest teraz wolna, mamo. 

Mali  ciężko  oparła  się  o  syna,  przycisnęła  twarz  do  jego  grubej  i  szorstkiej  wełnianej 

kurtki. 

-  Ale nie żyje - szepnęła rozgoryczona. - Ona powinna żyć, Sivercie! 
Nie od razu odpowiedział. Stali tak przez chwilę w milczeniu. 
-  Pamiętasz  ten  dzień,  kiedy  umarł  dziadek?  -  spytał.  -  Czułem  tak  ogromną  rozpacz, 

dobrze  sobie  przypominam,  chociaż  byłem  wtedy  mały.  Tego  wieczoru  zaprowadziłaś  mnie 
do okna w sypialni i pokazałaś dużą, błyszczącą gwiazdę. Była to najpiękniejsza gwiazda na 
całym  niebie.  Powiedziałaś,  że  to  jest  mój  dziadek,  że  jest  u  Boga  i  aniołów  i  wcale  nie 

background image

odszedł.  Mówiłaś,  że  jest  tą  gwiazdą  i  od  tej  chwili  cały  czas  będzie  na  mnie  patrzył,  że 
będzie mnie widział i nade mną czuwał... 

Mali  podniosła  wzrok  na  syna.  Również  pamiętała  ten  dziwny  wieczór,  kiedy  Starego 

Siverta przywieziono do domu na saniach z lasu, gdzie przywaliło go drzewo. Pamiętała ból i 
ż

al swego maleńkiego synka i owo desperackie pragnienie, żeby go jakoś pocieszyć. I wtedy 

wpadła na pomysł z gwiazdą. 

-  Spójrz do góry, mamo - poprosił Sivert cicho. 
Mali  odchyliła  głowę  do  tyłu.  Niebo  było  jak  rzeka  migocących  gwiazd.  W  jej  oczach 

pełnych łez zlewały się w chybotliwy strumień światła. 

-  Jedną z tych pięknych gwiazd jest Ruth - mówił dalej Sivert i uścisnął matkę. - Ona nie 

odeszła. 

Mali  z  trudem  przełknęła  ślinę  i  pozwoliła  popłynąć  łzom.  Po  raz  pierwszy  od  śmierci 

Ruth był to płacz przynoszący ulgę. Słowa Siverta dodały jej otuchy. Otarła oczy wierzchem 
dłoni  i zapatrzyła  się  w  gwiezdny  rój.  Widok  był  cudowny  i  niezwykły.  Powoli  wyciągnęła 
ramię, jak gdyby chciała dotknąć jednej z najjaśniejszych gwiazd. 

-  Nie, Ruth nie odeszła - szepnęła. - Masz rację, Sivercie. Nie odeszła. 

 

ROZDZIAŁ 7. 
  
Mali spała niespokojnie. Raz w nocy poderwała się przekonana, że Ruth stoi obok łóżka i 

wyciąga  do  niej  ręce.  Obraz  był  tak  rzeczywisty,  że  wysunęła  ramiona  przed  siebie,  kiedy 
rozbudzona  usiadła  na  posłaniu.  Ale  nikogo  tam  nie  było.  Tylko  smuga  światła  księżyca 
igrała nad wezgłowiem łóżka i rzucała jasne plamki na ścianę i deski podłogi.  

Havard również się obudził i pogładził Mali po plecach. 
-  Co się stało? Dlaczego nie śpisz? 
-  Wydawało mi się, że widzę... widzę Ruth, i pomyślałam, że... 
Pociągnął ją lekko za ramię, położył z powrotem na poduszce i mocno przytulił. 
-  Jutro jest pogrzeb - rzekł jej cicho do ucha. - Jutro.  
Mali przytaknęła w milczeniu, walcząc ze łzami. 
-  Z czasem będzie nam lżej - pocieszył ją Havard. - Musimy tylko w to uwierzyć, Mali. 
I na to nie odpowiedziała. Pomyślała tylko, że upłynie jeszcze wiele lat. Nie potrafiła sobie 

wyobrazić, że któregoś dnia mogłaby się jeszcze naprawdę cieszyć. Że przyjdzie kiedyś taki 
dzień,  gdy  Ruth  nie  wypełni  bez  reszty  jej  myśli  i  nie  sprawi,  że  bolesny  ucisk  w  żołądku 
rozprzestrzeni się niczym ogień w górę aż do piersi. Dławiło ją poczucie winy, chociaż Sivert 
ją przekonywał, że nie wolno jej winić się za śmierć córki, gdyż Ruth sama dokonała wyboru. 
Jednak  Mali  mimo  wszystko  dręczyły  wyrzuty  sumienia.  Czuła,  że  jako matka  nie  powinna 
dopuścić  do  tego,  by  Ruth  znalazła  się  w  tak  trudnym  położeniu,  z  którego  jedyna  droga 
poprowadziła córkę nad fiord. Powinna była zabić Samuela gołymi rękami! Havard też miał 
na  to  ochotę.  I  Oja.  Lecz  w  głębi  duszy  wiedziała,  że  to  również  nie  było  dobrym 
rozwiązaniem. 

-  Nie  wiem,  jak  zniosę  jutrzejszy  dzień  -  płakała  na  piersi  męża.  -  Zawiodłam  Ruth, 

Havardzie! 

Objął  ją  i  pogładził  po  plecach.  Kołysał  niczym  małe  dziecko,  które  nie  może  spać  i 

potrzebuje ukojenia. 

-  Dasz radę - pocieszył ją. - Wspólnie jakoś to zniesiemy, razem, ty i ja, Mali. Nigdy nie 

zawiodłaś Ruth. Wiesz o tym. Tak się po prostu ułożyło. Nigdy nie zawiodłaś któregokolwiek 
ze swych dzieci. Nigdy! 

Słowa  Havarda  złagodziły  nieco  ból,  mimo  że  Mali  nie  do  końca  się  z  mężem  zgadzała. 

Tak  naprawdę  Siverta  również  zawiodła.  I  Oję,  zwłaszcza  przez  wszystkie  te  lata,  kiedy 
prawie go nie znosiła tylko dlatego, że był synem Johana. A Dorbet... Mali westchnęła ciężko 

background image

i  przyłożyła  twarz  do  szyi  Havarda.  Teraz  było  inaczej.  Wszystko,  co  zdarzyło  się  dawno 
temu,  zatarło  się,  choć  być  może  nie  odeszło  w  zapomnienie.  Pewnie  pozostawiło  bolesne 
blizny  w  duszy  każdego  z  jej  dzieci.  Jednak  w  miarę  upływu  lat  odnalazła  z  nimi  wspólny 
język... Z Ruth również miała dobry kontakt, zanim pojawił się misjonarz. Nigdy nie powinna 
pozwolić córce wyjść za mąż za tego człowieka. Wtedy wszystko ułożyłoby się inaczej. 

  
Mali  odsłoniła  zasłony  i  przystanęła  na  chwilę  przy  oknie.  Kiedy  kładli  się  spać 

poprzedniego  wieczoru,  na  zewnątrz  była  mgła.  Nagła  i  zupełnie  niespodziewana  odwilż 
spowodowała, że z dachów i drzew spadały wielkie płaty śniegu. Teraz po mgle i odwilży nie 
zostało śladu. Pierwszy brzask odsłonił biały od szronu, cudny krajobraz. 

Ruth  kochała  takie  dni,  przypomniała  sobie  Mali,  czując  ukłucie  w  piersi,  i  lepiej 

naciągnęła  na  ramiona  kurtkę.  Nazywała  je  „dniami  z  kartki  na  Boże  Narodzenie".  Często 
zakładała  wtedy  narty  i  samotnie  ruszała  w  góry.  Bywało,  że  znikała  na  całe  godziny,  ale 
kiedy wracała do domu, miała kolory na szczupłej twarzy, a jej szare spojrzenie promieniało 
radością. 

-  Czemu kogoś z sobą nie zabierzesz? - mawiała zwykle Mali. 
-  Chcę być sama - odpowiadała wtedy zawsze. 
Taka  była,  pomyślała  Mali.  Często  szukała  samotności  i  ciszy  w  kontakcie  z  przyrodą. 

Bardzo potrzebowała takich chwil i właściwie tylko Sivert w pełni ją rozumiał, ponieważ w 
dużym stopniu byli pod tym względem do siebie podobni. Być może Ruth także miała duszę 
artysty, zastanowiła się Mali, lecz nie zdążyła rozwinąć swego talentu. Pojawił się Samuel i 
położył  kres  wszystkiemu,  co  dobre.  Wszystkiemu,  co  mogło  się  Ruth  dobrego  przydarzyć, 
pomyślała  z  goryczą.  „To  był  wybór  Ruth,  mamo",  dźwięczały  jej  w  uszach  słowa  Siverta. 
„Ruth była dorosła". 

Mali  westchnęła  i  podeszła  do  miski.  Spojrzała  na  czarną  suknię  z  koronkowym 

kołnierzem, która wisiała przygotowana na haku na ścianie. Ciarki przebiegły jej po plecach. 
Nalała  wody.  Z  dołu  doszły  ją  odgłosy  pośpiesznych  kroków.  Ane  i  Ingeborg  zaczęły  już 
przygotowania  na  przyjęcie  gości,  których  się  spodziewali  po  pogrzebie.  Poza  tym  przyszły 
już  pewnie  do  pomocy  dwie  dodatkowe  służące,  które  zamówili.  Będzie  dużo  ludzi  i  dużo 
pytań, ale być może goście okażą trochę zrozumienia i nie będą zbyt natarczywi. 

Wszyscy  wiedzieli,  że  Ruth  popełniła  samobójstwo,  że  mieszkańców  Stornes  dotknęła 

wielka  tragedia.  Śmierć  misjonarza,  który  spadł  ze  schodów,  dodatkowo  pogarszała  ich 
położenie.  I  jeszcze  to  biedne,  osierocone  dziecko,  powtarzali  ludzie  i  wzdychali.  Mali 
zauważyła, że wymieniali przy tym szybkie spojrzenia. Zastanawiali się pewnie, co właściwie 
było  przyczyną  rodzinnego  dramatu,  natychmiast  też  zaczęły  krążyć  plotki.  Jednak  Mali 
machnęła  na  to  ręką.  Niech  sobie  gadają.  Nie  liczyła  zresztą  na  to,  że  będzie  inaczej. 
Wiedziała, że będą się zastanawiać, dlaczego ciało Samuela przewieziono do Berkak, by tam 
zostało  pochowane.  Sam  fakt,  że  małżonkowie  nie  spoczną  we  wspólnym  grobie,  był 
naturalnym powodem do dociekań i spekulacji. 

Mali  zadrżała  i  poczuła  pieczenie  w  okolicy  mostka.  Lensman  dotrzymał  obietnicy  i  nie 

pisnął  słowa  o  tym,  że  Ruth  zabiła  swojego  męża.  Havard  otrzymał  telefon  z  Berkak  z 
kondolencjami. Proboszcz tamtejszej parafii okazał zrozumienie, że nie pochowali misjonarza 
razem z Ruth, lecz przysłali ciało, przynajmniej tak powiedział, opowiadał później Havard. I 
nikt nie zauważył nic niezwykłego. Nikt nie dotykał zwłok, skoro zostały już przygotowane 
do pochówku i ułożone w trumnie. Proboszcz nawet podziękował za to, że zadali sobie tyle 
trudu. 

-  Trochę zdążyli poznać Samuela, kiedy pracował w okolicy -  rzekł Havard. - Myślę, że 

dobrze wiedzieli, że nie był ideałem i że istniały powody, dla których nie chcieliśmy zająć się 
jego pogrzebem - dodał. 

background image

Mali  nie  odezwała  się.  Dla  niej  Samuel  był  kimś,  o  kim  chciałaby  jak  najszybciej 

zapomnieć.  Wiedziała  jednak,  że  to  trochę  potrwa,  jeżeli  w  ogóle  kiedykolwiek  będzie 
możliwe.  Nigdy  jeszcze  nie  nienawidziła  nikogo  tak  mocno  jak  tego  człowieka,  który 
zmarnował życie Ruth. 

Włożyła czarną suknię i usiadła, żeby uczesać włosy. Twarz, która patrzyła na nią z lustra, 

była  blada  ze  smutku  i  zmęczenia.  Mali  zaplotła  warkocze  i  upięła  je  do  góry.  Potem 
wyprostowała  się  i  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Musi  przeżyć  ten  dzień  z  godnością.  Dla 
Ruth. 

-  Już jesteś gotowa? - mruknął Havard z łóżka. - Nie spałaś zbyt długo tej nocy. 
-  Jakoś  to  będzie  -  odparła  Mali  i  strzepnęła  pyłek  z  czarnego  garnituru,  który  wisiał 

przygotowany dla Havarda. - Ty też już wstawaj. Powinniśmy wyjechać przed dziesiątą. 

Havard zrzucił z siebie kołdrę i skóry i postawił stopy na podłodze. 
-  A jak się czujesz? - spytał i rzucił Mali badawcze spojrzenie. 
-  Myślę,  że  wytrzymam  -  odparta  Mali.  -  Ale  będę  dziś  potrzebowała  twego  ramienia, 

Havardzie. 

-  A ja twego - odparł ze łzami w oczach. 
-  No to idę pomóc przy śniadaniu - westchnęła Mali. - Przyjdziesz zaraz? 
-  Przyjdę - obiecał. 
Orszak  pogrzebowy  wyruszył  ze  Stornes  tuż  przed  dziesiątą.  Słońce  wzniosło  się  ponad 

góry, a jego promienie odbijały się w cieniutkiej warstwie szronu i w kryształkach śniegu. Jak 
gdyby  ów  dzień  przystroił  się  na  cześć  Ruth,  pomyślała  Mali.  Flaga  spuszczona  do  połowy 
masztu ledwie poruszała się w podmuchach lekkiej bryzy. 

Havard powoził pierwszymi saniami, na których spoczywała trumna. Obok niego siedział 

Oja,  w  czarnym  garniturze,  sztywno  wyprostowany.  Trumnę  pokrywały  wieńce  i  sztuczne 
kwiaty,  gdyż  innych  o  tej  porze  roku  nie  było.  Jednak  wieniec  przybity  na  samym  środku 
wieka,  ten  od  rodziny,  został  upleciony  ze  świeżych  zielonych  gałązek  i  przyozdobiony 
suszonymi  górskimi  kwiatami  i  mchem.  Mali  dołożyła  wielu  starań,  żeby  właśnie  tak 
wyglądał. Ruth by się podobał, pomyślała. Nigdy nie uznawała sztucznych kwiatów. W ogóle 
nie lubiła nic sztucznego. 

W miarę jak orszak przemierzał wieś, dołączały do niego coraz to nowe sanie. Ubrani na 

czarno, poważni ludzie siedzieli otuleni skórami i derkami i kiwali powoli głowami w geście 
pozdrowienia,  kiedy  przejeżdżali  obok.  Mali  zauważyła,  że  w  Oppstad  stoją  przygotowane 
dwie  pary  sań.  W  jednej  z  nich  zobaczyła  Olę  Havarda.  Zatem  Laura  również  dzisiaj 
zamierzała się wybrać razem z nim. Mali otarta dłonią czoło i westchnęła. 

-  Dobrze się czujesz, mamo? 
Dorbet wzięła ją za rękę i uścisnęła. Wydała się  Mali nagle taka dorosła  w tym czarnym 

płaszczu  i  czarnym  szalu  wokół  bladej  twarzy.  Była  dla  nich  wielką  pomocą  i  pociechą  w 
ostatnich  dniach,  chociaż  Mali  zauważyła,  że  i  jej  samej  jest  bardzo  ciężko.  Od  czasu  do 
czasu wymykała się na kilka godzin do Granvold, ale Mali nie zwróciła jej uwagi i o nic nie 
pytała. Dorbet również potrzebowała pociechy, a nikt nie potrafił jej pocieszyć lepiej niż Ola. 

Za nimi w saniach siedzieli Sivert, Tordhild i Johannes. Sivert trzymał na kolanach futerał 

ze  skrzypcami.  Zamierzał  zagrać,  Dorbet  zaś  pragnęła  przeczytać  fragment  z  Biblii. 
Zapowiedziała,  że  będzie  to  Kazanie  na  Górze.  Mali  zdziwiła  się.  Nie  wiedziała  nawet,  że 
Dorbet czyta Biblię. 

-  Znasz Kazanie na Górze? - spytała. - Nie wiedziałam, że... 
-  Czytałam  ten  fragment,  kiedy  chodziłam  do  pastora  -  odparła  Dorbet.  -  Nie  znam  zbyt 

dobrze  Biblii,  to  prawda.  Nie  jest  to  lektura,  do  której  często  zaglądam,  a  poza  tym  nie  ze 
wszystkim się zgadzam. Mam na myśli tylko tę niewielką część, którą do tej pory poznałam - 
dodała. - Ale Kazanie na Górze... Jest jakby napisane dla Ruth. 

background image

Mimo wszystko Mali zastanawiała się, czy Dorbet zdaje sobie sprawę, czego się podjęła. 

Obawiała  się,  że  najmłodsza  córka  nie  wytrzyma  napięcia  i  nie  zapanuje  nad  głosem,  kiedy 
będzie  miała  stanąć  przed  trumną  i  czytać  na  głos  w  obecności  tylu  osób.  Ale  nic  nie 
powiedziała. Skoro Dorbet upierała się, że to zrobi, to należało pokładać w Bogu nadzieję, że 
jej się uda. Pomysł był w każdym razie piękny, pomyślała Mali i uścisnęła dłoń Dorbet. 

-  Jakoś  się  trzymam  -  odpowiedziała  na  pytanie  córki.  -  Nie  bój  się  o  mnie.  Dam  sobie 

radę. 

Dorbet napotkała wzrok matki. Skinęła lekko głową. 
-  Tak, na pewno - odparła tylko. 
  
Mieszkańcy  Stornes  siedzieli  w  kościele  w  pierwszej  ławce  Havard  wziął  Mali  za  rękę. 

Mali oparła się ciężko o niego i smutnym wzrokiem wpatrywała w tak dobrze znany ołtarz. 
Tyle przeżyła w tym kościele, przypomniała sobie, tyle radości i smutku. 

Jej  spojrzenie  padło  na  trumnę  i  przeszedł  ją  dreszcz. Jakiś  czas  temu  brała  już  udział  w 

pogrzebie swego dziecka. To było wtedy, kiedy umarł ich maleńki synek. Wtedy z poczucia 
winy ledwie śmiała podnieść wzrok. Ponieważ to ona go zabiła, odebrała mu wątłe życie. Piła 
wywar z ziół, żeby pozbyć się tej ciąży, gdyż bała się, że nosi pod sercem dziecko Torgrima. 
Maleństwo przeżyło, a na domiar złego okazało  się, że Torgrim nie jest jego ojcem. Jednak 
próby wywołania poronienia spowodowały takie uszkodzenia płodu, że niemowlę umarło po 
kilku miesiącach. Syn Havarda. Nigdy sobie tego nie wybaczy. Nigdy! 

Teraz  odprowadzała  do  grobu  jeszcze  jedno  dziecko.  To  wydawało  się  takie  okrutne. 

Dzieci powinny żyć dłużej niż rodzice, bo ich zadaniem jest przedłużenie rodu. Życie rodziny 
powinno  się  toczyć  naturalnym  rytmem.  Jednak  Bóg  ponownie  dotknął  jej  ostrzegawczo 
swym palcem wskazującym i przypomniał, że to On rządzi życiem i śmiercią, niezależnie od 
tego, czego ona sama pragnie lub co sądzi. 

Kiedy zaczęły bić kościelne dzwony, w wypełnionym wiernymi kościele zapadła grobowa 

cisza.  Nie  szurnęła  żadna  niespokojna  noga.  Nie  rozległ  się  nawet  cichy  szept.  Mali  miała 
wrażenie,  jak  gdyby  każde  uderzenie  dzwonu  dudniło  w  jej  głowie  i  wstrząsało  nią  aż  do 
głębi duszy.  Zacisnęła dłoń na dłoni Havarda i zagryzła mocno dolną wargę. Łzy napłynęły 
jej  do  oczu  i  sprawiły,  że  płomyki  świec  zlały  się  w  połyskującą  mgiełkę.  Już  nie  widziała 
wyraźnie,  czuła  tylko,  jak  szybko  i  mocno  bije  jej  serce.  Nagle  zakręciło  jej  się  w  głowie  i 
przez  mgnienie  oka  bała  się,  że  zemdleje.  Ale  zaraz  jej  przeszło,  pozostało  tylko  uczucie 
lekkiego oszołomienia. 

Dzwony przestały bić. Cisza dźwięczała w uszach. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. 

Słońce  przedzierało  się  do  wnętrza  przez  witraż  i  tańczyło  na  trumnie.  Mali  zaczerpnęła 
głęboko powietrza i zamknęła piekące oczy. Żołądek palił niczym ogień. Nagle rozbrzmiały 
organy  i  przez  kościół  popłynęły  łagodne  dźwięki  skrzypiec.  Mali  rozpoznała  ten  fragment. 
Sivert zagrał dla nich tę melodię, kiedy ostatnio przyjechał w odwiedziny do domu, słyszeli ją 
również w radiu. Ruth wyjątkowo spodobał się ów utwór. Siedziała i słuchała zachwycona, a 
kiedy Sivert skończył grać, spytała o jego tytuł. 

-  Nazywa  się  Air  -  wyjaśnił  Sivert.  -  To  Bacha.  Podoba  ci  się?  Spojrzała  na  brata 

błyszczącymi oczami i skinęła głową. 

-  Poruszył moją duszę - odpowiedziała.  
Sivert pogładził ją po włosach. 
-  Muzyka  powinna  poruszać  twoją  duszę  -  rzekł.  -  Muzyka  jest  lekarstwem  dla  duszy, 

Ruth. Dla tych, którzy mają duszę i którzy potrafią się w nią wsłuchać - dodał. 

Czy  Ruth  słyszy,  że  Sivert  teraz  dla  niej  gra?  -  zastanawiała  się  Mali.  Wpatrywała  się  w 

trumnę  oczami  pełnymi  łez.  Cudowne  tony  otoczyły  ją  ze  wszystkich  stron  i  nagle 
zrozumiała,  co  Ruth  miała  na  myśli,  mówiąc,  że  muzyka  poruszyła  jej  duszę.  Odniosła 

background image

wrażenie, że pośród całego bólu i cierpienia piękna muzyka przynosi jej radość i ukojenie. To 
prawda, co mówił Sivert - muzyka potrafi leczyć. Przynajmniej na krótką chwilę. 

Mali  nie  słuchała  uważnie  słów  pastora,  jej  myśli  biegły  własnymi  drogami.  Siedziała, 

ś

ciskając  w  dłoniach  chusteczkę,  i  wspominała  Ruth.  Niewyraźne  obrazy  przemykały  przed 

jej  oczami.  Szczęśliwe  wspomnienia  głaskały  ją  niczym  ciepłe  podmuchy  wiatru.  Złe 
przyprawiały  o  gęsią  skórkę.  Z  ostatnich  lat  zachowała  zbyt  wiele  smutnych  wspomnień. 
Dlaczego tak się potoczyło? - zdziwiła się po raz kolejny. Dlaczego Bóg pozwolił, by tak się 
stało?  Westchnęła  cicho  i  otarła  oczy.  Wiedziała,  że  na  to  pytanie  nigdy  nie  otrzyma 
odpowiedzi. Bóg nie zamierzał jej odpowiadać. 

Potem wstała Dorbet. Mali drgnęła i mocno ścisnęła Havarda za rękę. Prawie zapomniała, 

ż

e Dorbet ma czytać fragment Biblii. Ogarnął ją niepokój, czy najmłodsza córka sobie poradzi 

w tak trudnym momencie i przed takim tłumem ludzi. 

Dorbet była bardzo blada. Powoli podeszła do trumny i na krótko pochyliła głowę, jakby 

pozdrawiała  zmarłą  siostrę.  Następnie  odwróciła  się  w  stronę  zgromadzonych  osób.  Stanęła 
wyprostowana,  piękna,  z  oczami  błyszczącymi  od  łez.  Nie  uda  się,  pomyślała  Mali.  Nie 
poradzi sobie. 

Ale  Dorbet  nie  załamała  się.  Jej  głos  brzmiał  cicho,  lecz  wyraźnie.  Rozległ  się  w 

absolutnej ciszy panującej w kościele. 

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. 
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. 
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. 
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. 
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą". 
Dorbet powoli zamknęła Biblię, którą trzymała w dłoniach. Następnie znowu odwróciła się 

w  stronę  trumny,  wyciągnęła  rękę  i  położyła  ją  ostrożnie  na  zielonym  wieńcu 
przyozdobionym suszonymi górskimi kwiatami. 

-  Żegnaj, Ruth. Żyj dobrze w niebie pośród aniołów, bo tam na pewno trafiłaś. Zaglądaj 

do nas, którzy zawsze będziemy cię pamiętać i za tobą tęsknić. Pokój twej pamięci. 

Dorbet  ponownie  pochyliła  głowę.  Stała  tak  przez  chwilę.  Potem  cofnęła  rękę  i  wolnym 

krokiem  wróciła  do  swej  ławki.  W  kościele  rozległo  się  słyszalne  westchnienie  i  nad 
wszystkimi zebranymi zaszumiała Wiosna. 

  
Było późno. Noc za oknami wydawała się niczym czarna ściana. Mali i Havard z Sivertem 

i Tordhild siedzieli w salonie w Stornes. Johannes wreszcie zasnął, lecz tego wieczoru zabrało 
to więcej czasu niż zwykle. Sivert z Tordhild siedzieli przy nim i pocieszali syna, jak mogli. 
Odpowiadali,  jak  potrafili,  na  wszystkie  pytania  o  śmierć  i  co  jest  potem.  Ale  w  końcu 
chłopca zmorzył sen. 

Oja poszedł do Herborg ponad godzinę temu, a Dorbet udała się do Granvold razem z jego 

mieszkańcami  zaraz  po  uroczystości  w  kościele.  Miała  wrócić  do  domu  przed  nocą,  zanim 
położą się spać, jak powiedziała, ale jeszcze jej nie było. 

-  Dziękuję  za  pomoc  i  otuchę  -  odezwała  się  Mali,  spoglądając  na  Siverta  i  Tordhild, 

którzy  siedzieli  razem  na  sofie.  -  I  dziękuję  za  piękną  muzykę  w  kościele,  Sivercie.  Ruth 
miała godne pożegnanie. 

-  Tak, ale to również zasługa Dorbet - przyznał Sivert. - Wspaniale czytała. Jestem dla niej 

pełen uznania, że sobie poradziła. 

Przez jego ściągniętą twarz przebiegł blady uśmiech. 
-  Niektórzy  aż  oniemieli  -  mówił  dalej.  -  Nikt  nie  posądzał  Dorbet  o  taką  odwagę.  Poza 

tym  tylko  nieliczni  wierzyli,  że  zagląda  do  Biblii.  Ale  moja  siostrzyczka  wydoroślała. 
Naprawdę jest już dorosła. 

background image

-  Słyszałam, jak wielu chwaliło ją podczas mszy – zauważyła Mali. - Jednak Dorbet nie z 

tego  powodu  chciała  czytać,  żeby  się  wyróżnić  czy  zdobyć  uznanie.  Zrobiła  to  dla  Ruth. 
Tylko dlatego. 

Przez  chwilę  siedzieli  w  ciszy;  w  salonie  słychać  było  tylko  tykanie  wielkiego  zegara, 

który zapowiadał, że zbliża się nowy dzień. Płomyki parafinowych lamp rzucały chybotliwe 
ś

wiatło. 

-  Jest  coś,  o  czym  chcielibyśmy  z  wami  porozmawiać  -  przerwał  ciszę  Sivert  i  wziął 

Tordhild za rękę. 

Mali szybko podniosła wzrok. Strach przyczaił się w okolicy mostka i sprawił, że z trudem 

łapała oddech. Co tym razem się stało? 

-  Rozważaliśmy to z Tordhild przez cały czas, odkąd dowiedzieliśmy się, że Ruth nie żyje 

-  mówił  dalej  Sivert.  -  I  wydaje  mi  się,  że  dobrze  przemyśleliśmy  naszą  decyzję.  Otóż 
chcielibyśmy się tu przeprowadzić. Gdyby urządzić i wyremontować Wzgórze, moglibyśmy 
tam  zamieszkać.  I...  -  rzucił  krótkie  spojrzenie  na  Tordhild.  -  Myśleliśmy,  żeby  wziąć 
Marilenę  na  wychowanie.  Jesteśmy  młodzi  i  zawsze  chcieliśmy  mieć  więcej  dzieci,  żeby 
Johannes miał rodzeństwo. Ale, jak wiecie, nie możemy. Więc jeżeli się zgodzicie... 

Mali zaniemówiła. Słowa Siverta powoli docierały do jej ciężkiej głowy, otępiałej od bólu. 

W końcu odchrząknęła. 

-  Ale...  ale  co  z  twoją  pracą?  Oczywiście  nie  mamy  nic  przeciwko  temu  i  bardzo  cieszy 

nas wasz pomysł, ale... 

-  Jakoś to będzie - odparł Sivert. - Będę potrzebował trochę czasu, żeby wymyślić jakieś 

rozwiązanie,  ale  mogę  przecież  również  stąd  jeździć  do  pracy.  Nadal  czeka  mnie  trochę 
wyjazdów, a będę spokojniejszy, wiedząc, że Tordhild i Johannes są tutaj, że mają was wokół 
siebie. 

-  To brzmi niewiarygodnie - przerwał nagle Havard i poprawił się na krześle.  
Jego oczy ożywiły się. Pojawiło się w nich coś, co przypominało nadzieję, pomyślała Mali, 

patrząc na męża. Optymizm. 

-  Odnowimy  i  urządzimy  Wzgórze,  żebyście  mieli  przytulny  dom  -  podchwycił  z 

entuzjazmem.  -  Pomyśleć  tylko,  że  będą  tu  z  nami,  Mali!  -  dodał,  wziął  Mali  za  rękę  i 
uścisnął. - Nigdy nie miałem odwagi nawet o tym marzyć. 

-  Dla Johannesa będzie lepiej, żeby dorastał tutaj, niż gdyby wychowywał się w mieście - 

uśmiechnęła  się  Tordhild.  -  Poza  tym  od  dawna  już  mieliśmy  uczucie,  że  tu  jest  nasze 
miejsce, prawda, Sivercie? 

Na krótko spojrzenia matki i syna spotkały się, po czym Sivert przytaknął. 
-  Tak,  myślę,  że  tak  właśnie  jest  -  rzekł  z  namysłem.  -  Uważam,  że  to  najlepsze 

rozwiązanie dla wszystkich. A Marilena... 

-  Chciałam, żeby mieszkała z nami - przyznała Mali. - Biedactwo ma tylko nas. Ale jeżeli 

wy  chcecie  ją  wziąć  na  wychowanie...  Tak  będzie  dla  niej  o  wiele  lepiej.  Zostanie  waszą 
córką i siostrą Johannesa. Lepiej nie mogło się ułożyć, skoro stało się, jak się stało - dodała 
wzruszona - Ruth nie miałaby nic przeciwko temu. 

Nagle jej oczy zaszkliły się i pośpiesznie otarła dłonią łzy. 
-  Ruth byłaby taka szczęśliwa! - westchnęła. 
-  Kiedy  zamierzacie  się  przeprowadzić?  -  spytał  Havard.  -  Na  Wzgórzu  jest  trochę  do 

zrobienia, zanim będziecie mogli się przenieść, ale... 

-  W połowie maja przyjedziemy na ślub Dorbet i chrzciny maleńkiej Mali - odrzekł Sivert. 

-  Dom  pewnie  nie  będzie  jeszcze  gotowy,  ale  myślę,  że  moglibyśmy  już  przywieźć  meble  i 
trochę rzeczy, które wstawilibyśmy na razie do stodoły, dopóki będą trwały prace. A póki co 
znajdzie się chyba dla nas jakieś miejsce w gospodarstwie. 

background image

Odgarnął dłonią ciemne włosy. Przez krótką chwilę wydał się tak podobny do Jo, że Mali 

aż  ścisnęło  w  dołku.  Ta  sama  szczupła,  ładna  twarz  i  półdługie,  kręcone,  niemal 
granatowoczarne włosy. 

-  Przez  większą  część  lata  będę  zajęty,  ponieważ  muszę  rozliczyć  się  z  moją  wytwórnią 

płytową i dopracować program tournee. Wiem, że w tym roku mam dwie trasy koncertowe, 
na które podpisałem kontrakt - dodał. - Ale Tordhild i Johannes zostaną tutaj. A we wrześniu 
moglibyśmy się chyba przeprowadzić? 

-  Powinniśmy  zdążyć  -  uznał  Havard.  -  Zatrudnię  kilku  cieśli  i  mam  nadzieję,  że  śnieg 

wkrótce stopnieje, żebyśmy jak najszybciej mogli zacząć. 

Mali czuła, jak gorąca radość wolno rozlewa się w jej piersi. 
Sivert  wraca  do  domu...  będzie  ich  miała  tak  blisko,  jego,  Torhhild  i  Johannesa!  I 

zaopiekują się Marileną... 

-  Ale czy naprawdę tego chcecie? - upewniła się zdławionym głosem. - Czy przypadkiem 

nie robicie tego, żeby... 

Przez twarz Siverta przebiegł uśmiech. 
-  Chyba  na  tyle  dobrze  mnie  znasz,  mamo,  by  wiedzieć,  że  nie  należę  do  tych,  którzy 

robią  coś,  bo  muszą.  Postanowiliśmy  tak,  bo  oboje  tego  chcemy.  Cieszymy  się,  że  tu 
zamieszkamy, a jeszcze bardziej, że będziemy mieli córeczkę - dodał wzruszony. 

-  A Johannes... 
-  On jeszcze o niczym nie wie. Uznaliśmy, że najpierw musimy porozmawiać z wami. Ale 

wiemy, jak zareaguje - stwierdził z przekonaniem. - Kiedy się o tym jutro dowie, przyjmie to 
jak spełnienie marzeń. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. 
-  A twoja gra, Sivercie? - spytała znowu Mali. - Czy przeprowadzka na wieś nie zaszkodzi 

twojej karierze? Stąd jest tak daleko do Oslo. 

-  Zawsze  znajdzie  się  jakieś  rozwiązanie  -  odparł  Sivert.  -  A  kiedy  wyjadę  na  tournee, 

będę spokojniejszy, gdy moi bliscy będą tutaj, niż gdyby zostali sami w Oslo. Nie martw się 
na  zapas,  mamo.  Wszystko  dokładnie  przemyśleliśmy.  Nie  podjęliśmy  tej  decyzji  teraz  pod 
wpływem nagłego impulsu - dodał. 

Nagle jakby jakaś tama przełamała się w Mali. Zakryła twarz rękami i rozpłakała się. 
-  Ależ, Mali... 
Havard w jednej chwili znalazł się przy niej i objął ją. Gładził ją po plecach i przytulił jej 

głowę do swej piersi. Oparła się o niego, nie próbowała powstrzymać łez. Kłębiło się w niej 
tak  wiele  uczuć.  Smutek  z  powodu  śmierci  Ruth.  Ogromne  wyrzuty  sumienia.  Rozpacz  i 
zwątpienie. I nagle taka radość! Bóg zabrał jej jedno dziecko, lecz oto zwraca jej drugie. Tak 
to odebrała. Być może mimo wszystko dobry Bóg jednak coś rozumie i zdaje sobie sprawę, że 
nawet  ona  nie  zdołałaby  udźwignąć  wszystkiego.  Że  potrzebowała  pomocnej  ręki  właśnie 
teraz. I oto daje jej Siverta, Tordhild i Johannesa. 

Nikt  nie  będzie  w  stanie  zastąpić  Ruth,  pomyślała  Mali  i  otarta  chusteczką  mokrą  twarz. 

Tęsknota  i  smutek  po  stracie  córki  zawsze  pozostaną  w  jej  sercu,  jednak  teraz  pojawił  się 
niewielki promyk światła w ciemności. Nadejdzie nowa wiosna, życie potoczy się dalej. 

 
ROZDZIAŁ 8. 
  
Havard  wsunął  ramię  pod  głowę  Mali  i  przysunął  ją  ku  sobie.  Przytuliła  się  do  niego. 

Ciepło  męża  powoli  rozchodziło  się  w  jej  zesztywniałym  z  zimna  ciele  i  Mali  westchnęła 
cicho. 

-  To  był  niezwykły  dzień  -  rzekła.  -  Czuwanie  przy  zwłokach  Ruth,  jej  pogrzeb  i  nagle 

radosna nowina, że Sivert z rodziną do nas wraca. 

Havard roześmiał się krótko bez słowa. Jego ciepły oddech musnął policzek Mali. 

background image

-  Myślałem o tym samym - odezwał się wreszcie. - Tak, przeżyliśmy dziś tyle bólu, a tu 

na  sam  koniec  taka  radość!  Marilena  będzie  miała  nową  rodzinę  i  nie  grozi  jej  żadne 
niebezpieczeństwo - dodał. - Znajdzie tyle ciepła i miłości. Nie uważam, żeby coś jej groziło, 
gdyby została z nami, nie zrozum mnie źle! Ale będzie dorastać w rodzinie Siverta i Tordhild, 
którzy  zatroszczą  się  o  nią  jak  o  rodzone  dziecko.  A  Johannes  będzie  miał  wreszcie 
wymarzoną młodszą siostrę. Pomyśl tylko! 

Mali  nie  odpowiedziała.  Objęła  Havarda  i  wtuliła  twarz  w  jego  szyję.  Tak  bardzo 

potrzebowała  jego  bliskości  tego  wieczoru.  Potrzebna  jej  była  owa  świadomość,  że  jest  ich 
dwoje,  w  radości  i  smutku.  To  niezwykłe,  pomyślała  z  pewnym  zdumieniem,  ale  wspólnie 
przeżyte  lata  tylko  bardziej  ją  i  Havarda  do  siebie  zbliżyły,  nie  stało  się  tak  jak  w  wielu 
innych  małżeństwach,  gdzie  po  długim  wspólnym  życiu  ludzie  ledwie  zamieniają  ze  sobą 
kilka słów. 

Mali nie wiedziała, co by zrobiła bez Havarda, bez jego troskliwości, siły i radości życia. 

Bez  jego  miłości,  dzięki  której  nadal  potrafiła  się  zachowywać  jak  zakochana  dziewczyna. 
Pogładziła go po włosach i przytuliła policzek do jego policzka. 

-  Tak bardzo cię kocham, Havardzie. 
Przygarnął ją bliżej. Jego dłonie gładziły ją po plecach. 
-  I ja cię kocham - szepnął jej do ucha. - Kocham cię od dnia, kiedy powiedziałaś „tak". 

Uważam  nawet,  że  to  coś  znacznie  więcej  -  dodał.  -  Stałaś  się  jakby  częścią  mnie  samego. 
Często  myślę  o  tym,  że  gdybyś  odeszła,  ja  też  bym  umarł.  Ponieważ  nie  wiem,  co  bym 
zrobił... 

-  Tss - uciszyła go Mali. 
Nie  chciała  myśleć  o  tym,  że  któregoś  dnia  jedno  z  nich  mogłoby  zostać  samo.  Nie  dziś 

wieczorem. Mimo to myśli wypełzły ze swych głęboko ukrytych zakamarków. W głębi duszy 
czuła, że poradziłaby sobie, gdyby zabrakło Havarda. Nie należała do tych, którzy załamują 
ręce  i  się  poddają.  Nigdy  sobie  na  to  nie  pozwalała,  nie  mogła  sobie  pozwolić.  Jednak  jej 
ż

ycie stałoby się zimne i puste bez Havarda. Wzdrygnęła się, usiłowała odsunąć nieprzyjemne 

myśli i mocniej przytuliła się do męża. 

Nagle  przed  oczami  stanął  jej  obraz  Ruth,  nie  wiadomo  który  raz  tego  dnia.  Był  tak 

wyraźny,  że  Mali  wprost  czuła,  jakby  córka  żyła.  Spojrzenie  szarych  oczu  promieniało 
radością, a Ruth uśmiechała się. A więc wie, pomyślała Mali, że Sivert przeprowadza się do 
Stornes, a Marilena znajdzie nową rodzinę. 

  
Na  stypę  po  pogrzebie  do  Stornes  przyszło  dużo  ludzi.  Mali  nie  miała  pojęcia,  jak  to 

zniesie.  Najchętniej  zostałaby  sama  ze  swymi  myślami  i  bolesnym  smutkiem.  Jednak 
uroczystość  przebiegła  lepiej,  niż  się  spodziewała.  Ciepło  i  troska  ze  strony  rodziny, 
przyjaciół i znajomych wzruszyły ją i dodały otuchy. 

Sigrid przez cały czas dotrzymywała Mali towarzystwa, co zresztą często się zdarzało po 

ś

mierci Ruth. Kilka razy wpadła do Stornes całkiem niespodziewanie tylko po to, żeby być w 

pobliżu,  gdyby  Mali  czegoś  potrzebowała.  Mali  lubiła  te  odwiedziny,  ponieważ  na  Sigrid 
mogła  całkiem  polegać.  Jednak  nawet  jej  nie  wyznała  prawdy  o  śmierci  Samuela.  Dużo 
rozmawiały  o  Ruth  i  Mali  nieraz  płakała  w  ramionach  Sigrid  nad  nieszczęściem  córki. 
Złorzeczyła Samuelowi, dając upust swej nienawiści do niego. Wiele razy zadawała pytanie, 
jak  Bóg  mógł  pozwolić,  by  jej  dobra  Ruth  związała  się  z  tym  potworem.  Jednak  nie 
powiedziała  nic  więcej,  a  Sigrid  nie  pytała.  Być  może  mimo  wszystko  domyślała  się,  że 
Samuel nie zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, ale w każdym razie zachowała swoje 
domysły dla siebie. Mali wiedziała, że się przed nikim z nimi nie zdradzi. 

W  czasie  stypy  nikt  nie  mówił  o  Samuelu.  Ludzie  myśleli  swoje,  ale  nikt  nic  nie 

powiedział. Mali odczuła ulgę. Niech po przyjęciu wracają z Bogiem do domu i rozprawiają 
do woli na temat tajemniczej śmierci na Wzgórzu. I tak nigdy nie dowiedzą się prawdy. 

background image

Wiele osób wygłosiło mowy pośmiertne. Wszyscy wspominali Ruth jako niezwykle ciepłą, 

troskliwą i uroczą. Ktoś powiedział, że była prawdziwym człowiekiem, któremu nieobojętny 
był  los  bliźniego.  Kochającą  córką  i  dobrą  matką.  Wierną  żoną.  Ale  nikt  nie  wspomniał  o 
Samuelu... 

  
Było  wiele  rąk  do  uściskania.  Nagle  jak  spod  ziemi  wyrosła  Laura.  Mali  całkiem 

zapomniała, że widziała ją i Olę Havarda w jednych z sań z Oppstad. Teraz po prostu stanęła 
przed Mali w czarnej spódnicy i szarej bluzce z białym kołnierzykiem. 

-  Moje kondolencje - rzekła i uścisnęła rękę Mali. Jednak wzrokiem przykuwała Havarda, 

stojącego obok. Jej policzki lekko pokryły się rumieńcem, kiedy składała wyrazy współczucia 
Havardowi. Mali zauważyła to i ogarnęła ją wściekłość. Jak ona śmie?! W takiej chwili! Ola 
Havard, blady i poważny, przecisnął się bliżej. Mali przykucnęła i objęła malca. 

-  Tak  się  cieszę,  że  przyszedłeś,  Ola  Havardzie  -  rzekła  cicho.  -  Wiem,  że  Ruth  też 

sprawiłbyś wielką radość. 

-  Tak myślisz? - spytał ze łzami w wielkich oczach. 
-  Wiem o tym - zapewniła Mali i pogłaskała go po policzku. - Prawda, Havardzie? 
-  Tak,  to  prawda  -  potwierdził  Havard  i  poklepał  chłopca  po  głowie.  -  Ale  teraz  idź 

porozmawiać z Johannesem - zaproponował. - Ruth nie chciałaby, żebyś był taki smutny, Ola 
Havardzie. Wolałaby, żebyście obaj pobawili się z Marileną, bo sama nie może tu być i się 
nią zająć. 

-  Jesteś pewien?  
Havard  skinął  głową,  a  malec  szybko  wymknął  się  matce  i  zniknął  między  gośćmi  w 

poszukiwaniu  Johannesa.  Trudny  moment  mieli  za  sobą.  Do  Mali  i  Havarda  przeciskali  się 
kolejni znajomi z kondolencjami i Laura musiała się odsunąć. 

  
Jednak z pewnością nie  dała za wygraną, pomyślała Mali i pocałowała Havarda w szyję. 

Zauważyła,  że  Havard  ciągle  wiele  dla  Laury  znaczy.  Prędzej  czy  później  dojdzie  do 
rozrachunku. Mali przeczuwała to. Tak dalej być nie może. Jednak jest jeszcze Ola Havard i 
trzeba go ochraniać. Położenie chłopca i tak jest trudne, nawet jeżeli nie dojdzie do otwartej 
walki  między  Laurą  i  Stornesami.  A  Laura  może  się  okazać  nieobliczalna;  trudno 
przewidzieć,  do  czego  będzie  zdolna  i  jakiej  użyje  broni,  gdy  poczuje,  że  może  przegrać, 
myślała Mali z niepokojem. 

-  Laura przyszła na stypę - mruknęła do Havarda. 
-  Tak, widziałem. 
-  Kochasz mnie? - spytała. - Tylko mnie? Havard odwrócił Mali na plecy i uniósł się na 

łokciach.  Jego  wzrok,  którym  przykuwał  Mali,  płonął  w  blasku  jedynej  lampki  łojowej, 
stojącej na nocnym stoliku. 

-  Nie musisz o to pytać, Mali - rzekł cicho. 
-  Tak,  to  głupie  -  przyznała  ze  łzami  w  oczach.  -  Ale  ona...  Pochylił  się  nad  żoną  i 

pocałował ją. Ujął jej głowę w swe mocne, ciepłe dłonie. Mali objęła go i mocno przytuliła. 
Tak wiele straciła. Brzemię okazało się bardzo ciężkie i nie czuła się już tak silna, twarda i 
bezkompromisowa jak kiedyś. Nie zniosłaby jeszcze jednej straty. Zwłaszcza straty Havarda. 

Po chwili Havard podniósł się i zdmuchnął płomień lampy. Nie wypuścił Mali z objęć. 
-  O Boże, ktoś spadł ze schodów na poddasze! - krzyknęła Ingeborg i spojrzała w stronę 

drzwi do salonu. 

Mali, która właśnie nakrywała do śniadania, zastygła  w bezruchu. Jej serce zakołatało ze 

strachu. Coś potwornie gruchnęło na schodach. Potem rozległo się dudnienie, a następnie dał 
się  słyszeć  tupot  stóp  na  korytarzu.  Drzwi  otworzyły  się  z  impetem  i  do  salonu  wpadł 
Johannes  z  włosami  sterczącymi  na  wszystkie  strony.  Koszula  wystawała  mu  ze  spodni,  a 
sweter włożył tył na przód. Twarz chłopca jaśniała niczym dopiero co zapalona świeca. 

background image

-  Babcia, przeprowadzam się tu! 
Runął na Mali i zarzucił ręce wokół niej, tak że omal nie upadła. 
-  Słyszałaś o tym? Przeprowadzimy się na Wzgórze, a Marilena będzie moją siostrą! Ona 

teraz będzie nasza, babciu! Moja! - dodał zdyszany. - Będzie moją młodszą siostrą! 

Mali  zauważyła  zdumione  spojrzenia  Ane  i  Ingeborg.  Właściwie  zamierzała  sama  im  o 

tym powiedzieć, ale nie spodziewała się, że Johannes tak wcześnie dzisiaj wstanie. 

-  Tak,  zamieszkacie  z  nami  -  uśmiechnęła  się  i  uścisnęła  wnuka.  -  Wszyscy  w  Stornes 

jesteśmy z tego powodu tacy szczęśliwi! 

-  A Marilena... 
-  Tak, będzie twoją młodszą siostrą - przyznała Mali. - To wielki honor dla ciebie. A ona 

będzie dumna ze swego starszego brata. 

Johannes przytaknął nieskromnie. 
-  Ola  Havard  też  będzie  mógł  czasem  jej  popilnować  -  rzekł  wielkodusznie.  -  Ale  to  ja 

będę starszym bratem. 

Mali skinęła głową i pogładziła wnuka po włosach. Czuła, że serce jej rośnie z radości na 

samą myśl o tym, że Sivert wraz i rodziną wróci na wieś; że tego chciał po tym, co się stało. 
Być może mimo wszystko z tragicznych wydarzeń, które rozegrały się na Wzgórzu, wyniknie 
również coś dobrego. 

-  Muszę lecieć do Oppstad! - zawołał Johannes i wyrwał się z objęć Mali. - Nie wiem, jak 

długo Ola Havard jeszcze tam zostanie, a muszę mu opowiedzieć... 

-  Najpierw musisz zjeść śniadanie - oznajmiła Mali i popchnęła go lekko w stronę stołu. - 

Nikt nie wychodzi z domu, zanim nie zje, wiesz o tym. 

Johannes niechętnie wdrapał się na ławę. 
-  A kiedy zjem? 
-  Wtedy możesz biec śmiało - zgodziła się Mali. - Ale przedtem porządnie cię ubierzemy - 

dodała z uśmiechem. 

  
Wczoraj  przed  pójściem  spać  Havard  i  Mali  zajrzeli  jeszcze  do  Oi  i  Herborg,  żeby 

oznajmić im radosną nowinę. Wyglądało na to, że i oni się ucieszyli. Mali obawiała się, że Oi 
nie  spodoba  się  pomysł  Siverta,  że  poczuje  się  zagrożony  i  na  powrót  stanie  się  ponury  i 
zamknięty w sobie. Jednak odniosła wrażenie, że przeprowadzka brata z rodziną szczerze go 
ucieszyła. 

-  O, jak to dobrze! - zawołała Herborg rozpromieniona. - Teraz wszyscy będziemy razem, 

a mała będzie miała wokół siebie dużą rodzinę. 

-  Latem zrobi się tu naprawdę ciasno - zauważyła Mali. - i Sivert z Tordhild i Johannesem 

będą z nami mieszkać, dopóki Wzgórze nie zostanie doprowadzone do porządku. 

-  Mamy  dosyć  miejsca  -  stwierdził  Oja  wspaniałomyślnie.  -  To  żaden  problem.  I 

przybędzie nam pomoc do sianokosów - zachichotał. Pogładził Herborg po włosach. - Jestem 
tego  samego  zdania  co  Herborg.  Świetnie  się  składa,  że  Sivert  z  rodziną  wraca  do  domu  - 
rzekł z uśmiechem. - Dobrze będzie mieć ich tak blisko. Rodzina powinna być razem - dodał. 
- To tutaj jest nasze miejsce, wszystkich Stornesów. 

Mali poczuła ulgę i odprężenie w całym ciele. Będzie dobrze, pomyślała. Pochyliła się nad 

Herborg i maleństwem i ucałowała pokrytą puszkiem główkę dziecka. 

-  Dobrze się czujesz, Herborg? 
-  Nie ma powodu do obaw - synowa uśmiechnęła się. - Stan zapalny ustępuje. 
-  Mimo  wszystko  pij  jeszcze  przez  jakiś  czas  zioła  -  poradziła  Mali.  -  Na  wszelki 

wypadek. Niedługo przyjdą sąsiedzi z kaszą i smakołykami - dodała. - Przedtem nie bardzo 
wypadało, skoro... 

background image

-  Dobrze  to  rozumiem  -  przerwała  jej  Herborg.  -  Ale  teraz  chętnie  pokażę  im  naszą 

córeczkę. Poza tym jestem już silniejsza i na tyle zdrowa, by móc przyjąć gości. A więc jeżeli 
uważasz, że to uchodzi... 

-  Myślę, że tak - odparła Mali. - Życie musi toczyć się dalej. 
  
Kiedy Havard i Mali wyszli z sypialni Herborg i Oi na korytarz, ujrzeli Dorbet, jak skrada 

się  po  schodach.  Przestraszyła  się  na  widok  rodziców.  Mali  miała  na  końcu  języka  ostrą 
uwagę na temat pory powrotu córki do domu, ale zamilkła, widząc jej rozpromienione oczy. 
Nie chciała odbierać Dorbet tej odrobiny radości; od śmierci Ruth dziewczyna ciągle chodziła 
smutna i milcząca. 

-  Lepiej się czujesz? - spytała i pogładziła ją po policzku.  
Dorbet skinęła głową, z poczuciem winy spuściła wzrok i zaczerwieniła się. 
-  To  dobrze  -  rzekła  Mali.  -  Nie  musisz  się  wstydzić,  to  nic  złego.  Ruth  nie  chciałaby, 

ż

ebyś do końca życia się zamartwiała z jej powodu. Przecież ty też o tym wiesz. 

-  A  my  mamy  dla  ciebie  wielką  nowinę  -  przerwał  im  Havard.  -  Sivert  z  rodziną 

przeprowadza się na Wzgórze, jak tylko wyremontujemy dom i zrobimy izolację. I zaadoptują 
Marilenę. 

Dorbet podniosła głowę i spojrzała na rodziców wielkimi oczami. Niedowierzanie szybko 

ustąpiło miejsca promiennej radości. 

-  To  cudownie!  -  zawołała.  -  Wreszcie  będziemy  wszyscy  razem.  Kiedy  się 

przeprowadzają? 

-  Na  Wzgórzu  jest  jeszcze  sporo  do  zrobienia,  żeby  można  tam  zamieszkać  -  odparł 

Havard. - Ale zamierzam nająć do pracy więcej ludzi. Sivert z Tordhild przyjadą na twój ślub 
i  chrzest  malutkiej  Mali  i  wtedy  Tordhild  z  Johannesem  już  zostaną  w  Stornes.  Sivert  musi 
jeszcze wrócić do Oslo, żeby załatwić trochę spraw. Myślę, że będą mogli się wprowadzić do 
własnego domu pod koniec września - dodał. 

-  Tak się cieszę! - promieniała Dorbet. 
-  My też - uśmiechnęła się Mali. - Ale teraz musimy iść spać, bo zrobiło się bardzo późno. 
Dorbet  kiwnęła  głową,  przemknęła  obok  rodziców  i  zniknęła  w  swojej  sypialni.  Kiedy 

ruszyli dalej, Havard objął Mali ramieniem. 

-  Nigdy bym nie uwierzył - rzekł cicho - że ten dzień zakończy się uśmiechem. 
Mali  nie  odpowiedziała.  Przytuliła  się  tylko  mocniej  do  męża  i  objęła  go  w  pasie.  W 

głowie  jej  huczało  i  czuła  się  dziwnie  rozbita.  Smutek  z  powodu  śmierci  Ruth  tkwił  w  niej 
ciągle niczym tępy ból, lecz radość, że Sivert z rodziną zamieszka wkrótce z nimi, łagodziła i 
uśmierzała  cierpienie.  To  wszystko  nie  powinno  odbyć  się  w  taki  sposób,  pomyślała,  Ruth 
również powinna tu być. Ale nie można chcieć za wiele. Tym razem Bóg zabrał jedną ręką, a 
dał drugą. Niezbyt często tego doświadczała. 

  
Johannes otrzepał buty ze śniegu i ostrożnie zapukał do drzwi Oppstad. Kiedy jeszcze dwa 

razy ponowił próbę, a nikt nie odpowiadał, uchylił drzwi. 

-  Halo, to ja! - zawołał i postąpił krok naprzód. 
Nic  dziwnego,  że  nikt  go  nie  słyszał.  Służące  szorowały  garnki  i  robiły  dużo  hałasu, 

zmywając  naczynia  w  balii.  Ola  Havard  siedział  na  kanapie  i  oglądał  książkę  z  obrazkami. 
Podniósł wzrok, słysząc, że ktoś wchodzi. Zdumienie i radość odmalowały się na jego twarzy, 
kiedy zobaczył Johannesa. 

-  Przyszedłeś?! - zawołał zachwycony. Zostawił książkę i podszedł do drzwi. - Wejdź do 

ś

rodka! 

-  Pomyślałem, że może chciałbyś przyjść do nas do Stornes?  
Ola Havard odwrócił się do Lisbeth, która jeszcze nie zauważyła gościa. 

background image

-  Ach,  to  ty,  Johannesie  -  uśmiechnęła  się  na  widok  chłopca.  -  Co  się  stało,  że  tak 

wcześnie dziś wstałeś i wyszedłeś na dwór? 

-  Muszę  pomówić  z  Olą  Havardem  -  odparł  Johannes  poważnie.  -  Chcę  mu  powiedzieć 

pewną tajemnicę - dodał i przestąpił niespokojnie z nogi na nogę. - Nie wiedziałem, jak długo 
Ola Havard zostanie w Oppstad i kiedy wyjeżdża do domu, więc pomyślałem, że... 

-  Zostanę tu aż do soboty - przerwał mu Ola Havard. - Ale co to za tajemnica? 
Johannes wiercił się nerwowo i ukradkiem zerkał na Lisbeth i służące, które najwyraźniej 

również były zainteresowane tym, co mu leży na sercu. 

-  Muszę  to  najpierw  powiedzieć  tylko  tobie  -  mruknął  zza  szalika  okręconego  dwa  razy 

wokół szyi. 

-  To aż taka tajemnica! - roześmiała się Lisbeth. - Czy nawet ja nie mogę posłuchać? 
-  Może  później  -  odrzekł  Johannes.  -  Będziesz  mógł  teraz  pójść  ze  mną  do  Stornes,  Ola 

Havardzie? 

Ola Havard zerknął szybko na Lisbeth. Skinęła przyzwalająco głową. 
-  Sama muszę się do was wybrać dziś przed południem - uśmiechnęła się. - Chciałabym 

wreszcie zobaczyć maleństwo. 

-  Córeczka  Oi  jest  prześliczna  -  wyznał  Johannes.  -  Widziałem  ją  już  kilka  razy.  Będzie 

się nazywać Mali, ale mówimy na nią Mała Mali, żeby nikt nie pomyślał, że chodzi o babcię - 
dodał i roześmiał się. 

-  Dobrze, idź, Ola Havardzie, to potem razem wrócimy do domu - zgodziła się Lisbeth. - 

Tylko porządnie się ubierz! 

Obaj chłopcy w jednej chwili wypadli za drzwi. 
  
-  Co to za tajemnica? 
Doszli  już  do  połowy  dziedzińca,  a  Ola  Havard  nadal  mocował  się  z  ostatnim  guzikiem 

kurtki.  Szalik  powiewał  luźno  zarzucony  na  ramiona,  a  czapka  przesunęła  się  trochę  na 
bakier. Johannes bardzo się ożywił, że pozwolono Oli Havardowi pójść razem z nim. 

-  Przeprowadzam się tutaj! 
Ola  Havard  zatrzymał  się  nagle,  zapominając  o  guziku  i  szaliku,  i  spojrzał  na  Johannesa 

wielkimi oczami. 

-  Przeprowadzasz się?! 
-  Tak, nie tylko ja - wyjaśnił Johannes z zapałem. - Mama i tato też. Przeprowadzimy się 

na Wzgórze, jak tylko dziadek zrobi tam remont i uporządkuje dom, ale przedtem będziemy 
mieszkać  w  Stornes.  A  Marilena  zostanie  moją  młodszą  siostrą  -  uśmiechnął  się  z  dumą  do 
przyjaciela. -  Ona teraz będzie nasza. Całkiem nasza - podkreślił. 

Oli Havardowi opadły ręce. 
-  Marilena będzie... 
-  Tak,  ona  jest  teraz  zupełnie  sama  na  świecie,  wiesz  -  wyjaśnił  Johannes,  wziął  Olę 

Havarda  za  ramię  i  pociągnął  za  sobą  dalej.  -  Wiesz,  odkąd  Ruth  nie  żyje...  I  Samuel  też  - 
dodał  poważnie  i  spojrzał  na  Olę  Havarda.  -  Marilena  potrzebuje  kogoś,  kto  będzie  się  nią 
opiekował i... 

-  Myślałem, że ja się nią będę opiekował - rzekł Ola Havard rozżalony. 
Johannes zatrzymał się i spojrzał na niego pytająco. 
-  Ty miałbyś się nią opiekować? Przecież mieszkasz w Storhaug. 
Ola Havard znowu zaczął się mocować z okropnym guzikiem. Przez chwilę nic nie mówił. 
-  Teraz  często  jestem  w  Oppstad  -  powiedział  w  końcu.  -  Więc  sobie  pomyślałem,  że 

mógłbym być... być jej... Opiekować się nią - dokończył trochę bezradnie. 

-  Ale  i  tak  będziesz  mógł  -  zaproponował  Johannes  wielkodusznie.  -  Kiedy  przyjedziesz 

do  Oppstad,  będziemy  z  nią  razem,  ty  i  ja.  Jesteś  przecież  moim  najlepszym  przyjacielem  - 

background image

dodał.  -  Wtedy  będziemy  mogli  wspólnie  zajmować  się  Marileną.  Będzie  szczęśliwa,  kiedy 
będzie miała nas dwóch do opieki. . 

-  Ale zostanie twoją młodszą siostrą. 
Johannes kopnął dużą grudkę śniegu i uśmiechnął się. 
-  Tak,  to  prawda!  Cały  czas  marzyłem,  żeby  mieć  rodzeństwo,  ale  do  tej  pory  nie 

miałem... - Roześmiał się szczęśliwy. - A teraz nareszcie mam młodszą siostrę! 

Nagle zauważył, że Ola Havard wygląda, jakby nie podzielał jego radości. 
-  Co się stało? - spytał zaskoczony. - Nie cieszysz się, że się przeprowadzam? 
-  Nnno...  -  Ola  Havard  zwlekał  z  odpowiedzią.  -  No,  cieszę  się,  ale  myślałem,  że  to  ja 

będę opiekować się Marileną i że ona będzie też moja. 

-  Ale  ty  masz  brata  -  tłumaczył  Johannes.  -  A  ja  wcale  nie  mam  rodzeństwa.  Przecież 

będziemy mogli się dzielić - powtórzył. - Tylko mieszkać będzie z nami i... 

Ola Havard nie odpowiedział. W końcu udało mu się zapiąć  guzik i zaczął owijać szalik 

wokół szyi. 

-  To nie to samo - wyznał cicho. - Mój brat... on jest już duży i nigdy się mną nie zajmuje. 

A moja mama... 

-  Na  pewno  się  o  ciebie  troszczy  -  uważał  Johannes.  -  Wszystkie  mamy  opiekują  się 

swoimi dziećmi. 

-  Pewnie  tak  -  przytaknął  Ola  Havard,  ale  nie  wydawał  się  całkiem  o  tym  przekonany.  - 

Tak bardzo chciałbym mieć tatę - westchnął ze smutkiem. 

-  Masz tatę - przekonywał go Johannes i położył mu rękę na ramieniu. - Ale on nie żyje, 

tak jak Ruth. Mama mówi, że oni i tak są przy nas i patrzą na nas. Są aniołami, mówi. A więc 
twój  tato  widzi  cię  i  czuwa  nad  tobą,  Ola  Havardzie.  Masz  tatę  -  powtórzył  pocieszająco.  - 
Wszyscy mamy. Nie myśl, że jest inaczej. 

-  Wierzysz w to, że stają się aniołami, kiedy umrą? 
-  Jestem tego pewien - odparł Johannes z przekonaniem. 
-   Ale  przecież  są  zakopani  głęboko  w  ziemi...  Johannes  zastanowił  się  nad  tym  przez 

chwilę. Kopnął kilka śnieżnych grudek, które zostały na drodze po pługu. 

-  Nie wiem, jak to się dzieje - przyznał. - I myślę, że to straszne, że naszej kochanej Ruth 

już  z  nami  nie  ma.  Powinna  żyć  i  być  mamą  dla  Marileny.  Ale  ona  rzuciła  się  do  fiordu. 
Pytałem mamę, dlaczego to zrobiła, ale powiedziała, że nikt tego nie wie. Tylko Ruth wie, ale 
jej  nie  możemy  zapytać.  Może  była  bardzo  zmartwiona,  kiedy  Samuel  spadł  ze  schodów  - 
zatrzymał  się  na  chwilę  i  zamyślił.  -  Mój  tato  mówi,  że...  nie,  nie  przypomnę  sobie,  co  on 
mówił.  Ale  ci,  którzy  są  dobrzy,  po  śmierci  są  razem  z  Bogiem  i  aniołami.  Babcia  też  tak 
twierdzi. A więc Ruth na pewno jest teraz dobrze i już się nie smuci - dodał z ufnością. - Wie, 
ż

e zajmiemy się Marileną, i bardzo się z tego cieszy. 

-  Ale  jednak  lepiej  jest,  kiedy  żyją  -  stwierdził  Ola  Havard.  -  Nie  mogę  porozmawiać  z 

moim  tatą  tak  jak  ty  ze  swoim.  A  mama  chce,  żebym  pytał  o  wszystko  i  bawił  się  z 
parobkami,  których  przyjmuje  do  domu,  ale...  Oni  wcale...  Oni  też  nie  zwracają  na  mnie 
uwagi - dodał z goryczą w głosie. 

-  W Stornes wszyscy się o ciebie troszczą - zapewnił Johannes. - Wiem o tym, bo słyszę, 

jak o tym mówią. I przecież masz mnie - dodał, próbując pocieszyć przyjaciela. - Niedługo się 
tu przeprowadzę i wtedy będziemy mogli częściej razem się bawić. To chyba dobrze? 

Ola Havard spojrzał na Johannesa i wreszcie na jego twarzy pojawił się uśmiech. 
-  To  bardzo  dobrze!  -  zgodził  się.  -  Jesteś  moim  najlepszym  przyjacielem.  I  może  będę 

teraz mógł częściej przychodzić do Stornes, bo bardzo dobrze się tam czuję. Jest mi z wami 
lepiej niż w domu - dodał. 

-  Tak, i będziesz mógł odwiedzać nas na Wzgórzu - uśmiechnął się Johannes..- Będziesz 

mógł u nas nocować i... 

Wreszcie Ola Havard się rozweselił. Przytakiwał z zapałem. 

background image

-  Mogę wszystkim o tym powiedzieć? - spytał wzruszony. - Mogę opowiedzieć, że jesteś 

moim  najlepszym  przyjacielem  i  że  będę  u  ciebie  nocował,  i  że  razem  z  tobą  będę  się 
opiekował Marileną? 

-  Jasne - zgodził się Johannes. 
-  Powiem  mamie,  że  chcę  częściej  przychodzić  do  Stornes  -  postanowił  Ola  Havard.  - 

będziemy często się bawić, ty i ja. - Zastanowił się chwilę. - Myślisz, że ja też mógłbym się 
przeprowadzić do Stornes? 

-  Chcesz się wyprowadzić od swojej mamy? - Johannes spojrzał na niego ze zdumieniem. 

- Wydaje mi się, że chyba jednak nie. 

Ola Havard spuścił wzrok i podciągnął szalik na uszy. 
-  Masz rację, chyba bym nie mógł - zgodził się. - Ale mogę częściej cię odwiedzać. 
-  Dużo częściej - roześmiał się Johannes. - Pomyśl, ile rzeczy możemy razem zrobić, ty i 

ja! 

Ożywieni  ruszyli  dalej  ku  Stornes,  rozmawiając  po  drodze  o  wszystkim,  co  będą  razem 

wymyślać,  kiedy  Johannes  przeprowadzi  się  na  wieś.  Prześcigali  się  nawzajem  w  planach  i 
pomysłach.  Marilena  nie  stanowiła  już  problemu.  Ola  Havard  pogodził  się  z  tym,  że  mała 
zostanie  młodszą  siostrą  Johannesa,  ale  on  też  będzie  się  nią  zajmował,  że  zostanie  kimś  w 
rodzaju  dodatkowego  brata,  jak  to  określił  Johannes.  Gadali  jeden  przez  drugiego  i 
gestykulowali  z  ożywieniem.  Radosny  dziecięcy  śmiech  ciągnął  się  za  nimi  w  ten  zimny, 
przejrzysty marcowy dzień. 

 
ROZDZIAŁ 9. 
  
Dorbet  nie  zdążyła  nawet  zapukać,  gdy  Marit  Granvold  otworzyła  drzwi  na  oścież  i 

powitała ją z radością. 

-  Zobaczyłam  cię  przez  okno  -  uśmiechnęła  się  szeroko.  Niewiele  ukryje  się  przed  jej 

sokolim  wzrokiem,  pomyślała  Dorbet  z  rezygnacją,  otrzepując  śnieg  z  butów.  Nikt  chyba 
dokładniej nie śledził tego, co się dzieje we wsi, niż Marit Granvold. 

-  Przybiegłam  tylko  przekazać  ci,  żebyś  przyszła  dziś  do  nas  zobaczyć  córeczkę  Oi  i 

Herborg - zaczęła Dorbet i weszła za Marit do środka. 

-  Dziękuję za zaproszenie. Tak się cieszę! - wyznała Marit. - Chciałam przyjść zaraz, jak 

się mała urodziła, ale wydarzyło się to nieszczęście z Ruth. A jak tam się czują twoi rodzice? 
- spytała, zerkając na Dorbet. 

-  Jest im bardzo ciężko - odparła Dorbet. - Zresztą nam wszystkim. Mama mówi jednak, 

ż

e życie nie może się zatrzymać, choć widzę, jak bardzo cierpi. 

Marit pokiwała głową w milczeniu i pogładziła Dorbet po policzku. 
-  Bardzo  ładnie  czytałaś  wczoraj  w  kościele  -  pochwaliła  ją.  -  Że  też  starczyło  ci  siły  i 

odwagi! Wszyscy potem mówili, że wyglądałaś tak uroczo i dostojnie, że... 

Dorbet zaczerwieniła się i spuściła skromnie głowę. 
-  To smutne i tragiczne, co się stało z twoją siostrą - ciągnęła dalej Marit niestrudzenie. - 

Bardzo wam współczuję, wierz mi. Ale życie toczy się dalej, twoja mama ma rację. A ja... -
roześmiała się nagle i objęła Dorbet ramieniem. - Ja tymczasem skreślam każdy dzień i liczę, 
ile  pozostało  do  piętnastego  maja.  Czas  biegnie  szybko  i  niedługo  powitamy  najpiękniejszą 
pannę  młodą  w  naszym  gospodarstwie,  które  prowadzimy  od  niepamiętnych  czasów. 
Wyobrażasz  sobie,  co  przeżywa  Ola?  -  uśmiechnęła  się  zagadkowo.  -  Chodzi  ostatnio  jak 
nieprzytomny, ale rozumiem go. 

-  Właśnie, a gdzie jest Ola? - spytała Dorbet, żeby sprowadzić rozmowę na inny temat. 
Nie  znosiła  nieustannej  gadaniny  o  weselu.  Zwłaszcza  dzisiaj  nie  chciała  o  tym  mówić. 

Minął zaledwie dzień od pogrzebu siostry. Chociaż mama powtarzała to samo co Marit - że 
ż

ycie  musi  płynąć  dalej  -  choć  przekonywała,  że  Ruth  byłaby  szczęśliwa,  widząc  ją  jako 

background image

roześmianą pannę młodą, nie potrafiła teraz rozmawiać o swym ślubie. Termin już ustalono i 
nic  nie  można  zmienić.  Wszystko  miało  potoczyć  się  zgodnie  z  planem.  I  właściwie  to 
dobrze, pomyślała Dorbet. Nawet się cieszyła. Mimo to zdarzało się, że budziła się mokra od 
potu,  dręczona  koszmarem  sennym,  że  jest  zamknięta  w  klatce  i  może  jedynie  przez  grube 
pręty przyglądać się życiu na zewnątrz. W takie noce długo nie mogła się uspokoić. Bywało, 
ż

e  zapalała  lampę,  wyjmowała  katalog  sukni  ślubnych  i  przeglądała  go.  Zatrzymywała  się 

przy sukni, którą zamówiła, i marzyła, jak pięknie będzie w niej wyglądała tego dnia w maju. 
Zwykle to ją uspokajało. Ale zdarzało się, że zanim zasnęła, uświadamiała sobie, że nie to jest 
najważniejsze w dniu jej ślubu. Nie to, jak będzie wyglądała. Ślub to początek nowego życia. 
Z reguły zasypiała jednak, zanim zdążyła się dobrze nad tym zastanowić. 

-  Ola,  hm...  -  Marit  uśmiechnęła  się  od  ucha  do  ucha.  -  Zaraz  wróci.  Musiał  wyjść  do 

stajni, żeby zajrzeć do klaczy, która wkrótce się oźrebi. Mówiłam im wyraźnie, że to jeszcze 
nie  dzisiaj.  Ale  wiesz,  mężczyźni  mnie  nie  słuchają,  chociaż  powinni  wiedzieć,  że  to  my, 
kobiety, lepiej się na tym znamy - dodała i przyjaźnie szturchnęła Dorbet w bok. - To chyba 
instynkt, nie potrafię powiedzieć, skąd wiem, że pojawią się młode... 

Dorbet odetchnęła z ulgą, kiedy otworzyły się drzwi i do salonu wszedł Ola. Ucieszył się 

na widok narzeczonej. 

-  Ach, to ty! 
-  Tak,  Dorbet  przyszła,  żeby  zaprosić  mnie  dziś  do  Stornes  do  młodych  rodziców  i 

maleństwa - wyjaśniła Marit, zanim Dorbet zdążyła otworzyć usta. - Oczywiście wybiorę się 
z wizytą. A może pójdziesz ze mną, Ola? - zaproponowała nagle. - Prawda, Dorbet, że Ola też 
ma  przyjść?  Musisz  się  przyzwyczajać  do  widoku  noworodka,  chłopcze  -  stwierdziła  i 
mrugnęła  porozumiewawczo  do  Dorbet.  -  Może  Herborg  pozwoli  ci  wziąć  dziecko  na  ręce. 
Zacznij już ćwiczyć. 

Ola wyglądał na zakłopotanego. Podszedł do umywalki, żeby umyć ręce. 
-  Myślisz, że powinienem pójść? - spytał i spojrzał na Dorbet. - Zwykle to raczej kobiety... 
-  Chyba nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś wybrał się ze mną - odparła Dorbet. - Jestem 

przekonana,  że  Herborg  bardzo  się  ucieszy,  jeżeli  ją  odwiedzisz.  I  Oja  również.  Oboje  są 
bardzo  dumni  ze  swej  córki,  wiesz,  a  do  tej  pory  wszyscy  o  nich  całkiem  zapomnieli, 
ponieważ... 

-  A widzisz! - przerwała jej Marit z triumfem. - Dziewczyna wie, co mówi. 
-  W takim razie kiedy wychodzimy? 
-  Muszę  tylko  wyjąć  kaszę  i  ciasto,  które  upiekłam  zaraz,  kiedy  się  dowiedziałam,  że  w 

Stornes  urodziło  się  dziecko  -  rzekła  Marit.  -  Są  przygotowane  w  chłodni.  Muszę  tylko 
jeszcze zrobić kaszę z masłem, więc... 

-  A więc zajmie to jeszcze co najmniej godzinę - uznał Ola i zerknął na zegar. 
Podszedł do Dorbet, objął ją i uścisnął. 
-  Zawołaj  nas,  jak  będziesz  gotowa  -  zwrócił  się  do  matki.  -  A  my  idziemy  na  górę  do 

sypialni, bo muszę z Dorbet coś omówić. 

-  Coś, o czym nie powinnam wiedzieć? 
-  Tak, to jest sprawa tylko między nami dwojgiem - odparł i pociągnął za sobą Dorbet. - 

Może później ci powiem. 

-  O czym takim chcesz ze mną pomówić? - spytała Dorbet i spojrzała na Olę, kiedy szli 

korytarzem na poddaszu. - O czym twoja matka ma się dowiedzieć później? 

Ola zachichotał pod nosem i przyciągnął dziewczynę do siebie. Zatrzymał się w zimnym 

korytarzu i pocałował ją długo i gorąco. 

-  Że tak bardzo cię kocham - szepnął jej do ucha. - Że nie mogę doczekać się maja. A to, 

czego  matka  miałaby  się  dowiedzieć  później...  To  był  tylko  pretekst,  żeby  się  wymknąć  - 
dodał poważnie. - We wszystko wtykałaby swój nos. 

Odgarnął luźny kosmyk włosów z twarzy Dorbet i ujął jej głowę w swe dłonie. 

background image

-  Tak pięknie czytałaś w kościele - mówił dalej cicho. - Jest mi bardzo przykro z powodu 

tego, co stało się z Ruth. Wiem, że bardzo się tym martwisz, że jest ci teraz smutno i źle, moja 
Dorbet... 

W  oczach  Dorbet  zakręciły  się  łzy  na  samo  wspomnienie  siostry.  Znowu  poczuła  coś  na 

kształt wyrzutów, niechęci i pretensji o to, że tak wiele osób wokół niej, w każdym razie w 
Granvold,  pochłoniętych  jest  nadal  tylko  tym  ślubem,  nawet  teraz,  kiedy  Ruth  dopiero  co 
umarła. Chyba jednak niesłusznie, pomyślała i popatrzyła na poważną twarz Oli. Wczoraj w 
kościele jemu też zaszkliły się oczy. Mieszkańcy  Granvold szczerze współczuli jej rodzinie, 
co do tego nie miała wątpliwości. Poza tym nic dziwnego, że są tak bardzo przejęci ślubem, 
myślała. Zarówno Ola, jak i Marit długo na to czekali. 

Zaczerpnęła głęboko powietrza i westchnęła. Przytuliła się mocno do Oli. 
-  Zimno mi - szepnęła. - Zimno tu w korytarzu. 
Ola  otoczył  ją  ramieniem  i  poprowadził  do  swojej  sypialni.  Kiedy  otworzył  drzwi, 

uderzyło ich przyjemne ciepło. Wewnątrz trzaskało w piecu.    

Ola zaprowadził Dorbet w stronę łóżka i pociągnął za rękę, żeby usiadła obok niego. 
-  Czy masz już suknię ślubną?  
Dorbet pokręciła głową. 
-  Ale  przesyłka  ma  przyjść  w  przyszłym  tygodniu  -  odparła.  -  Obiecali,  kiedy  ostatnio 

dzwoniłam do sklepu, że przyślą suknię wcześniej, w razie  gdyby coś trzeba było poprawić 
albo  gdybym  chciała  całkiem  inną  -  wyjaśniła.  -  Wiesz,  może  się  zdarzyć,  że  mi  się  nie 
spodoba,  kiedy  ją  przymierzę,  mimo  że  w  katalogu  wygląda  prześlicznie.  Ola  zaśmiał  się 
cicho. 

-  Będziesz wyglądała jak księżniczka - stwierdził z przekonaniem. - Będę mógł popatrzeć, 

gdy ją będziesz przymierzać? 

Dorbet spojrzała w górę i dała mu lekkiego kuksańca. 
-  Oszalałeś?! To przynosi pecha, kiedy pan młody zobaczy pannę młodą w sukni ślubnej 

przed ślubem. 

-  To tylko stary przesąd - przekomarzał się. 
-  Nieprawda - upierała się Dorbet. - Musisz poczekać do ślubu. 
Westchnął ciężko zrezygnowany i pociągnął ją ku sobie. 
-  Czy ze wszystkim innym też muszę czekać? 
Jego  ręce  wśliznęły  się  pod  jej  sweter.  Dorbet  usiłowała  Olę  powstrzymać.  To  nie  w 

porządku robić to teraz, tuż po śmierci Ruth, pomyślała. Czy on tego nie czuje? Jak w ogóle 
mogło mu przyjść do głowy, że ona... 

-  Ola, przestań, nie chcę... 
Nie odpowiedział, lecz pociągnął ją za sobą i przewrócił na łóżko. Jego ręce były ciepłe i 

zadziwiająco dobrze wiedziały, co sprawia jej przyjemność. Pocałunki spadały deszczem na 
jej twarz. Nagle Dorbet ogarnęło pożądanie. W ostatnim czasie ciągle chodziła przygnębiona, 
poza tym źle sypiała, ponieważ myśli o Ruth i jej nieszczęściu nie dawały jej spokoju. Dobrze 
było znowu poczuć, jak drżąca rozkosz niczym ogień rozchodzi się po całym ciele. Dorbet z 
trudem łapała oddech. Ruth by jej tego nie broniła, pomyślała i pozwoliła, by Ola ją rozbierał. 
A kiedy naga leżała na łóżku, wszystkie bolesne myśli zniknęły. Jęknęła, kiedy Ola wziął jej 
piersi w swe dłonie i miękko uciskał. 

-  Jesteś coraz śliczniejsza - szepnął ochryple. - Nigdy nie byłaś piękniejsza niż teraz. 
-  Czarujesz - roześmiała się i przyciągnęła jego głowę ku sobie. 
Ale podobało jej się to, co mówił. Podobało jej się, że uważa ją za cudowną i wzbudzającą 

pożądanie. Czuła, jak jej brodawki ściągnęły się i stwardniały, tak wrażliwe na jego dotyk, i 
objęła Olę za szyję. 

-  Całuj  mnie  po  całym  ciele  -  syknęła.  -  Zrób  to,  Ola!  Nie  dał  się  prosić.  Jej  ciało 

naprężyło się z rozkoszy pod jego  ruchliwym językiem. Dorbet uderzyło  to, że Ola całkiem 

background image

dobrze  sobie  radzi  w  łóżku.  Dotknęła  jego  męskości,  a  on  aż  się  poderwał.  Jęknął  głośno. 
Kolejny  raz  doznała  szoku  -  był  taki  ogromny!  Dreszcz  przeszedł  jej  ciało,  nie  mogła 
opanować pożądania. 

-  Chodź - jęknęła i rozłożyła nogi. - Chodź! 
Kiedy w niej eksplodowało, zapomniała o całej reszcie: o smutku, pogrzebie i czekającym 

ją ślubie. Istniały tylko światło, rozkosz i brak tchu. 

   
Długo leżeli w milczeniu, przytuleni. Dorbet czuła się ociężała i odprężona. Przysunęła się 

bliżej Oli. Ciepło jego mocnego ciała przyjemnie rozchodziło się po jej własnym. Westchnęła 
zadowolona, mruczała jak duży kot. 

-  Jesteś  moja  -  musnął  oddechem  jej  ucho.  -  Tylko  moja!  Trochę  się  odsunęła  Dlaczego 

musi  to  mówić  właśnie  teraz?  Nie  podobało  jej  się,  że  ciągle  o  tym  przypomina.  Wtedy 
zawsze  przychodziła  jej  na  myśl  klatka,  w  której  niczym  w  koszmarze  sennym  zostanie 
zamknięta, gdy tylko powie w kościele sakramentalne, „tak". Nie dawało jej spokoju, że Ola i 
inni oczekują od niej, że zrezygnuje z siebie i będzie należeć - tak, tylko do niego. Młoda pani 
Granvold. Ale ona pragnęła również pozostać sobą, pomyślała z uporem, decydować sama o 
sobie.  W  tym  sensie,  zachowując  własną  niezależność,  mogłaby  również  należeć  do  niego. 
Jednak  nie  zwierzyła  się  Oli  ze  swoich  obaw,  wiedziała,  że  nie  zrozumie,  o  co  jej  chodzi. 
Próbowała już kiedyś, a wtedy poczuł się urażony. 

-  Musimy wstać i zejść  na dół - odezwała się i  wymknęła z jego ramion. - Twoja matka 

wkrótce będzie gotowa. 

-  Musimy? Możemy chyba zostać tutaj - mruknął, próbując ją zatrzymać. 
-  Nie możemy - rzekła, starając się wyswobodzić. - Idziemy razem zobaczyć maleństwo. 
Westchnął głęboko i niechętnie wypuścił Dorbet z objęć. 
  
Marit  nie  szczędziła  jedzenia,  które  zabierała  w  odwiedziny  do  młodej  matki. 

Naszykowała malowany w róże pojemnik z ciastem i duży wiklinowy kosz smakołyków. 

-  Czy  widziałaś  już  nową  sypialnię,  która  będzie  należała  do  was,  kiedy  się  tu 

przeprowadzisz? - spytała Marit i zerknęła na Dorbet. 

-  Nie... 
Dorbet  spojrzała  szybko  na  Olę,  który  zaczerwienił  się  po  czubki  uszu  wystające  spod 

czapki. 

-  Zapomniałem  o  tym  -  przyznał  zawstydzony.  -  Ale  pokój  nie  jest  jeszcze  całkiem 

gotowy - usprawiedliwił się. 

-  To co, u licha, tyle czasu robiliście? - zdziwiła się Marit, a wtedy Dorbet również oblała 

się rumieńcem. - Tyle mieliście spraw do omówienia? 

Przełożyła pudło z ciastem do drugiej ręki i wzięła Olę pod ramię. Droga była śliska. 
-  Dostaniecie dużą i najładniejszą sypialnię w całym domu - nie czekając na odpowiedź, 

szczebiotała  dalej  Marit.  -  Niczego  wam  nie  będzie  brakowało  -  zwróciła  się  do  Dorbet.  - 
Wysprzątaliśmy  ją  i  odnowiliśmy,  kupiliśmy  szafę  i  nowe  łóżko.  Najmodniejsze  podwójne 
łoże, wiedziałaś o tym? 

-  To miała być niespodzianka, mamo - przerwał jej Ola zrezygnowany. - Łóżko mieliśmy 

zachować w tajemnicy. 

-  Ach  tak,  rzeczywiście!  -  roześmiała  się  Marit  niespeszona.  -  Ale  co  się  stanie,  jeżeli 

Dorbet już teraz się o tym dowie? Przynajmniej będzie miała jeszcze jeden powód do radości. 
Jest takie ładne - dodała z entuzjazmem. - Sama uszyłam nowe zasłonki, mam nadzieję, że ci 
się  spodobają.  Ale  to  prawda,  nie  wszystko  jest  gotowe,  Ola  miał  rację.  Brakuje  jeszcze 
materaca i pościeli. 

-  Mam w wyprawie ślubnej pościel i ręczniki, i... 
Marit roześmiała się. 

background image

-  Tak, domyślam się, że Mali nie wypuściłaby  cię z domu bez skrzyni  z wyprawą pełną 

tego  i  owego  -  uśmiechnęła  się.  -  Ale  pozwól,  że  to  ja  urządzę  wam  sypialnię.  To,  co 
przywieziesz  ze  sobą,  będziesz  mogła  zacząć  używać  stopniowo  po  jakimś  czasie,  nie 
zmarnuje się. 

Pewnie  będzie  tak,  pomyślała  Dorbet  ponuro,  że  Marit  zechce  decydować  o  większości 

spraw.  Ale  ona  nie  zamierza  pozwolić  sobą  dyrygować  ani  nie  zrezygnuje  z  własnych 
upodobań.  Powiedziała  o  tym  Oli,  a  on  się  z  nią  zgodził,  ale  właściwie  nie  wierzyła,  by 
zbytnio się nad tym zastanawiał. Dla niego najważniejsze było tylko to, żeby wyszła za niego 
za  mąż  i  z  nim  zamieszkała.  Liczył  pewnie  na  to,  że  wszystko  się  samo  z  czasem  ułoży. 
Dorbet  nie  była  jednak  o  tym  przekonana.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  będzie  musiała 
pohamować  swój  upór,  ale  istnieją  pewne  granice  cierpliwości.  Matka  radziła  jej,  żeby 
utrzymywała  dobre  stosunki  z  teściową,  i  na  pewno  miała  co  do  tego  rację.  Pomyślała,  że 
teściowa postara się robić wszystko, co w jej mocy, by jej i synowi dogodzić, i spojrzała na 
Marit, która wybierała się w drogę wsparta na ramieniu Oli. Na pewno rzeczywiście chciała 
dla  nich  jak  najlepiej.  Pomysł  z  podwójnym  łożem...  Marit  bardzo  się  tym  ekscytowała. 
Mówiła,  że  nikt  we  wsi  takiego  nie  ma,  o  ile  wie.  Oglądała  zdjęcia  takich  łóżek  w 
czasopismach i katalogach i wyglądały bardzo stylowo. I w dodatku jest w nich dużo miejsca, 
zachwalała swój zakup. Z powodu tej wygody małżeńskie łoże Dorbet się nawet spodobało. 
Postanowiła, że następnym razem, kiedy wstąpi do Granvold, obejrzy nową sypialnię. Miała 
nadzieję, że zasłonki, które Marit uszyła, nie będą kłócić się z jej gustem. Wiedziała, że nie 
będzie  mogła  ich  od  razu  wymienić.  W  każdym  razie  jeżeli  nie  chce  burzyć  domowego 
spokoju. 

  
W  sypialni  Oi  i  Herborg  zapanował  uroczysty  nastrój,  gdy  zjawili  się  goście,  mimo  że 

ponad  wszystkim  wisiało  w  powietrzu  coś,  co  kładło  się  cieniem  na  radości  młodych 
rodziców. Obecni mieli jeszcze w pamięci niedawną tragedię. Herborg półleżała na łóżku w 
swej najładniejszej koszuli nocnej z maleństwem w ramionach, zarumieniona i promieniejąca 
szczęściem.  Było  tuż  przed  trzecią,  a  więc  Oja  właśnie  wrócił  z  pracy  i  stanął  dumny  i 
wyprostowany u wezgłowia. Najwidoczniej i on usłyszał już o odwiedzinach. 

-  Czyż nasza dziewczyneczka nie jest śliczna? - spytała Mali. 
Uśmiechała się z dumą, ale jej twarz pozostała blada i ściągnięta, a pod oczami widniały 

ciemne sińce. Marit zauważyła to, ale powstrzymała się od uwag. Pochyliła się nad łóżkiem i  
odsłoniła nieco kocyk, w który zawinięto niemowlę. Uważnie przyjrzała się małej, pogłaskała 
ją leciutko po miękkim policzku i wyprostowała się. 

-  Rzeczywiście jest bardzo ładna! - zaszczebiotała z wypiekami na twarzy. - Szczęście, że 

wszystko  poszło  dobrze  -  dodała.  -  To  nie  jest  wcale  takie  oczywiste.  No,  ale  powikłania 
zdarzają się rzadziej, jeżeli matka jest młoda, zdrowa i silna. 

Zerknęła na Dorbet i uśmiechnęła się znacząco. 
-  Chcesz  ją  potrzymać?  -  spytała  Herborg  przyjaźnie.  Marit  nie  powiedziała  „nie".  Z 

namaszczeniem  wzięła  od  Herborg  niemowlę  i  ułożyła  w  swych  ramionach.  Oczy  jej 
rozbłysły. 

-  Jaka  ona  śliczna  -  westchnęła.  -  Myślę,  że  jest  bardziej  podobna  do  Herborg  albo...  - 

Przyjrzała  się  maleństwu  dokładniej.  -  O  nie,  teraz  widzę  wyraźnie  rysy  Stornesów  - 
poprawiła się. - To szczególna radość, kiedy dziedzic zostaje ojcem. 

-  Cieszymy się zawsze tak samo, kiedy na świat przychodzi zdrowe dziecko - stwierdziła 

Mali. 

Przetarła pośpiesznie twarz. Poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Najchętniej zostałaby teraz 

sama; usiadła w tkalni i w spokoju pogrążyła w smutku. Ale musiała się liczyć również z Oją 
i  Herborg.  Nie  mogła  nie  wziąć  udziału  w  tym  wielkim  wydarzeniu,  które  przeżywali. 
Oczywiście cieszyła się z tych narodzin. Lecz ową radość przesłaniał cień, pomyślała. Smutek 

background image

z  powodu  śmierci  Ruth  kładł  się  niczym  gęsty  mrok  na  wszystko,  co  się  działo.  Mali 
wiedziała,  że  jeszcze  długo  tak  będzie.  Że  minie  wiele  czasu,  zanim  znowu  poczuje  się 
całkiem szczęśliwa. 

-  Tak,  ale  ta  mała  może  w  przyszłości  przejąć  Stornes  -  zauważyła  Marit  i  spojrzała  na 

Mali. - Chyba że stanie się inaczej - dodała z uśmiechem i utkwiła wzrok w czerwieniących 
się rodzicach. - Pojawią się pewnie kolejni potomkowie, jak myślę! Jeden za drugim. 

Herborg zawstydzona spuściła wzrok i nerwowo skubała koc, a Oja niespokojnie zaszurał 

stopami. 

-  Czy Ola mógłby też trochę potrzymać maleństwo? - spytała Marit. 
Herborg spojrzała w górę nieco zaskoczona i zerknęła na Oję. 
-  Oczywiście, możesz je wziąć na ręce, Ola - uśmiechnął się Oja szeroko. - Wiesz, musisz 

się już wprawiać - zażartował. 

-  Dobrze podeprzyj ją pod głowę - upomniała go Marit i przekazała dziecko synowi. 
Ola stał sztywno, trzymając małą, jak gdyby była z kruchego szkła. Dorbet uśmiechnęła się 

i  podeszła  do  niego.  Podłożyła  swe  ręce  pod  ręce  Oli  i  przez  chwilę  razem  trzymali 
maleństwo. 

-  Ojej, jak oni ślicznie teraz wyglądają! - westchnęła Marit zachwycona. - Prawda, Mali? 
Mali uśmiechnęła się i skinęła głową, lecz nie odpowiedziała. A kiedy malutka zaczęła się 

wiercić  i  kwilić,  natychmiast  znalazła  się  na  powrót  w  bezpiecznych  i  miękkich  ramionach 
matki. Ola odetchnął z ulgą. Dorbet spojrzała na niego i nieznacznie się uśmiechnęła. 

-  Byłeś  bardzo  dzielny  -  szepnęła  i  ścisnęła  go  za  rękę.  Odpowiedział  jej  nieśmiałym, 

wdzięcznym uśmiechem, nie wypuszczając jej dłoni. 

Marit  wyjęła  pojemnik  z  ciastem  oraz  kosz  i  zaczęła  wykładać  wszystko,  co  z  sobą 

przyniosła. 

-  O nie! - zawołała Mali zaskoczona. - Przygotowałaś tyle dobrego, że... 
-  Trochę możemy zjeść teraz, a resztę zostawcie sobie na wieczór - uśmiechnęła się Marit. 

- Zrobiłam to dla tego malucha, więc... 

-  Skocz na dół i przynieś filiżanki i czajnik, Oja - poprosiła Mali. - I powiedz parobkom, 

ż

e mogą bez nas zacząć jeść obiad. 

Podała Dorbet miskę z przestudzoną kaszą. 
-  Przytrzymaj to, a ja ustawię ten mały stolik - rzekła. Dorbet wzięła miskę. Zapach kaszy 

z masłem był tak silny, że nagle ogarnęły ją mdłości. Poczuła, że zrobiło jej się zimno, a na 
twarzy skroplił się pot. Przełknęła ciężko ślinę. Pokój zawirował. 

-  Ola... 
Więcej  nie  zdążyła  powiedzieć,  bo  upadła  na  podłogę.  Upuściła  kaszę,  która  rozprysnęła 

się na wszystkie strony. 

Kiedy  Dorbet  doszła  do  siebie,  Mali  i  Ola  siedzieli  w  kucki  tuż  przy  niej.  Rozejrzała  się 

dookoła. 

-  Czy już ci lepiej? - Ola przyglądał się jej zatroskany i wziął ją za rękę. 
Dorbet skinęła głową i próbowała wstać. 
-  Powoli - ostrzegła Mali. - Zemdlałaś i wylałaś na siebie kaszę. 
Marit stała obok i obserwowała to, co się stało, wielkimi Z przerażenia oczami. 
-  Chyba nie jesteś chora? - spytała zaniepokojona. 
-  Wszystko  będzie  dobrze,  Marit  -  rzekła  Mali  spokojnie.  -  Wiele  w  ostatnim  tygodniu 

przeszliśmy w Stornes - dodała. 

-  Tak, to prawda - przyznała Marit. -  A Dorbet  jest taka młoda i taka  wrażliwa... To dla 

niej za wiele, na pewno. 

Mali nie odpowiedziała. Razem z Olą pomogła Dorbet wstać. Dorbet mocno chwyciła Olę 

za ramię i na moment zamknęła oczy. Zapach kaszy mdlił ją nadal. Czuła, że zwymiotuje. 

background image

-  Nie  mogę  znieść  tego  zapachu  -  zwróciła  się  drżącym,  cichym  głosem  do  matki.  -  Ta 

kasza... 

Oja  wszedł  z  tacą  z  filiżankami  oraz  dzbankiem  do  kawy.  Otworzył  szeroko  oczy  ze 

zdumienia, widząc siostrę bladą na twarzy i rozlaną kaszę. 

-  Co się stało? 
-  Dorbet  zrobiło  się  słabo  -  wyjaśniła  szybko  Marit.  -  To  nic  poważnego  -  dodała  z 

nadzieją i spojrzała na Mali. 

-  Nie,  na  pewno  -  zapewniła  Mali.  -  Napijcie  się  teraz  kawy,  a  ja  pójdę  z  Dorbet  do  jej 

sypialni i pomogę jej się umyć i przebrać.  

-  Czy ja... 
-  Będziesz  mógł  do  niej  pójść,  kiedy  ja  wrócę  -  powstrzymała  Mali  Olę.  -  Najpierw 

pomogę Dorbet doprowadzić się do porządku i zmienić ubranie. 

Uśmiechnęła się do niego życzliwie i uścisnęła mu rękę.   
-  Nie martw się, wszystko będzie dobrze, Ola.  
Po tych słowach wyprowadziła Dorbet z pokoju. 
  
-  To  przez  tę  kaszę  -  zaczęła  Dorbet,  kiedy  umyła  się  i  przebrała,  a  Mali  wyniosła  jej 

brudne rzeczy na korytarz. - Po prostu nagle jej zapach wydał mi się nie do zniesienia. 

Mali tylko skinęła głową, ale kiedy Dorbet chciała już wstać, zatrzymała ją. 
-  Myślę,  że  będzie  lepiej,  jeżeli  trochę  poleżysz  -  poradziła  i  usiadła  na  brzegu  łóżka.  - 

Odpocznij trochę. 

-  To tylko omdlenie - zaprotestowała Dorbet. - Tyle się ostatnio wydarzyło - dodała. - Już 

od kilku tygodni czuję się słabo. 

-  Od kilku tygodni? 
-  Tak,  źle  sypiam  i...  no,  i  potem  ta  śmierć  Ruth...  Nagle  łzy  stanęły  jej  w  oczach.  Mali 

pogładziła córkę po policzku, który powoli zaczął odzyskiwać kolory. 

-  Jesteś w ciąży, dziewczyno - rzekła cicho. - Nie przyszło ci to do głowy? 
Dorbet spojrzała na matkę wielkimi oczami. Powoli oblała się rumieńcem. 
-  W ciąży... 
-  Jestem  przekonana,  że  właśnie  to  ci  dolega  -  stwierdziła  Mali.  -  Kiedy  ostatnio  miałaś 

okres? 

Dorbet potrząsnęła głową oszołomiona. Przyłożyła rękę do czoła i zamknęła oczy. 
-  To było... To było... 
-  Wydaje  mi  się,  że  gdzieś  na  początku  lutego  -  pomogła  jej  Mali.  -  Jeszcze  tego  nie 

widać, ale jestem przekonana, że zaszłaś w ciążę. Dobrze, że nie stało się to wcześniej, bo nie 
mogłabyś wystąpić jako panna młoda w tej sukni, którą zamówiłaś. 

-  I co teraz będzie? 
-  Weźmiesz ślub, będąc w ciąży, ale nikt tego po tobie nie pozna - uspokoiła ją Mali. 
Wzięła córkę za rękę i popatrzyła jej w oczy. 
-  A co ty o tym myślisz, Dorbet? 
Nagle Dorbet uśmiechnęła się jasnym, promiennym uśmiechem. 
-  Jestem  szczęśliwa  -  szepnęła  zdławionym  głosem.  -  Tak  się  bałam,  że  nie  będę  mogła 

mieć... 

-  Obawiałam  się  tego  samego  -  przyznała  Mali.  -  Podejrzewałam,  że  ty  i  Ola  nie  na 

samych  rozmowach  spędzaliście  owe  długie  wieczory  w  Granvold.  I  jesteście  ze  sobą  już 
jakiś czas - dodała. - Dziwiło mnie więc, że ty jeszcze nie... 

Dorbet położyła dłoń na swym płaskim brzuchu i rozmarzyła się. Wielkie łzy potoczyły się 

po jej policzkach. 

-  Jestem taka szczęśliwa - powtórzyła cicho. - Tak bardzo szczęśliwa. 

background image

Mali  pogładziła  córkę  po  włosach,  musnęła  lekko  jej  policzek.  Uśmiechnęła  się  do  niej, 

chociaż poczuła bolesne ukłucie w piersi. Przypomniała sobie, jak bardzo Ruth się cieszyła, 
kiedy  została  matką.  Pamiętała  jasne,  pełne  radości  tygodnie  tuż  po  porodzie,  kiedy  córka 
mieszkała  w  Stornes,  a  Samuel  przebywał  w  Berkak.  Jednak  szczęście  nie  trwało  długo. 
Misjonarz  od  początku  nie  interesował  się  Marileną.  Mali  wiedziała,  że  Ruth  było  bardzo 
przykro, kiedy sobie z tego zdała sprawę. W całym swym małżeństwie Ruth nie zaznała wiele 
szczęścia,  pomyślała  z  ciężkim  sercem.  Przetarła  dłońmi  twarz.  Czuła  się  tak  bardzo 
zmęczona. 

-  Dobrze, że nie stało się to wcześniej - powtórzyła. - I to zarówno ze względu na ślub, jak 

i  moją  podróż  do  Ameryki.  Zdążę  wrócić  do  domu  przed  twoim  rozwiązaniem.  Wydaje  mi 
się,  że  nie  urodzisz  wcześniej  niż  pod  koniec  października.  A  wtedy  na  pewno  będę  już  w 
domu. 

Wstała  i  poprawiła  bluzkę.  Odgarnęła  kosmyk  włosów,  który  opadł  luźno  na  twarz  i 

łaskotał ją w policzek. 

-  Chciałabym  odbierać  to  dziecko  -  uśmiechnęła  się.  -  Chociaż  pewnie  Marit  będzie  mi 

deptać po piętach, gdy nadejdzie czas. Być może maleństwo, które nosisz teraz pod sercem, to 
przyszły dziedzic Granvold. 

Dołożyła szczapę drewna do pieca, wytarła ręce  w ścierkę przy misce i odwróciła się do 

córki odpoczywającej na łóżku. 

-  Przyślę  do  ciebie  Olę  -  mówiła  dalej.  -  Podejrzewam,  że  stoi  teraz  w  sypialni  Oi  i 

Herborg i obgryza biedak paznokcie ze zdenerwowania. To, co mu powiesz, na pewno będzie 
dla niego wielkim zaskoczeniem. 

Dorbet spojrzała na matkę jaśniejącymi oczami, zarumieniona na twarzy, i skinęła głową. 
-  Dobrze, przyślij go - poprosiła cicho. - Tylko nie mów nic Marit - uprzedziła szybko. - 

Jeszcze nie. Od razu tu przybiegnie i... Mogłabyś powiedzieć, że po prostu zasłabłam i że już 
mi lepiej? Ola wyzna jej prawdę dziś wieczorem - dodała. 

Mali skinęła głową na znak, że się zgadza. Potem cicho zniknęła za drzwiami. 
  
Najpierw  rozległo  się  nieśmiałe  pukanie,  a  zaraz  potem  uchyliły  się  drzwi  i  do  sypialni 

zajrzała blada, zmartwiona twarz Oli. 

-  To  tylko  ja  -  odezwał  się  cicho,  wszedł  do  środka  i  zamknął  za  sobą  drzwi.  -  Twoja 

matka przekazała mi, że mogę... 

Dorbet wyciągnęła ku niemu obie ręce i uśmiechnęła się. 
-  Chodź - poprosiła cicho. - Usiądź tu koło mnie. 
-  Czy jesteś całkiem pewna, że...? 
Przyjrzał się jej zarumienionej twarzy i oczom pełnym blasku. 
-  Widzę, że już ci lepiej - stwierdził z ulgą. - W każdym razie wyglądasz dużo lepiej. 
-  Czuję  się  już  całkiem  dobrze.  Ale  to  się  może  powtórzyć,  przynajmniej  w  ciągu 

najbliższych miesięcy - dodała nieco zaczepnie. 

Ola patrzył na nią, nie rozumiejąc. Dorbet ujęła jego dłoń i przyłożyła do swego policzka. 
-  Będziemy mieli dziecko, Ola - rzekła łagodnie. - Jestem w ciąży. 
Przez moment siedział oniemiały z wielkimi oczami i na wpół otwartymi ustami i tylko na 

nią  patrzył.  Dorbet  roześmiała  się  cicho,  zsunęła  jego  dłoń  z  policzka  i  miękko  ucałowała. 
Wyglądało  na  to,  że  Ola  powoli  zaczynał  rozumieć  znaczenie  jej  słów.  Głęboko  zaczerpnął 
powietrza. 

-  Jesteś w ciąży? - wykrztusił ochryple. - Nie mylisz się? 
-  Tak,  sama  powinnam  się  wcześniej  domyślić,  ale  nawet  nie  przyszło  mi  to  do  głowy. 

Poza tym to dopiero drugi miesiąc. Ale moja mama od razu odgadła. 

Ola wziął obie ręce Dorbet i skrzyżował je między swymi. Jego oczy zalśniły. 
-  To nie do wiary - szepnął. - Boże, że można być aż tak szczęśliwym! 

background image

-  A  więc  jesteś  szczęśliwy?  -  uśmiechnęła  się  zalotnie.  Objął  ją  i  pocałował.  Potem 

ostrożnie położył na poduszki i dotknął jej płaskiego brzucha. 

-  Ale ślub... 
-  Tak,  teraz  powinieneś  się  ze  mną  ożenić,  czy  chcesz,  czy  nie  -  drażniła  się  z  nim.  - 

Zrobiłeś mi dziecko! 

-  Tak, tak, nie o to chodzi... Ale jak... 
-  Nikt  jeszcze  niczego  po  mnie  nie  zauważy  -  wyjaśniła  Dorbet.  -  To  dopiero  początek. 

Mama powiedziała, że dziecko nie urodzi się wcześniej niż pod koniec października. A ona 
już na tym się zna - dodała. - A więc będę taka szczupła i piękna jeszcze. .. 

-  Nosisz  w  brzuchu  nasze  dziecko  -  zdumiał  się.  -  Dziedzica  Granvold!  -  dodał  z 

namaszczeniem. - Mama... 

Przez twarz Dorbet przemknął cień. Wzięła Olę za rękę. 
-  Tak, twoja matka nie będzie się posiadać z radości, wiem o tym - rzekła. - I ma do tego 

prawo,  Ola.  Ale  nie  mów  jej  nic,  zanim  nie  przyjedziemy  do  domu.  Chciałabym,  żebyśmy 
przez  krótką  chwilę  wiedzieli  o  tym  tylko  ty  i  ja.  Wiesz...  -  Ucałowała  jego  dłoń.  -  Kiedy 
twoja matka się o tym dowie, zaraz dowie się cała wieś. Miałam nadzieję, że... 

Westchnęła lekko i uśmiechnęła się. 
-  Pozwól  jej,  by  sama  się  domyśliła  -  dodała.  -  Wkrótce  zresztą  pewnie  i  tak  na  to 

wpadnie. Już takie są te matki. 

Ola  przyłożył  głowę  do  brzucha  Dorbet,  jak  gdyby  chciał  usłyszeć  dziecko.  Dorbet 

gładziła go palcami po włosach. Czuła ogromną radość i ulgę. Do tej pory zamartwiała się, że 
jeszcze nie zaszła w ciążę. Teraz to zmartwienie minęło! Zostanie matką! Nagle uświadomiła 
sobie, że nie ma już drogi odwrotu. Jeżeli kiedykolwiek miała wątpliwości, czy powinna się 
wiązać, to teraz było już za późno, żeby się wycofać. Teraz jej życie zostało zapieczętowane i 
związane z Olą i Granvold. 

Przez  moment  zakłuło  ją  w  piersi  i  zagryzła  wargę.  Ola  podniósł  głowę  i  objął  swą 

przyszłą żonę. 

-  Jesteś szczęśliwa? 
-  Tak - odparła i uśmiechnęła się do niego. - Tak bardzo szczęśliwa jak ty. 
To prawda, pomyślała. Nikt nie mógł być od niej szczęśliwszy. Zarzuciła Oli ręce na szyję 

i roześmiała się. 

Wiosna w kwiatach, ślub i macierzyństwo! Pewnie, że była szczęśliwa! Smutek z powodu 

siostry  i  niepokój  o  przyszłość  zniknęły  w  łagodnym  śmiechu  i  ciepłych  pieszczotach.  Na 
niebie nie było jednej chmurki. Przynajmniej w tej chwili, kiedy leżała tak w ramionach Oli, 
pełna oczekiwań i radości. 

   
ROZDZIAŁ 10. 
  
Sivert i Tordhild nie śpieszyli się ze wstawaniem tego ranka, tak więc tylko sami we dwoje 

zasiedli  do  śniadania.  Tordhild  posadziła  sobie  Marilenę  na  kolana.  Oboje  z  Sivertem 
nalegali,  żeby  mała  mogła  spać  z  nimi,  by  jak  najszybciej  się  z  nimi  oswoiła.  Najwyraźniej 
poważnie  potraktowali  adopcję  dziewczynki,  pomyślała  Mali,  przyglądając  im  się  z  boku. 
Lepiej nie mogło się ułożyć. W samym środku smutku, który sprawiał jej ból niczym otwarta 
rana, znajdowała wielką pociechę, wiedząc, że Marilena znajdzie się w dobrych rękach. Mali 
była  absolutnie  pewna,  że  tak  się  stanie.  Ruth  ucieszyłaby  się,  widząc,  jakie  znaleźli 
rozwiązanie dla jej córeczki, pomyślała. Wstała ciężko, żeby przynieść dzbanek z kawą. 

Johannes już dawno pobiegł do Oppstad, żeby się spotkać z Olą Havardem, parobcy byli w 

pracy, a Dorbet jeszcze się nie pokazała. 

-  Przyszła mama długo dziś leży w łóżku - stwierdził Sivert z uśmiechem i wziął następną 

kanapkę. 

background image

On i Tordhild poznali tę wielką nowinę wczoraj wieczorem. Sama Dorbet powiedziała im 

o  tym,  czerwieniąc  się  na  twarzy  i  promieniejąc  radością.  Chętnie  przyjmowała  gratulacje  i 
uściski. Ola nie od razu pochwalił się swojej matce, tak jak się umówili. Dopiero po powrocie 
do Granyold oznajmił jej, że Dorbet jest w ciąży. Marit natychmiast zadzwoniła do Stornes. 
Krzyczała do słuchawki tak głośno, że właściwie mogłaby nie wydawać na telefon, pomyślała 
Mali. Jej radosne okrzyki dochodziły z Granyold niemal aż tutaj. Skoro ona i Astrid w centrali 
telefonicznej  wiedziały,  można  mieć  pewność,  że  w  ciągu  jednego  wieczoru  cała  wieś 
również się dowie, że dziedzic Granvold jest już w drodze. Ale co to szkodzi, pomyślała Mali. 
Dla odmiany jest to radosny powód do plotek i wszyscy w Stornes bardzo tego potrzebowali. 

-  Tak, Dorbet ma szczęście - uśmiechnęła się Tordhild. - A jeśli mimo wszystko zmieści 

się w tę śliczną suknię ślubną, którą zamówiła... 

-  Nie  powinna  mieć  z  tym  kłopotu  -  zauważyła  Mali  i  przycupnęła  na  brzegu  ławy, 

stawiając dzbanek z kawą na stole. - Dobrze, że zajmie się teraz ślubem, suknią i przyjęciem 
weselnym. 

-  Upiecze  dwie  pieczenie  na  jednym  ogniu  -  wtrącił  się  Sivert.  -  Nie  mogło  się  lepiej 

ułożyć. I o ile dobrze zrozumiałem z wczorajszej rozmowy telefonicznej, w Granvold szykują 
wielkie przyjęcie. Kiedy dziecko się urodzi, Granvold otrzyma dziedzica, a to nadal tutaj we 
wsi bardzo wiele znaczy - dodał. 

-  A wiesz, że masz rację - zauważyła Mali cicho i posłała synowi szybkie spojrzenie. - I 

zawsze tak będzie, gdy mowa o wielkich dworach. To ważne wydarzenie, Sivercie. 

Na moment zapadła cisza, młodzi jedli w milczeniu. 
-   Pomyślałam,  że  może  poszlibyście  dziś  ze  mną  na  Wzgórze  -  zaproponowała  Mali  po 

chwili.  -  Dobrze  by  było,  gdybyście  się  zastanowili  i  powiedzieli  nam,  jak  chcielibyście 
rozbudować  dom,  oczywiście  w  granicach  możliwości  -  dodała.  -  Przecież  to  wy  tam 
będziecie mieszkać... 

Sivert odłożył kanapkę i oparł łokcie na stole. 
-  Tak, rozmawialiśmy wczoraj z Tordhild o tym, że powinniśmy się wybrać na Wzgórze, 

skoro już tu jesteśmy. Równie dobrze możemy pójść dzisiaj - dodał. - Jeśli i ty masz czas. 

-  Nie bardzo mi się to uśmiecha - wtrąciła Tordhild i wzdrygnęła się. - To będzie... trudne 

- dodała cicho i zerknęła ukradkiem na obie służące. 

Mali  zamarła  na  moment  w  obawie,  że  Tordhild  się  zapomni  i  niechcący  wygada  o 

Samuelu i o tym, jak zginął. Ale zaraz uspokoiła w duchu samą siebie, że przecież Tordhild 
nie jest tak nierozważna, i odetchnęła z ulgą. 

-  Havard też tam będzie - rzekła Mali. - Powiedział, że spotkamy się na miejscu tuż przed 

jedenastą. Musicie się więc postarać zjeść do tego czasu śniadanie - dodała. - Dla innych już 
niedługo zacznie się pora obiadu. 

-  Uwielbiam, kiedy nie muszę wstawać zbyt wcześnie - odparł Sivert i ziewnął szeroko. - 

Ś

wietne  są  takie  poranki  jak  dzisiaj,  gdy  możemy  być  z  Tordhild  tylko  we  dwoje.  Herborg 

zabrała Marilenę z samego rana do siebie, bo i tak musiała wstać do Małej Mali. Nakarmiła ją 
i przewinęła. Teraz mała tylko sobie dojada - uśmiechnął się. - Marilena jest taka  grzeczna. 
Przespała  całą  noc.  Ale  wyraźnie  po  niej  widać,  że  na  Wzgórzu  musiało  się  rozegrać  coś 
niedobrego.  Dziewczynka  jest  niespokojna,  czasem  podrywa  się  nerwowo.  Ale  w  ostatnich 
dniach już jest lepiej, prawda, Tordhild? 

Tordhild przytaknęła, dmuchnęła Marilenie w kark, aż mała zaniosła się od śmiechu. Co za 

cudowny  dźwięk,  pomyślała  Mali.  Nagle  uderzyło  ją,  że  nieczęsto  dotąd  słyszała,  by 
dziewczynka się śmiała. 

-  Tyle podróżuję - mówił dalej Sivert. - Dlatego tak bardzo sobie cenię spokojne poranki 

w towarzystwie Tordhild. I wszystkich moich bliskich - poprawił się i wysunął filiżankę, żeby 
dostać jeszcze kawy. - Nie jestem panem tego gospodarstwa - dodał, nie patrząc na matkę. - 
Dlatego wyleguję się do późna ze spokojnym sumieniem.  

background image

-  Zasłużyłeś na to - rzekła Mali. - Należy wam się dziś chwila wytchnienia. Szkoda tylko, 

ż

e okazja ku temu jest właśnie taka - dodała cicho. 

-  Tak,  tym  razem  rzeczywiście  jest  jakoś  dziwnie  -  odezwała  się  Tordhild  zamyślona.  - 

Spotkało  nas  wielkie  nieszczęście  i  smutek,  lecz  jednocześnie  ogromna  radość.  Myślę  o 
Herborg i Oi i ich maleństwie. No i o Dorbet... 

Odgarnęła ciemne włosy z czoła i spojrzała na Mali. 
-  Dla nas ostatnie dni okazały się całkiem szczególne - mówiła dalej. - Podjęliśmy ważną 

decyzję  o  przeprowadzce  i  adopcji  Marileny.  Czuję,  że  wraz  z  tym  postanowieniem 
zaczynamy zupełnie nowy rozdział w naszym życiu. 

-  To prawda - uznał Sivert. 
-  Mam tylko nadzieję, że nie będziecie żałować - rzekła Mali. 
-  Na pewno nie - odparł Sivert zdecydowanie i wsunął kawałek chleba do buzi Marileny, 

która  bawiła  się,  uderzając  łyżeczką  w  stół.  -  To  była  słuszna  decyzja,  jestem  o  tym 
całkowicie przekonany. Również ze względu na Johannesa - dodał. 

-  I  ze  względu  na  Marilenę,  która  zyskała  kochających  rodziców  -  wtrąciła  Mali.  -  Ale  i 

wy oboje nie powinniście żałować. 

Sivert roześmiał się i spojrzał na matkę rozpromienionym wzrokiem. 
-  Myślisz  pewnie,  że  sprowadzę  się  tu  jako  obcy  ptak  -  rzekł.  -  Zresztą  wcześniej,  jak 

tylko  sięgnę  pamięcią,  też  nie  bardzo  tu  pasowałem.  A  tym  bardziej  teraz,  po  tylu  latach 
spędzonych  w  mieście,  a  także  z  powodu  mojej  pracy,  różnię  się  od  ludzi,  którzy  tu 
mieszkają.  Ale  o  to  już  się  nie  martwię,  mamo,  jeśli  w  ogóle  kiedykolwiek  się  tym 
przejmowałem - dodał zamyślony. - Żyję tak, jak uważam za słuszne, niech sobie inni mówią, 
co chcą. 

-  Wydaje  mi  się,  że  zapomniałeś,  jak  łatwo  tu  we  wsi  roznoszą  się  plotki  i  ile  mogą 

wyrządzić  krzywdy  -  przypomniała  mu  Mali  i  zerknęła  na  syna.  -  Ludzie  potrafią  być 
bezlitośni  i  wcale  pod  tym  względem  się  nie  zmienili,  odkąd  stąd  wyjechałeś  -  dodała  z 
naciskiem. 

Ane i Ingeborg wyszły z kuchni - jedna po drewno, a druga do spiżarni. 
-  Myślę o was obojgu - mówiła dalej Mali. - O tym, by nikt nie dowiedział się, że wy... że 

Johannes... 

-  Nikt się nie dowie - uspokoił ją Sivert pewnym siebie głosem. - Tylko czworo z nas wie: 

ty i Havard, Tordhild i ja. Nie zamartwiaj się tym, mamo. My nigdy nie zawracamy sobie tym 
głowy. Wszystko będzie dobrze. 

Oby miał rację, pomyślała Mali, czując niepokój, który trzepotał w piersi niczym skrzydło 

ptaka. 

-  Gdyby  Johannes...  -  zaczęła.  -  Słabo  mi  się  robi,  kiedy  pomyślę,  że  chcecie  mu 

powiedzieć prawdę. Myśleliście o tym, żeby mu kiedyś... 

-  Dopiero wtedy, kiedy będzie na tyle dorosły, żeby zrozumieć - odparł Sivert i utkwił w 

matce wzrok. 

-  Być  może  on  nigdy  nie  będzie  w  stanie  tego  zrozumieć  -  zauważyła  Mali  cicho.  -  W 

każdym  razie  nie  to,  co  ja  kiedyś  uczyniłam  -  dodała  ledwie  słyszalnie.  -  Mogę  go  wtedy 
utracić... 

-  Mnie nie utraciłaś - rzekł Sivert. 
Mali popatrzyła na syna. W jej oczach zakręciły się łzy. 
-  Dawno  już  byś  się  ode  mnie  odwrócił,  Sivercie  -  wykrztusiła  wreszcie.  -  Mogę  chyba 

podziękować Tordhild, że w końcu zechciałeś... 

Sivert objął Tordhild ramieniem i skinął głową. 
-  Masz  chyba  co  do  tego  wiele  racji  -  zgodził  się.  -  Ale  na  razie  nie  myśl  o  Johannesie. 

Jeszcze długo się o niczym nie dowie. Być może zdecydujemy się jednak o niczym mu... Nie, 
jeszcze nie wiem - przerwał nagle sobie samemu. - Ale mogę cię uspokoić, że na pewno tego 

background image

nie zrobię bez zgody Tordhild. A moja Tordhild jest mądrą kobietą - uśmiechnął się i przytulił 
ż

onę. - Bardzo mądrą. 

Wstał. 
-  Chodźmy  do  Havarda  na  Wzgórze  -  zadecydował  i  pomógł  Tordhild  z  Marileną  na 

rękach. - Najpierw tylko wejdziemy na górę do Herborg i zostawimy pod jej opieką Marilenę. 

Mali  łudziła  się  nadzieją,  że  Johannes  nigdy  nie  dowie  się  o  zawiłych  związkach 

rodzinnych,  że  może  jednak  Sivert  i  Tordhild  o  niczym  mu  nie  powiedzą,  w  każdym  razie 
dopóki nie dorośnie i będzie w stanie zrozumieć, jak obiecał Sivert. 

Postawiła  wędliny  i  ser  na  tacy,  żeby  je  wynieść  do  chłodni.  Jej  spojrzenie  napotkało 

wzrok Tordhild. To prawda, że synowa jest mądrą kobietą, można na niej polegać, pocieszyła 
się  Mali.  Obawa,  że  Johannes  mógłby  kiedyś  poczuć  do  niej,  Mali,  pogardę  i  być  może  nie 
będzie chciał jej znać, zapiekła ją w piersi. Pomyślała, że nie zniosłaby kolejnej straty, a już w 
ż

adnym  wypadku  nie  pogodziłaby  się  ze  stratą  Johannesa.  To  dziecko  miało  dla  niej 

szczególne znaczenie. 

-  Nie  kłopocz  się  tym  -  rzekła  Tordhild  cicho,  jak  gdyby  czytała  w  jej  myślach.  - 

Wszystko się ułoży. 

To nie jest wcale takie proste, uznała Mali w duchu i drżąc, wciągnęła głęboko powietrze. 

Nieraz doświadczyła na własnej skórze, że jest inaczej. 

  
Mali szczelniej otuliła się szalem, kiedy stanęli na Wzgórzu przed wejściem do domu. Nie 

zaglądała tu od czasu, kiedy znaleźli na brzegu fiordu martwą Ruth, a Samuela w kałuży krwi 
na  podłodze  w  kuchni.  Havard  był  w  tym  domu  później  z  lensmanem,  żeby  zabrać  ciało,  i 
jeszcze  raz,  kiedy  poprosiła  go,  by  przyniósł  jakieś  ubranka  dla  Marileny.  Jednak  nigdy  nie 
spytała  go,  czy  umył  podłogę.  Myśl,  że  być  może  do  tej  pory  na  podłodze  leży  zakrzepła 
krew, przyprawiła Mali o gęsią skórkę. 

Havard włożył klucz do  zamka i przekręcił  go.  Drzwi zamknięte na klucz były tu czymś 

niezwykłym, nikt we wsi nigdy ich nie zamykał. Ludzie zawsze byli mile widzianymi gośćmi, 
nawet  gdy  gospodarza  nie  było  w  domu.  Taki  panował  zwyczaj.  Ale  być  może  lensman 
zaproponował, żeby Havard zamknął jednak dom na klucz, przyszło Mali do głowy. Trudno 
byłoby  się  wytłumaczyć,  skąd  na  podłodze  w  kuchni  wzięła  się  krew,  gdyby  ktoś 
przypadkiem  zajrzał  do  środka  i  zobaczył.  Zresztą  i  tak  nikt  pewnie  by  się  nie  wybrał  na 
Wzgórze, zastanawiała się dalej. Wszyscy wiedzieli przecież, że dom stoi pusty po tragedii, 
która się niedawno wydarzyła. 

-  Zamknąłeś drzwi na klucz? - spytała cicho. 
-  Tak,  lensman  poradził,  że  tak  będzie  lepiej  -  przyznał  Havard.  -  Dopóki  nie  umyjemy 

podłogi i nie posprzątamy po tym, co tu się stało. 

-  Ale domyślam się, że służba wam chyba pomoże? - spytała Tordhild. - To dużo pracy. 
-  Tak, ale najpierw musimy zmyć tę obrzydliwą plamę krwi - odparł Havard. - Nikt tu nie 

zaglądał  i  niczego  nie  ruszał  od  czasu,  kiedy...  Razem  z  lensmanem  zabraliśmy  tylko  ciało 
Samuela - dodał ponuro. 

A więc tak to wygląda, pomyślała Mali. Musi zatem rozpalić w piecu i nastawić wodę, jak 

tylko wejdą do środka, a potem dokładnie wyszorować podłogę w kuchni i usunąć wszelkie 
ś

lady po zamordowanym misjonarzu. 

-  Wolałabym, żeby nikt postronny tu nie wchodził, zanim nie uporządkujemy rzeczy Ruth 

- rzekła głosem drżącym ze wzruszenia. - To byłoby nie w porządku. 

Havard skinął głową. 
-  Całkiem się z tobą zgadzam - przyznał. - Musimy teraz zrobić wszystko naraz. Sivert i 

Tordhild rozejrzą się i zastanowią, jak rozbudować dom i co tu zmienić, ale pomogą również 
przy sprzątaniu i segregowaniu rzeczy. Naturalnie razem z Dorbet i Oją. 

background image

-  Właściwie  tylko  Marilena  jest  prawną  spadkobierczynią  wszystkiego,  co  pozostało  po 

Ruth - zauważył Sivert. 

-  Tak, masz rację, ale uważam, że każde z was, jej rodzeństwa, powinno mieć po siostrze 

jakąś pamiątkę - uznała Mali. 

-  Jednak tylko Dorbet jest rodzoną siostrą Ruth - stwierdził Sivert. 
Mali podniosła wzrok. Na jej bladą twarz padło światło, ukazując smutek, który wrył się w 

każdą najdrobniejszą bruzdę. 

-  Nie traktujemy tego w ten sposób, Sivercie, i powinieneś o tym wiedzieć - rzekła cicho. - 

Wszyscy czworo jesteście rodzeństwem, w każdym razie dla mnie i dla Havarda  - dodała. - 
Mam nadzieję, że i wy tak to zawsze odbieraliście i że nie daliśmy wam odczuć, by któreś z 
was było mniej kochane. 

-  Wiesz,  co  czułem  do Ruth  -  odparł  Sivert.  -  Nikt  nie  był  mi  droższy  i  bliższy  niż  ona. 

Ale myślałem tylko... 

-  Nie  ma  tu  o  czym  rozmyślać  -  przerwała  mu  Mali.  -  Poza  tym  nie  pozostało  chyba  po 

Ruth wiele do podziału. Nie wiem, czy od ślubu dostała choćby jedną nową rzecz - zauważyła 
z goryczą. - A ten dom, tak, on jest częścią Stornes i należy do nas. 

-  Ruth i Samuel chyba go od was dostali - nie zgodził się Sivert. - O ile pamiętam... 
-  Tak, powiedzieliśmy, że to prezent ślubny dla młodych - przyznała Mali. - Ale nigdy nie 

dostali od nas żadnego dokumentu, który by to poświadczał. Czekałam, aż Samuel się upomni 
o zapis na piśmie, ale wydaje mi się, że on nie bardzo się na tym znał i uznał za oczywiste, że 
wszystko jest w porządku. Jednak Havard i ja nie chcieliśmy, by Samuel nabył jakiekolwiek 
prawo  do  tej  posiadłości,  na  wypadek  gdyby  doszło  do  rozwodu.  Zamierzaliśmy  zapisać 
Wzgórze Ruth, ale nie zdążyliśmy tego zrealizować - dodała. 

-  Ja  w  każdym  razie  chciałbym  mieć  prawo  własności,  kiedy  się  tu  przeprowadzimy  - 

zastrzegł Sivert. - A jeżeli ja nie będę mógł kupić tego domu... to może Marilena? 

Mali położyła dłoń na ramieniu Havarda i powstrzymała go, żeby jeszcze nie wchodził do 

ś

rodka. Potem zwróciła się do Siverta. 

-  Otrzymasz  je,  Sivercie  -  rzekła  cicho.  -  Prawo  jest  po  naszej  stronie.  Na  papierze 

Wzgórze nadal należy do dworu i nie zostało oddzielone od całej posiadłości. Ale słowo jest 
słowem, więc patrząc w ten sposób, dom stanowi prezent ślubny, który jednak zamierzaliśmy 
przepisać jako odrębną całość na Ruth. Niezależnie od tego, co o tym by pomyślał Samuel, to 
właśnie tak chcieliśmy zrobić - dodała. - Ruth miała dostać Wzgórze w rozrachunku za prawo 
dziedziczenia Stornes, które otrzymał Oja. Tak więc w pewnym sensie masz rację, twierdząc, 
ż

e  dom  należy  do  Marileny  i  że  jej  też  należy  się  jakaś  część.  Planowaliśmy  ofiarować  jej 

książeczkę  oszczędnościową  z  dość  znaczną  sumą  pieniędzy,  którą  będzie  mogła 
dysponować,  gdy  osiągnie  pełnoletność.  Ale  ty  dostaniesz  Wzgórze,  Sivercie  -  powtórzyła 
cicho.  -  Sądzę,  że  po  rozbudowie  i  remoncie  będzie  to  ładny  dom.  Poza  tym  dostaniesz 
jeszcze kilka hektarów ziemi i ten pas lasu, który leży zaraz za domem. 

-  Dostanę?... 
Sivert popatrzył na matkę pytająco. 
-  Dziedzictwo  Stornes  należało  do  ciebie  -  wyjaśniła  Mali  spokojnie.  -  W  każdym  razie 

tak, jak... jak ja to rozumiałam. Zrzekłeś się tego prawa i ta sprawa jest już zamknięta. Jednak 
jako  najstarszemu  synowi  należy  ci  się  jakaś  rekompensata.  Wykup,  można  by  powiedzieć. 
Taki jest stan rzeczy, chociaż nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Ale teraz rozliczymy się w ten 
sposób, że wy dostaniecie Wzgórze z częścią ziemi i lasu. I tym razem zrobimy to zgodnie z 
prawem - dodała stanowczo. - Otrzymasz na to odpowiednie dokumenty. 

Przez chwilę Sivert stał w milczeniu. Potem otarł twarz i odgarnął dłonią włosy. Wzrokiem 

poszukał Tordhild. 

background image

-  Zwykle  w  momencie  przekazywania  dziedzictwa  każde  z  rodzeństwa  coś  otrzymuje  - 

rzekł, spoglądając na matkę. - Ruth miała dostać Wzgórze, jak mówisz. Ale co w takim razie 
z Dorbet? 

-  Dorbet  dostanie  pieniądze,  tak  jak  Marilena,  kiedy  wyjdzie  za  mąż  i  opuści  Stornes  - 

wtrącił  się  Havard.  -  Tak  więc  majątek  zostanie  podzielony  sprawiedliwie,  jeśli  doliczysz 
wyprawę ślubną, którą Dorbet zabierze ze sobą do Granvold. 

-  W  każdym  razie  na  tyle  sprawiedliwie,  na  ile  da  się  to  zrobić  -  mówiła  dalej  Mali.  - 

Dwór jest naturalnie wart o wiele więcej, jednak, jak wiesz, ten, komu należy się dziedzictwo, 
przejmuje  gospodarstwo  na  takich  warunkach,  że  rodzeństwo  dostaje  tylko  symboliczną 
kwotę z całości. 

-  Ale Marilena... 
-  Chcecie  ją  wziąć  na  wychowanie  i  uznać  za  swoje  dziecko  -  rzekła  Mali.  -  Nikt  nie 

zamierza  się  temu  sprzeciwiać,  wszyscy  są  wręcz  szczęśliwi,  że  udało  się  to  rozwiązać  w 
obrębie naszej rodziny. Marilena dostanie swoją część po matce w postaci pieniędzy, które jej 
damy. A więc pomyśleliśmy o wszystkich - podsumowała. 

Sivert skinął głową i powoli wysunął rękę w stronę matki. 
-  Przyjmuję i dziękuję - powiedział. - A Marilena dostanie w spadku również coś po nas. 

Zamierzamy ją prawnie adoptować. 

Serce Mali zabiło w piersi. 
-  Wtedy będziecie musieli wysłać swoje dokumenty i akt ślubu, a... A jeśli ktoś zacznie to 

sprawdzać?... 

Sivert spojrzał na Mali z wyrozumiałością. 
-  Zaufaj mi, mamo, że nic nam nie grozi. Nasze dokumenty są w porządku, nikt się w nich 

niczego  nie  doszuka.  Tyle  powinnaś  sama  wiedzieć  -  dodał.  -  Byłaś  chyba  przy  tym,  kiedy 
Johan  Stornes  podpisywał  oświadczenie,  że  jest  moim  ojcem,  prawda?  Poza  tym  do  księgi 
parafialnej zostałem wpisany jako syn Johana Stornesa. Więc czego się obawiasz? 

Mali potrząsnęła głową. Sivert miał zapewne rację, pomyślała. Wszystkie dokumenty są w 

porządku.  Mimo  to  niepokój  niczym  fizyczny  ból  dawał  o  sobie  znać  w  okolicach  żołądka. 
Jeżeli  ktoś  odkryje  prawdę,  wielu  ludzi  zostanie  zgubionych.  Mali  szczelniej  otuliła  się 
szalem i skuliła się. 

-  Chyba masz rację - przyznała i wzięła syna za rękę. Miał ciepłe dłonie, gdy tymczasem 

jej własne były lodowato zimne. 

Często rozmyślała o podziale majątku. Dręczyło ją, że Sivert nigdy nie dostał nic w zamian 

za zrzeczenie się prawa do dziedzictwa. Do tej pory nie chciał jednak o tym rozmawiać, tylko 
ciągle  powtarzał,  że  już  nie  należy  do  Stornes.  Teraz  miała  uczucie,  że  wreszcie  wszystko 
trafiło na swoje miejsce. Sivert wrócił do domu i otrzymał swoją część spadku. A Marilena 
zyskała  rodziców,  brata  i  przyszłość.  Oby  im  się  dobrze  ułożyło  i  oby  do  tego  domu,  który 
krył w swych czterech ścianach tyle smutku i zła, sprowadzili szczęście i radość. I niech Bóg 
sprawi, by nikt i nic nie zdołało zniszczyć im życia. 

Mali  rzuciła  szybkie  spojrzenie  na  niebieskie  niebo.  Wysoko  w  górze  migotała  samotna, 

blada gwiazda. A więc i Ruth się zgadza, pomyślała i cofnęła dłoń. 

  
Mali  nie  wiedziała,  komu  było  najtrudniej  przejść  przez  ów  pusty,  zimny  dom.  Tordhild 

zatrzymała się i cofnęła na widok zakrzepłej kałuży krwi na kuchennej podłodze. 

-  Rozpalę w piecu i to zmyję - rzekła Mali, nie zastanawiając się długo. 
-  Ja mogę rozpalić - zaproponował Havard i zaczął wkładać do pieca drewniane szczapy. 

Kosz  na  drewno,  który  stał  obok  pieca,  był  pełen  zarówno  drobnych  gałązek  do  rozpalania, 
jak i dużych polan. 

Musieli  poczekać,  aż  woda  się  zagrzeje,  postanowili  więc  rozejrzeć  się  po  opuszczonych 

pomieszczeniach.  Havard  i  Sivert  wyszli  znowu  na  zewnątrz,  żeby  zobaczyć  fundamenty  i 

background image

zastanowić  się,  w  jaki  sposób  je  rozbudować,  a  Mali  i  Tordhild  udały  się  tymczasem  na 
poddasze. Mali otworzyła szafę w korytarzu na górze. Wisiały tam cztery garnitury Samuela, 
dwie  sukienki  i  kilka  spódnic  należących  do  Ruth,  sporo  białych,  krochmalonych  koszul  i 
kilka bluzek. Więcej koszul niż bluzek, pomyślała Mali z goryczą. 

-  Uprzątnę to - powiedziała cicho. 
W  komodzie,  stojącej  w  sypialni,  leżała  reszta  ubranek  Marileny.  Tordhild  z  Mali 

przykucnęły i zaczęły przeglądać zawartość szuflad. 

-  Tak jak mówiłam, Havard zabrał stąd część rzeczy Marileny, potem, jak przyszedł tu z... 

z lensmanem. Możemy chyba teraz wziąć resztę. Mała potrzebuje więcej ubranek na zmianę, 
ale nie mogłam się zdobyć, żeby... 

-  Tak, weźmiemy przy  okazji te rzeczy. Masz rację, że Marilenie bardzo się przydadzą - 

zgodziła  się  Tordhild.  -  Poza  tym  trzeba  stąd  wszystko  uprzątnąć  przed  rozbudową  i 
remontem. Kiedy wrócimy, przejrzę jeszcze raz ubranka małej - dodała. - Myślę, że dokupię 
jej coś przed wyjazdem z Oslo. Na pewno będzie potrzebowała nowych rzeczy na lato. 

Mali  znalazła  poszwę  na  kołdrę  i  razem  z  synową  zaczęły  pakować  do  niej  ubranka 

Marileny. 

-  Jakie  to  ładne!  -  westchnęła  Tordhild,  trzymając  w  górze  jasnożółtą  kurtkę  robioną  na 

drutach i czapeczkę do kompletu. 

Mali ciężko przełknęła ślinę. 
-  Ruth  sama  je  zrobiła  -  rzekła  cicho.  -  Tak  bardzo  czekała  na  to  dziecko  i  była  taka 

szczęśliwa, kiedy się urodziło. Samuel przebywał w tym czasie w Berkak - dodała. - Ruth z 
maleństwem mogła wtedy przez kilka tygodni mieszkać z nami w Stornes. Myślę, że to były 
jedne z najbardziej radosnych i pogodnych tygodni w jej życiu. 

Tordhild ujęła i uścisnęła dłoń Mali. Jej oczy były pełne współczucia. Mali spuściła głowę 

i ukradkiem otarła twarz, po której spływały łzy. 

-  Co tu się działo w tym domu? - szepnęła zbolała. 
-  Rozumiem,  że  nie  daje  ci  to  spokoju,  ale  myślę,  że  nie  powinnaś  dłużej  się  tym 

zadręczać, Mali - poradziła Tordhild. - Ruth nie życzyłaby sobie pewnie, żebyś bez końca się 
zamartwiała.  Zrobiła  to,  co  wydawało  się  jej  konieczne,  ale  jestem  przekonana,  że  nie 
zostawiłaby Marileny,  gdyby nie była o  nią spokojna. Wiedziała, że może na tobie polegać. 
Mali otarła twarz i spojrzała na Tordhild. 

-  Mogła  na  mnie  polegać?  Dlaczego  więc  nic  mi  nie  powiedziała,  dlaczego  nie  przyszła 

się  wyżalić,  że  jest  jej  tak  źle?  Wiedziała,  że  zawsze  byśmy  jej  pomogli,  ale  cały  czas  nie 
dopuszczała mnie do swego życia... 

-  Znała Samuela lepiej niż ty - przypomniała jej Tordhild. - Uważam, że pewnie mąż jej 

groził, być może nie była pewną czy będziecie w stanie przeciwstawić się jego kłamstwom. 
Pamiętaj, że był niebezpiecznym człowiekiem - dodała cicho. - Nigdy o tym nie zapominaj, 
Mali. Jednak Ruth wiedziała, że może na was polegać i że kochacie ją i Marilenę. To dlatego 
tamtego  wieczoru  zostawiła  dziecko  w  salonie  w  Stornes...  Wiedziała,  że  zaopiekujecie  się 
małą. 

-  A teraz wy wzięliście na siebie ten obowiązek.  
Tordhild uśmiechnęła się ciepło. 
-  Musisz  wiedzieć,  że  traktujemy  to  jak  dar  -  wyznała.  -  Tak  bardzo  chcieliśmy  mieć 

więcej dzieci, ale wiesz... A teraz mamy Marilenę. To dla nas prawie jak cud. 

-  Ale ten dom... 
-  Mieszkanie się wyremontuje i sprowadzimy tu nasze własne meble i sprzęt - uspokoiła ją 

Tordhild.  -  Sami  postanowicie,  co  zrobić  z  rzeczami,  które  tu  zostały,  ponieważ  my  ich  nie 
chcemy. No może tylko te, które Ruth sama zrobiła - dodała. - Sznurek do dzwonka w salonie 
i te kolorowe chodniki. Ale poza tym wszystko trzeba wynieść. Wprowadzimy się do nowego 

background image

domu,  w  którym  nie  powinno  pozostać  ani  trochę  smutku  i  nieszczęścia  mieszkającego  w 
tych ścianach. 

Mali skinęła głową. 
-  Ale to taka mała wioska... 
-  Na pewno sobie i z tym poradzimy - uśmiechnęła się Tordhild. 
-  Czy  wiesz,  co  zazdrość  potrafi  robić  z  ludźmi,  Tordhild?  -  spytała  Mali  cicho.  -  Sivert 

stał  się  sławny,  poza  tym  wszyscy  wiedzą,  że  jesteś  spokrewniona  z  Cyganami.  Musisz 
wiedzieć,  że  nikt  tutaj  nie  zapomniał,  że  Sivert  zrzekł  się  dziedzictwa  i  po  prostu  zniknął. 
Znajdą się tacy, którzy nie przestaną drążyć waszej przeszłości i waszego życia w nadziei, że 
znajdą coś, czym będą mogli was dotknąć. 

-  Tych, którzy zużywają na to swój czas i siły, po prostu mi żal - odparła Tordhild. - Poza 

tym nie tylko na wsi tak jest, Mali. Zazdrość znajdziesz wszędzie. 

-  Ale jest silniejsza, gdy miejscowość jest tak mała - zauważyła Mali. - I nie ominie was, 

tym bardziej że jesteście Stornesami - dodała z naciskiem. - Całe życie tego doświadczałam. 

-  My  chyba,  tak  jak  ty,  należymy  do  tych,  którzy  potrafią  wiele  przetrzymać  -  uznała 

Tordhild. - Na pewno wszystko będzie dobrze. Trzeba być dobrej myśli. 

Położyła obie ręce na ramionach Mali i spojrzała jej w oczy. Przez moment serce się Mali 

ś

cisnęło. Czuła, jak gdyby patrzyła w błyszczące oczy Jo, z tak charakterystycznymi żółtymi 

plamkami. 

-  Sivert jest ciepły i wrażliwy - mówiła dalej łagodnie. - Ale jest również silny. Nigdy by 

nie  wpadł  na  pomysł  przeprowadzki,  gdyby  tego  naprawdę  nie  chciał.  On  chce  wrócić  do 
domu, Mali. Powiedział mi to. W jego żyłach płynie również twoja krew - dodała. - Myślę, że 
Sivert coraz silniej to czuje. 

Mali położyła swoje dłonie na dłoniach Tordhild i uścisnęła je. Słowa synowej zapadły w 

nią.  Tak  bardzo  chciałaby  wierzyć,  że  to  prawda,  że  Sivert  właśnie  tak  czuje.  Ale  nie 
zadawala więcej pytań. 

-  Chciałabym, żebyś coś ode mnie przyjęła - odezwała się po chwili namysłu. 
Poszperała trochę w kieszeni spódnicy i wyjęła małe pudełeczko. 
-  Ruth  skończyłaby  w  maju  dwadzieścia  lat  -  rzekła  ze  smutkiem.  -  Havard  kupił  to  dla 

niej,  kiedy  ostatnio  był  w  mieście.  Chcieliśmy,  żeby  miała  coś...  coś  porządnego  - 
dokończyła. - Nie była rozpieszczana upominkami, odkąd wyszła za mąż. Chciałabym teraz, 
ż

ebyś ty ten drobiazg od nas przyjęła. 

Tordhild otworzyła pudełeczko. Na białej wyściółce leżał złoty pierścionek z błyszczącym 

niebieskim oczkiem. 

-  Ruth tak bardzo lubiła niebieski - szepnęła Mali łamiącym się głosem. - Mawiała, że to 

kolor nieba w pogodny dzień. 

-  Ale ja nie mogę... 
-  Weź go, jest dla ciebie - nalegała Mali. - A któregoś dnia dostanie go Marilena w spadku 

po tobie. I będzie tak, jak Ruth by sobie tego życzyła. 

Podeszła  do  komody  i  otworzyła  niewielką  szkatułkę,  która  stała  na  blacie.  Nie  była  to 

skrzynia pełna skarbów, zauważyła Mali smutno. Samuel najpewniej zabronił Ruth kupować 
kosztowności.  Ale  leżały  tam  łańcuszek  na  szyję  i  dwie  ładne  szpilki  do  włosów.  Dorbet  i 
Herborg dostaną po jednej na pamiątkę, pomyślała. Sama wzięła cieniutki srebrny łańcuszek i 
zawiesiła na szyi. Położyła na nim dłoń i przycisnęła do piersi. 

Już  miała  zamknąć  i  odłożyć  szkatułkę  na  miejsce,  gdy  nagle  zauważyła  w  rogu  coś 

błyszczącego.  Podniosła  pudełko  do  światła  i  dokładniej  się  przyjrzała.  Poczuła  bolesne 
ukłucie, kiedy rozpoznała obrączkę ślubną Ruth. Nie zauważyła, że córka nie miała na palcu 
obrączki, kiedy przygotowywały z Dorbet jej ciało do pogrzebu. Zwróciła uwagę jedynie na 
złoty krzyżyk na szyi Marileny. 

background image

-  O  Boże  -  szepnęła,  przyglądając  się  błyszczącemu  drobiazgowi.  -  Zdjęła  obrączkę 

ś

lubną, zanim... 

-  Dlaczego to zrobiła? - zdumiała się Tordhild i podeszła bliżej. 
-  Nie wiem - odparta Mali cicho. - Ale wydaje mi się, że może wtedy wreszcie poczuła się 

wolna od Samuela. 

-  Schowajmy to dla Marileny jako pamiątkę po matce - zaproponowała Tordhild. 
Mali nie odpowiedziała. Wsunęła obrączkę do kieszeni spódnicy i razem z Tordhild zeszły 

na dół, żeby posłuchać, co uzgodnili Havard z Sivertem. 

Zrobiło  się  późno,  zanim  udali  się  na  spoczynek.  Havard  i  Sivert  długo  siedzieli  nad 

szkicami,  przedstawiającymi  ich  wyobrażenia  na  temat  przyszłego  kształtu  Wzgórza. 
Zamierzali rozbudować parter, by był dwa razy większy niż teraz, a na górze miały powstać 
dwie nowe sypialnie. No i w całym budynku należało założyć porządną izolację. 

-  Popatrz,  Tordhild,  myślę,  że  tak  będzie  dobrze  -  rzekł  Sivert  i  spojrzał  w  górę  znad 

rysunku. 

Miał policzki czerwone z wrażenia. Mali zobaczyła, jak dwie ciemne głowy pochylają się 

nad szkicami, i splotła dłonie na piersi. 

Prowadź ich, Boże - pomodliła się w duchu. I miej ich w swej opiece! 
Kiedy  sięgnęła  po  chusteczkę,  poczuła  pod  palcami  coś  twardego  i  zimnego  -  obrączkę 

Ruth.  Prawie  o  niej  zapomniała.  Nagle  doznała  dziwnego  impulsu,  kiedy  dotknęła  zimnego 
złota. Powoli podniosła się i podeszła do drzwi. 

-  Muszę wyjść, zanim pójdziemy spać - oznajmiła tylko. 
  
Na  zewnątrz  jasno  świecił  księżyc.  Śnieg  lśnił  niebieskawo  w  jego  blasku,  kiedy  Mali 

ruszyła na dół w stronę brzegu. Wiatr wzmagał się. Mali uniosła spódnicę i weszła w śnieg. 
Tylko jeden raz rzuciła spojrzenie na dwór, w obawie, że ktoś mógł ją zobaczyć w drodze nad 
fiord. W domu pomyśleli pewnie, że wyszła za potrzebą, i chciała, żeby tak myśleli. 

W palcach zaciskała mocno obrączkę. Tordhild poradziła, żeby zachować ją dla Marileny 

jako  pamiątkę  po  matce.  Nigdy  tego  nie  zrobi!  Ta  obrączka  nie  będzie  dobrym 
wspomnieniem  dla  Marileny.  Krzyżyk  Ruth,  owszem,  jako  prezent  od  nich  w  dniu 
konfirmacji.  Nie  trzeba  więcej.  Poza  tym  Mali  będzie  dużo  opowiadać  małej  o  Ruth.  O  tej 
Ruth, którą znali, zanim pojawił się Samuel i ją zniszczył. Ruth o promieniejących radością 
szarych oczach i ciepłym uśmiechu. 

Kiedy  Mali  minęła  szopę  na  łodzie,  uderzył  ją  silny  podmuch  wiatru.  Fale  z  głuchym 

łoskotem rozbijały się o brzeg. Mali zeszła tak nisko, że lodowata woda oblewała jej buty, a 
na twarz ze słonego fiordu pryskała piana. 

Powoli  wysunęła  z  kieszeni  rękę.  Rozprostowała  palce  i  przez  moment  przyglądała  się 

połyskującej obrączce. Wzdrygnęła się. 

-  Teraz jesteś wolna, dziecko - rzekła cicho. 
Potem rzuciła obrączkę do wody, najdalej, jak tylko potrafiła. 
   
ROZDZIAŁ 11. 
  
Kwiecień  nadleciał  szumnie  do  Inndalen  wraz  z  fenem  i  oślepiającym  słońcem.  To  była 

prawdziwa  eksplozja  światła!  Po  długiej  i  mrocznej  zimie  ludzie  niemal  poruszali  się  po 
omacku.  Promienie  słońca  odbijały  się  w  kryształkach  śniegu  i  czarnych  wodach  fiordu. 
Otwierano  okna,  a  świeże  powietrze  przefruwało  przez  salony  i  sypialnie  na  poddaszach. 
Wszyscy  ulegali  wpływowi  owych  zmian  w  przyrodzie.  Odnosiło  się  wrażenie,  jak  gdyby 
ludzie budzili się do nowego życia po długiej, mroźnej i pozbawionej światła zimie. Mimo że 
nie zapomnieli tragedii, która spotkała Ruth, pogodniej patrzyli na świat. 

background image

W  owe  cudowne  dni  kwietniowe  niemało  mieli  powodów  do  radości.  Herborg  wreszcie 

mogła wstać z łóżka - stan zapalny ustąpił i młoda mama rozkwitała jak róża. Dumna niczym 
kwoka strzegła maleństwa, które kołysała w kołysce stojącej w salonie. Miała pod dostatkiem 
pokarmu, a Mała Mali rosła zdrowo. 

Mali często zatrzymywała się przy kołysce i przyglądała dziewczynce. Czasem gładziła po 

mięciuchnym  policzku.  Mała  była  ślicznym  dzieckiem,  podobnym  do  obojga  rodziców, 
pogodnym  i  spokojnym.  Przesypiała  większość  nocy,  a  w  ciągu  dnia,  kiedy  ktoś  brał  ją  na 
ręce, gaworzyła i uśmiechała się, ukazując bezzębne dziąsła. Często się to zdarzało. 

-    Będzie  bardzo  rozpieszczona  -  zwrócił  uwagę  Oja,  widząc  któregoś  dnia,  jak  Mali 

przechadza się po pokoju z dzieckiem na ręku. 

Jednak Mali wiedziała, że syn nie ma nic przeciwko temu. Był tak dumny z córki, że sam 

często nosił ją w ramionach. Niewielu mężczyzn miało taki kontakt z dzieckiem. Mawiano, że 
niemowlęta  to  sprawa  kobiet.  Oja  był  innego  zdania  i  mała  wynagradzała  mu  to  radosnym 
gaworzeniem, ulewaniem na koszulę, a Herborg promiennym, zakochanym uśmiechem. 

-  Babcie mają prawo rozpieszczać swoje wnuki - usprawiedliwiła się Mali i przykucnęła z 

maleństwem na rękach, aby Marilena mogła je poklepać. 

Marilena  skończyła  dziewięć  miesięcy.  Nie  potrafiła  jeszcze  chodzić,  ale  świetnie  za  to 

raczkowała.  Niemało  rzeczy  wylądowało  na  podłodze,  kiedy  zatrzymywała  się  przy  stole, 
wstawała, przytrzymując się brzegu blatu, i ciągnęła za obrus, żeby dosięgnąć czegoś, na co 
miała  ochotę.  Wiedziała,  że  źle  robi,  bo  patrzyła  potem  na  dorosłych  z  poczuciem  winy 
swymi wielkimi, szarymi oczami. Zaraz jednak jej drobną dziecięcą twarz przecinał szeroki, 
łobuzerski uśmiech i nikt już nie miał serca krzyczeć na to dziecko. Poza tym pamiętano, że 
przecież biedactwo straciło matkę. No, ojca też, ale nigdy o nim nie wspominano. 

„Biedna  malutka,  pozbawiona  matki"  -  mówili  z  powagą  ludzie  i  wzdychali.  Mali 

pomyślała,  że  to  aż  uderzające.  Czasami  zastanawiała  się,  o  czym  między  sobą  gadają.  Ale 
zaraz uspokajała samą siebie, że to przecież nieważne. Najważniejsze, że udało się uratować 
dobre imię Ruth, że nie pozostała w ludzkiej pamięci jako zabójczyni. 

Póki  co  Marilena  sprawiała  wrażenie  beztroskiego  dziecka.  Nic  również  nie  wskazywało 

na to, by za kimś tęskniła. Mali często pocieszała się myślą, że na szczęście dziewczynka była 
jeszcze  bardzo  mała,  kiedy  wydarzyła  się  ta  potworna  tragedia.  Małe  dzieci  szybko 
zapominają o przykrościach, w każdym razie wtedy, gdy znajdują kogoś, kto otoczy je troską 
i miłością. A Marilena jednego i drugiego miała w bród. 

Była  ruchliwym  i  pogodnym  dzieckiem  i  wykazywała  duże  zainteresowanie  Małą  Mali. 

Zdarzało  się,  że  zatrzymywała  się  obok  kołyski,  podnosiła  na  nogi  i  zaglądała  do  środka  ze 
zdumieniem i zaciekawieniem. Jej poklepywanie maleństwa często kończyło się tak, że mała 
uderzała w krzyk, ponieważ Marilena nie miała wyczucia i oprócz tego, że potrafiła ostrożnie 
poklepać,  czasem  też  uderzała  mocniej.  Wtedy  jednak  sama  również  była  nieszczęśliwa  i 
razem  z  Małą  Mali  zaczynała  płakać.  W  takich  chwilach  Havard  kręcił  głową,  zerkał  znad 
gazety  i  mawiał,  że  w  ich  salonie  jest  jak  w  padole  płaczu.  Jednak  patrzył  łagodnym 
wzrokiem. Miał słabość do obu wnuczek i uważał, że wyrosną z nich niezwykłe dziewczyny. 
Potrafił  odłożyć  na  chwilę  gazetę  i  wziąć  jedną  albo  obie  naraz  na  kolana,  żeby  z  nimi 
pogawędzić. 

Od  śmierci  Ruth  Havard  bardzo  się  zmienił.  Na  początku  Mali  zbytnio  się  nad  tym  nie 

zastanawiała.  Sądziła,  że  milczenie  i  powaga,  w  które  coraz  częściej  popadał,  są  objawem 
smutku po stracie córki. Ale w miarę upływu tygodni uświadomiła sobie, że to coś więcej, że 
dręczy  go  jakaś  zgryzota,  z  którą  nie  potrafi  sobie  poradzić.  Mali  nie  bardzo  wiedziała,  co 
powinna zrobić, zostawiła więc Havarda w spokoju, mając nadzieję, że ów niepokojący stan 
wkrótce  minie.  Nie  chciała  zamęczać  męża  dodatkowo  pytaniami,  jeszcze  nie  teraz, 
pomyślała. Pewnie z wiosną mu przejdzie. 

  

background image

Na razie Herborg wzięła na siebie główny ciężar opieki nad Marileną. Tordhild miała zająć 

się małą w połowie maja, kiedy z całą rodziną przeprowadzą się do Stornes. 

-  Całkiem dobrze sobie radzę - uśmiechnęła się przekonująco, kiedy Mali stwierdziła, że 

jest dość roboty przy jednym dziecku. - Dorbet obiecała mi pomóc - dodała. 

-  Oczywiście,  że  pomogę  -  zapewniła  Dorbet  i  wzięła  Marilenę  na  kolana,  żeby  dać  jej 

kaszkę na drugie śniadanie. - Muszę się już wprawiać - rzekła z szelmowskim uśmiechem. 

Mali jednak wydała polecenia obu służącym, żeby zarówno Ane, jak i Ingeborg pomagały 

opiekować  się  Marileną.  Herborg  miała  ręce  pełne  roboty  przy  Małej  Mali,  a  Dorbet  często 
ź

le się czuła i musiała leżeć. 

Oczywiście  Mali  również zajmowała  się  małą,  gdy  tylko  mogła.  Jednak większość  czasu 

spędzała  na  tkaniu.  Ostatnio  tyle  się  wydarzyło,  że  musiała  odłożyć  na  bok  zlecenie  z 
Ameryki. Przez jakiś czas myślała nawet, że nie będzie mogła pojechać. Nie teraz, kiedy Ruth 
odeszła. I dopóki Havard nie wróci do zdrowia. Chciała porozmawiać z mężem, ale bała się, 
ż

e jeśli usłyszy, jak bardzo jest mu potrzebna tu w domu, to sama zrezygnuje z wyjazdu. A 

przecież  tak  bardzo  chciała  jechać.  Czuła,  że  tego  potrzebuje.  Choć musiała  przyznać,  że  to 
długa i męcząca podróż, to jednak chciała choć na chwilę wyrwać się ze wsi. Poczuć wiatr w 
skrzydłach  i  przekonać  się,  że  jeszcze  potrafią  ją  unieść.  A  raczej  to,  co  z  nich  pozostało, 
pomyślała. 

W pierwszym okresie po pogrzebie Ruth nie potrafiła myśleć ani o tkaniu, ani o podróży 

do  Ameryki.  Czuła  się  jakby  obezwładniona  smutkiem  i  całkiem  pochłonięta  sprawami 
związanymi z pochówkiem. Ale kiedy Sivert i Tordhild wrócili do Oslo, znowu zaczęła tkać. 

Na  początku  chodziła  do  tkalni,  żeby  po  prostu  pobyć  przez  chwilę  sama.  Bardzo 

potrzebowała owej samotności. Najpierw przechadzała się tylko po pokoju i oglądała prace, 
które  leżały  gotowe,  wciągała  specyficzny  zapach  włóczki  i  czuła,  że  to  daje  jej  ukojenie. 
Pewnego dnia usiadła do rozpoczętej pracy. Po jakimś czasie tkanie ją pochłonęło bez reszty, 
a kiedy wreszcie rozprostowała plecy i wstała, poczuła, że to jej dobrze zrobiło. Przez wiele 
godzin  nawet  nie  pomyślała  o  Ruth.  Nie  pragnęła  wcale  zapomnieć  o  śmierci  córki,  ale 
potrzebowała chwili oddechu. Azylu. Życie musi płynąć dalej, na nic się nie zda rezygnacja i 
poddanie  smutkowi.  Obawiała  się,  że  to  właśnie  dotknęło  Havarda.  Znowu  pomyślała,  że 
musi z nim porozmawiać. Nie wolno jej dłużej zwlekać. 

Skończyła gobelin, który czekał do tej pory w krosnach, i zaczęła nowy obraz. Po prostu 

nagle poczuła taką potrzebę. Właściwie nie planowała robić więcej prac przed wyjazdem do 
Ameryki, ale po śmierci Ruth ciągle w jej głowie pojawiały się kolory i obrazy, zarówno w 
czasie dnia, jak i podczas snu. W końcu się poddała. Wiedziała, że nie zazna spokoju, dopóki 
nie wykona na krosnach tego obrazu, który ciągle do niej powracał z nową siłą. 

Właśnie  nad  nim  pracowała.  Bywało,  że  płakała  przy  tkaniu.  Mimo  to  czuła,  że  praca 

przynosi jej ulgę. Jak gdyby wplatała w obraz własny smutek. Nie wiedziała, czy zabierze ów 
gobelin  do  Ameryki.  Zastanowi  się,  gdy  przyjdzie  na  to  czas.  Jeżeli  w  ogóle  będzie  mogła 
wyjechać, pomyślała znowu. 

  
-  Rozmawiałam z Herborg i Oją - rzekła Mali któregoś wieczoru, kiedy szykowała się do 

snu. 

Havard leżał już w łóżku. Podłożył rękę pod głowę i przyglądał się żonie, jak rozczesuje 

długie,  gęste  włosy.  -  Chrzest  odbędzie  się  dziewiątego  maja.  Herborg  czuje  się  już  dość 
silna,  a  i  dziecko  jest  już  wystarczająco  duże.  Jest  zdrowe  i  pogodne,  więc  powinno  nieźle 
znieść  wyprawę  do  kościoła.  Wiesz,  dobrze  by  było,  żeby  chrzest  odbył  się  jeszcze  przed 
ś

lubem Dorbet. 

Havard nie odpowiedział. Mali odłożyła grzebień i wśliznęła się do łóżka obok męża. 
-  Słyszałeś, co mówiłam, Havardzie? 
Dotknął dłonią jej włosów i patrzył, jak prześlizgują się między jego palcami. 

background image

-  Jesteś taka piękna, jak byłaś jako młoda dziewczyna - rzekł cicho, nie odpowiadając na 

jej pytanie. 

Mali spojrzała na niego zaskoczona. Miał smutną twarz i błyszczący wzrok. Mali ścisnęło 

się serce. Taki wstęp nie wróżył nic dobrego. Zwykle oznaczało to, że Havarda coś gnębi. 

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  -  spytała  i  pogładziła  męża  po  policzku.  -  Jestem  już 

starą babcią. 

-  Nie,  nigdy  naprawdę  się  nie  zestarzejesz  -  zaprzeczył.  -  Na  to  jest  w  tobie  zbyt  wiele 

ż

yciowej odwagi. 

-  Życiowej odwagi... 
-  Tak, ty nigdy się nie poddajesz. Nie chodzi mi o to, że różne bolesne zdarzenia nie mają 

na ciebie wpływu.  Nie,  nie jesteś zimna i nieczuła. Wręcz przeciwnie. -  Ujął w dłoń pasmo 
włosów i odgarnął z jej twarzy. - Ale jesteś najsilniejszą kobietą, jaką znam - rzekł cicho.  - 
Jesteś nieugięta. Udowadniasz to przez całe życie. 

Mali  wygodnie  ułożyła  się  na  ramieniu  męża  i  pieszczotliwie  przeczesała  palcami  jego 

włosy. 

-  Tak, chyba zawsze byłam silna - przyznała. - Po prostu musiałam, inaczej bym zginęła. 

Nie tylko ja - dodała z namysłem. - Pociągnęłabym za sobą wielu innych. Jednak nie posia-
dam nadludzkiej mocy, Havardzie. Wiesz o tym przecież lepiej niż inni. Gdybyś ty nie okazał 
się silny wtedy, kiedy Ruth... Szybko otarła twarz i odchrząknęła. 

-  To dzięki twojej sile udało mi się przez to przejść, Havardzie. Zdajesz sobie chyba z tego 

sprawę. 

Nie odpowiedział. Leżał w milczeniu, bawiąc się jej włosami. 
-  Co ci jest, Havardzie? 
-  Ruth nie żyje - rzekł ochryple. 
Mali odwróciła się na bok i przytuliła do męża. Objęła g mocno ramionami i przygarnęła 

ku sobie. 

-  Nie  mogę  się  od  tego  uwolnić  -  mówił  dalej,  ledwie  słyszalnie.  -  Nie  mogę  spać  po 

nocach i rozmyślam, co powinienem był zrobić... 

-  Nie mogłeś uczynić nic więcej, Havardzie. 
-  Powinienem był już dawno temu przegnać Samuela. 
-  Nie  miałeś  do  tego  prawa  -  przekonywała  Mali,  odgarniając  mu  grzywkę  z  czoła.  - 

Wybór należał do Ruth. Sama zdecydowała się wyjść za niego za mąż. 

-  Ale nie mogła wiedzieć, że taki z niego diabeł - płakał Havard. - Powinienem był... 
Mali gładziła go po plecach. Czuła, jak jego ciałem wstrząsa szloch. 
-  Prześladowały  mnie  takie  same  myśli,  Havardzie  -  szepnęła.  -  Zwierzyłam  się  z  nich 

Sivertowi i to on uświadomił mi, że Ruth była dorosła. Że miała prawo dokonywać własnych 
wyborów.  I  wiesz,  w  życiu  tak  jest,  że  każdy  musi  ponosić  odpowiedzialność  za  swoje 
wybory. Nawet jeśli się to kończy tak źle jak... jak w przypadku Ruth. 

Długo leżeli obok siebie bez słowa. 
-  To nie jest nienormalne, że każdy martwi się o swoje dzieci, Havardzie - mówiła dalej 

Mali.  -  Smutek  po  stracie  Ruth  będzie  nam  towarzyszył  każdego  dnia,  tobie  i  mnie. 
Stopniowo będziemy się do niego przyzwyczajać, będzie nam coraz łatwiej z nim żyć. Życie 
musi przecież toczyć się dalej... 

-  Nie wiem... 
-  Czego nie wiesz? 
-  Czuję się stary, Mali. Gdzie się podziała dawna radość? 
-  Ona  nadal  w  nas  żyje  -  pocieszyła  go  Mali,  muskając  oddechem  jego  szyję.  -  Nie 

zniknęła, Havardzie. Ale ostatnio smutek wziął górę. Zobaczysz, będzie lepiej. Jestem pewna, 
ż

e będzie lepiej - powtórzyła cicho. 

Znowu leżeli przez chwilę w milczeniu. Jakaś szczapa zwaliła się w piecu. 

background image

-  Ostatnio tak dużo pracujesz - odezwał się nagle Havard.  
Mali poczuła, jak jej serce uderzyło mocno o żebra. Teraz się zacznie. 
-  Tak, zajmuję się tyloma rzeczami - odparta niepewnie. 
-  Ponieważ zamierzasz wyjechać do Ameryki? 
-  Tak, myślałam o tym. 
Przez jakiś czas nic nie odpowiedział, ale Mali poczuła, jak się spiął. 
-  Mimo że Ruth nie żyje, a Dorbet będzie miała dziecko? 
-  Ruth  nie  wróci,  nawet  jeśli  nie  wyjadę  -  odparta  Mali  smutno.  -  A  Dorbet  nie  urodzi 

przed moim powrotem. Nie wyjeżdżam na zawsze, Havardzie. 

Odsunął się i położył na plecach. Wpatrywał się w sufit i oddychał ciężko. 
-  Przecież wrócę, Havardzie - szepnęła. 
-  Wrócisz... 
  
Dorbet brnęła przez śnieżną breję do Granvold. 
Przez  kilka  ostatnich  dni  panowała  odwilż  i  świeciło  słońce,  więc  śnieg  szybko  zaczął 

topnieć. W Stornes rozłożono na ziemi za spiżarnią pierwsze wielkie pranie do bielenia. Dom 
pachniał  salmiakiem  i  mydłem  potasowym  i  błyszczały  świeżo  wypucowane  okna. 
Przygotowania do chrzcin Małej Mali ruszyły pełną parą. 

Również w Granvold codziennie z komina pralni snuła się smuga dymu, skierowana prosto 

w górę. Można ją było zobaczyć, wyglądając przez okno salonu położonego niżej Stornes. 

-  Tam  też  rozpoczęli  już  przygotowania  -  uśmiechnęła  się  Ane.  -  Służące  Marit  pewnie 

padają  ze  zmęczenia.  Dobrze,  że  nie  jestem  jedną  z  nich.  Ślub  dziedzica  to  nie  żarty.  Marit 
przeceniła chyba nieco swoje możliwości, wysyłając tyle zaproszeń. Ile osób ma przyjść? 

-  Słyszałam,  że  mówiono  o  siedemdziesięciu,  ale  myślę,  że  przybędzie  więcej  -  odparła 

Mali,  wzdychając.  -  Miejmy  nadzieję,  że  bogowie  natury  będą  tego  dnia  po  stronie 
gospodarzy, żeby goście mogli od czasu do czasu wyjść na powietrze. 

Mali  nie  miała  odwagi  nawet  pomyśleć,  co  będzie,  jeżeli  w  dniu  ślubu  porządnie  lunie 

deszcz,  choć  to  nie  na  niej  spoczywała  odpowiedzialność  za  udane  przyjęcie.  Zazwyczaj 
wesele odbywało się we dworze, w którym mieszkał dziedzic. Tam po ślubie przeprowadzali 
się  młodzi  małżonkowie,  więc  starano  się  uniknąć  przenoszenia  prezentów  ślubnych  z 
jednego dworu do drugiego. Mali oczywiście miała pomóc, gdyby zaistniała taka potrzeba, i 
odpowiednio wcześniej przywieźć do Granvold spore ilości mięsiwa i ciast. Ale nie ona była 
za wszystko odpowiedzialna. Właściwie dobrze się z tym czuła. 

  
Dorbet  przeskoczyła  lekko  przez  szeroką  kałużę.  Za  kilka  miesięcy  będzie  miała  duży 

brzuch, pomyślała z niejakim niedowierzaniem. Ale najpierw stanie na ślubnym kobiercu! Aż 
drżała  z  emocji.  Wreszcie  przysłano  suknię  ślubną.  Dorbet  czekała  i  czekała,  aż  w  końcu 
zadzwoniła  do  miasta,  żeby  spytać,  co  się  stało.  Dwa  dni  później  przesyłka  przypłynęła 
parowcem. 

Dorbet  otwierała  wielkie  pudło  z  bijącym  sercem.  Suknia  wyglądała  jak  marzenie. 

Dziewczyna zawołała Herborg i obie ukradkiem pomknęły do sypialni, którą Herborg dzieliła 
z Oją. Było tam wielkie lustro po wewnętrznej stronie drzwi szafy, którą Oja kupił w mieście, 
kiedy miał się ożenić. 

-    O  rany!  -  westchnęła  Herborg  zachwycona,  gdy  Dorbet  włożyła  suknię  i  obracała  się 

powoli dookoła. - Wyglądasz jak księżniczka z bajki, Dorbet! Jak królowa - poprawiła się. - 
Nigdy nie widziałam piękniejszej panny młodej! 

Dorbet  zerknęła  w  lustro,  obróciła  się  jeszcze  raz  dokoła  i  zgodziła  się  z  Herborg. 

Pogrzebała  w  pudle  i  wyjęła  welon  z  niewielką,  wyszywaną  perłami  koroną,  który  również 
zamówiła.  Herborg  pośpieszyła  z  pomocą  i  przymocowała  koronę  do  włosów  szwagierki. 

background image

Delikatnymi palcami rozłożyła równomiernie półdługi, cienki jak mgiełka welon. Aż klasnęła 
w ręce. 

-  Nikt  nie  będzie  mógł  oderwać  od  ciebie  oczu  -  roześmiała  się.  -  Ola  chyba  zemdleje, 

kiedy cię zobaczy! 

Dorbet uśmiechnęła się zadowolona. 
-  Możesz przyjść i pomóc mi się ubrać i umalować w dniu ślubu - rzekła łaskawie. - Tylko 

ty i mama. Nikt inny mnie nie zobaczy, zanim nie będę gotowa i zanim Ola nie przyjedzie po 
mnie powozem. 

Herborg pociągnęła ostrożnie za suknię. 
-  Żeby tylko nie okazała się za ciasna - rzekła zmartwiona. - To jeszcze trzy tygodnie. 
-  Phi!  -  prychnęła  Dorbet  niefrasobliwie  i  pogładziła  się  po  płaskim  brzuchu.  -  Jestem 

szczuplejsza niż kiedykolwiek. 

 
-  Jest nasza panna młoda! - uśmiechnęła się Marit, kiedy Dorbet dotarła do Granvold. 
Służące odwróciły głowy i zerknęły na gościa ukradkiem, a Dorbet zaczerwieniła się. Nie 

mogła  przyzwyczaić  się  do  myśli,  że  teraz  tym  dziewczętom  będzie  wydawać  polecenia. 
Bezpiecznie  czuła  się  tylko  przy  Ane  i  Ingeborg.  Ale  trzeba  pogodzić  się  z  tym,  co  będzie. 
Teraz nie ma już innego wyjścia, pomyślała. 

-  Chciałaś ze mną pomówić - zagadnęła przyszłą teściową i przysiadła na skraju ławy. 
-  Tak - promieniała Marit i wytarła ręce w fartuch. - Chciałabym ci coś pokazać. 
-  Tylko mi? 
Marit roześmiała się. 
-  Ola  zaraz  przyjdzie  -  odparła.  -  Przepadł  gdzieś  w  stajni,  więc  po  niego  posłałam.  Co 

prawda już o tym wie, ale będzie lepiej, jeżeli obejrzycie to razem we dwoje. 

Dorbet zastanowiła się, cóż to takiego może być. Chyba nie prezent ślubny, pomyślała. Na 

to jeszcze za wcześnie. Ruszyła za Marit w stronę korytarza. 

-  Ola! Ola! 
Marit wystawiła głowę przez tylne drzwi, wychodzące na stodołę i oborę, i krzyknęła, aż 

zadzwoniło w uszach. Po chwili Ola wyjrzał ze stajni. 

-  Dorbet  przyszła!  -  zawołała  Marit.  -  Chodź  z  nami.  Chcę  jej  pokazać...  -  urwała  i 

odwróciła się do Dorbet. - O mało co się nie zdradziłam - roześmiała się. - Poczekamy, aż Ola 
się przebierze. 

Dorbet skinęła głową. 
-  Masz już suknię ślubną? 
-  Tak. 
-  Pasuje? 
Dorbet ponownie skinęła głową, czując, że się czerwieni. 
-  Tak, leży jak ulał. 
Marit położyła rękę na ramieniu Dorbet i uścisnęła przyszłą synową. 
-   Pomyśleć  tylko,  że  spodziewacie  się  potomka  -  westchnęła  szczęśliwa.  -  To  wszystko 

jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. I ślub, i dziecko... Ach, Dorbet, Dorbet. Będziesz 
tu szczęśliwa - rzekła wzruszonym głosem i znowu ją przytuliła. 

W tej samej chwili otworzyły się drzwi i ukazał się w nich Ola. 
-  Oto  jestem  w  pełnym  szyku!  -  uśmiechnął  się  i  spojrzał  na  matkę,  która  obejmowała 

Dorbet. - Czy jest coś, o czym nie wiem? 

-  Nie,  tylko  czuję  się  taka  szczęśliwa,  że  Dorbet  zostanie  młodą  panią  w  naszym 

gospodarstwie - odparła Marit. - No i że już spodziewacie się potomka... 

Już,  pomyślała  Dorbet  i  podeszła  do  Oli.  Gdyby  nie  miała  trudności  z  zajściem  w  ciążę, 

dawno  by  już  była  przy  nadziei.  Gdyby  do  tego  jeszcze  nie  miała  szczęścia,  kto  inny,  a  nie 

background image

Ola byłby ojcem, przyszło jej nagle do głowy i poczuła, że robi się jej gorąco. Wówczas nie 
zostałaby panią Granvold. Szybko odegnała tę myśl i wzięła Olę za rękę. 

-  Marit chce mi coś pokazać.  
Ola roześmiał się. 
-  Tak, już od tygodnia nosiła się z tym zamiarem, ale poprosiłem, żeby trochę poczekała. 

Dłużej jednak nie mogła się powstrzymać. 

-  Widziałam już naszą sypialnię i nowe podwójne loże, które dostaniemy... 
-  Nie, mama chce ci pokazać coś innego - wyjaśnił Ola i objął Dorbet ramieniem. 
Marit  zaczęła  wchodzić  na  górę  po  schodach,  a  Ola  dał  Dorbet  znak,  by  ruszyła  za  nią. 

Marit zatrzymała się przed najmniejszą sypialnią na poddaszu, której nie używano. Otworzyła 
drzwi  i  odsunęła  się,  żeby  Dorbet  mogła  wejść  pierwsza.  Pośrodku  stała  śliczna  stara 
rzeźbiona kołyska. Została już wyłożona pachnącym materacykiem i pierzynką powleczoną w 
poszewkę  z  pięknym  haftem.  Na  brzegu  przewieszono  kredowobiałe  futerko.  Dorbet 
zatrzymała się zaskoczona. Po chwili odwróciła się w stronę Marit. 

-  Już przygotowałaś kołyskę? 
-  Tylko  ją  odszukałam  -  usprawiedliwiła  się  Marit  trochę  zakłopotana.  -  Ta  kołyska 

służyła  w  Granvold  wielu  pokoleniom.  Ola  też  w  niej  leżał,  kiedy  był  malutki  -  dodała  z 
uśmiechem. 

-  Ale... ale... 
Dorbet szukała po omacku dłoni Oli. 
-  Moja  matka  twierdzi,  że  nie  należy  niczego  przygotowywać  zbyt  wcześnie  -  rzekła 

cicho.  -  Nie  wiadomo,  co  się  może  zdarzyć...  jeśli  ktoś  na  przykład  nie  ma  szczęścia.  Poza 
tym myślałam, że to ja powinnam... 

Ugryzła się w język. Przemilczała, że wolałaby sama wyhaftować poszewkę i wyszykować 

kołyskę. Marit pewnie by nie zrozumiała. Tutaj na pierwszym miejscu stawiano tradycje rodu 
Granvoldów. Jak już kilka razy wcześniej, Dorbet doznała niepokojącego uczucia, że inni nią 
sterują. Nie podobało jej się to. 

-  O, na pewno wszystko będzie dobrze - szczebiotała Marit. - Jesteś młoda i zdrowa, więc 

nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Nie wiedziałam, że twoja matka jest przesądna - dodała, 
poprawiając niewielki futrzak. 

-  Wcale  nie  jest  -  broniła  matki  Dorbet.  -  Pozostaje  nam  mieć  nadzieję  i  wierzyć,  że 

wszystko pójdzie dobrze - dodała trochę łagodniej. 

-  A więc podoba ci się kołyska? - spytała Marit. Nie chciała wdawać się w dyskusję o tym, 

o czym na pewno sama dobrze wiedziała, że nie wszystkie ciąże przebiegają prawidłowo. 

Z  tego  nawet  Dorbet  zdawała  sobie  sprawę.  Poza  tym  matka  przygotowywała  ją  na 

wypadek, gdyby coś poszło nie tak, jak powinno. Sama jednak nie zastanawiała się nad tym 
zbyt często, jeśli miała być szczera. Mimo wszystko nie podobało się jej, że Marit uznawała 
wiele spraw za przesądzone. 

-  Tak,  jest  bardzo  ładna  -  przyznała  Dorbet.  -  Nie  spodziewałam  się  tylko,  że  będzie 

przygotowana już teraz. Ale... 

-  Ja  też  mówiłem  to  samo  -  wtrącił  się  Ola.  -  Ale  moja  matka  całkiem  straciła  rozum, 

kiedy się dowiedziała, że jesteś w ciąży. 

-  Zresztą  nie  tylko  ja  -  dodała  Marit,  żartobliwie  szturchając  Olę.  -  Ty  też  nie  myślisz  o 

niczym innym. 

Ola objął Dorbet ramieniem i uśmiechnął się do niej. 
-  Myślę przede wszystkim o tym, żeby się ożenić z Dorbet - odparł. - Nikt nie będzie miał 

piękniejszej żony niż ja. 

-  To  prawda  -  przyznała  Marit  i  podeszła  do  drzwi.  -  Zejdę  na  dół,  a  wy  też  zaraz 

przyjdźcie na podwieczorek. 

background image

-  Dobrze,  za  chwilę  -  zawołał  za  nią  Ola  i  mrugnął  porozumiewawczo  do  Dorbet.  -  Za 

bardzo długą chwilę - dodał. 

  
Kiedy  zamknęli  za  sobą  drzwi  do  sypialni,  Ola  przyciągnął  Dorbet  ku  sobie.  Uniósł  jej 

twarz i pocałował. 

-  Minęła cała wieczność, odkąd byliśmy sam na sam - mruknął. 
Dorbet  uśmiechnęła  się  i  mocniej  do  niego  przytuliła.  Poczuła  jego  twarde  ciało  przy 

swoim, poznała, że jest podniecony. 

-  To  była  krótka  wieczność  -  szepnęła  tuż  przy  jego  ustach.  Pociągnął  ją  na  łóżko.  Jego 

ręce zaczęły gorączkowo rozpinać guziki jej bluzki. 

-  Czekają na nas z posiłkiem - zaprotestowała Dorbet przestraszona. 
Jednak musiała Oli przyznać rację, rzeczywiście minęło trochę czasu, odkąd byli całkiem 

sami. Nie najlepiej się ostatnio czuła, dokuczały jej mdłości i nie miała ochoty z nim sypiać. 
Ola uszanował to. Obchodził się z nią jak z kruchym szkłem, co bardzo ją denerwowało. Ale 
teraz  dolegliwości  minęły  i  Dorbet  znowu  poczuła  wzdłuż  kręgosłupa  miłe  łaskotanie 
pożądania. 

-  Podwieczorek może chyba poczekać - dyszał Ola, zdejmując jej bluzkę. - Nie na ciasto 

mam teraz ochotę! 

Dorbet nie protestowała. Pomagała ściągać z siebie ubranie. Kiedy Ola zdjął z niej ostatnią 

część  bielizny,  jęknął  z  rozkoszy.  Jego  dłonie  prześlizgiwały  się  po  miękkim  ciele  Dorbet. 
Wypełniły się jej piersiami. Potem położył rękę na jej płaskim brzuchu. 

-  To nie zaszkodzi maleństwu, jeżeli my... 
Dorbet potrząsnęła  głową, aż jej  gęste włosy  rozsypały się wokół  głowy. Wyciągnęła się 

na łóżku, świadoma, że ma piękne ciało. Sprawiało jej przyjemność, gdy widziała, jak bardzo 
Olę podnieca. Podobało jej się, że z jej powodu ogarnia go szaleństwo. 

-  Nie rozbierzesz się? 
Zerwał z siebie koszulę i spodnie i stanął przed nią w samych slipach. 
-  Zdejmij wszystko - szepnęła Dorbet ochryple. - Chcę cię zobaczyć. 
Jak  zwykle  poczuła  niezwykłą  słodycz,  kiedy  stanął  przed  nią  nagi.  Był  imponujący  pod 

każdym względem. Podobało jej się, że potrafi tak na niego działać, że Ola jest niczym masło 
w  jej  rękach.  Wyciągnęła  rękę  i  przesuwała  ją  wolno  w  dół  wzdłuż  jego  twardego  brzucha. 
Potem chwyciła jego męskość. Skulił się z jękiem. 

-  Chodź - szepnęła Dorbet i pociągnęła Olę ku sobie. 
Przycisnęła  jego  twarz  do  swych  piersi  i  wyprostowała  się.  Chciała,  by  zrozumiał,  czego 

pragnie: żeby ją całował. Jego ciepły język na jej sutkach sprawił, że jęknęła. Popchnęła jego 
głowę niżej. Ola wiedział, co Dorbet lubi najbardziej. Gdy dotknął jej językiem, zakręciło się 
jej w głowie. Pomyślała, że chciałaby doznawać tego co wieczór, kiedy się pobiorą. Wiła się z 
rozkoszy. 

Kiedy  wreszcie  w  nią  wszedł,  zachowywał  się  ostrożniej  niż  zwykle.  Dorbet  wygięła  ku 

niemu ciało i wbiła paznokcie w jego plecy. 

-  Zrób to jak trzeba! - syknęła. 
-  Ale jeżeli... 
-  Zrób to! 
Nie myślała o tym, by uważać na dziecko. Na pewno jest bezpieczne, uznała. A jeśli tym 

razem  coś  się  nie  uda,  to  przynajmniej  wiadomo,  że  może  mieć  dzieci.  Tak  bardzo  się  nie 
ś

pieszy,  jeżeli  już  o  tym  mowa.  W  każdym  razie  nie  zamierzała  z  obawy  o  potomka 

rezygnować z największej przyjemności. 

Ola  dał  sobą  kierować  niczym  posłuszny  źrebak  i  zrobił  to,  co  kazała.  Dorbet  jęczała  z 

rozkoszy  i  zarzuciła  mu  nogi  na  plecy.  Tak  czy  owak  wyjście  za  mąż  nie  jest  chyba  takie 

background image

najgorsze,  pomyślała  nieco  oszołomiona.  A  potem  wszystko  rozpłynęło  się  w  strumieniu 
rozproszonego światła i kolorów. 

  
ROZDZIAŁ 12. 
  
Majowy  dzień  wstał  niezwykle  przejrzysty  i  ciepły.  Mali  wyszła  na  dziedziniec  i 

wciągnęła  zapach  kiełkującej  wiosny  i  krowiego  nawozu.  Ziemia  odtajała  wyjątkowo 
wcześnie, więc już uporali się z pierwszymi pracami na roli. W połowie tygodnia rozrzucili 
nawóz  i  zabronowali  go,  jednak  niemiły  zapach  nadal  unosił  się  w  powietrzu,  kiedy  wiatr 
przygnał  go  znad  pola  ku  dworowi.  Wczoraj  mężczyźni  posiali  ziarno,  Havard  jak  zwykle 
wyszedł z gołą głową. 

-  Tak, teraz przydałoby  się trochę deszczu - rzekł, kiedy po południu wrócili da domu. - 

Mogłoby popadać dla dobra upraw. 

-  Tylko  nie  w  przyszłą  sobotę!  -  zaprotestowała  Dorbet  i  zerknęła  znad  ciasta,  które 

dekorowała na chrzciny, zaplanowane na następny dzień. - Chcę iść do ślubu w promieniach 
słońca. 

-  O,  na  pewno  będziesz  panną  młodą  w  pełnym  blasku  -  uśmiechnął  się  Havard 

uspokajająco. - Myślę, że nawet Pan Bóg nie odważy się zepsuć ci tej ważnej uroczystości. 

Stolarze  już  od  dawna  zajęli  się  rozbudową  Wzgórza.  Sivert  z  rodziną  przyjechał  już  we 

wtorek.  Dobrze  się  stało,  pomyślała  Mali,  ponieważ  przywieźli  cały  dobytek  i  trzeba  było 
powstawiać  meble  i  wszystkie  rzeczy  do  stodoły  do  czasu,  aż  nowy  dom  nie  zostanie 
ukończony.  Poza  tym  wykorzystano  każde  wolne  miejsce  w  szafach,  żeby  zmieścić  ich 
ubrania.  Jeżeli  nie  zdążą  z  remontem  Wzgórza  do  żniw,  to  będą  mieli  duży  kłopot, 
zaniepokoiła  się  Mali,  patrząc  na  pękającą  w  szwach  stodołę.  Teraz  nie  dałoby  się  tam 
wcisnąć nawet snopka. 

-  Narobiliśmy  sporo  zamieszania  -  zauważyła  Tordhild,  kiedy  zeszła  na  dół  po  kolejną 

kupkę ubrań rozłożonych na sofie w salonie. - Tyle bałaganu w samym środku przygotowań 
do chrzcin. 

-    Z  pewnością  uporamy  się  z  tym  do  niedzieli  -  odparła  Mali  z  uśmiechem.  - 

Najważniejsze,  że  jesteście,  tak  długo  czekaliśmy  na  ten  dzień.  Naprawdę  bardzo  się 
cieszymy, niech ci nawet przez myśl nie przejdzie, że mogło być inaczej. 

Mali nie przesadzała. Przez wiele nocy leżała, nie mogąc zasnąć i rozmyślając o tym, jakie 

teraz będzie ich życie. Miała nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży. Że Sivert i jego rodzina 
zostaną przyjęci przez mieszkańców wsi jak swoi i będą mogli spokojnie żyć wolni od plotek 
i  wrogości.  Jednak  nie  miała  pewności.  Denerwowała  się,  że  choć  Sivert  jest  Stornesem,  to 
jednak  on  sam  i  jego  niewielka  rodzina  mogą  zostać  potraktowani  jak  przyjezdni.  Tutaj  we 
wsi zwykle bacznie obserwowano „obcych". Ta  myśl nie dawała Mali spokoju. Szczególnie 
uważnie przyjrzą się zapewne temu, który powraca do domu po latach,  a na dodatek zyskał 
ś

wiatową  sławę.  Który  wybrał  muzykę  zamiast  dziedzictwa  i  ożenił  się  z  dziewczyną 

spokrewnioną z Cyganami. 

Niezależnie od tego, co mówił Sivert, Mali nie zdołała wyzbyć się obaw, że ktoś mógłby 

odkryć  prawdę  o  nim  i  jego  małżeństwie.  Otuliła  się  kołdrą  i  złożyła  ręce,  modląc  się  do 
Boga, by nad nimi czuwał. By nikt więcej nie cierpiał z powodu jej dawnych grzechów. By 
powrót  Siverta  z  rodziną  oznaczał  radość  dla  wszystkich.  Szczególnie  dla  Havarda, 
pomyślała.  Zapewne  to  pomoże  mu  otrząsnąć  się  z  przygnębienia,  które  go  ogarnęło  po 
ś

mierci  Ruth  i  do  tej  pory  nie  ustępowało.  Tak  bardzo  się  cieszył,  kiedy  przyjechali.  I 

Marilena również. Mali czuła, jak ciepło rozlewa się w jej piersi. Najwyraźniej dziewczynka 
pamiętała wszystkich troje. Zaśmiewała się, kiedy Johannes podniósł ją do góry i uściskał na 
powitanie.  Tordhild  zaraz  po  przyjeździe  zajęła  się  małą,  a  Marilena,  jak  się  zdawało,  nie 

background image

miała  nic  przeciwko  temu.  Mali  westchnęła  i  zamknęła  oczy.  Wszystko  musi  się  dobrze 
ułożyć. I musi teraz zasnąć, ponieważ jutro podaje Małą Mali do chrztu. 

-  Jakie imię będzie nosić dziecko? 
Mali  spojrzała  na  pastora.  Niemowlę  w  jej  ramionach  poruszyło  się  niespokojnie,  tak  że 

ś

liczna stara sukienka do chrztu z wyszukanym haftem nabrała życia. Były w niej chrzczone 

wszystkie  dzieci  ze  Stornes  jeszcze  od  czasów  Johana.  Długa  różowa  jedwabna  wstążka, 
którą  Herborg  przewiązała  maleństwo  w  pasie,  połyskiwała  w  świetle  słońca,  wpadającego 
ukośnie  przez  wysokie  okna  kościoła.  Mali  nie  bardzo  się  podobała,  mimo  że  szarfa  była 
bardzo  wąska.  Ale  takie  wstążki,  różowe  lub  niebieskie,  stały  się  ostatnio  modne.  Mali  nie 
protestowała  więc,  choć  uważała,  że  odebrała  nieco  szyku  starej,  przepięknej  sukience  do 
chrztu. W jej oczach strój obyłby się bez dodatkowych ozdób. 

-  Mali - odparta cichym, pewnym głosem. 
Obróciła się trochę, żeby Herborg mogła zdjąć małej czapeczkę. Potem przysunęła dziecko 

do chrzcielnicy. 

-  Mali, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. 
W kościele zrobiło się cicho, jakby wszyscy przestali oddychać. Pastor wziął chusteczkę i 

wytarł  dziecku  główkę.  Herborg  na  powrót  zawiązała  małej  czapeczkę.  Na  dłuższą  chwilę 
Mali zatrzymała wzrok na krągłej twarzyczce dziecka. Zapiekło ją w piersi z radości i dumy. 

Dziedziczka Stornes została ochrzczona. 
  
Jeden  po  drugim  zaczęły  przybywać  z  kościoła  wozy  z  gośćmi.  Korzystając  z  ładnej 

pogody, ludzie zatrzymali się na dziedzińcu na pogawędkę, kobiety i mężczyźni, każda z grup 
osobno. 

Johannesowi  i  Oli  Havardowi  pozwolono  zaprosić  gości  do  stołu.  Zaaferowani,  z 

rumieńcami  na  policzkach  uwiesili  się  na  sznurze  dzwonka  i  ciągnęli  z  całych  sił.  Chłopcy 
siedzieli  w  kościele  w  pierwszej  ławce,  w  lśniąco  białych  koszulach  i  ciemnych  spodniach. 
Ola Havard przyczesany na mokro, Johannes z wyszczotkowanymi i błyszczącymi kręconymi 
włosami.  Teraz  nie  byli  już  tacy  eleganccy.  Koszula  Johannesa  wystawała  do  połowy  ze 
spodni, a włosy Oli Havarda sterczały na wszystkie strony. Po wyjściu z kościoła biegali jak 
szaleni po dziedzińcu i bawili się w najlepsze. Nic dziwnego, pomyślała Mali z uśmiechem, 
stojąc na progu i przyglądając się malcom. Musieli dać upust energii, której nazbierało się aż 
nadto podczas półtoragodzinnego siedzenia na mszy. 

Stali razem przed domem - ona, Havard, Oja i Herborg - i witali gości przybywających na 

poczęstunek. Oja nie potrafił ukryć, jaki jest dumny ze swej słodkiej i łagodnej żony oraz z 
tego,  że  został  ojcem.  Uśmiechał  się  i  przyjmował  gratulacje,  wydawał  się  taki  dojrzały  i 
przystojny  w  ciemnym  garniturze.  Herborg  promieniała  u  jego  boku  w  nowej  ślicznej 
sukience,  która  napinała  się  nieco  na  wypełnionych  mlekiem  piersiach.  Dziecko  zasnęło  w 
kołysce pośród całego zgiełku. 

-  Gratuluję wam wszystkim! 
Marit  Granvold  z  mężem,  trzymającym  się  jak  zwykle  dwa  kroki  z  tyłu,  uśmiechała  się 

szeroko i ściskała im dłonie. 

-  Niewiarygodne,  że  znalazłaś  czas,  żeby  przyjść  -  przywitała  ją  Mali.  -  Słyszałam  od 

Dorbet,  że  w  Granvold  nastał  gorączkowy  czas.  W  razie  czego  nie  krępuj  się  i  powiedz, 
gdybyś potrzebowała pomocy. 

-  Nie  trzeba,  ze  wszystkim  dajemy  sobie  radę  -  podziękowała  Marit.  -  Jak  moglibyśmy 

dziś nie przyjść?... Wkrótce będziemy rodziną, chyba nie zapomniałaś? 

-  Tak,  został  już  tylko  tydzień  -  odezwała  się  Herborg.  -  Cieszcie  się,  bo  niedługo 

zobaczycie  śliczną  pannę  młodą.  Już  widziałam  suknię  -  dodała  z  triumfem,  a  jej  oczy 
rozbłysły. 

background image

-  A jakże, cieszymy się, możesz być tego pewna! - zapewniła Marit z entuzjazmem. - Na 

jedno i drugie - dodała i mrugnęła porozumiewawczo do Mali i Havarda. - A panna młoda... - 
roześmiała się głośno. - Nie musisz mnie przekonywać, że będzie wyglądała jak marzenie. Ta 
dziewczyna i na co dzień jest śliczna, a co dopiero w ślubnej kreacji... 

Kolejni  goście  już  się  przeciskali,  więc  Mali  z  mężem  weszła  do  środka.  Mali  powoli 

wypuściła powietrze. Havard przysunął się bliżej. 

-  Ta kobieta może zamęczyć - szepnął jej do ucha. 
-  Tss - uciszyła go Mali i zaczęła ściskać kolejne wyciągnięte ręce. 
Ale  nie  mogła  się  nie  zgodzić  z  Havardem.  Przez  mgnienie  oka  doznała  niepokojącego 

ukłucia  w  piersi.  Jak  taka  niezależna  i  samodzielna  dziewczyna  jak  Dorbet  wytrzyma  pod 
jednym  dachem  z  Marit?  Pewnie  nie  da  się  uniknąć  kłopotów.  Dorbet  nie  pozwoli  sobie 
dyktować, co ma robić, ani deptać po piętach. Ale jednocześnie Dorbet lubi znajdować się w 
centrum zainteresowania, pomyślała Mali, lubi być podziwiana i uwielbiana. Trudno byłoby 
znaleźć  teściową  bardziej  przychylną  i  zafascynowaną  synową  niż  Marit.  Mimo  to...  Mali 
westchnęła w duchu, ściskając z uśmiechem ręce gości. 

  
W  chwili,  kiedy  ostatni  goście  wchodzili  do  środka,  do  Stornes  z  dużą  szybkością 

zajechała kariolka, wzbijając tumany kurzu. 

-  Co, u licha? - mruknął Havard i spojrzał zdumiony w stronę wozu. - Spodziewamy się 

jeszcze kogoś? 

Mali  nie  odpowiedziała.  Poczuła  ucisk  w  gardle  i  ogarniającą  ją  złość.  To  wóz  ze 

Storhaug. Lecz Laura i Gunvald nie zostali przecież zaproszeni! 

Naturalnie gospodarze Oppstad byli mile widziani i już przyjechali, zabierając ze sobą Olę 

Havarda. Chłopiec i tak został u dziadków na sobotę i niedzielę, i dlatego Mali go zaprosiła. 
Głównie ze względu na Johannesa. Ale Laura... 

-   Wygląda na to, że ktoś wcale nie liczy się z innymi - syknęła przez zaciśnięte zęby. 
Wóz  zatrzymał  się  i  wyskoczyła  z  niego  Laura.  Poprawiła  różowoszarą  sukienkę  i 

przygładziła  włosy.  Rzuciła  szybkie  spojrzenie  ku  drzwiom  domu.  Podczas  gdy  Gunvald 
dostał  zadanie  znalezienia  miejsca  do  uwiązania  konia,  Laura  śmiało  ruszyła  w  stronę 
gospodarzy, trzymając w ręku jakąś paczkę. 

-  Witajcie! - zawołała radośnie, kiedy podeszła bliżej. - Zapomniałam przysłać prezent na 

chrzciny, więc pomyślałam sobie, że wręczę go osobiście. 

Skóra  Laury  nabrała  już  złocistobrązowego  odcienia.  Obcięte,  półdługie  włosy  tworzyły 

zgrabną fryzurę, a jedwabista szaroróżowa suknia leżała jak ulał, nie zostawiając zbyt dużego 
pola  dla  wyobraźni.  Laura  była  szczupła  jak  trzcina,  lecz  miała  pokaźny  biust.  Mimo  że 
skończyła trzydzieści siedem lat, wyglądała młodziej. Tak, Laura dobrze się trzyma, musiała 
przyznać Mali. 

-  To mogło poczekać - rzekła krótko. 
-  Ale  to  dzisiaj  jest  ten  wielki  dzień  -  uśmiechnęła  się  Laura  rozbrajająco  i  wyciągnęła 

prezent. 

Havard  odchrząknął  niespokojnie  i  zerknął  pośpiesznie  na  Mali.  Zrozumiała,  że  jest 

zakłopotany  i  nie  wie,  jak  się  zachować.  Sama  miała  wielką  ochotę  podziękować,  odwrócić 
się  plecami  do  Laury  i  Gunvalda  i  wrócić  do  gości.  Ale  tak  się  nie  robi.  Zdawała  sobie 
sprawę, że Laura właśnie na to liczyła. Nie odprawia się nikogo, skoro już przyszedł. 

-  Proszę, wejdźcie - rzekła chłodno. - Znajdzie się jeszcze miejsce dla dwóch osób. 
Laura uśmiechnęła się szeroko, wyciągnęła rękę i położyła na ramieniu Mali. 
-  Nie,  my  nie  dlatego...  -  usprawiedliwiła  się  i  spojrzała  Havardowi  w  oczy.  -  Chciałam 

tylko... 

-  Rozumiem,  co  chciałaś  -  odparła  krótko  Mali  i  odwróciła  się.  -  Ubrałaś  się  jak  na 

przyjęcie, nieprawdaż? Wejdźcie do środka. 

background image

Gotowało się w niej. W korytarzu zaczepiła Ane. 
-  Laura  i  jej  mąż  przybyli  nieproszeni  -  oznajmiła  cicho.  -  Mogłabyś  znaleźć  im  jakieś 

miejsce?  Gdzieś  przy  końcu  stołu  -  dodała  z  przekąsem.  -  Najlepiej  posadź  ich  w  drugim 
salonie. 

Ane  rzuciła  szybkie  spojrzenie  ku  drzwiom,  w  których  stali  Laura  z  Gunvaldem.  Laura 

uśmiechała  się  i  pozdrawiała  znajomych,  zupełnie  niespeszona  zamieszaniem,  które 
spowodowała. 

-  Widać, że zamierzała wprosić się na przyjęcie - zauważyła służąca, zniżając głos. - Jest 

tak wystrojona, że... Nawiasem mówiąc, trzyma się nadzwyczaj dobrze - dodała. 

Mali prychnęła. Ane nie musiała tego mówić. Sama przecież też ma oczy! Aż ją zapiekło z 

zazdrości.  Havard  jednak  tylko  beznamiętnie  uścisnął  Laurze  rękę.  Ale  Mali  i  tak  była 
zazdrosna o tę śliczną młodzieńczą istotę z połyskującymi włosami i pełnymi blasku oczami, 
które nadal zalotnie zerkały na Havarda. Nagle poczuła się stara i zmęczona. 

-  Czy  możemy  już  podawać?  -  spytała  Ingeborg,  stojąca  obok,  gdy  tymczasem  Ane 

poprowadziła nowo przybyłych gości do drugiego salonu. 

-  Tak - odparta Mali. - Podawajcie do stołu, Ingeborg. 
  
Po  obiedzie,  korzystając  z  ładnej  pogody,  goście  znowu  wylegli  na  dziedziniec  w 

oczekiwaniu  na  kawę.  Mali  zostawiła  sprzątanie  służącym,  a  sama  wyszła  przed  dom,  żeby 
porozmawiać  ze  znajomymi.  Zobaczyła  Havarda  w  towarzystwie  Sigrid  i  Bengta,  Helgi  i 
Kristena oraz Siverta i Tordhild. Ruszyła w ich stronę. 

-  Ależ macie szczęście z tą pogodą - zauważył Bengt, kiedy do nich podeszła. 
-  Pogoda! - wywróciła oczami Sigrid. - Czy nawet w taki dzień jak dziś trzeba zaczynać 

rozmowę  od  pogody?!  Powiedziałabym  raczej,  że  macie  szczęście,  bo  udała  wam  się 
wnuczka,  która  właśnie  została  ochrzczona.  Jest  taka  śliczna!  W  dodatku  urodziła  się 
zaledwie kilka tygodni później niż nasz następca tronu. To na pewno szczęśliwy znak. 

-  Tak, to rzeczywiście dla nas wielkie święto - przyznała Mali. - Choć muszę przyznać, że 

nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  zbiegło  się  w  czasie  z  narodzinami  następcy  tronu  -  dodała  i 
uśmiechnęła  się  blado.  -  Czytałam  rzeczywiście  miesiąc  temu  w  gazecie,  że  księżniczka 
nareszcie urodziła syna. 

Tu  w  Stornes  nigdy  nie  pojawi  się  żaden  następca  tronu,  pomyślała  i  pośpiesznie 

przygładziła  włosy.  Tutaj  przyszła  na  świat  dziewczynka,  która  odziedziczy  gospodarstwo  i 
przekaże  je  w  spadku  swojemu  potomstwu.  Tak,  tylko  na  niej  niestety  spocznie  ten 
obowiązek,  Mali  wiedziała  o  tym,  jednak  nie  zamierzała  na  razie  nikomu  innemu  o  tym 
mówić. Oja, Herborg i inni wkrótce sami to zauważą. Niezależnie od tego, jak bardzo dumny 
i  szczęśliwy  będzie  Oja  ze  swej  maleńkiej  córki,  Mali  obawiała  się,  że  na  tę  młodą  rodzinę 
padnie  cień,  gdy  pewnego  dnia  oboje  zrozumieją,  że  nie  będą  mieli  więcej  dzieci  poza  tym 
jednym - Mali Stornes. 

-  Słyszałam, że Sivert i Tordhild zamierzają przygarnąć Marilenę - zagadnęła Helga. - Jak 

to  dobrze,  że  biedactwo,  pozbawione  matki,  znalazło  rodzinę.  Świetnie,  że  się  tu 
przeprowadzacie - uśmiechnęła się życzliwie do Siverta i Tordhild. - Myślę, że twoja matka 
jest  z  tego  powodu  szczęśliwa,  Sivercie  -  zauważyła.  -  Bardzo  za  tobą  tęskniła,  jak  my 
wszyscy  tęsknimy  za  dziećmi,  które  opuszczają  dom  i  idą  swoją  drogą  -  dodała,  a  w  jej 
oczach zakręciły się Izy. 

Helga  stała  z  Kristenem,  trzymając  go  pod  ramię.  Stosunki  między  nimi  najwyraźniej 

dobrze się układały, odkąd wreszcie doszli do porozumienia. Nie mogło być lepiej, pomyślała 
Mali. Ruth Linie również znakomicie się powiodło. Dziewczyna zaręczyła się na Nowy Rok, 
chociaż  wyprawiono  tylko  skromną  uroczystość.  Helga  zwierzyła  się  Mali,  że  za  to  wesele 
będzie huczne. Tak jak to ustaliły, Mali nie musiała się już niczego obawiać ze strony Helgi. 
To  dobrze,  zwłaszcza  teraz,  kiedy  Sivert  wraca  do  domu.  Gdyby  wróciły  dawne  czasy, 

background image

szwagierka  i  plotki,  które  roznosiła,  stanowiłyby  największe  zagrożenie.  Ale  na  szczęście 
wszystko  się  zmieniło.  Teraz  Helga  ciągle  podkreślała,  że  Gjelstadowie  i  Stornesowie  są 
jedną rodziną, a rodzina musi trzymać się razem. 

-  Dla nas to prawdziwy dar z nieba, że możemy wziąć Marilenę na wychowanie - wtrącił 

spokojnie Sivert. - Nie traktujemy tego jak obowiązek. Cieszymy się, że tu zamieszkamy i że 
Johannes  będzie  miał  rodzeństwo.  Tak  się  złożyło,  że  nie  możemy  mieć  więcej  dzieci  poza 
nim jednym - dodał i objął Tordhild ramieniem. 

Mali  poczuła,  jak  jej  serce  mocniej  zabiło.  Zaraz  jednak  uznała,  że  Sivert  celowo  o  tym 

wspomniał. Sprytnie to wymyślił - ludzie będą mieli teraz o jeden temat mniej do spekulacji i 
plotek. 

-  Masz  rację,  Helgo,  nawet  nie  masz  pojęcia,  jaka  to  dla  nas  dobra  nowina,  że  Sivert  z 

rodziną  wracają  do  Stornes  -  potwierdził  Havard.  -  Prawdziwe  szczęście  w  nieszczęściu  - 
dodał.  -  Straciliśmy  Ruth,  ale  została  nam  po  niej  Marilena.  Wzgórze  rozkwitnie  nowym 
ż

yciem, a nasza rodzina znowu będzie razem. 

-  Tak, gdy w przyszłym tygodniu Dorbet wyjdzie za mąż, wystarczy, że przeskoczy przez 

płot, a już będzie z wami - roześmiała się Helga. - Właściwie nie stracicie jej. 

Rozejrzała  się  dookoła  i  spostrzegła  Dorbet  i  Olę,  którzy  przechadzali  się  wśród  gości  i 

rozmawiali z nimi. Ola trzymał na rękach Marilenę. 

-  Sami  niedługo  również  zostaną  rodzicami  -  zauważyła  Sigrid.  -  W  Granvold  będzie 

wielkie przyjęcie, prawda? 

Mali skinęła głową i westchnęła. 
-  Nie mogę powiedzieć o Marit złego słowa - przyznała. - Ale ślub i zapowiedź narodzin 

potomka... to niemal za dużo szczęścia naraz. 

Roześmiali się. Nikt nie zwracał uwagi na Laurę, która nagle dziwnym trafem znalazła się 

obok Havarda. 

-   Wygląda  na  to,  że  dobrze  się  bawicie  -  zagadnęła  śmiało,  nie  zwracając  uwagi  na 

chmurne spojrzenie Mali. 

-  To  prawda  -  odparł  Sivert.  -  Niech  mi  będzie  wolno  się  z  tobą  przywitać.  To  ty  jesteś 

najmłodszą córką Oppstadów, Laurą, prawda? 

-  Tak,  to  ja  -  uśmiechnęła  się  Laura  słodko  i  wyciągnęła  rękę.  -  Nie  mieliśmy  ze  sobą 

wiele  wspólnego,  ponieważ  jestem  od  ciebie  dużo  starsza  -  dodała  zaczepnie,  wysuwając 
pierś.  -  I  nie  przypominam  sobie,  żebym  cię  kiedyś  spotkała  podczas  twoich  odwiedzin  w 
Stornes. Ale być może po prostu zapomniałam - roześmiała się, wdzięcząc się do Siverta. - O, 
to raczej niemożliwe - zreflektowała się, zerkając na niego z ukosa. - Gdybym cię widziała, 
na pewno bym cię zapamiętała. 

-  Bardzo  lubimy  twojego  syna  -  rzekła  Tordhild,  nie  zwracając  uwagi  na  to,  że  Laura 

całkiem  otwarcie  flirtuje  z  jej  mężem.  -  Razem  z  naszym  Johannesem  doskonale  się 
rozumieją. 

Tordhild również wyciągnęła dłoń do Laury. 
-  Na imię mam Tordhild, jestem żoną Siverta - przedstawiła się. 
-  Wiem o tym - przyznała Laura. - Trudno cię nie zauważyć, masz taką ciemną karnację i 

niezwykłą urodę. 

Potem przyjrzała się Sivertowi i zamyśliła. Następnie jej wzrok powędrował ku Mali. Mali 

nie bardzo rozumiała to spojrzenie. 

-  To  zabawne,  jak  bardzo  niepodobni  do  siebie  mogą  być  dwaj  bracia  -  mówiła  dalej 

Laura.  -  Mam  na  myśli  Siverta  i  Oję.  Nie  znajduję  w  nich  żadnego  podobieństwa.  I  to 
maleństwo,  które  dziś  zostało  ochrzczone,  nie  będzie  raczej  podobne  do  twojego  syna  - 
zwróciła się do Siverta - choć oboje są stryjecznym rodzeństwem. Jesteś bardziej podobny do 
swojej żony niż do brata, Sivercie - roześmiała się i kokieteryjnie pociągnęła kosmyk swoich 
włosów. - Pamiętam jeszcze, jak głośno było o tym we wsi - dodała. 

background image

Mali  poczuła,  jak  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  Głęboko  wciągnęła  powietrze.  Do  czego 

Laura  zmierza?  Czy  to  zwyczajna  towarzyska  pogawędka,  czy  też  może  ta  wiedźma  się 
czegoś domyśla? 

-  To nic niezwykłego, że rodzeństwo nie jest do siebie podobne - odparł spokojnie Sivert i 

mocniej  przytulił  Tordhild.  -  Twój  brat,  Anders,  miał  kiedyś  rude  włosy,  choć  teraz,  jak 
widzę, bardzo posiwiał. Czy to może z twojego  powodu tak szybko się zestarzał? - spytał z 
nutą złośliwości w głosie. - Słyszałem, że nie jesteś niewiniątkiem. 

Laura zaczerwieniła się. Mali dostrzegła, jak wzrokiem ciska błyskawice. 
-  A więc już słyszałeś - rzuciła zimno. - Tak, tutaj we wsi plotki roznoszą się szybciej niż 

ogień po suchej trawie. 

-  A ty jesteś pewnie jedną z tych, które jeszcze rozdmuchują płomień - stwierdził Sivert z 

przekąsem. - Ale jeżeli jest coś, o czym chciałabyś wiedzieć, po prostu zapytaj. Mieszkaliśmy 
w dużym mieście, a tam nikt nie wtyka nosa w nie swoje sprawy. Wraz z powrotem do domu 
będziemy musieli widocznie przywyknąć do innych zwyczajów. 

Uważaj na siebie, Sivercie, pomyślała Mali, zbijając w palcach chusteczkę w twardą kulkę. 

Laura  jest  niebezpieczna,  ponieważ  ma  nas  w  garści.  Być  może  trzeba  było  powiedzieć 
Sivertowi  o  Oli  Havardzie,  zastanowiła  się.  Że  malec  jest  synem  Havarda.  Laura, 
wyprowadzona z równowagi, może sama o tym zacząć rozpowiadać, z czystej zemsty. Mali 
dreszcz  przebiegł  po  plecach,  po  omacku  odnalazła  dłoń  Havarda.  Poczuła,  że  Havard  jest 
równie spięty jak ona. 

-  Pamiętam, że moi rodzice zawsze powtarzali, że Sivert jest jak skóra zdjęta z Beret, jego 

babci,  z  czasów,  kiedy  przyjechała  w  Stornes  -  wtrącił  się  Bengt.  -  W  Innstad  mamy  tak 
niepodobne do siebie dzieci, że... 

-  To jakieś bzdury - przerwała mu ostro Helga.  - Dosyć już krążyło na ten temat plotek. 

Myślałam, że my młodzi skończyliśmy z tym raz na zawsze. Uważam, że to głupota podcinać 
gałąź, jeśli samemu się na niej siedzi - dodała stanowczo, patrząc na Laurę. 

-  Całkiem się z tym zgadzam - odparowała Laura spokojnie i utkwiła wzrok w Mali. - Nie 

miałam zamiaru nikogo denerwować. 

W tym samym momencie nadbiegli Johannes z Olą Havardem. Obaj spoceni i brudni, ale 

pełni radości. 

-  Czy możemy się wykąpać, mamo? - spytał Johannes. - Jest tak gorąco. 
Laura przyłożyła dłoń do czoła Oli Havarda i uśmiechnęła się. 
-  Wykąpać się? Rozum wam odjęło? - zawołała Mali przerażona. - Woda w fiordzie jest 

lodowato zimna! 

-  Zaraz będzie ciasto - skusił malców Havard. - Nie możecie teraz sobie pójść, bo ominie 

was najlepsze. 

Johannes poddał się, a Ola Havard pobiegł dalej. 
-  Kiedy się zastanowię,  to rzeczywiście moi dwaj synowie  również nie są do siebie zbyt 

podobni - przyznała Laura. - To prawda, rodzeństwo może się różnić między sobą - dodała z 
niewinnie niebieskim spojrzeniem. - Nieważne, z jakich powodów. 

Po tych słowach odwróciła się i poszła dalej do innych gości. 
-  Co za jędza - skomentował cicho Bengt, odprowadzając Laurę wzrokiem. - Zawsze taka 

była. Do tego rozpieszczona, że aż wstyd. 

-  Ale  ładna  jędza  -  uśmiechnął  się  Kristen.  -  Jednak  nigdy  nie  chciałbym  mieć  takiej  w 

domu.  Niełatwo  chyba  ją  okiełznać.  Wygląda  na  to,  że  zmienia  mężczyzn  jak  rękawiczki. 
Ciekaw  jestem,  jak  długo  zagrzeje  miejsce  ten,  który  za  nią  teraz  drepcze  niczym  ułożony 
pies. 

-  Kristen! - zwróciła mu uwagę Helga. - Co ty gadasz? 
-  Zapomnijmy  o  niej  -  zaproponował  Sivert.  -  Tylu  jest  tu  dziś  innych  sympatycznych 

ludzi. 

background image

Rozmowa zeszła na inne sprawy, a potem zawołano wszystkich na kawę. 
Mali z Havardem zostali nieco z tyłu. 
-  Jak uważasz, co Laura mogła mieć na myśli? - spytał cicho Havard. 
-  Nie wiem - odparła Mali. - Ale nie podoba mi się to. Cały czas się tego obawiałam, że 

plotki zaczną krążyć od nowa, kiedy Sivert wróci. 

-  Wszystko będzie dobrze - uspokoił ją Havard i objął Mali ramieniem. - Twój najstarszy 

syn potrafi się już sam bronić. 

-  Niewiele będzie miał na swoją obronę, gdy prawda o jego małżeństwie wyjdzie na jaw - 

zauważyła Mali zamyślona. 

-  Nikt nie odkryje prawdy! 
Gdybym mogła w to wierzyć, pomyślała Mali. Przeszedł ją dreszcz. Piękny majowy dzień 

wydał się nagle zimny. I radość z powodu powrotu Siverta do domu ze swoją rodziną nie była 
już  taka  pełna.  Pojawiły  się  nowe  zmartwienia,  i  to  jeszcze  zanim  młodzi  przenieśli  się  do 
własnego domu. 

  
ROZDZIAŁ 13. 
  
Mali zrobiła krok do tyłu i przyjrzała się Dorbet, stojącej na środku sypialni na poddaszu. 

Jej oczy zaszkliły się. 

-  Jesteś  taka  śliczna!  -  rzekła  wzruszona  i  pogładziła  palcem  miękki  policzek  córki.  - 

Nigdy nie widziałam piękniejszej od ciebie panny młodej, córeczko. 

Dorbet obracała się powoli dookoła. Biała prosta sukienka leżała doskonale i podkreślała 

szczupłe,  lecz  kobiece  ciało.  Spódnica  spływała  ku  dołowi  kolejnymi  warstwami  tiulu,  co 
sprawiało,  że  talia  Dorbet  wydawała  się  jeszcze  węższa  niż  w  rzeczywistości.  Sukienka  nie 
była  jeszcze  za  ciasna,  czego  się  Dorbet  obawiała,  gdy  zorientowała  się,  że  jest  w  ciąży. 
Mama miała rację, to widocznie chude miesiące, jak je określano. 

Długie  włosy  Dorbet,  misternie  splecione,  tworzyły  ciężki  węzeł  na  karku.  Z  maleńkiej 

eleganckiej korony, którą razem z Mali przypięły na czubku głowy, spływał niczym mgiełka 
delikatny welon przysłaniający twarz. Na łóżku leżał bukiet ślubny, który przysłano dziś rano 
z kwiaciarni w Surnadalen. On również był szczególny: nie tak duży ani tak okazały, jak to 
ostatnio  w  okolicy  praktykowano.  Dorbet  dokładnie  opisała  Oli,  jaką  wiązankę  sobie 
wymarzyła. W skromnym bukiecie ślubnym dominowały czerwone i białe róże. 

-  Muszę  już  jechać  -  westchnęła  Mali.  -  Havard  czeka.  Ola  też  już  jest  gotów  i  siedzi w 

powozie  z  Granvold  na  dziedzińcu.  Kiedy  zejdę  na  dół,  możesz  spokojnie  wyjść.  Wtedy 
możesz być pewna, że nikt cię nie zobaczy w tym pięknym stroju, dopóki nie pojawisz się w 
drzwiach kościoła - uśmiechnęła się. - Poza Olą oczywiście. Wyobrażam sobie, jak zareaguje! 
Dobrze, że nie on powozi, bo na pewno straci głowę! 

Pochyliła się i pocałowała lekko Dorbet w policzek. 
-  Powodzenia, dziecko - szepnęła wzruszona. 
-  Chyba nie będziesz płakać, mamo? 
Dorbet chwyciła Mali za ramiona i spojrzała jej w oczy. 
-  Nie... a raczej tak, na pewno się rozpłaczę - rzekła Mali i przetarta twarz. - Myślę o tym, 

ż

e  Ruth  powinna  być  tutaj  z  nami.  Tak  się  cieszyła,  że  zobaczy  cię  jako  szczęśliwą  pannę 

młodą. Jej ślub nie był... nie był tak... 

Mali urwała nagle i zamilkła. Ponownie wytarta twarz i odchrząknęła. 
-  Wcale jakby do mnie nie dociera, że dziś opuścisz nasz dom - mówiła dalej cicho. - Nie 

będzie już przy mnie żadnej córki. 

-  Do Granyold jest przecież niedaleko - pocieszyła ją Dorbet i uścisnęła matkę. - Będę tak 

często  zaglądać  do  Stornes,  że  nawet  nie  zauważysz,  że  się  wyprowadziłam.  Nie  utracisz 
mnie, mamo. 

background image

-  Będziesz  teraz  młodą  gospodynią  -  odparła  Mali  i  odgarnęła  jasny  kosmyk  włosów  z 

twarzy  Dorbet.  -  Czeka  cię  dużo  pracy  i  dużo  nauki.  Niech  ci  się  dobrze  wiedzie,  dziecko. 
Małżeństwo... 

Zamilkła, podniosła z łóżka wiązankę ślubną i ślepo się w nią wpatrzyła. Nagle stanął jej 

przed oczami dzień jej własnego ślubu. Ten dzień, kiedy wyszła za mąż za Johana Stornesa. 
Ona również była uroczą panną młodą, do dziś opowiadano sobie o tym we wsi. Lecz ona nie 
była tak szczęśliwa i pełna oczekiwań jak Dorbet, pomyślała, czując bolesne ukłucie w piersi. 
Na  szczęście  istnieje  ogromna  różnica  pomiędzy  jej  własnym  ślubem  a  ślubem  córki.  Ola 
Granvold nie jest nowym Johanem. Ani też nowym Samuelem  Langmo. To małżeństwo nie 
będzie przypominać związku Ruth, pomyślała i musiała znowu otrzeć łzy. Dorbet i Ola mają 
wszelkie szanse, by tworzyć szczęśliwą parę i by im było ze sobą dobrze. Mimo to Mali czuła 
niejasny  niepokój.  Dorbet  była  specyficzna,  miała  tak  duże  oczekiwania  od  życia,  wzniosłe 
marzenia  i  nierealne  myśli.  Mali  obawiała  się,  że  codzienność  szybko  wyda  jej  się  szara  i 
nudna.  Dorbet  nie  pasuje  do  zwykłych  dni,  stwierdziła  w  duchu.  Nigdy  nie  pasowała.  Ale 
jako  młoda  gospodyni  wkrótce  zauważy,  że  życie  składa  się  przede  wszystkim  ze 
zwyczajnych dni. Jak je przyjmie? 

-  Małżeństwo  to  nie  tylko  taniec  na  płatkach  róży  -  mówiła  dalej.  -  Trzeba  się  starać  to 

ż

ycie, które się otrzymało, uczynić jak najlepszym. 

-  To brzmi bardzo ponuro - odparta Dorbet beztrosko i złapała ślubny bukiet. - Chcę, żeby 

Ola zabierał mnie do miasta i na różne uroczystości. I chcę, żebyśmy my także urządzali u nas 
przyjęcia  i  zapraszali  gości.  Nie  zamierzam  dzień  w  dzień  chodzić  w  fartuchu  i  chustce  na 
głowie i odgrywać dobrej gospodyni. 

Nie, na pewno Dorbet nie tak wyobraża sobie swe życie, pomyślała Mali. Właśnie tego się 

obawiała. Mimo że Ola będzie chciał w większości spraw ustępować swej ślicznej żonie, to 
jednak rodzice i krewni też wiele będą od niego wymagali. To on jest dziedzicem i to na nim 
spoczywa  odpowiedzialność  za  właściwe  prowadzenie  dużego  i  zamożnego  dworu.  To  on 
powinien  dbać  o  przedłużenie  rodu  i  przekazywanie  tradycji  następnym  pokoleniom.  I 
chociaż  Marit  niewątpliwie  ubóstwia  swą  młodą  i  śliczną  synową,  to  na  pewno  mocno  i 
zdecydowanie tupnie nogą, gdy zorientuje się, że młodzi marnują czas i pieniądze na wyjazdy 
do miasta i rozrywki. 

Mali  westchnęła  cicho.  Miała  nadzieję,  że  Dorbet  dorośnie  do  zadania,  którego  się  dziś 

podejmuje. Jeżeli nie... Wzdrygnęła się. Zawsze w jej podświadomości czaił się niepokój, że 
Dorbet mogłoby przyjść do głowy coś głupiego. 

-  Obyś  była  szczęśliwa,  moja  Dorbet  -  rzekła  ciepło.  Potem  wyszła  cicho  z  sypialni  i 

zamknęła za sobą drzwi. 

  
Ola chodził nerwowo po dziedzińcu tam i z powrotem, kiedy Dorbet wyszła na próg. Ane i 

Ingeborg stały za nią,  gotowe pomóc jej wsiąść do powozu, tak żeby  suknia się nie podarła 
ani nie pobrudziła. 

-  Dorbet... 
Ola przystanął i zapatrzył się na pannę młodą z na wpół otwartymi ustami. Dorbet stanęła 

w  pełnym  słońcu.  Być  może  Havard  miał  rację,  mówiąc,  że  nawet  Pan  Bóg  nie  odważy  się 
popsuć  tego  dnia  złą  pogodą.  Dzień  był  wyjątkowo  ciepły  i  piękny.  Świeżo  obsiane  pola 
ciągnęły się ciemnymi pasami, czeremchy obsypały się białym i pachnącym kwieciem, a białe 
zawilce wyglądały spomiędzy ciemnozielonych świerkowych gałęzi. 

Ola szybko przetarł oczy. Zdawało mu się, że ma przywidzenia. Ta smukła, wyprostowana 

postać  w  promieniach  słońca  była  tak  śliczna,  że  zaparło  mu  dech,  jakby  otrzymał  cios  pod 
ż

ebro. Niepewnym krokiem zbliżył się do wejścia. 

-  Dorbet - powtórzył ochrypłym głosem. - Że też można być tak pięknym. Jesteś... 

background image

-  Jestem - uśmiechnęła się i dała mu całusa w policzek. - Ty też nie najgorzej wyglądasz - 

dodała i z uznaniem zmierzyła go wzrokiem. 

Podobało  jej  się  to,  co  zobaczyła.  Ola  wyglądał  wspaniale  w  ciemnym  garniturze  i 

kredowobiałej  koszuli.  Wysoki,  o  szerokich  ramionach.  Wyciągnęła  do  niego  dłoń  i 
uśmiechnęła się. 

-  A więc możemy chyba jechać - rzekła. 
Wziął ją za rękę, nie mógł oderwać wzroku od przyszłej żony. 
-  Nareszcie - szepnął. - Czekałem i czekałem na ten dzień. A teraz... 
Zacisnął dłoń na jej dłoni. 
-  Teraz już nigdy cię nie puszczę, Dorbet. Teraz jesteś moja.  
Dorbet  nie  odpowiedziała.  Podniosła  głowę  i  skinęła  na  Ane  i  Ingeborg,  które  z  tyłu 

podtrzymywały  skraj  sukni.  Nie  chciała  teraz  myśleć  o  sobie:  „na  zawsze  twoja".  Nic  nie 
powinno jej zepsuć tego wielkiego dnia. 

  
Przez  kościół  przeszedł  szmer,  kiedy  kościelny  otworzył  drzwi.  Młoda  para  kroczyła 

powoli  środkiem  głównej  nawy  w  takt  rozbrzmiewającego  marsza  ślubnego  Mendelssohna. 
Dorbet  pochylała  głowę  i  uśmiechała  się  na  prawo  i  lewo.  Obok  przesuwały  się  twarze 
znajomych  i  nieznajomych.  We  wszystkich  oczach  dostrzegała  podziw.  Czuła  wędrujące  w 
dół  wzdłuż  kręgosłupa  mrowienie  z  emocji  i  zadowolenia.  Odnosiła  wrażenie,  jak  gdyby 
płynęła  środkiem  kościoła  u  boku  Oli.  Było  dokładnie  tak,  jak  to  sobie  wymarzyła.  Kościół 
wypełniony  po  brzegi,  kwiaty  i  piękna  muzyka,  promienie  słońca  wpadające  przez  wysokie 
okna. I ona. W sukni, jakiej nikt jeszcze nie widział. 

Ola  trochę  niezręcznie  pomógł  jej  zająć  miejsce  na  wyściełanym  aksamitem  krześle  tuż 

przy  ołtarzu.  Następnie  sam  usiadł  obok  i  po  omacku  odszukał  jej  dłoń.  Nie  odrywał  od 
Dorbet  wzroku,  tak  jak  prawie  przez  całą  drogę  od  chwili,  kiedy  wyjechali  ze  Stornes. 
Wydawało  się,  jak  gdyby  nie  miał  odwagi  spuścić  jej  z  oczu  ze  strachu,  że  nagle  zniknie, 
rozpłynie  się  w  powietrzu  niczym  zjawa.  Jak  gdyby  musiał  ją  trzymać  za  rękę,  żeby  mieć 
pewność, że Dorbet jest jak najbardziej prawdziwa. 

Dorbet siedziała wyprostowana z bukietem ślubnym na kolanach. Przez moment powiodła 

wzrokiem  po  wszystkich  zebranych,  po  czym  spojrzała  na  Olę  spod  opuszczonych  rzęs. 
Ogarnęła  ją  przyjemna  słodycz.  Był  taki  przystojny.  Wiosenne  słońce  zdążyło  go  opalić. 
Jasne  włosy  lśniły,  a  niebieskie  oczy  wydawały  się  jeszcze  bardziej  niebieskie  na  brązowej 
twarzy,  której  opaleniznę  dodatkowo  podkreślała  nieskazitelnie  biała  koszula.  Dorbet 
zerknęła na jego silną dłoń zaciśniętą na jej dłoni i uśmiechnęła się blado. Pewnie, że ta ręka 
jest naznaczona ciężką pracą, ale nadaje się do tylu innych rzeczy, pomyślała, czując słodkie 
łaskotanie w dole brzucha. Ola jest doskonałym kochankiem, najlepszym. W łóżku nie będzie 
jej niczego brakowało, pomyślała zadowolona. W dodatku chłopak świata poza nią nie widzi, 
więc  bez  trudu  zdoła  go  nakłonić  do  wypadów  do  miasta  i  na  przyjęcia.  Mógłby  zrobić  dla 
niej  wszystko.  Na  siedemnaste  urodziny  dziesięć  dni  temu  dał  jej  złotą  bransoletkę.  Dorbet 
spojrzała  w  dół  na  swój  nadgarstek,  na  którym  lśnił  złoty  podarek.  Poza  tym,  jak  się 
domyślała,  Ola  szykował  nową  niespodziankę.  Jednak  nie  chciał  zdradzić,  co  to  takiego, 
wcześniej niż dziś wieczorem, a raczej niż jutro rano. Próbowała to z niego wydobyć, ale nie 
ustępował. 

-  To niespodzianka - powtarzał tylko i uśmiechał się zagadkowo, patrząc niewinnie tymi 

swoimi niebieskimi oczami. 

Dorbet wydawało się, że wie, co Ola w tajemnicy planuje. Już od dawna wspominała, że 

chciałaby  pojechać  w  podróż  poślubną.  Wszyscy  ludzie  wyjeżdżają  w  podróż  poślubną, 
czytała o tym w czasopismach. 

background image

-  Pomyśl  tylko,  gdybyśmy  tak  we  dwoje,  tylko  ty  i  ja,  pojechali  do  Kristiansund  i 

zamieszkali w hotelu, i chodzili do sklepów - szeptała po jednej z gorących chwil w łóżku. - 
Tylko ty i ja, Ola. 

-  Mamy teraz wiosną tyle roboty w polu - protestował nieśmiało. 
-  Przecież  już  skończyliście  -  szeptała  i  zalotnie  przysuwała  się  bliżej.  -  Masz  chyba 

wystarczająco dużo ludzi do pracy, byśmy mogli pojechać na kilka dni. 

Pocałowała go w koniuszek ucha, a on mocniej ją do siebie przytulił. 
-  Bardzo tego chcesz? 
-  Tak, Ola. 
Więcej  nic  nie  powiedział,  a  potem  chodził  pochłonięty  tajemnicą,  którą  przed  nią 

ukrywał. To na pewno podróż poślubna, pomyślała i uścisnęła Olę za rękę. Spojrzał na Dorbet 
pośpiesznie, uśmiechnął się i odwzajemnił uścisk. Cały promienieje, stwierdziła w duchu. Jest 
taki  szczęśliwy,  że  aż  blask  od  niego  bije!  Nagle  odniosła  wrażenie,  że  jego  ręka,  w  której 
zamyka jej dłoń, jest zimna i wilgotna. Ola tak wiele oczekuje! Liczy na to, że Dorbet będzie 
dojrzałą i pracowitą gospodynią, że wystarczy jej on i życie w Granyold. Na zawsze! 

Dorbet  cofnęła  dłoń  i  otworzyła  książeczkę  z  psalmami.  Nie  zamierzała  śpiewać,  ale 

chciała  po  prostu  puścić  rękę  Oli.  Powoli  podniosła  wzrok  i  spojrzała  na  ołtarz.  Słońce 
ś

wieciło  poprzez  witraż.  Ruchliwa  czerwona  plamka  tańczyła  na  białej,  udrapowanej 

spódnicy. Dorbet odbiło się kwaśno i przeszedł ją dreszcz. Położyła rękę na brzuchu. Tam w 
ś

rodku rozwija się nowe życie. Była taka szczęśliwa, kiedy się o tym dowiedziała, bardzo się 

ucieszyła, że będzie miała dziecko. Ale zdała sobie również sprawę, że owo dziecko zwiąże ją 
tak mocno z Olą i Granyold jak sam związek małżeński, w który teraz wstępowała. 

Dorbet  wyprostowała  plecy.  Będzie  dobrze,  pomyślała.  Będzie  i  musi  być  dobrze. 

Ponieważ teraz jest już za późno, by czegokolwiek żałować. Za późno, by uciec. 

Odpowiedziała „tak" cichym, lecz pewnym głosem. Wzięła Olę za rękę, świadoma tego, co 

obiecała przed Bogiem i ludźmi. Uśmiechnęła się do niego ostrożnie. Prawie nieśmiało. 

-  Teraz ogłaszam was mężem i żoną - rzekł pastor. 
Dorbet Stornes wyszła za mąż. Od tej chwili była Dordi Beret Granyold, żoną Oli i młodą 

panią w Granyold. 

  
Przyjęcie  weselne  odbyło  się  tak,  jak  Dorbet  sobie  wymarzyła.  Wszystkie  zmartwienia  i 

nieprzyjemne  myśli  jak  gdyby  rozwiały  się,  gdy  zagrała  muzyka  i  w  stodole  w  Granyold 
rozpoczęły się tańce. Dorbet promieniała od wszystkich komplementów i wyrazów podziwu, 
w  których  goście  prześcigali  się  nawzajem,  od  cudownych  prezentów  i  od  wyszukanej 
elegancji, nieustannej adoracji i uwielbienia ze strony pana młodego. Dorbet rozkoszowała się 
tym. Czuła się jak księżniczka. A kiedy Ola zaprosił ją do walca, a wszyscy zebrali się wokół 
i  patrzyli,  nie  mogła  być  szczęśliwsza.  Unosiła  się  ponad  dokładnie  wymiecioną  podłogą 
stodoły  w  obfitej  sukni  wirującej  w  tańcu.  Kosmyk  włosów  wysunął  się  z  pieczołowicie 
ułożonego węzła na karku i zwijał się figlarnie wzdłuż zarumienionych policzków. 

-  Jesteś szczęśliwa? - szepnął jej Ola do ucha i zakręcił się z nią dookoła. 
Spojrzała na niego roziskrzonym wzrokiem. 
-  Bardzo szczęśliwa - uśmiechnęła się tuż przy jego policzku.- A ty? 
-  Wydaje mi się, jak gdyby to był jakiś sen, a ty rusałką z bajki - odparł. - Ciągle muszę 

się szczypać w ramię, żeby uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. 

Mocniej przycisnął Dorbet do siebie i zakręcił z nią duży łuk. 
-  Co to za tajemnica, Ola? Ta, o której nie chciałeś mi wcześniej powiedzieć? 
Roześmiał się cicho. Jego oczy rozbłysły. 
-  Pojedziemy do miasta - uśmiechnął się. - Popłyniemy parowcem w środę, a wrócimy w 

piątek. To niedługo, ale... 

Dorbet zarzuciła Oli ręce na szyję. 

background image

-  Jesteś dla mnie taki dobry! - zawołała rozpromieniona. - Tak bardzo cię kocham! 
-  Ale  coś  mi  się  za  to  należy  -  szepnął.  -  Dzień  jeszcze  nie  minął,  a  noc  dopiero  się 

zaczyna. 

Dorbet popatrzyła na niego z szelmowskim uśmiechem. 
-   A  więc  spodziewasz  się  pewnie  wyjątkowej  nocy  poślubnej?  Zaczerwienił  się  aż  po 

czubki  uszu,  pomylił  krok  i  nadepnął  Dorbet  na  palce.  Roześmiała  się  cicho  tuż  przy  jego 
szyi. 

-  Zgadzam się na taką umowę - szepnęła. 
A potem wszyscy goście wyszli na deski stodoły i razem z parą młodą zaczęli wirować w 

walcu. 

-  Czy mogę prosić pannę młodą do tańca? 
Jak spod ziemi wyrośli przed młodymi Havard i Mali. 
-  A może nie chcesz już wypuścić z rąk swojej żony? - roześmiał się Havard dobrotliwie. 
-  Oczywiście, że możesz z nią zatańczyć - odparł Ola i puścił Dorbet. - A czy mnie wolno 

dostąpić tego zaszczytu i zatańczyć z teściową? 

Objął Mali ramieniem i ruszył z nią do tańca. 
-  Podoba ci się ten dzień? - spytała i zerknęła na zięcia. 
-  Powiedziałem  Dorbet,  że  wydaje  mi  się,  jakbym  śnił  -uśmiechnął  się  Ola.  -  W  całym 

moim życiu nie byłem tak szczęśliwy. 

Wyminął w obrocie jakąś inną parę i spojrzał na Mali lśniącym niebieskim wzrokiem. 
-  Dla  mnie  nikt  inny  nigdy  się  nie  liczył  poza  Dorbet  -  mówił  dalej.  -  Nie  na  poważnie. 

Właściwie nigdy nie miałem zamiaru się ożenić, dopóki nie spotkałem... 

Jego wzrok stał się jakby nieobecny i Ola zamilkł na chwilę w tańcu. 
-  Dorbet jest wszystkim, czego pragnąłem - wyznał cicho. - A dziś wreszcie ją dostałem. 
-  Dostałeś  ją?  -  zdumiała  się  Mali.  -  Musisz  pamiętać,  Ola,  że  nikt  nie  może  posiąść 

drugiego na własność. Pobraliście się dzisiaj. Obiecaliście sobie nawzajem pozostać razem na 
dobre i złe dni. Ale dostać... Nikt nie może dostać drugiego człowieka. Człowiek należy tylko 
do siebie, zawsze - dodała cicho. 

Bała się, że Ola będzie zły, ale niepotrzebnie. Chłopak uśmiechał się przyjaźnie. 
-  Nie to miałem na myśli - wyjaśnił. - Nie byłem dziś na aukcji i nie kupiłem sobie żony. 

Chodziło mi o to, że jestem taki szczęśliwy, że trafiła mi się taka żona, jaką właśnie chciałem 
mieć. Nie wszystkim się to udaje. 

Mali skinęła głową i więcej się nie odezwała, ponieważ uświadomiła sobie, że Ola myśli 

dokładnie tak, jak powiedział - że „dostał" Dorbet. Tak na to patrzy, choć może jeszcze nie 
całkiem zdaje sobie z tego sprawę. Wierzy, że od dzisiaj Dorbet jest jego. Naturalnie, jest jego 
ż

oną, ale pozostanie sobą. Niewielu ludzi jest tego bardziej świadomych niż właśnie jej córka, 

pomyślała Mali. Gdyby Ruth miała również odrobinę tej zdolności, być może teraz by żyła, 
przyszło  jej  nagle  do  głowy.  Być  może  wcale  nie  wyszłaby  za  mąż  za  Samuela.  Ale  Ruth  i 
Dorbet były jak noc i dzień. To, czego Dorbet posiada aż nadto, Ruth miała zaledwie śladowe 
ilości, stwierdziła ze smutkiem. Zastanowiła się, kto pierwszy, Ola czy  Dorbet, zauważy, że 
zupełnie  inaczej  rozumieją  pojęcie  posiadania  drugiej  osoby.  Do  czego  to  doprowadzi? 
Przebiegł ją dreszcz. Zerknęła w górę na Olę. 

-  Życzę wam, byście byli szczęśliwi, Ola - powiedziała i uścisnęła go. 
-  Będziemy - uśmiechnął się, całkiem pewny tego, co mówi. - Będziemy, Mali. 
  
Ola  przepuścił  Dorbet  pierwszą  przez  drzwi  sypialni.  Majowa  noc  była  nadal  jasna.  Od 

stodoły dochodziły odgłosy muzyki i śmiechu. Dorbet nie miała ochoty wychodzić, kiedy Ola 
wziął  ją  za  rękę  i  szepnął,  żeby  udali  się  na  górę.  Miał  zaczerwienioną  twarz  i  błyszczące 
oczy, pełne oczekiwań. Nie protestowała jednak. To normalne, że para młoda wycofywała się 
najpierw,  zaraz  gdy  zegar  wybił  północ.  Ale  gdyby  to  zależało  od  niej,  chciałaby  zostać  i 

background image

tańczyć do białego rana. Coś jej mówiło, że takiego dnia już nigdy więcej nie będzie dane jej 
przeżyć. 

Nowe,  podwójne  łoże  było  równiutko  pościelone,  a  ktoś  na  komodzie  postawił  wazon  z 

kwiatami.  Ola  podszedł  do  okna  i  zaciągnął  zasłony.  Potem  odwrócił  się  do  Dorbet,  która 
stała na środku sypialni z wiązanką ślubną w rękach. Jego oczy błyszczały. 

-  To  nasza  poślubna  noc  -  rzekł  ochrypłym  głosem.  Przez  mgnienie  oka  Dorbet 

zastanowiła się, jak by to było, gdyby po raz pierwszy mieli dziś pójść ze sobą do łóżka. Tak 
właściwie  powinno  być,  pomyślała.  Starsi  ludzie  tak  uważali.  I  chociaż  sama  się  z  tym  nie 
zgadzała, poczuła, że byłoby to szczególne przeżycie. Noc poślubna powinna być wyjątkowa. 
A  teraz  stała  się  trochę  zbyt  zwyczajna.  Tak  jakby  została  już  częściowo  zużyta,  zanim  się 
zaczęła. 

Ola  podszedł  do  Dorbet  i  wziął  ją  za  ramiona.  Spojrzał  jej  w  oczy.  Podniósł  rękę  i 

pogładził po miękkim, ciepłym policzku. 

-  Chciałabym, aby ta noc była szczególna - wyznała Dorbet cicho. - Inna... 
Ola przytulił ją i przytrzymał mocno w objęciach. 
-  Inna?... 
-  Tak. Żeby ta noc była jak dzisiejszy dzień, całkiem wyjątkowa. 
Ola  odsunął  nieco  Dorbet  od  siebie.  Wziął  od  niej  bukiet  ślubny  i  położył  na  komodzie. 

Powoli  odpiął  maleńką  koronę  i  welon.  Pozwolił,  by  po  prostu  spadły  na  podłogę.  Potem 
odwrócił  Dorbet  plecami  do  siebie  i  zaczął  rozpinać  guziki  ślubnej  sukni,  jednocześnie 
całując  swą  młodziutką  żonę  w  kark.  Dorbet  poczuła  gęsią  skórkę.  Było  cudownie.  Bez 
pośpiechu, podniecająco i cudownie. 

W  miarę  jak  Ola  zdejmował  z  niej  ubranie,  obsypywał  pocałunkami  obnażone  ciało.  Nic 

nie mówił, używał tylko rąk i ust. 

Wreszcie  Dorbet  stanęła  przed  nim  naga.  Powoli  wyciągnął  rękę  i  jedną  po  drugiej 

wyjmował  szpilki,  podtrzymujące  w  górze  ciężki  węzeł  na  karku.  Włosy  rozpłynęły  się  na 
nagich ramionach Dorbet. Łaskotały ją w piersi. Ola wziął ją na ręce i zaniósł na małżeńskie 
łoże. Następnie sam się rozebrał, szybko i niedbale. Zostawił swój piękny garnitur w nieładzie 
na podłodze. 

Ale  zamiast  wejść  do  łóżka,  odwrócił  się  w  stronę  komody.  Dorbet  obserwowała  go 

zaskoczona, jak nago porusza się po mrocznym pokoju. 

-  Co robisz? 
Nie odpowiedział, ale podszedł do łóżka z wiązanką ślubną w dłoniach. Szybko odrywał 

główki kwiatów z łodyżek. 

-  Ola, co ty robisz? - szepnęła Dorbet przerażona. - To mój bukiet ślubny! 
-  Nie będzie ci już więcej potrzebny - odparł cicho. - Ale róże mogą nam się przydać. 
I zaczął rzucać czerwone i białe kwiaty na jej nagie ciało. Miękkie kwiaty spadały na jej 

skórę  niczym  leciutki  puszek,  pachnące  i  chłodne.  Poczuła,  że  jeden  wylądował  w  pępku, 
inny wpadł we włosy. 

-  Chyba zupełnie oszalałeś - uśmiechnęła się i wyciągnęła ku Oli rękę. 
Skinął głową i rozrzucił na jej ciele resztę róż. Potem wszedł do łóżka. Dorbet poczuła, że 

robi się jej gorąco. Że też Ola wpadł na coś takiego - obsypał ją kwiatami! Wzdłuż kręgosłupa 
rozeszło  się  miłe  łaskotanie.  Kiedy  pochylił  się  nad  nią  i  pocałował  ją,  namiętnie 
odwzajemniła pocałunek i zarzuciła mu ramiona na szyję. 

-  To było piękne - szepnęła. - Nie podejrzewałam, że mógłbyś wpaść na coś takiego. 
Roześmiał się cicho i odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy. Przesunął dłońmi wzdłuż jej 

ciała. Napotkał różę w pępku, wyjął ją i włożył kwiat Dorbet we włosy. Inna róża upadła na 
udo.  Wziął  ją  w  palce,  rozłożył  Dorbet  nogi  i  powoli,  w  górę  i  w  dół,  gładził  płatkami 
wewnętrzną  stronę  jej  ud.  Dorbet  jęknęła.  Gdzieś  z  tyłu  dobiegał  jej  uwodzicielski  walc 
wiedeński. Wydawało jej się, jak gdyby płynęła z tym walcem, oszołomiona i odurzona, jak 

background image

gdyby  ktoś  wirował  z  nią  zbyt  szybko.  Kiedy  chciała  pociągnąć  Olę  ku  sobie,  odsunął  się. 
Pochylił  głowę  i  językiem  zaczął  wędrować  po  jej  nagim  ciele.  Muzyka  podniosła  się  do 
crescendo. Dorbet jęknęła z rozkoszy. – Chcę - jęczała. - Chcę, Ola! 

  
Zasnęła wtulona w jego ciało, z włosami rozsypanymi na poduszce. 
W jasnych kosmykach tkwiły resztki czerwonej róży. 
  
 ROZDZIAŁ 14. 
  
Trzy dni po ślubie Dorbet, Sivert wyjechał. 
Mali rozumiała, że było mu się ciężko rozstawać się z Tordhild i Johannesem na tak długo, 

miał bowiem wrócić do  Stornes nie wcześniej niż pod koniec lipca, może nawet dopiero na 
początku  sierpnia.  Wiele  rzeczy  musiał  załatwić  przed  przeprowadzką  do  Inndalen.  Musiał 
dojść do porozumienia z wytwórnią płytową, dla której nagrywał, i ze swym impresario, który 
działał w jego imieniu. Poza tym miał dać dwa koncerty w Oslo, których terminy już dawno 
zostały ustalone i których nie mógł teraz odwołać. 

Niezależnie  od  tego,  co  mówił,  będzie  mu  teraz  o  wiele  trudniej  pracować,  gdy 

wyprowadzi się z Oslo. Ale Mali nie polemizowała z nim; Sivert powiedział, że dokładnie to 
przeanalizował, więc nie chciała już się w to mieszać. To nie jej sprawa. Poza tym serce jej 
radowało się na samą myśl, że syn wróci z rodziną do domu. Jednak obawiała się, że ciągle 
wyjazdy będą dla niego zbyt męczące. 

Sivert musiał na czas podróży rozstać się również z Marileną. Już pierwszego dnia, kiedy 

przyjechał do Stornes, przeniesiono kołyskę dziewczynki z sypialni Herborg i Oi do sypialni 
Siverta i Tordhild, żeby Marilena jak najszybciej przyzwyczaiła się do swojej nowej rodziny. 

Nowi  rodzice  dziewczynki  wiele  razy  dawali  wyraz  temu,  jak  bardzo  są  wdzięczni,  że 

mogli  przysposobić  córeczkę  Ruth.  Sivert  często  brał  dziecko  na  kolana  albo  kładł  się  na 
podłodze i bawił razem z Marileną i Johannesem. Mali z przyjemnością się temu przyglądała. 
Pośród smutku po stracie Ruth pojawił się promyk światła i radości, że osierocona wnuczka 
znalazła  miłość  i  ciepły  dom.  Jedyne,  co  niepokoiło  Mali,  to  obawa,  że  Johannes  będzie 
zazdrosny. Przyzwyczaił się do tego, że rodzice poświęcali mu całą swą uwagę. Teraz musiał 
się nią dzielić z Marileną. 

Zagadnęła kiedyś o to Tordhild, kiedy Siverta nie było w domu. 
-  Nie  musisz  się  o  to  martwić  -  uspokoiła  ją  Tordhild  i  przesadziła  sobie  Marilenę  na 

drugie biodro. - Johannes jest naprawdę szczęśliwy, że ma młodszą siostrę. Dużo z nim o tym 
rozmawialiśmy. 

Wygląda  na  to,  że  Tordhild  się  nie  myli,  pomyślała  Mali.  Johannes  dzielił  się  swoimi 

zabawkami  z  Marileną,  pomagał  przy  jej  przewijaniu  i  karmieniu.  A  Marilena  również 
wydawała  się  go  ubóstwiać.  Jej  małą  buzię  zawsze  rozjaśniał  szeroki  uśmiech,  kiedy 
Johannes się do niej zbliżał. 

Któregoś dnia przyniósł do domu swojego kota. 
-  Co robisz z kotem w salonie? - spytała Mali. - Miejsce Elizy jest w oborze. 
-  Wiem,  ale  Marilena  musi  ją  zobaczyć  -  wyjaśnił  Johannes  i  zaniósł  wyrywającego  się 

kota do Marileny, która zaśmiewała się w głos i ciągnęła Elizę za futerko. 

-  Nie, nie możesz jej dokuczać - upomniał ją Johannes poważnie. - Kotka trzeba głaskać. 

Musisz się nauczyć, że trzeba być dobrym dla zwierząt.  

Wziął rączkę Marileny i pogłaskał kota. 
-  Kiedy  Eliza  będzie  znowu  miała  młode,  wtedy  Marilena  dostanie  jednego  tylko  dla 

siebie - obiecał. - Prawda, że jeden będzie tylko twój, malutka? - spytał i poklepał Marilenę 
po policzku. 

-  Wystarczy chyba, gdy będziecie mieli Elizę do spółki - próbowała przekonać go Mali. 

background image

Ale Johannes się z nią nie zgodził. 
-  W takim razie będziesz miała dwa koty, kiedy przeprowadzisz się na Wzgórze, Tordhild 

- stwierdziła Mali. - Jak to sobie wyobrażasz? 

-  Będzie dobrze - uśmiechnęła się Tordhild. - To nic takiego, jeśli będą swobodnie ganiać 

poza domem. Dwa koty nie sprawią nam wiele kłopotu. 

Któregoś  popołudnia  Johannes  przyniósł  swoje  skrzypce.  Tordhild  właśnie  karmiła 

Marilenę. 

-  Marilena musi się nauczyć lubić muzykę - oznajmił i stanął na środku salonu. 
I zaczął dla niej grać. 
Poczynił niewiarygodne postępy, pomyślała Mali z uznaniem. Zdawało jej się, jak gdyby 

widziała i słyszała Siverta w tym wieku. Johannes stał wyprostowany, przymknął oczy i grał. 
Jego  włosy  były  trochę  za  długie  i  ciemne  loki  opadały  na  czoło.  Jest  wyjątkowo  ładnym 
dzieckiem, pomyślała Mali, przyglądając mu się. Prawie tak ładnym jak jego ojciec, gdy miał 
siedem lat. Kiedy tak stał w popołudniowym świetle ze skrzypcami pod brodą, przywołał w 
pamięci Mali obraz Jo. Johannes tak bardzo przypomina swego dziadka. Już wcześniej Mali 
uderzyło, że chłopiec pod wieloma względami bardziej jest podobny do Jo, niż był Sivert. 

Na  wspomnienie  Jo  Mali  poczuła  ogarniającą  ją  słodycz.  Rzadko  teraz  o  nim  myślała.  Z 

Havardem  było  jej  tak  dobrze,  jak  to  tylko  możliwe.  Gdyby  Jo  wstał  z  grobu  i  stanął  w 
drzwiach,  nie  zamieniłaby  się.  Piękny  Cygan  był  jedynie  marzeniem  z  przeszłości.  Jednak 
zawsze  pozostanie  częścią  jej  życia,  będzie  miał  swoją  własną  cząstkę  jej  serca,  przede 
wszystkim poprzez Siverta i Johannesa. 

Mali  znowu  zastanowiła  się,  na  kogo  wyrośnie  Johannes.  Miał  tak  wiele  zdolności,  był 

otwarty  i  wrażliwy,  tak  szczery  we  wszystkim,  co  robił.  Był  w  tym  podobny  do  ojca.  Być 
może  w  miarę  jak  będzie  dorastał,  będzie  się  czuł  coraz  gorzej  w  tej  małej  wsi,  pomyślała. 
Może  to  miejsce  zrobi  się  dla  niego  za  ciasne?  Ludzie  okażą  się  zbyt  pełni  uprzedzeń?  A 
daleki świat zacznie kusić? 

-  Podobało ci się? - spytał po chwili, otworzył oczy i spojrzał na Marilenę. 
Roześmiała się i wyciągnęła do niego rączki. 
-  Podobało jej się - stwierdził zadowolony. - Będę ją uczył grać. 
-  Ale dziewczynki nie grają na skrzypcach - sprzeciwiła się Mali. 
-  Dlaczego nie? 
-  Bo tak jest w zwyczaju, o ile wiem. 
-  Ale tak nie może być - orzekł Johannes z przekonaniem. - Jeżeli będzie chciała grać, to 

jej pozwolimy, prawda, mamo? 

Tordhild skinęła głową i wytarła Marilenie buzię. 
-  Oczywiście, że będzie grała, jeżeli będzie miała ochotę - przyznała łagodnie. 
Mali przyjrzała się dokładnie synowej. Pomyślała z lękiem, że być może nie tylko Sivert 

będzie miał kłopoty we wsi, ale Tordhild również. Tak bardzo różnili się od miejscowych, nie 
tylko  pod  względem  wyglądu,  ale  i  poglądów.  Są  zbyt  szczerzy.  Będą  mówić  i  postępować 
inaczej, niż się tu przyjęło. Tak wiele zwyczajów i zasad wrosło w tutejszą wieś, że nikt nie 
miał odwagi ich zmieniać. Jednak Sivert i Tordhild nie będą się z tym liczyć, przyznała Mali 
w  duchu  i  poczuła  niepokój  ściskający  żołądek.  Nie  miała  nic  przeciwko  temu,  by 
postępowali  tak,  jak  uważali  za  słuszne.  Ona  nie.  Ale  obawiała  się,  że  ich  sposób  bycia 
ś

ciągnie  na  nich  plotki  i  kłopoty  ze  strony  mieszkańców  wsi.  Tak  gorzko  odczuła  to  na 

własnej  skórze,  jak  to  jest  zboczyć  z  wydeptanych  ścieżek  w  Inndalen.  Złamać  niepisane 
zasady. 

Nie chciała, by doświadczyli tego samego. Pragnęła, żeby jej dzieci i ich rodziny miały się 

jak  najlepiej.  Sivert  i  Tordhild  znaleźli  się  w  szczególnie  złym  położeniu  również  z  jej 
powodu  i  jej  dawnych  grzechów.  Nie  pozwól,  Boże,  by  stało  im  się  coś  złego,  poprosiła  w 

background image

duchu;  zauważyła,  że  siedzi  z  dłońmi  mocno  splecionymi  na  kolanach.  Wystarczy  tego 
smutku i nieszczęść, które już się stały. 

  
Po  wiosennych  robotach  w  polu  i  po  ślubie  Dorbet  mężczyźni  ruszyli  do  wyrębu.  Tego 

roku  było  wiele  drzew  do  ścięcia,  więc  powinni  nieźle  zarobić  na  sprzedaży,  bo  na  pewno 
zostanie sporo więcej, niż trzeba na własny użytek. Również Ane i Aslak dostaną drewno na 
przyszłą zimę, w ramach wypłaty za pracę. 

Ładna pogoda utrzymywała się. Maj wybujał jasną zielenią i kwieciem na polach i łąkach. 

Na wzgórzach śpiewały drozdy śpiewaki, a Mali już dawno temu widziała pierwsze pliszki. 

Zawsze lubiła wiosnę. Lubiła patrzeć, jak wraca światło. Wciągać nosem zapachy i słuchać 

dźwięków.  Szmeru  strumienia  przy  pralni,  wędrownych  ptaków,  które  wracały  i  śpiewały 
prawie  przez  całą  dobę.  Pamiętała,  że  wiosna  zawsze  zapalała  w  niej  nową  nadzieję,  kiedy 
została młodą panią Stornes, nadzieję, że to, co złe, zniknie wraz ze światłem. Jednak wiosna 
tego  roku  wzmogła  tylko  ból.  Widok  budzącej  się  do  życia  przyrody  wzmagał  tęsknotę  za 
Ruth. 

Mali  odwiedziła  grób  córki  i  przyniosła  kwiaty  jeszcze  przed  ustaniem  nocnych 

przymrozków.  Ruth  tak  bardzo  lubiła  kwiaty.  Mali  nie  mogła  się  pogodzić  z  myślą,  że  ten 
ś

wieży grób któregoś dnia zostanie zapomniany i nikt go nie przystroi. 

Poszła  sama.  Od  czasu  pogrzebu  Ruth  wiele  razy  razem  z  Havardem  chodzili  na  grób 

córki.  Stali  obok  siebie,  mówili  niewiele.  Niewiele  wszak  było  do  powiedzenia,  pomyślała 
Mali. Przypomniała sobie, co mawiała babcia: że kiedy smutek jest zbyt  wielki, wtedy staje 
się  niemy.  Mali  czuła  teraz  dokładnie  tak  samo  i  zrozumiała,  że  z  Havardem  dzieje  się 
podobnie. Od smutku i tęsknoty za córką nikt ich nie uwolni, rozmowa też nie przyniosłaby 
wielkiej ulgi. Mali miała tylko nadzieję, że czas zasklepi otwarte rany i pomoże im chociaż w 
ten sposób. 

Na  cmentarzu  było  pusto.  Światło  słoneczne  przedzierało  się  przez  gałęzie  brzozy  z 

nabrzmiałymi  pąkami,  zwieszające  się  przez  kamienne  ogrodzenie,  przy  którym  leżał  grób 
Ruth.  Lekko  wiało  od  morza,  ale  nie  było  zimno.  Mali  długo  klęczała  przy  grobie  i 
rozmawiała z Ruth. Opowiadała jej o Marilenie. O tym, że jej córka została młodszą siostrą 
Johannesa. 

-  To  Sivert  zaproponował,  że  weźmie  Marilenę  na  wychowanie,  Ruth  -  mówiła  cicho.  - 

Nie mogłabyś zapragnąć dla niej lepszego ojca.  Wiesz, ona tak bardzo urosła od czasu, gdy 
ty... 

Urwała i otarła łzy, które ciepłe i słone spływały do kącików ust. 
-  Nie myśl, że czynię ci wyrzuty za to, co zrobiłaś, Ruth - zapewniła ochrypłym głosem. - 

Chcę,  byś  wiedziała,  że  i  ja  dawno  temu  miałam  podobne  myśli.  To  było  wtedy,  kiedy 
przybyłam do Stornes jako młoda gospodyni. Nikomu o tym nie mówiłam, ale nie wyszłam 
za mąż z miłości, lecz zostałam kupiona, Ruth. Życie z Johanem było piekłem, więc dobrze 
wiem,  że  wszystko  ma  swoje  granice  -  szepnęła,  ocierając  oczy.  -  Wielu  z  nas  bardzo  cię 
kochało, Ruth, musisz o tym wiedzieć, choć mam nadzieję, że dawaliśmy ci to odczuć, kiedy 
ż

yłaś. Nigdy nie pogodzimy się z twoją stratą... 

Mali wyjęła  chusteczkę  i wytarła twarz. Sypnęła więcej ziemi wokół jednego z kwiatów, 

który właśnie posadziła. Ubrudziła ręce wilgotną ziemią. Wytarła je w mokrą chusteczkę. 

-  Jest mi teraz bardzo źle, Ruth, ale ty pewnie o tym wiesz. Twemu ojcu również. Żal mi 

go, bo... tłumi smutek w sobie. Ja chodzę do tkalni, wiesz. Znajduję tam trochę spokoju. Ale 
twój ojciec... Dla niego to zbyt duży ciężar, Ruth, ponieważ zmaga się z rozpaczą i tęsknotą 
za  tobą  w  zupełnej  samotności...  Spróbuj  mu  pomóc  -  poprosiła  i  złożyła  ręce.  -  Dodaj  mu 
trochę otuchy, Ruth, jeżeli możesz. Bądź przy mnie i przy nim. Dla nas nie odeszłaś, wiesz. 

Na gałęzi brzozy nad głową Mali usiadł drozd śpiewak. Po chwili zaczął śpiewać. Cudny, 

smutny ptasi śpiew zabrzmiał niczym requiem, pomyślała Mali. Klęczała dalej ze spuszczoną 

background image

głową,  żeby  nie  przeszkadzać.  Kiedy  drozd  w  końcu  odleciał,  Mali  wstała.  Czuła,  że  Ruth 
była blisko niej. 

 
-  O,  pojawiły  się  ławice  czarniaka  -  rzekł  O1av  któregoś  popołudnia,  kiedy  stanął  przy 

oknie i wyglądał na fiord. - Chodź, Johannes, to zobaczysz! 

-  Morze jest takie pomarszczone - zdumiał się Johannes. - Co to znaczy? 
-  To  czarniak  -  wyjaśnił  Ołav.  -  Może  w  tym  roku  popłyniesz  z  nami  na  połów?  Chyba 

jeszcze nigdy nie byłeś, prawda? 

-  Mogę popłynąć z wami, dziadku? 
Johannes  skakał  i  biegał  podekscytowany  po  salonie,  aż  w  końcu  zatrzymał  się  przy 

Havardzie, który siedział w fotelu, czytając gazetę. 

-  Tak,  jeśli  pojawił  się  czarniak,  to  musimy  zarzucić  sieci  -  odparł  Havard  i  odłożył 

gazetę. - Możesz popłynąć ze mną i z Aslakiem, jeżeli obiecasz, że będziesz siedział w łodzi 
cichutko jak myszka. Co byśmy zrobili, gdybyś nam wpadł do wody? 

-  Przecież umiem pływać - rzeki Johannes niezrażony. 
-  Ja  bym  jednak  wolał,  żebyś  został  w  łodzi  -  uśmiechnął  się  Havard.  -  Chyba  może 

popłynąć z nami? - spytał i zerknął na Tordhild. 

-  Tak,  ale  musisz  we  wszystkim  słuchać  dziadka  -  upomniała  Tordhild  syna.  -  Dorośli 

złowią dużo ryb, wiesz chyba, i nie mogą cały czas cię pilnować. 

-  Będziemy zabijać ryby? 
Johannes  popatrzył  na  Havarda  zamyślony,  pociągając  bezwiednie  ciemny  kosmyk 

włosów. Najwidoczniej się zmartwił. 

-  Musimy - odparł Havard. - Trzeba coś jeść, będzie świeży czarniak na obiad, a czego nie 

zjemy od razu, zasolimy i rozwiesimy do suszenia pod dachem. 

-  Dlaczego? 
-  Rozwieszone ryby wysuszy słońce i wiatr, a potem będziemy mogli je jeść aż do jesieni. 

Będzie  z  nich  pyszne  bacalao  gotowane  z  suszonej  ryby  z  ziemniaczkami,  cebulą  i  sosem 
pomidorowym; damy ci spróbować jesienią. 

Johannes  zastanowił  się  nad  tym,  co  usłyszał.  Widać  było,  że  miał  ochotę  popłynąć  na 

połów, ale zabijanie ryb nie bardzo mu się podobało. 

-  Nie chcę zabijać ryb - oznajmił w końcu. 
-  Nie będziesz musiał - uspokoił go Havard. - Zostaniesz sternikiem. 
Johannes skinął głową na znak, że się zgadza. 
-  Kiedy popłyniemy? - spytał zniecierpliwiony. - Teraz? 
-  Najpierw  zjemy  podwieczorek  -  uznał  Havard.  -  Ale  potem  możemy  się  zbierać.  Co  o 

tym myślisz, Aslak? 

-  To niegłupi pomysł - stwierdził Aslak, który również podszedł do okna, żeby wyjrzeć na 

fiord. - Wyczekiwałem tej ławicy. Widzę, że łódź z Oppstad już wypłynęła. A więc, jak tylko 
zjemy, idziemy na przystań. 

-  Świetnie  się  składa,  że  połowy  wypadły  właśnie  teraz  -  zauważył  Havard.  -  Będzie  co 

robić w czasie hobollu. 

Johannes wdrapał się na kolana Havarda. 
-  Co to jest hoboll?- spytał zaciekawiony. 
-  Jeszcze  nie  słyszałeś,  jak  o  tym  rozmawialiśmy?  -  uśmiechnął  się  Havard  i  wygodnie 

posadził sobie wnuka na kolanach. - Skoro będziesz tu teraz mieszkał, musisz dobrze poznać 
nasz język. Otóż hoboll to coś w rodzaju wakacji letnich w gospodarstwie. Kiedy skończymy 
kosić, zaczyna się dla nas to, co nazywamy hobollem. Mamy wtedy kilka tygodni dla siebie, 
zanim  zaczną  się  żniwa.  W  tym  czasie  robimy  wszystko  to,  czego  nie  zdążyliśmy  zrobić 
przed  opadami  śniegu  w  zeszłym  roku.  Musimy  iść  na  hale  narąbać  drzewa,  poprzerywać 

background image

rzepę  na  polu,  uszczelnić  dach  spiżarni.  I  w  samym  środku  tych  prac  przychodzi  pora  na 
łowienie czarniaka. 

-  To nie przypomina wcale wakacji - zauważyła Tordhild. 
-  W pewnym sensie to jednak dla nas wakacje. Zajmujemy się wtedy zupełnie inną pracą 

niż na co dzień. A więc mamy wakacje. 

-  Ja  też  chcę  pójść  na  hale  rąbać  drzewo  -  dopominał  się  Johannes.  -  Czy  Ola  Havard 

może iść z nami? 

Havard wymienił spojrzenia z Mali. Mali skinęła głową. 
-  Tak,  możemy  zabrać  z  sobą  Olę  Havarda  -  zgodziła  się.  -  Na  pastwiskach  jest  teraz 

przepięknie. Często o tej porze można też spotkać znajomych z innych dworów, bo wszyscy 
idą rąbać drewno mniej więcej w tym samym czasie każdego roku. 

-  Mogę teraz zadzwonić do Oli Havarda? 
Johannes zeskoczył z kolan Havarda i biegiem ruszył na korytarz. 
-  Nie, musimy poczekać, aż ustalimy dzień, w którym się wybierzemy na hale - zawołał za 

nim Havard. - Teraz wypływamy na ryby. 

Tego wieczoru parowcem przyszedł do Mali duży list. Pocztę przyniosła Ingeborg. Weszła 

do salonu, wymachując przesyłką. 

-  List  z  Ameryki!  -  zawołała  od  drzwi  i  ucisnęła  palcami  kopertę.  -  Jaki  gruby.  Co  tu 

takiego może być? 

Mali poczuła, jak serce jej zabiło. Złapała list i usiłowała wsunąć go do kieszeni fartucha, 

ale okazał się za duży. Długo na niego czekała. W ostatniej korespondencji, którą dostała od 
Martina Bakkena, jakoś w lutym, pisał, że przyśle jej bilety na statek do Ameryki, kiedy już 
będzie całkiem pewien co do terminu otwarcia sklepu w St. Paul. Powiadomił ją wtedy, że są 
pewne opóźnienia, ale otwarcie nie powinno nastąpić później niż na początku sierpnia. 

List palił Mali w rękę.  Ucieszyła się, że Havard wypłynął w morze. Potrzebowała czasu, 

ż

eby  się  zastanowić,  w  jaki  sposób  mu  powiedzieć  o  tym,  że  wreszcie  wszystko  zostało 

postanowione.  Co  prawda  wiedział  już  o  planowanej  podróży,  pomyślała,  ale  dopóki  nie 
miała  w  ręku  biletu,  łudził  się  pewnie  nadzieją,  że  mimo  wszystko  do  tego  wyjazdu  nie 
dojdzie.  Mali  nie  była  zresztą  o  tym  przekonana,  ponieważ  nigdy  nie  rozmawiali  o  jej 
wyjeździe do Ameryki. 

-  Idę do tkalni - oznajmiła. 
I zaraz zniknęła w drzwiach salonu. 
  
Usiadła  na  stołku  przy  krosnach  i  drżącymi  palcami  otworzyła  list.  Wraz  z  pięknym, 

zapisanym  papierem  listowym  w  linie  znajdowała  się  w  środku  sztywna  koperta.  Mali 
otworzyła  ją.  Wyjęła  bilet:  miejsce  w  kabinie  320  na  pokładzie  „Stavangerfjord",  wyjazd  z 
Bergen dwudziestego lipca. 

Mali czuła, że ma wypieki na policzkach. A więc jednak stało się! Trzymała w ręku bilet 

do wielkiej przygody! Powoli odłożyła go na brzeg stołu. Następnie rozwinęła papier listowy. 
Jej oczom ukazało się otwarte, staranne pismo Martina Bakkena. 

 
Droga Mali! 
Przesyłam  bilet  na  podró
ż.  Ustaliliśmy,  że  otwarcie  sklepu  w  St.  Paul  nastąpi  czwartego 

sierpnia.  Pomyślałem,  że  będziesz  potrzebowała  kilku  dni  na  odpoczynek  po  podróży, 
rozpakowanie  si
ę  i  przygotowanie  do  uroczystego  otwarcia  sklepu.  Musisz  również  poznać 
kilka  osób,  które  b
ędą  z  nami  pracowały.  Dlatego  uznałem,  że  byłoby  dobrze,  gdybyś 
popłyn
ęła  statkiem  „Stavangerfjord"  z  Bergen  dwudziestego  lipca.  O  ile  wiem,  musisz 
najpierw  dosta
ć  się  parowcem  z  Inndalen  do  Kristiansund,  a  następnie  na  pokładzie 
„Hurtigruten" do Bergen. Sprawdziłem odpowiednie poł
ączenia. Jeżeli wyruszysz ze Stornes 
w  sobot
ę  siedemnastego  lipca,  to  powinnaś  zdążyć.  Potem  czeka  Cię  osiem  dni  podróż

background image

statkiem. Mam nadziejęże podróż Ci się spodoba. To piękny statek, poza tym zamówiłem Ci 
dobr
ą  kabinę.  Zatem,  jeśli  pogoda  nie  będzie  zła  -  co  o  tej  porze  roku  rzadko  się  zdarza  - 
czeka  Ci
ę  wspaniała,  pełna  niezapomnianych  wrażeń  podróż  przez  Atlantyk.  Bilet  powrotny 
znajduje  si
ę  u  mnie.  Zamówiłem  go  na  trzydziestego  sierpnia  z  Nowego  Jorku,  gdzie 
oczywi
ście Cię odwiozę

Mam nadziejęże terminy i pozostałe warunki Ci odpowiadają. O wyjeździe wiedziałaś już 

przecież od jakiegoś czasu, mimo że ostateczna  data otwarcia sklepu nie została do tej pory 
ustalona. 

Jak  wiesz,  planowałem  otwarcie  sklepów  również  w  kilku  innych  miastach.  Zamierzam 

zrealizować te pomysły, ale najpierw muszę poczekać i przekonać się, jak nam pójdzie tutaj w 
Minnesocie.  Mieszka  tu  wielu  imigrantów  z  Norwegii,  a  jeszcze  wi
ęcej  ich  potomków.  Poza 
tym zamierzam zainwestowa
ć wszystkie środki w to jedno przedsięwzięcie. Muszę przyznaćż
nie  oszcz
ędzałem  na  niczym  i  zrobiłem  wszystko,  żeby  okazało  się  sukcesem.  I  na  pewno  się 
nie zawiod
ę

Zakładam,  że  ukończyłaś  wszystkie  prace,  które  chciałabyś  przywieźć.  Mam  nadzieję,  ż

nie pracowałaś zbyt ciężko ani że nie ucierpiały na tym inne Twoje sprawy. Tutaj sporo osób 
okazuje ogromne zainteresowanie dla Twoich prac, jak równie
ż dla Twojej osoby. Wielu, jak 
wspomniałem, ma swoje korzenie w Norwegii i bardzo chciałoby si
ę z Tobą spotkać

Wszystkie koszty podróży - należność za bilety na parowiec, „Hurtigruten" oraz wydatki na 

pokładzie  statku  do  Ameryki  -  oczywiście  Ci  zrefundujemy.  Nie  potrafię  wyrazić,  jak  bardzo 
si
ę cieszęże przyjedziesz. 

Mam  nadzieję,  że  w  Stornes  wszystko  układa  się  dobrze.  Zdaję  sobie  sprawę,  ż

mieszkańcom dworu trudno będzie radzić sobie tyle czasu bez Ciebie, ale na pewno się uda. 
Ze  swej  strony  uczyni
ę  wszystko,  by  ta  podróż  na  długo  pozostała  w  Twej  pamięci  i  by 
dostarczyła Ci równie
ż wiele korzyści - pod każdym względem. 

Czekam na spotkanie z Tobą w Nowym Jorku dwudziestego siódmego lipca. 
 
Serdeczne pozdrowienia  
Martin Bakken. 
  
Mali  długo  siedziała  wpatrzona  przed  siebie.  Serce  szybko  biło  jej  w  piersi.  Bakken  nie 

wiedział  nic  o  Ruth,  pomyślała.  Zastanawiała  się,  czy  powinna  napisać  do  niego  i  o 
wszystkim  mu  opowiedzieć.  Wolała  jednak  poczekać,  aż  się  spotkają.  Zdecydowała,  że 
pojedzie  niezależnie  od  wszystkiego.  Żeby  napisać  o  Ruth...  Nie,  nie  potrafiłaby  się  na  to 
zdobyć. 

Powoli znowu sięgnęła po bilet. Prześliznęła po nim palcami. Do czego otwiera drogę ten 

bilet, zastanowiła się, czując dziwny niepokój. Czy dobrze robi, decydując się na wyjazd? 

Wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po tkalni tam i z powrotem. Pogładziła dłońmi 

gotowe  gobeliny,  które  czekały  poukładane  w  stosy.  Prace,  które  zamierzała  zabrać  do 
Ameryki,  były  dobre,  przyznała  przed  samą  sobą.  Sigrid  obejrzała  je  wszystkie  i  zrobiła 
wielkie oczy. 

-  Zdobędziesz  sławę  w  Ameryce  -  powiedziała.  -  Są  fantastyczne,  Mali.  A  co  mówi 

Havard? 

-  Niewiele - wyznała Mali, unikając jej wzroku. 
-  Nie podobają mu się?  
Mali pokręciła głową. 
-  Nie,  nigdy  tak  nie  twierdził.  Być  może  liczył  na  to,  że  jednak  nie  zdecyduję  się 

wyjechać. W każdym razie teraz, gdy Ruth... 

Szybko otarła dłonią twarz i utkwiła wzrok w Sigrid. 
-  Ale ja pojadę - rzekła, niemal z uporem. - Potrzebuję tego, Sigrid. 

background image

-  W  takim  razie  jedź  -  uznała  Sigrid  spokojnie.  -  Wiesz  o  tym,  Mali,  że  większość 

mężczyzn chciałaby zatrzymać swoje żony w domu. Havard nie jest wyjątkiem. Tak po prostu 
już jest. Ale ten wyjazd to dla ciebie wielka szansa, szansa, która zdarza się tylko raz w życiu. 
Więc naturalnie powinnaś pojechać - poradziła. - Tylko nie zapominaj, gdzie jest twój dom. 

-  Co chcesz przez to powiedzieć? 
-  Tylko to, co słyszałaś - odparła Sigrid. - Nic więcej. 
-  To zabrzmiało tak, jak gdybyś nie wierzyła, że wrócę! 
-  Ale chyba wrócisz - rzekła Sigrid zamyślona. 
Mali nie odpowiedziała. Havard zapewne zastanawiał się nad tym samym. 
-  Naturalnie, że wrócę - rzuciła krótko. 
-  To dobrze - odpowiedziała Sigrid. - O nic innego mi nie chodziło. 
  
Kiedy decyzja o wyjeździe już zapadła, dni, w odczuciu Mali, mijały teraz błyskawicznie. 

Havard powiedział niewiele, gdy pokazała mu bilet, nie udało się jej także nakłonić męża, by 
wyznał, co mu leży na sercu. Chyba jednak sama dobrze wiedziała. Bał się, że Mali zostanie 
tam daleko, że Martin Bakken i ta ziemia obiecana zabiorą mu ją. 

-  Wrócę, Havardzie - powtarzała wiele razy tego wieczoru. 
-  Słyszę - odpowiadał tylko. 
Więcej  nie  rozmawiali  o  tej  podróży  i  tygodniach,  kiedy  Mali  nie  będzie.  Mali 

przeprowadziła  wiele  rozmów  z  Ane  i  Ingeborg,  przekazując  im  drobiazgowo,  co  trzeba  w 
domu zrobić podczas jej nieobecności. Nawet, choć to jej zdaniem było  zbyteczne, poszła z 
Ane  do  spiżarni,  żeby  sprawdzić,  ile  zostało  mąki  i  mięsa.  Obie  służące  doskonale  znały 
gospodarstwo,  gdyż  mieszkały  w  Stornes  dłużej  niż  ona  sama,  co  właściwie  było  całkiem 
niezwykłe.  Służące  zwykle  przychodziły  i  odchodziły.  Ale  w  Stornes  ludzie,  których 
najmowano do pracy, stawali się niejako częścią rodziny. Mali podobało się to. Wiedziała, że 
może  polegać  na  swojej  służbie.  A  jeżeli  i  oni  czuli  tu  się  tak  dobrze,  że  nie  mieli  ochoty 
odchodzić,  to  jeszcze  lepiej.  Jednak  tylko  w  Stornes  panowały  takie  zwyczaje.  W  innych 
dworach  wiele  razy  zmieniano  zarówno  służące,  jak  i  parobków,  odkąd  Mali  została  panią 
Stornes. 

Poza  tym  w  Stornes  mieszkają  jeszcze  młodzi,  niech  oni  powoli  uczą  się  gospodarzyć, 

stwierdziła Mali. Kiedyś Herborg przejmie odpowiedzialność za dom. 

-  Pilnuj  moich  kluczy,  kiedy  mnie  nie  będzie,  Herborg  -  zwróciła  się  Mali  któregoś 

popołudnia do synowej, kiedy piły kawę. 

Herborg zaczerwieniła się, a w jej oczach zajaśniała duma. 
-  Tak krótko jestem żoną Oi - zastrzegła się nieśmiało. - A jeśli nie dam rady... 
-  Poradzisz sobie - zapewniła ją Mali i uśmiechnęła się. - Masz przecież Oję do pomocy. 

Poza tym jest jeszcze Tordhild. Razem doskonale dacie sobie radę. 

-  To trochę dziwne, że nie będzie cię tak długo. 
Mali skinęła głową. Dolała kawy do dzbanka, który wyniosły na zewnątrz. 
-  Tak,  dobrze  to  rozumiem  -  przyznała.  -  Dla  mnie  to  też  bardzo  dziwne  uczucie.  Ale 

przecież wrócę - dodała. 

-  Tak, chyba tak - przytaknęła Herborg. 
Zdaje  się,  jakby  nikt  nie  był  tego  całkiem  pewien,  pomyślała  Mali.  Oprócz  niej  samej. 

Ponieważ ona dobrze wiedziała, gdzie jest jej dom. Nic nie jest w stanie tego podważyć. 

  
Dorbet  była  jedyną,  która  nie  miała  żadnych  wątpliwości  i  nie  zdradzała  niepokoju  w 

związku z wyjazdem Mali. Często zaglądała do Stornes. 

-  Zazdroszczę ci, mamo - wyznała. - Pomyśleć tylko o tych wszystkich przygodach, które 

cię spotkają. Tak bym chciała z tobą pojechać - dodała. 

background image

-  Przecież  niedawno  wyszłaś  za  mąż  -  roześmiała  się  Mali.  -  Poza  tym  spodziewasz  się 

dziecka. I dopiero co byłaś w mieście - zauważyła. - W swojej podróży poślubnej. 

Dorbet skinęła głową i westchnęła. Mali przyjrzała się jej uważnie. 
-  Domyślam się, że wyjazd był udany? 
-  No  tak  -  przyznała  Dorbet  trochę  niechętnie.  -  Było  wspaniale.  Mieszkaliśmy  w 

luksusowym hotelu, jadaliśmy obiady w eleganckich restauracjach i jeździliśmy taksówkami. 
I kupowałam, co chciałam - przypomniała sobie z uśmiechem. - Ale jest jakaś różnica między 
kilkoma dniami spędzonymi w Kristiansund a podróżą do Ameryki. A teraz... 

Ponownie westchnęła i odgarnęła włosy z czoła. 
-  A teraz jest tylko praca i szara codzienność, i narzekanie cały czas. 
-  Ale  w  Granvold  żyje  się  chyba  dobrze,  o  ile  wiem?  -  spytała  Mali  i  zerknęła  na  córkę 

badawczo. 

-  Tak,  tak  -  przytaknęła  pośpiesznie  Dorbet.  -  Ola  nosi  mnie  na  rękach,  ale  on  prawie 

zawsze  jest  w  pracy.  Rzadko  bywa  w  domu,  wpada  tylko  na  posiłki.  A  ja  spędzam  czas 
głównie z Marit, a to... 

-  Powinnaś  się  do  tego  przyzwyczaić  -  zauważyła  Mali.  -  Ola  musi  pracować.  To  on 

przejmie  gospodarstwo.  Taki  jest  los  młodej  pani  domu,  że  musi  chodzić  na  uprzęży  z 
teściową, żeby się od niej uczyć. Tak jest ze wszystkimi, Dorbet. 

-  Wiem o tym - Dorbet zgodziła się z matką. - Ale to nie zawsze jest ciekawe. 
Nie,  na  pewno  szara  rzeczywistość  nie  zawsze  się  podoba  żądnej  przygód  Dorbet, 

pomyślała Mali. Poza tym jest młoda. Zbyt młoda, żeby się już wiązać. Mali cały czas była 
tego zdania. Ale co się stało, to się nie odstanie. 

-  Musisz być odpowiedzialna - powiedziała i poklepała Dorbet po ręku. - Dla młodej żony 

ż

ycie to praca i codzienność. Przeważnie - dodała. 

-  Zauważyłam - odrzekła Dorbet krótko. 
  
Mali  przysunęła  się  blisko  do  Havarda.  Przyłożyła  twarz  do  jego  szyi.  Słuchała  deszczu, 

który chłostał szybę. 

-  Obejmij mnie, Havardzie - szepnęła.  
Objął ją ramieniem i przytulił. 
-  Jadę jutro rano - odezwała się cicho. 
-  Odprowadzę cię - obiecał. 
-  Może masz co innego do zrobienia? - zauważyła. - Bagaże są już na nabrzeżu, więc... 
-  Odprowadzę cię - powtórzył tylko. 
Przez  chwilę  leżeli  blisko  siebie  w  milczeniu.  Mali  nie  mogła  niemal  uwierzyć,  że 

wyjeżdża  jutro  wczesnym  rankiem.  Przed  wpół  do  ósmej.  Pakowała  się  kilka  dni. 
Zastanawiała się, jakie zabrać ubrania. Tordhild pomogła jej wybrać rzeczy, które jej zdaniem 
byłyby  odpowiednie.  Lepiej  się  na  tym  znała,  ponieważ  często  towarzyszyła  Sivertowi  w 
podróży, a poza tym mieszkała w dużym mieście. 

Mali potrzebowała osobnej dużej walizki na swoje prace, które zamierzała zabrać. Zanim 

je spakowała, jeszcze raz wszystkie przejrzała. Miała nadzieję, że Bakken będzie zadowolony. 
Długo się zastanawiała, czy zabrać gobelin, który utkała po śmierci Ruth. Stała i przyglądała 
mu się ze łzami w oczach. Czuła, że jest zbyt osobisty, że zawarła w nim tak wiele swojego 
smutku.  Jednak  musiała  również  przyznać,  że  to  najlepsza  z  jej  prac,  jaką  kiedykolwiek 
wykonała. W końcu zapakowała obraz na samym wierzchu. Jeśli się rozmyśli, po prostu  go 
zostawi. 

-  Jesteś na mnie zły? - szepnęła i objęła Havarda za szyję. Przez chwilę nie odpowiadał i 

Mali poczuła bolesny ucisk w piersi.  

-  Havard... 
-  Nie, nie jestem na ciebie zły - zapewnił cicho. - Tylko po prostu cię kocham. 

background image

Łzy zakręciły się jej w oczach i mocniej przytuliła się do męża. 
-  Ja  też  cię  kocham  -  wyznała.  -  Wrócę  do  ciebie,  Havardzie.  Nie  odpowiedział.  Przez 

chwilę leżeli tak przytuleni. Potem Mali uniosła się na łokciu i spojrzała na męża. Pogładziła 
go po twarzy. Pochyliła się nad nim i pocałowała. 

-  Tak  bardzo  cię  kocham  -  powtórzyła  cicho.  -  Pozwól  mi  być  blisko  ciebie  tej  nocy, 

Havardzie. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  ściągnęła  koszulę  przez  głowę  i  naga  położyła  się  na  nim. 

Wcisnęła  nogi  między  jego  uda.  Przez  moment  myślała,  że  ją  odtrąci,  ale  nagle  z  jego  ust 
wydobyło się westchnienie, coś między szlochem a rozkoszą. Objął ją i przytulił tak mocno, 
ż

e niemal sprawił jej ból. 

Nigdy przedtem tak się nie kochali, pomyślała Mali. W ich pieszczotach była jakaś dzikość 

i desperacja. Jak gdyby musiały być mocne i silne, żeby każde z nich na długo je zapamiętało. 
Kochali się szaleńczo i krótko. Odrzuciła głowę do tyłu i jęknęła głośno, kiedy Havard w nią 
wszedł. Zacisnęła dłonie na jego plecach tak mocno, jak  gdyby nigdy już nie zamierzała go 
wypuścić. 

Potem nie rozmawiali. Leżeli przytuleni, oddychając cicho. Mali gładziła męża po plecach. 

Czuła w głębi duszy, jak mocno go kocha. 

-  Twoja koszula nocna - odezwał się Havard po długiej chwili. - Czy nie chcesz... 
-  Nie, chcę dziś spać przy tobie nago - szepnęła mu do ucha. - Żebyś ani mnie, ani mego 

ciała nie zapomniał. Żebyś nie zapomniał, że cię kocham. Tylko ciebie, Havardzie. 

Z  jego  piersi  wydobył  się  dziwny  dźwięk.  Coś,  co  przywodziło  na  myśl  żałosny  szloch. 

Potem objął Mali ramionami i całował jej włosy. I tak zasnęli. 

  
Następnego  ranka  przestało  padać.  Mali  wymknęła  się  z  łóżka  i  rozsunęła  zasłony.  Na 

zewnątrz wisiała gęsta mgła. Kapało z drzew i dachów. Mali przeszedł dreszcz. Havard stanął 
za nią i również wyjrzał przez okno. 

-  Parowiec chyba odpłynie? - spytała Mali. - Ta mgła... 
-  Odpłynie  -  uspokoił  ją  Havard.  -  Marynarze  na  jego  pokładzie  znają  fiord  na  pamięć. 

Poza tym mgła będzie się stopniowo podnosić. Wieje z północy, poznaję to po drzewach. 

Ż

adne z nich nie było w stanie wiele zjeść z tego, co Ane naszykowała i postawiła na stole, 

zanim z Ingeborg poszła do obory. Mali zapowiedziała wszystkim, że nie życzy sobie wielkiej 
ceremonii pożegnalnej. Wiedziała, że to nie będzie łatwe. Dla nikogo. Dlatego pożegnała się 
już poprzedniego wieczoru. 

Kiedy parowiec dał sygnał daleko w głębi fiordu, zamknęła za sobą drzwi. Wsunęła dłoń w 

dłoń Havarda i poszli razem ku brzegowi, nie odzywając się do siebie ani słowem. W górze 
przy  rozlewni  mleka  Mali  odwróciła  się  i  popatrzyła  w  dół  na  Stornes.  Gęsta  mgła  nadal 
otulała  gospodarstwo,  ale  wiatr  od  czasu  do  czasu  ją  rozrywał.  Mali  przez  mgnienie  oka 
dostrzegła pralnię, lecz zaraz na powrót wszystko okryła szara zasłona. 

Dotarli na nabrzeże dokładnie w chwili, kiedy parowiec podpłynął leniwie i wyłonił się z 

morza  mgły.  Marynarze  zajęli  się  wniesieniem  bagaży  na  pokład.  Mali  nie  ruszyła  się  z 
miejsca,  tylko  mocniej  ścisnęła  Havarda  za  rękę.  W  żołądku  paliło  ją  niczym  ogniem. 
Drgnęła,  kiedy  parowiec  ponownie  dał  sygnał.  Wzrokiem  szukała  spojrzenia  męża.  Tak 
bardzo chciałaby go objąć, ale nie zdobyła się na to na oczach ludzi zebranych na pokładzie. 

-  Wszystkiego dobrego - rzekł Havard ochrypłym głosem. 
-  Wrócę - szepnęła Mali. - Wrócę, Havardzie. 
Puścił  jej  rękę,  a  Mali  odwróciła  się  i  weszła  po  trapie.  Jakiś  marynarz  podtrzymał  ją  za 

łokieć i pomógł wejść na pokład. 

-  Wybiera się pani w podróż? - zagadnął.  
Mali skinęła głową w milczeniu. 

background image

Ruszyła wzdłuż relingu, szukając miejsca, gdzie nie było pasażerów, stanęła przy barierce 

i  spojrzała  na  ląd.  Mignęła  jej  niewyraźna  sylwetka  Havarda,  rozmywająca  się  we  mgle. 
Kiedy  parowiec  cofnął  się  i  odbił  od  nabrzeża,  Mali  podniosła  rękę  na  pożegnanie. 
Wpatrywała się we mgłę, ale nie mogła dostrzec Havarda. Mocno chwyciła za barierkę. Nagle 
dmuchnął wiatr i rozrzedził nieco mgłę. Havard stał daleko na brzegu i patrzył w inną stronę. 

-  Havard! 
Mali chciała zawołać, ale z jej gardła wydobył się tylko szept. Po chwili mgła na powrót 

opadła na ziemię. Wszystko zrobiło się szare. Mali zdawało się, jak  gdyby  ktoś złapał ją za 
szyję zimną, wilgotną ręką. W piersi zabrakło jej tchu. Doznała nieprzyjemnego uczucia, że 
już nigdy nie zobaczy Havarda. - Havard! 

Zawołała zachrypniętym głosem. Jej krzyk zabrzmiał jak krzyk kulika, który stracił swoją 

samiczkę. 

Jednak nikogo nie zobaczyła. I nikt nie odpowiedział.