background image

 

 
 

 
 

STAŁO SIĘ JUTRO 

 
 
 
 
 
 

 
Konrad Fiałkowski 
Człowiek z aureolą 
 
Stefan
 Weinfeld 
Zdarzenie w Krahwinkel 
 
Ryszard Sawwa 
Lot dalekosięŜny 
Drugi świadek obrony 
 
Danuta Owadowska 
Opowiadaj Dag 
 
Andrzej Czechowski 
Wieczorne niebo 
 
 

background image

KONRAD FIAŁKOWSKI 

CZŁOWIEK Z AUREOLĄ

 

 

...Tak,  to  ciekawe...  UwaŜa  więc  pan,  profesorze,  Ŝe  pana  złota  klatka  jest  tyle  warta  co 

dziurawy  garnek,  Ŝe  po  ogrodzie  przy  pana  laboratorium,  po  ogrodzie,  przeznaczonym  do 

rozmyślań  o  przestrzeni  zakrzywionej,  w  tę  lub  tamtą  stronę  snują  się  podejrzani  osobnicy.  - 

Pułkownik przerwał swój spacer po gabinecie i stanął przy oknie.  

- Powiedziałem nieznani. - Zza swego biurka profesor widział jego sylwetkę na tle dalekich, 

fioletowych, oświetlonych wieczornym słońcem gór.  

-  Obojętne,  nieznani  znaczy  podejrzani.  -  Pułkownik  chwilę  jeszcze  stał  nieruchomo,  a 

potem podszedł do kontaktu i zapalił światło.  

Dopiero teraz profesor spostrzegł rozpięty guzik munduru pod szyją pułkownika.  

- W pierwszej chwili pomyślałem sobie, Ŝe to nowy pomocnik ogrodnika.  

- Wykluczone. Moi pracownicy są zdyscyplinowani. Pilnują pana w sposób niedostrzegalny 

i nigdy nie pozwoliliby sobie na tego rodzaju nietakt, by swoim widokiem zakłócać pana twórcze 

rozwaŜania.  

W tej chwili znowu profesor Trot zdał sobie sprawę, jak bardzo nie cierpi pułkownika.  

Odpowiedział jednak spokojnie:  

- Jak zwykle ma pan  rację, pułkowniku. To nie był pomocnik ogrodnika  ani ogrodnik, ani 

Ŝ

aden z pana korpulentnych sprzątaczy. Nikt z personelu mego laboratorium.  

-  Przepraszam,  profesorze  -  Trot  spostrzegł,  Ŝe  pułkownik  przygląda  mu  się  badawczo:  - 

JeŜeli dobrze pamiętam, był wtedy świt, szarawy świt. Wyszedł pan na taras, a on stał w odległości 

około piętnastu metrów pod krzakiem róŜy "Ramzes".  

- Podziwiam pana pamięć, pułkowniku Hogan.  

-  W  kaŜdym  razie  nie  mógł  pan  widzieć  jego  twarzy.  Personel  laboratorium  jest  stale 

zmieniany, nie zna więc pan tych ludzi.  

- Chce pan wiedzieć, dlaczego twierdzę, Ŝe to był człowiek z zewnątrz? Czy tak?  

- To by mnie interesowało - pułkownik uśmiechnął się.  

Powiem  mu,  powiem  mu,  chociaŜ  i  tak  zapewne  mi  nie  uwierzy,  ale  wreszcie  pójdzie  do 

diabła  i  będę  miał  spokój  -  pomyślał  Trot  i  zrobiło  mu  się  weselej,  gdy  wyobraził  sobie  minę 

pułkownika.  

-  Widzi  pan  -  Trot  mówił  teraz  cicho,  tak  cicho,  Ŝe  słychać  było  szmer  wentylatora 

wirującego na biurku. - OtóŜ ani moi asystenci, ani pana ludzie nie mają aureoli.  

background image

- Przepraszam, czego ?  

- Aureoli.  

- Nie rozumiem. - Pułkownik był całkowicie zdezorientowany.  

- MoŜna to określić jako świetlisty krąg wokół głowy. Subtelna świetlista otoczka.  

- Pan Ŝartuje, profesorze.  

A teraz jest zły, naprawdę zły - pomyślał Trot i sprawiło mu to wyraźną satysfakcję.  

- Ja, pułkowniku, nie Ŝartuję nigdy, prawie nigdy. - Nie patrzył juŜ na pułkownika, lecz w 

okno na góry, które szarzały w przedwieczornym zmierzchu.  

- To niemoŜliwe, profesorze. Ludzie nie mają aureoli.  

-  Przynajmniej  większość  ludzi  -  poprawił  Trot  i  pomyślał,  Ŝe  teraz  właśnie  pułkownik 

wreszcie wyjdzie z gabinetu. Jednak Hogan nie wyszedł. Stał chwilę milcząc, a potem podszedł do 

biurka i patrząc z góry na profesora zapytał:  

- I co pan wtedy zrobił?  

Trot zawahał się przez moment.  

- Krzyknąłem: "Niech pan chwilę zaczeka", i wszedłem do laboratorium, by wziąć ze stołu 

aparat fotograficzny.  

- Tak. Rzeczywiście. Usłyszał to jeden z moich... powiedzmy, z naszych pracowników. I co 

dalej ?  

- Niestety, nic. Gdy wróciłem z aparatem, w ogrodzie nikogo juŜ nie było.  

Dopiero teraz Trot spostrzegł, Ŝe Hogan poczerwieniał.  

-  Tam  w  ogóle  nikogo  nie  było,  profesorze.  Pan  sobie  Ŝartuje.  Zamieszanie,  raport  do 

władz. - Głos jego stawał się coraz bardziej zduszony. - Laboratorium jest tak strzeŜone, Ŝe to, co 

pan  mówi,  jest  wykluczone,  absolutnie  niemoŜliwe.  Tam  nie  mogło  być  nikogo  !  I  jeszcze  ta 

aureola...  

-  Próbuje  mnie  pan  przekonać,  pułkowniku?-  Jeszcze  trochę  i  będę  go  mógł  wyrzucić  z 

gabinetu - pomyślał Trot.  

-  AleŜ,  profesorze.  Niech  pan  pomyśli:  aureola!  To  przecieŜ  dziecinne.  -  Hogan  siadł  w 

fotelu i ujął głowę w dłonie.  

Gladiator, gladiator, któremu kazano myśleć. Trot spojrzał na Hogana beznamiętnie jak na 

aktora w ekranie telewizora.  

-  To  typowe  -  powiedział.  -  Pan  jest  typowym  dwudziestowiecznym  racjonalistą, 

pułkowniku  Hogan.  Jest  pan  przekonany,  Ŝe  wszystko,  co  na  tym  świecie  było  do  wyjaśnienia, 

zostało wyjaśnione, a reszta to bajki.  

- AleŜ, profesorze.  

background image

-  Tak.  Dokładnie  tak.  Ale  na  takich  ludziach  jak  pan  opiera  się  nasza  cywilizacja  -  dodał 

ciszej  Trot,  a  potem  siedział  jeszcze  nieruchomo  za  biurkiem,  gdy  kroki  Hogana  ucichły  juŜ  na 

korytarzu.  

I wtedy zauwaŜył Ŝe w rogu pokoju, tuŜ koło biblioteki, stoi człowiek z aureolą.  

 

Lizi  przyszła  jak  zwykle  w  południe.  Trot  czekał  na  nią  zawsze  ze  śladem  niepewności. 

Wiedział,  Ŝe  kiedyś  nie  przyjdzie,  przypuszczał  jednak,  Ŝe  prawdopodobieństwo  tego  jest  jeszcze 

znikomo  małe.  Pracował  trochę  rano  i  jego  biurko  zarzucone  było  papierami.  Lizi  pozbierała 

fragmenty  obliczeń  rozrzucone  po  dywanie  i  wtedy  dopiero  siadła  naprzeciw  niego.  Nacisnęła 

klawisz radia, a gdy głośnik przekazywał juŜ dźwięki skrzypiec z pełnym natęŜeniem, powiedziała 

cicho:  

- Porwano Topsa i Minera.  

- Skąd wiesz? - zapytał po chwili równie cicho.  

- Od człowieka Hogana.  

- Sądzisz, Ŝe teraz na mnie kolej ?  

- Niewykluczone - powiedziała zupełnie spokojnie i Trot miał jej to za złe.  

Dźwięki  skrzypiec  stawały  się  coraz  głośniejsze,  nie  do  wytrzymania.  Słuchał  ich  bawiąc 

się bezmyślnie ołówkiem.  

- Zastanawiasz się, czy był sens zaczynać to wszystko? zapytała.  

-  Nie,  ta  decyzja  jest  juŜ  poza  mną.  Podjąłem  ją  wtedy,  gdy  pierwszy  raz  rozmawiałem  z 

tobą. Pamiętasz...  

- Tak, tak sądzę. A co do nowej partii wzorów włoŜyłam je, jak zwykle, w drugi tom "Dzieł 

zebranych" Einsteina. Będziesz pamiętał ?  

- Tak, oczywiście.  

-  Musisz  zdąŜyć.  To  najwaŜniejsze.  Te  wzory  prowadzą  juŜ  bezpośrednio  do  syntezy 

antymaterii. Słyszysz?  

- Tak.  

- No, to świetnie - uśmiechnęła się. - Gdy je opracujesz, nasze dzieło zostanie zakończone.  

- Nasze dzieło... Czy jesteś pewna, Lizi, Ŝe to jest właśnie... Ŝe o to nam chodziło?  

- Nie rozumiem cię. Skąd nagle te wątpliwości? PrzecieŜ wiesz, mówiłam ci wielokrotnie, 

Ŝ

e antymateria to klucz do prawdziwie nowoczesnej techniki.  

- Oczywiście, ale na przykład Hogan...  

- Co Hogan ?  

- On i antymateria. WyobraŜasz to sobie?  

background image

-  Niezupełnie  ciebie  rozumiem.  Dobrze,  niech  będzie  Hogan.  W  końcu  taki  jak  wielu 

innych. Nawet dość przystojny.  

-  Och,  Lizi.  Ŝyjesz  tu  juŜ  tyle  lat,  a  mimo  to  mam  niekiedy  wraŜenie,  jakbyś  przyjechała 

dzisiaj... - przerwał i zaczął słuchać uwaŜnie komunikatu, który zastąpił w radiu skrzypce.  

... a teraz podajemy komentarze prasy. Przekazana dzisiaj rano przez agencję wiadomość o 

zniknięciu w ciągu ostatniej doby pięciu fizyków atomowych wzbudziła niepokój opinii publicznej. 

Joachim  Reed  omawiając  tę  sprawę  na  łamach  "Up  and  Down"  stwierdza,  Ŝe  mimo  starannych 

poszukiwań  nie  natrafiono  na  najmniejszy  ślad  zaginionych.  Szczególnie  sensacyjna  wydaje  się 

sprawa doktora Topsa. Tops zniknął w czasie pracy ze swego strzeŜonego gabinetu. Funkcjonariusz 

Dowel, który pierwszy zauwaŜył nieobecność doktora i przeszukał gabinet, twierdzi, Ŝe spostrzegł 

na  biurku  dymiącą  jeszcze  fajkę  oraz  rozrzucone  notatki.  Gdy  wrócił  do  gabinetu  z  wezwanym 

szefem ochrony, fajki ani papierosów juŜ nie było...  

- Wyłączę to - powiedziała Lizi i nacisnęła klawisz wyłącznika. - Pięciu, i to jednego dnia, 

to duŜo. Musieli zdobyć jakieś nowe informacje. - Spojrzała na Trota. - Nie przejmuj się tym aŜ tak 

bardzo. W najgorszym wypadku na dorocznym zjeździe atomistów w Toropa brać będą udział sami 

emeryci. Pojadę tam jako... hm... wdowa po tobie.  

- Bez głupich kawałów, Lizi.  

- Nie lubisz prawdy w formie bezpośredniej. To dla twego wieku charakterystyczne.  

-  Nie  Ŝartuj.  Wiesz  o  tym,  Ŝe  teraz  juŜ  moja  kolej.  -  Dopiero  gdy  przekaŜesz  wzory. 

Pamiętaj o tym.  

-  A  reszta  niewaŜna.  Co  dalej  będzie,  to  cię  nie  interesuje?  -  zapytał  i  wiedział,  Ŝe  to  jej 

rzeczywiście nie interesuje.  

Wzruszyła ramionami.  

- CóŜ chcesz, mój drogi. W ciągu dwu lat stałeś się jednym z najwybitniejszych uczonych 

na tym kontynencie. To chyba warte jest tej ceny. Nie sądzisz?  

- Przestań !  

-  W  kaŜdym  razie  znasz  spakowaną  walizeczkę  w  swoim  gabinecie.  Kilka  koszul,  sweter, 

skarpetki.  Ostatnio  dołoŜyłam  ci  spinki  do  mankietów.  Staram  się  być  dobrą  Ŝoną,  a  ty  tego  nie 

zauwaŜasz.  Nie  wiem  tylko,  czy  pozwolą  ci  to  wszystko  zabrać.  ChociaŜ  jeśli  Topsowi  pozwolili 

zabrać fajkę...  

Trot  patrzył  w  jej  twarz,  wielkie  szarawe  oczy  i  wystające  kości  policzkowe.  "Muszę  być 

spokojny - powtarzał sobie. - Teraz i tak niczego juŜ nie zmienię" - i w  pewnej chwili poczuł, Ŝe 

jest juŜ spokojny.  

background image

- Obawiam się - powiedział - Ŝe Tops będzie miał kłopot z tytoniem. Przepadał za dobrym 

tytoniem.  

A  gdy  spostrzegł,  Ŝe  Lizi  patrzy  nań  badawczo,  dodał:  -  Wiesz,  poproszę  tu  Hogana. 

Porozmawiamy sobie trochę na interesujące go tematy.  

- Czy nie sądzisz, Ŝe byłoby lepiej, gdyby te wzory...  

- Daj mi spokój ze wzorami. Na to teŜ przyjdzie  czas. Jesteś niecierpliwa jak... zwyczajna 

kobieta.  

Trot wcisnął klawisz wizofonu.  

- Z pułkownikiem Hoganem... - powiedział.  

- Jestem, profesorze - twarz Hogana wypełniła cały ekran.  

- I co pan na to?  

- Jest pan zaniepokojony, profesorze?  

- Zaniepokojony? SkądŜe. Chciałbym jednak zobaczyć się z panem, tu u mnie.  

- Dobrze, profesorze. JuŜ idę. - Ekran zszarzał.  

- Zaraz tu będzie. Porozmawiamy sobie. - Trot powiedział to z pewną satysfakcją.  

-  MoŜe  przekaŜ  przez  niego  wzory.  To  moŜe  być  ostatnia  szansa.  - Przesadzasz,  Lizi.  Oni 

nie są wszechwiedzący.  

-  Ale  są  systematyczni,  śmiertelnie  systematyczni.  To  chyba  ich  najbardziej 

charakterystyczna cecha.  

W drzwiach stanął Hogan.  

- Jestem, profesorze. O, pani Lizi?!  

- Od kiedy odizolowaliście go w sposób niemal absolutny, muszę go tutaj odwiedzać.  

-  Przykro  nam,  lecz  to  konieczne  dla  bezpieczeństwa  profesora.  -  Tak,  oczywiście. 

Obawiam się tylko, Ŝe za kilka dni przestaniecie mnie tu wpuszczać. Czy nigdy nie wydawałam się 

panu podejrzana?  

Hogan uśmiechnął się i był to uśmiech przeznaczony dla Lizi. "Ma atawistycznie rozwinięte 

kły" - pomyślał profesor.  

- Szczerze mówiąc - Hogan uśmiechał się dalej - pani przeszłość nie jest przejrzysta.  

- AleŜ, pułkowniku...  

-  Oczywiście.  Źle  się  wyraziłem.  Pani  przeszłość  jest  po  prostu  nie  do  udokumentowania. 

Od urodzenia towarzyszy pani mniej dokumentów niŜ statystycznemu obywatelowi tego kraju. Ale 

w naszym demokratycznym państwie jest to dopuszczalne.  

background image

-  Widzisz,  mówiłam.  Pewnego  dnia  nie  wpuszczą  mnie  do  ciebie.  -  Oczywiście  Ŝartuję. 

Poznała  pani  profesora,  zanim  stał  się  dla  nas  tak  niezwykle  cenny.  To  w  pewnym  sensie  stawia 

panią poza sferą naszych zainteresowań.  

- A moŜe - Lizi spojrzała na Trota - moŜe dzięki mnie znalazł się on w tej pana sferze?  

"Patrzy na mnie jak na tresowaną małpę" - pomyślał Trot i wtedy odczuł satysfakcję z tego, 

co się zdarzyło wieczorem, z drugiego spotkania z człowiekiem z aureolą.  

- Oczywiście, była pani profesorowi natchnieniem w jego twórczości.  

- W pewnym sensie. Prawda, profesorze?  

Teraz wiedział juŜ, Ŝe postąpił słusznie. "Ona nigdy, nigdy nie traktowała mnie powaŜnie. 

Byłem zawsze dla niej... zabytkiem" pomyślał.  

- Lizi - powiedział - mamy z pułkownikiem powaŜne sprawy do omówienia.  

- Nie przeszkadzam. Mam nadzieję, Ŝe zobaczymy się jutro. Ja przyjdę na pewno. - Ostatnie 

zdanie  zaakcentowała  i  Trot  zrozumiał,  Ŝe  Lizi  nie  spodziewa  się  juŜ  jutro  ujrzeć  go  w  tym 

gabinecie.  

Obejrzała się jeszcze przez ramię i wyszła.  

- Zainteresowałem się aureolami - powiedział Hogan.  

- Pan? hartuje pan, pułkowniku.  

- Mówię powaŜnie. Nie tylko pan, profesorze, widział człowieka z aureolą.  

- A więc wierzy mi pan teraz ?  

- Czy to istotne? Ma pan rację. Miałem wątpliwości. Ale to juŜ u mnie w pewnym stopniu 

skrzywienie zawodowe.  

- I pozbył się pan tych wątpliwości ?  

- Tak.  

- No i... ?  

-  CóŜ,  przestudiowałem  zagadnienie.  O  aureoli  nie  napisano  zbyt  wiele.  W  sztuce 

chrześcijańskiej  pojawiła  się  gdzieś  w  czwartym  wieku.  Sam  pomysł  pochodzi  z  buddyzmu.  To 

chyba wszystko.  

- Ma pan zadziwiające wiadomości.  

- Staramy się być wszechstronni.  

-  Tak,  ja  teŜ  się  nad  tym  zastanawiałem.  Oczywiście  po  amatorsku,  bez  wiadomości 

ź

ródłowych. Nad panem mam moŜe tę przewagę, Ŝe ja widziałem człowieka z aureolą.  

- I jakie pana wnioski?  

background image

- Na najstarszych obrazach aureola występuje w postaci krąŜka, bez względu na połoŜenie 

głowy,  obojętne,  czy  twarz  jest  z  profilu,  czy  en  face.  Wniosek  jest  oczywisty.  Teraz  Hogan 

spojrzał na profesora badawczo. "Ten gladiator nie jest taki głupi" - pomyślał Trot.  

-  Ciekawe  -  Hogan  mówił  teraz  powoli.  -  To  fakt,  Ŝe  aureolę  miewali  ludzie  co  najmniej 

niezwykli, dlatego później kojarzono ją ze świętymi.  

-  Pan  sprawnie  myśli,  Hogan  -  pochwalił  go  profesor.  Specjalnie  pana  w  to  wszystko 

wprowadziłem, Ŝeby się pan mógł osobiście o wszystkim przekonać.  

-  Nie  rozumiem.  Czy  chce  pan  przez  to  powiedzieć,  Ŝe  pan,  profesorze,  wie...  -  Hogan 

cofnął się ku drzwiom.  

- Teraz przepadło. Pan wie i oni wiedzą o tym. Nie wyjdzie pan juŜ stąd. Wciągnąłem w to 

pana i z tego nie ma wyjścia.  

-  Wolne  Ŝarty,  profesorze  -  Hogan  odwrócił  się  w  kierunku  drzwi,  lecz  w  drzwiach  stał 

człowiek,  niski  mały  człowiek  w  szarym  kombinezonie  i  z  głową,  która  wyglądała  na  nieco 

zdeformowaną.  

- Kto... kto pan jest? - Hogan wyszarpnął z kieszeni mały, czarny rewolwer. Wyszarpnięte z 

rewolwerem przedmioty: jakiś kalendarz i duŜa biała chustka, upadły na dywan.  

-  Schowaj,  Hogan,  tę  spluwę  -  powiedział  człowieczek.  Będę  ją  musiał  rozwalić  i 

przypadkiem mogę ci rękę uciąć. No!  

- Ręce na kark, bo strzelam! - Hogan powiedział to spokojnie i Trot pomyślał o nim, Ŝe ma 

zdrowe  nerwy.  Mały  człowieczek  wysunął  z  rękawa  bluzy  coś,  co  nie  było  ręką.  Jego  ruch  był 

szybki,  zbyt  szybki  jak  na  człowieka.  Hogan  nie  zdąŜył  nawet  nacisnąć  spustu,  gdy  niewidoczna 

siła wytrąciła mu rewolwer z dłoni. Cios był tak silny, Ŝe Hogan zachwiał się.  

- Spokojnie, Hogan. Tylko bez wygłupów. Widzisz, Ŝe są lepsi od ciebie.  

- Ma pan świetnie opanowany język współczesny - powiedział Trot.  

- Uczyłem się go z waszych ksiąŜek. Powiedz temu Hoganowi, Ŝe nagły skok do drzwi nic 

mu nie da, tak samo jak próba zwalenia mnie z nóg. Niech zrozumie, Ŝe wsiąkł.  

-  On  ma  rację,  pułkowniku  -  spojrzał  na  Hogana,  który  spokojnie  masował  swoją  prawą 

dłoń.  

- Jesteś wściekle przedsiębiorczy facet - człowieczek mówił teraz do Hogana - ale nie masz 

się po co gimnastykować. Kapujesz?  

- Jak ten kryminalista się tu dostał? Jak pan myśli, profesorze?  

- Normalnie. Przez piąty wymiar - człowieczek odpowiedział natychmiast.  

- O czym on mówi ?  

- Słuchaj, Trot, ten facet jest zupełnie zielony.  

background image

-  On  jest,  pułkowniku,  z  przyszłości.  Rzeczywiście  nie  przypuszczam,  Ŝeby  mógł  pan  coś 

na to wszystko poradzić.  

- Zawołam ludzi !  

- Ta przestrzeń jest w poślizgu czasowym i stąd nie wypryśniesz - człowieczek mówił to z 

wyraźną satysfakcją.  

- Przypuszczam, pułkowniku, Ŝe on mówi prawdę. JednakŜe zastanawia mnie brak aureoli u 

tego osobnika.  

- Nie ma pan większych zmartwień, profesorze?  

- W kaŜdym razie to zastanawiające.  

- No, spływamy stąd - człowieczek przerwał profesorowi w pół zdania. - Uwaga, rozpinam 

pole. Nie ruszać się.  

Coś brzęknęło jak tłuczona szklanka i wtedy Trot zobaczył Lizi. Stała przy drzwiach.  

- Android, stop ! Wymazuj pamięć - powiedziała Lizi i człowieczek znieruchomiał.  

- Zgłaszam stały program zamknięty. Jestem specjalizowany.  

- Polecam: wymazuj ! - powtórzyła.  

- Wykonuję - odpowiedział człowieczek i Trot usłyszał delikatny szum, szum podobny do 

szumu mrowiska.  

- Coś ty mu zrobiła? - zapytał.  

- Nic wielkiego. Wymazałam mu pamięć. To tylko automat.  

- Jak.., jak pani to zrobiła...? Pani... pani jest stamtąd...  

- Teraz juŜ pan wie, pułkowniku.  

- Zaraz... ja... - Hogan podszedł do drzwi.  

-  Nie  wyjdzie  pan  stąd.  Jesteśmy  dalej  w  poślizgu  czasu.  Nie  przekazałeś  mu  jeszcze 

wzorów? - spojrzała na Trota uwaŜnie. - Nie - odpowiedział Trot po sekundzie wahania.  

- To świetnie. Wyślę go w przyszłość za ciebie.  

- Nie rozumiem.  

- Przeprogramuję automat i on zabierze Hogana. Musisz zinterpretować te wzory.  

- Nie... ja protestuję, nie chcę. Nie dam się stąd zabrać!  

- Przeniesie się pan w przyszłość, bez względu na to, czy chce pan, czy nie. W dwudziesty 

piąty wiek. To zresztą pana obowiązek bronić profesora z naraŜeniem Ŝycia. A pan nie zginie, pan 

będzie Ŝył. W przyszłości są specjalne rezerwaty dla ludzi z wcześniejszych epok. Polowanie, jazda 

konna. radnych trosk. Te rezerwaty są wspólne dla ludzi z pierwszych dwudziestu wieków.  

- Ja z jaskiniowcami z pierwszych wieków?!  

background image

-  Pochodzi  pan  z  okresu,  w  którym  ludzie  atakowali  swój  gatunek.  Nic  na  to  nie  poradzę. 

Zresztą  tam  nie  jest  tak  źle.  Automaty  likwidują  większość  konfliktów.  Pozostawia  się  ich  tylko 

tyle, by nie zatracić atmosfery i kolorytu tamtych czasów. - Lizi uśmiechnęła się pogodnie.  

Wtedy Hogan skoczył. Skoczył ku Lizi, ale android był szybszy. Uderzenie zbiło go z nóg i 

zwalił się twarzą w puszysty dywan.  

- Słuchaj, Lizi, czy to wszystko ma sens ? PrzecieŜ oni i tak w końcu mnie znajdą.  

-  Nie  znajdą.  Zrezygnujesz  z  wszelkiej  działalności.  A  jeśli  nawet...  Wtedy  antymateria 

będzie juŜ własnością ludzkości. No i ja... ja zostanę z tobą w tych czasach.  

Trot chciał coś powiedzieć, lecz Lizi przerwała mu:  

-  Potem.  Teraz  muszę  przeprogramować  androida  -  podeszła  do  automatu  i  mocnym 

szarpnięciem odsłoniła jego szarawy pancerz. Android jednym ruchem rąk usunął pancerz i zamarł 

w nienaturalnej pozie.  

-  In-struk-cja  sie-dem-dzie-siąt  pięć  -  wysylabizował.  ,w  Trans-tem-po-ry-za.cja  czło-wie-

ka  dwu-dzies-to-wlecz-ne-go...  Trot  patrzył  na  Lizi  i  androida.  Nagle  poczuł  cios  w  głowę.  - 

UwaŜaj,  Liz!  -  krzyknął,  ale  Hogan  był  szybszy.  Znieruchomiały  automat  z  otwartym  pancerzem 

potoczył się pod ścianę...  

- Nie ruszać się ! - Hogan celował do nich ze swego małego rewolweru. Trot podniósł się 

wolno. "Działając pod wpływem strachu ten gladiator gotów jest nas zastrzelić" - pomyślał i nagle 

zdał sobie sprawę z tego, Ŝe jest mu to obojętne.  

-  Pod  ścianę.  Ty  teŜ,  profesorze.  Słuchaj,  dziewczyno,  ja  nie  Ŝartuję.  Nie  mam  nic  do 

stracenia.  

Lizi podeszła do Trota.  

- jak się nazywa ten andro...  

-  Milcz  !  -  Hogan  krzyczał  prawie  histerycznie.  LeŜący  pod  ścianą  android  monotonnie 

sylabizował:  

-  I-den-ty-fi-kac-ja  o-sob-ni-ka  w  pa-mię-ci  do-dat-ko-wej.  Lo-ka-li-zac-ja  prze-strzen-na 

we-dług roz-po-zna-nia ko-or-dy-na-to-ra. Mo-je has-ło...  

Wtedy  Hogan  strzelił  do  androida  mierząc  w  czarny  otwór  wyjętego  pancerza.  Trot 

zauwaŜył  jeszcze  małe  błyszczące  kryształki  wypadające  na  zewnątrz,  odłupane  uderzeniem  kul. 

Android zaczął bełkotać.  

- Uszkodziłeś automat!  

- Chciał podać swoje hasło, a to było ci potrzebne do czegoś, nieprawdaŜ ? Nie ruszaj się !  

- Prymityw - powiedziała Lizi.  

background image

Hogan,  patrząc  na  nią  uwaŜnie,  zaczął  się  wycofywać  ku  drzwiom.  Nagle  Trat  spostrzegł, 

Ŝ

e noga Hogana została spręŜyście odrzucona niewidzialną siłą. Hogan zachwiał się.  

- Co to jest?! - zawołał i Trot zrozumiał, Ŝe Hogan boi się coraz bardziej.  

- Poślizg czasowy, i co ty na to, pułkowniku?  

- Zlikwiduj to !  

- Ani myślę.  

- Nie Ŝartuj, bo...  

- Zastrzelisz mnie?  

Hogan zastanowił się przez moment. - Nie, zabiję profesora.  

"Zabije mnie" - pomyślał Trot.  

- Liczę do pięciu. Raz... dwa...  

- Czekaj, muszę zobaczyć, co z automatem - Lizi zrobiła krok naprzód.  

- Stój ! Sam zobaczę. Powiedz, co mam robić.  

Lizi  chciała  odpowiedzieć  i  wtedy  Trot  usłyszał  wysoki  dźwięk  podobny  do  dźwięku 

pękającej  szklanki.  Hogan  krzyknął  i  zaczął  znikać  w  białym,  owijającym  go  kokonie.  Po  chwili 

widoczne  były  je  tylko  jego  nogi,  potem  i  one  zniknęły.  Kokon  drgnął  dwa  razy  podrzucany 

skurczami swego wnętrza i znieruchomiał.  

- I widzisz, Lizjocjo, do czego zdolni są ci osobnicy.  

Człowiek,  który  wypowiedział  te  słowa,  stał  pośrodku  gabinetu.  Był  wysoki,  w  szarym 

opiętym kombinezonie, a przezroczysty subtelny hełm wokół jego głowy świecił aureolą.  

Lizi milczała chwilę, a potem zapytała:  

- Co zrobisz z nami?  

-  Odpowiedz  najpierw:  dlaczego  nie  nosisz  hełmu?  Wiesz,  Ŝe  to  niedozwolone.  Chcesz 

umrzeć  na  jedną  z  chorób  tych  wieków?  -  Nie  martw  się,  nie  umrę.  Chcesz  nas  zabrać  w  XXV 

wiek?  

- Tak. To nie będzie dla ciebie miłe.  

- Przypuszczam, ale to niewaŜne. I tak ja mam rację.  

- Twierdzisz to nadal, nawet po doświadczeniach z Hoganem?  

- To jest jednostka. Zresztą przyspieszenie rozwoju cywilizacji zmieniłoby ich.  

-  Wątpię.  Przekazanie  im  technologii  wytwarzania  antymaterii  spowodowałoby  znaczne 

komplikacje. Jesteś historykiem-utopistą. - Chciałam spróbować w rezerwatach. Nie pozwoliliście 

mi prowadzić tam eksperymentów.  

background image

-  Ale  to  jeszcze  nie  powód,  by  przenosić  się  w  przeszłość  i  podpowiadać 

dwudziestowiecznym  fizykom  wzory  prowadzące  do  syntezy  antymaterii.  Trudno  to  nazwać 

głupotą. To zbrodnia, Lizjocjo! Na szczęście ci się to nie udało.  

- Nieprawda. Wzory są juŜ w tych czasach!  

-  Nie,  Lizjocjo.  Mam  je  tutaj.  -  Człowiek  z  aureolą  wyjął  z  fałdów  kombinezonu  kilka 

kartek papieru i pokazał je Lizi. Trot wiedział, Ŝe to są te właśnie kartki.  

- Skąd je masz? Skąd wiedziałeś, gdzie ich szukać?  

-  Po  prostu  niektórzy  ludzie  dwudziestowieczni  podzielają  nasz  pogląd  w  sprawie 

antymaterii.  

- Trot? NiemoŜliwe - Lizi spojrzała na profesora.  

-  Tak,  Trot.  MoŜe  bez  ciebie  nie  byłby  geniuszem,  ale  to  prawdziwy  naukowiec, 

odpowiedzialny za swoje odkrycia.  

- Jak mogłeś? - teraz Lizi zwróciła się wprost do profesora.  

- Przekonał mnie. Wierz mi, Lizi, to nie jest bezpieczne. Podał prosty sposób konstruowania 

pocisków zawierających antymaterię. Ty mówiłaś, Ŝe to nie jest moŜliwe.  

- Nikt ich nigdy nie konstruował.  

Trot chciał odpowiedzieć, lecz człowiek z aureolą przerwał mu:  

- Na szczęście my wiemy, Ŝe mogłoby się zdarzyć inaczej. - Nieprawda. Nie wierzę w to. 

Nie doceniacie ludzi.  

- Nie masz racji, Lizjocjo. Doceniamy ich pracę i moŜliwości. Wiemy, Ŝe za sto lat uzyskają 

antymaterię sami. Aha... a co do Hogana, zmieniłem decyzję. Zostanie umieszczony w rezerwacie 

ludzi przedhistorycznych. Myślę, Ŝe są tam warunki, w których z łatwością się zaaklimatyzuje.  

 

 

background image

STEFAN WEINFELD 

ZDARZENIE W KRAHWINKEL

 

 

Krahwinkel  jest  małą  wioską  połoŜoną  u  stóp  gór,  tuŜ  nad  granicą.  Ludzie  tu  są  prości  i 

Ŝ

yczliwi,  choć  na  obcego  patrzą  nieufnie.  Nic  dziwnego,  przybysze  rzadko  tu  zaglądają. 

Krahwinkel  leŜy  z  dala  od  szlaków  turystycznych,  klimat  ma  niezbyt  przyjemny,  bo  wiatr  z  gór 

daje się  we znaki nawet  tubylcom - kogóŜ więc  moŜe przyciągnąć? Nie ma tu przemysłu, nie ma 

nawet rzemiosła artystycznego.  Ludzie utrzymują się przewaŜnie z ogrodnictwa, hodowli drobiu i 

pasterstwa:  kurczaki  są  pulchne,  jak  nigdzie  w  okolicy,  a  tłuste  i  bogate  w  sole  mineralne  mleko 

tutejszych  krów  bardzo  jest  cenione  w  mleczarni,  która  niestety  znajduje  się  aŜ  w  miasteczku. 

Zabiera  więc  mleko  od  wszystkich  mleczarz  Piotr,  poczciwa  dusza,  choć  znany  wszystkim 

plotkarz;  odwozi  je  następnie  do  mleczarni  jedyną  -  przyznajmy,  nie  najlepszą  drogą,  która  łączy 

Krahwinkel  ze  światem  zewnętrznym.  To  chyba  najwaŜniejsze,  co  moŜna,  by  powiedzieć  o 

Krahwinkel - oprócz tego, co zostanie opowiedziane niŜej. Aha! Nie szukajmy tej wioski w atlasie. 

MoŜe są inne miejscowości o tej samej nazwie na szerokim świecie, ale nasze Krahwinkel jest tak 

małe,  Ŝe  nie  ma  go  nawet  na  Ŝadnej  mapie.  Zresztą  czy  nie  jest  obojętne,  jak  nazywają  się  góry 

widniejące  na  horyzoncie  -  Alpy,  Apeniny  czy  Andy?  To,  o  czym  opowiem,  mogło  się  zdarzyć 

wszędzie.  

I  moŜe  się  jeszcze  zdarzyć  w  przyszłości  -  gdzie  indziej.  Pierwszy  zobaczył  to  mleczarz 

Piotr, prowadząc jak co dzień za uzdę starą klacz zaprzęŜoną do wózka. Słońce jeszcze nie wzeszło 

i  w  szarym  półmroku  widać  było  zaledwie  zarysy  białej  plamy,  która  pokrywała  centralną  część 

najładniejszego  klombu  Mariesa,  ogrodnika.  Piotr  zatrzymał  konia  i  przyglądał  się  chwilę. 

"Wygląda  na  to  -  pomyślał  -  Ŝe  ktoś  Mariesowi  spłatał  paskudnego  figla.  To  chyba  wapno.  Spali 

ostatnie jesienne kwiaty. Stary się wścieknie". Ruszył dalej, gwiŜdŜąc ulubionego marsza.  

- Dzień dobry, Piotrze, spóźniłeś się dzisiaj. Oto bańki, czekam na ciebie od dobrych kilku 

minut. Czy stało się coś w mleczarni? - Wdowa Feresowa nie byłaby sobą, gdyby nie wietrzyła we 

wszystkim czegoś nowego.  

-  U  mnie  nic,  ale  Mariesowi  ktoś  wylał  wapno  na  klomb  z  róŜami.  Wścieknie  się,  kiedy 

wróci  do  domu  -  powtórzył  mleczarz  swoją  myśl.  I  popatrzył  w  ślad  za  Feresową,  która 

mruknąwszy coś w rodzaju "a no!" pobiegła do Czukadów. - Za pół godziny cała wieś juŜ będzie o 

tym  wiedziała  mruknął.  "Ale  swoją  drogą  -  to  świństwo.  MoŜna  Mariesa  nie  lubić,  to  choleryk  i 

kaŜdemu powie coś złośliwego, ale co komu kwiaty winne?"  

background image

Kiedy  w  godzinę  później  rozległ  się  na  drodze  terkot  starej  furgonetki  Mariesa,  przy 

ogrodzeniu jego domu stało juŜ kilka kobiet i kilkunastu podrostków. Maries zatrzymał wóz.  

-Co to za zgromadzenie, nie macie innych zajęć - wyskoczył na drogę i doszedł do bramy. 

Przez  poranną  mgiełkę  zaczęło  juŜ  przebijać  się  słońce,  zaostrzając  kontury  zrujnowanego 

kwietnika. - Psia... - zaklął i zwracając się do ludzi zapytał:  

- Kto to zrobił ? No kto ? Nie macie odwagi powiedzieć ? Bydlęta, nie ludzie! Bydlęta...  

Nie  zajmując  się  pozostawioną  na  drodze  furgonetką,  poszedł  do  szklarni,  skąd  po  chwili 

wrócił z duŜą szuflą. Oznaczył miejsce na poŜółkłym juŜ trawniku i ostroŜnie, starannie nabrał na 

szuflę białej mazi, pokrywającej klomb.  Zaledwie jednak uniósł szuflę, zawartość jej wylała się z 

powrotem na klomb. Z rozmachem powtórzył tę czynność - z tym samym wynikiem. W gromadzie 

zebranych gapiów ktoś zachichotał. Maries zdjął marynarkę i rzucił ją na ziemię, a ująwszy łopatę 

spojrzał ze złością na ludzi.  

- Czego się gapicie? Co tu ciekawego? Nie macie swoich zajęć? Tamci jednak nie myśleli 

nawet  o  tym,  aby  pozbawić  się  tak  ciekawego  widowiska.  Maries,  mrucząc  półgębkiem 

przekleństwa, machał zawzięcie szuflą, bez rezultatu starając się zgarnąć na nią pokrywającą klomb 

substancję.  Widzów  tymczasem,  choć  to  był  dzień  powszedni,  przybywało,  a  stłumione  chichoty 

przerodziły się w gromkie wybuchy śmiechu. Maries, nie posiadając się juŜ z wściekłości, porzucił 

szuflę  i  wytaszczył  z  garaŜu  mały  kombajn  ogrodniczy.  Przymocował  mechaniczną  łopatę  i 

zapuścił silnik. Potem usadowił się na siodełku i ruszył w kierunku plamy.  

-  CóŜ  to,  ma  zamiar  wykopać  cały  klomb?  -  zauwaŜyła  ze  zdziwieniem  jedna  z  kobiet. 

Ramię  łopaty  uniosło  się  w  górę  i  opuściło  w  samym  środku  plamy.  A  potem  zaczęły  się  dziać 

rzeczy  dziwne  i  tak  szybko  po  sobie  następujące,  Ŝe  nikt  nie  był  w  stanie  uchwycić  wszystkich 

szczegółów.  Zgadzano  się  jednak  później  co  do  ogólnego  przebiegu  wypadków.  Stalowa  łopata 

opuszczana  na  plamę  zmiękła  nagle,  jak  mięknie  plastelinowa  figurka  na  gorącym  piecu,  i  zwisła 

bezwładnie na zdeformowanym ramieniu kombajnu. Maź pociekła w kierunku maszyny i oblepiła 

stalowy płaskownik, na którym umocowane było siodełko. Maries, wyjąc nieludzko, stoczył się na 

ziemię, zerwał na nogi, przebiegł kilkanaście kroków i upadł jak kłoda. Maź zaś skurczyła się jak 

gdyby i powróciła do swoich pierwotnych granic. Gdyby nie zniekształcony kombajn i nieruchome 

ciało  Mariesa,  moŜna  by  przysiąc,  Ŝe  to  tylko  kupa  wapna,  wylana  przez  kogoś  złośliwego  na 

najładniejszy klomb ogrodnika.  

-  Tak...  tak...  tak...  -  komendant  posterunku  z  niechęcią  połoŜył  mikrofon  na  widełki.  Był 

juŜ  w  wieku,  w  którym  myśli  się  o  emeryturze  i  o  domku  z  ogródkiem.  Właśnie  dlatego  z 

proponowanych mu miejscowości wybrał tę właśnie, jak mu się wydawało, spokojną wioskę. Trzy 

miesiące  pobytu  tu  wystarczały  jednak,  by  rozproszyć  złudzenia.  Prawda,  ludzie  tu  uczciwi,  nie 

background image

było kradzieŜy, tym bardziej napadów; pech jednak, który go od kilku lat nie opuszczał, dosięgnął 

go i tutaj. Najpierw bójka, podpalenie, wypadek z niewypałem. Teraz ta plama, która jakoby zabija 

ludzi. Trzeba tam pojechać. CóŜ to moŜe być? Pewnie pozostałość wojny, jakiś gaz bojowy, który 

nie wiadomo jak rozlał się czy teŜ został umyślnie rozlany na kwietniku Mariesa. Stary nie cieszył 

się  sympatią  mieszkańców  wioski,  moŜe  miał  wrogów?  Trzeba  będzie  przeprowadzić  śledztwo,  a 

niezaleŜnie  od  tego  wezwać  kogoś  z  miasta,  no  i  oczywiście  zabezpieczyć  teren  do  przybycia 

saperów.  Zastanawiał się chwilę, czy dla większego prestiŜu pojechać jeepem, czy teŜ ograniczyć 

się  do  roweru.  Nie,  nie  samochód:  rower.  Nie  moŜna  tej  sprawie  nadawać  rozgłosu,  nie  moŜna 

wzbudzać paniki. Jest jeszcze wiele pozostałości wojny w okolicy. Zrozumiałe, Ŝe dla tutejszych to 

wielki  wstrząs,  ale  on  przecieŜ  był  świadkiem  niejednego  wypadku  spowodowanego  róŜnymi 

niewypałami. Zresztą nawet jadąc rowerem dotrze na miejsce w ciągu 10 minut.  

Dom  Mariesa  otaczała  juŜ  ogromna  gromada  milczących  ludzi.  Był  i  lekarz,  który  krzątał 

się  przy  ułoŜonym  na  polowym  łóŜku  ogrodniku.  Komendant  postawił  rower  przy  słupie 

telegraficznym i przecisnął się przez ciŜbę, ogarniając wzrokiem sytuację.  

- śyje?  

-  śyje  -  odpowiedział  lekarz  -  ale  mało  mu  chyba  brakowało,  aby  się  przeniósł  na  tamten 

ś

wiat.  

Komendant wyjął chusteczkę i, przyciskając ją do nosa, zbliŜył się ostroŜnie do klombu.  

-  Pięciu,  na  ochotnika,  do  mnie.  Trzeba  wyciosać  kołki  i  wbić  tak,  aby  moŜna  to  było 

otoczyć sznurem. Nikt nie powinien do tego podchodzić bliŜej niŜ na dwadzieścia metrów.  

Odwrócił się, by przecisnąć się do swego roweru, gdy wstrzymały go krzyki ludzi. Spojrzał 

ponownie.  Przede  wszystkim  rzuciła  mu  się  w  oczy  blada  jak  ściana  twarz  lekarza,  który 

nieruchomy jak słup soli stał, wpatrując się w klomb. Od klombu powoli, ale wyraźnie toczyła się 

ku  niemu  maź.  Było  to  tym  dziwniejsze,  Ŝe  klomb  znajdował  się  niŜej  od  miejsca,  w  którym  stał 

lekarz. Maź wyraźnie pięła się w górę.  

- Uciekaj! - wrzasnął ktoś z tłumu.  

- Uciekaj, uciekaj ! - podjęło kilka głosów.  

Lekarz pobiegł kilka kroków, ale zatrzymał się i powoli powrócił do łóŜka, na którym leŜał 

Maries. Maź zbliŜała się nieustannie.  

- PomóŜcie mu, czego stoicie? - wrzasnęła histerycznie któraś z kobiet. Inna zaczęła głośno 

płakać. Jakiś chłopak wyprysnął spod nóg tłoczących się i dopadł łóŜka, ujmując je u wezgłowia.  

Lekarz  chwycił  je  równieŜ  i  obaj  jak  mogli  najszybciej  posuwali  się  z  bezwładnym 

Mariesem w bezpieczną stronę. Nie było to junak juŜ potrzebne. Maź skręciła i ruszyła w kierunku 

okien  inspektowych.  połoŜonych  w  głębi  posiadłości  ogrodnika.  Jej  cienki  początkowo  strumień 

background image

rozszerzył  się  w  ogromną  białą  kałuŜę,  która  przelewała  się  z  miejsca  na  miejsce.  Po  kilku 

minutach i plama majaczyła z dala na wzgórku  koło inspektów, na klombie zaś pozostała jedynie 

uszkodzona maszyna. Co dziwniejsze, kwiaty nie były zniszczone.  

-  Cofnąć  się  -  rozkazał  policjant  nieswoim  głosem.  -  I  nie  wchodzić  na  teren!  Trzeba 

wezwać wojsko.  

 

We  wsi  stacjonowała  kompania  wojsk  chemicznych.  Kilkunastu  Ŝołnierzy  w  maskach, 

wyposaŜonych w przenośne urządzenia odkaŜające, kręciło się po ogrodzie Mariesa. Obok rozbito 

namiot, w którym umieszczono laboratorium chemiczne. W największym we wsi domu, u Telesów, 

rozlokował się sztab.  

Komendant,  którego  wezwano  do  sztabu,  zastał  tam,  oprócz  dowódcy  kompanii 

chemicznej, kilku wyŜszych oficerów. - Siadajcie tutaj ! - powiedział jeden z nich.  

Nie było to przyjemne. Nikomu nie jest przyjemnie, gdy kto mu we własnym domu wydaje 

polecenia.  Komendant  czuł  się  głową  wsi,  najwyŜszą  tu  władzą.  Ale  co  zrobić,  gdy  najwyŜsza 

władza musi wezwać na pomoc obcych?  

-  Słuchajcie  uwaŜnie:  zaszły  pewne  okoliczności,  które  zmusiły  nas  do  podjęcia  kroków 

wyjątkowych. W porozumieniu ze stolicą... rozumiecie? W porozumieniu ze stolicą wprowadzamy 

w  tej  wsi  stan  zagroŜenia.  Nikt  nie  moŜe  się  stąd  oddalać  i  nikogo  obcego  nie  naleŜy  do  wsi 

wpuszczać.  Łączność  telefoniczna  zostaje  na  razie  przerwana,  wszelkie  połączenia  muszą  być  z 

nami  uzgodnione.  Nie  chcemy  jednak  robić  paniki,  dlatego  potrzebujemy  waszej  pomocy.  DuŜo 

macie ludzi pod sobą?  

- Jeden... jednego posterunkowego.  

-  RozkaŜcie  więc  mu,  aby  ogłosił,  Ŝe  w  związku  z  waŜnymi  ćwiczeniami  wojskowymi 

ludzie  powinni  pozostać  w  swoich  domach.  Dostawę  Ŝywności  do  sklepu  zorganizujemy  sami, 

sprzedaŜ  prowadzona  będzie  pomiędzy  godziną  dwunastą  a  drugą.  Rząd  przeznaczył  juŜ  pewną 

kwotę  na  odszkodowania  za  przerwę  w  zajęciach.  Jeszcze  jedno:  czy  były  ostatnio  u  was 

przeprowadzone jakieś masowe badania lekarskie? Macie we wsi lekarza?  

- Mamy... - wyjąkał komendant.  

- Powiedzcie mu, Ŝeby się do nas zgłosił. MoŜecie odejść. Komendant podniósł się, skłonił i 

wyszedł. Towarzyszyło mu milczenie. Przerwał je oficer ze złoconymi dystynkcjami.  

-  Mówcie  dalej,  kapitanie.  Więc  nie  udało  się  przeprowadzić  analizy  chemicznej  tej 

substancji?  

- Nie. Do tej pory nie wiemy, co to jest. Niszczy szkło, metal, gumę. Nie sposób ująć jej w 

cokolwiek. Nie umiemy sobie z tym poradzić. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam.  

background image

- Zachowaliście naleŜyte środki ostroŜności ?  

- Tak, nie było jeszcze Ŝadnego wypadku.  

-  To  mało.  Nie  wiecie,  co  będzie  dalej.  Pamiętajcie  o  maskach  i  kombinezonach. 

Dozymetryści wezwani ?  

- Mają przybyć za godzinę. Rozległo się pukanie do drzwi.  

- Proszę wejść - odezwał się major.  

- Panowie mnie wzywali?  

- Pana nazwisko?  

- Pati, jestem lekarzem...  

-  Niech  pan  usiądzie,  panie  doktorze.  Pan  zdaje  się  udzielił  pomory  poraŜonemu 

ogrodnikowi?  

- Matiesowi? Tak, ale co do przyczyny wypadku mają panowie nieścisłe informacje...  

- Mianowicie?  

-  Wydaje  mi  się...  oczywiście,  cała  ta  sprawa  jest  bardzo  dziwna,  ale  wydaje  mi  się,  Ŝe  to 

był zwykły atak serca. - Czy Maties leczył się kiedyś u pana?  

- Nie, nigdy. To chłop zdrowy jak tur. - Więc skąd u niego atak serca?  

- Nie wiem, sam nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.  

- Niech pan posłucha! - odezwał się oficer z pozłacanymi dystynkcjami. - Mamy podstawy 

do przypuszczenia, Ŝe substancja, która znalazła się na waszym terenie, jest nowym rodzajem broni 

przeciwko ludności cywilnej.  

- Nasz komendant przypuszcza, Ŝe jakiś niewypał z okresu wojny - wtrącił lekarz.  

-  Bzdura,  to  dywersja,  wiemy,  komu  na  tym  moŜe  zaleŜeć,  zresztą  nie  pora  teraz  na 

politykę.  Doktorze,  za  kilka  godzin  przybędzie  tu  ekipa  sanitarna,  aby  przebadać  wszystkich, 

którzy  znaleźli  się  w  pobliŜu  tajemniczej  substancji.  Wie  pan,  analiza  krwi  i  wszystkie  te  wasze 

rzeczy, pan się lepiej na tym zna. Oni teŜ. byczylibyśmy sobie tylko od pana współdziałania... mam 

na myśli pana uczestnictwo w badaniach.  I niech pan wymyśli jakiś pretekst. ZaleŜy nam na tym, 

aby uniknąć paniki.  

- To wymaga zgody władz słuŜby zdrowia - zastrzegł się Pati. - To juŜ jest załatwione.  

- A moŜe badania nie są potrzebne? - nie dawał za wygraną lekarz. - Nasi chłopi dostarczają 

do miasta mleko i nabiał; mogą stracić klientelę, jeśli prasa napisze o badaniach.  

- Bez obawy, Ŝaden dziennikarz się tu nie dostanie. Podjęliśmy juŜ odpowiednie kroki.  

-  Jak  pan  się  tu  dostał  ?  Pytanie  zwrócone  było  do  młodego  człowieka  z  rozwichrzoną 

czupryną, który swobodnie rozsiadł się na krześle na wprost oficera z pozłacanymi dystynkcjami.  

background image

-  Przyjechałem  rowerem.  Wasi  Ŝołnierze  dostali  rozkaz  zatrzymywania  wszystkich 

samochodów, ale o rowerze nie było mowy.  

- Ma pan natychmiast opuścić ten teren. Kapitan osobiście tego dopilnuje.  

- Na jakiej podstawie wydaje mi pan rozkazy?  

-  W  tej  wsi  ogłoszony  został  stan  zagroŜenia  i  wszyscy,  którzy  się  tu  znajdują,  podlegają 

moim rozkazom.  

-  Zgoda,  wyjadę.  A  jak  pan  sobie  poradzi  z  kilkudziesięcioma  moimi  kolegami,  którzy 

przyjadą  tu  jeszcze  dziś  wieczorem,  gdy  tylko  przeczytają  w  popołudniówce  moją  relację? 

Niewiele  będę  miał  do  powiedzenia,  ale  tytuł  będzie  fascynujący:  "Tajemnica  strefy  zagroŜenia". 

Podoba się panu?  

Oficer z pozłacanymi dystynkcjami kaszlnął.  

- Niech pan posłucha, redaktorze. Nie moŜemy zabronić panu publikowania informacji... na 

razie przynajmniej. ZaleŜy nam jednak na tym, aby pan się z tym wstrzymał. Chcemy dwudziestu 

czterech godzin zwłoki... po prostu, aby wyjaśnić pewne okoliczności. Zgoda?  

-  Zgoda,  jeśli  przez  te  dwadzieścia  cztery  godziny  pozostanę  na  miejscu  i  dowiem  się 

wszystkiego, na czym mi zaleŜy.  

Oficer zawahał się. Młody człowiek pochylił się ku niemu i dodał: - Niczym, panowie, nie 

ryzykujecie.  Jeśli  okoliczności,  o  których  pan  wspomniał,  będą  dostatecznie  powaŜne,  i  tak  nie 

uzyskam akceptacji na opublikowanie zebranych wiadomości. Jeśli nie, mój artykuł w niczym panu 

nie zaszkodzi.  

- Dobrze więc. Chcę tylko uprzedzić pana, Ŝe przed upływem doby nie będzie panu wolno 

opuścić wsi - i Ŝe połączenia telefoniczne są przerwane. To wszystko.  

- Jeszcze jedno, jeśli pan pozwoli. Czy zanim zwrócę się do tutejszych mieszkańców, mogę 

bezpośrednio od pana uzyskać wyjaśnienie tego, co się tu dzieje?  

-  W  tej  wsi  znaleziono  dziwną,  podejrzaną  substancję,  której  pochodzenie  i  właściwości 

usiłują ustalić nasi specjaliści. To są właśnie okoliczności, które staramy się wyjaśnić.  

- A co będzie, jeśli się to nie uda?  

- Z uwagi na bezpieczeństwo ludności jutro w południe, bez względu na wynik, substancję 

tę zniszczymy.  

- Jeszcze jedna kolejka piwa dla wszystkich!  

"To  juŜ  siódme  piwo,  pełen  jestem  jak  beczka,  w  głowie  szumi  jak  na  pełnym  morzu  w 

czasie  sztormu  i  wciąŜ  jeszcze  nie  rozumiem,  o  co  tu  chodzi"  -  pomyślał  młody  człowiek.  We 

wnętrzu gospody panował niezwykły przed południem gwar.  

background image

- Powoli, panowie, tu nie wszystko się klei. Powiedzieliście, Ŝe Maries nie mógł nabrać na 

szuflę tej mazi, bo wyciekła, tak?  

- Ano tak - stwierdziło kilka głosów.  

- A co się z tą szuflą stało?  

- Co się ta miało stać? LeŜy chyba jeszcze przy klombie, czy tak, Marcinie?  

- A leŜy - przytaknął Marcin.  

- Cała, nie zepsuta? - dopytywał się dziennikarz. - Calusieńka, zupełnie jak nowa.  

- Jak więc to się stało, Ŝe blaszana szufla jest cała, a stalowa koparka stopiona i zniszczona?  

- Diabelska sprawka! - stwierdził któryś z obecnych.  

-  A  jak  to  było  z  Mariesem?  Jak  myślicie,  panowie,  czy  to  był  atak  serca,  jak  powiada 

doktor Pati?  

- Panie, Maries chłop zdrowy był i jest. LeŜy w łóŜku, bo go doktor na krok nie puszcza, ale 

niejednemu by jeszcze łeb ukręcił.  

- Co mu się więc mogło stać?  

-  Nic.  Nic  nie  pamięta.  Powiada,  Ŝe  wracał  z  miasta  swoją  taksą,  a  tu  kupa  ludzi  przed 

domem. Zanim się spostrzegł, patrzy, a tu leŜy w izbie na łóŜku i doktor przy nim.  

-  A  czy  ktoś  ze  wsi  źle  się  czuje?  MoŜe  głowa  kogo  boli  albo  słaby?  Nie  słyszeliście, 

panowie?  

- Wszyscy są zdrowi, jak byli.  

Dziennikarz zapalił papierosa. Nie sposób dojść do sedna sprawy. MoŜe to złuda, zbiorowy 

omam, halucynacja tłumu? Słyszał juŜ o takich przypadkach.  

- Panowie, a nie zdarzyło się we wsi od wtorku coś niezwykłego? MoŜe słyszeliście jakieś 

strzały, moŜe jakiś szum silników, jakieś samoloty?  

Obecni spojrzeli po sobie.  

-  Co  to,  to  nie  -  powiedział  wreszcie  ten,  który  siedział  naprzeciw  dziennikarza  -  tylko  Ŝe 

coś się z radiem stało.  

- Z radiem?  

Teraz zaczęli mówić jeden przez drugiego, jak gdyby wyrzucając z siebie to, co im na sercu 

leŜało:  

- Buczy i huczy, niczego nie słychać.  

- U jednego to moŜe by się i zepsuło, ale to u wszystkich tak naraz.  

- To panowie wojskowi. Telefony odłączyli, to i radio zagłuszyli.  

- A jęczy, jak chore.  

- Jak jęczy? - zainteresował się dziennikarz.  

background image

- Ano tak: U, U-U-U, U-U-U-U-U, i tak w kółko. Albo inaczej: U, U-U, U-U-U-U, U-U-U-

U-U-U-U-U, i znowu od początku.  

- I panowie to dokładnie zapamiętali ?  

- A jakŜe, panie, co się nastawi, to stale tak samo, zapamięta się dokładnie jak wiersz.  

- Powtórzcie, panowie, jeszcze raz - poprosił.  

Powtarzali chórem. A on podniósł się blady, z kroplami potu na czole i liczył: "jeden, trzy, 

pięć...  jeden,  dwa,  cztery,  osiem..."  Jak  gdyby  wtórując  zebranym  zegar  wiszący  zaczął  bić:  raz, 

dwa, trzy.... dwanaście.  

...jutro  w  południe,  bez względu  na  wynik,  substancję  tę  zniszczymy".  Kto  to  powiedział? 

Ach... Ŝeby nie było za późno... Zerwał się i wybiegł.  

- Dokąd pan tak biegnie? Czemu pan taki blady? - Doktorze, czy pan teŜ słyszał? To przez 

radio? - Ten szum? Słyszałem. A czemu pan pyta?  

-  PrzecieŜ  to  początek  szeregu  liczb  pierwszych  !  Początek  szeregu  kwadratów!  O 

dwunastej mieli zniszczyć! Wyrzucał z siebie słowa w biegu, w którym towarzyszył mu zasapany 

lekarz.  

Z  daleka  widzieli  ogień,  tryskający  z  miotaczy  płomieni.  Gdy  przybyli,  było  juŜ  po 

wszystkim.  kołnierze  chowali  sprzęt,  spaloną  i  dymiącą  ziemię  pokrywał  szklisty,  biały  osad. 

Dziennikarz, bez tchu, wskazał na zgliszcza.  

- Za późno, za późno... juŜ nie udało mi się go uratować... - Kogo ? - zapytał lekarz.  

- Jego, gościa z dalekich światów... z innej gwiazdy, a moŜe z innej galaktyki, czy ja wiem?  

- Sądzi pan, Ŝe "to" było czymś Ŝywym?  

- Czy sądzę? Jestem pewny tego! My, ludzie, zawsze wyobraŜamy sobie Ŝycie  w formach 

takich,  jakie  znamy  z  naszego  ziemskiego  doświadczenia.  Ale  czy  koniecznie  istoty  z  innych 

ś

wiatów muszą mieć dwie nogi, dwie ręce, nos pośrodku pary oczu? Ta galareta była istotą Ŝyjącą, 

czującą, rozumną.  

- Jeśli to był gość z innych światów, czego tu chciał?  

-  Kto  moŜe  wiedzieć?...  Przybył  na  Ziemię  moŜe  celowo,  moŜe  przypadkiem...  moŜe 

wyczerpany  długą  podróŜą  u  kresu  sił...  bronił  się,  starając  się  nie  wyrządzić  nam  krzywdy.  Na 

nieszczęście nie słyszeliśmy go... a ci, co go słyszeli, nie rozumieli... Wybacz, nieznany przybyszu!  

Usiadł,  wyczerpany,  na  ziemi,  ale  po  chwili  podniósł  się,  zerwał  róŜę  z  krzaka  i  rzucił  na 

szkliste popioły.  

 

background image

RYSZARD SAWWA 

LOT DALEKOSIĘśNY

 

 

Był piękny, wiosenny dzień, pełen słońca, i jak zwykle Centrum Badań Kosmicznych przy 

obserwatorium  w  Wynnejack  zapełniało  się  ludźmi.  Jensen  i  Hollitz  pracowali  razem  u  profesora 

Kilseya.  Kiedy  ten  opracował  słynną  juŜ  metodę  poszukiwania  kontaktu  z  innymi  cywilizacjami, 

chętnych do pracy nad tym tematem było bardzo wielu, ale profesor tak zŜył się ze swoimi starymi 

pracownikami, Ŝe nie zmieniał personelu pracowni.  

Tego dnia zaraz po przyjściu obydwaj zameldowali się u profesora.  

-  Panie  profesorze.  Wspólnie  z  Hollitzem  wpadliśmy  na  pewien  pomysł.  Mamy 

propozycję... - zaczął nieśmiało Jensen.  

- Proszę, mów, Bobby! - Profesor zawsze traktował ich trochę jak dzieci.  

- Zgadzamy się, panie profesorze, Ŝe pańska metodyka jest optymalna. Ale znajdując się na 

brzegu Galaktyki mamy i tak bardzo małe szanse na szybkie osiągnięcie kontaktu. Wydaje mi się, 

Ŝ

e te sygnały, które wysyłamy, są zbyt naraŜone na zakłócenia i zniekształcenia.  

Profesor uśmiechnął się.  

- No tak, mój drogi, ale nic na to nie poradzimy.  

-  A  właśnie  -  oŜywił  się  Jensen  -  doszliśmy  z  Hollitzem  do  wniosku,  Ŝe  po  pół  roku 

wysyłania dotychczasowych stałych sygnałów moŜna by spróbować i czegoś innego.  

Na dobrodusznej twarzy Kilseya odbiło się zaciekawienie.  

- Proponujemy wysyłać sygnały zmienne co 2 minuty, oparte na trzeciej logice Weymanna 

z grupą sygnałów stochastycznie zmiennych - wyjaśnił Hollitz. - Opracowaliśmy specjalny układ z 

widmem  minimalnie  podatnym  na  zakłócenia  kosmiczne.  Podejmujemy  się  opracować  taśmy  do 

nadajnika w ciągu kilku dni. Potrzebujemy tylko pańskiej zgody na eksperyment.  

Kilsey zamyślił się.  

-  Właściwie  -  powiedział  powoli  -  nie  mam  na  razie  Ŝadnych  zastrzeŜeń  co  do  tej 

propozycji.  Róbcie  taśmy.  Tylko  jedno:  chciałbym,  Ŝeby  nasze  stare  sygnały  równieŜ  były 

nadawane przez kilka godzin dziennie.  

Jensen i Hollitz poderwali się z krzeseł.  

- Dobrze, panie profesorze, za trzy dni przystąpimy do wysyłania nowych sygnałów.  

 

Jasne,  nocne  niebo  zaczęło  szarzeć,  czerwony  świt  przytłumił  juŜ  blask  miliardów  gwiazd 

na niebie. Rubinowy brzeg pierwszego słońca wynurzył się zza horyzontu.  

background image

"Tu, w centrum Galaktyki, noc jednak nigdy nie jest tak piękna i ciemna jak na jej brzegu" - 

pomyślał Alf obserwując wschód na ojczystej planecie. Spojrzał jeszcze raz na podobiznę młodej, 

dziewczęcej  twarzy  na  obelisku  z  szarego  marmuru.  Posąg  Britt  stał  na  Placu  Pamięci  w  grupie 

pomników pilotów solarnych i galaktycznych.  

Wiele razy juŜ zastał go przed posagiem i mimo Ŝe minął rok od katastrofy, nie potrafił w 

pełni  wrócić  do  zwykłego  Ŝycia.  Poprawił  bukiet  Ŝywych,  złotych  kwiatów  u  stóp  pomnika  i 

cięŜkimi krokami zaczął się oddalać w stronę wyjścia.  

 

Hollitz przywitał się z Jensenem i usiadł przy pulpicie.  

- No, to zaczynamy, Bob. Puścimy naszą nową muzykę dla kolegów po fachu.  

Przyszedł Kilsey. Jensen krótko objaśnił:  

-  W  części  stochastycznej  daliśmy  echo  radiogwiazd  centrum  i  środka  drugiej  najbliŜszej 

naszego  układu  spirali  Galaktyki.  Powiązaliśmy  je  logiką  Weymanna  z  adresem  naszej  Ziemi  i 

jesteśmy gotowi do eksperymentu.  

Kilsey przejrzał taśmy na ekranie czytnika sygnałów i oddał je Jensenowi.  

- No cóŜ, chłopcy, nawet podoba mi się ta wasza nowa oda do KsięŜyca. Nadawajcie, moŜe 

wreszcie do kogoś trafimy.  

Hollitz załoŜył taśmy do czytnika i włączył antenę i nadajnik.  

 

Alf  wsiadł  juŜ  do  terralotu,  kiedy  zapaliła  się  lampka  cerebrofonu.  Włączył  wzmacniacz 

informacyjny  i  skupił  się  na  odbiorze.  Mimo  Ŝe  istoty  cywilizacji,  do  której  naleŜał,  łatwo  mogły 

się  porozumiewać  takŜe  przy  pomocy  myśli,  waŜniejsze  wiadomości  przekazywano  poprzez 

wzmacniacze informacyjne. Szybko przyjmował nadawane myśli komendanta Admiralicji:  

-  Krótki  komunikat  do  pilotów  dalekosięŜnych.  Nasza  przesyłka-informer  do  cywilizacji  z 

drugiej  spirali  zboczyła  z  toru  i  zaczyna  się  oddalać  od  brzegu  Galaktyki.  Za  5  dni  dokonamy 

dalekosięŜnego lotu pościgowego. Rada Naczelna Admiralicji prosi o Wasze zgłoszenia.  

Alf  juŜ  dawno  czekał  na  jakieś  powaŜne  zadanie.  Nie  zastanawiał  się  ani  chwili.  Nacisnął 

sygnał zgłoszenia i pomyślał: "Zgłaszam swoją kandydaturę bez warunków dodatkowych".  

Komendant Admiralicji był kolega Alfa z czasu jego studiów w szkole pilotaŜu. Po jednej z 

tragicznych  wypraw,  podczas  której  tylko  przypadkowo  uratował  Ŝycie,  musiał  zwrócić  licencję 

pilota ze względów zdrowotnych.  

Odpowiedział Alfowi:  

"Przyjdź  jutro  do  mnie  rano,  ochotnicy  dostanę  pełną  informację  o  locie  i  nastąpi  wybór 

kandydata".  

background image

Alf z niecierpliwością oczekiwał następnego dnia.  

 

Cztery dni po nadaniu pierwszych sygnałów metodą Jensena-Hollitza do obserwatorium w 

Wynnejack  nadszedł  komunikat  z  Głównego  Obserwatorium  w  Norton.  Kilsey  przeczytał  i 

powtórzył:  

-  W  Norton  złapali  obiekt  radiowy.  Nazwali  go  X.  Ogromnie  daleko  i  bardzo  mały.  To 

chyba  nie  jest  radiogwiazda,  bo  nawet  szperacze  neutrinowe  nie  mogą  ustalić  parametrów  ruchu. 

ZauwaŜyli  tylko,  Ŝe  przypadkowo  znajduje  się  na  linii  naszego  nadajnika.  Jeśli jest  to  odpowiedź 

na nasze sygnały, to będziecie chyba, chłopcy; ojcami chrzestnymi tej kruszyny.  

-  To  chyba  niemoŜliwe,  panie  profesorze,  niech  pan  z  nas  nie  kpi.  Po  czterech  dniach 

nadawania? Kiedy pół roku nic nie dało? - Jensen nie był pewny, czy profesor mówi powaŜnie.  

- Rzeczywiście, mało prawdopodobne - zgodził się Kilsey.  

 

W  informacyjnej  sali  Admiralicji  zebrało  się  kilkunastu  pilotów  dalekosięŜnych, 

członkowie Rady Naczelnej i komendant Admiralicji. Po przywitaniu się ze wszystkimi zabrał glos 

komendant:  

-  Wiemy  wszyscy,  Ŝe  od  czasu,  kiedy  udało  się  nam  zrealizować  przejście  przez  barierę 

ś

wietlną  do  przestrzeni  informacyjnej,  moŜemy  nawiązać  łączność  z  cywilizacjami 

rozmieszczonymi dalej od centrum Galaktyki. Od dawna juŜ korespondujemy z innymi ośrodkami 

cywilizacyjnymi i Zrzeszenie Galaktyczne ma juŜ 6000 członków, nie licząc niŜszych kultur, które 

zaprosimy prawdopodobnie za kilka tysięcy lat. Ostatnio wymianę korespondencji prowadzimy, jak 

zapewne  wiecie,  przy  pomocy  ulepszonych,  automatycznych  informerów-liniowców,  które  po 

zbliŜeniu  się  do  adresata  automatycznie  wywołują  się  i  cała  w  nich  zawarta  informacja  w  postaci 

pola informacyjnego zostaje przyjęta przez odbiorców. Muszę tu wspomnieć, a dlaczego, za chwilę 

zrozumiecie  moje  intencje,  o  początkach  naszych  kontaktów  i  powstaniu  paragrafu  2  Kodeksu 

Galaktycznego.  

OtóŜ jeden z naszych pilotów nawiązał samodzielnie kontakt z cywilizację klasy A-3. Jest 

to  klasa  cywilizacyjno-techniczna  na  etapie  wojen  i  podbojów.  W  rezultacie  próbowano 

wykorzystać  pokładowy  nadajnik  informacyjny  naszego  liniowca  do  porachunków  wewnątrz  tej 

cywilizacji.  Oczywiście  pilot  zginął.  Musieliśmy  zastosować  blokadę  informacyjną  i  wymazać  z 

ich  pamięci  świadomość  naszego  istnienia.  Kontakt  ponowny  z  tą  cywilizacją  nawiązaliśmy 

później  i  bardzo  jesteśmy  z  niego  zadowoleni.  Prowadzimy  wspólnie  z  nimi  powaŜne  i  cenne 

badania  naukowe.  Ale  od  tego  czasu  wprowadzono  paragraf  2,  który  absolutnie  zabrania 

nawiązywania kontaktu z cywilizacjami technicznymi klasy poniŜej i równej A-3.  

background image

Tydzień  temu  wystany  został  automatyczny  liniowiec  informacyjny  do  środka  drugiej 

spirali galaktycznej. jest to świeŜy kontakt i wystaliśmy im wiadomości wstępne o naszej kulturze i 

cywilizacji z instrukcją o sposobie od powiedzi. Tymczasem informer z niewiadomych początkowo 

przyczyn  zmienił  gwałtownie  kierunek  lotu  i  zaczął  się  poruszać  w  kierunku  brzegu  Galaktyki. 

Dopiero sieć satelitarnych stacji nasłuchowych przy pomocy penetratorów informacyjnych o duŜej 

czułości  wykryła,  Ŝe  informer  dostał  jakieś  sygnały  radiowe  w  naszym  kodzie  intersolarnym  z 

adresem  odbiorcy  i  skierował  się  pod  nowy  adres.  Penetratory  określiły  na  podstawie  analizy 

rozkładu i charakteru pól informacyjnych, Ŝe cywilizacja ta mieści się niedaleko brzegu Galaktyki, 

jest  młoda,  klasy  A-3,  i  Ŝe  przypadkowe  sygnały  radiowe  przez  nią  wysyłane  zmieniły  adres 

informera.  Informer  po  podejściu  do  nich  wywoła  się  i  wyrzuci  cały  ładunek  informacyjny, 

zamieniając go w bardzo silne pole, które natychmiast przekaŜe cały nasz list do ich świadomości.  

OtóŜ nie wolno nam do tego dopuścić. lnformer zawiera zbyt powaŜne wiadomości. Nie są 

one  przeznaczone  dla  A-3  z  ich  wrogimi  ugrupowaniami  i  rozbudowanym  aparatem  wojennym. 

Informer  nie  moŜe  przekazać  swej  zawartości:  Unikamy  stosowania  blokady  informacyjnej,  bo 

blokada  taka  jest  to  akt  ingerencji.  Zadaniem  naszym  jest  odholowanie  informera  od  A-3  i 

przełączenie  go  na  adres  właściwy.  Na  akcję  mamy  bardzo  mało  czasu.  Na  wszelki  wypadek, 

gdyby  informer  zaczął  się  wcześniej  wywoływać,  liniowiec  pościgowy  będzie  dysponował 

ładunkiem  bomby  entropijnej  dla  anihilacji  zawartości  in  formera.  Muszę  podkreślić,  Ŝe  misja 

zawiera  około  10%  ryzyka,  a  więc  jest  bardzo  niebezpieczna.  To  jest  ogromnie  daleko.  MoŜemy 

tylko  przyjmować  informacje,  ale  komend  dla  zewnętrznego  sterowania  pościgiem  przekazać  juŜ 

nie będziemy mogli. A teraz proszę pilotów o zabranie głosu. śonaci i ojcowie rodzin są proszeni o 

zrezygnowanie z lotu.  

Komendant  skończył  i  usiadł  obok  Alfa.  Dyskusja  ciągnęła  się  około  godziny,  ale  innego, 

lepszego rozwiązania nie udało się znaleźć. Alf ponownie zgłosił swoją kandydaturę. Razem z nim 

pozostało jeszcze trzech innych, młodych chłopców, którzy niedawno opuścili akademię. Pozostali 

wszyscy  mieli  rodziny.  Komendant  z  członkami  Rady  Naczelnej  wyszli  z  sali  na  kilka  minut.  Po 

powrocie komendant ogłosił decyzję:  

- Przyjmujemy kandydaturę Alfa, jeśli będą protesty, rozpatrzymy je od razu.  

Wtedy Alf wstał.  

- Koledzy, wierzcie mi; Ŝe ja muszę dostać. to zadanie. Bardzo was proszę, nie zgłaszajcie 

protestów:  

Młodzi  piloci  wpatrzeni  byli  w  Alfa,  którego  znali  jeszcze  z  Akademii,  jako  wykładowcę 

pilotaŜu, a takŜe z podręczników. Na początku rozdziału o przestrzeni informacyjnej było przecieŜ 

jego zdjęcie jako pierwszego, który wrócił z przestrzeni informacyjnej. I wtedy właśnie wyjaśniono 

background image

trudności  powrotów  i  loty  w  przestrzeni  informacyjnej  stały  się  normalną  praktyką.  A1f  usiadł  i 

czekał.  Wszyscy  wiedzieli  o  katastrofie  Britt  i  rozumieli,  Ŝe  Alf  musi  mieć  dalekie  i  trudne  loty, 

Ŝ

eby powrócić do równowagi psychicznej. Protestów nie było.  

 

Następnego  dnia  po  komunikacie  o  obiekcie  X,  Kilsey  z  samego  rana  sam  zadzwonił  do 

Obserwatorium w Norton.  

- Zobaczymy, chłopcy, co u nich nowego. Jednak ich urządzenia są trochę nowocześniejsze.  

Długo trzymał słuchawkę. Kilka razy przerywał:  

-  Ile  mówicie?  Ile?  Setki  razy?  W  końcu  odłoŜył  słuchawkę  i  przez  chwilę  milczał.  Ciszę 

przerwał Hollitz:  

- Co się stało, panie profesorze? Kilsey powoli odpowiedział:  

-  Musimy  to  sprawdzić.  Ci  z  Norton  twierdzą,  Ŝe  X  zbliŜa  się  z  szybkością  100  razy 

przewyŜszającą  prędkość  światła.  To  przecieŜ  niemoŜliwe.  Nadaje  stale  jednakowe  sygnały. 

Impulsy o stałej częstotliwości. CzyŜby to był... - Gwiazdolot - dokończył Jensen.  

- Tak, gwiazdolot - powtórzył Kilsey.  

Podał Jensenowi poranny telex z Norton ze współrzędnymi. Hollitz ustawił analizator.  

- Mam go, jest w siatce celownika radiowego.  

- No, a teraz zmierzcie szybkość - powiedział Kilsey. Hollitz włączył dalmierz grawitacyjny 

i zaczął mierzyć. Plamka świetlna wyskoczyła poza skalę.  

-  Tak,  panowie  -  rzekł  profesor  -  z  odchylenia  plamki  poza  skalę  logarytmiczną  widać,  Ŝe 

szybkość X jest rzędu 100 c. Jensen nie mógł ochłonąć ze zdumienia:  

- Jak to moŜliwe? Jakim sposobem dostajemy normalne sygnały radiowe ?  

- Nie wiem, chłopcy, nie wiem jak - odparł Kilsey  - i nie wiem, w jaki sposób sygnały są 

wysyłane.  Ale  tu  nie  ma  pomyłki.  W  Norton  teŜ  najpierw  myśleli,  Ŝe  mają  zepsuty  blok  pomiaru 

prędkości...  Tylko,  proszę  was,  nie  rozgłaszajmy  tego  faktu,  bo  nas  wyśmieją.  Koledzy  z  Norton 

teŜ na razie milczą. Poczekamy, aŜ X się przybliŜy.  

 

Alf wszedł do kabiny liniowca dalekiego zasięgu. Zamknął luk i zameldował gotowość do 

startu.  Otrzymał  rozkaz:  "Włącz  rozbieg",  i  później  juŜ  cieplej:  "Do  zobaczenia,  Alf".  Z  ekranu 

zniknęła  twarz  komendanta  i  pokazał  się  schemat  drogi  startowej.  Po  włączeniu  rozbiegu  stacje 

startowe w układzie solarnym automatycznie przejmują akcelerację aŜ poza granice układu nadając 

liniowcowi  ogromną  prędkość,  która  pozwala  mu  przejść  do  przestrzeni  informacyjnej.  Alf 

przekręcił przełącznik "start" i pogrąŜył się w fotelu. Akceleratory antygrawitacyjne zaczną działać 

za  kilka  minut.  Za  godzinę  liniowiec  przejdzie  przez  barierę  i  wynurzy  się  x  przestrzeni 

background image

informacyjnej  bezpośrednio  przy  informerze.  "Britt"  -  pomyślał  Alf,  ale  liniowiec  juŜ  zaczął 

nabierać  prędkości  i  włączył  się  automat  usypiający.  Ekran  z  niebieskim,  poruszającym  się 

ognikiem na schemacie drogi startowej rozpłynął mu się przed oczami.  

 

Ktoś  z  Norton  jednak  wypaplał,  bo  nazajutrz  rano  gazety  przyniosły  krótki  komunikat  o 

nieprawdopodobnym fakcie astronomicznym. Było to podane  w sosie nowego fałszywego alarmu 

naszych szanownych astronomów. Kiedy Hollitz zmierzył szybkość X około południa, szybkość ta 

znacznie zmalała.  

-  Czuję,  Ŝe  to  jakaś  bzdura,  nabieramy  się  pewnie  na  nieznane  zakłócenia  obserwacyjne  - 

powiedział do profesora, który teraz stale przebywał w pracowni.  

Kilsey był jednak innego zdania:  

-  A  mnie  się  wydaje,  Ŝe  nie.  Nie  tracę  nadziei,  Ŝe  po  30  latach,  od  kiedy  Ziemia  w  ogóle 

zaczęła wysyłać sygnały, będziemy mieli gości.  

- Czy potrafimy ich przyjąć? - zapytał Jensen.  

-  No,  jeśli  przyjęli  nasze  sygnały,  to  na  pewno  nas  zrozumieją.  -  Nie  o  tym  myślę, 

profesorze. Gdzie oni wylądują? U nas czy u tamtych ?  

- Ach, ty o tym. Rzeczywiście, o tym nie pomyślałem.  

- Sądzę, Ŝe nie będą na tyle naiwni, Ŝeby się nie zorientować w naszych stosuneczkach na 

Ziemi - wtrącił Hollitz. Obserwujący ekran profesor przerwał dyskusję:  

- Patrzcie, X wyraźnie hamuje. W takim tempie będzie w Układzie Słonecznym w ciągu 2 

dni.  

 

Automat  obudził  Alfa  w  zadanym  czasie.  Na  ekranie  widniał  informer  zbliŜający  się  na 

małej .szybkości do Układu Słonecznego z jednym Słońcem i dziewięcioma planetami. Zmniejszył 

szybkość  na  podświetlną  i  nastawił  lot  na  trajektorię  spotkania  z  informerem.  Punkt  spotkania 

wypadł niedaleko od środka układu. Alf skierował pokładowy inforlokator na trzecią planetę. Nie 

było wątpliwości. To była właśnie cywilizacja klasy A-3. "Niestety, zakaz kontaktu obowiązuje" - 

pomyślał. W chwilę później niespodziewanie włączyła się ochrona liniowca. Zajarzyło się światło 

silnego  pola  informacyjnego.  Po  kilku  sekundach  alarm  się  wyłączył.  Centralny  analizator 

zameldował, Ŝe informer ma przeciek i w kaŜdej chwili moŜe zacząć się rozładowywać.  

Alf zaczął analizować połoŜenie. Nie było ani chwili do stracenia. Nie moŜna się zbliŜyć do 

informera  i  wyholować  go  z  Układu  Słonecznego.  Pole  informacyjne  z  przecieku  jest  zbyt  silne  i 

moŜe zakłócić centralne sterowanie liniowca. Alfowi została jedyna moŜliwość: bomba entropijna. 

Włączył dźwignię przygotowania ładunku entropijnego i zaczął celować.  

background image

 

Hollitz, niewyspany, po nocnym dyŜurze, krótko zameldował Kilseyowi  

- Telefony w nocy się urywały, panie profesorze. W Centrum Badań Kosmicznych szykują 

rakietę sondę z pilotem, jeśli X wejdzie na orbitę ziemską. Dopiero wczoraj uwierzyli, Ŝe to statek 

kosmiczny, ale na razie zabronili cokolwiek ogłaszać dziennikarzom.  

- Dobrze, Hollitz, poczekajmy, aŜ sprawa się wyjaśni. Niech Jensen przejmie obserwację, a 

ty idź spać.  

Hollitz odmówił:  

- Nie, panie profesorze. Zostanę tutaj. Jensen wpadł z "Morning Telegraph" w ręku.  

- Proszę tylko spojrzeć, co się dzieje - powiedział i pokazał dziennik.  

Na  pierwszej  stronie  tłustym  drukiem  wybity  był  tytuł  artykułu:  "Panika  na  wybrzeŜu 

atlantyckim!"  

W artykule korespondenci z wybrzeŜa donosili, Ŝe od kilkunastu godzin zgłaszają się ludzie 

do  policji  i  do  lekarzy  stwierdzając,  Ŝe  nagle  wiedzą  jakieś  dziwne  rzeczy.  Po  bliŜszych 

wyjaśnieniach  przeprowadzonych  przez  władze  okazało  się,  Ŝe  w  tym  samym  czasie  wiele  ludzi 

zaczęło nagle wiedzieć o istnieniu jakiejś cywilizacji na bardzo wysokim poziomie. Nie rozumieją, 

ale  pamiętają  urywki  informacji  o  jakichś  maszynach,  urządzeniach  i  znają  dziwne  wzory 

matematyczne.  Niestety,  wiadomości  te  są  tak  nieuporządkowane,  tak  źle  przekazywane,  Ŝe 

dotychczas  nie  udało  się  wyjaśnić  istoty  zjawiska.  Część  lekarzy  przypuszcza,  Ŝe  to  wskutek 

wczorajszego  sugestywnego  programu  telewizyjnego,  opartego  na  plotkach  prasy  na  temat  prac 

profesora  Kilseya  w  związku  z  próbami  nawiązania  kontaktu  z  kosmicznymi  braćmi,  masa 

słuchaczy uległa zbyt silnej emocji. JednakŜe chodzą słuchy, Ŝe osoby nie oglądające programu teŜ 

mają  podobne  halucynacje.,  Drobna  grupka  fantastów  upiera  się  znowu  przy  twierdzeniu,  Ŝe 

halucynacje  nie  mają  nic  wspólnego  z  audycją  i  Ŝe  dziwny  obiekt  obserwowany  przez  profesora 

Kilseya to statek kosmiczny, i Ŝe w ten sposób są przeprowadzane próby porozumienia się z nimi. 

Kiedy Kilsey przeczytał artykuł, Jensen zapytał:  

- Co pan o tym wszystkim myśli, panie profesorze?  

- Myślę, Ŝe nie taka byłaby próba porozumienia się z nami. Zupełnie tego nie rozumiem.  

Jensen spojrzał w analizator i wykrzyknął:  

- X podzielił się na dwa! Są bardzo blisko siebie. Jeden z nich jakby manewruje. Wchodzą 

chyba na bardzo daleką orbitę okołoziemską.  

- Sprawdź to jeszcze raz, Jensen, i nie przestawaj obserwować rzucił Kilsey. - To na pewno 

są  statki  kosmiczne.  Aha  -  dodał  po  chwili  -  zupełnie  o  tym  zapomniałem,  Hollitz,  natychmiast 

wyłącz nadawanie naszych sygnałów na głównej antenie.  

background image

Hollitz  podbiegł  do  sterowania  anteną,  Ŝeby  wyłączyć  zasilanie  nadajnika.  W  dziesięć 

minut później do pokoju weszło dwóch przedstawicieli Centrum Badań Kosmicznych. Jeden z nich 

poprosił  Kilseya  o  kilkanaście  minut  rozmowy.  Kilsey  zaprosił  obu  do  swego  gabinetu  obok. 

Wszyscy trzej wyszli, trzasnęły drzwi i w pracowni zostali Jensen z Hollitzem.  

 

Wykonał  juŜ  prawie  pełny  obrót;  kiedy  znów  włączył  się  alarm  informacyjny.  Analizator 

zameldował, Ŝe wskutek ciągłych sygnałów z planety informer zaczyna się rozładowywać.  

W  sekundę  później  doniósł,  Ŝe  sygnały  przestały  przychodzić.  ale  juŜ  było  za  późno. 

NatęŜenie  pola  informacyjnego  emitowanego  przez  informer  zaczyna  rosnąć.  Teraz  przez  kilka 

obrotów  planety  dookoła  Słońca  informer  automatycznie  będzie  przekazywał  całą  informację  w 

kierunku planety. Nie było .sekundy do stracenia.  

Alf  nacisnął  spust  bomby  entropijnej.  Ale  nie  było  lekkiego  wstrząsu  charakterystycznego 

dla odpalenia. Włączył się brzęczyk awaryjny wyrzutni. Jak przez watę usłyszał beznamiętny głos 

analizatora:  

- Celownik automatyczny zakłócony przez pole informera.  

Zmusił  się  do  spokoju.  Pozostało  albo  zrezygnowanie  z  zamierzonego  zniszczenia 

informera,  albo  naprowadzenie  ręczne.  O  tym  ostatnim  w  szkole  pilotów  mówiono  zawsze 

najmniej.  

Alf we wszystkich swoich lotach realizował zadania do końca. Od razu wiedział, co zrobć, i 

wiedział, Ŝe zrobi to nieodwołalnie. Wyłączył celownik i przeszedł na sterowanie ręczne. Osiągnie 

informer  w  ciągu  15  sekund.  Zaczął  naprowadzać  przód  liniowca  na  informer.  Myślał  bardzo 

szybko  i  sprawnie.  Teraz  juŜ  był  zupełnie  spokojny.  Opuściło  go  zupełnie  podniecenie 

towarzyszące  zawsze  niszczeniu  nieposłusznych  automatów.  Kazał  sterowni  pokładowej 

przygotować  meldunek  z  akcji  wraz  z  pełnym  tekstem  swoich  myśli  i  wystać  na  5  sekund  przed 

osiągnięciem  informera.  Nie  był  tylko  pewny,  jaki  ładunek  entropii  przygotowali  w  Bazie.  "Czy 

przewidzieli  kaŜde  wykonanie  zadania?  Czy  ładunku  entropii  wystarczy  tylko  na  anihilację 

ładunku informacyjnego?"  

Do  informera  zostało  kilkaset  metrów.  Szczęknął  zawór  śluzy  nadawczej.  Zapaliła  się  i 

zgasła czerwona lampka z napisem: "Depesza do Bazy".  

"To  juŜ  załatwione.  Dostaną  pełną  informację.  Szperacze  Bazy  wykryją  gwałtowny  zanik 

informacji zawartej w informerze jako zakłócenie pola. Myśli emanowane juŜ po wystaniu depeszy 

dojdą bardzo zniekształcone, ale dopełnią obrazu. Będą wiedzieli, jak zadanie zostało wykonane" - 

pomyślał Alf.  

background image

Na  trzy  sekundy  przed  osiągnięciem  informera  analizator  doniósł,  Ŝe  z  trzeciej  planety 

startuje  rakieta  na  paliwo  chemiczne.  Alf  pomyślał:  "Szkoda,  Ŝe  paragraf  2  jest  taki  ostry". 

Chciałby zobaczyć mimowolnych sprawców swego lotu. Chyba juŜ niedługo wejdą do grupy A-2. 

Następny  pilot  w  ten  zakątek  Galaktyki  poleci  juŜ  zapewne  w  locie  zapoznawczym...  Poczuł 

wstrząs zetknięcia się liniowca z informerem. To juŜ koniec misji.  

Z pamięci wypłynęła najdroŜsza twarz. Pamiętał Britt przed jej startem do ostatniego lotu. 

W  tym  samym  momencie  nacisnął  dźwignię  "Wyzwolenie  ładunku  entropijnego".  Błysk  nie  był 

duŜy. Największa część energii wydzieliła się w postaci promieniowania korpuskularnego. Ułamek 

sekundy  później  szperacze  Bazy  przyjęły  zakłócenia  pola  informacyjnego  spowodowanego 

anihilacją informera.  

 

Kiedy  Kilsey  i  goście  wrócili  do  pokoju  obserwacyjnego,  Jensen,  blady  i  przejęty, 

zameldował:  

-  Te  dwa  obiekty  zetknęły  się  około  20  minut  temu  i  od  tego  momentu  juŜ  nic  nie 

rozumiemy.  X  zaczął  zachowywać  się  jak  mały,  słabo  odbijający  światło  promieniotwórczy 

meteor.  śadnego  ruchu,  zmiany  orbity,  Ŝadnych  sygnałów  radiowych.  Kilsey  i  goście  wysłuchali 

go w milczeniu. Potem jeden z gości powiedział:  

- Właśnie przed chwilą dostaliśmy radiogram od pilota z rakiety sondy. Po wejściu na orbitę 

dokonał  zdjęć  obiektu,  co  pozwoliło  na  pierwsze  wnioski.  Wstępnie  zanalizowano  te  zdjęcia  pod 

względem  widma  i  okazało  się,  Ŝe  rzeczywiście  jest  to zwykły  meteor  z  duŜą  zawartością  Ŝelaza, 

jakich  wiele  spotyka  się  w  Kosmosie  w  okolicach  Ziemi.  Wydaje  się,  Ŝe  tak  tę  sprawę 

potraktujemy. Przede wszystkim musimy się liczyć z faktami. O takiej mniej więcej treści ukaŜe się 

chyba nasz wspólny komunikat w prasie.  

Kilsey twierdząco skinął głową, a gość po chwili jeszcze dodał: - Myślę, Ŝe nie będzie dla 

panów czymś zaskakującym, Ŝe na meteorze były takŜe proste związki organiczne. Ostatecznie to 

juŜ się zdarzyło kilka razy. Jeszcze nie wiemy, jakiego pochodzenia mogą być związki organiczne 

na meteorach.  

Gdy  przedstawiciele  Centrum  Badań  Kosmicznych  opuścili  pracownię,  Hollitz  i  Jensen 

natychmiast podbiegli do Kilseya:  

- Panie profesorze,  co pan naprawdę o tym wszystkim sądzi? - Co to było z tą prędkością 

nadświetlną?  

-  A  jak  wytłumaczyć  manewr  i  połączenie  się  dwóch  obiektów?  Kilsey  cicho  i  w 

zamyśleniu odpowiedział:  

background image

- Myślę, Ŝe rzeczywiście najsensowniej jest liczyć się z faktami. Komunikat będzie taki, jak 

mówiliśmy...  

ChociaŜ wielu rzeczy nie rozumiem - dodał po chwili - to jeśli przyjdziecie dziś do mnie do 

domu  na  kawę,  powiem  wam,  co  naprawdę  o  tym  wszystkim  myślę.  Ale  to  juŜ  jak  najbardziej 

prywatnie... Wydaje mi się jednak, Ŝe juŜ teraz powinniśmy uczcić Kogoś, z Kim nie mogliśmy się 

spotkać, a Kto poświęcił dla nas Ŝycie...  

 

Komunikat Admiralicji był zwięzły i krótki:  

"Mimo  pewnych  niedociągnięć,  które  usuniemy  w  przyszłości,  cel  ostatniego  lotu 

dalekosięŜnego  został  osiągnięty.  Pilot  Alf  zginął  przy  wykonywaniu  zadania  w  imię  dobra  istot 

rozumnych na niŜszym etapie rozwoju. Rada postanowiła wpisać Go do Wielkiej Księgi Lotów. jak 

zawsze, na Placu Pamięci zostanie wzniesiony pomnik pilota".  

Kilka  dni  później  na  Placu  Pamięci  stanął  jeszcze  jeden  strzelisty  obelisk  z  kometą  na 

szczycie.  Uśmiechnięta  twarz  Alfa,  z  jego  ostatniej  chwili,  patrzyła  na  Britt  w  kombinezonie 

kosmicznym uwiecznioną w kamieniu. Znowu byli razem, i teraz juŜ na zawsze.  

background image

RYSZARD SAWWA 

DRUGI ŚWIADEK OBRONY

 

 

Ray zaczął schodzić w dolinę, kiedy juŜ wtargnął do niej wieczorny chłód górski. Poszedł 

szybciej, Ŝeby się rozgrzać. Chciał przy tym zdąŜyć na kolację w schronisku. Spojrzał na zegarek. 

Była  juŜ  18.00.  Nowy  dowódca  grupy  kontrwywiadu  pułkownik  Alain  Bradford  był  bardzo 

wymagający,  jeśli  chodzi  o  punktualność.  Właściwie  wszyscy  rozumieli,  Ŝe  sprawy  zaszły  juŜ  za 

daleko, Ŝeby pokpiwać sobie z jego metod działania, ale te zakazy rozmów na temat startów sond i 

skrupulatna  "opieka"  nad  wszystkimi  pięcioma  członkami  Zespołu  Startowego  były  trudne  do 

zniesienia.  

Minął ostatni zakręt w lewo i doszedł do znaku kilometrowego. Jeszcze pół godziny drogi i 

będzie w schronisku.  

Jutrzejszy dzień musi rozstrzygnąć o dalszym planie badania sektora 10. Start będzie o 9.33. 

Taki czas ustalono dopiero w ostatniej chwili. O starcie poinformował go sam Bradford. Pułkownik 

wprowadził  zresztą  bardzo  osobliwą  metodę  powiadamiania  o  momencie  startu.  JuŜ  wielokrotnie 

terminy były zmieniane i nie ma Ŝadnej pewności, Ŝe i ten jest prawdziwy. Ray uśmiechnął się. Nie 

wierzył, aby to coś pomogło. Jeśli rzeczywiście chodzi o sabotaŜ, to ci, którzy go przeprowadzają, 

mają  ogromne  moŜliwości.  Był  przekonany,  iŜ  NOL-e  pojawiające  się  od  czasu  do  czasu  były 

dostatecznym  dowodem  na  to,  Ŝe  ktoś  sobie  nie  Ŝyczy  rakiet  w  sektorze  10  i  Ŝe  trzeba  w  końcu 

przestać  wysyłać  sondy  kosmiczne  w  ten  rejon.  Bradford  nie  dawał  się  jednak  przekonać  i 

twierdził, Ŝe musi zdobyć dowody zamierzonej akcji, a nie będzie opierał się li tylko na hipotezach. 

Spojrzał  na  zegarek.  Jeszcze  kwadrans  marszu.  Regularna  praca  mechanizmu  działała 

uspokajająco.  Wszyscy  członkowie  zespołu  byli  juŜ  na  granicy  wytrzymałości.  psychicznej. 

Właściwie  wiadomo  było,  Ŝe  jutrzejszy  eksperyment,  w  razie  niepowodzenia,  musi  być  dla  tej 

grupy ludzi ostatnim przed dłuŜszym urlopem.  

Ray  przypomniał  sobie  poprzednią  wycieczkę  w  to  miejsce  z  całym  zespołem.  Było  to  w 

dwa  dni  po  nieoczekiwanej  anihilacji  pierwszej  sondy  niedaleko  sektora  10.  Ustawiono  na 

kosmodromie  następną  sondę,  a  zespół  dostał  zezwolenie  na  niedaleką  wycieczkę.  Wszyscy 

zauwaŜyli  wtedy  ten  Nierozpoznany  Obiekt  Latający.  Był  to  niewielki  dysk  z  błyszczącego 

materiału,  który  uniósł  się  z  odległości  około  2  km  od  nich  i  bardzo  szybko  zniknął  w  obłokach. 

Dyskusje na temat pochodzenia NOL-i odwróciły natychmiast zainteresowanie przyjaciół od Raya 

i  jego  zegarka.  Ray  znalazł  go  przy  ścieŜce  prowadzącej  na  szczyt.  Musiał  go  ktoś  zgubić  co 

background image

najmniej kilka dni temu, bo był nie nakręcony. Nikt z obecnych jeszcze w schronisku nie przyznał 

się do zguby i było jasne, Ŝe nie ma sensu dalej szukać właściciela.  

Zegarek spisywał się nieźle i Ray był z niego zadowolony. Idąc uświadomił sobie, Ŝe wraz 

ze zbliŜającym się terminem startu zaczyna się denerwować. JuŜ cztery sondy przy starcie rozpadły 

się  na  pył  metalowy  bez  jakiegokolwiek  wybuchu,  bez Ŝadnych  śladów  jakiegokolwiek  działania. 

Wysyłane do innych rejonów Galaktyki z tego samego kosmodromu startowały normalnie i juŜ od 

kilku  lat  nadchodzą  od  nich  informacje  o  przebytych  trasach.  Sondy  kosmiczne,  bezzałogowe, 

szybkie  statki  fotonowe  miały  za  zadanie  nawiązać  łączność  z  przypuszczalnymi  innymi  istotami 

myślącymi  i  przełączyć  kontakt  na  Ziemię.  Wysyłano  je  w  ramach  programu  odpowiedzi  po 

wychwyceniu z szumów Kosmosu wyraźnych sygnałów sztucznych.  

Ś

wiatło  w  schronisku  juŜ  się  paliło,  kiedy  wszedł  i  zrzucił  plecak.  W  jadalni  za  stołem 

siedziała  tylko  jedna  osoba.  Chciał  usiąść  przy  innym  stoliku,  ale  zorientował  się,  Ŝe  ten  krótko 

ostrzyŜony,  siwy  męŜczyzna  w  sportowym  ubraniu  -  to  Bradford.  Nie  spodziewał  się  go  tutaj. 

Mimo woli poczuł, Ŝe zasycha mu w gardle.  

Podszedł do stolika Bradforda i zauwaŜył, Ŝe ten teŜ musiał przed chwilą wrócić z gór.  

Bradford uśmiechnął się i zaprosił Raya do stolika.  

- Dobry wieczór panu, nie spodziewał się mnie pan tutaj, prawda ?  

Ray był zawsze szczery w stosunku do Bradforda.  

-  Tak,  ma  pan  rację,  panie  pułkowniku,  nie  sądziłem,  Ŝe  jestem  szczególnie  przez  pana 

wyróŜniony.  Nie  bardzo  łatwo  bym  uwierzył,  Ŝe  akurat  dzisiaj  chciał  pan  w  tym  samym  miejscu 

zaŜywać świeŜego powietrza.  

Bradford zareagował spokojnie.  

- No cóŜ, wie pan, Ŝe mam swoje plany działania. Wolałbym takie, byśmy współpracowali 

w innym układzie zadań, ale sytuacja wymaga ode mnie specjalnych kroków. Musi pan zrozumieć, 

Ŝ

e sondy są bardzo drogie i rząd wymaga od nas wykrycia sprawców dywersji.  

-  I  dlatego  pewno  szedł  pan  za  mną  i  śledził  mnie?  Tylko  nie  rozumiem,  jaki  to  miałoby 

sens.  

-  Widzi  pan,  mogę  powiedzieć  panu,  Ŝe  jutrzejszy  dzień  będzie  decydujący  w  śledztwie 

przez nas prowadzonym. Mogę równieŜ zapewnić pana, Ŝe nie szedłem za panem i nie śledziłem. 

Mój cel przybycia tutaj był inny. A jaki - moŜliwe, Ŝe wyjaśnię panu później. Na razie chciałbym 

jeszcze  raz  pana  prosić,  aby  dla  dobra  śledztwa  nie  czynił  pan  prób  kontaktowania  się  z 

kimkolwiek  do  jutra  do  godziny  9.33.  Niech  pan  nie  sądzi,  Ŝe  jest  pan,  jak  to  pan  powiedział, 

"szczególnie wyróŜniony".  

Nie. Inni członkowie zespołu teŜ będą absolutnie skutecznie odseparowani od otoczenia.  

background image

Po kolacji okazało się, Ŝe będą spali z Bradfordem w jednym pokoju.  

Ray  był  zmęczony  wspinaczką  i  z  przyjemnością  wyciągnął  się  na  tapczanie.  Zasypiał 

szybko  i  zapamiętał  tylko,  Ŝe  Bradford  mówił  coś  jeszcze  o  śledztwie.  Ostatnie  słowa  dotarły  do 

niego prawie wyprane z sensu. Słyszał je, ale były to tylko słowa. Mógłby je podrzucać, jak Ŝongler 

na arenie podrzuca jednakowe szare piłeczki, spadające bez dźwięku na podłogę i podskakujące do 

jego rąk, i znowu podrzucane do góry.  

- ... Wie pan, Ray, sądzę, Ŝe ktoś z zespołu bierze w tym udział. Ale kto?  I jakim cudem? 

PrzecieŜ  znamy  kaŜdy  krok  członków  zespołu.  Ten  ktoś  musi  przekazywać  czasy  startu  w  jakiś 

bardzo dowcipny sposób...  

Piłeczki skakały coraz prędzej i rosła ich ilość. Ray czuł, Ŝe są coraz cięŜsze i Ŝe nie moŜe 

ich podrzucać. To one zaczynają podbijać mu ręce. Jest ich coraz więcej i w końcu unoszą go nad 

Ziemię  i  oddalają  coraz  dalej  i  dalej.  Znikają  światła  miast.  I  Ziemia  staje  się  teŜ  małą,  szarą 

piłeczką. A dokoła rozciąga się bezkresna, czarna pustka...  

 

Ryk  lądującego  helikoptera  był  doskonałym  budzikiem.  Bradford  był  juŜ  ubrany  w  swój 

mundur słuŜbowy i zamykał walizkę, kiedy Ray zdecydował się wstać.  

- Dzień dobry panu, Ray, szybciutko jemy śniadanko i do pracy. JuŜ godzina 6.  

Na kosmodromie wylądowali w godzinę później. Podziemne stanowisko dowodzenia lotem 

było juŜ przygotowane do startu. O godzinie 8, jak zwykle w dniu startu, rozpoczęła się odprawa u 

kierownika programu, profesora Jeansa.  

Ray  usiadł  blisko  kolegów  z  zespołu.  KaŜdy  miał  obok  siebie  "anioła  stróŜa".  Wszyscy 

"aniołowie"  byli  w  mundurach  Ŝandarmerii  kosmicznej,  co  oznaczało,  Ŝe  są  na  słuŜbie,  i 

podkreślało  wagę  dnia.  Tak  było  pierwszy  raz.  Ray  widział  wyraźnie  niepokój  na  twarzach 

kolegów.  KaŜdy  myślał  o  tym  samym.  Co  przyniesie  dzisiejszy  start?  I  co  przyniesie  śledztwo 

Bradforda? Patrzyli ukradkiem jeden na drugiego, łowiąc spojrzenia kolegów.  

Jeans mówił krótko i zwięźle:  

-  Proszę  kolegów!  Dzisiejszy  start  z  wielu  względów  będzie  decydujący,  jeśli  chodzi  o 

dalszy program badania sektora 10, i moŜe być bardzo waŜki dla nas jako dla konkretnego zespołu 

ludzi. Wszyscy wiemy, Ŝe prowadzone jest śledztwo w sprawie przyczyn poprzednich nieudanych 

startów.  ChociaŜ  ja  osobiście  mam  swoje  poglądy  na  tę  sprawę,  z  materiałów  zebranych  przez 

kolegę  Bradforda  wynika,  Ŝe  niewykluczone  jest  współdziałanie  kogoś  z  obecnych  tu  na  sali  w 

sabotaŜu. Sprawę tę stawiam otwarcie z dwóch powodów. Po pierwsze - to jest ostatnia szansa dla 

przypuszczalnego przestępcy: ma jeszcze moŜność wycofania się z góry. I po drugie - jeŜeli się nie 

wycofa,  to  będzie  dzisiaj  zidentyfikowany.  Wtedy  nie  będzie  dla  niego  litości.  Poniesie  surową 

background image

karę za zdradę ludzkości. Apeluję więc do niego, by wykorzystał szansę. JeŜeli juŜ przekazał czas 

startu,  moŜe  się  zgłosić  do  mnie  i  zmienimy  program  dnia,  dla  uniemoŜliwienia  sabotaŜu.  Na 

prośbę pułkownika Bradforda od godziny 8.30 zarządzam pełną gotowość startową na cały dzień. 

Czas  startu  będzie  ogłoszony  całej  załodze  kosmodromu  na  pół  godziny  przed  rozpoczęciem 

odliczania i startem. W tej chwili czas startu zna tylko Zespół Startowy w składzie 5 osób. Proszę o 

godz. 8.30 o zajęcie stanowisk. Dziękuję.  

Tak Ŝywych komentarzy nie było jeszcze nigdy, nigdy przecieŜ dotychczas nie mówiło się o 

sabotaŜystach.  

Bradford spojrzał na Raya i rzekł z uśmiechem:  

- Niech pan się uspokoi, przecieŜ to chyba nie pan nas zdradza, prawda ?  

Ray nie odpowiedział. Wsiedli obaj do windy i pojechali do sterowni.  

O 8.20 Ray usiadł przy ekranie pulpitu sterowania silnikiem.  

O  8.30  zapaliły  się  przy  stanowiskach  czerwone  napisy  "Gotowość  startowa".  Rozpoczęło 

się  czekanie.  Ray  zarządził  sprawdzenie  układów  sterowania  i  siłowych  silnika.  Przez  godzinę 

zdąŜył zrobić to 2 razy. Program sprawdzania znał na pamięć.  

ZbliŜał  się  start.  Zgodnie  z  planem  o  godz.  9.00  niski  głos  syreny  i  pulsujące  napisy 

"Operacja  startowa"  ogłosiły  początek  eksperymentu.  Ray  poprawił  się  w  fotelu  i  spojrzał  na 

stanowiska  pozostałych  członków  zespołu.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  widział  na  ich  twarzach 

zdziwienie.  CzyŜby  nie  znali  prawdziwego  momentu  startu?  Przycisnął  dźwignię  "Paliwo". 

Wiedział,  Ŝe  zaczyna  się  pompowanie  płynnego  deuteru  do  olbrzymich  zbiorników  sondy.  Po 

dziesięciu  minutach  na  drukarce  automatu  kontrolującego  wyskoczył  napis  "Pompowanie 

zakończone". Włączył rozruch. Teraz zaczyna działać uranowy zapłon. Nie było Ŝadnych zakłóceń. 

Ogłosił  alarm  startowy.  Nikt  nie  ma  prawa  wychodzić  z  bunkrów  kosmodromu.  Otworzył  zawór 

zasilacza  i  deuter  zaczął  się  sączyć  w  ognisko  reakcji  rozszczepiania  jąder  uranu.  Gwałtowny 

wzrost  jasności  w  przyciemnionych  szybach  kontrolnych  ze  szkła  ołowiowego  Potwierdził 

wskazania przyrządów. Silnik fotonowy zaczął działać.  

Cyfrowy  wskaźnik  czasu  zbliŜał  się  do  stanu  zerowego.  Setne  części  sekund  migały 

zielonkawym  światłem.  Kiedy  naciskał  klawisz  "Start",  zamknął  oczy.  Teraz  pompy  na  pełnych 

obrotach  powinny  wtłoczyć  deuter  do  dyszy  i  sonda  powinna  oderwać  się  od  płyty  startowej. 

Ogromna moc silnika wyrzuci ją daleko poza Układ Słoneczny.  

Kiedy  obejrzał  się,  zobaczył,  Ŝe  za  nim  stał  Bradford  i  przez  szyby  ochronne  patrzył  na 

stanowisko startowe. Rayowi drŜały ręce. Wstał i wiedział juŜ, co zobaczy na starcie. Zamiast ryku 

startującej rakiety na kosmodromie panowała cisza.  

background image

Nawet  nie  zakładał  kombinezonu  ochronnego.  Po  awariach  sondy  nigdy  nie  było  śladu 

promieniowania  radioaktywnego.  Pierwszy  dobiegł  do  tego,  co  było  przed  chwilą  sondą 

kosmiczną,  potęŜnym  statkiem  o  masie  kilkuset  ton,  a  teraz  przedstawiało  sobą  widok,  który 

wywoływał po prostu wesołość. Nie mógł się powstrzymać od głośnego śmiechu. Widział, Ŝe twarz  

Bradforda poczerwieniała z wściekłości, ale pułkownik się szybko opanował i po chwili teŜ 

się zaczął śmiać. Na miejscu sondy była niewielka piramidka metalowego pyłu. Nie było nawet co 

analizować.  

Bradford zwrócił się do członków zespołu: - Proszę panów. Bardzo proszę ze mną.  

 

W  gabinecie  profesora  Jeansa  juŜ  znajdowało  się  kilku  oficerów  w  mundurach.  Bradford 

przedstawił  im  pięciu  członków  Zespołu  Startowego.  Zabrał  głos  jeden  z  oficerów  -  generalny 

prokurator ministerstwa:  

- Panowie! Rozpoczniemy teraz posiedzenie sądu. Mam nadzieję, Ŝe rozstrzygną się na nim 

i  wyjaśnią  pewne  sprawy  związane  z  dywersją,  której  ostatni  przykład  przed  chwilą 

obserwowaliśmy.  Oddaję  głos  pułkownikowi  Bradfordowi,  który  od  dłuŜszego  czasu  prowadził 

ś

ledztwo w tej sprawie. Bradford wstał z krzesła, podszedł do Jeansa, poprosił go o klucze i wrócił 

z wyjętą z kasy pancernej teczką pełną dokumentów.  

-  Śledztwo  w  sprawie  sabotaŜu  rozpoczęliśmy  rok  temu  po  anihilacji  sondy  w  pobliŜu 

sektora 10. Od tego czasu zebraliśmy pewne dane o faktach, które obciąŜają jednego z tu obecnych. 

Chciałbym,  Ŝeby  nam  wyjaśnił  te  fakty,  i  jeŜeli  to  mu  się  uda,  pomógł  nam  stwierdzić  swoją 

niewinność. Uznaliśmy, Ŝe obrońcą moŜe być tylko osoba fachowo pozostająca na tym samym lub 

wyŜszym niŜ on poziomie. Obrony podjął się profesor Jeans. Ale przejdźmy do sprawy.  

Ray  był  pewien,  Ŝe  to  niedorzeczne  oskarŜenie  nie  moŜe  się  opierać  na  solidnych 

podstawach. Ale niepokój udzielił się i jemu, i jego kolegom. Wiedział, Ŝe to, co tu się rozgrywa, 

zapamiętają na długo.  

Bradford kontynuował:  

-  Po  pierwsze,  grupa  specjalistów  z  Instytutu  Fizyki  Teoretycznej  stwierdziła,  Ŝe 

zniszczenie sond nie było rezultatem znanego nam na Ziemi procesu fizycznego i Ŝe nie mogło być 

rezultatem  pracy  silnika  fotonowego.  To  stwierdzenie  nie  ulega  najmniejszej  wątpliwości.  Czy 

panowie się z tym zgadzają?  

To było oczywiste i Ray teŜ kiwnął głową.  

-  Z  tego  wniosek,  Ŝe  mamy  do  czynienia  z  siłami  obcymi,  niweczącymi  nasz  wysiłek 

eksploracji  sektora  10,  a  jest  moŜliwe,  Ŝe  mającymi  równieŜ  inne,  bardziej  groźne  plany.  Tego  z 

góry nie moŜna przewidzieć. Po drugie, Dowództwo Obrony kosmicznej stwierdziło pojawienie się 

background image

NOL-i  zawsze  bezpośrednio  przed  startem  sondy  do  sektora  10.  Są  na  to  dowody.  Mam  zdjęcia 

NOL-i z odpowiednimi datami. Proszę, oto one.  

Ray zobaczył na zdjęciach znane z pamiętnej wycieczki w góry kształty nie rozpoznanych 

obiektów. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe zdjęcia były autentyczne.  

-  Czy  panowie  zgadzają  się  na  stwierdzenie,  Ŝe  Oni  musieli  być  informowani  o  kaŜdym 

starcie sondy do sektora 10?  

Ray poczuł, Ŝe Bradford zbliŜa się do momentu decydującego. Wtedy zamknie sieć, z której 

juŜ ofiara nie będzie się zdolna wydostać.  

Logika  faktów  była  niepodwaŜalna.  Tym  niemniej  czuł,  Ŝe  gdzieś  musi  tkwić  błąd  w 

koncepcjach Bradforda. Ale fakty kazały odpowiedzieć "tak".  

- A teraz przechodzę do meritum sprawy. - Bradford zaczął mówić wolniej. - Czy panowie 

zauwaŜyli, Ŝe prowadziliśmy pięć prób sond, nie licząc anihilacji pierwszej sondy poza granicami 

Układu Słonecznego, i Ŝe ta liczba zgadza się z ilością członków Zespołu Startowego?  

Ray zaczynał rozumieć, dlaczego zabroniono im wszelkich dyskusji i wymiany poglądów i 

informacji na temat startów. Bradford kontynuował:  

-  Tak,  proszę  panów,  to  nas  kosztowało  bardzo  drogo,  ale  musieliśmy  zdobyć  nieodparte 

dowody.  

Ray  czuł,  Ŝe  Bradford  juŜ  zaczął  zaciskać  pętlę.  Ale  na  czyjej  szyi  ?  Popatrzył  na  twarze 

kolegów.  Znał  ich  od  dawna.  To  niemoŜliwe,  Ŝeby  któryś  z  nich  popełnił  zdradę.  Był  tego 

absolutnie  pewien  i  w  tej  chwili.  Był  ich  pewien,  jak  był  pewien  siebie.  JuŜ  teraz  wiedział,  Ŝe  za 

chwilę padną słowa oskarŜenia, wiedział, Ŝe oskarŜony nie zdoła wyrwać się z zastawionej pułapki, 

i  wiedział,  Ŝe  znów  Bradford  miał  rację,  sądząc,  Ŝe  najlepszym  obrońcą  moŜe  być  Jeans.  To  był 

jedyny  moŜliwy  świadek  obrony.  Wielekroć  zauwaŜył,  jak  profesor  zbijał  wspaniale  wyglądające 

hipotezy  w  kilku  zdaniach  wypowiedzianych  krótko  i  zwięźle,  tym  miłym,  cichym  i  ciepłym 

głosem.  Nawet  jego  przeciwnicy  naukowi  odnosili  się  do  niego  z  ogromnym  szacunkiem.  Teraz 

Jeans  przeglądał  szczegółowe  zeznania  członków  zespołu,  zebrane  przed  kilkoma  dniami  przez 

Bradforda.  

Pułkownik wyjął następny dokument.  

- OtóŜ przy kolejnych startach niektórzy z was znali prawdziwe czasy startów sond, a inni 

fałszywe i dopiero na kilka godzin przed startem dowiadywali się o czasie prawdziwym. Ray czuł, 

jak krew zaczyna mu pulsować w skroniach. Rozumiał teraz obecność Bradforda w schronisku. To 

dlatego był tak dobrze pilnowany. Bradford zwrócił się do niego:  

background image

-  Tylko  jeden  z  was,  pan  Ray  Miller,  znał  dokładne  czasy  startów  sond  do  sektora  10  we 

wszystkich  pięciu  przypadkach.  Tylko  pan  mógł  informować  o  najlepszym  momencie  dokonania 

zniszczenia sond przy starcie. OskarŜam pana o zdradę. Czy pan przyznaje się do winy?  

Ray  nie  widział  szansy  ratunku.  Wstał  z  miejsca.  Czuł  na  sobie  wzrok  swoich  przyjaciół. 

Widział  ich  zdumienie  i  przede  wszystkim  niedowierzanie.  To  mu  dodało  odwagi.  Nigdy  nie  był 

mówcą. Jąkając się i czerwieniąc powiedział tylko to, co mógł. Prawdę.  

- Jestem zaskoczony tym oskarŜeniem. Przysięgam, Ŝe nie miałem i nie mam nic wspólnego 

z  informowaniem  tych,  którzy  niszczą  sondy.  Nie  przyznaję  się  do  winy,  bo  winny  nie  jestem. 

Kiedy skończył, nogi juŜ mu odmawiały posłuszeństwa. Siadł cięŜko na fotel.  

Znów zaczął mówić Bradford:  

-  Wobec  tak  jawnych  dowodów  winy  wnoszę,  by  sąd,  niezaleŜnie  od  wyparcia  się 

oskarŜonego, uznał go za winnego. Ray słyszał jak przez watę głos generalnego prokuratora.  

- Udzielam głosu profesorowi Jeansowi, który występuje jako świadek obrony. Czy pan się 

zgadza, panie Miller, na kandydaturę profesora Jeansa?  

Ray nie poznał własnego głosu, kiedy odparł:  

- Tak jest, panie prokuratorze.  

- Czy pan chce coś powiedzieć w obronie oskarŜonego, profesorze Jeans?  

Profesor skinął głową i patrząc w okno zaczął:  

- Panie Bradford, pańska metoda wykrycia przestępcy zawiera błąd logiczny. Dlaczego pan 

nie  dopuszcza  myśli,  Ŝe  niekoniecznie  członek  Zespołu  Startowego  informował  obcych?  Przy 

takim załoŜeniu nie powinien pan podawać nikomu z członków zespołu Startowego prawdziwego 

terminu i gdyby wtedy sabotaŜ się nie udał, miałby pan dopiero prawo wyciągnąć te wnioski, które 

pan  wyciągnął.  Ale  gdyby  się  udał?  Zresztą  w  tych  obu  przypadkach  byłaby  podejrzana  jeszcze 

jedna osoba.  

Bradford zerwał się z fotela.  

-  Co  pan  ma  na  myśli,  panie  profesorze?  Wypraszam  sobie  tego  rodzaju  insynuacje.  To 

przecieŜ  śmieszne  podejrzewać  mnie.  -  Proszę  siadać,  panie  pułkowniku.  Pan  profesor  rozumuje 

zupełnie poprawnie.  

Prokurator generalny odebrał głos Bradfordowi i poprosił Jeansa, aby ten kontynuował.  

- Jak pan widzi, panie pułkowniku, pańska pułapka na zdrajcę nie była absolutnie szczelna.  

Ray  odetchnął  z  ulgą.  Widział  wesołość  na  twarzy  przyjaciół.  Jeans  jeszcze  raz  dowiódł 

swych moŜliwości. Ale to nie był koniec.  

- Zresztą, panie Bradford, ja pana nie podejrzewam. Twierdzę, Ŝe nikt z nas tu obecnych nie 

dopuścił się zdrady. Chciałem tylko wykazać, Ŝe mylił się pan w załoŜeniach i niesłusznie oskarŜył 

background image

mojego  pracownika.  Na  pewno  go  pan  jeszcze  dzisiaj  przeprosi.  Mam  pewną  hipotezę  na  temat 

wydarzeń związanych z sondami do sektora 10.  Powstała ona podczas przeglądania zeznań, które 

zebrał  pan  Bradford.  Dziękuję  mu  za  dokładną  robotę.  JeŜeli  hipoteza  będzie  słuszna,  a  mam 

nadzieję;  Ŝe  uda  nam  się  to  udowodnić,  to  przede  wszystkim  będzie  to  zasługa  pułkownika 

Bradforda.  

Raya  ubawił  widok  uspokajającego  się  Bradforda.  Jeans  wiedział,  jak  pozyskać  sobie 

pułkownika, grając na jego poczuciu dumy zawodowej.  

-  Proszę  panów  -  ciągnął  profesor  -  wyobraźcie  sobie  na  moment,  Ŝe  przez  sektor  10 

przebiega jakiś waŜny szlak teletransmisyjny lub łączności międzygalaktycznej. To oczywiście jest 

moja fantazja, ale pomoŜe nam w zrozumieniu sensu wydarzeń. I nagle okazuje się, Ŝe pojawia się 

tam  rakieta  fotonowa,  znakomicie  zakłócająca  transmisję  chmurą  pozostawionej  za  sobą  energii 

elektromagnetycznej.  SłuŜba  łączności  stwierdza  zakłócenia.  Stwierdza,  Ŝe  rakieta  nie  słucha 

rozkazów powrotu wydanych w języku poglądowym. Stwierdza, Ŝe jest bez istot Ŝywych. Nie ma 

czasu na jej odholowanie. Co wtedy byście, panowie, zrobili? Pamiętajcie, Ŝe moŜe to być bardzo 

waŜne łącze. A właśnie. To samo, co zrobili Oni. Po prostu zlikwidowali zakłócenie na łączu. Ale 

Oni  wiedzą,  Ŝe  będziemy  na  pewno  wysyłali  rakiety  dalej,  nie  domyślając  się  powodu  ich 

zniszczenia.  Co  zatem  robią?  Po  prostu  zostawiają  informatora,  który  ich  zawiadamia  o  kaŜdym 

następnym  starcie,  i  niszczą  rakiety,  rozumiejąc,  Ŝe  w  końcu  domyślimy  się,  iŜ  nie  naleŜy  im 

przeszkadzać,  i  przestaniemy  wysyłać  sondy  do  sektora  10.  A  teraz  pytanie,  jak  zdobywali 

informację o startach?  

-  Panie  profesorze  -  przerwał  prokurator  generalny  -  zbyt  dobrze  pana  znam  i  zbyt  pana 

szanuję,  by  uwaŜać  za  śmieszne  to,  co  pan  mówi.  Ale  widzę,  Ŝe  kolega  Bradford  jest  wyraźnie 

wesoły.  Czy  ma  pan  choćby  najmniejsze  poszlaki,  nie  mówię  juŜ  o  dowodach,  Ŝe  hipoteza  moŜe 

być prawdziwa?  

- Panie prokuratorze, jeŜeli to, co powiedziałem, nie jest na razie moŜliwe do sprawdzenia, 

to to, co chcę powiedzieć, ma duŜe szanse potwierdzenia faktami.  

Ray widział, Ŝe wszyscy słuchają profesora w największym napięciu.  

-  Proszę  o  pozwolenie  zadania  kilku  pytań  panu  Millerowi.  -  Bardzo  proszę,  profesorze  - 

odparł prokurator.  

-  Ray,  czy  przypominasz  sobie  dobrze  swoją  wycieczkę  w  góry  po  anihilacji  pierwszej 

sondy w sektorze 10?  

- Tak jest, panie profesorze.  

- Czy widziałeś, wracając, NOL-a!  

- Tak, widziałem bardzo dobrze. Startował, kiedy wracałem do schroniska.  

background image

- Czy wydarzyło ci się podczas wycieczki coś niezwykłego?  

- Nie, nic takiego sobie nie przypominam.  

- Ray, czy wróciłeś z tym samym wyposaŜeniem, z którym wyszedłeś ?  

Ray  zastanawiał  się  przez  chwilę,  przebiegł  w  myślach  całą  trasę  wycieczki.  Jedynym 

faktem,  który  sobie  przypomniał,  było  znalezienie  zegarka,  ale  przecieŜ  nie  o  to  chodzi 

profesorowi.  

- Panie profesorze, mogę dodać tylko, Ŝe znalazłem zegarek. Wyciągnął  rękę i pokazał  go 

profesorowi  oraz  prokuratorowi.  -  Szukałem  właściciela  w  schronisku,  ale  musiał  wyjechać 

wcześniej i nie wiedział, Ŝe znalazłem zgubę.  

- Bardzo dziękuję, Ray, wierzę, Ŝe nic innego ci się nie wydarzyło. A teraz, proszę panów, 

proszę  słuchać  uwaŜnie.  Czy  wszyscy  zgadzają  się  z  moim  twierdzeniem,  Ŝe  NOL-e  pojawiające 

się przed startem mogą mieć coś wspólnego z niszczeniem rakiet? Dziękuję. Ja teŜ myślę, Ŝe mogą. 

Poza  tym  twierdzę,  Ŝe  musieli  mieć  czas  na  anihilację  sond.  A  przecieŜ  myśmy  widzieli,  Ŝe  przy 

starcie  nikt  nic  przy  sondach  nie  robił.  Nie  było  na  płycie  startowej  nikogo.  Długo  się 

zastanawiałem,  jak  to  wyjaśnić.  Jedyne  wytłumaczenie,  znów  trochę  fantastyczne,  będzie  takie. 

Twierdzę,  Ŝe  w  momencie  startu  zatrzymywali  czas  na  kosmodromie.  Nasz  czas  biologiczny  i 

przyrządowy.  Zapewne  panowie  sobie  przypominają  zakłócenia  naszych  chronometrów  i  ich 

opóźnienie o około 20  minut po kaŜdym sabotaŜu? Twierdzę, Ŝe ich informator musiał mieć  czas 

synchroniczny z nimi. Ray, proszę, chłopcze, powiedz, która jest u ciebie godzina?  

A jednak pytanie Jeansa nie rozśmieszyło nikogo. Ray nagle przypomniał sobie, Ŝe to było 

za kaŜdym razem. Tak. Na pewno.  

- Na moim zegarku, panie profesorze, jest 10.42.  

-  Dziękuję,  mój  drogi.  Na  zegarku,  który  masz  na  ręce,  jest  10.42.  A  która  jest  godzina  u 

panów? - profesor zwrócił się do pozostałych obecnych.  

Na pozostałych zegarkach była godzina 10.22.  

-  Dziękuję  panom.  Sądzę,  Ŝe  20  minut  im  wystarczyło.  Rzucili  granat  grawitacyjny. 

Zatrzymali nasz czas i anihilowali sondę.  

Ray  juŜ  wiedział.  Zawsze  dziwił  się,  Ŝe  po  awariach  sond  zegarki  kolegów  i  chronometr 

synchronizujący  pokazywały  czas  niezgodny  z  radiowym  o  około  20  minut.  Jego  zegarek  nie 

wykazywał  tej  róŜnicy.  Jego  zegarek?  Wstał  z  miejsca,  zdjął  go  z  ręki  i  podał  profesorowi.  Ten 

połoŜył zegarek na stole i znów zaczął mówić:  

- Proszę sądu i tu obecnych. Zupełnie oficjalnie, po uzgodnieniu z Rządem oświadczam, Ŝe 

zawieszamy  próby  z  sondami  do  sektora  l0.  Co  się  zaś  tyczy  zakończenia  śledztwa,  to  myślę,  Ŝe 

nam pomoŜe drugi świadek obrony.  

background image

Profesor wskazał leŜący na stole zegarek.  

-  Twierdzę,  Ŝe  to  jest  ich  informator.  I  sądzę,  Ŝe  mamy  na  to  dowód.  Dziękuję  panu 

prokuratorowi  za  udzielenie  mi  głosu.  Prokurator  ogłosił  zakończenie  posiedzenia,  wszyscy 

skierowali się do stołu. Jeans miał rację. Dowód był znacznie wcześniej. Na stole, zamiast zegarka, 

leŜało trochę metalowego pyłu. Jeans nachylił się nad stołem i zdmuchnął pył.  

Kiedy  jeszcze  raz  sprawdzono  zegarki  z  czasem  radiowym,  okazało  się,  Ŝe  na  zniszczenie 

informatora tym razem wystarczyło NOL-om juŜ tylko 6 minut.  

 

background image

DANUTA OWADOWSKA 

OPOWIADAJ DAG

 

 

Niebieskie  światła  wskaźników  rozjaśniały  nieco  półmrok  panujący  w  rozdzielni.  Na 

zewnątrz  automaty  łączyły  stalową  konstrukcję  i  ostre  błyski  łukowych  wyładowań  wyławiały  z 

mroku  twarze  załogi  statku  kosmicznego  "Stella".  Wysoki  męŜczyzna  o  włosach  złotych  jak  len 

przysunął czworokątne pudełko do kobiety siedzącej naprzeciwko.  

- Zaczynaj, Dag, tylko pamiętaj, to nie jest raport. Dziennik podróŜy wyślemy swoją drogą. 

Opowiadaj,  Dag,  przeŜywaj  wszystko  jeszcze  raz,  to  jest  twoja  ostatnia  opowieść,  list  do  tych, 

którzy przybędą.  

Kobieta splotła dłonie na kolanach, przeniosła wzrok na stojący przed nią fonograf. Zaczęła 

mówić:  

- Wszystko jest przygotowane, czekam na swoją kolej. Fizyk, Ino, ja. Historyk i Pierwszy. 

Przy  pulpicie  rozdzielczym  leŜy  metalowy  kabłąk  zakończony  dwiema  płytkami.  Coś  mi  to 

przypomina.  JuŜ  wiem,  wycieczkę  do  muzeum  staroŜytności,  obły,  srebrzysty  kształt  wysadzany 

lśniącymi kamieniami - diadem. Ino podchodzi teraz do mnie i ujmuje mnie za ramię. Mam mało 

czasu, muszę się śpieszyć...  

A  więc  kiedy  schodziliśmy  do  lądowania,  byliśmy  podnieceni,  to  jasne.  Ale  to  nie  był 

strach  przed  Nieznanym.  Zresztą  projekcja  filmów  zrobionych  przez  rakiety  zwiadowcze,  gdy 

krąŜyliśmy po orbicie dokoła planety, wykazała,  Ŝe nie ma na niej istot rozumnych. Przepraszam, 

istot mogących stworzyć cywilizację. O Ŝadnym kontakcie nie mogło być mowy. Wylądowaliśmy 

na  rozległej  równinie,  rozciągającej  się  aŜ  po  sam  horyzont.  Jak  okiem  sięgnąć,  biegła  jej 

pofałdowana  powierzchnia,  tylko  z  lewej  strony  ciemniało  pasemko  skał.  Dla  nas  najwaŜniejsze 

było  to,  Ŝe  atmosfera  planety  miała  wystarczającą  zawartość  tlenu.  MoŜna  było  poruszać  się  bez 

skafandrów.  

Bezpośrednio  po  wylądowaniu  "Stelli"  automaty  zaczęły  budować  Stację.  Praca  była 

obliczona  na  36  godzin,  nie  wymagała  koordynacji,  zebraliśmy  się  więc  w  sali  Pierwszego. 

Odprawa  była  krótka,  ustalono  skład  osobowy  zwiadowczej  wycieczki.  Pojechać  mieli:  Fizyk, 

Historyk i ja. Ino był wyraźnie niezadowolony, ale wiedzieliśmy, Ŝe Pierwszy nie zmienia decyzji. 

Fizyk zajął się roztrząsaniem pewnych drobnych anomalii grawitacyjnych, jakie dały się zauwaŜyć 

podczas  wstępnych  pomiarów,  do  mnie  naleŜało  kierowanie  zespołem  automatów  zdejmujących 

tytanową  osłonę  z  pancerza.  Wtedy  jeszcze  mogliśmy  odlecieć.  Osiem  godzin  potem  było  juŜ  za 

późno... O awarii stosu zawiadomił Pierwszy Fizyka.  

background image

- Wskaźnik aktywności wskazuje zero - powiedział - ale to nie jest zwykła awaria. Wygląda 

na to, Ŝe ktoś rozmontował stos.  

Fizyk był wyraźnie przeraŜony i mimo pozornie spokojnej relacji nie potrafił tego ukryć.  

- Cybernetyk - zwrócił się do mnie Pierwszy - proszę wezwać Zespół Naprawczy.  

I  wtedy  Historyk  zawołał  nas  do  siebie.  Tytan  był  juŜ  zdjęty,  mogliśmy  widzieć 

bezpośrednio, co się dzieje przed statkiem. Automaty krzątały się koło konstrukcji, która w niczym 

nie  przypominała  Stacji.  Zamiast  znajomego  kopulastego  kształtu,  wznosiły  nieforemny 

graniastosłup.  Poza  tym  wszystkie  były  na  zewnątrz,  a  przecieŜ,  oprócz  Zespołu  Budowniczych, 

reszta  winna  znajdować  się  w  statku.  Nie  reagowały  na  rozkazy,  pulpit  sterowniczy  milczał,  a 

kontrola łączności nie wykazała uszkodzeń. To było tak niesamowite, Ŝe patrzyliśmy po sobie, nie 

mówiąc ani słowa.  

Najbardziej  boimy  się  zjawisk,  których  nie  rozumiemy.  Odczuwamy  lęk,  widząc  skutki,  a 

nie  znając  przyczyny.  Cała  nasza  wiedza,  cała  ziemska  cywilizacja  opiera  się  na  pewnych 

kanonach,  prawach,  które  niekiedy  moŜna  adoptować  czy  rozciągnąć  na  nowe  zjawiska,  ale 

których  nie  moŜna  przekreślać.  To,  co  się  działo  przed  naszymi  oczami,  było  zaprzeczeniem 

ludzkiej  wiedzy,  zaprzeczeniem  cybernetyki  w  ogóle.  Automaty  nie  mogą  przejawiać  inwencji, 

maszyny nie mogą działać samodzielnie.  

- Bunt automatów! - zawołał Fizyk. - Ziściły się marzenia autorów fantastycznych powieści 

!  Jedno  z  tych  bydląt  musiało  wejść  do  siłowni  i  rozmontować  stos.  Dawka  promieniowania 

rozregulowała mu układ sterujący i juŜ stamtąd nie wyszedł. Zresztą, na nasze szczęście.  

- NiemoŜliwe - próbowałam zaprzeczyć. - Automaty nie mogą pracować według własnego 

programu.  

- A to? - Fizyk pokazał ręką na budowlę. - Czy to o niczym nie świadczy?  

-  W  kaŜdym  razie  nie  o  buncie  automatów  -  odpowiedział  mu  Pierwszy,  opuszczając 

zasłonę na iluminator. - W Ŝadnym wypadku - dodał - nie wolno nam stawiać hipotez w oparciu o 

zjawiska, których nie moŜemy pojąć.  

- Wobec tego jakie jest inne wytłumaczenie? - zapytał Fizyk.  

- Chwilowo brak w ogóle wytłumaczenia...  

...Czas upływa, widzę, Ŝe Pierwszy przygotowuje do rozruchu awaryjną prądnicę. Niedługo 

będzie juŜ po wszystkim. Koło mnie siedzi Ino, głaszcze mnie po policzkach, jeszcze mokrych od 

łez.  Wstydzę  się  płaczu,  ale  łzy  same  płyną  mi  po  twarzy,  nikt  tego  nie  widzi  oprócz  Ino.  Fizyk 

siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, a Historyk, wpatrzony w punkt gdzieś za naszymi plecami, nie 

zauwaŜa obecnych. Mam bardzo mało czasu... 53  

background image

...Kiedy dwóch kroczących weszło do sali, siedzieliśmy chyba tak samo jak teraz. Historyk 

był najbliŜej wejścia i moŜe właśnie dlatego na niego padł wybór. Jeden z automatów wziął go za 

ramię i pociągnął za sobą. Przez chwilę siedzieliśmy jak sparaliŜowani. Potem  Ino zerwał się, ale 

drugi automat zagrodził mu przejście. Historyk nie bronił się, wyszli w zupełnej ciszy i dopiero gdy 

umilkł  stukot  kroków  na  korytarzu,  Ino  rzucił  się  do  wyjścia.  Osadził  go  w  miejscu  głos 

Pierwszego:  

- Zostaw! Powinniśmy  wcześniej pomyśleć o obronie! - Czym? Całe wyposaŜenie jest juŜ 

na zewnątrz!  

- Co one z nim zrobią? - zapytałam, bo to było dla mnie najwaŜniejsze.  

- Jak to co? - Fizyk wzruszył ramionami. - Rozbiorą na części, Ŝeby zobaczyć, jak człowiek 

moŜe się poruszać bez sprzęgieł, półprzewodników i akumulatorów.  

I  znowu  była  cisza,  tylko  Pierwszy  chodził  z  rękami  załoŜonymi  do  tyłu,  tam  i  z 

powrotem...  

Historyk  wrócił  po  trzech  godzinach,  sam.  Kroczący  odprowadził  go  do  wejścia,  ale  tym 

razem nie wszedł do środka. Historyk nie miał nam duŜo do powiedzenia. Automaty posadziły go 

na czymś w rodzaju fotela i siedział tak nieruchomo, podczas gdy one obsługiwały jakąś aparaturę. 

Nie umiał powiedzieć nic konkretnego. Rozkładał bezradnie ręce.  

- Nie moja branŜa, gdyby tak któryś z was...  

Poczułam  głupią  satysfakcję.  Jednak  nie  zrobiły  mu  nic  złego.  Czułam  się  za  nie 

odpowiedzialna,  to  były  moje  automaty.  -  Bardzo  się  bałeś  ?  -  zapytałam,  Ŝeby  coś  powiedzieć. 

Kiwnął głową.  

-  Bardzo.  Potem  zamknąłem  oczy  i  myślałem  o  tych  dawnych,  dobrych  czasach,  kiedy 

ludzie  nie  uganiali  się  jeszcze  po  Kosmosie,  a  poruszali  się  po  staruszce  Ziemi  w  przyzwoitych 

pojazdach, takich jak na przykład karety, samochody... Tymczasem na zewnątrz trwała gorączkowa 

praca.  Słyszeliśmy  charakterystyczny  syk  aparatów  Collega,  uŜywanych  do  łączenia  najbardziej 

precyzyjnych  zestawów.  Tkwiliśmy  przy  iluminatorach,  obserwowaliśmy  rozmazane  przez 

półprzezroczyste  płyty  krzemonu  sylwetki  poruszających  się  bezustannie  automatów.  Gdy  praca 

ustała,  statek  nasz  opasywała  pętla  z  podwójnych  metalowych  płaskowników.  Początek  i  koniec 

miała w środku owego graniastosłupa, który wzniosły automaty. Stamtąd teŜ wybiegały przewody 

umieszczone  na  wspornikach  ponad  pętlą.  W  pewnej  chwili  rozległo  się  dzwonienie,  potem 

wysoki,  przeraźliwy  ton,  zupełnie  inny  od  otaczających  nas  na  co  dzień  dźwięków,  wreszcie 

zgrzytanie,  potęŜny  łoskot  i  z  graniastosłupa  wytoczyło  się  sześcienne  pudło  na  kołach.  Z 

przewodem  biegnącym  u  góry  połączone  było  skomplikowanym  systemem  metalowych  rurek 

ułoŜonych  w  kształcie  rombu.  W  miejscu  styku  raz  po  raz  pojawiał  się  snop  wyładowań 

background image

elektrycznych.  Całość  posuwała  się  po  metalowych  szynach  zgrzytając  i  piszcząc  przy  kaŜdym 

obrocie kół.  

Z osłupienia wyrwał nas śmiech Historyka.  

- PrzecieŜ to tramwaj! One zrobiły tramwaj !  

- Co?  

- Środek lokomocji uŜywany prawie do końca XX wieku wyjaśnił.  

- Ale po co ?  

- Nie wiem. I skąd ten pomysł?  

- Ty im powiedziałeś ! - Pierwszy miał twarz zadowoloną, tak nie pasującą do otaczającej 

nas rzeczywistości, Ŝe zrobiło mi się przykro. - Nieznane przestało być nieznanym ciągnął, siadając 

za  stołem  -  wszystko  wiąŜe  się  w  logiczną  całość.  NaleŜało  tylko  trzymać  się  jednego  pewnika: 

"Automaty nie mogą pracować bez programu". JeŜeli więc wypowiedziały nam posłuszeństwo, nie 

znaczy to wcale, Ŝe uzyskały samodzielność. Zawiesił na chwilę głos. - Steruje nimi kto inny!  

Widząc, Ŝe chcę coś powiedzieć, podniósł rękę.  

- Za chwilę, jeszcze nie skończyłem. Powiedzmy więc, Ŝe na planecie znajduje się genialny 

Mózg. Ale Mózg bez organów wykonawczych.  I, co najwaŜniejsze, Mózg bez własnej koncepcji. 

Co  przez  to  rozumiem?  Tak  jak  są  pisarze,  którym  trzeba  pomysłów,  tak  to  jest  Geniusz,  który 

moŜe  rozwinąć  i  opracować  kaŜdy  problem,  ale  który  sam  sobie  problemu  postawić  nie  umie. 

Nigdy  się  chyba  nie  dowiemy,  w  jaki  sposób  opanował  nasze  automaty,  jaką  drogą  przesyła  im 

polecenia.  Osobiście  mam  wraŜenie,  Ŝe  dysponuje  nie  znanym  nam  rodzajem  energii.  Historyka 

wziął po prostu na przesłuchanie, zwróćcie uwagę - Historyk cały czas myślał o przeszłości. Obraz 

tramwaju utrwalony w zwojach kory mózgowej, sama koncepcja takiego pojazdu wystarczyła Mu 

na  opracowanie  napędu  i  ogólnych  zasad  ruchu.  Traktuje  nas  jak  rodzaj  biblioteki,  coś  na  kształt 

zbioru zadań i problemów.  

Dziwne,  ale  zrobiło  mi  się  lŜej.  Choć  wyjaśnienia  Pierwszego  w  niczym  nie  poprawiły 

naszej  sytuacji,  nie  było  juŜ  we  mnie  tego  dygocącego  lęku.  Uznane  wielkości  nie  ulegały 

dewaluacji, dwa razy dwa znowu równało się cztery.  

Nie było buntu automatów. Pierwszy popatrzył po nas:  

-  Pracowałeś  nad  teorią  pola  siłowego  i  antygrawitacji?  zwrócił  się  do  Ino.  -  On  to 

dokończy  za  ciebie!  Ty,  Dag,  dostarczysz  Mu  nowych  wspaniałych  automatów.  Ja  zapoznam  Go 

ogólnie  z  teorią  rozkładu  plazmy  i  z  wyrzutniami  fotonowym;  W  obecnym  stanie  daleko  im  do 

doskonałości,  ale  nie  wątpię,  Ŝe  On  potrafi  uczynić  z  tego  doskonałą  broń.  Właśnie  broń!.., 

Przerwał na chwilę, zamyślił się, a potem podjął znowu:  

background image

- Za dziesięć ziemskich lat ma tu przybyć następna wyprawa. Jak myślicie, czym przywita 

ją  Mózg,  sądząc,  zresztą  słusznie,  Ŝe  przybysze  zagraŜać  będą  Jego  niezaleŜności?  I  jakimi 

ś

rodkami będzie dysponował? Praktycznie rzecz biorąc - będzie wszechmocny!  

Długie milczenie przeciął Historyk. Stał oparty ramieniem o metalowy brzeg markografu.  

- Kiedy jeden z królów angielskich powróciwszy do kraju zastał rodzinne miasto zburzone i 

zrównane  z  ziemią  przez  wrogów,  zwrócił  się  do  swojego  Boga  słowami:  "Zabrałeś  mi  to,  co 

umiłowałem najbardziej, w takim razie ja odbiorę ci wszystko, co we mnie cenisz". I począwszy od 

tego  czasu  wyzbył  się  wszystkich  cnót  swoich.  Rozmyślnie  uŜyłem  archaicznego  języka,  ale 

konkluzja jest chyba jasna - musimy odebrać Mu naszą pamięć !  

- To pomysł, a realizacja? - zapytał Ino.  

-  MoŜliwa  nawet  w  naszych  warunkach  -  oŜywił  się  nagle  zamyślony  Fizyk.  -  Całość  jest 

stosunkowo prosta, sprowadza się do udarowego oddziaływania impulsami określonego kształtu na 

ośrodki  pamięci.  Po  prostu  kasowanie  zapisu.  Analogicznemu  zabiegowi  poddano  członków 

wyprawy  na  VII  planetę.  Po  powrocie  stamtąd  byli  psychicznie  wykończeni.  Wówczas 

zastosowano częściową kasację, ale to tylko kwestia odpowiedniego zmodulowania.  

- Czy po tym nic się nie pamięta? - zapytałam.  

- Jesteś jak noworodek, uczysz się wszystkiego od nowa, od nowa poznajesz świat.  

-  Co  prawda,  w  tych  warunkach  nie  będzie  się  od  kogo  uczyć.  -  To  powiedział  Pierwszy. 

Potem podszedł do pulpitu. Odwrócony tyłem manipulował coś przy przełącznikach.  

-  Na  wschodniej  stronie  planety  są  obszary  pokryte  bujną  roślinnością.  Chyba  tam 

będziemy - zawahał się i dokończył wegetować.  

- To trochę tak, jak umrzeć - szepnął Ino.  

-  Nie!  -  Historyk  pokręcił  przecząco  głową.  -  Śmierć  to  znaczy  niebyt,  nicość.  A  my, 

chociaŜ  pozbawieni  wszystkiego,  co  dała  nam  cywilizacja,  chociaŜ  pozbawieni  pamięci, 

zostaniemy  jednak  gatunkiem  Homo  Sapiens.  Gatunkiem  myślących.  Nie  przestaniemy 

rozumować. Od nowa zaczniemy zapisywać białe karty naszego doświadczenia.  

- A On? - spytał Fizyk.  

-  On?  -  Pierwszy  zwrócił  się  do  mnie.  -  Czy  Zespół  Budowniczych  ma  układ 

regeneracyjny?  

- Nie ma. Mamy przecieŜ, to jest mieliśmy - poprawiłam się - Centralną Siłownię.  

- Ile mogą pracować twoje automaty bez ładowania? - Około 2000 godzin.  

-  Tyle  czasu  będzie  trwało  Jego  panowanie  na  tej  planecie.  Gdyby  to  przewidział,  ciebie 

pierwszą  wziąłby  na  "rozmowę"  i  z  pewnością  skonstruowałby  niezniszczalny  automat.  Bez 

wykonawców będzie niczym.  

background image

Dalej juŜ poszło szybko. Spieszyliśmy się, bo nie wiadomo było, czy On za chwilę w jakiś 

sposób nie pokrzyŜuje naszych planów. I teraz czekam na swoją kolej. Fizyk ma juŜ na głowie ten 

metalowy  kabłąk-diadem,  pozostaje  jeszcze  umieścić  na  orbicie  rakietkę  z  dziennikiem  podróŜy  i 

tym zapisem. Ŝegnajcie!  

 

Statek  kosmiczny  średniego  zasięgu  "Galat"  juŜ  trzecią  dobę  krąŜył  po  orbicie  wokół 

planety.  W  kabinie  sternika  czterej  męŜczyźni  siedzieli  wsłuchani  w  głos  kobiety  wydobywający 

się  z  fonografu:  ..."pozostaje  jeszcze  umieścić  na  orbicie  rakietkę  z  dziennikiem  podróŜy  i  tym 

zapisem. śegnajcie!"  

Kobiecy  głos  umilkł.  Siedzieli  chwilę  w  milczeniu,  potem  jeden  z  nich  przekręcił 

wyłącznik.  

-  Słucham  tego  po  raz  czwarty  -  powiedział  -  i  za  kaŜdym  razem  zastanawiam  się,  jak  ja 

bym postąpił.  

Chciał  coś  dodać,  ale  przerwał  mu  suchy  trzask  z  głośnika:  -  W  sali  narad  odbędzie  się 

projekcja filmów wykonanych przez grupę zwiadowczą Amegi, która okrąŜyła planetę po węŜszej 

orbicie. Zainteresowani proszeni są o przybycie.  

Szary  ekran  wideo  rozjaśnił  się.  Zamigotały  jakieś  cienie  i  nagle  na  pierwszym  planie 

ukazał  się  muskularny  męŜczyzna.  Stał  nieco  przygarbiony,  ociosując  trzymanym  w  ręku 

kamieniem  dziwacznie  powykręcany  konar.  Długie,  białe  włosy  spadały  mu  na  plecy.  Potem 

perspektywa  wydłuŜyła  się,  widocznie  operator  zmienił  ogniskową.  Zebrani  w  sali  projekcyjnej 

widzieli teraz prymitywną osadę, pół-domki, pół-szałasy ustawione na palach tkwiących  w ziemi. 

Przed jednym z nich krzątało się troje ludzi zasłaniając sobą przedmiot stojący za nimi. W pewnym 

momencie  jeden  z  nich  odszedł,  kamera  znowu  zrobiła  skok  i  na  ekranie  ukazała  się  kobieta 

łącząca poprzeczną Ŝerdzią dwie obręcze. Trwało to chwilę, obraz zmienił się, na ekranie wyrosły 

pokraczne krzewy o fioletowych pniach, ale nikt juŜ nie patrzył. Ze szmeru rozmów wybił się głos:  

- Koło! Oni juŜ wymyślili koło!  

 

background image

ANDRZEJ CZECHOWSKI 

WIECZORNE NIEBO

 

 

- Dobry wieczór !  

Pani Ferguson drgnęła i podniosła oczy znal robótki.  

- Ach, to pani. Proszę, nich pani usiądzie. Mamy dziś piękny wieczór, prawda?  

- O, tak - powiedziała pani Pheltie. Usiadła na krześle naprzeciw pani Ferguson.  

-  Pani  ma  przynajmniej  zajęcie  -  westchnęła.  -  Nigdy  nie  potrafiłam  nauczyć  się  robić  na 

drutach.  MąŜ  i  Johnny  wyjechali  przed  wieczorem,  jestem  sama  w  domu.  To  dziwne,  ale  juŜ  od 

roku nie pamiętam, Ŝeby mąŜ był w domu wieczorem.  

Pani Ferguson uniosła brwi do góry.  

- On i Johnny - wyjaśniła śpiesznie pani Pheltie. - Odkąd ma nowy wóz, zawsze wieczorami 

wozi Johnny`ego do miasta. W dzień, oczywiście, nie ma czasu.  

- Tak - powiedziała pani Ferguson.  

-  Zresztą,  dawniej  było  tyle  roboty  -  kontynuowała  pani  Pheltie.  -  A  teraz,  cóŜ,  automaty. 

Wszystko robi się samo, moŜna by pomyśleć, Ŝe te maszyny są Ŝywe. Wystarczy powiedzieć jedno 

słowo. Po prostu wierzyć się nie chce. Dwa lata temu nawet nie pomyślałabym, Ŝe coś takiego jest 

moŜliwe.  

Pani Ferguson milczała.  

- UwaŜam, Ŝe rząd zrobił bardzo mądrze, Ŝe dogadał się wreszcie z Uranidami - rzekła pani 

Pheltie.  -  Mówiono  o  Nich  tyle  bzdur,  a  okazuje  się,  Ŝe  nie  są  wcale  straszni.  JeŜeli  chcą 

sprzedawać  nam  maszyny,  tym  lepiej  dla  nas.  CóŜ  znaczy,  Ŝe  nie  my  produkujemy  te  rzeczy? 

PrzecieŜ płaci się Im nie złotem, ale zwyczajnym węglem.  

- Właśnie - powiedziała pani Fetguson.  

-  Gdyby  takie  roboty  były  naszej  produkcji,  kosztowałyby  sto  razy  więcej,  nieprawdaŜ? 

Albo  samochody;  teraz  kosztują  tylko  sto  dolarów.  I  to  jakie  samochody!  Mój  mąŜ  powiada,  Ŝe 

jeŜdŜą po prostu same. Nawet w nocy.  

Pani Ferguson spojrzała w okno.  

- Mój mąŜ powinien juŜ wrócić - powiedziała. - Nie mam pojęcia, co go zatrzymało. Miał 

wrócić przed ósmą. Och, niech pani popatrzy, pani Pheltie. Znowu Oni. Te okropne latające talerze.  

- Coraz ich więcej - rzekła pani Pheltie. - Prawda?  

Pani Ferguson przyznała, Ŝe tak.  

background image

- Kiedyś, kilka lat temu, widziałam latający talerz - rzekła pani Pheltie - ale nikt nie chciał 

w to wierzyć. A teraz nie ma nocy, by nie pokazały się na niebie. Od czasu podpisania umowy.  

- Kiedy je widzę - rzekła pani Ferguson - mam takie dziwne uczucie.  

-  Ja  równieŜ  -  podchwyciła  pani  Pheltie.  -  Oni  ciągle  na  nas  patrzą.  Jak  gdyby  nas 

obserwowali. Nie moŜna wyjść na ulicę wieczorem, Ŝeby kilka tych świateł nie zawisło nad tobą. 

Oni są wszędzie. Chyba tylko pod ziemią moim się przed nimi ukryć. Ale po co?  

- Na szczęście nie trzeba - powiedziała pani Ferguson. Chwila milczenia.  

- Jakie to dziwne - powiedziała pani Pheltie.  

- Co takiego? - ocknęła się pani Ferguson.  

- No, Oni, Uranidzi.  

- Niedawno były Ich fotografie. W "Life". Wyglądają po prostu okropnie.  

- Johnny się Nimi bardzo interesuje - z dumą oznajmiła pani Pheltie. - Przyniósł do domu 

ksiąŜkę "Uranidzi" i musiałam ją całą przeczytać. Ale w ogóle niewiele o Nich wiadomo.  

- Skąd Oni przylecieli?  

-  Nie  wiem  -  powiedziała  pani  Pheltie  niepewnie.  -  Johnny  mówi,  Ŝe z  jakiejś  gwiazdy.  Z 

daleka.  

Pani Ferguson wzdrygnęła się.  

- Te  Ich macki. Wyglądają niesamowicie. Nie mogę przyzwyczaić się do myśli, Ŝe Oni są 

ludźmi.  

- Ba - powiedziała pani Pheltie. - Są znacznie mądrzejsi od ludzi.  

- No, tak. Oczywiście.  

-  Ich  maszyny  są  niezwykłe  -  przyznała  pani  Pheltie.  Johnny  zaglądał  do  silnika 

samochodu,  zresztą  wbrew  instrukcji,  i  mówi,  Ŝe  tam  są  zupełnie  inne  urządzenia.  Niczego  nie 

mógł zrozumieć. Gdy dotknął jednej rurki, oparzył sobie palec.  

Pani Ferguson oŜywiła się.  

-  Albo  Pomocnicy  -  rzekła.  -  Te  Ich  najnowsze  automaty,  po  piętnaście  dolarów.  Umieją 

prawie wszystko i są bardzo inteligentne. Nigdy nie miałam tak pojętnej słuŜącej. Ale ich wygląd ! 

Jak ogromne kraby. Myślę, Ŝe mogliby wyprodukować model podobniejszy do człowieka.  

- Ale kupiła pani ?  

- Tak. To przecieŜ naprawdę niedrogie.  

- Ja równieŜ.  

Po chwili milczenia odezwała się pani Pheltie:  

background image

-  Niedawno  zamknięto  fabrykę  w  Monthrole.  Mój  kuzyn  Slick  pracował  w  tej  fabryce. 

Dostaje  teraz  od  rządu  dwieście  pięćdziesiąt  dolarów  miesięcznie.  To  całkiem  ładna  sumka,  ale 

gdyby był zwykłym robotnikiem, miałby tylko sto pięćdziesiąt dolarów.  

- To takŜe wystarczy.  

- No, owszem.  

-  Trudno  -  rzekła  pani  Ferguson.  -  Muszą  zamykać  fabryki.  Kto  będzie  kupował  nasze 

wyroby? Nawet Ameryka Łacińska nie zechce, odkąd juŜ tam jest misja Uranidów.  

-  MąŜ  mówi,  Ŝe  tylko  przemysł  zbrojeniowy  pracuje  normalnie.  -  Och  -rzekła  pani 

Ferguson. - Jak zwykle.  

-  Ale  Uranidzi  nie  chcą  nam  sprzedawać  broni.  Ja  myślę,  Ŝe  to  dobrze,  ale  mój  kuzyn 

George upiera się, Ŝe Ziemia przez to nie jest Ich równym partnerem. UwaŜa, Ŝe to niesprawiedliwe 

z Ich strony.  

- On jest pułkownikiem, prawda?  

- Tak.  

Znowu  zapadło  milczenie.  Pani  Ferguson  wydawała  się  całkowicie  zaabsorbowana  robotą 

na drutach. Na korytarzu rozległ się odgłos stąpania.  

- Kto to ?  

-  Och,  nikt  -  powiedziała  pani  Ferguson.  -  Pomocnik.  Czasami  włóczy  się  po  róŜnych 

miejscach, kiedy nie ma nic do roboty. Wydaje się, Ŝe jest ciekawy. Zupełnie jak Ŝywy.  

-  To  niesamowite  -  rzekła  pani  Pheltie.  -  U  mnie  jest  zupełnie  tak  samo.  Automatyczne 

lodówki  włóczą  się  po  domu.  Pomocnik  manipuluje  radiem.  Samochód  sam  jeździ  dokoła 

podwórza.  Nigdy  nie  moŜna  przewidzieć,  co  im  przyjdzie  na  myśl.  Gdyby  nie  to,  Ŝe  są  takie 

poŜyteczne...  

- Właśnie.  

Stąpanie oddaliło się w stronę drzwi. Szczęknął zamek i drzwi się zatrzasnęły.  

-  Johnny  mówił  -  odezwała  się  pani  Pheltie  -  Ŝe  Uranidzi  mieli  współpracować  z  naszymi 

uczonymi. Ale uczeni nie potrafili  Ich zrozumieć. Podobno trzeba uczyć się przez tysiąc lat, Ŝeby 

dać sobie radę z Ich nauką.  

-Po co?  

- Właśnie. PrzecieŜ i tak dostajemy, czego nam trzeba. Ale uczeni są juŜ tacy, rozumie pani.  

- Mniejsza o to - powiedziała pani Ferguson. Pani Pheltie stłumiła ziewnięcie.  

- Telewizja jest coraz gorsza.  

- O tak. Okropny program. Same rakiety i meteory, aŜ strach patrzeć. A do tego te okropne 

zakłócenia.  

background image

-  To  niezupełnie  zakłócenia  -  wtrąciła  pani  Pheltie.  Johnny  twierdzi,  Ŝe  to  robią  Uranidzi. 

MoŜe jest to po prostu Ich telewizja.  

- Wczoraj to samo było z radiem. Przez trzy godziny nie moŜna było słuchać.  

Pani Pheltie niespokojnie poruszyła się na krześle.  

- George...  

- CóŜ George?  

Pani Pheltie zdecydowała się:  

- Był wczoraj wściekły. Mówił, Ŝe Uranidzi dezor... Ŝe dezorganizują system obronny kraju 

przez te zakłócenia. Baza w Compton nie mogła pracować przez trzy godziny. George powiedział, 

Ŝ

e gdyby ktoś wtedy zaatakował, to by był koniec.  

-  Okropne  -  powiedziała  pani  Ferguson.  -  Znów  latające  talerze.  IleŜ  ich  jest?  Nigdy  nie 

widziałam tylu naraz.  

- Dziwne.  

-  Na  pewno  -  dość  niecierpliwie  powiedziała  pani  Ferguson.  -  Nie  to  miałam  na  myśli  - 

godnie  rzekła  pani  Pheltie.  Przez  cały  czas  nie  widziałam  Ŝadnego  samochodu  na  autostradzie. 

Dopiero  teraz  przyszło  mi  to  do  głowy.  Zwykle  jest  ich  mnóstwo,  szczególnie  wieczorem.  Teraz 

przez całą godzinę nie przejechał tędy Ŝaden.  

- MoŜe... - zaczęła pani Ferguson.  

- Co?  

-  Nie  wiem.  MąŜ  powinien  juŜ  dawno  wrócić.  Nie  chciałam,  Ŝeby  wyjeŜdŜał,  ale 

powiedział, Ŝe ma bardzo pilny interes. Mieszkamy tak daleko od miasta...  

Pani Pheltie wstała i odeszła od okna.  

- Nie - powiedziała. - To nie ma sensu. Nie ma. Na pewno. - Och - powiedziała pani Pheltie 

nerwowo. - Johnny opowiadał mi wczoraj takie dziwne rzeczy.  

- O Uranidach ?  

- Tak. I o ludziach, w ogóle. Ale to naprawdę makabryczne.  

- CóŜ to szkodzi ? PrzecieŜ to nieprawda.  

-  Dobrze  -  rzekła  pani  Pheltie.  -  Więc  Johnny  powiedział,  Ŝe  wie,  dlaczego  Uranidzi 

sprzedają  nam  za  bezcen  swoje  maszyny.  Chcą,  aby  kaŜdy  człowiek  miał  na  własność  chociaŜ 

jedną. Ale kaŜdy człowiek, bez wyjątku.  

- No? - rzuciła pani Ferguson niecierpliwie.  

- Oni chcą zdobyć Ziemię - powiedziała pani Pheltie. Oczywiście, to nieprawda. Ale Johnny 

mówił,  źe  chcą  to  zrobić  nie  stosując  Ŝadnych  bomb  ani  gazów.  Bomby  zniszczyłyby  wszystko, 

promienie i gazy zatrułyby atmosferę. Uranidzi nie mogliby osiedlić się na takiej planecie.  

background image

- Ciekawe - potwierdziła pani Ferguson.  

- Naturalnie, Ŝe to bzdura - spróbowała się uśmiechnąć pani Pheltie.  

-  Więc  mówił  Johnny,  Ŝe  Oni  nie  mogą  zrobić  otwartej  wojny,  chociaŜ  zwycięŜyliby  na 

pewno. Więc stosują podstęp. Coś w rodzaju konia trojańskiego.  

Pani Ferguson skinęła głową.  

-  Zatem  -  ciągnęła  pani  Pheltie  -  Oni  sprzedają  nam  swoje  urządzenia,  których  działania 

ludzie nie rozumieją. Jak na przykład samochody. Albo automaty kuchenne. Johnny  wymyślił, Ŝe 

kaŜda  z  tych  maszyn  na  jakiś  sygnał  z  Ich  latających  talerzy  moŜe,  no,.  moŜe  zabić  człowieka, 

który ją posiada. W ten sposób, jeŜeli to się stanie jednocześnie...  

- Bzdura - powiedziała pani Ferguson ostro.  

Pani Pheltie roześmiała się.  

-  Oczywiście,  Ŝe  bzdura.  Powiedziałam  Johnny'emu,  Ŝeby  napisał  o  tym  opowiadanie 

fantastyczne. Zarobi kilkadziesiąt dolarów.  

Za  oknem  rozległy  się  kroki,  ostroŜne  stąpanie  sztywnych  nóg.  TuŜ  pod  oknem  szelest 

zamarł.  

- Te latające talerze - powiedziała pani Ferguson. - Nigdy dotąd nie latały tak nisko...