background image

 

 

STAŁO SIĘ JUTRO 

 

(zbiór drugi) 

 

 

SCAN-dal.prv.pl 

background image

KONRAD FIAŁKOWSKI 

CZŁOWIEK Z AUREOLĄ

 

 

...Tak,  to  ciekawe...  Uważa  więc  pan,  profesorze,  że  pana  złota  klatka  jest  tyle  warta  co 

dziurawy garnek, że po ogrodzie przy pana laboratorium, po ogrodzie, przeznaczonym do rozmyślań 

o  przestrzeni  zakrzywionej,  w  tę  lub  tamtą  stronę  snują  się  podejrzani  osobnicy.  -  Pułkownik 

przerwał swój spacer po gabinecie i stanął przy oknie.  

- Powiedziałem nieznani. - Zza swego biurka profesor widział jego sylwetkę na tle dalekich, 

fioletowych, oświetlonych wieczornym słońcem gór.  

- Obojętne, nieznani znaczy podejrzani. - Pułkownik chwilę jeszcze stał nieruchomo, a potem 

podszedł do kontaktu i zapalił światło.  

Dopiero teraz profesor spostrzegł rozpięty guzik munduru pod szyją pułkownika.  

- W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to nowy pomocnik ogrodnika.  

- Wykluczone. Moi pracownicy są zdyscyplinowani. Pilnują pana w sposób niedostrzegalny i 

nigdy  nie  pozwoliliby  sobie  na  tego  rodzaju  nietakt,  by  swoim  widokiem  zakłócać  pana  twórcze 

rozważania.  

W tej chwili znowu profesor Trot zdał sobie sprawę, jak bardzo nie cierpi pułkownika.  

Odpowiedział jednak spokojnie:  

- Jak zwykle  ma pan rację, pułkowniku. To nie był pomocnik ogrodnika ani ogrodnik, ani 

żaden z pana korpulentnych sprzątaczy. Nikt z personelu mego laboratorium.  

-  Przepraszam,  profesorze  -  Trot  spostrzegł,  że  pułkownik  przygląda  mu  się  badawczo:  - 

Jeżeli dobrze pamiętam, był wtedy świt, szarawy świt. Wyszedł pan na taras, a on stał w odległości 

około piętnastu metrów pod krzakiem róży "Ramzes".  

- Podziwiam pana pamięć, pułkowniku Hogan.  

-  W  każdym  razie  nie  mógł  pan  widzieć  jego  twarzy.  Personel  laboratorium  jest  stale 

zmieniany, nie zna więc pan tych ludzi.  

- Chce pan wiedzieć, dlaczego twierdzę, że to był człowiek z zewnątrz? Czy tak?  

- To by mnie interesowało - pułkownik uśmiechnął się.  

Powiem  mu,  powiem  mu,  chociaż  i  tak  zapewne  mi  nie  uwierzy,  ale  wreszcie  pójdzie  do 

diabła  i  będę  miał  spokój  -  pomyślał  Trot  i  zrobiło  mu  się  weselej,  gdy  wyobraził  sobie  minę 

pułkownika.  

-  Widzi  pan  -  Trot  mówił  teraz  cicho,  tak  cicho,  że  słychać  było  szmer  wentylatora 

wirującego na biurku. - Otóż ani moi asystenci, ani pana ludzie nie mają aureoli.  

background image

- Przepraszam, czego ?  

- Aureoli.  

- Nie rozumiem. - Pułkownik był całkowicie zdezorientowany.  

- Można to określić jako świetlisty krąg wokół głowy. Subtelna świetlista otoczka.  

- Pan żartuje, profesorze.  

A teraz jest zły, naprawdę zły - pomyślał Trot i sprawiło mu to wyraźną satysfakcję.  

- Ja, pułkowniku, nie żartuję nigdy, prawie nigdy. - Nie patrzył  już na pułkownika,  lecz w 

okno na góry, które szarzały w przedwieczornym zmierzchu.  

- To niemożliwe, profesorze. Ludzie nie mają aureoli.  

-  Przynajmniej  większość  ludzi  -  poprawił  Trot  i  pomyślał,  że  teraz  właśnie  pułkownik 

wreszcie wyjdzie z gabinetu. Jednak Hogan nie wyszedł. Stał chwilę milcząc, a potem podszedł do 

biurka i patrząc z góry na profesora zapytał:  

- I co pan wtedy zrobił?  

Trot zawahał się przez moment.  

- Krzyknąłem: "Niech pan chwilę zaczeka", i wszedłem do laboratorium, by wziąć ze stołu 

aparat fotograficzny.  

- Tak. Rzeczywiście. Usłyszał to jeden z moich... powiedzmy, z naszych pracowników. I co 

dalej ?  

- Niestety, nic. Gdy wróciłem z aparatem, w ogrodzie nikogo już nie było.  

Dopiero teraz Trot spostrzegł, że Hogan poczerwieniał.  

- Tam w ogóle nikogo nie było, profesorze. Pan sobie żartuje. Zamieszanie, raport do władz. 

- Głos jego stawał się coraz bardziej zduszony. - Laboratorium jest tak strzeżone, że to, co pan mówi, 

jest wykluczone, absolutnie niemożliwe. Tam nie mogło być nikogo ! I jeszcze ta aureola...  

-  Próbuje  mnie  pan  przekonać,  pułkowniku?-  Jeszcze  trochę  i  będę  go  mógł  wyrzucić  z 

gabinetu - pomyślał Trot.  

- Ależ, profesorze. Niech pan pomyśli: aureola! To przecież dziecinne. - Hogan siadł w fotelu 

i ujął głowę w dłonie.  

Gladiator, gladiator, któremu kazano myśleć. Trot spojrzał na Hogana beznamiętnie jak na 

aktora w ekranie telewizora.  

- To typowe - powiedział. - Pan jest typowym dwudziestowiecznym racjonalistą, pułkowniku 

Hogan.  Jest  pan  przekonany,  że  wszystko,  co  na  tym  świecie  było  do  wyjaśnienia,  zostało 

wyjaśnione, a reszta to bajki.  

- Ależ, profesorze.  

background image

-  Tak.  Dokładnie  tak.  Ale  na  takich  ludziach  jak  pan  opiera  się  nasza  cywilizacja  -  dodał 

ciszej  Trot,  a  potem  siedział  jeszcze  nieruchomo  za  biurkiem,  gdy  kroki  Hogana  ucichły  już  na 

korytarzu.  

I wtedy zauważył że w rogu pokoju, tuż koło biblioteki, stoi człowiek z aureolą.  

 

Lizi  przyszła  jak  zwykle  w  południe.  Trot  czekał  na  nią  zawsze  ze  śladem  niepewności. 

Wiedział,  że  kiedyś  nie  przyjdzie,  przypuszczał  jednak,  że  prawdopodobieństwo tego  jest  jeszcze 

znikomo  małe.  Pracował  trochę  rano  i  jego  biurko  zarzucone  było  papierami.  Lizi  pozbierała 

fragmenty  obliczeń  rozrzucone  po  dywanie  i  wtedy  dopiero  siadła  naprzeciw  niego.  Nacisnęła 

klawisz radia, a gdy głośnik przekazywał już dźwięki skrzypiec z pełnym natężeniem, powiedziała 

cicho:  

- Porwano Topsa i Minera.  

- Skąd wiesz? - zapytał po chwili równie cicho.  

- Od człowieka Hogana.  

- Sądzisz, że teraz na mnie kolej ?  

- Niewykluczone - powiedziała zupełnie spokojnie i Trot miał jej to za złe.  

Dźwięki skrzypiec stawały się coraz głośniejsze, nie do wytrzymania. Słuchał ich bawiąc się 

bezmyślnie ołówkiem.  

- Zastanawiasz się, czy był sens zaczynać to wszystko? zapytała.  

- Nie, ta decyzja jest już poza mną. Podjąłem ją wtedy, gdy pierwszy raz rozmawiałem z tobą. 

Pamiętasz...  

- Tak, tak sądzę. A co do nowej partii wzorów włożyłam je, jak zwykle, w drugi tom "Dzieł 

zebranych" Einsteina. Będziesz pamiętał ?  

- Tak, oczywiście.  

-  Musisz  zdążyć.  To  najważniejsze.  Te  wzory  prowadzą  już  bezpośrednio  do  syntezy 

antymaterii. Słyszysz?  

- Tak.  

- No, to świetnie - uśmiechnęła się. - Gdy je opracujesz, nasze dzieło zostanie zakończone.  

- Nasze dzieło... Czy jesteś pewna, Lizi, że to jest właśnie... że o to nam chodziło?  

- Nie rozumiem cię. Skąd nagle te wątpliwości? Przecież wiesz, mówiłam ci wielokrotnie, że 

antymateria to klucz do prawdziwie nowoczesnej techniki.  

- Oczywiście, ale na przykład Hogan...  

- Co Hogan ?  

- On i antymateria. Wyobrażasz to sobie?  

background image

- Niezupełnie ciebie rozumiem. Dobrze, niech będzie Hogan. W końcu taki jak wielu innych. 

Nawet dość przystojny.  

-  Och,  Lizi.  żyjesz  tu  już  tyle  lat,  a  mimo  to  mam  niekiedy  wrażenie,  jakbyś  przyjechała 

dzisiaj... - przerwał i zaczął słuchać uważnie komunikatu, który zastąpił w radiu skrzypce.  

... a teraz podajemy komentarze prasy. Przekazana dzisiaj rano przez agencję wiadomość o 

zniknięciu w ciągu ostatniej doby pięciu fizyków atomowych wzbudziła niepokój opinii publicznej. 

Joachim  Reed  omawiając  tę  sprawę  na  łamach  "Up  and  Down"  stwierdza,  że  mimo  starannych 

poszukiwań  nie  natrafiono  na  najmniejszy  ślad  zaginionych.  Szczególnie  sensacyjna  wydaje  się 

sprawa doktora Topsa. Tops zniknął w czasie pracy ze swego strzeżonego gabinetu. Funkcjonariusz 

Dowel, który pierwszy zauważył nieobecność doktora i przeszukał gabinet, twierdzi, że spostrzegł na 

biurku dymiącą jeszcze fajkę oraz rozrzucone notatki. Gdy wrócił do gabinetu z wezwanym szefem 

ochrony, fajki ani papierosów już nie było...  

- Wyłączę to - powiedziała Lizi i nacisnęła klawisz wyłącznika. - Pięciu, i to jednego dnia, to 

dużo. Musieli zdobyć  jakieś  nowe informacje. - Spojrzała na Trota. - Nie przejmuj  się tym aż tak 

bardzo. W najgorszym wypadku na dorocznym zjeździe atomistów w Toropa brać będą udział sami 

emeryci. Pojadę tam jako... hm... wdowa po tobie.  

- Bez głupich kawałów, Lizi.  

- Nie lubisz prawdy w formie bezpośredniej. To dla twego wieku charakterystyczne.  

- Nie żartuj. Wiesz o tym, że teraz już moja kolej. - Dopiero gdy przekażesz wzory. Pamiętaj 

o tym.  

-  A  reszta  nieważna.  Co  dalej  będzie,  to  cię  nie  interesuje?  -  zapytał  i  wiedział,  że  to  jej 

rzeczywiście nie interesuje.  

Wzruszyła ramionami.  

- Cóż chcesz, mój drogi. W ciągu dwu lat stałeś się jednym z najwybitniejszych uczonych na 

tym kontynencie. To chyba warte jest tej ceny. Nie sądzisz?  

- Przestań !  

-  W  każdym  razie  znasz  spakowaną  walizeczkę  w  swoim  gabinecie.  Kilka  koszul,  sweter, 

skarpetki.  Ostatnio  dołożyłam  ci  spinki  do  mankietów.  Staram  się  być  dobrą  żoną,  a  ty  tego  nie 

zauważasz.  Nie  wiem  tylko,  czy  pozwolą  ci  to  wszystko  zabrać.  Chociaż  jeśli  Topsowi  pozwolili 

zabrać fajkę...  

Trot  patrzył  w  jej  twarz,  wielkie  szarawe  oczy  i  wystające  kości  policzkowe.  "Muszę  być 

spokojny - powtarzał sobie. - Teraz i tak niczego już nie zmienię" - i w pewnej chwili poczuł, że jest 

już spokojny.  

background image

- Obawiam się - powiedział - że Tops będzie miał kłopot z tytoniem. Przepadał za dobrym 

tytoniem.  

A  gdy  spostrzegł,  że  Lizi  patrzy  nań  badawczo,  dodał:  -  Wiesz,  poproszę  tu  Hogana. 

Porozmawiamy sobie trochę na interesujące go tematy.  

- Czy nie sądzisz, że byłoby lepiej, gdyby te wzory...  

- Daj  mi spokój ze wzorami. Na to też przyjdzie  czas. Jesteś niecierpliwa  jak... zwyczajna 

kobieta.  

Trot wcisnął klawisz wizofonu.  

- Z pułkownikiem Hoganem... - powiedział.  

- Jestem, profesorze - twarz Hogana wypełniła cały ekran.  

- I co pan na to?  

- Jest pan zaniepokojony, profesorze?  

- Zaniepokojony? Skądże. Chciałbym jednak zobaczyć się z panem, tu u mnie.  

- Dobrze, profesorze. Już idę. - Ekran zszarzał.  

- Zaraz tu będzie. Porozmawiamy sobie. - Trot powiedział to z pewną satysfakcją.  

- Może przekaż przez niego wzory. To może być ostatnia szansa. - Przesadzasz, Lizi. Oni nie 

są wszechwiedzący.  

-  Ale  są  systematyczni,  śmiertelnie  systematyczni.  To  chyba  ich  najbardziej 

charakterystyczna cecha.  

W drzwiach stanął Hogan.  

- Jestem, profesorze. O, pani Lizi?!  

- Od kiedy odizolowaliście go w sposób niemal absolutny, muszę go tutaj odwiedzać.  

- Przykro nam, lecz to konieczne dla bezpieczeństwa profesora. - Tak, oczywiście. Obawiam 

się  tylko,  że  za  kilka  dni  przestaniecie  mnie  tu  wpuszczać.  Czy  nigdy  nie  wydawałam  się  panu 

podejrzana?  

Hogan uśmiechnął się i był to uśmiech przeznaczony dla Lizi. "Ma atawistycznie rozwinięte 

kły" - pomyślał profesor.  

- Szczerze mówiąc - Hogan uśmiechał się dalej - pani przeszłość nie jest przejrzysta.  

- Ależ, pułkowniku...  

- Oczywiście. Źle się wyraziłem. Pani przeszłość jest po prostu nie do udokumentowania. Od 

urodzenia towarzyszy pani  mniej dokumentów niż statystycznemu obywatelowi tego kraju. Ale w 

naszym demokratycznym państwie jest to dopuszczalne.  

background image

-  Widzisz,  mówiłam.  Pewnego  dnia  nie  wpuszczą  mnie  do  ciebie.  -  Oczywiście  żartuję. 

Poznała  pani  profesora,  zanim  stał  się  dla  nas  tak  niezwykle  cenny.  To  w  pewnym  sensie  stawia 

panią poza sferą naszych zainteresowań.  

- A może - Lizi spojrzała na Trota - może dzięki mnie znalazł się on w tej pana sferze?  

"Patrzy na mnie jak na tresowaną małpę" - pomyślał Trot i wtedy odczuł satysfakcję z tego, 

co się zdarzyło wieczorem, z drugiego spotkania z człowiekiem z aureolą.  

- Oczywiście, była pani profesorowi natchnieniem w jego twórczości.  

- W pewnym sensie. Prawda, profesorze?  

Teraz wiedział  już, że postąpił słusznie. "Ona  nigdy, nigdy  nie traktowała  mnie poważnie. 

Byłem zawsze dla niej... zabytkiem" pomyślał.  

- Lizi - powiedział - mamy z pułkownikiem poważne sprawy do omówienia.  

- Nie przeszkadzam. Mam nadzieję, że zobaczymy się jutro. Ja przyjdę na pewno. - Ostatnie 

zdanie zaakcentowała i Trot zrozumiał, że Lizi nie spodziewa się już jutro ujrzeć go w tym gabinecie.  

Obejrzała się jeszcze przez ramię i wyszła.  

- Zainteresowałem się aureolami - powiedział Hogan.  

- Pan? hartuje pan, pułkowniku.  

- Mówię poważnie. Nie tylko pan, profesorze, widział człowieka z aureolą.  

- A więc wierzy mi pan teraz ?  

- Czy to istotne? Ma pan rację. Miałem wątpliwości. Ale to już u mnie w pewnym stopniu 

skrzywienie zawodowe.  

- I pozbył się pan tych wątpliwości ?  

- Tak.  

- No i... ?  

-  Cóż,  przestudiowałem  zagadnienie.  O  aureoli  nie  napisano  zbyt  wiele.  W  sztuce 

chrześcijańskiej  pojawiła  się  gdzieś  w  czwartym  wieku.  Sam  pomysł  pochodzi  z  buddyzmu.  To 

chyba wszystko.  

- Ma pan zadziwiające wiadomości.  

- Staramy się być wszechstronni.  

-  Tak,  ja  też  się  nad  tym  zastanawiałem.  Oczywiście  po  amatorsku,  bez  wiadomości 

źródłowych. Nad panem mam może tę przewagę, że ja widziałem człowieka z aureolą.  

- I jakie pana wnioski?  

- Na najstarszych obrazach aureola występuje w postaci krążka, bez względu na położenie 

głowy, obojętne, czy twarz jest z profilu, czy en face. Wniosek jest oczywisty. Teraz Hogan spojrzał 

na profesora badawczo. "Ten gladiator nie jest taki głupi" - pomyślał Trot.  

background image

-  Ciekawe  -  Hogan  mówił  teraz  powoli.  -  To  fakt,  że  aureolę  miewali  ludzie  co  najmniej 

niezwykli, dlatego później kojarzono ją ze świętymi.  

-  Pan  sprawnie  myśli,  Hogan  -  pochwalił  go  profesor.  Specjalnie  pana  w  to  wszystko 

wprowadziłem, żeby się pan mógł osobiście o wszystkim przekonać.  

- Nie rozumiem. Czy chce pan przez to powiedzieć, że pan, profesorze, wie... - Hogan cofnął 

się ku drzwiom.  

- Teraz przepadło. Pan wie i oni wiedzą o tym. Nie wyjdzie pan już stąd. Wciągnąłem w to 

pana i z tego nie ma wyjścia.  

-  Wolne  żarty,  profesorze  -  Hogan  odwrócił  się  w  kierunku  drzwi,  lecz  w  drzwiach  stał 

człowiek,  niski  mały  człowiek  w  szarym  kombinezonie  i  z  głową,  która  wyglądała  na  nieco 

zdeformowaną.  

- Kto... kto pan jest? - Hogan wyszarpnął z kieszeni mały, czarny rewolwer. Wyszarpnięte z 

rewolwerem przedmioty: jakiś kalendarz i duża biała chustka, upadły na dywan.  

-  Schowaj,  Hogan,  tę  spluwę  -  powiedział  człowieczek.  Będę  ją  musiał  rozwalić  i 

przypadkiem mogę ci rękę uciąć. No!  

- Ręce na kark, bo strzelam! - Hogan powiedział to spokojnie i Trot pomyślał o nim, że ma 

zdrowe  nerwy.  Mały  człowieczek  wysunął  z  rękawa  bluzy  coś,  co  nie  było  ręką.  Jego  ruch  był 

szybki, zbyt szybki jak na człowieka. Hogan nie zdążył nawet nacisnąć spustu, gdy niewidoczna siła 

wytrąciła mu rewolwer z dłoni. Cios był tak silny, że Hogan zachwiał się.  

- Spokojnie, Hogan. Tylko bez wygłupów. Widzisz, że są lepsi od ciebie.  

- Ma pan świetnie opanowany język współczesny - powiedział Trot.  

- Uczyłem się go z waszych książek. Powiedz temu Hoganowi, że nagły skok do drzwi nic 

mu nie da, tak samo jak próba zwalenia mnie z nóg. Niech zrozumie, że wsiąkł.  

- On ma rację, pułkowniku - spojrzał na Hogana, który spokojnie masował swoją prawą dłoń.  

- Jesteś wściekle przedsiębiorczy facet - człowieczek mówił teraz do Hogana - ale nie masz 

się po co gimnastykować. Kapujesz?  

- Jak ten kryminalista się tu dostał? Jak pan myśli, profesorze?  

- Normalnie. Przez piąty wymiar - człowieczek odpowiedział natychmiast.  

- O czym on mówi ?  

- Słuchaj, Trot, ten facet jest zupełnie zielony.  

- On jest, pułkowniku, z przyszłości. Rzeczywiście nie przypuszczam, żeby mógł pan coś na 

to wszystko poradzić.  

- Zawołam ludzi !  

background image

- Ta przestrzeń jest w poślizgu czasowym i stąd nie wypryśniesz - człowieczek mówił to z 

wyraźną satysfakcją.  

- Przypuszczam, pułkowniku, że on mówi prawdę. Jednakże zastanawia mnie brak aureoli u 

tego osobnika.  

- Nie ma pan większych zmartwień, profesorze?  

- W każdym razie to zastanawiające.  

- No, spływamy stąd - człowieczek przerwał profesorowi w pół zdania. - Uwaga, rozpinam 

pole. Nie ruszać się.  

Coś brzęknęło jak tłuczona szklanka i wtedy Trot zobaczył Lizi. Stała przy drzwiach.  

- Android, stop ! Wymazuj pamięć - powiedziała Lizi i człowieczek znieruchomiał.  

- Zgłaszam stały program zamknięty. Jestem specjalizowany.  

- Polecam: wymazuj ! - powtórzyła.  

- Wykonuję - odpowiedział  człowieczek  i Trot usłyszał delikatny  szum, szum podobny do 

szumu mrowiska.  

- Coś ty mu zrobiła? - zapytał.  

- Nic wielkiego. Wymazałam mu pamięć. To tylko automat.  

- Jak.., jak pani to zrobiła...? Pani... pani jest stamtąd...  

- Teraz już pan wie, pułkowniku.  

- Zaraz... ja... - Hogan podszedł do drzwi.  

-  Nie  wyjdzie  pan  stąd.  Jesteśmy  dalej  w  poślizgu  czasu.  Nie  przekazałeś  mu  jeszcze 

wzorów? - spojrzała na Trota uważnie. - Nie - odpowiedział Trot po sekundzie wahania.  

- To świetnie. Wyślę go w przyszłość za ciebie.  

- Nie rozumiem.  

- Przeprogramuję automat i on zabierze Hogana. Musisz zinterpretować te wzory.  

- Nie... ja protestuję, nie chcę. Nie dam się stąd zabrać!  

- Przeniesie się pan w przyszłość, bez względu na to, czy chce pan, czy nie. W dwudziesty 

piąty wiek. To zresztą pana obowiązek bronić profesora z narażeniem życia. A pan nie zginie, pan 

będzie żył. W przyszłości są specjalne rezerwaty dla ludzi z wcześniejszych epok. Polowanie, jazda 

konna. radnych trosk. Te rezerwaty są wspólne dla ludzi z pierwszych dwudziestu wieków.  

- Ja z jaskiniowcami z pierwszych wieków?!  

- Pochodzi  pan  z okresu,  w  którym  ludzie  atakowali  swój  gatunek.  Nic  na  to  nie  poradzę. 

Zresztą tam nie jest tak źle. Automaty likwidują większość konfliktów. Pozostawia się ich tylko tyle, 

by nie zatracić atmosfery i kolorytu tamtych czasów. - Lizi uśmiechnęła się pogodnie.  

background image

Wtedy Hogan skoczył. Skoczył ku Lizi, ale android był szybszy. Uderzenie zbiło go z nóg i 

zwalił się twarzą w puszysty dywan.  

- Słuchaj, Lizi, czy to wszystko ma sens ? Przecież oni i tak w końcu mnie znajdą.  

-  Nie  znajdą.  Zrezygnujesz  z  wszelkiej  działalności.  A  jeśli  nawet...  Wtedy  antymateria 

będzie już własnością ludzkości. No i ja... ja zostanę z tobą w tych czasach.  

Trot chciał coś powiedzieć, lecz Lizi przerwała mu:  

-  Potem.  Teraz  muszę  przeprogramować  androida  -  podeszła  do  automatu  i  mocnym 

szarpnięciem odsłoniła jego szarawy pancerz. Android jednym ruchem rąk usunął pancerz i zamarł w 

nienaturalnej pozie.  

- In-struk-cja sie-dem-dzie-siąt pięć - wysylabizował. ,w Trans-tem-po-ry-za.cja czło-wie-ka 

dwu-dzies-to-wlecz-ne-go... Trot patrzył na Lizi i androida. Nagle poczuł cios w głowę. - Uważaj, 

Liz! - krzyknął, ale Hogan był szybszy. Znieruchomiały automat z otwartym pancerzem potoczył się 

pod ścianę...  

- Nie ruszać się ! - Hogan celował do nich ze swego małego rewolweru. Trot podniósł się 

wolno. "Działając pod wpływem strachu ten gladiator gotów jest nas zastrzelić" - pomyślał i nagle 

zdał sobie sprawę z tego, że jest mu to obojętne.  

-  Pod  ścianę.  Ty  też,  profesorze.  Słuchaj,  dziewczyno,  ja  nie  żartuję.  Nie  mam  nic  do 

stracenia.  

Lizi podeszła do Trota.  

- jak się nazywa ten andro...  

-  Milcz  !  -  Hogan  krzyczał  prawie  histerycznie.  Leżący  pod  ścianą  android  monotonnie 

sylabizował:  

-  I-den-ty-fi-kac-ja  o-sob-ni-ka  w  pa-mię-ci  do-dat-ko-wej.  Lo-ka-li-zac-ja  prze-strzen-na 

we-dług roz-po-zna-nia ko-or-dy-na-to-ra. Mo-je has-ło...  

Wtedy Hogan strzelił do androida mierząc w czarny otwór wyjętego pancerza. Trot zauważył 

jeszcze  małe  błyszczące  kryształki  wypadające  na  zewnątrz,  odłupane  uderzeniem  kul.  Android 

zaczął bełkotać.  

- Uszkodziłeś automat!  

- Chciał podać swoje hasło, a to było ci potrzebne do czegoś, nieprawdaż ? Nie ruszaj się !  

- Prymityw - powiedziała Lizi.  

Hogan, patrząc na nią uważnie, zaczął się wycofywać ku drzwiom. Nagle Trat spostrzegł, że 

noga Hogana została sprężyście odrzucona niewidzialną siłą. Hogan zachwiał się.  

- Co to jest?! - zawołał i Trot zrozumiał, że Hogan boi się coraz bardziej.  

- Poślizg czasowy, i co ty na to, pułkowniku?  

background image

- Zlikwiduj to !  

- Ani myślę.  

- Nie żartuj, bo...  

- Zastrzelisz mnie?  

Hogan zastanowił się przez moment. - Nie, zabiję profesora.  

"Zabije mnie" - pomyślał Trot.  

- Liczę do pięciu. Raz... dwa...  

- Czekaj, muszę zobaczyć, co z automatem - Lizi zrobiła krok naprzód.  

- Stój ! Sam zobaczę. Powiedz, co mam robić.  

Lizi  chciała  odpowiedzieć  i  wtedy  Trot  usłyszał  wysoki  dźwięk  podobny  do  dźwięku 

pękającej  szklanki.  Hogan  krzyknął  i  zaczął  znikać  w  białym,  owijającym  go  kokonie.  Po  chwili 

widoczne  były  je  tylko  jego  nogi,  potem  i  one  zniknęły.  Kokon  drgnął  dwa  razy  podrzucany 

skurczami swego wnętrza i znieruchomiał.  

- I widzisz, Lizjocjo, do czego zdolni są ci osobnicy.  

Człowiek,  który  wypowiedział  te  słowa,  stał  pośrodku  gabinetu.  Był  wysoki,  w  szarym 

opiętym kombinezonie, a przezroczysty subtelny hełm wokół jego głowy świecił aureolą.  

Lizi milczała chwilę, a potem zapytała:  

- Co zrobisz z nami?  

-  Odpowiedz  najpierw:  dlaczego  nie  nosisz  hełmu?  Wiesz,  że  to  niedozwolone.  Chcesz 

umrzeć na jedną z chorób tych wieków? - Nie martw się, nie umrę. Chcesz nas zabrać w XXV wiek?  

- Tak. To nie będzie dla ciebie miłe.  

- Przypuszczam, ale to nieważne. I tak ja mam rację.  

- Twierdzisz to nadal, nawet po doświadczeniach z Hoganem?  

- To jest jednostka. Zresztą przyspieszenie rozwoju cywilizacji zmieniłoby ich.  

-  Wątpię.  Przekazanie  im  technologii  wytwarzania  antymaterii  spowodowałoby  znaczne 

komplikacje. Jesteś historykiem-utopistą. - Chciałam spróbować w rezerwatach. Nie pozwoliliście 

mi prowadzić tam eksperymentów.  

-  Ale  to  jeszcze  nie  powód,  by  przenosić  się  w  przeszłość  i  podpowiadać 

dwudziestowiecznym  fizykom  wzory  prowadzące  do  syntezy  antymaterii.  Trudno  to  nazwać 

głupotą. To zbrodnia, Lizjocjo! Na szczęście ci się to nie udało.  

- Nieprawda. Wzory są już w tych czasach!  

- Nie, Lizjocjo. Mam je tutaj. - Człowiek z aureolą wyjął z fałdów kombinezonu kilka kartek 

papieru i pokazał je Lizi. Trot wiedział, że to są te właśnie kartki.  

- Skąd je masz? Skąd wiedziałeś, gdzie ich szukać?  

background image

-  Po  prostu  niektórzy  ludzie  dwudziestowieczni  podzielają  nasz  pogląd  w  sprawie 

antymaterii.  

- Trot? Niemożliwe - Lizi spojrzała na profesora.  

-  Tak,  Trot.  Może  bez  ciebie  nie  byłby  geniuszem,  ale  to  prawdziwy  naukowiec, 

odpowiedzialny za swoje odkrycia.  

- Jak mogłeś? - teraz Lizi zwróciła się wprost do profesora.  

- Przekonał mnie. Wierz mi, Lizi, to nie jest bezpieczne. Podał prosty sposób konstruowania 

pocisków zawierających antymaterię. Ty mówiłaś, że to nie jest możliwe.  

- Nikt ich nigdy nie konstruował.  

Trot chciał odpowiedzieć, lecz człowiek z aureolą przerwał mu:  

- Na szczęście my wiemy, że mogłoby się zdarzyć inaczej. - Nieprawda. Nie wierzę w to. Nie 

doceniacie ludzi.  

- Nie masz racji, Lizjocjo. Doceniamy ich pracę i możliwości. Wiemy, że za sto lat uzyskają 

antymaterię sami. Aha... a co do Hogana, zmieniłem decyzję. Zostanie umieszczony w rezerwacie 

ludzi przedhistorycznych. Myślę, że są tam warunki, w których z łatwością się zaaklimatyzuje.  

 

 

background image

STEFAN WEINFELD 

ZDARZENIE W KRAHWINKEL

 

 

Krahwinkel  jest  małą  wioską  położoną  u  stóp  gór,  tuż  nad  granicą.  Ludzie  tu  są  prości  i 

życzliwi, choć na obcego patrzą nieufnie. Nic dziwnego, przybysze rzadko tu zaglądają. Krahwinkel 

leży z dala od szlaków turystycznych, klimat ma niezbyt przyjemny, bo wiatr z gór daje się we znaki 

nawet  tubylcom  -  kogóż  więc  może  przyciągnąć?  Nie  ma  tu  przemysłu,  nie  ma  nawet  rzemiosła 

artystycznego.  Ludzie  utrzymują  się  przeważnie  z  ogrodnictwa,  hodowli  drobiu  i  pasterstwa: 

kurczaki są pulchne, jak nigdzie w okolicy, a tłuste i bogate w sole mineralne mleko tutejszych krów 

bardzo jest cenione w mleczarni, która niestety znajduje się aż w miasteczku. Zabiera więc mleko od 

wszystkich mleczarz Piotr, poczciwa dusza, choć znany wszystkim plotkarz; odwozi je następnie do 

mleczarni  jedyną  -  przyznajmy,  nie  najlepszą  drogą,  która  łączy  Krahwinkel  ze  światem 

zewnętrznym. To chyba  najważniejsze, co można, by powiedzieć o Krahwinkel - oprócz tego, co 

zostanie opowiedziane niżej. Aha! Nie szukajmy tej wioski w atlasie. Może są inne miejscowości o 

tej samej nazwie na szerokim świecie, ale nasze Krahwinkel jest tak małe, że nie ma go nawet na 

żadnej mapie. Zresztą czy nie jest obojętne, jak nazywają się góry widniejące na horyzoncie - Alpy, 

Apeniny czy Andy? To, o czym opowiem, mogło się zdarzyć wszędzie.  

I może się jeszcze zdarzyć w przyszłości - gdzie indziej. Pierwszy zobaczył to mleczarz Piotr, 

prowadząc jak co dzień za uzdę starą klacz zaprzężoną do wózka. Słońce  jeszcze  nie wzeszło  i w 

szarym  półmroku  widać  było  zaledwie  zarysy  białej  plamy,  która  pokrywała  centralną  część 

najładniejszego klombu Mariesa, ogrodnika. Piotr zatrzymał konia i przyglądał się chwilę. "Wygląda 

na  to  -  pomyślał  -  że  ktoś  Mariesowi  spłatał  paskudnego  figla.  To  chyba  wapno.  Spali  ostatnie 

jesienne kwiaty. Stary się wścieknie". Ruszył dalej, gwiżdżąc ulubionego marsza.  

- Dzień dobry, Piotrze, spóźniłeś się dzisiaj. Oto bańki, czekam na ciebie od dobrych kilku 

minut. Czy stało się coś w mleczarni? - Wdowa Feresowa nie byłaby sobą, gdyby nie wietrzyła we 

wszystkim czegoś nowego.  

- U mnie nic, ale Mariesowi ktoś wylał wapno na klomb z różami. Wścieknie się, kiedy wróci 

do domu - powtórzył mleczarz swoją myśl. I popatrzył w ślad za Feresową, która mruknąwszy coś w 

rodzaju  "a  no!"  pobiegła  do  Czukadów.  -  Za  pół  godziny  cała  wieś  już  będzie  o  tym  wiedziała 

mruknął. "Ale swoją drogą - to świństwo. Można Mariesa nie lubić, to choleryk i każdemu powie coś 

złośliwego, ale co komu kwiaty winne?"  

Kiedy  w  godzinę  później  rozległ  się  na  drodze  terkot  starej  furgonetki  Mariesa,  przy 

ogrodzeniu jego domu stało już kilka kobiet i kilkunastu podrostków. Maries zatrzymał wóz.  

background image

-Co to za zgromadzenie, nie macie innych zajęć - wyskoczył na drogę i doszedł do bramy. 

Przez  poranną  mgiełkę  zaczęło  już  przebijać  się  słońce,  zaostrzając  kontury  zrujnowanego 

kwietnika. - Psia... - zaklął i zwracając się do ludzi zapytał:  

- Kto to zrobił ? No kto ? Nie macie odwagi powiedzieć ? Bydlęta, nie ludzie! Bydlęta...  

Nie  zajmując  się  pozostawioną  na  drodze  furgonetką,  poszedł  do  szklarni,  skąd  po  chwili 

wrócił z dużą szuflą. Oznaczył miejsce na pożółkłym już trawniku i ostrożnie, starannie nabrał na 

szuflę  białej  mazi, pokrywającej klomb. Zaledwie  jednak uniósł  szuflę, zawartość jej wylała się z 

powrotem na klomb. Z rozmachem powtórzył tę czynność - z tym samym wynikiem. W gromadzie 

zebranych gapiów ktoś zachichotał. Maries zdjął marynarkę i rzucił ją na ziemię, a ująwszy łopatę 

spojrzał ze złością na ludzi.  

- Czego się gapicie? Co tu ciekawego? Nie macie swoich zajęć? Tamci jednak nie myśleli 

nawet  o  tym,  aby  pozbawić  się  tak  ciekawego  widowiska.  Maries,  mrucząc  półgębkiem 

przekleństwa, machał zawzięcie szuflą, bez rezultatu starając się zgarnąć na nią pokrywającą klomb 

substancję.  Widzów  tymczasem,  choć  to  był  dzień  powszedni,  przybywało,  a  stłumione  chichoty 

przerodziły się w gromkie wybuchy śmiechu. Maries, nie posiadając się już z wściekłości, porzucił 

szuflę i wytaszczył z garażu mały kombajn ogrodniczy. Przymocował mechaniczną łopatę i zapuścił 

silnik. Potem usadowił się na siodełku i ruszył w kierunku plamy.  

- Cóż to, ma zamiar wykopać cały klomb? - zauważyła ze zdziwieniem jedna z kobiet. Ramię 

łopaty  uniosło  się  w  górę  i  opuściło  w  samym  środku  plamy.  A  potem  zaczęły  się  dziać  rzeczy 

dziwne i tak szybko po sobie następujące, że nikt nie był w stanie uchwycić wszystkich szczegółów. 

Zgadzano się  jednak później co do ogólnego przebiegu wypadków. Stalowa łopata opuszczana na 

plamę zmiękła  nagle,  jak  mięknie plastelinowa  figurka na gorącym piecu,  i  zwisła  bezwładnie  na 

zdeformowanym  ramieniu  kombajnu.  Maź  pociekła  w  kierunku  maszyny  i  oblepiła  stalowy 

płaskownik, na którym umocowane było siodełko. Maries, wyjąc nieludzko, stoczył się na ziemię, 

zerwał na nogi, przebiegł kilkanaście kroków i upadł jak kłoda. Maź zaś skurczyła się jak gdyby i 

powróciła  do  swoich  pierwotnych  granic.  Gdyby  nie  zniekształcony  kombajn  i  nieruchome  ciało 

Mariesa,  można  by  przysiąc,  że  to  tylko  kupa  wapna,  wylana  przez  kogoś  złośliwego  na 

najładniejszy klomb ogrodnika.  

- Tak... tak... tak... - komendant posterunku z niechęcią położył mikrofon na widełki. Był już 

w  wieku,  w  którym  myśli  się  o  emeryturze  i  o  domku  z  ogródkiem.  Właśnie  dlatego  z 

proponowanych mu miejscowości wybrał tę właśnie, jak mu się wydawało, spokojną wioskę. Trzy 

miesiące pobytu tu wystarczały jednak, by rozproszyć złudzenia. Prawda, ludzie tu uczciwi, nie było 

kradzieży, tym bardziej napadów; pech jednak, który go od kilku lat nie opuszczał, dosięgnął go i 

tutaj. Najpierw bójka, podpalenie, wypadek z niewypałem. Teraz ta plama, która jakoby zabija ludzi. 

background image

Trzeba  tam  pojechać.  Cóż  to  może  być?  Pewnie  pozostałość  wojny,  jakiś  gaz  bojowy,  który  nie 

wiadomo jak rozlał się czy też został umyślnie rozlany na kwietniku Mariesa. Stary nie cieszył się 

sympatią  mieszkańców  wioski,  może  miał  wrogów?  Trzeba  będzie  przeprowadzić  śledztwo,  a 

niezależnie  od  tego  wezwać  kogoś  z  miasta,  no  i  oczywiście  zabezpieczyć  teren  do  przybycia 

saperów. Zastanawiał się chwilę, czy dla większego prestiżu pojechać jeepem, czy też ograniczyć się 

do  roweru.  Nie,  nie  samochód:  rower.  Nie  można  tej  sprawie  nadawać  rozgłosu,  nie  można 

wzbudzać paniki. Jest jeszcze wiele pozostałości wojny w okolicy. Zrozumiałe, że dla tutejszych to 

wielki  wstrząs,  ale  on  przecież  był  świadkiem  niejednego  wypadku  spowodowanego  różnymi 

niewypałami. Zresztą nawet jadąc rowerem dotrze na miejsce w ciągu 10 minut.  

Dom Mariesa otaczała już ogromna gromada milczących ludzi. Był i lekarz, który krzątał się 

przy ułożonym na polowym łóżku ogrodniku. Komendant postawił rower przy słupie telegraficznym 

i przecisnął się przez ciżbę, ogarniając wzrokiem sytuację.  

- Żyje?  

-  Żyje  -  odpowiedział  lekarz  -  ale  mało  mu  chyba  brakowało,  aby  się  przeniósł  na  tamten 

świat.  

Komendant wyjął chusteczkę i, przyciskając ją do nosa, zbliżył się ostrożnie do klombu.  

- Pięciu, na ochotnika, do mnie. Trzeba wyciosać kołki i wbić tak, aby można to było otoczyć 

sznurem. Nikt nie powinien do tego podchodzić bliżej niż na dwadzieścia metrów.  

Odwrócił się, by przecisnąć się do swego roweru, gdy wstrzymały go krzyki ludzi. Spojrzał 

ponownie. Przede wszystkim rzuciła mu się w oczy blada jak ściana twarz lekarza, który nieruchomy 

jak słup soli stał, wpatrując się w klomb. Od klombu powoli, ale wyraźnie toczyła się ku niemu maź. 

Było  to  tym  dziwniejsze,  że  klomb  znajdował  się  niżej  od  miejsca,  w  którym  stał  lekarz.  Maź 

wyraźnie pięła się w górę.  

- Uciekaj! - wrzasnął ktoś z tłumu.  

- Uciekaj, uciekaj ! - podjęło kilka głosów.  

Lekarz pobiegł kilka kroków, ale zatrzymał się i powoli powrócił do łóżka, na którym leżał 

Maries. Maź zbliżała się nieustannie.  

- Pomóżcie mu, czego stoicie? - wrzasnęła histerycznie któraś z kobiet. Inna zaczęła głośno 

płakać. Jakiś chłopak wyprysnął spod nóg tłoczących się i dopadł łóżka, ujmując je u wezgłowia.  

Lekarz chwycił je również i obaj jak mogli najszybciej posuwali się z bezwładnym Mariesem 

w  bezpieczną  stronę.  Nie  było  to  junak  już  potrzebne.  Maź  skręciła  i  ruszyła  w  kierunku  okien 

inspektowych. położonych w głębi posiadłości ogrodnika. Jej cienki początkowo strumień rozszerzył 

się w ogromną białą kałużę, która przelewała się z miejsca na miejsce. Po kilku minutach i plama 

background image

majaczyła  z  dala  na  wzgórku  koło  inspektów,  na  klombie  zaś  pozostała  jedynie  uszkodzona 

maszyna. Co dziwniejsze, kwiaty nie były zniszczone.  

- Cofnąć się - rozkazał policjant nieswoim głosem. - I nie wchodzić na teren! Trzeba wezwać 

wojsko.  

 

We  wsi  stacjonowała  kompania  wojsk  chemicznych.  Kilkunastu  żołnierzy  w  maskach, 

wyposażonych w przenośne urządzenia odkażające, kręciło się po ogrodzie Mariesa. Obok rozbito 

namiot, w którym umieszczono laboratorium chemiczne. W największym we wsi domu, u Telesów, 

rozlokował się sztab.  

Komendant, którego wezwano do sztabu, zastał tam, oprócz dowódcy kompanii chemicznej, 

kilku wyższych oficerów. - Siadajcie tutaj ! - powiedział jeden z nich.  

Nie było to przyjemne. Nikomu nie jest przyjemnie, gdy kto mu we własnym domu wydaje 

polecenia.  Komendant  czuł  się  głową  wsi,  najwyższą  tu  władzą.  Ale  co  zrobić,  gdy  najwyższa 

władza musi wezwać na pomoc obcych?  

-  Słuchajcie  uważnie:  zaszły  pewne  okoliczności,  które  zmusiły  nas  do  podjęcia  kroków 

wyjątkowych. W porozumieniu ze stolicą... rozumiecie? W porozumieniu ze stolicą wprowadzamy 

w  tej  wsi  stan  zagrożenia.  Nikt  nie  może  się  stąd  oddalać  i  nikogo  obcego  nie  należy  do  wsi 

wpuszczać. Łączność telefoniczna zostaje na razie przerwana, wszelkie połączenia muszą być z nami 

uzgodnione.  Nie  chcemy  jednak  robić  paniki,  dlatego  potrzebujemy  waszej  pomocy.  Dużo  macie 

ludzi pod sobą?  

- Jeden... jednego posterunkowego.  

- Rozkażcie więc mu, aby ogłosił, że w związku z ważnymi ćwiczeniami wojskowymi ludzie 

powinni  pozostać  w  swoich  domach.  Dostawę  żywności  do  sklepu  zorganizujemy  sami,  sprzedaż 

prowadzona  będzie  pomiędzy  godziną  dwunastą  a  drugą.  Rząd  przeznaczył  już  pewną  kwotę  na 

odszkodowania  za  przerwę  w  zajęciach.  Jeszcze  jedno:  czy  były  ostatnio  u  was  przeprowadzone 

jakieś masowe badania lekarskie? Macie we wsi lekarza?  

- Mamy... - wyjąkał komendant.  

- Powiedzcie mu, żeby się do nas zgłosił. Możecie odejść. Komendant podniósł się, skłonił i 

wyszedł. Towarzyszyło mu milczenie. Przerwał je oficer ze złoconymi dystynkcjami.  

-  Mówcie  dalej,  kapitanie.  Więc  nie  udało  się  przeprowadzić  analizy  chemicznej  tej 

substancji?  

- Nie. Do tej pory nie wiemy, co to jest. Niszczy szkło, metal, gumę. Nie sposób ująć jej w 

cokolwiek. Nie umiemy sobie z tym poradzić. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam.  

- Zachowaliście należyte środki ostrożności ?  

background image

- Tak, nie było jeszcze żadnego wypadku.  

-  To  mało.  Nie  wiecie,  co  będzie  dalej.  Pamiętajcie  o  maskach  i  kombinezonach. 

Dozymetryści wezwani ?  

- Mają przybyć za godzinę. Rozległo się pukanie do drzwi.  

- Proszę wejść - odezwał się major.  

- Panowie mnie wzywali?  

- Pana nazwisko?  

- Pati, jestem lekarzem...  

-  Niech  pan  usiądzie,  panie  doktorze.  Pan  zdaje  się  udzielił  pomory  porażonemu 

ogrodnikowi?  

- Matiesowi? Tak, ale co do przyczyny wypadku mają panowie nieścisłe informacje...  

- Mianowicie?  

- Wydaje mi się... oczywiście, cała ta sprawa jest bardzo dziwna, ale wydaje mi się, że to był 

zwykły atak serca. - Czy Maties leczył się kiedyś u pana?  

- Nie, nigdy. To chłop zdrowy jak tur. - Więc skąd u niego atak serca?  

- Nie wiem, sam nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.  

- Niech pan posłucha! - odezwał się oficer z pozłacanymi dystynkcjami. - Mamy podstawy do 

przypuszczenia,  że  substancja,  która  znalazła  się  na  waszym  terenie,  jest  nowym  rodzajem  broni 

przeciwko ludności cywilnej.  

- Nasz komendant przypuszcza, że jakiś niewypał z okresu wojny - wtrącił lekarz.  

- Bzdura, to dywersja, wiemy, komu na tym może zależeć, zresztą nie pora teraz na politykę. 

Doktorze, za kilka godzin przybędzie tu ekipa sanitarna, aby przebadać wszystkich, którzy znaleźli 

się w pobliżu tajemniczej substancji. Wie pan, analiza krwi i wszystkie te wasze rzeczy, pan się lepiej 

na  tym  zna.  Oni  też.  byczylibyśmy  sobie  tylko  od  pana  współdziałania...  mam  na  myśli  pana 

uczestnictwo  w  badaniach.  I  niech  pan  wymyśli  jakiś  pretekst.  Zależy  nam  na  tym,  aby  uniknąć 

paniki.  

- To wymaga zgody władz służby zdrowia - zastrzegł się Pati. - To już jest załatwione.  

- A może badania nie są potrzebne? - nie dawał za wygraną lekarz. - Nasi chłopi dostarczają 

do miasta mleko i nabiał; mogą stracić klientelę, jeśli prasa napisze o badaniach.  

- Bez obawy, żaden dziennikarz się tu nie dostanie. Podjęliśmy już odpowiednie kroki.  

-  Jak  pan  się  tu  dostał  ?  Pytanie  zwrócone  było  do  młodego  człowieka  z  rozwichrzoną 

czupryną, który swobodnie rozsiadł się na krześle na wprost oficera z pozłacanymi dystynkcjami.  

-  Przyjechałem  rowerem.  Wasi  żołnierze  dostali  rozkaz  zatrzymywania  wszystkich 

samochodów, ale o rowerze nie było mowy.  

background image

- Ma pan natychmiast opuścić ten teren. Kapitan osobiście tego dopilnuje.  

- Na jakiej podstawie wydaje mi pan rozkazy?  

-  W  tej  wsi  ogłoszony  został  stan  zagrożenia  i  wszyscy,  którzy  się  tu  znajdują,  podlegają 

moim rozkazom.  

-  Zgoda,  wyjadę.  A  jak  pan  sobie  poradzi  z  kilkudziesięcioma  moimi  kolegami,  którzy 

przyjadą tu jeszcze dziś wieczorem, gdy tylko przeczytają w popołudniówce moją relację? Niewiele 

będę miał do powiedzenia, ale tytuł będzie fascynujący: "Tajemnica strefy zagrożenia". Podoba się 

panu?  

Oficer z pozłacanymi dystynkcjami kaszlnął.  

- Niech pan posłucha, redaktorze. Nie możemy zabronić panu publikowania informacji... na 

razie przynajmniej. Zależy nam jednak na tym, aby pan się z tym wstrzymał. Chcemy dwudziestu 

czterech godzin zwłoki... po prostu, aby wyjaśnić pewne okoliczności. Zgoda?  

-  Zgoda,  jeśli  przez  te  dwadzieścia  cztery  godziny  pozostanę  na  miejscu  i  dowiem  się 

wszystkiego, na czym mi zależy.  

Oficer zawahał się. Młody człowiek pochylił się ku niemu i dodał: - Niczym, panowie, nie 

ryzykujecie.  Jeśli  okoliczności,  o  których  pan  wspomniał,  będą  dostatecznie  poważne,  i  tak  nie 

uzyskam akceptacji na opublikowanie zebranych wiadomości. Jeśli nie, mój artykuł w niczym panu 

nie zaszkodzi.  

- Dobrze więc. Chcę tylko uprzedzić pana, że przed upływem doby nie będzie panu wolno 

opuścić wsi - i że połączenia telefoniczne są przerwane. To wszystko.  

- Jeszcze jedno, jeśli pan pozwoli. Czy zanim zwrócę się do tutejszych mieszkańców, mogę 

bezpośrednio od pana uzyskać wyjaśnienie tego, co się tu dzieje?  

-  W  tej  wsi  znaleziono  dziwną,  podejrzaną  substancję,  której  pochodzenie  i  właściwości 

usiłują ustalić nasi specjaliści. To są właśnie okoliczności, które staramy się wyjaśnić.  

- A co będzie, jeśli się to nie uda?  

- Z uwagi na bezpieczeństwo ludności jutro w południe, bez względu na wynik, substancję tę 

zniszczymy.  

- Jeszcze jedna kolejka piwa dla wszystkich!  

"To już siódme piwo, pełen jestem jak beczka, w głowie szumi jak na pełnym morzu w czasie 

sztormu  i  wciąż  jeszcze  nie  rozumiem,  o  co  tu  chodzi"  -  pomyślał  młody  człowiek.  We  wnętrzu 

gospody panował niezwykły przed południem gwar.  

- Powoli, panowie, tu nie wszystko się klei. Powiedzieliście, że Maries nie mógł nabrać na 

szuflę tej mazi, bo wyciekła, tak?  

- Ano tak - stwierdziło kilka głosów.  

background image

- A co się z tą szuflą stało?  

- Co się ta miało stać? Leży chyba jeszcze przy klombie, czy tak, Marcinie?  

- A leży - przytaknął Marcin.  

- Cała, nie zepsuta? - dopytywał się dziennikarz. - Calusieńka, zupełnie jak nowa.  

- Jak więc to się stało, że blaszana szufla jest cała, a stalowa koparka stopiona i zniszczona?  

- Diabelska sprawka! - stwierdził któryś z obecnych.  

- A jak to było z Mariesem? Jak myślicie, panowie, czy to był atak serca, jak powiada doktor 

Pati?  

- Panie, Maries chłop zdrowy był i jest. Leży w łóżku, bo go doktor na krok nie puszcza, ale 

niejednemu by jeszcze łeb ukręcił.  

- Co mu się więc mogło stać?  

-  Nic.  Nic  nie  pamięta.  Powiada,  że  wracał  z  miasta  swoją  taksą,  a  tu  kupa  ludzi  przed 

domem. Zanim się spostrzegł, patrzy, a tu leży w izbie na łóżku i doktor przy nim.  

-  A  czy  ktoś  ze  wsi  źle  się  czuje?  Może  głowa  kogo  boli  albo  słaby?  Nie  słyszeliście, 

panowie?  

- Wszyscy są zdrowi, jak byli.  

Dziennikarz zapalił papierosa. Nie sposób dojść do sedna sprawy. Może to złuda, zbiorowy 

omam, halucynacja tłumu? Słyszał już o takich przypadkach.  

- Panowie, a nie zdarzyło się we wsi od wtorku coś niezwykłego? Może słyszeliście jakieś 

strzały, może jakiś szum silników, jakieś samoloty?  

Obecni spojrzeli po sobie.  

- Co to, to nie - powiedział wreszcie ten, który siedział naprzeciw dziennikarza - tylko że coś 

się z radiem stało.  

- Z radiem?  

Teraz zaczęli mówić jeden przez drugiego, jak gdyby wyrzucając z siebie to, co im na sercu 

leżało:  

- Buczy i huczy, niczego nie słychać.  

- U jednego to może by się i zepsuło, ale to u wszystkich tak naraz.  

- To panowie wojskowi. Telefony odłączyli, to i radio zagłuszyli.  

- A jęczy, jak chore.  

- Jak jęczy? - zainteresował się dziennikarz.  

-  Ano  tak:  U,  U-U-U,  U-U-U-U-U,  i  tak  w  kółko.  Albo  inaczej:  U,  U-U,  U-U-U-U, 

U-U-U-U-U-U-U-U, i znowu od początku.  

- I panowie to dokładnie zapamiętali ?  

background image

- A jakże, panie, co się nastawi, to stale tak samo, zapamięta się dokładnie jak wiersz.  

- Powtórzcie, panowie, jeszcze raz - poprosił.  

Powtarzali chórem. A on podniósł się blady, z kroplami potu na czole i liczył: "jeden, trzy, 

pięć... jeden, dwa, cztery, osiem..." Jak gdyby wtórując zebranym zegar wiszący zaczął bić: raz, dwa, 

trzy.... dwanaście.  

...jutro w południe, bez względu  na wynik, substancję tę zniszczymy".  Kto to powiedział? 

Ach... żeby nie było za późno... Zerwał się i wybiegł.  

- Dokąd pan tak biegnie? Czemu pan taki blady? - Doktorze, czy pan też słyszał? To przez 

radio? - Ten szum? Słyszałem. A czemu pan pyta?  

- Przecież to początek szeregu liczb pierwszych ! Początek szeregu kwadratów! O dwunastej 

mieli zniszczyć! Wyrzucał z siebie słowa w biegu, w którym towarzyszył mu zasapany lekarz.  

Z  daleka  widzieli  ogień,  tryskający  z  miotaczy  płomieni.  Gdy  przybyli,  było  już  po 

wszystkim.  kołnierze  chowali  sprzęt,  spaloną  i  dymiącą  ziemię  pokrywał  szklisty,  biały  osad. 

Dziennikarz, bez tchu, wskazał na zgliszcza.  

- Za późno, za późno... już nie udało mi się go uratować... - Kogo ? - zapytał lekarz.  

- Jego, gościa z dalekich światów... z innej gwiazdy, a może z innej galaktyki, czy ja wiem?  

- Sądzi pan, że "to" było czymś żywym?  

- Czy sądzę? Jestem pewny tego! My,  ludzie, zawsze wyobrażamy  sobie życie w  formach 

takich,  jakie  znamy  z  naszego  ziemskiego  doświadczenia.  Ale  czy  koniecznie  istoty  z  innych 

światów muszą mieć dwie nogi, dwie ręce, nos pośrodku pary oczu? Ta galareta była istotą żyjącą, 

czującą, rozumną.  

- Jeśli to był gość z innych światów, czego tu chciał?  

-  Kto  może  wiedzieć?...  Przybył  na  Ziemię  może  celowo,  może  przypadkiem...  może 

wyczerpany  długą  podróżą  u  kresu  sił...  bronił  się,  starając  się  nie  wyrządzić  nam  krzywdy.  Na 

nieszczęście nie słyszeliśmy go... a ci, co go słyszeli, nie rozumieli... Wybacz, nieznany przybyszu!  

Usiadł,  wyczerpany,  na  ziemi,  ale  po  chwili  podniósł  się,  zerwał  różę  z  krzaka  i  rzucił  na 

szkliste popioły.  

 

background image

RYSZARD SAWWA 

LOT DALEKOSIĘŻNY

 

 

Był piękny, wiosenny dzień, pełen słońca, i jak zwykle Centrum Badań Kosmicznych przy 

obserwatorium  w  Wynnejack  zapełniało  się  ludźmi.  Jensen  i  Hollitz  pracowali  razem  u  profesora 

Kilseya.  Kiedy  ten  opracował  słynną  już  metodę  poszukiwania  kontaktu  z  innymi  cywilizacjami, 

chętnych do pracy nad tym tematem było bardzo wielu, ale profesor tak zżył się ze swoimi starymi 

pracownikami, że nie zmieniał personelu pracowni.  

Tego dnia zaraz po przyjściu obydwaj zameldowali się u profesora.  

- Panie profesorze. Wspólnie z Hollitzem wpadliśmy na pewien pomysł. Mamy propozycję... 

- zaczął nieśmiało Jensen.  

- Proszę, mów, Bobby! - Profesor zawsze traktował ich trochę jak dzieci.  

- Zgadzamy się, panie profesorze, że pańska metodyka jest optymalna. Ale znajdując się na 

brzegu Galaktyki mamy i tak bardzo małe szanse na szybkie osiągnięcie kontaktu. Wydaje mi się, że 

te sygnały, które wysyłamy, są zbyt narażone na zakłócenia i zniekształcenia.  

Profesor uśmiechnął się.  

- No tak, mój drogi, ale nic na to nie poradzimy.  

- A właśnie - ożywił się Jensen - doszliśmy z Hollitzem do wniosku, że po pół roku wysyłania 

dotychczasowych stałych sygnałów można by spróbować i czegoś innego.  

Na dobrodusznej twarzy Kilseya odbiło się zaciekawienie.  

- Proponujemy wysyłać sygnały zmienne co 2 minuty, oparte na trzeciej logice Weymanna z 

grupą  sygnałów  stochastycznie  zmiennych  -  wyjaśnił  Hollitz.  -  Opracowaliśmy  specjalny  układ  z 

widmem  minimalnie  podatnym  na  zakłócenia  kosmiczne.  Podejmujemy  się  opracować  taśmy  do 

nadajnika w ciągu kilku dni. Potrzebujemy tylko pańskiej zgody na eksperyment.  

Kilsey zamyślił się.  

- Właściwie - powiedział powoli - nie mam na razie żadnych zastrzeżeń co do tej propozycji. 

Róbcie taśmy. Tylko jedno: chciałbym, żeby nasze stare sygnały również były nadawane przez kilka 

godzin dziennie.  

Jensen i Hollitz poderwali się z krzeseł.  

- Dobrze, panie profesorze, za trzy dni przystąpimy do wysyłania nowych sygnałów.  

 

Jasne, nocne niebo zaczęło szarzeć, czerwony świt przytłumił już blask miliardów gwiazd na 

niebie. Rubinowy brzeg pierwszego słońca wynurzył się zza horyzontu.  

background image

"Tu, w centrum Galaktyki, noc jednak nigdy nie jest tak piękna i ciemna jak na jej brzegu" - 

pomyślał Alf obserwując wschód na ojczystej planecie. Spojrzał jeszcze raz na podobiznę młodej, 

dziewczęcej  twarzy  na  obelisku  z  szarego  marmuru.  Posąg  Britt  stał  na  Placu  Pamięci  w  grupie 

pomników pilotów solarnych i galaktycznych.  

Wiele razy już zastał go przed posagiem i mimo że minął rok od katastrofy, nie potrafił w 

pełni  wrócić  do  zwykłego  życia.  Poprawił  bukiet  żywych,  złotych  kwiatów  u  stóp  pomnika  i 

ciężkimi krokami zaczął się oddalać w stronę wyjścia.  

 

Hollitz przywitał się z Jensenem i usiadł przy pulpicie.  

- No, to zaczynamy, Bob. Puścimy naszą nową muzykę dla kolegów po fachu.  

Przyszedł Kilsey. Jensen krótko objaśnił:  

-  W  części  stochastycznej  daliśmy  echo  radiogwiazd  centrum  i  środka  drugiej  najbliższej 

naszego  układu  spirali  Galaktyki.  Powiązaliśmy  je  logiką  Weymanna  z  adresem  naszej  Ziemi  i 

jesteśmy gotowi do eksperymentu.  

Kilsey przejrzał taśmy na ekranie czytnika sygnałów i oddał je Jensenowi.  

- No cóż, chłopcy, nawet podoba mi się ta wasza nowa oda do Księżyca. Nadawajcie, może 

wreszcie do kogoś trafimy.  

Hollitz założył taśmy do czytnika i włączył antenę i nadajnik.  

 

Alf  wsiadł  już  do  terralotu,  kiedy  zapaliła  się  lampka  cerebrofonu.  Włączył  wzmacniacz 

informacyjny i skupił się na odbiorze. Mimo że istoty cywilizacji, do której należał, łatwo mogły się 

porozumiewać  także  przy  pomocy  myśli,  ważniejsze  wiadomości  przekazywano  poprzez 

wzmacniacze informacyjne. Szybko przyjmował nadawane myśli komendanta Admiralicji:  

- Krótki komunikat do pilotów dalekosiężnych. Nasza przesyłka-informer do cywilizacji z 

drugiej  spirali  zboczyła  z  toru  i  zaczyna  się  oddalać  od  brzegu  Galaktyki.  Za  5  dni  dokonamy 

dalekosiężnego lotu pościgowego. Rada Naczelna Admiralicji prosi o Wasze zgłoszenia.  

Alf  już dawno czekał  na  jakieś poważne zadanie. Nie zastanawiał  się ani chwili. Nacisnął 

sygnał zgłoszenia i pomyślał: "Zgłaszam swoją kandydaturę bez warunków dodatkowych".  

Komendant Admiralicji był kolega Alfa z czasu jego studiów w szkole pilotażu. Po jednej z 

tragicznych  wypraw,  podczas  której  tylko  przypadkowo  uratował  życie,  musiał  zwrócić  licencję 

pilota ze względów zdrowotnych.  

Odpowiedział Alfowi:  

"Przyjdź  jutro  do  mnie  rano,  ochotnicy  dostanę  pełną  informację  o  locie  i  nastąpi  wybór 

kandydata".  

background image

Alf z niecierpliwością oczekiwał następnego dnia.  

 

Cztery dni po nadaniu pierwszych sygnałów metodą Jensena-Hollitza do obserwatorium w 

Wynnejack  nadszedł  komunikat  z  Głównego  Obserwatorium  w  Norton.  Kilsey  przeczytał  i 

powtórzył:  

- W Norton złapali obiekt radiowy. Nazwali go X. Ogromnie daleko i bardzo mały. To chyba 

nie jest radiogwiazda, bo nawet szperacze neutrinowe nie mogą ustalić parametrów ruchu. Zauważyli 

tylko,  że  przypadkowo  znajduje  się  na  linii  naszego  nadajnika.  Jeśli  jest  to  odpowiedź  na  nasze 

sygnały, to będziecie chyba, chłopcy; ojcami chrzestnymi tej kruszyny.  

-  To  chyba  niemożliwe,  panie  profesorze,  niech  pan  z  nas  nie  kpi.  Po  czterech  dniach 

nadawania? Kiedy pół roku nic nie dało? - Jensen nie był pewny, czy profesor mówi poważnie.  

- Rzeczywiście, mało prawdopodobne - zgodził się Kilsey.  

 

W informacyjnej sali Admiralicji zebrało się kilkunastu pilotów dalekosiężnych, członkowie 

Rady Naczelnej i komendant Admiralicji. Po przywitaniu się ze wszystkimi zabrał glos komendant:  

-  Wiemy  wszyscy,  że  od  czasu,  kiedy  udało  się  nam  zrealizować  przejście  przez  barierę 

świetlną  do  przestrzeni  informacyjnej,  możemy  nawiązać  łączność  z  cywilizacjami 

rozmieszczonymi dalej od centrum Galaktyki. Od dawna już korespondujemy z innymi ośrodkami 

cywilizacyjnymi i Zrzeszenie Galaktyczne ma już 6000 członków, nie licząc niższych kultur, które 

zaprosimy prawdopodobnie za kilka tysięcy lat. Ostatnio wymianę korespondencji prowadzimy, jak 

zapewne  wiecie,  przy  pomocy  ulepszonych,  automatycznych  informerów-liniowców,  które  po 

zbliżeniu się do adresata automatycznie wywołują się i cała w nich zawarta informacja w postaci pola 

informacyjnego  zostaje  przyjęta  przez  odbiorców.  Muszę  tu  wspomnieć,  a  dlaczego,  za  chwilę 

zrozumiecie  moje  intencje,  o  początkach  naszych  kontaktów  i  powstaniu  paragrafu  2  Kodeksu 

Galaktycznego.  

Otóż jeden z naszych pilotów nawiązał samodzielnie kontakt z cywilizację klasy A-3. Jest to 

klasa cywilizacyjno-techniczna na etapie wojen i podbojów. W rezultacie próbowano wykorzystać 

pokładowy  nadajnik  informacyjny  naszego  liniowca  do  porachunków  wewnątrz  tej  cywilizacji. 

Oczywiście  pilot  zginął.  Musieliśmy  zastosować  blokadę  informacyjną  i  wymazać  z  ich  pamięci 

świadomość  naszego  istnienia.  Kontakt  ponowny  z  tą  cywilizacją  nawiązaliśmy  później  i  bardzo 

jesteśmy z niego zadowoleni. Prowadzimy wspólnie z nimi poważne i cenne badania naukowe. Ale 

od  tego  czasu  wprowadzono  paragraf  2,  który  absolutnie  zabrania  nawiązywania  kontaktu  z 

cywilizacjami technicznymi klasy poniżej i równej A-3.  

background image

Tydzień temu wystany został automatyczny liniowiec informacyjny do środka drugiej spirali 

galaktycznej.  jest  to  świeży  kontakt  i  wystaliśmy  im  wiadomości  wstępne  o  naszej  kulturze  i 

cywilizacji z instrukcją o sposobie od powiedzi. Tymczasem informer z niewiadomych początkowo 

przyczyn  zmienił  gwałtownie  kierunek  lotu  i  zaczął  się  poruszać  w  kierunku  brzegu  Galaktyki. 

Dopiero sieć satelitarnych stacji nasłuchowych przy pomocy penetratorów informacyjnych o dużej 

czułości  wykryła,  że  informer  dostał  jakieś  sygnały  radiowe  w  naszym  kodzie  intersolarnym  z 

adresem  odbiorcy  i  skierował  się  pod  nowy  adres.  Penetratory  określiły  na  podstawie  analizy 

rozkładu i charakteru pól informacyjnych, że cywilizacja ta mieści się niedaleko brzegu Galaktyki, 

jest  młoda,  klasy  A-3,  i  że  przypadkowe  sygnały  radiowe  przez  nią  wysyłane  zmieniły  adres 

informera.  Informer  po  podejściu  do  nich  wywoła  się  i  wyrzuci  cały  ładunek  informacyjny, 

zamieniając go w bardzo silne pole, które natychmiast przekaże cały nasz list do ich świadomości.  

Otóż nie wolno nam do tego dopuścić. lnformer zawiera zbyt poważne wiadomości. Nie są 

one  przeznaczone  dla  A-3  z  ich  wrogimi  ugrupowaniami  i  rozbudowanym  aparatem  wojennym. 

Informer  nie  może  przekazać  swej  zawartości:  Unikamy  stosowania  blokady  informacyjnej,  bo 

blokada  taka  jest  to  akt  ingerencji.  Zadaniem  naszym  jest  odholowanie  informera  od  A-3  i 

przełączenie go na adres właściwy. Na akcję mamy bardzo mało czasu. Na wszelki wypadek, gdyby 

informer  zaczął  się  wcześniej  wywoływać,  liniowiec  pościgowy  będzie  dysponował  ładunkiem 

bomby  entropijnej dla anihilacji zawartości  in  formera. Muszę podkreślić, że  misja zawiera około 

10% ryzyka, a więc jest bardzo niebezpieczna. To jest ogromnie daleko. Możemy tylko przyjmować 

informacje, ale komend dla zewnętrznego sterowania pościgiem przekazać już nie będziemy mogli. 

A teraz proszę pilotów o zabranie głosu. Żonaci i ojcowie rodzin są proszeni o zrezygnowanie z lotu.  

Komendant skończył  i usiadł obok Alfa. Dyskusja ciągnęła  się około godziny, ale  innego, 

lepszego rozwiązania nie udało się znaleźć. Alf ponownie zgłosił swoją kandydaturę. Razem z nim 

pozostało jeszcze trzech innych, młodych chłopców, którzy niedawno opuścili akademię. Pozostali 

wszyscy  mieli  rodziny.  Komendant  z  członkami  Rady  Naczelnej  wyszli  z  sali  na  kilka  minut.  Po 

powrocie komendant ogłosił decyzję:  

- Przyjmujemy kandydaturę Alfa, jeśli będą protesty, rozpatrzymy je od razu.  

Wtedy Alf wstał.  

- Koledzy, wierzcie mi; że ja muszę dostać. to zadanie. Bardzo was proszę, nie zgłaszajcie 

protestów:  

Młodzi  piloci  wpatrzeni  byli  w  Alfa,  którego  znali  jeszcze  z  Akademii,  jako  wykładowcę 

pilotażu, a także z podręczników. Na początku rozdziału o przestrzeni informacyjnej było przecież 

jego zdjęcie jako pierwszego, który wrócił z przestrzeni informacyjnej. I wtedy właśnie wyjaśniono 

trudności  powrotów  i  loty  w  przestrzeni  informacyjnej  stały  się  normalną  praktyką.  A1f  usiadł  i 

background image

czekał. Wszyscy wiedzieli o katastrofie Britt i rozumieli, że Alf musi mieć dalekie i trudne loty, żeby 

powrócić do równowagi psychicznej. Protestów nie było.  

 

Następnego  dnia  po  komunikacie  o  obiekcie  X,  Kilsey  z  samego  rana  sam  zadzwonił  do 

Obserwatorium w Norton.  

- Zobaczymy, chłopcy, co u nich nowego. Jednak ich urządzenia są trochę nowocześniejsze.  

Długo trzymał słuchawkę. Kilka razy przerywał:  

-  Ile  mówicie?  Ile?  Setki  razy?  W  końcu  odłożył  słuchawkę  i  przez  chwilę  milczał.  Ciszę 

przerwał Hollitz:  

- Co się stało, panie profesorze? Kilsey powoli odpowiedział:  

-  Musimy  to  sprawdzić.  Ci  z  Norton  twierdzą,  że  X  zbliża  się  z  szybkością  100  razy 

przewyższającą prędkość światła. To przecież niemożliwe. Nadaje stale jednakowe sygnały. Impulsy 

o stałej częstotliwości. Czyżby to był... - Gwiazdolot - dokończył Jensen.  

- Tak, gwiazdolot - powtórzył Kilsey.  

Podał Jensenowi poranny telex z Norton ze współrzędnymi. Hollitz ustawił analizator.  

- Mam go, jest w siatce celownika radiowego.  

- No, a teraz zmierzcie szybkość - powiedział Kilsey. Hollitz włączył dalmierz grawitacyjny i 

zaczął mierzyć. Plamka świetlna wyskoczyła poza skalę.  

- Tak, panowie - rzekł profesor - z odchylenia plamki poza skalę  logarytmiczną widać, że 

szybkość X jest rzędu 100 c. Jensen nie mógł ochłonąć ze zdumienia:  

- Jak to możliwe? Jakim sposobem dostajemy normalne sygnały radiowe ?  

- Nie wiem, chłopcy, nie wiem  jak - odparł Kilsey -  i  nie wiem, w  jaki sposób sygnały są 

wysyłane.  Ale  tu  nie  ma  pomyłki.  W  Norton też najpierw  myśleli,  że  mają  zepsuty  blok  pomiaru 

prędkości... Tylko, proszę was, nie rozgłaszajmy tego faktu, bo nas wyśmieją. Koledzy z Norton też 

na razie milczą. Poczekamy, aż X się przybliży.  

 

Alf wszedł do kabiny liniowca dalekiego zasięgu. Zamknął luk i zameldował gotowość do 

startu.  Otrzymał  rozkaz:  "Włącz  rozbieg",  i  później  już  cieplej:  "Do  zobaczenia,  Alf".  Z  ekranu 

zniknęła  twarz  komendanta  i  pokazał  się  schemat  drogi  startowej.  Po  włączeniu  rozbiegu  stacje 

startowe w układzie solarnym automatycznie przejmują akcelerację aż poza granice układu nadając 

liniowcowi  ogromną  prędkość,  która  pozwala  mu  przejść  do  przestrzeni  informacyjnej.  Alf 

przekręcił przełącznik "start" i pogrążył się w fotelu. Akceleratory antygrawitacyjne zaczną działać 

za  kilka  minut.  Za  godzinę  liniowiec  przejdzie  przez  barierę  i  wynurzy  się  x  przestrzeni 

informacyjnej bezpośrednio przy informerze. "Britt" - pomyślał Alf, ale liniowiec już zaczął nabierać 

background image

prędkości  i  włączył  się  automat  usypiający.  Ekran  z  niebieskim,  poruszającym  się  ognikiem  na 

schemacie drogi startowej rozpłynął mu się przed oczami.  

 

Ktoś  z  Norton  jednak  wypaplał,  bo  nazajutrz  rano  gazety  przyniosły  krótki  komunikat  o 

nieprawdopodobnym  fakcie astronomicznym. Było to podane w sosie nowego fałszywego alarmu 

naszych szanownych astronomów. Kiedy Hollitz zmierzył szybkość X około południa, szybkość ta 

znacznie zmalała.  

-  Czuję,  że  to  jakaś  bzdura,  nabieramy  się  pewnie  na  nieznane  zakłócenia  obserwacyjne - 

powiedział do profesora, który teraz stale przebywał w pracowni.  

Kilsey był jednak innego zdania:  

-  A  mnie  się  wydaje,  że  nie.  Nie  tracę  nadziei,  że  po  30  latach,  od  kiedy  Ziemia  w  ogóle 

zaczęła wysyłać sygnały, będziemy mieli gości.  

- Czy potrafimy ich przyjąć? - zapytał Jensen.  

- No, jeśli przyjęli nasze sygnały, to na pewno nas zrozumieją. - Nie o tym myślę, profesorze. 

Gdzie oni wylądują? U nas czy u tamtych ?  

- Ach, ty o tym. Rzeczywiście, o tym nie pomyślałem.  

- Sądzę, że nie będą na tyle naiwni, żeby  się nie zorientować w naszych stosuneczkach na 

Ziemi - wtrącił Hollitz. Obserwujący ekran profesor przerwał dyskusję:  

- Patrzcie, X wyraźnie hamuje. W takim tempie będzie w Układzie Słonecznym w ciągu 2 

dni.  

 

Automat obudził Alfa w zadanym czasie. Na ekranie widniał informer zbliżający się na małej 

.szybkości  do  Układu  Słonecznego  z  jednym  Słońcem  i  dziewięcioma  planetami.  Zmniejszył 

szybkość  na  podświetlną  i  nastawił  lot  na  trajektorię  spotkania  z  informerem.  Punkt  spotkania 

wypadł  niedaleko od środka układu. Alf skierował pokładowy  inforlokator na trzecią planetę. Nie 

było wątpliwości. To była właśnie cywilizacja klasy A-3. "Niestety, zakaz kontaktu obowiązuje" - 

pomyślał. W chwilę później niespodziewanie włączyła się ochrona liniowca. Zajarzyło się światło 

silnego  pola  informacyjnego.  Po  kilku  sekundach  alarm  się  wyłączył.  Centralny  analizator 

zameldował, że informer ma przeciek i w każdej chwili może zacząć się rozładowywać.  

Alf zaczął analizować położenie. Nie było ani chwili do stracenia. Nie można się zbliżyć do 

informera  i wyholować go z Układu Słonecznego. Pole  informacyjne  z przecieku  jest zbyt silne  i 

może zakłócić centralne sterowanie liniowca. Alfowi została jedyna możliwość: bomba entropijna. 

Włączył dźwignię przygotowania ładunku entropijnego i zaczął celować.  

 

background image

Hollitz, niewyspany, po nocnym dyżurze, krótko zameldował Kilseyowi  

- Telefony w nocy się urywały, panie profesorze. W Centrum Badań Kosmicznych szykują 

rakietę sondę z pilotem, jeśli X wejdzie na orbitę ziemską. Dopiero wczoraj uwierzyli, że to statek 

kosmiczny, ale na razie zabronili cokolwiek ogłaszać dziennikarzom.  

- Dobrze, Hollitz, poczekajmy, aż sprawa się wyjaśni. Niech Jensen przejmie obserwację, a ty 

idź spać.  

Hollitz odmówił:  

- Nie, panie profesorze. Zostanę tutaj. Jensen wpadł z "Morning Telegraph" w ręku.  

- Proszę tylko spojrzeć, co się dzieje - powiedział i pokazał dziennik.  

Na  pierwszej  stronie  tłustym  drukiem  wybity  był  tytuł  artykułu:  "Panika  na  wybrzeżu 

atlantyckim!"  

W artykule korespondenci z wybrzeża donosili, że od kilkunastu godzin zgłaszają się ludzie 

do  policji  i  do  lekarzy  stwierdzając,  że  nagle  wiedzą  jakieś  dziwne  rzeczy.  Po  bliższych 

wyjaśnieniach  przeprowadzonych  przez  władze  okazało  się,  że  w  tym  samym  czasie  wiele  ludzi 

zaczęło nagle wiedzieć o istnieniu jakiejś cywilizacji na bardzo wysokim poziomie. Nie rozumieją, 

ale  pamiętają  urywki  informacji  o  jakichś  maszynach,  urządzeniach  i  znają  dziwne  wzory 

matematyczne.  Niestety,  wiadomości  te  są  tak  nieuporządkowane,  tak  źle  przekazywane,  że 

dotychczas  nie  udało  się  wyjaśnić  istoty  zjawiska.  Część  lekarzy  przypuszcza,  że  to  wskutek 

wczorajszego  sugestywnego  programu  telewizyjnego,  opartego  na  plotkach  prasy  na  temat  prac 

profesora Kilseya w związku z próbami nawiązania kontaktu z kosmicznymi braćmi, masa słuchaczy 

uległa  zbyt  silnej  emocji.  Jednakże  chodzą  słuchy,  że  osoby  nie  oglądające  programu  też  mają 

podobne halucynacje., Drobna grupka fantastów upiera się znowu przy twierdzeniu, że halucynacje 

nie mają nic wspólnego z audycją i że dziwny obiekt obserwowany przez profesora Kilseya to statek 

kosmiczny,  i  że  w  ten  sposób  są  przeprowadzane  próby  porozumienia  się  z  nimi.  Kiedy  Kilsey 

przeczytał artykuł, Jensen zapytał:  

- Co pan o tym wszystkim myśli, panie profesorze?  

- Myślę, że nie taka byłaby próba porozumienia się z nami. Zupełnie tego nie rozumiem.  

Jensen spojrzał w analizator i wykrzyknął:  

- X podzielił się na dwa! Są bardzo blisko siebie. Jeden z nich jakby manewruje. Wchodzą 

chyba na bardzo daleką orbitę okołoziemską.  

- Sprawdź to jeszcze raz, Jensen, i nie przestawaj obserwować rzucił Kilsey. - To na pewno są 

statki kosmiczne. Aha - dodał po chwili - zupełnie o tym zapomniałem, Hollitz, natychmiast wyłącz 

nadawanie naszych sygnałów na głównej antenie.  

background image

Hollitz podbiegł do sterowania anteną, żeby wyłączyć zasilanie nadajnika. W dziesięć minut 

później  do  pokoju  weszło  dwóch  przedstawicieli  Centrum  Badań  Kosmicznych.  Jeden  z  nich 

poprosił  Kilseya  o  kilkanaście  minut  rozmowy.  Kilsey  zaprosił  obu  do  swego  gabinetu  obok. 

Wszyscy trzej wyszli, trzasnęły drzwi i w pracowni zostali Jensen z Hollitzem.  

 

Wykonał  już  prawie  pełny  obrót;  kiedy  znów  włączył  się  alarm  informacyjny.  Analizator 

zameldował, że wskutek ciągłych sygnałów z planety informer zaczyna się rozładowywać.  

W  sekundę  później  doniósł,  że  sygnały  przestały  przychodzić.  ale  już  było  za  późno. 

Natężenie  pola  informacyjnego  emitowanego  przez  informer  zaczyna  rosnąć.  Teraz  przez  kilka 

obrotów  planety  dookoła  Słońca  informer  automatycznie  będzie  przekazywał  całą  informację  w 

kierunku planety. Nie było .sekundy do stracenia.  

Alf  nacisnął  spust bomby entropijnej.  Ale  nie  było lekkiego wstrząsu charakterystycznego 

dla odpalenia. Włączył się brzęczyk awaryjny wyrzutni. Jak przez watę usłyszał beznamiętny głos 

analizatora:  

- Celownik automatyczny zakłócony przez pole informera.  

Zmusił się do spokoju. Pozostało albo zrezygnowanie z zamierzonego zniszczenia informera, 

albo naprowadzenie ręczne. O tym ostatnim w szkole pilotów mówiono zawsze najmniej.  

Alf we wszystkich swoich lotach realizował zadania do końca. Od razu wiedział, co zrobć, i 

wiedział, że zrobi to nieodwołalnie. Wyłączył celownik i przeszedł na sterowanie ręczne. Osiągnie 

informer w ciągu 15 sekund. Zaczął naprowadzać przód liniowca na informer. Myślał bardzo szybko 

i sprawnie. Teraz już był zupełnie spokojny. Opuściło go zupełnie podniecenie towarzyszące zawsze 

niszczeniu  nieposłusznych automatów. Kazał sterowni pokładowej przygotować meldunek z akcji 

wraz z pełnym tekstem swoich myśli i wystać na 5 sekund przed osiągnięciem informera. Nie był 

tylko  pewny,  jaki  ładunek  entropii  przygotowali  w  Bazie.  "Czy  przewidzieli  każde  wykonanie 

zadania? Czy ładunku entropii wystarczy tylko na anihilację ładunku informacyjnego?"  

Do  informera  zostało  kilkaset  metrów.  Szczęknął  zawór  śluzy  nadawczej.  Zapaliła  się  i 

zgasła czerwona lampka z napisem: "Depesza do Bazy".  

"To  już  załatwione.  Dostaną  pełną  informację.  Szperacze  Bazy  wykryją  gwałtowny  zanik 

informacji zawartej w informerze jako zakłócenie pola. Myśli emanowane już po wystaniu depeszy 

dojdą bardzo zniekształcone, ale dopełnią obrazu. Będą wiedzieli, jak zadanie zostało wykonane" - 

pomyślał Alf.  

Na  trzy  sekundy  przed  osiągnięciem  informera  analizator  doniósł,  że  z  trzeciej  planety 

startuje rakieta na paliwo chemiczne. Alf pomyślał: "Szkoda, że paragraf 2 jest taki ostry". Chciałby 

zobaczyć mimowolnych sprawców swego lotu. Chyba już niedługo wejdą do grupy A-2. Następny 

background image

pilot w ten zakątek Galaktyki poleci już zapewne w locie zapoznawczym... Poczuł wstrząs zetknięcia 

się liniowca z informerem. To już koniec misji.  

Z pamięci wypłynęła najdroższa twarz. Pamiętał Britt przed jej startem do ostatniego lotu. W 

tym samym momencie nacisnął dźwignię "Wyzwolenie ładunku entropijnego". Błysk nie był duży. 

Największa  część  energii  wydzieliła  się  w  postaci  promieniowania  korpuskularnego.  Ułamek 

sekundy  później  szperacze  Bazy  przyjęły  zakłócenia  pola  informacyjnego  spowodowanego 

anihilacją informera.  

 

Kiedy  Kilsey  i  goście  wrócili  do  pokoju  obserwacyjnego,  Jensen,  blady  i  przejęty, 

zameldował:  

- Te dwa obiekty zetknęły się około 20 minut temu i od tego momentu już nic nie rozumiemy. 

X  zaczął  zachowywać  się  jak  mały,  słabo  odbijający  światło  promieniotwórczy  meteor.  Żadnego 

ruchu,  zmiany  orbity,  żadnych  sygnałów  radiowych.  Kilsey  i  goście  wysłuchali  go  w  milczeniu. 

Potem jeden z gości powiedział:  

- Właśnie przed chwilą dostaliśmy radiogram od pilota z rakiety sondy. Po wejściu na orbitę 

dokonał  zdjęć  obiektu,  co  pozwoliło  na  pierwsze  wnioski.  Wstępnie  zanalizowano  te  zdjęcia  pod 

względem widma  i okazało się, że rzeczywiście  jest to zwykły  meteor z dużą zawartością żelaza, 

jakich wiele spotyka się w Kosmosie w okolicach Ziemi. Wydaje się, że tak tę sprawę potraktujemy. 

Przede wszystkim  musimy  się  liczyć z faktami. O takiej  mniej więcej treści ukaże się chyba  nasz 

wspólny komunikat w prasie.  

Kilsey twierdząco skinął głową, a gość po chwili jeszcze dodał: - Myślę, że nie będzie dla 

panów czymś zaskakującym, że na meteorze były także proste związki organiczne. Ostatecznie to już 

się zdarzyło kilka razy. Jeszcze  nie wiemy,  jakiego pochodzenia  mogą być związki organiczne na 

meteorach.  

Gdy  przedstawiciele  Centrum  Badań  Kosmicznych  opuścili  pracownię,  Hollitz  i  Jensen 

natychmiast podbiegli do Kilseya:  

- Panie profesorze, co pan naprawdę o tym wszystkim  sądzi? - Co to było z tą prędkością 

nadświetlną?  

- A jak wytłumaczyć manewr i połączenie się dwóch obiektów? Kilsey cicho i w zamyśleniu 

odpowiedział:  

- Myślę, że rzeczywiście najsensowniej jest liczyć się z faktami. Komunikat będzie taki, jak 

mówiliśmy...  

Chociaż wielu rzeczy nie rozumiem - dodał po chwili - to jeśli przyjdziecie dziś do mnie do 

domu  na  kawę,  powiem  wam,  co  naprawdę  o  tym  wszystkim  myślę.  Ale  to  już  jak  najbardziej 

background image

prywatnie... Wydaje mi się jednak, że już teraz powinniśmy uczcić Kogoś, z Kim nie mogliśmy się 

spotkać, a Kto poświęcił dla nas życie...  

 

Komunikat Admiralicji był zwięzły i krótki:  

"Mimo  pewnych  niedociągnięć,  które  usuniemy  w  przyszłości,  cel  ostatniego  lotu 

dalekosiężnego  został  osiągnięty.  Pilot  Alf  zginął  przy  wykonywaniu  zadania  w  imię  dobra  istot 

rozumnych na niższym etapie rozwoju. Rada postanowiła wpisać Go do Wielkiej Księgi Lotów. jak 

zawsze, na Placu Pamięci zostanie wzniesiony pomnik pilota".  

Kilka  dni  później  na  Placu  Pamięci  stanął  jeszcze  jeden  strzelisty  obelisk  z  kometą  na 

szczycie.  Uśmiechnięta  twarz  Alfa,  z  jego  ostatniej  chwili,  patrzyła  na  Britt  w  kombinezonie 

kosmicznym uwiecznioną w kamieniu. Znowu byli razem, i teraz już na zawsze.  

background image

RYSZARD SAWWA 

DRUGI ŚWIADEK OBRONY

 

 

Ray zaczął schodzić w dolinę, kiedy  już wtargnął do niej wieczorny  chłód górski. Poszedł 

szybciej, żeby się rozgrzać. Chciał przy tym zdążyć na kolację w schronisku. Spojrzał na zegarek. 

Była  już  18.00.  Nowy  dowódca  grupy  kontrwywiadu  pułkownik  Alain  Bradford  był  bardzo 

wymagający,  jeśli  chodzi  o  punktualność.  Właściwie  wszyscy  rozumieli,  że  sprawy  zaszły  już  za 

daleko, żeby pokpiwać sobie z jego metod działania, ale te zakazy rozmów na temat startów sond i 

skrupulatna  "opieka"  nad  wszystkimi  pięcioma  członkami  Zespołu  Startowego  były  trudne  do 

zniesienia.  

Minął ostatni zakręt w lewo i doszedł do znaku kilometrowego. Jeszcze pół godziny drogi i 

będzie w schronisku.  

Jutrzejszy dzień musi rozstrzygnąć o dalszym planie badania sektora 10. Start będzie o 9.33. 

Taki czas ustalono dopiero w ostatniej chwili. O starcie poinformował go sam Bradford. Pułkownik 

wprowadził  zresztą  bardzo  osobliwą  metodę  powiadamiania  o  momencie  startu.  Już  wielokrotnie 

terminy były zmieniane i nie ma żadnej pewności, że i ten jest prawdziwy. Ray uśmiechnął się. Nie 

wierzył, aby to coś pomogło. Jeśli rzeczywiście chodzi o sabotaż, to ci, którzy go przeprowadzają, 

mają  ogromne  możliwości.  Był  przekonany,  iż  NOL-e  pojawiające  się  od  czasu  do  czasu  były 

dostatecznym  dowodem  na  to,  że  ktoś  sobie  nie  życzy  rakiet  w  sektorze  10  i  że  trzeba  w  końcu 

przestać wysyłać sondy kosmiczne w ten rejon. Bradford nie dawał się jednak przekonać i twierdził, 

że musi zdobyć dowody zamierzonej akcji, a nie będzie opierał się li tylko na hipotezach. Spojrzał na 

zegarek.  Jeszcze  kwadrans  marszu.  Regularna  praca  mechanizmu  działała  uspokajająco.  Wszyscy 

członkowie zespołu byli  już  na granicy wytrzymałości. psychicznej.  Właściwie wiadomo było, że 

jutrzejszy  eksperyment,  w  razie  niepowodzenia,  musi  być  dla  tej  grupy  ludzi  ostatnim  przed 

dłuższym urlopem.  

Ray przypomniał sobie poprzednią wycieczkę w to miejsce z całym zespołem. Było to w dwa 

dni po nieoczekiwanej anihilacji pierwszej sondy niedaleko sektora 10. Ustawiono na kosmodromie 

następną sondę, a zespół dostał zezwolenie na niedaleką wycieczkę. Wszyscy zauważyli wtedy ten 

Nierozpoznany Obiekt Latający. Był to niewielki dysk z błyszczącego materiału, który uniósł się z 

odległości około 2 km od nich i bardzo szybko zniknął w obłokach. Dyskusje na temat pochodzenia 

NOL-i  odwróciły  natychmiast  zainteresowanie  przyjaciół  od  Raya  i  jego zegarka.  Ray  znalazł  go 

przy ścieżce prowadzącej na szczyt. Musiał go ktoś zgubić co najmniej kilka dni temu, bo był nie 

background image

nakręcony. Nikt z obecnych jeszcze w schronisku nie przyznał się do zguby i było jasne, że nie ma 

sensu dalej szukać właściciela.  

Zegarek spisywał się nieźle i Ray był z niego zadowolony. Idąc uświadomił sobie, że wraz ze 

zbliżającym się terminem startu zaczyna się denerwować. Już cztery sondy przy starcie rozpadły się 

na  pył  metalowy  bez  jakiegokolwiek  wybuchu,  bez  żadnych  śladów  jakiegokolwiek  działania. 

Wysyłane do innych rejonów Galaktyki z tego samego kosmodromu startowały normalnie i już od 

kilku  lat  nadchodzą  od  nich  informacje  o  przebytych  trasach.  Sondy  kosmiczne,  bezzałogowe, 

szybkie  statki  fotonowe  miały  za  zadanie  nawiązać  łączność  z  przypuszczalnymi  innymi  istotami 

myślącymi  i  przełączyć  kontakt  na  Ziemię.  Wysyłano  je  w  ramach  programu  odpowiedzi  po 

wychwyceniu z szumów Kosmosu wyraźnych sygnałów sztucznych.  

Światło  w  schronisku  już  się  paliło,  kiedy  wszedł  i  zrzucił  plecak.  W  jadalni  za  stołem 

siedziała  tylko  jedna  osoba.  Chciał  usiąść  przy  innym  stoliku,  ale  zorientował  się,  że  ten  krótko 

ostrzyżony, siwy mężczyzna w sportowym ubraniu - to Bradford. Nie spodziewał się go tutaj. Mimo 

woli poczuł, że zasycha mu w gardle.  

Podszedł do stolika Bradforda i zauważył, że ten też musiał przed chwilą wrócić z gór.  

Bradford uśmiechnął się i zaprosił Raya do stolika.  

- Dobry wieczór panu, nie spodziewał się mnie pan tutaj, prawda ?  

Ray był zawsze szczery w stosunku do Bradforda.  

-  Tak,  ma  pan  rację,  panie  pułkowniku,  nie  sądziłem,  że  jestem  szczególnie  przez  pana 

wyróżniony.  Nie  bardzo  łatwo  bym  uwierzył,  że  akurat  dzisiaj  chciał  pan  w  tym  samym  miejscu 

zażywać świeżego powietrza.  

Bradford zareagował spokojnie.  

- No cóż, wie pan, że mam swoje plany działania. Wolałbym takie, byśmy współpracowali w 

innym układzie zadań, ale sytuacja wymaga ode mnie specjalnych kroków. Musi pan zrozumieć, że 

sondy są bardzo drogie i rząd wymaga od nas wykrycia sprawców dywersji.  

- I dlatego pewno szedł pan za mną i śledził mnie? Tylko nie rozumiem, jaki to miałoby sens.  

- Widzi pan, mogę powiedzieć panu, że jutrzejszy dzień będzie decydujący w śledztwie przez 

nas prowadzonym. Mogę również zapewnić pana, że nie szedłem za panem i nie śledziłem. Mój cel 

przybycia tutaj był inny. A jaki - możliwe, że wyjaśnię panu później. Na razie chciałbym jeszcze raz 

pana prosić, aby dla dobra śledztwa nie czynił pan prób kontaktowania się z kimkolwiek do jutra do 

godziny 9.33. Niech pan nie sądzi, że jest pan, jak to pan powiedział, "szczególnie wyróżniony".  

Nie. Inni członkowie zespołu też będą absolutnie skutecznie odseparowani od otoczenia.  

Po kolacji okazało się, że będą spali z Bradfordem w jednym pokoju.  

background image

Ray  był  zmęczony  wspinaczką  i  z  przyjemnością  wyciągnął  się  na  tapczanie.  Zasypiał 

szybko  i  zapamiętał  tylko,  że  Bradford  mówił  coś  jeszcze  o  śledztwie.  Ostatnie  słowa  dotarły  do 

niego prawie wyprane z sensu. Słyszał je, ale były to tylko słowa. Mógłby je podrzucać, jak żongler 

na arenie podrzuca jednakowe szare piłeczki, spadające bez dźwięku na podłogę i podskakujące do 

jego rąk, i znowu podrzucane do góry.  

- ... Wie pan, Ray, sądzę, że ktoś z zespołu  bierze w tym udział. Ale kto? I jakim cudem? 

Przecież  znamy  każdy  krok  członków  zespołu.  Ten  ktoś  musi  przekazywać  czasy  startu  w  jakiś 

bardzo dowcipny sposób...  

Piłeczki skakały coraz prędzej i rosła ich ilość. Ray czuł, że są coraz cięższe i że nie może ich 

podrzucać. To one zaczynają podbijać mu ręce. Jest ich coraz więcej i w końcu unoszą go nad Ziemię 

i oddalają coraz dalej  i dalej. Znikają światła  miast. I Ziemia staje się też  małą, szarą piłeczką. A 

dokoła rozciąga się bezkresna, czarna pustka...  

 

Ryk  lądującego  helikoptera  był  doskonałym  budzikiem.  Bradford  był  już  ubrany  w  swój 

mundur służbowy i zamykał walizkę, kiedy Ray zdecydował się wstać.  

- Dzień dobry panu, Ray, szybciutko jemy śniadanko i do pracy. Już godzina 6.  

Na kosmodromie wylądowali w godzinę później. Podziemne stanowisko dowodzenia lotem 

było już przygotowane do startu. O godzinie 8, jak zwykle w dniu startu, rozpoczęła się odprawa u 

kierownika programu, profesora Jeansa.  

Ray  usiadł  blisko  kolegów  z  zespołu.  Każdy  miał  obok  siebie  "anioła  stróża".  Wszyscy 

"aniołowie" byli w mundurach żandarmerii kosmicznej, co oznaczało, że są na służbie, i podkreślało 

wagę  dnia.  Tak  było  pierwszy  raz.  Ray  widział  wyraźnie  niepokój  na  twarzach  kolegów.  Każdy 

myślał o tym samym. Co przyniesie dzisiejszy  start? I co przyniesie śledztwo Bradforda? Patrzyli 

ukradkiem jeden na drugiego, łowiąc spojrzenia kolegów.  

Jeans mówił krótko i zwięźle:  

- Proszę kolegów! Dzisiejszy start z wielu względów będzie decydujący, jeśli chodzi o dalszy 

program badania sektora 10, i może być bardzo ważki dla nas jako dla konkretnego zespołu ludzi. 

Wszyscy wiemy, że prowadzone jest śledztwo w sprawie przyczyn poprzednich nieudanych startów. 

Chociaż  ja  osobiście  mam  swoje  poglądy  na  tę  sprawę,  z  materiałów  zebranych  przez  kolegę 

Bradforda wynika, że niewykluczone  jest współdziałanie kogoś z obecnych tu na sali w sabotażu. 

Sprawę  tę  stawiam  otwarcie  z  dwóch  powodów.  Po  pierwsze  -  to  jest  ostatnia  szansa  dla 

przypuszczalnego przestępcy: ma jeszcze możność wycofania się z góry. I po drugie - jeżeli się nie 

wycofa, to będzie dzisiaj zidentyfikowany. Wtedy nie będzie dla niego litości. Poniesie surową karę 

za zdradę ludzkości. Apeluję więc do niego, by wykorzystał szansę. Jeżeli już przekazał czas startu, 

background image

może  się  zgłosić  do  mnie  i  zmienimy  program  dnia,  dla  uniemożliwienia  sabotażu.  Na  prośbę 

pułkownika  Bradforda  od  godziny  8.30  zarządzam  pełną  gotowość  startową  na  cały  dzień.  Czas 

startu będzie ogłoszony całej załodze kosmodromu na pół godziny przed rozpoczęciem odliczania i 

startem. W tej chwili czas startu zna tylko Zespół Startowy w składzie 5 osób. Proszę o godz. 8.30 o 

zajęcie stanowisk. Dziękuję.  

Tak żywych komentarzy nie było jeszcze nigdy, nigdy przecież dotychczas nie mówiło się o 

sabotażystach.  

Bradford spojrzał na Raya i rzekł z uśmiechem:  

- Niech pan się uspokoi, przecież to chyba nie pan nas zdradza, prawda ?  

Ray nie odpowiedział. Wsiedli obaj do windy i pojechali do sterowni.  

O 8.20 Ray usiadł przy ekranie pulpitu sterowania silnikiem.  

O 8.30 zapaliły się przy stanowiskach czerwone napisy "Gotowość startowa". Rozpoczęło się 

czekanie. Ray zarządził sprawdzenie układów sterowania i siłowych silnika. Przez godzinę zdążył 

zrobić to 2 razy. Program sprawdzania znał na pamięć.  

Zbliżał  się  start.  Zgodnie  z  planem  o  godz.  9.00  niski  głos  syreny  i  pulsujące  napisy 

"Operacja  startowa"  ogłosiły  początek  eksperymentu.  Ray  poprawił  się  w  fotelu  i  spojrzał  na 

stanowiska pozostałych członków zespołu. Wydawało mu się, że widział na ich twarzach zdziwienie. 

Czyżby nie znali prawdziwego momentu startu? Przycisnął dźwignię "Paliwo". Wiedział, że zaczyna 

się  pompowanie  płynnego  deuteru  do  olbrzymich  zbiorników  sondy.  Po  dziesięciu  minutach  na 

drukarce  automatu  kontrolującego  wyskoczył  napis  "Pompowanie  zakończone".  Włączył  rozruch. 

Teraz zaczyna działać uranowy zapłon. Nie było żadnych zakłóceń. Ogłosił alarm startowy. Nikt nie 

ma prawa wychodzić z bunkrów kosmodromu. Otworzył zawór zasilacza i deuter zaczął się sączyć w 

ognisko reakcji rozszczepiania jąder uranu. Gwałtowny wzrost jasności w przyciemnionych szybach 

kontrolnych  ze  szkła  ołowiowego  Potwierdził  wskazania  przyrządów.  Silnik  fotonowy  zaczął 

działać.  

Cyfrowy  wskaźnik  czasu  zbliżał  się  do  stanu  zerowego.  Setne  części  sekund  migały 

zielonkawym  światłem.  Kiedy  naciskał  klawisz  "Start",  zamknął  oczy.  Teraz  pompy  na  pełnych 

obrotach  powinny  wtłoczyć  deuter  do  dyszy  i  sonda  powinna  oderwać  się  od  płyty  startowej. 

Ogromna moc silnika wyrzuci ją daleko poza Układ Słoneczny.  

Kiedy  obejrzał  się,  zobaczył,  że  za  nim  stał  Bradford  i  przez  szyby  ochronne  patrzył  na 

stanowisko startowe. Rayowi drżały ręce. Wstał i wiedział już, co zobaczy na starcie. Zamiast ryku 

startującej rakiety na kosmodromie panowała cisza.  

Nawet  nie  zakładał  kombinezonu  ochronnego.  Po  awariach  sondy  nigdy  nie  było  śladu 

promieniowania radioaktywnego. Pierwszy dobiegł do tego, co było przed chwilą sondą kosmiczną, 

background image

potężnym  statkiem  o  masie  kilkuset  ton,  a  teraz  przedstawiało  sobą  widok,  który  wywoływał  po 

prostu wesołość. Nie mógł się powstrzymać od głośnego śmiechu. Widział, że twarz  

Bradforda poczerwieniała z wściekłości, ale pułkownik się szybko opanował i po chwili też 

się zaczął śmiać. Na miejscu sondy była niewielka piramidka metalowego pyłu. Nie było nawet co 

analizować.  

Bradford zwrócił się do członków zespołu: - Proszę panów. Bardzo proszę ze mną.  

 

W  gabinecie  profesora  Jeansa  już  znajdowało  się  kilku  oficerów  w  mundurach.  Bradford 

przedstawił  im  pięciu  członków  Zespołu  Startowego.  Zabrał  głos  jeden  z  oficerów  -  generalny 

prokurator ministerstwa:  

- Panowie! Rozpoczniemy teraz posiedzenie sądu. Mam nadzieję, że rozstrzygną się na nim i 

wyjaśnią pewne sprawy związane z dywersją, której ostatni przykład przed chwilą obserwowaliśmy. 

Oddaję  głos  pułkownikowi  Bradfordowi,  który  od  dłuższego  czasu  prowadził  śledztwo  w  tej 

sprawie. Bradford wstał z krzesła, podszedł do Jeansa, poprosił go o klucze i wrócił z wyjętą z kasy 

pancernej teczką pełną dokumentów.  

- Śledztwo w sprawie sabotażu rozpoczęliśmy rok temu po anihilacji sondy w pobliżu sektora 

10.  Od  tego  czasu  zebraliśmy  pewne  dane  o  faktach,  które  obciążają  jednego  z  tu  obecnych. 

Chciałbym,  żeby  nam  wyjaśnił  te  fakty,  i  jeżeli  to  mu  się  uda,  pomógł  nam  stwierdzić  swoją 

niewinność. Uznaliśmy, że obrońcą może być tylko osoba fachowo pozostająca na tym samym lub 

wyższym niż on poziomie. Obrony podjął się profesor Jeans. Ale przejdźmy do sprawy.  

Ray  był  pewien,  że  to  niedorzeczne  oskarżenie  nie  może  się  opierać  na  solidnych 

podstawach. Ale niepokój udzielił się i jemu, i jego kolegom. Wiedział, że to, co tu się rozgrywa, 

zapamiętają na długo.  

Bradford kontynuował:  

- Po pierwsze, grupa specjalistów z Instytutu Fizyki Teoretycznej stwierdziła, że zniszczenie 

sond nie było rezultatem znanego nam na Ziemi procesu fizycznego i że nie mogło być rezultatem 

pracy silnika  fotonowego. To stwierdzenie nie ulega najmniejszej wątpliwości. Czy panowie się z 

tym zgadzają?  

To było oczywiste i Ray też kiwnął głową.  

-  Z  tego  wniosek,  że  mamy  do  czynienia  z  siłami  obcymi,  niweczącymi  nasz  wysiłek 

eksploracji sektora 10, a jest możliwe, że mającymi również inne, bardziej groźne plany. Tego z góry 

nie  można  przewidzieć.  Po  drugie,  Dowództwo  Obrony  kosmicznej  stwierdziło  pojawienie  się 

NOL-i  zawsze  bezpośrednio  przed  startem  sondy  do  sektora  10.  Są  na  to  dowody.  Mam  zdjęcia 

NOL-i z odpowiednimi datami. Proszę, oto one.  

background image

Ray zobaczył  na zdjęciach znane z pamiętnej  wycieczki w góry kształty nie rozpoznanych 

obiektów. Nie ulegało wątpliwości, że zdjęcia były autentyczne.  

-  Czy  panowie  zgadzają  się  na  stwierdzenie,  że  Oni  musieli  być  informowani  o  każdym 

starcie sondy do sektora 10?  

Ray poczuł, że Bradford zbliża się do momentu decydującego. Wtedy zamknie sieć, z której 

już ofiara nie będzie się zdolna wydostać.  

Logika  faktów  była  niepodważalna.  Tym  niemniej  czuł,  że  gdzieś  musi  tkwić  błąd  w 

koncepcjach Bradforda. Ale fakty kazały odpowiedzieć "tak".  

- A teraz przechodzę do meritum sprawy. - Bradford zaczął mówić wolniej. - Czy panowie 

zauważyli, że prowadziliśmy pięć prób sond, nie licząc anihilacji pierwszej  sondy poza granicami 

Układu Słonecznego, i że ta liczba zgadza się z ilością członków Zespołu Startowego?  

Ray zaczynał rozumieć, dlaczego zabroniono im wszelkich dyskusji i wymiany poglądów i 

informacji na temat startów. Bradford kontynuował:  

-  Tak,  proszę  panów,  to  nas  kosztowało  bardzo  drogo,  ale  musieliśmy  zdobyć  nieodparte 

dowody.  

Ray  czuł,  że  Bradford  już  zaczął  zaciskać  pętlę.  Ale  na  czyjej  szyi  ?  Popatrzył  na  twarze 

kolegów. Znał ich od dawna. To niemożliwe, żeby któryś z nich popełnił zdradę. Był tego absolutnie 

pewien i w tej chwili. Był ich pewien, jak był pewien siebie. Już teraz wiedział, że za chwilę padną 

słowa oskarżenia, wiedział, że oskarżony nie zdoła wyrwać się z zastawionej pułapki, i wiedział, że 

znów Bradford miał rację, sądząc, że najlepszym obrońcą może być Jeans. To był jedyny możliwy 

świadek obrony. Wielekroć zauważył, jak profesor zbijał wspaniale wyglądające hipotezy w kilku 

zdaniach  wypowiedzianych  krótko  i  zwięźle,  tym  miłym,  cichym  i  ciepłym  głosem.  Nawet  jego 

przeciwnicy  naukowi  odnosili  się  do  niego  z  ogromnym  szacunkiem.  Teraz  Jeans  przeglądał 

szczegółowe zeznania członków zespołu, zebrane przed kilkoma dniami przez Bradforda.  

Pułkownik wyjął następny dokument.  

- Otóż przy kolejnych startach niektórzy z was znali prawdziwe czasy  startów sond, a inni 

fałszywe i dopiero na kilka godzin przed startem dowiadywali się o czasie prawdziwym. Ray czuł, 

jak krew zaczyna mu pulsować w skroniach. Rozumiał teraz obecność Bradforda w schronisku. To 

dlatego był tak dobrze pilnowany. Bradford zwrócił się do niego:  

-  Tylko  jeden  z  was,  pan  Ray  Miller,  znał  dokładne  czasy  startów  sond  do  sektora  10  we 

wszystkich  pięciu  przypadkach.  Tylko  pan  mógł  informować  o  najlepszym  momencie  dokonania 

zniszczenia sond przy starcie. Oskarżam pana o zdradę. Czy pan przyznaje się do winy?  

background image

Ray  nie  widział  szansy  ratunku.  Wstał  z  miejsca.  Czuł  na  sobie  wzrok  swoich  przyjaciół. 

Widział  ich  zdumienie  i  przede  wszystkim  niedowierzanie.  To  mu  dodało  odwagi.  Nigdy  nie  był 

mówcą. Jąkając się i czerwieniąc powiedział tylko to, co mógł. Prawdę.  

- Jestem zaskoczony tym oskarżeniem. Przysięgam, że nie miałem i nie mam nic wspólnego z 

informowaniem tych, którzy niszczą sondy. Nie przyznaję się do winy, bo winny nie jestem. Kiedy 

skończył, nogi już mu odmawiały posłuszeństwa. Siadł ciężko na fotel.  

Znów zaczął mówić Bradford:  

-  Wobec  tak  jawnych  dowodów  winy  wnoszę,  by  sąd,  niezależnie  od  wyparcia  się 

oskarżonego, uznał go za winnego. Ray słyszał jak przez watę głos generalnego prokuratora.  

- Udzielam głosu profesorowi Jeansowi, który występuje jako świadek obrony. Czy pan się 

zgadza, panie Miller, na kandydaturę profesora Jeansa?  

Ray nie poznał własnego głosu, kiedy odparł:  

- Tak jest, panie prokuratorze.  

- Czy pan chce coś powiedzieć w obronie oskarżonego, profesorze Jeans?  

Profesor skinął głową i patrząc w okno zaczął:  

- Panie Bradford, pańska metoda wykrycia przestępcy zawiera błąd logiczny. Dlaczego pan 

nie dopuszcza myśli, że niekoniecznie członek Zespołu Startowego informował obcych? Przy takim 

założeniu nie powinien pan podawać nikomu z członków zespołu Startowego prawdziwego terminu 

i  gdyby  wtedy  sabotaż  się  nie  udał,  miałby  pan  dopiero  prawo  wyciągnąć  te  wnioski,  które  pan 

wyciągnął. Ale gdyby  się udał?  Zresztą w tych obu przypadkach byłaby podejrzana  jeszcze  jedna 

osoba.  

Bradford zerwał się z fotela.  

-  Co  pan  ma  na  myśli,  panie  profesorze?  Wypraszam  sobie  tego  rodzaju  insynuacje.  To 

przecież  śmieszne  podejrzewać  mnie.  -  Proszę  siadać,  panie  pułkowniku.  Pan  profesor  rozumuje 

zupełnie poprawnie.  

Prokurator generalny odebrał głos Bradfordowi i poprosił Jeansa, aby ten kontynuował.  

- Jak pan widzi, panie pułkowniku, pańska pułapka na zdrajcę nie była absolutnie szczelna.  

Ray  odetchnął  z  ulgą.  Widział  wesołość  na  twarzy  przyjaciół.  Jeans  jeszcze  raz  dowiódł 

swych możliwości. Ale to nie był koniec.  

- Zresztą, panie Bradford, ja pana nie podejrzewam. Twierdzę, że nikt z nas tu obecnych nie 

dopuścił się zdrady. Chciałem tylko wykazać, że mylił się pan w założeniach i niesłusznie oskarżył 

mojego  pracownika.  Na  pewno  go  pan  jeszcze  dzisiaj  przeprosi.  Mam  pewną  hipotezę  na  temat 

wydarzeń związanych z sondami do sektora 10. Powstała ona podczas przeglądania zeznań, które 

zebrał  pan  Bradford.  Dziękuję  mu  za  dokładną  robotę.  Jeżeli  hipoteza  będzie  słuszna,  a  mam 

background image

nadzieję;  że  uda  nam  się  to  udowodnić,  to  przede  wszystkim  będzie  to  zasługa  pułkownika 

Bradforda.  

Raya  ubawił  widok  uspokajającego  się  Bradforda.  Jeans  wiedział,  jak  pozyskać  sobie 

pułkownika, grając na jego poczuciu dumy zawodowej.  

-  Proszę  panów  -  ciągnął  profesor  -  wyobraźcie  sobie  na  moment,  że  przez  sektor  10 

przebiega jakiś ważny szlak teletransmisyjny lub łączności międzygalaktycznej. To oczywiście jest 

moja fantazja, ale pomoże nam w zrozumieniu sensu wydarzeń. I nagle okazuje się, że pojawia się 

tam  rakieta  fotonowa,  znakomicie  zakłócająca  transmisję  chmurą  pozostawionej  za  sobą  energii 

elektromagnetycznej.  Służba  łączności  stwierdza  zakłócenia.  Stwierdza,  że  rakieta  nie  słucha 

rozkazów powrotu wydanych w języku poglądowym. Stwierdza, że jest bez istot żywych. Nie ma 

czasu na jej odholowanie. Co wtedy byście, panowie, zrobili? Pamiętajcie, że może to być bardzo 

ważne łącze. A właśnie. To samo, co zrobili Oni. Po prostu zlikwidowali zakłócenie na łączu. Ale 

Oni  wiedzą,  że  będziemy  na  pewno  wysyłali  rakiety  dalej,  nie  domyślając  się  powodu  ich 

zniszczenia.  Co  zatem  robią?  Po  prostu  zostawiają  informatora,  który  ich  zawiadamia  o  każdym 

następnym  starcie,  i  niszczą  rakiety,  rozumiejąc,  że  w  końcu  domyślimy  się,  iż  nie  należy  im 

przeszkadzać,  i  przestaniemy  wysyłać  sondy  do  sektora  10.  A  teraz  pytanie,  jak  zdobywali 

informację o startach?  

-  Panie  profesorze  -  przerwał  prokurator  generalny  -  zbyt  dobrze  pana  znam  i  zbyt  pana 

szanuję,  by  uważać  za  śmieszne  to,  co  pan  mówi.  Ale  widzę,  że  kolega  Bradford  jest  wyraźnie 

wesoły. Czy ma pan choćby najmniejsze poszlaki, nie mówię już o dowodach, że hipoteza może być 

prawdziwa?  

- Panie prokuratorze, jeżeli to, co powiedziałem, nie jest na razie możliwe do sprawdzenia, to 

to, co chcę powiedzieć, ma duże szanse potwierdzenia faktami.  

Ray widział, że wszyscy słuchają profesora w największym napięciu.  

-  Proszę  o  pozwolenie  zadania  kilku  pytań  panu  Millerowi.  -  Bardzo  proszę,  profesorze  - 

odparł prokurator.  

- Ray, czy przypominasz sobie dobrze swoją wycieczkę w góry po anihilacji pierwszej sondy 

w sektorze 10?  

- Tak jest, panie profesorze.  

- Czy widziałeś, wracając, NOL-a!  

- Tak, widziałem bardzo dobrze. Startował, kiedy wracałem do schroniska.  

- Czy wydarzyło ci się podczas wycieczki coś niezwykłego?  

- Nie, nic takiego sobie nie przypominam.  

- Ray, czy wróciłeś z tym samym wyposażeniem, z którym wyszedłeś ?  

background image

Ray  zastanawiał  się  przez  chwilę,  przebiegł  w  myślach  całą  trasę  wycieczki.  Jedynym 

faktem, który sobie przypomniał, było znalezienie zegarka, ale przecież nie o to chodzi profesorowi.  

- Panie profesorze, mogę dodać tylko, że znalazłem zegarek. Wyciągnął rękę  i pokazał go 

profesorowi  oraz  prokuratorowi.  -  Szukałem  właściciela  w  schronisku,  ale  musiał  wyjechać 

wcześniej i nie wiedział, że znalazłem zgubę.  

- Bardzo dziękuję, Ray, wierzę, że nic innego ci się nie wydarzyło. A teraz, proszę panów, 

proszę słuchać uważnie. Czy wszyscy zgadzają się z moim twierdzeniem, że NOL-e pojawiające się 

przed startem mogą mieć coś wspólnego z niszczeniem rakiet? Dziękuję. Ja też myślę, że mogą. Poza 

tym twierdzę, że musieli mieć czas na anihilację sond. A przecież myśmy widzieli, że przy starcie 

nikt nic przy sondach nie robił. Nie było na płycie startowej nikogo. Długo się zastanawiałem, jak to 

wyjaśnić. Jedyne wytłumaczenie, znów trochę fantastyczne, będzie takie. Twierdzę, że w momencie 

startu zatrzymywali czas na kosmodromie. Nasz czas biologiczny i przyrządowy. Zapewne panowie 

sobie przypominają zakłócenia naszych chronometrów i ich opóźnienie o około 20 minut po każdym 

sabotażu?  Twierdzę,  że  ich  informator  musiał  mieć  czas  synchroniczny  z  nimi.  Ray,  proszę, 

chłopcze, powiedz, która jest u ciebie godzina?  

A jednak pytanie Jeansa nie rozśmieszyło nikogo. Ray nagle przypomniał sobie, że to było za 

każdym razem. Tak. Na pewno.  

- Na moim zegarku, panie profesorze, jest 10.42.  

-  Dziękuję,  mój  drogi.  Na  zegarku,  który  masz  na  ręce,  jest  10.42.  A  która  jest  godzina  u 

panów? - profesor zwrócił się do pozostałych obecnych.  

Na pozostałych zegarkach była godzina 10.22.  

-  Dziękuję  panom.  Sądzę,  że  20  minut  im  wystarczyło.  Rzucili  granat  grawitacyjny. 

Zatrzymali nasz czas i anihilowali sondę.  

Ray  już  wiedział.  Zawsze  dziwił  się,  że  po  awariach  sond  zegarki  kolegów  i  chronometr 

synchronizujący  pokazywały  czas  niezgodny  z  radiowym  o  około  20  minut.  Jego  zegarek  nie 

wykazywał  tej  różnicy.  Jego  zegarek?  Wstał  z  miejsca,  zdjął  go  z  ręki  i  podał  profesorowi.  Ten 

położył zegarek na stole i znów zaczął mówić:  

- Proszę sądu i tu obecnych. Zupełnie oficjalnie, po uzgodnieniu z Rządem oświadczam, że 

zawieszamy próby z sondami do sektora l0. Co się zaś tyczy zakończenia śledztwa, to myślę, że nam 

pomoże drugi świadek obrony.  

Profesor wskazał leżący na stole zegarek.  

-  Twierdzę,  że  to  jest  ich  informator.  I  sądzę,  że  mamy  na  to  dowód.  Dziękuję  panu 

prokuratorowi  za  udzielenie  mi  głosu.  Prokurator  ogłosił  zakończenie  posiedzenia,  wszyscy 

background image

skierowali się do stołu. Jeans miał rację. Dowód był znacznie wcześniej. Na stole, zamiast zegarka, 

leżało trochę metalowego pyłu. Jeans nachylił się nad stołem i zdmuchnął pył.  

Kiedy  jeszcze  raz  sprawdzono  zegarki  z  czasem  radiowym,  okazało  się,  że  na  zniszczenie 

informatora tym razem wystarczyło NOL-om już tylko 6 minut.  

 

background image

DANUTA OWADOWSKA 

OPOWIADAJ DAG

 

 

Niebieskie  światła  wskaźników  rozjaśniały  nieco  półmrok  panujący  w  rozdzielni.  Na 

zewnątrz  automaty  łączyły  stalową  konstrukcję  i  ostre  błyski  łukowych  wyładowań  wyławiały  z 

mroku  twarze  załogi  statku  kosmicznego  "Stella".  Wysoki  mężczyzna  o  włosach  złotych  jak  len 

przysunął czworokątne pudełko do kobiety siedzącej naprzeciwko.  

- Zaczynaj, Dag, tylko pamiętaj, to nie jest raport. Dziennik podróży wyślemy swoją drogą. 

Opowiadaj, Dag, przeżywaj wszystko jeszcze raz, to jest twoja ostatnia opowieść, list do tych, którzy 

przybędą.  

Kobieta splotła dłonie na kolanach, przeniosła wzrok na stojący przed nią fonograf. Zaczęła 

mówić:  

- Wszystko jest przygotowane, czekam na swoją kolej. Fizyk, Ino, ja. Historyk i Pierwszy. 

Przy  pulpicie  rozdzielczym  leży  metalowy  kabłąk  zakończony  dwiema  płytkami.  Coś  mi  to 

przypomina.  Już  wiem,  wycieczkę  do  muzeum  starożytności,  obły,  srebrzysty  kształt  wysadzany 

lśniącymi kamieniami - diadem. Ino podchodzi teraz do mnie  i ujmuje  mnie za ramię. Mam  mało 

czasu, muszę się śpieszyć...  

A więc kiedy schodziliśmy do lądowania, byliśmy podnieceni, to jasne. Ale to nie był strach 

przed Nieznanym. Zresztą projekcja filmów zrobionych przez rakiety zwiadowcze, gdy krążyliśmy 

po orbicie dokoła planety, wykazała, że nie ma na niej istot rozumnych. Przepraszam, istot mogących 

stworzyć  cywilizację.  O  żadnym  kontakcie  nie  mogło  być  mowy.  Wylądowaliśmy  na  rozległej 

równinie,  rozciągającej  się  aż  po  sam  horyzont.  Jak  okiem  sięgnąć,  biegła  jej  pofałdowana 

powierzchnia,  tylko  z  lewej  strony  ciemniało  pasemko  skał.  Dla  nas  najważniejsze  było  to,  że 

atmosfera planety miała wystarczającą zawartość tlenu. Można było poruszać się bez skafandrów.  

Bezpośrednio  po  wylądowaniu  "Stelli"  automaty  zaczęły  budować  Stację.  Praca  była 

obliczona na 36 godzin, nie wymagała koordynacji, zebraliśmy się więc w sali Pierwszego. Odprawa 

była krótka, ustalono skład osobowy zwiadowczej wycieczki. Pojechać mieli: Fizyk, Historyk i ja. 

Ino był wyraźnie niezadowolony, ale wiedzieliśmy, że Pierwszy nie zmienia decyzji. Fizyk zajął się 

roztrząsaniem  pewnych  drobnych  anomalii  grawitacyjnych,  jakie  dały  się  zauważyć  podczas 

wstępnych  pomiarów,  do  mnie  należało  kierowanie  zespołem  automatów  zdejmujących  tytanową 

osłonę z pancerza. Wtedy jeszcze mogliśmy odlecieć. Osiem godzin potem było już za późno... O 

awarii stosu zawiadomił Pierwszy Fizyka.  

background image

- Wskaźnik aktywności wskazuje zero - powiedział - ale to nie jest zwykła awaria. Wygląda 

na to, że ktoś rozmontował stos.  

Fizyk był wyraźnie przerażony i mimo pozornie spokojnej relacji nie potrafił tego ukryć.  

- Cybernetyk - zwrócił się do mnie Pierwszy - proszę wezwać Zespół Naprawczy.  

I  wtedy  Historyk  zawołał  nas  do  siebie.  Tytan  był  już  zdjęty,  mogliśmy  widzieć 

bezpośrednio, co się dzieje przed statkiem. Automaty krzątały się koło konstrukcji, która w niczym 

nie  przypominała  Stacji.  Zamiast  znajomego  kopulastego  kształtu,  wznosiły  nieforemny 

graniastosłup.  Poza  tym  wszystkie  były  na  zewnątrz,  a  przecież,  oprócz  Zespołu  Budowniczych, 

reszta  winna  znajdować  się  w  statku.  Nie  reagowały  na  rozkazy,  pulpit  sterowniczy  milczał,  a 

kontrola łączności nie wykazała uszkodzeń. To było tak niesamowite, że patrzyliśmy po sobie, nie 

mówiąc ani słowa.  

Najbardziej boimy się zjawisk, których nie rozumiemy. Odczuwamy lęk, widząc skutki, a nie 

znając  przyczyny.  Cała  nasza  wiedza,  cała  ziemska  cywilizacja  opiera  się  na  pewnych  kanonach, 

prawach, które niekiedy można adoptować czy rozciągnąć na nowe zjawiska, ale których nie można 

przekreślać.  To,  co  się  działo  przed  naszymi  oczami,  było  zaprzeczeniem  ludzkiej  wiedzy, 

zaprzeczeniem cybernetyki  w ogóle.  Automaty nie  mogą przejawiać  inwencji,  maszyny  nie  mogą 

działać samodzielnie.  

- Bunt automatów! - zawołał Fizyk. - Ziściły się marzenia autorów fantastycznych powieści ! 

Jedno  z  tych  bydląt  musiało  wejść  do  siłowni  i  rozmontować  stos.  Dawka  promieniowania 

rozregulowała mu układ sterujący i już stamtąd nie wyszedł. Zresztą, na nasze szczęście.  

- Niemożliwe - próbowałam zaprzeczyć. - Automaty nie mogą pracować według własnego 

programu.  

- A to? - Fizyk pokazał ręką na budowlę. - Czy to o niczym nie świadczy?  

- W każdym razie nie o buncie automatów - odpowiedział mu Pierwszy, opuszczając zasłonę 

na iluminator. - W żadnym wypadku - dodał - nie wolno nam stawiać hipotez w oparciu o zjawiska, 

których nie możemy pojąć.  

- Wobec tego jakie jest inne wytłumaczenie? - zapytał Fizyk.  

- Chwilowo brak w ogóle wytłumaczenia...  

...Czas upływa, widzę, że Pierwszy przygotowuje do rozruchu awaryjną prądnicę. Niedługo 

będzie już po wszystkim. Koło mnie siedzi Ino, głaszcze mnie po policzkach, jeszcze mokrych od 

łez. Wstydzę się płaczu, ale łzy same płyną mi po twarzy, nikt tego nie widzi oprócz Ino. Fizyk siedzi 

z twarzą ukrytą w dłoniach, a Historyk, wpatrzony w punkt gdzieś za naszymi plecami, nie zauważa 

obecnych. Mam bardzo mało czasu... 53  

background image

...Kiedy dwóch kroczących weszło do sali, siedzieliśmy chyba tak samo jak teraz. Historyk 

był najbliżej wejścia i może właśnie dlatego na niego padł wybór. Jeden z automatów wziął go za 

ramię  i pociągnął  za sobą. Przez chwilę siedzieliśmy  jak sparaliżowani. Potem Ino zerwał się, ale 

drugi automat zagrodził mu przejście. Historyk nie bronił się, wyszli w zupełnej ciszy i dopiero gdy 

umilkł stukot kroków na korytarzu, Ino rzucił się do wyjścia. Osadził go w miejscu głos Pierwszego:  

- Zostaw! Powinniśmy wcześniej pomyśleć o obronie! - Czym? Całe wyposażenie jest już na 

zewnątrz!  

- Co one z nim zrobią? - zapytałam, bo to było dla mnie najważniejsze.  

- Jak to co? - Fizyk wzruszył ramionami. - Rozbiorą na części, żeby zobaczyć, jak człowiek 

może się poruszać bez sprzęgieł, półprzewodników i akumulatorów.  

I znowu była cisza, tylko Pierwszy chodził z rękami założonymi do tyłu, tam i z powrotem...  

Historyk  wrócił  po  trzech  godzinach,  sam.  Kroczący  odprowadził  go  do  wejścia,  ale  tym 

razem nie wszedł do środka. Historyk nie miał nam dużo do powiedzenia. Automaty posadziły go na 

czymś w rodzaju fotela i siedział tak nieruchomo, podczas gdy one obsługiwały jakąś aparaturę. Nie 

umiał powiedzieć nic konkretnego. Rozkładał bezradnie ręce.  

- Nie moja branża, gdyby tak któryś z was...  

Poczułam  głupią  satysfakcję.  Jednak  nie  zrobiły  mu  nic  złego.  Czułam  się  za  nie 

odpowiedzialna,  to  były  moje  automaty.  -  Bardzo  się  bałeś  ?  -  zapytałam,  żeby  coś  powiedzieć. 

Kiwnął głową.  

- Bardzo. Potem zamknąłem oczy i myślałem o tych dawnych, dobrych czasach, kiedy ludzie 

nie uganiali się jeszcze po Kosmosie, a poruszali się po staruszce Ziemi w przyzwoitych pojazdach, 

takich  jak  na  przykład  karety,  samochody...  Tymczasem  na  zewnątrz  trwała  gorączkowa  praca. 

Słyszeliśmy  charakterystyczny  syk  aparatów  Collega,  używanych  do  łączenia  najbardziej 

precyzyjnych  zestawów.  Tkwiliśmy  przy  iluminatorach,  obserwowaliśmy  rozmazane  przez 

półprzezroczyste  płyty  krzemonu  sylwetki  poruszających  się  bezustannie  automatów.  Gdy  praca 

ustała,  statek  nasz  opasywała  pętla  z  podwójnych  metalowych  płaskowników.  Początek  i  koniec 

miała w środku owego graniastosłupa, który wzniosły automaty. Stamtąd też wybiegały przewody 

umieszczone na wspornikach ponad pętlą. W pewnej chwili rozległo się dzwonienie, potem wysoki, 

przeraźliwy  ton,  zupełnie  inny  od  otaczających  nas  na  co  dzień  dźwięków,  wreszcie  zgrzytanie, 

potężny  łoskot  i  z  graniastosłupa  wytoczyło  się  sześcienne  pudło  na  kołach.  Z  przewodem 

biegnącym  u  góry  połączone  było  skomplikowanym  systemem  metalowych  rurek  ułożonych  w 

kształcie rombu.  W  miejscu styku raz po raz pojawiał się  snop wyładowań elektrycznych. Całość 

posuwała się po metalowych szynach zgrzytając i piszcząc przy każdym obrocie kół.  

Z osłupienia wyrwał nas śmiech Historyka.  

background image

- Przecież to tramwaj! One zrobiły tramwaj !  

- Co?  

- Środek lokomocji używany prawie do końca XX wieku wyjaśnił.  

- Ale po co ?  

- Nie wiem. I skąd ten pomysł?  

- Ty im powiedziałeś ! - Pierwszy miał twarz zadowoloną, tak nie pasującą do otaczającej nas 

rzeczywistości, że zrobiło mi się przykro. - Nieznane przestało być nieznanym ciągnął, siadając za 

stołem  -  wszystko  wiąże  się  w  logiczną  całość.  Należało  tylko  trzymać  się  jednego  pewnika: 

"Automaty nie mogą pracować bez programu". Jeżeli więc wypowiedziały nam posłuszeństwo, nie 

znaczy to wcale, że uzyskały samodzielność. Zawiesił na chwilę głos. - Steruje nimi kto inny!  

Widząc, że chcę coś powiedzieć, podniósł rękę.  

- Za chwilę, jeszcze nie skończyłem. Powiedzmy więc, że na planecie znajduje się genialny 

Mózg. Ale Mózg bez organów wykonawczych. I, co najważniejsze, Mózg bez własnej koncepcji. Co 

przez to rozumiem? Tak  jak są pisarze, którym trzeba pomysłów, tak to jest Geniusz, który  może 

rozwinąć i opracować każdy problem, ale który sam sobie problemu postawić nie umie. Nigdy się 

chyba  nie  dowiemy,  w  jaki  sposób  opanował  nasze  automaty,  jaką  drogą  przesyła  im  polecenia. 

Osobiście mam wrażenie, że dysponuje nie znanym nam rodzajem energii. Historyka wziął po prostu 

na  przesłuchanie,  zwróćcie  uwagę  -  Historyk  cały  czas  myślał  o  przeszłości.  Obraz  tramwaju 

utrwalony  w  zwojach  kory  mózgowej,  sama  koncepcja  takiego  pojazdu  wystarczyła  Mu  na 

opracowanie napędu i ogólnych zasad ruchu. Traktuje nas jak rodzaj biblioteki, coś na kształt zbioru 

zadań i problemów.  

Dziwne, ale zrobiło mi się lżej. Choć wyjaśnienia Pierwszego w niczym nie poprawiły naszej 

sytuacji, nie było już we mnie tego dygocącego lęku. Uznane wielkości nie ulegały dewaluacji, dwa 

razy dwa znowu równało się cztery.  

Nie było buntu automatów. Pierwszy popatrzył po nas:  

- Pracowałeś nad teorią pola siłowego i antygrawitacji? zwrócił się do Ino. - On to dokończy 

za  ciebie!  Ty,  Dag,  dostarczysz  Mu  nowych  wspaniałych  automatów.  Ja  zapoznam  Go  ogólnie  z 

teorią rozkładu plazmy i z wyrzutniami fotonowym; W obecnym stanie daleko im do doskonałości, 

ale  nie wątpię, że On potrafi uczynić z tego doskonałą  broń. Właśnie broń!.., Przerwał na chwilę, 

zamyślił się, a potem podjął znowu:  

- Za dziesięć ziemskich lat ma tu przybyć następna wyprawa. Jak myślicie, czym przywita ją 

Mózg, sądząc, zresztą słusznie, że przybysze zagrażać będą Jego niezależności? I jakimi środkami 

będzie dysponował? Praktycznie rzecz biorąc - będzie wszechmocny!  

Długie milczenie przeciął Historyk. Stał oparty ramieniem o metalowy brzeg markografu.  

background image

- Kiedy jeden z królów angielskich powróciwszy do kraju zastał rodzinne miasto zburzone i 

zrównane  z  ziemią  przez  wrogów,  zwrócił  się  do  swojego  Boga  słowami:  "Zabrałeś  mi  to,  co 

umiłowałem najbardziej, w takim razie ja odbiorę ci wszystko, co we mnie cenisz". I począwszy od 

tego  czasu  wyzbył  się  wszystkich  cnót  swoich.  Rozmyślnie  użyłem  archaicznego  języka,  ale 

konkluzja jest chyba jasna - musimy odebrać Mu naszą pamięć !  

- To pomysł, a realizacja? - zapytał Ino.  

-  Możliwa  nawet  w  naszych  warunkach  - ożywił  się  nagle  zamyślony  Fizyk.  -  Całość  jest 

stosunkowo prosta, sprowadza się do udarowego oddziaływania impulsami określonego kształtu na 

ośrodki  pamięci.  Po  prostu  kasowanie  zapisu.  Analogicznemu  zabiegowi  poddano  członków 

wyprawy na VII planetę. Po powrocie stamtąd byli psychicznie wykończeni. Wówczas zastosowano 

częściową kasację, ale to tylko kwestia odpowiedniego zmodulowania.  

- Czy po tym nic się nie pamięta? - zapytałam.  

- Jesteś jak noworodek, uczysz się wszystkiego od nowa, od nowa poznajesz świat.  

-  Co  prawda,  w tych  warunkach  nie  będzie  się  od  kogo  uczyć. -  To  powiedział  Pierwszy. 

Potem podszedł do pulpitu. Odwrócony tyłem manipulował coś przy przełącznikach.  

- Na wschodniej stronie planety są obszary pokryte bujną roślinnością. Chyba tam będziemy 

- zawahał się i dokończył wegetować.  

- To trochę tak, jak umrzeć - szepnął Ino.  

- Nie! - Historyk pokręcił przecząco głową. - Śmierć to znaczy niebyt, nicość. A my, chociaż 

pozbawieni wszystkiego, co dała nam cywilizacja, chociaż pozbawieni pamięci, zostaniemy jednak 

gatunkiem  Homo  Sapiens.  Gatunkiem  myślących.  Nie  przestaniemy  rozumować.  Od  nowa 

zaczniemy zapisywać białe karty naszego doświadczenia.  

- A On? - spytał Fizyk.  

- On? - Pierwszy zwrócił się do mnie. - Czy Zespół Budowniczych ma układ regeneracyjny?  

- Nie ma. Mamy przecież, to jest mieliśmy - poprawiłam się - Centralną Siłownię.  

- Ile mogą pracować twoje automaty bez ładowania? - Około 2000 godzin.  

-  Tyle  czasu  będzie  trwało  Jego  panowanie  na  tej  planecie.  Gdyby  to  przewidział,  ciebie 

pierwszą  wziąłby  na  "rozmowę"  i  z  pewnością  skonstruowałby  niezniszczalny  automat.  Bez 

wykonawców będzie niczym.  

Dalej już poszło szybko. Spieszyliśmy się, bo nie wiadomo było, czy On za chwilę w jakiś 

sposób nie pokrzyżuje naszych planów. I teraz czekam na swoją kolej. Fizyk ma już na głowie ten 

metalowy  kabłąk-diadem,  pozostaje  jeszcze  umieścić  na  orbicie  rakietkę  z  dziennikiem  podróży  i 

tym zapisem. żegnajcie!  

 

background image

Statek kosmiczny średniego zasięgu "Galat" już trzecią dobę krążył po orbicie wokół planety. 

W  kabinie  sternika  czterej  mężczyźni  siedzieli  wsłuchani  w  głos  kobiety  wydobywający  się  z 

fonografu: ..."pozostaje jeszcze umieścić na orbicie rakietkę z dziennikiem podróży i tym zapisem. 

Żegnajcie!"  

Kobiecy głos umilkł. Siedzieli chwilę w milczeniu, potem jeden z nich przekręcił wyłącznik.  

- Słucham tego po raz czwarty - powiedział - i za każdym razem zastanawiam się, jak ja bym 

postąpił.  

Chciał  coś  dodać,  ale  przerwał  mu  suchy  trzask  z  głośnika:  -  W  sali  narad  odbędzie  się 

projekcja filmów wykonanych przez grupę zwiadowczą Amegi, która okrążyła planetę po węższej 

orbicie. Zainteresowani proszeni są o przybycie.  

Szary ekran wideo rozjaśnił się. Zamigotały jakieś cienie i nagle na pierwszym planie ukazał 

się  muskularny  mężczyzna.  Stał  nieco  przygarbiony,  ociosując  trzymanym  w  ręku  kamieniem 

dziwacznie  powykręcany  konar.  Długie,  białe  włosy  spadały  mu  na  plecy.  Potem  perspektywa 

wydłużyła  się,  widocznie  operator  zmienił  ogniskową.  Zebrani  w  sali  projekcyjnej  widzieli  teraz 

prymitywną osadę, pół-domki, pół-szałasy ustawione na palach tkwiących w ziemi. Przed jednym z 

nich krzątało się troje ludzi zasłaniając sobą przedmiot stojący za nimi. W pewnym momencie jeden 

z  nich  odszedł,  kamera  znowu  zrobiła  skok  i  na  ekranie  ukazała  się  kobieta  łącząca  poprzeczną 

żerdzią dwie obręcze. Trwało to chwilę, obraz zmienił się, na ekranie wyrosły pokraczne krzewy o 

fioletowych pniach, ale nikt już nie patrzył. Ze szmeru rozmów wybił się głos:  

- Koło! Oni już wymyślili koło!  

 

background image

ANDRZEJ CZECHOWSKI 

WIECZORNE NIEBO

 

 

- Dobry wieczór !  

Pani Ferguson drgnęła i podniosła oczy znal robótki.  

- Ach, to pani. Proszę, nich pani usiądzie. Mamy dziś piękny wieczór, prawda?  

- O, tak - powiedziała pani Pheltie. Usiadła na krześle naprzeciw pani Ferguson.  

-  Pani  ma  przynajmniej  zajęcie  -  westchnęła.  -  Nigdy  nie  potrafiłam  nauczyć  się  robić  na 

drutach. Mąż i Johnny wyjechali przed wieczorem, jestem sama w domu. To dziwne, ale już od roku 

nie pamiętam, żeby mąż był w domu wieczorem.  

Pani Ferguson uniosła brwi do góry.  

- On i Johnny - wyjaśniła śpiesznie pani Pheltie. - Odkąd ma nowy wóz, zawsze wieczorami 

wozi Johnny`ego do miasta. W dzień, oczywiście, nie ma czasu.  

- Tak - powiedziała pani Ferguson.  

-  Zresztą,  dawniej  było  tyle  roboty  -  kontynuowała  pani  Pheltie.  -  A teraz,  cóż,  automaty. 

Wszystko robi się samo, można by pomyśleć, że te maszyny są żywe. Wystarczy powiedzieć jedno 

słowo. Po prostu wierzyć się nie chce. Dwa lata temu nawet nie pomyślałabym, że coś takiego jest 

możliwe.  

Pani Ferguson milczała.  

- Uważam, że rząd zrobił bardzo mądrze, że dogadał się wreszcie z Uranidami - rzekła pani 

Pheltie. - Mówiono o Nich tyle bzdur, a okazuje się, że nie są wcale straszni. Jeżeli chcą sprzedawać 

nam maszyny, tym lepiej dla nas. Cóż znaczy, że nie my produkujemy te rzeczy? Przecież płaci się 

Im nie złotem, ale zwyczajnym węglem.  

- Właśnie - powiedziała pani Fetguson.  

- Gdyby takie roboty były naszej produkcji, kosztowałyby sto razy więcej, nieprawdaż? Albo 

samochody; teraz kosztują tylko sto dolarów. I to jakie samochody! Mój mąż powiada, że jeżdżą po 

prostu same. Nawet w nocy.  

Pani Ferguson spojrzała w okno.  

- Mój  mąż powinien  już wrócić - powiedziała. - Nie  mam pojęcia, co go zatrzymało. Miał 

wrócić przed ósmą. Och, niech pani popatrzy, pani Pheltie. Znowu Oni. Te okropne latające talerze.  

- Coraz ich więcej - rzekła pani Pheltie. - Prawda?  

Pani Ferguson przyznała, że tak.  

background image

- Kiedyś, kilka lat temu, widziałam latający talerz - rzekła pani Pheltie - ale nikt nie chciał w 

to wierzyć. A teraz nie ma nocy, by nie pokazały się na niebie. Od czasu podpisania umowy.  

- Kiedy je widzę - rzekła pani Ferguson - mam takie dziwne uczucie.  

-  Ja  również  -  podchwyciła  pani  Pheltie.  -  Oni  ciągle  na  nas  patrzą.  Jak  gdyby  nas 

obserwowali. Nie można wyjść na ulicę wieczorem, żeby kilka tych świateł nie zawisło nad tobą. Oni 

są wszędzie. Chyba tylko pod ziemią moim się przed nimi ukryć. Ale po co?  

- Na szczęście nie trzeba - powiedziała pani Ferguson. Chwila milczenia.  

- Jakie to dziwne - powiedziała pani Pheltie.  

- Co takiego? - ocknęła się pani Ferguson.  

- No, Oni, Uranidzi.  

- Niedawno były Ich fotografie. W "Life". Wyglądają po prostu okropnie.  

- Johnny się Nimi  bardzo interesuje - z dumą oznajmiła pani Pheltie. - Przyniósł do domu 

książkę "Uranidzi" i musiałam ją całą przeczytać. Ale w ogóle niewiele o Nich wiadomo.  

- Skąd Oni przylecieli?  

- Nie wiem - powiedziała pani Pheltie  niepewnie. - Johnny  mówi, że z  jakiejś gwiazdy. Z 

daleka.  

Pani Ferguson wzdrygnęła się.  

- Te Ich macki.  Wyglądają  niesamowicie. Nie  mogę przyzwyczaić się do myśli, że Oni są 

ludźmi.  

- Ba - powiedziała pani Pheltie. - Są znacznie mądrzejsi od ludzi.  

- No, tak. Oczywiście.  

- Ich maszyny są niezwykłe - przyznała pani Pheltie. Johnny zaglądał do silnika samochodu, 

zresztą wbrew instrukcji, i mówi, że tam są zupełnie inne urządzenia. Niczego nie mógł zrozumieć. 

Gdy dotknął jednej rurki, oparzył sobie palec.  

Pani Ferguson ożywiła się.  

-  Albo  Pomocnicy  -  rzekła.  -  Te  Ich  najnowsze  automaty,  po  piętnaście  dolarów.  Umieją 

prawie wszystko i są bardzo inteligentne. Nigdy nie miałam tak pojętnej służącej. Ale ich wygląd ! 

Jak ogromne kraby. Myślę, że mogliby wyprodukować model podobniejszy do człowieka.  

- Ale kupiła pani ?  

- Tak. To przecież naprawdę niedrogie.  

- Ja również.  

Po chwili milczenia odezwała się pani Pheltie:  

background image

-  Niedawno  zamknięto  fabrykę  w  Monthrole.  Mój  kuzyn  Slick  pracował  w  tej  fabryce. 

Dostaje  teraz  od  rządu  dwieście  pięćdziesiąt  dolarów  miesięcznie.  To  całkiem  ładna  sumka,  ale 

gdyby był zwykłym robotnikiem, miałby tylko sto pięćdziesiąt dolarów.  

- To także wystarczy.  

- No, owszem.  

-  Trudno  -  rzekła  pani  Ferguson.  -  Muszą  zamykać  fabryki.  Kto  będzie  kupował  nasze 

wyroby? Nawet Ameryka Łacińska nie zechce, odkąd już tam jest misja Uranidów.  

- Mąż mówi, że tylko przemysł zbrojeniowy pracuje normalnie. - Och -rzekła pani Ferguson. 

- Jak zwykle.  

- Ale Uranidzi nie chcą nam sprzedawać broni. Ja myślę, że to dobrze, ale mój kuzyn George 

upiera się, że Ziemia przez to nie jest Ich równym partnerem. Uważa, że to niesprawiedliwe z Ich 

strony.  

- On jest pułkownikiem, prawda?  

- Tak.  

Znowu zapadło milczenie. Pani Ferguson wydawała się całkowicie zaabsorbowana robotą na 

drutach. Na korytarzu rozległ się odgłos stąpania.  

- Kto to ?  

-  Och,  nikt  -  powiedziała  pani  Ferguson.  -  Pomocnik.  Czasami  włóczy  się  po  różnych 

miejscach, kiedy nie ma nic do roboty. Wydaje się, że jest ciekawy. Zupełnie jak żywy.  

-  To  niesamowite  -  rzekła  pani  Pheltie.  -  U  mnie  jest  zupełnie  tak  samo.  Automatyczne 

lodówki włóczą się po domu. Pomocnik manipuluje radiem. Samochód sam jeździ dokoła podwórza. 

Nigdy nie można przewidzieć, co im przyjdzie na myśl. Gdyby nie to, że są takie pożyteczne...  

- Właśnie.  

Stąpanie oddaliło się w stronę drzwi. Szczęknął zamek i drzwi się zatrzasnęły.  

- Johnny  mówił - odezwała się pani Pheltie - że  Uranidzi  mieli współpracować z naszymi 

uczonymi. Ale uczeni nie potrafili Ich zrozumieć. Podobno trzeba uczyć się przez tysiąc lat, żeby dać 

sobie radę z Ich nauką.  

-Po co?  

- Właśnie. Przecież i tak dostajemy, czego nam trzeba. Ale uczeni są już tacy, rozumie pani.  

- Mniejsza o to - powiedziała pani Ferguson. Pani Pheltie stłumiła ziewnięcie.  

- Telewizja jest coraz gorsza.  

- O tak. Okropny program. Same rakiety i meteory, aż strach patrzeć. A do tego te okropne 

zakłócenia.  

background image

- To  niezupełnie  zakłócenia  -  wtrąciła  pani  Pheltie.  Johnny  twierdzi,  że  to  robią  Uranidzi. 

Może jest to po prostu Ich telewizja.  

- Wczoraj to samo było z radiem. Przez trzy godziny nie można było słuchać.  

Pani Pheltie niespokojnie poruszyła się na krześle.  

- George...  

- Cóż George?  

Pani Pheltie zdecydowała się:  

- Był wczoraj wściekły. Mówił, że Uranidzi dezor... że dezorganizują system obronny kraju 

przez te zakłócenia. Baza w Compton nie mogła pracować przez trzy godziny. George powiedział, że 

gdyby ktoś wtedy zaatakował, to by był koniec.  

-  Okropne  -  powiedziała  pani  Ferguson.  -  Znów  latające  talerze.  Ileż  ich  jest?  Nigdy  nie 

widziałam tylu naraz.  

- Dziwne.  

-  Na  pewno  -  dość  niecierpliwie  powiedziała  pani  Ferguson.  -  Nie  to  miałam  na  myśli  - 

godnie  rzekła  pani  Pheltie.  Przez  cały  czas  nie  widziałam  żadnego  samochodu  na  autostradzie. 

Dopiero  teraz  przyszło  mi  to  do  głowy.  Zwykle  jest  ich  mnóstwo, szczególnie  wieczorem.  Teraz 

przez całą godzinę nie przejechał tędy żaden.  

- Może... - zaczęła pani Ferguson.  

- Co?  

- Nie wiem. Mąż powinien już dawno wrócić. Nie chciałam, żeby wyjeżdżał, ale powiedział, 

że ma bardzo pilny interes. Mieszkamy tak daleko od miasta...  

Pani Pheltie wstała i odeszła od okna.  

- Nie - powiedziała. - To nie ma sensu. Nie ma. Na pewno. - Och - powiedziała pani Pheltie 

nerwowo. - Johnny opowiadał mi wczoraj takie dziwne rzeczy.  

- O Uranidach ?  

- Tak. I o ludziach, w ogóle. Ale to naprawdę makabryczne.  

- Cóż to szkodzi ? Przecież to nieprawda.  

- Dobrze - rzekła pani Pheltie. - Więc Johnny powiedział, że wie, dlaczego Uranidzi sprzedają 

nam za bezcen swoje maszyny. Chcą, aby każdy człowiek miał na własność chociaż jedną. Ale każdy 

człowiek, bez wyjątku.  

- No? - rzuciła pani Ferguson niecierpliwie.  

- Oni chcą zdobyć Ziemię - powiedziała pani Pheltie. Oczywiście, to nieprawda. Ale Johnny 

mówił,  źe  chcą  to  zrobić  nie  stosując  żadnych  bomb  ani  gazów.  Bomby  zniszczyłyby  wszystko, 

promienie i gazy zatrułyby atmosferę. Uranidzi nie mogliby osiedlić się na takiej planecie.  

background image

- Ciekawe - potwierdziła pani Ferguson.  

- Naturalnie, że to bzdura - spróbowała się uśmiechnąć pani Pheltie.  

-  Więc  mówił  Johnny,  że  Oni  nie  mogą  zrobić  otwartej  wojny,  chociaż  zwyciężyliby  na 

pewno. Więc stosują podstęp. Coś w rodzaju konia trojańskiego.  

Pani Ferguson skinęła głową.  

-  Zatem  -  ciągnęła  pani  Pheltie  -  Oni  sprzedają  nam  swoje  urządzenia,  których  działania 

ludzie  nie rozumieją. Jak na przykład samochody. Albo automaty kuchenne. Johnny wymyślił, że 

każda z tych maszyn na jakiś sygnał z Ich latających talerzy może, no,. może zabić człowieka, który 

ją posiada. W ten sposób, jeżeli to się stanie jednocześnie...  

- Bzdura - powiedziała pani Ferguson ostro.  

Pani Pheltie roześmiała się.  

-  Oczywiście,  że  bzdura.  Powiedziałam  Johnny'emu,  żeby  napisał  o  tym  opowiadanie 

fantastyczne. Zarobi kilkadziesiąt dolarów.  

Za  oknem  rozległy  się  kroki,  ostrożne  stąpanie  sztywnych  nóg.  Tuż  pod  oknem  szelest 

zamarł.  

- Te latające talerze - powiedziała pani Ferguson. - Nigdy dotąd nie latały tak nisko...