background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

W PŁOMIENIACH 

 

SAGA CÓRKA MORZA VIII 

 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth poczuła, że język przywarł jej do podniebienia. Musiała odkaszlnąć, zanim 

mogła się znów odezwać. 
 

- Nikoline – starała się mówić stanowczo, jednak sama słyszała, że głos  jej drży. –  I 

czego tak stoisz? Na pewno masz lepsze rzeczy do roboty. Spakowałaś się już? 
 

- Chciałam najpierw… - zaczęła dziewczyna, lecz Elizabeth jej przerwała. 

 

-  Nie,  posłuchaj  mnie  i  rób,  co  mówię.  –  Popchnęła  lekko  Nikoline,  chcąc  się  jej 

pozbyć jak najszybciej, ale Kristian chwycił ją za ramię. 
 

- Chcę usłyszeć, co ona ma do powiedzenia. 

 

Elizabeth  czuła,  jak  serce  wali  jej  w  piersi.  Nie  miała  wyjścia,  musiała  pozwolić 

służącej opowiedzieć o wszystkim. Wytarła spocone dłonie o spódnice. 
 

- No już dobrze. proszę, Nikoline, mów. – Spuściła wzrok. Nie miała odwagi spojrzeć 

w oczy Helene. 
 

-  Przechodziłam  tędy  przypadkiem  –  zaczęła  opowiadać  dziewczyna.  –  Drzwi  były 

otwarte i usłyszałam, jak Helene rozmawia z Elizabeth. 
 

-  Czemu  się  zatrzymałaś?  –  zapytał  Kristian.  –  Nie  wiesz,  że  nie  powinno  się 

podsłuchiwać pod drzwiami? 
 

Elizabeth ukryła dłonie w fałdach spódnicy, czując, jak paznokcie boleśnie wbijają się 

jej w skórę. 
 

-  Oczywiście,  nie  powinno  się  –  zgodziła  się  Nikoline.  –  Ale  to,  co  usłyszałam,  tak 

mnie zaskoczyło, że stanęłam jak wryta. Poza tym pomyślałam, że chętnie poznasz treść tej 
rozmowy. 
 

Gospodarz Dalsrud wbij spojrzenie w służącą. 

 

- To może wreszcie, powiesz, co takiego usłyszałaś? Nie mogę tu stać do rana. 

 

-  One  mówiły,  że  twój  ojciec…  Leonard,  którego  zawsze  tak  szanowałam…  że  on 

był… złym człowiekiem. 
 

Kristian  przeniósł  wzrok  na  Helene.  Ta  nieśmiało  podniosła  oczy.  Elizabeth  chciała 

powiedzieć coś na jej obronę, ale nie potrafiła znaleźć właściwych słów. 
 

- Wymyślały najgorsze kłamstwa, jakie sobie można wyobrazić – ciągnęła Nikoline. – 

Nie  mam  nawet  odwagi  tego  powtarzać.  Mówiły,  że  twój  ojciec  wiele  kobiet  wziął  siłą,  a 
nawet robił to ze zwierzętami! 
 

Nagle pobladły Kristian spojrzał na żonę. 

 

- Kłamstwo! – syknęła Elizabeth i wymierzyła Nikoline policzek. Uderzenie nie było 

zbyt  mocne,  ale  odniosło  ten  skutek,  że  dziewczyna  cofnęła  się  o  krok  z  ręką  uniesioną  ku 
twarzy. Zaskoczona wpatrywała się w gospodynie, jakby nie docierało do niej, co się stało. 
 

- Że też masz czelność – warknęła Elizabeth, nie pojmując, jak znajduje słowa. – Że 

też masz odwagę tak zmyślać przed moim mężem! 
 

-  To  prawa,  wiesz  o  tym  tak  samo  dobrze  jak  ja  –  próbowała  się  bronić  służąca.  – 

Słyszałam wszystko! 
 

- Milcz i idź do swojego pokoju!  I  nie wychodź  do jutra rana – rozkazała Elizabeth, 

drżącą dłonią wskazując drzwi. 

background image

 

2

 

Oczy Nikoline błysnęły. 

 

-  Jeszcze  się  policzymy!  –  mruknęła,  po  czym  odwróciła  się  na  pięcie  i 

wymaszerowała z pokoju. 
 

Helene  odchrząknęła.  Na  jej  policzki  wystąpiły  czerwone  plamy,  ale  gdy  zwróciła 

oczy na Kristiana, jej spojrzenie było spokojne. 
 

- Elizabeth mówi prawdę. 

 

- Przecz! – rzucił mężczyzna drżącym głosem. 

 

- Rób, co ci każe, Helene – odezwała się Elizabeth łagodnie. 

 

Przyjaciółka oddaliła się niechętnie. 

 

- Nikoline rzuca poważne oskarżenia – stwierdził Kristian, gdy zostali sami. 

 

Elizabeth zrobiła głęboki wdech, zmuszając się, by spojrzeć mężowi w oczy, 

 

-  Jej  złośliwość  nie  przestaje  mnie  zaskakiwać  –  odrzekła  szczerze,  ale  w  tej  samej 

chwili  poczuła  ukłucie  wyrzutów  sumienia.  Postanowiła  je  zignorować.  Dziewczyna 
powiedziała prawdę, jednak lepiej zrobiłaby, gdyby milczała. 
 

Kristian nie odpowiedział, tylko przyglądał się jej zmrużonymi oczyma. Widziała, jak 

zaciska  szczęki.  Ogarnął  ją  lek.  Czyżby  uwierzył  służącej?  Gdy  się  wreszcie  odezwała,  jej 
głos był cichy i błagalny: 
 

-  Chodźmy  do  łóżka.  Już  ciemna  noc,  a  juto  musimy  wstać  bardzo  wcześnie.  – 

Położyła dłoń na ramieniu męża i poczuła, jak bardzo jest spięty. 
 

- Idę na dół – burknął i opuścił pokój. 

 

Elizabeth stała jeszcze chwilę, nasłuchując, aż dobiegł ją odgłos zamykanych drzwi od 

kantoru. 
 

Ciężkim krokiem ruszyła do sypialni. W pomieszczeniu było zimno, ale nie miała sił, 

by  napalić  w  piecu.  Położyła  się  na  skraju  łóżka  z  kolanami  podciągniętymi  pod  brodę. 
Gdyby  tyko  mogła  wiedzieć,  o  czym  w  tej  chwili  myśli  Kristian!  Wszystko  wskazywało  na 
to, że uwierzył w słowa Nikloine. 
 

Co tu robić? Objęła łydki ramionami i ukryła twarz w kocach. Niezależnie od tego, co 

sądzi Kristian, ona musi obstawać przy swoim. Poza tym niewiele może zrobić. Pozostaje jej 
tylko czekać na powrót męża. 
 

Czas  jej  się  dłużył,  wstała  więc  z  łóżka  i  wyciągnęła  ze  schowka  książek  i 

magazynów.  Niektóre  były  napisane  po  duńsku,  ale  zrozumienie  ich  treści  nie  sprawiało  jej 
większych kłopotów. Przeglądała Wskazówki i porady dla duńskich gospodyń domowych. Na 
pierwszej stronie ktoś napisał piórem: Ta ksiązka należy do Rebeki. Od Leonarda, 1868. 
 

Rebeka? To pewnie matka Kristiana. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że chyba nigdy 

wcześniej  nie  słyszała  tego  imienia.  Otworzyła  książkę  na  przypadkowej  stronie  i  zaczęła 
czytać: 
 

Musisz wiedzieć i nigdy Ne zapominaćże zajmować powinnaś zawsze drugie miejsce 

w domu. Pierwsze należy do twego małżonka. 
 

Zdumiona przesuwała wzrokiem po tekście. 

 

A  także  wiedzieć  musisz,  że  twój  mąż,  pan  i  władca,  ważniejszy  jest  niż  twoje  własne 

ż

ycie. 

 

Potrząsnęła głową z rezygnacją. 

 

A  także  wiedzieć  musisz,  że  nie  wolno  ci  podejmować  żadnych  ważnych  decyzji,  jeśli 

wcześniej nie poradzisz się swojego męża. Nigdy niczego przed małżonkiem nie ukrywaj! Ma 
on prawo wiedzie
ć o wszystkim… 
 

Zamknęła  książkę  i  pozwoliła  jej  upaść  na  podłogę.  Co  za  wspaniały  prezent, 

pomyślała,  i  prychnęła  cicho.  Czyżby  matka  Kristiana  stosowała  się  do  tych  rad?  Nie,  ta 
młoda piękna kobieta z obrazu na pewno nie dała się stłamsić żadnemu mężczyźnie. 
 

Elizabeth  zaczęła  niespokojnie  przewracać  się  na  łóżku.  Co  się  stanie,  jeśli  Kristian 

uwierzy Nikoline? Czy zażąda rozwodu i odprawi ją i dzieci tylko dlatego, że oczernia jego 

background image

 

3

ojca? Sama myśl była nie do zniesienia. Muszę twardo obstawać przy tym, co powiedziałam, 
zdecydowała. Niezależnie od tego, co się wydarzy. 
 

W końcu chyba się zdrzemnęła, nagle bowiem poczuła obok siebie silne, ciepłe ciało 

Krisiana i usłyszała jego głęboki głos: 
 

-  Przepraszam,  Elizabeth.  Nie  powinienem  tak  się  unosić.  Odwróciła  się  do  niego  i 

szybko musnęła wargami jego usta. 
 

- Wybaczam ci – wyszeptała i zadrżała, gdy mąż wsunął dłoń pod jej nocną koszulę i 

pogładził ją po plecach. 
 

-  Dziś  jesteś  moja  –  wymamrotał  ochryple  i  przycisnął  ją  do  siebie.  –  Moja  i  tylko 

moja. – Podwinął koszule jeszcze bardziej. 
 

- Poczekaj, zdejmę ją – szepnęła i szybko się rozebrała. 

 

Rzucił się na nią natychmiast. Był duży, ciepły i twardy. Jego członek napierał na jej 

udo, Elizabeth poczuła, że robi się wilgotna. 
 

-  Boże,  jak  ja  cię  pragnę.  –  Kristian  wcisnął  kolano  pomiędzy  jej  uda,  próbując  je 

rozsunąć. 
 

Elizabeth poruszała się niespokojnie. 

 

- Poczekaj – powiedziała, przyciskając pięści do jego piersi. 

 

-  O  nie,  tej  nocy  nie  mam  zamiaru  czekać.  –  Jedną  ręką  chwycił  obie  jej  dłonie  i 

przytrzymał za jej głowę. Wolną dłoń na jej piersi i objął sutek ustami. 
 

Elizabeth  pisnęła.  Czuła,  że  opuściły  ją  wszystkie  siły,  teraz  była  w  mocy  Kristiana. 

To, że unieruchomił ją i trzymał tak mocno, podniecało ją do granic szaleństwa. 
 

- Chodź – szepnęła. – Wejdź we mnie. 

 

Kristian  zaśmiał  się  cicho,  gładząc  palcami  jej  wilgotne  łono.  Wiedział,  że  gdzieś 

głęboko w niej zaczynała szaleć burza, 
 

- Jeszcze – błagała, gdy znieruchomiał. 

 

- To ja tu decyduję – wymamrotał i złożył na jej ustach długi pocałunek. 

 

Poczuła  jednocześnie,  że  się  w  nią  wsuwa,  wypełnia  ją,  drażni  ją,  sprawiając 

niewypowiedzianą  rozkosz.  Pocałunkami  próbował  stłumić  jej  przepełnione  namiętnością 
okrzyki. Wchodził w nią i wycofywał się, zatrzymywał się, czekał, aż wreszcie jęknął i całym 
ciałem mocno do niej przywarł. 
 

Jakiś  czas  później  Elizabeth  zwinęła  się  w  kłębek  i  przytuliła  policzek  do  silnego 

ramienia  męża.  Słyszała  jego  cichy,  spokojny  oddech.  Ostatnią  jej  myśla  przed  zaśnięciem 
było to, że wiatr przybrał na sile. 
 
 

Szpetnymi słowy Andreas przeklinał samego siebie za to, że nie zabrał latarni. Nawet 

największy głupiec wiedział, co to znaczy wypływać o tej porze roku i do tego w ciemną noc. 
Północny  wiatr  rzucał  łódką  jak  łupiną,  sprowadzając  ją  w  końcu  z  kursu.  Andreasowi 
przyszło  do  głowy,  że  właśnie  to  są  jego  ostatnie  chwile  na  tym  świecie:  umrze  na  morzu. 
Może jego śmierć została przesądzona już w momencie narodzin, może koniec w odmętach 
był mu pisany? Ostatnim razem udało mu się śmieć oszukać, lecz teraz chyba się jej już nie 
wywinie. 
 

Nie chciał stracić wioseł, więc położył je na dnie łódki. Zgrabiałymi palcami uczepił 

się  burty  i  pochylił  głowę,  czując,  jak  kolejne  podmuchy  smagają  go  po  plecach. 
Rozbryzgujące  się  fale  moczyły  już  i  tak  przemokłe  ubranie.  Wiatr  wył,  pędząc  po  niebie 
czarne, złowieszcze chmury. 
 

Nie  wiedział,  ile  czasu  spędził  na  morzu,  czy  było  to  tylko  kilka  godzin.  Czy  może 

cała  doba.  Gdy  jednak  spróbował  puścić  się  burty,  stwierdził,  że  rękawice  przymarzły  do 
łodzi.  Oderwał  je,  z  trudem  poruszając  zmarzniętymi  palcami.  Miał  wrażenie,  że  krew 
przestała  w  nich  krążyć.  Ale  gdyby  tak  się  stało,  dawno  już  zamarzł.  Z  drugiej  strony 
wydawało mu się, że niewiele już do tego brakuje. 

background image

 

4

 

Ostrożnie  wsunął  wiosła  w  dulki  i  poruszał  nimi  na  próbę.  Było  ciemno,  nie  miał 

pojęcia, która może być godzina. Próbował pocieszać się myślą, że udało mu się dożyć do tej 
chwili,  ale  jednocześnie  zdawał  sobie  sprawę,  że  może  znajdować  się  na  samym  środku 
Vestfjprden.  Jeśli  okazałoby  się  to  prawdą,  miałby  przed  sobą  powolną,  bolesną  śmierć  z 
głodu i pragnienia. Przymknął oczy, próbując oddalić od siebie ponure myśli. Nie takie rzeczy 
już się przeżyło, poradzę sobie, chociaż z trudem utrzymuje wiosła. Patrzył, jak pióra muskają 
powierzchnię wody. Nie miał siły, by zanurzyć je głębiej. 
 

- Wiosłuj! – krzyknął. – Wiosłuj, inaczej zamarzniesz na śmierć! 

 

Napiął wszystkie mięśnie, lecz po krótkiej chwili musiał zrezygnować. Znów wciągnął 

wiosła  do  łodzi  i  próbował  niezdarnie  ułożyć  je  na  dnie.  Miał  wrażenie,  że  jego  ramiona  są 
zbyt grube i sztywne, zupełnie jakby należały do kogoś innego. Zdjął rękawice, wsunął dłoń 
pod  ubranie  i  przycisnął  do  brzucha.  Mięśnie  skurczyły  się  z  zimna,  ale  czucie  w  palcach 
powoli  zaczęło  wracać.  Nagle  coś  sobie  przypomniał:  ktoś  mówił  mu  kiedyś,  by  nigdy  nie 
wkładać  zamarzniętych  palców  w  śnieg  ani  pod  zimną  wodę.  Zgrabiałych  członków  nie 
należało  także  rozcierać,  już  lepiej  rozgrzać  je  ogniem  lub  ciepłem  własnego  ciała.  Skąd 
właściwie  to  wiedział?  Może  od  kobiety  o  imieniu  Elizabeth?  Gdzie  ona  się  podziewała? 
Przymknął  oczy  i  pomyślał  o  swoim  śnie.  Kobieta  miała  długie,  jasne,  miękkie  jak  jedwab 
włosy, była szczupła i smakowała jak leśne maliny… 
 

- Elizabeth – wyszeptał – Elizabeth, gdzie jesteś? 

 

Wsunął  z  powrotem  dłoń  w  rękawice  i  rozejrzał  się  dookoła.  Na  wschodzie  zaczęło 

już  dnieć.  Wszędzie  widać  tylko  mrze,  pomyślał  z  rozpaczą,  czując,  jak  ogarnia  go  lęk. 
Zerknął  jeszcze  szybko  przez  ramię  i  zesztywniał.  Przez  chwilę  wydawało  mu  się,  że  to 
omamy. Przytrzymał się burty i zmarszczył czoło. Czyżby widział tam dom? 
 

-  Dobry  Boże,  nie  pozwól,  bym  znów  skończył  na  Wyspie  Topielca  –  szepnął, 

wytężając wzrok. 
 

Dom  oznaczał  stały  ląd.  A  jeśli  mieszkali  w  nim  ludzie,  był  ocalony.  Ale…  czyżby 

dostrzegał  nie  jeden  a  kilka  domów?  Poczuł,  jak  rośnie  w  nim  nadzieja,  serce  zabiło  mu 
szybciej.  To  naprawdę  b  y  ł  y  domy!  Chwycił  za  wiosła,  zacisnął  zęby  i  z  trudem  zanurzył 
pióra  głęboko  w  wodzie.  Po  kilku  powolnych,  bolesnych  ruchach  poczuł  wreszcie,  ze  dno 
szoruje o kamienie. Drżąc na całym ciele, odetchnął i ponownie obejrzał się przez ramię. Tak, 
tu na pewno mieszkali ludzie, nie dobił do Wyspy Topielca. 
 

Niepewnymi  dłońmi  zacumował  łódź  i  ruszył  przed  siebie.  Skierował  kroki  do 

szarego,  nieco  zniszczonego  przez  pogodę  małego  domu  z  dachem  pokrytym  torfem.  W 
okienku paliło się światło. A więc ktoś tam był. 
 

Zapukał  do  drzwi  i  wszedł  do  środka,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Osunął  się  na 

podłogę z plecami opartymi o ścianę. 
 

- Dzięki Bogu – szepnął i zdjął czapkę i rękawiczki. 

 

Poczuł ciepłą, miękką dłoń na policzku i usłyszał głos: 

 

- Biedaku, jesteś zmarznięty na kość! Skąd przybywasz? 

 

Powoli  uniósł  powieki,  napotykając  zatroskane  oczy  i  szczupłą  twarz.  Musi  mieć 

czterdzieści  kilka  lat,  pomyślał.  Jej  twarz  była  naznaczoną  ciężką  pracą  i  długoletnim 
wysiłkiem, stwierdził, czując nagle wzruszenie. 
 

- Mam na imię Andreas. Zawierucha spotkała mnie na morzu – wysypiał i zorientował 

się, jak bardzo jest spragniony. 
 

- Przypłynąłeś łodzią? – spytała kobieta. 

 

- Tak. – Przymknął oczy w nadziei, że nie będzie musiał opowiadać na więcej pytań. – 

Mógłby, dostać coś do picia? 
 

- Oczywiście! Lina, przynieś gorącego mleka! – poleciła kobieta. 

 

Już po chwili trzymał w dłoniach ciepły kubek. 

Krowie mleko, stwierdził, i wypił duszkiem. 

background image

 

5

 

- Dziękuję – szepnął. 

 

- Chodź, położysz się przy palenisku. – Kobieta pomogła mu podnieść się z podłogi. 

 

Dopiero teraz zauważył, że w chałupie roiło się od dzieci. Nieproszone przez nikogo, 

przygotowały przed paleniskiem posłanie z siana, skór i wełnianych koców. 
 

-  Za  wszystko  zapłacę  –  wymamrotał,  czując  bolesne  pulsowanie  w  palcach  dłoni  i 

stóp. 
 

- Nie myśl o tym teraz – odrzekła kobieta. Zdjęła mu buty i mokry płaszcz i okryła go 

kocem, jakby był małym dzieckiem. 
 

Uśmiechnął  się  blado  i  pomyślał,  że  oto  opiekuje  się  nim  anioł  zesłany  na  ziemię 

przez samego Stwórcę. 
 

- Gdzie jestem? – zapytał. 

 

- W Kabelvaag – odparła kobieta. – Byłeś ty już kiedyś? 

 

- Nie. – Potrząsnął głową. Faktycznie ta nazwa nic mu nie mówiła. Później, gdy trochę 

się  prześpi,  odpocznie  i  rozgrzeje,  opowie  tym  dobrym  ludziom  całą  swoją  historię.  Może 
znali Elizabeth? 
 

Jego  oczy  napotkały  nagle  spojrzenie  osoby  siedzącej  w  drugim  końcu  izby.  Była  to 

młoda  dziewczyna,  siedemnasto  –  lub  osiemnastolatka,  jak  uznał.  Słodka,  pomyślał 
natychmiast. Jej spojrzenie i uśmiech nie pozostawiały wątpliwości. Ona także uważała go za 
atrakcyjnego. 
 

Przymknął powieki i zapadł w sen bez marzeń i lęków. 

 
Rozdział 2 
 
 

Elizabeth  drgnęła  gwałtownie  i  obudziła  się.  przez  chwilę  leżała,  nasłuchując.  Na 

zewnątrz  panowała  absolutna  cisza.  Burza  musiała  się  już  skończyć.  Czyżby  to  zawierucha 
była przyczyną jej niepokoju? 
 

- Nikoline – szepnęła i przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego wieczora. 

 

Odrzuciła  kołdrę  i  spuściła  nogi  na  zimna  podłogę.  Kristian  wymamrotał  coś  przez 

sen, odwrócił się na drugi bok i zachrapał. Być może ich wczorajsze zbliżenie było dla niego 
równoznaczne  z  wybaczeniem,  pewnie  już  o  wszystkim  zapomniał.  W  przypadku  Elizabeth 
nie było to jednak takie łatwe. Okłamała go i sumienie nie dawało jej spokoju. Jednocześnie 
wiedziała, że nie miała innego wyboru. 
 

Ubrała  się  szybko  i  wymknęła  na  palcach  do  kuchni.  Wprawnymi  dłońmi  rozpaliła 

ogień w piecu i nastawiła wodę na kawę, od której była już właściwie uzależniona. 
 

Właśnie rozlewała ciemny płyn do kubków, gdy do kuchni weszła Helene. 

 

-A  więc  to  ty  wstałaś  dziś  pierwsza  –  wymamrotała  służąca,  przyjmując  podany 

kubek. 
 

Elizabeth upiła nieco kawy i usiadła przy stole. 

 

-  Nie  mogłam  spać.  Czy  to  możliwe,  żeby  człowieka  obudziła  cisza?  –  spytała  ni  to 

przyjaciółkę ni to siebie. 
 

Helene nie odpowiedziała, posłała jej tylko zaskoczone spojrzenie. 

 

- Jak poszło wczoraj z Nikoline, gdy już zostałyście same? – spytała Elizabeth. 

 

Służąca ostrożnie wysunęła krzesło, nie chcąc nikogo obudzić. 

 

- coś ją opętało – wyszeptała, siadając. – Złorzeczyła i wrzeszczała, że dobrze wie, o 

czym  mówiłyśmy.  Ale  ja  obstawałam  przy  swoim  i  twierdziłam,  że  nic  takiego  nie  mogła 
usłyszeć. Szybko wczoraj zareagowałaś – dodała w zamyśleniu. 
 

Elizabeth wstała od stołu i powiesiła nad paleniskiem garnek z wodą na kasze. 

 

- Musiałam coś powiedzieć – stwierdziła niechętnie. 

 

-  Masz  wyrzuty  sumienia?  –  spytała  Helene.  Podniosła  się  z  krzesła  i  zaczęła 

nakrywać stół. 

background image

 

6

 

Elizabeth zwlekała chwilę z odpowiedzią. 

 

- Tak, w pewnym sensie. Ale zrobiłam, co musiałam. 

 

Przyjaciółka chwyciła ją za ramie. 

 

- Nigdy nie wycofuj się z tego, co raz powiedziałaś – szepnęła, patrząc jej w oczy. – 

Nigdy! 
 
 

Nikoline  była  podejrzanie  spokojna,  gdy  pojawiła  się  już  w  kuchni.  Twarz  miała 

kamienną,  a  głos  zupełnie  bez  wyrazu.  Na  pytania  odpowiadała  pojedynczymi  sylabami. 
Elizabeth wolałaby, żeby dziewczyna pokrzykiwała i trzaskała garnkami, wiedziałaby wtedy 
przynajmniej,  czego  może  się  po  niej  spodziewa.  Poczuła  ulgę,  gdy  na  dół  zeszli  pozostali 
domownicy i można było siadać do stołu. 
 

- Gdy skończysz śniadania, zawiozę cię z Olem na łódź – odezwał się Kristian, który 

dotąd jadł w ciszy. 
 

Nikoline skinęła głową i przez kilka sekund patrzyła mu w oczy. Jej spojrzenie wydaje 

się puste, stwierdziła Elizabeth. Zadrżała i zerknęła na męża. On chyba wyczuł jej niepokój, 
bowiem podniósł wzrok i posłał jej przelotny, uspokajający uśmiech. Od razu zrobiło jej się 
lepiej. 
 
 

Po wyjeździe Kristiana i służących zapanowała przyjemna cisza, zupełnie jakby cały 

dom  wstrzymywał  oddech  i  dopiero  teraz  mógł  się  trochę  odprężyć.  Elizabeth  pomogła 
Gurine posprzątać kuchnię, a w tym czasie Amanda i Helene oporządziły zwierzęta w oborze. 
 

- Coś takiego – zdziwiła się Elizabeth, zaglądając nieco później do kuchennej szafki. – 

Nie został nam już żaden kaganek. Pójdę do spiżarni i przyniosę kilka. 
 

Chwyciła świecę, zarzuciła szal na ramiona i wyszła na podwórze. Gdy przekroczyła 

róg spiżarni, odstawiła świecę na beczkę. Kaganki stały na półce dość wysoko pod sufitem, 
musiała więc stanąć na palcach, by ich dosięgnąć. Wyciągnęła rękę, gdy nagle na podłogę za 
jej plecami padł długi cień. 
 

Wzdrygnęła  się  i  odwróciła.  Słyszała  kiedyś,  że  Zły  potrafi  przyoblec  się  w  ludzkie 

ciało, dlatego przez krótką chwilę wydawało się jej, że stoi przed nią sam diabeł. Mężczyzna 
w  progu  był  bardzo  wysoki  i  szeroki  w  barach,  miał  czarne,  faliste  włosy  opadające  na 
ramiona.  Przede  wszystkim  jednak  zwróciła  uwagę  na  jego  przedziwny  uśmiech  i 
przenikliwie  parzące  niebieskie  oczy.    Zdawały  się  ją  przewiercać  na  wylot,  lecz  gdy 
zatrzymały się na chwilę na jej piersiach, Elizabeth poczuła, jak jej poirytowane zastępuje lęk. 
 

- Kim jesteś? – spytała i wzięła się pod boki. 

 

Nieznajomy uśmiechnął się jeszcze szerzej, obnażając zdrowe, białe zęby. Skłonił się 

głęboko. 
 

- Mówią na mnie Nils Wędrowiec. 

 

Elizabeth  powtórzyła  przydomek,  uważnie  przyglądając  się  przybyszowi.  Nie 

wydawał się groźny, sprawiał wrażenie spokojnego i pewnego siebie. 
 

- Wędruję po okolicy i pracuję w zamian za trochę jedzenia i miejsce do spania. Może 

w Dalsrud przydadzą się moje usługi? 
 

Po raz kolejny omiótł ją spojrzeniem, Elizabeth zrozumiała zaś, że jego oferta jest co 

najmniej dwuznaczna. 
 

- Kristiana nie ma teraz w domu, ale pewnie niedługo wróci. 

 

-  Widzę,  że  jesteś  blisko  ze  swoim  gospodarzem  –  odparł  Wędrowiec  i  zaśmiał  się 

ochryple. 
 

Myśli,  że  jestem  służącą,  stwierdziła  Elizabeth,  i  postanowiła  nie  wyprowadzać 

przybysza z błędu. W każdym razie jeszcze nie teraz. 
 

- Byłeś tu już kiedyś? – spytała. 

background image

 

7

 

-  Tak,  ale  jeszcze  nigdy  nie  widziałem  takiej  ślicznotki,  jak  ta,  co  teraz  przede  mną 

stoi. Dalsrud wybiera sobie najładniejsze dziewczęta do pracy. 
 

- Możliwe – wymamrotała. – Chodź ze mną do kuchni, dostaniesz coś do jedzenia. 

 

- Serdeczne dzięki, szlachetna panno. 

 

Elizabeth Ne odpowiedziała, wzięła świecę i pudełko z kagankami, po czym wyszła ze 

spiżarni,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Wędrowiec  czekał  na  nią.  Puścił  ją  przodem,  ale  gdy 
miała otworzyć drzwi do domu, chwycił nagle jej pośladek i mocno go ścisnął. 
 

Elizabeth podskoczyła i wysyczała przez zęby: 

 

- Trzymaj łapy przy sobie albo stracisz to, co nosisz między nogami! – Wbiła wzrok w 

twarz zuchwalca i zobaczyła, jak jego pewny siebie uśmiech znika. 
 

-  Przepraszam  –  powiedział  Nils  i  podniósł  dłonie  w  obronnym  geście.  Jego  oczy 

błysnęły. – Zostawiam piękną pannę w spokoju. – Uśmiech wrócił na miejsce, ale Elizabeth 
nie miała zamiaru go odwzajemniać. 
 

- Ja ci dam piękną pannę – wymamrotała i weszła do środka. 

 
 

- Mam tu gościa, którego trzeba nakarmić – oznajmiła głośno, gdy już znaleźli się w 

ciepłej kuchni. 
 

-  Znów  do  nas  przychodzisz,  Nilsie?  Myślałam,  że  znalazłeś  sobie  babę  i  się 

ustatkowałeś? 
 

- Żonę? – Mężczyzna rozłożył ręce. – Moje serce bije dla takiej jednej, ale ona mnie 

nie chce. Co można wtedy począć? 
 

- Znaleźć sobie inną – odparła służąca oschle. 

 

- A więc odmawiasz mi jeszcze raz? – zapytał Wędrowiec, udając załamanego. 

 

- Tego akurat możesz być pewien - rzuciła Helene. 

 

Gurine postawiła na stole ser, masło i chleb. Elizabeth znalazła swoją robótkę i usiała 

naprzeciwko  gościa.  Ten  zaś  nie  żałował  sobie  jedzenia,  smarował  kromki  grubą  warstwą 
masła  i  kroił  wielkie  plastry  sera.  Wydawał  się  niepoważny,  mimo  to  szczerze  mu 
współczuła.  Taka  tułaczka  od  domu  do  domu  musiała  być  straszna.  Zwłaszcza  teraz,  zimą. 
Czy  powinna  zaryzykować  i  pozwolić  mu  przenocować  w  kuchni?  A  jeśli  coś  ukradnie? 
Miałby  stąd  dostęp  do  całego  domu.  Jednak  w  stodole  byłoby  mu  przecież  strasznie  zimno, 
pomyślała, i aż wstrząsnął dreszcz. 
 

Do  kuchni  lekkim  krokiem  weszła  Amanda.  Wzdrygnęła  się,  gdy  Wędrowiec  z 

hukiem odstawił kubek i wykrzyknął: 
 

- Co też widzą moje piękne oczy? Ta piękna mała istotka musiała zostać nam zesłana 

prosto z nieba. 
 

- Byłam tylko w wychodku – odparła zaskoczona służąca. 

 

Ś

miech wypełnił kuchnię, a dziewczyna pokraśniała. 

 

- Chciałem powiedzieć, że jesteś piękna jak anioł – wyjaśnił Nils, zerkając z ukosa na 

Elizabeth. 
 

- Jedz, nie gadaj – upomniała go, nagle głośniej drutami. 

 

Nils mrugnął do Amandy, lecz ona odwróciła się do niego plecami i udawała bardzo 

zajętą czymś przy ławie. 
 

Nie,  pomyślała  Elizabeth,  na  pewno  nie  będzie  spał  w  kuchni.  Dziewczęta  mają 

sypialnie na piętrze, to nie byłoby bezpieczne. Ale gdzie go w takim razie położyć? 
 

W tej samej chwili drzwi się gwałtownie otworzyły i do kuchni wmaszerowała Ane, a 

za nią przydreptała Maria. 
 

- Mamo, prawda, że Pusia ma małe w brzuszku? I dlatego jest taka gruba? 

 

- Mamo? – rozległ się głos zza stołu. – To twoje dzieci? 

 

- A ty kim jesteś? – zapytała Maria, uważnie przyglądając się nieznajomemu. 

background image

 

8

 

- Ma na imię Nils – odrzekła Elizabeth. – I owszem, to moje dzieci – zwróciła się do 

gościa. Nie wspomniała, że Maria jest jej siostrą. Nic mu do tego, pomyślała. 
 

- Nie rozumiem, jak służąca… - Wędrowiec zamilkł i podrapał się po głowie. 

 

- To nie służąca – przerwała mu Maria. – Kristian jest jej mężem. 

 

Mężczyzna zamilkł. Pochylił się nad kubkiem z mlekiem i skinął głową, gdy Helene 

zaproponowała mu dolewkę. Zanurzył swoje nie do końca czyste palce do cukiernicy. 
 

- Prawda, że Pusia ma małe w brzuszku? – Ane nie miała zamiaru się poddawać. 

 

- Nie, nieprawda, bo jest kocurem, jednak nie wiedzieliśmy o tym, gdyby był mały, i 

pozwoliliśmy co go tak nazwać. 
 

- Ale jest taka gruba! 

 

- Dlatego, że tyle je, Ane poza tym to on. 

 

Dziewczyna  zamilkła  i  wgramoliła  się  na  kolana  Gurine,  która  siedziała  przy 

palenisku.  Starej  kucharce  wciąż  było  zimno.  Elizabeth  zauważyła  także,  że  wykonywanie 
obowiązków przychodziło kobiecie z coraz większym trudem. 
 

Maria  podeptała  do  stołu  i  zajęta  miejsce  koło  gościa.  Siedziała  przez  chwilę, 

wpatrując się w niego. 
 

- Skąd przychodzisz i gdzie idziesz? 

 

- Tam, gdzie mnie nogi poniosą – odpowiedział i mrugnął. 

 

Dziewczynka pokiwała głową zamyśleniu. 

 

- A więc sam decydujesz, co się z tobą dzieje. 

 

-  Jesteś  bardzo  mądra,  młoda  damo,  i  na  pewno  daleko  zajdziesz  –  stwierdził 

Wędrowiec. 
 

- Możesz tu na trochę zamieszkać, jeśli chcesz – zaproponowała Maria. 

 

Elizabeth wtrąciła się, zanim gość zdążył odpowiedzieć. 

 

- Byłeś w Storli albo w innych gospodarstwach? 

 

- Moja stopa już nigdy nie postanie w Storli – odrzekł Nils zdecydowanie. Rozejrzał 

się szybko i zamilkł. 
 

Elizabeth  domyśliła  się,  że  nie  został  tam  przyjęty  zbyt  dobrze,  dlatego  nie  pytała 

więcej. 
 

- Czemu twoja stopa nie stoi? – zdwoiła się Ane. 

 

- Chyba nie o to mu chodziło – odparła jej Amanda, która od dłuższego czasu starała 

się powstrzymać śmiech. 
 

Dobry  Boże,  pomyślała  Elizabeth,  obyśmy  jak  najszybciej  pozbyli  się  z  domu  tego 

jegomościa. 
 

 

 

Lavina  czuła,  że  wszystkie  jej  mięśnie  drżą  z  wysiłku.  Wciągnęła  wiosła  do  łodzi. 

Odkorkowała butelkę zębami i zaczęła łapczywie pić. 
 

-  Cholerne  chłopy!  –  zaklęła  i  otarła  usta  wierzchem  dłoni.  –  Żaden  ode  mnie  nie 

ucieknie  w  ten  sposób!  –  Zerknęła  w  stronę  lądu.  Niedługo  znajdzie  się  już  na  wysokości 
Dalsrud. 
 

Znów chwyciła za wiosła. Było tak zimno, że nie miała odwagi siedzieć zbyt długo w 

bezruchu.  Mogłaby  zamarznąć  na  śmierć.  Drżąc  na  całym  ciele,  wiosłowała  tak  szybko,  jak 
tylko mogła, serdecznie przeklinając Andreasa, który zwiódł ją w tak podły sposób. 
 

Lavina  obudziła  się  w  nocy  i  odkryła,  że  miejsce  w  łóżku  koło  niej  jest  puste.  Gdy 

zmarznięta  wyszła  przed  dom,  zdążyła  jeszcze  zobaczyć,  jak  łódź  z  Andreasem  niknie  w 
ciemnościach.  W  pierwszej  chwili  chciała  go  zawołać,  była  bowiem  pewna,  że  zabrał  łódź 
należącą do niej. Ale coś ją powstrzymało. Może próbuje przezwyciężyć swój lęk, pomyślała. 
Na pewno wróci przed świstem. 

background image

 

9

 

Całą  noc  spacerowała  niespokojnie  po  izbie  pogrążona  w  rozmyślaniach. 

Najwyraźniej Andreas znalazł swoją łódź albo może zabrał którąś z tych, które przycumowały 
do wyspy. Jej własna była na swoim miejscu, sprawdziła to od razu. 
 

Gdy nastała poranek, zdecydowała się wypłynąć na poszukiwania był albo w Dalsrud, 

najbliższym  gospodarstwie,  albo  też  utonął  podczas  burzy.  Jeśli  jednak  przeżył,  już  ona  mu 
pokaże, tego akurat mógł być pewien! 
 

Ostatkiem sił dobiła do lądu, wyskoczyła z łodzi i zacumowała ją przy wielkim głazie. 

Rozejrzała się dookoła i ruszyła w stronę podwórza. 
 

 

 

Wędrowiec  wciąż  żartował  ze  służącymi,  ale  Elizabeth  przestała  go  już  słuchać. 

Wyjrzała na podwórze i zatrzymała wzrok na budynku dla parobków. Oczywiście, pomyślała, 
Nils będzie mógł tam spać razem z Olem. Chłopakowi wielokrotnie już proponowano miejsce 
w domu, ale on zawsze grzecznie odmawiał. Twierdził, że podoba mu się tam, gdzie mieszka. 
Amanda troszczyła się, by było mu ciepło i przytulnie, zmieniała także pościel, gdy uznawała 
to za stosowne. 
 

Elizabeth  już miała  przedstawić  swoją  propozycję  gościowi,  gdy  nagle  dostrzegła  na 

podwórzu  kobieca  sylwetkę.  Czarna  chusta  skrywała  twarz,  ale  sprężysty  krok  zdradzał 
młody  wiek  przybyłej.  Zaintrygowana,  odłożyła  robótkę  i  wstała  z  miejsca.  Widziała,  jak 
nieznajoma zajrzała na chwilę do komórki, po czym ruszyła w stronę obory. 
 

-Czy to nie Lavin? – zapytała Helene, która podeszła do stołu. 

 

- Chyba tak – odpowiedziała Elizabeth z wahaniem. – Co ona wyprawia? 

 

- Nie pytaj mnie. 

 

- Wyjdę z nią porozmawiać. 

 

- Tylko uważaj – usłyszała głos Gurine, gdy już zamykały się za nią drzwi. 

 

Elizabeth wpadła na Lavinę, gdy ta wychodziła z obory. 

 

- Czy mogę zapytać, co robisz w moim obejściu? – zwróciła się do niej ostro. 

 

Kobieta nie wydawała się szczególnie zawstydzona. 

 

-  Myślałam,  że  ktoś  jest  w  środku,  chciałam  poprosić  o  kubek  gorącego  mleka  – 

odparła szybko. 
 

- Kłamie, a nawet jej powieka nie drgnie, pomyślała Elizabeth. Może szuka czegoś, co 

mogłaby zwędzić? 
 

- Mleko możesz dostać w kuchni. Zastanawiam się jednak, co też robiłaś w komórce? 

 

- Wypuściłam kota. Ktoś go tam zamknął. 

 

Elizabeth mogłaby przysiąc, że widziała kona na podwórzu krótko przed pojawieniem 

się  Laviny.  Już  miała  zaprotestować,  gdy  opasły  mruczek  wyłonił  się  zza  węgła  komórki  z 
podniesionym ogonem. 
 

- Masz ze sobą coś do sprzedania? – zapytała. Kiedy zbliżały się już do domu. 

 

- Nie! – odpowiedź kobiety zabrzmiała jak szczeknięcie. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

-  Tak  czy  inaczej,  dostaniesz  poczęstunek.  Nikt  nie  opuszcza  Dalsrud  z  pustym 

ż

ołądkiem. Będziesz dziś naszym drugim gościem, pierwszy siedzi jeszcze w kuchni. 

 

Lavina zatrzymała się gwałtownie i utkwiła spojrzenie w gospodyni. 

 

- A co to za jeden? 

 

- Mówi, że nazywa się Nils Wędrowiec. 

 

Kobieta zwilżyła wargi końcem języka. 

 

- Jak wygląda? 

 

Elizabeth  zmarszczyła  brwi.  Lavina  sprawiała  wrażenie,  jakby  nagle  coś  ją 

wystraszyło. 
 

- Jest wysoki, barczysty, ma czarne, długie włosy… 

background image

 

10

 

- Ach tak. No to go nie znam – przerwała jej w pół słowa. – A nikt inny was dziś nie 

odwiedził? 
 

- Nie, nie było żywej duszy. Czemu pytasz? 

 

- Tak sobie. Ludzie się chyba u was często zatrzymują? 

 

- Zdarza się – odparła Elizabeth, zerkając z ukosa na idącą obok kobietę. 

 

Ledwo  weszły  do  kuchni,  Wędrowiec  wstał  z  krzesła.  Lavina  zdjęła  chustkę  i  szal. 

Uśmiechnęła się szeroko i wbiwszy wzrok w nieznajomego, podała mu rękę. 
 

- Dzień dobry, jestem Lavina – szepnęła miękko. 

 

- Dzień dobry – wymamrotał mężczyzna, nie spuszczając z niej wzroku. 

 

- Proszę, soadaj. – Elizabeth wskazała przybyłej krzesło. 

 

- Dziękuję. 

 

Lavina  okrążyła  Niasa.  Elizabeth  mogłaby  przysiąc,  że  kobieta  przycisnęła  swoje 

obfite  piersi  do  jego  pleców  i  przystanęła  tak  na  chwilę,  zanim  opadła  na  wskazane  jej 
miejsce. 
 

-  Słyszałam,  ze  na  imię  ci  Nils  –  odezwała  się  i  zdjęła  z  siebie  robiony  na  drutach 

sweter. 
 

Mężczyzna skinął głową i głośno przełknął ślinę. 

 

- Ale tu ciepło – ciągnęła Lavina, rozpinając górne guziki bluzki. 

 

Elizabeth widziała, że specjalnie się pochyliła, by Nils mógł zajrzeć jej w dekolt. Co 

za bezwstydnica, pomyślała, nie mogąc opanować ciekawości. 
 

- Ale żeś ucichł – zażartowała Helene i klepnęła Wędrowca w ramię, stawiając przed 

Laviną kubek i talerzyk. 
 

Nils wypił łuk mleka i odchrząknął. 

 

- Ucichłem, a jakże! Bo pomyślałem, ze to jakaś rusałka zawitała w te gościnne progi! 

 

Lavina zaśmiała się cicho, nawijając niesforny lok na palec. 

 

- Ty też nie stałeś zbyt daleko w kolejce, gdy Pan Bóg rozdawał urodę – odparła. 

 

- Wstydliwa też szczególnie nie jest – szepnęła Helene, przechodząc obok Elizabeth. 

 

- Chodźcie, dzieci – odezwała się Gurine, z trudem wstając z miejsca. – Napalimy w 

jadalni. Wasz ojciec lubi, gdy jest ciepło, tak samo jak ja. 
 

Wasz  ojciec,  powtórzyła  Elizabeth  w  myślach.  coraz  częściej  ludzie  mówili  o 

Kristianie ojciec albo tata. Dzieci wciąż zwracały się do niego jednak po imieniu. 
 

Przy  kuchennym  stole  nadal  toczyła  się  rozmowa.  Lavina  opowiadała  o  swoim 

samotnym  życiu  na  Wyspie  Topielca,  Wędrowiec  zaś  komentował  jej  słowa  z  właściwym 
sobie wdziękiem. 
 

- Taka piękna kobieta nie powinna mieszkać sama. 

 

Elizabeth  już  ich  nie  słuchała.  Wolałaby  usiąść  przy  krosnach  na  stryszku,  ale  nie 

miała ochoty zostawiać gości sam na Am ze służbą. 
 

- Pytałeś o pracę, Nilsie – zaczęła. 

 

Mężczyzna  zajrzał  do  pustego  kubka.  Helene  zaniedbała  go  trochę,  w  ten  sposób 

chciał jej pewnie dać do zrozumienia, że przyszedł czas na dolewkę. 
 

- Skoro już zjadłeś, możesz iść po torf. A jeśli dobrze się spiszesz dostaniesz więcej 

kawy po zakończonej pracy. 
 

Wędrowiec  zerknął  na  Lavinę,  która  uśmiechnęła  się  do  niego  zachęcająco  i  wypiła 

pierś. Niechętnie podniósł się z krzesła. 
 

- Zaraz wracam – wymamrotał i zniknął za drzwiami. 

 

- Najadłaś się? – zapytała Elizabeth Lavinę. 

 

- Mhm. Dziękuję za poczęstunek. 

 

Gospodyni zaczęła sprzątać ze stołu, ale zostawiła na nim kubki. Poszła do domowej 

spiżarki  i  przygotowała  niewielkie  zawiniątko  z  chlebem,  palonymi  ziarnami  kawy  i 
suszonym mięsem. Nie miała serca odsyłać kobiety bez jedzenia. 

background image

 

11

 

Gdy wróciła do kuchni, na środku stał Nils. W ramionach trzymał wielką skrzynię na 

ryby wypełnioną po brzegi torfem. Postawił ją z hukiem koło paleniska. 
 

Lavina dźwignęła się powoli. Jak zadowolony kto, który opił się śmietaną, pomyślała 

Elizabeth. 
 

- Nigdy jeszcze nie widziałam, by ktoś mógł tyle unieść – zamruczała Lavina, gładząc 

Wędrowca po ramieniu. 
 

-  Naprawdę?  –  zdziwił  się,  nie  mogąc  oderwać  spojrzenia  od  kuszącego  rowka 

pomiędzy jej piersiami. 
 

- Tak, naprawdę. – Kobieta zakołysała biodrami i zwilżyła wargi końcem jeżyka. 

 

Elizabeth  poczuła,  że  się  rumieni.  Nigdy  wcześniej  nie  była  świadkiem  równie 

bezwstydnego zachowania. 
 

- Może mnie odprowadzisz do łódki? – zapytała Lavina i mrugnęła. 

 

-  Oczywiście,  że  pomogę  szlachetnej  dziewicy  w  potrzebie  –  odpowiedział  Nils,  po 

czym skłonił się wytwornie i podsunął jej ramię. 
 

Elizabeth  stanęła  przy  oknie,  obserwując  dziwaczną  parę  idącą  w  stronę  brzegu. 

Lavina  niosła  w  jednej  ręce  węzełek  z  jedzeniem.  Drugą  wsunęła  pod  ramię  Niasa. 
Mężczyzna mówił coś do niej, co chwilę obnażając białe zęby, ona zaś śmiała się, patrząc mu 
w twarz. 
 

Także Helene podeszła do okna. 

 

- Szlachetna dziewica w potrzebie – parsknęła. – Taka z niej dziewica jak ze mnie! A 

jak się do niego wdzięczy! 
 

Elizabeth nie skomentowała jej słów. 

 

- Pójdę pościelić mi w izbie dla parobków – powiedziała tylko. 

 
 

Następnego  dnia  Nils  wcześnie  wstał  z  łóżka  i  natychmiast  zabrał  się  do  noszenia 

torfu.   
 

- Czy w czymś pomóc pięknym paniom? – zapytał, gdy kolejny raz wszedł do kuchni, 

ś

ląc tęskne spojrzenie stojącemu na ogniu czajnikowi z kawą. 

 

- Nie, dziękujemy. Siadaj, dostaniesz śniadanie – odparła Elizabeth. – Kristian nie ma 

już dla ciebie żadnej roboty – oznajmiła. Gdy zauważyła, że mężczyzna nie zrozumiał aluzji, 
dodała: - Zakładam, że pójdziesz dalej, gdy już zjesz. 
 

Wędrowiec skinął niechętnie głowa i wypił łyk kawy. 

 

- Pozdrów Lavinę z Wyspy Topielca – rzekł Kristian po skończonym śniadaniu. 

 

-  Tak,  to  piękna  i  niewinna  kobieta  –  stwierdził  Nils  i  wbił  tęskne  spojrzenie  w 

kuchenną ścianę. 
 

- Cóż, taka niewinna to ona nie jest, jeśli mam być szczery – wymamrotał Kristian, nie 

zgłębiając jednak tej kwestii. – Słyszałem, ze długo się z nią wczoraj żegnałeś. 
 

- Mieliśmy dużo do obgadania – odburknął Nils. – Potrzeba jej na wyspie mężczyzny 

do pomocy, więc zaprosiła mnie do siebie. 
 

- Nie zgodziłeś się? – Elizabeth była wyraźnie zaskoczona. 

 

- Musze się nad tym zastanowić. Ale teraz już czas iść dalej. – Wędrowiec przeciągnął 

się, ukłonił kilka razy i podziękował. 
 

Elizabeth westchnęła z ulgą, gdy wreszcie zniknął za drzwiami. 

 
Rozdział 3 
 
 

Gdy  Ole  i  Kristian  wypłynęli  na  zmowy  połów  do  Storvaagen,  w  domu  zapanowała 

niemal  przytłaczająca  cisza.  Chociaż  przyszedł  już  luty  i  przez  kilka  godzin  dziennie  było 
widno, wydawało się, że mrok jeszcze nie ustąpił. Z reguły niebo było zachmurzone, a słońce 

background image

 

12

pokazywało  się  tylko  na  chwilę.  Czasami  chmury  barwiły  się  tylko  na  czerwono,  po  czym 
znów zapadła ciemność. 
 

Tego dnia kuchnia wciąż pachniała soloną rybą, chociaż wszystko dokładnie wymyto i 

wyszorowano.  Gurine  poczłapała  do  swojego  pokoju,  zamierzając  położyć  się  do  łóżka. 
Podeszły wiek naprawdę zaczynał dawać się jej we znaki. 
 

Elizabeth  i  Helene  usiadły  nad  robótkami,  a  Amanda  łatała  ubrania.  Z  podwórza 

dobiegł radosny śmiech dziewczynek bawiących się na śniegu. 
 

- To nie ciemność tak ci dokucza – przerwała ciszę Helenę. 

 

Elizabeth odwróciła się do okna i posłała jej pytające spojrzenie. 

 

-  Widzę  przecież,  jaja  jesteś  przybita  –  wyjaśniła  przyjaciółka.  –  To  przez  to,  że 

myślisz o wszystkich, którzy muszą mieszkać w wyziębionych chatach i wypływać na połów 
bez względu na pogodę. Wciąż się tym zamartwiasz. 
 

Gospodyni skinęła głową. 

 

- Tak, chyba masz rację. 

 

-  W  marciu  i  kwietniu  będzie  już  lepiej  –  pocieszała  ją  Helene.  –  Zrobi  się  widniej. 

Zawsze  jest  ktoś,  komu  źle  się  powodzi.  Pomyśl  o  tych,  którzy  muszą  spać  na  łodziach. 
 

Elizabeth  wzdrygnęła  się.  biedni  ludzie,  pomyślała.  Ci,  których  nie  stać  było  na 

wynajęcie  chat,  nocowali  na  łodziach  pod  zadaszeniami  przypominającymi  prowizoryczne 
namioty. Dobry Boże, co też musieli przeżywać mężczyźni wypływający zimą w morze. 

Nagle służąca zmieniła temat rozmowy. 

 

-  Słyszałaś,  kto  się  przeniósł  na  Wyspę  Topielca?  –  zapytała  i  sama  udzieliła 

odpowiedzi: Nils Wędrowiec! Kto by pomyślał: on i Lavina! Co za para! Słyszałam, że ona 
biega po domach i wypytuje o kogoś, kto od niej uciekł. Może właśnie dlatego przypłynęła do 
nas. W każdym razie teraz Nils może ją pocieszyć. 
 

-  Wcale  mnie  nie  dziwi,  że  tych  dwoje  zamieszkało  razem  –  stwierdziła  Elizabeth 

oschle.  –  Niczego  innego  się  nie  spodziewałam.  –  Odłożyła  robótkę.  –  Zaparz  kawę,  a  ja 
przyniosę kilka naleśników – zwróciła się do Amandy. 
 

-  Nie  za  wcześnie  jeszcze  na  podwieczorek?  –  zapytała  dziewczyna  ostrożnie, 

jednocześnie podnosząc się z miejsca. 
 

- Będziemy mieli gości – rzuciła gospodyni przez ramię. 

 

- Nic o tym nie słyszałam – wtrąciła Helene. 

 

Elizabeth  nic  nie  odpowiedziała,  tylko  wślizgnęła  się  do  spiżarni.  Długo  stała  przy 

półkach, uważnie przyglądając się stojącemu na nich jedzeniu. 
 

Cóż,  faktycznie  nie  zostali  uprzedzeni  o  żadnych  odwiedzinach.  Przed  paroma 

chwilami jeszcze sama o tym nie wiedziała. Nagle jednak ta myśl pojawiła się w jej głowie, 
jakby ktoś szepnął jej do ucha, że ma spodziewać się gości. Dawno już jej się to nie zdarzyło, 
wizja zaskoczyła ją i wystraszyła. 
 

-  Bergette  ma  do  nas  wpaść  –  wyjaśniła,  wróciwszy  do  kuchni,  przekonana,  że  ma 

rację. 
 

Helene  zaczęła  wyjmować  z  szafki  serwis  do  kawy  używany  na  co  dzień.  Naczynia, 

na których jedzono na Boże Narodzenie i w inne większe święta, stały w jadalni. 
 

- Kiedy z nią rozmawiałaś? – spytała. 

 

- Nie  rozmawiałam. Bergette przysłała wiadomość Kristianowi już jakiś  czas temu – 

skłamała  Elizabeth.  Nie  było  powodu,  by  niepokoić  przyjaciółki.  –  Nakryjemy  w  kuchni. 
Przyniosę obrus. 
 

Znów  się  wymknęła,  tym  razem  na  strych,  gdzie  przechowywano  bieliznę  stołową. 

Spędziła  tam  kilka  minut,  próbując  się  uspokoić.  W  głębi  duszy  miała  nadzieję,  że  straciła 
umiejętność  przewidywania.  Teraz  zrozumiała  jednak,  że  się  myliła.  Westchnęła,  wzięła 
obrus i zeszła na dół. 
 

background image

 

13

 

Wraz z przybyciem Bergette do kuchni wdarło się zimne powietrze, a na podłodze, w 

miejscach, gdzie rozpuścił się śnieg, pojawiły się mokre ślady. 
 

-  Dzień  dobry,  dzień  dobry  –  zawołała  uśmiechnięta  i  zarumieniona  od  mrozu 

sąsiadka.  –  Jak  się  miewacie?  Pomyślałam,  że  złoże  wam  krótka  wizytę.  Chłopy  wypłynęły 
na morze, w domu taka cisza. Człowiek nie wie, jak bardzo mu potrzeba mężczyzny, dopóki 
nie zostanie sam – zaśmiała się. 
 

- Helene, weź od niej chustę – rzuciła Elizabeth szybko, obawiając się, by przybyła nie 

odkryła jej niewinnego kłamstwa. 
 

- Obudzić Gurine? – spytała Amanda, stawiając na kuchni czajnik z wodą. 

 

-  Nie,  niech  sobie  biedaczka  śpi,  potrzeba  jej  tego  –  odparła  gospodyni.  –  Proszę, 

Bergette, siadaj! Dziś przyjmujemy gości w kuchni. 
 

-  Pewnie,  przecież  tak  też  jest  bardzo  miło  –  odrzekła  kobieta.  –  Zobaczcie,  co 

przyniosłam. Widzicie, porządkowałam książki. To znaczy zaczęłam. A potem znalazłam to 
cudo i zamiast pracować, to czytała. Mogę ci ją pożyczyć. 
 

Elizabeth  spojrzała  na  okładkę:  Dziewczyna  ze  Słonecznego  Wzgórza  Bjørnstjerne 

Bjørnsona. 
 

- Ciekawe? –zapytała. 

 

- Tak, to wspaniała książka. Wy też możecie przeczytać – dodała Bergette, zerkając na 

obie  służące.  –  Ale  zobaczcie,  co  jeszcze  znalazłam  –  zaśmiała  się  sama  do  siebie.  –  To 
niewiarygodne,  co  też  stoi  w  tym  gabinecie.  Starocie,  które  nie  wiem  nawet,  skąd  się  tam 
wzięły.  Na  przykład  to,  napisane  w  1814  roku  przez  jakiegoś  pastora  Erika  Andreasa 
Colbana. Był chyba proboszczem w Kabekvaag. Posłuchajcie tylko. – Odchrząknęła i zaczęła 
czytać na głos: Mieszkańcy Lofotów i Vesteraalen wyróżniają się wyjątkowym hartem ducha. 
 

- Co to znaczy? – zapytała Amanda? 

 

- Że jesteśmy charakterni – odparła Helene i szturchnęła ją w bok. 

 

Bergette czytała dalej: 

 

-  Melancholia  jest  wobec  tego  rzadkością,  związaną  tylko  i  wyłącznie  z  dolegliwości 

cielesnymi. W przypadku choroby i cierpiący, i jego krewni modlą się o jak najszybszą śmierć
 

-  No  i  co  w  tym  dziwnego?  –  wtrąciła  Elizabeth.  –  Kto  by  chciał  patrzeć,  jak  inny 

człowiek  się  męczy?  To  chyba  oczywiste,  że  biedni  i  chorzy  nie  powinni  cierpieć  i  że 
bzyczymy i, by przekroczyli bramy raju – powiedziała i wypiła łyk kawy. 
 

- Dalej jest jeszcze gorzej, posłuchajcie tylko tego – zaśmiała się Bergette. – Pijaństwo 

stało  się  powszechny,  grzechem  na  Północy.  Mówi  się,  że  po  wódce  człowiek  nie  czuje  nic  i 
niezdolny jest do wyra
żania radości. 
 

- I pomyśleć, że to pastor, przedstawiciel Boga, mógł wypisywać o nas takie rzeczy – 

nie mogła się nadziwić Helene. 
 

-  Pokaż  mi  to  –  Elizabeth  zwróciła  się  do  sąsiadki.  –  Moim  zdaniem  ten  człowiek 

chciał  nas  tylko  ośmieszyć.  –  Chwyciła  książkę  i  przerzuciła  szybko  kilka  stron.  Nagle 
wybuchnęła  śmiechem.  –  Słuchajcie  tego!  Za  brak  czystości  w  domostwach  winić  należ
kobiety.  Ich  izby  i  inwentarz  
śmierdzą  brudem.  Ubrań  się  nie  pierze,  a  płucze  je.  A  jedzenie 
maj
ą obmierzłe… 

No tyle to już chyba wystarczy! – Zamknęła książkę z hukiem i oddała ją 

właścicielce, która zdążyła się już popłakać ze śmiechu. 
 

-  Że  też  cię  to  bawi  –  dziwiła  się  Elizabeth,  ale  sama  także  nie  potrafiła  zachować 

powagi. 
 

-  Ten  klecha  pisze  też,  że  mamy  gęstą  krew  i  że  nie  możemy  zabrać  się  do  roboty, 

dopóki nie rozrzedzimy jej odrobiną ognistych trunków – dodała Bergette. 
 

- Chyba żartujesz? 

 

-  Wcale  nie,  możecie  sobie  poszukać  w  książce..  poza  tym  potrafimy  w  siebie  wlać 

podobno tyle, że przechodzi to ludzkie pojęcie. I pijemy także dlatego, że mamy taką ponurą i 
smutną naturę. 

background image

 

14

 

- Dolej mi kawy, Helene – poprosiła Elizabeth. 

- To przecież straszne. Rzeczywiście trudno uwierzyć, że człowiek Kościoła mógł napisać coś 
takiego! Musiał to być jakiś szaleniec! 
 

-  Może  i  tak,  ale  miło  czasami  się  pośmiać  z  naszego  ponurego  i  smutnego  życia  – 

odrzekła Bergette z szerokim uśmiechem. – A gdzie podziały się dzieci? 
 

Elizabeth zerknęła w okno. 

 

- Chyba bawią się na śniegu. Ale nie, już wracają.  

 

Po chwili do kuchni weszły Ane i Maria z zarumienionymi policzkami, całe oblepione 

ś

niegiem. Obie dygnęły i przywitały się grzecznie z gościem. 

 

-  Oj,  jak  wy  wyglądacie!  –  zaśmiała  się  Elizabeth  i  poprowadziła  je  do  paleniska.  – 

Dobrze się bawiłyście? 
 

-  O  tak,  wykopałyśmy  jamę  i  zjeżdżałyśmy  na  sankach!  –  opowiadała  zachwycona 

Ane. 
 

- Dobrze jest chodzić do szkoły, ale jeszcze lepiej być w domu – orzekła Maria. 

 

Elizabeth dała dziewczynkom po kubku mleka i naleśniku. 

 

- Co to za książka? – spytała Maria, pokazując palcem leżący na stole tom. 

 

- Napisał ją pastor Erik Andreas Colban. Opowiada o tym, jak straszni są mieszkańcy 

Północy. 
 

- Słyszałam o nim – stwierdziła dziewczynka z powagą. – Wszyscy mówili o nim złe 

rzeczy przez to, co napisał, ale tak naprawdę to był dobry człowiek. 
 

- Skąd to wiesz? – spytała Elizabeth. 

 

- Pan w szkole nam mówił. Podobno na początku wieku panował u nas straszny głód, 

ludzie nie mieli co jeść i umierali. Dzieci przychodziły na świat, ale przeżywały tylko kilka 
dni.  Z  Bergen  nie  przychodziło  zboże  i  wtedy  ten  Colban  napisał  list  do  innych  pastorów  i 
porosił ich o pomoc. A gdy to też nie pomogło, sam zaczął rozdawać jedzenie i ubrania tym, 
którzy tego najbardziej potrzebowali. Ryby i woda nie wystarczały. Ludzie chorują, jeśli nie 
jedzą niczego innego. 
 

Elizabeth siedziała zamyślona, przyglądając się młodszej siostrze. Wstydziła się teraz 

tego,  że  śmiała  się  z  zapisków  pastora.  Może  i  miał  swoje  powody,  by  uwiecznić 
mieszkańców  Północy  w  ten  sposób.  Poza  tym  takim  czasie  wiele  rzeczy  można  zrozumieć 
opacznie. 
 

- Mądra z ciebie młoda dama – zwróciła się do dziewczynki Bergette. 

 

Maria wzruszyła ramionami. 

 

- Szybko się uczę. Jak pan w szkole nam coś mówi, to od razu to zapamiętuję. 

 

Bergette posłała Marii i Ane przeciągle spojrzenie. 

 

- Masz szczęście, Elizabeth, dwie takie istotki w domu to błogosławieństwo. 

 

Gospodyni nie wiedziała, co powiedzieć. Sąsiadka wyszła za mąż dawno temu, wciąż 

jednak nie zanosiła się na to, by miała zostać matką. Nietrudno było się domyśleć, że Bergette 
bardzo cierpi z tego powodu. Jej samej było przykro, gdy ludzie wypytywali, czy Kristian nie 
chciałby  mieć  syna,  który  przedłużyłby  ród  Dalsrud.  Coż  można  odpowiedzieć  na  takie 
pytanie? Ludzka ciekawość wyprzedza czasem rozsądek. Dawniej nie myślała o tym, by mieć 
więcej dzieci, z czasem jednak zmieniła zdanie. Na razie nie udało jej się ponownie zajść w 
ciążę. Na cóż, Bóg miał z pewnością wobec niej swoje plany. 
 

Nagle  otworzyły  się  drzwi  i  na  progu  kuchni  stanęła  Gurine.  Sprawiała  wrażenie 

zawstydzonej tym, że spała tak długo. 
 

- Dzień dobry – przywitała się cicho. – Jak miło, że mamy  gości. – Przyniosła sobie 

talerzyk, usiadła przy stole i przyłączyła się do rozmowy.  
 

Wkrótce Bergette stwierdziła, że na nią już czas. 

background image

 

15

 

-  Dziękuję  za  pogawędkę,  smaczne  naleśniki  i  mocną  kawę.  Musimy  się  niedługo 

znów zobaczyć – dorzuciła zdecydowanym głosem. Zaraz potem jej postać rozpłynęła się w 
panującym na podwórzu półmroku. 
 

-  Gdybym  wiedziała,  że  będziemy  mieli  gościa,  to  bym  się  w  ogóle  nie  kładła  – 

stwierdziła Gurine, zanurzając naleśnik w kawie. 
 

- Zapomniała ci powiedzieć – usprawiedliwiła się Elizabeth. 

 

- Ano trudno. – Kucharka nie zadawała więcej pytań. 

 
Rozdział 4 
 
 

Jak  zawsze  dobrze  było  zobaczyć  mężczyzn  powracających  z  połowu  całych  i 

zdrowych. Mogli wreszcie zabrać się do roboty w obejściu. Prze całą wiosnę pomagali im w 
pracy  dzierżawcy  z  Dalsrud,  którzy  w  ten  sposób  odbierali  pańszczyznę.  Zebrano  torf, 
ostrzyżono i wyprowadzono w góry owce. W dużym gospodarstwie nigdy nie było za wiele 
rąk do pracy. 
 

Chociaż  Elizabeth  i  obie  dziewczęta  dawały  sobie  radę,  nie  było  wątpliwości,  że 

przydałaby się jeszcze jedna służąca. Zarówno Helene , jak i Amanda wciąż były zmęczone. 
Ich  gospodyni  także  się  nie  oszczędzała,  mimo  prośb  męża,  by  się  nie  nadwerężała.  Nawet 
Maria i Ane musiały pomagać. 
 

Ani  się  obejrzeli,  gdy  nadszedł  czerwiec.  Czekała  ich  chwila  wytchnienia,  a  potem 

ciężka  robota  przy  żniwach.  Elizabeth  rozkoszowała  się  możliwością  odpoczynku.  Minęło 
wiele czasu, odkąd wszyscy mogli usiąść przy stole i spokojnie ze sobą porozmawiać. 
 

- Pewnego dnia, po skończonym śniadaniu, Ane zapytała: 

 

- Kristianie, w jakie bawiłeś się zabawy, jak byłeś mały? 

 

- Hm… - zadumał się mężczyzna. – Chyba nie było ich  wiele. Dużo pływałem łódka i 

pomagałem  w  obejściu.  A  czasami,  kiedy  byłem  pewien,  że  nikt  mnie  nie  widzi,  brałem  i 
jeździłem po okolicy. 
 

- Pozwalali ci na to? 

 

- Nie, ale i tak to robiłem, aż w końcu rodzice musieli wyrazić zgodę. Dostałem nawet 

własnego konia. 
 

- A gdzie on teraz jest? 

 

- Okulał i trzeba go było zastrzelić. 

 

-  To  prawie  zupełnie  jak  z  ta  owieczką,  co  ją  dostałam  na  wiosnę  –  stwierdziła 

dziewczynka. – Czekaliście do jesieni, a potem ją zjedliście. 
 

Maria  wybuchnęła  śmiechem  tak  raptownie,  że  zakrztusiła  się  mlekiem.  Ane  posłała 

jej wściekła spojrzenie, po czym znów zwróciła się do ojczyma. 
 

- Zjedliście tego konia? 

 

- Nie, pewnie, że nie! Ale zawsze bardzo kochałem zwierzęta. Także te, które trzeba 

było zaszlachtować i zjeść. Jesteśmy pod wpływem bardzo podobni. 
 

Nieoczekiwanie zimno przeniknęło Elizabeth, przez chwilę nie miała odwagi spojrzeć 

w  oczy  domownikom.  A  więc  Kristian  i  Ane  mieli  podobny  stosunek  do  zwierząt.  Nic 
dziwnego, byli w końcu przyrodnim rodzeństwem. Oby tylko dobry Bóg sprawił, by nigdy się 
o tym nie dowiedzieli. 
 

-  Mario,  nie  ociągaj  się.  chcesz  chyba  zdążyć  do  szkoły  na  czas?  –  spróbowała 

skierować rozmowę przy stole na inne tory. 
 

- Opowiedz jeszcze o zwierzętach. – Ane nie miała zamiaru tak łatwo się poddać. 

 

- Przypomniałem sobie, że chyba miałem jakieś zabawki. – Kristian uśmiechnął się. – 

Konie, krowy i kilka świń wystruganych z drewna. Pewnie leżą jeszcze gdzieś na strychu. 
 

- A mógłbyś mi je przynieść? – dziewczynce zaświeciły się oczy. – Wejdź tylko na e 

wąskie, straszne schodki, a ja będę czekać na dole. 

background image

 

16

 

Kristian zaśmiał się i odsunął pusty talerz po kaszy. 

 

- Nie, dziś będę stawiał z Olem kamienne ogrodzenie. 

 

-  A  ty  byś  mogła?  –  Ane  przywołała  na  twarz  swój  najbardziej  przymilny  uśmiech  i 

zerknęła na matkę. 
 

- Zobaczymy. Ale musiałabyś czekać na dole. 

 

Dziewczynka pokiwała z zapałem głową. 

 
 

Na  widok  wąskich  stopni  prowadzących  na  górę  Elizabeth  natychmiast  pożałowała 

złożonej obietnicy. Westchnęła, podkasała spódnice, wzięła świecę i rozpoczęła wspinaczkę.  
 

Przez  małe  okienka  osadzone  w  przeciwległych  ścianach  do  pomieszczenia  wpadało 

słabe  światło.  Płomień  świecy  oświetlał  jedynie  przedmioty  w  najbliższym  otoczeniu. 
Pachniało  dziwnie  i  nieprzyjemnie,  kurzem  i  starymi  ubraniami.  Wszędzie  stały  pudła  i 
skrzynki,  ułożone  w  wysokie  stosy.  Uwagę  Elizabeth  przykuła  wielka  szafa.  Drzwi 
skrzypnęły  żałośnie,  gdy  je  otwierała.  W  środku  wisiało  mnóstwo  nieużywanych  ubrań. 
Płócienne koszule i spodnie, sukienki i spódnice z brązowej wełny. Od dawna nikt w nich nie 
chodził,  ale  pewnie  wciąż  doskonale  nadawały  się  do  noszenia,  pomyślała,  unosząc  świecę, 
by się im lepiej przyjrzeć. 
 

Gdy powinna rozpocząć swoje poszukiwania? Nawet gdyby stał tu gdzieś żywy koń, 

miałabym  problemy  z  jego  odnalezieniem,  pomyślała  zrezygnowana.  Podeszła  do 
poustawianych  jedno  na  drugim  pudeł  i  odstawiła  świecę.  Jej  wzrok  padł  na  stos  kawałków 
płótna  leżące  na  samej  górze  i  przyjrzała  mu  się.  Ktoś  uwiecznił  na  nim  alejkę,  po  obu 
stronach której rosły wysokie brzozy. Promienie słońca błyskały pomiędzy liśćmi. Na środku 
alejki stała młoda dziewczyna o włosach czarnych jak skrzydło kruka. Jej śnieżnobiały strój 
przypominał  bardziej  koszulę  nocną  niż  sukienkę,  pomyślała  Elizabeth.  W  całej  scenie  było 
coś anielskiego. 
 

Oglądała Płotno za Płotnem. W prawym dolnym rogu każdego z nich widniały litery 

R.K.D.  Przeważały  piękne  krajobrazy,  dzień  polarny  i  morze,  falująca  na  wietrze  trwa  i 
pasający się koń, zimowa sceneria z saniami. Każdy obraz był podobnie poruszający. Miał w 
sobie  coś  niewinnego,  stwierdziła  Elizabeth.  Nie  znała  się  co  prawda  na  malarstwie,  ale 
instynktownie czuła, że oglądanie przez nią dzieła są wyjątkowe. 
 

Odłożyła  ostatnie  Płotno  na  miejsce  i  otworzyła  pierwszą  skrzynkę.  Jeśli  w  ogóle 

zamierzała  coś  znaleźć  przed  zapadnięciem  zmroku,  nie  mogła  marnować  więcej  czasu. 
Skrzynia  pełna  była  starych  książek  o  pożółkłych,  nieprzyjemnie  pachnących  kartkach. 
Elizabeth  już  miała  zatrzymać  wieko,  gdy  jej  spojrzenie  padło  na  gruby  tom  obwiązany 
jedwabną  wstążką.  Pewnie  jakiś  album  z  poezją,  pomyślała,  podnosząc  go  ostrożnie.  Z 
zewnątrz wyglądał dokładnie tak samo jak ten, który dostała od kuzynki Kristiana z Bergen. 
Na pierwszej strunie przeczytała: Ten pamiętnik należy do Rebekki Kristiane Dalsrud. 
 

- Dobry Boże – wyszeptała – to przecież matka Kristiana! To ona namalowała obrazy. 

– Inicjały nie pozostawiały wątpliwości: R.K.D. 
 

Sumienie  nakazywało  jej  odłożyć  pamiętnik  na  miejsce,  tam,  gdzie  go  znalazła,  ale 

ostatecznie zwyciężyła ciekawość. Drżącymi palcami przewróciła kartkę. 
 
 

Lipiec 1846 

 

Drogi Pamiętniku. 

 

A więc zostałam żoną Leonarda, wypełniając w ten sposób ostatnią wole mojego ojca. 

Leonard  zasnął  wreszcie,  a  ja  wymknęłam  się  do  mojego  dawnego  pokoju,  w  którym 
mieszkałam  przed  
ślubem.  Tu  czuję  się  wolna,  zaś  małżeńskie  łoże  już  zawsze  będzie  mi  się 
kojarzy
ć  z  tym  koszmarem.  Spędziliśmy  razem  pierwszą  noc,  czuje  się  okaleczona  i  obolała. 
Nienawidz
ę jego dotyku. Jego grubych, białych palców, które… nie, nie potrafię nawet o tym 
pisa
ć.  Może  z  czasem  będzie  lepiej?  Mój  ojciec  twierdził.  Że  to  małżeństwo  będzie  udane. 

background image

 

17

Teraz  moja  przyszłość  jest  pewna  i  wiem,  że  nigdy  nie  będę  cierpieć  ubóstwa.  Oby  Bóg 
sprawił, by było lepiej… 
 
 

Elizabeth przypomniała sobie chwilę, w której dowiedziała się, że małżonka Leonarda 

była od niego dużo młodsza. Zastanawiała się wtedy, co Rebekka mogła w nim widzieć, co 
sprawiło, że zgodziła się zostać jego żoną. Teraz już wiedziała. 
 

Jej spojrzenie przyciągnęły kolejne zapisane linijki. 

 
 

Październik 1847 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Czuję  się  uwięziona  w  mojej  nowej  roli.  Wolna  jestem  tylko  wtedy,  gdy  siedzę  na 

skałach o spoglądam w bezkres morza. Tam właśnie pogrążam się w marzeniach, patrząc na 
skrzecz
ące  mewy.  One  są  wolne.  Gdybym  tylko  mogła  odlecieć  z  tego  miejsca…  Ale  marzeń 
nikt mi nie odbierze. 
 
 

Skały, pomyślała Elizabeth. Sama często na nie chodziła, jeszcze w czasach, gdy była 

służącą  w  Dalsrud.  Jakie  to  dziwne,  że  w  tym  samym  miejscu  siadywała  kiedyś  matka 
Kristiana, marząc o lepszej przyszłości. Obie chciały uciec od Leonarda i Dalsrud, stwierdziła 
ze smutkiem i wróciła do lektury. 
 
 

Styczeń 1848 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Leonard często daje mi prezenty. Powinnam być mu wdzięczna, lecz za każdym razem, 

gdy  przyjmuję  od  niego  jakiś  podarek,  robi  mi  się  niedobrze.  Wczoraj  dostałam  lalkę.  Jest 
pi
ękna.  Niestety  słowa  męża  wciąż  dźwięczą  w  moich  uszach:  „Moja  mała  niewinna 
dziewczynka. Pobawisz si
ę ze mną?”, pytał, rozdzierając moją halkę
 
 

To  pewnie  ta  lalka,  która  siedzi  na  toaletce  w  pokoju  gościnnym,  domyśliła  się 

Elizabeth. Helene wspomniała, że należała ona do matki Kristiana. 
 
 

Gdy  chciałam  mu  się  wyrwać,  rozzłościł  się  i  wymierzył  mi  policzek,  że  aż  upadła,. 

Wciąż mam czerwony ślady na twarzy, a minęły już trzy dni. 
 
 

Elizabeth zrobiło się niedobrze. Pobawisz się ze mną… Biedna Rebekka, musiała żyć z 

tym potworem dzień i nic, co roku. Opuściła pamiętnik na kolana i przełknęła ślinę. Jaże ta 
nieszczęsna kobieta musiała cierpieć. 
 
 

Styczeń 1848 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Prawie ze sobą nie rozmawiamy od tego fatalnego dnia. Siedzę w swojej sypialni, nie 

chce, by dziewczęta dojrzały ślady na moim policzku. Ale ostatniej nocy znów wziął mnie siłą
Czuj
ęże za każdym razem, gdy mi to robi. Zatraca się gdzieś cząstka mnie samej. On wyrywa 
co
ś ze mnie i wiem, ze nigdy nie będzie można tego naprawić. Każdego wieczoru modlę się do 
Boga o pomoc, ale On mi nie odpowiada. Mo
że wymagam zbyt wiele. 
 
 

Maj 1848 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Dziś  znowu  dostałam  od  niego  prezent.  Sztalugi,  Płotna  i  wszystko,  czego  dusza 

artysty może zapragnąć. Szalałam ze szczęścia, ale wtedy padły te słowa: „Dostałaś ode mnie 
podarek, a teraz ja oczekuj
ę czegoś od ciebie. Proszę cię. Byś nie snuła się dłużej po domu z 

background image

 

18

tą ponurą miną. Nie toleruję takiego zachowania”. Próbowałam wytłumaczyćże to dlatego, 
ż

e  mnie  uderzył,  że  czułam  się  zrozpaczona.  Nie  chciał  mnie  słuchać.  Udawał,  że  nic  nie 

rozumie, twierdził, że nigdy nie podniósł na mnie ręki. Że misze być szalona, skoro wymyślam 
takie rzeczy. Czy naprawd
ę wszystko to sobie zmyśliłam? 
 
 

Sierpień 1848 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Leonard dowiedział się o mich wycieczkach na skały i surowo mi ich zabronił. Teraz 

pozostaje mi tylko praca nad moimi obrazami. Tylko ona daje mi radość… 
 
 

- Mamo! Mamo, jesteś tam? – rozległ się z dołu głos Ane. 

 

Elizabeth wzdrygnęła się i z hukiem zamknęła pamiętnik. 

 

- Tak, jestem – odpowiedziała. 

 

- Znalazłaś drewniane koniki i krówki, i inne zwierzątka? 

 

Przez chwilę sens słów córki nie docierał do niej, potem przypomniała sobie, po co tu 

w ogóle przyszła. 
 

-  Nie,  jeszcze  nie.  taki  tu  bałagan,  ze  nie  sposób  ich  znaleźć.  Poprosimy  Kristiana, 

ż

eby wystrugał ci nowe. 

 

- Idę do ciebie. 

 

- Nie, zostań, gdzie jesteś. – Zapłakała szybko kawałek materiału i zawinęła go wokół 

pamiętnika.  Z  trudem  podniosła  się,  gdyż  od  tak  długiego  siedzenia  na  podłodze  nogi  jej 
zdrętwiały. – Już schodzę – krzyknęła, chwytając świecę. 
 

-  Po  co  ci  właściwe  drewniane  zwierzątka,  skro  masz  i  kota,  i  oborę  pełną  żywych 

krów? – zapytała córkę, gdy już znalazła się na dole. 
 

- Ale to nie to samo. Upiekłam z Helene ciato. Chcesz spróbować? Krystian i Ole już 

wrócili. O tam masz? – Ane wskazała na zawiniątko, które matka trzymała pod pachą. 
 

- To? Nic, tp tyko kawałek materiału, który chcę pociąć na szmatki. Biegnij do kuchni, 

zaraz przyjdę. 
 

Gdy  tylko  dziewczynka  zniknęła  jej  z  oczu,  Elizabeth  poszła  do  tkalni  i  ukryła 

pamiętnik w koszu z materiałem. Tu go na pewno nikt nie znajdzie, pomyślała zadowolona. 
 
Rozdział 5 
 
 

Elizabeth  nie  mogła  się  skupić  na  tym,  co  do  niej  mówiono.  Wszystkie  jej  myśli 

krążyły  wokół  pamiętnika.  Podejrzewała,  że  Kristian  nie  domyślała  się  nawet,  jakim 
człowiekiem  był  jego  ojciec  i  jak  wyglądało  życie  jego  matki.  Rebekka  starała  się  pewnie 
ukryć swoje cierpienie. A niedługo po jej odejściu marł także Leonard. 
 

Rzadko  się  o  nich  mówiło.  Helene  wspomniała  kiedyś,  że  Rebekka  była  piękną 

kobietą. 
 

Przez cały dzień Elizabeth nie miała czasu, by  przeczytać chociażby krótki fragment 

pamiętnika. Po przygotowaniu jedzenia trzeba było pomóc Marii z lekcjami, potem przyszła 
pora kolekcji, zmywania i cerowania pończoch.  Ciągle było coś do zrobienia, tak, że mogła 
położyć się spać dopiero późnym wieczorem. 
 

Będąc w sypialni, odczekała chwilę, by upewnić się, że Kristian śpi, po czym wstała z 

łóżka i na palcach poszła do tkalni. Postawiła świecę na stoliku i przygotowała krosna. Jeśliby 
ktoś ją tu zaskoczył,. Powie po prostu, że nie mogła spać i postanowiła chwilę potkać. Wyjęła 
z kosza pamiętnik i odnalazła stronę na której skończyła czytać. 
 
 

Listopad 1849 

 

Drogi Pamiętniku 

background image

 

19

 

Jestem  w  ciąży,  nie  potrafię  opisać  swojego  szczęścia!  Leonard  także  się  ucieszył  i 

posłała po artystę malarza, który przebywał akurat w sąsiedniej wsi. Teraz w naszej sypialni 
wisi mój portret. Mo
że to właśnie odpowiedź od Boga? Może teraz między mną a Leonardem 
wszystko si
ę ułoży? 
 
 

Elizabeth  przerzuciła  kilka  kartek,  przebiegając  wzrokiem  kolejne  wpisy.  W 

większości opowiadały o codziennych wydarzeniach. Kilka stron w ogóle pominęła. 
 

Rebekka nie mogła się doczekać przyjścia dziecka na świat, dużo spędzała na szyciu i 

robieniu ubranek na drutach. Elizabeth domyśliła się, że raczej nie była ona angażowana do 
praco domowych. to Leonard musiał tak postanowić. Czytając kolejne wpisy, zrozumiała, że 
to on zarządzał pieniędzmi, podejmował decyzję dotyczące gospodarstwa i zatrudniał służbę, 
a niektóre dni wydawały się jej wlec w nieskończoność. 
 
 

Jedynie, co pozwala mi żyć, to myśl o dziecku, które noszę pod sercem. Mam nadzieję

ż

e urodzi się chłopiec, wtedy będę mogła nazwać go Kristian, po mnie. Kristian i Kristine, to 

prawie to samo imię. To moje dziecko i niczyje inne. 
 
 

20 czerwca 1850 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Bóg  mnie  wreszcie  wysłuchał.  Dziś  w  nocy  urodziłam  dużego,  zdrowego  syna.  Jego 

włosy  są  czarne,  tak  samo  jak  moje,  ale  oczy  ma  niebieskie,  jak  wszystkie  noworodki. 
Wygl
ądają jednak ciemne i myślęże niedługo staną się brązowe. Nigdy nie myślałam, że gdy 
pierwszy raz wezm
ę moje dziecko w ramiona, wzbudzi to we mnie tyle różnych uczuć. Ciepłe, 
malutkie ciałko. Mały chłopiec, tylko mój. Kocham go ponad wszystko na tym 
świcie, chcę go 
chroni
ć przed wszystkim, co złe. To na niego przeleję całą moją miłość. Dziękuję, dobry Boże. 
 
 

Kilka stron dalej Elizabeth przeczytała: 

 
 

Leonard,  który  zostawił  mnie  w  spokoju,  gdy  zaszłam  w  ciążę,  teraz  gwałci  mnie 

każdej nocy. Nienawidzę tego człowieka! Czuję, ze jest zazdrosny o dziecko, a przecież brzmi 
to jak zupełne szale
ństwo. 
 
 

Rok pański 1862 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Widzę,  że  Leonard  próbuje  mnie  karać,  przenosząc  swoją  złość  na  Krystiana  i 

ignorując go, ale chłopiec zdaje się tego nie dostrzegać. Jest taki silny. Gdy tylko ma okazję
wychodzi  z  dom,  by  co
ś  zrobić.  Staram  się  go  powstrzymywać,  ale  bez  skutku.  Śmieje  się  ze 
mnie wtedy, głaszcze mnie po policzku albo ramieniu i mówi: „Kochana mamusiu, nie bój si
ę 
o mnie. Jestem ju
ż duży, dam sobie radę”. Ma już dwanaście lat i wciąż jest podobny do mnie. 
Dzi
ęki Bogu. 
 
 

Elizabeth podciągnęła pod siebie nogi i położyła na kolanach ciepły wełniany pled. 

 
 

Czerwic 1864 

 

Drogi Pamiętniku 

 

Wiele już razy miałam okazję zobaczyć, jak Leonard obmacuje służące. Zawsze robiło 

mi  się  żal  tych  biednych  dziewcząt,  najwyraźniej  im  się  to  nie  podobało.  Próbowała, 
rozmawia
ć o tym z Leonardem, ale on tylko ze mnie szydzi. Mówi, że jestem głupia i wszystko 
zmy
ślam. 
 

background image

 

20

 

Listopad 1864 

 

Drogi Pamiętniku 

 

To, co widziałam, było takie straszne, że nie mogłam wręcz uwierzyć własnym oczom. 

Przez  wiele  dni  zastanawiałam  się,  czy  o  tym  napisać,  ale  przecież  tylko  tobie,  Drogi 
Pami
ętniku, mogę się zwierzyć
 
 

Elizabeth poczuła ostry, przeszywający ból i musiała oprzeć się o krosna. Czytała, jak 

Leonard  dotykał  służące  i  wymuszał  na  nich  milczenie.  Co  to  był  za  człowiek?  Potwór  w 
ludzkiej skórze? Zawahała się przez chwilę, jednak postanowiła czytać dalej. 
 
 

To  wszystko  było  tak  obrzydliwe,  że  zwymiotowała,  na  śnieg.  Może  i  jestem  złym 

człowiekiem, ale nie potrafię modlić się do Boga, by przebaczył Leonardowi coś takiego. 
 

Postanowiła,  pomówić  z  mężem,  jednak  szybko  tego  pożałowałam.  Zepchnął  mnie  ze 

schodów  prowadzących  na  strych,  z  wściekłością,  której  nigdy  wcześniej  u  niego  nie 
widziałam. Na szcz
ęście nic mi się nie stało. kości mam całe, a sińce ukrywam pod ubraniem. 
Domownikom powiedziano, ze zrobiło mi si
ę słabo i zemdlałam. Ten człowiek nie ma serca. 
 
 

Sierpień 1867 

 

Drogi Pamiętniku\ 

 

Wydaje mi sięże Leonard zrobił krzywdę Helene, służącej, która ma tylko 17 lat. jest 

taka cicha i smutna. A mój mąż ma na czole wielkiego, sinego guza. Mówi, że kopnął go koń
gdy  chciał  mu  wyczy
ścić  kopyta.  Nie  wierzę  mu.  Tak  bardzo  chciałabym  porozmawiać  z 
Helene,  ale  nie  mog
ę  się  na  to  zdobyć.  Co  miałabym  jej  powiedzieć?  I  tak  pewnie  nie 
zdradziłaby  mi  całej  prawdy.  Wydaje  si
ę  silną  dziewczyną,  która  zapracowała  sobie  na 
szacunek Leonarda. 
 
 

Elizabeth  zorientowała  się,  ze  zostało  już  Tylka  kilka  zapisanych  stron.  Miała 

wrażenie,  ze  coraz  bardziej  poznaje  matkę  Kristiana.  To  niewiarygodne,  ze  Leonard  nie 
wyrzucił jej pamiętnika. Może po prostu o nic o nim nie wiedział? 
 

Ostatnie  strony,  z  datami  od  stycznia  1869,  zostały  zapisane  w  ciągu  kilku  zaledwie 

tygodni.  Ręka  kobiety  drżała  najwyraźniej,  tu  i  ówdzie  widocznych  było  kilka  kleksów. 
Elizabeth czytała i czuła, że robi jej się zimno.  
 

W  oszczędnych  słowach  Rebekka  opisywała,  jak  pewnego  wieczora  zaskoczyła  na 

stryszku  stodoły  Leonarda  z  dzieckiem.  W  przypływie  wściekłości  rzuciła  się  na  męża  z 
widłami.  Dziecko  –  nie  zdążyła  się  zorientować,  czy  był  to  chłopiec,  czy  dziewczynka  – 
uciekło,  ale  Rebekka  musiała  spędzić  t  e  lodowatą  zimową  noc  na  dworze.  Za  karę,  jak 
twierdził  Leonard.  Reszta  domowników  nigdy  się  o  niczym  nie  dowiedziała,  byli  więc 
zaskoczeni, gdy gospodyni zapadła nagle na zapalenie płuc. 
 

Elizabeth przypomniała sobie, że Helene wspominała jej coś o tym, gdy przybyła do 

Dalsrud jako służąca. 
 
 

Rozumiem,  że  niedługo  umrę.  Śmierć  będzie  wyzwoleniem  od  tego  żałosnego  i 

smutnego  życia.  Czuję  jednak  nieopisany  smutek  na  myśl,  że  będę  musiała  zostawić  mojego 
syna,  którego  kocham  bardziej  ni
ż  kogokolwiek  innego  na  tym  świecie.  Pociesza  mnie  tylko, 
ż

e  kiedyś  znów  się  spotkamy.  Wiem,  że  mój  chłopiec  sobie  poradzi,  że  jest  zdecydowany  i 

potrafi  o  siebie  zadbać.  Nie  mam  już  sił,  by  trzymać  pióro  w  dłoni,  niech  więc  o  będzie 
ostatnie  po
żegnanie.  Gurine  obiecała,  że  schowa  cię  na  strychu,  Drogi  Pamiętniku.  Tam 
mo
żesz leżeć, skrywając w sobie historię mojego życia i tych ostatnich lat w Dalsrud. 
 

background image

 

21

 

Elizabeth  zamknęła  pamiętnik  i  poczuła,  że  policzki  ma  mokre  od  łez.  Otarła  twarz 

wierzchem dłoni. W pierwszej chwili pomyślała,  że musi odłożyć pamiętnik na miejsce, ale 
zmieniła zdanie. przyciągnęła gruby tom do piersi. Jeśli Kristian dowie się kiedykolwiek, że 
Ane jest córką Leonarda, pewnie będzie mu trudno w to uwierzyć. Jak można w ogóle przyjąć 
do wiadomości coś takiego, że własny ojciec brał służące siłą? W takim przypadku śmietnik 
może okazać się bardzo przydatny. Elizabeth miała nadzieję, że nigdy nie będzie musiała się 
na  niego  powoływać.  Nie  miała  zamiaru  burzyć  wspomnień  Kristiana  o  szczęśliwym 
dzieciństwie.  Poza  tym  chodziło  jeszcze  o  Ane;  dziewczynka  nigdy  nie  powinna  się 
dowiedzieć  ani  o  tym,  że  Jens  nie  jest  jej  prawdziwym  ojcem,  ani  że  jej  matka  została 
zgwałcona.  
 

Elizabeth wsunęła pamiętnik na samo dno swojego kufra, ostrożnie zamknęła wieko, 

przekręciła  klucz  i  przypięła  go  do  pęku  innych,  który  nosiła  przy  pasku.  Pamiętnik  będzie 
tam bezpieczny! 
 
Rozdział 6 
 
 

Ulice  w  Kabelvaag  pachniały  latem  i  kurzem.  Przemierzał  je  powoli  zaprzężony  w 

konia powóz. To doktor, stwierdził Andreas. Skłonił się krótko i zszedł na pobocze. Dostrzegł 
tego  wytwornego  pana  w  kościele.  Siedział  na  galerii  –  albo  na  chórze,  jak  to  nazywają 
niektórzy – razem z innymi bogaczami: gospodarzami, kupcami i nauczycielami ze szkoły. 
 

Andreas  kopnął  kamień  i  patrzył,  jak  leci  przez  drogę.  Ciekawe,  jakie  życie  on  sam 

miał w przeszłości? Może też był bogaty i miał własną ławkę w kościele? Myśl ta wydawała 
mu się tak niedorzeczna, że uśmiechnął się pod wąsem. 
 

- Z czego tak się cieszysz? – zapytała Lina. 

 

- Z niczego takiego – odrzekł krótko i zerknął na idącą u jego boku dziewczynę. Była 

urocza, miała rudawe włosy i zadarty nosek upstrzony mnóstwem piegów. Mała w sobie coś 
niewinnego i dziecięcego, mimo, że skończyła już dwadzieścia lat. 
 

Już wiele tygodni temu Andreas zrozumiał, że Lina się w nim zakochała, ale sam nie 

odwzajemniał jej uczuć. 
 

Była  dla  niego  przyjaciółką  i  nikim  więcej.  Szanował  bardzo  jej  rodzinę,  która 

pomagała mu na wszelkie możliwe sposoby, od dnia gdy na chwiejnych nogach przekroczył 
próg ich domu. 
 

- Czemu nie chcesz mi powiedzieć, o czym myślisz? – zapytała z nadąsaną miną. 

 

- Myślałem tylko o tym, jacy jesteście dla mnie dobrzy – odparł i zerwał rosnące przy 

skraju drogi źdźbło trawy. Chciał je wsunąć je do ust, ale było tak zakurzone, że zadowolił się 
obracaniem  go  w  palcach.  –  Nie  wiedzieliście  przecież,  kto  przybył  do  was  tamtego 
zimowego poranka – ciągnął. – Równie dobrze mogłem być niebezpiecznym mordercą. 
 

Lina zaśmiała się perliście. 

 

- Ty, niebezpieczny? Nie, od razu wiedzieliśmy, że nie może być o tym mowy. Byłeś 

co  najwyżej  zmarznięty  na  kość  i  wycieńczony.  –  Spoważniała  nagle.  –  Mama  to  dobra 
kobieta. Dzieli się z innymi wszystkim co ma, dopóki jej starcza. Zawsze taka była, ale odkąd 
tata zginął na morzu, jest jej bardzo ciężko. – Zamilkła. 
 

Andreas  także  nie  powiedział  nic  więcej.  Widział,  że  dziewczyna  z  trudem 

powstrzymuje szloch i łzy, które napłynęły jej do oczu na samo wspomnienie o ojcu. Położył 
jej dłoń na ramieniu, chcąc ją pocieszyć. Wydawała się chuda i kanciasta pod tą swoją czarną 
sukienka.  Jeszcze  z  konfirmacji,  jak  mi  się  kiedyś  przyznała.  W  tym  momencie  pomyślał  o 
innej  konfirmacyjnej  sukience.  Wydawała  się  odległa,  jak  w  śnionym  dawno  śnie.  Pojawiła 
się przed nim na chwilę, tylko po to, by zaraz zniknąć. 
 

Milczenie  trwało  już  tak  długo,  że  Andreas  postanowił  je  przerwać.  Pogładził  Linę 

lekko po ramieniu i wsunął dłoń do kieszeni. 

background image

 

22

 

- Twój wuj także był dla mnie bardzo dobry. 

Użyczył mi swojej chaty, to wspaniały gest. 
 

- A tam, przecież pracujesz na siebie – rzuciła lekko. 

 

- Ano tak, nawet pieniądze dostaję. Dość, by sobie jakoś radzić. 

 

Wuj  Liny  nie  tylko  zapewnił  mu  miejsce  do  spania,  ale  także  załatwił  robotę  przy 

zimowym  połowie  i  obiecał,  że  zatrudni  go  przy  żniwach.  Andreas  garnął  się  poza  tym  do 
każdej  pracy,  jaką  tylko  mógł  w  okolicy  znaleźć.  Postanowił  zostać  tu  dopóty,  dopóki  nie 
odzyska pamięci. O ile w ogóle to kiedyś nastąpi. 
 

Lina  wzięła  go  pod  ramię  i  zatrzymała.  Z  jednego  z  domów  przy  Cognacgaten 

dobiegał śmiech i wesołe nawoływania. 
 

-  Posłuchaj,  co  oni  tam  wyprawiają  –  mruknęła  ze  zwężonymi  oczyma.  –  Że  też 

kobiety mogą brać pieniądze za to, by… - Zamilkła, rumieniąc się nieznacznie. 
 

-  To  wszystko  z  biedy  –  odpowiedział  z  namysłem.  –  Pamiętam,  że  w  czasie 

zimowych  połowów  baby  zawsze  się  do  tego  brały.  Przyjeżdżały  ze  wszystkich  stron,  żeby 
tylko zarobić na życie. 
 

-  To  dlatego,  że  tylu  tu  teraz  rybaków  –  stwierdziła  Lina.  W  jej  głosie  słychać  było 

jakiś nieprzyjemny, obcy ton. – Byłeś kiedyś z taką kobietą? – zapytała. 
 

Jest o mnie zazdrosna, domyślił się Andreas. 

 

-  Nie  –  odrzekł,  uświadamiając  sobie  natychmiast,  że  mówi  prawdę.  –  Nigdy  nie 

byłem z ulicznicą. 
 

- Myślisz czasami o Lavinie z Wyspy Topielca? 

 

-  Tak  –  odpowiedział  szczerz.  –  Czasami.  Nie  tęsknię  za  nią,  lecz  mam  nadzieję,  że 

wszystko u niej dobrze. 
 

- Ale nie byłeś w niej zakochany? 

 

- Już mnie o to pytałaś, odpowiedź wciąż brzmi nie. nie pamiętam zbyt wiele, często 

jednak  myślałem,  że  to  nie  tam  jest  moje  miejsce.  ale  Lavina  potrzebowała  towarzystwa. 
Mieszkanie  w  samotności…  Nie  mam  ochoty  już  o  niej  gadać  –  dodał  nieco  ostrzejszym 
tonem, niż zamierzał. 
 

Zapadła na chwilę cisza, która znów Lina przerwała: 

 

- Naprawdę niczego nie pamiętasz ze swojej przeszłości? 

 

- Cóż, coś mi się kołacze. Nic innego poza tym, co już ci powiedziałem. 

 

Dziewczyna ściągnęła jego ramię, a na jej wąskiej twarzy pojawił się uśmiech. 

 

Nie  wspomniał  jej  jeszcze  nic  o  Elizabeth,  czy  jak  też  tam  miała  na  imię  ta  kobieta, 

którą  wciąż  widywał  w  swoich  snach.  Może  to  źle?  Może  gdyby  wyznał  całą  prawdę, 
dowiedziałby się, kim ona naprawdę jest? Może jego ukochaną? Albo jego żoną? Sugerował 
Linie,  że  w  jego  życiu  pewnie  była  jakaś  kobieta,  ale  wyglądało  na  to,  że  dziewczyna  nie 
przyjmowała do wiadomości nawet myśli o jego domniemanym małżeństwie. 
 

Rozpytywał  się  w  Kabelvaag,  jednak  nikt,  z  zagadniętych  nie  widział  go  nigdy 

wcześniej  i  nie  znał  żadnej  Elizabeth.  Mieszkańcy  nie  kojarzyli  także  by  ktoś  taki  jak  on 
zginął  na  morzu.  Żarłocznie  fale  pochłaniały  wielu,  ale  gdyby  Andreas  pochodził  z 
Kabelvaag, z pewnością ktoś by go rozpoznał. 
 

- Wydaje mi się, że już wcześniej byłem tu na zimowym połowie – rzucił przed siebie. 

 

- Czemu tak uważasz? 

 

- Rozpoznałem ołtarz w kościele. 

 

-  Może  popłyniemy  do  innych  wsi?  Moglibyśmy  wziąć  łódź  i  powiosłować  do 

Storvaagen i Sandviken – zaproponowała Lina. 
 

- Byłem tam na wiosnę – odpowiedział. – Nikt mnie nie rozpoznał. 

 

-  Powinniśmy  się  wybrać  zimą,  gdy  wszyscy  rybacy  są  w  domu.  Może  spotkałbyś 

kogoś znajomego. Mam na myśli, że na pewno nie pochodzisz stąd, bo  ludzie by cię przecież 
zaraz poznali. 

background image

 

23

 

- Tak, możliwe. – Poczuł się zniechęcony, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. W 

końcu  tak  bardzo  starała  mu  się  pomóc.  Zresztą  cała  jej  rodzina  okazywała  mu  wiele 
serdeczności. 
 

Lina zmarszczyła czoło, spoglądając w kierunku małej, szarej chałupki krytej torfem. 

 

-  Muszę  iść  do  domu  i  przebrać  się  w  codzienny  stój.  Widzę,  że  mama  już  wróciła, 

pewnie trzeba jej pomóc. 
 

Andreas  skinął  głową,  wiedział,  że  niedziela  to  jej  jedyny  dzień  wolny  od  pracy. 

Marzyła o tym, by zatrudnić się kiedyś w wielkim, bogatym gospodarstwie. Mogłabym wtedy 
zarabiać  tyle,  by  słać  pieniądze  swojej  rodzinie,  zwierzyła  mu  się  kiedyś.  Teraz  harowała 
tylko ca coś do zjedzenia. 
 

Lina zawahała się i pogładziła palcem grzbiet jego dłoni. Skórę miała zaczerwienioną 

i popękaną od pracy 
 

- Możemy się spotkać później? – zapytała. – Może wieczorem? – W jej głosie dało się 

słyszeć  błagalną  nutę.  –  Mogłabym  ci  pomoc  coś  sobie  przypomnieć  –  dodała  szybko  i 
posłała mu pełne wyczekiwania spojrzenie. 
 

Andreas  cofnął  dłoń  i  lekko  poklepał  dziewczynę  po  ramieniu.  Zupełnie  jakby  była 

jego kolegą. 
 

- Od tego przypominania boli mnie głowa – rzucił krótko. Nie było to kłamstwo, ale 

też  nie  do  końca  prawda.  Chciał  pamiętać,  lecz  gdyby  zgodził  się  spotykać  z  Liną 
wieczorami,  mógłby  jej  dać  fałszywą  nadzieję.  Zobaczył  rozczarowanie  malujące  się  na  jej 
twarzy i dodał pospiesznie: - Może innego dnia. 
 

Skinęła głową. 

 

- Tak, innego dnia. – Uśmiechnęła się blado. 

 

Stał jeszcze przez chwilę, spoglądając za nią, dopóki nie zniknęła w drzwiach chałupy. 

Potem  odwrócił  się  i  ruszył  przed  siebie.  Nogi  zaprowadziły  go  pod  budynek  więzienia  – 
trzymasztowca,  jak  nazywali  go  miejscowi  z  racji  trzech  wielkich  kamiennych  kominów. 
Zacisnął  pięści  w  kieszeniach,  spoglądając  na  piętrową  budowlę.  Okna  na  piętrze  były 
zakratowane.  Czemu  więzienie  tak  go  do  siebie  przyciągało?  Gdy  zobaczył  budynek  po  raz 
pierwszy, po plecach przeszły mu ciarki. Czyżby zrobił kiedyś coś niedozwolonego? Popełnił 
jakiś grzech, który powinien odpokutować? 
 

Spróbował  dostrzec  przeszłość,  przedostać  się  za  ciężką  zasłonę.  Zobaczył,  jak 

lensman  i  jego  pomocnicy  wiosłują  w  jego  stronę,  jak  zabierają  go  do  więzienia.  Jego  ręce 
skute były kajdanami, tak by już nie mógł zrobić niczego złego. Czy tak właśnie było? Czy to 
jego  przeszłość?  Odsunął  od  siebie  ten  obraz.  To  nie  miało  sensu.  Poczuł  pulsowanie  w 
skroniach i nieznośny ból głowy. 
 

Gdy  w  końcu  ruszył  w  kierunku  użyczonej  mu  chaty,  mięśnie  miał  napięte  jak 

postronki.  Dziesięć  czy  dwanaście  chałup  stało  w  rzędzie,  wszystkie  jednakowo  szare,  z 
dachem, krytym torfem.  Co by było,  gdyby wybuchł to pożar, pomyślał, i poczuł. Że mimo 
przypiekającego letniego słońca zrobiło mu się zimno. 
 
Rozdział 7 
 
 

Krople  deszczu  bębniły  o  szyby,  a  wiatr  gwizdał  w  kominie.  Elizabeth  zerknęła  za 

okno,  ale  zobaczyła  tylko  nieprzeniknioną  ciemność.  Aż  się  wzdrygnęła,  gdy  pomyślała,  że 
wkrótce  nadejdzie  kolejna  długa  zima.  Noc  polarna!  Dźwięk  tych  słów  sprawiał,  że  traciła 
dobry nastrój. 
 

Kołowrotek  powoli  i  miarowo.  Zupełnie  jakby  śpiewał,  pomyślała,  i  na  chwilę 

odwróciła  spojrzenie  od  pracy.  Była  już  w  niej  wyćwiczona,  że  przędza  wychodziła  równa 
niezależnie  od  tego,  czy  patrzyła  na  nią,  czy  też  nie.  Porozstawiane  w  całej  kuchni  lampy 
rzucały niesamowite cienie na podłogę. 

background image

 

24

 

- Proszę – powiedziała Ane i włożyła do kosza trochę wełny. 

 

- Nie, nie tak – zaprotestowała Maria i wyjęła ją na powrót. – Zobacz, pokaże ci, jak 

oddzielić czarne od białego. Sprytne, prawda? 
 

Dziewczynka posłała jej powątpiewające spojrzenie, więc Maria dodała szybko: 

 

- Sortowanie wełny to bardzo ważna robota, prawda, Elizabeth? 

 

-  Owszem.  –  Gospodyni  skinęła  głową.  –  Nie  każda  pięcioletnia  dziewczynka  radzi 

sobie z takimi rzeczami. Jesteście wspaniałe. 
 

Ane uśmiechnęła się i zerknęła na Kristiana, który siedział przy palenisku i naprawiał 

sieci. O tej porze roku często przynosił pracę do domu. 
 

Elizabeth  wciąż  czuła  smak  brązowego  sera  i  chleba,  który  zjedli  na  kolację.  Dzieci 

dostały  kawę  z  mnóstwem  mleka.  Białkę,  jak  to  określiła  Ane.  Chcila  buła  niemal  urocza, 
pomyślała,  przypominające  sobie  czasy,  gdy  mieszkali  w  Dalen.  Małe  przyjemności  były 
wtedy dla nich istnym świętem. Tu w Dalsrud nie brakowało im nigdy ubrań ani jedzenia, ale 
dobrej atmosfery, która panowała w domu, nie można byłoby kupić za pieniądze. Właśnie ta 
ś

wiadomość najbardziej ją cieszyła. 

 

- Gurine, mogę trochę z tobą posiedzieć? – zapytała Ane i ziewnęła. 

 

Stara kucharka nie usłyszała pytania i uśmiechnęła się zaskoczona, gdy mała wdrapała 

się nieproszona na jej kolana. 
 

-  Och,  moja  mała  księżniczka  mnie  odwiedziła  –  powiedziała  i  usadowiła 

dziewczynkę tak, by móc jednocześnie robić na drutach. 
 

- Opowiesz nam historię, kiedy byłaś mała! – wrzasnęła jej Ane prosto do ucha. 

 

-  Oj,  nie  musisz  krzyczeć  –  upomniała  ją  Gurine  łagodnie.  –  Nie  jestem  przecież 

głucha. 
 

Amanda i Ole wymienili spojrzenia i zaśmiali się cicho. 

 

-  Nie  ciesz  się  tak,  ciebie  też  to  kiedyś  czeka  –  rzekła  Elizabeth  do  parobka,  który 

strugał trzonek noża. 
 

- Historię? – powtórzyła Gurine i wbiła spojrzenie w ścianę przed sobą. – Hm, tylko o 

czym? Właściwie zawsze tylko pracowałam od rana do wieczora. 
 

- Nigdy się nie bawiłaś? 

 

- Chyba miałam na to mało czasu. 

 

- A jak chodziłaś do szkoły? Wtedy się chyba bawiłaś? 

 

Staruszka zamilkła na dłuższą chwilę. 

 

- Nie chodziłam do szkoły. 

 

- Czemu nie? 

 

-  W  tamtych  czasach  nie  było  jeszcze  szkół.  Zdarzało  się,  że  do  wsi  przyjeżdżali 

wędrowni  nauczyciele.  Prowadzili  lekcje  w  największym  gospodarstwie  i  wszystkie  dzieci 
mogły  tam  chodzić.  Ale  nauczyciele  nie  pojawiali  się  zbyt  często,  a  jak  już  przyjeżdżali,  to 
zawsze było dużo roboty. Musiałam wiec zostawać w domu i pomagać. 
 

- Biedna Gurine – westchnęła Ane ze współczuciem. 

 

Elizabeth nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, jak t jest nie umieć pisać ani czytać, a 

nawet  dodawać  czy  odejmować.  Jak  ludzie  dawali  sobie  radę,  pozbawienie  tej  wiedzy?  Od 
kiedy  zamieszkała  w  Dalsrud  i  uzyskała  dostęp  do  wszystkich  książek  w  kantorze,  nie 
potrafiła wyobrazić sobie życia bez nich. gdy tylko miała wolną chwilę, siadała wygodnie z 
nowym tomem i przenosiła się w inny świat.  
 

-  Widziałam  kiedyś,  jak  piszesz  swoje  imię  –  wtrąciła  się  Maria.  –  Jak  się  tego 

nauczyłaś, skoro nie chodziłaś do szkoły? 
 

Gurine uśmiechnęła się tajemniczo. 

 

- Pani pastorowa pokazała mi, jak to się robi. Była wspaniałym człowiekiem. Tak, tak. 

 

- To opowiedz o niej – poprosiła Ane i rozsiadła się wygodniej. 

background image

 

25

 

-  Miałam  tylko  jedenaście  lat,  gdy  trafiłam  na  plebanię  jako  służąca.  Musiałam 

chodzić do obory, szorować podłogę, nosić wodę i robić wiele innych rzeczy. Było ciężko, ale 
podobało mi się. gospodarze byli dobrzy, dawali nam smaczne i pożywne jedzenie. A każdej 
niedzieli chodziliśmy do kościoła. – Zamilkła na chwilę. – Pastor był surowym człowiekiem. 
Wciąż  powtarzał  w  kazaniach,  jacy  jesteśmy  grzeszni.  Nikt  nie  był  według  niego  bez  winy, 
każdy po śmierci miał trafić do piekła. No, każdy oprócz niego samego. Ale gospodarz był z 
niego  dobry  –  dodała  szybko.  –  Dawał  nam  jedzenie  i  ubrania.  Gdy  miałam  czternaście  lat, 
urodził mu się synek. Biedactwo, był taki mały i mizerny, że ledwo przeżył. Pani pastorowa 
już  wcześniej  straciła  dwoje  dzieci,  więc  cieszyła  się  bardzo  z  tego  chłopca.  Każdego 
wieczora w domu odprawiane było małe nabożeństwo, a my wszyscy modliliśmy się o jego 
zdrowie. A Bój Ojciec pewnie nas wysłuchał tam na górze, bo mały rósł zdrowy i tłuściutki. 
 

- Przystąpiłam do konfirmacji? – spytała Maria. 

 

- Tak, ale o mały włos by mnie nie dopuścili. 

 

- Czemu? 

 

-  Nie  umiałam  przecież  czytać,  a  poza  tym  wielu  rzeczy  trzeba  się  było  uczyć  na 

pamięć. 
 

-  I  co  się  stało?  –  Zaciekawiona  dziewczynka  przysunęła  sobie  krzesło,  by  usiąść 

bliżej Gurine. 
 

-  No  cóż,  pewnej  zimy  mały  zachorował.  Miał  wtedy  dopiero  roczek.  Kasłał  i  był 

rozpalony.  Jedna  pokojówka  znała  się  na  ziołach  i  chciała  mu  podać  wywar,  ale  pastor  jej 
zabronił.  Powiedział,  że  chłopiec  zachorował  z  woli  Boga  i  to  od  Pana  będzie  zależeć,  czy 
wyzdrowieje,  czy  nie.  biedna  pastorowa  zupełnie  odchodziła  od  zmysłów.  Stałam  pod 
drzwiami i słyszałam, jak strasznie płacze, a w tym czasie pastor przechadzał się po pokoju i 
mówił, żeby milczała albo się modliła. Och i modliła się, możecie mi wierzyć! Ale nic to nie 
pomagało.  Chłopczyk  miał  się  coraz  gorzej.  Wtedy  już  nie  wytrzymałam,  wybiegłam  na 
dwór,  prosto  w  zamieć.  Leciałam  co  sił  w  nogach  aż  do  domu  doktora.  Wiedziałam,  ze 
pewnie  za  moje  nieposłuszeństwo  wypowiedzą  mi  służbę,  ale  nie  obchodziło  mnie  to. 
Małemu trzeba było pomóc. 
 

- Co powiedział doktor? – wrzasnęła Ane do ucha Gurine. 

 

- Nie było go w domu, zastałam tylko jego żonę. Wyjechał do innej wsi i miał wrócić 

dopiero za kilka dni. 
 

Maria wstrzymała oddech i spojrzała na kucharkę wielkimi oczyma. 

 

- I co wtedy zrobiłaś? 

 

-  Wróciłam,  skąd  przyszłam,  i  pierwsze  co,  pobiegłam  do  stajni.  Klacz  proboszcza 

właśnie się oźrebiła, więc udoiłam kubek mleka. 
 

- Tak ci się chciało pić? – zdziwiła się Ane. 

 

-  Nie.  słyszałam  kiedyś,  że  końskie  mleko  jest  dobre  na  kaszel.  Klacz  bała  się  o 

swojego  źrebaka,  myślałam,  że  mnie  kopnie.  Ale  w  końcu  spojrzała  tylko  na  mnie  swoimi 
wielkimi, brązowymi oczami i pozwoliła mi się wydoić. Poszłam z mlekiem do żony pastora. 
Jego samego przy niej nie było. Dałam jej kubek i powiedziałam: Daj to małemu, to na pewno 
wyzdrowieje. 

Zrobiła,  jak  jej  kazałam,  i  chłopiec  wydobrzał.  Nie  wiem,  czy  to  dlatego  że 

dostał końskie mleko, czy też dzięki tym wszystkim modlitwom. Tak czy inaczej, jego matka 
nigdy mi tego nie zapomniała. Zachowała wszystko w tajemnicy i obiecała, że kiedyś mi się 
odwdzięczy. 
 

Wreszcie przyszła chwila, że mogła to zrobić. Miałam przystąpić do konfirmacji, ale, 

jak  już  mówiłam,  nie  umiałam  czytać.  Tak  się  tego  wstydziłam,  że  nikomu  się  do  tego  nie 
przyznała,. A kiedy został tylko jeden dzień do egzaminu, zaczęłam płakać. Zobaczyła mnie 
gospodyni. Spytała, co się stało, a ja wyznałam jej całą prawdę. Wtedy ona poszła do męża i 
wyciągnęła od niego, o co mnie spyta w kościele. 
 

- I co pytał? 

background image

 

26

 

-  O  ósme  przykazanie:  nie  będziesz  mówić  fałszywego  świadectwa  przeciwko 

bliźniemu swemu. 
 

- Co to znaczy? – zastanawiała się Ane. 

 

- Że nie wolno kłamać. Żona pastora nauczyła mnie potem jeszcze rozpoznawać kilka 

liter,  ale  to  nie  wystarczyło,  żeby  czytać  i  pisać.  Najważniejsze,  że  potrafię  napisać  swoje 
imię. Jestem już stara, niczego więcej mi nie potrzeba. 
 

-  Nigdy  nie  jest  się  za  starym,  by  uczyć  się  nowych  rzeczy  –  oświadczyła  Maria.  – 

Elizabeth tak mówi. 
 

Gurine uśmiechnęła się smutno. 

 

- No, może to i prawda, ale w moim wieku nauka zajmuje o wiele więcej czasu. 

 

- Najwyższa pora iść do łóżka, Ane – odezwała się Elizabeth. 

 

Dziewczynka udała, że jej nie słyszy i pogłaskała dłoń kucharki. 

 

- Czemu masz takie grube żuły? 

 

- Bo jestem już stara. Ale ty masz za to takie piękne, delikatne rączki, jak z jedwabiu. 

 

Ane się rozpromieniła. 

 

- I co jeszcze? – zapytała. 

 

- I koronkowe oczy – ciągnęła kucharka. 

 

Dziewczynka zaśmiała się radośnie. 

 

- Gurine tak zabawnie opowiada, że można umrzeć ze śmiechu! 

 

- Słuchaj, co do ciebie mówię – upomniała ją matka i wstała z miejsca. 

 

- Nie chcę jeszcze spać – wrzasnęła Ane i objęła Gurine za szyję. 

 

-  No  już  kochanie,  idź  do  łóżka,  skro  mama  cię  o  to  prosi.  Przecież  wiesz,  że  małe 

księżniczki muszą dużo spać. 
 

- Maria też musi – rzuciła Ane pospiesznie. 

 

-  Oczywiście,  że  tak.  Obie  jesteście  księżniczkami,  ale  Maria  jest  od  ciebie  trochę 

starsza. Mogę iść z tobą na stryszek, jeśli chcesz. 
 

-  Ja  też  chyba  pójdę  –  oświadczyła  Maria  i  zwinęła.  –  Kot  wyszedł  dziś  w  nocy  do 

domu i parę razy mnie obudził. 
 

Elizabeth odprowadziła całą trójkę spojrzeniem. 

 

- To nie ja wpuściłam Pusię. Ale na dworze zimno i Pusia mogła zmarznąć – usłyszała 

jeszcze pokrętne tłumaczenia Ane. 
 

Gospodyni usiadła na powrót do pracy. Uprzędła już dość wełny, by zacząc zwijać ją 

w motek. 
 

- Ufarbujesz ją? – spytała Helene. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Nie wiem. Może. 

 

Zapadła cisza. Kobiety pochyliły się nad przędzą. Kristian dalej naprawiał sieć. Jego 

palce  poruszały  się  prędko,  z  dużą  wprawą.  Wykonywał  tę  pracę  już  od  najwcześniejszego 
dzieciństwa.  Jego  rodzicom  nie  podobało  się  co  prawda,  że  przesiadywał  na  przystani  z 
innymi  chłopakami  i  rybakami,  ale  on  nie  przejmował  się  tym  zanadto.  Zawsze  pewnie  był 
taki  jak  teraz,  pomyślała  Elizabeth,  niezłomny  i  pracowity,  nigdy  nie  bał  się  postawić  na 
swoim. 
 

Gurine wróciła do kuchni po kilku chwilach. 

 

- Zrobione, księżniczki leżą w łóżkach. 

 

Kucharka  poruszała  się  z  trudem.  Kiedyś,  dawno  temu,  zanim  jeszcze  Elizabeth  na 

stałe  przeniosła  się  do  Dalsrud,  położyła  ręce  na  bolącym  biodrze  Gurine,  co  przyniosło 
tamtej  wyraźną  ulgę.  Teraz  jednak  wyglądało  na  to,  że  staruszka  znów  cierpi,  gdy  tylko 
zostaną same, ponownie zaoferuje jej pomoc. 
 

- Aż sama się zmęczyłam. – Kucharka musiała się wesprzeć na oparciu krzesła. Miała 

za sobą długi dzień. 

background image

 

27

 

- Dobrej nocy, Gurine – zawołał do niej Ole. 

 

-  Co  tam  mówisz?  –Starsza  kobieta  posłała  parobkowi  serdeczny  uśmiech.  Amanda 

zachichotała. 
 

- Dobry Boże, jacy wy wszyscy jesteście zabawni – wymamrotała Elizabeth i podeszła 

do Gurine. – Wszyscy życzymy ci dobrej nocy. Też zaraz idziemy spać. 
 

- A tak, pewnie. Śpijcie dobrze. – Staruszka poczłapała do swojej sypialni. 

 

Po krótkim czasie na spoczynek udali się pozostali domownicy. 

 
 

Kilka dni później Elizabeth obudziła się wczesnym rankiem i zobaczyła wpełzającą do 

łóżka Ane. 
 

-  Gdzieś  ty  była?  –  zapytała  zaspana,  gdy  poczuła  małe,  lodowate  stópki  córki 

przyciskające się do jej uda. 
 

- Na dole u Gurine – odpowiedziała Ane i zwinęła się w kłębek pod kołdrą. 

 

-  Wiesz  przecież,  że  nie  wolno  ci  biegać  po  domu  bez  ubrania.  Możesz  się 

rozchorować. 
 

Dziewczynka udała, że jej nie słyszy. 

 

- Jak ja mogłam wejść ci do brzucha? – zapytała ni stąd ni zowąd. 

 

Elizabeth  zesztywniała.  Nie  przypuszczała,  że  kiedykolwiek  usłyszy  tak 

bezceremonialne  sformułowane  pytanie,  zupełnie  nie  była  na  to  przygotowana.  Bawiła  się 
nerwowo cienkimi warkoczykami córki, chcąc zyskać na czasie. 
 

- To Bóg wdmuchnął ziarenko do mojego brzucha – odezwała się wreszcie. 

 

- A czemu to zrobił? 

 

-  Bo  modliłam  się  do  niego  i  prosiłam,  by  zesłała  mi  małą  dziewczynkę  o  imieniu 

Ane, a on mnie wysłuchał. 
 

- Wiedziałaś, że będę tak miała na imię, zanim się jeszcze urodziłam? 

 

-  Cicho  –  szepnęła  Elizabeth.  –  Kristian  jeszcze  śpi.  Tak,  wiedziałam,  że  jesteś 

dziewczynką  i  że  dam  ci  na  imię  Ane,  po  mojej  matce  Ane-Margrethe.  Twój  tata  Jens 
powiedział, że masz się nazywać Ane – Elsie, tak żebyś nosiła także moje imię. 
 

- Mam dwóch tat. Jednego w niebie, a drugiego tu w łóżku, Kristiana. 

 

- Hm, ale mówi się tatusiów, a nie tat. 

 

- I jeszcze dwie babcie w niebie i Gurine na dole w pokoju. 

 

- Gurine to twoja babcia? – zdiwiła się Elizabeth. 

 

- Tak, rozmawiałyśmy o tym. Będzie babcią moją i Marii. Ząb m się rusza – wypaliła 

dziewczynka jednym tchem i wsadziła palec do buzi. 
 

- Chyba czas wstawać, kochanie – szepnęła Elizabeth. – Idź do pokoju i się ubierz, ale 

nie budź Marii. Jest jeszcze bardzo wcześnie. 
 

- To  chyba jeszcze nos  – stwierdziła Ane,  gdy chwilę później zeszły ręka w  rękę do 

kuchni.  –  Tylko  my  jesteśmy  na  nogach.  Ale  może  zrobić  niespodziankę  i  nakryć  do  stołu 
albo napalić w piecu, prawda? 
 

- Służące chyba już wstały. W każdym razie Gurine na pewno – odparła Elizabeth. 

 

W kuchni panowało przejmujące zimno. Nie było czuć zapachu kawy  ani gotowanej 

kaszy. 
 

Ane wślizgnęła się do pokoju kucharki, po czym wyszła z niego z palcem przy ustach. 

 

- Musimy być cicho, Gurine jeszcze śpi – szepnęła. 

 

-  Zostań  tu  nakazała  jej  Elizabeth  surowo  i  sama  weszła  do  sypialni.  Jej  podejrzenia 

potwierdziły  się,  gdy  ujęła  Gurinę  za  rękę.  Dłoń  była  lodowata  i  zesztywniała.  Staruszka 
zasnęła na wieki. 
 
 
 

background image

 

28

Rozdział 8 
 
 

Ostrożnie  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  odwróciła  się  do  czekającej  Ane.  W  milczeniu 

przycisnęła córkę do piersi. 
 

- Co się stało? – spytała dziewczynka, próbując uwolnić się z objęć. 

 

- Gurine nie żyje – odpowiedziała Elizabeth. 

 

- Jak to nie żyje? Przecież śpi. 

 

Elizabeth Ne potrafiła teraz jej tego wytłumaczyć. 

 

- Obudzimy Kristiana – powiedziała i pociągnęła córkę za sobą. 

 

Gdy weszły do sypialni, Kristian już nie spał. 

 

-  Gurine  odeszła  od  nas  tej  nocy  –  poinformowała  go  Elizabeth  i  pozwoliła,  by  Ane 

wgramoliła się do łóżka. 
 

- Wcale nigdzie nie poszła, leży u siebie na dole – zaprotestowała dziewczynka. 

 

Kristian wyprostował się gwałtownie. 

 

- Znalazłaś ją teraz? 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Cała noc u siebie leżała, a jak do niej poszła rano, to jeszcze spała – wtrąciła Ane. 

 

Matka pogładziła ją po głowie. 

 

- Ane, posłuchaj mnie. Gurine już nigdy się nie obudzi. Była stara, a teraz przylecą po 

nią  anioły  i  zabiorą  ją  do  nieba.  –  Nie  znalazła  lepszego  wyjaśnienia  i  mogła  mieć  tylko 
nadzieję, ze dziewczynka ją zrozumie. Kiedy mała nie zareagowała, rzekła: - Pójdę obudzić 
Marię. 
 

Gdy skończyła mówić, siostra wpatrywała się w nią jeszcze przez chwilę zaskoczona. 

 

- To nieprawda – wykrztusiła wreszcie. 

 

- Owszem, to prawda, kochanie, ale pamiętaj, że ona była stara i… 

 

- Wcale nie taka stara. Chciałam, żeby jeszcze trochę mogła ze mną być. Najlepiej na 

zawsze! 
 

- Mario, kochanie, posłuchaj mnie. Gurine… 

 

- Nie mów do mnie „kochanie”! – wrzasnęła dziewczynka i odepchnęła ją od siebie. – 

Wynoś się, chcę zostać sama. 
 

Elizabeth  zesztywniała,  poczuła  bolesny  ucisk  w  gardle  i,  choć  niechętnie,  opuściła 

pokój  siostry.  Szybkim  krokiem  ruszyła  do  tkalni.  Tam  opadła  na  krzesło  i  ukryła  twarz  w 
dłoniach.  Nie  płacz,  nie  płacz,  powtarzała  sobie.  Gurine  odeszła,  lecz  ty  musisz  sobie  dalej 
radzić. Załatwić sprawy związane z pogrzebem i zająć się domem, dziećmi, zwierzętami i… 
 

Niedługo  potem  Elizabeth  wstała,  przygładziła  włosy  i  wyszła  z  tkalni  z 

wyprostowanymi plecami. 
 
 

W  kuchni  czekali  już  na  nią  wszyscy  domownicy  poza  Maria.  Musiała  kilka  razy 

przełknąć ślinę, zanim zdołała wydobyć głos. 
 

- Idźcie do swoich obowiązków. Teraz zjemy, a potem zajmę się Gurine. 

 

- Zbiję trumnę – odezwał się Kristian. 

 

-  A  kiedy  przyjdzie  aniołek?  –  spytała  Ane,  która  stała  z  nosem  przyciśniętym  do 

okiennej szyby. 
 

Nikt nie był w stanie jej odpowiedzieć. 

 
 

Elizabeth skończyła właśnie myć i ubierać Gurine, gdy do pokoju wszedł jej mąż. 

 

- Trumna gotowa – oświadczył. 

 

Posłała mu pytające spojrzenie. 

 

- Deki miałem przygotowane – wyjaśnił. – Gurine już dawno mnie o to prosiła. Chyba 

się tego spodziewała. 

background image

 

29

 

Elizabeth westchnęła ciężko. 

 

- Tak, pewnie masz rację. To takie dziwne, że już jej z nami nie ma. To tu zawsze było 

jej miejsce. 
 

Krystian wziął żonę w ramiona. Poczuła, że jego nieprzemakalna kurtka jest wilgotna. 

A więc na dworze padało. Nie zważając na nic, przycisnęła się do męża ze wszystkich sił. 
 

-  Będziemy  za  nią  tęsknić  –  wyszeptał  z  ustami  w  jej  włosach.  –  Gurine  była  tu 

przecież od zawsze. Gdy do nas przybyła, byłem jeszcze małym dzieckiem. Miałem nadzieję, 
ż

e  Maria  i  Ane  będą  mogły  spędzić  z  nią jeszcze  kilka  lat,  ale  okazuje  się,  że  oczekiwałem 

zbyt wiele. Nikt przecież nie może żyć wiecznie. 
 

-  To  prawda.  –  Elizabeth  odchrząknęła  i  zrobiła  głęboki  wdech,  chcąc  powstrzymać 

cisnące się do oczu łzy. – Poproś Olego, by pomógł ci ułożyć ją w trumnie. Musze iść na górę 
i porozmawiać z Marią. Biedactwo, ciężko to zniosła. 
 
 

Tego  dnia,  gdy  wieźli  Gurine  na  miejsce  jej  ostatniego  spoczynku,  las  mienił  się 

wszystkimi  odcieniami  czerwieni,  żółci  i  brązu.  Powietrze  było  zimne,  wyglądało  na  to,  że 
lada dzień może spaść śnieg. Dobrze w każdym  razie, że nie deszcz, pomyślała Elizabeth, i 
okryła kolana futrem. 
 

Zerknęła  na  Ane  i  Marię.  Starsza  z  dziewczynek  siedziała  jak  skamieniała  i  patrzyła 

sztywno  przed  siebie.  Przezyła  już  śmierć  wielu  bliskich  osób,  ale  nigdy  się  tak  nie 
zachowywała.  Teraz  snuła  się  po  domu  jak  lunatyczka,  jadła  niewiele,  a  mówiła  jeszcze 
mniej. Za to Ane była jak zawsze ożywiona i nie mogła się nadziwić, czemu anioły jeszcze 
nie przybyły do Dalsrud. 
 

-  Dzieci  już  takie  są  –  stwierdziła  Amanda.  –  Z  moim  młodszym  rodzeństwem  było 

tak samo. Po prostu nie pojmują, co się wokół nich dzieje. Mają szczęście. 
 

Elizabeth  miała  ochotę  zapytać,  czy  służąca  potrafi  wytłumaczyć  także  zachowanie 

Marii,  ale  zrezygnowała.  Rozmawiała  już  o  tym  z  Kristianem,  on  także  nic  nie  rozumiał. 
Stwierdził, że dziewczynka potrzebuje pewnie czasu. 
 

Wielu chciało odprowadzić Gurine do grobu. Wszyscy żałobnicy przybyli najpierw do 

Dalsrud. Trumna stała  w salonie, wieko było uchylone,  a kir odsłonięty, tak by można było 
zmarła zobaczyć. Specjalnie nie palono w piecu, goście trzęśli się z zimna. Zdaniem Elizabeth 
Gurine wyglądała jakby spała, mimo to Maria kategorycznie odmówiła wejścia do pokoju. 
 

- Nie chce patrzeć, jak tam leży nieżywa! – wykrzyknęła. – Chcę ją pamiętać, jak żyła 

i jak się z nami śmiała. – Odwróciła się na pięcie i popędziła na piętro. 
 

Na  pogrzeb  przybyli  wszyscy  z  rodzinnej  wsi  Elizabeth.  Miło  było  zobaczyć 

znajomych, zwłaszcza dzieci, które tak szybko się zmieniły. 
 

-  Rośnie  jak  na  drożdżach  –  stwierdziła  gospodyni  i  ukucnęła  przed  Fredrikiem.  – 

Jesteś coraz bardziej podobny do ojca – zwróciła się do chłopca i rozczochrała jego  ciemne 
loki. 
 

-  Będzie  silny  jak  jego  tato  –  oświadczyła  z  dumą  Dorte.  –  Ma  tylko  dwa  lata,  a 

wygląda na co najmniej trzy. 
 

Maria  wciąż  była  smutna  i  zamknięta  w  sobie.  Nie  chciała  rozmawiać  nawet  z 

Indianne  i  Olavem.  Przywitała  się  grzecznie  ze  wszystkimi,  ale  potem  snuła  się  tylko  po 
domu z bladą twarzą i pustym spojrzeniem. 
 

- Ciężko to znosi – powiedziała Bergette, gdy wszyscy jedli zupę. 

 

- Nie tylko to zauważyłaś – odparła Elizabeth. 

- Maria zachowuje się zupełnie jak nie ona. 
 

- Pamiętaj, że ostatnim razem, gdy odszedł ktoś jej bliski, była dużo młodsza. Ona też 

się zmienia, tak samo jak wszyscy dookoła. Daj jej trochę czasu, na pewno się z tym upora. 
 

Kobiety zamilkły na chwilę. 

background image

 

30

 

- Trudno będzie zastąpić kogoś takiego jak Gurine – odezwała się wreszcie Elizabeth. 

Zaraz jednak zawstydziła się swoich słów. Gurne nie można było nikim zastąpić. 
 
 

Konie ruszyły stępa na cmentarz, gdzie trumna została zdjęta z wozu i poniesiona do 

grobu. Pastor wygłosił długie, piękne kazanie. Rzadko się zdarzało, by ktoś ze służby miał tak 
wystawny pogrzeb, ale Gurine była powszechnie uważana za członka rodziny Dalsrud. 
 

Gdy  składano  trumnę  do  grobu,  Maria  zasłoniła  usta  dłonią,  próbując  powstrzymać 

szloch. 
 

Pastor chwycił łopatę i sypnął do grobu odrobinę ziemi, mówiąc: 

 

- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. 

 

Kristian sowicie zapłacił duchownemu za odprawienie ceremonii, za co Elizabeth była 

mu bardzo wdzięczna. 
 

Przez cały dzień w domu panowała niezwykła cisza. 

Elizabeth łapała się na tym, że co chwila pyta o Gurine.  
 

-  Pewnie  myślisz,  że  postradałam  zmysły  –  zwróciła  się  wreszcie  roztrzęsiona  do 

Helene. 
 

-  Nie,  wiem,  co  czujesz.  Sama  czekam  tylko,  kiedy  wyjdzie  z  sypialni  w  swoich 

ulubionych pantoflach. W końcu się przyzwyczaimy. 
 
 

Zanim Elizabeth poszła spać, zajrzała do dziewczynek, jak to miała w zwyczaju. Ane 

leżała na plecach z rękoma za głową i głęboko spała. Elizabeth otuliła ją kołdrą, pocałowała 
delikatnie w policzek i podeszła na palcach do łóżka siostry. 
 

Maria naciągnęła kołdrę na głowę, ale i tak słychać było jej szloch. Elizabeth odkryła 

ją ostrożnie, podniosła i przytuliła do siebie. Głaskała ja po włosach i kołysała w ramionach. 
Dziewczynka  rozpłakała  się  głośniej,  jakby  uznała,  że  nie  musi  się  już  powstrzymywać. 
Łkała, aż zabrakło jej powietrza, twarz miała spuchniętą i czerwoną. 
 

-  Proszę.  –  Elizabeth  podała  jej  chusteczkę.  Przycisnęła  siostrę  do  piersi  i  zanuciła 

piosenkę, której dawno temu nauczyła ją matka. 
 

Maria uspokoiła się trochę, uniosła ku niej spojrzenie, wciąż bez słowa. 

 

-  Jesteś  taka  smutna,  bo  Gurine  od  nas  odeszła?  –  zapytała  Elizabeth  miękko  i 

odgarnęła mokre od łez włosy z twarzy dziewczynki. 
 

- Chciałabym tylko, żeby pożyła jeszcze trochę. Mogłabym wtedy się z nią pożegnać. 

 

-  Rozumiem.  To  samo  sobie  myślała,  gdy  odszedł  Jens.  Nie  miałam  okazji 

porozmawiać z nim ostatni raz, 
 

Maria nic na to nie odrzekła, więc Elizabeth ciągnęła: 

 

-  Pamiętasz,  jak  kiedyś,  dawno  temu,  mówiłam  do  ciebie  Maryjko?  Powtarzałam  ci 

wtedy, że niezależnie od tego, co się stanie, możesz do mnie przyjść, a ja ci pomogę. 
 

Siostra skinęła głową. 

 

- Może powinniśmy do tego wrócić, co ty na to? 

Będziesz moja Maryjką i powiesz mi, co się trapi? 
 

Dziewczynka zastanawiała się tak długo, że Elizabeth uznała już, że nic nie powie, w 

końcu jednak wyszeptała: 
 

- Krótko przed śmiercią Gurine byłam na nią bardzo zła. Za to, że rozpieszczała Ane. 

Powiedziałam, że jej nienawidzę, że jest stara i brzydka. 
 

- Ach tak. 

 

Maria zerknęła na nią. 

 

-  Przecież  to  straszne!  Pomyśl,  kilka  godzin  później  już  nie  żyła.  To  na  pewno  Bóg 

mnie ukarał. 

background image

 

31

 

- Bóg nikogo nie karze, Mario. To, co mówisz, to bzdury, Bóg jest przecież dobry. A 

Gurine  i  tak  była  przygłucha,  więc  pewnie  nawet  nie  usłyszała,  co  mówisz.  Pamiętaj,  miała 
już swoje lata. Zwierzała mi się nawet kiedyś, że czeka na śmierć. 
 

- Powiedziała ci coś takiego? Jak można w ogóle tak myśleć? 

 

- Ludzie, którzy są bardzo chorzy albo starzy, nie chcą już cierpieć. W niebie nie będą 

czuli bólu ani smutku. 
 

- I tak żałuję tego, co powiedziałam. – Maria ponownie wybuchnęła płaczem. 

 

- Rozumiem – szepnęła Elizabeth. – Gdy zmarła Ragna, miałam wyrzuty sumienia, bo 

kilka dni wcześniej pokłóciłam się z nią. Tak samo było, gdy odeszli nasi rodzice i Jens. Ale 
niezależnie od tego, jak bardzo trudne wydaje ci się teraz to wszystko. jedno mogę ci obiecać: 
z czasem będzie coraz lepiej. Będziesz myślała o Gurne, o tym, jaka była dobra i jak bardzo 
za nią tęsknisz. I te myśli nie sprawią ci bólu. Będą dobre. 
 

- Jak to możliwe, że coś tak smutnego może być dobre? 

 

-  Nie  wiem,  ale  tak  już  jest.  Jeśli  chcesz,  możemy  się  razem  pomodlić  do  Boga  i 

poprosić, by przekazał Gurne, że prosisz ją o przebaczenie. 
 

- Myślisz, że Bóg jej to przekaże? 

 

- Na pewno. Gurine wybaczała ci wszystko, gdy chodziła po tej ziemi, więc w niebie 

pewnie zachowa się tak samo. 
 

- Mam nadzieję, że jak dorosnę, będę tak samo mądra jak ty – wymamrotała Maria i 

złożyła  dłonie.  Pomodliła  się  w  milczeniu,  po  czym  przytuliła  policzek  do  piersi  Elizabeth. 
Płakała jeszcze przez chwilę, aż wreszcie zmorzył ją sen. 
 
Rozdział 9 
 
 

- Nie, już nie mogę! – Helene wykrzyczała te słowa tak nagle, że Elizabeth stanęła jak 

wryta,  wbijając  w  nią  wzrok.  –  Mówię  poważnie  –  dodała  służąca  i  z  hukiem  odstawiła 
wiadro z wodą na ziemię. 
 

Elizabeth  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Głos  przyjaciółki  wydawał  się  obcy, 

pobrzmiewała  w  nim  gorycz  i  rezygnacja,  coś,  czego  jeszcze  nigdy  w  nim  nie  słyszała. 
Helene zawsze była chętna do pracy, nie obawiała się najcięższego nawet wysiłku. Ból i żal 
znosiła z dumnie podniesioną głową. Elizabeth bała się wręcz pytać, o co może chodzić. 
 

- Czego już nie możesz? 

 

- Nie daje sobie rady z całą tą pracą – odrzekła przyjaciółka drżącym głosem. 

 

Czyżby  zbierało  się  jej  na  płacz?  Nie,  przecież  Helene  nigdy  nie  płakała.  Elizabeth 

zerknęła  na  Amandę,  która  przed  chwilą  ugniatała  placki  widelcem.  Dziewczyna  sprawiała 
wrażenie, jakby zupełnie zapomniała o robocie. Zawstydzona, wbiła wzrok w blat stołu. 
 

Maria przeniosła spojrzenie z jednej kobiety na drugą, Ane zaś wykorzystała okazję i 

wepchnęła sobie do buzi cała garść surowego ciasta. 
 

- Coś ci się pali! – Helene skinęła głową w kierunku pieca. 

 

-  O  Boże!  –  jęknęła  Elizabeth.  Chcywciła  szybko  kuchenną  rękawicę  i  podniosła 

tackę.  Nie  lubiła  zostawić  tej  roboty  innym.  Pieczenie  ciastek  na  węglach  nie  było  łatwym 
zadaniem, wymagało ciągłej uwagi. Wyglądało jednak na to, że tę partię spaliła. 
 

- Nadają się tylko na ciastka kuchenne – stwierdziła Maria, cytując Gurine. 

 

Ciastka  kuchenne,  powtórzyła  Elizabeth  w  duchu.  Stara  kucharka  mówiła  tak  o 

wypiekach,  które  nie  nadawały  się  do  postawienia  przed  gośćmi.  Roztargniona,  odłożyła 
kuchenną rękawicę i spojrzała w oczy Helene. 
 

- Rozumiem, że jesteś zmęczona – zaczęła. – Boże Narodzenie za pasem, a i tak mamy 

o  dwie  dziewczęta  mniej  niż  w  zeszłym  roku.  Rzecz  jasna  najmę  pomoc  do  sprzątania  i 
pieczenia chleba, i… 
 

Służąca rozłożyła ręce. 

background image

 

32

 

-  Nie  to  miałam  na  myśli.  –  Opadła  na  krzesło.  –  Cały  rok  jest  o  tym  mowa.  Trzy 

kobiety w tak dużym gospodarstwie to za mało, Elizabeth. Nie dajemy sobie radę. Nie mam 
do ciebie pretensji, przecież widzę, jak sama harujesz. Ale jeszcze jedna dziewczyna i niczego 
by nam do szczęścia nie brakowało. 
 

Elizabeth wiedziała, że Helene ma rację, mimo to jej słowa zabolały. Sama powinna 

była o tym pomyśleć, a nie zmuszać służące do pracy ponad siły.  
 

- Ty też tak uważasz? – zwróciła się do Amandy. 

 

Dziewczyna  skinęła  głową,  wciąż  patrząc  w  stół  w  końcu  jednak  wyprostowała  się  i 

spojrzała gospodyni w oczy.  
 

- Tak, jestem zmęczona, ale… - przerwała, jakby obawiała się dokończyć.  

 

- Najmę jeszcze jedną służącą – zdecydowała Elizabeth. – Obiecuję. A teraz zróbmy 

sobie  przerwę.  Maria  i  Ane  mogą  posprzątać  ze  stołu,  nastawić  wodę  na  kawę  i  przynieść 
nakrycia. Spróbujemy kuchennych ciastek. 
 

Po  tym  zapewnieniu  zarówno  Helene,  jak  i  Amanda  odetchnęły  z  ulgą.  Tymczasem 

ich gospodyni zachodziła w  głowę, jak też uda jej się znaleźć kogoś do  pomocy o tej porze 
roku. Wieś nie była zbyt duża, a wszystkie dziewczęta, które znała, miały już zajęcie. 
 

- Wiesz już kogo zatrudnisz? – zapytała Helene jakiś czas później. 

 

Elizabeth zawahała się i odparła, nie patrząc na nią: 

 

- Będę musiała się rozejrzeć. Ale jakoś to będzie. Obiecałam wam, że kogoś najmę, i 

mam zamiar dotrzymać słowa. 
 
 

Elizabeth  nie  spała  tej  nocy,  leżała  w  łóżku  i  rozmyślała.  Próbowała  rozpytywać  we 

wsi o dziewczynę do pracy, ale ludzie tylko potrząsali głowami i zmieniali temat. Można by 
podejrzeć, że próbują coś przed nią ukryć. 
 

Jak  zawsze  przed  świętami  w  obejściu  było  teraz  szczególnie  dużo  do  zrobienia,  ale 

Helene miała rację, potrzebowali kogoś do pomocy przez cały rok. Trzy kobiety w tak dużym 
gospodarstwie to zdecydowanie za mało. 
 

Kristian poruszył się niespokojnie. 

 

- Nie śpisz? – zapytał zaspanym głosem. Twarz miał wtuloną w poduszkę. 

 

Nie odpowiedziała od razu. W głowie kłębiły jej się myśli. Czy powinna wyznać, co ją 

dręczy?  Nie,  to  gospodyni  jest  odpowiedzialna  za  służące,  gospodarz  ma  dość  własnych 
kłopotów. 
 

- Muszę jechać do kupca – odrzekła wreszcie. 

 

- Ach tak? A po co? 

 

- Trzeba zrobić przedświątecznie zakupy. Przyprawy i… - Nic innego nie przyszło jej 

do głowy. Jeszcze przed chwilą w ogóle o tym nie myślała. 
 

-  I  może  trochę  koronek    jedwabnych  wstążek,  cukru  i  rzecz  jasna  nowy  grzebień  – 

dodał mąż i przyciągnął ją do siebie. 
 

Odwzajemniła jego pocałunek i posłała mu uśmiech. 

 

- Wyłuskam z kieszeni ostatniego miedziaka, żeby, moja piękna mogła sobie kupić to, 

na co tylko ma ochotę – zapewnił Kristian. – Ale pod jednym warunkiem. 
 

- A to jakim? – zdziwiła się. 

 

-  Takim,  że  dostanę…  -  Nie  dokończył  zdania,  tylko  zaczął  gładzić  ją  po  brzuchu  i 

piersiach. 
 

- Nie, Kristianie, nie mam ochoty. 

 

Mąż  rozpiął  jej  nocną  koszulę  i  zaczął  pieścić  językiem  jej  nagą  skórę.  Elizabeth 

zadrżała z pożądania. 
 

- A może jednak mam – wyszeptała i przytuliła się do niego z całych sił. 

 

-  Może  najpierw  się  rozbierzesz?  –  zapytał  cicho,  ściągając  jej  koszulę  przez  głowę. 

Jego usta błądziły po jej piersiach. – Mówiłem ci już, że twoje ciało jest idealne? 

background image

 

33

 

Elizabeth nie odpowiedziała, przyjęła komplement z dumą i wdzięcznością. 

 

-  Skórę  masz  białą  jak  mleko.  Trudno  uwierzyć,  że  wydałaś  na  świat  dziecko.  – 

Rozchylił jej uda i zaczął delikatnie je gładzić. 
 

Elizabeth drżała na całym ciele. Kristian całował jej piersi i brzuch, pieścił językiem 

kark  i  przygryzał  płatki  uszu.  Doskonale  wie,  jak  doprowadzić  mnie  do  szaleństwa, 
przemknęło  jej  przez  głowę.  W  końcu  nakrył  ją  swym  muskularnym,  silny,  ciałem.  Była 
zamknięta  w  jego  uścisku,  a  świadomość  własnej  niemocy  podniecała  ją  jeszcze  bardziej. 
Rozchyliła uda, by mógł w nią wejść. Wsuwał się w nią cal za calem, wypełniając jej ciało 
niewypowiedzianą rozkoszą. Poruszał się coraz szybciej i gwałtowniej, aż wreszcie z twarzą 
przyciśniętą  do  jego  piersi  Elizabeth  wydała  z  siebie  głośne  westchnienie.  Chwilę  po  tym 
Kristian opadł na nią, a następnie ostrożnie się zsunął. Odgarnął jej z czoła kilka wilgotnych 
pasemek i objął ją mocno. 
 

Elizabeth czuła, że przepełnia ją niewypowiedziana radość i wdzięczność. 

 

- Dziękuję – wyszeptała ledwo słyszalnie. 

 
 

Wzięła  kasztanową  klacz,  którą  uznała  za  najposłuszniejszą.  Kristian  uważał,  że 

powinna  zabrać  kogoś  ze  sobą  albo  pozwolić  się  zawieźć  Olemu,  jednak  Elizabeth 
zdecydowanie się temu sprzeciwiła. 
 

- Przecież nie pierwszy raz będę powozić. Nie jestem już dzieckiem. 

 

- Nie, nie – Kristian uniósł dłonie w obronnym geście. – Zrobisz, jak uważasz. Tak jak 

zresztą zawsze – dodał. – Bądź ostrożna. 
 

Elizabeth naciągnęła na dłonie rękawiczki z cienkiej skóry. 

 

- Powinieneś mi raczej życzyć miłej wyprawy – odcięła się z uśmiechem. 

 

Pozwoliła,  by  klacz  biegła  własnym  tempem,  było  dość  ciepło  i  nie  musiała  się 

spieszyć.  Po  drodze  mijała  mniejsze  i  większe  gospodarstwa.  Brązowe  ściany  drewnianych 
domów były oszronione, a szare chałupki dzierżawców niemal niknęły w śnieżnych zaspach. 
Tu  i  ówdzie  widziała  dzieci  i  zgiętych  wpół  mężczyzn  odśnieżających  przejścia  pomiędzy  
domem a obora. Kiedyś i ona była zaganiana do tej roboty i musiała machać ciężką drewnianą 
szufladą,  aż  plecy  i  ramiona  odmawiały  posłuszeństwa.  Teraz  na  szczęście  mieli  w 
gospodarstwie pług śnieżny. 
 

Zastanawiała  się,  czy  nie  wpaść  do  Dorte  i  Jakoba,  skoro  i  tak  była  w  okolicy,  albo 

nawet  zobaczyć,  jak  się  miewa  Mathilde,  ale  po  chwili  odrzuciła  ten  pomysł.  Musiałaby 
nadłożyć  drogi,  a  wizyta  potrwałaby  pewnie  kilka  godzin.  Nie  wypuściliby  jej  z  domu  bez 
porządnego  poczęstunku  i  długiej  rozmowy.  Poza  tym  widzieli  się  przecież  niedawno  na 
pogrzebie Gurne. 
 

Nie,  najlepiej  będzie,  jeśli  pojedzie  prosto  do  kupca,  tam  zawsze  można  było 

posłuchać  najnowszych  plotek.  Jeżeli  w  ogóle  była  w  okolicy  jakaś  dziewczyna  szukająca 
pracy, to tam na pewno już o niej słyszeli. 
 

Po przeprowadzce do Dalsrud rzadko sama wybierała się po zakupy. Wspomnienia z 

czasów,  gdy  mieszkała  w  Dalen  i  musiała  błagać,  by  zapisywano  jej  towary  na  zeszyt,  nie 
były przyjemne. Wynajdowała argumenty, że droga do kupca jest zbyt długa albo, że Ole czy 
Kristian  mogą  kupić  to,  co  jest  potrzebne  do  domu.  Wiedziała  jednak,  że  tak  naprawdę  nie 
chciała jeździć do sklepu dlatego, że w przeszłości przeżyła tam tak wiele upokorzeń. 
 

U Pedra Binasena robiło się od ludzi. Niektórzy stali przy ladzie i gawędzili z kupcem, 

inni  ogrzewali  się  przy  piecu.  Na  ławie  pod  ścianą  siedziały  dzieci.  Elizabeth  kiwała 
przyjaźnie głową na prawo i lewo, witając się ze znajomymi, nie miała zamiaru się spieszyć. 
Specjalnie omijała wzrokiem Pedera i jego ladę. Podeszła do półki, na której leżało kilka bel 
materiału, i zaczęła je oglądać. 
 

- No tak, kupujesz teraz tylko gotowe tkaniny – kwaśno zauważyła jedna z kobiet. 

 

Elizabeth miała wielką ochotę się odciąć, ale ugryzła się w język. 

background image

 

34

 

-  Nie  tylko,  ale  owszem,  czasami  kupuje.  To,  co  się  utka  w  domu,  jest  przecież 

najlepsze, prawda? 
 

Kobieta posłała jej zdziwione spojrzenie, po czym skinęła głową. 

 

- Owszem, ja też tak uważam. Ale ty masz teraz tyle pieniędzy, że możesz chodzić w 

samych koronkach i jedwabiach. 
 

Zazdrość bywa naprawdę straszna, pomyślała Elizabeth. Zrobiło jej się przykro. 

 

-  Koronki  nie  najlepiej  sprawdzają  się  w  oborze,  a  chodzę  tam  jak  wszystkie  inne 

kobiety. 
 

- Nie za dużo służących ci zostało – zauważyła rozmówczyni. 

 

- Nie, tylko dwie – przyznała Elizabeth, siląc się na swobodny ton. – Ale chciałabym 

to jak najszybciej zmienić. Może znasz kogoś, kto szuka pracy? 
 

Kobieta odrzuciła głowę w tył i wybuchnęła krótkim, szyderczym śmiechem, po czym 

odeszła.  Wielu  z  obecnych  obserwowało  zajście,  wszyscy  odwrócili  się  jednak,  gdy  tylko 
gospodyni Dalsrud na nich spojrzała. 
 

Co  się,  do  diabła,  z  tymi  ludźmi  dzieje,  pomyślała,  starając  się  ukryć  złość  i 

rozczarowanie.  Czyżby  faktycznie  zazdrość  obróciła  przeciw  niej  jej  dawnych  sąsiadów? 
Potoczyła wzrokiem po zebranych, po czym ruszyła zdecydowanie w stronę lady. 
 

-  Przyprawy,  cukier,  kawa  i  miód  –  spokojnym  głosem  wymieniła  potrzebne  jej 

towary. –  I  wezmę jeszcze z łokieć tek koronki. – Zerknęła przez ramię.  Nie miała zamiaru 
kupować  niczego  takiego,  ale  po  tym,  jak  zetknęła  się  z  jawną  zawiścią,  nie  mogła  się 
powstrzymać. – W oborze trzeba w końcu dobrze wyglądać – dodała. 
 

Zapłaciła,  skinęła  głową  na  pożegnanie  i  wyszła.  Była  pewna,  że  ledwo  zadźwięczał 

dzwonek i za jej plecami zatrzasnęły się drzwi, zebrani w sklepie ludzie zaczęli ją obmawiać. 
Przez  chwilę  miała  ochotę  się  cofnąć,  ale  ostatecznie  porzuciła  tę  myśl.  Nie  było  sensu 
narażać się na kolejne upokorzenia. 
 
 

Helene  i  Amanda  nie  przestawały  pytać,  czy  znalazła  wreszcie  nową  służącą. 

Elizabeth  nie  wiedziała,  co  ma  im  powiedzieć,  jej  wyjaśnienia  były  zawsze  ogólnikowe.  W 
końcu Elizabeth spytała wprost, czy w ogóle zaczęła szukać. 
 

-  Oczywiście,  że  tak  –  odrzekła  Elizabeth.  –  Ale  chyba  rozumiesz,  że  znalezienie 

kogoś, kto się naprawdę nadaje, może zając trochę czasu. 
 

Przyjaciółka chciała chyba zapytać o coś jeszcze, ale Elizabeth ją uprzedziła. 

 

- Zobacz, idzie do nas Bergette. 

 

-  Jak  miło,  że  znalazłaś  czas,  by  do  nas  zajrzeć  –  powitała  sąsiadkę  w  korytarzu  i 

wzięła od niej płaszcz. – Możemy usiąść w salonie. 
 

- Ależ nie, po co, w kuchni też będzie miło. – Gdy służące podały kawę i świąteczne 

wypieki, Bergette uśmiechnęła się ciepło. 
 

- Mam teraz tyle dziewcząt do pomocy, że mogę sobie zrobić wolne. 

 

- A Helene nie ma już sił – palnęła Ane. – Mówi, że jest wykończona. 

 

Bergette uniosła wąską brew, Elizabeth tymczasem posłała córce surowe spojrzenie. 

 

- Widzę, że już skończyłyście tu z Marią, możecie iść do salonu i sobie poczytać. 

 

- Ale tam jest zimno – zauważyła Ane. 

 

- Wcale nie, sama przed chwilą napaliłam w piecu. No już, zmykaj. 

 

- A tak dobrze nam się rozmawiało – wymamrotała nadąsana dziewczynka i wyszła z 

kuchni razem z zaśmiewającą się z niej Marią. 
 

-  Potrzebujemy  dodatkowej  służącej  –  oświadczyła  Elizabeth,  gdy  za  dziećmi 

zamknęły się drzwi. 
 

Amanda kruszyła swój kawałek ciasta na talerzyku. Helene także najwyraźniej czuła 

się niezręcznie. 

background image

 

35

 

- Dobrze to rozumiem – stwierdziła sąsiadka. – Wiele razy się zastanawiałam, jak wy 

w ogóle dajcie sobie radę. Przecież zostałyście tylko we trzy. 
 

Kątem  oka  Elizabeth  dostrzegła,  że  Helene  odetchnęła  z  ulgą.  Bergette  zawsze 

potrafiła  sprawić,  że  ludzie  czuli  się  dobrze  w  jej  towarzystwie.  Zupełnie  tak  jak  Dorte, 
chociaż obie kobiety tak bardzo się od siebie różniły. 
 

- Chcesz kogoś nająć? 

 

- Tak, znalazłam już kilka dziewcząt do pomocy przy świętach, ale trzeba pomyśleć co 

dalej.  Potrzebujemy  kogoś  na  cały  rok.  –  Elizabeth  zamilkła  i  wypiła  kogoś  na  cały  rok.  – 
Elizabeth zamilkła i wypiła łyk kawy, po czym opowiedziała o wyprawie do kupca i o tym, że 
nie  znalazła  nikogo  chętnego.  Czy  to  możliwe,  żeby  w  całej  okolicy  nie  było  ani  jednej 
służącej? – Trzeba mi tylko jednej osoby – zakończyła. 
 

-  Przeprowadzka  do  Dalsrud  byłaby  dla  wielu  dziewcząt  spełnieniem  marzeń  – 

stwierdziła Bergette. – Nie każda służąca może siadać do stołu z gospodarzami i jeść z nimi 
bożonarodzeniowe przysmaki. 
 

Powiedziała  to  serdecznym  tonem,  z  uśmiechem  na  ustach,  jednak  Elizabeth 

dostrzegła, że Amanda zarumieniła się nieznacznie. 
 

-  Myślę,  że  tak  właśnie  powinno  być  –  oświadczyła,  podnosząc  się  z  miejsca.  Czuła 

się niezręcznie, rozmawiając o swoich służących w ich obecności. Sama kiedyś była pomocą 
domową i wiedziała, jak nieprzyjemnie można się czuć w takiej sytuacji. – Jeszcze kawy? – 
zapytała i nalała gościowi kolejny kubek. Obie służące pokręciły głowami. 
 

Z salonu dobiegały fałszywe tony pianina. 

 

- Dzieci się znów bawią – stwierdziła Amanda. – Pójdę do nich. 

 

- Tak, ja też muszę wracać do roboty – powiedziała Helene i zerwała się z miejsca. 

 

Służące podziękowały za ciastka i kawę, i wyszły. 

 

- Chyba je uraziłam – Bergette była niepocieszona. – Naprawdę nie chciałam 

 

- Nie przejmuj się- odrzekła Elizabeth. – Później z nimi porozmawiam. – Podniosła się 

i wzięła formę do babki. – Musze tylko to skończyć. – Zaczęła smarować blachę tłuszczem. 
 

Sąsiadka odchrząknęła i upiła nieco kawy. 

 

- A więc nikt nie chce do ciebie przyjść – stwierdziła. 

 

Elizabeth westchnęła zrezygnowana. 

 

-  Domyśliłaś  się?  Nie,  nie  udało  mi  się  nikogo  przekonać.  Słyszałaś  może  o  jakiejś 

wolnej dziewczynie? 
 

- Tak. To znaczy nie, ja… 

 

Gospodyni odłożyła formę. 

 

- Jeśli coś wiesz, to mów! 

 

- Jedna ze służących w Stroli ma odejść z pracy – oznajmiła Bergette z wahaniem. 

 

-  W  takim  razie  mogłaby  przenieść  się  do  nas.  –  Elizabeth  zapaliła  się  do  tego 

pomysłu. – Jak ona się nazywa? 
 

- Klausie, ma siedemnaście lat. – Bergette wbiła wzrok w kubek z kawą. – W Storli 

już jej nie chcą? 
 

- Nie? 

 

- Zdarza się, że dziewczęta chciałyby odejść ze służby, ale zostają, bo nigdzie indziej 

nie ma dla nich miejsca. A z tą Klasusine jest odwrotnie. 
 

-  A  tam  –  prychnęła  Elizabeth.  –  Pewnie  po  prostu  wie,  czego  chce,  a  tamtym 

gospodarzom się to nie podoba. Cóż, wybacz, ze tak o nich mówię, mam nadzieję, że zostanie 
to między nami. 
 

- Możesz mi ufać – zapewniła brwi i zaczęła się zastanawiać. 

 

- Nie ,mogę przecież jechać do niej do Stroi i spytać, czy chciałaby dla nas pracować. 

 

- Jeśli naprawdę chcesz ją zatrudnić, zatroszczę się, by ta wiadomość do niej dotarła – 

zaofiarowała się Bergette. 

background image

 

36

 

Zapadła cisza. Elizabeth odgadła, ze jej gość próbuje coś przed nią ukryć. 

 

- O czym myślisz? – zapytała. 

 

Bergette zaczęła się niespokojnie wiercić. 

 

- O niczym – odparła i spłonęła rumieńcem. 

 

- Widzę  przecież, że coś się dzieje – naciskała Elizabeth. 

 

Kobieta przygryzła wargę, wreszcie zdecydowała się odpowiedzieć. 

 

- Ludzie o was gadają. 

 

- Ach tak? – Gospodyni usiadła. – A o czym tak gadają? 

 

- O tym, czemu wypędziliście Nikoline. 

 

- No już, mów bez owijania w bawełnę. 

 

- Gadaj, że Kristian zrobił jej dzieciaka, a jak ty się o tym dowiedziałaś, to wyrzuciłaś 

ją za drzwi. 
 

Elizabeth  potrząsnęła  głową  z  niedowierzaniem.  Poczuła  przypływ  złości  i 

jednocześnie smutku. 
 

- I w to właśnie wierzą ludzie? – zapytała ochryple. 

 

Bergette wzruszyła ramionami. 

 

-  Nie  wszyscy.  Staram  się,  jak  mogę,  zadać  kłam  tej  plotce.  Mówię,  ze  Nikoline 

sprawdziła  się  w  pracy.  Że  kradła.  Bo  to  dlatego  się  jej  pozbyliście,  prawda?  –  zapytała 
niepewnie. 
 

- Owszem, dlatego – potwierdziła Elizabeth cicho.. – Nagle wszystko stało się jasne. – 

To dlatego nie udało mi się znaleźć kogoś do pomocy – powiedziała sama do siebie. 
 

-  Na  to  wygląda.  –  Sąsiadka  skinęła  głową.  –  A  poza  tym  pamiętaj,  że  zazdrość 

prawdziwą  zarazą.  Pochodzisz  z  biednego  domu,  wyszłaś  bogato  za  mąż.  Na  takich  jak  ty 
krzywo się patrzy. 
 

Elizabeth siedziała zamyślona, wpatrując się wprost przed siebie. 

 

-  Mam  nadzieję,  ze  nie  jesteś  na  mnie  zła  za  to,  że  ci  powiedziałam?  –  spytała 

Bergette, wyrywając ją z zadumy. 
 

- Nie, cieszę się, że już wiem, o co chodzi, dziękuję. Wygląda na to, że jesteś w tej wsi 

jedyną osobą, której mogę ufać. 
 
 

Wieści o tym, że w Dalsrud szukają służącej, dotarły do Storli już po czterech dniach. 

Elizabeth wychodziła właśnie ze spiżarni, niosąc dwa duże kawałki sera i osełkę masła, gdy 
zobaczyła  na  podwórzu  nieznajomą  dziewczynę.  Jej  czarne  wełniany  szal  był  oblepiony 
ś

niegiem,  a  spod  zniszczonej  chustki  wymykały  się  kosmyki  brązowych  włosów.  Uwagę 

zwracały też duże usta i małe oczy. 
 

-  Dzień  dobry,  mam  na  imię  Klausie  –  oznajmiła  dziewczyna  i  wyciągnęła  rękę, 

jednocześnie dygając głęboko. 
 

Gospodyni uścisnęła jej dłoń i przedstawiła się. 

Natychmiast  wyrobiła  sobie  zdanie  na  temat  przybyłej.  Jest  w  niej  coś  bezczelnego, 
stwierdziła. Obrzuciła ją badawczym spojrzeniem. 
 

- Słyszałam, że potrzeba wam służącej – ciągnęła Klausie. 

 

- Tak, zgadza się – potwierdziła Elizabeth. 

 

Głos dziewczyny miał dziwny ton, zupełnie jakby próbowała się popisywać. Elizabeth 

nie była przekonana, czy powinna ją zatrudnić, ale nie mogła jej przecież odprawić od razu. 
Rozpaczliwie potrzebowała pomocy, musiała wiec wykorzystać okazję, która zesłała jej los. 
Była to winna Helene i Amandzie. 
 

-  Wejdźmy  do  środka  –  zaproponowała  i  ruszyła  w  stronę  domu.  Miała  co  do  tej 

dziewczyny poważne wątpliwości, jednak postanowiła o nich teraz nie myśleć. 
 

Klausie  została  przedstawiona  Amandzie  i  Helene.  Obie  przywitały  się  z  nią 

uprzejmie, Elizabeth dostrzegła jednak, że wszystkie mierzyły się nawzajem spojrzeniami. 

background image

 

37

 

- Zanim cię oprowadzę, chciałabym porozmawiać z tobą w cztery oczy – zwróciła się 

dziewczyny.  –  Wejdźmy  do  salonu,  a  gdy  już  się  tam  znalazły,  rzekła,  wskazując  krzesło 
stojące obok pieca: - Proszę, siadaj. Przede wszystkim muszę zapytać, czy masz referencje od 
poprzednich pracodawców. 
 

Klausie wbiła wzrok w dłonie. Były duże i szerokie, wydawały się wręcz męskie. 

 

- Wszystko się spaliło – odpowiedziała cicho i zaczęła bawić się nerwowo frędzlami 

szala. 
 

- jak to? – spytała Elizabeth. 

 

- Nasz dom spłonął. A mama razem z nim. Ojciec zmarł na płuca, jak byłam mała. Ale 

rodzeństwo  uratowało  się  z  pożaru.  -  Klausie  przetarła  oczy  wierzchem  dłoni.  –  Bracia  i 
siostry rozjechali się po całym kraju. Nie wiem, gdzie mieszkają ani jak im się powodzi. 
 

Dziewczyna o dużych dłoniach wzbudziła nagle współczucie w sercu Elizabeth. 

 

- Proszę – powiedziała i podała jej czystą chustkę do nosa. – Zachowaj ją. 

 

- Dziękuję. 

 

- Co stało się potem? 

 

-  Dostałam  miejsce  w  Storligarden  jako  dziewczyna  od  krów.  –  Klausie  dokładnie 

wytarła  twarz,  zamilkła  na  chwilę,  po  czym  powiedziała:  -  Przepraszam,  że  się  rozkleiła,. 
Ż

ycie biegnie dalej, jak mówią ludzie, a mama i tata już nie będą cierpieć. 

 

Gospodyni siknęła głową, nie komentując jej słów. 

 

Gospodyni skinęła głowa, nie komentując jej słów. 

 

-  Pytała  pani  o  referencje.  Jeśli  pani  chce,  mogę  o  nie  poprosić  w  Storli.  To  znaczy, 

jeśli w ogóle chce mnie pani w tym domu. 
 

Elizabeth nie odpowiedziała. Coś ją powstrzymywało. 

 

-  Praca  jest  ciężka.  Traktujemy  ludzi  sprawiedliwie,  ale  każdy  musi  robić  to,  co  do 

niego należy. Przede wszystkim wymagamy szacunku. 
 

- Pracowała, od małego, wiem, jak to jest. 

 

-  Świetnie.  Do  twoich  obowiązków  należałoby  oporządzanie  obory  i  pomaganie 

Amandzie w cięższych pracach domowych. 
 

- A więc chce mnie pani zatrudnić? 

 

Gospodyni złożyła dłonie i odchyliła się na krześle. 

 

- Jeszcze się nie zdecydowałam. 

 

- Ach, rozumie. Przepraszam. – Klausie zaczęła się znów bawić frędzlami. 

 

Elizabeth  nie  mogła  przejrzeć  tej  dziewczyny.  Wydawała  się  wręcz  podejrzanie 

szczera.  A  może  to  ona  sama  odniosła  się  do  niej  zbyt  podejrzliwie?  Wstała  z  miejsca  i 
podeszła do okna. 
 

Klausie odchrząknęła. 

 

- Amanda była kiedyś służącą w Stroli, prawda? 

 

Elizabeth odwróciła się i wbiła w nią spojrzenie. 

 

- Tak, zgadza się, ale chciałabym, być zachowywała to, co słyszysz, dla siebie. Tu w 

Dalsrud nie rozpowiadamy plotek, mam nadzieję, e byłabyś w stanie się do tego dostosować. 
 

- Oczywiście. Nie słucham ludzkiego gadania. 

 

- Świetnie. Płacimy służącym talara rocznie. 

Miałabyś u nas poza tym wyżywienie i własny pokój. 
 

Klausie pokraśniała i otworzyła usta. 

 

- Bardzo państwo hojni – powiedziała. 

 

Elizabeth wyciągnęła do niej rękę. 

 

- W takim razie zgoda. Praca jest twoja. Kiedy możesz zacząć? 

 

- Dzisiaj. 

 

- Już? 

 

- Własnie skończyłam pracę w Storli. 

background image

 

38

 

Gospodyni skinęła głową w zamyśleniu. 

 

- A więc nie chciałabyś zostać w Storligarden. Dlaczego? 

 

Gdy Klausie zaczęła wyjaśnić, jej spojrzenie było zdecydowane, a głos spokojny: 

 

- Sama pani powiedziała, ze w Dalsrud nie rozpowiada się plotek. Ale jeśli chce pani 

usłyszeć odpowiedź, to mogę rzez, że w Storli dzieje się dużo niedobrego i moja stopa więcej 
tam nie postanie. 
 

-  Rozumiem  –  odrzekła  Elizabeth  i  wskazała  nowo  zatrudnionej  służącej  drogę  na 

korytarz. – Nie musisz mi przynosić żadnych referencji – dodała. – Spiszemy umowę. I mów 
do mnie po imieniu. Możesz się teraz rozgościć w pokoju. Może chcesz coś zjeść? 
 

Klausie skinęła głową. 

 

- Owszem, dawno nie miała niczego w ustach. 

 

-  Zaraz  będzie  obiad.  Jeśli  chciałabyś  coś  przekąsić  teraz,  idź  do  kuchni.  Helene 

pokaże ci, gdzie co leży. Powiedz jej, że będziesz spała w pokoju Gurine. Masz ze sobą jakieś 
rzeczy? 
 

- Wszystko stoi przed domem. 

 

-  Zabierz  cały  bagaż  do  środka.  Musze  jeszcze  na  chwilę  iść  do  kantoru,  ale  zaraz 

wrócę. 
 
 

- Właśnie najęłam nową służącą – poinformowała męża Elizabeth, siadając na skraju 

jego biurka. 
 

Kristian podniósł wzrok znad rachunków, które właśnie studiował. 

 

- Ach tak? Gdzie ją znalazłaś? – zapytał bez większego zainteresowania. 

 

- W Storli. Mówi, że nie mogła tam już dłużej pracować. 

 

Kristian  odsunął  papiery,  odchylił  się  na  krześle  i  posłał  żonie  spojrzenie  tak 

przeciągłe, że poczuła się nieswojo. 
 

- O co dzidzi? – spytała zaskoczona. 

 

-  Chcesz  przyjąć  do  pracy  służącą  ze  Stroligarden?  Czy  ona  w  ogóle  ma  jakieś 

referencje? 
 

- Powiedziałam jej, że ich nie wymagam. – Elizabeth poczuła, że ogarnia ją złość. To 

ona była odpowiedzialna za służące, niezależnie od tego, czy przychodziły ze Storli, czy też 
nie. 
 

Wydawało  się,  że  Kristian  czyta  w  jej  myślach.  chwycił  ją  i  posadził  sobie  na 

kolanach. 
 

- Żebyś tylko nie żałowała – powiedział – Podpisz z nią umowę na miesiąc czy dwa, 

na okres próbny. Zobaczymy, co z tego będzie. 
 

Elizabeth skinęła głową i przytuliła policzek do jego ramienia. Od razu zrobiło jej się 

lżej na duszy. Poczuła dłonie męża błądzące po jej biodrach. 
 

- Kristianie – zaprotestowała. – Przyszłam tu, żeby spisać tę umowę, a nie… 

 

- Cicho – rzucił ochrypłym głosem. 

 

Przestała  stawiać  opór  dopiero  gdy,  udało  mu  się  wsunąć  rękę  pod  jej  spódnice. 

Umowa mogła poczekać. 
 
Rozdział 10 
 
 

- Idziesz do obory? – zapytała Helene, odwracając na chwilę wzrok Pd garnka z rybą. 

 

-  Tak,  dziewczyna  późno  się  zabrała  do  pracy,  a  zbliża  się  już  pora  obiadowa. 

Dochodzi pierwsza – odrzekła Elizabeth. 
 

Służąca wbiła widelec w kartofel. 

 

- Jeszcze chwila – mruknęła do siebie. – Wszystko będzie stało na stole, jak wrócicie. 

– Nagle coś jej przyszło do głowy. – A może ty popilnujesz jedzenia, a ja pójdę do krów? 

background image

 

39

 

-  Nie,  zostań  tu  –  odparła  Elizabeth,  zawiązując  chustkę  pod  brodą.  –  Już  i  tak  się 

przebrałam. 
 

Kristian zaprzągł konia do pługu i odśnieżał właśnie drogę. Uśmiechnęła się do niego i 

pomachała mu, ale nie była pewna, czy zobaczył ją z tak dużej odległości.  
 

Klausie  szybko  wdrożyła  się  w  swoje  nowe  obowiązki,  pomyślała,  kierując  się  do 

obory. Nikt  garnęła się  do roboty, ale nigdy nie mogła jej skończyć na  czas. Już wiele razy 
musiała ją upomnieć, by przestała paplać, a zajęła się tym, co do niej należy. 
 

Elizabeth zatrzymała się przed wejściem i zaczęła się rozglądać za wiadrem na mleko, 

gdy usłyszała głos Amandy. 
 

- W ogóle nie masz krewnych, Klausie? 

 

- Nie, jestem zupełnie sama. 

 

- Skąd właściwie pochodzisz? 

 

- Z małej wioski niedaleko Kabelvaag. 

 

- Wydawało mi się, że mówiłaś, że jesteś z Vesteraalen? Z Victoriahavn. 

 

Gospodyni zapomniała o dobrych manierach i postanowiła posłuchać rozmowę. Przez 

szparę w drzwiach wiedziała Olego, który czyścił właśnie czarnego ogiera. Koń odwrócił łeb i 
spojrzał w jej stronę, strzygąc uszami. Cofnęła się gwałtownie i poczuła, jak serce łomocze jej 
w piersi. Gdyby ktoś ją tu zobaczył, nie potrafiłby się nawet wytłumaczyć. 
 

- Mówiłam tak? – zdziwiła się Klausie i odchrząknęła. – Chyba źle usłyszałaś. 

 

- Nie, jestem pewna, że mi to powiedziałaś. 

 

-  Można  się  przecież  pomylić,  Amando  –  wtrącił  się  Ole.  –  Może  w  Victoriahavna 

mieszkała jakaś Ina twoja znajoma? 
 

Elizabeth  zrobiło  się  żal  Amandy.  Czemu  Ole  wziął  stronę  Klausie,  a  nie  swojej 

ukochanej? Typowe męskie zachowanie. Chłopy potrafią być zupełnie bezmyślne. 
 

Klausie ciągnęła: 

 

- Cóż, mój wuj kiedyś tam mieszkał. 

 

Elizabeth zajrzała przez szparę w drzwiach i zobaczyła Amandę, która właśnie wstała 

z miejsca i zaczęła przecedzać mleko. 
 

- Ale przecież wspominałaś, że nie masz żadnej rodziny. Chyba że zdaniem Olego co 

do tego też się przesłyszałam. 
 

Klausie nie pozwoliła parobkowi dojść do głosu. 

 

-  Nie,  tak  właśnie  mówiłam.  To  nie  jest  mój  prawdziwy  wuj,  tylko  dobry  przyjaciel 

rodziny. Teraz zresztą wyjechał do Ameryki. 
 

-  Coś  takiego!  –  Oparłszy  dłoń  na  końskim  boku,  Ole  przysłuchiwał  się  opowieści 

nowej służącej z wyraźnym zainteresowaniem. 
 

Amanda  posłała  mu  pełne  urazy  spojrzenie,  po  czym  zaczęła  oporządzać  kolejną 

krowę. 
 

Najwyższy czas się ujawnić, stwierdziła Elizabeth. Pchnęła drzwi, udając, że dopiero 

co przyszła. 
 

-  Pomyślałam,  że  wam  pomogę  –  powiedziała  i  omiotła  obecnych  spojrzeniem.  – 

Helene zaraz nakrywa do obiadu. – Chwyciła stołek i zabrała się do dojenia. 
 

- Klausie ma znajomego, który się przeniósł do Ameryki – poinformował gospodynię 

Ole, podchodząc do kasztanowej klaczy. 
 

- Ach tak – Elizabeth starała się, by jej głos zabrzmiał obojętnie. 

 

- Musi być strasznie bogaty – ciągnął parobek. 

 

- W takim razie należy do tych nielicznych, którym się tam poszczęściło – stwierdziła. 

–  Ludzie,  którzy  tam  jeżdżą,  w  większości  mieszkają  w  ziemiankach  i  harują  latami,  zanim 
się dorobią. Teraz jednak uporamy się z naszą pracą, bo obiad pewnie już czeka. 
 

- Mówiła… - zaczął Ole, ale Elizabeth szybko mu przerwała: 

 

- Zostawcie sobie te historie na później. Najpierw obowiązki. 

background image

 

40

 

Może odtąd Klausie zacznie się trzymać prawdy, skoro została tak ostro upomniana. 

 
 

- Elizabeth, tak dalej być nie może! – wykrzyknęła Helene, potkawszy przyjaciółkę w 

drodze na stryszek. 
 

- Co się znowu dzieje. 

 

- Chodzi o Klausie. – Służąca zniżyła głos i zerknęła przez ramię. 

 

- Wymiguje się od pracy? – spytała Elizabeth. 

 

- Nie, ale kłamie jak z nut. 

 

Elizabeth nic na to nie powiedziała. 

 

-  Plecie  bzdury,  a  jak  się  ją  na  tym  złapie,  próbuje  się  wymigać  jeszcze  większym 

kłamstwem. 
 

- Mówi coś o nas albo o sąsiadach? 

 

Helene potrząsnęła głową. 

 

-  Nie,  tylko  o  sobie.  To  nie  do  pojęcia,  ile  nieszczęść  na  nią  spadło  ostatnimi  czasy. 

Gdyby naprawdę doświadczyła pewnie ze sto lat. 
 

-  Po  prostu  jej  nie  słuchaj.  –  Elizabeth  pogładziła  przyjaciółkę  po  ramieniu.  –  Nic 

innego  ci  nie  pozostaje.  Dopóki  wykonuje  swoje  obowiązki,  nie  mogę  jej  przecież  stąd 
wyrzucić. 
 

Służąca westchnęła zrezygnowana. 

 

-  Nie,  przecież  wiem.  Nie  chodzi  mi  o  to,  żebyś  ją  odprawiła,  tylko  martwię  się  o 

biedną Amandę. Chyba jest o nią zazdrosna. 
 

- Zazdrosna? 

 

- Zachowuje się jak nie ona. Zawsze była taka pogodna i pełna życia, a teraz snuje się 

po domu z nosem spuszczony, na kwintę. To się udziela na wszystkim. 
 

- I co twoim zdaniem powinnam zrobić? 

 

Helene podeszła do szafki z pościelą i zaczęła wyciągać z niej prześcieradła. 

 

- Nie wiem. Chyba w ogóle nie da się z tym nic zrobić. Nie powinnam była co o tym 

mówić. Wybacz. 
 

-  Nie  przepraszaj  mnie.  Dobrze,  że  mi  powiedziałaś,  porozmawiam  z  Kristianem, 

może  razem  znajdziemy  jakieś  rozwiązanie.  –  Elizabeth  poczuła  nieprzyjemny  ucisk  w 
ż

ołądku. Czy w tym domu nigdy nie będzie spokoju? 

 
 

Idąc do salonu, wzięła czajnik z kawą i tacę ciasteczek. Jej mąż dokładał właśnie torfu 

do pieca. Elizabeth podniosła ciastko do ust, ale zaraz odłożyła je na talerzy. 
 

- Kristianie, co myślisz o Klausie? 

 

Mężczyzna wziął kubek z kawą, podszedł do okna i stanął plecami do żony. 

 

- A co mogę myśleć… czyżby wymigiwała się od roboty? 

 

- Nie… - Elizabeth zwlekała z odpowiedzią - … ale strasznie kłamie. 

 

- Na jaki temat? 

 

- Na każdy możliwy. Wymyśla niestworzone historie. 

 

- Aha. – Kristian odstawił kubek na parapet i wsunął dłonie do kieszeni. 

 

Na  parapecie  zostanie  brzydki  ślad,  pomyślała  Elizabeth,  ale  nic  nie  powiedziała. 

Odkąd to irytują ją takie błahostki? Dlaczego dopiero teraz zaczęła zauważać, że mąż nigdy 
nie odwiesza swoich ubrań na miejsce, tylko rzuca je gdzie popadnie albo że po skończonym 
posiłku  zgarnia  okruchy  ba  podłogę?  Przesunęła  dłonią  po  twarzy.  Cóż,  pewnie  robił  tak 
zawsze, ale dopiero ostatnio tego typu zachowanie zaczęło wyprowadzać ją z równowagi. 
 

- Nie mogę ufać osobie, która tak bezwstydnie łże – stwierdziła zrezygnowana. 

 

- A plotki rozpowiada? – głos Kristiana nie zdradzał zbyt wielkiego zainteresowania. 

 

- Z tego, co wiem, to nie, ale Ole zawsze bierze jej stronę, a Amanda staje się wtedy 

zazdrosna. 

background image

 

41

 

Kristian odwrócił się ponownie do okna. 

 

- Tej zimy będzie pewnie dużo śniegu – rzekł. 

 

- Słuchasz, co do ciebie mówię? – Elizabeth zrobiło się gorąco ze złości. 

 

-  Oczywiście.  Słyszę,  że  nasze  służące  powariowały.  –  Mężczyzna  przeciągnął  się  i 

ziewnął. – Chyba muszę iść do gabinetu i przejrzeć rachunki. Przynieść ci więcej kawy? 
 

- Nie, dziękuję – rzuciła Elizabeth przez zaciśnięte zęby. 

 

- Jesteś na mnie zła? – spytał zaskoczony. 

 

-  Jestem  zmęczona  –  odparła  i  przymknęła  oczy,  chcąc  uniknąć  dalszych  pytań. 

Właściwie  nie  kłamała.  Była  strudzona,  ale  przede  wszystkim  zła,  a  nie  chciała  powiedzieć 
jednego słowa za dużo. 
 

- Przykryj się – powiedział Kristian, rzucając jej koc. 

 

Otworzyła oczy, dopiero gdy mąż wyszedł z salonu. Kiedyś tak między nimi nie było, 

pomyślała ze smutkiem. Nie kłóciliśmy się o takie bagatele. Czy rzeczywiście dzieje się tak 
tylko przez tę nową służącą? Nie o wszystko można było winić Klausie. 
 

Znów  przymknęła  oczy.  Zaczęła  oddychać  spokojniej  i  już  po  chwili  osunęła  się  w 

dziwny sen: widziała w nim nową służącą tańczącą na podwórzu w samej koszuli nocnej. 
 

-  Co  ty  wyprawiasz?  –  zapytała  ją  we  śnie.  –  Nie  powinnaś  wychodzić  z  domu 

półnaga. 
 

- Mam przecież na sobie szal i wełniany sweter, i nieprzemakalną kurtkę Kristiana! – 

zaśmiała się Klausie. 
 

- Przecież widzę, że biegasz w samej koszuli – odparła poirytowana Elizabeth. – Nie 

kłam w żywe ozy. Ole może ci i wierzy, ale ja na pewno nie. 
 

Dziewczyna parsknęła śmiechem i zaczęła się obracać wokoło. 

 

- Ole mi nie wierzy, ale lubi mnie słuchać. Jesteście tacy nudni! Poza tym ty chyba nie 

powinnaś wypominać mi kłamstwa? 
 

- Co masz ba myśli? – Elizabeth robiło się na przemian zimno i gorąco. 

 

- Przecież sama jesteś zakłamana. Zwodzisz Kristiana, Ane i wszystkich pozostałych! 

Sama dobrze wiesz, o co chodzi! 
 

Elizabeth drgnęła  gwałtownie i powiodła wzrokiem po salonie. Zaschło jej w gardle, 

więc  łyknęła  nieco  wystygłej  kawy.  Jak  długo  spała?  Z  poczuciem  winy  pomyślała  o 
czekającej  ją  robocie.  Zerwała  się  na  równe  nogi  i  wyszła  na  korytarz,  nagle  jednak 
przystanęła.  Z  pokoju  Amandy  dochodziło  głośne  łkanie.  Drzwi  otworzyły  się  gwałtownie  i 
stanął w nich Ole. 
 

- Co tu się dzieje? – spytała Elizabeth. 

 

Parobek nie odpowiedział, tylko próbował ją wyminąć. 

 

-  Jeśli  zrobiłeś  Amandzie  jakąś  krzywdę,  to  będziesz  miał  ze  mną  do  czynienia  –  

syknęła i chwyciła go za ramię. 
 

- Baby! – parsknął, wyrwał się jej i zniknął za drzwiami wejściowymi. 

 

Elizabeth  bez  pukania  weszła  do  pokoju.  Zastała  Amandę  leżącą  na  brzuchu  łóżka  i 

zanoszącą się płaczem. 
 

-  Kochana,  co  się  stało?  –  spytała  miękko  i  pogładziła  dziewczynę  po  szczupłych 

plecach. 
 

W odpowiedzi rozległo się przeraźliwe łkanie. 

 

- Powiedz mi, o co chodzi – Elizabeth nie dała za wygraną. – Niezależnie od tego, jak 

bardzo  jest  źle  i  jak  beznadziejna  wydaje  nam  się  sprawa,  zawsze  da  się  znaleźć  jakieś 
wyjście. 
 

- Nie z tego – wyłkała Amanda 

 

-  Owszem,  z  tego  na  pewno  także  –  odrzekła  Elizabeth  zdecydowanym  głosem, 

wyciągając rękę z chusteczką. – Proszę, otrzyj łzy, nie możesz przecież tak wyglądać. 

background image

 

42

 

Służąca  popłakiwała  jeszcze,  wycierając  mokre  policzki,  Elizabeth  zaś  starała  się 

uspokoić  walące  serce.  Jeśli  Ole  próbował  zrobić  dziedzinie  krzywdę,  jego  dni  w 
gospodarstwie  były  policzone.  To,  że  pracuje  tu  od  dziecka,  nic  mu  nie  pomoże,  myślała 
wzburzona. Ale co jeśli Amanda już jest w ciąży? 
 

-  Proszę,  napij  się  wody  –  powiedziała,  podając  służącej  emaliowany  kubek,  który 

znalazła na nocnym stoliku. Amanda opróżniła kubek w kilku łykach. 
 

- No już, mów, co się stało między tobą a Olem. – Elizabeth pogłaskała ją po policzku. 

 

- Kiedy się wstydzę – wyznała cicho. 

 

- Nie powinnaś. Tyle już w życiu przeżyła, i widziałam, że nic mnie nie zdziwi. 

 

- Ale zachowałam się jak… - Służąca zamilkła i pokraśniała. 

 

- Usiądź porządnie i powiedz, co się stało – nakazała jej Elizabeth. – Czy Ole zrobił ci 

coś złego? 
 

Amanda potrząsnęła głową. 

 

- Dotykał cię? Robił coś, co ci się nie podobało? 

 

- Nie, on… to znaczy, to ja chciałam… 

 

Elizabeth  posłała  jej  zaskoczone  spojrzenie.  Dopiero  po  chwili  zrozumiała,  co 

dziewczyna miała na myśli. 
 

- To ty chciałaś… żeby on… 

 

Amanda skinęła głową. 

 

-  Tak,  poprosiłam,  żeby  mnie  dotykał  –  jej  głos  był  ledwo  słyszalny,  trzeba  było 

wysilić słuch, by zrozumieć poszczególne słowa. 
 

- I posłuchał cię? 

 

-  Tak,  na  początku,  ale  potem  powiedział,  że  musimy  przestać,  bo  traci  nad  sobą 

panowanie.  Nie  chciałam,  żeby  przestawał.  A  wtedy  on  się  rozzłościł  i  wyszedł.  –  Wargi 
dziewczyny zadrżały, a po jej policzkach popłynęły nowe strumienie łez. 
 

Elizabeth  objęła  ją  delikatnie.  A  więc  Ole  ma  więcej  oleju  w  głowie,  niż  się 

spodziewałam, stwierdziła i natychmiast pożałowała swojego zachowania w korytarzu. 
 

-  Jeszcze  nawet  nie  zostałaś  konfirmowana,  Amando  –  powiedziała  ostrożnie.  – 

Przystępujesz do egzaminu dopiero na wiosnę. Masz przed sobą całe życie. gdyby Ole zbliżył 
się do ciebie w ten sposób, mogłabyś zajść w ciążę. Wiesz o tym przecież? 
 

- Oczywiście, tyle to wiem – odparła służąca. 

 

Elizabeth usłyszała w jej głosie nutkę złości. Pewnie rozumie dużo więcej niż ja w jej 

wieku, uświadomiła sobie. 
 

- A mimo to chcesz ryzykować urodzenie dziecka jeszcze przed konfirmacją? 

 

- Nie myślałam o tym – przyznała dziewczyna ze wstydem. – Ale Klausie i Ole, oni… 

 

- Tak? 

 

-  Bardzo  się  zaprzyjaźnili.  Ole  wierzy  we  wszystko,  co  ona  powie.  Wiem,  ze  wiele 

razy go okłamała, ale nie potrafię tego udowodnić – wyrzuciła z siebie Amanda i popatrzyła 
na gospodynię ponuro. 
 

A więc, o to chodziło. Powinnam była się domyślić, stwierdziła Elizabeth. Nie mogła 

pohamować uśmiechu. 
 

- Nie przejmuj się tym – rzuciła lekko. 

 

-  Ne  przejmować  się?  Niedługo  stracę  narzeczonego!  Klausie  pewnie  się  w  nim 

zakochała. A ja mam się zachowywać jak gdyby nigdy nic? 
 

Elizabeth zrozumiała, że ta rozmowa nie będzie łatwa. 

 

- Proszę, by to, co powiem, zostało między nami. – Amanda skinęła głową. – Nawet 

Ole nie może się o tym dowiedzieć – zastrzegła. 
 

- Czemu nie? – zdziwiła się dziewczyna. 

 

- Bo jest  chłopcem, a  chłopy myślą zupełnie inaczej niż my. Możesz mi wierzyć. W 

końcu jestem mężatką. 

background image

 

43

 

Amanda zaśmiała się krótko  wytarła nos. 

 

-  Po  pierwsze,  Ole  na  pewno  nie  jest  w  niej  zakochany.  Nie  mam  co  do  tego 

najmniejszych  wątpliwości,  przecież  takie  rzeczy  rzucają  się  w  oczy.  A  poza  tym  jesteś  o 
wiele ładniejsza od Klausie. 
 

- Ale też młodsza. I nie mam tyle do powiedzenia co oba. 

 

-  Tak,  lecz  przecież  sama  uważasz  jej  historie  za  kłamstwa.  Myślę,  ze  Klausie  jest 

bardzo niepewna siebie. Może też zazdrości ci, że jesteś taka młoda. Kto wie, może czuje się 
samotna i popłakuje po nocach, bo nie ma rodziny. I dlatego zmyśla to wszystko. 
 

- Dlaczego tak uważasz? 

 

-  Słyszałam  kiedyś  o  ludziach,  którzy  tak  robią,  wymyślają  różne  bzdury,  żeby 

ubarwić sobie życie. 
 

-  Zupełna  z  niej  wariatka!  A  do  ego  jest  brzydka  i  kłamie  –  zawyrokowała  Amanda 

silniejszym już głosem. – Co za głupek z Olego, że w to wszystko wierzy! 
 

- Na pewno nie we wszystko – stwierdziła Elizabeth. – Po prostu lubi jej słuchać. Nie 

słyszałaś  nigdy,  jak  mężczyźni  opowiadają  sobie  różne  historie?  Przechwalają  się  i 
przesadzają, aż pusty śmiech ogarnia. Dla Olego to zabawa, urozmaicenie dnia. 
 

-  Nie  wiedziałam,  że  jesteś  taka  mądra  –  powiedziała  Amanda,  wpatrując  się  w 

gospodynie. 
 

- Żaden ze mnie mędrzec, ale znam życie. potraktuj to doświadczenie jako nauczkę. A 

teraz wytrzyj buzię, wszystko jakoś się ułoży. Zobaczysz. 
 

Gdyby  tylko  życie  było  takie  proste,  pomyślała  Elizabeth.  Wiedziała,  ze  problemy  z 

reguły nie rozwiązują się same. 
 
 

Pewnego  późnego  wieczoru  Ane  obudziła  się,  przybiegła  do  sypialni  rodziców  i 

oznajmiła,  że  chce  jej  się  pić.  Wsunęła  się  do  małżeńskiego  łoża,  a  tymczasem  Elizabeth 
zeszła na dół po wodę. 
 

W  kuchni  było  ciemno,  że  oko  wykol,  a  mimo  to  gospodyni  dostrzegła  niewyraźną 

sylwetkę przycupniętą przy palenisku. Wzdrygnęła się i zapytała drżącym głosem: 
 

- Jest tu ktoś? 

 

- Tak, to ja – odpowiedziała Klausie. 

 

Elizabeth podeszła do niej, trzymając przed sobą lampę. 

 

- Moja droga, co tu robisz w środku nocy? 

 

- Przepraszam, że cię wystraszyłam. Już idę do łóżka. 

 

Dziewczyna podniosła się, zamierzając odejść, ale Elizabeth chwyciła ją za ramię. 

 

- Zostań jeszcze chwilę. Napijesz się ciepłego mleka? 

 

- Nie, dziękuję. 

 

-Źle się u nas czujesz? – spytała gospodyni.  

 

- Tęsknie za moją rodziną – odpowiedziała służąca z wahaniem. 

 

Najwyraźniej  Klausie  zapomniała,  że  wszem  wobec  oświadczyła,  że  nie  ma  żadnej 

rodziny, pomyślała Elizabeth, ale postanowiła zachować to dla siebie. 
 

-  Rozumiem  –  powiedziała.  –  Nie  masz  nikogo,  do  kogo  mogłabyś  napisać?  To 

zazwyczaj pomaga, gdy człowiek jest smutny. Nie wspominając już o tym, co się czuje, gdy 
samemu  dostaje  się  listy.  To  istne  lekarstwo.  Pamiętaj,  że  sama  kiedyś  byłam  służącą  i 
mieszkałam z dala od domu. Tęsknota i smutek to cierpienie, z którym nie ma żartów – rzekła 
poważnie. 
 

- Nie mam przyborów do pisania – wymamrotała Kalusie. 

 

- Ale ja mam. Jeśli obiecasz mi, że trochę się prześpisz, to chętnie ci je jutro pożyczę. 

Dostaniesz papier, pióro i atrament. 
 

- Dziękuję, Elizabeth, jesteś taka dobra. 

 

- No już, marsz do łóżka. – Elizabeth popchnęła dziewczynę lekko. 

background image

 

44

 

Dopiero  gdy  sama  wpełzła  pod  kołdrę,  przypomniała  sobie,  że  nie  przyniosła  wody. 

Ale Ane już dawno zasnęła. 
 
 

Któregoś grudniowego dnia Kristian wrócił od kupca z nowinami. 

 

- Mam tu list do Klausie – powiedział, wtykając głowę do kuchni. 

 

Służąca, która właśnie szorowała podłogę, zerwała się na równe nogi, wytarła dłonie 

w fartuch i z czcią przyjęła kopertę z rąk gospodarza. Wydawało się, że nie wierzy własnym 
oczom. Ostrożnie przeciągnęła palcem po białym papierze. 
 

Elizabeth  zauważyła  natychmiast,  że  list  nie  mógł  zostać  przysłany  przez  dobrze 

sytuowanych ludzi, papier wyglądał na tani. 
 

- Usiądź w sypialni i przeczytaj sobie w spokoju – zwróciła się do dziewczyny. 

 

- Nie, najpierw skończę tutaj. – Klausie wsunęła list do kieszeni fartucha. 

 

Elizabeth  przypomniała  sobie,  jak  sama  była  służącą  w  Dalsrud  i  jak  dostawała  listy 

od  ojca  i  Jensa.  Zazwyczaj  odkładała  ich  czytanie  na  wieczór,  by  przedłużyć  chwilę 
radosnego  oczekiwania.  Sprawdzała  tylko,  czy  zawartość  koperty  była  gruba,  czy  cienka.  A 
gdy wreszcie list otwierała, czytała go szybko od początku do końca, by się dowiedzieć, czy 
przesyłane jej wiadomości są dobre, czy złe. Dopiero potem smakowała powoli każde słowo. 
Westchnęła na samo wspomnienie. 
 
 

- Muszę stąd odejść! 

 

Klausie  umyła  już  podłogę  i  przeczytała  list.  Wypowiedziała  te  słowa  tak  nagle,  że 

Elizabeth nie była pewna, czy dobrze usłyszała. 
 

- Co ty mówisz? Odejść stąd? – spytała z niedowierzaniem. 

 

- List jest od mamy. Urodził mi się braciszek, więc musze pomóc w domu. Poza tym 

w sąsiednim gospodarstwie szukają służącej. Mogłabym postarać się o tę pracę i mieszkać w 
domu, tak żeby być przy mamie. 
 

Gospodyni wbiła w nią spojrzenie, ale nie odezwała się ani słowem. W tym momencie 

Klausie uświadomiła sobie, co powiedziała. Zacisnęła wargi. 
 

- A więc twoja matka jednak żyje? – spytała Elizabeth łagodnym głosem. 

 

Dziewczyna skinęła głową. 

 

- Tata i rodzeństwo także. Mieszkają kilka godzin stąd, jeśli jedzie się wozem. 

 

Elizabeth  nabrała  powietrza,  zastanawiając  się,  czy  powinna  dać  służącej  burę. 

Opanowała się jednak. 
 

- W takim razie gratuluję ci braciszka. 

 

- Tym razem mówię prawdę – wymamrotała Klausie. – Możesz sama przeczytać list. 

 

-Nie,  wierzę  ci.  –  Elizabeth  przywołała  na  wargi  uśmiech.  –  Wypłacę  ci  zaległa 

pensję, a potem postaram się o jakiś pojazd dla ciebie. 
 

Klausie zapadła się w sobie. 

 

- Nie, Ole nie może mnie odwieźć! Zrozumiałaby wtedy, że go okłamałam. 

 

- Porozmawiam z Bergette, żeby ktoś od nich cię zabrałam nie przejmuj się – odparła 

Elizabeth. – Powiemy wszystkim prawdę: że dostałaś nową pracę bliżej miejsca, gdzie kiedyś 
mieszkałaś, że tęsknisz do tamtych stron i chciałabyś do nich wrócić. Nie będzie to kłamstwo, 
chociaż część faktów pominiemy. 
 

-  Dziękuję  za  wszystko,  co  dla  mnie  zrobiłaś  –  wyszeptała  Klausie.  –  Ze  Storli 

wyrzucili mnie właśnie za to, ze tak strasznie kłamałam. Tak czy inaczej, praca dla nich była 
straszna. A ja już nie potrafię przestać zmyślać. 
 

Gospodyni uciszyła ją stanowczo. 

 

-  Zdążyłam  się  tego  domyślić.  Nie  musisz  mówić  nic  więcej.  Obiecaj  mi  tylko,  że 

postrasz się mówić prawdę. Bo tylko tak do czegoś dojdziesz. 

background image

 

45

 

Sama  przypomniała  sobie  kłamstwo,  o  którym  wiedziała  tylko  ona  i  Helene:  że 

Leonard był ojcem Ane. Ale to już zupełnie inna sprawa. Prawda sprawiłaby zbyt wielki ból 
jej bliskim. 
 
 

Pożegnanie z Klasuine przyszło jej trudniej, niż się spodziewała. Zajrzała do sypialni 

dziewczyny, gdy ta pakowała swoje rzeczy. 
 

- Proszę – powiedziała.  – Znalazłam trochę ubranek po Ane, może będą  pasować na 

twojego braciszka. – Podała opakowanie w szary papier i przewiązane sznurkiem zawiniątko. 
–  Masz  tu  becik,  kaftanik  i  kilka  innych  rzeczy,  które  mogą  się  przydać  na  początku. 
Wystawiłam ci też referencje, które będziesz mogła spokojnie pokazywać. 
 

Klausie przyjęła paczkę i podziękowała, wyraźnie poruszona. 

 

-  Na  pewno  nam  się  przydadzą,  te  ubranka,  które  mamie  zostały,  są  już  strasznie 

zniszczone. 
 

Elizabeth poczuła ucisk w gardle, gdy obejmowała służącą na pożegnanie. 

 

- Może jeszcze kiedyś się spotkamy – szepnęła wyraźnie zawstydzona dziewczyna. 

 

Zanim gospodyni zdążyła odpowiedzieć, Helene wetknęła głowę przez drzwi. 

 

- Przyjechał parobek Bergette. 

 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  ja  nie  mogłem  jej  odwieźć  –  odezwał  się  Ole,  gdy  już 

wszyscy pomachali Klausie na pożegnanie. 
 

- Będziesz mi potrzebny na przystani – wyjaśnił mu Kristian i posłał żonie znaczące 

spojrzenie. 
 

Elizabeth odciągnęła parobka na stronę. 

 

- Ole, przepraszam cię, że się na ciebie tak rozzłościłam. Wtedy, gdy pokłóciłeś się z 

Amandą. 
 

Wzruszył ramionami. 

 

- Nic nie szkodzi. Już się dogadaliśmy. 

 

Elizabeth odprowadziła go wzrokiem, gdy ruszył w ślad za Kristianem. 

 

Kiedy  Helene  i  Amanda  pytały  ją  zaskoczone,  czemu  Klasuine  odchodzi  właśnie 

teraz, tuż przed świętami, odpowiadała im wymijająco. Mężowi wyjawiła jednak całą prawdę. 
Tylko tak się do czegoś dojdzie, powtarzała sobie w myślach. 
 
 

Ż

ycie płynęło dalej. Elizabeth jakoś dawała sobie radę z dwiema służącymi. Wiedziała 

jednak,  że  powinna  jak  najprędzej  nająć  kogoś  do  pomocy.  Tym  razem  jednak  na  pewno 
zastanowi się dwa razy. 
 

- Amando, chodź ze mną do tkalni- zwróciła się któregoś dnia do służącej. – Są tam 

dwa duże kufry z ubraniami. Jeden z nich już przejrzałam, wszystko z niego trzeba pociąć na 
szmaty,  ale  chciałabym,  żebyś  ty  zajęła  się  drugim…  -  przerwała,  gdy  zobaczyła,  że 
dziewczyna wykrzywiła usta i wbiła wzrok w podłogę. - Coś się stało? – spytała ostrożnie. – 
Ź

le się czujesz? 

 

Amanda potrząsnęła głową. 

 

-  Nie,  chodzi  o  to,  że…  obiecywałaś,  że  dasz  mi  dziś  kilka  godzin  wolnego. 

Chciałabym wybrać się do domu. 
 

Gospodyni plasnęła się dłonią w czoło. 

 

-  Och,  zupełnie  o  tym  zapomniała,  oczywiście,  skoro  ci  obiecałam  to  dostaniesz 

wolne. 
 

Dziewczyna zawahała się. 

 

- Tak, ale… 

 

-  Żadnych  ale.  Już,  zmykaj.  –  Elizabeth  popchnęła  ją  w  stronę  drzwi.  –  Przyślij  do 

mnie Ane i Marię. I weź coś dobrego z kuchni. 
 

Amanda aż pokraśniała z radości. 

background image

 

46

 

- Jesteś taka dobra! 

 

- Nie żartuj. Należy ci się. weź kawę i trochę cukru. Sama zresztą wiesz, czego wam 

najbardziej  potrzeba.  Tylko  wróć  przed  wieczorem,  żeby  jeszcze  zdążyć  do  obory!  – 
krzyknęła za służącą, która już zbiegała po schodach. 
 

- Potrzebujesz pomocy? – spytała Maria i Ane, gdy wspięły się na stryszek. 

 

-  Tak.  Mario,  potniesz  ze  mną  materiał,  a  ty,  Ane,  posortujesz  ubrania  według 

kolorów. 
 

Pracowały przez kilka godzin i podeszła do kosza z wełną. 

 

-  Ile  mamy  wełny  z  owieczek  –  dziwiła  się.  –  Pamiętam,  że  Kristian  wziął  latem 

barany i popłynął z nimi na wyspę. Czumy panowie owce musieli tam zostać, a panie owce 
były w górach? 
 

Elizabeth musiała zastanowić się nad odpowiedzią, na szczęścia Maria wybawiła ją z 

kłopotu. 
 

- Dlaczego, że czasami muszą od siebie odpocząć. A gdy spotykają się na jesieni, mają 

sobie mnóstwo do opowiedzenia. 
 

Ane zachichotała. 

 

- Przecież owce nie umieją mówić. 

 

-  Ależ  tak.  Gadają  po  owczemu.  A  poza  tym  barany  tak  bardzo  lubią  się  bić,  ze 

czasami trzeba je zostawić samym sobie. 
 

- Widziałam, jak się biją – oświadczyła radośnie dziewczynka. - Na wyspie przyszedł 

kiedyś baran z innego gospodarstwa i zaczął walczyć z naszym. Ale Kristian i ten drugi pan 
wyrzucili  oba  barany  do  morza.  Uspokoiły  się  dopiero,  jak  były  przemoczone.  Ciekawe 
dlaczego, mamo? 
 

Elizabeth zerknęła na córkę. 

 

- Skąd to wszystko wiesz? 

 

- Wzięłyśmy z Marią łódkę i powiosłowałyśmy za nimi. 

 

- Pozwolił wam ktoś na to? 

 

- Oj! – Maria posłała Ane wściekła spojrzenie, ta zaś zasłoniła usta rączką. – Chyba 

Tristan  powiedział,  że  możemy,  ale  pewnie  już  o  tym  zapomniał.  Ciekawe,  czemu  wrzucił 
barana do morza? 
 

Elizabeth  dalej  ciągnęła  materiał.  Maria  wspaniale  radziła  sobie  z  wiosłowaniem  już 

od najwcześniejszego dzieciństwa, ale nie podobało jej się, że siostra zabrała ze sobą Ane bez 
pozwolenia kogoś z dorosłych. Będzie musiała z nią o tym porozmawiać, gdy zostaną same. 
 

- Jak baran wpadnie do morza, to wełna nasiąka mu wodą i nie ma się już siły bić. 

 

- Ale jakby powalczyły trochę, to pewnie by się zaraz zaprzyjaźniły – stwierdziła Ane. 

– Ojej, ale jestem zmęczona. Mogę zejść na dół? 
 

Elizabeth zobaczyła, że na dłoniach Marii porobiły się czerwone odciski od nożyczek. 

 

- Tak, idźcie już obie. Bardzo mi pomogłyście. 

 

Sama  pracowała  jeszcze  jakiś  czas,  tkanina  stawała  się  szersza  i  dłuższa  z  każdą 

chwilą.  W  przeciwieństwie  do  jej  rodzinnego  domu  w  Dalsrud  mogła  przebierać  w 
rozmaitych  materiałach  i  kolorach.  To  będzie  dla  Helene  i  Amandy,  zdecydowała.  Ani  się 
obejrzała, a przyjaciółka już stała w drzwiach. 
 

-  Wieczorna  kasza  podana  –  oznajmiła.  –  Ojej,  utkałaś  to  wszystko?  –  spytała, 

wyciągając szyję. 
 

-  Nie  patrz.  To  niespodzianka  –  zaśmiała  się  Elizabeth  i  nakryła  krosna  kawałkiem 

materiału. 
 

- Prawie nic nie widziałam – oświadczyła Helene. 

 

Elizabeth uszczypnęła ją w biodro. 

 

- Na pewno nic? 

 

- No, może troszkę. 

background image

 

47

 

- Gdzie jest Amanda? – zapytała gospodyni, gdy wszyscy usiedli do stołu. 

 

-  Chyba  zostanie  w  domu  do  jutra  –  stwierdził  Ole  –  Ne  widzisz,  co  się  dzieje  na 

dworze? 
 

Elizabeth  podeszła  do  okna  i  osłoniła  oczy  dłonią,  by  lepiej  widzieć.  Wiatr  wył 

wściekle, w śnieżnej zadymie niewiele można było zobaczyć. 
 

- Długo już tak wieje? – spytała zaskoczona. – Cały czas siedziałam przy krosnach. 

 

- Zaczęło się chyba, jak Helene wychodziła do obory. 

 

Elizabeth wróciła do stołu. Nagle ogarnął ją dziwny niepokój. Gdy Kristian odmawiał 

modlitwę w ogóle go nie słuchała. To niepodobne do Amandy tak się spóźniać. Może w jej 
domu  zdarzyło  się  coś  złego?  Ktoś  z  rodziny  zachorował?  A  może  dumny  ojciec  rozzłościł 
się, że córka przyniosła ze sobą jedzenie, i zakazał je powrotu do Dalsrud? 
 

- Czy Amanda zabrała coś ze sobą? – spytała Helene. 

 

Służąca wzruszyła ramionami. 

 

- Torebkę kawy i trochę cukru, w każdym razie tyle widziała, 

 

Czy to dość, by rozzłościć jej ojca, zastanawiała się Elizabeth. Już wcześniej Amanda 

zanosiła  do  domu  jedzenie  i  ubrania,  chociaż  obie  wiedziały,  ze  jej  rodzice  patrzą  na  to 
krzywo. Czyżby mała paczuszka kawy okazała się kropla, która przelała kielich? 
 

- Jesteś taka cicha – zauważył Kristian i przykrył jej dłoń swoją. 

 

- Tak, martwię się o Amandę. Miała wrócić przed wieczorem. 

 

-  Uspokój  się,  przecież  mówiła,  dokąd  idzie.  Pewnie  zdecydowała,  że  zostanie  w 

domu do jutra. 
 

- Może powinniśmy po nią jechać i… 

 

- W taką pogodę? Lepiej poczekać do jutra, zresztą dziewczyna na pewno się znajdzie. 

Jeśli wciąż będzie tak strasznie padało, to po nią pojadę. Teraz jest już za ciemno. 
 

Elizabeth umilkła, ale była coraz bardziej zaniepokojona. 

 

W  roztargnieniu  odmówiła  z  dziewczętami  wieczorna  modlitwę  i  położyła  je  spać. 

Dorzuciwszy  drewna  do  pieca  w  salonie,  zaczęła  nerwowo  spacerować  od  okna  do  okna. 
Czuła  nieprzyjemny,  bolesny  ucisk  w  piersiach,  jakby  coś  w  niej  wzbierało.  W  końcu 
zdawało jej się, że zaraz wybuchnie. 
 

- Kristianie – zwróciła się do męża, gdy zjawił się w salonie – proszę, posłuchaj mnie. 

Wiem,  że  musiało  się  stać  coś  złego,  to  niepodobne  do  Amandy  nie  wrócić  na  umówioną 
godzinę. 
 

- Ależ, kochanie, co się mogło stać? – spytał i przyciągnął ją do siebie. 

 

-  Wydajemy  się,  że  ktoś  z  jej  rodziny  zachorował  i  potrzebuje  pomocy  –  odparła 

cicho. 
 

-  Jeśli  nawet  ktoś  zachorował,  to  mają  przecież  sąsiadów.  Tak  czy  inaczej  niewiele 

możemy zrobić. Nie martw się tyle – rzekł Kristian z uśmiechem i pogładził ja po twarzy. 
 

Elizabeth przygryzła wargę i skinęła głową. 

 

- Cóż, pewnie masz rację. – Uwolniła się z jego objęć i podeszła do pieca. 

 

- Dobrze się czujesz? 

 

- Tak, oczywiście. 

 

- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia w kantorze. 

 

- Oczywiście, idź – odparła pospiesznie. – Nie przejmuj się mną. 

 

Odczekała  chwilę,  aż  usłyszała  trzask  zamykanych  drzwi,  po  czym  wymknęła  się  z 

salonu. W korytarzu włożyła nieprzemakalną kurtkę Kristiana i wysokie ciepłe buty. Owinęła 
się szalem, włożyła grube rękawiczki i niepostrzeżenie wyszła na dwór. 
 

Podmuch wiatr uderzył w nią tak gwałtownie, że zabrakło jej powietrza w płucach. Po 

chwili jednak ruszyła przez podwórze w kierunku drogi biegnącej obok gospodarstwa. 
 

Z  początku  było  całkiem  nieźle,  mimo  zadymki  wciąż  widziała  zarysy  budynków. 

Gdy  jednak  oddaliła  się  od  domu,  zdało  jej  się,  że  ma  przed  sobą  białą  ścianę.  Grubą  i 

background image

 

48

nieprzeniknioną. Słychać było tylko wycie wiatru. Rozejrzała się bezradnie, ale nie dostrzegła 
niczego, co wskazywałoby jej drogę. 
 

Czuła, jak przenika ją lodowate zimni, mróz szczypał policzki. Szła dalej, zgięta wpół, 

szczelnie  owinięta  szalem.  Droga,  którą  Krystian  odśnieżył  w  ciągu  dnia,  już  nie  istniała. 
Elizabeth  brodziła  w  śniegu  po  kolana.  Pożałowała,  że  nie  włożyła  pod  spódnicę  grubych 
spodni.  Wełniane  pończochy  się  gały  jej  tylko  do  połowy  id,  a  bielizna  w  ogóle  nie  grzała. 
Dopiero gdy jedną ręką zebrała spódnicę. Zrobiło jej się trochę lepiej. 
 

Nieoczekiwanie  wpadła  w  głęboką  zaspę.  Krzyknęła  rozpaczliwie,  czując,  jak  śnieg 

dostaje się pod pończochy  majtki. Zaczęła wymachiwać ramionami, aż wreszcie udało się jej 
podnieść. Na nowo spróbowała rozejrzeć się po okolicy, ale daje niż na wyciągniecie ręki nic 
nie  było  widać.  Mogła  tylko  ostrożnie  posuwać  się  do  przodu  i  mieć  nadzieję,  że  idzie  we 
właściwym kierunku. Wiedziała, ze nie może sobie pozwolić na błądzenie. Jeśli zostanie na 
dworze za długo, może nabawić się odmrożeń albo nawet zamarznąć na śmierć. Jako dziecko 
nasłuchała się o ludziach, którzy zginęli w takie zimowe wieczory nieopodal swoich domów. 
 

Przez  chwilę  pożałowała  swojej  decyzji.  Powinna  była  powiedzieć  komuś,  ze 

wychodzi. Na przykład Helene. Kristian pewnie by jej zakazał wyjścia. Helene zresztą także, 
o ile znała swoją przyjaciółkę. Oby tylko udało jej się dotrzeć do domu Amandy i dowiedzieć, 
co się stało! dopiero wtedy zdoła się uspokoić. Kristian na pewno się domyśli, gdzie poszła. 
Może  zostanie  na  noc  u  rodziców  Amandy,  a  rano  wróci  do  Dalsrud  razem  z  nią.  Musi 
trzymać się tej myśli. 
 

Kilka  razy  źle  postawiła  stopę  u  i  upadła.  W  końcu  zgubiła  rękawicę.  Próbowała 

schować  dłoń  w  rękawie  kurtki,  ale  śnieg  i  wiatr  dostały  się  pod  materiał,  przez  co  palce 
zupełniej jej zdrętwiały. Nogi drżały pod nią z zimna i wyczerpania. Straciła czucie w udach, 
spódnice dawno już zesztywniały od mrozu. 
 

Poczuła, że po policzkach płyną jej gorące łzy, i szybko otarła twarz. 

 

- Nie płacz, to nic nie pomoże – upomniała surowo samą siebie. – To ty chciałaś wyjść 

z domu w taką zamieć. I ty wydostaniesz się z tych tarapatów. 
 

Ciekawe, czy było jeszcze daleko, wiedziałaby przynajmniej, w którą stronę iść. Miała 

wrażenie,  że  porusza  się  po  omacku,  jej  ciało  było  coraz  bardziej  przemarznięte  i  obolałe. 
Wiedziała, że nie da rady brnąć w tym śniegu już zbyt długo. 
 

Miała coraz większą ochotę przycupnąć gdzieś i odpocząć. Tylko na krótką chwilę, by 

odzyskać  nieco  siły.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  ze  grozi  to  śmiercią.  Jeśli  usiądzie, 
zamarznie. 
 

Oczywiście,  że  nie  umrę,  uspokajała  samą  siebie.  Usiądę  tylko  na  moment,  a  potem 

wstanę i pójdę dalej, by nie tracić ciepła. Już nie mogę muszę odpocząć.  
 

Stopy miała jak z ołowiu, kręciło jej się w głowie. Przymknęła oczy i powoli upadła 

na twarz. Jak cudownie było móc się położyć! Nie było jej wcale zimno. Już miała zapaść w 
błogi  sen,  gdy  poczuła,  że  leży  na  czymś  twardym.  Z  trudem  otworzyła  oczy.  Nie  było 
wątpliwości:  w  śniegu  leżał  człowiek.  Dłonią  w  rękawiczce  Elizabeth  zaczęła  odgarniać 
ś

nieg, wkrótce dostrzegła skraj nieprzemakalnego płaszcza. 

 

-  Amando,  to  ty?  Amando,  nie  śpij.  Obudź  się,  słyszysz!  –  Potrząsnęła  bezwładnym 

ciałem i zbliżyła ucho do twarzy dziewczyny. Dzięki Bogu, oddychała. – No już, wstajemy i 
idziemy – wymamrotała. 
 

Niewiarygodne,  jak  się  nagle  ożywiła.  Próbowała  podnieść  dziewczynę  ze  śniegu. 

Chude  ciało  było  o  wiele  cięższe,  niż  można  było  przypuszczać.  Ogarnął  ją  strach.  Jeśli 
zarzuci sobie Amandę na plecy, powinna ją donieść do domu. Tylko w którym kierunku ma 
iść.. rozejrzała się zdezorientowana. Jeśli Bóg był przy niej, poprowadził ją właściwą ścieżką. 
Czy uda jej się dotrzeć do zabudowań, zanim Amanda zamarznie na śmierć? 
 

- Kochana mamo, kochany tato, Jensie i wszyscy święci – modliła się – pomóżcie mi. 

Mam w domu dwie dziewczynki, które mnie potrzebują. A Amanda jest taka młoda, ma przed 

background image

 

49

sobą całe życie… - Słowa uwięzły jej w gardle. Nie mogła się teraz modlić, musiała zebrać 
wszystkie siły i iść przed siebie. 
 

Wiele  razy  upadała.  Z  trudem  podniosła  się  z  ciężarem  na  plecach.  Wreszcie  się 

poddała. A więc to już koniec, pomyślała, i runęła w śnieg. W ostatnim świadomym odruchu 
przyciągnęła Amandę do siebie. 
 

-  Biedno  dziecko  –  wymamrotała  z  ustami  przy  jej  policzku.  –  Nie  bój  się,  będę  na 

ciebie  uważać.  –  Nie  mogła  już  mówić.  Rozejrzała  się  dookoła.  A  więc  tak  to  jest,  kiedy 
czeka się na śmierć. 
 

Nagle  wydało  jej  się,  ze  widzi  w  oddali  wielki,  czarny  cień.  Może  to  jednak  jakieś 

zabudowania?  Tak  czy  inaczej  nie  miała  już  siły  iść.  Pewnie  mam  zwidy,  pomyślała  w 
następnej  chwili,  cień  zaczął  się  bowiem  poruszać.  Czyżby  to  śmierć?  Czy  to  prawda,  ze 
umierający  widzi  Boga  przychodzącego  po  jego  duszę?  Cień  zbliżał  się  coraz  bardziej.  Był 
już tuż obok niej. Elizabeth zobaczyła, ze to koń. Jej koń! 
 

-  Kristianie  –  chciała  krzyczeć,  ale  z  jej  gardła  dobyło  się  tylko  rzężenie.  Chwilę 

potem  poczuła,  ze  Amanda  gdzieś  się  usuwa,  a  ją  podnoszą  czyjeś  silne  ramiona.  Ktoś 
posadził ją na końskim grzbiecie, tuż za pochyloną do przodu dziewczyną. 
 

- Trzymaj się mocno – nakazał Kristian i chwycił uprząż. 

 

Jak on widzi drogę, zastanawiała się. Nie miała już nawet siły myśleć. Zamknęła oczy, 

otoczyła  Amandę  ramionami  i  przylgnęła  do  jej  pleców.  Były  bezpieczne.  Krystian  je 
uratował. 
 
Rozdział 11 
 
 

- Pomyśleć, że wyszłyście z domu w taką zamieć – powtórzył Kristian już trzeci raz 

tego bożonarodzeniowego wieczoru. 
 

Amanda  wyciągnęła  chusteczkę  i  wytarła  nos.  Długo  leżała  chora  w  łóżku,  na 

szczęście  cała  historia  skończyła  się  tylko  silnym  przeziębieniem.  Nie  doszło  do  zapalenia 
płuc, tak jak się wszyscy obawiali. 
 

- No  cóż – westchnęła zawstydzona Elizabeth. – Byłam pewna, że coś jest nie tak, i 

nie mogła sobie znaleźć miejsca, musiałam sprawdzić, co się stało. 
 

-  A  ja  głupi  powtarzałem,  że  Amanda  na  pewno  jest  u  rodziców.  –  Ole  pogładził 

ukochana po policzku. 
 

- Bo miałam być – potwierdziła dziewczyna i zakasłała. – Ale dopadły mnie wyrzuty 

sumienia i pomyślałam, że śnieg nie sypie aż tak mocno. 
 

- Tak to jest z babami – wymamrotał Kristian. – Ale… - dodał. – Gdyby Elizabeth nie 

była taka uparta, mogłoby dojść do tragedii. 
 

Amanda skinęła głową. 

 

- Gdyby nie ona, byłabym teraz martwa.  

 

-  No  już,  nie  rozmawiajmy  o  takich  rzeczach  w  święta  –  przerwała  im  Elizabeth.  – 

Chyba mam końskie zdrowie, nawet się nie przeziębiłam. 
 

-  Chyba  tak  –  zgodziła  się  Helene,  gładząc  pieszczotliwie  rękawice,  które  dostała  w 

prezencie.  –  Gurine  zawsze  wyganiała  nas  do  łóżek,  gdy  prezenty  były  już  rozdane. 
Pamiętacie? 
 

Elizabeth dobrze pamiętała. Pokiwała głową ze smutkiem. 

 

-  Tak.  Dziękowała  co  roku  za  wszystko,  co  od  nas  dostała,  i  życzyła  nam 

błogosławionych świąt. 
 

- I to od kiedy pamiętam – dodał Kristian. 

 

- A ja myślę, że to szkoda, że Gurine już z nami nie ma- wtrąciła się do rozmowy Ane. 

– Była taka zabawna. Ciągle opowiadała jakieś historie. A wiecie, że kiedyś była bogata jak 
królowa, a jej mężem był… 

background image

 

50

 

- Tak – przerwała dziewczynce matka – wspominała kiedyś. 

 

Ole położył ramię na oparciu sofy, tuż za głową Amandy. 

 

- Ciekawe, jak się miewa Klausie. Może wyjechała do Ameryki, do swojego bogatego 

wuja? 
 

Dziewczyna parsknęła. 

 

- Wuja, no jasne. Wciąż wierzysz w tej jej bzdury? 

 

- Nie, tak naprawdę to nie – zaśmiał się Ole. – Ale przyjemnie się jej słuchało. Niezła 

była zabawa, nie uważasz? 
 

- Zabawa, zabawa – zaśpiewała Ane, usiłując upchnąć kota w wózku dla lalek. 

 

Ole zerwał się miejsca. 

 

- Nie, nie, co ty robisz? 

 

Elizabeth  patrzyła  na  domowników,  ale  słuchała  ich  żartów  i  śmiechów  jednym 

uchem. Zapach świerkowych gałązek, przyprawy i kawy sprawiał, że przepełniał ją cudowny 
spokój. Tak jak zawsze w Boże Narodzenie. 
 
 
 

W  Dalsrud  nigdy  nie  brakowało  ubrań  ani  jedzenia.  Mimo  to  gdy  przyszedł  Nowy 

Rok,  Elizabeth  wybrała  się  do  spiżarni,  by  sprawdzić  ilość  zapasów.  Przez  całe  życie 
zmuszona  była  oszczędzać  i  wciąż  nie  potrafiła  się  uwolnić  od  starych  nawyków.  Może  już 
zawsze tak będzie. 
 

Nagle zesztywniała i uniosła świecę, by lepiej widzieć w ciemnościach. Nie zdawało 

jej  się,  wyraźnie  ktoś  odkroił  wielki  kawał  sera.  Brakowało  też  porządnej  porcji  suszonego 
mięsa.  Przejrzała  szybko  resztę  zapasów,  po  czym  pospieszyła  na  zewnątrz,  zamykając  za 
sobą drzwi. 
 

- Gdzie jest Helene? – zwróciła się do Amandy, gdy tylko przekroczyła próg kuchni. 

 

- Chyba poszła przynieść pościel. Zawołać ją? 

 

- Nie. czy brałaś coś ze spiżarni? 

 

- Nie, w ogóle tam nie wchodziłam. To należy do obowiązków Helene. 

 

- Co takiego należy do moich obowiązków? – spytała służąca, która właśnie zeszła z 

piętra. 
 

- Brałaś jedzenie ze spiżarni? – spytała ją Elizabeth. 

 

- Przecież to ty masz klucz – odparła przyjaciółka. – Wiesz, że nie zaglądam tam bez 

twojej zgody. Czemu pytasz? 
 

- Brakuje nam kilku rzeczy. 

 

- Jesteś pewna? 

 

- Tak, zniknął ser i suszone mięso. 

 

Amanda wybałuszyła oczy. 

 

- Może to duchy! 

 

Helene zaśmiała się, aż jej obfity biust zafalował.  

 

- A słyszałaś kiedyś, żeby umarlaki cokolwiek jadły? 

 

- Może wcale nie chciały jeść. Tylko się na nas zemścić. 

 

Elizabeth  wzdrygnęła  się  i  pomyślała  o  matce  Kristiana.  Ale  zmarli  nie  kradli 

zapasów. To musiała być sprawka żyjącego człowieka. 
 

-  Przestańcie  żartować.  Pewnie  po  prostu  zapomniałam  zamknąć  drzwi  na  klucz  i 

jakoś włóczęga się poczęstował. 
 

Służące  nie  odezwały  się  już  więcej.  Elizabeth  odwróciła  się  i  zaczęła  wycierać  blat 

stołu.  Włóczęga  zabrałby  też  chleb  i  bekon,  pomyślała,  i  wcale  nie  odkrajałby  sobie 
kawałków mięsa i sera. Złodziej na pewno nie był wędrowcem. Ale kim w takim razie? 
 

- Może to ten sam człowiek, co chodził po śniegu? – spytała Amanda ostrożnie. 

 

Gospodyni odwróciła się gwałtownie. 

background image

 

51

 

- O czym ty mówisz? 

 

-  Ten  włóczęga,  o  którym  mówisz.  Ole  spytał  nas  kiedyś  rano,  czy  ktoś  z  nas 

wychodził wcześnie z domu. Zobaczył ślady na śniegu, gdy szedł do wychodka. 
 

- Dawno to było? – spytała Elizabeth, siląc się na spokój. 

 

- Jakieś dwa albo trzy dni temu – odparła Amanda. 

 

Elizabeth poczuła na sobie spojrzenie Helene i powiedziała szybko: 

 

- Tak, to na pewno ta sama osoba. 

 
 

Elizabeth  wielokrotnie  zamierzała  porozmawiać  z  Kristianem  o  tym,  co  widziała  i 

słyszała, ale dogodna okazja się nie pojawiła. Nie sądziła poza tym, by  mąż potraktował jej 
rewelacje  poważnie.  Powiedziałby  pewnie  to  samo,  co  ona  służącym  –  że  jakiś  biedny 
włóczęga poczęstował się ich zapasami. 
 

Przytuliła  policzek  do  ciepłego  krowiego  brzucha  i  słuchała,  jak  mleko  strzyka 

rytmicznie do wiadra. Wyglądało na to, że paszy powinno wystarczyć na całą zimę, ale wcale 
nie było to takie pewne. Słysząc, jak krowa przeżuwa spokojnie, Elizabeth pomyślała, że w 
oborze  zawsze  czuła  się  bezpiecznie.  Gdy  była  dzieckiem  miała  w  zwyczaju  opowiadać 
zwierzętom  o  swoich  smutkach.  Uśmiechnęła  się  na  samo  wspomnienie.  Kozy  w  Nymark 
nasłuchały  się  o  jej  uczuciu  do  Jensa,  o  surowej  matce  i  Marii,  która  zawsze  dokazywała  i 
psociła. 
 

Amanda  opróżniała  już  swoje  wiadro.  Usiadła  przy  kolejnej  krowie,  dotknęła 

wymienia, wymamrotała coś i wstała z miejsca. 
 

- Zostawiasz ją? – spytała zaskoczona Elizabeth. 

 

Służąca obrzuciła ją zdziwionym spojrzenie. 

 

-  Przecież  już  ją  wydoiłaś.  Wymię  ma  puste.  Czy  to  ty  próbujesz  sobie  z  nami 

ż

artować, Ole? – Wbiła w parobka ostre spojrzenie. 

 

- Nawet nie dotknąłem krów – odparł. – To przecież babska robota. 

 

-  To  na  pewno  topielica  –  zawyrokowała  dziewczyna  ponuro.  –  Jak  duchy  się 

złoszczą, to kradną mleko albo krowy. Albo podstawiają na ich miejsce własne zwierzęta. Ale 
te mają niebieską sierść, więc krowę nam  zostawiły w spokoju. 
 

Elizabeth  nic  nie  powiedziała.  Czyżby  Amanda  stroiła  sobie  z  niej  żarty?  A  może 

naprawdę  wierzyła  w  te  wszystkie  brednie?  Wiedziała,  że  dziewczyna  drży  i  rozgląda  się 
niespokojnie dookoła. 
 

- Nie, to na pewno nie topielica – oświadczyła i wymieniła spojrzenia z Olem. 

 
 

Parobek został przy koniach po skończony, udoju. 

 

- Idź do domu, Amando – powiedział – zaraz przyjdę. 

 

Gospodyni poczekała, aż służąca wyszła z obory. 

 

- Chcesz ze mną pomówić, Ole? 

 

- Skąd wiesz? 

 

- Można w tobie czytać jak w otwartej księdze. Co cię dręczy? 

 

Parobek odchrząknął i wsunął dłonie w kieszenie. 

 

- Gdy dziś rano przyniosłem siano, zauważyłem, że ktoś na nim spał. 

 

- Jesteś pewien? 

 

- Siano było ugniecione, jakby leżał na nim człowiek, a gdy go dotknąłem, poczułem, 

ż

e jest jeszcze ciepłe. –  Rozejrzał się dookoła, jakby obawiał się, że ktoś nagle  wyskoczy z 

ciemności i szepnie: to byłem ja. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  udziela  jej  się  niepokój  parobka,  ale  nie  chciała  tego  po  sobie 

pokazać. Ruszyła w stronę drzwi. 
 

- Nie mówmy o tym w oborze, nigdy nie wiadomo, kto może nas słyszeć. 

 

Ole drgnął. 

background image

 

52

 

-  Spokojnie,  to  pewnie  jakiś  ubogi  człowiek,  który  nie  ma  odwagi  się  nam  pokazać. 

Porozmawiam  z  Kristianem  i  zobaczymy,  co  on  postanowi.  Może  trzeba  będzie  wystawić 
nocne straże. 
 

Ole skinął głową i przywołał na wargi słaby uśmiech. 

 

-  Nie  jestem  tchórzem,  jeśli  o  to  mnie  podejrzewasz  –  odrzekł  zuchowato.  –  Mogę 

zawsze popilnować obejścia. 
 

Elizabeth popatrzyła mu w oczy. 

 

-  Tylko  głupcy  się  nie  boją  –  oświadczyła  poważnie.  –  Może  to  jakaś  zupełnie 

nieszkodliwa istota, ale skoro nie jesteśmy pewni… - nie dokończyła. 
 

Ole  zmarszczył  czoło  i  uważnie  jej  się  przyjrzał,  po  czym  zlustrował  wzrokiem 

ciemne podwórze. 
 

- Wiem, co masz na myśli – odezwał się cicho. 

 

 

 

Próbowała porozmawiać z Kristianem, gdy już położyli się do łóżka. 

 

- Z początku myślałam, że to zbieg okoliczności, ale teraz okazuje się, ze ktoś spał w 

naszym sianie. Tak dalej nie może być. 
 

- Oczywiście, że nie – odparł, próbując ją do siebie przyciągnąć. 

 

- Kristianie, daj spokój – przywołała go do porządku. – Próbuję ci powiedzieć, że po 

obejściu kręcą się jacyś obcy. 
 

Kristian uniósł się na łokciu. 

 

-  Porozmawiam  z  sąsiadami.  Wystawimy  nocą  straże  i  dowiemy  się,  kto  nas 

odwiedza. Jesteś zadowolona? 
 

-  Zadowolona?  –  powtórzyła  z  ironią  w  głosie.  –  A  ty  się  nie  zastanawiasz,  kto  to 

może być? 
 

Skinął głową. 

 

- Owszem, jestem zaniepokojony, ale powiedziałem przecież, że wystawimy straże, na 

razie  niewiele  więcej  możemy  zrobić.  –  Pogładził  ją  po  ramieniu.  –  Może  zajmiemy  się 
czymś przyjemniejszym? – zapytał. 
 

-  Co  masz  na  myśli?  –  Spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem.  Ze  też  był  jeszcze  w 

stanie myśleć… o czymś takim. 
 

- Połóż się na brzuchu i zdejmij koszulę. Pomasuję cię tylko trochę, to wszystko. 

 

Zrobiła, jak jej kazał, i już wkrótce jęczała z bólu i zadowolenia, gdy uciskał napięte 

mięśnie jej ramion. 
 

- Gdzie się tego nauczyłeś? – zapytała. 

 

- Cicho, rozluźnij się – upomniał ją. Jego dłonie przesuwały się po jej plecach pewnie 

i z wyczuciem. 
 

Elizabeth  czuła,  jak  jej  ciało  poddaje  się  jego  ruchom.  Kristian  gładził  ją,  szczypał, 

uciskał,  masował  plecy  i  biodra.  Gdy  dotknął  pośladków,  rozsunęła  nogi.  Dłonie 
powędrowały  w  górę,  po  czym  wróciły  na  dół.  Poruszała  się  niespokojnie  i  jęknęła  cicho. 
Chciała, by ją tam dotykał. Gdy w końcu przesunął palcem po jej łonie, pisnęła z rozkoszy. 
 

Kristian chwycił poduszkę i położył pod jej brzuchem. Oczyma wyobraźni Elizabeth 

zobaczyła samą siebie leżącą z wypiętymi pośladkami i owładnęło nią podniecenie. Poczuła 
wargi  męża  i  przycisnęła  twarz  do  poduszki,  unosząc  biodra.  Chwilę  potem  Kristian  już  w 
niej był. Wszedł w nią mocno, zdecydowanie. 
 

Miał nad nią pełną kontrolę – doprowadził ją do granic szaleństwa, tylko po to, by za 

chwilę się wycofać. Lubi mnie dręczyć, uświadomiła sobie. Chce, żebym błagała o jeszcze. 
 

W  końcu  dotarła  na  szczyt  rozkoszy  i  opadła  na  pościel,  wycieńczona,  rozluźniona  i 

szczęśliwa. Chwilę potem oboje małżonkowie zasnęli. 
 

background image

 

53

 

Elizabeth  obudziła  się  nagle.  Czyżby  nadszedł  już  ranek?  Długo  leżała,  nasłuchując, 

ale z kuchni nie dochodziły żadne odgłosy. Panowała zupełna cisza. Nie słychać bardzo nawet 
krzyku mew. A więc była jeszcze noc. Co w takim razie ją obudziło? Może miała jakiś sen? 
Ta,  teraz  sobie  przypomniała:  śnił  jej  się  Jens,  który  wrócił  do  Dalsrud.  Wprowadził  się  do 
obory i twierdził, że tam mu będzie najlepiej. Elizabeth drgnęła. A jeśli to naprawdę był Jens? 
Jeśli  to  on  kręcił  się  po  gospodarstwie,  nie  chcąc  się  ujawnić?  Robiło  jej  się  na  przemian 
zimno i gorąco. 
 

Dobry Boże, czyżby popadła w obłęd? To przecież niemożliwe, by Jens nachodził  ich 

obejście.  Przewracała  się  niespokojnie  z  boku  na  bok,  aż  stwierdziła,  że  już  na  pewno  nie 
zaśnie, i postanowiła wstać. Naciągnęła na stopy ciepłe wełniane skarpety i zarzuciła sweter 
na ramiona. Zapaliła kaganek i wymknęła się na korytarz. 
 

W  połowie  schodów  podskoczyła  ze  strachu.  Czyżby  dobiegł  ją  jakiś  dźwięk? 

Wstrzymała oddech i zaczęła nasłuchiwać. W bladym świetle kaganka niewiele było widać, 
zaczęła żałować, że nie zabrała ze sobą lampy. Miała wrażenie, że mignął jej jakiś cień. Nie, 
na  pewno  tylko  sobie  wmawiała.  A  może  to  kot,  który  nie  został  wypuszczony  na  noc  i 
harcował w domu? Uczepiła się tej myśli i ruszyła dalej. Jeden ze stopni zaskrzypiał pod jej 
stopami i znów podskoczyła. 
 

Weź  się  w  garść,  upomniała  surowo  samą  siebie.  Przecież  nigdy  nie  bała  się 

ciemności. Dość już tych bzdur… Może w piecu żarzą się jeszcze jakieś węgle, będzie mogła 
przy  nich  usiąść  i…  Nie  zdążyła  niczego  więcej  zaplanować,  bowiem  nagle  zderzyła  się  z 
ciepłym  ludzkim  ciałem.  Krzyk  uwiązł  jej  w  gardle,  miała  wrażenie,  że  zaraz  się  udusi. 
Uniosła powieki i zobaczyła przed sobą Helene. Musiała przełknąć ślinę, żeby odzyskać głos. 
 

- Masz zamiar przyprawić mnie o atak serca? – zapytała. 

 

- O mój Boże! – jęknęła służąca, nie mogąc pohamować śmiechu. – Nie mogłam spać 

i  usłyszałam,  że  ktoś  się  tu  skrada.  Cóż,  sama  wiesz,  co  było  dalej.  Może  zaparzymy  sobie 
kawy, skoro i tak obie tu już jesteśmy? 
 

- Po kawie nie będę mogła zasnąć – stwierdziła Elizabeth. 

 

- Ależ będziesz, dolejmy dużo mleka, będzie dobrze, zobaczysz. 

 

- Pamiętasz, jak siedziałyśmy przy piecu i jadłyśmy ciasta w środku nocy? – zapytała 

Helene, gdy dorzuciły do ognia i usiadły przy stole z kubkami gorącego napoju. 
 

Elizabeth  skinęła  głową.  Dobrze  pamiętała.  Właśnie  takie  chwile  przechowywała  z 

zakamarkach  swojej  pamięci  niczym  największe  skarby.  Leżały  w  malutkich  szufladach,  do 
których tylko ona miała klucz. Gdyby nawet pokazała je inny,, nie zrozumieliby, jak bardzo 
są cenne. 
 

- Nie mogę się już doczekać wiosny – ciągnęła Helene – będzie można wieszać pranie 

na słońcu, słuchać kukułki i patrzeć, jak lasy się zielenią. 
 

- Mhm. – Elizabeth skinęła głową. – Mam ochotę uszyć nowe zasłony do kuchni. Co o 

tym myślisz? Widziałam u kupca ładne materiały. Były… - przerwała, gdy usłyszała dziwne 
odgłosy  dochodzące  z  korytarza.  Wbiła  wystraszone  spojrzenie  w  przyjaciółkę.  –  Też  to 
słyszałaś? – wyszeptała. 
 

Służąca skinęła głową. 

 

- To na pewno któraś z dziewczynek. Pójdziemy zobaczyć? 

 

- Nie, siedź tutaj. Ja pójdę. – Elizabeth wstała i ruszyła na korytarz, nie miała zamiaru 

dawać po sobie poznać, że jest zaniepokojona. Po tych wszystkich dziwnych rzeczach, które 
tu się wydarzyły, mam chyba prawo się bać, pomyślała. 
 

Korytarz był pusty. Zajrzała do pokoju, w którym spała Amanda. Miała już wracać do 

kuchni,  ale  postanowiła  sprawdzić,  czy  dziewczynki  lekaż  w  swoich  łóżkach.  To  na  pewno 
któraś z nich, doszła do wniosku. Czyżby Maria albo Ane miały w zwyczaju chodzić nocą po 
domu?  Wpięła  się  na  stryszek.  Dzieci  spały.  Ane  postawiła  koło  łóżka  wózek  dla  lalek,  a 
Maria była prawie niewidoczna pod grubą, puchową kołdrą. 

background image

 

54

 

Wróciła do kuchni, ale nie mogła się uspokoić. 

 

-  Obie  śpią,  nie  widziałam  też  żadnych  duchów  –  zaśmiała  się  wymuszonym 

ś

miechem. – Czy dziewczynki wstawały już kiedyś w nocy? – spytała i spoważniała. Nie było 

sensu udawać przed Helene. 
 

- Parę razy słyszałam, że ktoś się tu kręci, ale pomyślałam, że to one. 

 

- Czemu? – zapytała Elizabeth z niepokojem. 

 

Służąca wzruszyła ramionami. 

 

- Nie wiem. Kroki, które słyszałam, były lekkie, jakby dziecko tu biegało. Tak mi się 

wydaje. 
 

- Wydaje? 

 

- Przepraszam, nie wiedziałam, że to takie ważne. A czemu w ogóle pytasz? 

 

Elizabeth  zrozumiała,  że  najwyższy  czas  wtajemniczyć  przyjaciółkę  i  opowiedzieć  o 

dziwnych wydarzeniach ostatnich dni. 
 

- Ktoś śpi w naszym sianie – powiedziała cicho. – Ktoś do nasze krowy, a Ole widział 

przed  domem  ślady  stóp  wcześnie  rano,  zanim  jeszcze  ktokolwiek  z  nas  wyszedł  na 
podwórze. 
 

Helene pobladła. 

 

- Naprawdę? 

 

-  Tak.  Rozmawiałam  z  Kristianem,  będziemy  stawiać  noca  straże.  To  pewnie  nikt 

groźny. 
 

Służąca zmarszczyła czoło. 

 

- Groźny? 

 

- Wydaje mi się, że tylko się nawzajem straszymy – powiedziała Elizabeth i odstawiła 

kubek  na  ławę.  –  Za  parę  dni  będziemy  przynajmniej  wiedzieć,  kto  się  tu  kręci.  A  teraz 
chodźmy spać. Tylko nie mów nic Amandzie – dodała, gdy już stały na korytarzu. 
 

- Oczywiście, że nie – odparła Helene. Skinęła głową i poczłapała do swojej sypialni. 

 

W  tym  momencie  do  Elizabeth  podszedł  tłusty  kot  Ane  i  otarł  się  o  jej  odsłonięte 

łydki. 
 

- A więc to ciebie słyszałam. – Uśmiechnęła się. – Może położymy cię w nogach Ane, 

tylko na tę noc? Wiesz, jak się ucieszy jutro rano? 
 

W  salonie  trzasnęło  okno.  Elizabeth  weszła  do  pokoju  i  zamknęła  je  na  haczyk. 

Zaskoczona zauważyła, że ma mokre stopy. Spojrzała w dół i ujrzała kilka małych kałuż tuż 
pod parapetem. 
 

-  Chyba  nie  tylko  ja  nie  mogę  spać  tej  nocy  –  wymamrotała  z  twarzą  przytuloną  do 

ciepłego kociego futerka. – Zostaniesz w domu, ale okno będzie otwarte. 
 

Kot  zwinął  się  w  kłębek  i  zaczął  mruczeć  z  zadowoleniem,  gdy  został  ułożony  w 

wygrzanym  łóżku.  Elizabeth  pomyślała  o  kałużach  pod  oknem.  To  niemożliwe,  żeby  do 
ś

rodka napadało śniegu, noc była przecież bezwietrzna. Pewnie ktoś podlewał kwiaty i wylał 

wodę, doszła do wniosku, i zapadła w sen. 
 
Rozdział 12 
 
 

Elizabeth spała niespokojnie. Znów męczyły ją koszmary. Tym razem śniło jej się, że 

pojechała do sklepu kupić materiał na sukienkę. Stanęła przy ladzie, ale zamiast sprzedawcy 
podeszła do niej Lina-Laponka. 
 

- Kup raczej wodę – poradziła zdecydowanie. 

 

- Wodę? – powtórzyła Elizabeth. – Przecież nie mam jej w czym zabrać. 

 

- To wody potrzebujesz. Możesz ją przelać do tego wiaderka – rzekła Lina i podała jej 

dziurawy cebrzyk. 
 

Elizabeth podziękowała i przyjęła cebrzyk. Cała woda od razu z niego wyciekła. 

background image

 

55

 

Obudziła się i długo patrzyła w ciemność. Kristian leżał spokojnie, odwrócony do niej 

plecami. Przytuliła się do niego, próbując zasnąć, ale udało jej się to dopiero po jakimś czasie. 
Znów osunęła się w dziwny sen. Była w Dalen i szorowała podłogę, gdy kolejny raz pojawiła 
się przed nią Lina-Laponka. 
 

- Nie myj podłogi, lepiej wyczyść palenisko – poleciła w swoim śpiewnym dialekcie. 

 

- Nie mogę dotykać teraz paleniska, bo się poparzę – odparła Elizabeth. 

 

Lina pokiwała głową. 

 

- Ostrzegam cię, moja droga. Ostrzegam cię, teraz wszystko w twoich rękach. 

 

Elizabeth obudziła się gwałtownie. Przetarła mokre od potu czoło. 

 

-  To  bez  sensu  –  wymamrotała  i  spuściła  nogi  na  podłogę.  Zimno  szybko  ją 

otrzeźwiło.  Umyła  się  w  lodowatej  wodzie,  ubrała,  ale  nie  splotła  na  nowo  warkocza,  tylko 
poczłapała do kuchni. 
 

Na dole panowało przenikliwe zimno, podeszła wiec do paleniska i dołożyła do ognia. 

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zaparzyć sobie kawy, ale zrezygnowała. Odwróciła się 
i wyjrzała przez kuchenne okno. Miała wrażenie, że serce przestało bić w jej piersi. Zobaczyła 
płomienie  trawiące  szopę  z  torfem.  Ogień  oświetlał  zasypane  śniegiem  podwórze  i  ściany 
budynków niczym olbrzymia latania. 
 

Nagły krzyk Elizabeth wypełnił całą kuchnię, dźwięk odbił się od belek sufitu i dotarł 

do wszystkich pomieszczeń w domu. 
 

-  Pożar!  Pali  się!  –  wrzeszczała.  Pochylona  w  przód  nie  mogła  oderwać  wzroku  od 

widoku za oknem. 
 

Obie służące po chwili stanęły u jej boku. 

 

-  Co  ty  mówisz?  –  szepnęła  Helene  i  z  niedowierzaniem  wyjrzała  na  podwórze.  – 

Dobry Boże! – jęknęła. 
 

Gospodyni otrząsnęła się z odrętwienia. 

 

- Amando, idź po dzieci. Ja obudzę Kristiana. Helene, leć po Olego, tylko się najpierw 

ubierz – nakazała przyjaciółce. – Nie chcę, żebyś się rozchorowała. 
 

Zderzyła  się  z  Kristianem  na  schodach.  Długa  grzywka  zasłaniała  mu  oczy,  które 

spoglądały ponuro. 
 

- Gdzie się pali? 

 

- W szopie na torf – rzuciła, odwróciła się i ruszyła przed siebie pędem. Wiedziała, że 

nic więcej nie musi mówić. Niemal czuło już ciepło ognia. ściany budynków wyschły przez 
lata  na  wiór.  Wiedziała, że  pożar  łatwo  może  się  przenieść  na  inne  zabudowania.  Wszystko 
zależało od wiatru. 
 

Ole  zdążył  już  znaleźć  jakieś  wiadro  i  biegał  teraz  w  szaleńczym  tempie  pomiędzy 

rzeką a szopą. 
 

- To bez sensu! Równie dobrze można szczekać pod wiatr! – wrzasnął, gdy pozostali 

domownicy wybiegli na schody. 
 

-  Nie  przestawaj!  –  odkrzyknęła  Elizabeth.  Próbowała  oszacować  odległość  między 

domem a oborą. Niezbyt daleko, ale na szczęście wiatr nie wiał zbyt mocno. Może się uda. 
 

Helene przeciągnęła się obok niej z wiadrem. 

 

-  Chyba  ludzie  idą  na  pomoc  –  rzuciła  pospiesznie  i  wskazała  na  drogę,  na  której 

majaczyły  już  cienie  sąsiadów,  a  także  koni.  Pewnie  zobaczyli  łunę.  Gdy  szli  do  obory, 
pomyślała Elizabeth. 
 

- Dzięki Bogu! – szepnęła i wróciła do gaszenia z nowymi siłami. 

 

- Znajdziecie wiadra w oborze, ale zwierzęta jeszcze zostawcie. Oszaleją, jeśli je teraz 

wypuścimy. Stańmy w łańcuchu! – krzyczała, nie przestając biec. 
 

W tej samej chwili zajęła się stara, nieduża komórka. Na szczęście Kristian opróżnił ją 

niedawno. Ogień coraz bardziej się rozprzestrzeniał. Płomienie trzaskały i syczały, żar palił w 

background image

 

56

twarz.  Ludzie  podchodzili  tak  blisko,  jak  tylko  mogli,  chlustali  wodą,  niektórzy  próbowali 
chronić twarze szalikami. Starali się zasłaniać usta i nos. 
 

Elizabeth  pomyślała  o  torfie,  który  miał  im  wystarczyć  na  całą  wiosnę  i  lato.  Teraz 

wszystko przepadło. Nie miała pojęcia, jak sobie poradzą bez opały. 
 

Pożar gasiło osiem czy  dziesięć osób, to jednak  nie wystarczyło. Łańcuch okazał się 

za krótki. 
 

Elizabeth otarła pot z czoła. Jej oddech pracował na mrozie, gdy krzyknęła: 

 

-  To  na  nic!  Jest  nas  za  mało!  –  Nikt  nie  zareagował.  Zwinęła  dłonie  w  trąbkę  i 

podniosła je do ust. – To na nic! –wrzasnęła głośniej. – Przestańcie gasić! Szopa na torf i tak 
zaraz się spali – dodała, gdy sąsiedzi stanęli przed nią zaskoczeni. Dopiero wtedy zauważyła, 
ze Kristian wpatruje się w płomienie jak urzeczony. Przewrócone wiadro leżało u jego stóp. 
Widać dawno zrozumiał, że nie ma sensu się wysilać. 
 

Nagle  Elizabeth  zauważyła  wyłaniającą  się  z  ciemności  sylwetkę.  Krzyknęła 

przerażona,  gdy  rozpoznała Nikoline. Po plecach przeszły jej ciarki. Otworzyła usta, by  coś 
powiedzieć,  ale  nie  była  w  stanie  wydusić  słowa.  Rozejrzała  się  i  zobaczyła,  że  inni  także 
rozpoznali dziewczynę. 
 

Miała  na  sobie  ciemną  sukienkę,  która  w  żarzącej  łunie  wydawała  się  czarna  jak 

smoła.  Zmierzwione  włosy  opadały  w  strąkach  na  jej  bladą  twarz.  Nikoline  zbliżała  się 
powoli,  z  rękoma  splecionymi  na  plecach.  Na  jej  wargach  igrał  złośliwy  uśmieszek. 
Spojrzenie miała szalone i nienawistne. 
 

- Nikoline! – szepnęła Elizabeth. 

 

Służąca wbiła w nią wzrok. 

 

- Myślałaś pewnie, że już nigdy mnie nie zobaczysz? – spytała drwiąco. Nie czekała 

jednak na odpowiedź. – Elizabeth mnie wypędziła, bo była zazdrosna! – Głos dziewczyny był 
wysoki i nieprzyjemny. Obrzuciła obecnych spojrzeniem. – Nie mogła pogodzić się z tym, ze 
Kristian się we mnie zakochał. Biedak, popełnił błąd. To ze mną powinien się ożenić, a nie z 
nią! 
 

Gospodarz zbliżył się do niej. 

 

- Co ty, do diabła, wygadujesz? Zupełnie postradałaś zmysły? 

 

W  tej  samej  chwili  dziewczyna  chwyciła  płonący  kawałek  deski  i  uniosła  go  przed 

sobą jak pochodnię. 
 

- Nie podchodź – ostrzegała i zamachnęła się groźnie. 

 

Kristian przystanął. 

 

- Chodź, Nikole, wejdziemy do domu i porozmawiamy – zaproponował łagodnie. 

 

Dziewczyna odrzuciła głowę w tył i zaśmiała się drwiąco. 

 

- Do domu, mówisz? A co na to powie ta dziwka? – Spojrzała na Elizabeth. 

 

Gospodyni  przełknęła  ślinę.  Wyglądało  na  to,  że  Nikoline  ostatecznie  zwariowała. 

Może było z nią coś nie tak już wtedy, gdy mieszkała w Dalsrud. W końcu podobno nie raz 
opowiadała, ze dzieliła z Kristianem łoże. 
 

Nikoline przerwała jej zadumę. 

 

-Od  dawna  mam  was  na  oku.  –  Zachichotała  jak  dziecko.  –  To  ja  wypijałam  wasze 

mleko  i  brałam  jedzenie  ze  spiżarni.  Wchodziłam  nawet  do  domu,  gdy  spaliście.  – 
Uśmiechnęła się i dodała z czułością w głosie: - Jesteś taki piękny, gdy śpiesz, Kristianie.  
 

Elizabeth  potrząsnęła  głową.  Nikoline  była  szalona,  co  do  tego  nie  był  już 

wątpliwości.  Powinno  się  ją  zamknąć  w  domu  dla  obłąkanych.  Na  samą  myśl  o  tym,  ze 
chodziła w nocy po ich domu, wywracały jej się wnętrzności. 
 

- Byłam też w moim pokoju – ciągnęła służąca. – Wiem, Kristianie, że to ty kazałeś, 

by  moje  meble  wciąż  tam  stały.  Domyśliłam  się,  że  w  końcu  przyjmiecie  na  moje  miejsce 
inną dziewczynę, ale… - Wbiła wzrok w ziemię, by po chwili znów spojrzeć na Elizabeth. – 
Będziesz  musiała  się  teraz  wynieść.  Ty,  dzieci  i  Helene.  Wszyscy  niech  idą  precz.  Zajmę 

background image

 

57

wasze miejsce. Będę tu mieszkać z Kristianem. Zostaniemy w domu we dwoje. – Obróciła się 
w  miejscu,  opuściła  płonącą  deskę,  przekrzywiła  głowę  i  z  czułością  zwróciła  się  do 
Kristiana:  -  Wiem,  przez  co  musiałeś  przechodzić,  mieszkając  tu  z  tą  dziwką.  Ale  teraz 
wszystko będzie dobrze. Nie będziesz musiał już niczego udawać. Przyznaj tylko przed tymi 
wszystkimi ludźmi, że to mnie zawsze kochałeś. 
 

Sąsiedzi jak sparaliżowani obserwowali zajście. 

Nikt  nie  wyrzekł  słowa,  nikt  się  nie  poruszył.  Plotkarze  na  własne  oczy  mogą  się  teraz 
przekonać, że Nikoline to wariatka, pomyślała Elizabeth. Może po tym wszystkim zastanowią 
się dwa razy, zanim znów zaczną wygadywać głupoty. 
 

Dym  unosił  się  nad  podwórzem  niczym  wielka,  szara  chmura.  Ludzie  zaczęli 

pokasływać. Spiżarni i obory nie było już widać. 
 

Elizabeth  zwilżyła  wargi,  wyciągnęła  przed  siebie  rękę  i  odezwała  się  błagalnym 

głosem: 
 

- Nikoline, posłuchaj mnie, bardzo cię proszę. 

 

- Nie! – rzuciła służąca. – Nie będę cię już więcej słuchać. Nigdy! Jesteś wiedźmą i… 

i… - Szukała właściwych słów, wymachując pochodnią niebezpiecznie blisko ściany domu. 
 

Elizabeth  zrozumiała,  że  dziewczynie  nie  można  już  przemówić  do  rozumu. 

Postanowiła udawać,, że jest po jej stronie. 
 

-  Wybacz  mi  –  poprosiła  pokornie.  –  Przepraszam,  ze  zajęłam  twoje  miejsce.  teraz 

rozumiem,  że  to  ciebie  Kristian  naprawdę  kocha.  –  Poczuła  na  sobie  spojrzenie  sąsiadów  i 
zaczęła modlić się w duchu, by nikt jej nie przerwał. 
 

Nikoline zerknęła na nią podejrzliwie, z zaciśniętymi wargami. 

 

- Kiedy to zrozumiałaś? – zapytała wreszcie. 

 

- Teraz – odparła Elizabeth. – Dopiero teraz,  gdy  zobaczyłam, jak Kristian na ciebie 

patrzy. To musi być prawdziwa miłość. – Miała nadzieję, ze jej słowa brzmią wiarygodnie i 
ż

e Nikolie pozwoli się wciągnąć w jej grę. 

 

Wydawało się, że służąca zastanawia się nad jej słowami. Zerknęła na Kristiana, jakby 

szukała u niego potwierdzenia. 
 

Oby tylko zrozumiał, modliła się Elizabeth w duchu. Błagam, Kristiane, podejmij grę! 

Nikoline nie wie, co robi, może podpalić całe nasze gospodarstwo. 
 

-  To  prawda  –  odezwał  się  wreszcie  gospodarz,  kiwając  głową.  –  Jestem  w  tobie 

zakochany. 
 

Elizabeth  usłyszała,  jak  pusto  brzmią  te  słowa.  Nie  odważyła  się  spojrzeć  na 

dziewczynę,  w  obawie,  ze  mogłaby  się  zdradzić.  Żeby  tylko  odrzuciła  pochodnię!  Nagle 
zrobiło  jej  się  zimno.  Dopiero  teraz  zorientowała  się,  ze  stoi  na  mrozie  jedynie  w  cienkiej 
sukience. 
 

- Wygonisz stąd Elizabeth? – spytała Nikoline. 

 

- Oczywiście – odparł Kristian – natychmiast. 

 

- Czemu się z nią ożeniłeś? 

 

-  Zostałem  zwiedziony.  Ale  teraz  będę  z  tobą,  już  na  zawsze.  –  Kristian  nabrał 

powietrza.  –  Marzyłem  o  tobie,  tęskniłem  do  ciebie,  Nikoline.  Tak  bardzo  żałowałem,  że 
pozwoliłem  ci  odejść.  Ale  to  Elizabeth  mnie  oszukała,  kłamała  mi  w  żywe  oczy.  Teraz  to 
rozumiem. 
 

Elizabeth  wiedziała,  że  jej  mąż  odgrywa  przedstawienie,  a  mimo  to  jego  słowa  ją 

zabolały. 
 

- Chodź do mnie – powiedział Kristian, wyciągając ramiona. 

 

Nikoline z wahaniem wypuściła pochodnie z rąk i przetarła oczy. Jej wargi drżały. 

 

Czyżby płakała, zdziwiła się Elizabeth. Dziewczyna sprawiała teraz wrażenie smutnej 

i bezradnej. Nie była już nieobliczalna, szaloną podpalaczką. Stało przed nimi teraz dziecko, 
dziecko w ciele kobiety, pragnące tylko ciepła i miłości. 

background image

 

58

 

-  Będziesz  się  mną  opiekował,  prawda?  –  Nikoline  pociągnęła  nosem  i  zerknęła  na 

Kristiana. 
 

- Oczywiście, że tak. – Skinął głową. 

 

Dziewczyna zaczęła wygładzać fałdy spódnicy i przestępować z nogi na nogę, jakby 

nagle poczuła się zawstydzona. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Dach szopy zawalił się 
do  środka,  pociągając  za  sobą  ściany,  cały  budynek  złożył  się  jak  domek  z  kart,  a  na 
podwórze  spadł  prawdziwy  deszcz  iskier.  Nikoline  wrzasnęła  przeraźliwie.  Jedna  z  belek 
podtrzymujących  strop  spadła  wprost  na  jej  plecy.  Sukienka  natychmiast  się  zajęła. 
Przytłoczona  ciężkim  kawałem  drewna  i  wyjąca  z  bólu  dziewczyna  zamieniła  się  w  żywą 
pochodnię. 
 

Elizabeth  stała  jak  sparaliżowana,  nie  mogła  ruszyć  się  miejsca.  Miała  wrażenie,  ze 

czas  się  zatrzymał.  Że  wszystko  dzieje  się  w  zwolnionym  tempie.  Widziała  twarz  Nikoline, 
jej  rozdziawione  usta  przypominające  czarną  jamę,  oczy  błyszczące  w  śmiertelnym  strachu. 
Dziewczyna  krzyczała,  nie  będąc  w  stanie  pojąc  niczego  poza  niewyobrażalnym  bólem.  Po 
chwili ucichła. Dopiero wtedy Elizabeth doskoczyła do niej i wylała na płonące ciało wiadro 
wody. Ktoś inny zdusił płomienie wilgotnym kawałkiem żagla. Ogień został ugaszony. 
 

Nikoline  leżała  przed  nimi  jak  szmaciana  lalka,  która  ktoś  cisnął  na  śnieg.  Elizabeth 

padła na kolana.  Z jej piesi dobył się krótki szloch. Co za straszna śmierć, pomyślała. Nikt, 
absolutnie nikt nie zasługiwał na coś takiego. Nagle poczuła, że podnoszą ją silne ramiona, i 
usłyszała szept Kristiana: 
 

- Chodź, Elizabeth. Nie siedź tak, rozchorujesz się. przecież nawet nie jesteś ubrana. – 

Poczuła, że mąż zarzuca na jej ramiona swój płaszcz. 
 

Ktoś  powiedział,  ze  zwłoki  trzeba  zanieść  na  przystań,  ktoś  inny  okręcił  głową, 

twierdząc, że dziewczyna była zupełnie zwariowana. 
 

- Zabierzemy ją do domu – oświadczyła nagle Elizabeth, ucinając wszelkie dyskusje. – 

Nikoline będzie leżeć w swoim pokoju. I niech ktoś zbije dla niej trumnę. 
 

- Kochanie – odezwał się Kristian ostrożnie – nie możesz… 

 

- Owszem, mogę. Rób, co mówię. 

 

Mąż posłał jej przeciągłe spojrzenie, po czym skinął głową. 

 

Elizabeth  ruszyła  do  domu.  Ciepło  uderzyło  ją  od  drzwi.  Widać  Amanda  zdążyła 

napalić w piecu. 
 

- Gdzie dzieci? – zapytała. 

 

- W swoim pokoju. Nie widzą stamtąd podwórza – odparła służąca i dodała szybko: - 

zaraz znów do nich zajrzę. Ane na szczęście śpi. 
 

Elizabeth skinęła głową. 

 

-  Nikoline…  Nikoline  nie  żyje.  –  Najlepiej  będzie  jak  najszybciej  z  tym  skończyć, 

pomyślała. Słyszała, że Amanda stara się powstrzymać płacz, ale nie miała siły jej pocieszać. 
– To ona chodziła po domu nocą. Gdy szopa na torf się zawaliła, spała na nią płonąca belka. 
 

- O Boże. 

 

- Na szczęście miała szybką śmierć. Ale ani słowa dzieciom. Zajmę się nimi – dodała 

pospiesznie i wyszła z kuchni. 
 

Kristian i Ole właśnie wnieśli zawinięte w końską derką zwłoki. Przepuszczającej ich 

w korytarzu Elizabeth wydawały się one dziwnie małe. 
 

-  Połóżcie  ją  tutaj  –  powiedziała,  wskazując  łóżko.  W  pokoju  rozszedł  się  drażniący 

zapach dymu i spalenizny. 
 

- Elizabeth, jesteś tego pena? – zapytał Kristian, gdy Ole już wyszedł. – Może lepiej 

zanieść ją na przystań? 
 

- Będzie tak, jak powiedziałam – odparła zdecydowanie. – Może pójdziesz sprawdzić, 

czy  gdzieś  się  jeszcze  nie  pali?  –  zapytała,  chcąc  skłonić  męża  do  wyjścia.  Miała  mnóstwo 
spraw, które wolała przemyśleć w samotności. 

background image

 

59

 

- Dobre. – Skinął głową. Przed wyjściem jeszcze spytał: - Przynieść ci jakieś ubrania? 

 

- Nie. chciałabym przez chwilę zostać sama. 

 

Elizabeth zostawiła ciało przykryte derką, nie chciała jeszcze raz oglądać zwęglonych 

zwłok.  Chciała  pamiętać  Nikoline  taką,  jaka  była  za  życia,  ale  wiedziała,  że  będzie  mieć  z 
tym  kłopoty.  W  jej  pamięci  wypalił  się  już  straszliwy  obraz  szalonej  kobiety  krzyczącej  z 
bólu i strachu. 
 

Opadła na kolona obok łóżka. Płacz wypełniał ją cała, dobywał się z brzucha i sięgał 

piersi,  powodując  ucisk  i  ból.  Z  oczu  płynęły  łzy.  Szlochała,  drżąc  na  całym  ciele,  wtuliła 
twarz  w  koc,  którym  kiedyś  okrywała  się  Nikoline.  Myślała  o  dziecięcej  duszy,  która 
mieszkała  w  ciele  służącej,  o  jej  nieszczęściu  rozpaczy,  o  niewyobrażalnym  cierpieniu  u 
strasznej śmieci. Wreszcie wyprostowała się, złożyła dłonie i zaczęła się modlić. 
 

- Dobry Boże, nie znam wielkich słów. Nie modlę się o siebie, ale o Nikoline. Błagam 

cię na kolanach, byś wziął ją do siebie. Ludzie powiadają, ze w raju jest dobrze. a NIkoline 
zasługuje na to, by było jej dobrze. może już tam u ciebie jest? Jeśli tak, to proś ją ode mnie o 
przebaczenie  za  wszystkie  krzywdy,  jakie  jej  wyrządziłam.  Mam  nadzieję,  ze  odpuści  mi 
moje winy. Amen. 
 

Rozległo się pukanie, Kristian uchylił drzwi. 

 

- Trumna gotowa – oznajmił cicho. 

 

Elizabeth podniosła się i otarła mokre od łez policzki. 

 
Rozdział 13 
 
 

Pachnie  wiosną,  pomyślał  Kristian,  wciągając  słone  morskie  powietrze  głęboko  do 

płuc.  Zima,  którą  mieli  za  sobą,  była  jego  zdaniem  szczególnie  ciężka.  Niełatwo  było  mu 
wyruszać na połów po pożarze i tragicznej śmierci Nikoline. Stał w te miesiące więcej listów 
niż kiedykolwiek wcześniej, chciał też wiedzieć o wszystkim, co się działo w domu. 
 

Niektóre sprawy udało się załatwić, jeszcze zanim wyruszył. 

 

Torf dostali od sąsiadów, przede wszystkim od Bergette. 

 

-  Trzeba  sobie  pomagać  w  ciężkich  czasach  –  stwierdziła.  –  Sami  też  byście  tak 

postąpili. 
 

Był tym tak poruszony, że zdołał jej odpowiedzieć tylko skinieniem głowy. 

 

Ziemia  nie  była  w  tej  zimy  przemarznięta,  mogli  więc  od  razu  pochować  Nikoline. 

Wyprawili także na jej cześć skromną stypę. Niewiele osób żegnało służącą na cmentarzu. Ci, 
którzy przyszli, kręcili ze smutkiem głowami, mamrocząc, ze to straszna tragedia i że gdyby 
gospodarze Dalsrud potrzebowali pomocy, zawsze mogą się do nich zwrócić. 
 

Kristian  nie  wiedział,  co  ma  na  to  odpowiedzieć.  Męczyły  go  wyrzuty  sumienia. 

Nikoline  musiała  zachorować  na  długo  przedtem,  zanim  opuściła  Dalsrud.  Gdyby 
odpowiednio wcześnie zrozumiał, co jej dolegało, może mógłby zapobiec nieszczęściu. 
 

To,  co  się  stało,  wywarło  wstrząsające  wrażenie  na  Marii.  Nie  było  sensu  próbować 

ukrywać  przed  nią  prawdy.  I  tak  prędzej  czy  później  dowiedziałaby  się  wszystkiego  od 
sąsiadów.  A  choć  Elizabeth  próbowała  opowiedzieć  o  wszystkim  tak,  by  oszczędzić  jej 
cierpienia, dziewczynka przez wiele nocy budziła się z płaczem. 
 

W ostatnich listach jednak Elizabeth pisała, że obie dziewczynki uspokoiły się i chyba 

już nie myślą o tamtym strasznym dniu. Kristian bardzo się z tego cieszył. 
 
 
 

Spojrzał  na  fiord,  przy  okazji  lustrując  wzrokiem  wszystkie  łodzie.  Już  dawno  nie 

cieszył  się  tak  na  myśl  o  wyprawie  do  kościoła.  Może  jego  dobry  nastrój  wiązał  się  z 
nadejściem  wiosny.  Nie  miał  tej  zimy  zbyt  wiele  okazji,  by  uczestniczyć  we  mszy.  Każdej 
niedzieli  miał  wrażenie,  że  jego  ciało  odlane  jest  z  ołowiu  –  było  ciężkie  i  obolałe.  Wolał 

background image

 

60

więc skorzystać z wolnego dnia i porządnie się wyspać. Dobrze zresztą wiedział, że nie tylko 
on odwracał się na drugi bok, rezygnując z nabożeństwa. 
 

Ale  tej  niedzieli  wielu  pewnie  czuło  to  samo  co  on,  biorąc  pod  uwagę,  ile  łodzi 

płynęło  do  kościoła.  Kristian  obejrzał  się  przez  ramię  i  zobaczył,  że  już  niedługo  dobiją  do 
brzegu  w  miejscu,  które  na  wyrost  nazywano  dzielnicą  portową.  Łatwo  było  się  domyśleć 
dlaczego. Budynki stały  przyciśnięte jedne do drugiego, obok zakładu pogrzebowego,  gdzie 
trafiały trumny  w oczekiwaniu na złożenie w ziemi, znajdowała się kawiarnia i kram, który 
bywał  otwarty  po  mszy.  Może  warto  byłoby  się  tam  przejść  i  obejrzeć  towary?  Mógłby 
poszukać kolejnych prezentów dla domowników. 
 

W jego kufrze leżało już kilka torebek z cukrem, koronki dla służących i materiał na 

sukienkę dla Elizabeth. A na samym dnie schował drewnianego konia i krowę pomalowane w 
najpiękniejsze  kolory,  jakie  można  było  sobie  wyobrazić  –  prezent  dla  Ane.  Dziewczynka 
uwielbiała zwierzęta, z radości na pewno rzuci mu się na szyję. To dziwne, ale zapałał do Ane 
ogromną miłością. Zaraz po ślubie marzył o własnym dziecku, najlepiej rzecz jasna chłopcu. 
Jakiś czas myśl ta nie dawała mu spokoju, ale w końcu ją od siebie oddalił. Owszem, wciąż 
bardzo chciałby mieć syna, lecz zdążył już przyzwyczaić się do życia, które wiedli. To Bóg 
decydował o takich rzeczach; on sam  niewiele mógł w tej sprawie począć. 
 

Niektóre  kobiety  przebierały  się  przed  zejściem  na  ląd  w  odświętne  ubrania.  On  i 

reszta  jego  załogi  miała  na  sobie  gumowce  sięgające  aż  do  uda.  Pospiesznie  zmienili  je  na 
bardziej stosowne buty i dołączyli do ludzkiego strumienia płynącego w stronę kościoła. 
 

-  Do  diaska,  ale  ścisk  –  burknął  Jakob  idący  obok  Kristiana.  –  Ponoć  pastor  jest  tu 

bardzo  lubiany.  Nazywa  się  Christoffer  Frimann  Daae.  –  Wypowiedział  imię  i  nazwisko 
powoli, akcentując każdą sylabę,  jakby długo się tego uczył i cieszył się, że może podzielić 
się informacją z przyjacielem. 
 

Na kościelnym wzgórzu panował tłok, ludzie zbili się w grupki i gawędzili ściszonymi 

głosami. Krystian zdjął czapkę i przystanął. Po tym, jak w Oscarskaret położono nową drogę, 
ludzie zaczęli masowo przychodzić tu na piechotę. Przypomniał sobie historię o tym, jak sam 
król Oscar przyjechał z wizytą i wyrył swoje imię w skale.  
 

- Jeśli chcemy mieć dobre miejsca, to musimy chyba wchodzić – odezwał się Ole. 

 

- Dobrze, zawołaj pozostałych. 

 

- Mamy szczęście – zauważył parobek, gdy już usiedli. 

 

Kristian  skinął  głową  i  zerknął  na  cisnących  się  w  nawie  ludzi.  Mówiło  się,  że 

kościelne  ławy  są  w  stanie  pomieścić  nawet  pięćset  osób,  lecz  dziś  wiernych  przyszło  dwa 
razy  tyle.  Wielu  stało  pod  ścianami,  ale  siedzący  chętnie  ściskali  się  w  ławkach,  by  zrobić 
dodatkowe miejsce. 
 

Organista zaczął grać, Kristian wyjął książkę do nabożeństwa i ostrożnie ją otworzył. 

Na  lewo  od  niego  wisiała  tablica  z  numerami  stron.  Odnalazł  właściwą  pieśń  i  dołączył  do 
ś

piewających. Dźwięki organów i ludzki głosy mieszają się ze sobą jak szum fal i gwizdanie 

wiatru, pomyślał, i poczuł, jak bardzo tęskni za domem. 
 

- Módlmy się – zaintonował pastor, a wierni złożyli dłonie. 

 

Krystian zerknął na swoich sąsiadów i zauważył wielkie ręce splecione do modlitwy. 

Jakob odmroził sobie palce, wskutek czego miał siny paznokieć. Niedługo pewnie odpadnie. 
Ktoś  inny  miał  zastrzał.  Na  szczęście  doktor  był  akurat  wtedy  w  Storvaagen  i  zbadał 
nieszczęśnika.  Inaczej  mogłoby  się  to  skończyć  zakażeniem.  Z  rozmyślań  wyrwał  go  śpiew 
pastora. 
 

-  Pan  z  wami!  Niech  się  zmiłuje  nad  wami  Bóg  Wszechmogący!  Niech  Jego  twarz 

jaśnieje nad wami i ześle na was łaskę. Niech oczy Pana dostrzegą was i napełnią wasze czasy 
pokojem. 
 

Kristian  rozejrzał  się  ukradkiem.  Drewniane  ściany  odnowione  zostały  na  biało. 

Natychmiast pomyślał o Zahlu Kjarringo.  Ludzie szeptali, że pomalował swój dom na biało 

background image

 

61

od strony morza, skąd budynek był widoczny dla przybijających do portu, ale już tylne ściany 
pokrył  tanią  farbą  w  kolorze  okry.  Aż  miał  ochotę  się  roześmiać.  Co  też  niektórzy  byli  w 
stanie zrobić, żeby zaimponować innym! 
 

Zauważył,  że  na  chórze  rozsiedli  się  bogacze.  Zerknął  na  nich  ukradkiem.  To  ci, 

którzy płacili za własne miejsca. Rozpoznał Wolffa,  kupca ze Storvaagen, i szybko odwrócił 
spojrzenie.  W  mojej  wsi  sam  jestem  możnym  gospodarzem,  pomyślał,  ale  tu  wszyscy 
jesteśmy równi. 
 

-  Napisano  –  pastor  otworzył  Biblię  –  jeśli  na  przykład  brat  lub  siostra  nie  mają 

odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie 
si
ę i najedzcie do syta! – 

a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała, to na co 

się  to  przyda?  I  cóż  to  znaczy,  moi  drodzy  parafianie?  Otóż  tyle,  że  musimy  pomagać 
ludziom, którzy są w gorszej sytuacji niż my sami.  
 

Kristian rozumiał, czego parafianie tak cenią swojego pastora. Duchowny nie męczył 

ich  kazaniami  o  diable  i  wiecznym  potępieniu.  Jego  słowa  sprawiły,  że  człowiek  czuł  się 
szczęśliwy  i  spokojny.  Dawały  nadzieję  na  wieczne  życie,  nagrodę  za  znoszenie  ziemskich 
katuszy. 
 

Przeniósł  spojrzenie  na  wiszący  nad  ołtarzem  obraz  przedstawiający  cztery  postacie. 

Na  samej  górze  królowały  trzy  pulchne  aniołki  o  dziecięcych  twarzach.  W  środku  artysta 
namalował  anioła  o  złotych  włosach.  Kiedyś  słyszał,  że  modelką  była  jakaś  kobieta  z 
Vesteraalen, ale nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. 
 

Dźwięk  organów  rozległ  się  tak  nagle,  że  aż  drgnął.  Chciał  śpiewać  razem  z  resztą 

wiernych,  gdy  nagle  słowa  psalmu  uwięzły  mu  w  gardle.  Z  trudem  łapał  powietrze.  Jego 
spojrzenie  padło  na  człowieka  siedzącego  kilka  rzędów  przed  nim,  mężczyznę  o  jasnych 
włosach.  To  niemożliwe,  pomyślał,  i  przymknął  oczy.  Boże,  nie  pozwól…  nie  dokończył 
prośby i uniósł powieki. Jego serce waliło, jakby miało zaraz wyrwać się z piersi. Otarł twarz 
dłonią. Nie było wątpliwości: kilka rzędów przed nim siedział Jens. Czyżby widział upiora w 
biały dzień i to do tego w Domu Bożym? 

 

 

To  na  pewno  był  Jens.  A  więc  on  żył!  Zestarzał  się  co  prawda  i  zapuścił  brodę,  ale 

Kristian  rozpoznał  charakterystyczną  bliznę  na  twarzy  w  miejscu,  gdzie  zarost  się 
przerzedzał. Tysiące myśli kłębiło się mu w głowie. Co Jens mógł tu robić? Przecież już od 
kilku lat uchodzi za zmarłego. Jak to możliwe, ze objawia się nagle, cały i zdrowy, w kościele 
w  Kabelvaag?  A  może  miał  brata,  który…  Nie,  oczywiście,  że  nie,  przecież  ma  na  twarzy 
bliznę – pozostałość po ranie, którą osobiście mu zadał, gdy pokłócił się o Elizabeth. 
 

Nagle  w  jego  głosie  pojawiła  się  nowa  wątpliwość:  czy  w  świetle  prawa  Elizabeth  i 

Jens  wciąż  byli  małżeństwem?  Nie  wydawało  mu  się.  tak  czy  inaczej,  musiał  powiedzieć 
ż

onie, że Jens żyje… ciekawe, czy ona jeszcze go kocha? Był przecież jej pierwszą miłością, 

jest  ojcem  jej  dziecka.  Kristian  dobrze  pamiętał,  jak  błagał  ją  o  rękę.  Elizabeth  była  wtedy 
pogrążona w żałobie, można było odnieść wrażenie, że wolałaby żyć w nędzy, niż opuszczać 
dom, w którym mieszkała razem z Jensem. 
 

- Idziemy? – Głos Olego podziałał na niego otrzeźwiającego. – Już po nabożeństwie. 

 

Kristian rozejrzał się zdezorientowany. 

 

-  Dobrze  się  czujesz?  –  Ole  obrzucił  go  badawczym  spojrzeniem.  –  Jesteś  blady  jak 

ś

ciana. I cały spocony. Może masz gorączkę? 

 

- Muszę się przewietrzyć – odrzekł Kristian ochryple i łokciami utorował sobie drogę 

do  wyjścia.  Najchętniej  popędziłby  prosto  do  łodzi,  ale  przypomniał  sobie,  że  był  z  nim 
Jakob. On nie może przecież zobaczyć Jensa, pomyślał gorączkowo rozglądając się dookoła. 
Jakob  na  pewno  pozna  swojego  przybranego  syna.  Podobnie  Olav,  chociaż  od  zniknięcia 
pierwszego męża Elizabeth minęły już cztery lata. 
 

Kristian  poczuł,  że  dłonie  ma  wilgotne  od  potu.  Zerwał  rękawice  i  zaczął  szukać 

wzrokiem  Jakoba,  jednak  zamiast  niego  ujrzał  wychodzącego  z  kościoła  Jensa.  Nie  było 

background image

 

62

ż

adnych  wątpliwości,  że  to  on.  Mężczyzna  posłał  komuś  uśmiech,  obnażając  równe,  białe 

zęby.  Kristia  ukrył  się  za  placami  parafian,  nie  chcą  tracić  kontaktu  z  oczu.  Ostatnie,  czego 
sobie  życzył,  to  zderzyć  się  z  nim  przypadkiem  w  drodze  do  przystani.  Cały  czas,  się 
zastanawiał, co Jens robi w Kabelvaag. Najwyraźniej znał tu ludzi, musiał tu więc mieszkać 
przynajmniej jakiś czas, czemu nie wrócił do Elizabeth i Ane, czemu pozwolił, żeby cała wieś 
uznała  go  za  zmarłego?  Zdezorientowany,  potrząsnął  głową.  Może  Jens  popełnił  jakieś 
przestępstwo  i  dlatego  się  ukrywał?  Chociaż  słowo  :ukrywał  się”  nie  bardzo  tu  pasowało, 
wziąwszy pod uwagę, że mężczyzna spokojnie spacerował po kościelnym wzgórzu. 
 

Może  powinienem  podejść  do  niego  i  się  ujawnić?  Wzdrygnął  się,  poczuł,  jak  pot 

spływa mu po plecach. Nie, jeśli to zrobię, wszystko runie. Elizabeth zabierze Marię i Ane, i 
odejdzie. Na samą myśl o tym zakręciło mu się w głowie. Podskoczył ze strachu, gdy nagle 
wyrosła przed nim zwalista sylwetka Jakoba. 
 

- Chyba musimy już iść. – Kristian chwycił go za ramię.  

 

-  Teraz?  –  zdziwił  się  mężczyzna.  –  Nie  spiesz  się,  poczekajmy  chwilę.  Spotkałem 

znajomych, chciałbym z nimi porozmawiać.  
 

Kristian poczuł, jak ogarnia go panika. 

 

- Tak czy inaczej musimy się zbierać – oświadczył zdecydowanym głosem o wbił w 

Jakoba  spojrzenie.  Kątem  oka  dostrzegł  zbliżającego  się  Jensa.  –  Nie  czuję  się  najlepiej  – 
dodał i pomyślał, że przynajmniej to nie jest kłamstwem. 
 

- Zjadłeś coś, co ci zaszkodziło? – zapytał Jakob, gdy już zbliżali się do przystani. 

 

- Chyba nie, odsapnę tylko chwilę i wszystko będzie dobrze. – Znalazł oparta o ścianę 

przewróconą  beczkę  i  usiadł  na  niej.  Delikatny    powiew    od  fiordu  chłodził  mu  twarz. 
Drżącymi palcami rozpiął górne guziki kurtki i zaczął głęboko oddychać. 
 

- Lepiej ci? – spytał Jakob. 

 

- Tak, dziękuję. Jeśli masz jeszcze coś do załatwienia, to idź. Posiedzę tu i poczekam. 

 

- Chętnie zajrzałbym do kramu. O ile możesz na chwilę zostać sam? 

 

- Nie jestem dzieckiem – odrzekł Kristian, próbując zebrać myśli. 

 

Powinienem  był  mu  powiedzieć,  kogo  widziałem,  stwierdził  w  głębi  ducha,  i 

zmarszczył czoło, zwracając twarz ku słońcu. 
 
 

- Możemy sobie zagotować trochę kawy. – Jakob uśmiechnął się szeroko. 

 

Kristian zobaczył, że grupka ludzi rozpaliła w pobliżu ognisko i jadła przy nim drugie 

ś

niadanie. Zerknął na drogę i zobaczył Jensa idącego w ich kierunku. U jego boku kroczyła 

młoda  kobieta  z  długim,  rudawym  warkoczem.  Śliczna  stwierdził,  gdy  dziewczyna 
uśmiechnęła  się  i  ujęła  swego  towarzysza  pod  ramię.  Dobry  Boże,  pomyślał  nagle,  czyżby 
mąż  Elizabeth  założył  tu  nową  rodzinę?  Czy  to  dlatego  się  nie  odzywał?  Szybko  jednak 
odrzucił tę możliwość. Nie, za takie rzeczy wymierzano surowe kary. To musi chodzić o coś 
innego. 
 

- Przepraszam, ale nie mogę tu dłużej siedzieć – jęknął i podniósł się z miejsca. Miał 

na sobie kilka warstw ubrań, a mimo to było mu zimno. 
 

- Chyba będziemy musieli sprowadzić do ciebie doktora – rzekł Jakob, gdy szli już w 

stronę łodzi. – Chodźcie, chłopy! – wrzasnął do reszty załogi. Kristian źle się czuje, trzeba go 
odwieźć do Storvaagen. Kawy się napijecie w domu. 
 

-  Nie  chcę  doktora  odparł  Kristian.  –  Nie  będę  o  tym  dyskutował  –  dodał,  gdy 

zobaczył, że Jakob zamierza protestować. – Dopiero gdy zostawili dzielnicę portową daleko 
za  sobą,  a  ludzie  na  brzegu  zaczęli  przypominać  małe  punkciki,  odetchnął  z  ulgą.  Dłonie 
wciąż mu jednak drżały. 
 
 

- Chcę dziś włożyć kościołową sukienkę – oświadczyła Ane z rękoma skrzyżowanymi 

na piersi. 

background image

 

63

 

-  Co  to  za  pomysły?  –  Elizabeth  trzymała  w  dłoniach  codzienne  ubranie  córeczki.  – 

Przecież mamy poniedziałek, będziemy robić pranie, po co się stroić. Chodź, ubiorę cię. 
 

- Ale chcę wyglądać ładnie na przyjazd Kristiana. 

 

- Kochanie – westchnęła Elizabeth. – Jeszcze wiele dni zostało do jego powrotu. 

 

- A co będzie, jak wróci dzisiaj, a ja będę wyglądać zwyczajnie? 

 

Elizabeth  jęknęła  zrezygnowana  i  otworzyła  drzwi  szafy.  Ane  miała  dużo  ubrań,  nic 

się nie stanie, jeśli włoży na siebie jakąś ładniejszą sukienkę. 
 

- Chce tę kościołową z koronkami! – powtórzyła dziewczynka. 

 

- Nie, dość już tego! – Elizabeth chwyciła ją za ramię i wbiła w nią spojrzenie. – Albo 

włożysz tę tutaj, albo będziesz siedzieć na stryszku, aż zmienisz zdanie. 
 

- No dobrze – westchnęła Ane i wciągnęła sukienkę przez głowę. – Ale Kristianowi na 

pewno spodobałaby się tamta. 
 

Matka udała, że nie słyszała ostatniej uwagi, i zaczęła układać sobie włosy. 

 

- Jak myślisz, co Kristian na to powie? – Dziewczynka otworzyła buzię, demonstrując 

dwie szczerby po dolnych mleczakach. 
 

-  Stwierdzi  pewnie,  ze  wyglądasz  jak  stara  bezzębna  baba  –  zażartowała  Maria, 

zawiązując wstążkę na warkoczu. 
 

- Na pewno tak nie powie! – zaprotestowała Ane, wyraźnie urażona. 

 

- No już, idźcie do kuchni – rzuciła Elizabeth niecierpliwie. 

 
 

W  pralni  pełno  było  pary.  Helene  rozpięła  górne  guziki  bluzki,  obnażając  rowek 

pomiędzy  obfitymi  piersiami.  Rękawy  podwinęła  tak  wysoko,  jak  tylko  mogła,  wilgotne 
kosmyki  włosów  lepiły  jej  się  do  czoła.  Elizabeth  przetarła  twarz  przedramieniem.  Nagle 
drzwi stanęły otworem. 
 

- Wracają! – wrzasnęła radośnie Ane. – Wraca Kristian z Olem! 

 

Gospodyni wrzuciła ubrania do balii i posłała córce pełne zaskoczenia spojrzenie. 

 

- Jesteś pewna? – zapytała. 

 

- Tak, to prawda. Pospiesz się, to zdążysz ich przywitać na przystani. Szkoda, że się 

ładniej nie ubrałaś – dodała dziewczynka. 
 

Elizabeth wytarła dłonie o fartuch. 

 

-  Helene,  idź  do  domu  i  przygotuj  coś  do  zjedzenia.  Amando,  ty…  -  chciała 

powiedzieć dokończ pranie, ale zreflektowała się. – chodź ze mną i przywitaj się z Olem. 
 

Gospodyni  pierwsza  podbiegła  do  powracających  mężczyzn  u  uścisnęła  im  dłonie, 

zaraz potem przyskoczyła do nich Amanda. Elizabeth zobaczyła, że dziewczyna wierci się i 
odwraca zawstydzone spojrzenie, rozmawiające cicho z Olem. Że też kilka miesięcy rozłąki 
może tak podziałać! 
 

Na chwilę nie wypuszczając jej dłoni, Kristian przyciągnął żonę do siebie. 

 

-  Żebyś  tylko  wiedziała,  moja  Elizabeth,  jak  bardzo  cię  kocham  –  wymamrotał, 

obejmując ja mocno. 
 

-  Chyba  się  domyślam  –  odrzekła  i  rozejrzała  się  zawstydzona.  Kristian  nie  miał  w 

zwyczaju  tak  demonstracyjnie  okazywać  jej  uczuć.  Już  miała  coś  na  ten  temat  powiedzieć, 
gdy do rozmowy wtrąciła się Ane. 
 

-  Wystroiłam  się  na  twój  przyjazd,  Kristianie,  ale  mam  powiedziała,  ze  nie  mogę 

włożyć sukienki z koronkami. Do czego to podobne? 
 

Mężczyzna wybałuszył oczy. 

 

- Co ty też mówisz? Nie dali ci się wystroić w koronki? 

 

Elizabeth wzięła męża pod ramię, a wolną rękę podała Marii. Poczuła, że przepełnia ją 

radość.  Miała  teraz  przy  sobie  wszystkich  swoich  bliskich,  bo  Ane  uczepiła  się  Kristiana  z 
drugiej strony. 

background image

 

64

 

Kilka tygodni później Elizabeth stała w kuchni, mieszając ciasto, gdy niespodziewanie 

zjawił się Kristian. 
 

- Mmm, jak pięknie pachnie – westchnął i przyciągnął ją do siebie. 

 

- Nawet nie próbuj, nie dam ci posmakować ciasta. – Posłała mu promienny uśmiech. 

 

- Przynajmniej posmakuję tego – odrzekł i pocałował ją w czoło. 

 

Ostrożnie uwolniła się z jego uścisku. 

 

- Nie teraz. Muszę wstąpić do Bergette i zanieść jej to wszystko. 

 

- Od kiedy roznosisz jedzenie po sąsiadach? – zapytał. 

 

-  Od  dzisiaj!  Dali  nam  przecież  tyle  torfu  i  nie  chcieli  wziąć  ani  grosza,  więc 

postanowiłam  okazać  im  naszą  wdzięczność  w  inny  sposób.  uszyłam  na  przykład  trochę 
ubrań. A jak ci idzie stawianie nowej szopy? – zapytała, chcąc zmienić temat. 
 

- Dobrze – odparł, próbując zanurzyć palce w misie z ciastem. 

 

- Zostaw! – upomniała go. Wstawiła formę do pieca i przesunęła pogrzebaczem węgle. 

– Bergette przysłała mi służącą z wiadomością, że mam ją odwiedzić. Chyba chce ze mną o 
czymś pomówić. 
 

- Babskie plotki – wymamrotał Kristian. 

 

- Ja ci dam plotki – zaśmiała się Elizabeth i uszczypnęła go w bok. – I spróbuj tylko 

jeszcze raz nazwać mnie babą. 
 

Chwycił ją za nadgarstki i jeszcze raz przyciągnął do siebie. 

 

- Jesteś teraz w mojej mocy – oznajmił z szelmowskim uśmiechem. 

 

Elizabeth poczuła, że robi jej się gorąco. 

 

- Myślisz, że jestem starą babą? – zapytała w nadziei na pochlebne słowa. 

 

-  Nie  i  dobrze  o  tym  wiesz. Jesteś  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  chodzi  po  tej  ziemi – 

odpowiedział  jej  z  powagą.  –  Każdego  dnia  myślę  o  tym,  jakie  mam  szczęście,  ze  zostałaś 
moją żoną. 
 

- Dziękuję. A ja mam szczęście, że jesteś przy mnie – powiedziała cicho i przytuliła 

policzek do jego piersi. Serce Kristiana biło mocno i szybko.  
 

- Nigdy mnie nie zostawiaj – usłyszała nagle głos męża. 

 

Odsunęła się nieznacznie. 

 

- Oczywiście, że cię nie zostawię, Kristianie. Ale teraz muszę iść i doprowadzić się do 

porządku. 
 

Jeszcze  długo  potem  czuła  na  sobie  jego  spojrzenie,  wciąż  słyszała  jego  głos. 

Płomienne wyznanie powinno ją właściwie cieszyć, ale nie wiedzieć czemu miała wrażenie, 
ż

e  cos  się  pod  nim  kryje.  Zostało  wypowiedziane  tonem,  którego  nigdy  wcześniej  nie 

słyszała. To ją zaniepokoiło. 
 

 

 

Bergette przyjęła ją z otwartymi ramionami. 

 

-  Witam,  witam.  Jak  miło,  że  znalazłaś  czas,  by  mnie  odwiedzić.  Pomyślałam,  że 

mogłybyśmy usiąść w oranżerii. Cały dzień przygrzewa słońce, jest ciepło i miło. Spójrz na 
moje  kwiaty,  jak  dobrze  tu  rosną  –  wskazała  porozstawiane  wszędzie  doniczki  –  możesz 
dostać kilka szczepek. Wybierz sobie tylko, które chcesz. 
 

Zupełnie  jakby  wciąż  panowało  tu  lato,  pomyślała  Elizabeth.  Będzie  musiała 

zaproponować Kristianowi zbudowanie czegoś podobnego. 
 

- Piękna masz sukienkę – pochwaliła sąsiadka.  

 

-  Dziękuję.  Materiał  dostałam  od  Krystiana  na  Boże  Narodzenie,  a  Caspara, 

przepraszam panienka Caspara, uszyła z niego suknię. 
 

Bergette zaśmiała się. 

 

- Tak, świetnie sobie radzi z takimi rzeczami. Dużo ci rzecz uszyła? 

 

-  Była  u  nas  zaraz  potem,  jak  się  przeniosłam  do  Dalsrud.  Moja  suknia ślubna  to  jej 

dzieło. Ale jak wiesz, z reguły sama sobie szyję. 

background image

 

65

 

- Tak, chyba że akurat dobosz coś dla mnie. Proszę, siadaj. 

 

Elizabeth wyciągnęła formę z ciastem. 

 

- Przyniosłam coś na ząb. Upiekłam na poczekaniu – dodała skromnie. 

 

- jak miło. – Bergette uśmiechnęła się i podała formę służącej, która akurat pojawiła 

się  w  oranżerii.  –  Wyłóż  to  na  półmisek  i  przynieś  kawę  –  poleciła,  po  czym  usiadła  przy 
stole. 
 

Początkowo  rozmawiały  o  nowej  szopie  na  torf.  Wkrótce  służąca  przyniosła  kawę  i 

ciasto. Dopiero gdy wyszła, gospodyni zmieniła temat: 
 

- Jak się miewają dzieci? 

 

- Dziękuję, bardzo dobrze. Ane koniecznie chciała przyjść… 

 

- Chyba jestem w ciąży – przerwała jej Bergette. 

 

- Gratulacje! – wykrzyknęła Elizabeth i klasnęła w dłonie. – Co za niespodzianka! Od 

dawna już jesteście małżeństwem i… - przerwała. – Cóż, nie wszystkim przypada w udziale 
takie błogosławieństwo! 
 

-  No  właśnie,  i  ja  już  myślała,  że  mnie  to  nie  spotka  –  przyznała  sąsiadka  ze 

spuszczonym wzrokiem. – Nie jestem jeszcze pewna, więc proszę ani słowa nikomu. 
 

-  Oczywiście,  ze  nie.  ty  sama  powinnaś  wszystkim  powiedzieć  –  odparła  Elizabeth 

miękko.  Przez  chwilę  pomyślała  o  tym,  jak  ona  się  czuła,  gdy  zaszła  w  ciążę.  Zazdrościła 
kobietom,  które  mogły  rozpowiadać  o  swoim  szczęściu  i  przyjmować  gratulacje.  Sama 
musiała ukrywać rosnący brzuch tak długo, jak tylko się dało. Co nie znaczyło bynajmniej, że 
przyjście  Ane  na  świat  nie  było  dla  niej  wielką  radością.  –  Tak  się  cieszę  –  powiedziała.  – 
mam nadzieję, ze naprawdę jesteś w ciąży. Będę się o to modlić. Niedługo będziesz już szyć 
dziecięce ubranka, sama zobaczysz. 
 

Bergette uśmiechnęła się niepewnie. 

 

- Tak, miejmy nadzieję. Jeśli faktycznie okaże się, ze to prawda… czy będę mogła po 

ciebie posłać, gdy zacznę rodzić? 
 

- Po mnie? Nie wolałabyś mieć przy sobie lekarza i… 

 

- Akuszerki? Nie, dziękuję. Chciałabym, żeby był ze mną ktoś, komu ufam i przy kim 

czułabym się bezpiecznie. 
 

-  Tak,  oczywiście  –  odparła  Elizabeth  i  poczuła,  że  robi  jej  się  ciepło  na  sercu. 

Patrzyła, jak na świat przychodziła Maria, a gdy ona sama rodziła Ane, towarzyszył jej tylko 
Jens. 
 

Siedziały  przez  chwilę,  każda  pochłonięta  własnymi  myślami.  Ciszę  przerwała 

Bergette. 
 

- To straszne, co stało się z Nikoline. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

-  Ludzie  długo  jeszcze  potem  gadali  –  ciągnęła  gospodyni.  –  trudno  byłoby  się 

spodziewać czegoś innego, w końcu wielu wszystko widziało. 
 

- Co masz na myśli? – spytała Elizabeth. 

 

Sąsiadka wzruszyła ramionami i nałożyła sobie jeszcze kawałek ciasta. 

 

- Niektórzy mówili, że dziewczyna rzuciła się w płomienie, bo miała złamane serce i 

ż

e była zakochana w Olem. Inni twierdzili, ze chodziło o Kristiana, a jeszcze inni, że jakiegoś  

ż

onatego mężczyznę. 

 

W tej samej chwili Elizabeth zobaczyła w drzwiach Sigvarda, męża Bergette. Musiał 

przyjść  już  jakiś  czas  temu  i  stał  przez  nikogo  niezauważony.  Przypomniało  jej  się,  jak 
zobaczyła go z Nikoline w budynku dla parobków w Dalsrud. Czyżby usłyszał, o czym przed 
chwilą  rozmawiały?  Poczuła,  że  spociły  jej  się  dłonie  i  odstawiła  filiżankę  na  spodek. 
Bergette  jeszcze  nie  dostrzegła  męża,  który  stał  za  jej  plecami  –  ukryty  za  futryną,  jakby 
chciał, by nikt go nie zobaczył. Elizabeth odchrząknęła 

background image

 

66

 

- Ubranie Nikoline zapaliło się w wyniku nieszczęśliwego wypadku – powiedziała. – 

Potem uderzyła ją belka, gdy zawaliła się szopa. I tyle. – Nie wspomniała o szaleństwie, które 
ogarnęło  służąca,  ani  o  tym,  że  to  w  Krystianie  była  zakochana.  Nie  chciała  kalać  pamięci 
zmarłej. 
 

Gospodyni  zaczęła  opowiadać  o  czymś  bez  znaczenia,  ale  Elizabeth  słuchała  jej 

jednym uchem. Wciąż zerkała ukradkiem na Sigvarda. Czyżby nie miał zamiaru się ujawnić? 
Może powinna go zdemaskować? 
 

-  Co  byś  zrobiła,  gdybyś  się  dowiedziała,  że  Kristian  nie  jest  ci  wierny?  –  spytała 

nagle Bergette. 
 

-  Co?  –  Elizabeth  spojrzała  na  nią  zaskoczona.  Czemu  coś  takiego  w  ogóle  przyszło 

przyjaciółce do głowy? – Nie wiem – odpowiedziała szczerze. – Może byłabym mu w stanie 
wybaczyć, ale nigdy bym o tym nie zapomniała. Żeby jednak móc na ten temat mówić, trzeba 
chyba samemu coś takiego przeżyć. 
 

-  Gdybym  ja  odkryła,  że  mój  mąż  był  mi  niewierny,  to  skończyłabym  nasze 

małżeństwo raz na zawsze – oświadczyła Bergette i z hukiem odstawiła filiżankę. 
 

Elizabeth z trudem przełknęła ślinę. 

 

-  Cóż,  brzmi  to  właściwie  i  rozsądnie.  Chyba  muszę  się  zbierać  do  domu.  –  Powoli 

wstała  z  miejsca.  Kątem  oka  zobaczyła,  że  Sigvward  się  wycofuje.  –  Dziękuję  za  miął 
pogawędkę  i  pyszną  kawę,  Bergette.  Tera  to  ty  będziesz  musiała  mnie  odwiedzić.  I  jeszcze 
jedno ściszyła głos. – Daj znać, jak tylko będziesz wiedzieć coś na pewno. – Przyłożyła dłoń 
na brzuchu przyjaciółki. 
 
 

Już stała w progu, gdy Bergette klasnęła w dłonie i zawołała: 

 

- Kochana, zapomniałam o najważniejszym! Przecież dlatego właśnie cię zaprosiłam. 

 

- A nie dlatego, że może jesteś… - zdziwiła się Elizabeth. 

 

- Nie, nie tylko. Przecież potrzebujesz nowej służącej, bo ta dziewczyna ze Stroli wam 

uciekła. Chyba mogę ci pomóc. 
 

- Naprawdę? 

 

- Tak, ale ta służąca mogłaby zacząć dopiero za miesiąc, w czerwcu. Z tego, co wiem, 

jest bardzo dobra. Słyszałam o niej od znajomych, a to godni zaufania ludzie. Tak czy inaczej, 
mogłabyś podpisać z nią umowę na czas próbny. 
 

-  Jesteś  wspaniała  –  ucieszyła  się  Elizabeth  i  uścisnęła  dłonie  sąsiadki.  –  Gdybym 

tylko mogła ci się jakoś odwdzięczyć. 
 

- Wciąż mi się odwdzięczasz, tylko sama o tym nie wiesz. 

 

Elizabeth szła do domu i z uśmiechem na ustach. Nowa służąca, pomyślała. Nie mogła 

się już doczekać, by ją poznać. Ktokolwiek to będzie, po Nikoline i Klasuine już nic jej nie 
zaskoczy. 
 
Rozdział 14 
 
 

- Nigdy się tego nie nauczę na pamięć, Ole. Nigdy w życiu. Ośmieszę się tylko przed 

wszystkimi i zostawią mnie na przyszły rok. – Głos należał do Amandy. 
 

Elizabeth dobrze pamiętała, jak sama przystępowała do konfirmacji i musiała wyuczyć 

się na pamięć psalmów oraz katechizmu Pontoppidana, zawierającego nie mnie niż 759 pytań 
i  odpowiedzi.  Nauka  zawsze  przychodziła  jej  z  łatwością,  została  więc  dopuszczona  do 
sakramentu i od tamtej chwili mogła uważać się za dorosłą. Mogła upinać włosy, chodzić w 
długich  spódnicach  i  pojawiać  się  na  potańcówkach.  Uśmiechnęła  się  smutno.  W  jej 
przypadku to ostatnie i tak nie wchodziło w grę, bo w rodzinnej wsi nikt nie urządzał zabaw. 
Poza tym zdaniem rodziców nie miała czasu na takie bzdury. A włosy zaplatała w warkocz aż 
do zamążpójścia, nawet teraz zdarzało się jej to robić. Wiedziała jednak, ze nie dla wszystkich 

background image

 

67

zdanie egzaminu konfirmacyjnego było takie łatwe. Znała biedaków, który wygrywali batalię 
z pastorem dopiero w wieku trzydziestu kilku lat. 
 

- To niesamowite, sam tytuł tej książki jest niemożliwy – dziwił się Ole. – Posłuchaj, 

Amando:  Prawda  i  pobożność,  czyli  proste  i  możliwe  krótkie,  a  dostateczne  wyjaśnienie 
Małego  Katechizmu  Doct.  Mart.  Lutra,  zawieraj
ące  wszystko,  co  ten,  kto  pobożnym  pragnie 
by
ć, powinien wiedzieć i robić
 

- Ach przestań – westchnęła dziewczyna. – Tylko mnie jeszcze bardziej denerwujesz. 

Poza tym można na tę książkę mówić po prostu Ostrzeżenia Pontoppidana. 
 

-  Wiem,  przecie  sam  ją  czytałem  –  oświadczył  parobek.  –  Ale  zastanawiałem  się 

zawsze, co znaczy Doct. Mart. 
 

- To pewnie coś, co Pontoppidan wymyślił, żeby dokuczać takim głupim biedakom jak 

ja – stwierdziła Amanda. 
 

- Nie bredź! Nauczyłaś się przecież czytać, to z tym też sobie poradzisz. Skoro mnie w 

końcu  dopuścili  do  konfirmacji,  to  ciebie  też  nie  zostawią.  No  dalej,  przeczytaj  tę  stronę,  a 
później cię przepytam. 
 

Elizabeth  uśmiechnęła  się  i  wyszła  na  palcach  na  słoneczne  podwórze.  Śnieg  już 

prawie stopniał, tuż pod ścianą domu żółciły się kwiaty podbiału. Podeszła do pościeli, która 
suszyła  się  na  lekkim  wietrze,  była  jeszcze  wilgotna,  więc  Elizabeth  zostawiła  ją  na 
sznurkach. Niech po wisi jeszcze na słońcu. 
 

Z drogi prowadzącej na nabrzeże dochodziły śmiechy i odgłosy rozmowy. 

 

- Możesz zbudować wielkie gospodarstwo! – mówiła Maria. 

 

Ane dostrzegła Elizabeth jako pierwsza. 

 

-  Mamo,  zobacz,  co  znalazłyśmy!  –  Dziewczynka  pokazała  wiaderko  muszelek.  – 

Maria, mówi, że to krowy i kury, i owce, i inne zwierzęta! 
 

Elizabeth zobaczyła, że siostra uśmiecha się zawstydzona. Maria miała dwanaście lat i 

właściwie  była  już  za  duża  na  takie  zabawy,  przynajmniej  sama  tak  twierdziła.  Ale  kiedy 
pilnowało się Ane, trudno było oprzeć się pokusie. 
 

- Pamiętasz, Mario, jak uczyłam cię o muszelkach? – Elizabeth zmrużyła oczy, słońce 

tego  dnia  świeciło  szczególnie  jasno,  jego  promienie  odbijały  się  od  leżącego  jeszcze  tu  i 
ówdzie  śniegu.  Kilka  mew  siedziało  na  dachu  szopy  na  łodzie.  Ptaki  wyciągały  szyje, 
krzycząc  przenikliwie.  Do  ich  koncertu  dołączyły  się  kolejne  mewy,  a  siedzące  na  dachu 
przodownice co jakiś czas łopotały dumnie skrzydłami. 
 

Ane podążyła za wzrokiem matki. 

 

- Ciekawe, czy się nawzajem rozumieją? 

 

- Na pewno – stwierdziła Maria. 

 

- Chciałabym wam coś pokazać – oznajmiła Elizabeth. – Chodźcie! 

 

Wzięła dzieci za ręce i poprowadziła na skały. 

Kiedy się zatrzymała, Ane rozejrzała się ze zdziwieniem. 
 

- Co chciałaś nam pokazać? 

 

- To miejsce – odparła Elizabeth. – Gdy byłaś jeszcze w moim brzuchu, byłam służącą 

w  Dalsrud.  Twój  ociec,  Jen,  był  wtedy  moim  narzeczonym.  Gdy  za  nim  bardzo  tęskniła,, 
przychodziła  tutaj  i  siadałam  na  mchu.  Jesn  zawsze  mówił  mi  przed  wypłynięciem,  że  gdy 
będę patrzeć w morze, mam myśleć tylko o nim. 
 

Maria uścisnęła dłoń siostry i przysunęła się bliżej. 

 

- Nigdy nam tego nie mówiłaś. 

 

- Nie było okazji – odparła Elizabeth cicho. 

 

- Wciąż myślisz o Jensie, gdy patrzysz na morze? 

 

-  Czasami.  Jens  nazwał  mnie  kiedyś  córką  morza.  –  Z  lekkim  zawstydzeniem 

Elizabeth zerknęła na siostrę. 
 

Maria uśmiechnęła się. 

background image

 

68

 

- Slicznie – stwierdziła. 

 

- Czy Kristian też patrzył w morze i myślał o Jense? – wtrąciła się Ane. 

 

- Ty mała trzpiotko – zaśmiała się Elizabeth. – Tak, Kristian kiedyś tu przyszedł, ale 

raczej nie po to, żeby myśleć o Jensie. Powiedział mi wtedy, że mam włosy jak złoto. 
 

- Jego narzeczoną też byłaś? – dopytywała się dziewczynka. 

 

- Nie, nie byłam. – Elizabeth zaczęła żałować, że powiedziała tak dużo. Maria była na 

tyle  dojrzała  by  zrozumieć,  że  dla  niej  to  miejsce  było  szczególnie  ważne.  Równie  dobrze 
jednak  obie  dziewczynki  mogły  potraktować  jej  opowieść  jak  przyznanie  się  do  zdrady 
Kristiana. 
 

- Zimno mi, poza tym to nudne miejsce – oświadczyła Ane. 

 

- Zatem wracamy – odrzekła jej matka. 

 

- A mi się bardzo podoba – stwierdziła Maria. – Pewnie dobrze się tu myśli. 

 

Starsza siostra mocno uścisnęła jej dłoń. 

 

- Owszem, doskonale – odparła. 

 
 

Dzień  konfirmacji  zbliżał  się  nieubłaganie.  Gospodyni  zadbała  o  ty,  by  z  tej  okazji 

upieczono  i  ugotowano  coś  wyjątkowego;  na  stół  miało  trafić  ciasto,  świeży  chleb  i  inne 
przysmaki. 
 

-  To  stary  zwyczaj  w  Dalsrud,  że  na  cześć  pracowników,  którzy  przystępują  do 

konfirmacjo wyprawiana jest mała uczta – zapewniała Elizabeth, modląc się w duchu, by Pan 
wybaczył jej drobne kłamstwa, które tak często serwowała Amandzie. 
 

-  Pomyśleć,  że  dostałam  od  was  to  wszystko  tylko  za  to,  że  będę  konfirmowana.  – 

dziewczyna  uśmiechnęła  się,  patrząc  na  zawartość  kufra.  –  Na  dodatek  zdjęłaś  dla  mnie  ze 
strychu najpiękniejszy kufer, Elizabeth. Wygląda zupełnie, jakby był nowy. 
 

-  No  cóż,  kilka  ;At  to  on  ma  –  zauważył  Kristian.  –  Wydaje  mi  się,  że  należał  do 

służącej, która mieszkała tu przed laty. Nie mam pojęcia, czemu go zostawiła. – Dmuchnął w 
kubek  z  kawą,  przelał  odrobinę  napoju  na  spodek  i  wypił  go.  Korzystając  z  okazji,  Ane 
podkradła  się  do  stołu  i  zawędziła  kawałek  brązowego  cukru,  wywołując  tym  uśmiech  na 
twarzy Kristiana. 
 

-  teraz  masz  już  przynajmniej  kufer  na  posag  –  dodał,  mrugając  do  Amandy,  która 

pokraśniała jak borówka. 
 

- Pójdę przymierzyć sukienkę – rzuciła i wybiegła z kuchni. 

 

Po jakimś czasie wróciła wystrojona w odświętne ubranie. 

 

-  Dawno  jej  na  sobie  nie  miałam,  zrobiła  się  za  ciasta  w…  w  górnej  części,  więc 

wszyłam  pod  pachami  dwie  szare  kliny.  Nie  miałam  czarnego  materiału,  ale  jeśli  będę  tak 
trzymać ręce… - przycisnęła łokcie do boków - … to nikt nie zobaczy, prawda? – wyrzuciła z 
siebie  szybko,  jakby  chciała  przekonać  innych  i  samą  siebie,  że  sukienka  jest  ładna.  –  I 
właściwe trochę za krótka, sięga mi za kolano. Inne dziewczęta będę pewnie miały spódnice 
do ziemi, bo są już dorosłe – głos Amandy zadrżał. Przygryzła dolną wargę i wbiła spojrzenie 
w podłogę. 
 

- I tak będziesz najpiękniejsza ze wszystkich – stwierdził Ole. 

 

- Ja też tak uważam – zgodził się Kristian. – Ale nie mów tego Elizabeth. 

 

- I tak słyszała! – wrzasnęła Ane, przenosząc wzrok z matki na ojczyma. 

 

-  Twoja  sukienka  jest  bardzo  ładna  –  stwierdziła  Elizabeth.  –  I  jest  taj,  jak  mówią: 

będziesz najpiękniejszą ze wszystkich. Mimo to chciałabym, byś przyjęła prezent ode mnie i 
Kristiana. – Wymknęła się na chwilę do dawnego pokoju Gurine i przyniosła czarną, długą d 
ziemi sukienkę. – Proszę! Może nie jest nowa, ale prawie nieużywana. Poleciłam ją uszyć dla 
siebie, jednak okazała się za mała. 

background image

 

69

 

Nie była to do końca prawda. Sukienkę spokojnie może było poszerzyć, ale Elizabeth 

nie  znalazła  czasu,  by  zdobyć  materiał  na  nowy  strój  dla  służącej,  dlatego  postanowiła 
skłamać kolejny raz. 
 

- Zdjęłam miarę z innej twojej sukienki, więc ta powinna pasować. 

 

Oczy Amandy wypełniły się łzami, a wargi zaczęły drżeć. Dziewczynka ze wszystkich 

sił próbowała powstrzymać płacz. W końcu otarła twarz dłonią. 
 

-  Nie  będę  się  musiała  wstydzić  mojej  starej  sukienki  w  kościele.  Jak  ja  się  wam 

odwdzięczę? – zdołała wykrztusić, po czym głos się jej załamał i po policzkach pociekły łzy. 
 

Gospodyni podeszła do niej i mocno ją objęła. 

- Wystarczy, że zechcesz u nas zostać, Amando. Drugiej takiej wspaniałej dziewczyny jak ty 
można ze świecą szukać! 
 

Służąca przełknęła ślinę i tylko skinęła głową. 

 
 

Kościół pękał w szwach – wszędzie tłoczyli się krewni konfirmantów i gapie. Od razu 

było widać, że to nie jest zwyczajne nabożeństwo. Mówiono, że przy ołtarzu stają zazwyczaj 
najzdolniejsi  młodzi  ludzie,  ale  w  rzeczywistości  chodziło  także  o  rangę.  Najbliżej  pastora 
mogli znaleźć się bogacze, najbiedniejszym pozostało miejsce pod drzwiami.  
 

Ku  swej  radości  Elizabeth  zobaczyła,  że  Amanda  nie  znalazła  się  na  samym  końcu, 

chociaż niewiele brakowało. Za jej plecami stało tylko dwoje konfirmantów. 
 

Przyjęcie  miało  się  odbyć  w  niewielkiej  chacie  dzierżawców.  Elizabeth  chętnie 

wyprawiłaby je w Dalsrud, ale zdawała sobie sprawę, że nie został oby to dobrze odebrane. 
Wiedziała,  że  Amanda  i  jej  matka  doceniają  jej  szczodrość,  natomiast  ojciec  patrzy  na  to 
krzywo.  Był  surowym  i  dumnym  człowiekiem,  który  dawno  już  pewnie  zdemaskował 
wszystkie  jej  niewinne  kłamstewka.  Gdy  spotkali  się  na  kościelnym  wzgórzu,  mężczyzna 
burknął coś o tym, że chrzestni nie mają w zwyczaju dawania prezentów  konfirmantom.  A 
kiedy Elizabeth chciała się wytłumaczyć, przerwał jej, pożegnał się i odszedł. 
 
 

Helene długo ćwiczyła z Amandą, by w tym ważnym dniu dziewczyna potrafiła dama 

upiąć włosy, tak jak wszystkie inne dorosłe damy. 
 

Elizabeth  potrząsnęła  głową.  Pomyśleć,  że  to  ta  sama  mała  trzpiotka,  którą  poznała 

któregoś dnia w Dalsrud przy okazji robienia prania. To niewiarygodne, pomyślała, i poczuła, 
ż

e  jej  oczy  wilgotnieją.  Amanda  stała  się  młodą  kobietą,  gotową  w  wkroczenia  w  dorosłe 

ż

ycie. dla córki dzierżawcy był to z pewnością wielki dzień. 

 

Pastor podszedł do Amandy. Założył ręce na plecach i obrzucił ją spojrzeniem. 

 

-  Czy  możesz  mi  powiedzieć,  co  napisano  w  Ewangelii  świętego  Jana,  rozdziale 

trzecim, wersecie szesnastym? 
 

Elizabeth  zesztywniała.  Jak  duchowny  mógł  w  ogóle  zadawać  takie  trudne  pytania? 

Na własne uszy słyszała, że ci, którzy stali z przodu, pytani byli o rzeczy zupełnie banalne, na 
przykład  przykazania.  Chwyciła  dłoń  Helene  i  przygryzła  wargę.  Jak  biedna  Amanda  to 
przyjmie? Tak się bała, że będzie musiała podchodzić do egzaminu za tok. 
 

Nagle usłyszała czysty głos dziewczyny: 

 

-  Napisano  tam:  Tak  bowiem  Bóg  umiłował  świat,  że  Syna  swego  Jednorodzonego 

dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. 
 

Elizabeth nie wierzyła własnym uszom. Z trudem powstrzymała śmiech. Ma za swoje, 

przemądrzały  pastor!  W  głębi  duszy  nie  miała  wątpliwości,  ze  dziewczyna  sobie  poradzi. 
Była  dostatecznie  bystra.  Jeśli  już  się  na  coś  zdecydowała,  niezmordowanie  dążyła  do  celu. 
Sama  często  jej  powtarzała:  możesz  osiągnąć  wszystko,  czego  tylko  zapragniesz,  Amando. 
Nie zapominaj o tym. 
 
 

background image

 

70

Rozdział 15 
 
 

Helene powoli drapała bąble po ukąszeniach komarów. 

 

-  Ciekawe,  jaka  oba  będzie,  ta  nowa  dziewczyna.  Oby  tylko  nie  okazała  się  taka  jak 

Klausie albo Nikoline. 
 

- Cicho – przerwała jej Elizabeth. – Nie mówi się źle o nieobecnych. 

 

- Przepraszam, masz rację – zreflektowała się Helene. – tak czy inaczej, nie mogę się 

doczekać i dobrze wiesz, co mam na myśli. Wydaje mi się, że ty też jesteś ciekawa. 
 

Elizabeth  udawała,  ze  nie  słucha.  Helene  była  jej  przyjaciółką,  więc  łączyły  je  inne 

stosunki niż gospodarzy i służących w innych domach. Helene miała w zwyczaju mówić to, 
co  myślała.  Nie  wszystkim  się  to  podobało,  ale  Elizabeth  doceniała  tę  szczerość. 
Przynajmniej zawsze wiedziała, o co służącej chodzi. 
 

-  Czy  to  nie  parobek  lensmana?  –  zapytała,  wskazując  przez  okno  chłopaka,  który 

właśnie wjechał na podwórze. 
 

Amanda zaraz do niej podeszła. 

 

- Zdaje się, że tak. Ciekawe, o co chodzi? 

 

- Kristian! – zawołała gospodyni. 

 

Mężczyzna wyszedł z kantoru. 

 

- Przyjechał do nas parobek lensmana – odparła i ruszyła do drzwi. 

 

-  Byk  nam  się  znarowił!  –  wrzasnął  chłopak  i  otarł  spocone  czoło  brudną  pięścią.  – 

Lensman  prosił  sprowadzić  z  gospodarstwa  z  Dalsrud!  Mówi,  że  pan  sobie  poradzi  z  tym 
sukinsy… że da pan radę z bykiem! – poprawił się. 
 

Elizabeth  ukryła  uśmiech.  Mężczyźni  często  tak  mówili  między  sobą,  ale  niektóre 

rzeczy nie nadawały się dla kobiecych uszu. 
 

Już  idę  –  odpowiedział  Kristian  pospiesznie.  –  Zostaw  konia,  weźmiemy  jednego  z 

naszych. 
 

- A co ze służącą? Miałeś po nią jechać! – przypomniała mężowi Elizabeth, ale on już 

zniknął za drzwiami obory. 
 

Wkrótce  patrzyła,  jak  Kristian  i  parobek  wyjeżdżają  z  podwórza,  a  spod  kół  wozu 

strzela  żwir.  W  duchu  modliła  się,  by  nikomu  nic  się  nie  stało.  ze  unarodowionymi 
zwierzętami nie było żartów, sama słyszała o ludziach, których byk zabódł na śmierć. 
 

-  Ole!  –  krzyknęła,  gdy  parobek  wrócił  z  przystani.  –  Podjedź,  proszę.  Kristian 

pojechał  pomóc  lensmanowi  ze  znarowionym  bykiem,  więc  ty  musisz  jechać  po  nową 
służącą. 
 

- Teraz? Zaraz? 

 

- A masz co innego do roboty? 

 

- Właściwie nie, ale myślałem… 

 

- Myślałeś, że pogawędzisz przy kawie z Amandą? Później znajdziecie na to czas. Ona 

i tak ma jeszcze dużo pracy. Kristian wziął ogiera, więc tobie zostaje drugi koń. Wiesz, gdzie 
masz jechać? – krzyknęła za parobkiem, gdy ten ruszył do obory. 
 

- Tak, tak, dziewczyna przypłynęła wczoraj i zatrzymała się u Jagodowej Artine. 

 

Elizabeth  skinęła  głową  i  weszła  do  domu.  Że  też  niektóry  noszą  takie  dziwne 

przydomki.  Artine  dorobiła  się  swojego  po  tym,  jak  uzbierała  w  lesie  cały  kosz  jagód  i 
zaniosła go pastorowi. Dowiedziawszy się, że Artine przyjmuje na noc gości, za odpowiednią 
opłatą, Elizabeth postanowiła u niej umieścić nową dziewczynę. 
 

- Gdzie jedzie Ole? – spytała Amanda, gdy tylko stanęła w drzwiach kuchni. 

 

- Po służącą, Kristian musiał pomóc lensmanowi ze znarowionym bykiem. – Elizabeth 

dostrzegła  błysk  niezadowolenia  w  oczach  dziewczyny,  ale  postanowiła  to  zignorować.  – 
Wytrzyj podłogę na korytarzu – rzuciło krótko. 
 

- Przyjeżdża do nas król czy służąca? – spytała Amanda ze złością. 

background image

 

71

 

Elizabeth wbiła w nią spojrzenie. 

 

- Możesz się zamienić z Helene i ubijać masło, tam też się przydasz. 

 

Służąca zacisnęła wargi i zniknęła za drzwiami.  

 

- Z zazdrością nie ma żartów – zaśmiała się Helene i wróciła do pracy. 

 

-  Faktycznie  –  odparła  Elizabeth,  wpatrując  się  przed  siebie  w  zamyśleniu.  –  Ale 

chyba nie powinnyśmy się z tego śmiać. Nic dobrego z tego nie wyniknie, ani dla Amandy, 
ani dla Olego. 
 
 

Niedługo później na podwórzu zachrzęściły koła wozu. Elizabeth wyjrzała przez okno. 

 

- To ona – rzuciła przez ramię, 

 

Helene zaraz przyskoczyła do parapetu. 

 

-  Wydaje  się  bardzo  młoda  –  zauważyła.  –  Myślałam,  że  Bergette  poleci  nam  kogoś 

dorosłego. 
 

- Ma dwadzieścia jeden lat – odparła Elizabeth. 

 

Ole wskazał drzwi i powiedział coś służącej. Podniósł jej kufer i poszedł odprowadzić 

konia do obory. 
 

- Wejdź. – Elizabeth wyszła na schody. 

 

-  Dzień  dobry,  pokój  temu  domowi  –  powiedziała  dziewczyna,  dygnęła  głęboko  i 

wyciągnęła rękę. 
- Nazywam się Lina Monsdatter i będę pani nową służącą. 
 

- Witaj, Lino – odrzekła Elizabeth, mocno ściskając jej dłoń. 

 

Przybyła przedstawiła się wszystkim po kolei, za każdym razem dygając. Nawet Ane i 

Maria usłyszały od niej kilka miłych słów. 
 

- Masz ładne włosy – stwierdziła Ane, zerkając na długi, rudawy warkocz służącej. 

 

-  Dziękuję  –  odpowiedziała  dziewczyna  z  uśmiechem.  –  A  ty  jesteś  pewnie  córką 

gospodarzy? 
 

- Mhm, a Mara to moja ciocia. 

 

Lina  skinęła  głową,  najwyraźniej  nie  zamierzają  wypytywać  o  szczegóły  rodzinnych 

koneksji, Elizabeth bardzo się z tego ucieszyła. 
 

-  Ole  opowiedział  mi  po  drodze  o  was  wszystkich.  A  ty,  Amando,  jesteś  dokładnie 

taka, jak cię opisał. Piękna jak anioł. 
 

Amanda pokraśniała i zaczęła w pośpiechu zbierać naczynia z ławy. 

 

- Może jesteś głodna? – spytała Elizabeth, chcąc zmienić temat. 

 

-  Nie,  dziękuję,  ale  chętnie  bym  się  czegoś  napiła.  Na  dworze  straszny  skwar,  a 

przecież mamy dopiero czerwiec. 
 

-  Miejmy  nadzieję,  że  pogoda  się  utrzyma  –  rzuciła  lekko  gospodyni,  podając  Linę 

szklankę wody. – Usiądź i opowiedz nam coś o sobie – poprosiła i sama opadła na krzesło. 
 

- Proszę, to referencje z mojego poprzedniego miejsca pracy w Kabelvaag. – Służąca 

wyciągnęła dokumenty z płóciennej torebki. 
 

Elizabeth  rzuciła  okiem  na  pismo.  Poprzedni  gospodarz  chwalił  Linę  za  miłe 

usposobienie i uczciwość. Zaświadczał, że dziewczyna jest obowiązkowa i pracowita. 
 

- Całkiem nieźle – podsumowała, gdy już skończyła czytać. – Czemu zrezygnowałaś z 

tej pracy? 
 

- Moi gospodarze mają się przeprowadzić – wyjaśniła Lina, patrząc gospodyni prosto 

w  oczy.  –  Moja  rodzina  jest  uboga,  nie  mam  zamiaru  tego  ukrywać.  Jest  nam  ciężko, 
zwłaszcza odkąd tata zginął na morzu. Mam trójkę młodszego rodzeństwa. Muszę pracować. 
Wyjeżdżała, z domu z ciężkim sercem. Nie chcę być niewdzięczna, ale będę tęsknić do moich 
bliskich – wyznała i po raz pierwszy od przyjazdu spuściła wzrok. 
 

- To przecież zrozumiałe – powiedziała Elizabeth łagodnym głosem. 

background image

 

72

 

W kuchni pojawił się Ole. Sprawdził, czy czajnik wciąż jest gorący, i posłał gospodyni 

pytające spojrzenie. 
 

- Tak, kawa jest świeżo zaparzona. – Uśmiechnęła się do niego. – Helene, przyniesiesz 

filiżanki? Myślę, że możemy się napić wszyscy razem. Lubisz kawę, Lino? 
 

- Kiedyś próbowałam i pamiętam, że smakowała mi z mlekiem. 

 

Gdy  już  na  stole  stanęły  filiżanki  i  taca  z  ciastkami,  nie  pytana  przez  nikogo 

dziewczyna oznajmiła: 
 

- Najgorsze, że musiałam zostawić w domu narzeczonego. Ale obiecaliśmy sobie, że 

będziemy pisać listy, i kto wie, może kiedyś mnie tu odwiedzi? 
 

-  Masz  na  twarzy  takie  same  czerwone  kropki  jak  Daniel  i  Dorte  –  stwierdziła  Ane, 

wpatrując się w nową służącą. 
 

- Ane! – wykrzyknęła Maria, szturchając ją w bok. 

 

Lina zaśmiała się serdecznie. 

 

- A kto to Dorte i Daniel? 

 

- Mieszkają tam, gdzie my mieszkaliśmy kiedyś. Zanim poznaliśmy Kristiana. Ale oni 

mają dużo więcej kropek niż ty, bo ty masz je tylko na nosie. Ładnie są te kropki, sama bym 
takie chciała. 
 

- Nazywają się piegi – wyjaśniła jej Lina. – I bardzo się cieszę, ze ci się podobają, ale 

ja ich nie lubię.  
 

- Będziesz spała w pokoju Gurine, bo ona jest w niebie – poinformowała ją Ane. 

 

-  Gurine  była  tu  kucharką  –  wyjaśniła  Elizabeth,  zastanawiając  się,  czy  nie  odesłać 

córki do pokoju, plotła bowiem, co jej ślina na język przyniosła. – Była bardzo stara – dodała 
pospiesznie. 
 

- A Nikoline też umarła, chociaż wcale nie była stara – zauważyła Ane. 

 

- Zdarza się, że młodzi ludzie umierają – odrzekła jej Lina poważnie. 

 

-  Oj,  co  to  za  tematy  –  wtrącił  się  do  rozmowy  Ole.  –  Może  lepiej  dolejemy  sobie 

kawy? 
 

Amanda zerwała się z miejsca i napełniła filiżanki. 

 

- Podpiszemy umowę? – spytała Lina po chwili. 

 

- Tak – odrzekła Elizabeth, kończąc kawę. – Ale jeszcze nie teraz. Dokumenty nie są 

gotowe.  –  Postanowiła,  że  wykreśli  klauzulę  o  okresie  próbnym.  Cos  jej  podpowiadało,  że 
przybyła dziewczyna okaże się służącą na wagę złota. 
 

Kristian wjechał na podwórze, zsiadł z konia i niespiesznie zaprowadził go do obory. 

Na  szczęście  udało  im  się  schwytać  byka  bez  większych  kłopotów.  Rozsiodławszy  ogiera, 
zatrzymał się przy nim, poklepując go i rozmyślając o Jensie. Czy kiedykolwiek zdoła o nim 
zapomnieć?  Spotkanie  z  nim  było  prawdziwym  koszmarem.  Za  każdym  razem,  gdy 
przychodził list do Elizabeth, serce przestawało mu bić. A jeśli nadawcą był Jens? Wiele razy 
wydawało mu się, ze widzi go we wsi albo u kupca. 
 

Przeczesał  palcami  ciemne  włosy  i  wbił  ponury  wzrok  w  ścianę.  Oby  dobry  Bóg 

sprawił, by Elizabeth i Jens się nie spotkali. Otrząsnął się z zamyślenia i wtedy przypomniał 
sobie,  że  miała  przyjechać  do  nich  nowa  służąca.  Podszedł  do  brązowej  klaczy.  Zwierzę 
musiało dopiero co wrócić z drogi, było jeszcze zgrzane i spocone. A więc to Ole pojechał po 
dziewczynę. Dobry z niego parobek. Dzięki niemu Dalsrud słynęło ze zdrowych, zadbanych 
koni. 
 

Kristian ruszył do domu i aż podskoczył, gdy nagle otworzyły się przed nim kuchenne 

drzwi. 
 

- O, jesteś, Kristianie. Jak poszło u lensmana? – spytała Elizabeth. 

 

-  Całkiem  nieźle.  Byk  się  już  wybiegał  i  kiedy  po  niego  poszliśmy,  był  potulny  jak 

baranek. 
 

- To świetnie. Poznaj naszą nową służącą, Linę. 

background image

 

73

 

Elizabeth  wydawała  się  szczęśliwa.  Może  nareszcie  znalazła  kogoś,  z  kogo  będzie 

zadowolona, pomyślał Kristian. 
 

Na jego widok młoda kobieta zerwała się z miejsca, wyciągnęła rękę i dygnęła. 

 

- Dzień dobry, panie Dalrud. Nazywam się Lina Monsdatter. 

 

Kristian poczuł, że rob mu się gorąco. Spojrzał w bystre, niebieskie oczy dziewczyny, 

po  czym  przeniósł  wzrok  na  jej  rudawy  warkocz.  to  niemożliwe…  nie,  to  na  pewno  nie  ta 
sama osoba, którą widział w towarzystwie Jensa na kościelnym wzgórzu w Kabelvaag. Wziął 
się w garść i odchrząknął. 
 

- Dzień dobry. Witaj w naszym domu, Lino. Nie bądźmy już tacy oficjalni. Wszyscy 

domownicy  mówią  mi  po  imieniu.  –  Przełknął  ślinę.  –  Skąd  do  nas  przyjechałaś?  Elizabeth 
chyba nic mi o tobie nie mówiła. 
 

- Z Kabelvaag – odrzekła dziewczyna z uśmiechem.  

 

Kristian oddychał z trudem, musiał rozluźnić kołnierzyk koszuli. 

 

-  Aż  z  Kabelvaag  –  powtórzył,  mając  wrażenie,  że  wszyscy  obecni  czytają  w  jego 

myślach.  –  Nie  było  ci  ciężko  zostawić  rodzinę?  A  może  jesteś  zaręczona  i  masz  w  domu 
kogoś, kto na ciebie czeka? – Uchwycił ostre spojrzenie żony i natychmiast pożałował swoich 
słów.  Zachował  się  nad  wyraz  niestosownie,  pewnie  Elizabeth  zasypie  go  niepotrzebnymi 
pytaniami, gdy tylko zostaną we dwoje. 
 

-  Och  tak,  mam  rodzinę  i  narzeczonego  –  odpowiedziała  Lina  chętnie.  –  Ale  sam 

wiesz, jak to jest, nie można mieć wszystkiego. Przynajmniej nie zawsze. 
 

-  Nie,  masz  rację  –  wymamrotał  gospodarz.  –  Pójdę  się  przebrać  –  oświadczył  i 

opuścił kuchnie.  
 

Dobry  Boże,  pomyślał,  gdy  znalazł  się  już  w  sypialni.  Czy  naprawdę  los  był  tak 

okrutny, że przysłał narzeczoną Jensa pod jego dach? 
 

Splótł palce i wyszeptał: 

 

- Co zrobiłem, że zasłużyłem na cos takiego? Co zrobiłem? 

 
 

Elizabeth patrzyła na pola. Następnego dnia mieli zacząć żniwa. Wiedziała, że czeka 

ją  ciężka  praca  od  rana  do  wieczora.  Najpierw  zrobią  się  jej  na  dłoniach  wielkie  bąble  od 
grabi,  słońce  będzie  przypiekać  obolałe  plecy,  a  komary  ciąć  niemiłosiernie.  Mimo  to  się 
cieszyła. Od zawsze lubiła pracować na świeżym powietrzu. 
 

Spojrzała na Kristiana, który szedł właśnie przez podwórze. Ostatnio zachowywał się 

bardzo  dziwnie,  jakby  coś  go  dręczyło.  Czasami  łapała  go  na  tym,  że  siedział  przy  stole, 
mierząc ją spojrzeniem. Gdy pytała, o co mu chodzi, uśmiechał się tylko i mówił, że bardzo ją 
kocha.  Z  początku  cieszyły  ją  te  słowa,  ale  po  jakimś  czasie  powtarzane  wyznania  stały  się 
trochę nużące. 
 

Raz tylko spytał, jak sprawuje się nowa służąca z Kabelvaag. Jego zdaniem wszystko 

leciało  jej  z  rak  i  powinni  znaleźć  na  jej  miejsce  kogoś,  kto  lepiej  radzi  sobie  z  robotą. 
Elizabeth zaśmiała się wtedy w głos, przekonana, ze mąż stroi sobie z niej żarty. Gdy jednak 
zobaczyła,  ze  jest  poważny,  spytała,  co  ma  do  zarzucenia  Linie.  Wszystkim  domownikom 
dziewczyna  bardzo  się  podobała.  W  odpowiedzi  Kristian  potrząsnął  tylko  głową  i  zmienił 
temat. Na szczęście ostatnio wrócił mu humor. 
 

Elizabeth  odsunęła  od  siebie  te  myśli,  gdy  doszła  do  domu  i  zobaczyła  Linę  na 

schodach. 
 

- czemu tu siedzisz? Mam nadzieję, ze dobrze się czujesz? – zapytała. 

 

- Owszem, świetnie. Po prostu żal mi się kłaść w taki piękny letni wieczór. 

 

- Tak, masz rację. 

 

Nocne  faktycznie  były  piękne.  Szczególnie  gdy  dopisywała  pogoda.  Elizabeth  miała 

nadzieję,  że  nie  zacznie  padać,  dopóki  nie  zwiozą  całego  siana.  Spostrzegła  parę  ptaków 
przelatujących pomiędzy spiżarnią a stodoła. Czyżby zwierzęta w ogóle nie spały? 

background image

 

74

 

-  Ach  wspaniale  byłoby  skosztować  świeżego  czarniaka  z  chrupkim  chlebem.  – 

Służąca przymknęła oczy  na samą myśl. – Tak świeżego, ze rozpływała  się w ustach. A do 
tego dobre masło! 
 

Elizabeth natychmiast poczuła smak ryby na języku i skinęła głową. 

 

- Może popłyniemy i sprawdzimy, czy uda nam się coś złowić? – spytała nagle Lina, 

patrząc na nią z wyczekiwaniem. 
 

Gospodyni  wybuchnęła  śmiechem.  Rozbawiła  ją  bezpośredniość  pytania  i  dziecięcy 

zapał służącej. 
 

- Teraz? 

 

- Tak, czemu nie? – Lina przygryzła wargę. – Mam nadzieję, że nie jestem bezczelna? 

 

- W żadnym wypadku. – Elizabeth popatrzyła na ścieżkę prowadzącą do przystani. – 

No, czemu nie? – rzuciła lekko. – Powiedz tylko Helene, że idziemy, a ja znajdę sieci. 
 

Ruszyła  przed  siebie  biegiem.  Piasek  i  muszelki  chrzęściły  pod  podeszwami  butów. 

Od dawna nikt nie sprzątał ścieżki. Od dawna nikt nie sprzątał ścieżki. Powinno się to zrobić. 
Postanowiła zająć się tym po skończonych żniwach. 
 

W  szopie  na  łodzie  pachniało  mokrymi  liniami,  wodorostami  i  smołą  –  wszystkie  te 

zapachy  wiązały  się  nieodłącznie  z  tym  właśnie  miejscem.  Niektórym  przeszkadzały,  ale 
Elizabeth  bardzo  je  lubiła.  Znalazła  sieci,  wiadro  na  ryby  i  nóż  do  patroszenia.  Po  chwili 
usłyszała odgłos lekkich kroków w drzwiach pojawiła się Lina. 
 

-  Gotowe  –  oznajmiła  Elizabeth.  –  Weź  to  ode  mnie,  a  ja  przytrzymam  łódkę.  Co 

powiedziała Helene? 
 

- Że obie oszalałyśmy – zachichotała Lina, gramoląc się na pokład. 

 

Może i tak. Pomyślała gospodyni, czując się jak niesforne dziecko. Miejscowe panie 

domu  nie  miały  w  zwyczaju  wypływać  w  morze  w  środku  nocy,  do  tego  w  towarzystwie 
służących. Ale ja jestem przecież inna niż wszyscy, stwierdziła, i usiadła na tej samej ławce 
co Lina. Obie chwyciły wiosła  powoli odpłynęły od brzegu. 
 
 

Jaki był twój pierwszy mąż? – zapytała Lina po jakimś czasie. 

 

Elizabeth musiała się przez chwilę zastanowić. 

 

- Jens był moim pierwszym chłopakiem – zaczęła powoli, dziwiąc się samej sobie, że 

w  ogóle  komuś  opowiada  takie  rzeczy.  Jak  dotąd  całą  historię  znała  tylko  Helene.  –  Nie  – 
poprawiła się – nie tylko chłopakiem. Bawiliśmy się razem jako dzieci, a potem został moim 
najlepszym przyjacielem. Jens i ja byliśmy jednym. Tego się nie da opisać słowami. 
 

Dziewczyna skinęła głową. 

 

- Chyba rozumiem. To samo czuję, gdy myślę o moim pierwszym narzeczonym. 

 

Na  pewno  nie,  stwierdziła  Elizabeth  w  duchu.  Tylko  ktoś,  kto  doświadczył  wielkiej 

miłości, a później ją utracił, byłby w stanie to zrozumieć. 
 

Lina rzuciła sieci na dno łodzi. Wiadro było do połowy wypełnione rybami. 

 

- A jak on wyglądał? 

 

-  Miał  niebieskie  oczy.  Ciemnoniebieskie,  o  dużych  źrenicach  –  odpowiedziała 

Elizabeth  cicho.  –  To  właśnie  najlepiej  pamiętam:  jego  oczy.  Rzęsy  były  czarne,  chociaż 
włosy  miał  jasne.  –  Zamilkła,  nie  miała  siły  mówić  dalej.  Słońce  niknęło  w  morzu,  mewy 
krzyczały  nad  ich  głowami,  w  nadziei  na  chociaż  kawałek  ryby.  To  właśnie  jego  oczy 
najbardziej  pamiętam,  pomyślała  Elizabeth.  I  jego  zapach.  Jens  pachniał  słońcem,  wiatrem, 
trawą i ziemią. 
 

- Może już wrócimy? – zaproponowała Lina.  

 

Jej gospodyni skinęła głową. Całą drogę powrotną siedziała zatopiona w myślach. 

 
 

Cały dzień pracowali w  polu. Chociaż wszystko  wskazywało na to, że dobra pogoda 

się  utrzyma,  woleli  się  spieszyć.  Dzierżawcy  poszli  już  do  domu.  Elizabeth  odesłała  też 

background image

 

75

służące i Olego. Sama jeszcze grabiła ostatnie źdźbła siana. Nie zauważyła, że Krstian zakradł 
się od tyłu, dopóki nagle nie objął jej wpół. 
 

- Wiesz, że zostaliśmy zupełnie sami – szepnął jej do ucha. 

 

Poczuła ciarki przebiegające po jej skórze i w milczeniu skinęła głową. 

 

- I co z tym zrobimy? – spytał, rozpinając powoli guziki jej bluzki. 

 

Po  chwili  stała  już  z  obnażonymi  piersiami.  Sutki  stwardniały  na  chłodnym  wietrze. 

Wciąż stojąc za jej plecami, Kristian ujął jej piersi i zaczął je pieścić i ściskać tak mocno, że 
Elizabeth  jęczała  z  bólu  i  rozkoszy.  Czuła  jego  członek  przyciskający  się  do  jej  pleców. 
Ocierała się o niego podniecona. 
 

- Jesteś moją małą wiedźmą, wiesz? – zapytał Kristian ochrypłym głosem. 

 

Elizabeth  westchnęła.  Gdy  zaczął  rozpinać  guziki  jej  spódnicy,  poddała  mu  się 

bezwolnie. Wkrótce stała przed nim w samych pończochach i rozpiętej koszuli. Czuła dotyk 
szorstkiego  materiału  jego  spodni.  Bardzo  ją  to  podniecało,  o  wiele  bardziej,  niż  gdyby  był 
nagi. 
 

- Gdyby ktoś nas teraz zobaczył – wyszeptała gdy zbliżał palce do jej łona. 

 

- Znikąd nas nie widać. Przecież stoimy za stogiem. 

 

Nie  protestowała  już,  przyciśnięta  do  Kristiana  i  poddała  pieszczotom.  Jego  palce 

błądziły po całym jej ciele. 
 

- Jeszcze – błagała, napierając na niego. 

 

Cofnął się o krok. 

 

- Połóż się – rozkazał, a ona bez wahania to uczyniła. Z plecami opartymi o stóp siana 

patrzyła,  jak  mąż  zdejmuje  spodnie.  Koszulę  już  dano  z  siebie  zrzucił.  Jego  silne,  opalone 
ciało lśniło w popołudniowym słońcu. W końcu stanął przed nią, tak jak go Pan Bóg stworzył. 
Członek sterczał sztywny i nabrzmiały. 
 

Powoli Kristian położył się na niej i delikatnie w nią wsunął. Poruszał się w niej coraz 

szybciej. Nagle się zatrzymał. 
 

- Nie, nie przestawaj – wyszeptała, ale on nie odpowiedział. 

 

Przesuwał  się  coraz  niżej,  cały  czas  ją  całując.  Wiatr  chłodził  mokrą  od  jego  śliny 

skórę. Nagle Elizabeth poczuła jego oddech na swym łonie, ciepły i drażniący. Przycisnęła się 
do  Kristiana,  a  wtedy  on  znów  w  nią  wszedł,  natychmiast  osiągając  szczyt.  Po  chwili 
równocześnie opadli bez tchu. 
 

Kristian  ostrożnie  zsunął  się  na  bok,  jakiś  czas  leżeli  nadzy,  spoceni  i  zmęczeni. 

Elizabeth poczuła na sobie spojrzenie męża. 
 

- Tak bardzo, bardzo cię kocham. Mam nadzieję, ze zawsze będziemy razem, dopóki 

ś

mierć nas nie rozdzieli. 

 

- Nic nie zdoła nas rozdzielić – odpowiedziała mu z przekonaniem. – Nawet śmierć. 

W końcu spotkamy się w niebie, przecież wiesz. 
 
 

W  drodze  do  domu  trzymali  się  za  ręce.  Słońce  wisiało  nisko  nad  horyzontem, 

barwiąc  niebo  na  czerwono.  Powietrze  było  chłodne.  Elizabeth  wciągnęła  je  do  płuc  i 
westchnęła zadowolona. Czuła się jak największa szczęściara na świecie. 
 

W kuchni czekało już na ich jedzenie. 

 

- Spóźniliście się. – Helene zmierzyła gospodarzy wzrokiem. 

 

Elizabeth poczuła, że się czerwieni. 

 

- Tak, mieliśmy jeszcze coś do zrobienia. 

 

- Rozumiem. Bluzkę masz rozpiętą – chichocząc, szepnęła jej do ucha przyjaciółka. 

 

- Dostałam list! – oznajmiła Lina z radością. – Od mojego narzeczonego z Kabelvaag! 

Pisze,  że  był  u  nich  fotograf,  i  wysłał  mi  swoje  zdjęcie!  Przystojny,  prawda?  –  zapytała  z 
uśmiechem, pokazując fotografię Elizabeth i Kristianowi. 
 

background image

 

76

Posłowie 
 
 

W rozdziale szóstym Jens wyobraża sobie, że został zakuty w kajdany i osadzony w 

więzieniu  w  Kabelvåg.  W  ten  sposób  traktowano  tam  najbardziej  niebezpiecznych 
przestępców. Jeszcze w 1932 roku jeden z więźniów został przykuty do ściany celi żelaznym 
pasem  i  kajdanami.  Mężczyzna  ten  został  oskarżony  o  gwałt  i  morderstwo  na    młodej 
dziewczynie. 
 

Zdarzyło się, że więźniom udawało się uciec z tego więzienia. Po okolicy wciąż krąży 

historia  o  jednych  z  nich,  który  zbiegł  przez  komin.  Nikt  nie  wie  do  końca,  w  jaki  sposób 
udało  mu  się  tego  dokonać,  więzienie  jest  bowiem  piętrowe  i  ma  dobudowany  strych.  Inny 
mężczyzna  przepiłował  podobno  kraty  za  pomocą  żyletki,  ale  nie  zdołał zbiec  –  w  ostatniej 
chwili został schwytany. 
 

W  czasach,  w  których  rozgrywa  się  nasza  powieść,  często  trzymano  przestępców  o 

chlebie  i  wodzie.  Jednego  z  nich  zapytano,  co  myśli  o  takim  wikcie.  :Nie  jest  najgorzej”, 
odpowiedział.  „Ale  ta  woda,  to  było  straszne.  Każdego  dnia  wstawiali  mi  do  celi  całe 
wiadro.” 
 

Więzienie  w  Kabelvåg  zostało  założone  w  roku  1866,  a  zamknięte  w  1977,  po  122 

latach  działania.  Szacowany  gmach  wciąż  stoi  na  swoim  miejscu,  dziś  mieści  się  w  nim 
szkoła plastyczno – filmowa. 
 

W  ostatnich  latach  funkcjonowania  więzienia  warunki  w  nim  panujące  stały  się 

bardziej  ludzkie.  Osadzeni  mogli  pomagać  miejscowym  gospodarzom  w  zbieraniu  torfu, 
kosili  trawę  w  ogrodzie  sędziego.  Gdy  przychodziła  pora  na  drugie  śniadanie,  strażnik 
dzwonił dzwonkiem, a więźniowie posłusznie wracali do zakładu. 
 

Na strychu otwarto warsztat stolarski i pracownię malarską. Zabawki, które wyrabiali 

osadzeni,  były  sprzedawane.  Autorka  tej  książki  sama  stała  się  tym  sposobem  dumną 
posiadaczką konia na biegunach. 
 

Chciałabym  podziękować  Torbjørnowi  Høydalowi,  burmistrzowi  Kabelvåg,  za  jego 

pomoc  i  informacje  o  miejscowym  więzieniu.  Jego  ojciec  był  mistrzem  malarskim,  swego 
czasu nauczycielem osadzonych. 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trine Angelsen