background image

Pedersen Bente 

 

Roza znad Fiordów 18 

 

Brat i siostra 

 
 
 
 
 
 

Mattias podejrzewa, że Roza coś przed nim ukrywa. Tyle jest 

trudnych do wytłumaczenia zdarzeń, tyle zagadek. Czemu 
córka Rozy, mała Lily, wspomina czas przed swoim 

narodzeniem i upiera się, że nie jest sama, że ma brata?   

 
Pożar w domu sprawia, że Mattias poznaje jeden z sekretów 

Rozy. Dotychczas nie wiedział, że jego żona dysponuje 
znacznym majątkiem. Teraz z jeszcze większą determinacją 

niż kiedykolwiek wcześniej pragnie jej udowodnić, że jest jej 

godzien, że w niczym nie ustępuje... 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 1 
Znów tu jestem. Ten dom był niegdyś moim domem, ale teraz 
czuję się w nim zupełnie obco. Jako dziecko nigdy nie 
przypuszczałam, że tak się to wszystko potoczy. Samuelsborg był 
i miał zawsze być moim domem. Ale teraz jestem dorosła, a moje 
życie przybrało zupełnie inny kształt niż ten, który miało w 
wyobraźni beztroskiego dziecka. 
Mężczyźni zastawiają sieci na łososie na rzece Alta. To już 
tradycja. Nie wiem, jak długo istnieje. Być może jacyś starzy 
ludzie mogliby mi powiedzieć, ale oni ze mną nie rozmawiają. 
Ole pomaga Mattiasowi, choć nie należy do spółki. Mattias i ja 
mieszkamy nad rzeką, a zasady są takie, że tylko właściciele ziem 
graniczących z Alta mają prawo do połowów. W każdym razie 
takie było założenie. Potem jednak ludzie zaczęli stopniowo 
dopuszczać też tych, którzy mieszkają dalej. Odkąd pamiętam, 
zawsze słychać było głosy mówiące, że to niesprawiedliwe, aby 
tylko ci, którzy mieszkają nad samą rzeką, mogli łowić. 
I z reguły to tym, co najgłośniej domagają się wyrównania 
krzywd, w następnym roku udaje się dostać do spółki. Nie wiem, 
być może jest to swego rodzaju sprawiedliwość. Tylu rzeczy nie 
wiem i nie rozumiem, zaś wielu nawet nie chcę zrozumieć. 
 

background image

W każdym razie mój brat nie posiada ani takiego majątku, ani 
władzy czy wpływów, aby dostać się do spółki, niezależnie od 
tego, co sam na ten temat sądzi. Jednak Mattias zawsze nałowi 
więcej łososi, niż nam potrzeba, i zawsze chętnie dzieli się z 
Olem. 
Dziś jest noc świętojańska, zaś w najbliższą niedzielę wielkie 
święto kościelne w Talvik. Cała okolica spotyka się w pierwszą 
niedzielę po zastawieniu sieci. To również należy do tradycji. 
Wtedy załatwia się też wszystkie sprawy, zarówno te duchowe, 
jak i te całkiem przyziemne. 
Prosiłam jednak brata, aby tam nie jechał. Ole tylko zaśmiał mi 
się w twarz i spytał, czego się boję. Tak, jakbym nie znała jego 
tajemnic. 
A przecież Ole zdaje sobie sprawę, że o wszystkim wiem. 
Wiem, że zachowuje się jak dawniej, że wrócił do dawnych 
nałogów. Ludzie we wsi gadają. Ole śmieje się ze mnie, kiedy o 
tym wspominam, gdyż mówię szeptem tak, aby Liisa nie 
usłyszała. Ole śmieje się głośno. Może i racja - kto jak kto, ale 
akurat ja nie powinnam przysłuchiwać się plotkom. Jednak pew-
nych rzeczy po prostu nie da się nie słyszeć. 
Święto kościelne oznacza setki ludzi, a więc i setki okazji do 
wypitki, setki toastów. Tam, gdzie jest tłum, jest też zabawa i są 
takie kobiety, dla których nie ma znaczenia, że na mojego brata 
czeka w domu żona. 
Jego dziecko powinno przyjść na świat już dwa tygodnie temu. 
Zaczynam niepokoić się o Liisę. Próbuję jej pomóc, ale ciepła w 
dłoniach mam niewiele -dla mnie samej ledwie go starcza. 
Wszystkie mądre baby opuściły nas w pośpiechu, kiedy ja się 
zjawiłam 
 

background image

w Samuelsborg. Nie były zachwycone. Tylko matka Liisy 
została. Zdarza się, że Eeva patrzy na mnie pytająco, ale to 
wszystko. Nie boi się mnie. Chyba nie wierzy, że mogę być kimś 
więcej niż ona, że mogę czymś się od niej różnić. Początkowo 
moja obecność ją krępowała, ale z dnia na dzień jest lepiej. Poród 
Liisy bardzo się opóźnia. Żadnej z nas się to nie podoba. Nie 
rozmawiamy o tym, ale obie czujemy niepokój. 
- Nie możesz się kłaść! - Eeva ostro upomniała córkę, 
jednocześnie ściągając z niej kołdrę. 
Liisa była blada, w dole pleców czuła ból, a w stopach 
mrowienie. Nie mogła dojrzeć swoich nóg -ostatnio widziała je 
kilka miesięcy wcześniej - ale czuła, jakie są ciężkie. Była pewna, 
że przypominają wielkie kłody drewna. Chodzenie stanowiło dla 
niej prawdziwe wyzwanie. Przy każdym kroku dokuczał jej ból w 
nogach i w krzyżu. Miała wrażenie, że jest ciężka i gruba jak 
beka. I pewnie równie ponętna. Liisa doskonale rozumiała, 
dlaczego Ole jej unikał. 
-Już dłużej nie mogę! - jęknęła i zacisnęła wargi. Ostry ból 
przeszył jej plecy i lędźwia, gdy spróbowała zastosować się do 
poleceń matki. - Nie dam rady! 
- Słyszał no ktoś coś podobnego! - prychnęła matka Liisy, mając 
nadzieję, że jej irytacja wywoła u córki jakąś reakcję, opór i wolę 
walki, że dzięki temu Liisa nie podda się. Ze poczuje złość, która, 
jak Eeva pamiętała, mieszkała niegdyś w jej córce - zanim Liisa 
dała się zauroczyć temu mężczyźnie. Liisa i Ole Samuelsen - 
całkiem niedobrana para. 
-Ja wydałam na świat pół tuzina dzieciaków i nigdy 
 

background image

nie odpoczywałam, kiedy któreś miało się urodzić. Na kolanach 
szorowałam podłogę, aż wody odeszły. Twój najmłodszy brat 
omal się nie urodził w oborze, przy wieczornym obrządku. 
Ledwo zdążyłam wejść do chałupy, a ten był na świecie. 
Następnego ranka już byłam na nogach, bo ktoś musiał nakarmić 
zwierzęta i krowę wydoić. Nigdy się nie kładłam i nie opowia-
dałam, że nie dam rady! 
Liisa mocno zacisnęła powieki, czując napływające do oczu łzy. 
Wiele potrafiła wytrzymać. Nikt nie wiedział, ile musiała w sobie 
zdusić bólu, nie tylko w ciągu tych miesięcy, gdy nosiła w łonie 
dziecko, ale i wcześniej. Nikt nie wiedział, ile musiała 
wycierpieć. Ale teraz była na granicy wytrzymałości. Nie miała 
siły znosić takiej pogardy, i to ze strony własnej matki. 
-Nie trzeba na nią krzyczeć! - Roza stanęła w obronie Liisy. Tym 
samym wkroczyła między matkę i córkę. 
Wcale nie chciała tego robić i w miarę możliwości unikała takich 
sytuacji. Przez cały ostatni tydzień spędzony w Samuelsborg 
pozwalała rządzić matce Liisy. Zdawała sobie sprawę, że choć 
był to jej dom rodzinny, przebywała w nim teraz jako gość. 
Matka Liisy miała więcej lat i większe doświadczenie, nie 
mówiąc już o tym, że między matką i córką istniały więzy 
nieporównanie silniejsze niż między Rozą a Liisą. 
- Trzeba się nią zająć, a nie krzyczeć - rzekła Roza spokojnie, 
krzyżując na piersi ramiona jakby w rozpaczliwym geście obrony 
przed atakiem, którego, jak przypuszczała, należało się 
spodziewać. Skoro matka Liisy własną córkę traktowała tak 
ostro, to 
 
 
 
 

background image

wobec Rozy mogła przecież okazać się o wiele bardziej zjadliwa. 
- Pokrzyczeć też nie zaszkodzi! - stwierdziła matka rodzącej. 
Twarz Eevy nosiła ślady upływu czasu. Roza nie potrafiłaby 
określić jej wieku, ale zapewne Eeva miała co najmniej tyle lat, 
na ile wyglądała. 
- Nikogo tu nie będziemy głaskać po główce. Nasza Liisa nie tak 
była chowana! Trzeba trochę pocierpieć. Tak mówi Pismo 
Święte. 
Dzieci nie rodzą się ot tak, bez bólu. Powinnaś coś o tym 
wiedzieć, przecież sama masz dwoje... 
... wydałam na świat czworo dzieci. Dwoje umarło. Dwoje żyje. 
Sądzę, że Michael żyje. Na pewno. Jest żywy w moich myślach. 
Poczułabym, gdyby go zabrakło. Wierzę w to, gdyż nic innego mi 
nie pozostaje. 
Wątpienie oznaczałoby zdradę. 
Nie mam pojęcia, czy udało im się dotrzeć do Nowej Zelandii. 
Nowa Zelandia - jeszcze jeden świat pełen możliwości, gdzie 
nikogo nie interesuje, kim byli twoi rodzice ani skąd pochodzisz, 
gdzie liczą się jedynie twoje własne umiejętności, praca twoich 
własnych rąk i to, jakim jesteś człowiekiem. 
Mam nadzieję, że odnaleźli dziwne, faliste pagórki, które 
ujrzałam w jednej z tych moich wizji. Adam nigdy nie uwierzył, 
że je widziałam. Adam jest taki, jak matka Liisy - nie przyjmował 
do wiadomości, że może się we mnie kryć coś niepokojącego. 
Sądzę, że nie byłby w stanie tego rozpoznać. Nie potrafi za-
uważyć tego, co w większości osób budzi grozę. Ma szczęście, w 
gruncie rzeczy. 
 

background image

Adam byłby odpowiednim ojcem dla mego syna. Seamus 
zgodziłby się ze mną. Sądzę, że Seamus wybrałby któregoś z 
nich, jednego ze swoich młodszych braci - Joego lub Adama - na 
opiekuna dla naszego syna. Tak mocno był z nimi związany. 
Michael należy do rodziny O'Connor. Codziennie sobie 
powtarzam, że słusznie zrobiłam, zostawiając go tam, aby 
dorastał jako O'Connor, między nimi, wychowany tak, jak 
wychowałby go Seamus, gdyby żył. 
Wierzę, że Adam pomyślnie dowiózł swoich bliskich do miejsca, 
które widziałam - do Waimaku. Wierzę, że takie miejsce istnieje. 
Wierzę, że mój syn ma tam szczęśliwe dzieciństwo, że niczego 
mu nie brakuje. Będzie dorastał, mając Adama za ojca, a Deidre 
za matkę. Tak postanowiłam. 
Taką przyszłość wybrałam. Dla niego. Dla nas obojga. 
Ale tęsknię. Tęsknię za nim aż do bólu i za każdym razem, gdy 
patrzę na małą Lily, moją rozkoszną córeczkę, myślę o jej bracie. 
Chciałabym, aby oboje byli przy mnie. 
To, co wybrałam, nie jest dobre. 
Ale był to mój wybór. 
- Idę po doktora - rzekła Roza stanowczo. - To konieczne! 
- Tylko nie lekarza! - poprosiła Liisa, unosząc się z trudem. W 
końcu stanęła obok łóżka, zaciskając dłonie na oparciu. Na jej 
twarzy pałały plamy czerwieni. Zęby miała zaciśnięte z bólu. 
Wiele wysiłku ją to kosztowało, jednak utrzymała się na nogach. 
Zrobiła kilka niepewnych kroków. Matka zaraz znalazła 
 
 
 
 
 

background image

się przy niej. Podparła ją ramieniem i poprowadziła ku 
przeciwległej ścianie. 
-W naszej rodzinie radzimy sobie bez pomocy doktorów, kiedy 
dzieci przychodzą na świat! - wyjaśniła Eeva. 
Roza słyszała to zdanie już kilka razy w ciągu minionego 
tygodnia. Jednak dlaczego tak postępowano, nie zdołała się 
dowiedzieć. Była to prawda absolutna, której Liisa w żadnym 
wypadku nie zamierzała podważać. Całkowicie zgadzała się ze 
zdaniem matki w tej kwestii. Być może w Krecie panowały 
nieznane Rozie zasady. Od Krety oddzielała ją linia, wytyczona 
przez jej ojca między Samuelsborg a resztą świata. Niewidzialna 
granica... 
-My też radzimy sobie bez lekarza - zauważyła Roza - ale 
gdybym ja była taka ciężka i bliska porodu, a wciąż nic by się nie 
działo, sama złożyłabym ręce i na kolanach błagała, żeby ktoś 
przytomny na umyśle wezwał doktora. 
- Nie wygłupiaj się, Roza! - rzuciła z wysiłkiem Liisa, zawracając 
spod okna. Nie przerywała swego marszu. Spocona, odgarnęła 
kosmyk z okrągłej twarzy, na której pojawił się całkiem szeroki 
uśmiech. Jasnoniebieskie oczy błysnęły przekornie. - Nigdy o nic 
byś nie poprosiła, Rozo Samuelsdatter. A już na pewno nie na 
kolanach. Wiesz o tym równie dobrze jak ja! 
- Chcę dla ciebie najlepiej! 
-A czy ja nie chcę jak najlepiej dla własnej córki? - wtrąciła Eeva 
i dodała coś po fińsku. Jej twarz była zagniewana. 
- Wszystko będzie dobrze! - zapewniła Liisa, z trudem łapiąc 
oddech. Wsparta na ramieniu matki, 
 

background image

obróciła się i kontynuowała swoją wędrówkę od jednej ściany do 
drugiej. 
Roza śmiała w to wątpić. Wyszła do kuchni. Kocioł na wodę stał 
tuż obok pieca. W razie potrzeby trzeba było tylko zawiesić go na 
haku nad ogniem. Wiadra stały napełnione po brzegi. Nożyczki 
leżały na stole. Świeżo wyszorowana miska czekała na ławie, 
obok - miękkie kawałki flaneli. W izbie leżały świeże 
prześcieradła i ściereczki. Liisa miała przy sobie kremowobiały, 
jedwabny sznur z Hailuoto do przewiązania pępowiny. 
Wszystko było od dawna gotowe. 
Gdy Roza siadła na schodach, zjawiła się Lily -niecierpliwy, 
żwawy duszek. W ślad za nią przydrep-tał Matti, synek Mattiasa. 
- Kiedy dzidziuś przyjdzie? - spytała Lily. -Jeszcze nie teraz - 
odparła Roza. 
- A kiedy? 
- Nie wiem - rzekła Roza, spoglądając w stronę wąskiego fiordu. - 
Nigdy nie wiadomo. 
- Czemu? 
- Bo dzidziusie są bardzo tajemnicze i nigdy nie zdradzają, kiedy 
zamierzają się pojawić - wyjaśniła Roza, próbując przywołać na 
twarz uśmiech. 
Nie było to proste. Czuła narastający niepokój. Lęk czaił się tuż 
pod skórą, gotów wydostać się wszystkimi porami, uwidocznić. 
Strach dotyczył tak wielu rzeczy. Wszystkich bliskich jej osób. 
Czuła, że coś zagraża jej rodzinie. Strach wypełniał jej wnętrze - 
obejmował on nie tylko Liisę i dziecko, które nie chciało się 
urodzić. 
Ole był w stanie zniszczyć tak wiele. 
-Ja też byłam taka tajemnicza? - spytała Lily. 
 

background image

Roza musiała się uśmiechnąć. Zwichrzyła córeczce rude włosy, 
których tego dnia nie zdążyła jej zapleść. Lily wyglądała, jakby 
stała w płomieniach. Spojrzenie jej było ciemne, grafitowe, 
poważne. Zupełnie jak spojrzenie Seamusa. Roza zastanawiała 
się, czy Michael też ma takie oczy. Jak bardzo przypomina swego 
ojca. 
... nigdy się tego nie dowie... 
- Byłaś dość tajemnicza - potwierdziła Roza. 
- Nie pamiętam - westchnęła dziewczynka z żalem. 
Lily usadowiła się obok matki, a Matti, naśladując ją, usiadł z 
drugiej strony. 
- Nikt nie pamięta momentu własnych narodzin - zapewniła 
Roza. 
- Nie? 
Lily ściągnęła brwi. Roza zauważyła, że przypomina Siobhan, 
córkę Fiony. Ale Fiona była podobna do swego brata, Seamusa, 
więc nie było w tym nic dziwnego. 
-Ja nie pamiętam! - oświadczył Matti, chcąc wziąć udział w 
rozmowie. Chciał, żeby i jego Roza słuchała. Chciał poczuć na 
włosach jej miękkie dłonie. Chciał, żeby go przytuliła. Był 
chłopcem i tata powiedział, że nie może zachowywać się jak 
baba, ale on chciał otrzymywać te same pieszczoty, co Lily. I oto 
stał się cud. Roza dotknęła także jego włosów! 
Jednak Lily zignorowała słowa chłopca i odwaga trochę go 
opuściła. Roza nie zdawała sobie z tego wszystkiego sprawy. 
Zobaczyła tylko uśmiech upodabniający twarzyczkę Lily do 
gronostajowego pyszczka. Uśmiech Seamusa. Lily żuła w 
zamyśleniu 
 

background image

kosmyk włosów. Roza nie mogła za żadne skarby jej od tego 
odzwyczaić. Widocznie było to wyjątkowo przyjemne. 
- A mnie się zdaje, że pamiętam - oświadczyła Lily stanowczo. 
Zawsze musiała wiedzieć więcej. Matti był starszy, ale 
przynajmniej w ten sposób próbowała mu dorównać. Lily miała 
naturę przywódcy. 
Rozie było trochę żal dziewczynki. Przyjdzie jej z pewnością 
zbierać ciosy tylko dlatego, że ma taki, a nie inny charakter. 
Dziewczynki nie rządzą. Dziewczynki są posłuszne. Roza też 
dostała tę gorzką lekcję. Zastanawiała się, czy jej córka doczeka 
czasów, gdy kobiety dopuści się do władzy. 
- Kłamczucha! - wykrzyknął Matti, tak strasznie głupie wydało 
mu się to, co powiedziała Lily. 
- Wcale nie! 
- A właśnie, że tak! 
-Ja nie kłamię! - broniła się Lily, podpierając się pod boki. Minę 
miała srogą, zawziętą. 
- Roza mówi, że to niemożliwe! 
Szukając pomocy, Matti skierował na Rozę swe ciemne oczy. 
Musiała go poprzeć. Przecież sama stwierdziła, że to niemożliwe, 
aby ktoś pamiętał cokolwiek sprzed własnych narodzin. Nie 
mogła nagle zmienić zdania. Tym razem nie mogła stanąć po 
stronie Lily. To byłoby nieuczciwe. 
- Większość ludzi tego nie pamięta - powiedziała Roza, próbując 
zadowolić obie strony. 
- Ale ja przecież jestem inna niż większość ludzi. Matti 
zachichotał, świadom jednak, że nie ma szans 
wygrać kłótni z Lily. Dołożyłby jej, gdyby tylko nie była 
dziewczyną. Ciekawe, kto miałby rację, gdyby 
 

background image

porządnie dostała w skórę. Ale Lily była dziewczyną, w dodatku 
młodszą od niego. Roza i tata gniewaliby się, gdyby zrobił małej 
Lily coś złego. 
- Czy nie? 
Matti wzruszył ramionami. 
- Czy dzidziuś się nudzi? - spytała Lily. Chłopiec zaśmiał się 
głośno. 
- Nie wiem - odparła Roza zdumiona, nad jakimi kwestiami 
potrafią głowić się dzieci. 
- A ty się nudziłaś? - zapytał Matti. 
-Nie - oznajmiła Lily bez wahania. Siedziała na zbyt wysokim dla 
dziecięcych nóżek stopniu, majtając nogami w powietrzu. 
-Ja nie byłam sama - dodała. 
-Co? 
- Tam ktoś jeszcze był. 
Roza nie wiedziała, czy wierzyć właśnie usłyszanym słowom. 
Wstrzymała oddech. Jej serce przestało na chwilę bić. 
- A kto? - spytał Matti. 
- Ktoś - odparła Lily, nawet nie mrugnąwszy okiem, i dumnie 
uniosła bródkę. 
- Ale kto? - chłopiec nie poddawał się. 
- Mój brat - oznajmiła Lily i pokazała mu język. 
- Przecież ty nie masz brata! 
- A właśnie że mam! 
Lily wstała i z góry spojrzała na Mattiego. Wysunięty podbródek 
i drżenie dolnej wargi świadczyły o ogromnym wzburzeniu 
dziewczynki. Z oczu sypnęły jej się iskry gniewu. 
- Nie masz żadnego brata! Nie masz i tyle! - wykrzyknął Matti, 
ruszając biegiem, nim Lily zdążyła mu odpowiedzieć. 
 

background image

Strapiona, zwróciła się do Rozy, patrząc błagalnie. Oddychała z 
trudem. 
-Mam brata. Powiedz mu, mamo! Powiedz! Powiedz Mattiemu, 
że mam brata! 
Roza nie wiedziała, co robić. Obiecała sobie kiedyś, że nigdy nie 
okłamie własnego dziecka, ale jak inaczej miała zaoszczędzić 
córce cierpienia? Na szczęście Lily rzuciła się w pogoń za 
Mattim, nim Roza zdążyła cokolwiek powiedzieć. 
Roza przełknęła tkwiącą w gardle gulę. 
Skąd Lily wiedziała? 
Przecież nie mogła pamiętać. To zupełnie niemożliwe. Nikt nie 
nosił w sobie wspomnień sprzed własnych narodzin. Nikt. 
Dzieci zawsze coś wymyślają... 
Tworzą sobie przyjaciół z wyobraźni. Ona sama miała takiego 
przyjaciela, przez całe dzieciństwo. 
Na imię miał Mikkal. 
A może Lily po prostu wiedziała? Ponieważ nie była zwyczajna... 
Ta myśl sprawiała Rozie dotkliwy ból. Ale przecież Lily sama 
ubrała to w słowa. Dziewczynka sama stwierdziła, że różni się od 
innych ludzi. 
Czy można wiedzieć takie rzeczy w wieku pięciu lat? 
Roza nie miała pojęcia. 
Czy można pamiętać własne narodziny? Sięgać pamięcią nawet 
jeszcze dalej wstecz? 
Tego też nie wiedziała. Nie śmiała zgłębiać tych spraw. Nie miała 
odwagi pomyśleć, że Lily mogła stanowić kolejne ogniwo. 
Wówczas Lily byłaby przyczyną, dla której ona sama, Roza, 
przyszła na świat. 
 
 
 

background image

Zamknięty krąg. 
- Zaczęło się! - doszedł z domu krzyk matki Liisy. Roza poczuła 
ulgę. Spojrzała na goniące pod górkę 
dzieci, już pogodzone. Były na tyle duże, że nie musiała ich 
pilnować. Jeśli zaś Lily rzeczywiście należała do wybranych, 
Mikkal z pewnością otoczy ją opieką. 
Z izby dochodziły bezsilne jęki Liisy. 
Roza zawiesiła kocioł na haku, po czym wlała do niego prawie 
dwa wiadra wody. Rozpaliła w piecu, a ponieważ było gorąco, 
drzwi zostawiła otwarte na oścież. Umywszy ręce, poszła do 
izby, w której leżała rodząca. 
- Ciąża jest mocno przenoszona - ponuro zabrzmiał głos Eevy. 
Roza zrozumiała. Szybko się to nie skończy. 
 
 
Rozdział 2 
- A teraz musisz użyć wszystkich sił, Liisa! - Eeva próbowała 
zmusić córkę do wysiłku. - Inaczej będę miała poważne obawy co 
do tego, czy Hans pojawi się na świecie. 
- Hans? - jęknęła Liisa w przerwie między jednym skurczem a 
drugim. 
Bóle trwały już cztery godziny i wyglądało na to, że nie 
zamierzają ustąpić. I Roza, i Eeva czuły niepokój. Graniczyło z 
cudem, że Liisa miała jeszcze siłę walczyć. Obie widziały, ile ją 
to kosztowało. 
 

background image

Roza przypuszczała, że może lepiej byłoby dodać Liisie otuchy, 
zamiast ją drażnić, ale starała się nie wtrącać. 
- Sobótka - rzuciła matka Liisy. Zdawała się nie dostrzegać 
reakcji córki. - Powinien dostać na imię Hans albo Johannes. Nic 
innego nie pasuje. 
-To... nie jest... chłopiec - wystękała Liisa. Była zlana potem. 
Boleści nie ustępowały. 
- Johanna też ładnie - przyznała Eeva. 
- Stella! - wycedziła z trudem Liisa - Stella! To... Stella! 
- A cóż to za imię? - skrytykowała kobieta z nie-udawanym 
oburzeniem. Takich imion w ich rodzinie nie znali. Ani w 
rodzinie Sakariasa. Nie spodoba mu się Stella, tego Eeva była 
pewna. - Tak to można nazwać konia! Albo psa! Ale nie 
dzieciaka. 
- Stella! - wysyczała Liisa. - Albo... albo... Okv... Liisa znów 
zaczęła przeć. Nagle rozległ się krzyk. 
Krzyk z rodzaju tych, które boleśnie wwiercają się w mózg, który 
ogłusza, trwa niezmiernie długo, wibrując w powietrzu, zanim 
wreszcie ucichnie. 
Liisa wbiła paznokcie w zagłówek, wciąż wyjąc z bólu, choć 
skurcze się skończyły. Roza wilgotną szmatką starła pot z czoła 
bratowej. W nogach łóżka siedziała matka rodzącej, coraz, 
bardziej przygaszona. Poród przebiegał stanowczo nie tak, jak 
powinien, ale ze swojego miejsca Roza nie widziała, o co chodzi. 
Nie chciała też pytać, aby nie niepokoić Liisy. I nie usłyszeć 
napełniającej lękiem odpowiedzi. 
-Zostań przy mnie! - wyszeptała dziewczyna, chwytając ramię 
Rozy. 
Jej uścisk był mocny, sprawiał ból, ale Roza nie dała niczego po 
sobie poznać. Nie chciała zawieść 
 

background image

bratowej. Wdrapała się na posłanie, siadła obok rodzącej, objęła 
ją, unosząc nieco, i podparła od tyłu własnym ciałem. Czekała na 
upomnienie ze strony Eevy, ale kobieta nic nie powiedziała. 
Zdawała się w ogóle nie widzieć Rozy. 
- Przyj! - zwróciła się do córki. 
Zagryzając wargi do krwi, Liisa spróbowała wykonać polecenie. 
Kurczowo zaciskając ręce na ramionach Rozy, parła ze 
wszystkich sił. Po kolejnych dwóch godzinach była już zupełnie 
wyczerpana. Roza musiała zimną wodą skropić jej policzki, aby 
dziewczyna nie straciła przytomności. 
- Przyj! - znów upomniała Eeva. Roza zawtórowała jej - całkiem 
bezwiednie i mechanicznie. Powtarzała za matką Liisy tę prośbę 
już od kilku godzin. 
Gdzieś w głębi świadomości tkwiła myśl, że powinna zająć się 
oborą i zaopiekować dziećmi. Już kilka razy musiała je wyganiać 
z pokoju. Krzyknęła tylko za nimi, że na stole w kuchni leży 
chleb i masło. Nie chciała zostawiać dzieci bez opieki, ale troska 
o nie musiała zejść na dalszy plan wobec tego, co teraz było 
najważniejsze. 
-Przyj! - powtórzyły kobiety chórem. 
Roza usłyszała krzyk. Sądziła, że to znów krzyczy Liisa. Bratowa 
spoczywała jednak zupełnie bezwładnie w jej ramionach, 
półotwarte usta były blade, drżące. 
Matka Liisy właśnie brała na ręce czerwonawy tłu-moczek. 
Zaśmiała się krótko, radośnie. Roza niewiele widziała - pot 
spływał z jej czoła, szczypał w oczy, oślepiał, wydało jej się 
jednak, że matka Liisy płacze. Płakała, tuląc do siebie nowo 
narodzone dziecko. 
 

background image

- Dziewczynka - oznajmiła Eeva stłumionym głosem i ostrożnie 
ułożyła małą w nogach łoża. - Teraz będzie mi potrzebna woda - 
dodała. 
Roza delikatnie oswobodziła się z uścisku Liisy. Przesunęła ręką 
po włosach bratowej, odgarniając kosmyki z mokrego czoła, 
położyła swe chłodne dłonie na jej policzkach. Ledwie 
dostrzegalny uśmiech przemknął po twarzy Liisy. 
- Masz już swoją Stellę. Urodziłaś dziewczynkę -wyszeptała 
Roza w policzek bratowej. 
- Stella - westchnęła Liisa. 
- Woda! - upomniała się świeżo upieczona babka. Zabrzmiało to 
tak władczo, że Rozie nie pozostało nic innego, jak posłuchać. 
Wychodząc do kuchni, omal nie przewróciła się 
stojące przy wejściu dzieci. Drzwi do pokoju były przez cały 
czas uchylone. Z pobladłych twarzy Lily 
1 Mattiego Roza wywnioskowała, że dzieci już od dłuższego 
czasu śledzą przebieg wydarzeń. Nie było to po jej myśli, ale co 
się stało, to się nie odstanie. Roza stwierdziła, że w tej sytuacji 
lepiej od razu wszystko im wyjaśnić. Przecież wcześniej czy 
później Lily i Matti i tak mieli poznać tajemnice życia, wziąć w 
nich udział, a to, co zobaczyli, było właśnie jedną z nich - częścią 
naturalnego biegu rzeczy. 
-Dziecko się urodziło - powiedziała, starając się zachować jak 
najbardziej naturalny ton. - To mała dziewczynka. Ma na imię 
Stella - ciągnęła. 
Lily i Matti podreptali za Rozą do kuchni. Miniaturowa procesja 
u brzegu jej spódnicy. 
- Czy ja też urodziłam się w ten sposób? - chciała wiedzieć Lily. 
-Wszyscy tak się rodzą - odparła Roza, mieszając 
 
 

background image

w misce gorącą i zimną wodę. Sprawdziła temperaturę łokciem. 
- Wszyscy? - spytał Matti z powątpiewaniem i skrzywił się. 
Policzki wciąż miał blade. 
- To jedyny sposób - potwierdziła Roza. - A teraz będę mieć pełne 
ręce roboty. Trzeba umyć małą Stellę, żeby Liisa mogła obejrzeć 
swoją córeczkę. 
- Czy Liisę bardzo boli? - spytała ostrożnie Lily. Duże, szare oczy 
patrzyły pytająco, usta rysowały się cienką kreseczką w pełnej 
zaciekawienia twarzy. 
-Trochę - odrzekła Roza, nie chcąc za bardzo skłamać. - 
Najgorsze ma już za sobą. -Ją też umyjesz? - drążyła Lily. Roza 
skinęła twierdząco głową. 
- Z Liisy wylało się tyle krwi - Lily zadrżała. - Czy ona umrze? 
-Ależ, nie! - prędko i zdecydowanie zaprzeczyła Roza, chwytając 
miskę. - Nie umrze. A wy macie tu zostać i nie zbliżać się do 
drzwi. Zrozumiano? 
- Chcemy zobaczyć dzidziusia! 
- Później - obiecała Roza. 
Nie chciała przeganiać dzieci, ale nie miała wyjścia. Tyle było 
roboty, a one stały jej na drodze, plątały się pod nogami. 
Wyminęła maluchy, mając nadzieję, że później znajdzie wolną 
chwilę, aby wszystko im wyjaśnić. Jednocześnie zastanawiała 
się, czy Ole zamierza zjawić się tego dnia w domu. Miał przecież 
łódź, a z Bossekop do Kafjorden było przecież blisko. 
Nic nie mówiąc, Eeva umyła dziewczynkę. Dziecko płakało 
nieustannie - płakało już w chwili przyjścia na świat, płakało 
nawet, kiedy umieściły je u boku matki. 
 

background image

- Zobacz, jaka ona śliczna - zwróciła się Roza do Liisy, próbując 
ułożyć dziecko w jej ramionach. 
Liisa słabo skinęła głową. Uśmiechała się - cała jej twarz 
promieniała jak słońce. Jednak z oczu płynęły łzy, policzki były 
całe mokre. 
-Weź ją na ręce - upomniała matka Liisy. Przemawiało przez nią 
długoletnie doświadczenie. - Musisz ją nakarmić! 
Eeva zaczęła rozpinać Liisie nocną koszulę. Koszula była 
przemoczona i zdaniem Rozy najlepiej byłoby ją jak najszybciej 
zmienić na coś suchego. Ale Eeva bez wahania przyłożyła Liisie 
dziewczynkę do piersi, nakierowując małe usteczka na 
ciemniejącą brodawkę. 
Dziecko zaczęło ssać, przymknąwszy oczy. Wreszcie po wielu 
godzinach w Samuelsborg zapadła cisza. 
W końcu mała zasnęła w ramionach Liisy. Roza chciała przenieść 
Stellę do kołyski, ale Eeva powstrzymała ją. 
- Niech leży! - rzekła bez dalszych wyjaśnień. -Wyjdź teraz i 
zajmij się dziećmi, Roza! - poprosiła, zmuszając zmęczoną twarz 
do uśmiechu. - Z resztą dam sobie radę. Należą ci się wielkie 
dzięki za to, że byłaś tutaj, gdy przyszło najgorsze. Ode mnie - i 
od Liisy. 
Roza przyjęła podziękowanie z bladym uśmiechem. Gdy już była 
przy drzwiach, dobiegły ją wypowiedziane suchym tonem słowa: 
-Ale że jesteś jakąś czarownicą, tego mi nikt nie wmówi! 
Być może Roza przeczuwała, jak się sprawy potoczą, bo nie 
zdziwiła się, ujrzawszy, że drzwi do izby otwierają się i staje w 
nich Eeva, trzymając w ramionach uśpione dziecko. 
Dziewczynka nie obudziła się, gdy Eeva położyła ją Rozie na 
kolanach. 
- Sama poradzę sobie z kołyską - stwierdziła matka Liisy. 

background image

Przeciągnęła ją z izby do kuchni, aż do zacisznego kąta między 
stołem a piecem, gdzie nigdy, nawet w najsroższe zimy, nie 
docierał zimny przeciąg od drzwi wejściowych. Prostując się, 
odgarnęła z twarzy siwiejące kosmyki. 
Roza stwierdziła, że Liisa była podobna do matki. Nigdy 
wcześniej nie przyszło jej to na myśl. Nigdy dostatecznie długo 
nie przyglądała się nikomu z rodziny Liisy. Cóż ją oni mogli 
obchodzić. 
- Odeszła - powiedziała matka Liisy. 
Roza spuściła głowę i popatrzyła na małą. Włosy dziecka były 
ciemne i gęste, ale to o niczym nie świadczyło. Jak Roza 
pamiętała, wszyscy jej bracia mieli ciemne włosy po urodzeniu. 
Tylko główki jej dzieci w chwili narodzin pokrywał puch o 
rudawym połysku. Jedynie mały w Irlandii miał inne włosy. Roza 
rzadko pozwalała sobie o nim myśleć. Niekiedy niemal udawało 
jej się sobie wmówić, że to właściwie nie było jej dziecko. Może 
pewnego dnia w to uwierzy. 
- Straciła tyle krwi - mówiła matka Liisy. - Tak długo to trwało. 
Dziecko było takie duże, całkiem odebrało jej siły. Tak długo to 
trwało... 
Jej głos brzmiał bezbarwnie, żałobnie. Chciała zniknąć, schronić 
się w cieniu - lecz tak niewiele go było w tę najkrótszą w roku 
noc. 
- Zajęłam się nią - dodała cicho. Jej twarz była bez wyrazu, 
nieruchoma. Wyglądała jak rzeźba ze śniegu albo z gipsu - dzieło 
niezbyt uzdolnionego artysty. 
 

background image

Rozie przyszły na myśl kolumny uformowane na kształt ludzkich 
postaci, jakie często widywała, gdy mieszkała w Georgii. 
- Posprzątam w izbie - powiedziała jeszcze Eeva. 
- A potem pójdę po jej ojca. Musi ją zobaczyć. Sa-karias tak ją 
kocha. Jest - była - jego ulubienicą. Byli tak do siebie podobni z 
usposobienia. Zewnętrznie chyba też. Dużo po nim wzięła. Wiele 
cech. Sakarias musi zobaczyć swoją córeczkę. 
Matka Liisy spoglądała przed siebie - w pustkę. 
- Stella - wymówiła imię maleństwa. Pokręciła głową. Jej twarz 
przybrała nieco łagodniejszy wyraz. 
- Stella! - westchnęła, jakby smakując brzmienie imienia. - Skąd 
tej dziewczynie przyszło coś takiego do głowy? Stella! Nigdy nie 
było żadnej Stelli u nas w rodzinie. 
-Ale teraz jest - zauważyła Roza, wstając ostrożnie, tak aby nie 
zbudzić swej małej bratanicy. Cicho podeszła do kołyski i ułożyła 
małą. Rodzinna kołyska. Samuel wystrugał ją, kiedy Roza miała 
przyjść na świat. A teraz Stella będzie kołysać w niej swoje sny. 
- Musimy znaleźć mamkę - stwierdziła Roza półgłosem. 
- Myślałam już o tym. Nikogo nie ma. Trzeba będzie karmić małą 
z butelki, kleikiem. 
Kobiety stały nad kołyską, patrząc na śpiące dziecko. Mimo że 
mała wyglądała silnie i zdrowo, nie stanowiło to dostatecznej 
gwarancji, że przeżyje. Szanse miała nikłe. Właściwie gorzej być 
nie mogło. 
- Przynajmniej raz zdążyła się najeść - rzekła cicho Eeva. 
Roza zrozumiała nagle, dlaczego Eeva od razu położyła dziecko 
przy piersi Liisy, dlaczego tak bardzo 
 
 
 

background image

jej zależało, żeby natychmiast dostało jeść. Eeva zdawała sobie 
sprawę, jaki był stan jej córki. Wiedziała - i dzięki niej Liisa 
zdążyła jeszcze zaznać radości macierzyństwa, wziąć swe 
dziecko w ramiona. Zaś mała przynajmniej ten jeden raz najadła 
się do syta. Łzy napłynęły Rozie do oczu, ale nie chciała rozkle-
jać się przy matce Liisy. Eeva poniosła przecież znacznie większą 
stratę, a potrafiła znieść to z takim spokojem. 
- Naprawdę nie ma szans na znalezienie kogoś? -zastanawiała się 
Roza. 
- Nie na stałe - odparła matka Liisy. 
- To niemożliwe, żeby w całej Kopalni i okolicy nie było jakiejś 
karmiącej! 
Matka Liisy tylko westchnęła. 
- Nie będę chodzić i żebrać - usłyszała w końcu Roza. 
-W takim razie ja pójdę! - postanowiła, a jej błękitne oczy 
jaśniały mocniej niż niebo. - Jestem pewna, że nie odmówią 
żadnej mojej prośbie! 
- Nie zamierzam nikogo straszyć, żeby zdobyć jedzenie dla 
wnuczki! - Matka Liisy odetchnęła. Zdusiła w sobie dumę i 
rzekła: - Wiem, że jedna kobieta właśnie karmi. Wyślę do niej 
dzieci. Może zgodzi się dzielić mlekiem przez następny tydzień. 
Ale potem musimy znaleźć inne rozwiązanie. Trzeba przyzwy-
czaić małą do kleiku. Nie ma innego wyjścia, to musi wystarczyć. 
Roza skinęła potakująco głową. 
- Posprzątam w izbie - oświadczyła. Matka Liisy nie protestowała 
- musiała szybko dotrzeć do domu i wysłać dzieci na wieś, aby 
znalazły pokarm dla noworodka. 
 

background image

Ojciec Liisy, Sakarias, głośno wyraził swoje oburzenie, gdy 
przekroczywszy próg Samuelsborg, stwierdził, że Olego nie ma 
w domu. Noc była jeszcze młoda, ale Roza wolała tego nie 
mówić. Ona też czuła złość do brata. Sakarias udał się do izby, w 
której leżała Liisa, aby na zawsze pożegnać się z córką. Wyszedł 
stamtąd znacznie spokojniejszy. Przycichł. Oczy miał wilgotne, 
ale z całych sił starał się to ukryć. Roza udawała, że niczego nie 
zauważyła. 
- A więc to po niej zostało? - Sakarias zajrzał do kołyski. 
- Stella - poinformowała Roza. - Tak życzyła sobie Liisa. 
Dziewczynka miała nazywać się Stella, a chłopiec 01av. No i jest 
Stella. 
- A tamtego dokąd poniosło? - spytał Sakarias ze złością, mając 
na myśli swego zięcia. Nie musiał wyjaśniać, o kogo mu chodzi. 
- Pomaga Mattiasowi. Mieli zastawiać sieci. -Dawno temu 
skończyli. Widzę, że wziął łódź, 
nie konia. Nie wiem, co mu przeszkadza w powrocie do domu. 
Ma dobry wiatr ze wschodu. 
- A więc coś go musiało zatrzymać. 
- Wóda albo baby - stwierdził Sakarias. Jego słowa zabrzmiały 
jak przepowiednia czarnowidza, ale wiedział, że to, co mówi, jest 
prawdą. Odsunął się od kołyski, w której leżała jego wnuczka, 
jakby nie chcąc skalać dziecka gadaniem o rzeczach, które 
uważał za nieprzyzwoite. 
- Nie musisz go bronić. Wiemy, ile jest wart. Wcześniej cicho 
siedzieliśmy, bo nasza Liisa taka była nim zauroczona. 
- Nie miałam zamiaru go bronić - odparła cicho Roza. - Ja też 
wiem, jaki jest. 
 
 

background image

-Ale teraz Liisy już nie ma. Nie musimy dłużej milczeć! - 
stwierdził ostro ojciec Liisy. - Już jej nie zaszkodzi, że powiem, 
co tak naprawdę myślę o człowieku, którego wzięła sobie za 
męża. 
- To mój brat - rzekła Roza. - Niezależnie od tego, co powiesz. 
-1 będziesz go mimo wszystko bronić? 
- Będę go mimo wszystko kochać. Ojciec Liisy skrzywił się. 
- Zabieramy Stellę - oświadczył. - Liisy zabrakło, a dziecko 
powinno dostać jak najlepszą opiekę. Ochrzcimy małą. I zostanie 
z nami. Jesteśmy jej najbliżsi. U nas jest jej dom. Taki dom, 
jakiego życzyłaby sobie Liisa dla swojej córki. 
Roza podeszła i stanęła między kołyską a ojcem Liisy. Rozumiała 
punkt widzenia Sakariasa. Rozumiała, czego pragnął, ale nie 
sądziła, że tego samego pragnęłaby Liisa. Słowa jej rodziców 
płynęły prosto z serca, ale nie miały nic wspólnego z wolą Liisy. 
Ta Liisa, którą znała Roza, życzyłaby sobie, aby dziecko 
wychował Ole. Bez względu na wszystko. Liisa znała jego słabe 
strony, ale i tak go kochała. 
Ślepo. 
Chciałaby, aby Stella została u niego, gdyż była darem, wyrazem 
miłości Liisy do męża. 
- Nie! - sprzeciwiła się Roza stanowczo. 
- Nie? - powtórzył Sakarias, kompletnie zaskoczony. 
- Przecież słyszysz: nie! 
- W tej kołysce leży moja wnuczka! Córka mojej córki. Mówię ci, 
że ją zabieramy do domu. Nie możesz mi zabronić! 
- Spróbuję - odparła Roza z największym spokojem, 
 

background image

na jaki była w stanie się zdobyć. Starała się ukryć swój strach, 
lodowaty chłód, który ogarnął jej wnętrze. - To dziecko to także 
córka mojego brata. Sądzę, że też mam w jej sprawie coś do 
powiedzenia. Nie możesz sam decydować pod nieobecność 
Olego. To on jest ojcem. Ma większe prawa do dziecka niż ty. 
Liisa była jego żoną. Stella jest jego córką. 
- A gdzie on jest? - spytał ponownie ojciec Liisy, unosząc głos. - 
Gdzie się podziewa ten twój brat, gdy jego żona umiera przy 
porodzie? Gdzie on jest, gdy rodzi się jego córka i zostaje bez 
matki zaraz po przyjściu na świat? Gdzie ten troskliwy tatuś 
małej Stelli? Gdzie mogę znaleźć Olego Samuelsena, żeby go 
powiadomić, że zamierzam wychowywać jego dziecko? 
Odpowiedz, jeśli potrafisz, Rozo Samuelsdatter! 
- Nie wiem - przyznała Roza. - Ale to ja go zastępuję pod jego 
nieobecność. I zabraniam ci zabierać stąd dziecko! 
- Niby w jaki sposób zamierzasz mi w tym przeszkodzić? - 
zapytał, mierząc Rozę wzrokiem. 
Roza nie mogła zaimponować ani siłą fizyczną, ani posturą. Była 
drobna i wiotka jak trzcina. Talię miała tak wąską, że Sakarias 
pomyślał, iż bez trudu zdołałby objąć ją jedną ręką. 
- Mógłbym cię zdmuchnąć jak piórko, dziewczyno - powiedział z 
westchnieniem. Zrobiło mu się jej prawie żal. Przecież to nie jej 
wina, że jej brat jest taki - beztroski, niestały, nieodpowiedzialny. 
- Nie jestem dzieckiem - odrzekła ostro. -1 nie lubię, kiedy ktoś 
mnie tak traktuje. Po chwili milczenia dodała: - Mogłabym rzucić 
na ciebie urok. Miałbyś odwagę zaryzykować? 
 
 
 
 

background image

Nie zdążył odpowiedzieć, gdyż mały człowieczek - temat ich 
dyskusji - zaczął właśnie krzyczeć. Roza błyskawicznie znalazła 
się przy kołysce i wzięła małą na ręce. Przytuliła ją do siebie z 
taką samą siłą, z jaką tuliła własne dzieci. Wszystkie, prócz 
chłopca urodzonego w Irlandii - którego tak szybko jej odebrano. 
- Nie mam dla ciebie nic do jedzenia - wyszeptała z rezygnacją i 
smutkiem w policzek dziecka. Twarz dziewczynki szybko 
spurpurowiała od krzyku. Nie brakło jej siły w płucach. Skóra 
małej wciąż była nieco pomarszczona, ale Roza wiedziała, że to 
wkrótce minie. Nie raz to widziała. 
- Niedługo wróci babcia z jedzeniem - tłumaczyła 
rozkrzyczanemu dziecku. - Niedługo się najesz. 
- Do licha ciężkiego, gdzie się podziewa ta baba? - wrzasnął 
ojciec Liisy w bezsilnym gniewie i wybiegł na podwórze. Nie 
miał ochoty słuchać krzyków własnej wnuczki, wiedząc, że nie 
jest w stanie jej pomóc. 
Nim Eeva, matka Liisy, wróciła, Roza zdążyła przewinąć małą i 
ułożyć ją w kołysce. Stella krzyczała tak długo, że w końcu ze 
zmęczenia usnęła. Roza czuła ból, patrząc na śpiące dziecko. 
Delikatnie wprawiała kołyskę w ruch. Mimo głodu mała nie 
obudziła się - chyba uspokajało ją jednostajne kołysanie. 
- Sakarias tylko tak gada - to było pierwsze, co powiedziała 
matka Liisy po wejściu do domu. 
Roza czuła, że ramiona całkiem zesztywniały jej z bólu. W 
skroniach pulsowało, oczy były suche, swędziały. Głowa 
rozbolała na dobre. Ale przecież nie mogła się teraz położyć. 
 

background image

W myślach próbowała dotrzeć do brata, ale nie była pewna, czy 
nadal istniały między nimi stare więzy. Dawniej wystarczało 
zaledwie musnąć go myślą, aby od razu wiedział, że jest jej 
potrzebny. Dawniej wiedziałby, że musi przybyć jej na pomoc. 
Być może więzy te zostały zerwane na Hailuoto. Być może 
zniszczyła coś ważnego między nimi, odmawiając mu tego, 
czego tak gorąco pragnął. 
... czy Liisa żyłaby teraz, gdybym posłuchała wtedy Olego? 
Gdybym ustąpiła wtedy jego prośbom, czy stałby się 
przyzwoitym człowiekiem, godnym Liisy mężem? Czy byłby 
przy niej, gdy rodziła? Czy byłby tutaj, aby sprowadzić 
porządnego lekarza czy położną? Czy Liisa żyłaby teraz, 
trzymała w ramionach swoje dziecko, gdybym na Hailuoto 
podjęła inną decyzję? 
Ole - dlaczego mnie nie słyszysz? Dlaczego nie słyszysz moich 
myśli? Dlaczego nie słyszysz, kiedy cię wołam? 
- Znaleźliśmy sześć kobiet. Są gotowe podjąć się karmienia na 
zmianę - wysapała zmęczona Eeva. 
Przyniosła ze sobą kubek białego płynu. Nie było tego dużo. Ale 
tyle musiało wystarczyć, aby utrzymać przy życiu dziecko Liisy. 
Roza wszystko już miała przyszykowane. Zdążyła wygotować 
kilka butelek. Wcześniej trzymano w nich znacznie mocniejsze 
napoje niż mleko. W szafce znalazła czyste obrusy i bez 
zastanowienia podarła je na długie pasy. Liisa już ich nie 
potrzebowała, a Ole nawet nie zauważy ich braku. 
Teraz nalała cennego mleka do jednej z butelek. 
 
 
 
 

background image

Niedużo tego było. Mniej niż ćwierć butelki, ale musiało starczyć 
na jeden posiłek. Dziecko zaspokoi najgorszy głód. 
Roza włożyła butelkę do garnka z wodą stojącego na krawędzi 
pieca. Po niedługim czasie mleko było odpowiednio ciepłe. 
Wokół szyjki zawiązała pasek tkaniny. Postawiwszy butelkę na 
stole, aby mleko trochę ostygło, wyjęła dziecko z kołyski. 
Leciutko pogładziła jedwabiste policzki. 
Dziewczynka otworzyła oczy, granatowe jak niebo w noc 
polarną. Roza wiedziała, że to też ulegnie zmianie. Ostrożnie 
przyłożyła butelkę do małych, czerwonych usteczek. 
W pierwszej chwili dziecko przestraszyło się. Zaczęło krzyczeć i 
odpychać butelkę. Potem jednak dziewczynka uspokoiła się. 
Znała już uścisk tych ramion. Przyzwyczaiła się już do bliskości 
Rozy. Rozpoznawała jej zapach. 
Stella opuściła wojowniczo wyciągnięte ramionka i, tuląc się do 
Rozy, wzięła do buzi dziwny szmaciany smoczek. Kilka razy 
mlasnęła, zdziwiona, po czym zaakceptowała go. Zaczęła ssać z 
zadowoleniem. Na okrągłych policzkach pojawił się rumieniec, a 
jasne powieki ułożyły się nad nimi na kształt małych 
wachlarzyków. 
- Dzięki Ci, dobry Boże! - westchnęła Eeva. 
Roza nic nie powiedziała. Czuła ulgę. Czuła, że serce chyba jej 
pęknie, po brzegi przepełnione ciepłem i miłością. 
- Nasze rozkoszne maleństwo, nasza kruszynka! -rozczuliła się 
Eeva. - Na tydzień mamy dla ciebie pokarm! - Mówiła cicho, w 
obawie, że zaniepokoi małą. Nie chciała przeszkadzać Stelli, 
niech zaspokoi głód. 
 

background image

- Codziennie będę wysyłać dzieci po mleko do którejś z tych 
sześciu kobiet. Tak będzie najlepiej. W każdym razie przez 
tydzień mamy jak ją wyżywić. A potem to już chyba najwyższy 
Jumala będzie musiał się o nią zatroszczyć. 
Siedziały w ciszy. Słychać było tylko głos trzaskającego w piecu 
ognia. 
-Czeka cię długie życie - wyszeptała Roza do dziecka. 
Powiedziała to tak cicho, że matka Liisy jej nie usłyszała; nawet 
nie zauważyła ruchu ust. Ale dziecko usłyszało. Stella zamrugała 
lekko oczami, nie przestała jednak ssać. Małe rączki obejmowały 
butelkę. Mocno je zacisnęła i wyglądało na to, że wcale nie ma 
ochoty puścić. 
- Będziesz żyć na pewno dłużej niż tydzień, mała Stello! Już ja się 
o to zatroszczę! 
Dziecko nie przestawało pić, póki nie opróżniło butelki do końca. 
Roza uniosła dziewczynkę i oparła sobie na ramieniu, aby małej 
się odbiło. Zaraz potem Stella zasnęła. 
- To kochane dziecko - stwierdziła Eeva. - Szkoda, że tak się to 
wszystko ułożyło... 
- Nie wydawaj na nią wyroku - rzekła Roza, kładąc małą do 
kołyski. - Ona się nie podda! Ma w sobie wolę walki... 
- Też mi coś! To przecież tylko maleńkie dziecko! -To maleńki 
wojownik! - uparła się Roza. - Ze 
względu na pamięć o Liisie musimy wierzyć, że Stella będzie 
żyć! 
- Może i tak - zgodziła się Eeva. Wątpliwości jednak jej nie 
opuściły. 
 
 
 

background image

Gdzie ty się podziewasz, Ole? Jesteś mi potrzebny! Jesteś 
potrzebny swojej córce! 
 
 
Rozdział 3 
Zdawało mu się, że słyszy głos Rozy. Wzywa go. Przechodzi w 
krzyk, którego nie można zignorować. Ole niespokojnie poruszył 
się we śnie. Wyciągnął ramię, pomacał dookoła. Nikogo tam nie 
było - jedyne, co poczuł, to dotyk suchego siana, cienką warstwą 
pokrywającego deski podłogi. 
- Gdzie ty, do cholery, jesteś? - wymamrotał. Z trudem udało mu 
się unieść na posłaniu do pozycji półsiedzącej. 
Niezupełnie się obudził, oczy miał całkiem nieprzytomne, jednak 
nie mógłby już ponownie zasnąć. 
Był sam. 
Okropny ból rozsadzał mu czaszkę, zupełnie jakby ktoś mu ją 
rozłupał siekierą na dwoje. Sporo wypił. Nie pamiętał, ile, ale 
musiało być tego dużo. W ustach czuł suchość i ohydny posmak. 
Język przykleił się do podniebienia. Alkohol zawsze mu 
smakował. Gorsze wrażenia pozostawały po nim na następny 
dzień. Wtedy jednak było już, o wiele za późno, aby jakoś temu 
zaradzić. 
Pamiętał, że nie kładł się spać sam. 
Jak ona, do licha, miała na imię? 
Ole nie mógł sobie przypomnieć. 
 

background image

Nie był też całkiem pewien, jak wyglądała, ale było lato, a latem 
dziewczyny zawsze ładniały. 
Była bardzo młoda. Na pewno, bo wydawało mu się, że pamięta 
jej chichot, od którego dostawał gęsiej skórki. Wszystkie jego 
nerwy stawały na baczność jak wodorosty w głębi wzburzonego 
morza. Tak chichotały tylko młode dziewczyny. I właśnie za ten 
chichot odpowiednio się z nią rozprawił. 
Kim była? 
Za cholerę nie pamiętał. 
Zresztą pewnie nie było to takie istotne. Obudziła się na długo 
przed nim i sobie poszła. Szukać jej nie będzie. Co niby mieliby 
robić? Prowadzić rozmówki towarzyskie? Nie po to się za nią 
zabierał. Ole nie był nawet pewien, gdzie ją dorwał. 
Byli w Bossekop. Tam zaczęli - a potem to już pociągali ostro 
przez całą drogę wzdłuż rzeki. W końcu mieli powód. To była 
noc świętojańska - najjaśniejsza i najkrótsza noc w roku. 
Mężczyźni lubili sobie poświętować, gdy już uporali się z 
zastawianiem sieci. Teraz zacznie się sezon połowów dla tych, 
którzy byli w spółce, tych szczęściarzy, którzy posiadali ziemie 
graniczące z rzeką. Ole do nich nie należał, ale nie miał nic 
przeciwko dobrej zabawie. 
A teraz leżał tutaj. 
Przynajmniej wiedział, gdzie jest. 
W stodole Mattiasa i Rozy. 
Jego szwagier był tak diabelnie porządny, że nie tolerował 
obecności rozwiązłych kobiet w swoim domu, chociaż Roza była 
przecież w Samuelsborg i nigdy by się o niczym nie dowiedziała. 
Mattias okazał się nieubłagany - tyle akurat Ole zapamiętał. 
 

background image

Tak więc zmuszony był zadowolić się tą odrobiną siana. 
Wyciągnął się. Poczuł ostry ból. Zdarzało mu się już sypiać na 
wygodniejszych posłaniach. 
Ale niezła była ta dziewczyna, której imienia nie pamiętał. Nie na 
darmo obtarł kolana o podłogę. A więc taka bardzo młoda nie 
mogła być. Ole czuł w sobie echo zbyt wielkiej rozkoszy, 
dziewczyna nie mogła być całkiem niewinna. 
Poza tym nie zadawał się już z niewiniątkami. Tak sobie obiecał. 
Nie starał się uchodzić za lepszego, niż był w rzeczywistości, lecz 
nie chciał krzywdzić młodych dziewcząt, na tyle jeszcze 
naiwnych, że wierzyły każdemu słowu padającemu z męskich 
ust. O ile nie był zbyt pijany, nawet nie spoglądał na takie, co 
wciąż tylko się rumienią i skromnie spuszczają wzrok. Szukał 
takich, które już zaznały rozkoszy. 
Łeb mu pękał. 
Do diabła z Mattiasem! Że też nie pozwolił im spać w domu! 
Dziewczyna nie wymknęłaby się tak wcześnie, gdyby mogła 
poleżeć na porządnym posłaniu. 
Dlaczego słyszał w głowie głos Rozy? 
Nie miał pojęcia, co do niego mówi, ale był pewien, że to głos 
siostry dźwięczy mu w głowie, czyniąc ból jeszcze dotkliwszym. 
Do diabła z Rozą! 
Wstał chwiejnie i wyszedł na zewnątrz - prosto w światło 
poranka. Pogoda była równie piękna, jak poprzedniego dnia. W 
taki poranek próżno by szukać powodów do narzekania - o ile nie 
trzeba było harować w kopalni, siedzieć tam w czarnych jak noc 
ciemnościach. 
Dziś nie musiał tego robić. 
Mógł uśmiechać się do słońca, witać je radośnie. 
 

background image

Był wolny, przynajmniej przez chwilę. A może dałoby się ją 
wydłużyć? Liisie mógłby wmówić, że mieli całe mnóstwo pracy. 
Nie dowie się przecież, że to nieprawda. A zresztą, gdyby nawet, 
i tak nic nie powie. Jasne, utkwi w nim wzrok, jak zwykle 
płonący niemym wyrzutem. Ale do tego zdążył się już przy-
zwyczaić. 
Mógłby zostać tu jeszcze jeden dzień. 
Do licha - nie miał ochoty wracać do domu, jeśli ona nadal łazi z 
wydętym brzuchem, wydaje z siebie te swoje żałosne 
pojękiwania. Znowu będzie wlepiać w niego wielkie, 
oskarżycielskie oczy, aż na myśl przyjdą mu małe bezbronne 
psiaki i zacznie czuć dla niej litość! 
Lepiej zostać tutaj. 
Lepiej zacząć dzień od kielicha. A na wieczór znaleźć może 
następną babę. Może przy pomocy odpowiednich argumentów 
uda mu się przekonać Mattia-sa, żeby wpuścił ich do środka. 
Spyta Mattiasa, czy boi się kobiet. Spyta go, co takiego może mu 
zrobić Roza, czemu jej tak unika. Wypyta szwagra o różne 
rzeczy. 
Głos Rozy nie przestawał go dręczyć. 
Niegdyś potrafili w razie potrzeby dosięgnąć się wzajemnie 
myślą. Ale to było dawno temu. Nie przyzywał Rozy od czasu 
pobytu na Hailuoto. Wtedy jego słowa były jak błaganie na 
klęczkach, jego bezgłośny krzyk rozbrzmiewał przez wiele dni i 
nocy. A ona zignorowała to wszystko, nawet nie mrugnąwszy 
okiem. 
Miał teraz ulec jej błaganiu? 
Czy był w stanie jej pomóc, jeżeli rzeczywiście go potrzebowała? 
 
 

background image

- Nie - głośno powiedział Ole do siebie, robiąc kilka kroków w 
blasku poranka. - Nie, Rozo. Nie jestem już dzieckiem. 
Przemawiał do wiatru. Do niej - i w równym stopniu do siebie 
samego. 
-Ani ty. Oboje dorośliśmy. Nie jesteś już dla mnie taka ważna, 
jak kiedyś. Ani ja dla ciebie. Nastały inne czasy. Ochłodziło się. 
Zaśmiał się przenikliwie, ciesząc się na dopiero co rozpoczęty 
dzień. Na chwilę sam uwierzył we własne słowa. 
-Już nie śpisz? - stwierdził Mattias. Właśnie przygotował kawę, 
co najmniej tak czarną jak najczarniejsze zakamarki piekła. Nalał 
mu bez pytania i Ole wypił, jakby chodziło o życie. 
- Dziwne, że w ogóle zasnąłeś. 
- Chciałbym, żebyś wyświadczył mi pewną przysługę. Wymaż z 
pamięci wczorajszy dzień! - poprosił Ole, mrużąc zaspane oczy. 
- Pomyślałeś chociaż o tym, że w domu na ciebie czekają? - 
spytał Mattias. - Że może czekali już wczoraj? 
Ole skinął głową. Nie sądził, że od razu przyjdzie mu przerabiać 
ten temat. 
- Co, żałosny ze mnie typ? 
Mattias nic nie powiedział. Łamał chleb na małe kawałki, które 
następnie moczył w kawie. Był to chleb pszenny, i to nie żaden 
tam zwyczajny. Roza zaszalała i przed wyjazdem do Kafjorden 
napiekła bułek, a nawet i ciasteczek z syropem. Trochę zabrała ze 
sobą, ale nieco smakołyków zostało w domu. Mattias doceniał jej 
troskę. Okrągłe bułki leżały 
 

background image

przytulone do siebie, niby główki kwiatów w wazonie, czekając 
na niego. Roza nic mu nie powiedziała o wypiekach. W ten 
sposób okazywała mu czułość. 
- Liisie byłoby lepiej beze mnie? To mniej więcej sobie teraz 
myślisz. 
- A mnie się zdaje, że to ty tak uważasz. 
- Masz coś mocniejszego do picia? Mattias potrząsnął przecząco 
głową. 
- W nocy miałeś! 
- Ale teraz jest zupełnie nowy dzień i nic nie mam. 
- Nawet dla mnie na rozruszanie? 
- Nawet. 
-Jak ona miała na imię? - spytał Ole po dłuższej chwili milczenia. 
Dłonie złożył na blacie, aby ukryć ich drżenie. 
-Jesteś odrażający. 
- Zapewne. Ale to nic nie szkodzi. Nie udaję nikogo lepszego. 
Każdy wie, ile jestem wart. Kim jestem. Liisa też wiedziała, 
kiedy za mnie wychodziła. 
- A ty nie omieszkałeś jej o tym bezustannie przypominać - 
zauważył Mattias cierpko. - Gdybyś tylko zachowywał się 
inaczej, gdy byliśmy w Finlandii, może Roza dałaby ci tę 
cholerną wyspę. Mogłeś dostać cały ten przeklęty spadek, ale i 
tam nie miałeś ochoty zachowywać się jak należy. Nie chciało ci 
się być przyzwoitym człowiekiem. Godnym szacunku. Roza nie 
wymagała niczego więcej. Wiesz o tym równie dobrze jak ja, 
Ole. Nie zdołałeś jej przekonać, że Liisa będzie z tobą szczęśliwa. 
A mogłeś dostać całą Hailuoto! 
-Ale nie dostałem - odparł Ole, śmiejąc się z goryczą. Teraz mógł 
się już z tego śmiać, ale nadal czuł przede wszystkim gorycz. Był 
jej świadom, tak jak Roza i Mattias. I Liisa. 
 

background image

- Błagałem ją tak pokornie, jak tylko potrafiłem, ale nie chciała 
we mnie uwierzyć. Moja siostra wolała bawić się w Pana Boga. A 
ja niezbyt pięknie zapisałem się w jej księgach. Nie wiem, kto jej 
dał do tego prawo, ale zachowywała się zupełnie jak jakiś 
generał, i to surowy. Wszystko mogłoby wyglądać zupełnie 
inaczej, gdybym dostał Hailuoto. 
- Nigdy jej tego nie zapomnisz? Było to zbędne pytanie. 
- Nigdy - potwierdził Ole. - Nie wybaczę jej, bo nie miała prawa 
odbierać mi szans na to życie, jakim chciałem żyć, które 
uczyniłoby ze mnie lepszego człowieka. Mogłem się zmienić. 
Tylu rzeczy dokonać. Wierzę w to - choć nikt inny nie podziela 
mojego zdania. Miałem dalekosiężne plany, chciałem żyć 
zupełnie inaczej niż dotychczas. Mogłem być kimś. Mogłem 
wiele osiągnąć, gdybym dostał Hailuoto. A ona to wszystko 
doszczętnie zniszczyła. Diabli biorą, jak się pomyśli, co Ville 
zrobił z tej wyspy, z domu. Ludzkie pojęcie przechodzi! Jak on 
mógł spalić taki piękny dom? Oszaleć można! 
Przez chwilę jedli w milczeniu. Wlewające się do środka ostre 
światło wskazywało na to, że zbliża się południe. Słychać było 
szum płynącej w pobliżu rzeki. Zieleń lasu aż kłuła w oczy. 
Światło raziło Olego. Wolałby, żeby niebo było zachmurzone. 
- No, kim ona była? 
- To nie był ktoś, kogo miałbym ochotę zapraszać do domu - 
odparł krótko Mattias. 
- No i nie zaprosiłeś. Jesteś porządny jak sam pastor, mój miły 
Mattiasie. Wierny do grobowej deski i chwała ci za to. Ale nie 
myśl, że Roza ci się za to odwdzięczy. 
 

background image

Ole uśmiechnął się krzywo. Zerknął na szwagra spod opadającej 
na oczy grzywki. 
-Jak Roza spotka kogoś, kto jej się dostatecznie mocno spodoba, 
bez zastanowienia zrobi z ciebie rogacza, tatuśku. Wtedy nic ci 
nie da, że byłeś wiernym żonkosiem. Nawet o tobie nie pomyśli. 
Taka już jest. Jak wszyscy w rodzinie. Wierność nie jest naszą 
najmocniejszą stroną. Taka nasza natura. 
- Bzdury - sprzeciwił się Mattias. 
- Która z rzeczy, jakie wymieniłem, to bzdury? -Takich cech jak 
wierność się nie dziedziczy. -Nie? 
- To tylko wygodna wymówka. Próbujesz się usprawiedliwić i 
poprawić sobie samopoczucie. Zrzucasz z siebie 
odpowiedzialność. Nie dbasz o Liisę na tyle mocno, żeby 
zrezygnować z innych. Nawet samego siebie nie szanujesz, wciąż 
tylko ganiasz za babami. To nie ma nic wspólnego z rodzinnymi 
cechami. 
- Kto to był? 
Mattias wymienił nic nie mówiące Olemu imię. Szwagier nie 
przyszedł mu z pomocą. Nawet nie wspomniał, z kim dziewczyna 
była spokrewniona. 
-Jedyna dobra strona tego wszystkiego to to, że jej chodziło o to 
samo, co tobie - stwierdził Mattias. - Nie musisz płakać, że nie 
zdążyłeś powiedzieć jej „dzień dobry". 
- Skąd wiesz, że nie? 
- Wcześnie byłem na nogach, przyjacielu. Widziałem, jak 
wychodziła. 
- Daleko miała do domu? Mattias zachichotał. 
- A skąd ta nagła troska? Nie, niedaleko. 
 
 

background image

Długo patrzył na Olego. Pod wielu względami Roza i jej brat byli 
do siebie podobni, ale oszpecona twarz sprawiła, że Roza stała się 
twarda. Ole nigdy taki nie będzie. Poza tym Roza nauczyła się 
cenić każdą chwilę, szanować wszystko, co miała. 
Ole być może nigdy nie posiądzie tej umiejętności. Wszystko tak 
łatwo mu przychodziło. Pierwsza porażka zdarzyła mu się 
dopiero, kiedy siostra nie zgodziła się powierzyć mu spadku. 
- Odwiozę cię dziś do domu - oświadczył Mattias. 
- A nie miałeś przypadkiem pracować z sąsiadami nad rzeką? - 
zdziwił się Ole, któremu bynajmniej się nie śpieszyło. 
-Nie. 
-Rezygnujesz z takiej okazji? 
- Tak. Mam żonę i dziecko. Tęsknię za nimi. 
- A więc do domu? 
Mattias przytaknął, dolewając Olemu kawy. Będzie jej 
potrzebował. Pewnie nie ożywi go na tyle, żeby w jakikolwiek 
sposób był w stanie pomóc Lii-sie, ale może będzie chociaż 
odrobinę lepiej wyglądał, żeby całkiem nie przynieść im wstydu. 
- A co tu się dzieje? 
Ole nieco chwiejnie stanął na progu swego domu. 
Było popołudnie, 25 czerwca. Gdyby Mattias nie był tak 
porządny i gdyby nie namawiał Olego tak usilnie, Ole na pewno 
nie znalazłby się w domu tak prędko. Ściślej rzecz biorąc, poszło 
im znacznie szybciej, niżby sobie tego Ole życzył. Mieli dobry 
wiatr - o wiele za dobry. 
Teraz stał na progu i zaglądał do środka. Jego ubranie było w 
nieładzie. Nie mógł zrozumieć, czego 
 

background image

tu chciała cała rodzina Liisy - chyba że dziecko postanowiło 
przyjść na świat. Ale zdaniem Olego, jak na taką okazję 
rodzeństwo Liisy coś za bardzo się wystroiło. Siostry i bracia 
Liisy nie wyglądali, jakby dopiero co oderwali się od 
codziennych zajęć. Wszyscy bowiem mieli na sobie niedzielne 
ubrania. Coś tu się nie zgadzało. 
- Czyżby jakaś okazja do świętowania? - spytał beztrosko. 
Przestąpił próg. Uważnie przyglądał się zgromadzonym, 
próbując znaleźć wśród nich kogoś dorosłego. 
Zaszumiały spódnice. Na widok brata Roza zatrzymała się koło 
pieca. Ona też była wyjątkowo odświętnie ubrana, stwierdził Ole. 
Miała na sobie swój żakiet z granatowego brokatu i elegancką, 
czarną spódnicę, a pod żakietem jedną z bluzek Liisy. Włosy 
zaczesała do tyłu i upięła w prosty węzeł. Kiedy spojrzała na 
brata, jej oczy pociemniały. Ole pomyślał, że niczym nie zasłużył 
na takie spojrzenie. 
- Co jest? - zapytał z uśmiechem, uderzając w arogancki ton. 
Nie zostało to dobrze przyjęte. 
- Chrzcimy twoją córkę - odpowiedziała mu siostra lodowato. 
Uniósł głowę. Córka! 
A więc Liisa zdążyła urodzić, kiedy go nie było. Może i dobrze 
się stało, bo raczej nie miałby ochoty brać udziału w całym tym 
zamieszaniu, które zwykle towarzyszy porodom. 
Ole powiódł wokół siebie wzrokiem. Szeroki uśmiech zastygł mu 
na wargach. Miał chęć krzyczeć z radości. A więc udało mu się 
zmajstrować córkę   
 
 
 
 

background image

oczywiście z pomocą Liisy, nie przeczył, ale jeśli dziecko było 
ładne, to już jego zasługa. 
Gdzie też podziewa się Mattias, kiedy jest najbardziej potrzebny? 
Oto nadarzała się wyjątkowa okazja do świętowania, a ten gdzieś 
przepadł. 
- Więc mam córkę? - rzekł, ze wszystkich sił starając się trzymać 
prosto. - I Liisa sądzi, że ma prawo ochrzcić naszą córkę, nie 
pytając mnie o zdanie w kwestii imienia? 
- Nie było cię - powiedziała Roza, a z każdego słowa zionął 
chłód. 
- A więc wróciłeś! 
Ole ujrzał przed sobą ojca Liisy. Sakarias odsunął Rozę na bok. 
Nie protestowała. Gdyby się nie zjawił, sama by po niego poszła. 
- Spójrzcie no na niego! - wykrzyknął ojciec Liisy, stając oko w 
oko z Olem. Patrzył na niego z nieskrywaną pogardą. - Spójrzcie 
no na niego! 
Mattias właśnie wszedł i nic nie rozumiał z rozgrywającej się 
przed jego oczami sceny. Spojrzał pytająco na swoją żonę, jednak 
ona nie zauważyła jego obecności, całą uwagę skupiając na ojcu 
Liisy. Mattias nie mógł sobie przypomnieć, żeby słynący ze 
spokojnego usposobienia Sakarias kiedykolwiek zareagował z 
taką złością. Ten dorosły przecież mężczyzna stał tu teraz w 
swoim odświętnym ubraniu, bezsilnie zaciskając pięści na widok 
męża własnej córki. 
Mattias domyślił się, o co chodzi. 
Zrozumiał. Przymknąwszy oczy, wymacał ścianę za sobą, 
wdzięczny, że znajduje chociaż jakieś oparcie. Żałował, że nie 
ubrał się bardziej odpowiednio. 
- Spójrzcie no na niego! - powtórzył Sakarias. -Czyż nie jest 
żałosny? - spytał, zwracając się do Rozy. 
 

background image

Skinęła głową. 
-1 to z powodu tego człowieka moja córka zmarnowała sobie 
życie! Dla tego człowieka! 
- Co tu się stało? - spytał Ole ochrypłym głosem. Sporo już 
zobaczył i usłyszał, wciąż jednak był zaspany i myślał za wolno, 
aby wywnioskować z tego wszystkiego, co tu się mogło 
wydarzyć. 
- Co wy tu wszyscy robicie? - dopytywał się, czując, że z ust 
cuchnie mu przetrawiony alkohol. 
Ojciec Liisy też to zauważył. 
Ole zobaczył, jak Sakarias się krzywi. Tak jakby stary sam 
gardził butelką! Nie żałował sobie, jak go naszła ochota! Ale 
widocznie teraz wolał nie pamiętać o własnych przywarach, a 
jedynie wytykać innym wady. 
- Ochrzciliśmy właśnie twoją córkę - rzekł ojciec Liisy. 
- A nie można było na mnie poczekać? - spytał Ole. 
Roza podeszła blisko do brata. Chwyciła go za rękę. Była tak 
poważna, że Ole się przestraszył. Spojrzenie miała ostrzegawcze, 
milcząco prosiła, żeby już nic nie mówił. Ole poczuł się 
niepewnie. 
- Wołałaś mnie - powiedział z wahaniem i zmarszczył brwi, 
próbując przypomnieć sobie coś więcej. 
Ole zrozumiał, że nie powinien tego odrzucać. Zrozumiał, że 
powinien był słuchać głosów przemawiających w jego wnętrzu. 
Ale już od dzieciństwa starał się je stłumić, odsunąć od siebie tak 
daleko, jak tylko się dało. Jego to wszystko nie dotyczyło. Babka 
Lea zawsze mówiła, że to dziewczęta były ważne w ich rodzinie. 
To one miały słuchać głosów, którymi przemawiały do nich ich 
poprzedniczki. 
On przyzwyczaił się je ignorować. 
 

background image

I był zły na Rozę. 
Nie chciał znać jej myśli. Wyrzekł się istniejącej między nimi 
więzi - tak wyjątkowej, bliskiej i silnej. 
- Wołałaś mnie - powtórzył cicho. 
- Wołałam cię - potwierdziła. - Ale nie słuchałeś. 
- Co jest nie tak z dzieckiem? - spytał, gotowy, jak mu się 
zdawało, na wszystko. 
- Z twoją córką wszystko w porządku - uśmiechnęła się Roza. 
- To moja córka nie żyje - powiedział Sakarias, zaciskając pięści. 
- Liisa odeszła. Czy to w ogóle cię obchodzi, Ole Samuelsen? 
- Liisa? - wyszeptał. 
- Kiedy urodziła, zdążyła jeszcze wziąć małą na ręce i nakarmić 
ją. Potem umarła. 
Ole zamknął oczy. 
W następnej chwili ogarnęła go ciemność. Upadł na ziemię 
nieprzytomny. 
 
 
Rozdział 4 
Mattias postanowił wziąć Olego w obronę, jakkolwiek 
nienawidził tego robić. Postanowił bronić go na przekór tym, co 
zawsze wiedzą lepiej. Ze względu na Rozę. Ze względu na całą 
rodzinę. W ten sposób prawdę znały tylko trzy osoby: on, Ole i 
kobieta, z którą Ole spędził noc. O jedną osobę za dużo, prawda 
pewnie wyjdzie kiedyś na jaw, ale w tym momencie nie pozostało 
nic innego, jak kłamać. 
 

background image

- Do późna nam wczoraj zeszło przy robocie -mruknął Mattias. 
Razem unieśli bezwładne ciało Olego i posadzili zemdlonego pod 
ścianą. - Wpadło do nas paru facetów i jakoś tak wyszło, że 
trochę za dużo wypiliśmy. 
- Nie widać, żeby tobie jakoś to szczególnie zaszkodziło - 
zauważył Sakarias, mierząc Mattiasa wzrokiem. Swego zięcia nie 
obdarzył ani jednym spojrzeniem. 
W tym momencie Mattias dałby wiele za to, żeby trochę gorzej 
wyglądać. Nie mógł jednak nagle zacząć udawać - jego opowieść 
wydałaby się jeszcze mniej wiarygodna. 
-Ja jestem parę lat starszy - wyjaśnił lekko Mattias. - Potrafię 
utrzymać się na nogach, a poza tym to nie mnie najciężej dotknęła 
zła wiadomość. 
Sakarias odwrócił się do niego plecami i poszedł do izby, nie 
mówiąc już ani słowa. 
Roza posłała Mattiasowi ostre spojrzenie. On wyciągnął dłoń i 
koniuszkami palców dotknął ostrożnie jej włosów. W ten sposób 
znalazł się choć odrobinę bliżej niej. Stęsknił się za nią. Chciał 
zasypiać u jej boku i budzić się razem z nią, rozmawiać z nią, 
kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Tęsknił za nią po prostu 
dlatego, że stanowiła część tego, czego i on był częścią. 
Brakowało mu życia, które ona i dzieci wnosiły ze sobą, które 
dzięki nim wypełniało każdy kąt. Dom bez nich nie był 
prawdziwym domem. 
- Ole potrafi sam się bronić! - szepnęła karcąco, jakby nie 
podobało jej się, że Mattias staje po stronie jej brata, jakby 
pragnęła, żeby siedział cicho. 
Mattias wzruszył ramionami: 
-A jeśli to prawda? 
 
 

background image

- Ale nie jest? -Nie. 
- Więc niech sam sobie radzi! - ucięła. Bezlitośnie. Sporo czasu 
minęło, odkąd Mattias Mattiassen widział swoją żonę taką. 
Wszyscy z rodziny Liisy już poszli, została tylko Eeva. Zajęła się 
dzieckiem. Dzięki temu mogła uniknąć kontaktu z Olem. 
Także Roza ignorowała jego obecność. Nie stanowiło to dla niej 
problemu. Ole powinien poczuć, co z niego za człowiek. Co inni - 
także jego najbliżsi -o nim myślą. Powinien poczuć to na własnej 
skórze, raz a porządnie. 
Ole był zawstydzony, kiedy odzyskał świadomość. 
- To mi się nie śniło, co? - spytał. Uświadomił sobie, że siedzi w 
bardzo niewygodnej pozycji. Dokuczliwy ból w całym ciele nie 
pozwalał wierzyć, że to był sen. 
Roza podniosła się i przyniosła mały biały tłumoczek. 
- Nie weźmiesz jej na ręce, dopóki całkiem nie wytrzeźwiejesz - 
oświadczyła. - Oto twoja córka, Stella. 
- Stella? - spytał Ole zdumiony schrypniętym głosem. 
Wyciągnął szyję, aby lepiej widzieć. Udało mu się zobaczyć 
głównie ramię Rozy. Ramię i kawałek białej tkaniny, w którą 
owinięte było dziecko. Uniósł się nieco, a jego siostra uklękła 
naprzeciw. Dziecko spoczywało bezpiecznie w jej ramionach. 
Jego dziecko. Szorstkie, brudne palce musnęły dziecięcy poli-
czek, miękki jak wełnianka. Delikatniejszy. Ole nigdy nie 
dotykał czegoś tak miękkiego. Nic nie mogło się z tym równać. 
 

background image

- Liisa sama wybrała to imię - powiedziała Roza. 
- Stella. Może nie zdążyła ci o tym wspomnieć... Ole pomyślał, że 
Liisie może w ogóle na tym nie 
zależało. Ostatnio unikali się wzajemnie. Niewiele mieli sobie do 
powiedzenia. 
- Stella - powtórzył. Imię wydało mu się dziwne, ale w 
niewytłumaczalny sposób pasowało do dziecka. - Nigdy nie 
przyszłoby mi takie imię do głowy -dodał - ale nawet pasuje. 
- Musi pasować, bo już je dostała na chrzcie, Ole Samuelsen. 
To jego teściowa przemówiła. Ole spojrzał na okrągłe policzki i 
puszyste włosy córki. Jego dziecko. Zastanawiał się, jaki kolor 
przybiorą oczy małej. Liczył na to, że dziewczynka będzie 
podobna do niego 
- albo do Rozy. W każdym razie do kogoś z jego rodziny. Miał 
szczerą nadzieję, że nie odziedziczy rysów po matce. Wiele 
można było powiedzieć o Liisie, ale na pewno nie to, że była 
urodziwa. Przypomniał sobie o niej - i nie było to nic przy-
jemnego. Nie lubił o niej myśleć. Nie pasowała do tego 
wyobrażenia, które sobie stworzył na własny temat. Ole nie 
chciał, aby Liisa była częścią tego obrazu. Zresztą ona sama się z 
niego wykreśliła. Trzymała się z daleka, gdyż to jej najbardziej 
odpowiadało. 
- Zdążyła dać ci dziecko - rzekła cicho Roza. Ole nie miał nic do 
powiedzenia. 
- On nie dostanie Stelli! - oznajmiła Eeva prędko 
i z przejęciem. 
Oboje odwrócili się w jej stronę. Stała obok pieca, w swoim 
odświętnym ubraniu, gotowa walczyć. Szczupła twarz wyrażała 
niewzruszoną pewność siebie. 
 
 

background image

- Zabieram Stellę - oświadczyła. 
Roza wstała. Dziecko leżało w jej ramionach. Już wcześniej 
próbowano je zabrać - wtedy udało jej się pohamować Sakariasa. 
Walczyła o prawo do dziecka w imieniu nieobecnego brata. Nie 
była zaskoczona, że również matka Liisy zwróciła się przeciw 
nim. 
- Co ty opowiadasz? - spytał Ole z niedowierzaniem. 
- Nigdy nie był z ciebie dobry mąż, Ole Samuelsen. Wiesz, że 
mam rację, zastanów się tylko. Nie sądzę też, żebyś nadawał się 
na ojca - wyjaśniła Ole-mu teściowa. 
Ole wstał i zrobił kilka kroków. Roza trzymająca w ramionach 
dziecko - jego córkę - znalazła się za jego plecami. Nie wierzył 
własnym uszom. Był absolutnie pewien, że nie istnieje takie 
prawo, które pozwoliłoby na odebranie mu jego własnego 
dziecka, ale niemal równie pewien był tego, że rodzice Liisy nie 
zamierzają się tym przejmować. I tak spróbują odebrać mu Stellę. 
-Jestem ojcem tego dziecka - powiedział, dumnie prostując 
sylwetkę. Wyglądał prawie tak, jak ten Ole, jakiego Roza 
widziała w marzeniach. Ten, którym przecież mógłby być i w 
rzeczywistości. Gdyby tylko chciał. - Jestem ojcem - powtórzył, 
odwracając się tak, by widzieć swoją córkę. Ten kruchy, drobny 
jak pyłek człowieczek był jego dzieckiem. Ole stał tak blisko, że 
mógłby dotknąć policzków małej. - Jestem ojcem Stelli. 
W jego sercu pojawiło się nagle coś, nad czym nie potrafił 
zapanować - uczucie, które nie przypominało niczego, co 
kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mu się przeżywać. Poczuł się 
dziwnie dojrzały. 
 

background image

-1 tak zostanie, Eevo. Tego życzyłaby sobie Liisa. 
-I on to mówi, on! - wyrzuciła z siebie matka Liisy. Spoglądając 
w kierunku izby, w której leżała zmarła, dodała: - Nawet nie 
raczyłeś do niej zajrzeć, człowieku! To tak okazujesz szacunek 
własnej żonie? A Mattias może sobie mówić, co tylko mu się 
spodoba, ja tam swoje wiem. Chyba wiem, gdzie byłeś, kiedy 
twoja żona leżała na łożu śmierci. Może i ty sobie przypomnisz, 
jak to naprawdę było, Ole Samuelsen! Oby nie dało ci to spokoju 
do końca twoich dni! Obyś pamiętał, z jakim poważaniem od-
nosiłeś się do matki własnego dziecka! 
Nie był w stanie się bronić. Każda próba obrony byłaby 
kłamstwem. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. 
-Ale to moje dziecko! - powtórzył, kładąc dłoń na kocyku, w 
który owinięta była dziewczynka. Poczuł ciepło płynące z 
małego ciałka. Zaczęło dręczyć go sumienie - było to równie 
dokuczliwe jak ucisk zbyt wąskiego kołnierzyka wokół szyi. 
Nie dbał wcześniej o swoją córkę. Zainteresował się jej losem 
dopiero, kiedy ją ujrzał. 
Kiedy Liisa zaszła w ciążę, najpierw przepełniało go radosne 
oczekiwanie. To początkowo było interesujące. Wymykało się 
rozumowi. Aż stało się zupełnie zwyczajne. Liisa przykładała 
jego dłoń do swego powiększonego brzucha, mówiąc, że dziecko 
się rusza. Ale on tego nie czuł. 
Ona czuła, tylko ona. On nie potrafił. Stał na zewnątrz, nie mógł 
zbliżyć się do Liisy aż tak, aby poczuć życie, rosnące w jej ciele 
dziecko. Liisa była murem pomiędzy dzieckiem i nim. Został 
wykluczony, oddzielony, choć nie pragnął niczego więcej, jak 
być częścią tego. 
 
 

background image

Ale nie mógł przecież tak bardzo się do niej zbliżyć. Nic nie 
mówił, wiedział, że takie słowa mogłyby ją zranić. Pewnie nikt 
nie spodziewałby się po nim podobnej subtelności, ale wbrew 
panującej opinii wyczuwał takie rzeczy. 
- Mówisz o mojej wnuczce - powiedziała Eeva, nie dając się 
zwieść jego elokwencji. - Nie zamierzam patrzeć, jak 
wychowujesz ją tak, jak Liisa nigdy by sobie nie życzyła. 
- Tak, mówię o twojej wnuczce - potwierdził Ole, który 
tymczasem zdołał całkiem się dobudzić. - Zakładam jednak, że 
ufałaś swej córce. Nie sądzisz chyba, że kto inny może być 
ojcem? 
-Oczywiście, że nie! - oburzyła się Eeva. Na jej policzkach 
zakwitły dwie purpurowe plamy. - Jakże mogłabym coś takiego 
pomyśleć o naszej Liisie? Tylko ty dla niej istniałeś. I to ją 
zgubiło, naszą biedną córeczkę! 
- Moje dziecko zostanie ze mną - powtórzył Ole. - Nie ma nawet 
o czym mówić. 
Spojrzał na dziewczynkę. Obudziło się w nim uczucie podobne 
zakochaniu. Rozpierało go szczęście. Rosło w nim jak wielki 
bąbel. Radość musowała w jego wnętrzu, dodawała skrzydeł. 
Mógłby fruwać, gdyby tylko naszedł go taki kaprys. 
- Liisa leży w tej izbie? 
Roza skinęła twierdząco głową. Eeva natychmiast podbiegła do 
Olego, chcąc razem z nim wejść do izby. Ole ją powstrzymał. 
- Nie towarzyszyłaś nam w sypialni, gdy byliśmy razem - rzekł 
krótko. - I teraz też nie będziesz. 
 

background image

Być może faktycznie był zimnym człowiekiem. Ole zastanawiał 
się nad tym, stojąc przy łożu i patrząc na leżącą w nim Liisę. 
Pięknie ją wyszykowały. Ale nie wyglądała tak, jakby spała. 
Wyglądała na martwą. Jeszcze nigdy nie widział trupa, który 
wyglądałby jak żywy, jak pogrążony we śnie człowiek. Nie 
wierzył w podobne bajeczki. 
Była jego żoną. 
Teraz nie żyła. 
Nie czuł nic, po prostu nic. 
Być może był naprawdę zimnym człowiekiem. 
- Nie życzę mu źle - rzekła dziwnie zakłopotana Eeva. - To nie o 
to chodzi - dodała ze szczerością większą, niżby się po niej 
spodziewała Roza. 
Roza rozumiała, że Eeva pragnęła zranić Olego, sprawić mu ból 
podobny temu, jaki czuła Liisa. Cierpienie Liisy i tak było 
nieporównywalnie większe, ale sama myśl o zemście dawała jej 
rodzicom pewną pociechę. Roza zdawała sobie sprawę, że 
reagowałaby podobnie, gdyby chodziło o jej dziecko. Ten, któ-
rego Lily pewnego dnia w dalekiej przyszłości miała sobie wziąć 
na męża, powinien być prawdziwym księciem z bajki. 
-Ale to dziecko to jedyne, co pozostało po Liisie. Po mojej 
córce... 
- On się nią zaopiekuje - odparła Roza, zdecydowana, że nie odda 
dziecka. 
Mała Stella także w niej poruszyła czułą strunę. Roza czuła 
niemal ból, ciało bolało ją z miłości do tego dziecka. Czuła, że 
zdążyła pokochać je jak własne. Było to niemal przerażające 
uczucie. Jej ciało pragnęło uwierzyć, że wydało Stellę na świat. 
 
 

background image

- On się zmieni. Wydorośleje. Nie zawiedzie małej. Nie byłby do 
czegoś takiego zdolny. Mój brat nie jest taki okropny. W gruncie 
rzeczy to dobry człowiek. Gdybyś go znała tak, jak ja... Zawsze 
mnie bronił... 
Spojrzenie Eevy na dłuższą chwilę spoczęło na Rozie. Próbowała 
pojąć znaczenie usłyszanych słów. Oczami wyobraźni próbowała 
ujrzeć Olego i Rozę jako dwójkę dzieci, najstarsze z rodzeństwa. 
Ich ojcem był Wielki Samuel - ten małomówny, surowy olbrzym, 
matką - zjawiskowo piękna, maleńka Nan-na. Jednak Eeva nie 
potrafiła sobie tego wyobrazić. Tak długo nie mieszkała tu, nad 
fiordem. Nigdy nie widziała Rozy i Olego w dzieciństwie. I nie 
miała ochoty wysilać w tym celu wyobraźni, gdyż wtedy może 
zrobiłoby jej się ich żal, a nie była pewna, czy Ole na to zasłużył. 
I on, i Roza byli teraz dorośli. Teraz mogli polegać także na 
innych ludziach, nie tylko na sobie nawzajem. 
- Podgrzeję mleko - rzekła Eeva łagodnie. Jeszcze się nie 
poddała, ale na chwilę postanowiła zawiesić walkę. Zająć się 
jakąś konkretną robotą. Wiele razy przekonała się, że wspólna 
praca zbliża ludzi do siebie. 
Nie rozmawiały ze sobą, ale cisza ta nie była wroga. Roza 
delikatnie dotknęła policzka dziewczynki. Mała zbudziła się. 
Najpierw jej oczy przypominały dwie wąskie szparki w okrągłej 
buzi, usteczka ułożyły się na kształt pączka kwiatu, aby następnie 
rozkwitnąć w cichym ziewnięciu. Maleńkie jak u lalki rączki 
zacisnęły się, a zaraz potem rozwarły tuż przed twarzą Rozy niby 
małe wachlarzyki. Dziewczynka zagruchała, a Roza uśmiechnęła 
się do niej tak, jak uśmiechała się do własnych dzieci. 
 

background image

Panowało między nimi porozumienie, do którego nie potrzeba 
słów. 
Eeva poczuła w piersi ukłucie. Dziecko Liisy już zdążyło 
przywiązać się do Rozy. Stella zareagowałaby o wiele bardziej 
niespokojnie, gdyby kto inny wziął ją na ręce, gdyż tylko w 
ramionach Rozy czuła się bezpiecznie. Napełniło ją to bólem - 
tak wiele sobie obiecywała w związku z tym dzieckiem. Tak 
wiele nadziei wiązała ze swoim pierwszym wnuczęciem. Teraz 
straciła pewność, czy nadal może te nadzieje żywić - czy było to 
rozsądne. Przyjście na świat Stelli wiązało się z wielkim 
cierpieniem; jeśli nawet nie dotknie ono małej, to na pewno 
odczują je wszyscy wokół. 
Eeva roztarła kroplę mleka na wewnętrznej stronie 
przedramienia. Miało odpowiednią temperaturę. Podając Rozie 
butelkę, o wiele za dużą dla dziecka, niechcący musnęła ręką jej 
bluzkę. 
- Małej się ulało? - zapytała. 
Roza, spojrzawszy pytająco, skierowała wzrok w dół - na dziecko 
i na siebie zarazem. 
- Twoja bluzka - wyjaśniła Eeva - jest mokra. Myślałam, że małej 
może się ulało... 
Zamilkła. Roza odsunęła nieco dziecko od siebie. Obie patrzyły. 
Eeva otworzyła usta, ale nie była w stanie wydusić z siebie ani 
słowa. Jedynie spojrzeniem dała Rozie do zrozumienia, że 
zobaczyła coś niezwykłego. Spojrzenie to było pełne szacunku, 
ale nie tylko. Czaił się też w nim cień lęku. 
- Co z wami? - zniecierpliwił się Mattias. 
Siedział za stołem, na którym stały resztki poczęstunku. Nie 
zamierzali wprawdzie urządzać żadnego przyjęcia, ale postawili 
na stole, co tylko mieli w do- 
 

background image

mu najlepszego. Mimo że Liisa leżała martwa, odbyły się 
przecież chrzciny jej córki. Trzeba było poczęstować czymś 
wszystkich uczestników tego wydarzenia. Nikt z gości nie 
powinien odchodzić głodny do domu. Eeva podeszła bliżej. 
-Nie wierzę - mówiąc to, zadrżała. Schyliła się, żeby lepiej 
widzieć. Oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia. Starała się nie 
dotknąć Rozy, jakby groziło to poparzeniem. 
Mattias nie wiedział, że trzeba zachować ciszę, i niechcący 
zaniepokoił małą. Stella zaczęła kwilić. Chciała z powrotem do 
znanego sobie, przytulnego ciepła, chciała bezpiecznie przylgnąć 
do ciała Rozy. 
-Dajcie dzieciakowi jeść! - poradził Mattias łagodnie i pomyślał, 
że kobiety zachowują się czasem bardzo dziwnie, co zresztą 
wiedział od dawna, ale od dłuższego czasu nie miał okazji sobie o 
tym przypomnieć. 
Eeva wyjęła Rozie z rąk dopiero co podgrzaną butelkę. Bez słowa 
spojrzała jej prosto w twarz, jakby czekając na jakąś reakcję. 
Wydawało się, że Roza nie śmie podjąć wyzwania. Mattias 
pomyślał, że to zupełnie nie w stylu jego żony. Roza nie miała 
zwyczaju ustępować, choćby wiązało się to z największymi 
nieprzyj emnościami. 
- No, dalej - zachęciła ją Eeva głosem tak cichym, że prośbę z 
trudem dało się usłyszeć. W oczach miała łzy. Ta odrobina 
nadziei na to, że dziecko Liisy będzie żyło, jaka tliła się w niej, 
zaczęła przybierać wyraźniejsze formy. Eeva odważyła się wziąć 
ją w dłonie. Nadzieja żyła, podobna dopiero co opierzonemu 
pisklęciu. 
- Nie mogę - odparła Roza. Równie cicho. 
 

background image

Eeva nie próbowała jej przekonywać. Milczenie stanowiło 
najlepszy argument. 
- To niemożliwe - powiedziała Roza. 
-A jednak! - stwierdziła Eeva, podchodząc jeszcze bliżej. Zaczęła 
rozpinać Rozie górne guziki bluzki. Kołnierzyk był wysoki, 
sprawiał sztywne, surowe wrażenie. 
Roza spojrzała niepewnie. Wyglądała tak krucho, jak zranione 
dziecko. Oczy już od dłuższego czasu miała czerwone. 
Popłakiwała przy każdej okazji, kiedy tylko udawało jej się 
wykraść jakąś chwilę dla siebie, kiedy tylko nie była nikomu 
potrzebna. Ale nie zdążyła porządnie opłakać zmarłej. Jeszcze 
nie zdążyła przywyknąć do myśli, że Liisy naprawdę nie ma. 
Przepełniał ją ból. Nie zdążyła musnąć go nawet koniuszkami 
palców, nie mówiąc o zanurzeniu w nim całych dłoni. 
A teraz jeszcze to. 
- Co do licha...? - zaciekawił się Mattias. 
- Nie przeklinaj przy mojej wnuczce! - rzekła Eeva cicho, nawet 
na niego nie spojrzawszy. - Nie przeklinaj. Moja córka leży na 
marach pod tym dachem! 
Mattias nic nie rozumiał z rozgrywającej się przed jego oczami 
sceny. Matka Liisy rozpięła jego żonie bluzkę, a Roza nie 
protestowała - nawet odsunęła nieco dziecko od siebie, 
pozwalając, aby Eeva polużniła wiązania przy bieliźnie. Było to 
prawie nieprzyzwoite, ale matka Liisy wyglądała na tak 
zdeterminowaną, że Mattias nie śmiał zaprotestować. Nie 
zareagowałby nawet, gdyby próbowała ich zamordować. 
- To niemożliwe - powtórzyła Roza. 
- Nigdy nie widziałam czegoś podobnego - przy- 
 

background image

znała Eeva, oddychając z trudem. - Ale jeśli tak się stało, to chcę 
wierzyć, że jest w tym jakiś sens. Jeśli tak się stało, to tylko w 
dobrym celu. Nie ma w tym nic złego... 
Próbowała samą siebie przekonać. Jej głos przypominał cienki, 
świeżo naostrzony nóż, kreślący między nimi niewidoczne znaki 
w powietrzu. Znaki, których nikt nie potrafiłby odczytać. 
- Myślę, że dobry Bóg uczynił to dla nas - splatając dłonie, 
powiedziała Eeva z największym przekonaniem, na jakie mogła 
się zdobyć. - Myślę, że to Pan mówi nam w ten sposób, że mała 
Stella będzie żyć... 
Roza nie odpowiedziała. Trudno było cokolwiek odczytać z jej 
twarzy. Siedziała zwrócona do Mat-tiasa lewą stroną - lewy 
policzek był właściwie nieruchomy, pozbawiony rysów, które 
normalnie cechują ludzkie oblicza, i które odnaleźć można było 
także u Rozy - ale po prawej stronie twarzy, której Mattias nie 
widział. Przed oczami miał teraz tylko ten nierówny policzek, 
płonący czerwienią, jakby kiedyś został odmrożony. Roza 
schyliła głowę i popatrzyła na dziecko. Mattias nie widział jej 
oczu, nie wiedział, co się w nich malowało, jaki przybrały odcień, 
ale wiedział, że Roza cierpi. Jego uszu dobiegło delikatne 
westchnienie. Zrozumiał, że Roza poddała się. To, że została 
wybrana, aby uratować maleńkie życie, które teraz leżało w jej 
ramionach, nie sprawiało jej żadnej radości. Nie dziękowała za 
ten dar, gdyż tak, jak wszystko inne, czym kiedykolwiek była 
wyróżniona, stanowił w równym stopniu błogosławieństwo, jak i 
przekleństwo. Dary, które otrzymywała, nigdy nie były tylko 
dobre. 
Przyłożyła dziecko do piersi. 
 

background image

Mattias ściągnął brwi, próbując poskładać jakoś do kupy 
wszystko, co wiedział na temat kobiet, ale nie udało mu się 
znaleźć sensu w tym, czego był świadkiem. To wymykało się 
logice, a Mattias uznawał tylko te rzeczy, które dawały się 
ogarnąć rozumem. 
Przecież już kilka lat upłynęło, odkąd Roza karmiła Lily piersią. 
Jej ciała nie powinien wypełniać pokarm. Dawno temu rodziła. 
Lecz oto córka Liisy leżała przy piersi Rozy i ssała. Panowała 
cisza, którą przerywały jedynie odgłosy przełykania i pełne 
zadowolenia mlaskanie. Mattias i Eeva wpatrzeni byli w Rozę i 
maleństwo. Mattias pomyślał nagle, że widok ten przypomina 
święty obraz. 
Pewnie padliby przed Rozą na kolana, gdyby w tym momencie 
drzwi do izby nie uchyliły się z nagłym skrzypnięciem, 
wpuszczając do kuchni słaby, słodkawy zapach, który 
przypomniał im, że w ścianach Samuelsborg nie gościło jedynie 
nowe życie, ale i śmierć. 
- Teraz już wszystko widziałem - oznajmił Ole. Krocząc ciężko, 
zbliżył się do siostry. Stał tak 
przed nią, wsparty pod boki, jakby na coś czekał, jakby 
domagając się wyjaśnienia. Jasnoniebieskie oczy żądały 
odpowiedzi. Wprawdzie w spojrzeniu Rozy było znacznie więcej 
spokoju, ale nigdy jeszcze Ole i Roza nie byli do siebie tak 
podobni jak w tej właśnie chwili. 
- Czy to kolejny cud boży? - zapytał Ole. - Czy też mamy 
dziękować jakimś innym mocom? Do kogo się modliłaś, siostro, 
jakimi słowami? Jakie wymówiłaś zaklęcia, jakie odprawiłaś 
obrzędy, jakie węzły zawiązałaś, żeby to się stało? 
 
 
 

background image

- Zamknij się, Ole! - rozkazał cicho Mattias. - Bo pożałujesz... 
Ole wziął głęboki oddech. 
- Widzę, że moja córka dostała mamkę, Eeva - powiedział w 
końcu. - Czy może znasz kogoś innego, kto byłby chętny do 
pomocy? 
- Nie - odparła Eeva cicho. 
-A więc myślę, że możemy zakończyć dyskusje na temat, u kogo 
ma mieszkać dziecko - moja córka... 
- Nie - powtórzyła Eeva. 
- Czy ten cud może trwać? - spytał Ole. Powiedział to pozornie 
obojętnie, z dystansem, 
jakby go to wszystko niewiele obchodziło, ale Roza nie dała się 
zwieść pozorom. W ten sposób zawsze bronili się przed silnymi 
wzruszeniami, aby przypadkiem nie okazać emocji. 
W domu Wielkiego Samuela było to niedozwolone. Karcił dzieci, 
gdy płakały - czy to z radości, czy z bólu, czy ze zmartwienia. Pas 
szedł w ruch, gdy tylko ojciec ujrzał ślad łez i niegodnej 
mężczyzny histerii. Ale nie tylko chłopcy podlegali tym 
zasadom. Obowiązywały one także Rozę. Nie szkodzi, że była 
dziewczynką. Nauczyła się skrywać uczucia równie dobrze jak 
Ole. 
- Nie wiem - odparła szczerze. - Nigdy o czymś takim nie 
słyszałam! 
-1 nikt nie powinien usłyszeć! - wtrąciła Eeva głosem 
nieznoszącym sprzeciwu. - Nikt nie powinien się dowiedzieć, 
słyszycie? 
- Wcale nie mam ochoty o tym nikomu opowiadać, no chyba że 
Sakarias mnie zmusi - odparł Ole, nie wyjaśniając, co ma na 
myśli. Cieszyło go, że teraz jest panem sytuacji. 
 

background image

- Wszyscy zdajemy sobie sprawę, co by ludzie o tym powiedzieli 
- ciągnęła matka Liisy. Policzki pokryły jej czerwone plamy. 
Rzuciła Rozie przelotne spojrzenie. Czuła się rozdarta pomiędzy 
kiełkującą nadzieją na to, że Stella, jej wnuczka, będzie żyła, a 
okropnym zwątpieniem. Coś jej mówiło, że to wszystko jest 
przerażające, złe. Tak złe, że nie wolno o tym milczeć, a na tego, 
kto to zrobi, spadnie najsroższa kara. 
-Wezmą Rozę na języki - poparł ją Mattias. Tego Eeva zupełnie 
się nie spodziewała. Rzuciła mu pełne wdzięczności spojrzenie. 
- Będą gadać o czarach i złych mocach, a w końcu przyjdą i 
zabiorą dziecko. Żeby ocalić je przed moralnym zepsuciem i 
deprawacją. I bynajmniej nie Eeva i Sakarias dostaną Stellę. 
- Nie będziemy o tym rozpowiadać! - powtórzyła Eeva 
zdecydowanie. - Tylko my o wszystkim wiemy. 
- Ludzie i tak zaczną gadać, jak twoje dzieci przestaną biegać na 
wieś po mleko - zauważyła Roza. Nie bała się ludzkiego gadania. 
Dla niej mogli sobie mówić, co tylko chcieli. Wcześniej czy 
później wszystko się wyda, a wtedy i tak zaczną się plotki. Czy 
odkładanie na później tego, co i tak nastąpi, miało jakikolwiek 
sens - tego nie była pewna. 
- Będę codziennie, jak zwykle, wysyłać dzieci po mleko - 
oświadczyła prędko Eeva. 
- Wyprawimy Liisie pogrzeb tak szybko, jak tylko się da. Potem 
Roza przeniesie się z dzieckiem w góry. Głównie tam spędzasz 
czas, Ole, więc nikomu nie wyda się to dziwne albo niestosowne. 
Po prostu: siostra pomaga ci przy dziecku. 
Po chwili milczenia dodała: 
- Najlepiej z nas wszystkich się do tego nadaje. 
 
 
 

background image

Rozdział 5 
 
Wszystko załatwione. W milczeniu wracamy do Samuelsborg. 
Cicha procesja w czerni. 
Nie wiem, na ilu jeszcze pogrzebach posłuży mi ta czarna suknia 
z cienkiej wełny. Strój z Savannah. Był nowy, gdy chowaliśmy 
Seamusa. Tyle czasu upłynęło. 
Liisa została złożona do grobu. Spoczywa na zwróconym w 
stronę fiordu stoku. Nikt nie wybierał miejsca z myślą o niej. 
Wydało mi się nieodpowiednie, kiedy je ujrzałam, ale było za 
późno, żeby protestować. Nie wypadało, więc milczałam. 
Ten stok to otwarta przestrzeń, jest wystawiony na działanie 
wiatru, który właśnie w miejscu, gdzie znajduje się grób Liisy, 
wieje zawsze z wielką siłą. Wolałabym, żeby Liisa leżała w 
zacisznym miejscu pod brzozami, bliżej ogrodzenia. 
-Co za bzdury - tyle na ten temat ma do powiedzenia Ole. Krótko 
i dosadnie. Mówiąc to, nadaje głosowi głęboki ton, jak zawsze, 
kiedy chce dodać sobie pewności. - Liisa nie może zmarznąć tam, 
gdzie teraz przebywa, Roza! - prycha i dodaje z męską wyższo-
ścią: - Babskie gadanie! Mattias, potrafisz mi wyjaśnić, czemu 
baby zadręczają siebie i wszystkich naokoło takimi błahostkami? 
Nie mają już o czym gadać? 
 

background image

Nie biorę tego do siebie, bo wiem, że stara się po prostu pokryć 
własną niepewność, schować się za słowami, które tak naprawdę 
nic nie znaczą. Sam nie wie, o czym mówi. 
Coś takiego nie może mnie dotknąć. 
Ole nie zraniłby mnie naumyślnie. 
Jej rodzina trzyma się osobno. Eeva i Sakarias pożegnali się ze 
Stellą. Nie jest to ostateczne pożegnanie, wiedzą o tym, tak jak ja 
i Ole, ale doskonale rozumieją, że niemowlę przywiązuje się do 
tych, którzy są przy nim przez pierwsze dni i tygodnie życia, 
karmią je, dają ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Wiedzą, że 
oddalają się od Stelli, pozwalając odejść jej w góry. A ja wiem, że 
robią to z miłości, choć ich twarze nie zdradzają żadnych uczuć. 
Żal mi ich. 
Nie wiem, czy Ole zdaje sobie sprawę z tego, jak mocne więzy 
wytworzyły się między mną a Stellą. Jest mężczyzną, więc 
pewnie nie przyszło mu to do głowy. 
W ogóle nie prosiłam o to, co się stało. Nie mogłabym o to prosić. 
Nie sądziłam, że coś takiego może się zdarzyć. Wciąż nie 
rozumiem, jak do tego doszło. 
Ale moje piersi są pełne życiodajnego mleka. 
-Jesteś czarownicą? - pyta mój brat. 
Stoi tuż za mną, trzyma mnie jak w potrzasku, zamykając 
pomiędzy kołyską, ścianą i własnym ciałem. Jedyną drogę 
ucieczki z łatwością mógłby odciąć, wyciągając ramię w bok. 
Stella śpi w kołysce. 
Nie będziemy jej na razie budzić. Zjemy, a tymczasem nasze 
bagaże zostaną przeniesione na nabrzeże. Mieliśmy szczęście. 
Udało nam się załatwić prze- 
 

background image

jazd barką, płynącą do Bossekop po rudę. To oszczędzi nam 
męczącej podróży konno przez góry. Z małym dzieckiem byłaby 
ona bardzo wyczerpująca. Cieszę się z powodu tej barki. 
-Jesteś czarownicą? - pyta ponownie mój brat, wykrzywiając 
wargi w uśmiechu. 
Że też może się śmiać! Dopiero co złożył żonę do grobu! 
Serce boli mnie z powodu Liisy, ale na szczęście tylko ja jestem 
świadkiem jego zachowania. Braku szacunku. 
Nieodpowiedzialny - oto, jaki jest. Wciąż sprawia wrażenie 
dziecka. Wiele razy go obserwowałam, ale nadal nie rozumiem 
tej, zdawałoby się, nieprzemijającej młodzieniaszkowatości. 
Beztroskiej pozy, którą przybrał. 
Ma dwadzieścia sześć lat, ale wygląda na dwadzieścia. Wiele 
osób już się nabrało. Kobiety kochają w nim właśnie tę jego 
miękkość, chłopięcość, brak odpowiedzialności. Ale gdyby 
którakolwiek z nich z nim została, właśnie te cechy 
doprowadziłyby ją do szału. To nie przepowiednia - to oczywiste 
dla każdego rozsądnego człowieka. To, co tak pociągające na 
krótką metę, na dłuższą, w codziennym życiu, okazuje się 
zabójcze. 
Ma za miękkie rysy, oczy zbyt niebieskie i łagodne, beztroskie. 
Wydają się mówić, że jego ulubionym dniem tygodnia jest 
niedziela. Policzki nie nabrały tej twardości, jakiej można 
spodziewać się u mężczyzny pod trzydziestkę. A jego usta 
mogłyby być ustami kapryśnej panienki. Na tych wargach gości 
teraz uśmiech, na policzkach utworzyły się dołeczki. Ten 
uśmiech potrafi być prawdziwą torturą. 
 

background image

- Czy to pramatki sprawiły, że masz mleko w piersiach? - szepcze 
z rozbawieniem, jakby to był świetny żart. 
Oczy mu błyszczą. Po oddechu czuję, że pił. Kiedy, nie mam 
pojęcia, bo cały dzień nie spuszczałam go z oka. Chodzę za nim 
krok w krok. Nie chciałam, żeby przyniósł nam wstyd w kościele 
- albo Liisie czy komuś z jej rodziny. Nieźle musiałam się na-
męczyć, żeby wszystko było, jak należy. 
A więc udało mu się gdzieś schować flaszkę. Już on wie, co bym 
zrobiła, gdybym ją znalazła. Na tyle mnie zna. Mam nadzieję, że 
jedynie ja poczułam odór. Siedział między mną a Mattiasem. 
Tylko ksiądz do niego podszedł. Chciał uścisnąć dłoń męża 
pogrążonego w żalu po stracie żony. 
Nikt inny nie podszedł, ani z Kopalni, ani z Krety. Ale później, 
gdy mąż Liisy i jego rodzina poszli w swoją stronę, widziałam, że 
ludzie zaczęli zbierać się wokół rodziców zmarłej. Obejmowali 
ich, ściskali ich dłonie. Zdaje się, że niektórzy płakali. 
Pocieszali się nawzajem, ignorując jednak przy tym męża 
zmarłej. 
Było to na swój sposób sprawiedliwe. 
Liisa zasłużyła na to, aby ktoś po niej płakał. 
A moje oczy są całkiem suche, zaś ten, który był jej mężem, teraz 
się uśmiecha. 
- To po prostu się stało - odpowiadam w końcu, bo Ole wciąż 
czeka na wyjaśnienie. 
Takie czy inne. 
Nie znosi, kiedy się go ignoruje. Taki był już w 
najwcześniejszym dzieciństwie. Muszę mu odpowiedzieć - 
inaczej nie wypuści mnie z tej pułapki, którą na mnie zastawił. 
 
 

background image

Przez moment mam wrażenie, że zamierza sobie ze mnie kpić, że 
chce powiedzieć coś przykrego, trochę poostrzyć sobie na mnie 
język, ale, choć już otworzył usta, nagle zmienia zdanie. 
Wzdycha i oboje czujemy ulgę, bo żadne nie chce być niemiłe dla 
drugiego. Żadnemu z nas nie przychodzi to jednak z łatwością. 
Chociaż jesteśmy rodzeństwem. 
Jesteśmy sobie najbliżsi. 
Mamy dzieci, rzecz jasna. 
On ma Stellę. 
A ja Lily. 
A gdzieś tam, w nieznanym mi zakątku świata, żyje Michael. 
Ale Ole to mój brat. A ja jestem jego siostrą. Łączą nas więzy 
silniejsze nawet od tych, które istnieją między nami a naszymi 
dziećmi. 
Jesteśmy sobie najbliżsi. 
- Skoro tak się stało, to nie bez powodu - odzywa się w końcu. - 
Moje dziecko będzie żyło... 
Ani słowa o tym, że to także dziecko Liisy. Ole już o niej 
zapomniał. A przecież dopiero co złożono jej ciało do grobu. 
Nikt nie zjawił się w ich domu w Altadalen, żeby zapytać, w jaki 
sposób utrzymują przy życiu córkę Olego Samuelsena. Nikt nie 
zapukał do drzwi Rozy Samuelsdatter z pytaniem, jak udaje jej 
się wykarmić dziecko brata. 
Jak gadano wzdłuż fiordu, przynajmniej raz okazało się 
zbawienne, że Roza różni się od innych kobiet, że posiada nie 
każdemu dostępną wiedzę. Nie mówiono tego zbyt głośno, 
niemniej wieści przechodziły z ust do ust. Podawano je sobie 
niemal jak 
 

background image

pocałunek, choć bez namiętności czy rozkoszy. Był to temat 
rozmów w każdym domu, wszędzie tam, gdzie o zmierzchu 
ludzie zbierali się wokół ognia. 
Nie mówiono głośno, że była czarownicą. 
Ale każdy tak myślał. 
Wiedźma. 
I niejeden stwierdzał półgłosem, że może nie było to takie znowu 
głupie. Że tak naprawdę może było dobre. Może takie dary nie 
zawsze pochodziły od szatana, może czasem Bóg pomagał tym, 
co byli w potrzebie. 
Nic złego nie zrobiła Roza Samuelsdatter, odkąd wróciła do 
kraju. Byli nawet tacy, którzy twierdzili, że Roza w ogóle, nigdy, 
niczego złego nie zrobiła, że zawsze używała swej mocy, aby 
pomagać innym. Nie trzeba teraz źle o niej mówić. 
Każdy zrobiłby wszystko dla swoich bliskich. Ostatnie 
wydarzenia uczyniły Rozę bardziej ludzką w ich oczach. 
Rozumieli ją. 
Roza zastąpiła matkę dziecku swego brata. 
Większość uważała to za słuszne. Nikt nie nadawał się do tego 
lepiej niż ona. Rodzice Liisy mieli już swoje lata, nie narzekali 
też na brak własnych pociech. W każdym kątku po dzieciątku, tak 
to u nich wyglądało. Mieliby w dodatku zajmować się wnuczką? 
Ojciec dziecka przecież żył - i miał się dobrze. 
- Byłaś dla niej prawdziwym przyjacielem - rzekł Ole z 
niespodziewaną powagą. 
Było popołudnie, zbliżał się wieczór. Mattias poszedł z Lily i 
Mattim do obory. Dzieci miały mu pomóc w obrządku i czuły się 
w związku z tym ważne i dorosłe. Roza mogła przez chwilę 
odetchnąć, ale nie wiedziała, czy ma za to dziękować Mattiasowi. 
 
 

background image

Nie była pewna, czy mąż oczekuje pochwał za swoją troskę. 
- Przyjacielem Liisy - powtórzył Ole z namysłem. - Niewielu 
miała przyjaciół. Niełatwo jej było ich zdobyć. Dobrze wiedzieć, 
że jednak nie była całkiem sama... 
- Liisa nie mogła mieć przyjaciół - przerwała Roza bratu, aby nie 
popadł w zbytni sentymentalizm. Nie zamierzała przepędzać 
cienia smutku z serca Olego, ale żeby tak się roztkliwiać - nie, to 
nie był odpowiedni sposób okazywania żalu po zmarłej. -Przy 
takim trybie życia, jaki prowadziłeś - jaki prowadzisz - twoja 
żona nie mogła zdobyć zbyt wielu przyjaciół. Zbyt często czuła 
się zażenowana z twojego powodu. Przynosiłeś jej wstyd. Nie 
miała ochoty tak się czuć przy ludziach. 
- Tacy już jesteśmy - stwierdził Ole. - My. Ja - i ty także. Dobrze 
o tym wiesz, nie udawaj. 
- To prawda, Mattias i ja też nie mamy zbyt wielu przyjaciół - 
odparła. Potrafiła spojrzeć prawdzie w oczy, zmierzyć się z 
własną naturą, ale czy jej brat to potrafił, tego nie była taka 
pewna. 
-Wyjazd z Samuelsborg nie przyszedł mi łatwo -wyznał Ole. - To 
mój dom. -Ale mój dom jest tutaj. 
- Chcę wrócić - powiedział. 
- Mój dom jest tutaj - powtórzyła Roza. - A w kołysce leży twoje 
dziecko, o ile jeszcze o tym nie zapomniałeś. Moje piersi są 
obolałe od przepełniającego je pokarmu. Ona jeszcze nie jada 
razowego chleba ani solonej ryby. Gdybyś chciał wrócić z nią do 
domu, musiałbyś znaleźć mamkę nad Kaf jorden, a to ci się nie 
uda. Taka jest prawda. Próbowaliśmy kogoś 
 

background image

znaleźć. Ale ty nie możesz tego wiedzieć. Nie było cię w domu. 
Nie dane było Olemu o tym fakcie zapomnieć. Przy każdej okazji 
mu o tym przypominano! 
Nie było go w domu przy narodzinach Stelli. 
Nie było go w domu przy śmierci Liisy. 
Spętali mu ręce, próbowali złapać w potrzask, uwięzić, ale do tej 
pory udało mu się uniknąć ich sztuczek. Wciąż był wolny. 
Liisa nadal panowała na Samuelsborg - tylko dlatego, że akurat 
tam oddała ostatnie tchnienie. Tak myśleli wszyscy. Ole nie był z 
tego zadowolony. Odebrać swój dom tej, która umarła - oto, co 
dodałoby mu skrzydeł. 
A pragnął latać! 
Bezwiednie bawił się srebrną misą. Był to największy skarb 
Rozy, najcenniejsza rzecz, pamiątka z Hai-luoto. Wysypawszy z 
naczynia zeschnięte owoce, Ole podszedł do okna. Na dnie widać 
było wyryte cienkie linie. Odrysowali je, ale nie zabrali papierów 
ze sobą. Zdaje się, że zostawili je nad Zatoką Botnicką. Teraz 
pewnie została po nich garść popiołu. 
Odwrócił misę do światła, uważnie przyglądając się srebrnemu 
przedmiotowi. Uderzyło go, że może nie przez przypadek 
wyrysowano mapę na dnie okrągłego naczynia. Być może nie 
tylko z tego jednego, oczywistego powodu: dla ukrycia jej przed 
niepowołanymi oczyma. 
-A gdyby tak rysunek był dokładnym odwzorowaniem terenu - 
głośno myślał Ole. 
Roza spojrzała na brata. Nie zawsze nadążała za jego myślami. 
Przeskakiwały one czasem tak gwałtownie. Coś takiego widziała 
wcześniej tylko u ojca. 
 
 
 

background image

Przeraziło ją to podobieństwo miedzy Olem i Samuelem. 
Trzymając srebrny przedmiot w obu dłoniach, Ole zwrócił go w 
stronę Rozy. 
- Pomyśl, jeżeli ta czarka naśladuje ukształtowanie terenu. Jeżeli 
to ma być niecka, otoczona wysokimi szczytami rozległa 
równina... 
Słowa brata zrobiły na Rozie duże wrażenie. Nie myślała o misie 
od czasu powrotu z Hailuoto. Przedmiot stanowił piękne 
dziedzictwo. Naczynie było cenne, gdyż zrobił je Ailo, bohater 
najstarszych rodowych opowieści. Roza nie myślała jednak nigdy 
o naczyniu jako o mapie. 
Nie zamierzała szukać skarbów. Posiadała tyle, ile jej było 
potrzeba. Niczego więcej nie pragnęła. W pamięci tkwiły jej 
powiedzonka, które ojciec miał zwyczaj powtarzać przynajmniej 
raz w miesiącu. 
„Pieniądze raz są, raz ich nie ma". I jeszcze: „Pieniądze szczęścia 
nie dają". 
Mawiał, że mądrzy ludzie w jego rodzinnych stronach właśnie 
tak powiadali. Za to matka Rozy wzdychała, że jedynie 
bezmyślni ludzie trwonią cały majątek, nie zastanawiając się, co 
będzie jutro, jak ten zając, co marzł każdej zimy, bo nigdy nie 
udało mu się zbudować domu przez lato. Ale Nanna nigdy nie 
odważyłaby się głośno tego powiedzieć, ponieważ to Samuel 
rządził w domu. Wszelkie decyzje należały wyłącznie do niego. 
- Góra pełna złota, nie chciałabyś odnaleźć drogi do niej, siostro? 
- spytał Ole, szczerząc zęby w uśmiechu. - Pomyśl tylko: pełne 
kieszenie! Gdybyś zechciała, mogłabyś zbudować sobie dom 
jeszcze większy 
 

background image

i piękniejszy niż The House - snuł dalej swoją wizję Ole. - Ale nie 
chciałabyś, bo jakbyś miała górę złota, to nic by cię tu nie 
zatrzymało. Wtedy to dopiero byś im wszystkim pokazała! 
Odjechałabyś stąd w wielkim stylu. Własnym okrętem, o wiele 
piękniejszym niż „Senjens Forste Forsog". Odjechałabyś stąd jak 
prawdziwa pani i nawet byś nie spojrzała na tych wszystkich 
frajerów, stojących na brzegu i machających ci chusteczkami na 
pożegnanie. 
-Niewiele osób zjawiłoby się na przystani, gdybyśmy stąd 
odjeżdżali - zauważyła Roza suchym tonem. - Nie chciałabym 
niszczyć twojej pięknej wizji, bracie, ale byłoby zupełnie inaczej. 
Nie było tak znowu tłumnie na nabrzeżu, kiedy ostatnio wyjeż-
dżałam. Niewiele więcej osób przyszłoby, gdybym jutro rano 
wyruszyła w drogę. 
- Byłoby tłoczno, gdyby wiedzieli, że jesteśmy bogaci! - upierał 
się Ole. 
-Ale ta twoja góra nie istnieje, Ole! 
- Ktoś już ją kiedyś odnalazł. Mąż naszej praprapraprababki. Jej 
pierwszy mąż, Karl. To on znalazł złoto. A po nim Knut. Oto 
mapa, Rozo. 
Przesunął dłonią po dnie czarki. 
Roza przestraszyła się, widząc, z jaką czcią jej brat traktuje 
martwy przedmiot. Stelli jeszcze nie trzymał w ramionach. 
Jeszcze nie głaskał córeczki po głowie, ale za to zimne srebro 
gładził teraz pieszczotliwym gestem. 
-To jest mapa sporządzona przez Knuta. Dzięki niej możemy 
odnaleźć złoto. 
- Sądzę, że się mylisz. 
- To czego niby miałaby to być mapa? - spytał. -Jak możesz być 
taka tępa? 
 

background image

- Sądzę, że wcale nie chodzi o złoto - rzekła z uporem Roza, tak 
samo przekonana o własnej racji, jak jej brat. - Myślę, że ta misa 
przeszła w ręce naszej rodziny z innych, dużo ważniejszych 
powodów. Wcale nie po to, żebyśmy z dnia na dzień zdobyli 
bogactwo. 
-A co może być ważniejszego? - zapytał Ole wzgardliwie. 
- Nie mam pojęcia - odparła Roza. - Nie mam pojęcia. Ale może 
pewnego dnia się dowiem. 
- Szybciej ja znajdę złoto niż ty odpowiedź! 
Roza westchnęła. Jeśli sprawa czarki tak pochłaniała Olego, Roza 
nie zamierzała mu przeszkadzać. Nieczęsto Ole tak się w coś 
angażował, przeważnie wszystko było mu obojętne. 
- Nie warto stawiać na Kopalnię, Rozo. Mattias jest za mądry, 
żeby całe życie grzebać w ziemi. A ty powinnaś mieć ogród, a w 
nim piękne kwiaty, siostro. Takie, jak widziałem w Bossekop. 
Goździki i te czerwone, i niebieskie, co wyglądają jak kule czy 
zaciśnięte pieści... 
- Hortensje - podpowiedziała Roza. - Kolor zależy od rodzaju 
gleby. Nazywają się hortensje. Niektórzy mają też łubin. Pięknie 
kwitnie, jeśli tylko ma jakiś zaciszny kąt. Ale mnie wystarczą 
zwykłe nagietki. -Zbyła całą sprawę śmiechem. - To rozrzutność 
hodować coś, co nie nadaje się do jedzenia. Mamy dwa rodzaje 
kapusty: białą i czerwoną. Kalafiory i brukiew. Porzeczki i 
maliny, i pasternak. Buraki cukrowe. Mnóstwo koperku, pyszny z 
wędzonym łososiem. Mamy portulakę i sałatę, i rzepę. 
Ziemniaki. Na kwiaty nie ma miejsca. 
- Liisa chciała mieć kwiaty - powiedział Ole. 
 

background image

Roza wstrzymała oddech. Zaledwie parę razy Ole wspomniał 
Liisę. Jakby próbował zapomnieć, że w ogóle ktoś taki kiedyś 
istniał. 
- Wszystkie kobiety chciałyby hodować kwiatki -ciągnął. - 
Czemu więc i ty miałabyś nie marzyć o kwiatach w ogrodzie? 
Może twoje imię okazało się przekleństwem? 
Ole skierował na siostrę swe zbyt niebieskie oczy. 
Roza nigdy nie posądzała brata o głębokie przemyślenia. Nie była 
pewna, czy to, co powiedział, wziąć za oznakę mądrości. 
-Ja to nie Liisa - odparła Roza. - Inne kobiety być może marzą o 
kwiatkach, ale nie ja. Poza tym kobiety też różnią się od siebie. 
Nie są jednakowe. Są tak samo różne, jak mężczyźni. Nie 
powiedziałabym, że na przykład między tobą i Mattiasem istnieje 
jakieś szczególne podobieństwo... 
- Przysięgam, że nigdy nie posadzę kwiatków koło Samuelsborg - 
zapewnił Ole. 
Roza jakoś nie mogła odnaleźć sensu w tej rozmowie. 
-Tęsknisz za nią? - spytała, korzystając z chwilowego nastroju 
bliskości. Zaistniała ona tak nagle, jakby powiew wiatru rozchylił 
świeżo wykrochmalone firanki, odsłaniając wnętrze pokoju 
oczom przypadkowego przechodnia. 
Ole nie odpowiedział. 
- Przecież musi ci jej brakować! Ole wzruszył ramionami. 
Zdarzało się, że się nad tym zastanawiał, pytał samego siebie - 
nawet tym samym, co Roza, tonem głosu, kiedy nikt nie mógł go 
usłyszeć. Nie miał ochoty przyznawać się przed nikim, co tak na- 
 
 
 
 
 

background image

prawdę czuł. To były jego własne myśli, tylko jego dotyczyły. 
- Zdaje się, że Kopalnia ciągnie resztką sił - stwierdził. 
- Dlaczego tak uważasz? - spytała Roza, nie bardzo wierząc jego 
słowom. 
- Crowe odjechał, czyż nie? 
Roza odgarnęła do tyłu spadające na czoło kosmyki. 
- Chyba niewiele miał tu do roboty po śmierci żony - zauważyła. 
- Ludzie gadali, że znienawidził Rosjan. Zaczął się ich bać. I 
dostała mu się posadka w Christianii. Pewnie wolał być konsulem 
generalnym w stolicy, niż siedzieć tu nad fiordem, kiedy 
dzieciaki dorosły, a żona leżała w grobie. 
- Wszyscy wiedzą, że ceny miedzi gwałtownie spadają. 
Roza wzruszyła ramionami. 
- Niektórzy mówią, że miedzi jest na świecie aż za dużo. Nawet 
Anglicy mają problemy. Miedź z Kuby czy Australii jest o wiele 
tańsza. 
Roza oczekiwała wyrzutów za to, że oddała Hai-luoto Villemu, 
którego Ole nie nazywał inaczej niż obłąkańcem. 
-Myślę, Roza, że nikt rozsądny tu nie zostanie. Trzeba uciekać, 
zanim Kopalnię diabli wezmą. Nie zamierzam siedzieć tu i 
czekać, aż wydobędą ostatnie okruchy miedzi. Nie zamierzam 
wędrować jak leming na południe, kiedy tu całkiem zabraknie 
pracy. 
- Nie ma żadnej złotej góry - powtórzyła Roza, odgadując 
zamiary brata. - Nic w życiu nie przychodzi tak łatwo. 
 

background image

- Czy mogę zabrać tę misę na kilka dni? - poprosił Ole. 
-Nie. 
- Czy wobec tego mogłabyś odrysować dla mnie to, co jest 
wyryte na dnie? 
Nie chciała. 
- No proszę! 
W końcu się poddała. Przecież był jej bratem. Ole złożył gotowy 
rysunek, tak że powstało z niego coś na kształt kanciastego 
naczynia z wyrysowaną w środku mapą. Uśmiechnął się, 
zajrzawszy do środka. 
- Chyba wiem, gdzie to jest - powiedział z przekonaniem. 
-Mattias nie weźmie w tym udziału! - ostrzegła Roza 
Ole nie oponował. 
- Nic mów mu, dokąd pojechałem - poprosił, kierując się w stronę 
drzwi. 
Niczego ze sobą nie wziął. Wydawał się zupełnie o to nie dbać. 
Pewien był, że zawsze znajdzie się jakieś miejsce na spoczynek, 
coś do zjedzenia i trochę wody dla ugaszenia pragnienia. Istniały 
wprawdzie inne potrzeby, ale zaspokojenie ich nie było mu ko-
nieczne do życia. Wszystko, co wykraczało poza niezbędne 
minimum, uważał za luksus. 
Na krańcu Krety, tam, gdzie przebiegała granica z Kopalnią, a 
kończyła się należąca do Kvenów część plaży, stał jego dom - 
pełen różnych rzeczy. Ale nie cieszyły go przedmioty, które 
posiadał, gdyż nie był wystarczająco bogaty, aby budzić 
powszechny szacunek, stać się kimś. 
Nie potrzebował rzeczy. Potrafił się bez nich obyć. Rzeczy były 
jednak głazami, z których mógł 
 
 

background image

zbudować most, aby przejść na drugą stronę grzęzawiska, na 
słońce, aby zostać jednym z tamtych. Mieć władzę. 
- Nie mów też, po co! 
Innych słów pożegnania Roza nie usłyszała. Wychodząc, rzucił 
zaledwie przelotne spojrzenie na swoją córkę. 
- Żadna złota góra nie ocali cię przed twymi demonami, Ole - 
ostrzegła Roza. 
Ale on już tego nie słyszał. 
 
 
Rozdział 6 
Oczywiście była lojalna wobec brata. Mattias obraził się, że nie 
chce mu powiedzieć, gdzie przepadł Ole. 
- Daleko chyba nie pojechał - próbował zgadnąć Mattias. 
Leżąc na plecach, wpatrywał się w Rozę siedzącą w nogach łoża. 
Przy piersi trzymała Stellę. Włosy miała rozpuszczone. Rude 
kaskady opadały na ramiona i spływały dalej, aż na prześcieradła, 
na kształt coraz cieńszych strużek, które nagle kończyły swój 
bieg, nie dotarłszy do brzegu łoża. Jej nocna koszula nie 
wyglądała tak skromnie i obyczaj nie, jakby sobie tego Roza 
życzyła. Dziecko tak często domagało się pokarmu, że górne 
guziki były stale rozpięte. 
Mattias nie miał nic przeciwko temu. 
 

background image

Roza z dzieckiem w ramionach wyglądała jak alegoria 
domowego ogniska. Stella miała już trzy tygodnie. 
- Szkoda, że nie dałem ci dziecka - oświadczył. Po twarzy Rozy 
przemknął uśmiech. Zrozumiała, 
że to było miłosne wyznanie. Próbowała wyrazić wzrokiem, że 
zrozumiała. To była jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie 
kiedykolwiek usłyszała. 
- Ona wciąż jest głodna - stwierdził Mattias. -Tak to już jest z 
maluchami. Założę się, że z ciebie też był prawdziwy żarłok. 
- Nie przypominam sobie! 
Zaśmiała się łagodnie. Radosnym, pełnym czułości śmiechem. 
Raissa zachowywała się zupełnie inaczej, gdy Matti przyszedł na 
świat. Była niby dzikie zwierzę na dnie pułapki. Roza, przeciwnie 
- rozkwitła. 
Szkoda, że nie dał jej dziecka... 
Mattias pomyślał, że wspomnienie o Liisie zbladło przerażająco 
szybko. Minęło przecież zaledwie parę tygodni, odkąd umarła. 
Po Olem nie spodziewał się głębszych uczuć. Szwagier okazał się 
dokładnie taki, jak Mattias przewidział. Ale sądził, że Roza 
będzie przeżywać śmierć Liisy nieco dłużej niż tylko kilka dni. 
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek to u niej zauważył - żeby 
natychmiast przestała się interesować tym, co traciła z oczu. To 
było przerażające. 
Jak szybko o nim by zapomniała? 
To w ogóle nie powinno nastąpić! 
Roza wydawała się taka szczęśliwa, kiedy nosiła małą Stellę w 
ramionach, a Lily i Matti plątali się obok. Zawsze miała dla nich 
czas, zawsze gotowa była odpowiadać na ich pytania. Traktowała 
ich serio 
 

background image

i słuchała z całkowitą powagą. Nigdy nie bagatelizowała ich 
problemów. 
Mattias bezustannie łapał się na tym, że porównuje ją z Raissą. 
Porównania te nigdy nie wypadały pomyślnie na rzecz tej 
ostatniej. Nawet gdyby Raissa go nie zdradziła, nie udałoby jej 
się przyćmić Rozy. 
Przez krótką chwilę był zaślepiony, zaczarowany, szalony. 
Kompletnie stracił głowę. Owocem płomiennego uniesienia był 
Matti. Dlatego nie odrzucał tamtej części swego życia i nie starał 
się pogrzebać jej w niepamięci. Nie musiał o niej zapominać, 
gdyż dzięki tamtym wydarzeniom miał syna. 
W ten sposób pamiętał Raissę. 
Dała mu Mattiego. 
Reszta nie była istotna. 
Przypuszczał, że w ten sam sposób Roza myśli o Liisie. 
Ole nawet nie czuł wdzięczności za swoje śliczne dziecko. 
Nie w taki sposób myślała Roza o ojcu Lily. 
Nie raz był Mattias bliski zdarcia ze ściany obrazu wiszącego w 
największej izbie. Często siedział, wpatrując się w wizerunek, 
mający zdaniem Rozy być wierną podobizną Seamusa 
0'Connora. Mattiasowi wydawało się, że poznał te rysy równie 
dokładnie jak Roza. 
Setki razy żałował, że zdobył dla niej ramy i złoto w listkach. 
Przeklinał się za własną lekkomyślność, ale nie zamierzał teraz 
cofać raz danej zgody. Roza nie powinna nigdy dowiedzieć się o 
jego zazdrości. 
Więcej jednak nie spotykał tego mężczyzny w swoich snach. 
Każdy z nich należał do innego 
 

background image

świata. Nie mogli ze sobą rozmawiać - ani o Rozie, ani o 
czymkolwiek innym. 
Po jedzeniu Stella natychmiast zasnęła. Zdążyła tylko ułożyć w 
dzióbek swe różane usteczka i westchnąć z zadowoleniem, a sen 
od razu spłynął na jej jasne powieki. 
Mattias widział, z jaką ostrożnością Roza układa dziecko w 
kołysce. Przyszło mu do głowy, że być może Stella w jakiś 
sposób zastępuje Rozie synka, którego zostawiła w Ameryce. 
Może Roza ma go przed oczami, kiedy patrzy na córkę Olego, 
zapominając, że chłopiec jest teraz w wieku Lily. 
Szkoda, że nie dał jej dziecka. 
- Chodź tu! - powiedział, zdając sobie jednocześnie sprawę, że 
zabrzmiało to za ostro, niemal jak rozkaz. 
Pokrył zmieszanie uśmiechem. A raczej spróbował. 
- Nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało! 
-A jak? - spytała szelmowsko. Żartobliwy ton mógł jednak kryć 
w sobie coś innego - Mattias nigdy nie był pewien, jak rozumieć 
jej słowa. 
- Nie chcesz, żebym do ciebie przyszła? - spytała, mrugając z 
rozbawieniem oczami. Stała tak blisko, że niemal mógł jej 
dotknąć. Gdyby tylko trochę wyciągnął ramiona. Albo nieco 
przesunął się na skraj łoża. 
- Mam do ciebie nie przychodzić? 
- Wręcz przeciwnie - zapewnił. 
Więc przyszła. Bez protestu. Odebrało mu mowę. Tak długo nie 
mógł wydusić z siebie słowa, że Roza zaczęła się śmiać. 
- Żona powinna być posłuszna mężowi - wyszeptał. 
Rozwarłszy dłoń Rozy, zaczął okrywać jej wnętrze gorącymi 
pocałunkami. Suchymi wargami ucałował wszystkie pięć palców 
- czule i namiętnie. 
 

background image

- Żona ma szanować swego małżonka, mój aniele. Nie wydaje mi 
się, żeby akurat śmiech można było uznać za szczególny wyraz 
szacunku... 
Ująwszy jej drugą dłoń, zaczął pieścić ją w ten sam sposób, 
nieśpiesznie, zmysłowo. Deszczem delikatnych pocałunków 
okrył jej dłonie aż po koniuszki palców. 
Roza odchyliła głowę do tyłu, potrząsnęła włosami, aż żaden 
jedwabisty kosmyk nie został na ramionach, aż wszystkie 
spłynęły swobodnie wzdłuż stromizny pleców. 
-Nie ma prawa śmiać się nawet ze szczęścia? -podjęła Roza 
wątek. 
-A czy mąż ją uszczęśliwia? - spytał Mattias ochryple. Gdy nieco 
uniósł się w łożu, kołdra zsunęła się z niego i spod ciepłego 
przykrycia wyłoniła się najpierw naga stopa, a potem cała noga. 
Roza wiedziała, że Mattias nic na sobie nie ma. Widziała, jak się 
kładł. Tyle nocy przespali razem w jednym łożu - wiedziała, że 
lubi spać nago. Przykrycie zsunęło się jeszcze bardziej, ukazując 
jej oczom linię nagiego biodra. 
- Oczywiście, że tak - odparła, pozwalając mu położyć dłoń na 
swym gładkim, miękkim policzku. Otarła się z oddaniem o jego 
dłoń, tak jak kot ociera się o nogi pani domu. 
-Czy go pragnie? - zapytał Matias, wstrzymując oddech w 
oczekiwaniu na odpowiedź. Po zbyt długiej, według niego, 
chwili, Roza odparła zdecydowanie: 
- Tak, pragnie go. Pragnę cię, Mattias! 
Zaczęła skradać się ku niemu na czworakach. Nie zdawała sobie 
sprawy, ile Mattias widział. Wycięcie przy szyi sięgało głęboko. 
Mattias nie mógł oderwać 
 

background image

od niej wzroku, choć nie był przecież żadnym młokosem. 
Widywał już rozebrane kobiety. Także Rozę widział już nagą. 
Usiadła na nim okrakiem, unieruchamiając go pod kołdrą. Czuła 
wyraźnie jego ciało. Wiedząc, co się z nim dzieje, postanowiła 
trochę się z nim podro-czyć. Śmiejąc się kusząco, zaczęła 
kokieteryjnie mrugać rzęsami. Tego się nie spodziewał. 
- Pragnę cię - rzekł zduszonym głosem. 
- Wiem - odparła. - Czuję to. 
Na moment osunęła się niżej, aby zaraz unieść się z powrotem. 
Była to tortura słodsza niż miód, ale jednocześnie równie brutalna 
jak uderzenie biczem. Mattias nie wiedział, ile czasu potrafi to 
wytrzymać. Nie wiedział, czy ma próbować - choć doświadcze-
nie podpowiadało, że cierpliwość zostanie nagrodzona w 
najrozkoszniejszy na świecie sposób. Tak było wcześniej, za 
każdym razem. 
- Czasami - rzekła Roza, w zamyśleniu marszcząc brwi - lękałam 
się kolejnego dnia. Chciałam nie budzić się następnego ranka. 
Patrzyłam, jak wstaje słońce, ale z całego serca pragnęłam go nie 
oglądać. Pragnęłam śmierci, która ocaliłaby mnie od nadcho-
dzących dni. 
Na chwilę zapadła głęboka cisza. 
- Ale teraz cieszę się na nowy dzień - dodała. - Na wszystkie 
kolejne dni mojego życia. Zawdzięczam to także tobie, Mattias... 
Rodzący się na jego wargach uśmiech nagle zamarł. Nie 
powiedziała, że tylko jemu to zawdzięcza, a on tak bardzo tego 
pragnął. Pragnął mieć ją całą, jej całe ciepło - nie tylko część. 
Całą namiętność, skrytą, jak wiedział, w jej wnętrzu. Chciał jej 
pożą- 
 
 

background image

dania i jej serca, jej całej, wiedząc, że życzenie to nigdy się nie 
spełni. 
Życie udzieliło Rozie twardej lekcji. 
Nie potrafiła oddawać się całkowicie, bez granic. Zawsze 
zostawiała coś dla siebie - tak, aby uczuć starczyło na inne 
cudowne dary, wszystko, co jeszcze mogło ofiarować jej życie. 
Tego się nauczyła. 
Nawet Mattias nie mógł liczyć na to, że Roza ofiaruje mu się cała. 
Ale rozumiał to. Nie próbował wymuszać na niej rzeczy 
niemożliwych, nie zraził jej do siebie nierealnymi żądaniami. 
Mattias położył obie dłonie na jej twarzy. Spojrzał w błękitne 
oczy - wciąż błysżczały niby drogocenne kamienie. 
Mattias był absolutnie pewien, że Roza zachowa swoje jasne, 
świetliste spojrzenie nawet jako stara kobieta. Jej oczy nigdy nie 
zgasną, nie zblakną ze starości. Zawsze tryskać z nich będzie 
młodość, siła, życie. Pragnął zawsze w nie patrzeć. 
Chciał zestarzeć się przy jej boku. 
Umrzeć w jej ramionach. 
- Kocham cię - wyznał cicho. Jego szept był czasem bardziej 
przenikliwy niż zwykły ton głosu. -Pragnę cię, mój aniele. 
Bardziej niż jesteś w stanie to sobie wyobrazić, skarbie. Zawsze 
będę cię pragnął. 
Żartobliwie przeciągnęła mu palcem po nosie. 
- Kochaj mnie, jakbyśmy mieli tylko tę jedną noc! - sam nie 
wiedział, skąd wzięły się te słowa w jego ustach, ale raz 
wypowiedziane, wydały się jak najbardziej odpowiednie. 
-Jakbyśmy mieli nigdy więcej się nie zobaczyć? -spytała. - 
Jakbyśmy dotykali się po raz ostatni? Mattias skinął potakująco 
głową. Jej słowa za- 
 

background image

brzmiały niewypowiedzianie smutno - ale i intrygująco, 
zmysłowo. Obiecywały tyle możliwości. 
Wszystko było dozwolone, skoro nigdy więcej mieli się nie 
ujrzeć, jeśli istniała tylko ta jedna jedyna noc. Wszystko było 
słuszne. 
- Obejmij mnie! - poprosił. 
Nie od razu spełniła jego prośbę. Już myślał, że ją zignorowała. 
Może po to, aby mu pokazać, że kierowała się tylko swoją własną 
wolą. 
Uszanowałby to. 
Roza wyprostowała się i, wciąż klęcząc, jednym płynnym 
ruchem ściągnęła z siebie koszulę. Mattias zauważył w powietrzu 
łuk kremowobiałej barwy. Usłyszał, jak koszula spada na 
podłogę, nie wiedział jednak, gdzie, gdyż oczy utkwione miał w 
Rozie. 
Nawet nie próbowała się przed nim zasłonić. Dla Mattiasa było to 
oznaką najwyższego zaufania. Roza nie zakryła przed nim 
poparzonego ramienia ani lewego policzka, na zawsze 
naznaczonego purpurową czerwienią i nierównościami. 
Siedziała spokojnie naprzeciw niego. Jej nagość była całkowita, 
nic jej nie zasłaniało. Całe jej ciało rozluźniło się. Włosy 
odrzuciła do tyłu tym swoim niezwykłym ruchem głowy. Ruch 
ten świadczył o dumie i uporze, ale Mattias kochał go, gdyż 
należał do niej, był z nią nierozerwalnie związany. Chciała, żeby 
na nią patrzył, czerpała z tego przyjemność - napełniło go to 
niewypowiedzianą dumą. O ile to możliwe, poczuł się jeszcze 
bardziej w niej zakochany. 
Roza pozwoliła mu się dotykać. Jego ręce były ciepłe i delikatne, 
od ich dotyku krew zaczęła szybciej krążyć jej w żyłach. 
Przesunął je wzdłuż zewnętrznej 
 

background image

strony jej ud. To wystarczyło, aby rozpalić w niej pożądanie. 
Pragnęła go każdą najmniejszą cząstką swego ciała. Przymknęła 
oczy. Kiedy je ponownie rozwarła, pragnęła go równie mocno. 
- Ukochana - szepnął. 
To jedno małe słówko wystarczyło. Zapadło głęboko w jej 
wnętrze, było jak krzyk, który wywołał echo gwałtownych 
namiętności. To było coś niepojętego, ale chciała, aby się nigdy 
nie skończyło. Kiedy Mattias jej dotykał, kiedy przesuwał ręce po 
jej ciele, tylko on był obecny w jej myślach. 
... nawet Seamus nie... 
- Najukochańsza Rozo - szepnął, szukając dłońmi jej piersi. 
W pokoju było dość ciepło. Lato było łagodne, noce jasne i 
przyjemne. Pieściły ludzkie ciała, zwodniczo kazały wierzyć, że 
tak będzie zawsze, że nigdy nie wróci zima ani noc polarna, 
mroźny wiatr nie zawieje od lądu, śnieg nie zatrzeszczy pod 
podeszwami butów. Lód nie pokryje rzeki Alta, słońce zawsze 
będzie świecić dla wszystkich zakochanych. 
We wszystko skłonna była uwierzyć! 
W każde kłamstwo. 
Nie było w niej żadnego oporu. Roztopił się pod wpływem 
pieszczot Mattiasa. Kciukami przesunął po stwardniałych 
brodawkach, czyniąc je jeszcze twardszymi - aż poczuła ból, aż 
zaczęło z nich wyciekać mleko. Mleko, które w tak 
niewytłumaczalny sposób pojawiło się w jej ciele. Mattias tylko 
uśmiechnął się zuchwale. 
Roza zadrżała. 
Wszystko wypełniała radość. 
Pozwoliła mu przewrócić się na łóżko. Usłyszała 
 

background image

własne westchnienie. Poczuła uśmiech na swoich ustach. Czuła, 
jak unoszą się ich kąciki. Poczuła, że drży - a Mattias, 
wyswobodziwszy się z okryć, ułożył swe nagie, gorące ciało tuż 
przy jej ciele. 
Pragnienie ogarnęło ich ciała - wzięło je w posiadanie. 
-Kocham cię - powtórzył szeptem, tym razem przytulając wargi 
do jej szyi, po tej brzydkiej, czerwonej, pokrytej cienkim 
naskórkiem stronie. 
Zabrzmiało to tak szczerze. 
Roza piła jego zapach. Mattias był jak zanurzone w morskiej 
wodzie drzewo. Pachniał brzozowym lasem i morzem. A były 
jeszcze inne zapachy - musiały pozostać nienazwane, ale i tak 
były dobrze Rozie znane. Wszystkie zapachy, po których 
rozpoznałaby go wśród setki innych mężczyzn. 
- Pragnę cię - wyznał. 
Jego szept podziałał na nią jak łyk mocnego napoju. Zakręciło jej 
się w głowie. 
- Powiedz, że ty też mnie pragniesz! - poprosił gorąco. 
Raczej trudno byłoby to ukryć. 
- Pragnę cię - wyszeptała namiętnie. Koniuszek jej języka zaczął 
bawić się płatkiem jego ucha, zatańczył na dziwnych, twardych 
nierównościach. Jej oddech był gorący. Uśmiechnęła się, słysząc 
jęk Mattiasa. 
Znak uległości. To ona to sprawiła. 
Ona, Roza, miała nad nim taką władzę. Nad Mattiasem - 
najsilniejszym mężczyzną, jakiego znała. 
Ramionami oplotła jego kark. Nie poniosła porażki. Tu nie było 
pana i poddanego. Byli sobie równi. 
 
 
 

background image

Jej wargi zadrżały. 
Obrócił ją odrobinę, tak że teraz leżeli oboje na boku. Ich ciała, 
ich twarze, zwracały się ku sobie. Jednym ramieniem obejmował 
ją w pasie. Wolną ręką zaś nieśpiesznie pieścił jej twarz, kawałek 
po kawałku. 
Pod dotykiem jego palców Roza zapomniała, która strona była 
brzydka, a która piękna. W jej świadomości pozostało tylko jedno 
doznanie, odsuwając w niepamięć inne rzeczy, doprowadzając ją 
niemal do omdlenia - rozkosz, którą w niej budził, rozkosz, którą 
budzili w sobie nawzajem. 
Nie tylko on w niej. 
Także ona w nim. 
Mattias przycisnął swoje usta do jej drżących ust. Roza płonęła z 
pożądania do niego, z tęsknoty za twardym dotykiem jego 
szczodrego, pożądliwego ciała. Nieskończenie długi pocałunek 
wzmagał jej żądzę. Oszołomiona, oniemiała, poczuła, że płonie, 
że ogień wypełnia każdy zakamarek jej ciała. 
Niepowstrzymany nurt porwał ją ku niemu. 
Porwał jego ku niej. 
Jak przypływ. 
Byli brzegiem i falą. 
Pewnie nigdy nie potrafiliby odróżnić, które z nich było wodą, a 
które lądem. Pieścili się nawzajem, należeli do siebie, tworzyli 
jedność - choć tak różni. 
- Roza! - wyszeptał tuż przy jej ustach, nie przerywając 
pocałunku. 
- Mattias! - westchnęła, a on zaśmiał się z radości, słysząc, jakim 
tonem wypowiedziała jego imię. 
- Rozpalasz mnie! 
-To ty jesteś ogniem! - odparł, odsuwając się 
 

background image

nieco, aby ich ciała mogły doznać choć chwilowej ochłody. 
Niepowstrzymany płomień już je niemal strawił. Miłość nie 
miała przecież być zniszczeniem... 
Roza jęknęła z pełnej radości rozkoszy, czując dotyk jego rąk na 
swoich piersiach. Jej palce, jak echo, odnalazły ciało Mattiasa, 
ofiarowując mu taką samą pieszczotę. 
Naśladowała każdy jego gest, każde dotknięcie, aż wydał z siebie 
jęk, który zabrzmiał jak skarga. Rozkosz graniczyła z 
cierpieniem. Wtedy opuścił dłonie na jej biodra, gdzie spoczęły 
na moment, to dalekie, to bliskie, igrały po jej ciele, wywołując 
na przemian ciepło i chłód. 
Nagle Roza poczuła na sobie jego ciężar. 
-Nie ruszaj się! - wyszeptał niemal bezgłośnie. -Chciałbym, aby 
ta chwila trwała wiecznie. Będę ją nosił w pamięci aż po kres 
moich dni, najukochańsza Rozo... 
- Czas nie może stać w miejscu - odparła szybko. 
Nie chciała o nic go błagać, ale tak bardzo go pragnęła. Nie miała 
ochoty czekać. Była pewna, że i Mattias z największym 
wysiłkiem przeciąga ten moment. Wiedziała też jednak, że 
droczenie się z nią sprawia mu przyjemność. 
Wciągał ich morski wir, wilgotny nurt unosił w miejsca, do 
których żadne z nich nigdy nie śmiało się zbliżyć. 
Roza była zupełnie bez tchu. Czuła, że umrze, jeśli on jej zaraz 
nie dotknie, jeśli nie zauważy, jaka jest rozpalona, wilgotnym, 
ciepłym ogniem, tak pragnącym zawrzeć się wokół niego. Była 
jak zwinięta dłoń, pragnąca poddać się twardym kształtom jego 
ciała. 
 
 
 
 

background image

Pragnęła. 
Czekała niecierpliwie na nadejście tej chwili. 
Odpowiedział jej śmiechem, prowokującym i pewnym siebie. 
Słychać w nim było jednak drżenie i Roza wybaczyła Mattiasowi 
- cierpiał tak samo, jak ona. 
Gdyby nie była tego pewna, nigdy by mu nie wybaczyła. 
Roza poczuła dotyk palców Mattiasa. Teraz dowiedział się, jak 
bardzo go pożąda. Zapragnęła znaleźć się jeszcze bliżej niego. 
Wydawało się to zupełnie niemożliwe. Chcąc zbliżyć się jeszcze 
bardziej, musiałaby chyba przeniknąć przez jego skórę, wedrzeć 
się do wnętrza. Wówczas ich ciała stopiłyby się w jedno, nie 
dałoby się ich potem rozdzielić. 
Nie byłoby to takie straszne. 
Każdy jego ruch był niecierpliwym, wyczekującym błaganiem. 
Każdy skrawek jego ciała czekał na odpowiedź. Jeden 
nieznaczny ruch biodrami - tyle by wystarczyło. Chciał wiedzieć, 
czego ona pragnie. Ale teraz ona chciała przedłużyć jego męki, 
tak jak przed chwilą on dręczył ją. 
Pragnęła dać mu to samo, co on dał jej. 
Jej dłonie stały się równie bezpośrednie, jak dłonie Mattiasa. 
Ugryzł ją w ucho. 
Roza odpowiedziała podobnie. Jęknął, zdumiony - 
niespodziewana pieszczota była nieco bolesna, i to na pewno nie 
przypadkowo, ale jeszcze bardziej go rozpaliła. 
- Doprowadzasz mnie do szału - westchnął i zamknął wargi 
wokół jej brodawek. Zaczął ssać i zlizywać słodki płyn, 
ściekający mu na wargi, na język. Jednocześnie nie przestawał 
pieścić językiem nabrzmiałego 
 

background image

owocu jej piersi. Ciało Rozy było wyjątkowo wrażliwe ze 
względu na to, że karmiła, a Mattias coraz mocniej drażnił je 
wargami i językiem, mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nigdy 
jeszcze, kochając się z nią, nie oglądał jej w takim rozkwicie 
kobiecości. Wydawała mu się niemal obca. Obca. 
Niebezpieczna. Uwodzicielska. 
I dziwnie znajoma jednocześnie. Nieskończenie kobieca. 
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek pragnął jej z taką siłą. Między 
udami czuł trudny do wytrzymania ból. Lędźwie były ciężkie z 
pożądania. Kręciło mu się w głowie od tego pragnienia. Już nie 
był pewien tego, kim był. Wszystkie sprawy, wszystkie tajemnice 
świata stały się nagle nieistotne. Nie musiał ich poznawać. 
Znał ją. 
To było wystarczająco wiele. 
Mattias mocniej przycisnął swe ciało do ciała Rozy. 
Przedramiona położył po obu stronach jej głowy. Trzymał ją 
jakby w potrzasku, a jednak nie była więźniem. 
Była wolna. 
Była wolna i obejmowała go. Przyciągała go ku sobie, czuła 
ciężar jego ciała. W tym momencie wydawało się to właściwe. 
On był tym właściwym. 
To była jedyna logika pożądania. 
Oplotła nogami jego biodra, unosząc się nieco ku niemu, gdyż był 
od niej wyższy, nogi miał długie; zaprosiła go do środka, 
ofiarowała to, co najlepsze, jedyne, co posiadała - samą siebie. 
 
 
 
 
 

background image

Ogłuszyły ją uderzenia serca. Słyszała je wyraźnie niby dzwony 
kościelne. Krew szumiała jak wodospad. Usta ją piekły, łaknęła 
jego pocałunków. Pragnęła w nich zatonąć, pragnęła poczuć jego 
twarde wargi na swoich, chciała, aby zmiażdżyły jej usta, chciała 
poczuć rosę najdelikatniejszych w świecie pocałunków. 
Rozchyliła wargi, błagając go, kusząc, obiecując swoje pocałunki 
w zamian za jego. 
Mattias zbliżył usta do jej ust. Poczuł jej żar, poczuł, jak otwiera 
się przed nim, i wszedł w nią, jednocześnie wsuwając język 
między jej półotwarte wargi. Zacisnęła nogi wokół jego ud, 
krzyżując je na mocnych plecach mężczyzny. Widziała płynny 
ruch mięśni rysujących się pod skórą. Biodra poruszały się 
miarowo; poczuła nagle, że jej mięśnie poruszają się w tym 
samym namiętnym rytmie, że jej biodra uderzają o jego biodra, 
ciało wygina się ku niemu w łuk, chcąc znaleźć się jeszcze bliżej 
niego. 
... bliżej... 
Tak intensywnie czuła każdy gorący cal jego ciała. Ta chwila 
była jak woda. Oszałamiająca kipiel. Ciemna, głęboka otchłań 
bez dna - a jednocześnie pełna spokoju i odwieczna, jak 
odwieczna jest zależność między pływami i Księżycem. 
Roza była jak lecący do światła motyl. 
Nie szkodzi, że światło to było blaskiem ognia. 
Niech strawią ją płomienie. 
Mattias zdążył położyć dłoń na jej ustach, tłumiąc krzyk 
wyrywający się na gorące od miłości i pocałunków wargi. Jego 
dłoń była jak gniazdo - ogarniająca ją radość nie miała prawa go 
opuścić. Obok spała Stella, a za ścianą Lily i Matti. 
Fala przypływu zalała go, ogłuszyła, zostawiła 
 

background image

ciężkim, sytym i szczęśliwym. Sam wydał tylko jeden zduszony 
jęk, który stłumiły jej włosy. Utonął w ich jedwabistych splotach. 
Wynurzając się z nich, zaczerpnął powietrza jak nowo 
narodzony. Potem chłonął jej woń. Owinął ich ciała w cudownie 
chłodne okrycia. 
Mattiasa ogarnęło uczucie głębokiej bliskości. Nie chciał 
wypuszczać Rozy z objęć, chciał nadal czuć na swym ciele jej 
ramiona. 
- Kocham cię - powiedział. 
Roza już spała, ale wydało mu się, że w kąciku jej ust igra 
uśmiech - uśmiech szczęścia. 
 
 
Rozdział 7 
Tuż przed świtem ktoś zapukał do drzwi. Właściwie nie było to 
pukanie, a raczej dudnienie, niewiele różniące się od odgłosu 
przetaczających się w oddali grzmotów, które słychać było przez 
całą noc. Mat-tias wstał niechętnie. Miał wrażenie, jakby dopiero 
co się położył. Czuł ból w całym ciele. Miał ochotę wskoczyć z 
powrotem do łóżka, przytulić się do Rozy, porozkoszować 
płynącym od niej ciepłem -i podzielić się z nią swoim. Ale 
walenie w drzwi nie ustawało. Ktokolwiek to był, nie zamierzał 
sobie pójść. Mattias prędko włożył spodnie i, zapinając je jedną 
ręką, na bosaka ruszył w stronę drzwi. Przekręcił klucz w zamku i 
otworzył. Na zewnątrz było szaro. 
 
 
 
 

background image

- To ty! - stwierdził bez szczególnego zdziwienia, widząc Olego. 
- Kto inny mógłby to być - dodał, otwierając drzwi na tyle 
szeroko, aby szwagier mógł wejść. 
Spojrzawszy na męża siostry, Ole zachichotał. Na każdym z 
ramion Mattias miał odciśnięty rządek małych, brązowawych 
śladów, niby sznurek paciorków. Ole mrugnął i gwizdnął 
znacząco, licząc ślady. 
-Dokładnie tyle, ile palców u jednej ręki, szwagrze. Jeden trochę 
odsunięty - jakby kciuk. Po pięć śladów na każdym ramieniu. Nie 
brak siły w tym drobnym ciałku, co? I żaru, jak widzę. Nie 
pozwala ci w nocy leniuchować ta moja siostra, he? 
Mattias skrzywił się. Próbował palcami doprowadzić włosy do 
ładu, ale w efekcie tylko bardziej je potargał. Miał nadzieję, że 
Roza się nie zbudziła. W nocy musiała wstać do Stelli. Tylko raz, 
ale przecież potrzebowała jak najwięcej odpoczynku. Tyle 
obowiązków spoczywało teraz na jej barkach. 
- Gdzie byłeś? - spytał Mattias. 
- Zajrzałem do domu - odparł Ole beztrosko. Nie przyszło mu do 
głowy, że wykazał się nieodpowiedzialnością. - Musiałem 
sprawdzić, czy w Samuelsborg wszystko w porządku. Poszedłem 
do zarządu, żeby zawiadomić, że nie mogę dłużej pracować jako 
przewoźnik do Raipas i Bossekop. 
-Ach, tak - stwierdził Mattias. Uniósł jedną brew i zmrużył oczy. 
- Wrócisz do pracy w kopalni? 
Ole potrząsnął głową. Uśmiechał się przebiegle. Roza też się tak 
czasem uśmiechała, uśmiech ten byłby w stanie doprowadzić do 
wściekłości zarosły mchem kamień. Mattias błagał siły wyższe, 
aby dały mu cierpliwość i łagodność, i spokojne pięści. 
 

background image

Ole wyminął go i wszedł do izby. Gdy wrócił, w rękach trzymał 
srebrną misę. Podrzucił ją do góry, jakby to była dziecinna 
piłeczka, a nie liczący sobie setki lat cenny przedmiot. Teraz jego 
uśmiech nie przypominał żadnego z uśmiechów Rozy. 
- No, Mattias, zgadnij, co zamierzam zrobić! -odezwał się Ole. 
- Nie mam pojęcia, co znowu za zabawę wymyśliłeś - odparł 
Mattias. 
-Wystarczy zapytać - stwierdził Ole, wzruszając ramionami. 
Dotykał misy pieszczotliwie. Chyba zazdrościł Rozie, że ją 
odziedziczyła. - Wiem, gdzie to jest - oświadczył. 
- Co wiesz? 
-Wiem, gdzie znajduje się to miejsce. 
Ole obrócił naczynie tak, żeby Mattias mógł zajrzeć do środka. 
Zobaczyć znajdujący się tam rysunek, przedstawiający lecącego 
ptaka. Pod nim wyryte były jakieś nieokreślone linie. 
- Wiem, gdzie znajduje się to miejsce - powtórzył powoli Ole. 
Powiedział jeszcze raz, widząc, że szwagier nie reaguje: - Wiem, 
gdzie to jest. 
Mattias skrzyżował ramiona na nagiej piersi. Słyszał doskonale 
każde słowo. Problem polegał raczej na tym, czy ma te słowa 
traktować poważnie. Ole raczej nie był osobą, której należało 
ślepo wierzyć. 
- A więc to tam przepadłeś? - stwierdził Mattias, nie ruszając się z 
miejsca. Stał oparty o drzwi, przyjemnie chłodzące jego plecy. - 
Na cały tydzień - dodał Mattias z nadzieją, że Ole wyczuje 
kryjącą się w tych słowach krytykę, ale próba okazała się zupeł-
nie nieudana- po Olem wszystko spłynęło jak po gęsi. 
 
 
 
 

background image

Przytaknął jedynie. 
Nagle Mattias uświadomił sobie, kogo przypomina mu Ole, gdy 
się uśmiecha. To był Wielki Samuel, kropka w kropkę. Tak 
uśmiechał się Wielki Samuel, kiedy wpatrywał się w twarze 
swych bliskich, badał ich reakcje. Mattias przeraził się. 
- Można tak powiedzieć. -1 co takiego odkryłeś? 
- Nie mówiła ci? - zdumiał się Ole. Przekrzywił głowę zupełnie 
jak Roza i zaśmiał się 
chrapliwie. Jego twarz wyrażała bezgraniczne zdumienie. 
-Tego bym się po niej nie spodziewał! - stwierdził z pewnego 
rodzaju uznaniem w głosie. - Nigdy bym nie przypuszczał, że 
moja siostra coś ukryje przed własnym mężem! Chyba 
powinieneś z nią o tym pogadać, Mattias. Roza doskonale 
wiedziała, dokąd się wybieram. Pomogła mi nawet z mapą. Po-
kazałem jej, o co chodzi, ale bądźmy sprawiedliwi: nie 
wspomniałem, gdzie to jest. 
- No, tak. 
- Chodźmy do stajni! - powiedział Ole. W dłoniach nadal trzymał 
srebrną misę. Odsunął stojącego mu na drodze Mattiasa. Położył 
dłoń na klamce. - Chodź! - powtórzył, wyglądając na zewnątrz. - 
Nie musisz się ubierać. Potem coś włożysz. Ziemia trochę 
wilgotna, ale już nie pada. Do diaska, a to mi się udało! Burza 
deptała mi po piętach, jak wracałem przez góry. 
Zaśmiał się szeroko jak młody chłopak. 
-Przystanąłem na chwilę tam, wysoko, na jakimś szczycie. 
Wyciągnąłem ramiona do nieba i krzyczałem do błyskawic i 
grzmotów, ale one tylko zadud- 
 

background image

niły i przeszły bokiem. Widać nie chciało im się ze mną gadać. 
Wyzywałem je do walki, ale nawet słuchać o tym nie chciały. 
Ole wyraźnie rozkoszował się wiejącym ostro wiatrem, który 
targał jego włosy, rozwiewał długie, jasne kosmyki. Ole 
rozkoszował się wilgocią w powietrzu, chłodem. 
- Może burza ma mnie za niegodnego przeciwnika? - zastanawiał 
się. 
Mattiasowi wydało się, że dostrzega oznaki szaleństwa w 
zachowaniu Olego. Brat Rozy uwielbiał ryzyko, wyzwania. 
Największą przyjemnością było dla niego iść w tan z 
niebezpieczeństwem, balansować na ostrzu noża. Wszyscy inni 
dawno poraniliby sobie stopy - dla Olego to była rozkosz. Lubił 
każdą grę - o ile niosła za sobą wystarczająco duże ryzyko. 
Najlepiej, żeby stawka była największa, żeby było nią samo 
życie. 
Tylko to dostarczało mu odpowiedniej dawki emocji. 
Tylko wtedy czuł, że naprawdę żyje. 
A jedynie to miało dla Olego znaczenie. Po tym, jak oślepł i 
odzyskał wzrok, musiał żyć w ciągłym napięciu, co najmniej 
dwanaście godzin na dobę czuć drżenie w każdej cząstce ciała. 
... każdego dnia... 
-Po co do stajni? - spytał Mattias, nie mając najmniejszej ochoty 
wychodzić w taką pogodę. 
- Pokażę ci mapę - wyjaśnił Ole. 
- A to, co trzymasz w rękach, to nie mapa? - zdziwił się Mattias, 
ruchem głowy wskazując srebrną misę. Odgarnął wpadającą mu 
w oczy ciemną grzywkę. Właściwie trudno byłoby te pasma 
włosów określić 
 

background image

mianem grzywki. Z roku na rok czoło Mattiasa stawało się coraz 
wyższe. Grzywką mógł się ostatnio pochwalić jako 
czternastoletni chłopak. 
Ole zaśmiał się nie wiedzieć czemu. 
- Chodźmy do stajni! 
Ole ruszył, nie czekając na Mattiasa. Nawet się nie obejrzał. 
Mattias zawahał się. Zupełnie nie miał ochoty wychodzić z domu 
skoro świt, ale Ole się nie poddawał. Był uparty jak małe dziecko. 
Lepiej już było mu od razu ulec, niż próbować sprzeciwu tylko po 
to, aby w końcu ustąpić po męczących pertraktacjach. Mattias 
zrezygnowany pobiegł więc boso przez podwórze do stajni, gdzie 
już stał koń Olego. 
Ole uśmiechnął się krzywo, gdy jego szwagier, potykając się, 
wpadł w mieszaninę światła i mroku. Ole uznał, że ta 
niezręczność może świadczyć tylko o jednym. 
- Starzejesz się, Mattias! - stwierdził. 
- Nie mam w zwyczaju z samego rana łazić po omacku po stajni! 
- Nie widzę w tym nic złego - zauważył Ole z powagą. - W stajni 
urodził się nasz Zbawiciel. 
Mattias westchnął na tyle głośno, że konie zareagowały 
niespokojnie. Na tle wrót stajennych wyglądał jak rzeźba. W 
stajni było ciemno, jedynie szparami w drewnianych ścianach 
wnikała do wnętrza odrobina światła. Nagi tors Mattiasa lśnił 
gwiezdnym blaskiem. 
- Nie bluźnij! - ostrzegł Mattias. 
- W gruncie rzeczy uważasz mnie za przygłupa -rzekł miękko 
Ole. - Nie masz dla mnie ani odrobiny szacunku, co, Mattias? 
 

background image

Stwierdzenie to było niebezpiecznie bliskie prawdy. 
-Cóż - zbył sprawę Ole Samuelsen, przybierając dumny wyraz 
twarzy. Następnie kucnął, sięgnął do leżącego na ziemi plecaka i 
wyciągnął z niego kilka kamieni, które zważył w rękach. Dotykał 
ich nieomal z miłością. - Jakbyś to, szwagrze, nazwał? 
Ole podszedł do Mattiasa i złożył kamienie w jego otwartych 
dłoniach. 
Mattias znał się na kamieniach. Te wydawały się zupełnie 
zwyczajne - zwykłe, brunatnej barwy bryły - dopóki nie zważył 
ich w dłoniach. 
- Dziwne? - spytał Ole. 
- Dziwne - potwierdził Mattias. 
Zbliżył kamienie do twarzy, aby lepiej im się przyjrzeć. 
Potrzebował więcej światła, ale był skazany na panujący w stajni 
półmrok. Tak naprawdę nie chciało mu się wierzyć, że kamienie 
Olego mogą przedstawiać jakąkolwiek wartość. 
- Te kamienie nie pochodzą z Raipas - powiedział Ole od 
niechcenia. - Tam nie byłem. 
- A gdzie byłeś? - zapytał Mattias. 
- Chcesz wiedzieć, jak znalazłem to miejsce? -upewnił się Ole. 
Mattias potwierdził skinieniem głowy. 
- Misa - wyjaśnił Ole. 
- Misa? 
Ole dzierżył przed sobą naczynie niby tarczę. Pokazywał 
Mattiasowi swój najcenniejszy skarb. Jego twarz przybrała pełen 
zadowolenia wyraz, który zdaniem Mattiasa mógłby sobie 
spokojnie darować. 
- Pokażę ci - rzekłszy to, Ole odstawił misę i sięgnął do kieszeni 
koszuli. Rozpiąwszy guzik, wyjął ka- 
 

background image

wałek papieru, który zaczął rozkładać uroczystymi, powolnymi 
ruchami. W końcu wyciągnął papier w stronę Mattiasa. 
- To wszystko nie bardzo się trzyma kupy, co? 
- Nie bardzo - przyznał Mattias. 
Na papierze widniały jakieś grube, narysowane ołówkiem linie. 
Papier był brudny; znać było na nim zarówno działanie wilgoci, 
jak i czyichś palców. Kartka musiała być wiele razy rozkładana i 
składana z powrotem. Mattias zastanawiał się, ile razy Ole był 
zmuszony z niej korzystać. 
- Nie rzucisz mi się na szyję? Mattias zachichotał i odparł: 
- Nie. 
Ale w dłoniach czuł ciężar skalnych odłamków. Zdawał sobie 
sprawę, że nie zawierały rudy miedzi, tyle mógł stwierdzić 
niemal bez wahania. Czuł, że bryłki nie pochodzą z gór wzdłuż 
Kafjorden ani z kopalni w Raipas - tego był prawie pewien. 
A więc skąd Ole je wziął? 
Kamienie nie przypominały niczego, co do tej pory widział. Być 
może byłby skłonny przyznać, że mogą zawierać metale 
szlachetne. Że jest w nich złoto. 
- Zobacz - Ole zaczął składać papier wzdłuż starych linii 
złożenia. Mattias nic nie rozumiał. Jego zdaniem po tym zabiegu 
papier niewiele miał wspólnego z mapą. 
- Spójrz! - zachęcił brat Rozy, wkładając do misy złożoną jakby 
w kształt koszyczka kartkę. 
Papier doskonale pasował do misy. Naczynie i skrawek 
złożonego papieru były jak dłoń i rękawiczka. 
- Do licha! - wyrwało się Mattiasowi, który nagle 
 

background image

zrozumiał; to wszystko było tak proste, że aż trudne do 
dostrzeżenia. Nie chodziło o żaden kod. 
- Krajobraz to nie kawałek papieru - wyjaśnił Ole, patrząc 
wyczekująco na szwagra. - Nie da się go odtworzyć na płaskiej 
powierzchni. Gdyby to było możliwe, to jak myślisz, czy już setki 
lat temu ten artysta nie zrobiłby tego? 
Mattias zgodził się. To było oczywiste. 
Tak oczywiste, że umknęło uwagi wszystkich. Tylko ktoś taki jak 
Ole był w stanie odkryć prawdę. Niewielu uznałoby za warte 
zachodu szukanie rozwiązania tej zagadki. Tylko ktoś taki jak 
brat Rozy mógł żywić niewzruszoną wiarę w to, że złoto i bo-
gactwa są w stanie odmienić ludzkie życie. 
- Tamto miejsce wygląda jak wnętrze czarki - dopowiedział 
Mattias ze zrozumieniem. 
-Z jakiego innego powodu ktoś wyryłby mapę w środku 
naczynia? - dodał Ole, który już dawno na to wpadł. 
- Dlaczego nikomu wcześniej nie przyszło to do głowy? - 
zastanawiał się Mattias. 
- Może nikt nie był wystarczająco głupi - podpowiedział Ole bez 
śladu ironii. 
- A myślałeś o tym, żeby zapewnić sobie wyłączność? 
- Aż tak głupi nie jestem! 
Konie zaczęły nerwowo przebierać nogami, jednak nie 
zaniepokoiło to ani Olego, ani Mattiasa. Obaj patrzyli na 
kamienie w dłoniach Mattiasa. W ciemnościach, jakie panowały 
w stajni, niemożliwe byłoby stwierdzić, czy faktycznie w grę 
wchodzi złoto, ale Mattias zauważył, że Ole jest o tym całkowicie 
 
 
 

background image

przekonany. Nie widział powodu, aby zasiewać niepewność w 
sercu szwagra. Dawne opowieści i mapa w misie potwierdzały 
autentyczność ciężko spoczywających w dłoniach Mattiasa 
kamieni. 
- Wydobędę tyle, ile mi potrzeba - wyjaśnił Ole, który nie raz już 
o tym wszystkim myślał. - Nikt się o tym nie dowie. Zostawię 
miejsce, którego strzeże ptak, w takim stanie, w jakim je 
zastałem. Nikt się nie dowie, co kryje się we wnętrzu góry. Nikt 
nigdy się nie dowie, Mattias! 
-Wszyscy się dowiedzą, jak tylko w karczmie zaczniesz szastać 
grudkami złota, Ole! 
-1 teraz będzie najlepsze! 
Ole oparł się o drzwi. 
-Na razie nie uszczknę ze skarbu ani odrobiny! Wyjeżdżam stąd, 
Mattias. Nie będę dłużej mieszkać w Alta. Zostawiam 
Samuelsborg i nigdy tu nie wrócę. Tam, dokąd się udaję, nikt nie 
będzie wiedział, w jaki sposób się wzbogaciłem. A tutaj nikt się 
nie dowie, dokąd pojechałem ani co ze sobą zabrałem. Nie jestem 
urodzony do życia pełnego wyrzeczeń i wiecznej harówy, 
Mattias, a teraz wreszcie to, o czym zawsze marzyłem, znajduje 
się na wyciągnięcie ręki! Mogę to mieć. Wszystko. Ale najpierw 
muszę jeszcze trochę popracować. 
Schwycił jeden z kamieni. 
- Trzeba pomóc tym ślicznotkom. Same nie opuszczą wnętrza 
góry, że tak powiem. 
-Ale zamierzasz poczekać z wyjazdem, aż Roza odstawi Stellę od 
piersi? - spytał Mattias ostrzej, niż zamierzał. Pytanie miało 
wprawdzie zranić, ale nie śmiertelnie. 
- O co ci chodzi? - zapytał Ole. 
 

background image

- Kiedy pojedziesz korzystać ze swego bogactwa, kiedy 
rozpoczniesz to życie, do którego tak naprawdę jesteś urodzony - 
wyjaśnił Mattias - chyba zamierzasz wziąć córkę ze sobą? 
Zakładam, że pomyślałeś o niej, snując promienną wizję swojej 
nowej przyszłości? 
- Oczywiście - odparł Ole tak prędko, że Mattias zrozumiał, iż 
szwagrowi nawet przez myśl to nie przeszło. 
- Roza nie pojedzie z tobą, żeby służyć ci pomocą- powiedział 
Mattias. - Kiedy stąd wyjedziesz, będziesz musiał sam wziąć 
odpowiedzialność za swoje dziecko. Życie Stelli spocznie w 
twoich rękach. Czy potrafisz być dostatecznie dojrzały? Wiesz, 
co znaczy taka odpowiedzialność? Nie możesz zawieść dziecka. 
- Tak jakbym zamierzał! Stella to moja córka, Mattias! Co ty 
właściwie o mnie myślisz? 
- Tego nie chciałbyś wiedzieć - odparł Mattias. -Cieszę się tylko, 
że sobie wszystko wyjaśniliśmy. To ty odpowiadasz za Stellę, 
choćby nie wiem co. Niech ci nawet przez myśl nie przejdzie, 
żeby wyjechać stąd bez niej. Inaczej możesz być pewien, że 
wszyscy w Alta i Talvik usłyszą, ile jesteś wart. To nie groźba. To 
obietnica. 
Ole stwierdził, że najlepszym wyjściem z sytuacji będzie 
uśmiech. 
- Mógłby mi się przydać zaufany człowiek, który nie bałby się 
ciemnego wnętrza góry - powiedział. 
- Nie, dziękuję - odparł Mattias. 
Choć stali tuż obok siebie, musieli mówić głośno. Niepogoda już 
dotarła nad dolinę. Burza szalała między wzniesieniami po obu 
stronach rzeki. 
 
 

background image

Grzmiało i dudniło, jakby stada reniferów przebiegały tuż obok. 
Od czasu do czasu wnętrze stajni rozjaśniało wpadające przez 
szpary w spękanych deskach światło przecinających 
ołowianoszare niebo błyskawic. 
-Odrzucasz majątek. 
-1 nie zmienię zdania - podkreślił Mattias. - Roza i ja mamy tyle, 
ile nam potrzeba. 
- Roza nie protestowałaby, gdybyście mieli więcej - kusił Ole. 
Mattias się nie poddawał. 
- Kiepsko znasz własną siostrę, śmiem twierdzić. Roza nie jest z 
tych, co wciąż chcą więcej i więcej. Jest zadowolona z tego, co 
mamy. Nie zaproszą nas na bal do dyrektora Thomasa w The 
House. Ciebie też nie. Całe złoto świata nam tego nie kupi. Roza i 
ja będziemy mieszkać tutaj. Nas podróże nie kuszą. Tu jest nasze 
miejsce. 
-A jesteś pewien, że ona nie tęskni za innymi miejscami? - spytał 
Ole, który w razie potrzeby potrafił zasiać niepewność w każdym 
sercu. - Może mądrzej było kazać jej zdjąć te obrazki ze ściany. 
Mattias nic nie odpowiedział. Zacisnął tylko zęby. Szczęki 
zaznaczyły się wyraźnie. Blizny na szyi, których tego dnia 
wyjątkowo nie zdążył zakryć chustką, zarysowały się bielą na tle 
ciemnej skóry. Na policzku wyraźnie widać było poprzeczną 
bliznę. 
- Ona codziennie odkurza tamten obraz - powiedział Ole. - Nie 
mów, że nie zauważyłeś! Nie jestem jej mężem, nie spędzam z 
nią tyle czasu, co ty, ale nawet ja to widzę. Spojrzenie ma wtedy 
rozmarzone... 
-Tamten mężczyzna nie żyje - odparł twardo Mattias. - Tęsknota 
za nim donikąd jej nie zaprowa- 
 

background image

dzi. Sądzę, że Roza jest wystarczająco rozsądna, aby zdawać 
sobie z tego sprawę. 
- A więc jednak zauważyłeś? 
Mattias nie odpowiedział, ale oczywiście, że zauważył. Zauważył 
zaraz pierwszego dnia, gdy nowe ramy zawisły na ścianie. 
Wiedział, że tak będzie - a jednak dał jej ramy i pozwolił 
powiesić obrazy. Lepiej, żeby otwarcie patrzyła na wizerunek 
tamtego, niż miałaby to robić w ukryciu. Tak uważał - i wówczas, 
i teraz. Niemniej jednak nie do końca się z tym pogodził. 
Ole się nie mylił. 
Był zazdrosny o obraz. 
Mężczyzna już nie żył - istniał jedynie w pamięci ludzi, którzy go 
znali - oraz w swoich dzieciach. Ale Mattias i tak czuł dławiącą 
go zazdrość. Nie potrafił wyrwać się z jej szponów. 
To było beznadziejne. Nie zamierzał przyznawać się Olemu do 
takich uczuć. Nie chciał się zwierzać, aby przynajmniej 
oszczędzić Rozie przykrości. 
Nie powinna się dowiedzieć. 
- Nie zaszkodziłoby, gdybyś trochę się wzbogacił. Masz syna, 
Mattias. Roza córkę. Nie zdziwiłbym się, gdybyście dorobili im 
jakieś rodzeństwo... 
Powiódł spojrzeniem po ramionach Mattiasa, gdzie nadal widać 
było brązowe paciorki - odciśnięty na skórze znak namiętności. 
- Nie, dziękuję! - powtórzył Mattias. 
- Nawet, żeby mi pomóc? - spytał Ole, nieco zawiedziony tak 
niezłomnym uporem. 
-Nawet. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. W żadnym sensie. I 
Rozy też w to nie mieszaj. 
Ole zamierzał właśnie odpowiedzieć, ale przypadkowo zerknął 
przez szparę między drzwiami a ścia- 
 

background image

ną. To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Przez moment 
stał jak sparaliżowany. Po czym gwałtownym ruchem popchnął 
wrota. 
- Pali się! - wykrzyknął. 
Mattias już zauważył. Boso popędził w stronę domu. Z gardła 
wyrwał mu się ochrypły krzyk, tylko jedno słowo. Jej imię. 
- Roza! 
 
 
Rozdział 8 
Mattias ujrzał ogień buchający w szare niebo. Płomienie zdążyły 
już pochłonąć większą część dachu, tworząc na nim nowe 
pokrycie z ognia, podczas gdy stare - torfowe, zniknęło. 
Wprawdzie zbierało się na deszcz, ale sytuację pogarszał wiatr. 
Silne podmuchy zdawały się sprzyjać szalejącemu ogniowi. 
Przez okno kuchenne dobywał się dym, tylko dym, na szczęście, 
nie płomienie. Mattias działał instynktownie. Otworzył drzwi i 
wtedy zorientował się, że było inaczej, niż myślał. Ogień dotarł i 
tutaj. Ściany niemal- zniknęły pod pokrywą z płomieni. Uderzyła 
w niego fala gorąca. Z trudem łapiąc oddech, poczuł ciepło 
wdzierające mu się do płuc. Towarzyszył temu tak silny ból, że 
przez chwilę nie mógł ruszyć się z miejsca. Chwilę wystarczająco 
długą, aby zdążył go dogonić Ole. 
-Wracaj! - krzyknął, próbując odsunąć Mattiasa 
na bok. 
 

background image

Okazało się to jednak niełatwe. Mattias był zarówno wyższy, jak i 
silniejszy od szwagra. W dodatku absolutnie zdecydowany wejść 
do środka. 
- Człowieku, jesteś prawie goły! - dorzucił Ole. -Spalisz się 
żywcem! 
Mattias wyprostował się. Z czoła ściekał mu pot, szczypał w 
oczy. Czuł, jak skręcają się włosy na torsie i ramionach, 
wydawało mu się, że poczuł odór jakby palonego pierza. Na 
pewno to tylko złudzenie. W panice człowiek wyobraża sobie 
różne rzeczy. 
- Dzieci! - jęknął i nagą stopą przekroczył próg. Nie zważał na 
Olego, który wciąż próbował go powstrzymać, przywołać do 
porządku, zawrócić. 
- Dzieci! 
-Ja po nie pójdę! - oświadczył Ole, robiąc unik przed płonącymi 
deskami, spadającymi z sufitu. 
Żar był nieopisany. Oślepiał. Dym wgryzał się w najdalsze 
zakamarki płuc, grożąc uduszeniem. Musieli działać szybko. 
Ole pochylił się nieco, schował głowę w ramiona i zaczął 
przedzierać się w kierunku izby, w której spały dzieci. Nie zdążył 
poczuć strachu. Nie zastanawiał się, czy Lily i Matti jeszcze żyją. 
Nie miał też czasu martwić się o Mattiasa. Musiał działać. 
Mattias szedł w ślad za majaczącą gdzieś z przodu sylwetką 
Olego. Niewiele widział. Oślepiały go łzy, pot i dym. Zakaszlał i 
spróbował wstrzymać oddech, aby nie wdychać dymu, ale 
okazało się to niewykonalne. Mógł jedynie ograniczyć ilość 
wciąganego powietrza. Zamknął usta i starał się oddychać 
możliwie najpłycej i najrzadziej. Było gorąco, parzyło w nos. 
W podeszwach stóp czuł piekący ból, ale starał się na nim nie 
skupiać. Myślał o czymś innym. Po pro- 
 

background image

stu szedł tam, gdzie musiał, nie dbając, czy deski podłogi płoną, 
czy nie. Zdołał przebyć odcinek od wejścia do drzwi izby. 
Wewnątrz kłębił się dym, raczej czarny niż szary. Nic nie było 
widać. Udało mu się jednak odnaleźć kołyskę, tylko dlatego, że 
pamiętał, gdzie stoi. Przyszło mu do głowy, że łatwiej będzie, 
jeśli wyniesie dziecko w kołysce, zamiast brać je na ręce. Ruszył 
ku wyjściu. 
Znalazłszy się na zewnątrz, zobaczył Lily i Mattiego. Dzieci 
płakały i kaszlały. Tuliły się do Olego, kurczowo uczepione jego 
rąk. 
Mattias postawił kołyskę tuż przy schodach. Nie był w stanie 
zawołać Olego, powiedzieć mu, co ma robić. Mógł jedynie liczyć 
na to, że Ole sam na to wpadnie. 
Kiedy odwrócił się ponownie w stronę płonącego domu, usłyszał 
głos Olego. Szwagier wołał, aby nie szedł, aby został. 
-Nie możesz tam jeszcze raz wejść, Mattias! Dach zaraz spadnie! 
Słyszysz mnie, człowieku? Nie wchodź tam! 
Mattias słyszał jego głos równie wyraźnie jak trzaskanie ognia, 
ale nie zwracał na niego uwagi. 
Wziął głęboki wdech i ponownie rzucił się do środka, skąd 
buchał czarny, cuchnący dym. Dym ten sprawiał, że dzień 
wydawał się jeszcze bardziej szary i pochmurny. 
Gdy Mattias na czworakach dotarł na środek kuchni, miał 
wrażenie, że wciąż słyszy wołanie Olego. Pomyślał, że zapewne 
to tylko echo dźwięczy mu w uszach. Jedynym dźwiękiem, co do 
którego istnienia miał całkowitą pewność, było trzaskanie 
pożerającego wszystko wokół ognia. Było ono głośniejsze 
 

background image

niż dudnienie grzmotów, bardziej ogłuszające niż huk 
wodospadu. 
W głowie miał zamęt. 
Ciężko było oddychać. 
Mattias zauważył, że na podłodze zostawia ślady - jaśniejsze 
plamy tam, gdzie leży popiół, a tam, gdzie podłoga zachowała 
swą kremową barwę -krwawe odciski dłoni. 
Ciekło mu z oczu. Próbował nabierać jak najmniej powietrza w 
płuca, ale trudno było iść dalej, gdy nie miał czym oddychać. 
Roza. 
To imię - słyszał tylko jego brzmienie. Serce biło w rytm tych 
dźwięków. Roza. Roza. 
Czołgał się po ogarniętej płomieniami podłodze. Z niemal do 
połowy strawionego przez ogień sufitu bez ustanku spadały 
deski. Leżąca pod darnią kora brzozowa zmieniła się w suchy, 
płonący deszcz. Nie całkiem udało mu się przed nim uciec, ale 
potrafił zapomnieć o bólu. Kiedy ból stawał się wszechogar-
niający, okazywało się, że można go wytrzymać. 
Tylko jedna myśl - ona. 
Roza. 
Drzwi do izby stały otworem. Zaledwie chwilę wcześniej 
wyniósł stamtąd kołyskę i małą Stellę. Nie było czasu zamykać 
drzwi. Nie miało to też większego znaczenia, gdyż dym i tak 
zdążył już się wedrzeć do ich sypialni. Nigdy nie zdołałby 
odnaleźć kołyski, gdyby nie pamiętał, gdzie stoi. Komuś obcemu 
nie udałoby się uratować Stelli. 
Roza. 
 
 
 
 

background image

Drzwi stały w ramie z ognia. 
Dotarłszy do nich, Mattias wyprostował się. Musiał - dalej nie 
mógł iść na czworakach. 
Miał wrażenie, że jego ciało płonie. Samodziałowe spodnie, 
wcześniej wilgotne po wyprawie do stajni, teraz były tak suche, 
że zdawało się, że mogą zająć się od byle iskry. Szaleństwem 
było wchodzić w środek płomieni. 
Ale Mattias nie wahał się. 
Wkraczając do izby, zamknął tylko oczy z obawy przed 
koszmarnym żarem i rzucił się prosto w paszczę ognia. Płomienie 
wyciągnęły ku niemu swe języki, zaczęły podstępnie lizać 
ramiona, ale nawet tego nie zauważył. 
Dym kipiał niby kasza, wciąż było go więcej i więcej. Mattias nie 
był w stanie nic dojrzeć. Powoli tracił orientację. Musiał się 
ruszyć. Wyciągnął przed siebie ramiona i zrobił kilka małych 
kroków. To było prawdziwe piekło, każde stąpnięcie sprawiało 
ból. 
Nie miało sensu wołać jej po imieniu. 
Dym potrafił zabić znacznie szybciej niż ogień. 
Mattias miał nadzieję, że Roza wciąż może oddychać. 
Miał nadzieję, że wciąż tli się w niej wola życia. Roza. 
Zawsze marzył, aby ich ciała nie przestały nigdy płonąć - ale 
przecież nie o taki ogień mu chodziło. Nie mogła umrzeć w ten 
sposób. Nie mogła spalić się ani zadusić się dymem. Choćby nie 
wiem jak potężny był ogień, nie miał prawa jej unicestwić. 
Ogień naznaczył ją już dawno temu. 
Miałby ją teraz zabić? 
Musiał schylić się kilka razy i zaczerpnąć powietrza 
 

background image

tuż przy samej ziemi, gdzie jeszcze widział wszystko na 
wyciągnięcie dłoni, gdzie powietrze nie było jeszcze całkiem 
trujące. 
W głowie mu się kręciło. 
Kaszlał i pluł, a z oczu ciekły mu łzy, nie tylko z powodu dymu. 
Nie mógł jej utracić! Nie w ten sposób! 
Trzymał ją w ramionach przez całą noc. Obdarzyli się nawzajem 
pieszczotami, dali sobie rozkosz. Byli tak blisko siebie. Wyznał 
jej, jak bardzo ją kocha, ale w odpowiedzi dała mu jedynie do 
zrozumienia, że bardzo jej na nim zależy, że jest jej drogi. 
Roza niechętnie mówiła o uczuciach. Musiała być ich absolutnie 
pewna, zanim uczyniła wyznanie. 
Nie może umrzeć. 
Nie może umrzeć, zanim on nie usłyszy z jej ust, że go kocha! 
Roza. 
To imię wypełniało jego wnętrze jak krzyk. 
Nagle Mattias zorientował się, że stoi obok łóżka. Odetchnął z 
ulgą. To była ta strona, po której ona spała. Kolanem wspierając 
się o brzeg łoża, wziął ją na ręce. 
Tak bezwolnie leżała w jego ramionach. Zdawała się taka ciężka. 
Bez życia. 
Nie było czasu na rozważania. Mattias mocno przycisnął do 
siebie ciało Rozy. Niewiele widział. Ale zauważył, że za zasłoną 
z dymu buchają płomienie, coraz większe, coraz jaśniejsze. 
Huczały, jakby nadszedł sądny dzień. Pochylały się jakby ku 
niemu - nie był już pewien, czy naprawdę to widzi, czy mu się 
wydaje. 
 
 
 

background image

Wiedział jedno: musi natychmiast się stąd wydostać, inaczej 
zostaną tu na zawsze. 
Nie bardzo potrafił odnaleźć drogę. Nie wiedział, w którą stronę 
iść, gdzie są drzwi. Między drzwiami a łożem była odległość 
zaledwie paru kroków, ale Mattias nie miał odwagi ryzykować. 
Nie zamierzał narażać ich na niebezpieczeństwo. 
Postanowił wydostać się z izby inną drogą. Nie zastanawiając się 
dłużej, ponownie położył Rozę na łożu i owinął kołdrę wokół jej 
bezwolnego ciała. Przesunął je na przeciwległy kraniec łoża, po 
czym sam legł obok. Poczuł dotknięcie oparcia - dało mu 
chwilową ochłodę, ale nie miał czasu do stracenia, musiał iść 
dalej. 
Połknął spływające mu po twarzy krople potu. Czuł się jak 
ugotowany. Jagnięciu na rożnie nie mogło być cieplej. 
Na chwilę wcisnął głowę między oparcie a ścianę. I tam było 
pełno dymu, ale Mattias zmusił się, aby zaczerpnąć nieco 
powietrza. Było mu słabo, w głowie mu się kręciło, ale nie miał 
prawa poddać się, musiał się wydostać na zewnątrz. 
Musi jakoś stąd wyjść. 
Uratować siebie i ją. 
Siebie i Rozę. 
Roza. 
Musiał walczyć ze sobą, aby stanąć z powrotem na nogi. To było 
takie kuszące: po prostu objąć ją ramionami i tak zostać. 
Zatonąć w dymie. Obojętność. 
Już nie walczyć o życie. 
Nie potrwałoby to długo, wkrótce ogień pochłonąłby ich oboje. 
Razem udaliby się w podróż, Roza i on. Razem zginą - lub razem 
ocaleją. 
 

background image

Tak dobrze byłoby objąć ją i zamknąć oczy. Ból nie potrwałby 
długo. 
Wkrótce nadszedłby koniec. Koniec wysiłku. Koniec walki. 
Koniec bólu. 
Po prostu położyć się i poddać. Spokojnie czekać na koniec. 
Wymienić ostatnie pieszczoty. Umrzeć razem. Po prostu. Nie! 
Mattias usłyszał głos rozsądku. Żadna śmierć nie była łatwa, ale 
szczególnie takiej śmierci nie życzył Rozie. Jeśli zginie w 
płomieniach, ludzie będą mieć doskonałą pożywkę dla 
wyobraźni. 
Jeśli już teraz szepczą, że jest czarownicą, wiedźmą, to potem 
będą mówić o tym głośno, na zawsze ją oczernią. Pozostanie po 
niej tylko ten jeden fałszywy obraz. 
Zła sława przylgnie do dzieci, nie tylko do Lily, ale także do jego 
syna - i do Stelli. 
Nie miał prawa się poddać. 
Nie mógł zrujnować im życia, zaprzepaścić ich przyszłości, 
skazać na niesławę. Nie miał prawa rezygnować. Kochał Rozę. 
Ze względu na nią nie mógł się poddać. 
Być może miał prawo zniszczyć swoje własne życie. Być może 
miał prawo skazać na śmierć samego siebie - ale nie ją. 
Wierzył, że Roza jeszcze żyje. 
Zdawało mu się, że słyszy jej oddech przy swoim 
 
 
 
 
 
 
 

background image

uchu. Nie by pewien, ale chciał w to wierzyć. Chciał wierzyć, że 
zauważył cień oddechu przemykający po jej słodkich wargach. 
Mattias przetoczył się ponad ciałem Rozy i postawił stopy na 
gorącej podłodze. Paliła jak rozżarzone węgle. Nie myślał o tym 
jednak. 
Nie było czasu. 
Musiał ją uratować. 
Roza. 
Niezgrabnie wziął ją w ramiona. Próbował nie zastanawiać się 
nad tym, czemu jest taka ciężka. Czemu jej ramiona zwisają tak 
bezwładnie. Próbował nie nasłuchiwać, czy jeszcze oddycha. 
Miał taką ochotę się położyć. 
Wreszcie Mattias zorientował się, gdzie jest. Nic nie słyszał, tak 
donośnym głosem przemawiał ogień. Ale Mattias nie miał 
zamiaru się weń wsłuchiwać. 
Musiał tylko zrobić dwa duże kroki, aby znaleźć się przy oknie. 
Albo trzy małe kroki. 
Ściana stała w ogniu, miejscami przepalona była na wylot. Okno 
pękło pod wpływem ciepła. Wcześniej było zamknięte. Sam 
zamknął je w nocy, kiedy na wschodzie zaczęły dudnić grzmoty. 
Nie mógł wypuścić Rozy z objęć. Nie był pewien, czy potem 
zdołałby z powrotem wziąć ją na ręce. 
Nie był w stanie schylić się, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. 
Połykał dym. Kręciło mu się od tego w głowie, czuł mdłości. 
Wstrząsał nim silny kaszel. Musiał działać szybko. Jeden 
moment wahania i już nie będzie musiał wybierać między życiem 
a śmiercią. 
Dotarł do okna. Środkowa pionowa listwa była niemal 
całkowicie spalona, ale wciąż jeszcze się 
 

background image

trzymała. Z okna zostało zaledwie kilka kawałków szkła. 
Mattias zagryzł usta do krwi, aby zachować jasny umysł. 
Było tylko jedno wyjście. Nie miał czasu na wahanie. 
Napiął całe ciało i uniósł prawą nogę, próbując przy tym 
utrzymać równowagę. Zaciskając szczęki, kopnął we framugę. 
Udało się. Zwęglone resztki ramy ustąpiły. 
Dopiero po chwili zrozumiał, że to obłąkańcze, ogłuszające 
wycie wydobywa się z jego własnych ust. 
Słyszał je jeszcze długo potem. Uniósł Rozę. Okno było dość 
nisko umieszczone, a tuż pod nim rosła miękka, wysoka trawa. 
Mimo to zawahał się. 
Zamknął oczy i w końcu puścił ciężkie ciało. 
Potem sam skoczył - jakby rzucał się do morza. Upadł na nią, za 
co w pomieszaniu zaczął przepraszać. Nie chciał jej zranić. 
Smołowana ściana za nimi stała w ogniu. Musiał jak najszybciej 
oddalić się od płonącego domu. Mattias objął ramionami 
nieprzytomną żonę i zaczął się turlać. 
Inaczej nie byłby w stanie się poruszać. 
Nie mógł wstać. 
Nie miał siły podnieść albo odciągnąć na bok Rozy, a musiał 
jakoś oddalić się od ognia. Tylko tak był w stanie to zrobić, choć 
całe ciało wypełnione miał bólem. Zapewne i ona czuła ból za 
każdym razem, gdy przygniatał ją do ziemi. 
Turlali się w dół, po stoku. 
Mattias był bliski omdlenia. 
Czuł mdłości, szumiało mu w głowie. Ból stał się nie do 
wytrzymania. Ale w objęciach trzymał Rozę, 
 
 
 

background image

zaś nad nimi było niebo, a powietrze miało jedynie lekki posmak 
dymu i ognia. Toczyli się. 
Nagle ogarnęła go ciemność: ta sama błoga nieświadomość, w 
której od dawna pogrążona była Roza. 
Był za duży, żeby płakać. Tak w każdym razie uważał. Na wiosnę 
miał skończyć sześć lat. Chłopcy w tym wieku nie płaczą. 
- Nikomu nie mów! - poprosił. 
Wuj obejmował chłopca. Siedzieli na delikatnie poruszającej się 
huśtawce ogrodowej. Mężczyznę obudził płacz bratanka. Zanim 
udało mu się go dobudzić, mały gadał coś nieskładnie przez sen. 
-Nikomu nic do tego - stwierdził wuj, ściskając małego za 
szczupłe ramionka. - Po prostu nie możemy spać. Chyba mamy 
prawo posiedzieć sobie w ogrodzie, prawda? 
Chłopiec potrząsnął złotobrązowymi włosami. Delikatnie żarzyły 
się ogniem i miedzią w skąpym świetle. Mężczyzna poczuł ucisk 
w brzuchu, gdzieś tam tkwiła twarda kula. Może to głupie, ale tak 
to odczuwał. Przypływ wspomnień niezmiennie wywoływał to 
wrażenie. 
Miał ze sobą lampę, ale stała na ziemi, dając niewiele światła. Nie 
chciał przeszkadzać chłopcu. Mały uważał, że to głupota budzić 
go tylko dlatego, że przyśniło mu się coś złego - wysunął 
zdecydowany, trochę spiczasty podbródek. Uważał, że sam umie 
sobie radzić. 
Jak prawdziwy mężczyzna. 
A bratanek najbardziej na świecie chciał być małym mężczyzną. 
 

background image

- To zostanie miedzy nami - obiecał wuj. 
Mimo tego przyrzeczenia chłopiec milczał długą chwilę. Jednak 
wuj poczuł w końcu, że napięcie opuszcza drobne ciało bratanka. 
Nie cofał dłoni z jego ramienia. Pomyślał, że całkiem niedawno 
sam był takim małym, chudym dzieckiem i też budził się czasem 
w nocy, gdy świat snu stawał się zbyt przerażający. 
Zdaniem jego matki sny nie miały nic wspólnego z fantazją. Z 
największą powagą tłumaczyła, że sny to osobna rzeczywistość, 
prawdziwy, choć inny świat. 
Nigdy nie mówił o tym żadnemu z dzieci. Nie wiedział, czy 
kiedykolwiek to zrobi. Teraz, jako dorosły mężczyzna, nie był już 
tak pewien, czy wierzy w przedstawiany mu przez matkę obraz 
świata. Nie wiedział, czy chce wierzyć w to, co mu opowiadała. 
Wiele razy zastanawiał się, czy kłamała i czy robiła to 
świadomie, aby ochronić ich przed tą rzeczywistością, w której 
żyli na jawie. Czy to była jej obrona przed krzywdami i 
niesprawiedliwością, które oglądała każdego dnia. 
Teraz nie myślał już o niej tak często. 
Ale pamiętał tego chłopca, którym kiedyś był. Pamiętał braci. 
Najmłodsi spali we czwórkę w jednym łóżku, było ciasno, za to 
przynajmniej zawsze ciepło. 
Ale gdy któremuś śniło się coś złego, żaden nie mógł spokojnie 
spać. 
To nauczyło go, aby nie zdradzać się ze swoimi koszmarami. 
Pozbył się najgorszych snów, gdyż nie było dla nich miejsca w 
ich domu, najuboższym z ubogich. 
Nie pamiętał, żeby śniły mu się koszmary, odkąd skończył jakieś 
siedem- osiem lat aż do czasu, gdy się ożenił. Wtedy było ich 
tylko dwoje w łożu, a gdy 
 

background image

tamta inna rzeczywistość stawała się straszniejsza niż jawa, mógł 
znaleźć schronienie w objęciach żony. 
Teraz często budził się w nocy. 
Łóżko było za szerokie dla niego samego. 
Ale nie budził nikogo. W te samotne noce wychodził i w ciszy 
spacerował wokół domu. Nie marzł nigdy, nawet zimą. 
Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Noce tutaj były 
ciemnogranatowe, co niezmiennie wywoływało u niego zachwyt. 
Przez pierwsze lato po przybyciu tutaj niemal noc w noc 
godzinami leżał na plecach w miękkiej trawie przed domem. Nie 
musiał spać - niebo zapełniały baśnie, chciał poznać je jak 
najszybciej. Po kilku godzinach przychodziła po niego żona, 
inaczej zasnąłby na zewnątrz. Tak najczęściej spędzał letnie 
noce. 
Nadal uwielbiał patrzeć w nocne niebo. Odnalazł dwie gwiazdy 
konstelacji Centaura - Rigil Centaurus i Agenę. Jedne z 
najjaśniejszych gwiazd na całym firmamencie. Centaur kojarzył 
mu się z płaszczką, uciekającą przez niebiański ocean. Gonił ją 
rekin -gwiazdy tworzące Krzyż Południa. 
- Nikomu nie powiesz? - upewniał się Mikey. 
- Skąd - przekonywał wuj. 
- To takie głupie - rzekł chłopiec. Patrzył pod nogi, nie na 
rozgwieżdżone niebo. 
- Nic nie jest tak całkiem głupie. 
-To jest! - zapewnił Michael. Zadrżał, choć noc była dość ciepła. 
Zima miała się ku końcowi. Niedługo nadejdzie wiosna. 
Nazywali tę porę wiosną, choć tym, którzy pochodzili z bardziej 
deszczowych i mglistych zakątków świata, raczej przypominała 
lato. 
 

background image

- Aidan pomyśli, że to głupie. 
- Aidan nie musi się o niczym dowiedzieć. Śpi teraz w swoim 
łóżku, prawda? Nie łazi po nocy i nie podsłuchuje, o czym 
rozmawiamy. 
Mikey zachichotał. 
- Twoja babcia mawiała, że sny to inna rzeczywistość. - Adam 
usłyszał swój własny głos. - Mawiała, że wiedziemy w nich inne 
życie, równie prawdziwe jak to na jawie - a przecież nie mówimy, 
że to, co na co dzień się nam przydarza, jest głupie, prawda? 
Chłopiec powoli potrząsnął głową. 
Adam zastanawiał się, w jaki sposób te słowa znalazły się na jego 
ustach, dlaczego nagle zaczął głosić poglądy swojej matki. 
- Dlatego też sny nie mogą być tak całkiem głupie. 
- Śniła mi się mama - powiedział Michael. Adam schylił głowę. 
Michael wiedział, że on i Deidre nie byli jego prawdziwymi 
rodzicami. Gdy tylko dorósł na tyle, aby to zrozumieć, 
opowiedzieli mu o Seamusie i Rosi. 
Winien był to Seamusowi. 
W jego opowieściach Seamus stał się prawdziwym bohaterem. 
Adam zrobił z niego irlandzkiego księcia. Chciał, żeby Michael 
miał rodziców, z których będzie dumny. Ojca, którego będzie 
uwielbiał. Nieważne, że w wersji Adama Seamus przypominał 
półboga. 
Zapewne było to związane z faktem, że myśl o Seamusie za 
każdym razem wywoływała w nim ukłucie bólu. 
Przynajmniej w taki sposób próbował odkupić własną zdradę. 
Uznał, że nie bez powodu ma pod opieką syna Seamusa. Chciał 
czcić pamięć o bracie. Zaś Rosi w jego opowieściach stała się 
olśniewająco 
 
 

background image

piękną nimfą, pląsającą po wilgotnych irlandzkich łąkach. 
- O mało nie spłonęła żywcem - ciągnął Michael zduszonym 
głosem. 
Adam poczuł ciarki na skórze. Z trudem przełknął ślinę. Nigdy 
nie mówił Michaelowi, że jego matka miała zniszczoną twarz. 
Opowiadał tylko, jaka była piękna i łagodna. Był to swego 
rodzaju prezent dla niej. Adam lubił Rosi. 
- Wiedziałem, że to ona, bo miała rude włosy, prawie jak ciocia 
Fiona. Rozpoznałem ją. Wiedziałem, że to mama, ale był pożar i 
miała poparzoną twarz. Chyba ją bolało. Zdaje się, że umarła. 
Adam objął chłopca. Trzymał go mocno w ramionach, nie 
wiedząc, co ma mówić. Zdążył pożałować, że rozmawiał z 
chłopcem o świecie snów. 
Jak mógł teraz powiedzieć chłopcu, że jego sen jest prawdziwy? 
- Dlaczego śnią mi się takie rzeczy? - spytał Michael. 
- Nie wiem - odrzekł Adam. - Może dlatego, że ona tak bardzo cię 
kocha? 
- To dlaczego nie została z nami, skoro tak mnie kocha? 
- Nie mogła. 
- Dlaczego nie? 
-Jesteś za mały, żeby to zrozumieć - rzekł Adam po chwili. - To 
bardzo skomplikowane. 
- A kiedyś zrozumiem? - spytał syn Rozy dojrzale. 
- Z pewnością - odparł Adam. 
- No to poczekaj, aż dorosnę, i wtedy mi wytłumaczysz. 
Adam poczuł dławienie w gardle. 
 

background image

-Jesteś pewien, że ona mnie kochała? - spytał Mi-key cienkim 
głosem. 
-Jeśli w ogóle jestem czegokolwiek na tym świecie pewien, to 
właśnie tego, że twoja mama cię kochała - zapewnił Adam. - I 
nadal kocha, chłopcze! Kocha cię i nigdy nie przestanie kochać. 
Takie już są mamy, nie zapominaj o tym, mój Mikey! 
Adam zmierzwił brązowe włosy chłopca. 
-Wracamy do środka? - zaproponował lekko. Chcąc, żeby 
Michael oderwał się od swoich myśli, zanim znowu zaśnie, 
dodał: - Najlepiej będzie, jak trochę pośpisz. Rano czeka nas 
mnóstwo roboty. Musimy sprawdzić ogrodzenia. Może 
weźmiesz Pawia? 
Mikey tyko skinął głową. 
Normalnie byłby wprost zachwycony, że dosiądzie porządnego 
konia, a nie kucyka. Paw - Adam zawsze nadawał koniom imiona 
będące nazwami konstelacji - był łagodnym wałachem, ale 
koniem, nie kucem. Mikey - ambitny sześcioletni jeździec 
-zazwyczaj nie mógł się doczekać, aby go dosiąść. 
- Mam siostrę - powiedział Michael. Nigdy nie mówili mu o Lily. 
- Mam siostrę w świecie snów - wyjaśnił Michael, tak już senny, 
że oczy same mu się zamykały. - Ale bawi się z nią inny chłopiec, 
w tym samym wieku. On nie jest do mnie podobny. 
Adam milczał. 
- To dobrze, że ma brata - rzekł Michael z westchnieniem. - To 
dobrze, że nie jest sama. 
Zaraz potem usnął. 
Adam chciał wierzyć, że chłopiec zapomni do rana zarówno swój 
sen, jak i tę rozmowę. Nie rozumiał, skąd to wszystko się wzięło. 
 
 
 

background image

Czy był to przypadek? 
A może jego matka mówiła prawdę? 
Może sny są prawdziwe? 
 
 
Rozdział 9 
Nagle zaczął padać deszcz. To był istny potop. Niebiosa wprost 
rozwarły się nad ich głowami, z ciężkich chmur gwałtownie 
lunęły potoki deszczu. Przez cały dzień wiatr napędzał nowe 
chmury. Przez cały dzień i jeszcze długo pod wieczór lało, 
ciężkie krople bez ustanku waliły o ziemię. 
Pożar wygasł po kilku godzinach, ale nawet gdy nadszedł 
wieczór i deszcz w końcu ustał, nad smolisto czarną ruiną - 
niegdyś ich domem - wciąż unosił się dym. 
- Dzięki Bogu, że spadł deszcz! - westchnęła Roza. Ledwie ją 
słyszeli. Musieli być zupełnie cicho, aby 
zrozumieć, co mówi. Jej głos brzmi§ł ochryple i niewyraźnie. 
Mówienie przychodziło jej z trudem, sprawiało ból, ale pomagało 
odegnać strach. 
- Nic nie zostało - Mattias zmusił się do szeptu. On także nałykał 
się gęstego dymu. 
- Chciałbym, żeby to była nieprawda - dodał. 
- Ale to prawda - stwierdził krótko Ole. 
Zerkając zza drzwi łaźni, patrzył na smutne resztki domu. 
Zapewne Mattias się nie mylił. Niemożliwe, żeby cokolwiek 
ocalało. Dom zmienił się w czarne widmo, zwęglony szkielet 
szczerzący zęby na tle zielonej łąki. 
 

background image

Nie tak całkiem, zresztą, zielonej... 
Stojące najbliżej brzozy były dziwnie brązowe jak na środek lata, 
gdy wszystko powinno przecież rozkwitać, gdy cała natura bucha 
soczystą zielenią. Ole pojął, że to ogień osmalił liście. Pokazał, że 
nie ma z nim żartów. 
Ole wciąż nie mógł dojść do siebie. 
Wciąż pamiętał dotyk gorąca, który czuł na skórze, przedzierając 
się przez kuchnię do pokoju dzieci. Pamiętał, jakie wydawały się 
ciężkie, kiedy wynosił je z płonącego domu. Pamiętał, jaką ulgę 
odczuł na zewnątrz, gdy Matti i Lily wreszcie siedzieli bezpiecz-
nie na ziemi i gdy wiedział, że już nic im nie grozi. 
Pamiętał też, jak z domu chwiejnie wyszedł Mattias, niosąc 
kołyskę. Jego córeczka spokojnie spała w niej pod swoją 
kołderką, jakby nigdy nic, choć zaledwie chwilę wcześniej 
znajdowała się w samym sercu pożaru. Ole uważał to za 
prawdziwy cud. 
Przed oczami wciąż miał postać Mattiasa - jego nagi tors, 
szerokie spodnie z samodziału i twarz, malujące się na niej 
przerażenie i desperację. Widział, jak Mattias jeszcze raz znika w 
ogarniętym pożarem budynku, tym razem aby uratować Rozę. 
Słyszał krzyk, widział spadające na trawę pod oknem ciało. Tuż 
potem z okna wypadł Mattias. Objął Rozę i zaczęli staczać się z 
łagodnego wzniesienia. 
Ole był pewien, że oboje nie żyją. 
Pierwsze, co pomyślał, to że został sam z trojgiem dzieci pod 
opieką. Włosy zjeżyły mu się na głowie. 
Ole usłyszał krzyk. To krzyczał Matti. Lily już biegła w dół, 
szybciej niż wiatr. Ruszyła, zanim Ole zdążył ją powstrzymać. 
 
 
 

background image

Matti pośpieszył za nią. 
Gdy Ole ich dogonił, oboje klęczeli obok Rozy i Mattiasa. Lily 
głaskała matkę po twarzy. 
Od Rozy i Mattiasa czuć było spalonymi włosami. Mattias miał 
rozległe poparzenia w tych miejscach, których nie chroniło 
ubranie. Na rękach. Podeszwach stóp. Na plecach, ramionach. 
Rozę osłoniło okrycie, w które zawinął ją Mattias. Tylko włosy 
nadpaliły się w płomieniach. 
Ole musiał działać. 
Przeniósł kołyskę do sauny oraz polecił Lily i Mattiemu też tam 
zostać. Potem wniósł do środka swą siostrę, a następnie szwagra. 
Sauna stanowiła najlepsze schronienie. W środku stał piec, a w 
nocy mogło się przecież ochłodzić. Ściany zbudowano z grubych 
bali, dach był szczelny i suchy, zaś ław starczy na posłania dla 
wszystkich. Poza tym sauna stała w pewnej odległości od domu - 
ogień nie zdołałby się aż tak rozprzestrzenić. 
Potem Ole wypuścił zwierzęta ze stajni i z obory. Wprowadził je 
z powrotem pod dach dopiero, kiedy pod wpływem ulewy 
płomienie zaczęły przygasać, a dym zgęstniał i ściemniał. 
Wówczas mógł być zupełnie pewien, że ogień się nie przeniesie i 
nie wyrządzi już żadnych szkód. 
Ole szczypał Rozę w policzki tak długo, aż się przebudziła. 
Zaczęła kaszleć i wymiotować, więc wyciągnął ją na zewnątrz, 
aby nie zabrudziła całej sauny. Posadził ją pod ścianą, pod 
chroniącym przed deszczem okapem dachu. Została tam, zanim 
nie doszła do siebie. 
Mattias zbudził się pod wpływem bólu. 
Ole znalazł w stajni wiadra na wodę. Napełnił je 
 

background image

w rzece, choć i tak nie byłoby z tym problemu: trafiające w 
kałuże krople pryskały aż na wysokość kolan. 
Ole poświęcił własną koszulę, aby sporządzić dla Mattiasa kojące 
okłady. Podarł ją na szerokie pasy, zmoczył je w zimnej wodzie i 
przyłożył na poparzone miejsca. Miał nadzieję, że przyniesie to 
ulgę szwagrowi. 
Dzieci długo się nie odzywały. Słychać było tylko zwykłe 
gaworzenie Stelli. Roza drżącymi rękami przyłożyła małą do 
piersi. Potem zdjęła zabrudzone pieluszki. Nie mieli nic na 
zmianę, więc musiał wystarczyć złożony parokrotnie fragment 
koszuli Ole-go. Ole, który nigdy w życiu nie zhańbił się praniem, 
teraz pobiegł nad rzekę i wypłukał zabrudzoną pieluchę. Nie 
można było nazwać tego porządnym praniem, jednak zrobił, co 
mógł. Powiesił ją pod okapem dachu, ale był pewien, że raczej 
nieprędko wyschnie. 
-Na stryszku leży pościel - powiedział Mattias, gdy Ole zamknął 
za sobą drzwi. 
-W razie gdybyś się pokłócił z Rozą? - zażartował Ole, aby choć 
na chwilę odegnać lęk i przerażenie. 
- W razie gdyby wręcz przeciwnie - z wysiłkiem odparł Mattias, 
wywołując na usta coś na kształt uśmiechu. 
- W torbie mam ubranie - przypomniał sobie Ole. - A także trochę 
chleba i solonego mięsa. 
- Łosoś! - wydusił Mattias. 
Roza oparła głowę o ścianę. Siedziała najwyżej, przycupnęła na 
ławie tuż pod sufitem. Mattias leżał u jej stóp. Roza bała się na 
niego spojrzeć. Przerażały ją rany i pęcherze na ciele męża. 
-Łosoś w zalewie - wyjaśniła Roza. - Kadź stoi 
 
 
 

background image

w drewutni. Trzeba go jak najszybciej zjeść, że tak to określę. 
- Chyba nie będziemy się teraz zajmować moczeniem ryby - 
zaoponował Ole. - Mamy inne rzeczy do roboty. 
-W piwniczce jest zsiadłe mleko - powiedziała Roza z wysiłkiem. 
- A także trochę kiełbasy i masło. Trzeba też wydoić krowę. 
Ole skinął głową. Do tej pory o tym nie pomyślał. 
-Ja wiem, jak się doi Godlin - rozległ się jasny głosik Lily. 
Dziewczynka chwyciła dłoń Olego. - Pomóc ci, wujku? 
Ole przytaknął. Każda pomoc była dla niego cenna. 
- Matti zostanie z nami na wypadek gdybyśmy potrzebowali 
pomocy - rzekła szybko Roza, widząc, że twarz chłopca 
pociemniała. Chyba było mu przykro, że sam nie wpadł na to z 
krową i dojeniem. 
- Matti może przynieść trochę drewna z szopy -dodał Ole, także 
chcąc dać chłopcu jakieś zajęcie. -Na noc musimy trochę tu 
napalić. 
Mattias wydał z siebie coś pomiędzy śmiechem a kaszlem. Łzy 
tryskały mu przy tym z oczu. Całe ciało bolało od wstrząsającego 
nim śmiechu. Rozległe, cieknące rany zaczęły mu jeszcze 
bardziej dokuczać, ale w końcu udało mu się opanować. 
Urządzili się najlepiej, jak potrafili. Lily i Matti dostali jeden z 
przyniesionych ze stryszku pledów. Dzieci siedziały pod nim 
mocno przytulone, próbując się rozgrzać. Nic nie mówiły, co w 
ich przypadku często się nie zdarzało. Twarze trochę poweselały, 
gdy każde dostało porządny kawał świeżego żytniego chleba, 
grubo posmarowanego masłem. Potem 
 

background image

dzieci napiły się kwaśnego mleka prosto z dzbana. Od dłuższego 
czasu dokuczał im głód, ale nie przyszło im do głowy, żeby się 
skarżyć. 
Roza zmusiła Mattiasa, żeby coś zjadł. Marudził, nie chcąc być 
karmiony jak małe dziecko, ale jakoś musiał się z tym pogodzić. 
Roza przysunęła się do męża, ułożyła jego głowę na swym 
podołku i karmiła go, łyżka za łyżką, aż zaczął prosić o litość. 
-Jeszcze trochę, a będę musiał lecieć do wygódki - wyszeptał 
Mattias, wykrzywiając usta w czymś na kształt uśmiechu. 
-No, ciekaw jestem, jak zamierzasz to zrobić... 
Ole przeciągnął dłonią po wilgotnych włosach. Dopiero teraz o 
tym pomyślał, ale dalej nie miał pojęcia, jak ten problem 
rozwiązać. 
- Idę przeszukać zgliszcza - oznajmił. 
- Nie! - wykrzyknęła Roza. 
- Może da się coś uratować - upierał się jej brat. 
- Żar jeszcze całkiem nie wygasł. 
-Widać już tylko dym - odparł Ole. - Nic poza tym. Nie zapadnę 
się wyżej niż po kolana. Pod domem nie ma piwnic. A przyda 
nam się wszystko, co jeszcze nadaje się do użytku. 
- Wszystko przepadło - zawyrokował Mattias ponuro. - Co mogło 
ocaleć po takim pożarze? Byłem tam w środku. Nawet szyby 
popękały. Nic nie zostało. 
- Sam muszę się o tym przekonać - skwitował Ole. - Jeśli 
rzeczywiście nic nie ocalało, pożyczymy trochę niezbędnych 
rzeczy od sąsiadów. Musimy mieć pieluszki dla Stelli. Dzieci 
potrzebują ubrań, wy zresztą też. 
- Na razie nigdzie się nie wybieramy, nie będzie- 
 
 
 

background image

my się stroić - zauważył Mattias z wisielczym humorem. 
-Jak tylko będziesz mógł się ruszać, jedziemy do Bossekop. 
Stamtąd wrócimy do Kopalni z przewoźnikiem rudy - rzekł Ole 
stanowczo. 
- Nieprędko to nastąpi. 
- Samuelsborg to cztery ściany i dach nad głową. Starczy tam 
miejsca dla wszystkich. Zostały tam też różne rzeczy, ubrania. 
Milczał przez chwilę. 
- Wciąż są tam ubrania po Liisie. Jej rodzina na pewno pomoże, 
w końcu chodzi też o małą. - Po chwili dodał: - Mam nadzieję, że 
w domu nie leżały żadne banknoty. 
Mattias wykrzywił usta i odparł: 
-Chyba dostaniesz moje błogosławieństwo, jeśli nadal wybierasz 
się na poszukiwanie tej twojej góry, szwagrze! 
Roza popatrzyła na brata, potem na męża, ale żaden z nich nic 
więcej nie powiedział, zaś ona nie chciała pytać przy dzieciach. 
Jeszcze by rozgadały. Lepiej, żeby na wsi nie plotkowano o 
niczym, co miało związek ze srebrną misą. 
- W izbie sypialnej stoi skrzynia, a w środku znajduje się 
drewniana szkatułka - powiedziała Roza, jednocześnie zdając 
sobie sprawę, że utraciła bezpowrotnie jej zawartość. Wykazała 
się bezmyślnością, ale skąd mogła wiedzieć, że wszystko, co 
posiadają, przepadnie w płomieniach. 
Ole spojrzeniem dał jej do zrozumienia, że i on uważa, iż głupio 
postąpiła. Rozie wydało się, że brat chętnie dodałby też coś na 
temat Hailuoto. Jego wzrok zdawał się mówić: mogliśmy wieść 
dobre, beztroskie 
 

background image

życie nad Zatoką Botnicką. Miał rację. I tylko z jej winy było 
inaczej. To ona zdecydowała za wszystkich, nie wiedząc nawet, 
czy miała do tego prawo. Ale co się stało, to się nie odstanie. 
- W piwnicy pod półką położyłem metalową skrzynkę - 
powiedział Mattias. 
Roza uniosła brwi w zdumieniu. 
Tego nie wiedziała. Nie sądziła, że Mattias może mieć przed nią 
jakieś tajemnice. W każdym razie nie takie. 
- Nie będziemy żebrać o ubrania dla dzieci -oświadczył Mattias. 
Jego glos był wciąż zachrypnięty. 
-W takich jak ta sytuacjach ludzie zazwyczaj sobie pomagają - 
zauważył sucho Ole. - Nie przypuszczałem, że moja siostra ma na 
ciebie aż taki wpływ... - dodał. 
Nagle zatęsknił za samotnością. Wyszedł na zewnątrz. 
Powietrze nadal wypełniał zapach spalenizny. Widok był ponury, 
ale Ole stwierdził, że woli od razu się z nim zmierzyć. Nie ma co 
czekać do następnego dnia, przecież i tak niczego to nie zmieni. 
Poza tym był prawie pewien, że i Roza zechce przeszukać 
spalone szczątki domu, kiedy tylko jako tako dojdzie do siebie. 
Chciał ją uprzedzić. 
Sądził też, że niedługo zjawią się sąsiedzi. Deszcz 

właśnie ustał. 

Zapewne właśnie na to czekali. 
Dym widać było z oddali. Najbliższe zabudowania i tak leżały w 
zbyt wielkiej odległości, żeby ktokolwiek był w stanie dostrzec, 
co dokładnie się stało, ale zapewne ci, którzy zobaczyli dym, 
zorientowali się 
 
 
 
 
 

background image

w sytuacji. Nikt nie pali dla zabawy takiego dużego ogniska. 
Chodząc pośród resztek domu, Ole próbował odsunąć od siebie 
dręczące myśli. Nie było to proste. 
Co by było, gdyby nie zjawił się w porę? 
Wszyscy spaliby, gdyby nie wrócił i nie obudził Mattiasa. 
Najprawdopodobniej wszyscy zginęliby uduszeni przez dym, 
nawet się nie obudziwszy. 
A więc raz na coś się przydał. Raz wynikło coś dobrego z jego 
obecności, także dla Rozy. 
Z izby został popiół i trochę zwęglonych resztek. Przepadły 
meble, sprzęt, wiszące na ścianie cenne obrazy. Znikł nawet 
mężczyzna z obrazu, jego buty do jazdy konnej i przebiegły 
uśmiech. Czubkiem buta Ole dotknął resztek obrazu - 
czarnoszare łuski rozpadły się w pył. Rama spłonęła niemal 
doszczętnie, szkło pękło pod wpływem ciepła. 
Ole znalazł kieliszki po Mai i Williamie. W komplecie było ich 
dwanaście, ocalały tylko cztery. Były całe, jedynie lekko 
przybrudzone sadzą. Pozostałe osiem zbiło się, gdy szafka, w 
której stały, spadła na ziemię wraz z walącą się ścianą. 
Parząc sobie palce, gdyż deski podłogi wciąż lekko się żarzyły, 
Ole pieczołowicie wyłuskał ocalałe kieliszki z kupki skorup. 
Gdyby teraz się nie zjawił, także i one popękałyby z powodu 
gorąca. Zaniósł je do piwnicy. Tam były bezpieczne. Był trochę 
zły na siebie, że tyle uwagi poświęca kieliszkom. To przecież 
tylko rzeczy. 
Ale Roza tak je lubiła. 
Stanowiły część jej przeszłości. 
Wszedł z powrotem do domu, tym razem kierując 
 

background image

się do sypialni Rozy i Mattiasa. Musiał balansować na legarach. 
Nie sprawiało mu to większych trudności. Odległość między 
nimi nie była duża, Mattias całkiem solidnie zbudował swój dom. 
Deski podłogi nie wytrzymały ciężaru stojącej u stóp łoża 
skrzyni. Skrzynia spadła i dzięki temu ocalała, bo panująca pod 
spodem wilgoć uratowała ją przed zniszczeniem. 
Ole potrząsnął z niedowierzaniem głową. Oto, ku swemu 
zdumieniu, znalazł w zgliszczach niemal nieuszkodzoną 
skrzynię. 
Postawił ją na podwórku i przeszukał resztę pomieszczeń. Nie 
znalazł więcej wartych uratowania rzeczy. Ogień nie oszczędził 
niczego. 
- Skrzynia ocalała? - nie dowierzała Roza, gdy Ole wciągnął 
znalezisko do łaźni. 
Skrzynia była wciąż ciepła, ale nieuszkodzona -ogień zaledwie 
liznął jeden górny róg. 
- Pewnie zaczęło padać, zanim płomienie zdążyły porządnie się w 
nią wgryźć - stwierdził Ole, otwierając zamek. 
Zgodnie zmarszczyli nosy, poczuwszy wydobywającą się ze 
skrzyni woń. Ogień nie tknął skrzyni, za to dym zdołał wkraść się 
do środka przez ledwie widoczne szpary. 
-Trzeba wszystko wywietrzyć - zawyrokowała Roza. 
Ole wyniósł naręcze ubrań i powiesił je w szopie, gdzie było 
sucho i przewiewnie.   
- Przynajmniej są ubrania dla nas i dzieci - stwierdziła Roza z 
wyraźną ulgą. 
Przez chwilę grzebała w skrzyni. Odnalazła skórzany woreczek, 
w którym leżały dwie srebrne, zdo- 
 
 

background image

bione filigranem broszki. Rozwiązała woreczek, ciekawa, czy 
ozdoby przetrwały pożar. 
- Nie stopiły się! - wykrzyknęła ze zdumieniem. -Widzieliście 
kiedy coś podobnego? Są całe! 
Następnie wyjęła ze skrzyni jakieś papiery związane w rulon 
niebieską wstążką. Rozwiązała ją pośpiesznym ruchem. Wstążka 
spadła na podłogę. 
Widząc, jak niecierpliwe są palce Rozy, Mattias zastanawiał się, 
czy to jeszcze jeden portret mężczyzny nazwiskiem Seamus 
O'Connor. Ale nie zapytał. Roza nic nie mówiła, a on nie 
zamierzał jej wypytywać o skrywane przed nim sekrety. 
Jeśli zamknąć w uścisku ptaka, który przysiadł nam na dłoni, 
zginie. Tylko wolny ptak może latać. A jeśli poczuje się 
dostatecznie bezpieczny, powróci. 
-Wszystko w porządku - powiedziała Roza. -Wszystko się 
uratowało... 
Na jej kolanach leżała brązowa szkatułka. W środku były 
papiery, których Mattias nigdy przedtem nie widział. Roza 
wyjęła papiery, po czym nacisnęła dno skrzynki. Dno 
odskoczyło. Mattias zrozumiał, że ta okuta mosiądzem szkatułka 
miała podwójne dno -tajemny schowek. 
Roza wyciągnęła ze środka płócienny woreczek, woskowany, jak 
zauważył Mattias. Być może niegdyś należał do jakiegoś 
żeglarza. 
- Co tam masz? - spytał. 
Spojrzała na niego. Jej błękitne oczy wypełniły się łzami. Matti i 
Lily prawie wypadli ze swojego miejsca, tak zaciekawiło ich, co 
też Roza trzyma w rękach. Ona sama zdawała się ich nie 
zauważać. 
- Moje złote monety. 
- Złote monety? - spytał z niedowierzaniem. 

background image

Roza rozwiązała woreczek i włożyła dłoń do środka. Wyjęła 
kilka monet, lśniących w jej drobnej dłoni jak masło. 
Mattias przymknął oczy. 
- Nie wiedziałem, że masz złoto - powiedział. 
- To prawdziwe złote monety? - zapytał Matti nabożnie, 
nieśmiało dotykając jednej z nich czubkiem palca. 
Lily też musiała dotknąć. Błyskawicznie chwyciła monetę. 
- Ale dziwne pieniążki - oświadczyła. 
- Złote monety - powiedział Matti z szacunkiem. -Moje 
amerykańskie monety - wyjaśniła Roza, 
patrząc z powagą na Mattiasa. 
- O których nigdy nie słyszałem - dorzucił. 
- To moje zabezpieczenie na przyszłość - odparła Roza. -To 
pieniądze dla mojego dziecka. 
- Po ojcu twojego dziecka? - zapytał Mattias ochryple. 
Skinęła głową. 
Przełknął tylko ślinę. Nie chciał mówić, co tak naprawdę o tym 
myśli. Stworzyłby tylko okazję do kłótni, a nie miał teraz siły na 
takie rzeczy. 
Nie miał sił na waśnie. 
Ale oto znowu pokonał go ten mężczyzna, który ofiarował Rozie 
więcej, niż ktokolwiek inny, kiedykolwiek. Mattias otrzymał 
wyraźny dowód na to, że jego miłość do niej nie była 
wystarczająca, że była drugiej kategorii.   
Roza wyciągnęła dłoń i Lily niechętnie oddała śliczny pieniążek. 
Kiedy Roza wsadzała wszystko z powrotem do woreczka, do 
łaźni wszedł Ole. 
-A to dopiero - powiedział po chwili. - Teraz już 
 
 

background image

rozumiem, czemu mapa nie wydała ci się warta zainteresowania, 
siostrzyczko! 
Roza nie odpowiedziała. Włożyła z powrotem sakiewkę do 
schowka, po czym opuściła fałszywe dno. Pokrywała je zielona 
tkanina, wyściełająca również boki szkatułki. Dno trzeba było 
wpasować w prowadnice. Zręczne palce Rozy poradziły sobie z 
tym bardzo szybko. 
- A to co? - spytał Ole, biorąc do ręki coś, co wyglądało jak 
banknoty. 
- Dolary - wyjaśniła Roza obojętnie. - Amerykańskie pieniądze. 
- Ach, tak! 
Ole wydał przeciągły gwizd, patrząc na ułożone ciasno stosiki. 
Każdy z nich był gruby na co najmniej dwa cale. Kiedy Roza 
włożyła je wszystkie do szkatułki, niewiele w niej pozostało 
miejsca. Na samym wierzchu położyła jeszcze sztywne papiery 
barwy gęstej śmietany. 
- Można używać tu tych pieniędzy? - zapytał po chwili Ole. 
Roza wzruszyła ramionami. 
- Nie wiem - odparła. - Używałam ich w Anglii. Można było nimi 
płacić w Irlandii. 
- Kopalnia prowadzi handel z Anglią - rzekł bez wahania jej brat. 
- Założę się, że nie pogniewaliby się, gdyby się im zapłaciło tymi 
twoimi amerykańskimi pieniędzmi. 
- Nie - zaoponowała Roza. 
- Nie? 
- Tu nie będę ich używać. 
- A co, chcesz może palić nimi w piecu? - spytał Ole obcesowo. 
 

background image

Mattias zakaszlał. Mimo bólu nie mógł powstrzymać się od 
śmiechu. Ole powiedział coś, co on sam miał ochotę powiedzieć, 
gdyby tylko nie był tak cholernie uważający. 
- To jest moje zabezpieczenie. Nie chcę ich wydawać - oznajmiła 
Roza stanowczo. 
Nie wytłumaczyła, dlaczego tak jej zależało na tym, żeby 
zachować te pieniądze, ale Mattias miał dość bogatą wyobraźnię, 
aby zgadnąć, jakie mogła mieć ku temu powody. 
-Jesteś żoną Mattiasa - powiedział Ole. - Te pieniądze należą do 
niego. 
- Nie - rzuciła szybko Roza, zamykając z trzaskiem szkatułkę. 
Przekręciła w zamku mały haczyk, pełniący funkcję klucza. - To 
wszystko należy tylko do mnie! 
- Nie według prawa - stwierdził Ole. - Według prawa należy to do 
niego, do twojego męża, a nie do ciebie, najdroższa siostrzyczko. 
- Nie zamierzam żądać od Rozy czegoś, co uważa za swoją 
wyłączną własność - wyszeptał Mattias. 
- Głupiec z ciebie! - zawyrokował Ole. - Naiwny głupiec. I 
pewnie dlatego tak się ciebie uczepiła! 
Po czym ruszył do wyjścia. W drzwiach oświadczył, że idzie do 
najbliższego sąsiada zobaczyć, czy nie uda mu się wyprosić 
jakichś rzeczy dla Stelli. 
- Nie zatrzymuj go - powiedział Mattias do żony. Roza nie miała 
zamiaru gonić brata. Postawiła 
szkatułkę pod najniższą ławką, wsuwając ją w sam róg, aż 
całkiem skryła się w cieniu. Mattias nic na to nie powiedział. 
- Czy mogłabyś schłodzić mi stopy? - zapytał, gdy przeciągająca 
się cisza zaczęła im ciążyć. 
 
 

background image

Zatrzasnąwszy wieko skrzyni, Roza zmoczyła pasek materiału w 
zimnej wodzie. Odcisnęła lekko i ostrożnie przyłożyła do 
spalonych stóp męża. Mattias jęknął pod dotknięciem. Jego ciało 
wygięło się w łuk, ale po chwili rozluźniło się. 
- Powinieneś trzymać stopy w wodzie - rzekła Roza. - Ręce też. 
- Nie za późno trochę? - powątpiewał Mattias. Potrząsnęła głową. 
- Sądzę, że przyniosłoby ci to ulgę. 
Znów zamoczyła szmatkę i znów Mattias jęknął, gdy poczuł 
zimne dotknięcie na spalonej skórze. 
Roza uśmiechnęła się słabo, ale jej oczy były poważne, gdy 
zerknęła na stopy męża. 
- Będziesz mieć blizny podobne do moich -stwierdziła. 
- No to wreszcie coś będzie nas łączyć. Zignorowała tę uwagę. 
- W  gruncie rzeczy - rzekła w zamyśleniu -w gruncie rzeczy 
powinieneś mieć o wiele gorsze oparzenia, Mattias. Przecież dwa 
razy wszedłeś tam na bosaka. 
Nie wspomniał, że w dodatku wyważył kopnięciem ramę 
okienną. 
- Nie jesteś tak bardzo poparzony, jeśli wziąć to wszystko pod 
uwagę - oznajmiła stanowczo. 
- Miałem szczęście. 
-Jesteś w stanie usiąść? - spytała. 
-Jeśli mi pomożesz - odparł, jednak nie był tego całkiem pewien. 
Krzyknął, kiedy pomogła mu się podnieść, ale potem zacisnął 
zęby. Po chwili ból trochę zelżał. I rzeczywiście, trzymanie nóg 
w wiadrze z wodą przyno- 
 

background image

siło ulgę. Roza postawiła mu na kolanach miskę z wodą, w której 
zanurzył dłonie. To też koiło ból. 
- Długo jeszcze będziesz myć nogi? - spytała Lily z powagą. 
Mattias uśmiechnął się z wysiłkiem. 
- Aż Roza powie, że już starczy. 
- My też musimy? - zaniepokoił się Matti. 
- Nie - odrzekł Mattias. - Tym razem tylko ja byłem niegrzeczny. 
-Tata żartuje! - powiedziała Roza, czochrając czuprynę Mattiego. 
- Kazałam tacie moczyć stopy, żeby go tak nie bolało. I żeby rany 
szybciej się zagoiły. Może uda mi się je wyleczyć. 
- Potrafiłabyś? - spytał Matti z nadzieją. Rany na stopach ojca 
wydawały mu się wprost okropne. Chłopiec najchętniej w ogóle 
by na nie nie patrzył, bo robiło mu się niedobrze. Zdawało mu się, 
że muszą okropnie boleć. Ale o nic nie pytał. Nie chciał 
rozmawiać o pożarze ani o poparzeniach i bąblach 
pokrywających skórę ojca. Ani o dymie, którego wstrętny smak 
wciąż czuł w ustach i w głębi gardła. 
-Może potrafię - odpowiedziała Roza, niczego nie obiecując. 
- A spróbujesz? 
- Zrobię, co w mojej mocy - obiecała. - Nie możemy wrócić do 
Samuelsborg, dopóki tata nie poczuje się lepiej. 
- Czy do tego czasu będziemy mieszkać w łaźni? - spytała Lily, 
pełna radosnego oczekiwania. - Nigdy jeszcze nie mieszkałam w 
łaźni! 
- Boże, zlituj się nade mną! - usłyszała Roza cichą prośbę. 
 
 
 
 
 

background image

- Lepiej proś kogoś, kto cię usłyszy, Mattias - wycedziła na to 
przez zęby. 
-Kochanie, czy możesz sprawić, aby ból przeszedł? - szepnął. 
Milczała. Myślał, że nigdy nie usłyszy odpowiedzi. Poczuł 
zawód, niemal równie piekący jak oparzenia. Rozlewał się po 
jego ciele jak trucizna, aż Mattias zorientował się, że Roza nie 
patrzy na niego, lecz gdzieś przed siebie. Dłonie trzymała tuż 
przy jego skórze, niemal dotykając ran na ramionach. 
Ból w tych miejscach ustąpił. 
- Dziękuję - szepnął, ale Roza wciąż milczała. 
 
 
Rozdział 10 
Ten mężczyzna - wysoki, o jasnych włosach -rzadko odwiedzał 
swoją siostrę przed śniadaniem. Mieszkali tuż obok siebie, 
dzieliło ich tylko podwórze, ale oboje żywili szacunek dla 
prywatności. Ona nie próbowała wtrącać mu się do 
gospodarstwa, a on uznawał jej prawo do samotności. 
Jednak tego ranka pobiegł do niej jeszcze przed pójściem do 
stajni. 
- Znowu źle spałeś? - spytała siostra, targając mu czuprynę. Czuła 
się do tego całkowicie upoważniona jako starsza siostra. To było 
prawo starszeństwa. 
-Tak - odpowiedział Adam, krzywiąc się. Oczy zwęziły mu się 
pod gęstymi, niemal prostymi brwiami. Westchnął i wydął 
miękkie wargi. 
 

background image

Siadł w stojącym w kuchni fotelu bujanym, jednym z tych, które 
zrobił Peter. Fotel był bardzo wygodny i Adam doskonale 
rozumiał, dlaczego siostra postawiła go w kuchni. Oboje 
pochodzili z tej samej małej lepianki. Zawsze lubili siedzieć przy 
piecu, gdzie woń jedzenia mieszała się z głosami członków 
rodziny. 
- Ale nie ze zwykłych powodów - wyjaśnił krótko Fionie. 
Włożyła mu w dłonie filiżankę z herbatą. Siorbiąc, przełknął 
kilka łyków, właściwie nie czując smaku. Nie robiło mu różnicy, 
skąd pochodziła herbata -z Chin czy Indii. Nie uznawał takich 
głupot. 
- Mikey - powiedział. 
Fiona przystanęła. Chciała wiedzieć, co trapiło jej bratanka. 
- Sny. 
Krótko powtórzył, co mówił tej nocy Michael, gdy siedzieli 
razem na zewnątrz. Adam wiedział, że nadużywa zaufania 
chłopca, ale stłumił głos sumienia, mówiąc sobie, że Michaelowi 
zależało najbardziej na tym, aby to Aidan o niczym się nie dowie-
dział. A Aidan się nie dowie. 
Sam nie potrafił sobie z tym poradzić. Musiał się komuś 
zwierzyć. Spytać kogoś o radę. Najbliższa mu była Fiona. 
-Jest już w takim wieku, że chce wiedzieć, kim oni byli - 
powiedziała Fiona powoli. 
Rudej barwy lok założyła za ucho. Szare oczy napotkały 
spojrzenie brata, pełne zrozumienia i cichego smutku zarazem. 
- Oboje wiedzieliśmy przecież, że kiedyś nadejdzie ten dzień. 
Wiedzieliśmy, że będzie cię wypytywał. Może nastąpiło to 
szybciej, niż się spodziewaliśmy... 
 
 

background image

Pogładziła brata po ramieniu. Mięśnie były spięte, twarde, jakby 
przez wiele dni karczował las bez chwili wytchnienia. 
-To nie chodzi o wypytywanie, Fiona - rzekł Adam ciężko. - 
Byłem przygotowany na pytania. Miałem na nie odpowiedzi. 
- Od lat opowiadasz mu same bajki, w których Se-amus jest 
władcą całej Irlandii, a pewnie przy okazji jeszcze Anglii, Walii i 
Szkocji. Zrobiłeś z niego coś na kształt amerykańskiego 
prezydenta. Nie opowiadasz o swoim bracie, mój drogi. Ten 
jakże ludzki Se-amus O'Connor nie ma nic wspólnego z naszym 
bratem. Seamus nigdy w życiu nie rozpoznałby samego siebie w 
twoich opowieściach. 
Adam zawtórował jej cichym śmiechem. 
- Chyba trochę mnie poniosło. W naszej rodzinie aż się roi od 
zdolnych łgarzy, co, Fiona? 
- W  naszej rodzinie aż się roi od podstępnych oszustów - 
poprawiła go siostra. 
Trafiła w jego najczulszy punkt. Sama nie wiedziała, jak bardzo 
miała rację. Nie wiedziała, jak doskonale pasowało do niego to 
określenie. 
-Może nadszedł odpowiedni moment, żebyś powiedział chłopcu, 
jaki naprawdę był jego ojciec. 
-1 matka? 
-1 matka - potwierdziła Fiona znad ramienia Adama. Wciąż 
masowała mu plecy, w których czuł ból. Może jednak za chłodno 
było, żeby w samych spodniach wysiadywać po nocy na 
zewnątrz. Może to reumatyzm się odezwał. 
- Nie wiem, czy potrafię - wyznał, wyginając szyję tak, aby 
spojrzeć prosto w oblicze siostry. - To nie chodzi o zwyczajne 
pytania. To chodzi o jego sny. 
 

background image

Przerażają mnie. Nikt mu przecież nie mówił o twarzy Rosi, a on 
ją opisał. Skąd mógł o tym wiedzieć? Fiona potrząsnęła głową. 
- Nie mam pojęcia - odparła. 
- W naszej rodzinie byli nie tylko łgarze i oszuści, Fiono - rzekł 
Adam. - Byli też tacy, którzy mieli prorocze sny. Nie sądzisz, że 
Mikey mógł odziedziczyć dar jasnowidzenia po Seamusie? 
- Po prostu odpowiedz mu na pytania! - powiedziała Fiona. 
- Gorzej by gadali, gdybyście żywcem się spalili -pocieszył Ole 
Rozę i Mattiasa. 
Roza zaśmiała się gorzko. Słowa brata jakoś nie dodały jej 
otuchy. Nawet nie mogła go o to winić -miał dobre intencje. 
Zresztą powrót do Samuelsborg wydawał jej się rozsądnym 
wyjściem. Wolałaby jedynie nie być tematem plotek. 
-Wtedy z całą pewnością zrobiliby z ciebie czarownicę. 
Wymyśliliby, że zginęłaś w płomieniach, bo sam diabeł 
postanowił zabrać cię do piekła, gdzie dalej będziesz płonąć, tym 
razem wiecznym ogniem. -Ole obrazowo przedstawił sytuację. 
-Teraz wprawdzie jedni szepczą, że złego diabeł nie ruszy, ale 
drudzy skłonni są przyjąć inne wytłumaczenie. Nic nie 
poradzimy na to, że ludzie zastanawiają się nad tym wszystkim, 
siostro! 
Roza nie znosiła, kiedy Ole wywyższał się i robił z siebie nie 
wiadomo co. Rzecz jasna, to Ole miał uprzywilejowaną pozycję i 
mógł o wszystkim decydować. To on był panem domu, nie 
Mattias, a Rozie nie przysługiwało miano gospodyni. Nie mogła 
rościć sobie prawa do noszenia kluczy u pasa. Ale Ole był 
 
 
 

background image

nadal jej młodszym bratem. Nie zamierzała pozwolić mu, żeby 
nią dyrygował. Rozie bardzo nie podobało się, że Ole 
zachowywał się, jakby był najstarszy. 
- Mattias nie wydobrzał jeszcze na tyle, żeby udawać się w 
podróż. 
Ole zachichotał. 
- Mattias wydobrzał tak błyskawicznie, że nie tylko lekarz uważa, 
że to co najmniej dziwne, moja Rozo. Prawdopodobnie głównie z 
tego powodu ludzie gadają, że złego diabli nie biorą. 
Roza nic na to nie powiedziała. 
Oczywiście, że zrobiła dla męża wszystko, co leżało w jej mocy. 
Oczywiście, że przekroczyła granice własnych możliwości. Nie 
miała pojęcia, jak tego dokonała. Po prostu zażyczyła sobie, żeby 
jego rany się zagoiły. Uwierzyła, że jej życzenia się spełnią. 
Uwierzyła w to tak mocno, że we własnym ciele czuła ból, który 
czuł Mattias. 
Trzymała dłonie tuż przy ranach, prawie ich nie dotykając - i 
czuła je na własnym ciele. Czuła, jak ból przenika z jego 
spalonego ciała, wżera się w jej własne dłonie i ramiona. 
Rany zagoiły się. 
Po czterech dniach Mattias był w stanie chodzić. Wbrew 
wszelkiej logice. 
Mieszkańcy doliny tylko potrząsali głowami. 
Przecież tamtego wieczoru po pożarze widzieli poparzone stopy 
Mattiasa - krwawe, żywe mięso. 
Widzieli smętne resztki domu. Widzieli oparzenia i pęcherze, z 
niedowierzaniem słuchali, jak niemal zupełnie nagi dwukrotnie 
wkroczył w płomienie, aby uratować najpierw Stellę, tego 
małego aniołka, a potem Rozę. 
 

background image

Słuchając, jak barwnie Ole relacjonuje wydarzenia, zdawali sobie 
sprawę, że pewnie dodał nieco od siebie, ale większa część jego 
opowieści z pewnością była prawdziwa. Sądząc po tym, co 
pozostało z domu, ogień musiał być potężny. Widzieli dym, a w 
pewnej chwili także płomienie, które buchnęły wysoko ponad 
wierzchołki drzew. Ten pożar to nie były żarty. 
Nie mieściło im się w głowie, że Mattias już po kilku dniach był 
w stanie chodzić, ale przecież wielu widziało to na własne oczy. 
Ci, którym tylko o tym opowiadano, uważali, że to dobre 
zakończenie całej historii - barwny dodatek, czyniący relację z 
pożaru bardziej interesującą. Ale wcale nie sądzili, że owo 
zakończenie musi być zgodne z prawdą. Tak szybki powrót do 
zdrowia -nie, to zupełnie niemożliwe. 
Widzieli przecież, w jakim stanie był Mattias. 
Widzieli jego rany i jak cierpiał. W niewielu słowach 
opowiedział, co się wydarzyło. Mówienie sprawiało mu zbyt 
wielki ból. 
Lekarz nie wierzył ludziom, że Mattias był tak poważnie 
poparzony. Uśmiechał się tylko z pewną wyższością, a potem w 
rozmowie z bliskimi opowiadał, jak to niższe klasy muszą zawsze 
przesadzać, wyolbrzymiać różne wydarzenia, żeby poprawić so-
bie samopoczucie. 
„Gdyby był tak poparzony, jak opowiadają, na pewno nie 
wydobrzałby w przeciągu kilku dni" - wyjaśniał lekarz na 
przyjęciu u dyrektora Thomasa w The House. 
Sącząc portwajn, jak to mieli w zwyczaju po udanym obiedzie, 
mężczyźni rozmawiali o ludziach 
 
 
 

background image

mieszkających nad fiordem, o rzece i łososiach. Anglicy 
przyjechali na wypoczynek. Starszy mężczyzna i jego dwaj 
młodsi towarzysze zamierzali łowić. Wcześniej kapitan bywał na 
rybach w Zachodniej Norwegii. Podobało mu się tam, jednak 
chęć przygód zawiodła go na północ. Nie tylko chęć przygód 
zresztą. Również ciekawość. Nie zamierzał udawać, że było 
inaczej. Poza tym jego syn twierdził, że północne pustkowia to 
najbardziej niezwykłe miejsce na świecie. Kapitan skłonny był 
się z tym zgodzić -miejsce to rzeczywiście było jedyne w swoim 
rodzaju. Pod wieloma względami. 
Tłumacząc rodzinie i przyjaciołom, a nawet znajomym z tych 
okolic, dlaczego zapuścił się tak daleko na północ, przybrał 
znudzoną minę. 
„W Lasrdal1  każdy był!" - powiedział. 
Zarówno jego syn, jak i zięć powitali tę uwagę śmiechem. 
Na razie nikt jeszcze nie wspomniał o kobiecie. 
Mattias nie miał najmniejszych problemów z poruszaniem się. 
Dłonie też go nie bolały. Poparzone miejsca pokryła nowa skóra, 
wszystko wyglądało prawie normalnie. Nie zamierzał tracić 
czasu na zastanawianie się, jak to możliwe. 
Roza położyła dłonie na jego ranach. 
Czuł ciepło. 
Czuł, jak rany się goją. 
To było niewytłumaczalne. Aby uwierzyć, trzeba było przeżyć to 
samemu. Wolał więc o tym nie opowia- 
 

                                                

1Lserdal - to bardzo znana miejscowość, jeden z węzłów turystycznych na zachodzie Norwegii.

 

background image

dać. Nikt by go nie zrozumiał. Postanowił raczej przybrać zbolałą 
minę, udawać, że czuje się gorzej niż w rzeczywistości, i 
tłumaczyć, że zawsze goi się na nim jak na psie. Normalne w jego 
rodzinie. I tak nikt tutaj nie wiedział, skąd pochodzi. Nikt w 
Kopalni nie znał jego przodków. 
-Jeszcze nie wydobrzałeś na tyle, żeby wozić się w tę i z 
powrotem, Mattias! 
Słyszał to już od Rozy wiele razy. Od poprzedniego wieczora, od 
chwili, gdy oznajmił, że wybiera się do domu, do Altadalen. Miał 
tam pole. Chciał też rzucić okiem na te marne resztki, które 
zostały z jego domu. Ale nie użył żadnego z tych argumentów. 
Powiedział tylko, że nie stać go na to, żeby rezygnować z 
połowu. Wraz z innymi stawiał sieci i teraz chciał dostać swój 
udział. 
- Mogliby ci po prostu dać twoją część! - stwierdziła Roza. - 
Gdyby któremuś z nich przydarzyło się to, co tobie, pierwszy byś 
zaproponował takie rozwiązanie i wszyscy by się na nie zgodzili. 
Czemu nikt nie zaproponuje tego, gdy chodzi o ciebie? Czy tylko 
Mattias Mattiassen potrafi zdobyć się na odrobinę przyzwoitości? 
Mattias nie powiedział, że już otrzymał swój udział, że ci, z 
którymi zazwyczaj łowił, zrobili dokładnie to, o czym mówiła 
Roza. Miała wierzyć, że Mattias niewinnie siedzi sobie nad rzeką, 
gawędząc z innymi mężczyznami i czekając, aż sieci wypełnią się 
rybami. 
W rzeczywistości zamierzał towarzyszyć mu w jego wyprawie. 
Pożar wiele odmienił, przyniósł ze sobą różne zmiany, nie tylko 
widoczne gołym okiem zniszczenia. Jednym ze skutków pożaru 
było to, że zwiększył się dystans między Rozą a nim. 
 

background image

Mattias odkrył sekret żony. Teraz był niemal pewien, że Roza 
jeszcze niejedno przed nim ukrywa, i zadręczał sam siebie 
rozmyślaniem nad tym. 
Nie zamierzał jej wypytywać. 
Ale uparł się, że też musi zostawić i jej, i swemu synowi jakiś 
majątek. Jeśli mógł go zdobyć dzięki wyprawie z Olem, to był na 
nią zdecydowany. 
Pewnie nikt nie posądziłby go teraz o to, że jest w stanie trzymać 
w rękach kilof i kruszyć skałę, i właśnie dlatego zamierzał to 
zrobić. Nawet Ole trochę w to powątpiewał, ale podobało mu się 
nowe, awanturnicze oblicze szwagra. Nie zamierzał rezygnować 
z dobrej zabawy. Chętnie przystał na plan Mattiasa. Podobała mu 
się cała ta błazenada. 
- Musisz wyjeżdżać teraz, kiedy Olego też nie będzie? - spytała 
Roza. 
- Myślałem, że bezpieczniej będzie nie jechać samemu przez góry 
- wyjaśnił niewinnie Mattias. - Gdyby okazało się, że jestem w 
gorszym stanie, niż mi się zdawało, skarbie. 
Roza zjeżyła się, słysząc pieszczotliwy zwrot. Z doświadczenia 
wiedziała, że miłych słówek używał wedle potrzeby, kiedy 
zależało mu, aby zmiękła. 
-Jeśli masz jakieś wątpliwości, tygrysie - rzekła cierpko - to lepiej 
zostań w łóżku zamiast ganiać po górach. Pozwól, żeby twój 
skarb się tobą zajął. Nie musisz włóczyć się po jakichś 
nadrzecznych pustkowiach. Aż tak głodni nie jesteśmy. Aż tak 
bardzo nie potrzebujemy tych łososi, Mattias! 
Ole oznajmił, że Anglicy najęli go jako wioślarza i przewodnika. 
Słyszał, że do The House przybyli Anglicy, ktoś wspominał, że 
szukają przewodnika, i Ole zaoferował swoje usługi. 
 

background image

Do tego momentu mówił prawdę. 
Ale Anglicy już kogoś zatrudnili. Ani Ole, ani Mattias nie 
zamierzali jednak o tym wspominać. 
- No to urządźcie się wygodnie w łaźni - skwitowała Roza. 
Mattias zachichotał po kryjomu. Martwiła się o niego, ale nie 
chciała tego okazywać. Roza wciąż wierzyła, że jej słabości 
mogą zwrócić się przeciwko niej - że wszyscy wokół są na tyle 
pozbawieni skrupułów, aby ją wykorzystać. Nie była pewna, czy 
i Mattias kiedyś nie wykorzysta przeciw niej uczuć, jakie dla 
niego żywiła. 
Śmieszyło go to. 
Ale, patrząc z innej strony, mogło też okazać się dla niego 
bolesne. 
Właśnie teraz sytuacja była trudna. 
Później wyjaśni wszelkie niedomówienia. Później - kiedy oboje 
będą sobie równi. Nie pragnął nad nią panować, nie chciał 
posiadać więcej niż ona, być tym silniejszym. Nie miał też jednak 
ochoty pozostawać na gorszej pozycji. 
Między nim a Rozą powinna zapanować równowaga, inaczej ich 
małżeństwo nie będzie miało sensu. Chciał odnaleźć drogę do 
niej, powrócić do nocy sprzed pożaru. Wmówił sobie, choć może 
było to przejawem desperacji, że poczuje się jej godzien, jeśli 
będzie miał w rękach złoto. 
Kiedy Ole i on zdobędą kruszec, będzie mógł rozmawiać z Rozą. 
To tylko kilka dni. 
Ole powiedział, że tyle wystarczy. 
Kilka dni - i wszystko wróci do normy. A może nawet będzie 
lepiej, niż kiedykolwiek przedtem. Tyle mógł poczekać. 
 
 

background image

-Poradzisz sobie sama - rzekł na pocieszenie. -Matka Liisy na 
pewno wpadnie... 
Roza nie odpowiedziała. Upór Mattiasa przeraził ją. Tak jakby za 
jego zachowaniem kryło się znacznie więcej, niż powiedział. 
Ogarnął ją strach, gdyż nie wiedziała, co to jest. A on nic nie 
mówił. Nie obdarzył jej zaufaniem. 
To napełniło ją jeszcze większym lękiem. 
Maxwell Hart nie wierzył, że kiedykolwiek jeszcze spotka Rozę. 
Anglik był jednak skłonny przyznać, że mimo wszystko ma 
nadzieję. 
To z powodu Rozy zaproponował ojcu wyprawę na północne 
krańce Norwegii - do Alta. 
Słyszeli też o rzece zwanej Tana i postanowili się nad nią wybrać. 
Dyrektor Thomas z Alten Copper Works uważał, że to bardzo 
dobry pomysł. Zarówno ojciec, jak i mąż młodszej siostry 
Maxwella - Mark Longmoore, też mieli ochotę wyprawić się nad 
Tanę, i to ledwo spróbowawszy szczęścia nad rzeką Alta. 
Znaleźli przewodnika. Dopiero potem Maxwell usłyszał, że brat 
Rozy, Ole, także starał się o to zajęcie. Żałował, że sam nie 
rozmawiał z kandydatami. Znał język w wystarczającym stopniu, 
poradziłby sobie. 
Maxwell nie zdążył wypytać o nią i jej rodzinę. Nie miał pojęcia, 
że wróciła. Nie było to przecież oczywiste. 
Chętnie zatrudniłby Olego, ale jedyne, co mógł teraz zrobić, to 
przeprosić brata Rozy i zaproponować mu udział w wyprawie jak 
przyjacielowi, w roli gościa. Ole nie powinien chyba czuć się jak 
podwładny, chociaż miał z nimi jechać dyrektor Thomas. 
 

background image

Wszyscy w rodzinie Rozy posiadali wrodzoną godność. Mimo to 
Maxwell nie był pewien, jak ojciec i Mark zareagują na obecność 
takiego gościa. 
Ojciec, kapitan marynarki handlowej, przestawał już w życiu z 
różnego rodzaju ludźmi, ale Mark Longmoore był młody, miał 
dwadzieścia parę lat, mniej więcej tyle co on sam, gdy po raz 
pierwszy przybył do Norwegii i Alten Copper Works. 
Maxwellowi brak było wtedy doświadczenia, za krótko żył, aby 
wiedzieć, że to nie pozycja w społeczeństwie decyduje o tym, czy 
ktoś jest dobry, czy zły. Dopiero dzięki Rozie zaczął myśleć. To 
dzięki niej zrozumiał, że tyle samo i dobra, i zła znaleźć można 
wśród bogatych, co wśród biednych. 
Mark był drugim z kolei synem earla Bowan, nie przysługiwał 
mu żaden tytuł. Był tylko lordem Markiem, wystarczająco 
zamożnym, aby szukać żony w najwyższych warstwach 
społecznych. Wybór padł na Catherine Anne. Mark Longmoore 
wiedział, co sądzić o człowieku, gdy usłyszał, jaki nosi tytuł lub 
jaki wykonuje zawód. Nigdy nie potraktuje Olego Samuelsena 
jak równego sobie. 
Ale Maxwell i tak pragnął zaprosić Olego. W końcu Ole był 
bratem Andy'ego. 
Ich Andy'ego. 
Istniało kilka powodów, żeby odwiedzić Olego Samuelsena tego 
pięknego dnia. 
Najważniejszym z nich było pragnienie ponownego spotkania z 
Rozą. 
Z trudem ukrył poruszenie, gdy zrozumiał, że lekarz mówi o 
mężu Rozy. Ze to jej mąż o mało nie stracił życia w płomieniach, 
które strawiły ich dom. Pojął to dopiero, kiedy jeden z 
urzędników wspo- 
 

background image

mniał, że powinni znać żonę poszkodowanego - służyła przecież 
jako pokojowa u córki kapitana Harta, gdy ta mieszkała w Kâf 
jorden. 
I Maxwell, i ojciec byli bardzo poruszeni, ale ojciec lepiej potrafił 
skrywać emocje. 
„Nie istnieje żaden powód, aby się z nią spotykać" - oznajmił 
ojciec swoim srogim tonem, potem, gdy zostali na moment sami. 
Maxwell zrozumiał, co ojciec chciał przez to powiedzieć. 
Wiedział, że to rozkaz. 
„Nasza rodzina miała z nią wystarczająco dużo do czynienia" - 
dodał Malcolm Hart. „Nie zamierzamy odnawiać tej znajomości, 
Maxwell!". Maxwell rozważał to wszystko w myślach, 
zmierzając w kierunku miejsca zwanego przez mieszkańców 
osady Kretą. W czasie krótkiego spaceru zauważył, że prawie nic 
się tu nie zmieniło w ciągu minionych lat. Nowe budynki 
niewiele różniły się od wcześniejszych. The House nie wydawało 
się już tak imponujące, jak niegdyś. 
Może ślady prób stworzenia wyższej cywilizacji na tym 
arktycznym pustkowiu straciły w jego oczach swój egzotyczny 
urok. Może czuł tylko znudzenie, bo wszystko już kiedyś widział. 
Może po prostu był zmęczony życiem. 
Nawet kwiaty nie budziły w nim takiego zachwytu, jak kiedyś. 
Chodził na spacery wzdłuż fiordu i w góry i, rzecz jasna, zbierał 
okazy do swego herbarium. Robił notatki o każdej ze 
znalezionych roślin. Z pietyzmem wkładał je do prasy, ale choć 
botanika wciąż go interesowała, nie była już dla niego 
wszystkim. Nawet tutaj nie. Szczególnie tutaj nie. 
Samuelsborg wydał mu się większy niż we wspo- 
 

background image

mnieniach, jednak nadal było to raczej nieduże gospodarstwo. 
Maxwell Hart wiedział, że tutejszy krajobraz ograniczał 
możliwości rozbudowywania gospodarstw. Działki były małe, 
domy leżały dość blisko siebie. Tutejsze gospodarstwa wyglądały 
zupełnie inaczej niż znane Maxwellowi wielkie angielskie po-
siadłości. Tutaj łąki leżały niby zielone plamy pośród lasów, z 
dala od zabudowań. Nadal nie rozumiał, dlaczego ludzie upierali 
się przy tak niepraktycznej gospodarce, ale nie do niego należało 
wydawanie sądów na ten temat. Norwegia była inna niż Anglia. 
Tutejsze tradycje były inne. 
Miał nadzieję, że uda mu się uniknąć spotkania z jej mężem. 
Oczywiście pamiętał Mattiasa Mattiassena. Zaskoczyło go, że 
właśnie tego człowieka wzięła sobie po powrocie za męża. 
Głównie dlatego, że pamiętał, iż Mattias ożenił się z inną, a 
wiedział, jak niechętnie Roza się dzieli. Poza tym uważał też, że 
Roza musiała czuć się zdradzona. 
Gorąco bywało między Rozą i Mattiasem. 
Ale i bardzo chłodno. 
A poza tym Roza poważnie traktowała związek z buntownikiem 
O'Connorem. Opowieści o ich romansie wciąż krążyły po 
Irlandii. Seamus stał się legendą. 
To były opowieści o Seamusie i jego lilii. 
Maxwell zastanawiał się, czy Rozie spodobałby się ten 
przydomek. Niewiele miała wspólnego z białym kwiatem o 
surowej, chłodnej urodzie. 
Nie zamierzał przypominać jej o Seamusie O'Con-norze. 
Może wcale nie będzie musiał z nią rozmawiać. Miał przecież 
sprawę do jej brata. 
 
 

background image

Zapukał. Usłyszał głos. Dokładnie pamiętał jego brzmienie. - 
Otwarte! 
 
 
Rozdział 11 
Maxwellowi wydawało się, że pamięta Rozę, ale nie potrafił 
przygotować się na spotkanie z nią. 
Włosy miała jak zwykle niedbale przewiązane wstążką, spod 
której wymykały się kapryśne loki. Roza nie dbała o elegancję. 
Maxwell pamiętał, że w jej warstwie społecznej panowały inne 
zasady niż w tej, z której on pochodził. 
Ubrana była na niebiesko. Jasnoniebieska góra zapięta aż pod 
szyję i ciemniejsza spódnica, bose nogi. Pomyślał, że wygląda, 
jakby właśnie wynurzyła się z jednej z rozpadlin, zamieszkanych 
przez wróżki i skrzaty. 
Maxwell Hart wciąż uchodził w Anglii za dobrą partię. Jeszcze 
żadna dziewczyna nie skradła mu serca. Ale gdyby Roza 
Samuelsdatter była wolna, bez wahania spytałby, czy nie 
uczyniłaby mu tego zaszczytu. 
Pozdrowił ją po angielsku, na co ona odpowiedziała w tym 
samym języku. Mówiła z irlandzkim akcentem, przy czym 
wypowiadała słowa przeciągle, jak na południu Stanów. Dziwne 
połączenie, które zdumiewało go. 
-Co ty tu robisz? - niezbyt uprzejmie spytała Roza. Na ręku 
trzymała Stellę. Przewinęła ją i na- 
 

background image

karmiła, teraz zamierzała ułożyć ją z powrotem w kołysce. 
Czekała tylko, aż małej się odbije. 
- Szukam twojego brata. -Olego? 
Maxwell Hart skinął głową. 
- Czego od niego chcesz? 
- Chcę go zabrać na ryby - odparł Maxwell sztywno. Rozie 
pojaśniało nagle w głowie. 
- To ty jesteś jednym z tych Anglików, którzy niedawno tu 
przyjechali? 
Potwierdził skinięciem i wzruszył ramionami. Wyglądał tak 
niezgrabnie. Upływ czasu niczego tu nie zmienił. Maxwell 
zawsze był przeraźliwie chudy. Na twarzy pojawiło się kilka 
nowych bruzd. Nie zaokrągliła się jednak, nie stała pełniejsza. 
Rysy były wciąż tak samo ostre. Linia włosów przesunęła się 
jeszcze bardziej w tył, przybyło srebrnych pasm, jednak Maxwell 
pozostał tym samym nieskazitelnie eleganckim Anglikiem w 
tweedzie. 
- Kto jeszcze przyjechał? - spytała Roza. 
- David nie - odparł, zakładając, że tak naprawdę właśnie o to 
pyta. 
Wydało mu się, że usłyszawszy to, odetchnęła. -Mój ojciec, ja i 
mąż Katy. 
- Olego nie ma w domu - oznajmiła Roza, unosząc w górę brwi. - 
Jest na rybach z Anglikami jako przewodnik. 
Chciało jej się śmiać z całej tej sytuacji, ale obiecała sobie, że nie 
omieszka porozmawiać o tym z bratem i Mattiasem, jak tylko 
wrócą. 
- Słyszałem, że twój mąż mocno się poparzył - powiedział 
Maxwell. 
Roza wprowadziła go do największej izby. Wi- 
 

background image

dział, że nie czuje się tam swobodnie. Wolałby, żeby zostali w 
kuchni. Wiedziałby wówczas, że Roza wciąż traktuje go jak 
przyjaciela. Teraz zrozumiał, że jest dla niej gościem, którego 
trzeba przyjąć z honorami. 
Tylko gościem. 
- Tak mocno, że nie powinien jeszcze wyprawiać się na ryby - 
dodał Max. 
-Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co usłyszysz - odparła, 
szperając w szafce. Wciąż nie bardzo orientowała się, gdzie co 
stoi. - Jestem pewna, że Ole ma tu gdzieś alkohol - rzekła. 
- Nie chcę niczego do picia, Roza. Nie przerywała poszukiwań. 
Maxwell wstał i położył dłonie na jej ramionach, aby przestała. 
Długo patrzył w jej pełne blasku, błękitne oczy. 
- Niczego nie chcę, Roza - powtórzył wyraźnie. -Nie rób sobie 
kłopotu! To ja, Max. Znamy się od dawna. Kiedyś tak się nie 
starałaś, żeby mi usłużyć... 
- To było kiedyś - szepnęła. 
Wziął od niej dziecko, które zasnęło w jej ramionach. Poczuł się 
strasznie niezręczny, trzymając cenny, mały ciężar. Próbował 
doszukać się podobieństwa między dzieckiem i Rozą. Może brwi, 
czoło... Do Mattiasa też nie było zbyt podobne. Mattias miał taką 
śniadą skórę, a rysy ostre. Maxwell, gdyby chciał, mógłby równie 
dobrze odnaleźć własne rysy w małej twarzyczce, tak była nowa i 
nieokreślona. 
- Dziewczynka czy chłopiec? - spytał stłumionym głosem. 
- Dziewczynka - odpowiedziała Roza. - Stella. 
- Takie imię nawet ja potrafię wymówić - uśmiech- 
 

background image

nął się, gładząc puch ledwo okrywający okrągłą główkę. Patrząc 
na miękkie ciemiączka, poczuł niemal nabożny lęk, pełen lęku 
szacunek dla życia. Starał się trzymać dziecko z jeszcze większą 
ostrożnością. 
- Ma brwi po tobie - powiedział, uśmiechając się. Chciał dotrzeć 
jakoś do Rozy, odnaleźć słowa, które pomogłyby mu wytrącić z 
jej rąk tę tarczę, którą się przed nim zasłaniała. 
Maxwell nie chciał, żeby Roza traktowała go jak kogoś obcego. 
-Poza tym nie widzę wielkiego podobieństwa -dodał. 
- Dziwne, gdybyś je dostrzegł - stwierdziła Roza, posyłając mu 
rozbawione spojrzenie. - To dziecko mojej bratowej. Zmarła przy 
porodzie. 
- To córka Olego? - upewnił się Maxwell. Przytaknęła. 
- W takim razie i tak może istnieć między wami jakieś 
podobieństwo! 
- Próbujesz mi schlebiać, czy co? 
- Gdzie ją położyć? - spytał, ignorując jej uwagę. 
Roza nie ciągnęła wątku. Zaprowadziła go do pokoju, w którym 
stała kołyska. Ułożywszy w niej Stellę, Maxwell stał jeszcze 
przez chwilę, patrząc na dziecko. Jego twarz przybrała tęskny 
wyraz. 
- Nie masz swoich? - spytała Roza. Poszła do kuchni i odruchowo 
siadła przy stole. Dopiero gdy on usiadł naprzeciwko, zdała sobie 
sprawę, że powinna zaprosić go ponownie do izby. Ale było za 
późno. Nie zamierzała się wygłupiać, skoro Maxwell nie 
protestował. 
- Nie ożeniłem się - powiedział, szukając spojrzeniem jej oczu. 
 
 
 

background image

- Coś jest nie tak z angielskimi dziewczynami? -spytała, śmiejąc 
się lekko. 
Max odrzucił głowę do tylu. Odgarnął włosy z twarzy, ale 
ponieważ były dokładnie rozdzielone pośrodku, natychmiast 
wróciły na swoje miejsce. Twarz Maxwella miała ten sam co 
niegdyś łagodny wyraz, a jego oczy wciąż były tak samo 
przyjacielskie. 
Ale nosił przecież nazwisko Hart. 
- Jak się miewa Anders? 
- Andrew - powiedział, w rzeczywistości nie mając zamiaru jej 
poprawiać. Jego policzki okrył rumieniec, gdy uświadomił sobie, 
że tak to mogło zostać odebrane. 
- Przepraszam! - rzekł. 
- Nie szkodzi - odpowiedź przyszła jej równie gładko, jak jemu 
przeprosiny. To były tylko wypowiedziane od niechcenia zwroty. 
Jakby nic się za nimi nie kryło, jakby nie posiadały żadnej 
istotnej wagi ani znaczenia. 
- Przestał do nas pisać - oznajmiła Roza. W jej głosie nie słychać 
było cierpienia ani goryczy. Oczekiwał innej reakcji. - Już nie 
pisze ani do nas, ani do babki, ani do braci. 
Maxwell otworzył usta. 
-Ależ całkowicie to rozumiem! - dodała, zanim zdążył cokolwiek 
powiedzieć. Dłonie splotła na stole przed sobą. 
Maxwell zauważył, że dłonie te nie są tak wypielęgnowane jak 
ostatnim razem, gdy ją widział. Życie na Północy było z 
pewnością twardsze niż w Georgii. Nie rozumiał, dlaczego tu 
wróciła. Nie pojmował tego. O ile wiedział, na południu Stanów 
wszystkie drzwi stały przed nią otworem. Po śmierci 
 

background image

Seamusa nawet jego przeciwnicy nabrali przyjaźnie jszego 
nastawienia do wdowy po nim. Mogła obracać się w najlepszych 
kręgach. Najznamienitsze rodziny skłonne były zapomnieć, skąd 
pochodziła. 
A jednak Roza Samuelsdatter wróciła do Norwegii, nad ten sam 
wąski fiord, nad którym się urodziła. 
Wróciła do domu z niemowlęciem na ręku. Dziewczynką, o ile 
dobrze pamiętał. Teraz tamta kruszynka musiała mieć już około 
sześciu lat. Niewykluczone, że Roza miała więcej dzieci, mogła 
doczekać się nawet czworga czy pięciorga. Pytanie, jak prędko 
Mattias postarał się o jej rękę. 
Spojrzał na nią. Trudno było sobie wyobrazić, żeby plątała się 
przy niej czereda malców, wciąż tak młodo wyglądała. 
- To dobrze, że Anders - Andrew - nie utrzymuje z nami 
kontaktów - powiedziała i zacisnęła mocno wargi. - Mówicie na 
niego Andy, prawda? 
Maxwell mógł tylko potaknąć. Roza pociągnęła lekko nosem i 
otarła łzę. Zauważył, że stara się zdusić w sobie płacz. 
- To dobrze - powtórzyła z uporem. - Też pragnę, żeby na dobre 
stał się Anglikiem. Prawdziwym Anglikiem. Chcę, żeby był 
Andym Warrenem, żeby otworzyły się przed nim szerokie 
perspektywy. Margaret i David potrafią zapewnić mu dobrą 
przyszłość. -Chwilę milczała. -1 dlatego powinien zerwać z nami 
wszelkie kontakty. Musi zerwać więzy z przeszłością. Może jego 
dzieciństwo nie było szczególnie biedne, ale trudno też byłoby 
zaliczyć je do dostatnich. Lepiej, żeby zapomniał o tej smutnej 
części swego życia, życia tutaj. Chcę, żeby stał się Anglikiem. To 
całkiem słuszne, że nazywa się teraz Andy. Nie Anders. 
 
 
 

background image

- Nasz Andy - powiedział Maxwell. - Ale również wasz. 
Roza potrząsnęła energicznie głową. 
- Nasz już nie - odparła. - Na pewno nie nasz! 
Z kieszeni marynarki wyłuskał kopertę. Widniała na niej 
czerwona pieczęć, widać było odciśnięte w laku litery AW. 
- A więc pewnie nie zależy ci na liście? 
Chwyciła list zachłannie. Przesunęła palce po pieczęci, po 
inicjałach, pogładziła papier, po czym uniosła list ku twarzy i 
powąchała. 
- List to podarunek - powiedziała. - Jeśli obiecałeś, to musisz 
przekazać go osobie, dla której jest przeznaczony. 
Uśmiechnął się tylko. 
Roza popatrzyła na adres. „To Ole Śamuelsen or Roza or Hans or 
my other brothers, Alten Copper Works, Kaafjord, Norway". 
Charakter pisma nie przypominał charakteru pisma Andersa, ale 
Roza zrozumiała, że napis musiał jednak wyjść spod jego ręki. 
Pismo było równe, inne niż niegdyś. Poczuła, że serce rośnie jej z 
dumy. Jej mały braciszek! 
Na pewno wyrośnie na kogoś wielkiego! 
- Nie masz zamiaru przeczytać? - zapytał Maxwell. 
- Później - odpowiedziała. - Jak będę mieć wolną chwilę. Muszę 
mieć dużo czasu. Żeby móc trochę sobie popłakać. . 
- List jest po angielsku. Myślałem, że może ci go przeczytam. 
- Potrafię czytać po angielsku - odparła. - Jedynie pisanie sprawia 
mi kłopoty. Zdolny musi być ten Andy. Teraz mówi pewnie tylko 
po angielsku? 
Maxwell potwierdził. 
 

background image

- To dobrze - odrzekła spokojnie. - To bardzo dobrze. Właśnie 
tego pragnęłam. 
Maxwell od razu zauważył, że było to dla Rozy bolesne, ale udało 
jej się zachować spokój. Rzekłby, że zachowała się po męsku. 
- Studiuje, rzecz jasna, w Cambridge - wyjaśnił Maxwell. - 
Wszyscy chłopcy w naszej rodzinie zawsze byli albo w 
Cambridge, albo w Oksfordzie. Daisy uważała, że Cambridge 
jest najodpowiedniejszy dla Andy'ego. 
- Pewnie miała rację - rzekła Roza. Ale wargi jej zbielały. 
- Daisy go rozpieszcza - zapewnił Maxwell. - Jest dla niej 
wszystkim. 
- Nie ma swoich dzieci? 
- Nie - odparł. 
Roza na moment przymknęła oczy. Przez wiele lat nie myślała o 
Daisy Warren. Wyparła jej obraz z pamięci - obraz delikatnej 
angielskiej róży. Jej imię oznaczało margerytkę, ale wolę miała 
żelazną. Rozie udało się wyrzucić z pamięci jej spojrzenie. 
Migotały w nim gwiazdy, ale potrafiło ranić boleśniej niż 
najostrzejszy nóż. 
- A ty? - zapytał. - Masz więcej dzieci oprócz tej małej, którą ze 
sobą zabrałaś? No i Stelli... 
- Nie, mam tylko Lily - odpowiedziała Roza nieobecnym głosem. 
Zastanawiał się, czy słyszała irlandzkie opowieści. 
- Lily? - spytał Maxwell. 
- Seamus chciał, żeby jego syn miał na imię Michael - wyjaśniła 
Roza z tym swoim uśmiechem, który Maxwell pamiętał sprzed 
wielu lat, kiedy to pierwszy raz ujrzał Rozę, dziki pęd wyrosły w 
Krecie. - 
 
 
 

background image

A dziewczynka miała dostać na imię Lily - dokończyła Roza. 
-O'Connor pewnie lubił lilie? - zastanawiał się Maxwell. 
-Tak - odparła Roza, nie wgłębiając się w temat. - Żałujesz? - 
spytał nagle. 
Roza powoli uniosła głowę znad listu, który wciąż trzymała w 
dłoniach. Dobrze było oprzeć na czymś wzrok. Przy Maxwellu 
czuła się niepewnie. Za dużo upłynęło czasu. Znikła niegdyś 
istniejąca między nimi bliskość. Trudno byłoby do niej wrócić. 
Teraz nie miała na to ochoty. Czuła, że potrafiłby ją zranić. 
A ona nie chciała cierpieć. 
Nie przez Maxwella Harta. 
Ani w ogóle przez nikogo. 
Już nie była tą dziewczyną, którą wszyscy mogli wykorzystywać 
wedle upodobania. Wiele ją to kosztowało, ale odnalazła samą 
siebie. Nie była taka, jak kiedyś. 
Stała się człowiekiem. 
Zawsze była człowiekiem, nigdy czymś gorszym, ale ci, wśród 
których spędziła tamte niedobre lata, potrafiliby sprawić, że znów 
poczułaby się nędzna i nic niewarta. Roza nie miała ochoty 
jeszcze raz tego przeżywać. 
- Żałuję, czego? - spytała. 
- Że wróciłaś. Że nie zostałaś w Ameryce. Przecież mogłaś. 
- Mogłam. 
- Mój ojciec mówi, że O'Connorowie są teraz potężni. W ich 
posiadaniu znalazła się większość przędzalni bawełny w Georgii. 
Słyszałem, że ostatnio doszły jeszcze przędzalnie jedwabiu i 
tkalnie. Sprowa- 
 

background image

dzają larwy jedwabników z Chin i przędą jedwab w Savannah 
zamiast w Chinach. 
- No to robią coś dobrego - zauważyła Roza sucho. Przypomniały 
jej się słyszane w Stanach historie o chińskich przędzalniach, 
gdzie czteroletnie dzieci harują jak niewolnicy. Przez to stroniła 
od jedwabiu, choć wspaniała była to tkanina. 
- Czy to Joe zajmuje się przędzalniami? 
Maxwell spojrzał na nią, nie rozumiejąc, jak może mówić to z 
takim spokojem. Przecież to mogło być także jej życie. Sto razy 
łatwiejsze i przyjemniejsze niż to tutaj. 
- Pewna kobieta - odpowiedział. - Mój ojciec mawia, że 
O'Connorowie potrafią znaleźć sobie przedsiębiorcze żony. To 
Jennifer O'Connor jest mózgiem, jeśli chodzi o przędzalnie. 
Nieźle się już na nich wzbogacili. To dopiero musi być kobieta! 
-Jenny - powiedziała Roza, niemal z tęsknotą. -Jasne, że to mogła 
być tylko Jenny! 
-Mówisz o niej, jakbyście były przyjaciółkami -zauważył. 
-Nigdy w życiu! - zaprzeczyła gorąco Roza. -Unikałyśmy się 
nawzajem jak zarazy. 
Nie wypytywał dalej, nie chcąc wydać się nieuprzejmy, ale 
pytająco uniósł brwi do góry. 
- Seamus dał jej dom, który budował dla mnie. -Nie wiedziałem, 
że buntownik O'Connor był 
taki niepoważny. W takim razie to całkiem zrozumiałe, że za nią 
nie przepadałaś. Bardzo przez niego cierpiałaś, Rozo? Wiem, że 
go uwielbiałaś, ale czy był dla ciebie dobry? Zdradził cię też z 
innymi, czy tylko z nią? 
Roza odłożyła list. Poczuła narastający gniew, ale 
 
 

background image

zdołała się opanować. To była jej wina. Nie wyraziła się 
dostatecznie jasno. 
- Seamus dał mój dom i moją plantację swemu bratu, Josephowi, i 
jego żonie. W papierach figuruje nazwisko Jenny. Nie dlatego, że 
łączyło ją coś z Seamu-sem, ale ponieważ on już taki był. Robił 
zawsze coś, czego najmniej można się było po nim spodziewać. 
Jego zdaniem Jenny zasługiwała na to. Dostrzegł w niej coś, co 
pozwoliło jej odnieść sukces. Zauważył to wcześniej niż 
ktokolwiek inny. 
Wciągnęła powietrze. 
-Ale nie zdradził mnie. Seamus nigdy mnie nie zdradził! 
Maxwell Hart jednak swoje wiedział. W opowieściach o 
Seamusie występowało więcej kobiet. Wiele kobiet - i ta jedna, 
lilia, którą kochał najbardziej. Ale Seamus O'Connor nie 
zrezygnował dla niej z tych innych. W każdym razie tak wieść 
niosła. Nie tak dawno temu Max pojechał na południe Irlandii 
wraz ze swym wujem Liamem, który był też wujem Seamusa. Po 
zielonych łąkach leżącej na zachód od Anglii wyspy wciąż 
biegały wspaniałe konie. 
- Nie musiałaś rezygnować z tamtego życia, Roza - rzucił. 
-Nie. 
- Podobno cudowny klimat panuje tam na południu, nad Zatoką 
Meksykańską. 
- Gorąco i wilgotno. Powietrze aż faluje. Zaś zimy bywają 
zaskakująco mroźne i ostre. Tornada. 
Mówiła to wszystko jakby ze znużeniem. 
- Dobrobyt - podsunął Maxwell. - Nieopisane bogactwa. 
Słyszałem, że twoja szwagierka Jennifer... 
-Jenny - poprawiła Roza. 
 

background image

wydaje takie bale, że głośno o nich w całej Georgii, i nie tylko. 
- A  także, zdaje się, i w Anglii - dodała Roza. -Jenny może sobie 
urządzać bale tak często, jak jej się żywnie spodoba. Może się 
obrzydliwie wzbogacić na swoich przędzalniach. Może nawet 
zostać królową socjety w Savannah... - Roza przerwała samej 
sobie: - Nie, to akurat niemożliwe. Tego Jenny O'Connor nigdy 
nie osiągnie. Może kazać na siebie mówić Jennifer, ale dla 
tamtejszych snobów pozostanie na zawsze irlandzką przybłędą, 
którą morskie prądy wyrzuciły na brzeg. Oni nie zapomną 
Seamusa. Zawsze będą mieć Jenny do zarzucenia, że jest żoną 
jego brata. Może wiele osiągnąć i nie spocznie, póki nie zajdzie 
tak daleko, jak to tylko możliwe. Nigdy jednak nie będzie 
panować wśród tamtejszej śmietanki! 
Maxwell roześmiał się, chwytając dłoń Rozy. 
- Czy to nie dziwne? - spytał lekko. - Siedzimy sobie w Käf 
jorden i rozprawiamy o bogaczach z Savannah. - Po chwili 
milczenia dodał: - I z nas dwojga to ty tam byłaś. To ty ich znasz. 
Ja wiem tylko, kim są te irlandzkie brudasy z klanu O'Connor. 
Długo bym w Georgii nie zabawił w towarzystwie, gdybym nie 
posiadał innych referencji. 
- Handlujesz jeszcze niewolnikami? - zapytała. 
- Nie wiem. 
- Czy twój ojciec nadał handluje niewolnikami? Maxwell zbladł. 
- Od razu przechodzisz do sedna, co? 
- Tylko w ten sposób można uzyskać odpowiedź. Roza uwolniła 
dłoń z uścisku jego dłoni. 
- Mój ojciec nie jeździ już do Afryki - powiedział Maxwell tak 
dyplomatycznie, jak tylko potrafił. 
 
 
 

background image

- Tylko do Ameryki? 
-Bawełna - odparł. - Mamy też kilka statków, przewożących ludzi 
do kolonii. Do Australii i na te nowe wyspy na wschód od 
Australii. 
- Na Nową Zelandię? - podpowiedziała. Skinął głową, 
zaskoczony. 
- Nie jestem idiotką! - prychnęła Roza. - Wiem, że Ziemia jest 
okrągła. Widziałam, jak ocean wygina się na kształt półksiężyca, 
a horyzont przypomina odwróconą czarkę. 
- Światowa z ciebie kobieta - rzekł, widząc w pochlebstwie 
ostatnią deskę ratunku. - Dlaczego zaszyłaś się na tym pustkowiu, 
Roza? 
- Stwierdziłam, że tak będzie najlepiej - odparła. - Że tu jest moje 
miejsce. 
- Mogłabyś wrócić - powiedział Maxwell. Wydało mu się, że w 
jej głosie usłyszał nutkę żalu. 
Nie zdziwiło go to. Dość się napatrzył na tutejszych urzędników 
przybyłych z Anglii. To było niemal wbrew naturze, żeby taka 
kobieta jak Roza chowała się nad tym wąskim fiordem, z dala od 
cywilizacji. Było tu pięknie, oczywiście, ale próżno szukać tu 
towarzystwa na poziomie. 
-Mogłam wrócić - odrzekła Roza. - Zaraz po przyjeździe tutaj. 
Ale teraz mam Mattiasa. Zapuściłam korzenie. Moje życie tutaj 
ma sens, Maxwell. 
- Można wyrwać kwiat z ziemi, w której rośnie -powiedział 
cicho, lecz zdecydowanie. - Jeśli tylko uważa się na korzenie, 
można posadzić kwiat w innym miejscu i dbać o niego, a w 
większości przypadków się przyjmie. Zakwitnie, przystosuje się 
do nowego miejsca. 
- Widzisz tu takie właśnie kwiatki? - spytała Roza 
 

background image

z głębokim smutkiem. - Posadziłeś jakieś kwiatki znad Kafjorden 
u siebie w Cheshire? Nie, tego nie mógł powiedzieć. 
- Zbyt marne są, co? - ciągnęła. - Kiepsko wyglądałyby przy 
różach i łubinach, i krzakach jaśminu. Ja jestem takim kwiatkiem. 
Jednym z tutejszych kwiatków. Nie ma sensu przesadzać mnie w 
inne miejsce... 
- Mylisz się - powiedział z przekonaniem. Roza potrząsnęła 
głową. 
-Idź już, Max - poprosiła. - Cieszę się, że przyniosłeś list od 
Andersa... Andy'ego. Pozdrów go od nas. Przypomnij mu, że jego 
miejsce jest w Anglii. Tu nic dobrego go nie czeka. 
Wciągnął powietrze. 
-Może lepiej w ogóle go nie pozdrawiaj! Może w ogóle nie mów, 
że się z nami spotkałeś. Niech lepiej zapomni, tak będzie 
najrozsądniej... - Zacisnęła wargi, ale nie udało się jej zapanować 
nad łzami. -Bądź tak miły i idź już, Max! - powtórzyła. 
 
 
Rozdział 12 
Zauważyli dwa małe skrzaty siedzące na schodach w identycznej 
pozycji: głowa wsparta na rękach, łokcie na kolanach. Jednak 
żaden z nich nie ruszył się z miejsca, nie przybiegł. 
- Nikt się z nami nie przywita? - zapytał Mattias, który jako 
pierwszy zsiadł z konia. 
 
 
 
 
 
 

background image

Kroczył sztywno i ostrożnie. Ostatnio zauważył, że skóra na 
podeszwach stóp stała się bardziej wrażliwa. Pewnie przez te 
wysokie buty, miał je na nogach niemal przez cały czas. Przez 
ostatni tydzień stan jego stóp znacznie się pogorszył, a od kilku 
dni był zmuszony moczyć nogi w niemal każdym mijanym po 
drodze strumieniu. Zimna woda przynosiła ukojenie, ale było ono 
chwilowe. Musieli przecież jechać dalej. 
Doszedł do wniosku, że chyba jednak za wcześnie udał się w 
drogę. Trzeba było jeszcze trochę zostać pod czułą opieką Rozy. 
Przez ten tydzień całkowicie by go wyleczyła, to niemal pewne. 
Mattias już prawie zdecydował, że musi jej o tym powiedzieć. 
Przyznać, że się pomylił. Nie była zachwycona, kiedy 
wyjeżdżali, i raczej nie powinien spodziewać się, że teraz powita 
ich z otwartymi ramionami. Może jakoś uda mu się odzyskać jej 
przychylność. 
Pokuśtykał w stronę schodów. 
Wyglądało na to, że nie jest tu zbyt mile widziany. Nawet jego 
własny syn nie kwapił się, aby go przywitać. 
- Mama jest zła - poinformowała z powagą Lily. 
- Bardzo zła - dorzucił Matti. 
- Na mnie? Zgodnie potaknęli. 
-1 na wujka Ole - dodała Lily. 
Mattias poczuł się nieco podniesiony na duchu. Przynajmniej nie 
był sam. 
-Pewnie się dowiedziała... - powiedział stłumionym głosem do 
szwagra. Ole wyminął go, podniósł Lily do góry i tak długo 
tańczył z nią po podwórzu, aż zaczęła krzyczeć z zachwytu. 
 

background image

-Ja tak nie chcę - ostrzegł Matti stanowczo, odwią-zując konia 
Mattiasa. Bez słowa zabrał go do stajni. 
Lily powtórzyła Olemu to samo, co przed chwilą mówiła 
Mattiasowi, ale brat Rozy nie zamierzał martwić się na zapas. 
Posadził małą na ziemi i dwoma skokami pokonał schody. 
-Jesteś zła, kobieto? - zahuczał, wkraczając do kuchni. 
Dwie sekundy później rozległ się krzyk Stelli. 
Mattias i Lily spojrzeli porozumiewawczo na siebie. Rozumne 
szare oczy dziecka zdawały się mówić: „Przecież ostrzegałam". 
Po czym Lily pobiegła śladem Mattiego. 
Kiedy Mattias wszedł do środka, Roza kołysała Stellę, nucąc 
kojąco. Spojrzenie, jakie mu posłała, mogłoby zabić. 
Powiesił kurtkę i zajrzał do stojącego na piecu garnka. Była w 
nim zupa rybna. Ucieszył się, przestawił garnek na fajerkę i 
dołożył kilka patyków do pieca. Powinno wystarczyć na 
podgrzanie posiłku. Był głodny. Za sobą miał długą podróż, 
jeszcze tego ranka byli aż w Altadalen. Zajechali tam poprzednie-
go wieczora i do późna w nocy rozbierali resztki domu - to, co 
zostało z niego po pożarze. Dobrze było zrobić z tym porządek. 
Niedługo tam wróci. Usunie ruiny do końca. A wtedy zbuduje 
nowy dom, ale nie na starych fundamentach. Był trochę 
przesądny. Kiedy patrzył na to, co zostało z jego domu - czarne, 
pokryte sadzą, ziejące pustką pomieszczenia, przyszło mu do 
głowy, że może niepotrzebnie zamieszkał tu z Rozą. 
Wcześniej był to dom Raissy. 
Może to źle, że nie zbudował dla Rozy całkiem 
 
 
 
 

background image

nowego domu. Albo przynajmniej nie zmienił czegoś w starym. 
Mógł go przecież przebudować, przemeblować, tak aby Roza nie 
musiała wymiatać czających się po kątach cieni obecności jego 
pierwszej żony. 
Siedząc na twardej ławce w saunie, doszedł jednak do wniosku, 
że to zupełnie idiotyczne myśleć w ten sposób. 
To przecież nie Raissa podłożyła ogień. W dom trafił piorun. 
Taki nieszczęśliwy przypadek mógł równie dobrze mieć miejsce, 
kiedy mieszkał razem z Raissą. Pożar nie czekał specjalnie, aż do 
domu wprowadzi się inna kobieta. Ta, którą tak naprawdę 
Mattias zawsze kochał. 
Roza. 
Tę kobietę kochał, zanim się narodził. Nawet zanim powstał w 
łonie matki. To było możliwe, wierzył w to. I będzie ją kochał 
także po śmierci. To też było możliwe. 
Mattias wierzył w to. Tęsknił za nią przez ten ostatni tydzień. Ole 
dokuczał mu każdej nocy, kiedy Mattias nie mógł zasnąć. Ole był 
nawet z tego zadowolony, w ten sposób mogli pracować dłużej. 
Zdaniem Ole-go sen nie był konieczny. Przecież tuż za plecami 
mieli grotę, której ściany aż kapały od złota. 
Pracowali bez wytchnienia. Spali zaledwie po parę godzin, aby 
zaraz wrócić do wnętrza góry. Niewiele czasu poświęcali na sen, 
prawie cały - na pracę. 
Dłonie zaczęły im krwawić zaraz pierwszego dnia. Trzymali w 
nich kilofy, a czasem musieli wydrapywać skałę gołymi rękami. 
Jednak Mattias bardziej cierpiał z powodu stóp. 
W końcu Stella uspokoiła się. 
 

background image

Roza oddała dziecko bratu. Zaskoczony, nawet nie zdążył 
zaprotestować. To była ostatnia rzecz, jakiej się spodziewał. Nie 
był przyzwyczajony do trzymania dziecka na ręku. Niewiele 
rzeczy byłoby w stanie tak skutecznie wytrącić go z równowagi. 
-Jak tam, braciszku? - spytała Roza zjadliwie. -Stęskniłeś się za 
dzieckiem? 
- Taa... 
- Dużo ryb złowiliście? 
Zrobił wielkie oczy i uśmiechnął się. Zazwyczaj działało to na 
kobiety, a jego siostra też przecież była kobietą. 
-Ależ jestem głupia! - wykrzyknęła Roza. - Przecież ani 
wioślarze, ani przewodnicy nie łowią ryb, tylko bogaci panowie, 
prawda? 
- Prawda - potwierdził Ole. 
- To dużo ryb nałowili twoi Anglicy? - spytała Roza, 
przechadzając się w tę i z powrotem. 
Olego zaczęło to denerwować, ale nie śmiał wykonać żadnego 
gwałtownego ruchu, bojąc się, aby Stella nie zaczęła znów 
wrzeszczeć. Nie potrafiłby jej uciszyć. Płaczący dzieciak to 
najgorsza rzecz pod słońcem - na równi z płaczącą kobietą. 
- Wesoło było? - dopytywała się Roza. - Dyrektor wybrał się z 
wami? - Nie czekała na odpowiedź: -Chyba musiał, bo jak inaczej 
byście się dogadali, ty i Anglicy? Jak mogę w ogóle zadawać 
takie głupie pytania! 
- Tak, dyrektor też - odparł Ole, mając gorącą nadzieję, że 
dyrektora Thomasa nie było przez ostatni tydzień w domu. 
- A co ty powiesz, Mattias? Dadżą ci trochę łososi? Dostaniemy 
coś na zimę, czy będziecie musieli poży- 
 
 

background image

czyć od Anglików te ich śmieszne wędki? Pewnie mieliście dobrą 
zabawę, patrząc, jak je moczą w wodzie? 
- O co chodzi? - spytał Mattias, siadając. 
- O to samo mogłabym ciebie zapytać! - odparła Roza, wściekła, 
dokładnie tak, jak mówili Lily i Matti. 
- Maxwell Hart tu był, Ole. 
- No, nie! - jęknął Ole. 
Stella zakwiliła. Ole starał się stać nieruchomo jak skała, 
nieporuszenie jak żona Lota. Dopiero gdy Stella ucichła, Ole 
odważył się znowu oddychać. 
- Max, jego ojciec i szwagier łowią właśnie ryby nad rzeką Alta - 
wyjaśniła Roza cierpko. - Nikolas jest ich przewodnikiem, a jego 
syn wioślarzem. Nauczył się trochę angielskiego, kiedy służył 
jako chłopiec na posyłki u dyrektora Thomasa. 
- Ach, tak - powiedział Ole. 
- Który ze szwagrów Maxwella z nim przyjechał? 
- spytał Mattias chłodnym tonem. 
Roza odpowiedziała przeciągłym spojrzeniem. Było lodowate. 
Na nic lepszego nie zasłużył. Coś przed nią ukrywał, kłamał jej w 
żywe oczy. On i Ole kombinowali za jej plecami. Nie podobało 
jej się, że najbliżsi mają przed nią tajemnice. 
Odrobina zazdrości dobrze Mattiasowi zrobi. Może będzie 
grzeczniej szy. 
- Zgadnij - odpowiedziała. 
Stopy bolały, każdy krok sprawiał ból, ale Mattias nie zwracał na 
to uwagi. Podszedł do Rozy, chwycił jej nadgarstki i trzymał w 
mocnym uścisku. Stal tak blisko, że czubki jego butów prawie 
dotykały jej nagich stóp. Uważał jednak, żeby na nie nie 
nadepnąć. 
- Który? - szepnął gwałtownie, wpatrując się w nią dziko. 
Próbował odczytać odpowiedź w błękitnych 

background image

oczach, lecz były one równie nieprzeniknione jak powierzchnia 
morza w słoneczny dzień. 
- Który? - powtórzył. 
- Nie David - odpowiedziała niechętnie szeptem. 
Mattias nie był całkiem usatysfakcjonowany. Wolałby, żeby 
wymieniła nazwisko i tytuł tego mężczyzny. Lepiej by to 
brzmiało w jego uszach, gdyby Roza powiedziała „inżynier 
Warren", a nie „David". 
-Warren? - spytał, nie wypuszczając jej rąk z uchwytu. 
- On też nie - zapewniła Roza. 
Dopiero wtedy ją puścił. Cofnęła się i, nie patrząc na niego, 
zaczęła rozcierać nadgarstki. 
Mattias poczuł, że coś się przypala, i rzucił się ratować zupę. 
Wprawdzie poparzył sobie ręce, ale udało się w ostatniej chwili. 
Spojrzenie, jakie rzuciła mu żona, bynajmniej nie wyrażało 
współczucia. 
Wolał to zignorować. A zupa była naprawdę dobra. Ale Roza 
tylko odburknęła, gdy zaczął wychwalać jej talenty kulinarne. 
- Nie gniewaj się na niego! - prosił Ole. Siedzieli razem na 
schodach, a Roza czytała na 
głos list od Andersa. Robiła długie pauzy między zdaniami. 
Najpierw musiała zrozumieć wszystko po angielsku, a następnie 
przetłumaczyć na norweski. Ku swemu zaskoczeniu odkryła, że 
dziwnie wolno idzie jej czytanie po angielsku. Czyżby 
zapomniała to, co kiedyś tak dobrze umiała, język, który przecież 
przychodził jej z taką łatwością? 
Roza nic nie powiedziała na temat Mattiasa. Skupiła się na 
tłumaczeniu słów brata na norweski. 
 
 

background image

- A więc Anders chodzi do tej szkoły dla angielskich snobów? - 
powiedział Ole, potrząsając głową. 
-To strasznie dobra szkoła - wyjaśniła Roza. -Bardzo sławna. To 
pomoże mu w przyszłej karierze. Andy będzie mógł wiele 
osiągnąć. 
- Andy? - zdziwił się Ole. 
- Andy - potwierdziła Roza. - Rośnie z niego gentelman. Pisze, że 
kiedyś będzie miał własne konie. Że na początek dostanie konie z 
hodowli Moiry. 
Musiała się uśmiechnąć. 
- Mówi „babciu" do matki Daisy. Ciekawe, co ona na to! 
- Mój braciszek wyrasta na angielskiego snoba! -rzekł Ole z 
niedowierzaniem, zastanawiając się, czy słusznie postąpili, 
oddając Andersa inżynierowi i tej jego bladolicej małżonce. 
Może lepiej byłoby, gdyby chłopiec dorastał w Norwegii i nadal 
nazywał się Anders, nie Andy. 
- Zdaje się, że jest zadowolony - powiedziała Roza. 
- To ty czytasz list - stwierdził Ole. - Chyba byś mnie nie 
okłamała? - upewnił się. 
- Tak jak ty mnie? 
- Chyba nie pominęłabyś żadnego fragmentu? 
- Nie - zapewniła Roza. 
Odetchnął i skinął głową. Zresztą i tak był tego pewien. 
- Czego chciał Maxwell? 
-Zabrać cię na łososie - odpowiedziała krótko Roza, składając 
list. 
Brat podpisał się „Andy". Nie chciała, żeby Ole to widział. 
- Myślałem, że Max już ma przewodnika. 
 

background image

- Chciał, żebyś pojechał jako jego gość - wyjaśniła Roza. 
Ole uśmiechnął się od ucha do ucha. 
Mogli razem pośmiać się z całej sytuacji. Aż tak się na niego nie 
gniewała. Ole otoczył ramieniem plecy Rozy, zaś ona objęła go w 
pasie. Wieczór był dość ciepły. Słońce postanowiło schować się 
za chmury, ale powietrze nie zdążyło jeszcze się schłodzić. 
Przyjemnie było posiedzieć na zewnątrz. Wcale nie mieli ochoty 
wracać do środka. 
Roza oparła głowę na ramieniu brata, a on policzek o jej czoło. 
- Nie gniewaj się na niego! - cichym głosem ponowił Ole prośbę. 
- To wszystko przeze mnie. To ja go namówiłem. Mattias nigdy 
by cię nie okłamał. Najwyżej tak trochę. 
- Najwyżej tak trochę? - przedrzeźniła. 
- Ostatni tydzień spędziliśmy w saunie kolo waszego domu, w 
towarzystwie kilku nierządnic - wyznał Ole ze śmiertelną 
powagą. - Zdaje się, że Mattias nie bardzo miał ochotę, ale sama 
wiesz, co kobiety potrafią zrobić z nami, słabymi mężczyznami. 
Na twoim miejscu nie nadwyrężałbym dziś w nocy jego sił. 
Bardzo zmarniał przez ten tydzień. Jest zupełnie wycieńczony. 
Ostatnie z pań opuściły nas tuż przed odjazdem. Zdaje się, że 
Mattias zdołał obie zaspokoić. Właśnie siodłałem konie, więc nie 
wiem dokładnie, co tam wyprawiał, mogę jedynie zaświadczyć, 
że był z nimi sam na sam... 
Roza uśmiechnęła się tylko. 
- Co tak naprawdę robiliście? - zapytała. Ole opowiedział 
wszystko. 
 
 
 
 

background image

-1 co, jesteś bogaty? - zapytała Mattiasa, włożywszy koszulę i 
kładąc się do wspólnego łoża. 
Mattias leżał na plecach, jedno ramię podłożył sobie pod głowę. 
- Nie wiem - odpowiedział zgodnie z prawdą. 
- Naprawdę tak ci na tym zależy? 
-Zależy, odkąd zaczęłaś wymachiwać mi przed nosem swoimi 
dolarami, papierkami z Ameryki i złotymi monetami - odparł 
szczerze. 
- Co ci to, na litość boską, przeszkadza? - spytała ze złością. 
Oparta na łokciu, patrzyła na niego z góry. Jeszcze trochę, a 
zaczną się z niej sypać iskry, stwierdził Mattias. 
- On dał ci to wszystko - przyznał się w końcu. Słysząc własne 
słowa, stwierdził, że brzmią okropnie dziecinnie, ale tak to 
właśnie odczuwał. A ona miała prawo poznać prawdę. 
- A więc dlatego, że Seamus zostawił mi pieniądze w spadku, ty 
musiałeś jechać nie wiadomo gdzie na poszukiwanie własnego 
skarbu? - spytała Roza i zamilkła. 
Zamiast odpowiedzieć, tylko zerknął na nią. 
- Mężczyźni to duże dzieci! - wykrzyknęła. Gęste rude włosy 
opadły łukiem na twarz Mattiasa niby łagodne, ciepłe strugi. 
Mattias poczuł jej zapach. Tęsknił za nim przez cały tydzień, 
tęsknił za nią całą. 
Ostrożnie wsunął ramię pod jej plecy i przyciągnął ją do siebie. 
Myślał, że stawi opór, ale nie - oto nagle Roza znalazła się na 
nim, leżała wsparta o jego pierś. 
Mattias zaczął ją delikatnie całować. Chciał, żeby jego pocałunki 
były jak letni deszcz. Otaczał ich wodospad jej włosów, skrył ich 
za rudą zasłoną. Prze- 
 

background image

nikające przez nią światło miało niesamowitą barwę. Już kiedyś 
tego doświadczył, tym razem też dał się zaczarować. Zdawało mu 
się, że płynie w tunelu z najczystszej miedzi. 
-Tak naprawdę to się na mnie nie gniewasz? - spytał Mattias 
szeptem. Ostrożnie dotknął czułego miejsca na jej karku. Tylko 
jednym palcem, który spoczął tam równie lekko jak nóżki 
gąsienicy na powierzchni liścia. 
- Nie wierzysz, że potrafię się na ciebie złościć? -zapytała Roza. 
- A  powinienem? - zapytał, całując ją. -Jak tam twoje stopy, drogi 
mężu? - spytała z niewinną minką. 
- Moje stopy? - Mattias zmarszczył brwi. Kiedy tak robił, jego 
twarz przybierała zagniewany, mroczny wyraz. 
- Nie bolały bardziej przez te ostatnie dni? - dopytywała się Roza 
słodko. - A może w ogóle nie mogłeś chodzić? 
- To ty? - spytał z powątpiewaniem. Pomyślał, że Roza musiała to 
powiedzieć ot, tak sobie. - To niemożliwe! - stwierdził. 
- Czyżby? - Oczy Rozy zabłysły figlarnie. - Bolały cię, co? Nie 
byłam całkiem pewna, sam rozumiesz... 
Zaklął cicho i przewrócił ją na bok. Już po chwili leżał na niej. 
- Stopy bolą mnie jak cholera - powiedział. - Ale i tak będziemy 
się kochać, Różyczko. 
Poczuła dotyk wędrującej w dół jej ciała dłoni. Skóra na rękach 
Mattiasa była spękana. Roza usłyszała radosny śmieszek Natalii. 
Mówiła, że Roza powinna coś z tym zrobić. Ona jednak nie 
zamierzała teraz się tym zajmować. 
 
 
 
 
 
 

background image

Poza tym nierówna skóra łaskotała tak przyjemnie. 
Jego palce dotarły do jej ud. Roza nie zdołała opanować 
westchnienia. Lekko rozchyliła nogi, pozwalając mu na dotyk. 
To ona żądała dotyku jego palców. 
To ona żądała pieszczot. 
Jego palce wyczuły, że robi się wilgotna i gorąca. Wargami 
pieścił jej brodawki, tak obolałe, że pocałunki były niemal 
torturą. 
Przylgnęła do jego dłoni. 
- Tęskniłem za tobą, skarbie - szepnął Mattias schrypniętym 
głosem. 
- A  ja za tobą - wyznała. To była prawda. 
- A więc Max nie rozbudził w tobie innych pragnień? - zapytał 
bardzo cicho. 
Przerwał pieszczoty. 
Przez chwilę patrzyli na siebie. Ich oczy spotkały się: jego 
głęboko brązowe i jej intensywnie błękitne. 
- Nie - odparła. 
- Nie zaczęłaś tęsknić za Davidem? 
- Absolutnie nie. 
-Ani za życiem, jakim nie możesz żyć tutaj, ze mną? - dopytywał 
się Mattias. 
- Nie - zapewniła Roza. - Tu jest moje miejsce. 
Co innego chciał usłyszeć. Nie zależało mu na takich roztropnych 
odpowiedziach. Roza instynktownie odgadła pragnienie 
Mattiasa. Ale to, co, jak zrozumiała, pragnął usłyszeć, nie chciało 
jej przejść przez usta. 
... jednak zasługiwał na to... 
- Kocham cię, Mattias - wyszeptała. 
Zaczął okrywać jej usta pocałunkami, zanim do 
 

background image

końca wymówiła jego imię. Całował ją, aż zdawało mu się, że jej 
wargi stopiły się w jedno z jego wargami. Zamknął oczy, aby 
ukryć przed nią łzy, nad którymi nie potrafił zapanować. 
Wystarczyło jedno poruszenie biodrami i znalazł się w niej, w 
ciasnym, ciepłym wnętrzu. 
Mattias wciąż całował ją chciwie. 
- J a  też cię kocham, skarbie - wyszeptał jej do ucha. Czubek jego 
języka zaczął bawić się kształtną konchą jej ucha. 
Teraz Roza zamknęła oczy. 
Nie płakała, ale nie czuła się całkiem w porządku. 
Następnego dnia Mattias był w stanie chodzić, nie odczuwając 
przy tym bólu. Zmierzwił Rozie włosy i poprosił, aby już nigdy 
więcej się na niego nie gniewała. 
- Tym razem już się na nas nie rozzłości - zapewnił Ole. - Tym 
razem powiemy, dokąd się wybieramy! 
- Wybieramy się? - zdziwił się Mattias. -Dostałem od Anglików 
zaproszenie na ryby - 
wyjaśnił Ole. 
- A  co ja mam z tym wspólnego? 
-Chyba nie sądzisz, że sam pojadę? Nigdy nie miałeś ochoty 
zobaczyć, jak łowią ryby tymi swoimi cudacznymi patykami? 
-Prędzej piekło zamarznie, niż się pokażę nad rzeką z tym ich 
wynalazkiem w ręku! - przysiągł uroczyście Mattias. 
- A  ja mam ochotę spróbować - oznajmił Ole. -Chodź, to trochę 
się z nas pośmiejesz. Możesz też rzucić mi się na ratunek, jeśli 
wpadnę do rzeki, ucząc się szlachetnego sportu! 
 
 
 
 

background image

- Szlachetnego sportu? - roześmiał się Mattias. -Błazenada, oto co 
myślę o tym sporcie! Coś takiego nigdy nie przyjmie się w tym 
kraju. 
Ole wzruszył ramionami. 
-Ale niewykluczone, że ja zdecyduję się kiedyś wyjechać za 
granicę. Trzeba próbować nowych rzeczy. Nie ma w tym nic 
złego. Nie możesz być tak strasznie staroświecki, Mattias! 
Roza przysłuchiwała się ich sprzeczce i w końcu wtrąciła się: 
-Jedźcie na ryby! Jak nie uda wam się złowić łososi na wędkę, 
Mattias może zawsze podstępnie zarzucić sieci! 
- Szczęściarz z ciebie, że ci się taka żona trafiła! -rzekł Ole, 
klepiąc Rozę po siedzeniu. 
-Jasne - wymruczał Mattias, całując ją w czoło. -Nie wiem, czy 
mam ci dziękować, czy nie. 
- Na pewno będziecie się dobrze bawić - stwierdziła Roza - a ja 
przyrzekam, że nie będę już taka podła i zostawię twoje stopy w 
spokoju. 
-1 każdą inną część! - poprosił. 
Wiele było śmiechu i żartów, kiedy się żegnali, jednak obojgu 
towarzyszyła świadomość, iż Roza skłamała, mówiąc, że go 
kocha. 
 

background image

Rozdział 13 
Miał dwadzieścia pięć lat, ale w jego włosach pojawiły się już 
pierwsze srebrne pasma. Wcześnie -wszyscy w rodzinie siwieli 
dopiero po czterdziestce. Nie przeszkadzało mu to jednak, wręcz 
przeciwnie. Szczypta siwizny nadawała mu upragnionej godno-
ści. Teraz ludzie go słuchali. Wcześniej traktowano go jak 
dodatek. Był tylko czyimś bratem. Teraz zdarzało się, że kłamał i 
mówił, że jest po trzydziestce. Bliscy śmiali się z tego, ale nikt go 
nie zdradził. Jego mała próżnostka pozostała tajemnicą. 
Był rok 1849, wkrótce miało minąć pięć lat, odkąd zaczął nowe 
życie. Ponownie. Teraz bowiem żył już po raz trzeci. Nawet kot 
żyje tylko dziewięć razy. 
Adam nie wiedział, czy jeszcze wiele razy przyjdzie mu zaczynać 
od nowa. Coś mu mówiło, że tak - w taki czy inny sposób. 
Wiedział jednak, że pozostanie tutaj. Tej jednej rzeczy był 
pewien. Tu był jego dom. 
Niejedno morze przepłynął. Miał za sobą długą, krętą drogę. Na 
jej początku znajdowały się ubogie torfowe chaty, Irlandia, na 
końcu - Waimaku, Wyspa Północna, ziemia odkryta tak 
niedawno, że chyba jeszcze nie na każdej mapie można ją było 
znaleźć, a na pewno nie istniała w świadomości mieszkańców 
Europy. Nowa Zelandia. 
Tu był jego dom. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Zrozumiał to, gdy tylko wysiedli na ląd i uderzyła w nich fala 
skwarnego, drżącego od upału powietrza. Gdy poczuli woń 
kwiatów i drzew, i wilgotnej ziemi, i morza. Morze Tasmańskie 
miało swój własny zapach. Tak jak wszystkie morza i oceany. 
Zdał sobie z tego sprawę dopiero po przybyciu tutaj. 
Siedząc na końskim grzbiecie, Adam CConnor rozkoszował się 
chwilą. Patrzył na rozciągającą się wokół ziemię - swoją ziemię. 
Czuł dumę. Być może jego posiadłość nie była tak imponująca, 
jak ziemie jego braci w Georgii, jednak należała do niego i tylko 
do niego - nie dzielił jej z nikim. To była ziemia Adama 
CConnora. Nikt tu o nim nie mówił „brat Seamusa". 
Tu był sam sobie panem. Tu był człowiekiem, którego znano i 
szanowano. Posiadał coś własnego. Miał papiery, w których było 
opisane, gdzie zaczynają się 
i gdzie kończą jego posiadłości. Wbił w ziemię kamienie, aby 
zaznaczyć granice. Postawił ogrodzenia. Przynajmniej raz w 
miesiącu objeżdżał swoje grunta. Sprawiało mu to ogromną 
przyjemność. Wtedy czuł, że żyje. 
Ale odzywał się w nim też ból, który starał się jak najszybciej od 
siebie odsunąć. W chwilach największej szczerości nazywał te 
ukłucia bólu po imieniu. 
Wyrzuty sumienia. 
Najczęściej bagatelizował je. W każdym razie nie rozmawiał z 
nikim na ten temat. Jeśli ktoś jednak by zauważył, że coś go 
dręczy, mógł usprawiedliwić to na tyle sposobów. 
Znaleźć tyle wykrętów. 
Wiele przeżył. Jego życie stanowiło część historii, której 
fragmenty znano także tutaj. Tu on - nie 
 

background image

Seamus - był bohaterem opowieści. Wszyscy wokół wiedzieli, ile 
utracił. 
Mawiał, że jego nowe życie stanowiło wynagrodzenie za te 
straty. Mawiał, że lubi objeżdżać swoją posiadłość, gdyż dodaje 
mu to sił. I że każda taka wycieczka czyni go pełniejszym 
człowiekiem. 
Kiedy tak mówił, Fiona patrzyła na niego, mrużąc oczy. Jednak 
widział w nich zrozumienie. To Fiona zaproponowała, żeby tym 
razem zabrał ze sobą chłopców. Powiedziała, że dobrze mu to 
zrobi. 
Że dobrze to zrobi Michaelowi. Pozwoli mu zapomnieć o snach. 
Miała rację. 
Dobrze było mieć chłopców przy sobie. Adam traktował obu 
jednakowo, choć przecież wiedział, że tylko jeden z nich jest jego 
synem. Ten drugi powinien rozpalać dręczące Adama wyrzuty 
sumienia, ale tak nie było. 
Adam kochał obu chłopców. 
Byli jego kochanymi synkami. A pewnego dnia ta ziemia stanie 
się ich ziemią. Podzieli ją równo na pół, jego własny syn nie 
odziedziczy więcej niż bratanek. Wyraźniej nie mógłby okazać, 
iż obu kocha tak samo, że nie wyróżnia żadnego z nich. Po równo 
podzieli między nich swe królestwo. 
Z westchnieniem rozejrzał się wokół, czując radość i dumę. 
Gdyby lekko zmrużył oczy, mógłby wyobrazić sobie, że jego 
wzrok sięga aż za horyzont, że w oddali na zachodzie widzi 
szarawe plaże, całowane przez szmaragdowe fale oceanu. 
Poprawił się w myślach, że plaże te są raczej białe niż szare. Nie 
były ani szczególnie długie, ani rozległe, ale jedyne w swoim 
rodzaju. 
 

background image

Spoglądając na południe mógł się domyślić, że gdzieś tam nad 
wysokimi górami zbierają się chmury. Nad górami tak dalekimi, 
że nie był w stanie ich dostrzec. Ale wiedział, że istnieją. 
Opowiadano mu o potężnych szczytach, które zatrzymują 
przepływające nad nimi opary, aż zbijają się one w ogromne białe 
chmury, dryfujące nad wierzchołkami na kształt stada owiec 
zagubionego na niebie. 
Tubylcy nazywali tę ziemię Aotearoa, co znaczyło Kraj Długiej 
Białej Chmury. Zdaniem Adama była to o wiele lepsza nazwa niż 
Nowa Zelandia. Maorysi, przybyli tu jako pierwsi, wykazali się 
większą spostrzegawczością niż biali, którzy odkryli wyspy dużo 
później. 
Ale to były heretyckie myśli. Z rozsądku nie ujawniał się z nimi. 
Brał przykład z tych, którzy przybyli tu parędziesiąt lat 
wcześniej. Oni umieli zachowywać się rozsądnie. Aby przetrwać, 
musieli trzymać się razem - a Adam O'Connor postanowił, że 
będzie jednym z tych, którym się udało. 
Trwający zaledwie dziewięć lat pokój między białymi i 
Maorysami był kruchy. Mógł okazać się równie nietrwały jak te 
białe chmury nad górami na południu. Maorysi czuli się, i mieli 
prawo się czuć, oszukani przez „pakeha" - białych ludzi. 
Pierwsi biali przybysze nie należeli bynajmniej do aniołków. Na 
zdobycze cywilizacji, która pojawiła się tu wraz z ich 
przyjazdem, składały się: nowoczesna broń, przemoc, dziwki i 
choroby, dotychczas zupełnie nieznane żyjącym na Aotearoa 
plemionom. Przybycie białego człowieka oznaczało śmierć dla 
plemion Maorysów - śmierć w takiej czy innej postaci. 
Śladami białych mętów przybyli misjonarze, którzy 
 

background image

pragnęli wprowadzić na nowej ziemi chrześcijaństwo, zarazem 
pozwalając tubylcom zachować tradycyjny styl życia, co Adam 
uważał za bardzo piękne założenie. Potrafił też zrozumieć, że 
materialne pokusy okazały się nie do zwalczenia, gdy wysłannicy 
Pana dostrzegli, jakie możliwości otwiera ta ziemia. Sam dałby 
się skusić, niezależnie od tego, jak silna byłaby jego wiara i jak 
szlachetne miałby początkowo motywy. 
Do licha - zakochał się w tej ziemi, jeszcze kiedy byli daleko na 
morzu i mogli zaledwie dojrzeć ją z oddali. Zanim postawił na tej 
ziemi swą stopę, już wiedział, że zamierza przeżyć tu resztę 
życia. 
Fale przybyszy z Europy zaczęły zalewać Nową Zelandię. 
Sposób, w jaki zdobywali ziemię, najtrafniej można by określić 
jako wyłudzenie. To była ziemia Maorysów, ich własność. 
Nierzadko Maorysi napadali na białych. Nie należeli do 
pokojowo nastawionych, spokojnych ludów. Odkąd pamiętali, 
plemiona walczyły między sobą. Pakeha to było jeszcze jedno 
plemię. 
Jednak biali, w przeciwieństwie do Maorysów, potrafili się 
zorganizować. W 1830 roku do Nowej Zelandii przybył 
Wojownik bez Broni, którego do tego odległego miejsca na 
Ziemi wysłała królowa Wiktoria. Wielka Brytania nie była 
jednak szczególnie zainteresowana kolonizacją wysp. Wojownik 
bez broni i bez pieniędzy - bo jego królowa nie uważała za 
konieczne go w nie wyposażyć - James Busby, z własnej kieszeni 
opłacił bilet z Australii do Nowej Zelandii. I wbrew wszelkim 
przewidywaniom udało mu się dogadać z maoryskimi wodzami. 
Dziesięć lat później jego następca, William Hobson, przekonał 
Maorysów, aby oddali się pod włada- 
 

background image

nie Wielkiej Brytanii. Użyte przez niego argumenty brzmiały 
całkiem sensownie w uszach tubylców. Kapitan Hobson 
przestraszył ich, że o ile nie będzie nad tym wszystkim kontroli, 
kraj zaleją wkrótce rzesze wszelkiej maści awanturników z 
Europy. Zaszkodzi to nie tylko dotychczasowym białym 
osiedleńcom, ale i życie Maorysów ulegnie nieodwracalnym 
przemianom. 
To przemówiło do rozsądku wodzom, którzy w liczbie 
czterdziestu pięciu zebrali się w domu Hobsona w Waitangi. 6 
lutego 1840 roku podpisali traktat oddający ich ziemie pod 
brytyjskie panowanie. 
Dzięki kilku pociągnięciom pióra królowa Wiktoria opanowała 
kolejne terytorium, zaś Maorysi zyskali białą królową, 
mieszkającą w kraju nieskończenie odległym od ich Kraju 
Długiej Białej Chmury. 
Adam słyszał, że najznamienitszy z wodzów obwołał się przy tej 
okazji królem Wielkiej Brytanii. Adamowi spodobało się to ze 
względu na uczucia, jakie żywił dla brytyjskiej królowej. 
Cieszyło go niezmiernie, gdy wyobrażał sobie, że półnagi 
osobnik o ciemnej, pokrytej tatuażami skórze został królem 
Anglików. Było to właściwie całkiem logiczne. Z maory-skiego 
punktu widzenia. A także zgodnie ze starym, zdrowym 
rozsądkiem Irlandczyków. 
Pokój wciąż panował - na papierze. Ale Brytyjczycy żyli inaczej 
niż Maorysi. Nie rozumieli się wzajemnie. Adam przypuszczał, 
że też nie starałby się zrozumieć tubylców, gdyby nie pochodził z 
leżącej na zachód od Anglii zielonej wyspy. 
Swoją ziemię kupił od Anglików, ale oni kupili ją od Maorysów. 
Ostrzegli go, że pewnego dnia mogą zjawić się jacyś tubylcy i 
zażądać oddania im ich własności. 
 

background image

„... Tacy są cwani!" - wyjaśnił Adamowi sprzedający mu ziemię 
Anglik. Adam dopiero co przybył na wyspę, był bardzo młody i 
bardzo prostoduszny. Uwierzył, że musi wystrzegać się 
tubylców. To Deidre pierwsza zaczęła z nimi rozmawiać. To 
Deidre zyskała ich zaufanie i zaprzyjaźniła się z nimi. To Deidre 
próbowała zrozumieć ich sposób myślenia i to ona przybiegała do 
domu i dzieliła się z Adamem wszystkimi swoimi odkryciami, 
jak dziecko przynoszące matce z łąki najpiękniejsze kwiaty. 
Słuchał niechętnie, ale zaczął rozumieć. 
Maorysi nie rozumieli pakeha. W ich świecie nie istniały takie 
pojęcia, jak kupno i sprzedaż. Przyjaciele pożyczali sobie 
nawzajem potrzebne rzeczy. A potem oddawali. Wszyscy 
wymieniali się różnymi rzeczami, wedle potrzeby. Maorysi nie 
rozumieli, że kilka postawionych na papierze kresek i licha zapła-
ta do czegokolwiek zobowiązują. Sądzili, że pożyczają ziemię 
białym ludziom. Pomogli im urządzić się w przyjaznym kraju 
pod białą chmurą. Ale kiedyś' ziemia wróci do Maorysów. Kiedy 
biali nie będą już jej potrzebować, dostaną ją z powrotem. W 
świecie Maorysów nie istniały zamki i ogrodzenia. Ziemia, wiatr, 
woda, słońce były wspólną własnością. Do podziału dla 
wszystkich. Biali nie wytłumaczyli łatwowiernym Maorysom, 
jak bardzo się pomylili. 
Adam patrzył na sprawę z europejskiego punktu widzenia. 
Irlandzkiego. Anglicy zrabowali jeszcze jedną ziemię, zagarnęli 
następną kolonię. A on wziął w tym udział. Był jednym z 
grabieżców. Adam 0'Connor cieszył się, że matka nie widzi, jak 
staje po stronie Anglików. To by ją złamało. 
 
 
 
 

background image

Ale chciał tu mieszkać. 
Chciał, żeby ta ziemia pozostała jego własnością... Tu był jego 
dom. 
Namiętnie kochał tę ziemię. Irlandczycy darzyli ziemię namiętną 
miłością. Chciał ją mieć za wszelką cenę. 
Jeśli któregoś dnia zjawi się tu wódz maoryski, żądając zwrotu 
ziemi, którą biali pożyczyli od jego ludu, Adam będzie się bronił 
z całych sił. 
Był gotów w razie konieczności oddać życie w obronie własnego 
domu. 
- Sądzę, że dziś nie będzie padać - oświadczył jego syn z dorosłą 
powagą i ściągnął wodze. 
Aidan skończył dziewięć lat. Już był z niego prawdziwy koniarz. 
Adam cieszył się, widząc, z jaką łatwością chłopiec radzi sobie z 
końmi. Miał to we krwi, a Adam robił wszystko, co w jego mocy, 
aby przekazać rodzinną tradycję i gromadzone od pokoleń 
umiejętności. Stanowiły część dziedzictwa, które mógł ofiarować 
dzieciom. Był tak dumny z syna, że serce rosło mu za każdym 
razem, gdy na niego spojrzał. 
Niepojęte, że ten mały człowiek był owocem miłości jego i 
Deidre - i znalazł się na świecie po prostu dlatego, że kochali się i 
szukali szczęścia w swoich objęciach. 
Ból w piersi był kłujący niby cierń. Nie znikał, ale stawał się 
jakby mniejszy. Wciąż istniał, ale na tyle stłumiony, że dawało 
się z nim żyć. 
- Będziemy się kąpać? - spytał Michael, siedzący przed wujem w 
siodle. 
Miał już sześć lat i uważał, że jest wystarczająco duży, aby 
samodzielnie dosiadać konia, nawet jeśli 
 

background image

mieli jechać aż na drugą stronę winnicy. Niestety, wuj byl innego 
zdania, a to wuj decydował. Michael miał prawo jeździć 
samodzielnie tylko w pobliżu domu, i to na kucach albo na 
Pawiu, który nie spłoszyłby się nawet, gdyby z całych sił ukłuć 
go w zad czymś' ostrym. Mógł też ewentualnie jeździć po 
wrzosowisku, gdzie Adam trenował konie. Nudy. 
Adam poczochrał jasne włosy chłopca. W odpowiednim świetle 
można było dostrzec, jak zapala się w nich ognisty blask. Przez 
moment Adam zatęsknił za tym widokiem, ale szybko odsunął od 
siebie to pragnienie. Było za wcześnie. Ale wieczorem, o cichej 
godzinie tuż przed zachodem słońca, albo w kręgu światła przy 
ognisku czy wokół lampy można było zauważyć, że Michael jest 
podobny do matki. Niekiedy Adam widział ją przed sobą 
wyraźniej niż Deidre. Przerażające. 
- Możecie się wykąpać - powiedział Adam ze spokojem - jak już 
tak koniecznie chcecie. Tylko uważajcie na prądy. Nie mam 
zamiaru przywieźć do domu pary topielców. 
Ostatnie słowa dodał raczej dla zachowania autorytetu. Rodzice 
muszą mówić takie rzeczy. Słyszał tego typu upomnienia, kiedy 
sam był małym chłopcem, ale nigdy się nimi nie przejmował i 
jakoś udało mu się przeżyć. Dorastał w o wiele gorszych warun-
kach niż Michael i Aidan. Chłopak powinien bawić się, żyć, 
zmagać się z różnymi sytuacjami. Jak inaczej nauczy się 
wystrzegać niebezpieczeństw, radzić sobie z nimi i wiedzieć, 
którymi trzeba gardzić, wobec których zaś czuć respekt? 
To był jedyny znany mu sposób. Chciał, aby jego 
 
 
 

background image

synowie rozwinęli skrzydła, chciał dać im swobodę, ale trzymał 
się w pobliżu. Wystarczająco daleko, aby im nie przeszkadzać, i 
wystarczająco blisko, aby w razie czego podać pomocną dłoń. 
-Dostałbyś burę od Colleen? - spytał Michael. Chłopiec był w 
doskonałym nastroju, na jego twarzy widniał uśmiech, który 
Adam tak dobrze pamiętał, taki sam, jaki niegdyś gościł na 
twarzy jego brata. Syn Seamusa kropka w kropkę przypominał 
swego ojca. -Dostaniesz od Colleen burę, jak się utopimy, wujku? 
- Colleen nie ma prawa krzyczeć na tatę - zaoponował Aidan 
poważnym tonem. - Nie jest jego żoną - wyjaśnił, przekrzywiając 
głowę. - Może krzyczeć na Jareda, ale nie na tatę. 
- Ciocia Fiona by krzyczała - stwierdził Michael z absolutną 
pewnością. - Jest siostrą Adama i jest od niego starszej sza. Ale 
pewnie nie może się złościć tak bardzo, jak żona. 
Chłopiec zwrócił na Adama szare oczy i spytał: 
- Czy to dlatego się nie ożeniłeś, wujku? Bo żony mogą krzyczeć 
na mężów? 
Adam uśmiechnął się słabo. Nigdy nie myślał w ten sposób o 
żonach. Raczej kojarzył je ze sprawami innego rodzaju. Znacznie 
przyjemniejszymi. 
- Może - odparł nieobecnym głosem z nadzieją, że więcej nie 
będą go męczyć. - Może właśnie dlatego. 
Nie tylko bratanek był ciekaw odpowiedzi, zauważył Adam. 
Zdaje się, że i jego syn rozważał ten problem, ale Aidan nigdy by 
sam o coś takiego nie spytał. Był o wiele bardziej powściągliwy, 
a poza tym, w przeciwieństwie do Michaela, pamiętał Deidre. 
- Poradzę sobie bez żony - rzekł krótko. - A zresztą mam was, już 
wy się potraficie zatroszczyć o po- 
 

background image

rządną porcję wrzasków, co? Ale nie topcie się, bo mi będzie 
przykro. Tego bardziej się obawiam, niż bury od Colleen albo 
Fiony. 
-Phi! - prychnął Aidan. - Morza nie trzeba się wcale bać. 
- Ani trochę! - zawtórował Michael. - Morze jest dobre. I 
najfajniejsze na świecie! 
Adam skręcił na zachód, w kierunku plaży. Chłopcy zapomną o 
swoich rozważaniach, jak tylko wskoczą do wody. Ocean był ich 
placem zabaw -obok wrzosowisk i łąk, po których jeździli konno. 
Zaprzyjaźnili się z oceanem i nauczyli się go szanować. Pływali 
już jak ryby, a teraz, późną wiosną, woda była ciepła i przyjazna. 
Z miejsca, gdzie siedział, widział małą, osłoniętą plażę i 
chłopców, na całego dokazujących w wodzie. Nurkowali i 
pływali, bawili się w zapasy. Chlapali na siebie wodą, skakali na 
grzbietach napływających fal - jakby urodzili się w oceanie, 
stanowili jego cząstkę, jakby byli prawdziwymi wodnymi 
dziećmi. 
... roześmianymi... 
... szczęśliwymi... 
Adam nie pamiętał, żeby on sam kiedykolwiek zachowywał się z 
taką beztroską, jak tych dwóch chłopców. Dzieciństwo w Irlandii 
to było zupełnie coś innego. Tam nawet dzieci starzały się, 
jeszcze zanim zdążyły dorosnąć. 
Adam 0'Connor cieszył się, że młode, świeże umysły jego synów 
nie zostały naznaczone tamtym mrokiem, że jego synowie 
uniknęli tego piętna, które było udziałem małych mieszkańców 
torfowych chatek. W jednej z takich chat on sam spędził 
dzieciństwo. 
 
 

background image

Pamiętał, co znaczy chodzić głodnym. Jadał wymieszaną z 
mchem kaszę. Zupę z wodorostami i małżami, które pod osłoną 
nocy dzieci zbierały na plażach bogaczy. Nawet zbieranie 
wodorostów było przestępstwem. Pamiętał chleb z kory. Brzuch 
wiele razy miał ciężki i bolący, bo albo był pusty, albo wy-
pełniony czymś, co miało zastąpić jedzenie, lecz przecież nim nie 
było. 
Matka robiła, co mogła. Jak wszystkie kobiety. Musiały 
wykazywać się pomysłowością; całą rodzinę potrafiły nakarmić 
kilkoma ziemniakami. Zaharowy-wały się na śmierć, wyglądały 
jak staruszki w wieku, kiedy inne kobiety kwitną. Cierpiały, 
zginały karki tak długo, aż nie były w stanie ich wyprostować. 
Pamiętał, jak to jest uginać kark. 
To była jego siła. To, że pamiętał biedę tak żywo, jakby to było 
wczoraj. Pamiętał, jak bolało życie w ubóstwie, i nigdy więcej nie 
chciał tego zaznać. 
Jego dzieci nigdy nie doświadczą czegoś podobnego. Nikt nie 
będzie traktować ich jak żebraków. Żaden O'Connor nie będzie 
człowiekiem drugiej kategorii. Nie tutaj. Nie w Nowej Zelandii. 
Tu leżało New Favourite. 
Jego dom. 
Jego królestwo. 
Królowa Wiktoria mogła sobie rządzić całą Wiel-. ką Brytanią, 
ale ten skrawek Nowej Zelandii należał do niego, do Adama 
O'Connora. Był jego własnością bardziej niż własnością 
królowej. Londyn był tak daleko; Adam potrafił wyobrazić sobie, 
że New Favourite nie podlega władzy Brytyjczyków. 
Na krajobraz składały się pagórki, przypominające kształtem 
piramidy. Dziwnie spiczaste, płynnie 
 

background image

przechodziły jedne w drugie daleko, jak okiem sięgnąć. U ich 
stóp rozciągały się ogromne, wilgotne lasy. Tak ciemne, że czuł 
lęk. Przypominały mu Florydę i tamtejsze moczary. 
Wspomnienie budziło w nim wyrzuty sumienia. 
Nie chciał o tym myśleć. 
... nikt nie znał prawdy... 
... tylko on wiedział, skąd wziął pieniądz;e na zbudowanie 
domu... 
Kiedy ujrzał ten krajobraz po raz pierwszy, odezwało się w nim 
echo jakiegoś wspomnienia. Pamiętał pewną żartobliwą 
rozmowę i zrozumiał, że Rosi skrywała niejedną tajemnicę. 
Ujrzawszy dziwne pagórki, Adam wiedział, że właśnie tu 
zamieszka i że nie może tego miejsca nazwać inaczej, jak New 
Favourite. Siedząc na wulkanicznych skałach brązoworudej 
barwy myślał o Rosi. Zastanawiał się, czy wie, że są szczęśliwi. 
Adam chciał wierzyć, że Rosi wie. 
Ciarki go przeszły na wspomnienie tego, co powiedział Mikey 
ostatniej nocy, gdy jego złe sny nie dały spać im obu - chłopcu i 
jego wujowi. 
Michael nie protestował, gdy Adam pogłaskał go po głowie. Był 
taki dzielny, że Adam poczuł wzruszenie. 
- Śniła mi się mama - powiedział chłopiec. Adam nie wiedział, 
jak zareagować. Zastanawiał 
się, jak wyjaśnić bratankowi, że może sny to jednak tylko sny. 
-Już nie płaczę - powiedział Michael. 
- To dobrze! - odparł Adam. 
- Nie płaczę, bo wiem, że ona mnie bardzo kocha. Tak bardzo, że 
przyjedzie tutaj i będzie moją mamą tak naprawdę. 
 

background image

Michael nie podejmował tego tematu, a Adam nie śmiał pytać, 
bojąc się przypominać chłopcu o czymś, o czym być może zdążył 
już zapomnieć. 
Ale zdawało mu się, że Mikey jest teraz weselszy. 
Adam zachował to dla siebie. Tym razem nic nie mówił Fionie. 
A może pewnego dnia Michael przestanie czekać 
na matkę.