background image

Ulysses Moore 

 

Wyspa masek 

 

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. L'Isola delie Maschere Projekt 
graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo Bruno 

Przekład i opracowanie manuskryptu Ulyssesa Moore'a: Pierdomenico 
Baccalario Tłumaczenie z języka włoskiego: Bożena Fabiani 
Opracowanie redakcyjne wersji polskiej: Dorota Koman 

© Edizioni Piemme Spa, 2006 

© copyright for the Polish édition by Wydawnictwo Olesiejuk Sp. z o.o., 
2008 

ISBN 978-83-7512-283-1 

Wydawnictwo Olesiejuk Sp. z o.o. 

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 90 

wydawnictwo@olesiejuk.pl • www.olesiejuk.pl 

Druk: DRUK-INTRO S.A. 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może 
być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana 
w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu 
bez pisemnej zgody wydawcy. 

Nota od Redakcji 

 

background image

Po wielu próbach Pierdomenico Baccalario zdołał w końcu przesłać nam 
tłumaczenie czwartego manuskryptu Ulyssesa Moorea. Czytając ten 
manuskrypt, odkryjecie wiele ciekawych spraw... 

Jesteśmy żywo zainteresowani dalszym ciągiem tej tajemniczej historii, 
jednak martwimy się trochę o naszego korespondenta. Ostatnio pisząc 
do nas, stwierdził, że jest bliski odkrycia, gdzie leży Kilmore Cove... Od 
tego czasu nie dał znaku życia, a jego telefon komórkowy jest wciąż 
wyłączony. Mimo wszystko mamy nadzieję, że wkrótce będziemy mogli 
przekazać wam jakieś wiadomości od niego... 

Redakcja „Parostatku" 

 

Kilmore Cove istnieje! 

Odpowiedz Odpowiedz wszystkim Wyślij Drukuj 

Usuń 

Od: Temat: Wysłano: Do: 

Pierdomenico Baccalario Kilmore Cove istnieje! 3 luty 200616:24:01 
Redakcja „Parostatku" 1 załącznik, 327 kb 

Kochani! 

Naprawdę się martwię. Próbowałem wielokrotnie przesłać wam e-mail z 
tłumaczeniem czwartego manuskryptu, ale ciągle wracał. Jeśli tym 
razem się udało, proszę, potwierdźcie od razu. 

Manuskrypt jest pełen niespodzianek, które was z pewnością zdumieją... 
Ale nie mam chwili, by teraz o tym pisać, bowiem przez cały czas 
staram się odnaleźć Kilmore Cove, miasteczko-widmo. Przedwczoraj 
wyruszyliśmy na jego poszukiwanie we dwóch, czyli niżej podpisany i 

background image

właściciel hoteliku Bed & Breakfast z Zennor, którego tak wciągnęła ta 
historia, że nalegał, by mi towarzyszyć. Naszą jedyną wskazówką był 
przewodnik turystyczny po Kilmore Cove, który p'ewien tajemniczy 
mężczyzna (Ulysses Moore?) podrzucił mi w barze. Sprawdziłem, że 
wydawnictwo, gdzie ukazał się ten przewodnik, nie istnieje od piętnastu 
lat i, zdaje się, w żadnej księgarni nie można już kupić Małego 
przewodnika po Kilmore Cove i okolicy, nawet w najlepiej 
zaopatrzonym antykwariacie na Notting Hill. 

Ale to szczegół. Najważniejsze, żeby się udało... 

Jestem przekonany, że znalazłem to miasteczko-widmo, które nie 

daje mi spokoju od miesięcy! 

Dotarliśmy samochodem do miejsca, które przewodnik określa jako 
okolice Kilmore Cove, i kierując się wzdłuż wybrzeża, dojechaliśmy aż 
do zakrętu. 

Dalszą drogę zagradzały znaki zakazu wjazdu. Zacząłem podejrzewać, 
że ktoś chce nam przeszkodzić w dotarciu do Kilmore Cove! Wysiadłem 
więc z auta, przesunąłem znak i pojechaliśmy dalej. Ale się nie dało! Za 
kolejnym zakrętem asfalt zamienił się w szwajcarski ser - dosłownie 
same dziury! 

 

 

 

W końcu właściciel hoteliku, bardzo tym wszystkim podenerwowany, 
wskazał mi ogromną koparkę, stojącą w poprzek drogi... Jakiś elegancki 
pan dał nam znak, byśmy się zatrzymali, i spytał, czy nie widzieliśmy 
zakazu wjazdu. Miał na sobie idealnie wyprasowany kombinezon 

background image

roboczy i pachniał lawendową wodą kolońską. Starałem się dojrzeć, czy 
to przypadkiem nie ten człowiek z baru..., ale niestety jego twarz 
skutecznie zasłaniał żółty kask. Dał jakiś znak człowiekowi w koparce, a 
ja zrozumiałem, że czas zrobić w tył zwrot. 

Postanowiłem jednak nie dać za wygraną i wrócić na tę zagrodzoną 
drogę. 

Ale najpierw, po powrocie do hotelu, jeszcze kilka razy próbowałem 
przesłać wam tekst czwartego manuskryptu. Czy tym razem się udało?! 

Ostatnia sprawa: właściciel Bed & Breakfast zauważył, że człowiek w 
koparce miał czarną przepaskę na oku. Nic wam to nie mówi? 

Do usłyszenia wkrótce, przynajmniej taką mam nadzieję... Pierdomenico 

Rozdział ti) - RYCERZE NA PODDASZU - 

Latarnia morska w Kilmore Cove rozbłysła nagle, wydając przy tym 
głuchy pomruk. Snop białego światła zaczął powoli przesuwać się 
wzdłuż wybrzeża, po morzu, aż po widnokrąg, docierając w głąb 
ciemnych fal i tłumiąc świetliste refleksy nocnego nieba. Omiatał dachy 
miasteczka, sięgając wzgórz, gdzie dzikie króliki i sowy nieruchomiały, 
przestraszone. 

W końcu dotarł do wiekowych drzew w ogrodzie Willi Argo, przeniknął 
przez drewniane okiennice na poddaszu i padł na trzy osoby pochylone 
nad starym podróżnym kufrem, mocno sfatygowanym, z podartymi 
naklejkami. 

-To tylko Leonard... - odezwał się Nestor, ogrodnik. 

Latarnia morska - wyjaśniła bratu Julia. 

background image

Jason nie widział dotąd światła latarni. Poprzedni wieczór spędził 
przecież w Krainie Puntu, w Egipcie. Podszedł do uchylonej okiennicy 
w oknie mansardy. 

Ooo... - szepnął, kiedy snop światła ponownie padł na niego. - 

Zapala się tak co wieczór? 

Cień Jasona wydłużył się teraz aż po krańce strychu, sięgając 
stłoczonych mebli, przykrytych białymi pokrowcami, i porzuconych 
obrazów. 

Jeśli tylko Leonard nie zapomni - trochę zgryźliwie odpowiedział 

Nestor, zanosząc się przy tym kaszlem. W powietrzu unosił się 
drażniący krtań zapach tempery. 

Julia uśmiechnęła się. Już drugi raz Leonard nie zapomniał włączyć 
latarni. Poprzedniej nocy oko latarni dotrzymywało 

Rycerze na poddaszu 

jej towarzystwa, gdy podczas burzy Manfred usiłował sforsować drzwi 
Willi Argo. 

Światło latarni morskiej tańczyło po poddaszu. 

Jason odszedł od okna i klęknął przy kufrze. Pomógł siostrze otworzyć 
ostatnią kłódkę i chwycił za wieko. Na wystrzępionej naklejce widać 
było jeszcze część napisu: „WE-NEGA, pamiątki" - od razu rozpoznali 
charakterystyczne pismo Ulyssesa Moore'a, dawnego właściciela domu. 
Chłopiec uniósł ostrożnie wieko kufra, wznosząc chmurę kurzu. 

Udało się - powiedział, choć w jego głosie słychać było pewną 

obawę. 

background image

Oczom całej trójki ukazał się leżący na wierzchu czerwony materiał, na 
którym rozsypano garść pachnących jagód, zapewne dla odstraszenia 
moli i gryzoni. 

-Wspaniały... - szepnęła Julia, głaszcząc tkaninę. 

To chyba płaszcz - domyślił się Jason. Uniósł ostrożnie materiał, 

którego kwieciste wzory, czerwone na czerwonym tle, rzucały świetliste 
refleksy, jakby wątek tkaniny stanowiły srebrne nitki. Płaszcz był bardzo 
zniszczony, a obrębek w wielu miejscach rozdarty. 

Kufer miał trzy przegrody, a każda z nich oznaczona była starym 
medalionem. 

Maski weneckie! - zawołała Julia, zafascynowana, i ostrożnie 

wyjęła jedną z nich. Była to maska o ostrym nosie, z dwiema złotymi 
łzami, z czarnym nakryciem głowy, umocowanym tuż nad czołem. 

■ ■«••ił................... 

»mmmmmm* rc mr_j-_j<_r_rm (■•«••••< 

 

ur "TUCi? (i; O 

ccc© f e c' o 

1 2 3 4 5 6 7 89 10 11 12 ią U>5 16 17 18 1? 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 30 31 32 33 34 353« 3? 38 39 40 

dpo o o o o oo obo dbo ooo o o oo o d o o o o o b b bobo oba bb o b opo 
o op uj i i i r i i i i v a i i i n i i i i b i i i i i i n i c i i i p i i i i 

? ? rf B ? ? ? r t i mm > ? j 3 3 3 »"»"■3 « 3 > 3 » » » 3 1 i 1 

background image

W kufrze znaleźli też trzy inne maski z papier-mache, ułożone na trzech 
płachtach czarnego jak noc materiału - pelerynach zapinanych pod szyją 
na dwie spinki. 

Nestor bacznie obserwował dzieci, one tymczasem w milczeniu 
rozkładały maski i peleryny na podłodze. 

W kufrze znalazły jeszcze kilka chusteczek z monogramem U.M. i P.M., 
parę koronkowych rękawiczek, bardzo długi wełniany szal, zapinkę w 
kształcie charta, monokl teatralny, laskę z mosiężną gałką i wyblakłą 
mapę Wenecji z XVIII wieku. Była tak krucha, że Jason, próbując ją 
rozłożyć, mało jej nie rozdarł. Na dnie kufra było jeszcze libretto jakiejś 
komedii i kilka zaproszeń w pożółkłych kopertach z napisem„TEATR S. 
ANGELO". 

Dzieci oglądały te przedmioty, usiłując sobie wyobrazić, do czego 
służyły. Nestor niespiesznie opowiadał im o balach i życiu w dawnej 
Wenecji, o czym słyszał od dawnego właściciela Willi Argo i jego żony. 
Przez blisko godzinę Jason i Julia wyobrażali sobie, że wcale nie siedzą 
na zakurzonym poddaszu willi, lecz przebywają w mieście nad laguną, 
pełnego magicznych tajemnic, w olśniewających salach balowych, 
wśród masek, muzyki i śmiechu. 

Potem sen zaczął brać górę nad marzeniami i gdy kolejne ziewnięcie 
zmąciło ciszę, Nestor zakończył zabawę: 

Sądzę, że czas iść spać, dzieci. Jutro macie szkołę - powiedział 

stanowczo i znów się rozkaszlał. 

Jason sięgnął raz jeszcze po wenecką maskę, włożył ją, po czym obrócił 
się i znienacka wrzasnął przeraźliwie. 

Aaa! - krzyknęła Julia. - Przestań! Natychmiast przestań! To wcale 

nie jest zabawne! 

background image

Rozdział C 2) HRABIA CENERE 

Złowrogie mgły unosiły się nad kanałami i tańczyły po mieście, na 
przemian zasłaniając i odsłaniając zaspane domy Gondolierzy 
odpoczywali w łupinach swych łodzi, opatuleni w naciągnięte po nos, 
wełniane koce. Doświadczenie nauczyło ich nie zwracać uwagi na żaden 
hałas. 

 

Nocą po Wenecji krążyły tylko maski. 

Jedna z nich, fioletowa, chuda niczym widmo, podążała ostrożnie 
wzdłuż kanału starego getta. Bardzo wysokie obcasy wymuszały 
niezdarny krok, więc poruszała się jak na szczudłach. 

Coraz rzadziej dostrzec można było nadżarte pleśnią tabliczki z 
nazwami ulic, ale fioletowa maska nie zwalniała kroku. Miała 
umówione spotkanie i nie mogła się spóźnić. 

Próbowała połapać się wśród tych dziwacznych nazw: „calle" oznaczało 
ulicę, podobnie jak ulicą były „ruga", „vicolo", „fondamenta" czy 
„palizzata". Plac to „campo", a mosty nosiły jakieś fantastyczne nazwy, 
inne od tych urzędowych. Miasto pełne było jakichś dziwnych 
przedziurawionych kamieni, chodników, po których nie należało 
chodzić, bo przynosiło to pecha, głazów, które trzeba było pogłaskać, bo 
cudowne. I jeszcze „garbów opryszków" - kamieni usypanych w 
narożnikach ulic tak, by uniemożliwić złoczyńcom ukrycie się w 
najbardziej mrocznych zakątkach. 

Ale ta maska nie wyglądała na przestraszoną. Raczej sprawiała wrażenie 
kogoś, komu się diabelnie śpieszy. 

 

background image

Przebiegłszy kolejny uśpiony mostek, skręciła w prawo i w końcu 
zatrzymała się. Doszła do wąskiego przejścia między dwiema 
zrujnowanymi, wilgotnymi kamienicami, których obmurowania 
sterczały tuż nad jej głową. 

W oknach było ciemno. Na żadnym kominku nie płonął ogień. 

Znalazła się w zaułku Zmarłych. 

Spóźniła się pani... - zasyczał ktoś z głębi mroku. 

Głos należał do mężczyzny w szarej masce z długim dziobem kruka, 
spowitego w szarą pelerynę, co upodabniało go do obdartego z piór 
ptaka. 

Starałam się, ale... na tych obcasach! - jęknęła fioletowa maska. 

Z trudem dowlokła się do stopni prowadzących do jakiejś bramy i 
usiadła, by zdjąć buty. Potem z ulgą wyciągnęła straszliwie chude nogi, 
okryte tuniką w dokładnie tym samym odcieniu fioletu co szpilki, i 
odchyliła głowę, odsłaniając chudą kobiecą szyję. 

Brak mi tchu... 

Dosyć! - rzucił rozkazującym tonem ten z ptasim dziobem, 

przeczuwając, że kobieta chce zsunąć maskę. - Nie muszę znać pani 
tożsamości. Ani pani mojej! Dobrze się pani czuje? 

Jestem wykończona. 

Jest pani bardzo chuda. Może pani jest chora? 

Fioletowa maska wzięła głęboki oddech, zanim odparła: 

Nie pan pierwszy mnie o to pyta... Nie jestem chora. Jestem tylko 

zmęczona. 

background image

Byłoby dobrze... To znaczy, radzę pani, niech się pani zbada. 

Wygląda pani jak śmierć na chorągwi. 

Zaiste, bardzo to uprzejme. - Fioletowa maska wstała. - W każdym 

razie... jeśli pan pozwoli... niech pan... zajmie się sobą, a ja zajmę się 
sobą, dobrze? Jeśli się nie mylę, jesteśmy tu w interesach. 

Tak. Szukała pani kogoś, kto ma dostęp do Rady Dziesięciu, 

organu sądowniczego. To znaczy, do ich informacji. Oto jestem - czego 
pani potrzebuje? 

Nie czego, lecz kogo. Poszukuję mężczyzny podejrzanego o 

magię. 

Maska z ptasim dziobem powoli zbliżyła się do schodów, ciężko 
powłócząc nogami po wilgotnym bruku. 

Mgła znad najbliższego kanału unosiła się delikatnie, tworząc migocące 
w świetle księżyca spirale. 

Spodziewam się, że zna pani postanowienia Rady Dziesięciu 

dotyczące sztuk magicznych? W Wenecji są one zakazane, podobnie jak 
pewne książki, gry hazardowe i sztuczki iluzjonistów wszelkiej maści, 
szulerów, oszustów i sprzedawców czarodziejskich sztuczek. 

Dlatego zwróciłam się do pana. 

Chce pani, żebym zajrzał do archiwum Rady? 

Wiem, że Rada Dziesięciu dysponuje raportami tajnych służb 

miejskich. 

Jest pani dobrze poinformowana. A ja mam zaszczyt stanowić ich 

cząstkę. Ale nie znam innych osób z tajnych służb. Zawsze mamy maski 
na twarzach, nawet kiedy się spotykamy podobnie jak my teraz. Proszę 
zatem powiedzieć: kogo pani szuka? 

background image

Nazywa się Peter Dedalus - wycedziła maska w fioletach. 

Przedstawiciel tajnych służb zamyślił się, po czym odpowiedział: 

Obawiam się, że to nazwisko jest mi obce. Czym się zajmuje? 

Konstrukcją maszyn, różnych mechanicznych diabelstw i zegarów. 

Zegarów, powiada pani? 

Tak, zegarów, dużych i małych, różnych kształtu i wielkości. 

u ' 

A co magicznego czy niebezpiecznego jest w działalności tego 

człowieka? 

Magiczne jest to, że ten, komu uda się go odnaleźć - fioletowa 

maska wyciągnęła spod tuniki woreczek pełen monet - stanie się nagle 
bogaty. Bardzo bogaty. O wiele bardziej bogaty niż zwykły strażnik 
służb miejskich... 

Mężczyzna cofnął się kilka kroków, za mało jednak, by okazać, że jest 
zdumiony czy znieważony tą propozycją. 

To się nazywa korupcja. A co do korupcji, Rada Dziesięciu 

postanowiła ją wykorzenić. 

 

Zawsze będzie pan mógł zająć się tym w przyszłości. Jeżeli 

znajdzie pan Petera Dedalusa, te pieniądze będą należeć do pana. 

Kilka monet zmieniło nagle właściciela, by wzmocnić jej dar 
przekonywania. 

Nastała długa cisza. 

background image

Spotkamy się jutro wieczorem o szóstej - zakończył sprawę 

strażnik. - Na placu Św. Marka, w kawiarni. Powiem pani, co znalazłem 
na temat tego mężczyzny. 

Dobrze. Jak pana rozpoznam? 

Będę w tym samym stroju. 

Ma pan jakieś imię? 

Może mnie pani nazywać hrabią Cenere. 

Cenere? Popiół? Hrabia Popiół? Czarujące! A zatem do jutra o 

szóstej. Przyjdę. Niech pan przyniesie jedynie dobre wiadomości, hrabio 
Cenere. 

Strażnik odszedł w głąb zaułka Zmarłych. Potem sobie o czymś 
przypomniał, zatrzymał się, obrócił i zapytał: 

A pani ma jakieś imię? 

Proszę mówić: Newton - odpowiedziała fioletowa maska. - 

Newton. Jak uczony angielski. 

 

Zadźwięczał dzwonek i jeden wielki okrzyk radości wypełnił całą 
szkołę. 

Dzieci, spokój... - zdołała wyjąkać panna Stella, wyciera-'j jąc 

nerwowo pobielone kredą ręce; ale chmara rozszalałych 

uczniów zbiegała już schodami w dół. 

Wrzaski cichły na moment przed gabinetem dyrektora, kiedy dzieciaki 
mijały drzwi z gładkiego żółtego szkła, za którymi, jak przypuszczały, 
mogły się dziać nie wiadomo jak straszne rzeczy, a nasilały się kilka 

background image

metrów dalej, gdy pełne życia, nareszcie wyzwolone wpadały pod 
wielką arkadę, wiodącą na plac. 

W mgnieniu oka cała szkoła w Kilmore Cove opustoszała. Prawie cała. 

Jeden z chłopców zawrócił gwałtownie od wyjścia, wbiegł po schodach, 
przeskakując po dwa stopnie, i wpadł do klasy. Odnalazł swój 
zapomniany plecak, rzucony tuż obok ławki, i starał się wybiec ze 
szkoły najprędzej, jak tylko można. 

Gdy mijał po raz drugi żółte drzwi dyrektora, zatrzymał go jakiś niski, 
silny głos, przypominający pomruk pioruna. 

Stój! - zawołał dyrektor, który właśnie wyszedł z gabinetu. - Kim 

jesteś? 

Nazywam się Jason Covenant - odparł chłopiec, odwracając się 

niechętnie. 

Stał na wprost bardzo wysokiego mężczyzny. Wysokiego i chudego, 
niczym bocian w lśniących butach. Jego surowy 

■W 

I • I • • « 

Radość dzwonka 

wygląd łagodziła śmieszna muszka w groszki. Widząc ją, Jason 
przygryzł wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. A 

Covenant? - dopytywał się dyrektor. - Nie przypominam sobie 

żadnego Covenanta wśród uczniów tej szkoły. 

background image

Przykro mi, panie... - chłopiec nie pamiętał nazwiska dyrektora. - 

Ja i siostra sprowadziliśmy się tu dopiero kilka dni temu i... 

Dyrektor pstryknął palcami. 

A, tak! Londyńczycy! Małe bliźnięta z Willi Argo. 

Jason przełknął jakoś określenie „małe bliźnięta", marząc tylko, by jak 
najprędzej skończyło się to spotkanie. Ale - jak się zdawało - 
dyrektorowi wcale się nie spieszyło. 

-1 jak się czujesz, chłopcze, w takim maleńkim miasteczku jak Kilmore 
Cove? 

Bardzo dobrze, proszę pana. 

A w tym domu, takim... dziwnym? - Przy tych słowach uśmiechnął 

się jakoś tak krzywo, że można było wziąć to za złośliwość. 

Dziwnym? Dlaczego? 

Dyrektor nie odpowiedział. Położył rękę na ramieniu Jaso-na i 
odprowadził go aż do wyjścia, jakby chciał mu wyznać nie wiadomo 
jaki sekret. 

Placyk przed szkołą już opustoszał, zostali tylko Julia i Rick. Dalekie 
śmiechy ginęły między kamiennymi domami, w wąskich, krętych 
uliczkach. 

Domyślam się, że to twoja siostrzyczka - odezwał się dyrektor. 

- O, nie. To jest Rick, Rick Banner. Mieszka tu od zawsze * - 
odpowiedział Jason z szelmowskim uśmiechem. 

Dyrektor nic nie odrzekł, trochę zaskoczony, że chłopcu udało się 
wyśliznąć spod jego ręki. ) - Mogę już odejść? - zapytał Jason. - Do 
widzenia! 

background image

I nie czekając na odpowiedź, pobiegł w stronę tamtej dwójki. 

A. 

Czego chciał? 

Nie wiem. Chyba zapytać mnie o coś. Szkoda, że nie pamiętałem 

nawet, jak się nazywa... 

Rick szedł przodem. 

Pan Marriet. Ursus Marriet. Ale nie nazywajcie go nigdy Ursusem, 

bo się wścieka. 

Ursus? - burknęła Julia. - Czy w tym miasteczku nie ma nikogo, 

kto by nosił normalne imię? 

Moja mama - odparł Rick, nie przystając. 

Czyli? 

Mama. 

Powiedział, że Willa Argo to dziwny dom - ciągnął Jason. 

Wjakim znaczeniu? 

-Tego mi nie wyjaśnił. Ale mu oczy zalśniły... Wiesz, jakby chciał mi 
coś ważnego powiedzieć. 

Możliwe, ale to bez znaczenia. Jak wszystko zresztą - 

skomentował Rick. - W każdym razie... czy nie powinniśmy czegoś 
zaplanować? Mamy tyle do zrobienia! 

Phi! Nic specjalnego - zażartował Jason. - Musimy tylko odbyć 

podróż w czasie do Wenecji, odnaleźć Petera Dedalu-sa, zanim to zrobi 
Obliwia Newton, i spytać go, w czym tkwi sekret wszystkich 
magicznych drzwi w miasteczku. 

background image

I to zanim wrócą nasi rodzice! - dorzuciła Julia, podnosząc palec 

wskazujący prawej ręki. 

Podeszli do starej, żelaznej latarni, do której przymocowane były dwa 
rowery: jeden stary, solidny, a drugi jaskrawo-różowy. 

Myślę, że tu powinniśmy się rozdzielić - zaproponował Rick, 

wskazując drogę, która biegła w głąb miasteczka i wznosiła się w 
kierunku stacji. - Ja skoczę na moment do domu, wezmę swój rower i 
dogonię was w Willi Argo. 

Doskonale, a ja po drodze wstąpię do panny Calypso, żeby 

poprosić o ten przewodnik po Kilmore Cove, który tam wczoraj 
widziałam - powiedziała Julia. - Może w tej starej książce są jakieś 
ciekawe informacje... Że też go od razu nie wsunęłam do kieszeni, 
razem z tą karteczką, którą znalazłam w środku! Ale panna Calypso 
mnie zaskoczyła i... jakoś nie umiałam. 

A ja... - zaczął Jason, po czym spojrzał ze wstrętem na swój 

dziewczyński, różowy rower i zakończył: - Pojadę ukryć się w domu, 
zanim dyrektor zobaczy mnie na tym zabytku. 

No, to do zobaczenia wkrótce - pożegnał się Rick, zarzucając sobie 

plecak na ramię. 

Rozdział t 4) DRZWI ZAMKNIĘTE DRZWI OTWARTE - 

Szyld na drzwiach „Wyspy Calypso" kołysał się leniwie w rytm 
podmuchów bryzy od portu. Julia spróbowała wejść do środka, ale było 
zamknięte. 

Szkoda - westchnęła. Miała nadzieję, że wypożyczalnia przy 

księgarni będzie jeszcze otwarta i że w końcu zdobędzie mały 
przewodnik po Kilmore Cove pod tytułem Ciekawy Podróżnik, w 

background image

którym dzień wcześniej znalazła karteczkę z dziwnymi zapiskami. Ktoś 
tam zanotował, że tory kolejowe w Kilmore Cove nigdzie nie prowadzą 
i że na placu stoi pomnik króla, który nigdy nie istniał... Co zresztą 
potem potwierdził Nestor. 

Julia przysunęła twarz do szyby witryny, chcąc zajrzeć do środka 
księgarni, ale natychmiast odskoczyła. Wydało jej się, że po drugiej 
stronie ktoś jest i bacznie się jej przygląda.„Ale jestem głupia" - 
mruknęła pod nosem, gdy już się trochę uspokoiła. 

Panno Calypso! - zawołała. - Panno Calypso!!! 

Potem cofnęła się i stanęła w pełnym słońcu. Rozejrzała się uważnie. Po 
błękitnym niebie leniwie płynęły baranki chmur. Dzwony kościelne 
płoszyły stada ptaków. 

No właśnie! - Julia sprawdziła godzinę -„Wyspa Calypso" 

powinna być jeszcze otwarta. 

Postanowiła znaleźć pannę Calypso. Przeszła przez plac i weszła na 
pocztę po drugiej stronie. Tak jak się spodziewała, zastała tam 
bibliotekarkę, tym razem pracującą na swej drugiej posadzie, czyli jako 
urzędniczka pocztowa. W nasuniętym na czoło zielonym 
przeciwsłonecznym daszku siedziała w okienku z listami poleconymi. 

26 

 

V. 

r • • 

« 

background image

i a 

 

• 0 

— -r--r--r--r--r- u 

Drzwi zamknięte i drzwi otwarte 

 

li M 

Dzień dobry, panno Calypso! 

Tamta uniosła głowę sponad listów oklejonych niesamowity ilością 
znaczków. 

Julia Covenant! Czym mogę ci służyć? 

-Tak naprawdę to miałam nadzieję zastać panią w wypożyczalni... 

Drobna kobietka wskazała leżące za nią wielkie, lniane worki, bezładnie 
rzucone jak stos drewna na podpałkę. 

Przykro mi, ale... w poniedziałki jestem po tej stronie. 

Wpatrywała się długo w adres umieszczony na jakiejś kopercie, w końcu 
uznała, że właściwie może być, i wrzuciła list do jednego z worków za 
sobą. 

Przy tych nowoczesnych maszynach odczytujących adresy 

laserem, trzeba najpierw sprawdzić całą korespondencję. Inaczej te 
głupie maszyny wyrzucą do kosza masę listów... Och, ta technika! Kilka 
lat temu mogłaś napisać na pocztówce „Do dyrektora szkoły w Kilmore 

background image

Cove" i pocztówka trafiała do adresata. Listonosz umiał czytać. A teraz, 
jeżeli nie podasz numeru kodu pocztowego i prawidłowego adresu, list 
nigdy nie dotrze... 

A jaki jest kod pocztowy Kilmore Cove? - zapytała znienacka 

Julia. 

Calypso uniosła swój zielony daszek. 

Po co ci kod? Przecież mieszkasz w Kilmore Cove, a tu ja zajmuję 

się sortowaniem poczty. Kod jest potrzebny temu, kto musi napisać do 
kogoś w Kilmore Cove... z zewnątrz. W każdym razie, 

O '6 

m m t m ■ • 0 

m m t mmm 

o< 

J_ 

CC CGOCGCCOOCt 

1 2 34 5 6 7 89 10 11 12 13 14 15 1 & 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 
28 2*V 30 II 32 » .»4 35 3i 37 38 39 40 

0b0 q 0 0 0 d 0 obd bbd 0iiq 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 d 0 0 b dbfl bb 0 i 0 0 0 
0f0 0 dc 

cl i j r i i i 1 v 0 1 1 1 n 1 1 1 1 o i 11 ii i n i c i i i b i i l i 

? f bb b ? ? ? B ? 3 BB J P J J'» 5 J 'S •»!>'■» 5 »'»'•»»»'< 

jeśli się nie mylę - ciągnęła, nagle przyspieszając - dzwon właśnie wybił 
koniec mojej przedpołudniowej pracy na poczcie. 

background image

Bibliotekarka zamknęła okienko, po czym zniknęła na chwilkę za ladą w 
głębi i - już gotowa - stanęła w drewnianych drzwiach. 

Mówiłaś, że chcesz pożyczyć jakąś książkę? Skończyłaś już tę, 

którą ci dałam? 

Hmm... znaczy - mamrotała Julia, tknięta nagłym poczuciem winy, 

że zapomniała na śmierć o Wichrowych Wzgórzach. - Prawdę mówiąc, 
jeszcze jej nie skończyłam, ale... 

Panna Calypso trzasnęła drzwiami Urzędu Pocztowego. 

W czym zatem mogę ci pomóc? 

Pamięta pani, jak ostatnim razem przyszliśmy do pani, żeby 

skorzystać z telefonu? 

Ponieważ to było zaledwie wczoraj, a moja pamięć jeszcze nie 

szwankuje, to... tak, pamiętam. I co z tego? 

Doszły do księgarni. Calypso wsunęła w zamek lśniący cienki klucz i 
przekręciła go. 

-Więc... kiedy telefonowałam, zdawało mi się, że dostrzegłam książkę, 
która mnie bardzo interesuje. 

Zdawało ci się czy widziałaś? - kobieta dręczyła Julię pytaniami, 

ociągając się z otwarciem drzwi. 

Widziałam. 

Przez chwilę obie stały nieruchomo przed „Wyspą Calypso". Ze środka 
dobiegł jakiś głuchy odgłos, jakby stos książek runął na ziemię. 

Ł s. 

background image

Ć-r- .' ■ 

• • • 

Panna Calypso udawała, że nic nie zauważyła. 

A mogę się wreszcie dowiedzieć, o jaką to książkę chodzi? 

Żebyśmy nie spędziły tutaj całej nocy... 

Była mniej więcej takiej grubości i... 

Bibliotekarka uśmiechnęła się złośliwie. 

Pierwsze, co zapamiętujecie, to grubość książki. A tytuł lub 

nazwisko autora to sprawy całkiem drugorzędne... 

Ciekawy Podróżnik - powiedziała Julia. - Stary przewodnik 

turystyczny po Kilmore Cove. 

Gdyby w tym momencie jakaś nieostrożna muszka przeleciała przed 
oczami panny Calypso, jej piorunujące spojrzenie spaliłoby ją na popiół. 
Ale to trwało zaledwie moment, po czym odzyskała swoje normalne 
łagodne spojrzenie. 

Masz na myśli kieszonkowe wydanie z grzbietem z czerwonego 

aksamitu? 

-Tak, to! 

Och, jak mi przykro! Ta książka tkwiła w księgarni co najmniej 

dwadzieścia lat, ale... sprzedałam ją wczoraj wieczorem, zaraz po 
waszym wyjściu. 

Sprzedała ją pani? 

background image

-Tak, jakiemuś typowi, który chciał wiedzieć, co ciekawego można 
zobaczyć w tych stronach. „Lepiej niech pan pospaceruje po porcie z 
dobrą książką" - powiedziałam. Ale on tak nalegał, że przypomniałam 
sobie o tym przewodniku. Nie było to znowu nic nadzwyczajnego, stare 
czarno-białe 

IP fotografie. Ale kupił go. 

 

(cojitt 

•OT © 

iSEłi 

or © 

© © 

- o © 

 

V A 

c © © © © © © © © o © r< 

1 2 3456 789.10 11 12 13J 4 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 
2829 30.<! 32 33 34 35 36 37 38 39 40 

opo o d d b 00 obd gbboo o o b 0 8 o (i o o o o o b o 00b0 obo o o b o 
oco o ob 

bi 1 ibi i 1 1bbi 1 i b 1 1 i ibi i 1 1 1 ib1bi i 1b1 1 1 i 

background image

? ? nB b ? ? ? m ? -i mm ? ? ? ? ■> ■> ■> ■> "> « ' > '"> » > » »» 5 > » ' 
*■"• 

t - A co to za typ? 

j - Muszę przyznać, że przystojny mężczyzna - odparła panna Calypso, 
uchylając odrobinę drzwi. - Wysoki, eleganc- 

j ki i o pięknej prezencji - dodała po chwili. 

I Patrząc w ciemną szparę, prowadzącą w głąb „Wyspy Calypso", Julia 
poczuła, jak po krzyżu przebiegł jej lodowaty dreszcz. 

Czy to zwykły zbieg okoliczności, że właśnie teraz ktoś kupił ten 
przewodnik, który przez dwadzieścia lat stał na półce? I to zaraz po ich 
wyjściu? Kim mógł być mężczyzna, który go kupił? I dlaczego akurat 
teraz? 

Julia sprawdziła, czy ma w kieszeni cztery klucze od Wrót Czasu. Przez 
chwilę miała wrażenie, że stały się bardzo, bardzo ciężkie. Odeszła kilka 
kroków. 

- Możemy spróbować zamówić inny egzemplarz, jeśli uda się 
skontaktować z wydawcą, jeśli wydawca jeszcze istnieje... - dobiegł ją 
głos panny Calypso. 

Ale dziewczynka chciała już tylko odejść stąd jak najdalej. 

- Nie... nieważne, panno Calypso - wydukała. - Proszę się nie 
martwić.To było tak tylko dla... zaspokojenia mojej ciekawości. 

Doszła do roweru, wsiadła i pomknęła w stronę domu. 

Rick Banner również pomknął do domu. Wpadł, żeby się przywitać z 
mamą, ale zatrzymał się tylko na moment, a potem, skacząc po cztery 
stopnie, zbiegł ze schodów. 

background image

Już na ulicy spojrzał w górę, by spotkać zatroskane spojrzenie matki, 
która pomachała mu zza okna w kuchni. 

30 

lf jlWWWi 

Rick odmachał jej, uważając, by przy okazji nie odsłonić paskudnie 
otartego ramienia, pamiątki po motorze Manfreda, na którym, na 
szczęście, zdołał się stokrotnie zemścić. Potem spojrzał szybko na 
zegarek i czym prędzej ruszył w stronę kościoła. 

Kościół św. Jakuba był wysoki, wąski, ze spadzistym dachem. Rick 
położył rower na ziemi, wciąż niezdecydowany, czy wejść do środka. W 
ciszy kościoła było coś, co zmuszało go do myślenia o sprawach, o 
których tak naprawdę nie chciał myśleć. Odegnał wspomnienie 
pogrzebu swego ojca i otworzył drzwi. 

O, dziękuję! - zawołał ojciec Feniks, proboszcz Kilmore Cove, 

uzbrojony teraz w bardzo długi kij i szmatę. - Przyszedłeś mi pomóc, 
Banner? - Ojciec Feniks był jak zwykle bezpośredni i jowialny. - 
Będziesz tak dobry i weźmiesz wiaderko? 

Jeśli chodzi o „wiaderko", był to ogromny pojemnik pełen spienionej 
"wody z mydłem. Rick pomógł sapiącemu ze zmęczenia księdzu 
wynieść je na zewnątrz. Ksiądz wyjaśnił mu, że musi oczyścić fasadę 
kościoła z błota, jakie pozostało po ostatnim deszczu. 

Z drugiej strony, już dawno powinienem był to zrobić... - dodał 

ksiądz, zanurzając koniec kija w wodzie i przejeżdżając mokrą szmatą 
po fasadzie. 

background image

Rick stał i patrzył z podziwem: ojciec Feniks należał do osób, które 
robią, co mają do zrobienia, i nigdy się nie uskarżają. Wiecznie 
uśmiechnięty, umiarkowanie surowy, miał zawsze właściwe słowo i 
czas dla każdego. 

mmmmmmmmmmm 

m • 

« • ś I I I 

 

DmiiiiiiimmiiiiiiuMiMmiii 

 

»f 'or' rfśił 'of' fpji'ciip. (.1; - * 

v.. h . 

c © © © ceo o o c e c o 

1 23456 789 10 U 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 30 11 32 33 34 35 36 37 38 39 40 

OBO OB B B BOllBfl BBO 00 O O BO O O O O O O O O O O ODBG 
GCO 00 O O OBO O OB ł I 1 Mill 1 IV Uli 1 t1 1 B1 i 1 1 ł 1 B I B 1 1 
1 B 1 ] I I 

? ? r»BJ P ? ? P P! P P ■■ ? P P P P P P »'-5 mi-i 3 5 5 »*' 1 m ■> a 3 3 

Opowiedz mi o wszystkim, młody Bannerze - odezwał j się, po raz 

piąty zanurzając kij i stając na palcach, by sięgnąć 

jak najwyżej. - Możesz mówić bez obawy, jesteśmy tu sami, j pozostali 
jedzą. 

I Rick rozejrzał się dokoła, potem zbliżył się do ciemnych pleców 
zakonnika i szepnął: 

background image

-To w sprawie pana Moore'a. 

Ojciec Feniks oparł o ziemię kij, którego cień sięgnął placu jak 
południk. 

Pana Moore'a? A co ty masz wspólnego z panem Moorem? 

Rick opowiedział mu o swoich nowych przyjaciołach 

i o sprzedaży Willi Argo. Proboszcz, który naturalnie był dobrze 
poinformowany o wszystkim, słuchał z przyjemnością opowieści o 
nowej przyjaźni Ricka. Był rad, że do miasteczka napłynęli nowi ludzie. 

Ale kiedy na koniec Rick spytał go o to, co mu najbardziej leżało na 
sercu, ojciec Feniks prawie się roześmiał: 

Chcesz wiedzieć, jaki miał pogrzeb? 

-Tak - odparł speszony Rick. 

Naprawdę nie mógł zmrużyć oka tej nocy, myśląc o tym, że żadne z 
małżonków Moore nie ma grobu na cmentarzu w Kilmore Cove. I 
roztrząsał w myślach słowa Jasona, który od dawna powtarzał, że może 
stary właściciel nie umarł i że ktoś się ukrywa w Willi Argo... 

Rick podzielił się wszystkimi swoimi wątpliwościami z ojcem 
Feniksem, który wysłuchał go z wielką uwagą. 

Drzwi zamknięte i drzwi otwarte 

Nie było mnie tu, kiedy to się zdarzyło - powiedział, kiedy Rick 

skończył. - Prawie nikogo z miejscowych nie było, z wyjątkiem Nestora, 
Minaxo i panny Calypso. 

Ale dlaczego pan Moore nie leży na cmentarzu w Kilmo-re Cove? 

background image

Jeśli o to chodzi, to nie leżą tu także jego dziadkowie ani żona - 

odpowiedział proboszcz. 

Rick znieruchomiał. To prawda. Nie było grobu żadnego z przodków 
rodziny, których portrety wisiały nad schodami w Willi Argo i których 
imiona wymalowano na suficie biblioteki. 

Wyjaśnienie jest bardzo proste, synu. Państwo Moore nie leżą na 

cmentarzu, ponieważ to bardzo stara rodzina i ma swoje własne 
mauzoleum na wzgórzu. 

Mauzoleum? To znaczy co? 

-To rodzaj starego rodzinnego grobowca. Wejście do niego znajduje się 
wTurtle Park. Oto dlaczego nikt z nich nie spoczywa na cmentarzu. 

-To znaczy, że są pochowani... osobno? 

Można to tak nazwać, jeśli wolisz. 

Rick miał jeszcze jakieś wątpliwości. 

A ile mieli lat, gdy zmarli? I kiedy to się dokładnie stało? 

Nie pytaj starego księdza o liczby i daty, chłopcze - zażartował 

ojciec Feniks. - Nie jestem właściwą osobą. 

A kto jest właściwą osobą? 

Proboszcz chwilkę pomyślał i powiedział: 

:ołjr 

■OF' 

■OF' 

background image

© 

 

 

c © © © © © © © © © © © 

1 2 34 5<S 789 10 11 12 ¡3 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 
28 29 30 31 32 31 34 35 36 37 38 39 40 

DBB O 0 0 O 00 OBD 060 0 0 0 O O O O O O 0 O 00 O O O GDBIi 
0*5 0 0 0 0 0 OFO O OC 

B 11 I B 1 

i ? BBB ? 

1 1 

3 7 

! BB 1 11 1 1 11 B I I 1 

n .? 3 rn ? ? ? p j 3 ? j 3 •» 

i i i-« i r i i i r i i i i 

ii 

II 

background image

Rick widział kiedyś przez chwilę Freda Śpiczuwę i wiedział, że swoje 
przezwisko zawdzięcza opinii, że spędza dni na przysypianiu w trakcie 
przeglądania gazety. Ale nigdy z nim nie rozmawiał i nie wiedział, gdzie 
pracuje. Spytał o to ojca Feniksa, który odparł: 

Widzisz ten budynek po drugiej stronie placu? 

Mówił o niskim domu z kamienia, przed którym był traw-niczek pełen 
kwiatów. 

-Tak - odpowiedział Rick. 

Dobrze. Są tam małe drzwi po lewej stronie, .które prowadzą do 

tego, co ja nazywam biurem z kartoteką. Naprawdę to Urząd Stanu 
Cywilnego. Są tam nazwiska wszystkich, którzy urodzili się lub zmarli 
w miasteczku, którzy się tu pobrali i którzy nie chcą już słyszeć o tym, 
że się kiedyś pobrali. Jeśli się pospieszysz, możesz jeszcze zastać Freda 
Śpiczuwę, czytającego swoją ulubioną gazetę sportową. 

-1 o co powinienem go spytać? 

On się zajmuje wszystkimi zaświadczeniami i pozwoleniami władz 

miejskich - wyjaśnił ojciec Feniks. - Powiedz mu, że potrzebujesz 
danych na temat rodziny Moore. Jeśli ci odmówi, powiedz, że to ja o nie 
proszę. W tych papierach znajdziesz informacje, których szukasz. 

Rick kiwnął głową, podziękował ojcu Feniksowi i, przeszedłszy przez 
plac, dotarł do wskazanych drzwi. Popchnął je i wszedł. 

Proboszcz postał jeszcze jakiś czas nieruchomo przed kościołem, potem 
uśmiechnął się i powrócił do czyszczenia fasady. 

 

background image

Hej, przyjacielu! Może w czymś pomóc? - nowiutki szary pickup 

zjechał na pobocze i zatrzymał się w chmurze pyłu. 

Na drodze stał dziwny pojazd. Był to dwuosobowy dune buggy, jeden z 
tych automobili bez dachu, z widocznym podwoziem, z ogromnymi 
kołami i silnikiem umieszczonym od razu za siedzeniami. Pojazd 
ciągnął odkrytą platformę do przewożenia koni, na której byle jak 
umocowano ogromny motocykl sportowy, czarny i lśniący. Za silnikiem 
tego śmiesznego pojazdu ciągnęła się groźna smuga spalin. 

Jakieś kłopoty, tak? 

Aha - mruknął kierowca dune buggy, spoglądając smutno na 

smugę dymu za swoim autem. Miał na sobie dżinsową kamizelę i 
rybackie kalosze. Ale nie wyglądał na rybaka... a raczej na gangstera; 
jego słoneczne okulary pozlepiane były taśmą klejącą. 

Mężczyzna, który prowadził pickupa, był jego przeciwieństwem - 
bardzo przystojny, w beżowym, welwetowym garniturze, wysoki, 
elegancki, w szkockim kapeluszu myśliwskim. 

Może się rozpaść na tych bezdrożach. Piękny motor, to pański? 

Nie - odpowiedział gangster, zdejmując okulary. Był najwyraźniej 

zły, a nawet wściekły. W dodatku sposób mówienia nieznajomego 
wydał mu się nazbyt poufały. 

Nie chciałbym się wtrącać w nie swoje sprawy, ale... ten dune 

buggy nie jest chyba dostatecznie mocny, żeby ciągnąć taką przyczepę. 

Gangster burknął coś pod nosem. Mężczyzna w szkockim kapeluszu 
ciągnął pogodnie: 

Nie mówiąc o tym, że silnik się psuje. Dymi niemiłosiernie. 

Nie miałem wyjścia. Ktoś mi pociął gumy. 

background image

Och, to wielka szkoda! 

Gangster odniósł dziwne wrażenie, że nieznajomy już o tym wiedział. 

I co pan zamierza zrobić? 

Wymienić je w miasteczku. 

W Kilmore Cove? Co za zbieg okoliczności: ja też tam jadę. Może 

pana podholować? 

Mężczyzna o twarzy gangstera zastanowił się. Szybko rozważył 
możliwość pobicia nieznajomego i zabrania mu jego nowiutkiego 
pickupa, ale po chwili podjął inną decyzję: 

Mógłby mnie pan podholować aż do końca ostatniego wzniesienia, 

potem poradziłbym już sobie sam. 

Czy dune buggy ma hak na hol? 

Powinien. 

OK, to biorę linkę i podholuję pana. 

Dziękuję - wydusił z siebie gangster. 

Musiało się wydarzyć coś bardzo niezwykłego -mężczyzna w 

szkockim kapeluszu próbował dowiedzieć się czegoś więcej, zanim 
wsiadł do swego pickupa. 

Nawet pan sobie nie wyobraża, jak bardzo - odparł Manfred, 

kierowca Obliwii Newton, zasiadając za kierownicą swojego dune 
buggy. 

'C1T 

MłłitMtmiimriiiimmtimiimiiiiim 

background image

- e 

. Wi 

(cour: 'op* iSem 'of' irskcisjt. (i, -= o  \ 

peeeccceec corr 

1 2 34 5 6 7 89 10 II 12 13 U 15 )6 17 1 8 19 20 21 22 23 24 25 24 27 26 
29 M 31 V 35 i4 35 34 37 38 39 40 

OPIOlBDOOlinODBOOOODDOOllOOOniDIlOOOeOflBOOODOBP
OOOP 

p lIPuUuliUuOlicilUBlJlIullUlll 

Bil 1*1 11 I B B 1 1 1 ? ? rn B ? ? ? m ? ? rr ? 

¥ 1 1 1 1 B 1 1 1 1 1 ,1 B 1 B 1 1 1 B 1 1 1 1 

J 3 3 3 3 3 5 3 n 3 J 3 1 3 3 3 ■» 3 i 5 5 »•» 

ason usiadł na dziedzińcu Willi Argo, otworzył Podręcznik 
przerażających stworów i przeczytał rozdział dotyczący tajemnej 
komnaty. Wskazówka była bardzo prosta: w starych domach, gdzie 
duchy lubią się najczęściej ukrywać, prawie zawsze jest dodatkowy 
pokój, do którego wejście zamaskowano. Można go odkryć z zewnątrz, 
licząc okna. Jason oparł się o stare drzewo sykomory, wziął kartkę 
papieru w kratkę, położył ją na zamkniętej książce i zaczął liczyć okna 
na parterze. Siedem. Potem okna na piętrze. Osiem. I trzy mansardowe. 

Nestor wychylił głowę przez kuchenne drzwi, a w ręku trzymał patelnię 
w kolorze węgla. 

Jaaason! Idziesz jeść czy nie? 

background image

Idę! - wykrzyknął chłopiec, podnosząc się. 

Ale nie zrobił nawet kroku. 

Jeśli jesteś w tajemnej komnacie, znajdę cię... - szepnął. Po czym 

ruszył, żeby policzyć okna po drugiej stronie domu. 

Dzwoniłeś do matki? - krzyknął Nestor, nie oczekując odpowiedzi. 

Wrócił do kuchni i postawił patelnię na środku stołu nakrytego na trzy 
osoby. Stała tam żółta karafka z sokiem pomarańczowym, trzy szklanki i 
trzy stare talerze o wyszczerbionych brzegach. 

Jeśli wystygnie, tym gorzej dla nich... - zrzędził ogrodnik, 

opierając się o marmurowy zlew. 

Koło stołu leżały rzeczy przygotowane przez dzieci na podróż: trzy 
weneckie peleryny, trzy latarki, plecak, kilka metrów 

38 

tl!!lllil|llllllll!l|U!!|i!li|li||{|||l!ll|!|l!ll|||||||lllH 

----ijggiin- a §J ii 

— ■ ■■■ 

 

 

• r 

• • 

Tajemna komnata 

-<• O l-ŁfllJ 

background image

 

O o o :::: 

linki, aparat fotograficzny, wielofunkcyjny szwajcarski scyzoryk, 
busola, mapa osiemnastowiecznej Wenecji i oczywiście stary zeszyt z 
notatkami Ulyssesa z podróży. 

Nestor podszedł, żeby spojrzeć na zeszyt, kiedy zadzwonił telefon. 

Akurat teraz - mruknął, kuśtykając do stołu zawalonego 

rozmaitymi przedmiotami, wśród których krył się również telefon. 

Dzwoniła pani Covenant, matka bliźniąt. 

Nie, proszę pani... Oczywiście, że byli w szkole! Teraz jest tylko 

Jason. Nie wiem, czemu Julii jeszcze nie ma, może została w miasteczku 
na zakupach. Nie, nawet Jasona nie mogę poprosić do telefonu, bo liczy 
okna w domu. Właśnie tak. I wygląda na bardzo zajętego. Tak. Na 
pewno. Na pewno mu powtórzę, że może wrócą państwo dziś 
wieczorem, a najpóźniej jutro rano. Och, do licha, przykro mi z powodu 
opóźnienia z tym transportem... Ale takie rzeczy się zdarzają. Nie ma już 
ludzi, którzy potrafią pracować jak należy. I to jest problem. Ale niech 
się pani nie martwi. Proszę zadzwonić później, trochę później. 

I rozłączył się. 

Później to będziemy gdzieś w Wenecji - odezwał się Jason, 

przemykając tuż przed Nestorem. Policzył okna po obu stronach pokoju 
i zniknął na schodach. 

Hej! - krzyknął ogrodnik. - Jedzenie gotowe! 

Chwileczkę! - odkrzyknął Jason z górnego piętra. 

background image

i m m » e 

 

m m 

 

I 2 3456 789 10 I 1 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 3031 32.33 34 3'j 36 37 38 39 40 

000 0 0 B B 0 0 JIHfl OBB B B B B 0 B 0 B B B B B B 0 0 0 0 OBI 
OBB 0 0 0 B BBO B OB BI 1 i B i 1 i i b B ] 110 1 11 1 B 1 1 1 1 1 1 B 
1 B I 1 1 B 1 1 1 

? ? BB B ? } ? m ? 7 BB 7 > 3 3 3 1 ■> 3 3 m 3 3 3 3 3 3 3 ■» 3 1 5 ' •«« 

Żadnej tajemnej komnaty - mruczał parę minut póź-j niej, jedząc 

duszone mięso w sosie pomidcowym. To znaczy, żadnej dodatkowej 
komnaty z oknem, co nie oznacza, 

j że jej nie może być... - przejrzał spis treści Podręcznika przerażających 
stworów- ...tajemna komnata murowana! Żeby odnaleźć komnatę 
tajemną murowaną, należy najpierw wymierzyć powierzchnię 
zewnętrzną domu, a potem powierzchnię wszystkich pokojów. I za 
pomocą prostego odejmowania... 

Chłopcze - przerwał mu Nestor - nie ma innych tajemnych komnat 

w tym domu. 

Innych? 

Poza tą z Wrotami Czasu. 

background image

-1 w tym właśnie sęk - zauważył Jason, nadziewając kolejny kawałek 
mięsa na widelec. - Okrągłe pomieszczenie, tuż za Wrotami Czasu, ma 
cztery wyjścia. Jedno prowadzi do Willi Argo. Drugie schodzi do groty 
z Metis. A pozostałe dwa? 

Stary właściciel nigdy mi nie mówił o jakichś innych szczególnych 

pokojach - uciął krótko ogrodnik. 

Ale czy kiedyś w nich byłeś? -Nie. 

No widzisz, to jak się przekonamy? Mogą być tajemne komnaty 

wykute pod Willą Argo, jak te miejsca, gdzie starożytni Rzymianie 
chowali swych zmarłych. Jak to się nazywa?... Katakumby! Ostatecznie 
to jest starożytny dom rzymski, prawda? 

Na tym wzniesieniu była stara wieża strażnicza... 

A zatem moje przypuszczenia mogą być słuszne! Może sekret 

Ulyssesa tkwi w jednym z tych przejść. Może tam się ukrywa, a od 
czasu do czasu wychodzi przez Wrota Czasu, żeby nam podrzucić 
potrzebne wskazówki... Tak! Czemu o tym wcześniej nie pomyślałem? 

Myślałem, że sprawa jest zamknięta. Stary właściciel nie może już 

tego robić. Przyjmij to do wiadomości. 

-Tak, ale... - Jason zacisnął usta, wciąż nieprzekonany. 

Ale co? - przerwał mu Nestor. - Wciąż nie wierzysz? 

Jason wierzył w to, co ogrodnik opowiadał o dawnym 

właścicielu, o jego przyjaciołach, o drzwiach i o Rycerzach Kilmore 
Cove, ale było jeszcze coś, co nie dawało mu spokoju - wrażenie, że jest 
obserwowany, kontrolowany i... prowadzony przez wskazówki, które 
Moore podrzucał mu osobiście. 

background image

A jeżeli nie zmarł, lecz jest gdzieś uwięziony? 

Nie jest uwięziony. Jason, proszę cię, skup się: dziś musicie 

odnaleźć Petera Dedalusa. I to nie będzie łatwe. 

-Tak - zgodził się Jason. Po czym znów powrócił do sprawy, która nie 
dawała mu spokoju: - A zatem pozostaje tylko hipoteza ducha. 

Słucham? 

Może w tym domu jest duch, który chce nam pomóc. Duch 

Ulyssesa Moore'a albo... Może to duch Penelopy... 

Myślę, że powinieneś to sobie zapisywać, Jasonie - zakpił Nestor. - 

Inaczej nigdy nie zapamiętasz wszystkich swoich genialnych hipotez... 

c e © c © © © © © o o r © 

1 23456 789.1011 12 13 14 15 16 1 7 18 19 20 21 22 23 2425 2627 28 
29 30 31 32 3? 34 35.36 37 3d 39 40 

DBO 0 0 0 0 0 0 HBD OB 0 0 0 0 0 0 g 0 0 0 0 0 D 01! 0 g 0 OBI! OB 0 
0 0 U 0 HBO D UC BI 1 TB 1 11 1 BB I I 1 B I 1 1 IBI 1 l i 11B 1B 1 1 
I B1 1 1 1 

? ? BSB r. ? P PB ? P mm P 3 P P P P P 3 5 r" 3 3 3 3 3 3 D »» 3 3 3 3 
— — 

Nagle w drzwiach kuchni stanęła zadyszana Julia, krzy-t cząc: 

Zniknął! - Spojrzała najpierw na ogrodnika, a potem j na brata, 

jakby czekając na ich reakcję. - Zniknął! Nie ma go! ) - Kto zniknął? - 
spytał Nestor. 

Przewodnik turystyczny po Kilmore Cove! - wykrzyknęła, 

zdenerwowana, rzucając na ziemię plecak. Usiadła do stołu. 

background image

Hej, hej, nie tak prędko - przyhamował ją Nestor, podsuwając 

ręcznik. 

Myjąc ręce, Julia opowiedziała o spotkaniu z panną Calypso. 

To nie może być przypadek - krótko podsumował jej opowieść 

Jason. - Ktoś chce nam przeszkodzić w odkryciu prawdy na temat 
Kilmore Cove. 

Ale kto to może być? 

Z pewnością nie Obliwia Newton... - mruknął Nestor. Dzieci 

spojrzały na niego pytająco, a on wyjaśnił: 

Calypso ci powiedziała, że przewodnik kupił jakiś mężczyzna. I że 

to obcy. 

Słusznie. 

•m 

-Wyglądała na przestraszoną czy zmartwioną? Julia pokręciła głową. 

Nie, nie, była zupełnie spokojna. To ja się wystraszyłam. 

Spróbowała opisać dziwny dreszcz, który przebiegł 

jej po plecach, kiedy zajrzała do księgarni. Miała wrażenie, jakby ktoś 
tam był, w środku. 

Kto to był? 

Nie powiedziałam, że w księgarni ktoś był - uściśliła siostra. - 

Powiedziałam, że tak jakby ktoś tam był. 

background image

Jakaś zjawa? 

No nie, wolne żarty! - wykrzyknął Nestor, wykończony. 

Julia nakładała sobie porcję mięsa w pomidorach, podczas 

gdy Jason wygłaszał swoje ostatnie teorie. 

Nie są znowu takie bezsensowne. Wczoraj wieczorem duch 

zasugerował nam poszukiwania w Wenecji i przywołał nas uderzeniami 
okna w wieżyczce... 

Julia świetnie to pamiętała: usłyszała hałas, poszła sprawdzić i pośrodku 
biurka znalazła mały model gondoli i czarny zeszyt. Potem wybiegła na 
zewnątrz, żeby zobaczyć, czy ktoś jest na dachu, ale nikogo nie 
dostrzegła. 

Czarny zeszyt w wieżyczce znalazł się w samą porę - zapiski z podróży 
do osiemnastowiecznej Wenecji, zrobione drobnym i prawie 
nieczytelnym pismem Ulyssesa Moore'a. 

O czym myślisz, braciszku? - spytała Julia. 

Brat pokazał jej Podręcznik przerażających stworów. 

O tym, że jeżeli w domu przebywa duch, mogę spróbować go 

złapać. 

• • mer 

Z cienia półek w głębi księgarni wysunął się mężczyzna i szepnął: 

Przepraszam za ten hałas. 

Nie przejmuj się - odpowiedziała Calypso. - Julia już odjechała. 

background image

Mężczyzna oparł się o ścianę, spojrzał na plac na zewnątrz i westchnął. 

I jaka ci się wydała? Spokojna? 

j, j - Nie całkiem. Myślę, że ją trochę przestraszyłam. Powie-) działam 
jej to, co ty mnie, nawet jeżeli nie odpowiadają mi takie metody. 

Przykro mi, ale teraz trzeba za wszelką cenę unikać sytuacji, które 

by ją rozpraszały... - Mężczyzna wyjął z kieszeni egzemplarz książki 
zatytułowanej Ciekawy Podróżnik. Mały przewodnik po Kilmore Cove i 
okolicach. 

Pewnie masz rację - uśmiechnęła się bibliotekarka, odkładając 

klucze do księgarni na ladę - ale według mnie umocniłeś ją tylko w 
podejrzeniach. 

Karteczka w przewodniku... 

Sądzę, że to Julia zabrała ją wczoraj, kiedy odkryła książkę. 

-Wiesz, co tam było napisane? 

To były twoje notatki. Twoje, albo... któregoś z twoich przyjaciół. 

Nie wymieniaj nazwisk, proszę. 

Dlaczego? - Kobieta lekko się uśmiechnęła. - Boisz się, że ktoś cię 

podsłuchuje? 

Może. 

-To paranoja... 

Może. - Mężczyzna znowu wyjrzał na zewnątrz. - Odje- 

m chała? 

© 

background image

1.......> k 

r r 

Calypso przytaknęła i, przechodząc na tyły księgarni, dodała: 

Pedałuje ile sił w nogach pod górę. Chciałbyś coś zjeść? ( 

Niebezpieczne to urwisko... - szepnął mężczyzna i znów schował 

przewodnik do kieszeni. - Nie, dziękuję. Wychodzę. 

Dokąd? 

Jesteś ciekawska, Calypso... Zawsze byłaś nazbyt ciekawa. 

Do licha, ty mi nigdy nic nie mówisz! Milczysz i ukrywasz się 

przez... 

Kiedy ponownie podeszła do witryny, spostrzegła, że w księgarni 
nikogo już nie ma. 

Dzwoneczek nad drzwiami nawet nie zadźwięczał. 

Drzwi do urzędu otworzyły się, a potem zamknęły za chłopcem 
automatycznie, pchnięte przez mechaniczne ramię. Widział przed sobą 
długi, lekko spadzisty 

korytarz. W dali pobłyskiwało słabe światło elektryczne. Brzydkie 
neonowe lampy brzęczały pod sufitem jak owady uwięzione w miodzie. 
Na wprost wejścia, na końcu korytarza wisiał wielki obraz w złotej 
ramie. Rick usiłował właśnie rozpoznać przyćmione przez czas rysy 
osoby na portrecie, kiedy posłyszał szelest składanej gazety i ochrypły 
głos, mówiący: 

-Tutaj, proszę. 

background image

Chłopiec podszedł do mężczyzny rozpartego przed ogromnym 
wentylatorem, z gazetą sportową leżącą na kolanach. Na stole piętrzyły 
się białe perforowane arkusze. Na ścianach wisiało kilka starych 
obrazów, pod nimi stała szafa-segregator, pełna malutkich szufladek. 
Umeblowania dopełniała para zniszczonych skórzanych foteli i drzwi z 
tabliczką: 

ARCHIWUM KILMORE COVE OSOBOM NIEUPOWAŻNIONYM 
WSTĘP WZBRONIONY 

111 

Na klamce wisiało dodatkowe ostrzeżenie, że należy uważać, ponieważ 
w pomieszczeniu znajdują się pracujące urządzenia mechaniczne. 

W czym mogę ci pomóc? - zapytał mężczyzna. 

Miał na sobie długie spodnie z szarej dzianiny i koszulę w biało-
czerwone paseczki. Chłodny podmuch wentylatora poruszał jego 
długimi baczkami wielorybnika. 

Rick podał rękę i przedstawił się Fredowi Śpiczuwie. 

Ojciec Feniks skierował mnie do pana z pytaniem... 

Chłopiec wyjaśniał swoją prośbę, podczas gdy Fred, słuchając go, 
nieustannie głaskał z satysfakcją swoje baczki. 

O, do licha. Zapowiada się niezłe poszukiwanie. Podpisz mi ten 

papier, proszę. 

Żeby dosięgnąć do blatu stołu, Rick musiał wspiąć się na palce. 

Co dokładnie chcesz wiedzieć o rodzinie Moore? - spytał Fred 

Śpiczuwa, zabierając podpisany papier i podchodząc do segregatora. 

background image

Przebiegł wzrokiem po kilku szufladkach, po czym wysunął dwie, 
wyciągnął z nich z dziesięć perforowanych kart i obejrzał je pod światło. 

Doskonałe. Te powinny być doskonałe. A więc? 

Ja... nie wiem tak dokładnie. Niech pan zdecyduje. 

-Wspaniale. Proszę o chwilkę cierpliwości. 

Fred Śpiczuwa zniknął w archiwum. Rick słyszał, jak pogwizduje, 
potem gwizd został stłumiony przez dźwięk jakiejś potężnej maszyny do 
pisania, a następnie przez zgrzyty i piski przypominające dźwięk 
poruszających się dźwigów. W miarę upływu czasu pogwizdywanie 
Freda zamieniło się w rodzaj 

II Kit 

M f 

m* 

Ir--" 

(COarT OF I5BŁi OF SRiCJSR (-1 

e e © © © © © 

V, 

 

background image

- o 

©o o r o r © 

1234567891011 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 
30 31 32 33 34 35.36 37 38 39 40 

BBB O O O DII HOPS OBBfB.B BO O O OltOOtO 0 O OOBOOBO 0 
0 0 0 OBO O OB 

BI 1 ]B I 1 1 I BB I I 10 11] i b | ) i (i |n ip i i l pl i M 

1 ? eiB B ? ? ? m ? i RR J J r ■> ■> P P P P m 1 5 a 5 -i-'i rm 1 D 1 1 

, męczącego rzężenia, przerywanego od czasu do czasu jaki-f miś 
przekleństwami. 

Nazbyt ciekawy, by się powstrzymać od rzucenia okiem, ę, -j Rick 
obszedł pokój dokoła i zerknął przez przymknięte drzwi l archiwum. 

To, co ujrzał, zdumiało go: całą salę zajmowała maszyna z mnóstwem 
dźwigni i przycisków, przewodów i przenośników wibracyjnych. 

Fred Śpiczuwa wsunął wyjęte z szafy perforowane karty w coś w 
rodzaju szpary, która wessała je jak wir. 

HHH 

No, jasne! - zawołał w pewnym momencie urzędnik i znowu 

zaczął pogwizdywać. 

Taśma podajnika podsunęła mu kilka kart lśniących jeszcze od tuszu. 

Rick szybko odskoczył, gdy Fred wracał do pokoju. 

Mamy! - zawołał, stając jak najbliżej wentylatora i podsuwając 

kartki, żeby szybciej wyschły. - Widziałeś, co za numer? Ledwie w pięć 

background image

minut Stara Sowa wybrała mi to, co najpotrzebniejsze z naszego 
archiwum. 

Odłożył karty perforowane do segregatora i wręczył Ric-kowi wynik 
swej pracy. 

I przy tym wszystkim ośmielają się przezywać mnie Śpiczuwa... 

l| jjj  Rick rzucił szybko okiem na kartki - była to długa lista 

wszystkich przodków rodziny Moore, która sięgała wstecz kilka 
wieków. 

c c 

■ 

Wstrzymując oddech, natychmiast zaczął szukać dwóch nazwisk, które 
go interesowały. 

Urząd Miejski w Kilmore Cove Archiwum Urzędu Stanu Cywilnego 

1) 

Moore, Ulysses, urodzony w Edynburgu (Wielka Brytania) Lat 63 

Żonaty z Penelopą Sauri, prawdopodobnie zmarły (upadek z urwiska 
Salton Cliff- wypadek) 

2) 

Moore, Sauri, Penelopa, urodzona w Wenecji (Włochy) Lat 57 

Zamężna z Ulyssesem Moore, prawdopodobnie zmarła (upadek z 
urwiska Salton Cliff- wypadek) 

Stan bieżący sprawy: zawieszenie postępowania do czasu oficjalnego 
stwierdzenia zgonu 

background image

Spadkobiercy lub inni krewni do szóstego stopnia: brak Egzekutor 
testamentu: Nestor Mac Douglas 

Fred Śpiczuwa zerknął Rickowi przez ramię. 

- Z tym urwiskiem to naprawdę trzeba uważać, nie? - powiedział. 

Potem wyjaśnił, dlaczego napisano Stan bieżący sprawy: zawieszenie 
postępowania do czasu oficjalnego stwierdzenia zgonu: 

. (COOT? P © 

OP © 

iSSBi © 

■ OF © 

7MC© (i) © © 

© 

 

 

terror 

I 2 3 4 5 6 7 89 10 1 1 12 13 14 15 16 17 16 19 20 21 22 23 24 25 76 27 
28 30 31 32 33 34 35 3Ć )," :W 39 40 

OBO D O B O D B EBD OB fl B O fl O D fl 0 fl fl D O 0 O O O D D 
DBB 8P0 IIO OD CBO g OB 

B ] || B I I 1 1 6 B | I'] Q } ] 1 1 n 1 ) 1 II | R 1 C 

| ? ? bb b ? ? ? m ? i mm ■> j ? ? ? j p j 'j m i 3 j 3 j o 

background image

1 I r i I 1 I 

r © 

111 

-Tego wymagają przepisy prawne. Jeżeli nie znalazło się ciała 
człowieka, musi upłynąć co najmniej dziesięć lat od dnia jego 
zaginięcia, żeby można go było oficjalnie uznać za zmarłego. 

Ich ciał nie odnaleziono? 

Pewnie zabrało je morze. 

Zatem, teoretycznie rzecz biorąc... nie umarli? 

Powiedzmy, że nasze archiwum jest bardzo drobiazgowe, ale... 

Salton Cliff to skała, która nie daruje. Prądy morskie musiały ich 
ściągnąć na pełne morze, więc... pewnie ich zjadły ryby. Doprawdy, 
paskudna historia. 

Rick pomyślał o swoim tacie, o silnych prądach' morskich i o 
Manfredzie, który spadł z tej samej skały, a przeżył. 

Może nawet morze czasem się myli. 

-Z pewnością, morze nie jest jak Stara Sowa! W ciągu trzydziestu lat, 
odkąd tu pracuję, nigdy nie zrobiła żadnego błędu. Z wyjątkiem 
sposobu, w jaki drukuje literę„d", oczywiście. Ale to, jak sądzę, jest 
rodzajem sygnatury. 

Co to znaczy? 

To jedna z ostatnich maszyn skonstruowana przez De-dalusa, 

zanim odszedł. Pamiętasz zegarmistrza, który parę lat temu zaginął bez 
śladu? 

background image

Przez moment Rickowi zabrakło tchu. 

Chce pan powiedzieć, że maszynę dla archiwum w Kilmore Cove 

skonstruował Petera Dedalus? 

Jasne, to właśnie Stara Sowa! Sortuje wszystkie akta z archiwum i 

odnajduje te potrzebne bez pominięcia bodaj 

jednego arkusza. Prawdziwe cudo mechaniki. I drukarka w starym stylu. 
Stara Sowa jest lepsza od komputera i od tych diabelstw 
elektronicznych. Jest zbudowana z przekładni i sprężyn. I działa także 
bez prądu. 

Rick popatrzył z nabożnym szacunkiem na papiery, które trzymał w 
ręku, i zapytał: 

Czy wobec tego mógłby pan odszukać dane jeszcze jednej osoby? 

Do urzędu dotarł odgłos uderzeń dzwonu kościoła Św. Jakuba, nieco 
cichszy niż wcześniej, z powodu odległości. 

Hmm, właściwie to już jesteśmy nieczynni, ale... mogę zrobić 

wyjątek, jeżeli to takie pilne. Kogo chciałbyś odszukać? 

Petera Dedalusa - odparł Rick z uśmiechem. 

Julia spojrzała na brata z niepokojem. 

Ale czy to takie ważne? - spytała. - Niedługo musimy wyruszyć. 

Prawie skończyłem - odpowiedział Jason poważnie. - Robię to, co 

jest napisane na stronie 65. 

Przez chwilę Julia chciała sprawdzić, czy rzeczywiście w tym 
podręczniku radzą wysmarować drzwi domu białkiem z jaja i rozsypać 
mąkę w korytarzu. Jednak postanowiła powstrzymać brata w prostszy 
sposób. 

background image

Mama się wścieknie. 

Jason pokręcił głową. 

Nawet nie zauważy. A poza tym wrócimy przed nią, będziemy 

mogli usunąć pułapki, zanim się spostrzeże. 

„Pułapki na duchy" - dodała w myśli Julia. To właśnie robił Jason. 

A Nestor? Co powie Nestor? 

Nie martw się, on się zgadza. 

Jason skończył smarować pędzlem drzwi od łazienki, po czym podszedł 
do siostry i wyrwał jej włos. 

Aj! Co robisz? 

Potrzebny mi długi - wyjaśnił i przylepił włos Julii do framugi 

drzwi wysmarowanych wcześniej białkiem. 

Zadowolony, z niekłamanym podziwem przyjrzał się swojej robocie. 

Doskonale! Doskonały sposób na duchy! 

Jason... ja myślę, że... 

Daj spokój! Inaczej nigdy nie uda się nam zdobyć ich śladów. 

Pokazał jej cienką warstwę mąki na podłodze, która według Podręcznika 
przerażających stworów miała stanowić wyborny sposób na zdobycie 
„odcisków" ducha. 

Och, rób, co chcesz! - Julia wzruszyła ramionami i na złość bratu 

stąpnęła na rozsypaną przez niego cieniutką warstwę mąki. - Ale schodź 
szybko, bo gdy tylko nadjedzie Rick, ruszamy. 

background image

Zostawiłabyś mi jeszcze ze dwa włosy? - poprosił jak gdyby nigdy 

nic. 

Rick przyjechał do Willi Argo chwilę później, odpiął od kierownicy 
roweru zegarek podarowany mu wiele lat temu przez ojca i podszedł do 
Julii, która - wciąż jeszcze nadąsana - wpatrywała się w schodki 
prowadzące w dół, do morza. 

Coś nie tak? 

Obróciła się. Lubiła sposób, w jaki Rick podchodził do jej problemów. 

Jason jest na piętrze, zastawia pułapki na duchy - powiedziała z 

udaną obojętnością. - Teraz, kiedy się ostatecznie przekonał, że stary 
właściciel umarł, jest pewny, że w domu pozostał jego duch. Albo duch 
Penelopy. 

Hmm... ciekawe - odpowiedział Rick. 

Julia podeszła z nim aż do portyku, gdzie minęli figurę rybaczki 
zamyślonej przy naprawie sieci. Przez szyby przenikało miłe ciepło. 
Gdyby nie to, że właśnie musieli odbyć podróż 

przez kilka wieków historii, byłby to idealny dzień na kąpiel na małej 
plaży. 

Ciekawe, jaka pogoda będzie w Wenecji... - szepnął Rick. 

) - Ciekawe, czy w ogóle do niej dotrzemy. Do tej Wenecji... - dodała 
dziewczynka. 

Kolejna ciekawa sprawa. 

W kuchni Julia najpierw pokazała przyjacielowi wszystkie rzeczy 
znalezione w kufrze, po czym nałożyła mu na talerz swoją porcję mięsa 
w pomidorach. 

background image

Już trochę wystygło, ale... 

Nie martw się, jest świetne. Dzień dobry, Nestorze! 

Cześć, Rick. 

Niedawno się dowiedziałem, że nazywasz się Mac Douglas! 

Wspaniale. - Stary ogrodnik podszedł do zlewu, żeby napełnić 

zielono-szmaragdową konewkę, po czym wyszedł bez słowa. 

Co mu się stało? Obraził się? Julia wzruszyła ramionami. 

Myślę, że nie całkiem zgadza się z tym, co Jason wyrabia na górze: 

posypuje grafitowym proszkiem lustra, mąką podłogę, przykleja włosy 
do drzwi, żeby złapać duchy... 

Grafitowy proszek? 

Według podręcznika Jasona, jeżeli duch się przejrzy w grafitowym 

proszku, pozostawi w lustrze swoje odbicie. Dlatego Jason rozkruszył 
wszystkie ołówki w domu, wycią- 

gnął z nich grafity, utarł je na proszek i tym proszkiem posypał lustrzane 
drzwi pracowni Ulyssesa Moore'a. 

A propos Ulyssesa Moore'a: znalazłem w mieście coś ciekawego... 

- Rick pokazał Julii papiery otrzymane od Freda Śpiczuwy i wyjaśnił jej, 
jak je zdobył. - Pierwszy to spis jego przodków. Może warto by 
porównać go z portretami wiszącymi nad schodami. Drugi natomiast to 
rezultat poszukiwań wiadomości o Peterze Dedalusie. - Pokazał wydruk. 

Co to znaczy? 

My z Fredem też się nad tym zastanawialiśmy. 

background image

Na papierze z informacjami dotyczącymi Petera Dedalusa było 
napisane: 

Przykro nam, ale ta maszyna nie jest upoważniona do przekazania 
informacji na temat osoby, której poszukujecie. Jeżeli chcecie się z nią 
skontaktować, możecie to zrobić, jeśli użyjecie właściwego klucza i 
napiszecie DEDA. Dla uniknięcia nieprzyjemnych nieporozumień, 
przypominamy, że właściwy klucz nie jest na dole. 

Spróbowaliśmy pisać DEDA zamiast DEDALUS, ale... - wyjaśnił 

Rick - nie wydobyliśmy z maszyny nic więcej. 

Weszli na piętro, żeby powiedzieć o tym wszystkim Ja-sonowi. Rick 
wspomniał rodzeństwu także o mauzoleum, to znaczy o grobie 
rodzinnym na wzgórzu, gdzie chowano wszystkich członków rodu 
Moore. 

Chciałbym tam pójść i sprawdzić, czy to mauzoleum istnieje 

naprawdę, ale... 

Misja wenecka jest najpilniejsza - zakończyła za niego Julia, 

rzucając groźne spojrzenie bratu. - I nie dopuszcza zajmowania się 
innymi sprawami. 

Wszyscy troje zeszli pożegnać się z Nestorem, zabrali z kuchni 
przygotowane wcześniej rzeczy i sprawdzili, czy wszystko jest dopięte 
na ostatni guzik. 

Julia wyjęła z kieszeni spodni cztery klucze od Wrót Czasu i 
powiedziała: 

Jako Rycerzom Kilmore Cove nie pozostaje nam nic innego, jak 

wyruszyć! 

Klik. Klik. Klik. Klik. 

background image

Cztery klucze otworzyły zamki Wrót Czasu, porysowanych i 
poczerniałych ze starości. 

Za progiem było niemal zimno. 

Jason zrobił pierwszy krok. Tym razem zamiast ogarka świecy zapalił 
latarkę elektryczną i oświetlił przejście prowadzące do okrągłego 
pomieszczenia. 

Czy kiedykolwiek wcześniej wpadło tu trochę światła? - 

zastanawiał się Rick, idąc z plecakiem i z nieodłączną linką krok w krok 
za Jasonem. 

Julia weszła jako ostatnia. Odwróciła się jeszcze, żeby pomachać 
Nestorowi, który przesłał jej krzepiący uśmiech. 

Obiecajcie, że będziecie na siebie uważać! 

Obiecujemy - odpowiedziała dziewczynka. 

A jeżeli nie znajdziecie Petera, to dajcie sobie spokój i wracajcie 

jak najszybciej. 

-Jasne. 

Jason przystanął pośrodku pomieszczenia, z którego biegły cztery 
korytarze. Jeden prowadził z powrotem do Willi Argo. Jeden w dół. 
Dwa pozostałe, jak głosił rymowany tekst na pergaminie, który znaleźli 
wraz z czterema kluczami, prowadziły na śmierć 

Z czterech dwoje zaprowadzi na śmierć, a jeden z czterech w dół... 

- powtórzył Jason, a lekki dreszcz przebiegł mu po plecach. 

Światło Jatarki przeszywało ciemność, ukazując na potężnych 
kamiennych zwornikach rzeźby zwierząt: ryby, ćmy, byki, a nad 
wyjściem, które prowadziło z powrotem do Willi Argo, albatrosy. 

background image

Za plecami trójki małych przyjaciół Nestor wołał jeszcze od drzwi: 

Muzyka, dzieci! Pamiętajcie, że Peter miał fioła na punkcie 

muzyki! To się wam może przydać... Słyszycie mnie? 

Ale Rick, Jason i Julia nie mogli już mu odpowiedzieć. Przeciąg od 
strony schodów Willi Argo popchnął Nestora, niemal go wywracając. 
Stary ogrodnik chwycił się framugi, żeby nie upaść. 

I Wrota Czasu zatrzasnęły się głucho. 

Rozdział (.8) ŚPIEW MORZA 

Jason zatrzymał się nagle. 

Co powiedziałaś? - zapytał siostrę. 

Nic nie mówiłam. 

Ani ja. 

Chłopiec wzruszył ramionami i zaczął schodzić po stopniach wykutych 
w skale. 

Julia, Jason i Rick powtórnie schodzili do groty, pogrążeni w prawie 
całkowitym milczeniu. Każde z nich myślało o przygodach, które ich 
spotkały. To przecież tu, na tych kamiennych stopniach, zaledwie dwa 
dni temu świece, które ze sobą zabrali, o mało nie zgasły, skazując ich 
na nieustające ciemności. Od tego czasu tyle się wydarzyło... Teraz 
schodzili po tych śliskich stopniach bardzo ostrożnie, przeciskając się 
pod zwalonymi kamieniami, które częściowo zatarasowały przejście. W 
końcu przeskoczyli otwór, w który Jason wrzucił poprzednio kulki 
ziemia-światło. I tak dotarli do pochylni. 

Rick, przypominając sobie to wszystko, co się im poprzednio 
wydarzyło, zapytał: 

background image

-Zabraliśmy go? 

Jasne. - Julia pokazała mu zniszczony Słownik języków 

zapomnianych. Potem podeszła do włazu i, podobnie jak wtedy, zsunęła 
się pierwsza, a za nią ześliznęli się jej brat i Rick. 

W jednej chwili znaleźli się w podziemnej grocie. 

Teraz - za dnia i bez tysięcy rozjaśniających ją świetlików - grota 
wyglądała inaczej niż wtedy, gdy ujrzeli ją po raz 

Tuż za plecami dzieci jakiś kamień stoczył się z hałasem, a potem 
zapadła cisza. 

- Jest jeszcze piękniejsza, niż ją zapamiętałam... - wyszeptała Julia, 
patrząc z bijącym sercem na łódź. 

Metis powróciła na swoje miejsce i stała nieruchomo, zakotwiczona 
przy drewnianym pomoście. Czarujący kadłub w starym stylu, o pięknej 
linii, kołysał się lekko na wodzie. 

Dzieci podeszły do pomostu. Z grotmasztu zwisały jeszcze liny, któryęh 
wtedy Rick uchwycił się ze wszystkich sił, żeby nie zmyło go z pokładu, 
a wiosła leżały nadal tam, gdzie je zostawili. 

Julia przejechała palcami po greckich literach z imieniem statku, potem 
spojrzała na chłopców: 

-To jak? Wchodzimy na pokład? 

pierwszy. Promienie światła spływały z sufitu, rysując świetliste kręgi 
na plaży. Miało się wrażenie, że to las miniaturowych kolumn, 
podtrzymujących sklepienie groty. Skaliste ściany zaginały się nad 
dziećmi jak odwrócona misa, a światło latarki Jasona obiegało wszystkie 
ich załomy. 

background image

Wrzucili plecaki do środka i wskoczyli na pokład. Skierowali się jak 
poprzednio do jedynej kajuty na pokładzie i odnaleźli w niej swoje stare 
ubrania. 

Rick nachylił się, by ich dotknąć. Były suche. Postanowili schować je do 
jednej ze skrzyń, a plecaki położyli tuż obok. 

Na stole w kajucie leżała zamknięta książka. | - Dziennik pokładowy 
pozostawiony przez ostatniego kapitana statku... - szepnął Rick, patrząc 
z uwagą na książkę j w czarnej skórze, jakby ją pierwszy raz widział. j - 
Przez przedostatniego kapitana, chciałeś powiedzieć - zażartował Jason. 

Wyjął z plecaka długopis i na pierwszej czystej stronie dziennika zapisał 
swoje imię. 

Ja, Jason Covenant razem z siostrą Julią i przyjacielem Ric-kiem 
Bannerem, biorę w posiadanie Metis. Czas ponownie wy-I ił  płynąć na 
morze. Czas ponownie wyruszyć w podróż. 

Dzieci chwyciły za kołowrót i zaczęły pomału nawijać łańcuch z 
kotwicą. 

Metis odsunęła się od pomostu i przystanęła nieruchomo na Morzu 
Czasu, czekając, dokąd ma płynąć. Po drugiej stronie, u szczytu 
wąziutkich schodów porosłych algami i muszelkami, widać było 
zamknięte drzwi z kamiennym zwornikiem. 

Co teraz, Jasonie? - spytała Julia. - Do wioseł? 

Sądzę, że nie... - odpowiedział cicho młody kapitan. Wyjął z 

kieszeni spodni zeszyt Ulyssesa Moore'a, otworzył go na chybił trafił i 
przeczytał: -... podobnie jak inne budynki, został zbudowany na 
tysiącach dębowych pali wbitych w bagno. I to bagno chroni pale przed 

background image

niszczącym działaniem wody i pasożytów. Na targowym placyku 
znajduje się też garb 

c « 

r « 

< « « « 

t * 

« 

I ■ 

66 

11 iipiilll! I mil Miptm I ffllf IW MfltHtHftMlWtfWnW 

szczęścia. Stąd można patrzeć na gondole, sunące po Wielkim Kanale. 
Damy przechadzają się w swych spódnicach na fiszbinach... 

Z głębokim westchnieniem włożył z powrotem zeszyt do kieszeni i 
położył ręce na sterze. 

background image

- Wenecja, osiemnasty wiek - powiedział. 

I zamknął oczy. 

Otworzył je - lub wydawało mu się, że je otworzył - w momencie, gdy 
poczuł na twarzy podmuch wiatru. Metis się poruszyła, kierując dziób w 
stronę przeciwległego brzegu. 

Jason! - krzyknęła Julia, kiedy wiatr przybrał na sile. 

Latarki dzieci nagle zapaliły się i równie nagle zgasły. 

Wszystkie jednocześnie. Wiatr stawał się z każdą chwilą silniejszy. 
Aparat fotograficzny z trzaskiem rozpadł się na tysiąc kawałków. 

Jason! - raz jeszcze krzyknęła Julia, chroniąc się w ramionach 

Ricka. 

A Jason patrzył zafascynowany na grotę, obserwując bacznie, jak 
elementy rzeczywiste mieszają się ze światłem niczym podczas 
malowania obrazu: świetlne kolumny stawały się ulotne i płynne, woda 
morska zamieniała się w parę jak wiatr, a wiatr nabierał twardości skały. 

Dziób Metis uniósł się, potem opadł w morze, krając je na części. 

Naprzód! - zawołał Rick, obracając się w stronę Jasona. 

Ale Jason widział tylko morze... I nie to nieduże lustro wody w grocie, 
lecz morze nieskończone, nad którym zbierały się ciemne burzowe 
chmury. Morze, gdzie słońce wschodziło i zachodziło w tym samym 
momencie, i którego barwy nieustannie się odmieniały. Morze 
zamieszkałe przez potężne stworzenia, poszukujące tajemnic w jego 
głębinach. Morze początku. Morze, które śpiewało. 

background image

Jason chwycił za ster i pojął, że jest częścią tego śpiewu. Zrozumiał, że 
ten śpiew przenika do wody i z wody promieniuje na każde żywe 
stworzenie, które je instynktownie rozpoznaje, jak zew. Zew morza. 

I wtedy ujrzał inne statki, których kurs krzyżował się z kursem ich łodzi, 
i innych ludzi, stojących na pokładzie i pozdrawiających go uroczyście. 

Potem statki, które ujrzał - albo tylko sądził, że je widzi - odpłynęły w 
dal, srebrzyście połyskując, i kiedy Jason ponownie otworzył oczy, byli 
już na drugim brzegu. 

W poniedziałkowe popołudnie w zakładzie fryzjerskim w Kilmore Cove 
było z każdą chwilą bardziej tłoczno. Dwa szyldy Gwendaliny Mainoff 
stukały o siebie, kołysane podmuchami bryzy, podczas gdy kilka pań z 
miasteczka, siedzących na wygodnych fotelach, pogodnie ze sobą 
gawędziło. 

- Słyszałyście? - wykrzyknęła w pewnej chwili panna Biggies, czująca 
się u swej fryzjerki równie swobodnie jak u siebie w domu. - Powiadają, 
że w mieście są nowi przybysze! 

ID 

68 

f? 

llllllllimillMIIIIIHillltllllllłłllllltlllllllllllllllllllllllllllllllTIIIIHUltlllllltlltl 

'______--,  ,, . .-•_yi.,:.;, ——- .  ' 

background image

Śpiewmorz7~  * " • • C 

 

Doprawdy? - spytała Gwendalina. Dziewczyna domyśliła się, że 

jej klientka ma ochotę pogadać i zmniejszyła obroty suszarki. - Ma pani 
na myśli tę rodzinę z Londynu? 

O, nie! Ci przyjechali już w zeszłym tygodniu. Dzisiaj pojawił się 

jakiś mężczyzna, jak mi mówiono. 

Jak to dziśl - zagrzmiała inna klientka salonu piękności, usiłując 

przekrzyczeć szum wielkiego fryzjerskiego kasku, pod którym schła jej 
wieczna ondulacja. Była to pani Bowen, pedantyczna małżonka 
miejscowego lekarza. 

Pff! - parsknęła panna Biggles, wznosząc oczy ku niebu. - 

Naprawdę nic nie wiecie? 

Prawdę mówiąc, coś słyszałam... - odezwała się Gwendalina, 

ustawiając głowę panny Biggles na wprost lustra. - Czy to możliwe, że 
przybysz zatrzymał się w Windy Inn? ' 

W tym starym, śmierdzącym hotelu? - wypaliła Edna Bowen, 

unosząc krawędź swej kasko-suszarki, która upodabniała ją do 
astronauty. - Biedak! Piorunem stamtąd ucieknie! 

Mówiono mi, że to przystojny typ. Wysoki, elegancki, w szkockim 

kapeluszu. 

Miejmy nadzieję, że również młody! - zażartowała Gwendalina, 

rozśmieszając obie podstarzałe panie. 

Ale temat okazał się zbyt ciekawy, żeby podsumować go krótkim 
wybuchem śmiechu. Trzy panie ustaliły więc wszystkie dane na temat 

background image

przybysza, wypełniając luki w wiadomościach swoimi domniemaniami i 
bogatą wyobraźnią. 

O Cr 

 

69 

 

■ ■ 

• • a m * 

 

m • 

 

(cotrrr? 

or i sell. 

c e 

•OP' 

- 0 C 

background image

■kj 

 

(1; 

© 6 © O O C O' C O 

456 789 10 H 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 
31 32 33 34 35 36 37 36 39 40 

0iib b bo hbo dbb odo o b o o d o d bii0 01 b bobo 0bo 0 0 0 0 ipo 0 op 

I i b I I I I b b I I [ b I I I I b 1 I 1 

■B E J ?- ? to ? 3 BB 3 3 3 3 ? 3 3 3 'J H 

l i n i b i i l b i i i l 

3 3 3 1 ' i 3 V* 3 3 3 3 WMi 

Po kwadransie ustaliły, że tajemniczy mężczyzna przyjechał do Kilmore 
Cove wielkim samochodem, może nawet jednym z tych amerykańskich 
pickupów. 

Nawet?! - wykrzyknęła złośliwie pani Bowen, która mocno 

wątpiła, że panna Biggies potrafi w ogóle rozpoznać amerykański 
samochód. - Ja w to nie wierzę i nie widziałam żadnego pickupa w 
mieście. A ty, Gwendalino? 

Dwa dni wcześniej fryzjerka widziała potężny, czarny samochód przed 
domem panny Biggies. 

Kleopatra Biggies zaśmiała się perliście. 

Ach, tak, to możliwe! To był samochód panny Newton... 

Samochód z kierowcą! 

background image

-Tak? A w jakim celu panna Newton złożyła pani wizytę? 

A wiecie, że nie pamiętam - odpowiedziała szczerze panna 

Biggies. - Było bardzo późno, a poza tym... grzmiało i lało, w dodatku 
Marek Aureliusz był taki niespokojny; biedaczek nie znosi piorunów. 

I dalej wszystkie trzy panie gadały jak nakręcone, dopóki do zakładu nie 
weszła kolejna klientka. 

Co za okropne przedpołudnie z tą dzieciarnią! Przyjmiesz mnie, 

Gwen? - spytała nauczycielka. 

Gwendalina rzuciła okiem na zegar i westchnęła. Z tymi wszystkimi 
paniami, którym zebrało się na pogaduszki, dzień będzie miała 
wypełniony, to pewne. 

Oczywiście, panno Stello, proszę usiąść. 

-Wspaniale. 

(coa r.i 

'of' € 

Jliii © 

OP © 

iiltAOKR (i; © © 

- 0 © 

 

©•©©©©©©©©CO© 

1 2 3 4 56 7 9? Ip 11 12 13 14 15 16 I 7 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 
28 29 30 31 32-33 34 35 36 37 38 39 40 

background image

OPO 0 0 0 DO D OTOIOOfl 0 0 D 0D 0 0 0 0 B 0 0 0 0 0 ODBO OBO 
0 0 0 0 OBO 0 OP 

B I 1 1 B 1 1 1 1 B O 1 1 1 P 11 1 1 -B 1 1 

? ? BB B ? ■) ? m ? 5 BB ? ? P j ? p P a J 

iniBiMBiiii 

3 3 3 3 3 3 9 < 

9 1 3 9 

111 

 

i m 

Po kwadransie ustaliły, że tajemniczy mężczyzna przyjechał do Kilmore 
Cove wielkim samochodem, może nawet jednym z tych amerykańskich 
pickupów. 

Nawet?! - wykrzyknęła złośliwie pani Bowen, która mocno 

wątpiła, że panna Biggles potrafi w ogóle rozpoznać amerykański 
samochód. - Ja w to nie wierzę i nie widziałam żadnego pickupa w 
mieście. A ty, Gwendalino? 

Dwa dni wcześniej fryzjerka widziała potężny, czarny samochód przed 
domem panny Biggles. 

Kleopatra Biggles zaśmiała się perliście. 

Ach, tak, to możliwe! To był samochód panny Newton... 

Samochód z kierowcą! 

background image

-Tak? A w jakim celu panna Newton złożyła pani wizytę? 

A wiecie, że nie pamiętam - odpowiedziała szczerze panna 

Biggles. - Było bardzo późno, a poza tym... grzmiało i lało, w dodatku 
Marek Aureliusz był taki niespokojny; biedaczek nie znosi piorunów. 

I dalej wszystkie trzy panie gadały jak nakręcone, dopóki do zakładu nie 
weszła kolejna klientka. 

Co za okropne przedpołudnie z tą dzieciarnią! Przyjmiesz mnie, 

Gwen? - spytała nauczycielka. 

Gwendalina rzuciła okiem na zegar i westchnęła. Z tymi wszystkimi 
paniami, którym zebrało się na pogaduszki, dzień będzie miała 
wypełniony, to pewne. 

Oczywiście, panno Stello, proszę usiąść. 

-Wspaniale. 

 

 

ynv r J--;,' , ; 

Powiedz, Stello, czy słyszałaś o tym nowym panu, który przyjechał 

do Kilmore Cove? - spytała ją natychmiast pani Bowen, żeby pozostałe 
panie nie miały szans jako pierwsze ł podzielić się z nią tą sensacyjną 
wiadomością. 

Nauczycielka usiadła przy niej. 

Nie, a kto to taki? 

Panna Biggies gwałtownie wtrąciła się do rozmowy: 

Mówią, że ma taki niesamowicie długi samochód, bez końca! 

background image

i znaleźli się na cichym dziedzińcu. Było to podwórze jakiegoś domu z 
sześciokątną studzienką pośrodku. Na dziedziniec wychodziła loggia z 
małymi arkadami, do której prowadziły kamienne schodki bez poręczy. 

Myślicie, że jesteśmy w Wenecji? - spytała Julia. 

Według mnie... tak - wyszeptał Rick. 

Dzieci postały chwilę pod osłoną Wrót Czasu, by upewnić się, że na 
dziedzińcu nikogo poza nimi nie ma. Nie było żywej duszy.  . 

Wrota Czasu były doskonale zamaskowane - ukryte za kamienną arkadą, 
z której sterczał na pół rozbity medalion, wyglądały niepozornie, jak 
drzwi do piwnicy albo do magazynu. Rick spróbował je pchnąć - nie 
stawiały oporu. 

Spokojnie będzie można wrócić... - stwierdził. 

Zrobili kilka kroków w kierunku studni, by zerknąć przez 

żelazną kratę, która ją osłaniała. Potem, czując się już pewniej w nowym 
otoczeniu, zaczęli wsłuchiwać się w odgłosy dochodzące z zewnątrz: 
daleki gwar ludzkich głosów i cichy, rytmiczny plusk fal morskich. 

Postanowili wejść po schodach aż na pierwsze piętro. Stamtąd, z loggi, 
mogli zobaczyć zwarte dachy domów ciągnących się aż po samo morze. 

Ten dom wyglądał tak, jakby od wielu lat nikt tu nie mieszkał. 

 

Julia weszła na balkonik na końcu loggii i, spoglądając na kanał, raz po 
raz wydawała okrzyki zdumienia. I zachwytu. Dzioby łodzi pruły wody 
kanału. Lśniące drewno kadłubów, obszerne żagle w najróżniejszych 
kolorach. Obserwowała szeregi wioślarzy, równomiernie podnoszących 
i opuszczających swe wiosła do wody, i gondolierów pchających swe 

background image

czarne łodzie. Nad zieloną wyspą po drugiej stronie kanału sterczały 
wielkie kopuły i dzwonnice. Widziała też bardzo długie nabrzeże, 
wybrukowane białym kamieniem, zatłoczone i ciągnące się w kilku 
kierunkach. W pobliżu ich domu dwoje żebraków popisywało się swoim 
pieskiem, demonstrując przechodniom, jak pięknie tańczy przy 
dźwiękach fujarki. 

Co za widok! - wykrzyknął Rick. 

Szkoda, że nasz aparat fotograficzny nie przetrwał po-dróży - 

zauważyła Julia. 

Jason uśmiechał się, zadowolony. Udało mu się doprowadzić Metis 
dokładnie tam, gdzie chciał. 

Pozostaje tylko pytanie, w której części Wenecji się znajdujemy... 

- powiedział Rick. 

Nałożyli peleryny i zeszli na dziedziniec. Unieśli sztaby, które zamykały 
od środka wielką bramę, i wyszli. Powietrze było chłodne, mimo słońca, 
a małe złociste chmurki zdobiły niebo. 

Obejrzeli się. Z zewnątrz dom wcale nie wyglądał na opusz- 

czony. 

Nad bramą wisiała zniszczona flaga angielska. 

Dom Cabotów, podróżników... - przeczytał Jason w notatniku 

Ulyssesa Moorea. - Jan z synem Sebastianem odbywali podróże w 
imieniu króla Anglii w poszukiwaniu szlaku do Chin... 

To wyjaśnia flagę - powiedziała Julia. 

background image

Obaj podróżnicy odkryli Nową Ziemię i Kanadę. Po Janie ślad 

zaginął podczas wyprawy, w której dotarł do Labradoru. Zniknął, nie 
wiadomo gdzie... 

Zupełnie w stylu Ulyssesa Moorea... 

A ponieważ sprawy nie szły dobrze również Sebastianowi, zaczęto 

uważać, że ta rodzina przynosi pecha. 

No to już wiemy, dlaczego dom jest opuszczony. 

Dzieci zauważyły, że ludzie, którzy tędy przechodzili, 

zamiast przejść przed Domem Cabotów, starali się omijać go z daleka. 

Jednak nabrzeże pełne było ludzi. Mężczyźni z koszami z wikliny, 
uginającymi się od ryb, owoców i imbiru, handla-rze drobiu i 
śpiewających ptaków, mężczyźni i kobiety w maskach i inni, 
wyprostowani jak kije, szczycący się mnóstwem rozmaitych białych 
koronek na swych strojach. 

Jason rozłożył mapę Wenecji na białym bruku nabrzeża, próbując się 
zorientować, gdzie się znajdują. Rozpoznali Dom Cabotów przy rio di 
Castello, niedaleko Arsenału, wielkiej stoczni, w której Wenecja 
budowała swoje okręty. Po ich prawej stronie znajdował się główny plac 
miasta, plac św. Marka. 

Z oddali widzieli kopułę stojącej na nim bazyliki i dzwonnicę. A po 
lewej port Wenecji, brama do morza. 

Jeżeli w tym mieście jest jakieś centrum... to właśnie tu - 

zdecydował Jason. 

Stamtąd najlepiej wyruszyć na poszukiwanie zegarmistrza? 

background image

Spytajmy kogoś - zaproponowała Julia. - Kogoś z przechodniów 

albo tych dwojga żebraków z pieskiem. 

A o co mamy spytać? Gdzie mieszka Peter Dedalus? 

Na początek - odpowiedziała dziewczynka - moglibyśmy zapytać, 

czy w mieście są pracownie zegarmistrzów. 

Hej! - zawołał Rick, wyjmując z plecaka swój zegarek. - Chodzi! 

Jak to możliwe? Mój się zatrzymał, tak jak zeszłym razem - 

zauważyła Julia. 

Najwyraźniej zegarki Petera są tak skonstruowane, że mogą 

odbywać podróże w czasie! - wyjaśnił Rick, obserwując z podziwem 
ostro zakończone wskazówki, po--ruszające się po cyferblacie z 
rysunkiem białej sowy pośrodku. 

No jasne! - odezwał się sarkastycznie Jason. - I dlatego ci go 

sprzedano. 

Och, jest mucho piękny! - wykrzyknął ktoś za ich plecami, aż 

podskoczyli. - Mucho przepiękny! 

To był jeden z dwojga żebraków z pieskiem, wysoki chłopak o oczach 
tak jasnoniebieskich, że wydawały się wprost 

białe, przezroczyste, z długimi włosami schowanymi pod . ¡Ja kolorową 
chustką, w obdartych, połatanych łachach, z naderwanymi kieszeniami. 

Przepiękna rzecz, mucho cenna - powtarzał z uśmiechem, który 

obnażał liczne braki w uzębieniu. 

Rick prędko schował swój zegarek do plecaka, a Julia zwróciła się do 
chłopaka: 

Czy możemy cię o coś spytać? 

background image

Żebrak cofnął się o krok i śmiesznie skłonił: 

Oczywiście, mała senoritol Don Diego Valente jest całkowicie do 

twojej dyspozycji. 

Wspaniale. My szukamy... hmm... zegarmistrza. 

Czego? 

Zegarmistrza, takiego, co robi zegarki, rozumiesz? -włączył się 

Jason. - Zegarki, jak ten mucho przepiękny, który przed chwilą 
widziałeś. Godziny. Minuty. Tik-tak. 

Och, tik-tak, ależ naturalmientel - wykrzyknął żebrak. - Zegary, 

maszyny czasu. Dobrze, przyjacielu. Wenecja jest pełna maszyn czasu. 

A gdzie możemy je znaleźć? 

Chodźcie za mną! - rozkazał żebrak. - Dieguita! - zawołał do swej 

towarzyszki z tańczącym pieskiem, po czym krzyknął coś jeszcze w 
jakimś niezrozumiałym języku. 

Dieguita była wysoką i tęgą dziewczyną, o rysach zatartych przez brud, 
osłoniętą szmatami, w które była okutana. Poza tym cuchnęło od niej 
okropnie. 

Kiedy dziewczyna przestała grać na fujarce, jej piesek za-skamlał 
radośnie. Był to kundelek o kasztanowej, szorstkiej sierści, któremu 
żebracy zawiesili na obróżce dzwoneczki i włożyli czerwony kapelusik, 
czego zwierzę wyraźnie nie lu- 

Posłuchaj, Dieguita! Amicos poszukują warsztatu z maszynami 

czasu. Rozumiesz? 

Dieguita nie tylko zrozumiała, lecz nawet zdawała się dotknięta jego 
brakiem wiary w jej umiejętności. Wybuchła między nimi krótka, ostra 

background image

sprzeczka, po czym żebracy wskazali nabrzeże prowadzące na plac św. 
Marka. 

Najpierw idźcie prosto - wyjaśniła Dieguita. - Potem przejdźcie 

koło kolumn, ale nie idźcie środkiem, bo to przynosi mucho 
nieszczęście. Tak dojdziecie do placu św. Marka. Tam spójrzcie na 
wieżę. Na wieży jest wielka maszyna czasu, nowiutka. Jestem pewna, że 
się wam spodoba! 

Don Diego Valente przerwał jej: 

Ależ Dieguita, mio amor, oni szukają warsztatu! 

Dziewczyna wściekła się ponownie: 

No i co z tego? Szukając warsztatu, zobaczą też wielką maszynę 

czasu! 

A on, ciągle wrzeszcząc, powtarzał: 

Oni nie szukają wielkiej maszyny czasu! Oni szukają warsztatu! 

I znowu zaczęli się sprzeczać, po czym Don Diego oświadczył: 

biło. 

 

 

Na placu Św. Marka spytacie o Ponte Riałto i o warsztaty Z „j 

zegarmistrzów. Tam znajdziecie wszystkie maszyny czasu, jakie 
zechcecie. 

Wspaniale! - odezwała się Julia. Piesek podszedł do niej i 

dziewczynka zaczęła go głaskać po łebku. - Dziękujemy za informacje. 

background image

Diogo, por favori Chodź tu szybko! - krzyknęła na pieska 

żebraczka. 

Dzieci odeszły kilka kroków. 

Widziałeś? - rzuciła Julia z dumą. - Teraz wiemy, dokąd iść. 

Dokładnie tam, gdzie i ja chciałem iść. 

Umyj ręce jak najszybciej - poradził Julii Rick. - Ten piesek może 

mieć ze trzysta różnych chorób. 

Tysiące statków wypełniało lagunę, wciskając się kolejno w Wielki 
Kanał, przecinający miasto niczym potężny wąż. Na wysokości rio delia 
Tana dzieci weszły na ruchomy most, a ich uwagę pochłonęła gondola, 
która prześlizgiwała się obok nich, zmierzając w stronę odnogi kanału. 
Słońce padało na ściany domów, kolumny i złocenia, a jego światło 
przeobrażało to miejsce w jakieś piękne senne marzenie. 

- Ciekawe, czy za naszych czasów też tak to wygląda... - odezwał się 
Rick, rozglądając się wokół. 

Dzieci pogrążyły się w myślach... Rick i Julia zeszli z mostu po drugiej 
stronie, a Jason pozostał z tyłu. Nagle przystanął. 

Jason! Chodź! 

Zniknęli - odkrzyknął Jason, nagle zdenerwowany. - Żebracy 

zniknęli! 

Julia odwróciła się i spojrzała na przęsło pomostu. 

No to co? Pewnie poszli gdzie indziej. 

Czy ja zamknąłem bramę? - spytał Jason. - Wychodziłem ostatni. 

Zamknąłem, nie? - powtórzył. 

background image

O kurczę! 

Rick wytrzeszczył oczy. 

Nie, chyba nie, ale... Chcesz powiedzieć, że... 

Cała trójka bez słowa pomknęła w stronę Domu Cabotów. Dotarli do 
bramy z angielską flagą i wpadli na dziedziniec. 

Nie wierzę w to... - jęknął zrozpaczony Jason. 

Piesek Diogo wybiegł im naprzeciw, merdając ogonkiem. 

Powiedzcie mi, że jeszcze tu są... - wyszeptał. -Że są na górze... 

Julia pochyliła się, żeby pogłaskać pieska-tancerza. 

Gdzie są twoi państwo, Diogo? Co? Gdzie są? 

Nie ma ich - zawołał Rick chwilkę później, przeszukawszy 

dziedziniec. 

Piesek uwolnił się z objęć dziewczynki i skierował prosto pod arkadę, za 
którą kryły się Wrota Czasu. 

Nie. Nie. Nie mów mi tylko, że... - mruczał Jason. 

Poszli do Kilmore Cove! 

□ - = □ „ = 

 

(couft 'o?' rm; 'of' iśaołil?: iii 

PC©©©©© 

atgggss 

liii I 

background image

««O-* 

© f* © O O O c 

1 234 5678 9.1011 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 30 31 32 33 34 35.36 37 38 39 40 

dbo o o i o ii o UBU oe o o u o o o o o o o o o o o o o n o db o ob o o ii d 
ii op u o or 

b I 1 1 b 1 1 1 I b b I 1 1 b I 1 1 i b I I ? ?RB B ? ? ? « ? ? rb ? j ? ? P P P 
p p 

11ib1b1iibii11 

j' J j j JiJKłOJJl (•■> 

C ) 

lii i m 

Nestor był zmęczony. I zmartwiony. Wszedł po schodach i zatrzymał się 
przed drzwiami wieżyczki, które Jason posypał grafitowym proszkiem. 
Jego cień odbił się w lustrze. 

Dzieci poszły. I dobrze - mruknął, przymykając drzwi. - To tylko 

dzieci, ale... są dzielne i może uda im się odnaleźć Petera. Przecież 
zdołali otworzyć drzwi jego sklepu, a nikomu wcześniej to się nie udało. 
Zanim ona nie ustawiła tego muru z tyłu, naturalnie. W każdym razie 
nikomu poza nią nie udało się wejść do sklepu. Wszyscy już pomarli, 
zniknęli albo odeszli. 

Nestor zakaszlał. 

Może jednak się mylę... Może szukanie PeteTa nie ma sensu? - 

wybuchnął nagle, kręcąc głową. - Jaki to mógł być sekret, którego nie 
chciał wyjawić Obliwii? Ta stara historia Pierwszego Klucza? To 

background image

legenda, nic ponadto. Więc co? Jaki inny sekret mógł być aż tak ważny, 
że Peter zdecydował się uciec, nie pozostawiając sobie bodaj klucza z 
lwem? 

Stary ogrodnik pomyślał o dniu, kiedy dzieci odzyskały na poczcie 
pudełeczko z kluczem z lwem. 

Podrapał się po czole, zadumany. 

Jest jednak coś, o czym mogłem im powiedzieć... Stary Dom... 

W tej chwili dobiegł go hałas na dole, jakby trzaśniecie drzwi. 

Dokąd idziesz, Dieguito? - zawołał nieznajomy głos w głębi 

schodów. 

84 

 

mii 

 

Nestor zesztywniał. Okno w pokoju w wieżyczce nagle się zatrzasnęło. 
To przeciąg... 

- Diego? Czy my śnimy? - zawołał kobiecy głos. 

Nestor, sparaliżowany strachem, w końcu sięgnął po coś, czym mógłby 
się bronić. Złapał laskę wystającą ze stojącego w rogu kosza i, kulejąc, 
zaczął schodzić po schodach. 

Stopień. I jeszcze jeden. I jeszcze. 

background image

Przede wszystkim pomyślmy - rozkazał Rick przyjaciołom. - 

Krzyk nic nam nie da. 

NIKT NIE KRZYCZY! - wrzasnął Jason, przemierzając wielkimi 

krokami dziedziniec. 

Co proponujesz, Rick? - spytała Julia, która tymczasem zdjęła 

pieskowi dzwoneczki z szyi. 

Przybyliśmy do Wenecji we trójkę, podczas gdy oni powrócili do 

Kilmore Cove we dwójkę. Tak? 

-Tak. 

To znaczy, że Wrota Czasu od tamtej strony czekają na powrót 

jeszcze jednego podróżnika... 

Julia przytaknęła. 

To tak jak wtedy, kiedy ja pierwsza wróciłam z Egiptu. Wrota od 

tamtej strony pozostały zamknięte, dopóki nie powróciliście także i wy. 

PODRÓŻNIK! - krzyknął Jason. - TYLKO JEDEN! Szkoda, że 

jesteśmy we trójkę! Jak mogliśmy być tak głupi? 

Diogo podbiegł do nich, przestraszony krzykami. 

Rick z Julią popatrzyli na siebie. 

To co zrobimy? - wyszeptała dziewczynka. 

Jest tylko jeden sposób. Jedno z nas musi wrócić z czterema 

kluczami - powiedział rudzielec. - Zabrać tamtych dwoje i... 
wyprowadzić ich stamtąd. Żebyśmy mogli powrócić wszyscy do 
Kilmore Cove. 

background image

No jasne! - wybuchnął Jason. - Pójdziemy do Willi Argo, 

porozmawiamy z nimi i przekonamy ich, że mają się wcisnąć w 
podziemny chodnik, wsiąść na Metis i przenieść się w czasie, żeby znów 
żebrać w Wenecji! Nic prostszego! 

Musimy pomóc Nestorowi - powiedział Rick. 

Rick ma rację, musimy się rozdzielić - wtrąciła Julia. Wyjęła z 

kieszeni cztery klucze i spytała: - Kto wraca? 

Ja pójdę - zaproponował Jason. - To się stało z mojej winy i 

sprawiedliwość wymaga, żebym to ja wszystko naprawił. 

Julia zawahała się, zanim przekazała klucze bratu. 

A jeśli ci się nie uda? 

Rick wyciągnął rękę po klucze. 

Ja pójdę. Tylko ja znam Kilmore Cove i poza tym jestem... 

silniejszy. Jeśli trzeba się będzie bić... 

Julia pokręciła głową. 

Nie, ja pójdę - powiedziała. - Nie powinniśmy zapominać, po co tu 

przyszliśmy. Mamy odnaleźć Petera Dedalusa. 

A wy jesteście lepsi ode mnie w odczytywaniu tajem: przekazów. Nie 
mówiąc o tym, że już raz broniłam Willi i wspólnie z Nestorem... 

To ciągnijmy losy - zaproponował Jason. 

-Jak? 

Rzućmy klucze tu, w środek... o tak... 

Julia ostrożnie puściła klucze i Jason złapał je w L 

background image

Potem zdecydowanym krokiem ruszył w stronę Wrót1 su. 

Dobrze, los zdecydował, że to ja. 

Jason! 

Nie bójcie się! Wrócę po was. Spotkamy się o zacht słońca 

dokładnie w tym miejscu. 

Jason, wróć tu szybko! 

Twój zegarek chodzi, Rick, więc do zachodu słońca. 

Jason, stój! - krzyknął Rick. 

Ale Jason nie przystanął. Popchnął Wrota Czasu i zniknął za nimi. 

Rick, osłupiały, stał pośrodku dziedzińca. 

Bardzo efektowne odejście, gratulacje! Spotkamy się o zachodzie 

słońca, kochani... Ba! I co teraz? 

Rick i Julia pozostali sami w nieznanym im mieście, wczesnym 
popołudniem pewnego weneckiego dnia w XVIII wieku. 

Długą chwilę trwała kłopotliwa cisza. W końcu przerwała ją Julia, 
mówiąc: 

Idziemy na to Rialto szukać Petera, potem wrócimy tu najprędzej, 

jak się da. Miejmy nadzieję, że w tym czasie mojemu bratu uda się coś 
zdziałać po tamtej stronie... 

Dobrze - zgodził się Rick. 

Zniknięcie Jasona i pozostanie sam na sam z Julią postawiło go w 
bardzo trudnej sytuacji. Przynajmniej tak mu się zdawało. 

background image

On i ona. Znał ją zaledwie od dwóch dni. Była dziewczyną. I do tego 
nadzwyczaj miłą. 

Co ci jest? - spytała.  . 

Mnie... nie wiem, przepraszam... - wybełkotał Rick, przepraszając 

bez powodu. - Idziemy, dalej! Bez sensu tracimy czas - dodał. 

Jego ponaglający ton nie spodobał się Julii. Rick wydał się jej nagle 
ponury, nerwowy i... inny od tego opiekuńczego chłopca, którego 
poznała. 

Przykro mi, że jestem dla ciebie ciężarem. Ale to nie ja 

zdecydowałam o sam na sam z tobą w Wenecji! 

To mi nie przeszkadza - pospieszył ze sprostowaniem. - Naprawdę. 

Tylko... - Słońce padło na jego ogniście czerwone włosy. - Tylko nie 
jestem przyzwyczajony. Nie mam obycia z dziewczynami, rozumiesz? 

Julia nie mogła powstrzymać wybuchu śmiechu. 

Stresujesz się, bo jestem dziewczyną? 

Nie stresuję się, bo jesteś dziewczyną - odparował, z trudem 

przełykając ślinę. - Stresuję się, ponieważ to jesteś ty. 

 

 

 

 

lulia nie miała wielkiego doświadczenia w takich rozmowach, ale 
intuicja podpowiadała jej, że to jedno ze zdań zdolnych poruszyć 
dziewczynę. 

background image

I istotnie poruszyło. 

Poszła w ślad za Rickiem od Domu Cabota do mostu i jeszcze dalej, w 
stronę placu Św. Marka, a Diogo dreptał przy jej nodze, uwolniony 
wreszcie od hałaśliwych dzwoneczków. 

- Ze wszystkich randek, jakie miałam, ta, powiedziałabym, jest z 
pewnością najbardziej oryginalna. 

Rick poczerwieniał jak burak, ale nie zwolnił kroku. 

 

Kiedy Jason przeszedł przez Wrota Czasu i wszedł do Willi Argo, w 
kamiennym pokoju nie było już nikogo. Chłopiec, wciąż ukryty za szafą, 
rozejrzał się ostrożnie wokół. Nagle od strony werandy dobiegł go głos 
żebraka: 

Ej, stary, nie ruszać się, por favor! Ty się nie ruszać i nie 

oddychać! Mucho dobrze. No, to jak się nazywa ten dom? 

Odpowiedział mu przyduszony pomruk, po czym dał się słyszeć 
piskliwy głos Dieguity: 

Jeśli mu nie wyjmiesz tej chustki z ust, to jak ma ci odpowiedzieć? 

Cicho, Dieguito! No dobra. Teraz ci wyjmę el bavaglion, ale 

musisz mi obiecać, że nie będziesz wrzeszczał"jak przedtem. No, już. 
Pytałem, jak się nazywa ten dom? 

Jason z przerażeniem rozpoznał głos Nestora, który z trudem 
sylabizował: 

-Willa Argo, nędzniku... 

-Willa Argo Nędzniku - powtórzył Don Diego Valente. 

background image

Piękny jest - odezwała się Dieguita. - Dom mucho piękny. 

Jason zdjął pelerynę i spróbował pomalutku dojść do schodów. Miał 
wrażenie, że każdy mebel został przesunięty, jakby ktoś sprzątał tu 
odkurzaczem i zapomniał postawić je na swoim miejscu. Albo jakby 
miała miejsce jakaś zacięta walka... 

Radziłbym wam niczego nie dotykać! - zagroził Nestor. 

Jason doszedł ostrożnie do schodów i zerknął w dół, przez 

drzwi werandy. To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Żebracy 
związali Nestora zasłonami, których użyli jako sznu- 

92 

Cf 

miHiiwiiiuniiHiiiiimłiiiii 

 

ra. Leżał teraz na tapczanie przed kominkiem, obszarpany, z 
potarganymi włosami. Don Diego stał przed nim, co prawda już bez 
swojej chustki, ale z niezmiennie strasznym hiszpańskim akcentem. 

-To twoja jest esta doma! 

Nie - odparł ogrodnik. 

Dieguita przyglądała się rzeźbie rybaczki. 

-To jest twoja senorita? 

Nie! - wybuchnął Nestor, wykręcając się na tapczanie. 

background image

Stoi bueno, dziadku! - upomniał go Don Diego. - My nie chcemy 

ci zrobić nic złego. To ty na nas napadłeś z laską! Ale jeśli ten dom nie 
jest twój, to co ty tu robisz? 

Jestem ogrodnikiem - odpowiedział dumnie Nestor. 

A twój pan donde sta? 

Zaraz wróci. 

Ben! Jak tak, to sobie tu na niego zaczekamy... - uśmiechnął się 

złośliwie Don Diego. 

Kim, do diabła, jesteście? 

Artyści wędrowni - odparł chłopak. - Ale w domu jest mucho 

lepiej niż na ulicy! 

Jaka to dzielnica Wenecji? - spytała Dieguita, wyglądając przez 

okno. 

To nie jest Wenecja! - wrzasnął Nestor. - Jesteśmy w Anglii! 

Angoli? To należy do Wenecji? 

O Boże! - jęknął wściekły Nestor. 

 

 

 

rí op i5em of cipacss (1> o ©©©©©©©©©O O Oí 

1 2 3 4 56 7 99.10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 
28 29 30 ¡I 32 33 34 35 36 37 38 39 40 

background image

OBOBttBBOBllBBBBOflllBDBBOBOÍlOOOnODDBBSflBBOBOOO
BQOflC 

1 b i 1 1 i b i u i 1 i b i b 1 1 1 B 1 i 1 i 

p J 3 p P P P 3 P »» 3 J "9 5 9 3 9 3 3 1 3 P«» 

 

mz 

MÍA 

 

? hb B ? 

1 1 

a ? 

1 bb 1 1 

I 3 3 RB 

Hmm... Ten señor mówi rzeczy, których nie rozumiem. I jeszcze 

nie rozumiem, jak myśmy się tu znaleźli. I dlaczego drzwi, przez które 
wyszliśmy, teraz nie chcą się otworzyć. 

Oboje, jedno przez drugie, próbowali wyjaśnić Nestorowi, co im się 
przydarzyło. W końcu doszli do wniosku, że w sumie mieli wiele 
szczęścia. 

Piękny dom, pełen cennych przedmiotów... - stwiedził Don Diego. 

- Za dużo ich na jednego starego! 

Co chcesz zrobić, draniu? 

background image

Rzucić okiem na dom. Vamos, Dieguita? 

Jason cofnął się w cień schodów chwilę przed tym, nim nadeszli 
żebracy. Zatrzymali się na moment, rozprawiając z ożywieniem, po 
czym, nie przestając gadać bodaj na sekundę, skierowali się na piętro. 
Obejrzeli kolejno każdy obraz zawieszony nad schodami i weszli do 
biblioteki. 

Jak najostrożniej, by nie narobić hałasu, Jason wszedł na werandę. 

Nestor zamarł ze zdziwienia. 

Co ty tu robisz? A ci dwoje...? 

Powstał pewien problem - szepnął chłopiec. 

Też tak myślę! - Ogrodnik przekręcił się na tapczanie. - Zobacz, 

czy dasz radę oswobodzić mnie z tego... 

Więzy z zasłon były bardzo mocno zaciśnięte. 

Zaczekaj, przyniosę nóż z kuchni! 

Aaa! - krzyknęła na górze Dieguita. 

Chwilę potem usłyszeli jakiś tumult. 

Mąka na ziemi?! Ale jak... 

Mimo groźnej sytuacji Nestor roześmiał się: 

Chyba znaleźli twoje pułapki na duchy. 

Uciekajmy stąd, szybko... - wyszeptał Jason, pomagając Nestorowi 

wstać. 

Nie! - sprzeciwił się ogrodnik. - Nie możemy zostawić domu w ich 

rękach! 

background image

To co chcesz zrobić? 

Jeszcze nie wiem, może zadzwonić do... Albo nie: biegnij do 

latarni morskiej i zawołaj Leonarda Minaxo! - polecił chłopcu Nestor. 

Chłopiec słuchał uważnie. 

Wytłumacz mu, co się wydarzyło - ciągnął Nestor. -Nie bój się go, 

powiedz mu wszystko. On wie. Jest po naszej stronie. 

Co wie? 

Na górze znowu rozległ się jakiś huk. 

Jason, proszę cię... biegnij! Już! 

Jason podszedł do drzwi werandy, lecz zanim je otworzył, jeszcze raz 
odwrócił się do Nestora. 

A ty co zrobisz? 

Spróbuję ich czymś zająć. Odciągnąć ich stąd. Wypróbujemy plan 

z gołębiem w studni... Powiedz to Leonardowi, on ci wytłumaczy, w 
czym rzecz. 

Jason otworzył drzwi i powtórzył: 

Gołąb w studni, rozumiem. 

- Leć, prędko! - szepnął Nestor, słysząc, że żebracy 

są już na schodach. 

 Z sercem walącym jak młot i z czterema kluczami w kiesze- 

I ni Jason obiegł dom. 

Posuwał się ostrożnie wzdłuż muru, tak żeby go nikt nie zobaczył, aż w 
końcu dostrzegł rower Ricka w pobliżu klombu. 

background image

Z domu dobiegały kolejne wrzaski. Tymczasem drzewa 

w parku wydawały się skamieniałe, ciche i nieruchome. 

Najważniejsze, żeby nikt go nie zauważył. 

Skulił się, mijając kuchenne drzwi, i starannie ocenił odległość dzielącą 
go od roweru Ricka. 

Mały odcinek na otwartej przestrzeni... Chwycić rower, wskoczyć na 
siodełko i przejechać po żwirze aż do furtki... Czy da radę zrobić to tak, 
żeby go nie zauważyli? 

W tym momencie dał się słyszeć piskliwy wrzask Dieguity. Jason 
wykorzystał tę chwilę, by wyskoczyć z ukrycia. 

Trzema susami dopadł roweru, obrócił go, stanął na pedał i szybko 
podregulował siodełko, potem wsiadł i mocno nacisnął pedały. Rower 
Ricka był twardy i oporny, ale na szczęście udało się go rozpędzić. 
Puścił się w alejkę wjazdową i bezpiecznie, bez żadnych problemów 
dotarł do furtki. Minął kolumny z białego marmuru, zwieńczone 
kamiennymi kulami, i ruszył na łeb na szyję drogą prowadzącą z 
urwiska w dół. Zobaczył latarnię morską po drugiej stronie zatoki - 
wzniesiony w górę biało-niebieski palec wskazujący otoczony morzem. 

Dobrze rozumiał, że teraz musi być szybki. 

Odkąd nieznajomy podholował wóz Manfreda na szczyt wzniesienia i 
zostawił go tam, ten jechał dalej sam swoim dune buggy na luzie, 
ograniczając się tylko do hamowania na zakrętach. Większość zakrętów 
ścinał, jak na żaglówce, wychylając się na zewnątrz pojazdu, żeby go 
zrównoważyć, a przy tym przeklinając wszystko, co tylko można było 
przekląć, łącznie z samym sobą. 

background image

Kiedy dotarł do miasteczka, odetchnął z ulgą i skierował pojazd w 
stronę gospody na plaży. 

Wkrótce zatrzymał dune buggy i jeszcze raz zaklął. Od wczoraj, kiedy 
przed Domem Luster odkrył, że ktoś pociął opony jego motoru, klął 
nieustannie. Poszedł potem do domu Obliwii Newton pieszo, polami, na 
skróty, po czym stwierdził, że nie ma przy sobie kluczy od domu, a 
tylko te od garażu. 

Garaż panny Newton świecił pustkami. Nie było już luksusowej, czarnej 
limuzyny, zabrakło unieszkodliwionego w niedzielę motoru. Pozostał 
tylko dune buggy i platforma do przewożenia koni, kupiona przez 
Obliwię w okresie jej pasji hippicznej, która szybko minęła. 

Tak więc ostatnią noc Manfred spędził w garażu, a większą część 
poranka - na próbach połączenia ze sobą dune buggy i platformy na 
konie. W końcu ruszył. Musiał jednak wyjechać z posiadłości Obliwii 
Newton od strony pól, ponieważ nie miał 

c cc cc e c cc c ©or 

1 234 56789 10 1 I 12 13 14 15 16 17 16 19 20 21 22 23 24 25 26 27 26 
29 30 )1 3<> 33 34 353<S 37 38 39 40 

BCDD D O O DDUBU iODO O O O O O 0 O O D O D O O O OI 
OBUBP 11 O 0 O O DPI O BP 

c i i i r i i M p n i ii p i i j i e i i i i i i b i r i i i p i i i i 

? ? BP O ??} n t > rr ? ? : ? J J S a 3 - i BI i 3 5 a a a a • a a a a 

również klucza od furtki. Krążąc po polnych drogach, dopiero j przed 
południem dotarł do Domu Luster. 

Na szczęście Obliwia jeszcze nie wróciła ze swej wyprawy j za Wrota. 

background image

I Koparka firmy rozbiórkowej Cyclops tkwiła tu nadal, niebezpiecznie 
przechylona do przodu. Motor sportowy Obliwii stał w pobliżu, ze 
sflaczałymi gumami. Manfred wtaszczył go na platformę, ustawił na 
miejscu przeznaczonym dla konia, przywiązał byle jak, po czym ruszył 
do Kilmore Cove w poszukiwaniu warsztatu z oponami. 

Zapiaszczone drewniane schody prowadziły do Salt Walker, miejscowej 
gospody. Wejście było mroczne jak u rekina w brzuchu. Manfred 
poszukał stolika w jak najbardziej oddalonym miejscu i usiadł, 
spoglądając na zegarek. Było kilka minut po pierwszej. W gospodzie 
było dwoje gości i grupka dzieci zgromadzonych przed jedynym 
automatem ustawionym po drugiej stronie lokalu. 

Manfred nie znosił dzieci. Przypominały mu tych smarkaczy z Willi 
Argo, których najchętniej postrącałby z urwiska. 

Z jakich to pięknych stron pan przybywa? - zapytał go oberżysta. 

Przejechał wilgotną ścierką po stole, udając, że usuwa wieloletni, wżarty 
brud. 

Z dalekich - odparł Manfred, zdejmując swoje słoneczne okulary, 

poklejone taśmą klejącą. 

A wie pan, dlaczego taśma nazywa się scotch? Ponieważ kiedy po 

raz pierwszy trafiła na rynek, w 1929 roku, miał opakowanie w szkocką 
kratkę, jak kilt. Nazywano ją wtedy szkocką taśmą. 

-Teraz nazywająją„mieć stłuczone okulary". 

Oberżysta zrozumiał, że nie ma co przeciągać konwersacji, i zapytał: 

Co panu podać? 

Kiełbaski z rusztu i sok jabłkowy bez lodu. 

background image

Świetnie. - Zarzucił sobie ścierkę na ramię. - Szklankę małą czy 

średnią? 

Dużą. 

Oberżysta obszedł ladę i zniknął w kuchni, skąd po chwili zaczął 
dochodzić apetyczny zapach pieczonych kiełbasek. 

Manfred zdążył właśnie ugryźć pierwszy kęs, kiedy do gospody wszfedł 
mężczyzna w koszuli w biało-czerwone pasecz-ki, w szarych 
wełnianych spodniach, z bakami wielorybnika. Już od drzwi zawołał: 

Czyj jest ten gruchot przed gospodą? 

Manfred poczuł narastającą wściekłość i z ustami pełnymi kiełbaski i 
jabłkowego soku wybełkotał: 

Mój. 

Och, przepraszam - usprawiedliwił się mężczyzna. - Myślałem, że 

to któregoś z dzieci. 

Manfred, z trudnością zachowując spokój, zapytał go: 

Gdzie mogę znaleźć warsztat z oponami w tym miasteczku? 

 

A wie pan, dlaczego taśma nazywa się scotch? Ponieważ kiedy po 

raz pierwszy trafiła na rynek, w 1929 roku, miał opakowanie w szkocką 
kratkę, jak kilt. Nazywano ją wtedy szkocką taśmą. 

-Teraz nazywają ją„mieć stłuczone okulary". 

Oberżysta zrozumiał, że nie ma co przeciągać konwersacji, i zapytał: 

Co panu podać? 

background image

Kiełbaski z rusztu i sok jabłkowy bez lodu. 

Świetnie. - Zarzucił sobie ścierkę na ramię. - Szklankę małą czy 

średnią? 

Dużą. 

Oberżysta obszedł ladę i zniknął w kuchni, skąd po chwili zaczął 
dochodzić apetyczny zapach pieczonych kiełbasek. 

Manfred zdążył właśnie ugryźć pierwszy kęs, kiedy do gospody wszedł 
mężczyzna w koszuli w biało-czerwone pasecz-ki, w szarych 
wełnianych spodniach, z bakami wielorybnika. Już od drzwi zawołał: 

Czyj jest ten gruchot przed gospodą? 

Manfred poczuł narastającą wściekłość i z ustami pełnymi kiełbaski i 
jabłkowego soku wybełkotał: 

Mój. 

Och, przepraszam - usprawiedliwił się mężczyzna. - Myślałem, że 

to któregoś z dzieci. 

Manfred, z trudnością zachowując spokój, zapytał go: 

Gdzie mogę znaleźć warsztat z oponami w tym miasteczku? 

nr? 

 

99 

'N 

:.' Vi 

background image

■imT 

H » « •[ 

m m d 

m m m 

(CtfdfT p © 

I 23 

OPl 

B I 

? ? 

'O?' ISBii oi' "PiCiP (1; - O © © © © © © 

© © 

 

© 

456789 !0 11 12 13 U 15 ¡ 6 17 18 19 20 21 22 23 24 25 2627 ?ft 29 30 
31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 

10 O 0 0 0 O 000 OB O O O O O g O D O D O O O D O O D o oeo OB 
O D O t! O D«tł D OB 

1 1 • 1 1 1 IHH l?l 1 1 i O] I I 1 1 IB 1 B 

BB B ? ? 7 H J P BB ? 7 P ? 7 P 3 3 "P m 3 3 3 3 3 3 

background image

1 1 B 1 1 1 1 

c i 

 

r © 

111 

A co pan musi zrobić? 

Wymienić opony motoru. 

Jakiego motoru? - Mężczyzna wyszedł na chwilę, by sprawdzić, co 

to za motor, a po chwili wrócił, wyraźnie pod wrażeniem. - Kurczę, ale 
motor! Jeżeli pan pozwoli, zjem bekon, a potem zaprowadzę pana do 
mego kuzyna. Jest poń-czosznikiem, ale zajmuje się głównie 
samochodami. 

OK - odpowiedział Manfred, połykając drugą kiełbaskę. 

Mężczyzna zamówił danie i wyciągnął do Manfreda rękę, 

rozsiadając się przy stoliku obok: ' 

Fred Goodtaste, bardzo mi miło. W miasteczku wołają na mnie 

Fred Śpiczuwa. 

Manfred tylko uniósł rękę. 

Jestem Manfred. Ale w miasteczku nikt na mnie nie woła. 

Ha, ha, ha! To dobre! - zaśmiał się Fred Śpiczuwa. - A skąd pan 

przybywa? 

Z krainy mojego słynnego poczucia humoru - odpowiedział 

Manfred, zamawiając drugą szklankę soku jabłkowego. Dużą. 

background image

• c" 1001 C( 

1 r iiiiiinijHiiiiiiiiiii !| ąi 

im 

Rozdział 112) - STARY DOM - 

ęrmryjf» 

ick i Julia przeszli szybko nabrzeżem do przystani św. 

przepełnionej gondolami i łodziami. Dio-go dreptał wiernie za nimi. 

Dzieci podziwiały kamienne kolumny, które niczym obeliski zaznaczały 
wejście na plac, otoczony białymi podcieniami. Na szczycie jednej z 
nich umieszczono skrzydlatego lwa św. Marka, symbol miasta. Strzelista 
dzwonnica, przypominająca czerwony marmur, wyglądała jakby za 
chwilę miała wystartować ze środka placu. 

Na placu kłębił się tłum ludzi w jaskrawych strojach, różnokolorowych 
maskach, w perukach, białych pończochach i pantoflach wywołujących 
zawrót głowy. 

W powietrzu wisiał zapach smażonych ryb, ostrych przypraw, słodkich 
obwarzanków i smażonych w cukrze owoców. 

Rick i Julia pogrążyli się w tym zgiełku, starając się iść jak najbliżej 
siebie. 

Gdzie może być to Rialto? 

Nie wiem - odparł Rick - ale ja poszedłbym w stronę kościoła. 

Bazylika św. Marka wyglądała niczym stwór morski. Fasadę tworzyło 
pięć wielkich arkad z wieloma białymi kolumnami i kolumienkami, ze 
spiczastymi półkopułami w gwiazdy i kwadrygą pozłacanych koni. 

background image

Gdy podeszli bliżej, Rick spostrzegł, że obok bazyliki stoi budynek z 
ogromnym zegarem mechanicznym. 

O, to jest ta wielka maszyna czasu! - zażartował. 

Zegar był rzeczywiście ogromny, z tarczą złoto-biało-nie- 

bieską, nad którą widniała figura Matki Boskiej, a na szczycie - wielki 
dzwon. 

Kurczę! - wykrzyknęła Julia. - Jest tak ogromny, że prawie go nie 

zauważyłam. Myślisz, że to robota Petera? 

Hmm, nie widzę sowy... - odpowiedział chłopiec, przyglądając się 

zegarowi. 

Przeszli pod zegarem i znaleźli drogę na Rialto. Szeroka ulica bardzo 
prędko zamieniła się w labirynt zatłoczonych, pełnych sklepów 
zaułków, ciągnących się nad siecią kanałów. 

Spoglądając w górę, miało się wrażenie, że domy opierają się o siebie 
nawzajem. Arkady i wykusze tworzyły labirynt przejść i pasaży nad 
ulicą. Wysoko nad głowami kwitły kwiaty, zwisały dywany i barwne 
herby. 

Płynąc wraz z tłumem, Rick i Julia dotarli do małego placyku. 

Potem, prawie niezauważenie, zaczęli wchodzić po schodach 
prowadzących na duży biały most z licznymi arkadami, który łączył 
brzegi największego kanału. 

Dotarli do Rialto. 

Pod przęsłami mostu przepływały gondole i łodzie, a złote pałace 
odbijały się w wodzie kanału. Po drugiej stronie widać było ruchliwy 

background image

targ i ulicę, która - jak im się zdawało - była w sam raz dla nich: trakt 
zegarmistrzów. 

-—' 

Ale, choć długo błądzili od warsztatu do warsztatu, pytając o Petera 
Dedalusa, nie udało się im uzyskać żadnej wskazówki. 

Zmartwieni, powrócili na placyk targowy, gdzie kamieniarze obrabiali 
kamień, sypiąc pękami iskier, siłacze o czarnej skórze dźwigali na 
plecach worki pełne pieprzu, a bogaci kupcy otwierali drzwi swoich 
sklepów. 

Dzieci usiadły obok kamiennego garbu szczęścia, o którym pisał 
Ulysses Moore. 

To wszystko na nic. Za wielkie miasto - jęknęła Julia, głaszcząc 

pieska, który niestrudzenie im towarzyszył. Patrzyła zniechęcona na ten 
labirynt kanałów, ulic, mostów, sklepów i barw. - A ty masz jakiś 
pomysł? 

Rick zaczął przeglądać dziennik Ulyssesa Moorea z nadzieją na 
olśnienie. 

Na razie nie. 

Poczytał przez chwilę, po czym rzekł: 

Tu stary właściciel coś wkleił i opisał. 

Co? Co znalazłeś? Przeczytaj. 

W Wenecji są ukryte trzy miejsca magiczne: jedno przy calle deli' 

Amor degli Amici; drugie w pobliżu mostu Marave-gie; trzecie przy 
calle Marrani przy iw. Jeremiaszu w pobliżu getta. Kiedy wenecjanie są 
zmęczeni ustanowioną władzą, idą w jedno z tych trzech miejsc 

background image

tajemnych i otworzywszy drzwi w głębi podwórza, odchodzą na zawsze 
w najpiękniejsze miejsca, do innych spraw. 

 

 

 

ttm *****t*i »OL** 

Wydaje się, że on pisze o naszych wrotach! 

Tak - zgodził się Rick. - Ale my nie weszliśmy w żadne z tych 

trzech miejsc. 

To znaczy, że są co najmniej cztery miejsca magiczne... 

Diogo zaszczekał. 

Właśnie. - Rick podał zeszyt Julii i zaczął szukać na mapie nazw 

wymienionych w dzienniku. 

Faktem jest, że... W porządku, znalazłem św. Jeremiasza w 

sąsiedztwie getta. I most Maravegie. Nie są zbyt blisko siebie. Ale calle 
deli' Amor degli Amici... nie, nie widzę. 

A to będzie pewnie właśnie to, czego potrzebujemy - zauważyła z 

goryczą Julia, przeglądając dalsze strony zapisków Ulyssesa Moore'a. 

Hej, Rick! Spójrz, co zapisał tu, obok fotografii! 

Zdjęcie pokazywało stary wenecki dom nad kanałem, 

z oknami pod ostrołukiem gotyckim. 

Stary Dom Santa Marina - przeczytał Rick. - No i co z tego? 

Jak to co? Czy nie mówiłeś, że Penelopa pochodziła z Wenecji? 

background image

Rick jeszcze raz spojrzał na zdjęcie. Wielkie drzewo osłaniało główne 
wejście, nad którym widniał namalowany herb: jaszczurka skręcona w 
literę „s". 

Sauri... - szepnął Rick. - Do licha... Sądzisz, że to możliwe? 

Gdzie jest Santa Marina? 

 

 

 

- Jeżeli nad kanałem, to niedaleko stąd - sprawdził na ma- m pie Rick. - 
Trzeba przejść z powrotem przez Ponte Rialto i potem jakoś w lewo. 

Dom nie wyglądał tak, jak na fotografii. Został przemalowany na 
jaskrawożółto, a herb z jaszczurką nad drzwiami zastąpiono innym, jakiś 
kwiatem w kształcie litery „c". 

Co robimy? Dzwonimy? 

Jak? Nie sądzę, żeby w osiemnastym wieku był tu domofon... 

Ale jest coś w tym rodzaju. - Rick podszedł do bramy i pokazał 

kołatkę z brązu. 

A potem co zrobimy? 

Będziemy improwizować? - chłopiec odpowiedział pytaniem na 

pytanie. 

I mocno zastukał kołatką. 

Usłyszeli dźwięk głuchy i donośny. 

background image

Julia nakazała pieskowi, by był cicho, aż Diogo przysiadł tuż obok jej 
nogi i przerażony spoglądał na bramę. 

Rick musiał stuknąć kołatką dwukrotnie, zanim brama się otworzyła i 
stanął w niej jakiś pan w średnim wieku, w nienagannym ubraniu z 
brązowego aksamitu. Miał okrągłe, uważne oczy, długie, zadbane wąsy i 
krótką białą perukę. Spodnie zapięte tuż pod kolanem i białe pończochy, 
pantofle czarne ze złotą klamrą, skórzaną kamizelkę i długi surdut z 
wyłogami z ciemnej skóry. 

Czego sobie życzycie? - zapytał, po czym, zorientowawszy się, że 

to tylko dzieci, pospiesznie dodał: - Och nie, przykro mi, ale nic dla was 
nie mam... 

I chciał zamknąć bramę, lecz Rick zdołał go uprzedzić, mówiąc: 

Przepraszamy pana, nie chcielibyśmy przeszkadzać, ale... czy nie 

zna pan przypadkiem... 

Przepraszam was, dzieci, sądzę jednak, że zastukaliście do 

niewłaściwej bramy. 

...Ulyssesa i Penelopy Moore? - dokończyła Julia. 

Brwi nienagannego pana uniosły się wysoko ze zdumienia. 

Och, to nazwisko! - rzekł, sztywniejąc. - Jak to... Co wspólnego 

może mieć dwójka dzieci z ... państwem Moore? 

Niepostrzeżenie brama ponownie szeroko się otworzyła. 

To długa historia, proszę pana - powiedziała Julia. - I trochę 

niejasna. Więc tak, my mieszkamy w domu Ulyssesa Moorea i... to 
znaczy... właściwie dzięki niemu trafiliśmy do Wenecji w sposób... 
brawurowy. Nie wiem, czy się jasno wyraziłam... 

background image

Prawdę mówiąc panienko, nie... Ale muszę powiedzieć, że ta 

wiadomość mnie zdumiewa, ponieważ... w pewnym sensie to my 
mieszkamy w domu Ulyssesa Moorea. A dokładniej mówiąc, w domu 
jego przemiłej żony. A wy skąd przybywacie? 

Wnętrze domu Saurich-Callerów było zdumiewające. Dzieci minęły 
zielono-szmaragdowy hol z szerokimi scho- 

Z Kornwalii, proszę pana - odpowiedział Rick. - Z Anglii. 

Na twarzy właściciela domu odmalowało się zdumienie. 

Do diaska! To ci dopiero wiadomość! 

Co się dzieje, Albercie? - zapytał ktoś z głębi domu. Chwilę potem 

w drzwiach pojawiła się dama młodsza 

od pana w peruce, z kaskadą czarnych loków, pospiesznie 
przypudrowanymi czerwonymi policzkami, o żywych, radosnych 
oczach. 

Ciao! - zawołała na widok Ricka i Julii. - Kim jesteście? Diogo 

wymknął się Julii i rzucił się na spotkanie przybyłej, 

która przytuliła go z okrzykiem radości. 

Ciao! A ty kim jesteś? Hej, malutki... 

Mężczyzna przyjrzał się chłodno temu psiakowi o szorstkiej sierści, 
łaszącemu się do kobiety, po czym dokonał prezentacji: 

Moja żona, Rossella Caller. A ja jestem Albert. Sądzę, że teraz 

możemy już kontynuować naszą rozmowę wewnątrz domu. Proszę was 
tylko, byście zechcieli pozostawić waszego sympatycznego... 

background image

Ależ nie! W żadnym razie! - wykrzyknęła Rossella, przytulając 

pieska, który przymilnie ją lizał. - Oczywiście, że wejdziesz i ty! 
Oczywiście! 

Schodami wiodącymi na górne piętro, a potem poprowadzono je przez 
wąski i wysoki, obwieszony obrazami korytarz obity czerwonym 
aksamitem, urządzony wypolerowanymi meblami. Dalej przeszły przez 
salę jadalną ze stołem z lustrzanym blatem i - coraz bardziej 
zafascynowane - doszły do wewnętrznego patio - z pnącym bluszczem i 
wspaniałymi drzewami, które pięły się aż do nieba. Diego zaczął 
dokładnie badać teren. 

Albert Caller, zanim usiadł, rzucił kilka poduszek na swoje krzesło, 
przykrył kawałkiem płótna książki, które wcześniej przeglądał, i czekał, 
aż pełna radości Rossella poda wszystkim napój ze świeżo wyciśniętego 
soku z cytryny. 

Rossella była ubrana bardzo elegancko: miała na sobie niebieską 
jedwabną pelerynkę, przewiązaną pod szyją i w pasie dwiema 
jaśniejszymi wstążkami, oraz muślinową, opadającą na ramiona narzutę. 

Te dzieci mówią, że przybyły z Anglii i że mieszkają tam w domu 

Ulyssesa Moorea - wyjaśnił żonie Albert. 

Doprawdy? Co za szczęśliwy zbieg okoliczności! A to był dom 

Saurich, rodziny Penelopy. Już tak dawno ich nie widzieliśmy! 
Powiedźcie mi, dzieci, co u nich słychać? 

Rick i Julia wymienili zakłopotane spojrzenie. 

Prawdę mówiąc... niezbyt dobrze. Oni... jakby tu powiedzieć... 

Oboje... 

Twarze państwa Caller spochmurniały. 

background image

Och, przykro mi. Przepraszam. 

Nie musi pani nas przepraszać! - pospieszyła z wyjaśnieniem Julia. 

- Bo tak naprawdę myśmy ich nigdy osobiście nie poznali. 

W takim razie czy możecie mi wyjaśnić, jak nawiązaliście z nimi 

kontakt? I jaki jest cel waszej wizyty? 

Albercie, bądź uprzejmy wobec dzieci - zwróciła mężowi uwagę 

pani domu. 

Jestem uprzejmy, Rossello. Usiłuję tylko zrozumieć, dlaczego, do 

diaska, tu przyszły. Wiesz doskonale, że wpuszczamy do naszego domu 
tylko nieliczne osoby. I mamy po temu powody. 

Och, Albercie, ciągle ta podejrzliwość! Nie widzisz, że dzieci są na 

poziomie? Jesteście rodzeństwem? 

Nie, nie. 

Rick poczerwieniał jak płonąca głownia, gdy Julia z uśmiechem 
wyjaśniała: 

Kuzyni. Jesteśmy kuzynami. 

I jesteście spokrewnieni z państwem Moore? - drążył Albert. 

Rossella rozsiadła się wygodnie na krześle i wtrąciła: 

Mąż jest fanatykiem związków krwi. 

Nad drzewem genealogicznym Moorea można spędzić wiele 

czasu... - odezwał się Rick. 

Albert wykrzywił usta w grymasie. 

Jest wiele niedokładności, jeśli chodzi o dzieje tej rodziny. To się 

troszkę, jakby to rzec... wymyka... 

background image

 

 

Komu pan to mówi! - wykrzyknęła Julia. - W każdym razie, panie 

Caller, nie jesteśmy spokrewnieni z Mooreami. Po ich śmierci moi 
rodzice nabyli dom państwa Moore w Anglii i kiedy się tam 
przenieśliśmy, odkryliśmy wiele rzeczy z nimi związanych, między 
innymi to... 

Dziewczynka podała państwu Caller dziennik podróżny Ulyssesa. 

Oczy obojga gospodarzy zabłysły z emocji. 

Przypominam sobie te stare zeszyty! Gdzie to on je kupował? 

W sklepie Zafona, na rogu calle del Forno. 

To znaczy, że państwo osobiście znali Ulyssesa Moorea? - spytał z 

niedowierzaniem Rick. - Ulyssesa Moorea z krwi i kości? 

No tak, oczywiście - odpowiedział Albert. 

Jaki to był typ? Znaczy chciałem powiedzieć... fizycznie. 

Wysoki, elegancki. Wyglądał imponująco, powiedziałabym - 

odparła Rossella Callar. 

Daj spokój, Rossello... - upomniał ją Albert z pewną naganą w 

głosie. - Zupełnie nie nazwałbym go imponującym. 

I kto to mówi? Bardziej imponujący od ciebie bez wątpienia. 

Tak, zapewne, ale nie był imponujący w ścisłym tego słowa 

znaczeniu. Był... 

Imponujący - ucięła krótko Rossella. - Mężczyzna ujmujący i 

grzeczny, zawsze gotów do pomocy innym. Zatrzy- 

background image

mywał się, by pogłaskać każdego spotkanego psa na ulicy 

dodała. 

To prawda! Spacer z nim mógł być dosyć denerwujący 

dorzucił Albert. 

A Penelopa? 

Penelopa była wcieleniem łagodności. Inteligentna i 

wyrafinowana. Kiedy jeszcze mieszkała w tym domu, zanim przeniosła 
się za granicę, organizowała cudowne przyjęcia. Zaproszenie do domu 
Saurich było czymś najwspanialszym, co ci się mogło przydarzyć w 
Wenecji. A ona sama, hmm... ona była prosta i skomplikowana zarazem, 
zasadnicza i barokowa. 

Była prześliczna - dodał Albert. 

No tak! - odparowała Rossella. 

Wiesz dobrze, że dokonuję ściśle estetycznej oceny. 

Rossella z miłym uśmiechem nachyliła się ku Julii i wyszeptała: 

Widzisz, jacy są mężczyźni? Jeżeli my powiemy komplement 

jakiemuś mężczyźnie, to nas rugają, ale gdy oni robią to wobec damy, to 
się nazywa, że chodzi o „ściśle estetyczną ocenę". 

Julia roześmiała się, zaskoczona poufałością, z jaką pani domu ją 
traktuje. 

Albert tymczasem skupił uwagę na Ricku i niesłychanie szczegółowo 
zaczął mu wyjaśniać związki rodzinne Saurich ze starą arystokracją 
wenecką. 

background image

- Kiedy wy jesteście zajęci męskimi tematami - wtrąciła się Rossella - 
my, kobiety, usuniemy się na chwileczkę. - Po czym zwróciła się do 
Julii: - Chodź, coś ci pokażę. 

Światło słoneczne sączyło się wolno przez weneckie zasłony. Kiedy 
dotarło do brokatowego łóżka, Ob-liwia Newton, wylegująca się dotąd 
pod kołdrą, przetarła 

oczy. Jeszcze chwilę pozostała w błogim półśnie, któremu 

\ ; 

towarzyszył szum fal i przytłumiona wrzawa dobiegająca z ulicy. 

Och, co za raj! - westchnęła, poddając się w końcu światłu dnia. 

Wyciągnęła się, zgodnie z zasadami, jakich nauczyła się na swych 
ulubionych lekcjach Ayurwedy, i oparła gołe stopy 

podłogę. 

W rogu leżał rzucony niedbale plecak. Obliwia ziewnęła 

spróbowała dosięgnąć go stopą, ale jej się nie udało. Spojrzała na 

swoją długą nogę, pięknie umięśnioną od ćwiczeń w siłowni, i zamyśliła 
się. Postrzegała siebie samą jako wspaniałą i cudownie szczupłą, 
tymczasem hrabia Cenere i inni przed nim pytali ją, czy dobrze się 
czuje? Czy to możliwe, że wygląda na osobę chorą? 

Podenerwowana tymi myślami, podniosła się, pogrzebała między 
błyskotkami, których jeszcze nie wymieniła na brzęczącą monetę, i 
wyciągnęła małą, plastikową planszę z zestawem jej codziennych 
ćwiczeń na siłowni. 

Długimi, polakierowanymi na fioletowo paznokciami zaznaczyła w 
tabeli swój wzrost i wiek i sprawdziła odpowiadającą im wagę. 

background image

Wiedziałam, jestem doskonała! - wykrzyknęła. 

Nie miała milimetra tłuszczu w talii; mięśnie ramion uformowane przez 
ciężary, nogi od steppingu. O jakiej chorobie bredzili ci wenecjanie? 

Do diabła z nimi! - mruknęła, wrzucając planszę do plecaka. 

Spryskała sobie twarz zimną wodą i wyjrzała przez okno. Która to może 
być godzina? Południe? Aż do szóstej miała czas tylko dla siebie. A po 
szóstej, dzięki pomocy hrabiego Cenere, odnajdzie Petera. 

Kiedy otworzyła drzwi pokoju, dwie pokojówki ukłoniły się grzecznie 
na dzień dobry, pomagając jej się ubrać. 

Powiedz mi prawdę, uważasz, że jestem chuda? - zwróciła się do 

kobiety, która sznurowała jej gorset. 

Ta zachichotała, a po chwili zaczęła mówić coś bez ładu i składu. 
Wreszcie - ośmielona przez drugą - wyznała szczerze, że uważa ją nie 
tylko za chudą, ale wręcz za straszliwie chudą. 

Zdaniem obu pokojówek, przydałoby się jej z pewnością przytyć co 
najmniej piętnaście kilo. 

Obliwia popatrzyła na nie z niedowierzaniem. 

Po krótkim namyśle jednak uśmiechnęła się zadowolona, a schodząc po 
schodach na śniadanie we wspaniałej biało--złotej sukni i w podręcznej 
maseczce, wyobraziła sobie spot reklamowy, zalecający uzdrawiające 
cofnięcie się w czasie wszystkim grubaskom XXI wieku: Nadwaga? 
Przenieście się do osiemnastowiecznej Wenecji! 

111 

To był tylko jeden z wielu pożytków, jakie Wrota Czasu mogłyby 
przynieść, gdyby udało się nad nimi zapanować. Obliwia, dysponując 

background image

mapą zdobytą w Egipcie, wyszukała już wszystkie wrota. Teraz musiała 
je otworzyć. I dlatego poszukiwała Petera. 

Weszła do sali jadalnej, gdzie goście jak zwykle zajęci byli jakąś 
ożywioną rozmową. Wybrała cichy stoliczek i zamówiła filiżankę 
czarnego napoju z kożuchami, co było współczesną wenecką wersją 
kawy ze śmietanką. 

O czym goście tak żywo rozprawiają? - spytała szefa sali. 

O tajnych służbach w mieście. Podobno wczorajszej nocy wykryto 

i zamknięto dwie podziemne drukarnie, w których drukowano zakazane 
książki. 

Jakiego rodzaju książki? 

Mężczyzna nachylił się i szepnął: 

Myślę, że miały związek z nową modą idącą z Francji, zwaną 

oświeceniem... Ale z pewnością chodzi tylko o jakąś przejściową 
modę... 

Julia mrugnęła porozumiewawczo do Ricka, który był gotów wysłuchać 
potoku informacji Alberta, po czym poszła za Rossellą do starej kuchni, 
całej w marmurze. 

Mój mąż, jak już zacznie, to może tak ciągnąć cały dzień - 

wyjaśniła Rossella, przechodząc przez pokój. - Jeżeli nie widzisz służby, 
to dlatego, że po przykrym doświadczeniu z naszym ostatnim 
pokojowym, Dantem, Albert nie chce już nikogo przyjąć - dodała. - I ma 
trochę racji. Po mieście krąży zbyt wiele plotek... 

Julia uznała, że nie należy dopytywać się o charakter tych 

plotek i, milcząc, szła za Rossellą w górę po schodach. 

background image

Doszły do pokoju, który najwyraźniej od dawna musiał być zamknięty, 
skoro Rossella otwierała go z takim wysiłkiem. 

Poczekaj tu chwilkę... - szepnęła kobieta, znikając w pokoju, by 

otworzyć okiennice. 

Zajaśniało cudownie i Rossella wykrzyknęła: 

No i proszę, chodź spojrzeć! 

To była sypialnia z posadzką w białą i czarną terrakotę. Pod ścianą stało 
łóżko zasłane na zielono. I jeszcze okrągły stolik zastawiony wielką 
ilością różnych miłych drobiazgów, lustro, miska na wodę i druga 
miska, w kwiatki. 

To był pokój Penelopy... - wyjaśniła Rossella. - Kiedy 

zamieszkaliśmy tu z Albertem, postanowiliśmy pozostawić wszystko 
tak, jak było. 

Julia pokręciła się trochę po pokoju, który należał niegdyś do Penelopy, 
wdychając duszną wilgoć i jednocześnie jakiś 

 

 

 

bardzo przyjemny, delikatny, słodkawy zapach. Potem przystanęła przed 
wielkim obrazem: 

To ona? - spytała cichutko. 

Tak. Piękna, prawda? - odpowiedziała Rossella, podchodząc bliżej. 

background image

Przepiękna... - wyszeptała Julia, starając się zapamiętać każdy 

szczegół obrazu. 

To był portret dziewczyny o jasnych, długich włosach, przewiązanych 
błękitną wstążką. Dziewczyna stała tuż obok otwartego okna. W tym 
samym pokoju, w którym były teraz. 

Czy to autoportret? - spytała Julia, wpatrując się w spojrzenie 

Penelopy. 

O, nie. Ten obraz podarował jej Ulysses, kiedy poprosił ją o rękę. 

Namalował to jakiś mistrz flamandzki, którego nazwiska nie pamiętam. 

Julia nie mogła oderwać oczu od obrazu. 

Jest bardzo podobna, wiesz? - powiedziała Rossella. - Dlatego 

chciałam ci go pokazać. 

Z dziedzińca dobiegło wołanie Alberta, które w jednej chwili zmąciło 
niezwykłą atmosferę pokoju. 

Hej, panie! Macie zamiar nas porzucić? 

Myślę, że wypada wrócić do tego starego zrzędy - roześmiała się 

Rossella, zamykając znowu okiennice. 

Dopiero w tym momencie dotarło do Julii, że coś się tu nie zgadza. 

 

k.**««-»» .«■.i»'Alymfumm»)u _ 

r-..... 

Rick słuchał swoj ego rozmówcy ze zgnębioną miną. Albert Ą uniósł 
się, by umożliwić Rosselli i Julii powrót na ich miejsca, po czym podjął 
wątek. 

background image

Tak więc, jak ci powiedziałem, zdecydowaliśmy się przejąć dom 

Saurich i dlatego nas tu znaleźliście. 

Rick pokrótce streścił Julii całą historię: 

Rodzina Saurich wygasła, kiedy Penelopa przyjęła nazwisko 

Moore. 

„O kurczę" - pomyślała Julia. 

W mieście wybuchła drobna awantura, kiedy się dowiedziano, że 

mała Penny zakochała się w cudzoziemcu. Z Północy, na dodatek. 

Właśnie tak - wtrącił Albert. - Nie mówię, że to był skandal, ale... 

coś w tym rodzaju. 

Julia spojrzała na Ricka. On kiwnął spokojnie głową, najwyraźniej nie 
zdając sobie jeszcze sprawy z tego, co odkryli. 

Pan Caller pogładził wąsy i spytał, powracając do głównego tematu: 

Nie wyjaśniliście nam jeszcze, dlaczego jesteście w Wenecji. To 

daleka podróż, z Anglii. 

Szukamy kogoś - wyjaśnił Rick - a ponieważ był to przyjaciel 

Ulyssesa Moorea, pomyśleliśmy, że mógł być również waszym 
znajomym. Nazywał się, znaczy, nazywa się... Peter Dedalus. 

Nazwisko zegarmistrza zawisło w powietrzu jak dym. Czas mijał, a 
Caller nie robił wrażenia, że wie, o kogo chodzi. 

122 

 

background image

Rick słuchał swojego rozmówcy ze zgnębioną miną. Albert uniósł się, 
by umożliwić Rosselli i Julii powrót na ich miejsca, po czym podjął 
wątek. 

Tak więc, jak ci powiedziałem, zdecydowaliśmy się przejąć dom 

Saurich i dlatego nas tu znaleźliście. 

Rick pokrótce streścił Julii całą historię: 

Rodzina Saurich wygasła, kiedy Penelopa przyjęła nazwisko 

Moore. 

„O kurczę" - pomyślała Julia. 

W mieście wybuchła drobna awantura, kiedy się dowiedziano, że 

mała Penny zakochała się w cudzoziemcu. Z Pół- 

nocy, na dodatek. 

Właśnie tak - wtrącił Albert. - Nie mówię, że to był skandal, ale... 

coś w tym rodzaju. 

Julia spojrzała na Ricka. On kiwnął spokojnie głową, najwyraźniej nie 
zdając sobie jeszcze sprawy z tego, co odkryli. 

Pan Caller pogładził wąsy i spytał, powracając do głównego tematu: 

Nie wyjaśniliście nam jeszcze, dlaczego jesteście w Wenecji. To 

daleka podróż, z Anglii. 

Szukamy kogoś - wyjaśnił Rick - a ponieważ był to przyjaciel 

Ulyssesa Moorea, pomyśleliśmy, że mógł być również waszym 
znajomym. Nazywał się, znaczy, nazywa się... Peter Dedalus. 

background image

Nazwisko zegarmistrza zawisło w powietrzu jak dym. Czas mijał, a 
Caller nie robił wrażenia, że wie, o kogo chodzi. 

 

 

Peter, jest doskonałym rzemieślnikiem... zegarmistrzem, 

specjalistą od zegarów, ściśle biorąc - wyjaśnił Rick. Potem nachylił się, 
sięgnął po plecak i zaczął w nim grzebać. - O, proszę, ten zegarek na 
rękę jest jego roboty. 

Albert Caller popatrzył z niedowierzaniem. 

Zegarek na rękę, powiadasz? A... co to takiego? - Położył go na 

dłoni, zdumiony jego maleńkimi rozmiarami. - Uważam się za miłośnika 
zegarów, ale nigdy nie widziałem czegoś podobnego... 

Są bardzo szczególne... - tłumaczył Rick. - Widzicie tę sowę? To 

jest w pewnym sensie jego podpis. 

Dedalus, powiadasz? - powtórzył z namysłem poruszony Albert. - 

To nazwisko wydaje mi się obce. A tobie, Rossello? 

Także ona pokręciła głową. 

Co to znaczy przyjaciel Ulyssesa? - spytała. 

No, tego... znaczy... - Rick szukał pomocy u Julii, która jednak 

była tak pochłonięta własnymi myślami, że nie zwracała na niego uwagi. 
- Julio!? 

Słysząc swoje imię, dziewczynka podniosła głowę i powiedziała: 

Tak naprawdę to nie wiemy. 

background image

Zaraz potem spojrzała w górę, na zamknięte okno w pokoju Penelopy 
Moore. 

„O kurczę!" - pomyślała raz jeszcze. 

 

Pozytywka w pokoju na górze, na komodzie! - zawołała pani 

Rossella Caller. - Chcecie ją obejrzeć, dzieci? 

Jeśli można... - odpowiedział Rick. 

Podnieśli się wszyscy czworo. 

Julio? Co się z tobą dzieje? - szepnął Rick do przyjaciółki, 

zwalniając krok. - Jesteś jakaś dziwna, odkąd wróciłaś z górnego piętra. 

Oczywiście, Rick! Nic nie zauważyłeś? - odpowiedziała cichutko. 

Co miałem zauważyć? 

Penelopa... 

Co Penelopa? 

Och, ależ tak! - wykrzyknęła Rossella, spoglądając pod światło na 

kopertę zegarka. - Sowa! My też mamy coś z sową wyrytą na wierzchu, 
nieprawdaż, Albercie? 

Ale to nie jest zegarek, moja droga. 

Nie, ale... to należało do Penelopy... 

Rickowi przypomniały się ostatnie słowa Nestora, zanim Wrota Czasu 
zamknęły się za nimi. 

„Muzyka! Pamiętajcie, że Peter był zwariowany na punk-muzyki!". 

Peter był rozkochany w muzyce - powiedział. 

background image

No właśnie! - wykrzyknęła rozpromieniona' Rossella. - Widzisz, 

że mam rację, tępa głowo? 

Albert zmarszczył czoło, a dzieci spojrzały pytająco na ko- 

Och, ależ tak! - wykrzyknęła Rossella, spoglądając pod , światło 

na kopertę zegarka. - Sowa! My też mamy coś z sową wyrytą na 
wierzchu, nieprawdaż, Albercie? 

Ale to nie jest zegarek, moja droga. 

Nie, ale... to należało do Penelopy... 

Rickowi przypomniały się ostatnie słowa Nestora, zanim Wrota Czasu 
zamknęły się za nimi. 

„Muzyka! Pamiętajcie, że Peter był zwariowany na punkcie muzyki!". 

Peter był rozkochany w muzyce - powiedział. 

No właśnie! - wykrzyknęła rozpromieniona" Rossella. - Widzisz, 

że mam rację, tępa głowo? 

Albert zmarszczył czoło, a dzieci spojrzały pytająco na kobietę. 

Pozytywka w pokoju na górze, na komodzie! - zawołała pani 

Rossella Caller. - Chcecie ją obejrzeć, dzieci? 

Jeśli można... - odpowiedział Rick. 

Podnieśli się wszyscy czworo. 

Julio? Co się z tobą dzieje? - szepnął Rick do przyjaciółki, 

zwalniając krok. - Jesteś jakaś dziwna, odkąd wróciłaś z górnego piętra. 

Oczywiście, Rick! Nic nie zauważyłeś? - odpowiedziała cichutko. 

Co miałem zauważyć? 

background image

Penelopa... j 

Co Penelopa? 

Och, ależ tak! - wykrzyknęła Rossella, spoglądając pod światło na 

kopertę zegarka. - Sowa! My też mamy coś z sową wyrytą na wierzchu, 
nieprawdaż, Albercie? 

Ale to nie jest zegarek, moja droga. 

Nie, ale... to należało do Penelopy... 

Rickowi przypomniały się ostatnie słowa Nestora, zanim Wrota Czasu 
zamknęły się za nimi. 

„Muzyka! Pamiętajcie, że Peter był zwariowany na punkcie muzyki!". 

Peter był rozkochany w muzyce - powiedział. 

No właśnie! - wykrzyknęła rozpromieniona Rossella. - Widzisz, że 

mam rację, tępa głowo? 

Albert zmarszczył czoło, a dzieci spojrzały pytająco na kobietę. 

Pozytywka w pokoju na górze, na komodzie! - zawołała pani 

Rossella Caller. - Chcecie ją obejrzeć, dzieci? 

Jeśli można... - odpowiedział Rick. 

Podnieśli się wszyscy czworo. 

Julio? Co się z tobą dzieje? - szepnął Rick do przyjaciółki, 

zwalniając krok. - Jesteś jakaś dziwna, odkąd wróciłaś z górnego piętra. 

Oczywiście, Rick! Nic nie zauważyłeś? - odpowiedziała cichutko. 

Co miałem zauważyć? 

 

background image

Była ostatnią przedstawicielką rodu, który wygasł w 1751 roku... 

Julia pozostawiła zdanie niedokończone i Rick musiał chwilkę 
pomyśleć, zanim pojął. 

W tym momencie o mało nie zemdlał. No tak, jeżeli ród Penelopy Sauri 
wygasł w 1751 roku, to Penelopa musiała się urodzić w XVIII wieku... 

A zatem Ulysses Moore odbył podróż w czasie, żeby ją poślubić. 

(...) 

Cztery panie w pogodnym nastroju sunęły dostojnie uliczkami Kilmore 
Cove. 

Och, była takim ślicznym dzieckiem! - mówiła panna Biggies, 

towarzysząca pozostałym paniom w drodze do swego domu. - Była 
naprawdę cudowną dziewczynką. Moja siostra nie mogła się jej 
nachwalić... Zresztą pokażę wam zaraz wszystkie fotografie... 

Pani Bowen szła za panną Biggies, usiłując chronić przed wiatrem swoją 
świeżo ułożoną fryzurę. Panna Stella, nauczycielka, spoglądała po 
drodze w witryny i lusterka wsteczne, żeby sprawdzić, czy pasemka, 
jakie wybrała, nie są zbyt śmiałe. A Gwendalina rozmawiała uprzejmie 
ze wszystkimi trzema. 

Mam nadzieję, że żadna z pań nie jest uczulona na koty... i - 

zachichotała panna Biggles, otwierając drzwi swego domu 

z kamienia. - Kiedy żyła jeszcze moja biedna siostra, nieustannie 
kasłała. Ale proszę, rozgośćcie się! Pani Bowen automatycznie otrzepała 
swoją wąską spódnicę, sięgającą jej tuż za kolana, i burknęła półgłosem: 

Pewnie wszędzie pełno kłaków... 

background image

Dwadzieścia kotów Kleopatry Biggles usadowiło się na schodach 
prowadzących na górne piętro. Pani domu po-zdrowiła je śpiewnie, a 
zaproszonym paniom powiedziała: 

Czujcie się jak u siebie w domu! Ja tylko skoczę na górę po 

fotografie. 

Panna Stella i Gwendalina gwarzyły w drzwiach, a pani Bowen 
tymczasem dokonywała szybkiego przeglądu domu. Jak słusznie 
przypuszczała, kocia sierść była i na kanapie, i na wszystkich fotelach, 
za żadne skarby nie mogła się więc poczuć jak u siebie w domu. 
Ponadto na podłodze leżała cieniutka warstwa piasku, nie mówiąc już o 
przedpokoju, który był tym piaskiem wprost zasypany! 

Marku Aureliuszu, pozwól mi przejść! - zawołała właścicielka 

domu na piętrze. 

Pewnie narobiłyśmy pani kłopotu? - spytała uprzejmie 

Gwendalina, słysząc, jak panna Biggles otwiera i zamyka liczne 
szuflady. 

Pani Bowen wzruszyła ramionami: 

Sama nalegała. 

ami.miiinnjtin 

mmjtmumhiit 

;lllłllllllllllllltfliHI 

A ja się naprawdę cieszę - odezwała się panna Stella, rzucając 

okiem na zegarek. - Nie uważacie, że oglądanie starych fotografii jest 
fascynujące? 

background image

Prawdę mówiąc, do domu panny Biggies bardziej niż stare fotografie 
przyciągnęła te panie ciekawość, jak też wyglądała Obliwia Newton we 
wczesnej młodości. A ponieważ obecność milionerki w miasteczku 
owiana była pewną tajemnicą, a jej wizyty u panny Biggies wywoływały 
najróżniejsze domysły, wszystkie trzy panie uznały, że zaproszenie jest 
nie do odrzucenia. 

Mam je! - wykrzyknęła Kleopatra Biggies i triumfalnie zeszła po 

schodach, dźwigając cztery ogromne albumy fotograficzne. 

Ominąwszy starannie wszystkie swoje koty, Kleopatra zaproponowała 
paniom, aby przeszły do kuchni, gdzie można wygodnie rozłożyć album 
na stole. 

Chwilę potem czajnik z wodą na herbatę stał już na ogniu, a panie zajęte 
były oglądaniem czarno-białych fotografii. 

Zważywszy, że zdjęcia utrwaliły ważne momenty z historii Kilmore 
Cove, panna Biggies musiała służyć pamięcią swoim - znacznie od niej 
młodszym - gościom. 

O, wtedy, kiedy jeszcze była u nas kolej, a maszynistą był stary 

Black Wulkan. To było lato wielkiego urodzaju na tuńczyki. A tu zima 
przed trzydziestu laty, kiedy orki zaatakowały wieloryba, który 
dogorywał na pełnym morzu... To moja siostra podczas swej podróży do 
Włoch: Florencja, Rzym, Wenecja. O, tu w gondoli! 

O, to znowu Kilmore Cove i pierwsza komunia dzieci w 1974 roku, z 
poczęstunkiem na plaży. Jedno z licznych wesel wTurtle Parku i wielka 
iluminacja z procesją aż do kościoła św. Elma. A potem jeszcze wybory 
burmistrza i przybycie dyrektora szkoły, który-jak im panna Stella 
zdradziła - miał tak paskudny oddech, że dzieci przed nim uciekały. 

background image

W miasteczku było dawniej dużo więcej dzieci! - stwierdziła pani 

Bowen, która pamiętała ambulatorium swego męża pełne dzieciaków ze 
stłuczonymi kolanami. 

Leonard, latarnik, kiedy był młody i miał jeszcze dwoje zdrowych oczu. 
Dalej ojciec Feniks, całkiem nie do poznania, opalający się na słońcu z 
chusteczką na głowie... 

A kim jest ten mężczyzna tyłem, w głębi mola... w kapeluszu 

myśliwskim? - zapytała młoda fryzjerka. 

Panie przekazały sobie zdjęcie, uważnie je oglądając. 

Wiecie, kto to? To pan Moore, ten z Willi Argo! - stwierdziła w 

końcu panna Biggles. 

Zdjęcie po raz drugi obiegło stół. Kleopatra Biggles mogła mieć rację, 
ale trudno było o pewność, ponieważ mężczyzna stał za daleko, by 
można go było rozpoznać. 

W tej chwili panna Biggles dostrzegła wypadające z albumu kolorowe 
zdjęcie i szybko chwyciła je w locie: to była Obliwia Newton z 
sięgającym jej do pasa chartem; pies miał lśniącą obrożę ze 
szlachetnymi kamieniami. 

Oto ona, nareszcie! - zawołała, przyciągając tym uwagę 

wszystkich pań. - Nasza tajemnicza milionerka. 

128 

Gwendalina jednak nadal trzymała w dłoni starą fotografię z Ulyssesem 
Moorem w głębi. 

- Czy mogłabym ją zachować? - spytała. I niemal niezauważenie 
wsunęła zdjęcie do torebki. j 

background image

Jason przemknął przez miasteczko jak błyskawica i doje-J chał do ulicy 
po przeciwnej stronie zatoki. Zostawił za sobą główną drogę i skręcił w 
uliczkę prowadzącą do latarni mor-skiej. Cypel, na którym stała latarnia, 
był wąski i długi; morskie i fale biły miarowo o obydwa jego brzegi i 
woda wściekle wirowała wśród skał. Latarnia wznosiła się na samym 
końcu cypla, gdzie kończyła się łąka, a ziemia wyłożona była 
potężnymi, kwadratowymi płytami. Wiatr dął tu z każdej strony. 

Jason pozapinał wszystkie guziki i suwaki, jakie tylko miał, by osłonić 
się przed przenikliwym chłodem, ale bez skutku: jego koszula 
powiewała niczym flaga, a w dodatku od czasu do czasu opryskiwały go 
bryzgi morskiej wody i piany. 

Walcząc z wiatrem, podjechał pod latarnię. Przyglądając się jej z bliska, 
stwierdził, że jest bardzo wysoka, co najmniej trzy razy wyższa od 
wieżyczki w Willi Argo. Biała, bez okien, miała tylko jedne drzwiczki 
na dole, które przy jej wielkiej bryle wydawały się wprost śmiesznie 
małe. Jason nie próbował nawet ich otworzyć, widząc wielką, ciężką 
kłódkę, na którą były zamknięte. Zadarł wysoko głowę, aż zakręciło mu 
się w głowie - pod samą lampą latarni dostrzegł wąską, okrągłą 
platformę. Potem osłonił dłonią oczy i rozejrzał się wokół. Nie było 
nikogo. 

Obszedł latarnię dokoła i skierował się do domu latarnika, prostego 
budynku o dwóch kondygnacjach, w którym prawie wszystkie okiennice 
były zamknięte. W okolicach stał jeszcze jeden, mniejszy i niższy 
budynek. 

* r m i» • • 

Panie Minaxo! - krzyknął. - Panie Minaxo! 

Podszedł do drzwi wejściowych i ponownie zawołał. 

background image

Zastukał, ale nikt nie odpowiedział. 

Jedno z okien po prawej stronie od wejścia miało otwarte okiennice. 
Jason zajrzał do środka przez żelazną kratę, która je zabezpieczała. 
Zobaczył stół i leżący na nim nóż oraz umywalkę i stary piecyk na 
drewno. Ale Minaxa ani śladu. 

Skulił się, nękany wiatrem, który szalał wokół. 

Nagle dostrzegł jakiś potężny cień, który przesłonił go, jakby 
przyniesiony tu gwałtownym podmuchem wiatru. 

Chłopiec obrócił się i, mrużąc oczy, dojrzał stojącego na tle słońca 
mężczyznę o długich włosach, który w ręku trzymał jakiś spiczasty, 
metalowy przedmiot. 

A ty kto? - spytał człowiek. 

Jason poczuł, jak strach ściska go za gardło i zapiera dech. 

Mężczyzna trzymał w ręku harpun. Wiatr wydął mu koszulę, która 
łopotała teraz jak żagiel na wietrze. 

Chłopiec walczył z pokusą zrobienia jednego, dwóch, dziesięciu kroków 
do tyłu i wzięcia nóg za pas. Ale to Nestor go tu przysłał... 

Leonard Minaxo? - zdołał wydusić z siebie pytanie. 

Mężczyzna pochylił się tak, że jego twarz znalazła się tuż 

obok twarzy chłopca. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Chłopiec, 
mimo strachu, dostrzegł czarną opaskę zakrywającą jego prawe oko; 
zdrowe było jasne, zimnoniebieskie. Wąski nos, szerokie bary i ząb 
rekina zawieszony na szyi. 

—--- 4 11 

background image

(coair? 'of' isbu 'of' ~ facisf- (i, - o 1 * • V 

pceceoce oco ore 

12345678». 10 11 I 2 1 3 14 15 1 6 1 7 18 1? 20 21 22 23 24 25 26 27 
28 2» 30 31 32 33 34 35 36 37 38 3» 40 

; p neoooBOODflPUflmflooDODOOoeoooooioBEsirHooooBooor 

• I 1 ił I 11 1 f 8,1 1 1 P I 1 J I B 1 I II i 1 B ] C I 1 1 B 1 I I 1 

I i ? t kB b ? > ? m ? i rr ? j ■> ■> ■> ■> ■> ■•>■■■> m 3 3 ■> 3 ■> 
■> > m 1 1 o 1 

Zadałem ci pytanie - wycedził przez zęby, po czym cof-f nął się, 

odrzucając niedbale harpun za siebie. Ostrze wbiło się 

w trawę jak nóż w masło. 

Q ) - Nazywam się Jason Covenant-odparł chłopiec.-Iprzy-j jechałem po 
Leonarda Minaxo. 

Jason Covenant... - Długie włosy mężczyzny powiewały na 

wietrze. - I niby dlaczego przyjechałeś po Leonarda? 

Bo Nestor mi powiedział, że Leonard Minaxo jest po naszej 

stronie. 

Mężczyzna się wyprostował. 

-Wyjaśnij to. 

Jason wziął głęboki oddech. 

Nie mogę, jeżeli nie jest pan Leonardem. 

background image

Latarnik zmierzył wzrokiem tego chłopaczka, drżącego z zimna i ze 
strachu, spojrzał na siebie, na harpun na tuńczyki... pomyślał, jaka 
odległość dzieli ich od najbliższej żywej duszy, i rzekł: 

Jesteś odważny, chłopcze. - Ominął Jasona i poszedł otworzyć 

drzwi domu. - Jestem Leonard. Wejdź. 

Wewnątrz domu było tak zimno, jakby jego ścian i posadzki nigdy nie 
ogrzał ogień. Leonard Minaxo dał znak Jasonowi, by usiadł na 
drewnianym pieńku uciętym z grot-masztu. Położył harpun na stole, tuż 
obok dużego noża, zdjął koszulę i odkręcił kran. Myjąc się lodowatą 
wodą, za-I Ul pytał: 

A dlaczego Nestor cię tu przysłał? 

Jason najchętniej opowiedziałby mu wszystko po kolei, ale postanowił 
być ostrożny: 

Powiedział mi, że jesteście przyjaciółmi. 

Nie przypuszczam, żeby użył takiego określenia. - Leonard polał 

sobie ręce i muskularne ramiona lodowatą wodą. - Byliśmy 
przyjaciółmi. Szekspir pisze, że czasami pamięta się o dawnych 
przyjaciołach, ponieważ przypominają ci twoją młodość. Jeśli dobrze 
pamiętam, to brzmi jakoś tak: byłoby to poczuć się młodym, kiedy jesteś 
stary, spróbować rozgrzać krew, kiedy w twych żyłach płynie zimna. 

Nie rozumiem... 

A czytałeś kiedyś Szekspira, chłopcze? Nie, nie sądzę... Co 

czytasz? 

Kapitana Mesmera - odpowiedział Jason i zaraz dodał: -To taki 

komiks. 

Wiesz, dlaczego świat zmierza ku zagładzie? 

background image

Nestor jest w niebezpieczeństwie - odpowiedział Jason, urażony 

lekceważącą oceną jego ulubionego komiksu. - Powiedział, że tylko pan 
może mu pomóc. 

Jak to w niebezpieczeństwie? - Leonard Minaxo zakręcił kran. 

Powiedział, że musicie wypróbować plan z... gołębiem w studni. 

Leonard odwrócił do niego głowę. 

Naprawdę mówił ci o gołębiu w studni? Kiedy? 

Dziesięć minut temu. Zanim tych dwoje wróciło go prze- 

| pytywać. 

Jakich tych dwoje? 

- Nie wiem, dwoje przybłędów... Znaczy... dwoje złodziei. 

Weszli do Willi Argo i związali Nestora na tapczanie. 

Latarnik zaklął i wciągnął koszulę na wciąż jeszcze mokre ramiona. 

A jak on zamierza zrealizować plan z gołębiem? 

Nie wiem. Ale powiedział, że spróbuje odciągnąć ich daleko od 

domu. 

-To nie mamy chwili do stracenia. - Latarnik chwycił harpun ze stołu i 
rzucił nóż Jasonowi. - Trzymaj. Umiesz się posługiwać nożem? 

Jason chwycił go w locie, sam zaskoczony własnym refleksem. 

Myślę, że tak... 

Leonard uśmiechnął się z zadowoleniem. 

background image

To łatwe - rzekł spokojnie. - Jeżeli oprzesz na czymś ostrze i 

pchniesz, to... tnie. - I wyszedł. 

Co to takiego plan z gołębiem w studni? - Jason usiłował 

przekrzyczeć wiatr, biegnąc za Leonardem Minaxo. 

Studnia jest w Turtle Parku, w Kilmore Cove - odparł latarnik, 

zmierzając w stronę tego dalszego budynku. 

Jason pokręcił głową. Nie wiedział, że w miasteczku jest park, a tym 
bardziej, gdzie się znajduje. 

Leonard podszedł do drzwi budynku i zaczął odsuwać rygle. Chłopiec 
poznał po zapachu, że to stajnia. 

Kiedyś pod wzgórzem parkowym były groty. Rzymianie podczas 

kampanii brytyjskiej używali ich jako miejsca przesłuchań i 
przetrzymywania zbuntowanych Celtów, druidów i szpiegów. 

Jason kiwnął głową, choć nie całkiem rozumiał, o czym mówi latarnik. 

Leonard otworzył drzwi stajni i wszedł. 

Dalej, ślicznotko! Wyjeżdżamy! 

Jason stał nieruchomo w drzwiach. W tej stajni nad samym morzem 
mieszkała wspaniała klacz o ciemnej maści, z białą grzywą. Leonard 
poklepał ją po szyi, po czym zapytał Jasona: 

Jak sobie radzisz z końmi? 

-Wcale... nigdy nie siedziałem na koniu. 

Świetnie. Zawsze musi być ten pierwszy raz. 

Doprawdy, ja mam tu rower, zaraz... 

Aleja nie mam. Chodź! 

background image

Jason nie bez wahania wszedł do stajni. Klacz potrząsnęła łbem, jakby 
rozumiała, że szykuje się przejażdżka. 

-To jest Ariadna - powiedział Leonard. - Ariadno, to jest Jason 
Covenant. 

Odczekał, aż Jason ją pogłaszcze, potem położył swoją wielką dłoń na 
dłoni Jasona i, przyciskając ręce do sierści Ariadny, stwierdził: 

Po czym wskazał siodło zawieszone na wieszaku i polecił: 

Osiodłaj ją, proszę. Jason próbował zaprotestować, wyjaśnić, że 

jeszcze nigdy j w życiu nie siodłał konia, ale na nic się to nie zdało. 

A poza tym nie dosięgnę! Siodło jest za wysoko! - krzyknął. -To 

podskocz - powiedział latarnik i wyszedł ze stajni. 

A zatem chcecie mnie okraść... - powiedział zdrętwiały jeszcze 

Nestor, idąc żwawo za żebrakiem do kuchni. - To znaczy, że jesteście 
złodziejami. 

Don Diego Valente, zafascynowany światełkiem w lodówce, prawie całą 
ją opróżnił, próbując dociec, jak to działa. Dieguita w tym czasie 
przeglądała kolejne bibeloty i kiedy tylko znalazła coś, co wydawało jej 
się wartościowe, wynosiła 

r- 

to przed dom. 

Żebracy dali już sobie spokój z próbą zrozumienia, w jaki sposób i gdzie 
trafili, i opracowali prosty plan ograbienia Willi Argo. 

Złodzieje, zaraz złodzieje! - gestykulował Don Diego, biorąc się 

pod boki i wpatrując w światełko lodówki. - Tak od razu nazywać kogoś 
złodziejem! A ja ciebie pytać: ty nigdy nie być złodziej? - I zanim 

background image

Nestor zdążył odpowiedzieć, dodał: -Ty nigdy nie ukraść całusa jakiejś 
muchachal Albo czasu komuś, kto go mieć mniej niż ty? Albo... Och, co 
to jeszcze 

m bvło? 

Don Diego potarł nos, usiłując sobie przypomnieć trzeci przykład. 
Sprawiał wrażenie, jakby je umiał na pamięć. 

Widząc, jak się męczy, Nestor zachichotał: 

Nie sądziłem, że z ciebie taki filozof... Jednakże nie wydaje mi się, 

żeby najlepszym pomysłem było wynoszenie różnych rzeczy z domu, 
jak to robi twoja towarzyszka! 

Zgoda, to jest kraść - zgodził się żebrak, wychodząc do ogrodu. 

Kiedy doszedł do kamiennych schodków, mówił dalej: 

Zabierać cudze rzeczy, zgoda. To jest kraść. Ale wobec tego Rada 

Dziesięciu też jest złodziej, ponieważ... każe płacić wszystkim kupcom! 
Takie jest życie. Ty mi raczej, stary, powiedz, co to za morze? 

Ocean Atlantycki. 

Oczy chłopaka zalśniły. Splótł dłonie na karku i odetchnął głęboko: ' 

Jasne! Więc się nie myliłem! Rozpoznałem je po zapachu. 

A ty skąd jesteś? Z Hiszpanii? - zapytał go Nestor. 

Ja jestem obywatelem świata. Moja matka była z Walencji. Mój 

ojciec... Quien sabel Zmarł, zanim powiedział mi prawdę. Od kaszlu. 
Więc ja wsiadłem na statek jak miałem dziesięć i dwa lata. Odwiedziłem 
wyspy na Atlantyku, które się nazywają Zielony Przylądek. I Marsylię, 
Genuę, zanim łódź nie zatonęła po ataku. Przysiągłem sobie, że nigdy 
więcej moja noga nie postanie na żadnej łodzi. Potem poznałem 

background image

Dieguitę i pojechaliśmy do Wenecji, do pracy u kupca kolonialnego, 
dopóki nas chciał. A potem... potem musieliśmy się jakoś urządzić. 

g I Dieguita wyszła triumfalnie z Willi Argo, niosąc dużą lam-I pę z 
pozłacaną nóżką. 

Podziwiaj, miamoń Cała ze złota! 

Nestor rozpoznał lampę, która stała obok stolika z telefonem. Z każdą 
chwilą był coraz bardziej wściekły. Musiał jakoś wyprowadzić tych 
dwoje daleko od Willi Argo, zanim rozniosą ją na kawałki. 

Posłuchajcie... W jaki sposób chcecie stąd odejść? -Co? 

Jak macie zamiar zabrać wszystkie te rzeczy? Jeżeli pójdziecie 

pieszo, mój pan was szybko znajdzie. 

Dopiero w tym momencie Don Diego zauważył, ile rzeczy Dieguita 
wyniosła już z domu, a wciąż jeszcze przybywało nowych przedmiotów. 

A tak. Potrzebujemy konia. Dondesta stajnia? 

Nie ma stajni w Willi Argo. Don Diego osłupiał. 

Jakże to? To jak się poruszacie po okolicy? 

Pieszo albo łodzią. 

Nie mów mi o łodzi! Przysiągłem sobie! 

W takim razie musicie znaleźć sobie konia w najbliższej stajni... - 

stwierdził Nestor z udaną obojętnością. 

Donde się znajduje? 

Nigdy wam tego nie powiem. 

Ja jednak myślę, że powiesz... 

background image

Nestor udał, że zwleka, po czym powiedział: 

-To kawałek stąd, musicie iść tam pieszo. 

Ach tak, stary jest sprytny! - uśmiechnął się Don Diego. - My iść 

szukać konia, a wtedy wrócić twój pan. 

Jak dla mnie, możecie zabrać ze sobą to wszystko, jeśli uniesiecie - 

powiedział Nestor. 

Don Diego rozważał przez chwilę słowa ogrodnika, przyglądając się 
rzeczom rzuconym bezładnie na żwirze. 

Dieguita! - zawołał. 

Dziewczyna stanęła w drzwiach ze srebrną wazą, którą obracała z 
zachwytem w rękach: 

Podziwiaj! To srebro! Można się przejrzeć... 

Przestań! Przestań! - rozkazał jej Don Diego. - Jest pro-blemito... 

ossella i Albert Caller zaprowadzili Julię i Ricka przed bogato 
intarsjowaną komodę, na której ustawiono rozmaite cenne przedmioty: 
dwie statuetki z Chin, z epoki Ming, sztylet toledański i szkatułkę na 
biżuterię ze Smyrny. 

Nie widzę żadnej pozytywki - odezwała się Julia, rozglądając się 

wokół z zaciekawieniem. 

Oczywiście, bo jest odrobinę... oryginalna - mruknął Albert, 

sięgając po krzesło. 

Zsunął z nóg mokasyny i wszedł na krzesło. Zdjął ze ściany mały 
obrazek wiszący nad komodą. 

» 

background image

Rick! - wykrzyknęła Julia, rozpoznając namalowany dom i ogród. 

- Czy to nie jest Willa Argo? 

Co mówisz? 

To jest dom, w którym mieszkamy! - wyjaśniła dziewczynka. - To 

jest park, urwisko... a tu jest furtka. 

Doprawdy? - spytała Rossella. - Pokaż im ramę, Albercie. 

Mężczyzna odwrócił obraz, pokazując dzieciom korbkę 

wmontowaną w złote ramy. Na metalowym cylinderku była wyryta 
sowa, znak Petera. Za pomocą koła zębatego korbka łączyła się z 
metalowym cylinderkiem, najeżonym maleńkimi, metalowymi 
kołeczkami. 

Zaraz wam puszczę... - szepnął Albert i pokręcił korbką. 

Kołeczki zaczęły trącać lekko w maleńkie, metalowe pręciki, wydające 
dźwięki, które układały się w uroczą melodyjkę. 

Słuchając tych dźwięków, Rick poczuł się nagle tak, jakby przeniesiono 
go w czasy dzieciństwa. To była ta sama melodia, 

■T&mmf»'. 

 

którą usłyszał wiele lat temu, kiedy weszli z ojcem do sklepu Petera 
Dedalusa, wtedy gdy dostał swój zegarek. Nie miał wątpliwości: ta 
melodia zapadła mu głęboko w pamięć. 

Wszystko w porządku, chłopcze? - spytała go Rossella. 

Rick otrząsnął się ze swoich wspomnień. Dopiero teraz 

background image

zauważył, że pozytywka przestała już grać, a Julia i Callero-wie 
przyglądają mu się. 

Słucham?... 

Twarz miał rozpaloną, oczy mu błyszczały jak zawsze wtedy, kiedy 
myślał o swoim ojcu. 

Rick... wszystko w porządku? - Julia wzięła go za rękę. 

To jego - stwierdził rudzielec, wskazując na pozytywkę. - To jest 

Petera. Rozpoznałem tę melodię. 

Oczywiście, że to cud - stwierdził Albert Caller, ustawiając obraz 

na podłodze. - Nie wiedziałbym, od czego zacząć poszukiwania. Nie jest 
łatwo znaleźć człowieka w tak wielkim mieście jak Wenecja, i mając z 
tak znikome informacje. 

Próbowaliście już rozmawiać z rzemieślnikami z uliczki 

zegarmistrzów? - spytała Rossella. 

Tak, ale wygląda na to, że nikt z nich nic nie wie. 

Jesteście pewni, że ten Peter nie używa przezwiska czy czegoś w 

tym rodzaju? - zasugerował Albert. 

Istotnie, mógłby używać innego nazwiska, żeby być 

spokojniejszym... 

14<J — 

 

To znaczy, że ten człowiek nie chce być odnaleziony? 

W pewnym sensie... on uciekł - dodała Julia, nieco zmieszana. 

background image

Pozostawił nam pewne wyznanie, w którym przeprasza za błąd 

popełniony w przeszłości i powiada, że rozpocznie nowe życie tu, 
daleko od wszystkich. 

Wobec tego dlaczego nie uszanujecie jego woli? 

Ponieważ uważamy, że Peter zabrał ze sobą pewien sekret 

należący do Ulyssesa Moorea. A my... chcemy ten sekret poznać. 

Ależ to fantastyczne, Albercie! To jak poszukiwanie skarbu! 

Pan Caller w zamyśleniu gładził wąsy. 

Wszystko, co mamy, to ta jego pozytywka. 

Rick milczał chwilę, po czym rzekł: 

My znaleźliśmy jeszcze jego szachownicę i... kartę, na której jest 

napisane, że żeby się z nim skontaktować, musimy użyć właściwego 
klucza i napisać DEDA. 

I co to jest? Jakiś rodzaj zagadki? - mruknął Albert. 

Tak, ale całkowicie niezrozumiałej. Najciekawsze, że ta 

wiadomość pochodzi od niego samego - dodał Rick. - Wymyślił rodzaj 
maszyny do segregowania dokumentów w archiwum miejskim. Kiedy 
się szuka jego nazwiska, wyskakuje to zdanie. 

Dziwne, doprawdy dziwne. Zegarmistrz-wynalazca ukrywający się 

w Wenecji, miłośnik szachów i muzyki, który 

zostawia wiadomość całkowicie pozbawioną sensu. Myślę, że pozostaje 
tylko jedno do zrobienia... 

Mój mąż znajdzie rozwiązanie każdego problemu - pochwaliła się 

Rossella. 

background image

Oczywiście, o ile macie ochotę wziąć udział w poszukiwaniach... - 

dodał pan Caller. 

Jasne! Będziemy panu bardzo wdzięczni! - wykrzyknęła Julia. 

Dobrze. A zatem... bierzemy płaszcze i wychodzimy! Ja spróbuję 

spakować ten obraz tak, żebyśmy go mogli ze sobą zabrać. 

Dokąd idziemy? 

Do szpitala Santa Maria delia Pieta - zdecydował Albert Caller. 

Diogo obudził się, w jednej chwili gotów do drogi. 

Opuścili pospiesznie dom. Pan Caller zamknął bramę wielkim, 
wymyślnym kluczem, który następnie zawiesił sobie na szyi i który 
huśtał mu się pod kamizelką. Wręczył obraz z pozytywką żonie, a sam 
niósł jakiś inny przedmiot szczelnie owinięty w płótno. 

Powędrowali najpierw wzdłuż kanału, następnie przeszli nad kanałem, 
by dojść do calle delie Erbe. W drodze Albert wyjaśnił swój plan. 

W pobliżu szpitala Santa Maria delia Pieta znajduje się jedna z 

czterech najważniejszych szkół muzycznych w mie- 

¡Ki 

ście - powiedział. - Jeszcze kilka lat temu nauczał tam nasz Antonio 
Vivaldi. 

Ten od Czterech pór roku? - zapytała Julia. 

Ten sam - zapewnił pan Caller. - Hmm, jeżeli ta pozytywka to 

jedyny ślad - ciągnął - to myślę, że najpierw musimy sprawdzić, jaką 
melodię wygrywa. A kto może nam to powiedzieć, jeżeli nie 
nauczyciele muzyki w najlepszej szkole w mieście? 

background image

A o to, naturalnie, możemy zapytać tylko my dwie 

zwróciła się do Julii Rossella. 

Dlaczego? 

Bo to szkoła wyłącznie dla dziewcząt. Panienki uczą się tu śpiewu 

i gry na skrzypcach, ale pozostają ukryte przed ludźmi z zewnątrz, 
pokazując się tylko przez kratę. 

To jakaś prawdziwa wenecka obsesja to ukrywanie się! 

żachnął się Rick. - Kraty, sekrety, maski! Czy tu nie ma nic, co 

można robić w świetle dnia? 

Albert Caller nie od razu odpowiedział. Poprawił zawiniątko pod pachą, 
jakby w obawie, że może mu się wyśliznąć, po czym mruknął: 

Istotnie, niewiele... 

Przynajmniej wy nie wychodzicie na miasto w maskach, jak inni 

wenecjanie - zauważyła Julia. 

Maski ukrywają jedynie rysy twarzy. Potrzeba o wiele więcej 

zręczności, żeby ukryć zamiary serca - odezwał się Albert filozoficznie. 
- W każdym razie jesteśmy na miejscu. 

 

(«f« ttrnnuu «TKTi» 

Idźcie teraz zapytać o melodię, a spróbujcie się też dowiedzieć czegoś 
więcej o tej pozytywce. 

Rick z Albertem pozostali na zewnątrz. Tymczasem jakiś krzykacz, 
stojący pod wielkim konnym pomnikiem, zaczął wołać: 

background image

Pettegolezzi delie donné! Dziś wieczorem wszyscy do teatru 

SantAngelo na komedię Goldoniego! Pettegolezzi delie donné! 

Wreszcie jakaś dobra wiadomość - uśmiechnął się Albert Caller. - 

Babskie plotki muszą być bardzo zabawne. A ty byłeś kiedyś w teatrze? 

Rick pokręcił przecząco głową. 

Teatr w Kilmore Cove? 

Moglibyśmy pójść, jeśli zechcecie. Jak długo zamierzacie pozostać 

w Wenecji? 

Dopiero w tym momencie Rick zdał sobie sprawę, jak szybko umyka 
dzień. Jeszcze nie trafili na właściwy trop, a słońce już zniżało się na 
horyzoncie i niebo zaczynało się złocić. Pomysł odnalezienia Petera w 
jedno popołudnie okazał się nazbyt optymistyczny. 

Tylko dziś, jak sądzę - odparł chłopiec. 

Szkoda. Ubawilibyśmy się. 

Rick przypomniał sobie o Jasonie. Ciekawe, co się dzieje teraz w 
Kilmore Cove i czy w ogóle uda im się powrócić do domu... 

l4(? 

 

Przeszli przez labirynt uliczek i zaułków i dotarli po raz drugi na plac 
Św. Marka, gdzie przechadzało się kilka dam w modnych sukniach na 
fiszbinach. 

Albert zaprowadził dzieci do kawiarni pod arkadami okalającymi plac. 

- Za każdym razem, kiedy tędy przechodzimy - wyjaśnił - wstępujemy 
przynajmniej na słodką czekoladę z wanilią. 

background image

Szyld na lokalu głosił nazwę Alla Venezia Trionfante, ale Albert 
zdradził im, że wenecjanie nazywają ten lokal krót- 

Miał nadzieję, że Julia i Rossella zdobędą jakieś wiadomo- li ści, ale 
kiedy zobaczył ich miny, gdy wychodziły z żeńskiej Wsfl szkoły 
muzycznej, od razu domyślił się, że nic nie wskórały. 

Tajemnica - stwierdziła Julia, zwracając się do Ricka. - Nikt z 

nauczycieli nigdy tej melodii nie słyszał. To znaczy, że jest późniejsza. 

Późniejsza? - spytał Albert. - Co to znaczy? 

Nic., tak sobie powiedziałam... 

Ale Rick doskonale zrozumiał. Możliwe, że melodia pozytywki została 
skomponowana po osiemnastym wieku. 

A zatem nic nie udało się osiągnąć... 

Niezupełnie - odpowiedziała Rossella, pokazując jakąś karteczkę. - 

Mistrz od skrzypiec dał nam adres ra-miarza, który być może wykonał tę 
ramę i zamontował pozytywkę. 

Nie pozostaje nam nic innego, jak spróbować. 

 

Mi 

"c 

r—y 

•*"5f « ¿«•w* 

 

background image

ko Caffe Florian, ponieważ wąsaty mężczyzna, który podawał gorący 
ajerkoniak w miedzianym kociołku, nazywał się Floriano. 

Wybór przysmaków był ogromny: wody aromatyzowane esencją 
kwiatową, świeże soki owocowe, „śnieżne" sorbety i deser czekoladowy 
z wanilią. Albert zapłacił za cztery porcje deseru, który podano im na 
ciepło w kartonowych kubeczkach. 

Kiedy mieli wychodzić, pan Caller nagle spochmurniał. 

Hrabia Cenere - szepnął, stając w drzwiach. 

Rzucił zmartwione spojrzenie Rosselli, która wydawała się równie 
zdenerwowana jak on. 

Może nas nie zauważył - powiedziała. 

Callerowie obrócili się gwałtownie, stając plecami do placu, na wprost 
dzieci. 

Co się stało? 

Pechowe spotkanie, obawiam się... - odparł Albert, nerwowo tuląc 

trzymane w ręku zawiniątko. 

Proszę mi to dać - zaproponował Rick. 

Zrobiłbyś mi grzeczność... Bo ten tu... osobnik... chyba mnie 

śledzi. 

Nie ma sprawy. 

Zróbmy zatem tak: przejdźcie pod arkadami i pójdźcie dalej 

prosto, aż do kościoła pod wezwaniem św. Mojżesza. My w tym czasie 
pozbędziemy się tego człowieka i dołączymy do was. 

 

background image

 

Rick nie kazał sobie tego dwa razy powtarzać. Sięgnął po zawiniątko i 
ze zdziwieniem stwierdził, że jest o wiele lżejsze, niż przypuszczał. 
Następnie oboje z Julią, która dzielnie biegła u jego boku, zrobili 
wszystko dokładnie tak, jak im polecił pan Caller. 

Zagubieni wśród tłumu na placu, mijali kolejne maski. Gdy arkady się 
skończyły, zatrzymali się, by spojrzeć za siebie, ale nie dostrzegli ani 
Alberta, ani Rosselli. Jakaś fioletowa maska przeszła tuż obok nich, 
pozostawiając za sobą smugę zapachu perfum. 

Rick? Jesteś? - ponaglała go Julia. 

Chłopiec przytaknął. Przez moment ten zapach perfum 

coś mu przypomniał... ale pokręcił tylko głową i ruszył dalej. 

Hrabio Cenere - szepnęła Obliwia Newton do mężczyzny w szarej 

masce, kładąc mu rękę na ramieniu. 

Hrabia stał przed Caffe Florian zajęty rozmową z dwojgiem państwa w 
średnim wieku. Oboje wyglądali na zdenerwowanych: on rozglądał się 
niespokojnie, ona miała zaczerwienione policzki, a w ręku trzymała 
jakiś mały obraz w złoconej ramie. Obliwia obrzuciła kobietę 
pogardliwym spojrzeniem, bowiem jej sylwetka była zdecydowanie za 
pulchna jak na jej gust. 

Hrabia Cenere nagle się obrócił. 

A, to pani - zauważył. - A ja tu sobie miło gwarzę z dwojgiem 

moich drogich przyjaciół... Państwo Rossella i Albert Callerowie. Pani... 

 

 

background image

Newton, jak ten uczony - przedstawiła się Obliwia. 

Pan Caller był niegdyś wybitnym badaczem - ciągnął hrabia 

Cenere, podkreślając czas przeszły - zanim przeniósł się do swej nowej 
rezydencji. 

A pani jest z Wenecji, pani Newton? - zagadnęła ją kobieta, 

próbując zmienić temat. 

Niezupełnie - odpowiedziała chłodno Obliwia. - Ale sądzę, że pan 

hrabia ma dla mnie informacje, które pozwolą mi lepiej poznać to 
miasto. 

Świetnie, a zatem... - uśmiechnął się Albert Caller. - My się 

właśnie żegnamy. Moje uszanowanie, hrabio, i najlepsze życzenia 
pomyślności w pracy. 

Po głębokim ukłonie i pocałowaniu damy w rękę, pan Caller ujął 
małżonkę pod ramię i odeszli. 

Ciągnij dalej te swoje gierki... - mruknął hrabia Cenere za plecami 

Alberta. - I tak to już ostatnie, jakie rozegrasz. 

W masce czy bez maski, chyba wszyscy w mieście pana znają - 

zauważyła Obliwia. 

Tylko ci, którzy boją się Rady Dziesięciu - odparł strażnik, 

ucinając rzecz krótko. 

A dlaczego ci dwoje mieliby się bać? 

To są zwolennicy oświecenia, którzy rozprowadzają zakazane 

książki. I wcześniej czy później przyłapię ich na gorącym uczynku. 

Świetnie, ale wydaje mi się, że nasze dzisiejsze spotkanie ma inny 

cel. 

background image

Hrabia Cenere nie odpowiedział. Powoli ruszył w kierunku placu. 

Znalazł pan tego mężczyznę? - spytała Obliwia, idąc za nim. 

A pani ma moją należność? 

Kobieta zabrzęczała monetami ukrytymi pod płaszczem, a hrabia kiwnął 
głową. 

Zaprowadził ją pod wieżę zegarową, aż do małej bramy na tyłach 
budynku, wychodzącej na ciemny, ślepy zaułek. 

Więc? 

Po co ten pośpiech, pani Newton. To była kwerenda długa i trudna. 

Moje informacje były skąpe, bardzo skąpe, ale... na nasze szczęście... 

Wyciągnął spod ubrania jakiś metalowy przedmiot i Obliwia przez 
moment bała się, czy to nie nóż. Ale była to metalowa obręcz, na której 
wisiało mnóstwo kluczy. Hrabia Cenere wybrał dwa z nich i otworzył 
bramę. Wszedł i dał znak Obliwii, by szła za nim. 

Znaleźli się w kamiennej sali z drewnianymi schodami, które 
prowadziły na poddasze. 

Nie rozumiem - powiedziała Obliwia. 

Hrabia Cenere wyciągnął dłoń. 

Pieniądze, proszę pani. 

Najpierw niech mi pan powie, gdzie jest Peter. Znalazł go pan? 

Hrabia Cenere uniósł palec wskazujący w górę, na sufit. 

background image

Oczywiście. Nawet jeżeli nie używa już tego imienia. Teraz każe 

się nazywać Piętro Anglik, zegarmistrz. 

Piotr Anglik? To on! 

Cieszę się. Teraz właśnie znajduje się zaledwie dwa piętra nad tym 

pomieszczeniem. Reperuje zegar na wieży. Wystarczy wejść po tych 
schodach, żeby go spotkać. 

Obliwia uśmiechnęła się triumfalnie. Strażnik zręcznie pochwycił 
woreczek z monetami i szybko schował go pod płaszcz. 

Powodzenia, pani Newton. A jeśli będzie pani mnie jeszcze 

potrzebowała, to wie pani, gdzie mnie szukać. 

Tylko rzucę okiem - powiedział Rick. 

Nie! - odparła Julia, głaszcząc Dioga. - Rick, pan Caller nie 

pozwolił ci tego robić... 

A niby jak się dowie? - zapytał chłopiec. - Tylko uniosę płótno i 

zajrzę, co to takiego... 

-Nie. 

Siedzieli na ziemi, tuż przy wejściu do kościoła. 

Ale zrobił minę! - mówił Rick. 

Rossella też. Oboje wyglądali na wystraszonych... 

Wszystko przez to - zapewnił Rick, wskazując zawiniątko, które 

mu powierzył Albert Caller. - Przypominam ci, że nic o nich nie wiemy. 
Poza tym, że mieszkają w domu Penelopy. 

O czym nam Nestor nigdy nie mówił... 

 

background image

 

 

- Według mnie to jest książka - powiedział Rick, całkowicie ignorując 
pytanie Julii, i delikatnie odchylił materiał. 

Może to nie jest tak, jak myślimy. 

Albo może on sam o tym nie wiedział - szepnęła Julia. 

Prawdopodobnie tak, inaczej by nam powiedział. 

Jest jeszcze inna sprawa, która mi się wymyka... - powiedziała 

Julia. 

Szczęściara z ciebie... tylko jedna. 

Jeżeli Penelopa naprawdę żyła w Kilmore Cove... to ktoś musiał 

zostać tu na jej miejsce, prawda? To trochę tak, jak z tymi żebrakami. 
Oni tam, a my... tu. 

Miejmy nadzieję, że na krótko. Na myśl o uwięzieniu w Wenecji 

Julia zadrżała. 

No właśnie, która godzina? 

 

Może to nie jest tak, jak myślimy. 

Albo może on sam o tym nie wiedział - szepnęła Julia. 

Prawdopodobnie tak, inaczej by nam powiedział. 

Jest jeszcze inna sprawa, która mi się wymyka... - powiedziała 

Julia. 

Szczęściara z ciebie... tylko jedna. 

background image

Jeżeli Penelopa naprawdę żyła w Kilmore Cove... to ktoś musiał 

zostać tu na jej miejsce, prawda? To trochę tak, jak z tymi żebrakami. 
Oni tam, a my... tu. 

Miejmy nadzieję, że na krótko. 

Na myśl o uwięzieniu w Wenecji Julia zadrżała. 

No właśnie, która godzina? 

Według mnie to jest książka - powiedział Rick, całkowicie 

ignorując pytanie Julii, i delikatnie odchylił materiał. 

 

150 

j ! 11; i. ,T, i, 11,, I iTl 11111 U ,tu lii 11 

Rozdział (.17) - TURTLE PARK - 

c ) 

r r 

000 

i m 

CCCCCCOee €5 o c 

background image

456789.10 11 IŻ 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 
31 32 1.3 34 35 36 37 38 394C 

0 0 0 0 0 odflbdbbboo 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 oobd bbb 0 0 0 0 0f0 0 
ob 

1 i B 11 m BB i 1 1 0 i 1 i i B 1 1 1 1 1 in 1B 1 i 1 B 1 i 1 1 

(]b b ? ? ? d ? ? «1«! ? ? ? ' ' > ' ł m « 3 3w% > 3 3 m 3 3 > 3 •»» 

Jason zauważył w głębi stajni jakieś krzesło, postawił je pod 
wieszakiem, na którym wisiało siodło. Była to kulbaka z ciemnej skóry, 
masywne i bardzo ciężkie siodło z mosiężnymi ozdóbkami i ze 
strzemionami. Chłopiec aż się ugiął pod ciężarem siodła i o mało co nie 
zwalił go na ziemię, zdejmując ze ściany. Zaciskając zęby, zszedł jakoś 
z krzesła i, taszcząc to wszytko, podszedł do boksu, w którym stała 
Ariadna. Klacz przyglądała mu się z ciekawością. W tej chwili na 
zewnątrz rozległ się jakiś metaliczny dźwięk, gdzieś niedaleko 
przetoczyła się blaszana bańka, ale Jason nie zwrócił na to uwagi. 

Wszedł do boksu i oparł siodło o ziemię. 

Osiodłaj ją, proszę] - mruczał, przedrzeźniając Leonarda Minaxo. - 

Jakby to było takie łatwe... 

Ariadna parsknęła i Jason cofnął się przezornie o krok. Klacz była cztery 
razy większa od niego. 

Dobrze, Ariadno, a teraz potrzebuję twojej pomocy... 

powiedział. 

Klacz podeszła do chłopca. Jason wziął głęboki oddech i z rozmachem 
zarzucił siodło na jej grzbiet. Strzemiona zabrzęczały. 

Udało się! - wykrzyknął chłopiec i pogłaskał klacz po szyi. 

background image

Dobre stworzenie.. 

Zapiął sprzączki popręgu pod klapą siodła, ściągnął strzemiona i 
wyciągnął wszystkie troki, które - jak mu się zdawało 

powinny być wyciągnięte. 

j.it< 111 vt.<jtjjj.htt>.ijt 11 j 11 j 11111 < 'ii i u 11 u 111 i n m 11 u u n 
ht.i i u 11 n 11 n 11111111 n 111111111 i 111< 11 m n i. 

et 

W tym momencie Leonard Minaxo zajrzał do stajni. 

-1 jak? 

Jason wyszedł z boksu z osiodłanym koniem. 

Mamy mało czasu. Prędko! - odezwał się latarnik. 

Wyprowadził Ariadnę ze stajni, sprawdził szybko siodło 

i odpiął je. 

Źle założyłem? - spytał Jason. 

Nie, bardzo dobrze - odpowiedział mężczyzna. - Ale teraz nie 

będzie nam potrzebne. 

Jak to niepotrzebne? 

Zaprzężemy ją do tego - wyjaśnił Leonard. 

Z tyłu budynku stała kolaska, a na niej leżały już dwie związane ze sobą 
blaszane bańki. 

Latarnikzaledwiejednąręką rozkulbaczył Ariadnę, poczym założył jej 
napierśnik i zaprzągł do kolaski. 

background image

Hej! Skoro to niepotrzebne, to mogę wiedzieć, dlaczego kazał mi 

pan ją osiodłać? 

Niepotrzebne Ariadnie, ale mnie owszem. 

Jason znieruchomiał z otwartymi ustami, bo nic z tego nie rozumiał. 

Leonard uśmiechnął się. 

Musiałem się przekonać, czy potrafisz zrobić coś, na czym się nie 

znasz - wyjaśnił. - Czy naprawdę jesteś taki dzielny, jak powiadają. 

A kto tak mówi? 

-Wsiadaj. 

 

Ariadna biegła galopem i kolaska szybko sunęła po żwirowej drodze. 

Jason skulił się na stopniu tuż obok Leonarda Minaxo, a metalowe bańki 
z tyłu rytmicznie podskakiwały. 

Co wieziemy? - zapytał, gdy zbliżali się do miasteczka. 

Masz jeszcze ten nóż, który ci dałem? 

Jasne, że mam, ale zadałem pytanie - odparł Jason. 

Minaxo podniósł prawą dłoń. 

Chwileczkę, kapitanie, trzymaj lejce. 

Jason chwycił dwa miękkie skórzane paski. , 

Co mam robić? - spytał przejęty. 

Nic, po prostu trzymać. 

background image

O kurczę! Kurczę! - jęknął chłopiec, stając wyprostowany na 

stopniu. 

Gdzie nóż? 

Za pasem - wyjąkał przejęty Jason, patrząc bacznie przed siebie. 

Leonard wyciągnął nóż, obrócił się w stronę baniek i przeciął linkę, 
którą je wcześniej związał. Potem zsunął obie bańki i zawiązał na nowo 
linkę, tym razem ściślej. 

Myślę, że teraz będzie już dobrze. - Wsunął nóż w dulkę pod 

stopniem. - To nie najlepszy pomysł, ruszać w drogę z nożem za pasem - 
powiedział, wracając na swoje miejsce. 

Zaledwie Minaxo przejął lejce, Jason usiadł koło niego. 

Ojej! - zawołał z uznaniem. - Ale pędzi... 

Teraz bańki z tyłu nie podskakiwały już na zakrętach. 

1) 

160 

<7 

* < 

Smołę - odezwał się Leonard po chwili. 

Co pan powiedział? 

Powiedziałem, że wieziemy dwie bańki smoły. 

A co będziemy robić z dwoma bańkami smoły? 

background image

Zawieziemy je do Turtle Parku. 

A gdzie on jest? - krzyknął Jason, żeby przekrzyczeć turkot kół 

kolaski. 

Z drugiej strony Kilmore Cove. Ale nie martw się. - Leonard 

ściągnął lejce w lewo, zjeżdżając kolaską w polną drogę, dotychczas 
niemal zupełnie niewidoczną. - Ariadna i ja znamy drogę na skróty. 

Pojechali wzdłuż wzgórza otaczającego zatokę Kilmore Cove. Na 
wysokości starej stacji przejechali przez tory; w pobliżu szkoły 
publicznej skręcili w stronę wzgórza i polną ścieżką zaczęli się na nie 
wspinać. Roślinność stawała się coraz bujniejsza i wkrótce jechali już 
wśród drzew o potężnych gałęziach, po trawie sięgającej klaczy niemal 
po brzuch. 

Przejechali kłusem pod arkadą z kutego żelaza, wokół której owinął się 
bujnie pnący powój, i znaleźli się na polanie strzeżonej przez smukłe 
cyprysy, sąsiadującej z gęstym lasem, pełnym najdziwniejszych roślin. 

Turtle Park, park żółwi - powiedział Minaxo, ściągając Ariadnie 

lejce, a jednocześnie rozglądając się wokół. 

Co to jest? Wygląda na opuszczony park - powiedział Rick. 

Bo to jest opuszczony park. Kiedy go projektowano, prawie dwa 

wieki temu, miał być wielkim ogrodem botanicznym, gromadzącym 
rośliny z całego świata. Jednak po śmierci swego założyciela bardzo 
podupadł. A teraz, kiedy rośliny sprowadzone za świata wymieszały się 
z tutejszymi, które zasiały się same, stał się może jeszcze piękniejszy niż 
dawniej. Przynajmniej mnie się tak wydaje. 

background image

Kto go zaprojektował? - spytał Jason, zachwycony wspaniałością 

niektórych roślin, girlandami z zielonych pnączy i bujnością dzikich 
krzewów, które się wdarły na ścieżki. 

-To był pomysł mojego... przodka Moore'a, rozkochanego w botanice. 

To pańskiego przodka czy przodka Moore'a? - dopytywał się 

Jason. 

Leonard spojrzał na chłopca z szelmowskim uśmiechem. 

Nic nie przepuścisz, co? Przodka Moore'a, pomyliłem się. 

Nazywał się Raymond Moore i był pra-pradziadkiem Ulyssesa Moore'a 
czy coś w tym rodzaju. 

Chcesz powiedzieć, że przodkowie Moore'ow mieszkali w Kil 

more Cove? 

A niby gdzie? 

Ja sądziłem, że dom był opuszczony i że Ulysses... pan Moore 

ponownie go ożywił, kiedy tu osiadł. 

Było tak, rzeczywiście, ale dom zawsze należał do Moore'ow. 

Został opuszczony przez dziadka Ulyssesa, a potem Ulysses postanowił 
się tu wprowadzić. 

Jason usiłował sobie przypomnieć twarz dziadka Ulyssesa na portrecie 
wiszącym wśród tylu innych obrazów nad schodami w Willi Argo; 
przypomniał sobie w końcu dostojnego starszego pana w myśliwskim 
stroju. 

Tymczasem Leonard zjechał kolaską ze ścieżki i przejechał przez łąkę, 
pośrodku której znajdował się dziwny obiekt. Jason zobaczył trzy 
żółwie, jeden obok drugiego. 

background image

Do licha! - zawołał. 

-Czemu do licha? 

-Trzy żółwie! - powiedział chłopiec. 

To były takie same żółwie jak te wyrzeźbione w kamieniu nad drzwiami 
w grocie w Salton Cliff. 

Leonard ściągnął lejce. 

Jak te na Wrotach Czasu - powiedział. 

Jason wytrzeszczył oczy. 

Skąd wiesz o... 

Może powinienem zapytać cię o to samo? - przerwał mu latarnik. 

Kuzyn Freda Śpiczuwy miał sklep pończoszniczy przy głównej drodze 
miasteczka, a na tyłach sklepu - prymitywne pomieszczenie na ryby, 
które zaadaptował na warsztat naprawczy łodzi i samochodów. Na 
miejscu zajętym dawniej przez płaty tuńczyka i wieloryba zgromadził 
sterty opon, kadłuby łodzi, stery, tłumiki i drzwiczki samochodowe. 

Kuzyn był niski i gruby, miał gęstą czuprynę i nigdy się j nie 
przedstawiał. 

Co najmniej przez dziesięć minut oglądał w milczeniu mo-C j tor 
Manfreda, nie zbliżając się nawet do niego. Potem wsunął j palce za 
szelki, stykając je ze sobą niczym łuki i, żując wykałaczkę, wydał 
ostateczny wyrok: 

Takich gum jak te to ja nie mam. 

Manfred zacisnął pięści w kieszeniach, próbując ukryć złość. » 

background image

Fred Śpiczuwa poczuł się w obowiązku, by interweniować. Podciągnął 
swoje trykotowe spodnie i rzekł: 

Jak to nie masz? Masz tu tysiące opon! Kuzyn absolutnie się nie 

speszył. Przejechał zatłuszczoną 

dłonią po czuprynie i powiedział: 

Ale takich nie mam. To jest motor luksusowy, poważniejsza 

sprawa. Ja mam opony do zwykłych motorów. Posłuchaj mnie, szefie: 
jeżeli chcesz wymienić te gumy, musisz jechać do Bristolu albo do 
Londynu. W każdym razie do dużego miasta. 

Manfred milczał. 

Jeżeli chcesz, mogę ci podać nazwę modelu, jakiego potrzebujesz, 

ale musisz się po niego pofatygować osobiście. 

A nie mógłbyś go zamówić? - wtrącił się Fred. 

Przy tym nawale roboty? Nieee. Nie dałbym rady. Posłuchaj mnie, 

szefie: tak będzie najszybciej. Jeżeli nie wiesz, 

© © 

 

c o o 

i J nr-• mmmmmm 

co zrobić z motorem, mogę ci go przechować do czasu, aż znajdziesz 
opony, a ty tym... 

To jest dune buggy - wysyczał Manfred. 

No właśnie, a ty się zabierzesz tym dune buggy. Kuzyn Freda 

Śpiczuwy podał mu karteczkę z zapisanym 

background image

modelem opon, jakich powinien szukać. 

Manfred uzgodnił, że zostawi motor w warsztacie na tydzień, po czym 
wsiadł do dune buggy, by jak najprędzej opuścić to miejsce. Musiał 
dojechać do Bristolu i wrócić do Domu Luster, zanim Obliwia przejdzie 
przez Wrota Czasu. 

Musisz wybaczyć styl bycia memu kuzynowi - podjął rozmowę 

Fred, podchodząc do samochodu Manfreda. 

Ale to naprawdę świetny fachowiec. 

Manfred uznał, że lepiej dla niego będzie, jeśli się nie pochwali, że on 
też był świetnym fachowcem, kiedy jeszcze działał w przestępczym 
światku Londynu. 

Fakt, ze tutaj, w Kilmore Cove, nie ma za wiele motorów 

dodał Fred Śpiczuwa. 

Manfred, który nie przepadał za konwersacją, w milczeniu przekręcił 
kluczyk w stacyjce. 

-Tak. Dokładniej mówiąc, był jeden jedyny - ciągnął Fred. 

Ale to nie był taki motor... To był z rodzaju tych z przyczepą z 

boku, wie pan? 

Nie całkiem. Ale nie sądzę, by to mnie interesowało. 

Sidecar, o, tak się nazywał! Miał go poprzedni właściciel Willi 

Argo. 

ÓĆr 

background image

m m 

i m m m m 

m m 

i m m 

illlllinilllinllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllM 

 

(cour? 

 

TfeGÜR (1; - O 

cccccocceon'ro 

1 2 34 56 769. IQ 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 
28 29 30 i i 33 34 35 36 37 38 39 40 

000 O D8 O 0 0 OBD OBI O O0O 8 O D D O DDO 0 O O O O OÍD 
UPO O O O D OPO O or 

BI11B11I1BB1!19111101 a ? bb b ? ?■ ? m t ? ■■ ? p ? p p 3 p 3 

n i p i i i p i i i i 

9 3 3 9 

Na sam dźwięk tych słów Manfred znieruchomiał. 

-To doprawdy był szczególny typ - ciągnął Fred Śpiczuwa. -1 niech pan 
sobie wyobrazi, że dzisiaj pewien chłopaczek przyszedł spytać mnie, 
kiedy on zmarł. Jeżeli rzeczywiście zmarł. 

Manfred zamrugał oczami. 

background image

-Że jak? 

Chciał zobaczyć dokumenty - ciągnął Fred. - Ale ponieważ Moore 

zginął w morzu, nie został dotąd urzędowo uznany za zmarłego i... - 
Mężczyzna zachichotał. - W każdym razie może to my myślimy, że 
zmarł, a on tymczasem jest ciągle w miasteczku! 

Manfred oparł obie dłonie na kierownicy. 

Tak. Ale w takim miasteczku jak to wszyscy by o tym natychmiast 

wiedzieli. 

Pan wybaczy, niby jak? Nikt nigdy go nie widział! Może tak 

naprawdę ja jestem dawnym właścicielem Willi Argo?! Ha, ha, ha... 

Tak... - Manfred spojrzał uważniej na Freda Śpiczuwę. - A kim był 

ten chłopaczek? Taki rudy smarkacz? 

-Tak, rudy. Banner. Zna go pan? 

-Taaa... Był sam czy z dziewczyną? 

Fred chwilę pomyślał. Odprowadził Ricka i widział, jak wsiada na swój 
rower. Nikogo więcej tam nie było. 

Nie, nie z dziewczyną. Był sam, na rowerze. 

Manfred przypomniał sobie, że spotkał chłopca o rudych włosach przed 
dwoma dniami, pedałującego do Willi Argo. 

166 

rr 

background image

Prawie go wtedy rozjechał. Limuzyną Obliwii. I prawie rozjechał go 
dzień potem, motorem, gdy brał zakręt, kierując się w stronę Domu 
Luster. Tym razem jednak chłopiec nie był sam, byli we dwóch, a może 
nawet w trójkę. 

Jasne, że gdyby dawny właściciel jeszcze żył... wyjaśniałoby to 

wiele rzeczy - mruknął Manfred. 

Byłaby to wiadomość niezwykła, doprawdy łakomy kąsek dla jego pani. 
Wiadomość z pierwszych stron gazet, wielkimi literami, jak ta z 
Mistrzostw Świata, kiedy Maradona strzelił bramkę ręką! 

W każdym razie coś bardzo ważnego. 

Ten pomysł nasunął mu natychmiast inny. Najwyraźniej był to dzień 
pomysłów. 

Wychylił się z wozu i zapytał: 

Słuchaj pan, tak a propos dziwnych typów... Nie widział pan 

przypadkiem w miasteczku typa w szarym pikupie? 

 

Rozdział 118) STUDNIA I GOŁĘBIE 

Leonard i Jason zajechali do parku kolaską. Między drzewami 
prześwitywał błękitny bezmiar oceanu, a w oddali, u stóp wzgórza, 
widać było ciemne dachy Kilmore Cove. 

Znałeś Ulyssesa Moore'a? - zapytał Jason. 

Wolałbym o nim nie mówić. 

A ja bym wolał mówić. 

Dlaczego? 

background image

Żeby się dowiedzieć, co mu się przydarzyło. 

Stracił wszystko i opuścił swój dom. 

A jakim był człowiekiem? 

Kochał to miejsce. 

A z charakteru? 

Niepowstrzymany. -To znaczy? 

Nie usiedział chwili. I nigdy nie przyjmował cudzych pomysłów. 

Ani cudzych poglądów. 

Kłóciliście się? 

Wolałbym o tym nie mówić, powtarzam. 

Nie chcesz mi pomóc. 

W czym? 

W odnalezieniu go. Albo jego ducha. 

No nie...! - zawołał Leonard. - Co ma do tego jego duch? 

Myślę, że przebywa w Willi Argo. 

Dzieciaki! Litości! Bez żartów! W co wy wierzycie?! W duchy?! 

ii . MII!!!!,!!!!! 

!il!!yi!IIUHUSI!HI!IU!U!!!l!lj!llUl!]lihlll 

Jason miał ochotę odciąć się ostro, ale postanowił trzymać język za 
zębami. Obawiał się, że będzie śmieszny. Leonard był tak pewny siebie i 
tak niezachwiany w sądach, że go onieśmielał. 

background image

Zauważ, że jestem po twojej stronie - odezwał się latarnik. - 

Jestem po stronie Nestora, tak jak i ty. I jestem wrogiem Obliwii. 

A po chwili zapytał: 

Podróżowałeś? 

Jason zwlekał z odpowiedzią. Pytanie latarnika mogło oznaczać tylko 
jedno: czy wszedłeś kiedykolwiek na pokład Metis i przemierzyłeś 
morze czasu? 

-Tak - odpowiedział po chwili. 

-Sam? 

Z siostrą i z Rickiem. 

Gdzie byłeś? 

W Egipcie i w Wenecji. Ale w Wenecji się nie udało. A pan? 

Leonard nie odpowiedział, ale Jason był pewien, że odpowiedź 
brzmiałaby: tak. Z pewnością Leonard także podróżował... 

To wspaniałe - dodał Jason. 

Co widziałeś w Egipcie? 

Byłem w Krainie Puntu, w poszukiwaniu Komnaty, której nie ma. 

-1 jej nie znalazłeś... 

(cour? OP f?BM OP- TPaCKK (i; -O 

¡reeceececoe 

 

 

background image

c c 

r r r 

I 2 3456 78» 10 II 12 13141 5 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 30 3 1 32 33 34 34 36 37 36 39 40 

OPO O O O 0 DO OBO OBO 0 0 0 OII0 0 DO 0 B 0 O UII O D0P8 
BPA O O 0 0 OBO D BP c| 1 1 B I 1 1 I bb1 1 10 1 I i I BI 1 I 1 ] 1 b 1 
P I ) 1 P I I 1 1 

J ? ClB 0 ? ? ? m > ? WH  mtm 

Ul 

 

Znalazłem, znalazłem ją. I odnalazłem ukrytą mapę... którą ukrył 

sam Ulysses Moore. Ale potem pojawiła się Obli-wia i ukradła nam ją. 

A w Wenecji? 

Poszedłem na poszukiwanie Petera Dedalusa. Ale potem 

władowali się ci żebracy i... 

Dwa wielkie sukcesy, rzekłbym. 

Jason nie odpowiedział, a Leonard, mrucząc sam do siebie, dodał: 

Nestor popełnił błąd. 

Jeżeli masz na myśli nas, to wcale nie popełnił błędu! My 

odkryliśmy wszystko sami i... 

Naprawdę? Zdumiewające. 

A poza tym taki był zamiar dawnego właściciela... 

background image

A co ty możesz o tym wiedzieć? - przerwał mu gwałtownie 

Leonard. 

Tuż za ostrym zakrętem zatrzymał powóz. 

Jesteśmy na miejscu. 

Jason rozejrzał się dokoła. Wjechali prawie na szczyt wzgórza. Po ich 
prawej stronie, w oddali, widać było dach Willi Argo wśród drzew. 

Co mamy zrobić? 

Leonard zdjął z kolasy bańki ze smołą i zaczął je rozwiązywać. 

Musimy zanieść to na sam szczyt, do studni. I zaczekamy, aż 

przybędą gołębie. 

172 

Cr 

 

Wytoczyli bańki ze smołą na ścieżkę prowadzącą do domku ukrytego 
wśród gęstej roślinności. Leonard pochylił się, by wejść do środka. 

Wewnątrz był prymitywny piec, a na ścianach resztki tynku 
poczerniałego od sadzy i zabazgranego napisami zrobionymi kawałkiem 
węgla. 

Dawno mnie tu nie było... - szepnął latarnik, rozglądając się 

dokoła. 

Co to za miejsce? - spytał Jason. 

background image

Miejsce, gdzie przychodziliśmy się bawić, kiedy byliśmy w twoim 

wieku. To była nasza kryjówka. 

Jason przyjrzał się licznym odciskom dłoni dzieci na ścianach i 
spróbował odczytać kilka napisów, z których większość była już 
nieczytelna. Z bijącym sercem rozpoznał litery z Dysku z Fajstos, 
wymieszane ze zwykłymi. Pogłaskał je delikatnie, z niedowierzaniem. 

Pan... znał te symbole? 

Wszystkie dzieci je znały - odpowiedział spokojnie Leonard. -To 

był nasz tajemny alfabet. Tu jest napisane: W snach jesteśmy zwykłymi 
marynarzami, nie... 

Nie kapitanami, lecz ludźmi na pokładzie - dokończył za niego 

Jason. - To też Szekspir? 

Nie - uśmiechnął się Leonard. Łatwość, z jaką Jason odczytał 

zaszyfrowane zdanie, zrobiła na nim wrażenie. Pokręcił głową i wyszedł 
z domku, by wrócić po bańki. - Pomóż mi teraz. 

Już, już... - odpowiedział Jason, ale stał nadal, wpatrując się w 

ścianę. 

Znalazł imię Ulyssesa napisane niepewną ręką, całkiem innym pismem 
niż kaligrafia, którą widział w jego dzienniku. Imienia Penelopy nie 
było, ale trochę wyżej był napis: Wielkie wakacje. A obok co najmniej 
trzy czytelne podpisy: Peter, 

Klio, Black i jakiś czwarty, całkiem już zatarty. 

Co robiły tu te trzy imiona koło siebie? Jeżeli Peter był zegarmistrzem, a 
Klio siostrą Kleopatry Biggles... to kim był Black? Jasona przeszedł 
dreszcz, gdy spoglądał na odciski rąk na murze domku-kryjówki. Ile lat 

background image

upłynęło od ezasu, gdy je pozostawili? Dwadzieścia? Trzydzieści? Czy 
jeszcze więcej? 

Hej, chłopcze! - zawołał Leonard z zewnątrz. - Idziesz czy nie? 

A pan się nie podpisał - powiedział Jason, podchodząc do niego i 

do baniek. 

Może mój podpis się zatarł - mruknął Leonard. 

Co to są wielkie wakacje? 

A, to naprawdę były wielkie wakacje... - odpowiedział Leonard. - 

Pierwsze, które spędził tu Ulysses.Te, podczas których powstała nasza 
grupa. 

A co potem? 

A potem był ktoś, kto za dużo pytał. I grupa się rozpadła. 

Na tyłach domku było kamienne patio, pośrodku którego znajdowała się 
zardzewiała krata, kryjąca otwór studni. 

 

 

CCC 

J i.tLT • ß 0 r m m 

— w 'j «aa a 

Leonard i Jason przetoczyli bańki ze smołą aż na samą jej krawędź, po 
czym latarnik chwycił za kratę, napiął mięśnie i uniósł ją. 

A teraz smoła - powiedział. 

Jason poszedł po nóż i pomógł Leonardowi otworzyć bańki. 

background image

W powietrzu rozszedł się gryzący zapach smoły. 

Co jest w tej studni? - spytał chłopiec, próbując zajrzeć do środka. 

- Jest głęboka? 

My sądziliśmy, że sięga aż do środka ziemi - zażartował latarnik. - 

Dlatego postanowiliśmy ją wykorzystać, przekonani, że w ten sposób 
będziemy mogli podróżować jak Juliusz Verne... Pamiętasz jego 
powieści? Podróż do wnętrza Ziemi. Chcieliśmy dostać się do wnętrza 
wulkanu. Blackzszedł pierwszy, nie przypadkiem od tego czasu 
przezywaliśmy go Black Wulkan. Ja z pozostałymi trzymaliśmy linę. 

-1 co się stało? 

Cóż, Black zatrzymał się na głębokości sześciu metrów od 

powierzchni ziemi. Na początku czuliśmy się zawiedzeni, ale potem 
zaczęliśmy robić coraz to ciekawsze odkrycia. Studnia ma połączenie z 
ciągiem korytarzy, których swego czasu używano jako więzienia, a 
potem, podczas drugiej wojny światowej, jako składów amunicji, na 
wypadek inwazji niemieckiej. 

Jednak nadal nie rozumiem, co my tu robimy - powiedział Jason. 

Leonard podszedł do ogromnego drzewa. 

- Widzisz tę ścieżkę? Jeżeli Nestor ci powiedział, że zechce 
wypróbować plan ze studnią i gołębiem, to wkrótce tędy nadejdzie i 
wejdzie do groty, która znajduje się dokładnie pod spodem. Idę po 
Ariadnę - dodał po chwili. A ja?   

-Ty będziesz musiał tylko dobrze wycelować. 

A li. 

C © 

background image

i m 

Wkrótce wTurtle Parku, niedaleko Leonarda i Jasona, Dieguita potknęła 
się i upadła na środku ścieżki. 

Dosyć, porfavor\ Już nie mogę! 

Don Diego, idący przed nią, rzucił na ziemię wyładowane skradzionymi 
rzeczami prześcieradło, które taszczył na plecach, i rozprostował się, 
masując sobie krzyż. 

Dieguito, bądź rozsądna - odezwał się po hiszpańsku. - Posłuchaj, 

stary! Daleko jeszcze do tego przeklętego ca-vallo7 

Nestor wskazał zbocze i powiedział: 

Jeszcze kilka kroków. Już widać grotę. 

Don Diego podszedł do ogrodnika i przyjrzał się dokładnie miejscu, 
które wskazywał. 

Stajnia w grocie? Kpić sobie ze mnie? 

Powiedziałeś, żeby cię zaprowadzić do najbliższej stajni, nie do 

najlepszej. Jeżeli wolisz, możemy zejść do miasteczka, ale uprzedzam 
cię... - pokazał swoje skrępowane w przegubach ręce - jak mnie zobaczą 
tak związanego i zrozumieją, że jesteście złodziejami, nie wymkniecie 
się tak łatwo. 

-rf? 

Iść, vamos, vamos\ Rzeczy zatrzymamy. Ale ty nie być spryciarz. 

Jestem wykończona! Muertal - jęczała Dieguita. 

W tej chwili rozległo się rżenie. 

background image

No proszę! - zawołał Nestor z zadowoleniem. - Mówiłem wam, 

koń jest parę kroków stąd. 

Rżenie dodało sił żebrakom. 

Don Diego chwycił swój tobół i zarzucił go na plecy, po czym zachęcił 
swoją towarzyszkę, by zrobiła to samo. 

Odwagi, miamoń Prawie jesteśmy - dodawał jej otuchy. - Jeszcze 

odrobinę fatica i będziemy... bogaci! 

Doszli do wejścia do groty, z której raz po raz wylatywały chmary 
ptaków. Wewnątrz czuć było siarką. 

Grota w gruncie rzeczy była wielkim gniazdem mew, głuptaków i 
rozmaitego ptactwa, które - zaniepokojone nadejściem nieznanych gości 
- wylatywały z niej gromadnie. 

Diego i Dieguita szli teraz po dywanie z piór, pierza i utwardzonego 
guana. 

Fuj! - wykrzyknęła dziewczyna, idąc krok w krok za Nestorem. - 

Jak to możliwe, żeby tu była stajnia? 

Witam! - zawołał w tym momencie jakiś głos z głębi groty. 

Gdy tylko ich oczy przywykły do ciemności, cała trójka dostrzegła 
potężnego mężczyznę stojącego u boku konia z białą grzywą. 

c 6 e e o e o 6 e e c i 

2 345 678910 11 I2I3I4I5I61718I 9 20 21 22 23 24 25-26 27 28 29 

30 31 32 33 34 35 36 37 .18 39 40 

QBD Q D 0 0 0 01100DUO AD 0D O 0 0 D O D O OD D110 000 06 0 
OD O O OVO OOB 

background image

I 1 1 0 1 I 1 1 0 0 1 1 I 0 1 1 1 I 0 1 1 1 1 1 1 0 1 0 I 1 I 0 I l 1 1 

f B0 I łiil > 3 mu 7 3 3 3 )■ > 3 3 3 « 3 3 3 7 'ł 3 3 OT 3 1 3 3 OT 

OT 

Czemu zawdzięczam waszą wizytę? 

f Nestor chciał coś powiedzieć, ale Don Diego go uprzedził: 

Konie. Poszukujemy dos cavallos. Pięknych i szybkich, jeżeli to 

możliwe. 

) - Konie? Jasne! - zawołał Leonard, podchodząc bliżej. 

Z otworu nad nim padł promień słońca, oświetlając czarną przepaskę na 
oku. 

A czym zamierzacie zapłacić? 

Srebrnym talerzem - odpowiedziała szybko Dieguita. 

Dobrze. To chodźcie je sobie wybrać - powiedział Leonard, robiąc 

krok do tyłu. 

No, wreszcie ktoś tu myśli! - wykrzyknął Don Diego, wyraźnie 

uradowany sposobem podejścia do sprawy tegojedno-okiego giganta. - 
Dieguita, vamos\ Zostaw worek i chodź ze mną! 

Dziewczyna - bardziej podejrzliwa niż jej przyjaciel - minęła Nestora, 
nie wypuszczając swego łupu z rąk. 

Żebracy skierowali się tam, gdzie przed chwilą zniknął Leonard. 
Przeszli przez jedyny oświetlony kawałek groty, zatrzymując się, by 
spojrzeć najpierw w górę, potem dokoła. 

Caballero, gdzie jesteś? 

-TERAZ! - krzyknął Leonard. 

background image

Nachylony nad kratą Jason usłyszał krzyk latarnika i czym prędzej 
przechylił pierwszą bańkę, lejąc w otwór studni lep- 

Studnia i gołębie 

ką, kleistą smołę. Nie zwlekając ani sekundy, opróżnił też zawartość 
drugiej. 

Po czym słysząc pierwsze krzyki, zbiegł ścieżką w dół i dopadł do 
wejścia do groty, skąd wylatywały chmary oszalałych ptaków. 

Nestor krzyknął: 

Leonardzie, jak się mają gołębie? 

Jason dobiegł do niego prawie bez tchu. 

Nestorze! - zawołał uszczęśliwiony, kiedy zobaczył go całego i 

zdrowego. Wziął nóż od Leonarda Minaxo i jednym ruchem przeciął 
szmaty, którymi skrępowano mu ręce. 

Ej, wolnego! Chcesz mi uciąć rękę? - zażartował Nestor, ściskając 

chłopca. 

Rozległ się głuchy rumor... to czarna postać Don Diega - uma-zanego 
smołą i oblepionego pierzem - osunęła się na ziemię. Dieguita leżała już 
zemdlona na ziemi. Leonard Minaxo przyglądał im się groźnie. Miał 
spodnie, koszulę i buty zabrudzone smołą. 

Dalej, chłopcze! - krzyknął do Jasona. - Zostaw tego starego i 

pomóż mi ich związać. Nie chciałbym być jedynym, który musi 
pobrudzić sobie ręce... 

Dziesięć minut później Jason był już od stóp do głów upaprany smołą i 
oblepiony ptasimi piórami centymetr przy centymetrze. 

background image

Pomógł Leonardowi związać i zakneblować żebraków, najpierw 
ogłuszonych strumieniem czarnej cieczy, a chwilę potem uśpionych 
środkiem nasennym, który latarnik zaapli- 

kował im, by unieszkodliwić ich ostatecznie. Następnie położyli ich z 
tyłu kolasy, rzucając obok tych wszystkich rzeczy, które żebracy 
usiłowali ukraść. 

Przez cały czas Nestor stał z boku, pozwalając Leonardowi decydować, 
co i jak należy zrobić. Obaj ograniczyli się tylko do wymiany jakichś 
złośliwości, spoglądając na te dwa toboły ze smoły i pierza, leżące na 
tyłach powozu. 

-Wsiadaj - poradził w końcu Leonard Nestorowi, podając mu lejce. - Ja i 
chłopiec pójdziemy pieszo. 

-1 co dalej? - zapytał Jason. 

Wrócimy do Willi Argo i... - Nestor unikał wzroku Leonarda. - 

Odprowadzimy ich tam, skąd przyszli, i odbierzemy Julię z Rickiem.Ty 
masz przy sobie klucze, prawda? 

Jasne. - Jason wyjął z kieszeni cztery klucze, zabrudzone smołą tak 

samo, jak wszystko inne. 

Dobrze - burknął Nestor. 

A gdybym ich nie zabrał ze sobą? Rick i Julia pozostaliby 

uwięzieni w Wenecji? 

Myślę, że tak - odparł ogrodnik. 

I Wrota Czasu pozostałyby zamknięte na zawsze? - dopytywał się 

chłopiec. 

No, nie tak łatwo trzymać je zamknięte! - wtrącił Leonard. 

background image

Jeśli o to chodzi, to równie trudno jest je otworzyć - odparł Nestor, 

jakby czyniąc aluzję do starej historii, jaka się przydarzyła Leonardowi. 

Nie rozumiem... - mruknął chłopiec. 

Cztery klucze zawsze wracają. Dlatego nie pozostałyby długo przy 

Ricku i Julii; zgubiliby je albo ktoś by im je skradł. 

A potem? 

Potem ktoś w Kilmore Cove otrzymałby je w przesyłce, tak jak to 

się już zdarzało z czterema kluczami. I wszystko zaczęłoby się od 
początku - stwierdził latarnik. 

Ale to właśnie przytrafiło się nam dwa dni temu! 

No właśnie - ciągnął Leonard, niezmieszany. - I tak się to zaczyna. 

Oczywiście przypadkiem. 

Nie zwracaj uwagi na to, co mówi Leonard - wtrącił Nestor, 

wsiadając do kolasy, Chciał jak najszybciej zakończyć tę dyskusję. - 
Lubi przemawiać wierszem albo zagadkami. 

A ty nip zwracaj uwagi na to, co mówi Nestor. Od jakiegoś czasu 

on w ogóle nie lubi mówić. Wiesz, co o nim powiedział Ulysses? 

Leonard, przestań! 

Jason spojrzał na latarnika prosząco i ten dokończył: 

Jeżeli nie widziałbym codziennie rano zadbanego ogrodu, niemal 

zapomniałbym, że zatrudniłem ogrodnika. 

Bardzo śmieszne - mruknął Nestor, ściągając lejce. - Naprawdę, 

bardzo śmieszne. 

background image

Ulysses Moore też lubił mówić wierszem i zagadkami - zauważył 

Jason. 

Może się nauczył ode mnie - uśmiechnął się Leonard. 

Zanim ruszyli w drogę, Jason i Leonard jeszcze chwilę wsłuchiwali się 
w stłumiony stukot kopyt Ariadny i terkot kół kolaski na ścieżce 
schodzącej w stronę Willi Argo. Po paru minutach Jason zapytał 
latarnika: j - Dostał pan kiedyś klucze pocztą? 

- Możliwe - odparł, a twarz mu spochmurniała. 

Rozdział C19) 

ZAKAZANA KSIĄŻKA 

Rick zobaczył, że pan Caller ukrył pod płótnem jakąś książkę. Zdążył 
tylko rzucić okiem na tytuł, który brzmiał: 

ENCYKLOPEDIA ALBO SŁOWNIK ROZUMOWANY NAUK, 
SZTUK I ZAWODÓW 

Rick! - robiła mu wyrzuty Julia. - Zawiń to natychmiast z 

powrotem! 

Rick milczał. Zaniemówił z wrażenia. Tajemniczym przedmiotem, który 
pan Caller tak starannie ukrywał, okazała się najzwyklejsza 
encyklopedia, w dodatku o długim, francuskim tytule! Ale nie to 
odebrało Rickowi mowę. Takie piorunujące wrażenie zrobiła na nim 
czcionka, jaką został wydrukowany tytuł. A konkretnie litera „d". To 
była taka sama litera „d", jaką widział w dokumentach, które trzymał w 
kieszeni, w papierach wydrukowanych przez maszynę skonstruowaną 
przez Petera Dedalusa - Starą Sowę z Kilmore Cove. 
 

background image

Kurczę, Julio! - zawołał, owijając na powrót encyklopedię w 

płótno. - Sprawy się komplikują. 

Dziewczynka nie zwróciła na to uwagi, bowiem właśnie dostrzegła w 
tłumie uśmiechnięte i całkiem już spokojne twarze państwa Callerów. 

Gdy tylko podeszli do dzieci, Albert natychmiast przejął książkę z rąk 
Ricka. 

Dziękuję - powiedział. 

Wybaczcie nam. Nieprzewidziana przeszkoda, całkiem niemiła - 

dodała Rossella jakby na usprawiedliwienie. 

Kim był ten typ ubrany na szaro? 

Nazywają go hrabią Cenere - odpowiedział Albert. - To jeden z 

urzędników tajnych służb w Wenecji. 

Nie taki znów tajny, skoro państwo natychmiast go rozpoznali... 

Rozpoznajemy maskę, którą nakłada, natomiast nie mamy pojęcia, 

kto się pod nią ukrywa. 

I czego chciał od państwa? 

Usiłuje na wszelkie sposoby wcisnąć się do naszego domu - odparł 

Albert. 

Rossella* widząc, że mąż znowu zaczyna się denerwować, wzięła go 
pod ramię i spytała: 

To dokąd teraz idziemy? 

Albert rzucił okiem na obraz z pozytywką, który trzymała pod pachą, i 
odpowiedział: 

background image

Powiedziałbym, że przede wszystkim należy załatwić sprawę 

ramy. - Potem wskazał na książkę ukrytą w zawiniątku i dodał: - 
Chciałem zanieść to do przyjaciela, ale w tej sytuacji mogłoby to być 
zbyt niebezpieczne. Kto wie, ilu szpicli depcze nam po piętach... 

Dobrze, szukajmy zatem waszego przyjaciela, Petera. 

Wydaje mi się - odezwał się w tym momencie Rick 

że znalazłem nową wskazówkę. 

Jaką? 

Książkę, którą pan ukrywa - odpowiedział chłopiec. 

To on ją wydrukował. 

Rick! - zbeształa go Julia. 

Albert przystanął gwałtownie na środku ulicy jak skamieniały. Diogo 
przypadł mu do nóg. Rossella patrzyła to na męża, to na chłopca, nie 
wiedząc, co powiedzieć. 

Ja tylko zerknąłem - tłumaczył się Rick. - Nie interesuje mnie, co 

jest w niej napisane i nic nie czytałem, przysięgam. Tylko... 

Tylko?... - spytał Albert. 

Litera „d" na okładce! - zawołał Rick. Wyjął z kieszeni papiery 

wydrukowane u Freda Śpiczuwy i pokazał je mężczyźnie. - Są takie 
same. Ten sam znak typograficzny. Podpis Dedalusa. 

Skąd pochodzą te papiery? 

Z Kilmore Cove w Anglii. Tak jak mówiłem, zostały 

wydrukowane przez maszynę skonstruowaną przez Petera Dedalusa. 

background image

O nieba! Albercie! - wtrąciła się Rossella, patrząc na dokumenty. - 

Chłopiec ma rację. 

Prawdę mówiąc, chciałbym usłyszeć, kto mu pozwolił zajrzeć do 

środka. 

Proszę nam wybaczyć, panie Caller - odezwała się Julia. 

Rick nie chciał... 

 

Jeżeli potrafi mi pan powiedzieć, gdzie została wydrukowana ta 

książka, może będziemy mogli dowiedzieć się czegoś więcej - prosił 
rudzielec. 

Albert odchylił płótno i czule pogłaskał okładkę encyklopedii. Potem 
otworzył ją i przerzucił kilka stron, pachnących papierem i świeżą farbą 
drukarską. 

Nie sądzę, by to było takie proste, chłopcze. To ja wydrukowałem 

tę książkę. 

Powrócili biegiem do Santa Marina, ale zamiast wejść do domu 
Callerów, weszli w boczną, zaniedbaną uliczkę. 

Uważajcie, żeby się nie pośliznąć - zwrócił im uwagę Albert, 

prowadząc dzieci w dół, w stronę kanału, którego ciemna woda miała 
ten sam kolor, co brudny bruk. 

Pochylili się, żeby wejść do hangaru na łodzie, i szli dalej, po posadzce 
zalanej wodą i po śliskich algach. Pisk szczurów w oddali pogarszał 
jeszcze nastrój tego miejsca. 

Od kiedy tajne służby zaczęły patrolować miasto... - szepnął pan 

Caller, wyjaśniając, dokąd ich prowadzi - my, drukarze, musieliśmy 

background image

wymyślić tysiące sposobów, żeby się ukryć. Ale oto jesteśmy już na 
miejscu. 

Posadzka hangaru zaczęła się lekko wznosić i znowu była sucha. 
Korytarz prowadził do pomieszczenia zasłanego trocinami. 

Rossella dała znak dzieciom, by były cicho, a Albert upewnił się, że z 
zewnątrz nie dochodzi żaden dźwięk, poza mono- 

tonnym szumem wody. Potem wsunął klucz w zamaskowany zamek i 
zaprosił swoich gości do pokoju. - Witajcie w mojej tajnej drukarni. 

Ojej! - zdumiała się Julia, gdy tylko Albert zapalił lampy oliwne 

wiszące na ścianach. 

W środku znajdowało się kilka czarnych maszyn, ogromnych, 
zasypanych płachtami papieru, z których jedne były białe, a inne 
pobrudzone farbą albo częściowo wydrukowane. Jeszcze inne suszyły 
się, jak pranie, rozwieszone na drucie rozciągniętym na szerokość całego 
pomieszczenia. Na ziemi stały kadzie z farbą drukarską, leżały ścinki i 
bele macerowanego papieru, a na stołach porozkładane liniały, 
kątownice, obcinarki, krajarki i prostokątne matryce, na których 
składano strony książki. W powietrzu unosił się zapach kleju. 

Jesteśmy w pobliżu naszego domu... - powiedziała Rossella, 

prowadząc ich pomiędzy kartkami suszącymi się niczym powłoczki na 
poduszki. 

A tę maszynę drukarską sprzedano mi razem z domem Penelopy - 

dodał Albert. 

Pokazał dzieciom szafę z kasztami, w których znajdowały się czcionki: 
litery wyżłobione w metalowych sześcianikach, które układa się ręcznie, 

background image

z wielką cierpliwością, jedna obok drugiej, dopóki nie złoży się 
wszystkich słów na stronie, którą zamierza się wydrukować. 

Pan Caller poszukał czcionki z literą „d". Wyjął dwie. 

To są te litery. 

Ułożył ostrożnie czcionkę na tamponie nasączonym farbą drukarską, a 
następnie przycisnął ją do kawałka czystego papieru. Wyszła doskonała 
„d", bez żadnego szczególnego znaku. 

To nie ta „d", której szukamy! - odezwała się Julia. 

Istotnie - uśmiechnął się Caller. - To już z winy prasy drukarskiej. 

Widzicie tę maszynę? To właśnie prasa drukarska. Po złożeniu całej 
strony, wsuwam czcionki w maszynę i pociągam za tę dźwignię. 
Maszyna zanurza czcionki w farbie, następnie podsuwa papier i mocno 
naciskając od góry, odciska tekst na karcie papieru. Potem kartka 
wysuwa się, bo trzeba ją przyciąć i oprawić, a... wszystkie litery „d" 
zmieniają się w te, jakie widzieliście w encyklopedii. 

Podpis Dedalusa - uśmiechnął się Rick. 

Zauważyli to już niektórzy kolekcjonerzy w Antwerpii - ciągnął 

Albert. - Moje wydawnictwa są bardzo poszukiwane. Ale niełatwo jest 
drukować w tej dziurze, kryjąc się ciągle przed tajniakami... 

Dlaczego musi się pan ukrywać? 

To długa historia... - westchnął Albert. 

Jeszcze niedawno weneccy drukarze byli najlepsi na świecie i 

wszyscy przyjeżdżali tu, by drukować swoje książki... -wyjaśniła 
Rossella. - Były jednak wśród nich książki na temat magii, książki 
zakazane. Dlatego Rada Dziesięciu postanowi- 

background image

 

ii- 

 

 

ła kontrolować działalność drukarni, żeby sprawdzać, co się w nich 
drukuje. 

A encyklopedia jest książką zakazaną? 

W oczach ignorantów, takich jak hrabia Cenere, tak! -zżymał się 

Albert. - W rzeczywistości jest to wspaniała idea. Przyszła do nas z 
Francji. 

Rick spoglądał na niego z przejęciem. 

U nas można kupić encyklopedię nawet w zeszytach. 

To do Anglii też już dotarło? - zawołał zdumiony Albert. 

No chyba! Dostarczają encyklopedię bezpośrednio do domu, a 

potem tylko trzeba spłacać raty. 

Widzisz, Rossello? - powiedział pan Caller, klaszcząc w dłonie. - 

Anglicy zawsze są o krok przed nami! 

Rick podszedł do maszyny i pogłaskał jej metalową obudowę. 
Rozpoznał rękę Petera po paru szczegółach: zastosowaniu przekładni, 
kołach zębatych różnych rozmiarów i drewnianych podpórkach... To 
była niewątpliwie jego maszyna. Peter był więc tutaj, kiedy Penelopa 
mieszkała w Wenecji... kiedy jeszcze przyjaźnił się z Ulyssesem 
Moorem. 

background image

Rick? Masz jakiś pomysł? - zawołała Julia z drugiego końca 

pokoju. 

Nie. Właściwie nie. A ty? 

Julia raz jeszcze czytała kartę wydrukowaną przez Starą Sowę. 

Zatem tak... żeby się skontaktować z Peterem, musimy użyć 

właściwego klucza i napisać: DEDA. 

Ja już próbowałem napisać DEDA w Kilmore Cove... - 

odpowiedział Rick, obchodząc jednocześnie maszynę dokoła. - Ale nic z 
tego nie wyszło. 

Może nie miałeś właściwego klucza. 

Myślę, że ma go Obliwia Newton - odparł Rick, mając na myśli 

klucz, który otwiera Wrota Czasu w Domu Luster. 

Jeżeli macie ochotę, możemy spróbować napisać DEDA na tej 

maszynie - zaproponował Albert. - Może wasz genialny konstruktor 
pozostawił wskazówkę, jak go odnaleźć, gdziekolwiek jest. 

Pan Caller nałożył niegdyś pewnie biały fartuch, wziął pustą matrycę i z 
czterech liter złożył słowo DEDA. Potem wsunął matrycę w prasę 
drukarską, uruchomił ją, pociągając za dźwignię. Odczekał chwilę. 
Maszyna parsknęła, po czym pochwyciła matrycę, zamoczyła ją w farbie 
i wyrzuciła z drugiej strony białą kartkę z napisem: DEDA. 

Albert sięgnął po lśniącą jeszcze od mokrej farby kartkę i pokazał ją 
wszystkim. 

Wydaje mi się, że nic się nie zdarzyło. Przykro mi, ale to chybiony 

pomysł. 

background image

Rick spojrzał na tę kartkę z uczuciem takiego samego zawodu, jaki 
przeżył, gdy w Kilmore Cove maszyna wyrzuciła pustą kartkę. 

Tu by się przydał Jason - powiedział, myśląc o genialnej intuicji 

przyjaciela. Potem nieco speszony szepnął: - Może istotnie Peter chciał 
pozostawić po sobie jakiś ślad... 

Może chciał, żeby przyjaciele odnaleźli go dopiero wówczas, gdy 

mu wybaczą. Pamiętasz, co mówił na płycie? - dodała Julia. - Że uciekł, 
bo się wstydził. Bo nie miał odwagi przyznać się przed nimi, co wyjawił 
Obliwii. 

Tak - powiedział Rick. 

Ale ani Ulysses, ani Penelopa, ani Obliwia nie znaleźli tej płyty. 

Płytę znaleźliśmy my. Nikt nie mógł wiedzieć, co mu się przydarzyło. 
Że uciekł przez wrota w swoim domu, stając się więźniem Wenecji. 
Pamiętasz? Po otwarciu wrót przesłał klucz z lwem Ulyssesowi. 

Rossella mruknęła: 

Co za dziwna historia. 

Ale w gruncie rzeczy chciał, żeby go odnaleziono, Rick! 

ciągnęła Julia, nie zwracając uwagi na Callerów. - Inaczej po co 

ukryłby płytę w szachownicy, na której od dwóch lat to- 

v czył swą długą rozgrywkę z Ulyssesem? Zrobił umyślnie fałszywy 
ruch, żeby wymusić na Ulyssesie ruch decydujący, tak żeby otworzyła 
się ukryta szufladka. I jeżeli wysłał klucz Ulyssesowi to, jak sądzę, 
zrobił to dlatego, że chciał, żeby za nim poszedł. I może... może... 
pozostawił też inne wskazówki w miejscu, gdzie otwierają się jego 
wrota tu w Wenecji. 

Tak! - powtórzył Rick i natychmiast zapytał Callerów: 

background image

Czy wiecie, gdzie się znajduje calle deli' Amor degli Amici? 

 

Tu by się przydał Jason - powiedział, myśląc o genialnej intuicji 

przyjaciela. Potem nieco speszony szepnął: - Może istotnie Peter chciał 
pozostawić po sobie jakiś ślad... 

Może chciał, żeby przyjaciele odnaleźli go dopiero wówczas, gdy 

mu wybaczą. Pamiętasz, co mówił na płycie? - dodała Julia. - Że uciekł, 
bo się wstydził. Bo nie miał odwagi przyznać się przed nimi, co wyjawił 
Obliwii. 

Tak - powiedział Rick. 

Ale ani Ulysses, ani Penelopa, ani Obliwia nie znaleźli tej płyty. 

Płytę znaleźliśmy my. Nikt nie mógł wiedzieć, co mu się przydarzyło. 
Że uciekł przez wrota w swoim domu, stając się więźniem Wenecji. 
Pamiętasz? Po otwarciu wrót przesłał klucz z lwem Ulyssesowi. 

Rossella mruknęła: 

Co za dziwna historia. 

Ale w gruncie rzeczy chciał, żeby go odnaleziono, Rick! 

ciągnęła Julia, nie zwracając uwagi na Callerów. - Inaczej po co 

ukryłby płytę w szachownicy, na której od dwóch lat toczył swą długą 
rozgrywkę z Ulyssesem? Zrobił umyślnie fałszywy ruch, żeby wymusić 
na Ulyssesie ruch decydujący, tak żeby otworzyła się ukryta szufladka. I 
jeżeli wysłał klucz Ulyssesowi to, jak sądzę, zrobił to dlatego, że chciał, 
żeby za nim poszedł. I może... może... pozostawił też inne wskazówki w 
miejscu, gdzie otwierają się jego wrota tu w Wenecji. 

Tak! - powtórzył Rick i natychmiast zapytał Callerów: 

background image

Czy wiecie, gdzie się znajduje calle deli' Amor degli Amici? 

«4 

Państwo Caller popatrzyli na siebie zdumieni. 

Nigdy nie słyszałem. 

Jesteście pewni, że istnieje calle o tej nazwie? - spytał Albert. 

Rick westchnął. 

Widzisz? Jesteśmy w punkcie wyjścia. 

Czy dziennik Ulyssesa nie mógłby nam w czymś dopomóc? - Julia 

nie dawała za wygraną. - On wiedział, gdzie są wrota! 

Dziewczynka otworzyła zeszyt i zaczęła go nerwowo kartkować. 

Nie zapomnijcie o pozytywce i o ramie! - przypomniała im w tym 

momencie Rossella, która wysłuchała rozmowy dzieci, ale niewiele z 
niej zrozumiała. - Musimy jeszcze porozmawiać z tym człowiekiem, 
który ją zrobił - dodała, 

podnosząc obraz, który przez pół dnia nosiła ze sobą. 

Rick nie zwrócił na to uwagi, zbyt pochłonięty wpatrywaniem się w 
świeżo wydrukowaną kartę. 

Użyć właściwego klucza i napisać DEDA - szeptał. - Właściwego 

klucza... 

Zapytał Alberta, czy dla ustawienia prasy drukarskiej lub jakiejś innej 
maszyny używa się jakiegoś klucza, ale drukarz odparł, że nie ma takiej 
potrzeby 

background image

„Właściwy klucz. I napisać DEDA" - myślał Rick. 

Rossella potrząsnęła ponownie pozytywką w poszukiwaniu natchnienia. 

Mi®' l9) T 

Uważam, że na tym nasze dzisiejsze poszukiwania można by 

zakończyć.. - zaproponował Albert. - Co byście powiedzieli, gdybyśmy 
wrócili do domu i... 

Ale my nie napisaliśmy DEDA! - zawołał Rick, ogarnięty nagłym 

przeczuciem. - My napisaliśmy BEBA z dziwnym „d" Dedala. - W 
napadzie euforii Rick rozłożył na maszynie kartkę z Kilmore Cove. - Z 
przesłania Petera wynika jasno, że ma być DEDA bez żadnego 
dziwnego „d", tak wydrukowała Stara Sowa i tak powinno być. Więc 
jak? Jak można napisać DEDA bez przekreślenia? .• 

Albert pokręcił energicznie głową. 

Nie da się. Próbowałem na wiele sposobów, ale za każdym razem 

„d" wychodzi z poziomą kreseczką, jakby maszyna zawsze je 
rozpoznawała i przekreślała. 

Ale musi być jakiś sposób! - zaprotestował Rick i zaczął nerwowo 

krążyć po pokoju, tak jak to robił Jason zawsze wtedy, kiedy musiał 
wymyślić coś genialnego. - A jeżeli DEDA to nie słowo? A może to 
wcale nie jest początek nazwiska Petera, jak uważamy? Co by to mogło 
być, jeżeli nie słowo? 

Liczba to nie jest - zauważyła Rossella. 

A co może być kluczem właściwym i kluczem fałszywym? 

Julia, gapiąc się w sufit pokoju, powoli cedziła słowa: 

background image

Peter napisał, że właściwy klucz nie jest nisko, zatem... musi być 

wysoko. 

Może jest nad maszynami? - zasugerował Albert. 

Uważam, że na tym nasze dzisiejsze poszukiwania można by 

zakończyć.. - zaproponował Albert. - Co byście powiedzieli, gdybyśmy 
wrócili do domu i... 

Ale my nie napisaliśmy DEDA! - zawołał Rick, ogarnięty nagłym 

przeczuciem. - My napisaliśmy ©EDA z dziwnym „d" Dedala. - W 
napadzie euforii Rick rozłożył na maszynie kartkę z Kilmore Cove. - Z 
przesłania Petera wynika jasno, że ma być DEDA bez żadnego 
dziwnego „d", tak wydrukowała Stara Sowa i tak powinno być. Więc 
jak? Jak można napisać DEDA bez przekreślenia? , 

Albert pokręcił energicznie głową. 

Nie da się. Próbowałem na wiele sposobów, ale za każdym razem 

„d" wychodzi z poziomą kreseczką, jakby maszyna zawsze je 
rozpoznawała i przekreślała. 

Ale musi być jakiś sposób! - zaprotestował Rick i zaczął nerwowo 

krążyć po pokoju, tak jak to robił Jason zawsze wtedy, kiedy musiał 
wymyślić coś genialnego. - A jeżeli DEDA 

ł to nie słowo? A może to wcale nie jest początek nazwiska Pe-«•». tera, 
jak uważamy? Co by to mogło być, jeżeli nie słowo? 

Liczba to nie jest - zauważyła Rossella. 

A co może być kluczem właściwym i kluczem fałszywym? 

Julia, gapiąc się w sufit pokoju, powoli cedziła słowa: 

background image

Peter napisał, że właściwy klucz nie jest nisko, zatem... musi być 

wysoko. 

Może jest nad maszynami? - zasugerował Albert. 

Klucz wysoko... Klucz wysoko... - mruczała Rossella, uczestnicząc 

w tych dziwnych poszukiwaniach. 

Nie jest to słowo... nie jest to liczba... - powtarzał Rick, przystając 

w połowie pokoju. Znowu przyszły mu na myśl słowa Nestora: - 
Muzyka... A gdyby to były nuty? 

Co powiedziałeś, chłopcze? 

Nuty! Nuty muzyczne! 

Nie wydaje mi się, żeby to były nuty... - zauważył Albert Caller. - 

Te się zazwyczaj pisze na pięciolinii. 

Z kluczem wiolinowym! - wykrzyknęła Rossella. -A nie z 

basowym. 

Rick zacisnął pięści. 

Ależ tak! Oto jest klucz! 

Poruszony Albert spojrzał raz jeszcze na kartkę. 

Jeśli chcecie, mam wszystkie czcionki z nutami, ale faktem jest, że 

tutaj na karcie jest DEDA, a nie do re mifa sol... 

Ponieważ to jest sposób pisania nut w Anglii! - wyjaśnił Rick. - 

My używamy liter: „do" pisze się „C", „re" to „D", „mi" to „E", a „A" to 
jest „la". 

Więc według ciebie na tej kartce byłoby napisane re mi re la z 

pięciolinii... z kluczem wiolinowym? 

background image

Nie wiem, to hipoteza - odparł Rick. 

Na co czekasz, Albercie, spróbujmy! - zachęciła go Rossella. 

To nie takie łatwe. Stronicę muzyczną drukuje się w trzech fazach: 

najpierw drukuje się samą pięciolinię, potem nuty... a na końcu, jeśli się 
chce, można dodać słowa. 

To zróbmy to, proszę - zdecydowała za męża Rossella Caller. 

Wzięli matrycę do druku książek muzycznych i ułożyli w szeregu 
czcionki metalowe z pięciolinią i kluczem wio-linowym. Wydrukowali 
pierwszą stronę i stopniowo wkładali do matrycy symbole czterech nut, 
które - zdaniem Ricka - składały się na słowo DEDA. Potem ponownie 
włożyli kartkę, która dopiero co wyszła spod prasy drukarskiej. 

 

Zobaczymy - szepnął Albert, naciskając dźwignię. 

Maszyna połknęła papier, zanurzyła matrycę w farbie, 

a następnie odcisnęła ją na stronie, po czym wysunęła kartkę po 
przeciwnej stronie z wydrukowanymi na niej czterema nutami 
umieszczonymi na pięciolinii. 

Rick był wyraźnie załamany. Nic się nie wydarzyło... 

Julia położyła mu rękę na ramieniu, ale ten gest, zamiast go pocieszyć, 
tylko go zdenerwował.. Wydało mu się, że serdeczność Julii podkreśla 
głupotę jego pomysłu. 

Albert chciał właśnie wyciągnąć wydrukowaną kartkę z wałka, gdy 
nagle wałek zaczął się obracać w przeciwną stronę, wsysając papier z 
powrotem w prasę drukarską. 

Co się dzieje? - burknął. - Do licha! Maszyna ruszyła sama! 

background image

Mechanizm maszyny zadziałał: tryby i zardzewiałe ze starości kółka 
zębate zaczęły obracać się same, stukając jak potężna maszyna do 
pisania. 

Potem maszyna sama zanurzyła matrycę w farbie drukarskiej i po chwili 
wyrzuciła kartkę na zewnątrz. Albert wyjął ją jak najszybciej i 
powiedział, szarpiąc przy tym wąsy tak, że o mało co ich sobie nie 
wyrwał: 

Wydaje się, że melodia została uzupełniona... 

Do pierwszych czterech nut doszły teraz kolejne. 

Są też i słowa! - wykrzyknął Rick, odczytując wolno poszczególne 

sylaby, towarzyszące każdej z nut. 

W snach jesteśmy zwykłymi marynarzami nie kapitanami, lecz ludźmi 
na pokładzie, którzy nigdy nie wiedzą, jak dopłynąć do pięknych 
portów. 

Wyspa Masek Czarny Gondolier, gdzie odpoczywa lew 

Rozdział C 20) - MISTRZ ZEGARÓW 

W wieży zegarowej było potwornie gorąco, w powietrzu unosił się kurz 
i resztki trocin. Obliwia ' weszła na pierwsze piętro, za mechanizm 
zegarowy. 

Rozejrzała się niespokojnie dokoła, ale nie zobaczyła nikogo. 

W zagłębieniach muru gruchały ukrywające się tu gołębie. 

Usłyszała dochodzący z góry miarowy stuk młotka, weszła więc wyżej. 

Tym razem dojrzała odwróconego do niej plecami malutkiego 
mężczyznę. 

background image

Rozpoznała go natychmiast: głowa z niesforną'czupryną, drobne 
ramiona i ten sposób poruszania nimi, jakby tańczył do wtóru jakiejś 
niesłyszalnej muzyki. Peter Dedalus. 

Obliwia zrobiła krok naprzód: 

Cześć, Peter. 

Nie odwrócił się, jednak natychmiast przestał stukać młotkiem i 
wstrzymał oddech. 

Peter, to ja - odezwała się ponownie Obliwia. 

Mężczyzna wolno obrócił głowę. Obliwia zsunęła maseczkę i 
uśmiechnęła się do niego słodko, jak arszenik. 

Niemożliwe... - szepnął Peter. 

Żebyś wiedział, ile trudu kosztowało mnie odnalezienie ciebie - 

powiedziała. 

Peter wpatrywał się nieruchomo w jakiś punkt na posadzce, w połowie 
drogi między mechanizmem zegarowym a stopami kobiety. 

Niemożliwe. Jak zdołałaś tu dotrzeć? 

Przez nasz dom, kochanie. Znalazłam klucz. I otworzyłam wrota. 

Obliwia zrobiła krok w jego stronę, a mężczyzna zerwał się na równe 
nogi jak oparzony. 

Kłamiesz! To niemożliwe! Te wrota pozostawały zamknięte przez 

lata! 

Teraz jednak dały się otworzyć. 

Ale od tamtej strony były zamknięte! Poszedłem sprawdzić, 

wróciłem... Były zamknięte! 

background image

Skarbie, te wrota kryją tyle tajemnic, że trudno pojąć, jak 

działają... I właśnie dlatego musimy porozmawiać. 

Były zamknięte - powtórzył Peter. Rozejrzał się dokoła, jakby 

szukał drogi ucieczki, miętosząc przy tym ręce i pocierając jedną o 
drugą. - Co im zrobiłaś? 

Komu, skarbie? 

Sądziłem, że Penelopa z Ulyssesem znaleźli ją... - wyszeptał Peter. 

Znaleźli? Co znaleźli? Jeżeli masz na myśli mapę ze wszystkimi 

wrotami w Kilmore Cove - powiedziała, rozwijając ją z satysfakcją 
pośrodku pokoju - to wybacz, ale muszę cię rozczarować, bo mam ją ja. 

No, nie! Nie! - krzyknął Peter. - Co zrobiłaś Penelopie i 

Ulyssesowi? 

Nie martw się, kochany! Nic! Zupełnie nic. Sami się wykończyli, 

skacząc z urwiska przed swoim ukochanym domem. 

No cóż, oczywiście, wspaniała historia miłosna! Przykro mi, że muszę ci 
to powiedzieć, ale obawiam się, że z twoich przyjaciół pozostałam już 
tylko ja... Więc, skarbie, podejdź bliżej... pozwól się pogłaskać... 

Idź precz! 

Nie tęskniłeś za mną? 

-Nie! 

Obliwia wcale nie speszyła się zachowaniem zegarmistrza, jakby znała 
go doskonale i umiała rozpoznać skrywaną słabość. 

Peter... Peter... - wyszeptała. 

Powtarzała jego imię tak długo, aż udało się jej do niego zbliżyć. 

background image

Niziutki mężczyzna wciąż się cofał, ale Obliwii udało się podstępnie 
wcisnąć między niego a schody i tym samym odcięła mu drogę, gdyby 
chciał uciec. 

Przestań, skarbie... - szeptała uwodzicielsko, tak długo, aż 

zegarmistrz uległ. 

Prawdę mówiąc, tęskniłem - szepnął. - Tęskniłem za tobą. 

Och, Peter! Mówisz szczerze? 

Jesteś... jesteś ciągle taka śliczna. 

Och, skarbie... Jesteś mężczyzną, który potrafi docenić urodę 

kobiety! - wykrzyknęła Obliwia, owiewając go wonią swych perfum. 

Objęła go. Peter nie stawiał już oporu. 

Żebyś wiedział, ile trudu kosztowało mnie dotarcie tutaj! - szeptała 

Obliwia. - Peter, kochanie... Po tak długim rozstaniu nie masz mi nic do 
powiedzenia? Nie wyjawisz żadnego sekretu swojej drogiej Obliwii? 

Peter przymknął oczy, bijąc się z myślami. 

Nie! - zdecydował ostatecznie, odpychając gwałtownie kobietę. 

Obliwia, zaskoczona, potknęła się na swoich zawrotnie wysokich 
obcasach i zatoczyła na koła zębate mechanizmu zegara. Straciła 
równowagę i runęła na ziemię, rozrywając przy tym suknię. 

Peter rzucił się w dół po schodach, uciekając ile sił w nogach. 

Obliwia zsunęła szybko pantofle i ostrożnie, stopień po stopniu, 
pobiegła za nim. 

Zatrzymaj się, przeklęty, stój! 

background image

Ale Peter się nie zatrzymał. Pędził w dół coraz szybciej, a potem 
wybiegł na zewnątrz, wprost na ruchliwą ulicę. 

Obliwia, krzycząc, biegła za nim co tchu w piersiach, aż w końcu 
przystanęła pośrodku placu św. Marka... Malutki Peter przepadł w 
tłumie. 

Wściekła, rozejrzała się wokół. 

Niektórzy panowie spoglądali na nią ze śmiechem, podczas gdy damy 
odwracały się ze zgorszeniem. 

Dopiero wtedy Obliwia zorientowała się, że większa część jej garderoby 
pozostała w... mechanizmie zegara. 

 

 

To wcale nie jest zabawne! - warknęła Obliwia zza prześcieradła 

rozciągniętego w poprzek pracowni krawieckiej. 

Trzy pomocnice krawcowej usiłowały wziąć miarę, by czym prędzej 
uszyć jej nową suknię. 

Po drugiej stronie przepierzenia hrabia Cenere śmiał się jeszcze przez 
chwilę, zanim stwierdził: 

Rzekłbym, że pani mężczyzna porzucił panią w wielkim stylu! 

To nie jest mój mężczyzna! - krzyknęła Obliwia. - A pan, drogi 

panie, musi go jak najszybciej odnaleźć! 

Hrabia Cenere poprawił szary dziób ptasiej maski. 

Musiałaby to być wskazówka o wiele cenniejsza od poprzedniej. 

O ile cenniejsza? 

background image

Co najmniej dwukrotnie. 

Dwukrotnie?? Oszalał pan?! - wydarła się Obliwia, odwracając się 

gwałtownie i kłując przy tym boleśnie szpilkami. 

Hrabia Cenere lekko się skłonił. 

W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak pożegnać panią. 

Czekaj pan! - zawołała kobieta. - Dwukrotnie. Dobrze, chciwy 

złodzieju, zapłacę ci dwa razy tyle, ale chcę go mieć dziś wieczór. 

Cóż za pośpiech, szanowna pani... Najpierw niech sobie pani 

sprawi tę suknię, a potem pójdziemy szukać go na lagunie. 

 

 

Na lagunie? 

Tak. - Hrabia Cenere wyjął z kieszeni białą chusteczkę, a w niej 

kilka pokręconych i ususzonych alg. - Przypadek zdarzył, że pani 
mężczyzna, który, rozumie się, nie jest pani mężczyzną, pozostawił za 
sobą parę maleńkich, zielonych 

I co z tego? Kanały w tym przeklętym mieście są pełne 

śmierdzących alg i cuchną jak kanalizacja. 

Nie sądzę, żeby w Wenecji udało się znaleźć ten szczególny 

gatunek alg - odparł hrabia. - Powiedziałbym raczej, że to algi typowe 
dla pewnej wysepki na lagunie... Co by wyjaśniało, dlaczego aż tak 
trudno było znaleźć tego człowieka w mieście. 

Jaka to wyspa? 

background image

O, za wiele pytań, moja damo. Gdy tylko będzie pani miała nową 

suknię, zaprowadzę tam panią osobiście. 

Szybciej, nie traćmy czasu! - Obliwia zwróciła się ostro do 

krawcowej, ponownie robiąc tak gwałtowny ruch, że dopiero co 
zafastrygowany kawałek spódnicy znów się odpruł. 

Do licha! - wrzasnęła rozzłoszczona. - Nie macie pary dżinsów? 

fiozdział C 21) 

- kapitan - 

W ogrodzie Willi Argo Nestor powtarzał kolejny raz: - Nie możesz tego 
zrobić, chłopcze... 

Zabrudzeni smołą i oklejeni pierzem, wycierali nogi o tra-ę j wę, żeby 
nie zapaskudzić smołą żwiru w alejce. Leonard zdjął ) buty i na bosaka 
ściągnął z kolasy dwójkę ciągle jeszcze śpiących żebraków i jak 
najszybciej wniósł ich do domu. 

Dlaczego nie? - nalegał Jason. 

Bo nie dasz rady znieść ich sam, nawet związanych i 

zakneblowanych. Leonard podróżował już kiedyś na Metis, dawno, 
jeszcze za czasów dawnego właściciela... 

Jason spojrzał na niego z mieszanymi uczuciami, zazdrością i zawodem; 
z zazdrością - jak ktoś, kto posiadł skarb 

i nie jest pewny, czy chce się nim dzielić z innymi. A z zawodem -jak 
ktoś, kto długo strzegł sekretu i nagle odkrył, że inni już od dawna go 
znają... Nawet latarnik wiedział o wszystkim... 

background image

Jason, proszę cię! Jest tyle do zrobienia... - nalegał Nestor, 

odgadując jego myśli. - Wkrótce powrócą twoi rodzice, szkoda więc 
tracić czas na jałowe dyskusje. 

Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś, że Leonard też wie o 

Metis? 

- Bo mu to obiecałem - odparł Nestor, patrząc na latarnika, 
wychodzącego właśnie z kuchni pewnym krokiem. 

DBO O BB B 0 0 OBD OBO 0 0 0 D 0 B D 0 0 01! 0 0II8 0 O0B0 OBO 
0 0 0 0 OBO 0 OB 

111 

Leonard odetchnął głęboko i uśmiechnął się półgębkiem. - Ile jeszcze 
osób o tym wie, Nestorze? - syknął Jason wprost do ucha starego 
ogrodnika. - Chciałbym to wreszcie 

wiedzieć! Ile osób wie o wrotach? 

Jason i Leonard doszli do Wrót Czasu, sunąc na suknach, żeby nie 
zostawiać czarnych smug na posadzce. 

Jason wyjął z kieszeni cztery klucze. 

Klik. Klik. Klik. Klik. 

Latarnik zarzucił sobie na plecy dwójkę uśpionych wciąż żebraków, 
uważając, by ich nie upuścić. 

Przeszli przez owalne pomieszczenie i skierowali się na wąskie, wysokie 
schody. 

Jason szedł przodem, a pochylony pod ciężarem latarnik za nim. 

background image

Nikt więcej, Jasonie. Naprawdę.Tylko nasza czwórka i Leonard, 

który nie chciał, żebyście wy o tym wiedzieli... 

Dlaczego? 

Bo uważał, że sobie nie poradzicie. 

Jason poczuł ucisk w żołądku na myśl o tym wszystkim, co się 
niedawno wydarzyło: cały dzień zmarnowany z powodu dwojga 
żebraków, Nestor związany jak baleron, Willa Argo zrabowana i... 

Nic straconego, Jasonie. Myślę, że jeszcze możemy wygrać. 

Chcecie sobie coś jeszcze wyznać? - nieco złośliwie zapytał 

Leonard Minaxo, stając na progu kuchni. - Czy też możemy stąd już 
wyjść i zakończyć tę sprawę raz na zawsze? 

Idziemy - odparł Nestor. 

 

(C0UI7T P © 

OT 

OF © 

"rkckr i.: 

- o O 

 

i i 

fl 

background image

©©©©©©©©ono© 

I 23456 789.10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 30 31 32 33 3.536 37 38 39 40 

obo11d o o ob obo ob o o o o oii0 0 io o d o o d 8 0 obbb obo i) oiib obo 
o ob 

15 i i i b i i r i r b ii i p i i i i p i i i i l i n i u l i i b i l i l 

? 7 pB B ? ? ) B ? 3 BB ?JJPPJJ3i«3J3 iiiimiiii mm 

Wszystko zmienione... - odezwał się, kiedy doszli do korytarza 

zablokowanego przez kamienie. 

Jest przejście między głazami. 

Jason przecisnął się pierwszy. Leonard zsunął z pleców Dieguitę na 
ziemię i przepchnął ją pod kamieniami, a Jason schwycił ją z drugiej 
strony. Potem zrobili to samo z Don Diego, a na końcu przecisnął się 
sam Leonard. 

Kiedy dotarli do pochylni, zrzucili najpierw żebraków, a potem zjechali 
tuż za nimi. 

 

111 

Metisl - wyszeptał Leonard, kiedy wylądował na plaży w grocie. - 

Ta się nic a nic nie zmieniła... 

background image

Załadowali żebraków na łódź. Leonard, oczarowany widokiem, postał 
jeszcze chwilkę na pomoście, podziwiając piękno Metis, po czym 
wszedł na pokład i skierował się wprost do kajuty kapitana. 

Jason słyszał, jak kartkuje dziennik i otwiera skrzynię z ubraniami. 

Po chwili Leonard wyszedł, mówiąc: 

Nie ma kurtki... Ani kapelusza... 

„Ciekawe, co też się z nimi stało" - pomyślał. 

Chłopiec, odgadując jego myśli, odparł: 

Są na poddaszu, w pracowni Penelopy. 

Leonard pokiwał głową w zamyśleniu. 

No tak, tam również trafiliście... 

Potem zwrócił się w stronę steru i zarządził: 

Wszystko zmienione... - odezwał się, kiedy doszli do korytarza 

zablokowanego przez kamienie. 

Jest przejście między głazami. 

Jason przecisnął się pierwszy. Leonard zsunął z pleców Dieguitę na 
ziemię i przepchnął ją pod kamieniami, a Jason schwycił ją z drugiej 
strony. Potem zrobili to samo z Don Diego, a na końcu przecisnął się 
sam Leonard. 

Kiedy dotarli do pochylni, zrzucili najpierw żebraków, a potem zjechali 
tuż za nimi. 

Metisl - wyszeptał Leonard, kiedy wylądował na plaży w grocie. - 

Ta się nic a nic nie zmieniła... 

background image

Załadowali żebraków na łódź. Leonard, oczarowany widokiem, postał 
jeszcze chwilkę na pomoście, podziwiając piękno Metis, po czym 
wszedł na pokład i skierował się wprost do kajuty kapitana. 

Jason słyszał, jak kartkuje dziennik i otwiera skrzynię z ubraniami. 

Po chwili Leonard wyszedł, mówiąc: 

Nie ma kurtki... Ani kapelusza... 

„Ciekawe, co też się z nimi stało" - pomyślał. 

Chłopiec, odgadując jego myśli, odparł: 

Są na poddaszu, w pracowni Penelopy. 

Leonard pokiwał głową w zamyśleniu. 

No tak, tam również trafiliście... 

Potem zwrócił się w stronę steru i zarządził: 

210 

rr 

|[iiiiiin[i!;ii[iiihiH[niiH';#t!!iii!HiH:iri;ii,niiiiiqiii!i;Hiiiiiiiniiiiii!i 

Manfred wsunął pięści w kieszenie swojej dżinsowej kamizelki i 
przeszedł przez ulicę. Hotel nazywał się Windy Inn . 

Podnieś kotwicę. Musimy jak najszybciej zakończyć tę sprawę. 

Jason z trudem przyjął do wiadomości, że to nie on poprowadzi Metis, 
ale postanowił być posłuszny. Podniósł kotwicę i usiadł u boku 
żebraków. Łódź odsunęła się od mola i Leonard chwycił za ster. 

background image

-Jest pan pewien, że wie, dokąd mamy popłynąć? - krzyknął Jason, gdy 
tylko powierzchnię wody pomarszczyły większe fale. 

Żartujesz sobie ze mnie, chłopaczku? 

Zerwał się wiatr i bryzgi piany zbudziły Don Diego. 

Hiszpan, kiedy zobaczył, że znajduje się na pokładzie statku, wybałuszył 
oczy ze strachu i bezskutecznie próbował się uwolnić. 

Dziób Metis uniósł się jak na skrzydłach, a wiatr objął jej kadłub swoim 
magicznym uściskiem. 

Jason spojrzał na jej kapitana: wyprostowany, wysoki i potężny 
wyglądał jak jeden z kamiennych strażników, którzy w starożytności 
strzegli wejścia do Słupów Herkulesa. 

-To ja! Pamiętacie mnie? To ja!-wykrzykiwał Leonard szalony z 
radości, a może i z gniewu. 

Potem, kiedy wiatr przybrał na sile, nastąpił wybuch. 

Przekroczyli barierę czasu. 

(GOtJE? OT I'S$U 'Ot 

(ii - 0 

r © © © © © 6 © © 

 

 

© i 

i? 

r r 

background image

111 

o © © o < 

1234 56789 ip 11 12 13 14 15 16 17 18 1? 20 21 22 23 24 25 2627 28 
TV .(O 31 32 33 34 35 36 37 :l« 39 4Q 

obo 8 8 0 o 08iibo obo 0 8 8 8 8 8 0 o o o o 8 o 8 8 8 8 8b0 8b 8 8 8 o 0 
dbo o 8b 

bi 1 ibi 1 1 1bbi I 1 b 1 1 1 1B1 I I I ] IB1B1 I IBI 1 1 1 

. ? ? bB b ? 7 ? m ? s mm 3 3 3 3 3 3 3 ■> 3 n 3 3 ■> s s 3 3« 3 j j i «t— 

- Wietrzna Gospoda - i przynosił zaszczyt swojemu imieniu. Stał tuż za 
placem miejskim i był nieustannie smagany słona-wym podmuchem 
wiatru od morza. 

Manfred rzucił okiem na hotelowy parking, ale nie zobaczył żadnego 
szarego pickupa. „Może ten przeklęty urzędas miejski się pomylił..." - 
pomyślał. 

Ale przecież oberżysta również zapewniał go, że słyszał o jakimś 
nieznajomym, który dopiero co przybył do miasteczka 

i zatrzymał się w jedynym hotelu w mieście, czyli w Windy Inn. 

Goryl Obliwii zobaczył koślawy budynek, przypominający bryłę soli: 
dwa piętra i mansarda, skrzypiące i pełne przeciągów. 

Manfred rozmyślał o nieznajomym w szkockim kapeluszu, którego 
spotkał tego dnia na drodze, z każdą chwilą bardziej przekonany, że 

background image

musi się o niego dopytać. Zdobycie opon do swego motoru odłożył na 
potem. 

Stanął przed wejściem do hotelu. Drzwi zaskrzypiały i zaklinowały się 
na posadzce. 

Kiedy wszedł do środka, odniósł dziwne wrażenie, że znalazł się nie we 
wnętrzu hotelu, ale na jakimś pomoście. Dziury i przeciągi z każdej 
strony. 

- Jest tu ktoś? - zapytał, rozglądając się za kimś, kogo można by uznać 
za recepcjonistę. 

-Tutaj - odpowiedział mu kobiecy głos. - Witamy! 

W zakurzonym pokoiku siedziała atrakcyjna dziewczyna, z włosami 
upiętymi tysiącem szpilek. 

- Wietrzna Gospoda - i przynosił zaszczyt swojemu imieniu. Stał tuż za 
placem miejskim i był nieustannie smagany słona-wym podmuchem 
wiatru od morza. 

Manfred rzucił okiem na hotelowy parking, ale nie zobaczył żadnego 
szarego pickupa.„Może ten przeklęty urzędas miejski się pomylił..." - 
pomyślał. 

Ale przecież oberżysta również zapewniał go, że słyszał o jakimś 
nieznajomym, który dopiero co przybył do miasteczka i zatrzymał się w 
jedynym hotelu w mieście, czyli w Windy Inn. 

Goryl Obliwii zobaczył koślawy budynek, przypominający 

bryłę soli: dwa piętra i mansarda, skrzypiące i pełne przeciągów. 

background image

Manfred rozmyślał o nieznajomym w szkockim kapeluszu, którego 
spotkał tego dnia na drodze, z każdą chwilą bardziej przekonany, że 
musi się o niego dopytać. Zdobycie opon do swego motoru odłożył na 
potem. 

Stanął przed wejściem do hotelu. Drzwi zaskrzypiały i zaklinowały się 
na posadzce. 

Kiedy wszedł do środka, odniósł dziwne wrażenie, że znalazł się nie we 
wnętrzu hotelu, ale na jakimś pomoście. Dziury i przeciągi z każdej 
strony. 

- Jest tu ktoś? - zapytał, rozglądając się za kimś, kogo można by uznać 
za recepcjonistę. 

-Tutaj - odpowiedział mu kobiecy głos. - Witamy! 

W zakurzonym pokoiku siedziała atrakcyjna dziewczyna, z włosami 
upiętymi tysiącem szpilek. 

212 

llllll! 

'c 

3 S M 

• c 

Kapitan 

—  AJL 

background image

© r • • • • 

Manfred jej nie rozpoznał i burknął jakieś pozdrowienie. 

Agata zaraz przyjdzie - odezwała się dziewczyna. 

„Aha! To fryzjerka!" - przypomniał sobie w tym momencie 

Manfred. -„Gwendalina. Dość często przychodzi do Obliwii ułożyć jej 
włosy. Co ona robi w tym zmurszałym domu? Czeka na kogoś, 
przeglądając kolorowe czasopisma?". 

Agata nie kazała długo na siebie czekać. 

Nie witając się z Gwendaliną, co oznaczało, że fryzjerka siedziała tu już 
od jakiegoś czasu, zwróciła się bezpośrednio do Manfreda: 

Pan sobie życzy? 

Hmm... - Mężczyzna wskazał drzwi wejściowe za swoimi plecami 

i wyburczał: - Dziś spotkałem pana w szarym picku-pie i... 

Fryzjerka gwałtownie odłożyła czasopismo. 

Podwiózł... tego... znaczy... mnie... i... - Manfred oparł się o ladę, 

zdejmując posklejane okulary przeciwsłoneczne. - I... zostawiłem coś w 
jego samochodzie - powiedział jednym tchem. 

Przykro mi - powiedziała Agata, której już się wydawało, że 

złapała rybkę w sieci. 

Manfred kiwnął głową. 

Mówił mi, że tę noc spędzi u was... 

Z pewnością! - odparła dziewczyna, sztucznie uśmiechnięta. 

background image

Świetnie. Mogę zatem... poczekać na niego? 

Od panny Biggles, jednej pani z miasteczka - wyjaśniła 

Gwendalina. - Ten na pierwszym planie to jest ojciec Feniks, a ten w 
głębi, odwrócony plecami... No właśnie, chciałabym, żeby pan 
potwierdził moje przypuszczenia... To chyba jest Ulysses Moore, dawny 
właściciel Willi Argo. 

Oczywiście! - wykrzyknął Manfred, rozpoznając kapelusz 

mężczyzny z pickupa. 

Twarz Gwendaliny rozjaśnił triumfalny uśmiech - uśmiech kogoś, kto 
ma w garści sensację. 

Nie mogła się doczekać, kiedy opowie o tym wszystkim paniom w 
miasteczku. 

Rozdział 122) - CZARNY GONDOLIER - 

Julia i Rick weszli na dziedziniec Domu Cabota tak pewnie, jakby to był 
ich dom. Z największym trudem powstrzymali okrzyk radości na widok 
czekającego na nich Jasona. Zobaczyli związanych, umazanych smołą 
żebraków i wysokiego, barczystego mężczyznę z przepaską na oku. 

To jest Leonard - Jason przedstawił im latarnika. 

Dzień dobry - pozdrowiła go Julia, nieco onieśmielona 

nieoczekiwaną wizytą. 

My się znamy - powiedział Rick. 

Banner - rzekł cicho Leonard. - Masz takie same włosy jak twój 

ojciec. 

Wiedząc, że mają mało czasu na rozmowę, Jason ograniczył się do 
krótkiego wyjaśnienia, że Leonard jest przyjacielem Nestora i że pomógł 

background image

mu odstawić dwójkę żebraków z powrotem do Wenecji. Z kolei Julia i 
Rick powiedzieli, że za bramą czekają na nich pewni państwo. 

Wyszli przed bramę. 

Julia była szczęśliwa, a jednocześnie speszona: 

Znaczy... to... - zaczęła - to jest... mój brat Jason - udało jej się 

wreszcie wyjąkać. - Jasonie, to są państwo Callerowie, Rossella i Albert. 

Bardzo mi miło - powiedział Jason, wyciągając rękę. Po chwili 

jednak spostrzegł, że jest umazana smołą, więc czym prędzej cofnął 
dłoń. - Państwo wybaczą, dzień był nieco... wyczerpujący. 

iMKf 

ntnuu 

— 

'C. 

mrp wc»)i 

Nie wątpię - odezwał się Albert, patrząc ze źle ukrywanym 

obrzydzeniem na tego brudnego chłopaczka, całego oblepionego 
pierzem, który właśnie wyszedł z opuszczonego od lat Domu Cabota. 

Po krótkiej naradzie zdecydowali się rozdzielić. Dzieci miały pójść z 
Callerami, a Leonard, dla niepoznaki, wyszedłby nieco później, by 
odstawić żebraków do Piombi, więzienia w Wenecji. 

Spotkamy się za godzinę - zarządził. - Wystarczy wam? 

Jason popatrzył na Julię i Ricka, nie wiedząc, co odpowiedzieć. 

Sądzę, że może lepiej byłoby za dwie - odpowiedziała 

dziewczynka. - Musimy odbyć małą przejażdżkę gondolą... 

background image

Gromadka ruszyła na plac św. Marka. 

Więc mieszkacie w Domu Cabota? - zapytał pan Caller Jasona. 

Tak, ale... jesteśmy tu tylko przejazdem - odpowiedziała za brata 

Julia. - Mój brat musiał... 

Wykonać kilka prac w piwnicy - wtrącił Jason. 

Macie piwnicę? To rzadkość w Wenecji. 

Hmm... może nie dosłownie piwnicę... - odparł chłopiec. - To są 

takie wilgotne i brudne pomieszczenia. Woda przeciekała i musieliśmy 
je zalać... smołą... A poza tym... te gołębie! 

Rossella, obok której dreptał niestrudzony Diogo, zgodziła się z 
chłopcem. 

 

Są nie do wytrzymania. Wszędzie zakładają gniazda! , ¿ś - 

powiedziała z niechęcią. 

Jason uznał, że to nie najlepszy moment, by opowiedzieć Julii i Rickowi 
o Kilmore Cove. Wolał uniknąć ciekawości nieznanych mu państwa 
Callerów. 

Chyba znaleźliśmy go - zaczął opowiadać Rick, mając na myśli 

Petera i chcąc jak najszybciej poinformować przyjaciela o rezultatach 
ich poszukiwań. 

Państwo Callerowie byli wspaniali, Jasonie! - wtórowała Rickowi 

Julia. 

background image

Och, nie przesadzajcie - przyhamował ich Albert. -Wcale nie było 

tak trudno zorientować się, gdzie znaleźć tego 

tm Czarnego Gondoliera. 

Czarnego Gondoliera? - spytał Jason, wyskubując sobie pióra z 

włosów. 

Peter nie mieszka w samej Wenecji, lecz na wysepce zwanej 

Wyspą Masek. 

O zachodzie słońca spotkamy się z Czarnym Gondolie- \ rem, 

który nas tam zawiezie. 

Gdzie mamy się z nim spotkać? 

To była niezła zagadka - odpowiedziała Julia - i bez pomocy 

Alberta nigdy byśmy jej nie rozwiązali! Na kartce było napisane gdzie 
odpoczywa lew. 

Jason pomyślał chwilkę. 

Hmm... coś podobnego widziałem w kreskówce - powiedział. - 

Czy to nie dlatego, że gdzieś w Wenecji znajduje 

 

 

S. 

się pomnik lwa? Gdzie odpoczywa lew mogłoby oznaczać cień, który 
rzuca ten lew. 

Albert uniósł brwi, porażony bystrością poznanego właśnie chłopca. 

background image

- Tak, tak właśnie jest! - zawołała uradowana Rossella. - Jesteśmy 
przekonani, że Czarny Gondolier czeka na nas w miejscu, gdzie kończy 
się cień lwa z placu św. Marka. 

Zachodzące słońce złociło dachy Wenecji. Kiedy przechodzili przez 
most delia Paglia, wszyscy troje myśleli o tym, co ich czeka. 

Peter Dedalus żył, tego byli już absolutnie pewni. Podobnie byli pewni, 
że cień lwa z placu św. Marka, precyzyjny jak igła kompasu, zaprowadzi 
ich do pracowni zegarmistrza. Najpierw jednak musieli znaleźć 
Czarnego Gondoliera, jedynego, który może ich zawieźć na Wyspę 
Masek. Trzeba to było zrobić jak najszybciej - poszukiwania Petera 
przedłużały się i byli już bardzo spóźnieni. 

Pewnie Obliwia nas uprzedzi... - szepnęła Julia, zmartwiona. 

Nawet o tym nie myśl, siostrzyczko - dodał jej otuchy Jason, 

paradujący po Wenecji w ubraniu ubrudzonym smołą i upstrzonym 
ptasimi piórkami. 

Przy każdym ruchu sfruwały z niego te piórka. 

Mam pomysł... - powiedział cicho Rick, rozglądając się dokoła. - 

Czarny Gondolier jest pewnie w czarnym stroju... 

- Gratuluję polotu, Rick! - zadrwił Jason, udając zdziwię- ,, nie. - 
Prawdziwe odkrycie! 

Doszli do placu św. Marka i poszukali wzrokiem dwóch kolumn. 

Lew... - wyjaśnił Albert Caller. - Tajemniczy symbol naszego 

miasta. 

Dlaczego tajemniczy? 

background image

Ponieważ nie wiadomo, kto i skąd go tu przywiózł. Jedni 

powiadają, że w rzeczywistości to jest chimera, stara rzeźba chińska, 
której dorobiono skrzydła i... 

Rossella wskazała na drewnianą budkę pod kolumną i, przerywając 
rozważania męża, zapytała: 

Herbata z przyprawami dla wszystkich? 

Rick spojrzał na długi cień, biegnący od kolumny w stronę laguny. 

Gdzie odpoczywa lew... - szepnął, mając nadzieję, że prawidłowo 

odgadli zagadkę, nie mieli bowiem w zanadrzu żadnego innego 
rozwiązania. 

Słońce zniżało się nad dachami i cień lwa z każdą chwilą się wydłużał. 

Kiedy na niebie pozostał już tylko złocisty skrawek, a całe towarzystwo 
od kilku chwil parzyło sobie usta pachnącą herbatą, Rick wskazał 
miejsce, gdzie odpoczywał lew - cień ostatecznie padł na pal z 
pozłacanym szczytem. Na wodzie kołysała się, uwiązana do tego pala, 
gondola z metalowym dziobem. 

Należała do ciemnoskórego mężczyzny z kolczykiem w lewym uchu, w 
pantoflach o zakrzywionych noskach i w nakryciu głowy podszytym 
czerwonym jedwabiem. Czarny Gondolier. 

Kiedy dzieci spytały go, czy mogą wsiąść do łodzi, gondolier spojrzał 
wymownie na Jasona i pokręcił przecząco głową. Kości policzkowe 
miał szerokie, oczy małe i głęboko osadzone. 

Nie waż się nawet zbliżyć stopy do mojej gondoli! - uprzedził 

chłopca. 

Ale to tylko pióra! 

background image

Prosimy pana bardzo! - odezwał się Rick. - Potrzebujemy pana! ' 

Jestem do waszej dyspozycji. Powiedziałem tylko, że on nie może 

wsiąść do mojej gondoli. Czy państwo są rodzicami tych dzieci? - spytał 
po chwili, widząc nadchodzących Alberta i Rossellę Callerów. 

O nie... Ale podróżujemy razem. 

A dokąd macie zamiar popłynąć? 

Na Wyspę Masek. 

Nie ma takiej wyspy. 

Nasz przyjaciel powiedział nam, że pan ją zna... 

A kim jest wasz przyjaciel? 

Nazywa się Peter Dedalus. 

Czarny Gondolier pokręcił głową. 

Nie znam go. 

Może zmienił nazwisko - nalegał Albert. - Pochodzi z Anglii, robi 

zegary i wspaniałe urządzenia mechaniczne. 

Niech pan posłucha tego! - wtrąciła się Rossella. I nakręciła 

pozytywkę wmontowaną w ramę obrazu. Na dźwięk muzyki Diogo 
natychmiast stanął na tylnych łapkach i zaczął tańczyć. 

Gondolier mimo woli roześmiał się i z niedowierzaniem pokręcił głową: 

Może wasz przyjaciel nazywa się Piętro Anglik? 

Tak! To on! - wykrzyknął szybko Rick. 

To może wiem, gdzie znaleźć Wyspę Masek.' 

background image

Wiwat! Proszę pana, płyńmy tam szybko! 

Wszyscy? 

Zapłacimy każdą sumę - pospiesznie wtrącił Albert, wskazując 

znacząco na zabrudzonego Jasona. 

No dobrze - westchnął mężczyzna i pomógł im wsiąść do łodzi. 

Kiedy przyszła kolej na Jasona, owinął go w prześcieradło i ostrzegł: - 
Żebyś mi się nie ruszał. W przeciwnym razie wrzucę cię do laguny. 

(...) 

 

-To do mnie! - zaszczebiotała pani Bowen, biegnąc do telefonu w 
swoich kapciach do froterowania podłogi. - Halo? Więc jednak? 
Naprawdę? Przyjdę natychmiast! 

Rozłączyła się i przemknęła niczym błyskawica, mijając po drodze męża 
pochłoniętego rozwiązywaniem wielkiej krzyżówki. 

Zdumiony doktor Bowen podniósł wzrok. Nie przypominał sobie, by 
kiedykolwiek widział swoją żonę przebierającą się i opuszczającą dom 
w takim tempie. 

Do zobaczenia! Kolacja jest w piecyku! - krzyknęła jeszcze, 

pospiesznie zamykając za sobą drzwi. 

Cały dzień Edna tryskała energią. Oczywiście, często bywała poruszona, 
wracając od fryzjerki z nowinkami z miasteczka... ale w takiej euforii 
mąż jej dotąd nie widział. No, może raz, kiedy pacjent doktora 
podarował jej dwa bilety na koncert Eltona Johna w Torquay. 

background image

Doktor Bowen napawał się przez moment tą niespodziewaną chwilą 
spokoju, po czym postanowił zjeść kolację. Uwaga żony o piecyku 
kazała mu przypuszczać, że będzie musiał ją spożyć $am. 

Wielki pulpet - zauważył, spoglądając przez szybkę w piecyku. 

Otworzył lodówkę w poszukiwaniu piwa, potem przypomniał sobie, że 
ma jeszcze dwie butelki w piwnicy. Schodząc po nie, minął telefon. 
Żona źle odłożyła słuchawkę. Gdy ją poprawiał, przyszedł mu do głowy 
pewien pomysł. Jaki to był numer? Ursus... 

Spróbował dwa razy, zanim udało mu się wybrać właściwy numer 
dyrektora szkoły. 

Hej, stary! - pozdrowił go. - Jestem sam w domu z wielkim 

pulpetem i dwoma piwami. Nie wpadłbyś dotrzymać mi towarzystwa? 

 

v mm 

(CO'JIT$ OF l™m OF CRAĆiP U; 0 

e e © © © © o © © o © r © © 

1 2 3456 76? 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 
24272829 ,30 31 32 33 :-4 35 36 37 38 39 40 

£0 0 0 B 0 OOIlBfl OBO 0 0 0 0 fl 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 OOBO OBO 0 0 
0 0 OBO 0 OB 

1 1 B 1 1 1 I B B 1 1 I B 1 1 1 1 B I I 1 1 1 1 H 

BB B ? ? ? B ? 3 BB ) ) ) ! i ) i liiri 11 

r I 1 1 B I I 11 

13 3 m 3 3 3 3 f«f 

background image

Dyrektor chwilkę się zastanowił i odpowiedział: 

Dziękuję, bardzo chętnie. 

Świetnie. Wkładam piwo do lodówki. 

Powiedz mi, wiedziałeś o tej historii ze zmarłym? 

Doktor Bowen prychnął. 

Co takiego? 

Powiedziała mi o tym nauczycielka, panna Stella - wyjaśnił Ursus 

Marriet. - Zrobili coś w rodzaju zebrania u panny Biggles... Była tam 
między innymi twoja żona... Hmm... Przypominasz sobie dawnego 
właściciela Willi Argo? 

Masz na myśli Moore'a? Tak, zmarł w zeszłym roku. 

Właśnie. Wydaje się, że nie umarł. Ktoś go widział dzisiaj w 

miasteczku, w szarym chevrolecie czy w czymś podobnym... 

Żartujesz? 

Wcale nie żartuję. Czy zaproszenie nadal ważne? 

Do licha, tak... - odparł doktor Bowen. - Tylko się pospiesz! 

Rozdział (.23) WYSPA MASEK 

rftsrs?*- & 

c'» W*'1'* 

 

ondola sunęła po lagunie, pozostawiając Wenecję daleko w tyle. O 
zachodzie woda jakby zapłonęła ogniem i zaczęła parować. 

background image

Mielizny pełne były brodzącego ptactwa, a węgorze przemykały pod 
powierzchnią wody, płytkiej i szarej. 

Latarnia - mruknął do siebie Czarny Gondolier, kiedy zapadł mrok 

i woda przybrała ciemniejszą barwę. 

Tam, gdzie już słońce nie ogrzewało wody, podniosła się delikatna, 
wilgotna mgła. Czarny Gondolier sprawnie wpłynął w tę mgłę, która 
wkrótce otoczyła ich niczym drżąca zasłona. Spowici w tę szarość, 
sunęli po nieruchomej'tafli wody, zdani wyłącznie na gondoliera. 

W końcu - kiedy dzieciom zdawało się, że płyną już całą wieczność - 
dziób zazgrzytał o piaszczyste dno i utknął. 

San Giorgio in Alga - oznajmił Czarny Gondolier. Jego złoty 

kolczyk zalśnił w świetle latarni. - Wyspa Masek. 

Dzieci zeszły pierwsze i pomogły wyciągnąć gondolę na brzeg. 

Znaleźli się na plaży pokrytej algami, które stopniowo ustępowały 
miejsca drzewom. 

Środkiem wyspy biegła kręta ścieżka. 

Wszystkie domy mieszkalne, zresztą nieliczne, znajdują się po 

wschodniej stronie... - wyjaśnił Czarny Gondolier. - A po przeciwnej 
jest męski klasztor. Piętro Anglik mieszka obok, w drewnianym domu 
przylegającym do klasztornego muru. Dojście do niego nie powinno 
wam zająć więcej niż dziesięć minut. 

Gondola sunęła po lagunie, pozostawiając Wenecję daleko w tyle. O 
zachodzie woda jakby zapłonęła ogniem i zaczęła parować. 

Mielizny pełne były brodzącego ptactwa, a węgorze przemykały pod 
powierzchnią wody, płytkiej i szarej. 

background image

Latarnia - mruknął do siebie Czarny Gondolier, kiedy zapadł mrok 

i woda przybrała ciemniejszą barwę. 

Tam, gdzie już słońce nie ogrzewało wody, podniosła się delikatna, 
wilgotna mgła. Czarny Gondolier sprawnie wpłynął w tę mgłę, która 
wkrótce otoczyła ich niczym drżąca zasłona. Spowici w tę szarość, 
sunęli po nieruchomej "tafli wody, zdani wyłącznie na gondoliera. 

W końcu - kiedy dzieciom zdawało się, że płyną już całą wieczność - 
dziób zazgrzytał o piaszczyste dno i utknął. 

San Giorgio in Alga - oznajmił Czarny Gondolier. Jego złoty 

kolczyk zalśnił w świetle latarni. - Wyspa Masek. 

Dzieci zeszły pierwsze i pomogły wyciągnąć gondolę na brzeg. 

Znaleźli się na plaży pokrytej algami, które stopniowo ustępowały 
miejsca drzewom. 

Środkiem wyspy biegła kręta ścieżka. 

Wszystkie domy mieszkalne, zresztą nieliczne, znajdują się po 

wschodniej stronie... - wyjaśnił Czarny Gondolier. - A po przeciwnej 
jest męski klasztor. Piętro Anglik mieszka obok, w drewnianym domu 
przylegającym do klasztornego muru. Dojście do niego nie powinno 
wam zająć więcej niż dziesięć minut. 

Rick kiwnął głową. 

Idziemy? 

Albert i Rossella wymienili spojrzenia. 

Gdyby to wam nie sprawiło różnicy, wolelibyśmy tu zostać i 

poczekać na was - powiedziała cicho pani Caller, podejrzliwie 
rozglądając się dokoła. 

background image

Oczywiście - skłamał Rick, bo w rzeczywistości mgła na wyspie i 

jego bardzo speszyła. - Załatwimy to błyskawicznie. 

Rossella uścisnęła dłoń Julii, jakby prosząc ją o ostrożność. 
Dziewczynka zabrała ze sobą Dioga i pobiegła ścieżką w ślad za bratem 
i Rickiem. 

Chwilę później rozległ się trzask łamanej gałęzi. 

Albercie, co to takiego? - spytała Rossella, wpatrując się w mgłę. 

Wokół ścieżki ciągnął się las, sprawiający niesamowite wrażenie. 
Czarne pnie i konary drzew, spowite w szarą materię mgły, nabrały 
kanciastych geometrycznych kształtów. Jakieś duże ptaki poderwały się 
do lotu, wydając okrzyki stłumione przez noc. Kiedy ścieżka się 
rozdzieliła, dzieci skierowały się w stronę klasztoru. 

Co za przejmujące miejsce... - odezwał się Rick. 

Nagle rozległo się pohukiwanie sowy. Julia aż podskoczyła 

ze strachu i ścisnęła Ricka za rękę. 

Nie odzywając się do siebie ani słowem, trzymali się mocno za ręce, 
dopóki nie dotarli do murów otaczających klasztor. 

Za murem zobaczyli majaczące we mgle niskie, ustawione w kwadrat 
zabudowania klasztorne. 

Obeszli je z lewej strony, gdzie teren się lekko wznosił. 

Z góry mogli lepiej widzieć cały kompleks klasztorny - wielki budynek, 
który wystawał ponad mgłę niczym grzbiet gigantycznego żółwia. 

W górze, od strony, w którą zmierzali, stał mały kościół z masywną 
dzwonnicą. Dostrzegli światło świec z refektarza i doszedł ich 
melodyjny śpiew. Chór niskich głosów śpiewał modły po łacinie. 

background image

Za zasłoną mgły Jason, Julia i Rick wypatrzyli drewniany dom, 
wciśnięty między mur a tyły kościółka. To powinno być mieszkanie 
Petera. Okna były rozświetlone, co oznaczało, że ktoś był wewnątrz. 

Gdy podeszli jeszcze bliżej, bez trudu rozpoznali piskliwy głos Obliwii 
Newton. 

Mówiłam... - szepnęła Julia. - Uprzedziła nas. 

Spróbujmy podsłuchać, o czym mówią - zaproponował cicho 

Jason. 

Hrabia Cenere rozejrzał się podejrzliwie dokoła. Skryty we mgle, w 
końcu zdjął maskę. Odetchnął głęboko chłodnym powietrzem, postawił 
na ziemi oliwną lampę i wyprostował ramiona. 

Potem zaczął cichutko pogwizdywać, zapytując się w myślach, jak 
długo jeszcze wypadnie mu tu czekać. 

Nie przejmował się tym zbytnio. Przez ostatnie dwa dni zarobił więcej 
pieniędzy niż w całym ubiegłym roku. I to tylko za znalezienie 
zegarmistrza. 

Kiedy już dotarli do domów na San Giorgio, nie zajęło im wiele czasu 
podejście do klasztoru. 

Hrabia Cenere zastanawiał się poważnie, czy nie zostawić tej 
rozhisteryzowanej kobiety na wyspie i nie wrócić do Wenecji, 
zważywszy, że w gruncie rzeczy jego zadaniem było odnalezienie Pietra 
Anglika, a nie praca w charakterze przewodnika turystycznego. 

Ostatecznie jednak, mając na uwadze jakiś dodatkowy łatwy zarobek, 
postanowił postać i poczekać. 

Dla zabicia czasu zrobił obchód wyspy, wędrując leniwie jedyną 
ścieżką, która rozdzielała wyspę na pół. Podczas prze-chadzki posłyszał 

background image

jednak zbliżające się szybko głosy, ponownie więc nałożył maskę i ukrył 
się w lesie. 

Wkrótce potem zobaczył trójkę dzieci, z których jedno miało na sobie 
dziwne czarne ubranie pokryte ptasimi pió- 

rami. 

Zaciekawiony zszedł zobaczyć, skąd nadeszli. Na plaży zauważył 
światło latarni gondoli i zbliżył się, by sprawdzić, czy ktoś tam jest. 

Przez mgłę dostrzegł zarys sylwetek trzech osób. Podchodząc jeszcze 
bliżej, przez nieuwagę nastąpił na gałąź i złamał ją. 

- Albercie? Co to takiego? - zapytała pani Caller, której głos hrabia 
Cenere natychmiast rozpoznał. 

Kiedy w Willi Argo zadzwonił telefon, Nestor miał ręce pełne 
przedmiotów, które Don Diego i Dieguita powynosili z domu. Usiłował 
poukładać wszystko na swoim miejscu, ale zauważył, że dwie lampy 
całkiem się potłukły, a figurka z glinki straciła głowę.„Może z pomocą 
odrobiny kleju..." - pomyślał. 

Telefon nadal dzwonił. 

Tak, słucham? - burknął ogrodnik, biorąc słuchawkę do ręki i 

kopiąc jakieś walające się pod nogami szmaty. 

Potrzebował kilku sekund, by zrozumieć, z kim mówi. 

Panno Biggles, z łaski swojej, proszę wziąć oddech! Nic nie 

rozumiem! 

Nic, kochanie. Jakieś zwierzę... 

Hrabia Cenere nastawił uszu. 

background image

Miejmy nadzieję, że dzieci załatwią tę sprawę szybko - odezwała 

się po chwili Rossella. 

Dom zegarmistrza jest niedaleko - zapewnił ją gondolier, który stał 

koło nich. 

Zegarmistrz? Oni też? Dlaczego taki ważny był ten dziwny rzemieślnik? 

Hrabia Cenere westchnął. Może nadeszła pora, by wrócić i rzucić okiem 
na tego tajemniczego Pietra Anglika? I może, na zakończenie tego 
dobrego dnia, znalazłby się wreszcie jakiś powód, żeby zamknąć w 
więzieniu małżonków Caller. 

Wyspa Masek 

Odłożył na podłogę bibeloty, które trzymał w drugiej ręce, i usiadł. 

Tak, to ja, Nestor. Co ma do tego Windy Inn...? Jasne, że wiem, co 

to jest, to hotel! Co takiego? Dawny właściciel jest w Windy Inn? 
Ulysses Moore? Ależ... ależ... to niemożliwe! Sądzę, że.... A kto go tam 
widział? Fotografia? To ojciec Feniks go widział? Jest pani pewna? 

Panna Biggles zaczęła prawie krzyczeć i w końcu Nestor ustąpił. 

Dobrze, przyjdę zobaczyć. Na pewno. Zaraz przyjdę. Dobrze, jak 

pani chce... Spotkamy się wszyscy w Windy Inn... Tak, na pewno. Do 
zobaczenia, Kleopatro. 

Kiedy się rozłączył, po głowie krążyły mu tysiące myśli -a ta o zrobieniu 
porządku w Willi Argo stała się nagle najmniej ważna. Ulysses Moore w 
miasteczku? Ale... jak to możliwe? 

Zgromadził wszystkie przedmioty w jednym miejscu i zebrał szmaty z 
podłogi. Potem obszedł szybko cały dom, pozamykał okna, drzwi i 
wyszedł. 

background image

Zjazd do miasteczka na motorze był wykluczony; zrobiło się już ciemno, 
a poza tym za bardzo się już zmęczył tego dnia. 

Dalej, ślicznotko! Pojedziemy zobaczyć, co się dzieje - powiedział 

na głos, krzyżując swoje spojrzenie z uważnym spojrzeniem klaczy 
Leonarda. 

Rozdział I 24) - SPOTKANIE - 

Rozdział 124) - SPOTKANIE - 

hłopcom, wspinającym się po murze okalającym klasztor, udało się 
wejść na drugie piętro domu Petera, gdzie zauważyli niedomknięte 
okno. Julia nakazała Diogo, żeby na nią grzecznie poczekał i w żadnym 
wypadku nie szczekał. Potem wspięła się, podobnie jak chłopcy, 
wśliznęła przez okno i weszła do niezwykłej pracowni, pełnej dziwnych 
mechanizmów 

Było tu wszystko: młoteczki, sprężyny, ramy i przeguby metalowe. Po 
jednej stronie zamknięte drzwi prowadziły do kościoła, po drugiej - 
drewniane schody biegły w dół. Pokój był ciemny, ale z niższego piętra 
przez deski w podłodze prześwitywało światło wielu świec i dochodziły 
odgłosy żywej dyskusji. 

Skradając się na palcach, dzieci doszły do schodów, przykucnęły na 
najwyższym stopniu i po raz pierwszy zobaczyły Petera Dedalusa. 
Malutki mężczyzna z długim nosem, w okularach, osaczony przez 
neurotyczną Obliwię Newton. 

Zaraz tam pójdę i... - wściekał się Jason. 

Rick go powstrzymał. 

Psst! Najpierw posłuchajmy, o czym mówią. 

background image

Czemu mnie prześladujesz? - użalał się Peter, trzęsąc głową. - 

Czemu tak nalegasz? 

Peter, skarbie... 

I nie mów do mnie SKARBIE! - wykrzyknął. - Wiem doskonale, 

że wcale ci na mnie nie zależy! Wiem doskonale, 

że mnie oszukiwałaś i że robisz to nadal! Ty... ty chcesz jedynie 
wiedzieć wszystko o wrotach... i o kluczach... Chcesz wiedzieć, cośmy 
zrobili i dlaczego to zrobiliśmy. 

Och, nie, mylisz się, Peter. Wcale mnie to nie obchodzi. Wiem 

bardzo dobrze, co zrobiliście: próbowaliście ukryć wszystkie wrota. I 
wyłączyliście z obiegu wszystkie klucze. Wszystkie, w tym te dwa. 

Na szyi Obliwii mignęły klucze z kotem i z główką lwa. 

Klucz z lwem! - wykrzyknął malutki mężczyzna. - Nie... to 

niemożliwe! Obliwio, ty nie możesz go mieć! 

To jest nasz klucz, Peter. Klucz otwierający wrota, które sam 

skonstruowałeś dla... 

Nie! - przerwał jej gwałtownie. - Ja nie skonstruowałem 

żadnych drzwi! Wrota już były. Wszystkie wrota już były. 

Aaa... Pierwsza wiadomość: to nie wy skonstruowaliście wrota. A 

zatem kto? 

Nikt tego nie wie. Nie wiem ani ja, ani Ulysses, ani Pene-lopa. 

Nikt. To była jedna z naszych zasad. 

Zasad? 

background image

Peter wśliznął się w kąt pokoju, objąwszy głowę rękami. 

Tak, zasady... zasady, które ja złamałem. Obliwia przysunęła sobie 

krzesło i usiadła. 

Powiedz mi coś o tych zasadach, Peter. 

Nie... Ja... nie mogę... 

Czemu nie możesz? Twoi dawni przyjaciele już nie żyją. 

Pozostałam tylko ja. 

stS 

Ale ty... jak zdobyłaś ten klucz? - szepnął Peter. - Przecież 

otworzyłem wrota w Domu Luster, po czym wyjąłem klucz i przesłałem 
go Ulyssesowi. On powinien go schować w bezpiecznym miejscu razem 
z pozostałymi kluczami... 

A tymczasem nie, skarbeczku. Ulysses jest na tamtym świecie, a 

klucz miał jego ogrodnik. 

Ogrodnik? - spytał z niedowierzaniem Peter. 

Tak, ogrodnik - potwierdziła Obliwia z triumfalnym uśmiechem. 

Ten stary wariat?... 

Ten sam - powiedziała kobieta. - Może odkrył, gdzie były 

schowane pozostałe klucze i zaczął ich używać. 

Peter spojrzał na nią uważnie. 

Może więc to on otworzył wrota. Pierwszym... pierwszym... 

Jakim pierwszym, Peter? 

Pierwszym Kluczem - wyszeptał, dysząc ciężko Peter. 

background image

Bardzo dobrze. Wiadomość druga. A zatem: co to takiego 

Pierwszy Klucz? 

Nie, tego nie mogę ci zdradzić. To jest wbrew wszelkim zasadom. 

A co to za święte zasady, Peter? 

Malutki mężczyzna jednym tchem wyrecytował: 

Zasada pierwsza: chronić Kilmore Cove. Zasada druga: nikomu 

nie mówić o wrotach. Zasada trzecia: nie próbować dociec, kto je 
skonstruował. 

Ale ty... jak zdobyłaś ten klucz? - szepnął Peter. - Przecież 

otworzyłem wrota w Domu Luster, po czym wyjąłem klucz i przesłałem 
go Ulyssesowi. On powinien go schować w bezpiecznym miejscu razem 
z pozostałymi kluczami... 

A tymczasem nie, skarbeczku. Ulysses jest na tamtym świecie, a 

klucz miał jego ogrodnik. 

Ogrodnik? - spytał z niedowierzaniem Peter. 

Tak, ogrodnik - potwierdziła Obliwia z triumfalnym uśmiechem. 

Ten stary wariat?... 

Ten sam - powiedziała kobieta. - Może odkrył, gdzie były 

schowane pozostałe klucze i zaczął ich używać. 

Peter spojrzał na nią uważnie. 

Może więc to on otworzył wrota. Pierwszym... pierwszym... 

Jakim pierwszym, Peter? 

Pierwszym Kluczem - wyszeptał, dysząc ciężko Peter. 

background image

Bardzo dobrze. Wiadomość druga. A zatem: co to takiego 

Pierwszy Klucz? 

Nie, tego nie mogę ci zdradzić. To jest wbrew wszelkim zasadom. 

A co to za święte zasady, Peter? 

Malutki mężczyzna jednym tchem wyrecytował: 

Zasada pierwsza: chronić Kilmore Cove. Zasada druga: nikomu 

nie mówić o wrotach. Zasada trzecia: nie próbować dociec, kto je 
skonstruował. 

ittnuu »ta tf» 

 

 

Kiedy skończył, Obliwia chwilkę odczekała, po czym zaczęła się 
drwiąco śmiać. 

I to są te straszne zasady twoich przyjaciół? O, nieba! Co za 

dziecinada... Wydaje mi się, że mnie cofnięto do czasów harcerstwa: nie 
zostawiaj ognia w lesie i nie zabijaj zwierząt! Bądź tak dobry i zaspokój 
moją ciekawość, kto ustanowił te zasady? 

Moore. 

Ach, więc to ten mityczny Ulysses Moore, niewidzialny arbiter 

całej tej historii? A powiedz... co by się stało, gdybyście odkryli, kto był 
konstruktorem wrót? 

Tę zasadę ustalił po tym, jak próbowaliśmy na wszelkie sposoby to 

odkryć. Po tym, jak za każdym razem ryzykowaliśmy życiem, a potem 
musieliśmy kapitulować wobec tajemnicy. 

background image

A Pierwszy Klucz? 

W tym momencie za murem zaczął ujadać pies. 

Wyjdę... - powiedziała Julia, słysząc szczekanie Dioga. 

Jason położył jej rękę na ramieniu. 

Nie, to ja pójdę. 

Przeszedł przez pokój, starając się poruszać jak najciszej, i tak, jak 
wszedł, tak przez to samo okno zeskoczył na mur, a stamtąd na ziemię. 
Gdy tylko dotknął stopami ziemi, pies przestał szczekać. 

Diogo - szepnął Jason, rozglądając się dokoła. 

Potem odszedł kawałek w stronę lasu. 

Diogo, gdzie się podziałeś? 

Nagle wydało mu się, że go widzi, siedzącego nieruchomo pośrodku 
ścieżki. 

Diogo? 

Chłopiec zbliżył się wolno, pewien, że się pomylił. 

Jakaś dłoń w rękawiczce niespodziewanie schwyciła go z tyłu i zobaczył 
nad sobą ptasią maskę z zakrzywionym dziobem. 

Jeden ruch, smarkaczu, i skończę z twoim pieskiem... - wysyczał 

hrabia Cenere.  > 

Obliwia wyjrzała przez okno, a kiedy pies przestał szczekać, powróciła 
do sprawy. 

A zatem, Peter... Po co te wszystkie sekrety? 

background image

Kilmore Cove mogło się stać miastem cudów, takich bi-

letowanych... - wyszeptał Peter. 

To się nazywa biznes, skarbie, i wcale nie jest takie złe. 

My na to patrzyliśmy inaczej. 

Och, popatrz, popatrz, jacy romantyczni! Zamiast umożliwić 

całemu światu poznanie miejsca tak niewiarygodnego, jak Kilmore 
Cove, wy postanowiliście je... ukryć! Kazać mu zniknąć z powierzchni 
świata! Ukryć miasteczko w dwudziestym pierwszym wieku! Nic nie 
rozumiecie? Żyjemy w epoce łączności, w dobie Internetu, satelitów, 
telefonów komórkowych... a wy... Co wy robicie? 

Nie zakładamy Internetu ani luksusowych hoteli. To nasza 

pierwsza zasada: chronić Kilmore Cove. Wyrzekliśmy się też podróży w 
czasie. Nawet tego się wyrzekliśmy. 

I potem... niestety, pojawiłam się ja. I uderzyłam w najsłabsze 

ogniwo waszej grupy. - Obliwia podeszła do Petera, owiewając go 
znowu wonią perfum. - I słabe ogniwo wyśpiewało za dużo... 

Nie wyśpiewałem! Ja... ja sądziłem, że ty jesteś podobna do mnie. 

Ja cię kochałem! 

Skarbie, ja też cię kochałam. Ale ty, zamiast powiedzieć mi 

wszystko... pewnego pięknego dnia uciekłeś i zostawiłeś mnie samą. 

Ty mnie nigdy nie kochałaś, Obliwio - rozszlochał się Peter. - Ty 

chciałaś tylko wiedzieć, jak panować nad wrotami. ' 

Jeśli o to chodzi, to teraz też chcę to wiedzieć. Powiedzmy, że to 

byłby twój ostatni prezent dla mnie. Peter... podaruj mi go i zniknę raz 
na zawsze. Dalej, skarbie, nie każ się prosić... - szeptała Obliwia, 

background image

głaszcząc gęste włosy zegarmistrza szczupłymi palcami o fioletowych 
paznokciach. 

Peter zamarł w milczeniu, kompletnie oszołomiony zapachem Obliwii. 

Potem podszedł do szafki pełnej szuflad. Wyjął z niej stary album i 
dziwny aparat fotograficzny. Położył obie te rzeczy na stole i 
powiedział: 

Z4i 

m* 

 

tx- 

Tak naprawdę tęsknię za Kilmore Cove... tęsknię za ludźmi, 

których znałem. Ostatnimi laty wciąż o nich myślałem. O was. Niemal 
każdego dnia oglądałem was na tych starych zdjęciach... 

Obliwia z roztargnieniem otworzyła album. 

Kilka miesięcy po przybyciu do Wenecji próbowałem powrócić - 

ciągnął Peter. - Poszedłem na calle deli' Amor degli Amici, żeby 
sprawdzić, czy wrota są jeszcze otwarte. Ale były zamknięte. 
Pomyślałem, że może ktoś przeszedł zamiast mnie i pozostał w Kilmore 
Cove... Mimo że, jak wiesz, wrota są dobrze ukryte. 

Jeszcze jak. Kto jest na tej fotografii? 

Ojciec Feniks - odpowiedział Peter, spoglądając na album. 

Obliwia przewróciła kartę. 

A ten tu z tobą, koło latarni? 

To jest Ulysses. 

background image

To jest Ulysses Moore? - wykrzyknęła Obliwia, przyglądając się 

uważniej zdjęciu. - Do licha. A ile lat liczy sobie ta fotografia? 

Co najmniej dwadzieścia - odpowiedział Peter. 

Obliwia odłożyła album i podjęła rozmowę. 

No i co, skarbie, co zrobiłeś, kiedy się przekonałeś, że wrota są 

zamknięte? 

Byłem przekonany, że innym udało się go znaleźć... i zamknęli je. 

 

 

 

 

 

Znaleźć co, przepraszam? 

Pierwszy Klucz. Ten, który pasuje do wszystkich wrót. - Peter 

poprawił okulary na nosie i obszedł stół dokoła. - Na początku 
uważaliśmy to tylko za legendę. Potem zbadałem wszystkie zamki, 
jeden po drugim. I przekonałem się, że mógłby istnieć jeden klucz 
zdolny otworzyć je wszystkie, jak wytrych. Ulysses znalazł wzmiankę o 
Pierwszym Kluczu we własnej bibliotece, w starej książce pod tytułem 
Podręcznik Eskapistów. Klucze, kłódki, tajemne przejścia i mechanizmy 
ucieczki. Wśród rozmaitych rozdziałów był jeden autorstwa jego 
pradziadka Raymonda, poświecony wrotom w Kilmore Cove, na 
dodatek z rysunkiem Pierwszego Klucza. Klucza uniwersalnego. 

Obliwia aż krzyknęła. 

background image

Wspaniale, to jest dokładnie to, czego potrzebuję: klucz mogący 

otworzyć wszystkie wrota w Kilmore Cove! 

Nie tylko te w Kilmore Cove - wyjaśnił Peter, wzdychając - lecz 

także wszystkie inne Wrota Czasu. Pierwszy Klucz jest jakby 
wytrychem budowniczych tych drzwi, tym, którego oni sami używali, 
żeby się poruszać w czasie, w przód i do tyłu... 

Znowu mówisz o konstruktorach drzwi... Ale kto to był? 

Tego nie wiemy - wyznał Peter - Nigdy nie udało nam się tego 

odkryć. Ale... kiedy postanowiliśmy skończyć 

z wrotami i opracowaliśmy plan zniknięcia Kilmore Cove U 

V. 

z powierzchni świata, potrzebowaliśmy Pierwszego Klucza. Szukaliśmy 
go wszędzie, bo gdyby naprawdę istniał, pozwoliłby nam nie tylko na 
otwarcie wszystkich wrót, lecz także na ich zamknięcie. 

W jakim znaczeniu zamknięcie? 

Kiedy przekroczysz Wrota Czasu od strony Kilmore Cove, one 

pozostają otwarte, dopóki ktoś nie przekroczy ich w przeciwną stronę. 
Od tej strony nie dadzą się zamknąć. To jest podróż otwarta tylko w 
jednym kierunku: Kilmore Cove. > 

Wyjaśnij to dokładniej... 

Pierwszy Klucz może otworzyć i zamknąć wrota w obie strony. 

Kto go posiada, może zawsze kiedy tylko zechce otwierać i zamykać 
połączenia między portami marzeń. Może tak zrobić, że jakieś miejsce 
nie będzie już nigdy dostępne, tym samym chroniąc je przed każdym 
niebezpieczeństwem. To jest jeden jedyny klucz, który może coś takiego 
zrobić. Jest pierwszy i najważniejszy. 

background image

Obliwia Newton wyobraziła sobie tysiące zamkniętych wrót rozsianych 
po świecie, które ona otwierałaby tym Pierwszym Kluczem, pierwszym i 
najważniejszym, kolejno jedne po drugich, pławiąc się za każdym razem 
w coraz to większym bogactwie. 

Chcę go mieć - oświadczyła. 

Peter się uśmiechnął. 

Wszyscy chcieliśmy go mieć. I byliśmy o krok od znalezienia go. 

Był blisko. Bardzo blisko. Potem jednak uciekłem... Czuwałem nadal, 
ale ponieważ przez tak długi czas nie zauważyłem, żeby ktokolwiek 
jeszcze przybył do Wenecji, sądziłem, że Ulysses i Penelopa w końcu go 
odnaleźli i użyli do zamknięcia wszystkich wrót w Kilmore Cove i... 

-1 odcięcia mnie - zakończyła za niego Obliwia. - Nie kłamiesz 
przypadkiem? Nie masz tu ze sobą Pierwszego Klucza? 

Niestety nie! Gdybym miał Pierwszy Klucz, co najmniej raz 

wróciłbym złożyć wizytę w Kilmore Cove. 

Kobieta zaczęła krążyć jak szalona po pokoju, aż w końcu przystanęła w 
pobliżu zapalonego kandelabra. 

To gdzie on jest? 

Jeżeli go nie znaleźli, to sam nie wiem. Ale ponieważ wrota były 

długo zamknięte... sądzę, że go znaleźli. A jeśli tak, to z pewnością jest 
razem z pozostałymi kluczami. 

Gdzie? 

Spytaj Ulyssesa Moore'a. 

Moore nie żyje, Peter! Pytam ciebie, ponieważ ty jeden pozostałeś 

przy życiu! 

background image

A Black też nie żyje? 

Black? - spytała Obliwia. - A kto to taki? 

Black Wulkan. Maszynista kolejowy. Kiedy uciekłem, pozostało 

ich troje: Ulysses, Penelopa i on. 

.t 

Nie ma żadnego Blacka Wulkana w Kilmore Cove. Peter pokazał 

jej zdjęcie z albumu. 

To ten tutaj, z tą swoją ogromną, rozwichrzoną brodą. To on 

najmocniej z nas wierzył w istnienie Pierwszego Klucza. 

Black Wulkan... - mruknęła Obliwia. - Jeszcze jeden, zatem... - 

Rozwinęła na stole mapę z wrotami w Kilmore Cove i spytała: 

Gdzie on mieszkał? 

Tu, na stacji. 

Obliwia wielce się uradowała i fioletowym paznokciem wskazała na 
mapie punkt: 

Tu są wrota na stacji. I przypuszczam, że ty wiesz, jak się je 

otwiera. 

Chyba kluczem z koniem, jeśli dobrze pamiętam... Obliwia złapała 

Petera za głowę i cmoknęła go w środek 

czoła. 

Wspaniale, skarbie. Spisałeś się doprawdy znakomicie. A teraz, 

jeśli łaska, powiedz mi, gdzie się znajduje klucz z koniem. 

Teraz jednakże, jeśli łaska... - wtrącił się nowy głos - wy dwoje 

wytłumaczycie mi dokładnie, o czym rozmawiacie, ponieważ obawiam 

background image

się, że się trochę pogubiłem. Ale przede wszystkim wypada się 
przedstawić: hrabia Cenere, do usług - mężczyzna w ptasiej masce 
wykonał śmieszny ukłon. - Miło mi, panie Piętro Anglik... Pani Newton, 
zno- 

śM&r 246 

~ «lyiMil 

«»mmx 

iw 

 

wu się spotykamy... - Z oliwną latarnią w ręce hrabia Cenere wkroczył 
nagle do pokoju, popychając bezceremonialnie przed sobą Jasona. 

(...) 

Manfred ze złością pokonywał wzniesienie na Salton Cliff. 
Dogorywający silnikdune buggy przerywał i szarpał, co z pewnością nie 
poprawiało mu humoru. Nie chciał mieć już dłużej do czynienia z tym 
gruchotem. Chciał wrócić do Willi Argo i zabrać czarną limuzynę 
Obliwii, którą zostawił tam, zaparkowaną przed domem. 

Manfred doskonale pamiętał, że zostawił kluczyki w stacyjce. Ale eo się 
stało z samym wozem, piękną, czarną limuzyną, gdy on spadł z urwiska, 
tego zupełnie nie wiedział. I miał zamiar się dowiedzieć. 

Potem, gdy dune buggy wspinał się z mozołem, a on sam przechylał się 
na zakrętach, wrócił myślami do swych ostatnich odkryć - przede 
wszystkim pomyślał o dziwnym powrocie Ulyssesa Moore'a. Dlaczego 
wyjechał z miasteczka, udając zmarłego? I - co ważniejsze - dlaczego 

background image

powrócił? I gdzie był teraz? Manfred przypuszczał, że może właśnie w 
Willi Argo. 

Także dlatego postanowił wspiąć się na urwisko po raz drugi, mimo 
surowego zakazu Obliwii. 

4 « « I 

rmmr • •»II • • • »1 

i i 

(coarT 'ot' isfti "oi' lcśr (.i; - o v-  • v- 

© © © © o © e © © o © o © < 

1234567891011 1? I 3 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 
30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 

r- obd d o o o oo obo nng gg g g o o o o o g o o o d o o oobo gro o o d o 
gpg o ob 

b i 1 i » ) 1 1 1 b b 1 1 1 ? 1 m 1 b m u 1 1 b 1 b 1 1 1 b i i i 1 

? ? nB B ? j ■ ? 3 rr P 3 P P P 3 3 P JM 3 3 3 3 3 3 *> 3 3 3 1 mm 

Odprowadził wcześniej milutką fryzjerkę do zakładu i poprosił ją o 
wizytówkę, żeby potem, gdy już załatwi wszystkie sprawy, do niej 
zadzwonić. Potem wrócił do Domu Luster, by sprawdzić, czy Obliwia 
nie nadeszła, ale nie znalazł jej. Postanowił więc podjechać szybko do 
Willi Argo. 

background image

Kiedy pokonywał kolejne zakręty, zdał sobie sprawę, że właściwie 
jedzie środkiem drogi. Stromizna urwiska męczyła go. Za wysoko. I za 
stromo. 

Gdy dune buggy wspinał się tak w tempie ślimaka, niespodziewane 
uderzenie wiatru z boku uniosło przednie koła auta do góry. Manfred na 
próżno kręcił kierownicą; w końcu po kilku metrach udało mu się 
ściągnąć samochód na ziemię i znów jechać po asfalcie. 

Droga za następnym zakrętem biegła wzdłuż grani urwiska. Szofer 
Obliwii Newton wrócił na środek drogi i z nienawiścią popatrzył na 
morze. W oddali rozległo się rżenie. 

Manfred z niedowierzaniem spojrzał na drogę. Nagle zza zakrętu na 
końcu odcinka prostej drogi wyjechała kolasa ciągnięta przez pędzącego 
konia. 

Jasna cholera! - zaklął Manfred, ściskając kierownicę. Próbując 

uniknąć zderzenia, dodał gazu i skręcił w bok, 

na krawędź drogi. Dokładnie w tym samym momencie kolejny silny 
podmuch wiatru uniósł samochód w górę. 

O nie! NIEEE! - wrzasnął, widząc, że droga się kończy. 

Puścił kierownicę, żeby wyskoczyć z pojazdu, ale przytrzymał go pas 
bezpieczeństwa. Odpiął go w chwili, gdy koła dune buggy kręciły się już 
w powietrzu, a samochód zaczął przechylać się w stronę urwiska. 

W przepaść. 

Manfred w końcu odpiął pas i wyskoczył. Po raz drugi w ciągu trzech 
dni runął z urwiska w Salton Cliff. 

background image

drewnianym domu Petera Dedalusa wypadki potoczyły się 
błyskawicznie. Ani Rick, ani Julia, siedzący na najwyższym stopniu 
schodów prowadzących w dół, nie rozumieli dobrze następstwa zdarzeń. 

TERAZ MI WSZYSTKO DOKŁADNIE WYJAŚNICIE! 

krzyknął groźnie hrabia Cenere, postępując kilka kroków w głąb 

pokoju. - Co to za calle deli' Amor degli Amici i co to takiego te wrota? 

Kiedy mijał Jasona, chłopiec uniósł nagle nogę i wsunął ją między stopy 
tajniaka. 

Hrabia Cenere - w masce na twarzy, spowity w pelerynę 

runął do przodu, rozbijając swą lampę oliwną. 

Uciekamy! - krzyknęła Obliwia, szarpiąc Petera, który zaszył się w 

kącie. - Wychodzimy! 

Peter nie zareagował. Obliwia zostawiła więc Petera i sama spróbowała 
wyminąć tajniaka. Mężczyzna jednak, ciągle jeszcze leżąc na ziemi, 
obrócił się gwałtownie i złapał ją za nogę. 

Puść mnie! Puszczaj! - krzyczała Obliwia, kopiąc go tak wściekle, 

że zerwała maskę z twarzy hrabiego Cenere. 

I w tym momencie jej peleryna zajęła się ogniem od najbliższej świecy. 

Zaczęła histerycznie wyć, zrzuciła z siebie płonącą pelerynę i cisnęła nią 
w hrabiego Cenere. W jednej chwili również jego peleryna stanęła w 
ogniu, a po chwili płomienie rozpełzły się po całej podłodze, sycąc się 
rozlaną oliwą z lampy. 

Julio! Rick! Uciekajcie! - krzyknął Jason. 

Julia, widząc ogień i słysząc krzyki Obliwii i hrabiego Cenere, zawołała: 

background image

JAAASON! Masz na sobie smołę! Uciekaj! Uciekaj jak 

najprędzej! 

. Zbiegła pędem po schodach najprędzej, jak mogła, ale w połowie 
schodów zatrzymały ją jęzory ognia. Cofała się, kaszląc od gęstego 
dymu. 

JAAAASON! - znów zaczęła wołać brata. 

Osłoniła sobie twarz rękami i rzuciła się między płomienie, schodząc 
jeszcze kilka schodów. 

Potem drewniane schody załamały się i Julia spadła gdzieś w pustkę. 

Widząc ..ogień, Jason potoczył się po podłodze jak beczka i dotarł do 
kąta, w którym zaszył się Peter Dedalus. Słyszał krzyki Obliwii i 
hrabiego Cenere, a na plecach czuł żar ognia. 

Ale smoła, zamiast się zapalić, jakoś dziwnie izolowała go od ognia. 

Peter, uciekajmy! - krzyknął do zegarmistrza. - Rusz się! Musimy 

się stąd wydostać! 

Malutki człowieczek trwał jednak nieruchomo i jak zahipnotyzowany 
wpatrywał się w płomienie, które niczym żywy stwór pożerały jego 
dom. 

Obliwia... - wyszeptał tylko. - Muszę ocalić Obliwię... 

Abmu... . ,_. • 

 

Nie! - ryknął Jason. - Musimy wyjść przez okno! Jest za tobą! 

Rusz się! 

background image

Jason złapał Petera za rękę, a ten spojrzał na niego niewi-dzącym 
wzrokiem. 

A tyś coś za jeden? 

Jestem z Willi Argo - odpowiedział szybko chłopiec. 

Peter położył obie ręce na ramionach Jasona i powiedział: 

Pierwszy Klucz jest tam, chłopcze. I zawsze tam był! 

Gdzie? 

W Willi Argo... - szepnął człowieczek, zanim'się obrócił. - 

OBLIWIO! - zawołał, robiąc krok w kierunku ognia. 

Nie, Peter! Wracaj! 

Ale zegarmistrz nawet go nie słuchał. Rzucił się w ogień i zniknął w 
płomieniach. Przerażony Jason zobaczył, jak jego cień znika w dymie. 

Potem przymknął łzawiące od dymu oczy. Kilka piór na grzbiecie 
zaczęło mu się palić. Płomienie sięgnęły już stołu i podpaliły album, 
marszcząc jedną fotografię po drugiej. Kiedy Jason go chwycił, album 
zamienił się już w tysiąc zwęglonych płatków, tak że zostało mu w ręku 
zaledwie kilka nadpalonych kart. 

Krzyki ucichły. Słychać było tylko syk ognia. 

Jason cofnął się do okna, spróbował je otworzyć, ale wydawało mu się, 
że jest zamknięte hermetycznie. 

Otwórz się, przeklęte! Otwórz się! 

Doleciał go krzyk Ricka, wołającego go po imieniu. Usłyszał kobiecy 
krzyk, po którym nastąpił głuchy łoskot. Poczuł dym w nosie i zobaczył, 
że ogień liże mu już spodnie. 

background image

Ale okno nie dawało się otworzyć. 

Obrócił się w stronę pokoju, złapał aparat fotograficzny leżący dotąd na 
stole i rzucił nim w szybę. Szkło się rozbiło. Do pokoju wtargnął 
podmuch zimnego powietrza, podsycając ogień, ale i rozjaśniając 
Jasonowi umysł. 

Jason znów chwycił aparat i walnął nim w szybę jeszcze raz, i jeszcze... 

Po czym rzucił się z okna głową w dół, w ciemność. 

Rick dotarł do Julii, wziął ją w ramiona i pędem powrócił na schody. 

Wyniosę cię, Julio. Wyniosę cię stąd. 

Przeszedł szybko przez pracownię Petera, całkowicie wypełnioną 
dymem, i skierował się w stronę okna, przez które weszli. Zaczęły go 
dosięgać pierwsze jęzory ognia. Słyszał jakiś krzyk na niższym piętrze, 
lecz próbował nie zwracać na to uwagi. 

Zawołał Jasona najgłośniej, jak mógł, potem otworzył okno i wyszedł na 
wąski parapet. 

Wyniosę cię, Julio, bądź spokojna. 

Ale wyjść z Julią na rękach nie było tak łatwo, jak wejść... 

Nie martw się - powtarzał - wyniosę cię. 

 

Przytrzymując dziewczynkę jedną ręką, Rick, zacisnąwszy zęby, 
skoczył. 

Źle obliczył ten skok i zahaczył bokiem o mur, ale nie wypuścił Julii. 
Zawisł na jednej ręce, tak jak Jason wtedy na skale, nad urwiskiem w 
Kilmore Cove. 

background image

Noc była lodowato zimna. Wilgotna mgła zmieszała się z dymem. 
Przyczepiony jak nietoperz do muru okalającego klasztor, Rick macał 
stopą ścianę, szukając kolejnych punktów oparcia. W końcu stanął na 
ziemi. 

Dom był już nieomal pogorzeliskiem. 

Czując potworny ból w prawym boku, przeszedł jeszcze kroków, wciąż 
niosąc Julię, po czym ostrożnie położył ją na trawie. 

W tym samym momencie usłyszał huk tłuczonej szyby i odwrócił się 
gwałtownie. 

Ktoś stłukł szybę w oknie na parterze i wyskoczył przez nie. To Jason! 

Zobaczył, jak się podnosi z ziemi, uniósł więc rękę i zamachał, 
krzycząc: 

Tu jesteśmy! - Potem obrócił się i spojrzał na Julię. 

W srebrnej poświacie nocy jej twarz była prześliczna. I nieruchoma. 
Rick przyłożył ucho do jej serca. Bije? Czy też to jego serce bije za nich 
oboje? Przysunął twarz do jej ust, by sprawdzić, czy oddycha. 

Julio... żyjesz, prawda? 

Oddychała. Tak, oddychała. I Rick pocałował Julię. 

Przytrzymując dziewczynkę jedną ręką, Rick, zacisnąwszy zęby, 
skoczył. 

Źle obliczył ten skok i zahaczył bokiem o mur, ale nie wypuścił Julii. 
Zawisł na jednej ręce, tak jak Jason wtedy na skale, nad urwiskiem w 
Kilmore Cove. 

Noc była lodowato zimna. Wilgotna mgła zmieszała się z dymem. 
Przyczepiony jak nietoperz do muru okalającego klasztor, Rick macał 

background image

stopą ścianę, szukając kolejnych punktów oparcia. W końcu stanął na 
ziemi. 

Dom był już nieomal pogorzeliskiem. 

Czując potworny ból w prawym boku, przeszedł jeszcze kilka kroków, 
wciąż niosąc Julię, po czym ostrożnie położył ją na trawie. 

W tym samym momencie usłyszał huk tłuczonej szyby i odwrócił się 
gwałtownie. 

Ktoś stłukł szybę w oknie na parterze i wyskoczył przez nie. To Jason! 

Zobaczył, jak się podnosi z ziemi, uniósł więc rękę i zamachał, 
krzycząc: 

Tu jesteśmy! - Potem obrócił się i spojrzał na Julię. 

W srebrnej poświacie nocy jej twarz była prześliczna. I nieruchoma. 
Rick przyłożył ucho do jej serca. Bije? Czy też to jego serce bije za nich 
oboje? Przysunął twarz do jej ust, by sprawdzić, czy oddycha. 

Julio... żyjesz, prawda? 

Oddychała. Tak, oddychała. I Rick pocałował Julię. 

Jason, którego zaczerwienione oczy łzawiły od dymu, z trudem 
dostrzegł Ricka pochylonego nad jego siostrą. 

Podbiegł do nich, trzymając kurczowo aparat fotograficzny Petera 
Dedalusa i kilka ocalałych kartek z jego albumu. 

Rick! Julio! 

Rudzielec poderwał się z ziemi jak sprężyna. 

Tu! Jesteśmy zdrowi! Wyniosłem ją... 

background image

W tej chwili rozległ się łoskot. To dom przechylił się niebezpiecznie na 
bok, a dym buchnął z otwartych okien jak z kilkudziesięciu kominów 
jednocześnie. I po chwili, z ostatnim jękiem, pracownia Petera Dedalusa 
runęła z hukiem na ziemię. 

Leonard wiedział, że żebracy opuszczą za parę dni więzienie, ale miał 
nadzieję, że na skutek wstrząsu, który przeżyli, będą się trzymać przez 
jakiś czas z dala od Domu Cabota. Właściwie wystarczyłoby, gdyby 
trzymali się z dala przez kilka godzin. 

Leonard czuł się nadzwyczaj radośnie. Znaleźć się w Wenecji, po tylu 
latach... Cieszył się każdym drobiazgiem, atmosferą tego 
niepowtarzalnego miasta, gęstwiną sztuki wyrosłą w mieście 
zbudowanym na palach. Patrzył z podziwem na handlarzy wiosłujących 
na swych długich łodziach po Wielkim Kanale i wciskał się w ciche 
zaułki na tyłach Palazzo Ducale, pragnąc raz jeszcze zobaczyć Arsenał 
Wenecki i jego potężną stocznię. 

» 

'y- - '''li'T' iwńłjfc) 

A;ą2c; - 

Wędrując uliczkami, powracał myślą do dawnych przeżyć i miejsc 
znanych z przeszłości. I tak znalazł się w wąskim i wilgotnym zaułku, w 
połowie którego znajdował się maleńki sklepik ze starociami i towarem 
orientalnym - sklep Zafona. 

Leonard wszedł. 

Ten zapach! - zawołał. - Jak dawno go nie czułem! 

Zza stosu towaru wynurzył się staruszek, przypominający 

zasuszony chleb świętojański. Zrobił zdumioną minę. 

background image

Czy mnie moje stare oczy mylą, czy to... mój dawny klient, 

którego od wielu lat nie widziałem w mieście? 

Twoje oczy cię nie mylą - odpowiedział Leonard, podbiegając, by 

go uściskać. - Zafon! Jeszcze żyjesz, stary druhu, całe szczęście! 

Wolnego, wolnego! Jak mnie będziesz tak dalej ściskał, to już 

długo nie pociągnę! - roześmiał się staruszek - Co ci się stało? Jakie 
nieznane morza odkryłeś? I co znaczy ta przepaska na oku? 

To był rekin. 

Rekin... hmm... hmm... co by nie mówić, on też jest morskim 

wędrowcą. 

Zaczęli wieść ożywioną rozmowę, przerywaną od czasu do czasu 
wybuchami śmiechu. 

Potem, kiedy Leonard się pożegnał, obiecując rychły powrót, stary 
Zafon zniknął za ladą i powrócił z dwoma czar-__ nymi zeszytami. 

 

O a mi i ploTwnie 

Vjjm ijii 

'l 

Nie chciałbym, żebyś o nich zapomniał! Najlepsze zeszyty z 

weneckich papierni! 

Ale ja nie mam czym za nie zapłacić... 

Stary mimo to wsunął mu je w ręce i powiedział: 

background image

Już mi zapłaciłeś tą pogawędką, przyjacielu. Dasz mi te parę 

groszy następnym razem, jak wrócisz. 

Leonard ścisnął zeszyty swoimi wielkimi dłońmi i powiedział: 

A zatem do zobaczenia za parę dni. 

Stary uśmiechnął się szeroko, pokazując bezzębne wargi i odprowadził 
Leonarda do drzwi. 

Ty bezwstydniku! To samo mówiłeś ostatnim razem. 

Kiedy ogień ostatecznie ugaszono, zbiegli się wszyscy mieszkańcy 
wyspy, by zobaczyć pogorzelisko. Z domu Pietra Anglika pozostały 
jedynie czarne, dymiące zgliszcza. Dzieci siedziały z boku, drżąc z 
przerażenia. Zobaczyli, jak spod zwęglonych belek wyciągnięto 
nieprzytomnego mężczyznę. 

Kurczę... - szepnęła Julia, kiedy go zobaczyła. 

To był hrabia Cenere, okropnie poparzony. 

Rossella objęła Julię, ale dziewczynka szukała oparcia w oczach Ricka. 
To była tylko jedna chwilka, ale chłopak to zauważył i speszony spuścił 
wzrok. 

Powinien dziękować, że jeszcze żyje. Nawet jeśli to się źle 

skończyło... - odezwał się Albert Caller do siedzącego obok niego 
Jasona. 

Pomyśleć, że i ja byłem tam, w środku... 

Albert nagle poderwał się na równe nogi i zaczął kręcić z 
niedowierzaniem głową. 

I pomyśleć, że go znałem... 

background image

Mężczyzna, który kazał się nazywać hrabią Cenere, to był Dante, ostatni 
pokojowiec państwa Callerów, ten, którego Albert zwolnił, kiedy 
postanowił nie wpuszczać już obcych do domu. 

Kiedy dwaj zakonnicy wynosili mężczyznę, by go opatrzyć, inni zajęli 
się poszukiwaniem Petera i Obliwii. Znaleźli tylko okulary zegarmistrza. 
I kawałek ubrania - ubrania Obliwii. 

„Może jej udało się wymknąć, zanim dom runął" - pomyślał Jason. „Ale 
Peter...". 

Wydawał mu się tak powolny, a zarazem tak zaszokowany, że było 
całkiem prawdopodobne, że nie zdążył uciec... i leżał teraz tam, pod 
zwałami tego wszystkiego, co zostało z jego wynalazków. 

Diogo - kompletnie zdezorientowany, z sierścią bardziej zjeżoną niż 
zazwyczaj - skulił się w ramionach Julii. Też przeżył swoje - gdy tylko 
się otrząsnął z kopniaka, jaki mu wymierzył hrabia Cenere, pobiegł do 
domu Petera i tam czekał na dzieci. 

Czarny Gondolier odwiózł dzieci i państwa Callerów do Wenecji. Była 
to podróż mroczna i milcząca. 

Jason nie mógł przestać myśleć o ostatnich słowach Petera, które 
nieustannie brzmiały mu w uszach: „Pierwszy Klucz jest tam, chłopcze. 
I zawsze tam był!". 

A zatem Pierwszy Klucz był w Willi Argo... Chłopiec stał nieruchomo, 
wpatrzony w ginącą w mroku nocy Wyspę Masek i w nitkę dymu, który 
unosił się ku niebu. Gondola sunęła po spokojnej wodzie, mąconej 
jedynie wiosłem gondoliera. 

Dzieci, posłuchajcie... Czy jesteście pewne, że wolicie zostać 

same, niż iść do nas? - po raz kolejny spytała Rossella Caller, zwracając 

background image

się kolejno do każdego z nich. Doszli właśnie do Domu Cabota. - Tylko 
na tę noc... 

Nie, Rossello, dziękujemy, naprawdę - odpowiedziała 

Julia. - My... lepiej będzie, jeśli wrócimy do domu. Z pewno- 

ścią... 

Dziewczynka spojrzała na Dioga, łaszącego się u jej stóp. Wzięła go na 
ręce i delikatnie przekazała Rosselli. 

Nie sądzę, żebyśmy go mogli ze sobą zabrać... do domu. Oczy 

kobiety zabłysły. 

Mówisz poważnie? Albercie, czy my...? 

Pan Caller żywo kiwnął głową, głaszcząc pieska po szorstkiej sierści. 

Nie ma problemu, zatrzymamy go, dopóki nie przyjdziecie go 

zabrać... - Potem nagle zwrócił się do żony: - Rossello, do stu tysięcy...! 
Obraz! 

Ach tak! - powiedziała pani Całler. - Przez to wszystko kompletnie 

zapomniałam... 

Podała dzieciom obraz z pozytywką, którego Julia i Rick za nic nie 
chcieli przyjąć. 

Oboje państwo Caller byli jednak nieugięci: 

Z pewnością nie po to nosiliśmy go ze sobą przez cały dzień, żeby 

teraz wrócił z nami do domu - powiedzieli w końcu, wręczając go Julii. 

Dziękuję, Albercie! Dziękuję, Rossello! - zawołała dziewczynka. - 

Bez was nie udałoby się nam nigdy odnaleźć Petera. Nawet jeśli... 

background image

Może musiało tak być - zakończył Jason. 

Albert uściskał całą trójkę, mimo że byli brudni i usmoleni jak 
kominiarze. 

Dziś przeżyłem zupełnie nieprawdopodobny dzień. Najbardziej 

nieprawdopodobny dzień w całym swoim życiu. Mam tylko nadzieję, że 
pewnego dnia zechcecie mi opowiedzieć, co się wydarzyło tak 
naprawdę. 

Obiecuję - powiedział Jason. - Tylko najpierw sami musimy to 

zrozumieć. 

Może jutro? - spytała z nadzieją Rossella, ściskając czułe Dioga. 

Może jutro - skłamał Rick. 

W porze słodkiego podwieczorku - powiedziała Rossella. - W 

kawiarni Alla Venezia Trionfante... 

Chciałaś powiedzieć w Caffe Florian! - poprawiła ją Julia. 

Kiedy w końcu dostrzegli wychylające się zza ostatniego zakrętu 
miasteczko Kilmore Cove, pani Covenant odetchnęła: 

Nie do wiary! Mam ochotę wysiąść i ucałować ziemię! 

Proszę bardzo - roześmiał się mąż, włączając kierunkowskaz i 

zjeżdżając na pobocze. 

Państwo Covenant wysiedli i wciągnęli w płuca świeży chłód wieczoru. 
Po ich prawicy wznosiła się latarnia morska jak srebrzysta wieża na tle 
morza. Była wygaszona. 

Musi być jakieś święto, tam, na dole - mruknął pan Covenant, 

wskazując plac w miasteczku. 

background image

W głębi, tuż za placem, przed jedynym hotelemw Kilmore Cove zebrał 
się tłum ludzi. 

A tam wysoko nasz dom, nasz słodki dom... - dodała jego żona, 

wskazując oświetloną wieżyczkę Willi Argo sterczącą na szczycie 
urwiska. 

Uściskali się. 

Może po dwóch dniach utrapienia z transportem będziemy mogli 

w końcu rozpocząć nasze nowe życie - odezwała się pani Covenant. 

Mhh... - mruknął mąż, napawając się spokojem tego pejzażu, 

przerywanym tylko krzykami sprzed hotelu. 

Jedziemy? - zaproponowała po chwili pani Covenant. - Jason i 

Julia czekają na nas. 

Pan Covenant uśmiechnął się. Wiedział, jak trudno jego żonie 
wytrzymać dłużej bez dzieci. 

r? 

"MiillM_iUMlMMil_ 

Znowu w domu 

Jedziemy. 

Wsiedli do samochodu i zjechali do Kilmore Cove drogą prowadzącą 
wzdłuż wybrzeża. Przed Windy Inn zwolnili. Wyglądało na to, że 
zbiegło się tu całe miasteczko. 

Pan Covenant opuścił automatyczną szybę i zapytał pierwszego z brzegu 
przechodnia: 

Co tu się dzieje? 

background image

Wrócił dawny właściciel Willi Argo - wyjaśnił mu ktoś, wskazując 

hotel. 

Przepraszam? 

Ulysses Moore, dawny właściciel! Nie umarł, powrócił do 

miasteczka i zamknął się w swoim pokoju w hotelu. 

Jakaś kobieta z pasemkami blond dodała: 

Czekamy, aż zdecyduje się wyjść. Czyż to nie fantastyczne? 

Ale panu Covenant nie wydało się to fantastyczne. 

A nawet... Przemknęły mu błyskawicznie przed oczami ostatnie 
tygodnie: kontakt z ogrodnikiem Willi Argo, pierwsza wizyta w starym 
dworze, nabycie domu za śmiesznie niską cenę... 

Chcesz się przekonać, że zostaliśmy oszukani? - powiedział nagle, 

wysiadając wściekły z wozu. 

O nieba, nie... - jęknęła pani Covenant, opierając głowę o szybę. - 

Wiedziałam. Czułam to. To było zbyt piękne... A dopiero co 
sprzedaliśmy mieszkanie w Londynie! - krzyknęła, wysiadając. 
Podbiegła do męża i oboje ruszyli w kierunku zbiegowiska. 

(coairf 'of' iskm of' ctuckh (i; -= o PCCOCCOO 

v. 

o c c c o c 

1 2 3 4 5 6 7 8 9.10 11 12 13 14 15 ) 6 1 7 18 19 20 21 22 23 24 25 26 
27 28 2.' 30 SI 32 »3 34 35.36 37 38 39 40 

background image

OPO 0 0 B O OOflBlOBO DO 0 0 0 D 0 11 0 0 0 D D D 0 0 ODBO 
DBA 0 0 0 0 DTfl D DP B 1 1 IB 1 1 1 110 1 1 1 B 1 1 1 I BI 1 111 IR 
1B I 1 1 B 1 1 1 1 

? ? bB B 'i ?■ ? ■> 3 ? rr ? 3 3 P P P P 3 P U P 3 3 3 3 3 3 «• 3 3 3 3 
»»•» 

W drzwiach hotelu jakaś dziewczyna próbowała roz-j paczliwie 
powstrzymać hałaśliwy tłum przed wtargnięciem do środka. 

¿16 ifc ~ Zwiedz mu, żeby wyszedł! Powiedz mu, że chcemy I z nim 
porozmawiać! 

-Tak!Tak! Chcemy rozmawiać z Ulyssesem Moorem! Państwo 
Covenant z trudem starali się zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. 

Panno... czy pani mogłaby...? Proszę pani! - wołali, nie znając 

imienia Agaty. 

Chcemy zobaczyć się z właścicielem Willi Argo! - przekrzyczała 

ich swoim mocnym głosem stojąca z tyłu pani Bo-wen. 

Chcemy zobaczyć osobę, do której należy ten samochód! 

krzyknęła panna Stella. Pani Covenant zauważyła pięknego 

pickupa zaparkowanego przed hotelem, samochód, który wydał się jej 
skądś znajomy... Gdzie ona go już widziała? 

Hej... - zagadnęła do męża, ciągnąc go za marynarkę. 

Popatrz tam... 

Co to za historia z dawnym właścicielem Willi Argo? 

krzyknął pan Covenant do dziewczyny z hotelu. 

background image

Nie wiem, proszę pana, naprawdę... - tłumaczyła się speszona 

panienka. - Ludzie tu przyszli, domagając się widzenia z panem z 
pokoju na górze, dawnym właścicielem Willi Argo. A on się tam 
zamknął i telefonuje i... 

 

© C 

111 

(cojire? 'or' iT'iiii 'or' cjiucip CD - o 

,.-■, 

r € © © © © © o o o o © 'W © 

1 2345 678? 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 26 
29 30 31 32 .13 14 35 36 37 38 39 40 

OPOQO 8 O O OUBDIBflO O ODDBO O O O O ODO 0 
OBOBBOBOO 0 O Ooro O or 

p i i i m i i i i P B i i i P i i i i P i ! i i i i n i P i i i e i i i i 

Ii ? ? Rp B - B'? BB 1 3 -  r> 

■.:.■. a -. i i mm 

W drzwiach hotelu jakaś dziewczyna próbowała rozpaczliwie 
powstrzymać hałaśliwy tłum przed wtargnięciem do środka. 

Powiedz mu, żeby wyszedł! Powiedz mu, że chcemy z nim 

porozmawiać! 

-Tak!Tak! Chcemy rozmawiać z Ulyssesem Moorem! Państwo 
Covenant z trudem starali się zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. 

Panno... czy pani mogłaby...? Proszę pani! - wołali, nie znając 

imienia Agaty. 

background image

Chcemy zobaczyć się z właścicielem Willi Argo! - przekrzyczała 

ich swoim mocnym głosem stojąca z tyłu pani Bowen. 

Chcemy zobaczyć osobę, do której należy ten samochód! 

krzyknęła panna Stella. Pani Covenant zauważyła pięknego 

pickupa zaparkowanego przed hotelem, samochód, który wydał się jej 
skądś znajomy... Gdzie ona go już widziała? 

Hej... - zagadnęła do męża, ciągnąc go za marynarkę. 

Popatrz tam... 

Co to za historia z dawnym właścicielem Willi Argo? 

krzyknął pan Covenant do dziewczyny z hotelu. 

Nie wiem, proszę pana, naprawdę... - tłumaczyła się speszona 

panienka. - Ludzie tu przyszli, domagając się widzenia z panem z 
pokoju na górze, dawnym właścicielem Willi Argo. A on się tam 
zamknął i telefonuje i... 

„Już wiem!" - pomyślała pani Covenant. 

Czy to nie jest samochód Homera? - zawołała. Tymczasem w 

tłumie rozszedł się pomruk zdumienia. 

Otwiera okno! 

Patrzcie! 

Oto i on! Ulysses Moore! 

Jakiś mężczyzna podszedł do okna. 

Panie Covenant! Pani Covenant! Nareszcie! - zawołał. Nowi 

właściciele Willi Argo popatrzyli zdumieni. 

background image

A mężczyzna ciągnął: 

Od godziny usiłuję się do państwa dodzwonić! Kręcę i kręcę na 

komórkę! Bałem się wyjść z pokoju z powodu tego tłumu... 

Tłum się nagle uciszył, słuchając, co mówi. Pan Covenant poznał 
mężczyznę w oknie. 

Homer? - spytał osłupiały. 

Kto to jest Homer? - spytał ktoś w tłumie. 

-To nasz przewoźnik - odpowiedziała pani Covenant. 

Homerze, co pan tu robi? - zapytał go pan Covenant. 

Jak to, co robię? Zatrzymałem się w hotelu, który mi pan 

zarezerwował i... Kiedy wyjrzałem na zewnątrz, zobaczyłem cały ten 
tłum, który wyglądał, jakby miał do mnie sprawę! 

Rozszedł się szmer zawodu. 

Więc to nie jest Ulysses Moore... -To przewoźnik nowych 

właścicieli... 

Przyjechał tu tylko przenocować. 

 

 

(COJITC o? 

or 

(i; - 0 

p Gceoecoc ooooo 

li?.-  1 23456 7 89 10 U 12 13 14 15 16 1 7 18 19 20 21 22 23 24 25-26 
27 28 > .«. (1 32 33 34 35 37 38 .19 40 

background image

000 O O 0 O OODBfl BBO 00 O D O O 0 O 0 D O D O O O O OOBB 
BBO O O O O OBB O 00 B] l 10] 1 1 1 B B 1 I 101 I 1 I B1 II 11 I 0 I 
B I I 1 B1 1 1 1 

? ? BB B ?: ? P n ł P RB P P P P P P P P 3 U 3 3 3 3 3 3 P« 3 3 3 3 

, I tłum powoli zaczął się przerzedzać. 

;Y 

1 *v - 

Nim państwo Covenant wraz z Homerem podjechali pod £ j Willę Argo, 
zdążyli już odtworzyć przebieg zdarzeń. 

I W miasteczku rozeszła się pogłoska, że jakiś nieznajomy zamieszkał w 
hotelu Windy Inn, w pokoju zarezerwowanym przez „właściciela Willi 
Argo". Tak to zapisała Agata, dziewczyna z hotelu, która nie znała 
nazwiska nowego właściciela. A pokój rezerwował, oczywiście, pan 
Covenant. Homer wzbudził ciekawość mieszkańców, ponieważ kilka 
razy wyjeżdżał do miasteczka i wracał, żeby spotkać ciężarówkę 
transportującą rzeczy państwa Covenant. Ponadto Homer włożył 
kapelusz myśliwski bardzo podobny do tego, jaki nosił swego czasu 
dawny właściciel Willi Argo. 

I O 

111 

III 

background image

- A mówią, że to nieprawda, co się mówi o plotkach na prowincji, i że w 
małym miasteczku każdy jest zajęty własnym sprawami! - żachnęła się 
pani Covenant. - Niech żyje Londyn, za pozwoleniem... 

Pan Covenant śmiał się, ubawiony. 

Tym bardziej, że kiedy już się wyjaśniło całe nieporozumienie, wszyscy 
podchodzili do niego, by się przedstawić i zapraszali na kielicha do Salt 
Walker. Otrzymał mnóstwo przyjaznych szturchańców na powitanie i 
całe zdarzenie zakończyło się zbiorowym, gromkim śmiechem. 

268 

 

Faktem jest, że... - powiedział pan Covenant, obracając się do pana 

Homera z firmy Homer & Homer - praktycznie biorąc, nikt nigdy nie 
spotkał dawnego właściciela, który żył zaszyty w Willi Argo, jak jakaś 
odmiana niedźwiedzia. To wywołało ogromną... ciekawość, rozumie 
pan? 

Pan Homer rozumiał. I rozumiał również to, że w tym miasteczku 
wszyscy musieli być nieco postrzeleni. 

O nieba! - krzyknęła w tym momencie pani Covenant. Środkiem 

drogi nadjeżdżała kolasa ciągnięta przez konia. Pan Covenant zwolnił, 
zatrzymał samochód na krawędzi 

urwiska i ze zdumieniem spostrzegł, że kolasą powozi ogrodnik z Willi 
Argo. 

Nestor? -z niedowierzaniem zapytała pani Covenant. 

background image

Co pan tu robi? I czyj jest ten koń? 

Po raz trzeci państwo Covenant wysiedli z samochodu. 

Państwo Covenant! - uśmiechnął się speszony ogrodnik. 

Do lichd, proszę mi wybaczyć tego konia... Właśnie odprowadzam 

go do stajni... 

Co tu się dzieje? - zezłościła się pani Covenant. - Czy wyście 

wszyscy poszaleli? 

Nie, nie... - Nestor zamachał rękami, żeby ich uspokoić. 

Niech pani będzie spokojna. - Zjeżdżałem do miasteczka z... - z 

trudem przełknął ślinę, pokazując klacz - Ariadną, kiedy... nie... nic się 
nie dzieje. 

Z wyjątkiem może pewnego typa, który zleciał ze swoim dune buggy z 
urwiska. 

Jak się mają nasze dzieci? - dopytywała się pani Covenant, 

nerwowo spoglądając w stronę Willi Argo. 

Dobrze, bardzo dobrze... chyba - mruknął Nestor. - Były pewne... 

komplikacje, ale... 

Co to znaczy chyba? 

Jakie komplikacje? 

 

W ogrodzie Willi Argo, teraz już pogrążonym w całkowitych 
ciemnościach, zapadła cisza jak makiem zasiał. 

background image

Jason, Julia i Rick - wyprostowani i nieruchomi - stali karnie przed 
państwem Covenant i ich przewoźnikiem, z każdą chwilą bardziej 
zaambarasowanym. 

Kimkolwiek jesteś, wracaj natychmiast tam, skąd przyszedłeś! - 

Pani Covenant bezlitośnie obrugała Ricka, kiedy już udało jej się 
odróżnić własne dzieci pod warstwą sadzy, która je pokrywała. 

Jasonie, Julio, do zobaczenia - szepnął rudzielec, odchodząc ze 

spuszczoną głową. 

Nie bądź tego taki pewien - syknęła jeszcze matka bliźniąt, patrząc 

z politowaniem, jak Rick bezskutecznie szuka swego roweru. 

Jest u Leonarda! - przypomniał sobie nagle Jason. - Weź różowy 

rower Bowenów! 

Leonard? Bowenowie? Kim są ci wszyscy ludzie? 

Rick wsiadł na różowy, damski rower i z oddali pomachał przyjaciołom 
na pożegnanie. 

Mamo... 

Milcz, Julio. Strasznie mnie zawiodłaś. 

Ale to moja wina! - zawołał Jason. 

Pani Covenant, ja... 

I pan lepiej by milczał, Nestorze. Nie widzi pan, w jakim stanie są 

moje dzieci? Co to takiego? 

Smoła, mamo. A to sadza. A to... to są chyba algi. 

Jak, u licha, udało ci się umazać smołą, sadzą i algami? - krzyknęła 

pani Covenant. 

background image

Jason znowu spuścił wzrok i nawet nie udało mu się uśmiechnąć. 

Może... - odważył się wtrącić pan Covenant. 

DOMAGAM SIĘ WYJAŚNIENIA! NATYCHMIAST! - 

przerwała mu żona. 

Pan Bowen musiał opróżnić swoją piwnicę - jednym 

tchem powiedziała Julia. 

Jason spojrzał na nią, zaszokowany. Po raz pierwszy zdarzyło się, że 
Julia wzięła go w obronę. 

Przyszedł tu poprosić Nestora o pomoc - ciągnęła jego siostra. - I 

my dwoje, wspólnie z Rickiem... zaproponowaliśmy mu pomoc. Pan 
Bowen to już starszy człowiek. A... w piwnicy... 

Było pełno smoły - podjął Jason. 

I sadzy - dorzuciła Julia. - Sadza i smoła była dosłownie wszędzie. 

I algi. Ale było fantastycznie. Pracowaliśmy całe dwa dni. Na koniec, 
żeby podziękować, pan Bowen podaro- 

 

(ccrjr? P © 

 

i i r 

■of © 

background image

Oi' TKftCŚK (I; © © © © 

gML 

-.-""v.. 

© r © o r r n 

l 23456 789 10 1] 12 13 14 15 ) 6 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 2« 
3031 32 33 34 35 36 37 38 39 40 

0C0 0 0 0 0 0 0 BPIQP 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0P0 OP 0 0 0 0 
0 OPO o or. 

p l i i r i i i i p n i i i i? ii i i r i i i i i i n 

? ? mO p ? j Hm ? ? «ust ? ? p p p p p "5 p n 9 p •••»••» 

P i i i r i i u 

3 P ł* P 3 3 3 »*■» 

'j wał nam różowy rower swojej córki i... taki drobiazg, który 'j Jason i ja 
chcemy ofiarować tobie. 

Usta pani Covenant zaczęły wyraźnie drżeć. 

© S - Ccco tto takiego? 

i -Obrazek z Willą Argo-uśmiechnęła się Julia. 

W dodatku z pozytywką wmontowaną w ramę. 

background image

Na widok tego prezentu Nestor wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Słodka 
melodia Petera Dedalusa popłynęła na cały ogród, niwecząc całkowicie 
złość pani Covenant. 

Och - jęknęła wzruszona, wybaczając im natychmiast - moje 

kochane dzieciaczki! 

Homer, Nestor i pan Covenant - uradowani - wymienili 
porozumiewawcze męskie spojrzenie. 

Także Leonard Minaxo, ukryty w pokoiku w wieżyczce, uśmiechnął się. 
Odczekał, aż wszyscy wejdą do domu, otworzył okno i wyszedł po 
dachu. 

Dwoma susami dotarł na gałęzie sykomory i zeskoczył - na ziemię. 

(...) 

Obliwia Newton wędrowała, kaszląc, pośród zaułków starego getta, 
usiłując jak najprędzej dotrzeć do calle deli' Amor degli Amici. Oglądała 
się wiele razy za siebie, przerażona myślą, że za moment pojawi się 
hrabia Cenere lub jakiś inny ' strażnik tajnych służb. 

..4 

Mi® - ** 

Była bardzo wyczerpana, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Bolała ją 
głowa. Ale była zdecydowana prowadzić dalej swoje poszukiwania, 
zwłaszcza teraz, kiedy już wiedziała, czego ma szukać: Pierwszego 
Klucza. 

Po opuszczeniu Wyspy Masek Obliwia - pokryta sadzą, w zniszczonym 
ubraniu -powróciła do hotelu. Lekceważąc zdziwione spojrzenie 
hotelarza, wpadła do pokoju, jak najszybciej przebrała się w czarny, 

background image

skórzany kombinezon na motor, wzięła swój plecak i resztką monet, 
które jej zostały, zapłaciła rachunek. 

Wyszła, minęła teatr, gdzie wystawiano pierwszą komedię Goldoniego, i 
zatrzymała się, próbując ustalić kierunek. Po paru nietrafionych próbach 
ostatecznie skręciła w ciemny zaułek i odnalazła schodki, które 
wyglądały tak, jakby je namalowano na boku domu. 
 

Zeszła po nich, przeszła pod arkadą i doszła do ostatniego wąskiego 
zaułka pomiędzy dwiema wielkimi, zniszczonymi, średniowiecznymi 
kamienicami. 

Czuła się fatalnie. Marzyła o ciepłym prysznicu z hydromasażem i o 
szamponie z egzotycznych owoców. 

Skręciła w calle deli' Amor degli Amici. Doszła do drzwiczek, 
otworzyła je, weszła do ciemnego pomieszczenia i zobaczyła Wrota 
Czasu, sprzed których ktoś odsunął maskujący je kadłub gondoli. 

Obliwia dostrzegła tego kogoś. Był równie brudny jak ona. 

 

) ) 

Myślałem, że nie wrócisz... - szepnął Peter Dedalus. - 

Przypuszczałbym, że... 

Nigdy nie snuj przypuszczeń co do mnie - ucięła krótko Obliwia. - 

Wzięłam wszystko. Gotów? 

background image

Tak - odparł stary zegarmistrz z Kilmore Cove, patrząc na Wrota 

prowadzące do Domu Luster. 

 

Rozdział (.27) - BEZSENNOŚĆ 

W Willi Argo pogasły wszystkie światła. Umyty i pachnący Jason 
wyciągnął się na łóżku, na próżno oczekując, że latarnia morska się 
zapali. Noc była jasna i sowy zaczęły już swoje głuche nawoływania. 
Willa Argo skrzypiała i drżała w ciemnościach. Teraz, kiedy wszystkie 
pułapki zostały zniszczone, Jason był przekonany, że duch przebiega 
wzdłuż i wszerz korytarze. 

Chłopiec spojrzał na aparat fotograficzny Petera, leżący blisko okna, po 
czym zamknął na moment oczy, ale pod powiekami natychmiast ujrzał 
pożar i usłyszał krzyki. 

Przez chwilę wydało mu się, że błysnęło światło latarni morskiej. 
Chwilę potem miał wrażenie, że słyszy rżenie konia. Pomyślał o jeździe 
przez wzgórza do Turtle Parku, o latarniku, który prowadził Metis, o 
zdjęciach Petera. 

„ Kim jest ten tu z tobą, koło latarni?" 

„To jest Ulysses." 

Czy to możliwe? - myślał Jason. 

Wyśliznął się spod kołdry. Stanął bosymi stopami na zimnej posadzce, 
podszedł do okna i spojrzał na morze. 

Latarnia morska spała. 

Koło aparatu fotograficznego leżały nieliczne karty z albumu Petera, 
które ocalały z pożaru. Na jednej był zegarmistrz w towarzystwie 

background image

niskiego i raczej tęgiego mężczyzny, z gęstą brodą. Tak, to z pewnością 
Black Wulkan. 

Drugie zdjęcie natomiast, zniszczone od dymu i gorąca, zrobiono w 
pobliżu latarni morskiej. 

„Kim jest ten tu z tobą, koło latarni?" „To Ulysses." 

Jason słyszał kroki pod drzwiami. Lekkie, spokojne. Ktoś szedł przez 
korytarz. 

Ktoś zatrzymał się dokładnie przed drzwiami do jego pokoju. 

W oddali morze biło o skały Salton Cliff. 

Drzwi pokoju powoli się uchyliły. 

Ukazała się najpierw ręka, potem bosa stopa. 

-Julia?! 

-Jason, śpisz? 

Chłopiec znów zaczął oddychać. -Nie. 

Nie mogę usnąć... - powiedziała dziewczynka, siadając na łóżku 

brata. 

Ja też, 

Co robiłeś? 

Patrzyłem przez okno. 

Obydwoje wsunęli nogi pod kołdrę i wyciągnęli się obok siebie. 

Jason trzymał w rękach fotografię. 

« 

background image

Przez chwilę leżeli w milczeniu. 

Wiesz co? - odezwała się Julia. - Rick mnie pocałował. 

Pocałował cię? 

Naprawdę, w same usta. 

Jason spojrzał na siostrę z niedowierzaniem. -A ty? 

(cojit? 'or' iTai -or' cnkci? (.!•) 

 

C r 

1 23456 789 10 1 I 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 30 31 >2.33 34 3536 37 38 39 40 

obo o o 0 0 o o obo obo 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 0 obo obq o o o 0 
obo 0 ob 

b I M b I 1 I I bb I 1 I b I M I b 1 I M I 

7 ? bb b ■ ? ? pr r-! h ) ? j > ' ? 5 > ) »" 5 

n i b i i i r i i i 

33330V '3 3390» 

111 

background image

Ja udawałam, że jestem nieprzytomna. Jason się roześmiał. 

Kurczę... Jutro mu to powiem. 

Nie waż się! -1 jak było? 

Julia podłożyła sobie ręce pod głowę i wpatrywała się w sufit sypialni. 

Pięknie. 

A po chwili: 

Myślisz, że Peter kiedykolwiek pocałował Obliwię? 

Nie wiem, ale myślę, że tak. 

Więc naprawdę ją kochał? 

Rzucił się w ogień, żeby ją ocalić. Jason ścisnął mocniej 

fotografię. 

Co tu masz? 

Zdjęcie Petera. 

Pokaż. 

Było to czarno-białe zdjęcie, które ukazywało Petera w towarzystwie 
jakiegoś mężczyzny przed latarnią morską w Kilmore Cove. 

Jasonowi zrobiło się sucho w ustach. 

Julio, przypominasz sobie, co powiedział Peter? Że ten na 

fotografii to Ulysses Moore... 

Oczy Julii zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. -To prawda, tak 
powiedział- szepnęła dziewczynka, patrząc na brata. - Ja też to 
słyszałam. Ale, Jasonie... jak to możliwe? 

background image

278 

f? 

 

 

'or' imi 'or' tsagsp. (x; o 

e e e © © o 

 

1« 

r c c o c r 

1 23456 7 89 10 11 12 13 14 15 1 6 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 
29 30 31 i? .n 34 35 i' 38 39 40 

OBO 0 DO 0 BODED OBO ODD 0 0 0 D 0 0 0 0 0 D 0 0 D OOBi! 
fiBO 00 D 0 OBO 0 OB 

B ] 1 1 » 1 ł 1 1»B1 1 I P1 1 1 I 81 1 1 1 1 i B 1B 1 I 1 B1 I J 1 

. "? ? r B Br'? ? II )'! WH p p p 3 p j p ni) j 5 * > p p 

ł S 3 0 

Ja udawałam, że jestem nieprzytomna. f Jason się roześmiał. 

Kurczę... Jutro mu to powiem. r j - Nie waż się! 

) -I jak było? 

Julia podłożyła sobie ręce pod głowę i wpatrywała się w sufit sypialni. 

background image

Pięknie. A po chwili: 

Myślisz, że Peter kiedykolwiek pocałował Obliwię? 

Nie wiem, ale myślę, że tak. 

Więc naprawdę ją kochał? 

Rzucił się w ogień, żeby ją ocalić Jason ścisnął mocniej fotografię. 

Co tu masz? 

Zdjęcie Petera. O - Pokaż. 

Było to czarno-białe zdjęcie, które ukazywało Petera w towarzystwie 
jakiegoś mężczyzny przed latarnią morską w Kilmore Cove. 

Jasonowi zrobiło się sucho w ustach. 

Julio, przypominasz sobie, co powiedział Peter? Że ten na 

fotografii to Ulysses Moore... 

Oczy Julii zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. -To prawda, tak 
powiedział- szepnęła dziewczynka, patrząc na brata. - Ja też to 
słyszałam. Ale, Jasonie... jak to możliwe? 

 

- CIĄ.G DALSZY NASTĄPI ~ 

- Nie wiem. Też się zastanawiam. Ale może... zmienił nazwisko...? 

Stojącym obok Petera, uśmiechniętym mężczyzną na zdjęciu był 
Leonard Minaxo. 

background image

Nota od Redakcji 

To jest ostatni e-mail przesłany do nas przez Pierdomenico Baccalario 
przed jego podróżą do Kilmore Cove. 

eoe 

Piąty manuskrypt 

@ S 

© 

Usuń 

Odpowiedz Odpowiedz wszystkim Wyślij Drukuj 

Od: Pierdomenico Baccalario Temat: Piąty manuskrypt Wystano: 4 luty 
2006 16:24:01 Do: Redakcja „Parostatku" a 1 załącznik, 241 kb 

Cześć, to znowu ja! 

Mam nadzieję, że ten e-mail dotrze do was bez problemów, bo nie będę 
mógł go powtórnie wysłać. Wyruszam do Kilmore Cove. Tym razem 
pieszo... 

Najpierw jednak chciałem, żebyście przeczytali świeżo przetłumaczony 
przeze mnie fragment piątego zeszytu Ulyssesa Moore'a: 

Tory ginęły w ciemności, połknięte przez ciemny łuk tunelu. Jason, Julia 
i Rick zatrzymali się tuż przed wejściem, wahając się, czy iść dalej. 
Mieli wrażenie, że stoją przed otwartą paszczą, obrośniętą przez zielsko 
i dzikie pnącza, kołyszące się od przeciągów. 

Mówicie, że jest tu w środku, zatem... - mruknął Jason. 

Nie może być nigdzie indziej - potwierdził Rick. 

background image

Jeżeli istnieje - uściśliła Julia, którą zielsko kłuło w ręce. 

Jason nachylił się nad torami, by zapalić lampę na benzynę, którą 
znalazł w garażu Willi Argo. Zapalił knot zapalniczką i zaczekał, aż 
uniesie się czarna chmura o mdlącym zapachu. 

Nie mogłeś zabrać latarki? - robiła mu wyrzuty siostra. 

Jason żachnął się, ale nie przestał majstrować przy lampie. Po chwili 
udało mu się przemienić śmierdzącą chmurę w różowawe światełko. 

Zrobione! - zawołał uradowany. 

Nota od Redakcji 

To jest ostatni e-mail przesłany do nas przez Pierdomenico Baccalario 
przed jego podróżą do Kilmore Cove. 

mee 

Piąty manuskrypt 

Usuń 

 

Odpowiedz Odpowiedz wszystkim Wyślij Drukuj 

Od: Temat: Wysiano: Do: 

>6 

Pierdomenico Baccalario Piąty manuskrypt 4 luty 2006 16: 24:01 
Redakcja „Parostatku" 1 załącznik, 241 kb 

background image

Cześć, to znowu ja! 

Mam nadzieję, że ten e-mail dotrze do was bez problemów, bo nie będę 
mógł go powtórnie wysłać. Wyruszam do Kilmore Cove. Tym razem 
pieszo... 

Najpierw jednak chciałem, żebyście przeczytali świeżo przetłumaczony 
przeze mnie fragment piątego zeszytu Ulyssesa Moore'a: 

lory ginęły w ciemności, połknięte przez ciemny łuk tunelu. Jason, Julia 
i Rick zatrzymali się tuż przed wejściem, wahając się, czy iść dalej. 
Mieli wrażenie, że stoją przed otwartą paszczą, obrośniętą przez zielsko 
i dzikie pnącza, kołyszące się od przeciągów. 

Mówicie, że jest tu w środku, zatem... - mruknął Jason. 

Nie może być nigdzie indziej - potwierdził Rick. 

Jeżeli istnieje - uściśliła Julia, którą zielsko kłuło w ręce. 

Jason nachylił się nad torami, by zapalić lampę na benzynę, którą 
znalazł w garażu Willi Argo. Zapalił knot zapalniczką ¡zaczekał, aż 
uniesie się czarna chmura o mdlącym zapachu. 

Nie mogłeś zabrać latarki? - robiła mu wyrzuty siostra. 

Jason żachnął się, ale nie przestał majstrować przy lampie. Po chwili 
udało mu się przemienić śmierdzącą chmurę w różowawe światełko. 

Zrobione! - zawołał uradowany. 

Ominął szyny i pierwszy zapuścił się w ciemności. Julia i Rick poszli za 
nim, usiłując cokolwiek zobaczyć. 

Widzisz coś, Jasonie? - spytała Julia po kilku krokach. 

Tylko kamienie i tory. 

background image

Długie są? - dopytywała się siostra. 

Nie wiemy - odpowiedział Rick. - Wiemy tylko, że szyny nie 

wychodzą z drugiej strony góry. I że wobec tego... 

Nie dokończył zdania. Jason uniósł lampę. 

Kurczę... - szepnął. - Wy też ją widzicie? Julia obróciła się w 

stronę Ricka. 

Jest, naprawdę! Miałeś rację! 

Rick uśmiechnął się, chwycił Julię za rękę, patrząc przed siebie, na tory, 
gdzie zagubiona lokomotywa Blacka Wulkana migotała metalicznym 
blaskiem stłumionym warstwą kurzu. 

Niewiarygodne, prawda? Teraz muszę pędzić, ale wkrótce prześlę wam 
wiadomość. 

Pierdomenico 

PS Załączam zdjęcie znalezione w piątym manuskrypcie. 

 

 

■ 

lHL8*tfl 

00 

94« U ? 

- SPIS TREŚCI " 

' i -__LJ| 

background image

1. 

Rycerze na poddaszu...................................9 

2. 

Hrabia Cenere.......................................13 

3. 

Radość dzwonka.....................................19 

4. 

Drzwi zamknięte i drzwi otwarte........................25 

5. 

Tajemna komnata....................................37 

6. 

Stara Sowa..........................................47 

7. 

Ślady przejścia.......................................55 

8. 

Śpiew morza.........................................63 

9. 

Nieoczekiwana komplikacja............................73 

10.  Rozdzieleni..........................................83 

11.  Intruzi..............................................91 

12.  Stary dom..........................................101 

13.  Chuda doskonałość..................................115 

14.  Panieński pokoik....................................119 

15.  U latarnika.........................................131 

16.  Za ramą...........................................143 

17.  Turtle Park..................!......................157 

18.  Studnia i gołębie.....................................169 

19.  Zakazana książka...................................183 

20.  Mistrz zegarów......................................199 

21.  Kapitan............................................207 

background image

22.  Czarny Gondolier...................................217 

23.  Wyspa Masek.......................................227 

24.  Spotkanie..........................................236 

25.  Ogień i płomienie....................................251 

26.  Znowu w domu.....................................263 

275 

 

LYSSES MO OKS 

1. WROTA CZASU 

Kilmore Cove, Kornwalia. Jason i Julia, bliźnięta w w ku jedenastu lat, 
właśnie przeprowadzili się z Londy do Willi Argo, wielkiego dworu nad 
urwiskiem, str żonego przez Nestora, starego ogrodnika, milczka, kt< 
prawdopodobnie dużo wie o tym domu... Pewnego wieczoru, 
korzystając z nieobecności rodzic zajętych ważnymi sprawami w 
Londynie, Jason, Ji oraz ich nowy kolega z Kilmore Cove - Rick zaczyn 
zwiedzać to stare domostwo, pełne tajemniczych po i kluczy... W końcu 
natykają się'"na ukryte za szafą drz których nijak nie da się otworzyć. 
Drzwi mają czt zamki, ale żaden z kluczy w domu do nich nie pasuje. 
Co znajduje się za tymi drzwiami? I dlaczego ktoś ch< je ukryć? 

Dzieci postanawiają za wszelką cenę je otworzyć... 

2. ANTYKWARIAT ZE STARYMI MAPAMI 

Starożytny Egipt, Kraina Puntu. Jason, Julia i Rick przekroczyli Wrota 
Czasu i weszli do Domu Życia, potężnej, pełnej labiryntów biblioteki-
archiwum, gdzie przechowywane są papirusy, pergaminy i gliniane 
tabliczki pochodzące z wielu zakątków świata. Tym razem poszukują 

background image

tajemniczej mapy ukrytej w legendarnej Nieistniejącej Komnacie. Tylko 
właściciel „Antykwariatu ze starymi mapami" wie coś, co może 
naprowadzić ich na właściwy trop... 

 

 

3. DOM LUSTER 

Dziwne rzeczy dzieją się w Kilmore Cove. Jest tu pomnik króla, który 
nigdy nie istniał, i tory kolejowe, które nigdzie nie prowadzą. Nie można 
się połączyć z Internetem, a telefony komórkowe nie mają zasięgu. 
Wydaje się, że miasteczko zostało usunięte ze wszystkich map, żeby 
ukryć w ten sposób jakąś tajemnicę. Czy Ulysses Moore wie coś o tym? 

Tym razem śledztwo Jasona, Julii i Ricka rozpocznie się w Domu 
Luster, tajemniczej siedzibie genialnego wynalazcy Petera Dedalusa, 
zaginionego przed laty bez śladu...