background image

 

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. La Porta del Tempo Projekt graficzny 
obwoluty i ilustracje: Iacopo Bruno 

Przekład i opracowanie manuskryptu Ulyssesa Moore'a: Pierdomenico 
Baccalańo Tłumaczenie z języka włoskiego: Bożena Fabiani 

© 2007 - Edizioni Piemme S.p.A., via Galeotto del Carretto 10 

- 15033 Casale Monferrato (AL) - Italia © Copyright for the Polish 
edition by Wydawnictwo Olesiejuk Sp. z o.o., 2009 

ISBN 978-83-7423-777-2 

Wydawnictwo Olesiejuk Sp. z o.o. 

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki 

www.olesiejuk.pl;wydawnictwo@olesiejuk.pl 

Przygotowanie wydania polskiego: Mozaika Sp. z o.o. Druk: DRUK-
INTRO SA 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może 
być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana 
w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu 
bez pisemnej zgody wydawcy. 

Ulysses Moore 

Wrota czasu 

 

Nota od Redakcji 

background image

Historia opisana w tej książce jest istotnie nieprawdopodobna i my sami 
jesteśmy ciekawi, jak się skończy. Wszystko się zaczęło od e-mailu, 
który przesłał nam nasz korespondent z Kornwalii. Co do ciągu 
dalszego, zdecydujcie sami, co o tym myśleć... 

Redakcja „Parostatku" 

« / 

Nota od Redakcji 

Historia opisana w tej książce jest istotnie nieprawdo- 

ł 

podobna i my sami jesteśmy ciekawi, jak się skończy. Wszystko się 
zaczęło od e-mailu, który przesiał nam nasz korespondent z Kornwalii. 
Co do ciągu dalszego, zdecydujcie sami, co o tym myśleć... 

Redakcja „Parostatku" 

a© 

Manuskrypt Kornwalia 

CD 

© 

Usuń 

Odpowiedz Odpowiedz wszystkim Wyślij Drukuj 

Od:  Pierdomenico Baccalario 

Temat: 

Manuskrypt Kornwalia 

Wysłano:  20 lipca 2004 3: 46: 01 

background image

Do:  Redakcja „Parostatku" 

 

Vitajcie! 

»iszę z Cove Cottage, z hoteliku bed & breakfast w Kornwalii, ponieważ 
muszę (/as koniecznie powiadomić o pewnych nadzwyczajnych 
sprawach, jakie mi ię przydarzyły. 

}o tej historii z manuskryptem, który was tak zainteresował, natychmiast 
wy-echałem do Anglii. Jedyne, co wiedziałem o jego autorze, to nazwa 
miejscowości, w której mieszka, Kilmore Cove, w Kornwalii. Po 
przybyciu do Londynu, wynająłem samochód i ruszyłem w drogę, ale 
utknąłem w Zennor, gdzie je-¡tem nadal, gdyż nie odnalazłem 
żadnego„Kilmore Cove"na mapie. Nie pozo-¡tało mi więc nic innego, 
jak zadzwonić pod numer, jaki mi zostawiliście. Od-»owiedziała mi 
bardzo uprzejma pani, która spytała, w jakim mieszkam lotelu, i 
umówiła się tu ze mną w recepcji następnego dnia. Nazajutrz,zamiast 
niłej Angielki, zastałem tam kufer (dobrze przeczytaliście, KUFER!) ze 
zwięzłym listem, który tu przytaczam: 

Drogi Panie, 

to jest materiał, jaki pozostawił Ulysses Moore z prośbą, by go Panu 
przekazać. Gdyby się okazało, że odpowiada Panu i że zechciałby go 
Pan opublikować, prosimy jedynie, by na okładce wyraźnie figurowało 
nazwisko Ulyssesa Moore'a i żeby zachować układ rękopisów. Z 
najlepszymi pozdrowieniami „Wyspa Calypso" Dobre Książki Ocalone 
z Morza 

Wewnątrz kufra znajdowała się sterta fotografii, rysunków, map i 
zeszytów o sczerniałej ze starości okładce, wszystkie ponumerowane i 

background image

zapisane staranną kaligrafią. Ale...językiem najzupełniej 
niezrozumiałym! 

Początkowo myślałem, że to jakiś żart. Jednak potem, kiedy zacząłem 
przeglądać rysunki, mapy i zdjęcia, zrozumiałem, że ten materiał jest 
częścią historii 

jedynej w swoim rodzaju. Historii, którą autor z jakiegoś powodu, 
którego jeszcze dobrze nie rozumiem, zdecydował ukryć, posługując się 
bardzo niezwykłym kodem. 

Nietrudno sobie wyobrazić, jaka gorączka ciekawości mnie ogarnęła i 
ponieważ już wcześniej zarezerwowałem hotel bed & breakfast na cały 
tydzień, zacząłem szukać sposobu na przetłumaczenie tych zeszytów. I 
chyba udało mi się„rozszyfrować" pierwszy z nich, co mam nadzieję 
oddaje załącznik. 

Pierdomenico 

PS Posyłam wam także zdjęcie Cove Cottage, kufra oraz mapy, żebyście 
się sami przekonali, że odnalezienie Kilmore Cove jest niemożliwe: 
nigdzie go nie ma! 

 

Dwór nad urwiskiem ukazał się nagle, za zakrętem. Jego kamienna 
wieżyczka wśród drzew wznosiła się strzeliście na tle błękitu morza. 

O rany! - wykrzyknęła na ten widok pani Covenant. 

Jej mąż przy kierownicy zaledwie się uśmiechnął. Minął bramę z kutego 
żelaza i zaparkował na dziedzińcu. 

Pani Covenant wysiadła. Żwir zaskrzypiał pod jej obcasami, a ona 
zamrugała oczami, jakby nie mogła wprost uwierzyć w to, co widziała. 

background image

Dwór stał na skale wysoko nad morzem; słychać było fale rozbijające 
się o głazy, pachniało ostrym słonym powietrzem. Budynek tonął w 
błękicie morza i nieba, i - bliżej - w zieleni drzew ogrodu. W oddali, u 
stóp urwiska, widać było zatokę Kilmore Cove, a wokół niej mnóstwo 
domów. 

Gdy pani Covenant tkwiła tak znieruchomiała na dziedzińcu z otwartymi 
ze zdumienia ustami, podszedł do niej starszy mężczyzna z twarzą 
pooraną zmarszczkami i z zadbaną białą bródką. Miał przenikliwie 
patrzące, rozlatane, niespokojne oczy. Przedstawił się, a ona aż 
podskoczyła. 

Nazywam się Nestor - powiedział. Jestem ogrodnikiem w Willi 

Argo. 

„Ach, więc tak się ten dwór nazywa", pomyślała, Willa Argo... 

 10 

 Zadrapane drzwi  

Podążyła za mężem i za kulejącym ogrodnikiem aż do portyku 
wychodzącego na morze. 

- Chyba nie pomyliliśmy się? - spytała, dotykając leciutko murów, jakby 
upewniając się, że istnieją naprawdę. 

Mąż wziął ją za rękę i szepnął: - Trzymaj się... 

Wewnątrz Willa Argo była jeszcze bardziej zdumiewająca: labirynt 
pokoików umeblowanych meblami i przedmiotami, które wydawały się 
pochodzić z najróżniejszych zakątków świata. Wszystko tu było 
doskonałe, wszystko na swoim miejscu. Po raz pierwszy w życiu pani 

background image

Covenant pomyślała, że nie chciałaby ruszyć ani jednego mebla z 
miejsca, na którym go postawiono. 

11 

Powiedz mi, że to nie sen... - szepnęła do męża. 

A on tylko ścisnął ją za rękę. 

A zatem to była prawda: naprawdę kupili ten dom. 

Pani Covenant dała się poprowadzić aż do saloniku z kamiennym 
sklepieniem i o kamiennych ścianach, starych i niezwykłych. Wchodziło 
się tam przez małą arkadę. Było też drugie wyjście, przez drzwi z 
ciemnego drewna na wschodniej ścianie. 

To jest jeden z najstarszych pokoi... - objaśnił z dumą ogrodnik. - 

Przetrwał w takim stanie ponad tysiąc lat, od czasów, gdy była tu 
jeszcze średniowieczna wieża. Pan Moore, dawny właściciel, ograniczył 
się jedynie do zamurowania szczelin okiennych i oczywiście 
zainstalowania przewodów elektrycznych. Wskazał im niską lampę 
zawieszoną w środku sklepienia. 

Jason będzie zachwycony... - powiedział pan Covenant. 

Zona się na to nie odezwała. 

Macie państwo dwoje dzieci, prawda? - spytał ogrodnik. 

Tak, chłopca i dziewczynkę, jedenastoletnich - odpowiedziała 

automatycznie pani Covenant. - Są bliźniętami. 

-1 zapewne - ciągnął ogrodnik - są inteligentne, radosne, pełne życia... I 
będą szczęśliwe mogąc żyć w miejscu odciętym od reszty świata i od 
Internetu... 

12 

background image

Zadrapane drzwi  

Pani Covenant wytrzeszczyła oczy. 

Hmra, myślę, że tak... - odpowiedziała nieco zaskoczona. - Może 

niedobrze, że to mówię, ale... tak, moje dzieci są bardzo... niezależne. 
Wyobraziła sobie przez moment Jasona nieustannie przyklejonego do 
ekranu monitora, a po chwili potrząsnęła głową. 

Sądzę, że nawet bez Internetu będą szczęśliwe, mieszkając w 

takim domu. 

Świetnie, doprawdy świetnie - przytaknął ogrodnik. - A zatem, 

jeśli się Pani dom podoba, możemy uznać sprawę za załatwioną. 

Pan Covenant wyjaśnił żonie, że dawny właściciel, pan Ulysses Moore 
pragnął, żeby dom przekazano młodej rodzinie, z co najmniej dwójką 
dzieci. 

Chciał, żeby dom był zawsze pełen życia... - dodał ogrodnik, 

wyprzedzając ich przy wyjściu z kamiennego saloniku. - Powiadał, że 
dom bez dzieci jest jak martwy. 

Miał rację - zgodziła się pani Covenant. 

Chwilę przed wyjściem przyjrzała się uważniej 

drewnianym drzwiom na wschodniej ścianie. Zauważyła, że w paru 
miejscach drewno wydawało się zwęglone, a w innych podziurawione i 
głęboko zadrapane. 

Co się przytrafiło tym drzwiom? - spytała. 

Nestor przystanął, spojrzał na drzwi i potrząsnął 

głową. 

background image

 13 

Pani wybaczy, ale byłoby lepiej, gdyby pani udała, że tych drzwi 

nigdy nie widziała. A co się im przytrafiło? Od kiedy zagubiono od nich 
klucze, przytrafiło się im wszystko. Widzi pani tu cztery dziury? Pan 
Moore myślał, że to może po zamkach. Próbował je otworzyć wszelkimi 
sposobami, ale bezskutecznie. 

A dokąd prowadzą? 

Ogrodnik wzruszył ramionami. 

Kto to wie? Kiedyś może prowadziły do starej studni, która dziś 

zapewne już dawno nie istnieje... 

Pani Covenant musnęła ręką poczerniałe i zarysowane drewno i odczuła 
nagły niepokój: 

Może lepiej je czymś zasłonić, żeby dzieciom przypadkiem nie 

przyszło do głowy próbować je otworzyć... - powiedziała, zwracając się 
do męża. 

Dobry pomysł... - zamruczał ogrodnik, kuśtykając w stronę 

wyjścia. - To najlepsze, co można zrobić; państwa dzieciom nie 
powinien nigdy przyjść do głowy pomysł, by próbować je otworzyć... 

** 14 .efr 

 

Znieruchomiały w głębi schodów Jason nasłuchiwał. Czuło się tu 
dziwny przeciąg, który przynosił odległe dźwięki. Skrzypienie mebli, 
pogwizdywanie wiatru, kroki zwierząt. Już raz w tym tygodniu Jason 
wyobraził sobie, że meble w Willi Argo obdarzone są własnym życiem: 
zaledwie pokój pozostawał bez ludzi, o milimetr się przesuwa-ły. O 
jeden milimetr, nie więcej, żeby nikogo nie zadziwić. 

background image

Ale tym razem było to coś innego. To nie mógł być odgłos 
przesuwanego mebla. Ani też mew śmieszek siedzących na dachu czy 
jaszczurek w pnącym bluszczu, czy szczurów nad sufitem. Całkiem nie. 

Tym razem posłyszał wyraźny odgłos spiesznych kroków na piętrze. 
Znieruchomiał, nasłuchując, a kroki się powtórzyły. 

Zacisnął usta z przejęcia. 

- Zatem jesteś na górze... - wyszeptał do swego tajemniczego 
nieprzyjaciela, jakby sobie rzucili rodzaj wyzwania. 

Czy możliwe, że nikt inny z jego rodziny nie spostrzegł tej obecności? 
Czy możliwe, żeby ani ojciec, ani matka, ani siostra nie zauważyli, że w 
tym ogromnym domu jest ktoś jeszcze? 

Jason to pojął natychmiast, od pierwszej chwili, kiedy wyładowywali 
walizki na dziedzińcu. 

 16 

-Przeciąg  

Willa Argo była zbyt obszernym domem, by móc ją dokładnie poznać. 
Dom pełen pokoi i sekretów, fascynujących i tajemniczych 
przedmiotów. 

Kiedy się jej przyglądał po raz pierwszy, odniósł wrażenie, jakby Willa 
Argo wyszeptała do niego: „Nie wszystko jest takie, jak ci się wydaje, 
Jasonie; odkryj mój sekret". 

I on przystał na to. 

Owiewany przeciągiem Jason przyglądał się zawieszonym na ścianie 
portretom, które ciągnęły się nad schodami do pierwszego piętra, a 
potem aż do pokoju w wieżyczce, na którego lustrzanych drzwiach 

background image

schody się kończyły. Ojciec wyjaśnił mu, że te stare oblicza w ramach, 
to wizerunki poprzednich właścicieli dworu i że wkrótce także oni mogą 
mieć swoje portrety, zawieszone wśród tych starych. 

O, nie, ja nie zamierzam pozować - odpowiedziała natychmiast 

Julia, której napędzała strachu każda propozycja, że będzie musiała 
pozostać nieruchomo na jednym miejscu więcej niż piętnaście minut. 

Jasonowi natomiast podobał się taki pomysł. Dodawał człowiekowi... 
znaczenia. Jemu - odkrywcy czy łowcy duchów. 

W porządku... kimkolwiek jesteś... - wyszeptał. 

** 17 ** 

Czy możliwe, że kroki, które przed chwilą usłyszał, należały do ducha? 

Wyciągnął z kieszeni Podręcznik przerażających stworów napisany 
przez nieuchwytnego doktora Mesmera, bohatera kreskówek. 

Znalazł stronę, której szukał, i przeczytał: Nie sądźcie, że duchy są 
nieme. Mogą wydawać rozmaite odgłosy 

(kroki, pobrzęk ciągniętych łańcuchów, dzwony) i często 

mogą mówić. A ponadto nie zawsze są bezcielesne. 

Jason nabrał otuchy. Poza tym, że upewnił się, co do tego, kim jest ów 
nieprzyjaciel, te kilka słów rozwiewało jego wielką niepewność. Od 
dawna się zastanawiał, jak to możliwe, że na filmach duchy przenikały 
przez drzwi, a nigdy na przykład przez posadzkę. 

Czytał dalej: Zazwyczaj duchy nękają te domy, gdzie jest jeszcze coś do 
skończenia. 

background image

Coś do skończenia... jasne. 

Mógł zatem to być duch, który się kręcił po piętrze, żeby... coś 
dokończyć. 

Jason przejrzał szybko rady doktora Mesmera, jak schwytać ducha, po 
czym wsunął podręcznik z powrotem do kieszeni. 

- Teraz cię schwytam... - zasyczał. 

Ale zaledwie postawił stopę na pierwszym stopniu, jakaś ręka złapała go 
od tyłu. 

 18 

Przeciąg 

Jason! - wykrzyknęła jego siostra, ściągając go ze stopnia - 

musimy iść! 

Jason, pogrążony jeszcze w swej zabawie polowania na ducha, usiłował 
prędko sobie przypomnieć, co takiego miało się wydarzyć w świecie 
rzeczywistym. 

„Musimy iść? Ale dokąd?". 

Nic mu jakoś nie przychodziło do głowy, ale wiedział, że przekonanie 
Julii o istnieniu ducha na piętrze byłoby czymś niemożliwym, więc 
podążył za nią, przypominając sobie nagle plany popołudniowe. Rodzice 
wybierali się do Londynu, żeby załatwić ostatnie sprawy w związku z 
przeprowadzką: popakować delikatne meble, uporządkować papiery 
taty, ściągnąć tu obrazy mamy... i temu podobne. Mieli powrócić do 
Willi Argo w niedzielę rano, pilotując ciężarówkę. W tym czasie Julia i 
Jason mieli pozostać tu sami, pod warunkiem, że będą bezwzględnie 
słuchać ogrodnika, pana Nestora. 

background image

By szybciej im minął ten czas, uzyskali zgodę na zaproszenie do domu 
Ricka Bannera, chłopca z okolicy, którego niedawno poznali w szkole. 

Bliźnięta wyszły z domu. 

Słońce grzało i oświetlało ogród, spływając z nieba wśród chmur. W 
oddali, na horyzoncie nad morzem, widać było cieniutką białą linię. 

—  Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego niebo na granicy z morzem 
staje się białe? 

 19 

- Nie - odparła Julia. 

Zeskoczyła z czterech stopni i wylądowała na trawie, Jason szedł za nią, 
po czym odwrócił się nagle, by spojrzeć w okna pierwszego piętra. 

Myślał, że zaskoczy ducha. Ale nie ujrzał nikogo. 

 

Nestor wysłuchał cierpliwie poleceń pani Covenant, lecz, kiedy doszła 
do „dziewiątego punktu", gestem dłoni jej przerwał. 

- Proszę posłuchać: nie jestem guwernantką i nie sądzę, żeby wasze 
dzieci miały czas na wykombinowa- 

** 20  

Przeciąg 

nie tego wszystkiego, co mi tu Pani wymieniła; nie będzie was zaledwie 
jedno popołudnie! 

-1 wieczór - uściśliła pani Covenant. - Jak panu już mówiłam, panie 
Nestor... 

background image

Pan Covenant próbował przyspieszyć bieg spraw lekkim naciśnięciem 
klaksonu, ale zirytował tym tylko żonę. 

Zaraz! - krzyknęła rozjątrzona. 

Nestor natychmiast wykorzystał tę przerwę i powiedział: - Proszę się nie 
niepokoić. Pani dzieci tak się zmordują dzisiaj poznawaniem domu ze 
swym koleżką, że wieczorem padną ze zmęczenia i będą spały 
dwanaście godzin bez przerwy. 

Tak, ale proszę posłuchać... 

Nie, za pozwoleniem, proszę, żeby mnie Pani wysłuchała. Zbliża 

się lato i park potrzebuje solidnych porządków. Powiem Pani dzieciom, 
co im wolno, a czego nie wolno i może namówię, żeby mi pomogły przy 
roślinach w szklarni. Nic więcej nie mogę zrobić, są już duże. A poza 
tym, nie grozi im tu żadne niebezpieczeństwo. 

Pani Covenant gestykulowała, chcąc koniecznie coś powiedzieć, ale 
Nestor nie dał jej szansy. 

Nawet skała nie jest groźna. Żadnemu dzieciakowi nigdy nie 

przyszłoby do głowy rzucać się z niej w przepaść. Może i nie zdają 
sobie ze wszystkiego sprawy, ale z pewnością nie do tego stopnia. 

Pan nie zna Jasona... - wyszeptała pani Covenant. 

Przerwali rozmowę, ponieważ dzieci podeszły, żeby 

się pożegnać. 

Jason oczywiście szedł tyłem, jakby bardziej zainteresowany 
oglądaniem domu niż odjazdem rodziców. 

Idąc tak, potknął się o wąż ogrodowy i musiał wykonać gwałtowny 
obrót w locie, żeby nie runąć na żwir. 

background image

Rozumie pan, co mam na myśli? - westchnęła matka Jasona.  , 

Nestor podrapał się po białej brodzie i dodał: - Żywiołowy i ciekawski? 

Julia zarzuciła mamie ramiona na szyję, potem wdrapała się na 
drzwiczki samochodu, by dać buziaka tacie. Jason ograniczył się do 
automatycznego pożegnania, ciągle jeszcze pogrążony w swych 
fantazjach. 

Przypominam wam... - zaćwierkała pani Covenant wsiadając do 

auta - macie się słuchać pana Nestora i nie robić nic niebezpiecznego! 

Jason i Julia, uśmiechając się, przytaknęli, stary ogrodnik ograniczył się 
do grymasu. Samochód państwa Covenant ruszył, sypiąc spod kół 
żwirem. 

 

Rick Banner pedałował zawzięcie stromą drogą wiodącą na szczyt skały. 
Wielkie krople potu A. ściekały mu ze spoconego czoła i spływały na 
koszulkę. Ale nie zamierzał zmieniać przekładni. Uważał, że przerzutki 
są dobre dla dziewczyn. Wolał siłę nóg. 

Łydki go piekły żywym ogniem, ale wiedział, że jest to zdrowy ogień: 
wzmacnia mięśnie. „Mięśnie i płuca, to jedyne, co ci w życiu będzie 
potrzebne", powtarzał zawsze jego ojciec. A jego ojciec był kimś... na 
rowerze przemierzył całą Anglię, od Kilmore Cove po wyspę Skye w 
Szkocji i z powrotem. I ponad wszelką wątpliwość nie dysponował 
nowoczesnym górskim rowerem z przerzutką! Pedałował i tyle. 

Tak więc, zaciskając zęby, Rick ciągnął pod górę, pedałując z całej 
mocy, czekając na moment, gdy nagle znajdzie się na wprost wieżyczki 
Willi Argo. 

background image

Myśl, że za chwilę wejdzie do tego wielkiego domostwa zwielokrotniała 
jego energię: od lat wprost o tym marzył. Całe dni spędzał na 
przyglądaniu mu się z okna przez ojcowską lornetkę albo z plaży, kiedy 
odpływ odsłaniał całe połacie dna pokryte algami i Rick mógł wtedy 
stanąć dalej w morzu, by obserwować dwór z innego miejsca. 

Och, Willa Argo! Stara Dama siedząca na szczycie białej skały Kilmore 
Cove, skały pobielonej od soli, 

którą marynarze przezwali Salton Cliff, słoną skałą. Ile to historii 
nasłuchał się o tym domostwie, o tej skale i o ekscentrycznym 
właścicielu dworu, który tu mieszkał przez czterdzieści lat, o Ulyssesie 
Moorze! I jak niewiele obrotów pedałami dzieliło go teraz od niej! 

Rick jechał już na stojąco i zaatakował ostatnie zakręty, naciskając na 
pedały mocno i wytrwale. 

Uchodził za chłopca spokojnego, cichego, bez tych rozlicznych manii, 
jakie niemal wszyscy jego koledzy w klasie uznawali za niezbędne. Nie 
miał na przykład nigdy komputera, by wymienić jedną z nich. Ale, kiedy 
kilka dni temu w szkole panna Stella przedstawiła 

 

^ Jazda pod górę 

 

Jasona i Julię w jedynej klasie w Kilmore Cove, rudowłosy Rick 
dosłownie oszalał z radości. 

Co za szczęście! - pomyślał. - Dwoje fajnych dzieciaków o rok 

młodszych od niego, które nic o tutejszym miasteczku nie wiedzą i które 
się dopiero co przeprowadziły do domu jego marzeń... Śmierć starego 

background image

Ulyssesa i pojawienie się bliźniąt dały mu nową i nieprawdopodobną 
możliwość: pozna w końcu Willę Argo. 

Gdy tak pedałował, wyczuł w powietrzu jakieś zagrożenie. Za jego 
plecami nadjeżdżał pędem samochód. Zdał sobie sprawę, że jest 
dokładnie pośrodku drogi, ale nie zdążył się już usunąć. Ogłuszył go 
potężny ryk klaksonu i skręcił gwałtownie w lewo, tracąc całkowicie 
panowanie nad kierownicą. 

Kątem oka zobaczył lśniącą karoserię, potem wywinął kozła i potoczył 
się w trawę do rowu. 

Wygramolił się spod ramy roweru, unosząc go nad głową z 
wściekłością. Nadal wściekły wrócił na skraj drogi i pogroził pięścią w 
kierunku nieznanego pirata drogowego. 

Uważaj, jak jedziesz, do diabła! - wrzasnął. 

Zupełnie jakby to słysząc, samochód zjechał na pobocze ze zgrzytem 
hamulców. To była limuzyna z rodzaju tych wielkich, z ciemnymi 
szybami, jakie widywało się na filmach kryminalnych. 

 26 

^ Jazda pod górę  

Rick przełknął ślinę i ocenił szybko stan roweru. Wydawało mu się, że 
nic się nie złamało. Chwycił za kierownicę i postawił rower. 

Tak mi przykro! - usłyszał kobiecy głos z wnętrza samochodu. - 

Czy coś ci się stało? 

Z tylnego okienka limuzyny wychyliła się dłoń, ukryta w wytwornej 
pomarańczowej rękawiczce i lśniąca od bransolet, dając mu znak, by 
podszedł. 

background image

Tak mi przykro, malutki... - ciągnął ów głos. - Czy wszystko w 

porządku? 

Rick puścił mimo uszu to „malutki" i zbliżył się na tyle, by zerknąć do 
środka. Ujrzał długie damskie nogi, masę rudych włosów, ciężki 
naszyjnik diamentowy ze szmaragdami i spojrzenie spod niekończących 
się rzęs. Potem spowiła go chmura najdelikatniejszych perfum. 

Wybacz mi... - wyszeptała kobieta. - Ale Manfredowi wydaje się 

niekiedy, że jest na torze wyścigowym. Nieprawdaż, Manfredzie? Może 
to jest okazja, żebyś przeprosił naszego młodego przyjaciela, nie 
uważasz? 

Drzwiczki od strony kierowcy się uchyliły i Manfred wysiadł. Był to 
młodzieniec masywny, z twarzą opryszka, która „wyrastała" z 
eleganckiego szaroczar-nego garnituru. Skłonił się sztywno, mamrocząc 
jakieś niezrozumiałe przeprosiny, które w uszach Ricka za- 

 27  

 

brzmiały jak groźba: „Jak cię tylko dorwę samego, to zginiesz marnie". 

- Gratuluję, Manfredzie - powiedziała Panna Oszałamiająco Pachnąca z 
tylnego siedzenia. - Wracaj za kierownicę. Jeszcze raz stokrotnie cię 
przepraszam, kochanie... 

Pomarańczowa rękawiczka pomachała mu ruchem przypominającym 
pieszczotę. Potem okienko się za- 

28 

Jazda pod górę  

mknęło, Manfred włączył silnik i samochód ruszył na pełnych obrotach. 

background image

- Durnie - podsumował Rick, zanim znowu wsiadł na rower - kochanie... 
też mi coś. 

Kiedy droga biegła już równo, Rick zsiadł, przerzucił rower, a sam 
przeskoczył furtkę Willi Argo. W parku pełnym ogromnych drzew i 
usianym kępkami barwnych, dopiero co wyrosłych kwiatów, leżały 
narzędzia ogrodnicze Nestora, jakby porzucone w środku pracy. Na 
podwórzu przed domem Rick zobaczył zaparkowaną czarną limuzynę, 
która o mały włos go nie potrąciła. 

Z wrażenia zaschło mu w gardle: Panna Pomarańczowa Rękawiczka 
stała przed ogrodnikiem Willi Argo i gorączkowo gestykulowała, jakby 
wzmacniając gwałtowną wymianę zdań. Nestor, przeciwnie, był 
obojętny, ograniczał się do kręcenia głową, raczej przepraszając za coś, 
co nie zależało od niego. 

Rick ciągle się przypatrywał. Na koniec rozmowy kobieta, której rude 
włosy płonęły w słońcu, wyciągnęła palec wskazujący prawej ręki w 
kierunku ogrodnika i wykrzyknęła groźnie: - Jeszcze zobaczymy! 

Potem wskoczyła do samochodu, zatrzaskując drzwiczki. Manfred 
włączył silnik, wykonał gwałtowny zakręt, wznosząc wielką chmurę 
żwiru, i wywiózł zirytowaną właścicielkę limuzyny daleko stąd. 

 29  

Oczekuj niebawem wieści ode mnie! - krzyknęła jeszcze Panna 

Ruda Furia, przemykając obok roweru Ricka. 

Chłopiec spoglądał na oddalającą się limuzynę, a potem podjechał 
jeszcze kilka metrów na rowerze i już był na dziedzińcu. Nestor 
gniewnie odgarniał żwir z zasypanego chodnika. 

Ostra, co? - zagadnął Rick, podjeżdżając do ogrodnika. 

background image

Nestor obrzucił go wściekłym spojrzeniem, potem jednak rozpoznał i 
zdobył się na uśmiech: - Obliwia Newton? Daj spokój, chłopcze, lepiej 
daj spokój! 

Odetchnął głęboko i całkiem się uspokoił. - Ty jesteś zapewne Rick 
Banner - rzekł. - Wiem, że bliźnięta czekają na ciebie. Są gdzieś w 
domu, jak sądzę... 

Rick rzucił nieśmiałe spojrzenie na wejście do domu. 

Może byś tak chociaż zsiadł z roweru, co? - zganił go Nestor 

widząc, że chłopiec nie może się zdecydować na wejście. - Jeśli chcesz 
znaleźć bliźnięta, wejdź tędy i zawołaj. 

Po czym pokuśtykał poirytowany obejrzeć ślady, jakie opony limuzyny 
pozostawiły na alei wjazdowej do dworu. 

Dobrze, dziękuję - powiedział chłopiec. 

Zsiadł z roweru, oparł go na nóżce i wszedł po kilku 

30 

 

Jazda pod górę 

stopniach, które zaprowadziły go do odwiedzanego po raz pierwszy 
domu. Po chwili rower z wielkim hałasem runął na ziemię. Rick drgnął i 
zawrócił. 

Dopiero teraz spostrzegł, że nóżka się wygięła podczas upadku do rowu. 
Prychając gniewnie, oparł rower o murek. 

Chciał powiedzieć ogrodnikowi, że teraz także on ma poważny powód, 
żeby się pokłócić z Obliwią Newton, lecz Nestor przepadł bez śladu. 

background image

- Kulawy, ale żwawy... - wyszeptał do siebie. 

I tym razem już wszedł. 

^ 31 

Pokój, w którym się znalazł, był położony między biblioteką a salonem. 
Trzy wielkie okna wychodziły na morze, wypełniając pomieszczenie 
światłem. Na półkach przy ścianie ułożone były książki i pisma, a gazety 
leżały na kryształowym stoliku. Na środku pokoju znajdowała się rzeźba 
kobiety wielkości naturalnej, ukazująca rybaczkę szykującą się do 
naprawiania sieci, które oplotły jej kolana. Rybaczka z marzycielskim 
wyrazem twarzy wpatrywała się gdzieś w morze. 

Śliczna, nie? - spytał Ricka Jason, który pojawił się za jego 

plecami. 

No... 

-No. 

Powitali się, klepiąc po ramionach, jakby znali się od dawna. Obeszli 
wkoło rzeźbę. 

Mama powiedziała, że nie można jej stąd ruszyć. 

Dlaczego? 

Dlatego, że tak zdecydował poprzedni właściciel... Jason pogładził 

sieć z brązu, patrząc na Ricka. - Powiadają, że Ulysses Moore był trochę 
dziwakiem. 

Powiadają. 

Ale teraz, kiedy zmarł... jeśli zmarł... 

background image

Rick zmarszczył czoło. - Co znaczy „jeśli"? 

To znaczy, że mój brat na wybujałą fantazję - przerwała im Julia. 

Cześć, Rick! Witaj! 

^ 34 

^ W domu .et 

Tym razem powitanie ograniczyło się do uniesionych na odległość rąk i 
wymiany nieśmiałych uśmiechów. 

Pomijając to, że różnili się płcią, Jason i Julia byli całkiem jednakowi. 
Mieli identyczne jasne włosy, identyczne oczy oraz takie same dołeczki 
w policzkach. 

Julia była tylko odrobinę wyższa i nieco potężniejsza od Jasona, jakby 
wyprzedziła go w rośnięciu. 

Rzuciła się na jeden z foteli, które stały wokół rzeźby, i powiedziała: - 
Jeśli będziesz słuchał tego, co wygaduje Jason, okaże się, że nasz stary 
ogrodnik jest zabójcą z serialu, który usunął się w cień, by żyć tu, gdzie 
nikomu nie przyszłoby do głowy go szukać. 

Jason skrzywił się, usiłując bezskutecznie zmienić temat. 

Mój brat uwielbia wymyślać jakieś nieprawdopodobne historie - 

dorzuciła Julia. 

To może się okazać zaletą tu, w Kilmore Cove... - odpowiedział 

Rick. 

Julia znieruchomiała zaniepokojona przypuszczeniem, że w Kilmore 
Cove nigdy się nic nie dzieje. 

background image

W każdym razie - powiedział Rick - to mogłoby być doskonałe 

miejsce do ukrycia się. To znaczy, jak myślicie, ile może być pokoi w 
tym domu? Sto? 

Jason się rozpromienił. 

^ 35 ^ 

Mogę ci coś zdradzić? Sądzę, że w tym domu... 

Nie zaczynaj! - ucięta Julia. 

Ale ryba już chwyciła haczyk. 

W tym domu... co? - spytał Rick. 

Wiem, że w tym domu przebywa duch - dokończył uradowany 

Jason. 

A ty wierzysz w duchy? - spytała Ricka Julia, wciągając nogi na 

fotel. 

Chłopiec zrozumiał, że znalazł się między walczącym rodzeństwem. 
Zastanawiał się nad właściwą odpowiedzią, bo nie chciał rozczarować 
Jasona api ośmieszyć się w oczach Julii. 

Skąd wiesz, że jest tu duch? - spytał Jasona. 

Słyszałem go, jak chodził po piętrze, kiedy w domu niby to nikogo 

nie było. Kroki, rozumiesz? 

Julia się wykrzywiła: - Pewnie, a wieczorem będą łańcuchy, wycie, 
nagłe wybuchy śmiechu... 

Dlaczego tak mówisz, Julka? Powtarzam ci, że słyszałem kroki na 

pierwszym piętrze. Ja byłem na dole. Ty też. A wszyscy inni byli na 
zewnątrz. 

background image

Musisz wiedzieć Rick - ucięła krótko Julia - że Jason czyta 

mnóstwo głupot. Znasz kreskówki tego typka z Londynu, który poluje 
na potwory? 

Rick pokręcił głową. Nigdy mu się nie podobały kreskówki z 
potworami. 

Przestań! - wykrzyknął Jason, dotknięty tym, że 

^ 36 

W domu 

Julia potraktowała doktora Mesmera jak byle jakiego „typka z 
Londynu". Po czym przekazał o nim Rickowi garść solidnych 
informacji, ale wyglądało na to, że chłopiec z Kilmore Cove nigdy o 
kimś takim nie słyszał. Czy to możliwe, żeby w Anglii uchował się 
młody człowiek, który jeszcze nie słyszał o doktorze Mesme-rze? 

W każdym razie... - podjęła Julia - ponieważ ma głowę nabitą 

wampirami, wilkołakami i duchami, Jason myśli, że także w Willi Argo 
mieszka jakiś duch. I jest nawet przekonany, że wie, kto to taki. 

Naprawdę? 

Jason potwierdził. - To duch starego Ulyssesa. 

Po Ricku przebiegł dreszcz. 

Ale... ale dlaczego jego duch miałby tu jeszcze przebywać? 

Dlatego, że zostawił tu coś, czego nie zdążył dokończyć - odparł 

Jason. 

Rick spojrzał na Julię, która dała mu znak, żeby dał szansę bratu. 

Jasne - odpowiedział Rick. - Coś ma dokończyć. Ale co? 

background image

Tego jeszcze nie wiem. Mam za mało informacji. Jestem zaledwie 

tydzień w Kilmore Cove i wciąż nie znam dobrze tego domu. 

Jasne - zgodził się Rick. - Jest ogromny. 

^ 37 ^ 

Musimy go przeszukać, pokój za pokojem - zasugerował Jason. -1 

zrobić dokładny plan. 

Jason! - wykrzyknęła Julia. - Rick z pewnością nie przyszedł tutaj, 

żeby przeszukiwać nasz dom! 

Ależ tak! Byłoby wspaniale! - wyrwało się Ric-kowi 

podnieconemu tym pomysłem. - Szczerze mówiąc, oglądałem ten dom 
codziennie, tyle że z daleka. Dla mnie to byłoby super! Nawet tylko być 
tu, przy tej rzeźbie, przy książkach i przy was... - rzucił tęskne 
spojrzenie na drzwi prowadzące do dalszych pokoi. - Jeśli wam to 
pasuje, jestem za przeszukaniem. 

Lecę po papier i długopis, żeby narysować plan! - wykrzyknął 

Jason. - Zaczekajcie tu na mnie! 

Zostawił Julię z Rickiem i wbiegł po schodach, by poszukać tego, czego 
potrzebował. 

Gdy zostali sami, Julia spojrzała na spienione morze. 

Nie powiedziałeś mi nawet, czy wierzysz w duchy... - spytała 

Ricka, nie patrząc na niego. 

Chłopiec oparł się o rzeźbę rybaczki, która wydała mu się zimna i 
solidna zarazem. 

Mój ojciec mawiał, że duchy istnieją. I że każdy ma swojego. 

Julia się obróciła. 

background image

A jakiego ty masz? 

^ 38 

W domu 

- Własnego ojca - odparł z nieruchomym wzrokiem, nagle 
spoważniałym. - Zginął na morzu... dwa lata temu. 

Pozostali w milczeniu do powrotu Jasona. 

^ 39 

_T 

 

 

 

 

□ 

 

Zaczęli swe poszukiwania od pierwszego piętra, potem zeszli na parter. 
Urządzili sobie bazę w pokoju kamiennym, tym najstarszym w całym 
domu, gdzie zaczęli rysować i zastanawiać się nad pierwszym planem 
Willi Argo. 

background image

Są trzy kominki... jeden w kuchni, jeden tu i jeden komin na 

zewnątrz. Trzy łazienki. Dwie jadalnie. Cztery salony. Pięć sypialni. 
Jedna duża biblioteka, jedna mała biblioteka i jedna... coś ty tu napisała, 
Julka? 

Pracownia naukowa, to ten pokój z biurkiem koło biblioteki, ten z 

malowanym sufitem. 

Czyli pracownia naukowa, jak go nazwała Julka - stwierdził Jason. 

To są schody, gdzie wiszą portrety? - spytał Rick, wskazując na 

planie jakieś miejsce. 

Nie, te prowadzą do piwnicy. 

Aha - kiwnął głową Rick. 

W rzeczywistości piwnica była ogromnym pomieszczeniem zapchanym 
meblami i gratami ułożonymi w stos tak, że między tym wszystkim 
pozostawiono zaledwie wąskie przejście. Nie zbadali jej uważnie, bo 
wydała się im zbyt mroczna. Julia stwierdziła, że jeśli duch starego 
właściciela w ogóle istnieje, to z pewnością nie miałby zamiaru ukrywać 
się tu w podziemiach. Zgodzili się z tym i dali sobie spokój z piwnicą. 

^ 42 ^fr 

^ Plan 

Jason rozłożył przed sobą plan, a długopis wsadził do ust. 

Hmm... Brakuje tylko wieżyczki na szczycie schodów. I gotowe. 

A... pokój z latarnią... - wyszeptał Rick. 

Czemu go tak nazywasz? 

background image

Bo Ulysses Moore wieczorami zawsze tam przesiadywał. Światło 

paliło się długo w nocy i wydawało się, że idzie w zawody z latarnią 
morską, tą prawdziwą, z drugiej strony zatoki. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, wyobrażając sobie światło z 
wieżyczki w ciemności na szczycie skały. 

Jakim człowiekiem był ten stary właściciel? - spytała Ricka Julia. 

Chłopiec wzruszył ramionami. - Prawdę mówiąc, nie wiem' I nie 

sądzę, żeby ktokolwiek w Kilmore Cove to wiedział. 

Bliźnięta spojrzały po sobie ze zdumieniem. 

Był wielkim... oryginałem, rozumiecie? I zdecydowanie na 

dystans. Wystarczy, że wam powiem, że nigdy nie był w miasteczku. 

W ciągu czterdziestu lat? 

W ciągu czterdziestu lat. 

Jak to możliwe? 

Nie pytajcie mnie o to. Był żonaty. Moja mama poznała jego żonę, 

która od czasu do czasu schodziła 

^ 43 ^ 

do miasteczka na zakupy, kupić ryby, odebrać pocztę... załatwić sprawy, 
które zwykle się w miasteczku załatwia. Ale on - nigdy. A po śmierci 
żony... 

Na co umarła? 

Rick pokręcił głową. 

Nie wiem, naprawdę. Ale po jej śmierci zaczął wysyłać na dół 

ogrodnika. 

background image

Nestora? 

Tak. Z tego, co wiem, Nestor był na służbie w Willi Argo jeszcze 

za życia pani Moore, ale po jej śmierci ją zastąpił. Zjeżdżał do 
miasteczka na motorowerze, bo z tą chorą nogą nie może prowadzić, i 
załatwiał wszystkie sprawy w imieniu pana Moore. 

A on nigdy się stąd nie ruszał? 

Na samą myśl o tym Julii przebiegł dreszcz po plecach. 

Nie. Powiadają, że miał łódź, wielką łódź zakotwiczoną u stóp 

skały. 

To prawda! Widziałem drewniane schodki prowadzące w dół. 

Ciekawe, czy ta łódź jeszcze istnieje... 

Rick potrząsnął głową: gdyby była, to z pewnością widziałbym ją ze 
swego domu. 

Ale, jak można nigdy nie być w miasteczku? - dopytywała się 

Julia. - I dlaczego nikt nigdy go nie widział? 

Mówią, że był zeszpecony przez ogromną bliznę, 

44 ^ 

^ Plan ^ 

która mu przecinała całą twarz, i że to go krępowało. I to jest wszystko, 
co wiem. 

Julię nagle oświeciło: 

Są przecież portrety nad schodami! - wykrzyknęła, ściskając 

gwałtownie brata za ramię. 

background image

Jason o mało co nie połknął długopisu, który trzymał w zębach. 
Wypuścił go i długopis potoczył się pod wielką szafę. 

No, wolnego! - przyhamował siostrę. 

Ale Julia była strasznie przejęta swoim pomysłem: 

Wzdłuż schodów wiszą portrety wszystkich, którzy tu kiedyś 

mieszkali. Pójdziemy obejrzeć zniekształconą twarz starego Ulyssesa! 

Zaciekawieni możliwością zobaczenia czegoś, co wywołuje dreszcz 
emocji, Rick i Julia wyskoczyli jak z procy ż kamiennego pokoju. Jason 
natomiast pochylił się, szukając pod szafą swego długopisu. 

Jason, kurczę! - wykrzyknęli po chwili Julia z Ric-kiem. - Chodź 

zobaczyć! 

Jason zapomniał na chwilę o długopisie pod szafą i dołączył do nich na 
schodach. 

Kurczę... - wyszeptał. 

Na szczycie schodów wyraźnie brakowało jednego portretu. Widać było 
tylko ślad po nim: jasną plamę na ścianie. 

Brakuje tylko jego... 

** 45 ^t 

Skradziony... 

Usunięty... 

Dlaczego? I przez kogo? 

Wy też słyszeliście? 

Nie, co? 

background image

Ja, tak. Ale ty, co słyszałeś? 

Nie wiem, jakby... 

Skąd ten dźwięk? 

Chłopcy, nie wygłupiajcie się! - krzyknęła Julia. - Ja nic nie 

słyszałam! 

Po chwili jednak usłyszała i ona. Głuchy odgłos, stłumiony, coś jakby 
kroki. 

Wszyscy troje obrócili się wolno w stronę lustrzanych drzwi na szczycie 
schodów. To były drzwi prowadzące do pokoju w wieżyczce. Pokoju-
latarni. 

Hałas dochodził stamtąd. 

Pozostali tak, nasłuchując przez czas, który wydał się im nieskończenie 
długi, ale dźwięk się już nie powtórzył. I wspierając się o siebie, 
podeszli do drzwi. Lustro odbijało ich wizerunek: troje dzieciaków 
pełnych wahania, idących wolno po ostatnich stopniach schodów. 

Jason wyciągnął rękę, przekręcił gałkę; zamek puścił. Lustrzane drzwi 
uchyliły się wystarczająco, żeby zajrzeć do środka. 

^ 46 

Skradziony... 

Usunięty... 

Dlaczego? I przez kogo? 

Wy też słyszeliście? 

Nie, co? 

background image

Ja, tak. Ale ty, co słyszałeś? 

Nie wiem, jakby... 

Skąd ten dźwięk? 

Chłopcy, nie wygłupiajcie się! - krzyknęła Julia. - Ja nic nie 

słyszałam! 

Po chwili jednak usłyszała i ona. Głuchy odgłos, stłumiony, coś jakby 
kroki. 

Wszyscy troje obrócili się wolno w stronę lustrzanych drzwi na szczycie 
schodów. To były drzwi prowadzące do pokoju w wieżyczce. Pokoju-
latarni. 

Hałas dochodził stamtąd. 

Pozostali tak, nasłuchując przez czas, który wydał się im nieskończenie 
długi, ale dźwięk się już nie powtórzył. I wspierając się o siebie, 
podeszli do drzwi. Lustro odbijało ich wizerunek: troje dzieciaków 
pełnych wahania, idących wolno po ostatnich stopniach schodów. 

Jason wyciągnął rękę, przekręcił gałkę; zamek puścił. Lustrzane drzwi 
uchyliły się wystarczająco, żeby zajrzeć do środka. 

46 ^t 

^ Plan 

No i co? Co widzisz? - wyszeptali Rick i Julia. 

Jason ujrzał czysty i uporządkowany pokój, 

z ogromnym stołem w rogu między dwoma oknami wychodzącymi na 
morze, kolekcję modeli okrętów i parę czasopism rozrzuconych na 
podłodze. Przez pozostałe okna rozciągał się widok z góry na skałę nad 

background image

urwiskiem, na Kilmore Cove i na park - widok zapierający dech w 
piersiach. 

Nic... - wyszeptał Jason, naciskając na drzwi tak, by mogli wejść 

wszyscy. - Całkiem nic. 

Jak to? - dopytywała się Julia. 

Dokładnie w tym momencie odgłos kroków się powtórzył. 

Tum-tum-tum. 

Tylko że to nie były... kroki. Jedno z okien było niedomknięte i co 
pewien czas uderzało o framugę, wywołując ten miarowy dźwięk, który 
najpierw Jason, a potem Julia i Rick wzięli za odgłos kroków. 

Oto wyjaśniony sekret ducha... - powiedział Jason z pewnym 

zawodem w głosie. 

Ducha otwartego okna - roześmiała się Julia, zachwycona 

fantastycznym widokiem, jaki się stąd rozciągał. 

Jason obserwował park Willi Argo: zobaczył furtkę, drogę wysypaną 
żwirem, osobno stojący drewniany domek, w którym mieszkał Nestor. 

^ 47 ^ 

Rick tymczasem siadł na stole i wyobraził sobie przez moment, że to on 
jest właścicielem domu. Przed sobą miał spadającą białą skałę, o którą 
się rozbijały morskie fale, nad sobą obłoki na niebie, zbijające się w 
coraz to większe chmury. Pogłaskał jeden z modeli żaglowców, 
tworzących całą flotyllę ustawioną na ławie-skrzyni. Były one dziełem 
czyjejś cierpliwej dłoni. 

Teraz go rozumiem, starego Ulyssesa - powiedział. 

background image

To żaden trud siedzieć przy tym stole z porcją kleju, drewnem i 

sznurkiem i tak spędzać całe godziny. 

Jakaś potężna fala uderzyła o skały, podnosząc masę piany. 

Chodźmy się wykąpać! - wykrzyknęła Julia. 

I nie czekając na odpowiedź, wybiegła do swego pokoju w 
poszukiwaniu kostiumu kąpielowego. 

^ 48 

Gdy wyszli, napotkali Nestora. Stary ogrodnik zmierzył ich dość 
ponurym spojrzeniem i spytał: 

A dokąd to? 

W rzeczywistości jego pytanie było całkiem zbędne. Każde z nich 
trzymało ręcznik frotowy, a na sobie mieli kostiumy kąpielowe. Jason 
pożyczył Rickowi swoje kąpielówki, ale były one zdecydowanie 
przyciasne. 

Nie czekając na odpowiedź, Nestor rzucił na ziemię gracę, którą coś 
okopywał, i wykrzyknął: 

Zostańcie tu i ani kroku dalej! 

Ależ proszę pana! - wykrzyknęły zgodnym chórem bliźnięta. 

Ani kroku! W żadnym kierunku! - zagroził stary, kuśtykając 

szybko w stronę swego domku. 

Zniknął w domu, a po paru minutach wyszedł, trzymając w ręku 
kawałek materiału. Kiedy podszedł do dzieci, wręczył to Rickowi. Były 
to kąpielówki w sam raz na niego. 

background image

Włóż raczej te, będzie lepiej - poradził. 

Potem wzruszył ramionami i powrócił do swojej gracy. 

Julia była całkiem zaskoczona. 

Ale... nic więcej nam pan nie powie? 

Za nią Rick przebierał się w nowe kąpielówki. 

^ 50 

^ Kąpiel w morzu ^ 

A co miałbym wam powiedzieć? - Ogrodnik zerknął na nią spod 

begonii, które obejmował obiema rękami, jakby to był jakiś skarb. - 
Czy: „Uważajcie na siebie! Bądźcie ostrożni na schodkach?" Albo 
może: „Po jedzeniu przez trzy godziny nie ma mowy o kąpieli?". Uniósł 
brwi i z nieco złośliwą miną spytał Julię: 

To chciałabyś usłyszeć? 

Chyba... chyba... tak - wyjąkała. 

Dobrze - odpowiedział. - A zatem: uważajcie na siebie, uważajcie, 

żebyście nie spadli ze schodków i nie kąpcie się po jedzeniu 
przynajmniej przez trzy godziny. A teraz, z przeproszeniem, spływajcie! 
- Pokazał im begonie i dorzucił: - Chciałbym skończyć z tym, zanim 
nadejdzie potop. 

Ależ jest piękne słońce! - wyrwał się Jason. 

I tak przypomniała mi się trzecia przestroga: jeśli nadejdzie burza, 

wychodźcie z wody! A teraz znikajcie, migiem! Schodzi się tędy! 

Cała trójka nie kazała sobie tego powtarzać. 

Nigdy w życiu nie widziałam takiego dorosłego... 

background image

wymruczała Julia, schodząc ostrożnie po schodkach prowadzących 

nad morze. 

Trzeba było bardzo uważać, bo naprawdę było niebezpiecznie schodzić 
ze skały: schodki wykuto wprost w skale. 

^ 51 

Uzupełniono je stopniami drewnianymi i żelaznymi, pod którymi widać 
było pianę morską przelewającą się gwałtownie wśród głazów. Poza tym 
na samej górze łatwo można było dostać zawrotu głowy, ponieważ 
wydawało się, że zstępuje się w urwisko. Trzeba było posuwać się 
spokojnie, trzymając się obiema rękami linowej poręczy, a wiatr targał 
włosy, przynosząc ze sobą delikatny zapach alg i mokrego piasku. W 
miarę jak się schodziło coraz niżej, wysokość już nie sprawiała takiego 
wrażenia, ale schodki stawały się mokre i coraz bardziej śliskie. 

A według mnie, Nestor jest wielki - powiedział Jason. 

Powinien się trochę hamować, nie sądzisz? - upierała się Julia. 

Jesteśmy tylko dziećmi, a dzieci na dodatek mogą robić różne głupoty... 

Może ty. 

Przez całą drogę w dół bliźnięta się przekomarzały. Rick, który schodził 
za nimi, rzucał od czasu do czasu spojrzenie za siebie, próbując 
pochwycić coś bliżej nieokreślonego. Miał wrażenie, że jest 
obserwowany... W pewnej chwili wydało mu się, że dostrzegł odbicie 
światła. I wystarczyło mu ono do wyobrażenia sobie, że Nestor nie 
spuszcza ich z oka przez lornetkę. 

Upewniony w tym ruszył za rodzeństwem. 

52 ^ 

^ Kąpiel w morzu 

background image

W końcu cała trójka dotarła do celu: jęzora piasku wbitego klinowato 
między dwa ciągi skał, osłoniętego od wiatru i ciekawskich spojrzeń. 
Willa Argo zawisła wysoko nad nimi, zatopiona w słońcu. Mewy, 
hałaśliwie się nawołując, krążyły między gniazdami zbudowanymi w 
skalnych załomach. 

Dominującym kolorem tego zakątka świata była biel. 

Julia pierwsza zerwała się z ręcznika na piasku i rzuciła w morze. Woda 
była lodowata, ale krzepiąca. 

Dziewczynka znikła pod wodą i wynurzyła się dziesięć metrów dalej. 

- Chodźcie! - krzyknęła, odrzucając do tyłu włosy. - Jest fantastycznie! 

Miała rację: piaszczysty grunt zatoki ciągnął się w głąb morza, ciągle 
tam jeszcze płytkiego. Woda była spokojna, osłonięta przez skały, 
wokół których od czasu do czasu pojawiały się bryzgi piany i 
miniaturowe tęcze. Szum fal był kojący, niemal magiczny. 

Także Rick wskoczył do wody i płynął, mocno uderzając ramionami, 
żeby pokazać, że ma „mięśnie i płuca", a także, żeby się rozgrzać bodaj 
na tyle, by znikła gęsia skórka. 

Jason tymczasem pozostał na brzegu z rozłożonymi ramionami, z 
kolanami omywanymi falą i ze strapioną miną. 

53 ^¡t 

Rusz się, cykorze! - krzyknęła do niego siostra, płynąc obok Ricka. 

- On tak zawsze - wyjaśniła. - Albo woda musi mieć czterdzieści stopni, 
albo nie uznaje kąpieli. 

Rick się uśmiechnął. Krople wody przyczepione do włosów Julii 
wglądały jak perełki. 

background image

W takim razie pozostaje tylko to... - szepnął. 

Jason wyczuł, że za chwilę mu się stanie coś strasznego. Spróbował 
umknąć, ale dosięgną! go strumień lodowatej wody na plecach, co 
wywołało rozpaczliwy wrzask. 

Na szczycie skały stał, uśmiechając się, Nestor. 

Posłyszał krzyk Jasona, zmieszany ze śmiechem Julii i Ricka, i 
zrozumiał, że trójka dotarła na plażę cało i zdrowo. Dobrze było znowu 
słyszeć dzieciaki we dworze, choć dodawały jeden obowiązek więcej... 
Teraz znowu warto było zadbać o ogród i sadzić barwne kwiaty, mimo 
że dzieci mogą je uszkodzić jednym niezdarnym kopnięciem piłki... 
Jakże byłoby pięknie budzić się rano i spędzać z nimi kolejny dzień: 
czekać na ich pytania, ich ciekawość. A jak się jeszcze okaże, że są 
naprawdę świetne, rzeczywiście takie, jak się tego spodziewał... 

Na razie był tylko gwar i śmiechy niesione przez wiatr, ale śmiech... to 
już było bardzo dużo, jak na Willę Argo. 

^ 54 

--Kąpiel w morzu ^- 

- Nie może być lepiej... - mruczał - nie może być lepiej. 

I dalej spokojnie zagłębiał palce w mokrej ziemi, starając się nie 
uszkodzić przy sadzeniu maleńkich korzonków begonii. 

Nie, nie miał przy sobie żadnej lornetki. 

Jason, Julia i Rick rozłożyli się na brzuchu na ręcznikach, układając 
przed sobą niektóre ze skarbów wydobytych z piasku: dwa barwne 
lazurowe kamyki, pięć białych okrągłych otoczaków, mnóstwo 
ukruszonych muszli i kawałek drewna z przymocowaną do niego 

background image

żelazną zasuwką. Żeby go wydostać popłynęli aż na pełne morze do 
granicy skał; tam było już dużo głębiej i czuło się prądy morskie. 

Rick uznał, że rozsądniej jest nie wypływać dalej i bliźnięta przyznały 
mu rację. Poza tym mieli tu spokojną wodę, w której mogli się 
swobodnie bawić. Jason obiecał, że następnym razem przyniesie piłkę. 

Julia została, by trochę się poopalać, a Rick i Jason penetrowali skały, 
szybko odkrywając drugą maleńką plażę, gdzie znaleźli ślady niedużego 
drewnianego pomostu, z którego zwisały jakieś liny kotwiczne. 
Przejścia i przegrody były prawie całkiem zgniłe, ale ten pomost 
stanowił dowód, że tu właśnie swego czasu stary Ulysses miał swoją 
przystań. 

-55 - 

 

Jason zacząi fantazjować na temat jego wypraw i wraz z Rickiem 
powrócili, by przekazać wiadomość Julii, która zdążyła się już znudzić 
opalaniem. 

W opowieści Jasona wyprawa na skały i odnalezienie pomostu nabrało 
cech poematu epickiego. Kiedy próbował przekonać siostrę, że stoczył 
bój z dziesięcio-nogiem dwa razy większym od siebie, Rick poczuł 
pierwszą kroplę wody na twarzy. 

Podniósł głowę - nad nimi sunęła czarna chmura. 

Jak się zdaje, Nestor dobrze przepowiedział, nadchodzi deszcz. 

Ja też coś poczułam! - wykrzyknęła Julia. 

Jason przerwał odtwarzanie swej batalii z dziesięcio-nogiem i spojrzał 
na masę schodków pnących się do samego domu. 

background image

Wracamy na górę? - spytał. 

Lepiej tak - zdecydowali Julia i Rick. 

Z bólem serca Jason owinął sobie wilgotny ręcznik wokół pasa. Zaczęli 
wracać. 

Deszcz złapał ich już na początku podejścia, zimny jak lód. Schodki 
stały się nagle niebezpiecznie śliskie. Jason szybko miał dość tego 
niekończącego się podejścia w deszczu i ruszył biegiem. 

Zobaczymy się na górze! - krzyknął wyzywająco. 

Julia obróciła się, by znaleźć oparcie w spokojnym 

^ 56 ^ 

^ Kąpiel w morzu 

spojrzeniu Ricka, który szedł za nią. Chłopiec, z rudymi włosami 
przyklejonymi do czoła jak masa znaków zapytania, wzruszył 
ramionami, jakby chciał powiedzieć: „a niech sobie biegnie". 

Po chwili jednak znieruchomiał. 

Na ich oczach Jason stracił równowagę. W tym samym momencie z 
nieba strzelił potężny piorun, waląc w morze niczym biała pięść. 

- NIE! - krzyknęła Julia. - JASON! 

/ * 

^ 57 ^ 

^Sf ason, gdy się poślizgnął, usłyszał grzmot i zoba-^T czył, jak 
błyskawica rozświetliła całą skałę M nad urwiskiem Salton Cliff. Potem 
zaczął spadać. 

background image

Otarł się o białe kamienie skał, jakby mu po piersiach przejechała tarka. 
Rękami chwytał skałę i nie wiadomo, w jaki sposób jedną ręką zdołał się 
zaczepić o szczelinę. 

Palce chwyciły za krawędź. Przytrzymał się. 

Przestał spadać. 

I znalazł się nad urwiskiem, uczepiony rękami skalnego załomu. 

Julia i Rick podbiegli do miejsca, z którego spadł. 

Jason, poradzisz sobie? - krzyknęła, płacząc, Julia 

niezdecydowana, czy rozpaczać, czy radować się, że brat jeszcze tu jest, 
że żyje, zawieszony na niepewnym uchwycie. 

Odgarniając sobie z czoła mokre włosy, zaczęła wołać: 

Wyciągnijmy go! Wyciągnijmy go! 

Właśnie próbuję to zrobić... - wrzasnął Rick w odpowiedzi. - 

Pomóż mi związać ręczniki! 

Julia jednak była jak porażona. Podniosła mechanicznie ręcznik Jasona, 
a Rick musiał go wyrwać jej z rąk. Potem związał go z pozostałymi 
dwoma węzłem, jakiego nauczył go ojciec. 

^ 60 

ason, gdy się poślizgnął, usłyszał grzmot i zoba-czył, jak błyskawica 
rozświetliła całą skałę m nad urwiskiem Salton Cliff. Potem zaczął 
spadać. 

Otarł się o białe kamienie skał, jakby mu po piersiach przejechała tarka. 
Rękami chwytał skałę i nie wiadomo, w jaki sposób jedną ręką zdołał się 
zaczepić o szczelinę. 

background image

Palce chwyciły za krawędź. Przytrzymał się. 

Przestał spadać. 

I znalazł się nad urwiskiem, uczepiony rękami skalnego załomu. 

Julia i Rick podbiegli do miejsca, z którego spadł. 

Jason, poradzisz sobie? - krzyknęła, płacząc, Julia 

niezdecydowana, czy rozpaczać, czy radować się, że brat jeszcze tu jest, 
że żyje, zawieszony na niepewnym uchwycie. 

Odgarniając sobie z czoła mokre włosy, zaczęła wołać: 

Wyciągnijmy go! Wyciągnijmy go! 

Właśnie próbuję to zrobić... - wrzasnął Rick w odpowiedzi. - 

Pomóż mi związać ręczniki! 

Julia jednak była jak porażona. Podniosła mechanicznie ręcznik Jasona, 
a Rick musiał go wyrwać jej z rąk. Potem związał go z pozostałymi 
dwoma węzłem, jakiego nauczył go ojciec. 

^ Otwarcie 

Udało się, Jason! Prawie się udało! Nie ruszaj się! Podchodzimy! - 

wykrzykiwała nerwowo Julia, wpatrując się w brata pod sobą. 

Jason coś odpowiedział, ale hałas burzy uniemożliwił zrozumienie tego. 

Co powiedziałeś? Wytrzymaj! Idziemy do ciebie! 

...oś... ego! - niewyraźnie krzyknął znowu Jason, przyczepiony do 

skały niczym małż. 

Rick zbliżył się do ściany skalnej i spuścił linę złożoną z trzech 
powiązanych ręczników. 

background image

Potem zaczepił się mocno nogami i krzyknął: -Łap! 

Julia nie miała odwagi go spytać, czy te węzły, zrobione na chybcika w 
deszczu, są aby pewne? 

W ulewnym deszczu, zawieszony nad przepaścią dwadzieścia metrów 
nad wodą, Jason był całkowicie przytomny i świadomy. I był też 
paradoksalnie spokojny. Wiedział dokładnie, co robić. 

Najpierw znalazł dwa wgłębienia wystarczające dla podparcia stóp, 
leciutko podciągnął się w górę i rozluźnił ramiona. Osiągnął 
równowagę, opierając się teraz tylko na nogach, bez wytężania rąk. 
Pokrzepiony na duchu, mógł spoglądać w górę. 

Widział siostrę, która wykrzykiwała coś niezrozumiałego. W gruncie 
rzeczy był przekonany, że dałby 

-S^ 61 ^t- 

radę wdrapać się sam, by znaleźć się znowu na schodkach; musiał tylko 
poruszać się wolno, nie zwracając uwagi na deszcz, i znaleźć właściwe 
chwyty, tak jak trafił na szczelinę, która mu uratowała życie. 

Szczelina... Przyglądając się jej uważnie, Jason spostrzegł, że to nie była 
zwyczajna szczelina. Był to raczej otwór wielkości mewy, ale o czterech 
ściankach, tak regularnych, jakby był... zrobiony ręką człowieka. I był 
głęboki, jak wnęka. I wąski, jak otwór strzelniczy. ' 

Ale to nie była nisza. Ani otwór strzelniczy. 

- Tu jest coś dziwnego! - krzyknął do nich w deszczu. 

Czuł krew pulsującą w palcach stóp na skale. 

Wymacał wnętrze otworu palcami jednej ręki, przytrzymując się drugą. 

I znalazł skałę. Tylko skałę. Samą skałę. 

background image

Potem dotknął miałkiej powierzchni, która mu się rozkruszyła w ręku. 
Coś ciężkiego trafiło mu między palce. Przechylił się, żeby zajrzeć i 
przez moment miał wrażenie, że za strzelnicą jest... prześwit. 

Otwarta przestrzeń. 

Wyciągnął gwałtownie rękę i zobaczył, że trzyma w palcach jakby 
cegiełkę owiniętą w miękki materiał. 

Potem musnęła go po twarzy poła ręcznika. Wzdrygnął się, 
wypuszczając nieomal cegiełkę z dłoni. 

** 62 ^fr 

^ Otwarcie 

Łap! - krzyknął Rick, stojący parę metrów nad nim. 

Trzymał w ręku drugi koniec liny z ręczników. 

Jason wsunął dziwny przedmiot w kąpielówki, schwycił zbawczą linę 
przygotowaną przez Ricka i zaczął się wspinać. 

Wdrapywanie trwało kilka chwil, ale dla Julii były to całe godziny. 

Kiedy Rick wyciągnął Jasona i chwycił go w objęcia, ten mało co nie 
zemdlał ze szczęścia. 

Dobrze się czujesz? - spytał Rick. 

Piersi Jasona pokrywały zadrapania i otarcia. 

Jasne, że dobrze - odpowiedział niedbale - Spójrzcie tylko, co tam 

znalazłem! 

Mówiąc to wyciągnął z kąpielówek ów dziwny przedmiot. 

Horyzont przecięła błyskawica. 

background image

Co to takiego? - wrzasnął Rick, żeby przekrzyczeć huk ulewy. 

Nie wiem! - odkrzyknął Jason. - Dziwne, nie? 

Julia czuła, jak w niej narasta wściekłość. Po tych 

strasznych chwilach, kiedy z przerażeniem myślała, że Jason zginie, 
rozbijając się o skały, teraz widziała go pokrytego skaleczeniami, ale 
całkowicie zajętego czymś dziwnym, co przed chwilą znalazł. 

^ 63 

Wybacz! - krzyknęła do niego. - Wybacz, żeśmy się tak martwili o 

ciebie! Nie wiedzieliśmy, że chciałeś tylko pójść, by zdobyć to... to... 
coś\ 

Po czym odwróciła się i wściekła powędrowała schodkami wiodącymi w 
górę do Willi Argo. 

Co ją napadło? - spytał Jason. Rick położył mu rękę na ramieniu. 

Przejęła się, ale cieszy się, że nic ci się nie stało z wyjątkiem... z 

wyjątkiem tych wszystkich zadrapań, oczywiście. 

Zadrapań? Jakich zadrapań? - Jason dopiero teraz spojrzał na 

swoją pierś i zrobiło mu się niewyraźnie. 

O kurczę! - wykrzyknął, czując nagle słabość w nogach. - Jak ja to 

sobie zrobiłem? 

Rick mu doradził, żeby teraz poszedł do domUj a o zadrapaniach 
pomyśli później. Weszli po schodkach bardzo ostrożnie i już na górze 
Rick zaproponował Jasonowi, by zakrył skaleczenia ręcznikiem. 

Jeśli Nestor zorientuje się, co się stało - wyszeptał 

nigdy więcej nie pozwoli ci się tam kąpać. 

background image

Jason się z tym zgodził. Jego przyjaciel miał rację. 

^ 64 

kuchni rozlegał się krzyk Jasona: - Piecze! - Psst! Teraz bądź cicho! - 
zganiła go Julia. 

- Czy wolisz, żebym zawołała Nestora? 

Durna... 

Nie ruszaj się, albo cię będzie bardziej bolało! 

Niemożliwe! Aaaaaa! 

Rick podśmiewywał się, ubawiony sytuacją. 

Jason siedział na stole w kuchni. Julia stała przed nim i watką z wodą 
utlenioną dezynfekowała skaleczenia. Mimo groźnego wyglądu, żadne 
nie było poważne, zaledwie lekkie zadrapania i otarcia skóry, taki rodzaj 
skaleczenia, przy których woda utleniona najbardziej piecze. 

Jason zacisnął zęby, żeby nie wrzeszczeć i zmusił się do zapytania 
Ricka: - Zgadłeś, co to takiego? 

Na stole między nimi leżał tajemniczy przedmiot znaleziony wśród skał. 

Gotowe! - wykrzyknęła Julia. Mokry tors brata lśnił i błyszczał od 

wody utlenionej. 

Musisz chwilę zaczekać, aż wyschnie, zanim... 

Nie zdążyła dokończyć zdania, bo Rick pociągnął 

za kawałek materiału, w który był zawinięty tajemniczy przedmiot i 
Jason, zbyt ciekawy, by czekać aż mu skóra obeschnie, zsunął się ze 
stołu i szybko wciągnął na siebie suchą koszulkę. 

background image

66 ^t 

^ W zawiniątku 

Materiał przykleił się do zadrapań niczym druga skóra. 

Julia skrzywiła z bólu twarz na myśl o chwili, kiedy brat będzie musiał 
zdjąć tę koszulkę. 

To jest całe owinięte - powiedział Rick, odwijając jakiś materiał, 

który rwał mu się w rękach. Tkanina była wilgotna i pokurczona. 

Julia odłożyła watę i podeszła bliżej. Rick ciągle ostrożnie odwijał... 

Chyba to będzie pudełko - powiedział Jason, kiedy przedmiot był 

już odwinięty. 

Był to prostopadłościan z ciemnego drewna, długi na jakieś piętnaście 
centymetrów, szeroki na siedem i wysoki na trzy. 

Otwiera się... - powiedział Rick. Nacisnął na górną deszczułkę. 

Co jest w środku? 

Kiedy to zobaczyli, unieśli ze zdumienia brwi. 

W pudełku była chyba setka glinianych kulek i malutki zwój pergaminu 
przewiązany sznurkiem. Zaledwie Rick go dotknął, sznurek rozlazł mu 
się w palcach. 

Uważaj... - szepnął Jason - nie wiadomo, co tam jest. 

Może znalazłeś średniowieczne pudełko czekoladek - wyzłośliwiła 

się jego siostra. 

Rick wolniutko rozwinął pergamin na stole. 

67 ^t 

background image

Byty na nim dziwne rysunki i symbole: 

Burza, jak nagle się zerwała, tak i minęła. Słońce nieśmiało wyjrzało 
spoza chmur, oświetlając krople deszczu uczepione gałęzi drzew i traw. 

Nestor był w szklarni, miał zamiar wybrać sadzonki do przesadzenia na 
wykarczowaną ziemię w ogrodzie. Schronił się tu wraz z pierwszymi 
kroplami deszczu, radując się miłym szumem ulewy, kiedy uderzała o 
skośne szyby szklarni. 

O dzieciaki wcale się nie martwił. 

68 

■y^ w zawiniątku 

Mokre od kąpieli w morzu czy mokre od deszczu... - pomyślał. 
Najgorsze, co je może spotkać, to zwykły katar. 

Jak tylko je zobaczył kręcące się wokół szklarni, zrozumiał, że nie 
ośmielają się mu przeszkodzić w pracy. Kazał im jeszcze trochę 
poczekać, zanim się zdecydował wytrzeć o biały fartuch ręce i wyjść. 

Czego chcecie? - spytał. - Zbiliście coś? 

Żadne z trojga nie bardzo wiedziało, od czego by tu zacząć. Julia 
szturchnęła brata, jakby go przekonując, że to on powinien mówić 
pierwszy. 

Jason wydukał: - Nie... znaczy... zastanawiamy się, czy... bo tego... 
ponieważ pan od tylu lat... więc... Julia powiedziała... 

Jego skrępowanie było tak oczywiste, że Nestor musiał się hamować, 
żeby nie parsknąć śmiechem. 

Czy sądzisz, że uda ci się to wyjaśnić w ciągu jednego dnia? - 

spytał złośliwie. - Czy nie mógłbyś tego powiedzieć spokojnie? 

background image

Nestor nie był gburowaty przez złośliwość. Był szorstki i tyle, szorstki 
jak ktoś, kto mało się obraca wśród ludzi. 

Jason postanowił mówić wprost. Położył przed nim coś, co wyglądało 
jak zwitek papieru. 

Znaleźliśmy to... - powiedział. -1 nie wiemy, co by to mogło być. 

Dlatego pomyśleliśmy, żeby spytać pana. 

Nestor odwinął zwój pergaminu na tyle, że dostrzegł kilka symboli. 

Gdzieście to znaleźli? - spytał szybko, nagle poważniejąc. 

Przystanęli na występie nad skałą, skąd wiodły schodki w dół. Jason 
wskazał miejsce i wyjaśnił z grubsza Nestorowi, gdzie znaleźli pudełko, 
omijając szczegóły upadku i tego, że o mały włos nie roztrzaskał się na 
skałach. 

Nestor wysłuchał go uważnie. 

Kiedy chłopiec skończył mówić, ogrodnik stał długo zamyślony, jakby 
wsłuchany w szum rozpryskujących się fal i dalekie nawoływanie mew. 

W końcu się poruszył. Zwrócił pergamin Jasonowi i, kręcąc głową, 
powiedział: - Nie... Nie wiem doprawdy, co to znaczy. Ani, co by to 
mogło być. 

Może to jakiś... napis? - spytał Jason. - W rodzaju hieroglifów? 

To nie są hieroglify - odezwała się Julia. - Widziałam hieroglify, są 

kolorowe i mają całkiem inne rysunki. 

A poza tym to jest pergamin, a starożytni Egipcjanie pisali na 

papirusie - zauważył Rick. - W każdym bądź razie żaden Egipcjanin nie 
mógłby nigdy dotrzeć aż tutaj do Kornwalii. 

70 

background image

3, 

-W zawiniątku ^jt- 

A dlaczego nie? - spytał Jason. 

Ponieważ nie byli tak dobrymi marynarzami - odparł Rick. - Mieli 

łodzie plecione z trzciny nadające się tylko do żeglugi po Nilu. Nie 
odważyliby się wypłynąć na otwarte morze. 

W dodatku nie znali steru. 

Nestor obdarzył chłopca spojrzeniem pełnym uznania. 

A zatem jest to tylko jakiś żart... - powiedziała Julia. - Mówiłam ci 

- pudełko zepsutych czekoladek. 

Jason parsknął. 

Co za dowcip może być w ukryciu pudełka z glinianymi kulkami 

w skale? A poza tym, wybacz..., a ten papier, to co to jest? 

Bilecik z podziękowaniem - odpowiedziała nie-speszona Julia. 

Udała, że czyta dziwne znaki: - Kolacja u was była dla nas prawdziwą 
przyjemnością ble, ble, ble... Mama zawsze coś takiego przesyła po 
wizycie z tatą u przyjaciół. 

Ja myślę, że to jest rodzaj mapy - wymruczał Jason. - Może jakiś 

stary pirat miał bazę w Kilmore Cove i... ukrył swój skarb gdzieś tu w 
pobliżu. 

Wolne żarty! - wykrzyknęła Julia. - Najpierw był... - i tu ugryzła 

się w język - a teraz pirat! 

Nie wypowiedziała słowa „duch" przy Nestorze, ale Rick i Jason 
domyślili się bez trudu. 

background image

71 

Stary właściciel... - podjął ogrodnik, ale nie dokończył. Schylił 

głowę, nagle się obrócił i odszedł, rozwiązując niecierpliwie fartuch. 

Stary właściciel... co? - spytał go Jason, idąc za nim i wciskając się 

między niego a szklarnię. 

Daj spokój, chłopcze. Nic ważnego - Nestor go lekko odepchnął 

jedną ręką. 

Dotknięty w świeże skaleczenia Jason krzyknął: -Aj! 

Co ci jest? 

Chłopiec zacisnął zęby. - Nic - odparł. • 

Potem stanął naprzeciwko Nestora, jakby nalegając: „dokończ, co 
chciałeś powiedzieć". 

Nestor westchnął i ustąpił wobec niezwykłego uporu Jasona. 

Nie sądzę, żeby to was mogło zainteresować, ale stary właściciel 

pasjonował się dawnymi językami. Miał mnóstwo książek na temat 
zapomnianych pism, kodów, języków nierozszyfrowanych i już 
odczytanych. Może za pomocą którejś z tych książek dałoby się 
odczytać tekst na tym pergaminie. 

Jason mu podziękował za wskazówkę. 

Teraz kolej na ciebie, żebyś mi powiedział, co ci się stało? 

Skaleczyłeś się? 

Boli mnie, kiedy mnie ktoś tu dotyka, znaczy w pierś. 

72 

W zawiniątku ^jt 

background image

- Czemu? 

Jason się uśmiechnął: - Bo jest cała pokaleczona. To są wszystko 
obrażenia, jakie sobie zafundowałem, lecąc ze skały w dół na brzuchu. 

W tym momencie nawet Nestor się uśmiechnął: - Bawi cię, kiedy mnie 
nabierasz, co? -1, nie domyślając się nawet, że Jason mu powiedział 
najprawdziwszą prawdę, skierował się do szklarni. 

^ 73 ^ 

'»Wfrner 

iblioteka znajdowała się po lewej stronie scho-dów prowadzących na 
pierwsze piętro. Był to * pokój z sufitem wymalowanym w błękitno- 

fi- 

-czerwone medaliony i z dwoma jasnymi oknami - jedno wychodziło na 
wyżwirowany dziedziniec, a drugie na ogród. Pokój był obudowany 
półkami zapełnionymi książkami, ale mieścił się tu jeszcze tapczan z 
bawolej skóry, fortepian, na którym piętrzyły się roczniki pism, i dwa 
niewygodne kręcone foteliki. 

Na regałach, prawie przy każdej półce była umocowana mosiężna 
tabliczka z wypisaną tematyką: historia, medycyna, geografia... Było 
tego tak dużo, że można było doznać zawrotu głowy. 

Trójka dzieci zabrała się do szukania książek, o których wspominał 
Nestor. 

Musi to być ta półka - zdecydowała Julia. 

A co na niej jest napisane? 

background image

Paleografia. 

A co u licha znaczy „paleografia"? 

Po grecku paleo oznacza „stary", jak ludzie paleolitu, a grafia 

oznacza pismo, jeśli się nie mylę. 

Rick i Jason spojrzeli na nią z podziwem. 

Po czym Rick stanął na czubkach palców i wyciągnął potężny tom 
zatytułowany Słownik języków zapomnianych. W środku były dziesiątki 
obrazków i symboli, które odtwarzały dawny sposób pisania: alfabet 

^ 76 ^t 

■¡^ Biblioteka 

fenicki, staroindyjski, egipskie hieroglify, tajemniczy język etruski, 
alfabet grecki, nieznane rongo-rongo z Wyspy Wielkanocnej i wiele 
innych. 

Każda strona słownika budziła ich zdumienie: zawierała symbole, 
rysunki, tajemne kody, zaginione języki, słowa, których już nikt nie 
używa. 

Kiedy Rick doszedł do strony 197., Jason wykrzyknął: 

- Stój! To to! 

Na środku strony znajdował się ten rysunek: 

77 

Wydaje się, że to właśnie takie... 

A co tu napisano u dołu? 

background image

Rick przeczytał na głos: - Dysk z Fajstos, przedmiot ten, dysk z 
wypalonej gliny nieregularnie kolisty, odkryty przez archeologów w 
ruinach pałacu w Fajstos w 1908 roku. 

Dobrze się zaczyna... - wyszeptała Julia. 

...dysk po obu stronach pokrywa biegnąca spiralnie inskrypcja. 

Zawiera czterdzieści pięć tajemniczych znaków... tekst ten nigdy nie 
został rozszyfrowany... Litery, które towarzyszą poszczególnym 
piktogramom, stanowią próbę 

przekładu fonetycznego dokonaną przez paleografa Elto-na Cartera w 
marcu 2003 roku... 

Obok poszczególnych figur rzeczywiście zaznaczono odpowiadające im 
litery naszego alfabetu. 

Pierwszy znak to idący człowieczek. Kółko z kropeczkami 

odpowiada naszej literze „A" - wyszeptał Jason. 

Spróbujmy przetłumaczyć nasz pergamin! - wykrzyknęła Julia. 

Rick pokręcił głową. - To niemożliwe. Nie wystarczy znać litery, żeby 
rozszyfrować dawny tekst: musielibyśmy znać również język, w jakim 
został napisany. 

A kto ci powiedział, że to język starożytny? - spytał go Jason. 

Ależ to oczywiste! Pismo na Dysku z Fajstos było 

^ 78 

Biblioteka ^ 

background image

używane około dwóch tysięcy łat przed narodzeniem Chrystusa - 
przeczytał Rick w słowniku. 

Bliźnięta jednak były całkiem innego zdania. Julia i Jason wzięli papier i 
długopis i zaczęli nanosić przy każdym znaku na pergaminie swoje 
tłumaczenie fonetyczne. 

Wmro! - krzyknął Jason po przetłumaczeniu czterech pierwszych 

znaków. 

Rick nadal kręcił głową. 

To nic nie znaczy... - powiedział. 

W MROKU! - wykrzyknęła Julia. 

Spojrzeli po sobie: - W mroku! - wykrzyknęli razem. Znaczyło, i to 
jeszcze jak! 

Rick osłupiał. Czy możliwe, żeby zwój pergaminu zawierał przesłanie 
wyrażone w ich języku, tylko zapisane nieznanym alfabetem? 

Stopniowo, stopniowo wyłaniało się sensowne zdanie: 

W mroku groty możesz posłuży się... 

W tym miejscu ich długopis przestał pisać. 

Do diabła! - wybuchnął Jason, ciskając go z wściekłością. - Leć 

poszukać jakiegoś długopisu - polecił Julii. 

^ 79 ^t 

Leć ty! 

Nie wiem, gdzie go szukać. 

A gdzie się podział ten, którym rysowałeś plan domu? 

background image

Długopis od planu? - Jason przypomniał sobie, że Julia wytrąciła 

mu go z ręki i potoczył się pod szafę. - Jest na dole. Lecę! 

Zbiegł po schodach na dół, a Julia z Rickiem nadal tłumaczyli głośno 
kolejne znaki. Jason przeskakiwał po dwa stopnie i już był w 
kamiennym pokoju. Nagle przystanął, bo mu się wydało, że zobaczył 
ruchomy cień przed sobą. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale 
odebrało mu mowę. W głowie tłukły mu się myśli jak oszalałe stado 
ptaków. 

Z góry dochodziły go przytłumione przez odległość głosy Ricka i 
siostry, którzy powtarzali: - W mroku groty możesz posłużyć się zie... 

możesz posłużyć się zie... 

...możesz posłużyć się zie... mią! 

Pomału, pomału uczucie strachu go opuściło. Jason rozejrzał się 
uważniej dokoła, ale nikogo nie zobaczył. I nie słyszał żadnego 
podejrzanego szmeru. Może się pomylił, może to nie był cień, lecz jakiś 
mebel? 

Wszedł ostrożnie do kamiennego pokoju. 

Z boku na podłodze leżał plan, od którego się ode- 

^ 80 ^ 

^ Biblioteka ^¿t 

rwali, kiedy rzucili się na poszukiwanie portretu starego Ulyssesa. Jason 
przeszedł przez pokój w wielkim napięciu. Zbliżył się do szafy, pod 
którą potoczył się długopis, i pomacał rękami podłogę. 

Najwyraźniej długopis wcisnął się w najdalszy kąt i Jason musiał się 
wślizgnąć pod mebel, żeby go stamtąd wyciągnąć. 

background image

Kiedy go w końcu dosięgnął, usiłując uchwycić, otarł ręką o mur za 
szafą. 

I odkrył, że mur wcale nie był... murowany. 

Wyglądało na to, że ściana jest tu z drewna. 

Zaciekawiony przyjrzał się jej uważniej. 

Za szafą były drzwi... 

Wrócił do biblioteki po kilku minutach. Dał im długopis, a sam siadł z 
boku zamyślony, dopóki Rick i Julia nie skończyli przekładu całego 
tekstu. Julia go spisała w czterech wierszach niczym poezję i triumfalnie 
odczytała na głos. 

Słuchającemu tych słów Jasonowi przeszedł lodowaty dreszcz po 
plecach: 

/ » 

W mroku groty 

Możesz posłużyć się ziemią-światłem 

Żeby oświecić flotę 

Która cię zaprowadzi, dokąd zechcesz. 

** 81 

Do diabła - wyszeptał Rick - Chyba przedtem to było bardziej 

zrozumiałe. 

Są tu w pobliżu jakieś groty? - spytała Julia. Rick wzruszył 

ramionami, jakby chciał powiedzieć: 

background image

„Myślę, że tak. Tu groty są wszędzie". Potem powiedział: - Kilmore 
Cove to właściwe słowo, jak sądzę. Cove oznacza „zatoczkę", „zatokę", 
ale może też oznaczać „grotę". Jest taka miejscowa legenda, która 
opowiada, że kiedyś starożytni druidowie zbierali się w Kilmore Cove 
podczas wiosennego przesilenia słoń-ca, a miejscem ich spotkań była 
grota nad morzem, która jednak zawaliła się, czy też została zniszczona 
w czasach najazdów rzymskich. 

Słyszałeś, Jason? Druidowie! - wykrzyknęła Julia. 

Zatem... kurczę... to tysiące i tysiące lat temu! 

Po przetłumaczeniu tekstu Julia była zupełnie rozgorączkowana i czuła 
się uczestniczką tajemnicy, którą zgłębiali. 

Rick przywoływał różne legendy, które mówiły 

grotach, zagłębieniach czy flotach, usiłując na próżno nadać 

znaczenie słowom „ziemia-światło". Jason tymczasem, który nieustannie 
wymyślał tajemnice 

nieistniejące słowa, stał oparty o fortepian przygnębiony i 

zatopiony w myślach. 

Jason? le się czujesz? Bolą cię rany? - spytała go siostra. 

^ 82 

^ Biblioteka 

Chłopiec wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w pustkę, w połowie 
drogi między Julią i Rickiem. 

Jason! Zaczarowali cię, czy co? - nalegała Julia. Potrząsnęła go za 

ramię. 

background image

Oczy Jasona zalśniły, jak szklane kolorowe kulki. Spojrzał na Julię i 
spytał: - Co takiego? 

Śpi na stojąco - zażartowała, patrząc ironicznie w stronę Ricka. - 

Teraz, kiedy mamy do rozwiązania prawdziwą zagadkę, mój brat ucina 
sobie drzemkę. HEJ! JASON! Zbudź się! -1 szturchnęła go nieco 
złośliwie w pierś. 

Jason podskoczył z bólu. 

Wróciłeś na ziemię? - krzyknęła Julia. - Słyszałeś, co mówiliśmy o 

druidach? 

Tak, tak... - mruknął Jason, głaszcząc się po koszuli. - Tylko że... 

druidowie... 

Rick -mówi, że kiedyś, gdzieś tu w Kilmore Cove była jakaś grota, 

w której się gromadzili druidowie i że została zniszczona w czasach 
rzymskich - wyjaśniła Julia. 

Jason pokręcił głową. 

Nie. Myli się. Nie została zniszczona. 

A skąd ty to wiesz? 

Ponieważ ja... dzisiaj - wyszeptał - kiedy zajrzałem do środka 

skalnej szczeliny, ja ją... zobaczyłem! 

 

Pod wodzą Jasona cała trójka zeszła ponownie do kamiennego pokoju, 
niosąc słownik, pudełko z glinianymi kuleczkami, pergamin z 
tłumaczeniem i jedyny piszący długopis w całym domu. 

Zobaczyłem prześwit, rozumiecie? - wyjaśnił Jason. To wyglądało 

tak, jakby za skałą była pustka. 

background image

Chcesz powiedzieć, że tam była... grota? 

Jason przytaknął. 

To by wyjaśniało, jak udało ci się znaleźć to pudełko - powiedział 

Rick. - Wsunąłeś rękę w otwór i... wewnątrz... znalazłeś to, co znalazłeś. 

Julia odczytała na głos przesłanie: - W mroku groty... oświecić flotę... 
Pasuje! Pasuje! - wykrzyknęła. - Przesłanie mówi o flocie. A flota może 
być tylko w pobliżu morza. Kto napisał to przesłanie... 

Stary właściciel - wtrącił Jason. 

Jak to? 

To przesłanie napisał dawny właściciel Willi Argo, Ulysses 

Moore. A któżby inny? Napisał to w naszym języku, tyle że użył 
alfabetu z Dysku z Fajstos, żeby tekst był bardziej tajemniczy. 

Żeby był niezrozumiały, ale... dlaczego? 

Jeśli, powtarzam, jeśli... - powiedziała Julia - w skale jest grota, to 

mógłby tam być też skarb. -1 aż jej oczy zalśniły z emocji. 

^ 86 ^ 

Za szafą  ^jt 

k jeśli, powtarzam,;^', byłby... skarb, to stary Ulys-ses mógłby 
organizować rodzaj wyprawy w poszukiwaniu tego skarbu, ale tylko dla 
wybrańców. Trochę tak, jak to robili piraci, nie? Szukali miejsc 
odludnych, w których gromadzili to, co znaleźli i potem, jako jedyny 
ślad pozostawiali mapę niezrozumiałą, żeby podniecać zapał 
poszukiwaczy skarbów. 

Piraci nie znajdowali, oni rabowali - uściślił Rick. 

background image

Julia parsknęła. 

W każdym razie tu jest mowa o flocie, nie? A żeby mieć flotę, albo 

trzeba być bogatym rybakiem, albo piratem. Zatem musisz mieć skarb. 

Rick się wykrzywił całkiem nieprzekonany, ale postanowił nie 
przeszkadzać. 

Julia ciągnęła: - Zatem... powiadasz... więc, że przesłanie napisał dawny 
właściciel. A ja mówię, że zrobił to, aby nas doprowadzić do skarbu. 
Przypuśćmy jeszcze, że istnieje grota wśród skał. Pozostaje nam do 
wyjaśnienia, co znaczy „ziemia-światło"... - I mówiąc to, rzuciła okiem 
na kuleczki gliny w środku pudełka. - I... jak moglibyśmy wejść do tej 
groty. 

O, to nie problem - uśmiechnął się Jason. - Jeśli stary Ulysses 

napisał to przesłanie i zostawił je w grocie, to znaczy, że mógł do niej 
swobodnie wejść. 

-Tak. 

-S^ 87 ^t- 

 

Tak? Co znaczy „tak"? Niby którędy? - spytał Rick. 

Zatem znaczy, że wchodził do groty ze swego domu... z Willi 

Argo. 

Przypuśćmy... 

I chyba nawet wiem, jak. 

Co masz na myśli? 

Jason wskazał im szafę dosuniętą do kamiennej ściany pokoju. 

background image

Z tyłu, za szafą są drzwi. Jeśli mi pomożecie przesunąć ten grzmot, 

to i wy będziecie mogli je zobaczyć. 

Wzięli się raźno do roboty. Rick z Julią pchali, a Jason dyrygował. 

Jeszcze, jeszcze, trochę w prawo... Dobrze. 

Teraz mogli je dokładnie obejrzeć. 

Drzwi wyglądały groźnie. 

Nie były większe od innych, ale wydawały się zdecydowanie starsze. 
Starsze niż cała trójka mogła to sobie wyobrazić. 

Drewno było całe zniszczone, odarte i odrapane, jakby te drzwi zniosły 
dziesiątki uderzeń, a do tego były częściowo nadpalone. 

Dzieciaki długo się im przyglądały, siedząc na posadzce, a potem 
zabrały się do przesunięcia szafy, 

88 ^ 

^jh  Za szafą  ^ 

żeby drzwi zupełnie odsłonić. Spociły się przy tym jak rude myszy. 

Wyglądało na to, że szafę umyślnie tam postawiono, aby drzwi nie było 
widać. Gdy na to wpadły, w ich oczach nabrały one szczególnego uroku. 

Mówisz, że to te drzwi? - spytała Julia. 

Jason wziął do ręki plan domu, jaki sami po południu narysowali. 
Postawił krzyżyk w miejscu, gdzie znajdowały się te drzwi i odparł: - 
Jasne, że to te. Jedno z tych sekretnych przejść, którymi się stary 
Ulysses posługuje... 

Jason! - wybuchła Julia. - Ulysses Moore NIE ŻYJE. 

background image

Kto ci to powiedział? Ten dom jest tak ogromny, że moglibyśmy w 

ogóle nie zauważyć jego obecności. A poza tym, ja... ja go widziałem! 

Rick i Julia popatrzyli po sobie. 

W jakim sensie go widziałeś? 

Kiedy zszedłem po długopis, dzisiaj... to był moment, mignął mi 

cień... i UCIEKŁ! Mignął gdzieś, zanim zdążyłem wziąć oddech... 

Jason spojrzał najpierw na Ricka, potem na siostrę, zgadując w ich 
oczach niedowierzanie. 

Nie wierzycie mi? - spytał. 

W ten sam sposób widziałeś grotę? - spytała go Julia, nagle pełna 

wątpliwości. 

^ 89 

Co to ma do tego? 

Julia wstała. 

Ależ byłam naiwna... - powiedziała. - A już ci uwierzyłam: grota, 

grota w skałach, przejście za tymi drzwiami... Zapomniałam, co z ciebie 
za typ. To wszystko to są tylko twoje kolejne fantazje. W rzeczywistości 
nie widziałeś żadnej groty! Tyś ją sobie wyobraził! 

Nie! Widziałem ją! 

-Jason, przysięgnij. Przysięgnij mi, że dzisiaj wśród skał zobaczyłeś 
grotę. 

Jason się zarumienił. Doskonale pamiętał, co dostrzegł przez szparę. 

Zobaczył prześwit. 

background image

A nawet i to nie. 

Jemu się tylko wydało, że tam może być prześwit. 

W rzeczywistości nie widział żadnej groty. W każdym razie nie groty 
pełnej i wykończonej, ze stalaktytami i stalagmitami, i tym wszystkim, 
co się zazwyczaj znajduje w grotach. Podobnie jak w rzeczywistości nie 
widział cienia na dole. Ale... 

-Jason...?! 

Rozejrzał się wokół zgnębiony. Ja... nie mogę ci przysiąc, ale Rick... 
powiedz jej, że... 

Rick podchwycił: - W gruncie rzeczy nie jest to takie ważne, co 
widział... - powiedział. - Pudełko istnie- 

90 

Za szafą 

je naprawdę, mamy je. Istnieje też przesłanie, cokolwiek znaczy. I, 
kurczę... istnieją też te drzwi! 

No to otwórzmy je! - krzyknęła Julia, wracając do gry. 

Ponieważ drzwi nie miały klamki, Julia wcisnęła palec w coś, co 
wyglądało na zamek i spróbowała go nacisnąć i pociągnąć. Ale drzwi 
nawet nie drgnęły. 

Zamknięte! - jęknęła. - I może prowadzą donikąd... 

Zaczekaj - pocieszył ją Rick. - Niech się im dobrze przyjrzę. 

Przesunął palcami po wymęczonym drewnie, jakby je pogłaskał. Potem 
ukląkł przed zamkiem, w który Julia wkładała palec. 

background image

Zamknięte, rzeczywiście..., ale gdyby prowadziły donikąd... 

dlaczego miałyby mieć nie jeden, lecz cztery różne zamki? 

Julia przyjrzała się im lepiej. 

Jeden, dwa, trzy i... cztery. 

Z lewej strony drzwi rzeczywiście znajdowały się cztery zamki 
umieszczone na krzyż, jak wierzchołki rombu. 

/ ' ' 

Dzieciaki snuły jeszcze domysły, pozwalając sobie na coraz to bardziej 
niewiarygodne przypuszczenia. Miały do dyspozycji wiele elementów, 
ale brakowało między nimi spójności. Mogłyby ponownie udać się do 
Nestora albo przeszukać dom krok po kroku, przej- 

** 91 ^fr 

rzeć pudełko po pudełku w poszukiwaniu kluczy, którymi dałoby się 
otworzyć zamki. 

Albo... 

Poczuli nagle przeciąg, potem głuche uderzenie dochodzące z piętra na 
górze. 

To on! - krzyknął Jason, zrywając się na równe nogi. 

Ale to nie był on, jak to sobie wyobraził: to okno 

w wieżyczce, które znowu się otworzyło i zaczęło uderzać o framugę. 

Dzieci weszły pospiesznie do pokoju u szczytu schodów. 

Rick usiłował zamknąć niesforne okno na dobre: - Puściło zamknięcie... 
- powiedział przyglądając mu się okiem fachowca - sądzę, że będzie tu 
potrzebny ktoś do naprawy, kto się na tym zna. 

background image

Nie otworzyło się przypadkiem - zamruczał Jason, lustrując pokój. 

Z okna nie zobaczył nikogo wokół Willi Argo w ogrodzie, jeszcze 
mokrym od deszczu. 

Potem skupił uwagę na modelach żaglowców ustawionych na ławie. - 
To tak stało? - spytał. 

Znaczy jak? - nie zrozumiała Julia. 

No, na tym...? 

Jeden z żaglowców miniaturowej drewnianej floty stał na książeczce o 
ciemnej okładce, która mu służyła za podstawkę. 

^ 92 ^ 

Za szafą  ^ 

Model byl długi i wąski ze szkieletem zrobionym z dziesiątków 
malusieńkich łodyżek powiązanych cierpliwie cienkimi sznureczkami. 

Rick i Julia pokręcili głowami; żadne z nich nie zauważyło obecności tej 
książeczki podczas poprzedniej wizyty w wieżyczce. 

Jason bardzo ostrożnie podniósł miniaturowy okręt i podał go Rickowi. 

Mosiężna tabliczka u podstawy wskazywała imię żaglowca - Nefertiti's 
Eye, Oko Nefretete. 

To musi być model łodzi egipskiej... - wyszeptał Rick obracając go 

w palcach. - Cała z łodyg papirusu... 

Papirusu używano tylko do pisania - powiedziała Julia. 

Z tego, co wiem, Egipcjanie z papirusu robili różne rzeczy. 

background image

Jason otworzył czarną książeczkę, służącą za podstawkę. Nie była to 
książka; to był dziennik. Wypełniony przez kogoś notatkami, 
stanowiącymi omówienie wklejonych wycinków prasowych, rysunków i 
fotografii. Pismo było drobne i trudne do odczytania. 

Egipt... - powiedział z pewnym zawodem w głosie. - To coś w 

rodzaju dziennika podróży do Egiptu. Nawet więcej... Przerzucił szybko 
kartki: hieroglify, 

^ 93 

reprodukcja złotej maski z grobu Tutanchamona, faraon jako dziecko, 
wyrzeźbiona głowa jego matki, Nefre-tete, mapa Doliny Królów, gdzie 
odnaleziono grób... - Chyba dotyczy głównie Tutanchamona. Jest dużo 
wycinków, podkreśleń, notatek, czerwonych kółek. Otworzył dziennik w 
środku. - Chyba stary Ulysses trzymał tu zbiór materiałów egipskich. 

Ale czy nam to może coś wyjaśnić? - spytała z powątpiewaniem 

Julia. 

W sam raz pomocne przy konstruowaniu tej łodzi... - zauważył 

Rick trzymając nadal w ręku Oko Ne-fretete. 

Tak. Ulysses z pewnością dbał o szczegóły, pracując nad 

modelami... 

Rick przytaknął. 

To mogłaby być flota... - wyszeptała Julia - flota z przesłania: 

flota, która powiedzie cię, dokąd zechcesz. Mógłby to być dobry sposób 
na wyrażenie, że... dzięki tym modelom on sobie wyobrażał, że odbywa 
dalekie podróże... 

To dopiero marzyciel z niego... - szepnął Jason. 

background image

Ale czy nam to może coś wyjaśnić? - spytała z powątpiewaniem 

Julia. 

Być może... a ta „ziemia-światło"? 

Może... może należy położyć jedną z tych kulek na każdą z tych 
łódeczek i... 

94 ^fr 

POCZTOWY 

 

-St». Za szafą  - 

Z dziennika wysunął się maleńki skrawek papieru, padając z szelestem 
na podłogę. Jason pochylił się, by go podnieść. 

Spójrzcie! - wykrzyknął podniecony. 

Co to? 

Chyba... chyba przesyłka pocztowa. - Jason ją podniósł i 

przeczytał: 

^ 95 ^ 

To powinno cię przekonać, że stary Ulysses umarł... - szepnęła 

Julia bratu. - Nie odebrał nawet paczki. 

Ale Jasona i to nie przekonało: - A skąd możecie wiedzieć, że on tego 
nie zostawił specjalnie dla nas? Okno, które się stale otwiera, dziennik, 
awizo pocztowe w dzienniku... a jeśli to nie są zwykłe zbiegi 
okoliczności? 

Z tego, co wiemy, dziennik mógłby tak tkwić pod modelem. 

background image

Ja uważam, że powinniśmy iść na pocztę odebrać tę przesyłkę! - 

nalegał Jason. 

A więc poza tym, że jest duchem niewidzialnym, jest też duchem 

mało przewidującym - zadrwiła sobie Julia - bo dzisiaj jest sobota i 
poczta po południu nieczynna. 

Rick się skrzywił. - W zasadzie tak... powiedział - ale kto mieszka w 
Kilmore Cove wie, że... znaczy... w nagłym wypadku można iść do 
wypożyczalni książek i poprosić grzecznie pannę Calypso. Bo to ona 
pracuje na poczcie. 

Znasz ją? - spytał Jason. 

Oczywiście. Wszyscy się tu znamy - odparł Rick. 

-1 powiadasz, że otworzyłaby dla ciebie Urząd Pocztowy? 

Możemy spróbować. 

^ 96 ^¡t 

Za szafą  ^t 

Zaraz, zaraz - Julia zaczęła się niecierpliwić. - 

Chłopcy, nie rozpraszajcie się. Chwilę przed otwarciem się tego 

okna robiliśmy coś całkiem innego. Musimy odnaleźć wejście do 
tajemnej groty, mamy zamknięte drzwi, do których potrzebne są cztery 
klucze i jedno tajemnicze zdanie, które musimy rozgryźć. Nie wydaje mi 
się, by to był dobry pomysł, aby teraz... 

Ale Jason i Rick byli już w połowie schodów. 

 

background image

 

"/s-s?,. /.v-trp.' ./¡¡-¿¡r Ar ■ 

f/üx-z* *■*> m¡HSHXK*-ly ** jyfvrtß/M*y, 

jrtrb 

yła prawie szósta po południu, kiedy rodzeństwo poprosiło, by Nestor 
otworzył im bramę od starego garażu Willi Argo. Zasuwa podniosła się, 
skrzypiąc i ukazując zakurzone pomieszczenie, słabo oświetlone jedyną 
żarówką pod sufitem. Większą część garażu zajmował automobil 
zakryty białym prześcieradłem. To był stary model spidera z lat 
pięćdziesiątych. 

Jeszcze na chodzie? - spytał Rick, zaglądając ciekawie pod 

prześcieradło. 

Nie sądzę, minęło zbyt wiele lat od czasu, gdy po raz ostatni go 

uruchomiliśmy... - odparł Nestor, obchodząc wokół karoserię spidera, 
szukając czegoś z tyłu. - Oto i one... - burknął, zmieniając temat. 
Podniósł drugie prześcieradło, odsłaniając oparte o siebie dwa stare 
rowery. 

Przypomniałem sobie, że zachowaliśmy je. Śmiało, wyciągnijcie je 

stąd. 

Rick chwycił za kierownicę pierwszego, Jason złapał za drugi. 
Wyprowadzili je z garażu. 

O! - krzyknął Rick na ich widok w świetle słonecznym. 

To były dwa stare modele bez przerzutek, z masywną spawaną czarną 
ramą. 

background image

Dętki powinny być jeszcze dobre.. - powiedział Nestor, wręczając 

im pompkę. 

100 

^ W Kilmore Cove ^ 

Jak się przyłożycie, to dacie radę doprowadzić je do użytku. 

Po czym dał im jeszcze oliwiarkę z dzióbkiem i szmatkę nasączoną 
rozpuszczalnikiem. 

Weźcie to do hamulców i łańcucha. Najpierw szmatką zetrzyjcie 

kurz, potem naoliwcie, potem znowu szmatką i tak długo, dopóki 
łańcuch nie zacznie się lekko przesuwać. Nie żałujcie oleju. Łańcuch, 
który ciężko chodzi, zdziera się. 

Możemy być pewni, że dojedziemy do wioski? - spytał Jason 

zmartwiony skrzypieniem starych rowerów. - Ważą chyba tonę! 

Dojechać, to na pewno dojedziecie - odpowiedział Nestor -.są 

stare, ale solidne. Gorzej z powrotem..., to już będzie zależało od 
waszych płuc i nóg. W każdym razie Ulysses Moore z żoną jeździli na 
nich bez problemu... 

Rick postawił jeden z rowerów do góry kołami i zaczął pompować. 
Nestor rzucił mu spojrzenie pełne uznania: lubił osoby konkretne. 

A można wiedzieć, dlaczego chcecie o tej porze zjeżdżać do 

Kilmore Cove? - spytał. 

Jason się zarumienił, co było widomym znakiem, że zamierza skłamać. 
Po czym powiedział coś tak absurdalnego, że Nestor się więcej nie 
dopytywał. 

Postarajcie się tylko nie wpakować w jakieś kłopo- 

background image

101 

ty - powiedział. - I wróćcie na kolację, dobrze? Rodzice prosili mnie, 
żebym wam coś przygotował do jedzenia i nie chciałbym gotować na 
próżno. -1 odszedł, zostawiając ich zajętych przy starych rowerach. 

Kwadrans później Jason i Rick wsiedli na siodełka dwóch starych 
„krążowników szos". Julia pożyczyła rower od Ricka, lżejszy i 
zwrotniejszy, i po dopasowaniu wysokości siodełka mogła jechać razem 
z nimi. 

Pomachali ogrodnikowi i aleją wyjazdową z willi skierowali się na 
drogę prowadzącą ze skały w dół, w stronę zatoki Kilmore Cove. 

Julia wysunęła się przed chłopców; z włosami rozwianymi na wietrze aż 
piszczała z uciechy, biorąc pierwszy zakręt. Jason na coś tam głośno 
narzekał, a Rick, jadąc na końcu, obejrzał się ostatni raz, żeby pomachać 
Nestorowi. 

Stary ogrodnik przetarł sobie oczy dłonią, patrząc jak znikali na drodze. 

- Kto wie - szepnął sam do siebie. - Kto wie, może się im uda... 

Zjazd był upojny: koła kręciły się wściekle i pomału ukazywało się 
miasteczko, zakręt za zakrętem coraz to bliższe. Kilmore Cove składało 
się z wielu niskich kwadratowych domków, wymalowanych na rozmaite 

---^ 102 ^t--- 

^ W Kilmore Cove 

kolory, ustawionych od zacisznej strony zatoki. Z drogą biegnącą 
wzdłuż nabrzeża przecinały się drogi dochodzące z głębi lądu, tworząc 
tuż nad morzem serię liter „T". 

background image

Jak we wszystkie soboty krążyło tu mnóstwo aut, by znaleźć miejsce w 
pobliżu straganów w porcie, a tłum na deptaku sprawiał, że panował 
radosny rozgardiasz. 

Julia dojechała pierwsza, zsiadła z roweru Ricka i oparła go o znak 
drogowy ostrzegający, żeby nie parkować za blisko plaży, bo istniało 
niebezpieczeństwo, że przypływ może porwać samochód. 

Hej! Spóźnialscy! - wykrzyknęła do swoich towarzyszy, kiedy do 

niej dołączyli. 

Ten'rower... - wymamrotał Jason. - Uznaje tylko dwie prędkości - 

albo stoi, albo pędzi z prędkością światła. Jak się dotknie hamulca, 
blokuje się. Jak się go puści, pędzi jak głupi. 

Jest tylko źle wyważony. I ciężki - wyjaśnił Rick. 

Chłopiec o rudych włosach był znowu w swoim żywiole: port ze 
straganami przy deptaku, plaża po której hasały psy i dzieci, drewniane 
balkoniki tonące w barwnych kwiatach na fasadach gospód od strony 
morza... 

Gdzie ta Calypso? - spytała go Julia, promieniejąc na myśl, że 

zanurzy się w tym przewalającym się tłumie. 

■b^ 103 ^ 

Rick torował im drogę, prowadząc rower. Wspięli się drogą wiodącą w 
głąb miasteczka. Minęli pomnik mężczyzny, który dumnie opierał nogę 
na kotwicy, i dotarli do placyku, gdzie pośrodku tryskała mała fontanna 
wykuta wśród megalitów. 

- To tutaj - powiedział Rick. Wskazał im drewniany szyld nad 
sklepikiem: 

Wyspa Calypso Dobre Książki Ocalone z Morza 

background image

Oparli rowery. 

Rick pchnął drzwi i wszedł. Dzwonek zawieszony nad futryną zabrzmiał 
swym dźwięcznym trelem. 

Wnętrze „Wyspy Calypso" miało jakiś szczególny urok. Panowała tu 
atmosfera pełna dobrych uczuć i oczekiwań. Książki leżały w stosach na 
niskich drewnianych półkach i na podłodze, i wytyczały przejście, które 
należało pokonywać uważnie. 

- Już idę! - odezwała się właścicielka, kiedy tylko weszli. 

Panna Calypso była drobniutką kobietą o rozmarzonych oczach i 
uśmiechu dodającym otuchy. Nosiła 

---^ 104 ^--- 

--W Kilmore Cove ^-- 

kwiecistą chustkę i niebieską sukienkę do kolan. Pantofle w kolorze 
migdałowym na płaskim obcasie uzupełniały jej strój. 

Zaledwie ujrzała dzieci wykrzyknęła: - Rick Banner, co za zaszczyt! -1 
dodała: - Przyprowadziłeś przy-, jaciół, co? Świetnie! Nie, nie... pozwól, 
niech zgadnę. Przypuszczam, że wy jesteście... londyńczycy. 

Julia. 

Jason. 

Uścisk dłoni panny Calypso był ujmujący: silny, lecz bezbolesny i 
uprzejmy, bez zbędnej afektacji. 

background image

To dobry znak widzieć was w wypożyczalni tak szybko. Od ilu dni 

jesteście w Kilmore Cove? Nie, nie... pozwólcie mi... 

Tydzień, proszę pani - powiedział Jason. 

Tak. Tydzień. I co powiecie o Kilmore Cove? Ze małe? Ze 

zagubione? Ze odcięte od reszty cywilizowanego świata? 

Nie! - odpowiedziała Julia. - Doprawdy uważamy, że... 

Zapewne... - ciągnęła niewzruszenie panna Calypso - zapewne, to 

dla was musiał być wielki szok przenieść się z Piccadilly Circus do 
słonych skał. Od Big Bena do naszej skromnej latarni. Oprócz tego, że 
poza wszystkim... mieszkacie w Willi Argo. Kiedy się mieszka we 
dworze, jak ten... do licha... to istny raj! 

^ 105 

Kto chciałby go opuścić? Morze, niebo, drzewa... czego trzeba więcej? 

Tak, istotnie... rzeczywiście... - zaczął Rick. 

To jasne! Nie trzeba być geniuszem, by to zrozumieć... - 

wykrzyknęła panna Calypso. - Ale skoro przyszliście tu, to znaczy, że 
czegoś wam brak. Brakuje jedynie... jakiejś dobrej książki. I brawo, 
Ricku Banner! Chcesz się przekonać, że towarzystwo dwójki zdrowo 
myślących obywateli umebluje ci głowę? - Panna Calypso zwróciła się 
do bliźniąt. - Czy wiecie, że muł chętniej chodziłby do szkoły niż młody 
Banner? 

Julia i Jason uśmiechnęli się, jednak bardziej z powodu 
zaczerwienionych policzków i zaciśniętych pięści Ricka niż z dowcipu 
panny Calypso. Wyglądało na to, że ćwierkająca bibliotekarka 
zakończyła swój wywód i spojrzała im prosto w oczy. 

A zatem? Powiecie mi, jakiej książki szukacie? 

background image

Dzieci spojrzały po sobie, nie wiedząc, które z nich 

ma zacząć mówić. Julia wyczuła, że powinna to zrobić ona, więc 
powiedziała: - W gruncie rzeczy nie przyszliśmy tu po książkę, proszę 
pani. 

Nie? - Panna Calypso wyprężyła się nagle jak naciągnięta 

sprężyna. 

A zatem po co przyszliście? 

Jej głos zabrzmiał jak żyletka, więc Jason postanowił natychmiast go 
stępić: - Moja siostra chciała powie- 

^ 106 

^ W Kilmore Cove ^ 

dzieć, że nie przyszliśmy tu tylko po książkę. Książka jest głównym 
powodem, ale poza tym... poza tym jest jeszcze inny. 

Wyjaśnił jej, o co chodzi i pokazał awizo znalezione w dzienniku w 
Willi Argo. 

Panna Calypso obejrzała go uważnie, po czym spytała: 

Kto ci dał to awizo? 

Nestor - skłamał na poczekaniu Jason. - I powiedział, żebyśmy z 

tym przyszli do pani. 

Panna Calypso ważyła odpowiedź, po czym powiedziała: - Ale dziś jest 
sobota. Poczta nieczynna. 

Tak... ale - Jason wziął się na odwagę - gdyby pani zechciała być 

tak uprzejma i na moment ją otworzyła, tylko żeby zabrać paczkę... 

A ty skąd wiesz, że to paczka? 

background image

Chłopiec się speszył: - Nie wiem, ale... myślałem... że 

A w każdym razie - kontynuowała panna Calypso - nawet gdyby 

urząd pocztowy był czynny, nie wiem, czy mogłabym wam wręczyć to, 
o co prosicie. Na awi-zie jest napisane, żeby doręczyć „Właścicielowi 
Willi Argo", podczas gdy ja mam przed sobą troje dzieci, które oparły 
rowery o moją witrynę. 

Jason i Julia zaczęli jej wyjaśniać, że teraz ich rodzice są właścicielami 
Willi Argo, że zatem to awizo jest skierowane do nich. 

107 

W tym momencie rodzice są zajęci przeprowadzką i nie mogą 

przybyć tu osobiście... 

Nestor powiedział, że pani zrozumie... 

Panna Calypso zrobiła nieokreślony gest ręką: - No tak, na pewno! To 
typowe dla właścicieli Willi Argo wyręczać się kimś w załatwianiu 
własnych spraw. 

To mogłaby nam pani otworzyć? 

Nie, moje dzieci... jest sobota! A w soboty popołudniu Urząd jest 

nieczynny. 

Trzy książki - powiedział wtedy Jason. I stanął przed panną 

Calypso na znak wyzwania. 

Coś powiedział? 

Powiedziałem trzy książki. Jeśli pani nam otworzy Urząd 

Pocztowy i przekaże przesyłkę, my wypożyczymy trzy książki. Według 
pani wyboru. I obiecamy, że je przeczytamy w ciągu tygodnia. 

background image

Nad drzwiami zadźwięczał dzwonek. Jakiś turysta wsunął głowę, ale jak 
tylko się zorientował, że to biblioteka, przeprosił i wycofał się. Sądził, 
że to stylowa restauracyjka. 

W „Wyspie Calypso" zapadła cisza. Na zamyślonej twarzy właścicielki 
pojawił się uśmiech. 

Hm, trzy książki w ciągu tygodnia, powiadasz? I będę mogła was 

potem przepytać, żeby sprawdzić, czyście je naprawdę przeczytali? 

Jasne - zagrał pokerowo Jason. 

^ 108 ^t 

W Kilmore Cove ^ 

Stoi! - zamknęła sprawę panna Calypso, podając im dłoń na 

potwierdzenie umowy. - Trzy książki za paczkę. 

Hej, a pani skąd wie, że to paczka? - zapytała Julia, zanim ją brat 

zdążył szturchnąć. 

Panna Calypso weszła za kontuar, by zabrać pęk kluczy, zamknęła za 
sobą drzwi biblioteki i przeszła przez placyk. 

Urząd pocztowy był naprzeciwko. 

Kwadrans później dzieci znalazły się na brzegu morza. Oddaliły się od 
tłumu turystów, prowadząc rowery aż na opustoszałe molo. Skały 
wznosiły się po ich lewej stronie, a po prawej - port pełen łodzi o 
płaskim dnie. 

Dzieci ściskały w rękach paczkę o wymiarach pudeł-ka na buty, 
oklejoną mnóstwem brązowej taśmy klejącej i... trzy książki w 
wyblakłych i smutnych okładkach. 

background image

Ty i te twoje błyskotliwe pomysły... - burczała Julia. - Sam 

będziesz czytać tę cegłę! 

Panna Calypso wypożyczyła jej „Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte, 
Rickowi wyznaczyła „Tajemniczą Wyspę" Juliusza Verne'a, a Jason 
miał tydzień na zapoznanie się z grubaśnym tomiskiem zatytułowanym 
„Ramzes" Christiana Jacąa. 

Brat ją zignorował, oddając się zrywaniu taśmy kle- 

jącej z paczki. Rick przykucnął obok i pomagał mu, pilnując, by z 
nadmiernej gorliwości cała zawartość paczki nie trafiła do wody. 

W ciągu kilku sekund zerwali taśmę ze zniszczonego pudełka po 
miętowych czekoladkach. 

Miejmy nadzieję, że chociaż te będą jadalne... - zakpiła Julia. 

Otworzyli pudełko. 

Spójrzcie! - wykrzyknął Jason promieniejąc. 

W środku, owinięte w pogniecione gazety, znajdowały się cztery klucze. 

Były to klucze stare, częściowo pokryte rudą rdzą. Każdy z nich miał 
inną główkę, inaczej wykończoną. Rick wziął jeden z nich, uniósł pod 
światło, by lepiej się mu przyjrzeć. 

Chyba... chyba jest tu wyrzeźbione jakieś zwierzę... - wyszeptał. 

Julia przykucnęła obok i potwierdziła: - Tak, to może być krokodyl. 
Albo aligator? 

Wyglądało na aligatora z rozwartą paszczą. 

Jason wybrał inny klucz. 

Na tym chyba widać jeżozwierza, chyba... 

background image

Pokazał go przyjaciołom, a oni się z nim zgodzili. 

Julia wybrała klucz z główką w kształcie żaby 

i od razu ścięła się z bratem, którego uderzyło niezwykłe podobieństwo 
między żabą a siostrą. 

^ 110 «¿t 

^ W Kilmore Cove 

- Lepsza żaba niż szczur z igłami! - odparowała rozzłoszczona. 

Ostatni klucz miał profil ptaka łatwego do rozpoznania - był to dzięcioł. 

^ 111 .efr 

Aligator, żaba, jeżozwierz i dzięcioł... - mruczał Rick oglądając 

cztery klucze. - Jaki związek jest między tymi zwierzętami? 

1 ^ 

Jedno jest mięsożerne, jedno płazem, jedno nie wiem jakie, a 

ostatnie fruwa... - powiedziała Julia. 

Związek jest prosty - powiedział Jason. - W Willi Argo są drzwi z 

czterema zamkami. I tu mamy cztery klucze. Proste... 

Nic więcej nie było w pudełku? 

Nie. Jason zgniótł gwałtownie pudełko po czekoladkach, żeby 

pokazać, że jest puste. 

Wypadły pogniecione gazety i... zwój pergaminu, który Rick złapał w 
locie. 

Ale trafiliśmy! Możemy grać w totka! - powiedział. Pergamin był 

zapisany tymi samymi znakami, co przesłanie znalezione wśród skał. 

background image

Wierzycie mi teraz? - spytał cicho Jason, wpatrując się w znaki 

odciśnięte na pergaminie, już niemal znajome. - Dawny właściciel Willi 
Argo znał tajemnicę. A my ją ujawnimy. 

Nad morzem niebo zadrżało. Wyglądało na to, że burza zamierza 
powrócić. 

112 ^ 

Zaczęli pedałować najszybciej, jak tylko mogli. Przy pierwszym 
zakręcie Rick z Julią zostawili Jasona za sobą jakieś sto metrów. Julia na 
nowym rowerze Ricka pokonywała wzniesienie prawie bez trudu. Rick 
wdrożony do wysiłku dobrze sobie radził na tym starym, podczas gdy 
Jason, wyczerpany ciężarem starego grata, zmuszony był zsiąść. 

Jedźcie przodem! - krzyknął. 

Prowadził rower. 

Śmiało, ciamajdo - krzyknęła do niego Julia. U jej boku Rick 

pedałował na stojąco. - To aż tak męczące? 

spytała go dziewczynka. 

Rick miał policzki zaczerwienione z wysiłku, ale odpowiedział, dysząc: 
- Nie... nie tak bardzo... 

Mój brat dzisiaj zafunduje sobie kolejną kąpiel w deszczu! 

Jedź... jedź do domu... - powiedział do Julii Rick 

a ja na niego poczekam. 

Julia się zgodziła. Zabrała cztery klucze i pergamin, i wyrwała do 
przodu. W ciągu kilku minut znikła chłopcom z oczu. 

background image

Zaledwie znikła, Rick runął na ziemię wykończony: pedałować na tym 
rowerze, to było gorzej niż prowadzić za sobą słonia. Poczekał, aż Jason 
do niego dojdzie, potem wędrowali razem. 

Można pęknąć... - wysapał Jason. 

/ " 

-Błyskawice ^-- 

Prowadząc rower, Rick poczuł się zraniony w swej dumie cyklisty. 

Mój ojciec kiedyś... - zaczął mówić, ale Jason dał mu znak, by 

milczał. 

Nic nie mów. Mógłbyś jeszcze umrzeć z wysiłku. Rick pomyślał, 

że istotnie niedawno byli tego bliscy 

obaj: on został niemal potrącony przez tajemniczą pachnącą damę, a 
Jason zleciał ze skały. 

Szli dalej w milczeniu prowadząc rowery i wsłuchując się tylko w 
rytmicznie obracające się szprychy. 

Już chyba najgorsze za nami... - powiedział Jason po chwili. 

I oczywiście, jak tylko to powiedział, zaczęło padać. 

Wszystkie soboty w Kornwalii tak wyglądają? Chłopiec o rudych 

włosach nie odpowiedział. 

Po kilku krokach jednak parsknął śmiechem. 

Z czego tu się śmiać? - spytał Jason rudzielca. Ale i on miał chęć 

się pośmiać. 

Rick pokręcił głową i znowu się roześmiał. Podśmiewali się tak aż do 
Willi Argo, gdzie przed wejściem do domu czekał na nich Nestor. Z 

background image

wnętrza dochodził odgłos trzaskającego ognia. Słońce zaszło wśród 
chmur i deszczu. Chłopcy przebrali się po raz trzeci tego dnia. Rickowi 
dostała się koszula i para dżinsów pana Covenant, nazbyt 
ogromniastych. 

^ 115 

Nestor poszedł do kuchni, gdzie przygotowywał zupę jarzynową z 
grzankami. Pachniało cudownie. 

Deszcz bębnił o szyby. Ogień na kominku rozgrzewał nie tylko 
pomieszczenie, rozgrzewał też duszę: wibrował żywymi kolorami, a 
rytmiczne trzaski drewnianych szczap były jak kojące tykanie zegara. 

Nestor pogwizdywał, mieszając zupę warząchwią. Trójka dzieci, 
wysuszona i przebrana, usadowiła się 

wokół kuchennego stołu i w milczeniu obserwowała 

ogrodnika. 

Telefon - powiedział Nestor. 

Zaledwie to skończył mówić, w Willi Argo rozdzwonił się telefon. 

Rodzice bliźniąt chcieli się upewnić, że wszystko w porządku. 

Tak, tak... wszystko dobrze... - skłamał Jason. 

Nie, dlaczego? 

Jego matka poprosiła do telefonu Nestora. 

Trzy aniołeczki - skłamał również stary ogrodnik. 

background image

Nawet nie zauważyłem ich obecności. Jasne. Tak. Tak, tak. Nigdy 

nie wyszli poza ogród. Coś takiego, nie! Żadnego problemu. Zupę 
jarzynową. Dobrze. Dobrze, powiem im. - I odłożył słuchawkę. 

Należałoby, żebyś i ty zadzwonił do domu, Rick... 

powiedział, wracając do garnków. - Uprzedzić swoich, że 

zostaniesz tu na kolację. I jak sądzę, także 

Błyskawice ^ 

na noc, w tej sytuacji. W taką burzę nie będziesz znowu zjeżdżał na dół. 

Naprawdę? Byłoby super! - wykrzyknął Rick. 

Co za dzień! Nie tylko całe popołudnie w Willi Argo; jeszcze i noc! 

Jason zaprowadził go do telefonu. 

Uderzył piorun. Światło zamigotało i na chwilę zgasło. Nestor spojrzał z 
roztargnieniem na gasnące i znowu zapalające się żarówki. 

Nie lubię jarzyn... - powiedziała Julia. Wytrwale siedząc na 

honorowym miejscu przy stole 

nie przestawała wyciągać szyi i zaglądać do garnka. 

Wiem. Powiedziała mi to twoja mama. 

A co jej pan na to odpowiedział? 

Ze nie będziesz dziś jadła - uśmiechnął się Nestor. Spojrzał po raz 

ostatni na zupę w garnku, wstawił 

do piecyka grzanki, zdjął fartuch i skierował się do wyjścia. 

Dokąd pan idzie? - spytała podejrzliwie Julia. Nestor ujął gałkę od 

drzwi i przekręcił ją z wytwornym klik. 

background image

Do swego domu, przygotować coś dla siebie. Tu jest zupa, a w 

piecu - grzanki. Będą ciepłe przez godzinę. Zjecie, kiedy zechcecie. 
Talerze są w szafce pod ścianą. Szklanki nad zlewem. Nakrycia - 
poszukaj- 

^ 117 ^t 

cie w szufladach. Możecie jeść tutaj lub w jadalni. Kiedy skończycie, 
zbierzcie wszystko i wrzućcie do zmywarki. Albo zostawcie tu, ale 
będziecie musieli to zrobić jutro. Instrukcja obsługi leży na stoliku. Płyn 
do zmywania pod stolikiem. 

Ale... pan nie może... 

Czego nie mogę? - z półotwartych drzwi wpadł deszcz i 

przenikliwy wiatr. 

Nie może pan nas tak zostawić. My jesteśmy tylko... jesteśmy 

tylko dziećmi! 

Nestor zamknął drzwi, nie wychodząc. 

Posłuchaj, Julio. Jesteście tylko dziećmi, to prawda. Ale ja nie 

jestem niańką; jestem tylko starym i nieznośnym we współżyciu 
ogrodnikiem. Przygotowałem wam coś do jedzenia, bo obiecałem to 
waszym rodzicom. I dlatego po raz pierwszy jesteśmy razem. Jak ci 
pasuje, to dobrze. Jak ci nie pasuje... - Otworzył ponownie drzwi, 
wpuszczając podmuch wilgotnego powietrza. - Jestem sto metrów od 
was. Jeżeli będę potrzebny, zawołaj mnie. 

I wyszedł w burzę. 

^ 118 ^t 

^^^ulia wzniosła oczy ku niebu. - To ci dopiero! 

background image

- wykrzyknęła, kiedy została sama w kuchni. By-m ło dokładnie tak, jak 
to sobie wyobraziła - ten człowiek był nieokrzesanym dzikusem. Jasne, 
że żył samotnie! Kto by z nim wytrzymał? 

Wstała z krzesła i podeszła do kuchni. Podniosła pokrywkę garnka i 
wbrew sobie musiała przyznać, że zapach zupy był zachęcający. 
Zaburczało jej w żołądku, jakby sam żołądek domagał się jedzenia. 

Była dopiero siódma wieczorem, ale po poszukiwaniach w domu, po 
kąpieli w morzu i tym wszystkim, co nastąpiło potem, po wyprawie 
rowerowej na dół do wioski, myśl o chrupiącej grzance umaczanej w 
zupie była wprost cudowna. 

To ci dopiero! - ponownie wykrzyknęła Julia kręcąc głową 

bardziej z przyzwyczajenia, niż z konieczności zaprotestowania 
przeciwko czemuś czy komuś. 

Co ci dopiero? - spytał ją Jason, wracając do kuchni. 

Trzymał w ręku potężny Słownik języków zapomnianych i pergamin, 
który znaleźli przy czterech kluczach. 

Położył to na kuchennym stole i powiedział: - Ojej! Co za cudne 
zapaszki! 

Czemu nie mielibyśmy od razu spałaszować tego wszystkiego? 

Do kuchni wszedł też Rick, przekazując im wiado- 

^ 120 ^Jt: 

■y,. Niezrozumiałe przesłanie ^ 

mość, że uzyskał zgodę na nocowanie w Willi Argo. Uradowana Julia 
rozpromieniła się. 

Jason podsunął Rickowi szybko słownik. 

background image

Odczytajmy najpierw tekst, a potem zjemy - powiedział. 

Nestor ze swego domku przyglądał się, jak pali się światło w kuchni, a 
w głowie kłębiło mu się od natłoku sprzecznych myśli. 

Słyszał śmiech dzieci, słyszał ich nieustanną gadaninę i głośne 
nawoływania. 

Potem słyszał odgłos talerzy i sztućców. W starym dworze zapalały się i 
gasły kolejno liczne światła. 

Ogrodnik się uśmiechnął: wydawało się, że Willa Argo odżyła. 

Jak za dawnych lat... - szepnął. 

W miarę jak coraz dłużej przebywał sam ze sobą, nabrał zwyczaju cicho 
mówić do siebie. 

W gruncie rzeczy Nestor miał nadzieję, że dzięki tym dzieciakom będzie 
nawet lepiej niż za dawnych lat. Wróciła mu na myśl wizyta Obliwii 
Newton wczesnym popołudniem i naszła go gwałtowna chęć, by coś 
rozbić. 

Nigdy nie dostaniesz tego domu, Obliwio... - wysyczał przez zęby. 

Ta młoda i bogata kobieta interesu zarządzała wiel- 

121 ^t 

ką firmą handlu nieruchomościami. Nestor nie wiedział dokładnie, na 
czym jej działalność polegała, wiedział tylko, że skupowała i 
sprzedawała domy. Określenie fachowe brzmiało „pośredniczka w 
handlu nieruchomościami". Była osobą niezwykle obrotną. Potrafiła 
więcej zarobić przy sprzedaży domu, niż architekt czy budowniczy przy 
jego budowie. 

„Paradoksy współczesnego świata" - pomyślał. 

background image

Obliwia Newton kierowała się w życiu jedną tylko regułą - pieniędzmi. 
Nestor - nie. 

I ta różnica była tym, co najbardziej Obliwię bulwersowało - usiłowała 
obsypać Nestora pieniędzmi, proponowała mu luksusowe rezydencje w 
jakimkolwiek miejscu na ziemi. Była gotowa dać mu wszystko, 
cokolwiek by zechciał, żeby tylko zostać właścicielką Willi Argo. 

Żądaj, czego chcesz - zaproponowała mu jeszcze dziś - a dam ci to. 

Dobrze, chcę, żebyś znikła - odpowiedział jej Nestor, odsyłając ją 

do wszystkich diabłów. 

Deszcz wieczorem rozpadał się jeszcze mocniej. 

Nestor przeszedł obok zimnych dań swej kolacji, zdjął z wieszaka 
czarną pelerynę i włożył ją na siebie. 

Jestem pewien, że te dzieciaki zrozumieją, dlaczego ten dwór jest 

tak cenny... - szepnął, kierując się ku wyjściu ze swego domku. 

122 

łl—j^^"  -------- 

-Jtj. Niezrozumiałe przesłanie ^- 

Pod coraz intensywniejszymi atakami burzy Willa Argo zaczęła wprost 
drżeć i skrzypieć. W kuchni zupę wyjedzono do dna. Trójka dzieci, 
siedząc ciasno koło siebie, czytała na głos tekst ostatniego tłumaczenia 
pergaminu. Jeśli pierwsze przesłanie znalezione wcześniej było 
tajemnicze, to następne raczej niezrozumiałe: 

background image

Jeśli z czterech jedne otworzysz przypadkiem 

Z czterech trzecie wskażą motto 

Z czterech dwoje zaprowadzi na śmierć 

A jeden z czterech - poprowadzi na dół 

Jason wysunął parę nieśmiałych hipotez, włączając w to tekst z 
pierwszego pergaminu, ale dla każdej z jego interpretacji Rick 
znajdował co najmniej dwa rozsądne kontrargumenty, które 
dyskredytowały jego domysły. 

- Faktem jest - zauważył markotnie Rick - że nie jest wcale powiedziane, 
że pierwszy zapis jest rzeczywiście pierwszy. Znaczy, że było bardziej 
prawdopodobne znalezienie tego drugiego najpierw, przed tym ukrytym 
wśród skał. Nawet jeśli słuszny jest nasz domysł, że chodzi o coś w 
rodzaju poszukiwania skarbu, nie wiadomo wcale, czy naszą grę 
podjęliśmy od początku. 

^ 123  

W każdym razie teraz mamy w ręku cztery klucze - powiedziała 

Julia, podsumowując. - A tu jest napisane, że jeśli z czterech jedne 
otworzysz przypadkiem itd., itd... Według mnie jedne odnosi się do tych 
drzwi. 

Ale może się też odnosić do kluczy, że „jednym z czterech" kluczy 

otworzysz. A przypadek oznacza też zrządzenie losu. 

Albo przeznaczenie... - dodał Jason. - Zrządzenie losu może 

oznaczać też przeznaczenie, że to właśnie my mamy otworzyć te drzwi.
 

Jason nie wierzył, że zawisnął na tej szczelinie miedzy skalami w 
wyniku jakiegoś przypadku, ani że tak chciał los. 

background image

To było przeznaczenie, które miało się dopiero spełnić. 

Jason, wyprzedzając przyjaciół, udał się do kamiennego pokoju bez 
zapalania po drodze światła. Przeszedł przez dwa salony, które w 
ciemności wydawały się ponure; różne przedmioty wyglądały tu jak 
uśpione postacie. Ulewa i wiatr narastały tak bardzo, że chwilami 
wydawało się, że dwór ześlizgnie się i runie w urwisko. Wieżyczka u 
szczytu schodów drżała pod naporem burzy, a na schodach przeciąg był 
znacznie silniejszy niż zazwyczaj. 

Jason zabrał ze sobą cztery klucze. Czuł ich ciężar w kieszeniach spodni. 

^ 124 

śj 

 

JMBMMMI 

 

^ Niezrozumiałe przesłanie ^---- 

Poszukał ich odruchowo i ścisnął w palcach. Dotarł do kamiennego 
pokoju i po omacku poszukał kontaktu. 

Było ciemno jak w grobie. 

Jasny błysk pioruna rozdarł nagle noc. Jason spojrzał przez okno. 

I ujrzał na wprost siebie twarz kogoś, kto go obserwował. 

Zaczął krzyczeć. 

/ ' 

^ 125 ot 

background image

a jego krzyk Julia z Rickiem przybiegli do kamiennego pokoju, 
włączając światło. Ujrzeli Jasona leżącego na ziemi, skulonego w 
kłębek, jakby został uderzony. Klucze wypadły mu z kieszeni. 

Jest tutaj! Jest tutaj! - krzyczał. 

Jednocześnie wskazywał na okno, rozszlochany. 

Kto? Kto tu jest? Gdzie? - spytała Julia, próbując go uspokoić. 

Ale i ona była pobudliwa, i ona łatwo wpadała w przerażenie. 

Co zobaczyłeś? - spytał Rick. 

Światło nad ich głowami osłabło. 

Piorun... piorun... - jąkał Jason. Skulony na podłodze wyglądał na 

jeszcze młodszego niż na te swoje jedenaście lat. - To był... to był 
mężczyzna w oknie! Widziałem go! Miał... płaszcz... długi czarny 
płaszcz... i... zaglądał tu do środka! 

W oczach Jasona czaił się tak wielki strach, że Julia musiała mu 
uwierzyć. 

Mężczyzna? 

Tak - szepnął. - Mężczyzna. 

Czy drzwi są zamknięte? - spytał Rick z godnym pozazdroszczenia 

zmysłem praktycznym. 

Julia sprawdziła wejścia na parterze, zapalając wszystkie światła, jakie 
napotkała po drodze. 

--^ 128 ^ć--- 

background image

^ Przeznaczenie ^ 

Na szczęście wszystkie drzwi były od wewnątrz zamknięte. 

Wróciła do kamiennego pokoju. Jason się trochę uspokoił. 

To był duch starego właściciela... - powiedział. - Uwierz mi, Rick. 

Był okropny, z blizną przez całą twarz... 

Wszystko pozamykane - powiedziała Julia. - Nikt nie mógł wejść. 

A jeśli jest ktoś na zewnątrz, to trzeba by to sprawdzić z Nestorem. 

Usiadła na podłodze, przyciągając klucze do siebie. Aligator, żaba, 
jeżozwierz i dzięcioł. 

A na górze? - spytał Jason słabiutkim głosem. 

Co na górze? 

Światło w domu osłabło jeszcze bardziej. Rozległ się grzmot, błysnęło i 
po chwili światło zgasło całkiem. 

No nie... - wyszeptała Julia. 

Zaraz wróci - pocieszył ich Rick. 

Słyszycie go? Słyszycie go? - zaczął znowu Jason. 

Julię przeszedł lodowaty dreszcz od nagłego przeciągu i rękami w 
ciemności poszukała ramion brata i Ric-ka. 

Czy sły... szymy co...? - wyjąkała. 

Nie odpowiedział. 

Ale teraz i ona usłyszała. 

To był wiatr. 

background image

129 ^t 

To był deszcz. 

To była nocna burza. 

To było okno w wieżyczce, które uderzało rytmicznie o framugę. 

Jak kroki. 

Julia zagryzła wargi. Nie chciała płakać. Ale tak bardzo się bała, ale to 
tak bardzo, że marzyła, by mama i tata byli obok. 

Twarz Ricka nagle zalśniła w ciemności. 

Zapałka - powiedział chłopiec z Kilmore Cove. - Mój ojciec 

mawiał, że zawsze jest dobrze mieć jedną przy sobie. Uwolnił się 
łagodnie z uścisku Julii i powiedział: - Idę zamknąć okno na górze. 

NIE! - krzyknęła Julia. 

Dlaczego nie? 

Zostań... zostań tu - poprosiła. - Zostańmy tu, dopóki nie wróci 

światło... 

Czy nie wiecie, czy tu gdzieś nie ma świec? Albo latarki 

elektrycznej? - spytał Rick. 

Zapałka zgasła. 

Co się stało? - przeraził się Jason. 

Parzyła mi palce - wyjaśnił Rick. 

Potem zapalił drugą. 

background image

Wydaje mi się, że w kuchni są świece. Widziałam je na belce - 

mruknęła Julia. 

fc* 130 ^t 

 

-Przeznaczenie ^- 

Dobrze, to idę... 

NIE! - krzyknęła znowu, chwytając go za ramię. 

Zdecydowali, że pójdą po świece wszyscy razem. Rick szedł pierwszy, 
zapalając zapałki, które im oświetlały drogę tak, że mogli przejść przez 
pokoje. 

Kiedy dotarli do kuchni, światło się pojawiło. 

Willa Argo znowu była cała oświetlona, ale było to światło chwiejne, 
które w każdej chwili mogło znowu zgasnąć. Zaopatrzyli się w trzy 
świece, weszli po schodach do wieżyczki i po raz trzeci tego dnia 
zamknęli wypaczone okno. 

Schodząc na dół, Rick zauważył mimochodem - Wiecie, ile wieżyczka 
ma okien? 

Nie, ile? 

Jedno z każdej strony. Cztery. 

-Jeśli 'z czterech jedno otworzysz przypadkiem... to mogłoby się też 
odnosić do okien. 

Jason się chwilkę zastanowił: - Nie, nie sądzę. Cztery odnosi się do 
kluczy, podczas gdy jedno... jedno to... 

To przypadek, los - dokończyła za niego niezbyt logicznie Julia. 

background image

Zostawili zapalone światło tylko w kamiennym pokoju i tam się 
schronili. Jason nie przestawał wyglądać przez okno. 

^ 131 ** 

Uspokojeni wzajemną bliskością, zaczęli badać uważnie cztery zamki w 
drzwiach. 

To były cztery okrągłe otwory, wszystkie identyczne, rozłożone tak: 

Nie było w nich nic, co mogłoby wskazać kolejność użycia posiadanych 
przez dzieci kluczy. 

Ja proponuję spróbować na chybił trafił... - powiedziała Julia po 

chwili zastanowienia. 

Rick pokręcił głową: - Nie można działać przypadkowo. Musi być jakiś 
porządek. Schemat. Krokodyl, jeżozwierz, żaba i dzięcioł... jaki związek 
jest między tymi zwierzętami? 

Żaden, przesłanie mówi przypadkiem - przypomniał im Jason. 

Wiem, co mówi przesłanie - odezwał się zniecierpliwiony Rick - 

ale chociaż my powinniśmy mieć jakiś plan! 

Wypróbujmy klucze. Jeśli się obracają, znaczy pasują. Co na to 

powiecie? To może być nasz schemat. 

^ 132 

^ Przeznaczenie ^ 

A jeśli przy tym uszkodzimy jakiś mechanizm? 

zakwestionował Rick - Może jest jakaś jedyna możliwość dotarcia 

do... skarbu. 

Spróbujmy z krokodylem zamek od góry - powiedział Jason. 

background image

Czemu? 

A - aligator. Na pierwszą literę alfabetu, więc pierwszy. 

A „dz" od dzięcioła, to gdzie go wetkniemy? W lewy czy w prawy 

zamek? - spytał Rick. 

Jason nie wiedział, co odpowiedzieć. 

I nie wiadomo, czy nadaliśmy im prawidłowe nazwy... z pyska 

wygląda bardziej na aligatora niż na krokodyla. 

Nie wiedziałam, że jesteś takim znawcą zwierząt 

odezwała się z podziwem Julia. 

No dobrze, a pozostałe? Ten dzięcioł, to jaki dzięcioł? 

Dzięcioł pospolity - odparł Rick. - Dzięcioł i koniec. 

Jason podał mu klucz z jeżozwierzem. 

To jest raczej jeżozwierz afrykański niż urson, je-żozwierz 

amerykański. Bo urson jest duży... Tak, to jeżozwierz, na pewno. 

Pozostał jeszcze tylko klucz z żabą. To nie była ropucha ani tym 
bardziej rzekotka. Żaba, jak żaba. 

Więc tak... jeśli jeżozwierz zjada żaby - zaryzykowała Julia. 

Żaba nie zje dzięcioła. 

Tymczasem aligator zje ich wszystkich, nawet jeśli z 

jeżozwierzem będzie miał kłopoty! 

Widząc, że badając łańcuch żywieniowy zwierząt do niczego nie dojdą, 
wzięli pod uwagę strefy geograficzne, w których te zwierzęta żyją, 
przyjmując zamek górny za Północ, a dolny za Południe. 

background image

Jeżozwierz występuje głównie w Afryce: To byłby zamek dolny... 

Ale żaby żyją wszędzie - zaprotestowała Julia. 

Przeszli więc do wymiarów, potem do ubarwienia 

zwierząt. Ale im bardziej się wysilali, tym bardziej nie udawało się im 
znaleźć żadnego logicznego związku między czterema kluczami. 

W końcu Julia się zniecierpliwiła tymi bezużytecznymi rozważaniami 
przy stoliku. Chwyciła klucz z aligatorem i wsunęła go szybko w górny 
zamek. 

Po czym go przekręciła i... klik. 

Obrócił się! - wykrzyknęła. 

Jason i Rick podbiegli do niej z pozostałymi kluczami. 

Jakżeś to zrobiła? - spytał Jason. 

Wzięłam, wsunęłam, przekręciłam. Daj mi tamte. 

-134 «A- 

 

,T 

 

^ Przeznaczenie ^ 

Który chcesz? 

Żabę - powiedziała. 

Wzięła klucz, wsunęła w lewy zamek i przekręciła. Klik. 

Jeżozwierza! - rzuciła. Klik. 

background image

I na koniec dzięcioła! 

Wzięła ostatni klucz i wsunęła go w zamek na dole. I tym razem klucz 
wszedł i dał się z łatwością przekręcić. Klik. 

Gotowe - powiedziała dziewczynka, patrząc na drzwi. 

Co gotowe? - spytał Jason. 

Otworzyłam wszystkie cztery zamki. 

Rick oparł dłoń na drzwiach i lekko je popchnął. 

Wydaje mi się, że drzwi są mocniej zamknięte niż przedtem. 

Julię ogarnęła fala zwątpienia. Zrobiła jeszcze jedną próbę, przekręciła 
raz i drugi klucz z dzięciołem. Klik, klik. 

Kręcą się na luzie - zauważyła. Próbowała wszystkich kluczy po 

cztery razy. Potem jeszcze po dwa. 

Drzwi pozostały zamknięte. 

Rick się roześmiał: - Widzicie? Potrzebna jest zasada, żeby je otworzyć. 

Otwórzcie się! Otwórzcie się! - wykrzyknął Jason waląc pięściami 

w drewno. Jego uderzenia zabrzmiały głucho. 

Słyszeliście? - wyszeptał oparty o drzwi. - Tam jest pusto, za 

nimi... 

Gdy Jason i Julia wkładali klucze w kolejne zamki obracając je bez 
skutku, Rick wziął tłumaczenie pergaminu i zaczął je studiować linijka 
po linijce. 

Z czterech trzecie wskażą motto... Jakie motto? Z czterech dwoje 
zaprowadzi na śmierć... które z tych zwierząt pójdą na śmierć? A jeden z 
czterech - poprowadzi na dół... I które poprowadzi w dół? 

background image

Gdy Rick tak się mozolił nad tekstem, Jason spróbował użyć jednego 
tylko klucza do wszystkich czterech zamków; wsuwał je, obracał, 
wyciągał i wsuwał w kolejny zamek. 

Najpierw próbował w kierunku zgodnym z obrotem wskazówek zegara, 
potem na odwrót, najpierw górne i dolne, potem prawy i lewy... 

Ale mimo tysiąca prób, drzwi pozostały szczelnie zamknięte. 

Kiedy się znużyli, usiedli obok Ricka. Wypróbowali już wszystkie 
możliwości. 

** 136 

/' 

--Przeznaczenie ^-- 

Teraz Julia byia przekonana, że te cztery klucze w rzeczywistości wcale 
nie są od tych drzwi. 

Może tu potrzebna jakaś magiczna formuła? Jak na przykład 

Sezamie otwórz się? 

Albo Powiedz przyjacielu i wejdź - dodał Jason, mając na myśli 

„Władcę pierścieni". 

Co powiedziałeś? - podskoczył Rick. 

Powiedz przyjacielu i wejdź\ - powtórzył Jason. - Zdanie elfickie, 

jakie wyczytał Gandalf na Bramach Morii... 

Nie, nie ty. Julka... powiedziałaś formuła magiczna ? 

Powiedziałam Sezamie otwórz się\ 

background image

Otwórz się Sezamie... - Rick odczytał znowu pierwszy wiersz 

przekładu na głos, po czym wykrzyknął: - Czy to możliwe? 

Czy możliwe, co? 

Rick poruszony jak nigdy, ułożył klucze jeden obok drugiego: P - od 
dzięcioła*, A - aligator... R - od żaby i... i... 

I od jeżozwierza - dodała Julia. Potem spojrzała 

na brata. -A co z tego wynika? - 

* Polskiemu czytelnikowi należy się tu przypomnienie, że tajemniczy 
tekst Ulyssesa Moore'a przełoży! Pierdomenico Baccalario, wioski 
korespondent „Parostatku", stąd po włosku dzięcioł to „P" -picchio, z 
kolei żaba to „R"- rana, a jeżozwierz to „I" - istrice. 

^ 137 

 

E.. A... R... I - wyszeptał chłopiec. 

Nie! Nie „pari"! 

Rick skoczył na równe nogi, chwycił klucz z aligatorem i wsunął go w 
górny zamek. Klik. 

Jasne... chodzą jak wskazówki zegara... - zamruczał. Potem włożył 

po prawej stronie dzięcioła, a po lewej 

jeżozwierza. Klik, klik. 

Nie „pari", Jason! W przesłaniu jest napisane: z czterech... 

przypadkiem... APRI!* 

Wsunął klucz z żabą w zamek na dole, potem sprawdził rezultat, który - 
jak sądził - powinien osiągnąć. 

background image

Przekręcił klucz. Posłyszeli kolejny klik. I drzwi puściły... 

Po włosku tajemnicze słowo apri znaczy: otwórz. 

138 ^t 

 

«A 

ick cofnął się kilka kroków, potem padł 

- Udało ci się! - Udało! Otworzyłeś je! - wykrzykiwało rodzeństwo. 

Z sercem w gardle podeszli bliżej. Drzwi były masywne i ciężkie, 
osadzone w przymocowanej śrubami ościeżnicy. 

Za drzwiami widać było pomieszczenie słabo podświetlone światłami 
Willi Argo. 

Co robimy? - spytała przejęta Julia. 

Jason przełknął ślinę. Burza huczała za oknami. - Idziemy... - 
powiedział. 

Rick, ciągle jeszcze leżąc na podłodze, spoglądał na uchylone drzwi, nie 
wierząc wprost, że naprawdę dał radę je otworzyć. Na widok Jasona 
robiącego krok w kierunku pomieszczenia w głębi, zerwał się i 
zatrzymał go. 

Nie możemy tak pójść - zaprotestował. - Najpierw pomyślmy o 

tym, co powinniśmy ze sobą zabrać. Świece. Dwa pergaminy. Słownik. 

Wybacz, ale do czego ci tam słownik? - sprzeciwiła się Julia. 

background image

Rick wziął Słownik języków zapomnianych. 

Możemy znaleźć jeszcze inne przesłania do tłumaczenia. 

Jason zabrał pudełko z glinianymi kuleczkami i dziennik egipski, w 
którym znaleźli awizo. 

na podłogę wyczerpany emocjami. 

^ 140 ^t 

r. 

^ Gdzie wszystko się... ^ 

Rick sprawdził, że jego zapalniczka działa, pobiegł do kuchni po nóż i w 
końcu powiedział: 

Brakuje nam tylko liny. Nie wiecie, gdzie moglibyśmy jakąś 

znaleźć? 

Oj, bez przesady! - wybuchła Julia. - Nie wybieramy się do 

Amazonii. Rzucimy tylko okiem, chodź! 

I przekroczyła próg. 

Jason ruszył za nią. 

Ciemność pomieszczenia stopniowo pochłonęła rodzeństwo. 

Rick! Przynieś zapalniczkę! - wykrzyknęła Julia. - Nic nie widać! 

Idę! .Uważajcie! Tam może być jakaś studnia albo coś w tym 

rodzaju. 

Na wieść o takiej możliwości bliźnięta zamarły. 

R... Riiick... - wyjąkał Jason - mógłbbbyś mi podać tę 

zzzapalniczkę...? 

background image

Rick zrezygnował ostatecznie z poszukiwania liny. Zabrał cztery klucze 
i zapalił świecę. 

Znajdowali się w owalnym pomieszczeniu, raczej małym, zbudowanym 
całkowicie z kamienia. Miało ono cztery wyjścia, wliczając drzwi, przez 
które właśnie weszli. Posadzka była z kwadratowych głazów ściśle 
zestawionych. Wyglądało to na wnętrze średniowiecznej baszty. 

^ 141 ^t 

Rick płomykiem swej świecy zapalił świece Julii i Jasona. Potem, 
korzystając również ze światła elektrycznego wpadającego tu z 
kamiennego pokoju, zaczęli badać wnętrze. 

Cztery wyjścia... - zauważył Rick - jak podaje przesłanie. 

Trzecie wskazuje motto... 

Jedno prowadzi w dół... 

A dwa prowadzą na śmierć... 

Wyjścia były zwykłymi ciemnymi otworami uformowanymi z 
masywnych głazów w kształcie odwróconej litery „U". 

Aj! - wrzasnął Jason, którego poparzył gorący wosk ze świecy. 

Na zworniku każdego wyjścia były wyryte czy wyrzeźbione jakieś 
stylizowane figury. 

No, nie... - zadrżała na ich widok Julia. - Znowu jakieś zwierzęta! 

U góry, nad wyjściem, na wprost nich, przedstawiono stado byków w 
biegu. 

To są bizony czy byki, nie wiem... całkiem jak te malowane przez 

jaskiniowców - powiedziała. 

background image

A ja tu mam ryby... ławicę rybek - powiedział Jason. 

Motyle... powiedział Rick. - Nie, ćmy. 

-Gdzie wszystko się... ^-- 

Ćmy? 

Te motyle, które się budzą o zmierzchu. Jak wy na nie mówicie? 

Takie czarne, włochate... 

Julia skrzywiła się z niesmakiem i obróciła się, by zobaczyć, co jest nad 
ostatnim wyjściem, tym, przez które weszli. 

To są drzwi z ptakami... - powiedziała podnosząc i opuszczając 

świecę. 

Jakimi ptakami? 

Rick podszedł do niej i razem przyglądali się wyrzeźbionemu 
zwornikowi. 

Albatros. Albatros krzykliwy. 

Widząc wybałuszone oczy Jasona i Julii, dodał: - Albatrosy to ptaki 
marynarzy. Ptaki wędrowne. Nazywa się je krzykliwe, bo kiedy 
podejmują lot w niebo, wprost krzyczą. 

To wesoło... 

Z zewnątrz doszedł ich huk grzmotu. Światło elektryczne osłabło, 
zadrżało i zgasło. 

Świetnie. 

Jesteśmy w ciemnościach. 

background image

Instynktownie osłonili płomyki swych świec i przycisnęli się do siebie. 

Jason pierwszy zobaczył litery. 

Światło elektryczne jeszcze się nie pojawiło, a w ka- 

^ 143  

-y^ Gdzie wszystko się... ^- 

-Ćmy? 

Te motyle, które się budzą o zmierzchu. Jak wy na nie mówicie? 

Takie czarne, włochate... 

Julia skrzywiła się z niesmakiem i obróciła się, by zobaczyć, co jest nad 
ostatnim wyjściem, tym, przez które weszli. 

To są drzwi z ptakami... - powiedziała podnosząc i opuszczając 

świecę. 

Jakimi ptakami? 

Rick podszedł do niej i razem przyglądali się wyrzeźbionemu 
zwornikowi. 

Albatros. Albatros krzykliwy. 

Widząc wybałuszone oczy Jasona i Julii, dodał: - Albatrosy to ptaki 
marynarzy. Ptaki wędrowne. Nazywa się je krzykliwe, bo kiedy 
podejmują lot w niebo, wprost krzyczą. 

To wesoło... 

Z zewnątrz doszedł ich huk grzmotu. Światło elektryczne osłabło, 
zadrżało i zgasło. 

background image

Świetnie. 

Jesteśmy w ciemnościach. 

Instynktownie osłonili płomyki swych świec i przycisnęli się do siebie. 

Jason pierwszy zobaczył litery. 

Światło elektryczne jeszcze się nie pojawiło, a w ka- 

^ 143 

miennym pomieszczeniu wiał paskudny przeciąg, za-grażając drżącym 
płomykom świec i zmuszając dzieci do bardzo wolnego poruszania się. 
Kręcąc się między czterema wyjściami, Jason zauważył, że wzdłuż 
całego obwodu posadzki biegnie ciąg liter wykutych w kamieniu. 

Znalazłem motto! - wykrzyknął. - Popatrzcie! 

Julia z Rickiem podeszli bliżej. Jason nachylił się 

nad posadzką i dłonią gładził wykute litery. Litery w regularnych 
odstępach składały się na jedno bardzo długie zdanie. 

O... M... E... M... O... T... - zaczął czytać Jason, rad, że mu się to 

udaje. Na szczęście były to zwykłe litery. - Tu nie potrzebny żaden 
słownik... - powiedział. 

Ale był w błędzie. 

Przeczytał wszystko dokoła i nie zrozumiał z tego nic. Przesłanie biegło 
po całym obwodzie bez żadnej przerwy i nie było wiadomo, gdzie się 
zaczyna, a gdzie kończy. Był tylko niezrozumiały ciąg liter. 

To nic nie znaczy! - powiedział rozżalony. 

Także Julia spróbowała coś odczytać, ale bez powodzenia. Rick się 
uśmiechnął. 

background image

Motto stanowi kolejną próbę... - powiedział. - Tajemnicze 

przesłanie do rozszyfrowania. Tak jak przy czterech kluczach. Tak jak z 
tymi niby-hieroglifa-mi. 

^ 144 

miennym pomieszczeniu wiał paskudny przeciąg, zagrażając drżącym 
płomykom świec i zmuszając dzieci do bardzo wolnego poruszania się. 
Kręcąc się między czterema wyjściami, Jason zauważył, że wzdłuż 
całego obwodu posadzki biegnie ciąg liter wykutych w kamieniu. 

Znalazłem motto! - wykrzyknął. - Popatrzcie! 

Julia z Rickiem podeszli bliżej. Jason nachylił się 

nad posadzką i dłonią gładził wykute litery. Litery w regularnych 
odstępach składały się na jedno bardzo długie zdanie. 

O... M... E... M... O... T... - zaczął czytać Jason, rad, że mu się to 

udaje. Na szczęście były to zwykłe litery. - Tu nie potrzebny żaden 
słownik... - powiedział. 

Ale był w błędzie. 

Przeczytał wszystko dokoła i nie zrozumiał z tego nic. Przesłanie biegło 
po całym obwodzie bez żadnej przerwy i nie było wiadomo, gdzie się 
zaczyna, a gdzie kończy. Był tylko niezrozumiały ciąg liter. 

To nic nie znaczy! - powiedział rozżalony. 

Także Julia spróbowała coś odczytać, ale bez powodzenia. Rick się 
uśmiechnął. 

background image

Motto stanowi kolejną próbę... - powiedział. - Tajemnicze 

przesłanie do rozszyfrowania. Tak jak przy czterech kluczach. Tak jak z 
tymi niby-hieroglifa-mi. 

144 

^ Gdzie wszystko się... ^ 

...ABIUSROMEMOT! - wykrzyknął wściekły Jason, nadal 

czytając napis. 

Patrząc na brata, nawet Julia się uśmiechnęła. 

Czy to nie fantastyczne? Stoimy w ciemnościach, podczas burzy, 

w tajemniczym pomieszczeniu dworu zbudowanego na szczycie skały i 
mamy przed sobą tajemniczy tekst do odcyfrowania! Kto to się obawiał, 
że w Kilmore Cove można się nudzić? 

Rick siadł w środku kamiennej izby, kapnął troszkę wosku na posadzkę i 
umocował świecę. Następnie wziął kartkę, na której znajdowało się 
tłumaczenie poprzednich dwóch tekstów, jedyny piszący długopis i 
poprosił Jasona, żeby mu podyktował litery wyryte na posadzce. 

Julka, ty stań tu nieruchomo, w ten sposób Jason będzie wiedział, 

gdzie się kończy krąg liter. 

Ja nie chcę umierać... - powiedziała Julia. 

-1 nie umrzesz - odpowiedział Rick. - Drzwi, przez które weszliśmy są 
ciągle obok i nadal są otwarte, nie musimy nigdzie dalej iść. 

Jesteś pewien? 

Jasne, zawsze możemy zawrócić. 

M... O... R... S... U... - zaczął dyktować Jason. 

background image

Rick kazał Jasonowi powtórzyć wszystkie litery, żeby mieć pewność, że 
żadnej nie zgubili. 

W końcu tekst brzmiał tak: 

^ 145 

MORS UIBAABIUSROMEMOTEPSEESPETOME 

Dobrze... - wyszeptał. - Jest niezrozumiały. -Pokaż. - Jason zasiadł 

obok Ricka. Przeczytał 

wszystkie litery i zauważył, że w pewnym miejscu były dwie litery „A" 
koło siebie. 

Spróbuj je oddzielić. 

Rick posłuchał, zaznaczając kreskę między dwiema „A". 

MORSUIBA/ABIUSROMEMOTEPSEESPETOME 

Przeczytał: - MORSUIBA... widziałem to gdzieś w słowniku. 

Jason zelektryzowany podskoczył: - Naprawdę? 

Chyba tak. Spróbujmy poszukać. 

Rick przyklęknął i przeglądał w słowniku strony z najstarszymi 
językami. Rodzeństwo wpatrywało się w niego z biciem serca. Byli pod 
wrażeniem tej zamierzchłej przeszłości, która teraz wciągała całą trójkę. 

Mam! - wykrzyknął Rick wskazując rozdział zatytułowany Język 

ludu księżycowego. - Spójrzcie tu! Słowo suiba znaczy „szybko". 

Wreszcie udało im się wydobyć jedno słowo z całego ciągu przesłania. 

 

-Gdzie wszystko się... „jć- 

background image

Spróbujmy przetłumaczyć resztę - zaproponował Rick. 

Jak? - spytał rozżalony Jason. - To można czytać od przodu i od 

tyłu... spójrzcie, od każdej strony jest jednakowy! 

Zaczynając od „A" i czytając w prawo, miało się słowo ABIUSROME. 
To samo słowo powstawało, gdy się czytało od prawej w lewą stronę. 
Ale nie tylko to: jak się doszło już do końca tekstu, wszystko jedno z 
prawej czy z lewej strony, można było go czytać dalej, wychodząc z 
innego końca, w krąg. 

Był to tekst kolisty, który dało się czytać w obie strony, bez początku i 
końca. Formuła magiczna. 

Tekst, który - przynajmniej jak na razie - nie znaczył zupełnie nic. 

Dzieci zagłębiły się w tłumaczenie języka ludu księżycowego, ludu, o 
którym nawiasem mówiąc, nigdy w szkole nie słyszały. Na szczęście dla 
nich Słownik języków zapomnianych był jakby specjalnie po to 
napisany, żeby im teraz dopomóc. Posługując się informacjami 
zawartymi w słowniku, udało się im wyodrębnić i oddzielić różne słowa, 
które ułożyły się w koliste zdanie. 

Uporządkowane i rozdzielone na poszczególne słowa motto brzmiało 
tak: 

ES PET OMEMOR SUIBA ABIUS ROMEMOTEPSE 

^ 147  

Na tym etapie Słownik języków zapomnianych dokonał cudu: w ciągu 
mniej niż kwadransa wszystkie słowa udało się przełożyć na 
odpowiedniki współczesne. 

Oto co wyszło: 

background image

NOCĄ PORUSZAMY SIĘ SZYBKO, BOJĄC SIĘ PŁONĄCEGO 
OGNIA 

Ukończywszy tłumaczenie, Rick zamknął słownik. Cała trójka pozostała 
przez chwilę w ciszy, rozważając sens tego zdania, a potem Julia 
spytała: 

No i? - Czuła jak ciąży jej głowa; zawsze wolała działać niż 

rozmyślać. Ta długa lista zagadek męczyła ją. Jednocześnie była 
zdumiona zdolnościami Ricka i dumna z intuicji swego brata. 

Jason spuścił głowę. 

A Rick przeciwnie, powiedział: - Zrozumiałem, które drzwi prowadzą w 
dół. 

Rick podszedł do drzwi, przez które tu weszli: drzwi, nad którymi były 
wyrzeźbione albatrosy. 

Bliźnięta poszły za nim. 

Jak wam mówiłem, to są ptaki wędrowne: nocą odpoczywają na 

falach, na skałach albo na masztach okrętów. A zatem nie poruszają się 
nocą. 

^ 148 ^t 

^ Gdzie wszystko się... 

Następnie przeszedł do ryb. 

Te pływają pod wodą. Trudno, żeby bały się ognia. 

Przed wyjściem ze stadem byków powiedział: 

background image

Te zwierzęta akurat mogą poruszać się nocą i bać się płonącego 

ognia. Dawni myśliwi, polując na nie i potem jedząc, używali właśnie 
ognia. Ale nie sądzę, żeby motto odnosiło się do nich. Nie sądzę, by 
nocą były szczególnie szybkie. 

Rick podszedł do ostatniego wyjścia, za którym panowała 
nieprzenikniona ciemność. Uniósł świecę, żeby oświetlić profile trzech 
nocnych motyli, jakie widniały na zworniku. 

Motto wskazuje ćmy. Poruszają się szybko tylko nocą i boją się 

płomieni, bo ogień je przyciąga, a potem... pali. 

Na jednej z tych wyrzeźbionych ciem Julia dostrzegła wyraźnie kontur 
jakby trupiej czaszki. - Ale... jeśli to są właściwe drzwi - zauważyła - to 
czemu na tej ćmie jest wyryta trupia czaszka? Czaszka jest symbolem 
śmierci... 

Rick pokręcił głową. - To nie czaszka. To plama pancerzyka, która 
wygląda jak czaszka, ale to tylko złudzenie optyczne. 

W każdym razie Rick ma rację - powiedział Jason, przysuwając 

świecę, żeby zobaczyć coś więcej aniżeli sam otwór. - Tekst mówi, że z 
czterech trzecie wskażą 

149 

motto, a ćmy tu wyryte są właśnie trzy. Musimy więc iść dalej tędy. 

Nie jest powiedziane, że musimy to zrobić teraz... - zauważył Rick. 

Jasne, że teraz - odparł Jason. - Nie trafiliśmy tu przypadkiem. 

Jesteśmy tu, by dotrzeć do głębi. 

Za progiem były schody. Jason zniżył świecę, żeby lepiej ocenić, jak 
strome były stopnie, które prowadziły w dół. 

background image

Prawidłowo! - wykrzyknął rozpromieniony. - Tu są schody w dół, 

zgodnie z tym, co mówi przesłanie! Na co czekacie? 

Wahając się, Rick i Julia poszli za nim. 

Stopnie były wykute wprost w skale, podobnie jak ściany korytarza. Im 
niżej schodzili, tym mocniej czuli zapach morza, napływający wraz z 
lodowatymi podmuchami. Sól pokrywała wszystko wilgotną i lśniącą 
powłoką. 

Jason schodził pierwszy, był o pięć stopni niżej od siostry i Ricka. 
Chybotliwe światło jego świecy padało na nieregularne ściany przy 
schodach. 

W miarę schodzenia coraz niżej mrok gęstniał, a światło świec całej 
trójki wydawało się coraz to słabsze. 

Jason... - odezwała się płaczliwie Julia, kiedy się spostrzegła, że 

schody się nie kończą, a podmuchy zimnego powietrza stają coraz to 
silniejsze. - Dlaczego nie zawracamy? 

Ale Jason, nawet jeśli usłyszał, to nie zareagował. 

A nawet przeciwnie: - Chodźcie! Chodźcie zobaczyć! - krzyknął. 

Julia ścisnęła za rękę Ricka i zeszła tuż przy nim. 

152 ^ 

^ Ciemne schody ^ 

Schody się skończyły. Sklepienie było zaledwie nieco od nich wyższe i 
ciągnęło się jeszcze w głąb. 

Kilka metrów dalej Jason pochylił się, żeby przesunąć jakieś kamienie, 
który zagradzały drogę. Spomiędzy kamieni dochodziły wirujące 
podmuchy lodowatego powietrza. 

background image

Jason... - jęknęła Julia. 

Brat dał jej znak, by milczała. Przesunął ostatni kamień i podniósł palec 
do góry, dając im znak, by nasłuchiwali. 

Teraz posłyszeli daleki, głęboki, ale nie do pomylenia z niczym, szum 
morza. 

Grota... - wyszeptał Jason. - Już blisko... Wydaje się tuż za.... 

A jeśli pomyliliśmy wyjścia? - dopytywała się Julia. Na samą myśl 

o brnięciu w ciemności przez to ciasne przejście przejmował ją dreszcz. 

Ale Jason nie dał jej czasu na gadanie. Na czworakach oświetlił świecą 
przejście, które przed chwilą odsłonił, przesuwając kamienie. 

Bez dłuższego namysłu wpełznął w otwór. 

Rick i Julia słyszeli jego sapanie. W chwilę później, Jason krzyknął: - 
Gotowe! Znowu stoję! Chodźcie! 

Co widzisz? - spytał go Rick, dając znak Julii, by poszła przodem. 

153 

Tutaj korytarz jest wyższy i ciągnie się jak poprzednio. Potem 

powiedziałbym, że... skręca w lewo... 

odpowiedział Jason. 

Julia się pochyliła. Skała była zimna i wilgotna pod palcami. Zamknęła 
oczy i wcisnęła się w otwór, w którym przed chwilą znikł Jason. Miała 
uczucie duszności, ale chociaż raz jej brat dotrzymał słowa 

przeszła skulona zaledwie kilka metrów i już mogła znowu się 

wyprostować. Obejrzała się, by -zobaczyć dziurę, przez którą przeszła, 
zadając sobie pytanie, dlaczego przejście musiało być aż tak wąskie? 

background image

Gdyby wszyscy troje nie byli tak szczupli, nie daliby rady się 
przecisnąć. 

Za tym przewężeniem było tylko częściowo lepiej. Zrobiło się o wiele 
zimniej i Julia nie doznawała już tego przykrego uczucia duszności. Ale 
prąd powietrza, który ciągnął do góry, powodował niebezpieczne 
drżenie płomyka świec. 

Dziewczynka odgarnęła sobie z oczu i z czoła przylepione od zimnego 
potu włosy i próbowała coś zobaczyć. Wkrótce także Rick pojawił się w 
przejściu, sapiąc i pchając przed sobą Słownik języków zapomnianych, z 
którym nie chciał się rozstać. 

Powinniśmy byli zaopatrzyć się w latarki elektryczne... - zauważył, 

osłaniając ręką płomyk swej świecy. 

^ 154 ^t 

 

 

-Ciemne schody ^-- 

Uradowany Jason parł przodem, Julia szła za nim, trzymając rękę na 
jego ramieniu, Rick zamykał pochód. 

Jak przypuszczał Jason, kilka metrów dalej korytarz skręcał. Nagle 
dzieci odczuły gwałtowne uderzenie powietrza, które zdmuchnęło im 
świece i pozostawiło je w ciemności. Julia krzyknęła i przyciągnęła 
Jasona do siebie. 

Lodowate powietrze, sycząc, znikło pomiędzy głazami, uniosło się 
wzdłuż schodów i dotarło do owalnego pomieszczenia, z którego 
wyruszyli. Dał się słyszeć daleki, głuchy i zdecydowany łomot. 

background image

O, nie! - wykrzyknął Rick, obracając się w ciemności. 

Cco się dzieje, Rick? - krzyknęła do niego Julia. - Jason, Jason... 

jesteś tu? 

Jestem - odkrzyknął brat. - Co się stało? 

Myślę, że przeciąg... zatrzasnął drzwi! - powiedział Rick. 

Jakie drzwi? - spytała przerażona Julia. 

Jedyne, jakie się mogły zamknąć, te, przez które wyszliśmy. Nie 

słyszałaś uderzenia? 

Coś lepkiego dotknęło ramienia Julii i dziewczynka gwałtownie 
wrzasnęła. 

To ja! - powiedział Jason. - Uspokój się, co? Nic się nie stało. 

Rick, musimy zapalić świece. 

-155 «A- 

Po omacku w ciemności stanęli ściśle koło siebie. Rick wyciągnął 
zapalniczkę i spróbował zapalić knot, ale jak tylko udało mu się 
wykrzesać malutki płomyczek, zimne powietrze natychmiast go gasiło. 

W tym przeciągu to się nie uda! - użalił się po kilku 

bezskutecznych próbach. 

Spróbowali zrobić osłonę ze swoich ciał, ale zapalniczka dawała 
zaledwie blade iskierki. Musieli się więc posłużyć migotliwym 
światełkiem zapalniczki. 

Wracajmy! - nalegała Julia, teraz przekonana, że dalsza wędrówka 

tym podziemnym chodnikiem bez dna to istne szaleństwo. 

background image

Wracać, dokąd? - odpowiedział Jason. - Nie słyszałaś, co 

powiedział Rick? Drzwi od domu się zatrzasnęły! 

Wystarczy je znowu otworzyć. Mamy ze sobą klucze, nie? Rick je 

zabrał. 

A były zamki od tej strony drzwi? 

Jasne, że były... - odpowiedziała Julia. Potem się nad tym 

zastanowiła. Nie była całkiem pewna, czy rzeczywiście od tej strony 
były zamki. - Czy któryś z was to zauważył? Bo ja, nie. 

Zapadła cisza, przerywana tylko gwizdem powietrza i głuchym 
uderzaniem morza o skały. 

Ja też nie - powiedział Jason. -156 kjć- 

W ' 

-Ciemne schody ^- 

A ty, Rick? 

Nawet staranny i dokładny Rick tym razem nie znał pewnej odpowiedzi. 

Zaczekajcie na mnie. Wrócę na górę i sprawdzę. 

NIE! - krzyknęła Julia. - Zostaniemy wszyscy tu! 

Gdzie tu? Czy korytarz się ciągnie dalej? 

Dzieci zaczęły wolno badać miejsce, w którym się 

zatrzymały, korzystając z płomyka zapalniczki. 

background image

Kiedy skręciliśmy, powstał nagle przeciąg... tak, jakby 

przesuwając te kamienie, zrobiliśmy coś w rodzaju komina do Willi 
Argo, a przeciąg spowodował zamknięcie drzwi... 

Nie powstał natychmiast po przesunięciu głazów przez Jasona, ale 

dopiero, gdyśmy tu przyszli. Powietrze napływa z bardzo bliska, ale... 
skąd? 

Och, nie! - jęknął Jason. - Nie możemy nawet iść w przód...' 

Jak to nie możemy? - spytała Julia. 

Bo korytarz się urywa - wyjaśnił Jason. - Kończy się czymś w 

rodzaju studni, skąd napływa to lodowate powietrze. 

Kilka kroków dalej posadzka korytarza nagle się urywała. Tam, gdzie 
powinna być solidna skała, otwierała się czarna otchłań. 

Czy to możliwe, żeby to była... pułapka? - zapytała Julia. 

^ 157  

 

W jakim znaczeniu? 

Przeciąg, który zgasił świece i zamknął nas tu... i teraz w 

ciemności zmierzamy ku przepaści. Z czterech dwoje zaprowadzi na 
śmierć... 

Mnie i ciebie, Julio - powiedział Jason. - Gdybyś nie krzyknęła i 

nie uczepiła się mnie, byłbym spadł w przepaść. Niewiele brakowało... 

Rick pokręcił głową. - Musi być jakieś logiczne wyjaśnienie, jakieś 
logiczne wyjaśnienie - powtórzył. 

Przeciąg nie pojawił się z dołu. To było... wessanie. Z góry. 

background image

Okno! - wykrzyknął Jason. - Mogło się znowu otworzyć okno na 

górze! 

Rick przytaknął. 

Tak. To otwarte okno wywołało przeciąg w pomieszczeniu 

owalnym i tu na schodach... ty odblokowałeś przejście... A teraz 
znaleźliśmy się przed tą jamą! 

Musimy zaryglować to okno - powiedziała Julia. 

I kupić latarkę elektryczną... 

Jason zagłębił się w myślach. Kiedy się odezwał, zrobił to tak, jak gdyby 
głośno myślał. - Waszym zdaniem... gdybyśmy pokonali tę jamę w 
posadzce... moglibyśmy zapalić znowu świece? 

A niby jak mielibyśmy ją pokonać? - spytała Julia. 

Nie wiemy, jak jest głęboka ani szeroka... i nie mamy 

-158 - 

^ Ciemne schody ^ 

nic, czym moglibyśmy ją oświetlić, chyba że podpalimy Słownik głupot 
zapomnianych! 

Mówiłem wam, żeby zabrać linę... - zaburczał Rick. 

Julia uznała, że nadszedł czas, by odegrać ważną rolę. - Jedyna rzecz, 
jaką możemy zrobić, to wrócić. Na górze zobaczymy, czy da się 
otworzyć drzwi od tej strony. Jak nie, to będziemy tak długo krzyczeć, 
dopóki Nestor nie przyjdzie i nas nie wypuści. 

A jeśli nas nie usłyszy? 

background image

Wtedy zbadamy dwa pozostałe wyjścia z owalnego 

pomieszczenia... 

W przesłaniu było napisane, że dwa inne prowadzą na śmierć... 

W podziemnych ciemnościach wybuch histerycznego śmiechu Julii 
zabrzmiał jak zgrzyt kredy na tablicy. - A to tutaj jakbyś nazwał, Rick? 
Jesteśmy o krok od przepaści, bez światła, zmuszeni do poruszania się 
po omacku i dotykania się, dla sprawdzenia, czy jeszcze nikogo z nas 
nie brakuje... 

Julia poruszyła rękami na poparcie tego, co mówi i tam, gdzie powinna 
natrafić na ramię brata, trafiła... w próżnię. - Jason? Gdzie przepadłeś? - 
krzyknęła. 

Jason znikł. 

■k*. 159 .et 

rzeczywistości Jason był o kilka kroków od nich. Ale jednocześnie, 
jakby oddalił się o tysiące lat świetlnych. Słyszał z dala dyskusję siostry 
z Rickiem i nie zgadzał się z nimi. Był pewien, że wybrał dobrą drogę. 
Nie wątpił w to nawet wtedy, gdy w przewężeniu pełzał na czworakach, 
ani teraz, kiedy posadzka się urwała. Szurając nogami po ziemi, Jason 
wyczuł krawędź przepaści. Czubek jego buta zawisł w próżni i to 
uczucie wywołało u niego zawrót głowy. Zimne powietrze dochodzące z 
dołu ślizgało mu się po skórze jak lodowate głaskanie pachnące 
morzem. 

Przepaść... Jason przeraził się tego strasznego słowa, które nasuwało mu 
na myśl otchłań bez dna, ciemną i potężną. Spadanie bez końca. 

background image

W rzeczywistości jednak wcale nie był pewien, czy to tak jest naprawdę. 
Utracili swoje jedyne światło zanim mogli się zorientować, co było 
jeszcze przed nimi. 

Gdyby nie ten przeciąg, gdyby tylko mieli inne światło, a nie te 
nieszczęsne świece. 

Inne światło. Może je mieli... 

Ręka Jasona zacisnęła się na drewnianym pudełku, które nosił w 
kieszeni. Pudełko pełne kulek „ziemia--światło". 

W ciemności groty możesz użyć ziemi-światła, żeby oświecić flotę... 

■b^ 162 ^t 

-Skok w przepaść ^- 

Z wolna wysunął pudełko ze spodni. Kilka glinianych kulek wypadło 
mu do ręki i potem spadło w przepaść. 

Jedna, dwie, trzy... 

Kulki podskoczyły, odbijając się o coś, rozbiły się i rozprysnęły. 

Spadły. 

Jason usłyszał za sobą głos wołającej go Julii. Ale był zajęty 
nasłuchiwaniem odgłosu kulek. 

Odbijały się od czegoś. Odbijały się! 

Jason rzucił następną przed siebie. 

Chwila i stuk, stuk, stuk... a potem cisza. 

background image

Nie mogła to być przepaść. Gliniane kulki odbijały się od kamiennej 
ściany naprzeciw, która wcale nie była tak odległa od niego, jak by się to 
mogło wydawać. 

Zamierzył się nieco mocniej kolejną kulką. 

Chwila,'stuk, stuk, stuk... i potem cisza. 

Trzeci rzut, jeszcze mocniejszy. 

Stuk. 

Gliniana kulka zatrzymała się bezgłośnie. Zatrzymała się po drugiej 
stronie. 

A zatem to nie przepaść, to tylko dziura. Dziura, która przecinała 
korytarz na dwie części, ale która nie mogła być szersza niż... ile? Metr? 

Może mniej. 

^ 163 

Przez moment Jasonowi zdawało się, że zobaczył maluśkie światełko, 
skromniutki niewielki punkcik, który zabłysnął w miejscu, gdzie rzucił 
glinianą kulkę. 

Sygnał świetlny, który zabłysnął i natychmiast zgasł. 

Jak to możliwe? - zapytywał sam siebie. 

Jason! Jason! - krzyczała Julia z tyłu. 

Lata świetlne od niego. 

Jason nabrał powietrza w płuca, ile tylko mógł i... rzucił w otwór 
pudełko glinianych kulek. 

Po czym skoczył. 

background image

Był to skok w pustkę, w nicość, w tajemnicę. Wyrwanie się. 

Jego ciało weszło w mrok korytarza, podczas gdy pod nim setki kulek 
„ziemi-światła" spadały na dół, pochłaniane przez ciemność. 

Jason skoczył, ponieważ był pewien, że tak należało, ponieważ tędy 
prowadziło jedyne przejście i to było to przejście, które wiodło w dół. 
Skoczył, ponieważ niekiedy, jak to się mówi, trzeba w sobie znaleźć 
odwagę, by po prostu skoczyć, bez żadnego zabezpieczenia, mając 
jedynie przekonanie, że się postępuje słusznie. 

Skoczył, dlatego że miał w sobie odwagę, determinację i pewną dozę 
szaleństwa. 

^ 164 ^t 

Przez moment Jasonowi zdawało się, że zobaczył maluśkie światełko, 
skromniutki niewielki punkcik, który zabłysnął w miejscu, gdzie rzucił 
glinianą kulkę. 

Sygnał świetlny, który zabłysnął i natychmiast zgasł. 

Jak to możliwe? - zapytywał sam siebie. 

Jason! Jason! - krzyczała Julia z tyłu. 

Lata świetlne od niego. 

Jason nabrał powietrza w płuca, ile tylko mógł i... rzucił w otwór 
pudełko glinianych kulek. 

Po czym skoczył. 

Był to skok w pustkę, w nicość, w tajemnicę. Wyrwanie się. 

Jego ciało weszło w mrok korytarza, podczas gdy pod nim setki kulek 
„ziemi-światła" spadały na dół, pochłaniane przez ciemność. 

background image

Jason skoczył, ponieważ był pewien, że tak należało, ponieważ tędy 
prowadziło jedyne przejście i to było to przejście, które wiodło w dół. 
Skoczył, ponieważ niekiedy, jak to się mówi, trzeba w sobie znaleźć 
odwagę, by po prostu skoczyć, bez żadnego zabezpieczenia, mając 
jedynie przekonanie, że się postępuje słusznie. 

Skoczył, dlatego że miał w sobie odwagę, determinację i pewną dozę 
szaleństwa. 

164 ^t 

Skok w przepaść ^ 

Nie można sobie wymyśleć, że chce się być bohaterem. Bohaterem się 
jest i tyle. 

Skok ten zakończył najbardziej nieoczekiwanie. 

Na solidnym głazie. 

Jason dotarł na drugą stronę. 

I wreszcie, jakby minęło sto lat, odetchnął z ulgą. 

Rick i Julia słyszeli delikatne uderzenia glinianych kulek, spadających w 
dziurę, ale w ciemności nie rozumieli, co to takiego. 

Kiedy nagle posłyszeli śmiech Jasona, była to dla nich niespodzianka. 

Jest mała! - krzyknął. - To... to najmniejsza przepaść, jaka 

kiedykolwiek istniała! 

Jason? 

Skoczyłem! I-to wprost śmieszne! - Nie ma nawet metra 

szerokości! Wystarczy, żebyście podeszli do krawędzi i wyciągnęli 
dobrze nogi. Rick? Julia? Czy słyszeliście? 

background image

Jak tyś to zrobił? - krzyknęła Julia. 

Przedtem użyłem glinianych kulek z pudełka. Rzucałem je w 

dziurę, żeby się przekonać, czy się odbiją i zobaczyłem, że tak, nawet aż 
za bardzo. 

Wówczas zrozumiałem, że szerokość dziury nie może być duża. I tak... 

Jesteś lekkomyślny! 

^ 165 ^ 

Jason nie odpowiedział. Niełatwo było wyjaśnić uczucie oddalenia, 
jakiego doznał tuż przed skokiem. Ani też powód, dla którego wrzucił w 
dziurę pudełko z glinianymi kulkami. 

Skoczyłem i koniec. Wybaczcie mi. 

Wybaczyć ci? Ja... ja... niech tylko wróci mama, to ja... 

Rick spróbował uspokoić Julię, potem zbliżył się do krawędzi dziury i 
spytał Jasona, czy po tamtej stronie jest taki sam przeciąg, jak po tej. 

Nie. Wydaje mi się, że mniejszy. 

Świetnie. 

Potem Rick też skoczył i dołączył do Jasona. Po kilku próbach udało mu 
się zapalić na nowo świece. To wystarczyło, żeby widzieli swoje twarze, 
Jasona z Ric-kiem po jednej stronie i Julii, po drugiej. 

Spójrz! - wykrzyknął Jason do Julii, wskazując na stopy ich obu. 

Istotnie „przepaść" była tylko nieco szersza niż zwykły grób, a w skale 
widać było jeszcze ślady starych zardzewiałych zawiasów. 

Kiedyś musiała tu być jakaś pokrywa... krata... - powiedział Rick. 

background image

Jason wyciągnął rękę do Julii. Ona jednak zignorowała go i 
przeskoczyła dziurę, nie patrząc w dół. 

Znowu byli razem. 

166 

^ Skok w przepaść 

No to idziemy - powiedziała Julia, biorąc świecę i wyprzedzając 

chłopców. 

Szli w milczeniu przez kilka minut, kiedy korytarz nagle się skończył. 

Znowu stop! - wybuchnęła ze złością. 

Jason i Rick podeszli do niej. Znaleźli się w pustym pomieszczeniu, 
wykutym w skale i najwyraźniej pozbawionym innego wyjścia. Grota 
miała posadzkę z kwadratowych kamieni podobnych do tych z owalnego 
pomieszczenia, od którego zaczęli wędrówkę, ale znacznie mniejszych. 
Sklepienie przecinało potężne kamienne żebro porównywalne z podobną 
konstrukcją w katedrach gotyckich. 

Powiedziałabym, że tu się wszystko kończy... - odezwała się Julia, 

rozglądając się wokół. 

I jak już wiele razy, tak i teraz wszyscy troje zaczęli badać ściany, 
posadzkę i sklepienie pomieszczenia, powodując falowanie płomieni 
świec. Ostrożni, próbowali pochwycić każdy najdrobniejszy drobiazg, 
bo ktokolwiek zbudował to pomieszczenie, mógł to zrobić, żeby ich 
jeszcze raz poddać próbie. 

No, nie! - wybuchła Julia, po pierwszym bezowocnym zbadaniu 

pomieszczenia. - Ja teraz już nie zawrócę! 

Usadowiła się w środku i przyjrzała się dokładniej. 

background image

Nie ma żadnego wyjścia... - wyszeptał Rick, macając lekko 

pochyłe ściany. Naturalne kamienie ścian zbliżały się do wielkiego 
żebra na sklepieniu jak poszycie kadłuba łodzi do stępki. Im bardziej 
dostrzegał to podobieństwo, tym bardziej miał wrażenie, że znajduje się 
w środku przewróconej łodzi. Przypomniał sobie te dni, kiedy to chodził 
na plażę, by ukryć się pod suszącą się łodzią. 

Wydaje mi się, że jestem wewnątrz przewróconej łodzi - 

powiedział i pokazał rodzeństwu „stępkę" na sklepieniu i wydłużony 
kształt łodzi. 

A jak się wychodzi z przewróconej łodzi? - spytał go Jason. 

Zależy... - uśmiechnął się Rick. - Albo się umyka biegiem, kiedy 

właściciel łodzi się zorientuje, albo... się zostaje, podnosi się burtę i 
wślizguje się pod spód... 

Dzieci podeszły do krawędzi pomieszczenia, macając centymetr po 
centymetrze punkt przecięcia posadzki i ściany. 

Kamień... kamień... kamień... 

Julia w środku pomieszczenia uniosła świecę. 

Jedna... dwie... trzy... cztery... - zaczęła liczyć. 

Jason i Rick zmartwieni zakończyli obchód pomieszczenia. 

Wszędzie dokoła jest tylko kamień: solidny i nieprzenikniony. 

^ Skok w przepaść 

Klik! zadźwięczało coś ciężkiego, spadając na kamień. 

Jason i Rick obejrzeli się na Julię przykucniętą w środku. 

U jej stóp znowu coś zadźwięczało: klik! 

background image

A potem jeszcze BUM-BUM-BUM-KLIK! 

- Myślę, że coś znalazłam... - powiedziała uradowana dziewczynka. 

/ > 

^ 169 «jt 

y estor podszedł do okna wieżyczki i zamknął / je zdecydowanym 
ruchem. ^ m - Wcześniej czy później będę musiał je zre-perować... - 
zamruczał, rozglądając się wokół. 

Zaledwie je zamknął, ustał gwałtownie lodowaty podmuch od strony 
schodów. 

Nestor obrzucił uważnym spojrzeniem miniaturową flotę ustawioną na 
stoliku i zauważył z przyjemnością, że dziennik spod Oka Nefretete 
zniknął. 

Uśmiechnął się, potem wyszedł z pokoju i zamknął drzwi z lustrem. 

W ciemności domu zobaczył w odbiciu światła mężczyznę, którego rysy 
ginęły w cieniu. Nastała długa chwila ciszy. 

Dzieci zeszły... - wyszeptał Nestor. 

Za oknem huczała burza. 

Tego się spodziewałem - powiedział mężczyzna. 

Istotnie, tego się spodziewał. Ale wiedział z doświadczenia, że była duża 
różnica między nadzieją i jej spełnieniem. 

Drzwi się zatrzasnęły... 

Czy to było rozważne? 

background image

Nestor poczuł się niezręcznie, rozejrzał się dokoła i zrobił ruch, jakby 
chciał odejść. 

Oparł się pokusie, by zbiec po schodach. Spojrzał prosto przed siebie i 
powiedział: - Dzielnie się spisali. 

^ 172 ^t 

^ Na górze 

Byli dzielni i chyba mieli szczęście. Ale przede wszystkim byli dzielni. 
Zasłużyli na to, żeby ich poddać tej próbie. 

Nie otrzymali żadnego wyjaśnienia, żadnej rady. Mogliby zrobić 

sobie krzywdę. Mogliby. Mogliby nie dać rady zejść. Albo mogłoby się 
im udać i... dotarliby do wrót. I co wtedy? 

Wtedy... nie wiem. 

Otworzą je. I będzie kłopot. 

Może nie. To są zaradne dzieciaki. Zostawiłem im... - Nestor się 

poprawił - Przekazałem Jasonowi pewną sugestię. 

Zapadło długie milczenie. 

Czy to możliwe, żeby jedenastoletniemu chłopcu wystarczyła jako 

wskazówka skromna sugestia? 

Może tak. Wybrałem ich starannie. 

Po chwili wahania mężczyzna potrząsnął głową. 

W rzeczywistości zostali wybrani przypadkowo. 

Nestor nie odpowiedział. Zszedł szybko po schodach. Wszedł do 
kamiennego pokoju i spojrzał na odsuniętą szafę. Potem przyjrzał się 
zatrzaśniętym drzwiom, drzwiom zamkniętym. 

background image

Zauważył, że dzieci zabrały za sobą cztery klucze, a zostawiły na 
podłodze jedynie kilka kartek wyjaśniających. 

Skrzywił się, a potem poszedł do wyjścia, przeszedł 

^ 173 

obok postaci rybaczki, pogłaskał delikatnie podstawę rzeźby i podniósł z 
podłogi swoją pelerynę. 

Pchnął drzwi i wyszedł w deszcz. 

Usłyszane przed chwilą słowa dźwięczały mu jeszcze w uszach; 
wiedział doskonale, że dzieci zostały wybrane przypadkiem. Ale nie 
było innej możliwości. Albo one, albo panna Newton. 

- Przypadek niekiedy jest najlepszy - zamruczał stary ogrodnik. 

^ 174 

 

i/iflW* ¿t-f 

Słownik 

zapomnianych 

Słownik 

zapomnianych 

okładnie pośrodku posadzki znajdowały się cztery wielkie kamienie 
ciasno ułożone obok siebie. Julia odkryła, że jak się lekko naciśnie, to 
każdy z nich obraca się o dziewięćdziesiąt stopni, wydając dźwięk 
włączanego mechanizmu. 

background image

Jestem pewna, że rozwiązanie znajduje się w tych czterech 

kamieniach - powiedziała z uśmiechem. - Słyszycie, jaki hałas robią, 
gdy je obracam? 

KLIK! KLIK! 

Myślę, że masz rację - powiedział Rick. - Ale jak powinniśmy je 

obrócić? I co potem zrobić? 

Nie da rady... jest tyle możliwości! - prawie zapłakał Jason. 

Julia zaczęła obracać cztery kamienie. 

Czy wiesz, co robisz? - spytał ją brat. 

Zupełnie nie - odparła, ale nadal je obracała. - Ale ani mi w głowie 

spędzić całe godziny na wysilaniu mózgownicy, jak powinno się to 
zrobić prawidłowo... 

Nagle w pomieszczeniu dało się słyszeć coś w rodzaju wybuchu. 

Julka! Uważaj! - wykrzyknął Jason. 

Dziewczynka odczekała, aż hałas ucichł, po czym 

powróciła do naciskania i obracania czterech kamieni w środku 
posadzki. 

-Jeden z czterech poprowadzi na dół, nie?- powiedzia-ła do siebie na 
głos. - Dalej! Śmiało! Obracajcie się! 

176 ^t 

Na dole  

Jason obserwował siostrę lekko przejęty. 

background image

Mówisz, że to jeden z tych czterech kamieni poprowadzi nas na 

dół? 

KLIK! KLIK! KLIK! 

Jasne... - odparła Julia. 

Posadzka pomieszczenia trzęsła się i słychać było metaliczny dźwięk, 
jakby jakiś ciężar zaczął się przesuwać na starych kołach zębatych. 

O, właśnie... - powiedziała Julia, podnosząc się, gdy nagle z 

głuchym łoskotem przesunął się ostatni kamień po prawej stronie. 

Rzeczywiście! Właz... - wyszeptał Jason, patrząc na siostrę ze 

szczerym podziwem. 

Ale, jak u diabła, udało ci się to otworzyć? - spytał Rick, 

prawdziwie zaskoczony. 

Świece się niebezpiecznie dopalały i - żeby nie ryzykować pozostania w 
ciemności - dzieci zdecydowały pozostawić płonącą tylko jedną. Z tą 
jedną świecą w ręku udało się im zajrzeć do środka włazu, który się 
odsłonił pod czwartym kamieniem. 

Co tam jest? Schody? 

Rick przechylił się, macając w ciemności, podczas gdy Jason próbował 
oświetlić mu otwór ogarkiem. 

Nie. To jest gładkie, jak... powiedziałbym, że to... pochylnia! - 

wykrzyknął chłopiec trochę zmartwiony. 

^ 177 «jt 

Cała trójka usiadła na posadzce niezdecydowana, co dalej. Światło 
stawało się coraz słabsze i wraz z narastającą ciemnością, narastało też 
ich strapienie. Przyglądali się otworowi pochylni w kamiennej posadzce, 

background image

wystarczająco dużemu, żeby któreś z nich mogło się wślizgnąć i zbadać, 
dokąd prowadzi. Ale... żadne z nich nie miało ochoty spadać w 
ciemność ku... czemu? 

Gdybyśmy zabrali linę... - ubolewał po raz nie wiadomo który 

Rick. 

Jason, mam pomysł! - Julia prawie po omacku sięgnęła po 

słownik. Zważyła go w ręku, przyglądając mu się. - Nasłuchujcie! - 
powiedziała. Po czym przycupnęła na skraju włazu i wrzuciła go na 
pochylnię. 

Słownik zniknął natychmiast w ciemności. 

Rick osłupiały spojrzał na Julię. 

Julia tymczasem nastawiła uszu, nasłuchując. Słyszała jak słownik 
zjeżdża, zjeżdża i zjeżdża... i zapadła cisza. 

Można wiedzieć, co chciałaś osiągnąć, tracąc na zawsze jedyną 

użyteczną rzecz, jaką jeszcze tu mieliśmy? - robił jej wyrzuty Rick. 

Julia w zamyśleniu podrapała się po głowie. - Nie wiem, sądziłam, że 
usłyszę... coś. Na przykład, czy wpadł do wody. 

A jeśli wpadł DO WODY? - Rick na końcu nerwowo podniósł 

głos. 

^ 178 ^t 

^ Na dole 

To dobrze... wiedzielibyśmy, że pochylnia kończy się w wodzie. 

I pozostalibyśmy bez słownika, który... który... - Rick wskazał 

otwór z pochylnią, a potem wzruszył ramionami. 

background image

Ale już przepadło - powiedział Jason. 

Już przepadło, niestety - potwierdził Rick. - Ale... ale z jakiego 

dzikiego zakątka planety Ziemi przybywacie? Ty, jak się znajdziesz w 
ciemności nad dziurą w posadzce, próbujesz ją przeskoczyć. A twoja 
siostra, zaledwie odkryje sekretne przejście, wrzuca w nie słownik, żeby 
się przekonać, co z tego wyniknie... Co wam, kurczę, przychodzi do 
głowy? Mój ojciec zawsze mówił, żeby nie ufać tym z miasta, ale... do 
diabła! Jesteście tacy szybcy w waszych absurdalnych pomysłach, że nie 
zdąży się nawet wam powiedzieć: „Nie! Zaczekajcie!", czy coś w tym 
rodzaju. 

Po czym, nadal burcząc, odsunął się. 

Jason i Julia wymienili między sobą długie spojrzenie 
współwinowajców. 

Chyba go rozgniewałaś... - wyszeptał Jason do siostry. 

Chyba tak - odparła z wymuszonym uśmiechem. 

W rzeczywistości, nawet jeśli jej trudno było się 

do tego przyznać, wiedziała, że Rick miał bezwzględnie rację. Julia cały 
dzień wyrzucała bratu nierozwagę, 

179 ^t 

ale teraz chyba to ona zrobiła najgłupszą rzecz na świecie. I to po tym, 
jak się jej, samej! udało otworzyć właz w posadzce. 

Ja to załatwię... - powiedział Jason i poszedł na rozmowę z 

chłopcem z Kilmore Cove, który zrzędził na uboczu. 

Cienie obu chłopców, padające na ścianę od płonącej świecy, wyglądały 
jak cienie dwóch gigantów. 

background image

Julia spojrzała na pochylnię pod sobą. Potem na Ric-ka, który obrócony 
tyłem ściskał dłoń Jasona.. 

Spuściła obie nogi do włazu. Podeszwy butów dotknęły wygładzonego 
kamienia pochylni. 

Słownikowi się udało... - szepnęła, by dodać sobie odwagi. - To i 

mnie się uda. 

Potem odepchnęła się delikatnie, znikając do połowy w otworze 
posadzki. 

Chłopcy! - krzyknęła na sekundę przed zjazdem. - Nasłuchujcie! 

Jason i Rick odwrócili się. 

Julio, nie! - krzyknął Jason. 

Rick stanął jak wryty. 

Julia uśmiechnęła się do niego, właśnie do niego, całkiem jakby chciała 
powiedzieć: „Wybacz mi Rick, popełniłam błąd, ale teraz wszystko 
naprawię". 

I ześlizgnęła się. 

** 180 

^ Na dole ^ 

Jason z Rickiem nadbiegli nad właz z otwartymi ustami. 

OOOOO-UUUUU-AAAAAA! - wyła Julia skądś pod spodem. A 

potem: - EEEE-AAAA! - A chwilkę później: - AAAAAAAA-
OOOOOOO-UUUUUUHA-AAAA! 

A potem już nic. 

background image

Julio! - krzyknął Jason, kiedy wycie siostry ustało. -JULIO! 

JULIOOO! 

Było coś nierealnego w tym wykrzykiwaniu imienia siostry w otwór 
posadzki. 

Rick odsunął Jasona od otworu, mówiąc mu, że jeśli nie będzie przez 
chwilę cicho, nigdy nie usłyszy ewentualnej odpowiedzi Julii. 

I rzeczywiście, zaledwie Jason przestał krzyczeć, z oddali posłyszeli 
głos Julii, która wołała: - To nieprawdopodobne! Fantastyczne! 
Chłopcy! To nie do wiary! Niemożliwe! Nie... 

Wygląda na to, że cała... - zauważył Rick. 

I że pochylnia nie kończy się w wodzie... - roześmiał się Jason. 

Potem, zbyt niecierpliwi, by ciągnąć tę rozmowę, także oni ześlizgnęli 
się w otwór. 

Pochylnia spadała w ciemność. Kiedy Jason sunął na plecach, miał 
wrażenie, że mijał pomieszczenia 

** 181 

otwarte i inne bardziej zamknięte, jak jamy robaków. Ześlizgiwał się w 
szalonym tempie, a kręgosłup podrygiwał mu od czasu do czasu na 
nierównościach skały. Ześlizgiwał się po kamieniu bez tarcia, bo 
pochylnia była wilgotna i śliska. 

Po chwili strachu chłopiec doznał uczucia upojenia i naśladując Julię, 
wrzeszczał: - EEEEE-AAAA! 

przy pierwszym zakręcie i - UUUUUUAAAA! 

przy drugim. 

background image

Za sobą czy nad sobą słyszał głos Ricka. 

Im niżej zjeżdżał, tym mniejsza była pochyłość zjazdu, chociaż Jason 
nadal pędził jak pocisk. Na koniec wyrzuciło go na piaszczystą plażę, 
gdzie wylądował dosyć łagodnie. 

Przeturlał się jeszcze i wytrzeszczył oczy. Dopiero wtedy zdał sobie 
sprawę, że miał je cały czas zamknięte. 

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył koło siebie, był Słownik języków 
zapomnianych. 

Potem zobaczył grotę i siostrę. 

Julia stała niedaleko niego i zafascynowana rozglądała się dokoła. 

Łagodne fale morskie obmywały piaszczystą plażę wciśniętą między 
potężne skały ścian groty. Nad nimi tańczyły setki maleńkich 
błyszczących światełek. A inne światełka, rozbłyskiwały jedne po 
drugich wzdłuż wewnętrznych jej ścian. 

^ 182 ^t 

^ Na dole njt 

Jason się podniósł. 

Ziemia-światło... - wyszeptał z niedowierzaniem, obserwując 

tańczące punkciki. 

Nie... - powiedziała Julia, stając przed nim. W ręku trzymała 

glinianą kuleczkę, którą ostrożnie rozłupała. Wewnątrz było drżące 
ciałko jakiegoś owada. 

- Po prostu świetliki, Jasonie. 

background image

Świetliki... - szepnął chłopiec. 

Ooooooo! - posłyszeli okrzyk za plecami. Mocne pchnięcie rzuciło 

Jasona twarzą na piasek. 

To był Rick, który jak następny pocisk wyrzucony z pochylni z szaloną 
prędkością wylądował na plaży. 

/ > 

^ 183  

■j^. Na dole 

Jason się podniósł. 

Ziemia-światło... - wyszeptał z niedowierzaniem, obserwując 

tańczące punkciki. 

Nie... - powiedziała Julia, stając przed nim. W ręku trzymała 

glinianą kuleczkę, którą ostrożnie rozłupała. Wewnątrz było drżące 
ciałko jakiegoś owada. - Po prostu świetliki, Jasonie. 

Świetliki... - szepnął chłopiec. 

Ooooooo! - posłyszeli okrzyk za plecami. Mocne pchnięcie rzuciło 

Jasona twarzą na piasek. 

To był Rick, który jak następny pocisk wyrzucony z pochylni z szaloną 
prędkością wylądował na plaży. 

183 ^t 

/ ' 

background image

; • 

^^ ason, Julia i Rick przystanęli na granicy plaży, przyglądając się 
otaczającej ich grocie. Wszę-M dzie wokół latały setki świetlistych 
punkcików. To były świetliki, które się dopiero co obudziły i wyrwały z 
zamknięcia, napełniając grotę delikatną świetlistością, podobną do 
światła, które poprzedza letni świt. Odległe sklepienie groty 
pozostawało w mroku, a jej ściany tonęły w morzu. Woda morska 
uformowała tu płynne lustro leciutko poruszane prądami, które 
wzbudzały od czasu do czasu słabe fale obmywające brzeg. Z zewnątrz, 
spoza ścian groty dochodził wściekły hałas szalejącej na pełnym morzu 
burzy i potężnych fal rozbijających się 

skały. 

Plaża, na której znalazła się trójka dzieci, wystarczyłaby na dziesięć 
osób i rozciągała się aż do maleńkiego drewnianego pomostu, do 
którego była przycumowana łódź. 

Jason, Julia i Rick ogromnie przejęci wpatrywali się w nią z zachwytem. 
Byli zauroczeni i onieśmieleni zarazem. 

Była to łódź o masywnym kadłubie, wysokiej rufie 

wysokim dziobie, smukła i dumna. Po obu bokach kadłuba ciągnął 

się długi szereg wioseł ustawionych na sztorc, jak na baczność. Stępka o 
ładnej linii wznosiła się i opadała poruszana kipielą morską, powodując 

** 186 

^ Grota ^ 

delikatne pobrzękiwanie łańcucha, który od strony rufy ginął w wodzie. 

background image

Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego... 

wyszeptał Rick po długim milczeniu, które mu się wydało 

wiecznością. Miał oczy utkwione w łodzi. 

Czyżby to była łódź starego Ulyssesa Moore'a? 

zaryzykowała Julia. 

Masz prawo tak przypuszczać, siostrzyczko. 

Mnie się wydaje, że to łódź wikingów - powiedział Rick. 

Ale nie widzę stąd żadnego wyjścia - zamruczał Jason, obserwując 

świetlisty lot owadów. 

Wydawało się, że grota nie miała żadnych prześwitów, kryła łódź i 
obszerne lustro morskiej wody zamknięte ścianami skał, jak jakiś 
potężny kryty basen. Za każdym razem, gdy z kamiennego sklepienia 
spadały przenikające tu krople deszczu, na powierzchni wody 
powstawały maleńkie kółeczka. 

Zastanawiam się, jak mogła tu wpłynąć łódź wikingów... Gdzie 

myśmy trafili, waszym zdaniem? Do groty starożytnych druidów? 

Żadne z dzieci nie odpowiedziało. 

Sądzę, że... sądzę, że łódź zbudowano tutaj, na miejscu... - snuł 

swoje przypuszczenia Rick. -Może zbudowali ją ci sami ludzie, którzy 
wykuli przejście. 

187 

Ten domysł, jak zawsze rozumowanie Ricka, wydawał się 
najrozsądniejszy. 

Ile ona może mierzyć? 

background image

Najmniej dwadzieścia metrów - odparł natychmiast Rick. 

Miałem na myśli grotę. 

Chłopiec z Kilmore Cove wzruszył ramionami. Ta grota była ogromna i 
można było przypuszczać, że ciągnęła się pod całą skałą Salton Cliff. 

Gdzie myśmy trafili, Jason? - wyszeptała Julia po długim 

milczeniu. 

* . • 

Tak na chybcika powiedziałbym, że znajdujemy się na terenie 

prywatnego basenu Willi Argo! - odpowiedział jej brat. - Może z trochę 
trudnym dojściem, ale bardzo... wyrafinowanym: oświetlenie naturalne 
za pomocą świetlików, łódź spacerowa wikingów, plaża prywatna... 
Trochę zacieniona, szczerze mówiąc, ale... 

Julia pokręciła przecząco głową. - Wygląda na to, że to miejsce jest od 
dawna opuszczone... 

Dlaczego? 

Widziałeś, w jakim stanie znajduje się przejście? Kamienie, które 

trzeba było usuwać, dziura w korytarzu... a poza tym nie widzisz tych 
wszystkich świetlików? 

I co z tego? 

A to, że jak to możliwe, żeby nikt z Kilmore Cove 

^ 188 «¿t 

^ Grota ^ 

nigdy nie zobaczył światła z jakiejś szpary? Żeby nikt nigdy nie 
zauważył, że skała nocą świeci? 

background image

Zauważyli, nie raz - wtrącił się Rick - tylko, że nie umieli sobie 

tego wytłumaczyć. 

To co sobie wyobrażali? 

Na przykład, że to są odbicia świateł domów, albo latarni morskiej 

na białych skałach. Albo coś groźniejszego - światła samej Salton Cliff. 
Refleksy, cienie, miejsca, które się pojawiają i znikają; każdy port 
nadmorski ma taką swoją opowieść, tak jak w opowieściach marynarzy 
słyszy się o tajemniczych światłach nad morzem i pod wodą. 

Przypuśćmy, że twój ojciec... 

Rick natychmiast przerwał: - Rzeczywiście, mój ojciec nigdy mi 

nie opowiadał o podobnej łodzi. Dlatego przypuszczam, że ta łódź nie 
opuściła wcale tego miejsca. Inaczej ktoś by ją widział. I opowiadano by 
o tym. To ta łódź jest prawdziwą tajemnicą tego miejsca, a nie światła. 

Dzieci weszły na pomost. Pod ich stopami stare deski niebezpiecznie 
skrzypiały, a wspaniała sylwetka łodzi kołysała się po ich lewej stronie. 

Jason spoglądał na puste dulki na burcie i na wyciągnięte wiosła, stojące 
pionowo, jak szereg drewnianych żołnierzyków gotowych do marszu. 
Julia bez końca wpatrywała się w grotmaszt, wysoki na cztery długości 
wiosła i solidny jak wiekowe drzewo. Kołysząc się tak 

fc* 189 ^t 

wraz z łodzią, maszt wyglądał jak potężny czarny palec wskazujący, 
wzniesiony ku górze. 

Rick poszedł w stronę dziobu. 

Nie uważacie, że jest doskonała? - powiedział głaszcząc drewno. 

Było ciepłe i uspokajające. A ponieważ bliźnięta nie odezwały się ani 
słowem, ciągnął: - Chciałem powiedzieć, że gdybym musiał 

background image

zaprojektować łódź idealną, zrobiłbym dokładnie taką. O takim 
kształcie, z takim masztem i z wiosłami, jak łodzie starożytnych... 

Czy ona ma imię? - spytał Jason. 

Tego właśnie szukałem... 

METI* 

Na stępce widniał napis: METI2... 

Meti... i e - przeczytał Rick. -Jak? 

Metie. Okręt nazywa się Metie. 

Brzydkie imię - ocenił Jason. 

Ale ostatnia litera to wcale nie „E" - zauważył Rick - Może to nie 

w naszym alfabecie... 

** 190 

MMMMI 

-St* 

Grota 

 

Myślę! Słyszałeś kiedykolwiek wcześniej słowo Metie? 

Możemy zawsze zajrzeć do naszego nieocenionego słownika, żeby 

sprawdzić - powiedziała Julia. - Jest w znakomitym stanie, pomimo 
poślizgu... 

I mówiąc to, spojrzała znacząco na Ricka. 

Wchodzimy na pokład? - spytał tymczasem Jason. 

background image

Burta łodzi znajdowała się co najmniej metr nad pomostem, ale na 
pomoście leżała jakaś belka, mogąca posłużyć za trap. 

Oczy Jasona rozbłysły. 

Rick chwycił belkę i z pomocą bliźniąt zaczepił ją o burtę okrętu. Potem 
śmiesznie się skłonił, pozwalając, by to Jason wszedł jako pierwszy. 

Kapitanie Jason, ja po panu... 

Jason położył mu rękę na ramieniu i tym samym afektowanym tonem 
odpowiedział: - Dziękuję, kapitanie Rick... - Obejrzał się na siostrę, 
która w międzyczasie poszukała słownika i dodał: - Kapitanie Julio! 
Oczekujemy was na pokładzie naszego nowego okrętu! 

Po czym zrobił dwa szybkie kroki po belce i wskoczył na pokład. 

Łódź była cała z drewna. Był tylko jeden pokład, który krył pod sobą 
tylko jedną ładownię. Po obu stro- 

^ 191 «¿t 

nach kadłuba biegł rząd dziesięciu drewnianych ławek, każda przy 
kolejnych wiosłach, ustawionych pionowo. Każde wiosło było 
przytrzymywane łańcuchem do dulki. 

Dzięki temu nie wpadną do wody... - wyjaśnił Rick. 

Słusznie, kapitanie Rick - pochwalił go Jason, który szedł u jego 

boku. 

Metis! - wykrzyknęła Julia kartkując Słownik języków 

zapomnianych. - Ta łódź nazywa się Metis! Jej imię jest napisane 
literami greckimi. 

Ach, tak... - wymruczał Jason. - Hm, Metis brzmi dużo lepiej niż 

Metie. 

background image

To coś znaczy? - spytał Julię Rick. 

Hm, tak... Metis znaczy mądrość, rozwaga. Mety-da to imię córki 

Okeanosa i Tetydy, którą połknął Zeus, po czym urodził Atenę. Więc 
Atena była parte-nogeniczną córką Metydy, kobiety inteligentnej i 
pojętnej, jak wszystkie kobiety zresztą. 

Julia zamknęła słownik. 

Przechyliła się, żeby zajrzeć do ładowni i poczuła zawód: - Pusta! Nie 
ma tu nic wewnątrz... 

W głębi serca marzył się jej skarb ukryty w zakamarkach groty i może 
na łodzi... 

Tymczasem łódź była tylko pustym kadłubem. 

Grotmaszt wznoszący się pośrodku pokładu był po- 

^ 192 

^ Grota ^ 

zbawiony żagli, z jego wierzchołka zwisały tylko pokryte solą cztery 
grube liny, przymocowane do burt, do dzioba i do rufy. 

Nie ma żagli... - wyszeptał Rick. - Ta łódź nigdy nie zaznała 

morza. Albo bardzo dawno już nie wypływała. Jednak kadłub wygląda 
na zdrowy. Nie widać chyba świdraków ani... 

Świdra... co? 

Świdraków okrętowych; to są robaki, które żywią się drewnem. 

Robią sobie jamki, ryjąc w poszyciu kadłuba i stopniowo, stopniowo go 
niszczą. 

Jason wysunął dolną wargę, jakby chciał rzucić: „Do diaska!" 

background image

Dwaj mali kapitanowie zawędrowali aż na rufę. Tam, po obu stronach 
kadłuba, były ustawione pionowo dwa wiosła szersze i bardziej płaskie 
od innych, których obsada znajdowała się pod samym nadburciem obu 
burt." 

To są stery - wyjaśnił Rick. - Spuszcza się je po obu stronach 

statku i nimi się manewruje... 

Pokazał Jasonowi, że każdy ster jest zaopatrzony w poprzeczny drążek, 
rumpel, nadający mu kształt odwróconej litery „L". Dzięki takim 
uchwytom, można było sterami wygodnie manewrować, pozostając na 
środku pokładu. 

A to co takiego? - spytał Ricka Jason, wskazując 

maleńką budkę z drewna, znajdująca się na rufie, zaraz za dwoma 
sterami. 

Kajuta kapitana - wyszepta! chłopiec, podchodząc bliżej do małej 

kabiny. 

Na progu kajuty wisiała stara zasłona z juty, zniszczona od wilgoci i ze 
starości. Rick ją odsunął i zajrzał do środka. Musiał zapalić zapałkę, 
żeby rozjaśnić nieco wnętrze. 

Kajuta kapitana była ogołocona ze wszystkiego. Z sufitu i ze ścian 
zwisały strzępy starych tkanin, nadając kabinie żałosny wygląd 
opuszczenia. 

Z jednej strony na deskach znajdowało się prymitywne posłanie, 
wciśnięte między dwie stare skrzynie. Po drugiej stronie była deska 
przyśrubowana do ściany, która z pewnością służyła za stół. Nad stołem 
umocowany był trójramienny kandelabr z trzema ogarkami świec. 

A obok kandelabra leżała zamknięta księga. 

background image

Rick podszedł do stołu, zapalił resztki świec i drżącą ręką dotknął księgi. 

To zapewne dziennik pokładowy ostatniego kapitana... - szepnęła 

Julia, stojąc za chłopcami. 

Rick przełożył okładkę i otworzył dziennik. 

Na zewnątrz, na otwartym morzu potężna błyskawica rozjaśniła 
horyzont. 

a pierwszej stronie czyjaś ręka starannym pismem zapisała: 

To będzie prawdopodobnie ostatnia wyprawa Metis, naszej mądrej 
podróżniczki. Teraz, kiedy spełniły się nasze wszystkie marzenia i 
byliśmy wszędzie tam, gdziekolwiek one nas poniosły, nasza podróż 
dobiegła końca. Dłonie, które trzymały ster, nie mogą już tego robić. 
Moje stały się stare i słabe, dłonie osoby, która mi towarzyszyła, już 
zamieniły się w proch. Czas zatrzymał naszą przygodę, a gdy kotwica 
spoczęła na dnie tego tajemnego morza, pozostały mi jedynie 
wspomnienia o tym, co widzieliśmy i cośmy przeżyli, 

tym, co napotkaliśmy i poznali. Jednak pozostają mi marzenia o 

portach, do których nie dotarliśmy. Marzenia 

wspomnienia są z tej samej mąki - musimy je piec na wolnym 

ogniu, by przemienić w świeży chleb, taki, który potrafi zaspokoić nasz 
głód na starość. 

Ponieważ jestem już stary. I zestarzała się nasza łódź, chociaż nadał 
zdolna do pokonania każdej bariery czasowej, płynąc zgodnie z 
marzeniami swoich kapitanów. Teraz, moja droga, zatrzymaj się! 

Ciebie, którą wykonano z drewna świętego dębu, ciebie proszę: daj 
odpocząć swym wiosłom! 

background image

^ 196 

a pierwszej stronie czyjaś ręka starannym pismem zapisała: 

To będzie prawdopodobnie ostatnia wyprawa Metis, naszej mądrej 
podróżniczki. Teraz, kiedy spełniły się nasze wszystkie marzenia i 
byliśmy wszędzie tam, gdziekolwiek one nas poniosły, nasza podróż 
dobiegła końca. Dłonie, które trzymały ster, nie mogą już tego robić. 
Moje stały się stare i słabe, dłonie osoby, która mi towarzyszyła, już 
zamieniły się w proch. Czas zatrzymał naszą przygodę, a gdy kotwica 
spoczęła na dnie tego tajemnego morza, pozostały mi jedynie 
wspomnienia o tym, co widzieliśmy i cośmy przeżyli, 

tym, co napotkaliśmy i poznali. Jednak pozostają mi marzenia o 

portach, do których nie dotarliśmy. Marzenia 

wspomnienia są z tej samej mąki - musimy je piec na wolnym 

ogniu, by przemienić w świeży chleb, taki, który potrafi zaspokoić nasz 
głód na starość. 

Ponieważ jestem już stary. I zestarzała się nasza łódź, chociaż nadal 
zdolna do pokonania każdej bariery czaso-wej, płynąc zgodnie z 
marzeniami swoich kapitanów. Teraz, moja droga, zatrzymaj się! 

Ciebie, którą wykonano z drewna świętego dębu, ciebie proszę: daj 
odpocząć swym wiosłom! 

fc* 196 

-Ostatni dziennik ^- 

Nie masz już kapitanów. I nie masz już Pani Złodziei, przed którą 
musiałaś umykać na burzliwym wietrze. 

background image

Niech noc będzie dła ciebie łaskawa, ukochana Metis, bo pozostawiam 
cię pod jej opieką. 

Rick przesunął palcem po atramencie, przewrócił kartkę i zobaczył, że 
reszta dziennika jest pusta. 

Co o tym powiecie? 

Ja go rozpoznałem - powiedział Jason. 

Wziął dziennik, który znalazł w pokoju w wieżyczce i położył go obok 
dziennika okrętowego. Otworzył go na chybił trafił i porównał oba 
pisma. Dzienniki zostały zapisane tą samą ręką. 

To jest ostatni dziennik starego Ulyssesa... jego pożegnanie. 

Mówi o przygodach, o podróżach i dalekich portach... - odezwała 

się Julia. - Musiał dokonać wielkich rzeczy na tej łodzi, na Metis. 

Albo przynajmniej je sobie wyobraził... - poprawił ją Rick. - Nie 

sądzę, żeby na tej łodzi mógł kiedykolwiek żeglować na otwartym 
morzu. 

Jason kartkował dziennik egipski, mrucząc: - A jednak mówi tu o 
Egipcie tak, jakby tam był... 

Nie na tym okręcie na wiosła! - wykrzyknął Rick. - Nie ma silnika, 

nie ma kotła, ani nawet pełnego osprzętu umożliwiającego płynięcie na 
żagle! 

197 

Ale może się poruszać na wiosła! 

I ty go masz za typa, który znajduje dwadzieścia osób gotowych 

wiosłować z Anglii do Egiptu? Bo ja nie. Nie mówiąc już o tym, że 

background image

gdyby takich ludzi znalazł, to wszystkie stacje telewizyjne by o tym 
huczały! 

Rick był bardzo rozgoryczony. Kiedy czytał zapiski tego ostatniego 
dziennika, nie mógł nie myśleć o swoim ojcu, który nie postarzał się na 
morzu. Któremu nie było dane żyć wspomnieniami i marzeniami, ani się 
pożegnać ze swoją łodzią. Pewnego dnia morze zabrało ich oboje - jego 
i jego łódź, i postanowiło, że ich już nigdy nie odda... 

Ale ponieważ nie mógł się tymi myślami z nikim podzielić, przeprosił 
tylko na chwilę Jasona i nerwowo krążył po kajucie. 

Co robimy? - spytała w pewnym momencie Julia. 

Idziemy stąd - odparł Rick. 

Wyszedł na pokład, skąd widział spektakl urządzony przez rój 
świetlików, mających moc wyciszenia chłopca. 

Rick? 

Jason i Julia spoglądali na niego z progu kajuty kapitana. 

Rick się uśmiechnął. Potem rozejrzał się dokoła i spytał: 

Którędy powinniśmy pójść waszym zdaniem, żeby wyjść z tej 

groty? 

^ 198 ^t 

^ Ostatni dziennik 

Z pokładu mieli lepszy widok niż z wnętrza groty. 

Plaża, gdzie łódź cumowała, nie miała - z wyjątkiem pochylni - żadnego 
widocznego wyjścia. Woda morska zajmowała całą pozostałą część 
wnęki, z wyjątkiem drugiej miniaturowej plaży, która się znajdowała po 

background image

przeciwnej stronie. Ta druga maleńka plaża była całkiem podobna do 
tej, z której tu przybyli: był tam maleńki pomost z drewna na wzór tego, 
na jaki weszli. Ale zamiast pochylni, widziało się wąskie schody z 
czarnych stopni, które prowadziły do drzwi z wielką kamienną belką w 
portalu, całkiem takie jak w owalnym pomieszczeniu. 

Przeczucie mi mówi, że musimy się dostać na te schody. I przejść 

przez te drzwi - powiedziała Julia. 

Ale jak to zrobić? 

Jakkolwiek się wysilali, nie mogli zgadnąć, którędy by się przedostać na 
tę drugą plażę. 

Z wyjątkiem, oczywiście, morza. 

Rick przechylił się przez poręcz burty i spojrzał na wodę, ciemną i gęstą, 
jak ropa naftowa. Ocenił odległość między nimi a tamtą plażą i pokręcił 
głową. 

Dobry kawał do przepłynięcia... - powiedział. -1 to zakładając, że 

nie ma wirów. 

Chcesz się przedostać na tamtą plażę wpław? - spytał go 

przerażony Jason. 

A masz lepszy pomysł? 

Moglibyśmy poszukać ścieżki wzdłuż ścian groty... Myślę, że 

jakaś powinna być! 

Zamyślona Julia obeszła pokład. 

Moglibyśmy też skorzystać z łodzi - powiedziała po chwili. - 

Myślicie, że to byłoby trudne? 

background image

Co takiego? - wybuchł Rick - Więcej niż trudne! Czy ty wiesz, co 

trzeba, żeby uruchomić tę łódź? A poza tym, kto siądzie przy wiosłach? 
A kto przy sterze? 

Może wystarczy podnieść kotwicę, żeby.., 

Rick nagle spurpurowiał: 

Nie zaczynajcie znowu z waszymi miejskimi pomysłami! Łódź to 

nie zabawka! Wymaga wiedzy, doświadczenia, siły i... szczęścia, żeby 
móc ją opanować. A my nie posiadamy żadnej z tych zalet. 

Nie doceniasz się, Rick - powiedział Jason. - I jesteś w błędzie. 

Mamy wszystkie te zalety. Ty znasz morze i umiesz robić jeszcze wiele 
innych rzeczy. Od ilu godzin wędrujemy w ciemności, uzbrojeni jedynie 
w chęć poznania tego, co jest... dalej? Chcieliśmy tylko tu dotrzeć. I 
udało się nam. Wysililiśmy umysł, żeby rozwiązać nieustającą serię 
zagadek: pismo niemożliwe do odczytania, ukryty sens zdania, zamek w 
tajemniczy sposób umocowany w drzwiach, ruchome kamienie... Ja to 
nazywam doświadczeniem. No tak, powiadasz, że trzeba siły. To 
prawda, że biorąc pod uwagę każdego z nas z osobna, żadne nie jest 
silne. Jesteśmy tylko 

fc* 200 ^t 

Ostatni dziennik ^ 

dziećmi. Ale wszyscy razem, we trójkę, moglibyśmy to zrobić. Jeśli 
powiesz nam, co robić i jak, możemy spróbować. A poza tym... ja mam 
szczęście - żyję, mimo że dzisiaj co najmniej dwa razy ryzykowałem 
życie. A Julia ma nie mniej szczęścia ode mnie. 

Julia patrzyła na niego ciekawie. 

background image

Jason ciągnął: - Mamy szczęście, ponieważ jeszcze zaledwie tydzień 
temu byliśmy w naszym mieszkaniu w Londynie i zabawialiśmy się 
grami komputerowymi, jak miliony innych dzieci... a teraz jesteśmy tu 
w niewiarygodnej grocie, na łodzi, która wydaje się magiczna, w 
towarzystwie przyjaciela, który też jest... magiczny, jak wszystko to, co 
nas otacza. I to nie jest nic innego, jak dowód na to, że mamy szczęście. 
Nieprawdopodobne szczęście, którego nie możemy zmarnować. 

Dobrze powiedziane! - wykrzyknęła Julia, raz całkowicie zgodna z 

bratem. 

Jason podszedł do Ricka i dodał: - Spójrz na tę maleńką plażę, Rick. Nie 
jest tak daleko... Chciałbym spróbować dopłynąć do niej na kawałku 
drewna raczej, aniżeli wpław w tej zimnej wodzie. Jeśli potem 
zakończymy w wodzie, to trudno, popłyniemy. Ale aż do tego momentu 
sądzę... sądzę... 

Sądzę, że nie trafiliśmy tu przypadkiem - zakończyła za brata Julia. 

Tak, myślę, że nie trafiliśmy tu przypadkiem. Czy 

^ 201 ^t 

nie czujecie tego, nie słyszycie czegoś, w rodzaju cichego nawoływania: 
- „Znaleźliście ją, jest wasza! Popłyńcie, zostańcie kapitanami tej łodzi. 
Kapitanami Metisl". Odwagi, Rick! Powiedz nam prawdę. Powiedz 
nam, czy możemy spróbować przesunąć tę łódź stąd... tam? 

I Jason wskazał najpierw plażę, z której przyszli, a potem tę z drugiej 
strony. Jego palec zawisł w powietrzu, przez chwilę drżąc z wysiłku, z 
jakim chłopiec go wyciągał przed sobą. 

Kiedy Jason opuścił rękę, zobaczył, że oczy Ricka zabłysły. 

background image

Więc... co mi odpowiesz, kapitanie Rick? - ponaglał go Jason, 

lekko chrypiąc, jak filmowy twardziel. 

Uruchomimy tę karetę? 

Rick zacisnął pięści. Czuł się podniecony, a zarazem wzruszony, pełen 
wątpliwości i trochę szalony. 

Po chwili wewnętrznej walki przytaknął i odpowiedział: - Dobrze, 
uruchomimy ją, kapitanie Jason! Spróbujemy... 

Julia położyła mu rękę na ramieniu. 

Kapitanie Julka - powiedział Rick, nie odwracając się - zapewniam 

was, że wydostaniemy się z tej groty i nie powrócimy do niej tak długo, 
aż nie odkryjemy każdego jej sekretu! - Po czym skoczył i krzyknął: 

Załoga naprzód! Ruszamy! 

i*. 202 ^ 

^ Ostatni dziennik 

Zerwali się gwałtownie wszyscy troje, jakby już świetnie wiedzieli, co 
należy robić. 

Rick wydał pierwszy rozkaz: zanieść do kajuty kapitana wszystko to, co 
mogłoby się przydać. Jason przyłożył rękę do czoła, salutując. - Rozkaz, 
kapitanie Rick! 

203 

 

y-7 

background image

 

y^.-r. 

 

 

 

gfńS K' 

ick usiłował wspiąć się na grotmaszt, korzystając z maleńkich nacięć na 
maszcie. Miał zamiar odczepić z wierzchołka masztu co najmniej jedną 
ze zwisających czterech lin, by ją wykorzystać w inny sposób. 

Wsunął do kieszeni nóż zabrany z kuchni Willi Ar-go i zaciskając zęby, 
zaczął pomalutku wspinaczkę. Kiedy osiągnął mniej więcej połowę 
wysokości-masztu, ryzykując na każdym centymetrze upadek na pokład, 
roześmiana Julia wyszła z kajuty kapitana. 

Spójrzcie tylko! - krzyknęła. - Skrzynie są pełne lin! 

Rick parsknął wściekle, zadając sobie pytanie, jak mógł o tym nie 
pomyśleć wcześniej i niezwykle uważnie zaczął schodzić. 

Co zrobimy z tymi wszystkimi linami? - spytały go bliźnięta. 

Rick przyjrzał się im uważnie; w większości były to fały, liny od żagli. 
Niektóre zbutwiałe, inne jeszcze dobre. Rozłożył je na pokładzie z 
tajemniczą miną, potem podprowadził bliźnięta do kabestanu, wciągarki 
służącej do podnoszenia kotwicy. Urządzenie wyglądało na sprawne, 
składało się z drewnianego bębna obracanego na korbę, na który 
nawijało się łańcuch od kotwicy. 

background image

Korba jednak ani rusz nie chciała się obracać. Praw- 

fc* 206 

^ ku portom marzeń 

dopodobnie była zardzewiała i dawno nieużywana. Wszyscy troje 
chwycili za korbę. 

-Raz! 

-Raz! 

Jeszcze raz! 

Już chcieli zrezygnować, gdy korba zaskrzypiała i ruszyła. Z wielkim 
wysiłkiem dzieciom udało się ją uruchomić najpierw o ćwierć obrotu, 
potem o pół, wreszcie o cały. 

Maleńka cząstka łańcucha owinęła się wokół bębna. 

Powoli, przy akompaniamencie skrzypienia, sapiąc, stękając i ślizgając 
się, dzieci zdołały podnieść z dna kotwicę, która ważyła co najmniej 
tyle, co one. 

W pewnej chwili, gdy Rick z Jasonem byli zajęci przy wciągarce, Julia 
przechyliła się przez burtę, żeby sprawdzić, czy kotwica, jeszcze 
zanurzona w wodzie, nie uszkodzi kadłuba. 

Widzę ją! - wykrzyknęła - Wyciągnęliśmy ją! 

Łódź drgnęła. 

Uwolniona zaczęła pomału się przesuwać po powierzchni tego 
wewnętrznego morza. 

background image

Rick odszedł od wciągarki i rozkazał donośnym głosem: - Jason do 
sterów! Julia, spuść wiosła sterowe, jedno ze sterburty, drugie z 
bakburty. 

Julia się nie ruszyła. Patrzyła na Ricka i zupełnie nie wiedziała, jak ma 
wykonać rozkaz. 

^ 207 

Spuść wiosła sterowe! Jedno z prawej burty, drugie z lewej! - 

powtórzył. 

Jason dobiegł do jednego ze sterów, uchwycił go za drążek i spojrzał na 
swego rudowłosego przyjaciela. 

Spuść go! - krzyknął Rick. 

Jason wrzucił ster do wody. Zanurzył się gwałtownie i przez chwilę 
nawet Jason stracił go z oczu. 

Nie tak! Musisz go trzymać blisko łodzi! Trzymaj go nieruchomo, 

trzymaj go nieruchomo! 

Jason spojrzał na niego rozdrażniony, jakby chciał powiedzieć, „Łatwo 
ci mówić, ale to wcale nie takie proste!" 

Płyniemy! - krzyknęła Julia. - A raczej nie! Raczej tak! Kręcimy 

się w kółko! 

To była prawda. Łódź najpierw poruszyła się do przodu, potem się 
zatrzymała i zaczęła się stopniowo obracać, jakby napotkała jakiś prąd 
wodny czy inną siłę, która nią obracała, najpierw w stronę morza 
wewnętrznego, potem w stronę maleńkiej plaży. W końcu ponownie się 
zatrzymała. 

background image

Rick wściekły spuścił wiosło od swojej strony, a potem rozkazał 
Jasonowi: - Musisz jakoś opanować oba stery. Ja z Julią weźmiemy się 
do wioseł. Ty trzymaj je prosto, najpierw pierwszy ster, potem drugi, 
dobrze? Staraj się, żeby dziób okrętu zmierzał w kierunku drzwi po 
drugiej stronie. 

-fe- 208 - 

-KU portom marzeń ^- 

Rick! 

Spróbuj. Najpierw jeden ster, potem drugi. 

Dobrze, spróbuję! - odparł Jason, ściskając drążek steru. 

Rick pobiegł do Julii, przykazał jej chwycić jedno wiosło, a sam wziął to 
z drugiej burty. 

Potrafisz wiosłować, Julka? 

Nie - odparła. 

O kurczę! - Zmartwiony obejrzał się. Ocenił, że jeśli natychmiast 

nie zaczną wiosłować, Metis może obrócić się w niedobrym kierunku. I 
że istnieje ryzyko, że osiądą na mieliźnie na tej plaży, z której dopiero 
co ruszyli. 

- To musicie się zamienić miejscami! Ty pójdziesz do sterów, a Jason 
przejdzie do wioseł! Dalej! - krzyknął. 

Jason! Idę do sterów! - krzyknęła Julia. 

Jason kiwnął głową, przejęty i zmartwiony. Stał między dwoma sterami 
na rufie i manewrował obydwoma na zmianę, najpierw jednym, potem 
drugim. 

background image

Szybko zamienił się na miejsca z siostrą, po czym usiadł przy wiośle. 

A ty chociaż umiesz wiosłować? 

Jasne! - skłamał Jason. 

To dobrze... - powiedział Rick. - Na moje „trzy" zaczynamy. 

Zanurz wiosło, pchnij i w górę, potem znowu zanurz, pchnij i w górę. 
Rozumiemy się? 

^ 209 ^ 

Tak - odpowiedział Jason, który nic z tego nie zrozumiał. 

Jeden dwa i... trzy! - krzyknął Rick. 

Spuścił wiosło na wodę, zaparł się z całej siły i pchnął. Potem je 
podniósł. Jason usiłował robić to samo. Czuł wiosło uderzające o wodę, 
pchnął je i podniósł. 

I jeszcze! 

Powtórzyli to.  » 

I jeszcze! - krzyknął Rick. 

Jason pchnął z całej siły wiosłem i zachwycony patrzył na masę 
rozpryskującej się wody. 

Ale łódź się nie poruszyła. 

Jest coś, co ją przytrzymuje! - krzyknęła Julia. - Nie płyniemy! 

Do diabła! - wybuchł Rick, uderzając wiosłem po raz czwarty. - 

Niemożliwe! 

background image

Ale nie mógł znaleźć innej przyczyny. Julia miała rację. Łódź prawie nie 
drgnęła, nie posunęła się nawet w tę niewłaściwą stronę. Ani się nie 
obróciła. 

Jesteśmy unieruchomieni! 

Nie, jesteśmy jeszcze jakoś zakotwiczeni - wysunął 

przypuszczenie Rick. 

Istotnie, było tak, jakby jakaś druga kotwica przytrzymywała łódź w 
pobliżu pomostu. 

Musimy jej poszukać! Dalej! - zachęcił Rick. 

210 ^t 

ku portom marzeń 

Nagle krzątającego się po pokładzie Jasona tknęło przeczucie. 
Odepchnął je, ale powróciło. Może to nie chodziło o żadną kotwicę? 
Może Metis była gotowa do odpłynięcia, ale jej czegoś brakowało, na 
przykład... celu? Sensu podróży? Może był jakiś instrument na 
pokładzie, który pomagał łódź uruchomić, trochę tak, jak radar wspiera 
samolot? I tego czegoś powinni poszukać? 

Może, pomyślał Jason, ta łódź miała jakiś rodzaj napędu nowoczesnego 
ukryty w ładowni. Nawet jeżeli ładownia była pusta. 

Jason miał wrażenie, że łódź stoi, bo całkiem po prostu czeka na 
komendę, dokąd musi płynąć. Ponieważ, być może, ta łódź jest... 
magiczna. W dzienniku zapisano, że jej kadłub został wykonany z 
drewna świętego dębu. To oznaczało, że także łódź w jakiś sposób 
mogła być święta. 

Ale dla kogo święta? 

background image

Zagłębiony w swoich fantazjach zbliżył się do steru, który dopiero co 
trzymał w ręku. Automatycznie chwycił za drążek. 

Co robisz, Jason? - krzyknęła natychmiast siostra. 

Jason ledwie na^nią spojrzał. 

Próbuję ją uruchomić! - odparł, poruszając sterem w wodzie. 

Łódź nie zareagowała, jakby czymś przytrzymana. -S^ 211 - 

Ta łódź nigdy się stąd nie ruszy! - wykrzyknął Jason, ujmując 

znowu ster. 

Potem spróbował się odprężyć, pozwolił płynąć swoim fantazjom... 
Ujrzał się jako kapitan Jason, który prowadzi statek pośród burzy do 
ziemi nieznanej; ściany groty się rozwarły na pełne morze, żagle nagle 
stanęły jaśniejąc w słońcu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... 

Może musimy spróbować mocniej wiosłować! - krzyknął Rick. 

Nie! To nie jest sprawa wioseł - odpowiedział kapitan Jason, 

poruszając sterem, by ominąć górę lodową, jaką ujrzał oczami 
wyobraźni. 

Powiadam wam, że ta łódź nie porusza się siłą wioseł! 

A jaką? Płynie na żagle? Na motor? Może w twoich marzeniach. 

Jason zacisnął oczy w ciemności rozjaśnionej tylko przez świetliki. 

„Czy to możliwe?" - zapytywał sam siebie. „Czy to możliwe, że aby 
uruchomić łódź trzeba...?". Przypomniał sobie dziennik kapitana. Czyż 
nie napisał tam, że ta łódź zawiozła ich wszędzie gdziekolwiek chcieli? 
Egipt... 

background image

Stary Ulysses tam był. I dotarł tam na pokładzie tej łodzi. Jason był tego 
pewien, jak był pewien tego, co 

^ 212 ^t 

^ ku portom marzeń 

 

nosi w kieszeniach. Dla większej pewności pomacał się po kieszeni. 

Wyciągnął dziennik egipski, który służył za podstawkę Oka Nefretete. 

Egipt... - wyszeptał. 

I w tym momencie wyczuł wyraźnie jak zadrżał drążek steru w jego 
ręku. 

Podmuch wiatru rozproszył świetliki, które zaczęły fruwać spiralnie. 

Co się dzieje? Co to za podmuch? - krzyknął Rick na pokładzie. 

Egipt... - wyszeptał Jason nieco głośniej. 

I znowu drążek steru zadrżał, a silny podmuch rozpędził świetliki. Jakby 
w przeczuciu czegoś, owady zaczęły wznosić się ku załomom skalnym. 

Jason! Robi się całkiem ciemno! - zawołała Julia. 

Coś nadchodzi! 

Jason przytaknął. Rzeczywiście coś nadchodziło: łódź dawała mu 
odpowiedź. Wsunął na powrót dziennik do kieszeni i uchwycił drążek 
steru obiema rękami. 

Trzymajcie się! - zawołał, nie podając powodu. 

Teraz! 

background image

I wykrzyknął czystym i silnym głosem: - Zawieź mnie do Egiptu! 

Jason! Co ty tam wykrzykujesz? - zapytała siostra. 

-J^ 213 ^t-- 

Znowu, po raz trzeci w łódź uderzył poryw wiatru, tym razem tak silny, 
że przewrócił Julię na pokład. 

Mówiłem, żebyś się trzymała! - wrzasnął Jason, a drążek sterowy 

zaczął tańczyć w jego rękach, szarpiąc sterem we wszystkie strony. 

Tak, do Egiptu! - krzyknął ponownie Jason. - Zawieź mnie do 

Nefretete i do grobowca Tutanchamona! 

Wokół nich rozszalał się wicher. Wzburzyło się morze. 

Świetliki znikły i w grocie zapanowały nieprzeniknione ciemności. 

214 

Obliwia Newton chodziła nerwowo po marmurowej posadzce swego 
pałacu. Manfred, kierowca o twarzy opryszka, który woził ją do Willi 
Argo, przerwał jej, wbiegając przez boczne wejście. 

Manfredzie! - wykrzyknęła, przerażona niespodziewanym 

wtargnięciem. 

Młody człowiek rzucił jej złe spojrzenie z pewnym odcieniem 
satysfakcji, że udało mu się ją wystraszyć. 

Panno Newton... Mam pani coś do powiedzenia - mruknął. 

Powiedział to cicho i ochrypłym głosem. 

background image

Obliwia ominęła go zdecydowana, by dojść do zamykanych elektrycznie 
niebieskich drzwi na końcu korytarza bez zatrzymywania się na męczące 
wyjaśnienia. 

Manfred biegł kłusem za nią. 

Śledziłem dzieci, jak mi pani przykazała. Zeszły pod skały na 

kąpiel, zanim spadł deszcz... 

Mhhm. 

Obcasy Obliwii niedosłyszalnie przyśpieszyły swój rytm na marmurze. 

Przy powrocie jedno z nich upadło. 

Świetnie. Przeżyło? 

Niestety tak... Chłopak zawisnął na występie skalnym i pozostała 

dwójka wciągnęła go i przyprowadziła do domu. 

^ 216 

Mały kapitan 

Szkoda. Może następnym razem się uda. 

To nie wszystko. Pół godziny później wzięli rowery i zjechali do 

Kilmore Cove. Wrócili do domu z kilkoma książkami. 

Niech czytająl Niech czytają! Wszyscy ubolewają, że młodzież nie 

czyta! Tym sposobem przynajmniej nie narobią kłopotów! 

I w tym rzecz. 

Obliwia nagle przystanęła. 

background image

W jakim sensie? 

Nie wiem, jak, ale tej nocy, przed powrotem tu, widziałem... błyski 

w grocie. 

Piękną twarz Obliwii wykrzywił grymas wściekłości. 

Błyski? Jak to możliwe? 

Nie wiem, panno Newton. Faktem jest, że... 

Ale jak im się udało przejść? Co ten stary sobie wyobraża, że 

jeszcze może zrobić? Nestor mnie nie powstrzyma! Teraz mnie nie 
powstrzyma! 

Obliwia Newton ścisnęła Manfreda za ramię, wbijając mu w ciało 
komplet swoich dziesięciu spiczastych paznokci. Manfred zacisnął zęby 
z bólu. 

Jednak posuwamy się do przodu... - wysyczała Obliwia. -Jakby 

nigdy nic. Idziemy do przodu! Jasne? Liczę na ciebie, Manfredzie. 

W porządku... panno... Newton - wystękał. 

Odetchnął dopiero, kiedy Obliwia oderwała od nie- 

^ 217 ^t 

 

go swe krogulcze paznokcie, odwrócił się i otworzył niebieskie drzwi na 
końcu korytarza. 

O, tak, licz na mnie - wyszeptał, kiedy drzwi się zamknęły i w 

korytarzu po pannie Newton pozostała jedynie smuga perfum. A potem, 
masując sobie zbolałe ramię, dorzucił - Pani Złodziei... 

background image

A tymczasem w grocie u stóp urwiska rozpętała się prawdziwa i szalona 
burza. Było tak, jakby łódź i dzieci znalazły się nagle w bębnie jakiejś 
monstrualnej kamiennej pralki ze słoną wodą. Łódź unosiła się i 
zanurzała, przechylała i nabierała wody przez obie burty. 

Trzymając się lin i ławek przy wiosłach, Rick i Julia próbowali 
rozpaczliwie nie dać się wyrzucić za burtę, ale wydawało się, że im się 
to nie uda. 

Jason tymczasem był całkowicie pochłonięty próbą opanowania steru, 
który wierzgał mu w rękach niczym spłoszony koń. 

Uda się nam! - krzyczał. - Trzymajcie się mocno! 

Kiedy wydawało się, że cała grota zaraz się zawali 

i pogrzebie ich na zawsze, burza ustała. 

Dopiero co łódź była we władaniu fal wysokich jak grotmaszt, a teraz 
morze wewnętrzne znowu stało się spokojne. Łódź przestała się huśtać i 
wolno sunęła w stronę pomostu. 

^ 218 ^t 

^ Mały kapitan 

Jason był wykończony walką ze sterem. Julia kompletnie przemoczona 
lodowatą wodą, rozglądała się wokół, ślizgając się na ławce, której się 
uchwyciła ze wszystkich swoich sił. Rick puścił linę, której powierzył 
swoje ocalenie i masował obolałe ręce. 

Żadne z nich nie miało sił ani ochoty, by się odezwać. Wszystko to, co 
się wydarzyło, było niedorzeczne. Niedorzeczne i przerażające. Burza 
trwała nie dłużej niż trzy minuty, ale to były niekończące się i 
niewiarygodne, najdłuższe trzy minuty w ich życiu. 
 

background image

Jason... wszystko w porządku?... - spytała go siostra, kiedy 

zataczając się, zaczęli poruszać się po pokładzie. 

Wszyscy mieli mokre ubrania i trzęśli się z zimna. Na pokładzie było 
pełno wody, podobnie w ładowni. 

Co..."co to się stało? - spytał Jason, prostując z trudem nogi. 

Rick i Julia pokręcili głowami. 

Nie wiemy. Stało się i już. 

Jesteśmy po drugiej stronie, Jason. 

Chłopiec zamrugał i rozejrzał się wokół. To była prawda: łódź 
przepłynęła wewnętrzne morze i teraz kołysała się łagodnie obok 
drugiego pomostu. 

Nie... niemożliwe - uśmiechnął się. 

Powiadam ci, jesteśmy po drugiej stronie, spójrz! 

-219 ^- 

 

Julia wskazała mu czarne stopnie schodów, prowadzących do 

drzwi, które widzieli z daleka. 

Rick próbował ściągnąć z grzbietu mokre ubranie. 

Potem będziemy się zastanawiać, co się stało... 

powiedział i zadygotał z zimna. - Jesteśmy przemoczeni do suchej 

nitki. Apsik! Musimy się jak najprędzej osuszyć. 

Były jakieś ubrania w skrzyni w kabinie kapitana - zauważyła 

zmęczonym głosem Julia. 

background image

Chodźmy zobaczyć - powiedział Jason. 

W kabinie kapitana znaleźli ubrania, które mogły mieć co najmniej 
trzysta lat, sądząc po tym, jak były zakurzone. Na szczęście burza 
oszczędziła skrzynie i ich zawartość była sucha. Przebrali się po raz 
czwarty tego dnia i założyli jakieś niezgrabne spodnie, jakieś 
pozbawione fasonu koszule i prymitywne drewniane saboty. Potem, 
całkiem bez chęci żartowania z siebie, choć wyglądali śmiesznie, 
odnaleźli słownik i kilka pozostałych drobiazgów. Zeszli na ląd. 

Z pochylonymi głowami, nadal zbyt wstrząśnięci, by mówić bez 
potrzeby, przeszli przez plażę i weszli po wydeptanych schodach. 

Życzę sobie tylko, żeby już nas nie spotkała żadna niespodzianka... 

- wyszeptała Julia, kiedy dotarli do drzwi - bo nie sądzę, żebym ją mogła 
znieść. 

Na kamiennej belce nad drzwiami były wyrzeźbione 

^ 220 ^t 

 

Mały kapitan 

 

trzy żółwie. Wskazując je Rick miał jeszcze siłę zażar- 

Drzwi wyglądały na zamknięte, ale na szczęście nie miały żadnego 
skomplikowanego zamka do sforsowania. 

Jason pchnął je jedną ręką. Nawet pod tym lekkim naciskiem drzwi 
ustąpiły. 

Chłopiec obrócił się ku siostrze i przyjacielowi i spytał: 

background image

- Wchodzimy? 

Julia i Rick przytaknęli. 

I tak otworzyli drzwi. 

tować: - Śpiesz się powoli... 

CIĄG DALSZY NASTĄPI " 

221 ^¡t 

1. 

Zadrapane drzwi...........................9 

2. 

Przeciąg.................................15 

3. 

Jazda pod górę............................23 

4. 

W domu.................................33 

5. 

Plan....................................41 

6. 

Kąpiel w morzu...........................49 

7. 

Otwarcie ................................59 

8. 

W zawiniątku............................65 

9. 

Biblioteka ...............................75 

10.  Za szafą.................................85 

11.  W Kilmore Cave..........................99 

12.  Błyskawice .............................113 

13.  Niezrozumiałe przesłanie...................119 

14.  Przeznaczenie...........................127 

15.  Gdzie wszystko się zaczyna i kończy..........139 

background image

16.  Ciemne schody...........................151 

17.  Skok w przepaść.........................161 

18.  Na górze ...............................171 

19.  Na dole ................................175 

20.  Grota..................................185 

21.  Ostatni dziennik .........................195 

205 215 

/**«' W!'J- '/f ""/ V / ' •> ) - ■■¿' . i '' '