background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

PODEJRZENIA 

 

SAGA CÓRKA MORZA XIV 

 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth  zakręciło  się  w  głowie.  Musiała  cofnąć  się  nieco,  bo  dopiero  po  chwili 

stanąć  na  pewnych  nogach.  Lina  spostrzegła  krew  na  swojej  ręce  i  zaczęła  krzyczeć. 
Rozpaczliwie  próbowała  zetrzeć  plamy  fartuchem,  patrząc  na  Elizabeth  szeroko  otartymi 
oczami. 
 

- Co się tu dzieje? – Helene wybiegła z kuchni i  na widok  Liny stanęła jak wryta. – 

Skaleczyłaś się? 
 

Przerażona  Ane  zaczęła  płakać,  ale  Elizabeth  już  odzyskała  równowagę.  Chwyciła 

Linę za ramię i spytała. 
 

- Co zrobiłaś? Gdzie Lavina? 

 

Lina  nie  odpowiedziała.  Wciąż  wycierała  zakrwawioną  dłoń,  bełkotała  coś 

niewyraźnie. 
 

-  Mario,  zabierz  Ane  na  poddasze  –  poleciła  Elizabeth.  Siostra  natychmiast  jej 

posłuchała, rozumiejąc, ze stało się coś złego. – A teraz mów, gdzie jest Lavina – stanowczo 
zażądała Elizabeth, biorąc Linę pod brodę. – Spójrz na mnie i powiedz, gdzie ona jest. 
 

-  Nad  brzegiem  –  załkała  Lina,  zamykając  oczy,  jakby  chciała  odegnać  jakiś 

prześladujący ją obraz. 
 

Elizabeth cofnęła rękę. 

 

- Helene, zajmij się Liną – rzuciła tylko i wybiegła. 

 

Już ze ścieżki, prowadzącej w stronę brzegu zauważyła Kristiana. Chciała zawołać go, 

powiedzieć  o  Lnie,  ale  słowa  zamarły  jej  na  ustach.  Kristian  schylił  się  nad  nieruchomym 
ciałem Laviny. Elizabeth zmrużyła oczy. Czy on grzebie w jej kieszeniach, czy tylko tak jej 
się  wydaje?  Nie  była  pewna…  Tymczasem  Kristian  się  wyprostował,  odgarnął  grzywkę 
dłonią  i  nerwowo  się  rozejrzał.  Potem  znów  przykucnął  i  wsunął  dłoń  do  kieszeni  Laviny, 
jakby czegoś szukał. 
 

Elizabeth  nie  pojmowała,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi.  Kristian  poczuł  chyba,  ze 

ktoś go obserwuje i stanął prosto. 
 

Elizabeth uniosła spódnicę i ruszyła w dół. Jedno spojrzenie na ciało leżącej kobiety 

potwierdziło jej obawy. Wolała jednak zapytać. Usłyszeć to z jego ust.  
 

- Ona nie żyje? 

 

- Tak. Jest martwa. 

 

Elizabeth opadła na kolana i odgarnęła jasne włosy z twarzy Laviny. Jej szaroniebieski 

oczy  patrzyły  pusto  w  niebo.  Elizabeth  zamknęła  je  delikatnie.  Włosy  i  szyja  kobiety  były 
zakrwawione, podobnie jak kamienie, na których spoczywała jej głowa. 
 

Elizabeth poczuła suchość w ustach, nie mogła zebrać myśli. Podniosła się chwiejnie 

i, odchrząknąwszy, powiedziała: 
 

- Musimy wezwać lensmana! 

 

- Czy o konieczne? 

 

Elizabeth spiorunowała męża wzrokiem, na co on spuścił oczy. 

 

- Pewnie poślizgnęła się na kamieniach… 

background image

 

2

 

-  Bądź  łaskaw  wydać  polecenie  Larsowi  –  przerwała  mu.  –  Tym  powinny  zająć  się 

władze. 
 

Kristian nic już nie dodał, choć kilkakrotnie otwierał usta. Wzruszył tylko ramionami i 

poszedł  pod  górę.  Elizabeth  patrzyła  za  nim  w  milczeniu.  Czego  on  szukał  w  kieszeniach 
Laviny? Bo miła pewność, że tak właśnie było. 
 

Od morza wiał lodowaty wiatr, Elizabeth dopiero teraz sobie uświadomiła, że nie ma 

na  sobie  żadnego  ciepłego  okrycia.  Palce  jej  już  zgrabiały  z  zimna,  wsunęła  je  więc  pod 
pachy.  Spojrzała  na  martwą  kobietę.  Czyżby  to  Lina  ją  zabiła?  Elizabeth  pokręciła  głową. 
Nie,  to  niemożliwe.  Słodka,  mała  Lina  nie  mogła  tego  zrobić.  Bo  i  dlaczego?  Co  prawda, 
Lavina  się  z  niej  naśmiewała,  ale  to  przecież  nie  powód.  Zresztą  kpiła  ze  wszystkich.  Poza 
tym  Lina  i  Lavina  prawie  się  nie  znały.  Elizabeth  nie  mogła  już  zapanować  nad  kłębiącymi 
się w jej głowie myślami. Po chwili wrócił Kristian. 
 

- Zamarzniesz tu, Elizabeth – powiedział. – Powinnaś pójść do domu i się ogrzać. 

 

Pokręciła głową. 

 

Jeśli  Lina  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego,  to  może…  może  Kristian  zabił  Lavinę? 

Elizabeth  widziała  przecież  jak  się  o  coś  kłócili.  Teraz  nie  mogła  zostawić  zmarłej  z 
Kristianem, bo on znów zacząłby przeszukiwać kieszenie kobiety. No i musi wyjaśnić, co się 
tu stało. 
 

- Nie jest mi zimno – zapewniła, starając się panować nad drżącym głosem. 

 

- Weź moją kurtkę. – Kristian zdjął okrycie i otulił nim żonę. 

 

Elizabeth    poczuła  wdzięczność  i  wstyd  jednocześnie.  Jak  może  posądzić  własnego 

męża o coś tak strasznego! Przecież gdyby był zdolny dokonać morderstwa, nie troszczyłby 
się teraz o nią… A może jedno drugiego nie wyklucza? 
 

-  Zamyśliłaś  się  –  stwierdził  Kristian,  przytulając  ją  i  głaszcząc  po  ramionach  i 

plecach, jakby chciał ją rozgrzać. 
 

Elizabeth spojrzała na męża. Czy to dziwne, że się zamyśliła? Przecież to na ich ziemi 

leży  martwa  kobieta.  Osoba,  którą  znali  i  która  najprawdopodobniej  została  zamordowana. 
Przez kogoś, kogo także znają. 
 

- Lina ją znalazła – powiedziała w końcu. 

 

I wtedy uzmysłowiła sobie, że jeśli rzeczywiście Lina znalazła Lavinę, to Kristian nie 

mógł  jej  zabić.  Czy  to  logiczne,  że  najpierw  zabiłby  Lavinę,  potem  pozwolił,  by  Lina  ją 
znalazła,  by  znowu  wrócić  do  ciała?  Elizabeth  niezauważalnie  pokręciła  głową.  to  się  nie 
układa w sensowną całość, zapewne musi być jakieś inne wyjaśnienie. 
 

- Biedna Lina, musiała przeżyć szok – rzekł powoli Kristian. 

 

- Była cała we krwi. 

 

Przyjął te słowa w milczeniu, choć najwyraźniej zrobiły na nim wrażenie. Czyżby też 

zaczął podejrzewać Linę? 
 

- Jesteś pewna, że nie chcesz wrócić do domu? – spytał ponownie. 

 

- Całkiem pewna. 

 

Elizabeth  poczuła  się  nieswojo.  Dlaczego  tak  mu  zależy,  żeby  poszła  do  domu? 

Czyżby chciał zostać sam, by móc przeszukać kieszenie? Szybko jednak odsunęła od siebie tę 
myśl. Kristian po prostu troszczy się o nią, nie chce, żeby zmarzła. 
 

Stali więc i czekali, szarpani podmuchami wiatru. 

Nie  mili  sobie  wiele  do  powiedzenia.  Elizabeth  straciła  poczucie  czasu  –  minęła  może 
godzina, może więcej, gdy wreszcie usłyszała czyjeś ciężkie kroki. To był lensman. Urzędnik 
siknął im obojgu głową i pochylił się nad zmarłą. Elizabeth odwróciła wzrok. Słyszała tylko, 
jak urzędnik mruczy coś do siebie. Po pewnym czasie mężczyzna się wyprostował. 
 

-  Możecie  ją  stąd  zabrać.  Może  na  razie  do  szopy  na  łodzie,  ale  zanim  ją  umyjecie, 

powinien ją zobaczyć doktor. 
 

- Dlaczego? – zdziwiła się Elizabeth. – Przecież ona nie żyje. 

background image

 

3

 

Lensman uśmiechnął się krzywo. 

 

- Doktor ustali, jak umarła. 

 

Elizabeth się na tym nie znała, ale słowa lensmana ją zaskoczyły. 

 

- Doktor jest w Danii i nikt nie wie, kiedy wróci. 

 

- Do pastora przyjechał jakiś lekarz z południa. Słyszałem, ze właśnie skończył studia. 

 

Gdy do grupki dołączył Lars, Elizabeth poleciła mu wezwać doktora. Poczuła na sobie 

badawcze  spojrzenie  lensmana  i  pomyślała,  że  musi  dziwnie  wyglądać  w  zbyt  obszernej 
kurtce Kristiana. 
 

- Uznaliśmy, że musimy zawiadomić władze – wyjaśniła Elizabeth parobkowi. – Nikt 

nie wie, co się tu stało. 
 

- Kto ją znalazł? – spytał lensman tonem tak obojętnym, jakby rozmawiali o pogodzie. 

Nie  była  to  prawda,  ale  na  razie  tyle  wystarczy.  Elizabeth  potrzebowała  czasu,  by  ułożyć 
sobie to wszystko w głowie. 
 
Rozdział 2 
 
 

Lensman i Kristian wnieśli ciało Laviny do szopy na łodzie i położyli je ostrożnie na 

kilku  jutowych  workach.  Lensman  powiedział,  że  zmarła  ma  tam  leżeć  do  czasu  przybycia 
lekarza.  Cofnął  się  parę  kroków,  przyglądając  się  Lavinie,  potem  przeniósł  wzrok  na 
Elizabeth. 
 

- Chciałbym porozmawiać z każdym z was w cztery oczy – powiedział. 

 

Elizabeth patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, nim wreszcie zrozumiała jego 

słowa. 
 

- Tak, oczywiście. Proszę pójść za mną, usiądziemy w salonie. 

 

W  milczeniu  ruszyli  w  stronę  domu.  W  drzwiach  czekała  na  nich  Maria.  Podała 

lensmanowi  rękę  i  dygnęła  na  nich  Maria.  Podała  lensmanowi  rękę  i  dygnęła  na  powitanie, 
potem rzuciła pytające spojrzenie siostrze. 
 

- Lavina nie żyje – wyjaśniła Elizabeth zwięźle. 

 

Poczuła się nagle taka przytłoczona. Tyle spraw trzeba było załatwić tyle myśli kłębiło 

jej się w głowie. Miała ochotę przysiąść gdzieś w spokoju chociaż na chwilę. 
 

- Gdzie jest Ane? – spytała. 

 

- W kuchni. Podam kawę i coś do przygryzienia – odparła Maria i znikła w drzwiach. 

 

- Zaprowadzę lensmana do salonu – rzekł Kristian. 

 

W drzwiach salonu lensman odwrócił się. 

 

-  Może  zaczniemy  od  ciebie?  –  spytał,  patrząc  na  Larsa,  który  zjawił  się  właśnie  z 

wieścią, że doktor będzie tu lada moment. 
 

Parobek  skinął  głową  i  poszedł  za  lensmanem.  Elizabeth  skierowała  się  do  kuchni. 

Maria nastawiła już kawę, teraz układała placki i kanapki na talerzu. 
 

-  Wyjmij  porcelanowe  filiżanki  –  poleciła  Elizabeth,  jakby  siostra  sama  na  to  nie 

wpadła. 
 

Ane  siedziała  na  skrzynce  z  torfem,  z  kolanami  podciągniętymi  pod  brodę.  Nogi 

oplotła chudymi ramionami. Elizabeth podeszła do córki i pogłaskała ją po głowie. 
 

- Już wszystko dobrze? 

 

Ane skinęła głowa i przygryzła dolną wargę. 

 

- Dlaczego Lavina umarła? – spytała po chwili. 

 

-  Nie  wiem  –  odpadła  Elizabeth  szczerze,  lecz  zaraz  dodała:  -  Poślizgnęła  się  na 

mokrym kamieniu i rozbiła sobie głowę. 
 

Może  było  całkiem  inaczej,  pomyślała,  ale  na  razie  nie  znajdowała  lepszego 

wyjaśnienia. 

background image

 

4

 

-  Biedna!  –  Ane  zamyśliła  się  na  moment,  ale  po  chwili  spytała.  –  A  dlaczego  Lina 

była taka przerażona?  
 

Dopiero teraz Elizabeth przypomniała sobie o służącej. 

 

- Gdzie są Lina i Helene? – spytała siostrę. 

 

- W alkierzu. 

 

Elizabeth usłyszała przyciszone głosy za drzwiami bo bocznego pomieszczenia. 

 

- To Lina znalazła Lavinę – wyjaśniła córce. 

 

- A dlaczego miała na sobie krew? 

 

- Usiądź przy stole, Ane, dostaniesz kawy z mlekiem – zaproponowała Elizabeth. 

 

Maria ustawiła tymczasem filiżanki i talerzyki na tacy. 

 

- Zaniosę to do salonu o oznajmiła. 

 

W  tej  samej  chwili  do  kuchni  wszedł  Lars.  Opadł  ciężko  na  krzesło  i  oparł  się 

ramionami o stół. 
 

- Szybko poszło – zauważyła Elizabeth. 

 

- Nie miałem wiele do powodzenia. – Lars spojrzał nieobecnym wzrokiem w okno. – 

Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. 
 

Ane piła mleko z kawą. Niektórzy twierdzili, że taki napój może hamować wzrost, ale 

Elizabeth  w  to  nie  wierzyła.  Wręcz  przeciwnie,  uważała,  że  kawa  działa  wzmacniająco. 
Człowiek odzyskuje jasność umysłu,  gdy tylko napije się mocniej kawy,  więc ten napój nie 
może być szkodliwy ani dla dorosłych, ani dla dzieci. 
 

- Teraz jest tam Kristian – dodał Lars. 

 

Elizabeth  podniosła  się  i  nalała  kawy  dla  parobka  i  dla  siebie.  Do  kuchni  weszła 

Maria. W milczeniu odstawiła pustą tacę i zaczęła sprzątać ze stołu. Elizabeth domyśliła się, 
ż

e siostra chce po prostu zająć czymś ręce. 

 

- Ty też nie masz nic do powiedzenia lensmanowi? – spytał Lars. 

 

Maria uznała, że pytanie jest skierowane do niej. 

 

- Nie. byłam z Ane na poddaszu. 

 

Elizabeth  poczuła  rosnący  niepokój.  O  co  lensman  ja  spyta  i  co  powinna  mu 

odpowiedzieć? 
 

Drzwi się otworzyły i z alkowy wyszła Helene. 

 

- Nic nie mogę z niej wydobyć. Może ty spróbujesz, Elizabeth? 

 

W tej samej chwili w drzwiach pojawił się Kristian. 

 

- Lensman chce porozmawiać z Liną. I prosi, żebyśmy się nie porozumiewali, doki on 

nie spotka się ze wszystkimi. 
 

Razem  z  Liną  do  salonu  poszła  Helene.  Liza  zmyła  już  krew  z  rak  i  twarzy,  ale 

brunatne plamy świadczyły o tym, że zaszło coś dramatycznego. 
 

W  kuchni  zapadła  cisza  przerywana  tylko  trzaskiem  ognia  w  piecu.  Kilka  gałązek 

chrustu  wystrzeliło  w  górę  fontanną  iskier.  Elizabeth  spojrzała  w  okno  i  dostrzegła  na 
podwórzu kota. Nagle wydało jej się, że to Mruczek, kot, który zdechł w Heimly. Ciarki jej 
przeszły  po  plecach.  Lepiej  nie  siedzieć  bezczynnie,  wtedy  przychodzą  głupie  myśli  i 
człowiek  się  denerwuje.  Wyjęła  robótkę  na  drutach.  Starała  się  na  niej  skupić,  ale  ciągle 
gubiła oczka. W końcu się poddała i odłożyła druty. 
 

Lars chrząknął, wypił resztę kawy i odstawił kubek. Nikt nic nie mówił. 

 

Czas się wszystkim dłużył, gdy tak czekali, póki wreszcie Lina i Helene nie wyszły z 

salonu. 
 

-  Mamy  to  z  głowy  –  rzuciła  Helene.  –  Powiedziałyśmy  wszystko,  co  wiemy.  Teraz 

Lina musi odpocząć – dodała i obie skierowały się do alkowy. 
 

- Nadeszła moja kolek – oznajmiła Elizabeth. Podniosła się i przeczesała włosy lekko 

drżącą dłonią. 

background image

 

5

 

Lensman siedział w fotelu. Na stole przed nim leżał notatnik odwrócony grzbietem do 

góry. Urzędnik poprosił, by Elizabeth zajęła miejsce. 
 

Starała  się  zachować  spokój,  nie  wiedziała  jednak,  czy  jej  się  to  uda.  Usiadła  na 

własnych dłoniach, by lensman nie widział, jak drżą. Gdyby to spostrzegł, mógłby pomyśleć, 
ż

e Elizabeth kłamie albo się czegoś obawia. 

 

-  To  zaczynamy  –  mruknął  lensman,  zaglądając  do  swojego  notesu.  Spojrzał 

badawczo  na  Elizabeth.  –  Rozumiem,  że  była  pani  przy  swoim,  jak  Lina  przyniosła 
wiadomość o Lavinie. 
 

Dobrze, że tak to ujął, pomyślała i wzięła głęboki wdech. 

 

- Siedziała, wtedy w salonie. 

 

- Co pani tam robiła? 

 

Elizabeth spojrzała na niego. Nie mogła się przyznać, że  chciała zostać sama po tym, 

jak  ujrzała  Kristiana  z  Laviną.  Urzędnik  zacząłby  się  zastanawiać,  o  czym  tych  dwoje 
rozmawiało i dlaczego tak się z tym ukrywali. 
 

-  Bolała  mnie  głowa  –  powiedziała,  przypominając  sobie,  że  w  ten  sam  sposób 

wytłumaczyła się przed Marią.. 
 

Lensman pokiwał głowa. 

 

- I usłyszała pani krzyk Liny? 

 

- Tak. 

 

- Skąd mogła pani wiedzieć, że to ona krzyczy? 

Przecież ona była w sieni, a pani w salonie. 
 

- Poznałam po głosie. 

 

To w każdym razie prawda, pomyślała i od razu lepiej się  poczuła. 

 

Lensman coś zapisał. Elizabeth zerknęła w stronę notesu, ale nic nie zdołała dojrzeć. 

Poruszyła  się  niespokojnie.  Nie  podobało  jej  się,  że  zapisuje  jej  słowa.  Czy  będzie  umiała 
dokładnie  jej  powtórzyć,  gdy  lensman  tego  zażąda?  A  może  powie  coś  innego  i  lensmana 
zacznie ją podejrzewać o kłamstwo? 
 

- Ma pani dobry słuch – przyznał z przekąsem. – Słysząc hałas, wyszła pani z salonu i 

dowiedziała się, że Lavina leży nad brzegiem – dodał. 
 

- Nie. lina nie potrafiła się wysłowić. Krzyczała tylko, że coś się stało z Laviną. Albo 

może tylko wymieniła jej imię… nie pamiętam dokładnie. 
 

Dobrze, że tak to ujęła. Lensman nie będzie mógł się przyczepić, jeśli potem usłyszy 

od niej coś innego. 
 

Urzędnik spojrzał na nią pytająco, więc mówiła dalej: 

 

-  Wtedy  zauważyłam,  że  Lina  jest  zakrwawiona  i  wyszła  z  domu,  by  pobiec  na 

wybrzeże. 
 

- Dlaczego? Wiedziała pani, że Lavina tam leży. 

 

Elizabeth się zawahała. 

 

- Nie. Sama nie wiem… Chyba Lina to mówiła. Potem zobaczyła, ich z podwórza. Ze 

ś

cieżki prowadzącej na brzeg, 

 

- Ich? Kogo? 

 

-  Kristiana  i  Lavinę.  –  Elizabeth  poczuła,  że  oblewa  ją  pot.  Zwilżyła  językiem 

wyschnięte wargi. – Kristian sprawdzał. Czy Lavina żyje. 
 

- W jaki sposób? 

 

- Nachylił się i słuchał, czy oddycha. Tak to wyglądało. 

 

- Nie jest pani pewna? 

 

- Patrzyłam z daleka. Ale tak, jestem pewna. Kristian o tym nie wspomniał? 

 

Lensman w milczeniu zapisał coś w notesie. 

 

- Gdzie pani była, zanim rozbolała ją głowa? 

 

- Byłam… na dworze. 

background image

 

6

 

Zastanawiała się intensywnie. Musiała się do tego, przyznać, bo przecież ktoś mógł ją 

widzieć. Tak, natknęła się wszak na Marię, gdy weszła do domu. Może ktoś dostrzegł ją przez 
okno, albo zauważył, że była za oborą? 
 

- Poszłam za potrzebą – dodała pośpiesznie. 

 

- I to wszystko? 

 

- Dlaczego lensman mnie tak szczegółowo wypytuje? Czy jestem o coś podejrzana? – 

spytała, czując, że głos jej lekko drży. 
 

Uśmiechnął się pod wąsem, ale szybko powiedział. 

 

- Proszę tylko odpowiadać na pytania. 

 

-  Tak.  Chyba  przeszła  się  po  podwórzu,  żeby  sprawdzić,  czy  wszystko  jest  w 

porządku. Często to robię. To dobre przyzwyczajenie. 
 

Lensman pokiwał głową, jakby spodobały mu się jej słowa. Przypuszczalnie lensman 

ma podobny zwyczaj. 
 

- I nie zauważyła pani nic podejrzanego? 

 

- Nie, nic – powiedziała stanowczo. 

 

- W porządku. Może pani już iść. 

 

- Elizabeth podniosła się, chrząknęła i spytała: 

 

- Lensman nie sądzi chyba, że ktoś zabił Lavinę? 

 

- Ja nie mogę nic sądzić. Ja musze wiedzieć. 

 

Elizabeth zdobyła się na odwagę: 

 

- Mogę zapytać, jak się rozwija sprawa Mikkela? 

Udało się coś ustalić. 
 

Rysy jego twarzy się ściągnęły. Lensman spoważniał.  

 

- Sprawa została zawieszona. 

 

 

Rozdział 3 
 
 

Elizabeth  stała  w  oknie  salonu  i  patrzyła  w  stronę  szopy  na  łodzie,  w  której  leżała 

zmarła. Miała nadzieję, że wkrótce zjawi się doktor, potem można będzie zabrać ciało Laviny 
do domu i umyć je. 
 

Niedawno  zaczęło  padać.  Teraz  po  szybach  spływały  już  strugi  wody.  Jak  łzy, 

pomyślała  Elizabeth.  Przypomniała  sobie,  co  mówiły  z  koleżankami  w  czasach  szkolnych: 
gdy  pada  deszcz,  anioły  opłakują  czyjąś  śmierć.  Gdybym  wciąż  mogła  w  to  wierzyć, 
pomyślała ze smutkiem. Drzwi się otworzyły i Elizabeth od razu wiedziała, że to Kristian. 
 

- Na co patrzysz? – spytał trochę niepewnym głosem. 

 

- Na nic. 

 

Kristian  zaczął  krążyć  po  pokoju.  Elizabeth  słyszała  jego  westchnienia. 

Prawdopodobnie chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. 
 

- Co cię dręczy? – spytała, obracając się ku niemu. 

 

Przystanął, patrzył przez nią przez kilka sekund i spuścił wzrok. Założył ręce za plecy 

i zapytał: 
 

- Co powiedziałaś lensmanowi? 

 

Wzruszyła ramionami. 

 

- Tylko to, co wiem. 

 

- To znaczy co? 

 

- Że Lina weszła do domu i powiedziała, że Lavina leży nad brzegiem. 

 

- I co jeszcze? 

 

- Nic więcej. 

 

Serce biło jej mocno w piersi, czuła się nieswojo. 

Obawiała się, że Kristian zauważy jej niepokój. Znał ją przecież dobrze. 

background image

 

7

 

- Musiałaś powiedzieć coś jeszcze, siedziałaś tam tak długo. 

 

- Nie miałam nic więcej do dodania. – Starała się mówić obojętnym tonem, ale od razu 

się  zorientowała,  że  mąż  jej  nie  uwierzył.  Rozłożyła  więc  ramiona  w  geście  bezradności.  – 
Lavina nie żyje, Kristian. może zdarzyło się tu przestępstwo. Powiedziałam mu wszystko. 
 

- To znaczy co? 

 

- Że Lina wpadła do domu rozhisteryzowana i zakrwawiona. – Przerwała na chwilę. – 

Pewnie  dotknęła  Laviny  i  w  ten  sposób  się  poplamiła.  –  W  tej  samej  chwili  uzmysłowiła 
siebie,  że  tak  właśnie  mogło  to  wyglądać.  Na  ciele  Laviny  i  na  kamieniach  było  mnóstwo 
krwi.  Lina  musiała  potrząsnąć  leżącą,  może  uniosła  jej  głowę,  zanim  zrozumiała,  że  trzeba 
zawołać kogoś na pomoc. 
 

-  Możliwe  –  zgodził  się  Kristian.  –  To  byłoby  całkiem  naturalne.  –  Spojrzał  na  nią 

badawczo. – Nie podejrzewasz chyba, że Lina… 
 

Elizabeth się roześmiała. 

 

- Nie, skądże! – Obróciła się znów do okna. Lina nie była morderczynią, pomyślała, to 

nie ona zabiła Lavinę. To ktoś inny. Tylko kto? Chyba że był to wypadek… 
 

Nie  ma  jednak  wątpliwości,  że  właśnie  Lina  znalazła  Lavinę.  No  i  to  Lavina 

wyśmiewała się z jej planów co do zamążpójścia, potem zapowiedziała Linie, że jeszcze tutaj 
wróci i wówczas prawda wyjdzie na jaw. Co Lavina miała na myśli? Czy te dwie kobiety o 
coś się pokłóciły? Czy Lina wymknęła się potajemnie za Liną? I o jakiej „prawdzie” mówiła 
Lavina, dlaczego Lina miałaby być tym zainteresowana? 
 

Kristian zerknął w okno i rzekł. 

 

- Nadchodzi doktor. Wyjdę i porozmawiam z nim.  

Zostań w domu, rozpadało się na dobre. 
 

Elizabeth  skinęła  głową,  rada,  że  nie  będzie  musiała  iść  do  szopy  na  łodzie.  Stała 

jednak  w  oknie  i  przyglądała  się  mężczyznom.  Kristian  podał  rękę  lekarzowi.  Postawny 
mężczyzna z tego nowego doktora, pomyślała Elizabeth. Widać to z daleka mimo padającego 
deszczu. Bardzo młody, ale przecież lensman mówił, że przyjechał tu prosto po studiach. 
 

Mężczyźni ruszyli w stronę szopy na łodzie. Elizabeth westchnęła i poszła do kuchni, 

ż

eby się czymś zając. 

 

- Pomóc ci w czymś? – spytała ją Helene. 

 

- Nie, dziękuję, nie trzeba. Co z Liną? 

 

Lars i Kristian wnieśli ciało Laviny do domu. 

 

-  Musisz  popłynąć  na  Wyspę  Topielca,  żeby  zawiadomić  Niasa  Wędrowca  – 

powiedziała Elizabeth do Kristiana. –Weź ze sobą Larsa. 
 

- Poślę samego Larsa, a ja zajmę się przygotowaniem trumny. 

 

Elizabeth  pokiwała  głową  i  usłyszała,  jak  się  zamykają  drzwi.  Spojrzała  na  zmarłą. 

Lavina  pozostała  piękna  nawet  teraz.  Usta  miała  pełne,  wargi  rozchylone,  jakby  uśmiechała 
się lekko. Nie zdążyła się przestraszyć? Nie wiedziała, co ją spotka? 
 

Elizabeth poczuła wielki żal. Lavina była za młoda, żeby umierać. Pogłaskała kobietę 

po  twarzy,  ale  szybko  cofnęła  dłoń,  czując  chłód  skóry.  Potem  przykryła  ciało  pledem  i 
wyszła. 
 

Doktor  czekał  w  salonie.  Na  widok  Elizabeth  podniósł  się  natychmiast,  ukłonił  się  i 

wyciągnął rękę. 
 

- Torstein Jonsen. 

 

- Elizabeth Dalsrud. 

 

Uśmiechnął  się,  nie  odsłaniając  zębów,  ale  odgadła,  że  muszą  być  ładne.  Ciemne 

włosy miał mokre od deszczu. A spojrzenie łagodne. 
 

- Obejrzałem ciało zmarłej – oznajmił. – Sądzę, że się przewróciła i uderzyła głową o 

kamienie. 

background image

 

8

 

Elizabeth  pokiwała  głową.  miała  ochotę  zapytać,  skąd  taka  pewność,  ale  się 

powstrzymała. Wolała uniknąć dyskusji, nie chciała by doktor powiedział lensmanowi coś, co 
kazałoby urzędnikowi tu wrócić i od nowa zadawać im pytania. 
 

- Napije się pan kawy? – spytała. 

 

- Nie, dziękuję. Śpieszę się. – Skinął głową, uśmiechnął się i sięgnął po swoją trobę. 

 

Elizabeth odprowadziła go do drzwi. 

 

- Mogę już umyć Lavinę? 

 

Spojrzał na nią pytająco. 

 

- Zmarłą – wyjaśniła. 

 

- Tak, jak najbardziej. 

 

- Poproszę Kristiana, żeby zawiózł pana do domu. 

 

-  Nie  trzeba.  Pojadę  z  lensmanem,  zdaje  się,  że  jeszcze  tu  jest.  Do  widzenia,  pani 

Dalsrud. 
 
 

Trudno  było  zdjąć  ubranie  z  ciała  Laviny,  Elizabeth  musiała  naciąć  niektóre  rzeczy. 

Suknia  zresztą  i  tak  była  poplamiona  krwią,  morską  wodą  i  piaskiem.  Elizabeth  najpierw 
delikatnie umyła zmarła, potem zajęła się jej włosami. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że 
nie ma dla niej ubrania. Powinna poprosić Larsa, żeby coś przywiózł z wyspy, ale było już za 
późno, bo Lars wyjechał. 
 

Przyjrzała się zmarłej uważnie. Lavina z figury była bardziej podobna do Helene niż 

do niej. Ale Helene nie miała aż tak wielu ubrań, by ich się w ten sposób pozbywać. Trzeba 
będzie ubrać Lavinę w jakąś koszulę nocną, taki strój powinien być wystarczający obszerny. 
Pomyślała  o  jeden  ze  swych  najpiękniejszych  koszul  ze  stójką  i  szerokimi  koronkami  przy 
rękawach i dekolcie. Lavina zasłużyła sobie na piękny strój przynajmniej po śmierci; za życia 
nie miała ich za wiele. 
 

Elizabeth  przyniosła  koszulę  i  założyła  ją  zmarłej  przez  głowę.  Włosy  splotła  jej  w 

gruby  warkocz  i  przewiązała  białą  wstążką.  Potem  złożyła  Lavinie  dłonie.  Teraz  zmarła 
wyglądała tak, jakby spała spokojnie i miała dobre sny. 
 

Elizabeth  przyklękła  i  odmówiła  Ojcze  nasz.  Cicho,  bo  Bóg  przecież  i  tak  wszystko 

słyszy. Tego była pewna. Potem jeszcze raz poprawiła fałdy koszuli i uznała, że wszystko jest 
w  porządku.  Zanim  przeniosą  Lavinę  do  trumny,  zdąży  jeszcze  znaleźć  psałterz  albo 
katechizm, żeby włożyć go zmarłej w dłonie. 
 

Usłyszała kroki Kristiana w korytarzu i otworzyła drzwi. 

 

- Trumna gotowa? – spytała. 

 

- Prawie. Znalazłem odpowiednie drewno. Muszę ją tylko wypolerować. – Chrząknął. 

– Słyszałem, że, zdaniem doktora, Lavina poślizgnęła się i uderzyła głową o kamienie. 
 

Elizabeth tylko skinęła głową. 

 

- Jesteś głodny? 

 

- Nie. 

 

- Zaparzę kawę. To nam dobrze zrobi. 

 

 Świetny pomysł. 

 

Byli  sami  w  kuchni.  Słuzba  wróciła  do  pracy,  Maria  i  Ane  zajmowały  się  swoimi 

sprawami. Życie musi toczyć się dalej. Zwierzęta trzeba obrządzić, jedzenie przygotować, nie 
brak innych pilnych zajęć. Elizabeth zdjęła imbryk z płyty, nalała kawy do dwóch kubków i 
jeden podała Kristianowi. Potem wyjęła cukiernicę. 
 

Kristian długo żuł kawałek cukru, spoglądając w okno. Cisza służyła im obojgu. Jak to 

dobrze,  że  możemy  tak  posiedzieć,  nic  nie  mówiąc,  pomyślała  Elizabeth.  Przesłuchanie 
bardzo  wszystkich  zmęczyło.    Wprawdzie  lensman  nie  powiedział,  że  podejrzewa  kogoś  z 
domowników,  lecz  to  żadna  przyjemność  opowiadać  na  jego  pytania.  Co  się  robiło,  co 
mówiło. Jak to wszystko spamiętać. 

background image

 

9

 

- Dziwne, że życie może być tak krótkie – mówiła Elizabeth w zadumie. – Nagle jest 

po  wszystkim.  Kiedy  człowiek  najmniej  się  tego  spodziewa.  Wydaje  nam  się,  że  dożyjemy 
starości, ale nie zawsze tak jest. 
 

Kristian  milczał,  jakby  nie  słyszał  jej  słów.  Nagle  Elizabeth  ogarnął  dziwny  lęk. 

Zdarza  się  przecież,  że  lensman  nie  potrafi  rozwikłać  sprawy,  że  przestępca  zostaje  na 
wolności. Jeśli ktoś w Dalsrud stał się mordercą, musiał to być ktoś jej bliski, osoba, której 
była przywiązana. Ktoś… Elizabeth nie chciała kończyć tej myśli. 
 

-  Gdy  wróci  Lars,  położymy  Lavinę  do  trumny,  a  trumnę  tez  postawimy    szopie  na 

łodzie – powiedziała. 
 

Kristian skinął głowa i dopił kawę. Nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. 

 

Lars wrócił o zmroku. Kristian akurat wyglądał przez okno i spostrzegł go pierwszy. 

 

- Idzie Lars. 

 

- Z Nilsem Wędrowcem? – zapytała Elizabeth w napięciu. 

 

- Nie, sam. 

 

Elizabeth podeszła do okna i stanęła obok Kristiana. Lars szedł szybko, niemal biegł. 

 

- Jak on się śpieszy – zauważyła. 

 

Kristian popatrzył na nią przez chwilę. W jego oczach dostrzegła niepokój. 

 

Po chwili parobek stał już w drzwiach. Oddychał ciężko, z trudem łapiąc powietrze. 

 

-Niech mnie Bóg ma w swojej opiece – szepnął. 

 

- Co się stało? – spytał Kristian, zaciskając dłonie tak, że aż mu pobielały. 

 

- Nils… Nils… 

 

- On też nie żyje? – wyrwało się Elizabeth. Lepiej  dowiedzieć się całej prawdy. 

 

Lars pokręcił głową, patrząc na nią z przerażeniem. 

 

- Mam nadzieję, że żyje. 

 

- Siadaj, człowieku, opowiedz, co się stało – zażądał Kristian stanowczo, podsuwając 

parobkowi krzesło. 
 

Elizabeth  sięgnęła  po  imbryk  z  kawą  i  napełniła  kubek.  Potem  wzięła  od  Larsa 

przemoczoną  kurtkę  i  podała  mu  ścierkę  do  osuszenia  włosów.  Odczekała,  aż  Lars  wypije 
trochę kawy i zapytała: 
 

- Co się stało na Wyspie Topielca? 

 

Lars odłożył ścierkę. 

 

- Już jak cumowałem łódkę, miałem poczucie, że coś jest nie tak. Panowała niezwykła 

cisza. Nawet mewy nie hałasowały. 
 

Elizabeth pokiwała głową, żeby go zachęcić. 

 

- Wiecie, że strachliwy nie jestem. Ale kiedy podchodziłem do domu, kolana się pode 

mną trochę uginały. I okazało się, że w domu nikogo nie ma. Ani śladu życia, jakby od dawna 
nikt nie palił tam w piecu.  
 

Elizabeth wypiła trochę kawy, zrobiła się już zimna, ale ona tego nie zauważyła. 

 

- Poszedł więc do obory. I wiecie, co zobaczyłem? 

 

Oboje pokręcili głowami. 

 

- Obora też była pusta. 

 

-  Pusta?  –  zdziwił  się  Kristian.  –  A  co  ze  zwierzętami?  Słyszałem,  ze  Lavina  miała 

parę kóz i owcę. 
 

-  Nie  wiem.  –  Larsowi  zaczął  drżeć  głos,  a  Elizabeth  poczuła  się  nieswojo.  –  Nie 

znalazłem też żadnego mięsa. 
 

- No tak, przecież ludzie szlachtują swoje zwierzęta na mięso – powiedział Kristian. 

 

Elizabeth spiorunowała go wzrokiem. 

 

- Wszystkie naraz? – I kto zjadł to wszystko? 

 

Kristian wpatrywał się w podłogę. 

 

- No, rzeczywiście… Może… No nie wiem… A może… nie. 

background image

 

10

 

- Musimy chyba znowu wezwać lensmana – stwierdził Lars. 

 

- Nie ma mowy – stanowczo zaprotestował Kristian.  

 

Elizabeth spojrzała na męża zdziwiona, ale on mówił dalej. 

 

-  I  co  mu  powiemy?  Że  pewnie  Lavina  zaszlachtowała  wszystkie  zwierzęta,  a  Nils 

Wędrowiec  znów  gdzieś  zniknął?  I  co  z  tego  wynika?  Myślicie,  że  lensman  nie  ma  nic 
lepszego do roboty? 
 

- Coś tu jednak jest nie tak – uznała Elizabeth. 

 

Kristian przeczesał włosy dłonią. 

 

-  Lensman nic tu nie poradzi. Trzeba zaczekać Az pojawi się Nils. Wówczas sprawa 

się wyjaśni. 
 

Lars patrzył to na Elizabeth, to na Kristiana. 

 

- W każdym razie to dziwna historia – mruknął. 

 

-  Może  i  tak.  Ale  nikt  nie  popełnił  żadnego  przestępstwa.  Zabili  zwierzęta  i  to 

wszystko. – Kristian zerwał się z ławy i wyszedł. Trzasnęły za nim drzwi i pozostała ciężka 
cisza. 
 

-  Może  Kristian  ma  rację.  To  rzeczywiście  trochę  dziwne  –  powiedział  Lars,  a 

Elizabeth usłyszała w jego głosie niepewność. 
 

-  Cóż,  poczekamy  i  zobaczymy  –  odrzekła.  –  Zazwyczaj  Nils  znika  i  nagle  wraca. 

Wtedy wszystko się wyjaśni. 
 
 

Tego wieczora Elizabeth długo nie mogła zasnąć. Wpatrywała się w belki na suficie, 

które  w  księżycowym  świetle  rzucały  długie  cienie.  Za  oknem  świszczał  wiatr,  uderzając 
gałęziami drzewa o ścianę. Obok Elizabeth spał Kristian. w szopie na łodzie Lavna leżała w 
trumnie, blada i zimna. 
 

Kristian oddychał równo, ale ciężko. Od czasu do czasu przekręcał się zboku na bok, 

mruczał  coś  pod  nosem  i  podciągał  pled.  W  sypialni  nie  rozmawiali  już  na  temat  Niasa. 
Elizabeth  zabroniła  Larsowi  opowiadać  o  tym  komukolwiek.  Dość  mają  swoich  zmartwień, 
nie trzeba im ich dokładać, wyjaśniła. 
 

Odrzuciła  na  bok  pled  i  wymknęła  się  z  sypialni  na  palcach.  Na  dole,  w  korytarzu, 

wsunęła  tylko  chodaki  na  stopy  i  narzuciła  na  plecy  kurtkę  Kristiana.  Zapaliła  latarenkę  i 
cicho  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Miała  coś  do  zrobienia.  I  powinna  to  zrobić  teraz,  gdy  cały 
dom był pogrążony we śnie. 
 
Rozdział 4 
 
 

- Poradzicie sobie sami przez pewien czas, bo ja muszę pójść do Bergette – oznajmiła 

Elizabeth następnego dnia. 
 

- Mogę iść z tobą? – spytała Ane. 

 

- Nie, pójdę sama. 

 

- Dlaczego? 

 

Elizabeth naciągnęła rękawiczki, zastanawiała się, co odpowiedzieć. 

 

- Muszę przemyśleć pewny sprawy. 

 

- Jakie? 

 

Elizabeth  udała,  że  nie  słyszy  pytania  córki,  skinęła  tylko  głową  służącym  i  wyszła. 

Zdecydowała,  że  nie  weźmie  konia.  Chmury  na  niebie  tu  i  ówdzie  się  przerzedziły, 
przepuszczając  promienie  jesiennego  słońca.  Wprawdzie  słońce  nie  grzało  już  mocno,  ale 
jego światło poprawiło humor. Elizabeth szła powoli, omijając błotniste kałuże i wciągając do 
płuc  chłodne  powietrze.  Gdy  domu  prawie  już  nie  było  widać,  poczuła  się  swobodniej. 
Naprawdę potrzebowała chwili wytchnienia. Może to jakoś rozjaśni jej myśli. 

background image

 

11

 

Ani  się  obejrzała,  gdy  stała  już  przed  drzwiami  Bergette.  Drzwi  otworzyła  jej  jakaś 

nieznana służąca. Może dwudziestoletnia, tęga kobieta o wielkich piersiach i równie wielkim 
brzuchu. Długi nos sięgał jej niemal do ust. Tak szerokich nozdrzy u żadnej kobiety Elizabeth  
nigdy jeszcze nie widziała. Ramiona ma okrągłe jak świąteczna szynka, pomyślała Elizabeth i 
odwróciła wzrok, nie chcąc wprawić kobiety w zakłopotanie. 
 

- Tak? – Służąca spojrzała na nią pytająco. oczy miała niebieskie, rzęsy jasne. Włosy 

też jasne, gładko zaczesane i związane w węzeł na karku. 
 

-  Czy  gospodyni  jest  w  domu?  –  spytała  Elizabeth.  Jej  spojrzenie  wciąż  przyciągał 

olbrzymi nos  dziewki, zmuszała się jednak, by patrzeć w inną stronę. 
 

- Tak, kogo mam zapowiedzieć? 

 

- Elizabeth. 

 

- Elizabeth? A jak dalej? 

 

- Sądzę, ze to wystarczy. 

 

Służąca znikła we  wnętrzu domu, a po chwili pojawiła się Bergette. 

 

- Co za niespodzianka! Dlaczego stoisz tu i marzniesz? Wchodź, wchodź. 

 

Elizabeth  poszła  za  nią,  zdjęła  okrycie  i  położyła  je  na  krześle.  Bergette  wsunęła 

głowę do kuchni. 
 

-  Poproszę  kawę  i  ciasteczka  do  salonu.  –  A  potem  zwróciła  się  do  Elizabeth  z 

uśmiechem:  -  Dobrze  napaliłam  w  piecu. Jesienią  jest  tak  zimni i  nieprzyjemnie.  –  Usiadła, 
wskazując gościowi krzesło z zielony, obiciem. 
 

Elizabeth spostrzegła córeczkę Bergette, Karen-Louise, która bawiła się lalką. 

 

- Dzień dobry – powiedziała do niej z uśmiechem. 

 

Mała nieśmiało podniosła wzrok, nie przestając przebierać lalki. 

 

- Ile masz lat, Karen – Louise? 

 

-  Tyle.  –  Mała  podniosła  pięć  paluszków,  zastanawiając  się,  który  zgiąć.  W  końcu 

wybrała kciuk. 
 

-  Cztery?  –  Elizabeth  klasnęła  w  ręce.  –  No  to  jesteś  już  małą  damą.  Niedługo 

zaczniesz chodzić do szkoły i pójdziesz do konfirmacji. 
 

Karen – Louise zachichotała z zadowoleniem. 

 

- I wyjdę za mąż! 

 

- A masz już narzeczonego? 

 

Dziewczynka pokręciła głową, odgarniając jasne włosy z twarzy. 

 

- Jeszcze nie. będę miała narzeczonego później, jak pójdę do szkoły. Prawda, mamo? 

 

-  Oczywiście.  A  teraz  może  pójdziesz  do  kuchni  i  sprawdzisz,  czy  kawa  gotowa. 

Powiesz, że ty też powinnaś dostać jakieś ciasteczko i trochę mleka – dodała, gdy mała była 
już przy drzwiach, wciąż trzymając w objęciach lalkę. 
 

- Zabawne są dzieci w tym wieku – zauważyła Elizabeth, gdy zostały same. 

 

Bergette pokiwała głową. 

 

- Powinno być ich dwoje. Pomyśl tylko, gdyby Emil był tu z nami… 

 

Zanim Elizabeth zdążyła odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi i weszła służąca 

z  tacą.  Postawiła  na  stole  filiżanki  i  talerzyki,  nalała  kawy,  podała  talerz  z  plackami  i 
ciasteczkami. Potem dygnęła i spojrzawszy na Begette, spytała: 
 

- Czy coś jeszcze, proszę pani? 

 

- Tak, możesz przynieść jeszcze trochę torfu, ale nie musisz się śpieszyć. Chociaż jeśli 

zobaczysz któregoś z parobków, powiedz, żeby przynieśli torf i zostawili go w korytarzu. Nie 
chcemy, by nam teraz ktoś przeszkadzał. 
 

Służąca znów dygnęła i wyszła, trzymając tacę pod pachą. 

 

- Najęłaś nową służącą? – zapytała Elizabeth. – Nigdy jej nie widziała, 

 

-  Tak,  jest  u  nas  od  niedawna.  Jakieś  trzy  tygodnie.  Sprawna  i  pracowita.  Tak,  tak, 

wiem, o czym myślisz – dodała ze śmiechem. 

background image

 

12

 

- O czym? 

 

-  Że  niezbyt  przyjemnie  się  na  nią  patrzy.  Oj,  nie,  to  nieładnie,  że  tak  mówię. 

Zapomnij o tym. 
 

- Sądziłam, że nie oceniasz ludzi po wyglądzie. 

 

- I masz rację. Słyszałaś chyba, jak powiedziałam, że jest sprawna i pracowita. 

 

- To prawda. – Elizabeth uniosła filiżankę. – I robi dobra kawę. 

 

Bergette podała jej talerz z ciasteczkami. 

 

- Co tam u was? 

 

- Nie słyszałaś jeszcze o Lavinie? 

 

Bergette ugryzła kawałek placka. 

 

- Co ona znowu wymyśliła. 

 

- Zmarła wczoraj! 

 

- Zmarła? – Zaskoczona Bergette zakrztusiła się tak, że aż łzy jej stanęły w oczach. – 

Co się stało?  
 

-  Została  znaleziona  nad  brzegiem.  Martwa.  –  Elizabeth  odłożyła  nadgryzione 

ciasteczko na talerzyk. Straciła nagle apetyt. 
 

Wyprostowała  się  i,  patrząc  przyjaciółce  w  oczy,  opowiedziała  o  tragedii.  Nie 

wspomniała jednak o swych podejrzeniach wobec Kristiany i Liny. 
 

-  Dlatego  wybrałam  się  do  ciebie  –  zakończyła.  –  Musiała,  wyjść  z  domu.  To 

wszystko jest takie… takie nierzeczywiste. 
 

Bergette aż się wstrząsnęła. 

 

- Rozumiem cię doskonale. Czasem słyszy się o ty, że rybacy złowią w sieci topielca, 

albo  morze  wyrzuci  kogoś  na  brzeg.  Ale  Lavina!  Ktoś,  kogo  się  zna…  Zresztą  to  całkiem 
inna  historia.  Tak,  tak..  Lavina  różniła  się  od  innych.  ludzie  uważali  ją  za  wariatkę,  a 
niektórzy gardzili nią i potępiali nawet za to, co o niej opowiadano. 
 

- A co o niej opowiadano? 

 

- O niej i o ojcu. Ludzie szeptali, ze ona i jej ojciec… No, wiesz. Myślisz, że to może 

być prawda? 
 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie mogę sobie tego wyobrazić. Była dziwna, ale żeby… 

 

- Myślisz, że ktoś ją zabił? 

 

Elizabeth spojrzała na przyjaciółkę. Bergette zadała to pytanie bez wahania, tak, jakby 

ż

aden inny powód śmierci Laviny nie przychodził jej do głowy. 

 

- Zabił? – powtórzyła Elizabeth bez tchu. – Nie mów takich rzeczy na głos, Bergette. 

Bo  rozejdą  się  plotki  i  ktoś  niewinny  zostanie  napiętnowany  na  całe  życie.  –  Elizabeth 
pochyliła  się  nad  stołem.  –  Musisz  mi  obiecać,  że  nikomu  nic  takiego  nie  powiesz.  Doktor 
stwierdził, że się przewróciła i uderzyła głową o kamienie. 
 

Bergette uśmiechnęła się i poklepała ją po dłoni. 

 

- Nie bój się, nie jestem przecież plotkarą. 

 

Elizabeth oparła się wygodniej. 

 

-  Wiem  o  tym.  Ale  to  takie  straszne.  Na  dodatek  zdarzyło  się  niemal  pod  naszymi 

drzwiami. 
 

Bergette dolała jej kawy. 

 

- Postaraj się myśleć o czymś innym. Przynajmniej tutaj. Chcesz zobaczyć, co właśnie 

szyję dla Karen – Lousie? – Bergette wyjęła wykrój z koszyka. 
 

Elizabeth  pokiwała  głowa,  choć  myślami  była  daleko.  Zerknęła  w  okno  i  dostrzegła 

coś  dziwnego.  Nowa  służąca  wyszła  właśnie  z  wygódki,  a  Sivgard  z  szopy.  Gdy  skinął  na 
dziewczynę, od razu się zatrzymała, rozejrzała bacznie dokoła i pobiegła do niego. 
 

Elizabeth pobladła, gdy  zobaczyła, jak Sivgard chwyta służącą za biodra  i całuje. Po 

chwili oboje znikli we wnętrzu szopy, zamykając za sobą drzwi. 

background image

 

13

 

- … myślę, że z koronką przy szyi będzie prześliczna – mówiła tymczasem Bergette z 

radością. 
 

-  Rzeczywiście  –  powiedziała  Elizabeth.  Drżącą  dłonią  podniosła  filiżankę.  Jakoś 

sucho jej się zrobiło w gardle. Zakasłała, żeby odzyskać normalny głos. 
 

- Źle się czujesz? – spytała Bergette. 

 

- Nie mogę przestać myśleć o Lavinie. 

 

-  Biedactwo.  –  Przyjaciółka  podniosła  się,  wzięła  szklankę  i  nalała  do  niej  trochę 

koniaku. – Wypij to! 
 

Elizabeth chwyciła szklankę i opróżniła ją  w paru łykach. Alkohol palił ją w  gardło. 

Właściwie nie lubiła mocnych trunków, ale po chwili poczuła przyjemne ciepło rozlewające 
się po ciele. Musiała jednak zakasłać, bo znowu poczuła drapanie w gardle. 
 

- Jeszcze? 

 

-  Nie,  dziękuję.  Bergette,  wystarczy.  Jest  mi  znacznie  lepiej.  A  sukienka  będzie 

prześliczna! 
 

Znów  spojrzała  za  okno,  myśli  zawirowały  jej  w  głowie.  Domyślała  się,  że  to,  co 

przed chwilą zobaczyła, zdarzyło się nie po raz pierwszy. Co będzie, jeśli Bergette zechce ją 
odprowadzić do drzwi i zobaczy, że Sivgard wychodzi z szopy razem ze służącą? 
Domyśli się prawdy, czy uzna, że to przypadek? 
 

Elizabeth nie zamierzała rozmawiać o niewierności męża, lecz przemyka oczy i udaje, 

ż

e wszystko jest w porządku? Niektóre kobiety tak właśnie postępują. Zarazem jednak czuła, 

ż

e nie może patrzeć na to z założonymi rękami. 

 

- Elizabeth. Przecież ty mnie nie słuchasz! 

 

Podskoczyła na krześle i uśmiechnęła się. 

 

- Oczywiście, że cię słucham. 

 

- To co powiedziałam? 

 

-  Przepraszam,  musiałam  się  zamyślić.  To  bardzo  nieładnie.  Lavina..  –  szepnęła; 

liczyła na to, że wymieniając imię zmarłej, usprawiedliwi swoje roztargnienie. 
 

-  Za  dużo  myślisz  o  tej  Lavinie.  –  Bergette  przygryzła  wargę.  –  Spojrzysz  na  moją 

wełnę?  Sama ją farbowałam, ale trudno mi ocenić, jak to wyszło. 
 

Bergette podeszła do komody i wyjęła kilka motków wełny. 

 

- Co o tym sądzisz? 

 

Elizabeth  skupiła  się  z  trudem.  zdradziła  przyjaciółce  kilka  swoich  sekretów, 

poradziła, gdzie szukać najlepszych roślin, udzieliła dobrych rad. Ale wzrok jej ciągle uciekał 
w stronę okna. Oby tylko Bergette nie zauważyła męża razem ze służącą! Gdy przejrzały już 
całą wełnę. Elizabeth się podniosła. 
 

- Muszę chyba wracać do domu. 

 

- Tak szybko? No tak, pewnie masz dużo roboty. 

 

-  Sporo,  sporo.  –  Elizabeth  wyszła  do  sieni.  –  Dziękuję  za  kawę  i  poczęstunek, 

Bergette. I za miłą rozmowę. 
 

- Nie ma za co. Następnym razem musisz zostać dłużej. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się i zamknęła za sobą drzwi. Ze węgłem domy natknęła się na 

nową  służącą.  Kobieta  miała  zmierzwione  włosy  i  niedopitą  bluzkę.  Wzburzona  Elizabeth 
chwyciła ją za ramię. 
 

- Że też ci nie wstyd, ty dziwko! 

 

-  O co ci chodzi? Puszczaj, do cholery – syknęła tamta. 

 

Elizabeth nie miała jednak zamiaru jej puszczać. 

 

-  O  co  mi  chodzi?  Nie  udawaj  głupszej  niż  jesteś.  Myślisz,  że  nie  widziałam,  jak 

wchodziłaś do szopy z Sivgardem? 
 

-  Źle  widziałaś.  Zresztą  nic  ci  do  tego  –  warknęła  dziewczyna,  odrzucając  hardo 

głowę. 

background image

 

14

 

Elizabeth popchnęła ją mocno na ścianę i ze zwężonymi oczyma powiedziała: 

 

- Nie pomyślała o konsekwencjach? Co będzie, jeśli zajdziesz w ciążę? Co zrobisz, jak 

Sivard  się  tobą  znudzi?  Bergette  jest  moją  przyjaciółką  i  powinnam  jej  o  tym  wszystkim 
opowiedzieć. 
 

- Opowiadaj. Sivgard stanie w mojej obronie. 

 

- Więc się przyznajesz? 

 

Służąca się zaśmiała, ukazując żółte zęby. 

 

- I tak nikt ci nie uwierzy. Słowo przeciwko słowu.  

 

Elizabeth miała ochotę wymierzyć jej policzek, opanowała się w ostatniej chwili. 

 

-  Lepiej  uważaj,  możesz  tego  wszystkiego  pożałować  –  powiedziała  i  puściła 

dziewczynę. 
 

Służąca zapięła bluzkę i przygładziła włosy. 

 

- Niby dlaczego? 

 

- Pamiętaj, że cię ostrzegałam. 

 

Dziewczyna nie odwróciła wzroku. 

 

- I tak będę robiła, co zechce. Możesz mnie straszyć do woli. 

 

Zaśmiała  się  pogardliwie  i  ruszyła  do  domu.  Po  chwili  dało  się  słyszeć  trzaśnięcie 

drzwiami. 
 

W drodze powrotnej Elizabeth była bardzo wzburzona. Jeśli ta dziewczyna skrzywdzi 

Bergette, Elizabeth jej tego nie daruje! Dostanie wtedy za swoje. 
 

W  Dalsrud  prawie  wszyscy  się  pochorowali.  Pierwsza  musiała  się  położyć  Helene, 

potem z gorączką i wymiotami zmagały się Ane i Lina. Elizabeth niemal cieszyła się z chory 
w  domu  bo  przynajmniej  nie  miała  czasu  zastanawiać  się  nad  tym,  co  naprawdę  wydarzyło 
się nad brzegiem. Do nocy krążyła między łóżkami i pielęgnowała chore. 
 

-  Powinnaś  się  trzymać  z  dala  od  nas  –  powiedziała  Lina  słabym  głosem.  –  Inaczej 

sama się położysz.  
 

- Na pewno nie – uspokoiła ją Elizabeth. – Jeśli do tej pory nie zachorowałam, nic mi 

nie będzie. Złego licho nie bierze – uśmiechnęła się, chłodząc Linie czoło mokra szmatką. – 
Czujesz się lepiej? 
 

- Tak, dziękuję, Elizabeth. Jesteś taka dobra. Ale miałam straszny sen! Na jawie. 

 

-  To  z  gorączki.  Na  szczęście  zioła,  które  wypiłaś,  już  ja  obniżyły.  No  i  przestałaś 

wymiotować. To dobry znak. 
 

- Jak wyjdę za mąż, musisz się do nas przeprowadzić, żeby mnie doglądać w chorobie. 

 

Elizabeth zaśmiała się z jej żartu i pogłaskała po głowie. 

 

- Ty to masz pomysły, Lina. 

 

Służąca chwyciła ją za rękę. 

 

- Dziękuję, że jesteś dla  mnie taka dobra. Kto inny tak by  się troszczył o służbę? na 

pewno nie Petra ze Storli. 
 

- Oj, nie wspominaj o niej nawet. Postaraj się zasnąć. Jest już noc. 

 

Elizabeth  przysiadła  na  krawędzi  łóżka  i  czekała,  aż  Lina  zaśnie,  potem  wyszła. 

Wspinając  się  po  schodach  na  poddasze  czuła  zmęczenie.  Zrzuciła  ubranie.  Powiesiła  je  na 
krześle i wślizgnęła się do łóżka. 
 

Kristian  oddychał  niespokojnie,  rzucał  nerwowo  głową.  żeby  się  tylko  nie 

rozchorował,  pomyślała,  dotykając  dłonią  jego  czoła.  Nie,  czoło  było  zupełnie  chłodne.  To 
tylko  jakiś  zły  sen.  Uspokoił  się  trochę,  lecz  po  chwili  zaczął  coś  mruczeć  pod  nosem, 
niewyraźnie, bez ładu i składu. Elizabeth oparła się na łokciu i spojrzała na męża. 
 

- Ty cholerny Lapończyku! – warknął. 

 

Elizabeth  starała  się  zrozumieć  dalsze  słowa  męża,  ale  Kristian  znów  mamrotał  coś 

niewyraźnie. Po chwili jednak powiedział zrozumiale: 
 

- Powinienem cię zatłuc… 

background image

 

15

 

Jeszcze  raz  rzucił  się  na  poduszce,  a  potem  uspokoił  się,  odwrócił  na  drugi  bok  i 

zasnął.  Niemy  koszmar  minął.  Może  nowy  sen  na  przemian  fale  gorąca  i  chłodu.  Czyżby 
Kristian  jednak  pobił  Mikkela?  Czy  to  mu  się  właśnie  przyśniło?  A  może  chodziło  o 
pieniądze,  które  przedtem  dał  Lavinie  i  których  później  szukał  w  jej  kieszeniach?  Nocą  po 
ś

mierci  Laviny  Elizabeth  wymknęła  się  po  cichu  z  domu    znalazła  nad brzegiem  pieniądze. 

Zabrała  je  i  dobrze  schowała,  zastanawiając  się,  w  jaki  sposób  zagadnąć  o  nie  Kristiana. 
Mógł,  rzecz  jasna,  zaprzeczyć  i  twierdzić,  że  wcale  ich  nie  szukał.  Liczyła  jednak  na  to,  że 
jeśli wybierze dogodny moment, Kristian szczerze jej wyjaśni, co się wtedy stało. 
 

Odsunęła  się  od  męża  na  swoją  część  łóżka.  Leżała  sztywno,  oczy  ją  piekły  i 

szczypały. Niewiele snu zakosztowała tej nocy. 
 
 

Następnego  dnia  przy  śniadaniu  z  trudem  udawała  spokój.  W  całym  ciele  czuła 

napięcie. Rozmowa, która zazwyczaj przy śniadaniu toczyła się gładko, tego dnia zupełnie się 
nie kleiła. Elizabeth przeważnie milczała, wpatrując się w swój talerz. 
 

Lina wstała już z łóżka po chorobie, ale apetyt jej nie dopisywał. Na szczęście nic nie 

wskazywało na to, że zachorują kolejni domownicy. Może to już koniec choroby w Dalsrud, 
pomyślała Elizabeth z ulgą.  
 

Korzystając z każdej okazji, zerkała dyskretnie na Kristiana. Czy te ręce mogły kogoś 

zabić? Czy z jego ust mogły padać zarówno słowa prawdy, jak i kłamstwa? 
Nie była gotowa go zapytać, w każdym razie nie teraz. 
 

Na  pewno  by  zresztą  nie  odpowiedział,  zdenerwowałby  się  tylko.  Lepiej  milczeć  i 

czekać na odpowiedni moment. Jeśli go zaskoczy pytaniem, może wtedy odpowie szczerze. 
 

Nagle  Kristian  spojrzał  na  nią,  a  ona  nie  zdążyła  odwrócić  wzroku.  Rumieniec  oblał 

jej  twarz.  Zerwała  się  i  poszła  dosypać  cukru  do  miseczki.  Lina  spojrzała  na  nią  ze 
zdumieniem. 
 

- Miseczka była prawie pełna. Dlaczego dosypałaś cukru? 

 

- Wydawało mi się, że jest za mało – odparła, choć doskonale wiedziała, że nikt jej nie 

wierzy. 
 

Kristian siedział pochylony nad swoją kaszą, ale Elizabeth dostrzegła, że ją obserwuje. 

 

- Wybiorę się dziś na Wyspę Topielca – oświadczyła nagle. 

 

Ane wytarła wąsy z mleka i spojrzała na matkę z przerażeniem? 

 

- Po co? 

 

- Sprawdzę, czy wrócił Nils Wędrowiec. 

 

Ledwo  to  powiedziała,  uzmysłowiła  sobie,  że  popełniła  błąd.  Nikt  poza  nią  nie 

wiedział  przecież,  coLars  zobaczył  na  wyspie.  A  po  powrocie  Elizabeth  będzie  musiała 
wszystko opowiedzieć. Ciszę przerwała Helene. 
 

- Nils zniknął? 

 

Elizabeth liczyła na pomoc Kristoana, ale on siedział w milczeniu, jakby nie dosłyszał 

pytania. I nic dziwnego, pomyślała z westchnieniem. 
 

- tak słyszałam – wykręciła się. – Ktoś chce więcej cukru? 

 

Ź

renice Marii się zwęziły. 

 

- Jeśli Niasa nie ma tak długo, kto się opiekuje jego zwierzętami? 

 

Elizabeth uznała, że pora wyjaśnić prawdę i opowiedziała, co widział Lars. 

 

- Dlaczego to ukrywałaś? – Helene spojrzała zaskoczona. – Lensman o tym wie? 

 

-  Tak  przypuszczam.  A  wy  macie  przecież  i  tak  dość  innych  zmartwień.  Tak  czy 

inaczej, popłynę tam dzisiaj – powtórzyła. 
 

- czy to dobry pomysł? – zapytał Lars. – Powinnaś popłynąć z Kristianem. 

 

- Ja nie mam czasu oświadczył Kristian, kończąc jedzenie. – Ty zresztą też nie, Lars. 

Musisz  mi  pomóc.  –  Kristian  zerknął  na  żonę.  –  Zgadzam  się  z  Larsem,  Elizabeth.  Nie 
powinnaś płynąc tam sama. 

background image

 

16

 

- Już postanowiła. – Elizabeth podniosła się i zaczęła sprzątać ze stołu. – Nie pierwszy 

raz będę wiosłować po morzu, wiec nie wiem, o co się martwicie. 
 

- Nie myślałem o łodzi i o wodzie – powiedział Lars. – Może zresztą Nils już wrócił? 

 

-  Byłoby  świetnie.  Dowiem  się  wtedy,  co  się  stało  ze  zwierzętami.  I  dlaczego  nie 

zjawił się tu, u nas, żeby zapytać o Lavinę. 
 

Kristian  żuł  jakieś  źdźbło.  Elizabeth  ucieszyła  się,  że  jej  nie  zatrzymywał.  Wciąż 

jednak mógł zmienić zdanie, więc wyszła pospiesznie do sieni. Zanim jednak zdążyła założyć 
kurtkę, był już koło niej. 
 

- Jesteś pewna, Elizabeth? – spytał cicho. Wyglądał na zatroskanego. – Jeśli zaczekasz 

do jutra, wybiorę się tam z tobą. 
 

Położyła dłoń na jego policzku. 

 

- Przestań się zamartwiać, Kristian. dam sobie radę. 

 

I pobiegła w stronę brzegu. 

 

Na  szczęście  wiatr  jej  sprzyjał.  Dobrze,  że  ciepło  się  ubrała,  bo  zrobiło  się  strasznie 

zimno. Mocniej zawiązała chustkę pod brodą, by nie Zsunęła się jej z głowy.  
 

Na  środku  fiordu  wciągnęła  na  chwilę  wiosła  do  łodzi.  Nad  górami  krążyła  para 

orłów. Powoli, dostojnie, na szeroko rozpostartych skrzydłach. Nie cieszyła się na ich widok, 
choć  to  też  stworzenia  Boże.  Wiosną  będą  zagrażać  jagniętom.  Ludzie  opowiadali  nawet  o 
małych dzieciach porwanych przez orły.  Nikt jednak nic konkretnego nie wiedział, bo takie 
wypadki zdarzały się bardzo dawno temu. 
 

Elizabeth z westchnieniem chwyciła za wiosła. 

Trzeba się ruszać, żeby nie zamarznąć. 
 
 

Była tak zatopiona w myślach, że dopiero  gdy łódź uderzyła o kamień,  zorientowała 

się,  że  przybija  do  wyspy.  Jedno  wiosło  położyła  w  łodzi,  drugim  zaczęła  odpychać  się  od 
dna. Przey brzegu wyskoczyła na ląd i zacumowała. 
 

Przez  chwilę  stała,  spoglądając  w  głąb  wyspy.  Nad  domkiem  Laviny  nie  unosił  się 

dym,  nie  musiało  to  jednak  oznaczać,  że  Nilsa  wciąż  nie  ma.  Może  jest  w  którejś  z  szop? 
Elizabeth otuliła się szczelniej kurtką i zaczęła się wspinać pod górę. Zatrzymała się dopiero 
przed  domem  i  zapukała.  Choć  nikt  nie  odpowiedział,  weszła  do  środka.  W  izbie  panował 
lodowaty  chłód.  Jakaś  mysz  przemknęła  jej  pod  nogami  i  zniknęła  w  kącie.  Czuć  było 
stęchlizną.  Na  stole  stała  latarenka.  Elizabeth  ją  zapaliła  i  słabe,  żółte  światło  rozjaśniło 
pomieszczenie. 
 

Elizabeth  podeszła  do  pieca.  W  kociołku  znalazła  resztki  jedzenia,  a  na  dodatek 

zdechłą  mysz.  Pewnie  weszła  do  kociołka,  szukając  jedzenia,  i  już  nie  zdołała  się  z  niego 
wydostać.  Na  oparciu  krzesła  wisiało  jakieś  brudne  ubranie.  Elizabeth  rozpoznała  bluzkę 
Laviny. 
 

Czego  ja  właściwie  szukam?  –  pomyślała.  Dowodu,  że  Nils  był  tu  niedawno? 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  dom  jest  opuszczony.  Może  od  dnia,  w  którym  Lavina 
pojawiła się w Dalsrud? 
 

Czemu  dom  opustoszał?  Pytań  było  wiele,  lecz  Elizabeth  na  żadne  nie  potrafiła 

odpowiedzieć. Lavina, która znała odpowiedzi, już nie żyła, Nils – znikł. I może nigdy się tu 
nie pojawi? 
 

Zdmuchnęła  latarenkę  i  starannie  zamknęła  drzwi.  Zatrzymała  się  na  chwilę  przed 

domem, patrząc w stronę obory. W końcu zdecydowała się tam wejść po to, by się na własne 
oczy przekonać, że zwierzęta także znikły. 
 

Potwierdziły  się  słowa  Larsa  –  w  oborze  nie  było  śladu  życia.  Przegrody  straszyły 

pustką, wyschnięte łajno leżało pod ścianami. Zostało trochę siana, które  świadczyło o tym, 
ż

e kiedyś stał tu inwentarz. 

background image

 

17

 

Nie  miała  tu  już  nic  więcej  do  roboty.  Dreszcz  ją  przeszył,  gdy  zbiegła  w  stronę 

brzegu.  Coś  jednak  kazało  jej  się  obrócić  po  raz  ostatni.  Szare  zabudowania  wyglądały 
posępnie. Jedynie, niewielkie okienko było całkiem ciemne. Elizabeth spojrzała w dół i nagle 
spostrzegła  coś  białego  w  kępce  trawy  koło  ścieżki.  Była  to  wykonana  z  kości  pochwy  na 
nóż. Już miała schować ją do kieszeni, gdy spostrzegła jakieś wyryte litery. JR 
 

- Jens Rask – szepnęła i serce zabiło jej mocniej. Odruchowo rozejrzała się po wyspie, 

jakby  spodziewała  się,  że  zobaczy  go  w  tym  zapomnianym  przez  Boga  miejscu,  otoczony, 
przez morze. – Jens – powtórzyła, muskając kciukiem litery. Czy to twoja pochwa? 
 

A jeśli tak rzeczywiście jest? W jaki sposób pochwa trafiła na tę wyspę? Czy Jens tu 

kiedyś  był?  A  jeśli  tak,  to  kiedy?  Czy  może  raczej  pochwę  zgubił  ktoś,  kto  ma  te  same 
inicjały? 
 

Elizabeth  pokręciła  głowa  i  uśmiechnęła  się.  oczywiście,  pochwa  należała  do  kogoś 

innego. Jednak Elizabeth zabrała ze sobą znaleziony drobiazg. Nigdy nic nie wiadomo. 
 

W  drodze  powrotnej  wiosłowało  się  jej  znacznie  trudniej,  choć  wiatr  się  odwrócił  i 

znów jej sprzyjał. Wiele razy wciągała wiosła do łodzi, żeby trochę odpocząć. Ręce ją bolały, 
ż

ałowała,  że  nie  posłuchała  Kristiana.  Mogła  przecież  zaczekać  jeden  dzień  i  wybrać  się  tu 

razem z nim. 
 

Cały  czas  czuła  kościany  przedmiot  na  swoim  udzie.  Zamierzała  schować  go  na 

samym  dnie  swojej  skrzyni,  razem  z  pieniędzmi,  które  znalazła  na  brzegu  w  Dalsrud. 
Skrzynię  zawsze  zamykała,  a  klucz  nosiła  przy  sobie.  Nie  miała  zamiaru  powiedzieć 
Kristianowi  o  znalezionym  przedmiocie.  Ani  Helene.  Na  pewno  oboje  śmialiby  się  z  niej 
tylko, mówiąc, że pochwa mogła należeć do kogokolwiek. Elizabeth sama zresztą wiedziała, 
jak mało prawdopodobne jest to, że jej właścicielem był Jens. Może Kristian i Helene tylko z 
politowaniem  pokiwaliby  nad  nią  głowami.  Kristian  byłby  zazdrosny  jak  zawsze,  gdy 
wspominała o Jensie. Podejrzewał zapewne, że Elizabeth wciąż za nim tęskni i ma nadzieję, 
ż

e Jens się kiedyś pojawi. Dlaczego najlepiej to przemilczeć. 

 
 

Gdy wyskoczyła na brzeg, stała przez chwilę w zamyśleniu, trzymając cumę w ręku. 

 

-  Właścicielem  tej  pochwy  mógł  być  jakiś  inny  mężczyzna  –  powiedziała  sama  do 

siebie i aż podskoczyła na dźwięk słów. 
 

- Zamyśliłaś się – odezwał się ktoś nieoczekiwanie. 

 

Elizabeth obróciła się gwałtownie, słysząc męski głos. 

 

- Mikkel – szepnęła ochryple. Gęsia skórka pokryła jej ciało, gdy przypomniała sobie, 

co Kristian mamrotał ostatniej nocy. – czego chcesz? – wykrztusiła z trudem.  
 

Uśmiechnął się pod wąsem. 

 

- Zanurzyłaś się w przeszłości – powiedział. 

 

- Co masz na myśli? 

 

- Dobrze wiesz, co. 

 

Wydawało się jej tylko, czy rzeczywiście spojrzał na kieszeń, w której schowała swoje 

znalezisko? 
 

-  Pytałam,  czego  chcesz?  –  spytała  ostrzej  niż  zamierzała.  –  Nie  mam  czasu  na 

pogawędki – dodała chcąc odejść. Była zmarznięta i zmęczona po wyprawie na wyspę. 
 

- Szkoda, że Lavina nie żyje, ale winowajca już poniósł karę. 

 

- Co ty mówisz? – Nie poznawała własnego głosu. 

 

- Sumienie będzie go gryzło. Dniami i nocami.  

I nie da mu spokoju. Wiesz chyba, że największe rany nie krwawią. 
 

-  A  więc  znasz  mordercę?  Doktor  twierdzi,  że  Lavina  upadła  i  uderzyła  głową  o 

kamienie. 
 

- Nie do mnie należy wyjaśnienie, co się stało. 

Zresztą kto by uwierzył Mikkelowi, staremu Lapończykowi z gór. 

background image

 

18

 

Popatrzyła na niego surowo. 

 

- Gdzie byłeś wczoraj, kiedy umarła Lavina? 

 

Zaśmiał się. 

 

- Mam świadków na to, że byłem daleko od Dalsrud. Lensman już mnie o to pytał. 

 

Elizabeth uwierzyła mu i nie dopytywała, jacy to świadkowie. 

 

- Nie powiedziałeś jeszcze, czego chcesz. 

 

- Nic szczególnego. Chciałem tylko z tobą porozmawiać, zaraz pójdę dalej. 

 

Elizabeth skinęła mu głową i ruszyła w górę ścieżki. Kościana pochwał uwierała ją w 

udo. 
 

- Najgorsze są te rany, które nie krwawią – usłyszała jeszcze za plecami. 

 

Zatrzymała  się  i  obróciła.  Mikkel  patrzył  na  nią  z  powagą.  Potem  też  się  odwrócił  i 

ruszył dalej wzdłuż brzegu. 
 
Rozdział 5 
 
 

Idąc  w  stronę  domu  Elizabeth  czuła,  że  kolana  się  pod  nią  uginają.  O  czym  myślał 

Mikkel,  mówiąc  o  największych  ranach,  które  nie  krwawią?  Czy  to  miało  coś  wspólnego  z 
Laviną i jej raną na głowie? A może chodziło mu o coś całkiem innego – o coś, co dotyczyło 
jej, Elizabeth? 
 

Miała  ochotę  zawrócić  i  zapytać.  Zarazem  jednak  cieszyła  się,  że  się  go  pozbyła. 

Mikkel mówił takie dziwne rzeczy, aż zaczęła się bać własnych myśli. Przyspieszyła kroku. 
 

- Wariat – mruknęła do siebie. Nie ma co dawać wiary jego słowom. 

 

W drzwiach natknęła się na Helene. 

 

- Szybko wróciłaś – zauważyła służąca. – I co? Zastałaś kogoś na wyspie? 

 

- Nie. jest tak, jak mówiła Lars. Nie ma ani zwierząt, ani Nilsa. 

 

Helene cofnęła się o krok, ściągając brwi. 

 

- To gdzie on się podział? 

 

-  Kto  to  wie?  –  Elizabeth  wzruszyła  ramionami  i  chciała  pójść  dalej,  ale  Helene  ją 

zatrzymała. 
 

- Jak myślisz, co tam się stało, Elizabeth? 

 

- Nie mam pojęcia. 

 

W  sypialni  na  poddaszu  przysiadła  na  krawędzi  łóżka.  Wsunęła  dłoń  do  kieszeni  i 

zacisnęła palce na znalezionej pochwie. Przymknęła oczy. Tak, takie właśnie były w dotyku 
prace  Jensa.  Przypomniała  sobie  o  drewnianych  przedmiotach,  które  kiedyś  przyniosła 
Lavina,  by  wymienić  je  na  jedzenie.  Skąd  je  wzięła?  Czy  były  to  naprawdę  wyroby  jej 
zaginionego męża? Elizabeth musnęła dłonią twarz i ściągnęła z głowy chustkę. Włosy miała 
wilgotne, wstała więc, by je osuszyć ręcznikiem. 
 

Zadumała  się.  pragnęła  wywołać  z  pamięci  obraz  twarzy  Jensa.  Jego  niebieskie  jak 

morze oczy, czarne, długie rzęsy, jasną grzywkę. Uśmiech i te mocne, równe zęby. Pamiętała 
jak  podrzucał  do  góry  Ane  i  nazywał  ją  małą  Elizabeth.  Gdyby  mógł  teraz  zobaczyć  Ane, 
jedenastą już dziewczynkę… Jaki byłby z niej dumny.  I jaka Ane byłaby  szczęśliwa, mając 
ojca! 
 

Mam tatę, który żyje, to jest Kristian. i tatę, który jest w niebie, Jensa, mawiała Ane, 

gdy była mała. Dzieci często mówią mądre rzeczy. Nagle do Elizabeth dotarł sens dziwnych 
słów Mikkela. Rana, którą ona wciąż ma w sercu, nie krwawiła. W każdym razie mniej, niż 
zazwyczaj.  I  tak  już  pewnie  pozostanie,  bo  tęsknota  za  Jensem  to  rana,  która  nigdy  się  nie 
zagoi. I choć ten ból powraca, Elizabeth ukrywa go najgłębiej, jak potrafi. 
 

Zdrętwiała,  słysząc  kroki  na  schodach.  Rozejrzała  się  w  panice.  Gdzie  ukryć  tę 

pochwę? Rozpoznała kroki Kristiana, ciężkie i zdecydowane, coraz bliższe. Kristian był już w 
korytarzu, zaraz tu wejdzie. Błyskawicznie wsunęła pochwę pod materac. 

background image

 

19

 

- Co robisz? – Kristian stanął w progu. Oparty o framugę, przyglądał się jej badawczo. 

 

- Nic szczególnego. – Głos miała trochę schrypnięty, musiała się odwrócić, czując, że 

policzki jej płoną. 
 

Wszedł do sypialni i zbliżył się do niej. Nawinął jej lok na palec. 

 

- Jesteś rozpalona. 

 

- Długo wiosłowałam. – Serce biło coraz spokojnej, lecz wciąż miała się na baczności. 

 

- Nie powinnaś płynąć tam sama. 

 

- Zazwyczaj daję sobie radę. – Obróciła się do niego z uśmiechem. 

 

- Wiem. I co znalazłaś na wyspie? Jakiś ślad obecności Nilsa? 

 

Elizabeth  rozplotła  wilgotny  warkocz  i  rozpuściła  włosy.  Bardzo  chciała  nie  myśleć 

już o Jensie i swoim znalezisku. 
 

- Było tam bardzo nieprzyjemnie, Kristian. dlatego jest mi tak… nieswojo. W oborze 

pustki,  tak  jak  mówił  Lars.  W  domu zimno,  na  krześle  leżało  ubranie  Laviny,  jakby  wyszła 
tylko na chwilę. W kociołku znalazła martwą mysz i… - Zamilkła, krzyżując ramiona. – Coś 
tu się nie zgadza. Gdzie jest Nils? A jeśli… - Nie dokończyła myśli, która nagle przyszła jej 
do głowy. Sięgnęła po grzebień i zaczęła się czesać. 
 

- Co chciałaś powiedzieć? 

 

- Nic takiego. 

 

Chwycił ją za rękę, w której trzymała grzebień, i spojrzał w oczy. Znała to spojrzenie, 

wiedziała, że Kristian tak łatwo się nie podda. 
 

- Pomyślałam tylko, że może Nils także nie żyje. Że Lavina go zabiła. Albo coś w tym 

rodzaju… 
 

Kristian puścił rękę żony, w oczach miał przerażenie. Potem zaśmiał się sucho. 

 

- Nie sądzę. 

 

Zaczął krążyć po pokoju, przeczesując włosy dłonią. 

W końcu wsunął ręce do kieszeni i stanął przed Elizabeth na szeroko rozstawionych nogach. 
 

- Znalazłaś coś, co by na to wskazywało? 

 

- Nie. I nie wspominaj o tym nikomu. Nie chciałabym, żeby zaczęły krążyć wyssane z 

palca  historie.  Obiecaj  mi  to,  Kristian.  –  Wiedziała,  że  nie  powinna  była  wyjaśnić  tego,  co 
pomyślała o Nilsie. Cała ta historia i tak jest nieprzyjemna, nie trzeba nic do niej dodawać. 
 

- Oczywiście. – Kristian obszedł łóżko i stanął z drugiej strony. – A może to Nils zabił 

Lavinę i dlatego uciekł? Wiem, co powiedział lekarz, ale czy to nie dziwne, że upadła aż tak 
niefortunnie… 
 

- Jak możesz mówić coś takiego? – oburzyła się Elizabeth. – Przecież Nils nie było tu 

w Dalsrud. 
 

- Kto to wie… 

 

Zręcznie zaplotła włosy i przewiązała je wstążką. 

 

- Nie, Kristian. pora chyba przestać się nad tym zastanawiać. 

 

Nie  miała  ochoty  o  tym  rozmawiać.  Nie  potrafiła  rozwikłać  ani  zagadki  śmierci  ani 

znaleźć wytłumaczenie tego, co zobaczyła na wyspie. Nie wiedziała nawet, od czego zacząć. I 
jeszcze ta pochwa z kości, którą znalazła… 
 

Nie  odpowiedziała.  W  lustrze  zobaczyła,  że  Kristian  znów  spojrzał  na  łóżko.  Ciarki 

przeszły  jej  po  plecach,  z  trudem  przełknęła  ślinę.  Musiał  coś  zauważyć,  inaczej  nie 
wpatrywałby się tak w materac. 
 

- Co tam chowałaś, kiedy wszedł do sypialni? – zapytał. 

 

Obróciła się do niego. 

 

-  Nie  wiem,  o  czym  mówisz  –  zaśmiała  się  sztucznie.  –  Zdaje  się,  że  nie  tylko  ja 

jestem zmęczona. 
 

Niewiele  brakowało,  a  spojrzałaby  w  stronę  łóżka.  Udawała  jednak  beztroskę.  Oby 

tylko nie znalazł tej pochwy. Trudno by było wytłumaczyć, dlaczego przyniosła ją do domu. 

background image

 

20

 

- Jestem pewien, że schowałaś coś pod materacem – upierał się. 

 

-  To  sprawdź  –  powiedziała,  zdejmując  spódnicę.  Błyskawicznie  rozpięła  bluzkę i  ją 

zrzuciła.  Wiedziała  doskonale,  że  Kristian  ją  obserwuje,  udawała  jednak,  że  tego  nie 
dostrzega. Ściągnęła bieliznę i stanęła przed nim całkiem naga. 
 

-  Dlaczego  się  rozbierasz?  –  spytał  nieco  schrypniętym  głosem.  Z  trudem  przełknął 

ś

linę. 

 

- Spociłam się i przemoczyłam – wyjaśniła, idąc w kierunku szafy. 

 

Przypomniała  sobie  przeprowadzkę  do  Dalsrud  i  obietnicę  Kristiana,  że  zapełni  tę 

szafę  pięknymi  strojami  i  butami.  I  dotrzymał  obietnicy,  choć  Elizabeth  broniła  się  przed 
przyjmowaniem  kolejnych  prezentów.  Twierdziła,  że  nie  potrzebuje  Az  tylu  rzeczy,  i  ma 
wszystko, co niezbędne. 
 

Kristian stanął za nią i objął ją ramionami w talii. Musnął wargami szyję i kark. 

 

- Jesteś pewna, że musisz od razu się ubierać? – szepnął jej prosto do ucha. 

 

Elizabeth oddychała urywanie, ale nie z ogarniającego ją podniecenia, lecz ze strachu. 

Gdyby Kristian znalazł tę pochwę z inicjałami Jensa, nie umiałaby się wytłumaczyć. 
 

Jego  dłonie  tymczasem  powędrowały  w  górę,  w  stronę  jej  piersi,  ściskając  je  tak 

mocno, że Elizabeth aż jęknęła. Czuła na piersiach szorstką tkaninę mężowskiego ubrania. 
 

- Może raczej się ubiorę i zejdziemy na dół zanim ktoś zacznie nas szukać? 

 

- Kto miałby nas szukać? – mruknął, manipulując przy spodniach. 

 

- Inni. 

 

- Nie martw się – powiedział, dysząc ciężko. 

 

Elizabeth  poczuła  dotyk  jego  nagiej  skóry.  Zagryzła  wargi,  wiedząc,  że  nie  ma  już 

odwrotu.  Tylko  w  ten  sposób  mogła  odwrócić  uwagę  męża  od  tego,  co  znalazła  i  schowała 
pod materacem. 
 

- Chodź! – Wziął ją za rękę i pociągnął do łóżka. 

 

Potrafi  rozebrać  się  błyskawicznie,  pomyślała.  Zmusiła  się  do  uśmiechu  i  zamknęła 

oczy, gdy się na niej położył, obsypując pocałunkami szyję i piersi. Językiem pieścił jej sutki, 
Az  wyprężyły  się  ki  niemu.  Ale  ona  nie  czuła  pożądania.  Kristian  zaśmiał  się  nisko. 
Wydawało mu się, że Elizabeth jest już tak samo podniecona jak on. 
 

Tymczasem  jej  myśli  krążyły  ciągle  wokół  pochwy  z  kości  leżącej  pod  materacem. 

Czuła  się,  jakby  kogoś  zdradziła,  jakby  była  niewierna.  W  jaki  sposób  ta  pochwa  trafiła  na 
wyspę? Och, Jens, jak ja za tobą tęsknię, pomyślała z bólem. 
 

Kristian  leżał  już  na  niej  całym  ciężarem.  Czuła  na  udzie  jego  stwardniałe 

przyrodzenie. Nie jestem jeszcze gotowa, pomyślała. Na pewno to zauważy… Domyśli się… 
 

Rozsunął  jej  uda  kolanami  i  wślizgnął  się  delikatnie  do  jej  wnętrza.  Dyszał  coraz 

głośniej,  a  ona  jeszcze  bardziej  rozsunęła  uda,  objęła  jego  biodra  nogami  i  mocno  zagryzła 
wargę. 
 

Wplotła palce w jego włosy i przywarła do niego biodrami, szepcząc mu jakieś czułe 

słówka  do  ucha.  Takie,  których  lubił  słuchać.  Oczy  ją  cały  czas  szczypały  od 
powstrzymywanych łez. Nie powinna tego robić. Ani Kristianowi, ani Jensowi. 
 

Kiedy  Kristian  wreszcie  skończył,  poczuła  ulgę.  Szybko  otarła  policzek  z  łez  i 

odwróciła się. 
 

- Płakałaś – powiedział łagodnie, obracając jej twarz ku sobie. 

 

Zmusiła się do uśmiechu i wyznała cienkim głosem: 

 

- To dlatego, że tak cię kocham. 

 

- Mój aniele – szepnął i pocałował ją w czoło, oczy i usta. Potem położył się obok i 

przytulił  ją  z  czułością.  Pozwoliła  na  to,  starając  się  jednocześnie  zebrać  myśli.  Po  chwili 
wymknęła się z jego objęć. 
 

- Nie sądzisz, ze powinniśmy zejść na dół? – Nie czekając na odpowiedź, wstała, żeby 

nie zdążył jej zatrzymać. 

background image

 

21

 

Kristian  leżał  na  łóżku,  patrząc,  jak  Elizabeth  się  myje.  Wstał  dopiero  wtedy,  gdy 

założyła bieliznę. 
 

-  A  jeśli  Lavina  naprawdę  została  zamordowana?  –  wyrwało  się  Elizabeth,  nim 

zdążyła pomyśleć. 
 

Poczuła się tak, jakby ktoś oblał ją zimną woda, gdy Kristian się obrócił i spojrzał na 

nią. 
 

- Co masz na myśli? – zapytał. 

 

Twarz  mu  pociemniała.  Widać  było,  że  jest  wzburzony.  Elizabeth  miała  na  zawsze 

zapamiętać  to  spojrzenie.  Mroczne  i  ostre  jak  nóż.  Uznała,  że  skoro  powiedziała  tak  dużo, 
należy dokończyć. Wzięła głęboki wdech. 
 

- To znaczy, że jest wśród nas morderca. Lensman na pewno będzie prowadził jeszcze 

przesłuchania, bo chociaż doktor.. – urwała. 
 

- Dałaś mu coś do zrozumienia? 

 

- Nie. – Elizabeth poczuła się niepewnie. Prawda była taka, że podejrzewała własnego 

męża  o  morderstwo.  Podejrzewała,  że  zapłacił  Lavinie  za  coś,  może  za  milczenie  w  jakiejś 
sprawie. 
 

- To mógł być ktokolwiek – rzuciła pospiesznie. – Morderca na pewno nie czeka, aż 

go złapią. Na pewno by uciekł w takiej sytuacji, a może się zabił… 
 

Kristian zapiął koszulę i podszedł do niej. Ujął jej twarz w swe wielkie dłonie. 

 

-  Nie  powinnaś  o  tym  tyle  myśleć  –  powiedział  czule.  –  Lavina  poślizgnęła  się  na 

mokrych kamieniach i uderzyła w głowę. Dlatego zmarła. Skoro lensman i doktor uznali, że 
tak właśnie było, to i ty powinnaś to przyjąć. 
 

- Masz rację – przyznała i uśmiechnęła się sztucznie.  

 

Znalazła  swoje  szpilki  do  włosów  i  zabrała  się  do  splatania  włosów.  A  gdy  tylko 

Kristian wyszedł z sypialni, wyjęła znalezioną pochwę spod materaca i zamknęła ją na klucz 
w swojej skrzyni. 
 

- Tu będzie bezpieczny – upewniła samą siebie. Ale słowa męża wciąż dźwięczały jej 

w  uszach.  Czy  w  jego  głosie  nie  było  paniki?  A  może  tylko  wyobrażała  to  sobie?  Wstała  i 
powoli zeszła na dół. 
 
- Siedzisz tu jeszcze?- Helene cicho zamknęła za sobą drzwi szopy na łodzie. 
 

Elizabeth cofnęła dłoń, którą trzymała na wieku trumny. 

 

- Tutaj jest tak spokojnie. 

 

- Nigdzie nie ma takiego spokoju, jak w grobie. 

 

Helene  znalazła  jakąś  skrzynię  i  usiadła  obok  Elizabeth.  Dłonie  wsunęła  między 

kolana, żeby nie zmarzły. 
 

- Nie zawsze tak jest. 

 

- Co masz na myśli? 

 

- Nie każdy może zaznać spokoju. Lavina nie została jeszcze pochowana. Dobrze, że 

jest tak zimno, skoro trumna musi tu stać. 
 

Helene jakby ważyła przez chwilę słowa, po czym powiedziała: 

 

- Coś cię trapi ostatnio, Elizabeth. 

 

- Co by to miało być? 

 

- Mam nadzieję, że dowiem się tego od ciebie. Siedzisz w tej szopie codziennie. 

 

- Obserwujesz mnie? 

 

- Tak. 

 

Elizabeth  uśmiechnęła  się,  rozbrojona  szczerością  przyjaciółki.  Ale  po  chwili 

spoważniała. 
 

- A ciebie nie dręczy to, co się stało z Laviną? 

background image

 

22

 

- Zawsze pozostaje żal, kiedy ktoś odchodzi, ale nie przyjaźniłam się z nią, więc nie 

czuje potrzeby, żeby czuwać przy jej trumnie. 
 

-  Nie  o  to  mi  chodziło  –  powiedziała  Elizabeth.  –  Nie  zawsze  po  śmierci  lensman 

przesłuchuje wszystkich mieszkańców gospodarstwa. Może Lavina wcale się nie poślizgnęła, 
a może ktoś ją zabił? 
 

Helene  siedziała  w  milczeniu,  żując  kawałek  suszonej  ryby.  W  tej  samej  chwili  na 

dworze rozległ się jakiś huk, jakby spadł jakiś kamień. 
 

Elizabeth zdrętwiała. 

 

- Co to było? – szepnęła. 

 

- Pewnie tylko kot. Kto miałby ją zabić? 

 

Elizabeth nasłuchiwała dalej i dopiero po chwili się rozluźniła. 

 

- Wiele osób mogło to zrobić. – Zamilkła i od razu pożałowała tych słów. 

 

- Myślisz, że to ja? 

 

-  Nie,  skądże  znowu.  –  Elizabeth  zwilżyła  wargi  i  zniżyła  głos.  –  Znalazła  ją  Lina  i 

przybiegła do domu cała zakrwawiona. Myślę jednak, że to nie ona. 
 

Helene uśmiechnęła się mimo woli. 

 

- Gdzieżby tam. Przecież ona by muchy nawet nie skrzywdziła. 

 

Elizabeth pokiwała głową. 

 

-  Też  tak  myślę.  mógł  to  być  także  ktoś  obcy,  kto  tędy  przechodził.  Nie  wiemy 

przecież, kto mógł mieć jakieś porachunki z Laviną. 
 

Helene  przyglądała  jej  się  badawczo.  Nawet  w  tym  słabym  świetle  Elizabeth 

dostrzegła wyraz troski w jej oczach. 
 

- Nie powinnaś tyle o tym myśleć, Elizabeth – powiedziała w końcu Helene. – Niech 

lensman się tym martwi. Zresztą znasz opinię doktora. 
 

Elizabeth  cieszyła  się  w  duchu,  że  nie  wymieniła  imienia  Kristiana.  Jak  by 

zareagowała  Helene,  gdyby  się  dowiedziała,  że  Elizabeth  podejrzewa  własnego  męża?  Na 
pewno by jej się to nie podobało. 
 

- Masz rację – przyznała i podniosła się. 

 

W tej samej chwili otworzyły się drzwi i pojawił się w nich Kristian. 

 

-  Tutaj  się  spotykacie?  –  zaśmiał  się.  ale  Elizabeth  wyczuła  sztuczność  w  jego 

uśmiechu. 
 

- Właśnie wychodzimy – powiedziała Helene. – Ale jeśli chcesz zostać, nie będziemy 

cię powstrzymywać. 
 

- Dziękuję, ale wolę żywsze towarzystwo. 

 

- Co za dowcipy! – Helene przeżegnała się, przemknęła koło niego i wyszła. 

 

-  Często  tu  zaglądasz  w  ostatnich  dniach  –  zauważył  Kristian,  gdy  został  sam  z 

Elizabeth. 
 

- Martwię się, że jeszcze nie została pogrzebana w poświeconej ziemi. 

 

-  Musze  poważnie  porozmawiać  z  lensmanem.  Powiem,  mu  że  mamy  tego  dość  – 

stwierdził Kristian stanowczo. – Nie wiem, kogo on szuka. Może krewnych? Ale ona chyba 
nie  miała  żadnych  krewnych.  Nie  możemy  trzymać  tu  tej  trumny  w  nieskończoność.  Ktoś 
musi ją pochować. 
 

- Pozwól porozmawiać z lensmanem mnie. 

 

- Dlaczego? 

 

- Chyba łatwiej mi będzie mówić z nim o takich sprawach. 

 

Zmarszczył brwi i czoło. 

 

- Skoro tak twierdzisz. 

 

Pokiwała  głową.  potem  przemknęła  koło  niego  i  pobiegła  do  domu.  Postanowiła  od 

razu wybrać się do lensmana. Zanim zmieni zdanie. Już zbyt długo się nad tym zastanawiała. 

background image

 

23

Najwyższy  czas  porozmawiać  z  nim  o  wszystkich  podejrzeniach.  Bez  względu  na  to,  co 
powiedział doktor. 
 
 

Już  w  drodze  zaczęła  żałować.  Czy  dobrze  robi?  Co  powie  lensmanowi?  Układała 

sobie  zdania  w  głowie  i  powtarzała  je  cicho.  Żeby  sprawdzić,  jak  brzmią.  Gniada  klacz 
strzygła uszami i nasłuchiwała. Po chwili się uspokoiła, bo przecież gospodyni nie mówiła do 
niej.  
 

- Pani lensmanie, coś mi przyszło do głowy. Tak mnie to dręczy, ze chciałabym, żeby 

mnie pan wysłuchał. – powtarzała półgłosem Elizabeth. – Nie wiem, czy pan już słyszał, że 
Nils znikł. Tak, Nils Wędrowiec, ten który mieszkał z Laviną. 
 

Umilkła,  żeby  się  zastanowić.  Może  lensman  wie  o  tym  wszystkim?  Nie  tylko 

mieszkańcy  Dalsrud  wiedzieli,  że  Lavina  mieszkała  z  Nilsem  Wędrowcem.  Może  więc 
lensman też się wybrał na wyspę albo kogoś tam posłał. 
 

- Trudno mi mówić o tym wszystkim – mówiła dalej przyciszonym głosem. – Ale było 

tak, że … widziałam, jak Kristian i Lavina stali za obora i kłócili się o coś… A potem on jej 
dał pieniądze. Znalazła je i…  
 

Powróciły wspomnienia czasów, gdy wydawało jej się, że zabiła Leonarda. Gdy Jens 

przyrzekł jej dochować tej straszliwej tajemnicy o dotrzymał słowa. Teraz gryzło ją sumienie. 
Czy  powinna  opowiadać  lensmanowi  o  kłótni  Kristiana  z  Laviną?  Czy  nie  powinna  raczej 
chronić męża, tak jak kiedyś ją chronił Jens? 
 

Ujęła  wodze  w  jedną  rękę,  a  druga  otarła  spocone  czoło.  I  skręciła  w  stronę  domu 

lensmana. 
 

Na podwórzu nikogo nie było. Spodziewała się, że przywita ją parobek, ale żadne się 

nie  pojawił.  Natychmiast  przyszło  jej  do  głowy,  by  zawrócić.  Teraz,  od  razu!  Ale  jeśli  ktoś 
widział ją przez okno? Co sobie pomyśli? Czy nie wyglądałoby dziwnie, gdyby pojawiła się 
tu  i  znikła,  nie  mówiąc  nikomu,  w  jakiej  sprawie  przyjechała?  Może  lensman  powziąłby 
jakieś podejrzenia i sam zjawił się w Dalsrud, by ją wypytać? Ciarki ją przeszły, gdy o tym 
pomyślała. Lepiej zrobić tak, jak zaplanowała, już za późno, żeby zawrócić. 
 

Zdobyła  się  na  odwagę  i  zapukała  do  drzwi,  ale  nikt  jej  nie  otworzył.  Spróbowała 

ponownie,  tym  razem  mocniej,  a  potem  sama  otworzyła  drzwi  i  weszła.  Z  kuchni  słychać 
było głosy służących. Nie zorientowały się, że mają gościa. Elizabeth stała nieco zmieszana i 
w  tej  samej  chwili  usłyszała  czyjś  śmiech  w  saloniku.,  drzwi  były  lekko  uchylone.  Chciała 
właśnie zapukać, ale przypadkowo trąciła drzwi stopa i rozchyliły się trochę bardziej. I wtedy 
Elizabeth omal nie krzyknęła. Na kanapie siedziała żona lensmana ze starym doktorem. Miała 
rozpiętą  u  góry  suknię,  a  on  trzymał  dłoń  między  jej  piersiami.  Elizabeth  stała  jak  wryta. 
Doktor podciągnął suknię lensmanowej wolną dłonią, odsłaniając jej wielkie, białe uda, a ona 
zaczerwieniła się i zachichotała jak podlotek. 
 

Elizabeth  zrobiło  się  niedobrze,  gdy  elegancka  dama  wsunęła  swą  pulchną  rękę 

między  chude  uda  doktora.  Najwyraźniej  mu  się  to  podobało,  bo  na  twarzy  miał  wyraz 
zadowolenia. Poczuła obrzydzenie. 
 

Jakiś  dźwięk  z  kuchni  wytrącił  ją  z  odrętwienia.  Cofnęła  się  pospiesznie,  zamykając 

całkiem drzwi. Wielki Boże, pomyślała, ludzie już chyba całkiem poszaleli! 
 

Na  palcach  zbliżyła  się  do  drzwi  wejściowych,  wyszła  na  schodki  i  ostrożnie 

zamknęła  drzwi.  Chłodny  jesienny  wiatr  owiał  jej  twarz.  Wciąż  trawiły  ją  mdłości,  gdy 
wsiadła  do  swojego  wozu.  Już  miała  smagnąć  konia,  gdy  na  podwórze  zajechała  kariolka. 
Oddech jej natychmiast przyspieszył. W kariolce siedział lensman! 
- Dzień dobry, pani Dalsrud – przywitał ją. – Przyjechała pani w odwiedziny? 
 

Musiała chrząknąć parę razy, zanim zdołała coś wykrztusić. 

 

- Tak. Tak, chciałam odwiedzić panią lensmanową, ale chyba nikogo nie ma w domu. 

background image

 

24

 

-  Nikogo  nie  ma  w  domu?  –  powtórzył  lensman,  a  jego  krzaczaste  brwi  zniknęły 

niemal pod włosami. 
 

-  Pukałam,  ale  nikt  mi  nie  otworzył.  Ale  to  nic  ważnego  –  dodała.  –  Jak  się  posuwa 

budowa altany? – spytała jednym tchem. 
 

- Dziękuję. Altana już stoi. Już mnie pani o to pytała – zaśmiał się. – Może chciałaby 

pani mieć taką samą? 
 

-  Tak,  właśnie  o  tym  myślałam.  Chciałabym  mieć  altanę.  Może  lensman 

porozmawiałby o tym z Kristiane, któregoś dnia? 
 

Lensman wyskoczył z kariolki i zdjął ogłowie koniowi. 

 

- Mogę porozmawiać, ale budowę można zacząć dopiero latem. 

 

Nie  mogę  powiedzieć  mu  nic  o  Kristianie,  pomyślała.  To  przecież  mój  mąż  i 

przysięgałam mu przed Bogiem wierność na dobre i na złe. 
 

- Z lensmanem chciałam porozmawiać o czymś innym – wyjaśniła. – Lavina długo już 

leży  w  naszej  szopie  na  łodzie.  Bardzo  bym  chciała,  żeby  została  wreszcie    pochowana  w 
poświeconej ziemi. Niedługo się ociepli, nie powinna tam leżeć. 
 

-  Załatwimy  to.  Choć  nie  mogę  nigdzie  znaleźć  Nilsa  –  urwał,  jakby  powiedział  za 

dużo. 
 

- Byłabym bardzo wdzięczna – odparła, nie komentując jego słów. 

 

Lensman  szarpnął  za  wodze  i  poprowadził  konia  w  kierunku  stajni.  Pomachał  jej 

jeszcze  na  pożegnanie.  Elizabeth  ruszyła,  ale  po  pewnym  czasie  przystanęła  i  obejrzała  się 
przez  ramię.  Po  drugiej  stronie  domu  biegł  właśnie  na  swych  cienkich  nóżkach  pod  górę 
doktor. A więc temu staremu capowi udało się umknąć przed lensmanem. 
 
Rozdział 6 
 
 

Elizabeth  wyjęła  z  szuflady  kilka  szpilek  do  włosów  u  upięła  nimi  włosy.  W  lustrze 

widziała Kristiana, który zmagał się z zapinaniem malutkich guziczków przy stójce. 
 

- Chyba pierwszy raz nie mogłem się doczekać pogrzebu – powiedział. – Bogu dzięki, 

ż

e cała sprawa Laviny będzie wkrótce zakończona i życie wróci do normy. 

 

Elizabeth milczała, zajęta układaniem włosów. 

Przypomniała  sobie  swoje  ostatnie  odwiedziny  u  lensmana,  gdy  przyłapała  jego  żonę  w 
objęciach  starego  doktora.  Długo  nie  mogła  o  tym  zapomnieć.  Właściwie  do  tej  pory.  Jak 
lensmanowa  mogła  zrobić  coś  takiego?  Zamężna  kobieta?  A  doktor?  Powinni  się  wstydzić. 
Co  by  było,  gdyby  lensman  się  o  tym  dowiedział!  Co  by  zrobił?  odesłał  żonę?  A  może 
rzuciłby się na doktora z gołymi pięściami? 
 

-  Zaprosili  cię  do  środka,  gdy  byłaś  u  lensmana?  –  spytał  Kristian,  siadając  na 

krawędzi łóżka, żeby zawiązać buty. – Zapomniałem cię o to zapytać. 
 

-  Nie.  Bo…  -  wstała  sprzed  lustra  i  podeszła  do  szafy.  –  Żony  lensmana  nie  było  w 

domu, tak jak ci mówiłam. A jego spotkałam na podwórzu, kiedy zbierałam się do odjazdu. 
Mówił, że wrócił stary doktor.  
 

To było kłamstwo, ale tylko do pewnego stopnia. 

Elizabeth  widziała  przemieć  doktora  na  własne  oczy,  a  lensman  na  pewno  nie  będzie 
pamiętał, co wtedy mówił, nawet jeśli go Krystian zapyta. 
 

- A nie wiesz, co doktor robił w Danii? 

 

Elizabeth  znalazła  kurtkę  wciętą  w  talii,  z  guzikami  obciągniętymi  tkaniną.  Będzie 

pasowała do czarnej sukni. 
 

- Nie i nie pytałam o to. Pewnie ma tam jakąś rodzinę, którą musiał odwiedzić. 

 

- Rodzinę – prychnął Kristian. – Nie może przecież znikać na tak długo tylko dlatego, 

ż

e  nie  chce  odwiedzić  rodzinę.  Tu  jest  mnóstwo  chorych,  którzy  go  potrzebują.  Ten  nowy 

doktor był całkiem miły, ale przecież w gruncie rzeczy go nie znamy. 

background image

 

25

 

Elizabeth  zaśmiała  się  i  zamyśliła.  Podejrzewała,  że  stary  doktor  chciał  uciec  przed 

ż

oną  lensmana,  ale  wrócił,  gdy  okazało  się,  że  nie  może  o  niej  zapomnieć.  Nie  rozumiała 

tylko,  co  doktor  w  niej  widzi.  Ale  pewnie  jest  taki  sam  jak  Sivgard,  nie  przepuści  żadnej 
kobiecie. 
 

- Z czego się śmiejesz? – spytał Kristian, podchodząc do niej. 

 

- Że tak szybko się wystroiłeś. 

 

Pocałował ją delikatnie. 

 

- Ciebie też zaraz wystroję – mruknął i przyciągnął ją do siebie. 

 

-  Nie  teraz,  Kristian  –  powiedziała  i  odsunęła  go  zdecydowanie.  –  Jedziemy  na 

pogrzeb, wszyscy już na nas czekają. 
 
 

Na cmentarzu pojawiło się tylko kilka ubogich kobiet. Pastor nie miał czasu, by w nim 

uczestniczyć,  właściwie  należało  się  tego  spodziewać.  Lavina  stała  zawsze  z  boku,  należała 
do najuboższych. Niektórzy uważali, że jest niespełna rozumu, inni – że jest po prostu dziwna 
i śmiali się z niej za plecami. Elizabeth uważała jednak, że w niebie wszyscy są równi. 
Tam się nikogo nie wyróżnia. 
 

Lavina miała zostać pochowana koło ojca. Kristian wynajął człowieka, do wykopania 

grobu.  Teraz  przeczytał  kilka  wersetów  z  Biblii  i  sypnął  garść  ziemi  na  trumnę.  Elizabeth 
zrobiła  znak  krzyża,  wzięła  dziewczęta  za  ręce  i  poszła  za  resztą  w  stronę  kościoła. 
Zadzwoniły dzwony, wszyscy zaczęli wchodzić do środka. 
 

Po godzinie pierwsza podeszła do niej Petra ze Storli. 

 

- Słyszę, że źle się dzieje u was, w Dalsrud – powiedziała. 

 

Elizabeth nie miała wątpliwości, że Petrę cieszą plotki, które zasłyszała. 

 

-  Masz  na  myśli  tragiczną  śmierć  Laviny?  –  spytała,  choć  mogła  przewidzieć 

odpowiedź. 
 

Petra wydmuchała nos, skrzyżowała ramiona na brzuchu i odrzuciła głowę w tył. 

 

-  Wprawdzie  ja  się  nie  zajmuje  plotkami,  ale  ludzie  mówią,  że  to  wcale  nie  był 

wypadek. 
 

-  Co  masz  na  myśli?  –  zapytała  Elizabeth,  a  serce  mocniej  jej  zabiło.  Trudno  było 

przewidzieć, co powie Petra. Jeśli nie znała prawdy, snuła zazwyczaj własne domysły. 
 

Perta rozejrzała się dokoła i zniżyła głos. 

 

- Słyszałam, że ktoś ją zabił. Ale ja słowa na ten temat nie powiedziałam. 

 

- Doprawdy? A tutaj czym się zajmowałaś? Na własne uszy słyszałam, jak powtarzasz 

wyssane z palca plotki. 
 

Petra się zaczerwieniła. 

 

- Co za bezczelność… Ale czego można się spodziewać po kimś, kto przyjmuje pod 

swój dach złodziei i kłamców? 
 

- O czym ty mówisz? – Elizabeth podeszła bliżej. 

 

- O Amandzie, która nas okradła. 

 

Wspomnienia z czasów, gdy Amanda pracowała w Storli, były wciąż żywe w pamięci 

Elizabeth.  Petra  kazała  biednej,  chorej  na  zapalenie  płuc  dziewczynie  spać  w  przeciągu  w 
niedogrzanej  izbie  parobków.  Elizabeth  z  trudem  uratowała  jej  życie,  zarabiając  ją  do 
Dalsrusd. A teraz Petra oskarża Amandę o kradzież! Biedna Amanda jest w Ameryce i nawet 
nie  może  się  bronić.  Wszystko  to  tak  bardzo  wzburzyło  Elizabeth,  że  na  jej  policzkach 
wykwitły  rumieńce.  Zacisnęła pięści i zamierzała właśnie ostro odpowiedzieć tej bezczelnej 
kobicie, gdy podeszła Ane i poklepała ją po ramieniu. 
 

- Tata Kristian cię szuka. 

 

Opanowała się, skinęła Petrze głową, piorunując ją przy tym wzrokiem, i odeszła. 

 

Kristian tymczasem stał i rozmawiał z lensmanem. 

 

- Dzień dobry, pani Dalsrud – powiedział lensman. 

background image

 

26

- Rozumiem, że wybierają się państwo już do domu, więc nie będę zatrzymywać. 
 

-  Nie,  aż  tak  się  nie  spieszymy.  Dziękujemy,  że  lensman  pomógł  nam  pochować 

wreszcie Lavinę. Słyszałem, że tymczasem wrócił stary doktor? 
 

Lensman pokiwał głową. 

 

-  Podobno  jego  bliska  rodzina  w  Danii  się  rozchorowała  i  dlatego  musiał  wyjechać. 

Ale  zdaje  się,  że  już  są  zdrowsi.  No  i  dobrze.  – Umilkł  na  chwilę.  Elizabeth  już  chciała  się 
pożegnać, gdy zapytał: - Nie słyszeliście ani nie widzieliście przypadkiem Nilsa Wędrowca? 
 

Kristian pokręcił głową. 

 

- Nie. 

 

Lensman zmarszczył brwi i czoło. 

 

-  Dzień  po  śmierci  Laviny  wybrałem  się  na  Wyspę  Topielca,  ale  Nilsa  tam  nie 

zastałem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że znikły także wszystkie zwierzęta. 
To stawia sprawę w innym świetle. Poza tym nikt go od tamtej pory nie widział. 
 

Zapadła  cisza,  przetłaczająca  i  nie  przyjemna.  Elizabeth  rozejrzała  się  niepewnie 

dokoła. Na szczęście Ane podeszła już do wozu i czekała na nich razem z innymi. 
 

-  Nie  będę  was  już  dłużej  zatrzymywał  –  powiedział  lensman,  wyciągając  dłoń  na 

pożegnanie. – Dziękuję za rozmowę. 
 

- My też dziękujemy. – Elizabeth skinęła głową i wsiadła do powozu. 

 

Lensman miał więc swoje podejrzenia. Tajemnica zniknięcia Nilsa Wędrowca stawała 

się coraz bardziej zagadkowa. Może to właśnie on popchnął Lavinę tak, by ją zabić? 
 
Rozdział 7 
 
 

Elizabeth  nuciła  swoją  ulubioną  kolędę.  W  kuchni  było  ciepło,  dziewczęta  miały  na 

głowach  białe  chustki  i  białe  fartuchy.  Na  ich  czołach  perlił  się  pot,    rękawy  podwinęły  do 
łokci,  koszule  pod  szyją.  I  pachniało  już  świątecznymi  wypiekami!  Cały  dom  był 
przepełniony radością, oczekiwaniem i miłymi zapachami. 
 

Ubój  został  już  dawno  zakończony,  chrupkie  pieczywo  i  placki  upieczono  z  pomocą 

najętych  komornic.  Pozostała  tylko  najprzyjemniejsza  część  pracy  –  pieczenie  kruchych 
ciasteczek. 
 

Ktoś cicho zapukał ze zdziwieniem na obecnych, ale napotkała tylko równie zdumione 

spojrzenia. Wzruszyła więc ramionami, otrzepała dłonie z mąki i poszła otworzyć. 
 

Od  razu  poznała  chłopca,  który  stał  na  progu.  To  był  młodszy  brat  Amandy.  Sama 

pomagała mu przyjść na świat. Po Nowym Roku chłopak skończy osiem lat. ukłonił się nisko, 
ś

ciskając czapkę w dłoniach. 

 

-  Dzień  dobry,  pani  Elizabeth.  Przyszedłem  zapytać,  czy  mogę  porozmawiać  z  Ane-

Elise. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się, słysząc podwójne imię córki. Nikt go już nie używał. W tej 

samej chwili pojawiła się Ane. Pewnie usłyszała jego głos. 
 

- Dzień dobry – powtórzył. – Chciałem zapytać, czy mogę pożyczyć psałterz? Muszę 

się nauczyć jednego kawałka na pamięć na jutro, a nie mam ksiązki w domu. 
 

-  Oczywiście  –  zgodziła  się  Ane  natychmiast.  –  Może  wejdziesz  i  spróbujesz 

ciasteczek? 
 

Chłopiec spojrzał pytająco na Elizabeth. Wyraźnie czekał na jej przyzwolenie. 

 

- Wchodź śmiało – zachęciła, wskazując mu miejsce. 

 

Sprzątnęła  ze  stołu,  żeby  dzieci  mogły  swobodnie  usiąść.  Ane  przyniosła  już  swój 

psałterz  i  teraz  siedzieli  obok  siebie,  jedno  z  jasną,  drugie  z  brązową  głową,  pogrążeni  w 
lekturze.  Chłopiec  jakby  poczuł  spojrzenie  gospodyni,  bo  podniósł  wzrok.  Bardzo 
przypomniał swoją siostrę. Miał takie same brązowe włosy, takie same szare oczy. 
 

- Mogę zapytać o coś panią Elizabeth? 

background image

 

27

 

- Pytaj, ile tylko chcesz, ale mów do mnie po prostu Elizabeth. 

 

Mały jakby wstydził się zapytać. 

 

-  Czy  brzydko  jest  słuchać,  jak  dorośli  rozmawiają,  gdy  oni  o  tym  nie  wiedzą?  – 

Rumieniec oblał mu policzki, chłopiec przygryzł wargę. 
 

-  To  zależy.  Nieładnie  jest  specjalnie  stać  pod  drzwiami  i  podsłuchiwać.  Ale  jeśli 

usłyszy się coś przez przypadek, to już całkiem inna sprawa. 
 

Pokiwał głową w zamyśleniu i nic więcej nie powiedział. Obrócił się znowu do Ane. 

 

Pieczenie dobiegło końca, więc Elizabeth zaczęła nakrywać do stołu. 

 

- Lubisz kuchenne ciastka? – spytała. 

 

- A co to takiego? 

 

- To takie ciasteczka, które nie wyszły najpiękniej. Zjadamy je sami przed świętami – 

wyjaśniła. – Pijesz kawę? 
 

Pokręcił głowa. 

 

- Nie próbowałem. 

 

- Nawet białej? – zdziwiła się Ane. 

 

- Chłopiec się zaczerwienił, więc Ane szybko wyjaśniła: 

 

- To kawa z mlekiem. 

 

- Dostaniesz mleka – powiedziała Elizabeth i postawiła przed nim pełen kubek. 

 

Helene,  Lina  i  Maria  także  usiadły  do  stołu.  Zrzuciły  drewniaki,  wyciągnęły  stopy. 

Odsunęły chustki na tył głowy, odsłaniając włosy. 
 

- Ale jestem zmęczona – westchnęła Helene. – Dużo dzisiaj zrobiłyśmy. 

 

- A co nam jeszcze zostało? – zainteresowała się Lina. 

 

-  Jeszcze  tylko  wieniec  z  ciasta  –  powiedziała  Maria.  –  Przedtem  robiła  go  zawsze 

Gurine. Pamiętacie? 
 

Pokiwały głowami. Teraz ciasto przygotowywała Helene, której Elizabeth najbardziej 

ufała. To zajęcie wymagało prawdziwego kunsztu. 
 

Siedzieli  razem,  delektując  się  ciasteczkami,  kawą  i  ciszą.  Elizabeth  dbała  o  to,  by 

gość miał zawsze ciasteczko na talerzu. Chłopiec za każdym razem szeptał „dziękuję bardzo” 
i z powagą kiwał głową, jakby niezupełnie rozumiał, dlaczego dostaje tyle pyszności. 
 

Helene pierwsza się podniosła. 

 

- Trzeba zanieść ciastka do spiżarni. 

 

Lina  i  Maria  wstały  niechętnie,  włożyły  drewniaki,  obciągnęły  rękawy,  po  czym 

chwyciły pudełka z ciastkami. 
 

-  Pójdę  z  wami  –  powiedziała  Ane.  –  Możesz  pożyczyć  psałterz  do  domu  –  dodała, 

patrząc na szkolnego kolegę. 
 

- Ubierzcie się porządnie – powiedziała Elizabeth. 

- Nie chodźcie tak po mrozie. Nie chcę mieć żadnych chorych podczas świąt. 
 

Narzuciły wełniane kurtki i znikły za drzwiach. 

Chłopiec skończył pić mleko. 
 

- Co u was słychać? – spytała Elizabeth, gdy zostali sami. – Mieliście jakieś wieści od 

Amandy? 
 

- Tak, od czasu do czasu przysyła listy. Podobno pisze do nas mniej więcej to samo, 

co do was. – twarz małego rozjaśnił szeroki uśmiech. – Ona to ma dobrze. Mają wieli dom, 
mnóstwo  zwierząt,  nawet  psa!  I  nigdy  nie  są  głodni,  zawsze  najedzeni.  Kiedy  dorosnę,  też 
wyjadę do Ameryki. Najpierw zamieszkam u nich, a potem zbuduję sobie własny dom. 
 

- Dlaczego pytałeś, czy to brzydko słuchać, jak dorośli rozmawiają? 

 

Chłopiec  zaczął  się  bawić  ciastkiem,  które  leżało  na  jego  talerzyku,  pokruszył  je  i 

wsunął kawałek do ust. Długo żuł. Ale w końcu postanowił odpowiedzieć, bo podniósł głowę 
i spojrzał jej w oczy. 

background image

 

28

 

- Leżałem i nie mogłem zasnąć, kiedy usłyszałem, że mama i tata rozmawiają. Mama 

płakała, tata był zły. – Mały zerknął na Elizabeth. – Może nie powinienem tego mówić. 
 

Elizabeth pogłaskała go po głowie. 

 

-  Obiecuję,  że  nikomu  tego  nie  powtórzę.  Jeśli  mi  powiesz,  co  cię  martwi,  może 

potrafię ci pomóc. 
 

- Mówili, że był i nich lensman i żądał za… nie pamiętam, co to było za słowo. Nie 

wiem nawet, co znaczy. Ale mama płakała, mówiła, że prawie nic nie mamy i że nie wiem co 
lensman zrobi. 
 

- Czy mówili o zastawie? – spytała Elizabeth. 

 

Pokiwał głową. 

 

- To coś strasznego? 

 

-  Nie  martw  się  –  powiedziała  lekkim  tonem.  –  Mama  była  na  pewno  zmęczona  i 

dlatego płakała. 
 

-  A  co  ten  lensman  chciał?  Ci  lepsi  ludzie  nigdy  do  nas  nie  przychodzą.  Tylko  pani 

Elizabeth. 
 

-  Nie  ma  lepszych  i  gorszych  ludzi  –  zapewniła  Elizabeth  z  powaga.  –  Wszyscy 

jesteśmy tyle samo warci. Pamiętaj o tym! Pomyśl tylko o Amandzie, o tym,  co jej się udało. 
Pewnego dnia ty także pojedziesz do Ameryki. 
 

Snuła  mu  jeszcze  przez  chwilę  opowieść  o  tej  ziemi  obiecanej,  żeby  odwrócić  jego 

myśli  od  kłopotów.  Chłopiec  się  ożywił  i  przedstawił  jej  swoje  plany  na  przyszłość. 
Najważniejsze to dobrze się uczyć i szybko dorosnąć, a wszystko się ułoży. Czytanie i pisanie 
oraz liczenie są bardzo ważne. Tak powiedziała Amanda. 
 

Elizabeth  pokiwała  głową.  gdy  dziewczęta  wróciły  z  zaczerwionymi  nosami,  mały 

zbierał  się  już  do  wyjścia.  Elizabeth  zapakowała  mu  trochę  ciastek  i  woreczek  świeżo 
zmielonej kawy. I szepnęła: 
 

- Nie rezygnuj nigdy ze swoich marzeń, a wszystko będzie dobrze. 

 

Uśmiechnął się, ukłonił i ruszył do domu przez głęboki śnieg. 

 

Elizabeth  postała  jeszcze  przez  chwilę,  patrząc  za  nim.  Trzeba  jakoś  pomóc  tym 

biednym ludziom. 
 
 

- Jadą! – zawołała Ane, wybiegając z kuchni. – Widać ich już na drodze. 

 

Elizabeth złapała ją w biegu. 

 

- Pamiętasz chyba, co ci powiedziałam na temat biegania po domu. Jesteś już na to za 

duża. 
 

- Dobrze, już dobrze – mruknęła pod nosem dziewczynka, wyrywając się matce. 

 

Elizabeth westchnęła do przechodzącego właśnie Kristiana. 

 

- Szkoda język sobie strzępić. Czasami zachowuje się, jakby była zupełnie głucha. 

 

- Wykapana matka – odparł Kristian i uśmiechnął się błyskawicznie przed kuksańcem 

ż

ony. 

 

Spojrzała  w  górę  schodów  z  nadzieją,  że  ujrzy  na  nich  Marię.  Niezależnie  od 

własnych  odczuć,  Maria  powinna  zachować  się,  jak  należy  i  przywitać  z  gośćmi  ponieważ 
jednak Maria nie schodziła, Elizabeth uniosła spódnicę i ruszyła na górę. 
 

Siostra siedziała na starannie posłanym łóżku. 

 

- Jak ładnie wyglądasz – zawołała Elizabeth, siadając koło niej. 

 

Maria  miała  na  sobie  czarną  suknie  z  białym  kołnierzem.  Spięła  ją  pod  szyją  złotą 

broszkę, pożyczoną od Elizabeth. Helene pomogła jej zrobić loki i upiąć włosy w kunsztowną 
fryzurę. 
 

- Grubo? – zaniepokoiła się Maria. 

 

- Co za bzdura! Jesteś w sam raz. Masz kobiecą figurę i niejedna ci jej zazdrości. gdy 

miałam szesnaście lat, bardzo zazdrościłam figury Dorte, bo sama była chuda jak szczapa. 

background image

 

29

 

- Ja będę kiedyś wyglądała jak żona lensmana – westchnęła Maria. 

 

- Bardzo się przejmujesz spotkaniem z Olavem  i Elen? 

 

- Tak. 

 

- W takim razie pamiętaj, że jesteś najładniejszą kobietą w Dalsrud. Nie mówię tego, 

ż

eby cię pocieszyć, ani dlatego, ze jesteś moją siostra. Naprawdę tak myślę. 

 

Maria uścisnęła ją serdecznie. 

 

- Dziękuję, Elizabeth. Ładnie to powiedziałaś. 

 

Goście byli już w sieni, gdy zeszły na dół. Słychać było  gwar i śmiech, na podłodze 

pojawiły  się  kałuże  ze  stopionego  śniegu.  Służba  jednak  czekała  ze  sprzątaniem,  Az  goście 
wejdą do salonu. Elizabeth bardzo przestrzegała zasad dobrego wychowania. 
 

- Witajcie, witajcie – uśmiechała się Elizabeth, ściskając ręce Dorte i Jakoba. 

 

Indianne podbiegła natychmiast do Marii, żeby ją ucałować. Przyjaciółki miały sobie 

zawsze  mnóstwo  do  powiedzenia.  Przyjechał  także  Benjamin,  narzeczony  Indianne.  Ukłonił 
się grzecznie, złożył świąteczne życzenia. Był przystojny, tak jak go Elizabeth zapamiętała. 
 Miał  długie,  podwinięte  do  góry  rzęsy,  niebieskoszare  oczy  i  mocny  uścisk  dłoni.  Założył 
czarne ubranie z kamizelką i śnieżnobiałą koszulę. 
 

Elizabeth  zauważyła,  że  Maria  przywitała  się  z  nim  raczej  chłodno.  Nie  lubiła 

Benjamina. Uważała, że jest inny, niż chce się wydawać, choć Elizabeth nie bardzo wiedziała, 
co siostra ma na myśli. 
 

- Elen i Olav nie przyjechali z wami? – spytała Elizabeth, zerkając w stronę drzwi. 

 

- Nie. parę dni temu jej rodzice zaprosili Olava – wyjaśniła Dorte. – I okazało się, że 

ten termin im akurat najbardziej pasuje, bo potem spodziewają się innych gości. 
 

Elizabeth  nie  miała  śmiałości  spojrzeć  na  Marię,  ale  sama  odetchnęła  z  ulga.  Jak  to 

dobrze. uniknęli zatem trudnego spotkania. Marii z pewnością ulżyło tak samo jak jej. 
 

Goście przeszli do jadalni, w której czekał już nakryty stół. Pośród śmiechu i żartów 

zajmowali swoje miejsca, a chwilę później Lina i Helene wniosły jedzenie: pieczeń cielęcą w 
sosie śmietanowym z ziemniakami. 
 

Do  kryształowych  kieliszków  nalano  czerwonego  wina  w  kolorze  rubinu.  Dzieci 

dostały  sok  podobnej  barwy  i  chichotały,  zachwycone,  że  piją  coś  takiego  jak  dorośli. 
Dopiero gdy wszyscy wznieśli kieliszki do toastu, Elizabeth ośmieliła się spojrzeć na siostrę. 
Maria  była  spokojna  i  rozluźniona,  ale  od  czasu  do  czasu  słała  chmurne  spojrzenia 
Benjaminowi. Co ona ma przeciwko temu chłopakowi? 
 
 

Przyjęcie  się  udało.  Wszyscy  chwalili  jedzenie,  dzieci  zachowywały  się  wzorowo. 

Gdy nieco później siedzieli na fotelach z kawą, koniakiem i likierem, Ane, Daniel i  Fredrik 
wymknęli  się  do  kuchni.  Tam  dostali  trochę  kawy    mlekiem  od  Helene  i  mogli  się  śmiać  i 
rozmawiać do woli. 
 

Jakob  wyjął  fajkę  i  długo  ją  pykał,  a  nad  jego  głową  unosiły  się  kłęby  dymu.  Dorte 

uśmiechała się tylko i nie wspomniała nawet słowem, że nie lubi tego nałogu. 
 

Kristian otrzymał z Bergen pudełko cygar. Wydobył je i poczęstował Benjamina, ale 

ten pokręcił głową. 
 

- Nie, dziękuję. Indianne tego nie lubi, więc nie palę.  

 

Elizabeth, która siedziała koło Marii, usłyszała pogardliwe prychnięcie siostry. Co się 

z nią dzisiaj dzieje. 
 

-  Czy  mamy  się  szykować  na  wesele  w  Heimly?  –  spytała  Elizabeth  i  od  razu  tego 

pożałowała.  Miała  zamiar  zapytać  o  coś  innego,  ale  w  obawie,  że  ktoś  może  zauważyć 
niestosowne  zachowanie  siostry,  powiedziała  pierwszą  lepszą  rzecz,  która  przyszła  jej  do 
głowy. 
 

Indianne się zarumieniła. 

 

- Jeszcze nie było oświadczyn – powiedziała, wyraźnie zmieszana. 

background image

 

30

 

-  Z  tym  należy  poczekać  na  właściwą  okazję  –  rzekł  Benjamin.  –  Oświadczyny  to 

poważna sprawa. 
 

- Prawda, prawda – pokiwał głową Kristian. – Ja się fatalnie zabrałem do rzeczy, bo 

chyba ze trzy razy pytałem Elizabeth, zanim wreszcie powiedziała „tak”. To było męczące – 
westchnął i pokręcił głową, wzbudzając perlisty śmiech Indianne. 
 

Rozmowa zeszła na pogodę, wszyscy się zastanawiali, jakie lato ich czeka. 

 

- Pamiętam zeszły rok. Wtedy słońce prażyło – stwierdził Jakob. 

 

-  Tak,  tak  –  przyznał  Kristian.  –  Ale  ja  byłem  akurat  w  wygódce,  więc  mnie  to 

ominęło. 
 

Wszyscy  się  roześmiali.  Elizabeth  pochyliła  się  ku  Dorte,  by  porozmawiać  o 

domowych obowiązkach i nowinkach, którymi się nie wymieniały od paru miesięcy. 
 

Maria przysunęła się tymczasem do Indianne, a Benjamin przysiadł się do mężczyzn. I 

tak już zostało do końca wieczoru. Chyba dobrze się bawią, pomyślała Elizabeth z radością. 
Wszyscy śmiali się, rozmawiali, najwyraźniej nikt nie miał ochoty kłaść się spać. 
  
Rozdział 8 
 
 

Mróz  mocno  szczypał  w  policzki,  a  końskie  kopyta  wzbijały  w  powietrze  świeżo 

spadły śnieg. Elizabeth zadygotała i otuliła się szczelniej szalem. Obok niej siedziała Maria. 
 

- I cieszę się, i żałuję, że święta już minęły – mówiła. – Żałuję, bo to taki miły czas, a 

cieszę  się,  że  mamy  przed  sobą  całkiem  nowy  rok.  Można  wszystko  zacząć  od  nowa. 
Rozumiesz mnie? 
 

Elizabeth pokiwała głową. 

 

- Tak, ja też czasami tak czuję. Zwłaszcza wtedy, gdy w starym roku zdarzyło się coś 

smutnego. 
 

Smutnego. Przypomniała sobie rodzinę Amandy i sprawę zastawu, o której wspomniał 

młodszy brat dziewczyny. Elizabeth często zastanawiała się nad tym, jak pomóc tej rodzinie, 
ale  nie  znalazła  na  razie  dobrego  rozwiązania.  Nie  mogła  poprosić  Kristiana  o  pieniądze.  Z 
pewnością uznałby, że postradała rozum. 
 

Maria zamilkła i siedziała pogrążona we własnych myślach. Elizabeth ujęła wodze w 

jedną dłoń, a drugą sięgnęła do kieszeni, by wydobyć list. Do Liny Monsdatter. W chwili gdy 
sklepikarz podał jej tę kopertę, poczuła dziwny niepokój, choć nie pojmowała, czemu. 
 

- Dlaczego tak się wpatrujesz w ten list? 

 

Elizabeth zerknęła na siostrę. 

 

- Charakter pisma wydaje mi się jakiś znajomy – powiedziała, uświadamiając sobie, że 

właśnie to ją niepokoiło. 
 

- Pokaż! 

 

Elizabeth podała jej kopertę. 

 

Maria zerknęła na list, a potem na siostrę. 

 

-  Widziałaś  przecież  listy,  które  Lina  dostawała  od  narzeczonego.  Nic  dziwnego,  że 

poznajesz pismo. 
 

Elizabeth zawahała się przez chwilę. 

 

- To nie to. Widziałam ten charakter pisma znacznie wcześniej. 

 

Maria oddała jej list, a Elizabeth schowała go z powrotem do kieszeni, 

 

- To całkiem zwyczajny męski charakter pisma – stwierdziła Maria. 

 

Elizabeth  nie  odpowiedziała.  Wiedziała,  że  jest  w  tym  coś  więcej.  Coś,  co  powinna 

pamiętać, coś, co już kiedyś widziała. 
 
 

Miło  było  wrócić  do  domu.  Dziewczęta  napaliły  w  kominku  w  salonie.  Elizabeth 

najpierw  ogrzała  przy  ogniu  dłonie,  a  potem  obróciła  się  plecami,  żeby  przyjemne  ciepło 

background image

 

31

rozlało się po jej ciele. Na dworze zaczął sypać śnieg. Wielkie płatki spadały na podwórze, na 
ś

ciany,  na  szyby.  Niedługo  szyby  w  sypialniach  na  poddaszy  pokryją  się  od  wewnątrz 

szronem. Zawsze tak było o tej porze roku. 
 

Rozległo się pukanie do drzwi i do środka wsunęła nos Lina. 

 

- Masz trochę czasu? 

 

- Wchodź śmiało. 

 

- Dostałam list od Andreasa. Zresztą wiesz przecież o tym – zaśmiała się. 

 

Elizabeth  wskazała  jej  krzesło.  Dziewczyna  nieśmiało  na  nim  przycupnęła.  Miała 

mocne  rumieńce  na  twarzy  i  ciągle  się  uśmiechała,  ale  przy  tym  nerwowo  przybierała  w 
palach arkusiki. 
 

- Coś się stało, Lina? 

 

- Bo my już… No tak, już postanowiliśmy, kiedy będzie ślub. We wrześniu. Za osiem 

miesięcy. 
 

- Gratuluję! To dobra nowina. – Elizabeth także usiadła na krześle. – To będzie twój 

wielki  dzień.  Jeszcze  bardziej  uroczysty  niż  dzień  konfirmacji.  W  tym  dniu  zmieni  się  całe 
twoje życie. 
 

Lina spuściła wzrok i starannie złożyła arkusiki. 

 

- Martwisz się? – spytała Elizabeth. – Nie zrozum mnie źle. Małżeństwo to wspaniała 

sprawa – dodała, niepewna, czy mówi to, co trzeba. 
 

Lina podniosła wzrok. 

 

- Nie o to chodzi. Wiem, że będzie mi dobrze z Andreasem, nawet przez moment w to 

nie  wątpię.  Postanowiliśmy  poszukać  jakiegoś  domu  niedaleko  Dalsrud.  Wtedy  mogłabym 
dalej i was służyć. Przynajmniej do czasu, gdy pojawią się dzieci. – twarz dziewczyny oblał 
delikatny rumieniec i znowu spuściła wzrok. 
 

-  Mam  nadzieję,  że  będziesz  miała  całą  gromadkę  dzieci,  a  pracować  u  nas  możesz, 

jak długo tylko zechcesz – powiedziała Elizabeth, biorąc ją za ręce. – Znajdziemy też nianię 
do dzieci, jeśli będzie trzeba. 
 

Lina wybiegła z salonu lekkim krokiem, spódnica tańczyła jej wokół; kostek. 

 

Dom niedaleko Dalsrud, pomyślała Elizabeth. Tylko jak go znaleźć? Nikt się przecie 

nie  zamierza  wyprowadzić,  zresztą  jeśli  nawet  ktoś  to  roni,  najczęściej  rozbiera  dom,  żeby 
ponownie wykorzystać budulec. 
 

- Boże, pozwól mi ją tu zatrzymać – szepnęła. Nie dopuszczała nawet myśli, że Lina 

też się wyprowadzi. Straciła już przecież Amandę. 
 

Parę godzin później, gdy do salonu wszedł Kristian, Elizabeth siedziała w tym samym 

miejscu. 
 

- Ale się zamyśliłaś- zauważył. 

 

Elizabeth się wyprostowała. Zesztywniały jej kości od siedzenia w jednej pozycji. 

 

-  I  zimno  się  tu  zrobiło –  stwierdził,  wrzucając  kilka  kostek  torfu  do  ognia.  –  Długo 

tak siedzisz? 
 

Zamiast odpowiedzieć, Elizabeth spytała: 

 

- Słyszałaś o jakimś pustym domu niedaleko Dalsrud? Do wynajęcia albo na sprzedaż? 

 

Kristian zamknął drzwiczek Piecka i spojrzał na nią ze zdumieniem. 

 

- Dlaczego pytasz? Chcesz się ode mnie wyprowadzić?  

 

- Nie wygłupiaj się, odpowiedz mi na pytanie. 

 

Milczał, więc dodała: 

 

- Jest ktoś, szuka domu. 

 

Podrapał się po brodzie. Zarost miał już trochę za długi, powinien się ogolić. Chociaż 

jej właśnie z takim zarostem się podobał. 
 

- Wolny dom… - mruknął. – Trzeba by sprawdzić. Słyszałem o pustym domu, który 

należy do lensmana, ale chyba słono kosztuje. 

background image

 

32

 

-  Jest  duży?  –  ożywiła  się  Elizabeth.  Może  jednak  wszystko  się  ułoży,  może  Lina 

będzie mogła nadal u nich pracować. 
 

- Nie, to był dom komorników. Ale to dobra ziemia, choć jest jej niewiele, domowi też 

niczego nie można zarzucić. Ani dach, ani ściany nie przeciekają. 
 

Elizabeth  zerwała  się  z  fotela.  Czy  od  razu  powiedzieć  o  tym  Linie,  czy  najpierw 

porozmawiać lensmanem? 
 

- A kto szuka domu? 

 

- Lina i Andreas. 

 

Kristian, który zmierzał już w stronę drzwi, stanął jak wryty i obrócił się na pięcie. 

 

- Możesz powtórzyć? 

 

- Lina i… 

 

- Słyszałem – przerwał jej. – Dlaczego chcą tu zamieszkać? Nie przeprowadzają się do 

Kabelvaag? – spytał wyraźnie poruszony. 
 

-  O  co  ci  chodzi?  –  Elizabeth  nie  wierzyła  własnym  uszom.  –  Lina  powiedziała  mi 

dziś, że zaplanowali ślub na wrzesień, i jeśli znajdą dom gdzieś w okolicy, to chciałaby nadal 
służyć w Dalsrud. To chyba dobra wiadomość. 
 

Kristian z trudem przełknął ślinę. Naprawdę był bardzo zdenerwowany. 

 

- Słyszałem, jak kiedyś mówiła, że zamieszkają w Kabelvaag. 

 

- Ale zmienili plany. Masz coś przeciwko temu? 

 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie.  –  Podszedł  długimi  krokami  w  stronę  okna  i  oparł  się 

obiema dłońmi o parapet. 
 

Elizabeth patrzyła na jego szerokie bary, na mięśnie mocno napięte pod koszulą. Miała 

ochotę  podejść  do  niego,  pogłaskać.  Dotknąć  jego  ciała.  Zarazem  jednak  ogarnęła  ją  nagła 
niechęć.  Dlaczego  Kristian  tak  zareagował?  Z  zazdrości?  obawiał  się,  że  Andreas  może 
okazać się całkiem przystojnym mężczyzną i że będzie za często zerkał w stronę Elizabeth? 
Miał takie obawy, kiedy w Dalsrud pojawił się Lars, ale na szczęście z czasem się uspokoił. 
 

Elizabeth była jednak zirytowana. Kristian powinien zapanować nad swoją zazdrością. 

Na  świecie  jest  mnóstwo  mężczyzn,  Elizabeth  nie  może  się  przecież  chować  przed 
spojrzeniem ich wszystkich. 
 

-  Idzie  Bergette  –  powiedział  Kristian,  najwyraźniej  zadowolony,  że  mogą  zmienić 

temat. 
 

Elizabeth poprawiła włosy i wygładziła suknię. 

 

-  Pójdę  ją  przywitać  –  oświadczyła.  Ale  wychodząc,  obejrzała  się  przez  ramię. 

Zatopiony we własnych myślach Kristian stał w tym samym miejscu, jak skamieniały.  
 
 

W  salonie  było  już  pusto,  gdy  chwilę  później  Elizabeth  wróciła  z  Bergette  i  jej 

córeczką. 
 

-  Jak  to  miło,  że  nas  odwiedziłyście  –  uśmiechnęła  się  Elizabeth.  –  A  ty,  Karen- 

Lousie, tak bardzo urosłaś, że ledwie cię poznałam – dodała, biorąc od nich płaszcze. 
 

Bergette  z  czułością  pogłaskała  córeczkę  po  włosach.  Z  czasem  ściemnieją  trochę  i 

staną  się  takie,  jak  włosy  matki,  pomyślała  Elizabeth.  Poprosiła  gości  żeby  usiedli.  W  tej 
chwili do salonu weszła Ane, dygnęła i przywitała się grzecznie. 
 

- Możesz poprosić Helene, żeby przyniosła kawę i ciastka? – zapytała Elizabeth/ 

 

-  Helene  już  idzie  –  odparła  Ane  i  dodała:  -  Karen-Louise,  jeśli  chcesz,  mogę  ci 

pokazać mojego kota i zabawki, bo dorośli będą na pewno rozmawiać o czymś nudnym. 
 

Mała  skinęła  głową  i  podała  Ane  rączkę,  spoglądając  na  niż  z  niekłamanym 

uwielbieniem. 
 

- Jaka miła ta twoja córeczka – powiedziała Bergette, gdy drzwi się za nimi zamknęły. 

 

-  Chyba  chciałaby  mieć  młodsze  rodzeństwo  –  westchnęła  Elizabeth  i  rada  była,  że 

Bergette  w  milczeniu  przyjęła  te  słowa.  Przyjaciółka  sama  długo  czekała  na  dziecko  i 

background image

 

33

wiedziała,  jak  trudne  bywają  to  sprawy.  Elizabeth  szukała  innego  tematu  do  rozmowy,  ale 
akurat  weszła  Helene  z  kawą  i  plackami.  Wymieniła  parę  słów  z  Bergette  i  zniknęła 
bezgłośnie. 
 

Bergette spojrzała w kierunku drzwi. 

 

- Helene wygląda na szczęśliwą. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się, biorąc kawałek placka, słodkiego i smakowitego. 

 

- Mam nadzieję, ze jest szczęśliwa. 

 

- Znalazła sobie nowego narzeczonego po tym, co się stało z Pålem? 

 

Elizabeth przełknęła kęs ciastka. 

 

- Zdaje się, że wpadł jej w oko Lars, ale trudno powiedzieć, co z tego będzie. Lars jest 

równie  miły  dla  wszystkich  dziewcząt,  a  Helene  przywiązuje  do  jego  słów  zbyt  dużą  wagę. 
Mam nadzieję, ze się nie rozczaruje. 
 

- Co z Marią?  

 

Elizabeth spojrzała na Bergette. Ufała przyjaciółce, wiedziała, że może powiedzieć jej 

prawdę. 
 

-  Marii  wydawało  się,  że  jest  coś  między  nią  a  Olavem.  Ale  on  znalazł  sobie  inną, 

Elen.  Maria  chyba  tego  nie  przebolała.  Widziałam,  jak  jej  ulżyło,  gdy  się  okazało,  że  nie 
przyjadą do nas na święta. 
 

Bergette w zamyśleniu pokiwała głową i wypiła trochę kawy. 

 

- Serce boli, gdy się widzi swego ukochanego z inną. 

 

Elizabeth  aż  się  zakrztusiła  kawą.  Zbyt  dobrze  pamiętała  Sivgarda  i  tę  bezczelną 

służącą.  Czyżby  Bergette  czegoś  się  dowiedziała?  Może  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  co  się 
dzieje za jej plecami. Oby nie. najlepiej by było, gdyby Sivgard znudził się dziewczyną. Ale 
wtedy  znalazłby  sobie  po  prostu  inną,  pomyślała.  Taki  już  był,  potrzebował  ciągle  nowych 
kobiet.  Bogu  dzięki,  że  Kristian  nie  jest  do  niego  podobny,  pomyślała  z  wdzięcznością. 
Wiedziała, że może na nim polegać.  
 

- Miałaś ostatnio trudny okres – stwierdziła Bergette. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Nie jest tak źle. A co u ciebie? 

 

- Dziękuję, wszystko w porządku. Historia z Laviną bardzo cię wymęczyła, widać to 

od razu, Elizabeth. Schudłaś chyba… Albo trochę pobladłaś. 
 

-  O,  dziękuję  –  zaśmiała  się  Elizabeth.  –  Ale  nie  schudłam,  niestety,  czuję  to  po 

ubraniach.  A  zimną  wszyscy  chyba  jesteśmy  bladzi.  –  Spoważniała  ponownie.  –  Ale  masz 
rację,  wolałabym,  żeby  ta  tragedia  się  nie  wydarzyła.  Na  szczęście  cała  sprawa  chyba 
wreszcie  przycichła.  Nie  słychać  plotek,  lensman  wciąż  uważa,  że  to  był  wypadek  – 
westchnęła. – Biedna Lavina, odeszła tak nagle. 
 

Bergette pokiwała głową. 

 

Elizabeth skubała przez chwilę w zamyśleniu paznokieć: 

 

- Ale zdarzyło się tajże coś radosnego! Lina i jej narzeczony wyznaczyli termin ślubu 

na  wrzesień.  Zapomniałam  zapytać,  czy  zamierzają  się  pobrać  tu,  czy  w  Kabelvaag,  ale  w 
każdym razie chcą zamieszkać w okolicy. 
 

- To wspaniale! – Bergette się rozpromieniła i dolała sobie kawy. – Zamieszkają tutaj, 

w Dalsrud? 
 

- Nie, na to by się nie zgodzili. Lina chce mieć swój dom. Ale muszę porozmawiać z 

lensmenem.  Podobno  sprzedaje  jakieś  gospodarstwo,  muszę  się  dowiedzieć,  ile  za  nie  chce. 
Znajdzie  się  jakieś  rozwiązanie.  Pieniądze  mogą  pożyczyć  od  nas,  a…  -  Elizabeth  urwała, 
widząc poważną minę Bergette. – Co się stało? 
 

Bergette poruszyła się niespokojnie. 

 

- Lensman sprzedał już ten dom. 

 

- Jesteś pewna? Może coś źle usłyszałaś? 

background image

 

34

 

- Nie, na pewno nie. 

 

- Może znajdzie się jeszcze ktoś, kto ma niewielkie gospodarstwo… 

 

Bergette pokręciła głową. 

 

- Chyba nie powinnaś zbytnio na to liczyć, Elizabeth. 

 

- No to przynajmniej Kristian się ucieszy – wyrwało się Elizabeth. 

 

- Co masz na myśli? 

 

Pokręciła głową. 

 

-  Nic  szczególnego.  Zresztą….  Mogę  ci  to  powiedzieć.  Myślę,  że  Kristian  jest 

zazdrosny.  Obawia  się  pewnie,  że  ten  narzeczony  Liny  będzie  zbyt  często  zerkał  w  moją 
stronę. Więc lepiej, żeby nie mieszkał za blisko. 
 

Bergette się roześmiała. 

 

- Jeśli Kristian już taki jest, nie zdołasz go zmienić. 

Będzie widział zagrożenie w każdym mężczyźnie. 
 

Elizabeth spojrzała na nią z powagą. 

 

- Nie wiem, co mam z tym zrobić. 

 

-  Nie  przejmuj  się.  Jeśli  chcesz,  żeby  Lina  tu  została,  postaraj  się  znaleźć  jakieś 

rozwiązanie. Dla Liny i jej narzeczonego, bez względu na to, co mówi Kristian. 
 

Elizabeth  wcale  nie  była  przekonana,  ale  pokiwała  głową.  dla  innych  to  żaden 

problem. Gorzej ma kobieta, której mąż jest zazdrośnikiem. No cóż, trzeba mieć nadzieję, że 
czas coś zmieni. nie zamierzała się poddawać. Uśmiechnęła się i uniosła dzbanek z kawą. 
 

- Jeszcze kawy?  

 

- Poproszę! 

 
 

Elizabeth naciągnęła grube rękawice i postawiła kołnierz. Potem ziewnęła i chwyciła 

za latarkę. Był wczesny ranek, dziś pierwsza wybierała się do obory. 
 

W nocy spadło mnóstwo śniegu. Łopata tu nie wystarczy, pomyślała, Kristian będzie 

musiał zaprząc konia do pługa śnieżnego, żeby to wszystko usunąć. 
 

Elizabeth  zebrała  spódnicę  wolną  dłonią,  żeby  jej  nie  pomoczyć.  W  drugiej  ręce 

trzymała  latarenkę.  Już  chciała  otworzyć  drzwi  do  obory,  gdy  nagle  dostrzegła  jakiś  list 
wetknięty  w  szparę.  Elizabeth  chwyciła  go  pospiesznie  i  wsunęła  do  kieszeni,  nie 
sprawdzając, kto jest adresatem. Zerknąwszy przez ramię, zorientowała się, że służące i Maria 
też już wstały i zmierzają w jej stronę. 
 

Krowy  się  podniosły,  a  konie  obróciły  głowy,  gdy  Elizabeth  weszła  do  środka. 

Ostawiła czyste wiadra i zaczęła podrzucać do żłobów siano. 
 

Helene ziewnęła szeroko, wchodząc do środka. 

 

-  Najlepsze  w  porannym  obrządku  jest  to,  że  człowiek  się  od  razu  budzi  – 

oświadczyła, przecierając oczy. 
 

- Mów za siebie – powiedziała Lina, ciągnąc stołek do dojenia w stronę jednej z krów. 

 

- Obudziły mnie w nocy straszne koszmary i nie mogłam potem zasnąć. 

 

Ane odstawiła wiadro z wodą i spojrzała na Linę z zainteresowanie. 

 

- Co ci się śniło? 

 

- Że Lavina wstała z grobu i mnie goniła. Miała zakrwawioną twarz, mokre, okropne 

włosy, zniszczone oko i palce jak pazury, i… 
 

- Już wystarczy – przerwała jej Elizabeth. 

 

- Nie! Mów dalej! Ja się nie boję. 

 

Elizabeth spojrzała na córkę surowo. 

 

- Powiedziałam, że wystarczy. 

 

-  I  tak  nic  więcej  nie  pamiętam,  bo  się  obudziłam  –  powiedziała  szybko  Lina, 

nachylając się ku krowiemu wymieniu. 

background image

 

35

 

W  oborze  zapadła  cisza.  Cisza,  jaką  Elizabeth  lubiła.  Helene  pomogła  jej  karmić 

zwierzęta. Słychać było tylko miarowe żucie i plusk mleka, spływającego do wiader. 
 

List  niemal  palił  kieszeń  Elizabeth.  Bardzo  chciała  choćby  rzucić  na  niego  okiem, 

ż

eby sprawdzić, kto jest adresem, ale się powstrzymała. Taki podrzucony list nie zwiastował 

niczego  dobrego,  tego  była  pewna.  Powinien  czekać  na  nich  w  sklepiku,  a  nie  w  drzwiach 
obory. 
 

Elizabeth wiedziała, że robi źle, ale postanowiła, że go przeczyta, bez względu na to, 

do kogo jest adresowany. Może nawet nikomu nie powie o tym, że go znalazła. Jeśli znajdzie 
w nic coś brzydkiego albo szkodliwego. Nigdy nie wiadomo, co w nim może być. Zwłaszcza 
po tym, co się przydarzyło Lavinie. 
 

Gdy skończyła rozkładać siano w żłobach, pomagała Ane w pojeniu zwierząt. A może 

to jest list miłosny? Może Maria ma jakiegoś tajemniczego wielbiciela? Albo mała Ane? Ane 
skończyła  już  dwanaście  lat,  nie  byłoby  nic  dziwnego  w  tym,  że  jakiś  chłopiec  się  w  niej 
zakochał,  a  potem  przyszedł  tu  nocą…  Elizabeth  uśmiechnęła  się  do  siebie  i  nucąc  coś  pod 
nosem, zabrała się do dojenia. 
 
 

Dopiero wczesnym popołudniem nadarzyła się okazja, żeby spojrzeć na list. 

 

- Pójdę na strych, do warsztatu tkackiego – powiedziała. 

 

Ale  już  w  korytarzy  wyjęła  list.  Uśmiech  zamarł  jej  na  ustach,  gdy  ujrzała  napis  na 

kopercie.  
 

Do Elizabeth. 

Szybko schowała list do kieszeni i pobiegła na górę. Zamknęła za sobą 

drzwi  do  warsztatu  i  opadła  na  stołek.  Dłoń  jej  drżała,  gdy  po  raz  drugi  wyjęła  list.  Do 
Elizabeth.

 To nie wróżyło najlepiej. Wzięła głęboki wdech i rozwinęła arkusik.  

 

Jeszcze  raz  wam  powiadam:  łatwiej  jest  wielbłądowi  przejść  przez  ucho  igielne  niż 

bogatemu wejść do królestwa niebieskiego/ 
 

Ewangelia według św. Mateusza. 

 
 

Odwróciła kartkę, by sprawdzić, czy jest na niej coś jeszcze, ale nic nie znalazła. Ani 

nadawcy, ani objaśnienia cytatu. Nic. 
 

Prychnęła  z  irytacją  i  rzuciła  list  na  warsztat  tkacki,  ale  kartka  ciągle  przyciągała  jej 

spojrzenie. Przeczytała cytat raz jeszcze i zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Wstrząsnęła 
się i potarła ramiona dłońmi, żeby się rozgrzać. Komu chciało się tracić czas, żeby odnaleźć 
cytat w Biblii, a potem iść po nocy aż do Dalsrud, żeby podrzucić taki list? 
 

Elizabeth odłożyła list na kolana, w głowie aż jej się kręciło od rozmaitych myśli. Ileż 

to  razy  płakała  i  denerwowała  się  z  powodu  pijaństwa  we  wsi?  Ile  razy  irytowała  się 
niesprawiedliwością,  którą  gdzieś  dostrzegła?  Widocznie  za  dużo  mówiła.  Nigdy  by  jej  do 
głowy nie przyszło, że ktoś może wymyślić coś takiego. 
 

Łzy  napłynęły  jej  do  oczu  i  już  po  chwili,  półleżąc  na  krosnach,  zanosiła  się  od 

szlochu.  Płacz  potęgował  ból,  ale  też  zarazem  koił.  Nie  przejmowała  się  tym,  czy  ktoś  ją 
usłyszy, ani tym, że łzy mogą zniszczyć tkaninę na krosnach. 
 

- Elizabeth, widziałaś gdzieś moje śniegowce? 

 

Usłyszała głos Kristiana, ale mu nie odpowiedziała. Po chwili jednak był już koło niej. 

 

- Kochana, co się stało? 

 

- Dostałam list  załkała, nie patrząc na niego. 

 

- List? Od kogo? Ktoś umarł? 

 

- Nie. popatrz. – Pokazała mu arkusik. 

 

-  To  przecież  cytat  z  Biblii.  –  Spojrzał  na  nią  ze  zdumieniem.  Nie  ma  się  czym 

przejmować. 
 

- Nie ma się czym przejmować? – zawołała tak głośno, że musiał ją uciszyć. 

 

- Spokojnie, Elizabeth. Kiedy go dostałaś. 

background image

 

36

 

-  Był  zatknięty  w  drzwi  obory.  Znalazłam  go  z  samego  rana.  –  Zaczęła  szukać 

chusteczki, ale nie znalazła, więc otarła twarz fartuchem. 
 

Objął ją ramieniem. 

 

- Nie przejmuj się tak, Elizabeth. Zawsze się znajdzie jakiś wariat, który  skorzysta z 

każdej  okazji,  byle  komuś  dokuczyć.  Takim  ludziom  trzeba  współczuć.  Normalny  człowiek 
nie wymyśliłby czegoś takiego. 
 

Elizabeth spojrzała na męża. Wiedziała, ze ma rację, ale to wcale jej nie uspokoiło. 

 

-  Właśnie  dlatego  się  boję,  Kristian.  czemu  ktoś  mnie  prześladuje?  Kogoś,  kto  pisze 

takie listy, należałoby zamknąć w azylu. 
 

Pogłaskał ją po plecach i ukołysał w ramionach. 

 

-  Doprowadź  się  do  porządku,  niczym  nie  przejmuj,  a  wkrótce  o  wszystkim 

zapomnisz. 
 

Pokiwała głową. podniosła się ociężale i wsunęła list do kieszeni. 

 

- O co mnie pytałeś? 

 

- Gdzie są moje śniegowce? Odśnieżyłem już prawie całą drogę, ale mam mokre nogi, 

muszę się przebrać. 
 

- Postawiłam je koło pieca w kuchni. Żeby były nagrzane. 

 

Pocałował ją w czoło. 

 

- Miło z twojej strony – powiedział łagodnie. 

 

Nagle Elizabeth coś sobie przypomniała. 

 

- Widziałeś na śniegu ślady butów, zanim zacząłeś odśnieżać? 

 

Kristian przystanął przy drzwiach. 

 

- Nie. ten, kto przyniósł list, musiał to zrobić późnym wieczorem, bo śnieg wszystko 

zasypał. 
 

Pokiwała głowa. Mogła się tego domyślić. 

 

W sypialni schowała list do skrzynki. Obmyła twarz zimną wodą. W lustrze zobaczyła 

swoje zaczerwienione, opuchnięte oczy i policzki naznaczone łzami. Nie szkodzi. I tak miała 
zamiar posiedzieć chwilę przy krosnach. Ślady łez zdążą zniknąć, zanim zejdzie na dół. 
 

Dopiero,  gdy  opuszczała  sypialnię,  przyszło  jej  coś  do  głowy.  List  napisano  kobiecą 

rękę! Takie okrągłe, równe pismo nie mogło być pismem mężczyzny. 
 
 

Elizabeth  poruszyła  się  niespokojnie  w  łóżku.  Nie  mogła  zasnąć.  Księżyc  świecił 

przez  szparę  w  zasłonie,  a  jego  światło  tworzyło  piękny  wzór  na  belkach.  W  sypialni  było 
chłodno, ale pod pierzyną – całkiem ciepło i przytulnie. Mimo to Elizabeth nie mogła zasnąć. 
 

Minęło już parę tygodni od dnia, w którym dostała anonimowy list. Więcej niż o nim 

myślała  jednak  o  tym,  że  lensman  sprzedał  już  pusty  dom.  Całe  szczęście,  że  Bergette  nie 
wspomniała  o  niczym  Linie.  Ale  służąca  i  tak  mówiła  ciągle  o  ślubie  i  przeprowadzce. 
Zdarzało  się,  że  Kristoan  wychodził  z  kuchni,  gdy  rozmowa  stawała  się  szczególnie 
ożywiona. Nie odzywał się, ale jego milczenie było wystarczająco wymowne. 
 

Elizabeth  obawiała  się,  że  Lina  w  końcu  zauważy  niechęć  Kristiana.  Co  miałaby 

powiedzieć,  gdyby  Lina  albo  ktoś  inny  zaczął  coś  podejrzewać?  Wyznać,  że  jej  mąż  jest 
zazdrosny o człowieka, którego nigdy nie widział, w dodatku narzeczonego służącej? To było 
zbyt śmieszne. 
 

Podrapała się w nogę, w ramię, potem w plecy. 

I westchnęła z rezygnacją. 
 

- Co ci jest? – mruknął Kristoan sennym głosem. – Pchły cię oblazły? 

 

- Śpij – szepnęła tylko, zmuszając się do bezruchu. 

 

-  Jak  mam  spać,  jeśli  leżę  w  łóżku  z  taką  smutną  żoną  –  powiedział,  przytulając  ją 

mocno. – Co cię dręczy, Elizabeth? 
 

Skoro pyta, należy mu się odpowiedź, pomyślała Elizabeth i postanowiła być szczera. 

background image

 

37

 

- Myślę o Linie, o tym, gdzie będzie mieszkać. 

 

- Tak, szkoda, że tamto gospodarstwo zostało sprzedane. 

 

Elizabeth wykrzywiła się w ciemnościach. Szkoda. 

 

Myślałby  kto.  O  nie,  mój  drogi,  rzadko  widziałam  taką  radość  na  twojej  twarz  jak 

wtedy,  gdy  się  o  tym  dowiedziałeś.  Kristoan  próbował,  rzecz  jasna,  ukryć  zadowolenie  i 
powiedział wówczas: „Jaka szkoda. Ale na pewno znajdą sobie jakieś inne miejsce. nie martw 
się Elizabeth”. 
 

Elizabeth usiadła na łóżku, tknęła nagłą myślą. 

 

- Kristian! przecież my mamy zagrodę dla komornika, która stoi pusta! Całkiem o tym 

zapomniałam. Gdy Amanda wyszła za Olego, myślałam, że tam zamieszkają, ale teraz mogą 
je przejąć Lina i Andreas.  
 

- To niemożliwe. 

 

- Dlaczego? 

 

-  Dom  u  obora  są  zrujnowane.  Wszystko  dawno  już  przegniło,  nikt  się  o  to  nie 

troszczył. – Powiedział to tak szybko, jakby był przygotowany na jej pytanie. 
 

- Ale ziemia wciąż nadaje się do uprawy! 

 

- Zarosła już chwastami. Zresztą nie ma tam żadnego domu. 

 

Elizabeth  zamilkła  i  zapatrzyła  się  w  mrok.  Czuła  oddech  Kristiana  na  swoich 

włosach. Może już zasypia? Przygryzła wargę i zastanawiała się dalej. Czy to możliwe? Uda 
się? 
 

- Kristian! – Szturchnęła go lekko w ramię. – Kristian, mam pomysł. Zbudujemy nowy 

dom i nową oborę. I będę mogli tam mieszkać, jeśli zaorają ziemię i znów ją obsieją. 
 

- Chyba mówisz przez sen. Śpij lepiej dalej. 

 

- Czemu jesteś niechętny? – zdenerwowała się. 

 

- Skąd weźmiemy materiały? Myślisz, że pieniądze rosną na drzewach? 

 

-  Nie.  ale  materiał  rośnie.  Mamy  wielki  las.  Jeśli  tylko  się  postaramy,  na  pewno  się 

uda. Tak bym chciała zatrzymać Linę w Dalsrud, Kristian. To taka dobra służąca. 
 

Czekała na odpowiedź. Kristian musi przecież wreszcie przezwyciężyć tę niechęć. Nie 

może odrzucać wszystkich propozycji żony. Okazało się jednak, że może. 
 

- Nie! i to jest moje ostatnie słowo – powiedział i odwrócił się plecami. 

 

Elizabeth wybuchła gniewem. 

 

- Zapominasz, że ja też mieszkam w Dalsrud i mam coś do powiedzenia. 

 

Nie odezwał się. doprowadzona do ostateczności Elizabeth rzuciła bez namysłu: 

 

- A o czym rozmawiałeś z Laviną za oborą tuż przed jej śmiercią? 

 

A  więc  jednak  to  powiedziała,  choć  nie  miała  takiego  zamiaru.  Skoro  jednak  on 

stwarza problemy, ona nie będzie mu dłużna! Niech się dzieje, co chce. 
 

Kristian na moment znieruchomiał. Wstrzymał oddech, potem się obrócił. 

 

-  Nie  wiem,  o  czym  mówisz.  –  W  jego  głosie  słychać  było  urazę,  ale  także  lekkie 

drżenie. 
 

- Dobrze wiesz. Widziałam was. 

 

- Śledzisz mnie? 

 

Wiedziała, że pyta tylko po to, żeby zyskać na czasie. Sama wiele razy uciekała się do 

tego sposobu. Udała więc, że nie słyszy. 
 

- Powiedziała, ze go widziałeś i ukryłeś to. O kim mówiła? Kogo widziałeś? 

 

- Sama zgadnij, skoro wszystko wiesz! 

 

- Odpowiedz mi, Kristian! 

 

- Nie wiem, o czym ty mówisz. 

 

-  Powiedziała,  że  się  boisz,  że  prawda  wyjdzie  w  końcu  na  jaw.  Masz  coś  na 

sumieniu? 

background image

 

38

 

Nawe  w  słabym  świetle  księżyca,  widać  było,  jak  mocno  zacisnął  szczęki.  Elizabeth 

chciała jeszcze bardziej przycisnąć go do muru, ale on odezwał się pierwszy. 
 

- Twierdziła, że widziałem, kto pobił Mikkela. 

 

- Przecież byłeś pewien, że się przewrócił po pijanemu. 

 

-  I  nadal  tak  twierdzę,  ale  Lavina  wyobraziła  sobie,  że  został  pobity  i  że  ja  to 

widziałem. 
 

- I dlaczego nie miałbyś z tym pójść do lensmana? 

 

- Ubzdurałą sobie, że jestem współwinny, wiec się boję. Twierdziła, że to widziała. 

 

- Ale dlaczego dałeś jej pieniądze? 

 

- Co ty mówisz? Nie dawałem jej żadnych pieniędzy! 

 

- Widziałam to, Kristian. 

 

- Przywidziało ci się. – Znów odwrócił się do niej plecami. – Nie będę z tobą o tym 

dyskutował. Jest noc, chce mi się spać. 
 

Elizabeth opadła na posłanie. Serce biło jej mocno. Spojrzenie wędrowało w kierunku 

skrzyni stojącej pod ścianą. Na jej dnie leżały przecież monety, które znalazła nad brzegiem. 
Te  same,  których  Kristian  szukał  w  kieszeniach  martwej  Laviny.  Nie  miała  jednak  zamiaru 
mówić mu teraz o tym. Zamknęła oczy, choć wiedziała, że tak szybko nie zaśnie. 
 

Z obawą myślała o nadchodzących dniach. 

 
Rozdział 9 
 
 

Gdy  tylko  się  obudziła,  przypomniała  sobie  nocną  rozmowę  z  mężem.  Pożałowała 

swoich  słów.  Sytuacja  byłaby  lepsza,  gdyby  nie  wspomniała  o  tym,  co  słyszała  i  widziała 
pamiętnego dnia, gdyby  nadal uważała, ze nie zaszło nic szczególnego. Tymczasem zaczęła 
coś, z czego nie będzie umiała się wyplątać. 
 

Nie zamierzała się jednak wycofać. Zwłaszcza że wciąż była zła na Kristiana za brak 

dobrej  woli  w  sprawie  domu  dla  Liny  i  jej  narzeczonego.  Postanowiła,  że  się  nie  podda. 
Znajdzie sposób, żeby pomóc służącej. 
 

Postawiła stopy na lodowatej podłodze. Miednica stała pod oknem/ chociaż w oknach 

wisiały ciężkie zasłony, wiało od nich chłodem. Szczękała zębami, ochlapując twarz wodą. 
 

Nadciągnęła pończochy i zerknęła na męża. Wiedziała, że się obudził. Jego oddech nie 

był już regularny, czuła jego spojrzenie na plecach. Udawała jednak, że nic nie zauważyła, i 
dalej się ubierała. Sczeszę się na dole, pomyślała, chwytając grzebień z toaletki. 
 

W  sieni  musiała  się  na  chwilę  zatrzymać  i  oprzeć  o  poręcz.  Drżącą  dłonią  przetarła 

twarz. 
 

- Boże, daj mi siłę – szepnęła i ruszyła do pracy. 

 
 

Przez  kilka  następnych  dni  między  gospodarzami  w  Dalsrud  panowały  znacznie 

chłodniejsze  niż  kiedykolwiek  stosunki.  Elizabeth  czuła  na  sobie  pytające  spojrzenia 
pozostałych domowników. 
 

- Czy Kristian kupi mąkę w sklepiku? – zagadnęła Lina pewnego przedpołudnia. 

 

- Nie wiem – niemal odburknęła Elizabeth, udając, ze jest bardzo zajęta. 

 

- Wydawało mi się, że ty go tam posłałaś z listą zakupów – mruknęła Lina niepewnie.

 

-  Zapytaj  Helene  –  powiedziała  Elizabeth  nieco  łagodniej.  –  Posiedzę  trochę  przy 

krosnach. Jakby coś się działo, wiesz, gdzie mnie szukać. 
 

Tkała nową narzutę, którą Kristian miał używać w łodzi. Było to mozolne zajęcie, bo 

wełnianą  nitkę  należało  wiązać  w  specjalny  sposób.  Stara  narzuta  już  się  podniszczyła, 
Elizabeth  wyprała  ją  jednak,  tak  by  mąż  mógł  zabrać  dwie  do  Kabelvaag.  Starej  będzie 
używał jako prześcieradła, nową się przykryje. Dzięki temu na pewno nocą nie zmarznie. 

background image

 

39

 

Takie  narzuty  były  dość  kosztowne,  przekazywano  je  z  pokolenia  na  pokolenie. 

Elizabeth  wygładziła  tkaninę  ręką  i  pomyślała,  że  każda  nitka  jest  tu  związana  z  miłością. 
Tak,  kochała  Kristiana.  Może  trochę  inaczej  niż  wtedy,  gdy  oboje  stali  przed  ołtarzem  i 
przysięgali sobie wierność aż do śmierci, ale wcale nie mniej. Ich małżeństwo przeszło wiele 
prób,  nie  zawsze  się  zgadzali,  zawsze  jednak  dochodzili  w  końcu  do  porozumienia.  Tym 
razem było znacznie gorzej. Kristian ukrywał coś przed nią i ją okłamywał. To było do niego 
niepodobne.    Sprawa  musiała  dotyczyć  czegoś  bardzo  istotnego,  skoro  tak  mu  zależało  na 
tajemnicy. 
 

Gdy  za  jej  plecami  otworzyły  się  drzwi,  drgnęła  nerwowo.  Nie  słyszała  kroków  na 

schodach, zrobiło się na przemian zimno i gorąco, gdy Kristian stanął tuż za nią. 
 

- Czy to ty? – spytała, obracając się w jego stronę znad szaro-brązowej narzuty, która 

była już prawie gotowa. Zostało zaledwie parę nitek do związania.  
 

Zamknął za sobą drzwi i oparł się o ścianę. Wzrok miał bardzo poważny. 

 

- Dlaczego tak długo nie mówiłaś, co widziałaś? 

 

Wiedziała, o co pyta, ale musiała poszukać dobrej odpowiedzi. Przez dłuższą chwilę 

milczała. 
 

- czekałam, Az sam mi to powiesz – rzekła powoli. – Dlaczego tego nie zrobiłeś? 

 

Spuścił  wzrok,  jakby  zobaczył  coś  bardzo  interesującego  na  swoim  bucie,  potem 

zaczął poprawiać kołnierzyk u koszuli. Widać było, że nie w smak mu ta rozmowa. 
 

- Nie miałem nic do powodzenia. 

 

Elizabeth zaśmiała się ironicznie. 

 

-  Lavina twierdziła, że popełniłeś jakieś przestępstwo, i groziła ci. A ty utrzymujesz, 

ż

e  to  nic  ważnego?  A  gdyby  poszła  z  tym  do  lensmana?  Co  by  było,  gdyby  cię  ukarał?  – 

Podniosła  się  i  podeszła  do  męża.  –  Dałeś  jej  pieniądze,  Kristian.  chciałabym  wiedzieć, 
dlaczego  się  do  tego  nie  przyznałeś.  Jesteśmy  małżeństwem  –  powinniśmy  dzielić  się 
wszystkim i tym, co dobre i tym, co złe. 
 

Oczy mu pociemniały. 

 

- I dlatego ukrywałaś, że Ane jest moja przyrodnią siostrą – rzucił zjadliwie. 

 

Z trudem złapała oddech. Jego słowa były jak policzek. Łzy zakręciły się w jej oczach. 

 

-  Sądziłam,  że  tę  sprawę  już  zakończyliśmy  –  rzekła.  –  Ale  widzę,  że  jesteś 

małostkowy i podły. Nigdy bym tego nie pomyślała, Kristian. 
 

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale ona nie chciała słuchać. Szarpnęła za klamkę 

i  zbiegła  po  schodach.  W  locie  porwała  kurtkę  i  śniegowce,  otuliła  się  szalem  i  wpadła  na 
mróz.  Pragnęła  czym  prędzej  oddalić  się  od  tego  domu,  od  Kristiana.  Uniosła  spódnicę  i 
pobiegła na skały, gdzie zimny wiatr od morza uderzał mocno i brutalnie. Owiewał chłodem 
twarz i dłonie, porywał fałdy spódnicy i wdzierał się pod ubranie. Elizabeth poczuła ciepłe łzy 
na policzkach, gdy krzyknęła: 
 

-  Jens,  wróć  do  mnie!  Wróć  i  bądź  ze  mną  w  tych  trudnych  dniach.  Proszę  cię… 

proszę… 
 

Krzyczała tak długo, aż zabrakło jej tchu, wtedy przykucnęła i rozpłakała się, czując, 

ż

e  popełniła  zdradę.  Jesna  już  przecież  nie  było.  Jej  mężem  jest  Kristian.  objęła  kolana 

ramionami,  przerażona,  że  zwariowała,  skoro  wzywa  nieżyjącego  męża,  by  ją  wsparł  w 
trudnych chwilach. 
 

Zerwała suche źdźbło, które sterczało spod śniegu. 

I  nagle  przypomniała  sobie  dawne  czasy,  gdy  jeszcze,  tu,  w  Dalsrud,  byłą  służącą.  „Twoje 
włosy  są  jak  złoto”,  powiedział  jej  wtedy  Kristian.  na  pamiątkę  tych  słów  zerwała  kwiat  z 
miejsca, w którym wówczas siedzieli. 
 

Tu  był  jej  dom.  U  boku  Kristiana.  Sama  o  tym  zdecydowała.  Zresztą  Kristian  miał 

rację: ukrywała przed nim, że Ane jest przyrodnią siostrą. Ona miała prawo do tajemnic, a on 
nie? Pokręciła głową, odrzuciła źdźbło i ruszyła powoli w stronę domu. 

background image

 

40

 

Czekał na nią na skraju podwórza. 

 

- Bałem się o ciebie – powiedział. – Nie zmarzłaś?  

 

Pokręciła głową, choć ciało całkiem jej zesztywniało z zimna. 

 

- Przepraszam – dodał. 

 

Wtedy się zatrzymała i spojrzała mu w oczy. 

 

-  Pójdę  zapakować  ci  kufer  podróżny,  Kristoan.  Najlepsze  jedzenie  i  najcieplejsze 

ubrania. Żeby niczego ci nie brakowało podczas zimowych połowów.  
 

To  będzie  wyraz  pojednania,  pomyślała.  Mimo  wszystko  będą  przecież  żyć  przez 

wiele lat. powinni mieć do siebie zaufania. Ona musi nauczyć się znosić te wszystkie czarne 
myśli, które ją czasami nawiedzają. 
 
 

Za oknem panował mroczny zimowy wieczór. Nad piecem unosił się zapach świeżego 

chleba,  który  piekła  Helene.  W  kącie  terkotał  kołowrotek,  a  pogawędka  Liny,  Marii  i  Ane 
brzmiała  jak  łagodna  muzyka.  Elizabeth  naciągnęła  na  stopy  dwie  pary  dodatkowych, 
wełnianych skarpet. 
 

Kusiło ją, by zostawić obowiązki innym, ale wiedziała, że nie byłoby o sprawiedliwe. 

Służace i tak miały mnóstwo roboty przez cały dzień, a ona sama zaoferowała, że zajmie się 
wieczornym obrządkiem. 
 

-  Mam  nadzieję,  że  gdy  wrócę  z  obory,  kolacja  będzie  już  na  stole  –  rzuciła  przez 

ramię, otwierając drzwi. 
 

W reku miała latarenkę i wiadro na mleko. Chłodny wiatr od razu obsypał ją śniegiem. 

Pod  ścianami  utworzyły  się  spore  zapasy;  wąskie  ścieżynki,  które  wcześniej  wydeptali  na 
podwórzu, dawno już pokrył puch. 
 

Nagle  Elizabeth  przystanęła  i  opuściła  lampę.  Czy  tylko  jej  się  wydaje,  czy  ktoś 

zostawił na śniegu wielkie ślady? Postawiła swoją stopę koło odcisku obcego buta i zadrżała. 
Rozejrzała się wokół, znów uniosła latarnię i mrużąc oczy, wpatrywała się w mrok. Kristian i 
Lars wyjechali, innych mężczyzn we dworze nie było. 
 

Z kuchennego okna sączyło się ciepłe światło parafinowej lampy. Może powinna tam 

wrócić  i  powiedzieć,  co  zobaczyła?  Zerknęła  znów  pod  nogi,  ale  śladu  już  nie  było  widać. 
Czyżby  to  tylko  przywidzenie?  Takie  rzeczy  się  zdarzają  w  mroczne  zimowe  wieczory, 
czasami  o  tej  porze  pojawiają  się  nawet  huldry.  Elizabeth  otuliła  się  szczelniej  kurtką  i 
poświeciła na podwórze. Potem się wyprostowała. Nie, chyba jednak nikt tu nie chodził. 
 

W  oborze  było  ciepło,  krowy  przywitały  ją  porykiwaniem.  Są  głodne  i  trzeba  je 

wydoić,  pomyślała  i  zabrała  się  do  pracy.  Plusk  mleka  wpadającego  do  wiader,  oddechy 
zwierząt  i  świst  wiatru  za  ścianą,  zlały  się  w  jedno,  tworząc  spokojną  atmosferę.  Niepokój, 
który wcześniej ogarnął Elizabeth, gdzieś prysł. 
 

Luty,  pomyślała.  Za  dwa  miesiące  nadejdzie  wiosna,  kobiety  zaczną  z  nabrzeżnych 

skał  wypatrywać  powracających  łodzi.  Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Kiełkował  jej  w  głowie 
pewien plan, musiała jednak wszystko gruntownie przemyśleć, nim zacznie wprowadza go w 
ż

ycie.  może  uda  się  załatwić  wszystko  tak,  by  Lina  i  jej  narzeczony  mogli  zamieszkać 

nieopodal Dalsrud. 
 

Nagle drzwi do obory otworzyły się gwałtownie, a w zaśnieżonym progu zamajaczyła 

jakoś  potężna  postać.  Zwierzęta  wystraszyły  się  tak  samo  jak  Elizabeth  poczuła  przypływ 
wściekłości pomieszanej ze strachem. 
 

-  Ty  idioto!  –  krzyknęła,  rzucając  drewnianym  cebrzykiem.  W  drzwiach  stał  Nils 

Wędrowiec we własnej osobie. 
 

Uchylił się w ostatniej chwili, więc wiadro przeleciało mu koło głowy. 

 

- Spokojnie, spokojnie – zawołał, zasłaniając się rękami. 

 

-  Ja  ci  dam  spokojnie!  –  krzyknęła,  wygrażając  mu  pięściami.  –  Wiesz,  jak  mnie 

przeraziłeś?  I jeszcze mleko się wylało. 

background image

 

41

 

Gdy usłyszała, że się z niej śmieje, zdenerwowała się jeszcze bardziej. 

 

-  Nie  ma  się  z  czego  śmiać.  Gdzie  się  podziewałeś  przez  ten  cały  czas,  jeśli  wolno 

spytać? 
 

-  Jeśli  łaskawa  panienka  będzie  cierpliwa,  odpowiem  na  wszystkie  jej  pytania  – 

powiedział Nils Wędrowiec i znów zachichotał. 
 

Zadyszana Elizabeth cofnęła się o dwa kroki, poprawiając włosy i ubranie. 

 

- Pewnie nie wiesz, że lensman cię szukał? Ale słyszałeś chyba, że Lavina nie żyje? 

 

Nils natychmiast spoważniał. Odgarnął swoje półdługie włosy z czoła. 

 

- Tak, pani Elizabeth, dotarła do mnie ta smutna wiadomość. Dlatego tu jestem. 

 

- Gdzie byłeś? 

 

- W Bergen. 

 

- Po co? I co zrobiłeś z bydłem Laviny? 

 

- Oboje, Lavina i ja, wybieraliśmy się statkiem do Bergen, ale moja ukochana miała tu 

jeszcze  coś  do  załatwienia.  Zaszlachtowaliśmy  jej  zwierzęta,  ja  miałem  sprzedać  mięso  i 
wyjechać pierwszy. Ale moja najdroższa już się nie zjawiła. – Nilowi opadły trochę ramiona. 
–  Czekałem  i  czekałem.  Ponure  myśli  uświadomiły  mi  wreszcie,  że  światło  mojego  życia 
opuściło mnie na zawsze. 
 

Elizabeth spojrzała na niego badawczo, trochę już uspokojona. 

 

- Mieliście chyba tylko jedną łódź. Jak się wydostałeś z wyspy? 

 

Uśmiechnął się powściągliwie. 

 

 - Znaleźliśmy łódź na brzegu wyspy. Była trochę zniszczona, ale ją naprawiłem. 

 

Elizabeth pokiwała głową. Nils westchnął ciężko. 

 

- Ale dotarła do mnie ta straszna wiadomość, że Lavina, … że opuściła ten padół łez i 

powędrowała do królestwa niebieskiego. 
 

Elizabeth  analizowała  jego  słowa.  A  więc  Lavina  miała  coś  do  załatwienia.  Czy  to 

mogło mieć coś wspólnego z Kristianem i pieniędzmi? Szybko jednak odsunęła od siebie tę 
myśl. 
 

-  Chodź  ze  mną,  dostaniesz  coś  do  jedzenia  –  powiedziała.  -=  Pewnie  jesteś  głodny. 

Musze tylko dokończyć dojenie. 
 
 

Kolacja czekała już na kuchennym stole. Nils został powitany z radością pomieszaną z 

przerażeniem,  musiał  jeszcze  raz  opowiedzieć  swoją  historię.  Ane  słuchała  go  ze  szeroko 
otwartymi oczami, chłonąc każde jego słowo. Gdy skończył, szturchnęła Marię. 
 

- Zabawny ten Nils, prawda? 

 

- Zajmij się lepiej jedzeniem – odparła Maria. 

 

-  Co zamierzasz teraz zrobić? – spytała Helene gościa, kończąc swoją kasze. 

 

Nils wzruszył ramionami. 

 

- Pójdę tam, dokąd mnie Pan zaprowadzi. 

 

- Najpierw pójdziesz do lensmana – oznajmiła Elizabeth stanowczo. – Czeka na ciebie 

już dostatecznie długo. 
 

Nils spojrzał na nią pytająco. 

 

- Chciałby wiedzieć, co się stało ze zwierzętami Laviny. 

 

Nils pokiwał głową i jadł dalej. 

 

- Możesz dziś przenocować w służbówce nad stodołą – ciągnęła Elizabeth. – Torfu ci 

nie  zabraknie,  prześpisz  się  w  łóżku  Larsa.  Zresztą  przydadzą  nam  się  twoje  ręce,  gdybyś 
chciał tu zostać dłużej i pracować. 
 

Nils podniósł się i ukłonił tak nisko, że niemal dotknął czupryną podłogi. 

 

- Dziękuję pięknie panience za taką gościnność. A memu Stwórcy dziękuję, ze nie jest 

większa niż jest. – Zaśmiał się ochryple i znikł za drzwiami. Po chwili usłyszeli jego kroki na 
podwórzu. 

background image

 

42

 

- Co on miał na myśli? – spytała Helene. 

 

Elizabeth poczuła rumieniec na twarzy i zajęła się sprzątaniem ze stołu. 

 

- Pora do łóżek. Ty, Ane, dawno już powinnaś spać. 

 

Mara  powiedziała  dobranoc  o  zaprowadziła  Ane  na  górę.  Lina  znikła  w  swojej 

izdebce. W kuchni zostały tylko Helene i Elizabeth. Zauważyły, że światło w służbówce nad 
stodołą dawno już zgasło, ale nad kominem unosi się smużka dymu. 
 

- Co sądzisz o opowieści Nilsa? – spytała Helene. 

 

-  Nie  wiem.  Czuję,  że  on  kłamie,  ale  sama  nie  wiem,  czemu  tak  myślę.  –  Zgarnęła 

kilka okruchów z serwety. 
 

-  Nie  tylko  to  cię  dręczy,  prawda?  –  Helene  oparła  się  na  łokciach  o  blat  stołu  i 

przysunęła się do przyjaciółki. 
 

Elizabeth poczuła, że na ma już wyjścia. Helene czytała w niej jak w otwartej księdze. 

 

- Chodzi o to, że trochę się pokłóciłam z Kristianem przed jego wyjazdem na połów. 

Pogodziliśmy się wprawdzie, ale… no, sama wiesz. I jeszcze te ciemności wszędzie dokoła. 
 

- To ty chodzisz taka ponura. Nawet nie zauważyłaś, że słońce się już pojawiło. 

 

Elizabeth znów odłożyła okruszki na stół. 

 

- I jeszcze ta sprawa z Laviną. – Elizabeth zerknęła na drzwi do alkierza i zniżyła głos. 

– Podejrzewam… podejrzewam Kristiaba. 
 

- Co ty mówisz? – zawołała Helene, zasłaniając usta dłonią. Jej oczy zaokrągliły się ze 

zdumienia.  –  Co  ty  mówisz,  Elizabeth?  –  szepnęła.  –  Chyba  nie  przypuszczasz,  że  Kristian 
zabił Lavinę? Przecież doktor powiedział… - urwała, jakby nie śmiała powiedzieć nic więcej. 
 

Elizabeth spojrzała na nią.  

 

- To zostanie między nami? 

 

Helene zacisnęła usta. 

 

- teraz mnie obrażasz, Elizabeth. 

 

- Przepraszam. 

 

Elizabeth  bawiła  się  przez  chwilę  frędzlami,  po  czym  wzięła  głęboki  wdech  i 

powiedziała Helene, ze Kristian i Lavna rozmawiali za oborą i że ona chciałam poinformować 
o tym lensmana. Wspomniała jeszcze o pieniądzach, które znalazła nad brzegiem, o tym, że je 
schowała i że pyta o nie Kristiana, ale nic jej nie odpowiedział. 
 

Helene  słuchaa  z  kamiennym  wyrazem  twarzy.  A  gdy  Elizabeth  skończyła,  siedziała 

w  milczeniu  i  patrzyła  w  mrok.  Elizabeth  spojrzała  na  jej  odbicie  w  ciemnej  szybie. 
Przyjaciółka  wyglądała  na  pogrążoną  w  rozmyślaniach.  Cisza  tak  się  przedłużała,  że 
Elizabeth  zaczęła  się  trochę  niepokoić.  W  końcu  Helene  westchnęła  i  znów  spojrzała  na 
Elizabeth. 
 

- Kristian tego nie zrobił – powiedziała stanowczo. 

 

- Skąd możesz być taka pewna? 

 

- Obie musimy w to wierzyć, Elizabeth. To był wypadek i już. 

 

Teraz  Elizabeth  zapatrzyła  się  w  mrok.  Jej  spojrzenie  powędrowało  w  stronę 

służbówki nad stodołą. 
 

- Nils też tego nie zrobił – zapewniła Helene, jakby czytając w myślach przyjaciółki. – 

Powiedział przecież, że Lavina wybierała się do Bergen, musiała tylko najpierw coś załatwić. 
Może chodziło o pieniądze, które dał jej Kristian? 
 

- Ale dlaczego Kristian mnie okłamał i ukrywał cała tę historię? 

 

- A ty nigdy tak wobec niego nie postępowałaś? 

 

Elizabeth  milczała.  Gdy  Kristian  powiedział  to  samo,  wybiegła  jak  zbuntowany 

dzieciak,  nie  chcąc  tego  słuchać.  I  mąż,  i  przyjaciółka  mówili  prawdę.  Ona  też  miała  wiele 
tajemnic, a czasem nawet kłamała, żeby uniknąć kłopotów. Nie powinna więc winić Kristiana 
za to, że postępuje tak samo. Nie znała przecież przyczyn. Może Kristian jest niewinny, mimo 
ż

e nie wszystko chce jej powiedzieć. 

background image

 

43

 

- Mógł mieć wiele powodów – stwierdziła Helene. – Może nie chciał cię denerwować. 

 

Elizabeth położyła dłoń na ręce Helene. 

 

Czasem lepiej jest milczeć. 

 

- Muszę się z tobą zgodzić. Dlaczego ty jesteś taka mądra? – uśmiechnęła się. 

 

- Czy ja wiem? Pewnie taka się już urodziła, - zaśmiała się Helene. 

 

Elizabeth też się roześmiała, po chwili jednak znów pogrążyła się w zadumie. Dopiero 

po dłuższej chwili rzekła: 
 

-  Muszę  ci  jeszcze  o  czymś  opowiedzieć.  O  czymś,  co  się  zdarzyło  już  jakiż  czas 

temu… 
 

- Tak? 

 

- Jesienią poszłam z wizytą do Bergette. I kiedy my siedziałyśmy w salonie, Sivgard 

zamknął się z nową służącą w szopie. 
 

- Niemożliwe! 

 

- Nie wspomniałam nic o tym Bergette. Nie potrafiłam. To źle? 

 

Po chwili zastanowienia Helene pokręciła głową. 

 

- Nie, moim zdanie dobrze zrobiłaś. 

 

-  Kiedy  wychodziłam,  natknęła  się  na  tę  dziewczynę  i  powiedziałam  jej  parę 

przykrych słów. 
 

- Mogę to sobie wyobrazić. 

 

- Chciałam, ją nawet spoliczkować. A jakiś czas temu dostałam anonim. Ktoś zatknął 

go w drzwi obory. 
 

- kto? – Helene szeroko otworzyła oczy. 

 

- Mówiłam przecież, że to anonim. Bez podpisu. 

 

- Rozumiem. A co było w tym liście? 

 

- Cytat biblijny. Że wielbłądowi łatwiej dostać się do nieba niż bogaczowi. 

 

- Co to miało znaczyć? 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Nie wiem, ale na pewno napisała to kobieta. Podejrzewam właśnie tę służącą. 

 

- Chyba masz rację. – Helene przygryzła wargę i zmarszczyła brwi. – I co teraz? 

 

- Nie wiem, ale nie mogę o tym tak po prostu zapomnieć. 

 

- Rozumiem. Mówiłaś o tym Kristianowi? 

 

Elizabeth podniosła się z krzesła. 

 

-  Wie  o  liście,  ale  nie  o  historii  ze  służącą.  Jakoś  nie  było  okazji,  żebym  mu  o  tym 

opowiedziała. Może zrobię to później. 
  

Helene też wstała. 

 

- Jeśli chcesz, mogę przyjść jutro z samego rana i napalić w piecu w waszej sypialni. 

Ż

eby było ciepło, jak wstaniesz. 

 

-  Miło  z  twojej  strony,  Helene.  Dziękuję.  Ale  nie  zasługuję  na  taki  luksus.  Zresztą 

mam jutro rano dużo roboty. 
 

- Co takiego? 

 

- Wybieram się z Nilsem do lensmana. Muszę tam coś załatwić. 

 

- Tylko nie podejmuj pochopnie żadnych decyzji, Elizabeth!  

 

- Spokojnie, kochana. Wiem, co robię. 

 
Rozdział 10 
 
 

-  Pani  Elizabeth  boi  się,  że  ucieknę  –  powiedział  Nils  z  pewną  urazą  w  głosie,  gdy 

następnego ranka jechali razem do lensmana. 
 

-  A  masz  powód,  żeby  uciekać?  –  spytała,  przenosząc  spojrzenie  z  drogi  na  jego 

twarzy. 

background image

 

44

 

- Oczywiście, że nie! 

 

- To dlaczego myślisz, że jadę z tobą jako strażniczka? Możesz od razu wysiąść. Ale 

lensman i tak chce wiedzieć, co się stało ze zwierzętami Laviny. 
 

Milczał przez chwilę. Patrzył na skraj lasu i na domy, które mijali. 

 

Elizabeth  tymczasem  próbowała  przetrwać  to,  co  od  Nilsa  usłyszeli  poprzedniego 

wieczoru. Gdyby miał coś do ukrycia, nie pojawiłby się w Dalsrud. Tego była pewna. 
 

-  Nie  lubię  takich  ludzi  jak  lensman  –  wyznał  wreszcie  Nils.  –  na  ich  widok  moje 

drobne, delikatne ciało pokrywa gęsia skórka. 
 

Elizabeth musiała się roześmiać. 

 

-  Chyba  rozumiem,  co  masz  na  myśli,  ale  lensman  nie  jest  wcale  gorszy  od  innych. 

możesz  być  spokojny.  Wystarczy,  że  powtórzysz  mu  to,  co  powiedziałeś  nam,  a  wszystko 
będzie dobrze. 
 

Zapadło długie milczenie. 

 

- O czym tak rozmyślasz? – spytała Elizabeth. 

 

- O moim zmarłym aniele. 

 

Trudno doprawdy nazwać Lavinę aniołem, pomyślała Elizabeth i uśmiechnęła się pod 

nosem. Głośno zaś powiedziała: 
 

- Domyślam się, ze ją kochałeś. 

 

- Nic lepszego mi się w życiu nie przydarzyło – zapewnił z powagą. 

 

Elizabeth mu uwierzyła. 

 
 

Gdy przejeżdżali pod oknem dworu lensmana, Elizabeth spostrzegła kilka służących, 

wyglądających  zza  zasłonki.  Nils  tez  to  zauważył  i  posłał  im  długo  całusa.  Twarze  znikły 
natychmiast, a on się zaśmiał. Jest jedyny w swoim rodzaju, pomyślała Elizabeth, śmiejąc się 
razem z nim. 
 

- Lepiej nie rób takich rzeczy – napomniała go z uśmiechem. 

 

- Dlaczego? Zycie jest krótkie, trzena korzystać ze wszystkich drobnych radości. 

 

Elizabeth pokiwała głową, nie spuszczając z niego wzroku. 

 

Nils uderzył się w pierś i wyrecytował: 

 

- Cóż widzą me niegodne oczy? Stoi przede mną najpiękniejszy kwiat tej ziemi. I to w 

sieni samego lensmana! 
 

Dziewczyna zarumieniła się po uszy, a Elizabeth, by nie dopuścić do kolejnych żartów 

Nilsa, spytała: 
 

-  Lensman  w  domu?  Chciałabym  z  nim  porozmawiać.  Powiedz,  że  przyjechała 

Elizabeth Dalsrud. 
 

-  Chwileczkę  –  rzuciła  dziewczyna,  pobiegła  w  głąb  domu,  zapukała  do  najdalszych 

drzwi  i  po  chwili  wróciła.  –  Lensman  jest  w  gabinecie.  Lensman  jest  w  gabinecie.  Proszę 
wejść. 
 

Elizabeth popchnęła Nilsa przed sobą, nie komentując tego, że puścił oko do służącej. 

 

Lensman podniósł się, gdy tylko weszli do gabinetu. 

 

- Dzień dobry, dzień dobry. Któż to podróżuje w taki mróz? 

 

Oboje podali mu dłonie na przywitanie, po czym Elizabeth wyjaśniła: 

 

- Nils zjawił się w Dalsrud wczoraj wieczorem. Ma coś do powiedzenia lensmanowi. 

Ale może najpierw moglibyśmy porozmawiać w cztery oczy? 
 

- Proszę usiąść – zaprosił, wskazując dwa krzesła stojące przed biurkiem. 

 

- Wyjdź na korytarz i zaczekaj – poleciła Elizabeth Nilowi. 

 

Sama otworzyła mu drzwi, żeby sprawdzić, czy młodej służącej nie ma już w pobliżu. 

Trudno  przewiedzieć,  co  Nilowi  przyjdzie  do  głowy.  Nils  ukłonił  się  i  wyszedł,  a  Elizabeth 
zamknęła dokładnie drzwi i usiadła. Potem zdjęła z głowy chustkę i starannie ją złożyła. 

background image

 

45

 

- Zastanawiałam się, czy przyjść z tą sprawą – zaczęła. – Słyszałam, że lensman żąda 

w zastaw za długi jednego z gospodarstw, które dla nas pracują. 
 

Lensman  pokiwał  głową  i  złożył  dłonie  na  swoim  wielkim  brzuchu.  Elizabeth  też 

pokiwała głową i spojrzała mu prosto w oczy. 
 

- Mieszka tam rodzina Aandy, tej, która u nas służyła. Była dla mnie jak siostra. 

 

Nagle poczuła się mała i bezradna. Nie potrafiła znaleźć właściwych słów! Nie miała 

prawa  czegokolwiek  żądać  od  urzędnika,  nie  chciała  też  żebrać.  Miała  tylko  nadzieję,  że 
lensman może coś zrobi, żeby rodzina Amandy nie straciła dachu nad głową.  
 

Urzędnik zmarszczył krzaczaste brwi i popatrzył na nią surowo. 

 

-  Czy  nie  ma  żadnej  możliwości,  żeby  lensman  zareagował  z  zastawu?  –  spytała 

Elizabeth  cienkim  głosem.  –  Oni  są  tacy  ubodzy.  Proszę  nie  zabierać  im  wszystkiego!  – 
Rozłożyła bezradnie ręce. – Bo umrą z głodu. 
 

- Nie do mnie należy zajmowanie się ubogimi. Jest specjalna komisja. 

 

- Ale może lensman mógłby coś zrobić… 

 

- Muszę przestrzegać prawa.  gdybym pobłażał  wszystkim ubogim, nie  mógłbym być 

lensmanem. 
 

Elizabeth rozumiała to dobrze, ale nie mogła zaakceptować jego słów. 

 

- A gdybym spłaciła ich dług? 

 

Poprawił się w krześle. 

 

- Mają swoją dumę. Nigdy się na to nie zgodzą. 

 

Pokiwała głową, nerwowo splatając w palcach frędzle swego szala. 

 

- Nie muszą przecież wiedzieć, że to ja… 

 

Pokręcił głową i cmoknął. 

 

- Nie, nie, to niemożliwe. Jak by to wyglądało? Jak oni by to zrozumieli? Że nagle ich 

dług nie stanowi żadnego problemu? Inni też  by zaczęli lekceważyć prawo i zasady. Ma pani 
dobre serce, Elizabeth, ale tym razem nic o nic to nie pomoże. 
 

- Ale czy nie ma… 

 

- Nie. i to jest moje ostanie słowo w tej sprawie. – Poruszył się, jakby chciał wstać, i 

spytał: - czy Nils chce złożyć jakieś wyjaśnienia? 
 

Elizabeth wyszła z gabinetu i posłała tam Nilsa, a sama usiadła w korytarzu. 

 

Futra z ich sam zostały wniesione do środka i leżały na ławie. Elizabeth odsunęła je na 

bok.  Czy  w  żaden  sposób  nie  da  się  nakłonić  lensmana,  żeby  zmienił  zdanie?  myślała.  Czy 
nie znajdą się jakieś inne argumenty? 
 

Z kuchni wymknęła się tymczasem dziewczyna, która im otworzyła drzwi. 

 

- Przepraszam – powiedziała cicho i dygnęła. – Czy mogłabym zamienić parę słów z 

panią Dalsrud? 
 

- Usiądź – odparła Elizabeth z uśmiechem, postukując w ławie. 

 

Dziewczyna  miała  dwa  długie,  cienkie  warkocze,  przerzucone  do  przodu.  Zaczęła 

nerwowo obracać w palcach jeden z nich. 
 

- Sama nie wiem, jak zacząć… Chodzi o Nilsa… 

 

- Mów szczerze – zachęciła ją Elizabeth. – Tak jest najprościej. 

 

- Czy panu myśli, że on to mówił poważnie? – Dziewczyna się zarumieniła. 

 

Elizabeth starannie dobierała słowa. 

 

- Ile masz lat? – spytała w końcu. 

 

Dziewczyna się wyprostowała. 

 

- Na wiosnę pójdę do konfirmacji i skończę piętnaście. 

 

- A Nils ma prawie czterdzieści. Gdy ty będziesz miała dwadzieścia pięć lat, on będzie 

blisko pięćdziesiątki. 
 

 - Wielu mężczyzn dobrze się starzeje. 

background image

 

46

 

-  To  prawda,  ale  Nils  jest  dla  ciebie  za  stary.  Nazwał  cię  najpiękniejszym  kwiatem 

ś

wiata. Zapamięta sobie te słowa. Jesteś ładną dziewczyną. Zresztą Nils mówi to każdej, którą 

uważa za piękną. 
 

- Mówił tak do innych? – Na twarzy dziewczyny pojawiło się rozczarowanie, po czym 

wykrzyknęła niemal z rozpaczą: - Nigdy nie wyjdę za mąż. Zostanę starą panną! 
 

Elizabeth ukryła uśmiech. 

 

- Na pewno będziesz miała wielu adoratorów. 

Znam Nilsa, on wszystkim kobietom powtarza takie rzeczy. Taki już jest i taki zostanie. Miło 
na niego popatrzeć, ale to nie jest mężczyzna dla ciebie. 
 

- Czy to prawda, że on ma coś wspólnego ze śmiercią Laviny? 

 

-  Nie,  gdy  Lavina  umarła,  Nils  był  w  Bergen.  A  poza  tym  Nils  bardzo  ją  kochał  – 

dodała z powagą. 
 

-  Dziękuję,  że  pani  zechciała  mnie  wysłuchać  –  powiedziała  dziewczyna,  wstała  i 

znów dygnęła. – Ludzie mówią, że pani jest miła i dobra dla wszystkich, i dla bogatych, i dla 
biednych, dlatego się odważyła, zapytać. 
 

W drzwiach pojawiła się głowa jakiegoś młodzieńca.  

 

- Helmine, inne służące pytają, gdzie się podziewasz. 

 

- Już idę. 

 

Zanim dziewczyna wstała z ławy, Elizabeth szepnęła jej do ucha: 

 

- A co to za przystojny młodzieniec? 

 

- ten? To tylko parobek. Zachowuje się jak dzieciak, chociaż ma tyle samo lat, co ja. 

Ciągnie mnie za włosy i rozwiązuje tasiemki fartucha. 
 

- To znaczy, że się w tobie kocha – stwierdziła z powagą Elizabeth. 

 

Dziewczyna zmarszczyła czoło. 

 

- Tak pani myśli? 

 

- Jestem pewna. Ale pospiesz się już, zanim znów zaczną cię szukać. 

 

Dziewczyna pokiwał głową w zamyśleniu i skierowała się do kuchni. Ale kroczyła z 

dumnie podniesioną głową. Elizabeth uśmiechnęła się sama do siebie. 
 

Chwilę później Nils wyszedł z gabinetu razem z lensmanem. 

 

- No to do widzenia – powiedział urzędnik, ściskając dłonie obojgu. – Cieszę się, ze 

wszystko się wyjaśniło. Jesteś wolny do podejrzeń, Nils. Zresztą doktor potwierdził przecież, 
ż

e  to  był  wypadek.  Niech  doktor  potwierdził  przecież,  że  to  był  wypadek.  Niech  zmarła 

odpoczywa w pokoju. I powodzenia w tym, co tam sobie umyśliłeś. Żegnajcie. 
 

-  Zdaje  się,  że  ten  potężny  człowiek  nie  chciał  nas  oglądać  dłużej  niż  musiał  – 

stwierdził Nils, gdy już dojeżdżali do Dalsrud. 
 

Mówił coś przez całą drogę, jakby ulżyło mu, że ma już wizytę  y lensmana za sobą. 

Elizabeth  też  była  temu  rada,  choć  nic  nie  wskórała  w  prawie  długu  rodziny  Amandy. 
Domyślała się, dlaczego lensman tak szybko się ich pozbył. Nie chciał dopuścić do tego, by 
znów zaczęła go męczyć w sprawie zastawu. 
 

- czy mam wprowadzić do stajni tego rączego rumaka? – spytał Nils, gdy wjechali na 

podwórze. 
 

- Nie, dziękuję. Muszę tam jeszcze wrócić. A ty idź do kuchni. 

 

- Zapomniałaś czegoś? 

 

-  Zapomniałam…  zapomniała,  zostawić  żonie  lensmana  przepis.  To  ważne,  bo  ona 

spodziewa się gości. 
 

Sprawnie  zawróciła  konia  i  szybko  wyjechała  na  drogę.  Wiedziała,  że  Nils  jej  nie 

uwierzył i że gdy wróci do domu, służące zaczną dociekać prawdy. Ale w tej chwili się tym 
nie martwiła. Niech sobie myślą, co zechcą. 
 

Na  drodze  spostrzegła  jakąś  postać.  Szybko  rozpoznała  nową  służącą  Bergette. 

Zatrzymała koło niej konia. 

background image

 

47

 

- No proszę, wyszłaś sobie na spacer – powiedziała. 

 

- A co, nie wolno? 

 

- Zdaje się, ze często sobie spacerujesz. 

 

Kobieta zmarszczyła jasne, gęste brwi. 

 

- Co masz na myśli? 

 

Elizabeth przywiązała wodze i wysiadła z sań. 

 

- Jakiś czas temu dostałam anonim. Był wetknięty w drzwi obory. 

 

- A co mnie to obchodzi? – Służąca zadarła brodę u wypięła pierś. 

 

- Nie ty go nie wetknęłaś? 

 

Dziewczyna zatrzęsła się ze śmiechu. 

 

- Dlaczego miałabym tracić czas na coś takiego? 

Mam wiele innych spraw. 
 

- Bezczelna jesteś, że ośmielasz się tak do mnie mówić. 

 

- Tak.? A co, może jesteś lepsza od innych? Kiedyś też byłaś ubogą służąca. 

 

- Zgadza się – powiedziała Elizabeth, krzyżując ręce na piersiach. – Zamierzasz wiec 

upolować Sivgarda, wyrzucić Bergette i zostać nową panią we dworze? 
 

-  A  czemu  nie?  –  rzuciła  dziewczyna  hardo.  –  Ty  przecież  byłaś  służącą  w  Dalsrud, 

zanim wyszłaś za mąż. 
 

Elizabeth zaśmiała się głośno. 

 

- Różnica polega na tym, że Kristian nie miał żony i sam mi się oświadczył. Sivgard 

nigdy tego nie zrobi. Chyba nie jesteś taka głupia, żeby w to wierzyć? Nie wiesz, że Bergette 
wkrótce się w tym wszystkim zorientuje i przyrzuci cię za drzwi i bez żadnych referencji? 
 

- Oboje musieliby tego chcieć. A poza tym to nie twoja sprawa. 

 

Chciała pójść dalej, ale Elizabeth przytrzymała ją za ramię. 

 

- Już raz cię ostrzegałam teraz, robię to ponownie: trzymaj się z dala od Sivgarda, bo 

będziesz miała ze mną do czynienia! 
 

Tamta posłała jej pogardliwe spojrzenie. 

 

- Ludzie mówią, że potrafisz coś więcej niż Ojcze nasz, ale mnie nie wystraszysz! 

 

Wyrwała  się  i  odeszła.  Elizabeth  stała  i  patrzyła  za  nią  przez  kilka  sekund.  Potem 

znów  wsiała  do  sań.  Nie  była  z  siebie  zadowolona.  Że  też  nie  przycisnęła  dziewczyny  i  nie 
wydobyła z niej prawdy na temat listu. Dobrze by było, żeby służąca się przyznała. Pokręciła 
głową z rezygnacją. Co za bezczelność! Za grosz szacunku dla nikogo, nawet dla gospodyni. 
Elizabeth  chciała  ostrzec  Bergette,  ze  jest  oszukiwana  i  zdradzana,  ale  coś  ją  przed  tym 
powstrzymywało  –  może  lęk,  by  nie  zranić  przyjaciółki,  może  obawa,  że  Bergette  jej  nie 
uwierzy. Wówczas ich przyjaźń by się skończyła, a służąca odniosłaby zwycięstwo. 
 

Zobaczymy, co czas przyniesie, pomyślała, i ruszyła. 

 
 

Ż

onę lensmana spotkała na podwórzu. Parobek właśnie wziął od niej lejce i wyprzęgał 

konia  z  sań.  A  wiec  wraca  z  wycieczki,  pomyślała  Elizabeth.  Ie  zdziwiłaby  się,  gdyby 
lensmanowa odwiedziła starego doktora. 
 

Kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie. 

 

- Dzień dobry, Elizabeth? To ty przyjechałaś tu w takim pędzie? Wejdź, proszę, zaraz 

każę podać kawę. 
 

Ż

ona  lensmana  wydawała  się  jeszcze  grubsza  w  swoim  ogromnym  futrze  i  futrzanej 

czapce. Twarz miała mocno zaczerwienioną od mrozu. 
 

- dziękuję, chciała, tylko zamienić z tobą parę słów. Musze zaraz wracać. 

 

- Słucham? 

 

-  Tak  się  składa,  że  twój  mąż  żąda  zastawionego  gospodarstwa  ludzi,  którzy  dla  nas 

pracują prosiłam go bardzo, żeby zmienił decyzję. 
 

Ź

renice lensmanowej się zwęziły, skrzyżowała ramiona na piersi. 

background image

 

48

 

- Bardzo mi żal tych ludzi – ciągnęła Elizabeth. – Jeśli stracą gospodarstwo, na pewno 

nie przeżyją. Bardzo cię proszę, żebyś znalazła jakieś rozwiązanie tej sprawy. 
 

Ż

ona  lensmana  odrzuciła  głowę  do  tyłu  tak  gwałtownie,  że  aż  zatrząsł  się  jej 

podwójny podbródek. 
 

- Przecież ja nie mam z tym nic wspólnego. Nigdy nie wtrącam się do pracy mojego 

męża. Inni też nie powinni tego robić. 
 

Elizabeth  aż  się  zagotowała  ze  złości.  Miała  wielką  ochotę  wyrzucić  z  siebie 

wszystko,  co  wiedziała  o  lensmanowej  i  doktorze,  ale  powstrzymała  się  w  ostatniej  chwili. 
Nic dobrego by z tego nie wynikło. Zyskałaby tylko złą sławę kłamczyni i plotkarki. 
 

Odziana w futro kobieta oddaliła się majestatycznie w stronę domu i zamknęła za sobą 

drzwi, nie obejrzawszy się nawet na Elizabeth. 
 

Z  piersi  Elizabeth  wyrwało  się  westchnienie,  gdy  wsiadła  do  sań,  by  znów  ruszyć  w 

powrotną drogę. Nie udało jej się załatwić tej rudnej sprawy. Nawet jeśli istnieje jakieś dobre 
rozwiązanie, chyba nie będzie łatwo go znaleźć. 
 
Rozdział 11 
 
 

Ciągle jeszcze miała w kieszeni spódnicy list od Kristiana. Gdy szła przez podwórze, 

papier szeleścił. Nils dość wcześnie przyjechał do domu ze sklepiku. Teraz poszedł nad fiord, 
ż

eby  zabrać  sieci.  Nie  żałowała,  że  pozwoliła  mu  zostać  w  Dalsrud.  Bardzo  im  pomógł  tej 

zimy  pod  nieobecność  mężczyzn.  A  jego  poczucie  humoru  sprawiało,  że  dni  wszystkim 
domownikom wydawały się jaśniejsze. 
 

Elizabeth zatrzymała się, by spojrzeć w stronę wsi. Ostatnio nie słyszała nic na temat 

zastawionego gospodarstwa. Ale też nikogo o to nie pytała, żeby nie dolewać oliwy do ognia. 
 

Na  dachu  spiżarni  przysiadła  skrzecząca  głośno  mewa.  Może  nawoływała  swojego 

samca?  Elizabeth  słyszała,  że  mewy  trzymają  się  tego  samego  partnera  przez  całe  życie. 
wsunęła dłoń do kieszeni i musnęła papier. Kristian często pisał listy, opowiadał o połowach, 
o  chorobach,  o  chłodzie  o  tym,  ze  wszyscy  jakoś  sobie  radzą.  I  dziękował  za  to,  co  mu 
zapakowała do kufrów. Okraszał listy nowinkami zabawnymi anegdotami. Właśnie takie listy 
powinno pisać się na Lofotach. 
 

Ona z kolei pisała mu o Nilsie i reszcie domowników, o tym, ze we dworze wszystko 

się dobrze układa. Tylko o  Linie  rzadko wspominała. Elizabeth spojrzała w stronę domu na 
służącą, która siedziała na schodach, pochylona nad swoim listem. Jej rudawy warkocz sięgał 
aż do szarej spódnicy. 
 

- Lina! – zawołała Elizabeth. – Sto razy ci mówiłam, żebyś nie siedziała na kamieniu 

ani na ziemi o tej porze roku. rozchorujesz się. 
 

Siedzę na owczej skórze – powiedziała Lina, nie odrywając wzroki od kartki. 

 

- To nie pomoże. I tak się możesz rozchorować.  

 

Lina wstała, składając arkusiki. 

 

- Od kogo dostałaś list? 

 

-  Od  Andreasa.  Znalazł  dla  nas  dom  w  Kabelvaag,  ale  musimy  szybko  się 

zdecydować, bo jeszcze ktoś inny go wynajmie. 
 

- Więc się przeprowadzasz? – spytała Elizabeth, choć przecież znała odpowiedź. 

 

Lina pokiwała głową i wsunęła list do kieszeni. 

 

- Musimy gdzieś mieszkać. I chociaż bardzo bym chciała tu zostać, nie ma innej rady. 

 

Elizabeth przełknęła ślinę. 

 

- Zobaczę, co się da zrobić, Lina. Nie odpowiadaj jeszcze Andreasowi. 

 

- Masz jakiś pomysł? 

 

- Zobaczysz. 

background image

 

49

 

Uśmiechnęła  się  dla  pokrzepienia  i  weszła  po  schodach.  Długo  się  nad  tym 

zastanawiała, choć miała przecież wiele innych spraw na głowie. Ale pora wziąć się do dzieła, 
bo czasu jest coraz mniej. 
 

- Pani Elizabeth! Pani Elizabeth! 

 

Obróciła się w drzwiach na dźwięk cienkiego, chłopięcego głosu. 

 

- Muszę wam coś powiedzieć. Chodzi o… - Musiał zaczerpnąć powietrza. - … o Ane. 

 

Lodowaty dreszcz przeszył Elizabeth. Z przerażeniem patrzyła na obdartego chłopca. 

 

- Co się stało Ane? – wyjąkała. 

 

- Petra ze Storli tu jedzie – mówił chłopiec. – Żeby nakrzyczeć na Ane. Ale muszę już 

iść, żeby mnie nie widziała. 
 

Zamknął, ni, Elizabeth się obejrzała. 

 

-  Zaczekaj  –  zawołała.  Ale  jej  nie  usłyszał.  –  Co  to  może  znaczyć?  –  rzuciła  w 

powietrze. 
 

- Mnie nie pytaj. – Lina te była zaskoczona. 

 

- Gdzie jest Ane? – pytała Elizabeth, rozglądając się dokoła. 

 

Lina wzruszyła ramionami,. 

 

- Dawno jej nie widziałam. 

 

-  Maria!  Helene!  –  zawołała  Elizabeth.  Po  chwili  obie  się  pojawiły.  –  Widziałyście 

Ane? 
 

Obie pokręciły głowami. 

 

- Nie widziałam jej od paru godzin – odparła Maria. – Co ona znowu wymyśliła? 

 

- Nie wiem. Dowiedziałam się właśnie, ze Petra Storli jedzie do nas z wizytą. I ma coś 

do Ane. 
 

- Mój ty Boże. Dajcie mi znać, jak już przyjedzie. Będę w pogotowiu. 

 

- Ja też – dodała Helene. 

 

Elizabeth się uśmiechnęła. Miała w domu odważne kobiety. 

 

- Dziękuję, ale sama sobie poradzę. Rozejrzyjcie się lepiej za Ane i powiedzcie, żeby 

nigdzie nie wychodź, póki nie wrócę. 
 

- A dokąd idziesz? – spytała Lina. 

 

- Później się tego dowiesz. 

 

Osiodłała  gniadą  klacz  i  wskoczyła  na  jej  grzbiet.  Kristian  kupił  jej  damskie  siodło. 

:Jeździsz  po  wsi,  jak  mężczyzna”,  powiedział  kiedyś  z  uśmiechem.  „Zdaje  się,  że  muszę  ci 
sprawić porządne damskie siodło”. 
 

Na początku dziwnie się na nim czuła. Obawiała się, że zaraz spadnie, trzymając obie 

nogi  po  jednej  stronie  końskiego  grzbietu.  Ale  z  czasem  szło  jej  coraz  lepiej.  Wiedziała,  że 
ludzie  krzywo  na  nią  patrzą  i  krążą  o  niej  różne  plotki.  Nie  było  przecież  zwyczaju,  by 
kobiety jeździły konno, chociaż siodło miała damskie. 
 

No, ale ja nie jestem taka, jak inne, pomyślała Elizabeth na widok rozchylających się 

zasłon w mijanych oknach. 
 

Gdy zajechała na niewielkie, ubogie podwórze, z szopy wyszła właśnie dziewczyna z 

koszykiem pełnym torfu. 
 

- Dzień dobry. Rodzice w domu? – spytała Elizabeth. 

 

-  Mama  jest  w  domu,  ale  tata  wyszedł  coś  załatwić  –  powiedziała  dziewczyna, 

dygając. 
 

Elizabeth  przywiązała  konia  i  weszła  za  nią  do  środka.  Twarz  matki  Amandy 

ś

miertelnie pobladła na widok gościa. 

 

-  Nie  nas  Pna  Bóg  strzeże.  Tylko  nie  mów,  że  coś  złego  stało  się  mojej  córce, 

Amandzie! – wyjąkała. 
 

- Spokojnie, Amanda sobie poradzi. Przychodzę w całkiem innej sprawie. Przyniosłam 

kilka placków i trochę świeżo palonej kawy… - wyjaśniła, podając gospodyni węzełek. 

background image

 

50

 

Kobieta skinęła głową w podziękowaniu i położyła dłoń na piersi,, pragnąc uspokoić 

mocno bijące serce. Jej usta poruszały się przez chwilę w bezgłośnej modlitwie. 
 

-  Dawno  już  nie  miałaś  wieści  od  córki?  –  spytała,  podczas  gdy  kobieta  nastawiała 

kawę. 
 

- Będzie z parę miesięcy. Listy z Ameryki idą długo. Amanda mieszka teraz po drugiej 

stronie kuli ziemskiej, a nie tuż za rogiem. 
 

Elizabeth  rozejrzała  się  po  pomieszczeniu.  W  palenisku  prawie  nie  było  śladów 

popiołu, podłoga była starannie wyszorowana. Na ławie stały tylko dwie drewniane miski. Aż 
dziw, że udaje im się utrzymać porządek w niewielkim domu, w którym mieszka tyle osób. 
 

Koło  pieca  siedział  chłopiec,  który  kiedyś  pożyczył  książkę  od  Ane  i  powiedział 

Elizabeth  o  kłopotach  z  domem.  Mrugnęła  do  niego  z  uśmiechem.  Trochę  zawstydzony, 
odwzajemnił uśmiech, po czym wrócił do zbijania jakichś drewnianych desek. 
 

-  Amandzie  dobrze  się  w  życiu  ułożyło  –  powiedziała  Elizabeth.  –  No  i  ze  świecą 

szukać lepszego męża niż Ole. 
 

Na  stole  stanął  talerz  z  plackami  i  kawa.  Elizabeth  nie  wzięła  ani  jednego  placka, 

tłumacząc, że jadła tuż przed wyjściem. Lepiej niech dostaną je dzieci. 
 

-  Chciałam  o  czymś  z  tobą  porozmawiać.  –  Odstawiła  kubek  i  zawahała  się  przez 

chwilę. 
 

-  Dzieci,  wyjdźcie  na  podwórze  –  powiedziała  kobieta.  Obije  wyszli  posłusznie, 

rzucając tęskne spojrzenia na stół. 
 

- Zjecie placki później – dodała z uśmiechem. 

 

Elizabeth postanowiła nie owijać niczego w bawełnę. 

 

- Słyszałam, ze macie długi – powiedziała. 

 

Gospodyni zaczerwieniła się z zakłopotania. 

 

- Plotki szybko się rozchodzą. To prawda. Nie zawsze wszystko się dobrze układa. Na 

dodatek mój mąż nie popłynął na zimowe połowy z innymi, bo był chory i nikt go nie najął. – 
Obróciła kilka razy kubek i dodała. – Już wyzdrowiał, ale co z tego. 
 

- Rozmawiałam z lensmanem, ale nie pozwolił mi spłacić waszego dług. Powiedział, 

ze to byłyby zły przykład dla innych. 
 

Matka Amandy pokiwała głową. 

 

- Rozumiem. Zresztą mój mąż i tak nie przyjąłby jałmużny. Wiesz przecież o tym. – 

Nagle  coś  przyszło  jej  do  głowy  i  złapała  Elizabeth  za  ręce.  –  Tylko  nie  pisz  o  tym  mojej 
córce. Musisz mi to obiecać! 
 

Elizabeth  obiecała.  Wiedziała,  że  na  wieść  o  długi  Amanda  przysłałaby  matce 

wszystkie oszczędności alb coś sprzedała, byle pomóc rodzinie. 
 

Rozległy  się  kroki  w  sieni  i  po  chwili  drzwi  się  otworzyły.  Ojciec  Amandy, 

zaskoczony widokiem Elizabeth, szybko się opanował i przywitał gościa. 
 

- No, no, co za wizyta! 

 

Elizabeth spojrzała na gospodynię i ujrzała błaganie w jej oczach. Jakby tamta prosiła 

ją o dyskrecję. 
 

- Przejdę od razu do rzeczy – powiedziała, gdy kobieta nalała mężowi kawy i podała 

trochę placka. – Mam dla was pracę. 
 

- Aha. 

 

-  Muszę  odbudować  jedno  z  naszych  gospodarstw  komorniczych  i  potrzebuję  kogoś 

silnego. Jeśli jesteś zainteresowany, robota jest twoja. 
 

Kobieta wstała i pochyliła się nad piecem. Elizabeth widziała wdzięczność wypisaną 

na jej twarzy. 
 

- Mają się tam wprowadzić jacyś nowi komornicy? 

 

- Nie, ale nasza służąca, Lina, wychodzi za mąż za człowieka z Kabelvaag i potrzebują 

jakiegoś domu. Jeśli niczego nie znajdą, Lina wyjedzie. A tego bym nie chciała. 

background image

 

51

 

- Coś takiego? lina wychodzi za mąż. – Gospodarz uśmiechnął się, zanurzając ostatni 

kawałek placka w kawie. – Nic dziwnego, że chciałabyś zatrzymać dobrą służącą. 
 

Elizabeth czuła, że wszystko pójdzie gładko. 

 

- Dobrze ci zapłacę. A drewno weźmiemy z naszego lasu. 

 

- Mogę postawić dom, ale zrobię to za darmo – oznajmił stanowczo ojciec Amandy. 

 

-  Ależ  mój  drogi,  nikomu  nie  pozwolę  pracować  za  darmo!  Nils  też  będzie  tam 

pracował i przynajmniej jeszcze jeden mężczyzna. I każdy dostanie zapłatę. 
 

Oparł jedną dłoń o kolano i spojrzał jej w oczy. 

 

-  Myślisz,  że  nie  wiem,  dlaczego  to  robisz?  Słyszałaś  o  naszym  długu  i  chcesz, 

ż

ebyśmy go spłacili. 

 

Kątek oka Elizabeth dostrzegła, że matka Amandy oparła się o piec i ukryła twarz w 

dłoniach. 
 

- Nie moja rzecz, co zrobisz z pieniędzmi – powiedziała Elizabeth. – Ale nie pozwolę, 

ż

eby ktoś pracował dla mnie za darmo, to pewne. 

 

- W takim razie nie będę dla ciebie pracował – stwierdził, uderzając pięścią w stół. 

 

Elizabeth się podniosła. 

 

-  jesteś  najbardziej…  jesteś…  Słów  mi  brak!  Nie  rozumiem,  jak  możesz  robić  coś 

takiego swojej żonie i dzieciom. 
 

- Nikt cię o nic nie prosi. I nikt nam nie odbierze honoru – oznajmił stanowczo i też 

wstał. 
 

Elizabeth zrozumiała, że gospodarz nie zmieni zdania. 

 

- Zrobisz, jak zechcesz – rzekła zrezygnowana. 

 

-  W  porządku!  Powiedz  tylko,  kiedy  mam  się  stawić.  –  Wyglądał  na  zadowolonego, 

gdy podawał jej rękę. 
 

- Możecie zacząć od jutra. Przyjdź najpierw do Dalsrud, żeby zabrać Nilsa i pokazać 

mu drogę do zagrody. 
 

Mocno uścisnął jej dłoń. 

 
Rozdział 12 
 
 

Elizabeth  wprowadziła  właśnie  konia  do  stajni,  gdy  na  podwórze  zajechała  Perta 

Storli.  Pociągnęła  za  wodze  tak  mocno,  że  koń  uniósł  pysk.  Elizabeth  nie  znosiła  takiego 
traktowania zwierząt. Miała już parę ostrych słów na końcu języku, ale je przełknęła. 
 

Petra  wysiadła  z  kariolki.  Żyły  nabrzmiały  na  jej  chudej  szyi.  Zaciśnięte  usta 

przypomniały cieniutką kreseczkę. 
 

Jesteś  pewna,  że  smaruje  włosy  masłem,  pomyślała  Elizabeth  na  widok  jej  gładkiej 

fryzury. No to ją stać, a na jedzenie dla służby – nie! 
 

- Dzień dobry, Petra, witamy – pozdrowiła kobietę z udawanym spokojem. 

 

- Nie wiem, czy nazwałabym go dobrym – burknęła Petra. 

 

- Rozumiem. Masz jakieś kłopoty? 

 

Petra otuliła się szczelniej szalem. 

 

- Wygląda na to, że Dalsrud słynie teraz z tego, że trzyma złodziei pod swym dachem. 

Ze czasów Leonarda wszystko było tu inaczej. 
 

Elizabeth  czuła,  że  wzbiera  w  niej  gniew.  Gdyby  Petra  wiedziała,  jaki  naprawdę  był 

Leonard! 
 

- To bardzo poważne oskarżenia – powiedziała. – Masz jakieś dowody? 

 

- Poprzednim razem chodziło o służącą, a teraz o twoją córkę. 

 

- Uważaj na to, co mówisz – ostrzegła ją Elizabeth, podchodząc bliżej. – O ile dobrze 

pamiętam, twój mąż przyszedł tu z lensmanem, żeby oskarżyć Amandę o kradzież pieniędzy, 
podczas gdy Amanda dostała te pieniądze ode mnie. Wciąż jesteś jej winna przeprosiny. 

background image

 

52

 

Petra prychnęła pogardliwie. 

 

- A twoja córka? 

 

- Co zrobiła Ane? 

 

- Ukradła cukier? 

 

- Co takiego? – Elizabeth była pewna, że się przesłyszała. 

 

- Słyszałaś, co powiedziałam. 

 

-  Ane  zabrała  twój  cukier?  –  Gniew  powoli  ustępował  rozbawieniu.  Elizabeth  z 

trudem ukryła uśmiech. – Kiedy miałaby to zrobić? 
 

- Wczoraj, kiedy szła do nas razem z innymi dziećmi. Sama widziałam, jak chwyciła 

wielki kawał brązowego cukru. 
 

Elizabeth  zastanawiała  się  przez  chwilę,  czy  to  nie  żart.  Nikt  przecież  nie  jedzie  tak 

daleko, żeby donieść o „kradzieży” kawałka brązowego cukru. Wystarczył jednak jeden rzut 
oka, żeby się przekonać, że Petra nie żartuje. 
 

- Jeśli tak sprawa wygląda, bardzo przepraszam za Ane – rzekła Elizabeth spokojnie. – 

Jeśli  chwilę  zaczekasz,  przyniosę  ci  kawałek  cukru.  –  Nie  zdołała  ukryć  sarkazmu  w  głosie 
ani powstrzymać uśmiechu. 
 

Petra zacisnęła dłonie w pięści. 

 

- Mam nadzieję, że rozumiesz powagę sytuacji – rzuciła, obróciła się na pięcie i poszła 

do kariolki. Po chwili, świsnąwszy batem, odjechała z Dalsrud. 
 

Elizabeth  stała  i  patrzyła  za  nią,  kręcąc  głową.  gdyby  komuś  o  tym  powiedziała, 

pewno posądzono by ją, że zmyśla. 
 

- Czego ona chciała? 

 

Elizabeth obróciła się i spojrzała na Ane, która właśnie podbiegła. 

 

- Gdzie ty byłaś przez cały dzień? 

 

- Z Nilsem. Wyciągałam sieci. 

 

Elizabeth  już  miała  ją  skarcić,  że  to  nie  jest  zajęcie  dla  dziewcząt,  ale  ugryzła  się  w 

język. Sama dorastała na łodzi. I to pozwalało zdobyć żywność wtedy, gdy Jens wypływał na 
morze, i wtedy, gdy została wdową. Pogłaskała więc tylko córkę po głowie i rzekła: 
 

-  Petra  przyjechała  tu,  żeby  mi  powiedzieć,  że  jadłaś  u  nich  brązowy  cukier.  Czy  to 

prawda. 
 

- Ane pokiwała głową. 

 

- Kawałek. Dostałam od służącej. 

 

- A co u nich robiłaś? 

 

- Oglądałam małe kocięta razem z koleżanką ze szkoły. Ona jest tam służącą. 

 

- Od tej pory trzymaj się z daleka od Stroli. Rozumiesz? 

 

 Ane pokiwała głową. jakby z ulgą i wdzięcznością. 

 

- A teraz idziemy. Muszę coś powiedzieć Linie. 

 
 

Nadeszła  wiosna.  Strumienie  bulgotały  już  i  szemrały.  Ptaki  śpiewały  w  koronach 

drzew, słońce grzało, tu i ówdzie kwiatki podbiału wychylały swoje żółte główki. Powietrze 
pachniało  wodorostami,  wodą  i  solą  na  dole,  w  okolicy  domu,  a  ziemią  i  gnijącymi  liśćmi 
wyżej, w górach. Natura budziła się na nowo do życia. Mimo że Elizabeth uważała wiosnę za 
najpiękniejszą porę roku, wciąż czuła dręczący niepokój.  
 

Zatrzymała się, żeby rozwiązać chustkę, pozwalając, by wiatr owiał jej spoconą szyję. 

Nie  miała  jednak  śmiałości  rozpiąć  bluzki,  bo  wiosenne  powietrze  było  wciąż  ostre,  nie 
mogła ryzykować choroby w okresie tak pełnym obowiązków. 
 

Postawiła na ziemi puszkę z jedzeniem i skopek mleka. Upiekła stertę wafli, uwarzyła 

ser  i  posmarowała  nim  pajdy  chleba  –  treściwy  posiłek  dla  ciężko  pracujących  mężczyzn. 
Przyniosła  także  trochę  świeżo  zmielonej  kawy.  Wzięła  głęboki  wdech,  dźwignęła  cały  ten 

background image

 

53

ciężar i ruszyła dalej przez las. Była już niedaleko pracujących, bo słyszała coraz wyraźniej 
siekierę i piłę. 
 

Zatrzymała  się  na  skraju  polany,  ale  i  tak  Lina  od  razu  ją  zauważyła.  Służąca 

wyprostowała się z grymasem bólu na twarzy i chwyciła za plecy w krzyżu, po czym uniosła 
rękę i pomachała gospodyni. 
 

- Nie powinnaś się tak męczyć – powiedziała Elizabeth. – Noszenie kamieni to nie jest 

zajęcie dla kobiet. Lepiej nazbieraj mchu do uszczelniania ścian. Musisz sobie znaleźć jakieś 
lżejsze zajęcie. 
 

Lina otarła czoło rękawem. 

 

- I kto to mówi – zaśmiała się, 

 

Elizabeth  wiedziała,  co  Lina  miała  na  myśli.  Rzeczywiście,  ona  sama,  gospodyni, 

nigdy się nie oszczędzała. Często pracowała równie ciężko jak mężczyźni. 
 

- Usiądź, zaraz rozpalę ogień i zaparzę kawę – powiedziała Elizabeth. 

 

Wokół  ogniska  panowała  cisza.  Mężczyźni  byli  zmęczeni  i  głodni.  Wafle  znikały 

jeden za drugim, popijane mocną kawą i świeżym mlekiem. 
 

Elizabeth długo żuła kawałek chleba, przyglądając się mężczyznom. Nils pracował za 

dwóch i nic nie wskazywało na to, że tęskni za wędrówką. Może Lavina go tak odmieniła? 
 

-  Pański  posiłek  –  oznajmił  uroczyście  Nils,  unosząc  w  górę  wafel.  –  Niezwykle 

smakowity – dodał. 
 

- Myślisz, że Lina i ten człowiek z Kabelvaag będą się tu dobrze czuli? – spytał trzeci 

mężczyzna, patrząc w stronę Elizabeth. 
 

Elizabeth  najęła  starego  Gregusa,  obiecując  mu  taką  samą  zapłatę  jak  Nilowi. 

Wiedziała, że Gregus cierpi na reumatyzm i kiepsko mu się wiedzie o tej porze roku. Nikt ho 
w  tym  roku  nie  zatrudnił.  Ale  poruszał  się  całkiem  sprawnie  i  nie  można  było  złego  słowa 
powiedzieć o jego pracy. 
 

-  Ma  na  imię  Andreas  –  wtrąciła  Lina.  –  Przestań  go  nazywać  człowiekiem  z 

Kabelvaag. 
 

-  Sam  ją  zapytał  –  odparła  Elizabeth,  wskazując  głową  Linę.  –  Nie  będzie  to  żaden 

wielki dwór, ale da się go stopniowo rozbudowywać. 
 

- To będzie mój prawdziwy dom – powiedziała Lina. – Najpiękniejszy na świecie. 

 

Elizabeth przyjrzała się budynkowi. Nie zawalił się całkiem, jak twierdził Kristian, ale 

niewiele  już  do  tego  brakowało.  Dawno  temu,  zanim  się  zorientowała,  że  Amanda  i  Ile 
planują wjazd do Ameryki, Elizabeth proponowała go właśnie im. 
 

- Jak zjemy, pokażę ci, jak wszystko urządzę – ożywiła się Lina. 

 

- Miałaś jakieś wieści od Kristiana? – spytał Gregus. – Wróci niedługo? Słyszałem, że 

wielu już przypłynęło. 
 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

-  Nie.  Ale  pisał,  że  wszystko  jest  w  porządku.  –  Zamilkła,  nie  wiedząc,  co  dodać. 

Nagle wydało jej się, że wszyscy czytają w jej myślach, że ma lęk wypisany na czole. 
 

- Żal mi i wstyd, że Andreas nie może nam pomóc – powiedziała Lina. 

 

-  Ma  dość  roboty  w  Kabelvaag    stwierdziła  Elizabeth.  –  A  poza  tym  starczy  pracy 

także  dla  niego.  Trzeba  zaorać  ziemię,  postawić  płot.  Nie  będzie  próżnował.  Wystarczy,  że 
zjawi się jesienią, wtedy gdy będziecie brać ślub. 
 

-  Ciągle  nie  mogę  uwierzyć,  że  Kristian  na  to  przystał  –  westchnęła  Lina.  –  Nie 

zrozum mnie źle – dodała szybko. – Uważam, że zachował się bardzo wspaniałomyślnie. Że 
oboje jesteście wspaniałomyślni. 
 

Elizabeth musiała się odwrócić, aby ukryć twarz. 

 

-  Jakże  by  inaczej.  Ziemia  leży  odłogiem,  w  domu  ktoś  powinien  zamieszkać.  To 

najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. 

background image

 

54

 

Oby  tylko  Kristian  myślał  tak  samo.  Wysłała  mu  list,  w  którym  wszystko  wyjaśniła, 

ż

eby  go  przygotować.  Ale  jeszcze  nie  dostała  odpowiedzi.  Nie  bardzo  wiedziała,  jak  to 

rozumieć.  Może  list  nie  dotarł,  a  może  Kristian  nie  miał  czasu  odpisać  tuż  przed  powrotną 
podróżą.  Choć  najprawdopodobniej  był  po  prostu  wściekły.  Ciągle  sobie  powtarzała,  że 
przecież  ona  też  powinna  mieć  coś  do  powiedzenia,  ale  to  niewiele  pomogło.  W  gruncie 
rzeczy sprzeciwiła się mężowi w ważnej sprawie. Kazała ściąć drzewa i najęła ludzi. Nigdy 
przedtem się nie wtrącała w takie rzeczy. 
 

- No tak, Kristian będzie zaskoczony – stwierdził ojciec Amandy. 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? – zaniepokoiła się Elizabeth. 

 

- Że się ucieszy, gdy zobaczy, jak tu ładnie. 

 

- Na pewno – uśmiechnęła się i wstała. – Lina, miałaś mi chyba pokazać, jak urządzisz 

dom? 
 

Lina zerwała się na równe nogi. Wdrapała się na kamienny fundament, wskazywała i 

objaśniała. 
 

-  Tu  będzie  stał  piec.  Bardzo  dobrze,  że  to  tylko  jedna  izba  oprócz  komory,  łatwiej 

będzie ją ogrzać i utrzymać w czystości. 
 

Elizabeth uśmiechała się i kiwała głową w odpowiednich momentach. 

 

- A tutaj będzie okno – cieszyła się Lina. – Wystarczy jedno. Pod oknem stanie stół. 

Andreas  go  zrobi,  on  zna  się  na  stolarce.  Latem  będę  zbierać  kwiaty  i  stawiać  je  na  stole. 
Codziennie  świeże.  –  Lina  ujęła  Elizabeth  za  rękę.  –  Będę  wam  dozgonnie  wdzięczna, 
Elizabeth, tobie i Kristianowi. To największy cud, jaki się zdarzył w moim życiu. 
 
 

Elizabeth  kilka  razy  dziennie  wdrapywała  się  na  swój  punkt  obserwacyjny,  by 

wypatrywać łodzi. Chciała pierwsza je zauważyć. Pobiegłaby wtedy na brzeg, żeby przywitać 
Kristiana sam na sam. 
 

Dlatego  była  niezwykle  zaskoczona,  gdy  nagle  stanął  w  kuchennych  drzwiach.  Aż 

upuściła  na  podłogę  dwa  talerze,  które  rozbiły  się  z  trzaskiem.  Nie  potrafiła  odczytać  jego 
spojrzenie. Nie starała się nawet, bo zaraz uklękła, żeby pozbierać skorupy. 
 

- Ja to zrobię – powiedziała Lina. 

 

Elizabeth musiała więc wziąć się w garść i zachowywać normalnie, jak kobieta, której 

mąż  wróciła  właśnie  z  zimowego  połowu.  Na  stole  pojawiło  się  jedzenie,  dziewczęta  miały 
przynieść  i  zagrzać  wodę.  Elizabeth  kazała  przygotować  kąpiel:  Larsowi  w  pralni,  a 
Kristianowi na poddaszu. I nie szczędzić torfu w taki wspaniały dzień. 
 

Wydawała polecenia, kręciła się po domu. Byle tylko nie usiąść, nie spojrzeć mężowi 

w oczy i nie rozmawiać o trudnych sprawach. 
 

Oby tylko Nils tu zaraz nie przyszedł, pomyślała, podbiegając do okna. 

 

- Czekasz na kogoś? – zapytał Lars. 

 

-  Nie,  sprawdzam  tylko,  jak  dziewczęta  sobie  radzą  –  powiedziała,  śmiejąc  się 

nerwowo. 
 

Jej ruchy były jakieś kanciaste, głos dziwnie wysoki i nienaturalny. Cały czas czuła na 

sobie spojrzenie Kristiana, ale gdy spoglądała w jego stronę, był zajęty jedzeniem. 
 

Wróciły dziewczęta z wieścią, że kąpiele już przygotowane. Ane spoglądała tęsknym 

wzrokiem na kufer podróżny Kristiana, musiała jednak cierpliwie czekać, aż sam jej pokaże, 
co kupił. 
 

-  Pójdę  do  izby  nad  stodoła  posprzątać  trochę  i  zmienić  pościel    oznajmiła  Helene, 

zerkając na Larsa. 
 

-  Bardzo  jesteś  miła,  moja  Helene  –  odpowiedział.  Głaszcząc  ją  po  policzku,  gdy 

przechodziła obok. 
 

Helene się rozpromieniła i szepnęła Elizabeth, że nigdy nie słyszała, żeby Lars tak się 

do kogoś zwrócił. Więc to musi coś znaczyć. 

background image

 

55

 

Kristian  wstał,  podziękował  za  jedzenie  i  poszedł  na  poddasze.  Elizabeth  odczekała 

chwilę,  poprosiła  dziewczęta,  żeby  posprzątały  w  kuchni,  i  poszła  za  nim.  Nogi  się  pod  nią 
uginały, ale się wyprostowała i podniosła głowę, gdy, zapukawszy, wślizgnęła się do środka. 
 

Siedział w balii z podciągniętymi kolanami. Włosy miał za długie, choć widać było, że 

niedawno się golił. Brudne ubranie powiesił poskładane na krześle. Elizabeth zdziwiła się na 
ten widok, ale nic nie powiedziała. 
 

-  Jesteś  na  mnie  zły?  –  spytała  prosto  z  mostu.  Nie  było  sensu  odkładać  rozmowy. 

Chciała usłyszeć odpowiedź. 
 

Kristian długo się wahał. Wymył sobie starannie szyję i uszy. Ruszał się powoli. 

 

- Zawsze robisz, co chcesz – rzekł w końcu, patrząc jej w oczy. 

 

Oczy  miał  czarne  jak  głęboki  staw.  Nie  było  w  nich  gniewu,  tylko  żal.  O  co  się 

martwił? Podeszła bliżej i przykucnęła koło balii. 
 

- Może nie powinnam tego zaczynać pod twoją nieobecność – usprawiedliwiała się. – 

Ale nie miałam wyboru, Kristian. Chcę zatrzymać tu Linę i to było jedyne rozwiązanie. 
 

Podniósł dłoń i pogłaskał ją po włosach. 

 

-  Moja  Elizabeth  –  westchnął.  –  Często  jesteś  taka  uparta.  Ale  obawiam  się,  że  tym 

razem nic dobrego z tego nie wyniknie. 
 

-  Niepotrzebnie  się  martwisz  ,  Kristian  –  zapewniła,  obejmując  go.  Jej  bluzka  i 

policzek  się  pomoczyły,  ale  się  tym  nie  przejęła.  –  Jeśli  się  już  wykąpałeś,  to  wyjdź  – 
powiedziała, odsuwając się na bok. 
 

Jego mocne ciało błyszczało, gdy wychodził z wody. Czarne włosy przylepiły się do 

ramion. Serce biło jej mocno, gdy ją objął. 
 

- Zawsze będziesz moja – szepnął. – Zawsze. 

 

- Obiecuję – mówiąc to, poprowadziła Kristiana w stronę łóżka. 

 

Wzięła ręcznik i zaczęła go delikatnie osuszać. 

 

- Wystarczy – powiedział kładąc ją na posłaniu. 

 

Całował  ją  namiętnie,  rozpinając  jednocześnie  jej  bluzkę.  A  ona  mu  Domogałą 

drżącymi dłońmi. Gdy była już naga, przysunął się bliżej i położył na niej. Wsłuchiwała się w 
jego  ciężki  oddech  coraz  bardziej  podniecona.  Jego  wargi  muskały  już  brodawki  jej  pierś. 
Mokre  włosy  łaskotały  skórę.  Oboje  długo  czekali  na  tę  chwilę.  Parę  miesięcy  rozłąki 
rozpaliło  w  nich  pożądanie.  Zachłysnęła  się,  gdy  się  w  nią  wślizgnął  i  znieruchomiał. 
Zarzuciła mu nogi na biodra. Nie chciała dłużej czekać. 
 
 

Wczesnym  latem  wszyscy  dzierżawcy  i  komornicy  wspólnie  wyruszali  do  lasu  po 

chrust i drwa. Zimą wiele drzew połamało się pod ciężarem śniegu, teraz więc mężczyźni je 
ś

cinali.  Kobiety  i  dzieci  zanosiły  gałęzie  i  chrust  na  wielkie  stosy.  Potem  koń  zwiezie 

wszystko do domu. 
 

Na skraju lasu słychać było śmiech i gwar. Promienie słońca znajdowały sobie drogę 

pomiędzy gałęziami i grzały pochylone plecy ludzi. Bazie już dawno zmieniły się w zielone 
listki. Elizabeth się wyprostowała, a spostrzegłszy matkę Amandy, podeszła do niej. 
 

- Powinnaś od czasu do czasu robić sobie przerwę – powiedziała Elizabeth. 

 

- Dziękuję. 

 

Kobieta pomasowała sobie krzyż. Dłonie miała czerwone, żyły nabrzmiałe od pracy, a 

paznokcie czarne. 
 

- Co u was słychać? – spytała Elizabeth. 

 

-  Dziękuję,  radzimy  sobie  jakoś,  póki  mamy  co  postawić  na  stole  i  póki  zdrowie 

dopisuje. 
 

- Dajcie znać, gdybyście czegoś potrzebowali. 

 

Kobieta dygnęła i, zawstydzona, poprawiła grubą samodziałową koszule. 

background image

 

56

 

-  Bardzo  dziękuję,  ale  i  tak  za  dużo  dla  nas  zrobiliście.  To  dzięki  wam  Amanda 

pojechała do Ameryki. – W jej oczach błysnęła duma. – Pomyśleć tylko, że naszej córce tak 
się udało. Aż się wierzyć nie chce. Zupełnie jak w bajce. 
 

- Dostajecie od niej listy? 

 

-  Tak,  ale  nie  tak  często,  jak  byśmy  chcieli.  Wolałabym,  żeby  przychodziły 

codziennie.  –  Zaśmiała  się  sama  z  siebie.  –  Za  to  stare  listy  czytamy  tak  długo,  że  chyba 
całkiem się podrą. 
 

Elizabeth spostrzegła jej zakłopotanie, więc powiedziała szybko: 

 

- My też. Marzy mi się, żeby ich znowu zobaczyć, żeby kiedyś odwiedzili Norwegię. 

 

Matka Amandy powoli pokręciła głową. 

 

- Lepiej o tym nie marzyć, żeby się  nie rozczarować. 

 

- No, nigdy nic nie wiadomo – powiedziała Elizabeth. – Dawniej też się zdarzały cuda. 

 

-  Tak,  wiara  przenosi  góry!  –  Kobieta  podniosła  parę  gałązek,  po  czym  się 

wyprostowała  i  spojrzała  na  swoje  dłonie.  –  Na  pewno  dostaniecie  nagrodę  w  niebie.  Tego 
jestem pewna. – Zadrżały jej lekko usta, musiała szybko przetrzeć oczy. 
 

- Dziękuję, ładnie to powiedziałaś. 

 

-  To  przecież  prawda.  –  Urwała  na  chwilę  i  dodała  nieśmiało:  -  Marzę  o  tym,  żeby 

innym dzieciom też powiodło się w życiu. Żeby trafiły na naukę do szewca czy krawca. Albo 
pojechały do Ameryki. Dzieci to nasza przyszłość. My, starzy, już się nie liczymy. 
 

- Jesteś dobrym człowiekiem i też dostaniesz nagrodę w raju – powiedziała Elizabeth. 

Coś ją nagle ścisnęło w gardle. Kiwnęła więc tylko głową i wróciła do pracy. 
 
 

Elizabeth i Kristian zostali w lesie dłużej, niż inni. Lars zajął się koniem, dziewczęta 

poszło do obory. 
 

Kristian podszedł do żony i musnął jej policzek palcem. 

 

- Chciałem zetrzeć pyłek, a jeszcze bardziej cię pobrudziłem – zaśmiał się. 

 

- Wymyję się, jak wrócimy do domu – powiedziała, zarzucając mu ręce na szyję. 

 

- Chodź, znam tu jedno miejsce, odpoczniesz tam trochę, zanim wrócimy do domu. 

 

Szli, trzymając się za ręce. 

 

- Tutaj – pokazał. – Patrz, jaki miękki ten mech i całkiem suchy. 

 

Usiadła i poklepała mech dłonią. 

 

-  Ty  też  usiądź.  Mogłabym  mieć  taki  stół  albo  kanapę  –  zaśmiała  się  i  położyła 

wygodnie. 
 

-  To  całkiem  możliwe.  Wiesz  przecież,  że  w  Piśmie  napisano:  Na  ławach  z  mchu 

siedzieli uczeni w Piśmie i faryzeusze… 
 

- Ty żartownisiu – zaśmiała się Elizabeth. – Nie sądzę, żeby siedzieli na takich ławach 

z mchu. 
 

Pochylił się nad nią tak, że czuła jego oddech. Czuła zapach skóry i włosów. Zapach 

lasu  mieszał  się  z  zapachem  mężczyzny,  którego  kochała.  Jego  dłoń  rozpinała  guzik  za 
guzikiem  jej  bluzki,  aż  dotknęła  nagiej  skóry.  Gdy  musnął  jej  piersi,  sutki  zareagowały 
natychmiast. Oboje oddychali coraz szybciej, Elizabeth czuła pożądanie, rozchodzące się po 
całym ciele. 
 

- A jeśli ktoś tu przyjdzie! – szepnęła. 

 

- Nie przyjdzie. 

 

Nagle jednak oboje usłyszeli jakieś gałązki. Usiedli natychmiast, nasłuchując. 

 

- Co to było? – szepnęła. 

 

- Pewnie lis. 

 

- Nie. popatrz tam! – wskazała palcem drzewa. 

 

- A któż to chodzi po lesie w białej koszuli? – spytał, mrużąc oczy. 

 

Elizabeth zakryła usta dłonią, żeby stłumić śmiech. 

background image

 

57

 

- Zdaje się, że ma też na sobie nowe spodnie. – Nagle spoważniała. – Skąd ma takie 

ubranie? Przecież to biedak. 
 

- Ja się zastanawiam raczej nad tym, dlaczego przyszedł taki wystrojony do lasu. 

 

- Idzie do kogoś. Patrz! 

 

Obje  zamilkli,  widząc,  że  mężczyzna  kieruje  się  w  stronę  domu  pewnej  ubogiej 

wdowy. Elizabeth wstała. 
 

- Chodźmy do domu, bo za chwilę zjawi się tu jakiś inni zalotnik w białej koszuli. 

 
 

Ręka  w  rękę  ruszyli  z  powrotem  do  Dalsrud.  Elizabeth  wciąż  się  zastanawiała,  skąd 

ten  ubogi  człowiek  mógł  mieć  takie  ubranie.  Nawet  z  tej  odległości  widać  było,  że  jest 
najlepszej  jakości.  Komornicy  nie  noszą  takich  ubrań.  Może  je  ukradł?  Nie,  to  niemożliwe. 
Musiałby być niespełna rozumu, żeby paradować po wsi w skradzionym ubraniu. 
 

Przed  domem  na  sznurze  wisiało  pranie.  Kristian  poszedł  do  kuchni,  a  ona  dotknęła 

suszących się ubrań. Wyschły już, więc je zdjęła ze sznura. Nigdy nie wiadomo, czy w nocy 
nie  będzie  padać,  chociaż  niebo  jest  bezchmurne.  Elizabeth  spojrzała  w  stronę  brzegu  i 
spostrzegła tam Ane. Odłożyła ubrania i zeszła do córki. 
 

- Co robisz? Nie idziesz na kolację? 

 

-  Idę,  muszę  to  tylko  skończyć.  –  Ane  cofnęła  się  o  krok  i  zadowoleniem  pokiwała 

głową. – Zrobiła, domek dla kaczek. 
 

Elizabeth przyjrzała się jej dziełu. Ane przysunęła do siebie dwa kamienie i położyła 

na nich deseczkę która tworzyła daszek. 
 

- Jaki ładny! Zrobiłaś ich więcej? 

 

- Tak. – Ane pokazała jeszcze trzy. – Tutaj kaczki będą miały spokój, więc na pewno 

złożą  dużo  jajek.  To  znaczy,  że  będziemy  mogli  wziąć  jedno  albo  dwa,  a  jak  wyklują  się  z 
nich ptaszki, będziemy mieli puch. 
 

- Dobrze to wymyśliłaś – pochwaliła ją Elizabeth. – Jeśli zrobisz jeszcze więcej budek 

i będziesz się nimi opiekować, dostaniesz wszystkie pieniądze za puch. Co ty na to? 
 

Ane się uśmiechnęła, ukazując krzywo rosnący ząb. 

 

- Dziękuję, mamo. Będę oszczędzać na poduszkę.  

 

Kasz stałą już na stole, gdy weszły do kuchni. Elizabeth odłożyła wyprane ubrania na 

krzesło i usiadła. Lars zostawił swoją robotę i przyszedł do stołu. 
 

- Co robisz? – spytała go Elizabeth. 

 

- Nowe grabie. Niedługo sianokosy. Lepiej wszystko przygotować zawczasu. 

 

Gdy odmówili modlitwę przed posiłkiem, odezwał się Kristian.  

 

- No, do sianokosów jest jeszcze trochę czasu. 

 

Najpierw musimy uporać się z torfem i posadzić ziemniaki. 

 

Elizabeth posypała kaszę cukrem. 

 

-  Widzieliśmy  dziś  wieczorem  coś  dziwnego  –  powiedziała,  a  wszyscy  na  nią 

popatrzyli. – Jakiegoś biedaka w białej koszuli i nowych spodniach. 
 

Wszyscy czekali na ciąg dalszy. 

 

- Biedacy nie chodzą po lesie w takim stroju w zwykły dzień. Tylko do kościoła. 

 

- Ale ten szedł się przecież oświadczyć – zażartował Kristian. 

 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Dostrzegłam kątem oka, że to była koszula bardzo dobrej jakości. Chyba kupna. 

 

- Pewnie zarobił trochę pieniędzy i wydał na koszulę – stwierdziła Maria. 

 

Elizabeth  nie  powiedziała  nic  więcej,  a  po  chwili  rozmowa  zeszła  na  sprawę  torfu. 

Niech sobie inni myślą, co chcą, pomyślała. Ona była jednak pewna, że coś tu jest nie tak. 
 
 

Po kolacji Elizabeth i Helene zajęły się stertą wypranych ubrań, które zostały zdjęte ze 

sznura.  Odkładały  te,  które  wymagały  cerowania,  i  te  przeznaczone  do  prasowania.  Trzeba 

background image

 

58

było  je  wyprasować  od  razu,  w  przeciwnym  razie  zrobią  się  zagięcia,  które  trudno  będzie 
rozprostować. 
 

Każdy  miał  swoje  zajęcie.  Lina  siedziała  przy  kołowrotku,  Maria  przygotowywała 

wełnę. Elizabeth spojrzała na córkę, która bawiła się kamykami. Już zamierzała ją upomnieć, 
ale Maria ją uprzedziła. 
 

-  Ane,  powinnaś  chyba  w  czymś  pomóc,  zamiast  wciąż  się  bawić  –  powiedziała, 

patrząc na siostrzenice. 
 

- Ćwiczę dwunastki! 

 

Elizabeth znała tę zabawę. Należało rzucić do góry pięć kamyków, a potem złapać je 

albo  zbierać  na  dwanaście  różnych  sposobów.  Postanowiła  nie  mieszkać  się  do  rozmowy. 
Ane powinna słuchać się także innych. 
 

- Już wystarczy tej zabawy – powtórzyła Maria. – Chodź tu i pomóż mi. 

 

Ane westchnęła ciężko i przesunęła się w stronę kszyka z wełną. 

 

- Nie potrafię tego zwijać tak dobrze jak ty. 

 

- Właśnie dlatego musisz się nauczyć. Nie da się nauczyć inaczej, niż ćwicząc. 

 

- Tylko po co! – stwierdziła nadąsana dziewczynka. 

 

- Zamierzasz chodzić nago, jak już dorośniesz i wyjdziesz za maż? 

 

- Po pierwsze, nie zamierzam wychodzić za mąż. 

A po drugie, będę miała służących. Zapłacę im za to zwijanie wełny. 
 

Maria pokręciła głową. 

 

- Co też ci przyszło do głowy! – Potem zaśmiała się, a w jej oczach pojawił się błysk. 

– Ja też nie wierzę, że wyjdziesz na mąż, skoro jesteś taka porywcza. 
 

- Co masz na myśli? – Jasnobrązowe oczy Ane rozbłysły gniewnie. 

 

- Powiem ptaszek szepnął mi do ucha, że zrobiłaś awanturę w szkole. 

 

- Kłamiesz! 

 

Elizabeth odstawiła żelazko i spojrzała na córkę. 

 

- Opowiedz mi, co się stało. może nauczyciel dał ci list, którego mi nie pokazałaś? 

 

Ane, zaczerwieniona po uszy, wbiła wzrok w podłogę. 

 

- Czekam. 

 

- ten chłopak tak mnie zirytował – mruknęła Ane. – Ciągle mi podnosił spódnice. Tak 

ż

e  majtki  mi  było  widać.  –  Zamilkła,  patrząc  spode  łba  na  Marię,  która  Az  trzęsła  się  z 

tłumionego śmiechu. 
 

- I co dalej? – dociekała Elizabeth. 

 

-  Jak  biegłam  to  znalazłam  nagle  mały  kamyk.  No,  może  był  trochę  większy.  I 

rzuciłam mu w plecy.  
 

-  Ależ  Ane!  –  oburzyła  się  Elizabeth.  –  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  jakie  to 

niebezpieczne. 
 

- Tak, ale on jest większy ode mnie. I też się brzydko zachował. 

 

Maria nie dawała za wygrana. 

 

- Nie powiedziałaś wszystkiego. 

 

-  Chodził  i  opowiadał,  że  jest  moim  narzeczonym  i  że  się  kiedyś  pobierzemy  – 

wykrztusiła w końcu Ane i zacisnęła usta. 
 

Elizabeth  omal  nie  wybuchła  śmiechem,  musiała  się  odwrócić,  udając,  że  szuka 

czegoś w stercie ubrań. 
Gdy się obróciła powinie, miała już całkiem poważną minę. 
 

- Zraniłaś go? 

 

- Nie, skąd. 

 

- Poskarżył na ciebie nauczycielowi? 

 

- Nie, wtedy musiałby się przyznać do tego, co sam robił. A poza tym zasłużył sobie 

na lanie. 

background image

 

59

 

-  Ane!  –  Elizabeth  podrapała  się  pod  boki.  –  Mario,  nie  siedź  tu  i  nie  śmiej  się. 

zachowywałaś się wiele lepiej, gdy byłaś w jej wieku. 
 

- Mam iść za karę na poddasze? – spytała Ane i spojrzała na matkę z nadzieją. 

 

- O nie, tak łatwo się nie wykręcisz od zwijania wełny. 

 

Ze zrezygnowaną miną dziewczyna zabrała się do roboty. 

 

Elizabeth w zamyśleniu wyjrzała przez okno. 

Wprawdzie  nie  chciała  się  do  tego  przyznać,  ale  cieszyła  się,  ze  jej  dziewczęta  mają  swój 
honor. 
 
Rozdział 13 
 
 

Elizabeth  wyniosła  na  dwór  krzesło  i  postawiła  je  pod  ścianą.  Siedziała z  pledem  na 

kolanach  i  wygrzewała  się  w  czerwonym  słońcu  z  zamkniętymi  oczami,  rozkoszując  się 
chwilą spokoju. 
 

Remont domu Liny został przerwany na pewien czas z powodu innych zajęć. Trzeba 

było ostrzyć owce i wyprawić je na halę, zasadzić ziemniaki, uszczelnić łodzie. 
 

Elizabeth rzadko wspominała o gospodarstwie Liny, zwłaszcza w obecności Kristiana. 

Zaskoczył  ją  łagodnością,  jakiej  się  po  nim  nie  spodziewała,  zaakceptował  jej  plan.  Był  dla 
nie ostatnio tak dobry, jak nigdy przedtem. czasem wyręczał ją w noszeniu ciężarów, a nawet 
pomagał w obrządku w oborze, jeśli miał czas, choć przecież było to babskie zajęcie. 
 

Zastanawiała  się  czasami  nad  przyczynami  tej  szczególnej  troski.  Nie  mogła  się 

oprzeć  wrażeniu,  że  coś  się  za  tym  kryje,  że  wkrótce  Kristian  zażąda  czegoś  w  zamian. 
Czasami  zresztą  irytowała  ją  ta  troskliwość,  czuła  się  nią  przytłumiona,  choć  przecież  nie 
powinna narzekać. Przestała myśleć o Kristianie i zapadła w drzemkę. Nagle coś rozbłysło na 
ż

ółto  i  czerwono.  Płomienie!  Chciała  krzyknąć,  ale  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  dźwięku. 

Czuła gorąco, słyszała rozpaczliwe krzyki: Pożar! Pożar! Domy się palą! starała się zobaczyć, 
kto  tak  krzyczy,  ale  ludzie  byli  odwróceni  tyłem  albo  mieli  twarze  zakryte  chustami, 
czapkami, włosami lub zasłonięte rekami. Jedni nieśli małe dzieci, inni tobołki z dobytkiem. 
Niektórzy bieli w samej bieliźnie. Elizabeth próbowała zatrzymać kobietę, niosącą niemowlę, 
ż

eby zapytać, co się stało. ale gdy chwyciła ją za ramię, okazało się, że to tylko powietrze. 

 

- Gdzie ona jest? – krzyknęła, szczęśliwa, że wreszcie słychać jej głos. 

 

Nikt nie odpowiedział. 

 

Zaskrzypiała  jakaś  belka  i  spadła  na  ziemię  z  hukiem,  wzniecając  chmurę  iskier. 

Płomyki  ognia  wspinały  się  błyskawicznie  po  wypalonych  ścianach,  piekły  ją  w  gardło  i 
płuca,  miała  kłopoty  z  oddychaniem.  Zaraz  się  uduszę,  pomyślała,  łapiąc  rozpaczliwie 
powietrze. 
 

Nagle zrobiło cię ciemniej, chłodniej i ciszej. Słyszała tylko jeden głos. Kristiana? 

 

- Elizabeth? – Elizabeth, obudź się! 

 

Zamrugała powiekami i ujrzała zarys męskiej sylwetki na tle słońca. 

 

- Nie możesz spać na słońcu. Poparzysz się. już masz czerwony nos. 

 

Elizabeth przetarła oczy i wyprostowała się. 

 

- Miała widzenie – mruknęła, chwytając kubek z wodą, który sobie przyniosła. Wypiła 

niemal wszystko, otarła usta dłonią i mrużąc oczy, spojrzała na Kristiana. – Widziałam pożar. 
 

- To był sen – powiedział. – Przez to słońce przyśnił ci się pożar. 

 

- Nie, Kristianie, to nie był sen. W każdym razie to nie był zwyczajny sen. Widziała, 

mnóstwo  ludzi,  którzy  biegli  i  wołali.  To  był  wielki  pożar.  Może  w  Dalsrud?  –  Skuliła  się, 
przypomniawszy sobie, jak Nikoline podpaliła szopę. Nigdy tego nie zapomni. 
 

-  Pożar  nam  nie  grozi  –  zapewnił  spokojnie.  –  Wszyscy  ostrożnie  obchodzimy  się  z 

ogniem, a poza tym wcale nie jest tak sucho. Chodź już, Elizabeth.  

background image

 

60

 

Podniosła  się  niechętnie.  Myślała  swoje.  Miała  przecież  sporo  wrogów.  Wielu  jej 

zazdrościło, inni żywili urazę z powodu jakiejś ostrej wymiany zdań. Nieładnie podejrzewać 
kogoś  o  takie  zamiary,  ale  Elizabeth  wiedziała,  jak  złośliwi  potrafią  być  ludzie.  Zazdrość 
odbiera im rozum. 
 

Wsunęła rękę pod ramię Kristiana i uścisnęła je. Dobrze, że Kristian jest przy niej. 

 
 

Nils  Wędrowiec  nie  mógł  usiedzieć  w  miejscu.  Elizabeth  zauważyła  to  już  wczesną 

wiosną, jeszcze wtedy,  gdy pracował przy odbudowie domu, ale teraz było znacznie gorzej. 
Wiedziała,  że  Nils  nie  jest  stworzony  do  pracy  w  gospodarstwie.  Wolał  wędrować  w 
nieznane, spać pod gołym niebem, a w najlepszym razie w stogu siana. 
 

Wiele razy próbowała go wypytać o to wędrowne życie. czy nie tęskni za jedzeniem 

na stole, kąpielą i czystą pościelą? Wtedy śmiał się głośno i spoglądał  na nią z wyższością. 
 

- Piękna Elizabeth Ne rozumie Nilsa! Piękna Elizabeth nie mówi o wolności tylko o 

więzieniu. Życie pod dachem to nie jest życie. 
 

Przyglądała mu się, gdy jadł z innymi. Wkrótce znowu wyruszy w drogę. Pomyślała, 

ż

e  będzie  jej  go  brakowało,  choć  nie  potrafiła  go  zrozumieć.  Jakim  cudem  wytrzymał  tak 

długo na Wyspie Topielca z Laviną? Czy to była wielka miłość, jakiej człowiek doświadcza 
tylko raz w życiu? 
 

Nie,  wolała  o  tym  nie  myśleć.  Bo  musiałaby  prześwietlić  także  i  swoją  duszę,  a 

przecież doskonale znała odpowiedź. Największą miłością w jej życiu był Jens. 
 

-  Jedzcie,  proszę,  jedzcie  –  zapraszała,  przesuwając  talerz  z  chlebem,  a  na  którym 

widniał złoty napis: Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Zastanawiała się, czy nie 
podarować go Linie. 
 

- Słyszeliście, że Sivgard wyjechał ze wsi? – spytała Maria. 

 

- Wyjechał? – powtórzyła Elizabeth. – Dokąd? 

 

Maria obojętnie wzruszyła ramionami. 

 

-  Zdaje  się,  że  w  interesach,  gdzieś  na  południe,  ale  z  tego,  co  zrozumiała,  niedługo 

wróci. 
 

- Lensman jedzie! – Ane wyciągnęła szyję, wyglądając oknem. 

 

Nils  pobladł,  Elizabeth  także  ścisnęła  go  za  ramię  i  posłała  potrzepujący  uśmiech. 

Wiedziała, że Nils nie przepada za przedstawicielami władzy. 
 

- Czego on może chcieć? – zdumiał się Kristoan, wstając. 

 

Elizabeth też się podniosła. Poprawiła włosy, wygładziła fartuch i stanęła obok męża 

na schodach. Słońce aż oślepiało, więc musieli mrużyć oczy. 
 

-  Dzień  dobry,  pokój  temu  domowi  –  pozdrowił  ich  gość,  przywiązując  konia  do 

drzewa. 
 

- Dziękujemy, witamy w Dalsrud – odpowiedział mu Kristian. 

 

Oboje uścisnęli mu dłoń, po czym Elizabeth chrząknęła i odezwała się. 

 

-  Przyjechał  lensman  z  wizytą  czy  w  jakiejś  sprawie?  –  Kątek  oka  spostrzegła  minę 

Kristiana, niezadowolonego z jej bezpośredniości. 
 

Ale lensman uśmiechnął się szeroko. 

 

-  Przyjechałem  z  wiadomością  dla  Elizabeth.  Pomyślałem,  że  pewnie  chciałaby  to 

usłyszeć. – Chrząknął  powiedział: - Zastaw został zniesiony. 
 

Elizabeth  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Spoglądała  to  na  męża,  to  na  lensmana, 

jakby nie wierzyła własnym uszom. 
 

- Czy to znaczy… że rodzice Amandy już nie mają długu? – wyjąkała. 

 

-  Zgadza  się  –  odparł  lensman,  zakładając  ręce  za  plecy  tak,  że  jego  okrągły  brzuch 

wydawał się jeszcze większy. 
 

- Nie rozumiem… Jak to się stało? 

background image

 

61

 

-  No cóż. To tajemnica zawodowa, ale… - Rozejrzał się dokoła, uśmiechnął jeszcze 

raz  o  pochylił  w  ich  stronę.  –  Załatwiła  to  sama  gospodyni.  Miała  biżuterię  po  matce  i  ją 
sprzedała. 
 

-  Biżuterię?  –  powtórzyła  Elizabeth,  czując  wielką  niechęć  do  lensmana.  Jak  mógł 

przyjąć coś takiego? rodzice Amandy byli ubodzy. Mieli parę zmian ubrań i trochę mebli, ot i 
wszystko. pewno Amanda przechowywała biżuterię jako pamiątkę po babce przez całe swoje 
dorosłe życie i teraz musiała oddać wszystko. 
 

- To tak jak Biblia rodziców Jensa. Była chyba najcenniejszą rzeczą, która trzymała w 

skrzyni, miała ją od lat. 
 

Być może lensman domyślił się, co czuje Elizabeth, bo dodał pospiesznie: 

 

- Przyjąłem to z ciężkim sercem, ale muszę przestrzegać prawa, chyba rozumiecie. 

 

- ta biżuteria wystarczyła na spłatę długu? – zapytała Elizabeth. 

 

Lensman pokiwał głową. 

 

-  Tak,  bez  problemu.  –  Chrząknął  jeszcze  raz.  –  Musze  przestrzegać  prawa  – 

powtórzył. 
 

-  Oczywiście  –  zgodził  się  Kristian.  –  Ale  może  lensman  wejdzie  na  chwilę?  Na 

filiżankę kawy z odrobiną koniaku? 
 

Mężczyzna się uśmiechnął. 

 

- Dziękuję za zaproszenie, ale musze jechać dalej. 

 

Ś

cisnął rękę obojgu i przeprosił za kłopot. 

 

Elizabeth długo za nim patrzyła. Dla lensmana sprawa zastawu z pewnością nie była 

czymś istotnym, ale rodzice Amandy pewnie będą błogosławić ten dzień.  
 
 

Postanowiono,  że  prace  nad  domem  Liny  będą  trwały  aż  do  sianokosów.  Zostały 

jeszcze dwa – trzy tygodnie, w tym czasie mnóstwo można zrobić. Dobrze by było, gdyby się 
udało postawić wszystkie ściany u przykryć je dachem. Potem należy już tylko wymurować 
piec  i  położyć  podłogę.  W  obecnym  stanie  wiatr  i  deszcz  mogły  spowodować  w  budynku 
wielkie szkody. Tego nie mogli ryzykować. Nie  było żadnej gwarancji, że ładna pogoda się 
utrzyma. 
 

Decyzję podjęła Elizabeth. Oznajmiła ją głośno i zaraz po odjeździe lensmana. Dawno 

już nie była taka radosna i pełna energii. 
 

Zauważyła  wyraz  niechęci  na  twarzy  Kristiana,  głośno  jednak  nic  nie  powiedział. 

Postanowił tylko, że Lars zostanie w domu, bo będzie mu potrzebny. Elizabeth zaakceptowała 
to bez mrugnięcia okiem. Wystarczy pomoc Nilsa, Gregusa i ojca Amandy. 
 
 

W  ciągu  następnych  dni  Elizabeth  starała  się  uporać  ze  swoimi  domowymi 

obowiązkami jak najszybciej i biegła na miejsce budowy. Gdy ostatnio go odwiedziła, dach 
był  prawie  gotowy.  Prace  postępowały  bardzo  szybko.  Trzeba  było  jeszcze  nakopać  torfu, 
wymurować komin i uszczelnić ściany. Ale najważniejsza rzecz była już na swoim miejscu. 
Okno.  Lina  nie  mogła  się  na  nie  napatrzeć.  Elizabeth  rozumiała  jej  radość.  Sama  też  była 
przecież bardzo dumna z dwóch okien, które miała w Dalen. 
 

- Mogę iść z tobą? – poprosiła Ane, wysuwając dolną wargę. 

 

-  Nie  wyprasowałaś  tego,  o  co  cię  prosiłam  –  powiedziała  Elizabeth.  Nie  tolerowała 

takich  zaniedbań  w  sytuacji,  gdy  wszyscy  mieli  tyle  pracy.  Każdy  powinien  wykonywać 
swoje. 
 

- Musiałam najpierw pomóc Marii. A potem zapomniałam. 

 

-  Nie  przyjmuję  takich  usprawiedliwień,  Ane.  Zrób,  co  do  ciebie  należy,  potem 

będziesz mogła do nas przyjść – oświadczyła surowo Elizabeth, biorąc puszkę z jedzeniem,’
 

Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Talerz na pieczywo, który wisiał nad stołem, 

omal nie spadł z gwoździa. 

background image

 

62

 

To był młodszy brat Amandy. Miał przerażenie w oczach i płonące policzki. 

 

- Idą, idą – wydyszał. – Przygotujcie się. 

 

- kto idzie? 

 

- Niosą Gregusa. Zranił się w udo i krwawi jak cholera. 

 

- Uważaj, co mówisz, chłopcze – napomniała go Elizabeth. 

 

I zobaczyła ich. Nils i ojciec Amandy nieśli rannego. 

 

- Do alkierza – poleciła. – Przynieś wodę i czyste szmaty – poprosiła Linę. – Daj mi 

swój nóż – rzekła do Nilsa i zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, wyciągnęła nóż zza jego 
pasa. 
 

- Nie rozcinaj tylko moich spodni! Żona mnie zabije – jękną Gregus. 

 

Spodnie były przesiąknięte krwią, nie było mowy o ty, by zdjąć je normalnie. 

 

- Cicho bądź – powiedziała. – Znajdą się pieniądze na nowe spodnie. Dostaniesz dwie 

pary,  jeśli  tylko  przestaniesz  marudzić.  –  I  rzuciła  przez  ramię:  -  Gdzie  woda  i  szmaty? 
Poproszę  jeszcze  chusteczkę  albo  coś  w  tym  rodzaju.  Teraz  stali  przerażeni,  nie  bardzo 
wiedząc,  co  z  sobą  począć.  Elizabeth  nie  mogła  już  dłużej  czekać  z  opatrunkiem,  oderwała 
więc skraj swojej halki i przewiązała nim udo Gregusa. 
 

- Dlaczego to robisz? – zdziwił się Nils. 

 

- Musze zatamować krwotok – odparła z irytacją. Nawet się nie odwracając. 

 

- Wyjdzie z tego? – Głos Liny drżał, gdy stawiała miskę z wodą na krześle. 

 

Elizabeth, mając na względzie Gregusa, zapewniła:  

 

- Oczywiście, że tak! Tylko dziwnie nam pobladł. –  gdy położyła mu dłoń na  czole, 

było zimne i spocone. 
 

- Pić mi się chce – szepnął ranny. – I mam mdłości. 

 

-  Zawiadomcie  jego  żonę  –  przykazała  Elizabeth,  starając  się  zachować  spokój.  – 

Maria, ty do niej pobiegniesz. – Siostra była najspokojniejsza. 
 

W alkierzu zrobiło się tłoczno. 

 

- Wyjdźcie stąd – powiedziała. – ruszyć się tu nie można. 

 

Wszyscy  wyszli  niechętnie,  a  Elizabeth  zamknęła  drzwi.  Rozluźniła  trochę  węzeł  na 

udzie rannego, ale rana krwawiła wciąż tak samo. Elizabeth zorientowała się, że cięcie było 
bardzo głębokie. 
 

- Muszę to zaszyć – mruknęła i wyjęła jedwabną nić i igłę. – Gregus, słyszysz mnie? 

 

Potrząsnęła  go  lekko  za  ramię.  Nie  zareagował,  więc  sunęła  czubek  igły  w  płomień 

ś

wieczki,  nawlekając  nitkę  i  zabrała  się  do  zszywania  rany.  Stała  się  nie  myśleć  o  tym,  że 

wbija  igłę  w  ludzkie  ciało.  Na  szczęście  Gregus  był  nieprzytomny.  Elizabeth  aż  się 
wzdrygnęła na myśl, jak bardzo musi go boleć. Wiedziała jednak, że inaczej nie uratuje mu 
ż

ycia. 

 

Miała  nadzieję,  że  szew  w  końcu  powstrzyma  krwawienie,  ale  gdy  kończyła,  rana 

wciąż  mocno  krwawiła.  Drżącymi  dłońmi  odłożyła  igłę.  Gregus  był  szary  na  twarzy  i 
nerwowo rzucał głową. 
 

-  Dobry  Boże,  mniej  nas  w  swojej  opiece.  Jeśli  możesz,  to  pomóż  Gregusowi.  Ja 

zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale to Ty decydujesz. Amen. 
 

Po  tej  krótkiej  modlitwie  opadła  na  kolana,  położyła  dłonie  na  ranie  i  wyrecytowała 

wierszyk  o  zatrzymaniu  krwawienia,  którego  się  kiedyś  nauczyła.  Tylko  raz  użyła  tego 
sposobu.  Jeszcze  w  Dalen,  gdy  Hartuvikka  żyła  potem  w  przekonaniu,  że  to  Elizabeth  jej 
pomogła, lecz Elizabeth sądziła, że po prostu natura zrobiła swoje. 
 

Gdy teraz otworzyła oczy, krew wypływała już tylko jedną, cienką strużka. To dobrze, 

pomyślała. W ten sposób krew będzie ciągle oczyszczać ranę. 
 

Podniosła się z trudem i złożyła ręce. 

 

- Dzięki Ci, Boże. Wielkie dzięki. 

 

background image

 

63

 
 

Wszyscy  siedzieli  w  kuchni  z  poważnymi  minami.  Przyszła  już  zona  Gregusa  i  na 

widok gospodyni zerwała się na równe nogi. Po chwili z lękiem zapytała:  
 

- Co z moim starym? Wyjdzie z tego? 

 

- Mam nadzieję. – Elizabeth chciała poklepać ją po ramieniu, ale spostrzegła, że ręce 

ma  pobrudzone  krwią.  –  Zaszyłam  ran,  krwotok  ustał.  Muszę  jeszcze  nałożyć  opatrunek  z 
odrobiną ziół. Wypij na razie kawę. Zobaczysz męża później. 
 

Kobieta usiadła przy stole, mrucząc pod nosem podziękowania. 

 

Elizabeth wróciła do Gregusa i siedziała przy nim jeszcze chwile po tym, jak opatrzyła 

ranę. Na razie nie pozwoliła jeszcze wejść żonie rannego. 
 

W końcu Gregus otworzył oczy i uśmiechnął się blado. 

 

-  Elizabeth  jeszcze  tu  siedzi?  Nie  ma  nic  lepszego  do  roboty,  czy  podziwia  moją 

piękną twarz? 
 

Elizabeth się roześmiała. 

 

- nareszcie wracasz do siebie, Gregus! Twoja żona czeka w kuchni i boi się o ciebie. 

Przyślę ją tutaj.  
 

- Powiem jej, że to ty zniszczyłaś spodnie – zaśmiał się. a gdy wychodziła, złapał ją za 

rękę. – Dziękuję. Uratowałaś mi życie. 
 

-  A  czy  mogłam  postąpić  inaczej?  –  spytała,  czując  szczypanie  w  oczach.  Musiała 

odchrząknąć i wyprostować się, zanim poszła do kuchni. 
 

Elizabeth nie zaznała spokoju przez następny trzy  dni.  Każdą wolną chwilę spędzała 

przy  łóżku  Gregusa.  Obawiała  się  zakażenia.  Wciąż  pamiętała,  co  się  stało  z  jej  ojcem. 
Smarowała więc ranę przygotowanymi w domu maściami, zmieniała bandaże, poiła chorego. 
Więcej nie mogła zrobić. Bóg też wysłuchał jej modlitw. Nie miała śmiałości prosić o więcej. 
 

Jakimś  cudem  Gregus  wracał  powoli  do  zdrowia.  Na  ranie  pojawił  się  strupek 

cieniutki jak pajęczyna. Elizabeth uważała, że to dobry znak, ale kazała rannemu nadal leżeć 
w łóżku, i to w Dalsrud. Znalała mu dwie pary spodni. Obie cerowane, ale w bardzo dobrym 
stanie.  I  zapłaciła  za  pracę  przy  remoncie.  Uśmiechnął  się  i  mocno  uścisnął  jej  dłoń,  gdy 
dawała mu pieniądze. Wiedziałam, że bardzo ich potrzebuje.  
 

Ojciec  Amandy  też  ostatecznie  przyjął  zapłatę.  „To  zostanie  między  nami”, 

powiedziała Elizabeth. Wtedy skinął głową i podał jej rękę. 
 

Dom Liny na razie nie został skończony. Odłożono to na później. 

 

- Przykro ci z tego powodu? – spytała Elizabeth Linę, gdy zostały same któregoś dnia. 

 

-  Nie,  wszystko  w  porządku.  Dom  jest  przykryty  dachem,  to  najważniejsze.  –  Lina 

uśmiechnęła się blado. – Jak będę miała wolne, pobiegnę na górę i uszczelnię ściany mchem. 
I zaplanuję meblowanie. Do jesieni i do ślubu jeszcze daleko. 
 

Podaruję Linie talerz na pieczywo, postanowiła Elizabeth. Zamierzała zresztą znaleźć 

dla niej jeszcze inne rzeczy. W szufladach i szafach w Dalsrud było ich znacznie więcej niż 
potrzebowali. 
 

Był  późny  wieczór,  domownicy  poszli  już  spać.  Elizabeth  wyszła  jeszcze  na 

podwórze.  Nagle  usłyszała  czyjeś  kroki  na  żwirku.  Z  ulgą  uśmiechnęła  się  na  widok  Nilsa. 
On jednak miał poważną minę. To było tak do niego niepodobne, że Elizabeth zadrżała, choć 
lipowy wieczór był całkiem ciepły. 
 

- Pora już na mnie – powiedział Nils. – Czekają na mnie szerokie drogi. 

 

Chciała poprosić, żeby został trochę dłużej, lecz milczała. Wiedziała, że na nic by się 

to nie zdało. Nils był już i nich parę miesięcy, jak na niego to bardzo długo/ 
 

Mówił dalej cicho i z powagą: 

 

-  Gregus  jest  już  zdrowy,  ale  i  tak  nie  będzie  pracy  przy  domy  Liny.  Pora  na 

sianokosy. 
 

Elizabeth pokiwała głową. 

background image

 

64

 

-  Dziękuję,  Nils  –  powiedziała  w  końcu.  –  I  powodzenia  we  wszystkim.  Przyniosę 

jeszcze resztę twojej zapłaty. 
 

- Nie trzeba. Dajcie pieniądze komuś, kto ich bardziej potrzebuje. 

 

Zawahała się, a potem mocno mu uścisnęła rękę. 

Ż

al ścisnął jej gardło. Będzie odczuwała nieobecność Nilsa. 

 

Każde poszło w swoją siostrę. 

 

Gdy  wieczór  zabarwił  niebo  na  czerwono,  Elizabeth  siedziała  w  tkalni,  a  Nils 

opuszczał Dalsrud. 
 

Po cichu się zjawił. Po cichu odszedł. 

 

 

Rozdział 14 
 
 

Kabelvaag, noc z soboty na niedzielę 15 lipca 1883 

 
 

- Pożar! Pali się! 

 

Andreas natychmiast się obudził i zadawał sobie pytanie, czy to był tylko sen, czy ktoś 

naprawdę  wolał.  Nastawił  uszu.  Nie,  wokół  panowała  cisza.  Ziewnął,  obrócił  się  w  stronę 
ś

ciany, próbując zasnąć. 

 

- Kabelvaag się pali! Wszyscy mężczyźni potrzebowali pomocy! 

 

To był ten sam głos. Andreas skoczył na równe nogi i wyjrzał przez okno. Na jasny,, 

letnim nocnym niebie widniała łuna. 
 

- O mój Boże – mruknął, czując, że włosy stają mi dęba. Gwałtowne stukanie do drzwi 

wywarło go z odrętwienia. – Już idę! – krzyknął, zakładając buty. 
 

Drogą bieli razem z nim inni ludzie. Jakaś kobieta głośno płakała. 

 

-  Przestań  biadolić,  kobieto  –  huknął  na  nią  mąż,  lecz  po  chwili  wziął  ją  za  rękę  o 

zaczął pocieszać. 
 

- Oby tylko nie było ofiar! – zawołał jakiś mężczyzna. 

 

Biegli razem. Dołączali do nich kolejni. Niektórzy porządnie ubrani, ale większość w 

koszulach  w  pośpiechu  wetkniętych  w  spodnie.  Kobiety  miały  chodaki  na  bosych  stopach, 
włosy rozpuszczone. 
 

Andreas nie mógł złapać tchu, gdy wreszcie dobiegł do rynku. 

 

Domy stały tu gęsto. Ludzie przez okna wyrzucali dobytek, niektórzy płakali i modlili 

się, inni krzyczeli i przeklinali. 
 

Andreas chwycił za ramię przebiegającego chłopaka. 

 

- Ktoś został w domach? 

 

-  Nie,  chyba  nie.  Ja,  jako  jeden  z  pierwszych  zauważyłem  pożar,  udało  nam  się 

obudzić większość. Uciekali w bieliźnie. Zaczęło się u krawca Endresena.  
 

Chłopak pobiegł dalej. Andreas stał przez chwilę i patrzył na płomienie wspinające się 

po ścianach. 
 

Część  ludzi  ustawiała  się  już  w  szeregu,  podawali  sobie  wiadra  z  wodą.  Ostatni 

chlusnął ją w płomienie, ale nie na wiele się to zdało. 
 

- Wiadra tu na nic – zawołał Andreas. Dawajcie sikawkę! 

 

W  tej  samej  chwili  posypał  się  na  nich  ogromny  deszcz  iskier.  Andreas  patrzył  z 

przerażeniem,  jak  dwa  sąsiednie  warsztaty  krawieckie,  Ramberga  i  Sobstada,  zajmują  się 
ogniem. 
 

- Boże! – krzyknął przerażony. – Całe Kabelvaag spłonie, jeśli zaraz nie ugasimy tego 

pożaru. Gdzie, do licha, jest ta sikawka? 
 

- Zaraz tu będzie – zawołał ktoś. 

 

Andreas  zbiegł  na  dół,  na  brzeg.  Żar  był  już  nie do  wytrzymania,  wiedział,  że  lepiej 

nie przebywać w pobliżu ognia. wysokie domy mogły się w każdej chwili zawalić, dzieliła je 

background image

 

65

bardzo wąska ulica. Nad brzegiem pojawiło się jeszcze kilku mężczyzn. Usiłowali wydobyć z 
wody wąż, ciągnęli i ciągnęli, ale wąż był sztywny i wymknął się z rąk. Andreas słyszał bicie 
własnego serca i z trudem oddychał. 
 

- Taki straszny pożar! Jak to się szybko pali – biadolił jeden z mężczyzn. 

 

-  Domy  są  przesuszone,  płoną  jak  papier  –  stwierdził  inny.  –  Wystarczy  chwila 

nieuwagi z ogniem, a wszystko stanie w płomieniach. 
 

Pracowali dalej w ciszy. Nagle ktoś zaklął siarczyście. 

 

- Pompa jest zepsuta. Co teraz zrobimy? 

 

-  Poślijcie  ludzi  do Svolvær  po  pomoc!  –  zawołał  Andreas.  –  A  tymczasem  musimy 

znów stanąć w szeregu i podawać wiadra. 
 

- A kto przed chwilą mówił, że nic tu po wiadrach? – mruknął któryś. 

 

Andreas udał, że tego nie słyszy. 

 

- Ustawimy się w szereg, podajemy wiadra o próbujemy ugasić pożar na końcu ulicy – 

polecił. – Przekażcie dalej. 
 

Pożar szalał już tymczasem na całej długości ulicy. Dym szczypał w oczy, trudno było 

oddychać.  Kobiety  z  małymi  dziećmi  na  rękach  przebiegały  w  panice.  Wielu  ludzi  płakała 
histerycznie, niektórzy wołali, że to sądny dzień. Otaczało ich piekło płomieni.  
 

Andreas nie miał pojęcia, jak długo to trwało, ale miał nadzieję, że przynajmniej uda 

się  ograniczyć  szkody.  Ludzie  stali  już  w  dwóch  szeregach  i  pracowali  co  sił.  Andreas 
podawał wiadra, choć ramiona bardzo go już bolały z wysiłku. 
 

Podbiegł do nich jakiś chłopak. 

 

- Domy na Tyskhella też płoną! 

 

Andreasowi  pociemniało  w  oczach.  Przecież  tam  mieszkał.  Czy  znów  miał  stracić 

dom? W tej samej chwili się zawstydził. W płomieniach stało całe miasteczko. Nie tylko on 
mógł zostać bez dachu nad głową. 
 

- Które? – wydusił z siebie. 

 

- Prawie wszystkie. Jakaś iskra przeskoczyła na torfowy dach. 

 

-  Trzeba  się  cieszyć,  że  ludzie  nie  ucierpią  –  powiedział  Andreas,  podając  kolejne 

wiadro. 
 

W tym momencie jakaś kobieta chwyciła go za ramię i krzyknęła.  

 

- W jednym z domów został człowiek! 

 

Pomimo straszliwego żaru, Andreasa przeszedł lodowaty dreszcz. Ktoś go szturchnął, 

ale on nie zareagował. 
 

- Bierz wiadro – usłyszał też przy uchu. 

 

Wyszedł z szeregu, nie spuszczając wzroku z kobiety. 

 

- Zrób coś!  - krzyknęła i potrząsnęła nim. Jej palce wbiły mu się w skórę na ramieniu. 

 

- Który to dom? 

 

- ten! – wskazała kobieta drżącym palcem. – Została tam młoda dziewczyna – dodała i 

pobiegła przodem. 
 

Andreas  ruszył  za  nią.  Płomienie  jeszcze  nie  objęły  całego  domu.  Może  uda  się 

uratować jego mieszkankę. 
 

- Wydostanę ją stamtąd! 

 

- Chyba zwariowałeś! – krzyknął jakiś mężczyzna. 

 

Ż

ar parzył skórę Andreasa. Próbował wołać, ale nikt nie odpowiadał. Ogień trzaskał i 

skwierczał, kawałki zwęglonego drewna spadały na ziemię. Dym drażnił płuca. Zawołał raz 
jeszcze, ale atak kaszlu uwięził słowa w jego gardle. 
 

- Dobry Boże, pomóż mi, proszę – pomodlił się. – Skąd ta kobieta wiedziała, że ktoś 

jest  w  domu?  Usłyszała  jakiś  krzyk?  A  może  to wariatka,  która  specjalnie  posłała  go  w  ten 
piekielny żar? 

background image

 

66

 

Pot  lał  się  z  niego  strumieniami.  Ogień  huczał  mu  w  uszach.  Czuł,  że  popełnia 

szaleństwo,  dom  mógł  się  zawalić  w  każdej  chwili.  Ale  zagryzł  zęby  i  biegł  do  środka.  W 
pokojach  było  tyle  dymu,  że  nie  widział  nawet  własnej  ręki.  Zostało  tylko  kilka  sekund, 
pomyślał.  Jeśli  zaraz  nie  znajdzie  dziewczyny,  będzie  musiał  stąd  uciekać,  żeby  nie  stracić 
ż

ycia. 

 

Rzucił  się  na  podłogę,  tam,  było  mniej  dymu.  Zdołała  nawet  zaczerpnąć  powietrza. 

Wtedy  spostrzegł  schody  prowadzące  na  poddasze.  Może  ona  jest  tam?  Zaryzykować? 
Kolejne pomieszczenia zajmowały się ogniem, płomienie były coraz bliżej. Znów pomyślał o 
kobiecie,  która  wezwała  go  na  pomoc.  Nigdy  przedtem  jej  nie  widział.  Może  to  osoba 
niespełna rozumu? Słyszał o szaleńcach, którzy specjalnie podkładali ogień, żeby patrzeć, jak 
giną ludzie. 
 

Nie, on nie może pozwolić, by ktoś stracił Zycie. 

 

Trzema  susami  wbiegł  a  poddasze.  Od  wysiłku  i  dymu  zakręciło  mu  się  w  głowie. 

Wydawało mu się, że dym rozsadzi mu płuca. Leżał przez chwilę, żeby zebrać siły, a potem 
zaczął się czołgać. Przez szpary w podłodze widział ogień w pokoju na dole. Nie patrz tam, 
napomniał  się  duchu,  czując,  że  ogarnia  go  panika.  Świadomość,  że  w  każdej  chwili  może 
wpaść w tę otchłań płomieni, przerażała. 
 

Posuwał  się  do  przodu,  choć  z  podrażnionych  dymem  oczu  kapały  mu  łzy.  Natrafił 

dłonią na coś, co przypominało skrzynię na ubrania. 
 

Na jego dłoniach pojawiły się pęcherze od tego żaru. Dom się zaraz zawali, pomyślał, 

i chciał zawrócić. W tej samej chwili dotknął czegoś miękkiego. Ciało! Dotknął jeszcze raz i 
zmusił  się  do  otwarcia  oczu.  Tak,  to  człowiek,  młoda  kobieta  w  samej  bieliźnie  nocnej. 
Potrząsnął nią, ale nie zareagowała. Może nie żyje? Udusiła się od dymu? 
 

Nie  miał  czasu  do  stracenia.  Podciągnął  ją  w  stronę  schodów,  potem  przerzucił  ją 

sobie  przez  ramię  i  zbiegł  w  dół  na  dół.  Na  widok  szalejących  płomieni  zawahał  się.  przez 
dym i ogień widział Kudzi, którzy stali na zewnątrz i czekali na niego. 
 

- Dasz radę! – zawołała kobieta. – Dalej, Andreas! 

 

To  musi  być  ktoś,  kto  go  zna.  Ostatkiem  sił  skoczył  do  przodu.  W  stronę  drzwi. 

Wybawienia. Życia.  
 

W  ciągu  następnych  sekund  wszystko  się  działo  bardzo  powoli.  Wiedział,  że 

dziewczyna  wyślizgnęła  mu  się  z  rąk,  że  ktoś  ją  złapał,  ale  wtedy  przerażone  twarze,  które 
miał  przed  sobą,  się  rozmazały.  Ktoś  coś  mówił,  patrzył  wytrzeszczonymi  oczami  i 
wskazywał  dłonią  coś  za  jego  plecami.  Andreas  obrócił  się  i  spostrzegł  spadającą  belkę. 
Otoczyła go całkowita ciemność.’ 
 
Rozdział 15 
 
 

Elizabeth  stała  w  pokoju  Ane  i  wyglądała  przez  okno.  Lato  było  piękne.  Żniwa  się 

udały, łąki i pola pożółkły, skoszone ostrymi kosami. Przypomniała sobie, jak w dzieciństwie 
zakładali  się  z  Jensem,  kto  pobiegnie  dalej  boso  po  rżysku.  Zdaje  się,  że  ona  była  zawsze 
bardziej  uparta,  ale  miała  też  zawsze  bardziej  pokrwawione  nogi.  A  może  Jens  po  prostu 
dawał jej wygrać? 
 

Otworzyła okno i usiadła na parapecie, starając się nie pognieść filiżanki. Wysoko na 

ś

cieżce  słychać  było  beczenie  jagniątka  i  odpowiedź  owcy.  Dzwoniły  dzwoneczki.  Na 

szczęście  daleko  od  najbardziej  stromych  zboczy.  Może  i  w  tym  roku  uda  się  zachować 
wszystkie owce?  Może żadna nie spadnie w przepaść, żadnej nie porwą dzikie zwierzęta. 
 

Na  gałązce  usiadł  ptaszek.  Przekrzykiwał  łebek  i  spojrzał  na  Elizabeth  małymi, 

czarnymi ślepkami. Wyglądają jak małe klejnociki, pomyślała i zapragnęła potrzymać ptaszka 
w dłoni. 

background image

 

67

 

Przeniosła wzrok na morze. Od razu spostrzegła jakąś łódź w oddali. Jakby ktoś płynął 

w stronę Dalsrud. Wiosłowało w niej dwóch mężczyzn. 
 

Kto  to  może  być?  Nikogo  się  nie  spodziewali.  Wszyscy,  którzy,  mieli  tu  coś  do 

załatwienia,  przybywali  zazwyczaj  drogą  lądową.  Tylko  Lavina  przypłynęła  łodzią, 
pomyślała  Elizabeth.  Ale  Laviny  już  nie  było.  Elizabeth  śledziła  łódź  wzrokiem,  po  czym 
zeskoczyła z parapetu, uniosła spódnicę i ruszyła na dół szybkim krokiem. 
 

- Mamy gości! – zawołała w stronę kuchni. – Szykujcie coś do jedzenia i do picia. 

 

W tej samej chwili pojawił się Kristian. 

 

- Ktoś przybył z wizytą. Łodzią. Widziała, ich z poddasza. 

 

Zeszli razem na brzeg. Elizabeth miała ochotę podbiec, ale nie wypadało. Właściwie 

powinni  czekać  na  gości  na  schodach.  Ale  Elizabeth  miała  w  nosie  te  wszystkie  obyczaje  i 
zeszła nad samą wodę, aż buty sobie pomoczyła. 
 

Przybysze  wyskoczyli  już  z  łodzi  i  ciągnęli  ją  do  brzegu.  Obaj  mieli  na  nogach 

gumowe byty sięgające aż do ud, więc się nie pomoczyli. Podali spracowane dłonie najpierw 
Kristianowi, potem Elizabeth. 
 

-  Dzień  dobry,  pokój  temu  domowi  –  pozdrowili  gospodarzy.  –  Przypłynęliśmy  z 

Kabelvaag,  z  listem  do  Liny  Monsdatter  –  powiedział  starszy,  który  miał  zarośniętą,  a  przy 
tym ściągniętą i poszarzałą twarz. – Rozumiem, że jesteśmy w Dalsrud? 
 

- Czy cos się stało? – zapytał Kristian. 

 

Mężczyzna tylko pokiwał głową i zamknął oczy. 

 

-  Bidacy,  musicie  być  strasznie  zmęczeni  –  powiedziała  Elizabeth.  –  Chodźcie  do 

domu, zjecie coś, odpoczniecie. Potem porozmawiamy. 
 

- Coś ją ścisnęło w dołku, gdy weszli do kuchni z gośćmi. Dziewczęta stały i wielkimi 

oczami patrzyły na przybyszów. 
 

-  Nastawcie  kawę  –  poleciła  Elizabeth.  –  Goście  mają  za  sobą  sługą  drogę  i  muszą 

nabrać sił. Lina, wyjmij najlepsze masło. Dziś nie będziemy na niczym oszczędzać. I przynieś 
przy okazji trochę śmietany. 
 

Przyszedł Lars i stanął w drzwiach, patrząc ze zdumieniem na nieznajomych. 

 

- Dużo tu dziś ludzi – mruknął. 

 

Ane wyjaśniła mu szybko po cichu: 

 

- Przypłynęli łodzią, ale nie wiemy, po co. 

 

Dopiero gdy służące zrobiły wszystko, co do nich należało, Elizabeth dała list Linie. 

 

-  Przypłynęli  z  Kabelvaag  z  listem  do  ciebie  –  powiedziała.  –  Jeśli  chcesz,  możesz 

pójść do siebie, żeby go przeczytać. 
 

Lina wzięła list w obie dłonie i z przerażeniem spojrzała na kopertę. 

 

- To od mamy, poznaję jej pismo. Jakiś dziwny, dodała cienkim głosem. 

 

Po czym usiadła na skrzyni z torfem i rozcięła kopertę kuchennym nożem. Elizabeth 

patrzyła na niej poruszające się podczas czytania wargi. Nagle Lina zasłoniła usta dłonią. 
 

- O Boże! Kabelvaag się spaliło! 

 

- Co ty mówisz? Czy ktoś zginął? – przeraziła się Elizabeth. 

 

Lina pokręciła głową i czytała dalej. 

 

- Andreas uratował z płomieni młodą dziewczynę, na szczęście oboje dochodzą już do 

siebie. Bogu dzięki nikt nie zginął, ale spaliły się domy, sklepy, warsztaty… wszystko! 
 

Spojrzała  na  nieznajomych  mężczyzn  ze  łzami  w  oczach.  Młodszy  też  na  nią 

popatrzył. 
 

-  Rybacka  szopa  twojego  narzeczonego  i  dom  twojej  matki  ocalały  –  powiedział  i 

pochylił się nad jedzeniem. 
 

Elizabeth 

obróciła 

się 

do 

Kristiana 

odciągnęła 

go 

na 

bok. 

 

-  Pamiętasz  mój  sen?  –  szepnęła.  –  Powiedziałeś,  że  to  nic  nie  znaczy.  A  ja 

wiedziałem, że ten się ziści. 

background image

 

68

 

- To tylko zbieg okoliczności. 

 

- Dobrze wiesz, że miałam rację! Chciałabym, żebyś mi wreszcie uwierzył. 

 

Chwycił ją za ramię, gdy chciała się odwrócić. 

 

- Wierzę ci, Elizabeth – zapewnił ją z powagą. 

 

- Dziękuję – uśmiechnęła się. a potem podeszła do Liny, usiadła koło niej i pogłaskała 

ją po plecach. – Wszystko w porządku? 
 

-Chcę do domu – powiedziała Lina drżącym głosem. 

 

- To się da załatwić. – Elizabeth poklepała ją po dłoni. – Oni zapewnie ruszą jutro w 

powrotną drogę, możesz popłynąć z nimi. Jakoś zorganizujemy twój powrót. 
 

- Nie wiem, jak to się dzieje, że Kabelvaag tak często płonie – mruknęła Lina. 

 

- W końcu to jakoś wyjaśnią. Nie zamartwiaj się tym,, ciesz się, że nikt nie zginął. 

 
 

Mężczyznom  przygotowano  posłania  w  izbie  nad  stodołą.  Służące  rozłożyły  im 

pościel  i  zapakowany  porządne  porcje  jedzenia  na  drogę  powrotną.  Tymczasem  Elizabeth 
poszła na strych po stare ubrania i inne schowane tam rzeczy. 
 

- Ubrania już dawno wyszły z mody – powiedziała, kładąc je na kuchennym stole. – 

Ale ci, którzy stracili wszystko na pewno się ucieszą. 
 

Wyciągnęła  rzecz  za  rzeczą.  Kristian  pozwolił  to  wszystko  oddać.  Elizabeth 

zauważyła,  ze  był  bardzo  spolegliwy.  Najpewniej  współczuł  ludziom,  którzy  stracili  cały 
dobytek, pomyślała Elizabeth. Dotknęła ich niepojęta tragedia. 
 

Cały  dzień  zszedł  na  pakowaniu  i  znoszeniu  odzieży  do  łodzi.  Nadszedł  wieczór, 

mężczyźni z Kabelvaag powinni się położyć, żeby odpocząć przed drogą powrotna. Czekało 
ich długie wiosłowanie. Oby wiatr im sprzyjał, wówczas będą mogli rozpiąć żagiel. 
 
 

Elizabeth jak zwykle poszła do pokoju Ane, żeby powiedzieć córce dobranoc. Usiadła 

na krawędzi łóżka i pogłaskała mała po jasnych włosach. 
 

- Jesteś moją małą dziewczynką – rzekła czule. 

 

- I taty Kristiana – uśmiechnęła się Ane. 

 

Była  podobna  do  niego,  do  swojego  przyrodniego  brata.  Oby  tylko  nigdy  nie 

dowiedziała się prawdy, pomyślała Elizabeth tysięczny chyba raz. 
 

- Tak, i taty Kristiana – powtórzyła. 

 

Odmówiły razem wieczorny pacierze. Jak zawsze.  

Ane  umiała  go  już  na  pamięć.  Elizabeth  ucałowała  córkę  w  czoło  i  chciała  wyjść,  ale  Ane 
poprosiła, by jeszcze trochę została. 
 

- Muszę ci coś powiedzieć, mamo – zaczęła cieniutkim głosikiem. – Okłamałam cię. A 

w każdym razie nie powiedziałam całej prawdy. 
 

Elizabeth znów przysiadła na łóżku. 

 

- A o czym? – zapytała. 

 

- Obiecasz mi, że nie będziesz się gniewać, jeśli ci powiem? 

 

- Nie, tego nie mogę obiecać. Zależy, o co chodzi.  

 

- Pamiętasz tę biżuterię, której wszyscy niedawno szukaliśmy?  

 

- tak! 

 

- Nie zgubiłam jej… tylko oddałam. 

 

- Co ty mówisz? To było srebro i szlachetny kamień. Kosztowało mnóstwo pieniędzy, 

Ane. Kristian kupił ci ten wisior w prezencie na Boże Narodzenie. Komu ją oddałaś. 
 

Ane skuliła się w łóżku. 

 

- Matce Amandy. Razem z pieniędzmi, które zaoszczędziłam. 

 

Elizabeth wreszcie zrozumiała, co zrobiła jej córka.  

 

- Dałaś jej to, żeby mogła spłacić dług? – szepnęła. Z trudem wydobywając głos. 

 

- Tak. Poprosiłam, żeby powiedziała lensmanowi, że ma to po matce. 

background image

 

69

 

- I zgodziła się? 

 

-  Mhm.  Ale  musiałam  ją  bardzo  długo  przekonywać.  Mówiła,  że  nigdy  mi  tego  nie 

zwróci,  ale  dostałam  nagrodę  w  niebie.  I  strasznie  długo  płakała.  Mówiła  jeszcze,  że 
uratowałam jej dzieci przed śmiercią głodową. Wtedy jej powiedziałam, że jak byłam mała, to 
byłyśmy bardzo biedne, a teraz mam dużo biżuterii i ten wisior to nic takiego. 
 

Elizabeth musiała zebrać myśli. Zamrugała powiekami, żeby powstrzymać łzy. 

 

- W takim razie znowu powiedziałaś nieprawdę, bo miała tylko dwa wisiorki.  

 

Ane się zaśmiała. 

 

- Matka Amandy miała powiedzieć lensmanowi i swojemu mężowi, że odziedziczyła 

to po matce.  
 

- A oni jej uwierzyli – stwierdziła Elizabeth. – Ale skąd wiedziałaś… 

 

- Brat Amandy mi powiedział. 

 

Ane podciągnęła pierzynę pod brodę. 

 

- Jesteś na mnie zła, mamo? 

 

-  Nie,  Ane,  nie  jestem  na  ciebie  zła,  bo  zrobiłaś  to  w  najlepszej  wierze.  Ale  muszę 

powiedzieć o tym Kristianowi. 
 

- Będzie zły? 

 

- Na pewno ci wybaczy? Musisz poprosić też Pana Boga o przebaczenie. Nie sądź, że 

Bóg ci wszystko przebaczy, nawet jeśli masz dobre intencje. 
 

Ane usiadła i zarzuciła matce ręce na szyję. 

 

- Tak się cieszę, ze jest mi tak dobrze na świecie. 

Gdyby nie tata Kristian, różnie by mogło z nami być. 
 

-  Masz  rację.  A  teraz  pomódl  się  i  idź  spać.  Więcej  już  o  tym  nie  będziemy 

rozmawiać. 
 

Wstała, żeby odejść, ale zatrzymała się na środku pokoju. 

 

-  Gdyby  znów  przyszło  ci  coś  takiego  do  głowy,  to  porozmawiaj  najpierw  ze  mną. 

Obiecujesz? 
 

- Obiecuję! 

 
 

Parę  dni  później  Ane  i  Elizabeth  sprzątały  w  gabinecie  Kristiana.  Półki  sięgały  do 

sufitu,  trzeba  było  dużo  czasu,  żeby  odkurzyć  wszystkie  książki  i  pozostałe,  stojące  tam 
przedmioty. 
 

Ane siedziała na krześle, wymachując jedną nogą przewieszoną przez oparcie, i śmiała 

się cicho z tego, co czytała. 
 

- Ane, usiądź porządnie. 

 

- Dlaczego? 

 

- Jesteś damą, żadna dama tak nie siedzi. A poza tym miałaś pomagać, a nie czytać. 

 

Ane, jakby nie słysząc jej słów, wykrzyknęła: 

 

Posłuchaj  tylko!  To  są  dobre  rady  na  wszystko.  trzeba  wziąć  brązową  butelkę  i 

napełnić  ją  dżdżownicami,  a  potem  zakopać  je  w  gnoju.  Powinna  tam  leżeć  od  jesieni  do 
wiosny,  jakie
ś  siedem  miesięcy.  W  tym  czasie  dżdżownice  sfermentują.  Wtedy  miesza  się 
szklank
ę gorzałki i trzy krople oleje z dżdżownic. 
 

Elizabeth zdjęła kolejną książkę z półki. 

 

- I na co to ma pomagać? 

 

- Na reumatyzm. A poza tym można tym zwabić niedźwiedzia. Albo odstraszyć trolle. 

Wystarczy  posmarować  klamki  i  haczyki.  A  jak  się  posmaruję  weźmie.  Można  tym  też 
odstraszyć adoratorów. 
 

- Same bzdury. Odłóż to. 

 

- Jest tu coś jeszcze. Wystarczy wypić coś takiego, żeby nie czuć pożądania. I trzymać 

się z dala od gorzałki. 

background image

 

70

 

Ane opuściła książkę i uśmiechnęła się. 

 

- Dość tego! – Elizabeth zabrała jej książkę. – Bierz szmatę i pomagaj. 

 

Tym razem Ane usłuchała. Przez pewien czas wycierała kurze bez słowa. Aż zapytała: 

 

- Mamo, co to jest pożądanie? 

 

- Dowiesz się, jak będziesz duża. 

 

- Przecież jestem damą. 

 

- Nie, masz dopiero dwanaście lat. 

 

- Przed chwilą sama powiedziałaś, że jestem damą. 

 

Elizabeth podparła się pod boki, więc Ane szybko się odwróciła. 

 

- Mamo… - zaczęła znowu. 

 

- Tak? 

 

- Mogę ci opowiedzieć historię, którą kiedyś słyszałam od Kristiana? 

 

- Mhm. 

 

- Wiesz, gdzie jest Æsholman? 

 

- Tak, leży na północny zachód od Zachodnich Lofotów. 

 

- Kristian powiedział, że mniej więcej dziesięć lat temu mieszkała tam pewna rodzina. 

Któregoś  dnia  ojciec  miał  popłynąć  na  ląd  z  dwoma  najstarszymi  synami.  Przez  długi  czas 
trwała burza i nie mieli już nic do jedzenia. Ale inny człowiek, który też tam mieszkał, mówił, 
ż

e powinni zostać, bo zaraz znów zacznie się sztorm. Jednak oni popłynęli. Utonęli wszyscy 

trzej. Jeden z tych synów miał żonę, a ona nosiła dzidziusia w brzuchu. Żona tego drugiego 
miała  małą  córeczkę.  Biedni  ludzie!  To  było  prawie  tak  samo,  jak  z  nami  i  tatą  Jensem, 
prawda? 
 

Elizabeth przystanęła i zapatrzyła się przed siebie. 

 

-  Tak,  prawie  tak  samo.  –  Westchnęła  i  znów  wzięła  się  do  pracy.  –  jest  wiele 

podobnych historii – dodała cicho. – Wielu spotyka taki los.  
 

- Tamci ludzie się przeprowadzili, tak samo jak my. 

 

Elizabeth  spojrzała  na  córkę.  Ane  cały  czas  pracowała.  Wyjmowała  kolejne  ksiązki, 

odrzucała je starannie i dostawiała na półkę. 
 

-  Potem,  w  ich  domu  zamieszkał  ktoś  inny  –  ciągnęła  Ane.  –  Całkiem  niedawno 

znowu była tam straszliwa burza i wysoka fala i zanim się zdążyli obejrzeć, morze wlało się 
na wyspę. Woda wdarła się do domu tak, że matka z dziećmi musiała uciekać na stół. 
 

Elizabeth załamała ręce. 

 

- Mówisz prawdę, czy chcesz mnie zwieść? 

 

- Tak Kristian powiedział. Matka kazała dzieciom prosić Pana Boga o pomoc i one tak 

zrobiły. I wtedy nagle morze się uspokoiło. 
 

- Coś podobnego – westchnęła Elizabeth. Spojrzała na książkę, którą trzymała właśnie 

w  reku.  –  O  nie,  to  przecież  książka  Bergette!  –  I  ta  druga  też!  Pożyczyłam  je  wieki  temu. 
Będzie z rok. – Przygryzła wargę. – Jak tylko skończymy, pójdę i odniosę je. 
 
 

Jakiś  czas  potem  skręcała  w  stronę  domu  Bergette.  usłyszała  śpiew  dobiegający  z 

ogrodu. Więc zajrzała za róg. 
 

- To ty tak pięknie śpiewasz, Karen – Louise? 

 

Mała uśmiechnęła się ufnie i pokiwała głową. 

 

- Mhm. Mama mnie nauczyła. 

 

- A co robisz? 

 

-  Parobek  naciął  trochę  jałowca,  którym  mama  chce  obłożyć  rabatki.  Ale  mama  jest 

teraz zajęta, więc ja to robię. 
 

Elizabeth spojrzała na stos gałęzi i piętrzący się na jednej rabatce i z trudem stłumiła 

ś

miech. 

 

- Ale jesteś zdolna – powiedziała. 

background image

 

71

 

-  I  jeszcze  dałam  jedzenie  ptaszkom.  –  Karen-  Louise  wskazała  kamienny  stół,  na 

którym leżało trochę okruszków chleba. – Muszą się przecież najeść, zanim odlecą do Afryki, 
do  Kabelvaag  i  dalej.  –  Dziewczyna  odgarnęła  lok,  który  się  wymknął  spod  czerwonej 
czapeczki. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się, słysząc tę lekcję geografii. 

 

- Mama jest bardzo zajęta.  

 

- Nie tak bardzo. Możesz wejść. 

 

Drzwi  otworzyła  służąca,  która  pracowała  u  Bergette  już  wiele  lat.  dygnęła  nisko  i 

powiedziała „dzień dobry” 
 

- Bergette w domu? 

 

- Tak, zaraz panią zawiadomię. Proszę wejść. 

 

Po chwili wróciła: 

 

- Pani jest w salonie. Proszę wejść. – Znowu dygnęła i znikła w kuchni. 

 

Bergette, pochylona, szukała czegoś w wielkiej skrzyni. 

 

- Dzień doby – powiedziała Elizabeth. – Nie przeszkadzam? 

 

- Skądże. Szukam starych ubrań. Jak miło cię widzieć, Elizabeth. Siadaj, proszę. 

 

- Przyszłam, żeby ci oddać dwie ksiązki, które pożyczyłam dawno temu. 

 

Bergette zerknęła na książki.  

 

- O, dziękuję. Całkiem o nich zapomniałam. 

 

Do  salonu  weszła  służąca  z  kawą  i  ciastem.  Bez  słowa,  zręcznie  nakryła  do  stołu, 

dygnęła i znów znikła. 
 

- A co z tamtą nową służącą – spytała Elizabeth. – Nie widziałam jej dzisiaj… 

 

Bergette  od  razu  nie  odpowiedziała.  Zarumieniła  się  i  spuściła  wzrok.  Elizabeth 

zerknęła na nią. 
 

- Co się stało, Bergette? 

 

- Już tu nie pracuje – oznajmiła Bergette, z trudem przełykając ślinę. 

 

- Dlaczego? 

 

Bergette westchnęła i zaczęła opowiada: 

 

- któregoś dnia wybrałam się z wizytą wcześniej niż zamierzała,. 

 

Elizabeth milczała. 

 

-  Zmoczyłam  trochę  brzeg  sukni,  więc  weszłam  do  sypialni,  żeby  się  przebrać.  – 

Bergett zamilkła. Elizabeth wiedziała, co teraz usłyszy. Wolałaby, żeby  przyjaciółka już nic 
więcej nie mówiła, choć z drugiej strony była ciekawa, czy jej podejrzenia się potwierdziły. 
 

- Leżeli tam oboje. Służąca i Sivgard. – Bergette wykrzywiła się z odrazy i bólu. – To 

było takie… Nie mogę znaleźć słów, Elizabeth. Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy. On leżał na 
wznak, a ona siedziała na nim i… - Obróciła się ku przyjaciółce. – W takiej pozycji! 
 

Elizabeth nie wiedziała, co powiedzieć. Wypiła trochę kawy, chrząknęła. 

 

- Co zrobiłaś? – wydusiła wreszcie. 

 

- Najpierw stałam tylko i patrzyłam. Potem zamknęła drzwi. Ostrożnie, żeby mnie nie 

zauważyli. 
 

- Dlaczego? Na twoim miejscu przyłapałabym ich raczej na gorącym uczynku! 

 

Bergette ze smutkiem pokręciła głową i wzięła głęboki wdech. 

 

- Chyba byłam w szoku. Musiałam to jakoś przetrawić. Potem zresztą cieszyłam się, 

ż

e tak postąpiłam. Miałam czas na zastanowienie. 

 

Wzięła kawałek ciastka, ale nie zaczęła go jeść. Spojrzała przez okno na ogród, który 

mienił się wszystkimi barwami jesieni. Uśmiechnęła się na widok córeczki, która tańczyła na 
ś

cieżce, nieświadoma jeszcze strasznych podłości, do których zdolni są dorośli. 

 

- Ubrałam się znów i poszłam na spacer – powiedziała w końcu. 

 

- Trzeba było przyjść do mnie, Bergette. 

 

Przyjaciółka uśmiechnęła się blado. 

background image

 

72

 

-  Dziękuję,  Elizabeth,  ale  potrzebowałam  samotności.  Żeby  uporządkować  myśli, 

zastanowić się, co zrobię i co powiem. 
 

- Nie miałaś chyba zbyt wielkiego wyboru? 

 

-  Nie.  –  Bergette  wygładziła  dłonią  ciemnozieloną  spódnicę.  Pociągnęła  za  jakąś 

wystającą  nitkę,  ale  zaraz  ją  puściła.  –  To  brzmi  chyba  strasznie  głupio,  ale  poczułam 
zazdrość. Chociaż przedtem uważałam, że ta służąca jest taka brzydka. 
 

- Nie ma w tym nic głupiego – stwierdziła Elizabeth. – To całkiem zrozumiałe. 

 

Bergette uśmiechnęła się z przymusem. 

 

-  Ona  była  gruba,  ja  chuda.  Pewnie  dlatego  ją  wolał.  Miała  jasne  włosy,  a  ja 

brązowe… 
 

Elizabeth  pokiwała  głową  ze  zrozumieniem.  Wprawdzie  sama  nigdy  czegoś  takiego 

nie  doświadczyła,  ale  umiała  sobie  wyobrazić,  co  czuje  Bergette.  Pamiętała,  jak  kiedyś  w 
szkole… to chyba było, zanim ona i Jens zostali narzeczonymi, albo zaraz po tym… Jedna ze 
starszych  dziewcząt  zagięła  na  niego  parol.  Przysuwała  się,  śmiała  się  głośno,  zarzucając 
swoje długie, ciemne warkocze. Wtedy Elizabeth zrobiłaby wszystko, żeby mieć takie ciemne 
włosy. 
 

Innym razem była zazdrosna o Dorte, która miała takie kobiece kształty i rude włosy, 

ale  Jens…  Elizabeth  uzmysłowiła  sobie  nagle,  że  uśmiecha  się  do  swoich  myśli.  Szybko 
podniosła filiżankę do ust. Ale na szczęście Bergette niczego nie zauważyła. 
 

-  Trzymałam  się  z  dala  od  drogi,  żeby  nikt  mnie  nie  spostrzegł  –  mówiła  dalej 

Bergette.  –  Poszłam  do  lasu.  Znalazłam  jakąś  zarośnięta  ścieżkę  i  szłam,  szłam,  aż  nogi 
odmówiły  mi  posłuszeństwa.    Dopiero  wtedy  usiadłam  i  rozpłakałam  się.  płakałam  i 
krzyczałam  z  wściekłości  i  rozpaczy.  Gdyby  ktoś  mnie  wtedy  obaczył,  na  pewno  posłałaby 
mnie do szpitala wariatów. 
 

-  Mam  takie  miejsce…  -  zaczęła  Elizabeth,  wahając  się,  czy  to  powiedzieć.  –  Mam 

takie miejsce w górach, w które chodzę, gdzie jest mi szczególnie ciężko. Tam mogę płakać, 
krzyczeć i zachowywać się jak wariatka, bez obawy, że ktoś mnie zobaczy albo usłyszy. 
 

Bergette pokiwała głową i siedziała przez chwilę w milczeniu, po czym powiedziała: 

 

-  Gdy  poczułam,  że  jestem  całkiem  pusta  w  środku,  wróciłam  do  domu.  Usłyszałam 

głos tej służącej dobiegający z kuchni, wiec poszłam prosu na poddasze. Przebrałam się, nie 
patrząc w stronę łóżka. Umyłam twarz, poprawiłam włosy. Może to brzmi głupio, ale bardzo 
mi na tym zależało, żeby dobrze wyglądać. 
 

Bergette wyjęła chusteczkę do nosa i szybkim ruchem przetarła oczy. 

 

-  Potem  zeszłam  na  dół  i  dałam  znać  tej  służącej,  która  ci  dziś  otworzyła,  że  chcę 

porozmawiać  z  nową  i  Sivgardem.  Po  chwili  oboje  się  zjawili.  Powiedziała,  im  całkiem 
spokojnie, co widziała, Sivgard zaprzeczył. Pomyśl tylko! Zaprzeczył! Spytałam go: myślisz, 
ż

e  mam  przywidzenia?  Że  sobie  to  wyobraziłam?  Wtedy  usiłował  cała  sprawę 

zbagatelizować.  A  ta  głupia  dziewczyna  twierdziła,  że  Sigard  ją  kocha  i  że  się  z  nią  ożeni! 
Nieszczęsna,  dowiedziała  się  od  razu,  że  nic  z  tego  nie  będzie.  Sivgard  kazał  jej  się 
wynosić…  zresztą  wszystko  jedno,  co  powiedział.  Wtedy  zaczęła  krzyczeć  i  grozić,  że 
wszystkim  powie,  jaki  on  jest.  Ja  nie  reagowałam.  Patrzyłam  tylko,  jak  się  kłócą.  On  się 
zrobił czerwony na twarzy i powiedział, że może mówić, co zechce, ale skompromituje tylko 
siebie, bo jest zwykłą dziwką. Jeszcze kawy? 
 

Elizabeth drgnęła i dopiero po chwili skinęła głową. uniosła filiżankę. 

 

- Poproszę. I co było dalej? 

 

-  Kłócili  się  jeszcze  przez  chwilę,  aż  im  w  końcu  przerwałam.  I  powiedziała,  tej 

dziewczynie,  że  ma  się  natychmiast  spakować,  bo  nie  chcę  jej  wiedzieć.  Protestowała 
oczywiście, ale nawet jej nie słuchałam. Zapewniła, że dostanie swoje pieniądze, ale nie ma 
co liczyć na referencje. 
 

- Ja bym jej chyba nawet nie zapłaciła – rzuciła Elizabeth mściwie. 

background image

 

73

 

- Musiałam to zrobić ze względu na siebie. W przeciwnym razie sumienie nie dałoby 

mi spokoju. Ona przecież też musi jeść, tak samo jak inni. 
 

- A Sivgard? – spytała Elizabeth. – Jak on się zachował? 

 

- Próbował zbagatelizować sprawę. Mówił, że to jej wina, że go uwiodła. Musiałam go 

zapytać,  ile  właściwie  ma  lat.  i  czy  nie  jest  przypadkiem  dorosły!  Dopiero  wtedy  zaczął 
przepraszać,  obiecywać  złote  góry,  jeśli  mu  przebaczę.  Twierdził,  że  to  się  nigdy    nie 
powtórzy. Wyjął nawet Biblię i przysięgał na nią. 
 

- Więc między wami wszystko wróciło do normy? 

 

- Nie. wyrzuciłam go za drzwi! 

 

- Co ty mówisz? Wyrzuciłaś go? 

 

- Tak. Dałam mu trzy dni na to, żeby się spakował i wyniósł. To były najgorsze trzy 

dni w moim życiu, Elizabeth. Chociaż nie, to nieprawda. Najgorzej było wtedy, gdy straciłam 
syna. Ale teraz też było strasznie. Musiałam mieszkać z nim pod jednym dachem, choć tak go 
nienawidziłam. 
 

- Gdzie on teraz jest? 

 

- U krewnych w Christianii. 

 

- Rozwiedziecie się? 

 

Bergette wzruszyła ramionami. 

 

-  Nie  wiem.  Orientowałam  się  trochę,  wiec  wiem,  ze  mogłabym  dostać  rozwód,  bo 

mnie zdradzał. 
 

- I co postanowiłaś? 

 

-  Jak  mówiłam,  on  na  razie  jest  w  Christianii,  ja  tutaj.  Ludziom  powiedziałam,  że 

musiał się zając chorym krewnym. A potem, że  dostał pracę na południu. Że ma tam jakieś 
interesy. To brzmi przekonująco, więc ludzie tylko kiwają głowami i udają, że w to wierzą. 
 

Elizabeth  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Wypiła  trochę  kawy  i  odstawiła  filiżankę  na 

talerzyk. 
 

- Niedawno wspomniała o tym Maria. 

 

- Że Sivgard mnie zdradził? 

 

- Nie, że pojechał na południe, ale niedługo wróci. Nawet mnie to nie zainteresowało. 

Kiedy to się stało?  
 

- Wczesnym latem. 

 

- Aż dziwnie, że ludzie nie zaczęli się jeszcze dopytywać. 

 

- Pewnie wkrótce prawda wyjdzie na jaw. 

 

- Służące pewnie o tym rozmawiają? I parobkowie? 

 

Bergette pokręciła głową. 

 

-  Nie,  wręcz  przeciwnie.  Nie  okłamałam  ich.  Po  prostu  nic  nie  powiedziałam,  bo 

pewnie i tak wszystko wiedzieli i słyszeli. – Przerwała na chwilę. – Podejrzewałam, że to nie 
był pojedynczy wypadek Sivgarda. Służba wie zazwyczaj więcej, niż mówi. 
 

- Dlaczego tak przypuszczasz? – Elizabeth wstrzymała oddech. 

 

-  Służące  twierdziła,  że  Sovgard  ją  kocha.  To  znaczy,  że  romans  musiał  trwać  jakiś 

czas. – Bergette westchnęła. – To mnie chyba najbardziej boli. Gdyby  chodziło o jeden raz, 
jakoś  bym  mu  wybaczyła.  Ale  nie  w  tej  sytuacji.  Robili  to  nawet  w  naszym  małżeńskim 
łóżku, Elizabeth. Spaliłam pościel. Nie byłam w stanie jej używać nawet po wypraniu. Potem 
ż

ałowałam. Bo przecież mogłam dać ją ubogim. 

 

Elizabeth otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, lecz Bergette ją uprzedziła. 

 

-  Ale  naprawiałam  to  i  rozdałam  mnóstwo  ubrań  Sivgarda.  –  Zaśmiała  się.  –  Więc 

teraz ubodzy chodzą po wsi w białych koszulach i eleganckich strojach. 
 

-  A  więc  to  dlatego!  –  uśmiechnęła  się  Elizabeth.  –  latem  widziałam  ubogiego 

mężczyznę, który szedł do swojej wybranki w białej koszuli. 
 

Bergette się roześmiała znowu. 

background image

 

74

 

- Dobrze mi zrobiła taka zemsta na Sivgardzie. 

 

- Czy to jego ubrania przeglądałaś, gdy tu przyszłam? 

 

-  Tak.  Zimowe.  Oddałam  chyba  wszystko,  co  jest  w  dobrym  stanie.  –  Bergette 

podniosła się i podeszła do skrzyni. – Co o tym sądzisz? 
 

Elizabeth  poszła  za  nią  i  zabrały  się  do  sortowania  ubrań.  Płaszcz  miał  dziurę  w 

rękawie, ale kilka szalików i czapek było dobrym w stanie. 
 

- Niech służba to przejrzy, naprawi i rozda – zaproponowała Elizabeth. – Sivgard i tak 

chyba tego nie używał. 
 

- Nie. 

 

Elizabeth  spostrzegła  jakieś  kartki,  które  leżały  w  rogu  skrzyni.  Podniosła  jedną, 

widząc  znajome  słowa:  Jeszcze  raz  wam  powiadam:  łatwiej  wielbłądowi przejść  przez  ucho 
igielne… 

Pobladła  i  poczuła,  że  jej  ciało  pokryła  gęsia  skórka.  Bergette  zajrzała  jej  przez 

ramię. 
 

- Sivgard to napisał – powiedziała. 

 

- To przecież kobiecy charakter pisma. 

 

- Nie, poznaję kilka liter, patrz, chyba ćwiczył to pisanie. 

 

Elizabeth spojrzała na inne kartki. Już chciała powiedzieć przyjaciółce o liście, który 

dostała zimą, ale się powstrzymała. Bergette miała i tak dość kłopotów. 
 

Bergette odrzuciła kartki z odrazą. 

 

- On robił tyle dziwnych rzeczy. Nie chcę nawet o tym myśleć. 

 

- I nie ma o czym – powiedziała cicho Elizabeth. 

 

W tej samej chwili rozległy się głosy w korytarzu. 

 

Bergette zamknęła skrzynię. 

 

- To Karen – Louise. 

 

- Muszę już iść do domu. 

 

Bergette wzięła jej dłoń w obie ręce. 

 

- Dziękuję, ze mi poświęciłaś tyle czasu. 

 

- To przecież oczywiste! Szkoda, że od razu do mnie z tym nie przyszłaś. 

 

- Chyba nie bardzo to do mnie pasuje. 

 

Elizabeth pokiwała głową. 

 

- Tak, każdy jest inny. Dbaj o siebie, wszystko się na pewno jakoś ułoży. 

 

- Na pewno. 

 

Elizabeth  wracała  do  domu  w  zamyśleniu.  Uznała,  że  powinna  opowiedzieć  o 

wszystkim Helene i Kristianowi. Wiedziała, jak zareagują – najpierw przerażeniem, a potem 
współczuciem. 
 

Inni poznają wersję Bergette. 

 
Rozdział 16 
 
 

Kabelvaag  leżało  w  ruinach.  Ruchliwe  niegdyś  uliczki,  na  których  handlowano 

ciastkami, chlebem, tkaninami, mąką, były ciche i opustoszałe, w powietrzu wciąż unosił się 
zapach  dymu.  Zostały  tylko  kikuty  kilku  domów.  Wszędzie  było  mnóstwo  sadzy  i 
zwęglonych resztek. 
 

Ludzie  starali  się  uporządkować  miasteczko.  Musieli  usunąć  wszystkie  ślady  po 

pożarze, by odbudować Kabelvaag. 
 

Lina nie mogła patrzeć na ludzkie nieszczęście. Na starych i młodych, którzy pośród 

zgliszcz  rozpaczliwie  szukali  ocalałych  rzeczy.  Wiedzieli,  że  stracili  cały  dobytek,  ale  nie 
potrafili się z tym pogodzić. Ci, którzy mieli wciąż dach nad głową, przyjęli pogorzelców. W 
domach  ocalałych  zrobiło  się  ciasno,  część  ludzi  musiała  spać  w  szopach  i  oborach.  Na 

background image

 

75

szczęście był dopiero początek sierpnia, więc nie zrobiło się szczególnie chłodno. Matka Liny 
przyjęła wielu pogorzelców. Podobnie jak Andreas. 
 

Teraz  Andreas  i  Lina  szli  w  milczeniu,  przygnębieni  widokiem  pogorzeliska.  Lina 

wzięła narzeczonego za rękę i wskazała mu wielki, płaski kamień. 
 

- Usiądziemy na chwilę – spytała. 

 

Andreas pokiwał głową. ze wzgórza, na którym się znajdowali, rozciągał się widok na 

całe Kabelvaag. Najbliżej stało więzienie i dom doktora. Tam ogień nie dotarł. 
 

- Opowiesz mi raz jeszcze, co działo się tamtej nocy? – poprosiła Lina. 

 

Andreas zerwał źdźbło trawy i owinął je wokół palca. 

 

-  Najchętniej bym o tym zapomniał – zaczął powoli. – To było jak koszmar na jawie.  

Nie sposób sobie tego wyobrazić. Ale dobrze, że dziewczyna wyzdrowiała. 
 

- I że ty przeżyłeś – szepnęła Lina, ściskając go za ramię. 

 

-  Miałem  dużo  szczęścia,  że  ta  belka  na  mnie  nie  spadła.  Ale  tak  się  uderzyłem  w 

głowę, ze straciłem przytomność. – Zakasłał i wykrzywił twarz. 
 

- Ciągle cię boli w piersiach? – spytała. 

 

Pokiwał głową. 

 

- Tak. Wciągnęłam do płuc mnóstwo dymu. Ale to pewnie przejdzie. Inni i tak mają 

znacznie gorzej. Moja szopa wciąż stoi. – Prychnął z irytacją. – wszystko przez to, że komisja 
budowlana  zgodziła  ale  wcześniej  na  pokrywanie  dachów  trawą.  Potem  trawa  wyschła  i 
wystarczyła iskra, żeby szopy się zajęły ogniem. 
 

Lina rozłożyła gazetę, którą trzymała w ręku. 

 

- Popatrz – powiedziała. – Nie jest całkiem świeża, ale napisano tu trochę o pożarze. 

Przeczytać ci? 
 

Skinął głową. 

 

W centrum Kabelvaag stoi tylko kilka szop rybackich i jeden dom… 

 

Wielu ludzi straciło dobytek, choć ich domy się nie zapaliły – dodała Lina i podniosła 

oczy na Andreasa. – Krawiec Sobstad dał ogłoszenie, ze poszukuje maszyny do szycia marki 
„Union”, zegara ściennego i posrebrzanego koszyka na łyżeczki do herbaty. Co to takiego? 
 

-  To  chyba  taki  koszyczek,  w  którym  się  trzyma  łyżeczki.  A  posrebrzany  to  znaczy 

powlekany srebrem. 
 

- Biedny człowiek – westchnęła Lina. – Okradziono go z tylu pięknych rzeczy. 

 

-  Ludzie  są  w  rozpaczy  –  powiedział  Andreas.  Potem  uśmiechnął  się.  –  Wielu  się 

ucieszyło z podarków, które przywiozłaś, Lina. Pieniądze też się przydały. Bardzo mili muszą 
być ci ludzie, u których pracujesz.  
 

-  O  tak,  Elizabeth  jest  przemiła.  A  gdy  Nils  opuszczał  Dalsrud,  powiedział,  żeby 

oddała  jego  zarobek  komuś,  kto  bardzie  potrzebuje  pieniędzy.  I  podarowała  wszystko 
rodzicom  Amandy.  Możesz  sobie  wyobrazić,  jak  się  ucieszyli.  Cieszę  się,  że  ją  poznasz. 
Zresztą już niedługo nasz ślub. W przyszłym miesiącu. Elizabeth powiedziała, że pożyczy nas 
serwis i sztućce. I obrus i świecznik. Będzie bardzo pięknie, Andreas. Może będziemy mieli 
nawet matę na podłodze i zasłonki. 
 

W jej głosie była radość, oczy płonęły. 

 

- Ja będę miała piękną suknię, a ty ubranie. Masz porządne ubranie? Jak wygląda to, w 

którym chodzisz do kościoła? 
 

- W porządku – powiedział, nie patrząc na nią. 

 

Lina zamilkła. W końcu powiedziała cicho: 

 

- Tak mi żal wszystkich pogorzelców. 

 

-  Większość  zaczęła  już  pracować  –  rzekł  Andreas.  –  Na  szczęście  mają  fach  w 

rękach. Powynajmowali coś w Tollefsnese, w Smedviken i Storvaagen. Tylko na pewien czas, 
póki nie odbudują Kabelvaag. 

background image

 

76

 

Andreas  się  podniósł,  Lina  zrobiła  to  samo.  Szli  w  milczeniu,  aż  do  jego  szopy.  Na 

słodkiej twarzyczce Liny pojawił się wyraz zamyślenia, niemal bólu. W końcu zatrzymała się, 
chwyciła go za rękę i zmusiła, by popatrzył jej w oczy. 
 

- Dlaczego jesteś taki dziwny, Andreas? Za każdym razem, gdy wspominam o ślubie, 

zmieniasz temat. Rozmyśliłeś się? 
 

Spojrzał  na  dziewczynę,  na  jej  jasne,  rudawe  włosy  i  na  zadarty,  piegowaty  nosek. 

Lina była tak słodka, dobra i miła. Będzie dobrą żoną, może także i matką jego dzieci. 
 

- Nie,  Lina, nie rozmyśliłem się – powiedział. – Ale sądzę, że powinniśmy to trochę 

odłożyć.  Tyle  się  wydarzyło,  nasz  dom  nie  jest  jeszcze  gotowy.  Chciałbym,  żeby  nasze 
małżeństwo  dobrze  się  rozpoczęło.  Może  zaczekamy  do  stycznia?  I  pobierzemy  się  przed 
moim wyjazdem na zimowe połowy? 
 

Jej twarz lekko się ściągnęła, dziewczyna odwróciła się na chwilę. 

 

- Dobrze, jeśli chcesz, zaczekamy do stycznia. 

 

Przytulił ją, pocałował i uścisnął. 

 

-  Nie  wolno  ci  wątpić  w  to,  że  cię  bardzo  kocham,  Lina.  Ale  ostatnio  tyle  się 

wydarzyło. Chyba rozumiesz? 
 

Uśmiechnęła się wreszcie. 

 

- Tak, rozumiem – powiedziała cicho. 

 

I każde poszło w swoją stronę. Nie odwróciła się, odchodząc, ale Andreas nawet tego 

nie zauważył. Otworzył  drzwi do swojej szopy.  Nazajutrz z samego rana  Lina miała  wrócić 
do  Dalsrud.  Minie  sporo  czasu,  nim  się  ponownie  spotkają.  I  wtedy  zostanie  jego  żoną. 
Cieszyła go ta perspektywa. 
 
 

Miał za sobą długi dzień, więc szybko zasnął. Ale spał niespokojnie. Śniło mu się, że 

idzie do ołtarza z Liną,  ale kiedy miał wypowiedzieć słowa małżeńskiej przysięgi, nie mógł 
nic z siebie wydusić. Słyszał pomrukiwanie parafian. Niektórzy zaczęli śmiać się szyderczo, 
coraz głośniej i głośniej. 
 

- On nie wie nawet, jak się nazywa! – zawołał ktoś.  

 

Obrócił  się,  spojrzał  na  tego  człowieka,  ale  go  nie  rozpoznał.  Potem  spojrzał  na 

innego, z czarną brodą i kręconymi włosami. Nieopodal stał jeszcze jeden, który wydawał się 
jakby  znajomy.  A  u  jego  boku  kobieta  z  brązowymi  włosami  upiętymi  w  ciasny  węzeł  nad 
karkiem. 
 

- Jakob i Ragna – szepnął, zdziwiony, skąd to wie. Powtórzył te imiona kilka razy. 

 

Uśmiechnęli się do niego i pokiwali przyjaźnie głowami. 

 

- Tak, Jens. Pamiętasz nas? – spytał mężczyzna. – Odzyskałeś wreszcie pamięć? 

 

Andreas  obudził  się  gwałtownie  i  usiadł.  Koszula  kleiła  mu  się  do  ciała,  oddech  się 

rwał.  Enok-  Dwa  Szylingi,  którego  przyjął  do  swojej  szopy  po  pożarze,  poruszył  się 
niespokojnie na sienniku, przewrócił na drugi bok i chrapał dalej. 
 

- Jens – szepnął Andreas ochryple. – Nazywam się Jens Rask! 

 
Rozdział 17 
 
 

Z  Kabelvaag  Lina  wróciła  smutna.  Elizabeth  widziała,  że  coś  ją  gryzie.  Wreszcie  po 

długich namowach Lina zwierzyła jej się ze wszystkiego. 
 

Siedziały razem w kuchni. Było wcześnie rano, w piecu buzował ogień. Śniadanie nie 

było jeszcze gotowe, ale kawa została już zaparzona. Każda siedziała nad swoim kubkiem. 
 

- Chodzi o Andreasa – mruknęła Lina wreszcie. 

 

- Co się stało? Chyba się nie rozstaliście? 

 

- Nie, ale on chce odłożyć ślub na styczeń. A ja się obawiam, ze coś się za tym kryje. 

Ż

e już mnie nie kocha i żałuje decyzji. 

background image

 

77

 

-  Co  ty  opowiadasz  –  żachnęła  się  Elizabeth  i  dolała  kawy.  –  Oczywiście,  że  cię 

kocha,  w  przeciwnym  razie  odwołałby  wszystko.  nie  dziwnego,  że  potrzebuje  trochę  czasu, 
ż

eby ochłonąć po tym pożarze. No i musimy dokończyć wasz dom. 

 

Lina pokiwała głową, ale nic nie powiedziała. 

 

- Gdyby nie chciał się żenić, odwlekałby to jeszcze bardziej – stwierdziła Elizabeth. – 

Może do następnego lata. 
 

Lina trawiła przez chwilę jej słowa, po czym blady uśmiech rozjaśnił jej twarz. 

 

-  Chyba  masz  rację.  –  Nagle  zarumieniła  się  cała.  –  Ale  wymagająca  i  kapryśna  się 

zrobiłam! Aż wstyd.  
 

Elizabeth uśmiechnęła się i pokręciła głową. 

 

-  Wcale  nie.  uszyję  ci  pelerynę  na  ślub.  Będzie  taka  długa  jak  twoja  suknia.  Z 

kapturem obszytym futerkiem. Pomyśl tylko, jak ładnie będziesz wyglądała!  Zimowa panna 
młoda. – Elizabeth zapaliła się do pomysłu. – Uszyję ją sama albo odnajdę tę krawcową, która 
szyła suknię na mój ślub… 
 

- No nie, daj spokój. – Lina się zmieszała, ale Elizabeth zauważyła, że humor jej się 

poprawił. 
 

- Może zdobędę białe futerko do obszycia kaptura – zastanawiała się głośno. 

 

Już sobie to wszystko wyobraziła. Choć gości będzie niewielu i mało miejsca w domu 

Liny na górze, to już ona się zatroszczy, żeby to był godny zapamiętania ślub! 
 
 

Tej jesieni udało się wreszcie dokończyć dom Liny. Kristian najął paru mężczyzn do 

ostatnich  robót.  Lars  też  im  pomagał,  Elizabeth  w  końcu  wymogła  to  na  Kristianie. 
Twierdziła,  że  wstyd  zostawić  na  zimę  dom  w  takim  stanie.  Dzięki  temu,  że  Lars  pracował 
przy  budowie,  Kristian  mógł  zostać  w  Dalsrud.  Wypełniał  swoje  zwykłe  obowiązki,  ale 
Elizabeth  zauważyła  jego  mroczne  spojrzenie  i  wiedziała,  że  coś  go  dręczy.  Postanowiła 
jednak zostawić go w spokoju. 
 

Stali teraz i patrzyli na odbudowany dom Liny. 

Elizabeth wciągała zapach świeżego drewna. 
 

- Jaka jasna i piękna podłoga! – zachwycała się Lina. Oczy jej płonęły ze szczęścia. – 

Zawsze  taka  będzie!  Z  czasem  Andreas  zrobi  stół  kuchenny,  który  będzie  stał  tutaj.  A  tutaj 
ława, może też szafka. 
 

- Szczęściara z ciebie – powiedziała Maria, rozglądając się po izbie. 

 

Elizabeth  zerknęła  ukradkiem  na  siostrę.  Czyżby  w  jej  głosie  pojawiła  się  nutka 

zazdrości? nie, w tej samej chwili <aria się uśmiechnęła ciepło i złapała Linę za ręce. 
 

- Od razu ci powiem, że utkałam dla ciebie obrus. Do nowego domu. 

 

- Ja też – wtrąciła Ane. – Mały obrusik. 

 

Dziewczęta  mówiły  jedna  przez  drugą,  Lina  snuła  plany  na  przyszłość.  Może  na 

wiosnę wybudują oborę i nawet kupią kozę? Czekało ich wiele pracy, ale oboje byli młodzi i 
zdrowi, więc nie widziała żadnych przeszkód. 
 

Ale kiedy już wyszli, Elizabeth poczuła dziwny niepokój. Zatrzymała się i spojrzała na 

domek.  Okno  wyglądało  jak  oko  –  czarne  oko,  które  ją  śledziło.  Przeszył  ją  dreszcz, 
rozejrzała  się  dokoła.  Nagie  gałęzie  na  tle  nieba  przypominały  pazury,  owiewał  ją  chłodny 
wiatr.  Nagle  zebrało  jej  się  na  płacz.  Coś  ją  ścisnęło  w  piersi,  zaszczypało  w  oczy.  Niemal 
odruchowo się przeżegnała i szepnęła: 
 

- Boże, miej mnie w swojej opiece. Co przyniesie przyszłość? 

 

Na ścieżce słychać już było śmiech schodzących z góry dziewcząt. Poczekała na nie. i 

tak nic nie mogła zrobić. Czas pokaże, co ma się wydarzyć. 
 
 

Elizabeth  zapisała  datę  na  arkusiku.  Pióro  skrzypiało  na  papierze,  musiała  uważać, 

ż

eby nie nasadzić kleksów. Długo zastanawiała się nad dobrem słów. Dopiero gdy wszystkie 

background image

 

78

ułożyła sobie w głowie, przelała je na papier. Zależało jej na wysłaniu tego listu, zamierzała 
sama go zanieść do sklepu.  
 

Zanim  Kristian  wszedł  do  sypialni,  schowała  wszystko  do  szuflady.  Zerwała  się  z 

krzesła i podeszła do męża. Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego. Uśmiechnął 
się i pocałował ją. 
 

- Tak bardzo cię kocham – szepnęła. Rozpinając mu koszulę. 

 

Pochłaniał  ją  oczami.  Wiedziała,  co  to  oznacza,  jej  ciało  przeniknął  rozkoszny 

przyjemny dreszcz. 
 

Kristian rozpiął jej guziki u spódnicy. Spódnica zsunęła się na podłogę. Potem bluzka. 

Stanęła przed nim w samych majtkach i pończochach.   
 

- Chodź – powiedział i pociągnął ją na łóżko. 

 

Poszła  za  nim.  Położyła  się  na  wznak,  zostawiając  nogi  zwieszone  przez  krawędź. 

Palce  Kristiana  sunęły  powoli  po  jej  ciele.  Westchnęła,  gdy  bielizna  opadła,  a  ona  poczuła 
chłód na skórze. A po chwili jego ciepły oddech i pocałunki na udach, na brzuchu, znowu na 
udach… 
 

- Kristian – szepnęła prawie bez tchu i bez cienia wstydu szeroko rozsunęła nogi. 

 

Całował ją długo, aż gdy poczuła, że podniecenie sięga zenitu, podniosła się i pomogła 

mu ściągnąć ubranie. Musnęła palcami jego szerokie ramiona, mocne przedramiona, tors. 
 

- Jesteś taki piękny… 

 

W uśmiechu błysnął bielą zębów i zaczął rozplatać jej warkocz. 

 

- A ty jesteś jak huldra – powiedział, zanurzając dłonie w gąszczu jej włosów. 

 

- Teraz ja decyduję – szepnęła i popchnęła go na łóżko. 

 

Oddech miał ciężki i serce mu biło mocno, gdy  na nim usiadła i zaczęła się unosić i 

opadać. Pragnęła, by trwało to jak najdłużej, ale w końcu oboje zalała fala rozkoszy. Wtedy 
Elizabeth, całkiem wyczerpana osunęła się w jego ramiona. 
 

Czuła bicie jego serca. Powoli rytm zaczął się wyrównywać i oboje zasnęli. 

 
 

Zaczęły  się  przymrozki  i  pora  uboju.  Należało  przygotować  zapasy  na  święta  i  na 

zimę,  zgromadzić  żywność  na  zimowy  połów.  Elizabeth  zatrudniła  do  pomocy  żony 
komorników, a teraz krążyła pośród nich, nadzorując pracę. 
 

Przed  chwilą  była  nad  brzegiem  morza  i  dziewcząt,  które  płukały  jelita  w  słonej 

wodzie. Powiedziała, że pora, by je ktoś zmienił, nie chciała, żeby się przeziębiły. Koło pralni 
spotkała Marię. Na widok poplamionego fartucha siostry, Elizabeth przeszedł lekki dreszcz. 
Maria skrzyżowała ramiona na piersiach, żeby się ochronić przed przenikliwym chłodem. 
 

-  Nie  powinnaś  wychodzić  tak  lekko  ubrana,  kochanie  –  powiedziała  Elizabeth, 

głaszcząc siostrę po plecach. 
 

- Zaraz wracam do środka, ale chciałam zamienić z tobą parę słów na osobności. Teraz 

wszędzie jest pełno ludzi – dodała z uśmiechem. 
 

Elizabeth  wiedziała,  że  Marii  i  pozostałym  dziewczętom  podoba  się  to  zamieszanie. 

Ż

ony  komorników  też  lubiły  ten  czas.  Nieźle  zarabiały,  miały  co  jeść,  a  przy  tym  mogły 

porozmawiać ze znajomymi bez asysty mężczyzn. 
 

-  To,  o  czym  mówi  się  w  Dalsrud,  nie  powinno  się  wydostać  poza  granice  dworu  – 

zapowiedziała  Elizabeth  swoim  dziewczętom.  Słuchały  jej  bez  szemrania,  żadna  nie  chciała 
zostać uznana za plotkarkę. Ale i tak było o czym mówić. 
 

-  Co  z  przyjęciem  bożonarodzeniowym  w  tym  roku?  –  spytała  Maria.  –  Dorte 

przyjdzie tu ze swoimi? 
 

- Zaprosili nas do siebie. 

 

Maria przygryzła dolną wargę. A potem spojrzała na siostrę z determinacją w oczach. 

 

- Pojadę z wami. 

 

- Jesteś pewna? Możemy znaleźć jakąś wymówkę. 

background image

 

79

 

- ie. Muszę się wreszcie pogodzić z tym, że Olav znalazł sobie inną i że nie będzie z 

nas pary. 
 

Elizabeth poklepała ją delikatnie po policzku. 

 

-  Dobrze!  Ale  teraz  idź  już  do  środka,  bo  zachorujesz.  Później  o  tym  wszystkim 

porozmawiamy. 
 

- Nie ma o czym rozmawiać. Już podjęłam decyzję. 

 

Elizabeth  patrzyła  za  siostrą,  która  kroczyła  dumnie  wyprostowana.  Westchnęła 

ciężko.  Elen  jest  z  pewnością  dobrą  dziewczyną.  W  każdym  razie  robi  dobre  wrażenie. 
Dlatego  to  wszystko  jest  jeszcze  trudniejsze.  dobrze  jednak,  że  Maria  zaakceptowała  tę 
sytuację,  zrozumiała,  że  nie  może  już  nic  więcej  zrobić.  Świąteczne  spotkanie  będzie  dla 
wszystkich łatwiejsze, pomyślała Elizabeth z radością. 
 

Poczuła,  że  palce  u  nóg  już  całkiem  jej  zdrętwiały,  więc  przebiegła  czym  prędzej 

przez podwórze. Miała właśnie otworzyć drzwi kuchenne, gdy usłyszała głos Larsa. 
 

- Myślę, że czuję do ciebie coś wyjątkowego, czego nikt inny nie czuł. 

 

- Co masz na myśli? – To był głos Helene. Drżał trochę jakby od śmiechu. 

 

Elizabeth  popchnęła  lekko  drzwi,  żeby  coś  dojrzeć  przez  szparę.  Ileż  to  razy 

powtarzała  Marii,  jak  nie  ładnie  jest  podsłuchiwać  pod  drzwiami!  A  co  teraz  robiła?  Nie 
mogła się jednak powstrzymać. 
 

-  Chcę  powiedzieć,  że…  że  mieliśmy  dość  czasu,  żeby  się  naprawdę  zaprzyjaźnić, 

zanim…. Zanim zostaliśmy narzeczonymi. Może pora, żeby inni też się o tym dowiedzieli. 
 

Helene spuściła wzrok. 

 

- Ja cię pokochała, od pierwszego wejrzenia. 

 

- Naprawdę? I nic nie powiedziałaś? 

 

Helene się roześmiała. 

 

- Ty głuptasie. Chyba nie uważasz, że ja powinnam ci to powiedzieć pierwsza. 

 

- Dlaczego nie? – W jego głosie też słychać było śmiech. 

 

Elizabeth nie miała nawet odwagi odetchnąć. Ale jakże się cieszyła! Nareszcie zostali 

parą! 
 

Helene znów spoważniała. 

 

- Muszę ci coś powiedzieć, Lars – zaczęła i zawahała się trochę. 

 

- Co trapi moją małą Helene? – spytał, kładąc dłoń na jej ręce. 

 

-  Po  pierwsze,  nie  jestem  mała,  a  po  drugie…  może  nie  będę  mogła  być  matką  – 

wyrzuciła z siebie pospiesznie. 
 

- Czy coś się wydarzyło? 

 

- Kiedyś zostałam zgwałcona, ale nigdy ci nie powiem, przez kogo. 

 

Elizabeth nie widziała miny Larsa, bo stał odwrócony od niej plecami. 

 

-  Zaszłam  wtedy  w  ciążę  –  ciągnęła  Helene.  –  I  poszłam  do  znachorki,  żeby  ją 

usunąć…  Krótko  mówiąc  omal  się  nie  wykrwawiłam  na  śmierć.  Znachorka  chyba  coś  we 
mnie  uszkodziła.  Teraz  wiesz  już  wszystko  i  masz  czas,  żeby  zmienić  zdanie.  nikt  nie 
chciałby mieć zgwałconej i chorej żony – dodała z goryczą. 
 

Nagle na schodach  rozległy się czyjeś kroki.  Elizabeth zamknęła ostrożnie kuchenne 

drzwi. 
 

- Tak się cieszę, że nie jestem mężczyzną – westchnęła  Ane, odrzucając  warkocz na 

plecy. 
 

- Co się stało? – spytała Elizabeth. 

 

-  Nie  lubię  brać  udziału  w  tym  dzieleniu  i  krojeniu  mięsa,  na  szczęście  nie  muszę 

zabijać zwierząt. A mężczyźni muszą. 
 

- Jesteś podobna do mnie. Ja też nie lubię takich zajęć. Ale jeśli się jest gospodynią, 

trzeba zagryźć zęby i jakoś to znieść. 

background image

 

80

 

-  Nigdy  nie  wyjdę  za  mąż.  I  wcale  nie  chcę  być  gospodynią  –  oświadczyła  Ane  i 

otworzyła  kuchenne  drzwi.  –  No  proszę,  jest  tu  więcej  takich,  co  się  wymigali  od  pracy  – 
zażartowała na widok Larsa. 
 

Lars wstał szybko i pociągnął ją za warkocz. wiedział, ze Ane tego nie znosi. 

 

-  No  tak,  trochę  za  duży  tłok  się  tu  zrobił  –  powiedział.  –  Wrócę  na  obiad  –  rzucił 

przez ramie i już go nie było. 
 

Elizabeth  pomogła  Helene  nakryć  do  stołu.  Próbowała  wyczytać  coś  z  wyrazu  jej 

twarzy,  ale  bez  powodzenia.  Jeszcze  przez  jakiś  czas  odpowiedź  Larsa  miała  być  dla  niej 
tajemnicą. 
 

 

 

Schody  na  poddasze  były  o  tak  wczesnej  porze  pogrążone  w  mroku  i  panował  tu 

chłód. Elizabeth niosła na ramieniu pelerynę dla Liny. Ponieważ okazało się, że krawcowa w 
ciągu najbliższych miesięcy będzie zajęta, Elizabeth sama zabrała się do szycia. Cieszyła się 
jak dziecko, ze sprawi służącej taką niespodziankę. Pół nocy spędziła przy krosnach; chciała 
sprezentować Linie pelerynę właśnie tego dnia, pierwszego grudnia. Został już tylko miesiąc 
1883 roku, ostatni miesiąc państwa Liny. 
 

Gdy Elizabeth weszła do kuchni, poczuła zapach świeżo parzonej kawy. Uśmiechnęła 

się  i  już  miała  się  odezwać,  gdy  nagle  chwyciły  ją  mdłości.  Odrzuciła  pelerynę  na  poręcz 
krzesła  i  wybiegła  na  dwór.  Czuła,  że  żołądek  podchodzi  jej  do  gardła,  a  po  chwili 
zwymiotowała. Do oczu napłynęły jej łzy. Kiedy złapała oddech, sięgnęła po  garść śniegu i 
obmyła usta. Wtedy uzmysłowiła sobie, ze za jej plecami stoi Kristian. 
 

- Co ci się stało? 

 

- Nic takiego. – Wyprostowała się i chciała wyminąć męża, ale ją zatrzymał. 

 

- Przecież widziałem, ze wymiotowałaś. 

 

Odsunęła go delikatnie i ruszyła w stronę drzwi wejściowych. 

 

-  Pewnie  znowu  całą  noc  siedziałaś  przy  krosnach!  –  rzekł  z  naganą  w  głosie.  – 

Dlaczego  w  ogóle  się  nie  oszczędzasz?  Przez  całą  jesień  pracowałaś  bez  wytchnienia.  W 
końcu opadniesz z sił. 
 

- Ciii. Nie wszyscy muszą wiedzieć, o czym rozmawiamy. 

 

Zamilkł, a ona ujęła jego dłoń w swoją. 

 

- Kristian, chciałam zaczekać na lepszą okazję, ale w tej sytuacji powiem ci od razu. 

 

Spostrzegła niepokój w jego oczach. 

 

- Spodziewam się dziecka! 

 

Zanim  jej  słowa  do  niego  dotarły,  minęła  dłuższa  chwila.  Naraz  twarz  Tristana 

rozjaśnił szeroki uśmiech i mężczyzna uścisnął żonę tak mocno, że aż jęknęła. 
 

- Udusisz mnie – zaśmiała się. 

 

Puścił  ją  od  razu,  przepraszając,  po  czym  uścisnął  raz  jeszcze.  Równie  mocno. 

Zastanawiała się, czy w jego oczach naprawdę lśnią łzy, czy to tylko przywidzenie. Tak czy 
inaczej nie zamierzała tego komentować. 
 

- Nie rozgłaszaj jeszcze tej nowiny – poprosiła. – Zaczekajmy trochę. Najpierw sami 

będziemy się tym cieszyć. 
 

-  Sami?  –  powtórzył  z  niedowierzaniem  w  głosie.  –  Nie  wiesz,  że  radość  jest  tym 

większa, im więcej ludzi ją dzieli. Już teraz jest dwa razy większa, bo ja się dowiedziałem, a 
kiedy  powiemy  innym…  Zresztą  wszystko  jedno.  Idziemy  do  kuchni,  żeby  to  uczcić.  Nie, 
dziś zjemy śniadanie w salonie. 
 

- Ty wariacie! Co to to nie. Może obiad. Zobaczymy. 

 

Okazało  się,  że  tajemnice  trudno  będzie  zachować.  Helene  natychmiast  zorientowała 

się, ze coś się święci. 
 

- Co za sekret tam macie? – spytała, stawiając talerze z kaszą na stole. 

background image

 

81

 

-  Nic  takiego  –  powiedziała  szybko  Elizabeth  i  musiała  się  odwrócić,  żeby  uniknąć 

badawczego spojrzenia przyjaciółki. 
 

Dopiero  gdy  wszyscy  usiedli  przy  stole  po  modlitwie,  Elizabeth  skinęła  głową 

Tristanowi. Jego twarz się rozpromieniła. W świetle wiszącej pod sufitem lampy jego włosy 
lśniły na niebiesko. Kristian jest pięknym mężczyzną, pomyślała Elizabeth. Ciekawe, czy to 
będzie chłopiec, czy dziewczynka? I po kim odziedziczy włosy: jasne po niej czy ciemne po 
ojcu? 
 

Kristian rozejrzał się dookoła, uśmiechnął się, ukazując lekko krzywy ząb. 

 

- Elizabeth spodziewa się dziecka – oznajmił bez żadnych wstępów. 

 

W kuchni zapadła cisza, a potem posypały się gratulacje. Wszyscy mieli uśmiechnięte 

twarze. Elizabeth poczuła się trochę zakłopotana. 
 

- Nie trzeba się tak przejmować – rzuciła zarumieniona. 

 

- Nareszcie będę miała siostrzyczkę albo braciszka! – piszczała Ane. – Musimy zaraz 

wymyślić imię. Co na to powiecie? 
 

-  Usiądź  –  powiedziała  Elizabeth  stanowczym  głosem.  –  Tak  się  nie  zachowujemy 

przy stole. 
 

Ane usiadła. 

 

- Uważam, że powinien mieć imię po dziadku z Nymark, jeśli to będzie chłopiec. Albo 

po matce Kristiana, jeśli to będzie dziewczynka – oświadczyła. 
 

Elizabeth i Kristian wymienili spojrzenia. 

 

- W takim razie to będzie albo Andres albo Rebekka. 

 

- A ja znowu zostanę ciocią – cieszyła się Maria. 

 

- A rodzice chrzestni? – dopytywała się Ane. 

 

-  Jeszcze  się  nad  tym  nie  zastanawialiśmy,  ale  na  pewno  ktoś  z  domowników. 

Zobaczymy. 
 

- Ja uważam, że najlepsi będą Helene i Lars – ciągnęła Ane. 

 

-  Widzę,  ze  masz  zdanie  na  każdy  temat  w  tej  sprawie  –  stwierdził  Kristian  ze 

ś

miechem. 

 

Elizabeth  była  pełna  radości.  Zerknęła  na  Ane.  Może  za  pól  roku  będzie  ją  mogła 

nazywać starszą córką? To bardzo dobrze brzmiało. 
 

-  Uważam,  że  tak  byłoby  najlepiej  –  kontynuowała  niezrażona  Ane.  Przełknęła 

właśnie kolejną łyżkę kaszy i dodała: - Zwłaszcza, że są narzeczonymi. 
 

W kuchni zapadła cisza. Maria pierwsza pospieszyła z gratulacjami, za nią Lina. 

 

- A ty skąd wiesz? – zapytał uśmiechnięty Lars, klepiąc Ane po policzku. 

 

-  Nietrudno  było  się  domyślić!  Myśleliście  pewnie,  że  nikt  nie  widział,  jak  się 

trzymacie za ręce pod stołem i jak się całujecie za obora, ale ja… 
 

-  Może  już  lepiej  o  tym  nie  mówmy  –  przerwała  jej  Helene.  –  teraz  najważniejsi  są 

Elizabeth  i  Kristian.  chcesz  jeszcze  kawy?  –  spytała  przyjaciółkę  i  wyciągnęła  rękę  z 
imbrykiem. Ale Elizabeth przykryła kubek dłonią. 
 

- Nie, dziękuję, Helene. Jakoś nagle przestałam lubić kawę. 

 

- Biedactwo. Zrobić ci herbaty? 

 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Dziękuję. Na szczęście najgorsze dziś już za mną. 

 

- Kiedy urodzisz? – spytała Lina, żeby, odwrócić uwagę od Helene. 

 

- W czerwcu. 

 

- Ja też się urodziłam w czerwcu! – rozpromieniła się Ane. 

 

- Trzeci miesiąc – mruknął Kristian. 

 

Elizabeth zarumieniła się, przypominając sobie wrześniową noc, kiedy to się zapewne 

zdarzyło. 

background image

 

82

 

-  Trzy  miesiące  będą  pod  koniec  grudnia  –  powiedziała.  I  zrobiła  to  samo  co  Lars  i 

Helene:  wzięła  Kristiana  za  rękę.  Pod  stołem.  I  od  razu  poczuła  się,  jak  świeżo  zakochana 
dziewczyna. 
 

Pojawiła  się  zorza  polarna.  Elizabeth  dostrzegła  ją,  zanim  poszła  do  łóżka. 

Obserwowała  niebo,  stojące  przy  oknie.  Kristian  traktował  ją  w  tym  tygodniu,  jakby  była  z 
najkruchszej porcelany. 
 

- Nie możesz mnie tak traktować – powiedziała. – Bo zrobię się tłusta i leniwa. A poza 

tym przeszkadzasz mi w pracy. 
 

- Będziesz równie piękna, nawet jeśli zrobisz się tłusta i leniwa, Elizabeth. A poza tym 

nie powinnaś pracować. Masz odpoczywać i cieszyć się, że urodzisz nasze dziecko. 
 

Zawarli  umowę.  Miała  unikać  dźwigania,  ale  poza  ty,  pracować  tak  jak  przedtem. 

Kristian  w  końcu  na  to  przystał,  chociaż  Elizabeth  potrzebowała  sporo  czasu,  żeby  go 
przekonać. 
 

- Tego wieczoru nie żałowali torfu i dobrze ogrzali poddasze tak, że panowała na nim 

przyjemna temperatura. Kristian pogłaskał ją po brzuchu. Przy odrobinie dobrej woli można 
już było wyczuć, że brzuch się trochę powiększył. Odłożyła już zresztą na bok najciaśniejsze 
sukienki, bo zrobiły się niewygodne. Na szczęście przestały jej dokuczać poranne mdłości. 
 

-  Pamiętasz,  jak  wymiotowałam?  –  spytała.  –  Myślałem,  że  to  dlatego,  że  szyłam 

przez całą noc. 
 

Zaśmiał się cicho. 

 

-  A  gdy  prawda  wyszła  na  jaw,  niemal  zapomniałam  dać  Linie  pelerynę!  Mój  Boże, 

jak się cieszyła, kiedy ją dostała. 
 

- Nie mogę się doczekać, kiedy dziecko zacznie się ruszać. To będzie takie niezwykłe 

– rozmarzył się Kristian. 
 

Uśmiechnęła się do niego. 

 

- Na to trzeba jeszcze trochę poczekać. Może nawet parę miesięcy. 

 

Przytulił ją mocno. 

 

- Uczyniłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, wiesz o tym, Elizabeth? 

Mam najpiękniejszą żonę na świecie. I za chwilę będę miał dwoje najpiękniejszych dzieci. 
 

Elizabeth ucieszyła się, że uwzględnił Ane. Niepokoiła się trochę, czy Kristian jej nie 

odsunie  na  drugi  plan,  gdy  pojawi  się  maleństwo.  Ane  była  przecież  tylko  jego  przyrodnią 
siostrą, nie córką. Ale Kristian jest szlachetnym człowiekiem, pomyślała z czułością.  
 

- Jak myślisz, co się urodzi? – spytała. 

 

- Chłopiec albo dziewczynka. 

 

- Nie wygłupiaj się. 

 

- Wszystko mi jedno. Byle tylko dziecko było zdrowe i dobrze rosło, będę dziękował 

panu za każdy dzień. 
 

Elizabeth  zarzuciła  mężowi  ramiona  na  szyję,  położyła  policzek  na  jego  piersi  i 

zamknęła oczy. 
 
 

Następnego  dnia  Elizabeth  chodziła  zamyślona.  Miała  w  zanadrzu  jeszcze  jedną 

niespodziankę,  ale  nie  wiedziała,  jak  ją  ogłosić.  Ostatnio  było  o  tak  dużo  zamieszania  z 
powodu dziecka i zaręczyn Helene i Larsa. 
 

Elizabeth  bardzo  się  cieszyła  odmianą  losu  przyjaciółki.  Helene  wiele  w  życiu 

przeszła i bardziej niż jakakolwiek inna kobieta zasługiwała na szczęście. Najwyraźniej Lars 
pogodził  się  z  tym,  ze  nie  będzie  mogła  mieć  dzieci.  Elizabeth  właściwie  spodziewała  się 
takiej decyzji. Lars był przecież dobrym człowiekiem. 
 

Jej niespodzianka nie mogła już dłużej czekać, zdecydowała. List trzymała w kieszeni, 

dostała wprawdzie wczoraj, ale nie było odpowiedniej okazji, by o nim powiedzieć. 

background image

 

83

 

Zawołała  wszystkich  do  kuchni.  Służące  odłożyły  pracę.  Lars  i  Kristian  wychodzili 

właśnie  zastawić  cieci,  ale  obaj  się  zatrzymali.  Teraz  domownicy  siedzieli  dokoła  stołu  i 
czekali na to, co Elizabeth ma do powiedzenia. 
 

-  Mam  dla  was  nowinę  –  zaczęła.  –  Trzy  miesiące  temu  napisałam  list,  a  teraz 

dostałam odpowiedź. – Chrząknęła. – te święta będą inne niż zwykle. – Przerwała na chwilę i 
wyjęła z kieszeni list. – Napisałam do Kabelvaag do twojego narzeczonego, Lina. Zaprosiłam 
go  do  nas  na  święta.  Dom  jest  przecież  gotowy.  Po  Bożym  Narodzeniu  będziecie  się  tam 
mogli  wprowadzić.  -  Nie  zauważyła,  jak  Kristianowi  zmieniła  się  twarz,  i  mówiła  dalej:  - 
Poczta idzie wolno, więc dopiero dostałam odpowiedź. Andreas będzie tu jutro! 
 
POSŁOWIE 
 
 

Pożar  w  Kabelvaag,  który  wybuchł  15  lipca  1883  roku  to  fakt  histeryczny.  Pożar 

zauważono niedługo po północy. Na szczęście wszyscy zdążyli opuścić swoje domy. W porę 
nie  obudziła  się  tylko  jedna  dziewczyna,  która  omal  nie  spłonęła.  Na  szczęścia  została 
uratowana, a ja pozwoliłam sobie dopisać, że jej wybawcą był Andreas. 
 

Po poprzednim pożarze, który miał miejsce w 1879 roku, sprowadzono pompę, która 

miała  zapobiec  nowej  katastrofie.  Nie  konserwowano  jej  jednak  należycie,  więc  cztery  lata 
później nie nadawała się do użytku. 
 

Trudno powiedzieć, ile domów i rybackich szop spłonęło, bo wiele z nich nie zostało 

ubezpieczonych. Wiadomo, że spaliło się 46 ubezpieczonych budynków. 
 

Z  czasem  wyszło  na  jaw,  że  ogień  został  celowo  zaprószony.  Winni  byli  i  krawiec 

Andersen i jego przyjaciel Andersen, którzy chcieli wyłudzić ubezpieczenie. Zaplanowali, że 
pod nieobecność Andersena i jego żony z jeden z pomocników zaprószy ogień w ich domu. 
Ale plan się nie powiódł. Andersena oskarżono nie tylko o oszustwo, ale  też o morderstwo. 
Obaj winowajcy zostali skazani na dwanaście lat robót przymusowych i osadzeni w więzieniu 
w Trondheim. 
 

Lofoty, czerwiec 2003 

 

Trine Angelsen