background image

Ulysses Moore 

 

Kamienni strażnicy 

 

 

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. I guardiani di pietra 

Projekt graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo Bruno 

Opracowanie manuskryptu Ulyssesa Moore'a: Pierdomenico Baccalario 

Tłumaczenie z języka włoskiego: Bożena Fabiani 

Redakcja wersji polskiej: Dorota Koman 

Przygotowanie wydania polskiego: Krzysztof Wiśniewski 

Skład: Tomasz Andziak 

PR: Katarzyna Portnicka 

© Edizioni Piemme Spa, 2006 

© copyright for the Polish edition by Firma Księgarska Jacek i 
Krzysztof Olesiejuk - Inwestycje Sp. z o.o., 2007 

ISBN-13: 978-83-7512-284-8 

Wydawca: Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk - Inwestycje 
Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91, 
www.olesiejuk.pl Druk: DRUK-INTRO S.A. 

 

background image

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może 
być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana 
w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu 
bez pisemnej zgody wydawcy. 

 

Nota od Redakcji 

Pierdomenico Baccalario, nasz korespondent, po przesłaniu nam 
tłumaczenia piątego zeszytu Ulyssesa Moorea zniknął. Jego ostatni e-
mail z Kornwalii był bardzo dziwny Oto jego treść: 

Przesyłam wam ostatni rozszyfrowany dziennik. Teraz pozostał mi już 
tylko jeden. Spodziewam się, że znajdę w nim nowe informacje. 

Spotkałem tu kogoś, kto pomaga mi odnaleźć Kilmore Cove. Nie mogę 
wam zdradzić, kto to taki, bo obiecałem dyskrecję. Pokazałem mu kufer 
i wspólnie doszliśmy do wniosku, że jeden z rysunków w rulonie jest w 
gruncie rzeczy mapą Kornwalii z zaznaczonymi ścieżkami. Zwłaszcza 
jedna z tych ścieżek jest intrygująca - może się okazać, że nadal istnieje 
i prowadzi do Kilmore Cove. Jutro spróbuję się tam wybrać. 

Czyż to nie fantastyczne? Czuję, że jestem bliski odkrycia tajemnicy 
Ulyssesa Moorea! Nie martwcie się o mnie, wkrótce się odezwę. 
Pierdomenico 

Od tego maila upłynęło jednak wiele czasu, ponad miesiąc, i teraz już 
się niepokoimy... 

Pierdomenico nie odpowiada na telefony ani maile. Telefonowaliśmy do 
jego pensjonatu, ale i tam nie umieli nam nic powiedzieć. 

Nie oddał też wynajętego samochodu. Dosłownie zniknął, przepadł jak 
kamień w wodę. 

background image

Jeśli ktokolwiek cokolwiek wie, prosimy o szybki kontakt. Dziękujemy 
za pomoc! 

Redakcja „Parostatku" 

PS 

Oto jego zdjęcie - to dla tych, którzy nigdy go nie widzieli. 

COWPER & ABEL. 

'sTATir-: o ?o SOUTHHXM?TON HUII.DINGS CHANCKRY ŁANF. 
LONDON 

- ULYSSES MOORE -KAMIENNI STRAŻNICY zessjrt piąty 

PIĄTY 

W ZATOCE WHALES CALL 

'rojektant: 

Rozdział: 

¿ĄLUS ! 

d wielu, wielu lat żaden mieszkaniec Kilmore Cove 

nie widział wieloryba na pełnym morzu. Jednak na- 

zwa zatoki, większej od miasteczka, pozostała nie- 

zmieniona - na pamiątkę dawnych czasów: Whales Cali - Zew 
Wielorybów. Zatoka brała początek na wschód od małego portu, gdzie 
długa piaszczysta plaża gubiła się pośród 

skał chropawego i surowego urwiska Salton Cliff. Tam, na najwyższym 
cyplu, znajdowała się ukryta wśród drzew Willa Argo i tam sterczała 

background image

wieżyczka najstarszej części domu z jej ciemnymi oknami. Poniżej 
huczało groźnie morze, wzbijając wysoko grzywy fal. 

Był wieczór i jak każdego wieczoru w nieparzyste dni Gwendalina 
Mainoff, miejscowa fryzjerka, biegła wzdłuż plaży, bo dbała o kondycję. 

Powietrze było czyste, a niebo bezchmurne. Słońce zaszło już z pół 
godziny temu, ale niebo wciąż jeszcze nieco jaśniało, jakby chciało dać 
szansę obejrzenia ostatnich wydarzeń dnia. 

Ze słuchawkami na uszach, zatopiona w muzyce symfonicznej i swoich 
myślach, Gwendalina nie od razu zauważyła dziwną postać leżącą na 
piasku. Przebiegła obok, zasłuchana w muzyce. 

Dobiegła aż do końca plaży, do pierwszych skał pnących się w górę, i 
dotknęła swojego głazu - mety. Odwróciła się i ruszyła z powrotem w 
stronę Kilmore Cove. Dopiero teraz zatrzymała się. Zmarszczyła lekko 
czoło i zsunęła słuchawki z uszu. 

- A co to takiego? - wykrzyknęła. - Wieloryb na mieliźnie? 

mmmmm umai»i mnmtimmiSi^młmp 10 immmtmammsmsmawangiBm 

 

Wyłączyła walkmana i przeszła kilka kroków po wilgotnym piasku. Z 
każdym krokiem czuła coraz większy niepokój. 

Na piasku leżał mężczyzna w dziwacznej marynarce i wytartych 
dżinsach przylegających do ciała. Wyglądał jak trup wyrzucony przez 
fale. Ułożenie ramion i nóg wskazywało, że padł wyczerpany. 

Gwendalina spojrzała na morze, szukając jakiegoś wyjaśnienia, ale 
ujrzała jedynie płaską ciemną linię horyzontu, która stapiała się z 
otaczającym mrokiem. 

background image

Kilmore Cove spokojnie oczekiwało nadejścia nocy. Ci, którzy 
niedawno zgromadzili się w jedynej tutejszej gospodzie, powrócili już 
do domów, a wokół pod ciemnymi dachami rozbłysły pierwsze światła. 
Wkrótce zapłonęły nieliczne latarnie nabrzeża. 

Gwendalina odczekała kilka minut, zanim ośmieliła się zbliżyć do tej 
postaci. Nie podeszła wprost, lecz zbliżyła się wielkim łukiem, jakby 
chciała zyskać na czasie. 

I wtedy zdarzyły się dwie rzeczy: najpierw po drugiej stronie zatoki z 
głuchym trzaskiem zapłonęła latarnia morska Leonarda Minaxo. Ten 
dźwięk przypominał trzask, jaki wydają stare aparaty fotograficzne. 
Latarnia zapłonęła i zaczęła rzucać wokół promienie białawego światła. 

Chwilę potem leżący na piasku mężczyzna zakaszlał. 

- Więc żyje... - szepnęła fryzjerka, poprawiając sobie odruchowo 
słuchawki na szyi. 

Spojrzała raz jeszcze w stronę oświetlonej latarni morskiej i przebiegła 
ostatnie metry dzielące ją od mężczyzny. 

Człowiek zakaszlał ponownie i wykonał dziwny ruch, jakby sądził, że 
nadal znajduje się w wodzie i musi machać ramionami, by dopłynąć do 
brzegu. 

Jak się pan czuje? - zapytała Gwendalina, gdy znalazła się tuż 

obok. Był kompletnie przemoczony i pokryty algami, a jego skóra miała 
kolor zepsutych jaj. Nogi uderzały w powietrzu, jakby nadal płynął. 

Przepraszam pana - powtórzyła Gwendalina. - Jak się pan czuje? 

Mężczyzna znieruchomiał. A kiedy po kolejnym ataku kaszlu obrócił się 
w jej stronę, zdała sobie sprawę, że gdzieś go już widziała. Miał 
zamknięte oczy. Długa blizna.na szyi ginęła gdzieś pod ubraniem. 

background image

Potrzebna panu pomoc? - spytała, kładąc mu rękę na ramieniu. 

Mężczyzna skinął lekko głową, otworzył usta i wydusił cichą prośbę. 

Sądzę, że... z pewnością... tak... 

Czy da pan radę iść? Śmiało, ja panu pomogę... - I Gwendalina 

spróbowała go podnieść, ciągnąc za mokrą odzież. 

A on, ciągle z zamkniętymi oczami, posłuszny jej poleceniom, pozwolił 
jej się dźwigać. Niepewnie stanął na nogi, mocno ją obejmując. 

Chodźmy, tędy... - powiedziała Gwendalina, prowadząc go w 

stronę miasteczka. 

Tak... - szeptał Manfred, usiłując rozpaczliwie utrzymać 

równowagę. 

W zatoce Whales Call <BCTBBBBiatł»HnnBii vii hi flimi 

Otworzył oczy i, mrużąc je przed światłem, poparzył na kobietę, po 
czym natychmiast je zamknął. 

„ To syrena... - przemknęło mu przez myśl. - Ocaliła mnie syrena". 

PIATY 

NIEZŁY PASZTET 

 

 

Jason odczekał, aż samochód jego ojca zniknie za zakrętem, i 
gwałtownie odwrócił się w stronę siostry: - Pędzę. Kryj mnie! - Ani mi 
się śni! - zaprotestowała Julia. - To głupota! 

background image

Chłopiec niespokojnie rozejrzał się wokół i zapewnił: 

Nie zabawię długo. Najwyżej kwadrans! 

Jason... - westchnęła jego siostra. - Nie dasz rady obrócić w 

kwadrans. Latarnia jest za miasteczkiem, to daleko. A ty musiałbyś iść 
pieszo. 

Tylko w jedną stronę, z powrotem wróciłbym na rowerze - uściślił 

chłopiec. - Muszę go odebrać. Natychmiast. 

Możesz to przecież zrobić po lekcjach! 

Jason pokręcił przecząco głową i z włosów wypadły mu dwa maleńkie 
białe piórka, w dziwny sposób ocalone mimo mycia głowy. Brudne 
ślady po smole i zadrapania na brzuchu stanowiły kolejne pamiątki 
przygód ostatnich dni. 

Julia próbowała go jeszcze powstrzymać. Wskazała otwartą bramę 
szkolną w Kilmore Cove i schody, które niczym rządek zębów 
prowadziły do środka budynku. Potem zauważyła, że mosiężny dzwon 
za parę minut da znak rozpoczęcia lekcji. 

A co ja powiem Miss Stelli? 

Wymyśl coś! - odpowiedział. - Nie powiesz mi, że po tym 

wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, boisz się wychowawczyni! Ja 
chcę tylko... 

Czego chcesz? - przyciskała go Julia, próbując zyskać na czasie. 

Świetnie odgadywała, kiedy jej brata nachodziły dziwaczne pomysły. 
Od razu wyczuła, że Jason wcale nie chce 

wsimsmmmmmmmmmmmimam® 16 tmtmmms'^miimtmmxmtm>main 

 

background image

 

Niezły pasztet 

 

biec do latarni Leonarda Minaxo tylko po to, by odzyskać rower. Nie 
tylko dlatego, że nie cierpiał tego roweru czy wręcz się go wstydził. 
Była to typowa damka, pożyczona od państwa Bowenów; różowiutka, z 
kierownicą w kształcie motyla, z dzwoneczkami. 

Choć Julia wysilała swoją wyobraźnię, nie mogła dociec, 

co tym razem bratu chodzi. 

Jason spoglądał na nią błagalnie błyszczącymi z przejęcia oczami. 

Julio... musisz mi pomóc. 

Ale powiedz mi, dlaczego. I dlaczego nie możesz tego zrobić po 

szkole? 

Chłopiec westchnął. Wyciągnął dłoń i zaczął wyliczać na palcach: 

Po pietwsze, ponieważ tato po nas przyjedzie; po drugie, ponieważ 

zawiezie nas do domu; po trzecie, ponieważ on 

mama zasypią nas pytaniami; po czwarte, ponieważ będą nas 

pilnować. Może mi powiesz, jakim cudem uda nam się wyrwać i zrobić 
wszystko to, co musimy zrobić? 

Julia zagryzła wargi. Świeża nominacja całej trójki na Kawalerów 
Kilmore Cove wiązała się z dużą odpowiedzialnością. 

Przy mamie i tacie kręcących się po domu może być pewien 

problem... 

background image

A jeszcze ten właściciel firmy przewozowej, którego ściągnęli z 

Londynu... 

Przez kilka dni musimy się trzymać z daleka od Wrót Czasu. 

Jason gwałtownie podniósł dłoń. 

 

17 

mmmmKajmmmnr^mmmimmmumimp 

 

O, nie! Co to, to nie! Nie możemy sobie na to pozwolić. Nie teraz, 

kiedy już wiemy o Pierwszym Kluczu! 

Ale jeśli się zbliżymy do tych drzwi, mama się czegoś domyśli! 

Musimy zaryzykować. A teraz ruszaj, Julio. 

To znaczy? 

To znaczy, że ja idę do Leonarda Minaxo. - I Jason wyciągnął z 

kieszeni spodni starą, na pół spaloną fotografię latarnika. Pokazał ją 
siostrze: - Spytam go, czy to on jest Ulys-sesem Moorem. 

Julia zmartwiona zerknęła w stronę szkoły i mosiężnego dzwonu. 

A ty naprawdę sądzisz, że Leonard ci to powie? Że powie: „Tak, to 

ja jestem Ulyssesem Moorem"? 

Jason wrócił myślą do poprzedniego dnia, kiedy Leonard ujął ster Metis 
i przekroczył Morze Czasu, prowadząc statek przez burzę jak 
prawdziwy kapitan. 

background image

Kapitan nigdy nie okłamuje swojej załogi - odpowiedział. - Może 

nie mówi całej prawdy, ale nie kłamie. 

Rodzeństwo jeszcze raz spojrzało sobie głęboko w oczy i Julia 
ostatecznie skapitulowała. 

Więc za kwadrans, tak? 

Brat przytaknął, odwrócił się i biegiem ruszył w kierunku ulicy 
prowadzącej w stronę morza. 

Julia odczekała, aż zniknął, i zaczęła się przygotowywać na spotkanie z 
Miss Stellą. 

Właśnie doszła do schodów, gdy rozległ się dźwięk mosiężnego 
dzwonu. 

Jason, z plecakiem na plecach, dobiegł do głównej ulicy. 

mmsmsm^am^mmmmmmmsmp 18 GMmmmmimmtsm 

 

GiaśKiS  Niezły pasztet <mmmssmimmm 

Przypadł do ceglanego muru i zerknął na przybrzeżny bulwar, gdzie 
stoiska z rybami stały rzędem gęsto jedno obok drugiego, tuż pod 
skrzypiącą ruderą Windy Inn, jedynego hotelu w miasteczku. Rozejrzał 
się dokoła, szukając wzrokiem samochodu ojca. Odetchnął z ulgą, 
widząc, że go tu nie ma. 

Biegnąc w stronę bulwaru, w kierunku cypla z latarnią, poczuł nagle 
zapach, któremu absolutnie nie mógł się oprzeć, zapach pokusę. 

To świeżo wyjęte z pieca rogaliki z kremem i scones z miodem, których 
zapach mógł wąchać i wąchać. 

background image

Nietrudno było dociec, z którego sklepu dochodził ten cudowny aromat: 
z cukierni Chubbera. 

A czemu by nie? - zapytał samego siebie, uznając, że jego misja 

chwilowo nie jest aż tak pilna. 

Pełen nadziei wsunął dłoń do kieszeni i po chwili niecierpliwych 
poszukiwań wyciągnął jednego szterlinga, monetę okrągłą i ciężką. 

Mam! - wykrzyknął uszczęśliwiony. 

Przebiegł pędem ulicę, upewnił się, że nikogo znajomego nie ma w 
pobliżu i przełamując strach, że zostanie przyłapany, pchnął drzwi 
cukierni. 

Powietrze było ciężkie od zapachów. Kogel-mogel, kakao, wanilia, 
cynamon i sułtanki - to tylko część cudownych aromatów 
wydobywających się ze szklanych gablot cukierni. 

Jason przebiegł szybko po podłodze z ciemnego drewna, położył swoją 
monetę na marmurowej ladzie i nie odrywając wzroku od kokardy na 
błękitnym fartuchu osoby, która 

stała za ladą, zamówił dwa ogromne rogaliki nadziewane kremem. 

Jeden dla mnie, a drugi dla siostry - skłamał, żeby się 

usprawiedliwić. Nie miał najmniejszego zamiaru ocalić drugiego 
rogalika. 

Nie szkodzi, że jeszcze ciepłe? - spytała go sprzedawczyni. 

Wprost przeciwnie. 

Chłopiec pochwycił papierową torebkę z ciepłymi rogalikami i odwrócił 
się w stronę wyjścia. 

background image

Nagle odjęło mu dech w piersiach. Przed drzwiami stał jego ojciec z 
innym mężczyzną, którego chyba gdzieś już wcześniej widział. Właśnie 
mieli wejść do cukierni. 

Jason gwałtownie zrobił w tył zwrot i niepostrzeżenie dla pani za ladą 
przeskoczył stoliki, by ukryć się za szkocką zasłoną. 

W tym momencie drzwi do cukierni otworzyły się i w sklepie rozległ się 
głos pana Covenant. 

Ukryty za zasłoną, znieruchomiały Jason słyszał, jak ojciec zamawia 
dwa kawałki rolady i dwie kawy z mlekiem. 

To doprawdy bardzo uprzejmie z pana strony, że pofatygował się 

pan osobiście do Kilmore Cove jeszcze przed transportem... - usłyszał 
słowa ojca skierowane do mężczyzny, z którym wszedł. - I niezmiernie 
mi przykro z powodu wczorajszego epizodu, panie Homer... 

Jason przypomniał sobie słynnego właściciela firmy przewozowej, który 
przyjechał do Kilmore Cove, żeby dopilnować ostatniego etapu 
przeprowadzki ich mebli z Londynu. 

Widział go poprzedniego wieczoru, gdy w głębokiej ciemności ogrodu 
Willi Argo mama udzielała jemu i Julii ostrej reprymendy. 

Panie architekcie, jeśli pan łaskaw - uściślił pan Homer. 

Słynny architekt - skorygował Jason, zerkając spoza zasłony 

Widział, jak siadają do stolika i pochylają się nad jakimiś kartkami 
pełnymi rysunków. 

Architekt usiłował wyjaśnić coś w sprawie jakichś wymiarów, podczas 
gdy Jason, nie spuszczając ich z oka, spokojnie zjadł połowę swojego 
rogalika z kremem. 

background image

„Jeśli stąd wyjdę, to mnie zauważą" - pomyślał. 

Sprawdził korytarz za swoimi plecami, ciemny i zakurzony. Posadzka 
była z ciemnego drewna, jak w cukierni, a na białych ścianach 
wieloletnie opary z czekolady i wanilii pozostawiły jedyny w swoim 
rodzaju pachnący nalot. 

Korytarz miał dwoje drzwi. Pierwsze prowadziły do małej łazienki z 
kafelkami w kolorze miodu, z okienkiem wychodzącym na wewnętrzne 
podwórko cukierni. 

Drugie były zamknięte. 

Jason chciał je otworzyć, ale spostrzegł, że nie mają one klamki. 

Nachylił się, żeby w półmroku lepiej im się przyjrzeć, i zimny dreszcz 
przebiegł mu po plecach. 

O, kurczę... - szepnął zdumiony, upuszczając torebkę z rożkiem. 

Drzwi były identyczne jak te ukryte za szafą w Willi Argo. Identyczne 
jak drzwi w piwnicy panny Biggles, pod którymi niekiedy można było 
dostrzec trochę piasku z egipskiej pu- 

 

 

styni. Identyczne jak drzwi w Domu Luster, które łączyły Kil-more 
Cove z daleką Wenecją. To były Wrota Czasu. 

Nagle drgnął. 

Usłyszał dźwięk odsuwanego krzesła i podłoga w cukierni zaskrzypiała. 
Dobiegł go głos ojca, który zwrócił się do architekta: 

Przepraszam pana na moment. 

background image

Miał tylko kilka sekund, więc błyskawicznie otworzył drzwi do łazienki. 

Zdążył je zamknąć w chwili, gdy jego ojciec zastukał: 

Zajęte? 

Chłopiec rozejrzał się wokół zrozpaczony i żeby nie zostać 
rozpoznanym po głosie, zakaszlał, odkręcając jednocześnie kran nad 
umywalką. 

O, przepraszam... - powiedział pan Covenant po drugiej stronie. 

Spróbował otworzyć drugie drzwi, a potem, pogwizdując, postanowił 
czekać, aż toaleta się zwolni. 

Jason, spocony jak mysz, przełknął nerwowo ślinę. I jeszcze raz. I 
jeszcze. Myślał gorączkowo, co by tu zrobić. Starał się zachować 
spokój, analizując i badając różne możliwości. 

Wyjść z łazienki nie mógł, to było wykluczone. Były dwa wyjścia: 
pozostać w niej na zawsze albo spróbować wydostać się przez okienko. 
Wybrał to drugie. 

Stanął na umywalce i wspiął się na okno. Dudnienie wody tłumiło 
trochę odgłosy jego działania. Chłopiec otworzył okno i uważnie 
przyjrzał się jego wymiarom. Z pewnością 

WmMUBOKma^ammmmmmmmm^mp 22 

 

Niezły pasztet 

 

nie dałby rady wydostać się przez nie ktoś większy od Jaso-na. Ale jemu 
powinno się udać. 

background image

Postanowił działać metodycznie. Wyciągnął z buta sznurowadło. Jeden 
koniec przywiązał do klamki okienka, drugi wyrzucił na zewnątrz. 
Dzięki temu po wyjściu będzie mógł zamknąć okno. 

Wyrzucił plecak przez okno i usłyszał, jak potoczył się po ziemi. 

W końcu wdrapał się na parapet, przecisnął ręce i głowę, a piętami 
mocno odbił się od ściany. 

I utknął. 

Zawisł z głową przekrzywioną na prawe ramię, z lewym ramieniem 
unieruchomionym, a prawym zwisającym już za oknem, z nogami 
dyndającymi w powietrzu. 

Usiłował spokojnie oddychać, powtarzając sobie, że wszystko będzie 
dobrze. Idiotyczna sytuacja. Wyobraził sobie swojego ojca, jak wchodzi 
do toalety, po czym ściąga go za nogi z tego okna - i mimo strachu, że to 
naprawdę może się tak skończyć, wybuchnął nerwowym śmiechem. 

Zauważył, że śmiejąc się, wydycha cały zapas powietrza z płuc, i dzięki 
temu może już poruszać lewym ramieniem. Nerwowo spróbował 
wymacać jakiś uchwyt za oknem, ale na próżno. Zaczął więc wierzgać 
nogami, szukając po omacku punktu podparcia. Już miał zwątpić w 
swoje wysiłki, kiedy poczuł jakiś występ pod prawą stopą. 

To mogła być jego ostatnia szansa, oparł się więc o to coś, nabrał 
powietrza, wypuścił je gwałtownie, i w chwili, gdy stał się płaski jak 
śledź w beczce, odepchnął się z całej siły. 

23 «nBBSBms^BiiiimmłHisaiiKSBUSBeaa 

 

«SSHiKi SiiffiiK imEiEiBtEiS 

background image

Tymczasem pan Covenant wycofał się zza szkockiej kotary. 

Macie może zapasowy klucz do toalety? - spytał kobietę za ladą. - 

Sądziłem, że tam ktoś jest, ale chyba zamek się zaciął... 

Oczywiście, że mamy. - Kobieta odsunęła szufladę, wyjęła z niej 

mosiężny kluczyk i wręczyła panu Covenant. - To klucz do tych 
pierwszych drzwi, drugich nigdy nie udało nam się otworzyć. 

Ojciec Jasona wrócił za kotarę i wsunął klucz w zamek pierwszych 
drzwi. Usłyszał, jak coś wewnątrz upada na posadzkę. 

Można? - spytał na wszelki wypadek. 

Odpowiedziała mu głucha cisza. Poczekał więc jeszcze 

chwilę i wszedł. 

Tak jak się spodziewał, nie zastał nikogo. 

Zakręcił kran i rozejrzał się dokoła nieco zdziwiony: uchwyt do papieru 
toaletowego był częściowo oderwany od kafelków, a w dodatku na 
ziemi leżała torebka z jednym całym rogalikiem i połówką drugiego. 

- No nie... - jęknął Jason już po drugiej stronie, spostrzegając brak 
rogalików. 

Znajdował się na kwadratowym podwórku, wybrukowanym jasnymi 
otoczakami. Dwa przecinające się pasy z ciemnego kamienia tworzyły 
wielki X. Tuż obok, po lewej stronie okienka, przez które się wydostał, 
znajdowała się kuchenna klatka schodowa i wejście do dwóch piwnic. 
Jakieś mizerne pnącze pięło się po murze w rogu, a spomiędzy bruku 
sterczały kępy wypalonej przez słońce trawy. 

 

tmmmmimmmzmmiRmimiiPzs-. 

background image

ammmimnnsjMimmp 

Niezły pasztet 

 

Jason, przyklejony do muru, zrobił ostrożnie kilka kroków, szukając 
swego plecaka. 

Szukasz może tego? - dobiegł go głos od strony kuchennych 

schodów. 

Chłopiec dostrzegł z daleka swój plecak i trzymające go ręce, ale że 
schody biegły pod cienistą arkadą, nie mógł zobaczyć rysów twarzy 
mężczyzny. 

O tak, bardzo dziękuję... - odparł, lekko zmieszany. 

Mógłbym go prosić? 

To szkolny plecak, nieprawdaż? - dopytywał się głos. Teraz Jason 

odniósł wrażenie, że zna skądś ten głos, tylko 

jeszcze nie wiedział, skąd. 

Hmm... tak - przyznał. 

No to czemu nie jesteś w szkole? 

No, bo... dzisiaj... moja klasa jest na wycieczce. A ja nie chciałem 

z nimi jechać. 

Ciekawe... - Metaliczny błysk światła świadczył, że mężczyzna 

stojący w cieniu schodów zerknął na zegarek na ręku. 

Na jakiej wycieczce? 

Jason zagryzł usta. Czemu ten człowiek zadaje tyle pytań? 

background image

Mógłbym prosić swój plecak? - spytał. 

Naturalnie... - odparł mężczyzna, wychodząc w końcu 

z cienia. 

„O, kurczę!" - przeraził się Jason. Przed nim stał dyrektor szkoły. 

mmimmmz': 

25 

PIATY 

W WILLI ARGO 

Projektant: 

PSTER DEDALUS 

Rozdział: 

 

 

Za przeszklonymi drzwiami werandy Willi Argo stały 

dwie nieruchome postacie kobiece: jedną była rzeźba 

rybaczki zadumanej nad siecią, drugą - pani Covenant, nareszcie sama. I 
spokojna. 

Jej mąż odwiózł właśnie dzieci do szkoły. Zmyła naczynia po śniadaniu, 
układając plan na cały dzień. 

Potem pootwierała okna na parterze, żeby przewietrzyć dom, weszła na 
górę i posłała łóżka. W wieżyczce poustawiała miniaturowe modele 
okrętów i poukładała zeszyty porozrzucane przez dzieci. 

background image

Podeszła do okna, by raz jeszcze nacieszyć się zapierającym dech w 
piersi widokiem morza. Zatoka połyskiwała w świetle słońca, a wiatr 
rzeźbił delikatne fale. 

Ocknęła się, dostrzegając nagle kątem oka postać ogrodnika 
kuśtykającego po parku. 

- Bierzmy się do roboty... - mruknęła sama do siebie i czym prędzej 
zeszła na parter. Tu zaczęła przeglądać tysiące bibelotów i 
najrozmaitszych przedmiotów, których w Willi Argo było zatrzęsienie: 
drewniane maski, figurki zwierząt, dziwne wazy, kandelabry, szkatułki, 
muszle, buteleczki z perfumami i różnego rodzaju ozdoby. Najpierw 
zamierzała usunąć większą część tego składu galanterii i zwinąć dywany 
do czyszczenia. Postanowiła też zdjąć z okien zasłony, by dać tym 
pokojom trochę odetchnąć. 

Ale nie mogła się zdecydować, od czego zacząć. Dom, choć 
przepełniony rzeczami, zachowywał wszak doskonałą równowagę 
estetyczną, tak łatwą do zburzenia. 

Albo trzeba by usunąć wszystko, albo nic. 

A przecież musiała bezwzględnie znaleźć sposób na poko- 

mmmmim&PAmmnmmr^mrmP^mp 28 
(tmmiUiPAnmnimmnmmirmAtim^ 

nanie tej góry rzeczy - jej mąż wraz z panem Homerem, architektem, 
oczekiwali przyjazdu ciężarówki z meblami z Londynu. Do tego czasu 
pani Covenant powinna bodaj wymyślić, co ulokować w domu, co 
usunąć, a co wstawić do garażu. 

Musiała się zastanowić, gdzie powinna ustawić ważniejsze meble. 

background image

Mamy tyle miejsca, że kłopot jedynie w tym, gdzie co ma stanąć... 

- powiedziała wcześniej do męża. Tymczasem okazało się, że to nie 
takie proste. 

Gdzie postawić kanapę z czarnej skóry? W salonie, na miejscu tej 
żółtej? Ale ta żółta ma taki sam odcień, co obraz na ścianie, który 
zupełnie nie pasuje do czerni. A jeśli zdjąć obraz, to trzeba by też usunąć 
dywan. 

I tak bez końca... aż usunie się wszystko. 

Miała Wrażenie, że każda rzecz w Willi Argo stanęła na swoim miejscu 
raz na zawsze. 

Ale ja muszę coś z tym zrobić! - wykrzyknęła pani Covenant, 

rozglądając się bezradnie po werandzie. 

Stanęła w otwartych przeszklonych drzwiach, by odetchnąć pełną 
piersią. Morskie powietrze pozwoliło jej zapomnieć choć przez chwilę o 
kłopotach z meblami. 

Kosmyk włosów połaskotał ją w nos. Odrzuciła go i, westchnąwszy 
ciężko, wróciła do pokoju. 

Co ja mam zrobić? - rzuciła pytanie w stronę posągu rybaczki, 

która jak gdyby nigdy nic ze stoickim spokojem zajmowała się swoją 
siecią, w pełni panując nad sytuacją. 

Zaskrzypiał żwir. Pani Covenant odwróciła się i ponownie wyszła na 
werandę. 

 

Dzień dobry! - pozdrowił ją Nestor. 

Dzień dobry panu. 

background image

Robi pani wielkie porządki? 

Coś w tym rodzaju. 

Dobrze, dobrze... - bąknął ogrodnik. Według pani Covenant - 

podejrzanie obojętnie. 

Już od wczorajszego wieczoru, odkąd znalazła swoje dzieci umorusane 
od stóp do głów sadzą, miała ochotę rozmówić się z nim. 

Chciałam właśnie porozmawiać... - zaczęła. Nestor natychmiast 

przybrał postawę obronną. 

Ja tam nic nie wiem, co oni kombinują. Powiedziałem to pani na 

początku, pamięta pani? Że dzieci nie będę pilnować. Ale jeżeli ma mi 
pani coś do powiedzenia na temat roślin, to zamieniam się w słuch. 

Pani Covenant się uśmiechnęła. 

Czyta pan w moich myślach... Niech mi pan tylko powie, czy 

Jason i Julia nie zdenerwowali pana zbytnio? 

-Nie. 

To dobrze... 

Ale nie wiem, czy czegoś nie popsuli w domu, bo jak mówiłem, 

nie pilnowałem ich. 

Pani Covenant rzuciła okiem na mieszkanie. 

Myślę, że nie jest tak źle, z wyjątkiem bałaganu w bibliotece i 

przesuniętych kilku mebli... 

Odkrywali swoje nowe królestwo. 

background image

A znając Jasona, wymyślili przynajmniej ze trzysta historii na 

temat pochodzenia każdego z tych przedmiotów. To zresztą jest 
prawdziwy problem w tym domu. 

pmmuim^me^azammmramismiizmim» 30  T nmmmzamimm^ 

Historie? 

Nie, przedmioty. Nie wiem wręcz, od czego zacząć. Niedługo 

nadjedzie transport z meblami i... jak będę tak marudzić, to trzeba będzie 
wyładować je w ogrodzie. 

Doskonały pomysł - zawołał Nestor. - Albo może je pani sprzedać. 

Raz w miesiącu jest mały targ staroci. O właśnie, jeśli o tym mowa, to 
przydałby mi się fotelik do mego domku. 

Pani Covenant poczuła się urażona taką impertynencją. 

Pomysł z targiem staroci wcale nie jest zły - powiedziała. - Tylko 

musiałabym zacząć od tych tutaj... 

Po czym przeprosiła i weszła do pokoju. 

Nestor gwałtownym ruchem otrzepał swoje welwetowe spodnie i 
odszedł, kulejąc, do swego domku. 

Przeszedł przez drewniane patio, pchnął drzwi i wszedł do środka, 
natykając się na swój roboczy stół zawalony gratami. Wygrzebał spod 
nich telefon z czarnego bakelitu, sprawdził numer zapisany na tabliczce 
zaczepionej na ścianie i gniewnie go wykręcił. 

Leonard Minaxo podniósł słuchawkę po piątym sygnale. 

To ja - powiedział Nestor. 

Cześć, stary. Co się dzieje? Po latach milczenia teraz jesteśmy jak 

dwa gołąbeczki? 

background image

Chce wyrzucić meble. 

Zaraz, zaraz. Kto chce wyrzucić meble? 

Pani Covenant. Do miasta przyjechał architekt z firmy Homer & 

Homer. Zapłaciłem mu mnóstwo pieniędzy, żeby przeprowadzka trwała 
możliwie jak najdłużej, ale jak widać dałem za mało. 

Zapłaciłeś mu, żeby pracował jak najwolniej? 

Właśnie. 

Zgłupiałeś chyba... 

Nazwij to jak chcesz, w każdym razie państwo Covenant oczekują 

transportu dziś po południu. 

I co z tego...? 

Należałoby... - Zapadła długa cisza, a potem ogrodnik dokończył: - 

Należałoby jakoś przeszkodzić im w drodze. 

Leonard Minaxo zaśmiał się ironicznie. 

Czyja dobrze rozumiem? Chcesz powiedzieć, że niby ja miałbym 

to zrobić? 

Właśnie. 

Jakbyśmy znowu byli dobrymi przyjaciółmi? 

Nigdy nie byliśmy wrogami. 

To kwestia punktu widzenia. 

Mówiliśmy już o tym. To sprawa życia i śmierci. 

Nie zaczynaj. 

background image

Albo ocalenia... życia, gdyby rekin zaatakował. 

Masz moją dozgonną wdzięczność. -1 złamaną nogę. 

Jak dalej tak będziesz gadać, nie licz na moją pomoc. 

Czy to znaczy, że udzieliłbyś mi jej? 

To zależy. 

Od czego? 

Dzieci mi się spodobały - powiedział Leonard, zmieniając 

raptownie temat. 

Nie mówimy o dzieciach. 

Ale powinniśmy, nie sądzisz? 

mmisma^sm^mimimrmnr^mmp 32 (mm^mummm mmsssmstsmsti 

i. 

 

mmsinmr^. n u^m^.mrss^ W Willi Argo ^mmimmmm:, 

Dwa dni temu zszedłeś z urwiska, żeby mi powiedzieć, że 

niepotrzebnie się łudzę... 

I dziś ci to samo powtórzę. Ale, na szczęście, może istotnie trafiła 

ci się niezwykła para dzieciaków. 

Trójka. Zapomniałeś o Bannerze. 

Bannera wynalazłem ja. 

Może nie masz się czym tak szczycić? 

Ale też i wstydzić. Zawiniło morze, nie ja. 

background image

Leonardzie, posłuchaj. Ty masz swoje poglądy, ja swoje. 

Byliśmy bardzo bliscy odkrycia sekretu konstrukcji drzwi. Bardzo 

bliscy. 

Sprawa zamknięta. 

Musimy tylko odbyć jeszcze jedną podróż. 

Sprawa zamknięta. 

A Penęlopa się ze mną zgodziła! 

Powiedziałem, że sprawa zamknięta! - krzyknął Nestor. - Chcesz 

mnie wysłuchać czy nie? Chciałbym zatrzymać ten transport, żeby nie 
mogli wjechać z meblami do miasteczka. I o to cię proszę. Możesz to 
zrobić? Masz jeszcze klucze od Cyklopa? Pamiętasz, gdzie je 
ukryliśmy? 

Jasne. 

Oni jadą z Londynu. Jest zatem tylko jedna droga, którą trzeba 

zablokować. 

Ej, stary! 

Co takiego? 

Zatrzymam ten transport, ale wieczorem przyjdę do ciebie i raz na 

zawsze rozstrzygniemy, co zrobić z Wrotami Czasu. 

Dobrze. Dziś wieczorem. ✓ifkP ć/ń> 

tzmmaaam 

i w 

 

background image

trEisrp 33 ^laiSiiumsiar^iiK^ 

<tittiRiS£80mS131KiS!Bg&£S 

I jeszcze jedno. Wczoraj w Wenecji zajrzałem do Zafo- 

na. 

Nestor długo nie odpowiadał, po czym westchnął: 

L..? 

Nadal tam jest, pomarszczony, zasuszony jak nigdy. Ale od razu 

mnie rozpoznał. 

Nawet z tym okaleczonym okiem? 

Kiedy Ulisses powrócił do domu, przebrany za obcokrajowca, 

wierny pies Argo go rozpoznał. 

Chcesz powiedzieć, że tylko starzy się rozpoznają? 

Chcę powiedzieć, że trzeba mieć pewien rodzaj węchu, żeby 

rozpoznać, jak naprawdę mają się sprawy. 

umnmmmmmsimm^Asiimp/in^/immii 34 
msimmmziPAtiimm&mmimnimn 

I jeszcze jedno. Wczoraj w Wenecji zajrzałem do Zafo- 

na. 

Nestor długo nie odpowiadał, po czym westchnął: -1...? 

Nadal tam jest, pomarszczony, zasuszony jak nigdy. Ale od razu 

mnie rozpoznał. 

Nawet z tym okaleczonym okiem? 

background image

Kiedy Ulisses powrócił do domu, przebrany za obcokrajowca, 

wierny pies Argo go rozpoznał. 

Chcesz powiedzieć, że tylko starzy się rozpoznają? 

Chcę powiedzieć, że trzeba mieć pewien rodzaj węchu, żeby 

rozpoznać, jak naprawdę mają się sprawy. 

 

PIĄTY 

U DYREKTORA 

.Rozdział: 

¡ektant: 

DEDALUS i 

.it 

Dyrektor pociągnął nosem i zrobił gwałtowny wydech, jakby chciał 
wprawić w ruch reszki powietrza w jego gabinecie. 

Wielki, stary, zardzewiały wentylator stał na krawędzi szafy. 
Przypominał mięsożerną roślinę, gotową w każdej chwili pochwycić 
zdobycz. Drobinki kurzu wirowały po przypadkowych orbitach - 
oświetlone promieniami słońca, rysowały na posadzce coś w rodzaju 
dywanu w tygrysie plamy. 

Ani jedna mucha nie ośmieliła się zakłócić ciszy gabinetu. 

Jason i Julia siedzieli przed dyrektorem sztywno, z rękami na kolanach i 
wzrokiem wbitym w podłogę. Starali się nie poruszać, bo ażurowe 
krzesła, na których siedzieli, trzęsły się i skrzypiały przy najmniejszym 
ruchu. 

background image

Dyrektor oparł łokcie o drewniany blat biurka pogryzionego przez 
korniki. Trzymał w dłoni czarny ołówek z czubkiem ostrym jak szpilka. 

A zatem, panno Covenant, czy zechciałabyś mi powtórzyć swoją 

wersję wydarzeń? 

Julia, całkiem wykończona, nadal wpatrywała się w pod-łogę. 

Przykro mi, panie dyrektorze. 

No, to zrobię to ja. Powiedziałaś Miss Stelli, że twój brat został w 

domu, by pielęgnować waszą matkę, która ma nogę w gipsie. 

Trochę przesadziłaś... - wysyczał Jason wprost do ucha siostry. 

Ołówek dyrektora zatrzymał się na białej kartce. 

Ciekawa historyjka, nieprawdaż? Tym ciekawsza, że w tym 

samym czasie panicz Jason usiłował złamać sobie no- 

36 ^mmmsmnrmm&inmmmimm 

 

gę, wypadając przez okno z toalety na zapleczu cukierni Chubbera. 

Tym razem Julia obróciła głowę w stronę brata i wysyczała: 

A ty nie?... 

Dyrektor sięgnął dłonią po telefon, mówiąc: 

Mam wielką ochotę zadzwonić do pani Covenant i spytać o jej 

zdrowie... 

Nie, bardzo pana proszę! - wykrzyknęła Julia przerażona jego 

pomysłem. - Skłamałam. 

Dłoń dyrektora zawisła nad słuchawką. 

background image

Jeszcze jakieś wyjaśnienie? 

Jason wziął głęboki oddech. 

Proszę posłuchać, jest mi bardzo przykro, to moja wina. 

Dyrektor podniósł się wolno z krzesła i stanął niedbale 

obok starego segregatora. 

Czyżby? Czy mam wstrzymać oddech? Oto objawi się prawda? 

Jason wzruszył ramionami. 

Jak pan uważa. Chciałem przed lekcjami pójść do latarni morskiej 

po rower. 

Do latarni morskiej? A co tam robi twój rower? 

Dokładniej mówiąc, to nie mój rower. To rower córki doktora 

Bowena, który mi pan doktor pożyczył, kiedy mój się popsuł, uderzając 
w ich bramę. A jest w latarni, ponieważ go tam zostawiłem, kiedy 
pojechałem z Minaxo wozem do Turtle Parku, żeby z pomocą beczki 
smoły schwytać dwoje złodziei, którzy okradli Willę Argo. 

Dyrektor ograniczył się do uniesienia tylko jednej brwi. 

 

 

«mmm&jsmmusmttwmzt 

I udało ci się? 

Na szczęście tak - zakończył Jason z uśmiechem. 

I naturalnie twoi rodzice nic o tym nie wiedzą. 

background image

No, nie - odparł Jason. - Oni myślą, że pojechaliśmy sprzątać 

piwnicę doktora Bowena... - Dopiero w tym momencie chłopiec 
zauważył, że Julia daje mu znaki oczami. 

Hmm... a powiedz mi... - zainteresował się dyrektor, potrącając 

przez przypadek segregator, który spadł na podłogę - czy nie sądzisz, że 
trochę się zagalopowałeś w tych swoich fantazjach? 

Wcale nie! - wykrzyknął Jason. - Prosił pan, żebym powiedział 

prawdę, więc powiedziałem. 

Chłopcze... - wybuchnął dyrektor, kierując w niego cieniutkie 

ostrze ołówka. - Nie wiem, jak w Londynie, ale w Kil-more Cove lepiej, 
żeby tacy jak ty nie stroili sobie żartów z takich jak ja! 

Ale ja wcale nie robię sobie z pana żartów! Szedłem właśnie do 

latarni, jak powiedziałem, kiedy pomyślałem sobie, żeby wstąpić do 
cukierni Chubbera na rożki. Jeden dla mnie, jeden dla siostry. 

A potem?... 

Potem wszedł tam mój ojciec. Nie chciałem, żeby mnie zobaczył... 

więc postanowiłem... do licha... wyjść tyłem. 

A dlaczego nie chciałeś, żeby cię zobaczył? 

Żeby się nie wydało, że nie jestem w szkole - zakończył Jason 

cichutko. 

Dyrektor rozłożył ręce, a potem, gestykulując, podsunął je dzieciom pod 
sam nos: 

A zatem, mamy kolejno: dziewczynkę, która opowiada 

mmammniRiiiminrp 38 

background image

wychowawczyni jakieś zmyślone niesmaczne historyjki, i jej brata 
bliźniaka, który udaje, że jest w szkole, a potem się plącze po cukierni, 
zamiast zbijać bąki w latarni. 

Nie poszedłem zbijać bąków... 

Opróżnijcie kieszenie - rozkazał dyrektor. - Chyba że wolicie, bym 

zatelefonował do domu... 

Jason i Julia zaczęli opróżniać kieszenie, wykładając na biurko stos 
gumek, spinaczy, pół nadpalonej fotografii, ogryzki ołówków, cztery 
stare klucze i ozdóbkę w stylu egipskim. 

To talizman, prezent od mojej przyjaciółki - wyjaśnił Jason, 

widząc zdumioną minę dyrektora. 

Bardzo dobrze. To wszystko zostanie u mnie - postanowił i zsunął 

wszystko do pudełka, które następnie schował do szuflady. 

Ale to niesprawiedliwe! - zaoponowała Julia. - Proszę nam oddać 

chociaż klucze od domu! 

Cztery klucze od Wrót Czasu ujrzały ponownie światło dzienne. 

-Te? 

Julia przytaknęła. 

Ręka dyrektora sięgnęła po słuchawkę telefonu. 

Jedno słówko z waszą mamą i oddaję je wam natychmiast. 

Widząc, że bliźnięta milczą, dyrektor ze złością wrzucił ponownie 
klucze do pudełka. 

Natychmiast do klasy. I żadnych wyjaśnień. 

PIĄTY 

background image

GORĄCZKA 

 

 

Manfred ocknął się i z krzykiem poderwał z ka-napy. 

Zaskoczony, stwierdził, że znajduje się w jakimś ciemnym pokoju. 

Koń! - krzyknął raz jeszcze. 

Był spocony, a czoło mu płonęło. Rozejrzał się wkoło, ale nic nie udało 
mu się wypatrzyć. 

Podparł się na łokciu i ostrożnie zaczął obmacywać bolące miejsca. Z 
niedowierzaniem zauważył, że ma na sobie jedwabną piżamę. 

Co się stało? Gdzie ja jestem? Czy to... pani Obliwia? 

Ale osoba siedząca przy nim nie była Obliwią. Miała 

o wiele delikatniejszy głos i delikatniejsze dłonie, bez długich, 
polakierowanych na fioletowo paznokci. 

Spokojnie, spokojnie, wszystko będzie dobrze. Masz rozpalone 

czoło. To przez wysoką gorączkę - usłyszał. 

Usiłował coś odpowiedzieć, ale bez skutku. Poczuł, że coś wilgotnego 
dotyka jego czoła. To był zimny kompres. Zakręciło mu się w głowie. 

O tak - usłyszał czyjś głos. - Spróbujemy zbić tę paskudną 

gorączkę. 

Poddał się bez dyskusji, niezdolny, by stawić jakikolwiek opór. Poczuł, 
że zimny okład jest jak łagodna pieszczota, i zapadł na nowo w miękkie 
oparcie kanapy. 

background image

Ja... spadłem... - wyszeptał, jakby chciał się usprawiedliwić. 

Oczywiście, że spadłeś - posłyszał głos syreny. - Ale na szczęście 

dopłynąłeś do brzegu. 

Dwa razy... - dodał jeszcze, zanim znowu zapadł w sen. 

 

mmm; 

Gorączka (¿mim^Amp^nmrp^anm^smi^nii 

Gwendalina wstała. Troskliwym spojrzeniem pielęgniarki obrzuciła 
mężczyznę leżącego na kanapie w jej saloniku. Bez tych obrzydliwych 
podartych ciuchów, z twarzą pogrążoną we śnie, zarostem buntownika i 
z tą tajemniczą blizną na szyi wydał jej się jeszcze bardziej pociągający. 

I wreszcie sobie przypomniała, gdzie widziała go po raz pierwszy. W 
domu Obliwii Newton, niedaleko Kilmore Cove. A potem jeszcze minęli 
się w hotelu, zamieniwszy ze sobą kilka słów. 

„Przystojny" - pomyślała. 

Zapewne nie z rodzaju tych mężczyzn, którzy mogą podobać się 
rodzicom... ale na jego twarzy widać ślady jakichś mocnych przeżyć. 
Tajemniczy mężczyzna z morza, który mógłby rozpalić niejedno serce 
spragnione przygody. Takie jak jej. 

Tak lepiej, prawda, Blizno? - szepnęła fryzjerka, głaszcząc 

Manfreda po włosach. - Musisz tu pobyć jeszcze kilka godzin, ponieważ 
pani Obliwii nie ma w domu. Wiesz może, gdzie mogę ją znaleźć? 

Obliwia... odeszła. Odeszła! 

A dokąd? 

Do Wenecji... - z trudem wyszeptał Manfred, majacząc w 

gorączce. 

background image

Pojechała do Wenecji? 

Lew... Lustra... lustra... 

Chcesz lusterko? Lustra? 

Tysiąc siedemset... 

Tyle to ja nie mam, Blizno - roześmiała się Gwendalina. 

Manfred dalej majaczył. 

u : ms: : mnmmmmr&iimimp 43 

Tysiąc siedemset... A kiedy czekałem, mój motor... od luster... cały 

podziurawiony... przeklęte bachory... po Egipcie... z mapą... 

Gwendalina postała chwilę, wsłuchując się uważnie w jego słowa, po 
czym stwierdziwszy, że nic z tego nie rozumie, jak najciszej wyszła z 
pokoju. Przysiadła w kuchni, by raz jeszcze zadzwonić do domu panny 
Newton. Nagrała kolejną wiadomość na automatycznej sekretarce 
Obliwii, a po chwili, niezadowolona, zadzwoniła do matki. 

Nie zgadniesz, co mi się przydarzyło. Doprawdy nie zgadniesz. 

Tak! Ale skąd możesz wiedzieć? To mężczyzna, tak. Co znaczy „w 
końcu"? Ale to nie tak, jak myślisz. Nie! Nie możesz przyjść go poznać. 
Śpi. Gorzej, majaczy. Ma gorączkę. Opowiada, że spadł z urwiska z 
powodu konia. Może przegrał jakiś zakład i stracił wszystkie pieniądze? 
Nie wiem. W każdym razie dopłynął do brzegu i ja go znalazłam. Jasne! 
Tajemnicze i fascynujące... Co mówisz? Nie, nie zostawiłam go całego 
upapranego algami! Przebrałam go w piżamę Alfonsa. Może dzięki 
temu nie porzuci mnie na dzień przed moimi urodzinami... Pasuje na 
niego idealnie. Całkiem jakby na niego szyta. Widzisz? To znak losu, 
mówię ci. Nie, nie wiem. Na razie go przezwałam... Blizna. 

W pokoju obok Manfred majaczył coraz głośniej. 

background image

Słyszysz? To on. Majaczy, mówiłam ci. Oczywiście, że użyłam 

lodu... ale on ciągle swoje. Opowiada o lwach, o motorze, o Wenecji... 
Musi być jakimś podróżnikiem... 

Gwendalina przysłoniła dłonią słuchawkę. Głos Manfreda przybierał na 
sile. 

 

 

Gorączka 

Wybacz na moment, mamo. Teraz wojuje z ogrodnikiem i parą 

dzieciaków. Zadzwonię później. Cześć. 

Gwendalina wróciła do saloniku. Manfred rzucał się na kanapie, 
nieustannie ściągając prześcieradło, którym go Gwendalina okryła. 

Wrota Czasu... w willi... willa! Chcę zobaczyć drzwi. Ale są 

dzieciaki... dzieciaki... trzeba powstrzymać te przeklęte bachory... 
Trzeba je zatrzymać! 

Gwendalina stała się nagle ostrożna. 

Nie sądzisz, że trochę przesadzasz, Blizno? 

Zatrzymać... zamknąć... powstrzymać! Zamknąć Wrota Czasu! W 

domu! Wszyscy w domu! 

W tym momencie zadzwonił telefon. 

Fryzjerka podbiegła w podskokach i podniosła słuchawkę. 

Gwendalina Mainoff, Fryzury z klasą. Przykro mi, ale dzisiaj 

zakład nieczynny. Tylko usługi w domu. - Odczekała kilka sekund i 
wybuchnęła: - Mamo! Mówiłam ci, żebyś do mnie nie dzwoniła na 

background image

numer zakładu! Nie, nie jest gorzej, mówi o dzieciach, które 
zablokowały Wrota Czasu. Tak. Och, komu ty to mówisz! Z tym 
wszystkim, co mam do zrobienia, mnie też przydałyby się Wrota Czasu! 

V- l 

¡¡i immmffixmimmmBammi&imim 

«oattsitus ^n-am&'zmm 

ad laguną wstawał delikatny świt o barwie glicynii, 

przebijając się przez nocną mgłę. Stopniowo wychy- 

lające się z tej mgły dachy i mosty Wenecji kazały zapomnieć o ciemnej 
nocy. 

Promień słońca padł na dwie postacie stojące w progu starych drzwi, 
jakby zastygłe w smudze światła. 

Nie zrozumiałaś, Obliwio... - odezwała się jedna z nich, opierając 

dłoń na drzwiach, jakby chcąc w ten sposób przeszkodzić w ich 
otwarciu. - Tylko jedno z nas może powrócić... 

Dlaczego? - warknęła druga postać. Obliwia Newton wiedziała 

doskonale, że jeśli ktoś przekroczy Wrota Czasu, może powrócić. - Ty 
przybyłeś do Wenecji przez te same drzwi i nie wróciłeś, zatem... 

Peter Dedalus zrobił krok, wycofując się z zasięgu promienia słońca, 
które cętkowało jasnymi plamkami stare drewno drzwi. 

Przypominam ci jeden ważny szczegół - powiedział. - Udało ci się 

otworzyć drzwi w Domu Luster, ale Wrota Czasu można otworzyć tylko 
wtedy, gdy ten, kto je przekroczył, powrócił. 

Ale przecież ty nie wróciłeś... - odparła Obliwia. - Więc 

background image

Że ktoś z Wenecji powrócił zamiast mnie. Obliwia zaśmiała się 

drwiąco. 

Chcesz powiedzieć, że w Kilmore Cove żyje jakiś obywatel z... 

osiemnastowiecznej Wenecji? 

Teraz z kolei zaśmiał się Peter. 

Jeśli o to chodzi, to jest ich dwoje. 

to oznacza... 

 

Co masz na myśli? 

Żona Ulyssesa Moorea, Penelopa,pochodziła stąd. Była 

wenecjanką z osiemnastego wieku. 

A to znaczy, że... - wyszeptała Obliwia, usiłując powstrzymać 

napór myśli. 

Że ktoś zgodził się pozostać w Wenecji zamiast niej - dokończył 

za Obliwię Peter. 

A ty wiesz, kto to taki? 

Nie - odpowiedział zegarmistrz. Potem poszperał pod płaszczem i 

wyciągnął z kieszeni wenecką monetę. Podsunął ją Obliwii pod nos. 
Data wybita na pieniążku wskazywała rok 1751. 

Proponuję ci zakład. 

Wiesz, że uwielbiam grać. 

Najpierw jednak zapraszam na kawę... 

background image

Wenecja, spowita w swe ponadczasowe piękno, właśnie się przebudziła. 
Przed kawiarenki wystawiano już stoliki dla klientów, a kupcy sukienni 
otwierali swoje kramy. Z barek wyładowywano kosze z jarzynami na 
poranny targ, a wędrowni sprzedawcy szczotek zaczynali krążyć od 
domu do domu, oferując kije. 

Obliwia i Peter usiedli na stołkach kawiarni przy calle delia Carita i 
zamówili czarną, gorącą kawę. Dostawszy ją, objęli kurczowo swe 
filiżanki zmarzniętymi dłońmi, dla rozgrzania. 

Mieli na sobie długie, zniszczone płaszcze, spod których wyglądały 
całkiem różne ubrania: Peter miał na sobie barchanowe, zabrudzone 
sadzą spodnie, Obliwia - kombinezon z czarnej skóry, do jazdy na 
motorze. 

I j> 

Dlaczego musimy urządzać całe to przedstawienie, Peter? 

ponownie spytała kobieta, dopiwszy ostatni łyk kawy. Jej długie, 

fioletowe paznokcie, którymi nerwowo bębniła o blat stolika, 
przypominały tajemnicze, egzotyczne owady. 

A przede wszystkim powiedz mi, dlaczego na mnie czekałeś? 

Peter nie odpowiedział. Próbował osadzić nowe szkła w drucianej 
oprawce okularów. Stare okulary stracił poprzedniego wieczoru podczas 
pożaru w laboratorium. 

Obliwia Newton musiała zaczekać, aż zręczne palce zegarmistrza z 
Kilmore Cove ukończą swą pracę. 

Wcale na ciebie nie czekałem - odpowiedział w końcu, patrząc jej 

prosto w oczy. - Po prostu nadeszliśmy jednocześnie. , 

background image

Mogłeś otworzyć Wrota Czasu i uwięzić mnie tu na za-wsze... - 

powiedziała Obliwia lodowatym głosem. - A potem pobiec do swych 
przyjaciół i uprzedzić ich o niebezpieczeństwie: „Obliwia zna tajemnicę 
Pierwszego Klucza! Wyjawiłem jej i ten ostatni sekret! I ujawniłem, że 
Black Wulkan zabrał ze sobą wszystkie klucze!". Mogłeś to zrobić, czyż 
nie? 

Peter Dedalus przytaknął. 

Może i mogłem. 

No więc? 

Zegarmistrz westchnął. 

Ale nie czułem... 

Zakład... - przerwała mu sucho Obliwia. Peter wziął głęboki 

oddech. 

Chcesz powrócić do Kilmore Cove - powiedział - żeby odnaleźć 

Pierwszy Klucz i wszystkie pozostałe, które Black Wulkan ukrył w 
bezpiecznym miejscu? 

mmmimmn:pj/stivjmimi®ii> W Wenecji 

-Tak. 

Ale nie możesz tego zrobić. 

A dlaczego? 

Bo Black Wulkan nie jest taki głupi, żeby chować klucze w 

Kilmore Cove. Ponieważ istnieją ludzie tacy jak ty, od których trzeba je 
trzymać daleko. Bardzo daleko. Już ci mówiłem, co zrobił: otworzył 
Wrota Czasu w miasteczku i... pozostał po drugiej stronie. 

background image

Obliwia zagryzła wargi. 

A zatem drzwi, które otworzył... 

Tak: te drzwi są zamknięte. I pozostaną zamknięte, dopóki ktoś 

przez nie nie powróci. 

Spieszy mi się, Peter. Zakład? 

Jest tylko jeden sposób, żeby odnaleźć Blacka Wulkana. 

I ty go znasz? 

-Tak. 

I zechcesz mi go zdradzić? 

Może. - Peter wskazał na monetę i powiedział: - Z drugiej strony 

jednak, ja także chciałbym powrócić do Kilmore Cove. I co najmniej 
jedna sprawa jest dla mnie niejasna. 

Kto powrócił do Kilmore Cove zamiast ciebie? - odgadła Obliwia. 

- I zamknął ci drzwi przed nosem? 

No właśnie. Powiedzmy, że oboje mamy ważne powody, żeby 

powrócić, ale mamy tylko jeden bilet powrotny. 

Więc? - nalegała Obliwia. 

Więc rzucimy tę monetę. Awers czy rewers. Kto wygra, ten wróci. 

Obliwia spojrzała na monetę lśniącą na blacie stolika. 

Jeśli się zgodzę, powiesz mi, jak mogę odnaleźć Blacka? 

irammmz^mmminmiie/immmm'P 51 
^mm^^AP^ninminritmmmiPmimp.i, 

 

background image

Powiem. 

A jeśli się nie zgodzę? 

Możesz wrócić do Kilmore Cove nawet od razu, ale nie poznasz 

sposobu na odnalezienie Blacka. 

Obliwia podniosła monetę, zważyła ją w dłoni i obróciła między 
wymalowanymi paznokciami. Głęboko odetchnęła i spytała: 

Jeśli się zgodzę, co będziesz z tego miał? 

Pięćdziesiąt procent szans, że wrócę do domu. I uwolnię się od 

tajemnicy. 

Kobieta na stole zakręciła monetą. Odczekała, aż przestanie się kręcić i 
powiedziała: 

Zgoda. 

Peter wyprostował się gwałtownie, jakby był z gumy. Poprawił koślawe 
okulary i powiedział: 

No to chodź ze mną. 

Dokąd? 

Do mojej mechanicznej gondoli. 

iedy dzwon wybił południe, ze wszystkich klas nie- 

mal jednocześnie wybiegły dzieci. Radośnie krzy- 

cząc, ruszyły w stronę schodów wyjściowych, zwalniając lekko jedynie 
przed drzwiami gabinetu dyrektora. A dyrektor stał w drzwiach 
nieruchomy jak słup soli. 

background image

Od tłumu uczniów odłączyły się trzy osoby. To Jason, Julia i Rick bez 
słowa przystanęli obok nieruchomej postaci dyrektora. 

Dyrektor udawał, że ich nie widzi, aż do chwili, gdy ostatni z uczniów 
nie opuścił szkoły. Skierował pytający wzrok na Ricka. 

A ty czego tu szukasz, Banner? 

Jest z nami - wyjaśnił Jason. 

Doprawdy? 

Tak. Jest zakochany w mojej siostrze. 

I Rick, i Julia dali mu w tym momencie kopniaka w kostkę, a zrobili to 
tak szybko, że dyrektor niczego nie spostrzegł. 

Uważaj Bannerze młodszy, panna Covenant odbywa karę - 

powiedział bardzo poważnie pan dyrektor. 

Twarz Ricka przybrała kolor jego włosów. 

Julia Covenant, która była w tej chwili chyba jeszcze czer-wieńsza od 
Ricka, zignorowała brata rozcierającego właśnie obolałe kostki. 

Czy teraz mógłby pan nam zwrócić klucze od domu, panie 

dyrektorze? - spytała. 

Dyrektor długo i uważnie przyglądał się całej trójce wzrokiem 
człowieka przyzwyczajonego do kontaktów z największymi łobuzami. 

W tym momencie rozległ się na schodach stukot kroków Miss Stelli - 
rytmiczny odgłos jej nieodłącznych szpilek. To dało dyrektorowi 
pretekst, by jeszcze trochę przedłużyć męki dzieci. 

Zapytamy jeszcze, jak Miss Stella ocenia wasze dzisiejsze 

sprawowanie. 

background image

Ojej! - jęknął Jason i przysiadł na najniższym stopniu. 

Wszyscy czworo czekali w ciszy, aż wychowawczyni skończy swój 
długi i mozolny marsz po schodach. Miss Stella była mile zaskoczona, 
widząc czekający na nią komitet honorowy. 

Panno Stello - spytał dyrektor - chciałbym się dowiedzieć, jak 

dzisiaj zachowywało się rodzeństwo Covenant? 

Twarz wychowawczyni rozpromieniła się w szerokim uśmiechu. 

Nie tylko dobrze się sprawowali, lecz byli świetni w interpretacji 

rozmaitych wierszy, które im dziś w klasie czytałam. 

Zadowolony dyrektor pożegnał wychowawczynię. 

Czy teraz zwróci nam pan klucze od domu? - ponownie zapytała 

Julia. 

Dyrektor nic nie odpowiedział, ale wyprowadził całą trójkę przed 
szkołę. 

Pan Covenant czekał na dzieci w samochodzie zaparkowanym po 
drugiej stronie placu. Dyrektor wypatrzył go natychmiast. Ustawiwszy 
się tak, by dobrze go widzieli, wygłosił ostatnią pokazową reprymendę, 
którą zakończył tymi słowami: 

Zatem jeśli bodaj jeszcze jeden raz przyłapię któreś z waszej 

trójki... 

stmimsm 

 

Chwileczkę! - zaoponował Rick. - A co ja mam do tego? 

Masz, masz także i ty, Banner! - uciął krótko dyrektor. 

background image

Inaczej byś tu teraz z nimi nie był. Zatem, jeśli jeszcze bodaj jeden 

raz przyłapię któreś z waszej trójki na zmyślaniu jakichś historyjek, byle 
by tylko nie pójść do szkoły, nie będzie żadnych latarni, rowerów ani 
cukierni na usprawiedliwienie! Nie unikniecie tak łatwo kary, na którą 
zasłużycie! - Dyrektor odczekał chwilę, żeby dzieci do głębi odczuły 
groźny ton jego głosu, zakończył: - Zachowuję sobie na przyszłość 
prawo decyzji co do zawartości pudełka z waszymi skarbami, a dziś 
zwracam wam tylko ich część. Oto klucze od domu... 

i mówiąc to, podał Julii cztery klucze od Wrót Czasu. 

Jason spojrzał z niesmakiem na jakiś kawałek plastiku w dłoni 
dyrektora. 

A zdjęcie? A mój medalion egipski? 

Jutro rano. Przed lekcjami. - Dyrektor uśmiechnął się i zrobił 

efektowny w tył zwrot na obcasach. - Tylko punktualnie, przypominam. 

Myślałem, że już nigdy nie przyjdziecie - odezwał się pan 

Covenant, kiedy dotarli w końcu do auta. 

Tato, pamiętasz Ricka? - Julia przedstawiła kolegę. 

Hmmm... za dnia, bez sadzy i alg na głowie wygląda całkiem, 

całkiem... Cześć, Rick. 

Dzień dobry panu. 

Dzień dobry panu - przedrzeźniał go Jason, siadając na tylnym 

siedzeniu auta z pochmurną twarzą. 

Pan Covenant spojrzał na syna i spytał: 

Jakiś problem? 

 

background image

w domu Bannera <msasgmmmmti8m& 

W pewnym sensie tak - wtrąciła się Julia. - Mamy masę lekcji do 

odrobienia i... prawda, że Rick może przyjść do nas dzisiaj po południu, 
żeby się z nami uczyć? 

Jasne - uśmiechnął się pan Covenant, wskazując palcem prawej 

ręki urwisko. - Może jednak powinniśmy spytać jeszcze mamę. Możecie 
chyba zdzwonić się po obiedzie? 

Oczywiście - odpowiedział Rick. - Ja do was zadzwonię. Do 

widzenia panu. - Cofnął się kilka kroków, wziął swój rower i spojrzał na 
Julię: - Zadzwonię do ciebie. 

Nie, to ja zadzwonię - odpowiedziała dziewczynka. 

Robią się niemożliwi - wysyczał Jason, zapinając pas. 

Rick pedałował z lekkim sercem. Dzień zapowiadał się fantastycznie. 
Mieli przed sobą całe popołudnie - mnóstwo czasu na poszukiwania. 

Przemknął obok kościoła w Kilmore Cove z szybkością mewy. 
Radośnie pomachał ręką ojcu Feniksowi, stojącemu w cieniu dzwonnicy 
i gawędzącemu z kilkoma osobami. Potem skierował się w stronę 
morza, gdzie rybacy zajęci byli zwijaniem płóciennych zadaszeń nad 
straganami. 

Willa Argo górowała nad urwiskiem. Rick czekał, aż na pełnej zakrętów 
drodze ukaże się srebrzysty samochód ojca Julii i Ricka. Gdy tylko 
ujrzał go, oparł nogę o kamienny pachołek, który znalazł gdzieś 
nieopodal, i siedząc tak na rowerze bez ruchu, obserwował, jak auto 
bierze jeden zakręt za drugim, wspinając się ku górze, do samego domu. 

Nie, to ja zadzwonię - wyszeptał, kiedy auto mignęło po raz 

ostatni, znikając w zieleni parku. 

background image

Rick uśmiechnął się i ruszył w stronę domu. 

imsin^^immnram^rim^^mp 57 (mimmmmm^nmrnm^mimmmi 

 

 

 

(tznzttmsttmmitiimmnfimiii 

A to co? - spytała go matka kilka minut potem. Nie mogła 

zrozumieć, co się stało. 

Rick wrócił do domu z małym pakunkiem. Prezent - kwadratowe 
kartonowe pudełko - opakowany był w lśniący żółty papier i 
przewiązany zieloną wstążką z dużą kokardą i z kłosem zboża. 

Rozpakuj to, śmiało! 

To dla mnie? 

Tak, mamo. Dla ciebie i trochę dla mnie. 

Matka wzięła prezent, usiadła przy stole i odsunęła brzeg kraciastego 
obrusa. Położyła pakunek na stole i znieruchomiała, wpatrując się weń 
tak, jak patrzy się na coś niespodziewanego. Za jej plecami bulgotała w 
garnku kartoflanka. 

Co? Niecierpliwisz się? 

Może - uśmiechnął się syn. - Śmiało! 

background image

Z pakunku rozchodził się słodki zapach owoców. Pani Banner zdjęła 
fartuch. Właśnie wróciła z cotygodniowego sprzątania w domu 
Connorsów i była umordowana. 

Co świętujemy? - spytała, rozwiązując zieloną wstążkę dłońmi, 

które jeszcze czuć było amoniakiem. 

Może wspaniałe popołudnie? - zaproponował Rick. 

Wstążka zsunęła się na podłogę i lśniący papier rozchylił 

się z głośnym szelestem, ukazując tuzin ogromnych marmoladek 
owocowych posypanych kryształkami cukru. 

Pani Banner na ich widok podniosła rękę do ust: 

Rick! Ależ to są nasze... - wykrzyknęła, przejęta do głębi. 

Tak - dokończył za nią Rick. - To nasze ulubione smakołyki. Moje, 

twoje i... taty. 

Oboje poczuli, jak zalewa ich gwałtowna fala wspomnień. 

 

Tata Ricka każdej niedzieli po mszy kupował u Chubbera marmoladki 
owocowe. Mama gawędziła wtedy ze znajomymi, podczas gdy Rick 
ganiał po placu mewy, zaintrygowane biciem dzwonu. Rick często 
towarzyszył ojcu do cukierni i wybierał marmoladki ze szklanej wazy: 
brał pięć różowych, swoich ulubionych, i tylko dwie zielone, które 
według niego miały zbyt cierpki smak, ale które bardzo lubił ojciec. 

Potem jednak i ojciec, i marmoladki zniknęli z domu Bannerów. Ojciec 
zaginął gdzieś na morzu, marmoladki - na półkach pachnącej cukierni 
Chubbera, gdzie matka nie miała już odwagi zajść. 

background image

Śmiało! - powiedział Rick, który postanowił tego dnia przywrócić 

dawną tradycję, nawet jeśli to akurat nie była niedziela i nie byli na 
mszy. - Wybierz sobie jakąś. 

Oczy matki zaszły łzami. Pokręciła przecząco głową. 

N... nie. Ty weź pierwszy. 

Rick wybrał jedną z dwóch zielonych marmoladek, które lubił ojciec. 

Włożył ją do ust, potrzymał ją przez chwilę, nie gryząc, i z obawą 
oczekiwał chwili, kiedy poczuje cierpkość. Tymczasem niespodziewanie 
poczuł delikatny smak i aromat mięty. 

Uśmiechnął się. Zasmakowała mu. 

Dorósł. 

■ĄPAimmmit^msrimmmmmim^^Bmt» 

 

::S!K3 

Leonard Minaxo odsunął na bok telefon z czarnego bakelitu. Potem 
odłożył na miejsce mapę morską, jedną z tych, jakich pełno było na 
półkach w izbie na szczycie latarni. Nad mapką z wykresami 
barometrycznymi znajdował się egzemplarz Ciekawego podróżnika, 
przewodnika po Kilmore Cove, który zabrał z „Wyspy Calypso" 
poprzedniego dnia, żeby nie wpadł w ręce dzieci. 

Zamknął za sobą drzwi i zaczął schodzić po krętych schodkach 
oddzielających górę latarni od jej podstawy. Schodków było ponad 
tysiąc - bez poręczy, przymocowanych wprost do ściany, która swym 
wyglądem wywoływała dreszcz niepokoju. Przez całe lata Leonard 

background image

przybijał na niej szkielety większych ryb, jakie mu się udało złowić. 
Wśród okazów królowały trzy szczęki rekina z Pacyfiku, kły morsa i 
długi róg narwala oraz szczęka wieloryba złowionego na północ od 
Syberii. 

Doszedł do drzwi na dole schodów, minął je i zszedł pod ziemię. Skręcił 
kilkakrotnie, tak jak prowadziły go kręcone schody, i dotarł do 
zamkniętych drzwi, które blokowały przejście. Sprawdził zamki i wrócił 
na parter, po czym wyszedł z latarni. 

Wiał silny zachodni wiatr, pchając niskie fale prosto na ląd. Mężczyzna 
wszedł do stajni i otworzył boks Ariadny. - Nadszedł twój czas - 
powiedział do klaczy, czyszcząc jej kark. - Wyruszamy jeszcze dziś. 

Osiodłał ją dwoma szybkimi ruchami i wyprowadził na łąkę przed 
domem. Zastanowił się chwilę, czy wszystko pozamykał i czy ma nóż za 
pasem, po czym wprawnie wskoczył na siodło. 

Naprzód! - krzyknął wprost do uszu Ariadny - Jedziemy do lasu, 

maleńka! 

Klacz ruszyła nerwowym truchtem, a już po chwili pędziła galopem. 

Leonard pochylił się w siodle jak stary kowboj. Przejechał w mgnieniu 
oka ścieżkę prowadzącą z cypla na drogę na-brzeżną i skręcił ku 
wzgórzom Crookheaven. 

Ariadna - prowadzona delikatnie, lecz zdecydowanie - wybiegła na 
wąską, krętą ścieżkę wiodącą wzdłuż nieregularnych pagórków i pędziła 
w stronę wzgórza na tyłach miasteczka. Ścieżka wiodła na wierzchołek 
wzgórza, a potem dalej wzdłuż szczytu. 

Wkrótce wiatr od morza ucichł, ustępując miejsca ciepłym prądom 
wśród wzgórz. 

background image

Ariadna dobiegła do lasu i wpadła między gałęzie drzew. Dopiero teraz 
Leonard wyprostował się w siodle, a koń przeszedł w stępa. 

Wolniej, wolniej... - szepnął. - Dosyć dawno mnie tu nie było. 

Las był niski i niezbyt gęsty, zarośnięty barwnymi krzakami i 
trawiastym poszyciem. Tu i tam rosły wiekowe dęby i wątłe drzewa o 
jasnej korze, wysokie i cienkie, przypominające czerwonaki. 

Leonard bardzo dobrze znał te ścieżki i kierował Ariadnę w głąb starego 
lasu, tam gdzie większa gęstwina i głębszy mrok. 

Zsiadł tylko raz, żeby zbadać teren. Dojechał do jakiejś szerszej drogi, 
wjechał na nią i dotarł do pnia zaznaczonego czerwoną wstążeczką. Tu 
skręcił w lewo. 

narami. 

Yamrz :smmmi.<mrm> 

 

Zsiadł z konia i, pogwizdując, zabrał się do usuwania sterty gałęzi, w 
czym pomagał sobie nożem. Ariadna skorzystała z tego, by skubnąć 
smacznej świeżej trawy. 

Po jakichś dziesięciu minutach Leonard skończył pracę. Odsłonił wielką 
koparkę nakrytą zielonym brezentem, zlewającym się kolorystycznie z 
gałęziami drzew i suchymi ko- 

Uniósł plandekę, odsłaniając napis: Rozbiórki - Cyklop. 

Poczuł wielką radość. 

Obszedł maszynę dokoła, zdjął plandekę i jego oczom ukazała się 
wielka żółta koparka z wygiętym w łuk chwytakiem podobnym do szyi 
dinozaura. Wskoczył najpierw na gąsienicę, potem do kabiny i podłożył 

background image

sobie pod plecy czarną poduszkę wyjętą z fotelika operatora koparki. 
Splunął w obie ręce, patrząc przy tym na kierownicę i drążek zmiany 
biegów, tak dobrze mu znane. Ze zdenerwowania aż uniósł prawą brew, 
ale prawie w tym samym momencie przypomniał sobie, że klucz od 
stacyjki schowany jest za pedałem gazu. Pochylił się i podniósł go. 

Włączył silnik i chwycił kierownicę. 

- Ruszaj, bestio. Znów musimy wziąć się do roboty! 

 

PIATY 

Tytuł: 

OBIAD W WILLI ARGO 

Rozdział: 

Projektant: 

PSTER DEDALUS 

 

 

 

 

Json ze smętną miną spoglądał na górę zielonego groszku, jaką mama 
nałożyła mu na talerz. Po chwili, pogrążony w ponurych myślach, zaczął 
budować małe piramidki z zielonkawych kuleczek, po czym użył 
widelca w charakterze miniaturowej katapulty, wyrzucającej te malutkie 
pociski. 

background image

Podczas gdy Julia opowiadała, co się działo dzisiaj w szkole, on 
wyliczał w myśli kolejne porażki: dyrektor zabrał mu amulet otrzymany 
w prezencie od Maruk w Krainie Puntu oraz jedyne zdjęcie Ulyssesa 
Moore'a; nie udało mu się dotrzeć do latarni i porozmawiać z Minaxo; 
miał dość tych mdłych i głupkowatych słodkich oczu, jakie zaczęli do 
siebie robić Rick i Julia; a w dodatku musiał siedzieć przy tym stole, nad 
zielonym groszkiem... 

A tobie jak upłynęło przedpołudnie? - spytała go mama, 

poślizgnąwszy się na groszku wystrzelonym nieopatrznie na podłogę. - 
Och, Jasonie, przestań się bawić jedzeniem! 

Chłopiec odsunął talerz. 

Nie jestem głodny. 

Skończ groszek - upomniał go ojciec spokojnie. - I odpowiedz 

matce na pytanie. 

Jakie pytanie? 

Jak było w szkole... - podpowiedziała mu szeptem Julia. 

Dopiero wtedy Jason porzucił swoje rozważania i powrócił do 
rzeczywistości. Wszyscy czworo siedzieli przy obiedzie na werandzie 
przed kuchnią, biały obrus trzepotał na wietrze, a słońce prześwitujące 
przez gałęzie drzew w parku malowało żwir wokół nich w jasne plamy 
Willa Argo, ciemno- 

 

mtmmmimtiisimsmp 

Obiad w Willi Argo 

 

background image

szara masywna budowla na stromiźnie urwiska, wyglądała tak, jakby 
miała zamiar rzucić się w morze. 

W szkole? Normalnie... - odpowiedział Jason, spoglądając na 

talerze pozostałych. 

Julia właśnie nam powiedziała, że czytaliście wiersze - zauważył 

ojciec i podsunął mu znacząco talerz z groszkiem pod sam nos. 

Tak. Takie tam, wydumane... 

To znaczy? 

Że to, co napisane w wierszu, nie znaczy wcale tego, co napisane. 

Fantastycznie - powiedział pan Covenant. - Mniej więcej tak jak 

to, co nam mówisz, nie oznacza tego, co myślisz. 

Jason.ciągle jeszcze poluje na ducha, który mieszka w tym domu - 

wtrąciła Julia, usiłując zmienić temat. 

Pani Covenant postawiła na moment stos talerzy na rogu stołu, by 
poprawić sobie włosy, które wymknęły jej się spod klamerki. 

Czy nam wierzycie, czy nie, ja się zgadzam z Jasonem. Zdumiony 

chłopiec podniósł wzrok. 

To znaczy? 

Całe przedpołudnie walczyłam z domem, usiłując znaleźć miejsce 

dla mebli, które nadejdą. Ale to koszmar, wierzcie mi. Ten dom jest 
jakiś zaczarowany. 

Niedługo nadjedzie Homer i pomoże nam - zauważył pan 

Covenant, patrząc na zegarek. 

Chcecie go tu wpuścić? - spytał zaniepokojony Jason. 

background image

No tak. Czemu nie? To architekt. 

 

 

I będzie przestawiał takie tam różne... stoły, fotele czy... szafy? 

Jasonie, o co ci chodzi? 

Chłopiec rzucił siostrze ostrzegawcze spojrzenie. Z jeszcze jednym 
dorosłym w domu skorzystanie z Wrót Czasu tego popołudnia będzie 
znacznie trudniejsze, jeśli w ogóle nie wykluczone. 

O to, że jeśli wy z tym panem będziecie przestawiać meble... - 

wtrąciła Julia - to nam będzie trudno skupić się na nauce. No nie, Jason? 

Mhh... 

Do licha, dzieci! - wybuchnął pan Covenant. - Przecież tu jest tyle 

miejsca, że nawet nas nie usłyszycie. A poza tym to nam nie zajmie 
całego popołudnia. 

Nie byłabym tego taka pewna - odezwała się żona. - Tu właściwie 

nic się nie da przestawić. Wiesz, co mi śię zdarzyło dziś rano? 
Przypominasz sobie tę jadalnię z czarną szafą i dwoma narożnikami? 

Pan Covenant skinął głową, jakby chciał powiedzieć: no, tak z grubsza. 

Na narożnikach stoją dwa wazony. Zdjęłam je i przeniosłam do 

salonu, bo pomyślałam sobie, że moglibyśmy postawić na ich miejscu te 
dwa czerwone kandelabry, które nam podarowała moja mama. 

Uśmiech na twarzy pana Covenant zamarł, a twarz przybrała wyraz 
melancholijnej uległości. Zawsze nienawidził tych czerwonych 
kandelabrów od teściowej. 

background image

I co? - mruknął. 

 

 

 

Obiad w Willi Argo 

<mmmmm 

Poszłam po coś na piętro, a kiedy wróciłam, oba wazony stały 

znów na narożnikach. 

A zatem żadnych kandelabrów od twojej matki - roześmiał się pan 

Covenant, wyraźnie podniesiony na duchu. 

Ale... nie rozumiesz? Jakim cudem dwa wazony same wróciły na 

miejsce na narożnikach? 

Jason chytrze się uśmiechnął. 

Duch - wyszeptał. 

No właśnie! - wykrzyknęła jego mama. - Duch, który nie życzy 

sobie, żeby tu... cokolwiek przestawiać. 

Dalej, Julio. Musimy go odnaleźć! - zawołał Jason, wstając od 

stołu. 

Pan Covenant kazał mu usiąść z powrotem. 

Najpierw jednak skończysz ten groszek - powiedział stanowczo. 

Niedługo potem pani Covenant wyszła z kuchni z filiżanką kawy dla 
męża. Poobiednia kawa to był nawyk nabyty podczas ich ostatniej 
podróży do Włoch. 

background image

Możemy zrobić tak - zaproponowała Julia, powracając do tematu 

lekcji. - Jeśli wy dzisiaj nie meblujecie saloniku z kamiennym 
sklepieniem, to my tam się spokojnie usadowimy. 

Jason, łykając ostatni kęs groszku, aż zadrżał z podziwu dla pomysłu 
siostry: mając do dyspozycji ten pokój, mieliby także pieczę nad 
Wrotami Czasu i nikogo obcego by tam nie wpuścili. 

A nie moglibyście się ulokować w jakimś spokojniejszym miejscu, 

na przykład w bibliotece? - spytał ojciec, bio- 

rąc z uśmiechem filiżankę kawy. Wsypał do niej pół łyżeczki cukru i 
zaczął energicznie mieszać w kierunku przeciwnym do wskazówek 
zegara. - A wasz przyjaciel? Przyjdzie się z wami uczyć? 

Jaki przyjaciel? - spytała pani Covenant. 

Rick - odpowiedziała Julia. 

Ten z rudymi włosami - dopowiedział Jason. 

Pan Covenant odłożył łyżeczkę na brzeg talerzyka, sięgnął po filiżankę i 
przybliżył ją do ust. 

I dokładnie w tym momencie zadzwonił telefon. 

Czy to możliwe? - wybuchnął, odsuwając gwałtownie filiżankę. - 

Za każdym razem to samo! 

To do ciebie - roześmiała się żona. 

Pan Covenant podniósł się od stołu, prychając, i zniknął w głębi domu, 
przy telefonie. 

Dzieci, siedząc na werandzie, słyszały, jak odbiera telefon i jak coraz 
głośniej wykrzykuje jakieś nerwowe uwagi. 

background image

Skończyłem - oznajmił Jason, wstając od stołu. - Idę. 

Julia dała mu znak, by usiadł jeszcze i był cicho. Oboje 

z coraz większym przejęciem zaczęli wpatrywać się w drzwi od kuchni, 
skąd miał nadejść ojciec z jakimiś nowinami. 

To nie do wiary! - wybuchnął pan Covenant, wracając do stołu. 

Chwycił filiżankę kawy i wściekły wypił duszkiem kawę. - Istne 
szaleństwo! To kompletni durnie! Idioci! 

Co się stało? 

Stało się, że ci z transportem zawrócili! 

Jak to zawrócili? 

Powiadają, że najpierw natrafili na leżące w poprzek drogi 

zwalone potężne drzewo! A przecież nie było burzy, 

tmmimmmmimsmmgBa 

która mogłaby wyrwać z korzeniami drzewo! Pocięcie tego drzewa 
zajęłoby im całe przedpołudnie! Ale to nie wszystko! Mówią, że na 
drodze natrafili na takie dziury, że bali się uszkodzić ciężarówkę. 

Dziury? 

Czy ty wczoraj widziałaś bodaj jedną dziurę? 

Może pomylili drogę... - powiedziała mama. 

Nie ma innej drogi! I tak dobrze, że jest choć ta jedna! Ale i to nie 

koniec! Kierowca ciężarówki definitywnie zawrócił, kiedy zobaczył 
jakiegoś jednookiego olbrzyma kierującego potężną żółtą koparkę 
wprost na nich! 

Julia z Jasonem wymienili błyskawicznie spojrzenia. 

background image

Ty chyba żartujesz? - Pani Covennat nie dowierzała własnym 

uszom. 

Dopiero co usłyszałem to wszystko od Homera. Umówiliśmy się w 

miasteczku na placu. Pójdziemy sprawdzić, co, do diabła, zdarzyło się 
na drodze. 

A ja co mam robić? 

Nie wiem, co ci powiedzieć - odparł pan Covenant, odrzucając 

serwetę. - Odpocznij sobie. Poczytaj książkę. Idź na spacer. Ja 
wychodzę. - I wyszedł, a kilka kroków dalej, dochodząc do samochodu, 
wykrzyknął wściekły: - Kurczę! Kurczę! Kurczę! 

Jason i Julia odczekali, aż odjechał, a potem, kiedy mama zwróciła się 
do nich, jakby chciała o coś zapytać, zerwali się na równe nogi i zgodnie 
oznajmili: 

To my idziemy odrabiać lekcje. 

PO OBIEDZIE W WILLI ARGO 

Projektant: i Rozdział: 

PÍTER DEDALUS ¡ 10 

Dzieci pomknęły biegiem po schodach, wzdłuż których wisiały portrety 
dawnych właścicieli Willi Ar-go. Wiadomość przekazana ojcu przez 
telefon rozproszyła większość ponurych myśli Jasona i - niczym 
podmuch wiatru w żagle - ożywiła jego entuzjazm. 

Są u Chubbera, pojmujesz? - Opowiadał siostrze o porannym 

odkryciu, kiedy wbiegali do pokoiku w wieżyczce. 

Jesteś pewien? 

Jak tego, że tu stoję. 

background image

W Willi Argo, u pani Biggies... - wyliczała Julia - w Domu Luster 

i u Chubbera. Czworo drzwi. Ale ile ich jest w ogóle? 

Jason pokręcił głową. 

Tego nie wiemy i to jest pierwsza rzecz, którćj się musimy 

dowiedzieć. 

To od czego zaczniemy? 

Od biblioteki - zaproponował. - Kiedy byliśmy na Wyspie Masek, 

Peter wspomniał o jakiejś książce, w której powinien się znajdować opis 
wrót w Kilmore Cove i rysunek Pierwszego Klucza. - Spojrzał pytająco 
na siostrę, co ona na to, ale Julia odwróciła się do niego plecami. 
Zamyślona, stała nieruchomo, patrząc przez okno wieżyczki w świetlistą 
dal zatoki Kilmore Cove. - Julio? 

Dziewczynka otrząsnęła się ze swych myśli. 

W porządku, biblioteka. Pójdę zadzwonić do Ricka. 

Jason zaczął przeglądać mosiężne tabliczki określające tematykę książek 
ustawionych na poszczególnych półkach w bibliotece Willi Argo. 

 

Po obiedzie w Willi Argo <mim^ammnimmm^ 

Z kuchni na dole dochodził brzęk talerzy zmywanych przez mamę, a za 
oknem wiatr giął gałęzie drzew w parku. Z nosem zadartym ku górze 
Jason przeszedł obok starego fortepianu, obok kanapy z bawolej skóry, 
obok kręconych fotelików, przez cały czas wpatrując się uważnie w 
grzbiety książek oprawionych w skórę, z wytłaczanymi złoconymi 
literami wytartymi ze starości, z czarnymi literami i bez liter. Tomy 
wysokie i cienkie - traktaty anatomiczne pełne obrzydliwych rysunków, 
małe kompendia z konstelacjami gwiazd i opasłe tomiska encyklopedii, 

background image

podręczniki z rysunkami grzybów i wszystkimi ich dziwnie brzmiącymi 
nazwami łacińskimi. Przejrzał długie szeregi powieści, dzienników 
podróży, zbiory atlasów i esejów filozoficznych. Kiedy tak przeglądał 
tom za tomem, wydawało się, że z góry, z sufitu, obserwują go z 
zainteresowaniem przodkowie rodziny Moore, wymalowani tam na 
potężnym obrazie drzewa genealogicznego. 

I nagle 'znalazł to, czego szukał. Ogarnęła go wielka radość. Książka 
była długa i wąska, oprawiona w ciemnoczerwoną okładkę. 

Jej tytuł, wytłoczony elegancką czcionką kroju liberty, brzmiał: 
Podręcznik dla eskapistów. Klucze, kłódki, tajemne przejścia i sposoby 
ucieczki. 

Podsunął fotelik pod półkę, wszedł nań i sięgnął po tę książkę, 
odkrywając ze zdumieniem, że w okładkę wprawione jest okrągłe 
lusterko. 

Julia powróciła, niosąc Słownik zapomnianych języków. 

- Rick przyjdzie później - powiedziała i przykucnęła na dywanie obok 
brata. - Co znalazłeś? 

tiimmmmm^imtimnminim&iKttiP 

 

Jason nie odpowiedział, pochłonięty lekturą książki, którą z zapałem 
kartkował. Długie i wąskie stronice były cieniutkie jak przebitka i miały 
kolor alabastru. Ani białe, ani szare, zadrukowane w dwóch kolumnach 
przedzielonych eleganckim motywem roślinnym. Od czasu do czasu 
ścisły druk przerywała czarno-biała ilustracja. Najczęściej były to 
skomplikowane kłódki, części zamków i mechanizmy służące do 
zamaskowania skrytek umieszczonych w szafach, kufrach i 

background image

mieszkaniach. Przy każdej ilustracji widniała gęsta siatka strzałek i 
numerków wyjaśniających szczegóły funkcjonowania. I tak, na 
przykład: unosząc dźwignię numer jeden, umieszczoną wewnątrz 
kandelabru, uruchamiało się ciężarek umocowany do bloczka numer 
dwa, który powodował, że sworzeń numer trzy odskakiwał i otwierały 
się drzwi w ścianie numer cztery, dotąd wyglądające jak zwykłe lustro. 

Jason przyglądał się z największą uwagą mechanizmom 
uruchamiającym w kłódce kombinację „voronoff", która umożliwiała 
zniszczenie zamka po jednorazowym jego użyciu. Odkrył też, jak 
wykonano specjalny ząb klucza „co-ąuebrune", używanego przez 
francuską szlachtę do schowków z cenną biżuterią. 

- Super... - szeptał przy każdej kolejnej kartce, wpatrując się z 
zachwytem w łańcuchy i kłódki, okute skrzynie i zapadki, tajemne drzwi 
obrotowe i sekretne schody. 

Potem, przypomniawszy sobie nagle, w jakim celu odszukał tę książkę, 
zamknął ją i ponownie otworzył na samym końcu, na spisie treści. 

Podręcznik składał się z wielu bogato ilustrowanych rozdziałów, 
autorstwa różnych osób. Jason położył książkę 

76 ^minmmmnimsmiinmmmimnit 

__ 

w.iv.mv.:mKrvmiP Po obiedzie w Willi Argo 

11 

na podłodze tak, żeby i Julia mogła ją widzieć, po czym rozchylił 
cieniutkie stronice ze spisem treści. Nazwiska poszczególnych autorów 
nie biegły alfabetycznie, ale chłopiec znalazł to, czego szukał: Raymond 
Moore, Krótkie rozpoznanie naukowe ośmiu drzwi w Kornwalii. 
Ciekawostka inżynieryjna i marzenie włamywacza, s. 223. 

background image

Osiem wrót! - wykrzyknął chłopiec, kartkując pospiesznie książkę 

w poszukiwaniu strony 223. 

Raymond Moore... - wyszeptała Julia, podnosząc wzrok na drzewo 

genealogiczne wymalowane na suficie. Odszukała to imię w gąszczu 
innych wypełniających gałęzie drzewa, zaczynając od ostatniego, 
Ulyssesa, a kończąc na protoplaście rodziny, Ksawerym. - O jest! - 
wykrzyknęła na widok imienia Raymonda, które umieszczone było 
bliżej Ksawerego niż Ulyssesa. Żonaty z niejaką Madame Fioną. 

Julia obliczyła pokolenia dzielące go od ostatniego właściciela Willi 
Argo i powiedziała: 

Mamy do czynienia z kimś, kto żył co najmniej czterysta lat temu. 

Leonard Minaxo też mi o nim mówił - dodał Jason. 

O Raymondzie? A przy jakiej okazji? 

Wczoraj - odpowiedział jej brat. - Kiedy wjechaliśmy do Turtle 

Parku, powiedział, że park zaprojektował przodek Mooreow, właśnie 
Raymond. - I mówiąc to, wskazał imię autora rozdziału. - I jeszcze... 
żeby nic nie pokręcić... wymknęło mu się, że Raymond był jego 
przodkiem. 

Zatem to latarnik... 

No właśnie - podsumował Jason i zabrał się do lektury. 

 

Rozdział był napisany staroświeckim językiem i w napuszonym stylu, 
charakterystycznym dla tamtych czasów. Po rozwlekłej przedmowie 
adresowanej do czytelników przodek Ulyssesa przechodził do tematu 
zapowiedzianego w tytule. Stwierdził, że dowiedział się o istnieniu 
spokojnej miejscowości w południowej Kornwalii, do której dotrzeć 

background image

można jedynie drogą morską, miejscowości w której znajduje się wiele 
dziwnych zamków. Raymond zilustrował je w odpowiednim dziale. 
Miasteczko składało się z nielicznych budowli kamiennych i niczym się 
nie wyróżniało, może z wyjątkiem czarującego krajobrazu, 
charakterystycznego w tych stronach. 

Julia zwróciła uwagę Jasona, że Raymond starannie unika podania 
nazwy Kilmore Cove oraz że podkreśla fakt, iż nie istnieją żadne drogi 
łączące je z innymi miejscowościami. Jest tylko jedna możliwość 
dotarcia tam - okrętem. 

Osiem zamków zamontowano na ośmiu drzwiach rozsianych po 
miasteczku: na stacji poczty konnej, w romantycznym domu sowy, w 
domku rybaka, w stajni, w starej świątyn-ce na szczycie wzgórza, w 
faktorii Beamish, w wieży strażniczej i w latarni. 

Ciekawe - zauważał autor opracowania - że żaden z zamków nie 
znajdował się w budynku reprezentacyjnym miasteczka, jak na przykład 
w kościele, lecz w miejscach najzupełniej zwyczajnych. A jedne drzwi 
były umieszczone nietypowo, oparte o tyły wozu, całkiem bez żadnych 
ścian. 

Wszystkie drzwi były zrobione z solidnego i bardzo trwałego drewna w 
ciemnym kolorze. Jedne z nich wyglądały na starsze od pozostałych i 
miały bardziej skomplikowane zamki. 

mmme:mmm:m> Po obiedzie w Willi Argo 

To drzwi umieszczone w wewnętrznej ścianie starej, pamiętającej 
jeszcze czasy rzymskie wieży strażniczej, która znajduje się na szczycie 
urwiska. 

Dzieciom przeszedł dreszcz po plecach - na rysunku rozpoznały Wrota 
Czasu w Willi Argo. 

background image

A zatem... ten dom stoi na miejscu starej wieży rzymskiej? - 

wyszeptała Julia. 

Starej wieży strażniczej - uściślił Jason i zaczął czytać na głos: - 

Wspaniałe zamki w tych drzwiach nie wymagają żadnej konserwacji, a 
ich mechanizm działa swobodnie bez dźwigni, bez obciążenia i niemal 
bez tarcia, jakby się poruszały w cieczy. Na największą uwagę zasługuje 
jednak sam materiał, z którego zostały perfekcyjnie wykonane; 
zastosowano wyrafinowany stop metali, który wymyka się nawet 
najdokładniejszej analizie alchemicznej. Użyłem wielu reagentów w 
minimalnej ilości, żeby określić charakter tego stopu, i powiedziałbym, 
że najważniejszym składnikiem jest złoto, ponieważ stop ten z niczym 
nie reaguje, z wyjątkiem rtęci. Mechanizmy te jednak nie wykazują ani 
kruchości, ani przewodnictwa cieplnego złota. Załączam zatem tabelę 
wyników (nr 3) dla zainteresowanych, którzy zechcieliby udać się we 
wspomniane miejsce w celu pogłębienia badań. - Jason zrobił krótką 
przerwę, a następnie czytał dalej: - Mechanizmy wyżej wymienione 
uruchamia się kluczami o wyglądzie prostym i eleganckim, których 
rzeźbione główki przedstawiają kształty zwierząt. Podczas moich 
poszukiwań miałem okazję zbadać pięć z tych kluczy, które 
przedstawiam na rysunku (tablica 5): z koniem, kotem, lwem, dużą 
morską rybą i kapryśną 

79 immmimtm 

 

 

J. 

 

background image

małpą. Mam podstawy przypuszczać, że wszystkich kluczy jest 
jedenaście: cztery do wieży i siedem do pozostałych zamków w 
miasteczku. Jednakże kształt tych innych kluczy jest mi nieznany. 
Czekaj... czekaj... - mruknął Jason, przerywając czytanie. Wziął kartkę i 
spisał nazwy kluczy wymienionych przez Raymonda Moore'a oraz tych, 
które sam już poznał. 

Koń Kot Lew 

Wielka ryba morska (może wieloryb?) Aligator Dzięcioł Żaba 

Jeżozwierz 

Osiem kluczy. Brakuje trzech. 

I brak czworga drzwi - dorzuciła Julia. - Bo znamy tylko te w Willi 

Argo, u Panny Biggles, w Domu Luster i w cukierni Chubbera. 

Raymond mówi o jeszcze jednych w latarni... 

No właśnie. 

Inne miejsca są dosyć trudne do zidentyfikowania... Na przykład, 

co może oznaczać dom rybaka albo faktoria Beamish? 

Możemy o to spytać Ricka - zaproponowała Julia. Jason zamyślił 

się. 

Wszystkie drzwi są zaznaczone na mapie, którą ukradła nam 

Obliwia - powiedział po chwili. 

msmmimmtmrmammimmm&mimp 80 

mnmsmmBmi» Po obiedzie w Willi Argo 

A którą ktoś wywiózł do starożytnego Egiptu, żeby ją dobrze 

ukryć. 

background image

Tak jak ktoś ukrył gdzieś dobrze wszystkie klucze. 

Black Wulkan? 

Pewnie tak - powiedział Jason, przewracając kartkę w książce. - 

Mistrz kluczy. 

Rozdział autorstwa Raymonda Moorea kończył się rozwlekłymi 
rozważaniami na temat kluczy i rozmaitych kształtów zwierząt na nich 
umieszczonych. A pod koniec, na ostatniej stronie autor umieścił 
ilustrację, na widok której dzieci zamarły z wrażenia. 

Pierwszy Klucz! 

Był całkiem podobny do tych, jakie miały - z tą różnicą, że w główce 
klucza znajdowały się trzy żółwie. 

Żółwie! Oczywiście, że żółwie! Jak mogliśmy na to nie wpaść? - 

wykrzyknął przejęty Jason. 

Pod rysunkiem Raymond Moore napisał: Dogłębne badania zamków i 
drzwi doprowadziły mnie do wniosku, że są one dziełem jednego i tego 
samego rzemieślnika albo grupy zdolnych rzemieślników, którzy 
wykonali te mechaniczne cudeńka, wzorując się na jakimś 
pierwowzorze. Następnie każdy z kluczy uformowali inaczej, tak by 
każdemu kluczowi nadać jego niepowtarzalny kształt. Nikt w 
miasteczku nie zna imienia konstruktorów tych drzwi, nie ma też już 
takich rzemieślników ani w ogóle nikogo, kto znałby tę dawną, 
niepowtarzalną i zapomnianą umiejętność. Mam podstawy sądzić, że 
pierwowzorem, według którego wykonano wszystkie klucze, był ten 

 

background image

przedstawiony na rysunku zamieszczonym na końcu rozdziału. 
Nazwałem go Pierwszym Kluczem, ponieważ można nim otworzyć i 
zamknąć wszystkie ośmioro drzwi, o których dotychczas była mowa. 

Według wszelkiego prawdopodobieństwa - bo nie jestem tego całkiem 
pewien - klucz ten ma kształt i wymiary identyczne jak pozostałe klucze, 
a jego główka przedstawia trzy żółwie. To jest w gruncie rzeczy 
sygnatura, pieczęć i znak rozpoznawczy konstruktorów drzwi: trzy 
żółwie. Żółwie są, jak wiadomo, spokojne i mądre, długowieczne, 
przystosowane do życia i na lądzie, i w morzu. Wam, szanowni 
czytelnicy, pozostawiam ostateczną interpretację tych symboli. 

Trzy żółwie to takie logo konstruktorów Wrót Czasu 

odezwał się Jason. 

Widzieliśmy je też w grocie pod urwiskiem - przypomniała Julia. 

I w Turtle Parku, który nie przypadkiem nazywa się Żółwim 

Parkiem. 

I nie przypadkiem ten park zaprojektował Raymond Moore. 

Rodzeństwo siedziało chwilę w milczeniu, świadome niezwykłości 
dokonanego odkrycia. 

Myślisz, że drzwi skonstruował ktoś z rodziny Moorea? 

spytała Julia po chwili. 

Jason pokręcił przecząco głową. 

Nie. Nie sądzę. Albo raczej: nie wiem. 

Jego wzrok ponownie padł na rysunek Pierwszego Klucza z trzema 
żółwiami w główce. 

background image

Kii!ti3:£i8iSiflffiit> Po obiedzie w Willi Argo <mmimmimtimm&łnm 

W tym momencie usłyszeli charakterystyczne kroki matki. 

Jason zamknął szybko książkę i oznajmił stanowczo. 

Ruszmy się! 

Od czego zaczniemy? 

Musimy znaleźć ten klucz. Oznacza to, że musimy znaleźć Blacka 

Wulkana. 

-Jak? 

Na początek pogadamy z Nestorem. 

 

my&mmmmimmt> Po obiedzie w Willi Argo 

W tym momencie usłyszeli charakterystyczne kroki matki. 

Jason zamknął szybko książkę i oznajmił stanowczo. 

Ruszmy się! 

Od czego zaczniemy? 

Musimy znaleźć ten klucz. Oznacza to, że musimy znaleźć Blacka 

Wulkana. 

-Jak? 

Na początek pogadamy z Nestorem. 

/ ' 

background image

PIĄTY 

DOM MARCO POLO 

Projektant: { Rozdział: 

PÍTER DEDALUS j 1 1 

Mechaniczna gondola Petera Dedalusa z wolna sunęła po kanale, płynąc 
bez użycia wioseł czy drąga. Poruszała się dzięki temu, że zegarmistrz z 
Kilmore Cove umieścił w kadłubie łodzi prosty mechanizm napędzany 
za pomocą pedałów, pozwalający mu kierować gondolą, podczas gdy on 
sam siedział wygodnie na rufie. 

Gondola wpłynęła spokojnie w Canal Grande, a potem skręciła w stronę 
Rialto, gdzie między dachami rozpościerały się jeszcze szare opary 
mgły. 

Nie uważasz, że Wenecja jest cudowna o poranku? 

spytał Peter. 

Obliwia odburknęła coś, daleka od entuzjazmu. Siedziała na dziobie 
łodzi niespokojna i najzupełniej nieczuła na uroki tego miasta - 
wilgotnego i zapleśniałego. 

Jak długo to jeszcze potrwa? - zapytała przy kolejnym mostku, raz 

po raz zmuszana do pochylenia głowy. 

Przepływając pod mostkiem, Peter zwolnił nieco prędkość gondoli, 
pokazując coraz bardziej poirytowanej Obliwii niewidoczny zazwyczaj 
napis wyryty pod sklepieniem mostu. 

Pewne sprawy można odkryć dopiero z właściwej perspektywy - 

zauważył filozoficznie. 

Proszę cię, oszczędź mi swojej gondolierskiej filozofii 

background image

warknęła. - I przejdź do rzeczy. 

Do rzeczy? Chodzi o to, że jeśli nie masz właściwego klucza, nie 

otworzysz właściwych drzwi. 

Mnie to mówisz? - odparła rozdrażniona. - Mnie, która 

zmarnowałam całe lata na dojście do tego, jak użyć 

Dom Marco Polo 

klucza z kotem? I właściwie udało mi się to przez czysty przypadek. 

Przypadek całkiem niebłahy, zważywszy, że - jak mi sama 

powiedziałaś - doprowadził cię wprost do wejścia w posiadanie mapy, 
na której są zaznaczone wszystkie wrota w miasteczku, pełna ósemka. 

Nie tak całkiem wprost... - zauważyła Obliwia, powstrzymując 

dreszcz grozy, jaki ją przeniknął na wspomnienie tłustego właściciela 
antykwariatu ze starymi mapami i jego ohydnego krokodyla. 

Zatem wiesz, że w Willi Argo znajdują się Wrota Czasu... 

Peter, jeśli masz zamiar znowu sobie ze mnie zadrwić, uprzedź 

mnie, żebym mogła natychmiast wysiąść z tego gru-chota! 

Peter w odpowiedzi zaczął o wiele szybciej pedałować, jakby chciał być 
najszybszym z gondolierów. 

Od lat usiłuję nabyć ten dom - ciągnęła Obliwia. - Ale najpierw 

jego właściciel, a potem ten jego idiotyczny ogrodnik przeszkodzili mi 
w tym. 

A powód jest bardzo prosty - zauważył Peter. Po czym zamilkł na 

dłużej, rozważając starannie, co powiedzieć, a co przemilczeć. - 
Ponieważ drzwi w Willi Argo to nie są... zwykłe Wrota Czasu. To 
najstarsze z wrót - ostatnie zdanie wypowiedział gwałtownie, jakby 

background image

zrzucił z serca ogromny ciężar. A potem jednym tchem dorzucił jeszcze 
coś, jakby obawiając się, że się rozmyśli i czegoś nie powie: - To są 
jedyne drzwi, które się otwiera czterema kluczami, i jedyne, które mogą 
dowolnie zmieniać kierunek podróży. 

Jak to? 

Dzięki pewnemu niezwykłemu mechanizmowi scenicznemu, 

wymyślonemu przez Raymonda Moorea, a ulepszonemu przez jego 
wnuka, Wiliama, rozmiłowanego w teatrze i utalentowanego w realizacji 
efektów specjalnych. Wiliam powiązał to wszystko z okrętem... 

O jakim okręcie mówisz? - zainteresowała się nagle Obliwia. 

Willa Argo jest pełna niespodzianek. Od pokoleń zamieszkiwali ją 

oryginały, ludzie, którzy mieli bzika na punk- ^ ! cie sekretnych przejść. 

Uwielbiam tajemne przejścia! 

Komu ty to mówisz... - Peter pogrążył się w smętnych 

wspomnieniach, z których otrząsnął się nagle, by jednym tchem 
wyrzucić z siebie nieoczekiwanie wyznanie: - W bibliotece, na przykład, 
wystarczy przekręcić mosiężne tabliczki na półkach z książkami 
historycznymi, żeby takie przejście odsłonić... - Nagle urwał speszony, 
w myślach ganiąc się za niepotrzebną szczerość, i dodał: - Ale to 
przejście prowadzi donikąd. To tylko taka zabawa. Prawdziwe przejścia 
sekretne znajdują się gdzie indziej... 

Gdzie indziej? - zainteresowała się Obliwia. 

Jasne. Pod Willą Argo rozciąga się gęsta sieć niekończących się 

korytarzy, prowadzących do wielkiej groty. Mało tego... - Peter tym 
razem w samą porę ugryzł się w język, po czym podjął: - W grocie stoi 
statek... a za nim znajdują się drugie drzwi, które prowadzą do 

background image

wszystkich tych miejsc, do których można dotrzeć... dzięki pozostałym 
Wrotom Czasu, znajdującym się w miasteczku. 

Na dźwięk tych słów oczy Obliwii zapłonęły jak pochodnie. 

Kaiasi^mKi^gs^siimi^isoi^H^s» 88 mmmBmmBBmmammBmmń 

Teraz rozumiem! Już wiem, jakim cudem ci smarkacze znaleźli się 

w Egipcie! A także tu, w Wenecji. Wrota w Willi Argo rządzą 
wszystkimi pozostałymi! 

O jakich smarkaczach mówisz? - spytał Peter. 

Nieważne - przerwała mu Obliwia. - Dzieciaki zatem mają cztery 

klucze... 

Westchnęła ciężko i opowiedziała mu w skrócie to, co wiedziała o 
sprzedaży domu i o bliźniętach Covenant. 

Ale... - zapytała na koniec - czy Black Wulkan nie powinien był 

zabrać ze sobą również czterech kluczy do Willi Argo? 

Zapewne powinien - odpowiedział Peter. - Ale nic mi o tym nie 

wiadomo, bo uciekłem wcześniej od niego. 

W głowie Obliwii myśli kłębiły się jak szalone. Jeżeli drzwi w Willi 
Argo mogły prowadzić do każdego miejsca osiągalnego 
dzięki'przekroczeniu każdych z pozostałych Wrót Czasu, to... 

Wiedziałam, że muszę kupić ten dom! - krzyknęła histerycznie. 

Jeżeli zatem chcesz odnaleźć Blacka... - dokończył cicho Peter - to 

możesz to zrobić jedynie za pomocą Wrót Czasu w Willi Argo. 

Żeby wyruszyć dokąd? Czy ty wiesz, dokąd uciekł Black Wulkan? 

background image

Klucz z koniem otwiera drzwi z koniem - odparł Peter Dedalus. - 

A drzwi z koniem prowadzą do magicznego ogrodu... 

To znaczy? 

Spójrz... - powiedział zegarmistrz. 

 

 

Mechaniczna gondola wpłynęła w dosyć wąski kanał i zatrzymała się 
przy skromnym domu z wielkim podwórzem wewnątrz. 

On jest tutaj? - spytała nerwowo Obliwia. 

Nie, skąd! - zaśmiał się Peter. - To jest dom, gdzie się urodził 

Marco Polo. Tak naprawdę nie ma pewności, czy to właśnie ten, ale 
wenecjanie tak przyjęli. 

A co ten jakiś tam Polo ma do tego ogrodu? 

A ma, dużo ma... ponieważ to właśnie Marco Polo, wielki 

podróżnik, pierwszy opowiedział o istnieniu tego cudownego i 
przebogatego ogrodu, gdzie rzeki spływają szmaragdami i pada złoty 
deszcz. 

Ciekawe - mruknęła Obliwia. 

Ogród potężny jak królestwo, znajdujący- się gdzieś na 

Wschodzie, a może w Etiopii, któż to wie? Nikt w nim nigdy nie był, 
Marco Polo też nie. W swoim opisie podróży pod tytułem Milion 
powtarza tylko zasłyszane pogłoski. 

background image

Jest tylko jeden milion, który mnie interesuje, to milion 

szterlingów - zadrwiła Obliwia. - Ale mów dalej. 

Nie mam nic więcej do powiedzenia. Sądzę tylko, że Black 

Wulkan tam właśnie się udał, żeby ukryć klucze z Kilmore Cove. I jeśli 
chcesz je odnaleźć, to możesz to zrobić, przechodząc wyłącznie przez 
Wrota w Willi Argo. 

Panna Calypso minęła stertę książek i nieomal krzyknęła z przerażenia. 
Nie spodziewała się, że w księgarni jest jeszcze ktoś poza nią. Nie 
słyszała żadnego odgłosu kroków ani dzwonka nad drzwiami 
wejściowymi, była więc przekonana, że jest tu sama. 

 

E33fs&i8i8i£:<aiiriaf&it> DOM MARCO POLO <mimUimnmnmmm: 

Cofnęła się nerwowo i położyła rękę na sercu, jakby chciała je 
powstrzymać, żeby ze strachu nie wyskoczyło jej z piersi. Potem oparła 
się o ścianę i, uspokajając się znacznie wolniej niż denerwując, 
powiedziała: 

A nie można by tak zapukać? Co? 

Ktoś, kto stał przed nią, uśmiechnął się przepraszająco. Był to uśmiech 
ujmujący, delikatny. Mężczyzna podrapał się w opaskę na oku, próbując 
dosyć niezdarnie przepraszać. 

Wybacz. Odkąd żyję samotnie, zapomniałem o dobrych 

manierach. 

Calypso raz jeszcze spojrzała na niego z wyrzutem i przeszła obok, z 
trudem przypominając sobie, co też miała zamiar zrobić. 

background image

Czego chcesz, Leonardzie? - zapytała prosto z mostu. - W 

ostatnich dniach widuję cię w księgarni częściej niż przez cały miniony 
rok. 

Odkryły nas - powiedział Leonard. 

Kto nas odkrył? I co odkrył? 

Dzieci. Te dzieci z Londynu. 

Cieszę się. 

A ja nie. 

Calypso zmierzyła go spojrzeniem od stóp do głów. 

Chyba nie przyszedłeś tu po to, żeby mi o tym powiedzieć. A 

skoro już wszedłeś, to chciałam zauważyć, że roznosisz mi błoto po 
całej podłodze. 

Leonard nagle się ożywił. 

Wsiadłem znowu do koparki. Jak za dawnych lat. 

Calypso pokręciła głową, a na jej drobnej twarzy widać 

było gniew. 

Tylko mi nie mów, że wróciliście do tego! 

Właśnie że tak. 

Na jakiej drodze? 

Tej z Londynu. 

Do licha, Leonardzie! - wykrzyknęła kobieta. - Więc znowu 

jesteśmy odcięci od świata? 

background image

Przez parę najbliższych dni raczej tak - przyznał latarnik, 

spoglądając na swoje potężne dłonie. - Wiesz, jak to jest... kilka 
zwalonych drzew, parę ładnych dziur... 

Calypso spośród świeżo przysłanych nowości wybrała thriller 
historyczny, rozgrywający się podczas drugiej wojny światowej, i 
umieściła go na środku wystawy. 

To musimy zadzwonić do brata Freda Śpiczuwy, żeby naprawił 

drogę. 

Już to zrobiłem. Zawiadomiłem Freda. 

Leonardzie, czy mogłabym wiedzieć, dlaczego powróciliście do 

tego szaleństwa? Czy może raczej powinnam powiedzieć: dlaczego ty 
do tego powróciłeś? Bo to twój pomysł, nieprawdaż? 

Nie. Posłuchaj... Te dzieci z Londynu przypominają nas, kiedy 

byliśmy w ich wieku. Są całkiem niegłupie. 

Porozmawiamy o tym, kiedy zwrócą mi książki, które im dałam do 

przeczytania. 

Na świecie istnieje coś więcej niż książki. 

Ach tak? A co takiego na przykład? Zatopione łodzie, butle i 

nurkowanie? 

Te dzieci zachęciły mnie, żeby... znowu spróbować - powiedział 

Leonard Minaxo. - Kiedy ujrzałem długie, rude włosy młodego Bannera, 
klucze i Wenecję... 

Tśm^tmms^m^imimmmi^Bm» 92 cmmmmmmnimmmnmmm.m&i 

Podróżowałeś? 

background image

Tak. Znowu podróżowałem. I zrozumiałem, że nigdy jeszcze nie 

byłem tak bliski odkrycia prawdy. 

Powtarzasz to od lat. 

Inni zrezygnowali, ale ja nie, Calypso. Ja chyba wiem, co się 

wydarzyło. I prowadzę dochodzenie dalej. 

Masz obsesję. 

Jestem bliski, powiadam ci. 

A ja ci powiadam, że wcale nie jesteś bliski. Lepiej idź i umyj się. 

Minaxo stał jednak nieruchomo, słuchając, jak drobna właścicielka 
wypożyczalni, oparłszy dłonie na biodrach, z groźną miną pyta: 

Leonardzie, dlaczego przyszedłeś? 

Zanim zdecydował się odpowiedzieć, przestąpił kilka razy z nogi na 
nogę. Wreszcie wykrztusił: 

Przyszedłem się z tobą pożegnać. 

Leonardzie... nie - wyszeptała w odpowiedzi Calypso, głosem 

zdradzającym nagle wielkie strapienie. 

Wracam na morze. Znów ruszam na poszukiwania - zakończył 

latarnik i gwałtownie się odwrócił. 

Tym razem, gdy wychodził, dzwonek nad drzwiami roz-dźwięczał się 
jak szalony. 

 

 

PIĄTY 

background image

OBCY 

Rozdział; 

ĄaOREss 

Zaraz po telefonie od Julii Rick pożegnał się z matką, wyszedł z domu, 
przymocował stary zegarek ojca do kierownicy roweru i zaczął wspinać 
się mozolnie w stronę Salton Cliff. Kiedy wciskał z całej siły pedały, 
rozpierała go radość na myśl o czekającym go popołudniu. 

Wypytywał matkę o Leonarda Minaxo i o Blacka Wulka-na, i nie mógł 
się doczekać, kiedy podzieli się swoimi wiadomościami z Jasonem i 
Julią, chociaż nie były to wiadomości szczególnie odkrywcze. Mama 
powiedziała, że Leonard zawsze był typem morskiego wilka, milczka i 
raczej samotnika. Właściwie nikt nic nie wiedział o jego rodzinie ani też 
dlaczego to on pilnuje latarni. W miasteczku niewiele było osób, z 
którymi pozostawał w zażyłych stosunkach. Wśród nich był ojciec 
Ricka. Co do Blacka - to kolejny klasyczny przykład samotnika. Ostatni 
zawiadowca w Kilmore Cove. Przez całe lata mieszkał w budynku 
dworca, nad stacją, i kiedy zamknięto linię kolejową, opuścił 
miasteczko. I tylko tyle Rick zdołał się dowiedzieć, ale że był 
urodzonym optymistą, uznał, że to niemało. 

Kiedy minął pierwszy zakręt, przyspieszył. Mimo trzech nerwowych dni 
poszukiwań, pościgów i pożarów, był w świetnej formie. I wyczuwał w 
powietrzu coś, co nie miało nic wspólnego z kapryśną pogodą w 
Kornwalii ani z nieustannie wiejącym tu wiatrem przesyconym 
zapachem soli morskiej. To było tak, jakby razem z nim, na tym samym 
rowerze, pedałował ktoś niewidzialny, ktoś, kto dodawał mu sił i 
pewności siebie. Ktoś, kto wskazywał mu drogę w dorosłość. I skłaniał 
do myślenia nie tylko o samym sobie, lecz i o matce. 

background image

96 <8ttaEumsmimmm; i mmmsimsi 

im^m^rmimmmi'ii.im^.mimt' 

Obcy 

 

Minął bramę Willi Argo. Postawił rower obok wejścia do kuchni. 
Zawołał Jasona, potem Julię, próbując ukryć leciutkie drżenie głosu, 
które go czasem chwytało, kiedy wymawiał jej imię. Drżenie było 
całkiem zrozumiałe - Rick nigdy dotąd nie pocałował dziewczyny. 

I chociaż był to całus skradziony, szybki i króciutki, zaledwie chwila, 
zanim Julia otworzyła oczy, to wbił mu się głęboko w pamięć. 

- Dzień dobry! - przywitała go pani Covenant, która pojawiła się nagle w 
jednych z wielu drzwi Willi Argo. Była wy-mizerowana i rozczochrana. 

Rick grzecznie się przywitał i zapytał o Julię i Jasona. Dowiedział się, że 
właśnie zeszli na plażę z Nestorem, który zgodził się im towarzyszyć. 

Rudzielca ubodło trochę to, że na niego nie poczekali, że poszli sami. 
Ale cóż, Willa Argo nie należała do niego. Nie jego też były kamienne 
schodki w skale i prywatna plaża - płachetek białego piasku wciśnięty 
między skały. Nawet jeśli Nestor i jego mianował Kawalerem Kilmore 
Cove, podobnie jak Jasona i Julię, to on, Rick, nadal był kimś obcym w 
tym domu. 

Obcym, lecz rozkochanym w Willi Argo może bardziej, niż bliźnięta 
Covenant mogły sobie w ogóle wyobrazić. 

Matka bliźniąt odczekała, aż Rudzielec zniknie na schodkach, i z 
uśmiechem weszła do domu. 

background image

„Dzielny chłopak" - pomyślała, przemierzając długi korytarz na 
parterze. Zatrzymało ją wielkie lustro w złoconych ramach. Stanęła jak 
wryta i jakiś czas tak pozostała. 

 

 

 

Matko jedyna... - jęknęła cicho, spoglądając na swoje potargane 

włosy, podkrążone ze zmęczenia oczy i skórę zmiętą jak zużyte ubranie. 
Spróbowała się trochę przyczesać, ale obraz w lustrze był nadal 
bezlitosny. 

Oto, do czego prowadzi przeprowadzka. 

Odwróciła się gwałtownie i podeszła do telefonu. Wykręciła z pamięci 
numer męża i bezskutecznie czekała na połączenie. Wyobrażała sobie, 
jak mąż w towarzystwie architekta na jakiejś zagubionej drodze 
poszukuje ciężarówki z ich meblami, i mimowolnie się uśmiechnęła. 

A może - powiedziała sama do siebie - należy wszystko robić 

spokojnie, zapomnieć o londyńskim pośpiechu i wczuć się w powolny 
rytm życia na prowincji? Zwolnić tempo, dostroić się do spokoju 
miasteczka, odwiedzić kogoś... Dostosować się do tego, co tu zastała, 
zamiast odwrotnie. Ale od czego zacząć? 

Jej kobieca intuicja podsunęła jej odpowiedź, i to natychmiast. Z chytrą 
minką przeszukała szuflady w pobliżu telefonu, czy aby nie znajdzie 
jakiegoś notesu lub kalendarzyka. 

Natrafiła na jakiś stary kalendarz z pożółkłą od słońca okładką, na której 
widniał pejzaż namalowany akwarelą. Otworzyła go i znalazła spis 
nazwisk i numerów telefonicznych starannie wypisanych kobiecą ręką. 

background image

„To zapewne notesik dawnej właścicielki domu" - pomyślała pani 
Covenant, nieco zmieszana. 

Jednak pismo Penelopy Moore miało w sobie coś swojskiego, a 
precyzja, z jaką zapisano numery, zachęciła ją do przejrzenia notesu. 

 

 

Obcy 

 

Na twarzy pani Covenant pojawił się uśmiech na widok tego, czego 
podświadomie szukała: 

Fryzjerka - Gwendalina Mainoff. Fryzury z klasą (w środy wizyty 
domowe). 

Drzewa za oknem trwały w głębokiej ciszy. Pani Covenant rozejrzała się 
dokoła, po czym wykręciła numer i czekała cierpliwie. 

Gwendalina podniosła słuchawkę po trzecim sygnale. 

Od strony morza schodki na stoku urwiska Salton Cliff wyglądały 
odrobinę tylko wyraźniej niż jakaś rozpadlina w skałach. Biegły stromo 
w dół, kręte i ze stopniami zalewanymi przez fale morskie. 

Rick pokonał je nieomal biegiem, nie bacząc na wypadek Jasona sprzed 
kilku dni. 

Białe, jaskrawe i niemiłosiernie palące słońce stało wysoko na niebie, 
pokrytym niewielkimi obłokami. Mewy z szeroko rozpostartymi 
skrzydłami zawisły nieruchomo w powietrzu, jakby przytrzymywane 
przez jakieś niewidoczne nici. Do Ricka dotarło echo rozmów z dołu i 

background image

wychylił się, by spojrzeć poza schodki. Rozpoznał siwą głowę Nestora, 
a obok rodzeństwo Covenant. 

Bardzo ostrożnie zaczął zbiegać dalej i już po chwili był przy nich na 
plaży. 

- Cześć, Rick! - Jason pozdrowił go pierwszy. - Właśnie o tobie 
mówiliśmy. 

99 «iiaimummmm 

 

 

 

Naprawdę? - uśmiechnął się Rick. - Cześć, Nestorze. Cześć, Julio. 

- Umknął wzrokiem przed spojrzeniem Julii. - A to dlaczego? 

Umiesz wiosłować, prawda? 

Jason i Julia zdali Nestorowi sprawozdanie z tego, co się wydarzyło w 
Wenecji, a po przybyciu Ricka dodali jeszcze swoje odkrycie na temat 
liczby Wrót Czasu i kluczy do nich. 

Rick słuchał tego z otwartymi ustami. 

Siedem Wrót Czasu w Kilmore Cove? - powtórzył zaskoczony, 

licząc na palcach te, które już odkryli. - A gdzie są pozostałe?' 

Julia i Jason pokazali mu wykaz miejsc, jaki sporządzili na podstawie 
Podręcznika dla eskapistów, i streścili wszystko to, czego się z tej 
książki dowiedzieli. 

background image

Ależ to fantastycznie! - wykrzyknął Rick. - To wreszcie wyjaśnia, 

dlaczego Ulysses Moore i jego przyjaciele tak się starali, żeby ochronić 
miasteczko przed wścibskimi oczami intruzów. Teraz jednak my 
musimy je odnaleźć! To znaczy: drzwi! 

Prawdę mówiąc - zaczął Jason i przerwał na moment, wskazując 

na urwisko - z naszą matką, która trzyma straż w domu, mamy 
niewielkie szanse na zjazd do miasteczka na rowerach. 

Rozumiem - powiedział Rick. - To od czego zaczniemy? 

Rodzeństwo spojrzało na Nestora, który coś tam mruknął. 

Zanim przybiegłeś, opowiadaliśmy Nestorowi o pożarze i o tym, 

że Peter prawdopodobnie zginął w pogorzelisku. 

simniniumimmmsi^mm'ttmrnmimmni^ 100 ^rnir-
ummuininiPśm&msmmm 

SiSiSSiS< nmmin; <me mim> 

Obcy 

'S. \ 

Tak - przytaknął ponuro Rick. - Ale mogła zginąć również 

Obliwia, mogli zginąć oboje. 

Nestor pokręcił przecząco głową. 

Nie przypuszczam... 

Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać 

wtrąciła Julia. - Trzeba pójść do Domu Luster i zobaczyć, czy 

wróciła, czy też pozostała w Wenecji. 

background image

Albo możemy wyruszyć na szukanie kluczy ukrytych przez Blacka 

Wulkana - zaproponował Jason. Na dźwięk tego imienia Rick przekazał 
przyjaciołom garść informacji, jakie zdobył od matki na temat 
ekszawiadowcy. Potem poczekali, co ma im do powiedzenia Nestor. 

Nie wiem dokładnie, dokąd Black udał się z kluczami 

powiedział ogrodnik. - Układ zawarty z pozostałymi 

wtajemniczonymi przewidywał, że nie ujawni żadnemu z nich, co zrobi 
z kluczami, żeby stały się całkowicie niedostępne. Black był starym 
przyjacielem Moorea. Był to rzemieślnik artysta, prawdziwa złota 
rączka. Miał szczególną pasję do wszystkiego, co miało coś wspólnego z 
ogniem. Nie miało znaczenia, do czego ten ogień służył, czy do 
pieczenia chleba, czy do wypalania naczyń, które wyrabiał, czy do 
stapiania metalu. Kiedy coś się robiło za pomocą ognia, on był tam 
pierwszy. 

A żył samotnie? 

O tak. Powtarzał zawsze, że woli samotne życie, bo dzięki temu 

jest panem swego czasu i swych spraw, i utrzymywał, że małżeństwo 
jest tylko stratą czasu. Kiedy jednak w jego polu widzenia pojawiała się 
kobieta, Black przeobrażał się w prawdziwego komplemenciarza. 
Wytworność nigdy nie 

 

(tmmi^miPAnmrmmnwmmimnmmmn 

 

[ if ®mnmmmmm?gjnmmmmminimiim> 

 

background image

była jego najmocniejszą stroną, ale... całkiem dobrze mu to wychodziło. 
Potrafił prawić bardzo zgrabne komplementy i wprost czarował kobiety. 
Julia się skrzywiła. 

Eee, taki niski i gruby... 

A jednak... możecie mi wierzyć, że tak potrafił zagadać kobiety, że 

nie dostrzegały jego tuszy. Nie przeszkadzało im też i to, że przez 
większość dnia był upaprany olejem i smarem do silników. Zresztą 
Black je czarował tak tylko dla czarowania, nawet jeśli - jak powiadają - 
raz złamał serce jednej ze swych wielbicielek. 

Czyje? 

Nestor mruknął coś sam do siebie, zanim zdecydował się mówić dalej. 

Nie lubię powtarzać plotek, ale... powiadają, że siostra pani 

Biggies, Klitamnestra, opuściła Kilmore Cove z jego powodu. Byli 
przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi, a Klio była o parę lat starsza od 
niego, ale... - Ogrodnik potrząsnął głową. - Cóż, takie rzeczy się 
zdarzają. W każdym razie nie sądzę, żeby znajomość życia prywatnego 
Blacka Wulka-na mogła wam dopomóc w odnalezieniu go. 
Najważniejsze, co powinniście o nim wiedzieć, to to, że miał dar słowa i 
że potrafił wszystko zrobić tymi swoimi potężnymi, a tak zręcznymi 
łapskami. Rzeźba rybaczki na werandzie Willi Argo to też jego dzieło. 

A to akurat kobieta - zażartował Jason. 

Tak... - przyznał Nestor. - I to on reperował bramę wejściową w 

Willi Argo, kiedy tego wymagała. 

A kiedy to było? 

¡xmmmmmmmi'msminmmmsmmsp 102 
¡mmtj^mmmnvmmzrmPAPmivm-j 

background image

była jego najmocniejszą stroną, ale... całkiem dobrze mu to wychodziło. 
Potrafił prawić bardzo zgrabne komplementy i wprost czarował kobiety. 
Julia się skrzywiła. 

Eee, taki niski i gruby... 

A jednak... możecie mi wierzyć, że tak potrafił zagadać kobiety, że 

nie dostrzegały jego tuszy. Nie przeszkadzało im też i to, że przez 
większość dnia był upaprany olejem i smarem do silników. Zresztą 
Black je czarował tak tylko dla czarowania, nawet jeśli - jak powiadają - 
raz złamał serce jednej ze swych wielbicielek. 

Czyje? 

Nestor mruknął coś sam do siebie, zanim zdecydował się mówić dalej. 

Nie lubię powtarzać plotek, ale... powiadają, że siostra pani 

Biggies, Klitamnestra, opuściła Kilmore Cove z jego powodu. Byli 
przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi, a Klio była o parę lat starsza od 
niego, ale... - Ogrodnik potrząsnął głową. - Cóż, takie rzeczy się 
zdarzają. W każdym razie nie sądzę, żeby znajomość życia prywatnego 
Blacka Wulka-na mogła wam dopomóc w odnalezieniu go. 
Najważniejsze, co powinniście o nim wiedzieć, to to, że miał dar słowa i 
że potrafił wszystko zrobić tymi swoimi potężnymi, a tak zręcznymi 
łapskami. Rzeźba rybaczki na werandzie Willi Argo to też jego dzieło. 

A to akurat kobieta - zażartował Jason. 

Tak... - przyznał Nestor. - I to on reperował bramę wejściową w 

Willi Argo, kiedy tego wymagała. 

A kiedy to było? 

:immmmimmmmmm-:ttmmm&mm® 102 ftamsm^mmsmamttmiii 

 

background image

Obcy 

 

Och, ostatni raz prawie trzydzieści lat temu. Mniej więcej wtedy, 

kiedy ja zacząłem się tu zajmować ogrodem. - Nestor zapatrzył się w 
jakiś daleki punkt na horyzoncie, gdzie chmury szybko mknęły po 
niebie, i ciągnął dalej: - Kiedy dawny właściciel zdecydował się tu 
przyjechać, by wraz z Pe-nelopą zamieszkać na stałe, willa nie była w 
dobrym stanie. Przeciwnie - była bardzo zapuszczona. W domu hulały 
przeciągi, meble były uszkodzone. 

Jak to... To Mooreowie nie mieszkali tu zawsze? 

Nie - odparł Nestor. - Przez długie lata dom stał pusty. 

To znaczy, że ojciec Ulyssesa tu nie mieszkał? - spytała Julia, 

która pamiętała przedostatni portret nad schodami, ten wiszący tuż przed 
pustym miejscem, gdzie brakowało wizerunku Ulyssesa Moore'a. 

Nie zawsze. Ale lubił to miejsce i jeśli tu nie przebywał, to nie z 

własnej winy. 

A czyjej? 

Dziadka. 

Tego typa w wojskowym stroju? - przypomniała Julia. 

Tak. Bo widzicie, ojciec Ulyssesa nie nazywał się Moore. 

Pochodził z innej rodziny, a ożenił się z panną Anabellą Moore, córką 
Merkurego Malcoma Moorea. Dziadek nigdy sobie nie wybaczył, że nie 
miał męskiego potomka, bo zamartwiał się, że dynastia Mooreow się 
skończy. 

Zawsze twierdziłem, że chłopcy są lepsi! - roześmiał się Jason. 

background image

Głupol - zgasiła go siostra. 

Uzgodnili, że syn Anabelli zatrzyma nazwisko matki, ale i tak 

sprawy nie ułożyły się najlepiej. Młodzi planowali, że za- 

103 ornimtimmmmmmmnim: 

 

 

 

immsaimimnutmstmssm 

mieszkają tutaj, ale Anabella zmarła w połogu, po wydaniu na świat 
małego Ulyssesa. 

Ojej! - wykrzyknęły dzieci z przejęciem. - To znaczy, że Ulysses 

chował się bez matki. 

Mało tego... Stary Merkury ciągle obwiniał zięcia 

śmierć swej ukochanej jedynaczki. Stał się nieznośny dla niego, a 

także dla własnego wnuka. Nienawidził wprost swego zięcia, uważał go 
za słabeusza i marzyciela, nienawidził też jego dziecka, które nosiło tak 
znakomite nazwisko. 

A skąd ty to wszystko wiesz? - spytała Julia przejęta opowieścią 

Nestora. 

Nestor wzruszył ramionami. 

Uzbierało się tego przez lata... Nawet jeśli to był temat tabu, to od 

czasu do czasu powracał. Za każdym razem, kiedy trzeba było coś 
naprawić, wypominało się staremu, że dopuścił do tego, żeby dom 

background image

popadł w ruinę. Jakby uważał Kilmore Cove za dziurę zabitą deskami, 
zamieszkałą tylko przez prymitywnych rybaków. 

Na szczęście to się potem zmieniło. 

Nestor pogrzebał dłonią w czystym piasku. 

Tak, to prawda. Zamieszkali tu małżonkowie Ulysses 

Penelopa, ostatni z rodu Mooreow. 

A teraz nastał czas Covenantow - palnął Jason bez zastanowienia. 

A po chwili dodał: - I Bannera. Teraz my jesteśmy Rycerzami Kilmore 
Cove! 

Fale zalewające plażę niepostrzeżenie zaczęły się wycofywać. Zbliżał 
się czas odpływu. 

 

 

Obcy 

 

Wybaczcie, ale ciągle nie wiem, dlaczego pytaliście, czy umiem 

wiosłować? - zapytał Rick. 

Julia pokazała mu poszarpane, sterczące skały tuż przy plaży. 

Bo ani ja, ani Jason nie damy rady... 

Rudzielec spojrzał na nią pytająco, a Julia dokończyła: 

Nestor nam powiedział, że zaraz za tymi skałami, na plaży jest 

mała łódka na wiosła. Pomyśleliśmy, że można by z niej skorzystać, 
żeby się dostać do miasteczka. 

background image

Rick popatrzył zaskoczony. Był pełen obaw na myśl o silnych prądach 
wokół tych skał. 

Chcecie dopłynąć do Kilmore Cove łódką? 

No tak. Umiesz wiosłować, nie? 

Jeśli nie, to ja was przewiozę - wtrącił się Nestor. - Pod 

warunkiem, że zrobimy to szybko, bo muszę wracać do ogrodu, zanim 
wasza matka się spostrzeże. 

I co jej powiesz? 

To samo, co zawsze - odparł Nestor. - Że ja tu nie jestem od 

pilnowania was. I że popłynęliście do miasteczka, a z tego, co wiem, to 
dotarliście tam wpław. 

Julia spojrzała błagalnie na Ricka, a on wpatrywał się w spienione 
morze. 

To co? 

Rick nasłuchał się tylu opowieści o zatopionych łodziach rozbitych o 
skały, o falach znoszących statki na skały, o sterczących kamieniach, o 
które niedoświadczone załogi łamały kile... 

Jasne, że umiem wiosłować - odpowiedział dumnie. 

 

 

 

 

ntsa mmnrs mmm mmm^^m^P ^BM 

background image

 

Nestor ruszył przodem. Kuśtykał wprawdzie, lecz bardzo zwinnie 
przeskakiwał po mokrych kamieniach i pierwszy dotarł do krawędzi 
urwiska. Wąskim przesmykiem wślizgnął się między głazy i szedł dalej, 
trzymając się rękami skalnej ściany. 

Skała tworzyła rodzaj zadaszenia, pod osłoną którego stała spokojnie 
mała łódka z wiosłami, niewidoczna dla kogoś, kto o niej nie wiedział. 

Pomóżcie mi ją wyciągnąć - zwrócił się do dzieci Nestor. - 

Najpierw trzeba zdjąć płócienny pokrowiec, którym ją osłoniłem przed 
wilgocią.  , 

W ciągu kilku minut łódka była już na plaży, gotowa, by ją zepchnąć na 
wodę. 

Rick wziął wiosła do ręki, oceniając ich ciężar. Następnie osadził je w 
dulkach. 

-No i? 

Jestem gotowy. 

Jason tymczasem przypatrywał się wyblakłemu, ledwie widocznemu 
imieniu łodzi wypisanemu na dziobie. I przeczytał na głos: Anabella. 

Macie wrócić za dwie, najwyżej za trzy godziny - przykazał 

Nestor, pomagając dzieciom zepchnąć łódź na wodę. 

Przecież nie damy rady obrócić w trzy godziny! - zaprotestował 

Jason. - Musimy odnaleźć pięć Wrót Czasu, odkryć miejsce, gdzie Black 
ukrył klucze, sprawdzić, czy Obliwia wróciła z Wenecji, i jeszcze 
odwiedzić latarnię. 

background image

Latarnię? - spytał Rick i zobaczył, jak Julia mruga na niego, żeby o 

nic nie pytał. 

mmm&iV.mimp 106 <m}gmnmmmnr&tim?azBźammgmR 

mm&iumsinm'init&P Obcy 

«śiiisiiiiiisi aisata 

No to już sami musicie wybrać, co chcecie robić - uciął Nestor, nie 

zwracając uwagi na wymianę spojrzeń. 

Zaczniemy od kluczy - zdecydował Jason. Zdjął koszulkę, żeby jej 

nie zamoczyć, i cisnął ją na łódkę. Potem zachęcił siostrę i Ricka, żeby 
wsiedli. Pchnął łódkę na morze i sam wskoczył. 

Rick chwycił za wiosła. Paroma gorączkowymi uderzeniami wioseł 
udało mu się skierować łódź na pełne morze. 

Nestor pozostał na brzegu i patrzył na nich, dopóki nie opłynęli 
przylądka. Potem wyszeptał: 

Gdzieś ty schował te klucze, co, Black? 

Przy latarni morskiej Leonard Minaxo poił konia. Potem wrócił do 
latarni i wspiął się na samą górę po krętych schodach, patrząc przy tym 
uważnie pod nogi. Wszedł do swojej pracowni, którą umieścił w izbie 
pod samą latarnią, i sprawdził, czy system automatycznego włączania 
światła działa prawidłowo. Potem nachylił się nad mapami 
nawigacyjnymi. 

Na mapie zatoki Kilmore Cove leżało kilka kopii pokrytych 
obliczeniami i uwagami dotyczącymi kursu. Przejrzał je szybko. 

background image

Potem obszedł stół, wyciągnął jedną ze stu książek zawierających opisy 
zatopionych okrętów, bo takie książki zbierał od lat, i zaczął szukał 
czegoś, co mu się wydało potrzebne. 

Wrócił do mapy, zaznaczył literą X jakiś punkt i palcem przejechał 
przypuszczalny kurs, który wynosił nie więcej niż dwie mile morskie na 
pełnym morzu, licząc od latarni. 

Spojrzał na zegarek. Jeśłi się spręży, uda mu się dopłynąć jeszcze za 
dnia. Może nawet zdąży wykonać jedno zanurzenie i szybkie 
rozpoznanie. Tym razem liczył na łut szczęścia, którego dotychczas los 
mu odmawiał. 

Teraz jestem już blisko, naprawdę blisko... - mruczał uradowany. 

Odłożył na miejsce książkę o zatopionych okrętach, zwinął w rulon 
mapę nawigacyjną, wsunął ją pod pachę i błyskawicznie zbiegł po 
kręconych schodkach. Na dole wziął dwie butle z mieszanką powietrza, 
swoją starą maskę, płetwy, kombinezon do nurkowania i załadował to 
wszystko na plecy. 

Opuścił latarnię, zszedł nad morze, dotarł do motorówki przycumowanej 
do pomostu. Wskoczył na pokład i zawiesił butle na stojaku, rzucając na 
dno łodzi resztę wyposażenia. Rozłożył mapę na stoliczku obok 
kierownicy, zdjął cumy, włączył silnik i dodał gazu, kierując się na 
otwarte morze. 

Rozsadzała go radość, prawdziwa euforia. 

Tym razem mi się nie wymknie... - powiedział, podczas gdy kil 

łodzi uderzał rytmicznie o wodę. 

background image

Przepłynął kilkaset metrów, kiedy na wysokości Salton Cliff zobaczył 
coś na morzu. Spomiędzy dwóch skał sterczących poniżej Willi Argo, w 
pobliżu Sharp Heels, wypłynęła łódka. 

A niech mnie wszyscy diabli, jeśli to nie jest Anabella - zaklął 

Leonard Minaxo, zwalniając obroty silnika swojej motorówki. - Ale co 
on wyrabia, ten stary wariat? Czyżby i on zdecydował się wypłynąć na 
morze? 

¡■OBOIHpHHHBBHHBHBi OBCY 

Leonard zaśmiał się ironicznie. Rozłożył mapę nawigacyjną i skupił się 
na swoim zadaniu. 

Spojrzał na barometr i termometr, rozejrzał się wkoło i powiedział sam 
do siebie: 

- Morze spokojne, temperatura idealna. Wspaniały dzień na nurkowanie. 

y3łvx€mmfmmnmmimnmimsmm¥s> 109 
<mimtimimmmm&miummmimnimp^. 

 

 

Anabella łagodnie wypłynęła na pełne morze, omijając skały. 
Prześlizgnęła się swobodnie po falach przed ich małą plażą i zbliżała się 
do „wysokich obcasów", dwóch sterczących cienkich skał, które 
wyznaczały początek zatoki Whales Cali. 

Jeśli chodzi o latarnię... - zwróciła się Julia do Ricka, kiedy 

sylwetka ogrodnika zmalała już na tyle, że nie mógł nic usłyszeć - to 
widzisz, nie chcieliśmy mówić o naszych podejrzeniach przy Nestorze. 

background image

Masz na myśli to, że Leonard jest Ulyssesem Moorem? 

Tak - odpowiedział Jason. - Gdyby tak było, to postawilibyśmy 

Nestora w niezręcznej sytuacji, bo pewnie musiałby skłamać. , 

Pewnie tak... - zgodził się Rick, odkładając na chwilę wiosła i 

pozwalając łodzi płynąć z prądem. 

Ale kto tego od niego wymaga? - spytała Julia. 

Leonard - odpowiedział siostrze Jason. - Może chce pozostać w 

ukryciu... Opuścił Willę Argo, udając zmarłego, i schronił się w latarni, 
gdzie nikt mu nie przeszkadza. 

Ale czemu musiał to zrobić? 

Tego jeszcze nie wiemy. 

Jeśli tak, to całkowicie upada hipoteza o duchu w domu. 

Nie upada całkowicie - uściślił Jason. - Powiedzmy, że chwilowo 

ją odkładamy. Pomóc ci przy wiosłach? 

We dwóch jest łatwiej - chętnie zgodził się Rick, robiąc miejsce 

obok siebie. 

Jason wstał i, kołysząc się na łódce, przesiadł się ostrożnie na miejsce 
obok Ricka. Rudzielec pokazał mu, jak wiosłować i przekazał prawe 
wiosło. Jason naśladował Ricka najlepiej 

li^r&mAmr^r&rmmar&mWim^mimp 112 

immmm3mszmm®mmimmmamgmmt> 

 

background image

nabella łagodnie wypłynęła na pełne morze, omijając skały. 
Prześlizgnęła się swobodnie po falach przed ich małą plażą i zbliżała się 
do „wysokich obcasów", dwóch sterczących cienkich skał, które 
wyznaczały początek zatoki Whales Cali. 

Jeśli chodzi o latarnię... - zwróciła się Julia do Ricka, kiedy 

sylwetka ogrodnika zmalała już na tyle, że nie mógł nic usłyszeć - to 
widzisz, nie chcieliśmy mówić o naszych podejrzeniach przy Nestorze. 

Masz na myśli to, że Leonard jest Ulyssesem Moorem? 

Tak - odpowiedział Jason. - Gdyby tak było, to postawilibyśmy 

Nestora w niezręcznej sytuacji, bo pewnie musiałby skłamać. 

Pewnie tak... - zgodził się Rick, odkładając na chwilę wiosła i 

pozwalając łodzi płynąć z prądem. 

Ale kto tego od niego wymaga? - spytała Julia. 

Leonard - odpowiedział siostrze Jason. - Może chce pozostać w 

ukryciu... Opuścił Willę Argo, udając zmarłego, i schronił się w latarni, 
gdzie nikt mu nie przeszkadza. 

Ale czemu musiał to zrobić? 

Tego jeszcze nie wiemy. 

Jeśli tak, to całkowicie upada hipoteza o duchu w domu. 

Nie upada całkowicie - uściślił Jason. - Powiedzmy, że chwilowo 

ją odkładamy. Pomóc ci przy wiosłach? 

We dwóch jest łatwiej - chętnie zgodził się Rick, robiąc miejsce 

obok siebie. 

background image

Jason wstał i, kołysząc się na łódce, przesiadł się ostrożnie na miejsce 
obok Ricka. Rudzielec pokazał mu, jak wiosłować i przekazał prawe 
wiosło. Jason naśladował Ricka najlepiej 

hAimmm^ss^sm^mmjmumimmm'» 112 mimmmmmammur^^mimm-ii 

f _ 

Między skałami 

jak umiał, ale łódź nagle zaczęła kręcić się w kółko jak dziecięcy bąk. 

Nie tak! - krzyknął Rick. - Musisz zanurzyć wiosło w wodzie, 

pchnąć i potem je unieść! 

Chłopcy, przestańcie! - zdenerwowała się Julia. - Kręci mi się w 

głowie! 

Chciałem mu tylko pomóc... 

A tymczasem zaraz roztrzaskasz łódź! 

To dlaczego ty nie spróbujesz?! - wściekł się Jason i wstał 

gwałtownie z ławki. 

Podnosząc się, zaczepił kolanem o wiosło i o mały włos nie zrzucił go 
do wody. Dwoma susami przesadził łódkę tak, że mało nie wypadł do 
morza, usiadł na rufie i rozzłoszczony obrócił się w stronę urwiska. 
Wtedy przekonał się, że Julia wcale nie przesadzała. 

Znaleźli się tak blisko dwóch skał, że mogli słyszeć spienione morze, 
tworzące tu niewielki, za to hałaśliwy wir. . 

Płyniemy prosto na skały! - krzyczała przerażona Julia, wpatrując 

się we wzburzone fale bijące wściekle o skalną ścianę i ześlizgujące się 
z niej w postaci białej piany. 

background image

Nie denerwuj się - uspokajał ją Rick, ujmując znowu oba wiosła. 

Zaczął mocno wiosłować, i to w przeciwnym kierunku. - Wszystko jest 
pod kontrolą. 

Pierwsze trzy uderzenia nie przyniosły jednak żadnego rezultatu, 
podobnie jak te następne. Do tego stopnia, że na twarzy Ricka pojawiło 
się lekkie przerażenie. 

O, kurczę! - wykrzyknął, pracując wiosłami najsilniej jak mógł. 

Ale gdy jedno uderzenie wiosła przesuwało go 

 

w stronę morza, to wir między skałami trzy razy szybciej znosił go na 
skały. 

Rick! Rozbijemy się! 

Dwie groźne skały znajdowały się teraz nie dalej niż dziesięć metrów od 
dziobu. Ta z prawej strony, na szczycie której rozsiadło się mnóstwo 
mew, była wysoka i imponująca jak dzwonnica kościelna, podczas gdy 
druga, obmywana nieustannie falami, sterczała z wody niczym grzbiet 
żółwia. Morze opływało je obie, tworząc groźne wiry. 

Rick raz jeszcze spróbował skierować łódź na pełne morze, ale 
wydawało się, że w wyniku błędu Jasona łódź wpadła w jeden z wirów, 
który uparcie znosił ją na skały. ' 

Jeżeli nie możesz się przeciwstawić - chłopiec z Kilmore Cove 

wypowiedział na głos ulubione powiedzenie swojego ojca - to 
zrezygnuj. 

Mówiąc to, zaprzestał walki z wirem, zwolnił tempo, a nawet zaczął 
wiosłować z prądem. 

background image

Łódka podskoczyła w kierunku dwóch groźnych skał, płynąc teraz dwa 
razy szybciej. 

Ratunku! - wrzasnęła Julia na widok wysoko uniesionego dziobu 

łodzi. 

Jason tylko otworzył usta, jakby chciał krzyknąć, i zamarł. 

Rick uniósł obydwa wiosła i zaczął liczyć do dziesięciu, potem jeszcze 
do dwóch... W końcu zanurzył lewe wiosło w wir i mocno się 
odepchnął. 

Anabella zawróciła w stronę otwartego morza, przepływając najwyżej 
dwadzieścia centymetrów od groźnej wysokiej skały. W tym momencie 
Rick uniósł lewe wiosło, a zanurzył prawe, powtarzając taki sam 
manewr. Odepchnął się pra- 

 

 

w stronę morza, to wir między skałami trzy razy szybciej znosił go na 
skały. 

Rick! Rozbijemy się! 

Dwie groźne skały znajdowały się teraz nie dalej niż dziesięć metrów od 
dziobu. Ta z prawej strony, na szczycie której rozsiadło się mnóstwo 
mew, była wysoka i imponująca jak dzwonnica kościelna, podczas gdy 
druga, obmywana nieustannie falami, sterczała z wody niczym grzbiet 
żółwia. Morze opływało je obie, tworząc groźne wiry. 

Rick raz jeszcze spróbował skierować łódź na pełne morze, ale 
wydawało się, że w wyniku błędu Jasona łódź wpadła w jeden z wirów, 
który uparcie znosił ją na skały. 

background image

Jeżeli nie możesz się przeciwstawić - chłopiec z Kilmo-re Cove 

wypowiedział na głos ulubione powiedzenie swojego ojca - to 
zrezygnuj. 

Mówiąc to, zaprzestał walki z wirem, zwolnił tempo, a nawet zaczął 
wiosłować z prądem. 

Łódka podskoczyła w kierunku dwóch groźnych skał, płynąc teraz dwa 
razy szybciej. 

Ratunku! - wrzasnęła Julia na widok wysoko uniesionego dziobu 

łodzi. 

Jason tylko otworzył usta, jakby chciał krzyknąć, i zamarł. 

Rick uniósł obydwa wiosła i zaczął liczyć do dziesięciu, potem jeszcze 
do dwóch... W końcu zanurzył lewe wiosło w wir i mocno się 
odepchnął. 

Anabella zawróciła w stronę otwartego morza, przepływając najwyżej 
dwadzieścia centymetrów od groźnej wysokiej skały. W tym momencie 
Rick uniósł lewe wiosło, a zanurzył prawe, powtarzając taki sam 
manewr. Odepchnął się pra- 

I mmmmmim^m^/mm^Anrmnminimmp 114 

Między skałami 

wym wiosłem. Łódka znalazła się teraz na grzbiecie fali, która 
przeniosła ją na drugą skałę. 

Dzieci poczuły, jak dno łódki szoruje po skale, po czym łódka 
prześlizgnęła się między „wysokimi obcasami". 

background image

Rick nabrał teraz pewności siebie i wiosłował jak prawdziwy wilk 
morski. Pot perlił mu się na czole a policzki pałały, jednak odczuwał 
pełną satysfakcję. 

Kurczę... - mruknął Jason. - Niewiele brakowało... 

Powiedziałem ci, że potrafię wiosłować, nie? - odparł Rick z 

uśmiechem. 

Julia roześmiała się, po raz pierwszy od kilku minut oddychając z ulgą. 

Ale, wracając, opłyniemy te skały szerokim łukiem, dobrze? i 

Wystarczy, że przytrzymasz swego brata, żeby się nie wiercił. 

Bardzo śmieszne - odpowiedział Jason, spoglądając na miasteczko, 

do którego było już coraz bliżej. 

Julia natomiast spoglądała w przeciwną stronę, na skały w morzu i na 
strome urwisko. Przypomniała sobie, jak to właśnie z tego urwiska 
zepchnęła Manfreda do wody, i z trudem powstrzymała dreszcz grozy. 

Potem zauważyła coś dziwnego, wciśniętego między krzewy a skałę, tuż 
poniżej szosy. 

Co to takiego? - zdziwili się wszyscy troje. 

Rick osłonił oczy dłonią i przestał wiosłować, żeby prąd zniósł łódź 
kilka metrów bliżej brzegu. 

Wydaje mi się, że to jakiś samochód - powiedział po chwili. 

 

 

To nie jakiś samochód - uściślił Jason. - To dune buggy, a raczej 

jego wrak. 

background image

Ale - wybaczcie - co dune buggy robi na urwisku? - spytała Julia. 

Kto to wie? Może próbowano go zepchnąć do morza, ale się nie 

udało. 

Chcecie, żebym podpłynął bliżej, czy...? - spytał Rick, manewrując 

łodzią jednym tylko wiosłem, żeby nakierować ją w stronę brzegu. 

Nie, nie! Do diabła z dune buggy. Płyńmy do Kilmore Cove i 

chodźmy na stację. 

Nie upłynęło dziesięć minut, gdy dzieci wyciągały już swoją łódkę na 
brzeg. Idąc za radą Ricka, we trójkę przywiązali ją do specjalnego 
żelaznego kołka i powędrowali w górę w stronę Windy Inn. 

Stąd przeszli przez plac z pomnikiem konnym Wiliama V, 
nieistniejącego króla Anglii, i ulicą Pembley Road doszli aż do 
schodów. 

Za schodami rozciągał się obszerny plac zarośnięty zielskiem. Po 
przeciwnej stronie placu wznosił się wielki budynek - stary dworzec. 

Był to duży dwupiętrowy dom, z nieczynnym zegarem nad zaryglowaną 
bramą i z dwoma rzędami zamkniętych od lat okien. Wiatr gwizdał 
dokoła, niosąc ze sobą nasiona i liście. Tysiące drobnych pyłków 
przyczepiało się do sznurowadeł wędrujących tędy dzieci. 

Witajcie w Clark Beamish Station... - odezwał się Rick, kiedy 

minęli arkadę, pod którą przechodziło się kiedyś 

 

do kasy biletowej. - Albo też na nieczynnej stacji Kilmore Cove. 

Trójka przyjaciół przystanęła i rozejrzała się, zadzierając głowy wysoko 
do góry. 

background image

Stali tak kilka minut. Na dachu dworca zobaczyli przeszkloną kopułę, po 
której spacerowały wrony. 

Zaczekaj... - odezwał się nagle Jason. - Jak ty ją nazwałeś? 

Nieczynną stacją w Kilmore Cove. 

Jason sięgnął do kieszeni po jedną ze swoich karteczek. 

Ale jak się nazywa? 

Clark Beamish Station - dodał Rick. 

Uradowany Jason wzniósł zaciśniętą pięść. Skreślił jedne z Wrót Czasu 
ze swego wykazu i wykrzyknął: 

I oto znaleźliśmy starą faktorię Beamish z opisu prapra-dziadka 

Ulyssesa w Podręczniku dla eskapistów\ 

No i co z tego? 

A to, że na tej stacji znajdują się Wrota Czasu! 

Kto wie, może Black Wulkan i na tę podróż sprzedawał bilety? 

_ ___ 

 

 

 

Peter Dedalus sunął gładko swoim gruchotem - gondolą na pedały - po 
labiryncie kanałów łączących się ze spokojnymi wodami laguny. Żadne 
z dwojga pasażerów nie miało ochoty na rozmowę. Zegarmistrz - 
bardziej pochmurny niż zazwyczaj - zadumał się nad tym, co niedawno 
powiedział Obliwii, i odczuł kolejny przypływ wyrzutów sumienia z 

background image

tego powodu. Obliwia natomiast trzęsła się wprost z niecierpliwości i 
ciągle obsesyjnie myślała tylko o jednym: Willa Argo, Willa Argo i 
jeszcze raz Willa Argo. 

Zmęczenie ostatnich dni spowodowało gwałtowne pragnienie jak 
najszybszego powrotu do Kilmore Cove. W głowie kłębiły się jej 
pomysły, jak dostać się do Willi Argo. Nie odrzucała przy tym 
możliwości użycia broni. Oczywiście, jeżeli Manfred naprawdę potrafi 
posłużyć się pistoletem, jak to przysięgał, gdy go angażowała. 

Najpierw jednak musiała wygrać zakład z Peterem. I uwolnić się od 
niego. 

Za kolejnym zakrętem Obliwia rozpoznała miejsce, z którego wyruszyli. 
Calle deli'Amor degli Amici. 

Nareszcie! - wykrzyknęła wyczerpana długą jazdą. - Już się 

obawiałam, że nigdy tu nie dopłyniemy. Która godzina? 

Peter spojrzał na zegarek. 

Jest południe - powiedział. - Żaden mechanizm nie działa po 

przekroczeniu Wrót Czasu, a mój działa - dodał z dumą. 

Doprawdy? - wysyczała Obliwia. - Gdybym to wiedziała, 

wzięłabym sobie ze dwa, kiedy przewracałam ci sklep do góry nogami. 

imnmmmmnmrmnmmmMim^mrsirp 120 

nmAwers czy rewers <mmiiimMm'SAmpminmmmiPA j 

Udało ci się do niego wejść? - wymamrotał zaskoczony Peter. 

No chyba! - kobieta uśmiechnęła się złośliwie. - Zrobiłam sobie 

wejście od tyłu, rozwalając ścianę. 

background image

Zegarmistrz przygryzł wargę do krwi. 

Głowa do góry, Peter! Jeśli wygrasz zakład, będziesz mógł wrócić 

do swojego sklepiku i uporządkować go sobie. A propos, gdzie ta twoja 
moneta? 

Peter wyjął monetę z kieszeni. 

Od pierwszego rzutu - powiedział. - Ja wybieram... 

Rewers - wpadła mu w słowo Obliwia, uprzedzając go. Peter 

zamarł z otwartymi ustami. 

Nie... - wyjąkał. - To ja chciałem... 

Mój rewers, twój awers. W czym problem? 

To ja chciałem rewers - nalegał niziutki mężczyzna. Zaczął się 

pocić z przejęcia. - Ja chcę rewers - powtórzył raz jeszcze. 

Obliwia poderwała się na równe nogi, niebezpiecznie kołysząc przy tym 
gondolą. Zbliżyła się do Petera i szarpnęła za ubranie. 

O co ci chodzi, geniuszu Peterze Dedalusie? 

W tej chwili moneta wyślizgnęła mu się z dłoni, wpadła na moment w 
dłoń Obliwii i upadła na dno gondoli. Kobieta nachyliła się, by ją 
podnieść, i spytała: 

No i co wypadło? Rewers? Popatrz, popatrz, co za zbieg 

okoliczności! 

Obliwio, ja... 

Po chwili, patrząc nie na pieniążek, lecz na Petera, Obliwia ponownie 
rzuciła monetą. 

i nmt mowa s mam i nmm mmsasmp 121 ^^BS^is^s^^^is^aa^m^s^Bm 

background image

 

 

 

A teraz? O, fantastycznie! Znowu rewers! Czy to nie dziwne? Czy 

to aby nie jest fałszywa moneta? - Kobieta pchnęła Petera na rufę jak 
jakiś tłumok i dodała: - Naprawdę myślałeś, że można mnie nabrać na 
fałszywą monetę? Naprawdę jesteś tak naiwny? Dlaczego tak głupio się 
ze mną założyłeś? 

Ale jak ty... 

Nigdy nie zostawiaj fałszywki w barze - roześmiała się złośliwie 

kobieta. - Kiedy mi zaproponowałeś zakład, rzuciłam kilka razy na 
próbę, udając, że rozważam twoją propozycję. Po obu stronach był 
rewers. Jakkolwiek jest, to ja wygrałam. Żegnam. 

Kobieta wsunęła monetę do kieszeni. Przytrzymała się obwałowania 
kanału, by wyjść z gondoli. 

Nie! - krzyknął Peter i w nagłym przypływie odwagi spróbował ją 

zatrzymać. Dwoma susami przeskoczył gondolę i chwycił Obliwię za 
nogi. - Nie puszczę cię! 

Peter! Puść! - krzyknęła. - Co ty wyrabiasz? 

Próbowała się uwolnić, ale on trzymał jej nogi z całej siły. 

Gondola zakołysała się niebezpiecznie. 

Szarpanina trwała dobrą minutę. Potem Obliwia, która była wprawdzie 
chuda, ale świetnie wyćwiczona w bajońsko drogiej siłowni, uwolniła 
się od uścisku Petera, dając mu dwa kopniaki w głowę. 

background image

Zegarmistrz z Kilmore Cove zatoczył się, potknął o burtę gondoli i 
wpadł do wody. 

Obliwia sprężystym skokiem, jakiego nie powstydziłby się jej najlepszy 
trener, zdobyła pobocze kanału. 

Widzisz, do czego prowadzi fałszerstwo? - zaśmiała się ironicznie, 

poprawiając kombinezon. Peter wymachiwał 

✓ 

Awers czy rewers ^n^^anrntm 

gwałtownie rękami w ciemnej wodzie. - Do zobaczenia, najdroższy! 

I nie czekając na odpowiedź, Obliwia skręciła w zaułek, a następnie 
weszła do mrocznej izby, gdzie znajdowały się Wrota Czasu. 
Przekroczyła je. I zamknęła za sobą drzwi. Znowu była w Kilmore 
Cove. 

Manfred! - zawołała od razu. - Hej! Manfredzie! Nie słysząc 

odpowiedzi, weszła po schodach na górę, a potem zaczęła krążyć po 
opustoszałych i pełnych kurzu pokojach Domu Luster. 

Gdzieś ty się u diabła podział? - wrzeszczała wściekła Obliwia 

Newton, przeklinając Manfreda, bo za każdym razem, kiedy wracała z 
podróży, tego obiboka nie było na miejscu. 

Przystanęła pośrodku wielkiego salonu, otoczonego - jak w teatrze - 
balkonem. Czuła, że ktoś ją obserwuje. 

Manfred? - spytała raz jeszcze, obracając się. Ale to nie był jej 

goryl. Patrzyły na nią jasnożółte oczy sowy, która przysiadła u szczytu 
schodów i wpatrywała się w nią tak, jakby próbowała ją osądzić. 

background image

A ty tu czego? - spytała opryskliwie kobieta, czując się nieswojo 

pod tym przenikliwym spojrzeniem. 

Sowa ani drgnęła. 

Obliwia nachyliła się, podniosła z podłogi jakiś kawałek gruzu i rzuciła 
nim w sowę. Ptak poderwał się do lotu. Dopiero kiedy sowa odfrunęła, 
kobieta zaczęła znowu krążyć po martwych pokojach zrujnowanego 
domu. 

Rozpoznała bramę, która runęła na głowę Manfreda poprzedniego dnia, i 
przeszła przez nią krokami modliszki. Wyszła, rozejrzała się dokoła, 
czując, jak narasta w niej wściekłość pomieszana z rozpaczą. Wokół 
ciągnęły się wzgórza porośnięte trawą. Na horyzoncie ustawione w 
szeregi wiatraki poruszały wolno skrzydłami. Na podwórzu leżała 
porzucona koparka, niebezpiecznie przechylona do przodu. 

Obliwia rozejrzała się, lecz nigdzie nie dostrzegła ani swojego motoru, 
ani Manfreda. 

- Manfred! - wydarła się na całe gardło panna Newton. - Gdzieś ty się 
podział, ofermo przeklęta? Manfred! 

PIĄTY 

STACJA KOLEJOWA 

Rozdział: 

Projektant: 

PETER DĘjPALUS 

Rick, Jason i Julia obeszli całą stację w poszukiwaniu jakiejkolwiek 
dziury, żeby móc zajrzeć do środka. Ale brudny i zapuszczony budynek 
wydawał się niedostępnym monolitem. Szybko zawrócili na tory, które 

background image

biegły w dwóch przeciwnych kierunkach, ginąc wśród wzgórz. Przeszli 
torami obok starej studni służącej niegdyś do zaopatrywania lokomotyw 
w wodę. Przypominała odwrotnie ustawiony wielki lejek. 

Minęli tory, by przyjrzeć się nieczynnym blaszanym budkom ukrytym 
wśród drzew. Na wietrze powiewały pozbawione prądu przewody 
zasilające lokomotywy elektryczne. 

Gdzie się te tory kończą? - spytał Jason. 

Na wschodzie... - odparł Rick - w tunelu Shamrock Hills. A z 

drugiej strony... z drugiej strony gdzieś tam, w lasach Crookheaven, 
wśród wzgórz, po których hula wiatr... tam gdzie stoi Dom Luster. 

A co jest na końcu torów? 

Nie wiem. Może wał ziemny... 

A może pociąg? 

Nie sądzę, żeby ocalał choć jeden wagon, skoro zlikwidowano 

linię. 

Pójdę rzucić okiem na tunel - zdecydował Jason. Nachylił się i 

dotknął szyn. Były nagrzane i wibrowały. - Czy ten tunel jest daleko? 

Pod tym wzgórzem - odpowiedział Rick, wskazując kępę krzewów 

i okrągłe głazy w Turtle Parku. 

Wybacz, Jasonie - wtrąciła jego siostra - ale co chcesz znaleźć w 

tunelu? 

 

•I 

Stacja koleiowa <miimmmimmimmzmmmmipa 

background image

Nie wiem. Ale czy nie mówiłaś, że chciałabyś przez chwilę zostać 

sam na sam z Rickiem? 

Zaskoczona odzywką brata, Julia zesztywniała jak posąg, a jej twarz 
mieniła się przy tym wszystkimi kolorami tęczy. Rick odwrócił się, 
udając, że nic nie słyszał, skupiony na szukaniu jakiegoś sposobu, żeby 
się przedostać na stację. 

Jason odszedł, ciężko wzdychając, podczas gdy Julia trwała jeszcze w 
bezruchu, okropnie zmieszana. 

Rick - zawołała po chwili i ruszyła za Rudzielcem. - To, co 

powiedział Jason - to nieprawda! 

Nieważne - mruknął chłopiec, wpatrując się uporczywie w fasadę 

dworca. 

Błądził wzrokiem po okolicy, po czym utkwił spojrzenie w 
nieokreślonym punkcie, między dachem budynku a niebem, próbując 
uspokoić nawałnicę myśli, która przeszkadzała mu jasno rozumować. 
Jeżeli Jason wystrzelił z czymś takim, to znaczy, że rodzeństwo 
rozmawiało o nim. Albo, co bardziej prawdopodobne, Julia zwierzyła 
się bratu. Ale co mu powiedziała? Czy o pocałunku też? Kurczę... 

Nie kłują cię? - spytała chłopca Julia. 

Co? - mruknął, spoglądając na Julię. 

Te wszystkie kolce. 

Dopiero teraz Rick zdał sobie sprawę, że nie zauważył ciernistego 
gąszczu niskich, splątanych krzewów, które uwięziły go po kolana. 
Spojrzał bezradnie na swoje stopy. Jak można było zrobić coś tak 
głupiego? I w dodatku mieć serce, które aż tak łomoce! 

 

background image

miimjmraimammmia 

Nie... nie kłują - próbował zachować się z godnością. Zacisnął 

zęby i, chcąc ocalić swą męską godność, dodał stanowczo, jakby 
czerpiąc siłę z jakiegoś ukrytego instynktu: 

Wcale mnie nie kłują. - A żeby zabrzmiało to jeszcze bardziej 

przekonująco, wskazał Julii drugie piętro dworca i dorzucił: - Tylko stąd 
mogłem zobaczyć dach i tę dziwną szklaną kopułę. 

Julia powędrowała wzrokiem za wskazującym palcem chłopca, lecz nie 
zauważyła nic szczególnego. 

I co z tego? - spytała. 

No, właściwie nic... - odpowiedział speszony. - Myślę, że 

wszystko jest zamknięte na cztery spusty. Niedostępne. 

Spróbował unieść prawą stopę i poczuł, jak kolce drapią go po gołych 
łydkach. Ale się nie zatrzymał. Ciernie kłuły go boleśnie, wbijając się w 
skórę, ale Rick tylko zaciskał zęby. Stopa prawa, stopa lewa, stopa 
prawa, stopa lewa... 

Kiedy w końcu wydostał się z tych ciernistych krzewów, całe nogi miał 
pokryte siecią czerwonych zadrapań. 

Jason powrócił ze swojej wyprawy badawczej do tunelu, gdy Julia z 
Rickiem usiłowali oderwać deski, którymi zabito boczne drzwiczki do 
kasy biletowej. 

Chłopcu z Kilmore Cove udało się wyrwać dwa zardzewiałe gwoździe, a 
teraz, sapiąc jak miech, szarpał się z trzy-dziestocentymetrową deską, 
próbując ja oderwać. 

- Nic z tego, kochani - odezwał się Jason, którego buty pokrywała 
czerwona rdza. - Tunel jest całkiem pusty. A poza tym to nie jest 

background image

prawdziwy tunel. To tylko wydrążenie w górze, zamknięte od drugiej 
strony. A wam jak leci? 

mmr^stmmms^s^asm» Stacja kolejowa <mmi&mmmiimmn: 

Jesteśmy w punkcie wyjścia, nie licząc dwóch gwoździ 

odpowiedziała Julia, pokazując bratu dwa zakrzywione gwoździe. 

Potrzebne są nam narzędzia, żeby się przedostać do środka. 

A nic ze sobą nie zabrałeś? Nawet swojej nieodłącznej 

pięciometrowej linki? 

Rick aż podskoczył ze złości na własną głupotę. Uzmysłowił sobie, że 
chyba po raz pierwszy nie wziął ze sobą plecaka. 

Nie. Nic nie wziąłem. Nie mamy też Słownika zapomnianych 

języków ani... 

Słowem nic nie mamy - podsumowała Julia, także zaskoczona 

kompletnym brakiem organizacji przedsięwzięcia. 

Wyruszyliśmy na poszukiwania Blacka Wulkana z gołymi rękami. 

Już gorzej nie można. 

Moje rzeczy są jeszcze u dyrektora - przypomniał Jason. 

To może wstąpisz do mnie chociaż po młotek - zaproponował 

Rick. 

Jason zaczął się snuć z głową zadartą do góry. 

Szkoda stąd odchodzić... 

Ale to parę minut stąd. Jason zamyślił się. 

Czy Black tu mieszkał? 

background image

Na piętrze. 

Lubił pracę, w której trzeba było używać ognia. Lubił igrać ze 

śmiercią. 

Nigdy nie sądziłem, że nasz piekarz igra z ogniem - zażartował 

Rick, rozśmieszając Julię. 

Jason pokręcił przecząco głową. 

 

 

<ti®im:iimnm i atsiEi m^m 

Nie rozumiesz. Chcę powiedzieć, że Black nie mógł pracować 

przy ogniu na piętrze budynku kolejowego, nie sądzicie? 

Słusznie. 

Chyba masz rację. 

No, to gdzie pracował? 

Myślę, że... może korzystał z tych budek przy torach. 

< / 

I wszyscy troje ruszyli w stronę pierwszego z dwóch malutkich 
budynków stojących przy torach. Była to blaszana pakamera, trochę 
tylko większa od składziku na narzędzia, a blacha zniszczona ze starości 
pomarszczyła się na niej jak zwiędła skóra. W środku znaleźli jedynie 
kurz, potłuczone szkło i bezładny stos rozmaitych przedmiotów, 
pomiędzy którymi Jason znalazł starą lampę naftową i zapalniczkę. 

background image

Drugi budynek wydawał się ciekawszy. Był murowany i - jak słusznie 
zauważyła Julia - miał ogromny komin, czarny od sadzy. Drzwi były 
zamknięte na kłódkę, która mimo starości wyglądała solidnie. Jedyne 
okno chroniły grube okiennice. 

I znowu to samo... - zauważył Rick. - Także i to jest zamknięte. 

Może tak, a może nie - powiedział Jason i obszedł dom dokoła. 

Bez skutku. 

Julia stanęła trochę dalej, zafascynowana potężnym kominem. 

Może, może... jest jakiś sposób, żeby się tam dostać - powiedziała. 

Rick wdrapał się na dach i zajrzał do komina. 

Ale wielki... - powiedział. - Jak dwoje nas razem. 

hr&Y&nmmim^^mmimm^rimzmmiP 130  mtmimiismimm 

V1 

mamnmmmminingttgasmt) Stacja kolejowa ammmmztmstim 

Rzucił do środka kamień przyniesiony z torowiska. Usłyszeli, jak wpada 
do środka izby. 

Szyber jest otwarty. 

Myślisz, że można tędy wejść? - spytała Julia. Rick wzruszył 

ramionami. 

Może i tak, ale nie mamy liny. A poza tym jest jeszcze jeden 

drobny problem: sadza. Jeśli wejdziemy kominem, to wyjdziemy czarni. 

background image

Ja już wczoraj wystarczająco umazałem się smołą - odezwał się 

Jason. 

To był mój pomysł - dodała Julia. 

Rick domyślił się, co bliźnięta kombinują, i natychmiast zaprotestował: 

O, nie, ja tam na pewno nie wejdę! Prędzej rozwalę mur. 

Rick... 

Jak myślisz, jak wysoki jest ten komin? 

Metr? 

Dwa? 

Ale nie o to chodzi! 

My możemy cię spuścić. 

Możemy zrobić linę, wiążąc nasze koszule... 

Myślałby kto! 

To jedyna możliwość, żeby tam wejść. 

I co z tego? Gwiżdżę na to! 

Ale to może być bardzo ważne! 

Konieczne! 

A poza tym my z Jasonem niedługo musimy wracać do domu - 

wtrąciła Julia. 

I nie możemy z tym czekać do jutra. 

background image

 

 

 

<mimmtmmsiramPAai£śm 

Ludzie! - przerwał im Rick. - To głupota! W każdym razie ja nie 

mam zamiaru pakować się do komina. 

Gotowy? - krzyknął Jason, stojąc na dachu pięć minut później. 

Zrezygnowany Rick siedział już na kominie z nogami spuszczonymi w 
otwór. 

To głupota - powtórzył któryś raz. Julia przykucnęła obok niego i 

uśmiechnęła się zachęcająco. 

Robimy to, żeby znaleźć ukryte klucze. A nawet więcej: żeby 

znaleźć Pierwszy Klucz. 

Mogę się przecież zabić - burknął Rick, zaglądając podejrzliwie w 

ciemny otwór komina. - Tam może być coś ostrego, na co mogę się 
nadziać.  , 

Na przykład średniowieczna kopia? - zażartował Jason. - A może 

rycerz w zbroi? Czemu nie? 

Jeśli tak cię to bawi, to dlaczego ty nie skoczysz? 

Bo nie mam ochoty umazać się sadzą od stóp do głów. 

A ja mam? Czy i ja nie przeżyłem wczoraj pożaru? - odpowiedział 

Rick. 

Ale ty nie musiałeś wylać beczki smoły na dwoje weneckich 

złodziejaszków. 

background image

Przestańcie już - wtrąciła się Julia, wstając z kucek. 

Albo to robimy teraz, albo wcale. Bądźcie poważni. Rick i Jason 

spojrzeli po sobie. 

No dobra, próbujemy - westchnął ciężko Rick, przesuwając się na 

skraj komina. 

Julia podeszła do niego i cmoknęła go w policzek. 

Brawo, Rick - powiedziała. I szepcząc tak, żeby brat nie usłyszał, 

dorzuciła: - Całe szczęście, że i ty tam byłeś, w tym pożarze. 

Rick poczerwieniał na te słowa, ale także dlatego, że twarz Julii po 
wyszeptaniu ostatniego zdania zatrzymała się na chwilkę przy jego 
uchu, jakby dziewczynka zobaczyła coś szczególnego za jego plecami. 

Hej tam! - krzyknął Jason, sądząc, że ten pocałunek w policzek 

stanowczo za długo trwa. 

Ktoś tu jest... - wyszeptała Julia, odskakując od Ricka. 

Pokazała im porośnięte zielskiem podwórze, nad którym 

drżało rozgrzane powietrze. 

Jason i Rick obrócili się. 

Jakiś mężczyzna zbliżał się do stacji, wlokąc nogi po piaszczystej 
drodze. 

Kto to może być? 

I czego tu szuka? 

Dzieci spojrzały po sobie. Jason zeskoczył na ziemię, a za nim Julia. 
Rick też szybko zsunął się z komina. 

background image

W głębi komina pająk, wypłoszony ciągłym drżeniem ściany, opuścił 
swoją sieć. Powędrował na swych ośmiu długich odnóżach aż do kopii 
ustawionej pod otworem komina i po jej drzewcu dotarł do 
średniowiecznej zbroi opartej o ścianę. Szare zakurzone pajęczyny 
kołysały się jak hamaki. Roiło się tu od pająków. Setki malutkich 
czarnych oczek i włochatych nóżek powodowały od czasu do czasu 
leciutki brzęk zardzewiałego żelaznego hełmu. Pająk na zbroi 
przewędrował wolniutko po nagolenniku, a potem przeszedł na ścianę i 
zaczął się wspinać. 

 

«jusEiiaumsi ni mtssiai^iia 

Zwinna i szybka młoda kobieta w kombinezonie z czarnej skóry 
maszerowała boso bulwarem nadmorskim w Kilmore Cove. Jej marsz 
trwał już blisko dwie godziny i rozpierała ją wściekłość. Przez ramię 
przerzuciła parę swoich modnych szpilek na zawrotnie wysokich 
obcasach i boleśnie odczuwała każdy kamyczek na drodze, raniący 
stopy. 

- Zapłacisz mi i za to, Manfredzie! O, drogo mi zapłacisz! 

Na domiar złego słońce prażyło bezlitośnie i każda kropla potu jeszcze 
powiększała furię młodej kobiety. Ale nie poddawała się zmęczeniu. Nie 
miała też zamiaru odpocząć. 

Obliwia tylko od czasu do czasu przystawała, żeby sprawdzić, ile 
zakrętów na drodze łączącej Kilmore Cove z cywilizacją ma już za sobą. 
I żeby przy okazji z ubolewaniem stwierdzić, że tą drogą nie przejeżdża 
żaden samochód. 

Przewidywała wprawdzie różne trudności do pokonania po powrocie z 
Wenecji, ale nawet nie przeszło jej przez myśl, że jej szofer przepadnie 

background image

bez śladu. Wraz z motorem. Wyobrażała sobie, że śpi w jakimś 
zakamarku Domu Luster albo sprawdza wyniki ostatnich wyścigów 
konnych w gazecie sportowej. 

Była jednak pewna, że on na nią czeka. Że jest. 

Tymczasem nic z tego. Manfred przepadł. 

A jedynym środkiem lokomocji, jaki miała do dyspozycji, były jej 
własne nogi. 

Na widok znajomego drzewa, rosnącego w pobliżu jej domu, Obliwia 
Newton przyspieszyła kroku, wdzięczna sobie samej za godziny 
treningu spędzone w pocie czoła na ruchomej bieżni. 

Pułapka mimitunimmmurm^mmmmimnis 

Prawdziwy maraton w Nowym Jorku! Fuj! - warknęła wściekle. 

Właśnie ujrzała na zboczu wzgórza owalny zarys sylwetki swojej 
ekscentrycznej, supernowoczesnej willi z cementu, przypominającej tort 
o fioletowych ścianach. 

Podziękowała niebiosom, że przynajmniej kluczy od domu nie zostawiła 
temu niedojdzie Manfredowi, i weszła w bramę. Cichy brzęk 
automatycznie otwieranej furtki i żółte światło rozbłyskującej latarenki 
dodały jej otuchy. 

Wreszcie w domu - szepnęła Obliwia, wchodząc w alejkę, przy 

której nie rósł ni jeden kwiatek. 

MANFRED! - zawołała w nagłym przypływie nadziei. 

Z każdą chwilą była coraz bardziej wściekła. Garaż był pusty. Nie było 
samochodu sportowego, nie było motoru, nie było nawet dune buggy. 

background image

Gdzie się podziały wszystkie moje samochody? Czy mogłabym 

wiedzieć, gdzie się u diabła podziały WSZYSTKIE MOJE 
SAMOCHODY?! 

Była tak zdenerwowana, że wchodząc do domu, nie wyłączyła alarmu. 
Zaledwie dotarła do kuchni i otworzyła drzwiczki lodówki w nadziei, że 
znajdzie w niej jakiś zimny napój, gdy włączyła się ogłuszająca syrena i 
w całym domu rozbłysły czerwone światełka. 

No nie! Niech to szlag! To przecież ja! - jęknęła wściekła Obliwia. 

- Wyłącz się! Wyłącz się! WYŁĄCZ SIĘ NATYCHMIAST! 

Zawróciła do wejścia i wstukała odpowiedni kod. Ale nie poprzestała na 
tym, lecz - rozwścieczona - zaczęła okładać 

 

pięściami dekoder, dopóki syrena nie umilkła i nie pogasły światełka. 

Odetchnęła z ulgą, po czym wróciła do kuchni, otworzyła lodówkę pełną 
zimnych napojów i wreszcie wyjęła superluksu-sowe opakowanie soku z 
pomarańczy, marchewki i cytryny. 

» 

Dopiero pół godziny później jej oddech znów stał się miarowy. Usiadła 
w swoim pokoju przy stoliku z aluminium i nietłukącego się szkła, 
osłonięta przewiewną fioletową podomką. Balsam do włosów delikatnie 
pachniał marakują. Przeciwzmarszczkowy krem na bazie kokosu, 
którym natarła sobie całe ciało, lśnił białawo. Na stoliku pyszniła się 
droga szklanka z rżniętego czerwonego kryształu napełniona napojem 
uzupełniającym sole mineralne. 

background image

- Dobrze - powiedziała głośno do siebie, choć nic nie było dobrze. - I co 
dalej? 

Zmusiła się do wypicia całej zawartości szklanki, a następnie, próbując 
się zrelaksować, zamknęła oczy i zaczęła regulować oddech, 
przeznaczając na to kolejne dziesięć minut. Potem miała ułożyć dalszy 
plan dnia. Jej priorytety pozostały niezmienione: przede wszystkim musi 
dostać się do Willi Argo, a następnie obedrzeć ze skóry Manfreda. 

Spróbowała sobie przypomnieć, gdzie zapisała telefon tej agencji byłych 
bandytów, przez którą go zatrudniła. 

I wpadła na pomysł, że nie będzie dla niego lepszej nauczki niż lekcja 
od dawnego koleżki. 

Podeszła do telefonu w poszukiwaniu swojego kalendarzyka i wtedy 
zauważyła, że na automatycznej sekretarce nagrane są trzy wiadomości, 
które powinna odsłuchać. 

Bip. 

„Dzień dobry, panno Newton! - powitał ją dziwnie znajomy głos. - 
Przepraszam, że przeszkadzam. Nazywam się Gwendalina Mainoff." 

„Jakieś znajome nazwisko" - pomyślała Obliwia. - Fryzury z klasą. Pani 
fryzjerka". 

Ach, tak, rzeczywiście, przypomniała sobie Obliwia Newton, 
rozpoznając ten głos. 

Nie jesteś żadną moją fryzjerką - mruknęła do siebie. - Jesteś 

fryzjerką w tej dziurze, w Kilmore Cove." 

„Pani kierowca jest u mnie" - ciągnęła Gwendalina. 

background image

Długie paznokcie Obliwii znieruchomiały na lśniącej powierzchni 
sekretarki. 

Co ona powiedziała? - krzyknęła. 

„To znaczy, wydaje mi się, że to pani kierowca. Ciągle mó-wi o pani. 
Prawdę mówiąc, raczej majaczy w gorączce, niż mówi, bo ma 
temperaturę. Nie czuje się za dobrze, jak sądzę. I nic dziwnego - kiedy 
wczoraj wieczorem znalazłam go na plaży, był przemoczony do suchej 
nitki. I..." 

Bip. 

Obliwia zaczęła przesłuchiwać drugie nagranie. 

„To znowu ja, proszę wybaczyć. Widocznie skończyła się taśma po 
pierwszym nagraniu. Bo ja za dużo mówię, wiem... W każdym razie 
chciałam powiedzieć, że może pani przyjść, kiedy tylko pani zechce, bo 
teraz jest już spokojny. Położyłam go na kanapie, żeby pospał. Ja 
mieszkam nad zakładem fryzjerskim, pani wie, gdzie to jest, prawda? 
Dałam mu antybiotyk i wydaje mi się, że teraz jest trochę lepiej". 

Bip. 

Trzecia wiadomość. 

„Przysięgam, że dzwonię ostatni raz. Chodzi o to, że nie może pani 
przyjść, niestety, o jakiejkolwiek godzinie, bo o szóstej mnie nie będzie. 
Muszę wyjść, bo wezwała mnie klientka, żebym jej podcięła włosy i 
uczesała. Nie mogę odmówić, tym bardziej że to nowa klientka. Pani 
Covenant, orientuje się pani? Ta, która mieszka w domu nad urwiskiem. 
W każdym razie przed szóstą może pani przyjść, o której pani pasuje. 
Przepraszam raz jeszcze za...". 

Bip. 

background image

Obliwia Newton podniosła głowę oniemiała. Od tej chwili nie 
interesowało jej już zupełnie, co mokry Manfred robił na plaży i 
dlaczego fryzjerka postanowiła go zabrać do siebie. Nie obchodziło jej 
też, co Manfred majaczył w gorączce, ani nawet to, co fryzjerka mogła z 
tego ewentualnie zrozumieć. 

Wrażenie wywarła na niej tylko ostatnia wiadomość: Gwendalina idzie 
obciąć włosy pani Covenant! 

Idzie do Willi Argo. 

O szóstej. 

Szalony pomysł opanował umysł Obliwii, a jej usta wykrzywił grymas 
triumfalnego uśmiechu. Potem z gardła wydobył się tłumiony śmiech. 
Głośniejszy i jeszcze głośniejszy. I wreszcie Obliwia wybuchnęła 
niepohamowanym śmiechem, konwulsyjnym i nieomal bolesnym. Aż 
łzy napłynęły jej do oczu. Była szczęśliwa. Udało się! 

- Ale jak on to zrobił? Ten nieudacznik! Jak on to zrobił? 

w A 

■aasBiBgs imammim&rimmmrm> PUŁAPKA 

Och, Manfredzie, jesteś fantastyczny! Wybacz mi, wybacz! To 
fantastyczne! Fantastyczne! 

Obliwia poszukała chusteczki, wytarła nos i wróciła do łazienki, żeby 
zdjąć podomkę. 

Willa Argo będzie należeć do nas dwojga! - wykrzyknęła, 

przeglądając się z zadowoleniem w lustrze. Wreszcie rozpoznała 
wizerunek prawdziwej Obliwii Newton. 

Przyda mi się porządna fryzura! - zaśmiewała się. - Oj, przyda! 

background image

Energicznie wkroczyła do swojej garderoby, pełnej czarnych, 
politurowanych szaf, by znaleźć sportowy kostium, elegancki i zarazem 
swobodny. Potem poszła do pokoju Manfreda, żeby wziąć jego białą 
koszulę i parę jasnobeżowych spodni w czarne paski oraz czapkę 
bejsbolówkę. Rozłożyła to wszystko na łóżku. 

Znakomity strój dla pomocnika fryzjerki - uznała. W przypływie 

wspaniałomyślności postanowiła dodać 

do tego jeszcze swoje ulubione okulary odblaskowe, które wyjęła z 
pudełka na komodzie. 

Mój uwielbiany Manfredzie... - mruczała złośliwie. - A oto twoje 

prawdziwie męskie okulary. 

Wsunęła wszystko do plecaka, zeszła do garażu i, uświadomiwszy sobie 
brak jakiegokolwiek środka transportu, odszukała pudło ze swymi 
starymi czarnymi rolkami. 

Z pewnym wahaniem włożyła je na nogi i znowu ruszyła w drogę. Z 
wdziękiem mknęła na rolkach po asfalcie z godną podziwu koordynacją 
ruchów. 

Była tak przejęta swoim planem, że zupełnie zapomniała włączyć alarm 
w swoim domu. Jej genialny umysł podsuwał 

iKainmiPAPmm i mmu-ziamMiamM® 141 
tmmiimmmm^^iummmimninmiP. i 

 

wspaniałą wizję: już o szóstej po południu pojedzie do Willi Argo w 
towarzystwie Gwendaliny Mainoff i jej nowego pomocnika. 

- Plan doskonały. Mało... plan z klasą! - podśpiewywała sobie pod 
nosem Obliwia Newton, sunąc na rolkach po szosie. 

background image

I ^is^iass^as^mBsai^iaimKi^iniarp 142 

 

 

red Śpiczuwa, urzędnik magistratu, wszedł wolnym 

krokiem na podwórze dworca. Rick poznał tego czło- 

wieka poprzedniego dnia. Fred, wysoki, chudy i przygarbiony jak 
bocian, dostrzegł trójkę dzieci dopiero wtedy, kiedy podbiegły do niego 
przy wejściu na Clark Beamish Station. 

Cześć, dzieci! - przywitał je. - Co was tu sprowadza? Co tu 

porabiacie? 

Nic szczególnego - odpowiedział Rick, który przedstawił ich sobie. 

- Pokazywałem przyjaciołom starą stację. 

No tak - odparł Fred. Pogrzebał w kieszeniach spodni, tak 

głębokich, że wydawały się sięgać kolan, i wyciągnął laseczkę lukrecji 
zawiniętą w sreberko. 

Macie ochotę na lukrecję? - spytał, częstując wszystkich. 

Dziękujemy, ale nie - odpowiedzieli chóralnie. 

Fred włożył do ust laseczkę lukrecji, wyciągnął z kieszeni stertę 
dziwacznych przedmiotów, gazetę sportową, którą wsunął sobie pod 
pachę, i w końcu - pęk kluczy. 

Wreszcie - odetchnął z ulgą. 

Wszystkie inne przedmioty zaczął wciskać z powrotem do kieszeni, a 
robił to tak ślamazarnie, że Julię zmęczyło samo przyglądanie się, jak to 

background image

robi. Potem, zupełnie jakby dopiero teraz spostrzegł obecność dzieci, 
spytał ponownie. 

To co tu porabiacie? 

A pan? - zapytała Julia niecierpliwie. 

Fred spojrzał znużonym wzrokiem na zabitą deskami bramę stacji i na 
duży okap pod arkadą, który obsunął się i niebezpiecznie zawisł nad 
zegarem, zmarszczył czoło i powiedział: 

raitmiimm^sramm mmrnmi&szazb 144 
«Büßs^usM^iaiiöesaagKBiißiüaj 

m^mrAmmmrsiin-mitimwp Tajemnicze rury mPAnitemmmnimmmt 

Muszę pamiętać, żeby naprawić ten okap, zanim całkiem spadnie. 

Zabrzęczał kluczami i podszedł do drzwi zamkniętych na kłódki. 

Ja? - odezwał się po chwili, przypominając sobie pytanie Julii. - 

Co ja tu robię? Wykonuję swoją pracę, ot co. 

Wypróbował kolejno klucze, zanim trafił na właściwy. 

Zamek puścił, Fred zdjął łańcuch i oparł rękę na drzwiach, jakby chciał 
się upewnić, czy nie runą mu na plecy. 

Ale przecież pan pracuje w urzędzie miejskim - zapytał Rick. 

Fred kopnął lekko drzwi, które rozsunęły się na tyle, że wystarczyło 
miejsca, by mógł się przez nie prześlizgnąć taki chudzielec, jak on. 

Och, dzieciaki, gdybym ja robił tylko to... W naszych czasach 

trzeba mieć co najmniej kilka dodatkowych robótek, jeśli chce się 
związać koniec z końcem. 

background image

Moglibyśmy wejść z panem? - zapytał Jason, kiedy Fred wsunął 

się w szparę w drzwiach niczym skorupiak w swą skorupę. 

Jasne - odpowiedział już z drugiej strony Fred. - Chodźcie! 

/ > 

I tak cała trójka dostała się w końcu do budynku Clark Beamish Station. 
Zaraz za wejściem znaleźli się w obszernej hali dworcowej, nad którą w 
części środkowej, wysoko, wysoko, sklepienie przechodziło w kopułę ze 
szkła i kutego żelaza. Promienie światła przenikały przez nią jak przez 
witraż w katedrze. 

 

Spod kopuły zwisał potężny żyrandol, na którego falistych ramionach 
jakieś ptaki uwiły sobie gniazda. Wąsy pnączy, oplą-tujące nieczynną 
lampę, kołysały się w powietrzu jak liany. 

Na dole, w pustej hali, echo odbijało kroki przybyszów. Naniesiona 
przez lata ziemia, przywiana tu przez wiatr wraz z deszczem 
wpadającym przez uszkodzony dach, zamieniła marmurową posadzkę w 
łąkę usłaną małymi żółtymi kwiatkami. 

Dworzec musiał być kiedyś piękny. Eleganckie, oparte na kolumnach 
arkady oddzielały halę główną od poczekalni z jednej strony i od kasy 
biletowej z drugiej. Pod arkadami wisiały kuliste lampy podobne do 
suszonych kwiatów. W kasie biletowej z wysokimi oknami znajdowały 
się lady z jasnego kamienia. W poczekalni stało mnóstwo ławeczek z 
kutego żelaza, pod którymi rosły teraz różnokolorowe grzyby. 

Na wprost wejścia były arkady podobne do tych, przez które weszli. 
Tamtędy wychodziło się na peron. Nad arkadami, na tablicy z kutego 
żelaza wisiał ogromny rozkład jazdy przyozdobiony dekoracją w 

background image

kształcie kwiatów, zawieszony na łańcuszkach, które dzwoniły i 
utrzymywały go w równowadze jak wisiorek wielkiego naszyjnika. 
Wejście do toalet i kiosk zabity deskami uzupełniały wyposażenie 
eleganckiej niegdyś hali dworca. 

Wyżłobienia w kolumnach i żebra sklepienia przypominały łodygi i 
gałęzie drzew, a łąka żółtych kwiatów sprawiała wrażenie mozaiki 
wykonanej przez wprawnego rzemieślnika. 

Dzieci przez kilka minut przyglądały się wszystkim szczegółom tego 
niezwykłego wnętrza, a Fred - jak zwykle wolno - skierował się w stronę 
kasy. 

Co za nieprawdopodobne miejsce... - wyszeptał Jason. 

Przypuszczam, że przez całe lata nie postała tu niczyja stopa... 

Z wyjątkiem Freda. 

A Fred znowu dobierał klucze, szukając tego, którym mógłby otworzyć 
drzwi kasy biletowej. 

Ciekawe, co on ma zamiar tu robić... 

Poszli za nim, ciągle rozglądając się ciekawie wokół. W budynku było 
gorąco i parno jak w szklarni. 

W porównaniu z pozostałą częścią dworca, kasa biletowa była 
zwyczajna. Był to skromnie umeblowany mały pokoik. Znajdował się tu 
blat, na którym spoczywała ogromna księga z rozkładem jazdy 
pociągów, maszyna do drukowania biletów i obrotowe krzesło. 

Dedalus - szepnął Rick, rozpoznając w maszynie do drukowania 

biletów rękę zegarmistrza. 

background image

Bez wątpienia - potwierdził Jason, wpatrując się z podziwem w 

szeregi klawiszy podobnych do klawiszy starej maszyny do pisania. Na 
każdym z nich znajdowały się dziwne sylaby i jedna, dwie lub trzy cyfry 
ułożone bez wyraźnego logicznego porządku. 

Kolejna maszyna, której nie można zrozumieć... 

Nagle stojąca za chłopcami Julia krzyknęła. 

Co się stało? - spytali obaj jednocześnie, obracając się 

błyskawicznie. 

Julia stała w pobliżu rozkładu jazdy pociągów, który unosił się kilka 
centymetrów nad ladą. 

Nic... - odpowiedziała. - Ja tylko dotknęłam rozkładu, a on... sam 

się podniósł. 

 

 

 

 

Rick nachylił się, żeby zajrzeć pod zakurzoną księgę, i odkrył, że 
opierała się na podstawie z czarnego żelaza, podpieranej z kolei przez 
składane ramię. 

To tylko pulpit czuły na dotyk - powiedział, unosząc go. Następnie 

nacisnął pulpit i ogromny tom z rozkładem jazdy pociągów uniósł się 
jakby płynął w powietrzu. 

Julia się uśmiechnęła. 

Jasne, to tylko zwyczajny pulpit... 

background image

Rozejrzeli się dokoła. Fred Śpiczuwa zniknął w następnym 
pomieszczeniu, tuż za kasą biletową. 

Jasne jest to, że z tej stacji odjeżdżały kiedyś pociągi - zauważył 

Jason, próbując otworzyć ciężką okładkę rozkładu jazdy. 

Zdmuchnął chmurę kurzu wprost na siostrę i przeczytał tytuł księgi: 

STAŁY ROZKŁAD JAZDY WSZYSTKICH POCIĄGÓW 

DO / Z I PRZEZ 

KILMORE COVE 

WAŻNY OD 18 STYCZNIA 1936 

Przerzucił kilka kartek. Widniały na nich niekończące się tabele z 
rozkładem jazdy ułożonym w kolumny, poprzedzone nazwami różnych 
miejscowości, w których pociągi się zatrzymywały. 

U góry każdej tabeli widniała zaznaczona na czarno nazwa stacji 
końcowej oraz numer pociągu. Często powtarzały się informacje 
dodatkowe, jak pociąg specjalny albo pociąg osobowy, albo kursuje 
tylko w święta. 

148 

Kiedy Jason usłyszał odgłosy dochodzące z pokoju obok, przestał się 
interesować rozkładem jazdy i zaproponował Rickowi i Julii, żeby 
przejść do sąsiedniego pomieszczenia i zobaczyć, co robi Fred 
Śpiczuwa. 

Gdy weszli, zobaczyli Freda z głową wsuniętą w jakąś wielką dziurę w 
ścianie. 

Nie wydawał się zbyt zadowolony, widząc tu dzieci. 

background image

A, to wy. Wybaczcie, ale... sądzę, że jest pewien problem. 

Co pan robi? - spytał zaciekawiony Rick. 

Dziura w ścianie nie była zwykłą dziurą, lecz wnęką, w której 
znajdowało się coś w rodzaju tablicy rozdzielczej. Widać tam było rury i 
rurki o różnych wymiarach, i jakieś czerwone i niebieskie zawory 
regulacyjne. 

Pomieszczenie to stanowiło centrum sterownicze stacji. Większą jego 
część zajmował wykonany z czarnego żelaza model torów. Poziome 
wyżłobienie odpowiadało torom głównej linii. Z tą linią łączyły się inne, 
biegnące w dwóch kierunkach, wszystkie oznaczone numerami. W 
miejscach rozjazdów torów znajdowały się modele zwrotnic 
uruchamiane za pomocą czerwonej dźwigienki. 

Najwyraźniej była to centrala, z której kontrolowano cały ruch kolejowy 
miasteczka. 

Całe szczęście, że jest tu tylko jeden tor... - szepnął Jason, kręcąc 

głową. 

Ta złożona maszyneria wydała mu się całkiem nieproporcjonalna do 
stacji tak małego miasteczka, podobnie jak nieproporcjonalne były 
ogromne tablice z rozkładami przyjazdów i odjazdów pociągów. 

Fred Śpiczuwa obrócił się w stronę trojga dzieci, ocierając sobie drobne 
krople potu z czoła. 

Mnie to mówisz... 

Ale po co właściwie pan tu przychodzi? Co tu jest do zrobienia? - 

zdenerwowała się Julia. 

background image

Fred pokazał rury w ścianie i enigmatycznie odpowiedział: 

Odkręcam zawory. 

Ale... po co? 

Bo jeśli ja tego nie zrobię, to kto? Dzieci spojrzały po sobie 

przejęte. 

Ale po co odkręcać te zawory? Fred podrapał się za uchem. 

Prawdę mówiąc, nie wiem. Wiem tylko, że dwa razy w tygodniu 

mam tu przyjść i wszystkie odkręcić. Te czerwone muszę zamknąć, a te 
niebieskie otworzyć. 

Wyglądają jak rury na wodę - zauważył zaintrygowany Rick. - 

Przytknął ucho do rury i powiedział: - Tak, rzeczywiście, to rury na 
wodę. 

Z całej trójki Julia była najbardziej zdumiona. 

Więc pan przychodzi tu dwa razy w tygodniu, żeby tylko odkręcić 

zawory? 

To moja praca. 

I nie wie pan, jaki jest jej sens? 

Jeśli o to chodzi, to większość ludzi tego nie wie. 

Proszę wybaczyć, ale kto panu zlecił to zajęcie? Fred ciężko 

westchnął. 

Och, zlecił mi to stary Black przed swoim wyjazdem. Dzieci się 

ożywiły. 

150 ¡izm&mmsżmtimmiimm&ksm^ 

background image

"J 

BiSisrsmiK.-sje. nmt&nszm> Tajemnicze rury 
^.miiiimnmpa^mmm^niP^ 

Znał pan Blacka? 

Jasne. 

A... może powiedział, dokąd wyjeżdża? Fred się zamyślił. 

Prawdę mówiąc... może i mówił, ale nie przypominam sobie 

dokładnie. 

Proszę, proszę sobie przypomnieć! Fred przygarbił się jeszcze 

bardziej, jakby zgnębiony nagłym brakiem pamięci. 

Hej, dzieci, minęło tyle lat! 

Ale to dla nas bardzo ważne... Fred ziewnął i oparł się o ścianę. 

No dobrze, mogę sobie zrobić przerwę - powiedział. - Pytacie mnie 

o Blacka, tak? Więc niech pomyślę... 

Rick, Jason i Julia stali w milczeniu i słuchali, jak palce Freda Śpiczuwy 
bębnią po żelaznym modelu torów. 

Przed wyjazdem - Fred zaczął snuć swą opowieść, kiedy dzieci 

straciły już nadzieję, że cokolwiek usłyszą - Black przyszedł do urzędu 
miejskiego, tam, w miasteczku. Wiedzieliśmy już z ulotek, że zamyka 
stację. W sumie mnie to specjalnie nie zdziwiło, że zawiadowca stacji 
odchodzi. Jak można pracować przy pociągach, jeśli nie ma ani jednego 
pociągu? 

No jasne - przyznały dzieci zgodnym chórem. 

background image

Powiedział do mnie: „Śpiczuwa, przyjacielu...". Ponieważ byliśmy 

przyjaciółmi od dawna. Chodziliśmy razem do szkoły. Poszliśmy do 
szkoły wszyscy w jednym roku, bo - prawdę mówiąc - niewiele było tu 
wtedy dzieci... W każdym razie powiedział mi „mój przyjacielu" i 
spytał, czy mógłbym mu 

biBiSimmsiis 

151 

zrobić pewną grzeczność. Ponieważ opuszcza miasteczko, chciałby, 
żeby ktoś przychodził tu wykonywać tę pracę z zaworami. „Dwa razy w 
tygodniu" - powiedział. Sprawa na kilka minut. Zapłacił z góry, bo znał 
mnie i wiedział, że dotrzymam słowa. Odpowiedziałem mu, że jestem 
bardzo zajęty pracą w archiwum urzędu w Kilmore Cove, a on na to, że 
mi zapłaci osiem szterlingów miesięcznie. Na co ja odpowiedziałem: 
„Załatwione". I poszliśmy to oblać do gospody. 

Dzieci słuchały go w milczeniu. 

Więc go spytałem: „Stary, kiedy wyjeżdżasz?". A on mi 

odpowiedział, że wyjeżdża wkrótce, następnego ranka... czy nie, po 
południu. Tak, teraz sobie przypominam, pociągiem popołudniowym.
 

Pociągiem popołudniowym? 

No tak - mruknął Fred Śpiczuwa. - Tak właśnie powiedział. 

„Pociągiem popołudniowym". 

Ale czy ta linia kolejowa nie była już wtedy nieczynna? 

Masz rację, chłopcze - odparł Fred. - Masz rację, tędy nie 

przejeżdżał już ani pociąg popołudniowy, ani poranny. To pewnie 
dlatego się roześmiał... Zażartował sobie ze mnie. Do licha! Teraz 
rozumiem! A ja myślałem, że on naprawdę wyjechał pociągiem... - 

background image

Śpiczuwa oparł się obiema rękami o kolana, przyjmując pozycję 
podobną do pozycji dużego pająka. - Nieźle mnie okpił, stary Black. 
Pociągiem! 

Może wsiadł w pociąg specjalny? - spytała Julia. 

Niby jak? - odezwał się Jason. - Z tej strony tory urywają się w 

tunelu. 

A z drugiej? 

Dzieci spojrzały na Freda. 

Czy wie pan, gdzie się kończą tory od strony Crook-heaven? 

Tak, kończą się w Crookheaven - odpowiedział mężczyzna. - 

Dochodzą aż do lasu i tam się kończą. Jest chyba jakaś zwrotnica, ale 
wszystkie tory są nieczynne. Chodziliśmy tam zawsze z bratem na 
grzyby, wzdłuż tych torów. 

Więc nie ma żadnego pociągu. 

Nie, nie, zupełnie nic. To po prostu świetny żart. - Fred pochylił 

głowę. - A pamiętam to tak, jakby się wydarzyło zaledwie wczoraj także 
dlatego, że tego popołudnia, kiedy Black odjechał, usłyszałem dzwon na 
przejeździe kolejowym i to wspomnienie zapadło mi w pamięć. Black 
dodał mi także jednego szterlinga za jeszcze inną usługę. 

Jaką? 

Musiałem to zrobić tylko jeden raz. I to było nieco bardziej 

skomplikowane niż odkręcanie zaworów. „Troszkę bardziej" - 
powiedział mi Black. W centrum sterowniczym musiałem ustawić 
wszystkie zwrotnice w pozycji zerowej i wyłączyć je za pomocą tych 
dźwigni. O w ten sposób... 

background image

I Fred dotknął dźwigni, które uruchamiały różne zwrotnice, przy czym 
dało się słyszeć cichutkie kliknięcie. 

Jasne - powiedział Jason. - A kiedy je pan wyłączył... zobaczył 

pan, że na torach stoi pociąg? 

No nie... - przypomniał sobie Fred. - Tu od lat nie było pociągów, 

ale w sterowni był zarejestrowany jeden numer, który... 

I mówiąc to, pokazał dzieciom przestrzeń znajdującą się pod modelem 
torów. 

Jaki to numer? - spytał Jason. 

Fred się uśmiechnął. 

Dacie wiarę lub nie, ale ja dobrze wiedziałem, że wcześniej czy 

później ktoś zada mi to pytanie. Że mnie spyta: „Hej, Fred, a czy ty 
sobie przypominasz, jaki numer był w centrum sterowniczym stacji w 
Clark Beamish, kiedy je wyłączyłeś?". 

I co? Przypomina pan sobie? 

Fred Śpiczuwa uśmiechnął się tym razem nieco chytrze. 

Ja mam dobrą pamięć, naprawdę. I dlatego zazwyczaj nic nie 

zapisuję, ale w tym wypadku uczyniłem wyjątek. 

Wyjął wytarły portfel, pogrzebał w mnóstwie papierków i karteczek, i 
wyciągnął jakiś wyświechtany i prawie zatarty ze starości świstek. 

Do licha... - burknął Fred Śpiczuwa, patrząc na świstek pod 

światło. - Mało co widać. Chyba... 1374? 

Julia i Rick nadal z zainteresowaniem przyglądali się centrum 
sterowniczemu zwrotnic. 

background image

To miałby być numer pociągu? - zainteresował się Jason. 

Naprawdę myślisz, że Black odjechał pociągiem? - spytała 

szeptem Julia. - Zauważ, że wsiąść do pociągu, którego nie ma, byłoby 
raczej trudno... 

Poczekajcie! - wykrzyknął nagle archiwista z urzędu miejskiego. - 

Teraz, kiedy się tak dopytujecie, coś sobie przypomniałem. Na tablicy 
odjazdów pociągów, na zewnątrz, było coś napisane. 

Co takiego? 

Fred zaczął się nerwowo drapać po głowie. 

Było napisane... było napisane... 

 

Przy każdym jego ruchu dzieci wyciągały szyje do przodu, jakby chciały 
mu dopomóc przypomnieć sobie, co też tam było napisane. 

Już wiem! - wykrzyknął wreszcie Śpiczuwa. - Było napisane: 

Ostatnia stacja Kilmore Cove. 

Ostatnia stacja Kilmore Cove... - powtórzyli wszyscy chórem, 

patrząc na panel sterowniczy. 

A tu jest numer 1374 - powiedział Jason, dotykając rękoma jednej 

ze zwrotnic. - A te? - spytał. - Jak były ustawione te pozostałe 
zwrotnice? 

Och, dzieci... teraz to już doprawdy chcecie wiedzieć za dużo! Nie 

mogę pamiętać wszystkiego - burknął mężczyzna. - Teraz, z łaski 
swojej, pozwólcie mi dokończyć pracę. Dobrze? 

Dobrze... - odpowiedzieli bez przekonania. 

background image

Fred na nowo wsunął głowę w otwór wypełniony rurami i bardzo, 
bardzo wolno zaczął kolejno odkręcać i zakręcać czerwone i niebieskie 
zawory. 

Dzieci spojrzały po sobie. Julia wyciągnęła rękę w stronę dźwigni 
uruchamiającej panel sterowniczy stacji i pociągnęła za nią. Żelazna 
płyta modelu podskoczyła i drgnęła, brzęcząc delikatne. 

Działa - powiedziała. 

Co mówicie? - spytał Fred Śpiczuwa z głową utkwioną w dziurze. 

Nic, nic! - odpowiedzieli pospiesznie. 

Numery kilku torów zabłysły bladoczerwonym światełkiem - podobnie 
jak dźwignie, które sterowały zwrotnicami. 

 

Rick oparł dłoń o maleńką metalową nasadkę, która zaczęła się 
przesuwać, wyrzucając cyfry z czterech małych żelaznych 
pojemniczków. Po kilku sekundach ułożył się numer 1374. 

A z głębi hali dworcowej dobiegł hałas. 

Opuścili szybko pokój, przebiegli przez kasę biletową i odkryli, że hałas 
wydawała tablica odjazdów i przyjazdów, która się właśnie włączyła. 
Niektóre z metalowych cylindrów zaczęły obracać się wokół własnej osi 
w zawrotnym tempie, żeby pokazać właściwą godzinę. Po czym tablica 
pełna czarnych linii znieruchomiała, czekając na dalsze polecenia. 

No, a teraz co trzeba zrobić? - spytał Jason. 

Julia zastanowiła się chwilę i zawróciła do kasy biletowej. Siadła na 
ladzie obok potężnej księgi z rozkładem jazdy i spojrzała na Ricka i na 
brata. 

background image

To miejsce budzi we mnie jakiś dziwny niepokój. A w was nie? 

Może powinniśmy je zbadać do końca. 

Przede wszystkim nie widzieliśmy jeszcze mieszkania Blacka 

Wulkana. Musi być gdzieś na górze. 

Widziałeś schody? 

Nie. Może wchodzi się do niego od zewnątrz. 

Możemy spytać Freda. 

To on wywołuje we mnie ten niepokój - uściśliła Julia. - Fred jest 

tak ślamazarny, że aż mnie denerwuje. 

Ale to on znał Blacka Wulkana. 

I to jemu zawiadowca zlecił pewne zadanie. 

Jak się zdaje, zadanie całkiem bezsensowne... 

 

te 

is^u^minmimmzmimc Tajemnicze rury <mim^AnmnrmPAiiiumnmiP^ 

Ale to urządzenie jakby regulowało jakąś instalację dostarczającą 

wodę... - odezwał się Rick. - Może to jest podłączone do studni koło 
torów? 

Jason podszedł do maszyny do drukowania biletów i wpatrzył się z 
uwagą w gąszcz okrągłych klawiszy oznaczonych numerami od 1 do 10 
i dziwną kombinacją liter: TP, SH, CR, VA, IO... i tak dalej. 

background image

Hej, Rick - zwrócił się do przyjaciela. - Popatrz no, czy ty coś z 

tego rozumiesz... 

Rudzielec podszedł i dosyć długo wspólnie studiowali klawiaturę 
maszyny. W końcu Rick skapitulował. 

Wydaje mi się kompletnie nielogiczna - powiedział. 

Zwłaszcza te litery. 

Może to są oznaczenia pociągów? - zapytała Julia. 

A jak się je rozróżnia? 

Dziewczynka popchnęła w ich stronę wielką księgę z rozkładem jazdy 
pociągów. 

Może z pomocą tego tomiska? 

Rick złapał księgę i zaczął ją kartkować. Jason, który już wcześniej ją 
przejrzał, wyjaśnił przyjacielowi, jaki ma układ. 

Na górze karty jest nazwa miejscowości, potem numer pociągu, a 

niżej godziny odjazdu. 

Spróbuj znaleźć Kilmore Cove jako stację docelową 

zaproponowała Julia. 

Dlaczego? 

Jeśli na tablicy odjazdów widniał napis Ostatnia stacja Kilmore 

Cove, to znaczy, że pociąg jechał do Kilmore Cove. 

Jason z Rickiem wymienili spojrzenia. 

Czemu by nie? 

iłm&mmmi&mtmmimerimwmmp 

background image

157 

__________ , : .. ... J 

 

Przerzucali kartki rozkładu jazdy, wznosząc tumany kurzu i rozrywając 
pajęczyny 

Oto pociągi, które kończyły swój bieg w Kilmore Cove! 

wykrzyknął Jason, kiedy natrafił na właściwą stronicę. 

Dwa - dorzucił Rick, przewracając kartkę. 

Pociąg Panoramiczny Południe numer 3458, jadący z... Zennor, i 

ten, numer 1974. 

Jadący z...? 

Nie zaznaczono stacji w rozkładzie - zauważył Rick. 

Czy raczej wszystkie wykreślono. 

Usunięto? 

Zamazano czarnym atramentem. 

Rick uniósł stronę pod światło, usiłując odczytać coś spod grubych 
skreśleń na papierze. Wydaje mi się, że widzę... Ogród Gianni. 

Ogród Gianni? 

Ogród Gianni - potwierdził Jason. - A niżej: Shamrock coś. 

background image

Shamrock Hills - domyślił się Rick. - Wzgórza, pod którymi 

biegnie tunel. A ten tu wyraz to będzie Crookheaven, z drugiej strony 
torów. 

A ta stacja, to mógłby być... T... Turtle Park... 

Wygląda to jak lokalne metro - oceniła Julia. 

Zważywszy fakt, że nie ma kolei w Turtle Parku - dodał Rick. - 

Jest tam... wyżej. 

Julia zsunęła się ze swego siedziska i zaczęła razem z chłopcami 
przyglądać się zakreślonej stronie. 

To ten - odezwała się po chwili. 

Jaki ten? 

Pociąg, o którym mówił nam twój przyjaciel. 

 

 

Nie jest moim przyjacielem - zaprotestował Rick. 

Podał nam numer 1374, ale karteczka była zniszczona. Mogło to 

być równie dobrze 1974, nie sądzicie? 

Pasuje... - mruknął Jason. - I co z tego? 

Nie wiem, ale możemy spróbować wrzucić ten numer do panelu 

sterowania. 

To ja to zrobię - zaofiarował się Rick. Poszedł i po chwili wrócił. - 

Gotowe. Ale musimy się pospieszyć. Śpiczuwa prawie już skończył z 
tymi rurami. I jak tylko wyciągnie głowę z tej dziury, zauważy, że 
uruchomiliśmy wszystko. 

background image

No to wymyśl coś! 

Julia raz jeszcze przejęła inicjatywę. 

Ja myślę, że powinniśmy spróbować wydrukować bilet. 

Ale jak? 

Czy w rozkładzie jazdy są numery i dodatkowe oznaczenia? 

Jest numer 1974, a potem... może coś i jest, ale skreślone. Może, 

może to... tak, chyba litera C. Zaczyna się na C. 

Julia stanęła przed klawiaturą i westchnęła. 

Spróbujmy 

Postanowiła najpierw wybić numer pociągu, jaki znaleźli w rozkładzie 
jazdy. 

Położyła palec na klawiszu z jedynką i wcisnęła go. Klawisz zapadł się z 
metalicznym zgrzytem. Julia spojrzała na Ricka, po czym wciskała 
dalej. 

Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt cztery - powiedziała, naciskając 

kolejne klawisze 1, 9, 7 i 4. Wszystkie zapadły się i tak pozostały. 

To bardziej wygląda na datę niż na numer pociągu - zauważył 

Jason. 

 

mimiuisininmr^ismmms 

Teraz spróbuj wcisnąć literę C - odezwał się Rick. 

Julia rozejrzała się szybko po klawiszach i pokręciła przecząco głową. 

Nie ma. 

background image

Jak to, nie ma? 

Jest tylko oznaczenie CL. 

Rick raz jeszcze spróbował odczytać coś na pokreślonej stronie rozkładu 
jazdy. 

Nie wiem, doprawdy... Spróbuj wcisnąć to CL, bo i tak nic z tego 

nie pojmuję. 

Julia posłuchała Ricka. Klawisz opadł, jak poprzednie. 

Podejrzewam, że ta maszyna jest zepsuta - powiedziała 

zawiedziona. - Co mam teraz wcisnąć? 

1974, Cl... - powtórzył głośno Jason. - 1974," Cl... 

Zgnębiony Rick nadal studiował rozkład jazdy. 

VB? TR? OE? AA? - odczytywała Julia litery na pozostałych 

klawiszach. - Co wcisnąć? 

A czy jest klawisz IO? - spytał nagle Jason, jakby mu coś 

zaświtało. 

Julia przebiegła wzrokiem klawisze i po chwili znalazła. 

Tak, jest. Czemu pytasz? 

CL IO - odparł Jason. - Czy nie tak nazywała się siostra pani 

Biggles? 

Klitamnestra Biggles - odpowiedział Rick. - Czyli Klio. Tak, tak ją 

nazywano! 

Mam spróbować? - spytała Julia. 

Spróbuj. 

background image

Julia wcisnęła litery IO. Maszyna wydała ostatni zgrzyt i jednocześnie 
zwolniła wszystkie wciśnięte dotychczas klawisze. 

 

Tajemnicze rury omassmmjmtimbm 

Po czym rozległ się szum jakby jakiegoś zawirowania i tylna część 
aparatury gotowa do druku połknęła kartkę papieru. 

Zapadła cisza. 

Nie działa - powiedziała Julia po chwili pełnego napięcia 

oczekiwania. 

Czego jeszcze brakuje? 

Podaliśmy numer pociągu, kod... czyja wiem? 

Trzy - powiedział Rick. 

Co „trzy"? 

Wciśnij trzy. Może chce znać liczbę pasażerów - zasugerował 

Rick. 

Julia wcisnęła 3. Klawisz zapadł się na moment, potem nagle odskoczył 
i cała maszyna zaczęła dygotać. Wszystko to trwało tyle czasu, ile 
potrzeba było na wyrzucenie prostokątnego kartonika, obwiedzionego 
elegancką obwódką w stylu liberty, na którym widniał napis: 

Miejscowość Kilmore Cove - Clark Beamish Station 

Bilet na pociąg specjalny - CLIO 1974 - Pociąg wiecznej młodości 

Ważny do: tylko dziś 

Liczba pasażerów: 3 

background image

Informacji o warunkach rozpoczęcia podróży udziela biuro informacji 
lub znajdują się one na tablicy informacyjnej. 

Wspaniale... - szepnęła Julia, zachwycona kartonikiem, mokrym 

jeszcze od farby. - A teraz? Co dalej? 

Z drugiego pokoju dobiegł ich straszliwy krzyk Freda Śpi-czuwy. 

Teraz musimy pędzić i zobaczyć, co tam się stało! 

 

■ 

■ 

 

 

 

PIĄTY 

DZIAŁAJĄCE ZWROTNICE 

Rozdział; 

'ER DEDALUS 

Obliwia Newton zatrzymała się gwałtownie pod dwoma szyldami 
zakładu fryzjerskiego Gwendaliny Mainoff, usiłując złapać równowagę 
na tych wściekłych rolkach. Klapnęła na ziemię, ściągnęła niecierpliwie 

background image

rolki i cisnęła nimi ze złością jak najdalej przed siebie. Otworzyła plecak 
i wyjęła specjalne buty do trekingu, które świet- 

Inie pasowały do eleganckiego dresu, w jaki się wystroiła. 

Zadzwoniła. 

Przy drugim dzwonku z okna na górnym piętrze wychyliła się 
Gwendalina ze słuchawką telefoniczną w ręce. 

Kto...? - zaczęła pytać, lecz natychmiast rozpoznała Ob-liwię i 

wsunęła błyskawicznie głowę z powrotem. - Fantastycznie! Wybacz, 
mamo, ale przyszła panna Newton. Na razie! 

Obliwia zmarszczyła czoło. Posłyszała kroki na schodach, potem 
zobaczyła, jak otwierają się drzwi obok, pod szyldem Golenie i 
strzyżenie dżentelmenów. 

Gwendalina wyszła na ulicę w ogromnych kapciach w kształcie 
króliczków. 

Panno Newton! - zawołała. - Tędy, bardzo proszę. 

Obliwia zmusiła się do uśmiechu i podeszła. 

Dzień dobry, Gwendalino. 

Dzień dobry. Bardzo przepraszam, że fatygowałam panią tutaj, ale 

po prostu nie wiedziałam, co robić. 

Manfred jest na górze? 

Manfred? Ach tak, Manfred... Jest na górze, tak. Proszę za mną, 

tylko błagam, proszę nie zwracać uwagi na nieporządek. Musi mi pani 
wybaczyć, ale jestem samotną kobietą pracującą, więc... 

«ŁimKflimwmmm». imi i mwnumum II H * 164 

background image

tmrammmmr&memrsm* Działające zwrotnice ^mmiumumnit 

Gwendalina szła przodem. Minęła salon dla panów, potem przeszła 
przez małe drzwi na tyłach zakładu. 

Proszę zamknąć te drzwi, dziękuję... 

Weszły na korytarz w kształcie podkowy, który łączył salon męski z 
salonem damskim, i zaczęły wchodzić na piętro po wąskich schodach 
wzdłuż ściany, z której - pod wpływem soli morskiej - łuszczyła się 
farba. 

Tędy, proszę... - powiedziała znowu Gwendalina. - I proszę nie 

zwracać uwagi na bałagan. 

Rozumiem, świetnie rozumiem. Ja też jestem samotną kobietą 

pracującą. 

Ach tak? To wspaniale! To znaczy przykro mi, chciałam... tylko 

powiedzieć, że skoro tak, to dobrze się zrozumiemy. Wiedziałam, że 
mamy ze sobą coś wspólnego, wyczułam to od razu. Tędy, proszę. 
Proszę wejść, tylko uwaga na stopień... 

Mieszkanie Gwendaliny było, skromnie mówiąc, wykwintne. Po wejściu 
do przedpokoju obitego turkusową tapetą mijało się małą kuchnię i 
wchodziło do salonu w odcieniu liliowym, z wymalowaną pergolą i 
błękitnym niebem na suficie. Dokoła dywanu w kolorze kości słoniowej 
ze złotymi aplikacjami ustawiono foteliki z wiklinowej plecionki 
wyściełane białymi poduszkami. Na ścianie wisiał drugi ładny dywan. 
W salonie stał jeszcze niski drewniany stolik z bukietem z suchych 
gałęzi. 

background image

Oto i on - powiedziała pani domu, wskazując mężczyznę leżącego 

na kanapie z wikliny. - Starałam się, jak tylko mogłam, i sądzę, że 
gorączka już mu opadła. 

Na odgłos kroków dziewczyny, Manfred opuścił bezwładnie rękę na 
podłogę i wydał przejmujący jęk boleści. 

Obliwii wystarczył jeden rzut oka, żeby się zorientować, że udaje. 

Manfredzie - odezwała się oschle. 

Kierowca wytrzeszczył oczy, drgnął jak smagnięty biczem i natychmiast 
cofnął rękę pod kołdrę. W głębi pokoju dostrzegł dwie kobiety i na 
widok Obliwii skoczył na równe nogi. 

Panna Newton! - zawołał, osłaniając się szczelnie kołdrą. - Ja... 

jak? 

Wolnego, wolnego - odezwała się lodowatym głosem Obliwia. - 

Co masz mi do powiedzenia? 

Ja... - Manfred miał na wpół otwarte usta. - Ja... spadłem... 

Skąd? 

Z... z... - zaczął się jąkać, szukając w myślach sensownej 

odpowiedzi. 

Gwendalina zaczęła wymachiwać rękami jakby to były skrzydła. 

Z urwiska Salton Cliff. Powtarzał to w kółko przez całe 

przedpołudnie. 

Manfred coś tam bąknął. 

A czego ty tam szukałeś, na urwisku Salton Cliff? 

Jechałem samochodem... dune buggy... drogą do Willi Argo. 

background image

I jak ci się udało zlecieć z samochodem z drogi do Willi Argo? 

Manfred - coraz bardziej speszony - zaczął owijać się kołdrą w pasie, 
pozostawiając odkryty tors. 

Próbowałem wyminąć konia. 

 

Obliwii wystarczył jeden rzut oka, żeby się zorientować, że udaje. 

Manfredzie - odezwała się oschle. 

Kierowca wytrzeszczył oczy, drgnął jak smagnięty biczem i natychmiast 
cofnął rękę pod kołdrę. W głębi pokoju dostrzegł dwie kobiety i na 
widok Obliwii skoczył na równe nogi. 

Panna Newton! - zawołał, osłaniając się szczelnie kołdrą. - Ja... 

jak? 

Wolnego, wolnego - odezwała się lodowatym głosem Obliwia. - 

Co masz mi do powiedzenia? 

Ja... - Manfred miał na wpół otwarte usta. - Ja... spadłem... 

Skąd? 

Z... z... - zaczął się jąkać, szukając w myślach sensownej 

odpowiedzi. 

Gwendalina zaczęła wymachiwać rękami jakby to były skrzydła. 

Z urwiska Salton Cliff. Powtarzał to w kółko przez całe 

przedpołudnie. 

Manfred coś tam bąknął. 

background image

A czego ty tam szukałeś, na urwisku Salton Cliff? 

Jechałem samochodem... dune buggy... drogą do Willi Argo. 

I jak ci się udało zlecieć z samochodem z drogi do Willi Argo? 

Manfred - coraz bardziej speszony - zaczął owijać się kołdrą w pasie, 
pozostawiając odkryty tors. 

Próbowałem wyminąć konia. 

 

mmxi. mmn&BSKE®® Działające zwrotnice <sssiaisagbis 

Ach tak - powiedziała surowo Obliwia. - Próbowałeś wyminąć 

konia... 

Gwendalina wyczuła ciężką atmosferę i postanowiła ją rozładować. 

Czy ktoś życzyłby sobie herbaty? 

Obliwia spojrzała na fryzjerkę i jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. 

Wspaniały pomysł! Pójdę z tobą, Gwendalino, a Manfred będzie 

miał okazję się ubrać. - Mówiąc to, rzuciła mu wybrane wcześniej 
starannie ubranie, właściwe jej zdaniem dla pomocnika fryzjerki. - I 
żadnych pytań - syknęła lodowatym głosem. - Bo cię wyrzucę na zbity 
pysk. 

Kuchnia Gwendaliny była równie rozkoszna jak pozostała część 
mieszkania. Cała w kolorze niebieskim, z półkami przystrojonymi 
suszonymi kwiatami i słonecznikami. 

Dziewczyna postawiła na tacy trzy porcelanowe filiżanki ze srebrnymi 
obwódkami i nastawiła czajnik z wodą. Czajnik na końcu dzióbka miał 
ptaszka na sprężynce. 

background image

Kiedy się gotuje, gwiżdże - wyjaśniła. 

Wspaniale! - pochwaliła Obliwia. - Masz urocze mieszkanko. 

Tak pani uważa? Wszystko zrobiłam sama, to znaczy... sama 

zaprojektowałam, a potem ktoś mi pomógł to wykonać. 

Absolutnie urocze. Posłuchaj, kochana... - ruszyła do szturmu 

Obliwia. - Nie wiem, jak mam cię przepraszać za to, co się wydarzyło. 
Czuję się twoją dłużniczką. 

Ależ panno Newton, jaką dłużniczką! To była dla mnie... 

przyjemność, proszę mi wierzyć. Od lat nikt nie chrapał 

w tym domu., i nawet jeśli Manfred majaczył i od czasu do czasu 
krzyczał, to było... piękne. 

Słyszałaś, co mówił? 

Głównie powtarzał pani imię, a poza tym coś o jakichś kluczach i 

drzwiach. 

Och, znowu te drzwi! - jęknęła teatralnie Obliwia. - Ciągle ta sama 

historia... 

Jaka historia? 

Manfred ma obsesję na punkcie drzwi. 

Fascynujące - westchnęła dziewczyna, dodając ten szczegół do 

garści informacji zdobytych już na temat tajemniczego mężczyzny. 

Tak, ale męczące. Niezwykle męczące. Sama widziałaś, do czego 

to doprowadziło. 

Ma pani na myśli urwisko? 

Tak. Mam na myśli urwisko. 

background image

On twierdzi, że już po raz drugi z niego spadł. 

I zawsze z powodu tych samych drzwi. 

Obawiam się, panno Newton, że czegoś nie rozumiem. 

Ptaszek na dzióbku czajnika zaczął gwizdać, jakby próbował przyjść 
Obliwii z pomocą. Gwendalina zalała herbaciane listki gorącą wodą. 

W Willi Argo - wyjaśniła Obliwia - prawdopodobnie znajdują się 

bardzo stare drzwi, drzwi z XVIII czy XIX wieku, i Manfred za wszelką 
cenę chce je zobaczyć. Ale... z tych czy innych względów jeszcze nigdy 
mu się to nie udało. 

Biedaczek! 

On właściwie o niczym innym nie marzy, a jak raz wbije sobie coś 

do głowy, to mu tego wybić nie można. I pomyśleć, 

 

że wystarczyłby jeden rzut oka, dosłownie jeden! No, ale przynajmniej 
do czasu, kiedy nie nawiąże się jakichś kontaktów... 

Obliwia uczyniła gest, który Gwendalina w mig pojęła. 

No tak, zrozumiałe. To znaczy... chcę powiedzieć, że ta historia z 

nowymi właścicielami i... sprawy tego rodzaju... 

Właśnie. Sprawy tego rodzaju... Rozumiesz sama, że nie jest to 

takie proste, przedstawić się tym państwu z Londynu i spytać, czy 
można by wejść do ich domu, żeby obejrzeć... drzwi! 

Rozumiem. Istnieje ryzyko, że wezmą człowieka za dziwaka. 

No właśnie. 

Albo można zlecieć z urwiska. 

background image

Jeszcze lepiej. 

Gwendalina wzięła tacę i obróciła się, by zanieść herbatę do salonu. 

Manfred się już chyba zdążył ubrać? - spytała. 

Biedny drogi... - jęknęła Obliwia, zagradzając Gwenda-linie drogę 

do drzwi, by zwrócić na siebie jej uwagę. - Gdyby tak znaleźć jakiś 
sposób na dostanie się do Willi Argo. 

Spojrzała na Gwendalinę i dodała: - Gdyby tak znaleźć kogoś, kto 

mógłby tam wejść... 

Chwileczkę - przerwała jej w tym momencie fryzjerka. 

Tak? - zainteresowała się Obliwia, której zamiar być może już się 

powiódł. 

Ja jestem dzisiaj umówiona w Willi Argo - wykrzyknęła 

Gwendalina. - O szóstej, z panią Covenant. 

Doprawdy? - udała zdziwienie Obliwia, unosząc brwi. 

Czyż to nie byłoby cudowne, gdybyś zechciała nas ze sobą zabrać? 

Gwendalina spuściła głowę. 

Ale ja pracuję sama. 

Na pewno? 

Fryzjerka ze zdziwieniem spojrzała na Obliwię Newton. 

Co pani ma na myśli? 

Obliwia przepuściła ją teraz w drodze do salonu, gdzie Manfred słał 
kanapę. 

background image

O, to bardzo proste, droga Gwendalino. Ja bym została w 

samochodzie, a ty ze swoim nowym pomocnikiem... „Manny"... 
obcięlibyście włosy pani Covenant. A kiedy byś skończyła, on by cię na 
chwilkę zostawił i poszedłby obejrzeć te cudowne drzwi... Byłabym ci 
niezmiernie wdzięczna, kochanie, uwierz mi. I Manfred. Nieprawdaż, 
Manny? 

Niezmiernie wdzięczny - zapewnił Manfred, nakładając czapkę. 

Gwendalina zauważyła, że w tym ubraniu Manfred prezentował się 
naprawdę milutko. 

No... tak... - jąkał się. - Sądzę, że tego... istotnie można by zrobić 

tak, jak mówi panna Newton. 

Cudownie! - zaszczebiotała Obliwia, opadając na wiklinowy fotel. 

- Myślę, że teraz możemy się przez chwilę wspólnie podelektować 
herbatą. 

Gwendalina uśmiechnęła się i trochę nieśmiało podsunęła jej filiżankę. 

Napełniała już ostatnią z trzech filiżanek, gdy nagle przez otwarte okna 
dobiegał ją daleki, lecz uporczywy dźwięk rozkołysanego dzwonu. 
Gwendalina znieruchomiała. 

Usłyszała go również Obliwia. 

A co to takiego? - spytała. 

^iMwiMjiwiiiMip 

i7o ctsmmmmmmmmummmmami 

 

ms%Em> Działające zwrotnice (mi&umstmmmm?^ 

background image

Fryzjerka nasłuchiwała jeszcze chwilę, po czym wzruszając ramionami, 
stwierdziła: 

- Nie mam pojęcia. Gdyby nie to, że stacja kolejowa jest nieczynna, 
powiedziałabym, że to dzwon na dawnym przejeździe. 

Jason, Julia i Rick wpadli do centrum sterowania. Fred Śpiczuwa 
podskakiwał histerycznie. 

Co się dzieje? Co wyście narobili? - powtarzał w kółko, rwąc sobie 

włosy z głowy. 

Panel sterowania zaczął się obracać, a światełko trzeciego peronu 
migotało. 

Dlaczego to się świeci? 

Zwrotnica! - domyślił się Rick 

Jaka zwrotnica? - jęknął Fred. 

Nie udzielając Fredowi żadnych wyjaśnień, Rick poruszył dźwignię, 
która uruchamiała zwrotnicę łączącą tor trzeci z torem głównym. 
Światełko nagle przestało migotać. 

O, brawo... - odezwał się z uznaniem Fred Śpiczuwa, nadal ciężko 

wystraszony. 

Zaledwie jednak zdążył wypowiedzieć te słowa, gdy panel znowu zaczął 
się poruszać i wszystkie trzy światła torów po drugiej stronie jasno 
rozbłysły. 

No nie, znowu! - jęknął Fred. - I to jeszcze mocniej niż za 

pierwszym razem! 

Jason z Julią zdali się na Ricka, który wpatrywał się w tablicę 
rozdzielczą, usiłując rozpracować mechanizm. 

background image

Dalej, Rick! 

Uruchom go! 

f i 

in¥&rmsimmmmmsmmmmmvmrm> 

 

Chwileczkę! - wykrzyknął Rudzielec. I zaczął głośno myśleć. - 

Jeżeli zabłysła lampeczka zwrotnicy trzeciego toru, to znaczy, że 
nadjeżdża pociąg... 

Jak to nadjeżdża pociąg? - wyjęczał Fred. 

Rick przejechał palcem po zarysie torów. 

Pociąg wjeżdża na stację... a potem... z tej strony jedzie dalej... i te 

trzy lampki zwrotnic świecą, ponieważ... Musimy postanowić, dokąd 
skierować pociąg. 

A dokąd go skierujemy? - spytała Julia. 

Rick zacisnął nerwowo palce. Światełka, czerwone jak jego włosy, 
rzucały refleks na jasną skórę chłopca. 

Skierujemy go... tu! - zdecydował po chwili, podnosząc dwie 

dźwignie zwrotnic. 

To znaczy? 

Do tunelu - odparł. 

I światełka zgasły. 

 

background image

- Jak to do tunelu? - żachnął się Jason, który zaledwie pół godziny 
wcześniej dokładnie spenetrował ten tunel. - Tunel jest ślepy! 

Rick spróbował mu coś wyjaśnić, kiedy kolejny hałas sprawił, że 
wszyscy czworo obrócili się w stronę wyjścia. Wydawało się, że przez 
halę główną dworca przeszedł tajfun. 

Pobiegli bez tchu na drugą stronę i odkryli przyczynę tego zamieszania: 
włączyła się tablica przyjazdów i odjazdów pociągów - wszystkie litery i 
cyfry kręciły się jak szalone. Hałas, jaki się rozlegał w pustej hali, 
sprawiał takie wrażenie, jakby żelazne palce tasowały gigantyczną talię 
kart. 

Działające zwrotnice (immmznzss&im 

Potem, stopniowo, litery zaczęły zwalniać i hałas zmalał. 

Co się dzieje? - zapytał zdenerwowany Fred Śpiczuwa. 

Black zostawił nam wiadomość... - szepnął Jason z głową zadartą 

do góry. 

Litery na tablicy wreszcie się zatrzymały. 

Wiadomość? 

Co to znaczy? - spytała Julia. 

Nie mam pojęcia - odparł zbity z tropu Rick. 

To znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze - stwierdził Jason. 

Jesteście całkiem szaleni! - wykrzyknął Fred Śpiczuwa, zanim 

zaczął czytać na głos napis, który ułożył się na tablicy odjazdów: 

background image

Przyjacielu podróżniku, jeśli chcesz jechać w świat, musisz kochać bez 
tchu i piasek, i wiatr, a przyjaciół mieć stu. 

Zaledwie wypowiedział ostatnie słowo, kiedy na stacji rozległ się daleki 
głuchy odgłos, który wstrząsnął posadzką usłaną kwiatkami. Były to 
niskie, narastające wibracje, od których z żyrandola w głównej hali 
spadły tumany kurzu. 

Nadjeżdża! - krzyknął Jason, który natychmiast pojął, co się stało. 

I rozejrzał się gorączkowo dokoła w poszukiwaniu wyjścia z dworca. 

Co nadjeżdża? - spytał Fred, wpatrzony w wiersz na tablicy. 

mmmmmm^rmmmummmmmim» 

 

Pociąg z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego! - 

zawołał Rick. 

I rzeczywiście, hałas robiła lokomotywa pędząca z szaloną prędkością. 
Nadjeżdżała z zachodu, od strony lasów w Crookheaven. 

Szybko! Otwórz drzwi na peron! - krzyknął Jason do Freda, 

kierując się w stronę wyjścia identycznego jak wejście na dworzec. - 
Nadjeżdża pociąg! 

Chwileczkę, chwileczkę... - jęczał Fred zupełnie zdezorientowany 

tymi nieoczekiwanymi wydarzeniami. - Co mam robić? 

Poszukaj klucza i otwórz te drzwi! 

background image

Mężczyzna wyjął pęk kluczy z kieszeni i niepewnym krokiem podszedł 
do Jasona. Tymczasem odgłos pociągu narastał i teraz już cały budynek 
drżał w posadach. Żyrandol zaczął się gwałtownie kołysać, jak na 
wietrze. 

Chwileczkę, chwileczkę, dzieci... - jąkał się urzędnik z Kilmore 

Cove, próbując klucza za kluczem. 

Szybciej! 

Nie ten... I nie ten... - mruczał pod nosem Fred, odrzucając kolejne 

klucze. Jason dłużej nie czekał. Odwrócił się i pobiegł w stronę wejścia 
na dworzec. Uznał, że szybciej obiegnie cały budynek dokoła, niż 
doczeka się otwarcia drzwi wyjściowych przez ospałego Freda. 
Przebiegł po kwiatkach na posadzce i wypadł na dwór, by lotem 
błyskawicy okrążyć dworzec. 

Prawie dobiegł na peron, kiedy owionął go podmuch powietrza 
zatykający dech w piersi. 

Ciemna masa pociągu przemknęła mu przed oczami, wprawiając go w 
osłupienie. 

■ 

174 tamammmmu i nmmm&mmivmim 

ismmm 

Działające zwrotnice  m^ism— 

Jason rzucił się na ziemię, widząc, jak ciemna i lśniąca masa znika, 
pozostawiając za sobą jedynie gorący podmuch. 

Pociąg przejechał przez stację Kilmore Cove bez zatrzymania. 

Widzieliście go? - zapytał, kiedy pozostała trójka wyszła na peron. 

Nie - odpowiedziała Julia. - A ty? 

background image

Tylko ciemną plamę, od tej strony, która przemknęła przede mną 

jak rakieta. 

Rick puścił się biegiem na tory. 

No to pędźmy! 

Przecież go nie dogonimy! - zaoponowała Julia. 

Skierowaliśmy go na tory prowadzące do tunelu... - przypomniał 

im Rick. - A tunel jest ślepy. 

Czyli teraz powinniśmy usłyszeć huk - wykrzyknął Jason, ruszając 

biegiem za Rickiem. 

Julia, zanim dołączyła do chłopców, położyła dłoń na szynie. Szyna nie 
drgała. 

Dzieci, hej dzieci! - biadolił strapiony Fred Śpiczuwa, próbując 

bez skutku zwrócić ich uwagę. - Co mam zrobić z panelem 
sterowniczym?! - wołał za nimi. 

Bieg po szynach w stronę wzgórza kryjącego tunel zajął trójce 
przyjaciół nieco ponad pięć minut. Tory ginęły w ciemności, połknięte 
przez ciemny łuk tunelu. Jason, Julia i Rick zatrzymali się tuż przed 
wejściem, wahając się, czy iść dalej. Mieli wrażenie, że stoją przed 
otwartą paszczą, obrośniętą przez zielsko i dzikie pnącza kołyszące się 
od przeciągów. 

Mówicie, że jest tu w środku, zatem... - mruknął Jason. 

Nie może być nigdzie indziej - potwierdził Rick. 

Jeżeli istnieje - uściśliła Julia, którą zielsko kłuło w ręce. Jason 

nachylił się nad torami, by zapalić lampę na benzynę, którą znalazł w 

background image

garażu Willi Argo. Zapalił knot zapalniczką i zaczekał, aż uniesie się 
czarna chmura o mdlącym zapachu. 

Nie mogłeś zabrać latarki? - robiła mu wyrzuty siostra. Jason 

żachnął się, ale nie przestał majstrować przy lampie. 

Po chwili udało mu się przemienić śmierdzącą chmurę w ró-żowawe 
światełko. 

Zrobione! - zawołał uradowany. 

Ominął szyny i pierwszy zapuścił się w ciemności. Julia i Rick poszli za 
nim, usiłując cokolwiek zobaczyć. 

Widzisz coś, Jasonie? - spytała Julia po kilku krokach. 

Tylko kamienie i tory. 

Długie są? - dopytywała się siostra. 

Nie wiemy - odpowiedział Rick. - Wiemy tylko, że szyny nie 

wychodzą z drugiej strony góry. I że wobec tego... 

Nie dokończył zdania. Jason uniósł lampę. 

Kurczę... - szepnął. - Wy też ją widzicie? 

Goniąc Klio 

Julia obróciła się w stronę Ricka. 

Jest, naprawdę! Miałeś rację! 

Rick uśmiechnął się, chwycił Julię za rękę, patrząc przed siebie, na tory, 
gdzie zagubiona lokomotywa Blacka Wulkana migotała metalicznym 
blaskiem stłumionym warstwą kurzu. 

background image

Ten wiersz na tablicy... - odezwał się cicho Rick, zatrzymując się 

przed schodkami - mówił, że żeby wsiąść do tego pociągu, trzeba mieć 
w sercu i piasek, i wiatr. 

A przyjaciół mieć stu - dodała Julia. 

Czy to waszym zdaniem coś znaczy? 

Dzieci spojrzały na lśniącą sylwetkę lokomotywy na szynach i wydało 
im się, że czeka na nich jakieś potężne sapiące zwierzę. 

Ja myślę, że to nie jest zagadka - powiedział Jason. - Myślę, że to 

poezja. 

Dlaczego tak sądzisz? 

Ponieważ inaczej to nie miałoby żadnego sensu - odparł. - To coś 

takiego jak to, co robiliśmy dziś przed południem w szkole z Miss 
Stellą. To takie wiersze pełne przenośni. Słowa tak naprawdę nie znaczą 
tego, co jest napisane. 

To co znaczą? 

Ba, trzeba by je jakoś zinterpretować... - odpowiedział Jason, ale 

widać było, że się do tego nie pali. - Piasek to wcale nie piasek, tylko... 

...twoja pamięć - wtrącił Rick. - Coś, co nagromadziło się przez 

lata, coś solidnego i konkretnego. 

O, brawo, Rick! 

 

Ale, co jednocześnie nie ciąży - ciągnął Rick. - A wiatr... może 

chodzi o wiatr wyobraźni, o polot, który może ponieść daleko i wysoko? 
A wiatr, kiedy napotyka piasek, zwalnia, więc piasek to ziemia, która 
reguluje prędkość wiatru, wycisza go. 

background image

Rodzeństwo słuchało go z otwartymi ustami. 

No, a ta setka przyjaciół - kończył Rick z rozpędem - to nie chodzi 

tak naprawdę o sto osób, lecz o wszystkie możliwe uczucia i emocje. 
Black chce powiedzieć, że tymi trzema elementami, piaskiem, wiatrem i 
uczuciami powińien napełnić swoje serce ten, kto chce wsiąść do jego 
lokomotywy. 

Hmm, jak tak - odezwał się Jason - to ja mogę wsiadać. 

Nigdy mi nie mówiłeś, że jesteś poetą - szepnęła Julia, tarmosząc 

Ricka za rudą czuprynę. 

-r Bo ja też o tym nie wiedziałem - odparł z uśmiechem. 

„Ani że mam teraz serce bardziej wrażliwe niż zazwyczaj" - miał ochotę 
dodać. 

Usiłował to wyrazić jedynie wzrokiem, wpatrując się w Julię w mroku 
tunelu. 

Wsiedli do lokomotywy, wchodząc po bocznych schodkach. Rick poeta 
jako pierwszy, potem Julia, a na końcu Jason. Stal lśniła, wypolerowana 
jak powierzchnia diamentu, i parowała, co sprawiało wrażenie, jakby 
lokomotywa oddychała. 

Rick otworzył drzwiczki na szczycie schodów i wszedł do kabiny 
maszynisty. Było to małe pomieszczenie obite czerwonym materiałem, z 
ciemnymi żelaznymi tablicami rozdzielczymi i przyrządami 
pomiarowymi, których okrągłe 

^rsmmKłKiissgiBiifmigił GONIĄC KLIO 

background image

tarcze wyglądały tak, jakby im się przyglądały. Mnóstwo małych 
dźwigni sterczało z podłogi niczym łodygi kwiatów, a każda była 
oznaczona symbolem. 

Przeszklone drzwiczki oddzielały kabinę maszynisty od malutkiego 
przedziału, w którym mogło się pomieścić zaledwie kilka osób. Na 
ścianie wisiała stara fotografia z trzema mężczyznami pozującymi na tle 
lokomotywy: Black Wulkan, Peter Dedalus i Leonard Minaxo. O wiele 
młodsi, trudni do rozpoznania, ale to z pewnością byli oni. 

Ta fotografia musiała być wykonana przed wypadkiem z 

rekinem... - zauważył Jason, bo na zdjęciu Leonard nie miał jeszcze 
opaski na oku. 

Ten wypadek już sam w sobie jest zdecydowanie podejrzany - 

powiedział Rick. - Zważywszy, że w tutejszym morzu nie ma rekinów. 

Taaak - mruknął Jason, który nie miał najmniejszego pojęcia, 

gdzie żyją rekiny. 

Wszyscy troje rozglądali się wokół w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby 
im pomóc w rozwiązaniu zagadki, kiedy ich uwagę zwróciły drzwi w 
głębi przedziału, przez które można by przejść do dalszych wagonów, 
gdyby takie były. 

Przyjaciele... - szepnął Jason. - To jest mój szczęśliwy dzień. 

Czemu? 

A razem z tymi jest ich dwoje... - odpowiedział tajemniczo 

chłopiec, klękając przed drzwiami i głaszcząc ich powierzchnię. - 
Kolejne Wrota Czasu! 

Jesteś tego pewien? - spytała go siostra. 

Stuprocentowo. 

background image

181 ^mimmmpjMimmimmmmismiai&mK 

Nie ma wątpliwości - zapewnił Rick, stając przy drzwiach i 

próbując je otworzyć. - Zamknięte, naturalnie. I, naturalnie, bez kluczy. 

To są pierwsze ruchome Wrota Czasu - zauważyła Julia. - To 

znaczy, te drzwi nie są wbudowane w mur jakiegoś starego domu. 
Gdyby było wystarczająco dużo torów, moglibyśmy je wszędzie ze sobą 
zabierać! 

To prawda... - wyszeptali chłopcy. 

I to dlatego Black postanowił je tak dobrze ukryć. 

Wiemy zatem, którędy Black odszedł. 

Tak myślisz? 

Jasne! - odparł Jason. - Pamiętasz, Julio, co było napisane w 

książce? Że jedne z drzwi są oparte o tyły powozu. 

Acha! 

A jak się poruszał powóz przed wynalazieniem pociągu? 

Był zaprzężony w konie. 

No właśnie. 

Więc te - domyśliła się Julia - to byłyby wrota... konia? 

Jason przytaknął. 

To o nich opowiadał nam Peter. Black miał klucz z koniem. I to są 

te drzwi, które otworzył. W dniu wyjazdu przygotował swoją 
lokomotywę do ostatniej podróży i ukrył ją na nieczynnym torze w 
lasach Crookheaven. Następnie przekroczył wrota. Wcześniej jednak 
przekazał człowiekowi, do którego miał zaufanie, Fredowi Śpiczuwie, 

background image

zadanie. Fred miał zatrzeć wszystkie ślady, wyzerować cyfry. I nawet 
gdyby ktoś, tak jak my, rozmawiał z Fredem i zdołał przywołać 
lokomotywę, znalazłby tylko pożegnalny wiersz i... zamknięte drzwi. 

GONIĄC KLIO «JsautłsaBimaiK"SiHiErtt2H3SKttiiHi' 

Także dlatego, że tych drzwi nie da się otworzyć, dopóki ktoś, kto 

je przekroczył, nie powróci... 

Jason zastukał w drewno. 

Pozostaje jeszcze jedna sprawa: nie wiemy, dokąd te wrota 

prowadzą. A w związku z tym: gdzie zniknął strażnik kluczy. 

Może... - wyszeptała Julia - może odpowiedź, dokąd one 

prowadzą, znajduje się tu, w tej lokomotywie, mówiąc delikatnie... 
dość... specjalnej. Pamiętacie przystanki zaznaczone w rozkładzie jazdy? 

Tak. Były zamazane. 

Odkąd zaczęła się nasza przygoda, stale natrafiamy na zatarte, 

skreślone wskazówki. Jak w Egipcie - wykrzyknęła Julia. 

Właśnie. Wykazy usunięte w Domu Życia... - przypomniał Jason, 

wspominając z melancholią Maruk. 

Co proponujesz? - spytał siostrę. 

Dziewczynka rozejrzała się wokoło. 

Jesteśmy w najbardziej niezwykłym pociągu świata, który 

prawdopodobnie może nas zawieźć w miejsce, jakiego sobie nawet nie 
wyobrażamy... 

Rick przygryzł usta. 

Na przykład dokąd? 

background image

Pojęcia nie mam. 

I co? - zmuszał siostrę do myślenia Jason. 

Może spróbujmy metodą prób i błędów - odparła Julia. - Na 

przykład... - przykucnęła na podłodze, żeby się lepiej przyjrzeć 
oznaczeniom dźwigni sterczących z podłogi. Chwilę potem roześmiała 
się. 

mm183 miim^mmpmipmm^mmmp.im.pm: 

Z czego się śmiejesz? 

Śmieję się z radości, ponieważ jesteśmy na dobrej drodze. To nie 

są zwyczajne napisy. To znaki pisma z Dysku z Fajstos! 

Chłopcy usiedli na podłodze obok Julii. 

Dziewczynka miała rację. Na dźwigniach rozpoznali hieroglify, jakich 
Ulysses Moore używał do pozostawiania wiadomości. Tajemna 
kaligrafia, którą posługiwało się również grono jego wtajemniczonych 
przyjaciół. 

A teraz, zważywszy, że nie mamy przy sobie Słownika 

zapomnianych języków, powiedzcie mi, dokąd ma nas zawieźć ta 
lokomotywa? - zadał pytanie Rick. 

Dzieci spojrzały po sobie. 

Cel podróży był fascynujący i zarazem przerażający. Julia poczuła gęsią 
skórkę wędrującą po rękach aż na ramiona. 

Czy naprawdę chcemy odkryć, gdzie to wszystko ma swój 

początek? - spytał cicho Jason. 

Rick skinął głową i położył dłoń na ramieniu przyjaciela, Julia położyła 
swoją na drugim ramieniu brata. 

background image

A zatem ruszamy do początku! - wykrzyknął Jason, naciskając 

dźwignię. 

I lokomotywa ruszyła. 

PIĄTY 

Tytuł: 

POD POWIERZCHNIĄ 

Projektant: . Rozdział: 

P5TER DEDALUS f 20 

a pełnym morzu Leonard wyłączył silnik swojej łodzi i pozwolił jej 
płynąć z prądem, kołysząc się swo- 

Wybrzeże Kilmore Cove zamieniło się teraz w cienką ciemną kreskę na 
horyzoncie, a po niebie płynęły jasne obłoki. Było jeszcze widno. 

Latarnik przeszedł na rufę. Odwinął linę kotwicy i rzucił kotwicę za 
burtę. Zaczął mierzyć głębokość wody. Pięć, dziesięć metrów. 
Dwadzieścia. Trzydzieści. Czterdzieści. Czterdzieści sześć. I kotwica 
dosięgła dna. 

Jest. W sam raz. 

Kilka metrów więcej i zabrakłoby liny. Zawrócił do kabiny i po raz 
ostatni sprawdził mapę. Nigdy tak głęboko nie nurkował. A nie był już 
chłopcem, nawet jeśli pozostał młody duchem. 

Westchnął i mruknął pod nosem: 

No to próbujemy. 

background image

Wciągnął na siebie kombinezon, odgarnął do tyłu włosy i nałożył 
maskę, starając się, żeby ściśle przylegała do czoła. Następnie włożył 
nadmuchiwaną kamizelkę, którą połączył z butlami, i wsunął stopy w 
płetwy. Umocował jeszcze nóż za pasem i wypróbował wodoszczelną 
latarkę. Na koniec przymocował zegarek i głębokościomierz na 
przegubie dłoni, żeby móc obliczyć czas przerw, gdy będzie 
wyrównywał ciśnienie podczas wynurzania, i załadował na plecy dwie 
butle z mieszaniną powietrza pod ciśnieniem 250 barów. 

Człapiąc niczym kaczor, doszedł do burty i przeskoczył ją śmiałym 
susem giganta. 

bodnie. 

 

"©iassjs;mmimmmmti Pod powierzchnią 

- Za nas dwoje, przeklęty kluczu... - powiedział, zanim włożył ustnik i 
pozostał sam na sam ze swoim oddechem. 

Leonard zanurkował głową w dół, kierując się wzdłuż ciemnego zarysu 
liny kotwicznej. Wślizgnął się w ciszę morza jak wrzeciono. Czarny jak 
najgłębsza woda, ciągnął za sobą srebrzyste butle z mieszanką 
powietrza, unoszące się przez chwilę na powierzchni morza. Przepłynął 
przez ławicę błękitnych ryb, które na jego widok rozpierzchły się na 
boki jak oszalałe. Schodził i schodził coraz niżej, z mieszanymi 
uczuciami euforii i lęku. Spowiła go ciemność, tłumiąca refleksy maski i 
butli, ciemność przemieniająca kolorowe grzbiety ryb w rozmaite 
odcienie szarości. 

Gdy zapalił latarkę, pojawił się przed nim stożek bladego światła 
penetrujący wodę. 

background image

Sprawdził zegarek i głębokościomierz. 

Osiem rhinut. Trzydzieści trzy metry. 

Schodził coraz głębiej. 

Niespodziewanie dotknął dna. Natknął się na ciemną skałę, rozdzieloną 
na wielkie bloki poprzerywane pęknięciami i łachami jasnego piasku. 

Zatrzymał się, próbując zorientować się w tym podmorskim pustkowiu. 

Wybrał kierunek na chybił trafił i zaczął przeczesywać dno, zataczając 
coraz szersze kręgi i oświetlając sobie drogę latarką. 

Ryby, ciemna skała, piasek, szpary. 

.....187 etjąimsatiaatig :r:t::. :iaBamag 

Bi 

 

 

Nic szczególnego. 

Zataczał krąg za kręgiem. Sprawdził czas od rozpoczęcia nurkowania i 
mieszankę powietrza z gazem w butlach. Nadal nic szczególnego. 

Szukał dalej. 

Przez najbliższe dziesięć minut nadal nie napotkał nic interesującego. 
Jedynie niekończący się i monotonny pejzaż podmorski, zdominowany 
przez milczące ryby. 

„Jeszcze pięć minut i czas wracać" - pomyślał. 

Starał się przestrzegać zasad bezpiecznego wynurzania. Jednak na 
chwilę przed ruszeniem w górę jego uwagę przyciągnął wąski, długi 

background image

cień. Wyglądał jak potężna skała albo bardzo długa ryba, a może zarys 
rozpadliny w dnie... 

Leonard sprawdził czas. 

Do rozpoczęcia wynurzania pozostały mu cztery minuty trzydzieści 
sekund. 

Zdecydował, że sprawdzi, co to takiego. Przepłynął przez piaszczyste 
zagłębienie i skręcił za dwoma ciemnymi głazami przypominającymi 
potężne kostki do gry. 

Potem się zatrzymał. 

Nie wierząc własnym oczom, ostrożnie zaświecił latarką. To było jak 
sen. Sen, który mu się śnił przez całe lata. Zacisnął pięść, gratulując 
sobie decyzji powrotu na morze. Gratulował sobie pójścia za głosem 
intuicji. 

„Oto i on - pomyślał. - Mam go". 

Znał go tak dobrze z opisów i ilustracji. Jakże często widział go oczyma 
wyobraźni, a teraz miał go tuż-tuż, parę metrów przed sobą. 
Zatopionego, lecz pełnego majestatu. 

I raraHBanimmmmtBmasmmmmasm> 188 
<simmuimmm®immmtmBaBMm 

Cztery minuty do wynurzenia. 

Ale przecież teraz nie mógł się wynurzyć... 

Przejęty, przypadł brzuchem do dna. 

Niecałe trzydzieści kroków przed nim w zagłębieniu dna spoczywał 
wrak ogromnego żaglowca. A cień, który zwrócił uwagę Leonarda, to 
był obrośnięty algami grotmaszt, wycelowany skosem ku powierzchni. 

background image

Piasek pokrył wprawdzie całkowicie kadłub okrętu, ale masztu, ciągle 
sterczącego z dna morza, nie można było pomylić z niczym innym. 

Leonard zanurkował tuż przy wraku, budząc postrach wśród ławicy 
malutkich rybek. I wreszcie dotknął go. 

Drewno. Pięćsetletnie drewno. 

Przepłynął wzdłuż całej burty i dopłynął do tego, co powinno być 
dziobem, a gdzie poszycie kadłuba wyglądało na całkiem niezniszczone. 
Niewyraźna sylwetka galionu bielała pod piaskiem i osadami morskimi. 

To ten... 

Na jego widok Leonard poczuł, jak skacze mu ciśnienie. Tyle lat! A 
żaglowiec ciągle tkwił tu - spokojny - czterdzieści sześć metrów pod 
powierzchnią wody. Nie dalej niż pięć mil od wybrzeża. 

Dwie minuty. 

I chociaż był już pewien, że ma przed sobą statek, którego poszukiwał 
od lat, Leonard powrócił w stronę dzioba, szukając miejsca, gdzie - jak 
to widział na licznych ilustracjach - winno znajdować się imię żaglowca. 
Zeskrobał rękami piasek, potem sięgnął po nóż, żeby przyspieszyć 
poszukiwanie. 

 

 

Metalowe ostrze noża osuwało się po śliskim drewnie, ale wreszcie 
dotknęło mosiężnej tabliczki. 

Leonard gorączkowo zeskrobał z niej piasek. 

I nagle ujrzał pięć liter z imieniem. 

background image

Fiona. 

Teraz nie miał już żadnych wątpliwości. Teraz miał pewność, że to ten. 

Ponownie sprawdził godzinę, niepocieszony, że musi opuścić wrak 
właśnie teraz, kiedy nareszcie go odnalazł. Pogłaskał z czułością kadłub, 
jakby się z nim żegnał. 

W ostatniej minucie, jaka mu pozostała, Leonard spróbował okrążyć 
wrak. Tam gdzie kadłub zarył w dno morskie, zobaczył głębokie 
pęknięcie i postanowił, że zajrzy tam jeszcze przed wynurzeniem, żeby 
zaspokoić swoją ciekawość. 

Zanurkował zręcznie, prawie szorując brzuchem kilka centymetrów nad 
dnem, i oparł dłonie o burtę w miejscu pęknięcia. Z bliska pęknięcie 
wyglądało na bardzo głębokie i rozległe, jakby to ono właśnie stało się 
przyczyną zatonięcia statku. 

Trzydzieści sekund. 

Leonard skierował snop światła latarki w szparę w żaglowcu. 

Zbutwiałe drewno, algi, osady skorupiaków i uprzykrzone ryby. Nie 
mylił się: pęknięcie istotnie było bardzo głębokie i sięgało wprost do 
serca kadłuba. 

Piętnaście sekund. 

Leonard przeczuł raczej, niż zobaczył, że coś dziwnego jest w tej 
szparze. Coś nienaturalnego, co zasługiwało 

 

 

smmmPod powierzchnią  s'aiśiśkńss 

background image

na uwagę... „Mogę przecież skrócić czas jednego etapu dekompresji" - 
pomyślał. Ostatecznie nie pierwszy raz był zmuszony do wynurzenia się 
bez pełnego zabezpieczenia. 

Skierował światło na zbutwiałe belki. Wcisnął się w pęknięcie całym 
torsem, usiłując zrozumieć, co też mogło się wydarzyć. Potem zobaczył 
pod sobą coś lśniącego. Pogrzebał palcami w piasku. To był jakiś 
metalowy przedmiot. Bransoleta? 

Wyciągnął to z dna. Ale to nie była bransoleta... 

Było to coś, co absolutnie nie powinno się tu znaleźć. I wtedy dostrzegł 
coś jeszcze... 

Leonardowi zrobiło się słabo i odruchowo szybkim ruchem skierował 
latarkę do góry. Z ustnika wydobył się z bulgotem gwałtowny strumień 
powietrza. Gdyby tylko mężczyzna mógł krzyczeć, zrobiłby to! 
Instynktownie odskoczył do tyłu, uderzając butlami o drewno za sobą. 
Szamotał się nerwowo, próbując wydostać się stąd możliwie jak 
najprędzej. Drewno się rozpadło, Leonard walnął w nie, powodując 
drugą eksplozję bąbelków powietrza, i uwolnił się z objęć wraku. 

Wsunął pod kombinezon przedmiot, który wygrzebał z dna, i skierował 
się ku powierzchni. 

Ale nie mógł zapomnieć tego, co przed chwilą zobaczył. Czaszki 
mężczyzny uwięzionego przez wrak. Czaszki mężczyzny w czarnym 
kombinezonie nurka. 

Podczas wynurzania po raz pierwszy zatrzymał się na dwudziestu pięciu 
metrach głębokości, żeby wyrównać 

191 essiitiiimmmmmm&ismmmię^mmmz 

 

background image

ciśnienie. Rozpaczliwie usiłował się uspokoić i spokojnie oddychać, ale 
zupełnie mu się to nie udawało. Zużył znacznie więcej powietrza, niż 
zrobiłby to w innych okolicznościach, więc nie wystarczyłoby mu go na 
pozostanie pod wodą przez przepisowe piętnaście minut. Musiał się 
wynurzyć szybciej. Musiał zaryzykować. 

Sprawdził godzinę, próbując zachować absolutny spokój. Ile wytrzyma 
na bezdechu? Trzy minuty? Cztery? Nie był już młody, ale musiał 
wytrzymać, za wszelką cenę. Musiał bezwzględnie wynurzyć się na 
powierzchnię, wsiąść do łodzi i dopłynąć do wybrzeża, do Kilmore 
Cove. 

W końcu odnalazł żaglowiec, którego szukał całymi latami, choć dziś 
okazało się, że nie był pierwszym, który to zrobił. 

Kim był ów człowiek uwięziony przez wrak? Kto to taki? Leonard 
spojrzał w dół, powtarzając w pamięci współrzędne położenia 
zatopionego statku. Chciał w ten sposób przezwyciężyć ogarniające go 
zamroczenie. Kim był ten człowiek? 

Nagle pojął i poruszyło go to do głębi. Potrząsnął głową w ciemnej toni 
morza. To odkrycie sprawiło mu ból, uwierając jak kolec. 

Kolejny raz spojrzał na głębokościomierz i sprawdził poziom zawartości 
powietrza w butlach. Albo spróbuje się wynurzyć, oddychając wolno 
resztką powietrza, jakie mu jeszcze pozostało, albo nigdy nikomu nie 
zdoła o tym wszystkim opowiedzieć. Zamknął swoje jedyne oko i 
poddał się prądowi, próbując pokonać ponure, przygnębiające myśli. 

Potem się ocknął i natężył uwagę. Poczuł ruch albo, mó- 

mvmmnmm:<s.immmmt> Pod powierzchnią (mmmmmmm 

background image

wiąc ściślej, odczul czyjąś obecność. Jakieś lekkie poruszenie wody. I 
ogarnął go potężny cień. Obrócił się. 

Znieruchomiał na dwudziestu pięciu metrach głębokości, zbyt 
zaskoczony, by bodaj drgnąć. To był wieloryb. 

tmmmmmmzmmp 193 <tmim^im:msininr0AmnmmmittiniPA!Pmm 

 

Lokomotywa wynurzyła się z tunelu, przecinając czas popołudnia w 
Kilmore Cove na dwie części. Silnik wydawał jakieś mechaniczne 
świsty, którym towarzyszył odgłos podobny do dalekiego krzyku 
człowieka. 

Światło dnia pojawiło się tylko na moment i zaledwie rozbłysło, a już 
zgasło. 

Upłynęło zaledwie kilka minut od odjazdu, a lokomotywa już się 
zatrzymała. Rozległ się głuchy dźwięk, jakby coś potoczyło się po 
ziemi. 

A potem nastała cisza. I ciemność. 

Rick, Jason i Julia wychylili się przez okno, żeby wyjrzeć na zewnątrz. 

Piekielne ciemności. 

Jest noc - powiedział Jason. 

A mnie się zdaje, że to raczej kolejny tunel - odezwał się Rick. 

Co robimy? Wysiadamy? - spytała półgłosem Julia. 

Chyba tak. 

background image

Chwileczkę. Zastanówmy się przez moment... - Rick przejrzał 

schowki w lokomotywie i znalazł parę rzeczy, które jego zdaniem mogły 
się przydać: latarkę elektryczną, błękitną rakietę sygnalizacyjną, drugą 
taką samą rakietę czerwoną, krążek taśmy klejącej, pióro, pustą butelkę, 
pudełko zapałek i - ku swojej wielkiej radości - długą linkę nylonową z 
wielkim hakiem na końcu. 

Teraz jesteś zadowolony? - spytał go Jason. 

Nie. Będę zadowolony dopiero wtedy, kiedy znajdę jeszcze jakiś 

plecak, żeby to wszystko załadować - odpowiedział Rick. 

196 smimiummmmmmtiłimmmimm 

 

Grota 

 

Wysiedli z lokomotywy, schodząc ostrożnie po schodkach, i znaleźli się 
we wnętrzu jakiegoś wielkiego naturalnego wyżłobienia. To nie był 
tunel, lecz grota. 

Obok lokomotywy biegł chodnik, wąskie przejście, które ginęło w 
mroku. 

Jason ruszył przodem. Poczuł, że otacza go wilgotne powietrze i 
usłyszał kapiącą w oddali wodę, trzepot małych skrzydeł i jakieś inne 
nieokreślone bliżej dźwięki. Zagrzany silnik lokomotywy pokrywała 
warstwa maleńkich kropli rosy. 

Jasonie, zaczekaj! - powstrzymał przyjaciela Rick, stojący wciąż 

jeszcze przy lokomotywie. - Weź latarkę. 

Rick ma rację - przyznała Julia, posuwając się po omacku. 

background image

Zaczekaj! 

Jason - strasznie zniecierpliwiony i bezgranicznie ciekawy - dotarł do 
ściany groty, po czym ostrożnie obmacał ją dłońmi. Ku swemu 
ogromnemu zdumieniu poczuł pod palcami coś, co mogłoby być 
włącznikiem światła. 

Nacisnął. Rozbłysło światło. 

Kurczę... - szepnęła Julia, z podziwem rozglądając się po ogromnej 

grocie, w której się znaleźli. 

W mdłym, nikłym świetle ujrzeli wijący się ciąg latarni ustawionych 
wzdłuż stromych schodków. 

Latarnie, które przypominały trochę wielkie pieczarki we mgle, zapalały 
się jedna po drugiej, wyznaczając krętą ścieżkę prowadzącą stromo w 
górę. Z niewidocznego sklepienia zwisały białe sople stalaktytów, a z 
ziemi wyrastały wyniosłe stalagmity. Welony wilgoci podobne do białej 
gazy osnuwały 

 

kanciaste zacienione przestrzenie, niekończące się, delikatne krzywizny 
skał, wklęsłości i wypukłości kamieni i cieknącej po nich wody. 
Pionowe nawisy i fantastyczne formacje przypominały domki 
krasnoludków, drzewa wapienne, czarodziejskie wieże i tysiące 
splecionych palców. Wszystko to - bladożółte i wilgotne - wyrastało 
zewsząd z ciemności. 

Latarka już mi niepotrzebna, Rick - uśmiechnął się Jason, 

oglądając otaczający ich potężny amfiteatr ze skał. 

To było miejsce, gdzie się wszystko zaczęło. 

background image

Zaczęli wspinać się na pierwszy poziom schodów i za zakrętem między 
dwoma stalaktytami, które z dołu wyglądały jak dwaj kamienni 
strażnicy, znaleźli się przed czymś w rodzaju klatki z kutego żelaza, 
ozdobionej delikatnym ornamentem z kwiatów Klatka wisiała na 
stalowej linie. 

W mdłym świetle latarni, w nierealnej ciszy groty, Jasonowi wydało się, 
że dostrzega zarys krążka, ledwo widoczny w otaczającym ich 
półmroku. Podszedł do klatki, otworzył dwie połówki wąskich drzwi i 
zobaczył, że jej wnętrze obite jest takim samym czerwonym materiałem 
jak wnętrze lokomotywy. 

Kto z was chce podjechać windą? - spytał. 

Julia i Rick podejrzliwie przyjrzeli się stalowej linie i małemu, czarnemu 
pudełku. 

Ja wolałabym wejść na własnych nogach... - stwierdziła Julia. 

Rick milczał. Taszczył na plecach starą walizkę z ubiegłego wieku, a z 
czoła skapywały mu krople potu. 

Cofam propozycję - burknął Jason i zatrzasnął skrzypiące drzwi 

windy. 

 

* w 

m <0 

—Grota 

Wchodzili po tych schodach i wchodzili, pokonując kolejne zakręty. 
Wędrowali w ciszy, prawie się do siebie nie odzywając, licząc tylko 
krokami odległość pomiędzy jedną latarnią a drugą. Szli z dala od siebie, 

background image

tak że Rick, który wchodził na końcu, często tracił zupełnie z oczu 
Jasona, a nawet Julię, której kroki jednak cały czas słyszał. Dopiero 
kiedy bliźnięta mijały kolejną latarnię, w jej słabym świetle Rick mógł 
dostrzec pochylone sylwetki Jasona i Julii. 

Zdawało im się, że wędrują w górę groty całą wieczność. Zarysy 
stalaktytów i stalagmitów tworzyły niesamowity nastrój. Ani szmer 
wody, ani ich oddechy i kroki nie były w stanie wypełnić tej przepastnej 
ciemnej przestrzeni, którą pozostawiali za sobą. 

Kiedy doszli do wąskiego strumyczka, który nagle przeciął im drogę, 
Rick poprosił, żeby przystanęli, bo chciałby napełnić butelkę wodą. 

Najpierw spróbował jej sam i uznał, że jest zimna, mętna i zapiaszczona. 
Następnie napełnił butelkę i podał ją Julii i Jasonowi. 

Co to za miejsce? - zapytało któreś z nich. 

Miejsce wspaniałe - odpowiedział Rick, ocierając czoło grzbietem 

dłoni. - Absolutnie wspaniałe. 

Tak, ale gdzie się znajduje? 

Tam gdzie się wszystko zaczęło. 

Rick zabrał od Jasona butelkę, jeszcze raz zaczerpnął wody, po czym 
spytał: 

Jakie wszystko? 

Wszystko to, co musimy odkryć - odparł Jason. 

I znowu ruszyli w górę po schodach. 

 

 

background image

 

if&im&mnimmamnrsztim 

Po przejściu chyba tysiąca schodków i stu zakrętów, Jason doszedł do 
podestu, z którego wystawał metalowy zaczep w kształcie czapli 
trzymającej w dziobie linę windy 

Myślę, że jesteśmy już na szczycie groty... - mruknął zmęczony 

Jason. 

Julia spojrzała przed siebie. Latarnie się tu kończyły, a sklepienie 
gwałtownie obniżało. 

Co to jest? Tu, przed nami... 

To wygląda na jakąś bramę - odpowiedział Jason -...a może mały 

portal. 

Rick dotarł do nich ostatni i rzucił na ziemię walizkę. Upadła z hukiem, 
który odbił się głośnym echem w grocie. 

Wspaniale. Zamknięta brama. I co teraz? 

Teraz okaże się, czy damy radę ją otworzyć. 

Brama jednak nie zamykała całego przejścia. Ścieżka, którą doszli aż 
tutaj, biegła obok niej - w prawo, do bocznej groty. Groty wąskiej i 
niskiej, która - jak im się zdawało - znajdowała się zaledwie kilka 
metrów pod powierzchnią ziemi. 

Czarną i elegancką bramę, umieszczoną pod starannie wyrzeźbioną 
belką architrawu, poprzedzały trzy stopnie z białego marmuru. Dwie 
spiralne kolumienki stały po bokach, podpierając ostrołuk, w środku 
którego znajdował się kamienny kartusz z wyrytymi pięcioma literami: 
Moore. 

background image

Niżej wyrzeźbiona w marmurze czapla strzegła łacińskiej dewizy: 
Curiositas anima mundi. 

Ciekawość duszą świata... - przetłumaczyła Julia. 

Dewiza rodu Mooreow - skomentował Jason. - Albo miejsca, 

gdzie... wszystko się zaczęło. 

 

 

Grota 

 

Dzieci spróbowały otworzyć furtkę w eleganckiej bramie. Jason z Julią 
szarpali za pionowe pręty, podczas gdy Rick oświetlał latarką to, co 
znajdowało się za bramą. Dostrzegł korytarz wyłożony jasnymi 
kamieniami, częściowo naturalny, a częściowo wykuty przez człowieka. 

- Spójrz! - wykrzyknął nagle Jason, chwytając Ricka za ramię, by 
skierować snop światła latarki na napis, który dostrzegł na ścianie. 

Istotnie, w połowie ściany była umocowana tablica. 

Napis wykaligrafowany gotykiem głosił: 

Tu spoczywają, 

przepełnione ciekawością odkrywców, minione pokolenia familii 
Moore. Rodem z Londynu, z wyboru obywatele Kilmore Cove. Spoczęli 
w miejscu, które wybrał protoplasta rodu Ksawery, a upiększyli 
małżonkowie dr Raymond Moore i Madame Fiona. Udoskonalił je i 
wykończył z pokorą i zapałem wnuk Wiliam. 

Kilmore Cove - Turtle Park 129-1580 po Chr. 

background image

201 (m^uminimmmmmmmnmmnmip: 

To jest wejście do mauzoleum! - domyślił się Rick, kiedy Jason 

odczytywał inskrypcję na tablicy. 

To miejsce, w którym zostali pochowani członkowie rodu Moore. 

Właśnie o tym miejscu wspominał mi ojciec Feniks. 

Czy to oznacza, że znajdujemy się w... Turtle Parku? - spytał 

Jason. 

Myślę, że tak. 

Cała trójka wpatrywała się nieruchomo w biały korytarz, który ginął w 
mroku. Nie bardzo wiedzieli, co powiedzieć. 

Jak pomyślę, że tu w grobach leżą zmarli, dostaję gęsiej skórki... - 

wyszeptała Julia. - Czy nie moglibyśmy stąd wyjść? 

Myślę, że przeciwnie, powinniśmy raczej spróbować tam wejść - 

zaoponował Jason. - Sądzę, że właśnie tutaj możemy znaleźć odpowiedź 
na wiele ważnych pytań. 

I spróbował pchnąć bramę. Głośny zgrzyt odbił się głuchym echem. 
Brama jednak nie puściła. 

Nie da rady - parsknął. 

Może to nie jest wystarczający powód, żeby niepokoić zmarłych... 

- zauważył ponuro Rick. Przypomniał sobie niesamowite kształty 
stalaktytów mijane po drodze i teraz zaczął widzieć w nich postacie 
duchów. 

Oni nie żyją - odpowiedział Jason. - Nie mogą nam nic zrobić. 

Mam nadzieję, że wprost przeciwnie... - wyszeptał Rick, myśląc o 

swoim ojcu. 

background image

Julia spróbowała powstrzymać brata spokojnie, lecz zdecydowanie. 

Jasonie, nie mamy kluczy, by dostać się do środka. 

$mmmmmsr£mmimemm> 202 

Grota 

A kto mógłby je mieć? - zapytał chłopiec i cofnął się, czując 

dziwny nieokreślony lęk pomieszany z uczuciem zawodu. 

Z pewnością ma je dawny właściciel, jak wszystkie inne klucze od 

Willi Argo - odpowiedziała Julia. - Możemy zapytać tatę albo Nestora. 

Rick oddał latarkę Jasonowi i odszedł kilka kroków. Nie mógł znieść 
zimnego powietrza, które napływało z korytarza mauzoleum. 

Podszedł do ścieżki biegnącej po prawej stronie bramy i tam przystanął, 
spoglądając w górę. 

Julia postała jeszcze moment z bratem, po czym wyczuwając 
wzburzenie Ricka, podeszła do niego. 

Ujęła go pod rękę. 

Idziemy? - spytała cichutko. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale 

słowa zamarły jej na ustach. 

Obróciła się w stronę pogrążonej w ciemności groty. Spojrzała na hak w 
kształcie czapli, skupiając na nim całą swoją uwagę. I zamarła z 
wrażenia. 

Spostrzegła, że krążek trzymający linę z żelazną klatką windy zaczyna 
się obracać wokół własnej osi, cicho skrzypiąc. 

background image

Ktoś uruchomił windę. 

PIATY 

PODCHODY OBLIWII 

TlozJziai: 

Mmummmmmmrmar^nmmimtmiSiP 

 

Nestor dwukrotnie zerknął nerwowo na zegar. Dzieci stanowczo za 
długo nie wracały. Powinny już dawno być z powrotem. 

Na szczęście nikt go o nic nie pytał. Pani Covenant była całkowicie 
pochłonięta swoimi domowymi obowiązkami, a jej mąż późnym 
popołudniem telefonował, żeby potwierdzić, że droga jest całkowicie 
nieprzejezdna i że przyjedzie do domu na kolację razem z architektem. 

Strata czasu - powiedział Nestor do siebie. - Jedna wielka strata 

czasu. 

Utykając, wszedł do swego domku w cieniu stuletnich drzew parkowych 
i zatrzymał się przed lustrem. Spojrzał głęboko we własne oczy i sam 
sobie zadał pytanie: 

Czy powinienem powiedzieć dzieciom o Leonardzie? 

Nic nie odpowiedział. Sięgnął po jakieś ubranie i zaczął je 

czyścić. Potrząsał głową jak spłoszony koń, próbując odgadnąć, co też 
dzieci robią w miasteczku. Nie mógł się uspokoić. 

Widząc je w tak opłakanym stanie po powrocie z Wenecji, przeraził się i 
pomyślał, że trzeba natychmiast zwolnić bieg wydarzeń. Za wiele 

background image

ryzykowały, by odnaleźć Petera. I nie chciał za nic w świecie, żeby 
znowu się tak narażały, poszukując Blacka. 

Im dłużej nad tym wszystkim myślał, tym bardziej utwierdzał się w 
przekonaniu, że jego domysły są słuszne, że chyba wie, dokąd Black 
wywiózł wszystkie klucze. 

O ile dobrze go znał, a znał świetnie jego przysłowiową już zdolność 
radowania się życiem, o tyle było wielce prawdopodobne, że ze 
wszystkich możliwych miejsc na świecie, z burzliwych oceanów, 
wiecznych lodów, dżungli, ośnieżo- 

^mm^mm^mmmmrmnr^immm^mraiP 

206 

m\m®mmmimnmimm'£> Podchody Obliwii 

nych gór i spokojnego ogrodu rozkoszy, wybrał właśnie... ów ogród. 
Przecież Black znał ten ogród tak dobrze. 

Nestor wiedział, że to tylko domysły i że do dzieci należało ostateczne 
słowo. To one miały się przekonać, jak to jest. One miały odkryć 
tajemnicę. 

- Jasne, to dzieci muszą zdecydować... - mruknął, zwracając się znowu 
w stronę lustra. - Ale może mógłbym im odrobinkę pomóc. 

Wcisnął na głowę filcowy kapelusz, wyszedł z domku i przeszedł przez 
dziedziniec, kierując się do tylnego wejścia do Willi Argo. 

„W samą porę" - pomyślał. 

Zaledwie bowiem skręcił za róg domu, gdy przez bramę Willi Argo 
wjechał błękitny samochód z dwoma osobami w środku. Eleganckie 
auto zatrzymało się na środku dziedzińca. Nestor zmarszczył brwi, 

background image

słysząc stukot obcasów pani Covenant, która podeszła do drzwi i 
zapytała: 

- Czy to Gwendalina? To pani? Bardzo mi miło. Jestem Covenant. 

„Fryzjerka" - pomyślał Nestor i uspokoił się. 

Wszedł do domu, skierował się na schody i, głaszcząc po drodze ramy 
portretów, udał się na piętro, do biblioteki. Kiedy już był w środku, 
rzucił okiem za siebie, a upewniwszy się, że jest całkiem sam, obrócił 
cztery mosiężne tabliczki na półce z książkami historycznymi. 

Ściana biblioteczna wydała ciche klik i ustąpiła. Ukazało się wąskie 
sekretne przejście. Stary ogrodnik raz jeszcze obejrzał się za siebie i 
ostrożnie wsunął się w nie. 

Za przejściem znajdowało się maleńkie pomieszczenie bez okien, 
oświetlone lampą, która zapalała się po włączeniu odpowiedniego 
mechanizmu. Kręte schodki wiodły stąd do pokoiku w wieżyczce, a na 
małym niskim stoliku leżało kilka modeli różnych środków lokomocji i 
dziesięć czarnych notatników - dzienników podróży. 

Nestor podrapał się nerwowo po brodzie. Spośród rozmaitych środków 
lokomocji, starannie zrekonstruowanych w najdrobniejszych 
szczegółach, wybrał wielbłąda z materiału, w bogatej uprzęży. 

Oto „okręt pustyni" - powiedział cicho do siebie. - Teraz brak mi 

jeszcze odpowiadającego mu dziennika podróży. 

Przyklęknął z wysiłkiem obok dzienników, przekartkował kilka z nich, 
wybrał ten, którego szukał i wsunął go do kieszeni. 

Zaczął wchodzić po schodkach, gdy nagle, jakby tknięty jakimś 
przeczuciem, zawrócił. Przyłożył ucho do tylnej ścianki biblioteki i 
zaczął nasłuchiwać. 

background image

Wydało mu się, że słyszy w oddali znajomy głos. Pokręcił głową z 
niedowierzaniem. Potem nachylił się i spod schodów wyciągnął stary 
obraz zwinięty w rulon. 

Przewietrzę cię trochę... - powiedział Nestor do portretu Ulyssesa 

Moore'a, który swego czasu wisiał nad schodami. Wsunął rulon pod 
pachę i wszedł na schodki wiodące do wieżyczki. 

Otworzył drugie sekretne drzwi i znalazł się w pokoiku w wieżyczce. 
Okno wychodzące na park otworzyło się niespodziewanie, jak zwykle. 

Nestor pospiesznie zamknął je w nadziei, że nikt tego nie usłyszał. 

mnnm%&nmt:<mimrm> Podchody Obliwii 
<mmziumm&mmm&rammmitt 

Potem rzucił okiem na samochód fryzjerki - wyglądał całkiem jak słodki 
cukiereczek na czterech kołach. 

Nie widząc nic niepokojącego, położył dziennik podróży i wielbłąda na 
środku stołu i opuścił wieżyczkę, zamykając za sobą lustrzane drzwi. 

Zamierzał właśnie zejść ze schodów, kiedy usłyszał jakieś hałasy 
dobiegające z parteru. Pani Covenant i fryzjerka zastanawiały się, w 
którym pokoju najlepiej będzie obcinać włosy. 

Nestor znowu podrapał się po brodzie, po czym skierował się do pokoju 
dzieci. Zatrzymał się pod klapą w suficie, przez którą można było wejść 
na strych. Wyciągnął drabinę i zaczął wchodzić na zaciszne, zakurzone 
poddasze. 

Kiedy już się tam znalazł, wciągnął drabinę i zamknął za sobą klapę. 
Szybko oswoił się z ciemnością i, poruszając się swobodnie, trafił do 
pracowni Penelopy. Podszedł do manekina w marynarce i czapce 
kapitana i oparł dłoń na rękojeści szabli. 

background image

Westchnął ciężko i zawrócił ku przeciwległej ścianie strychu. 

Klik, kliknął drugi mechanizm. 

« 

I po minucie Nestor był już w ogrodzie. 

Istnieje tylko jedno słowo, które właściwie oddaje wyraz twarzy Obliwii 
Newton: triumf. 

Gdy tak stała w salonie Willi Argo, spoglądając na samą siebie w lustrze 
w złotych ramach, czuła się jak zwycięzca. 

Wślizgnęła się do tego domu z taką łatwością, z jaką wsuwa się słomkę 
do szklanki z tropikalnym koktajlem. Gwen- 

 

dalina i Manfred szczęśliwie dla niej unieszkodliwili na dłużej panią 
Covenant, a ani dzieci, ani tego okropnego ogrodnika nie było w 
pobliżu. 

Wreszcie udało się jej wejść do tego domu, który pragnęła kupić 
bardziej niż cokolwiek innego na świecie. 

Domu, do którego aż do tego dnia wzbraniano jej wstępu. - Jestem - 
oznajmiła, wykonując pokłon przed lustrem. Wystarczył jej jeden rzut 
oka na salon pełen bibelotów, żeby ocenić umeblowanie Willi Argo jako 
przeładowane, barokowe, całkowicie pospolite. Zarazem niebywale 
podniecające. 

Obliwia przesunęła dłonią po niewielkiej kanapie obitej żółtym 
jedwabiem i długo przyglądała się chińskiej wazie, zanim zerknęła do 
kuchni, z której dobiegała radosna paplanina. Pani domu i Gwendalina 
zgodnie wybrały właśnie kuchnię na zabiegi fryzjerskie. 

background image

Kobieta ukryła się za drzwiami i ostrożnie wychyliła głowę, usiłując 
przyciągnąć wzrok Manfreda. Patrząc na niego, przez chwilę ogarnęła ją 
fala współczucia. Jej goryl wyglądał żałośnie, z rękami upapranymi 
szamponem i w nieodłącznych okularach odblaskowych, za którymi 
bezskutecznie usiłował ukryć swoje niezadowolenie. Mimo pewnej 
nieporadności w ruchach, Manfred doskonale wszedł w rolę pomocnika 
fryzjerki. W tej właśnie chwili podtrzymywał delikatnie przechyloną 
głowę pani Covenant nad błękitną miską z wodą, w której w innych 
okolicznościach najspokojniej by ją utopił. 

210 tmrnmrnzimniummmmmmipmii 

Podchody Obliwii 

U jego boku Gwendalina wprost bombardowała panią domu 
anegdotami, lecz jej bystre i uważne oko dostrzegało wszystko, co się 
wokół działo. 

Gdy tylko Manfred dostrzegł Obliwię, puścił nieco brutalnie głowę pani 
Covenant i, mrucząc coś, bezceremonialnie wyszedł z kuchni. 

Gdzie ogrodnik? - spytał szeptem. 

Obliwia pogłaskała go po twarzy, jak zwykle sadystycznie 

wbijając mu przy tym swoje fioletowe paznokcie w brodę. 

Manfredzie, skarbie, nie przejmuj się tak tym ogrodnikiem. 

Wydaje się, że w ogóle nas nie zauważył. 

Ignorując ból wbitych paznokci, do którego zdążył się już prawie 
przyzwyczaić, poprawił bejsbolówkę. 

Tak lepiej. 

Idę poszukać drzwi - szepnęła kobieta. 

background image

Manfred obrócił się w stronę Gwendaliny. 

A ja dokończę farbowanie i przyjdę. 

Ale słuchaj jej potulnie - zażartowała Obliwia, tryskająca 

nadzwyczajnie dobrym humorem, co się jej bardzo rzadko zdarzało. - I 
pamiętaj, że zmieniłeś panią tylko na dzisiaj. 

Manfred parsknął, zupełnie nierozbawiony jej dowcipem. 

Wracam za chwilę. 

Obliwia łaskawie skinęła głową. 

Nie spiesz się, skarbie. Tu gdzieś musi być biblioteka. Zacznę od 

niej. 

Pozostawiwszy Manfreda jego chwilowym obowiązkom, Obliwia 
dokonała przeglądu parteru, upewniając się, że wszystkie drzwi 
wychodzące na zewnątrz są zamknięte. Nie 

211 smrmuimmPAnmmi&r^Anrmmmpjmnr. 

miała najmniejszej ochoty, żeby ktoś przeszkodził jej w 
poszukiwaniach. 

Otworzyłabym tylko dzieciom - pomyślała. - Tym rozkosznym 

smarkaczom, które z pewnością mają przy sobie klucze do Wrót Czasu. 
Do prawdziwych Wrót Czasu. Najstarszych, jak powiedział Peter 
Dedalus. 

Nie znalazłszy biblioteki na parterze, Obliwia zdecydowała się poszukać 
jej wyżej. 

No proszę, a oto i wszyscy panowie z rodu Ulyssesa Mo-orea! - 

burknęła, wchodząc po schodach wzdłuż galerii przodków. - Cała 
genealogia łajdaków, którzy chcieli zatrzymać dla siebie Wrota Czasu. 

background image

Od schodów do biblioteki było niedaleko. Ogarniając wzrokiem 
wszystkie te książki, Obliwia poczuła narastający niepokój. Czuła się 
wprost porażona widokiem tych tysięcy słów drukowanych na tysiącach 
stron. 

I na co komu taka biblioteka? - spytała półgłosem, walcząc z 

bólem głowy, który pojawiał się zawsze na widok jakiejkolwiek 
poważniejszej lektury. 

O które tabliczki ci chodziło, Peter? - spytała już głośno, usiłując 

sobie przypomnieć instrukcje, jakie mu się przypadkowo wymknęły. 

Podeszła do jednej z wielu szaf bibliotecznych i spróbowała obrócić 
kilka tabliczek, lecz bez rezultatu. 

Kryptozoologia... - przeczytała z niejakim trudem podpis na 

tabliczce. - Można wiedzieć, co to takiego? 

Zaczynała się już denerwować, gdy mosiężna tabliczka z podpisem 
Historia starożytna stuknęła lekko i obróciła się. Podobnie obróciły się 
trzy następne w dziale historii. 

 

 

Hssmmtmmic<mmmmtm> PODCHODY OBLIWII 
«^asssmmi^iiisigKiagisiiisaiil Obliwia uśmiechnęła się złośliwie. 

Niech podniesie rękę ten, kto odróżnia historię nowożytną od 

historii współczesnej. 

A kiedy szafa się odchyliła, zerknęła do środka i spytała: 

A kuku! Jest tam kto? 

background image

s: nmmmma mmv mmmmmmm* 213 <mimmmxmmiw 

 

Ktokolwiek to był, zbliżał się. 

Z głębi groty. 

Jechał windą. 

I chyba tylko jedna Julia to zauważyła. 

Na widok jej pobladłej twarzy Rick spytał: 

Julio, dobrze się czujesz? 

Skrzypienie liny zawieszonej w powietrzu zupełnie ją poraziło. Nie 
potrafiła oderwać oczu od świetlistego błysku stalowej liny nawijającej 
się na bloczek. 

Julio! - zwrócił się do niej znowu Rick. - Czy ty się dobrze 

czujesz? 

Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko schowała się odruchowo w jego 
ramiona.  , 

Winda - wyszeptała z trudem, tak przerażona, że aż od-jęło jej 

głos. 

Rick obejrzał się i dopiero teraz spostrzegł, że ktoś uruchomił windę. 

Objął Julię, jakby chciał ją chronić. 

Jason! Winda! - ostrzegł przyjaciela. 

Jason natychmiast przestał zajmować się wejściem do mauzoleum i 
spojrzał na lśniącą linę z wolna nawijającą się na bloczek. Przeraził się, 
lecz zamiast uciekać zawrócił do barierki, włączył latarkę i skierował jej 

background image

światło w dół groty. Latarka była za słaba, żeby ogarnąć całą grotę, lecz 
wydobyła z mroku dach windy z czarnego żelaza, nieubłaganie sunący 
w górę. 

Jason, uciekaj! - wrzasnął Rick, trzymając Julię za rękę. 

Jason zmrużył oczy, usiłując dostrzec coś poprzez szczeliny żelaznej 
windy. Nie widział dobrze, ale cień, który mu mi- 

mmsi^m.m&nm&rm&imme* Nieznajomy 
<^mznm?ammmmmimmmamii 

gnął, wystarczył, by serce podeszło mu do gardła. Tam rzeczywiście 
ktoś był. Ktoś czy coś jechało windą... 

Jason! - wołali go Rick i Julia. - Jason! 

Uciekajcie! W górę po ścieżce! - odkrzyknął Jason. 

Nie kazali sobie tego dwa razy powtarzać - wbiegli na ścieżkę 
wznoszącą się w stronę wyjścia z groty na powierzchnię. 

Jason cofnął się jeszcze kilka kroków ku wejściu do mauzoleum, 
szukając najlepszego miejsca na kryjówkę. Nie chciał być za daleko od 
drzwi windy, ale też i nie za blisko. I nie chciał mieć za sobą bramy do 
mauzoleum, z tym mrocznym korytarzem prowadzącym do grobowców. 

Przykucnął za jakimś stalagmitem i czekał. Był zdecydowany poczekać, 
aż winda dojedzie na samą górę. Jeżeli to miał być początek, jak 
mówiono, to znaczy, że tu musiało się wszystko zącząć. 

Jason słyszał oddalające się kroki Ricka i Julii, którzy już byli na końcu 
ścieżki. 

Został sam. 

background image

Wreszcie nadjechała żelazna klatka. Najpierw ukazał się dach 
przyczepiony do liny łańcuchami, potem cała ażurowa kabina. 

Jasonowi zrobiło się zimno ze strachu. 

W windzie stał mężczyzna. 

Rick, stój! Zatrzymaj się! - wykrztusiła Julia. 

Oparła się o jakiś kamień i rozejrzała dokoła, próbując złapać oddech. 
Teraz grota nie budziła już lęku. Z tej perspektywy nie wydawała się tak 
przepastna, a gdzieś z góry wpadały pierwsze nieśmiałe promyki światła 
dnia. 

 

 

 

 

 

Jak się czujesz? - zapytał Rick, klękając przy Julii. 

Lepiej. - Ale nadal była bardzo blada i uginały się pod nią kolana. - 

Nie wiem, co mi się stało. Byłam przerażona. - A potem wskazała na 
ścieżkę, którą tu przybiegli. - Rick, tam w dole, tam został Jason... 

Wiem. - Rudzielec kiwnął głową. 

Nie możemy go zostawić samego. 

Nie, nie możemy, ale ty... 

Ja już się lepiej czuję. Zostaw mnie i pędź po Jasona. Rick wstał z 

klęczek. Było ciemno, a latarkę zostawił Jaso- 

background image

nowi. Pamiętał jednak dobrze drogę, którą właśnie przebiegł. 

Zaraz będziemy. 

Liczę na to - uśmiechnęła się blado Julia. - Bo ja nie pójdę wam na 

ratunek... 

Dziewczynka znowu się rozejrzała. Na końcu ścieżki przebijało światło 
dnia. Za sobą słyszała cichnące kroki Ricka idącego w głąb groty. 
Światło. Ciemność. Oparła ręce na kolanach. I wybrała światło. 

Rickowi powrót w okolice wejścia do mauzoleum zabrał niecałą minutę. 
A kiedy przebiegł ostatni zakręt, usłyszał wyraźnie głos Jasona, który 
pytał: 

Jak to możliwe? 

Rozpłaszczył się cały na skale i krok po kroku zaczął się skradać. Nie 
dosłyszał głosu drugiego rozmówcy, ale wydawało mu się, że głos 
Jasona jest jakiś wzburzony. 

Jeszcze krok, jeszcze jeden, twarz przyciśnięta do wilgot- 

nramnrammmimni&mmr&iP Nieznajomy 

nej ściany groty i w końcu Rickowi udało się zobaczyć przyjaciela 
stojącego przed bramą z latarką w ręku. 

Nie zależy mi na tym, żeby tu mnie pochowano - powiedział 

Jason. 

Rick przestraszył się czegoś okropnego i, nastawiając baczniej uszu, 
spróbował prześlizgnąć się jeszcze bliżej. 

Głos tej drugiej osoby był jakiś zdławiony i zadyszany. Ktoś mówił z 
trudem, przeciągając słowa, aż Rickowi przeszedł dreszcz po krzyżu. 

background image

Mam propozycję... - mówił cicho Jason. - Wyjdziemy tędy, tą 

ścieżką, i zapomnimy o całej tej historii. Jakby nic się nie stało. Co ty na 
to? 

Jakiś kamyk stoczył się nagle spod stóp Ricka i Jason urwał. 

Kto tu jest? - spytał jakiś mężczyzna, którego głos Rick mógł już 

teraz dobrze słyszeć. Skądś go znał. 

Rudzielec przygryzł usta, próbując sobie na gwałt przypomnieć, czyj to 
głos. 

Rick, to ty? - zapytał Jason, oświetlając ścieżkę latarką. „Dlaczego 

mnie woła?" - zdziwił się chłopiec z Kilmore 

Cove, usiłując się ukryć w cieniu. 

Wydawało się, że Jason odstąpił od swojej propozycji. Schylił się i 
podniósł starą walizkę, którą Rick dźwigał przedtem na plecach. 

No, to ja idę na górę... - oznajmił i ruszył na ścieżkę. Za jego 

plecami wyrósł wysoki i chudy cień. I latarka Jasona wydobyła na 
moment z mroku wystraszoną twarz Freda Śpiczuwy. 

t mm immsm vamm. mmi smammft 219 

Cześć, Rick - powitał go najspokojniej w świecie Jason, kiedy 

chłopiec wyszedł z ukrycia. - Widzisz, kto był w windzie? 

Zza ramion Jasona wychyliła się chuda sylwetka Freda. 

Rick skinął głową. 

Ale jak on to zrobił? 

Mówi, że szedł za nami tunelem, kiedy biegliśmy do lokomotywy. 

I że kiedy się zdecydował do niej wsiąść i właśnie stanął na schodkach, 

background image

Klio ruszyła jak rakieta i nie pozostało mu nic innego, jak uchwycić się 
z całych sił poręczy. Mówi, że zemdlał, a kiedy się ocknął, wszystkie 
latarnie już się świeciły. 

I wtedy wsiadłem do windy... - wtrącił Fred, Wysuwając się zza 

pleców Jasona. - Bo nawet jeśli to wszystko to jakiś koszmar, to nie 
powód, żeby się zamęczyć na śmierć, no nie? 

Taaa... - burknął Rick, zły z powodu niespodziewanego pojawienia 

się tego człowieka na ich drodze w nieznane. 

A gdzie Julia? - zaniepokoił się Jason. 

Sądzę, że wyszła już na powierzchnię - odparł Rick, wskazując 

światło u wyjścia z groty. 

Jason zrobił kilka kroków, rozejrzał się dokoła i powiedział. 

Ale ja przecież znam tę grotę... 

Kilka metrów dalej znalazł się w zagłębieniu, które z całą pewnością 
dobrze znał. Na ziemi zobaczył piórka gołębie i beczki z resztką smoły z 
poprzedniego dnia. 

Ależ tak! Jesteśmy w Turtle Parku! 

O, świetnie! - zawołał Fred Śpiczuwa. - Od lat wybierałem się, 

żeby obejrzeć ten park. 

m^^rmmnramAPr^Ais.mrmp Nieznajomy 

Parę minut później wszyscy znaleźli się na powierzchni, w świetle 
słońca, czy raczej tej resztce światła, jakie rzucało słońce, chyląc się już 
ku zachodowi. 

background image

W starym parku żółwi rozbrzmiewał ptasi koncert z towarzyszeniem 
cykad. Ścieżki, które w dawnych czasach wytyczały na wzgórzu 
regularne, wymyślne wzory geometryczne, teraz zarosły kępami zielska 
i ciernistymi krzewami. 

Julia - całkiem odprężona - zaczęła się głośno śmiać, widząc, kim był 
ów tajemniczy mężczyzna w windzie. I przypomniała sobie dziwny 
krzyk, który usłyszała w chwili, kiedy lokomotywa ruszyła. 

Potem pokazała wszystkim okrągłą budowlę, przypominającą 
odwróconą babę wielkanocną opartą na kilku kolumnach. To było 
drugie wejście do mauzoleum Mooreow, od strony morza. 

Wyglądało na to, że grobowce dawnych właścicieli miały dwa wejścia: 
jedno na powierzchni, wystawione na światło dzienne, drugie - ukryte w 
ciemności. 

I jeszcze specjalny pociąg do dyspozycji, który czekał na nich pod 
ziemią. 

Fred nie przysłuchiwał się rozmowie dzieci. Wziął głęboki oddech i 
pożegnał się uprzejmie, mówiąc, że wróci do miasteczka pieszo. I dodał, 
że po tym wszystkim, co się dziś wydarzyło na stacji, nazbierało mu się 
sporo pracy do odrobienia. 

Dzieci odczekały, aż zniknął między krzewami, i Jason zaprowadził 
Ricka i Julię do domku, który Leonard pokazał mu poprzedniego dnia. 

- Tam wewnątrz znajdują się podpisy wszystkich - wyja- 

221 otmBSMmmmimmmmmpMzsmmmzsmm 

 

śnił im. - I to stąd Black Wulkan udał się po raz pierwszy na badanie 
groty, którą przed chwilą opuściliśmy 

background image

Więc tu jest początek wszystkiego? - zadumał się Rick. 

Może - odparł Jason. - A może koniec wszystkiego, zważywszy, 

jak się to wszystko potoczyło. 

Wyczuwało się pewną gorycz w jego głosie. W gruncie rzeczy nie 
natrafili ani na Pierwszy Klucz, ani na Blacka Wul-kana. Nie 
dowiedzieli się nic więcej ponad to, że Black opuścił miasteczko w 
„swojej" lokomotywie i przez „swoje" Wrota Czasu. 

A poza tym popołudnie najwyraźniej miało się ku końcowi, a Jason 
dobrze pamiętał polecenie Nestora, żeby wrócić do domu najdalej za 
trzy godziny. 

Jest taka ścieżka, która biegnie od mauzoleum do Willi Argo... - 

powiedział Jason. - To najkrótsza droga do domu. 

A nasza łódka? - spytała Julia, gdy ruszyli w stronę ścieżki 

wskazanej przez Jasona. 

W miasteczku rybaków nikt nie ukradnie łodzi - zapewnił ją Rick. 

 

 

Zbliżała się pora zamknięcia, kiedy w księgarni i wypożyczalni książek 
w Kilmore Cove panna Calypso usłyszała dziwny hałas. Odłożyła na 
półkę książkę dla dzieci, którą właśnie przeglądała, i zaczęła 
nasłuchiwać. To było jakieś rytmiczne i nasilające się drżenie. Kroki, a 
może raczej małe fale? Jakby ktoś stukał w mur, żeby sprawdzić, czy w 
środku nie jest pusty. 

Zaledwie usłyszała ten odgłos, hałas ustał. „Coś mi się wydawało" - 
pomyślała i wróciła do lektury Somnabulików, serii książek 

background image

fluorescencyjnych, które można czytać po ciemku. Tom, który akurat 
trzymała w ręku, dotyczył konstelacji gwiazd. 

Nagle hałas się powtórzył, tym razem znacznie gwałtowniejszy. 

Teraz Calypso była już najzupełniej pewna, że się nie przesłyszała. Ktoś 
naprawdę stukał. I to stukał coraz mocniej, tak że stuk rozlegał się po 
całej księgarni. 

Bum, bum. 

Bum, bum. 

Bum, bum. 

Hałas dobiegał gdzieś z tyłu księgarni. 

- Niemożliwe - szepnęła kobieta, kierując się w stronę lady. 

A jednak... 

Bum, bum, bum. 

Bum, bum, bum. 

Bum, bum, bum. 

 

 

bibisjisimsisi¡mumim^ Ktoś stuka 

Calypso chwyciła się za głowę, przeszła kilka kroków dalej, na tyły 
księgarni, i rozsunęła wiszące w przejściu zasłony. Stukot dochodził od 
strony drewnianych poczerniałych ze starości drzwi ze lśniącym 
zamkiem. 

Bum, bum, bum. 

background image

Bum, BUM, BUM. 

BUM, BUM, BUM. 

Były to drzwi, których Calypso nigdy nie używała. I do których nie 
miała już klucza, który wiele lat temu przekazała Leonardowi. 

Klucz z główką w kształcie wieloryba. 

Niemożliwe... - powtórzyła cicho bibliotekarka, podchodząc pod 

stare drewniane drzwi i przesuwając dłonią po zamku. 

Hałas się nasilił i stał się o ton wyższy. Teraz przypominał bicie w 
bębny w rytm jakiegoś tańca rytualnego, albo... 

„Tak" - pomyślała Calypso i przeszedł ją dreszcz... Ten dźwięk 
przypominał bicie przestraszonego serca. Przyłożyła ucho do drzwi i 
poddała się tej niesamowitej wibracji, od której cała się trzęsła. 

BUM BUM BUM BUM BUM BUM BUM. 

Leonardzie, to ty?... - szepnęła przez Wrota Czasu. 

Stukanie nagle umilkło. 

Kobieta odskoczyła od drzwi, jakby poraził ją prąd elektryczny. 

bsssiibb^SBS225 

Nie! - zawołała, wybiegając pędem z biblioteki. - Nie, Leonardzie, 

nie! 

Biegła najszybciej, jak umiała, a jej klapki w kwiatki stukały po bruku 
placu. Sadziła susy większe, niż jej krótkie nogi na to pozwalały. 
Przebiegła tak całe miasteczko, myśląc jedynie o morzu. 

background image

Minęła cukiernię, pomnik króla, molo i drewnianą ruderę hotelu Windy 
Inn. Dotarła do plaży Whales Cali i dopiero wtedy spojrzała na otwarte 
morze. A potem na latarnię. 

Żadnej łodzi. Ani na morzu, ani w remizie w pobliżu mieszkania 
Leonarda. 

„Musiało stać się coś niepojętego, tam, na pełnym morzu" - myślała. 
Ręce jej drętwiały i czuła silny, rozsadzający ból w uszach, jakby się do 
nich dostała woda. Znowu złapała się za głowę. 

Co mogła zrobić? 

Jakiś samochód zatrzymał się w pobliżu Windy Inn, parę kroków od 
niej. 

Calypso patrzyła na morze, które wyraźnie cofało się w porze odpływu, 
pozostawiając wilgotny ślad na piasku. I dostrzegła łódkę z wiosłami, 
wyciągniętą na brzeg. 

Anabellę. 

Leonardzie, nie! - jęknęła znowu kobieta, myśląc o czymś, co nie 

mogło jej przejść przez gardło. 

Halo, proszę pani, czy pani dobrze się czuje? - usłyszała nagle 

czyjś głos za plecami. 

Calypso odwróciła się. Przez otwarte okno samochodu patrzył na nią 
młody mężczyzna. Wewnątrz auta siedział jeszcze jeden, trochę starszy. 
I obaj się do niej uśmiechali. 

Ktoś stuka ^mmmmimmmm^mm^^mm 

background image

Widziałem, jak pani biegła w stronę plaży - wyjaśnił ten młodszy. 

- I jak chwytała się pani za głowę. Nie chciałbym być niedyskretny, 
ale... czy pani dobrze się czuje? 

Calypso spuściła głowę. 

Sama nie wiem - odparła. 

Mężczyzna zamknął okno, wysiadł i podszedł do niej. Miał jakby 
znajomą twarz, ale był tu obcy. 

Czy mógłbym pani jakoś pomóc? Jestem Covenant z Willi Argo - i 

wskazał dom na szczycie urwiska. 

Calypso podążyła wzrokiem za jego palcem, potem znowu zaczęła 
wpatrywać się w otwarte morze. 

Myślę, że... że mój przyjaciel znalazł się w tarapatach - 

powiedziała cicho. 

Jakiego rodzaju tarapatach? 

Umie pan wiosłować? - zapytała cicho bibliotekarka z Kilmore 

Cove. 

 

 

PIĄTY 

DRZWI DO OGRODU 

Rozdział: 

DE^)ALUS 

background image

Dochodziła siódma, gdy trójka małych przyjaciół zbliżała się do bramy 
Willi Argo. Dzieci przemknęły w cieniu stuletnich drzew i okrążyły 
park, podchodząc od tyłu do domku starego ogrodnika. 

Nestorze! - zawołały. 

Mężczyzna pokuśtykał po drewnianej podłodze i otworzył drzwi. 

Wreszcie! - odetchnął z ulgą na ich widok. - Można wiedzieć, 

gdzieście się zawieruszyli na tak długo? 

Dzieci opowiedziały mu pokrótce o wszystkim. 

Nestor usiadł i podsumował ich opowieść krótkim: 

Wiedziałem. 

Potem wyprostował się i podniósł. 

Już prawie pora kolacji - powiedział. - Dzień ma się ku końcowi. 

A my wiemy tylko trochę więcej, niż wiedzieliśmy rano - 

odpowiedział Jason. 

Ale wiecie przynajmniej, że Black skorzystał z drzwi z koniem... - 

powiedział ogrodnik. Wskazał wieżyczkę i dorzucił: - I możecie 
spróbować pogrzebać jeszcze w rzeczach dawnego właściciela, czy nie 
znajdziecie jakichś wskazówek, dokąd te drzwi prowadzą. 
 

Właśnie zamierzaliśmy to zrobić - zapewnił Jason. 

Pójdziesz z nami? 

Nestor się uśmiechnął. 

Nie mogę. Jest tam wasza matka. To jest jej dom i nie sądzę, by 

była zadowolona, gdyby stary ogrodnik szwendał się po jej domu. 

background image

mnmmmmmsmnmmmmmm&mmiP 230 
<mmmmmj/siim&mimKimmmm 

resiis: :-imiz: aa :~:inasłmtm> Drzwi do ogrodu 

Pani Covenant - jak na zawołanie - wyszła właśnie kuchennymi 
drzwiami. Obok niej stała jeszcze druga kobieta. Dopiero wtedy dzieci 
zauważyły błękitny samochód zaparkowany na dziedzińcu, kilka 
kroków od roweru Ricka. 

A to kto? - spytała mało uprzejmie Julia, nie przyglądając się jej 

zbyt uważnie. 

Tymczasem Jason natychmiast rozpoznał Gwendalinę. To była ta 
wspaniała dziewczyna, która dwa dni wcześniej obcięła mu włosy. 

Fryzjerka - westchnął. 

Istotnie, pani Covenant miała teraz absolutnie odlotową fryzurę. 

Obie panie, zajęte sympatyczną rozmową, powoli zbliżały się do 
samochodu. 

Gwendalina wrzuciła w końcu swoje przybory do układania włosów na 
tylne siedzenie i uściskała dłoń pani Covenant. 

A pani pomocnik? - spytała pani Covenant, zanim się pożegnały. 

Och, o niego nie trzeba się martwić - odpowiedziała szybko 

dziewczyna, nieco zakłopotana - Pewnie poszedł pieszo, złapię go po 
drodze. 

Zatem do zobaczenia za dwa tygodnie - powiedziała jeszcze pani 

Covenant. 

Pozdrowienia dla dzieci! - zaszczebiotała Gwendalina. I sprawnie 

manewrując autem, opuściła Willę Argo. 

background image

Rick, Jason i Julia weszli do domu jak gdyby nigdy nic. Chcieli od razu 
przejść na pierwsze piętro, by uniknąć zbędnych pytań. 

mmimzmsBimmimnr&miEmttiP 231 

tzzmiiizmszuiażttśniU 

Pani Covenant pogwizdywała wesoło, sprzątając z podłogi obcięte 
włosy. 

Dzieci... 

Mamo, co za wspaniała fryzura! - przerwała jej Julia. 

Tak uważasz? Ta Gwendalina jest rzeczywiście bardzo dobrą 

fryzjerką. 

No naprawdę! A my skoczymy jeszcze na minutkę do wieżyczki, 

dobrze? 

Dobrze. - Kobieta rzuciła okiem na zegar. - Ojciec powinien być 

wkrótce w domu. Mówił, że z tą drogą to coś strasznego... wydaje się 
jakby przeszło przez nią tornado. Zamawiacie coś specjalnego na 
kolację? 

Ale dzieci już nie było. 

Pastelowe światło spowijało pokoik w wieżyczce, a za oknem widać 
było morelowe niebo i ozłocone pnie drzew. Chmury zaczynały 
wypływać na niebo, jakby przywołane koncertem świerszczy, które - jak 
co wieczór - zgodnym chórem żegnały zachodzące słońce. 

Dzieci weszły do pokoiku, nie zapalając światła. Delektowały się tą 
chwilą ciszy - tak różną od przygnębiającej ciszy groty i mauzoleum. 

background image

Popatrzyły na zbiór łodzi Ulyssesa Moorea i na dzienniki podróży, które 
poznały już wcześniej, i na ruchomą taflę morza, przypominającą im 
wzburzone, spienione fale wokół skał, które opłynęły tego popołudnia. 

- Spójrzcie! - odezwał się Jason na widok czarnego dziennika na stoliku 
i leżącego tuż obok dziwnego przedmiotu z materiału. 

Drzwi do ogrodu 

Co to jest? 

Kto to tu położył? 

Duch! Jego duch! 

Rick sięgnął po dziennik i podszedł do okna, żeby w gasnącym świetle 
dnia zajrzeć do diariusza podróży. Rzucił najpierw okiem na domek 
Nestora i chociaż nie mógł stąd dojrzeć starego ogrodnika, był pewien, 
że Nestor siedzi przed domkiem i patrzy w ich stronę. 

Nestor poradził nam, żebyśmy przyszli poszukać wskazówki w 

wieżyczce... - powiedział półgłosem. - I niby przypadkiem wskazówka 
się znalazła. 

To zaczyna przyprawiać mnie o dreszcze... - powiedziała Julia. - 

To tak, jakbyśmy byli pod kontrolą. Jakby sam dawny właściciel 
obserwował nas i słuchał zza ściany. 

Ależ tak! Tak właśnie jest! Wiemy, że tak właśnie jest. A to są 

wskazówki, jakich nam brakowało - potwierdził Jason. - Rick, co tam 
jest w tym dzienniku? 

Jest tu coś o ogrodzie - odparł Rick. - Ogrodzie księdza Gianni. 

Słyszeliście o czymś takim? 

Bliźnięta pokręciły przecząco głowami. 

background image

Pisze o nim Marco Polo - ciągnął Rick. Posłuchajcie: Jego 

imperium jest ogromne i znane na całym świecie, a jego armię tworzy 
wiele ludów. I właśnie ta armia jest jednym z cudów tego imperium. 
Zdaje się, że w 1165 roku, a więc w średniowieczu, ów ksiądz Gianni 
wysłał list do wszystkich władców panujących na Zachodzie. W liście 
opisał bogactwa swego królestwa, w tym źródło cudownej wody. Mówi 
się, że kto napije się tej wody, nigdy już nie zachoruje ani się nie 
zestarzeje. 

 

minmmimmsmimnmmmnmiMmiWP 

«HUK tSU..... ttittll 3t2H?8 

Rodzaj źródła wiecznej młodości? 

Coś w tym rodzaju, jak sądzę... - Rick pokazał im rysunek 

wykonany przez Ułyssesa Moore'a, ukazujący źródło ukryte w lesie. - 
Po tym liście dziesiątki poszukiwaczy przygód wyruszyły na Wschód, 
aby odszukać to królestwo. Ale wydaje się, że nikt nigdy go nie znalazł i 
że wielu przy tym zginęło. 

To jak Ziemia Puntu. 

No właśnie. 

Ale dlaczego wielbłąd? - spytała Julia. 

Rick przekartkował dziennik i znalazł rysunek karawany z wielbłądami. 

O, jest. Wygląda na to, że niektórzy kupcy z Mezopotamii znali 

drogę do ogrodu księdza Gianni i utrzymywali z nim stosunki handlowe, 
sprzedając mu przyprawy w zamian za złoto i drogie kamienie. A 
wielbłąd po arabsku to... „okręt pustyni". 

background image

Julia się roześmiała. 

To dlatego należy do kolekcji modeli okrętów dawnego 

właściciela. 

Pewnie tak - przytaknął Rick. Zamknął dziennik i przekazał go 

Jasonowi. - Jest tu mnóstwo ciekawych rzeczy. Jest też mapa tego 
królestwa z nazwami wszystkich pałaców... Ale teraz nie mamy czasu na 
czytanie. 

Musimy wyruszyć w podróż - stwierdził Jason. 

Zwariowałeś? - zaoponowała gwałtownie jego siostra. 

Ja jestem wykończona. 

Jaka tam wykończona! Nie mamy czasu do stracenia! 

nalegał Jason. 

Jedź sam, jeśli chcesz... - parsknęła Julia, wyjmując z kie- 

 

afmeikśsi^isiłiaen?» Drzwi do ogrodu 

szeni cztery klucze i kładąc je na stole. - Ja już dziś nigdzie nie jadę. 

Ależ Julio, czy ty nic nie rozumiesz? Tam jest Black Wulkan z 

Pierwszym Kluczem! Wreszcie wszystko jest jasne. Przywołał 
lokomotywę - „pociąg wiecznej młodości" - z powodu tego źródła! 

A ja myślę, że był inny powód, o wiele bardziej romantyczny - 

zauważyła dziewczynka. - Nadał pociągowi imię Klitamnestry Biggles i 
sądzę, że w 1974 roku mogli się spotkać. A pociąg nazywa się „wiecznej 
młodości", bo miłość sprawia, że jest się wiecznie młodym. 

Obu chłopców zatkało. 

background image

Wiesz, co ci powiem? - podsumował Jason. - To nie Black nie 

rozumiał kobiet, to kobiety są bardzo dziwne. 

Julia ma rację. 

Myślałby kto! - wybuchnął Jason. 

Nie możemy teraz wyruszyć. To pora kolacji i w domu są wasi 

rodzice. Lepiej będzie odłożyć to do jutra. 

A Obliwia? - nalegał Jason. 

Nagle okno wychodzące na park otworzyło się z głuchym łoskotem. Ze 
złocistego półmroku pokoiku wychyliła się jakaś ręka i błyskawicznie 
zatkała usta Jasonowi. Dwie postacie podeszły cichutko do Ricka i Julii. 

Ani słówka... - wysyczał Manfred, podnosząc Jasona jakby był 

szmacianą lalką. - Albo ci skręcę kark. 

Obliwia podeszła do stołu dawnego właściciela i pochwyciła cztery 
klucze do Wrót Czasu. 

Pytałeś o Obliwię, kochasiu? - szepnęła. - No to ci powiem: 

Obliwia ma zamiar wyruszyć natychmiast. 

mmmniittmmp 

 

Anabella, mała i lekka łódka, zręcznie mknęła po spokojnym 
wieczornym morzu, oddalając się od zatoki Kilmore Cove. Calypso 
siedziała na dziobie i obserwowała powolne kołysanie fal. 

Tam... - powiedziała, wskazując nieco jaśniejszy punkcik, który 

chyba tylko ona jedna umiała dojrzeć na morzu, które z każdą chwilą 
coraz bardziej przypominało atrament. 

background image

Nie miała wątpliwości. Czuła, w jakim kierunku trzeba płynąć, jakby 
wiedziona jakimś intuicyjnym przeczuciem. 

Pan Covenant i architekt Homer wymienili spojrzenia nieco 
zaniepokojeni. Dobrze było pomóc kobiecie w trudnej sytuacji. Dobrze 
było wziąć się do wioseł i wypłynąć, na morze pod wieczór. I dobrze też 
było oddalić się znacznie od brzegu, ale... byłoby jeszcze lepiej, gdyby 
to wszystko miało jakiś sens. 

Pani Calypso, proszę nam wybaczyć - odezwał się pan Covenant, 

nie przestając wiosłować. - Czy mogłaby nam pani wyjaśnić, co my 
właściwie robimy? 

Drobna kobietka nawet się nie obejrzała. W wielkim skupieniu, uważnie 
obserwowała morze. 

Szukamy mojego przyjaciela. 

Rozumiem - powiedział pan Covenant. - Ale dlaczego szukamy go 

właśnie tutaj? 

Bo on jest gdzieś tutaj. 

Homer nachylił się nad swoim wiosłem i pchnął je. 

A to gdzieś tutaj to jeszcze daleko? 

Słysząc nieco ironiczny ton architekta, Calypso obróciła się. 

Panowie, uwierzcie mi, proszę. Ja naprawdę nie jestem szalona. 

I m^ipx^r^^msr^mimmmm^mimp 238 

 

iaa^mKmiSit; mmnmsmm® TOPIELEC 

background image

Żaden z nas tego nie powiedział - zawołał architekt, dając do 

zrozumienia coś wręcz przeciwnego. 

Ale obydwaj tak myślicie, czytam to w waszych twarzach. I z 

waszego punktu widzenia macie rację. Ale ja... czuję, że coś się stało. I 
że to się stało gdzieś w pobliżu. Nie mogę powiedzieć wam nic więcej i 
nie mogę o nic więcej prosić, jak tylko o jeszcze kilka minut 
cierpliwości. I wysiłku. - Calypso uśmiechnęła się. Jej blada twarz 
przypominała mały księżyc na tle toni morskiej. - Potrafię przyrządzić 
wspaniałą sałatkę z owoców i obiecuję panom, że po powrocie 
natychmiast ją zrobię, żeby się panom odwdzięczyć. 

Jeśli tak to pani ujmuje - odpowiedział uprzejmie pan Covenant - 

nie widzę możliwości, by odrzucić pani zaproszenie. Nieprawdaż, 
Homerze? 

Naturalnie - mruknął Homer najzupełniej bez przekonania, bo 

przyszły mu na myśl wszystkie dziwactwa, z jakimi się zetknął w tej 
rybackiej mieścinie. Najpierw zapłacili mu za to, żeby jak najwolniej 
dokonywał przeprowadzki. Potem otoczono'go tłumnie w hotelu, myląc 
z niejakim Ulyssesem Moorem. Transport z meblami musiał zawrócić 
do Londynu, bo ciężarówka natrafiła na zwalone drzewo i masę dziur, 
które ktoś chyba umyślnie zrobił w asfalcie. A teraz na dobitkę jakaś 
kobietka lunatyczka przekonała go, by wypłynął na morze w 
poszukiwaniu jej przyjaciela, który prawdopodobnie popadł w tarapaty. 
- Coraz gorzej widać... - zauważył, tłumiąc swoje wątpliwości. 

Jakby w odpowiedzi na jego uwagę, w tej samej chwili na cyplu za ich 
plecami włączyła się latarnia w Kilmore Cove. 

 

- Teraz lepiej? - spytał pan Covenant. 

background image

Tam! - wykrzyknęła nagle Calypso, pokazując coś na morzu. - 

Widzicie ją? 

Pan Covenant i Homer przestali wiosłować, spoglądając w kierunku 
wskazanym przez bibliotekarkę. Czy widzieli? 

Tak, widzieli: atramentowo czarną, zamgloną linię horyzontu i coraz 
ciemniejszą płachtę nieba. Oto co widzieli. 

Po chwili światło latarni obróciło się, rozjaśniając zarys czegoś 
czarnego, co miotało się gwałtownie, czegoś podobnego do ogromnego 
ptaka nurkującego w wodzie niecałe dwadzieścia metrów od nich. 

Ogon wieloryba! - wykrzyknął pan Covenant. - Czy ja dobrze 

widzę? Czy to wieloryb? 

Tak! - zawołała Calypso. - Skręcamy! 

Dlaczego? W którą stronę skręcamy? - spytał Homer pełen 

niepokoju. - Czy to nie grozi wywrotką? 

Nie, proszę was! Szybko! - błagała Calypso. 

Dwaj mężczyźni energicznie wiosłowali w ciemności, dopóki łódka nie 
otarła się o coś. 

Wieloryb! - wykrzyknął Homer, wzdrygając się. 

Nie! - jęknęła Calypso, przechylając się nagle przez burtę. - To 

Leonard! 

Na wodzie leżał mężczyzna. 

Pan Covenant szybko zrzucił buty, ściągnął koszulę i wskoczył do 
wody. 

- Ostrożnie! - zawołał Homer, usiłując utrzymać łódkę w równowadze. 

background image

 

mmazEmmAimmnmmmwp Topielec (mmmm^mmmmmmmimimm 

Woda była ciepła i spokojna. Pan Covenant podpłynął do mężczyzny i 
spróbował go poruszyć. 

Żyje? - spytała Calypso. 

Wydaje mi się, że tak - odpowiedział, popychając go w stronę 

łódki. - Tak, żyje, tylko zemdlał. 

Niezdarnie zdjął mu maskę i odrzucił ją w morze. 

Ma na sobie całe wyposażenie do nurko... 

Całe szczęście! Bez kamizelki niezawodnie by się utopił. 

Jest za ciężki, żeby go wyciągnąć! - Pan Covenant ściągnął z niego 

butle i odrzucił je, nawet nie starając się ich zachować. 

Potem spróbował wyciągnąć ciało z wody. Homer i Calypso chwycili 
Leonarda za ramiona i pociągnęli od góry, ale nic to nie dało. 

Pani przyjaciel jest z rasy olbrzymów! 

Mocniej! 

Pchnij! 

Ciągnijcie go w górę! Tylko nie upuśćcie! 

Ciało Leonarda zawisło na burcie, przechyliło się i z głuchym odgłosem 
runęło na dno łódki. 

Zrobione! - wykrzyknął zdumiony Homer. - Udało się! 

Calypso pochyliła się nad Leonardem, odgarnęła mu włosy z twarzy i 
próbowała go reanimować. 

background image

Śmiało, wskakuj... - architekt niezauważenie przeszedł na ty ze 

swoim zleceniodawcą. Podał mu rękę i pomógł wdrapać się na łódkę. 

Tfu! - splunął w morze pan Covenant. - Nie sądziłem, że nam się 

to uda. 

Ja też nie... - dodał Homer. 

f 8» 

nmmg&mmz^rammmmmmmmmt* 

 

 

 

Umilkli obaj. Powierzchnia wody stawała się coraz ciemniejsza i 
ciemniejsza, aż zrobiła się tak czarna jak jeszcze nigdy. Linia grzbietu 
wieloryba - elegancka i bezmierna, przypominająca trochę most 
przerzucony nad powierzchnią morza - stopniowo zaczęła ginąć w 
mroku. 

A potem znikła, żeby ustąpić miejsca ogonowi trzykrotnie większemu 
od Anabelli, ogonowi widocznemu na tle nieba tylko przez moment, nim 
wieloryb znowu zanurzył się w wodzie. 

Pasażerowie łódki długo płynęli w milczeniu. 

Dobrze wycelował - mruknął Homer. - Jeden metr w bok i... 

Tak - przytaknął pan Covenant, uświadamiając sobie, że chwilę 

wcześniej pływał nad tym gigantem morskim. 

Jesteśmy tak mali, że nawet nas nie zauważył... 

background image

Pan Covenant nie był tego taki pewien. 

Przeciwnie, odniosłem wrażenie, że... czy ja wiem... że on nas 

pozdrawia. - Odwrócił się i spojrzał na pogodniejszą już Calypso. - A 
może się mylę? Czy i pani sądzi, że ten wieloryb... w jakiś sposób nam 
pomógł? 

Tak było - odparła kobieta. - On nas przyzywał. Nie bez powodu ta 

zatoka nazywa się Whales Call, zew wielorybów. 

To było fantastyczne - odezwał się Homer. - Absolutnie 

fantastyczne. Nie wiem, co bym dał, żeby móc to raz jeszcze zobaczyć... 

Hałas, jaki teraz się rozległ, przypominał wybuch pękniętej rury. 

To był największy prysznic, jaki można sobie wyobrazić. 

W powietrzu rozległ się przedziwny szum... i zaledwie 

wjmmztimmmsmj&mm^mmismmp 242 

mmmmmmmitsmi 

 

Topielec 

zdążyli spojrzeć w górę, a już pokryła ich fontanna ciepłej, śmierdzącej 
wody, która nieomal wywróciła łódkę. 

Kurczę, to straszne! - jęknął Homer, zbryzgany jak wszyscy inni 

od stóp do głów. - Fuj! Ohyda! I co za smród! 

W tym momencie mężczyzna na dnie łódki gwałtownie zakaszlał i 
otworzył swoje jedyne oko. Nie odezwał się ani słowem. Ciągle kaszląc 
i rozglądając się dokoła, usiłował zrozumieć, co mu się przytrafiło. 

To ja, Leonardzie - przywitała go Calypso. 

background image

Banner... - wymamrotał Leonard Minaxo, gdy tylko minął mu atak 

kaszlu. 

Covenant - przedstawił się pan Covenant, zielonkawy od alg 

wyplutych przez wieloryba. - A ten pokryty na wpół strawionymi 
rybami to Homer z firmy Homer & Homer. Architekt Homer, mówiąc 
ściśle. 

Widziałem go! - krzyknął Leonard. 

Co widziałeś? - spytała Calypso. Leonard powoli odzyskiwał 

przytomność. Nerwowo obmacał całe swoje ciało, po czym niezdarnie 
zaczął przeszukiwać dno łodzi. 

No nie! Wypadł mi! Zgubiłem go! 

Czy mógłby pan się nie ruszać, z łaski swojej? - poprosił go pan 

Covenant, przestraszony wierzganiem tego olbrzyma. 

Odnalazłem żaglowiec - krzyknął jeszcze Leonard. Jego twarz była 

trupio blada i miała wyraz szaleńca, co powodowało, że dwaj wiosłujący 
mężczyźni nie czuli się zbyt pewnie. 

Znalazłem go, Calypso, leży na dnie! To... żaglowiec Raymonda 

Moore'a. Ten, na którym przypłynął do Kilmore Cove. 

Leonardzie... uspokój się - odezwała się Calypso. 

Byłem na dnie... ale zabrakło mi powietrza... - Mężczyzna usiadł 

na dnie łodzi. - I musiałem szybko się wynurzyć, żeby nie było za 
późno... i musiałem się zatrzymywać dla dekompresji... a potem 

background image

nadpłynął ten wieloryb. Wieloryb, Calypso! On mnie wypchnął! 
Wypchnął mnie na powierzchnię! I wydawało się, że wie wszystko! 

Jakie wszystko? 

Latarnik pomacał się gwałtownie po wypukłości na piersi. Ściągnął 
kamizelkę, wsunął dłoń pod kombinezon i wyciągnął metalowy zegarek. 

Nie zgubiłem go! - uśmiechnął się, gdy Anabella kołysała się 

niepewnie na morzu. Pokazał zegarek Calypso. Potem obejrzał go 
również Homer, a w końcu i pan Covenant. 

Był to piękny wodoodporny zegarek do nurkowania, z sówką na tarczy. 

Bardzo ładny - stwierdził pan Covenant. - Istotnie. A tak przy 

okazji, to mi to przypomina, że czas najwyższy przybić do brzegu. Moja 
żona zacznie się niepokoić. 

Był w żaglowcu - wyjaśnił Leonard pannie Calypso. - W 

szesnastowiecznym żaglowcu Raymonda Moore'a. 

Uważam, że raczej trudno uznać go za chronometr z szesnastego 

wieku - zauważył nieco złośliwie pedantyczny architekt. 

Banner tam był... uwięziony na dnie - wypowiedział jednym tchem 

Leonard Minaxo. 

To tam zginął tata Ricka. 

 

PIĄTY 

KORYTARZ ŚMIERCI 

Projektant: ] Rozdział: 

PHTER DEDALUS f 27 

background image

 

 

Julia powoli podeszła do Wrót Czasu. - Dalej, dziecinko, otwórz je - 
popędzała ją Obliwia Newton, stojąc tuż za jej plecami. - I nie marudź. 
Julia się zawahała. Słyszała matkę, która jak gdyby nigdy nic krzątała 
się po kuchni. Wiedziała, że wystarczy krzyknąć, żeby mama przybiegła 
im na pomoc. Ale mężczyzna z tyłu, ten sam, który spadł z urwiska, 
mocno trzymał Jasona. I gdy tylko ona zwlekała, on dusił go tak mocno, 
że jej brat aż jęczał z bólu. 

Dziewczynka spojrzała na Ricka. 

Rób, co ci mówią - poradził. 

, Julia wyczuła dziwną pewność 

w głosie Ricka, jakby dokładnie wiedział, co robić. Jakby miał jakiś 
plan. 

Postanowiła zaufać temu wrażeniu i chwyciła klucze. Otworzyła kolejno 
wszystkie cztery zamki. Klik. Klik. Klik. Klik. 

O, cudownie... - wyszeptała Obliwia. - Wy przodem, proszę. 

Potrzebne jest światło - odezwał się Rick. Obliwia podeszła do 

plecaka Manfreda. Pogrzebała w jego gratach i wyciągnęła latarkę 
elektryczną. 

Mam latarkę - powiedziała. 

Nie będzie działać - wyjaśnił Rick. - Potrzebne są świece. 

Działa i to doskonale! Naprzód! - rzuciła wściekle Obliwia, 

popychając go przed sobą i włączając latarkę. - Dość tych głupot! 

background image

Weszli w korytarz. Julia i Rick pierwsi, za nimi Obliwia, a na końcu 
Manfred z Jasonem. 

korytarz śmierci 

Jeśli z czterech jedne otworzysz przypadkiem... - zaczął recytować 

Rick - Z czterech trzecie wskażą motto... 

Co ty tam bredzisz? - zagrzmiała Obliwia. 

Z czterech dwoje zaprowadzi na śmierć... - ciągnął Rick 

A jeden z czterech - poprowadzi na dół. 

Co to znaczy? 

Julia i Rick zatrzymali się pośrodku owalnego pomieszczenia z czterema 
wyjściami. 

To taki wierszyk, który służy jako wskazówka, żeby wybrać ten 

jedyny korytarz prowadzący bezpiecznie na dół 

wyjaśnił z powagą Rick, wskazując kilka wyjść z tego miejsca. 

Obliwia Newton zdążyła jeszcze poświecić latarką dokoła. Ujrzała litery 
wyryte na obrzeżu i postacie zwierząt wyrzeźbione nad kamienną belką 
nad drzwiami. 

A już po chwili - jak za każdym razem - gwałtowny podmuch zatrzasnął 
nagle Wrota Czasu za plecami Manfreda. I latarka zgasła. 

Jason! - krzyknęła Julia w ciemnościach. 

Oooo! - wrzasnął Manfred. 

Grrrr! - wyrzęził Jason. 

Manfred! - wrzasnęła Obliwia. 

background image

Nastąpiła seria krzyków i nawoływań, pospiesznych kroków i zderzeń w 
ciemności. 

Jason! - powtórzyła Julia. 

Julio! - odkrzyknął jej brat. - W dół! 

Przeklęty smarkacz! 

Manfred, oni uciekają! 

Ugryzł mnie w rękę! 

Gdzie jesteś? 

-Tu! 

Kto to? 

Manfred. 

Trzask zapałki. I zniekształcona twarz Manfreda ukazała się w blasku 
maleńkiego płomyczka. 

Tu jestem - powiedział. 

Wokół nich była tylko ciemność. 

Słyszysz ich? - spytała Obliwia. 

Tak. Schodzą. 

Ale którędy? 

Zapałka zgasła. Manfred zapalił następną. Słyszał oddalające się w 
mroku kroki dzieci, które dochodziły do niego jakby z dwóch korytarzy. 

Nie wiem. Chyba... tędy. - Nasłuchiwał uważnie. - Albo tędy. 

To się zdecyduj! 

background image

Jak to szło w tym wierszyku? - spytał Manfred. - Dwoje na śmierć, 

jedne w dół? 

Manfred! - wrzasnęła Obliwia. - Zrób coś! 

Gdzie jest Rick? Gdzie on jest? - Julia na przemian szeptała i 

krzyczała, trzymając kurczowo rękę Jasona. Biegli razem przez ciemny 
korytarz prowadzący do Metis. 

Pewnie przed nami - odpowiedział Jason. - Musimy się spieszyć! 

Julia ciężko dyszała, ledwo dotrzymując kroku bratu. 

Uważaj na studnię. 

 

umsinmmmmmim&mmp Korytarz śmierci 
omim^mmPMiimP^mPAPmiPAii 

Widzę ją - odparł Jason. - Dzięki świetlikom. 

W głębokiej ciemności, która ich otaczała, rzeczywiście 

można było dostrzec jakiś leciutki blask światła, padający z dołu, gdzie 
otwierała się studnia prowadząca do podziemnej groty. 

Julia odwróciła się za siebie. 

Nie słyszę ich. Ani Ricka. 

Prędzej, Julio, prędzej! 

Przeskoczyli studnię i biegli dalej. 

Którędy oni wyszli? - biadoliła Julia. - I jak to zrobili? 

Nie wiem. Pojęcia nie mam. 

background image

Dotarli do pomieszczenia z pochylnią i zaczęli nasłuchiwać. 

Nikt za nami nie idzie. 

To znaczy, że Rick już zbiegł na dół. 

I nie zaczekał na nas? 

Jason spojrzał na siostrę. Wskazał jej pochylnię. 

Zjeżdżamy. 

Nie poczekamy na niego? 

Nie tutaj, Julio. Oddalmy się od nich możliwie jak najbardziej. 

Przykucnęli na krawędzi pochylni i najpierw Julia, a potem Jason 
zsunęli się w dół. 

Kiedy wylądowali na piasku, natychmiast zaczęli szukać śladów Ricka. 
Ale żadnych śladów nie było. 

W wielkiej kamiennej sali zaczęły fruwać świetliki, odbijające się 
lśniącymi punkcikami od powierzchni małego morza wewnątrz groty. 

Statek Czasu, o pięknej linii w stylu łodzi wikingów, 

rdtmimmmsimmnmKsmimm^mp 249 
<mmmmmimmmmismmmp^/sm£m'd 

 

 

^^imaieisffiifiij^ijtijirp Korytarz śmierci 

Widzę ją - odparł Jason. - Dzięki świetlikom. 

background image

W głębokiej ciemności, która ich otaczała, rzeczywiście można było 
dostrzec jakiś leciutki blask światła, padający z dołu, gdzie otwierała się 
studnia prowadząca do podziemnej groty. 

Julia odwróciła się za siebie. 

Nie słyszę ich. Ani Ricka. 

Prędzej, Julio, prędzej! 

Przeskoczyli studnię i biegli dalej. 

Którędy oni wyszli? - biadoliła Julia. - I jak to zrobili? 

Nie wiem. Pojęcia nie mam. 

Dotarli do pomieszczenia z pochylnią i zaczęli nasłuchiwać. 

Nikt za nami nie idzie. 

To znaczy, że Rick już zbiegł na dół. 

I nie zaczekał na nas? 

Jason spojrzał na siostrę. Wskazał jej pochylnię. 

Zjeżdżamy. 

Nie poczekamy na niego? 

Nie tutaj, Julio. Oddalmy się od nich możliwie jak najbardziej. 

Przykucnęli na krawędzi pochylni i najpierw Julia, a potem Jason 
zsunęli się w dół. 

Kiedy wylądowali na piasku, natychmiast zaczęli szukać śladów Ricka. 
Ale żadnych śladów nie było. 

background image

W wielkiej kamiennej sali zaczęły fruwać świetliki, odbijające się 
lśniącymi punkcikami od powierzchni małego morza wewnątrz groty. 

Statek Czasu, o pięknej linii w stylu łodzi wikingów, 

 

czekał przycumowany jak zwykle do drewnianego pomostu. Stał 
zwrócony dziobem w stronę wyjścia z groty. 

To gdzie jest Rick? - zamartwiała się Julia. 

Jason pomknął na pomost. 

Nie wiem! - krzyknął. - Ale pomóż mi przygotować statek do 

drogi! 

Z czterech dwoje zaprowadzi na śmierć, a jeden z czterech - 

poprowadzi na dół... - powtórzył Rick, schodząc po omacku innym 
korytarzem. - Z czterech dwoje zaprowadzi na śmierć. Z czterech dwoje 
zaprowadzi na śmierć. 

Przystanął, by zaczerpnąć tchu. W myśli nadal powtarzał wierszyk. 
Dopiero kiedy się trochę uspokoił, zaczął nasłuchiwać. 

Nie słyszał już głosów Obliwii i Manfreda ani kroków Jasona i Julii. Nie 
słyszał w ogóle nic. Żadnego odgłosu. Nic. 

Był sam. W ciemnościach. 

W niewłaściwym korytarzu. 

Ale znalazł się tam z wyboru. W zamieszaniu, które nastąpiło, gdy 
zgasła latarka, Rick najzupełniej świadomie wybrał jedno z dwóch 
nieprawidłowych wyjść. Wybrał to wyjście, o którym wierszyk mówił, 
że prowadzi na śmierć, w nadziei, że Manfred i Obliwia podążą za nim. 

background image

Tymczasem wcale za nim nie poszli, poszli za Julią i Jasonem w stronę 
Metis. 

Chciał dać szansę bliźniętom. Myślał, że będzie mógł zawrócić po 
swoich własnych śladach, że uda mu się wycofać z tego korytarza. 

Ale teraz, kiedy już zszedł kto wie ile metrów i ile zakrętów w dół, zdał 
sobie sprawę, że nie trafi z powrotem. 

ttjmamatłKi&iiS" amm msm 

i^r&ms;tmmmmmm> Korytarz śmierci 

I że nawet nie wie, w jakim kierunku miałby „wracać". 

Wokół niego panowała ciemność. Ciemność i cisza. 

Co robić? 

Jego wrodzony optymizm podsunął mu myśl, by posuwać się dalej po 
omacku na czworakach. 

Doszedł do ściany groty i dotknął jej. 

I tak sunął z jedną ręką przywartą do skały, dopóki skała nie umknęła 
mu gdzieś w ciemności. Ponownie utracił punkt orientacyjny. 

W którą stronę mam iść? - zapytał sam siebie. 

Echo odbiło jego głos, więc pytanie powróciło. Był to znak, że w 
ciemności Rick dotarł do pomieszczenia znacznie szerszego niż 
korytarz, którym schodził. Ale jak dużego? I gdzie to jest? 

O mały włos głuchy jęk nie wydarł mu się z gardła, ale Rick stłumił go, 
nie pozwolił mu się wydostać. Wcisnął go na powrót do żołądka, skąd 
przyszedł, i spróbował nabrać odwagi. 

Wpatrując się w tę ciemność, zapytał znowu na głos: 

background image

Którędy mam iść, tato? 

Tędy - postanowił Manfred, zapalając kolejną zapałkę. 

Dlaczego tędy? 

Wydaje mi się, że widziałem tam jakieś światło. 

Ale ja słyszałam oddalające się kroki w tym drugim korytarzu. 

Rozdzielili się - wyjaśnił Manfred. - Znają te podziemne przejścia. 

Zapałka zgasła. 

Dlaczego pozwoliłeś mu uciec? 

 

Ugryzł mnie w rękę. 

Jesteś ofermą, wiesz? 

Manfred chciał coś odpowiedzieć, ale ugryzł się w język. 

Coś powiedział? 

Powiedziałem, że ja nie chciałem tu wchodzić. Nigdy tego nie 

chciałem. I trzeba się było tego trzymać. 

Nie moglibyśmy po prostu wrócić tam, skąd przyszliśmy? 

Już próbowałem. 

I co? 

Drzwi są zamknięte. 

Próbowałeś stukać? -Tak. 

Manfred zapalił kolejną zapałkę. 

background image

Już prawie się skończyły. Jeśli chcemy spróbować zejść, to 

musimy to zrobić od razu. 

Jesteś pewien, że to właściwy korytarz? -Nie. 

A jeśli to ten niedobry? 

Zobaczy się. 

Rick, znieruchomiały w ciemności, długo nie otwierał oczu. 

Kiedy je wreszcie otworzył, miał wrażenie, że coś widzi... 

Zamrugał powiekami. Potem potarł oczy, żeby się upewnić, że nie śni. 

Zobaczył migający maleńki punkcik. 

Świetlisty punkcik, który krążył parę metrów przed nim jak nasionko 
przyniesione przez wiatr. 

SiSi252 

 

Albo jak świetlik. 

Pojawił się w ciemności nie wiadomo skąd, roztaczając wokół siebie 
delikatną lśniącą aureolę. 

- Dzięki, tato... - szepnął Rick, czując, że łzy napływają mu do oczu. 

Świetlik mógł oznaczać tylko jedno: że grota z Metis była gdzieś w 
pobliżu. Mało tego - Rickowi wydało się, że gdzieś w oddali słyszy huk 
fal morskich rozbijających się 

skały. 

Pełen nadziei, dźwignął się z kolan i zbliżył się do świetlika, który jakby 
na niego czekał, przysiadłszy na szarej skale. 

background image

Rick pochylił się i wziął go w ręce. Potem uniósł nad głowę i rozłożył 
dłoń. 

Świetlik pofrunął, a Rick ruszył za nim. Słabiutkie migocące światełko 
owada ledwo oświetlało czubek nosa chłopca, ale nie był. sam - w 
każdym razie miał za towarzystwo żywe stworzenie. Przewodnika. 

Rick wędrował, nie myśląc o niczym. Jak zaczarowany wpatrywał się w 
świetlika i jego brzęczący lot. 

Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo tak szedł. Ale w pewnym 
momencie poczuł wokół siebie niewidoczne ściany 

równą podłogę, po której szło się już gładko. 

Potem zaczął podchodzić w górę. 

Szedł i szedł. I choć już wiedział, że świetlik prowadzi go gdzieś daleko 
od Metis, nie zatrzymywał się, przekonany, że ten malutki owad jest 
jedyną istotą, która łączy go z życiem. 

W pewnej chwili świetlik usiadł na skale. 

Rick usiłował zrozumieć, co maleńki robaczek zamierza zrobić. Gdy 
zdał sobie z tego sprawę, było już za późno - owad zaczął się wciskać w 
otwór w skale. 

Nie, poczekaj! - krzyknął. - Dokąd idziesz? Nie zostawiaj mnie! 

W odruchu rozpaczy próbował jeszcze go chwycić, ale stworzonko 
znikło gdzieś w głębi dziury. 

I jego światełko też. 

No nie! - jęknął Rick, przerażony ciemnością. 

Załamany, oparł się o skałę i poczuł, że to nie jest zwykła 

background image

skała, lecz ściana wykonana przez człowieka. No, nie... rzeźba! Wielka 
rzeźba, która wyrosła przed nim, zajmowała niemal całą przestrzeń 
wokół niego. 

Rzeźba - górująca nad nim i przytłaczająca swoją wysokością. Rzeźba, 
której nie mógł dostrzec - niewidoczna w ciemnościach. 

Rudzielec zaczął dotykać jej podstawy, szukając jakiegoś punktu 
oparcia, czegoś, co mógłby rozpoznać po dotyku... 

Włącznik światła? 

Znieruchomiał. 

Raz jeszcze przejechał ręką po tym czymś. 

Był to naprawdę jeden z tych staroświeckich włączników, takich z 
porcelany, okrągłych i czarnych, z malutkim pręcikiem przełączanym w 
górę lub w dół. 

Palce mu drżały. 

Przesunął pręcik do góry. 

Zapaliło się światło. 

Anabella bardzo szybko dotarła do plaży Whales Call i trzej mężczyźni 
wspólnie wyciągnęli ją na brzeg. Śmierdzieli potwornie - zgniłymi 
algami i zepsutymi rybami. 

Brak mi słów, by panom podziękować - powiedział Leonard do 

dwóch mężczyzn, kiedy wreszcie stanęli na twardym gruncie. 

Nie nam powinien pan dziękować, lecz pani Calypso - odparł pan 

Covenant. - To ona poprosiła nas, byśmy wypłynęli, i doprowadziła nas 
do pana. 

background image

Leonard obrócił się i wziął w ramiona tę drobną kobietę. 

Nie wiem, jak ty to zrobiłaś, Calypso - powiedział - ale dziękuję 

ci! 

Ja także nie wiem - wyszeptała. - Ale cieszę się, że mi się udało. 

Na widok tego olbrzyma ściskającego serdecznie kobietę tak drobnąi 
kruchą, Homer i pan Covenant spojrzeli na siebie i odczuli pewne 
zażenowanie. Poczuli się jak intruzi. 

Eche, eche... - zakasłał architekt. - Chciałbym wpaść do swego 

pokoju w hotelu i wziąć prysznic. 

A ja powinienem powiadomić moją żonę, że jeszcze żyję... - 

wtrącił pan Covenant. 

Leonard zwolnił uścisk. 

Jedzie pan samochodem do Willi Argo? - zapytał nowego 

właściciela domu nad urwiskiem. 

Leonardzie... - upomniała go Calypso. 

Tak. Ma pan ochotę na przejażdżkę? 

Wielką - odpowiedział olbrzym. - Chciałbym wstąpić, pogadać z 

Nestorem. 

Leonardzie, daj spokój! - zaoponowała Calypso. 

 

PIATY 

INTRUZI 

Projektant: j RozdziJ 

background image

^STER Djy)ALUS !' 9 R łł^ "**^. , 

S' wietliki wirowały wokół mola jak roje miniaturowych gwiazd. Jason z 
Julią stali na pomoście Metis, obserwując grotę. 

Jason ściskał w ręku cumę, gotów rzucić ją w każdej chwili. Ale wciąż 
jeszcze czekał. Ricka nadal nie było. 

Co będzie, jeśli... - zaczęła mówić Julia. 

Nie wiem - odparł jej brat, odgadując pytanie. 

Nie mógł wiedzieć, co się wydarzyło w grocie, kto doszedł i komu udało 
się otworzyć drzwi po drugiej stronie wewnętrznego morza. 

Jeszcze zwlekali. Wewnętrzne morze było spokojne, jakby trwało w 
drżącym oczekiwaniu. A w oczach obojga rodzeństwa czaił się lęk. 

I wreszcie zauważyli jakiś ruch od strony pochylni. Zobaczyli, że czyjeś 
ciało zgrabnie ląduje na piasku i natychmiast się podnosi. 

To Rick! - zawołała rozpromieniona Julia, ściskając brata za ramię. 

Świetliki fruwały, pozostawiając za sobą świetliste smugi. Drobne fale 
rozbijały się o brzeg Plaży Czasu. 

Postać, która przed chwilą zsunęła się z pochylni, zaczęła biec w stronę 
pomostu. Potem z pochylni wypadła na plażę jeszcze jedna osoba. I 
ciężko runęła na piasek. 

Uśmiech zamarł na twarzy Julii. 

To oni! - wrzasnął Jason, rzucając w jednej chwili cumę. - 

Uciekajmy! Szybko! Uciekajmy! 

Uwolniona Metis odpłynęła od pomostu. Ale Obliwia już biegła po 
deskach, a jej kroki dudniły jak uderzenia bębna. 

background image

 

■^smm^mmsrmmmmm^mp Intruzi 

<mim?-iiniz mm i umm megButisgii 

Jason pobiegł do steru i ujął go w ręce, próbując sprawić, by statek 
obrócił się wokół własnej osi. 

Krok, krok, krok. 

Rozbieg. 

I skok. 

Metis przechyliła się, obracając się posłusznie na polecenie swego 
małego kapitana. Poczuli głuche uderzenie w bok. To Obliwia... 

Przez moment wydawało się, że kobieta ześlizgnie się, ale jedną ręką z 
tymi okropnymi długimi fioletowymi paznokciami zdołała uchwycić się 
krawędzi burty. 

Puszczaj! - wrzasnęła Julia, waląc ją wiosłem po ręce. 

Aaaaa! - zawyła Obliwia Newton, chwytając się burty drugą ręką. - 

Przeklęta smarkula! 

Puszczaj! Puszczaj! - krzyczała rozpaczliwie Julia, nadal okładając 

ją wiosłem. 

Jason przy sterze skierował dziób Metis w stronę ciemnych drzwi. 

Musiał przyspieszyć podróż i wywołać burzę w nadziei, że podmuch 
wiatru zmiecie Obliwię do morza. 

W tym czasie jej goryl dobiegł do pomostu i patrzył z przerażeniem na 
statek pośrodku spokojnego morza. Nie mógł się zdecydować na skok. 

background image

Metis zakołysała, po czym ustawiła się we właściwym kierunku. 

Do ogrodu księdza Gianni! - krzyknął Jason. 

W grocie zakotłowało się od wiatru i świetlików, które - zniesione przez 
wichurę - usiłowały schronić się w skalnych zakamarkach. 

259 «tmimummpmrsmmttmmmmmim&^p 

imiP^Amm-itmrmmnmmmmiiminrp 

 

Do ogrodu wiecznej młodości! - krzyknął ponownie chłopiec, 

rozpędzając statek. 

Podmuch uniósł Julię w powietrze i rzucił nią o pokład, a Obliwię - 
zamiast odrzucić - pchnął na statek tak, że udało jej się wspiąć na 
pokład. 

Morze groźnie zahuczało, gdy Metis odpływała od pomostu. 

Manfred! - krzyknęła Obliwia. - Skacz! No, skacz, ty przeklęta 

ofermo! Skacz! 

„Morze, woda, wicher, burza" - Manfredowi te cztery słowa przemknęły 
nagle przez myśl. 

Metis przepływała przed nim o metr. Widział Obliwię krzyczącą coś na 
pomoście - coś, czego nie dosłyszał. Zobaczył, jak ta nieznośna 
dziewczynka upadła na pokład. I zobaczył tego okropnego chłopaka, 
który trzymał ster. 

background image

Dokonał prostego obliczenia. Stary statek. Chłopaczek. Urwisko. 
Zatonięcie. 

Potem ponownie napotkał wściekłe spojrzenie Obliwii Newton. 

„Teraz albo nigdy" - powiedział sobie w końcu i skoczył. 

Rick, oślepiony światłem, musiał najpierw zamknąć oczy, ale chwilę 
później spojrzał ostrożnie przez rozstawione palce. 

To, co ujrzał, było tak zdumiewające, że ugięły mu się kolana. 

Znajdował się u stóp kamiennego smoka, wznoszącego się nad nim co 
najmniej na pięć metrów. Był to smok bez skrzydeł, chudy, gotowy do 
skoku, z rozwartą paszczą i długimi 

łm^H^iCś i^imj}^^^  260 <tiUimz-ammmnmum-.i i1111 mm m I 

 

 

 

Intruzi 

 

kolcami, które wydawały się poruszać w nieruchomym powietrzu groty. 
Wyprostowany, wsparty na ogonie, wyciągał łapy do przodu jakby 
ostrzegał. To był smok strażnik. Opiekun skarbów. 

Gdy tylko oczy Ricka oswoiły się ze światłem, chłopiec upewnił się, że 
ten długi kamienny potwór jest tylko rzeźbą i zauważył, że smok nie był 
tu sam. Za nim ciągnął się most, wąski i długi, wygięty w łuk, 
zawieszony nad przepastną rozpadliną skalną. A wzdłuż mostu, w 
regularnych odstępach po obu stronach, ustawione były inne 

background image

fantastyczne figury. Oświetlało je mdłe światło z takich samych lamp, 
jakie widzieli podczas wędrówki przez grotę tego popołudnia. Światło 
drgające i słabe, które nie wchodziło w ostry konflikt z ciemnością. 

Rick - ciągle jeszcze oszołomiony - stanął na nogi, by lepiej wszystko 
dojrzeć. Naprzeciw smoka, po drugiej stronie mostu, znajdował się 
wieloryb z uniesioną potężną płetwą ogonową. Dalej małpa z długim 
zakręconym ogonem. Dzięcioł z mocnym, ostro zakończonym dziobem. 

- A dalej żaba... - uśmiechnął się Rick, rozpoznając kolejne zwierzęta. - 
Kot, aligator... koń. 

Kula kolców jeżozwierza. Lew leżący jak sfinks. Długie zakrzywione 
kły mamuta, wystające w mroku jak dwa znaki zapytania. 

To były zwierzęta jedenastu kluczy. 

Rick zrobił kilka kroków i oparł się o niski murek, który stanowił 
krawędzie obu boków wiszącego mostu. Spojrzał w dół. Rozwarta, 
mroczna paszcza skalna. 

Ruszył w dalszą drogę. Powoli wszedł na łukowaty garb mostu. 
Pozdrowił kolejno wszystkie mijane zwierzęta - miał 

nmatimma 261 om&zm&jminimamzizmmmmź&Ammn? 

wrażenie, że rzeźby też się z nim witają. Czuł, jakby ktoś tu był oprócz 
niego, a oczy ciemności bacznie go obserwowały. 

Ale już się nie bał. To miejsce nie wywoływało w nim strachu. 

Serce waliło mu jak młot - w rytmie, w jakim niedawno wiosłował na 
morzu, kiedy walczył z wirami wśród skał. W rytmie wioseł i w rytmie 
odwagi. 

background image

Na znak szacunku schylał głowę przed każdym z jedenastu zwierząt i 
czuł, że niewidzialni obserwatorzy, którzy śledzili jego drogę, byli z 
tego zadowoleni. 

Rick był spokojny, ponieważ wiedział, że wśród nich jest także jego 
ojciec. 

Zgaszony świetlik ukryty na plecach smoka. ' 

Dotarłszy do końca mostu, znalazł się przed wielką bramą, która wydała 
mu się znajoma. Była wbudowana w kamienną arkadę, na której widniał 
napis Curiositas anima mundi, dewiza rodu Mooreow. 

Zrozumiał, gdzie jest. 

Za bramą, istotnie, ciągnął się biały, zamglony korytarz. 

- Mauzoleum... - powiedział Rick. - Miejsce pochówku ich wszystkich. 

Stał nieruchomo na progu cmentarza rodziny Mooreow. Teraz dopiero 
chłopiec z Kilmore Cove odgadł w końcu prawdziwe znaczenie 
wierszyka z przejścia w urwisku. Z czterech dwoje zaprowadzi na 
śmierć wcale nie oznaczało tego, co dotąd myśleli. Prawdopodobnie 
znaczyło tylko, że dwa korytarze z okrągłej izby prowadzą do grobów, 
w których spoczywają przodkowie rodu. 

Ammsmmmm&mrmmr&s^mm&sa® 262 «susstfsssiałfiriri 
nm^A^mmmimuł 

jf 

Intruzi <tmimmmnimninrmn"^anmm: 

Rick odtworzył w myśli cały układ grot w urwisku - podziemny świat, 
który umożliwiał przejście od Salton Cliff do Turtle Parku (i kto wie, 
dokąd jeszcze) bez wychodzenia na powierzchnię. 

background image

- Teraz rozumiem, tato, dlaczego nikt nigdy nie widział dawnego 
właściciela... - szepnął Rick Banner. - On się poruszał pod ziemią oraz 
po grocie poza czasem, grocie, którą jego przodkowie wybrali sobie na 
miejsce wiecznego spoczynku. 

Rick oparł dłonie na chłodnym metalu bramy i popchnął 

H- 

Długie czarne pręty zabrzęczały i - lekkie jak łodygi bambusa - 
rozstąpiły się, robiąc mu przejście. 

Chłopiec spojrzał ostatni raz za siebie, wiedząc, że nie ma już wyboru. 
Wszedł w biały korytarz, zostawiając za sobą most z jedenastoma 
zwierzętami. Kiedy odszedł, lampy zgasły i cała grota znowu zamarła w 
ciszy i spokoju. 

Biały korytarz, rzęsiście oświetlony, nie miał więcej niż trzy metry 
wysokości. Nagrzane stojące powietrze pachniało przyprawami i 
suszonymi kwiatami. 

Rick posuwał się ostrożnie, uważając, by na nic nie nadepnąć, choć 
korytarz wydawał się świeżo posprzątany. 

Nawet nie zauważył, kiedy doszedł do pierwszego grobowca. Położony 
po prawej stronie korytarza, samotny, wmurowany w ścianę, obłożony 
był marmurową płytą, na której widniały zatarte, niemal nieczytelne już 
litery: Ksawery Moore. 

 

 

Protoplasta rodu. 

background image

Dwie nisze poczerniałe od dymu dzieliły go od następnego grobowca, 
również wmurowanego w ścianę. 

Rick przełknął ślinę. Przejęty i zamyślony, szedł wolno wzdłuż grobów. 
Mijał pojedyncze lub podwójne grobowce, umieszczone między niszami 
jeden nad drugim. Czasem na płycie dostrzegł jakiś mały, lśniący 
przedmiot, albo - częściej - suche kwiaty. 

Na tych płytach można było zobaczyć całe drzewo genealogiczne 
Mooreow. Pary małżeńskie były pochowane tak, że jedno z małżonków 
leżało na dole, a drugie nad nim. Inni krewni spoczywali pojedynczo. 
Daty narastały, zbliżając się do współczesności.  , 

Rick minął jakiś pusty grób i doszedł do pierwszej pary małżeńskiej, 
jaką znał. 

Raymond i Fiona Moore przybyli morzem i tu wybrali swój dom, ogród 
i tę kamienną bramę. 

Gdy dotknął marmurowej płyty na tym grobie, poczuł, że palce wibrują 
mu przedziwną energią. Tu spoczywa człowiek, który rozpoczął budowę 
tego wszystkiego! Człowiek, który może jako pierwszy badał drzwi i 
klucze w Kilmore Cove. Człowiek, który zbudował Willę Argo i 
przekształcił surowe wzgórza Turtle Parku w zadbany ogród. - 
Dziękuję... - szepnął chłopiec. 

msismimimmmiimmmmp 

Intruzi 

<miimuminm®m 

Oderwał dłonie od marmuru. Po chwili zauważył, że ktoś przyniósł 
Raymondowi świeże kwiaty. Dotknął ich z uszanowaniem i spojrzał 
przed siebie, w głąb korytarza. Kto wszedł do mauzoleum? I kiedy? 

background image

Ruszył dalej z coraz mocniej bijącym sercem. Minął grób Williama 
Moore'a, wnuka Raymonda, który dokończył prace, i doszedł do 
obszerniejszego, okrągłego pomieszczenia, z którego wychodził inny 
korytarz i schody prowadzące w górę. 

Rick zrozumiał, że znajduje się pod mauzoleum w Turtle Parku i że te 
schody prowadzą z pewnością na powierzchnię. Drugi korytarz, całkiem 
taki sam jak ten, który właśnie przeszedł, to z pewnością ten, który 
prowadzi od przystanku pociągu wiecznej młodości. 

Wszedł weń i odkrył, że tu znajdowały się nowsze groby. Przemknął 
przez ten korytarz niemal biegiem. W powietrzu czuł coraz silniejszy 
zapach kwiatów. Zatrzymał się przed grobami poprzednich właścicieli 
Willi Argo. 

Grób Penelopy był obsypany suchymi kwiatami, ale pusty, otwarty i.bez 
płyty. Między kwiatami widać było obraz na płótnie, którego Rick nie 
śmiał dotknąć. Rozpoznał tylko takie same delikatne kolory, jakie 
widział na obrazach Penelopy malowanych akwarelą, w pracowni na 
poddaszu Willi Argo. 

Jej grób tonął w kwiatach. 

A grób Ulyssesa był pusty. 

- Wiedziałem.. - szepnął zadyszany Rick. Musiał się oprzeć na moment 
o ścianę. Przyłożył obie dłonie do kamiennej ściany, by poczuć chłód 
skały. 

 

„Oba puste. Dwa puste groby" - pomyślał. Przypomniał sobie słowa ojca 
Feniksa i Freda Śpiczuwy. Przypomniał sobie mnóstwo słów. A zatem te 
dwa groby były puste. Dotykając dłońmi ściany, zawrócił, nie mogąc 

background image

oderwać oczu od masy kwiatów, które wysypywały się z grobu Pene-
lopy. 

I wtedy zauważył, że w niszach' dwóch sąsiednich grobów nieznana 
ręka zostawiła dwie skromne margerytki. Rick przeczytał inskrypcje na 
płytach: 

Anabella Moore 1927-1947 zgasła w połogu i 

John Joyce, potem Moore 1921-1996 

który żył w Wenecji i z Wenecji inną drogą powrócił. 

- John Joyce Moore... - wyszeptał Rick. I w myślach kolejny puzzel 
wskoczył mu z trzaskiem na swoje miejsce. 

Właśnie odkrył, kto zdecydował się pozostać w Wenecji w miejsce 
Penelopy. Jej teść. Ojciec Ulyssesa Moorea. 

Chłopiec nie wytrzymał. Zaczął biec. Przebiegł korytarz i wpadł na 
schody, które przeskakiwał po dwa stopnie. 

Znalazł się pod białymi kolumnami mauzoleum w Turtle Parku, przez 
którego podziurawiony sufit widać było migocące gwiazdy. 

Chcę stąd wyjść - powiedział, rozpaczliwie próbując znaleźć 

sposób na otwarcie bramy mauzoleum od wewnątrz. 

Przypomniał sobie, że mauzoleum na wzgórzu było jednym z tych 
miejsc, w których się znajdowały Wrota Czasu. Mocował się z zamkiem 
z siłą, jakiej nigdy wcześniej u siebie nawet nie podejrzewał. 

Nerwowo, gniewnie otworzył zamek, po czym wyszedł do parku. 

Odetchnął pełną piersią i od razu się uspokoił. 

background image

Ujrzał nad sobą niebo usiane gwiazdami. Ujrzał morze przywołujące 
wspomnienia tego dnia. Ujrzał Kilmore Cove rozświetlone tysiącem 
światełek elektrycznych. Ujrzał światła jakiegoś samochodu, który 
pokonywał zakręty urwiska, by dojechać do Willi Argo. 

Ja jestem Rick Banner - powiedział sam do siebie. - Banner. Nie 

jestem Moore. I wcale nie chcę nim być. - Obrócił się w stronę białej 
powierzchni mauzoleum. - My, Ban-nerowie, jesteśmy prostymi ludźmi. 
Ludźmi prawymi i szczerymi. Nie ukrywamy jakichś sekretów. Nie 
opowiadamy kłamstw... - Wyciągnął palec w stronę mauzoleum, a 
potem w stronę Willi Argo. - Chcę wiedzieć, gdzie jesteś, Ulyssesie! 
Gdzie się ukrywasz? Powiedz mi! Musisz mi powiedzieć, kim jesteś! 
Potrzebuję tego, nie rozumiesz? Nie możesz tego ciągnąć w 
nieskończoność! Wierszyki, korytarze, mauzoleum, dzienniki, klucze... 
dość tego! Muszę wiedzieć wszystko, wszystko! Teraz! Tam, w środku, 
są Julia i Jason! I Obliwia i Manfred! Ulyssesie, czy zechcesz wyjść z 
ukrycia raz na zawsze? 

Mauzoleum trwało w milczeniu. 

PIĄTY 

STRAŻNICY CZASU 

Projektant: j Rozdział: 

PETER DEDALUg \ 29 

immm&immmmmmm.mi&mma&m> 

 

A w Wenecji Peter Dedalus przycumował przy brzegu kanału. Wysiadł 
ze swojej dziwacznej gondoli na pedały, podszedł do bramy domu, nad 

background image

którą widniała tarcza herbowa w kształcie stylizowanej litery C. 
Chwycił za kołatkę z brązu i mocno zastukał. 

Po krótkim oczekiwaniu usłyszał radosny, młodzieńczy głos, pytujący 
go, kim jest. 

Nazywam się Peter Dedalus... - przedstawił się, lecz ujadanie psa 

zagłuszyło jego nazwisko. 

Diogo, spokój! Nic nie słyszę! - krzyknęła Rossella Caller. 

Peter przedstawił się ponownie. 

Drzwi otworzyły się i niczym rakieta wyskoczył z nich mały piesek, 
skacząc dokoła zegarmistrza. 

Jaki Peter? - zapytała osłupiała pani Caller. - Ten z Wyspy Masek? 

Ten sam - odparł Peter z niskim pokłonem. - Przepraszam, że 

pojawiam się u pani w taki sposób i z pustymi rękami... 

Kto to, Rossello? - spytał w tym momencie Albert Caller, 

podchodząc do drzwi. 

Peter raz jeszcze przywitał się i raz jeszcze się skłonił. 

Pan może szuka dzieci... - powiedziała Rossella, ściągając na 

siebie surowe spojrzenie męża. 

Nie rozumiem, dlaczego zakłóca pan spokój mego domu - odezwał 

się pan Caller. - Ani dlaczego pojawia się pan bez zapowiedzi, skoro 
chciałby pan porozmawiać ze mną czy z moją żoną, czy z przyjaciółmi 
rodziny. 

Peter nerwowo potarł dłonie. 

 

background image

Ś 

Proszę posłuchać. Nie ma potrzeby za wiele mówić. - Spojrzał 

Albertowi prosto w oczy. - Pan ma zapewne w tym domu starą maszynę 
drukarską. 

Albert Caller zdrętwiał. W Wenecji ściśle kontrolowano wszystko, co 
wychodziło drukiem, i przechowywanie maszyny drukarskiej w domu 
było najlepszym sposobem, żeby zwrócić na siebie uwagę tajnej policji, 
powołanej do tropienia książek zakazanych. 

Powtarzam, że pan... że pan się myli. 

Ja wiem, że ona tu jest - powiedział Peter. - To ja ją 

skonstruowałem. I wyświadczyłby mi pan wielką grzeczność, gdyby mi 
pan pozwolił z niej skorzystać. 

Fred Śpiczuwa był umordowany po całym dniu. Przede wszystkim pracą 
na stacji. Kiedy wpadł do urzędu miejskiego, żeby tylko sprawdzić, czy 
nie było jakiejś pilnej sprawy do wykonania, znalazł na biurku wielki 
stos zleceń z karteczką: Gdzie się do diabla podziewasz? Ja to muszę 
mieć najutrol 

Fred parsknął, doskonale wiedząc, że jest jedynym człowiekiem w 
Kilmore Cove, który potrafi korzystać ze Starej Sowy, maszyny 
drukującej wszystkie dokumenty i pozwolenia w miasteczku. Sprawdził 
zlecenia i zakasał rękawy, zdecydowany stanowczo zakończyć dzień 
pracy możliwie jak najszybciej. Otworzył .szufladę z perforowanymi 
fiszka-mi i wybrawszy te, które jego zdaniem najlepiej się nadawały, 
wszedł do archiwum. Wsunął fiszki w szparę Starej Sowy. 

Wałki prowadnic i liczne przekładnie maszyny poszły w ruch, 
wyławiając z mechanicznego archiwum daty i dane, 

background image

fmmimmimymnmr&AmmmP^r&rp 271 
^mim^PJMm^us/mmttmmjuitmiAmumy 

 

 

jakich Fred potrzebował. Spokojnie czekał na wydruk szczegółowych 
raportów. 

Na szczęście skonstruowana przez Petera Dedalusa maszyna działała 
bez zarzutu i wydrukowane dokumenty pojawiały się jeden po drugim. 
Fred mógł sobie pozwolić nawet na pogwizdywanie. 

Skończył swą pracę zaledwie niecałą godzinkę później niż zazwyczaj. 

Odłożył wszystkie perforowane fiszki do szuflady, a dokumenty 
rozłożył do teczek, i spiesznie szykował się do wyjścia. Miał wielką 
ochotę wrócić do domu, ale chciał również wstąpić do gospody i uciąć 
sobie krótką pogawędkę z przyjaciółmi, by opowiedzieć im o 
pojawieniu się lokomotywy w miasteczku. 

Właśnie zamykał drzwi biura, kiedy usłyszał, że Stara Sowa jeszcze coś 
drukuje. Wyraźnie słyszał dźwięk pracujących przekładni, a potem 
stukot drukarki, która wyrzucała kolejny dokument. 

Zdumiał się. 

Czy to możliwe, by o czymś zapomniał? Przecież sprawdził każdą 
załatwianą sprawę co najmniej dwa razy i starannie wydrukował 
wszystkie potrzebne papiery. 

Otworzył na nowo drzwi i wrócił, nie włączając światła. Podszedł do 
wielkiej żelaznej maszyny i zobaczył, że istotnie Stara Sowa drukuje 
właśnie jakąś kartkę. 

background image

Ale to nie był zwyczajny dokument. To był list, połączony z kartką 
złożoną w taki sposób, że nie można było odczytać, co się znajduje w 
środku. 

vmismmmimmm^iummmmmmurmmp 272 
timinir^immni&wj&mmnmivzm 

Fred wyjął list i przeczytał: 

Cześć Fred, 

Chciałbym Cię prosić o pewną grzeczność. 

Jestem Peter? edalus, zegarmistrz. 

Piszę do Ciebie korzystaj? C z urządzenia bardzo starego, które może 
robić błędy w tekściE. Nie zwracaj na tO uwagi; to urządzenie, z 
którego nigdy dot? d nie korzystałem. 

Chciałbym bardzo, żebyś zaniósł kartkę zał? czon? do teGo listu do 
Willi ArgO. 

Pytaj o Nestora ogrOdnika. 

Zrobisz tO, prawda? 

Będę ci wdzięczny na wieki. 

Peter 

mmzeAvmz^imtmmmmmumi®® 273 
^imumm&minimummitmimniuiu: 

 

KRUŻGANEK 

background image

Projektant: \ Rozdział: 

PETER DEDALUS i 30 

Kiedy burza w grocie w końcu ucichła, Jason oderwał się od steru. Julia 
wciąż jeszcze leżała na pokładzie Metis. 

Pobiegł jej na ratunek, rozglądając się wkoło. 

Nic ci nie jest, Julio? 

Jego siostra otworzyła oczy. 

Powiedz mi, że jesteśmy tu sami. 

W tej samej chwili dobiegł ich odgłos ciała uderzającego o wodę i 
przekleństwo wściekłego Manfreda: 

Jasna cholera! A już się prawie udało... 

Jason przygryzł usta. 

Niestety, muszę ci powiedzieć coś całkiem innego... 

Podbiegli oboje do burty Metis i ujrzeli Manfreda wściekle miotającego 
się w wodzie. Przepłynął kawałek, uczepiony statku, ale ostatecznie 
ześlizgnął się do wody. Obliwia tymczasem zeskoczyła już z Metis i 
wbiegła na schody prowadzące do ciemnych drzwi - tych drzwi, nad 
którymi były umieszczone trzy żółwie. 

Cześć, smarkacze! - pozdrowiła drwiąco dzieci. 

Julia też miała chęć wyskoczyć z Metis, ale Jason powstrzymał ją. 

Już nic nie możemy zrobić. 

Spojrzeli na ociekającego wodą Manfreda, który wlókł się po schodach 
za swoją panią. 

background image

Wystarczyłoby, żeby dwie pierwsze osoby, jakie napotkamy, 

przeszły z nami na tamtą stronę... - szepnęła Julia. - I tym sposobem 
zamknęlibyśmy ich na zawsze za Wrotami Czasu. 

Oni mogą zrobić z nami to samo. 

276 <8s%mimm®mmmmmsmmimma 

£ 

Bliźnięta zostały na statku, a Obliwia podeszła do drzwi i popchnęła je. 

Och, cudownie! - wykrzyknęła, zaglądając na drugą stronę. - 

Dobry Pierwszy Klucz, dzieciaki! 

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. 

Chcecie, żebym wam przypomniała, jak to się zakończyło w 

Krainie Puntu? 

Jason zacisnął pięści ze złości. 

Zaczekamy, aż wyjdą... - postanowiła Julia. 

Obliwia zniknęła za ciemnymi drzwiami, Manfred natomiast obrócił się 
jeszcze raz w ich stronę, posyłając im piorunujące spojrzenie z 
pogróżkami. Poprawił sobie plecak na ramionach i włożył swoje 
odblaskowe przeciwsłoneczne okulary. 

Po czym odszedł. 

Dzieci, znowu same, zaczęły się naradzać, co robić dalej. 

Jestem potwornie zmęczona - wyznała Julia. - Cały dzień biegamy 

z miejsca na miejsce. I zupełnie nie mam pojęcia, co się znajduje za tymi 
drzwiami. 

background image

Na szczęście Jason miał przy sobie dziennik z notatkami Ulyssesa 
Moore'a. 

Wygląda to na skrzyżowanie ziemskiego raju ze średniowiecznym 

zamkiem... - zauważył, kartkując dziennik. 

A zatem? 

A zatem sądzę, że powinniśmy przynajmniej rzucić okiem. 

A Rick? 

Nie wiem, Julio, ale mam takie przeczucie, że tym razem 

będziemy tylko my dwoje. 

 

Julia westchnęła zmęczona i wystraszona. Brat dał jej szturchańca. 

Możemy to zrobić, siostrzyczko. Musimy tylko otworzyć te drzwi, 

odnaleźć Blacka i wrócić tu przed Obliwią. 

Julia - całkiem nieprzekonana - zeszła z pokładu Metis i weszła na 
schody obrośnięte solą morską. 

Trzy żółwie... miejcie nas w swej opiece - szepnął jej brat, 

popychając drzwi. - Idziesz ze mną, siostrzyczko? 

Idę, jasne, że idę - odpowiedziała Julia. 

Za drzwiami powitała ich fontanna. Drzwi znajdowały się we wnęce 
arkady pięknie rzeźbionej w kwiatowe motywy, Krużganek otoczony 
był małymi białymi kolumienkami. 

Usłyszeli szum spadającej wody, a w oddali - jakieś krzyki. 

background image

Jason spojrzał w stronę wyjścia i zobaczył grupę osób odwróconych 
tyłem. Natychmiast dał znak Julii, by się ukryła, i oboje przylgnęli 
płasko do kolumny. 

Jakieś pięćdziesiąt kroków od nich stał oddział około dwudziestu 
żołnierzy w pełnym uzbrojeniu. Mieli na sobie lśniące żelazne zbroje i 
kopie o spiczastych końcach. 

Musiała zajść jakaś pomyłka! - krzyczała Obliwia Newton, stojąca 

pomiędzy nimi. Manfred leżał twarzą do ziemi, a obok niego - rozbite 
okulary odblaskowe. 

Żadna pomyłka, panie! - zawołał jeden z żołnierzy, zwracając się 

zapewne do jakiegoś swego przełożonego. - Właśnie złapaliśmy tych 
dwoje cudzoziemców. 

Mogę wszystko wyjaśnić! - zawołała Obliwia. 

Do lochu z nimi! - zagrzmiał dowódca żołnierzy. 

^mmmmammmmammm» Krużganek mmmmtasmmuammmaami 

Jason zerknął na siostrę z wielką satysfakcją. 

Złapali ich! - szepnął. 

Całe szczęście, że wyszli pierwsi... Dzieci okrążyły cały 

krużganek, trzymając się z dala 

od żołnierzy, którzy nie bacząc na protesty Obliwii i Manfreda, 
eskortowali ich gdzieś na zewnątrz. 

Potem przemknęły się w cieniu krużganka w nadziei, że znajdą jakieś 
inne wyjście. Zobaczyły schody prowadzące w górę. Jason spojrzał na 
stopnie, które ginęły gdzieś w ciemności, i spytał: 

To jak? Wchodzimy? 

background image

 

 

PIATY 

PRAWDA 

Rozdział: 

DEDALUS 

mmimmagmmb 

 

Pan Covenant chwilę wcześniej zaparkował swój samochód na 
dziedzińcu Willi Argo. Rick minął bramę i skierował się w stronę 
domku Nestora. We wszystkich oknach domku ogrodnika paliło się 
światło. 

Wszedł po schodkach i zastukał gwałtownie do drzwi. 

Otworzył mu Leonard Minaxo, latarnik. Był owinięty ciemnym 
ręcznikiem, a mokre włosy lepiły mu się do czoła. 

A ty co tu robisz? - spytał Ricka. 

Mógłbym pana zapytać o to samo. Jest Nestor? 

Ogrodnik podszedł, kulejąc, i stanął za plecami Leonarda. 

A, to ty, Rick. Wejdź proszę. My tu... gawędzimy sobie z 

Leonardem. 

Dał znak, by Leonard odsunął się od drzwi i pozwolił wejść młodemu 
Bannerowi. 

background image

A Jason i Julia? 

Weszli - odparł ponuro chłopiec. 

Co takiego? - Było coś dziwnie niepokojącego w głosie Nestora. - 

O tej porze? - Nestor zbladł. - Rodzice się zorientują! 

I nie sami weszli. 

Co to znaczy? - Ogrodnik po omacku poszukał krzesła i usiadł, a 

Leonard wolno zbliżył się do Ricka i stanął obok niego. 

Oparł się o umywalkę i powiedział: 

Jesteś cały spocony. 

Bo biegłem - burknął Rick i nadal patrzył w oczy Nestorowi. W 

jego oczach widać było gniew pomieszany z rozpaczą. 

wsimmmmmmnr^mmmsmimmmniP 282 
<mmmmimmmummmma%ammm 

iimmsmimnrpAnmvssAmumr&P 

Prawda 

 

Jakieś gorączkowe pragnienie prawdy. 

Obliwia z Manfredem też weszli. 

Nestor otworzył usta, a po chwili je zamknął. Zacisnął palce na kolanach 
tak mocno, że aż mu zbielały ręce. 

Wdarli się do domu. Zaskoczyli nas od tyłu i zmusili do przejścia 

przez Wrota Czasu. 

Stary ogrodnik zaczął kiwać głową w milczeniu. 

background image

Leonard walnął pięścią w umywalkę. 

Tego już za wiele! Ale jak się dostali do domu? 

My też zadawaliśmy sobie to pytanie. 

Czy nie było cię tutaj, w ogrodzie? - dopytywał się Leonard. - A 

pani Covenant nie było w domu? 

Fryzjerka! - wykrzyknął nagle Nestor. - Przyjechali z fryzjerką. 

Ona... Niech to diabli!... Co za głupiec ze mnie! Ona miała pomocnika. 

Manfreda - odgadł Rick. 

Obliwia z pewnością ukryła się w samochodzie - westchnął. -A 

ja... ja nie pomyślałem, żeby sprawdzić samochód. - Po czym zwrócił się 
do Ricka. - Ale ty skąd się tu wziąłeś? 

Uciekłem. Wszedłem w jeden z korytarzy prowadzących na 

śmierć. 

A Jason z Julią? 

Nie wiem. Myślę, że wsiedli na Metis. 

-A... 

Nie wiem. 

Nestor wstał, podszedł do okna i spojrzał na palące się światła w Willi 
Argo. 

Musimy zawiadomić państwa Covenant. 

mmmimmmm^mimmnmiismaa» 283 

Rick zaczekał, aż któryś z mężczyzn zacznie mówić, po czym widząc, 
że żaden się nie odzywa, powiedział: 

background image

Doskonale wiecie, co znajduje się pod urwiskiem, prawda? Znacie 

wszystkie groty, znacie pociąg wiecznej młodości, podziemne 
korytarze... Wiecie o ogrodzie... 

Cisza. 

I wiecie, którędy przeszedłem, żeby się wydostać. Prawda? 

Wszystko wiecie? 

Przeszedłeś przez most? - spytał go Leonard Minaxo. 

Tak - odparł Rick. - I widziałem kwiaty. Mężczyźni wymienili 

między sobą długie spojrzenie. 

Kto je tam położył? 

Cisza. 

Który z was dwóch jest Ulyssesem Moorem? 

Rick... - szepnął Leonard, ale na tym poprzestał. 

Nie, dość już tego. Muszę się dowiedzieć wszystkiego! Odkryłem, 

kto został w Wenecji, by umożliwić Penelopie ślub i pozostanie w 
naszych czasach! Odkryłem, że grób Pe-nelopy jest pusty! I pusty jest 
też grób Ulyssesa! Dlaczego? Zechcecie mi to wyjaśnić? 
 

Nestor odszedł kilka kroków, nachylił się i spod kanapy wyciągnął stare 
płótno zwinięte w rulon. 

Tam jest Julia, tam... z Obliwią... - zaczął szlochać Rick. 

I Jason... też tam jest! A ja nie wiem, co robić! Nie wiem, jak im 

pomóc! 

background image

Jeśli wsiedli na pokład Metis, nie ma sposobu, żeby tam wejść - 

powiedział Leonard, zwracając się do Nestora. 

Mam rację? 

Rick spojrzał na starego ogrodnika oczami pełnymi łez. 

284 śmmriimnmnimm^mmAP/mmnm 

Prawda 

tmsBzmm 

Który z was jest Ulyssesem Moorem? - spytał ponownie. 

Nestor przykuśtykał bliżej, oparł się o stół i bez słowa rozwinął rulon z 
obrazem. 

Rick spojrzał na twarz na portrecie. Płótno było rozdarte, a następnie 
starannie zaszyte. Chłopiec otarł sobie łzy wierzchem dłoni. 

To jest ten brakujący obraz znad schodów? 

Tak - odpowiedział Leonard Minaxo. 

Rick przesunął palcem po nazwisku umieszczonym pod wizerunkiem. 

Ulysses Moore. 

A więc to ty? - wyszeptał. 

ułnmsssm^ummmmmmmnrai-p 285 

 

W tej samej chwili ktoś zastukał gwałtownie do drzwi. Nestor zwinął 
obraz i spojrzał na Leonarda, który podbiegł do drzwi. 

background image

To był Fred Śpiczuwa. 

Hej, Fred! - zawołał olbrzym z latarni. - Jakie dobre wiatry cię tu 

przywiały? 

Mam wiadomość dla Nestora - wykrztusił. - Wiadomość dla 

Nestora! 

Wiadomość? - spytał Leonard. - A od kogo? 

Od Petera Dedalusa! - wykrzyknął Fred Śpiczuwa, wymachując 

kartką mokrą od farby. 

CIĄG DALSZY NASTĄPI - 

 

Nota od Redakcji 

Drodzy Czytelnicy, 

zniknięcie naszego współpracownika wydaje się coraz bardziej 
tajemnicze. Tuż przed oddaniem tekstu do druku otrzymaliśmy ten list. 
Stempel na znaczku pochodzi z Kilmore Cove. Wyęłany został 
siedemnaście dni temu. 

Drogi Ulyssesie, 

przekonałem Obliwię Newton, że Black Wulkan odnalazł Pierwszy- 
Klucz i że zabrał go ze sobą do ogrodu księdza Gianni. 

ponęrślałem, że w ten sposób wyeliminuję ją ostatecznie z gry. Długo 
się zastanawiałem, czy wrócić do Kilmore Cove na jej miejsce, ale tu w 

background image

Wenecji jest - jak wiesz - tak wiele rzeczy, że lepiej, by ona ich nie 
odkryła. 

Kie wiem, czy drzwi Willi Argo są otwarte i czy ty masz jeszcze klucze 
od nick. Jeśli drzwi są otwarte, 

,1 

spraw, żeby Obliwia wyjeckała. Uprzedziłem Macka o jej przybyciu. On 
już będzie wiedział jak ją zatrzymać.  ___ 

\|s/TEKE50jKCE 

Twój serdecznie oddany Peter Dedalus 

1. 

W zatoce Whales Cali................................................9 

2. 

Niezły pasztet............................................................15 

3. 

W Willi Argo............................................................27 

4. 

U dyrektora..............................................................35 

5. 

Gorączka..................................................................41 

6. 

W Wenecji................................................................47 

7. 

W domu Bannera....................................................53 

8. 

Ukryta koparka........................................................61 

9. 

Obiad w Willi Argo..................................................65 

10.  Po obiedzie w Willi Argo..........................................73 

11.  Dom Marco Polo......................................................85 

12.  Obcy..........................................................................95 

13.  Między skałami ....................................................111 

background image

14.  Awers czy rewers....................................................119 

15.  Stacja kolejowa ...:..................................................125 

16.  Pułapka..................................................................i 35 

17.  Tajemnicze rury......................................................143 

18.  Działające zwrotnice..............................................163 

19.  Goniąc Klio............................................................177 

20.  Pod powierzchnią..................................................185 

21.  Grota ......................................................................195 

22.  Podchody Obliwii ..................................................205 

23.  Nieznajomy.........................'...................................215 

24.  Ktoś stuka................................................................223 

25.  Drzwi do ogrodu....................................................229 

26.  Topielec....................................................................-237 

27.  Korytarz śmierci ....................................................245 

28.  Intruzi ....................................................................257 

29.  Strażnicy czasu ......................................................269 

30.  Krużganek..............................................................275 

31.  Prawda....................................................................281 

MOORE 

1. Wrota Czasu 

background image

Kilmore Cove, Kornwalia. Jason i Julia, bliźnięta w wieku jedenastu lat, 
właśnie przeprowadzili się z Londynu do Willi Argo, wielkiego dworu 
nad urwiskiem, strzeżonego przez Nestora, starego ogrodnika, milczka, 
który prawdopodobnie dużo wie o tym domu... Pewnego wieczoru, 
korzystając z nieobecności rodziców zajętych ważnymi sprawami w 
Londynie, Jason, Julia oraz ich nowy kolega z Kilmore Cove - Rick 
zaczynają zwiedzać to stare domostwo, pełne tajemniczych pokoi i 
kluczy... W końcu natykają się na ukryte za szafą drzwi, których nijak 
nie da się otworzyć. Drzwi mają cztery zamki, ale żaden z kluczy w 
domu do nich nie pasuje. 

Co znajduje się za tymi drzwiami? I dlaczego ktoś chciał je ukryć? 
Dzieci postanawiają za wszelką cenę je otworzyć.:. 

2. Antykwariat ze 

starymi mapami 

Starożytny Egipt, Kraina Puntu. Jason, Julia i Rick przekroczyli Wrota 
Czasu i weszli do Domu Życia, potężnej, pełnej labiryntów biblioteki-
archiwum, gdzie przechowywane są papirusy i gliniane,tabliczki 
pochodzące z wielu zakątków świata. Tym razem poszukują tajemniczej 
mapy ukrytej w legendarnej Nieistniejącej Komnacie. Tylko właściciel 
„Antykwariatu ze starymi mapami" wie coś, co może naprowadzić ich 
na właściwy trop... 

3. Dom Luster 

Dziwne rzeczy dzieją się w Kilmore Cove. Jest tu pomnik króla, który 
nigdy nie istniał, i tory kolejowe, które nigdzie nie prowadzą. Nie można 
się połączyć z Internetem, a telefony komórkowe nie mają zasięgu. 
Wygląda też na to, że miasteczko zostało usunięte ze wszystkich map, 

background image

żeby ukryć w ten sposób jakąś tajemnicę. Czy Ulysses Moore wie coś o 
tym? 

Tym razem śledztwo Jasona, Julii i Ricka rozpocznie się w Domu 
Luster, tajemniczej siedzibie genialnego wynalazcy Petera Dedalusa, 
zaginionego przed laty bez śladu... 

4. Wyspa Masek 

Jason, Julia i Rick są gotowi do kolejnej podróży: Peter Dedalus, jedyny 
człowiek, który może im pomóc w odnalezieniu Pierwszego Klucza, 
przekroczył Wrota Czasu i ukrywa się w osiemnastowiecznej Wenecji. 

Perfidna Obliwia Newton jest już na jego tropie, więc dzieci muszą 
działać szybko - trzeba odnaleźć tajemniczego Czarnego Gondoliera i 
trafić na Wyspę Masek, o której nikt nie słyszał... 

<tm 

«gXlLMORE COVE p 

RUNABOUT TICKETS 

Passports to the CORNWALL COAST and MOORS 

Stf>'.0< 

iQrtOi'.O« iQVvO iHS '.Of 

 

3䮣8i£§35 

% jGijP! iCilCi jO/^J ¡Oi ¡Cti < >:• < ■!-.