background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

SZTORM 

 

SAGA CÓRKA MORZA I 

 

PROLOG 
 
 

Lofoty, lato 2002 

 
 

Strych  był  zakurzony,  pachniał  starymi  książkami,  ubraniami,  meblami  –  po  prostu 

graciarnia.  Samotna  żarówka  u  sufitu  rzucała  skąpe  światło  na  podłogę  pośrodku.  Pod 
ś

cianami stały jakieś skrzynki, szafki, staroświecki gramofon i porzucony koń na biegunach. 

 

Elizabeth rozglądała się bezradnie, ale nie przestawała myśleć o letniskowym domku, 

do  którego  powinna  teraz  jechać.  Ale  nie,  musi  siedzieć  obok  matki  na  jakimś  przysypanym 
pyłem  strychu.  Jaki  sens  ma  porz
ądkowanie  tego  wszystkiego?  Gdyby  to  od  niej  zależało, 
sprzedałaby klamoty na pierwszym pchlim targu. 
 

Matka spojrzała przez ramię

 

- No i jak, zaczęłaś już sprzątać

 

- Zaczęłam. Pracuję, jak mogę – westchnęła Elizabeth, próbując dostać się do skrzyni, 

stojącej głęboko pod skośnym dachem. Skrzynia miała wypukłe wieko i kute w żelazie uchwyty 
po bokach. Była wyra
źnie nadgryziona zębem czasu. 
 

- Patrz, co znalazłam – powiedziała. 

 

Matka podeszła bliżej. Ostrożnie pogłaskała wieko i wyszeptała ledwo dosłyszalnie: 

 

-  Boże  kochanym  toż  to  wyprawna  skrzynia  Elizabeth  Andersdatter.  Słyszałam  o  tek 

skrzyni, byłam jednak pewna, że dawno temu zaginęła. Jakim sposobem ona się tu znalazła? 
 

- Elizabeth? To ta, po której dostałam imię? Super! 

 

- Tak, to twoja pra-pra-prababka, urodzona w 1854 roku. 

 

-  Zobaczymy,  co  jest  w  środku  –  podniecona  Elizabeth  przekręciła  wielki  klucz. 

Dziwny zapach uderzył w nozdrza, zapach jakiego nigdy przedtem nie czuła. Woń przeszłości! 
 

Wsunęła rękę w głąb i wyjęła czarną jedwabną chustkę

 

- Jezu, jaka śliczna! – Przytuliła policzek do materiału.  

-  Chłodna  –  zauważyła  zdumiona.  –  Chłodna  i  miękka,  jak  to  jedwab  –  zniżyła  głos.  –  Albo 
jak morze – dodała.  
 

-  Bądź  ostrożna  –  ostrzegła  matka.  –  Ta  chustka  wiele  dla  Elizabeth  znaczyła.  Moja 

babcia opowiadała… - umilkła na chwilę, a potem rzekła: - Ten, kto dał jej tę chustkę, nadał 
jej te
ż imię – „Córka morza”. 
 

Wyjęła ze skrzyni czarną, starannie złożoną suknię z grubej wełny. 

 

- Jest taka stara, że nie mam odwagi jej rozłożyć. To suknia Elizabeth od konfirmacji. 

 

Młoda osoba obok skrzyni musiała się uśmiechnąć

 

- Tak, tak ówczesne dziewczyny w mini nie chodziły – zadrżała, bo wyobraziła sobie, 

jak taka wełna musiała drapać skórę
 

-  Masz  rację,  wtedy  panowała  inna  moda  –  matka  odłożyła  suknię  z  powrotem  do 

skrzyni i oznajmiła: 
 

-  Zanim  przejrzymy  resztę,  musisz  wysłuchać  mojej  opowieści.  –  Mama  nigdy  chyba 

nie była taka poważna, pomyślała Elizabeth, kiwając głową. – Właśnie skończyłaś szesnaście 

background image

 

2

lat  –  mówiła  dalej  matka.  –  Czas  najwyższy,  żebyś  poznała  dzieje  Elizabeth  Andersdatter. 
Wszystko wskazuje, 
że jesteś do niej podobna. Ona też miała jasne włosy i jasnobrązowe oczy. 
 

Elizabeth  próbowała  tworzyć  sobie  obraz  tamtej.  Zawsze  wyobrażała  sobie  swoje 

prababki jako stare, przygarbione kobiety. 
 

-  Elizabeth  posiadała  wyjątkowe  zdolności.  Wdziała  rzeczy,  których  inni  widzieć  nie 

mogli. 
 

Elizabeth przewracała oczami zaskoczona. 

 

-  Rany  boskie,  mamo!  Oszczędź  mi  takich  historii.  To  najgorsze,  co  znam.  Nikt  już 

dzisiaj  w  takie  rzeczy  nie  wierzy.  Nas  interesuje  rzeczywistość.  Jesteśmy  ludźmi 
nowoczesnymi, mamy oczy i uszy otwarte… 
 

- Milcz! – krzyknęła matka, spoglądając na córkę tak surowo, że ta aż się skuliła. – Ja 

usłyszała,  tę  historię,  kiedy  miała  tyle  lat  co  ty  teraz,  moja  matka  także  poznała  ją  w  tym 
samym wieku. Teraz kolej na ciebie i 
żądam, żebyś wysłuchała, co mam do powiedzenia. 
 

- Przepraszam – mruknęła Elizabeth, odgarniając do tyłu półdługie włosy. 

 

Matka  kilka  razy  głęboko  wciągnęła  powietrze,  jej  pierś  unosiła  się  wyraźnie  i 

opadała. Milczała przez dłuższy czas, zanim zaczęła. 
 

- Czy ty nigdy nie przeżyłaś czegoś, czego nie potrafisz wytłumaczyć

 

Elizabeth zaczęła się zastanawiać

 

- Nie, w każdym razie nie pamiętam. 

 

- Nigdy ci się nie zdarzyło, że myślałaś o jakiejś piosence i nagle ktoś ją zaśpiewał? 

 

- No pewnie, ale to przecież przypadek.  

 

- A nigdy nie pomyślałaś: to już kiedyś przeżyłam? Albo nie przeczułaśże coś stanie 

się za parę sekund, coś, co ktoś przed chwilą ci opowiedział? 
 

Elizabeth  poczuła  zimny  dreszcz  na  plecach,  obciągnęła  krótką  bluzkę,  niesięgającą 

pępka. 
 

- Zdarzało mi się, to prawda, ale… 

 

- Wiesz pewnie, że tylko niewielka część mózgu jest wykorzystywana? 

 

- No pewnie, że wiem. 

 

-  A  co  w  takim  razie  robimy  z  resztą?  Jesteś  pewna,  że  nikt  nie  może  rozwinąć  i 

wykorzystać tych pozostałych części? 
 

- Możliwe… 

 

- Elizabeth Andersdatter nie mogła sobie kupić gazety, w której znalazłaby reportaż o 

ludziach, potrafiących takie rzeczy. Nie mogła pójść do biblioteki i wypożyczyć stosu książek 
na  temat  niewyja
śnionych  spraw.  Była  sama  i  wielokrotnie  ta  zdolność  wydawała  jej  się 
przekle
ństwem. 
 

-  Biedaczka.  –  Elizabeth  naprawdę  tak  uważała.  Głos  matki  znowu  wyrwał  ją  z 

zamyślenia. 
 

-  Oto  Biblia  –  mówiła  matka,  biorąc  dużą  zniszczoną  książkę,  oprawioną  w  skórę

Otworzyła ją na pierwszej stronie i pokazała napisane ręcznie zdanie. Przeczytała je głośno: 
Omma  Vincent  Amor.  –  To  po  łacinie  i  znaczy:  Miło
ść  wszystko  zwycięża.  Historię,  którą 
teraz ci opowiem, Elizabeth, ty powinna
ś przekazać swoim dzieciom. Ona nie może zaginąć
popa
ść  w  zapomnienie.  Chodź  na  dół,  usiądziemy  sobie  w  salonie.  Zajmie  nam  to  trochę 
czasu. Wszystko zacz
ęło się tamtego lata, po szesnastych urodzinach Elizabeth… 
 
Rozdział 1 
 
 

Lofoty, lato 1870 

 
 

Elizabeth wolno szła przez podwórze, niosła do obory dwa wiadra wody. W pół drogi 

przystanęła i ogarnęła wzrokiem wieś. Gdy zmrużyła oczy, miała wrażenie, że tysiąc gwiazd 

background image

 

3

migocze  na  zielononiebieskim  fiordzie.  Po  drugiej  stronie,  w  Storvika,  rozłożyło  się  kilka 
komorniczych zagród. Za daleko stąd, by mogła zobaczyć jakichś ludzi, ale wiedziała, że oni 
tam są i że z pewnością też pracują przy sianokosach.  
 

Przez całe życie – to znaczy przez szesnaście lat – mieszkała w Nymark. To pierwsza 

mała  zagroda,  którą  się  napotyka,  jadąc  drogą  nad  fiordem.  Dom  i  obora  szare,  wysmagane 
wiatrem. Torfowe dachy też sprawiają, że budynki zlewają się w jedno z naturą. Niewielkie 
gospodarstwo leży u podnóża góry, schodzącej niemal nad sam fiord. 
 

Liczne pokolenia ludzi zbierały kamienie, by uczynić pola urodzajnymi. Wiele głazów 

jednak trzeba było zostawić, a ziemia wokół nich nie nadawała się do uprawy.  
Elizabeth musiała się uśmiechnąć na wspomnienie baśni, jakie ojciec opowiadał – o trollach, 
wściekłych  tak,  że  tłukły  swoimi  potężnymi  łapami  w  górskie  ściany,  w  rezultacie  czego 
powstała mała odnoga fiordu i wszystkie głazy zalegające w okolicy. 
 

Dalej, w Neset, znajdował się dom Dorte. Z wyglądu tamto obejście nie bardzo różniło 

się od Nymark – nieduże i szare. A całkiem na skraju znajdowało się Heimly. Pan Bóg czynił 
wielkie  różnice  stwarzające  naturę.  Należące  do  Heimly  pola  były  rozległe  i  równe,  bez 
kamieni. 
Trawa rosła tam zielona i bardziej soczysta. Wyróżniał się też dom – piętrowy, pomalowany 
na żółto. Dziedziniec otaczały zabudowania: obora, chlew i spichlerz.  
W  dole,  nad  wodą  była  szopa  na  łodzie,  o  wiele  większa  i  ładniejsza  niż  u  pozostałych 
gospodarzy. 
 

Czy  to  o  takiej  okolicy  mówi  się,  że  jest  zapomniana  przez  Boga?  –  westchnęła 

Elizabeth. 
 
 

Zima  była  ciężka,  bo  połowy  zawiodły.  Nieustanne  sztormy  i  zawieruchy  nie 

pozwalały  rybakom  wypływać  w  morze,  brakowało  pieniędzy  na  kupno  mąki,  ludzie  żywili 
się  głównie  rybami,  złowionymi  przy  brzegu.  Od  dawna  próbowali  uprawiać  zboże,  ale 
ziemia  była  tu  zbyt  jałowa,  a  pogoda  przeważnie  nieprzyjemna.  Rodzice  Elizabeth  mieli 
nadzieję, że tej zimy uda im się spłacić pożyczkę zaciągniętą na zakup gospodarstwa, ale nic z 
tego  nie  wyszło.  Obejście  kosztowało  czterdzieści  talarów,  wciąż  dziesięć  pozostawało  do 
spłacenia. 
 

Ale  teraz  jest  już  lipiec.  Słońce  świeci  i  jeśli  wierzyć  kalendarzowi  ojca,  pozostanie 

tak  na  dłużej.  Wzrok  dziewczyny  znowu  podążył  w  stronę  Heimly,  gdzie  Jens  kosi  trawę. 
Była za daleko, widziała mało co, ale przecież dobrze wie, jak on wygląda. mogłaby swojego 
ukochanego opisać ze szczegółami. To przybrany Sun gospodarzy  Heimly. Miał siedem lat, 
kiedy  przyjechał  na  Lofoty  z  archipelagu  Vesteraalen.  O  rok  od  niej  starszy,  Elizabeth 
pamięta,  że  chodziła  już  wtedy  do  szkoły  i  uznała,  że  to  ona  powinna  przedstawić  małego 
sąsiada innym dzieciom. 
 

Na początku Jens nie mówił tym samym językiem co ludzie tutaj i starsi chłopcy go z 

tego  powodu  wyśmiewali.  On  jednak  szybko  zdobył  sobie  respekt  –  rzucił  się  na  jednego  z 
zaczepiających i spuścił mu lanie, chociaż tamten był od niego ze dwa razy starszy. 
 

Tak, Jens nigdy się niczego nie bał. Nie była pewna, kiedy ona i on zaczęli odczuwać 

do siebie nawzajem coś więcej; coś innego niż tylko dziecinną przyjaźń. Może miała wtedy 
koło  trzynastu  lat?  W  każdym  razie  serce  jakby  podskakiwało  w  piersi  na  jego  widok  i 
zawsze, gdy się spotykali, chciała wyglądać jak najładniej. Był jej taki bliski, jakby stanowił 
część jej istoty. Pragnęłaby wślizgnąć się pod jego skórę, czuć jego zapach, bicie jego serca, 
oszołamiało ją to i uszczęśliwiało. 
 

Jakaś mewa wrzasnęła nad  głową dziewczyny, jakby  chciała przypomnieć, że robota 

czeka. Matka przygotowywała w kuchni obiad, do Elizabeth należały porządki w oborze: 
 

- Robota i robota – burknęła sama do siebie. Zostawiła drzwi otwarte, by wpuścić do 

ś

rodka trochę światła.  

background image

 

4

Czy w życiu nie ma niczego więcej? Przyniosła trochę zeszłorocznej słomy i rozsypała ją w 
zagrodach  dla  zwierząt.  Nagle  w  oborze  pociemniało.  W  drzwiach  stanęła  nieduża  kobieta 
cała  ubrana  na  czarno.  Elizabeth  zdumiała  się,  że  w  taki  upał  kobieta  nosi  czepek.  Twarz 
nieznajomej pokrywała gęsta sieć zmarszczek. W ręce trzymała sękaty kij. 
 

-  Dzień  dobry  –  przywitała  się  staruszka.  Elizabeth  dostała  gęsiej  skórki,  miała 

wrażenie,  że  w  oborze  pojawił  się  lodowaty  wiatr.  Głos  nieznajomej  brzmiał  głucho,  jakby 
odbijał się echem od ścian. 
 

- Kim jesteś? – zdołała wykrztusić Elizabeth. 

 

- Nazywają mnie Lina-Laponka… a ty jesteś Elizabeth – rzekła stara. 

 

- Skąd wiesz, jak mam na imię? 

 

Nieznajoma  zaśmiała  się  ostro,  ale  zamiast  odpowiedzieć  na  pytanie,  ciągnęła  dalej 

swoje: - Skarżyłaś się przed chwilą na nieustającą pracę, Elizabeth, ale przeżyjesz w życiu o 
wiele większe wyznania. Bo widzisz, życie nie zawsze bywa lekkie. – Pokiwała głową, jakby 
dla podkreślenia wagi swoich słów. 
 

Elizabeth słyszała tylko, że mowa starej jest inna niż jej własna. Może to mieszanka 

jeżyka Lofotów z mową mieszkańców Finnmarku? 
 

- Skąd ty pochodzisz? – spytała, a głos jej drżał. Skuliła się, mimo że dzień był ciepły. 

 

- Myślę, że wolałabyś tego nie wiedzieć – odparła staruszka i mówiła dalej: - Musisz 

mnie  teraz  wysłuchać,  Elizabeth.  Ja  wiem  wszystko  o  twoim  losie.  Wiedziałam  to  już  w 
chwili,  kiedy  się  urodziłaś.  Strzeż  się,  Elizabeth,  strzeż  się.  Zło  bowiem może  być  większe, 
niż sobie wyobrażasz. Ale masz też zdolności, którymi możesz się posługiwać. Tylko uważaj, 
wykorzystuj je właściwie.  
 

- Jakie zdolności? – wykrztusiła Elizabeth, czując, że zbiera jej się na płacz. Narastała 

w niej złość, ale najbardziej strach – była śmiertelnie przerażona. 
 

- Potrafisz widzieć i słyszeć rzeczy dla innych niedostępne – odparła stara. – Zastanów 

się, umiałaś to od dzieciństwa.  
 

-  Nie  mam  żadnych  zdolności,  niczego  nie  umiałam!  –  krzyknęła  Elizabeth.  Z  oczu 

trysnęły jej łzy, dygotała jak w febrze. 
 

-  Tak,  tak  Elizabeth,  nie  wyprzesz  się,  przewidywałaś  wiatr  i  pogodę,  widziałaś 

zbłąkane w górach owce i znajdowałaś zagubione przedmioty. Mnie też widzisz, prawda? 
 

- Pewnie, że cię widzę! Ale teraz zbieraj się stąd! – wrzasnęła Elizabeth i ukryła twarz 

w dłoniach. 
 

- Pamiętaj, co ci powiedziałam – dotarł jeszcze do niej głos starej. 

 

Otarła zapłakaną twarz i chciała coś powiedzieć, nagle jednak zdała sobie sprawę, że 

kobieta zniknęła. 
 

Bliska  paniki  rozglądała  się  po  oborze.  –  Wiem,  że  gdzieś  jesteś.  Chowasz  się,  ty 

głupia babo! – krzyknęła ostatni raz przez ramię i pobiegła do domu. 
 

Chwytając powietrzem ze szlochem opadła na podłogę w kuchni. 

 

- Dziewczyno, co tobie? – spytała matka, stawiając garnek z ziemniakami na stole. 

 

Elizabeth otarła rękawem, wielokrotnie głęboko oddech, nim odzyskała mowę. 

 

- Widziałam jakąś panią w oborze. 

 

- Panią w oborze? – powtórzyła matka. – Czego chciała? 

 

-  Mówiła  jakieś  głupstwa,  a  potem  rozpłynęła  się  w  powietrzu.  –  Płacz  wrócił  i 

Elizabeth ukryła twarz w dłoniach. 
 

Matka stanęła przed nią: 

 

- Musisz się uspokoić, Elizabeth. Nikt nie rozpływa się w powietrzu. Ojciec opowiada 

ci  za  dużo  historii  o  huldrach.  Idź  teraz  do  strumyka,  umyj  twarz  i  przebierz  się,  zaraz 
będziemy jeść. 
 

- Sama z domu nie wyjdę – szlochała Elizabeth. 

background image

 

5

 

Jej mała siostrzyczka siedziała na stołku i przygryzała koniec cienkiego warkoczyka. 

Teraz zeskoczyła na podłogę i oznajmiła dorosłym tonem: 
 

- Ja z tobą pójdę. Mnie nie wystraszy pani, która pływa w powietrzu. 

 

-  Ona  nie  pływa,  Maria  –  poprawiła  Elizabeth.  Wyszła  za  siostrą  na  dwór.  Na 

szczęście  obora  znajdowała  się  daleko  od  strumienia,  po  drugiej  stronie  obejścia,  Elizabeth 
jednak trzęsła się ze strachu, ochlapując twarz i ramiona zimną wodą. 
 

- Skąd ta pani przyszła? – spytała Maria. Spoglądając z ciekawością na oborę. 

 

-  Nie  wiem  –  odparła  Elizabeth  krótko,  zaraz  jednak  stanowczo  dodała:  -  Nie  chcę 

więcej o tym rozmawiać.  
 

W  sieni  zdjęła  robocze  ubranie,  włożyła  codzienną  sukienkę,  po  czym  obie  z  Marią 

weszły do kuchni. 
 

Ojciec  też  już  przyszedł  i  siedział  przy  stole.  Najwyraźniej  wiedział,  co  się  stało,  bo 

matka uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo. Gdy spytała Elizabeth: 
 

- Widziałaś jeszcze tę panią? 

 

-  Elizabeth  nie  chce  więcej  o  tym  rozmawiać  –  poinformowała  Maria,  siadając  na 

swoim miejscu. 
 

Ojciec jak zwykle odmówił przed jedzeniem krótką modlitwę. 

 

- Ojcze Niebieski, dziękujemy ci za dobre jedzenie. Amen – zakończył. 

 

Elizabeth  pomyślała,  że  powinni  raczej  sobie  nawzajem  dziękować.  Ojciec  przyniósł 

do domu ryby, matka je przygotowała. Głośno jednak tego nie powiedziała. 
 

Przez jakiś czas posilali się w milczeniu. 

 

-  Odwiedziłam  dzisiaj  Dorte  w  Neset  –  rzekła  nagle  mata.  –  Nie  zawsze  jej  się 

wszystko układa. Niełatwo, jej żyć samotnej wdowie. 
 

Ojciec przełknął jedzenie, które miał w ustach. 

 

-  A  ja  uważam,  że  nieźle  sobie  radzi.  To  już  cztery  lata,  jak  Peder  utonął.  U  nas  w 

domu też by było marnie, gdybyśmy nie szukali pomocy u innych ludzi. 
 

Matka spojrzała na niego surowo, ale milczała. 

 

Elizabeth dziobała w talerzu. Nie mogła przestać myśleć o tym, co przeżyła w oborze. 

Wiedziała, co jej się ukazało, chociaż matka sobie z niej kpi. Czy powinna opowiedzieć o tym 
Jenesowi? A co będzie,  jeśli on też ją wyśmieje? Nie, chyba najlepiej zachować sprawę dla 
siebie. Stara powiedziała przecież, że jej życie nie będzie łatwe. Na myśl o tym żołądek jej się 
kurczył.  Ale  najgorsze,  co  przerażało  ją  najbardziej,  to  to,  że  zło  będzie  większe  i 
potężniejsze,  nuż  teraz  przypuszcza.  Rozmyślała  o  tym,  oddzielając  na  telerzu  rybę  od 
ziemniaków. 
 

- Elizabeth bawi się jedzeniem – poskarżyła Maria. 

 

Matka zirytowana uniosła wzrok. 

 

- Skończ z tym i jedz porządnie. 

 

Elizabeth zrobiła, co jej kazano. Przełykała kęs za kęsem, choć jedzenie wcale jej nie 

smakowało. Wiedziała jednak, że do następnego posiłku minie wiele czasu. 
 

- Dziękuję za obiad – rzekł ojciec, zostawiając brudny talerz na stole. 

 

Dlaczego  mężczyźni  nigdy  nie  zmywają?  –  pomyślała  Elizabeth,  ale  natychmiast  się 

zawstydziła, bo ojciec dodał: - Wracam na łąkę, do roboty. 
 

- My też niedługo przyjdziemy – obiecała Ane-Margrethe krótko i zaczęła sprzątać ze 

stołu. Ruchy miała szybkie.  
 

Maria uklękła na ławie i wyglądała przez okno. 

 

- Mogę iść na trochę do Indianne? – spytała cieniutkim głosikiem. 

 

- Co będziesz robić w Heimly? Mylisz, że oni nie mają swoich zajęć? – spytała matka. 

 

-  Tak,  ale  Indianne  jest  na  brzegu  i  zbiera  ślimaki.  Mogłabym  też  nazbierać,  to  tata 

będzie miał przynętę. 
 

- W takim razie idź, w imię Boże. Tylko nie siedź tam za długo. 

background image

 

6

 

-  Nie  –  obiecała  Maria  pospiesznie.  Zanim  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi,  Elizabeth 

usłyszała, że dziewczynka mówi: - Zaraz opowiem Indianne o pani, która pływa w powietrzu. 
 

Elizabeth pomogła matce przy zmywaniu. Nad paleniskiem grzał się wielki saganek z 

wodą, podniosły go obie i przelały wodę do drewnianej wanienki. 
 

-  Mamo  –  zagadnęła  Elizabeth,  by  przerwać  męczącą  ciszę.  –  Skąd  się  wzięło  moje 

imię? Czy dostałam je po kimś? 
 

Matka  przez  chwilę  patrzyła  przed  siebie,  zamyślona,  potem  uśmiechnęła  się  i  zły 

humor się ulotnił. 
 

- Nie, nikt w naszej rodzinie takiego imienia nie miał. 

Z żadnej ze stron. Prawdę powiedziawszy, kiedy chodziłam z tobą w ciąży, często śniła mi się 
moja  mama.  Ona  już  wtedy  nie  żyła,  więc  zgodnie  ze  starym  zwyczajem,  powinnaś  dostać 
imię po niej. 
 

= Dlaczego tak nie zrobiłaś? – spytała Elizabeth, biorąc czysty talerz. 

 

Matka zerknęła na nią spod oka i roześmiała się krótko. 

 

- Ona miała na imię Kentura. Chciałabyś odziedziczyć coś takiego? 

 

Elizabeth  ze śmiechem  kręciła  głową.  Matka  milczała  przez  chwilę,  a  potem  zaczęła 

jakby w zamyśleniu: 
 

-  Przy  porodzie  była  Lina-Laponka,  właśnie  ona  pomogła  ci  przyjść  na  świat.  To 

ż

ebraczka, zjawiła się akurat, kiedy zachorowałam. 

 

Zimny dreszcz przeniknął Elizabeth, a głos jej drżał, kiedy spytała: 

 

- Lina-Laponka? Kto to taki? 

 

- Och, to bardzo dobra kobieta, w tamtych czasach chodziła od dworu do dworu. Ale 

po  twoim  urodzeniu  wyniosła  się  z  naszej  okolicy.  Pamiętam,  że  wpadła  w  złość,  kiedy 
usłyszała, jakie imię ci wybrałam. Uważała, że powinnam je zmienić, ale ja upierałam się, że 
Elizabeth to stare i bardzo piękne imię. 
 

Matka podała jej ostatni talerz i wytarła ręce w fartuch, mówiąc dalej: 

 

-  Dokładnie  nie  pamiętam,  co  jeszcze  wtedy  zostało  powiedziane,  dość,  że  sprawa 

skończyła się kłótnią między nami. A ostatecznie ona rzuciła na mnie klątwę. 
 

Kolana się pod Elizabeth ugięły, musiała usiąść na najbliższym krześle. 

 

- To nieprawda – wyszeptała. 

 

- Owszem, prawda. Ale kto by wierzył w takie głupstwa… 

 

- A co dokładnie powiedziała? – zdołała wreszcie wykrztusić Elizabeth. 

 

- Nie wiem, kto by pamiętał teraz takie rzeczy? To przecież było szesnaście lat temu. 

 

Elizabeth  czuła,  że  mdłości  podchodzą  jej  do  gardła.  Myśli  jak  szalone  krążyły  po 

głowie. Lina-Laponka! Czy to może być ta sama baba, którą widziała dzisiaj w oborze? 
 

-  Ona  zawsze  chodziła  w  czarnym  czepku  –  oznajmiła  stanowczo  –  nawet  w 

największy upał. I nosiła w ręce sękaty kij. 
 

- Tak, kiedy to mówisz, przypominam sobie, że tak było – odparła matka zdumiona. – 

To ojciec ci o niej opowiadał? 
 

- Ja widziałam ją dzisiaj w oborze, już ci mówiła, 

Tylko ty nie chcesz mi uwierzyć. 
 

Matka spoglądała na nią z niedowierzaniem. 

 

- Lina-Laponka umarła kilka lat temu, Elizabeth. Musiałaś widzieć kogoś innego. 

 

Kogoś innego? – pomyślała Elizabeth zrozpaczona. 

Kto by to mógł być? Rozsądnie jednak trzymała język za zębami. Ta wymiana zdań donikąd 
nie prowadzi. 
 

W milczeniu poszła za matką na łąkę i nie mówiono już więcej ani o Linie-Laponce, 

ani  o  innych  niewytłumaczalnych  zjawiskach.  W  obecności  rodziców,  daleko  od  obory, 
wydarzenie zdawało się odległe i nierzeczywiste. Ale całkiem zapomnieć o nim nie mogła. 
 

background image

 

7

 
 

Kiedy po południu rodzice zrobili sobie przerwę, Elizabeth wymknęła się, żeby pójść 

na spotkanie z Jensem.  
Za szopą na siano byli dobrze ukryci, z żadnych zabudowań nikt by ich nie zobaczył. To ich 
stałe miejsce spotkań. 
 

Elizabeth stała oparta o ścianę, Jens tuż przed nią z jedną ręką na jej ramieniu. Drugą 

głaskał  głowę  Elizabeth,  potem  skronie,  warkocze.  Ostrożnie  rozwiązał  wstążkę 
przytrzymującą włosy tak, że opadły na plecy. 
Sięgały jej teraz aż do bioder. 
 

- Dlaczego zawsze nie nosisz rozpuszczonych włosów? 

 

- Bo przeszkadzają. Poza tym jestem już na to za duża. – Elizabeth stanęła na palcach. 

Bardzo chciała być dorosła. 
 

- Wcale nie jesteś – powiedział Jens, całując ją delikatnie. 

 

Elizabeth  przymknęła  oczy.  Pocałunki  Jensa  przesuwały  się  w  dół  po  policzku,  w 

końcu dotarł do ust. Wtedy rozchyliła delikatnie wargi. Serce tłukło się głośno z podniecenia i 
strachu, że ktoś mógłby ich przyłapać. 
 

Dorównywała mu wzrostem, ale niedojrzałe jeszcze dziewczęce ciało było chudziutkie 

i  kanciaste.  Letnia  sukienka,  uszyta  w  zeszłym  roku,  wciąż  była  za  duża.  Jasnozielony 
materiał zwisał luźno. Ubranie na wyrost, powiedziała mama. Żebyś mogła je nosić wiele lat. 
 

- Czy twoi rodzice wiedzą, że spotykasz się ze mną za tą szopą? – spytał Jens. 

 

- Co ty sobie wyobrażasz? 

 

Jens wzruszył ramionami. 

 

-  Myślisz,  że  mówię:  „mamo,  pójdę  trochę  do  Jensa  za  szopę?”  –  Elizabeth 

zachichotała z drżeniem. 
 

- Czy ty się boisz? – spytał Jens. 

 

Zastanowiła  się.  jest  tyle  rzeczy,  których  się  boi,  między  innymi  tego,  że  zostaną 

przyłapani,  ale  najbardziej  boi  się  tych  uczuć,  które  ją  ogarniają,  kiedy  wymyka  się  na 
spotkania z Jensem. Tego mrowienia w całym ciele, szumu w uszach. A dzisiaj boi się tego, 
co przeżyła i tego, co powiedziała matka. Czy powinna powtórzyć to Jensowi? 
 

Potrząsnęła głową, włosy falowały na ramionach i na plecach. 

 

-  Piękne  –  powiedział  Jens  krótko  i  znowu  zaczął  ją  całować,  przeczesując 

równocześnie  palcami  jej  czuprynę.  Język  chłopca  szybko  odnalazł  drogę  do  jej  języka  i 
wkrótce  Elizabeth  poczuła,  że  ogarnia  ją  ciepło,  a  ciało  staje  się  bezwolne.  Ostrożnie 
zarzuciła Jensowi ręce na szyję i przycisnęła do siebie jego duże, rozgrzane ciało.  
On  przesuwał  dłonie  po  jej  plecach,  trzymał  ją  przy  sobie,  pieścił  biodra  i  pośladki.  Oboje 
oddychali ciężko. 
 

Elizabeth  poczuła  pulsowanie  w  dole  brzucha.  Pragnęła  czegoś  więcej,  choć  nie 

bardzo wiedziała czego. Jens ostrożnie położył ją na trawie, leżeli potem przy sobie, objęci. 
On gładził ją po całym ciele, ostrożnie wsunął rękę pod suknię i podniósł ją powyżej bioder. 
Odszukał    guziczki,  podtrzymujące  majtki  i  zaczął  je  rozpinać.  To  sprawiło,  że  Elizabeth 
odzyskała przytomność. 
 

- Co ty robisz? – spytała ochryple i usiadła. 

 

- Ty też tego chcesz, prawda? – spytał Jens, oczy mu błyszczały, próbował położyć ją 

znowu. 
 

-  Nie  –  odparła  zdecydowanie,  nie  bardzo  wiedząc,  przeciwko  czemu  tak  protestuje. 

Bo, owszem, chciała, ale jednocześnie w jego pieszczotach było coś przerażającego. Coś, nad 
czym nie miała kontroli. 
 

-  Muszę  ci  coś  powiedzieć,  Jens  –  mówiła  dalej,  z  ulgą,  że  wypuścił  ją  z  objęć. 

Usiadła, nerwowo skubała jakieś źdźbło, słyszała, że Jens westchnął głęboko i odsunął się od 
niej lekko. Ze wzrokiem skierowanym ku fiordowi szukała odpowiednich słów. 

background image

 

8

 

-  Dzisiaj…  -  zaczęła  niepewnie.  –  Dzisiaj  przytrafiło  mi  się  coś  niezwykłego. 

Sprzątałam właśnie w oborze, kiedy zobaczyłam jakąś panią. 
 

Elizabeth zrobiła przerwę, by jej słowa dotarły do Jensa. 

 

- Panią? A to dopiero! – rzekł Jens niechętnie. 

 

Słyszała  w  jego  głosie  złość  i  rozczarowanie,  postanowiła  jednak  się  tym  nie 

przejmować. 
 

- Ta pani powiedziała, że moje życie nie będzie łatwe. 

Ż

e widziała to już przy moim urodzeniu, że spotka mnie wiele złego, a to zło będzie większe i 

potężniejsze niżbym przypuszczała. Mówiła jeszcze więcej, ale wszystkiego nie pamiętam. 
 

Jens oparł się na łokciu. 

 

- Skąd ona się wzięła? 

 

- Tego nie wiem. – Elizabeth poczuła się odważniejsza, kiedy Jens w końcu zaczął jej 

słuchać. – Powiedziała tylko, że słyszę i widzę różne rzeczy, których inni nie dostrzegają. I że 
nazywa się Lina-Laponka. A potem moja mama powiedziała, że jedna taka, co się nazywała 
Lina-Laponka, rzuciła na mnie przy urodzeniu urok. 
 

To ostatnie nie było do końca prawdą. Lina-Laponka rzuciła klątwę na matkę, ale tego 

Jens nie musi wiedzieć. 
 

- A co twoja matka zrobiła, kiedy jej opowiedziałaś o tej kobiecie? – spytał Jens, tym 

razem rozbawiony. 
 

Elizabeth odwróciła się od niego. 

 

- Ty mi nie wierzysz? – spytała urażona. 

 

-  Ależ  wierzę.  Wydaje  mi  się  to  tylko  trochę  dziwne,  sama  musisz  przyznać,  że  jest 

dziwne. 
 

-  Tak,  to  dziwne  –  przytaknęła  Elizabeth  trochę  niechętnie,  zaraz  jednak  dodała  z 

uporem: - Ale nie wyobrażasz sobie, jak się przeraziłam, kiedy ona nagle zniknęła.  
 

- Zniknęła? – powtórzył Jens niczym echo. 

 

- Tak, na moment spojrzałam w inną stronę, a wtedy  ona przepadła. Potem umiałam 

opisać Linę-Laponkę, o której opowiadała mama, chociaż nigdy jej nie widziałam, ani o niej 
nie słyszałam. Zrozum, Jens, ja widziałam upiora! Bo Lina-Laponka nie żyje. 
 

Jens zbladł pod opalenizną. Minęła dłuższa chwila, zanim zapytał: 

 

- A potrafisz widzieć albo słyszeć coś, czego inni nie mogą? 

 

Elizabeth zastanowiła się. 

 

- Chyba zawsze potrafiłam, chociaż się nad tym nie zastanawiałam. Jak byłam mała, to 

myślała, że wszyscy tak mogą, a mama ani taka też nic mi nie mówili. Tylko że to nie zdarza 
się często i nie musi też długo trwać. Czasem może tylko kilka sekund.  Musisz mi obiecać, 
Jens, że nigdy nikomu o tym nie powiesz. Nie chciałabym się wystawiać na pośmiewisko.  
 

- No jasne, że nie powiem – obiecał z powagą. 

 

- Ale chyba mi wierzysz? – spytała. 

 

-  Wierzę  w  każde  twoje  słowo  –  odparł  stanowczo.  –  A  możesz  zobaczyć,  co  czeka 

mnie w przyszłości? 
 

Elizabeth  długo  mu  się  przyglądała.  Studiowała  każdy  rys  w  jego  twarzy,  by  się 

upewnić,  czy  sobie  z  niej  nie  żartuje.  Jens  ma  takie  piękne  oczy,  pomyślała  nagle. 
Ciemnoniebieskie jak morze. Rzęsy natomiast czarne i gęste. 
 

-  Nie.  Nie  ja  decyduję,  kiedy  to  się  ma  stać.  Pojawia  się  po  prostu  samo  z  siebie.  – 

Zamilkła  na  moment,  a  potem  dodała:  -  Dlatego  nikt  nie  chce  mi  wierzyć.  Więc  kto  by  mi 
uwierzył, gdybym powiedziała, że widzę przyszłość? 
 

- Pewnie nikt – przytaknął Jens szczerze i dodał: - Kiedy tak się teraz zastanawiam, to 

przypominam sobie, że wiele razy znajdowałaś coś, co zgubiłem. – Uśmiechnął się krótko. – 
Myślałem tylko, że bardzo pilnujesz porządku. 

background image

 

9

 

W  tej  samej  chwili  usłyszeli  Marię,  która  gadała  do  siebie  na  drodze.  Elizabeth 

zerwała się pospiesznie i zaplotła włosy, zanim wyszła siostrze na spotkanie. 
 

Maria zauważyła ich i krzyknęła: 

 

- Jens, miałam ci powtórzyć, żebyś wracał do domu. 

 

Chłopak uniósł rękę na znak, że słyszy. Potem odwrócił się do Elizabeth.  

 

- Uważam, że nie powinnaś tyle rozmyślać o tej babie, którą widziałaś w oborze. 

 

- Ale nie mogę przestać. Przecież nie codziennie widuje się upiory. 

 

- No tak, masz rację. A wiesz co, może później wypłyniemy na ryby? Będziesz mogła 

zająć myśli czym innym. 
 

Elizabeth skinęła z radością. 

 

- Dobrze, spotkamy się na dole, przy waszej szopie? 

 

-Mhm, ale to będzie dość późno, bo mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. 

 

- Dobrze, nie szkodzi. 

 

- No to do zobaczenia. – Pogłaskał ją palcem po policzku i pobiegł w dół. 

 

 

 

Rodzice  i  Maria  położyli  się  i  zasnęli,  zanim  Elizabeth  wymknęła  się  z  domu.  Nie 

chciała mówić matce, dokąd się wybiera w obawie, że jej nie pozwolą. Elizabeth już słyszała 
głos  matki:  „Tylko  pamiętaj,  że  jutro  też  jest  roboczy  dzień  i  musisz  wstać  razem  ze 
słońcem”. 
 

Dobrze,  dobrze,  wstanie.  Letnia  noc  była  jasna  i  ciepła,  krew  burzyła  się  w  żyłach, 

Elizabeth czuła się lekka i beztroska, biegnąc w drogą na brzeg. 
 

Jens siedział oparty o ścianę szopy na łodzie, na jej widok natychmiast wstał. 

 

- Jaka jesteś śliczna – powiedział, przyglądając się jej niebieskiej sukience. 

 

Elizabeth zarumieniła się. 

 

- E tam, to przecież stara codzienna sukienka, którą widziałeś już wiele razy. 

 

Chłopak uśmiechnął się i podszedł bliżej. 

 

- Ale mimo wszystko ty jesteś inna. Może dlatego, że masz rozpuszczone włosy? 

 

- Możliwe – powiedziała wymijająco, ale słowa Jensa bardzo ją ucieszyły. Wystroiła 

się dla niego, za nic na świecie jednak by się do tego nie przyznała. Nikt przecież się nie stroi, 
wypływając na ryby. 
 

- Chodź – powiedział Jens, kierując się w dół ku łodzi. 

- Muszę ją najpierw spuścić na wodę. Poczekaj chwileczkę. 
 

Kiedy wracał, brodząc, woda sięgała mu ponad kolana. 

 

- Przeniosę cię – powiedział i mimo protestów Elizabeth wziął ją na ręce. 

 

-  Och,  ty  głuptasie.  Przecież  sama  mogę  iść  –  wyrywała  się  niepewnie,  czując,  że 

przenika ją słodki dreszcz. 
 

- Ja jestem głuptas? O nie! Nie powinnaś sobie chyba zamoczyć nowej sukienki. 

 

Zęby Jensa są jeszcze bielsze na tle opalonej skóry, zauważyła Elizabeth. 

 

W łodzi siedziała z tyłu, a Jens wiosłował. Długie, umięśnione nogi wyciągnął przed 

siebie. Miał na sobie niebieską koszulę w tym samym kolorze co jego oczy, była tego pewna. 
Elizabeth  przesuwała  palcami  po  powierzchni  wody.  Fiord  trwał  nieruchomy,  gdzieś  daleko 
przy  brzegu  krzyczał  ostrygojad.  Jedyny  dźwięk  tutaj,  to  zgrzyt  wioseł  w  dulkach  i  cichy 
plusk za każdym razem, gdy wiosła cięły taflę. 
 

- Tutaj możesz zarzucić linkę z haczykami – uznał Jens. 

 

Elizabeth  odgarnęła  długie  włosy  na  plecy.  Cały  dzień  nosiła  je  zaplecione  w  ścisłe 

warkocze,  od  czego  zostały  piękne  fale.  Mokrymi  palcami  chwyciła  linkę  i  wyrzuciła  ją  za 
burtę, a Jens nieprzerwanie wiosłował. 
 

- Myślisz, że dużo złowimy? – spytała, pociągając miarowo linkę. 

 

-  Łódź  będzie  pełna  po  brzegi  –  odparł  Jens  z  udawaną  pewnością.  –  Pamiętam,  jak 

kiedyś byłem na zimowych połowach. Wtedy ryby było tyle, że morze aż się gotowało. 

background image

 

10

 

-  Aha,  już  ci  wierzę.  Oj,  spójrz  tam  –  Elizabeth  pokazywała  morświna, 

przepływającego opodal. 
 

- Uważaj, żeby cię nie porwał – roześmiał się Jens. 

 

Elizabeth śledziła zwierzę, dopóki nie zniknęło jej z oczu. 

 

-  A  pamiętasz,  jak  byliśmy  mali?  Strasznie  się  bałam  morświna,  kiedy  znalazł  się 

blisko łodzi, wrzeszczałam niczym zarzynane prosię. 
 

Jens zachichotał. 

 

-  Tak,  moje  biedactwo.  Potrzebowałem  pół  dnia,  żeby  cię  uspokoić,  a  potem  przez 

cały dzień wylewałem łzy z łodzi. 
 

- A ty zawsze musisz przesadzać – roześmiała się Elizabeth. – Poczekaj, już kilka razy 

coś szarpnęło linkę. – Pochyliła się, miała wrażenie, że na haczykach szarpie się kilka ryb. 
 

- Mam ci pomóc? – Jens złożył wiosła. 

 

- Nie, sama sobie poradzę. 

 

On mimo wszystko pociągnął linkę i do łodzi wpadły dwie małe rybki. – Nie możesz 

sobie  ubrudzić  pięknego  ubrania  –  powiedział,  czyszcząc  ryby.  Wnętrzności  wyrzucił 
mewom, które natychmiast przyleciały i walczyły z wrzaskiem o smakołyki. 
 

Elizabeth  przyglądała  się  Jensowi  ukradkiem.  Włosy  wyblakły  mu  na  słońcu.  Z  tyłu 

opadały na kark, ale było mu z tym do twarzy. 
 

Zarumienił się pod jej spojrzeniem. 

 

- O czym myślisz? – spytał. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami, w palcach zwijała kosmyk włosów. 

 

- Myślałam, że jesteś bardzo urodziwy – odparła zuchwale i patrzyła onieśmielona, jak 

chłopak znowu ujmuje wiosła. 
 

Płynęli przez jakiś czas w milczeniu, potem spytał: 

 

- Może przybijemy do jakiejś wysepki? 

 

Elizabeth skinęła bez słowa. 

 

skała była jeszcze ciepła po długim słonecznym dniu. 

Leżeli obok siebie na plecach i patrzyli w niebo. nocne słońce barwiło je na czerwono, żółto i 
pomarańczowo, jakby cały nieboskłon stanął w płomieniach. 
 

Elizabeth  po  omacku  odszukała  rękę  Jensa.  On  przewrócił  się  na  bok,  ujął  jej  dłoń  i 

dotykał leciutko wargami. Pachniał rybą. 
 

- Jesteś słodka – wyznał z powagą. 

 

Elizabeth poczuła pulsowanie w całym ciele. Jens często mówił jej miłe rzeczy, a to że 

ma ładną sukienkę, a to drewniaki, nigdy jednak nie powiedział jeszcze, że jest słodka. 
 

- Naprawdę jesteś – powtórzył. – Masz słodki nosek, śliczne jasnobrązowe oczy, lekko 

skośne słodkie brwi – takie cieniutkie, że wyglądają jakby były narysowane.  
I masz też słodkie usta, których teraz muszę spróbować. 
 

Zanim się zorientowała, poczuła jego wargi, wsunęła przez nie swój język i zarzuciła 

mu ręce na szyję. 
 

- Naprawdę jesteś słodka – powiedział Jens ze śmiechem. 

 

Elizabeth  miała  na  ciele  gęsią  skórkę,  z  podniecenia  i  od  nocnego  powietrza, 

przenikającego przez cienką bawełnianą sukienkę. 
 

-  Wracamy?  –  spytała  zdyszana.  –  Minęła  północ  –  dodała.  Mówiąc,  równocześnie 

podniosła się z miejsca, ale nie puściła jego ręki, kiedy razem wracali na dół do łodzi. 
 
 

Pracowali  na  łące,  okruchy  siana  wciąż  dostawały  się  pod  ubranie.  Słońce  stało 

wysoko na niebie wskazując, że  zbliża się pora obiadu. 
 

Elizabeth wyprostowała się i oglądała kolejny pęcherz na ręce, kiedy podszedł do niej 

ojciec. 

background image

 

11

 

- Fiord jest teraz taki spokojny i piękny, że aż szkoda cały dzień spędzić przy sianie. 

Jak  myślisz,  świeża  ryba  z  podpłomykami  i  masłem  mogłaby  znakomicie  smakować?  Taka 
ś

wieża, że aż podskakuje na patelni. 

 

Elizabeth zerknęła na niego spod oka. Czyżby ojciec słyszał, że w nocy wymykała się 

z domu? 
 

-  Mogłabym  wypłynąć  na  ryby  dziś  wieczorem.  Jens  z  pewnością  ze  mną  popłynie, 

jak go poproszę. 
 

Ojciec mrugnął niemal niezauważalnie. 

 

- To dzisiaj w nocy nic nie złowiliście? 

 

Elizabeth uśmiechnęła się do niego. 

 

- Nie, tylko jakieś dwa maleństwa, które Jens zabrał dla kota. 

 

- Łowiliście w niewłaściwym miejscu. 

 

- A wy o czym tak szepczecie? – spytała matka, podchodząc do nich. 

 

- Powiedziałem tylko Elizabeth, żeby wzięła Jensa i wieczorem wypłynęła na ryby. Ja 

sam nie mam czasu. 
A świeża ryba jest smakowita. Co ty na to? 
 

Matka strząsała siano z kołnierzyka bluzki. 

 

-  Ja  to  bym  powiedziała,  że  Elizabeth  powinna  się  wcześnie  położyć,  Bi  jutro  czeka 

nas kolejny dzień pracy.  
Z tego pływania po nocach niewiele wyniknie. 
 

-  Ale  jedzenie  przecież  musimy  mieć  –  rzekł  ojciec  spokojnie,  wciąż  spoglądając  w 

stronę fiordu. 
 

- Dobrze, róbcie, co chcecie. To, co ja mówię i tak nie ma znaczenia. – Odwróciła się, 

by odejść, ale nagle przystanęła. 
 

- Elizabeth, mogłabyś pobiec do Heimly, trzeba zanieść Ragnie włóczkę, którą dla niej 

ufarbowałam. 
 

Elizabeth bardzo się ucieszyła. Przy okazji porozmawia z Jensem. 

 

 

 

Spotkała go na podwórzu, właśnie wychodził z szopy. 

 

- Oj, co za nieoczekiwany gość – uśmiechnął się i pociągnął ją za warkocz. 

 

- Mam oddać Ragnie włóczkę, którą mama dla nie ufarbowała. I chciałam cię zapytać, 

czy dzisiaj też popłyniesz ze mną na ryby. 
 

Jens puścił jej warkocz i patrzył gdzieś w bok. 

 

- Przykro mi, ale obiecałem Dorte, że pomogę jej coś naprawić. 

 

Elizabeth poczuła bolesne rozczarowanie. Tak się już cieszyła. Planowała, że mogliby 

zabrać coś do jedzenia i picia, i posiedzieć znowu na skałach. 
 

- Czy ta sprawa u Dorte jest bardzo pilna? Chciałam powiedzieć, że nie wiadomo jak 

długo utrzyma się piękna pogoda. 
 

- Tak, to coś pilnego. 

 

Jens  spojrzał  w  jej  oczy.  Wygląda,  jakby  mu  było  przykro,  pomyślała  Elizabeth, 

przegryzając wargę. 
 

- Chyba nie jesteś zazdrosna? – spytał zaczepnie. 

 

- O kogo? O Dorte? – Elizabeth roześmiała się perliście.  

- Śmieszny jesteś, Jens. Miałabym być zazdrosna o jakąś podstarzałą babę? 
 

- Ona chyba nie jest stara. Pewnie nie ma trzydziestki. 

 

-  No  to  właśnie  jest  stara  –  powiedziała  Elizabeth  stanowczo.  Potem  znowu  się 

zamyśliła. – Wiesz, chodzi mi o tę historię z Laponką w oborze. Ty chyba nie myślisz, że ja 
sobie ją wymyśliłam? 
 

- Oczywiście, że tak nie myślę. Skąd ci to przyszło do głowy? 

 

Wzruszyła ramionami. 

background image

 

12

 

- Bo to bardzo dziwna historia, prawda? 

 

- Ja zawsze cię wierzę, niezależnie od tego, co mówisz. 

Bo jesteś moją ukochaną. 
 

Słowa  zapadły  w  mózg  Elizabeth.  Bo  jesteś  moją  ukochaną.  Po  raz  pierwszy  Jens 

ubrał w słowa to, co jest między nimi. Ukochana. 
 

Musiała odchrząknąć, zanim znowu mogła mówić. 

 

-  Możesz  oddać  Ragnie  tę  włóczkę?  Ja  muszę  wracać  do  domu,  pomóc  mamie  przy 

obiedzie. 
 

Cmoknęła go pospiesznie w policzek, odwróciła się i pobiegła do domu. A w głowie 

ś

piewały jej słowa Jensa. 

„Bo jesteś moją ukochaną”. 
 

 

 

Tego  wieczora  Elizabeth  siedziała  przy  oknie  i  robiła  na  drutach.  Pracowała  nad 

białymi rękawicami do połowu ryb. Dla ojca. obcięła trochę własnych włosów i dodała je do 
wełny,  którą  potem  uprzędła.  Dzięki  temu  rękawice  będą  miękkie  i  mocne.  Jeden  kciuk  był 
już  gotowy,  teraz  robiła  drugi.  Takie  rękawice  nazywają  się  palczatki.  Mają  po  dwa  kciuki, 
kiedy są przemoczone po wewnętrznej stronie dłoni, można je odwrócić, wykorzystując drugi 
kciuk. 
 

Wyjrzała  przez  okno  i  uśmiechnęła  się,  widząc,  że  Jens  idzie  do  domu  Dorte.  Pod 

pachną niósł szeroką deskę. To znaczy, że ma tam jakieś stolarskie zajęcia. Odwróciła się do 
okna plecami i pomyślała, że właściwie jest strasznie zmęczona. Jak dobrze byłoby wślizgnąć 
się  pod  okrycie  i  spać,  spać.  Do  robótek  na  drutach  była  wprawiona  od  wczesnego 
dzieciństwa, więc mogła na chwilę przymknąć oczy, a i tak się nie myliła. 
 

- Pracujesz we śnie? – spytała matka, która siedziała przy stole i łatała jakieś spodnie. 

 

Elizabeth otworzyła oczy i stłumiła ziewanie. 

 

- Jestem po prostu bardzo zmęczona. 

 

- Ale zanim się położysz, musisz skończyć tę rękawicę. 

 

Elizabeth  skinęła  głową.  Wiedziała,  że  protest  na  nic  się  nie  zda,  pracowała  więc 

szybciej, a myśli tymczasem błądziły własnymi drogami. Przez dłuższy czas siedziały obie w 
milczeniu, a robota rosła w palcach Elizabeth.  
W końcu to ona przerwała milczenie. 
 

- Powinniśmy jak najszybciej zebrać suche siano, bo niedługo zacznie padać. 

 

- Skąd ci to przyszło do głowy? – spytała matka, nie podnosząc oczu. 

 

-  Po  prostu  wiem  –  odłożyła  robótkę  i  wpatrywała  się  przez  okno  w  błękitne  niebo. 

nigdzie  ani  śladu  chmur.  –  Pójdę  ostrzec  tatę,  musimy  zebrać  to,  co  wyschło  –  oznajmiła 
Elizabeth zdecydowanie. 
 

- Elizabeth, co to za głupstwa? Masz dokończyć rękawicę, a nie zajmować się sianem. 

 

Elizabeth odwróciła się w drzwiach. Głos miała spokojny, ale stanowczy. 

 

-  Rękawica  może  zaczekać  –  powiedziała.  –  Ojciec  nie  będzie  jej  przecież  używał 

przed zimą. – Potem poszła do ojca do szopy na łodzie. 
 

Czyścił sieć do połowu fląder. 

 

- Tato! Musimy zaraz zebrać suche siano. Dziś w nocy będzie padać. 

 

Ojciec przerwał pracę i długo jej się przyglądał. 

 

- Będzie padać? Skąd ci to przyszło do głowy? 

 

-  Po  prostu  wiem.  Jeśli  ze  mną  nie  pójdziesz,  to  sama  wszystko  zrobię.  –  Przez 

moment  miała  wrażenie,  że  niedowierzanie  rodziców  jej  też  się  udzieliło,  ale  zaraz 
odepchnęła od siebie tę myśl, odwróciła się i poszła w stronę łąki. Nie słyszała kroków ojca, 
ale  wiedziała,  że  za  nią  idzie.  Podeszła  do  pierwszego  stojaka,  i  zaczęła  zdejmować  suche 
siano.  Kiedy  się  odwróciła,  ojciec  stał  obok  z  dwiema  długimi  linami,  które  rozciągnął  na 
ziemi. Razem ułożyli na nich siano i związali, potem ojciec zaniósł snopek do szopy. 

background image

 

13

 

 

 

Elizabeth stała i patrzyła w ślad za nim. Snop był tak wielki, że ojciec pod nim ginął. 

Dlaczego  o  nic  więcej  nie  zapytał?  Dlaczego  jej  się  nie  przeciwstawił  i  zabrał  się  do 
sprzątania  siana,  choć  niebo  takie  niebieskie?  Tylko  tam  przy  szopie  na  chwilę  ogarnęło  go 
zwątpienie,  potem  jednak  przyjął  do  wiadomości  to,  co  powiedziała.  I  zawsze  tak  robił. 
Przeniknęła ją radość, że ojciec jednak wierzy. 
 

Matka wyszła z domu, zamieniła parę słów z ojcem, zanim podeszła do Elizabeth. 

 

Nie  rozumiem,  taka  robota  późnym  wieczorem  i  to  przy  pięknej  pogodzie?  Ludzie 

gotowi pomyśleć, że nam się w głowach pomieszało. 
 

- Niech sobie myślą, co chcą – odparła Elizabeth, zdejmując siano ze stojaka. – To my 

na tym zyskujemy. 
 

Pracowali milcząc, ramię przy ramieniu, dopóki wszystkie suche siano nie znalazło się 

pod dachem. A wtedy nad górami pojawiły się czarne chmury. 
 
 

Elizabeth czuła, że ze zmęczenia kręci jej się w głowie, kiedy tej nocy znalazła się w 

końcu na posłaniu. Mimo wszystko sen nie nadchodził. 
 

Słoma chrzęściła w sienniku, rozłożonym na gołej podłodze, bo ani ona, ani siostra nie 

miały łóżek. Latem dobrze jest tak spać, ale zimną przez dziury w podłodze ciągnie lodowaty 
ziąb. Elizabeth przeniknął dreszcz na myśl o zimnej porze roku. 
 

W ciągu dnia dużo rozmyślała nad tą klątwą i nad niewyjaśnionymi zdolnościami. Na 

razie nie mogła nawet marzyć, by rodzice, a zwłaszcza matka, uwierzyli w tej jej zdolności. 
Dlatego  z  ulgą  przyjęła  fakt,  że  o  sianie  nie  było  więcej  mowy.  I  tak  dobrze,  że  Jens  jej 
wierzy. Przeciągała się, myśląc o ukochanym, kiedy dotykał jej ciała, pragnęła, by pieścił ją 
dopóki oszołomienie nie minie. 
 

Ostrożnie, żeby nie zbudzić siostry, ściągnęła nocną koszule przez głowę. Delikatnymi 

ruchami gładziła własne ciało zwłaszcza w miejscach, których przedtem dotykał Jens, ale to 
nie to samo. O tym, co robią jej ręce, mogła sama decydować. Ręce Jensa błądziły własnymi 
drogami, nie podlegały jej kontroli. Już samo to było tak rozkoszne podniecające. 
 

Maria przewróciła się na drugi bok i mamrotała  coś przez sen. Elizabeth na moment 

wstrzymała dech. Potem pospiesznie naciągnęła z powrotem koszulę i obróciła się do ściany. 
Tej nocy będzie miała dobre sny, sny o ukochanym. A jutro znowu się z nim spotka. Ostatnie, 
co  usłyszała  przed  zaśnięciem,  to  deszcz  bębniący  w  ziemię.  Jakby  w  niebie  otworzyły  się 
jednocześnie wszystkie śluzy. 
 
Rozdział 2 
 
 

Rano  Elizabeth  obudziła  się  z  wrażeniem,  jakby  dopiero  co  zasnęła.  Jednak  jakiś 

wewnętrzny  zegar  alarmował,  że  pora  wstawać.  Izba  była  zimna  i  wilgotna.  Elizabeth 
wkładała ubranie, trzęsąc się z chłodu. 
 

Nad paleniskiem wisiał saganek z wodą i wkrótce udało jej się rozpalić pod nim ogień. 

To był jeden z jej głównych porannych obowiązków, matka była pod tym względem bardzo 
surowa. Czekając, aż woda się zagrzeje, Elizabeth przetarła zaspane oczy i usiadła przy oknie. 
Szara mgła wisiała nad górami, przesłaniała dachy zabudowań. Minie sporo czasu, nim taka 
mgła  się  rozproszy.  Fiord,  jeszcze  wczoraj  migotliwy,  zielononiebieski,  dziś  wyglądał 
ponuro. 
Wąską drogę nad brzegiem zalewała błotnista maź. 
 

Elizabeth nadziwić się nie mogła nagłym zmianom pogody. Świat w blasku słońca jest 

taki piękny, a w niepogodę robi się szary i smutny. Oparła policzek o szybę i wpatrywała się 
w  dogorywającą  na  parapecie  muchę.  Miała  wyrzuty  sumienia,  że  nie  ostrzegła  sąsiadów  o 

background image

 

14

nadchodzącym deszczu.  Ale oni pewnie i tak by  jej nie uwierzyli. Bo kto by słuchał jakiejś 
dziewczyny wieszczącej deszcz, kiedy na niebie nie ma ani jednej chmurki? 
 

Myśli  kierowały  się  ku  Jensowi.  Zaczerwieniła  się  na  wspomnienie  tego,  co  zrobiła 

wczoraj  wieczorem.  Zdjąć  nocną  koszulę  i  dotykać  własnego  ciała…  tego  po  prostu  nie 
wolno!  Nikt  nie  pozwala  sobie  na    takie  rzeczy.  Czy  ona  nie  jest  trochę  nienormalna?  Ale 
kogo  o  to  pytać?  Na  pewno  nie  matkę.  A  gdyby  nawet  ktoś  taki  był,  to  jak  znaleźć 
odpowiednie słowa? 
 

Wzrok  powędrował  w  stronę  małego,  szarego  domku.  Dorte.  Nagle  Elizabeth 

zesztywniała.  Jakaś  znajoma  postać  wymykała  się  z  obejścia.  To  nie  może  być…  ale  kto  to 
jest,  taki  podobny  do  Jensa?  Nie,  to  musi  być  on!  To  Jens  o  brzasku  skrada  się  z  Neset  do 
domu.  Pod  pachą  niesie  deskę.  Czyli  że  nie  była  mu  potrzebna!  Wziął  ją  tylko,  by  ludzie 
myśleli,  że  będzie  pomagał  Dorte,  pomyślała  Elizabeth.  Ten  głupek!  Niesie  ją  teraz  z 
powrotem do Heimly. 
 

Serce  tłukło  się  w  piersi  boleśnie,  krew  szumiała  w  uszach.  Nie,  nie  Jens  i  Dorte! 

Pospiesznie złożyła ręce i mamrotała cicho: 
 

- Kochany Boże w niebiosach. Spraw, żeby to nie był Jens. Żeby to nie on po kryjomu 

wymykał się z domu Dorte. 
 

Dobrze jednak wiedziała, że ta modlitwa nie zostanie wysłuchana.  Late, na  Lofotach 

jest widno przez całą dobę i nawet mgła, wisząca nad okolicą nie pozostawia wątpliwości – 
nikt prócz Jensa tak nie wygląda. 
 

Trudno  uwierzyć,  że  wczoraj  wieczorem  mógł  jej  tak  kłamać  w  żywe  oczy!  Chciała 

płakać,  ale  oczy  miała  suche  niczym  piasek.  Ciało  odrętwiałe,  mózg  pusty.  Przymknęła 
powieki i wyszeptała: żeby to był sen, zły sen. Żebym znajdowała się na własnym posłaniu, 
kiedy  otworzę  oczy.  Ale  gdyby  znowu  uniosła  powieki,  nadal  widziała  Jens,  zdążającego, 
ukradkiem do Heimly. Nie mogła mieć żadnych wątpliwości – Jens spędził noc z Dorte. 
 
 

Kiedy  w  jakiś  czas  potem  matka  wstała,  Elizabeth  wciąż  siedziała  w  tym  samym 

miejscu. Ogień na palenisku wygasł, woda ostygła. 
 

- Nie dopilnowałaś ognia i wody na kaszę? – spytała matka zirytowana. 

 

Elizabeth  spojrzała  półprzytomnie  na  rodzicielkę  rozgarniającą  węgle  na  palenisku. 

Ruchy miała szybkie i gniewne. Jak niewiele trzeba, żeby ją rozzłościć… 
 

- Zapomniałam o tym – odparła Elizabeth krótko, wyciągnęła przed siebie zdrętwiałą 

nogę.  Musiała  długo  tak  siedzieć,  nie  dostrzegając,  że  czas  płynie.  Żołądek  zaciskał  się 
boleśnie.  Tak  bardzo  chciała  powiedzieć  matce,  o  czym  myślała,  i  o  tym,  że  Jens  całą  noc 
spędził u Dorte. Żeby to jeszcze u kogoś innego, ale u Dorte, tej starej baby! Elizabeth skuliła 
się na ławie i objęła ramionami kolana. Było jej niedobrze. Ta Dorte mogłaby przecież  być 
jego matką. 
 

-  Ty  często  ostatnio  błądzisz  myślami  daleko  do  Nymark  –  stwierdziła  marka. 

Brunatne włosy wiązała na karku w sztywny węzeł. Przedziałek miała taki prosty i wyraźny, 
ż

e widać było skórę. 

 

Elizabeth  czuła  się  bezbronna  wobec  jej  wielkiego  ciała.  W  dzieciństwie  było  ono 

miękkie  i  bezpieczne,  mogła  się  chować  w  objęciach  matki,  kiedy  życie  stawało  się  zbyt 
trudne. Teraz też miała ochotę tak zrobić. Wybuchnąć płaczem i opowiedzieć matce o tym, co 
boli.  Tylko  że  takie  zachowanie  już  jej  nie  przystoi,  a  i  chwila  jest  mało  odpowiednia  do 
zwierzeń. 
 

- Sama prosiłaś, żebym zaniosła włóczkę Ragnie – bąknęła Elizabeth. 

 

-  Wczoraj  prosiłam,  owszem.  Ale  mówię  ogólnie.  To  pewnie  za  tym  Jensem  tak 

biegasz – mówiła z przekąsem matka, której w końcu udało się ponownie rozpalić ogień. 
- Ale ja ci powiem, Elizabeth, trzymaj się z daleka od tych, którzy mają pieniądze i władzę. 
Znajdź sobie lepiej kogoś ulepionego z tej samej gliny co ty. 

background image

 

15

 

Elizabeth  chciałaby  spytać,  czy  tutaj  nad  fiordem  miałaby  jakiś  wybór.  A  poza  tym 

Jens jest przecież teraz z Dorte. Głośno powiedziała więc: 
 

- Jens i ja bawiliśmy się razem przez tyle lat i… 

 

Więcej  nie  była  w  stanie  wykrztusić.  Czuła,  że  płacz  dławi  ją  w  gardle.  Wyglądała 

więc  wciąż  przez  okno,  próbując  odzyskać  nad  sobą  kontrolę.  Nie  patrzyła  jednak  ku 
sąsiednim  dworom.  Tylko  nie  płacz,  tylko  nie  płacz,  powtarzała  sobie  w  duchu.  Żaden 
mężczyzna  nie  jest  godzien  twoich  łez.  Jeśli  z  niego  jest  taki  zdradziecki  głupek,  to  niech 
sobie będzie. Dam sobie radę bez niego. 
 
 

Deszcz  lał  przez  trzy  dni.  Ludzie  wykorzystywali  ten  czas  na  prace  pod  dachem  i 

Elizabeth cieszyła się, że nie musi spotykać Jensa. Potrzebowała czasu, by oswoić się z tym, 
co widziała. 
 

Był  wczesny  ranek,  Elizabeth  jak  zwykle  siedziała  na    ławie  pod  oknem.  Za  jej 

plecami  matka  przygotowywała  śniadanie,  gdy  otworzyły  się  drzwi  alkierza  i  wyszedł 
stamtąd ojciec z Marią. Zdarzało się dość często, że siostra w nocy budziła się, przechodziła 
do łóżka rodziców i tam już spała do rana. Jej brązowe, półdługie włosy były związane z tyłu. 
 

- No wygląda, że nareszcie deszcz ustaje – stwierdził ojciec. – Ale mgła jeszcze gęsta 

niczym kasza. Tak, tak. 
 

Ojciec był niewielkiego wzrostu, w dodatku ostatnio chodził pochylony, jakby krył się 

przed  czymś,  czego  inni  ludzie  nie  widzą.  Włosy  miał  jasne  jak  Elizabeth,  ale  ciemne  oczy 
ona musiała odziedziczyć po matce, bo ojciec miał niebieskie. 
 

- Elizabeth, bądź tak dobra i nakryj do stołu. 

 

Dziewczyna zrobiła, o co ją poproszono, ale poruszała się sztywno. Coś się chyba pod 

tym  kryje.  Kiedy  matka  nieoczekiwanie  odzyskuje  ten  dobrotliwy  głos,  to  zwykle  ma  do 
powiedzenia  coś,  czego  się  obawia.  Zachowuje  się  więc,  jakby  chciała  to  oswoić,  najpierw 
udobruchać  słuchacza.  Elizabeth  próbowała  pochwycić  spojrzenie  ojca,  ale  on  odwracał 
twarz. 
 

Usiedli,  ojciec  odmówił  modlitwę  i  potem,  jak  zawsze,  przez  jakiś  czas  jedli  w 

milczeniu. 
 

-  Elizabeth,  mamy  ci  coś  do  powiedzenia.  –  Matka  chrząknęła,  nim  mówiła  dalej:  - 

Znaleźliśmy ci miejsce w Dalsrud. Będziesz tam służącą. 
 

- Od kiedy? – Elizabeth ze zdumieniem usłyszała swój głos. 

 

- Pojedziesz na przełomie sierpnia i września.  

 

Dziewczyna próbowała spojrzeć ojcu w oczy. Tym razem się nie odwracał. Wyczytała 

w jego spojrzeniu coś jakby zaproszenie. Na moment ogarnęła ją irytacja na tego człowieka. 
Sprawia  wrażenie  wycofanego,  tchórzliwego.  Zawsze  pozwala  mówić  innym.  Zwłaszcza 
matce. 
 

-  Dobrze  wiesz,  jak  u  nas  teraz  jest  –  mówiła  Ane-Margrethe.  –  Po  prostu  żyjemy  z 

dnia na dzień. Ale w Dalsrud dostaniesz dziesięć talarów, wełnę z jednej owcy rocznie, no i 
oczywiście  jedzenie.  My  się  nie  skarżymy  na  jedzenie,  jakie  Bóg  nam  daje,  ale  mu 
dziękujemy, choć teraz jadamy przeważnie kaszę na wodzie i ryby. W Dalsrud będziesz się z 
pewnością odżywiać dużo lepiej. 
 

Elizabeth ogarnęła złość i poczucie bezsiły. Zacisnęła zęby/ Dalsrud! Nie chce jechać 

do  Dalsrud.  Chce  zostać  tutaj,  gdzie  jest  jej  dom.  I  gdzie  mieszka  Jens,  chociaż  on  jest  taki 
głupi, że składa nocne wizyty Dorte. 
 

-  Mamy  dziękować  Bogu  za  jedzenie,  mamo?  Czyż  nie  sami  je  zdobywamy  ciężką 

pracą?  Czyż  nie  powinniśmy  być  raczej  wdzięczni  sobie  nawzajem?  –  Słowa  wprost 
wypływały jej z ust, teraz nikt już by jej nie powstrzymał. – A tymczasem wy chcecie mnie 
wysłać z domu, żebym harowała dla innych ludzi. Ale to pewnie dlatego, że nie chcecie mnie 
dłużej oglądać. 

background image

 

16

 

Natychmiast  pożałowała  tych  słów.  Nigdy  przedtem  nie  była  taka  zuchwała  wobec 

rodziców. Zawsze pamiętała o nauce z dzieciństwa: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. 
 

- Dość! – Ane-Margrethe uderzyła pięścią w stół. – Nie bądź taka bezczelna! Idziesz 

do jednego z najlepszych miejsc w okolicy. Twoja niewdzięczność… 
 

- No dobrze, już dobrze – Andres spokojnie położył rękę na dłoni matki. 

 

Elizabeth miała łzy w oczach. 

 

- Dziękuję za jedzenie. Pójdę do obory – powiedziała, zatrzaskując za sobą drzwi. 

 

- Przecież nawet nie zjadła kaszy – narzekała matka. 

 

Maria siedziała i uklepywała swoją porcję łyżką. 

 

- Elizabeth i Jens robią tak – złożyła wargi w ciup i cmoknęła w powietrze. Elizabeth 

zdążyła jeszcze posłać jej ostrzegawcze spojrzenie. 
 

W  oborze  złość  przemieniła  się  w  strach.  Ostrożnie  otworzyła  drzwi  i  przygotowała 

się  na  spotkanie  kolejnego  upiora.  Serce  tłukło  się  jej  w  piersi.  Ale  czekały  ją  tu  tylko 
ż

yczliwe  poklepywania  kóz  z  ciężkimi  od  mleka  wymionami.  Stała  przez  dłuższą  chwilę, 

póki oczy nie przywykły do mroku i serce się trochę uspokoiło. Potem pospiesznie sprzątnęła 
w oborze. Kiedy doiła kozy, myśli wciąż niespokojnie krążyły w głowie. 
 

Jens spędził noc z Dorte, a ona sama ma rozpocząć pracę w Dalsrud. Chociaż mimo 

wszystko  miała  szczęście,  że  mogła  tak  długo  pozostać  w  domu.  Dzieci  z  biednych  rodzin 
często  oddawano  na  służbę  w  innych  dworach  już  w  wieku  pięciu,  sześciu  lat.  najpóźniej 
opuszczało się zwykle dom zaraz po konfirmacji. Gila w gardle narastała, Elizabeth z trudem 
przełykała ślinę.  
Gdyby  tylko  między  nią  i  Jensem  wszystko  układało  się  dobrze,  łatwiej  by  jej  było 
wyjeżdżać. Teraz będzie musiała się z nim spotkać, żeby powiedzieć mu o Dalsrud, i o tym, 
co widziała dziś rano. 
 

Raz po raz rzucała lękliwe spojrzenia ku drzwiom, czy przypadkiem nie ukaże się w 

nich Lina-Laponka. Z ulgą odstawiła wiadro i wyszła na światło dzienne. Mlekiem zajmie się 
matka. 
 

Elizabeth szczelniej otuliła się kurtką w chłodnym morskim powietrzu i poprowadziła 

zwierzęta  na  pastwisko.  Pachniało  świeżo  skoszoną,  mokrą  trawą.  Na  łące  należącej  do 
Heimy  widziała  stojaki  pokryte  brunatno-żółtym,  ociekającym  wodą  sianem.  Kozy  same 
odnajdywały drogę, skubiąc to tu, to tam jakieś źdźbła. Ona też znalazła kępę czarnych jagód, 
nazbierała owoców i wepchnęła je sobie do ust. 
 

Szła wąską ścieżką, wijącą się u stóp góry. Za domem Dorte na moment przystanęła. 

Wściekła i przygnębiona pozwoliła łzom płynąć. 
 

- Ty brudna babo – powtarzała szeptem, idąc dalej. 

 

Kiedy  dotarła  do  Ura,  opadła  na  mokry  mech  i  szlochała  tak,  że  cała  się  trzęsła.  Co 

Dorte i Jens będą robić, kiedy ona wyjedzie do Dalsrud? Co właściwie robili tej nocy? Myśli 
przelatywały  przez  głowę  niczym  błyskawice.  Całowali  się?  Boże,  czy  całowali  się  tak,  jak 
Jens  ją  nauczył,  z  językiem?  Czy  dotykali  się  nawzajem?  Czy  są  w  sobie  zakochani?  Nie, 
Dorte  nie  może  kochać  Jensa,  bo  jest  na  to  za  stara.  To  tak  samo  głupie,  jakby  rodzice 
Elizabeth mieli być w sobie znowu zakochani. 
 

Trochę  ją  to  uspokoiło   płacz  ucichł.  Wolno  powlokła  się  nad  rzekę  i  obmyła  twarz. 

Ocierała ją rękawem i głęboko wciągała powietrze. W końcu poczuła się lepiej. Zawróciła i 
ruszyła  w  drogę  powrotną.  Kiedy  mijała  stojące  nieopodal  powietrze.  W  końcu  poczuła  się 
lepiej.  Zawróciła  i  ruszyła  w  drogę  powrotną.  Kiedy  mijała  stojące  nieopodal  stare 
zabudowania, przeniknął ją dreszcz. 
Ludzie  mówią,  że  w  tym  opuszczonym  drewnianym  domu  straszy.  Kiedyś  była  to  zagroda 
komornicza  należąca  do  dworu  Heimly.  Ale  komornik  się  powiesił,  a  jego  żona 
wyprowadziła. Teraz ludzie gadają, że ten komornik straszy i nikt nie chce tu mieszkać. 

background image

 

17

 

Pobiegła  kawałek  w  dół,  dopóki  nie  straciła  obejścia  z  oczu,  potem  przystanęła  i 

zaczęła  się  zastanawiać.  Musi  dzisiaj  porozmawiać  z  Jensem.  Jens,  widziałam,  jak 
wychodziłeś wcześnie rano od Dorte. Co to znaczy? Tak powinna zapytać. 
 

A  on  odpowie,  uśmiechając  się  i  głaszcząc  ją  po  policzku:  nie  mogłem  spać,  bo 

myślałem o tobie… siedziałem na dworze, kiedy Dorte zawołała, że potrzebuje pomocy przy 
noszeniu wody do obory, bo rozbolały ją plecy.  
Wiesz, Dorte jest stara i schorowana. Bardzo się już posunęła w latach. 
 

Potem Elizabeth spyta, co robił z deską. Szukała jakiegoś rozsądnego wyjaśnienia i w 

końcu je znalazła: Jens z pewnością powie, że ją znalazł. 
 

Elizabeth  skrzywiła  nos  na  te  swoje  głupie  rozważania.  Wzruszyła  ramionami  i 

pomyślała, że wkrótce Jens wszystko naprawdę wytłumaczy. Sprawy znowu się ułożą. Nagle 
przestała rozumieć, czym się tak przejmuje.  
Lekkim krokiem ruszyła przed siebie, a ostatni kawałek przebiegła ze śmiechem. 
 
 

Zobaczyła Jensa nad wodą, wykopywał z piasku robaki. 

Wiedziała,  że  nie  każdy  może  się  tego  nauczyć,  że  to  specjalna  sztuka,  bo  robaki  szybko 
wpełzają  z  powrotem  pod  kamienie.  Obok  szopy  na  łodzie  zderzyła  się  z  Jakobem, 
przybranym ojcem Jensa. 
 

- Dzień dobry, Elizabeth. Co to tak biegasz rano po okolicy? 

 

Elizabeth  dygnęła,  rzucając  ukradkowe  spojrzenia  w  stronę  Jensa.  On  zauważył  ją  i 

pomachał ręką na powitanie, ale nie przerywał pracy. 
 

- No bo wyprowadzałam zwierzęta na pastwisko – wyjaśniła Jakubowi. 

 

-  A,  no  tak  –  mruknął,  siadając  na  progu  szopy  i  drapiąc  się  po  brodzie.  –  Tak, 

zwierzęta. 
 

Elizabeth nie bardzo go już słuchała. Dotarło do niej tylko, jak mówi, że ich zwierzęta 

dzisiaj wyprowadziła Ragna, jego żona. Elizabeth niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę 
w  nadziei,  że  Jakob  wkrótce  skończy,  a  ona  będzie  mogła  się  pożegnać  i  pójść  do  Jensa. 
Nauczono ją, że bardzo nieładnie jest przerywać dorosłym. 
 

Zajrzała do wnętrza szopy. Na ścianach wisiało tam mnóstwo sieci na ryby. O takich 

sieciach jej ojciec mógłby tylko pomarzyć. Pod sufitem ulokowano dwa nowe wiosła i cztery 
używane.  Szopie  znajdowały  się  też  deski.  Może  to  materiał  na  trumnę,  zastanawiała  się 
Elizabeth.  Ludzie  często  mają  takie  rzeczy  gotowe  do  użytku.  Skrzynia  na  podłodze  była 
zabrudzona krwią i rybimi odpadkami. Pachnie tu smołą i wodorostami, pomyślała. 
 

Jakob wciąż coś mówił, w pewnej chwili napotkała spojrzenie jego ciemnobrązowych 

oczu,  skinęła  głową  i  uśmiechnęła  się,  a  on  odpowiedział  jej  tym  samym.  Jaki  on  miły, 
przyszło jej do głowy. Dużo sympatyczniejszy niż Ragna. 
 

Na wodach fiordu kołysała się łódź z dwoma mężczyznami. Czyścili ryby, bo mewy 

wrzeszczały i kłębiły się nad wodą. 
 

Docierała do niej spokojna opowieść Jakoba: 

 

-  To  był  wielki  chwalipięta,  ten  facet.  Jak  myślisz,  co  mi  odpowiedział,  kiedy 

spytałem,  ile  sztuk  bydła  ma  w  oborze?  Musiałabym  policzyć,  odparł.  Potem  zaczął:  to  jest 
jedno,  a  tam  są  dwa…  i  tam  są  dwa…  -  a  tak  naprawdę  miał  wszystkiego  dwie  sztuki!  – 
Jakob wybuchnął głośnym śmiechem. – Tak, to był bardzo zabawny człowiek. 
 

W końcu wstał i przeciągnął swoje wielkie ciało. 

 

- No, trzeba wracać do roboty. Pozdrów tatę. 

 

Elizabeth dygnęła i uśmiechnęła się, a Jakob odszedł w stronę domu Jens oparł się na 

łopacie i przywoływał ją gestem. 
 

- jakob dzisiaj wyjątkowo gadatliwy – stwierdził, kiedy do niego podeszła. 

 

Elizabeth  przytaknęła.  Jens  zawsze  mówił  o  swoich  przybranych  rodzicach  po 

imieniu. Widocznie nie wydawało mu się naturalne mówić o nich mama i tata. 

background image

 

18

 

Chrząknęła, zanim zaczęła mówić: 

 

- To co, pomogłeś Dorte? – spytała. 

 

Jens  rozejrzał  się  wokół  rozbieganym  wzrokiem,  wbił  szpadel  w  piasek  i  odgarnął 

ręką jasną grzywkę. 
 

- Tak, pomogłem – przytaknął, popatrzył na przesłaniającą góry mgłę i dodał: 

 

- A tu nagle ten deszcz. Mam nadzieję, że siano nie zgnije. 

 

Elizabeth poczuła, że serce zamiera jej w piersi. Nie tak wyobrażała sobie spotkanie z 

Jensem. 
 

Chciała wypytać dokładniej o Dorte, ale odwaga ją opuściła. 

 

- Dostałam pracę w Salsrud – powiedziała zamiast tego. 

 

Jens wypuścił szpadel z rąk i zrobił krok w jej stronę. 

 

- W Dalsrud? Dlaczego… chciałem powiedzieć… 

 

- Mam już szesnaście lat – przerwała mu Elizabeth. – Zima była ciężka, potrzebujemy 

pieniędzy. Dostanę dziesięć talarów za rok i wełnę z jednej owcy. 
 

- Dziesięć talarów? – Jens gwizdnął przeciągle. – To mnóstwo pieniędzy. 

 

Elizabeth poczuła bolesne rozczarowanie. To jemu chodzi tylko o pieniądze? Nie jest 

mu przykro, że Elizabeth wyjeżdża? Ale skoro on jest taki, to ona też będzie. 
Dlatego odparła buńczucznie: 
 

-  Przepracuję  tam  ze  cztery  lata,  to  będę  mogła  kupić  sobie  taki  dwór  –  wskazała 

głową w stronę Nymark. 
 

-  Cztery  lata?  –  głos  Jensa  zabrzmiał  piskliwie.  –  Chyba  nie  masz  zamiaru  siedzieć 

tam cztery lata? 
 

Elizabeth obojętnie wzruszyła ramionami, ale patrzyła w inną stronę, odpowiadając. 

 

- Może. Kto wie? 

 

Jens kręcił głową. 

 

- Kiedy jedziesz? – Spytał w końcu. 

 

- Na przełomie sierpnia i września. 

 

- A przyjedziesz do domu na Boże Narodzenie. 

 

- Nie wiem. – Elizabeth przygryzała wargę. Nie czuła się już taka dzielna. Objęła się 

rękami i wstrzymała oddech. To zwykle pomaga powstrzymać płacz jakby łagodzi tę gulę w 
gardle. Myśli o tym, że Jens będzie pomagał Dorte nosić wodę, wydały jej się teraz po prostu 
głupie. 
 

- Tyle chciałbym ci powiedzieć, zanim wyjedziesz. – Jens podszedł i położył rękę na 

jej ramieniu. 
 

- Naprawdę? – Elizabeth patrzyła na niego wyczekująco. 

 

Cofnął rękę i wsunął ją do kieszeni. 

 

- Nie teraz. To znaczy… chciałem powiedzieć, że teraz byłoby mi łatwo to mówić. 

 

-  Czy  to  ma  coś  wspólnego  z  Dorte?  –  spytała  nagle  Elizabeth.  Kolor  twarzy  Jensa 

zmienił  się  ze  złocistobrązowego  na  czerwony,  Elizabeth  widziała,  że  chłopak  zesztywniał, 
patrząc równocześnie gdzieś ponad jej ramieniem. 
 

Odwróciła się. ku kamienistemu brzegowi szła Dorte. 

Elizabeth  najchętniej  by  uciekła,  ale  nogi  miała  jak  z  ołowiu.  Dorte  zauważyła  ich,  skinęła 
głową, a piegowate policzki pokryły się rumieńcem. 
 

Powinnam coś powiedzieć, pomyślała Elizabeth, ale nie była w stanie wykrztusić ani 

słowa.  Kącikiem  oka  widziała,  że  Jens  skrobie  stopą  w  złocistobiałym  piasku.  Tam  gdzie 
wykopywał robaki, piasek był czarny, pomieszany z gliną. 
 

- Popłyniesz ze mną zarzucić liny? – spytał. 

 

Elizabeth słyszała, że jego głos brzmi jakoś inaczej. 

Wciąż  wpatrywała  się  w  Dorte,  która  sypała  morski  piasek  do  wiadra.  Pewnie  będzie  nim 
szorować podłogę, pomyślała Elizabeth. 

background image

 

19

 

Dorte ponownie skinęła głową, przechodząc obok, ale nie patrzyła im w oczy. Nieco 

wyżej  na  drodze  spotkała  Rangę.  Dopiero  teraz  Elizabeth  zdała  sobie  sprawę,  że  istnieje 
wielka  różnica  między  kobietami  we  wsi.  Ranga  była  koścista,  gładko  zaczesane  włosy 
wiązała  na  karku  w  węzeł.  Dorte  miała  włosy  rude,  zaplecione  w  długi  warkocz.  jej  piersi 
były wielkie, talia szczupła, a biodra okrągłe. Elizabeth popatrzyła w dół na swoje chude, nie 
do  końca  rozwinięte  ciało.  Ze  złością  stwierdziła,  że  wciąż  ma  na  sobie  fartuch,  którego 
używała w oborze. 
 

- Popłyniesz ze mną zarzucić liny? – Powtórzył Jens za jej plecami. 

 

Elizabeth odwróciła się, płacz dławił ją w gardle, gdy mówiła: 

 

- Nie, nie popłynę. W domu czeka na mnie robota.  

 

Ruszyła  przed  siebie.  Pospiesznie,  unosząc  rękami  spódnicę.  Zachowanie  Jensa  i 

Dorte nie pozostawiało żadnej wątpliwości: oni spędzili tę noc razem. 
 

- Elizabeth, zaczekaj! – zawołał, biegnąc za nią. – Możemy spotkać się wieczorem za 

szopą? – spytał cienkim głosem. 
 

-  Nie!  –  Musiała  długo  chrząknąć,  zanim  mogła  mówić  dalej.  –  Mama  usłyszała,  że 

wychodzę z domu wieczorami. Poza tym mam tyle roboty w ciągu dnia, że nie starcza mi na 
to czasu – kłamała. Potem pobiegła do domu, a Łazy spływały jej po policzkach. 
 
 

Wkrótce  nadszedł  dzień  wyjazdu.  Matka  pomogła  jej  zapakować  tych  trochę  rzeczy, 

które miała zabrać ze sobą do Dalsrud. Posiadała niewiele. Kilka ubrań na zmianę i domową 
postyllę. W kartonowej walizce, która ojciec kupił na targu rzeczy używanych, zostało jeszcze 
dużo miejsca. Na samym wierzchu Elizabeth położyła przybory do pisania, które dostała od 
Jensa. 
 

Nie  spotykali  się  często.  Wprawdzie  Jens  wieczorami  rzucał  małe  kamyki  w  okno 

izdebki,  w  której  spała  Elizabeth,  ona  jednak  udawała,  że  nie  słyszy.  Jego  zdrada  była  zbyt 
wielka i zbyt ciężka, by mogła mu wybaczyć i udawać, że nic się nie stało. byli przyjaciółmi, 
później się w sobie zakochali. Teraz czasami Elizabeth wątpiła, czy rzeczywiście go kochała. 
Myśl o tym przerażała ją, ale skoro smutek i zazdrość zmieniły się w złość, łatwiej jej będzie 
wyjeżdżać. 
 

Któregoś popołudnia Jens przyszedł do Nymark i podarował jej przybory do pisania. 

 

- Może, gdybyś miała czas, napiszesz do mnie kilka słów – wyjąkał. 

 

Elizabeth  przyjęła  prezent  bez  słowa,  ale  w  sercu  czuła  chłód.  Pisać,  pomyślała.  Po 

co? Jens ma przecież Dorte… 
 

- Sam to kupiłem w karmiku Abrahama – wyjaśnił Jens. 

 

- Dziękuję – skwitowała Elizabeth, ale nie obiecała, że do niego napisze. 

 

Kiedy już wychodził, długo marudził przy drzwiach. 

Najwyraźniej chciał, żeby  ona też wyszła na dwór, to mogliby porozmawiać bez świadków. 
Elizabeth jednak udawała, że nie rozumie jego intencji, zajęta pracą. W  końcu nie mógł już 
dłużej zwlekać, musiał iść, z uszami po sobie. 
 

Elizabeth nie czuła się z tym dobrze, udawała twardszą niż jest. 

 

 

 

Matka,  która  tak  nagle  i  stanowczo  poinformowała  ją  o  miejscu  w  Dalsrud,  teraz 

całkiem się zmieniła. Z płaczem tuliła Elizabeth do siebie. 
 

-  Obiecaj  mi,  że  będziesz  się  zachowywać  porządnie,  tak,  byśmy  nie  musieli  się  za 

ciebie wstydzić. I dbaj dobrze o siebie. 
 

Elizabeth obiecała jej po raz chyba setny. 

 

-  Jak  już  będziesz  tam  jakiś  czas,  to  zapytaj,  czy  nie  mogłabyś  dostać  paru  dni 

wolnych  na  święta  –  mówiła  matka  dalej.  –  My  nie  mieliśmy  odwagi  wspomnieć  o  tym 
Dalsrudwi, kiedy umawialiśmy się w sprawie twojej pracy. 

background image

 

20

 

-  Dobrze,  zapytam  –  obiecała  Elizabeth.  –  A  jak  tylko  czegoś  się  dowiem,  to  zaraz 

dam wam znać. Opowiem wam też, jak mi tam jest. 
 

W końcu uściskała Marię, po czym razem z ojcem wsiadła na furkę. Pożyczyli wóz i 

konia od Jakoba. Na razie nie bardzo go potrzebował w gospodarstwie. Raz może się obejść. 
 
 

Elizabeth była bardzo dumna, że jadą tak wozem jak jacyś bogaci ludzie. Tylko brak 

wprawy ojca w powożeniu mógłby ich zdradzić. Miała nadzieję, że skoro oboje z ojcem mają 
na sobie niedzielne ubrania nikt nie uzna ich za biedaków. 
 

Jechali długo, ale Elizabeth cieszyła się wszystkim, co widzi. Na tych drogach bywała 

rzadko lub zgoła nigdy. 
Spotykali  dwory  naprawdę  okazałe,  o  wiele  większe  nawet  niż  Heimly.  Budynki  malowane 
na biało, kryte dachówką. Obory były tu większe i w ogóle więcej zabudowań niż w Heimly. 
Raz  po  raz  jednak  widziała  też  małe,  zniszczone  zagrody  komornicze  –  domki  o  jednym 
okienku, kryte torfem. 
 

- tato, ja jestem bardzo zadowolona – oznajmiła nagle. 

 

Ojciec bez słowa skinął głową. 

 

-  To  jasne,  że  będę  za  wami  tęsknić  –  ciągnęła  dalej  Elizabeth.  –  Ale  pomyśl,  ile 

nowin będę miała do opowiadania, kiedy znowu przyjadę do domu! I ile wspaniałych rzeczy 
poznam,  przeżyję…  -  przez  chwilę  siedziała  w  milczeniu,  potem  mówiła  dalej:  -  Będę 
pracować  z  całych  sił,  najlepiej  jak  potrafię,  tao.  I  zawsze  poproszę  o  pożyczenie  żelazka, 
ż

ebym mogła uprasować wszystkie swoje ubrania po praniu. 

 

Miała zamiar opowiedzieć, że mama to nawet jej majtki uprasowała, zanim włożyła je 

do walizki, ale powstrzymała się. o takich sprawach nie rozmawia się z mężczyznami. Poza 
tym  nie  tak  znowu  wiele  kobiet  chodzi  w  prawdziwych  majtkach.  Uważają,  że  to  męskie  i 
grzeszne.  Kobiety  najchętniej  używają  czegoś  takiego,  co  przypomina  nogawki  spodni, 
przypinają  je  do  paska  wokół  bioder,  jeśli  w  ogóle  noszą  majtki.  Mama  jednak  uważa,  że 
prawdziwe majtki są bardzo ciepłe, a nikt nie musi wiedzieć, co dziewczyna ma pod spódnicą. 
 

- Niedzielną suknię od razu powieszę, żeby się nie gniotła – oznajmiła zamiast tego. O 

tylu  sprawach  chciała  porozmawiać  z  ojcem,  ale  dała  spokój.  On  siedział  pogrążony  we 
własnych myślach. 
 

-  Tylko  dbaj  o  siebie  jak  najlepiej,  Elizabeth.  Chociaż  pochodzisz  ze  skromnych 

warunków, nie jesteś mniej warta niż inni. Pamiętaj o tym – rzekł ojciec z naciskiem. 
 

Zdumiały ją te poważne słowa. To takie niepodobne do ojca. 

 

Powtórzył raz jeszcze: - Obiecujesz mi? 

 

- Obiecuję – rzekła, kiwając głową. Potem skręcili na drogę prowadzącą do Dalsrud. 

 
Rozdział 3 
 
 

Elizabeth znieruchomiała w napięciu, patrząc z bliska na wielki, pomalowany na biało 

dom. A co będzie, jeśli jej tu nie polubią? Ciekawe jak też wyglądają pokoje? Nagle ogarnęła 
ją  panika.  Nigdy  jeszcze  nie  była  wewnątrz  takiego  wielkiego  i  pięknego  domu.  A  jeśli  nie 
poradzi sobie z obowiązkami i zostanie przepędzona z dworu? Co powiedzieliby ludzie, jak 
rodzice by to przyjęli? 
 

Kiedy  furtka  zatrzymała  się  na  dziedzińcu,  ona  siedziała,  nie  mając  siły  się  ruszyć. 

Ledwo  zauważyła,  że  ojciec  zeskoczył  i  coś  do  niej  powiedział.  Chcę  wracać  do  domu, 
pomyślała, rzucając pospieszne spojrzenie w stronę domostwa. Przepełniał ją okropny strach. 
Miała wrażenie, że dom szczerzy do niej zęby i mówi, że nie ma odwrotu. Koronkowe firanki 
w oknach i piękne kwiaty to rzeczy mające zwabić ją do środka. 
 

Przymknęła na chwilę oczy i głęboko wciągnęła powietrze. To, oczywiście, tylko gra 

wyobraźni  bo  jestem  przerażona  i  zdenerwowana,  powtarzała  sobie.  Coś  przyciągało  jej 

background image

 

21

wzrok ku jednemu oknu na strychu. Nagle serce podskoczyło jej w piersi jak szalone. Jakaś 
młoda  kobieta  patrzyła  prosto  na  Elizabeth.  Spojrzenie  było  natarczywe,  kobieta  miała 
woskowo białą skórę o delikatnej, niebieskiej poświacie. Elizabeth zadrżała, pomyślała, że ta 
pani  musi  być  chora.  Może  za  mało  przebywa  na  świeżym  powietrzu?  Kobieta  wolno 
pokręciła  głową,  jakby  chciała  powiedzieć:  wracaj  do  domu,  Elizabeth.  Pamiętaj,  że  cię 
ostrzegałam, to twoja ostatnia szansa! 
 

- Mogę ci pomóc? – spytał jakiś głos tuż obok Elizabeth. 

 

Dziewczyna podskoczyła. Jakiś mężczyzna, chyba dwudziestoparoletni uśmiechał się 

do niej. Włosy miał co najmniej tak samo czarne jak oczy. Jeden przedni ząb zachodził trochę 
na  drugi,  zauważyła  Elizabeth;  uznała,  że  to  bardzo  ładne.  Serce  biło  głośno,  kiedy  kręciła 
głową,  zsiadając  z  wozu  bez  pomocy.  Za  nic  na  świecie  nie  przyjęłaby  jego  ręki  po  to,  by 
pomógł jej zsiąść z wozu jak jakiejś eleganckiej pannie. 
 

- Krystian Dalsrud – powiedział, wyciągając rękę. 

 

- Elizabeth Andersdatter – wymamrotała, dygając. 

 

- Zdaje mi się, że cię przestraszyłem- mówił mężczyzna. 

 

- Nic nie szkodzi – odparła cicho. – Taka byłam zajęta widokiem tej pani na strychu… 

ona nie wygląda na całkiem zdrową. 
 

Krystian zmarszczył brwi. 

 

- Chora pani na strychu? – powtórzył. Potem roześmiał się cicho. – Musiałaś widzieć 

Nikoline. To nasza pokojówka. 
 

W  tej  samej  chwili  podszedł  ojciec  i  wyciągnął  rękę  na  powitanie.  Wymieniali 

uprzejmości. 
 

- Och, teraz powinniście spotkać się z gospodarzem. 

Zaraz pokażę wam drogę. Ojciec pracuje w swoim kantorze – objaśniał Krystian. 
 

W  drzwiach  spotkali  jedną  ze  służących.  Kiwnęła  im  krótko  głową  na  powitanie,  a 

Krystian  przedstawił  ją  jako  Helene.  Elizabeth  spojrzała  na  nią  pospiesznie.  Dziewczyna 
mogła  być  trochę  starsza  od  niej,  miała  pełne  kształty,  ale  nie  była  gruba.  Rude  włosy 
zaplatała w długi warkocz, z którego wymykały się luźne kosmyki. Helene nie wyglądała na 
zaniedbaną, może tylko trochę nieporządną. Uśmiechnęła się za to do Elizabeth ciepło. 
 

- Miło cię powitać. 

 

- Dziękuję, mnie też – powiedziała Elizabeth z nadzieją, że wkrótce poznają się lepiej. 

 

W  końcu  stanęli  przed  drzwiami  kantoru  Leonarda  Dalsruda,  jego  nowego 

gospodarza, i Elizabeth ponownie ogarnął przejmujący strach. 
 

Gospodarz siedział za wielkim biurkiem, ale na och widok natychmiast wstał. 

 

 

- To jest Elizabeth Andersdatter i jej ojciec, Anders Mekkelsen – oznajmił Krystian i 

natychmiast zniknął. 
 

Znowu  nastąpiły  uściski  dłoni  i  wypowiadano  jakieś  nieważne  słowa,  w  końcu 

poproszono  ich,  by  usiedli.  Elizabeth  siedziała  z  rękami  złożonymi  na  podołku  i  rozglądała 
się  ukradkiem  wokół.  W  wielkich  oknach  wisiały  ciężkie  zasłony,  a  naprzeciwko,  przy 
dłuższej ścianie stały dwa głębokie fotele i mały okrągły stolik. Zauważyła, że leży tam fajka, 
a obok popielniczka. A więc gospodarz pali. A wiadomo, że tytoń jest bardzo drogi! Krótsza 
ś

ciana  pokryta  była  od  podłogi  po  sufit  półkami  pełnymi  książek.  Boże,  że  też  widzę  tyle 

książek, pomyślała zdumiona. 
 

- Tutaj mam gotowy kontrakt – głos Leonarda wyrwał ją z zamyślenia. – Trzeba tylko 

podpisać.  Podsunął  im  arkusik.  Jakie  on  ma  grube,  białe  palce,  zdziwiła  się  Elizabeth, 
rzucając pospieszne spojrzenie na gospodarza. Miał czerwoną twarz, jakby  długo przebywał 
na słońcu. Brzuch sterczał pod piękną błyszczącą kamizelką. Włosy były koloru żółtoblond. 
Nie  jasne,  jak  włosy  Elizabeth,  ale  brudnożółte.  Pewną  ręką  Elizabeth  wypisała  swoje 
nazwisko, po dziecinnemu dumna z tego, że ma taki ładny charakter. A poza tym gospodarz 
dowiedział się, że umie pisać. 

background image

 

22

 

Leonard Dalsrud pociągnął za sznurek dzwonka, wiszący na ścianie. 

 

- Pewnie chcielibyście coś zjeść po takiej długiej podróży? – spytał. 

 

- Dziękuję za zaproszenie – odparł Anders – ale myślę, że powinienem niezwłocznie 

wracać do domu. 
 

Elizabeth pokręciła przecząco głową, kiedy gospodarz spojrzał na nią pytająco. Miała 

mdłości ze zdenerwowania i od tej jakiejś grozy, otaczającej dom, w którym się znalazła, i z 
pewnością nie przełknęłaby ani kęsa. 
 

Wkrótce potem zapukano do drzwi i weszła Helene. 

Tym razem dygnęła Ledo dostrzegalnie. 
 

- Pan gospodarz dzwonił? – spytała bezbarwnym głosem. 

 

-  Tak,  zajmij  się  teraz  Elizabeth.  Pokaż  jej  wszystko  i  naucz  zajęć,  które  będzie 

wykonywać. Zresztą będziecie mieszkać w jednym pokoju. No, dobrze, sama wiesz najlepiej, 
co  robić.  –  Roześmiał  się  rubasznie,  a  potem  jeszcze  uśmiechał  do  wszystkich  po  kolei. 
Andres  i  Elizabeth  odpowiadali  niepewnymi  uśmiechami,  Helene  natomiast  zachowała 
powagę. 
 

Po  kilku  uprzejmych  słowach  pożegnania  Andres  wstał.  Elizabeth  dygnęła  przed 

gospodarzem i wyszła z ojcem. W milczeniu patrzyła, jak wsiada na wóz. Ojciec popatrzył na 
nią z miłością i leciutko uniósł dłoń w geście pożegnania, po czym cmoknął na konia. Furka 
wyjechała  z  dziedzińca w  Dalsrud.  Elizabeth  stała  i  nieustannie  mrugała.  Ma  szesnaście  lat. 
nie powinna płakać.  
 

- Boisz się tego, co cię czeka? – spytała Helene. Wyszła za Elizabeth i stała kawałek 

za nią, gdy dziewczyna żegnała się z ojcem. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Nie powinnaś – pocieszała Helene. – To całkiem zwyczajna praca – sprzątanie, opiek 

nad  zwierzętami.  Zresztą  przez  cały  czas  będziesz  pracować  ze  mną,  wszystko  się  ułoży, 
zobaczysz. A teraz chodźmy do kuchni, żebyś przywitała się z pozostałymi domownikami. 
 

Pośrodku  dłużej  izby  stał  długi  stół.  Przy  jednym  końcu  siedziała  dziewczyna  o 

ż

ółtych  włosach  pod  białym  czepeczkiem.  Obok  niej  chłopiec,  może  dwunastoletni,  a  przy 

piecu stała rosła, tęga pani około sześćdziesiątki i przygotowywała obiad. Pachniało mięsem. 
Solony, mięsem. Kiedy ja ostatnio jadłam coś takiego? – zastanawiała się Elizabeth. 
 

- Przywitajcie się z Elizabeth, to nasza nowa służąca – oznajmiła Helene. – Tam przy 

końcu stołu siedzi Nikoline – mówiła dalej, wskazując dziewczynę o żółtych lokach. – Dalej 
siedzi Ole, a to jest Gurine. 
 

Tęga pani imieniem Gurine podeszła i ujęła rękę Elizabeth w obie dłonie. 

 

-  Mam  nadzieję,  że  będziesz  się  u  nas  dobrze  czuć.  Ja  w  każdym  razie  zrobię 

wszystko, żeby tak było. Wiem, że niełatwo jest znaleźć się w całkiem nowym miejscu. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się, poczuła, że zalewa ją fala ciepła i dobroci dla tej kobiety. 

Potem  skierowała  wzrok  w  stronę  Nikoline  i  skuliła  się.  blada,  szczupła  twarz  tamtej 
wyrażała czystą wrogość, dziewczyna wpatrywała się zmrużonymi oczyma w Elizabeth. 
 

-  Aha,  to  ty  jesteś  ta  nowa  do  obory  –  wycedziła  przez  zęby,  mierząc  ją  od  stóp  do 

głów. 
 

Elizabeth czuła, jak te słowa ją ranią, ale odpowiedziała spokojnie: 

 

-  W  oborze    z  pewnością  dam  sobie  radę,  ale  chyba  i  w  domu  znajdą  się  dla  mnie 

jakieś obowiązki? – Zdziwiła się, jak dziwnie tamta dziewczyna mówi, ale nie skomentowała 
tego. 
 

Nikoline przewracała oczami. 

 

-  Jakie  obowiązki  miałyby  na  ciebie  czekać  tutaj  w  domu?  Noszenie  torfu  i 

szorowanie podłogi? Nie, najlepiej pasujesz do obory. – Nikoline potrząsnęła głową, a potem 
poprawiła swoje loki. 

background image

 

23

 

- Czy to ty nosiłaś do tej pory torf i szorowałaś podłogi? – spytała Elizabeth, czując, że 

dławi ją złość. 
 

Kiedy  Nikoline  otworzyła  usta,  żeby  się  odciąć,  przerwała  jej  Helene:  -  Moim 

zdaniem  powiedziałaś  już  dość,  Nikoline.  Chodź,  Elizabeth,  pokażę  ci  nasz  pokój.  zanim 
opuściły  kuchnię,  jeszcze  jedna  myśl  przemknęła  przez  głowę  Elizabeth.  To  nie  była 
Nikoline, tak kobieta, którą widziała w oknie strychu. 
 
 

-  Nie  powinnaś  się  przejmować  tym,  co  mówi  Nikoline  –  tłumaczyła  Helene,  kiedy 

znowu  znalazły  się  na  szerokim  korytarzu.  –  Ona  jest  taka  wobec  wszystkich.  Pochodzi  z 
okolic  Bodo,  ale  była  przez  jakiś  czas  w  Christianii  i  uczyła  się  tam  prowadzenia 
gospodarstwa,  eleganckiego  gospodarstwa,  jak  to  ona  podkreśla.  Od  tamtej  pory  próbuje 
mówić miejskim językiem, ale wygląda to dość żałośnie. Jest tutaj pokojówką. Całymi dniami 
podlizuje  się  gospodarzowi  i  jego  synowi.  Poza  tym  każdą  osobę  w  spódnicy  traktuje  jako 
zagrożenie. Na szczęście wygląda na to, że ty potrafisz odpyskować. 
 

Skręciły w mniejszy korytarz a potem szerokimi schodami weszły na górę. 

 

- Jakie zagrożenie ona mogłaby widzieć we mnie? – spytała Elizabeth. 

 

- Nikoline boi się, że Krystian mógłby spojrzeć na ciebie dwa razy. Ona sama jest taka 

w nim zakochana, że wprost nie wie, co robić. 
 

- A on w niej też? – spytała Elizabeth. 

 

- Wcale nie. Tylko że Nikoline nie może zrozumieć, że jemu nigdy nie będzie na niej 

zależało.  mimo  wszystko  to  syn  bogatego  gospodarza,  a  ona  zwyczajna  służąca.  Tutaj  jest 
nasz pokój. – Helene wskazała ręką. – Tu będziesz spać, a to jest moje łóżko. 
 

Elizabeth  weszła  do  małego  pokoiku  ze  skośnym  sufitem.  Maleńkie  okienko 

wpuszczono  do  pokoju  wątły  strumień  światła.  Na  ścianach  były  haczyki  na  ubrania. 
Elizabeth przeciągnęła dłoń po oparciu łóżka, poczuła przyjemny skurcz żołądka. Pomyśleć, 
ż

e po raz pierwszy w życiu będzie sypiać w łóżku. 

 

-  Bardzo  się  cieszę,  że  się  do  nas  sprowadziłaś  –  powiedziała  Helene.  –  Poprzednia 

dziewczyna, która tu pracowała, odeszła trzy miesiące temu. Wychodzi za mąż. 
 

- A jaka jest pani? – spytała Elizabeth. 

 

- Ona nie żyje – odparła Helene. – Nie wiedziałaś tego? 

 

- Nie – rzekła Elizabeth, czując, że nie mówi prawdy. 

Bo zrozumiała wszystko, choć nikt tego nie powiedział.  
A  w  następnym  momencie  wiedziała  również,  co  Helene  teraz  powie:  że  żona  Leonarda 
zmarła na płuca. Wydało jej się to okropne, jakby owionął ją zimny cmentarny wiatr. 
 

- Gospodyni zachorowała na płuca i umarła rok temu. 

To było straszne. Bardzo nam jej brakuje, była wyjątkowo miłą kobietą. 
 

Elizabeth  słyszała,  że  Helene  mówi  dalej,  ale  słowa  do  niej  nie  docierały.  To,  że 

przewidziała,  co  Helene  powie,  było  zupełnie  nowym  przeżyciem.  Nigdy  jeszcze  czegoś 
takiego  nie  doświadczyła.  Przewidzieć  deszcz,  albo  „zobaczyć”  zabłąkane  owce,  to  jedna 
sprawa.  Ale  to  tutaj  wydawało  się  przerażające.  Z  pewnością  to  zwykły  przypadek, 
pomyślała,  pragnąc  odepchnąć  od  siebie  nieprzyjemne  myśli.  Może  ktoś  kiedyś  o  tym 
wspomniał? 
 

-  Czy  pracują  tu  jeszcze  jacyś  ludzie,  oprócz  tych,  których  spotkałam  w  kuchni?  – 

spytała, mając w świeżej pamięci panią w oknie strychu. 
 

Helene przecząco pokręciła głową. 

 

-  Nie,  ale  są  zagrodnicy,  którzy  też  pomagają  i  od  czasu  do  czasu  wynajmuje  się 

ekstrapomoc. Ale teraz zdejmij tę ładną sukienkę i włóż coś innego, to opowiem ci więcej o 
twojej pracy. 
 

W  tym  oknie  to  pewnie  widziałam  jakąś  wynajętą  służącą,  pomyślała  Elizabeth, 

wkładając brązową codzienną sukienkę.  

background image

 

24

 

- Masz narzeczonego? – spytała, żeby coś powiedzieć. 

 

-  Nie  –  odparła  Helene  krótko  i  Elizabeth  odniosła  wrażenie,  że  Helene  musiała 

przeżyć coś bolesnego z powodu mężczyzny. Postanowiła nie drążyć tego tematu, kiedy obie 
wyszły na dwór. 
 
 

Helene oprowadziła ją po obejściu, pokazała spichlerz, obory, szopy na siano i pralnię. 

Niemal  kręciło  jej  się  głowie  od  oglądania  tych  wszystkich  wspaniałości,  zwłaszcza 
spichlerza  wypełnionego  beczkami  z  solonym  mięsem,  suszonymi  owczymi  udźcami 
rozwieszonymi  pod  sufitem,  stosami  podpłomyków,  płaskich  chlebków,  masła  i  serów.  W 
oborach zwierzęta stały gęsto jedno przy drugim. Krowy i kozy, dwa konie, świnie i kury. 
 

-  Owce  nie  wróciły  jeszcze  z  górskich  pastwisk  –  tłumaczyła  Helene,  wskazując  na 

puste zagrody. 
 

- Pewnie będziemy musiały po nie pójść – rzekła Elizabeth. 

 

-  Nie.  do  naszego  dworu  należy  pięć  komorniczych  zagród,  ludzie  stamtąd 

przyprowadzają  owce.  My  w  każdym  razie  tej  pracy  unikniemy.  Teraz  pokażę  ci  jeszcze 
szopę z torfem. Nosimy torf na zmiany, Ole i ja. A teraz ty się też do nas przyłączysz. Torf 
przynosi się dwa razy dziennie. Po obiedzie i wieczorem. 
 

Elizabeth kiwała głową, próbując zapamiętać wszystko, co Helene mówi. 

 

Kiedy  wyszły  z  szopy,  prawie  zderzyły  się  z  Leonardem  i  Krystianem.  Elizabeth 

dygnęła, spoglądając to na jednego, to na drugiego, niepewna, co powinna powiedzieć i jak w 
ogóle ma się zachować. 
 

Leonard pomógł jej wybrnąć z trudnej sytuacji. 

 

- No, Elizabeth, myślisz, że będziesz się dobrze czuła w Dalsrud? 

 

- Jestem pewna, że tak – odparła, choć dręczyły ją wątpliwości. Pierwsze wrażenie z 

tego dworu nie było najlepsze. 
 

-  A  ja  będę  się  tobą  opiekował  –  mówił  dalej  Leonard  i  poklepał  ją  po  ramieniu.  – 

Teraz jednak panienki muszą mi wybaczyć. Czeka mnie praca. – Uśmiechnął się i poszedł w 
stronę domu. 
 

- Przywitałaś się już z pozostałymi domownikami? – spytał Krystian. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Gurine robi bardzo miłe wrażenie. 

 

-  O  tak,  to  sama  dobroć.  Przyszła  do  Dalsrud  na  długo  przed  moim  urodzeniem  – 

opowiadał Krystian. 
 

-  Czy  dwór  jest  bardzo  stary?  –  spytała  Elizabeth.  Była  zachwycona,  że  Krystian 

patrzy na nią, kiedy z nią rozmawia. Głos miał niski, bardzo spokojny. Oczy czarne niczym 
głębokie studnie. 
 

- Zbudował go mój dziadek w 1802 roku. 

 

- To sześćdziesiąt osiem lat temu – powiedziała Elizabeth. 

 

-  Jak  ty  szybko  liczysz  –  uśmiechnął  się  Krystian,  a  Elizabeth  pokraśniała,  słysząc 

pochwałkę. Szukała pospiesznie jakiegoś tematu do rozmowy.  Było jej  miło, że syn takiego 
bogatego człowieka poświęca jej uwagę. 
 

-  Macie  tu  największą  szopę  na  łodzie,  jaką  kiedykolwiek  widziałam.  –  Rzekła, 

wskazując głową w stronę fiordu. Jest o wiele większa niż szopa Jakoba, pomyślała. I pewnie 
mają tam wiele dużych łodzi. 
 

Krystian nie spuszczał z niej wzroku, uśmiechnął się i rzekł: 

 

-  Chętnie  bym  ci  opowiedział  więcej  o  naszym  dworze,  ale  Gurine  czeka  na  nas  z 

obiadem. 
 

- Będziesz dzisiaj jadł z nami? – spytała Helene. 

 

Elizabeth poczuła dziwny niepokój. Pomyśleć, że mogłaby siedzieć przy tym samym 

stole co syn gospodarza! 

background image

 

25

 

- Nie, dzisiaj dotrzymam towarzystwa ojcu. 

 

Kiedy się rozstawali, jeszcze raz spojrzał na Elizabeth. 

 

- Mam nadzieję, że wkrótce nadarzy się okazja, bym mógł cię przewieźć łodzią. 

 

Poczuła, że cała twarz jej czerwienieje. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu, musiała 

przyznać, ze Krystian jest bardzo miły. 
 
 

W  kuchni  wszystko  było  już  gotowe,  z  daleka  czuło  się  zapach  peklowanego  mięsa. 

Elizabeth  rozkoszowała  się  każdym  kęsem.  Naprawdę  nie  umiała  sobie  przypomnieć,  kiedy 
jadła coś takiego. Musi opowiedzieć o tym mamie. Dopiero się ucieszy w imieniu córki. 
 

-  O  czym  to  tak  rozmawialiście  z  Krystianem?  –  spytała  nagle  Nikoline  i  wpiła 

spojrzenie jasnoniebieskich oczu w Elizabeth. 
 

- On mi opowiadał o dworze – odparła Elizabeth krótko. 

 

Nikoline dłubała paznokciem małego palca między zębami i spoglądała na nią ponuro. 

 

- Opowiadał o dworze? A cóż on ma za interes, żeby tobie coś takiego opowiadać? 

 

- Może po prostu lubi Elizabeth? – wtrąciła Helene, unosząc brwi. 

 

Nikoline prychnęła gniewnie. 

 

- Lubi ją, lubi… 

 

-  A  są  jakieś  powody,  dla  których  miałby  tego  nie  robić?  –  spytała  Elizabeth,  nie 

odwracając oczu.  
 

Nikoline zachichotała szyderczo i ogarnęła wzrokiem stół. 

 

- Są. Mogłabym długo wyliczać – powiedziała w końcu. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami i skupiła się na jedzeniu. Jeśli pokojówka chce prawić 

złośliwości,  to  proszę  bardzo,  pomyślała,  pamiętając  o  słowach  ojca.  nie  jest  gorsza  od 
innych, chociaż pochodzi ze skromnych warunków. 
 

Fakt,  że  Nikoline  nie  powiedziała  już  nic  więcej,  Elizabeth  odczuwała  jako 

zwycięstwo. 
 

Gurine odłożyła cha chwilę sztućce i popatrzyła na zebranych przy stole. 

 

-  Jak  już  zjemy,  to  ty,  Ole,  będziesz  nosił  torf.  Nikoline  zabierze  się  do  cerowania 

odzieży, Helene będzie zmywać, a Elizabeth umyje podłogę. Ja upiekę chleb. 
 

Wszyscy  po  kolei  przyjmowali  polecenia,  kiwając  głowami.  Wszyscy,  z  wyjątkiem 

Nikoline. 
 

- Ja zostanę w izbie i będę szyć – powiedziała w końcu. 

 

-  Wyświadczysz  nam  tą  wielką  przysługę  –  odcięła  się  Helen,  a  Ole  nie  mógł 

powstrzymać śmiechu. 
 

-  Zamknij  się,  smarkaczu  –  krzyknęła  Nikoline  z  wściekłością,  zapominając  tym 

razem o miejskiej mowie. 
 

- A co mi zrobisz, jak się nie zamknę? – drażnił ją Ole. 

- Naskarżysz na mnie do Leonarda? 
 

Nikoline zamachnęła się, by wymierzyć Olemu policzek, ale chłopak zdążył uskoczyć. 

 

-  Siedźcie  spokojnie  i  jedzcie  –  upomniała  Gurine  zmęczonym  głosem.  Nikoline 

rozglądała się ponuro wokół, ale nic więcej nie mówiła. Elizabeth zastanawiała się, czy wśród 
służby  zawsze  panuje  taka  atmosfera.  Helene  zachowywała  się  dziwnie.  Zdawała  się  nie 
ż

ywić dla nikogo szacunku. Wobec Kristiana była obojętna, Leonarda nie zawsze pozdrawiała 

i kłóciła się z Nikoline. Ale mimo wszystko to sympatyczna dziewczyna. W każdym razie dla 
Elizabeth. 
 
 

Elizabeth  klęczała  i  szorowała  podłogę,  nagle  zaczęła  myśleć  o  swojej  niedzielnej 

sukience. Miała ochotę  pokazać się z niej Kristianowi. Kiedy przyjechała do Dalsrud, miała 
na sobie narzutkę, spod której sukienka nie bardzo była widoczna. A ma dopiero rok, została 
uszyta na konfirmację. Czarna, z maleńkim białym kołnierzykiem. 

background image

 

26

 

- Chodzicie w niedzielę do kościoła? – zwróciła się do Helene, ocierając pot z czoła. 

 

- No, dosyć rzadko. Bo to strasznie daleko, więc zostajemy w domu i robimy tutaj co 

trzeba. Ale Bóg na pewno spogląda na nas łaskawie, bo od czasu do czasu sami organizujemy 
sobie krótkie nabożeństwa. 
 

Elizabeth słuchała rozczarowana. Miała nadzieję, że będzie mogła włożyć świąteczną 

sukienkę do kościoła. 
 

-  Jak  skończę  zmywać,  to  pomogę  ci  z  podłogą  –  obiecała  Helene.  Wkrótce  potem 

obie na kolanach szorowały deski, o niedzieli i chodzeniu do kościoła nie było więcej mowy. 
 
 

Wieczorem, kiedy inni poszli spać, Elizabeth i Helene siedziały przy kuchennym stole. 

 

- Próbowałaś już kawy? – spytała nagle Helene. 

 

Elizabeth pokiwała przecząco głową. Biedni ludzie nie mają na takie rzeczy pieniędzy. 

 

-  No  to  ja  ci  trochę  zrobię.  zaparzymy  świeżej,  nie  takiej  gotowanej  na  fusach  – 

mówiła podniecona. – tylko nikomu o tym ani słowa. Bo jedynie gospodarz pija u nas świeżo 
parzoną kawę. My dla siebie gotujemy na starych fusach. 
 

-  Obiecuję  –  przyrzekła  Elizabeth,  przyglądając  się,  co  robi  Helene.  W  piecu  był 

jeszcze żar, więc dziewczyna wyjęła naczynie do palenia  kawowych ziaren, potem zmieliła 
brązowe ziarna w małym młynku. 
 

- No,  gotowe – oznajmiła i wysypała brązowy  proszek do dzbanka z  gotującą  wodą. 

Zastanawiała  się  jeszcze  chwilę.  –  Skoro  będziesz  pić  kawę  pierwszy  raz,  to  dodam  trochę 
mleka. 
 

Pobiegła do spiżarni, po chwili wróciła z maleńkim dzbanuszkiem śmietany. 

 

-  Wcale  nie  jestem  zmęczona  –  powiedziała  Elizabeth  w  jakiś  czas  potem,  kiedy 

siedziały każda z kubkiem kawy w ręce. Elizabeth marszczyła nos, próbując obcego dla niej 
napoju, stwierdziła jednak, że nie jest to złe. 
 

-  Spędziła  u  nas  tylko  pół  dnia.  Zresztą  dzisiaj  nie  było  za  dużo  roboty  –  wyjaśniła 

Helen. Wyglądała chwilę przez okno, a potem rzekła w zamyśleniu: 
 

- Elizabeth, widzisz ten mały domek tam wysoko w górze? 

 

Elizabeth oparła się o parapet, wyjrzała na dwór i skinęła głową. 

 

- W tym domu mieszkał kiedyś stary, samotny człowiek. Nigdy go nikt nie odwiedzał, 

on też nie schodził na dół do wsi. Aż kiedyś ludzie zauważyli, że od dawna nad jego dachem 
unosi  się  już  dym.  Okazało  się,  że  starzec  leży  martwy  w  swoim  łóżku.  Obok  stała  gotowa 
trumna, więc czterech mężczyzn ze wsi ułożyło go w niej i na sankach zaczęli zwozić zwłoki 
na dół. Bo to było zimą. 
 

Elizabeth spoglądała wciąż na górę, wydawało jej się, że widzi nieszczęsnego starca. 

 

- Ale – ciągnęła dalej Helene – kiedy zjeżdżali, sanki wymknęły się na zboczu z góry i 

zaczęły  zsuwać  się  same  w  wielkim  pędzie.  Podskakiwały  na  kamieniach  tak,  że  w  końcu 
trumna spadła i pusta sunęła w dół, 
 

- To nie może być prawda – dziwiła się Elizabeth, nie odwracając wzroku od okna. 

 

-  To  najprawdziwsza  prawda  –  zapewniała  Helen.  –  Wszyscy  czterej  biegi  co  sił  w 

nogach za trumną, aż nagle odkryli, że biegnie z nimi jeszcze piąty.  
 

Umilkła na chwilę, czekając na reakcję Elizabeth. 

 

- Kim był ten piąty? O rany boskie, czy to ten trup? 

 

- Tak. Bo starzec nie umarł. On tylko wyglądał jakby umarł! 

 

Elizabeth  wypatrywała  jeszcze  przez  chwilę,  próbując  sobie  to  wszystko  wyobrazić, 

kiedy Helene wybuchnęła śmiechem. 
 

- Nakłamałaś mi? – zachichotała Elizabeth niepewnie. 

 

- Nie, to prawda. W każdym razie ludzie mówią, że to prawda. – Wypiła ostatni łyk 

kawy i przeciągnęła się. ale jeśli ja się teraz trochę nie prześpię, to też będę wyglądać, jakbym 
umarła. 

background image

 

27

 

-  A  ja  nie  mam  jeszcze  ochoty  się  kłaść.  Chyba  trochę  się  przejdę  –  powiedziała 

Elizabeth.  –  Znasz  może  jakieś  ładne  miejsce,  z  którego  widać  morze?  To  trzeba  po  prostu 
zejść na brzeg. 
 

- Nie, chciałabym popatrzeć na otwarte morze. Wiesz, w domu miałam takie miejsce. 

 

-  No  to  idź  przez  pola,  w  tamtą  stronę.  –  Helene  pokazywała  kuchenną  ścianę  za 

Elizabeth.  –  Miniesz  niewielkie  wzniesienie  i  wyjdziesz  prosto  nad  morze.  Ale  nie  siedź  za 
długo. Jutro musisz wcześnie wstać. 
 

- Nie, nie będę – odparła Elizabeth przez ramię i wybiegła z domu. 

 

Poszła  w  kierunku  wskazanym  przez  Helene  i  rzeczywiście,  za  niewielkim 

wzniesieniem  zobaczyła  morze.  Wiele  razy  wciągnęła  głęboko  powietrze,  czuła  zapach 
wodorostów i słonej wody.  Usiadła  w niewielkiej grocie i szczelniej otuliła chustą ramiona, 
bo  mokre  powietrze  było  ostre.  siedziała  tak  długo,  wpatrując  się  przed  siebie.  Daleko  od 
brzegu  kołysały  się  na  wodzie  jakieś  zielone  spławiki.  Może  to  Ole  zarzucił  sieci?  Jakie 
morze  jest  wielkie,  myślała.  Jakby  nie  miało  końca.  Nie  zauważyła,  ani  nie  usłyszała,  że 
Krystian przyszedł, zanim nie usiadł obok niej. Blisko, tak że dotykali się ramionami. 
 

- Ach, więc to tutaj siedzisz? – Bardziej stwierdził, niż zapytał. 

 

Elizabeth  skinęła  głową.  W  gardle  jej  zaschło.  Krystian  pachniał  trochę  inaczej  niż 

Jens. Nagle jednak poczuła się odważniejsza. 
 

- Szedłeś za mną? – Spytała, czując, że się rumieni. 

 

- Tak! Nie podoba ci się, to mogę sobie pójść. 

 

- Nie, zostań – uśmiechnęła się. – Miło mieć towarzystwo. 

 

Krystian ujął jeden jej warkocz i bawił się nim. 

 

- Twoje włosy są jak srebro – rzekł dziwnie stanowczo.  

 

- A ci dopiero! – roześmiała się. – W takim razie jestem bogata. A do czego podobne 

są twoje włosy, takie czarne? 
 

Krystian przeczesywał palcami grzywkę, ale ona wciąż opadała. Jakie on ma wysokie 

czoło, zauważyła Elizabeth. 
 

- Myślę, że do niczego, są po prostu czarne – odparł, wpatrując się w dziewczynę. – 

Za to ty masz najładniejsze oczy, jakie widziałem. Naprawdę bardzo ładne, jasnobrązowe. 
 

Elizabeth odsunęła się trochę. Nie przywykła do takich pięknych słów. Z Jensem było 

łatwiej, znają się przecież tak dobrze. wiele razy przełknęła ślinę, by móc coś powiedzieć, ale 
w  głowie  miała  kompletną  pustkę.  W  milczeniu  wciąż  wpatrywała  się  w  morze,  zerwała 
jakieś źdźbło i bawiła się nim. Bardzo chciała coś powiedzieć. 
Coś mądrego, żeby dobrze o niej pomyślał. 
 

Krystian podniósł coś z ziemi. Elizabeth nie widziała, co to, bo ramieniem dotknął jej 

kolana. Przeniknął ją gorący dreszcz. 
 

Zaraz jednak poczuła wyrzuty sumienia. Bo przecież kocha Jensa. Chociaż on poszedł 

do  Dorte.  Ale  Jens  jest  daleko  stąd,  może  znowu  z  tą  Dorte…  skuliła  się,  szczelniej  otuliła 
chustką. Nagle poczuła chłodny palec na swoim policzku i odwróciła się gwałtownie. 
 

- Jesteś ładna, Elizabeth – wyszeptał Krystian, wstając.  

Zniknął  za  wzniesieniem,  jakby  rozpłynął  się  w  powietrzu.  Tylko  zagłębienie  w  trawie 
ś

wiadczyło, że przed chwilą tu siedział. 

 

Elizabeth położyła tam rękę. Trawa wciąż była ciepła. 

 

- Czy on zostałby dłużej, gdyby coś powiedziała? – szepnęła cicho sama do siebie. 

 

Podciągnęła kolana pod brodę i pokręciła głową. Nie, i tak by odszedł. 

 

Powiedział,  że  jestem  ładna,  pomyślała.  „Jesteś  ładna,  Elizabeth”.  Jak  inaczej 

zabrzmiało jej imię, kiedy on je wypowiadał.  
 

Zanim  odeszła,  ostrożnie  zerwała  mały  kwiatek.  Zasuszy  go  sobie  na  pamiątkę  tej 

chwili. Szła wolno na wypadek, gdyby miała go znowu zobaczyć; wolała usunąć się w cień. 

background image

 

28

Bo  nie  miała  pojęcia,  o  czym  by  z  nim  rozmawiała,  gdyby  stanęli  znowu  twarzą  w  twarz. 
Jeszcze nie teraz. Potrzebuję więcej czasu. 
 
 

Kiedy Elizabeth wróciła do pokoju, Helene spała. Najciszej jak mogła zdjęła z siebie 

ubranie,  powiesiła  je  na  haczyku  i  wślizgnęła  się  pod  kołdrę.  Nie  miała  odwagi  wyciągnąć 
walizkę spod łóżka, żeby wyjąć nocną koszulę. Mogłaby obudzić Helene, a chciała teraz być 
sama,  żeby  uporządkować  myśli  i  uczucia.  Nie  była  pewna,  czy  śpi  czy  nie,  być  może 
znajdowała  się  w  jakimś  stanie  pomiędzy  snem  i  jawą,  kiedy  przeniknął  ją  dreszcz.  Później 
była  pewna,  że  oczy  miała  otwarte,  cały  czas  jednak  nie  opuszczało  jej  poczucie,  że  to  był 
dziwnie  żywy  sen.  Zobaczyła  mężczyznę,  bijącego  kobietę.  Kobieta  wzywała  pomocy,  w 
końcu  zaczęła  błagać  o  litość.  Chociaż  Elizabeth  bardzo  się  starała  dojrzeć  jej  twarz,  nie 
zdołała tego zrobić. Mężczyzna szarpał suknię kobiety, a kiedy upadła na podłogę, wyzywał 
ją ordynarnie. 
 

Kiedy widzenie znikło, Elizabeth poczuła na policzkach słone łzy, jakby to ona sama 

przeżyła  ból  i  upokorzenie.  Skuliła  się  na  posłaniu  i  myślała:  Czy  to  ja  przeżywałam  to 
wszystko, czy też ktoś inny przez to przechodził? 
 

Otarła łzy wierzchem dłoni i wpatrywała się w mrok. 

Bała  się  zasnąć,  bała  się,  że  koszmar  wróci,  starała  się  więc  mieć  oczy  otwarte,  w  końcu 
jednak sen i tak ją zmorzył.  
Noc minęła spokojnie, bez majaków. 
 
Rozdział 4 
 
 

Elizabeth  szybko  włączyła  się  do  prac  we  dworze.  Nauczyła  się  też  cenić  rozwagę 

Gurine. Starsza kobieta nie lubiła kłótni i ostrej wymiany zdań, zwykle w takich wypadkach 
usuwała się na bok. 
 

Ole był miłym chłopcem, zawsze zadowolony i wesoły. Zręczny w pracy, szybki. 

 

Nieczęsto  Elizabeth  miała  okazję  rozmawiać  z  Kristianem,  bo  praca  pochłaniała 

większość  czasu.  Do  zazdrości  i  złośliwości  Nikoline  przywykła  i  nauczyła  się  z  tym  żyć. 
Albo udawała, że nie słyszy, co pokojówka mówi, albo odpowiadała jej równie ostro. 
 

Helene stała się jej najlepszą przyjaciółką, chyba też dzięki temu Elizabeth tak dobrze 

dawała sobie radę. 
 

Liście opadły z drzew, a ptaki odleciały na południe.  

Zostały  tylko  wielkie  mewy.  Najwyższe  szczyty  gór  pokrywały  się  już  śniegiem,  kiedy 
Kristian uznał, że czas najwyższy sprowadzić owce na dół. 
 
 

Tego  rana  w  kuchni  panowało  zamieszanie  i  pośpiech,  trzeba  było  przygotować 

prowiant na drogę dla mężczyzn. 
 

- Ja zaniosę jedzenie Kristianowi – oznajmiła Nikole, zerkając spod okna na Elizabeth. 

 

- To zanieś – odparła Elizabeth obojętnie. – Ale weź przy okazji śniadanie dla Olego. 

A zresztą – dodała – chyba powinniśmy zrobić też coś do jedzenia komornikom?  
Oni chyba niewiele wzięli z domów. 
 

Nikoline odwróciła się i spojrzała na Elizabeth ze złością. 

 

- Co ty myślisz, że kim ty tu jesteś? Komisja dla ubogich? 

 

- Nie, dla bogatych – warknęła Elizabeth. – W Dalsrud jedzenia jest więcej niż dość. 

Nikt nie będzie głodował, jeśli oddamy trochę biedniejszym od siebie. Mimo wszystko ich też 
czeka długi pracowity dzień. 
 

Gurine, która wydawał się bardzo zajęta przy kuchni, jak zwykle wolała się w nic nie 

mieszać. Mimo to powiedziała cicho: 
 

- Nie zaszkodzi, jeśli przygotujemy trochę dodatkowy kanapek. 

background image

 

29

 

- Nie zaszkodzi, nie zaszkodzi – przedrzeźniała ją Nikoline, strojąc grymasy. 

 

-  Zamknij  się  w  końcu  –  krzyknęła  Elizabeth,  patrząc  tamtej  prosto  w  oczy.  – 

Zachowujesz się jak głupi bachor. 
 

Nikoline  zacisnęła  wargi.  Jej  oczy  miotały  błyskawice,  ale  zanim  zdążyła  coś 

powiedzieć, do kuchni weszła Helene. Popchnęła zawiniątko z jedzeniem w stronę pokojówki 
i powiedziała, unosząc jedną brew: 
 

- Co się dzieje, Nikoline? Nie będziemy się tym zajmować przez cały dzień. Idziesz z 

tym jedzeniem, czy Elizabeth ma je zanieść? 
 

Tamta chwyciła zawiniątko i ze złością zniknęła za drzwiami. 

 

Elizabeth domyślała się, że pokojówka chce zanieść Kristianowi drugie śniadanie, bo 

to będzie okazja, żeby z nim porozmawiać. Sprzątając ze stołu, spoglądała przez okno w ślad 
za  nią.  Drugie  zawiniątko  podała  jednemu  z  komorników,  żeby  podzielił  się  z  innymi.  Ten 
wiele  razy  otwierał  i  zamykał  usta,  jakby  szukał  odpowiednich  słów.  Nikoline  jednak  nie 
czekała na podziękowania, pobiegła do Kristiana. 
 

Elizabeth  zastygła  w  bezruchu,  przyglądała  się  parze  na  dziedzińcu.  Widziała,  jak 

Nikoline się mizdrzy, jak śmieje się z czegoś, co Kristian powiedział. On jednak nie sprawiał 
wrażenia  specjalnie  zainteresowanego.  A  może  tylko  udaje,  że  ona  nic  go  nie  obchodzi?  – 
pomyślała Elizabeth. 
 

Rosły,  na  szeroko  rozstawionych  nogach  pokazywał  coś  w  stronę  kur,  wydając 

równocześnie  polecenia  pracownikom.  Przez  ramię  przewiesił  zwiniętą  linę,  brał  ją  na 
wypadek, gdyby trzeba było wspinać się po owce, które weszły za wysoko. U pasa miał nóż 
w pochwie. Kristian był naprawdę dobrze przygotowany do wyprawy. 
 

Elizabeth,  patrząc  na  tych  dwoje  na  podwórzu,  poczuła  bolesne  ukłucie  w  sercu. 

Nikoline coś mówiła. Kristian spoglądał na nią i śmiał się głośno, w końcu pogłaskał ją lekko 
po plecach. Takie samo ukłucie czułam tamtego ranka, kiedy zobaczyła, Jensa wychodzącego 
z domu Dorte, pomyślała nieoczekiwanie i ogarnęła ją bolesna tęsknota. 
Jens też głaskał ją tak samo po plecach. 
 
 

Gurine i Nikoline miały przygotować, co się da do jutrzejszego obiadu. Kiedy wrócą 

owce, będzie wielkie zamieszanie. Helene i Elizabeth siedziały tymczasem w tkackiej izbie i 
zakładały osnowę na warsztat. 
 

-  Powiedziałaś  kiedyś,  że  masz  chłopaka  imieniem  Jens  –  powiedziała  Helene, 

siadając na taborecie. – Opowiedz, jaki on jest. 
 

- Jaki on jest? – powtórzyła Elizabeth, wpatrując się w krosna. Skończyły szybciej, niż 

planowały.  Może  mogłaby  pozwolić  sobie  na  kilkuminutową  przerwę,  zanim  zabiorą  się  do 
innej pracy. Elizabeth poszła więc za przykładem Helene i wyciągnęła się na wąskim łóżku, 
stojącym  pod  ścianą.  Jak  cudownie  móc  wyprostować  plecy  i  dać  nogom  odpocząć, 
pomyślała z zadowoleniem. 
 

- No, jak on wygląda? – marudziła Helene. 

 

-  Ma  jasne  włosy  tak  samo  jak  ja.  Tylko  oczy  ma  ciemnoniebieskie  –  zaczęła 

Elizabeth  trochę  niepewnie.  –  Jest  silny  od  ciężkiej  pracy,  która  wykonuje  we  dworze  i  od 
łowienia ryb. 
 

- A jest miły? 

 

- Tak, Jens jest bardzo miły, trzeba dużo czasu, żeby  go rozzłościć. – W zamyśleniu 

przygryzała dolną wargę. – Myślę, że on należy  do tych mężczyzn, którzy  biją się tylko we 
własnej obronie, sam nigdy nie wszczyna awantur.  
 

- Ale czy jest też dzielny? 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Kiedyś u nich we dworze był bardzo zły byk, tylko Jens i Jakob z całej wsi dawali 

sobie z nim radę. 

background image

 

30

 

- A kto to jest Jakob? – spytała Helene, podnosząc się lekko i opierając na łokciu. 

 

- To przybrany ojciec Jensa. On przyjechał z Vesteraalen jako mały chłopiec, bo jego 

rodzice umarli. 
 

Helene bawiła się swoim rudobrązowym warkoczem, po chwili powiedziała: 

 

- Wygląda, jakby w ogóle nie miał wad. A mimo to jesteś na niego zła! 

 

Elizabeth podskoczyła na swoim łóżku. Jakby nagle została wyrwana z dobrego snu. 

Obraz  Jensa  wymykającego  się  po  kryjomu  z  Dorte,  znowu  stanął  jej  przed  oczyma. 
Niewierny  kłamca,  dźwięczało  jej  w  uszach,  pod  powiekami  czaiły  się  łzy.  Wstała 
gwałtownie. 
 

- Dlaczego miałabym być na niego zła? – spytała, odwrócona plecami do przyjaciółki. 

 

- Bo nigdy o nim nie mówisz. I teraz też wyglądasz na rozzłoszczoną. 

 

-  No  nie,  myślę,  że  powinniśmy  wracać  na  dół,  zanim  zaczną  nas  szukać  – 

powiedziała Elizabeth surowo. 
 

- Ale mam rację, że między sobą i Jensem stało się coś niedobrego? – spytała Helene. 

 

Elizabeth  udała,  że  nie  słyszy  i  wybiegła  z  pokoju.  Przy  jednych  drzwiach  na 

korytarzu  poczuła  nagle,  że  ogarnia  ją  zimny  prąd  powietrza.  Przystanęła,  spojrzała  przez 
ramię i usłyszała, że Helene schodzi już po schodach. 
 

Przeciąg dociera z tego pokoju, pomyślała, ujmując klamkę. Drzwi nie były zamknięte 

na  klucz,  więc  ostrożnie  weszła  do  środka.  Była  przekonana,  że  ktoś  otworzył  tu  okno,  ale 
nie, powietrze w pokoju było zatęchłe. Elizabeth dostała  gęsiej skórki. Przerażona wycofała 
się  na  korytarz.  To  ten  sam  pokój,  w  którego  oknie  pierwszego  dnia  widziała  tę  chorowitą 
bladą twarz! 
 

Kolana się pod nią uginały, kiedy pospiesznie zbiegła po schodach. Nigdy nie odważy 

się nikomu o tym powiedzieć. 
 
 

Widowisko  było  wspaniałe,  kiedy  wielkie  stado  owiec  wkroczyło  na  dziedziniec. 

Mężczyźni biegali jak w ukropie, by zagonić zwierzęta prosto do owczarni. 
 

- Ile sztuk liczy to stado? – spytała Elizabeth, stojąc obok Helene na schodach. 

 

- Wystarczająco dużo, byśmy pozdzierały sobie skórę z rąk, kiedy będziemy je strzyc 

– odparła tamta cierpko, otulając się szczelniej bluzą w chłodnym wrześniowym powietrzu. 
 

Poczekały,  aż  owce  wejdą  do  środka,  potem  poszły  do  owczarni,  by  pomóc. 

Mężczyźni  byli  zmęczeni.  Klęli  na  owce,  które  nie  chciały  wchodzić  do  zagród.  Elizabeth 
nieśmiało zerkała w stronę Kristiana, ale on był zajęty pracą, w ogóle jej nie zauważał. Kiedy 
ich spojrzenia spotkały się na chwilę, nie odwzajemnił jej pospiesznego uśmiechu i Elizabeth, 
zawstydzona,  pożałowała  swojego  zachowania.  Potem  już  go  unikała,  koncentrowała  się 
wyłącznie  na  tym,  by  zwierzęta  znalazły  się  na  swoich  miejscach  szybko  i  bez  zbędnej 
szamotaniny. 
 

Kiedy później stali na dziedzińcu, próbowała wymyślić coś, co mogłaby powiedzieć, 

coś zwyczajnego, bezpiecznego. 
 

Ale Kristian ją uprzedził. 

 

- Straciliśmy jedną owcę i dwa jagnięta. 

 

- Nie żyją? – spytała Elizabeth. 

 

-  Tego  nie  wiem  –  odrzekł  krótko  ze  wzrokiem  skierowanym  ku  górom.  –  Nie 

znaleźliśmy najmniejszego śladu. 
 

Elizabeth  popatrzyła  w  tę  samą  stronę.  Kierowała  wzrok  ku  górskim  zboczom,  w 

stronę kępek trawy, rosnących głęboko pod skalnymi nawiasami, osłoniętych przed wiatrem i 
nieprzyjemną  pogodą.  I  wtedy  znowu  się  to  stało  –  nagle  Elizabeth  zdała  sobie  sprawę,  że 
wie, gdzie podziewają się zwierzęta. 
 

-  One  są  tam,  wysoko  –  powiedziała  zdecydowanie,  pokazując  ręką.  –  Tuż  pod linią 

ś

niegu. Wszystkie żywe, nic im nie jest. 

background image

 

31

 

Ludzie gapili się na nią bez słowa, więc dodała pospiesznie: 

 

- Musicie wziąć liny, bo tam jest stromo. 

 

Mężczyźni wymknęli między sobą spojrzenia. 

 

- Ty znasz te okolice? – spytał Kristian. 

 

-  Nie,  po  prostu  widziałem  je  –  odparła  Elizabeth  zgodnie  z  prawdą.  Ludzie  znowu 

spoglądali po sobie. 
 

- Aha, po prostu to widziałaś? Jaką to siłą jesteś obdarzona, dziewczyno? 

 

Pytanie było niczym cios w żołądek. Krew szumiała Elizabeth w uszach, dopiero teraz 

dotarło  do  niej,  co  powiedziała.  Znajdowanie  zabłąkanych  owiec  w  domu,  to  jedna  sprawa, 
ale co innego robić to tutaj. Spoglądała rozbieganym wzrokiem na otaczających ją mężczyzn, 
nie wiedząc, do kogo się teraz zwrócić, ani co powiedzieć. 
 

- Chcesz być zabawna,  Elizabeth? – spytał  Kirstian, a jej się wydawało,  że słyszy  w 

jego głosie szyderstwo. 
 

Roześmiała się, ale nie wypadało to naturalnie. 

 

- Tak mi tylko przyszło do głowy – rzekła, rozglądając się niepewnie. – A teraz muszę 

iść do domu. 
 

Ruszyła pospiesznie, a Helene krok w krok za nią. 

 

- O czym ty gadałaś? – spytała Helene, kiedy znalazły się na tyle daleko, by tamci ich 

nie słyszeli. 
 

- O niczym. Po prostu zapomnij. 

 

- Zapomnieć, nie. Ty naprawdę potrafisz zobaczyć, gdzie są owce? 

 

-  Powiedziałam,  że  nie  chcę  więcej  o  tym  gadać!  –  odparła  na  pół  z  płaczem,  łzy 

zbierały się pod powiekami. Przystanęła niepewnie, wpatrywała się w ziemię. 
 

Helene oplotła ją ramieniem i pociągnęła za sobą do domu. 

 

- Uspokój się, Elizabeth. Jesteś po prostu zmęczona i smutna, że odnieśli się do ciebie 

tak ostro, prawda? 
 

Elizabeth  skinęła  głową  i  nagle  nie  była  już  w  stanie  powstrzymywać  łez.  Ukryła 

twarz w rękawie bluzki i rozpłakała się. czuła się taka mała i nieszczęśliwa. Kristian jest na 
nią zły, inni się wyśmiewają i na pewno będą jej dokuczać, jak długo zostanie w Dalsrud. 
 

- Jakoś się ułoży z tymi owcami. Oni mają po południu iść szukać. Nie przejmuj się 

tym więcej – mówiła Helene łagodnie. 
 

Elizabeth skinęła głową  i otarła oczy,  głęboko wciągała powietrze, by się opanować. 

Tak,  ale  gdyby  to  tylko  chodziło  o  owce,  pomyślała.  Ja  płaczę  dlatego,  że  Kristian  mnie 
ofuknął i dlatego, że jestem tak daleko od domu. 
 

- Masz rację, wszystko się ułoży – mruknęła, próbując się uśmiechać, kiedy weszły do 

kuchni. 
 
 

Tego  dnia  Kristian  jadł  ze  wszystkimi  w  izbie.  Żuł  rybę  i  ziemniaki,  jakby  nie  czuł 

wcale  smaku.  Elizabeth  miała  nadzieję,  że  Nikoline  się  do  niego  przyklei  tak,  że  chłopak 
nawet  nie  spojrzy  w  jej  stronę.  Bała  się,  że  Kristian  lub  ktoś  inny  wspomni,  że  Elizabeth 
„widziała”  zabłąkane  owce,  wpatrywała  się  więc  w  talerz,  nie  miała  odwagi  spojrzeć  na 
nikogo. 
 

Przy stole panowała cisza, dopóki Kristian nie odsunął krzesła i nie powiedział krótko: 

 

- Chodź, Ole. Weźmiemy ze sobą jeszcze ze dwóch mężczyzn, trzeba poszukać zguby, 

zanim się ściemni. 
 
 

Elizabeth  nie  mogła  się  uspokoić,  sama  ofiarowała  się,  że  pozmywa  po  obiedzie. 

Dzięki  temu  przez  cały  czas  była  zajęta,  a  równocześnie  mogła  raz  po  raz  wyglądać  przez 
okno. Co będzie, jeśli nie znajdą owiec tam,  gdzie wskazała? Kristian był zły przedtem, ale 
nie będzie w lepszym humorze, jeśli się okaże, że niepotrzebnie poszli w góry. Może uzna, że 

background image

 

32

go  oszukała?  A  co  będzie,  jeśli  znajdą  owce  dokładnie  w  miejscu,  które  wskazała?  Z 
pewnością zażądają wyjaśnień, a ona przecież nie ma żadnej rozsądnej odpowiedzi. 
 

Helene wyrwała ją z zamyślenia: - Skończysz jeszcze dzisiaj myć ten talerz? 

 

- Co? A tak, tak, dobrze. zamyśliłam się tylko. – Elizabeth wycisnęła ścierkę, odłożyła 

ją i podniosła drewnianą wanienkę. – Pójdę wylać wodę. 
 

Już  na  schodach  zobaczyła  wracających:  Kristian,  Ole  i  dwaj  komornicy.  Nie  była 

pewna,  czy  odczuwa  ulgę,  czy  przerażenie,  kiedy  stwierdziła,  że  mężczyźni  przyprowadzili 
owcę o oba jagnięta. Nagle świat jakby się na moment zatrzymał. Chciała zawrócić i uciekać, 
ukryć  się  gdzieś.  Drżącymi  rękami  odstawiła  wanienkę  i  odgarnęła  włosy  z  twarzy.  Potem 
dwa  razy  głęboko  wciągnęła  powietrze,  modląc  się  w  duchu:  Boże  spraw,  żeby  Helene  nie 
wyszła z domu. Muszę być przez chwilę sama. 
 

Pozostało  tylko  jedno:  wyjść  mężczyznom  na  spotkanie  i  przyjąć  wszystko  ze 

spokojem. 
 

- I co, znaleźliście owce – stwierdziła, idąc za nimi do obory. 

 

- No, jak widzisz – odparł Kristian krótko. 

 

- A gdzieście je znaleźli? – dopytywała niepewnie. 

 

- Tam, gdzie mówiłaś. Poniżej Svartflage. 

 

Jeden z komorników podszedł do Elizabeth. 

 

- Ty dobrze znasz nasze okolice? 

 

Słowa Elizabeth płynęły jakby same z siebie: 

 

-  Nie,  ale  wszyscy  ciągle  mówią  o  jakichś  miejscach  wokół.  A  teraz,  wciąż 

rozmawialiście o tym, gdzie owce mogły się zapodziać. – Była zdumiona tym, jak swobodnie 
i obojętnie brzmi jej głos, choć wszystko się w niej trzęsło. 
 

Kristian wzruszył ramionami. 

 

- No, pewnie tak. Dobrze, że udało się je sprowadzić do domu. 

 

Serce Elizabeth szalało z radości. Dlatego, że wszystko poszło tak gładko i dlatego, że 

Kristianowi wrócił humor. Ale kiedy komornicy ją mijali, usłyszała, jak mówią między sobą: 
- Nigdy się nie zdarzyło, żeby owce zabłądziły właśnie tam. Ta baba wie więcej niż inni. 
 
 

Kristiana dobry humor nie opuszczał ani tego dnia, ani następnego. Często powtarzał, 

ż

e to zasługa Elizabeth, bo tylko ona jedna się domyśliła, gdzie owce mogły pójść. A mówił 

to tak, jakby uważał, że Elizabeth jest wyjątkowo mądrą służącą. 
 

Natomiast oczy Nikoline płonęły nienawiścią. W końcu pokojówka nie była w stanie 

dłużej nad sobą panować. Kiedy wszyscy zebrali się w kuchni, nieoczekiwanie wypaliła: 
 

- Nic mi do tego, ale ty, Kristian, powinieneś się mieć na baczności. 

 

Młody mężczyzna spojrzał na nią zaskoczony: 

 

- Co masz na myśli? 

 

Kiedy  Nikoline  wskazała  głową  na  Elizabeth,  ta  poczuła,  że  serce  podchodzi  jej  do 

gardła. Zaraz stanie się coś złego, pomyślała. 
 

- Coś mi się zdaje, że ta dziewucha umie nie tylko Ojczenasz. 

 

- O co ci chodzi? – spytała Elizabeth, by zyskać na czasie. 

 

Nikoline odchyliła w tył głowę i wpatrywała się w nią spod przymrużonych powiek. 

 

- Zobaczyłaś, że owce zabłądziły w górach. Nie mów nam teraz, że to przypadek. Nikt 

nie zna gór aż tak dobrze. 
 

Przy stole zrobiło się cicho. Tak cicho, że Elizabeth słyszała oddech siedzącego obok 

niej Olego. Wszyscy oczekiwali wyjaśnień! 
 

-  Słyszałaś  już,  że  ja  potrafię  zobaczyć  zabłąkane  owce  –  powiedziała  Elizabeth 

pospiesznie,  patrząc  Nikoline  w  oczy.  –  A  teraz  widzę  jeszcze  więcej.  Teraz  widzę…  - 
umilkła  na  chwilę,  wytrzeszczała  oczy,  jakby  czegoś  wypatrując  –  teraz  widzę,  że  obora  i 
owczarnia pełne są zwierząt. I że tutaj po drugiej stronie stołu siedzi kompletna idiotka. 

background image

 

33

 

Gruchnął śmiech, pokojówka zrobiła się ogniście czerwona. 

 

-  Dobrze,  teraz  możesz  się  śmiać  –  prychnęła.  –  Ale  któregoś  dnia  zostaniesz 

przyłapana. Zapamiętaj to sobie. 
 

Elizabeth  otarła  spocone  ręce  w  spódnicę.  Wprawdzie  oddała  cios,  ale  pozostał  jej 

niesmak. 
 

W  dniach,  które  potem  nadeszły,  Nikoline  czepiała  się  Elizabeth  niczym  kleszcz  i 

wciąż  krytykowała  jej  pracę.  Dopóki  jednak  pokojówka  nie  wspominała  o  jej  niezwykłych 
zdolnościach, Elizabeth udawała, że nie słyszy zaczepek. 
 

Na  widomość  o  tym,  że  będzie  musiała  pomagać  przystrzyżeniu  owiec,  pokojówka 

wpadła we wściekłość i próbowała wyładować ją na Elizabeth. Choć to przecież nie była jej 
wina,  po  prostu  żoną  jednego  z  komorników  właśnie  urodziła  dziecko  i  trzeba  ją  było 
zastąpić. 
 

Przypadek sprawił, że Elizabeth i Nikoline pracowały obok siebie. 

 

-  Jutro  ty  będziesz  trzymać  owce,  a  ja  będę  strzygła  –  powiedziała  Elizabeth,  by 

rozładować ponury nastrój. 
 

- Chyba sobie nie wyobrażasz, że jutro ja też przyjdę do chlewu? – spytała Nikoline z 

szyderstwem. 
 

Elizabeth  najpierw  była  zaskoczona,  a  potem  wpadła  w  złość.  Czy  ta  bezkrwista 

głupia służąca wyobraża sobie, że jest więcej warta? 
 

- Źle dzielisz wełnę, wkładasz nie do tego worka – krzyknęła. – Wełnę z ud i brzucha 

wkładaj tutaj. 
 

- Wkładam tam, gdzie trzeba – upierała się Nikoline. 

 

- Wcale nie. i przestań gadać po miejsku. Jeśli nie umiesz mówić jak ludzie, to się w 

ogóle nie odzywaj. Zachowujesz się po prostu głupio. Kristian też tak powiedział. 
 

To  akurat  nieprawda,  ale  Nikoline  nigdy  by  się  nie  odważyła  go  zapytać.  Elizabeth 

widziała, że pokojówka się kuli. A więc cios był celny. Wróciła do pracy, ale nie spuszczała z 
tamtej  oka.  Sama  była  doświadczona,  strzygła  owce  równo,  nie  zostawiając  żadnych  kępek 
ani nie kalecząc skóry. Nikoline tak nie potrafiła. 
 

-  Rób,  jak  należy,  bo  jak  nie,  to  zostaniesz  tu  i  będziesz  musiała  wełnę  od  początku 

posortować  –  zagroziła  Elizabeth.  Potem  wróciła  do  pracy  jakby  nigdy  nic.  Mimo  to  jakiś 
cichutki  wewnętrzny  głos  ją  ostrzegał.  Nikoline  niełatwo  jest  przestraszyć.  Poza  tym  z 
pewnością będzie chciała się mścić. 
 

Przez  resztę  dnia  nie  zamieniły  już  obie  ani  słowa.  Elizabeth  właściwie  była  z  tego 

rada.  Plecy  bolały  ją  po  ciężkiej  pracy,  nikt  nie  miał  ochoty  na  ploteczki.  Może  też  dlatego 
Ole zapomniał powiedzieć, że przyszedł do niej list. Dopiero późnym wieczorem zapytał: 
 

- Wzięłaś swój list? 

 

Elizabeth przecząco pokręciła głową. 

 

- Przyniosłem ci go z kramiku – poinformował, wyjmując list z narożnej szafy. – Od 

kogo to? 
 

- I tak go nie znasz – odparła wymijająco, usiadła w drugim końcu kuchni, by móc w 

spokoju przeczytać list. Po piśmie na kopercie poznała, że to od Jensa. 
 
 

Heimly, 25 sierpnia1870 

 
 

Moja najdroższa Elizabeth 

 

Biorę pióro w swoje ręce, by napisać ci, żżyję i jestem zdrowy. Siedzę teraz w swoim 

pokoju  i  myślę  o  tobie.  Jak  ci  tam  jest  w  Dalsrud?  Mam  nadzieję,  że  od  czasu  do  czasu 
przeka
żesz mi kilka myśli. Teraz chciałbym ci opowiedzieć trochę o tym, co się dzieje tutaj we 
wsi.  Z  siedmiu  jagni
ąt,  które  wysłaliśmy  w  góry,  straciliśmy  tylko  jedno.  Jakob  znalazł  je 

background image

 

34

martwe  pod  Overheia.  Szkoda,  ale  i  tak  jesteśmy  zadowoleni,  że  nie  zginęło  więcej.  Twoi 
rodzice odebrali obie swoje owce i oba jagni
ęta. W ogóle twoja rodzina ma się dobrze. 
 

Ja  często  wypływam  na  ryby,  bo  bardzo  dobrze  czuję  się  na  fiordzie.  Tam  tak 

spokojnie,  mogę  pomyśleć…  o  tobie.  Czy  gdzieś  w  Dalsrud  widzisz  morze?  Jeśli  tak,  to 
pomy
śl czasem o mnie, kiedy na nie patrzysz. 
 

Teraz muszę ci opowiedziećże Ragna uszkodziła sobie rękę. Koń ją kopnął. Ręka była 

cała sina i musieliśmy wzywać doktora. Okazało sięże kość jest złamana w dwóch miejscach. 
Okropnie j
ą to bolało, ale doktor dał lekarstwo. Takie mocne, że potem cały czas spała. Mam 
nadziej
ę,  że  ty  jesteś  zdrowa  i  masz  się  dobrze,  bo  chcę  ci  powiedzieć,  że  jestem  bardzo 
smutny,  bo  nie  mam  od  ciebie  
żadnych  wiadomości  moja  najdroższa  przyjaciółko.  Chyba 
zabrała
ś ten papier, który ci dałem? 
 

Teraz kończę moje pisanie i mam nadziejęże niedługo się odezwiesz. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Twój oddany Jens 

 
 

Elizabeth  czytała  list  wolno,  dwa  razy.  Tymczasem  wszyscy  domownicy  wyszli  z 

kuchni, została tylko Helene. 
 

- To list z domu? – spytała. 

 

- Tak, od Jensa. 

 

- U niego wszystko dobrze? 

 

-  Tak,  i  u  niego,  i  u  mojej  rodziny  też.  –  Złożyła  arkusiki  równo  i  wsunęła  je  do 

kieszeni  fartucha,  potem  wstała.  –  Myślę,  że  czas  do  łóżka,  jutro  znowu  trzeba  wstawać  o 
brzasku. 
 

Helene  obrzuciła  spojrzeniem  kuchnię,  żeby  sprawdzić,  czy  wszystko  w  porządku, 

potem spytała: 
 

- Chyba mu niedługo odpiszesz? 

 

-  Ech,  zobaczę  –  odparła  Elizabeth.  –  Jak  znajdę  trochę  czasu.  –  W  duchu  jednak 

pomyślała, że czas, by napisać parę słów zawsze się znajdzie. Inna sprawa, czy ona ma ochotę 
do niego pisać. Jeśli Jens nadal odwiedza Dorte… 
 
 

Następnego dnia Elizabeth nakrywała do stołu, kiedy do izby weszła Gurine. 

 

- Nikoline położyła się do łóżka. Powiada, że boli ją brzuch. 

 

Helene wytrzeszczyła oczy. 

 

-  To  znaczy,  że  nasza  delikatna  panienka  zrobiła  sobie  dzisiaj  wolne?  –  spytała  ze 

złością. – Tak, w tym domu ludzie najwyraźniej się od siebie różnią. 
 

-  Przecież  wiesz,  jaka  ona  jest  –  rzekła  Gurine  wymijająco.  –  Nie  chcę  już  tego 

roztrząsać. 
 

-  Ale  ja  chcę  –  krzyknęła  Helene,  nie  pozwalając  kucharce  zlekceważyć  sprawy.  – 

Ona nie może się kłaść tak po prostu w środku dnia. Jedynie, czym się dzisiaj zajmowała, to 
sortowanie  wełny,  a  my  tymczasem  obie  urabiałyśmy  sobie  ręce  po  łokcie  w  oborze.  Zaraz 
pójdę i każę jej wstawać. 
 

-  Nie  –  prosiła  Gurine.  –  Zostaw  ją  w  spokoju.  Sama  wstanie.  To,  co  jej  dolega,  ta 

choroba nazywa się zazdrość. 
 

- Zazdrość? – powtórzyła Helene ze złością. 

 

-  Tak,  nie  chcę  nic  mówić,  ale  moim  zdaniem  ona  jest  zazdrosna  o  Elizabeth.  – 

Kucharka  zwróciła  się  do  Elizabeth.  –  To  tylko  takie  głupie  gadanie,  ja  wiem,  ale  ona 
twierdzi, że rzuciłaś na nią urok i od tego dostała boleści. Może chce tylko zwrócić na siebie 
uwagę. A zresztą jak zgłodnieje, to wstanie. Najlepiej dać jej spokój. 
 

Elizabeth zszokowana przyglądała się Gurine. 

 

-  Mówi,  że  rzuciłam  na  nią  urok?  Ona  nie  ma  dobrze  w  głowie.  Skąd  bierze  takie 

pomysły? 

background image

 

35

 

- Pewnie mówi tak dlatego, bo wiedziałaś, gdzie są owce – wtrąciła Helene cierpko. – 

A poza tym jej się nie dajesz. 
 

- Ja nie widziałam żadnych owiec. – Kłamała Elizabeth. 

-  Zgadywałam  i  tyle.  Wszyscy  mówili  o  tym  miejscu  w  górach,  które  wskazałam.  –  Pot 
spływał jej z czoła, chciała wyjść z kuchni. 
 

Ratunek nadszedł bardzo szybko. 

 

- Kto zaniesie dzisiaj jedzenie Leonardowi i Kristianowi? – spytała Gurine. 

 

- Ja! – zawołała Elizabeth pospiesznie. 

 

Helene przyjrzała jej się uważnie, ale udawała, że jej to nie obchodzi. 

 

-  Najpierw  obsłużysz  gospodarza.  Głębokie  talerze  stoją  na  stole,  trzeba  tylko  nalać 

zupy. 
 

Elizabeth  wzięła  wazę  i  dopiero  teraz  poczuła,  że  nogi  się  pod  nią  uginają  ze 

zdenerwowania.  Pomyśleć,  że  ona,  Elizabeth,  będzie  obsługiwać  gospodarza  przy  stole!  To 
praca  Nikoline.  Ciekawe,  co  by  mama  na  to  powiedziała.  I  Jens,  pomyślała.  Dumna,  z 
bijącym sercem wkroczyła do jadalni. 
 

-  Ach,  to  ty  dzisiaj  podajesz  do  stołu  –  mruknął  Leonard.  –  Bardzo  miła 

niespodzianka. 
 

Elizabeth zaczerwieniła się, było jej gorąco. 

 

- Nikoline źle się czuje, boli ją brzuch – powiedziała cicho, stawiając wazę na stolę. 

Chciała nalewać zupę. 
 

-  Pozwól  swoim  małym  paluszkom  odpocząć  –  Leonard  wyszczerzył  zęby  w 

uśmiechu. – Dzisiaj ja sam się obsłużę. 
 

Podczas  gdy  Leonard  nalewał  zupę,  Elizabeth  ogarnęła  wzrokiem  stół.  Był  nakryty 

białym  lnianym  obrusem,  chociaż  to  środek  tygodnia.  Kryształowe  szklanki,  przy 
porcelanowych talerzach srebrne łyżki. Elizabeth nigdy nie widziała czegoś równie pięknego. 
 

Poczuła  na  sobie  spojrzenie  Kristiana  i  zerknęła  w  jego  stronę.  Młody  pan 

nieoczekiwanie mrugnął, a ona ze złością stwierdziła, że czerwieni się jeszcze bardziej. 
 

Chciała  wziąć  wazę  z  zupą,  okrążyć  stół,  żeby  podejść  do  Kristiana,  kiedy  poczuła 

rękę  Leonarda na pośladku. Nie żaden przypadkowy, delikatny dotyk,  ale mocny ordynarny 
uścisk. 
 

Najpierw  zesztywniała,  a  potem,  w  pierwszym  odruchu,  chciała  wymierzyć  mu 

policzek.  Kiedy  jednak  się  od  wróciła,  Leonard  siedział  jakby  nigdy  nic.  Spojrzała  na 
Kristiana,  który  patrzył  na  nią  lekko  zdumiony.  Czyżby  sobie  to  wszystko  wyobraziła? 
Zdezorientowana  i  roztrzęsiona  nalewała  zupę  Kristianowi,  a  wtedy  Leonard  powiedział:  - 
Zasługujesz na lepszą zapłatę, Lise. 
 

- Elizabeth – poprawiła. 

 

- Tak, Elizabeth, chciałem powiedzieć. Widziałem, że jesteś bardzo zręczna i dobrze 

pracujesz. 
 

Skrępowana  wpatrywała  się  w  podłogę.  Rzadko  kiedy  otrzymywała  pochwały,  a  po 

tym, co się przytrafiło, jeśli w ogóle coś się przytrafiło, była zakłopotana. W końcu odzyskała 
mowę i spojrzała na gospodarza. 
 

- Robię, co do mnie należy. A zapłatę mam dobrą. 

 

Leonard mlaskał i chrząknął przez chwilę, a potem powiedział: 

 

- A co tam u twojej rodziny? 

 

- Wczoraj dostałam list, myślę, że u nich wszystko dobrze. 

 

Tłuszcz spływał gospodarzowi po brodzie. Elizabeth zrobiło się niedobrze. 

 

- No cóż, skoro nie chcesz lepszej zapłaty, Elizabeth… w takim razie znajdziemy coś 

innego. A może kilka wolnych dni? Na przykład na Boże Narodzenie? 
 

- Dziękuję, bardzo bym się ucieszyła – odparła Elizabeth i dygnęła. – Ale może to by 

było niesprawiedliwe wobec pozostałych służących. 

background image

 

36

 

- Jakoś się dogadamy, ty i ja, Elizabeth. Pracuj dobrze, to będziesz miała wolne dni. 

Domyślam się, że chciałabyś spędzić święta w domu. 
 

- No pewnie – wykrztusiła Elizabeth. 

 

-  No  to  dogadaliśmy  się.  –  Zabrzmiało  to  trochę  jak  pytanie,  ale  bardziej  jak 

informacja, zanim Elizabeth zdążyła pomyśleć, odparła, że tak, jeszcze raz głęboko dygnęła i 
ruszyła ku drzwiom. Tam przystanęła. 
 

- Czy coś jeszcze potrzeba? 

 

Leonard pokręcił głową. 

 

- Teraz już nic, Elizabeth. Teraz nic. 

 

Wolała, żeby nie używał jej imienia za każdym razem, kiedy coś do niej mówi. Kiedy 

Kristian  mówił do niej po imieniu, było jej przyjemnie. Imię brzmiało wyjątkowo. Leonard 
jednak wypowiadał je jakoś nieprzyjemnie. 
 

W kuchni reszta domowników siedziała przy posiłku. 

 

- Długo ci zeszło – powiedziała Helene, przyglądając  jej się natrętnie. 

 

- Tak, gospodarz był bardzo gadatliwy – odparła swobodnie. 

 

- A o czym rozmawialiście? – dopytywała się Helene. 

 

- O niczym specjalny, - kłamała Elizabeth. Z jakiegoś powodu nie chciała, żeby inni 

dowiedzieli  się  o  tych  wolnych  dniach.  Nawet  Helene  wolała  nie  informować…w  każdym 
razie jeszcze nie teraz. Potrzebowała czasu, żeby sama się z tym oswoić. 
 

 

Rozdział 5 
 
 

Kiedy  pierwsze  promienie  porannego  światła  wpadły  przez  maleńkie  okienko, 

Elizabeth zaczęła budzić Helene. 
 

- Wstawaj, wstawaj zaraz. Robota na nas czeka. 

 

- Muszę jeszcze chwilę pospać. Tylko parę sekund – mruczała Helene w odpowiedzi, 

odwracając twarz do ściany. 
 

Elizabeth  pozwoliła  jej  trochę  poleżeć,  a  sama  zaczęła  się  ubierać.  Ubranie  wisiało 

ładnie  rozwieszone  na  haczyku  wbitym  w  ścianę.  W  dzieciństwie  uczono  ją,  że  trzeba  dbać 
ubrania, to starczą na dłużej. Porządek i staranność to ważne cnoty. Włożyła czarne wełniane 
pończochy i przymocowała je podwiązkami powyżej kolan. 
 

-  Helene,  wstawaj  już  –  powtórzyła,  wkładając  sukienkę.  –  Wstawaj  zaraz,  to  może 

Gurine da nam trochę kawy. 
 

- Kawy? – Mamrotała. – To pewnie będzie jakaś wczorajsza lura. 

 

- Wczorajsza czy świeża, wstawaj. 

 

- Nie rozumiem, jak ty  możesz być taka rozbudzona i ożywiona tak wcześnie rano – 

krzywiła się Helene, ale posłusznie stawiała stopy na zimnej podłodze. 
 

Elizabeth  nie  od  razu  odpowiedziała.  Jej  też  nie  zawsze  wstawało  się  lekko,  bo  w 

Dalsrud dni robocze były długie, kończyły się późnym wieczorem. Dzisiaj będą musiały obie 
z  Helene  wysprzątać  izbę  dla  parobków,  bo  jutro  zaczyna  się  kopanie  ziemniaków  i  kilki 
komorników  będzie  nocować  we  dworze.  Może  uda  jej  się  porozmawiać  choć  chwilę  z 
Krystianem, bo on głównie pracuje w obejściu.  
 

Każdego  wieczora  próbowała  znaleźć  coś  miłego,  co  może  jej  się  przytrafić 

następnego  dnia.  Dzięki  temu  chętniej  wstawała  rano,  a  dzień  nie  wydawał  się  taki  długi. 
Chwilę  mocowała  się  z  ostatnim  guzikiem,  potem  zaczęła  rozczesywać  włosy.  Bez  tych 
małych radości życie tutaj byłoby nieznośne. We dworze czaiło się coś nieprzyjemnego, ale 
wciąż  nie  umiała  określić,  co  to  jest.  Kim  była  pani,  którą  widziała  w  oknie  na  strychu?  I 
dlaczego Leonard zachowuje się wobec niej tak dziwnie? Wielokrotnie zauważyła, że gapi się 
na nią i jakoś nieprzyjemnie uśmiecha. Postanowiła porozmawiać o tym z Helene, jak tylko 
nadarzy się okazja. 

background image

 

37

 

- No to jestem gotowa iść na kawę – głos Helene wyrwał ją z zamyślenia. 

 

Odwróciła się. Helene była ubrana, ale brązowy warkocz miała potargany po nocy. 

 

- Nie uczesz się? – spytała. 

 

-  Nie,  warkocz  jest  wystarczająco  porządny  –  odparła  Helene  obojętnie,  przecierając 

zaspane oczy. 
 

Elizabeth  wzruszyła  ramionami,  gdyby  od  tego  zależało,  czy  dostanie  upragnioną 

filiżankę kawy, przyjaciółka z pewnością starannie by się uczesała. 
 
 

W izbie parobków panował zaduch i bałagan. 

 

- Ciekawe, kiedy ostatnio było tu sprzątane? – spytała Elizabeth, marszcząc nos. 

 

- Na wiosnę w całym domu robiliśmy generalne porządki. Ale wiesz, mężczyźni… - 

Helene pozostawiła resztę wyobraźni Elizabeth. 
 

Pokój  był  dosyć  duży,  po  obu  stronach  stały  piętrowe  prycze,  sięgające  niemal  do 

sufitu. Były takie szerokie, że na każdej mogło spać dwóch mężczyzn, podobnie jak na kojach 
w  łodzi.  Pośrodku,  przy  krótszej  ścianie,  znajdowało  się  maleńkie,  brudne  okno,  które  nie 
wpuszczało zbyt wiele światła. Pod oknem stał stolik, zbity z grubych desek, dość zniszczony 
od  długiego  używania.  Długie  ławy  przymocowano  do  podłogi.  Tuż  przy  drzwiach  stała 
skrzynia  na  jedzenie.  Zabierano  takie  skrzynie  na  zimowe  połowy,  ta  tutaj  zawierała 
wszystkie ziemskie dobra Olego. 
 

-  Uważasz,  że  Ole  się  tutaj  dobrze  czuje?  –  spytała  Elizabeth,  bardziej  sobie  niż 

koleżankę. 
 

- Dobrze, a dobrze… przecież nie ma wyboru. Ale głównie przychodzi tu spać. Teraz 

przynajmniej będzie miał towarzystwo. Zamieszka z nim jeszcze trzech komorników. To ci, 
którzy nie mają rodzin, bo pozostali po skończonym dniu pracy uciekają do domu. – Helene 
sprawdzała  sienniki.  –  Chyba  nie  trzeba  będzie  zmieniać  słomy.  Mają  służyć  tym  samym 
ludziom,  którzy  spali  na  nich  w  czasie  sianokosów.  Przynoszą  pewnie  własne  okrycia  z 
owczych skór, tak że innej pościeli nie trzeba. 
 

- A może poduszki? – podsunęła Elizabeth. 

 

- No, może. Zobaczymy później. Teraz trzeba tu porządnie wyszorować. 

 

Elizabeth stała, odrywając wiórek od ściany i w zamyśleniu wyglądała przez otwarte 

drzwi. Leonard szybkim krokiem przeciął dziedziniec, kierując się do obory. 
 

- Nie uważasz, że Leonard jest dziwny? – spytała oczekiwanie. 

 

-  Ja  uważam,  że  on  jest  obrzydliwy  –  odparła  Helene  krótko.  Zaraz  się  jednak 

opanowała, zmrużyła oczy. – Co właściwie masz na myśli? Zrobił ci coś? 
 

- Nie… - Elizabeth cedziła słowa. – Wiem, że to zabrzmi głupio, ale też myślę, że jest 

w  nim  coś  bardzo  nieprzyjemnego.  Wystarczy,  że  znajdzie  się  w  pobliżu,  a  przenika  mnie 
chłód.  No,  ale  z  drugiej  strony  zachowuje  się  też  sympatycznie.  –  Odłożyła  miotłę.  Teraz 
poczuła  się  swobodniej,  a  słowa  płynęły  swobodnie.  –  Że  pozwala  komornikom  sypiać  we 
dworze w czasie wykopów… i jadają też z nimi, to miłe z jego strony. 
 

Helene potrząsnęła głową i roześmiała się jakimś dziwnie suchym, krótkim śmiechem. 

 

- Tak, pozwala robotnikom sypiać i jadać we dworze, bo dzięki temu znacznie dłużej 

pracują.  Nie  myśl,  że  robi  to  z  innego  powodu.  Ci  biedni  ludzie  nie  przywykli  do  dobrego 
traktowania.  Biorą  to,  co  im  się  daje.  I  zapamiętaj  sobie  moje  słowa:  zobaczysz  różnice  w 
jedzeniu,  kiedy  oni  tu  zamieszkają.  Wtedy  na  stole  nieczęsto  pojawi  się  mięso,  możesz  mi 
wierzyć. 
 

Helene wyszła po wodę, Elizabeth szła krok w krok za nią. Nagle Helene przystanęła. 

 

- A że jest obrzydliwy, nie musisz mnie przekonywać. 

Nie ma w tym człowieku jednej sympatycznej cechy. 

background image

 

38

 

Elizabeth  zadrżała.  Zimny  dreszcz  przebiegł  jej  po  plecach,  nie  wiedziała  czy  to  od 

wrześniowego  chłodu,  czy  z  powodu  słów  Helene.  Skuliła  się,  słysząc,  jak  na  dachu 
wrzeszczy wrona. 
 
 

Elizabeth  podniosła  się  i  rozcierała  obolały  krzyż,  wpatrując  się  przed  siebie  na 

rozległe ziemniaczane pole. Zebrali się tu wszyscy komornicy, z żonami i dzieciakami. 
Mężczyźni szli przodem i motykami wykopywali krzaczki, za nimi podążały kobiety i dzieci, 
zbierając  ziemniaki.  Przed  nią  szedł  ten  sam  mężczyzna,  który  sprowadzał  z  gór  zabłąkane 
owce i tak bardzo interesował się jej „zdolnościami”. Nazywa się Lars Jensa, nie ma rodziny, 
jest  jednym  z  tych,  którzy  mieszkają  w  izbie  dla  parobków.  Wysoki,  chudy,  o  czarnych, 
tłustych  włosach.  Elizabeth  wolałaby,  żeby  on  się  w  ogóle  przy  tej  robocie  nie  pojawiał. 
Całymi dniami dręczył ją niepokój, że znowu zagadnie ją o te odnalezione owce. Pospiesznie 
spojrzała  w  górę  na  zaciągnięte  chmurami  niebo.  żeby  się  tylko  nie  rozpadało,  pomyślała, 
rozcierając zdrętwiałe ręce, zanim wróciła do pracy. 
 

- Czy mogłabym zbierać z tobą? – rozległ się nagle cieniutki głosik. 

 

Elizabeth podniosła się i zobaczyła drobną dziewczynkę.  

 

- Pewnie, że możesz. Jak masz na imię? 

 

- Amanda i niedługo skończę dziewięć lat. a ile lat masz ty? 

 

Elizabeth stłumiła śmiech, odpowiedziała z powagą: 

 

-  Ja  mam  szesnaście,  a  na  imię  mi  Elizabeth.  Teraz  jednak  musimy  pracować.  Idź 

przede mną. 
 

-  Ale  przy  pracy  możemy  rozmawiać  –  oznajmiła  Amanda,  zbierając  ziemniaki  tak 

szybko, jak tylko mogła nadążyć. 
 

- O czym będziemy rozmawiać? 

 

-  O  wszystkim.  Ja  mieszkam  na  dole,  tam  przy  zakręcie,  z  mamą  i  z  tatą,  i  mam 

dziewięcioro rodzeństwa. Pomyśl, tyle dzieci, ile ja mam lat. czy to nie dziwne? A ile ty masz 
rodzeństwa? Może szesnaścioro? – roześmiała się perliście.  
 

-  Nie,  ja  mam  tylko  jedną  siostrę  –  wyjaśniła  Elizabeth,  myśląc,  o  ile  łatwiej  się 

pracuje,  odkąd  ta  mała  gaduła  tutaj  przyszła.  –  Moja  siostra  ma  na  imię  Maria  i  skończyła 
pięć lat. zresztą trochę do ciebie podobna. 
 

- A jak wygląda? O, zobacz jaki wielki ziemniak! – Amanda pokazywała Elizabeth. – 

Wystarczyłby  pewno  na  obiad  dla  całej  naszej  rodziny.  –  Potem  wrzuciła  ziemniaka  do 
drewnianego wiadra i zbierała dalej. 
 

- Jak wygląda Maria? 

 

Ma  jasnobrązowe  włosy,  podobne  do  twoich.  Tylko  oczy  ma  niebieskie,  nie  takie 

szare jak ty. Jest mała i szczuplutka. 
 

-  Pewnie  dużo  mniejsza  ode  mnie,  bo  przecież  ja  jestem  starsza.  –  Potem  Amanda 

długo milczała. Tak długo, że Elizabeth zaczęła się zastanawiać, czy jej czymś nie uraziła. 
 

-  Czy  wy  jesteście  biedni?  –  spytała  Amanda  nagle,  tym  razem  mówiła  bardzo 

poważnym tonem. 
 

- Tak. To dlatego tutaj pracuję. 

 

- My też jesteśmy biedni. Mam pięcioro młodszego od siebie rodzeństwa. Reszta jest 

starsza, wszyscy pracują w różnych miejscach. 
 

Elizabeth  zawstydziła  się.  tak  przeżywała,  że  musi  wyjechać  z  domu,  a  przecież  ma 

szesnaście  lat.  a  to  dziecko  ma  dopiero  dziewięć,  pochodzi  z  takiej  licznej  rodziny.  Matka 
Amandy rodziła pewnie rok po roku. Pewnie wydała na świat jeszcze więcej dzieci, tylko że 
niektóre zmarły. Takie tragedie zdarzają się niemal we wszystkich rodzinach. Rodzice nie są 
w  stanie  zdobyć  jedzenia  dla  takiej  dużej  gromady,  myślała.  W  każdym  razie  nie  tyle,  żeby 
dzieci najadały się do syta. 

background image

 

39

 

- Jak przyjdziesz tu znowu po południu, to przyniosę ci trochę jedzenia – powiedziała 

krótko.  –  Nie  będzie  tego  dużo,  ale  kawałek  chleba  uda  mi  się  przygotować.  Chleba  z 
solonym mięsem, co ty na to? 
 

Amanda uśmiechnęła się szeroko, pokazując, że brak jej przednich zębów. 

 

- Bardzo ci dziękuję! Myślę, że jesteś najmilszą osobą, jaką znam. 

 

Dalej pracowały w milczeniu. Amanda była bardzo zwinna, odeszła spory kawałek do 

przodu,  nagle  Elizabeth  znieruchomiała  ze  zgrozy.  Zerwała  się  i  krzyknęła  przerażona,  bo 
spojrzała prosto w wodniste, niebieskie oczy Leonarda. 
 

- Przestraszyłem cię? – zachichotał. 

 

Elizabeth przytaknęła. W gardle jej zaschło, nie mogła wydobyć z niego głosu. 

 

-  Widzę,  że  posuwacie  się  szybko  naprzód.  Jesteś  bardzo  zręczna,  Elizabeth.  – 

Odwrócił się, żeby odejść, ale nagle znowu przystanął. – Pamiętasz naszą umowę?  
O wolnych dniach w Boże Narodzenie? 
 

Elizabeth znowu przytaknęła w milczeniu, nie była w stanie nic powiedzieć. 

 

-  I  wiesz  co?  –  dodał  i  klepnął  ją  w  tyłek,  zanim  odszedł.  –  Bardzo  mi  się  podoba 

sposób,  w  jaki  zbierasz  ziemniaki.  Pochylasz  się  na  sztywnych  nogach,  tyłeczek  unosisz  w 
górę. 
 

Elizabeth zrobiło się gorąco ze wstydu i upokorzenia, lecz także z powodu jego słów, 

ż

e ją dotknął. 

 

W  tej  samej  chwili  rozległ  się  dzwonek  wzywający  na  posiłek  do  dworu  i  Leonard 

ruszył przed siebie szybki krokiem. Podbiegła Amanda i pociągnęła Elizabeth za rękę.  
 

-  Teraz  musze  już  iść,  ale  wrócę  po  południu.  I  wtedy  dostanę  kawałek  chleba, 

prawda? 
 

-  Tak,  prawda,  Amando.  Ja  dotrzymuję  obietnic  –  powiedziała  Elizabeth  jakby 

nieobecna, rozglądając się wokół. Ale ani Amanda ani nikt inny najwyraźniej nie zauważył, 
co się stało. 
 

Ku nim przez pole szła chuda kobieta. Elizabeth domyślała się, że to mama Amandy. 

 

- Kto pilnuje twojego rodzeństwa, kiedy wszyscy jesteście tutaj? – spytała Elizabeth. 

 

- Babcia. Bo babcia z nami mieszka. Ale teraz muszę iść, mama mnie woła. 

 
 

Na obiad były stare ziemniaki i gotowane śledzie. A więc Helena miała rację: Leonard 

nie  karmi  mięsem  swoich  komorników.  Mięsa  jada  on  sam,  obok,  w  jadalni.  Leonard  jedną 
ręką daje, a drugą zabiera. 
 

Jakiś czas temu w wodach fiordu pojawiły się wielkie ławice śledzi. Pierwszy odkrył 

je Ole. 
 

- Mewy biją się nad fiordem. Myślę, że śledzie przypłynęły – wrzasnął, wpadając do 

kuchni. 
 

- Powiedz o tym Leonardowi, nie nam – warknęła Helene. 

 

- Czy ty się nigdy nie nauczysz mówić o nim gospodarz, a nie Leonard? – upomniała 

Gurine. 
 

- Mówię o nim tak, jak ma na imię – odparła krótko Helene. 

 

Wkrótce potem na fiordzie zaroiło się od łodzi, bo wszyscy chcieli zapewnić sobie jak 

najwięcej śledzi, nazywanych tu srebrem morza. Dobrze jest od czasu do czasu zjeść śledzia, 
ale jeśli pojawia się on  na stole dzień w dzień, to wszyscy uważają, że jedzenie jest nic nie 
warte. 
 
 

Elizabeth wyjmowała ości czarnymi od ziemi rękami. 

Nie udało jej się wymyć ich do czysta, chociaż szorowała długo. Ziemia wżerała się głęboko 
w skórę, pod paznokciami powstawały czarne grube obwódki. 

background image

 

40

 

Przy stole panowała cisza. Tylko łyżki chrobotały po talerzach, poza tym nic nie było 

słychać.  Nikt  nie  miał  siły  na  rozmowy.  Nikt,  prócz  Nikoline.  Ona  cały  dzień  spędziła  w 
tkalni, sama na pustym strychu i spragniona była towarzystwa. 
 

-  Boże  kochany,  jak  ty  wyglądasz  –  powiedziała,  spoglądając  spod  jasnych  rzęs  na 

ręce Elizabeth. 
 

- Od pracy w ziemi ręce brudzą się wszystkim, a jeśli ziemniaki mają się znaleźć na 

stole, trzeba je najpierw wykopać i pozbierać – odparła Elizabeth zmęczona. Ostatnie, czego 
teraz  pragnęła,  to  kłótnia  z  pokojówką  Nikoline  siedziała  w  swojej  pięknej,  czarnej  sukni  z 
białym  koronkowym  kołnierzykiem  i  Elizabeth  nie  była  w  stanie  przestać  myśleć  o 
zniszczonym ubraniu małej Amandy. 
 

Nikoline odsunęła nieco talerz ze śledziem i przyglądała się swoim pięknym palcom. 

Jej paznokcie były czyste, bez żadnych czarnych obwódek. 
 

-  Ale  pamiętaj,  żeby  chować  swoje  czarne  pazury  przed  Krystianem  –  powiedziała 

złośliwie, rozglądając się wokół, żeby zobaczyć, jak inni na to zareagują. 
 

Ludzie  przyglądali  się,  wytrzeszczając  oczy.  Elizabeth  spuściła  wzrok,  bo  poczuła 

rumieniec  wstydu  na  policzkach.  Skoro  Nikoline  zauważyła,  to  inni  pewnie  też.  Bo 
oczywiście  ukrywała  ręce  przed  Krystianem.  Czy  Nikoline  nie  rozumie,  że  to  nieprzyjemne 
pokazywać  brudne  ręce  synowi  gospodarza,  który  na  dodatek  jest  niewiele  starszy?  Była 
zawstydzona. Ale przecież zakochana jest w Jensie… tylko że cierpi także z jego powodu. 
 

Nagle przypomniała sobie napomnienie ojca, kiedy odwoził ją do Dalsrud: „Mimo że 

pochodzisz  ze  skromnych  warunków,  nie  jesteś  mniej  warta  niż  inni,  Pamiętaj  o  tym”. 
Elizabeth czuła, że ogarnia ją złość i wpiła wzrok w Nikoline. 
 

-  Nie  zabrudziłaś  jeszcze  rąk  pracą,  Nikoline.  Ale  poczekaj,  na  ciebie  tez  przyjdzie 

kolej.  Przeżyjesz  rzeczy,  których  byś  się  nie  spodziewała  w  najgorszych  snach.  Zapamiętaj 
sobie moje słowa – powiedziała spokojnie. 
 

Nagle  stało  się  tak,  jakby  czas  się  zatrzymał.  Nikt  nie  jadł,  nikt  nie  oddychał  – 

wszyscy patrzyli na Elizabeth. 
 

Ona odetchnęła ciężko. Serce tłukło się w piersi tak bardzo, że miała ochotę położyć 

rękę, by je uspokoić.  
Dlaczego  powiedziała  te  wszystkie  słowa?  Najrozsądniej  byłoby  milczeć  i  zlekceważyć 
Nikoline. 
 

W końcu Lars Jens chrząknął. 

 

- To i złe uroki potrafisz na ludzi rzucać? – spytał Elizabeth głośno przełknęła ślinę. 

Zmusiła się teraz, by spojrzeć mu w oczy. Ledwo było słychać głos, kiedy odpowiedziała: 
 

- Oczywiście, że tego nie potrafię. Nigdy się z nikim nie kłóciłeś? 

 

- Kłóciłem się, ale nikomu nie groziłem w taki sposób. 

I nie umiem też znajdować zbłąkanych owiec. 
 

Nikoline nareszcie odzyskała mowę. Głośni i przejmująco oznajmiła: 

 

- No właśnie, to czarownica! 

 

- Nie możecie przestać z tymi głupstwami? – krzyknęła Helene. – Gdyby sprawdziło 

się wszystko, co ja ludziom powiedziała, to niech mnie Bóg broni… 
 

Wstała demonstracyjnie i hałasując zrzuciła ze swojego talerza obierki od ziemniaków 

do wiadra. Ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Teraz wszyscy patrzyli na Elizabeth. Wiedzieli 
przecież,  że  ona  różne  rzeczy  „widzi”.  Takie  słowa  zapadają  ludziom  w  pamięć,  pomyślała 
Elizabeth. Gdyby jakaś przepowiednia się spełniła, natychmiast sobie o nich przypomną. 
 

Próbowała zachowywać się obojętnie. 

 

- Ale zabobony! 

 

Podskoczyła  na  miejscu,  kiedy  Helene  wypuściła  z  rąk  na  podłogę  talerz,  który 

roztrzaskał się na tysiąc kawałków. 

background image

 

41

 

- Helene! – wrzasnęła Nikoline. – Gospodarz się o tym dowie, żebyś wiedziała! I sama 

to wszystko pozbieraj, powiadam ci. 
 

- Och, zamknij się nareszcie. Jesteś gorsza ode natrętnej muchy  – odparła Helene ze 

złością. 
 

Mężczyźni  przy  stole  chichotali,  wstając.  Sprawa  Elizabeth  została  zapomniana. 

Wszyscy  muszą  wracać  do  pracy,  do  wieczora  jeszcze  daleko,  a  Leonard  nie  toleruje 
obiboków. 
 

Ale Elizabeth kręciło się w głowie, kiedy przygotowywała chleb dla Amandy. Zanim 

wyszła z kuchni, spytała cicho Helene: 
 

- Czy ty to zrobiłaś celowo? 

 

Helene spojrzała na nią nie rozumiejąc. 

 

- Celowo? Z pensjo mi to potrącą! 

 

- Przepraszam – tylko tyle powiedziała Elizabeth, za nim wyszła z kuchni. 

 
Rozdział 6 
 
 

Elizabeth znalazła w szopie na torf drewnianą skrzynkę. Wyszorowała ją  do czysta i 

ustawiła w pokoiku, który zajmowały obie z Helene. Tego dnia na skrzynce paliła się łojowa 
ś

wieca,  a  Elizabeth  próbowała  skreślić  parę  zdań  do  rodziców.  Nie  miała  zamiaru  się 

rozpisywać.  Chciała  tylko  poinformować,  że  powodzi  jej  się  dobrze,  jedzenia  ma  pod 
dostatkiem  i  pracuje  tak,  że  rodzice  nie  muszą  się  za  nią  wstydzić.  No  i  oczywiście  chciała 
powiadomić,  że  na  święta  przyjedzie  do  domu.  O  innych  sprawach,  które  ją  niepokoiły, 
wolała nie opowiadać. 
 

- Do kogo piszesz? – spytała Helene. 

 

-  Do  mamy  i  taty.  Nie  odzywałam  się  do  nich,  odkąd  tu  przyjechała.  A  pewnie 

chcieliby wiedzieć, czy będę w domu na święta. 
 

- A będziesz? 

 

Elizabeth  pożałowała.  Lepiej  było  nie  wspominać  o  Bożym  Narodzeniu.  Z  jakiegoś 

powodu nie chciała, by Helene wiedziała, że Leonard jej to obiecał. 
 

- Możliwe – odparła wymijająco, chowając przybory do pisania. 

 

- Odpisałaś już Jensowi? 

 

- Nie, nie miałam czasu. 

 

- Czasu, czy chęci? 

 

- Chyba trzeba iść spać. 

 

Elizabeth zdmuchnęła świecę i resztę schowała pod skrzynką razem z przyborami do 

pisania.  Ze  względu  na  groźbę  pożaru,  ale  też  dlatego,  że  wszyscy  mają  oszczędzać  na 
ś

wiecach. Mimo to Helene zawsze dbała, żeby mieć jedną czy dwie na wszelki wypadek. 

 

- Elizabeth, ty sama siebie oszukujesz – rozległo się w ciemności. – Wydaje mi się, że 

jesteś  trochę  zajęta  Krystianem.  To  dlatego  nie  odpowiadasz  swojemu  chłopakowi  na  list, 
prawda? Ale jeżeli nie chcesz już Jensa, to powinnaś mu to powiedzieć wprost. Natomiast o 
Kristiana tak czy inaczej powinnaś zapomnieć. Nigdy go nie dostaniesz. 
 

Słowa sprawiły ból i w końcu Elizabeth poczuła, że ogarnia ją złość. Dlaczego Helene 

się wtrąca? Co ona właściwie wie? 
 

- Co ty masz na myśli? Może sama interesujesz się Krystianem – spytała chłodno. 

 

- Nie, wcale nie. ale to  prawdziwy bałamutnik. Sprawi ci tylko ból, Elizabeth. Jesteś 

więcej  warta  niż  zaloty  Kristiana.  I  nie  zapominaj,  że  to  dziedzic  wielkiego  dworu.  Z 
pewnością ożenią go też z jakąś dziedziczką. 
 

- Nie zależy mi na Kristianie w ten sposób – odparła Elizabeth ostro. – Moim zdaniem 

on jest miły, ale nic więcej. 
 

Helene mówiła dalej, jakby nie słyszała. 

background image

 

42

 

- Zapamiętaj sobie moja słowa. Trzymaj się z daleka od rodziny Dalsrud, a najlepiej 

odpisz Jensowi. Z tego, co mówisz on wygląda na chłopaka, na którym można polegać. 
 

Elizabeth zrobiło się gorąco. 

 

- Polegać? No to ja ci coś powiem. Ten nasz dobry Jens spotyka się z Dorte z Neset. 

Spędził  z  nią  całą  noc.  Sama  widziałam,  jak  od  niej  wychodził.  Z  pewnością  się  całowali, 
może nawet są zakochani. 
 

W mroku rozległ się cichy śmiech, potem znowu głos Helene: 

 

- Przepraszam, że chichoczę, ale to brzmi bardzo dziwnie. – Odchrząknęła raz i drugi. 

– Kim jest ta Dorte?  
Czy to jakaś stara baba? 
 

-  Wystarczająco  stara,  żeby  mogła  być  jego  matką  –  warknęła  Elizabeth,  czując,  że 

płacz  dławi  ją  w  gardle.  W  końcu  opowiedziała  Helene  o  Jensie  i  o  tym,  co  zrobił.  teraz 
przyjaciółka będzie musiała przynajmniej okazać trochę zrozumienia. 
 

- No może, ale to pewnie nie jest tak, jak myślisz – odparła Helene z uporem. – Z tego, 

co mi o nim mówiłaś, rozumiem, że on nie mógłby się zakochać w tej  Dorte. Poza tym nie 
widziałaś przecież, żeby się całowali. 
 

- Wcale nie musiałam widzieć. A jak myślisz, co oni robili przez całą noc? 

 

Helene odpowiedziała pytaniem na pytanie: 

 

- Pytałaś go? 

 

- Nie. 

 

-  No  to  nie  masz  dowodu.  I  nie  masz  też  powodu,  żeby  się  mścić,  rzucając 

powłóczyste spojrzenia w stronę Kristiana. 
 

Elizabeth  mocno  zacisnęła  powieki  i  przez  dłuższy  czas  wstrzymywała  oddech.  Nie 

chciała okazać się dziecinna i słaba, za nic nie chciała się rozpłakać. 
 

Leżała  potem  długo  i  wpatrywała  się  w  mrok.  W  końcu  znowu  odezwał  się  głos 

Helene. Łagodny, jakby tamta żałowała. 
 

- Posłuchaj mnie, Elizabeth, ja to mówię dla twojego dobra. Niezależnie od tego, jak 

postąpisz wobec Jensa, to trzymaj się z daleka od Dalsrudów. Może i Jensza coś na sumieniu, 
może nie ma. Nie osądzaj nikogo, zanim nie zdobędziesz dowodów. 
 

- Teraz chciałabym spać – mruknęła Elizabeth. – Dobranoc. 

 

Ale  i  tak  długo  leżała  nie  śpiąc  i  rozmyślała  o  tym,  co  powiedziała  Helene.  Może 

powinnam zapytać o to Jensa, kiedy będzie w domu na święta. Helene z pewnością ma rację. 
Najlepiej jest trzymać się z daleka od bogatych ludzi, chociaż Kristian bywa miły. Ona jest i 
pozostanie biedną służącą, powinna wiedzieć, gdzie jest jej miejsce. 
 
 

Następnego  ranka  ubrała  się,  nie  budząc  Helen.  Pospiesznie  zeszła  do  kuchni,  żeby 

uniknąć rozmów na temat tego, co powiedziały sobie wczoraj wieczorem. 
 

Sądziła,  że  tak  wcześnie  rano  kuchnia  będzie  pusta.  Zagrzeje  sobie  kawy  i  w  ciszy 

uporządkuje dręczące ją myśli. 
 

Ale  w  kuchni  siedziała  Nikoline.  Chociaż  rozpaliła  ogień  i  zagrzała  kawę,  to  akurat 

Nikoline była ostatnim człowiekiem, którego Elizabeth chciałaby spotkać. 
 

-  Chcesz  kawy?  –  spytała  pokojówka,  patrząc  rozmarzonym  wzorkiem  w  okno.  Na 

dworze wiało. Elizabeth wiedziała, że wkrótce szyby  pokrywają się szarą powłoką morskiej 
soli. 
 

Nie odpowiedziała na pytanie. Wyglądała tylko z szafy kubek w kwiatki i nalała sobie 

kawy  pół  na  pół  z  mlekiem,  potem  usiadła  na  drugim  końcu  stołu,  możliwe  jak  najdalej  od 
Nikoline. 
 

Pokojówka przez dłuższy czas wpatrywała się w firanki i na pół zwiędłe geranium na 

parapecie, potem westchnęła zadowolona, napiła się kawy i rzekła przejęta: 
 

- Co za noc! 

background image

 

43

 

-  Co  masz  na  myśli?  –  spytała  Elizabeth  i  natychmiast  pożałowała,  że  dała  się 

wciągnąć w pułapkę. Bo zanim jeszcze dokończyła pytanie, już wiedziała, że Nikolinie chce, 
by zaczęła ją wypytywać. 
 

-  Potrafisz  dochować  tajemnicy?  –  spytała  Nikoline  poufale,  pochylając  się  nad 

krawędzią stołu. Nie czekając odpowiedzi, wsunęła żółty lok za ucho i powiedziała: 
- Dzisiaj w nocy był u mnie Kristian. 
 

Elizabeth nie była w stanie ukryc szoku. 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

 

-  To,  co  powiedziałam.  –  Nikoline  odchyliła  się  zadowolona  na  krześle  i  spoglądała 

spod oka na Elizabeth. – Dzisiaj w nocy był w moim pokoju. I zapewniam cię, jest tak dobry, 
jak na to wygląda. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  z  trudem  oddycha.  Fantazja  podsuwała  jej  najstraszniejsze 

obrazy.  Nikoline  miała  własny  pokoik,  najmniejszy  ze  wszystkich.  Oczyma  wyobraźni 
Elizabeth widziała Kristiana leżącego obok Nikoline na jej łóżku. Jego silne dłonie głaskały 
białe  ciało  dziewczyny.  Czarny  wzrok  promieniał,  kiedy  Kristian  się  do  niej  uśmiechał. 
Pocałunki były coraz gwałtowniejsze, wymagające. Szerokie barki przesłaniały szczupłe ciało 
tamtej…  odpychała  od  siebie  ten  obraz,  nie  miała  dość  wyobraźni  ani  doświadczenia,  by 
wiedzieć,  co  dzieje  się  dalej.  Wiedziała  tylko,  że  w  takich  chwilach  uczucia  są  gwałtowne. 
Przeżyła to z Jensem. Jens… czy on robił to z Dorte tamtej nocy? 
 

- Jesteś zazdrosna? – Nikoline uśmiechnęła się nieprzyjemnie. 

 

Tak,  była  zazdrosna.  Zazdrosna  o  pokojówkę,  która  robi  wszystko,  co  możliwe,  by 

oddalić od niej Kristiana, który jest wobec niej miły i troskliwy. Zazdrosna o to, że Nikoline 
przeżyła to, co ona powinna przeżyć… z Jensem. 
 

Elizabeth  musiała  bardzo  nad  sobą  panować.  Najbardziej  ze  wszystkiego  pragnęła 

uciec od tej zarozumiałej dziewczyny po drugiej stornie stołu. Ale zdążyła już nabrać wprawy 
w ukrywaniu uczuć przed Nikoline. 
 

- Zazdrosna? O co? Nie obchodzi mnie to, co robisz z Krystianem. Poza tym uważam, 

ż

e kłamiesz. 

 

Nikoline wybuchnęła szyderczym śmiechem. 

 

- Sama możesz go o to spytać, jeśli mi nie wierzysz. 

 

Elizabeth prychnęła przez nos i wstała. 

 

- Wiesz, wcale mnie to nie interesuje. Ja w domu mam chłopaka. – Te ostatnie słowa 

wypadły  z  jej  ust,  zanim  zdążyła  pomyśleć.  Była  zadowolona  i  zraniona  równocześnie. 
Helenie miała rację – nie ma przecież żadnego dowodu na to, że Jens zrobił coś złego. – Poza 
tym  dodała  Elizabeth  złośliwie  –  czy  to  ze  względu  na  Kristiana  przestałaś  mówić  po 
miejsku? 
 

Zobaczyła błysk wściekłości we wzroku Nikoline, ale udawała, że go nie widzi. 

 

Elizabeth siedziała przy dojeniu w ponurym nastroju. 

Myśli  nieustannie  krążyły  wokół  rozmowy  w  kuchni.  Wkrótce  po  ostrej  wymianie  zdań 
pojawiła  się  tam  Gurine,  zdumiona  i  zdezorientowana.  Dopytywała  się,  która  godzina  i  czy 
nie zaspała, skoro one już tu są. Nikoline uśmiechnęła się tylko krzywo i powiedziała, że tej 
nocy ona właściwie nie spała, dlatego tak wcześnie zjawiła się w kuchni. Gurine wspomniała 
coś na temat ciepłego mleka przed nosem. Kiedy przyszła Helene, Elizabeth nakrywała już do 
ś

niadania. Musiała coś robić, by powstrzymać płacz i nie spoglądać wciąż w stronę Nikoline. 

W  duszy  wypowiedziała  najpaskudniejsze  słowa,  jakie  zna,  wszystkie  skierowane  do 
pokojówki i Kristiana. 
 

- Zastanawiałaś się na tym, co ci powiedziałam wczoraj wieczorem? – spytała Helene, 

wstając ze stołka. 
 

-  Trochę  –  skłamała  Elizabeth  zadowolona,  że  Helene  nie  wie,  co  powiedziała 

Nikoline. 

background image

 

44

 

- No i napiszesz w końcu do niego? – pytała dalej przyjaciółka, cedząc mleko. 

 

- Tak, napisze dzisiaj wieczorem. 

 

Helene uśmiechnęła się krótko. 

 

-  Bardzo  dobrze.  dokończysz  sama  dojenia,  bo  ja  muszę  teraz  nanosić  torfu. 

Zapomnieliśmy o tym wczoraj wieczorem. 
 

Elizabeth  skinęła  głową  w  odpowiedzi.  Wymiona  krowy  były  już  puste.  Mimo  to 

nadal siedziała na stołku. Ciepłe, przeżywające krowy pozwalają odzyskać spokój. Wszystkie 
prace w oborze były już zakończone, mogła sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. 
 

Pogrążona  we  własnych  myślach,  nie  słyszała  kroków,  dopóki  Kristian  przy  niej  nie 

stanął. Elizabeth podskoczyła i chciała poprawić chustkę na głowie, ale dała spokój. Po co ma 
się dla niego stroić? 
 

-  Dzień  dobry  –  powiedziała  oschle  i  wstała  z  wiadrem  w  jednej  ręce,  a  stołkiem  w 

drugiej.  Chciała  przejść  obok,  ale  on  zastąpił  jej  drogę.  Stał  uśmiechnięty  z  rekami  w 
kieszeniach  spodni.  Przypomniała  sobie  dzień,  kiedy  przyjechała  do  dworu.  Zauważyła 
wtedy,  że  jeden  z  przednich  zębów  jest  trochę  krzywy  i  zachodzi  na  drugi.  Pomyślała,  że 
bardzo mu z tym do twarzy i teraz ze złością stwierdziła, że nadal tak uważa to, że spędził noc 
z Nikoline, odczuwała jako zdradę. A ja myślałam, że Kristian chce być moim przyjacielem. 
Jak  strasznie  się  pomyliłam.  To  prawda,  co  mówi  Helene:  nie  pochodzimy  z  tego  samego 
stanu, on i ja, pomyślała urażona. 
 

- Odsuń się, żebym mogła przejść – powiedziała, chcąc go okrążyć. Ale Kristian zrobił 

krok w bok. 
 

- Nie poświęcisz mi ani jednego spojrzenia, Elizabeth? 

 

- A dlaczego miałabym to zrobić? Chodzi ci o coś konkretnego? 

 

Kristian wzruszył ramionami. 

 

-  Chciałabym  trochę  porozmawiać.  –  Wyjął  jedną  rękę  z  kieszeni  i  odgarnął  na  bok 

kosmyk,  który  wysunął  się  spod  jej  chusteczki.  Elizabeth  czuła,  że  gorący  dreszcz  przenika 
ciało. Kolana się pod nią uginały, jakby nie chciały jej dźwigać. Wysiłkiem woli opanowała 
się. nie wolno pokazywać słabości. 
 

-  Myślę,  że  nie  mamy  o  czym  rozmawiać.  –  Odepchnęła  go  na  bok  i  poszła  wylać 

mleko do bańki. 
 

- Jesteś na mnie z jakiegoś powodu zła? – Kristian szedł tuż za nią. 

 

- Nie, dlaczego miałabym być zła? Ale jeśli masz ochotę na rozmowę z dziewczyną, to 

powinieneś pójść do Nikoline. Słyszałam, że spędziliście razem noc. 
 

Kristian oparł się o ścianę. 

 

- Kiedy ona ci to powiedziała? 

 

- Dzisiaj wcześnie rano. 

 

- I to ci się nie spodobało? – spytał, a w jego głowie czaił się śmiech. 

 

- A więc to prawda. – Elizabeth odstawiła puste wiadro i popatrzyła mu prosto w oczy 

a potem powiedziała ze złością: - Możesz sobie robić z Nikoline, co chcesz. Oboje jesteście 
siebie warci. Ale powiem ci, że takie zachowanie to łajdactwo. 
 

Chciała odejść, ale on chwycił ją za ramię i nagle spoważniał. 

 

- Nie obawiasz się powiedzieć tego, co myślisz, Elizabeth. 

 

Nie odwracała wzroku.  Może zostanie wypędzona z dworu za to  gadanie, ale proszę 

bardzo, swoich słów nie cofnie. 
 

- Lubię cię – powiedział i zaraz dodał: - A Nikoline kłamie. Dzisiejszej nocy byłem w 

gościach  i  do  domu  wróciłem  przed  świtem.  Jeśli  mi  nie  wierzysz,  spytaj  Helene.  Ona 
widziała, jak wyjeżdżałem.  
 

-  Puść  moją  rękę  –  wysyczała  Elizabeth.  Możliwe,  że  osądziła  go  zbyt  pochopnie. 

Wiele wskazuje na to, że Kristian mówi prawdę. 
 

Opuściła go z dziwnym uczuciem. 

background image

 

45

 
 

Tego wieczora, kiedy się upewniła, że Helene śpi, napisała list do Jensa. 

 
 

Drogi Jensie,  

 
zaczęła i z wahaniem gryzła obsadkę
 
 

Dziękuję ci bardzo za twój list, który dostałam jakiś czas temu. Jest mi bardzo przykro, 

ale nie miałam chwili, żeby do ciebie napisać. Tyle tu roboty. 
 
 

Nie  była  to  do  końca  prawdą,  więc  Elizabeth  wolała  nie  roztrząsać  tego  tematu, 

zaczęła pisać o czym innym. 
 
 

Najpierw  muszę  ci  opowiedzieć  o  ludziach,  którzy  pracują  tutaj  we  dworze.  Gurine 

przygotowuje  dla  wszystkich  jedzenia.  Nikoline  jest  pokojówka,  ale  jakoś  się  ze  sobą  nie 
zgadzamy. 
 
 

Oczywiście nie mogła pisać o Kristianie, ale chciała podkreślić, że Nikoline wciąż na 

nią plotkuje. 
 
 

Wiem, że nie zawsze mówi o mnie prawdę, ale też wiem, że kłamstwo ma krótkie nogi. 

 

Jedynym parobkiem jest tutaj Ole, poza tym wszyscy komornicy maja obowiązki wobec 

dworu. I wreszcie jest Helene. Trochę starsza ode mnie i bardzo dobry człowiek. 
 

Ucieszyłam się, słysząc, że straciliście tylko jedno jagnię. Tutaj trzy się zabłąkały, ale 

ja  powiedziała,  gdzie  one  są.  Widziałam  to  swoim  wewnętrznym  wzrokiem.  Teraz  żałuje,  bo 
jeden  z  komorników  i  Nikoline  nie  zostawiaj
ą  mnie  po  tym  w  spokoju,  w  takich  przykrych 
chwilach t
ęsknie za wami wszystkimi najbardziej. 
 
 

Czuła  się  dobrze,  że  może  o  wszystkim  opowiedzieć  Jensowi.  On  rozumie.  Kiedy 

spotykają  się  później,  opowie  mu  wszystko,  co  zostało  o  niej  powiedziane.  Czy  mogłaby 
opowiedzieć o tym także ojcu? Pamiętała, jaka Maria była przejęta, kiedy dowiedziała się, że 
Elizabeth widziała w oborze Linę- Laponkę. Teraz zatęskniła za swoją młodszą siostrzyczką. 
Pisała dalej. 
 
 

Któregoś  dnia  poznałam  małą  dziewczynkę  imieniem  Amanda.  Ona  mi  trochę 

przypomina  Marię  i  powoduje,  że  tęsknota  za  domem  jest  jeszcze  większa.  Ale  w  Boż
Narodzenie znowu was wszystkich zobacz
ę
 

Teraz muszę kończyć moje pisanie. 

 
 

Elizabeth wpatrywała się w papier i zastanawiała, jak podpisać ten list. Czy powinna 

napisać  „twoja  oddana”,  czy  tylko  własne  imię?  W  końcu  wykaligrafowała  datę  i  pełne 
nazwisko, szybko, żeby się nie rozmyślić. 
 
 

Dalsrud, trzeciego października 180 

 

Elizabeth Andersdatter. 

 
 

No  to  zrobione,  pomyślała,  starannie  składając  arkusik.  Jutro  Ole  zabierze  list  do 

sklepiku i wyśle. 
 

W  ciągu  następnych  tygodni  unikała  spotkania  z  Krystianem.  Tak  jest  najlepiej, 

powtarzała sobie. 

background image

 

46

 

Nadszedł czas wielkiego prania i cała pralnia wypełniona była gęstą mokrą parą. Stos 

brudnych  ubrań  zdawał  się  nie  mieć  końca.  Helene  rozpięła  bluzkę  pod  szyją,  pokazując 
białą, spoconą skórę. 
 

- kto pójdzie po wodę? Zaczyna brakować – spytała Helene, wygniatając energicznie 

jakąś sztukę ubrania. 
 

- Ja mogę iść. Potrzebuję trochę świeżego powietrza – powiedziała Elizabeth i otuliła 

się  wełnianą  chustką.  Nosidła  wzięła  pod  pachę,  w  każdej  ręce  miała  wiadro.  Jesienne 
powietrze  przyjemnie  chłodziło,  kiedy  biegła  w  stronę  rzeki,  kawałek  za  obejściem.  Biały 
morski  piasek  przemieszany  z  potłuczonymi  muszlami,  którymi  wysypano  dróżkę,  chrzęścił 
pod drewniakami. 
 

Ciekawe  dlaczego  nie  zbudowali  domu  bliżej  rzeki,  a  obory  trochę  dalej,  pomyślała, 

napełniając pierwsze wiadro wodą. Ale dobrze znała odpowiedź.  Zwierzęta potrzebują dużo 
więcej wody, to naprawdę lepsze rozwiązanie.  
 

Drugie  wiadro  zostało  napełnione,  Elizabeth  pochyliła  się,  żeby  przypiąć  wiadra  do 

nosideł. 
 

- Może ci pomóc? – nagle stanął przed nią Leonard, jakby wyrósł spod ziemi. 

 

On ma włosy żółte jak siki, pomyślała Elizabeth z drżeniem. 

 

- Dziękuję za propozycję, ale sama dam sobie radę – odpowiedziała, dygając. 

 

Pochyliła się, by podnieść wiadra, chciała odejść stąd jak najszybciej. Nagle Leonard 

stanął za nią. Jego lewe ramię ściskało ją w pasie niczym imadło, druga ręka szarpała ubranie 
dziewczyny  w  kroku.  Sprawiało  jej  to  ból,  wyrywała  się  gwałtownie,  słyszała,  że  Leonard 
głośno dyszy. 
 

-  Puść  mnie!  To  boli  –  prosiła  cieniutkim  głosem.  Ale  on  atakował  coraz  bardziej. 

Elizabeth była bliska płaczu, słowa z trudem wydobywały się z zaciśniętego gardła. 
 

- Puść mnie, słyszysz? – Chciała go podrapać po ręce, ale paznokcie miała zdarte od 

nieustającej pracy. 
 

- Pamiętasz, co mi obiecałaś? – szeptał jej do ucha. – Że oddasz mi przysługę, a za to 

dostaniesz wolne na święta. 
 

Słowa Leonarda wolno docierały do Elizabeth. Zawisły na chwilę w powietrzu razem 

ze wspomnieniem tamtego dnia, kiedy obsługiwała go w jadalni.  Leonard powiedział wtedy 
coś o pracy i obiecał jej wolne dni. Jezu Chryste, to on to miał na myśli? Czuła, że ogarnia ją 
panika, szarpała się i kopała. Udało jej się trafić go drewniakiem w goleń. Leonard puścił ją z 
rykiem. Dziewczyna rzuciła się do ucieczki. Wolna! Jak najdalej od Leonarda! Ale drewniaki 
były śliskie i ciężkie, spódnica plątała jej nogi. Kiedy upadła, próbowała wstać, ale wszystko 
działo się strasznie szybko, nie mogła oddychać, była sztywna ze strachu. 
 

- Ty przeklęta dziwko! Obiecałaś mi, ale kłamałaś – syczał Leonard przez żółte żeby i 

przewrócił ją na plecy. Jedną ręką ujął oba jej nadgarstki i uniósł wysoko nad głowę. 
Drugą podniósł spódnicę i próbował zedrzeć z niej majtki.  
 

On  zniszczy  wszystkie  drogocenne  guziki,  które  mama  przyszyła.  Chciała,  żebym 

miała porządne majtki, skoro mieszkam u obcych, pomyślała Elizabeth. 
 

Kwaśny oddech owionął jej twarz. 

 

Elizabeth wrzeszczała ile sił, choć wiedziała, że nikt jej nie usłyszy tutaj nad rzeką. 

 

- Mamo! Mamo, ratunku! 

 

- Stul pysk, do diabła – wysyczał Leonard, uderzając ją pięścią w policzek. 

 

Ś

wietliste  punkciki  roztańczyły  się  przed  oczyma  Elizabeth.  Jakaś  część  jej  osoby 

pragnęła pogrążyć się ciemnościach, druga jednak podpowiadała, ze jeśli do tego dojdzie, to 
koniec. walczyła z ogarniającymi ją mdłościami. 
 

Majtki  zostały  ściągnięte.  Leonard  zwalił  się  na  nią  ciężko,  rozepchnął  jej  nogi 

kolanem i wdarł się w jej ciało. Elizabeth krzyczała z bólu i przerażenia. 
 

- Ratunku, błagam cię, zostaw mnie… mamo, pomóż! 

background image

 

47

Nie rób tego! To boli! Tak strasznie boli… 
 

W  końcu z  jej  gardła  wydobywał  się  tylko  ostry  bulgoczący  skowyt.  Głos  odmawiał 

posłuszeństwa. Wydawało jej się, że jest rozdzierana na części. W dole brzucha czuła palenie 
jak żywym ogniem. Nigdy by nie przypuszczała, że istnieje takie przerażenie i taki ból. 
 
 

Rozpaczliwie szlochając leżała sama, kiedy Leonard już sobie poszedł, jego nasienie i 

jej krew spływały po dziewczęcych udach. Wiedziała, że nikt jej nie uwierzy. Nikt nie zechce 
uwierzyć,  że  bogaty  gospodarz  Leonard  Dalsrud  mógłby  zrobić  coś  takiego.  Po  omacku 
naciągnęła  majtki,  drżącymi  rękami  pozbierała  wszystkie  guziki,  potem  ruszyła  z  powrotem 
do pralni. 
 
 

Helene wpatrywała się w nią, wytrzeszczając oczy. 

 

- O rany boskie! – wyszeptała. – Kto ci to… 

 

- To Leonard – powiedziała Elizabeth. Odpowiedź przeszła w bolesny skowyt. 

 

Helene  rzuciła,  co  miała  w  rękach  i  pulchnymi  ramionami  obejmowała  Elizabeth. 

Kołysała ją i tuliła do dużych piersi tak, jak matka pociesza własne dziecko. 
 

- Moja mała, dobra Elizabeth. Co on ci zrobił? – płakała przyjaciółka z twarzą ukrytą 

w jej włosach. – Powinnam była powiedzieć ci o tym przedtem. Leonard mnie zrobił to samo. 
Mnie też kiedyś zgwałcił. Powinnam była cię ostrzec, Elizabeth. 
 

Słowa Helene zdawały się nie docierać do Elizabeth, która spytała ze szlochem: 

 

- Dlaczego on tak postąpił, przecież nie zrobiłam mu nic złego. 

 

- Oczywiście, że nie zrobiłaś. 

 

- Wyzywał mnie tak paskudnie. Ja wcale taka nie jestem. A może jestem? – Elizabeth 

otarła łzy rękawem bluzki i popatrzyła na Helene. 
 

- Nie, nie jesteś taka – pocieszała tamta, nie pytając, jak mianowicie ją nazywał. 

 

- On zrobił ze mną to, co robią ze sobą zwierzęta. – Elizabeth z trudem wypowiadała 

słowa. 
 

- Moje biedne, niewinne dziecko – mruczała Helene, kręcąc głową. 

 

- Ale dlaczego on to zrobił? – powtórzyła Elizabeth, jakby wyjaśnienie mogło cofnąć 

to, co się stało. 
 

- Tego nie wiem. Sama też się o to pytałam, wiele razy. Zrobił to pewnie dlatego, że 

jest największym capem, chodzącym na dwóch nogach. 
 

- Tak strasznie mnie boli… w… 

 

- Ja wiem – przerwała Helene. – Chodź, teraz musisz się umyć. 

 

Obejmując  się  nawzajem  ramionami,  poszły  schodami  na  strych.  Bardzo  uważały, 

ż

eby ich nikt nie zobaczył ani nie usłyszał. O takim wstydzie ludzie nie powinni wiedzieć. 

 

Elizabeth ściskała w ręce swoje guziki. 

 
Rozdział 7 
 
 

Tej  nocy  Elizabeth  przysypiała  czasami  na  chwilę,  by  zaraz  znowu  się  obudzić  – 

obolała  i  spocona.  Śniło  jej  się,  że  biegnie  i  biegnie,  ale  nie  może  ruszyć  z  miejsca.  Czuła 
oddech  Leonarda  na  karku,  kwaśny  odór  wciąż  przesłaniał  jej  twarz  niczym  maska.  Ręka 
napastnika szarpała jej suknię, tłuste białe paluchy obmacywały ciało, słyszała jego szyderczy 
ś

miech, widziała żółte zęby, podbiegnięte krwią oczy i czerwoną  gębę. I czuła ból. Ból taki, 

jakby  była  rozszarpywana  na  strzępy,  nie  mogła  oddychać.  Próbowała  odpychać  go  rękami, 
ale bez rezultatu. 
 

Potem budziła się, mokra od potu, przerażona. Łzy płynęły strumieniami, nie dawały 

się powstrzymać. 

background image

 

48

 

Nie wiedziała, czy jest dzień czy noc, zresztą wcale jej to nie obchodziło. Nic już nie 

miało znaczenia. Chciała po prostu umrzeć, by uwolnić się od tego wstydu i upokorzenia. 
 

Poprzedniego  dnia  Helene  jej  pomogła.  Przyniosła  wodę  do  mycia,  wyjęła  czystą 

bieliznę, pocieszała, zabrała brudne ubranie i obiecała, że wszystko znowu będzie dobrze. ale 
dobrze  to  już  nigdy  nie  będzie,  nigdy  nie  będzie  tak  jak  dawniej.  Elizabeth  została 
unicestwiona, to jedno jest pewne. Została zhańbiona, nic jej nie uwolni od wstydu. 
 

Zasypiała wyczerpana, budziła się i znowu zaczynała płakać. I tak to trwało cały dzień 

i kolejną noc. 
 

Słyszała chrzęst siennika na drugim łóżku. Na podłodze rozległy się kroki i jej własny 

siennik  ugiął  się  pod  ciężarem  Helene.  Kiedy  przyjaciółka  położyła  rękę  na  ramieniu 
Elizabeth, ta się skuliła. 
 

- Nie bardzo wiem, co ci powiedzieć – zaczęła Helene. 

Po  dłuższej  chwili  powiedziała  znowu:  -  Dzisiaj  będziesz  odpoczywać,  Elizabeth.  Powiem 
wszystkim,  że  wciąż  jesteś  zaziębiona.  Wczoraj  im  tak  powiedziałam.  Twoje  rzeczy 
naprawiłam i wyprałam, teraz się suszą. 
 

Elizabeth  dziękowała  jej  matowym  głosem,  ale  wiedziała,  że  ani  dobre  słowo,  ani 

czyste  ubrania  nie  mogą  odwrócić  tego,  co  się  stało.  najbardziej  chciałaby  zasnąć  i  nigdy 
więcej się nie obudzić. 
 

Helene  westchnęła  niemal  niedosłyszalnie  i  wstała  z łóżka.  Elizabeth  słyszała,  że  się 

ubiera, a potem wychodzi ze słowami: 
 

- Przyjdę do ciebie później, jak już skończę obrządek. 

Teraz spróbuj zasnąć. 
 
 

Zgodnie z obietnicą Helene przyszła w jakiś czas potem. 

 

- Przyniosłam ci trochę jedzenia. – Postawiła tacę na drewnianej skrzynce. 

 

- Nie chcę jeść – odparła Elizabeth, odwracając się do ściany. 

 

-  Rozumiem,  zjesz  trochę  później.  –  Helene  przyniosła  czystą  chusteczkę  do  nosa  i 

podała ją Elizabeth, sama usiadła na krawędzi łóżka. 
 

-  Am  wyrzuty  sumienia  –  zaczęła,  nie  czekając  na  odpowiedź.  –  Powinnaś  była 

wiedzieć wcześniej, jaki jest Leonard. 
 

Kilkakrotnie  głęboko  wciągnęła  powietrze.  –  Nie  przypuszczałam  też,  że  tak  mało 

wiesz o tych sprawach. Powiedziałaś, że on zrobił ci to, co robią ze sobą zwierzęta, to ty nie 
wiesz, co się dzieje między mężczyzną i kobietą w łóżku? 
 

Elizabeth nie odpowiedziała, wstydziła się, że Helene mówi o takich sprawach. 

 

-  To,  co  Leonard  zrobił  tobie,  robią  też  ze  sobą  małżonkowie,  by  okazywać  sobie 

nawzajem dobroć. 
 

Elizabeth zesztywniała. Czy przyjaciółka straciła rozum? Chciała zapytać, ale Helene 

mówiła dalej: - Tylko że oni robią to bardzo delikatnie. Nie siła. I oboje tego chcą. 
 

-  Czy  mogłabyś  opowiedzieć,  jak  to  było,  kiedy  on…  kiedy  on  zrobił  to  tobie?  – 

poprosiła Elizabeth cicho, odwracając się do Helene. 
 

Tamta  skinęła  głową  i  zaczęła  opowiadać.  Elizabeth  słuchała  jej  słów  ze  zgrozą. 

Leonard wysłał Helene do lasu. Powiedział, że dojrzewają już bagienne maliny. A jej nawet 
do  głowy  nie  przyszło,  że  to  podstępny  plan,  że  chce  ją  wyprawić  daleko  od  ludzi.  Wprost 
przeciwne  –  Helene  była  zadowolona,  że  może  wyjść  na  jakiś  czas  z  dworu.  Te  nieustanne 
zaczepki i spojrzenia Leonarda dawały się biedaczki we znaki. 
 

- Mnie też to robił – przerwała Elizabeth. – To znaczy obłapiał mnie. 

 

- Dlaczego nic nie mówiłaś? 

 

- Wstydziłam się. 

 

Helene  kiwała  ze  zrozumieniem  głową  i  ciągnęła  dalej  swoją  opowieść.  Leonard 

poszedł  w  ślad  za  nią  na  bagna,  gdzie  rosną  maliny.  Skradał  się  cicho,  zaatakował,  zanim 

background image

 

49

zdążyła się zorientować. Ale Helene walczyła. Drewnianym wiadrem, które miała w rękach, 
uderzyła go w twarz tak, że upadł. 
 

- Ja też powinnam była walczyć – wykrztusiła Elizabeth i znowu zaczęła płakać. – To 

moja wina. Gdybym walczyła, on by tego nie zrobił.  
 

-  Niestety,  zrobiłby.  Mnie  i  tak  zgwałcił.  I  stłukł  mnie  do  nieprzytomności.  Na 

szczęście nie po twarzy, więc mogłam ukryć ślady pod ubraniem. Jak Leonard wytłumaczył 
ludziom pochodzenie siniaków na policzku, tego nie wiem.  I wcale mnie to nie obchodzi. – 
Pogładziła palcem twarz Elizabeth. – Widzę, że masz siniaki. Powiemy, że przewróciłaś się w 
pralni. 
 

-  Powinnam  była  powiedzieć  mu  na  początku,  że  nie  chcę  –  powtarzała  Elizabeth, 

wpatrując się w sufit. – On myślał, że mnie się to podoba i dlatego mnie zgwałcił. – Skuliła 
się jak małe dziecko i znowu wybuchnęła płaczem. – Sama się o to prosiłam! 
 

- Nic podobnego. – Helene chwyciła ją za ramiona. – To tylko takie uczucie. Ja też tak 

myślałam na początku. Ale żebym mogła żyć dalej i nie postradać zmysłów, musiałam sama 
siebie przekonać, że to nie była moja wina. 
 

- Jeśli to nie my jesteśmy winne, to dlaczego nie możemy nikomu o tym powiedzieć? 

– spytała Elizabeth. 
 

- Bo nikt nam nie uwierzy, Elizabeth. Tak było zawsze, i zawsze tak będzie. Nikt nie 

wierzy bardziej biednej służącej niż bogatemu gospodarzowi. Dzisiaj jeszcze sobie poleż, ale 
jutro  trzeba  będzie  wstać.  Życie  musi  toczyć  się  dalej,  a  w  tych  sprawach  i  tak  nic  się  nie 
zmieni. Powtarzaj sobie tylko codziennie, że to nie twoja wina. 
Obiecujesz? 
 

Elizabeth skinęła głową, a kiedy Helene wyszła z pokoju, powtarzała w duchu: to nie 

moja  wina.  To  nie  moja  wina.  Dopóki  nie  zasnęła.  Ale  sny  i  tak  miała  straszne.  Kiedy 
obudziła  się  spocona  i  przerażona,  pomyślała,  że  Helene  ma  rację:  nikt  nie  zechce  wierzyć 
bardziej jej niż Leonardowi. Nie mogła się nadal uwolnić od myśli, że wina jednak jest po jej 
stronie. Bo w przeciwnym razie, skąd by się brało to poczucie? 
 
 

Trzeciego  dnia  Elizabeth  wstała.  Nie  zawracała  sobie  głowy  grzaniem  wody, 

wyszorowała całe ciało do czerwoności w zimnym pokoju, dostała gęsiej skórki, ale i tak nie 
czuła  się  czysta.  Miała  wrażenie,  że  odór  Leonarda  wciąż  tkwi  w  jej  skórze.  Spojrzała  na 
ubranie, które Helene wyprała i ułożyła na krześle, zanim poszła do pracy. To samo ubranie, 
które miała wtedy, gdy Leonard ją dopadł. Elizabeth zacisnęła mocno powieki, by nie płakać, 
potem zmusiła się, by włożyć te rzeczy. Gdyby mogła, wyrzuciłaby wszystko na śmieci, ale 
nie  ma  wiele  ubrań  na  zmianę,  nie  ma  wyboru.  Pogłaskała  drżącą  dłonią  brązowy  materiał, 
przypominała sobie, ile nocy nie przespała, żeby uszyć tę sukienkę. 
 

Potem  znowu  opadła  na  łóżko.  Od  wczesnego  dzieciństwa  mama  opowiadała  jej  o 

Bogu i Panu Jezusie, że siedzą w niebie i śledzą wszystko, co Elizabeth robi. Jeśli się modli, 
to Pan Bóg zawsze ją wysłucha. To był dobry Bóg i dziewczynka chętnie w niego wierzyła. 
Na naukach przed konfirmacją pastor mówił im o diable, ogniu piekielnym i kotłach z siarką. 
Ci,  którzy  nie  słuchają  słowa  bożego  zawsze  i  we  wszystkim,  będą  się  smażyć  w  piekle  po 
wsze  czasy.  Teraz  Elizabeth  nie  była  pewna,  w  co  wierzyć.  Jeśli  Bóg  istnieje,  to  dlaczego 
pozwolił,  żeby  ją  to  spotkało?  Co  złego  zrobiła,  że  zasłużyła  na  taką  karę?  I  dlaczego  Bóg 
pozwala,  żeby  Leonard  był  bogaty  i  potężny,  podczas  gdy  takie  niewinne  dziecko  jak 
Amanda  głoduje?  Uczono  ją,  że  Bóg  istnieje,  chociaż  go  nie  widzimy.  Ale  teraz  miała 
wątpliwości.  Linę-Laponkę przecież widziała, choć ta od dawna nie żyje. Dlaczego  Bóg nie 
może się pokazać? Albo Jezus? 
 

Przymknęła oczy i mamrotała półgłosem. 

 

-  Może  to  bluźnierstwo,  że  nie  modlę  się  do  Boga.  Ale  jeśli  ty,  Lino,  słyszysz  mnie 

teraz, to mi pomóż. Daj mi siłę, bym mogła przeżyć kolejny dzień. 

background image

 

50

 

Kiedy  otworzyła  oczy  i  wstała,  czuła  w  sobie  spokój.  Nie  wiedziała,  czy  pomógł  jej 

Bóg, czy może Lina-Laponka, czy po prostu jej własne myśli. 
 

Na dole przy schodach zderzyła się z Nikoline, wychodzącą z któregoś pokoju. 

 

-  O,  tu  jesteś  –  powiedziała  pokojówka,  gapiąc  się  na  Elizabeth.  –  To  zaziębienie 

szybko ci przeszło, musze powiedzieć. 
 

- Jeśli o mnie chodzi, to możesz mówić, co chcesz. Nie muszę wszystkiego słuchać – 

odparła Elizabeth gniewnie.  
- A poza tym niedawno sama leżałaś w łóżku. Mówiono, że dokuczała ci zazdrość. 
 

Wargi  Nikoline  zacisnęły  się  w  wąską  kreskę,  na  białej  twarzy  pojawił  się  lekki 

rumieniec. 
 

- Kto tak powiedział? – spytała. 

 

- Wszyscy to wiedzą. Ale uważaj, Nikoline – dodała mrużąc oczy. – Powiedziałaś, że 

ja mogę rzucać na ludzi urok. Może któregoś dnia ty naprawdę zachorujesz… 
 

Nikoline  zaczęła  się  nagle  spieszyć.  Szeleszcząc  spódnicą,  zniknęła  bez  słowa  w 

jakichś drzwiach. 
 

Może ja jestem silniejsza, niż myślę? Albo może Lina mi pomogła? – zastanawiała się 

Elizabeth.  Ale  nie  powinnam  była  mówić  tego  o  rzucaniu  uroków  na  ludzi.  Robię  to  w 
gniewie.  Starała  się  odepchnąć  od  siebie  złe  myśli.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  Muszę 
jakoś przeżyć ten dzień, pomyślała i powlokła się ciężko w stronę kuchni. 
 
 

Po  tym,  jak  w  ubiegłym  roku  Leonard  owdowiał,  nadzór  nas  służącymi  przejęła 

Gurine.  Zdarzało  się,  że  przydzielała  też  obowiązki  Olemu,  najczęściej  jednak  on  był  pod 
rozkazami gospodarza. 
 

- No i co z tobą? – spytała Gurine, kiedy dziewczyna weszła do kuchni. 

 

- Lepiej – odparła krótko Elizabeth z nadzieją, że kucharka nie będzie drążyć tematu. 

 

Gurine podeszła pospiesznie do okna i oparła ręce na swoich szerokich biodrach. 

 

- Co za gówniana pogoda – jeśli mogę tak brzydko to określić. Patrz, jaka plucha na 

dworze. No tak, tak, mamy przecież październik, czego innego można by się spodziewać. 
 

- Tylko dwa miesiące do świąt – rzekła Elizabeth bardziej do siebie niż do kucharki. – 

A wtedy pojadę do domu. 
 

Gurine jej nie słuchała. Oberwała dwa ostatnie liście geranium, z którego teraz zostało 

tylko parę nagich łodyżek. A może jednak odrośnie? Niech postoi jeszcze chwilę. 
 

-  Posłałam  Olego  do  obory  razem  z  Helene.  Nie  sądziłam,  że  tak  szybko 

wyzdrowiejesz – mówiła dalej Gurine, nakładając kaszę dla Elizabeth. – Może zdołasz teraz 
coś zjeść? 
 

Dziewczyna skinęła głową i wzięła łyżkę. Nie miała ochoty na śniadanie, ale musi coś 

zjeść, jeśli ma przetrwać dzień. 
 

Gurine była tego ranka niezwykle rozmowna. Przygotowywała ciasto na chleb i wciąż 

mówiła: - Ole był trochę skwaszony, że musiał zająć się obrządkiem. Wiesz, babska robota. A 
poza tym pomyślałam, że trzeba zacząć świąteczne porządki. Zostały już tylko dwa miesiące. 
Mochu? Za to Nikoline mogłaby… 
 

- Nie! – krzyknęła Elizabeth tak, że Gurine podskoczyła przy stole. 

 

- Chcę być razem z Helene. – Sama słyszała, jak dziwnie brzmi jej głos i gorączkowo 

szukała  wyjaśnień.  –  Pierwszy  raz  będę  myć  taki  ładny  dom,  myślę,  że  najlepiej  byłoby, 
gdybym  pracowała  razem  z  Helene.  –  Słowa  padały  w  pośpiechu.  Potem  Elizabeth 
wstrzymała oddech w napięciu, przestraszona, że kucharka nie przyjmie tłumaczeń. 
 

Gurine uważnie popatrzyła na Elizabeth. 

 

-  No  dobrze,  dobrze,  skoro  tak  mówisz.  Ale  przecież  umiesz  sprzątać,  więc  nie 

rozumiem, skąd te obawy. – Zaczęła wyrabiać ciasto na chleb. – Możecie zacząć od swojego 
pokoju, a Nikoline będzie myć jadalnię. 

background image

 

51

 

Elizabeth  jadła  tak  wolno,  jak  tylko  mogła.  Gdyby  skończyła  zbyt  szynko,  Gurine 

mogła  znaleźć  jej  jakieś  zajęcie  w  innym  miejscu.  A  ona  nie  odważyłaby  się  tam  pójść, 
ś

miertelnie się bała zostać sama. 

 

Kasza była już zupełnie zimna, kiedy Helene i Ole wrócili z obory. 

 

Ż

rący ług piekł w oczy i szczypał w ręce. Łóżka zostały odsunięte, dziewczyny stały 

każda  swojej  części  pokoju  i  szorowały  drewniane  ściany.  Elizabeth  oczekiwała,  że  może 
przy  tej  pracy  otrząśnie  się  ze  strasznych  wspomnień,  tak  jak  bywało  w  dzieciństwie,  kiedy 
chorowała  i  miała  gorączkę,  a  potem  mama  zmieniała  jej  pościel.  Wtedy  od  razu  czuła  się 
znacznie lepiej. Tym razem jednak nie pomogło. Czy coś jest z nią nie tak? Myśl przeniknęła 
ją  niczym  błyskawica,  Elizabeth  wypuściła  ścierkę  z  rąk.  Jakiś  czas  temu  miała  wizję,  czy 
sen,  czy  jak  to  nazwać,  w  której  mężczyzna  napadł  na  kobietę.  To  było  wkrótce  po 
przyjeździe do Dalsrud. Czy widziała wtedy Helene? I co z kobietą z okna na strychu – czy to 
upiór,  który  chciał  ją  ostrzec  przed  Leonardem?  A  może  jakaś  służąca,  która  pracowała  tu 
wcześniej i wiedziała, jaki on jest? 
 

-  Ja  potrafię  przewidywać  przyszłość  –  powiedziała  ni  stąd,  ni  zowąd.  Natychmiast 

jednak zapragnęła, by Helene tego nie słyszała. 
 

Za jej plecami panowała cisza, potem Helene spytała z niedowierzaniem: 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? Umiesz wróżyć z fusów? 

 

-  Nie,  to  po  prostu  samo  przychodzi,  całkiem  nagle.  –  Elizabeth  odwróciła  się  i 

patrzyła błagalnie na przyjaciółkę. – Boję się, że tracę rozum. To nie jest normalne. I zdarza 
mi się, że spotykam ludzi, którzy już nie żyją. Albo… raz przyszła do mnie taka jedna, co się 
nazywała  Lina-Laponka,  -  Nagle  stało  się  ważne,  by  opowiedzieć  jak  najwięcej,  przekonać 
Helene, że to nie jest pojedynczy przypadek. – Zawsze umiałam pokazać, gdzie są zbłąkane 
owce. Tej jesieni też  tak było, pamiętasz? 
 

Chciała jeszcze opowiedzieć o tajemniczej kobiecie w oknie, gdy Helene przerwała jej 

spokojnie: 
 

- Nie przywiązuj do tego zbyt wielkiego znaczenia. To na pewno czysty przypadek. 

 

Elizabeth  stała  ze  ścierką  w  ręce,  w  końcu  wróciła  do  pracy.  Pożałowała,  że 

powiedziała o wszystkim Helene. 
Głupio  z  jej  strony  wierzyć,  że  inni  zrozumieją.  Poza  tym  już  od  dawna  dziwnego  nie 
przeżyła. Może ta kobieta w oknie to tylko wyobrażenie? 
 
 

W  następnych  dniach  Elizabeth  czepiała  się  Helene  niczym  kleszcz.  Przyjaciółka 

rozumiała, o co chodzi, i pomagała jej tak, by nikt nie zadawał pytań. 
 

Kristian  często  wypływał  na  fiord  i  łowił  ryby,  bo  śledzie  już  właściwie  zjedli. 

Dlatego  teraz  niemal  codziennie  podawano  świeże  ryby.  Leonard  przesiadywał  w  swojej 
części domu, w pokojach i kantorku, często zaprzęgał konia do wozu i jeździł gdzieś w gości. 
 
 

Ku  wielkiej  radości  Olego  Elizabeth  znowu  chodziła  z  Helene  do  obory.  Kończyły 

właśnie wieczorny obrządek i latarka rzucała mdłe światło na zwierzęta. 
 

- Musze biec do wygódki, Elizabeth – powiedziała Helene. – Zostaniesz tu na chwię 

sama? 
 

Elizabeth skinęła głową i uśmiechnęła się mężnie. 

 

- No pewno, idź. 

 

Bliska paniki powtarzała sobie półgłosem: 

 

-  Przecież  muszę  od  czasu  do  czasu  być  sama.  wszystko  będzie  dobrze.  Oddychaj 

spokojnie. 
 

Nagle  w  drzwiach  stanął  Leonard.  Serce  Elizabeth  tłukło  się  tak  bardzo,  że  bała  się, 

czy  nie  zemdleje.  Pot  oblewał  całe  ciało,  a  ona  nie  mogła  opanować  dygotania.  Chciała 

background image

 

52

krzyczeć,  ale  nie  potrafiła  wykrztusić  ani  słowa.  On  zbliżał  się  wolno  i  uśmiechał 
złowieszczo. 
 

- No i jak tam z tobą, Lise? 

 

Zniszczył  mi  życie,  a  nawet  nie  pamięta  jak  mam  na  imię,  pomyślała,  zastanawiając 

się przez moment, czy powinna go poprawić. Usta jej otwierały się i zamykały wiele razy, ale 
nie zdołała nic wykrztusić. 
 

- Może powtórzymy te miłe chwile, jakie spędziliśmy za oborą? – spytał. 

 

Elizabeth myślała, że zwymiotuje. Żołądek jej się wywracał, mdłości podchodziły do 

gardła. Kiedy objął ją  ramieniem w pasie, była pewna, że umrze ze strachu. Ręka  Leonarda 
zaciskała się na jej piersi. 
 

Wtedy w drzwiach stanęła Helene. 

 

- Co się tu dzieje? – wrzasnęła przejmującym głosem. 

 

Leonard puścił Elizabeth, jakby się oparzył. 

 

-  Tonie  chyba  nic  do  tego?  –  spytał,  pochylając  głowę  do  przodu,  jakby  chciał 

zaatakować. 
 

- Obowiązkiem służącej jest pracować w oborze, o ile mi wiadomo – odparła Helene 

bezczelnie  i  dopiero  wtedy  Elizabeth  zauważyła,  że  przyjaciółka  trzyma  w  rękach  żelazne 
wędzidło. Naprawdę by go użyła, odważyłaby się na to? To by chyba był straszny ból, dostać 
takim twardym przedmiotem w twarz. 
 

Leonard  stał  przez  chwilę  z  rozbieganym  wzrokiem,  gdy  on  też  zauważył  wędzidło. 

Mimo to głos miał pewny, gdy mówił: 
 

-  Chodzę  tam,  gdzie  chcę,  a  jeżeli  tobie  się  coś  nie  podoba,  to  możesz  się  wynosić, 

droga wolna. 
 

Zawsze  musi  mieć  ostatnie  słowo,  jak  to  Leonard.  Gapił  się  na  Helene,  dopóki  nie 

odwróciła głowy, potem wyszedł z obory, zostawiając obie służące. 
 

Elizabeth płakała cicho w ramionach przyjaciółki. 

 

- Czy nie możemy po prostu stąd uciec? Dłużej tego nie zniosę. 

 

- Nie, nie możemy. On się zabezpieczył przed czymś takim. Wytłumaczył mi to, kiedy 

chciałam odejść. Powiedział, że nie dostanę świadectwa i tak mi zepsuje opinię, że nikt mnie 
już na służbę nie przyjmie. On potrafiłby to zrobić możesz być pewna. I z czego byśmy potem 
ż

yły? Umarłybyśmy z głodu. 

 

Były  niczym  więźniowie  we  dworze.  Obie  uwięzione  w  domu  zła,  jak  to  Elizabeth 

nazywała w duchu. 
 
Rozdział 8 
 
 

Drzewa  uginały  się  pod  ciężarem  śniegu,  pola  zrobiły  się  białe,  a  budynki  pokryła 

warstwa  szronu.  Nad  fiordem,  prorokowali  jesienią  starzy,  widząc  ja  w  lasach  czerwienieją 
jarzębiny. Przy piecu zawsze suszyły się wełniane skarpety i rękawice, a obok buty ze skóry i 
samodziałowe  kurtki,  których  Kristian  i  Ole  używali  w  czasie  wypraw  na  ryby.  To  był  nie 
tylko  zimny,  ale  i  pracowity  czas.  Koniec  listopada,  wszystko,  co  należało  jeszcze  zrobić 
przed świętami, zdawało się nie do wykonania. Kilka tygodni wcześnie były we dworze uboje 
zwierząt,  teraz  mięso,  zapeklowane,  znajdowało  się  w  beczkach  w  spiżarni,  lub  posolone 
rozwieszono do suszenia. Część przeznaczono na szynki, balerony, kiełbasy i inne przysmaki. 
Elizabeth nie była w stanie pojąć, kiedy to wszystko zostanie zjedzone.  
 

Praca  i  oczekiwanie  świąt  były  całkiem  odmienione  od  przygotowań,  do  jakich 

przywykła. Oczywiście w domu też szykowano jedzenie, wszyscy żyli w radosnym napięciu, 
ale  to,  co  działo  się  tutaj,  w  jej  oczach  było  przesadą  i  marnotrawstwem.  Mimo  wszystko 
cieszyła  się,  że  ma  tyle  pracy.  Przynajmniej  nie  musi  wciąż  myśleć  o  nieszczęściu,  jakie  na 
nią  spadło.  Wieczorami była  zbyt  zmęczona,  żeby  się  nad  tym  zastanawiać.  W  pokojach  na 

background image

 

53

strychu  panowało  lodowate  zimno,  bo  nie  było  pieców.  Służące  kładły  się  spać  w 
pończochach i ubraniach, by zatrzymywać ciepło. Wieczorami wkładały  do łóżek rozgrzane 
kamienie, to trochę pomagało. 
 

Pewnego ranka Elizabeth obudziła się bardzo wcześnie. Rozglądała się niespokojnie, 

bo  czuła  się  źle.  Raz  po  raz  musiała  przełykać  ślinę,  ale  do  ust  wciąż  napływała  woda. 
Dosłownie w ostatniej chwili zdążyła wyciągnąć nocnik spod łóżka. Wymiotowała długo, w 
końcu wyrzuciła z siebie już tylko cierpką żółć. Wyczerpana opadła na poduszkę i w tej samej 
chwili poczuła na czole czyjąś chłodną rękę.  
 

- Ty jesteś chora, Elizabeth? – spytała Helene zatroskana. 

 

-  Nie  wiem,  może  trochę.  Od  kilku  dniu  źle  się  czułam,  ale  nigdy  przedtem  nie 

wymiotowałam. – Chciała się podnieść, jednak powracające mdłości jej na to nie pozwoliły. 
 

-  Poleż  trochę  w  spokoju,  przyniosę  ci  kubek  wody,  to  chociaż  usta  sobie 

przepłuczesz. 
 

- Kiedy ty ostatnio krwawiłaś? 

 

Elizabeth poczuła, że się rumieni. 

 

- Jakoś jesienią, tak mi się zdaje – bąkała skrępowana. 

- Wkrótce pewnie znowu będę miała… - zaczęła liczyć na palcach. – Chyba powinnam była 
mieć  to  już  jakiś  czas  temu.  –  Spoglądała  pytająco  na  przyjaciółkę.  Skąd  ta  gadanina  o  jej 
krwawieniach? 
 

- Ty chyba wiesz, jak to jest z tymi sprawami? – spytała Helene. – Dziewczyna, która 

zaczyna krwawić co miesiąc, może rodzić dzieci. 
 

Elizabeth skinęła pospiesznie, udając, że wie. Ale tak naprawdę nie miała pojęcia. Kto 

miałby jej powiedzieć? 
Mama o takich rzeczach nigdy nie rozmawia. 
 

Kiedy  zaczęły  się  jej  miesięczne  krwawienia,  Elizabeth  myślała,  że  to  jakaś  groźna 

choroba  i  zastanawiała  się,  przerażona,  czy  nie  umrze.  Mama  dała  jej  wtedy  robione  na 
drutach podpaski i powiedziała, że ma ich używać. Że wszystko po paru dniach minie. Bo to 
coś, z czym wszystkie kobiety muszą się zmagać. Nie więcej nie wyjaśniła. A Elizabeth nie 
miała odwagi pytać. 
 

- Elizabeth, moja droga, ja myślę, że ty jesteś w ciąży. 

 

Nieszczęsna  dziewczyna  wpatrywała  się  w  przyjaciółkę,  a  jej  mózg  starał  się  pojąć 

słowa, które padły. Nie chciała tego wiedzieć, nie chciała rozumieć. 
 

- Leonard uczynił cię brzemienną – mówiła Helene. 

Głos  brzmiał  łagodnie,  ale  słowa  i  tak  były  okrutne.  Nie  ma  sposobu,  żeby  coś  takiego 
powiedzieć delikatnie. 
 

Boże spraw, żeby to był sen, myślała Elizabeth. Spraw, żebym się obudziła w domu, 

na swoim posłaniu. 
 

Mózg wydawał się kompletnie pusty, miała wrażenie, że jej ciało znalazło się gdzieś 

obok.  Nagle  wybuchnęła  śmiechem  –  głośnym,  ostrym  śmiechem,  który  miał  się  nigdy  nie 
skończyć. Helene chwyciła ją za ramiona i mocno potrząsnęła. – Opanuj się teraz i posłuchaj 
mnie, dziewczyno! 
 

Elizabeth  wciąż  się  śmiała,  dopóki  nie  dostała  siarczystego  policzka.  Wtedy  śmiech 

ustał, jak ucięty nożem. Zdumiona wpatrywała się w przyjaciółkę. Helene też uparcie na nią 
patrzyła i spytała spokojnie: 
 

- Czy są jakieś inne oznaki wskazujące, że jesteś brzemienna? Co z piersiami? 

 

Czy  zmiany  w  piersiach,  to  oznaka,  że  kobieta  jest  w  ciąży?  –  zastanawiała  się 

Elizabeth  ociężale.  Myślała,  że  jej  piersi  stały  się  większe  i  bardziej  wrażliwe  w  wyniku 
dobrego  i  obfitego  jedzenia  a  także  dlatego,  że  jest  starsza.  Prawda  spadła  na  nią  niczym 
kubeł zimnej wody. Nosi w brzuchu dziecko! Leopardowego bękarta! 

background image

 

54

 

Złapała  Helene  za  ręce  i  zaczęła  krzyczeć,  głośno  i  przejmująco,  w  końcu  krzyk 

przeszedł w rozpaczliwy płacz. Helene przytuliła ją i wolno kołysała. 
 

Nagle wszystko stanęło znowu przed oczami Elizabeth jak żywe, gwałt, o którym tak 

bardzo  starała  się  zapomnieć.  Pamiętała  wstrętny  oddech  gospodarza,  odór  potu,  jęki  i 
pomruki, pamiętała, jak ona sama krzyczała ze strachu i bólu. Nigdy, nigdy nie uwolni się od 
Leonarda i pamięci o nim. Niczym tonący wczepiała się  w ramię Helene, szepcząc: 
 

-  Leonard  każe  nam  sypiać  w  zimnym  pokoju  i  marznąc,  a  ja  będę  miała  z  nim 

dziecko! 
 

Potem  nie  była  w  stanie  już  nic  więcej  mówić.  Płakała  dlatego,  że  jest  w  ciąży, 

dlatego, że musi sypiać  na lodowatym strychu, dlatego, że Helene jest taka dobra i że w jej 
ż

yciu  nie  ma  już  nic  jaśniejszego.  Głowę  miała  pełną  bolesnych  myśli,  pogrążała  się  w 

chaosie. 
 

Płakała,  aż  ucichła  wyczerpana,  nos  był  zatkany,  twarz  opuchnięta  i  rozpalona.  W 

końcu wyszeptała: 
 

- Co ja mam zrobić? 

 

- Nie wiem – odparła Helene szczerze. 

 

-  Nie  mogę  wrócić  do  domu  z  dzieckiem.  Mama  i  taka  nie  są  w  stanie  wyżywić 

jeszcze jednego. A ja jestem zhańbiona… 
 

Sama  była  zaskoczona,  że  w  środku  nieszczęścia  jest  w  stanie  myśleć  o  takich 

rzeczach. 
 

- Powinnam wcześniej zdać sobie sprawę z tego, że mogłabym być w ciąży. Myślę, że 

to jasne, tyle wiem, ale… próbowałam się nad tym nie zastanawiać. Chciałam zapomnieć, co 
on mi zrobił. rozumiesz mnie, Helene? 
 

- Tak, rozumiem, to był dla ciebie szok, Elizabeth. Ale zwykle w życiu sprawy się w 

jakiś sposób układają. Teraz trzeba po prostu żyć i brać, co los niesie. Prawda? 
 

Elizabeth  przytaknęła  niechętnie.  Rozumiała,  że  Helene  chce  ją  pocieszyć,  ale  to 

przecież nie jest żadne rozwiązanie. Boleśnie zdawała sobie z tego sprawę. 
 

 

 

Elizabeth wypełniała obowiązki bez szemrania. Każdego ranka wstawała jak dawniej. 

Czuła się źle, ale zdecydowała, że nikt prócz Helene nie powinien się o niczym dowiedzieć. 
Jeśli  tylko  poranne  wymioty  się  skończą,  to  najgorsze  będzie  miała  za  sobą.  Helene 
wspomniała  parę  razy  o  jej  stanie,  ale  Elizabeth  nie  chciała  na  ten  temat  rozmawiać.  Jakby 
zamknęła  się  w  sobie  i  nie  zamierzała  nikogo  wpuścić  do  swojej  skorupy.  Tylko  tak  mogła 
wytrzymać to, co ją spotkało. 
 

Pewnego  dnia  przyszedł  list  od  Jensa.  Elizabeth  wsunęła  go  do  kieszeni  sukni,  jak 

tylko rozpoznała charakter pisma.  
 

- Czy t od tego ukochanego, o którym kiedyś mówiłaś? – spytała Nikoline. 

 

Elizabeth domyślała się, że tamta jest ciekawa i zazdrosna. Normalnie pewnie by się z 

nią drażniła, ale nie teraz. Skinęła tylko głową i pracowała dalej. 
 
 

Dopiero  wiele  godzin  później,  tuż  przed  pójściem  spać,  wyjęła  list.  Siedziała  na 

schodach na strych i czytała. Przebiegła wzrokiem linijki, w których Jens opowiadał o pracy 
we dworze i na morzu. Pisał, ile ryb złowili i ile zwierząt zostało zaszlachtowanych. 
 

To, co przeczytała w następnych wierszach zaparło jej dech piersi. 

 

Ty pozostaniesz na zawsze moją najlepszą przyjaciółką. Elizabeth. To ciebie kocham i 

chcę dzielić z tobą resztę mojego życia. Dlatego pytam cię, Elizabeth, czy chciałabyś wyjść za 
mnie? Mam nadziej
ęże odpowiesz mi najszybciej jak to możliwe, bo czekanie będzie dla mnie 
udr
ęką
 

background image

 

55

 

Te ostatnie linijki Elizabeth odczytała wolno jeszcze raz, zanim złożyła list i położyła 

go  na  podołku.  Objęła  kolana  ramionami.  Jens  chce  się  z  nią  ożenić.  Z  nią,  która  została 
zhańbiona,  złamana  i  okryta  wstydem.  Nikt  nie  zechce  jej  teraz  wziąć.  Jens  także  nie,  jeśli 
pozna  prawdę.  A  może  on  by  zechciał?  Nie,  nie  może  obciążyć  go  bachorem  innego. 
Bachorem! Nie chciała myśleć o tej istocie jako o dziecko. Musiała stworzyć dystans wobec 
tego,  co  się  dzieje  w  jej  ciele.  Widziała  owce,  które  traciły  jagnięta.  Były  to  zakrwawione, 
pokryte śluzem pecyny mięsa. Jej dzieciak też powinien tak wyglądać. 
 

Schowała  list  z  powrotem  do  kieszeni  i  poszła  do  pokoju.  Domyślała  się,  że  Helene 

udaje sen, bo nikt śpiąc nie oddycha tak miarowo. Elizabeth była wdzięczna przyjaciółce za 
taką troskliwość. Za to, że rozumie, iż ona chciałaby być sama. zdjęła suknię, resztę ubrania 
zostawiła,  kładąc  się  do  łóżka.  Rozdygotana  skuliła  się,  żeby  nie  tracić  ciepła.  W  myślach 
znowu  powtarzała  słowa,  które  napisał  Jens.  Jeśli  powie  „tak”,  nie  będzie  musiała  dłużej 
mieszkać w Dalsrud, a z czasem zostanie gospodynią we własnym dworze. 
 

Czy  to  Jens  odziedziczy  Heimly,  kiedy  nadejdzie  odpowiednia  pora?  Jest  przecież 

najstarszy, chociaż wzięli go tylko na wychowanie. Zresztą to nie takie ważne, mogą przecież 
zbudować sobie własne obejście. Mogliby z czasem mieć dwoje dzieci. Chłopca podobnego 
do Jensa, i dziewczynkę, podobną do niej. Elizabeth przymknęła oczy i wyobraźni zobaczyła 
dzieci bardzo wyraźnie. Potem uniosła powieki i znowu wpatrywała się w pustkę i mrok. To 
tylko marzenie, ucieczka od rzeczywistości. Prawdą jest to, że nosi bękarta Leonarda. 
 

Nie  ma  możliwości  ucieczki  z  Dalsrud,  nie  utrzyma  się  sama  z  dzieckiem.  Nie 

powinna  też  obarczyć  Jensa  obcym  bękartem.  Zatkała  rękami  uszy,  jakby  chciała  w  ten 
sposób nie dopuszczać do siebie złych myśli. 
 

Dopiero  kiedy  noc  przechyliła  się  na  stronę  dnia,  Elizabeth  zasnęła,  nie  znalazłszy 

ż

adnego rozwiązania. 

 
 

W pralni było ciepło, kiedy Helene i Elizabeth lały tam świece. Normalnie Elizabeth 

bardzo  lubiła  tę  pracę,  ale  teraz  myślami  przebywała  gdzie  indziej.  Nad  paleniskiem  wisiał 
wielki  kociołek  z  wodą  i  łojem.  Na  drążku  dziewczyny  zawiesiły  rząd  bawełnianych 
sznurków.  Brały  te  sznurki,  zanurzyły  je  głęboko  w  kociołku  tak,  by  łój  osiadał  na  knocie, 
zanurzały  knot  wielokrotnie,  aż  powstała  piękna  świeca.  Tylko  gdyby  ktoś  otworzył  drzwi, 
ś

wieca mogłaby być krzywa. 

 

Elizabeth jednym uchem słuchała tego, co mówi  Helene.  Bo dziś rano usłyszała coś, 

co Nikoline opowiadała  kucharce.  Z drżącym sercem Elizabeth stała pod  drzwiami kuchni i 
podsłuchiwała. 
 

-  No,  powiem  ci,  że  teraz  to  Edrikke  postąpiła  dobrze  –  mówiła  Nikoline,  słychać 

było, że naprawdę się cieszy. – Pomyśl, że ona jest zaręczona z bardzo porządnym mężczyzną 
i wiesz, co ona zrobiła? 
 

-  Nie  wiem  i  wcale  mnie  to  nie  interesuje  –  odparła  Gurine,  hałasując  talerzami  w 

wanience do zmywania. – Wycieraj te kubki, bo trzeba skończyć robotę. Nigdy nie słuchałam 
plotek. 
 

-  Plotek?  –  zdziwiła  się  Nikoline.  –  Kiedy  to  najprawdziwsza  prawda!  Otóż  Edrikke 

tarzała się na sianie z jednym parobkiem i sama możesz się domyśleć, jak to się skończyło. 
Tak jest, Edrikke zaszła w ciążę. Wyobrażasz sobie? Ale posłuchaj teraz: Edrikke pożałowała 
tego, co się stało, i chciała usunąć bękarta, poszła więc do jednej znachorki. 
 

Akurat  w  momencie,  kiedy  Nikoline  to  powiedziała  Elizabeth  usłyszała,  że  ktoś 

otwiera  drzwi  dalej  w  korytarzu.  Może  to  Kristian,  albo  Leonard?  Z  drewniakami  w  rękach 
uciekła i nie słyszała reszty opowiadania. Ale ta historia nie dawała jej spokoju. Gdyby tylko 
wiedziała,  kim  jest  owa  znachorka,  mogłaby  sama  ją  odszukać.  Nie  bardzo  umiała  sobie 
wyobrazić,  co  takie  mądre  babki  robią,  ale  gdyby  mogła  pozbyć  się  dziecka,  to  wszystkie 
problemy by się rozwiązały. Prawda, że już kiedyś słyszała o jakichś ziołach, które mają takie 

background image

 

56

działanie. W większych dawkach pewnie są trujące. Ale teraz jest zima, więc nie ma o czym 
gadać.  Mimo  wszystko  chciała  wyrzucić  z  siebie  ten  strzęp  mięsa  okrwawiony  i  wymazany 
ś

luzem. Jeśli tego nie zrobi, zmarnuje sobie życie. 

 

- Ty w ogóle nie słuchasz, co mówię? – spytała Helene. 

 

Elizabeth podskoczyła, jakby przyjaciółka czytała w jej myślach. 

 

- Owszem, słucham. 

 

- No to co ja mówiłam? 

 

Elizabeth  zanurzyła  świecę  w  łoju  po  raz  ostatni  i  przyglądała  jej  się  zadowolona. 

Potem odwiesiła do suszenia i westchnęła nieco zirytowana: 
 

- Nie, nie słucham. Tyle mam ostatnio zmartwień. 

 

Helene wstała i powiedziała stłumionym głosem: 

 

-  Tak,  wiem.  Przepraszam.  Ale  chodzi  o  to,  że  w  tym  tygodniu  będzie  się  zabijać 

ś

winię. Zawsze to zostawiają na ostatnie dni przed świętami. 

 

Elizabeth pożałowała ostrego tonu. 

 

-  Tak,  bo  chcą  mieć  świeże  mięso.  Jak  oni  zdołają  zjeść  to  wszystko,  tego  nie 

rozumiem. 
 

Helene skrzywiła się, rozgarnęła żar w piecu i westchnęła. 

 

- Mnie o to nie pytaj, sama tego nie pojmuję. W każdym razie postaram się, żebyś nie 

musiała mieszać krwi. 
 

- Dziękuję ci – szepnęła Elizabeth, czując mdłości na samą myśl o zapachu krwi. 

 
 

To była kolejna niespokojna noc. Elizabeth wierciła się i przewracała w łóżku, ale sen 

nie nadchodził. Żeby tak mogła się dowiedzieć, gdzie mieszka ta mądra babka! Oczywiście, 
Helene pytać nie mogła, ona by natychmiast zrozumiała, o czym Elizabeth myśli. Nie mogła 
też spytać Nikoline, bo przyznałaby się tym samym, że podsłuchiwała pod drzwiami.  
 

Spędzanie płodu, tak ludzie to nazywają. Słowo spadło na nią, kiedyś je już słyszała… 

ale gdzie i kiedy? Pewnie wtedy, kiedy dowiedziała się o tych specjalnych ziołach. Delikatnie 
położyła rękę na brzuchu, który na szczęście wciąż był płaski. Potem przesunęła dłoń w górę, 
do wrażliwych piersi. Nie, nie wolno budzić w sobie żadnych uczuć do maleństwa. Trzeba się 
go  pozbyć!  Przygryzała  dolną  wargę  i  wstrzymywała  dech,  by  nie  płakać.  Potem  znowu 
myślała  o  liście  Jensa,  który  schowała  razem  z  przyborami  do  pisania.  Nie  powiedziała 
jeszcze Helene o oświadczynach. Najpierw musi sama się z tym oswoić. 
 

Czy nie byłoby lepiej, gdyby Jens się nie oświadczył? 

Wtedy nie musiałaby wybierać. Nagle wpadł jej do głowy pomysł: schody na strych! Jeśli z 
nich spadnie, to na pewno straci dziecko. Słyszała kiedyś o klaczy w sąsiednim dworze, która 
biegała  i  straciła  źrebię.  Stało  się  tak  pewnie  z  wielkiego  wysiłku.  U  ludzi  musi  być  chyba 
podobnie? 
 

Elizabeth  leżała  przez  jakiś  czas  i  rozważała  swój  plan,  potem  wstała  i  na  palcach 

wymknęła  się  z  izdebki.  Zagryzała  zęby,  żeby  nie  dzwoniły.  W  pokoju  panował  lodowaty 
chłód, dygotała, niosąc pod pachą drewnianą skrzynkę, służącą jej za nocny stolik. Stanie na 
niej,  żeby  upadek  był  z  jeszcze  większej  wysokości.  Kiedy  ją  znajdą,  może  powiedzieć,  zę 
chodzi we śnie. 
 

Ostrożnie zamknęła za sobą drzwi i po omacku szła ciemnym korytarzem. Drżącymi 

rękami  ustawiła  skrzynkę  na  samej  krawędzi  i  weszła  na  nią.  Schody  wydawały  się 
oszałamiająco  strome  i  długie.  Czy  to  będzie  boleć?  Na  chwilę  ogarnęły  ją  wątpliwości, 
potem zamknęła oczy i pomyślała: boleć? Czy coś może boleć bardziej niż teraz? 
 

Już  miała  rzucić  się  w  dół,  gdy  nagle  chwyciły  ją  dwa  silne  ramiona  i  ściągnęły  ze 

skrzynki. Elizabeth była taka przerażona, że nawet nie zdążyła krzyknąć. 
 

- Czyś ty kompletnie rozum straciła, dziewczyno? – prychnęła Helene  prosto w ucho 

Elizabeth. Ona nie znajdowała odpowiedzi. Wstyd, gniew i rozpacz mieszały się w jej głowie. 

background image

 

57

 

-  Chodź  tutaj  –  dyrygowała  przyjaciółka,  ciągnąć  ją  z  powrotem  do  pokoju. 

Zdecydowanymi ruchami zapakowała Elizabeth pod kołdrę, sama okryła się własną kołdrą i 
usiadła na krawędzi łóżka. 
 

- Próbowałaś pozbyć się dziecka, prawda? – szepnęła z wściekłością. 

 

Elizabeth  kiwała  głową  i  wielokrotnie  przełykała  ślinę,  zanim  odzyskała  zdolność 

mowy. 
 

- Jens mi się oświadczył, a przecież nie mogę mu przynieść do domu bękarta. Chyba 

rozumiesz? – Wstydziła się tak bardzo, że nawet płakać nie mogła, a równocześnie pragnęła 
pociechy i zrozumienia. 
 

-  Jeśli  Jens  jest  taki,  jak  myślę,  to  weźmie  i  ciebie,  i  bękarta  –  powiedziała  Helene 

zdecydowanie. 

- Nie, ty nie rozumiesz Helene. On pochodzi z bogatego dworu, jest ich przybranym 

dzieckiem, a oni są bardzo pobożni i uważający w takich sprawach. Przynajmniej przybrana 
matka,  Ragna.  Nawet  nie  będą  chcieli  o  niczym  takim  słuchać.  Zostanę  sama…  -  teraz  nie 
była  w  stanie  dłużej  powstrzymywać  płaczu  i  przytuliła  się  do  Helene.  –  Chce  iść  do  tej 
mądrej babki, o której mówiła Nikoline, nie wiem tylko, gdzie ona mieszka. 
 

- No i dziękuj za to Stwórcy – odparła Helene szorstko. Przez dłuższy czas panowała 

cisza, potem Helene powiedziała: - Wierz mi lub nie, ale Leonard mnie też zrobił dziecko. I ja 
poszłam  do  tej  mądrej  babki,  jak  ją  nazywasz.  Chcesz,  żebym  ci  powiedziała,  co  ona  mi 
zrobiła? 
 

Elizabeth spojrzała w górę na przyjaciółkę. 

 

-  Ty  też  byłaś  w  ciąży?  –  wyszeptała  przerażona.  Twarz  Helene  wyglądała  niczym 

surowa maska, dziewczyna patrzyła gdzieś przed siebie. 
 

- Tak, byłam w ciąży. I poszłam do tej mądrej babki zaczęła cicho. 

 

- Co ona robi? – spytała Elizabeth, chociaż właściwie nie chciała słuchać. 

 

- Położyła mnie na sienniku, takim brudnym i śmierdzącym, że czuć go było z daleka. 

Baba miała powyciągane palce, aż czarne od brudu. Jej ubrania nie były prane od miesięcy. – 
Helene  mówiła  bezbarwnym  głosem  dalej:  -  Miała  taki  drut,  długi  drut  na  końcu 
zakrzywiony,  który  wsunęła  we  mnie.  –  W  końcu  Helene  spojrzała  przyjaciółce  w  oczy  i 
długo nie odwracała wzroku. 
 

Elizabeth pozwalała, by te słowa zapadły w jej mózg. 

Mimo  woli  zacisnęła  uda,  jakby  broniła  się  przed  bólem,  który  przyjaciółka  musiała 
odczuwać. 
 

- To ona nie mogła dać ci ziół albo… 

 

- Ja też tak myślała, kiedy do niej szłam. 

 

Głos  Helene  był  teraz  nabrzmiały  łzami,  łamał  się  co  chwila.  Elizabeth  unosiła  się 

lekko i pogłaskała ją po policzku. Helene płakała cicho. 
 

- Ona mnie nie znieczuliła – mówiła dalej, z trudem przełykając ślinę. – Nie dała mi 

nawet kubka wódki, nic. A kiedy krzyczałam, zakneblowała mi usta, żeby nikt nie słyszał, co 
się dzieje. Ręce i nogi miałam przywiązane. Ból, jaki sprawił mi Leonard, to nic wobec tego, 
co tam przeżyła,. W końcu zemdlałam. Chcesz słuchać dalej? 
 

- Nie, nie chcę. 

 

Teraz  ona  też  płakała,  płakała  nad  tym,  przez  co  Helene  musiała  przejść.  Płakała  ze 

strachu, z bólu i upokorzenia. 
 

-  Ale  nie,  poczekaj,  posłuchaj.  Myślałam,  że  wykrwawię  się  na  śmierć,  Elizabeth.  A 

teraz  prawdopodobnie  już  nigdy  nie  będę  mogła  mieć  dzieci.  Zresztą  to  akurat  mnie  nie 
martwi, żadnych dzieci nie planuję. 
 

Elizabeth zaczęła głośno szlochać. 

 

- Moja biedna Helene. Gdybym tylko wiedziała… a ja myślałam wyłącznie o sobie. 

background image

 

58

 

- Wcale nie – rzekła Helene wielkodusznie. – Ale gdybyś zeskoczyła z tych schodów, 

mogłabyś  skręcić  sobie  kark  i  umrzeć.  –  Otarła  pospiesznie  twarz  i  ze  szlochem  wciągnęła 
powietrze. 
 

-  Wiem  o  tym,  ale  akurat  wtedy  mnie  to  nie  martwiło.  –  Elizabeth  podziękowała  w 

duchu, że została uratowana. Mimo wszystko nie chciała umierać. 
 

- Czy możesz spać ze mną dzisiaj w nocy, Helene? Dobrze mi przy tobie i czuję się 

bezpieczna. 
 

Helene  skinęła  głową  i  wślizgnęła  się  do  łóżka.  Przez  maleńkie  okienko  widziały 

zorzę polarną falującą na niebie. Białe, żółte i ostre zielone fale. Jakie to [piękne, pomyślała 
Elizabeth, zdziwiona, dlaczego przedtem nigdy się czymś takim nie zajmowała. Czy dziecko 
Helene  znalazło  się  w  niebie,  skoro  nie  przyszło  nawet  na  świat?  Słyszała  opowieści  o 
kobietach,  które  zabijały  swoje  nowo  narodzone  dzieci,  albo  wynosiły  je  do  lasu  i  tam 
zostawiły,  żeby  umarły.  Niektóre  robiły  to  z  biedy,  bo  nie  były  w  stanie  wykarmić  więcej 
dzieci.  Inne  dlatego,  że  nie  były  zamężna  i  wstyd  wydawał  się  zbyt  wielki.  Wyrzutki, 
mówiono o tych dzieciach, a one wracały. Krzyczały przez całe noce i dnie. Często skarżyły 
się na swoją matkę. Wiele kobiet z tego powodu zostało skazanych na śmierć. 
 

-  Często  zastanawiałam  się,  czy  to  był  chłopiec,  czy  dziewczynka?  –  powiedziała 

Helene tak nieoczekiwanie, że Elizabeth drgnęła. 
 

-  Wydaje  mi  się,  że  kiedy  one  są  takie  malutkie,  to  jeszcze  nie  są  ani  chłopcem  ani 

dziewczynką – odparła Elizabeth, by pocieszyć i przyjaciółkę, i siebie. 
 

- Gdyby moje dziecko żyło, to wiosną skończyłoby trzy lata. 

 

- Nie wolno ci tak myśleć – powiedziała Elizabeth ochryple. – Nigdy! To był przecież 

pomiot Leonarda. 
 

-  Ale  też  mój  –  rzekła  Helene  cicho.  –  Może  to  była  malutka  dziewczynka.  Albo 

słodki chłopczyk, podobny do mojej rodziny. 
 

Elizabeth uniosła się wsparła na łokciu, przyglądała się Helene. Domyślała się, że po 

policzkach przyjaciółki spływają łzy. 
 

- Nie myśl tak – powtórzyła. – Nigdy! Bo zanim się obejrzysz, stracisz rozum. Życie 

musi  toczyć  się  dalej.  Pozbyłaś  się  wstydu  i  żyj  dalej  tak  jak  przedtem.  W  każdym  razie 
prawie  tak,  dodała  w  myślach.  –  Ale  ja  wciąż  noszę  w  sobie  pomiot  Leonarda.  Ja  nie  będę 
miała prawa zapomnieć. Nigdy! 
 

Poczuła, że Helene tuli się do niej jeszcze bardziej. 

 

- Może masz rację – szepnęła przyjaciółka. – Najlepiej nie myśleć za dużo o tym, co 

mogłoby być. 
 

Helene  powiedziała  to  bardzo  stanowczo,  ale  Elizabeth  słyszała,  że  przez  większą 

część nocy płakała cicho i rozpaczliwie. 
 
Rozdział 9 
 
 

Początek grudnia to czas uboju świątecznego wieprza. 

Powinno  się  to  robić  podczas  przypływu  i  przy  rosnącym  księżycu,  bo  wtedy  mięso  jest 
lepsze i bardziej tłuste. Niektórzy twierdzą, też że w tym czasie świnia krawat obficie i łatwiej 
wyjąć wnętrzności. Elizabeth nie wiedziała, czy w to wierzyć. 
 

Dwaj komornicy i rzeźnik spotkali się około piątej nad ranem, więc zanim domownicy 

się pobudzili, wieprz był martwy. 
 

Tego  dnia  służące  wstały  wcześniej  niż  zwykle.  Miski  i  garnki,  zawczasu 

przygotowane, stały na ławie. W pralni wszystko było gotowe dla kobiet, pomagających przy 
rozbieraniu mięsa. 
 

Elizabeth  przyniosła  do  kuchni  przybory  do  pisania.  Powinna  napisać  do  Jensa. 

Chłopak  musi  dostać  odpowiedź  na  swoje  oświadczyny,  dłużej  nie  można  z  tym  zwlekać. 

background image

 

59

Ona  i  tak  ma  zmarnowane  życie,  dotarło  to  do  niej,  kiedy  dowiedziała  się,  że  jest  w  ciąży. 
Próbowała  odsuwać  od  siebie  myśl  o  dziecku,  ale  mdłości  i  zmiany  w  jej  ciele  to 
uniemożliwiały.  Nie  ma  sposobu,  żeby  się  od  tego  uwolnić.  Zresztą  teraz  była  wyczerpana, 
ż

eby dalej walczyć, łez też już jej brakowało. Usiadła przy stole, zanurzyła pióro w kałamarzu 

i zaczęła pospiesznie pisać. 
 
 

Drogi Jesnie 

 

Najpierw  muszę  ci  podziękować  za  list,  który  dostałam  jakiś  czas  temu.  Następnie 

muszę ci powiedziećże cieszy mnie i bardzo mi pochlebia twoja propozycja. 
 
 

Elizabeth  odłożyła  na  chwilę  pióro.  Nienawidziła  sama  siebie  za  to,  że  pisze  taki 

fałszywy list. Ale nie możne mu przecież opowiedzieć prawdy. 
 
 

Ale,  mój  drogi  przyjacielu,  pisała  dalej,  bardzo  mi  przykro,  nie  mogę  jednak  przyjąć 

twojej propozycji małżeństwa. Jesteśmy jeszcze tacy młodzi, ja mam dopiero szesnaście lat. 
 
 

Nikoline tego rana chodziła naburmuszona, podeszła do Elizabeth i, wyciągając szyje, 

powiedziała: 
 

- Nic mnie nie obchodzi, do kogo piszesz: 

 

- No i bardzo dobrze. tylko może nie zaglądaj mi przez ramię. – Elizabeth zasłaniała 

list  przed  ciekawską  pokojówką.  Sama  nie  mogła  zrozumieć,  co  sprawiło,  że  w  następnej 
chwili napisała takie słowa. Może jakaś resztka nadziei na lepszą przyszłość? 
 
 

Cieszyłabym się jednak, gdyby twoja propozycja była ważna również w przyszłości. 

 
 

Zanim zdążyła się rozmyślić, pisała dalej: 

 
 

Zbliża się już noc, więc muszę skończyć moje krótkie pisanie. 

 
 

Było  to  oczywiście  kłamstwo,  ale  ładny  sposób  na  zakończenie  listu.  Uzyskała  w 

każdym razie odroczenie, nie musiała tak zaraz podejmować decyzji. 
 

Leonard  obiecał  jej  kilka  wolnych  dni  w  Boże  Narodzenie  w  zanim  za  owe 

„rozkosze”, jakie sam sobie wziął. Zastanawiała  się, czy zechce teraz dotrzymać słowa. Ale 
czy  ona  będzie  miała  odwagę  spotkać  się  z  rodziną  i  Jensem?  Zdoła  udawać,  że  nic  się  nie 
stało? Nie, nawet myśleć o tym nie może. Podpisała się pod listem, dodała datę i włożyła list 
do koperty. 
 

W tym samym momencie do kuchni wpadł Ole. 

 

- Potrzebuję więcej wrzątku do oparzenia świni. – Podał Gurine drewniane wiadra, a 

ona natychmiast napełniła je parującą wodą. Chłopak pobiegł do drzwi ze słowami: 
 

- Niedługo wasza kolej! Tylko patrzeć, jak przyjdą komornice. 

 

Elizabeth wsunęła list do kieszeni. Da go Olemu, kiedy chłopak skończy swoją pracę. 

Pewnie potem pójdzie do sklepu, to go wyśle. 
 

W  szafie  znalazła  bawełniany  sznurek,  którym  związała  mocno  swój  jasny  warkocz, 

ż

eby  nie  przeszkadzał  w  robocie.  Przez  kuchenne  okno,  z  którego  widać  było  oborę, 

zobaczyła parę kobiet i jakieś dziecko. 
 

- Przyszły żony komorników – oznajmiła. 

 

Gurine  natychmiast  wyszła  na  schody,  żeby  wydać  polecenia  pracowitym,  które  też 

zaraz zniknęły w pralni, gdzie dzielono mięso. Do kuchni razem z Gurine przyszła Amanda. 
 

- A ja mam nową kurtkę – powiedziała dziewczynka dumna niczym paw. 

background image

 

60

 

- O rany, ale pięknie wyglądasz – chwaliła Elizabeth, choć widziała wyraźnie, że kurta 

uszyta jest z jakiegoś starego, zniszczonego ubrania. – I jaką masz piękną chustkę. Wyglądasz 
jak dorosła dama! 
 

Amanda uśmiechnęła się z dumą i zdjęła chusteczkę, związaną pod brodą. 

 

- Włosy mam zaplecione tak jak ty. W jeden warkocz, nie w dwa, jak to noszą małe 

dziewczynki. – Usiadła na krześle przy długim stole i machała lekko nogami. 
 

- Co ona tu robi? – spytała Nikoline, wskazując Amandę. 

 

- Czeka na mnie – odparła Elizabeth. – Będziemy razem czyścić kiszki. 

 

- Tak, to odpowiednia dla was praca. Życzę wszystkiego dobrego! Ja mam zajęcia w 

domu. 
 

Elizabeth poczuła, że złość ją dławi, jej głos brzmiał złowieszczo, kiedy powiedziała: 

 

-  Miej  się  na  baczności,  Nikoline.  Bo  zanim  się  obejrzysz,  sama  trafisz  do  brudnej 

roboty. Twoja kolej też nadejdzie. 
 

Nikoline potrząsnęła głową i roześmiała się szyderczo. 

Potem  wpiła  wzrok  w  Amandę,  która  jadła  chleb  z  masłem  i    serem,  przygotowany  przez 
Gurine. 
 

- Lekką ręką rozdajesz chleb, jak widzę – warknęła Nikoline. 

 

- A ty się strzeż – syknęła Elizabeth, podchodząc do pokojówki. – Więcej nie będę cię 

ostrzegać. 
 

Nikoline zacisnęła wargi i już się nie odezwała. 

 
 

Elizabeth  czuła  bolesne  pulsowanie  w  palcach  rąk.  Jelita  trzeba  było  ostrożnie 

wywrócić  na  drugą  stronę  i  zebrać  cały  tłuszcz,  który  znajdował  się  we  wnętrzu,    potem 
starannie wypłukać w morskiej wodzie, bo, jak mówiono, morska sól jest najlepsza. 
 

- Zbieraj, zbieraj tłuszcz i łój – podśpiewywała Amanda, jakby przydzielono jej jakieś 

wymarzone  zajęcie.  Małe  rączki  były  czerwone  z  zimna,  ale  ona  mimo  to  pracowała 
niezmordowanie. 
 

- Nie marzniesz? – spytała Elizabeth. 

 

- Tak miło jest pracować razem z tobą, że nic mi nie szkodzi. 

 

- Popatrz no, Amando. – Elizabeth rozpięła bluzkę pod szyją, ukazując nagą skórę. – 

Wsuń tam ręce, to się trochę ogrzejesz. 
 

Dziewczynka  przyjęła  propozycję  i  śmiała  się  radośnie,  gdy  Elizabeth  jęczała  i 

chwytała powietrze, wytrzeszczając oczy. 
 

- Chcesz ty też ogrzać swoje ręce u mnie? – Amanda zaczęła rozpinać ubranie. 

 

- Nie, nie na Boga, dziecko. Zapnij kurtkę, bo się zaziębisz. 

 

Amanda posłusznie pozapinała guziki, Elizabeth tymczasem chuchała na swoje ręce i 

rozcierała je. 
 

- Nie, Amando, musimy pracować jak najszybciej. 

Wisz, im szybciej skończymy, tym prędzej będziemy mogły pójść do domu i się ogrzać. 
 

Mała przytakiwała i pracowała dalej. Amanda  gadała i śpiewała. Elizabeth natomiast 

pogrążona  była  w  myślach.  czasami  praca  pomogła  uwolnić  się  od  bolesnych  rozważań, 
najczęściej  jednak  zmartwienia  nie  dawały  o  sobie  zapomnieć.  Tak  jak  teraz,  przy  tej 
obrzydliwej robocie. Żółte i białe kulki tłuszczu trzeba było zbierać i odkładać do drewnianej 
miski, którą miały między sobą. Elizabeth na widok bezkształtnych bryłek tłuszczu poczuła, 
ż

e mdłości podchodzą jej do gardła. 

 

-  Zostań  tu,  ja  zaraz  wrócę  –  powiedziała  nagle.  –  pobiegła  wydeptaną  ścieżką, 

prowadzącą od brzegu morza do dworskich zabudowań. Nie wiedziała, dlaczego biegnie tak 
daleko. Może nie chciała, żeby Amanda zobaczyła, jak wymiotuje? Dziewczynka ma kilkoro 
młodszego  rodzeństwa,  być  może  jej  matka  też  chorowała  w  ciąży,  więc  Amanda  by  się 
zorientowała. A nikt nie może wiedzieć, że Elizabeth spodziewa się dziecka! 

background image

 

61

 

Kiedy  zwymiotowała  już  wszystko  i  śniegiem  przemyła  twarz,  nagle  zobaczyła,  że 

Leonard  idzie  do  brzegu  w  stronę  zabudowań.  Nie  wiedziała,  że  jest  tam  jakaś  ścieżka. 
Przeniknął ją lodowaty strach. Chwyciła brzeg spódnicy i najszybciej jak  mogła pobiegła w 
dół. Nie pozwól, żeby stało się coś złego, nie pozwól, żeby stało się coś złego, powtarzała w 
duchu.  Chciała  krzyczeć,  ale  brakowało  jej  powietrza.  Strach  niczym  szpony  zaciskał  jej 
ż

ołądek. 

 

Amanda siedziała w kucki pośród nabrzeżnych kamieni, skulona niczym  przerażone, 

małe  zwierzątko.  Policzki  okolone  czarną  chusteczką  były  mokre  od  łez,  gdy  rzuciła  się 
Elizabeth na szyję. Drobnym ciałkiem wstrząsał szloch. 
 

- On mnie złapał! On jest okropny – szlochała dziewczynka. 

 

Elizabeth  przyciskała  ją  mocno  do  siebie,  w  głowie  miała  chaos.  Przeżywała  znowu 

własne przerażenie, ten piekący ból, kiedy mężczyzna wdzierał się w nią. Nagi strach, kiedy 
znalazła  się  pod  jego  wielkim  cielskiem.  To  niemożliwe,  by  Amanda  musiała  przeżyć  to 
samo! 
 

-  Co  ci  zrobił?  –  spytała  Elizabeth,  odsuwając  małą  lekko  od  siebie.  –  Opowiedz  mi 

wszystko. wiesz, że możesz mi powiedzieć, prawda? 
 

Amanda skinęła głową i otarła nos rękawem. Szloch wstrząsnął nią jeszcze kilka razy, 

a potem powiedziała: 
 

- On próbował zerwać ze mnie ubranie. Nawet moją kurtkę! 

 

Elizabeth czuła, że łzy palą ją pod powiekami, pozwoliła im płynąć. 

 

- I co jeszcze zrobił? – spytała. 

 

- Podniósł mu sukienkę. I łapał mnie za pupę, to było wstrętne. Za gołą pupę. 

 

Elizabeth  nie  wiedziała,  jak  ma  pytać.  Nie  była  pewna,  czy  wie,  jak  nazywają  się 

różne części kobiecego ciała. 
 

- Sprawiło ci to ból? – spytała w końcu. 

 

- Nie, ale było paskudne. 

 

Elizabeth  przyciągnęła  ją  znowu  do  siebie.  Kołysała  małą  tak,  jak  Helene,  kiedy 

pocieszała  ją  tamtego  dnia  w  pralni.  Leonard  nie  zgwałcił  Amandy.  Dzięki  Bogu,  nie  udało 
mu się. 
 

- Ja go ugryzłam – powiedziała Amanda, odsuwając się od Elizabeth. – Czy zrobiłam 

ź

le? 

 

-  Nie,  moje  dziecko  –  zapewniała  Elizabeth,  uśmiechając  się  przez  łzy.  –  Postąpiłaś 

znakomicie. Gdyby sam gospodarz albo ktoś inny próbował zrobić ci coś takiego jeszcze raz, 
to gryź, jak tylko zdołasz. 
 

Amanda uśmiechnęła się i ocierała łzy rękawem kurtki. 

 

- Wtedy on mnie puścił. Myślę, że zobaczył ciebie. Ja próbowałam cię wołac, ale on 

zasłonił mi buzię ręką. 
 

- Amanda, posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie wolno ci nigdy, ale to nigdy zostawać w 

tym  dworze  samej.  Gospodarz  to  niebezpieczny  człowiek.  On  będzie  chciał  zrobić  ci  to 
jeszcze  wiele  razy.  Przez  cały  czas  trzymaj  się  w  pobliżu  innych  ludzi.  Ale  gdybyś  chciała 
komuś o tym opowiedzieć, to na pewno nikt ci nie uwierzy. 
 

- Dlaczego? 

 

- Tak po prostu jest. Wszyscy myślą, że Leonard jest miły, ale to nieprawda. I jeśli o 

tym powiesz, to ludzie ci nie uwierzą i będzie jeszcze gorzej. Rozumiesz, co mam na myśli? 
 

Amanda przytakiwała. Dygotała z zimna i ze strachu. 

 

- Czy nie możemy iść na trochę do ciepłej kuchni, Elizabeth? 

 

- Tak, pójdziemy i będziemy pomagać Gurine. Co ty na to? 

 

- Gurine jest miła. Prawie taka jak ty. Ale ta druga, ta z żółtymi, głupimi lokami, ona 

jest zła. 
 

- Tak, Nikoline jest zła. Ale teraz trochę się z nią zabawimy. Chcesz mi pomóc? 

background image

 

62

 

- Ja mam to zrobić? 

 

- Jak będzie trzeba, to się domyślisz. 

 

Amanda skinęła głową. Może więc to mimo wszystko będzie dobry dzień. 

 

Kiedy  znalazły  się  bezpieczne  w  ciepłej  kuchni,  Elizabeth  powiedziała,  że  ma  dla 

Nikoline polecenie od gospodarza, by zastąpiła je w pracy. 
 

Nikoline protestowała. 

 

- Nie będę stać na brzegu i marznąć – prychnęła oburzona. – Mimo wszystko jestem 

pokojówką. 
 

- Chcesz się przeciwstawić swojemu gospodarzowi, to proszę bardzo… 

 

Nikoline rozważała tę sytuację przez chwilę, potem wściekła pobiegła ku drzwiom. 

 

- Przypomnij sobie moją przepowiednię, Nikoline – cisnęła z nią Elizabeth. – Ty też 

dostaniesz swoją porcję brudnej roboty… 
 

Gurine słuchała tego zdumiona, a potem rzekła ostrzegawczo: 

 

- Uważam, że nie powinnaś się tak drażnić z Nikoline. 

 

- Co masz na myśli? – spytała Elizabeth niewinne. 

 

-  Ty  wiesz,  co  mam  na  myśli.  Niedobrze  jest  wygadywać  o  sobie  takie  rzeczy.  Są 

ludzie, którzy w to wierzą. 
 

Elizabeth  pożałowała,  bo  Gurine  mówiła  z  wielką  powagą.  To  przestroga,  najlepiej 

zrobi, jeśli jej posłucha. Ale otrząsnęła się z nieprzyjemnych uczuć. 
 

- Wierzą – odparła swobodnym tonem – chyba tylko tacy jak Nikoline. 

 

Gurine  milczała,  przyglądała  się  tylko  Elizabeth  długo,  a  potem  wróciła  do  pracy. 

Wkrótce  jednak  zaczęły  znowu  rozmawiać,  roztrząsały  różne  tematy  i  w  kuchni  nastał  miły 
spokój. 
 
 

Elizabeth długo rozważał to, co  Leonard zrobił Amandzie, i co mogło się stać. Myśl 

była  przerażająca,  budziła  w  niej  straszny  gniew.  Zrobić  coś  takiego  małemu,  bezbronnemu 
dziecku! Leonard to bestia, ni mniej ni więcej. 
 

Od czasu do czasu mignął jej gdzieś w obejściu. 

Niekiedy miała wrażenie, jakby jej unikał. Nigdy nie patrzył jej w oczy, udawał, że nie widzi. 
To  okrycie  dało  jej  lekkie  poczucie  siły,  a  strach  przed  Leonardem  powoli  przeradzał  się  w 
niewinność – palącą, dławiącą nienawiść, którą ledwo była w stanie opanować. 
 

Pracując,  nie  mogła  zebrać  myśli,  ponieważ  rzadko  bywała  sama.  ale  często,  w 

przerwach, wymykała się nad morze. 
 
 

Pewnego dnia brnęła w głębokim śniegu, w stronę niewielkiego wzniesienia, z którego 

rozciągał się widok na otwarte morze. Tutaj mogła pomyśleć w samotności, odzyskać spokój 
i dać chwilę odpoczynku znękanej duszy. 
 

Nagle usłyszała, że ktoś ją woła. Zirytowana odwróciła się. 

 

- Elizabeth, dokąd idziesz? – Kristian unosił rękę w geście powitania i kierował się w 

jej stronę. 
 

-  Idę  w  takie  miejsce,  gdzie  mogę  być  sama.  całkiem  sama  –  dodała,  wybierając 

miejsca, z których wiatr zwiał śnieg. Niech Kristian sobie myśli, co chce. Ona jest w ciąży z 
jego  ojcem.  Urodzi  przyrodniego  brata  lub  siostrę  Kristiana.  Myśl  sprawiła  jej  taki  ból,  że 
odwróciła się, by nie dostrzegł cierpienia w jej twarzy. 
 

Mróz  przenikał  do  szpiku  kości,  ale  na  szczęście  ubrała  się  ciepło.  Latały  nad  nią  z 

krzykiem jakieś mewy, nieustannie polujące na jedzenie. Morskie fale pokrywała biała piana. 
Im  dalej  od  brzegu,  tym  fale  były  większe.  Życie  też  jest  takie,  pomyślała  Elizabeth. 
Dokładnie takie jak morze. Najpierw jest cicho, a potem, zanim człowiek się obejrzy, zrywa 
się sztorm. I to mają na myśli ludzie, którzy mówią, że trzeba trzymać głowę ponad wodą, to 
znaczy trzeba się przedostać na następną falę. 

background image

 

63

 

Ona potrafi to zrobić! Ale Leonard dostanie za swoje. 

Prędzej  czy  później,  zapłaci  za  to,  co  zrobił.  nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  powinna  stąd 
wyjechać, może nawet na krańce morze, daleko pod horyzontem? Do Bergen? Tyle słyszała o 
tym  mieście.  A  może  do  Christianii?  W  każdym  razie  tam,  gdzie  mogła  urodzić  dziecko  i 
oddać  je  jakimś  miłym  ludziom  na  wychowanie.  Nikt  nie  będzie  wiedział,  że  to  dziecko 
Leonarda. Dla rodziców zmyśli jakąś historię, jak nadejdzie pora. A potem zobaczy, co dalej. 
Do  domu  wrócić  nie  może,  nigdy.  Ale  da  sobie  radę.  Świadectwem  od  Leonarda  nie 
zamierzała  się  przejmować.  To  samo  dotyczy  plotek,  jakie  on  będzie  na  nią  rozsiewał. 
Elizabeth odejdzie tak daleko stąd, że żadne plotki jej nie dosięgną. A może i Helene ucieknie 
razem z nią? 
 

Uśmiechnęła  się  delikatnie  w  stronę  morza.  Może  mimo  wszystko  znajdzie  się  jakaś 

rada. 
 
Rozdział 10 
 
 

Ś

więta  były  tuż-tuż.  Służba  mogła  spoglądać  wstecz  na  pracowitą  jesień,  kiedy  to 

jedno  ciężkie  zajęcie  następowało  za  drugim:  wykopki,  uboje,  strzyżenie  owiec,  pieczenie, 
pranie, znowu ubój. Gurine czasami traciła panowanie nad sobą, czerwona i zdenerwowana, 
rozpaczała, że nic nie będzie gotowe na czas. Helene mówiła jednak, że tak jest co roku. 
 

Elizabeth  lubiła  przedświąteczny  czas.  Odkąd  strach  przed  Leonardem  zmienił  się  w 

gniew, dni stały się łatwiejsze. Miała też więcej czasu na rozmyślania. Tak często, jak mogła, 
chodziła na „swoje miejsce”, jak je nazywała. Widok na otwarte morze dawał jej odpoczynek, 
a myśli krążyły swobodnie. Zwłaszcza jeśli dni były szczególnie trudne, lubiła tam siadywać. 
Marzyła  wtedy,  jeśli  to  będzie,  kiedy  znajdzie  się  daleko  stąd,  to,  jak  rodzice  przyjmą  tę 
decyzję oraz z czego będzie żyć, odsuwała jak najdalej. Potrzebowała odwagi, by spełnić soje 
plany.  By  pokonać  strach.  Nawet  Helene  jeszcze  o  niczym  nie  powiedziała.  Dowie  się 
wszystkiego, jak Elizabeth będzie gotowa. 
 

Ole  wysłał  list  do  Jensa.  Teraz  w  dniach,  kiedy  do  wiejskiego,  kramu  przychodziła 

poczta, Elizabeth nie opuszczał lęk, że dostanie odpowiedź. Tak niewiele trzeba, by zburzyć 
jej  kruche  plany.  Parę  słów,  że  Jens  za  nią  tęskni,  że  spodziewa  się  zobaczyć  ją  znowu  w 
ś

więta,  może  sprawić,  iż  niepewność  powróci.  A  wtedy  nie  będzie  w  stanie  przeprowadzić 

tego, co wymyśliła. Napisze do przyjaciela, kiedy już znajdzie się daleko od Daslrud. Daleko 
od Leonarda. Wtedy może będzie w stanie znowu pomyśleć o Jensie. 
 

Elizabeth wstała, strzepnęła śnieg ze spódnicy, głęboko wciągnęła słony zapach morza 

i  ruszyła  z  powrotem  do  dworu.  Gurine  przydzieliła  jej  tego  dnia  prasowanie  bielizny, 
Elizabeth wiedziała, że na to trzeba czasu. Ale poprosiła Gurine, by pozwoliła jej trochę się 
przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza. 
 

-  Nie  wyglądasz  ostatnio  najlepiej  –  kucharka  kiwała  głową.  –  Może  właśnie  tego 

potrzebujesz, świeżego powietrza. Idź, idź, Elizabeth, ale nie siedź tam za długo. Pamiętaj o 
prasowaniu. 
 
 

Kiedy  Elizabeth  wróciła,  Helene  zdążyła  już  przynieść  wielki  stos  rzeczy  do 

prasowania, które suszyły się na otwartym strychu. 
 

-  Spacer  dobrze  ci  zrobił.  widać  to  po  tobie  –  ucieszyła  się  Gurine.  –  Masz  piękne 

rumieńce na policzkach. 
 

- Tak, ale na dworze jest potwornie zimno – odparła Elizabeth. – Dobrze jest wrócić 

do ciepła. A poza tym nic nie pachnie tak, jak bielizna, która suszyła się na dworze. 
 

Gurine  przytaknęła,  Helene  poszła  do  kolejnych  zajęć.  Elizabeth  zabrała  się  do 

prasowania. Rozgrzewała żelazko w piecu, najpierw sprawdzała na specjalnej szmacie, zanim 
zaczęła  prasować.  Miarowymi  ruchami  wygładzała  wszystkie  zmarszczki  i  zagniecenia, 

background image

 

64

potem starannie składała prasowaną rzecz. To bardzo przyjemna praca w porównaniu z tym, 
co  trzeba  było  robić  przez  całą  jesień.  Może  powinna  poszukać  sobie  miejsca  jako  pomoc 
domowa u jakiejś starej, bogatej pani w mieście? Słyszała, jak Nikoline zachwalała, że stare 
panny  i  bogate  wdowy  w  mieście  zatrudniają  dziewczęta  do  towarzystwa  i  lżejszych  prac 
domowych. To się nawet nazywa dama do towarzystwa. Westchnęła zadowolona, pogrążona 
w tym swoim śnie na jawie. 
 

Ole wpadł do kuchni w zaśnieżonych butach. 

 

- List do Elizabeth! 

 

Gurine ofuknęła go. 

 

- Gdzie się tu pchasz w tych buciorach? Dopiero co umyłam podłogę. 

 

- Sama go jej dam. A ty idź i się przebierz. 

 

- Tak zaraz wracam na dwór. – Ole zniknął równie szybko, jak się pojawił. 

 

Elizabeth  wzięła  list  spoconymi  rękami.  Żeby  to  tylko  nie  od  Jensa!  Ale  nie,  pismo 

było znajome, więc to nie od niego. Rozerwała kopertę i ogarnęła wzrokiem arkusik. 
 
 

Moja najdroższa córko, Elizabeth. 

 

Od dawna waham się, czy nie napisać do ciebie tego listu. Ale teraz czujęże muszę

Chociaż twoja mama mi zakazuje. Twoja mama jest chora i leży w łóżku. Strasznie kaszle. 
 

Chciałem  cię  tylko  o  tym  poinformować.  Maria  jest  zdrowa  i  wesoła.  Wszyscy  inni 

posyłają ci najlepsze pozdrowienia. Ja myślę o tobie codziennie. I jesteś przy mnie zawsze w 
czasie wieczornego pacierza. 
 

 

 

 

 

 

Pozdrawiam od twojego oddanego ojca. 

 
 

Pierwsze,  co  przyszło  Elizabeth  do  głowy,  to  zdumienie,  że  ojciec  pisze  niezwykle 

poprawnie. Następnie pomyślała, że napisał „najdroższa”, słowo, które nigdy nie padło z jego 
ust.  Jej  rodzice  byli  bardzo  skąpi,  jeśli  chodzi  o  dobre  słowa.  Zarówno  wobec  siebie,  jak  i 
wobec córek. 
 

- Stało się coś złego, Elizabeth? – spytała Gurine. – Zamilkłaś i zrobiłaś się taka blada. 

 

-  Mama  jest  chora  –  odparła  Elizabeth,  wpatrując  się  w  kuchenną  szafę.  –  Podobno 

strasznie kaszle. – Spojrzała w oczy starej kobiety i dodała: - Oni nie są z tych, co narzekają. 
Pracowali  i  męczyli  się  całe  życie,  nigdy  nie  kładli  się  do  łóżka,  niezależnie  od  tego,  jak 
bardzo  byli  chorzy.  A  teraz  mama  nie  wstaje.  Nie  chciała,  żeby  ojciec  mnie  o  tym 
zawiadomił.  To  cała  ona.  Ale  chyba  to  coś  poważnego,  skoro  tata  mimo  wszystko  do  mnie 
napisał. 
 

U nas w domu to mama zawsze decydowała, pomyślała. Tata milczał i słuchał mamy. 

Dopiero teraz przeciwstawił się jej woli. 
 

Elizabeth  opadła  na  najbliższe  krzesło.  Matka  nigdy  nie  chorowała.  A  przynajmniej 

nigdy się nie skarżyła. Oczywiście rodzice zapadli na jakieś grypy, mieli niestrawności i bóle 
pleców. Ale o tym nigdy  się nie rozmawiało. Po prostu stwierdzali, że tak jest, poza tym to 
wszystkim czasami dolega, nie ma się czym przejmować. Elizabeth pamiętała też dzień, kiedy 
mama rodziła Marię. Ona sama musiała biec całą długą drogę do akuszerki. Jeszcze pamięta 
tę starą kobietę, którą wzywano do rodzących. Elizabeth biegła tak, że czuła w ustach smak 
krwi, a w uszach wciąż miała krzyk matki. 
 

I widziała poród, chociaż to nie są sprawy przeznaczone dla dziecięcych oczu. Przez 

ponad dobę matką wstrząsały bolesne skurcze, bo Maria ułożona była tyłem. Potem akuszerka 
powiedziała,  że  mama  powinna  leżeć  w  łóżku  przynajmniej  dwa  tygodnie.  Ale  pojawiły  się 
problemy, których stara  kobieta nie przewidziała. Koza, która dawała doić się tylko mamie, 
kopała  wiadro  i  nie  pozwalała  się  nikomu  dotknąć.  W  końcu  wprowadzono  ją  do  alkierza  i 
tam mama wydoiła uparciucha. 

background image

 

65

 

Następnego dnia wstała. Blada, słaniająca się na nogach, ale nigdy o swoim zdrowiu 

nie mówiła. Jakby tak miało być. Elizabeth jednak pamięta, że trzeba było dużo czasu, zanim 
naprawdę  wróciła  do  zdrowia.  Więc  teraz  musi  być  naprawdę  chora,  skoro  ojciec  uznał,  ze 
powinien o tym napisać do córki. On, którego Elizabeth nigdy nie widziała, żeby napisał choć 
jedno zdanie. 
 

- Muszę jechać do domu – oznajmiła, patrząc na Gurine, która również usiadła. 

 

Elizabeth myślała o obietnicy, jaką złożyła sama sobie, że nigdy do domu nie wróci. 

Teraz będzie musiała patrzeć w oczy rodzicom i Jensowi, będzie musiała kłamać i ukrywać 
to, co się z nią stało. nie zasłużyli sobie na takie traktowanie. Nawet Jens nie zasłużył, chociaż 
spędził noc z Dorte. Ale czy na pewno? Odepchnęła od siebie tę myśl. 
 

- Porozmawiaj o tym z gospodarzem – poradziła Gurine. Żywiła dla Leonarda wielki 

respekt. – Jeśli powiesz mu, jak się sprawy mają, z pewnością da ci wolne. To sprawiedliwy 
człowiek. 
 

Tak,  niczym  anioł,  pomyślała  Elizabeth,  zdając  sobie  jednak  sprawę,  że  będzie 

musiała  stanąć  przed  Leonardem  twarzą  w  twarz.  Na  myśl  o  tym  poczuła,  jakby  dostała 
bolesny cios w żołądek. 
 

- Kto ma rozmawiać z Leonardem? – spytała Helene, która akurat stanęła w drzwiach. 

 

- Moja mama jest chora, myślę, że to coś poważnego tłumaczyła Elizabeth ochrypłym 

głosem. – Dostałam dzisiaj list od taty. 
 

-  To  pracowici  ludzie  –  wtrąciła  Gurine.  –  Nie  z  takich,  co  to  narzekają  z  byle 

powodu. No to jej powiedziałam, że musi iść do gospodarza. Innej rady nie ma. 
 

Helene i Elizabeth wymieniły spojrzenia. 

 

- Chcesz to zrobić teraz? – spytała Helene i dodała na tym samym oddechu: 

 

- Ja będę za ciebie prasować. 

 

-  Teraz  –  przytaknęła  Elizabeth  pospiesznie,  żeby  się  nie  rozmyślić.  –  Jak  już  z  nim 

porozmawiam to wrócę, żeby cię zastąpić. 
 

- On jest w kantorze – poinformowała Helene. – Chciałabyś, żebym z tobą poszła? 

 

Elizabeth pokręciła głową. Tę sprawę musi załatwić sama. 

 

- Ale dziękuję, mimo wszystko – szepnęła w odpowiedzi. 

 

Na  uginających  się  nogach,  z  sercem  bijącym  boleśnie  szła  długim  korytarzem,  aż 

stanęła przed drzwiami kantoru. 
 

Czego  ja  się  boję?  –  spytała  sama  siebie.  Przecież  się  na  mnie  rzuci  tutaj  w  domu.  I 

czy to nie on powinien się bać mnie? To on wyrządził mi zło, nie ja jemu. I powinnam myśleć 
o Amandzie. Czy to była jej wina? Czy ona o to prosiła? A gdyby na jej miejscu znalazła się 
Maria? Zdecydowanie wyciągnęła rękę i głośno zapukała w ciężkie dębowe drzwi. 
 

- Proszę wejść – usłyszała. 

 

Wciągnęła dwa razy powietrze i przytrzymała je w płucach. 

 

- Dzień dobry – powiedziała, ale nie dygnęła. Aż taka pokorna nie chciała być, skoro 

najchętniej ze wszystkiego wymierzałaby mu policzek. 
 

Elizabeth w ułamku sekundy zauważyła niepewność w jego twarzy, kiedy ją zobaczył. 

A może tylko jest zdziwiony, bo zaraz opanował się i uśmiechnął obleśnie. 
 

- No co, stęskniłaś się za mną? 

 

Elizabeth udawała, że nie słyszy, przystąpiła do rzeczy. 

 

- Dostałam dzisiaj list od taty. On pisze, że mama jest bardzo chora. Muszę pojechać 

do domu. 
 

- To twój ojciec zna litery? 

 

Myślała  najpierw,  że  się  przesłyszała.  Do  jakiego  stopnia  złośliwym  można  być? 

Przez chwilę nie znajdowała słów. Zacisnęła powieki, by się opanować. Potem otworzyła je i 
ogarnęła wzrokiem rzędy książek na półkach. Od podłogi aż po sufit. Jak bardzo imponowało 

background image

 

66

jej  to  bogactwo,  kiedy  przyszła  tu  pierwszy  raz.  Bogactwo  i  władza.  Władza  potrzebna  do 
niszczenia innych ludzi. 
 

Starała  się  nie  tracić  panowała  nad  sobą,  zebrać  myśli.  Z  pewnością  chciałaby 

doprowadzić ją do płaczu, ale tej radości mu nie sprawi. Dlatego zignorowała złośliwą uwagę 
i powiedziała bezbarwnym głosem: 
 

- Jak mówiłam, mama jest chora i muszę jechać do domu na parę dni. 

 

- A co byś powiedziała na trochę przyjemności, gdzieś za oborą? – spytał i pochylił się 

nad biurkiem, szczerząc zęby w paskudnym uśmiechu. Teraz Elizabeth nie była w stanie już 
nad sobą panować. Podeszła do biurka, oparła ręce na blacie, drżąc z hamowanego gniewu. 
 

- Pamiętasz, Leonard, tamten dzień, kiedy podawałam obiad tobie i Kristianowi? 

 

Specjalnie  zwracała  się  do  niego  po  imieniu.  Nie  oczekiwała,  że  jej  odpowie,  więc 

mówiła dalej: 
 

-  Obiecałeś  mi  wtedy  kilka  wolnych  dni  na  Boże  Narodzenie,  jeśli  oddam  ci 

przysługę. Tak w każdym razie myślałeś, chociaż ja byłam naiwna jak dziecko i myślałam że 
chodzi  o  pracę.  Że  muszę  pracować  ciężko,  tak  jak  rodzice  mnie  uczyli.  Potem  ty  wziąłeś 
sobie siłą to, co chciałeś. Teraz ja chcę dostać swoje wolne dni. 
 

Uśmiech Leonarda znikł jak zdmuchnięty. 

 

- Nigdzie się stąd nie ruszysz, zapamiętaj to sobie! 

 

-  Tylko  spróbuj  mnie  zatrzymać.  Gdybyś  chciał  słuchać,  co  ludzie  gadają,  to  byś 

wiedział,  że  umiem  nie  tylko  wieczorny  pacierz.  I  uważaj,  żebym  tej  umiejętności  nie 
wypróbowała na tobie. 
 

Leonard na moment rozdziawił usta, zaraz się jednak otrząsnął. 

 

-  Nie  wierzę  w  takie  głupoty.  Ale,  jak  mówię,  w  tym  domu  rządzę  ja,  a  nie  jakaś 

nędzna wywłoka. Nie dostaniesz wolnego i więcej nie chcę o tym słyszeć. 
 

- Nie skorzystasz z możliwości, żeby posłuchać, co ludzie gadają, Leonard? Podobno 

nie ma dymu bez ognia. 
 

Głos  Elizabeth  o  mało  się  nie  załamał.  Dlatego  odwróciła  się  na  pięcie  i  wyszła, 

stukając  twardymi  drewniakami.  Kiedy  drzwi  się  za  nią  zamknęły,  opadła  na  ścianę  na 
podłogę.  Zacisnęła  oczy  i  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Nie  chciała  płakać,  musiała 
opanować  gniew.  Nie  miała  odwagi  wyobrazić  sobie,  jak  się  odbędzie  to  spotkanie,  ale  nie 
uwierzyłaby, że on nie pozwoli jej jechać do domu. Przecież odkąd przybyła do Dalsrud, nie 
miała ani jednego wolnego dnia. 
 

Otarła  lepkie  dłonie  o  spódnicę.  Że  też  człowiek  może  być  taki  zły!  Właściwie  nie 

powinno  jej  to  zaskakiwać,  ale  mimo  wszystko  sprawiało  ból,  czuła  bolesne  skurcze  w 
ż

ołądku. Ale już postanowiła. Pojedzie do domu. I to zaraz jutro. 

 
 

W  kuchni  zastała  samą  Helene,  więc  mogła  opowiedzieć  jej,  o  czym  mówiono  w 

kantorze. 
 

- Że też miałaś odwagę – zdumiała się Helene. 

 

- A ty byś nie zrobiła tak samo? 

 

- No… ja z latami stałam się twardą, ale nie wiem… 

 

-  Przecież  wtedy  w  oborze  zamachnęłaś  się  na  niego  wędzidłem  –  przypomniała 

Elizabeth. – Nie pamiętasz? 
 

- Znalazłam je za drzwiami, więc po prostu wzięłam. 

Nie miałam pojęcia, że to  Leonard tam jest. I co ty teraz zrobisz? – pytała, składając obrus, 
który Elizabeth tymczasem zdążyła wyprasować. 
 

- Teraz muszę odnaleźć Kristiana. Powiem mu, że jego ojciec dał mi wolne i że on ma 

mnie  odwieźć  do  domu jutro  rano.  –  Powiedziała  to  z  siłą,  jakiej  nigdy  jeszcze  w  sobie  nie 
czuła. 
 

Helene wytrzeszczała oczy. 

background image

 

67

 

- Ty kompletnie zwariowałaś, Elizabeth. A co będzie, jeśli cię przyłapią? Pomyśl, że 

Kristian odmówi? 
 

- Nie zrobi tego – odparła z przekonaniem. – mam nadzieję, że kiedy wyjadę, ty też mi 

pomożesz? Gdyby ktoś pytał, gdzie jestem. 
 

-  Oczywiście,  że  pomogę  ci,  Elizabeth.  Powiem  wszystkim,  że  masz  wolne.  A  tedy 

nikt się nie będzie więcej nad tym zastanawiał. I jeśli chodzi o Leonarda, to też coś wymyślę, 
gdyby odkrył, że zniknęłaś. 
 

Elizabeth znowu rozgrzewała żelazko. 

 

-  Mam  wyrzuty  sumienia,  że  zostawiam  ci  tyle  pracy,  Helene.  Nie  wiem,  jak  długo 

tam zostanę. 
 

- Radziłam sobie przez trzy miesiące, zanim ty tutaj nastałaś. Więc i teraz poradzę – 

odparła Helene. 
 

Po  południu,  kiedy  skończyły  obrządek,  Elizabeth  chciała  zostać  jeszcze  trochę  w 

oborze. 
 

- Przyjdę za chwilę – poinformowała Helene, kończąc dojenie ostatniej krowy. 

 

Tamta spojrzała na nią w zamyśleniu, więc Elizabeth dodała pospiesznie: 

 

- Muszę pobyć trochę sama, zanim porozmawiam z Krystianem. 

 

Przyjaciółka zrozumiała, że Elizabeth, kiedy została sama, weszła na siano i położyła 

się  w  kącie.  Zastanawiała  się,  co  powiedzieć  Kristianowi.  Wszystko  się  w  niej  burzyło 
przeciwko oszustwu, ale skoro Leonard nie pozwolił jej wyjechać, musi kłamać. 
 

Wszystko  się  z  pewnością  ułoży,  przekonywała  samą  siebie.  Nie  mogła  myśleć 

inaczej. 
 
 

Musiała się na chwilę zdrzemnąć, bo była przemarznięta i obolała, gdy dotarły do niej 

jakieś ciche jęki z dołu, z obory. Rozejrzała się zdezorientowana i stwierdziła, że na ścianie 
wisi  zapalona  latarka.  Łagodny,  żółty  blask  oświetlał  dwoje  ludzi,  leżących  nieco  dalej. 
Rozpoznała  głos  Nikoline  i  drugi,  męski.  W  pierwszej  chwili  Elizabeth  pomyślała,  że 
mężczyzna,  który  leży  na  pokojówce,  ją  gwałci.  Chciała  krzyczeć  i  przepędzić  łajdaka,  gdy 
nagle  dotarło  do  niej,  że  tamta  robi  to  z  własnej  woli.  Nikoline  najwyraźniej  bardzo  się 
podobało zachowanie mężczyzny. 
 

- O, tak, jeszcze, jeszcze. O, jesteś wspaniały – jęczała, pomagając mu rozpiąć swoją 

bluzkę. 
 

Ukazały  się  białe,  nieduże  piersi,  a  mężczyzna  natychmiast  zaczął  pieścić  językiem 

różowe brodawki. 
 

Elizabeth leżała jak sparaliżowana i wpatrywała się w nich. co mam zrobić? – myślała 

gorączkowo. W każdym razie nie mogę się teraz ujawnić. Muszę leżeć cicho, zanim stąd nie 
wyjdą, postanowiła. 
 

Mężczyzna,  w  którym  Elizabeth  szybko  rozpoznała  jednego  z  komorników,  zadarł 

spódnicę  Nikoline  do  góry  i  całował  jej  nagie  uda.  Elizabeth  zaczerwieniła  się,  widząc,  że 
tamta odsłaniała się przed nim. 
 

- Podoba ci się to, co widzisz? – szeptała pokojówka, rozchylając uda jeszcze bardziej. 

 

Mężczyzna kiwał głową w odpowiedzi, wsuwając w nią dwa palce. 

 

Nikoline odrzuciła z jękiem głowę. Szeptała coś stłumionym głosem, oddychała coraz 

szybciej i poruszała biodrami w takt ruchów jego ręki. 
 

- Jeszcze trochę. Tak, tak… 

 

Oniemiała  Elizabeth  patrzyła,  jak  nagle  Nikoline  zaczęły  wstrząsać  spazmy,  a  po 

chwili opadła bez ruchu. Z przymkniętymi oczyma i uśmiechem zadowolenia, powiedziała: - 
Ty to wiesz, jak dogodzić dziewczynie. 
 

Mężczyzna zachichotał z pewnością siebie. 

background image

 

68

 

-  Teraz  moja  kolej  –  powiedział,  przewracając  Nikoline  na  brzuch.  –  No,  zadek  w 

górę! – komenderował, obejmując jej nagie biodra. 
 

Tak robią zwierzęta, pomyślała Elizabeth, czując równocześnie dziwne podniecenie na 

widok tych dwojga. 
 

Nikoline  jęknęła  głośno  z  rozkoszy,  kiedy  mężczyzna  brał  ją  od  tyłu,  szybko  i 

brutalnie. Nie trwało długo i skończył, po czym opadł bezsilny obok Nikoline. 
 

- Mam nadzieję, że to nie będzie miało następstw – powiedział po chwili. 

 

-  Nie  przejmuj  się  tym  –  odparła  Nikoline  lekko,  wstała  i  porządkowała  ubranie.  – 

Jestem w bezpiecznym okresie. 
 

Mężczyzna wzruszył ramionami, on też wstał i zapinał spodnie. 

 

Elizabeth  przypomniała  sobie,  że  Helene  wspominała  coś  o  tym  któregoś  dnia. 

Podobno czas tuż przed i zaraz po miesięcznym krwawieniu, kobiety uważają za bezpieczny 
przed  zajściem  w  ciążę.  Często  jednak  się  mylą  i  wiele  młodych  dziewcząt  mimo  wszystko 
rodzi dzieci. 
 

Elizabeth leżała, dopóki nie upewniła się, że tamci zniknęli, dopiero potem odważyła 

się wymknąć z obory. 
 

Kristiana znalazła w szopie na łodzie, gdzie naprawiał sieci. Szybko powiedziała mu, 

ż

e  jej  matka  jest  chora  i  Leonard  dał  jej  parę  dni  wolnego.  Kristian  patrzył  wyczekująco, 

dopóki nie skończyła: 
 

- Gospodarz powiedział, że jutro wcześnie rano masz wziąć konia o odwieźć mnie do 

domu. 
 

- Rano to ja będę zarzucał sieci – odparł krótko. 

 

- No to zarzucisz je później. Twój ojciec tak kazał. 

 

Widziała, że oczy Kristiana ciemnieją. 

 

- Od dawna mnie unikasz – burknął. – Ale jak nagle potrzebujesz pomocy, to ja mam 

być gotowy. Taka jesteś, Elizabeth? 
 

-  Ja  zawsze  mam  mnóstwo  pracy,  poza  tym  nie  wiedziałam,  że  chcesz  ze  mną 

rozmawiać. A w końcu to jest polecenie twojego ojca. i radzę ci nie rozmawiać z nim o tym, 
on i tak nie był zachwycony, że muszę pojechać do domu teraz przed samymi świętami. Ale, 
jak powiedział, skoro matka jest chora, powinnam. To przecież jasne. 
 

Akurat teraz mijała się z prawdą, jak to tylko możliwe i czuła się z tym źle. 

 

- Musisz być gotowy o brzasku. 

 

-  Najpierw  trzeba  konia  nakarmić,  po  jedzeniu  musi  trochę  odpocząć,  bo  jak  nie,  to 

zachoruje. 
 

- Poproszę Olego, żeby dał koniowi jeść o świcie. 

 

Po tych słowach wyszła, modląc się w duchu, żeby Kristian nie poszedł poskarżyć się 

ojcu. 
 
 

Końskie kopyta rozpryskiwały śnieg wokół sań, kiedy następnego dnia rano ruszyli w 

drogę. Otuleni w futrzane okrycia siedzieli w milczeniu, gdy ludzie w okolicznych dworach 
dopiero zaczynali przecierać oczy. 
 

- Co dolega twojej mamie? – Spytał Kristian po dłuższym milczeniu. 

 

- Jest chora – odparła Elizabeth krótko, odwracając głowę. 

 

- Domyślałam się. ale co jej jest? 

 

- Czy ja wyglądam na doktora? 

 

Znowu nastało długie milczenie, a w końcu Kristian rzekł surowo: 

 

- Moim zdaniem to nie jest powód, żebyś siedziała tu i pyskowała. 

 

Robię, co mi się podoba, pomyślała. Bo wkrótce wyjadę z Dalsrud na zawsze. 

 

- Przykro mi, że tak to odbierzesz, Kristian – bąknęła.  

Ale nie byłeś specjalnie życzliwy, kiedy przyszłam powiedzieć, że potrzebuję podwody. 

background image

 

69

 

Kristian ściągnął lejce i cmoknął na konia. 

 

Jest  wściekły,  że  go  odepchnęłam,  pomyślała.  On,  dziedzic  dworu  Dalsrud  został 

zlekceważony  przez  ubogą  służącą.  To  pewnie  dla  niego  nowe  doświadczenie.  Ale  w  takim 
razie mnie nie zna! 
 

Elizabeth  była  rada,  że  Kristian  nie  kontynuuje  rozmowy.  Ceniła  sobie  milczenie  i 

pogrążyła się we własnych myślach. 
 
Rozdział 11 
 
 

Kidy zbliżali się do rodzinnej wsi, Elizabeth opuścił gniew, ale też i odwaga. Została 

tylko  troska  i  lęk  o  matkę.  Mimo  to  dobrze  było  widzieć  znajome  miejsca.  Jakby  jej  tu  nie 
było  wiele  lat,  a  nie  tylko  trzy  czy  cztery  miesiące.  Ale  pewnego  dnia,  i  to  niedługo,  będę 
musiała wyjecha
ć stąd na zawsze, 

pomyślała z bólem. 

 

-  To  ten  dom  tam  –  powiedziała,  wskazując  małą  szarą  chatę,  pokrytą  torfowym 

dachem. Nie krępowało jej, że dom taki skromny, nawet chciała podkreślić, jaka różnica ich 
dzieli. 
 

Kristian zatrzymał konia i spoglądał ku zagrodzie. 

 

- Życz mamie szybkiego powrotu do zdrowia – powiedział bezbarwnym głosem. 

 

Elizabeth nie miała pewności, czy życzenia są szczere, czy też to tylko uprzejmość. 

 

- Dziękuję – odparła i dodała pospiesznie. – I dziękuję, że mnie tu przywiozłeś. Dobrej 

podróży z powrotem. Zdaje mi się, że koń jest zmęczony. 
 

Kristian skinął głową, zawrócił i odjechał. 

 
 

Przed domem stał ojciec i czekał. 

 

-  Witaj  w  domu,  Elizabeth.  A  to  dopiero  niespodzianka,  zobaczyć  się  znowu  tak 

szybko. 
 

Elizabeth  ujęła  jego  rękę.  Najbardziej  chciała,  żeby  ojciec  ją  objął,  a  nie  witał  tak 

sztywno. Tylko że ludzie rzadko się nawzajem obejmują, a już zwłaszcza mężczyźni. 
 

-  Wczoraj  dostałam  twój  list.  Jak  mama?  –  Spytała.  On  podrapał  się  zmęczony  po 

brodzie, zanim odpowiedział: 
- Strasznie kaszle. Zresztą sama zobaczysz, jak wejdziesz do domu. 
 

- Od dawna jest chora? 

 

Ojciec zwlekał z odpowiedzią. 

 

- Kilka tygodni. 

 

- Dlaczego nie powiedziałeś nic wcześniej? – spytała. Przyglądając się jego twarzy. 

 

Ojciec wzruszył ramionami. 

 

- Myśleliśmy, że to zwyczajne zaziębienie. Ludzie chorują o tej porze roku. Ale było z 

nią coraz gorzej… - reszta zdania zawisła w powietrzu. 
 

Elizabeth spojrzała w dół. 

 

- Tato, ty stoisz w śniegu tylko w samych skarpetach! 

 

Ojciec  popatrzył  na  swoje  nogi.  Potem  wybuchnął  głośnym  śmiechem.  Elizabeth 

przyglądała  mu  się  zdumiona.  Wygląda,  jakby  nie  śmiał  się  od  wielu  tygodni,  pomyślała,  i 
nareszcie teraz znalazł powód. Uśmiechnęła się do ojca blado. 
 

- Widocznie jestem stary i niedołężny – rzekł, wchodząc do domu. A nieco poważnie 

dodał:  -  I  chciałem  ci  powiedzieć,  jak  bardzo  się  cieszę,  że  przyjechałaś.  Kto  cię  tutaj 
przywiózł? 
 

- Syn Dalsruda – wyjaśniła Elizabeth, wieszając płaszcz na gwoździu przy drzwiach. – 

Zdejmij skarpety i powieś je nad piecem, żebyś i ty się nie rozchorował. 
 

- Zaraz zrobię ci coś do jedzenia – powiedział ojciec, kiedy włożył już suche skarpety. 

 

- Nie przejmuj się tym. Najpierw chciałabym porozmawiać z mamą. 

background image

 

70

 

Ojciec skinął głową. 

 

- Zobacz tylko, czy nie śpi. Leży na sienniku Marii. 

 

Elizabeth weszła na palcach do izdebki. Matka leżała z przymkniętymi oczyma. Twarz 

miała obrzmiałą, zwłaszcza pod oczami. Córka ostrożnie usiadła na podłodze obok siennika. 
 

- Elizabeth, to naprawdę ty? – Spytała matka, wytrzeszczając oczy. 

 

Głos miała ostry. Nie taki jak kiedyś, szorstki i władczy. Ujęła obie ręce córki. Bardzo 

schudła, stwierdziła Elizabeth. 
 

- Moje biedno dziecko, wróciłaś do domu? Bóg jedyny wie, jak mi ciebie brakowało. 

– Matka mówiła z trudem, robiła długie przerwy i leżała z przymkniętymi oczyma. 
 

Elizabeth usłyszała, że drzwi wejściowe zostały otwarte, ojciec wyszedł na dwór. 

 

- Jest w tobie coś niezwykłego, Elizabeth – mówiła dalej matka. 

 

- Cicho, nie odzywaj się. odpoczywaj teraz, mamo. 

 

Matka pokręciła głową. 

 

- Żebyś tylko wiedziała, jakie to było trudne, wysłać cię z domu. Jedyną pociechą było 

dla nas dostać od ciebie list. Tak, ale czy tobie jest dobrze tam w Dalsrud? 
 

- Najlepiej jak to możliwe – odparła Elizabeth z wysiłkiem. 

 

- Dostajesz pod dostatkiem jedzenia? 

 

- Tak, nie tylko pod dostatkiem, ale bardzo dobrego jedzenia. 

 

- Każde jedzenie jest dobre – matka przymknęła oczy. 

Elizabeth poczuła bolesną gulę w gardle. Jaka ta matka dobra, martwi się, czy córka ma dość 
jedzenia.  Dla  niej  to  najważniejsze:  jedzenie,  praca  i  dach  nad  głową.  Kiedy  w  końcu 
wyzdrowieje, Elizabeth musi bardzo uważać, żeby nigdy nie poznała prawdy. 
 

Nagle matka zaczęła gwałtownie kaszleć. Z trudem chwytała powietrze, twarz zrobiła 

się  czerwona.  Elizabeth  wspierała  ją  jak  mogła  i  w  ostatniej  chwili  potrzymała  nocnik,  by 
matka zaczęła wymiotować. Spazmy wstrząsały całym ciałem, wyrzucała z siebie gęsty śluz. 
Po dłuższej chwili kaszel ustał, matka oddychała ze świstem. 
Jej twarz z wolna odzyskiwała normalną barwę. 
 

Elizabeth mokrą szmatką ścierała jej pot z czoła. 

 

- Śpij teraz, mamo. Musisz odpoczywać, żeby wyzdrowieć. 

 

- A nie wyjdziesz znowu, kiedy będę spać? 

 

- Nie mamo, możesz być pewna. Zostanę tu, dopóki nie wyzdrowiejesz. 

 

Matka przymknęła oczy i uśmiechnęła się zadowolona. 

Elizabeth  siedziała  przy  niej  w  kucki,  dopóki  się  nie  upewniła,  że  chora  zasnęła.  Dopiero 
wtedy poszła do kuchni. 
 

Ojciec  wrócił,  nawet  tego  nie  słyszała.  Teraz  odgrzewał  trochę  ryby  i  ziemniaków. 

Pomogła mu nakryć stół i usiadła przy nim. Nie miała apetytu, choć w jelitach jej burczało. 
 

- Czy mama coś jada? – spytała zatroskana, ale też po to, żeby coś powiedzieć. 

 

- Nie, nie bardzo. Czasem udaje mi się wmusić w nią trochę zupy albo mleka. 

 

Elizabeth  skinęła  głową.  Zauważyła,  że  szara  koszula  ojca  ma  dziurę  na  łokciu. 

Wieczorem będzie musiała przejrzeć jego ubrania. Podłogę trzeba by wyszorować piaskiem, 
pomyślała  i  nagle  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  oni  tu  nic  nie  przygotowali  na  święta.  W 
domu  nigdy  nie  żyło  się  w  dostatku,  ale  zawsze  na  święta  szorowali  izby  do  czysta,  trochę 
lepszego jedzenia też wtedy było. 
 

Czy  ojciec  jakoś  o  siebie  dba,  odkąd  mama  leży?  Jasny  zarost  ojca  był  długi, 

wydawało się, że zapuszcza brodę. 
 

-  A  gdzie  Maria?  –  spytała,  zawstydzona,  że  dopiero  teraz  zainteresowała  się 

nieobecnością siostry, choć przecież w Dalsrud myśli o niej codziennie. 
 

- Maria mieszka u Dorte. – Ojciec napił się wody. On też wyraźnie nie miał apetytu. 

Rozgniatał widelcem ziemniaki, ryby ułożył na kupkę obok. 

background image

 

71

 

-  Dlaczego?  –  Elizabeth  odsunęła  od  siebie  talerz  i  poczuła,  że  znowu  rozpala  się  w 

niej  złość.  Najpierw  Dorte  polowała  na  Jensa.  Czy  teraz  ma  zamiar  odebrać  jej  też  siostrę? 
Czego to babsko tak naprawdę chce? 
 

-  Doktor  powiedział,  że  tak  będzie  najlepiej.  Bo  ludzie  mieszkający  z  chorym  też 

mogliby zachorować – tłumaczył. 
 

- To tutaj był doktor? – spytała Elizabeth zaskoczona. 

- I co powiedział? 
 

Ojciec drapał się po jasnych włosach. 

 

- No tak, to Jakob posłał po doktora. I on też zapłacił. Ja nie myślałem, że z mamą jest 

tak źle. – Westchnął.  
- To zresztą porządny człowiek, ten doktor, chociaż czasem trudno zrozumieć, co mówi. Bo 
on jest tu nowy, pochodzi z Danii. 
 

Elizabeth  o  tym  wiedziała.  Ojciec  zwlekał  z  odpowiedzią  na  pytanie.  Próbowała 

patrzeć mu w oczy, ale odwracał wzrok. 
 

- Tato! Co powiedział doktor? 

 

- Że to koklusz. I przypuszczalnie też zapalenie płuc – wyrzucił, jakby chciał mieć to 

już  za  sobą.  Elizabeth  spojrzała  w  okno.  Śnieg  ustał,  może  spadnie  deszcz?  Przydałby  się. 
Skierowała wzrok na dół, w stronę brzegu. Widziała, że podczas mrozu ojciec wywiesił ryby 
na  drążkach.  Dzięki  temu  nie  zalegają  się  w  nich  robaki,  ryby  schną,  a  potem  ojciec  może 
wymienić je na towary w wiejskim kramiku. W szarym świetle zimowego dnia majaczył jej 
dom Dorte w Nesce. Wydawało jej się, że wieczność minęła od tamtego ranka, kiedy widziała 
wymykającego się stamtąd Jensa, choć to przecież było ostatniego lata. A tyle się wydarzyło 
od tamtej pory. Przeklęta Dorte, pomyślała. 
 

-  Mógłbyś  przynajmniej  umyć  podłogę,  teraz,  kiedy  mama  jest  chora  –  burknęła. 

Słowa padły, zanim zdążyła pomyśleć. 
 

Ojciec drgnął, skulił się, schował głowę w ramionach. 

 

-  Tyle  rzeczy  trzeba  zrobić,  nie  starcza  na  wszystko  czasu,  a  ja  nie  jestem  dość 

zręczny. 
 

Poczuła  bolesne  ukłucie  w  sercu.  Pochyliła  się  nad  stołem  i  położyła  rękę  na  dłoni 

ojca. 
 

- Wybacz mi, tato, nie chciałam. To wszystko dlatego, że mama leży… 

 

- Tak, ja to rozumiem. – Pogłaskał wolną ręką jej dłoń i uśmiechnął się blado. 

 

- Dorte zaproponowała, że będzie nam sprzątać, ale mama nie chciała. 

 

Elizabeth  uśmiechnęła  się  krzywo.  A  zatem  jest  jeszcze  żar  w  matce.  To  bardzo 

dobrze. 
 

-  Jestem  tego  samego  zdania.  Teraz  ja  będę  wam  sprzątać.  Poza  tym  jest  tu  bardzo 

ładnie. dajesz sobie radę, tato. 
 

-  A  kiedy  wyjeżdżasz?  –  spytał,  jakby  dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  że  Elizabeth 

dostała wolne i przyjechała do domu. 
 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. 

 

- Jak mama wyzdrowieje. 

 

- To może potrwać. 

 

- No to zostanę długo. 

 

- Nie będą cię tam potrzebować? Ile wolnego ci dali? 

 

-  Dopóki  mama  nie  wyzdrowieje.  Poza  tym  obiecali  mi  wolne  dni  na  Boże 

Narodzenie.  –  To  kłamstwo  również  wygłosiła  swobodnie.  Powinna  oszczędzać  ojcu 
kolejnych zmartwień. 
 

- Dobrze ci Dalsrud? – spytał i zaczął sprzątać ze stołu. 

 

-  Tak,  bardzo  dobrze  –  odparła  wymijająco,  pomagając  ojcu.  Musiała  coś  robić, 

musiała na coś patrzeć. 

background image

 

72

 

- A jak sam gospodarz? 

 

- Co z gospodarzem? – powtórzyła, chcąc zyskać na czasie i zapanować nad głosem. 

 

- Jaki on jest? 

 

Elizabeth hałasowała naczyniami. 

 

- Rzadko go widuję. Ale to chyba dobry człowiek, tak myślę. 

 

Ojciec kilkakrotnie skinął głową, uśmiechając się z zadowoleniem. – A nie poszłabyś 

do Neset, Elizabeth? 
Wiesz, jak Maria by się ucieszyła? 
 

- Dobrze. – Spojrzała niepewnie na drzwi alkierza. 

 

- Twoja mama pośpi teraz długo. A ja tu będę, jak się obudzi. Ona kaszle najwięcej w 

nocy. – Słowa Elizabeth zabrzmiały jak modlitwa. 
 

Ojciec kiwnął głową. 

 

- A teraz idź. Potrzebujesz świeżego powietrza. 

 
 

Elizabeth włożyła kurtkę i buty. 

 

- No to idę – rzekła z wahaniem, chciała zobaczyć siostrę, ale do domu Dorte wolała 

nie  wchodzić.  To  by  było  zbyt  trudne.  Skinęła  głową  i  wyszła.  Nie  mogła  tak  stać  w 
nieskończoność. 
 

Po drodze postanowiła, że zabierze Marię i pójdzie z nią do Heimly, to upiecze dwie 

pieczenie przy jednym ogniu: będzie mogła pobyć z siostrą i równocześnie spotkać z Jensem. 
List który mu posłała, był zbyt krótki. Należą mu się obszerniejsze wyjaśnienia. Przynajmniej 
tyle  jest  mu  winna.  Niezależnie  od  tego,  czy  spotykał  się  z  Dorte,  jej  grzech  jest  większy. 
Nosi  pod  sercem  dziecko  Leonarda,  i  nie  ma  znaczenia,  że  stało  się  to  wbrew  jej  woli,  że 
została  zgwałcona.  Poza  tym  wkrótce  wyjedzie.  Wiedziała,  że  kiedy  się  to  wyda,  zostanie 
przepędzona z Dalsrud. Tego wstydu wolała uniknąć, wyjedzie z własnej woli. 
 

Kiedy Elizabeth przyszła, Maria zmiatała śnieg z dróżki do obory. 

 

-  Och,  Elizabeth,  przyszłaś  do  mnie!  –  wrzasnęła  Maria,  odrzuciła  ciężką  łopatę  i 

wybiegła siostrze na spotkanie. Łzy radości mieszkały się ze łzami z powodu choroby matki. 
Obejmowały się nawzajem długo i mocno. 
 

- Moja mała Maryjka, jak dobrze cię widzieć! – Elizabeth lekko odsunęła dziecko od 

siebie, by lepiej mu się przyjrzeć. Policzki siostry były zaczerwienione od mrozy, niebieskie 
oczy błyszczały. Przypomniała małą gosposię w tej chusteczce związanej pod brodą. 
 

-  Nie  masz  pojęcia,  jak  ciężkie  jest  odśnieżanie,  Elizabeth  –  powiedziała  Maria, 

wskazując wąską ścieżkę, którą się zajmowała. 
 

-  Czy  Dorte  kazała  ci  to  robić?  –  spytała  Elizabeth,  w  nadziei,  że  usłyszy 

potwierdzenie.  Miałaby  sąsiadce  jeszcze  więcej  do  zarzucenia.  Czy  można  pozwalać,  żeby 
taka mała dziewczynka tak ciężko pracowała? 
 

- Nie, sama chciała. – Maria lekko wysunęła pierś do przodu. – My, kobiety, musimy 

robić to same. 
 

Elizabeth nie mogła powstrzymać uśmiechu. Tak, kiedy jest się kobietą, to trzeba. 

 

Na schodach ukazała się Dorte. Ręce splotła na brzegu, jakby marzła. 

 

- Dzień dobry, Elizabeth, witaj z powrotem w domu. 

Chyba z powodu choroby waszej mamy przyjechałaś? 
 

- Tak – odparła Elizabeth krótko, nie chciała się wdawać w dłuższe rozmowy. 

 

- Jaka to tragedia! I to Ane-Margrethe, która zawsze była taka zdrowa i silna. Ale ona 

wydobrzeje, zobaczysz. 
 

Dlaczego  wszyscy  uważają  za  coś  oczywistego,  że  mama  znowu  będzie  silna  i 

zdrowa?  –  zdziwiła  się  Elizabeth.  Czy  nikt  nie  widzi,  jaka  ona  jest  wyczerpana,  jak  bardzo 
cierpi? 
 

Milczała, stała tylko i przyglądała się Dorte. 

background image

 

73

 

- Nie chciałybyście wejść na chwilę do środka? – spytała, wskazując ręką na drzwi. 

 

- Mam kawę – dodała, odgarniając rudy lok z czoła. 

 

-  Dziękuję.  Kawę  mamy  w  domu.  Dopiero  co  piłam  –  kłamała  Elizabeth  –  kłamała 

Elizabeth, odrzucając na plecy długi warkocz. 
 

Neset to zagroda komornicza, należąca do Heimly. 

Dorte z pewnością pomagała przy uboju i za pracę dostała trochę kawy. U nich w domu nigdy 
czegoś takiego nie było, kawa jest za droga, by zwyczajni ubodzy ludzie mogli sobie na nią 
pozwolić. 
 

-  Teraz  muszę  iść  –  powiedziała  Elizabeth,  biorąc  Marię  za  rękę.  –  Pójdziemy  do 

Heimly  odwiedzić  mojego  ukochanego.  –  Sama  słyszała,  jak  dziecinnie  to  brzmi,  ale  nie 
potrafiła się opanować. 
 

-  To  przyjdź  kiedy  indziej  –  zaprosiła  Dorte  niepewnie  i  wróciła  do  domu.  Dzięki 

temu Elizabeth nie musiała odpowiadać. 
 

- Dlaczego jesteś zła na Dorte? – spytała Maria, kiedy ruszyły w drogę. 

 

- Nie jestem na nią zła. Skąd ci to przyszło do głowy? 

 

- Nie byłaś dla niej miła. 

 

- Po prostu mam wiele zmartwień. 

 

Maria o nic więcej nie wypytywała. 

 
 

Strząsnęły śnieg z butów przed drzwiami. 

 

Ragna  i  Jakon  przyjęli  je  bardzo  serdecznie.  Już  dawno  nie  mieli  żadnych  nowych 

wiadomości, bo rzadko ktoś przychodził z wizytą. Ściskali im ręce na powitanie, jakby były 
gośćmi z daleka. 
 

Między Jensem i Elizabeth nie było wcale lepiej. Zbyt wielu ludzi im się przyglądało, 

by mogli powiedzieć sobie słowa, które mieli na myśli, z tym trzeba poczekać na inną okazję. 
Nagle  Elizabeth  ucieszyła  się  z  tego,  że  nie  musi  tak  od  razu  nic  mówić.  Nie  wiedziała,  co 
dokładnie miałaby powiedzieć, gdyby Jens zaczął nalegać. 
 

W kuchni pachniało jeszcze obiadem. Tutaj nie uszczelniali dziurawych ścian mchem 

tak, jak to oni robią w domu, w Nymark. Kuchnia była wyłożona boazerią, chociaż deki nie 
zostały  pomalowane.  Pomieszczenie  jest  większe  niż  cały  nasz  dom,  pomyślała  Elizabeth. 
Było tu też więcej ławek, kuchennych szafek i firanek w oknach niż oni mają w całym domu. 
Chociaż nie jest to takie ładne jak w Dalsrud, Elizabeth stwierdziła, że wciąż porównuje. W 
domu  te  tak  robiła,  bo  dopiero  teraz  dotarło  do  niej,  jak  nędznie  urządzony  jest  dom  w 
Nymark. 
 

Na wyszorowanym do białości stole podano jedzenie.  

Pyszne,  złote  mało,  chleb,  ser  i  dzbanuszek  z  mlekiem,  a  także  trochę  mięsa  na  talerzyku. 
Jakob, Jens i Elizabeth siedzieli przy stole, a Ragna nakrywała. Na podłodze Maria bawiła się 
z  Indianne  i  o  czymś  po  kryjomu  szeptały.  Między  dziewczynkami  jest  tylko  rok  różnicy. 
Miały  pięć  i  sześć  lat  Olav,  rok  starszy  od  siostry,  siedział  na  skrzyni  z  torfem  i  gniewnie 
spoglądał na dziewczynki. Może to z niego się śmieją? 
 

-  No  i  jak  tam  twoja  mama?  –  Spytała  Ragna,  ustawiając  na  stole  białe  filiżanki  w 

niebieskie kwiatki. 
 

- Bardzo kaszle i jest strasznie chuda. Prawie nic nie je. – Elizabeth nie wiedziała, co 

ma  jeszcze  powiedzieć.  Ktoś  im  pewnie  mówił,  że  mama  ma  koklusz  i  możliwe,  że  także 
zapalenie  płuc.  Przecież  to  oni  opłacili  doktora,  pomyślała  zawstydzona,  w  nadziei,  że 
pewnego dnia będzie mogła im te pieniądze zwrócić. 
 

-  Biedna  kobieta  –  westchnęła  Ragna,  nalewając  kawy  do  filiżanek.  –  A  ty  w  ogóle 

pijesz kawę? – spytała. 
 

Elizabeth poczuła się dumna, mogąc twierdząco odpowiedzieć na to pytanie. 

background image

 

74

 

- Ale Bóg ma w tym jakiś zamysł – westchnęła Ragna, stawiając dzbanek z powrotem 

na piecu. 
 

Elizabeth  akurat  teraz  nie  była  w  stanie  słuchać  o  Bogu  i  jego  zamysłach. 

Przypomniało jej to o jej własnym stanie, miała wątpliwości, czy Bóg w ogóle istnieje. 
 

-  Dobrze  się  czujesz  w  Dalsrud?  –  spytał  Jens.  To  pierwsze  zdanie,  jakie 

wypowiedział, odkąd Elizabeth przyszła. 
 

Skinęła głową potakującą i spróbowała gorącego napoju. Jens ma wyraźniejszy zarost 

niż ostatnio, zauważyła. Najwyraźniej zaczął się golić. Nagle ogarnęła ją fala ciepła i dobroci 
dla  tego  chłopaka.  Kiedy  dmuchał  na  kawę,  bo  się  oparzył,  miała  ochotę  pogłaskać  go  po 
policzku,  powiedzieć,  jak  bardzo  jest  jej  przykro,  że  musi  wyjechać.  W  gardle  pojawił  się 
ucisk.  W  tym  samym  momencie  ich  oczy  się  spotkały.  Źrenice  Jensa  były  takie  duże,  że 
niebieskiego prawie w ogóle nie było widać. Patrzył na nią uporczywie, jakby oczekiwał, że 
coś mu powie. Odwróciła wzrok w inną stronę, odsuwała od siebie myśli. 
 

- A co z twoją ręką, Ragna? – spytała zamiast tego. – Jens pisał mi w liście, że koń cię 

kopnął. 
 

- Nawet o tym nie mów. Kość pękła w dwóch miejscach, ale już się zrosła. 

 

-  Tylko  ręka  nie  jest  już  taka  silna  jak  przedtem  –  stwierdził  Jakob.  –  Ciężarów  nie 

możesz jeszcze podnosić. 
 

-  Tak,  to  prawda.  Nie  jest  taka  silna,  ale  z  pomocą  Bożą,  będzie  lepiej.  Napisano  w 

Piśmie, że ten co prosi… 
 

Jakon chrząknął i spojrzał na Elizabeth. 

 

- Jak tutaj dotarłaś? 

 

- Przyszłam – odparła zaskoczona. 

 

-  Szłaś  aż  z  Dalsrud?  – Jakob zachłysnął  się  kawą  tak,  że  Jens  musiał  go  uderzyć  w 

plecy. 
 

-  Ach,  to  masz  na  myśli?  Nie,  Kristian,  syn  Dalsruda  mnie  przywiózł.  –  Opróżniła 

filiżankę i zwróciła uwagę na wyraz Jensa. Czy on jest zazdrosny? 
 

Rozmowa przeszła na inne tematy. Mówili o pogodzie, rybach i Bożym Narodzeniu. 

Elizabeth unikała wspominania o Dlasrud. Gdyby ją zaczęli wypytywać, jaki jest Leonard, to 
nie wie, jakby zareagowali. Kiedy znowu zaczęła mówić o matce, Elizabeth wstała. 
 

-  No,  muszę  wracać  do  domu.  Dziękuję  za  poczęstunek  i  kawę.  Odprowadzisz  mnie 

kawałek, Jens? Jeśli oczywiście masz czas. 
 

Może  będę  mogła  z  nim  porozmawiać  o  małżeństwie,  pomyślała.  W  każdym  razie 

dowiem  się,  jak  przyjął  moją  odpowiedź.  Nie  byłabym  w  stanie  wyjechać,  gdyby  on  się  na 
mnie gniewał. 
 

Nikt nie zwrócił uwagi, że jej ręka zgarnęła buteleczkę, stojąca na parapecie okna. To 

był impuls. Działała pod jego wpływem, niczego nie planowała. 
 
 

Zatrzymali się przed domem Dorte. Elizabeth uściskała siostrę. 

 

- Szkoda, że nie możemy sobie dłużej porozmawiać, Maria, ale ja zostanę w domu na 

jakiś czas. A poza tym będę do ciebie pisać, kiedy wrócę do Dalsrud. 
 

Maria zmarszczyła mały nosek. Brązowe włosy wystające spod chusteczki powiewały 

lekko na wietrze. 
 

- ja nie znam liter – powiedziała naburmuszona. 

 

- No to poprosisz kogoś innego, żeby ci przeczytał. 

 

- Dobrze, może Dorte będzie umiała. 

 

Elizabeth poczuła ukłucie w sercu na dźwięk tego imienia. 

 

Maria  pomachała  ręką  i  zniknęła  w  sieni.  Elizabeth  i  Jens  szli  dalej,  ramię  przy 

ramieniu.  Elizabeth  chciała  porozmawiać  o  jego  oświadczynach,  ale  nagle  straciła  na  to 
ochotę. Nie dzisiaj. Może później. 

background image

 

75

 

- Dziękuję ci za listy, Jens – powiedziała zamiast tego. 

- Bardzo ładnie piszesz. 
 

- Dziękuję, ty też. 

 

- Powinnam była wysłać ci więcej listów, ale wciąż jest tyle roboty, nie ma czasu na 

takie sprawy. 
 

- Więc to Kristian Dalsrud przywiózł cię do domu? – spytał. 

 

Przytaknęła. 

 

- Jest coś… między wami? – spytał znowu niepewnie. 

 

Elizabeth prychnęła przez nos. 

 

- Dziwne rzeczy chodzą ci po głowie! 

 

Dotarli do Nymark, Jens przyglądał jej się uważnie. 

 

- Dziękuję, że mnie odprowadziłeś – powiedziała, zanim zdołał otworzyć usta. 

 

-  W  porządku  –  burknął  niechętnie.  –  Pewnie  się  już  nie  zobaczymy  przed  twoim 

wyjazdem. 
 

- To zależy, co będzie z mamą. 

 

- Tak, tak. Pozdrów ją ode mnie. I ojca też. 

 

- Dziękuję, pozdrowię. 

 

Szła  ku  domowi  z  mieszanymi  uczuciami.  Tyle  rzeczy  pozostawało  między  nimi 

niewypowiedziane. Nie wiedziała zresztą, czy to w ogóle można powiedzieć. 
 
Rozdział 12 
 
 

Ojciec wyszedł z alkierza. 

 

- Byłaś u Dorte? – spytał. 

 

Elizabeth zdjęła drewniaki, skarpety powiesiła nad ogniem, zanim odpowiedziała: 

 

-  Wstąpiła,.  Spotkałam  Marię  na  dworze,  więc  z  Dorte  porozmawiałam  tylko  na 

schodach. Pytała, jak się czuje mama. A potem my z Marią poszłyśmy do Heimly. 
 

Ojciec dołożył torfu do ognia i spytał: 

 

- Co tam mówili? Bardzo dawno nie wychodziłem już z domu. Nie pamiętam, kiedy 

rozmawiałem z ludźmi. No, z wyjątkiem waszej mamy. Powinienem chyba popłynąć na ryby. 
–  Odwrócił  się  do  okna  i  popatrzył  na  fiord.  –  Przydałoby  się  świeże  jedzenie,  już  mi  się 
przejadło to solone. 
 

- Możesz wypłynąć jutro – zaproponowała Elizabeth i poszła do izdebki, którą dzieliła 

z  Marią.  Buteleczka  z  lekarstwem  paliła  jej  dłoń.  Nikt  nie  widział,  że  ją  zabrała.  Jens  w 
swoim  pierwszym  liście  pisał,  że  Ragna  dostała  od  doktora  lekarstw.  To  musiała  być  ta 
buteleczka,  lekarstwo  jest  pewnie  bardzo  mocne,  skoro  pomagało  przy  złamaniu  kości. 
Elizabeth wpatrywała się w etykietę na buteleczce. Napisano tam Opium. Pojęcia nie miała, 
co to takiego, bo oni nigdy żadnych lekarstw nie używali. Mama parzyła zioła, jak komuś coś 
dolegało. 
 

Postanowiła, że da Leonardowi tego opium. Prawdopodobnie, że da Leonardowi tego 

opium.  Prawdopodobnie  strasznie  go  po  tym  rozboli  brzuch.  Więc  będzie  miał  za  swoje. 
Chciała, żeby cierpiał, tak, iż pożałuje, że się kiedykolwiek urodził! To mu się należy. Zanim 
Elizabeth opuści Dalsrud i podąży swoją drogą, powie jak szczerze i głęboko go nienawidzi. 
 

Matka  spała  spokojnie  w  drugiej  części  izdebki.  Elizabeth  pospiesznie  wsunęła 

buteleczkę  pod  swój  siennik  i  wyszła  do  kuchni.  Ojciec  czekał  na  nowiny.  Nie  było  nic 
specjalnie ciekawego do opowiadania, ale to, co jej mówiono, ojciec powinien usłyszeć. Poza 
tym ma mu przekazać pozdrowienia od Jensa. 
 
 

Tej  nocy  Elizabeth  czuwała  przy  matce.  Teraz,  zimą,  podłoga  była  lodowata,  bo 

strasznie ciągnęło przez  szpary między deskami.  Przyniosła  futrzane okrycie, którego ojciec 

background image

 

76

używał  podczas  wypraw  na  ryby.  W  tym  będzie  jej  przynajmniej  ciepło.  Ojciec  mówił,  że 
mama najbardziej kaszle w nocy. I tak rzeczywiście było. Ojciec zaglądał zatroskany raz po 
raz  i  stwierdzał,  że  ataki  za  każdym  razem  są  silniejsze,  Elizabeth  zaś  miała  wrażenie,  że 
matce rośnie gorączka. Bardzo się przestraszyła, kiedy twarz chorej zrobiła się sinoczerwona, 
ale  starała  się  nie  okazywać  niepokoju.  Ostrożnie  przemywała  twarz  mokrą  szmatką, 
podpierała chorą poduszkami i pocieszała.   
 

Po każdym ataku matka była wyczerpana. 

 

- Opowiedz mi, jak ci tam jest w Dalsrud, moje dziecko – prosiła ochrypłym głosem. 

 

I Elizabeth opowiadała. O Gurine, z którą się świetnie dogaduje, o Helene, która jest 

jej  przyjaciółką  i  o  Olem,  którego  traktuje  prawie  jak  młodszego  brata.  O  Nikoline 
wspomniała  tylko  krótko,  a  Leonardowi  nie  poświęciła  ani  słowa.  Matka,  słuchając,  raz  po 
raz zapadała w krótką drzemkę, ale jak tylko się budziła, chciała słuchać dalej. 
 

- To, co opowiadasz, dla mnie brzmi niczym baśń. 

 

- Mają oni dwie piękne izby – mówiła więc Elizabeth dalej. – Jedna jadalna i druga, 

którą  nazywają  salonem.  Na  podłodze  nie  ma  chodników,  tylko  grube  dywany.  A  żebyś 
widziała  meble!  Są  tam  stoły  o  krzesła,  i  coś,  co  nazywają  kanapą.  Ta  kanapa  jest  obita 
błyszczącym  materiałem,  pokryta  grubymi  poduszkami.  Nie  wiem,  skąd  wzięli  takie  meble, 
ale widziałam je, kiedy pewnego dnia podawałam obiad i kiedy palę tam w piecach. 
 

-  I  firanki  też  mają,  takie  jak  w  Heimly?  –  spytała,  po  chwili  jednak  kolejny  atak 

kaszlu o mało jej nie udusił. 
 

Elizabeth dała jej do picia trochę wywaru z owsa i czekała, aż najgorsze minie, żeby 

opowiadać  dalej:  -  Firanki  mają  i  to  bardzo  piękne.  A  szyby  w  oknach  są  jasne  i  czyste 
niczym letni dzień. Na parapetach stoją kwiaty. Ale powiem ci coś więcej, mamo – do ścian 
mają przyklejony papier w piękne wzory. Nikoline mówi, że to tapety. 
 

- No to teraz wiem – wyszeptała matka, uśmiechając się blado. 

 

- Chcesz pospać, mamo? 

 

- Chyba muszę, moje dziecko – Ane-Margrethe przymknęła na chwilę oczy, a potem 

zapytała: 
 

- Widziałaś się z Marią po przyjeździe? 

 

-  Tak.  Jej  jest  bardzo  dobrze  u  Dorte.  I  zabrałam  ją  dzisiaj  do  Heimly.  Wszyscy 

prosili, żeby cię pozdrowić i życzą ci szybkiej poprawy. Syn Dalsruda też życzył ci zdrowia. 
 

Matka wzięła ją za rękę.  

 

- Opiekuj się Marią, jakbym ja nie wyzdrowiała. 

 

- Nie mów tak, mamo! 

 

- Posłuchaj mnie – przerwała jej matka. – Ojcem też się opiekuj. On nie jest zbyt silny. 

 

- Nie myśl o tym, mamo. Śpij teraz, to poczujesz się lepiej. 

 

Miarowy  oddech  matki  działał  na  Elizabeth  usypiająco.  Pochwali  matka  spokojnie 

zasnęła.  Elizabeth  wsłuchiwała  się  w  każdy  jej  oddech.  Miała  wrażenie,  że  chorej  się 
poprawiło.  Twarz  się  wygładziła,  głębokie  zmarszczki  wydawały  się  płytsze.  Wyglądała  na 
szczęśliwą. 
 

Od  czasu  do  czasu  Elizabeth  ujmowała  spracowaną  rękę  swojej  matki,  głaskała  ją  i 

pieściła  delikatnie.  Ta  ręka  trudziła  się  przez  wiele  lat,  od  wczesnego  dzieciństwa.  Tę  dłoń 
Andres trzymał w swoich rękach, kiedy byli młodzi i zakochani. Potem urodziło im się dwoje 
dzieci.  Elizabeth  pamiętała  ręce  matki,  które  głaskały  ją  i  pocieszały,  kiedy  stało  się  coś 
złego. Ale pamiętała też, że tamta sama ręka mogła szarpnąć za warkocz, kiedy dziewczynka 
była nieposłuszna. Matka ma dopiero trzydzieści trzy lata, ale ciężkie życie sprawia, że ludzie 
wcześnie się starzeją. 
 

W głowie Elizabeth kłębiło się tej nocy tyle myśli. 

Wspomniała wydarzenia z dzieciństwa. O przyszłości wolała teraz nie myśleć, chciała tak po 
prostu  siedzieć  i  wsłuchiwać  się  w  absolutną  ciszę,  panującą  w  nocy.  Wsłuchiwać  się  w 

background image

 

77

absolutną  ciszę,  panującą  w  nocy.  Wsłuchiwać  się  w  szum  fal  uderzających  o  kamienisty 
brzeg i oddech matki. 
 
 

Kiedy  noc  przechodziła  w  poranek,  Ane-Margrethe  nieoczekiwanie  bardzo  długo  i 

głęboko wciągnęła powietrze, a potem zrobiło się cicho. 
 

- Mamo! – szeptała Elizabeth z drżeniem. – Mamo, słyszysz mnie? Obudź się, słuchaj! 

 

Zacisnęła mocno wargi i starała się nie wybuchnąć szlochem. 

 

- Żegnaj, mamo. Mam nadzieję, że już cię nic nie boli. 

 

Potem wstała i cicho poszła do ojca, który spał w sąsiedniej izbie. 

 

- Tato, obudź się. 

 

Zdezorientowany przecierał oczy, ale zaraz wstał. 

 

- Co się dzieje? Z mamą gorzej? 

 

- Mama odeszła. 

 

Andres wpatrywał się w nią długo, jakby nie mógł uwierzyć w to, co powiedziała. W 

końcu opadł na posłanie i ukrył twarz w dłoniach. Jego ciałem wstrząsał szloch. Jej cierpliwy, 
uparty ojciec płakał. 
 

Elizabeth  wybiegła  na  dwór.  Napełniła  płuca  mroźnym,  zimowym  powietrzem.  Na 

ciemnym niebie mrugało jeszcze kilka gwiazd. Mama odeszła, nigdy więcej jej nie zobaczę, 
myślała. Nigdy, nigdy więcej. Ani jutr, ani w przyszłym roku. Mała Maria też została sierotą. 
 

W  końcu  przyszły  łzy.  Najpierw  spokojnie,  jakby  niepewne,  potem  ciałem  Elizabeth 

wstrząsnął głęboki szloch. Opadła na kolana w śnieg i płakała rozpaczliwie. 
 

- Dlaczego zabrałeś mamę do siebie, Boże? Czy ona zrobiła coś złego? Myślisz, że nie 

była  nam  potrzebna?  –  krzyczała  ku  niebu.  –  A  my  jej  potrzebujemy!  Maria  jest  taka  mała, 
potrzebuje mamy. 
 

Objęła  się  ramionami,  nie  z  zimna,  bo  go  nie  zauważyła,  ale  chciała  się  jakoś  sama 

pocieszyć. Wolno kołysała się w tył i w przód. Spódnica zrobiła się mokra, kolana całkiem jej 
zdrętwiały.  Chłód  wpełzał  pod  bluzkę,  krew  pulsowała  w  przemarzniętych  palcach.  Trwała 
tak,  dopóki  płacz  nie  ustał.  Potem  wolno  się  podniosła,  nabrała  garść  śniegu  i  zmyła  łzy  z 
twarzy, zanim weszła do domu. 
 

Ojciec siedział na kuchennym stołku – na miejscu matki przy stole. 

 

- Dlaczego mnie nie obudziłaś wcześniej? – spytał. 

W jego głosie wyczuwała coś jakby pretensję. 
 

-  Wszystko  poszło  tak  szybko  –  broniła  się  Elizabeth.  Stała  pośrodku  kuchni.  Śnieg 

opadał z jej spódnicy na podłogę. – Ale mama była szczęśliwa. Uśmiechała się, zasypiając. 
 

- Powiedziała cos? – spytał. 

 

-  W  ostatniej  godzinie  już  nie.  ale  wcześniej  powiedziała,  że  powinnam  się  wami 

opiekować. Myślę, że ona wiedziała, że umiera – dodała ostrożnie. 
 

Przedtem  o  tym  nie  myśleli.  Może  zresztą  dobrze,  bo  nie  wiadomo  jak  by 

zareagowała, gdyby zrozumiała to wcześniej. Dopiero teraz Elizabeth poczuła, że ubranie ma 
przemoczone, tak, iż zęby dzwonią jej głośno. 
 

- Muszę się przebrać – powiedziała, idąc do alkierza. 

 

Kiedy wróciła, ojciec szykował gorące picie. Stał przy piecu i nalewał napój do dwóch 

kubków. 
 

-  Powinnaś  wypić  coś  ciepłego  –  powiedział,  podając  jej  jeden.  –  Przyniosę  moje 

rybackie okrycie, nie znajdziesz nic, w czym byłoby ci cieplej.  
 

Otulił ją starannie, po chwili poczuła, że ciepło rozchodzi się w jej ciele, a mięsnie się 

rozluźniają. 
 

-  Przygotuję  mamę  do  trumny  –  powiedziała,  przyglądając  się  ojcu.  –  Spodnie  miał 

mocno połatane na kolanach, przypatrywał je w pasie sznurkiem. Pił gorącą herbatę małymi 
łyczkami, po chwili rzekł cicho: 

background image

 

78

 

- No tak, chyba tak. 

 

- Musimy powiedzieć. Marii, jak tylko ludzie wstaną – mówiła dalej Elizabeth. Było 

jej teraz ciepło. – Przygotuję mamę, zanim Maria wróci. 
 

- A ja idę do obory – oznajmił ojciec, wstając. – Trzeba obrządzić zwierzęta. 

 

Elizabeth dopiła herbatę i wstała równocześnie z nim. 

Powiesiła  nad  ogniem  saganek  z  wodą.  Trzeba  matkę  umyć,  zanim  martwe  członki  zaczną 
sztywnieć. 
 

Ubrała  zmarłą  w  jej  najlepszą  sukienkę.  Tę  czarną,  w  której  matka  chodziła  do 

kościoła.  Schudła  bardzo  w  czasie  choroby,  bo  suknia  okazała  się  o  wiele  za  duża.  Włosy 
zostały  splecione  w  warkocze  i  upięte  w  koronę  dookoła  głowy,  nie  w  ten  ciasny  węzeł  na 
karku,  który  zwykle  matka  nosiła.  Dopiero  przy  czesaniu  Elizabeth  zwróciła  uwagę,  jak 
bardzo matka posiwiał. 
 

-  Miałaś  trudne  życie,  mamo,  z  mnóstwem  zmartwień.  –  Złożyła  jej  ręce  na  piersi, 

podbródek podparła psałterzem. 
 

- Nie podwiążę jej brody chusteczką – mruczała pod nosem. 0 Miedzianych monet na 

oczy  też  nie  położę.  Niech  sobie  ludzie  mówią,  co  chcą,  ale  mnie  się  ten  dawny  zwyczaj 
bardzo nie podoba. 
 

Andres wszedł do izby. 

 

-  Zbiłem  już  trumnę.  Leżała  na  pół  gotowa  w  szopie  na  łodzie…  razem  z  moją.  – 

Włożył  ręce  do  kieszeni  spodni,  ale  zaraz  pospiesznie  je  wyjął.  –  Nie  myśleliśmy,  że  tak 
szybko znajdą zastosowanie. 
 

Elizabeth wzięła miskę z wodą. 

 

- Tak, masz rację, nikt nie myślał. Przynieś tutaj trumnę, to razem włożymy mamę. 

 

Ojciec skinął głową i zniknął. Wkrótce był z powrotem.  

Wspólnymi siłami ustawili trumnę na dwóch stołkach i ułożyli w niej zmarłą. Prześcieradła, 
najlepsze, jakie posiadają, Elizabeth przygotowała już zawczasu. 
 

- Teraz pójdę po Marię i powiem sąsiadom, co się stało – oznajmiła. 

 

Ojciec jakby nie słyszał jej słów. Może chciałby mieć trochę czasu, by pożegnać się z 

ż

oną.  Elizabeth  ubrała  się  i  wyszła.  Nie  mogła  teraz  myśleć,  ani  o  matce,  ani  o  bękarcie, 

którego wkrótce urodzi. 
 
 

Lekko  zastukała  do  drzwi  Dorte  i  weszła,  nie  czekając  odpowiedzi.  Maria  klęczała 

przy krześle i myła naczynia, które Dorte wycierała. 
 

- Dzień dobry i szczęść Boże przy robocie – powiedziała Elizabeth matowym głosem. 

 

Maria zerwała się z podłogi i uczepiła spódnicy siostry. 

 

- Chyba jeszcze nie wyjeżdżasz? – pytała. 

 

- Nie, przyszłam zabrać się do domu. 

 

- Stało się coś złego? – spytała Dorte, odstawiając kubek, który trzymała w ręce. 

 

- Mama odeszła w nocy. 

 

- Dokąd odeszła? – dopytywała się Maria. 

 

Elizabeth ukucnęła i patrzyła z powagą na siostrę. 

 

- Anioły zabrały ją ze sobą do Boga. 

 

To najłagodniejsze wyjaśnienie, jakie przyszło jej do głowy. Przyglądała się siostrze. 

Pończochy opadały na cienkich nóżkach. Warkocze miała związane czerwoną włóczką. To z 
pewnością Dorte tak ją ustroiła. 
 

- Ci aniołowie, którzy pilnują mnie, kiedy śpię? – spytała Maria. 

 

- Tak, ci aniołowie, zabrali ze sobą mamę. – Elizabeth czuła, że zbiera się jej na płacz, 

więc  pospiesznie  wstała.  –  Muszę  powiadomić  też  Heimly.  Wszystkich  serdecznie  prosimy, 
byście przyszli dzisiaj pożegnać się z mamą. 
 

- Ale przecież ona odeszła – wtrąciła Maria. Dolna warga jej drżała. 

background image

 

79

 

- Tylko jej dusza odeszła, Maryjko. Jej ciało jeszcze tu jest. Zobaczysz, jak wrócimy 

do domu – tłumaczyła Elizabeth, zapinając guziki u swetra siostry. 
 
 

Zbliżał się wieczór, kiedy sąsiedzi przyszli pożegnać zmarła. Ragna przyniosła trochę 

podpłomyków  i  kawy.  Elizabeth  przyjmowała  dar  zawstydzona.  Ragna  przyniosła  to  w 
najlepszej wierze, ale ona miała nadzieję, że Dorte nie zauważyła tej kawy. Przecież okłamała 
ją  wczoraj,  że  mają  dość  kawy  w  domu.  Natychmiast  ją  zagotowała,  nie  mogła  postąpić 
inaczej. Nakryła kuchenny stół, podpłomyki ułożyła na talerzu. 
 

W małej kuchni zrobiło się ciasno, kiedy wszyscy tu weszli. Elizabeth źle się czuła w 

obecności  Jensa.  Trudno  było  jej  się  poruszać,  żeby  go  nie  potrącić.  Nie  spuszczał  z  niej 
wzroku  i  to  też  ją  peszyło.  Czy  on  widzi,  że  ukochana  jest  w  ciąży?  Nie,  to  jeszcze  za 
wcześnie.  A  może  zachowuje  się  inaczej  i  Jens  domyśli  się,  co  się  stało?  Na  myśl  o  tym 
robiło jej się niedobrze. 
 

Maria i dzieci z Heimly nagle poczuły się skrępowane.  

Stały, każde w swoim kącie, i rzucały sobie ukradkowe spojrzenia. Jens wszedł jako ostatni 
do alkierza, dotknął dłonią czoła i złożonych rąk zmarłej mówiąc: 
 

- Odpoczywaj w pokoju. 

 

Elizabeth chodziła do kuchni i z powrotem, nalewała kawę i jednym uchem słuchała, 

co mówią ludzie przy stole. Wspomnieli zmarłą, jeden od drugiego, wszyscy mówili jaka to 
była  dzielna  i  pracowita  kobieta.  Od  czasu  do  czasu  głaskali  Marię  po  głowie,  mówiąc: 
„Biedne dziecko, co teraz z tobą będzie?”. 
 

Kiedy wyszli, rodzina odetchnęła z ulgą. 

 
 

Tej  nocy  przy  trumnie  czuwał  ojciec,  bo  Elizabeth  musiała  się  położyć.  Spała 

niespokojnie  i  męczyły  ją  dziwne  sny.  Śniło  jej  się  na  przykład,  że  przyszła  do  domu  ze 
swoim dzieckiem. Nosiła je otulone w kilka kołder tak, że nie widziała buzi, choć bardzo się 
starała. 
 

- Mam dziecko – powiedziała do matki. 

 

- Mówiłaś o tym komuś? 

 

- Tak, Jens wie. 

 

Wtedy  matka  zaczęła  płakać,  a  Elizabeth  spytała  dlaczego.  Przecież  może  oddać  to 

dziecko  innym  ludziom.  Matka  odparła  z  oczyma  pełnymi  łez:  -  Ty  wiesz,  jak  ja  lubię 
nowiny. Powinnaś była powiedzieć o tym najpierw mnie! 
 
 

Następnego  dnia  przyszedł  Jakob  i  pomógł  Andresowi  wynieść  trumnę  do  szopy  na 

łodzie. 
 

- Będzie tam stała aż do wiosny – tłumaczyła Elizabeth siostrze. – Dopiero jak ziemia 

odtaje, będziemy mogli złożyć mamę w grobie na cmentarzu. 
 

Maria kiwała głową, jakby rozumiała, potem jednak bąknęła zapłakany, głosem: 

 

- Ja nie chcę, żeby składali mamę do grobu. Chce, żeby ona była z nimi! 

 

Elizabeth  potrzebowała  mnóstwa  czasu,  żeby  wytłumaczyć  dziecku,  że  matka  była 

bardzo  chora  i  że  teraz  jest  jej  dużo  lepiej  w  niebie.  Nie  wiedziała,  ile  siostra  z  tego 
rozumiała, ale Maria jest taka mała, szybciej pogodzi się ze stratą niż dorośli. 
 

Alkierz wydawał się teraz taki pusty, zewsząd czaił się niepokój. 

 

-  Maria  –  zwróciła  się  do  siostry  –  idź  na  brzegu  i  przynieść  piasku.  Będziemy 

sprzątać. – Siostra posłuchała natychmiast i Elizabeth poszła do strumienia po wodę. Grzała 
w saganku nad ogniem jedno wiadro po drugim. 
 

-  Co  mam  teraz  robić?  –  spytała  Maria,  stawiając  napełnione  do  połowy  piaskiem 

wiadro przy drzwiach. 

background image

 

80

 

-  Pozdejmuj  pościel.  Słomę  w  siennikach  też  trzeba  wymienić.  Niedługo  święta,  w 

domu musi być ładnie. 
 

- Zostało jeszcze tyle dni – Maria uniosła w górę pięć palców. 

 

- Tak, wiem o tym, moja mała. Musimy zrobić tu, ile się uda. 

 

Elizabeth  wyszorowała  piaskiem  stół  i  podłogę,  umyła  ściany  gotowym  w  domu 

mydłem. Nie oszczędzała się, nawet nie zauważyła, że ręce ma czerwone i popękane. 
 

W południe przyszedł ojciec. przyniósł sprawione ryby. 

 

- Myjecie – stwierdził i położył ryby na stole, nie zauważając nawet, że brudzi. 

 

- Trzeba to zrobić – odparła Elizabeth krótko i odgarnęła z twarzy mokry lok. Na jej 

bluzce  widniały  wielkie  palmy  potu,  czuła,  że  kręci  jej  się  w  głowie.  Dopiero  teraz  zdała 
sobie sprawę, że nie jadła nic od wczoraj. 
 

- Maria, przygotujesz obiad. A ja powlekę pościel. 

 

- Ja zrobię obiad – wtrącił ojciec, wieszając kurtkę na gwoździu. 

 

- Ty? – Spytała Elizabeth, patrzyła na ojca, marszcząc brwi. 

 

-  Cały  czas  to  robię,  odkąd  się  uśmiechnąć.  Oczywiście,  że  przygotowywał  sobie 

jedzenie, chociaż normalnie jest to babskie zajęcie. 
 

- Maria, pomożesz tacie – nakazała i poszła do alkierza. Słyszała, że Maria mówi: 

 

- Elizabeth jest niemiła. Chciałabym, żeby mama była z nami. A ty nie chcesz? 

 

Nie dosłyszała słów ojca, ale to, co powiedziała siostra, sprawiło jej ból. 

 
 

Dopiero następnego dnia nadarzyła się okazja do przygotowania sobie kąpieli. Ojciec 

poszedł  do  wiejskiego  kramu  i  zabrał  ze  sobą  Marię.  Elizabeth  podejrzewała,  że  nie  ma 
pieniędzy na zakupy i bierze jedzenie na kredyt. 
 

- Wkrótce święta, musimy mieć coś lepszego – powiedział wymijająco, gdy Elizabeth 

przyglądała  mu  się  trochę  zbyt  długo.  Ona  nie  chciała,  żeby  się  zadłużali,  ale  nie 
skomentowała  tej  sytuacji.  Rzeczywiście,  idą  święta.  I  tak  w  tym  roku  będą  smutne,  skoro 
matki nie ma. 
 

Nagrzała  bardzo  dużo  wody,  bo  chciała  umyć  też  włosy.  Minęło  wiele  tygodni  od 

ostatniego  mycia.  Niektórzy  uważają,  że  wystarczy  myć  co  trzeci  miesiąc,  a  kąpią  się  dwa 
razy w roku bo, jak mówią, mycie wyciąga siłę z ciała. Elizabeth nie bardzo w to wierzyła. 
Poza tym czuje się źle, jeśli czeka z kąpielą zbyt długo. 
 
 

Jakob  wyciągnął  łódkę  na  kamienisty  brzeg  i  patrzył  przed  siebie.  Morze  wyrzuciło 

mnóstwo wodorostów na przybrzeżne kamienie. Jakaś wielka mewa rzuciła się na coś, co tam 
dostrzegła, a cała chmara pobratymców za nią. 
Wrzeszczały przeraźliwie i biły się o jedzenie. 
 

- Patrz, to Andres tam płynie – mruknął do Jensa. –  

 

- Czterdzieści – odparł Jens, stawiając kołnierz kurtki. 

Strasznie szkoda ich wszystkich, pomyślał. Może najbardziej Marii i Elizabeth, które zostały 
bez matki. Żeby tylko nie stało się nic Andersowi. Niech  Bóg się ulituje nad mieszkańcami 
Nymark. 
 

-  Tak,  tak.  Na  szczęście  człowiek  nie  wie,  ile  czasu  wydzielono  mu  na  tej  ziemi  – 

ciągnął Jakob, zbierając sieci. Ruszył z nimi do szopy na łodzie, Jens podążał za nim. 
 

- Na jutro jestem zaproszony do lensmana. Chciałbyś ze mną jechać? – spytał Jakob 

 

Lensman  mieszkał  niedaleko  Dalsrud.  –  Nie,  myślę,  że  nie  –  odparł  Jens.  –  Ale 

przejdę  się  do  Elizabeth.  Pewnie  chciałaby  zawiadomić  w  Dalsrud  o  śmierci  matki.  Może 
wstąpisz tam i powiesz Leonardowi. 
 

Jakob skinął głową i zniknął z sieciami w szopie. 

 

background image

 

81

 

Jens miał nadzieję, że zamieni z Elizabeth parę słów sam na sam. Zmieniła się, odkąd 

wyjechała.  Nie  śmiała  się  już  tak  chętnie  jak  dawniej.  Dawniej  często  żartowała,  a  ruchy 
miała  lekkie,  dziewczęce.  Teraz  zrobiła  się  ociężała  i  zła.  Czyżby  znalazła  sobie  innego  i 
dlatego  tak  się  zachowuje?  Zazdrość  dławiła  go  w  piesi,  kiedy  wlókł  się  w  stronę  Nymark. 
Może  dlatego  nie  chce  jeszcze  wychodzić  za  mąż  i  tłumaczy  to  tym,  że  jest  za  młoda.  Nie, 
koniecznie  powinni  porozmawiać.  Elizabeth  nigdy  by  go  nie  zdradziła.  Nie  jego  Elizabeth. 
Gdyby  chciała  poczekać  rok  czy  dwa  ze  ślubem,  to  on  nie  będzie  nalegał.  Bo  to  ją  chce  za 
ż

onę, żadną inną. 

 

Pogrążony  w  myślach  zapomniał  zapukać  i  krzyknął,  kiedy  zobaczył  Elizabeth  w 

kąpieli,  w  bali.  Pospiesznie  przymknął  drzwi,  ale  zostawił  je  lekko  uchylone.  Oddychał 
pospiesznie,  stał  i  patrzył.  Balijka  była  taka  mała,  że  Elizabeth  musiała  w  niej  siedzieć  z 
podciągniętymi kolanami. Sprawiała wrażenie bardzo delikatnej, wyglądała na mniej niż te jej 
szesnaście lat. może sprawiły to  rysy twarzy. Policzki były jeszcze po dziecięcemu okrągłe, 
nos maleńki, a rzęsy długie i czarne. Zarazem jednak była kobietą. Skórę pod mydłem miała 
białą  niczym  mleko.  Wyciągnęła  rękę  po  kubek  z  wodą,  którą  potem  wolno  wylewała  na 
swoje  jasne  włosy.  Wygląda  niczym  huldra,  pomyślał  Jens,  czując  narastające  pożądanie. 
Jeszcze raz namydliła włosy miękkimi ruchami i Jens nie mógł oderwać wzroku od jej jędrnej 
piesi.  Pojękiwał  rozkosznie,  kiedy  Elizabeth  wstała  i  ukazała  mu  się  w  całej  swojej 
wspaniałości.  Woda  spływała  z  nagiego,  szczupłego  ciała,  dziewczyna  narzuciła  na  siebie 
ręcznik,  wytarła  się  pospiesznie  i  powiesiła  go  na  oparciu  krzesła.  Potem,  pochyliła  się  do 
przodu i spłukała mydło z włosów. 
 

Jens  musiał  panować  nad  sobą  z  całych  sił,  by  nie  rzucić  się  do  niej,  do  środka. 

Przymknął  oczy,  by  odzyskać  równowagę.  Kiedy  je  ponownie  otworzył,  Elizabeth  zdążyła 
owinąć się prześcieradłem. 
 

Na  palcach  wycofał  się  na  dwór.  Oddychał  ciężko,  a  kiedy  przymknął  oczy,  pod 

powiekami  wciąż  miał  ją.  Pomyśleć,  jak  by  to  było  mieć  ją  nagą  przy  sobie  w  dużym, 
ciepłym łóżku, całować ją, głaskać i pieścić miękką skórę. Dałby jej tyle rozkoszy… 
 

W końcu otworzył oczy i zacisnął dłonie w rękawicach. 

Myśl  o  czymś  innym,  powtarzał  sobie.  Myśl  o  zimowych  połowach,  mroźnych  nocach  w 
zimnym szopach, o pełnych wszy siennikach. To stłumiło trochę jego podniecenie. Oparł się 
o  narożnik  domu  i  wypatrywał,  czy  nikt  nie  nadchodzi.  Zabijał  rękami,  bo  chociaż  miał  na 
sobie samodziałową kurtkę i skórzane buty  na  grubych drewnianych podeszwach, to bardzo 
zmarzł, stojąc bez ruchu. 
 

Teraz  już  się  pewnie  ubrała,  pomyślał  i  ruszył  znowu  w  stronę  drzwi.  Elizabeth 

zapinała ostatni guzik bluzki, potem wzięła kościany  grzebień, a wtedy rozległo się pukanie 
do drzwi. Drgnęła, widząc Jensa. Patrzył się na nią jakoś dziwnie, zauważyła to natychmiast 
io odwróciła twarz. 
 

Czy on widzi, co Leonard mi zrobił? – przemknęło jej przez głowę. 

 

- Dzień dobry, Jens, to ty? – spytała. Głos brzmiał pewnie, choć wszystko się w niej 

trzęsło. 
 

-  Tak,  Jakob  mnie  przysyła.  Powiedział,  że  gdybyś  chciała  przekazać  wiadomość  do 

Dalsrud,  to  on  może  się  tego  podjąć.  Jedzie  jutro  w  tamte  strony.  –  Jens  mówił  strasznie 
szybko.  –  Mówi,  że  skoro  twoja  mama  odeszła,  to  ty  pewnie  zechcesz  tu  zostać  dłużej.  A 
zresztą przecież dostałaś wolne dni w święta… 
 

Elizabeth wstała i parę razy przeszła po izbie tam i z powrotem. 

 

-  Tak,  poproś  Jakoba,  żeby  przekazał  wiadomość  o  śmierci  mamy.  Niech  powie,  że 

zostanę  w  domu  do  pierwszego  dnia  świąt.  A  drugiego  dnia  spotkam  ludzi  z  Dalsrud  w 
kościele. – Umilkła na chwilę.- Dziękuję, że zechciałeś to załatwić, Jens. Jesteś bardzo miły – 
dodała łagodnie. 

background image

 

82

 

Chłopak  obracał  czapkę  w  rękach,  w  końcu  Elizabeth  zapytała,  czy  chce  powiedzieć 

coś jeszcze. 
 

- Nie, ja… nie, już nic więcej – wybąkał pospiesznie i zniknął za drzwiami. 

 

Ciekawe,  co  zrobi  Leonard,  kiedy  dostanie  wiadomość?  To  spore  ryzyko,  Elizabeth 

liczyła  jednak  na  to,  że  gospodarz  nic  Jakubowi  nie  powie.  Bo  musiałaby  się  tym  samym 
przyznać,  że  służące  go  nie  słuchają.  No  a  mimo  wszystko  tutaj  chodzi  o  śmierć.  Leonard 
musi robić dobra minę do złej gry, w każdym razie dopóki Elizabeth nie wróci. Przeniknęła ją 
groza, na razie jednak ma inne zmartwienia. 
 

Wieczór  wigilijny  bez  Ane-Margrethe  był  przykry  i  smutny.  Wszystko  szło  inaczej, 

niż  przywykli.  Ojciec  przygotował  trochę  mięsa  i  kawy,  kupił  też  mąki  na  chleb.  Elizabeth 
upiekła  tak  zwane  biedne  ciastka,  jak  to  nazywają.  Robi  się  je  z  ryby,  ziemniaków  i  mąki. 
Kiedy była mała, bardzo je lubiła, dopiero w Dalsrud dowiedziała się, jak smakują prawdziwe 
słodkie ciastka pieczone z cukrem, masłem i jajkami. 
 

Na  szczęście  ojcu  udało  się  złowić  kilka  pięknych  fląder,  to  ryba,  którą  nad  fiordem 

podaje  się  na  wigilijną  kolację.  Ojciec  przeczytał  z  Biblii  odpowiedni  fragment,  mimo  to 
Elizabeth  nie  czuła,  że  to  jakieś  szczególne  podniosłe  chwile.  Wyjrzała  przez  okno,  ale 
zobaczyła  tylko  własne  odbicie.  Studiowała  je  uważnie.  Uznała,  że  wygląda  poważniej, 
chociaż może to światło wigilijnych świec ją zmienia. 
 

Ojciec chrząknął i wstał. 

 

-  Znalazłem  coś  od  waszej  mamy.  Jeden  Bóg  wie,  jak  musiała  oszczędzać  pieniądze 

na  te  prezenty,  ale  to  dla  was.  –  Wyjął  z  szuflady  dwie  ksiązki  i  dał  córkom.  Obie  zostały 
napisane  przez  Marię  Wexelsen.  Elizabeth  poczuła,  że  łzy  napływają  je  do  oczu,  kiedy 
przeczytała tytuł: 
Mała Kari, czyli sierocy los. 

Maria położyła na stole swoją książkę: Kitel – Na gwiazdkę dla 

dzieci. 

Elizabeth  pogłaskała  siostrę  po  włosach  i  otworzyła  książkę  na  pierwszej  stronie. 

Pierwszy wiersz nosił tytuł: Dziecięca kolęda. 
 

- Możesz mi poczytać. Lisabeth? – prosiła Maria. 

 

Elizabeth walczyła z płaczem, zaczynając: 

 
 

Kocham wieczór wigilijny, 

 

Bo to czas świętej dzieciny. 

 

Gwiazda na mroźny, niebie mrugają

 

Anioły pańskie słodko śpiewają

 
 

- Może to te same anioły, które zabrały mamę? – Przerwała Maria. 

 

- Tak, możliwe. Ale… myślę, że później przeczytamy więcej. 

 

Kiedy wigilijne świece się dopaliły i trzeba było kłaść się do łóżek, ojciec powiedział: 

 

- Tak, tak, Elizabeth, jutro wyjeżdżasz. Miejmy nadzieję i módlmy się, żebyśmy mogli 

się znowu jak najszybciej spotkać. Ale, widzisz, wszystkim kieruje Bóg. 
 

- Tak – przytaknęła Elizabeth. Więcej nie była w stanie wykrztusić. 

 
Rozdział 13 
 
 

Elizabeth  doiła  krowy  w  oborze  Dalsrud.  Mleko  z  szumem  spływało  do  wiadra,  ona 

opierała policzek o ciepły bok krowy. Te chwile lubiła najbardziej, teraz myślami wróciła do 
nabożeństwa w kościele w pierwszy dzień świąt. 
 

Przyszli wszyscy mieszkańcy jej wsi. Ona razem z Marią siedziała na samym końcu. 

Ze  swojego  miejsca  dostrzegła  Leonarda,  zajmującego  miejsce  z  przodu.  W  kartonowej 
walizce  miała  buteleczkę  z  lekarstwem,  które  ukradła  Ragnie.  Wkrótce  ty  też  będziesz 
cierpiał, myślała. Skierowała wzrok na obraz ołtarzu. Blask łojowych świec sprawiał, że Jezus 

background image

 

83

na  krzyżu  zdawał  się  żywy.  Elizabeth  skuliła  się.  Ona  jednak  ubrała  się  dobrze,  włożyła 
podwójne  wełniane  pończochy,  więc  nogi  jej  nie  marzły.  Niech  Leonard  trafi  do  gorącego 
miejsca,  kiedy  opuści  ten  świat,  sama  przeraziła  się  tym  pomysłem.  Nie  powinno  się  w 
kościele  snuć  takich  mściwych  rozważań.  Ale,  z  drugiej  strony,  Leonard  też  nie  powinien 
tutaj  siedzieć  –  z  tymi  wszystkimi  grzechami,  które  obciążają  jego  sumienie!  Jeśli  Bóg 
naprawdę istnieje i jest taki, jak mówią, powinien zrozumieć nienawiść, którą ona odczuwa. 
Nie miała co do tego wątpliwości. 
 

Zerkała  też  spod  oka  na  Jesna,  który  siedział  bardziej  z  przodu,  w  drugiej  ławce  po 

męskiej  stronie.  Żeby  tylko  mogła  pożegnać  się  z  nim  naprawdę  i  wyjaśnić  mu,  dlaczego 
musi  jechać.  To  jednak  niemożliwe.  A  jeśli  tymczasem  on  znajdzie  sobie  nową  ukochaną, 
pomyślała  z  bolesnym  skurczem  gardła.  Jens  wyrósł  od  ostatniego  lata  i  zmężniał. 
Dotychczas  tego  nie  zauważyła.  Ale  inne  dziewczyny  wyraźnie  zwróciły  na  to  uwagę,  bo 
posyłają mu powłóczyste spojrzenia. 
 
 

Elizabeth  wstał,  opóźniła  wiadro  i  przeniosła  się  do  następnej  krowy.  Dość  już  tego 

rozmyślania, postanowiła. Czeka ją praca, koło południa będzie ubijać masło. Mimo wszystko 
jednak myśli znowu wróciły do pobytu w kościele. 
 

Po nabożeństwie Elizabeth przyjęła kondolencje od służby z Dalsrud i ludzi z innych, 

mniejszych  dworów.  Próbowała  się  uśmiechać  i  dziękować,  ale  cały  czas  rozglądała  się  za 
Jensem.  Nie  może  wyjechać  tak  całkiem  bez  pożegnania.  Nawet  jeśli  nie  wyjaśni  mu 
wszystkiego, to ona zasługuje na lepsze traktowanie, nie powinna po prostu zniknąć. Ale Jens 
jakby się zapadł pod ziemię. 
 

Uścisnęła rękę ojcu na pożegnanie, potem pochyliła się i uściskała Marię. 

 

- Będę pisać- obiecała. Więcej nie była w stanie powiedzieć. W końcu musiała wracać 

z innymi do Dalsrud, nie porozmawiawszy z Jensem. 
 

Po  powrocie  wypytała  Selene,  co  działo  się  we  dworze  od  jej  wyjazdu.  Przyjaciółka 

uspokajała ją. 
 

-  Wszystko  poszło  gładko,  Elizabeth.  Leonard  nie  wspominał  o  tobie  ani  słowem 

pozostałe służące też nie miały żadnych podejrzeń, co do moich tłumaczeń. 
 

Elizabeth  odetchnęła.  Pisząc  do  ojca  powie  mu,  że  znalazła  lepszą  pracę  w  innym 

miejscu.  O  dziecku  oczywiście  nie  wspomni.  Może  nawet  ojciec  będzie  z  niej  dumny?  To 
trochę łagodziło wyrzuty sumienia. 
 

- Jesteś dzisiaj jakaś nieobecna – stwierdziła Helene, kiedy  wychodziły z obory.  Był 

jeszcze  wczesny  ranek.  Mróz  trochę  zelżał,  zrobiło  się  ciepło.  Dziedziniec  pokrywał 
rozmokły  śnieg,  musiały  więc  iść  ostrożnie,  bo  w  przeciwnym  razie  do  drewniaków 
nabierałoby się wody. 
 

- Nie, jestem tylko zmęczona wszystkim, co się stało – odparła Elizabeth w nadziei, że 

przyjaciółka nie będzie więcej pytać. 
 

-  No  tak,  to  straszne  z  twoją  mamą.  Jak  to  dobrze,  że  człowiek  nie  wie,  ile  czasu 

wyznaczono mu na tej ziemi. 
 

Elizabeth przystanęła. 

 

- Myślisz, że to jest postanowione przy naszym urodzeniu? 

 

Helene skinęła głową. 

 

-  tak,  jestem  tego  całkiem  pewna.  Pomyśl  o  nieszczęściach  na  morzu.  Może  się 

uratować jeden lub dwoje ludzi, a czasami dwudziestu tonie. Dlaczego akurat oni? 
 

Elizabeth wzruszyła ramionami i weszła do domu. 

W  sieni,  zanim  weszły  do  kuchni,  zmieniły  drewniaki  i  powiesiły  robocze  ubrania  na 
gwoździach. Woń obory mieszała się z zapachem kawy, kaszy i dymu z paleniska. Poranne 
aromaty. Normanie bardzo dobrze i uspokajająco wpływały na Elizabeth. Ale nie tego ranka. 

background image

 

84

Bo dzisiaj będzie musiała wlać lekarstwo do jedzenia Leonarda. Spróbowała sama zawartości 
buteleczki i stwierdziła, że nie ma ani smaku, ani zapachu. 
 

Minęły dwa tygodnie od jej powrotu do Dalsrud, była już w trzecim miesiącu ciąży. 

Helene  pomogła  jej  poszerzyć  ubrania,  poranne  mdłości  na  szczęście  ustąpiły.  Wkrótce 
jednak zacznie być widoczne, w jakim jest stanie. 
 

Umyły ręce w miednicy, stojącej na skrzyni z torfem. 

 

- Helene, mogłabyś wylać wodę? – spytała Elizabeth. 

Muszę zmienić skarpety. Przemoczyłam sobie. 
 

Helene  bez  słowa  wzięła  miskę  i  wyszła.  Elizabeth  wsunęła  rękę  do  kieszeni,  by 

przekonać się, że buteleczka wciąż tam jest. Potem rozejrzała się pospiesznie wokół. Gurine 
nakrywała stół, a Nikoline kłóciła się o coś zaciekle z Olem. Na nią nikt nie zwracał uwagi. I 
najważniejsze:  taca  z  kawą  i  kanapkami  została  przygotowana,  zaraz  podadzą  śniadanie 
Leonardowi.  Elizabeth  ostrożnie  wyciągnęła  korek  z  buteleczki.  Pospiesznie,  niemal 
niezauważalnie, wyciągnęła rękę nad filiżanką z kawą. Lekarstwo znalazło się w filiżance, a 
w następnym momencie ręka dziewczyny wróciła do kieszeni. Zatkała buteleczkę. Zrobione! 
 

Wkrótce potem wróciła Helene, a Nikoline chwyciła tacę i poszła do jadalni. 

 

- Zmieniłaś skarpety? – spytała Helene. 

 

- Co? Skarpety? A tak, w porządku, - Elizabeth kręciło się w głowie, miała wrażenie, 

ż

e wyszła ze swojego ciała i stoi obok. 

 

Helene przyglądała jej się badawczo. 

 

- Czy ty jesteś chora, Elizabeth? 

 

- Nie, tylko kręci mi się w głowie. Ale chyba zaraz przejdzie. 

 

Rany  boskie,  gdyby  tak  mogła  opowiedzieć  Helene  o  wszystkim!  Ale  jeszcze  nie 

teraz. Kiedy nadejdzie pora, spyta, czy Helene nie chciałaby wyjechać razem z nią. 
 
 

Tego  samego  wieczora  Leonard  zachorował.  Codzienne  pracy  zostały  zakończone, 

służące  siedziały  wokół  stołu  z  robótkami,  rozmawiając  o  tym  i  o  owym.  Nagle  drzwi  się 
otworzyły i wszedł Kristian. 
 

- Szczęść Boże – pozdrowił jej z powagą, a potem dodał: - Tata jest chory. 

 

Elizabeth  nie  wiedziała,  czy  to  przywidzenie,  ale  była  pewna,  że  na  nią  spoglądał 

szczególnie  długo.  Jakby  wiedział.  Chciała  się  napić  herbaty,  ale  filiżanka  tak  stukała  o 
talerzyk, że zrezygnowała. Wróciła do swojej robótki, zauważyła jednak, że zgubiła mnóstwo 
oczek. 
 

Wstrzymywała  oddech  i  starała  się  patrzeć  na  Kristiana,  kiedy  ten  mówił  dalej:  - 

Ojciec leży  w swoim pokoju, trzeba będzie przy  nim w nocy czuwać. Poważnie się o niego 
niepokoję. 
 

Znowu  wydawało  się  Elizabeth,  że  spojrzał  na  nią  jakoś  dziwnie.  Natychmiast 

odwróciła głowę w obawie, że się zaczerwieni. 
 

-Posłałem po doktora – mówił Kristian. – Może przyjedzie jeszcze dziś wieczór, albo 

w  nocy,  a  gdyby  nie,  to  spodziewam  się  go  jutro  wcześnie  rano.  Chciałem,  żebyście 
wiedziały. 
 

-  Czy  to  poważna  choroba?  –  Elizabeth  usłyszała  własny  głos.  Natychmiast 

pożałowała, powinnam sobie odgryźć język, pomyślała. Czarne oczy Kristiana rozbłysły, gdy 
odpowiadał. 
 

- czy ja wyglądam na doktora? 

 

Elizabeth  przypomniała  sobie  własne  słowa,  kiedy  odwoził  ją  przed  świętami  do 

domu. Teraz jej oddał, i to przy wszystkich. 
 

 - Jak powiedziałem, ojciec czuje się bardzo źle – mówił znowu Kristian z powagą. – 

Nikoline, to ty będziesz czuwać przy nim w nocy. – Po tych słowach wyszedł z kuchni. 

background image

 

85

 

Elizabeth miała ochotę się roześmiać. Nikoline siedziała z miną godną królowej. Sam 

fakt, że Kristian zlecił jej pracę, podniósł ją we własnych oczach. Wolała jednak niczego nie 
komentować. 
 

- Jak ty mogłaś pytać o coś takiego – prychnęła Nikoline, zwracając się do Elizabeth. 

Nieoczekiwanie  ona  też  była  poważna.  –  To  jasne,  że  choroba  jest  niebezpieczna,  w 
przeciwnym razie Kristian by nas o tym nie powiadamiał. Ale też dobrze ci odpowiedział – 
zachichotała. 
 

Elizabeth  chciała  wyjść,  że  to  jej  własne  słowa,  ale  dała  spokój.  Nie  miała  dzisiaj 

nastroju do kłótni z nikim. 
 

-  Skoro  wszystko  zrobione,  to  idę  do  łóżka  –  powiedziała,  wstając.  Włóczka  w  jej 

rękach stała się lepka, zwinęła ją i włożyła do kieszeni fartucha. 
 

-  Tak,  ja  też  się  zaraz  kładę  –  wtrąciła  Gurine,  odgryzając  nitkę,  którą  cerowała 

podartą koszulę. Helene i Nikoline również zaczęły pakować swoje robótki. 
 

Elizabeth pospiesznie wbiegła do pokoju na strychu. 

Musi  się  położyć  i  udawać,  że  śpi,  kiedy  Helene  przyjdzie.  Musi  się  przygotować  do 
jutrzejszego dnia. Leonard z pewnością tak szybko nie wyzdrowieje, a Elizabeth musi znaleźć 
okazję, żeby z nim porozmawiać. 
 
 

Rano przyjechał ten nowy doktor. Był szczupły i blady. – Może sam nie jest całkiem 

zdrów  –  zastanawiała  się  Gurine.  –  W  każdym  razie  jada  za  mało  –  stwierdziła  stanowczo. 
Nikoline  stała  na  korytarzu  i  podsłuchiwała,  rozumiała,  co  doktor  mówi.  Poznała  duńską 
mowę, kiedy w Christianii uczyła się eleganckiego prowadzenia domu. W kuchni toczyły się 
ożywione rozmowy. Nareszcie mieli co roztrząsać. 
 

Elizabeth  jednak  milczała,  starała  się  nie  zwracać  na  siebie  uwagi.  Mimo  wszystko 

czuła, że pot spływa jej po plecach. Co będzie, jeśli doktor odkryje, że Leonard dostał opium i 
przyjdzie  lensman?  Nie,  trzeba  się  opanować.  Elizabeth  nigdy  się  do  niczego  nie  przyzna! 
Zresztą wkrótce i tak wyjedzie daleko, jak najdalej od Dalsrud. 
 

- Gospodarz miał w nocy wysoką gorączkę – informowała Nikoline, marszcząc swój 

spiczasty nos. – Co zjadł, to wypływało z niego z obu końców. Ale powiem wam jeszcze, że 
dzisiaj wy będziecie przy nim czuwać! – Wbiła spojrzenie w Helene i Elizabeth. 
 

Serce Elizabeth biło tak mocno, iż obawiała się, że jej bluzka się porusza. Opanuj się! 

Zachowuj się jak inni, myślała. 
 

- Oczywiście, że będziemy – odparła swobodnie. – To przecież część naszej pracy. W 

duchu zaś pomyślała: Teraz w końcu będę mogła powiedzieć Leonardowi parę słów prawdy. 
A potem wyjadę. 
 

- Żeby tylko doktor wyściubił nos, to dowiemy się, jak się sprawy mają – powtarzała 

Gurine z westchnieniem. 
 

Wkrótce potem rozległy się kroki na schodach i głosy w holu na dole. Drzwi z kuchni 

były  otwarte  i  Elizabeth  wyszła,  zanim  zdążyła  się  zastanowić.  Natychmiast  pożałowała 
swojego  zachowania,  ale  nie  było  odwrotu.  Nogi  same  poniosły  ją  ku  drzwiom.  Kristian  i 
doktor spojrzeli na nią, więc dygnęła uprzejmie. 
 

-  Przepraszam  za  moją  śmiałość,  ale  bardzo  jestem  ciekawa,  co  z  gospodarzem.  – 

Mówiąc to, pragnęła zapaść się pod ziemię. Jak można zachowywać się tak bezmyślnie? 
 

- Bardzo przepraszam – szepnęła i chciała zawrócić, ale Kristian ją zatrzymał. 

 

-  Nie,  to  żadna  tajemnica.  Mój  ojciec  jest  chory,  tak…  -  patrzył  na  doktora,  jakby 

kazał mu wyjaśniać. 
 

Pozostałe służące też nieśmiało podeszły i niczym ciekawskie dzieci stały za plecami 

Elizabeth, chcąc usłyszeć, co się dzieje. 
 

- Moim zdaniem tu chodzi o zatrucie pokarmowe – oznajmił lekarz z powagą. 

background image

 

86

 

Słowa  spadły  na  nie  jak  cios.  Żadna  nigdy  przedtem  nie  słyszała  takiego  określenia, 

domyślały  się  jednak,  że  musi  to  być  coś  strasznego.  W  każdym  razie  tak  to  zabrzmiało 
pospiesznie spoglądały po sobie, a Nikoline mamrotała coś pod nosem. 
 

Elizabeth czuła pulsowanie w całym ciele, podłoga uginała się pod nią lekko. 

 

- Muszę za potrzebą – bąknęła i wybiegła na dwór. Na mróz. Kierowała się w stronę 

wygódki, gdzie zwymiotowała. 
 

Kiedy  wróciła  do  domu,  doktor  już  wyjechał,  a  wszyscy  byli  zajęci  swoimi 

obowiązkami. Helene szła na strych. 
 

- Teraz ty będziesz go pilnować? – spytała Elizabeth, czując dziwną suchość w gardle. 

 

-  Tak,  ktoś  musi  przez  cały  czas  z  nim  siedzieć.  Doktor  powiedział  to  Kristianowi  i 

wyraźnie. A ty będziesz mogła czuwać w nocy? 
 

Elizabeth przytaknęła. Czy Leonard to zniesie? Miała wrażenie, że krew odpłynęła jej 

z twarzy, a pokój kręcił się wokół, potrzebowała czasu, żeby się uspokoić. 
 

- Uważaj, bo zemdlejesz – krzyknęła Helene, schodząc ku niej po schodach. 

 

Elizabeth przytrzymała poręczy. 

 

- Uffm jak mi się w głowie kręci. Wiesz… - poklepała się po brzuchu. 

 

Helene kiwała głową. 

 

- Tak, rozumiem… - nagle nie było o czym rozmawiać. 

Ż

adna nie lubiła tego tematu. – To ja już pójdę – bąknęła na koniec Helene i zniknęła. 

 
 

Kiedy  tego  wieczora  domownicy  szykowali  się  do  snu,  Elizabeth  poszła  na  górę  do 

Leonarda.  Leżał  w  ogromnym  łóżku  pod  baldachimem  z  ciemnozielonego  pluszu.  Poduszki 
miały białe powłoczki z pięknymi koronkami. Mógłby podzielić się trochę swoimi dobrami i 
nie  kazać  nam  sypiać  w  lodowatych  pokojach  pod  zniszczonymi  kocami,  pomyślała 
gniewnie.  Dolne  części  ścian  wyłożone  były  ciemną  drewnianą  boazerią,  górne  natomiast 
pokryte  perłowo-szarą  jedwabną  tapetą.  Okrągły  dębowy  stół  i  cztery  krzesła  obite  pluszem 
dywan, w którym stopy dosłownie się zanurzały. Przy drzwiach stał biały piec, gospodarz nie 
marznie po nocach. 
 

Na  jednej  z  dłuższych  ścian  wisiał  wielki  obraz,  przedstawiający  kobietę.  Elizabeth 

przyjrzała  mu  się  dokładniej,  zasłaniała  ręką  usta,  by  stłumić  okrzyk.  Obraz  przedstawiał  tę 
samą kobietę, którą widziała w oknie na strychu tego dnia, kiedy przyjechała do Dalsrud! 
 

Nie  ma  najmniejszych  wątpliwości,  myślała  Elizabeth  wzburzona  i  podeszła  jeszcze 

bliżej.  Nigdy  nie  zapomni  tych  oczu,  takich  ciemnych  i  intensywnych.  Skórę  kobieta  miała 
białą  jak  mleko,  co  stanowiło  silny  kontrast  wobec  jej  czarnych  włosów.  Kto  to  jest?  W 
każdym razie nie żadna służąca, tak jak początkowo Elizabeth myślała. 
 

Głośny jęk od strony łóżka sprawił, że się odwróciła. Leonard wiercił się przez jakiś 

czas niespokojnie, po czym znowu wszystko ucichło. Elizabeth opadła na krzesło przy łóżku. 
W ciągu ostatnich godzin nie przestawała myśleć o nim. Gdyby ktoś ją podejrzewał, że wlała 
mu trucizny do jedzenia, Helene coś by o tym wiedziała. 
 

Wzrok  Elizabeth  zatrzymał  się  teraz  na  czerwonej,  obrzmiałej  twarzy  w  łóżku. 

Pierwsze,  co  zauważyła,  to  bujny  kilkudniowy  zarost.  W  kolorze  moczu.  Wijące  się  włoski 
pokrywały większość twarzy. 
 

Nagle Leonard otworzył oczy. Wyglądał na zaskoczonego. 

 

-  To  ty  tutaj  siedzisz?  –  Elizabeth  słyszała  pogardę  w  jego  głosie.  –  Daj  mi  wody  – 

rozkazał. Dyszał ciężko. 
 

-  Jasne,  że  on  dostanie  wody  –  powiedziała  słodziutkim  głosem,  przystawiając  mu 

szklankę do ust. Przytrzymywała ją, patrzyła, jak woda spływa z grubych warg na podbródek 
i  szyję.  Ale  nie  zatroszczyła  się,  by  go  powycierać,  nie  byłaby  w  stanie  zrobić  czegoś  tak 
intymnego. 

background image

 

87

 

Leonard napił się i zasnął. Niespokojnie i gorączkowo przewracał się z boku na bok, 

ona jednak nawet palcem nie ruszyła, by ochłodzić jego czoło zimnym kompresem. 
Wyprostowana siedziała, gniew wciąż w niej narastał. Chory jęczał i wił się z bólu, w końcu 
znowu otworzył oczy. 
 

- Musisz mi pomóc – wyszeptał. 

 

- W czym miałabym mu pomagać? 

 

- Ja muszę iść za parawan. 

 

-  O  nie,  nie,  teraz  on  będzie  leżał  spokojnie.  Niech  pamięta,  że  jest  chory  – 

protestowała Elizabeth delikatnie, ale ostrego tonu w głosie nie umiała ukryć. 
 

Chory uniósł się na łokciu, zirytowany, że ktoś stawia mu opór. 

 

- Postawiłaś mi się o jeden raz za dużo – prychnął. 

 

Elizabeth skrzyżowała ręce i pochyliła się do przodu. 

 

- Tak, no i co z tego? Masz na myśli coś szczególnego? 

 

-  Nie  wygłupiaj  się,  łachudro.  Najpierw  wyjeżdżasz  z  Dalsrud  bez  pozwolenia,  a 

potem masz śmiałość przysyłać tu Jakoba z wyjaśnieniami. Ty przeklęta… 
 

- No, no – chichotała Elizabeth, unosząc w górę palec wskazujący. – Pilnuj swoich ust, 

nie wypowiadaj takich brzydkich słów. – Potem spoważniała. – Dobrze wiesz, że moja mama 
była chora i umarła, to czego się spodziewałeś? – Niemal wypluwała słowa. – Nie dałeś mi 
wolnego dnia, żebym mogła się pożegnać z własną matką? Oczywiście, to do ciebie podobne. 
 

Leonard ciężko opadł na poduszki. Oddychał z trudem. 

 

- Niech no tylko wrócę do zdrowia, to ostatecznie cię przegonię. 

 

Elizabeth  czuła,  że  wszystko  się  w  niej  burzy.  Musi  nad  sobą  panować,  by  nie 

wykrzyczeć, co o nim myśli. 
 

Leonard położył ręce na brzuchu i powtórzył: 

 

- Teraz pomożesz mi pójść za parawan. 

 

- A co będziesz tam robił? – spytała. 

 

-  A  co  się  robi  za  parawanem?  –  warknął,  czerwieniejąc  coraz  bardziej.  Próbował 

wstać, ale nie miał siły. – Tam stoi wiadro – powiedział w końcu. – Musisz mi pomóc, żebym 
do niego doszedł. 
 

-  Uff,  jakie  to  przykre.  Jakie  przykre,  bo  ja,  słaba  dziewczyna,  sobie  z  tym  nie 

poradzę. 
 

- No to sprowadź pomoc, idiotko! 

 

Elizabeth roześmiała się i słodziutkim głosem spytała: 

 

- A dlaczegóż to? Kiedy ja potrzebowałam pomocy, byłam sama. nie pamiętasz tego, 

Leonardzie? 
 

- O czym ty, na Boga, pleciesz? – Na twarzy chorego widać było wściekłość i panikę. 

Zaraz stanie się coś złego. 
 

- Nie pamiętasz tamtego dnia jesienią za oborą, kiedy mnie zgwałciłeś? 

 

- Przeklęta dziwka, leć i sprowadź pomoc! – krzyczał. 

 

Elizabeth  śmiała  się.  miała  na  sobie  szarą  sukienkę  i  fartuch.  Teraz  wstała,  położyła 

rękę w dole brzucha i odwróciła się bokiem. 
 

- Chyba nie zaprzeczysz, że to dziecko jest twoje – powiedziała, wskazując niewielkie 

zaokrąglenie na brzuchu. – Ale to mnie już nie obchodzi. 
 

-  Zamknij  się  nareszcie,  przestań  wygadywać  te  głupoty,  dziwko!  –  W  tym  samym 

momencie oboje usłyszeli brzydkie dźwięki dochodzące z łóżka. 
 

Elizabeth musiała zachichotać. 

 

-  No  to  teraz  leż  sobie  we  własnym  gównie  –  powiedziała,  a  poważnie  dodała:  - 

Poczujesz trochę tej bezsilności, jaką ja kiedyś przeżyłam. Ściągnąłeś na  mnie upokorzenie, 
wstyd  i  ból.  Zniszczyłeś  mnie,  Leonardzie.  Zniszczyłeś  też  Helene,  ale  Bogu  dzięki  z  małą 
Amandą ci się nie udało. Jesteś potworem, Leonardzie Dalsrud, i mam nadzieję, że będziesz 

background image

 

88

się smażył w piekle, kiedy opuścisz już ten świat! – Głos jej drżał z gniewu, gdy wypowiadała 
te słowa, słowa, jakich nigdy nie spodziewałaby się we własnych ustach. 
 

Leonard przymknął oczy i zbierał siły, zanim się znowu odezwał: 

 

- Poczekaj tylko do rana! 

 

-  I  co  takiego  stanie  się  rano?  –  spytała  Elizabeth  lodowatym  tonem.  –  Wypędzisz 

mnie z domu? – spytała, uchylając okno, bo spod kołdry chorego wydobywał się smród. 
 

Chory nie odpowiedział, ale Elizabeth domyślała się, o czym teraz myśli, więc mówiła 

dalej: 
 

- Mam się teraz ciebie bać? O nie! Kiedyś się ciebie bałam. Tamtego dnia, kiedy mnie 

zgwałciłeś.  Ale  już  mam  to  za  sobą.  Wkrótce  wyjeżdżam.  Ta  choroba  brzucha  to  ostatnie 
pozdrowienie ode mnie. 
 

Wodniste oczy o mało nie wyszły mu z orbit. 

 

- Odpowiesz mi za to! Zapamiętaj sobie! 

 

Elizabeth  wzruszyła  ramionami  i  uważnie  studiowała  wzór  na  jedwabnej  tapecie, 

potem znowu usiadła. 
 

- Zresztą myślę, że opowiem ludziom, jaki ty naprawdę jesteś. I oczywiście muszę im 

powiedzieć, że dziecko jest twoje. I że wziąłeś mnie siłą… tak jak to zrobiłeś z Helene. 
 

- Nie zrobiłem nic złego, a poza tym nikt ci nie uwierzy. 

 

- Możesz zaprzeczać, ile tylko chcesz, Leonardzie. Ale i tak ktoś jednak mi uwierzy. 

Ludzie lubią dobre historie. 
 

 To było tylko takie straszenie. Dobrze wiedziała, że nikt jej nie uwierzy, ale czuł się 

znakomicie, mogąc mu to mówić. 
 

Leonard odsuwał się pod ścianę, jak najdalej od Elizabeth i świństwa, w którym leżał. 

 

-  Jeszcze  pożałujesz  –  rzucił  przez  ramię,  odwracając  się  do  niej  plecami.  Wkrótce 

zaległa cisza. Chory albo zasnął, albo udawał, że śpi, i tak było do końca nocy. Pewnie mu się 
poprawiło, myślała Elizabeth. Nadchodzi czas pożegnania z Dalsrud. 
 
 

Kiedy następnego dnia przyjechał doktor, Leonard nie żył od wielu godzin. Elizabeth 

była  w  szoku.  Nigdy  nie  miała  zamiaru  odbierać  komuś  życia,  nawet  Leonardowi. 
Załamywała ręce, chodziła bez celu po domu. 
 

Wszyscy  rozumieli,  że  musi  to  być  dla  niej  straszne  przeżycie.  Najpierw  umarła  jej 

matka, a teraz gospodarz pożegnał się ze światem i to w czasie, kiedy ona przy nim czuwała. 
Jasne, że dla takiej młodej dziewczyny to ponad siły. 
 

Nikoline  przyprowadziła  Elizabeth  do  kuchni.  Tym  razem  nie  prawiła  złośliwości. 

Zagrzała jej trochę mleka, tymczasem Gurine i Helene przygotowywały zmarłego do trumny. 
Elizabeth odpowiadała półsłówkami i tylko wtedy, gdy musiała. 
 

-  Przypuszczalnie  musiał  coś  zjeść  –  powtarzał  doktor.  –  Ale  raczej  nie  ma  powodu 

zawiadamiać  lensmana  –  dodał  uprzejmie.  Leonard  był  człowiekiem  prawym  i 
sprawiedliwym,  niech  spoczywa  w  pokoju.  Nie  ma  co  narażać  jego  dobrego  imienia  i 
reputacji. Kristian też tego sobie życzył. 
 
 

W  najbliższych  dniach  Elizabeth  chodziła  niczym  we  śnie,  prześladowana  przez 

bolesne myśli. Czasami miała wrażenie, że straciła rozum. Żaden normalny człowiek nie robi 
przecież tego, co ona zrobiła. Chociaż nie posiadała się ze złości i rozgoryczenia na Leonarda, 
to przecież nie miała zamiaru stać się morderczynią. 
 

Robiła takie wielkie plany, chciała wyjechać do Bergen albo do Christianii! Teraz nie 

miała pojęcia, co będzie. Trzeba czekać. Uspokoić się, chłodniej popatrzeć na wydarzenia. 
 

-  Co  ciebie  tak  dręczy?  –  spytała  Helene  któregoś  dnia,  głaszcząc  Elizabeth  po 

plecach. 
 

- Nie. Nic. 

background image

 

89

 

- Owszem, przecież widzę. Spójrz na swoją włóczkę! 

Jaka  nierówna.  Błądzisz  myślami  gdzieś  daleko.  A  ostatnio  wciąż  się  skarżysz,  że  boli  cię 
głowa i brzuch. 
 

Elizabeth zatrzymała kołowrotek i skuliła się. 

 

- Trochę za dużo ostatnio przeżyłam. 

 

Helene przyniosła krzesło i usiadła. 

 

- opowiedz mi o wszystkim. 

 

Po  raz  pierwszy  od  śmierci  Leonarda,  Elizabeth  miała  ochotę  płakać.  Helene  się  nie 

myli. Nieustannie boli ją głowa, boli ją też brzuch. Czy powinna opowiedzieć przyjaciółce, co 
się tak naprawdę stało? Czy potem będzie jej lżej? Od wielu dni rozważała tę sprawę, nigdy 
jednak nie doszła do żadnych wniosków. 
 

- Po prostu jestem w ciąży, a mama umarła – bąknęła. 

Poza tym tęsknie za domem. 
 

Helene  ujęła  jej  ręce.  Bawiła  się  chwilę  cienkimi,  drobnymi  palcami,  a  potem 

powiedziała: 
 

-  Tak,  no  i  ta  sprawa  z  Leonardem  też  sytuacji  nie  poprawia.  Nigdy  go  nie  lubiłam, 

Bóg wie, że tak było. Nienawidziłam go bardziej niż kogokolwiek. Ale przecież nie życzyłam 
mu  śmierci.  No  zresztą  może,  w  myślach  czasami  mi  się  to  zdarzało.  Akie  kiedy  umarł,  to 
było prawdziwe zaskoczenie. 
 

Próbowała się uśmiechać, ale twarz miała poważną. 

 

- I w domu taka ponura atmosfera. Może później się to ziemni? 

 

Elizabeth czuła, że dzwoni jej w uszach. Bogu chwała, że nie powiedziała Helene nic 

o lekarstwie. Pospiesznie skierowała myśli na obraz wiszący w pokoju gospodarza. 
 

- Helene, co to za dama jest na obrazie w pokoju Leonarda? – spytała. 

 

- To mama Kristiana. Nie widzisz, jacy są podobni? 

 

Elizabeth  przytaknęła.  Tak,  ten  sam  kolor  oczu  i  włosów.  A  zatem  miała  rację  –    to 

upiór się ukazał, żeby ją przestrzec. Ale że żona Leonarda mogła coś takiego zrobić… 
 

W tej samej chwili zapukano do drzwi. 

 

- Halo, Elizabeth – wrzasnął Ole. – Znowu list do ciebie. Mogę wejść w butach? 

 

-  Nie.  dawaj  list.  I  nie  stój  tak!  –  Elizabeth  wstała  i  podeszła  do  niego.  Od  razu 

rozpoznała pismo ojca i głuchy ból żołądka powrócił. Żeby tylko nie stało się coś strasznego! 
 

Boże  kochany,  spraw,  żeby  to  nie  były  złe  wiadomości,  prosiła  w  duchu  drżącymi 

rękami  otwierając  list.  Pospiesznie  ogarnęła  wzrokiem  kartkę.  Najpierw  ojciec  pisał,  że 
wszyscy  są  zdrowi  i  mają  się,  jak  na  te  okoliczności,  nieźle.  Maria  bardzo  za  nią  tęskni,  i 
oczywiście,  tęskni  też  za  mamą.  Jest  tyle  spraw,  z  którymi  ojciec  sam  nie  może  sobie  dać 
rady. Między innymi wkrótce trzeba będzie wypłynąć na ryby, a Maria potrzebuje opieki. Nie 
tylko w czasie, kiedy ojciec będzie daleko na morzu, ale później też. Nie mogą ciągle liczyć 
na pomoc Dorte. Ojciec rozważył wszystko dokładnie i doszedł do wniosku, że Marię trzeba 
oddać jakimś ludziom. Reszta listu zniknęła, bo z oczu Elizabeth pociekły łzy. 
 

-  Nigdy!  Po  moim  trupie!  –  Wierchem  dłoni  przetarła  oczy  i  przeczytała  ostatnie 

zdania  w  największym  pośpiechu.  Nie  jeszcze  nie  powiedział  Marii,  ale  musi  zrobić  to  jak 
najszybciej, chociaż bardzo się tego boi. Na koniec życzył Elizabeth wszystkiego najlepszego. 
 

- Złe wiadomości? – spytała Helene. 

 

-  Tata  chce  oddać  Marię  na  wychowanie  obcym  ludziom.  Nie  radzie  już  sobie  ze 

wszystkim  sam,  a  wkrótce  wypłynie  na  zimowe  połowy.  Rany  boskie,  Helene,  co  ja  mam 
zrobić? – Rozszlochała się Elizabeth i rzuciła przyjaciółce na szyję. 
 

Helene  głaskała  ją  po  włosach  i  mamrotała  jakieś  słowa  pociechy,  dopóki  płacz  nie 

ustał. 
 

- Elizabeth, posłuchaj mnie teraz. Możesz zrobić tylko jedno, jeśli twoja siostra nie ma 

trafić do obcych. Musisz jechać do domu i zająć się małą. 

background image

 

90

 

Elizabeth spojrzała na nią. 

 

- Ja nie mogę! Dobrze wiesz, że jestem w ciąży. Jak to sobie wyobrażasz? 

 

- Głowa do góry, Elizabeth. Masz rzeczywiście wielki ciężar do dźwigania, zgadzam 

się z tobą. Ale jeśli jesteś silna, a moim zdaniem jesteś, to dasz sobie radę. Podnieś głowę i 
patrz ludziom w oczy, a wszystko będzie dobrze. 
 

- Łatwo powiedzieć – rzekła Elizabeth. – Ale w życiu to nie takie proste. 

 

-  A  masz  inną  propozycję,  to  mi  ją  przedstaw  –  powiedziała  Helene  ostro.  – 

Przepraszam  cię  –  dodała  pospiesznie.  –  Ale  nie  masz  wyboru,  Elizabeth.  Co  innego 
mogłabyś zrobić? Będziesz służącą kiedy twoje dziecko przyjdzie na świat, a siostra znajdzie 
się u obcych? A zresztą na pewno i tak cię wypędzą, jak tylko twój stan wyjdzie na jaw. 
 

To były surowe słowa i chociaż Elizabeth od dawna to wszystko wiedziała, to sytuacja 

wydawała  się  gorsza,  kiedy  Helene  zaczęła  o  tym  mówić.  Czuła  w  duszy  głęboką  pustkę, 
jakby wszystkie siły z niej wyciekły. Po prostu nie jest w stanie zrobić nic więcej. Wróci do 
domu i będzie dźwigać swój wstyd z podniesionym czołem, jak radzi Helene. Otarła łzy i ze 
szlochem wciągnęła powietrze.  
 

- To pójdę zaraz rozmawiać z Krystianem. 

 

-  Przemyj  najpierw  oczy.  Nie  wyglądasz  najlepiej  –  poradziła  Helene  obojętnie.  – 

Wszystko się ułoży, zobaczysz – dodała, wycisnęła mokrą szmatę i podała ją przyjaciółce.  
 

Elizabeth przemyła twarz, nie przejmowała się tym, że jest zapuchnięta i czerwona. 

 

-  No  to  idę  –  rzekła  ponuro  i  ruszyła  ciężkim  krokiem  w  stronę  salonu,  gdzie 

przesiadywał  Kristian.  Zapukała  ostrożnie  i  weszła.  Kristian  siedział  odwrócony  plecami  do 
drzwi i patrzył w okno, ale odwrócił się, gdy Elizabeth chrząknęła. 
 

-  Tak?  –  Patrzył  na  nią  pytająco.  Miał  na  sobie  świąteczne  ubranie,  czarną  kurtkę  i 

czarne  spodnie.  Koszula  była  biała  niczym  świeży  śnieg,  miała  sztywny  kołnierzyk.  Po 
ś

mierci  ojca  Kristian  przestał  uczestniczyć  w  pracach  domowych,  wynajął  nawet 

dodatkowego parobka. 
 

- Jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać – zaczęła Elizabeth, skubiąc palce. 

 

- Ach tak. Nie usiądziesz? – spytał, wskazując krzesło naprzeciwko siebie. 

 

Elizabeth przykucnęła na brzegu, zaskoczona, że krzesło jest takie twarde. Myślała, że 

jest wyścielone puchem. 
 

- Dostałam dzisiaj list od taty. – Umilkła na chwilę, jakby zbierała siły. – On pisze, że 

teraz, po śmierci mamy, nie daje sobie rady z wychowaniem mojej młodszej siostry, Marii. 
 

Kiedy  raz  zaczęła  mówić,  słowa  gładko  płynęły  z  jej  ust.  –  Niedługo  będzie  musiał 

wyjechać na zimowe połowy, ktoś w tym  czasie  musi się zajmować małą. Zresztą nie tylko 
wtedy, później też. Ojciec pisze, że nie widzi innej możliwości, tylko oddać małą do obcych 
ludzi. 
 

Kristian przeczesał palcami czarną grzywkę. 

 

- I ty chcesz jechać do domu, żeby się nią zająć? 

 

- Tak – powiedziała po prostu i czekała na jego reakcję. 

 

Kristian  wstał  i  wpatrywał  się  w  małe  szybki  okna.  Duże  płatki  śniegu  lepiły  się  do 

szkła. 
 

- Dobrze się czułaś tutaj w Dalsrud? – spytał. 

 

-  Tak  –  skłamała  i  musiała  przygryzać  wargi,  by  nie  powiedzieć  więcej…  nie 

powiedzieć prawdy. 
 

Kristian odwrócił się do niej i z wielką powagą zapytał: 

 

- Będziesz za mną tęsknić? 

 

Patrzyła  na  niego  długo.  Czy  on  sobie  żartuje?  W  takim  razie  jest  dobrym  aktorem, 

pomyślała, zwracając uwagę, że w jego wzroku pojawił się jakiś bolesny błysk. 
 

- Nie wiem, co odpowiedzieć na takie pytanie – odparła – ale myślę, że będę tęsknić 

za wszystkimi. 

background image

 

91

 

Ważył przez chwilę jej słowa. 

 

- Jaką miałaś obiecaną zapłatę? 

 

- Dziesięć talarów i wełnę z jednej owcy w roku. Ale byłam tylko pięć miesięcy. 

 

- W takim razie, powiedzmy, połowę – oznajmił zdecydowanie. 

 

Elizabeth wstała z ulgą, ale też trochę niepewna. Przy drzwiach przystanęła. 

 

- Kiedy będę mogła wyjechać? 

 

- Zapłatę przygotuję ci jeszcze dzisiaj. 

 

Elizabeth była zaskoczona, że tak łatwo to poszło. 

Spodziewała się jednak protestów. Równocześnie ogarnęło ją też rozczarowanie. A może on 
jest zadowolony, że Elizabeth wyjeżdża? 
 

- To, kiedy wyruszasz, zależy od ciebie – dodał, odpowiadając w końcu na jej pytanie. 

– To daleko, będziesz musiała długo iść – dodał. 
 

- Iść? – Z jakiegoś powodu Elizabeth była pewna, że ją odwiozą. Może uraziła go tym, 

ż

e nie powiedziała, czy będzie za nim tęsknić. 

 

-  To  prawda  –  rzekła  stanowczo  i  wyszła.  Najważniejsze,  że  umowa  została 

rozwiązana. 
 
Rozdział 14 
 
 

Mróz  znowu  chwycił  i  ziąb  był  przejmujący.  Biały  obłok  unosił  się  przy  twarzy 

Elizabeth,  kiedy  oddychała.  Nos  i  usta  miała  kompletnie  zdrętwiałe,  ale  poza  tym  było  jej 
ciepło. Szło jej się dobrze, na szczęście, bo doga z Dalsrud do domu jest długa. 
 

Pożegnanie z mieszkańcami dworu było przykre. Nawet Nikoline głos się trząsł, kiedy 

mówiła „do widzenia”.  
W głębi duszy Elizabeth jakoś jej współczuła. 
 

Sanie zaprzężone w konia przemknęły obok tak szybko, że ledwo zdążyła uskoczyć do 

rowu. To doktor jechał z pewnością do chorego. Nawet na nią nie spojrzał, koń biegł szybko, 
rozpryskując  śnieg  na  wszystkie  strony.  Niczego  innego  nie  mogła  oczekiwać.  Ujęła  więc 
znowu swoją zniszczoną walizkę i szła dalej. W drugiej ręce trzymała worek z wełną. 
 

Kristian przyniósł jej pieniądze i wełnę, tak jak obiecał. 

Mówił  niewiele,  życzył  tylko  wszystkiego  dobrego.  Elizabeth  miała  nadzieję,  że  podziękuje 
jej za pracę we dworze. Przecież nigdy się nie oszczędzała, tak jak uczono ją w domu. 
 

Ale teraz ma to już za sobą. 

 

Idąc  próbowała  znaleźć  słowa,  jakimi  wyjaśni  ojcu,  dlaczego  wróciła.  Pierwsze  było 

oczywiste: wróciła, bo musi zająć się Marią i dlatego, że w domu potrzebna jest kobieca ręka. 
Kto będzie pracował w oborze, kiedy ojciec wypłynie na ryby, czy zastanawiał się nad tym? Z 
pewnością  rozmawiał  z  Dorte,  ale  teraz  Elizabeth  wszystko  przejmie,  ojciec  powinien  to 
zrozumieć. Najgorszy problem to jej brzuch. Kiedy powinna poinformować ojca? 
 

Elizabeth  przystanęła.  Była  prawie  u  celu.  Po  lewej  stronie  widziała  wieś.  Na  widok 

znajomych miejsc w sercu pojawiła się radość. Jakie to miłe uczucie. U stóp wysokiej prawie 
do  nieba  góry  rozłożyły  się  doki,  jakby  uczepione  skały.  Torfowe  dachy  pokrywała  teraz 
gruba warstwa śniegu. Wzrok Elizabeth kierował się w stronę fiordu, nad którym unosiła się 
marznąca mgła. Przeniknął ją lodowaty dreszcz. Ale już blisko. Trzeba tylko okrążyć górę i 
będzie w domu! 
 
 

Ojciec  wychodził  właśnie  z  obory,  kiedy  Elizabeth  mijała  narożnik  domu.  Niósł 

wiadro  z  mlekiem.  O  tej  porze  roku  zwierzęta  trzeba  było  obrządzać  rano,  w  południe  i 
wieczorem. A zatem jest już tak późno, pomyślała Elizabeth przystając. Maria szła za ojcem, 
usta jej się nie zamykały jak zwykle. 

background image

 

92

 

-  Muszę  porządnie  zamknąć  drzwi  obory,  tak,  żeby  huldra  nie  weszła  do  środka  – 

mówiła mała z przejęciem. 
- Bo huldra mogłaby zamienić nasze zwierzęta na swoje, prawda, tato? 
 

- Prawda – odparł ojciec w powietrze. Myślami był najwyraźniej gdzie indziej. Nagle 

zobaczył Elizabeth. Długo stał jak wryty i patrzył, w końcu postawił wiadro w śniegu. Nadal 
jednak stał w miejscu, jakby zobaczył upiora. 
 

- No idź – marudziła Maria, popychając ojca. a ponieważ nie reagował, okrążyła  go, 

brodząc w głębokim śniegu, po czym znowu weszła na wymiecioną ścieżkę. Spojrzała w górę 
na ojca, żeby sprawdzić, czemu on się tak przygląda, po czym zobaczyła siostrę. 
 

-  Elizabeth!  –  wrzasnęła  na  całe  gardło  i  pobiegła  ku  gościowi.  Obejmowała  uda 

siostry i tuliła policzek do brzucha. 
 

- Oj, jaki masz gruby brzuch – powiedziała ze śmiechem. 

 

Elizabeth  poczuła,  że  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  –  To  dlatego,  że  jestem  tak  grubo 

ubrana  –  kłamała  ochrypłym  głosem.  Jakim  sposobem  Maria  odkryła  to,  czego  dorośli  nie 
widzą? 
 

Ojciec podszedł do nich. 

 

- Teraz przyjechałaś do domu? – spytał. 

 

-  Tak,  nie  mogłam  pozwolić,  żebyś  oddał…  -  Elizabeth  umilkła.  Czy  ojciec 

powiedział  Marii,  że  chce  ją  oddać?  I  czy  siostra  nie  zauważyła,  że  ona  o  mało  się  nie 
wygadała? Nie, Maria zajęta była teraz wzrokiem z wełną. 
 

- Patrz, jaka się zrobiłam silna, Elizabeth – mówiła, unosząc worek ponad głowę. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się i przytaknęła, zanim znowu odwróciła się do ojca. 

 

- Porozmawiamy o tym w domu. 

 

On przytaknął i wziął wiaderko z mlekiem. 

 

-  Witaj  w  domu,  mimo  wszystko  –  bąknął,  wchodząc  przed  córkami  przez  niskie 

drzwi. 
 

Maria wszystkimi swoimi pytaniami rozpraszała przygniatający nastrój. 

 

- Jak długo teraz zostaniesz w domu, Elizabeth? 

 

- Na zawsze. Będę się tobą opiekować, kiedy tata popłynie do Storvaagen na zimowe 

połowy.  I  przez  wszystkie  pozostałe  dni.  –  Elizabeth  zauważyła,  że  ojciec  ostrzygł  małej 
grzywkę. Wypadło krzywo, a warkocze się rozplatają. Może Maria sama się teraz czesze? 
 

-  Ja  jestem  duża  i  wiele  rzeczy  umiem  sama  zrobić!  –  Maria  wdrapała  się  na  łóżko. 

Ojciec był zajęty przy piecu, ale Elizabeth zauważyła, że śledzi jej każde słowo. 
 

- No pewnie, że sobie radzisz – przytaknęła Elizabeth. 

-  W  takim  razie  może  będziemy  sobie  nawzajem  pomagać?  –  Odstawiła  na  bok  worek  z 
wełną i zwróciła się do ojca: - Dostała, wełnę za pół roku pracy. I pięć talarów.  
 

Nareszcie na nią spojrzał. 

 

- A nie jesteś winna tam żadnych pieniędzy? 

 

Elizabeth rozzłościła się i odpowiedziała szorstko: 

 

- Ja tam ani razu nie byłam w sklepie, tato. Pieniądze dostaniesz na spłatę pożyczki. 

Wtedy zostanie ci już tylko pięć talarów. Nikomu nic w Dalsrud nie jestem winna, zapamiętaj 
to sobie. Wełnę możesz sprzedać w sklepie Storvika – dodała, opierając ręce na biodrach. 
 

W  piecu  nareszcie  się  rozpaliło  jak  należy.  Ojciec  powiesił  saganek  z  wodą  na 

ogniem. 
 

-  Zrobię  coś  gorącego  do  picia,  pewnie  powinnaś  się  rozgrzać.  A  nie  jesteś  głodna? 

Mamy jeszcze trochę ryby i ziemniaków. 
 

Elizabeth  podziękowała  i  za  jedzenie,  i  za  piecie.  Była  głodna,  chociaż  Gurine 

przygotowała jej solidny posiłek prowiant na drogę. 
 

Spotkanie  z  ojcem  wypadło  nie  tak,  jak  myślała.  Oczekiwała,  że  on  się  ucieszy, 

tymczasem sprawiał wrażenie zagniewanego. Jak zareaguje, kiedy dowie się, że córka jest w 

background image

 

93

ciąży,  nie  miała  odwagi  nawet  sobie  wyobrażać.  Ale  zachowanie  ojca  nie  sprawiało  jej 
przykrości, raczej wywoływało gniew. To do niego nie podobne. 
 
 

Przez  resztę  dnia  chodził  koło  siebie  niczym  obcy  ludzie.  Elizabeth  wciąż 

wynajdywała sobie jakieś zajęcia, dzięki czemu nie odczuwała tak bardzo tej dręczącej ciszy. 
A  przy  tym  czuła  na  sobie  jego  wzrok,  cokolwiek  robiła.  Jak  wtedy,  kiedy  przyglądała  ich 
ubrania.  Niektóre  były  podarte  i  wymagały  połatania,  trzeba  zrobić  na  drutach  rękawice  i 
skarpety przed zimowymi połowami, trzeba wypełnić skrzynię z jedzeniem dla ojca. o wiele 
rzeczy chciała ojca zapytać. Czy ma dość jedzenia na te miesiące, kiedy będzie poza domem? 
Czy  jest  dość  wełny,  by  zrobić  nowe  ubrania?  Te  wełnę,  którą  przyniosła  ze  sobą,  trzeba 
sprzedać. Ile mogą za to dostać? 
 

Spróbowała znowu: 

 

- Jutro możesz wziąć wełnę do Storvika i sprzedać. 

 

Ojciec nie odpowiedział. Ale też nie było to pytanie. 

Elizabeth dla Marii też znalazła robotę. 
 

- Maria, pocerujesz te skarpety. Chyba umiesz? 

 

- Pewnie, że tak. Przecież na wiosnę skończę sześć lat. 

 

-Bardzo dobrze,  ale rób  to starannie. Nie byle jak!  Żeby  nie trzeba było  poprawić. – 

Elizabeth mówiła szorstko, choć tego nie chciała. Maria umilkła. 
 
 

Do  obory  poszła  sama.  teraz,  kiedy  wróciła  do  domu.  Chciała  przejąć  wszystko,  co 

uważa się za zajęcia kobiece. Żeby tylko ojciec się przekonał, że jestem w domu potrzebna, 
pomyślała urażona. 
 

Dopiero  kiedy  Maria  zasnęła,  Elizabeth  zaczęła  poważną  rozmowę  z  ojcem.  Miała 

czas, żeby się przygotować. 
 

- Dlaczego ty jesteś zły, tato? – Stała pośrodku kuchni. 

Gdyby  wstał,  żeby  wyjść,  zastąpi  mu  drogę.  Ale  on  siedział  skulony,  ręce  opierał  na 
kolanach. Mocno wyłysiał, nad czołem porobiły mu się zatoki, stwierdziła córka. 
 

Wpatrywał się w podłogę, odpowiadając: 

 

- Myślałem, że coś z cienie będzie, Elizabeth. 

 

- Co masz na myśli? 

 

- No, dostałaś tę pracę. Było ci tam dobrze, mogłaś zarabiać pieniądze. 

 

Elizabeth poczuła, że ze złości robi jej się gorąco, kiedy wypluwała z siebie słowa: 

 

-  A  ty  byś  zamienił  Marię  za  to,  żebym  mogła  być  służącą  u  jakiegoś  bogatego 

człowieka! 
 

Ojciec wyprostował się i patrzył w okno, w ciemność. 

Nie potrafił nic powiedzieć. To pewnie dlatego, że chciał uniknąć jej spojrzenia. 
 

-  Przecież  ja  bym  ją  z  powrotem  zabrał.  to  niedobrze,  że  będziesz  się  tu  kręcić  po 

domu i harować dla mnie – rzekł cicho. 
 

Elizabeth poczuła, że złość w niej opada, złagodniała, podeszła do ojca i usiadła obok. 

 

- Chętnie wypruję sobie żyły dla tych, których kocham, ale nie dla właścicieli Dalsrud, 

za żadne pieniądze świata. 
 

W końcu ojciec na nią spojrzał, zastanawiał się przez chwilę, a potem powiedział: 

 

-  Powinienem  ci  w  takim  razie  podziękować.  Dobrze  jest  mieć  cię  znowu  tutaj.  – 

Potem wstał i poszedł do alkierza.  
 

Wielkie słowa, jak na niego, pomyślała Elizabeth, kiedy została sama. no to tę sprawę 

mamy za sobą. Teraz pozostało już tylko jedno. Nie wiedziała, czy powiedzieć mu o ciąży już 
teraz,  czy  zaczekać  jeszcze  trochę.  Ostatecznie  postanowiła  czekać.  Niech  on  najpierw 
przywyknie do tego, że córka znowu jest w domu. 
 

background image

 

94

 

Ojciec  zabrał  Marię  i  popłynęli  na  drugą  stronę  odnogi  fiordu  do  Storvika.  Ojciec 

zostawił trochę wełny  na własny użytek,  resztę  miał wymienić na produkty. Musi mieć pod 
dostatkiem  jedzenia,  kiedy  pojedzie  na  zimowy  połów,  a  także  dla  córek,  zostających  w 
domu. W każdym razie starczy tego, jeśli będzie się oszczędzać, uważał. Trochę zresztą też 
odłożył za prace, które wykonywał dla Jakoba. Nie był taki całkiem nieprzygotowany. 
 

Elizabeth  w  znacznie  lepszym  humorze  zaczęła  sprzątać  w  domu.  Minął  ledwie 

miesiąc,  jak  stąd  wyjechała,  ale  wszystko  wymagało  dokładnego  mycia.  Cieszyła  się,  że 
sprząta  w  tym  małym  domku  i  dla  tych  ludzi,  których  kocha  i  którzy,  tego  była  pewna, 
docenią to, co dla nich robi. 
 

Kiedy  w  całym  domu  pachniało  mydłem,  postanowiła,  że  wykorzysta  resztę  mąki, 

która im jeszcze została. 
Ojciec  z  pewnością  przywiezie  nowy  zapas,  a  świeżo  pieczony  chleb  sprawi  im  wielką 
przyjemność.  Ciepły  dom,  pachnący  chlebem  i  mydłem  –  czy  istnieje  coś  lepszego,  kiedy 
człowiek jest przemarznięty i zmęczony? – myślała, nucąc przy robocie. 
 

Kiedy chleb był gotowy, nakryła do stołu. Gdyby to było lato, nazbierałaby kwiatów i 

postawiła  w  oknie.  W  końcu  zobaczyła,  że  wracają.  Ojciec  wyciągnął  łódź  na  brzeg  i 
starannie  ją  zamocował.  Potem  wziął  Marię  na  ręce  i  wyniósł  z  łodzi.  Wyjmując  produkty, 
coś  mówił  do  córki.  Ona  ze  złością  tupała  nogą,  Elizabeth  marszcząc  brwi  starała  się 
zorientować, o co chodzi, co się tam dzieje? Ojciec pokazywał w stronę domu Dorte, w końcu 
pochylił się i dał córce kuksańca w bok. Maria poszła ze złością. 
 

Dlaczego  ojciec  wysłał  małą  do  Neset?  Elizabeth  wciąż  stała  przy  oknie,  gdy  ojciec 

wszedł,  tupiąc  ciężkimi  butami.  Produkty,  które  złożył  w  skrzyni,  postawił  z  hałasem  na 
podłodze. Wchodząc, wpuścił do izby zimowy chłód, jego głos też był zimny niczym lód. 
 

-  Coś  ty  tam  nawyprawiała  w  tym  Dalsrud?  –  spytał  bez  wstępów.  –  Nie  próbuj 

zaprzeczać!  –  Wściekłym  ruchem  ściągnął  czapkę  z  głowy.  Niebieskie  oczy  miotały 
błyskawice. 
 

Elizabeth  po  prostu  patrzyła,  nie  była  w  stanie  wykrztusić  ani  słowa.  Nigdy  nie 

widziała  ojca  w  takiej  złości.  Zresztą  czy  w  ogóle  kiedyś  widziała  go  rozgniewanego? 
Zastanawiała się. on, który zawsze podporządkowywał się poleceniom Ane-Margrethe? 
 

- Co masz na myśli? – spytała, żeby zyskać na czasie. 

 

- Nie udawał głupszej niż jesteś. 

 

Cios był celny. Nigdy przedtem ojciec nie powiedział, że jest głupia. 

 

-  Wytłumacz  mi  wyraźniej  –  powiedziała  surowo,  czując,  że  ogarnia  ją  gniew.  Już 

dostatecznie mocno została sponiewierana! Teraz z tym koniec! 
 

- Maria powiedziała mi to i owo, kiedy płynęliśmy do Storvika. Jeszcze i tak szczęcie, 

ż

e nikt inny tego nie słyszał. 

 

-  Maria?  –  Elizabeth  początkowo  nic  nie  rozumiała.  Nagle  wszystkie  fragmenty 

znalazły  się  na  swoich  miejscach.  Przecież  Maria  zwróciła  uwagę,  że  Elizabeth  ma  duży 
brzuch. Czyżby powiedziała o tym ojcu, a on wyciągnął z tego odpowiednie wnioski? 
 

- Tato, ja spodziewam się dziecka – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. Kiedy te 

słowa zostały wypowiedziane, Elizabeth odczuła wielką ulgę. 
 

- Z kim? – spytał ojciec bezbarwnym głosem. 

 

- Z Leonardem! – A zatem powiedziane zostało wszystko, tego nie można  już cofnąć. 

 

Ojciec gapił się na nią z niedowierzaniem, potem spuścił wzrok i patrzył w podłogę. 

Elizabeth też tak zrobiła. Wokół jego stóp powstała kałuża z topniejącego śniegu. 
 

Po chwili ojciec zaczerpnął powietrza i zapytał: 

 

- Ale chyba nie poszłaś do łóżka z Leonardem Dalsrudem z własnej woli. Nie zrobiłaś 

tego? 
 

Czy w jego głosie brzmiał lęk, czy nadzieja? 

background image

 

95

 

-  Nie,  tato,  nie  zrobiłam.  –  trudno  było  jej  wypowiadać  słowa.  To  niemal  gorsze  niż 

wspomnienia  tamtego  potwornego  jesiennego  dnia.  –  Nie  –  powtórzyła  stanowczo.  –  On 
wziął mnie siłą. 
 

Poczuła, że trzeba wyznać wszystko, teraz, w tej chwili.  

 

- Poszarpał na mnie ubranie, bił mnie, wyzywał najgorszymi słowami, na koniec mnie 

zgwałcił  i  teraz  jestem  w  ciąży!  Tak  dobrze  mi  było  w  Dalsrud!  Dziecko  urodzi  się  na 
początku lata. Ale teraz Leonard nie żyje. Doktor powiedział, że zaszkodziło mu coś, co zjadł. 
Zachorował i umarł. 
 

Nagle nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Zerwała się z miejsca, odepchnęła ojca 

na bok i wybiegła z domu. Musiała wyjść. Ojciec nie może widzieć, jak płacze. 
 

Poszła do obory i wślizgnęła się do zagrody dla owiec. 

Skulona  w  kłębek  siedziała  i  płakała,  dopóki  nie  zmęczyła  się  tak,  że  nie  była  w  stanie  się 
ruszyć.  Wpatrywała  się  w  swoje  poocierane  palce.  Myła  i  szorowała  dom  do  czysta,  by 
zdążyć, zanim ojciec i Maria wrócą. No i skończyło się w ten sposób. 
 

 

 

Minęło sporo czasu, nim ojciec do niej przyszedł. Przyniósł to okrycie ze skór, którego 

używa do wyjazdów na ryby i otulił ją szczelnie. Potem, podpierając córkę, zaprowadził ją do 
domu.  Maria  już  wróciła,  ale  nie  mówiła  wiele.  Elizabeth  zastanawiała  się,  co  ojciec  jej 
powiedział. Mała nie skończyła jeszcze sześciu lat i nie wiedziała, co może mówić, a czego 
nie. Nie miała na myśli nic złego, kiedy paplała o różnych rzeczach. Później Elizabeth będzie 
musiała z nią porozmawiać. 
 

Nie miała ochoty na jedzenie, czuła się bezgranicznie zmęczona i chciała tylko spać. 

Ojciec też ją do tego zachęcał. 
 

- Idź i połóż się, Elizabeth – powiedział łagodnie, jakby chciał naprawić wszystko, co 

ich poróżniło. Elizabeth nie protestowała. Wślizgnęła się pod okrycie, czuła, że ciało wolno 
się rozgrzewa, a sen kładzie czarną zasłonę na wszystkich złych myślach. 
 

 

 

Następnego  dnia  podjęła  decyzję.  Jens  musi  się  dowiedzieć  o  jej  stanie.  Wczoraj 

Maria została wysłania do Dorte, jej z pewnością też powiedziała o brzuchu Elizabeth. 
Wkrótce wiadomość rozjedzie się po całej okolicy. 
 

Jens  musi  wiedzieć,  dlaczego  z  nich  nigdy  nie  będzie  para,  ale  musi  się  tego 

dowiedzieć od niej, a nie z krążących po wsi plotek. 
 

Miała szczęście, Jens stał na brzegu i wylewał wodę z łodzi. Mogą więc porozmawiać 

sam  na  sam.  Elizabeth  szła  ostrożnie  po  mokrych  kamieniach.  Twarz  Jensa  rozbłysła  w 
szerokim  uśmiechu,  kiedy  ją  zobaczył.  Nie  powiedział  jednak  nic,  stał  tylko  i  czekał. 
Uśmiech zgasł, kiedy zobaczył poważną twarz Elizabeth. 
 

- Muszę z tobą porozmawiać, Jens – zaczęła Elizabeth bez powitania i wszelkich tego 

rodzaju uprzejmości. 
 

Jens wciąż na nią patrzył. 

 

- Chciałam, żebyś usłyszał o tym najpierw ode mnie. 

Później  z  pewnością  inni  też  ci  powiedzą.  –  Chrząknęła.  –  Ja  nie  mogę  wyjść  za  ciebie  za 
mąż.  Nigdy  nie  będziemy  mogli  być  razem.  –  Wciągnęła  powietrze.  –  Jestem  w  ciąży.  – 
Widziała, jak Jens sztywnieje, mówiła więc dalej pospiesznie. – Leonard Dalsrud wziął mnie 
siłą. No to teraz wiesz.  
 

W końcu chłopak odzyskał mowę: 

 

-  Wziął  cię  siłą?    Przecież  nie  mógł  tylko…  co  spowodowało,  że  to  zrobił? 

Powiedziałaś może coś, co źle zrozumiał? 
 

A więc on mnie osądza mimo wszystko, pomyślała i wrzasnęła: 

 

-  Co  ty  sobie  myślisz?  Gówniarz  jesteś,  Jens.  Nie  pokazuj  mi  się  więcej  na  oczy, 

zapamiętaj sobie! 

background image

 

96

 

Rzuciła się do ucieczki po śliskich kamieniach. Jens wołał coś za nią, ale nie słyszała. 

Nie chciała się zatrzymywać, a tym bardziej pytać. 
 

Uspokoiła się trochę dopiero, gdy wróciła do Nymark. 

Ż

ałowała,  że  tak  nakrzyczała  na  Jensa,  ale  wiedziała,  że  w  najbliższym  czasie  wielu  ludzi 

będzie ją osądzać, musi nauczyć się nie dawać. A poza tym, dlaczego mu nie wykrzyczała, że 
wcale nie jest lepszy, on który spędził noc razem z Dorte! 
 

Ojciec wyszedł z szopy na łodzie. Nic nie powiedział, nie przywołał jej do siebie. Stał 

tylko z rękami zwieszonymi wzdłuż ciała i czekał. Elizabeth podeszła. 
 

-  Rozmawiałam  z  Jensem  –  oznajmiła.  –  Powiedziałam  mu  wszystko.  ale  on…  on 

chyba bierze stronę Leonarda.  
 

Ojciec  wrócił  do  szopy  i  zabrał  się  do  naprawiania  sieci,  przecinał  sznurki  małym 

nożykiem, inne wziął w supły. Ręce pracowały szybko, z wprawą. 
 

- Co teraz zrobisz? – Spytał w końcu/ 

 

- W domu czeka na mnie praca – odparła, choć wiedziała, że on chyba nie o to pytał. 

 

-  Tak, no tak. 

 

Milczenie trwało dłuższą chwilę, w końcu kiedy Elizabeth odwróciła się, żeby odejść, 

ojciec powiedział: 
 

- Maria jest w domu sama. przypilnuj, żeby nie zrobiła czegoś złego. – Próbował się 

uśmiechać,  jakby  chciał  dodać  jej  odwagi.  Przynajmniej  on  nie  jest  na  mnie  zły,  pomyślała 
Elizabeth. 
 

- Mógłbyś wziąć te sieci i przyjść do kuchni, tato, to nie musiałbyś tak marznąć. 

 

- Myślałem, że nie lubisz, kiedy brudzę. 

 

- Zmieniłam zdanie. – Odwróciła się i poszła do domu. 

Wiedziała, że on przyjdzie za nią po chwili. Rozumie, że jest jej teraz potrzebny. 
 
 

W  czasie  przed  wyjazdem  mężczyzn  na  zimowe  połowy,  Elizabeth  prawie  nie 

wychodziła  z  domu,  tyle  miała  roboty.  Maria  musiała  przejąć  większość  domowych 
obowiązków.  Trzeba  było  przygotować  skrzynie  z  jedzeniem  dla  ojca,  który  zostanie  poza 
domem  wiele  miesięcy.  Elizabeth  chętnie  siedziała  do  późna  w  nocy,  z  jakąś  robótką  na 
drutach czy szyciem. Ale nikt nigdy nie widział, żeby płakała, nikomu nie skarżyła się na to, 
co ją spotkało. Tylko nocami, kiedy wszyscy spali, a ona mogła schować się pod okryciem, 
pozwalała  sobie  na  słabość.  Kuliła  się  i  płakała.  Płakała  dlatego,  że  mama  umarła  i  nad 
własnym  losem,  płakała  długo,  że  stała  się  morderczynią,  która  odebrała  życie  innemu 
człowiekowi i dlatego, że nigdy nie dostanie Jensa. I płakała, że nie potrafiła dotrzymać danej 
sobie obietnicy, że nie będzie więcej wylewać łez. 
 
 

Wieczorem  przed  wyjazdem  mężczyzn  na  łowiska  dała  siostrze  wolne  i  sama  zajęła 

się  obrządkiem.  Maria  była  w  domu  wielką  pomocą.  Wyćwiczyła  się  też  w  robieniu  na 
drutach tak, że parę skarpet lub rękawic robiła w ciągu dwóch, trzech dni. 
 

Właściwie  Elizabeth  skończyła  już  pracę,  ale  nie  miała  ochoty  wychodzić. 

Przykucnęła w zagrodzie dla zwierząt i drapała kozę po głowie. 
 

Kiedy drzwi się otworzyły, była pewna, że to ojciec albo Maria przyszli jej szukać. Aż 

jęknęła ze zdumienia, kiedy odkryła, że to Jens. Pochylał się w niskich drzwiach. Czapkę miał 
na głowie, ale rękawice zdjął. Nerwowo zwijał je w palcach. 
 

-  Powiedziałaś,  że  nie  chcesz  mnie  więcej  widzieć  –  zaczął  cicho.  –  Ale  ja 

przyszedłem mimo to. Wypływamy jutro rano i chciałbym przedtem coś powiedzieć. 
 

Elizabeth odwróciła głowę, wzięła wiązkę siana, udając, że jest bardzo zajęta. 

 

- No to mów, słucha, 

 

- Ty mnie źle zrozumiałaś. Ty myślałaś, że ja myślę, że ty… - słowa m się mieszały 

bez sensu i musiał zacząć od początku. 

background image

 

97

 

- Ja wiem, że nie zrobiłaś nic, co by… żeby Dalsrud miał prawo ci to zrobić. Wiem, że 

wziął cię siłą. Rozumiesz, co mam na myśli? 
 

Elizabeth odwróciła się ku niemu i wolno wyszła z zagrody. 

 

- Mówisz, że wiesz, że byłam niewinna? 

 

- Tak, on nie miał prawa zrobić tego, co zrobił. ale teraz, jak słyszę, Leonard nie żyje, 

więc nie musimy o tym więcej rozmawiać. 
 

Elizabeth  o  mało  się  nie  rozpłakała  z  radości,  wiele  razy  przełykała  ślinę,  szukając 

odpowiednich  słów.  Więc  Jens  słyszał  o  śmierci  Leonarda.  Na  szczęście  jednak  nie 
wypytywał, co ją spowodowało. 
 

- Dziękuję ci, Jens – powiedziała na pół z płaczem. 

 

Jens  zwilżył  wargi  końcem  języka,  przesuwał  czapkę  w  przód  i  w  tył,  jakby  go 

uwierała, potem powiedział: 
 

- Nadal chcę się z tobą ożenić, Elizabeth. 

 

- A co z dzieckiem, które urodzi się na początku lata? – spytała. – Chcesz wziąć ten 

wstyd na siebie? Ludzie będą gadać. Co powiedzą u ciebie w domu, myślisz, że oni się na to 
zgodzą? – Miała tyle pytań, ale musiała się powstrzymywać.  
 

-  Powiemy,  że  dziecko  jest  moje,  Elizabeth.  Na  to  też  oni  nie  popatrzą  łaskawym 

okiem. Ciąża przed ślubem, ale… co mi odpowiesz? 
 

-  Sama  nie  wiem  –  odparła  nagle  wyciszona.  –  Nie  wiem,  czy  mogę  pozwolić,  byś 

zrobił dla mnie coś takiego, Jens. Jesteś dla mnie za dobry. To nie byłoby sprawiedliwe. 
 

- Sprawiedliwe dla kogo? Ja chcę ciebie za żonę, Elizabeth. Kocham cię. I wcale nie 

jestem  dla  ciebie  za  dobry.  Wprost  przeciwnie.  –  Podszedł  parę  kroków,  ale  Elizabeth 
powstrzymała go ruchem dłoni. 
 

-  Spędzisz  parę  miesięcy  w  Storvaagen.  Pomyśl  o  tym  przez  ten  czas.  Jeśli  po 

powrocie do domu nadal będzie mnie chciał, wtedy ci odpowiem. 
 

Jens  uśmiechnął  się  lekko.  Jakie  on  ma  białe  zęby,  pomyślała  Elizabeth,  czując 

mrowienie  w  ciele,  o  którym  zdążyła  już  zapomnieć.  Pożądanie?  Czy  nadal  jest  w  stanie 
odczuwać coś takiego? 
 

- Uparta jesteś, Elizabeth – powiedział, wychodząc.  

Ale zanim zamknął za dobą drzwi, dodał: - Ja nie zamienię zdania. 
 

Zobaczymy, pomyślała. I zobaczymy, co ja postanowię.  

Nie jestem już tą, którą znałeś, zanim wyjechałam do Dalsrud. 
 
Rozdział 15 
 
 

Pierwszego  wieczora  po  wyjeździe  mężczyzn  na  łowiska,  Elizabeth  położyła  się 

wcześnie, razem z Marią. Siostrzyczka potrzebuje mnie teraz, powtarzała sobie wiedząc, że to 
niekoniecznie prawda. To ona potrzebowała  ciepła i bliskości drugiej istoty. Dom zrobił się 
pusty i cichy, kiedy mężczyźni wypłynęli, a ją dręczyły ponure myśli. 
 

Siostry leżały przytulone do siebie. Elizabeth opowiedziała, że potem ma piękne sny. 

Dziecko  próbowało  pogodzić  się  jakoś  ze  śmiercią  matki,  ale  kiedy  dotarło  do  małej,  że 
anioły nigdy już nie zwrócą im zmarłej, płakała przez wiele godzin. 
 

Elizabeth leżała na boku, obejmując siostrę ramieniem. 

Maria tarła oczy i ziewała. 
 

- Tak się cieszę, że nie jesteście już na mnie źli – powiedziała sennie. 

 

- A byliśmy – spytała Elizabeth. 

 

- Tak, za to, że powiedziała, tacie o twoim dużym brzuchu. Ale skąd miałam wiedzieć, 

ż

e tego nie wolno mówić? 

 

- No tak, nie mogłaś wiedzieć, już ci o tym mówiłam. 

background image

 

98

Ale teraz wiesz, że jestem gruba, w brzuchu mam maleńkie dziecko. I kiedy ono się urodzi, ty 
zostaniesz ciotką. 
 

Maria zmarszczyła brwi i zagryzała dolną wargę. 

 

- Czy będę też ciotką dziecka Dorte? – spytała. 

 

Elizabeth poczochrała jej brązowe włosy. 

 

- Przecież Dorte nie ma dziecka, ty głuptasie. 

 

Maria zaprotestowała gwałtownie. 

 

-  Oczywiście,  że  ma,  dokładnie  tak  samo  jak  ty  nosi  je  w  brzuchu.  Jej  brzuch  jest 

trochę większy – dodała w zamyśleniu. 
 

- Wiesz, Maria, że brzydko jest kłamać. Bóg się wtedy na nas złości. W każdym razie 

jest mu przykro. 
 

- Czy aniołom też jest przykro? 

 

- Tak, im też. 

 

- Ale ja nie kłamię, Elizabeth, ja mówię prawdę! Spytałam kiedyś Dorte, dlaczego ma 

taki duży brzuch, a ona powiedziała, że nosi w nim dziecko. 
 

Elizabeth zgasiła światło, szukała ochrony w ciemności, zanim spytała: 

 

- Czy Dorte powiedziała coś jeszcze? 

 

-  No,  powiedziała,  że  dostała  prawie  cały  baleron  od  Ragny  za  to,  że  pomagała  jej 

przed świętami. 
 

- Pytałam, czy powiedziała coś więcej o tym dziecku w brzuchu. 

 

Maria zastanawiała się chwilę, ale potem wydęła wargi. 

 

- Nie. już nic więcej – oznajmiła zdecydowanie. – A dlaczego? 

 

-  No  nic,  nieważne.  Teraz  musimy  spać.  –  Pocałowała  Marię  w  głowę  i  otuliła  ją 

starannie kołdrą. 
 

- Teraz musisz jeszcze raz powiedzieć do mnie przepraszam, bo myślałaś, że kłamię – 

mruczała Maria. 
 

-  Przepraszam  cię,  Mario.  Teraz  musisz  zamknąć  oczy  i  przestać  gadać,  bo  w 

przeciwnym razie nie przyjdzie anioł, żeby nad nami czuwać. 
 

- To ty też musisz zamknąć oczy. 

 

- Tak, ja też. 

 

Elizabeth długo nie mogła zasnąć. Kiedy w końcu sen nadszedł, przyniósł niespokojne 

majaczenia.  Razem  z  Jensem  Elizabeth  szła  przez  kościół.  Brzuch  miała  całkiem  płaski. 
Kiedy  spojrzała  na  ołtarz,  Jens  zniknął,  a  brzuch  zrobił  się  wielki.  Dorte  stała  ze  swoim 
dzieckiem na rękach i mówiła z uśmiechem: 
 

- To jest dziecko Jensa. 

 

Pastor  podał  Elizabeth  list.  Było  tam  napisane,  że  sprawiedliwości  musi  stać  się 

zadość.  Pewnego  pięknego  dnia  Elizabeth  zostanie  ukarana  za  zamordowanie  Leonarda 
Dalsruda. Dopiero wtedy będzie mogła czuć się wolna, ale musi zapłacić za to życiem. 
 

- To nie była moja wina – tłumaczyła pastorowi. 

 

Przerwał jej, kiedy chciała mówić dalej: 

 

- Nawet nie chcę tego słuchać. Odebrałaś życie człowiekowi i musisz ponieść karę. 

 

Odwróciła się i chciała uciec. Nagle za nią stanął jakiś mężczyzna – to kat, zrozumiała 

natychmiast.  Miał  na  twarzy  maskę.  Ale  oczy  Elizabeth  rozpoznała.  To  Leonard.  Zasłoniła 
ręką usta, by nie krzyczeć, kiedy zobaczyła siekierę. Największą, jaką kiedykolwiek widziała. 
 

Nagle znalazła się w jakimś innym, zupełnie jej nieznany, miejscu. Była tam tylko ona 

i kat. Uniósł siekierę ponad głową do ciosu… 
 

W tej chwili obudziła się z krzykiem. Była taka spocona, że nocna koszula lepiła się 

do  ciała.  Długi  warkocz  się  rozplótł,  włosy  miała  potargane.  Leżała  długo  i  rozmyślała  o 
swoim  śnie.  Wszystko  w  nim  było  takie  żywe!  Przesłoniła  twarz  rękami.  Może  to  nie  takie 

background image

 

99

dziwne, ze dręczą ją koszmary. Może to nie będzie jeszcze przez długi czas. Musi nauczyć się 
z tym żyć. 
 

W  końcu  wstała,  nalała  zimnej  wody  do  miednicy  i  wymyła  starannie  całe  ciało. 

Poczuła się o wiele lepiej. Uczesała też i zaplotła włosy, ubrała się. potem rozpaliła ogień w 
piecu, nastawiła wodę w saganku i posprzątała w kuchni. Zdążyła zrobić obrządek i ugotować 
kaszę, zanim zaczęło świtać, a nad kominami sąsiadów pojawił się dym. 
Elizabeth wiedziała, co powinna zrobić 
 

- Muszę porozmawiać z Dorte – powiedziała sama do siebie i poszła budzić Marię. 

 

-  Obudź  się,  moja  mała.  –  Poszturchiwała  delikatnie  siostrę,  ale  doczekała  się  w 

odpowiedzi jedynie sennego burczenia. Maria naciągnęła okrycie na głowę. 
 

- Posypię ci kaszę cukrem – wabiła Elizabeth. 

 

- Cukrem? 

 

- Tak, cukrem i dołożę jeszcze masła, jeśli szybko wstaniesz. 

 

-  Czy  to  prawda?  –  Potargana  dziecięca  głowa  wysunęła  się  spod  okrycia.  –  Ale 

przecież dzisiaj nie święta! 
Ś

więta się dopiero co skończyły. 

 

- To prawda. Zrobię to w nagrodę, że przedtem się na ciebie złościłam. 

 

Maria śmiała się i pogadywała, wkładając ubranie. 

 

- Ale nie sądź, że codziennie będę ci tak dogadzać – ostrzegła Elizabeth przez otwarte 

drzwi. 
 

Maria zrobiła złośliwą minę i Elizabeth usłyszała, jak mówi: 

 

- Głupia Elizabeth – widocznie jednak pożałowała tego, bo złożyła ręce i dodała: 

 

-  Przepraszam  was  aniołowie,  i  Panie  Boże,  i  Panie  Jezu.  Nie  uważam,  że  ona  jest 

głupia. I chciałam podziękować za jedzenie… chociaż go jeszcze nie zjadłam. 
 

-  Co  ty  się  tak  grzebiesz,  Maria?  –  niecierpliwiła  się  Elizabeth.  –  Jedzenie  ci 

wystygnie. 
 

-  I  powiedzcie  mamie,  że  za  nią  tęsknię  –  skończyła  Maria  swoją  szczególną 

modlitwę, a potem pobiegła do kuchni. 
 
 

Elizabeth czekała do końca śniadania, dopiero potem powiedziała do Marii. 

 

- Pójdziemy dzisiaj odwiedzić Dorte. 

 

- A dlaczego? Czy to dlatego, że ona też ma dziecko w brzuchu? 

 

- Maria! – Elizabeth ujęła pod boki. – Do jednej rzeczy musisz się przyzwyczaić. Nie 

pytaj bez końca o każdą sprawę na niebie i ziemi. 
 

-  A  dla…  -  Maria  zasłoniła  usta  ręką.  Potem  dodała  ostrożnie:  -  Myślę,  że 

mogłybyśmy pójść po południu, ale możliwe, że ty uważasz inaczej. 
 

Elizabeth musiała się uśmiechnąć. 

 

- Pójdziemy teraz – oznajmiła. – Ubierz się ciepło, na dworze mróz. 

 

- Czy mogę o coś spytać? – szepnęła Maria, kiedy szły w stronę Neset. 

 

- Pytaj. 

 

- Czy ludzie chodzą w odwiedziny tak wcześnie rano? 

 

- Nie, ale Dorte nie jest w takich sprawach za bardzo uważająca. 

 

Nie mówiły już nic więcej. Elizabeth próbowała ustalić, co powie, kiedy znajdzie się u 

Dorte,  ale  słowa  jakoś  się  nie  składały.  Wiedziała  tylko,  że  musi  to  zrobić  dzisiaj.  Trzeba 
sprawę wyjaśnić przed powrotem Jensa. 
 
 

Dorte była zaskoczona, ale i uradowana, kiedy przyszły. 

 

- Dzień dobry, to tacy goście przychodzą w odwiedziny? – spytała. 

background image

 

100

 

Elizabeth  miała  ochotę  dowiedzieć  się,  co  ma  na  myśli  mówiąc,  tacy  goście,  ale 

zrezygnowała.  Pewnie  to  tylko  takie  powiedzenie.  Nie  trzeba  wszystkiego  rozpatrywać  od 
najgorszej strony. Uśmiechała się więc szeroko.  
 

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy ci w pracy. 

 

-  Mój  Boże,  nie,  wchodźcie.  Właśnie  miałam  robić  herbatę.  Siadajcie,  napijemy  się 

razem. 
 

Więc kawy już nie ma – domyśliła się Elizabeth. Maria znalazła małą szmacianą lalkę, 

która  leżała  przy  skrzyni  z  torfem.  Pewnie  Dorte  ją  uszyła,  kiedy  Maria  u  niej  mieszkała, 
pomyślała Elizabeth. 
 

Usiadły  przy  stole,  przez  chwilę  rozmawiały  o  pogodzie  i  wichurach,  w  końcu 

Elizabeth postanowiła dłużej nie zwlekać. 
 

- Słyszę, że spodziewasz się dziecka? – powiedziała, wskazując głową brzuch Dorte. 

 

- Tak. 

 

Elizabeth  zorientowała  się,  że  Dorte  wolałaby  o  tym  nie  rozmawiać.  W  takim  razie 

jesteśmy dwie w takiej samej sytuacji, pomyślała i wstydziła się, wypytując Dorte dalej: 
 

- Muszę cię zapytać wprost, kto jest ojcem? – Dorte zacisnęła wargi, skrzydełka nosa 

poruszały się niespokojnie. 
 

- Uważam, że nie powinno cię to obchodzić. 

 

Elizabeth  kurczowo  ściskała  kubek  z  herbatą,  zerkając  pospiesznie  na  Marię.  Mała 

zajęta  była  lalką  i  nie  słyszała,  o  czym  półgłosem  rozmawiają  obie  kobiety.  Mimo  to 
Elizabeth pochyliła się ku Dorte. 
 

-  Chcę  wiedzieć,  czy  to  nie  Jens.  Widziałam  go  kiedyś  latem,  jak  wcześnie  rano 

wymykał się z twojego domu. 
Zaprzeczysz? 
 

Dorte  wpatrywała  się  w  nią.  Elizabeth  zauważyła,  ze  ma  niebieskie  plamki  na 

zielonych  tęczówkach.  Była  tym  zaskoczona.  Zawsze  myślała,  że  oczy  Dorte  są  całkiem 
zielone.  Boże,  dlaczego  ja  się  wplątuję  w  taką  głupią  sprawę,  pomyślała.  –  Czy  to  on  jest 
ojcem? – Powtórzyła jeszcze raz. 
 

- Nie – odparła Dorte stanowczo. – To nie on. 

 

- Kłamiesz. A co w takim razie on tu robił? 

 

- Miał mi naprawić blat w kuchni. 

 

- Dorte, ja nie jestem głupia. Jens mi się oświadczył, chcę znać prawdę. 

 

Zaległa długa cisza. Dorte uniosła kubek z herbatą, ale natychmiast go odstawiła. Nie 

piła, nerwowo obracała kubek w rękach. Wygląda, jakby powietrze z niej uszło. 
 

- To chcesz teraz wyjść za mąż? 

 

-Elizabeth nie odpowiadała. 

 

- Tak, Jens tutaj był – przyznała Dorte z westchnieniem. – Najpierw jednak opowiem 

ci  coś  innego.  Otóż  w  Storvika  mieszkał  pewien  parobek,  który  pracował  tam  w  jednym 
dworze.  My…  nie  wiem,  jak  ci  to  powiedzieć.  Myślę  jednak,  że  on  się  we  mnie  zakochał. 
Powiedział  mi  to  wiele  razy.  Ty  wiesz,  Elizabeth,  że  ja  już  kiedyś  byłam  mężatką,  ale  mój 
mąż utonął w morzu. 
 

Elizabeth  przytakiwała.  Pamiętała  o  tym.  Ale  jej  myśli  w  tej  chwili  zajmowało  co 

innego,  to  mianowicie,  że  Dorte  wspominała  o  jakimś  mężczyźnie.  W  sercu  Elizabeth 
pojawiła się nadzieje. 
 

Dorte mówiła dalej: 

 

-  Byliśmy  małżeństwem  przez  wiele  lat,  ale  on  nigdy  mi  nie  powiedział,  że  mnie 

kocha.  Ja  jemu  też  chyba  nie.  ale  dobrze  nam  było  razem.  Teraz  jednak  wrócimy  do  tego 
parobka  ze  Storvika.  Jak  to  jest  dobrze  usłyszeć  takie  słowa  od  mężczyzny…  że  on  jest  we 
mnie zakochany. Powiedział, że za jakiś czas się pobierzemy. Obiecywał tyle – dodała cicho, 
ze wzrokiem utkwionym w podłodze. 

background image

 

101

 

-  Czy  ktoś  w  naszej  wsi  o  tym  wie?  –  spytała  Elizabeth  zaciekawiona.  Nie  mogła 

pojąć, że coś takiego mogłoby przejść niezauważone. 
 

- Nie, nie sądzę. Ale przeważnie plotki do zainteresowanych docierają na końcu, więc 

może… no i okazało się, że jestem w ciąży. A wtedy on już mnie nie chciał. 
 

Elizabeth  przyglądała  jej  się  zmrużonymi  oczyma.  Czy  Dorte  kłamie?  Czy  zmyśliła 

sobie jakąś historię, by ukryć, że spodziewa się dziecka Jensa? Trzeb ją o to zapytać. 
 

- A co Jens robił tutaj tamtego ranka? 

 

-  Zaraz  do  tego  dojdę.  Ten,  który  jest  ojcem  mojego  dziecka,  wyjechał.  Pojęcia  nie 

mam, gdzie się teraz podziewa. 
 

Dorte napiła się herbaty. Elizabeth poszła jej śladem. 

Napój  wystygł.  Słyszała,  że  Maria  bawi  się  lalką  na  podłodze,  przemawia  do  niej  dziwnie 
cienkim głosem: 
 

-  Gdzie  jest  twoja  mama?  –  a  potem  odpowiedziała  własnym,  niższym:  -    Leży  w 

szopie  na  łodzie.  Będzie  tam  leżeć,  dopóki  ziemia  nie  odtaje,  żebyśmy  mogli  złożyć  ją  w 
grobie. Ale aniołowie zabrali ją do… nie wiem, jak to się nazywa, ale to jest w niebie. 
 

Elizabeth poczuła ból w sercu i odwróciła się z powrotem ku Dorte. 

 

- Powiedz mi teraz o Jensie. Po to przyszłam. 

 

-  Byłam  załamana  po  tym,  jak  zostałam  tak  paskudnie  zdradzona  –  mówiła  Dorte 

przygnębiona. – Rozpaczałam, ja… możesz zrozumieć, jak to jest? 
 

-  tak  –  odparła  Elizabeth  z  naciskiem,  ale  Dorte  chyba  tego  nie  zauważyła.  Mówiła 

dalej: 
 

-  Zwabiłam  tutaj  Jensa.  Skłamałam  mu,  że  trzeba  naprawić  mój  kuchenny  blat. 

Pytałam,  czy  mógłby  to  zrobić.  Elizabeth,  niełatwo  jest  o  czymś  takim  mówić,  ale  ja 
próbowałam uwieść Jensa. 
 

Elizabeth zauważyła blady rumieniec na policzkach tamtej. 

 

-  Jens  się  rozzłościł  i  uciekł  stąd.  –  Dorte  wstała  i  przyniosła  kociołek  z  herbatą.  – 

Chcesz jeszcze? 
 

Elizabeth pokręciła przecząco głową. A więc Jens był  zły i uciekł. Powinna była znać 

go na tyle, by wiedzieć, że on się nie zada z inną kobieta. Ale zazdrość trudno opanować. 
 

- No a co robił rano? – spytała, bo nagle ogarnęły ją wątpliwości. 

 

- Wieczorem zostawił tutaj deskę, którą wziął Jakubowi. Widocznie chciał odłożyć ją 

na miejsce, zanim Jakbob coś zauważy. Nie jestem pewna, coś o tym mówił. Zresztą później 
niewiele z nim rozmawiałam. Jens mnie unika. 
 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  duże  płatki  śniegu,  spadające  na  ziemię.  Próbowała 

ś

ledzić jeden z nich wzrokiem, ale nie bardzo jej się to udawało. Odsunęła od siebie kubek, 

miała  mdłości  ze  wstydu.  Jakim  ona  właściwie  jest  człowiekiem?  Podejrzewała  Jensa. 
Pamiętała  tamten  poranek,  kiedy  zobaczyła,  jak  Jens  wychodzi  z  domu  Dorte.  Niósł  deskę 
pod pachą. A więc Dorte mówi prawdę. 
 

- Dziękuję, że mi o tym wszystkim powiedziałaś, Dorte – rzekła, wstając. 

 

- Musisz już iść? 

 

- Tak, nie będę ci dłużej przeszkadzać. Ja zresztą też mam w domu zajęcia. 

 

To  była  wymówka.  Oczywiście,  mogłaby  posiedzieć  jeszcze  trochę,  ale  nie  była  w 

stanie. Musi przemyśleć tyle spraw. 
 
 

W  następnych  tygodniach  właściwie  cały  czas  przeznaczała  na  przygotowanie 

dziecięcych  ubranek.  W  domu  było  to,  co  zostało  po  niej  i  po  Marii.  Niektóre  rzeczy 
wymagały reperacji, inne należało przerobić. Znalazła kilka powijaków i koszulek, poza tym 
dwie sukienki, w które może będzie ubrać również chłopca. Ale na samą myśl, że mógłby się 
urodzić chłopiec, kolejny Leonard, ogarniały ją zimne dreszcze. 

background image

 

102

 

W końcu ubranka zostały ułożone w niewielkiej skrzyni. Elizabeth zajmowała się tym 

głównie wieczorami, kiedy wszystkie inne zajęcia miała już za sobą, a nie chciała się jeszcze 
kłaść. Bo gdy tylko zasypiała, pojawiały się koszmary. Niech Bóg spojrzy na mnie łaskawym 
wzrokiem tego dnia, kiedy będzie mnie sądził – te słowa powtarzała w duchu często. 
 

Elizabeth skończyła naprawiać koszulkę i odgryzała nitkę. 

 

- Pomyśleć, że człowiek może tu być taki maleńki – szepnęła, unosząc w górę jedną 

koszulkę. I wtedy poczuła, najpierw jakby tchnienie wiatru. Siedziała bez ruchu, wstrzymując 
oddech. Teraz! Kolejny, niemal niezauważalny ruch, ale tym razem była pewna. To maleńka 
rączka albo nóżka, która się porusza. 
 

-  To  będzie  dziewczynka  –  powiedziała  głośno.  Po  prostu  wiedziała,  że  tak  będzie, 

była taka pewna, jakby ktoś jej o tym powiedział. – Moje dziecko, moja mała dziewczynka! – 
Po raz pierwszy pogłaskała rękami brzuch z miłością. – Będę o ciebie dbać. 
 
 

W końcu marca mężczyźni wrócili. Elizabeth poszła z Marią na brzeg, by ich powitać. 

Siostrzyczka od razu rzuciła się ojcu na szyje, niczym nieskrępowana, jak zawsze. Elizabeth 
jednak  zadowoliła  się  uściskiem  jego  ręki  i  słowami  przywitania.  Nie  należało  okazywać 
radości z tego, że bliscy wrócili cało i zdrowo do domu. Uczucia trzeba ukrywać, nic innego 
nie uchodzi.  
 

Podeszła do Jensa, który stał nieco z boku i czekał. 

Przed wyjazdem zadał jej ważne pytanie. Ona odpowiedziała, że się zastanowi, dając mu czas 
na zmianę zdania. 
 

- Witaj w domu, Jens. 

 

- Dziękuję – uśmiechnął się niepewnie. Włosy miał bardzo długie, odgarnął je na bok 

ręką.  Chyba  dawno  też  się  nie  golił.  Zarost  miał  teraz  gęsty,  przecież  w  maju  skończy 
osiemnaście lat. 
 

- Rozmyśliłeś się? – Zapytała ostrym głosem, niepewna, czy odważy się spojrzeć mu 

w oczy. Ona sama podjęła decyzję. Okres oczekiwania był długi, rozmyślała nieustannie. 
 

- Nie, powtórzę to, co powiedziałem – odparł Jens bez wątpliwości w głosie. – A co z 

tobą? 
 

-  Tak.  Ja  mówię  „tak”,  Jens,  jeśli  w  dalszym  ciągu  chcesz  się  ze  mną  ożenić.  – 

Umilkła na chwilę. – I jeśli podtrzymujesz wszystko, co powiedziałeś, to możesz powiedzieć 
Jakubowi i Ragnie. Chociaż boję się, że oni nie będą zadowoleni. 
 

Jens spojrzał przed siebie, potem objął jej barki. Przez chwilę bała się, że ją pocałuje 

na oczach wszystkich. 
 

- Nie myśl o tym, Elizabeth. Powiem, że to moje dziecko. I zawsze tak już będzie. W 

kościelnych księgach też tak zapiszemy. Kocham cię, Elizabeth. 
 

Nagle  Elizabeth  przypomniała  sobie  słowa  Dorte.  Parobek  ze  Storvika  był  jedynym 

mężczyzną,  który  powiedział,  że  ją  kocha.  Uśmiechnęła  się  teraz  do  Jensa,  czując,  że 
wypełnia ją wielka radość. 
 

-  Spotkamy  się  w  szopie  na  siano  dzisiaj  wieczorem,  po  obrządku?  –  spytał  Jens, 

zniżając głos, by nikt go nie usłyszał. – A przedtem porozmawiam z Ragną i Jakobem. 
 

Zawsze  o  swoich  przybranych  rodzicach  mówił  po  imieniu,  nigdy  nie  nazwał  ich 

mamą i tatą. Uważał to za nienaturalne, chociaż wychowywał się u nich od tylu lat. 
 

Elizabeth skinęła głową, po czym poszła z innymi do domu. Ojciec czeka na kąpiel i 

solidny  posiłek.  Trzeba  opróżnić  jego  skrzynię,  posortować  ubrania  i  to,  co  ewentualnie 
zostało  z  zapasów.  Ale  praca  ją  cieszyła,  czas  do  wieczora  szybciej  minie.  Miała 
nieprzyjemne poczucie, że przybrani rodzice Jensa nie ucieszą się wiadomością. 
 
 

- No i jak poszło? – spytała Elizabeth szeptem, kiedy siedzieli już na sianie. 

 

- Bardzo dobrze, już ci mówiłem. Niepotrzebnie się martwiłaś. 

background image

 

103

 

- Powiedziałeś, że jesteś ojcem dziecka? 

 

- Mhm – Jens rozpinał guziki swojej samodziałowej kurtki. 

 

Elizabeth poznała po jego minie, że jednak nie wszystko jest w porządku. Zwłaszcza 

ż

e unikał jej spojrzenia. 

 

-  Kłamiesz  –  powiedziała  stanowczo.  –  Jestem  pewna,  że  Ragna  nie  przyjęła  tego  z 

radością. – Zauważyła, że plecy Jensa sztywnieją, mówiła więc dalej: - Ona miała w stosunku 
do ciebie inne plany i na pewno wpadła w złość, kiedy jej o nas powiedziałeś. Wiem, ze dla 
niej to okropne, nie chce mieć nic wspólnego z tą historią. Ale Jakob wziął cię w obronę. On 
jest zupełnie inny. 
 

Jens odwrócił się i wpił spojrzenie w Elizabeth. 

 

- Skąd ty to wiesz? Miałaś widzenie? 

 

Pokręciła głowa. – Ale wiem, jacy są twoi przybrani rodzice. i czytam w tobie jak w 

otwartej księdze. 
 

- No dobrze, Ragna była zła – przyznał Jens niechętnie. 

-  Ale  ja  uderzyłem  pięścią  w  stół  i  powiedziałem,  że  zrobię  co  zechcę.  No  i  tak  będzie. 
Weźmiemy ślub najszybciej, jak to możliwe i przeprowadzimy się do naszego domu. 
 

- Jakiego domu? 

 

- Do starej chałupy w Dalen. Jakob powiedział, że od tej pory zagroda będzie twoja i 

moja. To prezent ślubnych od nich. 
 

Elizabeth  położyła  się  na  sianie  i  wpatrywała  w  powałę.  Ten  dom  zawsze  budził  w 

niej nieprzyjemne uczucia, choć nie wierzyła w żadne huldry i inne pozaziemskie istoty. Ale 
przecież muszą gdzieś mieszkać, a prezent jest wspaniały. 
 

- To strasznie miłe z ich strony – powiedziała. 

 

-  Oni  przez  cały  czas  mieli  taki  zamiar,  że  dostanę  tę  zagrodę,  kiedy  się  ożenię. 

Dzieciom Heimly jest Olav. 
 

Położył  się  przy  niej,  znalazł  jakieś  długie  źdźbło  i  łaskotał  ją  po  policzku.  Kiedy 

odepchnęła go, spytał: 
 

- A to lubisz bardziej? – Potem zaczął całować jej policzki. 

 

Elizabeth przechyliła głowę, by mógł bez trudu dostać się do jej szyi. Czuła rozkoszne 

mrowienie  w  całym  ciele  i  przymknęła  oczy.  Ręka  Jensa  zakradła  się  pod  kurtkę  i  bluzkę. 
Odnalazł brodawkę piersi i zaczął ją ostrożnie pieścić. Elizabeth pojękiwała cicho z rozkoszy, 
czekając na więcej. 
 

Jens przysunął się bliżej, uniósł jej spódnicę i położył rękę na udzie, a potem próbował 

się na niej położyć. 
 

Panika  przeniknęła  Elizabeth  niczym  błyskawica.  Nagle  nie  mogła  oddychać.  Jens 

wydawał  jej  się  ciężki  niczym  góra.  Gwałtownie  odpychała  jego  ręce.  Pojawił  się  zapach 
Leonarda, tamten widok, przerażenie… 
 

Miotała się pod nim jak szalona. 

 

- Idź stąd! Puść mnie – wrzeszczała. 

 

Jens puścił natychmiast i odsunął się na bok. Zdezorientowany siedział i patrzył. 

 

- Co się dzieje, Elizabeth? Czy zrobiłem coś złego? 

 

Oddychała pospiesznie, kręciło jej się w głowie, po perlił się na czole. 

 

- Przeraziłeś mnie – wyszeptała. – Wróciło do mnie to… jak Leonard mnie gwałcił. 

 

Jens  długo  nic  nie  mówił.  Elizabeth  czuła  się  niepewnie.  Czy  złości  się  na  nią?  Czy 

teraz sobie pójdzie? 
 

Chciała zapytać, ale obawiała się tego, co jej odpowie, 

Dlatego milczała, wpatrując się w siano. 
 

- Mogę poczekać – rzekł Jens po prostu. – Później z pewnością będzie lepiej. 

 

- Mógłbyś? – spytała nieśmiało. 

 

- Tak, ja jestem cierpliwy – uśmiechnął się. – I dotrzymuję obietnic. 

background image

 

104

 

Elizabeth mogła tylko podziękować, ale nie była taka pewna, Jens nie wie przecież nic 

o morderstwie. 
 
 

Po  wielu  nocach  koszarów,  Elizabeth  podjęła  decyzję.  Musi  powiedzieć  Jensowi,  co 

zrobiła, a on niech postanowi, co dalej. Czy będzie chciał zameldować o niej lesmanowi, czy 
też wybaczy jej i zechce żyć, dźwigając razem z nią to kłamstwo. Dygotała z emocji. Jens jest 
miły, ale nikt nie jest miły do tego stopnia. w najlepszym razie pewnie ją zostawi, nie mówiąc 
dlaczego. 
 

Wyobraźnia podsuwała liczne i straszne obrazy, jak to będzie w przyszłości. Ale teraz 

Elizabeth  już  więcej  nie  zniesie.  Miała  bóle  brzucha,  wciąż  ją  mdliło,  straciła  apetyt. 
Wiedziała, że od tego nieustannego rozmyślania za wiele ostatnio przeżyła. 
 
 

Dręczył ją dziwny niepokój, kiedy szła do Heimly. 

W wielu miejscach na wysypanej kamieniami drodze śnieg stopniał, ale na polach i wyżej w 
górach  zalegał  jeszcze  grubą  warstwą.  Spokojny  fiord  mienił  się  w  wiosennym  słońcu. 
Zapach  wodorostów  przypominał  o  czekającej  ją  pracy.  Trzeba  zbierać  wodorosty  na  paszę 
dla  zwierząt,  bo  siano  się  kończy.  Przejmująco  zimny  wiatr  wdzierał  się  pod  spódnicę  i 
przenikał  szary,  robiony  na  drutach  sweter.  Elizabeth  przystanęła,  rozglądając  się  wokół, 
znowu  pojawił  się  ten  niepokój.  Tym  razem  silniejszy.  I  nagle  zrozumiała,  co  ma  się  stać. 
Przepełniał  ją  niezrozumiały  strach,  przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  zawrócić.  Ale 
jakoś się opanowała i stanowczym krokiem pokonała ostatni kawałek drogi. 
 

Jens stał na podwórzu i rąbał drewno. Uśmiechnął się radośnie i odłożył siekierę.  

 

- Dobrze, że przyszłaś, to pomożesz mi z osełką. Siekiera się stępiła. 

 

Zrobiła, o co prosił. Wielokrotnie wciągała głęboko powietrze, by powiedzieć, z czym 

przyszła,  ale  za  każdym  razem  opuszczała  ją  odwaga  i  ani  jedno  słowo  nie  padło.  Trzeba 
tylko zacząć, pomyślała, tylko jedno jedyne słowo, a potem już pójdzie. Czy to musi być takie 
trudne? Ale dłużej nie jestem w stanie sama dźwigać tajemnicy. 
 

Jens badał siekierę i zadowolony stwierdził, że jest ostra i powiedział: 

 

- Pomyśl, ilu to ludzi zostało ściętych siekierą .  

 

Elizabeth zadrżała, jakby miała dreszcze. Na taki moment czekała. Teraz trzeba tylko 

zacząć opowiadać. 
 

- Dlaczego to mówisz? – usłyszała własne pytanie. 

 

Jens wzruszył ramionami. 

 

- Tak tylko mi się przypomniało, opowiedzieć ci jedną historię? – spytał, wracając do 

pracy. 
 

- Opowiedz – odparła, czując, że tchórzy. Jeszcze raz chcę odsunąć całą sprawę. 

 

- Żył sobie pewnego razu na Lofotach jeden człowiek, który  miał narzeczoną. Byli w 

sobie strasznie zakochani. Ale po pewnym czasie dziewczyna stała się brzemienna i wtedy on 
nie chciał mieć już z nią do czynienia. Było mu na imię Knut, a jej Berit. No i ten Knut… on 
był  trochę  dziwny,  bo  wciąż  nosił  przy  sobie  siekierę.  Któregoś  razu  zaprosił  Berit  na 
przejażdżkę  łodzią.  Ale  kiedy  znaleźli  się  już  na  wodzie,  wypchnął  dziewczynę.  Berit 
krzyczała  i  trzymała  się  mocno  burty.  No  to  ten  Kunt  uderzył  ją  po  plecach  siekierą, 
dziewczyna się utopiła! I wiesz co się stało dalej? 
 

Elizabeth kręciła głową wbrew swojej woli. Dlaczego on opowiada tę historię. 

 

- Kunt został złapany – mówił Jens, dalej rąbiąc drewno. – I został ścięty, a jego głowę 

wbito na pal i wystawiono na widok publiczny. 
 

Elizabeth  czuła  powracające  mdłości.  Raz  po  raz  przełykała  ślinę,  w  końcu  pobiegła 

do płotu i wymiotowała. 
 

- Idź sobie! – warknęła, kiedy chciał ją pocieszać. – Nie musisz mnie oglądać w takim 

stanie. 

background image

 

105

 

Odszedł parę kroków, a ona tymczasem nabrała garść śniegu i zasypała wymiociny. 

 

- Przepraszam cię, Elizabeth. To było nieroztropne z mojej strony. 

 

Powoli  docierały  do  niej  jego  słowa.  Czy  on  wie,  dlaczego  zareagowałam  w  ten 

sposób? Boże kochany, ja nie chcę umierać. Jeszcze nie teraz! Jestem przecież taka młoda. 
 

- Nie myślałem, że w ciąży zrobiłaś się taka wrażliwa – powtarzał Jens. 

 

Z wdzięcznością przymknęła oczy. Chłopak niczego się nie domyśla. 

 

-  Skąd  wziąłeś  tę  historię?  –  spytała,  zwracając  się  do  niego.  Chciała  po  prostu  coś 

powiedzieć, ale słowa, które teraz od niego usłyszała, sprawiły, że omal nie zemdlała. 
 

- Od lensmana. On jest tutaj. – Jens zmienił ton, w jego głosie wyraźnie było słychać 

dumę.  –  Powiedziałem  mu,  że  mamy  zamiar  się  pobrać.  Zaczął  mnie  wypytywać  o  ciebie. 
Wcześniej był u was, ale nikogo nie zastał. 
 

Elizabeth  poczuła  pulsowanie  pod  skórą.  Dolna  warga  drżała  jej  nerwowo.  Chciała 

przykryć  ją  dłonią,  żeby  to  powstrzymać,  ale  nie  była  w  stanie  się  poruszyć.  Lensman  nie 
przychodzi  z  wizytą  do  takich  ludzi  jak  ja,  żeby  porozmawiać  o  pogodzie,  pomyślała.  Oni 
odkryli,  co  zrobiłam.  Teraz  postawią  mnie  przed  sądem.  Morderstwo  musi  zostać  ukarane 
ś

miercią. Jak mogłam sobie wyobrażać, że uniknę odpowiedzialności? Może pozwolą mi żyć, 

dopóki nie urodzę dziecka. To będzie takie małe odroczenie, ale później na pewno zetną mi 
głowę! Dyszała ciężko. Coś musi powiedzieć! 
 

- Tata i Maria pojechali do Strovika – wykrztusiła. – A ja byłam w oborze. 

 

Napotkała  spojrzenie  Jensa.  Sprawiał  wrażenie  zatroskanego.  Jakiś  cień,  który 

dostrzegła  kącikiem  oka  sprawił,  że  odwróciła  głowę.  To  lensamn.  Szedł  prosto  do  niej! 
Elizabeth  wpatrywała  się  w  rosłego  mężczyznę  w  czarnym  płaszczu.  Wielkie,  szare  wąsy 
dominowały  w  jego  twarzy.  Ale  to,  co  widziała  przede  wszystkim,  to  jego  oczy. 
Stalowoszare, stanowcze, paraliżowały ją. Stała jak wryta. I nagle poczuła palący ból w dole 
brzucha. Jęknęła przerażona i skuliła się. 
 

Teraz stracę dziecko, 

pomyślała.