background image

 

Lepsze szczere „nie”, niż fałszywe „tak” 

Autor nieznany 

 
 

 

Rozdział 1 

 
 

 

Elizabeth nie wierzyła własnym oczom. Co skradziony zegarek robił w kieszeni 

Kristiana? Czy Peder Binasn zgłosił kradzież? Czy lensman podejrzewał Bergette? Albo… 
Nie, to chyba niemożliwe. Czy posądzał Kristiana? 
 

Nie miała niemal odwago spojrzeć na lensmana, lecz jednocześnie nie mogła umknąć 

wzrokiem. Puls dudnił jej w uszach. Przez moment miała ochotę krzyczeć, że to Bergette 
ukradła zegarek i że Kristian jest niewinny. Kurczowo zacisnęła dłonie na kolanach, próbując 
się opanować. Musi jasno myśleć. Co kradzież w sklepiku miała wspólnego z pożarem w 
Storli? Bo przecież właśnie lenaman przyszedł, żeby im o tym powiedzieć. Ale dlaczego tak 
zwlekał? Czyżby sądził, że…? Poczuła zimny pot spływający jej po plecach. 
 

- Niezwykle piękny przedmiot – usłyszała głos lensmana. Funkcjonariusz kilka razy 

obrócił w dłoniach zegarek na łańcuszku. 
 

- Prawda? – przytaknął Kristian, który odchylił się do tyłu na krześle i skrzyżował 

nogi. 
 

Siedzi tak spokojnie, jak gdyby wszystko było w jak najlepszym porządku – zdumiała 

się w duchu Elizabeth. Czyżby całkiem oszalała? 
 

- Zastanawiałem się, czy nie wygrawerować swojego nazwiska na kopercie – mówił 

dalej Kristian. – Ale to mogłoby się wydać nieco próżne. I pretensjonalne. Co lensman o tym 
myśli? 
 

Elizabeth nie wierzyła własnym uszom. Jak Kristian mógł pytać lensmana o to, czy 

powinien wygrawerować swoje nazwisko na przedmiocie pochodzącym z kradzieży! 
 

- Hm… Dlaczego nie – odparł lensman. – Odziedziczą go w spadku twoi potomkowie, 

a dzięki wygrawerowanemu napisowi zawsze będą wiedzieli, do kogo należał. 
 

Elizabeth poczuła suchość w gardle. Zakasłała odruchowo. Gdyby mogła się czegoś 

napić! Na stoliku nieopodal stało kilka szklaneczek i karafka z wodą, jednak kobieta nie miała 
siły wstać. Jej ciało było ciężkie jak ołów. 
 

- proszę bardzo. – Lensman oddał zegarek Kristianowi, który z powrotem schował 

cenny przedmiot do kieszonki. 
 

- No i kto podłożył ogień pod gospodarstwo Storli? – spytał Kristian. 

 

Elizabeth zerknęła na męża z ukosa. Pulsowało jej w skroniach. 

 

Lensman głęboko wciągnął powietrze, aż wydął swój wielki brzuch, a potem powoli je 

wypuszczał. 
 

- Sam gospodarz Storli! 

 

W salonie zrobiło się zupełnie cicho. Dawało się słyszeć jedynie miarowe tykanie 

dużego stojącego zegara. Elizabeth miała nadzieję, że zaraz wybije godzinę i przerwie 
przytłaczającą cieszę. Czy lensman naprawdę powiedział, że mąż Petry podpalił własne 
gospodarstwo? To jakieś nieporozumienie. Dlaczego, na Boga, miałby to zrobić? Żaden 
normalny człowiek nie podłożyłby ognia pod swój dom, w życiu o czymś takim nie słyszała. 
 

Kristian jako pierwszy odzyskał mowę. 

 

- Sam gospodarz Storli? – roześmiał się niepewnie, lecz kiedy się zorientował, że to 

nie żart, na powrót spoważniał. 
 

- Właśnie – przytaknął lensman. 

 

- jak na to wpadliście? 

background image

 

 

- Mamy swoje sposoby. Prawdę mówiąc, już dawno go podejrzewałem. Musiałem 

tylko dowód, a to nie było łatwe. A jeszcze trudniej przyszło nam zmusić go, żeby się 
przyznał. 
 

-  I co… przyznał się? – spytała Elizabeth nieswoim głosem. 

 

- Tak.  - Powiedział, dlaczego to zrobił – spytał Kristian. 

 

- Chciał dostać odszkodowanie. Całkiem pokaźną sumę. 

 

- Mimo wszystko… podpalić własne gospodarstwo? – rzekła Elizabeth wstrząśnięta. 

 

Lensman wyprostował nogi. 

 

- Nie zamierzał spalić wszystkiego. Tylko część domu/ ale niestety jego plan się nie 

powiódł i spłonęła posiadłość. Tak samo było w przypadku tego spryciarza w Kabelvaag, 
który podłożył ogień pod swój sklep, a spalił cały do i dobytek. 
 

Elizabeth nagle zrobiło się zimno. 

 

- Słyszałam o nim. Dzięki Bogu gospodarzowi Storli się udało, jeżeli mogę tak 

powiedzieć. 
 

- Co się teraz z nim stanie? – chciał wiedzieć Kristian. wstał i nalał koniaku do 

kieliszka. – Jesteś pewien, ze nie chcesz? – spytał, wyciągając karafkę w stronę lensmana. 
 

- Najzupełniej. Dziękuję. 

 

Elizabeth zapragnęła napić się kawy. 

 

- Wysłano go na roboty do Trondheim – odparł lensman. – I zostanie tam kilka lat. 

nałożono też na niego niemałą grzywnę ku przestrodze innym, którzy snują podobne plany. 
 

Kristian z powrotem usiadł na krześle. 

 

- A co z Petrą? 

 

- Wygląda na to, że jest niewinna. Przeżyła prawdziwy wstrząs. Poza tym kilka razy ją 

przesłuchiwałem i jestem pewien, że nie ma z tą sprawą nic wspólnego. 
 

Kristian upił parę łyczków z kieliszka. 

 

- To całkiem niepojęte. Głowimy się i wyobrażamy sobie nie wiadomo co, a 

tymczasem okazuje się, że podpalaczem jest sam gospodarz Storli. 
 

- Mikkel mówił, że…. – zaczęła Elizabeth, ale zaraz urwała. 

 

- Co takiego? – zaciekawił się lenaman. 

 

- Kiedyś powiedział, że wszyscy będą zaskoczeni, gdy się w końcu okaże, kto 

podłożył ogień. 
 

Lensman zmarszczył czoło. 

 

- A więc on wiedział? 

 

- Nie sądzę. Albo… Mikkel twierdzi, że potrafi wiedzieć… Przyszłość i takie tam… 

 

Lensman roześmiał się serdecznie, aż zatrząsł mu się brzuch. 

 

- To szaleniec, ten Mikkel, i nie należy się przejmować jego gadaniem. Opowiada 

niestworzone rzeczy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Czasem zarobi parę groszy dzięki swoim 
przepowiedniom, ale ludzie płacą mu raczej ze strachu, żeby nie rzucił na nich uroku. 
 

Reakcja lensmana okazała się dokładnie taka, jak Kristian przewiedział, pomyślała 

Elizabeth i posłała mężowi porozumiewawcze spojrzenie. 
 

- Co Petra teraz pocznie? – spytała, utkwiwszy wzrok w lensmanie. 

 

Machał ręką. 

 

- Cóż, trudno powiedzieć. Póki co mieszka u pastora. Tak, tak, będę się zbierał, 

chciałem was tylko powiadomić o wyniku śledztwa – dodał i wstał, szykując się do wyjścia. 
 

Kristian pierwszy podał mu dłoń. 

 

- Dziękuję. 

 

Elizabeth poszła za przykładem męża. 

 

- Bardzo to doceniamy, lensmanie – rzekła; jej dłoń utonęła w wielkiej łapie 

urzędnika. 
 

Spojrzał na nią z góry. 

background image

 

 

- Może nie powinienem pytać, ale słyszałem, że Lina jest niezupełnie zdrowa? 

 

Elizabeth odchrząknęła. 

 

- Zgadza się. ostatnio miała trochę kłopotów, więc niewykluczone, że wyjdzie na jakiś 

czas do krewnych w Danii. 
 

Lensman uniósł brwi i spojrzał na Elizabeth stalowoszarymi oczami. Serce zabiło jej 

szybciej. Po raz pierwszy skłamała i to wobec przedstawiciela władzy! 
 

- W Danii? – powtórzył. – Kto tam ma rodzinę? 

 

- Lina – odparła Elizabeth szybko. 

 

- Hmm. No tak, nie przypominam sobie, bym słyszał, że Jens ma tam kogoś bliskiego. 

– Lensman włożył płaszcz. – Ale to daleko – zauważył. 
 

- Doktor jej zalecił zmianę klimatu – wtrącił Kristian. – Coś jest w tamtejszym 

powietrzu… Poza tym Duńczycy to całkiem inni ludzie. Doktor uznał, że taki wyjazd Linie 
dobrze zrobi. Zimą nie jest tam tak bardzo ciemno. w każdym razie nie tak jak tutaj. = 
Uczynił gest rękami, jak gdyby chciał objąć całą krainę. 
 

- Tak… Lekarz chyba wie najlepiej – mruknął lensman i uśmiechnął się. – 

Powiadomcie resztę domowników, że już nie muszą się rozglądać za podpalaczem. 
 

Elizabeth i Kristian odprowadzili go do wyjścia i pożegnali się na schodach. Ledwie 

za lensmanem zamknęły się drzwi, z kuchni wyszła Ane. 
 

- Czego chciał? – spytała zaciekawiona. 

 

- Poczekaj, zaraz o tym powiem, tak, żeby wszyscy słyszeli – odparł Kristian i ruszył 

za dziewczyną do kuchni. Tuż za nimi podążyła Elizabeth, która nadal nie mogła się 
otrząsnąć z oszołomienia. 
 

Kiedy Kristian skończył opowiadać o tym, czego dowiedzieli się od lensmana, 

zdumienie domowników było równie wielkie, jak zdumienie ich obojga przed chwilą w 
salonie, a pytań pojawiło się tyle, że nie na wszystkie potrafił odpowiedzieć. 
 

Elizabeth słuchała tylko jednym uchem, bo myśli krążyły jej wokół zegarka, który 

Krystian miał w kieszonce. Czyżby sklepikarz Peder się nie zorientował, że zegarek zniknął? 
Czy dlatego lensman jeszcze nie wiedział o kradzieży? Tak czy siak to tylko kwestia czasu, 
by zauważono zaginięcie zegarka. Elizabeth postanowiła, że musi porozmawiać z Kristianem, 
musi dowiedzieć się, co się stało i skąd mąż ma ten zegarek. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

Rozdział 2 

 
 

 

Musiała poczekać, aż zostaną sami w domu, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał ich 

rozmowy. Czasami odniosła wrażenie, że nawet ściany mają uszy – były takie cienkie, że 
każdy bez trudu mógłby ich podsłuchać. A tę sprawę musieli odmówić bez świadków. Bała 
się, że Kristian podniesie głos – wiedziała, że zawsze się tak zachowywał, kiedy czuł się 
niepewnie albo nie wiedział, co powiedzieć. Obserwowała go kątem oka, jak wstaje i rusza do 
wyjścia. Poszedł w stronę szopy na łodzie. Nie mogła przepuścić takiej okazji. Szybko 
poderwała się z miejsca. 
 

- Musze coś pilnie załatwić – rzuciła przez ramię do służby i podążyła za nim. 

 

Stał w drzwiach do szopy, kiedy wyszła zza węgla domu. Jednym ramieniem opierał 

się o framugę i wpatrywał w dal ponad fiordem. 
 

- O, przyszłaś? – Uśmiechnął się do niej. 

 

- O czym myślisz? – spytała, wstydzę się własnego tchórzostwa. Dlaczego od razu nie 

przystąpiła do rzeczy, dlaczego unikała konfrontacji? Dobrze znała odpowiedź: ponieważ bała 
się, co Kristian jej odpowie. Co będzie, jeśli się przyzna, że zegarek pochodzi z kradzieży? I 
co ona miałaby wtedy powiedzieć? Czy powinna wydać swego męża lensmanowi, razem z 
Bergette? 
 

- Zachwycałem się tym, że Bóg stworzył tak piękną naturę – odparł Kristian. – I 

myślałem też o Storlim, który podpalił własne gospodarstwo. 
 

- Piękną naturę? – powtórzyła Elizabeth rozejrzała się dokoła. Nigdy nie przyszło jej 

do głowy, że skały przybrzeżne i fiord mogą być piękne. Stąd czerpali pożywienie, to 
wszystko. ale może rzeczywiście okolica miała swą urodę, w każdym razie w takie dni jak 
dziś. Elizabeth wyprostowała się i popatrzyła na Kristiana. Teraz albo nigdy. Nie może się 
wycofać. 
 

- Kristianie, muszę z tobą o czymś pomówić. 

 

- Zgoda. Wyglądasz tak poważnie. Rozrzuciłem reczy po podłodze? Roześmiał się i 

wsunął ręce w kieszenie. 
 

Gdyby to było coś tak prostego! Nagle Elizabeth uświadomiła sobie, jak denerwujące 

są w gruncie rzeczy drobiazgi. Że Kristian nie składał starannie swych ubrań. Lecz wieszał na 
krześle albo że wchodził w zabłoconych butach na świeżo umytą podłogę – choć mimo 
wszystko to tylko błahostki. 
 

- Nie, chodzi o coś innego- odparła. Odchrząknęła i spuściła wzrok. – Ten zegarek, 

który wyjąłeś z… Skąd go masz? 
 

- Nie widziałaś go wcześniej? – spytał i wyciągnął z kieszonki zegarek na łańcuszku, 

żeby znów mu się przyjrzeć. – Piękny, prawda? 
 

- Tak, ale gdzie go kupiłeś? 

 

- W Kabelvaag. Byłem przekonany, że ci go pokazywałem. – Roześmiał się. – Że też 

mogłem o tym zapomnieć! 
 

- Czy to było wtedy, kiedy popłynąłeś na połowy? 

 

- Tak, tylko w czasie połowów bywam w tamtych stronach. 

 

- Kristianie… zaczęła. Pożałowała, że nie przygotowała się porządnie do tej rozmowy. 

Dlaczego wcześniej nie powiedziała mu o Bergette i zegarku? Teraz nagle wydawało się to 
strasznie trudne. Odchrząknęła znowu i starała się patrzeć mu prosto w oczy, nie umykając 
spojrzeniem. 
- Przypominasz sobie, jak wybraliśmy się do sklepu tuz przed Bożym Narodzeniem? 
 

Skinął głową w odpowiedzi, nie odrywając wzroku od fiordu. 

background image

 

 

- Spotkałam wtedy Bergette. rozmawialiśmy przez chwilę, a potem ona podeszła do 

lady, żeby obejrzeć broszki, biżuterię i takie tam drobiazgi. Nagle zobaczyłam, że ukradła 
kieszonkowy zegarek. 
 

- Przestań! – Wpatrywał się w nią przestraszony, najwyraźniej nie mógł uwierzyć w 

to, co mu powiedziała. – Wzięła go? – Jesteś pewna? 
 

- Najzupełniej. I ten zegarek był kropka w kropkę podobny do tego, który ty masz. – 

Zamilkła i czekała na jego reakcję. 
 

Nadal nie odrywał od niej wzroku. 

 

- Chyba nie sądzisz, że… 

 

Jego twarz, która jeszcze przed chwilą była łagodna i odprężona, całkowicie się 

odmieniła. Oczy wydawały się jak dwa czarne jeziora. Szczęki napięły się, a brwi niemal 
spotkały u nasady nosa. 
 

- Stoisz tu przede mną i twierdzisz, że kłamię? Sugerujesz, że dostałem ten zegarek od 

Bergette? 
 

- Nie wiem, Kristianie – wyznała pokornie. – Mówię tylko, że… 

 

- Tak, słyszę, co mówisz! – przerwał jej. Że zegarek, który ukradła Bergette, nagle 

wylądował w mojej kieszeni. Prawda? 
 

Nie odpowiedziała od razu, więc powtórzył: 

 

- Prawda? Pytam! 

 

Poczuła, że ogarnia ją złość. 

 

- Nie podnoś głosu. Czy nie przyszło ci do głowy, że Bergette mogła odsprzedać 

zegarek, który następnie trafił do Kabelvaag? Możliwe, że całkiem nieświadomie i przez 
przypadek kupiłeś przedmiot pochodzący z kradzieży. Właśnie to chciałam powiedzieć. 
 

Oczy Kristiana zwęziły się. 

 

- Nie, Elizabeth, nie wydaje mi się. sądzę natomiast, że zbyt podniosła cię twoja 

wybujała fantazja! 
 

- Posłuchaj mnie, Kristianie. Nie musisz wpadać w gniew. O nic cię nie oskarżyłam. 

 

- A niby co takiego zrobiłaś? 

 

- Tylo cię ostrzegłam. Co będzie, jeśli przyjdzie lensman i powie, że zegarek jest 

kradziony? Prędzej czy później Peder Binasen zorientuje się, że brakuje mu zegarka, zgłosi to 
lensmanowi, a ten przypomni sobie, co mu dziś pokazywałeś. Czy na pewno tak samo 
będziesz krzyczał? 
 

Odwrócił się do niej plecami i wszedł do szopy na łodzie. Poszła za nim. 

 

- gdyby mi ktoś powiedział o tej kradzieży, byłabym mu wdzięczna/ 

 

- Tak, na pewno! A księżyc jest żółtym serem. 

 

- Skończ z tymi złośliwościami i zachowuj się jak dorosły mężczyzna! 

 

Odwrócił się i wymierzył w nią drżący palec. 

 

- Po pierwsze: jeżeli widziałaś, że Bergette ukradła zegarek, to dlaczego od razu nic 

nie powiedziałaś? Po drugie: najpierw oskarżasz mnie o kupowanie kradzionych rzeczy, a 
potem mówisz, bym zachowywał się jak dorosły mężczyzna. Myślę, że to raczej ty powinnaś 
prosić o wybaczenie. 
 

- Któregoś dnia, kiedy będziesz chciał mnie wysłuchać opowiem ci o Bergette – 

syknęła Elizabeth. – Jednak zwykle, gdy o czymś mówię, zamykasz na to uszy. Zatem na owe 
przeprosiny długo możesz czekać. 
 

Odwróciła się na pięcie i ze złością ruszyła w górę ku domowi. W głowie miała jeden 

wielki chaos. To było takie podobne do Kristiana – jedno niezręczne słowo, a natychmiast 
wpadł we wściekłość. Był uparty jak osioł. Ale ja też potrafię być nie ustępliwa, pomyślała z 
zaciśniętymi zębami. Jeszcze się o tym przekona. 
 
 

background image

 

 

Jak mogła się tego spodziewać, Kristian w ciągu następnych dni prawie się do niej nie 

odzywał. Już wcześniej nieraz się tak zachowywał, wiec chociaż sprawiało jej to przykrość, 
była na to przygotowana i aż tak bardzo się nie martwiła. W pewnym sensie potrafiła go 
zrozumieć, na pewno poczuł się niesprawiedliwie potraktowany. Ale i ona miała do niego żal. 
Jedno słowo pociągało za sobą następnie i to, co mogli rozwiązać łagodnie i ze 
zrozumieniem, zmieniło się w kłótnię i wzajemne oskarżenia. 
 

Dlaczego tak musiało być? Czy inne pary małżeńskie przechodziły przez to samo? 

Kiedy patrzyła na Larsa i Helene, była pewna, że ich to nie dotyczy. Ciągle mieli dla siebie 
uśmiech i dobre słowo i ani razu nie słyszała, by podnosili głos na siebie nawzajem. No ale 
ostatecznie nie tak długo byli małżeństwem, pocieszyła się w duchu.  
 

Odrzuciła głowę. Nigdy w życiu nie ustąpi! Nie, tym razem odpłaci Kristianowi tą 

samą monetą – milczeniem. Otaczało ją wystarczająco wiele osób, z którymi mogła 
rozmawiać, siostra, córka, służące i parobkowie. Często gawędziła z Jensem. Zazwyczaj na 
temat Liny, której stan nadal się nie poprawiał. Postarali się o fotel bujany i wstawili do 
kuchni. Lina lubiła w nim siadywać, mimo że nie odzywała się wiele. Jednak było to 
praktyczne rozwiązanie dla nich wszystkich, ponieważ w ten sposób mieli Linę przez cały 
czas na oku. 
 

Jens pojechał do lekarza. 

 

- Co powiedział Torstein? – spytała Elizabeth, kiedy wrócił. 

 

- Dostałem to – odparł i wyciągnął nieduży, brązowy flakonik. – Doktor przepisał to 

na uspokojenie. 
 

- Ale… Linie przydałoby się raczej coś na pobudzenie – zdumiała się Elizabeth. – Ona 

po prostu siedzi otępiała. 
 

- Wyjaśnił, że Lina może to przyjmować, kiedy zaczną się jej „głośne dni”. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Zgoda, jeśli tak na to spojrzeć. Długo jeszcze będzie musiała czekać na miejsce w 

Danii? 
 

Jens schował buteleczkę do kieszeni. Jego twarz przebiegł wyraz bólu. 

 

- Powiedział, że to jeszcze trochę potrwa, ale może pod koniec wiosny będzie mogła 

jechać. – Zamilkł na chwilę. – Biję się, Elizabeth. Nie mam pewności, czy dobrze robię. 
 

- Rozumiem, co masz na myśli, Jens, ale uważam, że najrozsądniej będzie postąpić 

tak, jak radzi doktor. Co innego moglibyśmy uczynić? Pozwolić jej tak siedzieć? Tak nie 
można. Lina musi mieć szansę na wyleczenie. 
 

- Zgoda nie Wilno nam jej tak zostawić, ale mimo wszystko… 

 

Elizabeth nie odpowiedziała, tylko serdecznie uścisnęła Jensa za rękę. Najwyraźniej 

dodała mu tym gestem otuchy, ponieważ uśmiechnął się i bąknął coś w rodzaju, że dobrze 
było z nią porozmawiać. Potem przyjrzał się jej badawczo i zapytał, czy między nią i 
Kristianem wszystko się dobrze układa. 
 

- Tak, nie kłopocz się tym – odparła szybko i  zamierzała odejść. 

 

Przytrzymał ją: 

 

- Nie chcesz mi o tym powiedzieć? 

 

- Mieliśmy głupią sprzeczkę. Czasem nam się to zdarza. A ponieważ oboje jesteśmy 

równie uparci, musi upłynąć kilka dni, zanim znów będziemy normalnie rozmawiać. – 
Mówiąc to, roześmiała się, żeby pokazać, że się tym nie przejmuje. 
 

W niebieskich oczach Jensa odczytała troskę. 

 

- W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać – rzekł w końcu. 

 
 
 

Lars wyrwał ją za zamyślenia, kiedy z impetem wpadł do kuchni. 

background image

 

 

- Owce wyszły na brzeg i jedzą wodorosty! – zawołał. – Czy ktoś mógłby mi pomóc je 

zagonić z powrotem na górę? 
 

- Już idę – odparła, odstawiając na stół drewnianą miskę z mieszaniną gęstej śmietany 

i dziegciu, której używała do smarowania spierzchniętych dłoni i krowich strzyków. 
 

Kristian był już na dole, kiedy przyszła. 

 

- Cholerne owce! – pomstował. – Czy nie rozumieją, że mogą się pochorować o 

zdechnąć, kiedy tak skubią wodorosty prosto z brzegu? 
 

- Wydaje mi się, że zbliża się deszcz i niepogoda – zauważyła Elizabeth. – Na pewno 

dlatego zeszły niżej w pobliże domów. Zagońmy je do obory. 
 

Dawno już nie współpracowali tak zgodnie. Mimo że przyszli jeszcze inni 

domownicy, żeby pomóc, Elizabeth czuła, że to ona i Kristian najlepiej ze sobą 
współpracowali. 
 

Kiedy udało im się odciągnąć owce od brzegu i zamknąć w zagrodzie, Krystian 

podszedł do niej. 
 

- Jak na kobietę świetnie sobie radzisz  - stwierdził z krzywym uśmiechem. 

 

Roześmiała się i odgarnęła za ucho kosmyk włosów. 

 

- Ty też nie jesteś najgorszy, chociaż wydajesz się drobny i słaby. 

 

Chciał ją szturchnąć w bok, ale się uchyliła i uciekła. W zabawie, tak jak to robili 

zaraz po ślubie, natychmiast dogonił ją i złapał. 
 

- Co powiedziałaś? Kto tu jest drobny i słaby? 

 

Zachichotała. 

 

- Nikt. Ale to był twój mądry pomysł, żeby wypuścić owce o tak wczesnej porze roku. 

 

- Odrobina świeżego powietrza dobrze im robi – usprawiedliwił się. 

 

Pozwoliła mu się objąć, poczuła łaskotanie w dole brzucha. 

 

- Chodźmy do domu – zaproponowała, wyswobodziła się z jego objęć i wzięła go za 

rękę. Wreszcie znowu mogli ze sobą rozmawiać. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

Rozdział 3 

 
 

 

- Dzisiaj nie pójdziesz do obory – zdecydowała Elizabeth i zerknęła na Ane. – Żeby 

twoje umyte włosy nie przeszły nieprzyjemnym zapachem, 
 

- A co z moimi umytymi włosami? – spytała Maria, wyskrobując dokładnie talerz po 

śniadaniu. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się do siostry. 

 

- To nie ty idziesz dzisiaj do konfirmacji. 

 

Maria uśmiechnęła się i oparła przedramiona na stole. 

 

- Cieszysz się, Ane? 

 

- Tak, czuję mrowienie w brzuchu i w opuszkach palców. Próbując sobie wyobrazić 

całą ceremonię, ale na pewno i tak będzie inaczej. Strasznie jestem ciekawa, jak to właściwie 
się odbędzie. 
 

Lars roześmiał się i opróżnił kubek mleka. 

 

- Po co się niepokoisz? Znasz katechizm, wszytko pójdzie dobrze. 

 

- Uff, nie wiem, czy wszystko pamiętam! Tak czy owak cieszę się, że Daniel i ja 

możemy pójść do konfirmacji w wieku czternastu lat, pomyśl o tych, którzy mają prawie 
dwadzieścia. 
 

Elizabeth pogrążyła się w myślach, podczas gdy inni gawędzili o czekającym ich dniu. 

 

Przygotowania do konfirmacji Ane trwały kilka miesięcy. Tak szybko mija czas, 

stwierdziła ze smutkiem. Nie tak dawno temu mieszkali w Dalen, a Ane była zaledwie małym 
szkrabem drepczącym wkoło na niepewnych nogach. Wtedy trudno było sobie wyobrazić, że 
to maleńkie stworzenie będzie kiedyś dorosła kobietą. Tyle się wydarzyło w ciągu tych lat. 
raz Ane omal nie utonęła w rzece, a potem tak poważnie się rozchorowała, że Elizabeth nie 
wierzyła, że córka przeżyje. Innym razem Ane „ pożyczyła łódź”, żeby pobawić się w rybaka. 
Wiatr zniósł ją daleko na fiord i Elizabeth ledwo udało się ją uratować. Uśmiechnęła się na 
wspomnienie dnia, kiedy Ane zrozumiała, ze zwierzęta trzeba szlachtować. Maria jej o tym 
powiedziała. „Co? Jemy świnkę?” – spytała Ane z oczami pełnymi łez. Ole zażartował wtedy, 
że nagle poczuł się strasznie głodny i musi spróbować kota. No i zaczął się krzyk. Elizabeth 
nie mogła powstrzymać uśmiechu. A teraz Ane wyrosła i dziś idzie do konformacji. Gdzie się 
podziały te lata? 
 

Stół w salonie już poprzedniego dnia został nakryty białymi serwetkami i należącym 

do matki Kristiana obrusem z najdelikatniejszego lnu. Len z upływem lat stawał się coraz 
bielszy i ładniejszy, uznała Elizabeth z dumą, gdy stojąc, obserwowała swoje dzieło. Szkła 
błyszczały na wyścigi ze sztućcami i srebrnymi świecznikami. każdy najmniejszy kąt domu 
został wysprzątany, nawet poddasze 
 

Wcześnie się ze wszystkim uporała. Musiała, żeby zdążyć na czas. Kristian wiele razy 

to komentował. 
 

- Jeszcze tyle czas do konfirmacji  powtarzał, kiedy najbardziej narzekała. 

 

-Ale już zrobione – zawsze odpowiada. – Dobrze mieć to za sobą. 

 

- Więc może byśmy zjedli teraz rósł, i to też będziemy już mieć za sobą? – 

proponował. 
 

Elizabeth czuła wzbierający śmiech. Tego dnia i w najbliższym czasie powróci wiele 

wspomnień. Na mgnienie oka napotkała spojrzenie Jensa. wiedziała, o czym myśli, więc 
szybko odwróciła wzrok. Ane miała prawo poznać prawdę… 
 

Elizabeth pomogła córce włożyć suknię, na której z tyłu, wzdłuż całych pleców 

znajdowały się gęsto przyszyte maleńkie guziczki i obciągnięte materiałem, i Ane nie mogła 
ich sama dosięgnąć. 

background image

 

 

- Jakie to dziwne uczucie mieć na sobie sukienkę do samej ziemi, mamo! Pomyśl, że 

teraz będę w takich chodzić na co dzień. I już nigdy więcej nie uczeszę się w te dwa głupie 
warkoczyki. 
 

- Musisz się jednak przygotowywać na to, że noszenie długich spódnic jest bardzo 

uciążliwe. 
 

Ane zbyła tę uwagę. 

 

- Trzy nowe suknie na dnie powszednie w szafie i jedna odświętna, która mam na 

sobie. Czy można być bardziej szczęśliwą niż ja? – Odwróciła się na gwałtownie i spojrzała z 
powagą na Elizabeth. – Jak myślisz: Gdybyśmy nadal mieszkały w Dalen, pewnie nawet bym 
nie miała sukni do konfirmacji? 
 

- O, jakoś byśmy się o nią postarały – odparła Elizabeth, ale wcale nie była tego 

pewna. Jeden Bóg, wie, jakby im się ułożyło, gdyby została w Dalen sama z siostrą i córką. 
Może już dawno przegrałyby z głodem i chorobami. Odsunęła od siebie ponure myśli i wyjęła 
buty. 
 

- Masz, włóż je. 

 

Ane wsunął na stopy nowe skórzane pantofelki i postąpiła jeden krok. Skrzypiały. 

Zakręciła się dookoła, aż spódnice otuliły ją niczym obłok. Policzki dziewczyny nabrały 
rumieńców, oczy błyszczały. 
 

- Jestem taka szczęśliwa, że dostałem ten materiał na suknię. – Promieniała. – Tkany 

w domu nie jest tak ładny. Niektóre dziewczęta będą miały suknie ciemnobrązowe, bo czarny, 
ręcznie tkany materiał nie wygląda dobrze. 
 

Elizabeth skinęła głową, bo coś mogła o tym powiedzieć. Miała sporo codziennych 

spódnic w tym kolorze i wiedziała, jak bardzo odróżniały się od tych z lśniącego, kupnego 
materiału. 
 

Ane paplała bez ustanku, a Elizabeth pomagała jej się uczesać. Przez noc ciasno 

splecione warkocze zmieniły gładkie córki w fale, sięgające jej prawie do pasa. 
 

- Kiedy chodziliśmy na zajęcia przygotowujące do konfirmacji, poznałam pewną 

dziewczynę – rzekła Ane. – Ma naturalne loki. Brązowe! Nie masz pojęcia, jakie są piękne. 
Ona wygląda jak prawdziwy anioł… Jej włosy przypominają wełnę jagniątka, tylko że są 
długie. 
 

Elizabeth roześmiała się. 

 

- Też mi porównanie! – odparła. Przewiązała część włosów  Ane dużą czarną kokardą, 

pozostałe rozpuściła luźno na plecy. 
 

- Czy mogę tak iść? – Ane krytycznie spojrzała w lustro. 

 

- Jesteś prześliczna, moja Ane… - Elizabeth poczuła dławienie w gardle i musiała 

kilka razu przełknąć ślinę. – Pożyczę ci moją broszkę. Tę, którą dostałam kiedyś od Kristiana 
na Boże Narodzenie. 
 

Wyszła w pośpiechu. Usłyszała kroki Marii na schodach i chwilę później dobiegły ją z 

sypialni śmiechy i odgłosy rozmów. 
 

Kiedy Ane była małą, nazywała Marię „ciocią Mią”. T Teraz mówiła po prostu 

„Mario”, chyba że czegoś chciała. Wtedy przypochlebiała się jej, dodając przed imieniem 
„ciociu”. 
 

Elizabeth znalazła broszkę w jednej z małych szufladek. Długo trzymała ją w ręku. 

Potem głęboko wciągnęła powietrze. To dziwne, ze tak ją ścisnęło w gardle w dniu, kiedy 
powinna być szczęśliwa. 
 

Z korytarza na poddaszu usłyszała Helene przemawiającą pieszczotliwie do małej 

Signe. 
 

 - Jaka grzeczna jest ta dziewczynka cioci Helene. O, uśmiechnęła się! Może się cieszy 

na konfirmację Ane? 
 

Elizabeth wyszła do nich. 

background image

 

10 

 

- Gdzie jest Lina? Czy jadła? 

 

Helene trzymała Signe na ręku. 

 

- Tak, zaniosła, jej posiłek i przypilnowała, żeby zjadła. Myślisz, że może zostać 

sama, gdy będziemy w kościele? 
 

- Tak, poprosiłam jedną z dziewcząt ze Słonecznego Wzgórza, żeby przypilnowała 

Signe. Lina nie sprawi chyba zbyt wiele kłopotu. Prawdopodobnie zostanie w swojej sypialni. 
Najważniejsze, że w domu będzie ktoś oprócz niej. 
 

Helene przełożyła dziecko na drugą rękę. Córka Jensa i Liny miała siedem miesięcy i 

trochę już ciążyła. 
 

- Nie boisz się, że po wsi się rozniesie, w jakim stanie jest Lina? 

 

- Wyjaśniła, dziewczętom, które przyjdą nam pomóc, że Lina nie czuje się dobrze i 

potrzebuje spokoju i odpoczynku. Poprosiłam dwie spośród służących Bergette, żeby 
podgrzały jedzenie, by było ciepłe, kiedy wrócimy z kościoła. 
 

- Mam nadzieję, ze wiesz, co robisz – rzekła Helene z powagą. – Jeszcze nie jest za 

późno. Mogę zostać w domu i wszystkim się zając. Jens też mówił, że mógłby… 
 

- Bzdury. Musicie zobaczyć konfirmację Ane. Jesteście przecież dla niej jak rodzina. 

 

Helene nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi. 

 

- O, już idą! – zauważyła Elizabeth. – Zejdź na dół i otwórz. 

 

Helene zatrzymała się w połowie schodów. 

 

- Czy Bergette przyjdzie na przyjęcie? 

 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie, uprzedziła, że została zaproszona do innych krewnych. 

 
 
 

Tuż przed wyjazdem do kościoła Kristian podszedł do Ane i podał jej niewielką 

paczuszkę. 
 

- To od Bertine z Bergen – rzekł. – Prezent z okazji konfirmacji. 

 

- Czy mogę go już teraz otworzyć? – spytała, rozwinąwszy większość papieru. – Ojej, 

a co to takiego? – zawołała. W ręku trzymała ze złocistym płynem. 
 

- Wyjmij korek – zaproponował Kristian. 

 

Ane wyjęła korek i powąchała. 

 

- O, pachnie jak… mydło kwiatowe, tylko jeszcze ładniej! 

 

Elizabeth rozśmieszył zachwyt córki. 

 

- Nałóż kilka kropel na szyję – poradziła. – To perfumy. Kosztują mnóstwo pieniędzy. 

Wspaniały prezent. 
 

- Też musicie zobaczyć! – zawołała Ane radośnie i posłała flakonik wkoło, żeby każdy 

mógł powąchać, a Maria, helene i Elizabeth również posmarowały się kilkoma kroplami 
cennych perfum. 
 

- To niewiarygodne, co też ludzie w dzisiejszych czasach potrafią wymyślić – mruknął 

Lars i pokręcił głową zrezygnowany. Ale i on pociągnął nosem i musiał przyznać, ze podoba 
mu się ten zapach. Przypomniał mu kwitnąca łąkę. 
 

Musieli zaprząc oba konie, żeby wszyscy mogli dotrzeć do kościoła. 

 

- Zabiorę ten flakonik – oznajmiła Ane i wsunęła rękę do kieszeni. – Dam trochę 

koleżance, o której wam mówiłam. Tej o kręconych włosach. Nocowała dziś w stodole.   
Elizabeth spojrzała na córkę zaskoczona. 
 

- Przyjechała z daleka. 

 

Ane przytaknęła. 

 

- Dużo osób przyjechało z daleka i niektórzy nocowali u mieszkających bliżej 

kościoła, a inni musieli przespać się w stodole. To brzmi bardzo ekscytująco. Wzięli ze sobą 
jedzenie, a picie mieli dostać od proboszcza i od ludzi, u których się zatrzymali. 

background image

 

11 

 

- Dobrze, że chociaż jest ciepło – zauważyła Elizabeth. Nie pomyślała, że ktoś mógł 

potrzebować noclegu; wówczas zaproponowałaby takiej osobie spędzenie nocy w Dalsrud. 
Mieli przecież dosyć miejsca. 
 

- Jak myślisz, co powie Daniel, kiedy poczuje, ze tak ładnie pachniesz? – spytała 

zaczepnie Maria i szturchnęła Ane w bok. 
 

- A co powie pastor, kiedy doleci go twój zapach? – odcięła się Ane i wykrzywiła usta. 

 

Słysząc to, Maria roześmiała się w głos. 

 

- Zachowujcie się jak dorosłe! – zwróciła im uwagę Elizabeth. – Nie wypada, byście 

się tak wygłupiały. 
 

Elizabeth wiedziała, że w niektórych wsiach dziewczęta przystępowały do konfirmacji 

wiosną, a chłopcy jesienią, ale tutaj organizowano jedną ceremonię dla wszystkich na wiosnę. 
To dobrze, bo dzięki temu Daniel i Ane mogli przystąpić razem do sakramentu. Szkoda tylko, 
ze jedno nie mogło wziąć udziału w przyjęciu rodzinnym drugiego. Ale za to będą mieli o 
czym rozmawiać, kiedy się następnym razem spotkają. 
 

Wreszcie mieszkańcy Dalsrud zajechali na dziedziniec przed kościołem. Na kościelny, 

wzgórzu było więcej ludzi niż zazwyczaj, Elizabeth zauważyła też wiele nieznanych twarzy 
gdy mężczyźni wiązali konie, wśród tłumu szukała wzrokiem znajomych. 
 

- Ane, widzisz… 

 

Odwróciła się i zobaczyła, że córka już zniknęła. 

 

- Spotkała koleżankę. Myślę, ze tę z lokami – rzekła Maria. – O, tam jest Dorte i 

wszyscy z Heimly! 
 

Złożyli sobie życzenia z okazji konfirmacji, komentowali nowe suknie i stroje, 

rozmawiali o uroczystości i pogodzie. Wszyscy mało spali i każdy czuł łaskotanie w żołądku 
z emocji. 
 

- To całkiem idiotyczne – roześmiała się Dorte. Razem z Elizabeth odeszły trochę na 

bok. – Czuję, jakby to na mnie, a nie na Danielu pastor miał położyć dziś rękę – wyznała. Jej 
oczy zaszkliły się i zamrugała szybko. – Niesamowite, ale Daniel ciągle jest dla mnie małym 
dzieckiem. I tak pewnie zostanie bez względu na to, jak bardzo będzie dorosły. 
 

- Dobrze cię rozumiem – wyznała Elizabeth i położyła rękę na ramieniu Dorte. – Z 

Ane jest tak samo. W moich oczach nigdy Ne będzie dorosła. 
 

Dorte uśmiechnęła się z wdzięcznością, lecz po chwili zamyśliła się. 

 

- Indianne niedługo wyjdzie za mąż. Tego też się trochę obawiam. Mam wrażenie, 

jakbym ją traciła. Ale tak chyba czują wszystkie matki. 
 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Czasem zapominamy, że dzieci nie są naszą własnością. Nagle okazuje się, że lata 

minęły i dzieci zaczynają własne życie, dokładnie tak jak my kiedyś. 
 

- Jakbym słyszała Jakoba – uśmiechnęła się Dorte. – Powtarza mniej więcej to samo, 

oj, chyba musimy dołączyć do reszty, nie możemy tak tkwić na uboczu i rozmawiać tylko ze 
sobą. 
 

Elizabeth już miała z nią pójść, gdy zauważyła Ane. Córka stała tak blisko, że mogła 

słyszeć jej rozmowę z koleżanką. 
 

- Włożyłam buty do wody, żeby były sztywne i skrzypiały trochę, kiedy wyschną – 

zwierzyła się nieznajoma. 
 

- Ale jesteś sprytna. Tak się denerwuję! A jeśli spytają nas o coś, czego nie wiemy i 

będzie wstyd na cały kościół?  
 

- Na pewno nie, wszystko będzie dobrze. jeśli tylko nie wpadniemy w panikę, to 

wszystko sobie przypomnimy. 
 

Do dziewcząt podeszła jakaś kobieta, Ane dygnęła, podała jej dłoń i przywitała się 

uprzejmie. To pewnie marka koleżanki Ane, domyśliła się Elizabeth. 
 

- Spójrz tutaj! – rzekła kobieta i wyciągnęła kawałek papieru. 

background image

 

12 

 

Dziewczyna cofnęła się i otworzyła szeroko oczy przestraszona. 

 

- Nie, mamo, proszę! Nie masłem! Nie dzisiaj! 

 

- Stój spokojnie i nie zachowuj się jak jakaś kokieta! Prosiłam cię, żebyś poczekała, aż 

zrobię porządek z twoimi włosami, ale ty nie posłuchałaś i wymknęłaś się z domu, więc teraz 
dostaniesz karę. – Kobieta chwyciła córkę za włosy. 
 

- Co pani robi?! – krzyknęła Ane. – Chyba nie zamierza pan posmarować jej włosów 

masłem? Tych pięknych loków? 
 

Kobieta zatrzymała się i wbiła w Ane wzrok. 

 

- Ma mieć włosy ciasno splecione w dwa warkocze i w dodatku gładkie. Nie pozwolę, 

by wyglądała wyzywająco. 
 

- A więc uważa pani, ze ja tak wyglądam? – spytała Ane, odważnie patrząc kobiecie w 

oczy. 
 

Tamta ściągnęła twarz, a na jej policzkach pojawiły się czerwone plamy. 

 

- Ty decydujesz sama o sobie. 

 

Elizabeth rozważała, czy powinna się włączyć w rozmowę, zanim Ane powie coś 

niegrzecznego. Lecz uznała, ze mimo wszystko Ane jest już niemal dorosła, skro za chwilę 
przystąpi do konfirmacji, i nie ruszyła się z miejsca. 
 

Kobieta rozwinęła papier i Elizabeth zobaczyła, że rzeczywiście jest tam grudka 

masła. 
 

- Ależ mamo! – zaprotestowała dziewczyna. – Czy ty wiesz, z kim rozmawiasz? To 

Ane-Elise, córka Dalsrudów.  
 

- Nie dbam o to, nawet gdyby to był sam król. Nie będziesz wyglądała jak ladacznica, 

kiedy staniesz przed pastorem. 
 

Oczy Ane pociemniały, a drobna twarz córki napięła się. 

 

- Domyślam, że jest pani chrześcijanką. – Utkwiła wzrok w kobiecie. – W takim razie 

popełnia pani ciężki grzech. 
 

Kobieta znieruchomiała i spojrzała na Ane zdumiona. 

 

Ane skinęła głową. 

 

- Niszczy pani dzieło Boga. 

 

- Co takiego? 

 

- Nasz Pan stworzył pani córkę i dał jej te piękne kręcone włosy. Ale pai to się nie 

podoba. Dlatego sprzeciwia się pani Jego woli i robi to, co sama uważa za słuszne. Jak pani to 
wytłumaczy? 
 

Kobieta umknęła wzrokiem i niespokojnie obracała w palcach papier z masłem. 

 

- Proszę to dołożyć na miejsce, wtedy Bóg pani wybaczy – mówiła dalej Ane 

spokojnie. 
 

Elizabeth szybko rozejrzała się dokoła. Stojący w pobliżu też zwrócili uwagę na całe 

zajście. Niektórzy otwarcie się przyglądali, inni zerkali ukradkiem, lecz nikt się nie odezwał. 
 

- Tak czy siak nie pozwolę, by tak wyglądała – prychnęła kobieta i zaczęła pleść gruby 

warkocz z niesfornych kręconych włosów. 
 

Dziewczyna czerwieniła się jak burak. Mocno zacisnęła powieki, lecz nic nie mówiła, 

gdy matka ją czesała. 
 

- Teraz stój tutaj spokojnie, a ja przyniosę twój psałterz, którego oczywiście też 

zapomniałaś – rzuciła kobieta i odeszła z podniesioną głową. 
 

Ane wzięła koleżankę pod ramię i ze złością rozejrzała się dokoła. 

 

- No co się tak patrzycie? – spytała głośno. Ludzie odwrócili wzrok. – Nie przejmuj 

się swoją matką – rzekła Ane do koleżanki. – Najważniejsze, że nie wysmarowała ci włosów 
masłem. Patrz, co tu mam! – Wyjęła z kieszeni flakonik. – Powąchaj, jak ładnie pachnie. 
Wetrzyj sobie trochę w szyję. 
 

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. 

background image

 

13 

 

- Woda kwiatowa! Jak myślisz, co powie moja mama, kiedy to poczuje? 

 

- Nie odbierze ci tego, bo zapach zostanie na twojej skórze – zachichotała Ane. 

 

- Obie jesteście takie same – usłyszała Elizabeth tuż przy swoim uchu. Odwróciła się. 

zobaczyła białe zęby Jensa, który uśmiechnął się do niej. –Ane jest tak samo zbuntowana jak 
ty. 
 

- Bzdura! – prychnęła Elizabeth.- Ja nigdy bym się nie zdobyła na coś takiego. jutro 

sobie z Ane porozmawiam. 
 

- Nie sądzę, że powinnaś – rzekł Jens spokojnie. – Przypominam sobie kilka historii, 

które o tobie opowiadano. Na przykład tę, w której pojechałaś do Storli po jedną ze 
służących, mimo że i lensman, i gospodarz cię ścigali. Albo kiedy… 
 

- No, dobrze – przerwała mu Elizabeth. – Dośc się nasłuchałam. Może i jest do mnie 

podobna. – Roześmiała się. – Ale czasem z mojej porywczej natury wynika coś dobrego. 
Możliwe, że w przypadku Ane też tak będzie. 
 

Jens spoważniał. 

 

- Pamiętasz, że jeszcze o jednej sprawie miałaś porozmawiać z Ane? 

 

Elizabeth poczuła, że dobry humor ją opuścił. 

 

- Ale to chyba nie jest odpowiedni dzień na takie wyznania? – spytała oschle. 

 

- Nie to miałem na myśli, i ty o tym wiesz. 

 

Poznała po jego głosie, że nie ustąpi, więc dodała nieco łagodniej: 

 

- Jeszcze nie rozmawiałam o tym z Kristianem, a on  musi wyrazić zgodę i musi być 

przy tym, kiedy jej to powiem. 
 

- Chcesz, żebym i ja z wami był? 

 

- Porozmawiamy o tym później. To jest wielki dzień Ane i powinniśmy go zepsuć. 

 

W tej samej chwili zaczęły bić kościelne dzwony i Elizabeth ruszyła w stronę drzwi do 

świątyni razem z całym tłumem ludzi. 
 

 

 
 

Wszyscy konfirmacji dobrze sobie poradzili. Niektórym bardziej drżał głos niż innym, 

ale wszyscy prawidłowo odpowiedzieli na pytania zadawane przez pastora. Elizabeth 
zauważyła, że Daniel przechodzi mutację. Dostał wypieków na twarzy, gdy przyszła jego 
kolej. Chłopak bardzo się wyciągnął i przerósł Ane prawie o pół głowy. Jego garnitur był 
czarnym a koszula biała jak śnieg. Tak, Dorte miała wszelkie powody, by być dumna ze 
swego syna. 
 

Elizabeth jako chrzestną matka kupiła mu w prezencie srebrną łyżkę. Spytał też Jensa, 

czy jako ojciec chrzestny Daniela dołoży się do prezentu; skłamał, podając cenę, i wymienił 
niższą kwotę niż tak, którą zapłacił. Pomyślał, że Jensowi pewnie nie wystarczyłoby pensji, a 
poza tym Jens miał jeszcze kupić prezent dla Ane. 
 

Kiedy z powrotem wyszli na kościelny dziedziniec, atmosfera była już swobodniejsza. 

Tyle osób podchodziło, żeby im pogratulować, że Elizabeth nie zdążyła ich wszystkich 
poznać. Dziewczęta skupiły się w grupce, chichotały i śmiały się. chłopcy zachowywali się 
bardziej po męsku, klepali się po ramionach, kopali kamyki i spluwali daleko. 
 

- Patrz, Elizabeth, fotograf – zauważyła Maria i pociągnęła ją za rękaw. – Poprosimy 

go, żeby zrobił Ane zdjęcie? Pomyśl, jaka to będzie pamiątka. 
 

Podszedł do nich Kristian.   

 

- Co tak szepczecie? – spytał i podążył wzrokiem tam, gdzie patrzyła Maria. 

 

Mężczyznę z aparatem zauważyli już inni i ustawili się w kolejce. Pozostali stanęli z 

boku i przyglądali się. Nie wszystkich było stać na zamówienie fotografii, a znaleźliby się i 
tacy, którzy nawet nie widzieli takiego sprzętu. Im pozostało tylko patrzeć, by zachować w 
pamięci wydarzenie, które zdawało się baśnią. 

background image

 

14 

 

Ane wygładziła suknię i podrzuciła włosy, kiedy nadeszła jej kolej. Z psałterzem 

między złożonymi dłońmi i poważną miną patrzyła prosto w dużą, brązową skrzynkę, która 
miała zrobić jej portret. 
 

Tak, to będzie piękna pamiątka, pomyślała Elizabeth, siedząc w powozie podczas 

powrotnej drogi do domu. Już się cieszyła na chwilę, gdy będą mogli obejrzeć zdjęcie. 
 

Ane promieniała, kiedy zasiedli przy stole. Gości nie było wielu, ponieważ 

mieszkańcy Heimly także mieli konfirmanta i wyprawiali przyjęcie u siebie. Dlatego na 
przyjęciu zjawili się tylko domownicy. Elizabeth cieszyła się z tego względu na Linę. 
Dziewczyna ze Słonecznego Wzgórza powiedziała, że przez cały czas, kiedy wszyscy byli w 
kościele, Lina leżała spokojnie w łóżku. Spytała też nieśmiało, czy choroba, na która cierpi 
Lina, jest zaraźliwa – pewnie się bała, że mogłaby zarazić matkę i rodzeństwo. 
 

- Nie, to tylko osłabienie wiosenne – wyjaśniła Elizabeth. Na szczęście plotki nie 

dotarły jeszcze do Słonecznego Wzgórza. A może tam nie słuchano plotek? Ku zadowoleniu 
Elizabeth dziewczyna nie zadawała więcej pytań. 
 

Z kolei ona chciała wiedzieć, czy Signe była grzeczna. Mała została w kuchni razem 

ze służącymi i z ich relacji wynikało, że była szczęśliwa, znajdując się w centrum 
zainteresowania. 
 

Elizabeth odetchnęła z ulgą i mogła spokojnie skoncentrować się na przyjęciu. 

 

Zerknęła ukradkiem na Linę, która bezwiednie mieszała łyżkę w zupie. Ale 

przynajmniej usiadła przy stole, pocieszyła się w duchu. Jens pochylił się ku żonie i szepnął 
jej coś do ucha. Wtedy Lina uśmiechnęła się blado i zjadła trochę zupy, po czym na powrót 
pogrążyła się w myślach. 
 

Kristian zadzwonił o swój kieliszek i wstał. 

 

- Jak nakazuje obyczaj, chciałby wygłosić mowę na cześć Ane. Nie będzie to zbyt 

długie przemówienie, bo zaraz pojawi się deser, a potem Ane obejrzy prezenty. Tak… - 
Odchrząknął i zaczerpnął powietrza. – Ane jest dziś niezmiernie szczęśliwą młodą damą, 
ponieważ na jej przyjęciu zasiadło obok siebie dwóch ojców. 
 

Elizabeth drgnęła i musiała spojrzeć na Kristiana. To wspaniałomyślne z jego strony, 

że o tym wspomniał, uznała, tym bardziej że wcześniej długo ukrywał przed nią, że Jens 
przeżył. Jednocześnie ogarnął ją strach na myśl o tym, że wkrótce będzie musiała powiedzieć 
Ane o jeszcze jednym ojcu: prawdziwym ojcu. 
 

- Jens również jest szczęściarzem – mówił dalej Kristian. – Mógł być przy niej, kiedy 

przyszła na świat i towarzyszyć jej w pierwszych latach życia, kiedy była malutka. Potem ja 
przejąłem jego rolę i sprawiło mi to nie mniejszą radość. Mamy mnóstwo zabawnych 
wspólnych wspomnień, jednak nie chciałbym cię wprawiać w zakłopotanie, Ane, zdradzając 
je teraz. 
 

Ane zaczerwieniła się, lecz jej oczy błyszczały z radości. 

 

- Tu na północy przez kilka miesięcy trwa noc polarna i nie każdego roku lato jest 

równie piękne. Kiedy góry zasnuwa szara mgła, w dodatku tak gęsta, że niektórzy niemal 
sięgają po siekierę, żeby torować sobie drogę do obory, to my w Dalsrud i tak mamy słońce. 
A tym słońcem jest Ane. Nikt nie rozsiewa tyle światła i ciepła co ty, Ane, i muszę przyznać, 
że boję się tego dnia, kiedy będziesz się stąd wyprowadzić. Jednak do tego czasu cieszymy 
się każdym dniem, gdy jesteś z nami. 
 

Elizabeth, szukając po omacku chusteczki, zauważyła, ze i Ane miała ochotę otrzeć 

dłonią oczy. 
 

- Zatem wnoszę toast za Ane-Elise! 

 

Wokół stołu odpowiednio półgłosem „na zdrowie”, a Kristian usiadł. Elizabeth 

zorientowała się, że wielu z zebranych wzruszyła jego mowa, ponieważ zrobiło się cicho. Po 
chwili służące wniosły deser, ciepłe ciasto ze świeżo ubitą śmietaną, i podały kawę. 
 

Gdy wszyscy skosztowali słodkości, Jens wstał z miejsca. 

background image

 

15 

 

- Nie będę mówił długo – zaczął i zerknął na Kristiana. – Zresztą po pięknych słowach 

Kristiana, których wysłuchaliśmy, nie będzie łatwo przemawiać. 
 

Rozległ się cichy śmiech, a Kristian zaczerwienił się z dumy. 

 

Jens spojrzał z czułością na córkę. 

 

- Miałem okazję, jak powiedział Kristian, towarzyszyć ci, gdy byłaś małą 

dziewczynką, Ane. Straciłem wiele lat i bardzo nad tym boleję. Żeby to naprawić, chciałbym 
teraz spędzić z tobą jak najwięcej czasu. Każdy dzień z tobą to dar. Cenny dar. – Ostatnie 
słowa wymówił ochrypłym głosem i musiał zrobić przerwę. A potem podniósł kieliszek i 
dodał: 
 

- Za zdrowie Ane! 

 

Elizabeth zauważyła, że gościom znów zaszkliły się oczy i dlatego przez długą chwilę 

przełknęła ani kęsa. 
 

Po posiłku przeszli do salonu, gdzie stał stół z prezentami. Były to podarki od 

krewnych i sąsiadów. Nieduży zbiór Kazan do czytania w domu od Dorte i Jakoba. Poszewki 
na poduszki, obrusy i różny sprzęt domowy od znajomych z sąsiedztwa. Maria wyhaftowała 
duży lniany obrus. Ane uścisnęła ją serdecznie i kilka razu podziękowała.  
 

- Jesteś naprawdę kochana – wyznała, trzymając obrus przed sobą. – Musiałaś na to 

poświęcić wiele miesięcy. 
 

- Prawie rok – odparła Maria skromnie. 

 

Od Helene  i Larsa Ane dostała małą broszkę. 

 

- Nie jest ze szczerego złota – wyznała Helene przepraszająco, ale może ci się 

spodoba. 
 

- Jest śliczna! – zawołała Ane i od razu przypięła broszkę do sukni, mimo że jedną już 

miała. – Patrzcie, jak ładnie wygląda! teraz wreszcie będę miała własną! 
 

- A to jest prezent od Liny i ode mnie – odezwał się Jens i podał Ane pudełko. 

 

Dziewczyna otworzyła je gorączkowo i wyjęła srebrną łyżkę. 

 

- stokrotnie wam dziękuję! – rzekła z błyszczącymi oczami. – O, patrzcie, tutaj jest 

wygrawerowane E! 
 

- Dzięki temu będziesz wiedziała, że to twoja łyżka – wyjaśnił Jens. – Stopniowo 

możesz sobie zbierać koleje o tym samym wzorze. Jeśli ci się spodoba. 
 

- Oczywiście, że mi się podoba – promieniała Ane i serdecznie uścisnęła oboje, Jensa i 

Linę. 
 

Wtedy na środek wyszedł Kristian. 

 

- Teraz możesz wyjść z nami na dwór i obejrzeć prezent od matki i ode mnie. 

 

- Na dwór? – powtórzyła Ane zdumiona. 

 

- Tak. Chodź już. – Ruszył przodem, a wszyscy pozostali podążyli za nim. Tylko Lina 

została na krześle przy oknie, nieco ukryta za zasłoną. 
 

- Idźcie – rzekła cicho, kiedy Jens spytał, czy ma ochotę pójść. – Wolę zostać tutaj. 

 

Skinął głową i pogładził Linę po policzku. 

 

- Zaraz wrócimy. 

 

Kristian poprosił, żeby poczekali na środku dziedzińca.  

 

- Co on takiego szykuje? – zastanowiła się Ane i spojrzała pytająco na matkę. 

 

- Poczekaj, zaraz zobaczysz. 

 

Po chwili Kristian wrócił, prowadząc czarnego konia z dużą białą gwiazdą na czole. 

 

- Oto twój prezent! 

 

Ane wpatrywała się to w ojca, to w matkę. 

 

- To nie może być prawda! Chyba nie kupiliście mi… konia? Będzie tylko mój? – 

wykrztusiła, patrząc na rodziców okrągłymi oczami. 
 

Elizabeth przypomniała sobie, jak Ane była mała i miała dostać jagnię, a gdy nadszedł 

wieczór, spytała, czy może zabrać jagniątko ze sobą do domu. Szturchnęła córkę w plecy. 

background image

 

16 

 

- Idź, przywitaj się z nią i nadaj jej imię! 

 

Ane podeszła kilka kroków w stronę konia, ostrożnie wyciągając rękę. Zwierzę 

postawiło uszy i zamrugało spokojnymi, czarnymi oczami. 
 

- Jejku, jaka jesteś piękna! – westchnęła Ane i pogładziła klacz po błyszczącej sierści. 

 

- Jak mam wam dziękować? – spytała, spoglądając to na Kristiana, to znowu na 

Elizabeth i z powrotem. Miała łzy w oczach, a jej głos brzmiał obco i grubo. 
 

- Nazwij ją moim imieniem, to będziemy kwita – uśmiechnął się Kristian. 

 

- Ale to przecież klacz? – odrzekła Ane. Potrzebowała trochę czasu, żeby się uspokoić. 

– Nie, ona musi się nazywać… Nazwę ją Mia, cza cześć Marii. 
 

- O, dziękuję bardzo – roześmiała się Maria od ucha do ucha. – Myślałam, ze nazwiesz 

moim imieniem swoją pierwszą córkę, ale… 
 

- Phi, wcale nie zamierzam wychodzić za mąż ani mieć dzieci – zastrzegła się Ane. 

Pozwoliła, by klacz dotykała harpiami jej włosów i policzka. – Nie, nie zabieraj mi wstążki! – 
krzyknęła. – Czy to dlatego nie pozwoliłaś mi dziś rano pójść do obory? – spytała, pociągając 
ku sobie wstążkę, która mokra i pomięta opadła jej teraz z tyłu głowy. 
 

Elizabeth potwierdziła domysły córki. 

 

- Zgadza się. dostaliśmy klacz wczoraj wieczorem, kiedy już poszłaś spać. Wszyscy o 

niej wiedzieli oprócz ciebie. 
 

- Jesteś już przecież dorosła – wtrącił Kristian. – Dlatego uznałem, że musisz mieć 

własnego konia. 
 

Tak, pomyślała Elizabeth, to był pomysł Kristiana. Sama się sprzeciwiała, bo jej 

zdaniem tak wspaniały prezent nie wyjdzie Ane na dobre. Bała się, że w przyszłości córka 
zbyt wiele będzie oczekiwała od innych. a poza tym goście mogą się zawstydzić, że ich 
prezenty są zbyt skromne. Wiedziała, ze to zaraźliwe. Ale Kristian machnął na to ręką. Sam 
już jako dziecko dostał konia i uważał, że wcale z tego powodu nie miał zbyt wielkich 
wymagań. Elizabeth poddała się, jednak zauważyła, że Jens już więcej nie wspomniał o 
swoim upominku, kiedy usłyszał o koniu. Dobrze go rozumiała. Kristian był zamożnym 
człowiekiem i właśnie w takich sytuacjach różnica między jednym a drugim stawała się 
bardzo wyraźna. 
 

Długo stali na dziedzińcu i podziwiali konia. W końcu Maria zawołała: 

 

- To wspaniały koń, w dodatku dostał piękne imię, ale chcę już wracać do środka, 

żeby napić się jeszcze kawy i zjeść ciasta! 
 

Tłum rozstąpił się, a klacz z powrotem zaprowadzono do obory. Ale paplała bez końca 

o tym, kiedy i dokąd będzie na nim jeździć. Miała nadzieję, ze na razie będzie mogła 
pożyczać siodło, ale postanowiła zacząć oszczędzać na własne. 
 

- Powąchaj, jak przyjemnie pachnie koniem – rzekła z ożywieniem i przysunęła dłoń 

pod nos Elizabeth. 
 

-Dziękuję, zapach obory mam na co dzień. Idź do kuchni się umyć, zanim wejdziesz 

do salonu – zwróciła jej uwagę Elizabeth. 
 
 
 

Zrobiło się późno. Kawa została wypita, a dziewczęta wynajęte do pomocy odesłane 

do domów. Nagle Elizabeth zauważyła, że Ane i Jens zniknęli. Bez słowa cichutko wstała i 
wyszła z salonu. Zobaczyła, że drzwi do kuchni są uchylone, więc podeszła bliżej i zajrzała 
do środka. 
 

- Jak mówiłem, mam dla ciebie prezent – usłyszała głos Jensa. – Nigdy nie da się go 

porównać z tym, którym dostałaś od Kristiana i Elizabeth, ale.. 
 

Wyjął dużą, grubą Biblię, oprawioną w brązową skórę. 

 

- Książka? – spytała Ane, biorąc podarunek do ręki. 

background image

 

17 

 

- To Biblia, która należała do moich rodziców – rzekł Jens. – Twoja matka 

przechowała ją przez wszystkie te lata, kiedy mnie nie było. Od początku ustaliliśmy, że 
dostaniesz po mnie to Pismo Święte. 
 

Ane otworzyła książkę na pierwszej stronie. 

 

- Omnia vincent amor – przeczytała z nabożeństwem i spojrzała na Jensa pytająco. 

 

- Moi rodzice obawiali się, że nie uda im się nadal  darzyć się miłością, kiedy 

dosięgnie ich codzienność, ciężka praca i głód – wyjaśnił cicho Jens. – Zwierzyli się z tego 
pastorowi, a wtedy on napisał im tę dedykację. To po łacinie i znaczy: Miłość wszystko 
zwycięży. 
 

Ręce Ane drżały. 

 

- To najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam – rzekła ochrypłym głosem. – 

Będę go dobrze strzegła. Żaden podarunek kupiony za pieniądze nie może się z tym równać. – 
Uśmiechnęła się niepewnie. – Wygląda na to, że mimo wszystko będę musiała wyjść za mąż i 
urodzić dziecko, które będzie mogło ją po mnie odziedziczyć. Dziękuję, tato – szepnęła i 
uścisnęła go. 
 

Elizabeth oddaliła się od kuchennych drzwi tak samo cicho, jak tu przyszła. Ją także 

coś dławiło w gardle. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

18 

Rozdział 4 

 
 

 

Dorte stała na dziedzińcu i machała na pożegnanie ostatnim gościom. Przewiązała się 

szalem robionym na drutach dla ochrony przed chłodem, wciągnęła w płuca łagodne 
wieczorne powietrze. Teraz wiosną pachniało w szczególny sposób. Nowy życiem. U 
podnóża gór trawa znowu zaczynała się zielenić, z rzadka rosnące drzewa miały zielone 
pączki, ale na najwyższych szczytach gór jeszcze leżał śnieg. Nigdy stamtąd nie zniknie, 
nawet w środku lata. 
 

Dorte zatrzymała wzrok przy domu na Neset. Mieszkałam tam z Daniele, wiele lat. 

pamiętała noc, kiedy urodziła syna. Tak bardzo się bała, gdy zaczęły się bóle. W desperacji 
zawołała Elizabeth, która już po chwili stanęła w drzwiach – spokojna i gotowa do pomocy. 
Dote zapytała ją, skąd wiedziała, że już czas, lecz Elizabeth nie potrafiła podać żadnego 
sensownego wytłumaczenia. Ciągle jeszcze żywo pamiętała, jak to było trzymać maleńkie 
ciało chłopca w ramionach. Takie ciepłe i miękkie… był tylko jej. Jej Daniel. 
 

- Dziękuję, mamo. 

 

Dorte drgnęła na dźwięk jego głosu. 

 

- Dziękuję za piękny dzień – dodał Daniel i uśmiechnął się do niej. 

 

Pogładziła go po policzku, chociaż wiedziała, że nie lubił już takich oznak czułości. 

Jednak tym razem nie odsunął się. 
 

- Miło mi to słyszeć, że miałeś piękny dzień – odparła łagodnie. 

 

- najpiękniejszy w życiu! – wyznał. Oczy mi błyszczały.  

 

Milczała przez chwilę, przyglądając się synowi. Zaczęło ją dławić w gardle. Nie 

mogła dopuścić, by to zauważył. Odchrząknęła kilka razy. 
 

- Jesteś już dorosły, Danieli – wykrztusiła w końcu. 

 

- Najlepsze jest to, że teraz będę mógł nosić porządne spodnie zamiast tych głupich 

spodenek do kolan – stwierdził i uśmiechnął się. 
 

Jego głos brzmiał ochryple i zrozumiała, że dlatego zażartował. 

 

- Ale niestety, tak bardzo jesteś do mnie podobny i tego nie zmienisz – zauważyła, 

czując w żołądku wzbierający śmiech. 
 

- Mamo – rzekł z wyrzutem. Zmarszczył brwi, ale zaraz się zorientował, że tylko się z 

nim drażni. Wtedy się roześmiał. 
 

- To prawda, jesteśmy bardzo podobni. Mamy takie same rude włosy, wszystkie piegi 

i zielone oczy. Gdybym jeszcze był taki miły jak ty. 
 

- No tak, z tym jest pewien kłopot – przyznała i szturchnęła go w bok. 

 

W korytarzu natknęła się na Mathilde i Sofie, które wybierały się do obory. Skinęła 

głową z uznaniem. Zwierzęta czekały dziś dłużej niż zwykle i na pewno były już głodne, a ich 
wymiona rozsadzało mleko. 
 

Daniel podszedł do salonu, do reszty domowników. 

 

W kuchni pachniało jeszcze kawą i jedzeniem, kiedy Dorte napełniała drewnianą balię 

gorąca wodą. 
 

Po chwili weszła Elen z tacą pełną filiżanek i spodków.  

Była czerwona na twarzy, a jej brązowe włosy kręciły się przy skroni. 
 

- Indianne umyje podłogę – oznajmiła, odgarniając z czoła mokry od potu kosmyk 

włosów. 
 

Dorte ostrożnie wkładała filiżanki do balii. 

 

- Daniel podziękował mi za piękny dzień – wyznała z wzrokiem utkwionym w wodzie 

z naczyniami. 
 

- Bo to był piękny dzień – przytaknęła Elen. – Wszyscy dobrze się bawili. Wielu 

nawet mówiło, że to najwspanialsza konfirmacja, na której kiedykolwiek byli. 

background image

 

19 

 

Dorte spojrzała jej w oczy. 

 

- Czy to prawda? Kto tak powiedział? 

 

- Wydaje mi się, że Peder i… no, kilka osób tak uważało. Ale jakie Daniel dostał 

prezenty! Pieniądze i tyle innych rzeczy. Dziewczętom daje się zwykle sprzęt domowy, a dla 
chłopca trudno jest coś wybrać. 
 

Dorte uśmiechnęła się z dumą. Wyjęła z wody świeżo umytą filiżankę i postawiła na 

blacie, a Elen szybko ją wytarła. Dorte pokiwała głową na znak, ze się z Elen zgadza, i po 
chwili zaczęła wymieniać: 
 

- Tak, dostał nóż w pochwie, portfel, psałterz, pasek, srebrną łyżkę i sporo innych 

rzeczy. My daliśmy mu pieniądze, ale musi je sobie odłożyć. Któregoś dnia ożeni się i założy 
rodzinę. Wtedy dobrze mieć kilka koron w zanadrzu. 
 

Elen stawiała filiżanki na kuchennym stole; na razie, dopóki wszystkich nie wytrze. 

Potem zabierze je do salonu i wstawi do szafy. 
 

- Może pobiorą się z Sofie? – zauważyła i uśmiechnęła się chytrze. 

 

- Dlaczego tak myślisz? 

 

- Sofie patrzy za nim tęsknie. Nie zauważyłaś tego? 

 

- Och, moja droga, jeszcze za wcześnie. Dziewczyna nie ma więcej niż dwanaście lat. 

– Dorte znieruchomiała. – Pamiętam, jak Daniel był mały. On i Ane urodzili się w tym 
samym roku i Elizabeth mawiała, że być może kiedyś będzie z nich para. 
 

Elen zerknęła na Dorte. 

 

- Msz taką nadzieję? 

 

Dorte roześmiała się krótko i zaczęła zmywać dalej. 

 

- Wtedy powiedziałam, że Ane wywodzi się z lepszej rodziny niż ja i Daniel. 

Elizabeth rozzłościła się i ofuknęła mnie, że nie chce słuchać takich bzdur. 
 

- To do niej podobne – stwierdziła Elen z uśmiechem. – Może z Ane i Danielem 

będzie tak jak z Marią i Olavem. Wychowywali się razem i są bardzo dobrymi przyjaciółmi. 
Gdybym o tym nie wiedziała, byłabym zazdrosna. 
 

- Kto tu mówi o zazdrości? 

 

W kuchni zjawił się Olav i spoglądał na Elizabeth, to na Elen. 

 

- Zazdrościmy wam, mężczyznom – odpowiedziała szybko Dorte. – Bo możecie sobie 

siedzieć w izbie i leniuchować, a my musimy zmywać i sprzątać po przyjęciu. 
 

- Nie, ratujcie mnie, co za zniewaga. To my rozwiązujemy wielkie, światowe 

problemy, gdy wy tymczasem tylko tu plotkujecie! – zagrzmiał i błyskawicznie się uchylił, 
gdy Elen rzuciła w niego ścierką do naczyń. Po chwili złapał Elen w ramiona i przytrzymał. 
 

- Ależ, Olavie – zaprotestowała, zawstydzona, czerwieniąc się na twarzy. Ale oczy ją 

zdradziły, zauważyła Dorte. Błyszczały ku niemu. 
 

Weszła Indianne, odstawiła wiadro z wodą na krzesło i spojrzała na brata pobłażliwie. 

 

- No, widzę, że całkiem nie macie wstydu. 

 

- Ty i Benjamin nie jesteście lepsi – odparła Dorte, chwyciła tacę ze stertą filiżanek  

wyniosła do salonu. 
 

- My nie jesteśmy małżeństwem, a to coś zupełnie innego  odgryzła się Indianne. 

 

-Ale już niedaleko do ślubu – nie ustępował Olav. – I mogę cię zapewnić, ze to wcale 

nie przechodzi, gdy włożysz na palec obrączkę. Wprost przeciwnie. – Pocałował Elen w czoło 
i niechętnie wypuścił ją z objęć. 
 

Indianne wykręciła ścierkę do podłogi. 

 

- Poczekajcie tylko, aż urodzą się wam dzieci. Wtedy dopiero będzie ciekawie. 

 

- I to mówi Indianne, studwudziestoletnia staruszka z wielkim doświadczeniem – 

roześmiał się Olav. 
 

Indianne opryskała brata wodą, a on w pośpiechu umknął do izby. 

 

Z twarzy Elen zniknął uśmiech. Indianne zauważyła to i podeszła do bratowej. 

background image

 

20 

 

- Czy powiedziałam coś złego? – spytała niepewnie. 

 

- Nie, nie, w żadnym wypadku. Tylko… chodzi o to, że mieliśmy nadzieję, ze zajdę w 

ciążę zaraz po ślubie, ale minęło tyle czasu i… 
 

- Musisz uzbroić się w cierpliwość – poradziła Indianne. – Pomyśl, że między mną i 

Fredrkiem jest dziesięć lat różnicy 
 

Elen wyprostowała plecy. 

 

- Masz rację. Tylko ja nie mogę się doczekać. – Spróbowała się uśmiechną. – 

Niedługo ty też wyjdziesz za mąż, Indianne. Nawet jeśli urodzisz całą gromadkę dzieci, 
musisz nas często odwiedzać. 
 

- Obiecuję – zapewniła Indianne. 

 

Dorte słyszała fragmenty rozmowy. Nagle poczuła się bardzo bogata. Miała wokół 

siebie dużą rodzinę. Czego jeszcze  mogła sobie życzyć? 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

21 

Rozdział 5 

 
 

 

Słońce rzucało ostre promienie na białą, świeżo wypraną pościel wiszącą na sznurach. 

Łagodna bryza lekko kołysała prześcieradłem i poszwą na kołdrę. Elizabeth właśnie składała 
poszewkę na poduszkę, kiedy na dziedziniec wolno wjechała Ane – konno. 
 

Elizabeth podniosła rękę, pomachała i zawołała „cześć”. Ane musiał ją widzieć i 

słyszeć, ale mimo to nie odpowiedziała. Lekko zeskoczyła na ziemię i przerzuciła cugle przez 
szyję konia. Elizabeth podążyła za nią wzrokiem. Dłoń córki była czuła, a głos łagodny, kiedy 
poklepała klacz. Potem Ane chwyciła cugle i poprowadziła zwierzę do obory, potrafi się 
obchodzić ze zwierzętami pomyślała Elizabeth. Zawsze umiała, traktowała je z szacunkiem i 
miłością. 
 

Elizabeth skończyła zdejmować pranie, zostawiła kosz na ziemi i szybko ruszyła przez 

dziedziniec do obory. 
 

- Miała udaną wycieczkę? – spytała, rozglądając się wokół. Owce wypuścili w góry, a 

krowy były na pastwiskach. Najwyższa pora, żeby tu solidne wysprzątać, pomyślała i odparła 
się o pusty boks. 
 

Ane odpięła popręg i z wysiłkiem zdjęła siodło. W milczeniu zaczęła szczotkować 

Mię. 
 

- Pytałam cię o coś – rzekła Elizabeth nieco ostrym tonem. 

 

Ane zatrzymała rękę i odwróciła się powoli. 

 

- Spotkałam jedną z moich przyjaciółek. 

 

- Czy to nie było miłe? 

 

Ane wolno pokręciła głową, wyciągając końskie włosy, które zostały na szczotce. 

 

- Przyjaźnimy się, odkąd zaczęłyśmy chodzić do szkoły. 

 

- Coś się stało? – Elizabeth podeszła bliżej i położyła rękę na ramieniu córki. 

 

- Spytała, czy kupiliśmy sobie nowego konia i powiedziałam, że to moja klacz. 

Prezent od was na konfirmację. – Ane mocno zacisnęła usta i kilka razy zamrugała. Jednak jej 
głos nadal brzmiał pewnie, kiedy mówiła dalej. – Nie mogła tego znieść. Powiedziała, że to 
dowód, ze nam się w głowach poprzewracało. Dodała, że jestem rozpieszczona i że dostaje 
wszystko pod nos. 
 

- I co ty na to? 

 

- Spytałam, czy z tego powodu ona dostała mniej. Czy jej coś zabrałam. 

 

Elizabeth miała ochotę zwrócić Ane uwagę, że nie powinna tak zadzierać nosa, ale 

milczała. W końcu to przyjaciółka zachowała się niegrzecznie. Dlaczego Ane nie miałaby się 
bronić? 
 

- Przyznała, że niczego jej nie zabrałam jej nie zabrałam – mówiła dalej Ane. – Ale że 

wokół nas we wsi jest wielu ludzi, którzy głodują i że raczej powinniśmy na nich wydać 
nasze pieniądze. 
 

Ane wróciła do szczotkowania konia. Jej ruchy były długie i powolne. 

 

- Przypomniałam jej, ze ty ciągle opiekujesz się biednymi i spytałam, ile ona dała od 

siebie. Wtedy po prostu prychnęła i rzekła, że ci, co mają dużo, zawsze chcą mieć więcej. 
 

Elizabeth poczuła, że ogarnia ją gniew. Ile razy sama doświadczała ludzkiej 

zazdrości? czyżby teraz ta zawiść miała przejść na Ane? Czy ludzie nigdy nie dadzą im 
spokoju?  
 

- Powiedziałam też, że ona posiada dużo więcej niż biedacy we wsi. Dlaczego wiec 

nie rozda im tego, co ma, żeby się z nimi zrównać. 
 

- Ne przejmuj się tym, moja Ane. – Elizabeth pogładziła ją po warkoczyku 

zwisającym w dół pleców. Po konfirmacji Ane już nie splatała włosów w dwa warkocze, 
tylko w jeden gruby. 

background image

 

22 

 

- Nie potrafię się nie przejmować! – Ane pochyliła się, oparła się barkiem o bok konia, 

tak że podniósł nogę. Szybko usunęła drobne kamyki z kopyta i zestawiła nogę z powrotem 
na ziemię. – Nie znoszę takiej zazdrości. a ona jest niby moją przyjaciółką! Boże, jak ja żałuję 
wszystkiego, z czego się jej zwierzyła. A tyle razy stawałam w jej obronie, chroniłam ją, a 
nawet pobiłam chłopaka, który jej dokuczał, gdy byłyśmy małe. I mam teraz podziękowanie, 
tylko dlatego, ze dostałam konia na własność! Nie zrozum mnie źle, mamo, cieszę się z tego 
prezentu, ale dlaczego ona mi go żałuje? 
 

- Wiem, że jest ci przykro – próbowała ją pocieszyć Elizabeth. – Ale z czasem 

znajdziesz innych przyjaciół, którzy będą cię cenić za to, kim jesteś, a nie za to, co posiadasz. 
Będą rozumieli, że jesteś taką samą dziewczyną. Dbaj o nich, bo tylko po tym poznaje się 
prawdziwych przyjaciół. 
 

Ane sprawdziła pozostałe kopyta klaczy i zaczęła bezwiednie czesać jej ogon.  

 

- Może masz rację – przyznała. Puściła koński ogon i wyjrzała za drzwi do obory. – 

Dostałam od Jensa dwa prezenty na konfirmację. 
 

- Coś jeszcze oprócz srebrnej łyżki? – spytała Elizabeth, udając, ze o niczym nie wie. 

Nie chciała się przyznać, że podsłuchiwała. 
 

- Tak, jego Biblię. – Ane przeniosła wzrok na matkę. – Powiedział, ze 

przechowywałaś, ją kiedy był na zimowych połowach. 
 

- Tak, miałam ją przez wszystkie te lata, gdy przebywał na Wyspie Topielca i w 

Kabelvaag. To miło z jego strony, że teraz dał ją tobie. kiedy mieszkaliśmy razem, mówił, że 
kiedyś ta Biblia będzie twoja. 
 

Ane roześmiała się. 

 

- No i obiecałam, mu że jednak wyjdę za mąż, tak, by mogły ją odziedziczyć następne 

pokolenia. 
 

Elizabeth przytuliła córkę. 

 

- Jesteś niezwykła, Ane. 

 

W tej samej chwili usłyszały tętent końskich kopyt i zobaczyły, że ktoś kłusem 

wjeżdża na dziedziniec. 
 

- Przyjechał doktor – zauważyła Ane i wyswobodziła się z objęć matki. 

 

Torstein zeskoczył z konia, a potem wyciągnął rękę i przywitał się. 

 

- Cudowna pogoda, prawda? – zagadnął i uśmiechnął się. 

 

- Tak, nie możemy narzekać – odparła Elizabeth. – Może wejdziemy do środka? 

Zawiadomię mężczyzn, że jesteś. Są w polu. 
 

- Widziałem. Nie, proszę ich nie wołać, wpadłem tylko na chwilę. Nie trzeba ich 

niepokoić. 
 

Elizabeth domyśliła się, po co przyjechał, i poczuła mrowienie ze zdenerwowania. 

 

- Chodzi o Linę – wyjaśnił doktor. – Dostałem odpowiedź od lekarzy w Danii. Będzie 

mogła wyjechać za tydzień, licząc od dziś. 
 

- Za tydzień – bąknęła Elizabeth, przyglądając się Torsteinowi. Nagle zapragnęłam 

żeby powiedział „za miesiąc”. 
 

- Tak, w czwartek za tydzień. Przyjadę i zabiorę ją. 

 

- Co będzie potrzebowała na taką podróż? 

 

Doktor wzruszył ramionami. 

 

- To, co zwykle: ubrania, przybory do mycia, do pisania… to, co kobiety zazwyczaj 

zabierają w podróż. 
 

W podróż, powtórzyła w duchu Elizabeth. Powiedział to tak, jakby chodziło o zwykły 

wyjazd do krewnych. 
 

Maria i Helene wyszły na schody. Helene trzymała Signe na biodrze. Dziewczynka 

miała chustę na głowie i wyglądała jak mała gospodyni, przyszło na myśl Elizabeth.  

background image

 

23 

 

- Postaram się, żeby Lina dostała na drogę wszystko co potrzeba – rzekła zmęczona. – 

A co z opłatą?  
 

- Załatwiłem to z Kristiane, więc proszę, nie martw się. I mogę obiecać, że Linie 

będzie dobrze tam na południu. Potrzebuje dużo odpoczynku, a poza tym opuści dom i 
wejdzie w zupełnie nowe środowisko. Często już samo to wystarczy, by stan pacjenta się 
poprawił. 
 

Elizabeth nie podobało się, ze doktor nazywał Linę pacjentem, ale nic nie powiedziała. 

 

- Czy mam wyjaśnić Linie, co ją czeka? 

 

- Nie, nie, ja się tym zajmę, kiedy przyjadę następny razem. Dam jej najpierw coś na 

uspokojenie, a potem w możliwe najłagodniejszy sposób opowiem o podróży. Tak będzie 
najlepiej. 
 

- Dobrze, jeżeli tak uważasz – mruknęła Elizabeth. 

 

- Proszę mi zaufać, wiem, co robię – zapewnił i z powrotem wsiadł na konia. – Do 

widzenia. No to spotkamy się za tydzień. 
 

- A więc za tydzień Lina wyjedzie – stwierdziła Maria, kiedy odjechał. 

 

Elizabeth zdołała tylko skinąć głową. 

 

- Musimy zrobić tak, jak powiedział i na razie nic jeszcze Linie nie mówić – rzekła 

Ane. – Ale to nie w porządku. To tak, jakbyśmy ją oszukiwali. A jeśli ona nie chce nigdzie 
jechać? Przecież nie będzie mogła nawet nam tego powiedzieć? 
 

Elizabeth pogładziła córkę po plecach. 

 

- Torstein jest lekarzem i chyba wie najlepiej. Pójdę i przekażę wiadomość 

mężczyznom. Na pewno go widzieli.  
 

Wszyscy trzej widzieli, jak doktor wjechał na dziedziniec i się oddalił. Próbowali 

zagadnąć, co go tu sprowadziło. Mimo wszystko zdawało się, że dla Jensa to wstrząs. 
 

- Tak szybko? – zdumiał się. – Sądziłem, ze będziemy mieć dla siebie więcej czasu, 

zanim Lina będzie musiała wyjechać. 
 

Lars podrapał się w jasną, kręconą czuprynę. 

 

- Bez niej zrobi się tu pustko, choć po prawdzie byliśmy przygotowani na to, że będzie 

musiała wyjechać. 
 

Jens stał przez chwilę nieruchomo i wpatrywał się przed siebie, po czym przytaknął: 

 

- Tak, będzie pusto. Zrobiliśmy sobie teraz krótką przerwę w pracy? 

 

Jens nie należał do tych. Którzy prosili o czas wolny, ale Elizabeth rozumiała, że 

potrzebuje teraz wytchnienia. 
 

- Musze z tobą zamienić kilka słów, Kristianie – zagadnęła męża i zatrzymała go. 

Poczekała, aż dwaj pozostali mężczyźni odejdą wystarczająco daleko, po czym mówiła dalej: 
- We wsi ludzie zaczną gadać, kiedy Lina wyjedzie. Będą szeptać, że to z mojego powodu, 
ponieważ mieszkam teraz z moim pierwszym i drugim mężem. – Urwała, żeby zobaczyć, jak 
gdyby już wcześniej o tym pomyślał. – A kiedy Lina wyjedzie, będą mówić: no, teraz 
Elizabeth ma dla siebie dwóch mężów… Ci, którzy kochają plotki, będą zacierać ręce. 
 

- Jakoś do tej pory udawało się nam z tym żyć – stwierdził Kristian i wsadził ręce w 

kieszenie. 
 

Elizabeth głęboko wciągnęła powietrze. Spokój Kristiana i jej się udzielił. 

 

- Ane spotkała dzisiaj przykrość z powodu konia, którego dostała na konfirmację – 

wyznała. Skoro już rozmawiali, mogła i o tym powiedzieć. 
 

Oczy Kristiana pociemniały. 

 

- Co takiego się stało? 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami i w skrócie opowiedziała o tym, z czego zwierzyła się 

jej Ane. 
 

- Pewnie z czasem to minie. Na szczęście Ane potrafi się bronić. Powiedziałam jej, 

żeby się nie przejmowała. Kiedy ludzi zżera zazdrość, reagują w taki sposób. 

background image

 

24 

 

- Jeżeli to się powtórzy, musisz mi dać znać. 

 

- Nie powtórzy się. jednak nie mów Ane, że ci o tym powiedziałam. 

 

Ruszył przed siebie, a Elizabeth szybko podbiegła i zrównała się z nim. 

 

- Właściwie nie o tym chciała porozmawiać, Kristianie. 

 

Zatrzymał się. stał się czujny, 

 

- O, a o czym jeszcze? 

 

- Ten zegarek… 

 

- Boże, znowu zaczynasz? Nie wystarczy tych oskarżeń? Nadal uważam, że winna mi 

jesteś przeprosiny za to, co mi zarzuciłaś. 
 

Elizabeth zrobiło się gorąco. A więc jednak nie zapomniał. Ani też jej nie wybaczył. 

 

- Ja mam cię przeprosić? Czy nie uważasz, że powinieneś raczej słuchać żony, niż 

zarzucać mi, że skłamałam na temat Bergette? 
 

Wykrzywił twarz z rezygnacją i odwrócił wzrok. 

 

Zirytowało ją to, a jednocześnie zrozumiała, że kłótnia do niczego nie doprowadzi. 

 

- Kristianie, posłuchaj mnie – rzekła łagodniej. – Widziałam, że Bergette wzięła w 

sklepie dokładnie taki sam zegarek. Jakiś czas potem pojawiasz się z nim, mówiąc, że go 
kupiłeś w Kabelvaag. Nie, nie przerywaj mi – dodała szybko, kiedy otworzył usta, żeby coś 
powiedzieć. – Nie oskarżam cię, że rozmyślnie kupiłeś kradziony przedmiot. Ale czy 
przynajmniej nie możesz m uwierzyć? Porozmawiaj z lensmanem i powiedz, co wiesz. Jemu 
nie wolno tego nikomu powtórzyć. 
 

- Nie ma mowy. I to moje ostatnie słowo. 

 

Pozwoliła, by odszedł i prawie dotarł do domu, i dopiero wtedy wolno ruszyła za nim. 

 
 
 

Już następnego dnia Jens udał się do sklepu i kupił materiał, a potem grzecznie spytał, 

czy Elizabeth mogłaby uszyć Linie bluzkę. 
 

- Oczywiście, uszyję ją na maszynie i będzie gotowa przed wyjazdem twojej żony – 

odparła. 
 

Jens pokazał materiał Linie. Dziękowała kilka razy, dziwiąc się, dlaczego są dla niej 

tacy mili. 
 

- Bo tak bardzo cię lubimy – odpowiedział Jens. Nie wspomniał o podróży do Danii, 

jak to uzgodnili. 
 

Elizabeth dostrzegła w jego wzroku cień smutku i chwilę później Jens wyszedł. 

Zerknęła na Linę, prawie ukłuła się igłą, wiec zaraz wróciła do szycia. Zaczęła robić dziurki 
na guziki, zatem musiała być  szczególnie dokładna. Szyła bluzkę dwa dni. Lina siedziała 
przy oknie salonu, jak zwykle, nieco ukryta za firanką. Między chudymi palcami ściskała 
chusteczkę do nosa. 
 

W momencie kiedy Jens dał jej prezent, jakby nieco się ożywiła. Kilka razy zabrała 

głos, chociaż nikt jej nie zagadywał. Nawet uśmiechnęła się do Signe, jednak po chwili znów 
popadła w głębokie zamyślenie, poprzez które nikt nie potrafił do niej dotrzeć. 
 

Wieczorem Elizabeth wspomniała domownikom o swym spostrzeżeniu, ale żaden z 

nich się z nią nie zgodził, że stan Liny się poprawia. 
 

- To tylko twoje pobożne życzenie – stwierdził Kristian. 

 

Helene mu przytaknęła, a spojrzenia innych mówiły to samo. Elizabeth westchnęła, 

starając się odgonić smutne myśli. Teraz znowu musiała się skoncentrować na tych 
piekielnych dziurkach. W tej samej chwili drzwi do salonu otworzyły się powoli. 
 

- Dzień dobry, dzień dobry, macie gościa! 

 

- Ależ Ane! – zawołała Elizabeth przestraszona. – Nie pozwalaj jeszcze Signe chodzić. 

Nóżki mogą jej się wykrzywić! 
 

- Trzymam ją za ręce. Patrz, lubi to. Uśmiecha się! 

background image

 

25 

 

-Podpieraj ją przynajmniej pod pachami. 

 

Signe wyraźnie podobało się chodzenie, bo drobna twarzyczka była jednym wielkim 

uśmiechem; w buzi ukazywały się dwa białe dolna ząbki. Teraz mała wydawała się bardziej 
podobna do matki, ze swym zadartym noskiem i rudoblond włosami. Może miała też jakieś 
cechy Jensa, ale jeśli tak, to dobrze ukryte, pomyślała Elizabeth. Odłożyła szycie na stolik. 
 

- Jaka ty dzisiaj jesteś ładna, Signe. Kto w zwykły dzień tak cię wystroił w czerwoną 

aksamitną sukienkę? 
 

- Kochana starsza siostra Ane. A sukienka jest od Bergette. 

 

- Signe ma szczęście, ze tyle osób ją kocha – podsumowała Elizabeth. Zerknęła 

ostrożnie na Linę i zauważyła, że uśmiecha się do córeczki. 
 

- Signe? – szepnęła. Pójdziesz do mamy? 

 

Elizabeth dała znak Ane, która szybko podeszła do Lony. 

 

- Signe tęskni za tobą – wyjaśniła Ane i posadziła dziecko na kolanach Liny. 

 

- Tak sądzisz? – spytała Lina. Jej oczy były duże i zdziwione, a ręce niepewne, kiedy 

trzymała małą. 
 

- Oczywiście, ze tęskni. Zna przecież swoją matkę. 

 

Signe wyciągnęła paluszek i chciała go włożyć Linie do oka, lecz zaraz zwróciła 

uwagę na warkocz matki, zwisający wzdłuż piersi. 
 

- Wydaje mi się, że ona mnie lubi – rzekła Lina cienkim głosem i ostrożnie pogładziła 

cienkie, mięciutkie włosy dziecka. 
 

Elizabeth wstrzymała oddech. Lina po raz pierwszy naprawdę okazała zainteresowanie 

swoją córką. Czyżby jednak wracała do zdrowia? Serce mocno biło jej w piersi, już 
formułowała słowa, które zamierzała powiedzieć doktorowi: Podróż do Dani można odłożyć, 
ponieważ Lina zaczyna na powrót być sobą. Lina może mieszkać w Dalsrud i tu 
wypoczywać. Tak czy owak nieważne, co przyczyniło się do poprawy, najważniejsze, że… 
 

- Zabierz ją! – Głos Liny przeszył przyjemne myśli. 

 

- Nie chcesz już jej trzymać na kolanach? – spytała Ane. 

 

- Nie, źle się u mnie czuje. Patrz, zaraz się rozpłacze! 

 

Signe wysunęła dolną wargę i cicho zakwiliła. Ane wzięła ją na ręce. 

 

- Co, nie chcesz jednak być u mamy? 

 

Dziecko ukryło buzię w zagłębieniu ramienia Ane i na nikogo nie chciało patrzeć. 

Serce Elizabeth zamarło. To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, pomyślała i spojrzała na 
Linę. Służąca siedziała na fotelu, ściskając w dłoniach chusteczkę, i kołysała się wolno w 
przód i w tył, a po policzkach toczyły się duże łzy. 
 

Kiedy za Ane i Signe zamknęły się drzwi, Elizabeth podeszła do Liny i objęła ją 

ramieniem. 
 

- Nie płacz, Lino. Byłaś taka dzielna! Ale widzisz, Solne była już zmęczona, a dzieci 

wtedy są kapryśne, wiesz. Jutro będzie lepiej, jutro też będziesz mogła ją potrzymać na 
kolanach, prawda? Signe tego chce, chce być razem z mamą. 
 

Lina nie odpowiedziała. Pustym wzrokiem wpatrywała się przez koronkowe firanki w 

spokojny dziedziniec. 
 
 
 

Elizabeth przesunęła palcem po piersi Kristiana i podciągnęła wyżej kołdrę, żeby mąż 

nie zmarzł. Kochali się w nowy i całkiem odmienny sposób. Miała wrażenie, że nie mogła się 
do niego zbliżyć tak bardzo, jak by chciała. Tuliła się do niego, całowała, obejmowała i 
gładziła czule. Jego ramiona były niczym koło ratunkowe, którego się uczepiła i już nigdy nie 
miała puścić. 
 

- Przytul mnie – szepnęła i wygodniej ułożyła się obok męża. 

 

Kristian roześmiał się cicho i uczynił, jak prosiła. 

background image

 

26 

 

Nie czuła się słaba, lecz mimo to bardzo potrzebowała jego wsparcia. Myśli tak długo 

tłukły się jej po głowie, że w końcu musiały znaleźć ujście. 
 

- Chciałabym z tobą przedyskutować jedną sprawę, Kristianie. 

 

- Zauważyłem, że w ostatnich dniach coś cię dręczy, ale wolałem nie pytać i poczekać, 

aż sama mi o tym powiesz. – Uśmiechnął się do niej. 
 

- Chodzi o Linę. Dzisiaj znowu zauważyłam u niej poprawę. 

 

- Ach tak? 

 

- Siedziałyśmy w salonie, gdy weszła tam Ane, prowadząc Signe. Wtedy Lina 

rozpromieniła się i wzięła małą na kolana. Siedziała tak z nią dobrą chwilę i bawiła się z nią. 
 

- To dobrze. 

 

Elizabeth zadarła głowę i spojrzała na męża. 

 

- Może jednak nie będziemy musieli wysyłać jej do Danii? 

 

Kristian odgarnął jej włosy z twarzy i pocałował w czoło. 

 

- Moja Elizabeth. Nawet jeśli Lina okazałą cień radości na widok swojej córki, to 

jednak nadal jest chora i potrzebuje opieki lekarzy, którzy się na tym znają. 
 

- Ale moglibyśmy chociaż spróbować odwlec jeszcze trochę termin jej wyjazdu. 

 

- Nie, to nie jest takie proste. Torstien poświęcił mnóstwo czasu, żeby znaleźć lekarzy 

w Danii. Uczynił nam wielką przysługę, więc nie możemy teraz po prostu do niego pójść i 
powiedzieć, że chcemy przesunąć termin podróży. Lina ma jechać pojutrze, a to już za krótki 
termin, żeby się rozmyślić. 
 

Elizabeth poczułam, jak rumieniec wstydu pali jej twarz i ucieszyła się, że grube 

zasłony nie wpuszczają światła do sypialni. 
 

- No tak, rozumiem – mruknęła. – Ale może moglibyśmy mu powiedzieć, że jej stan 

się poprawił i posłuchać, co on na to. 
 

- Tyle możesz zrobić. 

 

- Mogę liczyć na twoje wsparci? 

 

- Wsparcie? Oczywiście. Nie będę ci przeczył. A czy powiedziałaś już Jensowi o 

reakcji  Liny? 
 

- Ane to zrobiła. Myślę, że się ucieszył, ale naprawdę mówił. Nie chce chyba sobie 

robić zbyt wielkich nadziei, bo wtedy łatwo się rozczarować. 
 

- Też rak uważasz? 

 

- Nie. trzeba się mocno uchwycić swoich marzeń, bez nich jest się ubogim. – Poczuła, 

że mięśnie brzucha Kristiana poruszały się i zrozumiała, że powstrzymał się od uśmiechu. 
 

- Jesteś dziwna, moja Elizabeth – szepnął. – Ale teraz musimy spać.  

 

Położyła głowę na jego piersi i zamknęła oczy. 

 
 
 

Tego ranka kuchenne okna były otwarte na oścież i wpuszczały do środka zapachy i 

odgłosy lata. W górze na drzewach świergotały ptaki, nie ustając w poszukiwaniu pokarmu 
dla swoich młodych. Pachniało oborą i wodorostami, a ów zapach mieszał się z kuszącym 
aromatem świeżo zaparzonej kawy, stojącej na kuchni. Wszyscy właśnie zasiedli za stołem. 
 

Ane przeciągnęła się i ziewnęła głośno. 

 

- Co będziemy dzisiaj robić? 

 

- Boisz się, że nie starczy dla ciebie pracy? – uśmiechnął się Lars z końca stołu. 

 

- Tak, strasznie. –Ane wstała, wzięła Signe na ręce i pocałowała ją w oba policzki. 

 

- A ty? Co ty będziesz dzisiaj robiła? – zagadnęła dziewczynkę. – Może sobie 

poraczkujesz do woli i nauczysz się wstawać, żeby łatwiej dosięgała to, co stoi na stole i na 
półce? 
 

Posadziła dziecko z powrotem na krześle. 

 

- Mała jest teraz niewiarygodnie grzeczna – stwierdziła Helene. 

background image

 

27 

 

Elizabeth spojrzała na córeczkę Liny. Signę ściągnęła ze złością brwi, kiedy nie udało 

jej się złapać kota za ogon.  
 

- Tak, dopóki dostaje to, czego chce, jest najedzona i ma sucho. Wtedy jest 

najmilszym dzieckiem na świecie i nawet nie piśnie. 
 

- Jest podobna do taty, zupełnie tak jak Ane – zażartował Lars. 

 

Elizabeth ścisnęło w żołądku. Wolała nie myśleć, co by było, gdyby wszyscy 

wiedzieli, jaką krzywdę zrobił jej Leonard. Nawet Lars słyszał, co to był za człowiek. I 
właśnie ten potwór był prawdziwym ojcem Ane. Elizabeth nie miała odwagi spojrzeć Jensowi 
w  oczy. Już dawno prosił ją, żeby powiedziała Ane prawdę. Jednak ostatnio przestał o tym 
mówić. Może zrezygnował? A może wszystkie jego myśli pochłaniała Lina. Elizabeth zrobiło 
się nieswojo. Złożyła mu obietnicę, że wyzna Ane prawdę, zanim ktoś inny ją uprzedzi. 
Wiedziała, że to dla dobra córki, ale mimo wszystko to było takie trudne. No i jeszcze nie 
uzgodniła tego z Kristianem. 
 

- Przyjedziesz do mamy? 

 

Elizabeth wpatrywała się w Linę która wyciągnęła ręce do córeczki. Zdawało się, że 

wszyscy w kuchni wstrzymali oddech w napięciu. Lecz Lina niczego nie zauważyła. Patrzyła 
tylko na dziecko. 
 

- Chodź, dostaniesz cukru – kusiła. – Signie mniam, mniam? 

 

Dziewczynka zrozumiałą te słowa, obróciła się na kolanach i błyskawicznie 

poraczkowała do matki. lina wzięła ją na kolana i wsypała jej do buzi szczyptę cukru. 
 

- Może się zakrztusić – szepnęła Helene. 

 

- Cicho! – Elizabeth dała jej kuksańca w bok. – To tylko odrobina. 

 

Lina zaczęła nucić, pozwalając Signe bawić się łyżkami na stole. Od czasu do czasu 

przykładała policzek do drobnej dziecięcej główki i uśmiechała się. 
 

Elizabeth powiodła wzrokiem po kuchni i zobaczyła, ze wszyscy siedzą cicho jak 

myszki i tylko przyglądają się Linie. Mo mogą tak dłużej siedzieć, pomyślała. Ktoś musi się 
odezwać, przerwać tę nienaturalną ciszę. 
 

- O, jak jej teraz dobrze – zwrócił się Jens do Liny. 

 

Zdawało się, że go nie słyszy i tylko nuciła dalej. Elizabeth poznała, że to psalm. 

Słyszała go już kiedyś, ale nie mogła sobie przypomnieć, który to jest. Nagle przebiegł ją 
dreszcz. Boże, to psalm, który zwykle śpiewali na pogrzebach! Słyszała go, kiedy składali do 
grobu dzieci… 
 

Nie zdążyła pomyśleć nic więcej, no w tej samej chwili Signe złapała za kubek z kawą 

stojący na stole. Tylko przypadek zarządził, że wrzący napój wylał się na podłogę. Helene 
zaczęła krzyczeć i porwała dziecko na ręce. 
 

- Śpisz czy co?! – wrzasnęła. – Dziecko mogło się poparzyć i okaleczyć na całe życie. 

 

Lina patrzyła przed siebie jak sparaliżowana. Po chwili zaczęła płakać, głośno i 

przenikliwie. Jens poderwał się na równe nogi, objął ją ramieniem i wyprowadził do sypialni. 
 

Signe zanosiła się płacze, aż poczerwieniała na buzi, i kurczowo objęła Helene za 

szyję. 
 

- Czy musiałaś tak krzyczeć? – zapytała Ane i z wyrzutem spojrzała na Helene. 

 

- Przepraszam, ale tak bardzo się przestraszyłam. Ja… 

 

- Naturalnie, że się przestraszyłaś – przyznała Elizabeth.  

- Wszyscy byliśmy przerażeni. – Zaczęła wycierać kawę z podłogi. – Siadajcie z powrotem i 
jedzcie kaszę, zanim wystygnie. 
 

- A Jens? – spytała Maria. 

 

- Wy idźcie zaraz do obory wydoić krowy i dlatego musicie zjeść pierwsze. Jens zje, 

jak wróci. 
 

Signe uspokoiła się natychmiast, gdy usiedli przy stole. Wygląda na to, że tylko jej nie 

przyszła ochota na jedzenie, pomyślała Elizabeth. Sama z trudem przełykała szarą kaszę. Nie 

background image

 

28 

mogła przestać myśleć o tym, co się stało. gdy zobaczyła, że Lina wzięła córeczkę na kolana, 
poczuła przypływy nadziei. Teraz Kristian na własne oczy zobaczył, jak bardzo stan Liny się 
poprawił. Jednak nie wszystko poszło tak, jak na to liczyła. Zmroziło ją na myśl o psalmie 
żałobnym. 
 

Płacz w sypialni ucichł. Zaraz potem Jens wrócił do kuchni. Signe natychmiast 

wyciągnęła do niego rączki. Wziął ją na kolano zaczął karmić. 
 

- Przepraszam, Jens – rzekła Helene. – Nie chciałam Liny przestraszyć. 

 

- Wiem. – uśmiechnął się do niej. 

 

- Zasnęła? 

 

- Nie, ale uspokoiła się. 

 

- Mam jej zanieść coś dojedzenia? 

 

- Powiedziała, że nie jest głodna. Zostaw ją, może zje później. 

 

Solne pokazała swoją filiżankę i Jens nalał jej trochę mleka. 

 

- Jutro wyjeżdża – rzekł, nie odrywając wzroku od córki. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

29 

Rozdział 6 

 

 
 

Następnego ranka Elizabeth poszła razem z Marią i Ane do Obry. Kiedy skończyła 

dojenie, wstała i zapatrzyła się w brudne okno. Przy śniadaniu panowała napięta atmosfera. 
Niektórzy starali się nie patrzeć na Linę, inni zaś otwarcie się w nią wpatrywali. W końcu 
Lina zauważyła to i uśmiechnęła się do Elizabeth. 
 

- Tak mi się dziś przyglądasz – rzekła. 

 

Elizabeth zaczerwieniła się i pochyliła głowę nad talerzem z kaszą. 

 

- Zamyśliłam się – mruknęła. 

 

Lina skinęła. 

 

- Ja też dużo rozmyślam. 

 

Elizabeth nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć. Tak jak wczoraj, z trudem przełykała 

kaszę. Gdyby tylko doktor pozwolił im przygotować Linę do wyjazdu! Oszukiwanie jej było 
gorsze niż samo to, że mieli ją wysłać tak daleko. Ale Torstein jest zdolnym lekarzem i z 
pewnością wie najlepiej. Nie chciał niczyjej krzywdy, zwłaszcza nieszczęsnej Liny, tego była 
pewna. Jedna mimo to miała uczucie, ze jest nieuczciwa wobec Liny, nie uprzedzając jej o 
tym, co ją czeka. 
 

- Skończyłyśmy. – Maria stanęła obok niej. – Czy mamy iść wstawić mleko do 

schłodzenia? 
 

- Tak, naturalnie. Ane, idź z Marią. Ja pójdę do domu i zajmę się przygotowaniami. – 

Odwróciła się, gdy głos jej się załamał. 
 

Maria objęła ją ramieniem. 

 

- Współczuję ci. Az tak ci przykro, że Lina ma wyjechać? 

 

Elizabeth tylko skinęła głowa, bo nie była w stanie odpowiedzieć. 

 

- Nie martw się, Linie będzie tam bardzo dobrze! sama przecież słyszałaś, co Torstien 

mówił, będzie dużo wypoczywała i nabierała sił. Zobaczysz, będzie się dobrze odżywiała, 
długo spała i miło spędzała czas. Kiedy tu wróci, będzie dokładnie taka jak kiedyś. 
 

Elizabeth przywołała coś na kształt uśmiechu. 

 

- Z pewnością masz rację. 

 

Właśnie wyszły na dziedziniec, kiedy nadjechał doktor. 

 

- Wcześnie się zjawił. – zauważyła Ane. 

 

- Patrzcie na ten piękny powóz! – zawołała Maria. 

 

Elizabeth spojrzała w tamtą stronę. Przed domem stanął zamknięty powóz zaprzężony 

w dwa czarne konie, a na koźle siedział obcy mężczyzna. Przebiegł ją dreszcz. 
 

Torstein pozdrowił wszystkich po kolei. 

 

- Czeka nas długa podróż, dlatego wcześnie przyjechałem – wyjaśnił. – Muszę 

przecież najpierw porozmawiać chwilę z Liną. Spakowaliście jej rzeczy? 
 

Elizabeth skinęła głową, czując suchość w gardle. 

 

- Tak, wstawiłam jej walizkę na poddaszem żeby jej nie widziała. Nie posiada zbyt 

dużo i niewiele będzie potrzebowała na drogę. – Spojrzała Torsteinowi w oczy. W jego 
wzroku dostrzegła spokój i ciepło. 
 

- Nie obawiaj się. Lina będzie miała dobre warunki. 

 

- To samo mówi Maria – wtrąciła Ane. 

 

Uśmiechnął się do nich obu. 

 

- Czy możemy… - Skinął głową w stronę domu. 

 

- Tak, oczywiście. Mario i Ane, zajmijcie się mlekiem.  

 

Elizabeth zauważyła, że Maria nie patrzy na doktora tym samym wzrokiem co kiedyś. 

A więc najwyraźniej nie jest już nim zauroczona. 

background image

 

30 

 

- Głupio mi, że przywitałam cię w roboczym ubraniu – usprawiedliwiła się Elizabeth, 

kiedy weszli na korytarz. – Jeśli dasz mi kilka minut, to się przebiorę. Tymczasem proszę, 
usiądź w salonie. – Otworzyła drzwi do kuchni i zawołała: - Podajcie kawę i zawiadomcie 
Kristiana i Jensa! musze iść na górę się przebrać. 
 

- Nie rób sobie tyle kłopotu z mojego powodu. 

 

- To naprawdę drobiazg. 

 

Zauważyła, że doktor patrzył na nią, aż weszła do połowy schodów. Potem odwrócił 

się i poszedł do salonu. Czy on także się bał powiedzieć Linie, co ją czeka? 
 

Jens i Kristian siedzieli w salonie, kiedy zeszła z powrotem na dół. Helene podała 

kawę i kilka placków lefse ładnie ułożonych na półmisku z kwiecistym wzrokiem. Helene 
miała talent i wszystko, co przyrządzała, wyglądało apetycznie. 
 

- To zajęło kilka długich minut – rzekła Elizabeth i przygładziła włosy. Poczuła, że jej 

dłonie pachną mydłem kwiatowym. 
 

- Zostałem dobrze przyjęty – odparł Torstien i poczęstował się plackiem. 

 

Jens nie tknął ani jedzenia, ani picia. Na jego twarzy malowało się zwątpienie. 

Elizabeth napotkała jego wzrok. Niebieskie oczy były duże, błagalne; uderzyło ją, że jak 
gdyby czekał, aż ona wszystko odwoła. A może tylko jej się wydawało? Może tylko ona 
miała wątpliwości, i czy postępują słusznie? 
 

- Jak zamierzasz przekonać Linę? – spytała, kiedy usiadła. – Jak wiesz, ona nie lubi 

wychodzić z domu. 
 

- Jakoś sobie poradzę. Nie po raz pierwszy wyjeżdżam z takimi pacjentami. 

 

Znowu użył tego słowa. Pacjent. 

 

- Gdyby ktoś mógł ją przyprowadzić, porozmawiałabym z nią… Najchętniej w waszej 

obecności, 
 

- Ja pójdę – zaproponował Jens, wstał i zniknął za drzwiami. 

 

Elizabeth spojrzała na doktora. Sprawiał wrażenie zamyślonego. Może się 

zastanawiał, co powiedzieć Linie, jakich użyć słów? Jak to wyglądało, kiedy wyjeżdżał z 
innymi pacjentami? Przyszło jej do głowy, że powinna o to zapytać, ale z pewnością 
obowiązywała go tajemnica zawodowa. 
 

- Jest pewna sprawa, o której powinnam panu powiedzieć… - zaczęła trochę 

niepewnie. 
 

Torstein podniósł wzrok. 

 

- Kilka razy zauważyłam u Liny oznaki poprawy. 

 

- Aha, a co masz na myśli, mówiąc o „poprawie”?  

 

- Rozmawiała zupełnie jak kiedyś, brała Signe na kolana i bawiła się z nią. Nie robiła 

tego od kilku tygodni, może miesięcy. 
 

- Tak, to dobry znak – przyznał Torstein. – Pozwala mi wierzyć, że będzie dobrze. 

 

W Elizabeth zakiełkowała nadzieja. 

 

- Może… Tak… myślałem tylko, że… jeśli to możliwe, to może udałoby się odroczyć 

wyjazd Liny? Albo w ogóle odwołać? – spytała. Czuła na sobie spojrzenie Kristiana, ale nie 
zważała na to. Słowo się rzekło. 
 

Torstien uśmiechnął się i pokręcił głową. 

 

- Przykro mi, że muszę cię rozczarować, Elizabeth, ale takie zachowania nie są niczym 

niezwykłym. Lina może miewać momenty, kiedy reaguje jak zwykle, ale w następnej chwili 
wraca do poprzedniego stanu. Albo nawet popada w większą melancholię. Bywa różnie. 
 

Elizabeth chciała zaprotestować i powiedzieć, że z Liną jest inaczej, ale nie zdołała 

wykrztusić słowa. Poza tym Torstein mógł mieć rację. Lina przecież całkiem przestała być 
sobą, kiedy Helene podniosła na nią głos.  
 

Chwilę potem do salonu weszli Jen i Lina. Lina wydawała się nieco niepewna i 

zawahała się w drzwiach. 

background image

 

31 

 

Torstein natychmiast wstał z miejsca, podszedł do obojga i podał Linie dłoń. 

 

- Witaj, Lino, może usiądziesz razem z nami? 

 

Skinęła głową i podążyła za nim, ale cały czas mocno ściskała Jensa za rękę. Dopiero 

przy stole puściła męża i usiadła na samym brzegu krzesła. 
 

Torsie nalał jej kawy i podsunął półmisek z lefse. Nie przestawał się do niej 

uśmiechać, zwrócił uwagę na jej sukienkę i spytał, czy sama ją uszyła. Lina wydawała się 
zakłopotana i dość milcząca, ale Torstein udawał, że niczego nie zauważył. 
 

- Przyjechał pan w wytwornym powozie – zauważyła Lina i ułamała mały kawałeczek 

placka. 
 

Elizabeth poruszyła się niespokojnie na krześle i wymieniła spojrzenia z Kristianem. 

Wyglądało na to, że i on poczuł się nieswojo. 
 

- Dziękuję – skinął głową Torstein. – Masz ochotę na próbną przejażdżkę? 

 

- O nie, nie mogę. – Objęła się ramionami i zaczęła kołysać w przód i w tył, nieobecna 

spojrzeniem, jak gdyby przeniknęła do innego świata. 
 

Jens zamierzał coś powiedzieć, lecz Torstein uczynił znak, żeby milczał. 

 

- Lino – rzekł i położył jej dłoń na ramieniu. – Lino, o czym myślisz? 

 

Ożywiła się, uśmiechnęła i podniosła filiżankę. 

 

- Dobra kawa. 

 

- Nie lubisz wychodzić? 

 

- Nie. najlepiej czuję się w domu. Tu jest najbezpieczniej. Dobrze mi. 

 

- Czego boisz się tam na dworze? 

 

Wzruszyła Ramonami. 

 

- Nie wiem- odparła i patrzyła przed siebie pustym wzrokiem. 

 

- Lino? – Przysiadł się bliżej. Jego kolana niemal dotykało jej ud. – Musisz mnie teraz 

posłuchać, bo mam ci coś ważnego do powiedzenia. 
 

Lina skinęła głową, ale nie spojrzała na doktora. Mogłoby się wydawać, że jej nie 

obchodzi. Elizabeth wykręcała palce, denerwowała się tym, co miało nastąpić. 
 

- Nie lubisz wychodzić z domu, boisz się i nie jesteś w stanie zajmować się córką. 

Zgadza się. 
 

Lina nie odpowiedziała. 

 

- W dodatku jest ci potwornie smutno, prawda? Płaczesz z byle powodu, dużo śpisz, a 

od czasu do czasu wszystko jest ponure i przygnębione. Czy tak? 
 

Lina popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 

 

- Tak – wyznała cicho. 

 

Lekarz uśmiechnął się ostrożnie. 

 

- Wiele osób tak się czuje. Ale można im pomóc, Lino. Czy przyjmiesz tę pomoc? 

 

- Co pan ma na myśli? – W jej głosie pojawił się nowy ton. Cień strachu? 

Ostrożności? 
 

- Znam pewnego lekarza… Pomaga ludziom, którym jest tak samo źle jak tobie. 

miejsce, gdzie pracuje, wygląda jak piękny hotel. Każdy ma tan swój pokój, dobrą obsługę, 
najlepszą opiekę, dostaje pyszne posiłki i może spać tak długo, jak zechce. 
 

- A co to ma wspólnego ze mną? – Lina rozejrzała się dokoła, jak gdyby szukając 

odpowiedzi. 
 

- Czy to nie brzmi pięknie, Lino? 

 

- Nigdy przedtem nie widziałam hotelu, to wszystko mi jedno. 

 

- Ci, którzy tam przyjeżdżają, boją się tak samo jak ty. Ale wiesz co, Lino? Po jakimś 

czasie odpoczynku i spokoju znów odnajdują radość życia. 
 

Lina upiła kilka szybkich, małych łyków kawy. Filiżanka zabrzęczała o talerzyk, kiedy 

Lina odstawiła ją z powrotem.  
 

- Nie chciałabyś tam pojechać? 

background image

 

32 

 

- Nie! – padła ostra odpowiedź. Lina już postanowiła. 

 

- Uważam, że wyjazd dobrze ci zrobi, Lino, nie będziesz tam długo – wtrącił Jens. – 

Będziemy mogli do siebie pisywać listy, a ja będę cię odwiedzał. Czy to nie brzmi 
zachęcająco? 
 

Na czole Liny pojawiła się głęboka zmarszczka. Służąca wodziła wzorkiem od 

jednego do drugiego. 
 

- O co tu chodzi? Zaplanowaliście to? – spytała i w jednej chwili jej wzrok stał się 

całkiem przytomny i czujny. 
 

Torstien szepnął coś do Kristiaa, który natychmiast wstał i opuścił salon. 

 

- trochę o tym rozmawialiśmy – przyznał Jens. 

 

- Ze wyślecie mnie z domu? Czy komuś przeszkadzam? – Lina wstała. Natychmiast 

obok niej zjawili się Jens z doktorem. 
 

- Nie, nie, pragniemy tylko twojego dobra, Lino – zaprzeczył Jens i pogładził ją po 

policzku. 
 

- Dość tego! – odtrąciła go gwałtownym ruchem. – Znudziłam ci się, tak jak myślała. 

Teraz chcesz się mnie pozbyć, wysłać mnie do… Tak, Bóf jeden wie, co to za dom. – 
Rozpłakała się, nawet nie próbowała ukryć łez. Jej szczupłym ciałem wstrząsał szloch. – 
Dlaczego mi to robicie? A ja wierzyłam, że wam na mnie zależy! – rzuciła, cofając się o kilka 
kroków. 
 

- Lino – odezwała się Elizabeth łagodnie. – Nigdy nie wolno ci wątpić, że jesteś nam 

bardzo droga. Jesteś dla mnie jak siostra, przecież o tym wiesz. Pamiętaj, że to ja postarałam 
się o to, żebyście z Jensem zamieszkali w pobliży Dalsrud. i… 
 

- I teraz oczekujesz wdzięczności? – przerwała jej Lina. – Mam się zgodzić na ten 

wyjazd, żebyś mogła mieć Jensa tylko dla siebie! 
 

- Nie to chciałam powiedzieć. 

 

Lina już nie słuchała Elizabeth, ponownie zwróciła się do Jensa. 

 

- A ty… - rzekła z policzkami mokrymi od płaczu. – Tak ci ufałam! Przecież ciągle 

powtarzałeś, że nigdy mnie nie okłamiesz. I co? Cały czas spiskowałeś za moimi plecami i 
kłamałeś, zadrwiłeś sobie ze mnie. A ja ci uwierzyłam, kiedy mówiłeś, że jestem ładna. Teraz 
rozumiem, jak jest naprawdę. Kochasz tylko Elizabeth i nikogo innego poza nią! 
 

Lina osunęła się na podłogę, podciągnęła kolana pod brodę i objęła nogi chudymi 

ramionami. Przypominała teraz bezbronne pisklę. Elizabeth uświadomiła sobie, że z oczu 
płyną jej łzy. Szybko je otarła. Musiała okazać siłę i spokój ze względu na Jensa i Linę. 
 

Wrócił Kristian. 

 

- Włożyłem jej walizkę do powozu – oznajmił cicho. 

 

Lina szlochała na piersi Jensa. drobnymi dłońmi kurczowo trzymała jego koszulę. 

 

- Moja maleńka Lino – szepnął. – Musisz być dzielna i pójść z doktorem. Ten ładny 

dom, o którym mówił, znajduje się w Danii, tam doktor cię zabierze. Nie bój się, bo przez 
cały czas będzie się tobą opiekował. 
 

- Musisz ze mną pojechać, Jensie – błagała Lina z dławionym głosem. 

 

- Nie mogę, Lino, muszę zostać w domu razem z Signe. Przestraszy się, jeśli i mama, i 

tato ją zostawią, 
 

- jestem niedobra i nieznośna – łkała Lina. Na koszuli Jensa powstała duża mokra 

plama. 
 

Jens pogładził żonę po włosach. 

 

- jesteś przerażona, zmęczona i chora, Lino, i dlatego powinnaś wyjechać do Danii. – 

Ujął jej twarz i spojrzał w oczy. – Możesz mi coś obiecać, Lino? 
 

Skinęła słano głową. 

 

- Pojedź tam ze względu na mnie i na Signe. Gdy wrócisz, będziesz zdrowa i 

wypoczęta. Wtedy będzie nam razem dobrze jak kiedyś. Wtedy wszystko się ułoży. 

background image

 

33 

Przeprowadzimy się do Linastua, będziesz zbierała kwiaty i jagody razem z Signe i uczyła ją 
piosenek, które znasz. Co ty na to? 
 

Uśmiechnęła się, mimo że dolna warga jej drżała. 

 

- Spróbuje. 

 

- No to jesteś najbardziej odważna spośród tych, których znam, Lino. Pamiętasz 

historię o tym, jak mój statek zatonął? 
 

- Tak. 

 

- Jesteś odważniejsza niż ja wtedy. Jestem z ciebie taki dumny, że się na to zdobyłaś. 

 

Torstein podał jej filiżankę kawy. 

 

- Proszę – rzekł.  Dodałem Kika kropli na uspokojenie. Wypij, to lepiej się poczujesz. 

 

Lina wpatrywała się przed siebie pustym wzrokiem. Potem wzięła filiżankę i 

posłusznie wypiła. 
 

Następnie Jens ostrożnie pomógł jej wstać i cały czas obejmując ramieniem, 

wyprowadził powoli na dziedziniec. 
 

Elizabeth podążyła za nimi razem z resztą domowników. Kiedy Ane i Maria chciały 

podejść bliżej, żeby się pożegnać, doktor pokręcił przecząco głową. Helene podała Signe 
Jensowi. Kiedy Lina miała wsiąść do powozu, Jens uścisnął jej dłoń. 
 

- Obiecałem, ze będę do ciebie pisał. 

 

- Będę ci odpisywać. – Zamilkła i długo patrzyła na męża. Potem szybko pogładziła 

Signe palcem po policzku. – Będę o was myślała w każdej minucie dnia – wyznała, po czym 
wsiadła do środka, nie oglądając się na niewielką grupę ludzi stojących na dziedzińcu. 
 

Doktor również wsiadł do powozu i zamknął drzwi. Stangret uderzył lejcami. Powróz 

ruszył. Elizabeth poczuła, że pieją ją oczy, i musiała wstrzymać oddech, żeby się nie 
rozpłakać. Nie tak powinno wyglądać pożegnanie, pomyślała zrozpaczona. Powinni zamienić 
kilka słów i uściskać się przed rozstaniem. 
 

Ane wzięła ją za ramię. 

 

- Nie powiedziałam „do widzenia” – rzekła smutno. 

 

Jens stał przez chwilę i patrzył za powozem. 

 

- Przejdę się trochę z Signe – wymamrotał i ruszył w dół ku brzegowi. Ten postawny 

mężczyzna wydawał się nagle jakby mniejszy. Opuścił ramiona i zgarbił się, wyglądał, jakby 
się załamał. 
 

Ane chciała pójść z nim, lecz Elizabeth powstrzymała ją. 

 

- Nie, zostaw go. Potrzebuje teraz samotności.  

 

Zgromadzeni na dziedzińcu powoli zaczynali się rozchodzić i wracać do domu. 

 

Życie musi toczyć się dalej, mimo wszystko, pomyślała Elizabeth; zamrugała i po jej 

policzku stoczyła się łza. Podszedł do niej Kristian, objął ramieniem i pocałował w skroń. 
 

- Z czasem będzie lżej, Elizabeth. Lina wróci, gdy odzyska zdrowie i siły. Możliwe, że 

to nie potrwa długo. 
 

- Tak bardzo chciałabym w to wierzyć – wyznała Elizabeth. – Mimo wszystko mam 

uczucie, że źle zrobiliśmy. Że powinniśmy byli postarać się i uczynić coś więcej, tu w domu. 
 
 
Kilka dni później Elizabeth wybrała się do sklepu. Kiedy dzwonek nad drzwiami 
zadźwięczał, odniosła paskudne wrażenie, że wszyscy bez trudu po niej poznają, co się 
wydarzyło ostatnio w Dalsrud. 
 

Przygotowała się na rozmaite pytania i miała gotowe odpowiedzi. Zamierzała 

powiedzieć, że Lina wyjechała do krewnych w Danii, i szeroko się przy tym uśmiechać. 
Wiedziała, że wtedy łatwiej zrezygnują. Najbardziej lubili grzebać w cudzej tragedii i w 
cudzych brudach, zwłaszcza jeśli sprawa dotyczyła lepiej sytuowanych mieszkańców wsi. 
Wiele razy już to zauważyła. 

background image

 

34 

 

Tego dnia w sklepie było dużo ludzi. Niektórzy mężczyźni siedzieli na dużej skrzyni 

pośrodku, inni chodzili wokoło i spluwali tabaką do spluwaczki, częściej chybiali, niż trafiali. 
Parę kobiet stało przy stoliku i przeglądało stare gazety, leżące na blacie. Kartki czasopism 
pożółkły ze starości, ale i tak pisma stanowiły atrakcję dla kogoś, kto w domu ich nie 
posiadał. Kilku klientów stało przy ladzie. Obsługiwał ich sam Peder lub jego pomocnik. 
 

Elizabeth przyszła do sklepiku po kilka łokci materiału. Ane urosła tu i ówdzie, a poza 

tym teraz po konfirmacji potrzebowała ubrania o bardziej dorosłym kroju i fasonie. 
 

Natychmiast pospieszył ku niej sam Peder, lekko się skłonił. A potem z szerokim 

uśmiechem spytał, co pani Dalsrud chciałaby dziś obejrzeć. 
 

- Chętnie zerknęłabym na ten materiał… i jeszcze tamten – odparła, wskazując 

środkowe półki. – I może ten na dole. Ten niebieski, tak. 
 

Peder poczerwieniał na twarzy, kiedy bele znalazły się na ladzie między nim a 

Elizabeth. 
 

- Może chciałaby pan obejrzeć guziki, jedwabne wstążki i koronki, które ostatnio 

sprowadziłem? 
 

- Tak, dziękuję. 

 

Przyniósł stertę pudełek i zwoje wstążek. Elizabeth okrągłymi oczami przyglądała się 

temu całemu bogactwu, które przed nią rozłożył. 
 

- Widzę, że macie dużo klientów. Proszę ich obsłużyć, a ja w tym czasie sobie coś 

wybiorę. 
 

- Jak pani sobie życzy. I proszę się nie spieszyć. – Ponownie się ukłonił, przetarł 

chustką błyszczącą łysinę i przeszedł do drugiej lady. 
 

Elizabeth sprawdziła jakość materiału, obejrzała go pod światło, zastanawiając się, 

który najlepiej będzie się nadawał. Zamierzała uszyć spódnice i bluzkę, czarną spódnicę i do 
niej niebieską bluzkę. Te kolory najbardziej pasowały do większości innych ubrań Ane i będą 
ładnie wyglądały w zestawieniu z jej jasnymi włosami. Elizabeth wybrała guziki, które 
chciała kupić, i kilka szpulek nici. Koronek nie potrzebowała. 
 

Peder skończył obsługiwać klienta i znów podszedł do niej. 

 

- Znalazła pani coś, co przypadło jej do gustu? 

 

Elizabeth skinęła głową i podała sklepikarzowi wymiary. Znów zadźwięczał dzwonek 

u drzwi i do środka weszła Petra Storli. Gwar głosów, który w ostatnich minutach zdawał się 
niemal ogłuszający, nagle ucichł. Elizabeth pomyślała, że gdyby Peder upuścił teraz szpilkę 
na podłogę, byłoby słychać, jak upada 

Petra była bledsza i, jeśli to możliwe, jeszcze chudsza niż wtedy, gdy Elizabeth ją 

ostatnio widziała. Miała ciemne sińce pod oczami, a usta tworzyły wąską kreskę. Jej wzrok 
przypominał gniewne spojrzenie sokoła, gdy w pośpiechu rozglądała się wkoło. Po chwili 
ruszyła prosto do lady. Wyciągnęła z kieszeni spódnicy skrawek szarego papieru i podała go 
pomocnikowi sklepikarza. Jabłko Adama chłopaka podskoczyło kilka razy, ale nie odezwał 
się słowem. W milczeniu zaczął wykładać produkty. 

Elizabeth obserwowała tę sytuację; była poruszona. Pomyślała z przerażeniem, że 

ludzie musieli strasznie obmawiać Petrę za plecami. Niektórzy uważali pewnie, że teraz może 
sama skosztować własnego lekarstwa. Może na to zasłużyła, ale Elizabeth tylko jej 
współczuła. Ti prawda, że Petra wielu źle traktowała, nie wykluczając jej samej, ale tego, co 
spotkało jej rodzinę, nikomu nie życzyła. Nawet Petrze. 

- Czy wam mowę odebrało? Wszystkim? – spytała Elizabeth na głos i powiodła 

wzrokiem po zebranych. 

Najlepiej byłoby naturalnie milczeć i udawać, że nic się nie dzieje, ale słowa padły, 

zanim się zastanowiła. Niektórzy klienci zakłopotali się i wbili wzrok w podłogę. Inni 
przeglądali zawartość półek, ktoś czytał starą gazetę. Kilku odważniejszych patrzyło na 
Elizabeth złowrogo.  Ich spojrzenia mówiły wyraźnie, że nie powinna się mieszać do spraw, 

background image

 

35 

które jej nie dotyczą. O, nie da im tej satysfakcji. Uparcie patrzyła im w oczy z wysoko 
uniesionymi brwiami. O co im chodzi? Nie pozwoli się zastraszyć, poczekała, aż pierwsi 
odwrócą wzrok. Bohaterowie, pomyślała. Wiedziała, że w głębi ducha byli tchórzami jak 
mało kto. 

Peder zrobił się czerwony jak burak, ale w jego oczach odczytała respekt. Zacisnęła 

usta. Tytułował ją teraz „pani Dalsrud”. Traktował inaczej niż kiedyś, gdy mieszkała w Dalen 
i musiała żebrać, by sprzedał jej coś na kredyt, kiedy Jens był na zimowych połowach. 

Powoli w sklepiku znów zaczęły toczyć się rozmowy. Elizabeth udawała, że ogląda 

czarne jedwabne wstążki, ale przysłuchiwała się szeptom za jej plecami. 

- Zastanawiam się, czy Petra Storli jest taka niewinna, za jaką chce uchodzić – 

mruknął ktoś. 

- Lensman może coś na ten temat powiedzieć. 
- Phi, lensman! Nic nie może zrobić, gdy ona wszystkiemu zaprzeczy. I dopóki ten 

stary Storli będzie ją chronił, nie da się jej ukarać. 

- Tak, ale ludzkie gadanie i bieda da się im we znaki. Tak jak sobie na to zasłużyli, 

zarozumialcy. Petra zawsze zadzierała nosa, ale trollicą była i trollicą pozostanie! 

Elizabeth miała ochotę prosić ich, żeby zamilkli, ale uznała, że nic jej do tego. 

Zerknęła na Petrę. Na ladzie leżało już trochę towarów, więc pewnie zaraz skończy kupować. 

Peder zwinął materiały dla Elizabeth i zabrał się do mierzenia jedwabnych wstążek. 

Rozmowa znów przykuła jej uwagę. 

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego oni jeszcze mieszkają u pastora? 
- Gdzieś musza się podziać, bo Storli jeszcze nie odbudowaną. Nie dostają pieniędzy z 

ubezpieczenia, a Petra sama się nie utrzyma. Słyszałam zresztą, że pastorowi podoba się to 
rozwiązanie, w każdym razie na jakiś czas. Ma teraz wystarczająco dużo pomocników. 

- A ja słyszałam, ze pozwala im u siebie mieszkać z litości. 
- Pomyśleć tylko, że Petra Storli skończy jako służąca! – rzekł ktoś z triumfem w 

głosie. 

Elizabeth wzięła pakunki i zapłaciła. W tym samym czasie Petra zebrała swoje zakupy 

i pospieszyła w stronę drzwi. Elizabeth skinęła głową na pożegnanie i podziękowała 
Pederowi, po czym podążyła za nią. 

- Petra! 
Kobieta natychmiast odwróciła się, 
- Nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo mi przykro, że ludzie potrafią się tak 

zachować – wyznała Elizabeth i przełożyła pakunek do drugiej ręki. – Nie mają za grosz 
wstydu. 

Petra nadal patrzyła na nią w milczeniu. Elizabeth poczuła się nie swojo. 
- Słyszałam, ze jeszcze mieszkacie na plebanii. To, co się wam przydarzyło, to 

prawdziwa tragedia. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, to wiesz, gdzie mieszkam. 

- Dziękuję, ale poradzimy sobie bez pomocy z Dalsrud. Jedynie, co nas z waszej 

strony spotkało, to kłopoty, 

Elizabeth oniemiała. Stała jak sparaliżowana i patrzyła na Petrę, która wsiadała do 

niewielkiego powozu należącego do pastora. 

- Jeśli już zapomniałaś, to mogę ci przypomnieć, jak uciekłaś z moją służącą, aż 

lensman musiał wszcząć sprawę. – Petra tak mocno strzeliła lejcami nad końskim grzbietem, 
że zwierzę poderwało się gwałtownie i ruszyło galopem. 

- Trzymajcie mnie – mruknęła Elizabeth, czując, jak robi się jej gorąco ze złości. 
Podszedł do niej starszy mężczyzna. 
- No to masz podziękowanie za to, że pomogłaś Amandzie, gdy leżała chora na 

zapalenie płuc. 

Elizabeth spojrzała na niego. 

background image

 

36 

- Słyszałeś o tym? 
- Pewnie. Ale o pani Stroli krąży więcej historii: jedne podobają się Petrze, a inne 

docierają do nas. a jak tam się wiedzie młodym w Ameryce? 

- Dobrze. – Elizabeth włożyła pakunek do kariolki. – Oszczędzają na bilet do domu. 
- Wracają? – Niebieskie oczy staruszka zrobiły się okrągłe. 
- Nie, przyjadą tylko w odwiedziny. Nie masz pojęcia, jak bardzo na to czekamy. 
- Wyobrażam sobie. – Roześmiał się dobrotliwie. – Ciesz się tym i nie przejmuj się 

Petrą. 

Elizabeth skinęła głową i uśmiechnęła się. łatwo powiedzieć, pomyślała. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

37 

Rozdział 7 

 
 

 

firanki powiewały lekko w otwartym oknie kuchni. Wpadał przez nie zapach obory i 

wodorostów, i docierał do Elizabeth, która wyrabiała ciasto na chleb. Dobrze było 
spożytkować siły na taką pracę. Helene zaofiarowała się z pieczeniem, ale Elizabeth nie 
zgodziła się na to. Powiedziała, że dobra gospodyni domowa musi włożyć trochę wysiłku w 
wypiek chleba. 
 

Westchnęła. Ugniatając ciasto, rozmyślała o zegarku kieszonkowym Kristiana. 

Wzbraniała się przed poruszeniem tego tematu, bo za każdym razem, gdy próbowała, Kristian 
wybuchał gniewem. 
 

- No to dlaczego sklepikarz Peder Ne zameldował o tym lenmanowi, skoro zegarek 

został skradziony? – spytał któregoś dnia, gdy o tym rozmawiali. 
 

Elizabeth nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

 

- Nie mam pojęcia. Może zgłosił kradzież, ale lensman nam o tym nie powiedział? 

 

- Nawet jeśli, wie, że mam taki sam? 

 

- Może wierzy w twoją niewinność. Skoro mu pokazałeś zegarek jak gdyby nigdy nic? 

 

- A dlaczego miałby się z tym kryć? Przecież naprawdę go kupiłem, Elizabeth, 

całkiem uczciwie. – Powiedział to głośno i powoli, jak gdyby mówił do osoby niedosłyszącej. 
 

Potem już więcej o tym nie wspomniała. Jednak cały czas obawiała się, że któregoś 

dnia lensman zapuka do ich drzwi. 
 

Helene posadziła sobie Signe na biodrze i wyszła na dwór. 

 

- Pójdziemy obie na skraj lasu i zobaczymy, czy są już jagody. 

 

Helene za bardzo przywiązała się do tego dziecka, pomyślała Elizabeth i westchnęła. 

To niedobrze, bo któregoś dnia Lina wróci, a wtedy zechce nadrobić z Signe stracone czasy. 
Dziewczyna będzie musiała poznawać matkę na nowo. A to okaże się trudne dla Helene. 
Elizabeth zamierzała powiedzieć o tym Jenspwi, ale zrezygnowała. Wyglądało na to, ze Jens 
dużo rozmyśla o Linie, jednak niewiele mówił i przeważnie zachowywał swoje myśli dla 
siebie. Może ucieszył się, że Helene mu pomaga? Samemu ciężko jest dźwigać 
odpowiedzialność za malutkie dziecko. Zwłaszcza mężczyźnie. 
 

- Mamo? – zagadnęła Ane, która ożywiona wpadła do kuchni i pochyliła się nad 

stołem. – Czy moglibyśmy się dziś wieczorem wybrać na zabawę z okazji nocy 
świętojańskiej? 
 

Elizabeth spojrzała na córkę, marszcząc brwi. 

 

- Na jaką zabawę, powiedziałaś? 

 

- Z okazji nocy świętojańskiej. Mnóstwo ludzi z innych gospodarstw przyjdzie dziś na 

brzeg, będzie ognisko i kawa, i ciasta, sok i inne przyszłości. 
 

- Dobrze, dla mnie możecie się bawić, ile chcecie. Ja nie idę. 

 

- Dlaczego? Już prawie w ogóle nie chodzimy na żadne zabawy. 

 

Elizabeth nie odwróciła wzroku. 

 

-Czyż niedawno nie świętowaliśmy twojej konfirmacji? A po żniwach jedziemy na 

wesele do Heimly. Poza tym nigdy nie przestrzegaliśmy tych starych zwyczajów związanych 
z nocą świętojańską. 
 

- No to może najwyższa pora zacząć? – odparła Ane urażona. 

 

Elizabeth ugryzła się w język i zajęła się formowaniem bochenków. 

 

- Proszę cię, mamo – ciągnęła Ane po krótkiej przerwie. Jej głos znowu brzmiał 

pojednawczo. – Tak bym chciała, żebyście wyszli trochę z domu! Inni pomyślą, że to dziwne, 
jeśli nie przyjdziemy. 
 

- Niech sobie myślą, co chcą, nie dbam o to. Boli mnie głowa i plecy, i… Bóg jeden 

wie, co mnie boli. Nie dam rady wysiedzieć na brzegu i patrzeć w ognisko. Drewno 

background image

 

38 

należałoby zresztą wykorzystać tam, gdzie jest bardziej potrzebne! – Elizabeth zdenerwowała 
się. miała dość tego marudzenia. 
 

- Zebrano też dużo jałowca, więc będzie sporo dymu – nie dawała za wygraną Ane. – 

Ktoś ma przynieść harmonię i będą tańce do późnej nocy. 
 

- No to niech się bawią – skwitowała Elizabeth i wzięła się za następny chleb. 

 

Ane zagryzła wargę i wbiła wzrok w blat stołu. 

 

- Ja zamierzam pójść! 

 

- Czyżby? 

 

- tak, ponieważ jestem już dorosła i mogę o tym decydować! 

 

Elizabeth przyglądała się córce przez chwilę. 

 

- Nie będę ci zabraniać. Byleby tylko starczyło ci rozumu, żeby na siebie uważać i nie 

zrobić niczego, czego byś później żałowała. Pójście ba tańce może mieć przykre 
konsekwencje. 
 

- Wydaje mi się, że najlepiej by było, gdybyś poszła razem ze mną i mnie pilnowała. 

 

Elizabeth nie mogła się nie uśmiechnąć. 

 

- Nie, powiedziałam. Nie dam rady. 

 

Usłyszały, że ktoś wszedł o domu. Ane odwróciła się na pięcie i wyszła, ale nie 

zauważyła, że do kuchni drzwi się uchyliły, chociaż je przymknęła, tak że Elizabeth mogła 
słyszeć jej rozmowę. 
 

- Tatusiu – zaczęła Ane przymilnym głosem. – Słyszałeś o obchodach nocy 

świętojańskiej dziś wieczorem? 
 

- Tak, pewnie, że tak. Wybierasz się, żeby potańczyć? 

 

- Może. Albo jeśli uda ci się namówić mamę. Bądź tak dobry przekonaj ją, żeby 

poszła z robą, będzie mi o wiele raźniej. Możecie zabrać kawę i jedzenie i… no, wiesz. Mama 
musi się wyrwać z domu na trochę. 
 

Elizabeth usłyszała, że Kristian się roześmiał. Potem znowu rozległ się głos Ane. 

 

- Dowiem się, czy Helene i Lars też się wybierają. I Maria. 

 

Drzwi znowu trzasnęły i po chwili do kuchni wszedł Kristian. 

 

- Hmm. Ale tu pachnie Świerzym chlebem – zauważył i objął Elizabeth od tyłu. 

 

- Trzy gotowe leżą na blacie. Jeśli chcesz, możesz sobie ukroić piętkę i zjeść z 

masłem. 
 

Nie dał się dwa razy prosić. 

 

- Wyglądasz na zmęczoną – rzekł. Ukroiwszy sobie duży kawał chleba. 

 

- I teraz będziesz mnie przekonywał, żebym poszła dziś wieczorem nad fiord – odparła 

i włożyła kolejny bochenek do pieca. 
 

Roześmiał się. 

 

- Słyszałaś, o czym rozmawialiśmy z Ane przed chwilą? 

 

- Tutaj też była. – Elizabeth otrzepała mąkę z palców i położyła ściereczkę na 

uformowane z cista bochenki. 
 

- I co? Poszłabyś ze mną? W kółko się zamartwiasz o Linę, aż w końcu się od tego 

rozchorujesz. 
 

Elizabeth ściągnęła nieco do tyłu chustkę, która właśnie wkładała na głowę, kiedy 

piekła chleb, i oparła się o blat. 
 

- Tak się boję, że źle zrobiliśmy, Kristianie. Że Linie wcale nie jest dobrze tam w 

Danii. Mówią innym językiem. A jeśli Lina go nie rozumie albo jeśli oni jej nie rozumieją? 
 

- Niepotrzebnie się niepokoisz. Pomyśl o Amandzie, która wyjechała do Ameryki. 

Tam rzeczywiście mówią w obcym języku. Poza tym wszyscy byliśmy zgodni, że Lina 
powinna wyjechać, również doktor. – Przełknął ostatni kęs chleba, po czym mówił dalej: - 
Tyle razy już o tym rozmawialiśmy, Elizabeth. Musisz uwierzyć, że Linie nie dzieje się 
krzywda. 

background image

 

39 

 

Elizabeth nie odpowiedziała. Zerknęła na bochenki chleba. 

 

- Spotkałem dziś w sklepie Dorte i Jakoba – rzekł Kristian. 

 

- Co mówili? – spytała i w jednej chwili rozpogodziła się. 

 

- Pytali, czy mielibyśmy czas, żeby pomóc i po żniwach w przygotowaniach do wesela 

i powiedziałem, że tak. 
 

- Cudownie! Tak się cieszę, bo dawno się z nimi nie widziałam. I musimy też zabrać 

Signe. O rety, będzie tak przyjemnie! Zawsze lubiłam ich odwiedzać. 
 

Kristian poklepał ją po policzku. 

 

- Dobrze wiedzieć, ze się znów uśmiechasz. Opowiedziałem im o Linie. 

 

Elizabeth spojrzała na męża wyczekująco. 

 

- Nie mogłem ich okłamywać. Wspomniałem, że się zdenerwowała, kiedy się 

domyśliła, co ją czeka, ale w końcu poszła z doktorem dobrowolnie. 
 

- I co oni ta to? 

 

Kristian wzruszył ramionami. 

 

- Stwierdzili, że to na pewno tylko wyjdzie Linie na dobre. Oni też uważają, że nie 

było innego wyjścia, jeżeli ma wyzdrowieć. 
 

- Tak, nie mogliśmy zrobić nic innego. 

 

- Jesteś pewna, że nie chcesz pójść ze mną dziś wieczorem na ognisko? – spytał nagle 

Kristian przymilnie. –Ze względu na mnie. Choćby tylko na chwilę. 
 

- Dobrze, na chwilę – zgodziła się i objęła go wokół bioder. – Ze względu na ciebie. 

 
 
 

Świeżo upieczone chleby leżały na blacie przykryte czystą, białą ściereczką. Kristian 

wrócił do pracy. Musiał przejrzeć narzędzie do żniw. Wstawić nowe zęby grabiom i naostrzyć 
kosy. 
 

Elizabeth zdjęła z głowy chustkę i spojrzała w stare, piękne lustro wiszące na ścianie. 

Włosy oklapły od potu i przyległy do skóry. Na sukni widniały plamy, a twarz była czerwona 
z gorąca. Elizabeth otarła odrobinę mąki z policzka i postanowiła wziąć kąpiel. 
 

Po kilku kursach z wiadrem udało jej się napełnić balię. Na krześle leżało świeże, 

czyste branie i pachnące mydło. Włożyła na próbę stopę do ciepłej wody i syknęła; trochę za 
gorąca, ale da się wytrzymać. Po chwili siedziała zanurzona po szyję w wodzie, z które 
wystawały kolana, przypominające dwa zaokrąglone wierzchołki góry. Włosy pływały 
dookoła niczym złociste wodorosty. Elizabeth zamknęła oczy, rozkoszujące się kąpielą. 
Wszystkie przygnębiające myśli odleciały, a napięcie mięśnie rozluźniły się.  
 

Już prawie zasypiała, gdy usłyszała głosy Marii i Ane dochodzące z dworu. 

Dziewczęta rozmawiały  nocy świętojańskiej, wyraźnie rozbawione. Elizabeth uśmiechnęła 
się do siebie i poczuła, że i ona cieszy się z powodu czekającej ją odmiany. Muzyka i taniec, 
spotkanie z innymi ludźmi, śmiech i chwila przyjemności – pomogą odpędzić ponure myśli. 
Tak, teraz czuła radość. Spłukała mydło z włosów, owinęła głowę ręcznikiem i już miała 
zamiar się wytrzeć, gdy nagle otworzyły się drzwi. 
 

- O, co za widok! Występujesz nago? – zawołał Kristian, uśmiechając się szeroko. – 

Nie zamknąłeś drzwi na haczyk? 
 

- Zamykaj szybko! – syknęła. – Ktoś może mnie zobaczyć. 

 

Wszedł do środka i zamknął drzwi. 

 

- Hmm. Czuje tu zapach Elizabeth. Kwiatków i jagód.  

 

- Musiałam się wykąpać, jeżeli mam się pokazać ludziom na oczy – odparła i zaczęła 

się wycierać. – Chcesz wziąć kąpiel? 
 

- Może. W każdym razie chociaż bym się trochę umył. – Rozebrał się do połowy, 

pochylił się nad balią i wylał wiadro wody na głowę. 

background image

 

40 

 

Elizabeth odwróciła się do męża plecami i zaczęła układać włosy. Splątały się w 

czasie kąpieli i musiała je rozczesać. Słyszała za sobą, jak Kristian nuci podczas mycia. 
 

Starając się nie wdepnąć w mokre plamy na podłodze, wciągnęła pończochy, buty i 

koszulę. 
 

- Jakaś ty piękna – usłyszała za sobą. Chwile potem Kristian objął ją ramionami, 

odwróciła się ku niemu. Włosy miał mokre i zmierzwione. Odgarnęła mu He z twarzy i 
pocałowała go. 
 

- Powinnaś częściej się tak ubrać, gdy jesteśmy sami – rozmarzył się, zaciskając 

dłonie na jej pośladkach. 
 

Odpowiedziała uśmiechem, jednak nie próbowała się okryć. Zamiast tego przysunęła 

się bliżej Kristiana i poczuła, że ma ochotę. To że stała w samych pończochach i koszuli, 
podnieciło ją nagle w całkiem nowy sposób. 
 

- Chcesz? – szepnęła, chwytając zębami płatek jego ucha. 

 

- Tak! 

 

Nie potrzebowała wiele czasu, by rozpiąć mu spodnie. Następnie, dysząc ciężko, 

oparła się plecami o ścianę i rozłożyła nogi. 
 

- Chodź! 

 

Ostrożnie przeciągnął palcem po jej wilgotnym, nabrzmiałym łonie, zanim w nią 

wszedł. Wychodziła mu na spotkanie, pchnięcie za pchnięciem. 
 

- Inaczej – rzekł nagle i odwrócił ją, że stanęła opata rękami o ścianę i pośladkami w 

jego stronę. Wtedy znowu w nią wszedł. Krótko potem zakręciło się jej w głowie. Nie była 
pewna, czy to ona krzyknęła, czy on, kiedy, drżąc, tuliła się do niego. 
 

- Jesteś szalony!  - szepnęła, nie mogąc złapać tchu. 

 

- Nauczyłem się tego od ciebie – odparł i zebrał jej mokre włosy w węzeł Nd jednym 

ramieniem. 
 

- Musimy kończyć, zanim ktoś się zorientuje, co tu się wyprawa – rzekła i zaczęła 

sprzątać resztę garderoby. – Pomyśl tylko, żeby w biały dzień robić coś takiego! – roześmiała 
się. 
 

Równocześnie wyszli z pralni, każde z wiadrem wody, gdy zza rogu wyłonił się Jens. 

Elizabeth zaczerwieniła się, napotkawszy jego spojrzenie. 
 

- Kąpaliście się? – spytał. 

 

- Tak, my… Szykowaliśmy się na wieczór. Na noc świętojańską – wyjaśniła, jąkając 

się. kątem oka dostrzegła szeroki uśmiech Kristiana. To ją zirytowało. Jens musiał się 
domyślać, co robili, a ona czuła się nie w porządku, że zaskoczył ich w takiej chwili. 
Obawiała się, że jest mu przykro albo że sprawia mu to ból. Mogłaby się nawet wydawać, że 
Kristian jest wręcz zadowolony, że Jens wie. 
 

- Chyba też z nami pójdziesz? – spytała. 

 

- Nie wiem. Muszę położyć Signe i… 

 

Kristian uprzedził Elizabeth. 

 

- Weź ją ze sobą, niech zostanie tak długo, dopóki wytrzyma. Potem Helene zabierze 

ją do domu. 
 

Jens patrzył na Elizabeth, gdy odpowiadał: 

 

- Dobrze, niech tak będzie. 

 
 
 

Schodzili nad fiord sporą grupą. Elizabeth rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę 

Jensa, który niósł Signe na ręku. Zauważyła, że włożył jasnoszarą koszulę i ogolił się. jego 
włosy wypłowiały od słońca, a skóra opaliła się. miał szeroką pierś i szerokie ramiona, 
dokładnie jak wtedy, gdy byli małżeństwem. Przebiegł ją miły dreszcz. Dziwnie się czuła, 
idąc z nimi dwoma… Wsunęła rękę pod ramię Kristiana i starała się o tym nie myśleć. 

background image

 

41 

 

- Jesteś dziś taka ładna – zauważył i uśmiechnął się do niej. – W tej czarnej spódnicy i 

białej bluzce wyglądasz, jakbyś szła do kościoła. 
 

Elizabeth nie odpowiedziała, lecz komplement dodał jej otuchy. Wszyscy się wystroili 

na ten wieczór. Nawet Ane nakręciła swe złociste włosy żelaznymi szczypcami i rozpuściła, 
tak że opadły swobodnie na plecy, a Maria wyjęła jedwabny szal, który dostała od Kristiana 
wiele lat temu. 
 

- Nie wyglądamy na zbyt wystrojone? – spytała Elizabeth męża i spojrzała na niego. – 

Przecież idziemy tylko posiedzieć na brzegu. A jeśli inni przyjdą w codziennym ubraniu? 
 

- To dobrze, bo będziemy wyglądać najlepiej. – Kristian roześmiał się beztrosko i 

przyspieszył kroku, gdy dobiegały ich głosy zza cypla. 
 

Nad samym brzegiem płonęło duże ognisko, a wokół niego zebrało się już sporo ludzi. 

Elizabeth dostrzegła Bergette. siedziała nieco na uboczu, a jej córka biegała razem z innymi 
dziećmi. Elizabeth ruszyła w tamtą stronę. Postawiła na ziemi kosz z jedzeniem i sokiem, i 
zawołała: 
 

- Jak dobrze, że też przyszłaś! – uśmiechnęła się do Bergette i zaraz porosiła Helene: - 

Zrób trochę kawy, dobrze? pierwszy raz przyszliśmy się zabawić z okazji nocy świętojańskiej 
– rzekła do Bergette. – Słyszałam, że inni chętnie stosują się do tego zwyczaju, ale jakoś 
nigdy się nie złożyło, byśmy się też wybrali. To Ane nas namówiła. 
 

- Dobrze jest czasem gdzieś wyjść z domu – stwierdziła Bergette. –A co tam u was? 

Słyszałam, że Lina wyjechała. 
 

Elizabeth już miała odpowiedzieć, gdy nagle przyłączyła się do nich jakaś kobieta. 

Elizabeth wiedziała, ze to znaczy plotkara. 
 

- Czy to prawda, że wyjechała z kraju? – spytała nieznajoma. 

 

Pytanie padło tak nagle, że Elizabeth odpowiedziała tylko krótko: 

 

- Tak, zgadza się. 

 

- Dlaczego? – spytała tamta wprost i dodała: - Mówią, że Lina wyjechała, bo coś z nią 

jest nie tak, jak powinno. I że doktor zawiózł ją do domu dla umysłowo chorych – zniżyła 
głos. 
 

Elizabeth poczuła, że ogarnia ją złość. 

 

- Myślę, że to z tymi, co rozpowiadają takie plotki, jest coś nie tak! Linie nic nie 

dolega, tylko jest przemęczona. Wyjechała w odwiedziny do krewnych. I nic nikomu do tego, 
co u nas porabia doktor. 
 

Kobieta zadarła nos i odrzuciła głowę. 

 

- Żona lensmana tak mówiła. 

 

- W takim razie poproś ją, żeby pilnowała własnych spraw i nie rozgłaszała 

kłamliwych plotek o niewinnych ludziach! 
 

Tamta nie odpowiedziała i odwróciła się do kogoś innego. 

 

- Dobrze jej dogadałaś! – szepnęła Bergette. 

 

Elizabeth wolno wypuściła powietrze. 

 

- Że też nie potrafię trzymać języka za zębami! Pomyśl, co będzie, jeśli ona pójdzie do 

żony lensmana i powtórzy jej, co powiedziała, 
 

- To jej tylko dobrze zrobi. Może uda ci się raz na zawsze położyć kres tej zawistnej 

paplaninie. 
 

- Miejmy nadzieję – skinęła głową Elizabeth. 

 

Ku zadowoleniu Elizabeth Bergette nie pytała więcej o Linię. 

 

- Widzę, że Signe nosi sukienkę, którą jej dałam – zauważyła. – Dobrze, że mój 

prezent się przydał. 
 

Elizabeth podążyła za jej wzrokiem. Signe przekazywano sobie z rak do rąk, 

podziwiano ją i rozpieszczano. Nawet potężni mężczyźni dotykali brudnymi palcami jej 
policzka, żeby się do nich uśmiechnęła. 

background image

 

42 

 

- Jakie to dobre dziecko, podobne do matki – stwierdziła Bergette. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Ciasta? – zaproponowała i podała kawek przyjaciółce. 

 

Kawa była gotowa i rozdano filiżanki. Elizabeth dobiegły głosy Kristiana i jednego ze 

starszych mężczyzn. 
 

- Słyszeliście o tym, jak Tyfona tańczyła w nowym salonie? – spytał Kristian. 

 

Mężczyzna pokręcił głową i wlał do kawy trochę czystej z piersiówki, która miał w 

wewnętrznej kieszeni. Elizabeth zauważyła, że Kristian też dostał odrobinę. 
 

- Nie? – roześmiał się Kristian. – No to posłuchaj. Eliseus, jej mąż, bardzo lubił w 

tańcu podrzucać kobiety w powietrzu i podobnie tańczył też z Tyfoną. Ale tak się złożyło, że 
podłoga na poddaszu jeszcze nie była ukończona. Nie starczyło im pieniędzy, rozumiecie, 
dlatego na razie położyli tylko kilka cienkich płyt, po których naturalnie nie mogli chodzić. 
 

- Też coś, nie starczyło im pieniędzy! – prychnął ten drugi, ale Kristian opowiadał 

dalej, zanim rozmówca zdążył powiedzieć coś więcej. 
 

- No wiec Eliseus tak zakręcił Tyfoną, że jej nogi znalazły się w górze, a głowa na 

dole. Jednak pokój był tak niski, że Tyfona przebiła stopami sufit i utkwiła w nim. Aż trzech 
mężczyzn musiało pobiec na poddasze, żeby ją uwolnić! 
 

Wokół ogniska rozległy się salwy śmiechu i po chwili głos zabrał drugi z mężczyzn. 

 

- Na Boga, ale ty kłamiesz, Kristianie! Eliseus wcale nie był bez gorsza, tylko po 

prostu jest strasznym skąpcem. Gdyby zobaczył jedno øre w zadku krowy, wyciągnąłby je 
przednimi zębami, jestem tego pewien. 
 

- O rany, o czym oni gadają – usłyszała Elizabeth za sobą czyjś głos i gwałtownie się 

odwróciła. 
 

- Torstein! Jak miło, że przyszedłeś. – Wstała i podała mu rękę. – Usiądziesz? 

 

- Dziękuję. – Usiadł i od razu wręczono mu filiżankę.  

 

- Trochę czystej? – spytał ktoś i nalał mu, zanim Torstein zdążył odpowiedzieć. 

 

- Uważa pan, że są wulgarni? – spytała Bergette. 

 

Torstein uśmiechnął się szeroko. 

 

- Zaczynam się już przyzwyczajać do tutejszych rubasznych żartów. I jeśli mam być 

szczery, podobają mi się – dodał, upił łyk kawy i zakrztusił się. – Niezwykle mocna i dobra 
kawa – zauważył i pociągnął kolejny łyk. 
 

Trafił nam się we wsi towarzyski doktor, pomyślała Elizabeth. Powiodła wzrokiem po 

zgromadzonych mieszkańcach wsi. Najwyraźniej wszyscy dobrze się bawili. Letni wieczór 
był ciepły, a ogień chronił przed komarami. Fiord był gładki jak lustro, gdy słońce zaszło za 
najwyższy szczyt góry. Ktoś przyniósł harmonię i zawołał: 
 

- Kto może się ruszyć i chciałby poskakać jak Eliseus i Tyfona, niech zajmie miejsce 

tu na polanie. 
 

Muzyka popłynęła nad wodą. Wiele par odważyło się wyjść na polanę – skrawek 

ziemi, której nikt nie uprawiał, bo ziemia była tak licha. 
 

- Czy wolno mi zatańczyć z pani siostrą? 

 

- Naturalnie – odparła Elizabeth i podążyła wzrokiem za Torsteinem, który prosił 

Marię do tańca. Zarumieniona dziewczyna ruszyła za nim na polanę. Ach, gdyby tych dwoje 
zostało parą, pomyślała Elizabeth, odprowadzając ich wzrokiem. Przez jakiś czas miała 
nadzieję, ze dzięki Torsteinowi Maria przestanie się durzyć w Olavie, ale zdawało się, że 
doktor zbytnio siostry nie interesuje. Elizabeth westchnęła cicho. Indianne i Benjamin 
zamierzali się pobrać zaraz po żniwach. Oby tylko Maria znowu nie narozrabiała. Z tego czy 
innego powodu siostra miała coś przeciwko Benjaminowi i wcale nie kryła swej niechęci do 
przyszłego męża przyjaciółki. Jeżeli się nie poprawi, może stracić przyjaźń Indianne, 
uświadomiła sobie Elizabeth. Dla obu dziewcząt byłaby to wielka strata, także dla rodzin w 
Dalsrud i Heimly. 

background image

 

43 

 

- Czy mogę prosić? 

 

Elizabeth podskoczyła przestraszona, gdy stanął przed nią Jens i podał jej dłoń. 

Rozejrzała się dokoła, trochę bezradnie. W tej samej chwili pojawił się też Kristian. 
 

- Jeżeli tak, to pa porywam Bergette! – zawołał i pomógł jej wstać. 

 

Elizabeth podniosła się i ruszyła za Jenszem. Przeszedł ją dreszcz, gdy Jens objął ją 

ramieniem. Znalazł się tak blisko, że poczuła jego zapach. Zapach Jensa, zapach, który 
wspominała z radością. Zrobiło się jej gorąco. 
 

- O czym myślisz? – spytał tuż przy jej uchu. 

 

- Że pchniesz morzem i powietrzem – wyrwało się jej. 

 

Uśmiechnął się, ukazując białe zęby, i spojrzał na nią spod czarnych rzęs. 

 

- Może dlatego, że jesteś córką morza? 

 

- Nie nazywaj mnie tak, minęło już tyle czasu. 

 

- I co z tego? Niczego nie zapomniałem. Nigdy nie zapomnę. 

 

Objął ją mocniej i Elizabeth poczuła, że jej kolana stały się dziwnie miękkie. Szybko 

zerknęła na Kristiana. Czy zauważył, jak Jens ją trzymał? Czy był zazdrosny? Kristian 
potrafił wpaść we wściekłość, kiedy sobie wypił, doświadczyła tego niejeden raz. Nie, śmiał 
się z czegoś, co powiedziała Bergette, i wyraźnie się dobrze bawił. 
 

- Kristian spotkał dziś Dorte i Jakoba - rzekła szybko. – Powiedział im o Linie. 

 

Jens skinął głową. 

 

- Wiem, wspomniał o tym, kiedy wrócił ze sklepu. 

 

- Ach tak. – Zastanawiała się, o czym jeszcze mogłaby porozmawiać. 

 

- Wysłałem list do jej matki – mówił dalej Jens. – Powinna wiedzieć, co się dzieje z 

córką. Ale nie napisałem wszystkiego wprost, trochę to ubarwiłem. 
 

- To dobrze. 

 

Znowu nie wiedziała, co powiedzieć, a kiedy Jens przyłożył policzek do jej włosów, 

było tak, jakby uszło z niej całe powietrze. Jens, Jens, śpiewało coś w duszy. Przyłożył usta 
do jej ucha, poczuła, ze wdychał zapach jej włosów. 
 

- Pachniesz mydłem kwiatowym – szepnął. – Czy Kristian tylko pomagał ci się kąpać, 

czy też we dwoje… 
 

Zagotowało się w niej ze wstydu i złości. 

 

- O co ci chodzi? – Odsunęła się trochę i spojrzała mu w oczy. – Jesteśmy 

małżeństwem, Kristian  i ja. 
 

- Wiem, ale to nie pomaga mi zwalczyć zazdrości. zależy mi na tobie tak bardzo, jak 

przedtem, zanim… straciliśmy się nawzajem. 
 

- Masz Linie. Nie zapominaj o tym. 

 

- Nie, nie zapominam. Wybacz mi, że nie potrafię nad tym zapanować. 

 

Muzyka ucichła. Elizabeth wyrwała się. 

 

- Dziękuję za taniec. Było… świetnie. 

 

Patrzył na nią długo, a potem jakaś kobieta przecisnęła się do niego. 

 

- czy ja też mogę prosić o taniec? – spytała i pociągnęła Jensa za sobą. 

 

Elizabeth zobaczyła, że Bergette i Kristian nadal ze sobą tańczą. Powlokła się z 

powrotem na swoje miejsce i bezwiednie spojrzała na obrączkę, którą nosiła na prawym 
dłonie. Obiecała Kristianowi dozgonną wierność, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Zamierzała 
dochować tej obietnicy.  
 

Rozejrzała się i zobaczyła Helene, która kołysała w ramionach Signe. Dziecko prawie 

zasnęło. Córka Jensa i Liny.. 
 

Czas jej i Jensa minął. Kapryśny i bezlitosny. Może. Ale tak już było i żaden człowiek 

nie mógł tego zmienić. 
 
 

background image

 

44 

Rozdział 8 

 
 

 

Kosiarze pracowali równo i niezmordowanie, ledwie znajdowali czas, żeby się napić i 

otrzeć pot z czoła, nim znów wracali do pracy. Wszyscy z Dalsrud wyszli na pole, komornicy 
także. W ostatnich dniach świeciło słońce, ale teraz nad wierzchołki gór nadciągały ciemne, 
groźne chmury. Klacz Ane próbowała w tym czasie swych sił jako zwierzę pociągowe i 
razem z dwoma innymi końmi ciągnęła furę z sianem. Musieli ratować co się da. 
 

Elizabeth przerzucała siano, aż kłuło i drapało pod suknią. Z jaką radością 

wyczekiwała wieczoru, gdy wreszcie będzie mogła zrzucić przepocone ubranie i się umyć. 
Osłoniła dłonią oczy i spojrzała w stronę domu. Helene zabrała Signe i poszła wcześniej, żeby 
przygotować obiad. Kiszki skręcały się z głodu, jakby chciały przypomnieć o tym, że od 
drugiego śniadania minęło już dużo czasu. 
 

Może powinni podać ciasto i kawę na deser, pomyślała. Komornicy zapewne nie jadali 

na co dzień takich rarytasów. Upiekła ciasto poprzedniego dnia, takie samo jak to, które 
zrobiła na noc świętojańską. Wtedy nie zostało ani okruszynki. Zauważyła, że zwłaszcza 
Jenowi bardzo smakowało. 
 

Na wspomnienie nocy świętojańskiej w jej brzuchu odezwał się lekki niepokój. 

Pamiętała, że siedziała wtedy jak na szpilkach, czekając, aż Kristian wróci po tańcu z 
Bergette. 
 

- Teraz muszę zatańczyć trochę również z moją żoną! – zawołał i pociągnął ja za rękę, 

pomagając jej wstać. – Twój poprzedni mąż nie może cię porwać na cały wieczór – dodał i 
zakręcił nią, aż zawirowały jej spódnice. 
 

- Co za bzdury. Tańczyłeś w tym czasie z Bergette. miała siedzieć jak kołek całkiem 

sama? - spytała ostrzejszym tonem, niż zamierzała. 
 

- Ojej, skąd u cienie tyle złości? To był tylko żart – rzekł, przyglądając się jej uważnie. 

 

Elizabeth zawstydziła się i przyłożyła policzek do jego piersi. Kątem oka dostrzegła, 

że Jens usiadł pośród pozostałych mężczyzn, ale ciągle spoglądał w jej stronę. Nie powinien 
patrzeć na nią w ten sposób, pomyślała. Sprawiał, że krew burzyła się w jej żyłach. A co 
będzie, jeśli Kristian coś zauważy? 
 

Dla przyzwoitości musiała zostać jeszcze trochę przy ognisku, ale zadbała o to, by 

siedzieć plecami do Jensa. 
 

Widziała, że Ane dobrze się bawi. Nieustannie wirowała w tańcu, to z jednym, to z 

drugim. Elizabeth zauważyła, że pewien młody chłopak posyłał jej szczególnie tęskne 
spojrzenia. O ile się domyślała, był synem komornika i pewnie nie miał odwagi porosić Ane 
do tańca. 
 

Signe zasnęła w ramionach Helene. Słońce zaszło, a z ogniska został już tylko żar, gdy 

pierwsi uczestniczy zabawy wreszcie zaczęli się zbierać do domu. Niektórym maruderom, 
którzy wypili za dużo czystej, jeszcze się jednak nie spieszyło. 
 

Przez kilka sekund Elizabeth była sam na sam z Jensem. Wystarczając długo, by 

zdążył szepnąć: 
 

- Przepraszam. 

 
 
 

Dzwonek, który zadźwięczał na dole w Dalsrud na posiłek, wyrwał ją z zamyślenia. 

Furę już rozładowano, zatem zdążyła załadować jeszcze jedną przed jedzeniem, pomyślała. 
Jeśli dopisze im szczęście, zwiozą do popołudnia resztki siana, zanim nadejdzie deszcz. 
 

Gorąca, parująca ryba, masło, ziemniaki i chrupki chlebek stały już na stole, kiedy 

całym orszakiem wkroczyli do kuchni. Signe nauczyła się już stawać. Kołysząc się, stała teraz 
przy krześle i wielkimi oczami przyglądała się tak dużej grupie ludzi. Kobiety podchodziły do 

background image

 

45 

małej i zachwycały się nią. Dziewczynka uśmiechała się i promieniała, ale po chwili zaczęła 
jej drżeć wolna warga. Wtedy Jens wziął córkę na ręce i na powrót przywołał jej uśmiech. 
 

- Potrzymam ją, żebyś mógł spokojnie zjeść – zaproponowała Helene i wzięła od 

niego Signe, zanim się zorientował. 
 

Zsiedli wokół stołu i złożyli ręce, a Kristian odmówił krótką modlitwę. Długo jedli w 

milczeniu, głodni i być może nieco speszeni. Niełatwo być tym pierwszym i odezwać się w 
tak dużym gronie osób. 
 

Elizabeth odwróciła się do matki Amandy: 

 

- Czy regularnie dostajecie wieści od Amandy? – spytała. 

 

- Tak, ale chciałabym, żeby częściej pisała. Wiesz, jako matka przez cały czas o niej 

myślę. 
 

Zaczerwieniła się. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Dobrze to rozumiem. Po prostu się o nią troszczysz, jak każda dobra matka. 

 

Kobieta uśmiechnęła się. jej policzku były zapadnięte i Elizabeth domyśliła się, że 

straciła większość zębów zauważyła, ze wówczas twarz nabiera charakterystycznego kształtu.
 

- Słyszeliście, że oszczędza na podróż do domu? – spytała. 

 

- O tak. – Oczy kobiety zaszły łzami. – Pomyśleć tylko, że któregoś dnia nas 

odwiedzi! Może w końcu Bóg będzie miał dość mojego marudzenia i nakłoni Amandę do 
przyjazdu. 
 

Elizabeth musiała się roześmiać. 

 

- Tak, może tak się stanie. Szkoda tylko, że nie wiemy kiedy, niestety, nie pisali nic o 

tym, ile już im się udało zaoszczędzić. 
 

- Ten, kto czeka na coś dobrego, Ne czeka na próżno. 

 

- Tak, masz rację. Musimy się uzbroić w cierpliwość. 

 

Elizabeth przeniosła wzrok na syna komornika, który w noc świętojańską posyłał Ane 

tęskne spojrzenia. Zauważyła, ze nadal był w nią wpatrzony. Ile mógł mieć lat? Pewnie tyle 
co Ane, domyśliła się, sądząc po meszku na brodzie.  
 

- Możesz podać mi ziemniaki? – poprosiła Ane chłopaka i utkwiła w nim wzrok. 

 

- Tak, pewnie. Przepraszam – jąkał się, podając jej półmisek. 

 

- Dziękuję – odparła Ane, uśmiechnęła się krótko i skoncentrowała się na jedzeniu. 

 

Elizabeth stłumiła uśmiech. Nie miała wątpliwości, że chłopak jest zakochany, jednak 

wyglądało na to, że Ane nie zwraca na niego uwagi. Elizabeth zastanawiała się, co by 
powiedział Kristian, gdyby Ane zakochała się w synu komornika. Nigdy o tym nie 
rozmawiali, ponieważ córka była jeszcze bardzo młodziutka. Jednak musieli liczyć się z tym, 
ze tak się może zdarzyć, i to szybciej, niż się spodziewają. Naturalnie Ane jest jeszcze za 
młoda, żeby myśleć o małżeństwie, ale niewykluczone, że niedługo znajdzie sobie chłopaka. 
Wszystkie matki pragną jak najlepszej partii dla swoich córek i synów. Ale chyba 
najwyraźniejsze jest to, by dzieci były szczęśliwe? 
 
 
 

Po obiedzie robotnicy wyszli na dwór odpocząć, żeby jedzenie ułożył się w żołądku. 

Deszczowe chmury były jeszcze daleko, więc ze spokojnym sumieniem mogli sobie pozwolić 
na krótką sjestę. 
 

Helene poszła zająć się Signe, przewinąć ją i ukołysać do snu. Ane pomagała matce 

zmywać. 
 

- Ane… - zaczęła Elizabeth ostrożnie. – Chyba nie masz jeszcze chłopaka? 

 

- Nie, a dlaczego pytasz? 

 

- Nie byłoby to wcale dziwne, byłaś już u konfirmacji i w ogóle. Poza tym jesteś ładną 

dziewczyną. Wydaje mi się, że wielu chłopców ogląda się za tobą. 

background image

 

46 

 

- Obiecałam wprawdzie Jensowi, że mimo wszystko wydaję za mąż – Ane roześmiała 

się i wstawiła spodek do szafy – ale prawdę mówiąc, wcale mi się nie spieszy. 
 

- Nikt nie chce, żebyś wychodziła za mąż już jutro. Ale może ktoś wpadł ci w oko? 

 

Ane przestała wycierać naczynia i badawczo przyjrzała się matce, 

 

- Dlaczego tak mnie wypytujesz? 

 

- Sądzę, że jeden z synów komornika się w tobie zakochał. 

 

- Ach, on. – Ane wróciła do wycierania talerzy. – Biedak. Wiem o tym, ale niestety on 

mnie nie interesuje. Nie w taki sposób. 
 

- A więc wiesz o tym? I co zrobisz? Powiesz mu, żeby sobie nie robił nadziei? 

 

Ane otworzyła szeroko oczy. 

 

- Nie, oszalałaś?! Wiesz, jak mu będzie przykro? Po prostu będę z nim rozmawiać 

krótko i uprzejmie, wiec na pewno w końcu mu przejdzie. Znajdzie sobie inną. 
 

Elizabeth odetchnęła z ulgą. Dobrze, że jej córka to rozsądna i mądra dziewczyna. 

Nagle zaświtała jej pewna myśl. 
 

- Nie chcesz go dlatego, że jest ładny? 

 

Ane podparła się pod boki. 

 

- Przestań, mamo! Co ty sobie o mnie myślisz? Co do tego mają pieniądze? 

 

- Przepraszam, sądziłam tylko… Nie, może się nie zastanowiłam. 

 

Ane z wściekłością błyskawicznie wytarła resztę naczyń i odwiesiła ścierkę nad 

piecem. 
 

- Wyjdę i poczekam na dworze – oznajmiła i wyszła z kuchni. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. Uraziła Ane, ale wiedziała, że córce szybko 

przejedzie złość. dobrze ją znała. 
 

Chwilę potem do kuchni wszedł Krystian. 

 

- Wygląda na to, że zaraz spadnie deszcz. Musimy ruszać, żeby zdążyć zwieźć resztę 

siana. 
 

- Poczekaj trochę. – Elizabeth zagrodziła mu drogę. 

 

- Tak? – Spojrzał na nią, marszcząc brwi. – O co chodzi? 

 

- Coś mi tylko przyszło do głowy. Gdyby Ane zakochała się w biednym synu 

komornika i oznajmiła, że chce wyjść za niego za mąż, to co byś na to powiedział? 
 

- Ż to w ogóle nie wchodzi w rachubę – odparł krótko i zamierzał wyjść. Jednak 

Elizabeth powstrzymała go. 
 

- Wydaje mi się, że o czymś zapomniałeś, Kristianie. Była, tylko ubogą służącą, kiedy 

pojawiłam się w Dalsrud, ale ty mimo to się we mnie zakochałeś. I chciałeś się ze mną 
ożenić. 
 

- To nie ma z Ane nic wspólnego. 

 

- A właśnie, że ma. 

 

Podrapał się w głowę. 

 

- Odłóżmy na kiedy indziej tę dyskusję, Elizabeth, Ane ma dopiero czternaście lat. a 

poza tym musimy zwieźć siano przed deszczem. 
 

Klepnął ją w pośladek i zniknął za drzwiami, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. 

 

Elizabeth wytarła ręce w ściereczkę. Kristian miał rację, Ane była jeszcze bardzo 

młodziutka. Poczekają i zobaczą, co przyniesie czas. 
 

Przy popołudniowej kawie, gdy każdy dostał kawałek ciasta z formy i wychwalał je, 

nie szczędząc słów, Ane odzyskała dobry humor. Syn komornika siedział na uboczu. A więc 
może jednak zrozumiał, pomyślała Elizabeth. Okres młodości bywa czasem trudny. 
 
 

background image

 

47 

 

Kilka dni później Elizabeth siedziała w tkalni i tkała. Chociaż posiadali dość 

pieniędzy, żeby kupić większość materiału, którego potrzebowali, sporo musieli tkać we 
własnym zakresie, zarówno na ubrania wierzchnie, jak i te, które szybko się niszczyły. 
 

Czółenko przesuwało się gładko między nićmi osnowy. Elizabeth nuciła przy pracy, 

gdy nagle usłyszała hałas na dole. Czy to drzwi trzasnęły? Poirytowana przerwała tkanie i 
nasłuchiwała. Ile razy prosiła Ane, żeby spokojnie zamykała za sobą drzwi? Zrobiło się 
cicho… ale niespodziewanie rozległ się kolejny głośny trzask. 
 

- Do diaska! – zaklęła Elizabeth na głos. – Co ta dziewczyna tam wyprawia?! – 

Pokręciła zrezygnowana głową i pochyliła się nad koszykiem w poszukiwaniu nici 
odpowiedniego koloru. Robiła fartuch roboczy w zielono- brązową kartę. Wtedy ponownie 
usłyszała ów hałas. Poderwała się i zbiegła po schodach. 
 

- Ane! – krzyknęła, ale nikt jej nie odpowiedział. 

 

Zeszła na dół, wpadła do kuchni ze słowami wymówki na ustach – i zamarła. 

zmrużyła oczy i patrzyła zaskoczona, nie chcąc uwierzyć w to, co ujrzała. Podeszła bliżej… 
Tak, na podłodze była krew! Ślady wiodły od stołu, gdzie ktoś wytarł plamy. Jęknęła. 
Dostrzegła smugi krwi od placów, którymi ktoś chwycił za brzeg blatu! Spojrzała w dół. Na 
krześle też widniały krople krwi. 
 

Serce waliło jej w piersi. Cofnęła się w stronę drzwi. 

 

- Ane – szepnęła. – Kristianie… czy to ty… - Szybko rozejrzała się dokoła, po czym 

pomknęła do wyjścia. 
 

- Kriiistian! – krzyknęła, przykładając do ust dłonie zwinięte w trąbkę. 

 

Drzwi do wychodka otworzyła się z rozmachem. 

 

- Czemu krzyczysz ? – spytał Kristian, mocując się z górnym guzikiem u spodni. 

 

- W kuchni są ślady krwi!  - wykrztusiła. 

 

- Krwi? – powtórzył. Wreszcie udało mu się zapiąć guzik. 

 

- Tak. Chodź i sam zobacz! 

 

Pokonał schody w dwóch susach i zniknął w domu. Chwilę później wypadł z 

powrotem na dwór. 
 

- Skąd się tam wzięły? 

 

- Nie wiem! Byłam w tkalni, kiedy usłyszałam jakiś hałas na dole. Myślałam, że to 

Ane i zeszłam na dół, żeby się przekonać, ale nikogo tam nie było – wyjaśniła. Czuła, że drży, 
choć było ciepło. 
 

- Co ta takiego zrobiłam? – odezwała się Ane, która nagle zjawiła się przed nimi. 

 

- Czy widziałaś tu kogoś obcego? – spytał Kristian. – A może wiesz, czy ktoś się 

skaleczył? 
 

Ane pokręciła głową. 

 

-A o co chodzi? – chciała wiedzieć. 

 

- W kuchni są ślady krwi – odparła Elizabeth, błądząc wzrokiem po dziedzińcu. 

 

- Może Lars albo Jens się skaleczył – zgadywała Ane. 

 

Elizabeth pobiegła do spiżarni i pociągnęła za dzwonek, którym dzwoniono na 

posiłek. Otworzyło się jedno z okien na poddasze i Helene wysunęła głowę. 
 

- Co tam robicie? Czy już pora na posiłek? 

 

- Nie, ale zejdź na dół! Ktoś się zranił i zakrwawił kuchnię! – zawołała Ane. 

 

Elizabeth musiała spojrzeć na córkę. Odniosła wrażenie, że Ane wcale się nie 

przeraziła. 
 

Natychmiast zjawili się Maria, Helene, Lars i Jens i usłyszeli, skąd ten alarm. 

 

- Jak widzisz, każdy z nas jest cały – rzekł Lars i wyciągnął ręce. – Może to kot? 

 

Ane otworzyła oczy i zasłoniła dłonią usta. 

 

- Nie, tylko nie Pusia! 

 

Elizabeth chwyciła ją za ramię. 

background image

 

48 

 

- Nie, na blacie były ślady palców. 

 

- Musimy poszukać – zadecydował Kristian i ruszył w stronę obory. – Rozdzielcie się 

– rzucił przez ramię. 
 

Przez moment stali zagubieni, a potem każdy poszedł w innym kierunku. Elizabeth 

podążyła w stronę brzegu. 
 

- Halo! – nawoływała, rozglądając się dokoła. Musnęła ją łagodna bryza od morza. 

Elizabeth zerwała źdźbło trawy i owinęła je wokół palca wskazującego, aż poczuła ból. – 
Halo, czy ktoś tu jest? – zawołała znowu i rozwinęła źdźbło. Wtedy zauważyła na palcu krew. 
Szybko wyrzuciła źdźbło  spostrzegła, że trawa była w tym miejscu wydeptana, jak gdyby 
ktoś się tu na chwilę położył. Czy powinna sprowadzić któregoś z mężczyzn? Nie, to zajęłoby 
zbyt dużo czasu. Ciekawość zwyciężyła. Elizabeth podeszła do szopy na łodzie, oddychała 
krótko. 
 

- Czy jest tu ktoś? – spytała cienkim głosem, kiedy wyszła zza rogu. 

 

W tej samej chwili ujrzała zakrwawioną postać. Serce zamarło jej w piersi. 

 

- Mikkel! Na Boga, co się stało? – spytała i uklękła przed mężczyzną, który siedział 

oparty o drzwi szopy. 
 

- Miałem wypadek, skaleczyłem się nożem – odparł. 

 

- Wodzę. – Przyjrzała się dokładniej jego przedramieniu. – Co za brzydka rana, 

potwornie krwawisz. 
 

- Tak… - Mikkel wydawał się bardzo słaby i zamroczony.  

 

Elizabeth próbowała zacisnąć ranę. Ile krwi mógł stracić? Musiała jakoś zatamować 

krwawienie, zanim będzie mogła pomóc mu wstać i dojść do domu. Ledwie słyszalnie 
wymamrotała zaklęcie na powstrzymanie krwotoku, które stosowała już wiele razy przedtem. 
celowo mówiła cicho, żeby Mikkel nie poznał tajemnych słów. 
 

W końcu otworzyła oczy i spojrzała na jego rękę. Krwawienie ustało. Z ulgą opuściła 

ramiona. Napotkała spojrzenie ciemnych oczu Mikkela. 
 

- Znasz się na rzeczy, jak widzę. 

 

- A ty nie potrafisz zahamować krwotoku, skoro jesteś Lapończykiem? 

 

- Potrafię, ale sobie nie mogę pomóc. Tylko innym. 

Dlatego szukałem u was pomocy… ale nikogo nie było w domu. 
 

- Nie słyszałeś, jak nawoływaliśmy? – zapytała i pomogła mu wstać. 

 

- Słyszałem, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć. Miałem nadzieję, ze mnie 

znajdziecie. 
 

- No, ładne rzeczy – rzekła z wymówką i pociągnęła rannego za sobą. – Kristianie, on 

jest tutaj! To Mikkel! – zawołała. – Musisz pójść ze mną do domu. Opatrzę ranę, żeby nie 
wdało się zakażenie – zwróciła się do Mikkela. – Możliwe, że będę musiała założyć parę 
szwów. Chyba zniesiesz odrobinę bólu? 
 

- Tyle wytrzymam. Jeśli dostanę trochę czystej. 

 

- Sam jesteś prawie przeźroczysty – fuknęła. 

 

Kristian i Jens biegli w ich stronę. 

 

- Twoja żona zna się na rzeczy – powtórzył Mikkel i spojrzał na Kristiana. – 

Powstrzymała krwotok. I jeszcze obiecała m filiżankę czegoś mocniejszego. 
 

- Zaprowadźcie go do domu – rzekła Elizabeth krótko. – Ja nie jedno, to drugie – 

dodała  zrezygnowana pokręciła głową. 
 
 
 
 
 
 

background image

 

49 

Rozdział 9 

 
 

 

Słońce nisko wisiało na niebie, kiedy jechali w stronę Heimly. Elizabeth nie słyszała 

niczyich głosów, chłonąc widok rodzinnej wsi. Morze gładziło leniwie przybrzeżny biały 
piasek, gdzie ostrygojad gromadził pożywienie. Kilka mew żeglowało na skrzydłach daleko 
ponad fiordem. Wysoko w górach, ponad kamienistym usypiskiem, leżał jeszcze śnieg, 
ponieważ nie docierało tam słońce. Tak wiele wspomnień ogarniało ją za każdym razem, gdy 
tu wracała dobrych wspomnień. O trudnych dniach nie chciała pamiętać. 
 

Dom w Dalen stał jak zawsze. Tylko zamknięte okiennice świadczyły o tym, że nikt 

już tu nie mieszka. Dom w Neset prezentował się bardzo ładnie, gdy dbali o niego Jakob z 
Danielem. Z czasem Daniel się tu przeprowadzi. To dobrze, pomyślała Elizabeth, w domach 
powinni mieszkać ludzie. niszczeją, gdy stoją puste, a poza tym przedstawiają smutny widok, 
stwierdziła. 
 

W tę podróż wybrali się wszyscy z Dalsrud poza Larsem i Helene, którzy zostali w 

domu, żeby pilnować gospodarstwa, czekało też na nich trochę innej pracy do zrobienia, 
dlatego nie mieli nic przeciwko temu, żeby zostać. 
 

Nie było chyba takiego człowieka, który mógłby się w Heimly czuć nieproszonym 

gościem, przyszło na myśl Elizabeth, gdy ich podejmowano. Na dziedzińcu od razu zaroiło 
się od ludzi, wokół rozległy się śmiechy i rozmowy, ściskano im ręce na powitanie. Aż 
zakręciło się jej w głowie. Mała Signe wędrowała z rąk do rąk i wszyscy się nią zachwycali. 
 

- Jaka ona grzeczna! – zdumiała się Dorte, kiedy po raz drugi wzięła małą w ramiona. 

– Nie płacze, chociaż widzi wokół siebie tylu obcych ludzi. 
 

- Obcych? – spytał Jakob. – Przyjechała do najprawdziwszych krewnych! I chyba tyle 

to już rozumie. Prawda, mała Signe? – spytał i pogładził ją palcem po policzku, a Signe 
uśmiechnęła się i ukryła buzi na ramieniu Dorte. 
 

- O rety, lubi mnie – rzekła Dorte wzruszona i ostrożnie poklepała dziewczynach po 

plecach. – Dostaniesz cukru od Dorte, a na tego okropnego Jakoba nie będziemy zwracać 
uwagi – dodała uśmiechając się do męża. 
 

- Dużo tu roboty – zauważył Jens i skinął w stronę sterty desek. 

 

- To będzie podwyższenie dla grajka – wyjaśnił Benjamin. – My będziemy tańczyć na 

dziedzińcu. 
 

Elizabeth odwróciła się w stronę Dorte, która podrzuciła Solne do góry, a mała 

zanosiła się śmiechem. 
 

- Jesteś w tak dobrym humorze, Dorte, nie do wiary, że od paru miesięcy stajesz na 

głowie, żeby zdążyć z robotą. Najpierw żniwa, teraz przygotowania do ślubu… 
 

- To jest cudowne! – Dorte posadziła sobie Signe na biodrze. – Lubię pracować, a 

teraz chciałabym tylko, żeby Indianne miała niezapomniane wesele. Najpiękniejsze na 
świecie. Po za tym mnóstwo osób mi pomaga. Sama widzisz: dziedziniec jest pełen ludzi. 
 

- Jesteś niezrównana. Mogę wziąć Solne? – spytała Elizabeth i wyciągnęła ręce. 

 

- Nie, tak rzadko ją widuję. Chodź, zobaczysz spiżarnię. 

 

Dorte wskazywała na półki i opowiadała. Obok siebie stały masło i serwy we 

wspaniałych foremkach ze zdobieniami, różne rodzaje placków lefse, cienki, chrupki chlebek, 
zwykły chleb, mięso i kiełbasy w długich zwojach. 
 

- Ojej, masz tu jedzenia na kilka lat – zauważyła Elizabeth, rozglądając się wokół 

szeroko otwartymi oczami.  
 

Dorte skinęła głową z zadowoleniem. 

 

- W każdym razie na dwa dni wesela. Jak ucztować, to ucztować. Indianne uszyła 

sobie dwie suknie, czarną do kościoła i niebieską na drugi dzień przyjęcia. I zgodnie ze 
starym zwyczajem uszyła również koszulę pana młodego dla Benjamina. 

background image

 

50 

 

Elizabeth klasnęła w ręce z wrażenia. 

 

- Dużo gości będzie nocować? – spytała, gdy z powrotem wyszły na dziedziniec. 

 

- Tak, cała rodzina Benjamina. Poza tym my, kilku gości ze Storvika i z innych wsi. 

Jeżeli w dom będzie za mało miejsca, mamy jeszcze wielką stodołę dla tych, którzy nie 
pogardzą takim skromnym noclegiem. 
 

- Nie obawiaj się, niejeden na pewno z przyjemnością prześpi się na sianie – 

uśmiechnęła się Elizabeth. 
 

Po chwili podeszli do nich Daniel z Olavem. 

 

- Idziemy układać kamienne ogrodzenie na Nonshaugen – oznajmił Daniel. 

 

- Tylko bądźcie ostrożni! – upomniała ich Dorte. Nad nasadą jej nosa pojawiła się 

głęboka zmarszczka. 
 

- Nadal się tak boisz o Daniela? Jest już przecież dorosłym mężczyzną – zauważyła 

Elizabeth, gdy chłopcy odeszli już wystarczająco daleko, by jej nie słyszeć. 
 

- Uff, tak, pod tym względem nic się nie zmieniłam na lepsze. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się. 

 

- Dobrze to słyszeć. W takim razie jest nas dwie. 

 
 
 

Wszystkie służące zebrały się na poddaszu i rozpoczęły gruntowne sprzątanie. Zapach 

mydła sodowego dolatywał aż na korytarz na dole, gdy Elizabeth szła za Dorte do kuchni. 
Bielusieńkie firanki poruszały się Lello w otwartych oknach. Miedziane garnki wisiały 
wyszorowane do połysku jeden obok drugiego nad paleniskiem, a na podłodze leżały 
równiutko czyste chodniki z gałganków. 
 

- Jak ci się to udaje, że zawsze masz tak czysto? – spytała i zdumiona rozejrzała się 

dokoła. 
 

Dorte posadziła Signe na podłodze i poszukała dla niej coś do zabawy. 

 

- Właśnie wysprzątałam. Nie co dzień jest tu tak czysto, wierz mi! – Wsunęła kilka 

kryształków cukru do buzi dziewczynki i wyprostowała plecy. – A tu leżą srebra do 
wyczyszczenia/ 
 

Elizabeth usiadła i zerknęła na srebra. Przez lata Ragna i Jakob niemało tego uzbierali. 

Wzięła ściereczkę i zaczęła czyścić. 
 

- Miejmy nadzieję, że taka pogoda utrzyma się do wesela – rzekła, mocno pocierając 

srebrne powierzchnie. 
 

- Deszcz oznacza szczęście – odezwała się Dorte, nie podnosząc wzroku. – Wszyscy 

tak mówią. 
 

Elizabeth przerwała polerowanie i zapatrzyła się przed siebie. 

 

- W końcu to Bóg o tym decyduje. Wierzę, ze wszystko jest już postanowione z 

chwila, kiedy przychodzimy na świat. 
 

- To bardzo możliwe. Pomyśl o różnych przypadkach, które się nim przytrafią! 

Gdybym nie straciła na morze mojego pierwszego męża i gdyby Ragna nie umarła, wtedy nie 
związałabym się z Jakobe,. – Dorte zamilkła i zawstydzona zasłoniła dłonią usta. – 
Przepraszam! Nie pragnęłam śmierci Ragny, nie to miałam na myśli. 
 

- Moja droga, przecież wiem – uspokoiła ją Elizabeth. – Ale widzisz, to co się nam 

wydaje smutne i potworne, może się z czasem obrócić w coś dobrego. 
 

Jakob stanął w drzwiach i uśmiechnął się do nich. 

 

- O czym rozmawiacie? 

 

Dorte zaczerwieniła się i umknęła wzrokiem. 

 

- E tam, takie babskie gadanie. Szukasz czegoś? 

 

- jakiejś szmatki. Skaleczyłem się w palec. 

background image

 

51 

 

- Chodź tu. – Dorte poderwała się z krzesła i wyjęła słoiczek z maścią i opatrunki. – 

Mocno się skaleczyłeś. Bardzo boli? 
 

- Słyszałem, ze rozmawiałyście o Ragnie – zagadnął, zamiast opowiedzieć na pytanie. 

 

- Rozmawiałyśmy o zarządzeniach losu – wtrąciła szybo Elizabeth. – O tym, ze śmierć 

pierwszego męża Dorte i śmierć Ragny przyczyniły się d tego, ze jesteście teraz razem. 
Uważam, że wszystko, co spotyka nas w życiu, jest nam przeznaczone już wtedy, gdy 
przychodzimy na świat. 
 

Jakob zamilkł na chwilę, przyglądając się wprawnym rękom Dorte. 

 

- Tak, też w to wierzę. To przywiodło mi na myśl Olego Siwerta Molanda, którego 

ścięto w Kabelvaag. Pamiętacie, jak kiedyś o nim opowiadałem? 
 

- kto mógłby o czymś takim zapomnieć? – mruknęła Elizabeth. 

 

- Ale nie powiedziałem wtedy wszystkiego. – Odchrząknął. – Ole odebrał życie swojej 

ostatniej żonie po wyprawie do kościoła w Kabelvaag. Stało się to w łodzi, kiedy poczęstował 
żonę wódką, którą wziął na drogę. Jednak ludzie nabrali podejrzeń, ponieważ śmierć nastąpiła 
tak nagle. Wiedzieli wszak, że Olemu wpadła w oko ich służąca. Tak, tak. 
 

Jakob spojrzał na swój palec a Elizabeth zauważyła, że na szmatce pojawiły się 

czerwone plamy krwi. Może należałoby zszyć ranę? 
 

- Ole szybko się przyznał do winy – mówił dalej Jakob. – Tuż przed wykonaniem 

wyroku zastanawiano się, kto powinien trzymać głowę łotra, kiedy spadnie topór. Nikr się nie 
zgłosił dobrowolnie. Dlatego wykonano obręcz z żelaza, które miała ją przytrzymać. Jednak 
w ostatniej chwili znalazł się człowiek, który za pięć talarów zgodził się trzymać głowę 
Olego. 
 

Dorte zaczęła sprzątać opatrunki. 

 

- Brr. Jakobie, musisz opowiadać takie okropności? 

 

- Przepraszam, zagalopowałem się. już was zostawiam w spokoju. 

 

Miał zamiar odejść, gdy Elizabeth spytała: 

 

- Kim był Ole Siwert Moland? 

 

Jakob przystanął i oparł się o blat. 

 

- Był zamożnym i szanowanym rybakiem i chłopem, mówiono też, że wcześniej 

występował w obronie innych. kiedy zjawił się w sądzie, miał na sobie długie futro i w 
przeciwieństwie do innych skazanych na śmierć zachowywał się całkiem spokojnie i nawet 
znalazł czas, żeby przywitać się z ludźmi. 
 

- Biedny człowiek – westchnęła Dorte i znowu usiadła przy stole. Sięgnęła po jedną ze 

srebrnych łyżek i zaczęła energicznie ją wycierać. 
 

- Spytano go, czy nie chciałby wystąpić do króla o ułaskawienie – opowiadał dalej 

Jakob – lecz on wtedy odpowiedział, że nie, bo wróciłby do starych grzechów. Ufnie szedł na 
spotkanie śmierci, w nadziei, że Bóg się nad nim ulituje. 
 

Elizabeth wzięła kolejny nóż i zaczęła czyścić. Opowiadanie Jakoba przyprawiło ją o 

gęsią skórkę, lecz jednocześnie chciała usłyszeć więcej. 
 

- Ne mogę zrozumieć, jak ktoś mógł podjąć się takiego zadania i trzymać jego głowę 

w czasie egzekucji! – Zadrżała. 
 

Jakob uśmiechnął się szeroko. 

 

- Ten człowiek wpadł w panikę, gdy było po wszystkim. Wtedy odrzucił głowę, która 

potoczyła się po placu. A wieczorem przepił owe pięć talarów i urządził taką awanturę w 
Kabelvaag, ze lensman musiał go zamknąć. 
 

- Nie, dość tego, Jakobie! – Dorte podniosła się i wskazała na drzwi. – Wynoś się i to 

szybko. Nie chcę więcej słuchać tych twoich obrzydliwych historii. 
 

- Jesteś taka ładna, kiedy się złościsz – rzucił jeszcze Jakob ze śmiechem, zanim Dorte 

wypędziła go z kuchni. 
 

Dorte znowu usiadła, nadal czerwona na twarzy ze wzburzenia. 

background image

 

52 

 

- Co za głupiec! Dobrze, że dzieciaki nie słyszały, co opowiadał. Aż człowieka ciarki 

przechodzą – pomstowała, gniewnie spoglądając przez okno. 
 

Elizabeth powstrzymała uśmiech i rozważnie milczała. Z poddasz dobiegł odgłos 

kroków, ktoś postawił wiadro z wodą, aż zadudniło, a potem rozległo się szuranie po 
podłodze, gdy odsuwano łóżko od ściany. Przez otwarte okno docierało stukanie młotka, a z 
oddali, ze wzgórza, beczenie owiec. Co za miłe odgłosy, pomyślała Elizabeth. Odgłosy, które 
przegoniły nieprzyjemne wrażenie po ponurej opowieści. 
 

- Będą kwiaty na stołach? – spytała, żeby skierować myśli Dorte na inny temat. 

 

Dorte podniosła wzrok i od razu się uśmiechnęła. 

 

- Tak, dziewczęta pójdą je zrywać dzień wcześniej, wieczorem, żeby bukiety nie 

zwiędły. Wyhodowałam z nasion piękne kwiaty specjalnie na tę okazję. Oprócz tego 
nawarzyliśmy piwa, zapomniała o tym powiedzieć. Oj, patrz! Signe zasnęła na podłodze. 
Biedactwo, zaniosę ją na poddasze. Zaraz wrócę. 
 

Cichutko weszła po schodach. Zaskrzypiało kilka desek podłogi, a potem zrobiło się 

całkiem cicho. Wkrótce Dorte z powrotem zeszła na dół. 
 

- Położyłam ją do łóżeczka z wysokimi bokami, więc nie wypadnie, gdy się obudzi – 

oznajmiła. 

 

 

I dalej mówiła o wszystkim, co już zrobili, i o tym, co zostało jeszcze do zrobienia. O 

historii, którą Jakob opowiedział, chyba całkiem zapomniała, pomyślała Elizabeth. 
Pospiesznie zerknęła przez okno; na zewnątrz kilku mężczyzn zbijało z desek podest, Jens 
zdjął koszulę i pracował rozebrany do połowy. Mięśnie grały na jego szerokich plecach. 
Elizabeth szybko cofnęła wzrok. Na szczęście Dorte nie spytała o Linę. Może nie wspomniała 
o tym z czystej grzeczności? Pewnie zdawała sobie sprawę, ze to drażliwy temat. Dorte 
zawsze taka była, stwierdziła Elizabeth w duchu. Pełna wdzięczność, taktowna i 
wyrozumiała. 
 

- O nie, wydaje mi się, że chyba będzie padać, - zauważyła Dorte i nachyliła się do 

okna. – Patrz tam, daleko, na te czarne chmury! 
 

- Gdyby zanosiło się na niepogodę, owce zeszłyby niżej w stronę zagrody – odparła 

Elizabeth. – To najpewniejszy znak, a według mnie nadal pasą się wysoko w górach. 
 

- Nie, jednak boję się zostawić bieliznę na dworze – powiedziała Dorte, wyszła na 

korytarz i zawołała cicho w stronę poddasza: - Mathilde, mogłabyś zebrać pościel, która wisi 
na sznurach? Myślę, ze będzie padać. 
 

- Ja to zrobię! – rozległ się głos Indianne. – A Mathilde niech skończy to, co zaczęła – 

dodała i już była w połowie schodów. 
 

- Uważaj tylko, żeby bielizna nie spadła na ziemię i się nie pobrudziła! – zawołała za 

nią Dorte i usiadła, kręcąc głową. – Tym młodym strasznie się teraz spieszy. Nie mają czasu, 
żeby wysłuchiwać wszystkiego do końca, tylko pędzą na złamanie karku. 
 

- I dlatego czujemy się starzy – zauważyła Elizabeth. 

 

- Może właśnie w tym sęk. Jestem zazdrosna – Dorte roześmiała się tak, że aż 

zakołysały się jej duże piersi. Elizabeth musiała się roześmiać razem z nią. Jednak śmiech 
uwiązł im w gardle, gdy usłyszały z dworu głośne krzyki. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

53 

Rozdział 10 

 
 

 

- Co się dzieje? 

 

Dorte wstała z miejsca. 

 

- Byk się zerwał! – krzyknął Kristian. 

 

Elizabeth poderwała się z krzesła, aż się przewróciło, a dziewczęta sprzątające na 

poddaszu zbiegły przerażone, podnosząc wielki lament. 
 

- Ten wielki byk się zerwał? – jęknęła Mathilde, przemknęła obok i wybiegła na dwór. 

 

Zobaczyły zwierzę na łące, gdzie zwykle pasło się uwiązane na grubej linie. Tera 

dreptało wkoło, zatrzymało się, wietrzyło w powietrzu i rzucało łbem. Czasem grzebało 
krótko racicą w ziemi, po czym zaczynało nową rundę. Trudno powiedzieć, co się działo w 
jego wielkim łbie, jednak wyglądało na potwornie rozwścieczone. 
 

- Już dawno mówiłam, że tego byka powinniśmy zaszlachtować – rzekła Dorte, nie 

spuszczając bestii z oczu.- Jest niebezpieczny. Tylko Jakob potrafi sobie z nim poradzić, a 
ja… - Zamilkła, z trudem próbując złapać ustami powietrze. – Idzie tu! 
 

Indianne zdejmowała bieliznę ze sznura. Byk ruszył proso na nią. 

 

- Indianne! – krzyknęła Elizabeth, ile sił w płucach. – Uciekaj, słyszysz! 

 

Dziewczyna zauważyła, co się świeci. Upuściła pościel na ziemię, zebrała w rękę 

spódnicę i rzuciła się ucieczki. 
 

- Zabije ją! – krzyknął Kristian. złapał koszulę Jensa i pobiegł w stronę byka, 

pokrzykując i wymachując koszula. – Spróbuję go odciągnąć! – zawołał. 
 

- Nie! – Elizabeth ruszyła w stronę byka, żeby odwrócić jego uwagę od Kristiana i 

Indiane. 
 

Nagle poczuła, że zaciskają się wokół niej czyjeś ramiona, i usłyszała głos Jensa tuz 

przy swym uchu: 
 

- Czy wszyscy chcecie zginąć? Tego właśnie chcesz? 

 

Krew pulsowała jej w uszach i zagłuszyła krzyki innych. przez moment Elizabeth bała 

się, że zabraknie jej powietrza i się udusi. 
  

Był zauważył Kristiana i zwolnił. Czarne, potężne zwierzę połyskiwało w słońcu, jego 

mięśnie drgały. Wypuściło nozdrzami powietrze, biło racicami w ziemię, aż ziemia i trawa 
fruwały dookoła. Opuściło łeb. Potem znów utkwiło wzrok w Indianne i przyspieszyło. 
 

Czas jakby się na chwilę zatrzymał. Byk dogonił Indianne. Zniżył łeb i ubódł ją 

rogami. Drobne ciało Indianne poszybowało w górę i bezwładnie spadło na ziemię. 
Byk cofnął się kilka kroków, wietrzył rozszerzonymi nozdrzami, szykował się do kolejnego 
ataku. Przebije ją rogami – przemknęło Elizabeth przez głowę. Zmiażdży ją, zabije 
Indianne… W tej samej chwili powietrze przeszył potężny huk. Byk zatoczył się, postąpił 
kilka niepewnych kroków i upadł ciężko na ziemię. 
 

Jakob upuścił strzelbę i rzucił się ku córce. Elizabeth wyrwała się z objęć Jensa i 

pobiegła za teściem. Jakob osunął się na kolana przed Indianne i ostrożnie przyłożył wielką 
dłoń do jej policzka. 
 

- Dziecko moje – łkał zrozpaczony. 

 

- Ona żyje – rzekła Elizabeth, odrywając ucho od piesi Indianne, i po chwili 

krzyknęła: - Indianne żyje, sprowadźcie doktora! Na Boga, pospiesz się! 
 

Jens złapała swoją koszulę i pognał w stronę obory. 

 

- Pojadę po niego – rzucił przez ramię. 

 

W następnych minutach Elizabeth działała jak w transie. Wszystko odbywało się 

jednocześnie. Dobiegł ją głos Dorte, która wydawała polecenia, żeby ktoś zajął się bykiem, 
jeśli chcą uratować mięso. Jakob ułożył Indianne na poszwie na pierzynę, którą przedtem 

background image

 

54 

rozpostarł na ziemi. Z głowy dziewczyny ciekła krew i spływała po bladym policzku. Maria 
pocieszała szlochającą Mathilde. Jens pognał konno, zostawiając za sobą chmurę kurzu. 
 

- Musimy ją położyć na podłodze w salonie – postanowił Jakob, gdy wnieśli Indianne 

do domu. – Mario, przynieś poduszkę. Dobrze. i jak tam? Ocknęła się? 
 

Wreszcie Elizabeth zdołała dojść do siebie. Ponownie przyłożyła ucho do piersi 

Indianne. 
 

- Chyba byłoby dla niej lepiej, gdyby na razie nie odzyskała przytomności – 

stwierdziła i odgarnęła kilka włosów, które, sklejone krwią, przylgnęły do czoła. – Ma kilka 
groźnych ran. Przygotuj wodę do mycia i jakieś ścierki, Dorte. 
 

- To miałabym być ja! – płakała Mathilde. 

 

- Co ty pleciesz? – ofuknęła ją Maria. 

 

- To mnie Dorte poprosiła, żebym zdjęła pościel, ale Indianne chciała to zrobić za 

mnie. Biedna Indianne. Przecież niedługo ma iść do ślubu i w ogóle. Co teraz będzie? 
 

Elizabeth rozejrzała się dokoła. 

 

- Gdzie jest Benjamin? 

 

- Doznał szoku – odparła Elen. – Chyba został na dworze. 

 

- Czy ktoś mógłby do niego pójść i z nim porozmawiać? Przynieście też Signe z 

poddasza. Mała płacze. 
 

Dziewczęta zniknęły. Elizabeth słyszała, jak Dorte krząta się w kuchni. Jakob 

przykucnął przy córce i wpatrywał się w nią, gładził ją ostrożnie po czarnych włosach.  
 

- Panie, mniej mnie w opiece, jeśli ona nie… Bóg nie może mi zabrać także jej! 

 

Elizabeth chwyciła go za rękę. 

 

- Nie chcę słyszeć takiego gadania – rzekła stanowczo. 

- Indianne jest ranna, ale nie tak poważnie, by nie miała wyzdrowieć. Słyszysz, Jakobie? 
 

W końcu skinął głową, ale nie patrzył jej w oczy. 

 

- Powiedz, że mi wierzysz. 

 

- Kiedyś wyznałaś mi pewną tajemnicę, Elizabeth. Mówiłaś, że potrafisz przewidzieć, 

jeśli ktoś ma umrzeć. Czy teraz widzisz? – spytał szeptem, wyraźnie obawiając się 
odpowiedzi. 
 

Elizabeth przypomniała sobie, że powiedziała mu o tym wiele lat temu. 

 

- To nie przychodzi na zawołanie, ale możesz być spokojny, Jakobie. Wszystko będzie 

dobrze. 
 

Dorte przyszła ze stertą czystych ścierek i podała je Elizabeth. Była blada jak trup i 

ręce jej drżały, kiedy zajęła się Indianne. 
 

- Czy mogę? – spytała Elizabeth i wyciągnęła rękę. 

 

- Nie, poradzę sobie. Rana nie jest duża, ale nie wiadomo, jakie są pozostałe 

obrażenia. 
 

W tej samej chwili Indianne zamrugała i jęknęła słabo. 

 

Jakob pochylił się nad nią.  

 

- Idnianne! Dziecko moje, słyszysz mi? 

 

- Tak – szepnęła. – Gdzie jest mama? – Rozejrzała się wokół i uśmiechnęła się na 

widok Dorte. – O, tutaj jesteś! – ucieszyła się i na powrót zamknęła powieki. 
 

Elizabeth zerknęła na Dorte i zobaczyła, że jej zielone oczy wypłynęły się łzami. 

 

- Nazwała mnie mamą! – szepnęła i przetarła twarz rąbkiem fartucha. Następnie, 

drżąc, wypuściła powietrze. 
 

- Leż spokojnie, maleńka. Zaraz przyjdzie doktor i cię zbada. I wszystko będzie 

dobrze. 
 

- Jak dobrze, że was mam – szepnęła Indianne. Z jej ust wydobył się jęk. Potem znó1) 

jej ciało się bezwładnie i zapadła w drzemkę. 
 

Jakob wstał. 

background image

 

55 

 

- Muszę się przejść. Zawołajcie mnie, jeżeli znów się obudzi. 

 
 
 

Indianne nie ocknęła się do chwili, gdy doktor z Jensem zajechali na dziedziniec. 

Wtedy otworzyła oczy i skrzywiła się, 
 

- Boli cię? – spytała Elizabeth. 

 

- Tak, stopa i głowa, i… wszystko. 

 

W salonie zrobiło się ciasno, gdy doktor wszedł do środka. 

 

- Niestety muszę was poprosić, żebyście poczekali na zewnątrz – zarządził. Zamknął 

drzwi za Jensem i Jakobem, i przykucnął obok Indianne. 
 

- Słyszysz mnie, Indianne? 

 

- Tak, widzę i słyszę  szepnęła blado. 

 

- Możesz mi powiedzieć, gdzie cię boli? 

 

- Wszędzie. 

 

Torstein skinął głową. 

 

- To poważny wypadek, jak słyszę. Teraz cię zbadam. 

Domyślałam się, że boli cię głowa? 
 

- Tak. 

 

- Dlatego jesteś taka senna. Co z rękami, możesz nimi poruszać? 

 

Badał jej ciało, a kiedy doszedł do nóg, Indianne krzyknęła z bólu. Ostrożnie zdjął jej 

pończochy. 
 

- Mamy tu poważne złamanie kości. 

 

- Co pan chce przez to powiedzieć? – spytał Jakob, który cicho wślizgnął się do 

pokoju i stanął na środku. Oczy pociemniały mu ze zmartwienia. 
 

Torstein pozwolił mu zostać. 

 

- Trudno powiedzieć – odparł.  Noga jest spuchnięta i sina, a to może oznaczać, że 

złamanie nie jest czyste. 
 

- Nigdy nie słyszałem o brudnym złamaniu. 

 

Torstein uśmiechnął się krótko. 

 

 - To znaczy, że kości nie stykają się ze sobą. 

 

- I w takim razie? 

 

- Unieruchomię jej stopę i włożę w łupki. Indianne musi leżeć co najmniej przez trzy 

miesiące. Jeżeli nie więcej.  
 

Jakob zgarbił się zrezygnowany. Dorte podeszła do niego i objęła go. 

 

- No, tak Jakobie, jakoś sobie poradzimy. 

 

- Czy moja noga będzie znowu sprawna? – szlochała Indianne. 

 

- Tak, sądzę, ze tak, ale nie mogę niczego zagwarantować. Poza tym nie odniosłaś 

większych obrażeń. Mimo wszystko miałaś szczęście. Teraz dostaniesz ode mnie kilka kropli, 
które uśmierzą ból. – Podniósł wzrok na Dorte i Jakoba. – Możecie przynieść trochę wody i 
łyżeczkę? 
 
 
 

Elizabeth wyszła z salonu, gdy doktor skończył badanie. Dziewczęta natychmiast ją 

otoczyły i chciały usłyszeć, co z Indianne. Powtórzyła to, co powiedział Torstein, i poprosiła, 
by przekazały informację wszystkim pozostałym. 
 

Benjamin siedział na skale przy brzegu. Elizabeth zeszła w dół i usiadła obok niego. 

 

- Dlaczego tu siedzisz? – spytała. 

 

Nie od razu odpowiedział wpatrywał się tylko nieprzytomnie w gładki jak lustro fiord. 

W końcu wykrztusił zdławionym głosem: 
 

- Żyje? 

background image

 

56 

 

- Naturalnie, że tak. 

 

- O Boże! Dzięki! – Oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. – Byłem taki 

pewien… - Zaczerpnął powietrza i spojrzał na Elizabeth. – Pewnie myślicie, że jestem 
porządnie stuknięty, że tak uciekłem, skoro powinienem być przy niej. 
 

- No to dlaczego nie jesteś? 

 

- Bałem się… 

 

- A jak myślisz, czy Indianne się nie bała? – spytała Elizabeth wzburzona. – Jeżeli 

chcesz się z nią ożenić, musisz pokazać, że masz charakter i nie jesteś tchórzem. Nic nie 
osiągniesz, jak będziesz uciekał i się chował, kiedy dzieje się coś strasznego. 
 

Poderwał się gwałtownie. 

 

- Jesteś strasznie zarozumiała, wiesz? Ty zawsze pojawisz się pierwsza i za każdym 

razem jesteś tak samo odważna. Nie możesz oczekiwać, że wszyscy będą tacy jak ty! 
 

Elizabeth nie spieszyła się ze wstawieniem. 

 

- Dziękuję, jesteś miły – rzekła spokojnie. 

 

Popatrzył na nią ze złością i wściekły ruszył wielkimi krokami w stronę domu. 

Elizabeth została na miejscu i patrzyła za nim. Kiedy dotarł na dziedziniec, zatrzymał się, 
zawrócił i wolno zaczął iść w jej stronę. 
 

- Wybacz mi, Elizabeth. Wcale tak nie myślę. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nigdy 

przedtem nie zrobiłem czegoś podobnego, na nikogo nie krzyczałem ani nie uraziłem nikogo 
w jakikolwiek sposób. 
 

Uśmiechnęła się do niego. 

 

- Często tracimy panowanie nad sobą, gdy komuś bliskiemu stanie się krzywda. 

Jednak ją naprawdę myślę tak, jak mówiłam: Jeżeli chcesz się ożenić z Indianne, musisz 
pokazać, jesteś mężczyzną. 
 

Szurgał nogą po rozdeptanej muszli. 

 

- Pójdziemy z nią porozmawiać? 

 

- Możesz przynajmniej posiedzieć. Doktor dał jej lekarstwo, więc pewnie zasnęła. 

 

Uśmiechnął się z wysiłkiem. 

 

- To nawet odpowiada takiemu tchórzowi jak ja. 

 

Popatrzyła mu w oczy. 

 

- Dobrze, że się do tego przyznasz. To już dużo. 

 

Kroki Benjamina wydawały się lżejsze, gdy z powrotem przechodził przez 

dziedziniec. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

57 

Rozdział 11 

 
 

 

Mokradła obrodziły w mroszki, złociste jagody warte złota. Biedniejsi sprzedawali je 

Pederowi, który robił wielkie belki konfitur i sprzedawał dalej. 
 

Zamożniejsi większość mroszek zostawiali dla siebie. Gotowane w małej ilości wody 

można było długo przechowywać w drewnianych beczułkach, zabezpieczając na wierzchu 
odrobiną tłuszczu zwierzęcego. Mawiano, że mroszki są prawdziwym lekarstwem w 
przypadku utraty krwi lub chorób zakaźnych, jednak należało je spożywać bez dodatku cukru. 
 

- Mniam! – mlasnęła Signe, która wybierała jagody prosto z kanki i wkładała do ust. 

 

- Sama wyglądasz jak wielkie mniam – roześmiała się Helene i pocałowała 

dziewczynkę w okrągłe policzki. – Jesteś mamy maleńkim skarbem. 
 

Elizabeth znieruchomiała i, zaskoczona, omal nie wypuściła z dłoni kanki z 

mroszkami. Czy dobrze usłyszała? Czyżby Helene nazwała mamą? Rozejrzała się dokoła. 
Czy Ane i Maria też to słyszały? Nie, były za daleko. Odetchnęła z ulgą. Na szczęście Jens 
wybrał się z nimi do lasu. Uważał, że to zajęcia dla kobiet. Lars i Kristian także pracowali w 
zagrodzie. 
 

- Coś ty powiedziała? – spytała przyjaciółkę. 

 

- Co takiego? – Helene odwróciła się, unosząc brwi. 

 

- Chyba się przesłyszałaś. – Jelene odwróciła się, ale nie dość szybko, by ukryć 

rumieniec, który oblał jej twarz. 
 

- No to co powiedziałaś 

 

 

- Nie pamiętam. 

 

- Helene – rzekła. Elizabeth łagodnie. – Rozumie, że przywiązałaś się do Signe, ale 

musisz pamiętać, że mała ma matkę, która do niej wróci. Wtedy wam wszystkim będzie 
bardzo trudno, jeżeli za bardzo pokochasz to dziecko. 
 

Helene pochyliła się i zaczęła zbierać jagody, nie ponosząc wzroku. 

 

- Jakbym tego nie wiedziała. 

 

W jej głosie Elizabeth dosłyszała coś bezgranicznie smutnego. Zacisnęła zęby i rzekła: 

 

- Signe ma również tatę, który potrafi się nią zająć. Jens docenia twoją pomoc, ale nie 

odbieraj mu całej odpowiedzialności! 
 

Helene wyprostowała plecy i zaczęła obracać w palcach rączkę kanki. 

 

- Nie musisz mi mówić tego wszystkiego, Elizabeth. – Nie mogę mieć dzieci, więc 

pozwól mi cieszyć się Signe. Nie zamierzam jej nikomu odebrać, tylko pożyczyć na krótką 
chwilę. Tylko do momentu, aż Lina wróci! Potrzebuję tego, Elizabeth. Mieć małe dziecko, 
choćby przez jakiś czas. 
 

Elizabeth nie wiedziała, co odpowiedzieć. To się może źle skończyć, pomyślała 

ponuro. Helene buduje bardzo silne więzi, które trudno będzie zerwać tego dnia, kiedy Lina 
zażąda zwrotu córki. Jednak nie potrafiła odebrać przyjaciółce radości z opieki nad Signe. 
 

Stała przez chwilę zatopiona we własnych myślach. 

 

- To dziwne, że jeszcze nie mamy od niej żadnej wiadomości. 

 

- Od kogo? – spytała Helene i zerknęła na Elizabeth. 

 

- Od Liny. 

 

- Tak rzeczywiście – przyznała i wróciła do zbierania mroszek. Na jej czole pojawiła 

się głęboka zmarszczka. 
 
 
 

Po obiedzie nadszedł czas czyszczenia mroszek. Była to wdzięczna praca w 

porównaniu z przebieraniem czarnych jagód. Gdy kobiety zajmowały się pracą, do kuchni 
wszedł Jens. Przykucnął i wyciągnął ręce do Signe. 

background image

 

58 

 

- A kto to tutaj tak siedzi i bałagani w szufladzie? Tatusia księżniczka? 

 

Signe uśmiechnęła się i poraczkowała w jego stronę. Jens wstał i podrzucił ją kilka 

razy w powietrze, aż krztusiła się ze śmiechu, a jej rudoblond włosy fruwały do góry. 
 

- I słyszałem, że wybrałaś się na jagody – mówił dalej. 

 

- To sama radość zabrać ją ze sobą – odezwała się Helene.  Jest tak spokojna i 

grzeczna, że można by zapomnieć, że jest obok. 
 

- Słyszysz co mówią? – spytał Jens i zerknął na Signe. – Zapominają, że z nimi jesteś, 

chociaż tak bardzo się starasz i tak pilnie pracujesz. Zbierasz mroszki i porządkujesz szufladę 
i… oj, coś tu niezbyt ładnie pachnie. 
 

- Wezmę ją. – Helene poderwała się, jakby ją użądliła osa. – Chyba zjadła za dużo 

mroszek i teraz ma kłopoty z brzuszkiem. 
 

- Właściwie przyszedłem, żeby spytać, czy mogłabyś mi pożyczyć coś do pisania – 

zwrócił się Jens do Elizabeth. – Zamierzam napisać do Liny. 
 

- Naturalnie. Zaraz przyniosę. 

 

- Nie ma pośpiechu. Skończ najpierw czyścić mroszki. 

 

Elizabeth wytarła dłonie w ścierkę, która leżała na kuchennym blacie. 

 

- To tylko moment. Chodź do salonu. 

 

Wyjęła papier i kałamarz i podała je Jensowi.  

 

- Możesz usiąść na górze w pokoju gościnnym. Tam będziesz miał spokój. 

 

- Dziękuję. 

 

- Lina na pewno zaczyna już wracać do zdrowia i miło jej będzie, gdy dostanie list z 

domu. – Zamilkła na chwilę. – Czy nie uważasz, że to dziwne, że jeszcze nie dotarła od niej 
żadna wiadomość? 
 

Jens zawahał się. 

 

- To zależy od tego w jakiej jest formie. Czy od czasu, kiedy tam dojechała, jej stan się 

poprawił. – Starał się uśmiechnąć. – Teraz w każdym razie dostanie list ode mnie. 
 

Miał zamiar odejść, ale Elizabeth zatrzymała go. 

 

- Jens, poczekaj trochę, chciałabym ci coś powiedzieć. Kiedy zbierałyśmy dzisiaj 

mroszki, usłyszałam, że Helene nazwała się mamą, zwracając się do Signe. 
 

Jens zmarszczył czoło. 

 

- Jesteś pewna? Nie przejęzyczyła się? 

 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie, Jensie. Już od dawna przyglądam się Helene i nie podoba mi się, że tak bardzo 

przywiązała się do Signe. Później może być jej trudno. 
 

Jens studiował arkusze papieru, które trzymał w ręku, a po chwili podniósł wzrok. 

 

- Chciałaby mieć własne dzieci? 

 

- Tak, ale wydaje się, że nie będzie mogła. 

 

- Biedactwo. – Jens wolno pokręcił głową. – Jestem pewien, że Helene doskonale 

zdaje sobie sprawę z tego, że Lina wróci i znów będzie matką dla Signe. Jednak do tego czasu 
powinniśmy pozwolić jej opiekować się małą. Nie ma innej rady. Ja też potrzebuję jej 
pomocy. 
 

- To ładnie z twojej strony, że tak do tego podchodzisz. 

 

- Spojrzała na niego poważnie. – Obiecaj mi, że nikomu nie powiesz o naszej 

rozmowie. 
 

- Oczywiście, że nie powiem. – Uśmiechnął się i wychodząc, pogładził ją szybko po 

policzku. 
 

Elizabeth stała przez chwilę, słuchając się w jego kroki na schodach. Ten przelotny 

dotyk sprawił, że poczuła ciepło na policzku. Dobre ciepło. 
 

- Dużo czasu wam to zajęło – zauważyła Helene, gdy Elizabeth wróciła do kuchni. 

background image

 

59 

 

- Nie mogłam znaleźć papieru. – Elizabeth usiadła i od razu wzięła się do czyszczenia 

jagód. – Gdy Jens skończy, ja też napiszę do Liny. 
 

- My też – dodała Ane. – Ale ile możemy jej napisać? 

Czy powinniśmy opowiedzieć o tym, co przydarzyło się Indianne? Czy ona to zniesie? 
 

Elizabeth energicznie pokręciła głową. Stan Indianne się poprawiał. Wprawdzie 

jeszcze samodzielnie nie chodziła, ale rany się zagoiły i wyglądało na to, że wszystko będzie 
dobrze. 
 

- Nie napiszcie tylko o sobie – odparła. – O tym, że jest dużo mroszek, o nocy 

świętojańskiej, że Signe dobrze się czuje i o innych podobnych sprawach. Nie piszcie o 
niczym smutnym i przykrym. Pamiętajcie, że Lina pojechała do Danii, żeby odnaleźć spokój i 
nabrać sił. – Powtórzyła to sobie w duchu, żeby i siebie o tym przekonać. Żeby nabrać sił. To 
dla jej dobra. 
 

Gdy uporały się z czyszczeniem mroszek, Elizabeth postanowiła wybrać się do 

Słonecznego Wzgórza, wzięła ze sobą masło, jaja, kawę i chleb, trochę cukru i kilka świec 
łojowych. Liczyła na to, że dzieciaki również nazbierały mroszek i że bardziej brakuje tam 
innych rzeczy. W górze przy drodze zatrzymała się i uwiązała konia do pnia sosny. Jedno z 
dzieci Solbakkenów zauważyło ją, dygnęło i pobiegło do matki. 
 

Elizabeth zdumiała się i ucieszyła, widząc, że kobieta rozwiesza pranie. Podeszła do 

niej, podała dłoń i pozdrowiła mocnym uściskiem. W oczach kobiety pojawiło się nowe 
światło. 
 

- Dzień dobry, zapraszamy – rzekła gospodyni. 

 

- Dzień dobry i szczęść Boże. Nie chcę przeszkadzać, przechodnim w pobliżu i 

zajrzałam tylko, żeby zobaczyć, jak wam się wiedzie. 
 

- Dziękuję, dobrze – odparła kobieta szturchnęła małą dziewczynkę, stojącą obok. – 

Idź do domu i zobacz, czy wszystko w porządku, i powiedz, że mamy dostojnego gościa. 
 

- Nie, nie rób sobie kłopotu z mojego powodu. Możemy chwilę porozmawiać na 

dworze. 
 

- Na dworze? Nie podejmuję gości przed domem – prychnęła kobieta i nieznacznie się 

uśmiechnęła. – A zwłaszcza takiej wielkiej pani. 
 

- Proszę… - Elizabeth położyła dłoń na ramieniu, gospodyni. – Jest taka ładna pogoda 

i… naprawdę, dziękuję za poczęstunek – powiedziała i wyjęła kosz z jedzeniem.  
 

- Wzięłam to dla was, jeśli zgodzicie się przyjąć. 

 

Kobieta zawahała się i zerknęła spod okna na Elizabeth. 

Po chwili jej twarz znów rozjaśniła się w uśmiechu. 
 

- Dziękuję pani. Jest pani człowiekiem o wielkim sercu, to jedno jest pewne. – 

Zajrzała do koszyka. – Ojej! Tyle smakołyków. Na pewno nam się przydadzą, bo nam się nie 
przelewa. 
 

- Usiądziemy? – spytała Elizabeth i wskazała na duże kępy trawy rosnące nieopodal. 

 

- Jeżeli tak pani woli. – Kobieta podążyła za nią trzymając kurczowo koszyk z 

jedzeniem. – Muszę podzielić to wszystko na równe porcje – wyjaśniła, widząc pytające 
spojrzenie Elizabeth. – Dzieciaki są jak wielkie mewy, połykają wszystko, co znajdą, 
szczególnie, gdy jest to coś tak dobrego. 
 

- Doszłaś do siebie – zauważyła Elizabeth, gdy usiadły. 

Słońce grzało w twarz i sprawiało, że fiord połyskiwał jak drogocenne kamienie. 
 

Kobieta zerwała źdźbło trawy, owijała wokół palca wskazującego. 

 

- Tak, nie było mi łatwo, kiedy straciłam męża i Christena. Całkiem się załamałam. 

Nie była w stanie nic robić. 
 

Elizabeth pokręciła głową. 

background image

 

60 

 

- Rozumiem, jak się czułaś. Ja także straciłam kilkoro bliskich. – Westchnęła krótko, 

po czym mówiła dalej. – Najważniejsze, żeby starać się z powrotem stanąć na nogi, a nie 
leżeć i płakać. 
 

Kobieta przytaknęła. 

 

- Tak. Ale nie zawsze jest to proste. – Spojrzała na słońce, mrużąc oczy, i uśmiechnęła 

się. – Lubię lato, wtedy ziemia jest niczym spiżarnia. Wszędzie można znaleźć jagody i 
jadalne rośliny. Kminek na herbatę, szczaw na zupę, arcydzięgiel też jest dobry. 
Próbowaliście? Nie, przepraszam…. – Zaczerwieniła się. – Naturalnie pani nie jada takich 
rzeczy. – Wpatrzyła się w swoje dłonie. 
 

- Jadałam go wiele razy i bardzo mi smakował. – Elizabeth pamiętała jeszcze smak tej 

wielkiej rośliny, którą często zbierali, zwłaszcza podczas sianokosów. Słyszała, że dawał 
dużo energii. 
 

- Wiesz może, jak się wiedzie rodzinie Storli? – spytała, zmieniając temat. 

 

- Tak, wyjechali już dawno temu. Nie słyszała pani o tym? 

 

- Nie. A gdzie się podziała Petra? 

 

- Pojechała na północ do swojej rodziny. Nie mogła znieść wstydu. Z tego, co mówią 

ludzie, wiem, że odejście od męża to złamanie obietnicy złożonej przed Bogiem, pastorem i 
wiernymi. 
 

Elizabeth milczała, pozwalając, by te słowa zapadły w nią. Odejście od męża to 

poważny krok, ale ona także uważała, że nie można winić Petry, którą spotkało już zbyt wiele 
złego, by dalej miała tak żyć. 
 

- Zastanawiam się, jak jej tam będzie na północy – mówiła dalej gospodyni. – Na 

pewno ludzie gadają tam tyle, co i tutaj. Tak, tak… chociaż… być może jednak lepiej jej się 
ułoży, ponieważ tamci ludzie nie znają jej tak dobrze. 
No i nabierze trochę dystansu do tego, co się tu wydarzyło. Tutaj stoi spalona zagroda, która 
jest jak otwarta rana i zieje pustką, kiedy się obok przechodzi. Uff, chyba za dużo gadam, 
pewnie już panią bolą uszy. Poza tym siedzimy na gołej ziemi. Może jednak by pani weszła 
do środka? Tak, nie mieszkam zbyt wytwornie i bogato, ale czysto. Tak, mam czysto. 
 

Elizabeth poklepała ją lekko po ramieniu. 

 

- Tutaj jest całkiem dobrze. Sama przecież o to prosiłam. Trzeba korzystać ze 

słonecznych dni, takie jest moje zdanie. Zima przyjdzie punktualnie, a wtedy będziemy 
zmuszeni siedzieć w domu. 
 

- To prawda, to prawda. 

 

Na chwilę między kobietami zapadło milczenie. Kilka małych ptaków zebrało się w 

pewnej odległości od nich i szukało w trawie owadów. W dole przy brzegi kroczyła dumnie 
para mew. 
 

- Czy pani wie, że mewy mogą dobierać się w pary na całe życie? 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- To wydaje się dziwne. 

 

Kobieta jakby zbierała się na odwagę, zanim się odezwała. 

 

- Znalazłam przyjaciela. 

 

- To świetnie! Naprawdę. – Elizabeth poczuła, że wypełniła ją radość. 

 

- Mężczyznę, który… Tak, to nic wielkiego. Pomaga mi w cięższych pracach, 

przynosi wodę i tym podobne. Poza tym dobrze mi w jego towarzystwie. Miło jest mieć 
kogoś, z kim można dzielić smutki i radości. 
 

Mówiła szybko, jak gdyby długo to w sobie nosiła i musiała się komuś zwierzyć. 

Elizabeth uśmiechnęła się zachęcająco i poprosiła, b gospodyni mówiła dalej. 
 

- Ale niech pani sobie nie myśli, że tu się dzieje coś nieprzyzwoitego. Nie, w żadnym 

wypadku! Coś takiego nie mogłoby dotrzeć do ludzi we wsi, ponieważ to wdowiec i pod 
każdym względem prawy człowiek. 

background image

 

61 

 

- Jestem tego pewna. Cieszę się, że masz przyjaciela. 

Wszyscy potrzebujemy kogoś bliskiego. 
 

Kobieta powstrzymała potok słów i zerknęła na Elizabeth ze zmarszczonymi brwiami. 

 

- Dziękuję – rzekła po prostu i uśmiechnęłaś się. 

 

Elizabeth wstała. 

 

- Dziękuję za rozmowę, ale muszę już wracać do domu. Opiekuj się dobrze swoim 

przyjacielem. Może poczęstujesz go kawą dzisiaj po południu? W koszyku leży paczka 
ziaren. 
 

Kobieta klasnęła w ręce. 

 

- Nigdy nie przestanę powtarzać: jest pani człowiekiem o wielkim sercu. 

 
 
 

Kiedy nastała noc i wszyscy zasnęli, Elizabeth wstała u wymknęła się do kuchni. W 

pokoiku, w którym spali Jens i Signe, panowała zupełna cisza. Druga sypialnia stała pusta od 
czasu, kiedy Helene z Larsem przenieśli się do domu dla służby. 
 

Bezszelestnie wyjęła przybory do pisania i położyła na stole. Wygładziła kartkę 

papieru i obracała w palcach pióro. Musiała odpowiednio wyważyć słowa, zanim spłyną na 
papier, tak, by nie popełnić żadnego błędu. 
 

Na niebie, za oknem z małymi szybkami, mieszały się barwy różowa z niebieską. 

Przypomniało jej to pewien obraz, który widziała w domu lensmana. Wtedy pomyślała, że 
obraz jest piękny, lecz artysta pewnie trochę przesadził. Jednak było chyba na odwrót. 
Otworzyła kuchenne okno i wpuściła do środka nocne powietrze. Świeże, chłodne i czyste, 
musnęło jej twarz niczym łagodna pieszczota. Mimo że była w samej koszuli nocnej, nie 
czuła zimna.  
 

Wokół panowała cisza. Nawet ptaki udały się na nocny spoczynek. 

 

Zanurzyła pióro w kałamarzu i napisała. 

 
 
 

Kochana Lino, 

 

kiedy tak siedzę przy oknie w kuchni i wyglądam na nocne niebo, myślę sobie, czy Ty 

też nie możesz zasnąć. W takim razie może widzisz to samo co ja? 
 

Myślę o Tobie każdego dnia i zastanawiam się, jak Ci tam jest. Czy słusznie 

postąpiliśmy? Tak bardzo chcieliśmy w to wierzyć, bo musisz wiedzieć, że pragniemy tylko 
Twojego dobra. Nie najlepiej w ostatnim czasie się tu czułaś, Lino. I to miało także wpływ na 
małą Signe. Ona potrzebuje matki cieszącej się dobrym zdrowiem. Jens wspaniale się nią 
zajmuje, jest dobrym ojcem. Helene również jest nią zauroczona…. 
 
 
 

Elizabeth przestała pisać, oparła czubek pióra o brzeg kałamarza i zagryzła wargę. Nie 

mogła Linie opowiedzieć, jak bardzo Helene przywiązała się do Signe. Jakich powinna użyć 
słów? 
 
 
 

Signe niczego nie brakuje, wierz mi. Nauczyła się wstawać przy mebelkach, więc 

wszyscy musimy jej pilnować. Jest śliczną dziewczynką, bardzo podobną do Ciebie. 
 

Wybrałam się któregoś dnia do Słonecznego Wzgórza. Tam dowiedziałam się, że Petra 

Storli ze swą rodziną wyjechała na północ. Nie mogła znieść wstydu, kiedy okazało się, że jej 
mąż jest winny podpalenia. Większość ludzi uważa, że Petra dobrze postąpiła. Trudno byłoby 
nam pewnie spojrzeć jej w oczy po tym, czego się dowiedzieliśmy. 

background image

 

62 

 

Tego roku mroszki bardzo obrodziły, ale o tym chyba już inni Ci napisali w listach. I 

zapewne opowiedzieli o zabawie w noc świętojańską. W przyszłym roku wybierzesz się z nami. 
Naprawdę warto! 
 

Masz wiele powodów do radości, Lino, mimo że pojedyncze dni z pewnością mogą być 

trudne. Jednak przede wszystkim powinnaś myśleć o tym, żeby wyzdrowieć. To jest 
najważniejsze. 
 

Tak bardzo chciałabym Cię odwiedzić w Danii, ale jak wiesz, to długa podróż. 

Niełatwo jest zostawić całe gospodarstwo. Znasz mnie, muszę we wszystko wsadzić swój 
palec. Niedługo nadejdzie jesień, a wtedy trzeba będzie zgonić owce z gór i ostrzyc je. Poza 
tym przed nami wykopki. 
 
 
 

Elizabeth urwała. Wcześniej powinien odbyć ślub Indianne. Od wypadku nie 

rozmawiała z nikim z Heimly, więc nie wiedziała, co słychać poza tym, ze ślub odłożono na 
jakiś bliżej nieokreślony czas. O tym nie mogła napisać Linie, zanim nie porozmawia z Dorte. 
 
 
 

Oprócz tego nic szczególnego się u nas nie dzieje. Dni biegną zwykłym rytmem. 

Wierzę, że dobrze się odżywiasz i wystarczająco dużo odpoczywasz. Tak obiecywał nam 
doktor, zanim wyjechałaś. 
 

Dbaj o siebie, Lino, i szybko wracaj do zdrowia. Wszyscy za Tobą tęsknimy.  

 
 

Z najlepszymi życzeniami – Twoja Elizabeth. 

Dalsrud, lipiec 1885 roku. 

 

 
 

Dmuchnęła na kartkę papieru, żeby atrament szybciej wysechł, a potem starannie ją 

złożyła. Drzwi do sypialni skrzypnęły cicho i wyszedł z niej Jens. Elizabeth podskoczyła 
przestraszona na jego widok. 
 

- Ach, to ty tu siedzisz? - zdumiał się. Włosy miał potargane, ziewnął szeroko. – Czy 

to już ranek? Wydaje mi się, jakbym dopiero co przymknął oczy. 
 

- Nie, jeszcze noc, idź i połóż się. 

 

- A co ty tu robisz? – Usiadł na krześle i oparł głowę na ręku. 

 

- Piszę list do Liny. 

 

- Mogłaś to zrobić za dnia. 

 

- Lubię noc. 

 

- Ja też, bo mogę się wyspać. 

 

Roześmiała się cicho. 

 

- No to dlaczego tu siedzisz? Obudziłam cię? 

 

- Nie, sam się obudziłem. Wydaje mi się, że mi się coś przyśniło. – Znowu ziewnął i 

przeciągnął dłonią po włosach. – My też do niej napisaliśmy. Mogę nadać wszystkie listy 
jutro na poczcie. – Uśmiechnął się. – Jak myślisz, bardzo się ucieszy, gdy dostanie tyle listów 
naraz? 
 

- Tęsknisz za nią? 

 

Zawahał się. 

 

- Tak, pewnie, że tęsknię. Lina należy do tego miejsca. 

 

Chyba nie takiej odpowiedzi Elizabeth się spodziewała. Mimo to nie chciała drążyć 

tematu, ponieważ  bała się co Jens mógłby powiedzieć. 
 

- Elizabeth. Wtedy w noc świętojańską… Nie udało nam się o tym porozmawiać. 

background image

 

63 

 

- Zapomnijmy o tym, Jens. Nie ma sensu tego rozdrapywać. – Włożyła korek do 

kałamarza i chciała wstać. 
 

- Poczekaj trochę. – Położył dłoń na jej ramieniu. 

Chciałem tylko powiedzieć, żebyś… Żebyś nie przejmowała się, jeśli ja… Jeśli czasem 
powiem ci coś takiego. Po prostu mi się wyrwało. Nic nie poradzę na to, ze nadal coś do 
ciebie czuję. Ostatnie, czego bym chciał, to rozbić twój związek z Kristianem… 
 

Chciała mu przerwać, ale mówił dalej. 

 

- Zarówno ze względu na ciebie, jak i na moją córkę. 

Jest ci z Kristianem dobrze, zauważyłem to. Kristian to porządny mężczyzna, muszę to 
przyznać. A ja mam Linę i Signe. 
 

Uśmiechnęła się, położyła dłoń na jego dłoni i uścisnęła ją lekko. 

 

- Jesteś dobrym człowiekiem, Jens, i chociaż wyszłam za mąż za Kristiana, zawsze 

będziesz moim najlepszym przyjacielem. Nikt ci tego miejsca nie zabierze. Nikt. – Wstała, 
czując, że głos ją za chwilę zawiedzie. 
 

Jens również się podniósł i ruszył za nią. Przystanął na chwilę i patrzył, jak odchodzi. 

 

- Dziękuję, to pewna pociecha. 

 

- Dobranoc, Jens. 

 

- Dobranoc. 

 

Szybko wyszła z pokoiku. Na korytarzu zatrzymała się, oparła plecami o ścianę, aż 

usłyszała, że Jens zamyka za sobą drzwi do sypialni. Dopiero wtedy przemknęła na poddasze. 
 

Bezszelestnie wślizgnęła się z powrotem do łóżka i położyła na samym brzegu po 

swojej stronie, żeby nie obudzić Kristiana. Mruknął coś przez sen, wyciągnął ramię i objął ją. 
Elizabeth nie poruszyła się. Dlaczego miała uczucie, jak gdyby oszukiwała Jensa, i Kristiana? 
 

Zasypiając, nadal nie znała odpowiedzi. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

64 

Rozdział 12 

 
 

 

Minęła kolejna noc, podczas której Lina nie zmrużyła nawet oka. Większość 

pacjentów krzyczała i wołała kogoś, wiec nie dało się zasnąć i Lina czuła się zupełnie 
wyczerpana. Rozmowa z pielęgniarzami nie odnosiła skutku, ponieważ niewiele mogli 
zrobić. Z reguły w ogóle się nie przejmowali tym, że się skarżyła. Jeden z nich powiedział jej, 
by sobie nie wyobrażała, że jest kimś wyjątkowym, tylko dlatego, że trafiła na oddział dla 
lepiej sytuowanych. Stwierdził, że po jej zniszczonym ubraniu na pierwszy rzut oka widać, że 
jest tylko służącą. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby spytać, jak to się stało, że trafiła na ten 
oddział, ale z tego Lina właściwie była zadowolona. Ponieważ nie umiałaby tego 
wytłumaczyć. Wszystko stało się poza plecami. Czy to Kristian i Elizabeth zapłacili za jej 
pobyt? Wiedziała, że Jens nie miał tyle pieniędzy, nie byłoby go na to stać. 
 

Wielu spraw nie rozumiała i nie otrzymała żadnych wyjaśnień. O większość pytała w 

pierwszym liście, który napisała zaraz po przybyciu do zakładu. Zakład, powtórzyła w duchu. 
Ten dom się nazywał, chociaż Jens i pozostali mówili o pięknym hotelu z dobrym 
wyżywieniem i wypoczynkiem. Czy naprawdę sami w to wierzyli? Czy też może ten nowy 
doktor, Torstein, im to wmówił? 
 

Zgoda, wyżywienie było dobre i mogła wypoczywać, dopóki pozostali pacjenci 

zachowywali się cicho. Ale to należało do rzadkości.  
 

Podciągnęła kolana pod brodę i zacisnęła ramiona wokół łydek. Drzwi były otwarte i 

zawsze się bała, że zaraz wejdzie jakiś z pacjentów, którego nie znała. Nie wszyscy byli 
kłopotliwi, niektórzy sprawiali nawet wrażenie prawie normalnych. Jednak nie rozmawiała z 
nimi. Nie miała odwagi, a może nie miała ochoty. Wysłała do domu trzy listy, lecz nie dostała 
jeszcze ani jednej odpowiedzi. Jeden był do Jensa, jeden do Elizabeth, a ostatni do Kristiana. 
Tylko oni mogliby jej pomóc wydostać się z tego miejsca, była o tym przekonana. 
 

Zawsze starannie sprawdzała, czy dobrze zakleiła koperty, zanim je oddała. Nikt nie 

powinien przeczytać, o czym pisała. Nigdy nie zostawiano jej samej w pokoju, żeby mogła w 
skupieniu napisać list. Polecenie lekarza, wyjaśniła jedna z milczących zazwyczaj 
pielęgniarek. Była Dunką, tak jak stary lekarz przyjmujący w rodzinnej wsi, ten, który ich 
leczył przed Torsteinem. Kiedyś Lina spytała dlaczego, a dziewczyna odpowiedziała krótko, 
że to dlatego, gdyż Lina mogłaby sobie zrobić jakąś krzywdę. 
 

- Myślicie, ze mogłabym popełnić samobójstwo piórem i papierem? – To zabrzmiało 

tak bezsensownie, że Lina musiała się roześmiać. 
 

Ale pielęgniarka nie widziała w tym nic śmiesznego. Odpowiedziała, że Lina, 

podobnie jak inni, musi przestrzegać ustalonych zasad. Wyjaśniła też, że pacjenci odbierali 
sobie życie bardziej niewinnymi przedmiotami niż te, których Lina używała. 
 

Lina wiedziała, że protesty na nic się nie zdadzą, w każdym razie wobec tej 

pielęgniarki. Czekała nadal na list z odpowiedzią, który jednak nigdy nie przyszedł. 
 

Nagle ogarnął ją płacz. Ukryła twarz w dłoniach. Dlaczego ją tu przywieźli? 

Dlaczego? wydawało jej się przecież, że w ostatnim czasie jaśniej patrzy na życie. Jak gdyby 
wiosna i lato uchyliły nieco ową ciężką zasłonę, z powodu której umysł pozostawał w 
ciemności. To samo powiedziała również doktorowi tu w Danii. Wtedy podłożył opuszki 
palców pod brodę, zmarszczył czoło i skinął kilka razy głową. 
 

- Bardzo interesujące, bardzo interesujące – rzekł poprosił ją, by opowiedziała o 

Signe, która była w jej życiu niczym promień słońca. Kilka razy trzymała córkę na kolanach, 
przytulała do siebie i dostała w zamian uśmiech. Gdyby tylko mogła zostać w Dalsrud trochę 
dłużej, wyzdrowiałaby. Była tego pewna. 

background image

 

65 

 

Doktor jednak był całkiem innego zdania. Uważał, że Lina potrzebuje spokoju i 

odpoczynku, a także rozmów z nim. Tylko w ten sposób odzyska zdrowie. A nawet gdyby się 
jej to udało, istnieje ryzyko nawrotu choroby. Doktor miał poważny głos, kiedy to tłumaczył. 
 

To ostatnie Linę przeraziło. Nie, nigdy tu nie wróci! Przenigdy! Chyba że po jej 

trupie, powiedziała doktorowi. 
 

Spytał ją, czy źle się tu czuje, czy na coś się skarży. W jego głosie wyczuła złość; 

zaproponował, by zajrzała na oddział dla biednych i sprawdziła, jak oni tam żyją. W piwnicy, 
dodał ponuro. 
 

Po tej rozmowie Lina już się nie skarżyła. Jeśli będzie spokojnie czekać i udawać, ze 

wszystko jest w porządku, to może doktor któregoś dnia wypowie owe magiczne słowa: „No, 
teraz możesz jechać już do domu, Lino”. 
 

Myślała o tych sowach codziennie i śniła o nich w nocy. To one pozwalały jej 

utrzymać się przy życiu. Znów będzie mogła zobaczyć Signe, swój maleńki promyczek 
słońca. I poczuje wokół siebie ramiona Jensa, a Jens powie, ze ją kocha i nigdy, jej nie opuści, 
bez względu na to, co się stanie. 
 

Ktoś wszedł do pokoju i poruszył przy stoliku. Lina szybko otarła oczy i spojrzała w 

tamtą stronę. 
 

- A co to, płaczesz, Lino? – spytała pielęgniarka. Była to miła dziewczyna o imieniu 

Anichen, pochodząca z południa Norwegii. Lina nie pamiętała dokładnie skąd, wiedziała 
tylko że gdzieś z okolic Christianii. 
 

- Myślę o domu i nie mogę zrozumieć, dlaczego nie mam od bliskich żadnych 

wiadomości! 
 

Anichen usiadła na brzegu łóżka i łagodnie pogładziła ją po włosach. 

 

- Dobrze wiem, co czujesz. Ja bardzo często tęsknię za babcią. 

 

- Dlaczego tu jesteś, a nie w domu, w Norwegii? 

 

Przez twarz Anichen przemknął cień i pielęgniarka odwróciła się. 

 

- Nie będę cię tym zadręczać, Lino. Masz swoje własne zmartwienia. Przyjechałaś tu, 

żeby wypocząć i się odprężyć, a nie po to by wysłuchiwać cudzych trosk. 
 

- Całą noc przecież wysłuchuję jęków i krzyków, dam więc chyba radę wysłuchać 

twojej historii. 
 

- To przez mojego ojczyma. Bił mnie. Nie miałam wyboru i musiałam wyjechać. Żeby 

mnie nie mógł znaleźć, uciekłam na statku i tutaj znalazłam sobie pracę. 
 

- Czy chodziłaś przedtem do szkoły? 

 

Anichen roześmiała się krótko. 

 

- Nie, tutaj nikt nie ma wykształcenia. Poza lekarzami. W tym zakładzie pracują tylko 

biedacy i chłopi. 
 

- Czy uważasz, ze ja tu pasuję? 

 

Anichen długo przyglądała się Linie. 

 

- Nie wiem dokładnie, co na to odpowiedzieć. Zmiana dobrze ci zrobiła, teraz więcej 

się odzywasz. Kiedy ty przyjechałaś, prawie nic nie mówiłaś, pamiętasz? Upłynęła dużo 
czasu, zanim otworzyłaś usta. 
 

- Rozmawiam tylko z tobą, Anichen. Boję się innych. Pielęgniarzy również. 

 

- Biedactwo. – Anichnen poklepała ją po ręku. – Czego jeszcze się obawiasz? 

 

- Wyjścia na zewnątrz. Podróż tutaj była czymś strasznym, najgorszym, co mi się w 

życiu przydarzyło. Najpierw wiele godzi w konnym wozie. Potem podróż statkiem. 
Myślałam, że tego nie przeżyję. Cierpiałam na chorobę morską. doktor dał mi coś na 
uspokojenie, ale niewiele pomogło. 
 

- Jakim cudem wytrzymałaś to wszystko? 

 

- Jens, mój mąż, powiedział, że jeśli wytrzymam tę podróż, to pokażę, że jestem 

najodważniejsza na świecie. No więc wytrzymałam, ze względu na niego. 

background image

 

66 

 

Anichen znowu przyglądała się Linie przez chwilę. 

 

- Uważam, ze tu nie pasujesz, Lino. Potrzebujesz odpoczynku i spokoju, potrzebujesz 

kogoś, z kim mogłabyś porozmawiać i być może pewnej odmiany w życiu. Ale nie tutaj. 
Tutaj nie zaznasz zbyt wiele spokoju. 
 

- W takim razie, jak mogłabym się stąd wydostać? 

 

- Tylko ordynator może o tym zadecydować. 

 

- O Boże! – Lina poczuła ucisk w żołądku. 

 

- Nie martw się na zapas, Lino. Zachowuj się spokojnie i pokaż mu, że czujesz się 

lepiej. Ja ci pomogę. 
 

- Naprawdę? 

 

- Zobaczysz. Możesz rozmawiać ze mną o wszystkim, co cię dręczy, chociaż nie 

jestem lekarzem. Postaram się zdobyć coś, co pomoże ci lepiej spać, żebyś nie musiała 
słuchać tych nocnych krzyków. 
 

- Dziękuję ci, Anichen. Jesteś taka miła. – Lina z trudem zdobyła się na smutny 

uśmiech. 
 

Anichen uśmiechnęła się i podała jej dłoń. 

 

- Chodź, wstań, umyjesz się i ubierzesz. 

 

Na korytarzu rozległy się głośne krzyki. 

 

- Niech nas wszystkich porwie jasna cholera, szatan i zastępy diabłów! – wysyczała 

Anichen. 
 

Lina podskoczyła przestraszona. Serce zabiło jej w piersi. nigdy jeszcze nie słyszała 

tylu przekleństw naraz, nawet wśród rybaków w Kabelvaag. 
 

- Poczekaj tutaj! – rzuciła pielęgniarka i wybiegła. 

 

Lina przywarła do ściany w kącie i przycisnęła chude ramiona do piersi. 

 

Krzyki stawały się coraz głośniejsze. Rozległ się przyspieszony stukot drewniaków o 

kamienną podłogę, a podniesione głosy duńskich pielęgniarek mieszały się z wołaniem jakiejś 
kobiety. 
 

- Gdy tylko zaśniecie albo odwrócicie się plecami, dorwę was za wszystko, cośmy mi 

zrobiły! Dopadnę was, wszystkie, wszystkie! Puszczajcie mnie, słyszycie? Puszczajcie!  
 

Lina zacisnęła rękami uszy i zamknęła oczy. Osunęła się i przykucnęła. Drżała na 

całym ciele. Jens, Jens, śpiewało jej w duszy. Gdyby on tu był i mógł ją objąć! Wtedy byłaby 
bezpieczna. Dygotała ze strachu. Bose stopy zmarzły na kamiennej podłodze. Wszystko tu 
było z kamienia, pomyślała blado. Ściany, sufity i podłoga. I ludzie.  
 

Trzasnęły drzwi i usłyszała, że ktoś biegnie. Kilku innych pacjentów przestraszyło się. 

Krzyczeli pobudzeni, wydobywali z siebie takie dźwięku, że trudno było uwierzyć, iż 
pochodziły z ludzkich gardeł. Lina usłyszała nagle jakieś surowe męskie głosy, wydające 
polecenia. To z pewnością lekarze i pielęgniarze wezwani z oddziału dla mężczyzn. 
 

Skuliła się, próbowała stać się tak mała, jak to tylko możliwe. Strach przerodził się w 

niepohamowany płacz. Dlaczego ją wysłali do tego domu wariatów? Jeżeli przedtem nie była 
obłąkana, to tutaj na pewno zwariuje. Próbowała zaśpiewać psalm, którego się kiedyś 
nauczyła. właściwie śpiewano go na pogrzebach, ale to jedyny, który znała na pamięć. Ten i 
jeszcze jeden śpiewano zwykle na pogrzebach dzieci. 
 

- O jakże pragnę śmierci błogosławionej, bo serce me uciska nędza i cierpienie… 

 

Śpiew trochę pomaga, pomyślała. 

 

Głosy brzmiały coraz donośniej, stukały drewniaki, trzaskały drzwi. Wszystkie te 

odgłosy wnikały w nią, aż zakręciło się jej w głowie i zrobiło słabo. 
 

- Gotowym do wędrówki, skończyłem wszystkie sprawy, ku radości. Niebios… 

 

- Lino! 

 

Otoczyły ją mocne ramiona, siłą odciągnęły dłonie od głowy. Poczuła na policzku 

ciepły oddech, zapach mydła sodowego. 

background image

 

67 

 

Podniosła wzrok. Anichen. Rzuciła się pielęgniarce na szyję i rozpłakała. 

 

- Och, wreszcie przyszłaś. Tak bardzo się bałam. Nie odchodź ode mnie, słyszysz! 

Nigdy, nigdy więcej. 
 

- Już dobrze, dobrze, Lino, już po wszystkim. To tylko jedna z pacjentek gorzej się 

poczuła, ale już ją zamknięto i przypięto pasami do łóżka. Nikt nie zrobi ci krzywdy, 
rozumiesz? No wstawaj, bo nam się rozchorujesz. Ta podłoga jest bardzo zimna. 
 

Lina podniosła się na drżących nogach. 

 

- A co z pozostałymi, z tymi, co krzyczeli? 

 

- Nie przejmuj się nimi. Zapamiętaj jedną rzecz, Lino: jeżeli inni pacjenci nie są 

niebezpieczni dla mnie, to również tobie z ich strony nic nie grozi. Powtarzaj to sobie przez 
cały czas. 
 

- Ale ty jesteś odważniejsza ode mnie. 

 

- Co za bzdury! Jens powiedział przecież, że jesteś najodważniejsza na świecie. Ja też 

nie jestem zbyt silna. Tylko na mnie spójrz! Chuda jak śledź. Nawet moje włosy są liche. – 
Uniosła kosmyk jasnobrązowych włosów. 
 

Lina uśmiechnęła się przez łzy. Tak, nawet ona była trochę większa i silniejsza niż 

Anichen, musiała to przyznać. 
 

- Chodź. – Anichen podprowadziła ją do miski z wodą i wykręciła ściereczkę. – Umyj 

się, dopóki woda jest jeszcze letnia. Nie dostaniesz nowej, wiesz o tym. 
 

Lina myła się, a łzy nadal płynęły jak grochy. Anichen pomogła jej się ubrać. Potem 

Lina usiadła na łóżku, u wezgłowia, mocno podciągając stopy ku sobie. 
 

Anichen pogładziła ją po włosach. 

 

- Nie płacz już, Lino. Nie wszyscy są tu tacy jak ta kobieta. Jeżeli przejdziesz się po 

korytarzu, zauważysz, że jest kilka takich osób jak ty. 
 

- Co przez to rozumiesz? 

 

- Które są prawie całkiem zdrowe. 

 

- Prawie? 

 

- Lino… - Anichen zagryzła dolną wargę i zamyślona wpatrywała się w podłogę. – 

Odpowiedz mi więcej o tych, którzy mieszkają w Dalgard. 
 

- Dalsrud. 

 

- Tak, opowiedz mi o nich. Powiedziałaś kiedyś, że masz córkę. Jak się nazywa? 

 

- Signe. – Lina pociągnęła nosem i otarła twarz rąbkiem koszuli. – Byłam bliska 

śmierci z  powodu utraty krwi, kiedy się urodziła, ale Elizabeth mnie uratowała. Recytowała 
wersy na krwotok i modliła się do Boga. 
 

- Tak, przypominam sobie, że o niej też wspominałaś. Czy potem nie byłaś szczęśliwa, 

gdy zajmowałaś się Signe? 
 

- Nie, wtedy to się zaczęło. Nic do córki nie czułam. Ani trochę. Nie byłam taka, jak 

inne matki. Tylko krzyczałam i bałam się… - Lina zamilkła i spojrzała uważnie na Anichen. – 
No widzisz, nie jestem taka, jak powinnam. 
 

Anichen pokręciła głową. 

 

- Słyszałam wcześniej o podobnych przypadkach. Lino. Kobiety, które zachowywały 

się po porodzie tak jak ty, po pewnym czasie zdrowiały i obudził się w nich instynkt 
macierzyński. 
 

- Myślisz, że ze mną też tak będzie? 

 

- Wiara potrafi przenosić góry. Bez wiary w siebie niczego nie osiągniesz. Naturalnie, 

że wyzdrowiejesz! Możesz być tego pewna. 
 

Lina uspokoiła się trochę. Na korytarzu znów zrobiło się ciszej, krzyki osłabły. 

 

- Nie rozumiem, dlaczego moi bliscy nie odpowiadają na listy. 

 

- Może są bardzo zajęci. W gospodarstwie, jak wiesz, jest dużo pracy. 

 

- Tak, ale przedtem znajdowali czas. A listy wysłałam od razu, jak tu przyjechała, 

background image

 

68 

 

- Może poczta działa wolno. Nie martw się tym teraz, Lino. Chodź, usiądź tu bliżej, to 

poprawię ci włosy. Ale potem już pójdę. Inni pacjenci też mnie potrzebują. 
 

Lina uczyniła tak, jak ją pielęgniarka poprosiła. Z czasem zrozumiała, ze tak było 

najprościej. Mówić, jak tego oczekiwali, robić, co jej kazali. Może wreszcie uznają, że jest 
wystarczająco zdrowa, żeby wrócić do domu? Musi mieć wiarę. Wiara może przenosić góry, 
powiedziała Anichen. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

69 

Rozdział 13 

 
 

 

Elizabeth wyprostowała się i położyła ręce na krzyżu. 

Od ciągłego pochylania się na polu ziemniaczanym, dzień w dzień, plecy stały się sztywne i 
obolałe. Podniosła dłonie i ostrożnie nacisnęła pęcherz na skórze. Później przebije go i 
przyłoży szmatkę. Bąble pojawiły się w równym rzędzie przy każdym palcu, ale to normalne. 
Piwnica wkrótce zapełni się dużymi, dorodnymi ziemniakami, które będą ich żywić przez 
całą zimę i na przednówku. 
 

Komornicy ciężko pracowali i nigdy nie robili zbędnych przerw. Postara się, żeby 

dostali do domów część zbiorów, pomyślała. Westchnęła i ponownie pochyliła się nad 
ziemniaczanymi bulwami, gdy nagle przypomniało jej się pierwsze spotkanie z Amandą. 
Dziewczynka znalazła wtedy ogromnego ziemniaka – tak wielkiego, że jak sądziła, mógłby 
wyżywić całą jej rodzinę. Elizabeth uśmiechnęła się. Jakże szybko upływał czas! Teraz 
Amanda dorosła, miała męża i dzieci i mieszkała w Ameryce. 
 

Zadźwięczał dzwonek na posiłek, wszyscy odłożyli motyki i zmęczeni ruszyli w 

stronę Dalsrud. 
 

- Wydaje mi się, że złamałam kręgosłup – poskarżyła się Ane. – Czy nie mogłabym 

wcześniej kończyć i iść do domu gotować obiad? Zawsze robi to Helene. 
 

- Nie narzekaj, Ane. Helene ma większą wprawę w gotowaniu, a poza tym również 

opiekuje się Signe, nie zapominaj o tym. Jej wcale nie jest łatwiej niż tobie, uwierz mi. 
 

- I tak wiem, że ona ma lepiej niż ja!  Stwierdziła Ane i szybko ruszyła przodem, żeby 

to do niej należało ostatnie słowo. 
 

Nagle obok Elizabeth pojawił się Kristian. 

 

- Czy coś się stało, że Ane jest taka nadąsana? – zagadnął. 

 

- Nie, nic takiego. Za dwie minuty jej przejdzie – roześmiała się Elizabeth. – Ane nie 

potrafi się długo gniewać. 
 

Helene wystawiła na schody drewnianą miskę z kawałeczkami mydła. Elizabeth i 

Kristian wybrali po jednym i razem z komornikami poszli w stronę rzeki. 
 

- Zobacz – skarżyła się Ane i wyprostowała palce. – Ziemia powchodziła mi pod 

paznokcie i w skórę, nigdy się nie pozbędę tego brudu! 
 

- Myj się i nie gadaj tyle – odparła krótko Elizabeth.  

Zauważyła, że inni im się przyglądają. 
 

Wytarły dłonie w spódnice pod sztywnym fartuchem i ruszyły z powrotem do domu. 

Elizabeth wyczekała, aż zostaną same, by nikt Innu nie mógł jej słyszeć. 
 

- Nie życzę sobie więcej takiego marudzenia – rzekła surowo. 

 

- O co ci chodzi? – spytała Ane, udając zdziwienie. 

 

Doskonale wiedziała, o czym mowa. 

 

- Widziałam to w spojrzeniach tych ludzi. Zdawali się mówić. Tak wielka pani się boi, 

że brud wejdzie jej pod paznokcie. Tak właśnie pomyśleli i tak będą gadali za twoimi 
plecami. 
 

- Niech sobie gadają, co chcą. Nie dbam o to. 

 

Elizabeth chwyciła ją za ramię. 

 

- Przypomnij sobie, skąd się wywodzisz, Ane, i że w niczym nie jesteśmy lepsi od 

innych. 
 

- Sama mówiłaś, że cię nie obchodzi, co o tobie mówią! 

 

- W tym wypadku to co innego. Nie paplaj bezmyślnie, Ane i pilnuj się, bo inaczej 

wiejskie plotki dadzą ci się we znaki. 
 

Ane zawstydzona spuściła wzrok. Jednak zaraz uniosła brodę do góry. 

background image

 

70 

 

- Nie wstydzę się tego, skąd jestem, wprost przeciwnie. Ale od czasu do czasu pragnę 

czegoś lepszego. Czy to takie dziwne? Młodość jest tylko raz w życiu. 
 

Ktoś przeszedł obok i ciekawie im się przyglądał. 

 

- No, to zrozumiałe – przyznała Elizabeth krótko i pogładziła córkę po plecach. 

 

Ane próbowała złagodzić swoje słowa, kiedy weszły do domu. Z Signe na biodrze 

chodziła tu i tam i razem z Helene stawiała na stole jedzenie i dzbanki z wodą. Kiedy Jens 
chciał wziąć od niej córkę, Ame sprzeciwiła się. – Masz ją tak często, teraz moja kolej – 
oświadczyła i połaskotała Signe po brzuchu. – Dobrze ci u starszej siostry, prawda? 
 

Elizabeth napotkała wzrok Jensa. Ostatnio nie nalegał, by wyjaśniła Ane prawdę. 

Posyłał jej tylko często spojrzenia. Nie było w nich wymówek, raczej smutek. To jeszcze 
bardziej utrudniało podjęcie decyzji. 
 

Syn komornika, który tęsknie spoglądał za Ane w czasie sianokosów, wyraźnie nadal 

był w niej zakochany. Ani na chwilę nie odrywał od Ane wzroku, jednak ona wciąż zdawała 
się tego nie zauważać. 
 

Elizabeth przypomniała sobie rozmowę z Kristianem. Co będzie, jeżeli Ane mimo 

wszystko znajdzie sobie syna komornika albo ubogiego parobka? Czy zdołają ją 
powstrzymać? Czy uda im się zmusić ja do małżeństwa z człowiekiem, którego być może nie 
będzie kochała? W głębi duszy Elizabeth miała nadzieję, że Ane jednak wybierze kogoś 
równego stanem i będzie z nim szczęśliwa. Wszystkie matki przecież tego pragnęły, 
pomyślała. By ich dzieci były szczęśliwe. 
 

 

 
 

Wieczorem Kristian poszedł do kantoru. 

 

- Muszę przejrzeć rachunki – powiedział i opuścił kuchnię. 

 

Lars i Jens siedzieli i coś strugali. Na podłodze przed nimi rosła kupka wiórków. 

Helene zwróciła im uwagę. W piecu przełamała się szapa drewna i Elizabeth wstała, żeby 
rozruszać żar. Mimo że nastała wczesna jesień, marzli w domu, kiedy siedzieli tak jak teraz. 
 

Dobiegły ich szybkie kroku z poddasza i po chwili drzwi do kuchni otworzyły się z 

impetem. 
 

- I co myślicie? – Ane zakręciła się dokoła w długiej do ziemi granatowej sukni i 

krótkiej podwiniętej marynarce do kompletu. Jasny warkocz zatańczył wesoło na jej plecach.  
 

- Gdzie się wybierasz? – spytała Maria. 

 

- Wychodzę. 

 

- Teraz? – Elizabeth odłożyła robótkę. – Dokąd? Przecież już wieczór? 

 

 - Mamy się spotkać na krzyżówce, ja i kilka osób. 

 

Helene zaczęła się śmiać. 

 

- A co u licha, zamierzacie tam robić? – spytała Elizabeth i zanim Ane zdążyła 

odpowiedzieć, dodała: - i skąd u ciebie taki pomysł? 
 

Na twarzy Ane pojawił się wyraz uporu. 

 

- Zwykle w piątki wieczorem sporo młodych ludzi ze wsi spotyka się na rozstaju dróg 

– odparła dziewczyna, krzyżując ręce na piersi. – Rozmawiają sobie i jest wesoło. 
 

- Czy nie lepiej, żebyś ich tu zaprosiła? Moglibyście powiedzieć w salonie – 

zaproponowała Elizabeth, bawiąc się nerwowo kłębkiem wełny. 
 

Ane wywróciła oczami. 

 

- To nie to samo, nie rozumiesz? 

 

- Nie podoba mi się to. Musisz najpierw porozmawiać z Kristianem. 

 

- Nie proszę! On na pewno się nie zgodzi, a ja obiecałam, że przyjdę. Oni spotykają 

się już od kilku piątków z rzędu, a tylko ja tam jeszcze nie byłam.  
 

Elizabeth  spojrzała na Jensa. Przyglądał się przedmiotowi, który strugał, i udawał, że 

niczego nie słyszał. 

background image

 

71 

 

- Wiem co nieco o tych spotkaniach – odezwała się Maria. – Tam się nic nie dzieje, po 

prostu stoją sobie, rozmawiają, i marzną. To zupełnie bez sensu, moim zdaniem. 
 

Elizabeth westchnęła zrezygnowana. 

 

- No to idź. Tylko nie wracaj za późno! 

 

Ane rozpromieniła się niczym słońce, podziękowała i trzasnęła drzwiami. 

 

- Nie podoba mi się to – powtórzyła Elizabeth i złapała kilka oczek, które spadły z 

igliczki. Dziergała przez chwilę w milczeniu, po czym wstała. – Zaraz wracam – rzuciła. 
 

Weszła do gabinetu Krisiana, nie pukając, chociaż wiedziała, że on tego nie lubi. 

 

- Nie przeszkadzam? – spytała i usiadła na krześle na wprost męża. 

 

- Co się stało? – zdziwił się, nie podnosząc wzroku znad słupków liczb w księdze. 

 

- Ane poszła na krzyżówkę. 

 

- To dobrze. 

 

- Powiedziała, że młodzież spotyka się tam co piątek wieczorem. 

 

- Mhm. 

 

Elizabeth obserwowała go, jak przesuwał palcem wskazującym wzdłuż rzędów liczb. 

 

- I Ane spotyka się tam z kilkoma paskudnymi mężczyznami, którzy chcą się z nią 

ożenić. 
 

- Ach tak. 

 

- Nie słuchasz mnie! – krzyknęła i uderzyła ręką w biurko. – To takie do ciebie 

podobne. Opowiadasz, byle mnie zbyć. 
 

Kristian poderwał się na krześle. 

 

- Czemu krzyczysz, kobieto? Przecież nie jestem głuchy. Słyszę wszystko, co mówisz. 

 

- Nie, nie wszystko. Tylko prawie wszystko. – Zagryzła wargę. – Mówię, że 

pozwoliłam Ane pójść na krzyżówkę i spotkać się z młodzieżą ze wsi. Zwykle spotykają się 
tam w każdy piątek wieczorem, żeby porozmawiać i… 
 

- Teraz, tak późno wieczorem? – Chyba oszalałaś! Czy wyobrażasz sobie, co się tam 

może dziać? – Kristian wstał. – Zmarnuje się i…. Pójdę i zaraz ją p[przyprowadzę! 
 

- Nie! – Elizabeth również wstała. – Nigdy by nam tego nie wybaczyła. Ane jest 

dorosła i sama o sobie decyduje. Musimy jej dać trochę swobody i pozwolić, by pewne 
sprawy rozwiązywała sama. 
 

- Na przykład takie, żeby ten syn komornika ją dostał? 

Myślisz może, że nie widzę, jak się z nią ślini? 
 

Elizabeth westchnęła. 

 

- Ane się nim nie interesuje. Zresztą jest bardzo młoda. Na pewno jeszcze kilka razy 

się zakocha, zanim znajdzie tego właściwego. Jednak tymczasem musimy jej na to i owo 
pozwolić, Kristianie. Sami też byliśmy kiedyś młodzi. Nie pamiętasz już, jak to było? 
 

- Nie pamiętam? Najpierw zarzucasz mi, że jestem głuchy, a teraz mówisz, że jestem 

stary i tracę pamięć. To szczyt bezczelności… - dodał żartobliwie. 
 

Elizabeth wyciągnęła ręce i ujęła jego twarz w dłonie. 

 

- To ważne, by nie odstawać od innych. Wieczory były wyjątkowo pasjonujące, 

prawda? – spytała. 
 

Skinął głową. Elizabeth poczuła nagle ukłucie zazdrości. Ile dziewcząt Kristian 

odwiedził późnym wieczorem? Czy wtedy również wystawali na krzyżówce? Ona sama miała 
przed nim tylko Jensa. 
 

- Nie jesteś zły, że pozwoliłabym jej pójść? 

 

Pokręcił głową i objął ją wokół talii. 

 

- Trochę. Ale dam ci szansę, byś mogła to naprawić. – Przesunął ją w stronę biurka i 

zaczął rozpinać jej bluzkę.  
 

- Nie tutaj, Kristianie! Ktoś może wejść. 

background image

 

72 

 

- Nie ma mowy. Wszyscy wiedzą, że nie wolno mi przeszkadzać. No i przecież już to 

tutaj robiliśmy… 
 

Zaszumiało jej w uszach, gdy objął dłonią jej pierś i zaczął pieścić. 

 
 
 

Kilka dni później Elizabeth postanowiła wybrać się do Heimly. Chyba teraz mogła już 

sobie na to pozwolić. Ziemniaki zostały zebrane z pola i leżały w skrzynkach w piwnicy. 
Niedługo będą musieli zgonić owce z gór i nadejdzie pora strzyżenia, gręplowania i 
przędzenia. Zadania czekały w kolejce. Jeżeli w ogóle chciała gdzieś wyjechać, musiała 
wykorzystać okazję między obowiązkami. 
 

Dostrzegła Indianne, gdy tylko zajechała na dziedziniec. Dziewczyna siedziała pod 

ścianą domu i pomachała jej, ujrzawszy powóz. 
 

Elizabeth lekko zeskoczyła z kariolki. 

 

- Dzień dobry, Indianne. Siedzisz tu i odpoczywasz? 

 

- Kobiety poszły nad rzekę płukać pranie, a mężczyźni wybrali się na ryby. Wprowadź 

konia za tamto ogrodzenie. – Indianne wskazała laską, którą trzymała w ręku. – Czy to klacz 
Ane? Słyszałam, że to piękne zwierzę, a teraz mogę się o tym przekonać na własne oczy. 
 

- Tak, musi czasem trochę dalej się przebiec – odparła Elizabeth, odwiązała konia od 

dyszla i zdjęła mu uprząż, po czym poprowadziła za sobą. 
 

- Pewnie bardzo ci się dłużą dni – zauważyła po powrocie. 

 

Indianne uśmiechnęła się. 

 

- Nie, mam bardzo dużej ręcznej roboty. Teraz jest już lepiej, kiedy mogę trochę 

chodzić. Zajmuję się domem, ale nie chodzę jeszcze nad rzekę. Zresztą nie tęsknię za 
lodowatą wodą.  – Roześmiała się. 
 

- To już chodzisz w pobliżu domu? 

 

- Tak uważam dwóch lasek. Idzie mi już całkiem dobrze. Ale na  początku miałam 

dużo gorzej, kiedy ból był nie do zniesienia i nie mogłam się ruszać. 
 

Elizabeth była zaskoczona, jak bardzo Indianne się odmieniła. Zwykle taka 

małomówna i trochę nieśmiała, teraz gadała jak najęta. Pewnie miała za sobą mnóstwo 
długich dni i prawie nikogo, z kim mogłaby porozmawiać, pomyślała Elizabeth. I dlatego jest 
taka rozmowna, skoro wreszcie znalazła słuchacza. 
 

- O nie, siedzę tu tylko i gadam – uśmiechnęła się Indianne. – A ty pewnie napiłabyś 

się kawy, skoro przyjechałaś z tak daleka? – Zamierzała się podnieść, lecz Elizabeth 
stanowczo ją powstrzymała. 
 

- Nie ma pośpiechu, siedź spokojnie i czekaj, aż inni wrócą. Opowiedz mi lepiej, jak 

się czujesz, Indianne. Kiedy panujecie wesele i co ładnego zrobiłaś od ostatniego czasu? 
 

Indianne rozpromieniła się. 

 

- Zrobiłam z łatek narzutę na nasze łoże ślubne. A wesele odbędzie się na Święta 

Bożego Narodzenia. Tak będzie prościej, bo i tak szykujemy mnóstwo jedzenia i sprzątamy 
cały dom. Zostało nam jeszcze trochę zapasów. Ach, nie masz pojęcia, Elizabeth, jak się 
cieszę! Będzie tak pięknie, że aż trudno w to uwierzyć! Oczywiście w nowym domu będzie 
mi brakować wszystkich bliskich z Heimly, ale i tak się cieszę. Wreszcie będę traktowana jak 
dorosła. Rozumiesz, co mam na myśli? 
 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Teraz jesteś tylko małą Indianne, córeczką. Czy o to ci chodziło? 

 

- Właśnie. - Indianne owijała kosmyk włosów wokół palca wskazującego. – Będę 

musiała dzielić kuchnię z teściową, ale myślę, że to nie będzie stwarzało problemów. Jak 
sądzisz? 
 

Elizabeth uśmiechnęła się? 

background image

 

73 

 

- Tak, na pewno dobrze się między wami ułoży. Jesteś zgodną dziewczyną, którą 

wszyscy muszą polubić, nic innego nie wchodzi w grę. 
 

- A jak było między tobą i mamą? To znaczy Ragną? 

 

- Cóż, zdarzały się między nami kłótnie – przyznała Elizabeth szczerze. Wszystkiego 

oczywiście nie powinna mówić. – Nie zawsze się zgadzałyśmy, Ragna i ja, i właściwie tylko 
do sienie mogę mieć o to pretensje. Potrafię być strasznie uparta i nie przyjmuję jałmużny. W 
każdym razie tak to odbierała, kiedy Ragna chciała nam pomóc.  
 

Indianne uśmiechnęła się i westchnęła zadowolona. 

 

- Wierzę jednak, że teściowa i ja nie będziemy się ze sobą sprzeczały. Benjamin 

powiedział, że wszyscy u niego tylko czekają, aż się tam przeprowadzę. 
 

- Czy on pochodzi z dużego gospodarstwa? 

 

- Tak, nawet z większego niż to – odparła Indianne. Osłoniła oczy od słońca i 

spojrzała na drogę. 
 

- O, ktoś idzie. Widzisz, kto to? 

 

Elizabeth popatrzyła za wzrokiem Indianne. 

 

- Wydaje mi się, że to mężczyzna. W każdym razie wiedzę konia i wóz. 

 

- O, to na pewno doktor – stwierdziła Indianne. – Obiecał, że przyjedzie obejrzeć moją 

stopę, gdy tylko znajdzie czas, 
 

Indianne wstała, wspierając się na laskach, a tymczasem Torstein pomachał jej. 

Wjechał na dziedziniec i zatrzymał konia. 
 

- Ojej, ale ty się sprawnie ruszasz – zauważył i przywiązał konia do słupka u płotu. 

Podszedł całkiem blisko i po kolei uścisnął im dłonie. – A więc pani także przyszła odwiedzić 
chorą? – spytał i uśmiechnął się do Elizabeth. – Indianne nie wygląda w moich oczach na 
chorą. Wyraźnie wraca do zdrowa i to w tak krótkim czasie. Nie jestem wprawdzie doktorem 
i nie mogę mieć całkowitej pewności, ale mam przecież oczy. 
 

Roześmiał się serdecznie. 

 

- A co ty sama myślisz, Indianne? 

 

- Trochę mi się już sprzykrzyły te laski, ale z każdym dniem zauważam poprawę. 

 

- Świetnie. Wejdziemy do środka, żebym mógł obejrzeć twoją stopę? – Podał Indianne 

ramię, a ona wsparła się na nim, lekko się czerwieniąc. 
 

- Jesteś sama? – spytał, gdy weszli do salonu. 

 

- Wszyscy poszli do pracy – odparła Indianne. Usiadła na sofie, odpięła pończochę 

przy kolanie i szybko zsunęła ją na dół. 
 

Elizabeth zauważyła, że Indianne poczuła się nieswojo, gdy pokazywała doktorowi 

obrażoną łydkę. Przysunęła się bliżej. 
 

- I co, doktorze? – spytała. 

 

- Hmm. Trudno na razie cokolwiek powiedzieć, ale… - Na jego czole pojawiła się 

głęboka zmarszczka, co się Elizabeth nie spodobało. Szczupłe palce gładziły łydkę Indianne 
w górę i w dół, i uciskały ostrożnie. Zginał lekko jej palce i pytał, czy może nimi poruszać. 
Wydawało się niemal, że unika wzroku Indianne, pomyślała Elizabeth. 
 

- Bardzo cię jeszcze boli? – spytał. 

 

- Nie, nie tak bardzo. Tylko jak nie uważam i niechcący stanę na stopie, ale poza tym 

nie. 
 

- Możesz spróbować na trochę wstać?  Będę cię podtrzymywał. 

 

Indianne dźwignęła się, wsparta na silnym ramieniu doktora, obejmującego ją wokół 

talii. 
 

- Spróbuj ostrożnie stanąć na stopie. Tak, dobrze. żeby cię nie zabolało. Świetnie, 

możesz z powrotem usiąść. – Pomógł jej spocząć na sofie. – Możesz włożyć pończochę. 
 

Elizabeth uderzyło, że odsunął się nieco, gdy się ubierała. Mniej przyjemnie było 

patrzeć, jak Indianne wkłada pończochę, niż jak ją zdejmuję? 

background image

 

74 

 

- Czy niedługo całkiem wyzdrowieje? – spytała Indianne w napięciu. – To znaczy, czy 

będę zdrowa do grudnia, bo wtedy biorę ślub. Jeżeli zechce doktor przyjść, to serdecznie 
zapraszam. Nie rozesłaliśmy jeszcze zaproszeń, ale niedługo się tym zajmiemy. – 
Uśmiechnęła się zadowolona. 
 

- Dziękuję, chętnie przyjdę. – Odchrząknął, przysunął krzesło blisko sofy i spojrzał 

Indianne w oczy.  – Chciałbym być z tobą całkiem szczery, Indianne. Twoja stopa niestety 
nigdy nie będzie całkiem sprawna. W każdym razie nie tak sprawna jak kiedyś. 
 

Indianne pobladła, jej oczy zrobiły się wielkie i okrągłe. 

 

- Co pan chce przez to powiedzieć? 

 

Podrapał się w policzek, najwyraźniej szukał odpowiednich słów. 

 

- Będziesz utykała i musiała się wspierać na lasce. 

 

- Boże! Będę wyglądała jak stara żebraczka! – Ciemne oczy Indianne powoli 

wypełniły się łzami, które wkrótce przelały się i spłynęły w dół po policzkach. 
 

Elizabeth przesunęła się na sofie i objęła Indianne ramieniem. 

 

- No, nie martw się na zapas – pocieszyła ją. – Czy widziałaś kiedyś taką ładną 

żebraczkę? 
 

- Jeśli to dla ciebie jakaś pociecha – mówił dalej doktor – nie powinien ci dokuczać 

ból. I nie ma powodu, byś porównywała się do starej żebraczki. Jesteś młoda, Indianne, i 
masz całe życie przed sobą. Pomyśl, za kilka miesięcy wyjdziesz za mą! Mimo wszystko 
przeżyłaś ten wypadek. Pamiętaj, że mogło być dużo, dużo gorzej. Mogłaś na przykład 
oszpecić piękną twarz, niesprawna stopa i laska, jakie to ma znaczenie, skoro cała reszta jest 
zdrowa i cała? 
 

Elizabeth podała Indianne chusteczkę, w której dziewczyna ukryła twarz, 

 

- Łatwo panu mówić! – płakała. – Pan nie musi chodzić o lasce. 

 

- Może któregoś dnia spotka mnie coś gorszego – rzekł poważnie. – Nikt z nas nie 

wie, co mu przyniesie jutrzejszy dzień. 
 

Indianne podniosła wzrok. 

 

- To prawda. Przepraszam, że jestem taką egoistką i myślę tylko o sobie. Załkała. – 

Ale to był dla mnie straszny wstrząs. Miałam pewność, że całkiem wyzdrowieję… 
 

Torstein pochylił się do przodu i uścisnął jej dłoń. 

 

- Wiem o tym – uśmiechnął się. – Nie jesteś pierwszym pacjentem, któremu 

przekazałem taką bolesną informacje, i pewnie nie ostatnim. Niestety. Spróbuj myśleć o 
pozytywnych stronach. Pokaż narzeczonemu swój piękny uśmiech, a zobaczysz, ze wszystko 
okaże się łatwiejsze. 
 

Doktor wstał, nie zauważył zakłopotania Indianne. 

 

- Jeżeli pan trochę poczeka, to mama później ureguluje należność – rzekła szybko 

Indianne. – tato jest na połowach i na pewno jeszcze przez jakiś czas go nie będzie. 
 

Nadal nazywa Dorte mamą, pomyślała Elizabeth. Pierwszy raz jej się to zdarzyło, gdy 

ocknęła się po wypadku. 
 

- Nie ma pośpiechu. Mogę przyjąć pieniądze przy okazji następnego spotkania, mam 

nadzieję, ze przyjemniejszych okolicznościach. Może na Boże Narodzenie? – Uśmiechnął się, 
puścił oczko do Indianne i ruszył do drzwi 
 

Obie odprowadziły go do wyjścia i podziękowały, że znalazł czas, by zajrzeć. 

 

- To miły doktor – zauważyła Indianne, gdy stał się tylko niewielkim punkcikiem w 

oddali. 
 

Elizabeth skinęła głową i pogładziła ją po plecach. 

 

- Uważam, że dobrze przyjęłaś to, co ci powiedział. 

 

- Ech, rozryczałam się jak rozkapryszony dzieciak. Jak sądzisz. Co on sobie teraz o 

mnie pomyśli? 

background image

 

75 

 

- To samo co ja. Gdybyś zareagowała inaczej, to by świadczyło, że coś z tobą nie tak. 

Wierzysz, że ktoś inny po prostu by usiadł i się uśmiechał, gdyby dowiedział się czegoś 
podobnego? 
 

- Nie, nie aż tak, ale nie musiałam tak krzyczeć. Właściwie nabrałam już pewnych 

podejrzeń, że moja noga nigdy nie będzie sprawna. 
 

- Nie myśl o tym zbyt wiele, Indianne, lecz staraj się jasno patrzeć w przyszłość. Ciesz 

się na ślub i wszystko, co się z nim wiąże. Chcesz, żebym poszła nad rzekę i powiedziała, że 
był u ciebie doktor? 
 

- O tak, mogłabyś? 

 

- Naturalnie. A ty nastaw kawę. 

 
 
 

Droga pod górę w stronę Dalen wywoływała zarówno smutek, jak i miłe uczucia, gdy 

Elizabeth podążała tą samą ścieżką, którą wydeptywała tak wiele razy, kiedy tu mieszkała. 
Ścieżka trochę teraz zarosła, ponieważ korzystano z niej tylko wtedy, gdy trzeba było iść do 
rzeki płukać pranie. 
 

Pola były nagie i żółte po przejściu ktoś z ciętymi ostrzami, a w powietrzu dało się 

wyczuć pewną rześkość. Wysoko w górach rozległo się beczenie owiec i dźwięk dzwonków. 
Wszystko to przypomniało o całej pracy, która ich czeka. Ciekawe, czy tego lata stracili jakieś 
owce? Pozostało tylko ściskać kciuki i mieć nadzieję. W każdym razie nie słyszała, żeby ktoś 
widział w tym roku w górach zwierzęce szczątki. 
 

Już z daleka dobiegły ją odgłosy rozmów. Dorte podskoczyła na widok Elizabeth i 

omal nie wpadła do rzeki. 
 

- Boże, ratuj mnie! Już myślałam, że to huldra* mi się ukazała! Nie ma co, piękne 

powitanie Cu zgotowałyśmy, Elizabeth. Przychodzisz do nas w odwiedziny, a my odwrócone 
do ciebie tyłkami płuczemy w rzece pranie, czy Indianne cię czymś poczęstowała? 
 

- Nie kłopocz się mną. Czy mogę w czymś pomóc? 

 

- Niedługo kończymy – odparła Elen i wygładziła brązowe włosy, które kręciły się 

przy skroni. – Usiądź sobie i odpocznij. 
 

- Wy będziecie płukać, a ja wykręcać – rzekła Elizabeth stanowczo. 

 

- Dziękuję, całkiem straciłam czucie w palcach – wyznała Mathilde i włożyła palce do 

ust. 
 

- Wsuń dłonie pod ubranie, to szybko ci się ogrzeją – poradziła Elizabeth i wzięła się 

za wykręcanie poszewki na poduszkę. Potem odłożyła ją do balii i zakasłała sucho. – Był u 
was doktor. 
 

- Co? Doktor….? – Dorte spojrzała na Elizabeth wielkimi oczami. 

 

- Zbadał stopę Indianne i stwierdził… że będzie utykała i chodziła o lasce do końca 

życia. 
 

Dorte zasłoniła twarz rękami. 

 

- Biedno dziecko! Jak to przyjęła? 

 

- Dobrze, mimo że to musiał być dla niej wstrząs. Trochę płakała, ale szybko się 

uspokoiła. To prawda, co powiedział doktor: mogło być o wiele gorzej. 
 
 
 
 

* huldra – w skandynawskich wierzeniach zmiennokształtna podziemna istota płci żeńskiej o wyglądzie pięknej 

dziewczyny, ale ze zwierzęcym ogonem. Z przodu wygląda jak dojarka, ale z tylu jest jak wydrążony pień. Kto się nie 
zorientuje, ze jest uwodzony przez huldrę, przepadł z kretesem. Męski odpowiednik nosi nazwę huldrekall. Oczywiście 
piękny wygląd jest wynikiem działania czaru ochronnego. (przyp. red.). 
 
 
 

background image

 

76 

 

- Indianne jest godna podziwu – uznała Elen. – gdyby więcej ludzi było takich jak ona. 

 

Porozmawiały chwilę o wypadku i o byku, którego musieli zastrzelić. 

 

Elen opuściła ręce i wyprostowała się. 

 

- Tak, Olav mówił, że Jakob ma tę starą strzelbę już od wielu lat. a słyszeliście o tym, 

jak pewien chłop ze Storvika przyszedł ją pożyczyć? 
 

Dorte trzęsła się z zimna i włożyła czerwone i skostniałe dłonie pod kurtkę. 

 

- Nie, kiedy to było? 

 

- Kilka lat temu. Wczesną wiosną Jakob rozrzucał gnój na polu. Wtedy ten człowiek 

przypłynął łodzią przed fiord. Jakob znał go już i wiedział, że chłop słynie z tego, że nigdy 
nie oddaje rzeczy, które pożyczył. Tamten pogawędził chwilę o pogodzie i wietrze, zanim 
wyłożył swoją sprawę. Spytał, czy mógłby pożyczyć tą starą strzelbę na niedźwiedzie. 
 

„Nie mam strzelby na niedźwiedzie” – odparł Jakob i wrócił do swojej pracy. 

 

„Ale słyszałem, że masz jakąś broń, nieważne, jak ją zwał” – ciągnął dalej chłop. 

 

„No to chyba źle słyszałeś” – rzucił krótko Jakob. 

 

„Na własne oczy widziałem, że przed chwilą jej używałeś” – nie ustępował tamten ze 

Storvika. 
 

Wtedy Jakob odłożył widły i spojrzał na mężczyznę. 

 

„Chcesz powiedzieć, że widziałeś, jakoby, strzelał gównem po polu?” 

 

Darte śmiała się, aż  brakowało jej tchu. 

 

- Trzymajcie mnie, nigdy nie słyszałam tej historii. Kto ci to opowiedział? 

 

- Olav. I twierdził, że to najprawdziwsza prawda – krztusiła się ze śmiechu Elen. 

 

Śmiech łaskotał je jeszcze w brzuchach, gdy schodziły w dół obok Dalen ku domowi. 

Z komina w Heimly unosił się dym. Indianne nastawiła kawę, pomyślała Elizabeth, ciesząc 
się, ze porozmawiają sobie przy stole. 
 

Pomogła rozwiesić pranie, a potem weszły do środka. W kuchni było ciepło i 

pachniało jedzeniem i kawą. 
 

- Moja droga – zganiła Dorte Indianne łagodnym tonem. – Ile razy mam ci powtarzać, 

żebyś się oszczędziła i nie obciążała chorej stopy? 
 

- Muszę mieć coś do roboty, a poza tym nie staję na tej nodze, dopóki używam laski. 0 

Zamilkła i zerknęła na Elizabeth. – Chyba im nie powiedziałaś, że… 
 

- Owszem. Wiedzą, że był tu doktor i co orzekł. 

 

Indianne napotkała wzrok Dorte. 

 

- Będzie, dobrze, mamo. 

 

Dorte przytuliła dziewczynę. 

 

- Moje biedne dziecko, jesteś taka dzielna i silna. 

 

- Phi, wcale nie jestem. Nawet jeśli będę utykać, to co z tego? Patrz, jak już teraz sobie 

dobrze radzę. Nie ma sensu martwić się na zapas. – Pochyliła się odsunęła nieco zasłonę i 
spojrzała przez okno. – O, już dobijają do lądu.   
 

Mathilde szturchnęła córkę. 

 

- Sofie, biegnij powiedzieć, że  jedzenie czeka na stole.  

 

- Poczekaj! – powstrzymała ją Indianne i popatrzyła jej w oczy. – Nie mów, że był tu 

doktor. Sama im o tym powiem. 
 

Sofie poważnie skinęła głową. rozumiała. 

 
 
 

Mężczyźni z głośnym tupotem weszli do sieni, jednak starczyło im przyzwoitości, by 

najpierw zdjąć gumiaki i grube płaszcze, zanim wkroczyli do kuchni. W pomieszczeniu 
momentalnie zrobiło się tłoczno za sprawą czterech dorodnych mężczyzn: Jakoba, Fredrika, 
Daniela i Benjamina. 
 

Wylewnie przywitali się z Elizabeth, pytając, czy przyjechała sama. 

background image

 

77 

 

Dorte przygotowała wodę i mydło oraz miskę i poprosiła surowo, żeby najpierw się 

porządnie umyli, zanim siądą do stołu. 
 

Mężczyźni zajęli miejsca. Byli głodni. Rozmawiali o tym, ile ryb złowili, ale nie 

przechwalali się, bo to mogło się zemścić. Przeważnie mówili, ile mogliby złowić, nie 
wspominając już o tym, ile dorodnych sztuk stracili. Tak czy owak przywieźli dość, by 
Elizabeth mogła zabrać trochę ryb do domu, rzekł Jakob. 
 

Elizabeth podziękowała, ale stwierdziła, że nie ma potrzeby, zwłaszcza że im samym 

każda najmniejsza sztuka się przyda dla tak dużej rodziny. Jakob jednak tak długo namawiał 
Elizabeth, że w końcu musiała się zgodzić. 
 

Elizabeth podziwiała Indianne, która zachowywała się całkiem naturalnie, choć 

przecież musiała się zastanowić, co powiedzieć i jak mężczyźni zareagują. Elizabeth 
rozumiała, że Indianne nie chce być obiektem współczucia. Sama też by wolała tego uniknąć, 
gdyby ją spotkał taki los. 
 

Mathilde szturchnęła Sofie, która trochę zbyt natarczywie przyglądała się Indianne. 

Dorte spokojnie opowiadała o codziennych sprawach i inni przyłączyli się do rozmowy. 
Dopiero kiedy wszyscy się najedli i rozkoszowali ostatnimi łykami kawy, Indianne 
wyprostowała się i odchrząknęła. 
 

- Jest coś, o czym musze wam powiedzieć. 

 

Oczy wszystkich zwróciły się na nią. 

 

- Był u mnie dzisiaj doktor i obejrzał moją stopę. Miał dla mnie złą wiadomość, jeśli 

mogę tak powiedzieć. Stwierdził, że już nigdy nie będę całkiem zdrowa. 
 

Elizabeth zauważyła, ze Benjamin zbladł. 

 

- Co przez to rozumiesz? – szepnął. 

 

- Będę kulała i do końca życia będę musiała chodzić o lasce. Ale… 

 

Chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz zamilkła. Gdy Benjamin poderwał się z krzesła, 

które przewróciło się z hałasem. 
 

- O lasce?! – powtórzył. – No to nie będzie mogła zajmować się gospodarstwem, 

jeśli… jeśli będziesz się podpierała laską jak stara baba! 
 

Indianne chwyciła za blat stołu, aż pobielały jej kostki dłoni. 

 

- To, co powiedziałeś, nie było miłe, Benjaminie – rzekła spokojnie. – Mam nadzieję, 

ze naprawdę tak nie myślisz i to wyrwało ci się tylko pod wpływem chwilowego 
zdenerwowania. 
 

- A właśnie tak myślę, Indianne! Możesz mi powiedzieć, jakie życie nas czeka? 

 

Jakob również wstał, górując nad wszystkimi. 

 

- Uspokój się, Benjaminie, zanim powiesz coś, czego będziesz żałował. 

 

Wzrok Bejmanina ciskał błyskawice, kiedy chłopak spojrzał na Jakoba. 

 

- Żałował? Powiem ci coś, Jakobie: Żałowałbym, gdybyśmy już byli po ślubie! Pragnę 

żony, na którą miło będzie popatrzeć, której niczego nie będzie brakowało i zdolnej do 
roboty. 
 

- Siadaj! – ryknął Jakob. 

 

Benjamin zbył go. 

 

- Prawda jest taka, że nasze gospodarstwo tonie w długach po komin. Nie stać nas na 

służbę. dlatego  dobrze się złożyło, że znalazłem Indianne. Ale teraz nic z tego. – Popatrzył na 
Indianne, która oniemiała siedziała nieruchomo na krześle, jak gdyby to jej nie dotyczyło. – 
Dziękuję ze swej strony. Mam nadzieję, ze z czasem znajdziesz sobie innego. 
 

Mówiąc to, wyszedł z kuchni, głośno tupiąc. 

 

Na chwilę zapadła grobowa cisza, po czym Jakob nie wytrzymał: 

 

- Cholerne diabelskie nasienie, niech go piekło… 

 

- Jakob! – krzyknęła Dorte. – Licz się ze słowami! 

 

Jakob już miał wybiec za Benjaminem, ale Indianne go powstrzymała.   

background image

 

78 

 

- Nie, tato. Pozwól mu odejść. Nie jest wart ani twoich słów, ani twojej energii. 

 

Wstała i niczym statua stanęła na środku kuchni. A potem jakby nagle opuściły ją 

wszystkie siły, osunęła się z powrotem na krzesło. 
 

Jakob kilka razy zaciskał i otwierał dłonie i szarpał swą długą brodę. 

 

- Niech go czort porwie! Nie, zresztą nawet jemu tego nie życzę. 

 

- Jakobie, usiądź – mruknęła Dorte i poprowadziła męża z powrotem do stołu. 

 

Elizabeth wyciągnęła rękę ponad blatem i położyła ją na dłoni Indianne. 

 

- Biedactwo – szepnęła Elen i objęła Indianne. – Ciesz się, że to się stało, zanim 

zdążyliście się pobrać! Zresztą nie wiadomo, jak by się wam życie ułożyło. 
 

Maria miała rację, pomyślała Elizabeth. Benjamin nie był tym, za jakiego chciał 

uchodzić. Rozejrzała się po kuchni. Zobaczyła, że Jakob stara się poskromić swój gniew, a 
Olav, czerwony na twarzy, zaciska mocno pięści i przeklina pod nosem. Inni nie mieli niemal 
odwagi się poruszyć. 
 

- Łotr, pożałuję tego! – syknął Olav przez zaciśnięte zęby. – Do diabła, gorzko tego 

pożałuje! 
 

- Nie rób awantury – odezwała się Indianne. 

 

Olav tylko na nią spojrzał. 

 

- Już ja się postaram, żeby wszyscy we wsi usłyszeli, jak on się zachował. Okryje się 

taką hańbą, że powinien się bać pokazywać na oczy. Nikt, słyszycie, nikt nie będzie tak 
traktował mojej siostry! 
 

- Proszę, nie róbcie awantur – rzekła Indianne zdławionym głosem. – Jakoś sobie z 

tym poradzę. Zastanówcie się. to prawda, co mówi Elen. Dobrze, że tak się stało, zanim się 
pobraliśmy. 
 

- Nie mogę zrozumieć tylko jednego – zastanawiał się Olav. – Jak mu się udało 

wywieść nas wszystkich w pole? Jego rodzice też musieli brać w tym udział. Nie są ani trochę 
lepsi od niego. 
 

- Nie, ani odrobinę – przyznała Indianne i pociągnęła nosem. Łzy popłynęły jej z pczu. 

– Dobrze, że nie zdążyliśmy rozesłać nowych zaproszeń. Teraz łatwiej będzie się ludziom 
wytłumaczyć. 
 

Elizabeth poczuła, że musi coś powiedzieć. 

 

- Nie jesteś pierwszą ani pewnie ostatnią, którą porzucił narzeczony, Indianne. Jest ci 

teraz ciężko, ale z czasem wszystko się ułoży. Wtedy znajdziesz sobie kogoś, kto naprawdę 
cię doceni. 
 

- Uważam, ze jesteś najpiękniejszą siostrą na świecie – odezwał się Fredrik i 

natychmiast zawstydził swych słów. 
 

- A ty jesteś najmilszym młodszym bratem – odpowiedziała Indianne, szlochając. 

 

- Jestem już całkiem duży, jak na swój wiek, mimo że mam dopiero jedenaście lat. 

Może w przyszłym roku pojadę z mężczyznami na zimowe połowy. 
 

- Tak, wolno ci w to wierzyć – mruknęła Dorte i wstała. – Nastawię więcej kawy, a ty, 

Jakobie, wyciągnij gorzałkę i kieliszki. Myślę, że musimy się napić kropelkę. 
 
 
 

Elizabeth posiedziała jeszcze kilka godzin, a potem podziękowała za gościnę i 

pożegnała się. wyprawa do Heimly nie okazała się tak przyjemna, jak się tego spodziewała. 
Ale na szczęście wyglądało na to, że Indianne nie załamała się. musiał to być dla niej 
straszliwy szok i na pewno do czasu będą ją dopadać przygnębiające myśli. A ludzie będą 
mieli o czym gadać. Niektórzy się ucieszą, że nawet bogaci dostają swoje, a inni – z 
pewnością większość – będą współczuli Indianne. Istniały niewielkie szanse, by Benjamin 
spotkał się z sympatią, zwłaszcza po tym, co obiecał zrobić Olav. 

background image

 

79 

 

Elizabeth, zamyślona i smutna, wracała kariolką do domu, to zdumiewające, jak w 

jednej chwili życie może zmienić swój bieg. W starym przysłowiu: „nie chwal dnia przed 
zachodem słońca” tkwiło więcej prawdy, niż sądziła.  
 

Cmoknęła na konia i lekko uderzyła lejcami. Nagle ogarnęła ją radość, ze wraca do 

domu, do swoich. 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

80 

Rozdział 14 

 
 

 

- Kogo wypatrujesz? Ane czy Jensa? 

 

Elizabeth zawahała się, poprawiła zasłonę i odwróciła się plecami do okna w salonie. 

 

- Obojga – odparła.   

 

Kristian zaszeleścił gazeta. 

 

- Myślisz, ze sami nie potrafią się upilnować? 

 

- Owszem, na pewno potrafią. – Usiadła na krześle i wzięła do rąk robótkę, ale nie 

zaczęła dziergać na drutach. – Nie podoba mi się, ze Ane chodzi na te spotkania przy rozstaju 
dróg. W dodatku o tej porze, późnym wieczorem. Jest ciemno i nieprzyjemnie. Mimo 
wszystko mamy już październik. 
 

Helene wstała  i podeszła do okna. 

 

- Martwię się o Signe. Czy Jens koniecznie musiał ją zabrać do Heimly? 

 

Elizabeth wypuściła nosem powietrze. 

 

- Powinnaś zrozumieć, że chciał ją pokazać wreszcie rodziny. Tak rzadko ją tam 

widują. 
 

Helene jakby jej nie słyszała. 

 

- Pomyśleć tylko, że mała skończyła już roczek. – Westchnęła głęboko. – Czas szybko 

upływa. Niedługo będzie dorosła. 
 

- No, nie aż tak szybko – mruknął Krystian i złożył gazetę. 

 

- Zastanawiam się, co słychać u Indianne – odezwała się Maria. – Od początku 

wiedziałam, ze z Bajnaminem jest coś nie w porządku. Że nie jest taki, za jakiego chciał 
uchodzić. Zauważyłam to, ale nie zdążyłam się dowiedzieć w czym rzecz. 
 

- A ja by byłam na ciebie taka zła, ze go nie lubisz, i miałam do ciebie pretensje, że to 

tak otwarcie okazujesz! – przyznała Elizabeth i przerobiła parę oczek. – Nie wiem, jak cię 
teraz prosić o wybaczenie, Mario. 
 

- Moja droga, nie teraz na to nie poradzisz. Kto mógł wiedzieć, co Benjamin knuje? 

Raz już omal nie powiedziałam Indianne, co o nim myślę, lecz nie uczyniłam tego. Ona tak 
ciepło się wyrażała o narzeczonym, o ślubie i w ogóle, że nie zdobyłam się na odwagę. – 
Maria zamilkła na chwilę. Może Bóg miał w tym jakiś zamysł? 
 

- Chciałabym w to wierzyć. – Gdybyśmy spróbowały się wtrącać, Indianne i tak by 

nam nie uwierzyła. Musiała sama do tego dojść. 
 

Kristian wstał i dorzucił do pieca kawałek torfu. 

 

- Nadal nie mogę zrozumieć, jak można się było tak zachować? 

 

- O, wraca Signe! – zawołała Helene tak głośno, że aż podskoczyli. 

 

- Idzie sama? – spytał Lars, a w jego głosie zabrzmiało rozbawienie. 

 

Elizabeth rzuciła mu szybkie spojrzenie. On także musiał zauważyć, że Helene bardzo 

pokochała Signe. Ciekawe, czy kiedykolwiek rozmawiał z żoną o tym, dlaczego nie mają 
dzieci i jak bardzo Helene tego pragnie. Czy powiedziała mu o tym, jaką straszną krzywdę 
wyrządził jej Leonard? Może Lars także pragnie zostać ojcem, pomyślała Elizabeth. Jeśli tak, 
to bardzo dobrze go rozumiała. Ona sama przez kilka lat bardzo chciała mieć jeszcze jedno 
dziecko, aż wreszcie zaszła w ciążę. Jednak straciła je. Westchnęła. Czy ten ból nigdy nie 
przeminie? 
Zaraz potem usłyszeli jej głos w korytarzu. 
 

- Biedactwo, zamarzłaś? Nie? jesteś taka ciepła, że mogłoby się raczej wydawać, że 

masz gorączkę! Jak to dobrze, że znów jesteś w domu… 
 

Maria wstała i wzięła od Helene wełniany koc, którym otulona była Signe. 

 

- Ciocia Mia to weźmie? 

background image

 

81 

 

Elizabeth wyszła do kuchni, żeby podgrzać jawę. Wiedziała, że Jensa poczęstowano w 

Heimly, ale jeszcze odrobina kawy po podróży mu nie zaszkodzi. 
 

Spotkali się w korytarzu. Jens zdjął grubą kurtkę i powiesił ją. 

 

- Da się zauważyć, że zima już blisko – rzekł. – Wieczorem robi się strasznie zimno.

 

- Widziałeś może Ane? 

 

- Słyszałem jakieś śmiechy i przekomarzania niedaleko od drogi i pomyślałem, że ona 

może też się tam bawi. 
 

- Ach, żeby już się skończyły te jej wieczorne wypady! – mruknęła Elizabeth i 

zamierzała odejść, lecz Jens chwycił ją za ramię. 
 

- Czy nie najwyższy czas, żebyś… - Zamilkł i spojrzał jej w oczy. Jego źrenice były 

duże i czarne, a kilka rzęs skleiło się. 
 

Ładnie to wygląda, pomyślała Elizabeth i poczuła, że nagle jej kolana stały się 

dziwnie miękkie. Jens pachniał powietrzem z dworu mieszanym z jego własny, zapachem. 
Młodzi nie boją się powtarzać tego, co gdzieś usłyszeli. Często nie wynika to ze złej woli, 
lecz z bezmyślności. 
 

Elizabeth przeszły ciarki po plecach. 

 

- Od kogo miałaby to usłyszeć? Nikt o tym nie wie po za nami obojgiem, Kristianem i 

Helene. Chodźmy do środka. Kawa wystygnie. 
 

- Zbyt długo to odkładasz, Elizabeth. Ludzie mogą coś podejrzewać. Ane jest podobna 

do Dalsrudów. 
 

- To prawda, ale jednak muszę najpierw porozmawiać o tym z Kristianem. A to nie 

jest raczej odpowiednia chwila. – Otworzyła drzwi do salonu, żeby Jens nie mógł więcej nic 
powiedzieć. 
 

- I jak było w Heimly? – spytała Maria z ożywieniem.  

 

Elizabeth zawstydziła się. zapomniała go o to spytać, skupiła się tylko na Ane. 

 

Jens usiadł i Elizabeth nalała mu kawy. 

 

- Wygląda na to, że Indianne już ma za sobą najgorszy wstrząs. 

 

- Myślisz, że nie udaje, żeby nikogo nie martwić? – chciała wiedzieć Maria. - To 

byłoby do niej podobne. 
 

Rzeczywiście, pomyślała Elizabeth. Maria znała przyjaciółkę i wiedziała, że Indianne 

jest bardzo wrażliwa. 
 

Jens zerknął na Sign. Mała zaczęła trzeć oczy, siedząc u Helene na kolanach. 

 

- Nie, nie sądzę. Naturalnie jest jej przykro, wydawałoby się dziwne, gdyby tak nie 

było. Ale ma wokół siebie bliskich, gotowych ją wspierać. Jest taka ładna, że na pewno 
niedługo się pojawi nowy zalotnik. Tylko patrzeć! 
 

Maria wydawała się zmartwiona. 

 

- Oby tylko nie straciła zaufania do mężczyzn. 

 

Jens odstawił filiżankę. 

 

- Sądzę, że Olav najbardziej to przeżywa. No, poza Jakobe. Chłopak postarał się, żeby 

wszyscy w okolicznych wsiach usłyszeli, jaki to z Benjamina mężczyzna. Że nie jest wart 
splunięcia. Ludzie są wściekli. 
 

- Oby tylko nie zrobili Benjaminowi nic złego przestraszyła się Elizabeth. 

 

- Nic mu nie grozi. Ale ludzie nie szczędzą obelg, kiedy go spotykają. Dobrze mu tak. 

Możliwe, że i ja bym mu powiedziała kilka słów prawdy, gdybym go spotkał. 
 

- Pójdę położyć Signe – zaproponowała Helene i wstała z dzieckiem śpiącym w jej 

ramionach. 
 

- To niedopuszczalne, żeby się tak zachować! – rzucił nagle Lars. Wszyscy zwrócili 

na niego wzrok. – Mam na myśli Benjamina. 
 

 W tej chwili trzasnęły drzwi i na korytarzu rozległy się kroki. 

background image

 

82 

 

- Nareszcie! – odetchnęła z ulgą Elizabeth. – W samą porę. Kristianie, musisz z nią 

porozmawiać i zakazać tego włóczenia się wieczorami. 
 

- O, tutaj wszyscy siedzicie? – spytała Ane, wystawiając głowę zza drzwi, 

zarumieniona na policzkach i uśmiechnięta. – Wydawało mi się, że słyszę głosy. – Stanęła 
przy piecu i wyciągnęła przed siebie ręce. – Jak było w Heimly? 
 

- Dobrze. – Jens powtórzył to, co już przed chwilą opowiadał. 

 

- Zawsze tak mówiłam: jeśli ludzie są zbyt układni i zbyt mili, to coś ukrywają – 

stwierdziła Ane z powagą. 
 

- Niesłychane, co za bezczelność – obruszył się Kristian. – Ja nie mam nic do ukrycia. 

 

- W dodatku jesteś zarozumiały. 

 

- A jak tam twój ukochany? – spytał Jens i przyjrzał się Ane badawczo. 

 

- Nie mam chłopaka. – Ane odeszła od pieca i usiadła na krześle, wyciągając nogi. – 

Zresztą ostatni raz poszłam na to spotkanie.  
 

Elizabeth odczuła wielką ulgę. 

 

- Jak to? – wykrztusiła, starając się nie okazać radości. 

 

- Oni są tacy dziecinni, cały czas tylko flirtują. Myślą, że są dorośli. Ale ja uważam, że 

wystawanie wieczorami na zimnie niewiele ma z dorosłością wspólnego. Jedna dziewczyna i 
ja wpadłyśmy na pomysł, że możemy od czasu do czasu spotykać się w swoich domach. To o 
wiele przyjemniejsze. Poza tym możemy chodzić na różne zabawy i tym podobne. 
 

Elizabeth ukradkiem uśmiechnęła się do Kristiana. A więc kłopot rozwiązał się sam. 

 
 
 

Dni wypełniała praca od świtu do zmierzchu. Do świąt Bożego Narodzenia został już 

tylko miesiąc. Elizabeth próbowała spisać listy rzeczy do zrobienia, od uboju zwierząt po 
wypieki, notowała rodzaje ciast, które miały się znaleźć na stole, kogo zaprosić na święta i 
tysiąc innych spraw. W końcu wrzuciła papiery do pieca, mając nadzieję, że jakoś to będzie. 
 

Tego dnia przyszła pora na sprzątanie poddasza. Z jednego z pokoi dobiegł ją głos 

Ane, która śpiewała jakiś psalm na Boże Narodzenie. 
 

- Dlaczego nie mamy żadnej wiadomości od Liny? – spytała Maria, odsuwając od 

ściany swoje łóżko. – Minęło już przecież kilka miesięcy, odkąd wysłaliśmy do niej listy, a 
jeszcze więcej od jej wyjazdu. 
 

Elizabeth wyprostowała się i stanęła z ociekającą ścierką w ręku. Ze wstydem musiała 

przyznać, że ostatnio niezbyt wiele myślała o Linie. Jednak Maria miała rację. Lina wyjechała 
wczesną wiosną, a teraz mijał już listopad. Upłynęło prawie pół roku. zbyt długo nie dawała 
znaku życia. Nie mieli pojęcia, co się z nią dzieje. 
 

- Jens też się martwi. Z radością wyczekuje każdego dnia, kiedy w sklepie wydają 

pocztę, ale jeszcze nie dostał ani jednego listu – mówiła dalej Maria, przecierając ścierką 
ścianę. – Jedyne, co wiemy, to że Lina dotarła na miejsce, bo o tym powiedział nam Torstien. 
Może on ma jakiś kontakt z Liną albo z tamtejszymi lekarzami? 
 

- A gdzie jest teraz Jens? – zapytała Elizabeth. 

 

- W sklepie, ale sądzę, że niedługo wróci. Wtedy może się czegoś dowiemy. 

 

- Tak, chyba dzisiaj przychodzi poczta – mruknęła pod nosem Elizabeth i wykręciła 

ścierkę. Przez chwilę sprzątała w milczeniu. – Może Lina ma dużo zajęć i jest jej tak dobrze, 
że odkłada pisanie na później. 
 

- Mówisz to, żeby samą siebie pocieszyć. Na pewno nie jest aż tak zajęta. Czy nie po 

to tam wyjechała, żeby odpocząć? 
 

Elizabeth nie odpowiedziała. Zbyt wiele myśli nie dawało jej spokoju. 

 
 
 

Kiedy wrócił Jens, czekała na niego na schodach. 

background image

 

83 

 

- Czy przyszedł dziś od Liny? 

 

- Nie, nic poza jedną gazetą i kilkoma listami do Kristiana. 

 

- Wyprowadź ogiera i klacz Ane. Muszę coś załatwić – rzuciła i weszła do domu, 

zanim zdążył o cokolwiek zapytać. Zajrzała do kuchni i powiedziała do Helene: - Nie będzie 
mnie przez jakiś czas. Zawiadom pozostałych. Wrócę przed obiadem. 
 

- Dokąd się wybierasz? 

 

- Wyjeżdżam. – Zamknęła drzwi na znak, że nie chce, by ją o coś jeszcze pytano. 

 

Kiedy wyszła, koń stał zaprzęgnięty do sań. Parskał wielkimi nozdrzami i żuł 

wędzidło, które miał w pysku. Z pewnością cieszył się na przejażdżkę, w ten rześki zimowy 
dzień. 
 

- Daleko się wybierasz? – spytał Jens, nie puszczając lejców. 

 

- Do doktora. Musimy wreszcie się dowiedzieć, co się dzieje, ponieważ Lina od pół 

roku nie dała znaku życia. 
 

- W takim razie jadę z tobą. – Wsiadł do sań. 

 

Elizabeth chciała protestować, ale ją uprzedził. 

 

- Lina jest moją żoną. Mam prawo spytać o jej zdrowie.  

 

Strzeliła lejcami. Jens miał rację. Ale dlaczego prawiło jej ból, gdy to powiedział? 

 

- Dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś? – spytała, gdy dotarli prawie na miejsce. 

 

- O czym? 

 

- Że się martwisz o Linę. Dlaczego mi o tym nie wspomniałeś? 

 

- Czy to miałoby jakiś sens? Mogłabyś coś na to poradzić? 

 

- To zwykle pomaga, gdy możemy z kimś porozmawiać, a zawsze dzieliliśmy się 

wszystkimi sprawami. Nigdy nie mieliśmy przed sobą tajemnic. 
 

- Już nie jesteś moja, Elizabeth. 

 

- Czy nie obiecaliśmy sobie, że pozostaniemy przyjaciółmi? Powiedziałam ci przecież, 

że zawsze będziesz moim najlepszym przyjacielem, bez względu na to, co się wydarzyć. 
 

- A ty się nie martwiłaś o Linę? 

 

- Martwiłam się, ale ostatnio miałam tyle spraw na głowie. – Spojrzała mu w oczy. – 

Przepraszam, jeśli odniosłeś wrażenie, że mnie to nie obchodzi. 
 

- Nie gniewam się. – Położył swą dłoń na jej dłoni. 

 

Elizabeth zapragnęła zdjąć rękawicę i poczuć dotyk jego skóry, ale tak nie uchodziło. 

Jens nie był już jej mężczyzną. 
 
 
 

Uśmiechnięta służąca zaprowadziła ich od razu do gabinety doktora. Zaproponowała, 

że weźmie od nich wierzchnie okrycie, ale odmówili. 
 

- Spieszymy się – wyjaśniła Elizabeth. Służąca posłała im zaciekawione spojrzenie. 

Na pewno się zastanawiała, dlaczego przyjechali razem, choć żadne z nich nie wyglądało na 
chore. 
 

Torstein natychmiast wstał, kiedy zobaczył gości. Uśmiechnął się szeroko i podał im 

rękę na powitanie. 
 

- Dzień dobry, dzień dobry, witam państwa. Czym mogę pomóc? Mam nadzieję, że 

nikt w Dalsrud nie zachorował? 
 

- Nie – zapewniła Elizabeth i usiadła na wskazanej przez doktora krześle. Następnie 

skinęła głową w stronę Jensa. – Powiedz, w jakiej przyjechaliśmy sprawie. 
 

- Chodzi o to, że do tej pory nie otrzymaliśmy jeszcze od Liny żadnej wiadomości. Jak 

pan wie, wyjechała pół roku temu i… - rozłożył ręce. – Muszę przyznać, że zaczynam się o 
nią martwić. 
 

Torstein zmarszczył brwi, przeszedł się po gabinecie, po czym znowu usiadł za 

biurkiem. Przewertował kilka papierów, złożył ręce i popatrzył z troską na oboje. 

background image

 

84 

 

- Tak, zgadza się, minęło już dużo czasu. Napisaliście do niej? 

 

- Tak – odparła Elizabeth. Musiała odpiąć guzik płaszcza przy szyi. W gabinecie było 

ciepło, w rogu stał nieduży piec, w którym buzował ogień. 
 

- I nie dostaliście odpowiedzi? 

 

- Wszyscy od nas wysłali po liście do Liny – wyjaśnił Jens. – Byłoby więc dziwne, 

gdyby wszystkie listy zaginęły na poczcie: i te, które my napisaliśmy, i te, które ona wysłała. 
Jeśli jakieś wysłała – dodał cicho. 
 

- Nie martwicie się na zapas – próbował ich uspokoić doktor. – Może po prostu Lina 

nie potrafi jeszcze przelać słów na papier. Czy wcześniej lubiła pisać listy? 
 

Jesn przytaknął. 

 

- Kiedy mieszkałam w Kabelvaag, pisała do mnie wiele razy. Lina potrafi bardzo 

ładnie pisać, trzeba jej to przyznać. 
 

- Ale proszę pamiętać, że teraz jest chora, i sytuacja wygląda całkiem inaczej niż 

wtedy. 
 

Elizabeth głęboko zaczerpnęła powietrza i spojrzała na doktora. 

 

- Obawiam się, że Lina jest na nas zła i żywi do nas urazę, że wysłaliśmy ją aż do 

Danii. 
 

Torstein uśmiechnął się uspokajająco. 

 

- Nie wolno ci tak myśleć. Jestem przekonany, że ma tam doskonałe warunki. Ale ze 

względu na was niezwłocznie zbadam tę sprawę. Napiszę list do ordynatora i dowiem się o 
stan jej zdrowia. 
 

- O, mógłbyś? – Elizabeth wypuściła powietrze, wzdychając z ulga. – 

Wyświadczyłbyś nas ogromną przysługę.  
 

- Drobiazg. Gdy tylko się czegoś dowiem, dam państwu znać. 

 

Jens wstał i podał doktorowi dłoń. 

 

- Dziękujemy, doktorze. Serdecznie dziękujemy. 

 

Torstein skinął głową i uścisnął im ręce. Kiedy oboje dotarli do drzwi, zapytał: 

 

- A jak się czuje Indianne? 

 

Jens odwrócił się powoli. 

 

- Ze stopą wszystko w porządku, ale narzeczony odszedł, gdy się dowiedział, że 

Indianne będzie utykała i chodziła o lasce. 
 

Uśmiech zamarł na wargach Torstiena. 

 

- To nieprawda! 

 

- Prawda, niestety. Świat jest pełen gnojków, a Benjamin okazał się jednym z nich. 

proszę mi wybaczyć słownictwo, ale tak jest. 
 

- Trudno niemal w to uwierzyć. – Trostein z powrotem opadł na krzesło. – Biedna 

dziewczyna. Ileż ona musiała wycierpieć – rzekł i pokręcił głową. 
 

- Tak, ale musimy już jechać, jeśli chcemy zdążyć do domu na obiad – wtrąciła 

Elizabeth i otworzyła drzwi. Zimne powietrze musnęło jej rozgrzaną skórę, przynosząc ulgę. 
 

- Porządny człowiek z tego doktora – zauważył Jens, kiedy wracali do domu. – Ależ w 

jego gabinecie było potwornie gorąco. Na pewno znalazłby robotę jako palacz u samego 
diabła, gdyby trafił do piekła. 
 

- Nie mów tak – zgniła go Elizabeth ze śmiechem. 

 

Czuła się tak dobrze, jak gdyby z jej ramion zdjęto wielki ciężar. 

 
 
 

Powitały ich donośne głosy dochodzące z kuchni. Drzwi otworzyły się z impetem i 

stanęła w nich Helene z wypiekami na twarzy i rozpromienionym wzrokiem. 
 

- Stało się! – zawołała szczęśliwa. 

background image

 

85 

 

Serce Elizabeth zabiło żywiej. Czyżby mimo wszystko dotarł list od Liny? Czy 

posłaniec przywiózł wiadomość, kiedy ich nie było? 
 

- Signe już chodzi! – oznajmiła Helene. 

 

Elizabeth ścisnęło w dołku. Ogarnęło ją niemal irytacja, że Helene ekscytuje się czymś 

takim. 
 

- O, to pięknie – wykrztusiła z trudem. 

 

Jens wszedł do środka, przykucnął i wyciągnął ręce do córki. 

 

- Przyjdziesz do taty? 

 

Signe uśmiechnęła się. Już miała zamiar osunąć się na kolana, ale po chwili rozmyśliła 

się i podreptała do niego na niepewnych nóżkach. 
 

- Aleś ty dzielna! – roześmiał się i złapał ją, gdy już miała upaść. 

 

- Spojrzałem na zegarek kieszonkowy dokładnie w chwili kiedy postawiła pierwsze 

kroki – rzekł Kristian, pokazując zegarek. – No to mamy datę i godzinę tego sukcesu. 
 

Elizabeth odwróciła się. Radość, która ją wypełniała w drodze do domu, zniknęła. Jak 

Kristian mógł w ten sposób pokazać ów zegarek! Przecież to przedmiot pochodzący z 
kradzieży. Jak Kristian mógł zrobić coś takiego po tym, jak opowiedziała mu o Bergette? 
Czyżby nadal jej nie wierzył? 
 

- O, co za niezwykle piękna rzecz – zauważył Jens, przyglądając się zegarkowi. – 

Chciałbym mieć cos takiego… Ale pewnie kosztuje piekielnie drogo. 
 

Elizabeth nie chciała słuchać tej rozmowy. Postanowiła jeszcze raz porozmawiać z 

Kristianem. Tak dłużej nie można. Mąż musi zrozumieć, że nie powinien obnosić się wkoło z 
tym zegarkiem i przechwalać nim. Wzdrygnęła się na myśl o poprzedniej dyskusji na temat 
cennego przedmiotu. 
 

Do obiadu rozmawiali cały czas o Signe. Dopiero gdy usiedli do stołu Kristian 

spojrzał na Elizabeth i zapytał: 
 

- Gdzie dzisiaj byliście? 

 

- U doktora. Martwimy się, że nie mamy żadnych wiadomości od Liny. 

 

- I co on na to? 

 

- Obiecał, że zbada tę sprawę i da nam znać, gdy czegoś się dowie. 

 

Kristian skinął głową i skupił się na jedzeniu. 

 

Elizabeth zerknęła na Larsa. Wydaje się milczący i jakiś dziwny, pomyślała. 

Mężczyzna nie należał do tych, co niepotrzebnie podnoszą głos, jednak teraz wyraźnie mu coś 
ciążyło. 
 

- Niedługo trzeba będzie zaszlachtować świnię – odezwała się Maria i poczęstowała 

się wielkim ziemniakiem. 
 

- Fe, musisz mi o tym przypominać – skrzywiła się Ane, lecz zaraz wybuchnęła 

śmiechem. – No dobrze. jestem tak samo głupia jak kiedyś. No, dalej, przypomnij mi tę 
historię, kiedy byłam mała i spytałam: „Co? Jemy świnkę? 
 

- Uwielbiasz jeść mięso, jak tylko zjawi się na stole – zauważył Kristian. 

 

- To co innego – broniła się Ane. – Po prostu nie lubię myśleć o tym, że zwierzę trzeba 

zabić. 
 

Signe zaczęła się wiercić chciała zejść na dół. 

 

- Nie chcesz już jeść? – dopytywała się Helene. – A może jednak napijesz się odrobinę 

mleka? 
 

Dziecko pokręciło głową  zaczęło stawiać niepewne kroki. 

 

- Patrzcie, jaka ona śliczna – zachwycała się Helene. – W takiej chwili serce matki 

rośnie ze szczęścia! 
 

Elizabeth przebiegł zimny dreszcz. Nie miała niemal odwagi spojrzeć na pozostałych 

domowników. 

background image

 

86 

 

- Aha, jest bardzo ładna, szkoda tylko, że Liba nie może jej zobaczyć – odpowiedziała 

Ane z ustami pełnymi ryby i ziemniaków. 
 

Elizabeth zerknęła ukradkiem na Helene. Służąca odwróciła się tyłem, jednak nie dość 

szybko, by ukryć rumieniec, którym okryła się jej twarz. 
 

Signe podreptała do Jensam a on wziął ją na kolana. 

 

- Chcesz pić? – zapytał. 

 

- To – powiedziała dziewczynka i wetknęła chudy paluszek w kawałek ziemniaka. 

 

- Mała ma twoje oczy – stwierdziła Ane. – Ale poza tym jest podobna tylko do matki. 

prawda, mamo? 
 

- Tak – przyznała Elizabeth. – Niczym skóra zdjęta z Liny. Jest najśliczniejsza na 

świecie – dodała. Połaskotała Signe w bok, aż dziecko się roześmiało, a Jens mógł mu dać 
jeszcze trochę obiadu. 
 

Elizabeth zauważyła, że Helene siedzi milcząca, ze spuszczony, wzrokiem i dłubie 

widelcem w resztkach na talerzu. 
 

Elizabeth przez resztę dnia chodziła zamyślona. Nie wiedziała, co bardziej nie daje jej 

spokoju – zegarek kieszonkowy Kristiana czy to, że Helene za bardzo przywiązała się do 
Signe. Starała się odsunąć od siebie jedno i drugie i skoncentrować się na tym, co im jeszcze 
pozostało do zrobienia. Został miesiąc do Bożego Narodzenia! To mało czasu, żeby ze 
wszystkim zdążyć. Musieli jeszcze upiec kilka rodzajów ciast, zarżnąć świnię i jeszcze w 
międzyczasie zrobić to i owo. 
 

Szła przez dziedziniec do domu, kiedy z pomieszczenia dla służby dobiegły ją 

podniesione głosy. W pokoju świeciła się lampa, stojąca przy oknie, i Elizabeth zauważyła, że 
Helene i Lars stoją naprzeciw siebie. Cofnęła się szybko, zanim uświadomiła sobie, że nie 
mogą jej widzieć w ciemności. Chciała posłuchać, o czym mówią, bo podejrzewała, ze 
dotyczy to być może ich wszystkich. 
 

- To nie jest normalne! – krzyczał Lars. – To dziecko Jensa i Liny, a nie twoje ani 

moje. 
 

- Myślisz, że o tym nie wiem? – odpowiedziała mu krzykiem Helene. – Ale skoro nie 

mamy własnego, a ja się nią tyle zajmuję, to mogę chyba trochę pomarzyć! 
 

- Pomarzyć? Ile razy słyszałem, jak nazywałaś siebie „mamą”? Jak sądzisz, co 

powiedzą Kristian i Elizabeth, kiedy się dowiedzą? Nie mówiąc już o Jensie! Wyrzucą nas 
stąd i powiedzą, że nie chcą w Dalsrud takich pomyleńców. 
 

- Bzdury! Oczywiście, że tego nie zrobią. 

 

- Pomyśl o tym wszystkim, co dla nas zrobili, Helene. Uważam, ze w tej sytuacji 

powinniśmy im okazać szacunek. A Jens, którego żona jest w zakładzie… jak myślisz, jak on 
się czuje? Robi, co może, żeby nie… 
 

- Milcz! – Głos Helene dławił płacz. Zasłoniła twarz rękami. 

 

Lars podszedł do niej i przyciągnął ją ku sobie. 

 

- Przepraszam, Helene. Nie chciałem na ciebie krzyczeć. 

 

- Pragnę tylko maleńkiego dziecka, które by było nasze! 

 

- Rozumiem to. Ale jeśli taka jest wola Boga, sprawi to prędzej, czy później. Musimy 

tylko być cierpliwi. 
 

Elizabeth zauważyła nagle, ze drży z zimna. Trzęsąc się, pobiegła z powrotem do 

domu. Postała chwilę w korytarzu, zabijając ręce. Zobaczyła, ze drzwi do gabinetu są 
uchylone. Sączyła się stamtąd blada smuga światła. Czyżby Kristian jeszcze pracował? 
Wszyscy już poszli spać, wokół panowała cisza. Elizabeth ostrożnie pchnęła drzwi. 
 

- Jeszcze się nie położyłeś, Kristianie? – spytała i usiadła na krześle przed biurkiem. 

 

- Jeszcze chwilę – mruknął i dopisał kilka licz w księdze. 

 

Elizabeth pomyślała o rozmowie, której była świadkiem, i o swojej irytacji wobec 

Helene. Teraz był jej tylko żal przyjaciółki. Dobrze, że ma Larsa, który jest taki cierpliwy  

background image

 

87 

miły, stwierdziła w duchu. Razem na pewno jakoś pokonają trudności. A kiedy Lina 
przyjedzie, wszystko się ułoży. Musi się ułożyć. I nikt nigdy nie powinien się dowiedzieć o 
tym, co widziała i słyszała. 
 

- No! – rzekł Kristian i odłożył pióro, założył przykrywkę na kałamarz i wyjął zegarek 

kieszonkowy. – O rety, już tak późno? – zdziwił się. zamknął kopertę zegarka z lekkim 
trzaskiem, ale zamiast schować zegarek do kieszeni, wodził kciukiem po wzorze na wierzchu. 
 

- Kristianie – zaczęła Elizabeth ostrożnie, starając się nad sobą panować, żeby nie 

podnieść głosu. – Jesteś pewien, że ten zegarek… 
 

- Boże, znowu zaczynasz? 

 

- Nie złość się. musisz mi uwierzyć, kiedy mówię ci, co widziałam. Bergette naprawdę 

wzięła dokładnie taki sam zegarek, a niedługo potem zjawiasz się ty i twierdzisz, że kupiłeś 
go od pewnego człowieka w Kabelvaag. Nie uważasz, że to trochę dziwne? 
 

Kristian odchylił się do tyłu na krześle i spojrzał na Elizabeth, mrużąc oczy. 

 

Elizabeth popatrzyła na niego błagalnie. 

 

- Czy nie mógłbyś, ze względu na mnie, być tak dobry i uwierzyć mi? Wspólnie 

możemy się dowiedzieć, co się właściwie stało. 
 

Kristian z powrotem oparł ramiona na biurku. 

 

- Elizabeth, oskarżasz mnie o kłamstwo i kradzież. To właśnie mi zarzucasz. 

 

Westchnęła zrezygnowana. Czy on musi wszystko przekręcać? Czy nie mógłby po 

prostu słuchać tego, co ona mówi? 
 

Oczy Tristana pociemniały. 

 

- Powiedz mi zresztą, jaki był  właściwy powód twojej wyprawy z Jensem do doktora. 

Chyba nie chodziło tylko o to, żeby się dowiedzieć czegoś o Linie? Pewnie chcieliście raczej 
pobyć przez chwilę sam na sam! 
 

Elizabeth zagotowała się ze złości. Wstała z krzesła zupełnie roztrzęsiona. Opierając 

dłonie na biurku, pochyliła się do przodu. 
 

- Okłamałeś mnie, Kristianie. Przez wiele lat skrywałeś przede mną, że Jens żyje i 

pozwoliłeś mi wierzyć, że zginął. Jak możesz się z tego przede mną wytłumaczyć, a tym 
bardziej przed Jensem? Podaj jakiś wiarygodny powód, a obiecuję, że już nigdy nie wspomnę 
słowem o zegarku. 
 

- Rozmawialiśmy już o tym wcześniej. Wyjaśniłem ci, że byłem zazdrosny i bałem 

się, że cię stracę. 
 

- Właśnie. I ta sama zazdrość każe ci teraz obwiniać mnie o to, że wymykam się z 

domu. W dodatku nie chcesz mnie słuchać, kiedy wspominam o zegarku. Co mam w takim 
razie o tobie myśleć, możesz mi powiedzieć? 
 

Odwróciła się na pięcie i wyszła, jednak pilnowała się, żeby nie trzasnąć drzwiami. 

Nikt nie powinien wiedzieć o tej wymianie zdań. 
 

W sypialni na poddaszu wściekłymi ruchami zerwała z siebie ubranie i, dygocąc z 

zimna, wślizgnęła się do łóżka. 
Zwinęła się w kłębek, czując, jak uderzenia serca dudnią jej w uszach. W głowie huczało jej 
wszystko, co powinna powiedzieć. Dlaczego bardziej nie przycisnęła Kristiana w sprawie 
zegarka? On, jej mąż, który przyrzekł ją kochać, dopóki śmierć ich nie rozdzieli, obwiniał ją, 
że szuka okazji, by wymykać się z Jensem, okłamywał ją i podejrzewał. Kilka razy 
powtórzyła w duchu najbrzydsze słowa, jakie znała. Dziwne, ale trochę pomogło. Jednak 
zaraz pojawił się żal. Nie będziesz wzywał imienia Pana Boga twego nadaremno. 
 

Szybko złożyła dłonie i odmówiła wieczorną modlitwę. Na koniec pomodliła się 

dodatkowo o to, by Bóg pomógł im rozwikłać trudną sytuację, do której samu doprowadzili. 
Potem leżała, nasłuchiwała  odgłosu kroków, ale w domu panowała zupełna cisza. 
 

Musiała jednak zasnąć, ponieważ, niczym we śnie, poczuła, jak gdzieś daleko ugina 

się materac i Kristian kładzie się za jej plecami. 

background image

 

88 

 

W domku, pełniącym zwykle rolę piekarni i  kuchni,  znajdowało się wszystko co 

potrzebne do uboju i przerobu mięsa: duże, ostre noże do oskrobywania świńskiej szczeciny, 
wiadra do zbierania krwi i kawałki rogów, używane do napychania kiełbas. 
 

Świnia została zarżnięta i od kilku dni wisiała pod sufitem. Jutro rano miały przyjść 

żony komorników i pomóc przy sprawianiu mięsa. Elizabeth chciało się wymiotować na 
widok świńskich wnętrzności pływających w wodzie. Poza mieszaniem krwi – zadaniem, 
którego zwykle podejmowała się Maria – praca przy wnętrznościach była czymś najbardziej 
obrzydliwym. Elizabeth uznała, że chyba nigdy do tego nie przywyknie. 
 

Na dworze panował trzaskający mróz. Nad okolicą kładła się ciemna, zimowa 

poświata. Elizabeth zatrzymała się i popatrzyła na pokryty śniegiem brzeg i szary fiord, nad 
którym niby zasłona unosiła się mroźna mgła. 
 

Helene była sama w kuchni, kiedy Elizabeth weszła do środka. Służąca zamierzała 

nagrzać wody do mycia drewnianych pojemników i innych naczyń. 
 

- Jesteś zupełnie sama? – spytała Elizabeth. 

 

Helene odpowiedziała, zwrócona do niej plecami. 

 

- Maria i Ane zabrały Signe do obory. Powiedziały, że najwyższy czas, żeby mała 

nauczyła się czegoś o obrządku zwierząt. 
 

- Niesłychane. To dość wcześnie. – Elizabeth usiadła przy końcu stołu. Zagryzła 

wargę. Zauważyła, ze od tego wieczoru, kiedy usłyszała kłótnię między Helene i Larsem, 
przyjaciółka rzadziej zajmowała się Solne. Elizabeth była przekonana, że tak jest lepiej, ale 
rozumiała również, że oddawanie małej musiał być dla Helene bolesne. Nietrudno było to po 
niej poznać, jeśli ktoś ją trochę znał. Stała się bardziej milcząca i zamknięta w sobie i 
rozchmurzała się tylko wtedy, gdy mogła wziąć Signe na kolana i się nią opiekować. 
 

- Domyślam się, ze pokłóciłaś się z Kristianem – odezwała się nagle Helene, 

odwracając się do Elizabeth. 
 

Zaskoczona Elizabeth nie wiedziała, co powiedzieć. 

 

- Widzę to po was – mówiła Helene. – O co wam poszło? 

 

- E tam, nic poważnego. Po prostu ostatnio jesteśmy zbyt zapracowani, a wtedy 

niewiele trzeba, by atakować się nawzajem bez powodu. – To nie była prawda, przynajmniej 
nie tym razem, jednak Elizabeth nie miała ochoty zwierzać się przyjaciółce w tej chwili. 
Ponownie zastanawiała się, czy nie zapytać Helene, jak jej się układa z Larsem, ale 
zrezygnowała. Jeśli Helene zechce o tym porozmawiać, sama o tym wspomni, kiedy 
przyjdzie czas. 
 

- Na pewno wam przejdzie, musicie tylko trochę to przemyśleć – pocieszyła ją Helene. 

– Zawsze przechodzi.  
 

Elizabeth w to nie wątpiła. Kristian zaczął już udawać, że nie było żadnej kłótni, a ona 

nie miała siły od nowa poruszać tematu zegarka. 
 

Do kuchni wpadły dziewczęta i wypełniły pomieszczenie wesołym śmiechem. 

 

- Jak myślicie, co zrobiła Signe, kiedy zobaczyła owce? 

Roześmiała się i chciała ciągnąć je za wełnę – oświadczyła ze śmiechem Ane. 
 

- A jak ją posadziłyśmy w kurniku? – dodała Maria, rozbierając Signe. 

 

- Mario, chyba jej tam nie posadziłyście? – przestraszyła się Elizabeth. – Kury mogły 

jej zrobić krzywdę. 
 

- Krzywdę? Coś ty, Signe wie, czego chce. Nikt nie zrobi jej nic złego – odparła Maria 

i postawiła dziecko na podłodze. 
 

- Jutro mamy tyle roboty – westchnęła Ane. – Czy wiecie, że jak byłam mała i 

szykowano się do uboju świni, myślałam, ze gorącą wodę noszono do obory po to, żeby 
wylewać ją na świnię, aż zdechnie. 
 

Helene pożegnała się. 

background image

 

89 

 

- Boże ratuj, co za wyobraźnia. Nie wiedziałaś, że wodę wylewa się na martwą świnię, 

żeby szczecina łatwiej odchodziła? 
 

Ane pokręciła głową. 

 

- Nie, dopiero później ktoś mi o tym powiedział. 

 

- No, nie – westchnęła Helene. – Wszystkiego trzeba się w tym życiu uczyć. 

 

Żony komorników przyszły wcześnie rano. Elizabeth przywitała je na dziedzińcu i 

zaprowadziła do domku, gdzie miały się zając dzieleniem mięsa. Pod sufitem wisiały lampy, 
oświetlające całe pomieszczenie. 
 

- Znacie to już z poprzednich lat – zaczęła. – Mięso będziecie kroiły tutaj, 

zaprawianiem i roladami zajmiemy się w domu, a wnętrzności trzeba wypłukać w morskiej 
wodzie. Przy ostatnim musicie się często zmieniać, żeby nie odmrozić palców. 
 

Kobiety i dzieci przytaknęły z powagą na twarzach. 

 

- Nie nakładajcie na dzieci zbyt ciężkiej pracy, ale dzielcie czynności sprawiedliwie. I 

jak powiedziałam, zmieniajcie się często i w równych odstępach czasu. 
 

Znowu skinęły głowami i zaczęły zdejmować wełniane rękawice i szale. 

 

- Kiedy zadzwoni dzwonek na posiłek, przyjdźcie do domu, to dostaniecie coś do 

jedzenia. Jak zwykle zapłacę wam pieniędzmi i mięsem. 
 

- Niech cię Bóg błogosławi – mruknęła któraś. 

 

Od mdłego zapachu mięsa i krwi Elizabeth zrobiło się niedobrze i musiała kilka razy 

przełknąć ślinę. 
 

- Przyjdę do was później – dodała i w pospiechu wyszła za drzwi. Zdążyła tylko 

skręcić za róg i zwymiotowała. Skurcze w żołądku długo nie ustępowały. Aż się spociła z 
wysiłku. Nabrała na rękę śniegu i przetarła twarz. 
 

- Źle się czujesz? – spytał Kristian z troską. Jego silna ręka, którą położył na jej 

ramieniu, dawała poczucie bezpieczeństwa. 
 

- Tak, zemdliło mnie. – Zamilkła, a potem znów spojrzała na męża. – Jestem w ciąży, 

Kristianie. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

90 

Rozdział 15 

 
 

 

Kristian wpatrywał się w nią w osłupieniu. 

 

- Jesteś pewna? 

 

- Tak. 

 

Właściwie aż do tej pory sama się tego nie domyślała. Nagle wszystkie szczegóły 

ułożyły się w jedną całość. Zrozumiała, dlaczego w ostatnim czasie nie najlepiej się czuła, nie 
miała ochoty na jedzenie, zwłaszcza rano, i skąd ta nagła irytacja, gdy coś się nie układało. 
Policzyła. Dwa miesiące temu miała ostatnie krwawienie. Nie przyszło jej do głowy, że może 
być w ciąży, po prostu sądziła, że jest zmęczona 
 

Uśmiechnęła się do niego promiennie, po czym rzekła: 

 

 

- Tak, Kristianie, jestem pewna! Dziecko urodzi się w czerwcu, tak samo jak Ane. 

 

Objął ją i mocno przytulił. 

 

- O Boże, jaki jestem szczęśliwy – wyznał stłumionym głosem. – Moja Elizabeth, 

moja najdroższa Elizabeth. Będziemy mieć jeszcze jedno dziecko, na które tak bardzo 
czekaliśmy. Nie mogę niemal uwierzyć, że to prawda. Chodź, powiemy o tym wszystkim! 
 

- Nie – powstrzymała go. – Poczekajmy, aż komornicy pójdą do domu, wtedy 

powiemy tylko najbliższym. Jeżeli i tym razem coś się nie uda, to nie chcę, żeby cała wieś o 
tym gadała. 
 

Popatrzył na nią i skinął głową. 

 

- Zgoda. A kiedy możemy to rozgłosić? 

 

- Któregoś dnia po nowym roku., kiedy popłyniesz na zimowe połowy. Obiecuję. Ale 

mieszkańcy w Heimly mogą się o tym dowiedzieć już na Boże Narodzenie. Uważam, ze 
inaczej byłoby nie w porządku. 
 

- Dobrze – Uścisnął ją jeszcze raz, a potem objął ramieniem i ruszyli do domu. 

 

W progu powitała ich Helene. 

 

- Widziałam, że się pogodziliście – zauważyła i uśmiechnęła się. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Tak… udało się. – Miała ochotę od razu przekazać przyjaciółce radosną nowinę, ale 

nie zdobyła się na to. Nagle uderzyła ją pewna myśl: jak Helene to przyjmie, ona, która tak 
gorąco sama pragnie mieć dziecko? Poczuła, że odrobina radości zniknęła. 
 

- Zamyśliłaś się – zauważyła Helene. 

 

Elizabeth natychmiast się uśmiechnęła. 

 

- Nie czuję się zbyt dobrze. dużo ludzi jest w kuchni? 

 

- Tak, zaraz będą robić rolady. 

 

- W takim razie pójdę na poddasze i tam znajdę sobie jakieś zajęcie. 

 

Udała się najpierw do tkalni i otworzyła stojącą tam skrzynię. Na samym dnie leżało 

trochę skrawków delikatnej bawełny, a w koszyku znalazła kilka kłębków cienkiej, białej 
jagnięcej wełny. 
 

Zabrała to wszystko do sypialni i schowała głęboko w szufladzie komody. Było 

jeszcze za wcześnie na szycie ubranek, ale nie mogła się oprzeć, żeby nie przygotować paru 
drobiazgów. Tym razem musi się udać. Musi! 
 

Najbardziej miałaby ochotę otworzyć okno sypialni i wykrzyczeć na cały świat, że 

będzie miała dziecko. Ale tymczasem pozostało jej czekać do popołudnia, gdy oznajmi o tym 
domownikom i służbie. 
 

W ciągu najbliższych godzin nie mogła znaleźć spokoju. Zebrała pranie ze strychu, 

poskładała je, niektóre rzeczy odłożyła do prasowania, na inne naszyła łaty, przejrzała srebra, 
przypominając sobie, że przed Wigilią trzeba je wyczyścić. 

background image

 

91 

 

Kiedy żony komorników przyszły na drugie śniadanie, Helene usmażyła naleśniki z 

krwią. Na sam zapach zrobiło się Elizabeth niedobrze. Ciemne, niemal czarne naleśniki, które 
zawsze tak bardzo lubiła, teraz budziły w niej wstręt. Ale napaliła się odrobinę kawy i zjadła 
kanapkę z syropem. 
 

- Coś nie ma pani apetytu, jak widzę – zauważyła matka Amandy. 

 

- Nie, nie czuję się zbyt dobrze – musiała przyznać Elizabeth. 

 

- To samo przejdzie – odezwała się inna z kobiet. – Moja starsza córka też jest chora. 

 

- Chyba będzie miała jeszcze jedno dziecko – wtrąciła kolejna i pozostałe roześmiały 

się. 
 

Elizabeth niespokojnie poruszyła się na krześle. Znała obie kobiety i wiedziała, że 

zwykle lubiły żartować, lecz teraz były niebezpiecznie blisko prawdy. 
 

- W takim razie mój stary też jest w ciąży – odparła pierwsza z nich. 

 

- Tak, niewykluczone, bo zachowuje się jak baba. Słyszałam, że siada, jak sika… 

 

- Muszę was poprosić o spokój przy stole – przerwał im Kristian i nagle zapadła cisza. 

 

Słychać było tylko odgłosy sztućców skrobiących o talerze, ciche pokasływanie  

chrząkanie, przerywane ożywionym paplaniem Signe. 
 

Kristian posłał Elizabeth czułe spojrzenie, puścił do niej oczko i uśmiechnął się, gdy 

myślał, że nikt  go nie widzi. Jednak Ane zauważyła to i zawstydziła się w ich iminiu. 
 

- Ech, starzy – mruknęła cicho do siebie. 

 
 
 

Dopiero późnym popołudniem pojawiła się okazja, by przekazać domownikom 

nowinę. Kristian wziął Elizabeth za rękę i uścisnął ją nad stołem. 
 

- Mamy wam do zakomunikowania pewną wiadomość – zaczął i wszyscy skupili się 

na nim swą uwagę. – Tak się złożyło, że Elizabeth spodziewa się dziecka. 
 

Ane odezwała się jako pierwsza. 

 

- Ojej, no to wreszcie będę starszą siostrą. Mam nadzieję, że to będzie dziewczynka, i 

Signe będzie miała koleżankę. Nie, to będzie jej siostra przyrodnia! – Roześmiała się 
zachwycona. – A jak brat, to będzie mógł ją uczyć wiosłować, jeździć konno i w ogóle. 
 

Elizabeth nie miała odwagi spojrzeć na Jensa. Solne nie będzie spokrewniona z tym 

dzieckiem. Tylko Ane i maleństwo, które nosi pod sercem, będą rodzeństwem przyrodnim z 
tej samej matki. 
 

Zerknęła na Helene. Przyjaciółka spuściła wzrok i bawiła się frędzlą obrusa, a na jej 

policzkach pojawiły się czerwone plamy. 
 

- Gratuluję wam obojgu – rzekła cicho. Potem jej twarz rozjaśniła się w szczerym 

uśmiechu. – Będę się modliła do Boga, żeby tym razem wszystko poszło dobrze. 
 

- Dziękuję, Helene – odparła Elizabeth wzruszona. – Też mamy taką nadzieję. – 

Popatrzyła na wszystkich po kolei. – Ale proszę, nie rozpowiadajcie we wsi, że jestem w 
ciąży. Na wszelki wolelibyśmy z tym poczekać do nowego roku. 
 

Maria im pogratulowała. Lars także. W końcu Jens wstał od stołu i po kolei uścisnął 

dłonie jej i Kristianowi, i powiedział trochę serdecznych słów. Jednak Elizabeth widziała 
dobrze jego oczy – ciemne i nieprzeniknione jak morze. 
 
 
 

Elizabeth westchnęła zadowolona i naciągnęła pierzynę na ramiona. 

 

- Jesteś najwspanialsza na świecie – mruknął Kristian. – Jesteś huldrą, która z 

biednego mężczyzny potrafi zrobić głupca. 
 

Zamknęła oczy. Powiedział, że się boi zrobić krzywdy dziecku, kiedy się do niego 

przytuliła. 

background image

 

92 

 

- Jest jeszcze tak wcześnie – odparła, pieszcząc jego płaski brzuch. Gładziła jego uda, 

przesuwając dłoń w dół, a potem znów do góry. Zatrzymała się przy pępku. Wtedy 
pocałowała go w szyję. 
 

- Jeżeli ty tak mówisz – rzekł zdławionym głosem i podciągnął się, aż znalazł się nad 

nią. Oboje ciężko oddychali, bo minęło dużo czasu od ostatniego razu. Dni były długie, 
wypełnione ciężką pracą, że zasypiali, ledwie przyłożyli głowę do poduszki. 
 

Był ostrożny, delikatnymi dłońmi objął jej piersi, całował i pieścił, aż błagała o 

więcej. Wiedział, co lubi Elizabeth. Przez chwilę obawiała się, że myśli tylko o niej, a nie o 
sobie, ale kiedy wszedł w nią, oboje doznali pełni rozkoszy. 
 

- Zostaniemy przy imionach Andres lub Rebekka, na które zdecydowaliśmy się 

ostatnio? – spytał. 
 

Elizabeth otworzyła oczy. 

 

- Nie, boję się, że to przyniesie pecha. 

 

- Jakie imiona nosiły twoje babcie? 

 

- Babcia ze strony mamy miała na imię Kentura, a ze strony taty, Kristen – odparła.

 

- W takim razie nazwiemy ją Kristien, jeżeli to będzie dziewczynka – zadecydował 

Kristain. 
 

- A jeśli urodzi się chłopiec? 

 

- Ojciec mojej matki miał na imię William. Słyszałem, że był miłym człowiekiem. 

 

- No to umawiamy się tak. Jeżeli będzie chłopiec, nazwiemy go Williamem, a jeśli 

dziewczynka, damy jej imię Kristen. 
 

No to maleństwo dostało już imię, pomyślała Elizabeth chwilę później, gdy Kristian 

zasnął za jej plecami. Oby tylko Bóg miał nad nimi litość i pozwolił jej donosić to dziecko. 
 

Tego wieczoru odciągnęła Helene na stronę i wyznała, że boi się porodu. 

 

- Przecież to już drugi raz, Elizabeth. Bez trudu chyba urodziłaś Ane? 

 

- Nie, wszystko dobrze poszło, ale bardzo bym chciała, żebyś przy tym była. 

 

- Bardzo chętnie. Oby, tylko umiała ci pomóc i dać ci wsparcie, którego będziesz 

potrzebowała. 
 

Elizabeth poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Uścisnęła rękę HElene. 

 

- Wiem, że będziesz umiała. 

 
 
 

Elizabeth siedziała w salonie i wycinała ozdoby na choinkę, gdy powoli otworzyły się 

drzwi. 
 

- Masz gościa – oznajmiła Ane, prowadząc Signe. – Patrz, jakie ma ładne włoski. 

 

- Ojej! Czy to Ane zawiązała ci tę śliczną jedwabną wstążkę? – roześmiała się 

Elizabeth i wyciągnęła ręce do Signe. – Przyjdziesz do mnie na kolanka? 
 

Signe podreptała do niej chwiejnym krokiem, ciekawa, co jest na stole. Elizabeth 

odsunęła nożyczki i pozwoliła małej pobawić się skrawkami papieru. 
 

- Tak bardzo się cieszę, że ty też niedługo będziesz miała maleńkie dziecko – 

westchnęła Ane i opadła na fotel. – Będę mogła opiekować się nim, nosić na rękach i… 
Zgodzisz się, bym została matką chrzestną? 
 

- Jesteś za młoda. 

 

- W takim razie kogo porosisz? 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Helene, to chyba oczywiste, i Larsa, ale muszę to najpierw przedyskutować z 

Kristianem. No i wiesz, że może się nie udać, i jeśli za bardzo będziemy się cieszyć, tym 
większy będzie smutek. 
 

Ane bębniła palcami w poręcz fotela. 

 

- Dziwnie będą te święta bez Liny. 

background image

 

93 

 

- Tak – przyznała krótko Elizabeth. Nie miała w tej chwili ochoty o tym rozmawiać. – 

Zastanowiłaś się, co być chciała ode mnie i Kristiana w prezencie pod choinkę? – zapytała i 
odebrała Signe kawałek papieru, który dziewczynka włożyła sobie do buzi. 
 

- Tak, ale nie powiem, co to takiego. 

 

Elizabeth roześmiała się. 

 

- W takim razie nie wiadomo, czy to dostaniesz. 

 

- Wiem, ale uważam, ze to nieładnie życzyć sobie czegoś szczególnego. Wtedy ten, 

kto daje mi prezent, może sobie pomyśleć, że jestem niezadowolona, gdy mi podaruje coś 
innego. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się ciepło do córki. 

 

- Mądrze to wymyśliłaś, Ane – rzekła z uznaniem i poprawiła wstążkę we włosach 

Solne. Włosy dziewczynki były jak włosy anioła, cienkie i gładkie. – Już całkiem przestaniesz 
chodzić na piątkowe spotkania? – spytała, zerkając na Ane. 
 

- Tak, to było głupie, przecież mówiłam. Ale niedługo przyjdzie tu do mnie parę 

dziewczyn i razem może gdzieś się wybierzemy. – Spuściła wzrok. - Od czasu do czasu 
zabawnie jest się trochę powygłupiać jak dzieci. Kiedy jest dużo śniegu… 
 

- Przyjdźcie potem do domu, to poczęstuje was kawą i ciastem. 

 

Ane się rozpromieniła. 

 

- Dziękuję, powiem im o tym. – Przez chwilę obie milczały, lecz potem Ane znowu 

się odezwała. – Mamo, mogłabyś mi opowiedzieć, w co ludzie kiedyś wierzyli? To takie miłe. 
 

Elizabeth wdychała przyjemny zapach dziecka, przysuwając twarz do główki Signe, i 

zamyśliła się. 
 

- Kiedyś wierzono… Tak, jeszcze teraz wielu w to wierzy, że noc trzynastego grudnia 

jest magiczna. Wtedy wychodzą wszystkie trolle i złe duchy, a ludzie musza się chronić, 
malując krzyże na drzwiach wejściowych. Robią te znaki węglem, krwią, dziegciem lub 
kredą. Krzyże chronią również przed szaleńczym orszakiem åsgårdsreia, który, jak ludzie 
gadaja, pojawia się w noc wigilijną. 
 

Ane zrobiła wielkie oczy. 

 

- Czy to prawda, że åsgårdsreia to przerażające upiory, które na końskich grzbietach 

mkną po niebie i porywają ludzi napotkanych na swoje drodze? 
 

- Tak, tak mówią. Ale powiadają też, że w noc wigilijną zwierzęta mówią ludzkim 

głosem. 
 

Ane się roześmiała. 

 

- Możesz to mówić komu innemu! – Nagle spoważniała. – Słyszałam, że jeśli nie 

pójdzie się spać w noc wigilijną i zajrzy do salonu, to można zobaczyć, kto w przyszłym roku 
umrze. 
 

Elizabeth przeszedł dreszcz. 

 

- Bzdury. Nie słuchaj takich głupot, Ane. Poproś lepiej mężczyzn i nastaw wodę z 

łowiskami. 
 

- Co to takiego? 

 

- Trzeba nalać wodę do miski, na obrzeży umieścić nazwy różnych łowisk. Tam, gdzie 

w ciągu zbierze się najwięcej pęcherzyków powietrza, w przyszłym roku będzie najwięcej 
ryb. To bardziej przydatna wróżba niż te bujdy o upiorach – prychnęła. 
 

- Wypróbuję to – obiecała Ane i uśmiechnęła się. – O, idą! – zawołała i wyciągnęła 

szyję, żeby wyjrzeć przez okno. – No, to wychodzę. 
 

Elizabeth obejrzała się przez ramię i zobaczyła dwie młode dziewczyny, które zbliżały 

się w stronę domu. 
 

- Pamiętaj, żeby zaprosić je potem na kawę i ciasto. 

 

- Nie zapomnę, ale nie jestem pewna, czy będą miały czas. 

background image

 

94 

 

I wyszła z salonu. Chwilę potem w korytarzu rozległy się dziewczęce głosy, trzasnęły 

drzwi i zrobiło się całkiem cicho. Dopiero wtedy Elizabeth zauważyła, że Signe zasnęła. 
Dziecko leżało ciężko na jej piersi, podciągnąwszy sobie skrawek sukni do policzka, niczym 
przytulankę. Dobrze było tak obejmować drobne, delikatne ciało. Elizabeth ogarnęły 
wspomnienia z czasów, kiedy Ane była taka mała. Przypomniała sobie wieczorne godziny w 
Dalen, kiedy siedziała z Ane na kolanach i śpiewała jej, dopóki córka nie zasnęła. Oczywiście 
przeżyła wtedy wiele trudnych chwil, głodna i zrozpaczona, ale teraz chciała pamiętać tylko 
drobne dni. Ach, gdyby mogła przeżyć je na nowo, tu w Dalsrud, z drugim dzieckiem, które 
nosiła pod sercem. 
 

- Nagle do salonu wszedł Jens, szurając nogami. 

 

- O, jak cicho – zauważył. – Zasnęła? 

 

- Tak, zdrzemnęła się na chwilę, biedactwo. 

 

- Biedactwo? – powtórzył ze śmiechem i usiadł. – Chyba nie musimy jej żałować? 

 

- Nie, ale jest taka maleńka. – Elizabeth przyłożyła policzek do główki dziecka i 

poczuła, jak miękkie włosy Signe łaskoczą jej skórę. 
 

- Pomyśl tylko – zagadnął. – W następne święta już dwoje maluchów będzie się 

cieszyło z prezentów i smakołyków. 
 

Elizabeth popatrzyła na niego. 

 

- Tak bardzo bym chciała, żeby Lina mogła przezywać to Boże Narodzenie razem z 

nami. W zeszłym roku Signe miała tylko dwa miesiące, ale teraz… 

 

Jens nagle spoważniał. 

 

- Tęsknie za Liną i wiele bym dał, żeby wróciła. Zastanawiam się, czy doktor się 

dowie, dlaczego nie mamy od niej żadnych wieści. 
 

- Nie chciałabym mu przy każdej okazji o tym przypominać, Jensie. 

 

- Ja też nie. Ale ta myśl nie daje mi spokoju. 

 

- Jeżeli tuż po świętach nie zjawi się z jakąś informacją, to znów z nim 

porozmawiamy. Co ty na to? 
 

Skinął głową. 

 

- Dobrze, w Boże Narodzenie powinniśmy dać mu spokój, ale potem… - Jens 

spróbował się uśmiechnąć, ale nie bardzo mu się to udało. 
 

- Na pewno jest jakieś wytłumaczenie – pocieszała. – Może listy dłużej idą albo 

posłaniec po prostu zapomniał ich zabrać. Ostatnio ma pewnie mnóstwo pracy. 
 

Powiedziała to z przekonaniem w głosie, ale w duchu nie była już tego taka pewna. 

 
 
 

W salonie pachniało kadzidłem, świeżo zaparzoną kawą, ciastem, słodyczami i 

świerkiem – wszystkimi zapachami Wigilii Bożego Narodzenia. 
 

Kristian zapalił wszystkie świeczki na choince i w płomykach ognia rozbłysły 

choinkowe ozdoby: figurki ze słomy, które miały przypominać o Dzieciątku Jezus w żłóbku, 
serca z czerwonego materiału, symbolizujące miłość Boga, koszyczki z łakociami, ciaka 
wiszące na jedwabnych czerwonych wstążkach, a na samym czubku – anioł. Albo pani, jak 
go nazwała Ane, kiedy była mała. We wszystkich świecznikach na stołach i na ścianach paliły 
się świece; oszczędzili najbielsze, najbardziej odpowiednie na ten wieczór. Wyłożono 
najładniejsze ciastka, bez śladów przypalenia i bez tych o dziwacznych kształtach bez śladów 
przypalenia i bez tych o dziwacznych kształtach. Kobiety dostały likier, a mężczyźni popijali 
koniak. Drobnymi łyczkami pili ostrożnie złocisty napój, czując, jak rozgrzewa gardło i 
żołądek. 
 

Poprzedniego wieczoru wszyscy wzięli kąpiel i położyli się spać w czystej, świeżo 

wykrochmalonej pościeli. Elizabeth poprosiła Marię, by pomogła jej ułożyć włosy, upięła je 
wysoko na wymyślną fryzurę, a po bokach przy uszach wypuściła długie korkociągi, na ten 

background image

 

95 

dzień trzymano również najlepsze ubrania, by elegancko wystrojeni  mogli zasiąść przy 
wigilijnym stole. 
 

Kristian delikatnie poklepał Elizabeth po ramieniu. 

 

- Zamyśliłaś się – zauważył. 

 

- Myślę o tym, jacy jesteśmy szczęśliwi i jak dobrze nam się ułożyło. 

 

- Zadbałaś też o to, by wszyscy ubodzy mieli piękne święta. 

 

Skinęła głową. Razem z Ane, Helene i Marią objechały całą wieś, rozdając biednym 

kosze z jedzeniem, ubrania, wełniane koce, świece łojowe i opał. Jeździły od domu do domu 
z pochodniami u sań i dzwonkami przy końskich uprzężach. Wszystkim życzyły spokojnych 
świąt i otrzymywały w zamian serdecznie podziękowania. Ubogie kobiety o pomarszczonych 
twarzach odzyskiwały blask w oczach, a dzieci klaskały w ręce i śmiały się zachwycone. 
 

- Tak bym chciała obdzielić więcej rodzin – wyznała z westchnieniem. 

 

- Moje przyjaciółki, które zaprosiłaś na kawę i ciasto, uważają, że jesteś miła – 

wtrąciła Ane. 
 

- Dziękuję, to ładnie z ich strony, ale one akurat nie są biedne, obie pochodzą z 

zamożnych domów. 
 

- Ale słyszały, co robisz dla biednych. One też spróbują pomóc. 

 

- To dobrze. – Elizabeth wstała i uratowała maleńkie paluszki Signe przed płomykami 

świec na choince. – Nie, be, gorące – powiedziała i skrzywiła się. 
 

- Be – powtórzyła Signe i podreptała do Jensa. 

 

- jest niezwykła jak na swój wiek – rzekła Elizabeth z dumą. – Mimo wszystko ma 

dopiero czternaście miesięcy. 
 

- Bo i jej ojciec jest przecież wyjątkowy – uśmiechnął się Jens i wziął córkę na kolana. 

 

- Myślę, że pora na prezenty, żeby położyć kres tym przechwałkom – uznał Kristian ze 

śmiechem. – Zaczęło mi się już robić niedobrze, jeśli mam być szczery. 
 

Elizabeth poczuła miłe łaskotanie w brzuchu, jak każdej Wigilii. Czy nigdy nie 

dorośnie? Co prawda święta są po to, by uczcić narodzenie Jezusa. Z drugiej strony Bóg nie 
ma chyba nic przeciwko temu, by w tych dniach dobrze zjedli, dostali prezenty i sprawili 
sobie trochę przyjemności. Chyba im tego nie żałował, pomyślała, skoro na co dzień tak 
harują i mają tyle powodów do narzekań. 
 

Wyprostowała się na krześle. 

 

- Signe zaczyna być śpiąca. Chyba rzeczywiście powinniśmy już rozdać prezenty. 

 

Wszyscy mieli coś dla Signe. To niezwykłe, ile podarunków takie maleństwo może 

przyjąć, pomyślała Elizabeth. Znalazły się tu małe robione na drutach skarpetki i rękawiczki 
od Helene i Larsa, jedwabne wstążki i koronki od Marii i Ane. Jens zrobił z drewna figurki 
zwierząt, piękne konie, krowy, owce i świnki. Signe wkładała wszystko do buzi, żeby 
zobaczyć, jak smakuje oraz żeby sprawdzić, co to takiego, a potem porozrzucała prezenty po 
całym salonie. 
 

Jens śmiał się w głos. 

 

- No, pięknie. Co za niewdzięczność za tyle godzin pracy, którą na to poświęciłem. 

 

- Mądra dziewczynka. Już teraz rozumie, co warto uszanować – stwierdziła Elizabeth i 

wręczyła Signe materiał na sukienkę, który jej kupiła. 
 

Mała włożyła materiał do buzi. Spróbowała go, po czym zaniosła do skrzyni na torf  i 

wyrzuciła. Elizabeth śmiała się najgłośniej ze wszystkich. 
 

Jens, Lars i Helene dostali przydatne rzeczy, takie jak skarpety i rękawice, środki d 

pielęgnacji ciała, a także mniej przydatne inne drobiazgi. Mydełka i grzebienie do włosów 
sprawiły im dużą przyjemność. Każde z nich dostało również parę nowych butów. 
 

Maria ucieszyła się z ksiązki. Powiedziała, że zacznie ją czytać jeszcze tego samego 

wieczoru. 

background image

 

96 

 

- A teraz nasza mała, dorosła Ane – wyrecytował Kristian z ręka na plecach. – 

Słyszeliśmy, ze jest coś szczególnego, co chciałabyś dostać, ale nie zdradziłaś co to takiego. 
prawda? 
 

Ane poważnie skinęła głową. 

 

- Cóż, skoro tego nie powiedziałaś, musieliśmy ci dać to – rzekł i podniósł w górę parę 

błyszczących łyżew. 
 

Ane podskoczyła i krzyknęła z radości. 

 

- Ojej, przecież właśnie o tym marzyłam! Dziękuję, dziękuję, bardzo dziękuję, po 

stokroć dziękuję! – mówiła bez zastanowienia, rzucając się do Elizabeth i Kristiana, żeby ich 
uściskać. 
 

- Prezent jest również od Jensa – dodał Kristian z uśmiechem, próbując się 

wyswobodzić z jej objęć. 
 

- Ach, tobie też dziękuję, tatusiu. – Uściskała go serdecznie. – Jesteście tacy mili, 

wszyscy razem! Wy też – dodała szybko, zwracając się do Helene i Larsa. – Będę bardzo 
dbać o ten notes, aż zostanę słaną pianistką, grywającą na przyjęciach. Pamiętasz, Kristianie, 
że tak powiedziałeś? 
 

Na stole znów pojawiły się butelki z koniakiem i likierem; napełniono kieliszki. 

Wszyscy wypili na zdrowie i życzyli sobie spokojnych świąt i szczęśliwego Nowego Roku. 
Helene przyniosła nowy półmisek ze świątecznymi ciastami i podgrzała kawę. Ane chciała 
wyjść na dwór i od razu wypróbować łyżwy, ale kazano jej poczekać do jutrzejszego 
popołudnia. Ci, którzy dostali buty, musieli przejść się w nich po salonie, tylko po to, żeby 
usłyszeć wspaniałe skrzypienie nowej skóry. Wszyscy troje mieli je włożyć następnego dnia 
do kościoła. 
 

Signe usłyszała jeszcze, jak Kristian czytał ewangelię na Boże Narodzenie, a potem 

zasnęła u Jensa na kolanach. W dłoni ściskała jedno z drewnianych zwierzątek, które tato dla 
niej wystrugał. 
 
 
 

Elizabeth uwielbiała owo cudowne uczucie, gdy kładła się spać w wigilijną noc. 

Brzuch miała wypełniony dobrym jedzeniem, włosy i ciało czyste, a myśli pełne dobrych 
zdarzeń. 
 

Ane udało się w końcu namówić mężczyzn, by nastawili „wodę na łowiska”. Śmiejąc 

się, ale i z powagą, ustawili na kuchennym blacie talerz z wodą. Nie mogli dojść do 
porozumienia, jak to zrobić. Ktoś uważał, że należy użyć talerza cynowego, ktoś inny mówił, 
żeby położyć na wierzchy chrupki chlebek, a ktoś jeszcze radził, żeby to wszystko przykryć 
ściereczką. W końcu się pogodzili i kiedy wychodzili z kuchni, na blacie stał cynowy talerz z 
wodą, przykryty zarówno chlebkiem, jak i ścierką. 
 

Elizabeth usłyszała niewielkie stukniecie w pokoju obok i domyśliła się, że to Maria 

upuściła książkę na podłogę. A więc czytała tak długo, aż zasnęła. Ane położyła notes i łyżwy 
na nocnym stoliku. Łyżwy są piękne, pomyślała Elizabeth, błyszczące, stalowe, ładnie 
wykręcone na przedłużeniu dużego palucha. Należało je przypiąć do butów miękkimi 
skórzanymi paskami. Teraz Ane będzie mogła chodzić na łyżwy razem z koleżankami. 
Nietrudno było się domyślić, że właśnie o takim prezencie marzyła. W oczywisty sposób 
kusiło ją, jak jeżdżą inni, jest przykre, nikt tego nie lubi. 
 

Elizabeth zwinęła się w kłębek i zamknęła oczy. Zza pleców słyszała równy oddech 

Kristiana, dobiegło ją również jedno uderzenie zegara na dole w salonie. Pewnie jest wpół do 
dwunastej, pomyślała. Wierciła się niespokojnie. Mimo że wstała bardzo wcześnie rano, nie 
mogła zasnąć. Znów otworzyła oczy, co takiego ją dręczy i odbiera jej sen? Ane… Ane i jej 
słowa. Powiedziała, że zgodnie z dawny, przesądem można w noc wigilijną zajrzeć do salonu 
i zobaczyć, kto w przyszłym roku umrze. 

background image

 

97 

 

Czy mogło być w tym trochę prawdy? Elizabeth wpatrywała się w ciemność sypialni. 

Gdyby wyznała komuś obcemu, ze miewa wizje, pewnie by jej nie uwierzył. Ani w to, ze 
potrafi powstrzymać krwotok. W końcu zdecydował się wyjść z łóżka. Na krześle leżały para 
wełnianych skarpet i kubrak. Włożyła jedno i drugie, wymknęła się cicho z pokoju i 
bezszelestnie zamknęła za sobą drzwi. 
 

- Dlaczego to robię? – zastanawiała się, gdy ostrożnie naciskała na klamkę drzwi do 

salonu i wsuwała głowę do środka. Poza ciężkim tykaniem dużego stojącego zegara było tu 
całkiem cicho.  Powinna zamknąć drzwi i wrócić na górę. Ale odniosła wrażenie, że stopy nie 
chcą jej słuchać. Wślizgnęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi. 
 

Warstwa chmur rozerwała się i wyjrzał zza nich księżyc, rzucając blade światło do 

salonu. Meble stały hak przedtem, pianola i choinka również. Ogień w piecu zgasł i w 
pomieszczeniu zaczęło się robić zimno. Zimniej niż zwykle. Powiało chłodem, który nie 
pochodził stąd… nie należał do świata żywych. Czyżby w kącie dostrzegła cień, postać, która 
się poruszyła? Nie, to musiało być tylko złudzenie. To tylko złudzenie. To tylko wyobraźnia 
płatała jej figla. 
 

Elizabeth zadrżała i już miała zawrócić, gdy nagle znieruchomiała. Nie… jednak coś 

widziała. Niczym wspomnienie, które przebiegło w jej myślach albo coś, co kiedyś 
opowiadała lub widziała. Po prostu wiedziała. Kiedyś tłumaczyła Jensowi, że to jest tak, jak 
gdyby ktoś szeptał jej do ucha. Może było tak również tym razem? 
 

- Nie – szepnęła ochryple. – Nie, tylko nie to! O, dobry Boże, dlaczego mi dałeś tę 

zdolność? Dlaczego nie możesz mi tego oszczędzić. 
 

Osunęła się na kolana i zacisnęła ręce wokół siebie. Po policzkach potoczyły się łzy. 

Dopiero kiedy zegar ponownie wybił pół godziny, podniosła się. 
 

Obolała i zmarznięta, powlokła się w górę po schodach. Leżąc pod ciepłą pierzyną, 

zdała sobie sprawę, że drży. Oby tylko jej się wydawało! Już raz się tak zdarzyło. Zapaliła się 
w niej nikła nadzieja. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

98 

Rozdział 16 

 
 

 

Elizabeth poderwała się z krzykiem. 

 

- Czego się tak przestraszyłaś? – spytał Kristian. – Spytałem tylko, czy już wstałaś. 

 

- Nie masz oczu? Stoję przecież na środku pokoju i ubieram się! 

 

- Au, widzę, ze w dodatku jesteś zła. 

 

Elizabeth przymknęła powieki i głęboko wciągnęła powietrze. 

 

- Przepraszam – rzekła pojednawczo i odwróciła się do męża. – Źle spala dzisiejszej 

nocy i jestem trochę rozdrażniona.   
 

- Wydaje mi się, że słyszałem, jak wstałaś. Co robiłaś tam na dole w środku nocy? 

 

Elizabeth zesztywniała i udała, ze mocuje się z guzikiem spódnicy. 

 

- Zeszłam do kuchni, żeby podgrzać trochę mleka. To zwykle pomaga. 

 

- Tak uważasz? Tak, tak. – Podłożył ręce pod głowę. – Nie mogłabyś na trochę wrócić 

do łóżka? Chyba jeszcze nie ma siódmej. 
 

- Zegar dopiero co wybił szóstą. 

 

- A widzisz. Jest za wcześnie, żeby wstawać. 

 

- Poleż jeszcze trochę, a ja zejdę na dół i napalę w piecu. 

 

Pochyliła się nad Kristianem i pocałowała go w usta, ale szybko cofnęła się, Kidy 

próbował ją wciągnąć do łóżka. 
 

Pogrążona we własnych myślach szła do kuchni, gdy nagle znów drgnęła 

przestraszona na widok czyjejś postaci siedzącej przy piecu. Położyła rękę na piersi, żeby 
uspokoić serce. 
 

- Wyglądasz, jakbyś zobaczyła upiora – rzekła Helene, kładąc czysta pieluszkę na gołą 

pupę Signe. 
 

Elizabeth odruchowo skinęła głową. 

 

- Bo pomyślałam coś w tym rodzaju. Kto by podejrzewał, ze was tu tak wcześnie 

zastanę. Czy Jens jeszcze śpi? 
 

- Nie, razem z Larsem poszli do obory. 

 

- To nie jest ich robota – zauważyła Elizabeth i ruszyła w stronę drzwi. 

 

- Zostaw ich. Mieli ochotę was zaskoczyć, a pyzatym zamierzają wydoić krowy! – 

Helene roześmiała się. – Przecież to babskie zajęcie. 
 

Elizabeth spojrzała na przyjaciółkę. 

 

- Jens zwykle pomagał mi, gdy mieszkaliśmy w Dalen. A kiedy Lina leżała chora, też 

zajmował się obrządkiem zwierząt. – Uśmiechnęła się krzywo. – Wprawdzie nie było tam 
wiele do roboty, ich kozy sprowadziliśmy tu na dół i zostaną u nas do wiosny. 
 

Helene przewinęła Signe i posadziła ją sobie na kolanach. 

 

- Wygląda na to, że coś cię dręczy – zauważyła zamyślona, przyglądając się Elizabeth 

badawczo. 
 

Elizabeth odwróciła się na wypadek, gdyby się zaczerwieniła. Nigdy w życiu nie 

przyzna się Kristianowi ani Helene, co się jej przydarzyło ostatniej nocy. Wystarczyło, że ona 
wiedziała. 
 

- Myślę o Linie. 

 

Signe chciała zejść na ziemię i Helene dała jej kilka zabawek, żeby mała pobawiła się 

na podłodze. 
 

- Muszę przyznać, że przez jakiś czas pragnęłam, by Lina w ogóle nie wróciła do 

domu – wyznała ze wstydem. – Tak, wiem, że to brzmi potwornie, ale ja naprawdę zbyt 
mocno wbiłam sobie do głowy, że Signe jest moim dzieckiem. – Zamilkła i zerknęła na 
Elizabeth, jak gdyby spodziewała się z jej strony jakiejś reakcji. 
 

- I co? 

background image

 

99 

 

- Doszło do kłótni między Larsem i mną. Pomógł mi zrozumieć, że tak się nigdy nie 

stanie, że Signe należy do Liny i Jensa. – Helene westchnęła. – Może z czasem oboje też 
doczekamy się dziecka. Jeśli tylko Bóg zechce. 
 

Elizabeth nie wiedziała, co powiedzieć. Dlaczego Bóg miałby odmówić Helene 

dziecka, skoro żony komorników wydają na świat więcej potomstwa, niż są w stanie 
wykarmić? To wydawało się tak niezrozumiałe, że czasami zastanawiała się, czy Bóg w ogóle 
istnieje albo czy przejmuje się takimi jak Helene. 
 

- Drogi Pana są niezbadane – mruknęła. 

 

Helene uśmiechnęła się z trudem. 

 

- Muszę się przyznać do czegoś jeszcze, Elizabeth. – Bywało, że i tobie zazdrościła,. 

Mogłoby się zdawać, że dostałaś wszystko. duże gospodarstwo, dobrego męża, dziecko, 
bogactwo… 
 

- Wszystkiego nie można kupić za pieniądze – przerwała jej Elizabeth. 

 

Helene wstała. 

 

- Wiem o tym. Nie zrozum mnie źle, Elizabeth. Wiem, że ty też masz swoje kłopoty. 

Wszyscy się z czymś zmagamy na swój sposób. Tak już ułożone jest życie i być może jest w 
tym jakiś zamysł, żebyśmy my, ludzie, się na tym nie rozumieli. 
 

Elizabeth skinęła głową. nie było tu nic do dodania. 

 
 
 

Siedzieli ciasno obok siebie w saniach i jechali do kościoła. Signe tak ciepło ubrano i 

opatulono baranicą, że widać było tylko jej mały, czerwony czubek nosa i niebieskie oczy.  
 

- Mam nadzieję, że wreszcie usiedzi spokojnie w kościele – odezwała się Maria. 

 

Ane zachichotała. 

 

- Byłoby weselej, gdyby się trochę ruszała. Przydałoby się nieco urozmaicenia w 

czasie nudnego kazania. 
 

- Nikomu nie zaszkodzi posłuchać słowa Bożego – zauważyła surowo Helene. 

 

Ane czym prędzej zmieniła temat rozmowy. 

 

- Wiecie, że bąbelki na talerzu z wodą skupiły się koło Storvaagen? Ach, gdyby tak na 

przykład wybrały Skraaven. 
 

- Hm, w takim razie musimy w tym roku tam popłynąć – rzekł Lars poważnie. 

 

- Wierzycie w coś takiego? – spytała Maria. 

 

- Naturalnie. Noc wigilijna jest magiczna. Wszystko się wtedy może zdarzyć. Zmarli 

wstają z grobów i… 
 

- Jesteśmy na miejscu – przerwała mu Elizabeth. Zimny dreszcz przebiegł jej po 

plecach na wspomnienie tego, co przeżyła poprzedniej nocy. Wierzyła z całej duszy, że się 
pomyliła, ale to, co ujrzała, mogło tylko oznaczać, że… Odegnała tę myśl. Musiało jej się 
przewidzieć. 
 

Signe zrobiła wielkie oczy na widok tłumy na kościelnym wzgórzu. Wielu z nich 

podchodziło do Jensa i podziwiało jego córeczkę. 
 

- Jest niczym lustrzane odbicie matki – stwierdził ktoś, natomiast ktoś inny 

powiedział, że Solne to cały ojciec. 
 

- Szkoda tylko, że matka nie może jej zobaczyć – rzekła żona lensmana. W spojrzeniu 

jasnoniebieskich oczu dziecka pojawiła się ciekawość, gdy wędrowało od żony lensmana do 
Jensa, jak gdyby mała nie wiedziała, co myśleć o tych słowach, ale czuła, że coś jest nie tak. 
 

Elizabeth trzymała się w pobliżu Jensa. potrafił sam się bronić, ale na wszelki 

wypadek stanęła obok. 
 

- Nie można mieć wszystkiego na tym świecie – odparł Jens i uśmiechnął się 

uprzejmie. 

background image

 

100 

 

- Tak, wiadomo. – Żona lensmana pokiwała głową, a jej policzki Az się zatrzasnęły. – 

Ale co to za matka, która wyjeżdża, zostawia swoje dziecko w ten sposób i tak długo nie 
wraca? 
 

- Niezupełnie rozumiem, co pani ma na myśli, mówiąc „w ten sposób” – rzekł Jens, 

nie przestając się uśmiechać. 
 

Kobieta zawahała się, widocznie szukała odpowiedniego wyjaśnienia. Skoro go nie 

znalazła, skinęła krótko głową i zniknęła. 
 

- Plotkara – syknęła Elizabeth z pogardą. 

 

- Nie przejmuj się nią – powiedział Jens spokojnie. 

Świat pełen jest takich, musimy do tego przywyknąć. Nawet żona lensmana może mieć 
kłopoty. 
 

Elizabeth przytaknęła i pomyślała o stosunkach, jakie łączyły żonę z poprzednim 

doktorem. 
 

- O wilku mowa – mruknęła Elizabeth. – Oto i Torstein, nasz nowy doktor. Spytamy o 

Linę? 
 

Jens nie od razu odpowiedział. 

 

- Nie wiem… Obiecał przecież, że nam powiem gdy tylko coś będzie wiedział… 

Możemy się wydać natrętni, nie uważasz? Wolałbym go niepokoić teraz w święta.  
 

Elizabeth prychnęła. 

 

- Niepokoić, też coś! To my żyjemy w niepokoju, skoro przez tyle czasu nie mamy 

żadnych wieści. 
 

Jens położył rękę na jej ramieniu. 

 

- Poczekaj przynajmniej, aż skończy rozmawiać z lensmanem. A gdzie się podział 

Kristian? 
 

Elizabeth rozejrzała się wkoło. 

 

- Był tu przed chwilą. Jest tam! Z innymi mężczyznami. Wygląda na to, że jest im 

wesoło. 
 

- Podziwiam go, że nie jest zazdrosny – zauważył Jens. 

 

- O co ci chodzi? – spytała Elizabeth, nie patrząc na niego. 

 

- Jestem mimo wszystko twoim byłym mężem i mieszkamy pod tym samym dachem. 

 

- Tak – rzekła tylko, bojąc się, że pozna po jej głosie, że nie wszystko jest tak, jak być 

powinno. Cieszyła się, że Jens nic nie wie o zazdrości Kristiana. 
 

- Zasługujesz na wszystko co najlepsze – dodał Jens. – I cieszę się, że dobrze ci się 

układa. 
 

- Doktor gdzieś zniknął. Widzisz go? 

 

- Nie. zresztą ludzie już wchodzą do kościoła. Poszukamy go po nabożeństwie. 

 
 
 

Nie minęło dużo czasu, a Signe zaczęło się nudzić i chciała stanąć na ławce. Elizabeth 

zabrała ją na stronę dla kobiet i razem z Helene miały się nią zająć. 
 

- Nie ma mowy! – syknęła Helene. 

 

- Niech sobie stanie – szepnęła Elizabeth. 

 

Signe uspokoiła się na moment, ale zaraz zainteresowały ją włosy kobiet siedzących w 

ławce z przodu. Ktoś parsknął śmiechem, ktoś inny zachichotał pod nosem, a Signe zaczęła 
krzyczeć wniebogłosy ze złości, kiedy Helene z powrotem posadziła ją sobie na kolanach. 
 

- Masz odezwała się Maria i wyciągnęła dłoń. – Brązowy cukier. Daj jej. 

 

- Może się udławić – odparła szeptem Helene, ale mimo to wzięła. 

 

- To tylko kawałeczek. 

 

Signe ucieszyła się od razu i zanim wszystkie drobinki  cukru rozpuściły się w jej 

buzi, zdrzemnęła się na kolanach Elizabeth. 

background image

 

101 

 

Odczuli prawdziwą ulgę, kiedy msza się skończyła i mogli wyjść na dziedziniec. 

Elizabeth, mokra na plecach od potu, z radością wyszła na mroźne zimowe powietrze, które 
przyjemnie chłodziło. 
 

- No, masz z powrotem tę swoją niemożliwą córkę – roześmiała się, podając Solne 

Jensowi. – O, tam jest Torstein – dodała. – Chodźmy z nim porozmawiać – rzekła i szybko 
pociągnęła Jensa za sobą.  
 

- Dzień dobry i wszystkiego najlepszego z okazji świąt – przywitali się, wyciągając 

dłonie. 
 

- I wzajemnie. Miło was tu wiedzieć. O, i mała przyjechała z wami. Zaraz… jak to się 

ona nazywa? 
 

- Signe – odparł Jens. 

 

- Śliczne imię ślicznego dziecka. I jaka podobna do matki, ach, racja, dostałem 

ostatnio list od ordynatora.  
 

Elizabeth mocniej zabiło serce. 

 

- Przepraszam, że wcześniej nie przekazałem wam informacji, ale miałem tyle pracy… 

 

- Rozumiemy to – rzekł krótko Jens. 

 

Torstein odchrząknął zakłopotany. 

 

- Tak, chodziło o to, że nie macie od niej wieści, mimo że wysyłaliście kilka listów. 

Ordynator twierdzi, że Lina nadal musi dużo wypoczywać, a listy z domów tylko by ją 
niepokoiły. 
 

- Niepokoiły? – powtórzył Jens. – Sądziłem raczej, że miło by jej było usłyszeć, co 

słychać u Signe i u nas wszystkich.  
 

Torstein uśmiechnął się. 

 

- Rozumiem, co masz na myśli, i całkowicie się z tym zgadzam. Podejrzewam, że ja 

też bym tak zareagował. Ale, jak wiesz, ona cierpi na cos poważniejszego niż sienne 
przygnębienie. 
 

Elizabeth również miała ochotę zaprotestować, ale nie wiedziała, co powiedzieć. 

Trstein widocznie to zauważył, ponieważ spojrzał na nią poważnie i rzekł: 
 

- Rozumiem, że się o nią martwicie, ale lekarz uważa, że stan Liny bardzo się 

poprawił. Nie popada już w taką melancholię jak kiedyś. Zobaczycie, że niedługo dostaniecie 
lit, i trzask – prask, znów będzie w domu. Cała i zdrowa, dokładnie taka jak kiedyś. 
 

Elizabeth siknęła głową. 

 

- Dziękuję, że się trudziłeś – rzekła pokornie. 

 

- Dziękuję – wyznał Jens i jeszcze raz podał doktorowi rękę. 

 

- To drobiazg – uśmiechnął się Torstein. – Jeżeli jeszcze będziecie czegoś 

potrzebowali, dajcie mi znać. Jestem tu, żeby pomagać, pamiętajcie o tym. To moja praca. 
 
 
 

- I co powiedział doktor? – dopytywali się czekający przy saniach. 

 

- Twierdzi, że Lina potrzebuje spokoju i nie może pisać ani otrzymywać listów – 

wyjaśnił Jens. 
 

Elizabeth poznała po jego głosie, jak bardzo był rozczarowany. 

 

- Słyszał kto takie bzdury! – prychnął Kristian. – Nigdy jeszcze nie słyszałem, że listy 

mogą komuś zaszkodzić, o ile na papierze są same miłe wiadomości. Gdy jestem na 
połowach, to nic nie może się równać z listem z domu. 
 

- Uważam tak samo – mruknął Jens. – Ale jeśli ordynator tak zadecyduje, to niewiele 

możemy na to poradzić.  
 

- Czy powiedział cos o tym, jak Lina się czuje? – spytała Ane. 

 

- Jens rozpromienił się. 

 

- Tak, mówił, że jej stan się poprawił. 

background image

 

102 

 

- A widzisz? – odezwała się Helene. – Możliwe, że uczeni mają rację. Jeśli Lina 

przeczyta nasze listy i dowie się, co u nas słychać to zacznie tęsknić za domem, będzie się 
smucić i denerwować. 
 

Elizabeth spojrzała na Helene. 

 

- To brzmi bardziej rozsądne, kiedy ty  tym mówisz, niż gdy wyjaśnił to Torstein. 

 

- To dlatego, że jestem najmądrzejsza na świecie – roześmiała się Helene i wsiadła do 

sań. 
 

Po krótkiej chwili Elizabeth zapomniała o nocnym koszmarze, rozmawiała i śmiała się 

przez całą drogę do domu. Wkrótce Lina na pewno na tyle wyzdrowieje, by mogła do nich 
wrócić. 
 
 
 

Drugiego dnia świąt przyjechali do Dalsrud z wizytą mieszkańcy Heimly. Mathilde i 

Sofie nie było, bo wybrały się w odwiedziny do krewnych w Storvika. 
 

- Nie daliśmy rady pojechać wczoraj do kościoła – rzekła Dorte. – Ludzie tyle się 

dopytują o Indianne, a ja nie wiem, co im powiedzieć. Niektórzy mają dość wstydu, by tylko 
zagadnąć nieśmiało, lecz inni nie poddają się, dopóki nie dowiedzą się wszystkiego. Muszą 
znać każdy najdrobniejszy szczegół. 
 

- Najgorzej przeżywa to mama – wyjaśniła Indianne. – Mu już nauczyliśmy się nie 

przejmować. 
 

- No to co robisz, gdy ludzie cię pytają? – chciała wiedzieć Maria. 

 

- Mam na tyle śmiałości, by odpowiedzieć, że to prywatna sprawa. Czy to nie brzmi 

wspaniale: „prywatna sprawa”? – Roześmiała się perliście. – Naprawdę skutkuje i ludzie nie 
dopytują się więcej. 
 

- Można by pomyśleć, że jesteś spokrewniona z Elizabeth – uznał Jens. – Ona jest 

dokładnie taka sama. 
 

Kristian odchrząknął i wstał. 

 

- Mam dla was pewną wiadomość. To znaczy, my mamy wiadomość. Może ty, 

Elizabeth, byś im powiedziała. 
 

Elizabeth nagle zrobiło się nieswojo. Gdy wszyscy równocześnie spojrzeli na nią z 

zaciekawieniem, poczuła się nieprzyjemnie. 
 

- Chodzi o to, że spodziewam się dziecka – powiedziała i spiekła raka. 

 

- Dorte i Indianne klasnęły w ręce i z miejsca jej pogratulowały. Mężczyźni zachowali 

się bardziej wstrzemięźliwie. Ale i oni gratulowali jej, żartując i śmiejąc się. 
 

- Dobrze, ze już wiesz, jak to się robi – zarechotał Jakob i klepnął Kristiana w plecy. – 

Nie jest źle. Może w Dalsrud pojawi się dziedzic. 
 

Kristiana wyraźnie rozpierała duma i przyjmował docinki z uśmiechem i poczuciem 

humoru. Kobiety chciały rozmawiać o szyciu i robieniu na drutach z mięciutkiej wełny 
ubranek dla dziecka, ale Elizabeth je powstrzymała. 
 

- Nie chciałabym jeszcze, żeby to się rozeszło – rzekła z powagą. Już się nie 

czerwieniła ani nie czuła nieswojo. – Nie wiemy przecież, czy wszystko pójdzie dobrze. 
Razem z Kristiane, postanowiliśmy, że poczekamy i powiemy o tym dopiero po nowym roku, 
kiedy mężczyźni będą wyruszać na zimowe połowy. 
 

Dorte skinęła głową. słyszała o kobietach, które straciły swe nienarodzone dzieci, a 

ludzie natychmiast zaczynali o tym gadać, nie rozumiejąc, co te kobiety przeżywają. 
 

Stopniowo rozmowa przeszła na inne tematy. Jens zadbał o to i Elizabeth spojrzała na 

niego z wdzięcznością. 
 

Kiedy Helene podniosła się, żeby zaparzyć więcej kawy, Elizabeth położyła rękę na 

jej ramieniu. 

background image

 

103 

 

- Posiedź sobie. Ja to zrobię. Dorte, pójdziesz ze mną? Tak dawno cię nie widziałam i 

chciałam pogadać. 
 

Kiedy były już same, spytała: 

 

- Czy Indianne naprawdę jest tak zadowolona, jak na to wygląda, czy tylko udaje? 

 

Dorte westchnęła i osunęła się na krzesło. 

 

- Bywa równie, raz lepiej, raz gorzej. Czasami w nocy słyszę, jak krzyczy przez sen, a 

następnego dnia wstaje z opuchniętymi i czerwonymi oczami. Wtedy najlepiej udawać, że 
niczego nie zauważamy. Kiedy indziej znów jest wesoła i dużo się uśmiecha, tak jak teraz. 
Tak bardzo się cieszyła, że tu przyjedzie. Naturalnie wszyscy się cieszyliśmy, a szczególnie, 
że znowu zobaczymy maleńką Signe. 
 

- A jak tam jej stopa? Boli ją. 

 

- Nie, wygląda dobrze, i nie wydaje mu się, by Indianne bardzo martwiło, że musi 

podpierać się laską. W każdym razie tak mówi, ale… - Dorte zawahała się, skubiąc niewielką 
rankę na palcu wskazującym. – Kto by chciał mieć żonę chodzącą o lasce? 
 

Elizabeth utkwiła w niej wzrok. 

 

- Przede wszystkim musisz się pozbyć takich myśli, Dorte. Jeżeli masz służyć 

Indianne wsparciem i pomocą, sama musisz mieć wiarę! Któregoś dnia pojawi się uczciwy i 
prawy mężczyzna, który pokocha ją za to, jaka jest: miła, dobrze wychowana i zaradna. 
 

Dorte siknęła głową.   

 

- Miejmy nadzieję. To musi być straszne zostać starą panną. 

 

- Nie myślmy już o tym – rzekła Elizabeth pogodniejszym tonem. – Patrz, zapomniała 

podać czekolady. – Podsunęła Dorte jasnoniebieską miseczkę. – Zanieś to, a ja przyjdę zaraz 
z kawą. 
 

Kiedy Dorte wyszła, Elizabeth zamyśliła się. ludzie z większymi skazami niż Indianne 

znajdowali sobie małżonków, więc niby dlaczego jej miałoby się nie udać? Nie, Dorte za 
bardzo się zamartwia, jak większość matek. Elizabeth pokręciła głową. w tej samej chwili 
rozległo się pukanie do drzwi. 
 

- Kto, u licha, to może być? O tak później porze? – mruknęła i poszła otworzyć. 

 

- Elizabeth, muszę z tobą pomówić! – wyjąkała Bergette. w jej oczach malowało się 

przerażenie. 
 

- Jak tu się dostałaś? – spytała Elizabeth i zerknęła ponad ramieniem Bergette na pusty 

dziedziniec. 
 

- Przyszłam. Nie miałam czasu osiodłać konia – wyjaśniła, z trudem łapiąc oddech. 

 

- Przyszłaś dziwiła się Elizabeth. – Musiałaś chyba biec bo jesteś całkiem wyczerpana, 

biedactwo. Mam nadzieję, że nic się nie stało Karen-Louise? 
 

Bergette pokręciła głową. 

 

- Muszę z tobą porozmawiać na osobności. 

 

- Chodź, usiądziemy w kuchni. Przyjechali do nas goście z Heimly, ale wszyscy są w 

salonie. – Elizabeth poprowadziła ją do kuchni i posadziła na krześle. – A więc nikt nie jest 
chory i nikt nie umarł? – upewniła się. 
 

- Nie. – Bergette zdjęła rękawiczki i zsunęła chustkę na tył głowy, i dopiero teraz 

Elizabeth zobaczyła,  że przyjaciółka płakała. 
 

- Powiedz, co się stało, Bergtte – zachęciła łagodnie i podsunęła sobie krzesło. 

 

- List – rozpłakała się. – Dostałam list od Sivgarda. 

 

- Co takiego pisze? 

 

- Sama przeczytaj! – Bergette wyjęła z kieszeni pomiętą kartkę. – On całkiem oszalał. 

 

- Nie jest chyba tak źle – powiedziała Elizabeth i zaczęła czytać. Przebiegła wzrokiem 

wzdłuż linijek. Nagle poczuła, że włosy jej się jeżą na karku i dostaje gęsiej skórki. 
 

- Boże – wymamrotał; podłoga zakołysała się pod jej stopami. To nie może być 

prawda. Chyba źle przeczytała…