background image

Stało się jutro 

 

zbiór dwudziesty czwarty 

background image

Andrzej Zimniak 

”Zręby władzy” 

 

Otworzyłem  drzwi  obite  grubą  warstwą  dźwiękochłonnego  tworzywa  i  wszedłem. 

Profesor, kwadratowy  łysy  mężczyzna o stalowych oczach, siedział  za  masywnym  biurkiem 

zawalonym  papierami.  Rozmawiał  właśnie  przez  telefon,  składając  komuś  uniżenie 

podziękowania  i  życzenia,  lecz  dostrzegł  mnie  po  chwili  i  zaprosił  nieznacznym  gestem  do 

zajęcia miejsca. Gdy skończył, zaproponował mi kawę, po czym zamówił ją u sekretarki. Nie 

wiedziałem, po co mnie wezwał, on zaś zdawał  się smakować tę chwilę  mojej  niepewności, 

którą  niezbyt  dobrze  maskowałem  obojętnym  wpatrywaniem  się  w  rozrzucone  po  biurku 

ołówki. Wreszcie, nie spuszczając ze mnie ciężkiego wzroku, odezwał się niskim głosem  

- Panie kolego - tu zaciągnął się papierosem - jak idą pańskie badania?  

Oho - pomyślałem - trochę za dużo teatru i oficjalnego stylu jak na zwykłą rozmowę. 

Tylko o co mu chodzi?  

-  Doskonale,  panie  profesorze  -  starałem  się,  aby  mój  głos  brzmiał  swobodnie  - 

właśnie  rozpocząłem  próby  nad  elektrycznymi  właściwościami  włókien  nerwowych  w 

obniżonych temperaturach. Sądzę...  

- Taak  -  przerwał  mi  profesor  cichym,  lecz  nie  dopuszczającym  sprzeciwu  głosem. - 

Rozpoczął pan, sądzi pan. To też ciekawe. Ale - i tu ton jego głosu podniósł się nieznacznie - 

mnie teraz interesują wyniki już otrzymane. Chciałem zauważyć, że właśnie upływa pół roku 

pana a stypendium. Słucham pana.  

Wejście  było  ostre,  nie  spodziewałem  się  właściwie  takiego  ataku.  Straciłem  więc 

nawet  tę  uprzednio  wymuszoną  swobodę,  i  o  to  pewnie  staremu  chodziło.  Pierwsza  runda 

była przegrana.  

- A więc, panie profesorze, zaraz po okresie wstępnego instalowania się rozpocząłem 

próby,  to  jest  badałem  procesy  chemicznej  transmisji  impulsów  przez  nerwy  w  różnych 

temperaturach.  

- I..?  

- Stwierdziłem, że już w okolicach zera stopni Celsjusza zanikają one zupełnie, a kilka 

prób w temperaturach niższych  nie wykazywało  wzrostu aktywności,  co było, to znaczy, co 

przewidzieliśmy uprzednio.  

- Ej; panie kolego, znów ten brzydki żargon naukowy profesor pokręcił z niesmakiem 

głową, a ja pomyślałem z satysfakcją, że taki łysy to już niedługo pożyje. - Pan może być w 

background image

okolicach  Koziej  Wólki,  ale  nie  zera  stopni.  Ale  wracajmy  do  meritum  sprawy.  Młody 

człowiek  na pana  miejscu, z pana aspiracjami,  może sobie pozwolić, aby spośród dziesięciu 

eksperymentów  jeden,  no  powiedzmy  dwa  były  nieudane  lub  negatywne.  A  pan  przychodzi 

po  pół  roku  pracy  i  mówi  mi,  że  owszem,  parę  doświadczeń  panu  nie  wyszło,  a  inne  są  w 

planie. To jest sygnał, że trzeba się poważnie zastanowić.  

Byłem  coraz  bardziej  zdenerwowany,  maska  wystudiowanej  obojętności  dawno  ze 

mnie  opadła.  Czułem  w  ustach  suchość  języka,  a  nieprzyjemna  chrypka  przeszkadzała  w 

mówieniu. - Ależ, panie profesorze, w tej nowej dziedzinie każdy wynik...  

- Byle jaki wynik nie jest dobry w żadnej dziedzinie stary wszedł mi w słowo. - Liczą 

się  dobre  wyniki,  i  tylko  takie  -  dodał  z  naciskiem.  -  A  samymi  hipotezami  daleko  nie 

zajedziemy.  W  związku  z  brakiem  wyników  w  dotychczas  badanym  przez  pana  kierunku  - 

zaczął  znów  spokojnym  niskim  głosem  -  proponuję  zmianę  tematyki.  Będzie  to  dla  pana 

jeszcze jedna szansa wykazania się.  

- Panie profesorze, ja właśnie zacząłem najważniejsze doświadczenia!  

-  W  naszym  Instytucie  -  głos  szefa  grzmiał  teraz  donośnie  po  wszystkich  kątach 

gabinetu - nie przeprowadza się doświadczeń  nieważnych.  Wszystkie  bez wyjątku są ważne 

zakończył  konfidencjonalnym  szeptem,  jakby  zdradzał  tajemnicę  państwową.  -  To  byłoby 

wszystko, panie kolego - znów zahuczał gromko - za pięć minut mam zebranie, przepraszam, 

ale  muszę  już  iść.  Aha,  proponuję,  aby  zajął  się  pan  preparatami  ułatwiającymi  przejście  w 

stan  hibernacji.  Doktor  Agira  wprowadzi  pana  w  zagadnienie.  Życzę  powodzenia  i 

wydajniejszej  niż  dotychczas  pracy  spojrzał  niemal  wesoło;  wstając.  Nie  dał  mi  żadnych 

szans.  

 

Przez grubą szybę okienną, nastawioną przez kogoś na maksimum przepuszczalności, 

wpadało  czerwone  światło  wieczoru  i  załamywało  się  obłymi  krwistymi  refleksami  w  szkle 

ustawionej aparatury. Przypatrywałem się bezmyślnie tym barwnym plamom o karminowych 

wnętrzach  i  żółknących  obrzeżach,  pełzającym  po  kolbach  i  chłodnicach  w  rytmie 

zachodzącego  słońca.  Wypełniony  aparaturą  pokój  tonął  w  mroku,  tylko  w  odległym  kącie 

pracował  przy  swoim  biurku  Stef.  Jego  lampa  jawiła  mi  się  jako  przewodnie  światełko  u 

kresu  ciemnego  szlaku,  wiodącego  wśród  nieokreślonych  kształtów  i  niezrozumiałych 

zdarzeń.  Stef  odwrócił  się,  jakby  moja  zmaterializowana  myśl  dotknęła  jego  ramienia.  - 

Hallo.  En!  -  zawołał  do  mnie.  Dlaczego  En?  Nie  mogłem  sobie  przypomnieć,  kto  pierwszy 

tak mnie nazwał. Potem przyjęło się. - Nie słyszałem, jak wchodziłeś. Co masz taką grobową 

background image

minę?  -  gadał  wesoło,  podchodząc  z  rękami  w  kieszeniach.  -  Oho,  widzę,  że  nie  na  żarty 

przejąłeś się Starym. A w dzisiejszych czasach...  

-  Zażądał  zmiany  tematu  -  przerwałem  jego  potok  słów.  Twarz  mu  spoważniała,  ale 

widać było, że usilnie szuka dla mnie jakiegoś pocieszenia. Poklepałem go po ramieniu.  

-  Nie  jest  tak  źle,  stary  -  mój  głos  zabrzmiał  nawet  dosyć  swobodnie.  -  Dam  sobie 

radę,  nie  martw  się  o  mnie.  Dziś  idę  się  zabawić,  nie  mam  już  ochoty  na  pracę,  a  jutro  na 

przekór  wszystkiemu  i  wszystkim  skończę  ten  eksperyment,  być  może  kluczowy  dla  całego 

problemu.  

- To jest  męskie podejście do sprawy - Stef uśmiechnął  się zadowolony, że  nie  musi 

występować w roli pocieszyciela. - Jutro mam trochę luzu przy moich próbach, pomogę ci.  

Wyszedłem  w  szarość  korytarza,  również  gęsto  zastawionego  aparaturą  i  sprzętem 

pomocniczym.  Na  chropowatej  betonowej  ścianie  przymocowany  był  telefon.  Nakręcałem 

kolejno numery kilku moich przyjaciółek lub znajomych, lecz żadna z tych, które zgłosiły się, 

nie  miała  wolnego  wieczoru.  Zły,  odwiesiłem  słuchawkę.  Przyjdzie  mi  upić  się  samemu  - 

pomyślałem,  lecz  jednocześnie  narastał  wewnętrzny  bunt.  I  nagle,  wtedy  po  raz  pierwszy, 

doznałem tego niesamowitego uczucia.  

Głowę  przebiegały  mi  naprzemienne  fale  gorąca  i  zimna  lub  raczej  -  zgęszczonej 

rozrzedzonej  materii.  I  choć  zjawisko trwało  krótko,  zdawało  mi  się  pod  koniec,  że  czaszka 

staje  się  elastyczna  niby  balon  napełniony  wodą,  a  deformują  ją  w  jednostajnie  identyczny 

sposób  dwa  szeregi  przemykających  z  obu  stron,  swobodnie  zawieszonych  walców.  Na 

płaszczyznę  zamazanego.  pola  widzenia  wpełzły  świetliste  punkty,  rozlały  się  szeroko  jak 

kręgi na wodzie i wsiąkły w obraz.  

Dolegliwości ustąpiły, pozostał  jedynie  lekki  ból  w skroniach. Nadal stałem oparty o 

chropowatą  ścianę  tuż  przy  telefonie.  Na  szczęście  nikt  nie  zauważył  tej  chwilowej 

niedyspozycji  jeszcze brakowało, żeby zaczęto mnie cucić! Byłby temat do żartów w całym 

Instytucie.  

Ruszyłem  przed  siebie.  Czułem  się  dziwnie  lekki,  nogi  jakby  same  niosły  mnie 

naprzód.  Przypisywałem  to  doskonałej  kondycji  fizycznej,  co  z  kolei  wprawiało  mnie  w 

dobry nastrój. Zmory dzisiejszego popołudnia prysły i miałem nadzieję, że nie będą zakłócały 

zbliżającej się zabawy. Nie wiedziałem jeszcze, dokąd i z kim pójdę, ale miałem pewność, że 

wieczór będzie udany.  

Aksamitny, wilgotny zmierzch opadł już na trawiaste boisko, pod którym rozlokowane 

zostały trzewia cyklotronu.  

background image

Spóźnieni  biegacze  w  swoich  odcinających  się  od  tła  białych  szortach  powracali  z 

wieczornego treningu. Pod jasną płachtą pomarańczowo-zielonego nieba zawisły nieruchomo 

małe, rozświetlone od dołu chmury.  

Wsiadłem  do  samochodu  i  ruszyłem  ostro;  rozkoszowałem  się  prędkością. 

Odczuwałem  fizyczną  przyjemność,  gdy  stalowe  cielsko  maszyny  z  łatwością  wnikało  w 

masy napływającego naprzeciw chłodnego, wieczornego powietrza.  

Czułem  się  znów  dziwnie  lekki,  chwilami  zdawało  mi  się,  że,  to  kto  inny  prowadzi 

wóz, że obce ręce dotykają kierownicy, ` a ja przyglądam się z boku. Może ktoś podsunął mi 

papierosa z marihuaną?  

Pędziłem  w  kierunku  swojego  hotelu,  kiedy  nagle  zauważyłem  z  boku  wystawowe 

okna centrum handlowego. Zahamowałem gwałtownie i skręciłem na parking. Ależ to jasne! 

Że też wcześniej nie wpadłem na ten prosty pomysł.  

- Dobry wieczór, panno Krystyno - zacząłem, opierając się o kasę. Poszło łatwiej, niż 

się spodziewałem. Już w piętnaście minut po zamknięciu sklepu siedzieliśmy w nocnym barze 

przy  butelce  dobrej  brandy,  a  wokół  nas  migotały  kolorowe  światła,  płynęła  muzyka  i 

wytwarzał się nastrój wesołej zabawy. Alkohol palił mnie w gardle, po członkach rozchodziło 

się  przyjemne  ciepło.  Doświadczałem  uczucia  poprzedzającego  lekki  zawrót  głowy  -  coś 

jakby drobne przesunięcie świadomości w kierunku beztroski.  

-  Wiesz,  Kris  -  nachyliłem  się  do  siedzącej  obok  dziewczyny  -  dobrze  mi  z  tobą. 

Bardzo  dobrze.  A  teraz  wypijmy  za  zdrowie  mojego  szefa.  Dał  mi  dziś  wspaniały  temat, 

rokujący nie byle jakie perspektywy  

-  Będzie  mu  to  policzone  -  Kris  zaśmiała  się  głosem  może o ton  za  głębokim  jak  na 

filigranową blondyneczkę o sarnich oczach i pełnych, nieco wysuniętych do przodu ustach. Z 

każdym kieliszkiem wydawała mi się piękniejsza i powabniejsza.  

Potem poszliśmy tańczyć. Czułem ją taką drobną, ciepłą tuż koło siebie, oparła czoło o 

mój policzek, płynęliśmy gdzieś w takt melodii, której już nie słyszeliśmy. I wtedy znów coś 

zaczęło  się  dziać.  Stawałem  się  lekki,  nieobecny.  Oglądałem  rzeczywistość  wokół  niby 

kiepski  film, a  może raczej śniłem? Trzymałem  w objęciach  jakąś dziewczynę, dosyć chyba 

ładną, ale zdecydowanie zbyt szczupłą. Czułem się tak, jakbym tańczył z manekinem pośród 

przetaczających się wokół bezkształtnych mas ludzkich. Chciałem przerwać ten koszmar, ale 

spostrzegłem, że zupełnie nie panuję nad własnym ciałem. Dalej ciężko tańczyłem niby jakaś 

kukła  w  kiepskim  teatrzyku  gałganiarzy,  obłapiając  coraz  mocniej  tę  chudą  dziewczynę,  a 

wszystko rejestrowałem jakby zza półprzejrzystej zasłony w dusznym, wilgotnym powietrzu. 

Dopiero  przy  stoliku  puściły  kleszcze,  trzymające  moją  świadomość  w  żelaznym  uścisku. 

background image

Płaski,  mdły  obraz  wyostrzył  się,  nabrał  stopniowo  trzeciego  wymiaru,  barw,  woni  i 

dźwięków.  Jak  poprzednio  wokół  nas  płynęła  muzyka,  a  Kris  znów  piękna  i  pociągająca, 

przyglądała  mi  się z troską. Miałem przez chwilę wrażenie, że to nie  ja, a świat zewnętrzny 

ulega  kolejnym  dewiacjom,  jakimś  chwilowym  odchyleniom  od  maksymalnej  wartości 

prawdopodobieństwa  istnienia.  W  każdym  jednak  przypadku  moja  osoba  w  zmienionej 

rzeczywistości musiała wydawać się równie osobliwa, jak odmienione otoczenie dla mnie.  

-  Kris,  kochanie,  te  tutejsze  chińskie  przyprawy...  widocznie  mi  nie  służą.  W 

przyszłym tygodniu zaprowadzę cię gdzie indziej, zobaczysz.  

-  Wiesz  co,  En  -  dziewczyna  była  lekko  przestraszona  posiedźmy  tu  jeszcze  trochę. 

Jesteś cały mokry.  

- W porządku, skończymy nasze koktajle. Wiesz, Kris, ja myślałem, to jest... nigdy nie 

miałem czegoś takiego. To zdarzyło się po raz pierwszy.  

-  Nie  przejmuj  się  tym  teraz,  En.  Odpocznij.  Następnym  razem  wszystko  ułoży  się 

lepiej - nieszczerze mówiła Kris. Oboje wiedzieliśmy, że następnego razu nie będzie. Z oczu 

dziewczyny wyzierał strach, uważała mnie z pewnością za nienormalnego, a przynajmniej za 

nerwowo chorego.  

Aby  zatuszować  zmieszanie,  zacząłem  rozglądać  się  po  sali:  Panował  gwar, 

wielobarwny tłum falował, a wśród czerwonych lamp unosiła się mgła dymu tytoniowego.  

W pewnym momencie drgnąłem - prawie zasłonięty szerokim ozdobnym filarem, przy 

stoliku wciśniętym pomiędzy palmę a barek, siedział łysy, kwadratowy grubas. Przeprosiłem 

Kris  i  wstałem.  .  Obszedłem  powoli  filar,  kierując  się  w  stronę  toalety.  Przechodząc  w 

okolicach  barku  od  niechcenia  odwróciłem  głowę,  niby  rozglądając  się  po  sali.  Przy  stoliku 

obok palmy nie było nikogo! Na białej serwetce stała tylko nie dopita filiżanka kawy. Dalsze 

spacerowanie nie miało sensu, powróciłem więc do swojego stolika. Gdy zapalałem papierosa 

Kris,  łysy  grubas  znów  siedział  na  dawnym  miejscu.  I  choć  z  tej  odległości  nie  mogłem 

dojrzeć  jego  twarzy,  byłem  pewien,  że  do  ust  ma  przylepiony  swój  zwykły,  ironiczny 

uśmiech.  

Odczuwałem  wściekłość,  lecz  jednocześnie  paraliżujący  lęk.  Wokół  mnie  czaiło  się 

coś  nieznanego,  działały  nieprzyjazne  siły,  których  nie  potrafiłem  zrozumieć,  a  więc  tym 

bardziej przeciwstawić się im.  

Ten  łysy,  kwadratowy  grubas.  Czy  chce  mnie  tylko  pognębić,  ośmieszyć,  czy  też 

zniszczyć  za  to,  że  śmiałem  być  różny  od  stereotypu  nadskakującego  stypendysty?  A  może 

jest  mu  to  obojętne,  po  prostu  stałem  się  przypadkowym  obiektem  jego  rutynowych 

przyjemnostek?  

background image

Pośpiesznie zapłaciłem, odwiozłem Kris do domu i udałem się do siebie. Natychmiast 

zapadłem w ciężki, lecz krótki sen człowieka odurzonego alkoholem.  

 

- Pani Heleno, co pani robi?  

- Przygotowuję panu szkło - odrzekła dziewczyna spokojnym, miłym głosem panienki 

z centrali telefonicznej, kontynuując wprawnymi ruchami demontowanie mojej aparatury.  

- To jakaś pomyłka, ja tego wszystkiego będę dzisiaj używał!  

- Jutro zaczynamy  eksperyment z lekami prohibernacyjnymi, chcę więc przygotować 

wszystko  jak  należy.  Jestem  teraz  pana  nową  pomocnicą  -  jej  miły,  lecz  bezbarwny  głos  w 

innych okolicznościach działałby zapewne uspokajająco.  

- Proszę to natychmiast zostawić !  

- Ależ, proszę pana,  ja pracuję tylko do czwartej, mam  niewiele czasu - mój wybuch 

nie wpłynął w najmniejszej mierze na jej zachowanie. Nadal myła zręcznymi ruchami szkło i 

układała je równo w suszarce.  

- Niech pani mnie posłucha, pani Heleno - zacząłem znowu, zmuszając się do spokoju. 

- To dla mnie bardzo ważny eksperyment, który - być może - pozwoli podsumować półroczną 

pracę!  -  mimo  woli  podniosłem  głos  -  A  pani  ot, tak,  demontuje  mi  aparaturę  !  Czy  pani  to 

rozumie .  

-  Chcę  panu  pomóc.  Zaraz  rozpocznę  instalowanie  zestawu  do  jutrzejszego 

doświadczenia - była zbyt głupia albo zbyt mądra, aby wdawać się ze mną w dyskusję.  

Zacisnąłem pięści z bezsilnej wściekłości. Przecież nie będę się z nią bił! Warknąłem:  

- Kto panią przysłał?  

-  Znalazłam  dziś  rano  na  swoim  biurku  kartkę  z  poleceniem.  Sądzę,  że  od  doktora 

Agira, ale  może od profesora - jej głos  nie podniósł  się ani o  jotę podczas naszej rozmowy, 

nie zaprzestała również precyzyjnego układania szkła.  

- I nie ma wątpliwości, że to pani jest moim pomocnikiem, a nie na odwrót?  

Połykała wszystko gładko.  

- Oczywiście. Postaram się pomóc panu jak najwięcej w grymasie mającym oznaczać 

uśmiech odsłoniła solidne, szeroko rozstawione zęby.  

Byłem bezsilny. Wyszedłem, trzasnąwszy drzwiami.  

Musiałem  komuś  o  tym  wszystkim  opowiedzieć.  Stefa  nie  było  w  bibliotece, 

znalazłem go dopiero w laboratoryjnej chłodni. Ubrany w zbyt obszerny waciak, ekstrahował 

coś z szarych płatów tkanki za pomocą szeregu buforów.  

background image

Nie zdziwił się specjalnie, widząc mnie mocno wzburzonego; widocznie wiedział już 

o likwidacji mojego stanowiska pracy. Uzgodniliśmy, że zjemy razem obiad.  

Kierując  się  ku  wyjściu  minęliśmy  szereg  potężnych  agregatów,  chronionych  przed 

niepowołanymi  specjalną  instalacją  alarmową.  Było  to  królestwo  doktora  Agira  i  oczko  w 

głowie  profesora  -  w  każdym  z  tych  oszronionych,  podłużnych  pudeł,  w  temperaturze 

niewiele odbiegającej od zera bezwzględnego, spoczywał człowiek. Ci zahibernowani ludzie 

czekali  na  rozwój  medycyny  albo  byli  ciekawi  jutra,  a  może  mieli  nadzieję  odnaleźć  w 

świecie  przyszłości  coś,  czego  próżno  poszukiwali  teraz  i  tutaj.  Udaliśmy  się  do  małej 

włoskiej  restauracji  na  wolnym  powietrzu.  Tam  nad  kuflem  piwa  uspokoiłem  się  prawie 

zupełnie, choć nadal snułem pełne determinacji plany. Jednego byłem pewien : powinienem 

opuścić Instytut.  

- Co to jest władza? - rzuciłem na wpół do siebie, na wpół do Stefa.  

-  System  represji  stosowanych  przez  państwo  w  celu  zapewniania  sprawnego 

funkcjonowania jego mechanizmów - wyrecytował.  

-  Nie,  chodzi  mi  o  coś  innego.  O  władzę  człowieka  nad  człowiekiem,  o  wpływ 

jednostek  na  inne  jednostki.  Widzisz,  hierarchia  administracyjna  nie  zawsze  odpowiada 

rzeczywistej sytuacji.  A  nawet  jeśli odpowiada, to ukształtowała się pod wpływem takich, a 

nie  innych  osobowości  ludzkich.  Formułki  "urodzony  kierownik"  lub  "zdolności 

organizacyjne" to tylko parawany, próby obejścia zagadnienia.  

Przez  rzadkie  liście  figowca  przeświecało  ciężkie,  popołudniowe  słońce,  tworząc  na 

obrusie  stolika  plątaninę  roztańczonych  żółtych  plam  podobnych  do  refleksów  fal  morskich 

na piaszczystym dnie. Mocne piwo rozleniwiało ciało, lecz stymulowało myśli, pobudzało do 

skojarzeń.  Władza.  To  problem,  który  ciekawił  mnie  naprawdę.  Nie  biochemia,  fizyka  i 

chemia,  bo  w  tych  dziedzinach,  po  zachłannych  i  z  pewnością  pasjonujących  studiach, 

doszedłem  w  końcu  do  etapu  drobiazgowych  analiz  zamiast  frapującej  syntezy,  do 

wyświetlania  drobnych  obrazków  zamiast  ogólnego,  całościowego  spojrzenia.  Lecz  nie 

pragnąłem  posiąść  władzy,  zupełne  nie  o  to  mi  chodziło.  Chciałem  zrozumieć  jej  istotę, 

dotrzeć do korzeni, do praprzyczyn. Dlaczego jeden człowiek ma wyraźny wpływ na innych? 

Co kryje się pod pojęciami silnej albo ujmującej osobowości ? Czy władza to tylko brutalna 

przewaga  fizyczna,  czy  coś  znacznie  więcej  ?  Przecież  przemoc  nie  oznacza  jeszcze 

zapanowania  nad  umysłem,  a  to  daje  dopiero  całkowite  uzależnienie.  Rozwój  cywilizacji 

technicznej  polega  w  pewnym  sensie  na  rozszerzaniu  władzy  nad  przyrodą  ożywioną  i 

nieożywioną,  nad  czasem  i  przestrzenią.  A  czy  życie  jako  takie  nie  polega  na  władaniu 

materią i energią, na odpowiednim sterowaniu ich przetwarzaniem? Immanentną cechą życia 

background image

w ogóle  jest ciągła ekspansja, żarłoczne podporządkowywanie sobie wszystkiego po drodze; 

spostrzeżenie  to  będzie  słuszne  dopóty,  dopóki  nie  poznamy  ożywionych  form  materii 

opartych  na  odmiennych  od  naszych  prawach  rozwojowych.  Na  razie  zaś  nowe  światy 

możemy kreować tylko na zasadzie łamigłówki, kombinując dobrze znane elementy w innym 

niż  dotychczas  porządku.  Lecz  czy  wtedy  powstają  nowe  jakości?  Pytania,  pytania!  Czy 

kiedykolwiek  znajdę  na  'tnie  odpowiedzi,  choćby  na  jedno  z  nich?  Może  uda  mi  się 

zastosować  jakąś  nową  metodę  badawczą,  doskonalsze  narzędzie poznania.  Wtedy  miałbym 

szansę.  

Monotonny  głos  Stefa  z  wolna  zaczął  przesączać  się  przez  kłębowisko  moich 

bezładnych myśli.  

- Ci, którzy łatwo uzyskują supremację nad otoczeniem, muszą mieć jakąś szczególną 

cechę  lub  wyższe  niż  inni  parametry  tej  cechy  osobowości.  Jeden  z  wektorów  ich  pola 

bioelektrycznego ma duże natężenie...  

Po kilku solidnych łykach piwa zaczęło mnie to wszystko bawić. I te dziwne zdarzenia 

wokół mnie, i teoria Stefa.  

-  To  niezłe.  Pomyśl,  gdyby  ten  wektor  odpowiednio  wzmocnić,  można  byłoby 

kreować  władców...  -  urwałem  nagle  w  pół  zdania.  Znów  tam  był!  Wstałem  raptownie  i, 

potykając się w slalomie między stolikami, rzuciłem się ku wyjściu. Teraz nie może mi ujść!  

Omal nie zderzyłem się z kelnerem, otarłem się o mur kamienicy w wąskim przejściu 

na ulicę i wypadłem Ta furtkę. Oddalony o jakieś dwadzieścia metrów, stromym chodnikiem 

schodził  w  dół  kwadratowy  łysy  grubas  w  ciemnym  garniturze.  Ruszyłem  za  nim  biegiem. 

Słysząc  pościg  zaczął  uciekać,  lecz  byłem  znacznie  szybszy  i  już  po  chwili  rzucałem  mu  w 

twarz dyszące, złe słowa. Ale urwałem nagle, bo ujrzałem starego, nieznajomego człowieka. 

Słowa  przeprosin  uwięzły  mi  w  gardle.  Powlokłem  się  ciężko  z  powrotem,  przygarbiony  i 

zawstydzony.  

 

Seminarium było długie i nudne. Prelegent mamrotał do tablicy, pokazywał dziesiątki 

tabel i rysunków i stawiał mnóstwo hipotez.  

Spojrzałem  po  audytorium.  Najbliżsi  współpracownicy  prelegenta  słuchali  uważnie, 

ciekawi raczej formy, ponieważ treść znali doskonale, natomiast inni uczestnicy wyglądali na 

mniej lub bardziej znudzonych beznamiętnym tokiem wykładu.  

Ewa.  Siedziała  w  ostatnim,  najwyższym  rzędzie.  Chociaż  twardo  postanowiłem 

usunąć  ją  ze  swoich  myśli  i  pragnień,  nie  mogłem  teraz  oderwać  wzroku  od  delikatnego 

owalu jej twarzy, gładko zaczesanych do tyłu i związanych w węzełek krótkich włosów, oczu 

background image

o aksamitnym wejrzeniu, drobnej figury. Wyobraziłem sobie, jak schodzi w kierunku wyjścia 

-  miała  jedyny,  tak  bardzo  kobiecy  sposób  poruszania  się,  drobne,  niemal  niedostrzegalne 

ruchy  głowy,  ramion  i  bioder,  które  zawierały  całą  jej  kruchość,  nieporadną  delikatność,  a 

jednocześnie giętkość kotki.  

Co  z tego,  kiedy  była  niegrzeczna.  Wprost opryskliwa,  kiedy  usiłowałem  zalecać  się 

do niej. Miała swojego Larry'ego i była absolutnie monogamiczna.  

Głos prelegenta dudnił nadal przed wykresami, tabelami, plątaniną krzywych.  

Ręce o pomarszczonej  skórze, starej  i zniszczonej chemikaliami.  Moje ręce? Czułem 

się tak, jakbym swoje młode, lekkie dłonie trzymał w kieszeniach, a na pulpicie pozostawił te 

zewnętrzne, obce powłoki, jak skóry po przepoczwarzeniu. Ale one ruszały się! Chyba robiły 

notatki  czy  po  prostu  mazały  coś  bezmyślnie  w  notesie,  który  leżał  jak  wielka  księga  na 

ogromnej  czerni  pulpitu.  Inni  ludzie  siedzieli  daleko,  wielcy  i  dostojni,  jak  nieruchome 

posągi.  I  to  dudnienie,  tak  głuche  i  odległe...  jakby  pusty  beczkowóz  po  bruku...  Co  to  za 

dziewczyna, tam w górze schodów o coraz wyższych stopniach, jak wycięta z komiksu, siedzi 

na wysokim stołku i uśmiecha się z pobłażaniem; te ręce zgrabiałe; chyba moje?, coś piszą w 

księdze  pamiątkowej  Uczelni,  podanie  do  Pana  o  przeniesienie  w  stan  Wiecznej 

Szczęśliwości,  jeszcze  podpis,  i  już  mogę  wyjąć  swoje  własne  ręce  z  kieszeni,  położyć  na 

pulpicie,  słyszę  szmer,  to  posągi  zadają  pytania,  prelegent  już  odwrócił  się  do  audytorium, 

odpowiada normalnym głosem, a w górze, w ostatnim rzędzie, siedzi ta_ drobna mała Ewa, o 

której miałem już nie myśleć.  

Było mi lekko i dobrze. Odczekałem do końca seminarium i udałem się do profesora. 

Płynąłem  korytarzami  jak  balonik  napełniony  gazem  rozweselającym,  a  sprzęty  wokół 

opalizowały i miały opływowe, obłe kształty.  

Bez słowa położyłem podanie na biurku szefa. Kwadratowy łysy starzec z obojętnym 

wyrazem twarzy przeczytał pismo.  

-  Więc  pan  chce  odejść  -  w  beznamiętnym  głosie  wyczułem  nutę  ironii.  -  Czy  pan 

sądzi, że to właśnie jest najlepszy sposób?  

-  Można  to  nazwać  odejściem.  Przemyślałem  tę  kwestię  dokładnie.  Chcę  mieć 

szansę...  

Szef ponownie rzucił okiem na trzymany w ręku arkusz.  

- Czy pan rzeczywiście cierpi na nowotwór?  

- Nie, ale...  

Profesor obojętnie przedarł moje podanie i wyrzucił do kosza.  

- Panie kolego, w poważnych sprawach etyka obowiązuje nas również.  

background image

Grzebał chwilę w biurku, po czym wyciągnął formularz i dał mi do wypełnienia.  

- Proszę wpisać, że zgadza się pan na eksperyment naukowy, a całą odpowiedzialność 

sam pan ponosi.  

I podpis. Zwykle - dodał po chwili - poddajemy hibernacji ludzi wybitnych i starszych 

lub chorych. Ale tym razem zrobię wyjątek.  

 

Zaaplikowano mi serię zastrzyków nasennych i przygotowujących. Świat zamazał się 

jak  na  poruszonym  zdjęciu  i  osunął  do  tyłu,  zapadłem  głęboko  w  studnię  nieświadomości. 

Ciało umieszczono w chłodni, gdzie procesy życiowe poczęły zwalniać swój bieg, aż zamarły 

całkowicie. Wtedy, w temperaturze ciekłego azotu, moje ciało stało się lodową martwą bryłą, 

pozbawioną duszy.  

Aby  zapobiec  szczątkowym  procesom  degradacji, temperaturę obniżono  niemalże  do 

zera bezwzględnego. Spoczywałem teraz w potężnym  agregacie, zanurzony w ciekłym  helu. 

Przez  wiele  lat  to  otoczenie  miało  być  moim  domem.  I  w  tych  warunkach,  kiedy  atomy 

zatrzymują  się  w  swoim  odwiecznym  biegu,  a  oscylacje  molekuł  niemal  zamierają, 

przemieniając  się  w  najcichszy  szept  materii,  dusza  powróciła  do  zaklętego  w  krystaliczne 

struktury  ciała.  Sploty  nerwów  i  pajęcza  sieć  neuronów,  przechwytując  niby  antena  energię 

impulsów bioelektrycznych ludzi żyjących w świecie wysokich temperatur, wytwarzały prądy 

w swoich nadprzewodzących wnętrzach. Owe impulsy nerwowe, mozolnie przenoszone przez 

gęstwę  atomów  rozszalałych  w  zwykłej  temperaturze  ciała,  teraz  przemierzały 

nadprzewodzącą  sieć  krystaliczną  swobodnie  i  bez  żadnych  strat  energii.  Mózg  w  swojej 

nowej  funkcji  potrafił  znacznie  więcej  niż  dawniej.  Oszołomił  mnie  potok  nowych  wrażeń, 

odbierałem  siebie  i  świat  innymi  zmysłami,  musiałem  uczyć  się  wszystkiego  jak  niemowlę. 

Pole bioelektryczne interferowało teraz w wyraźnie wyczuwalny sposób z wysepkami materii 

ożywionej. Zalał mnie i przygniótł potężny strumień odczuć z tego samego, lecz jakże innego 

świata ! Byłem bezradny.  

Wtedy  rozległ  się  Głos.  I  natychmiast  dojrzałem  ich  tuż  obok  -  kruche, 

nadprzewodzące siatki neuronów, mieniące się intensywną cyrkulacją bioprądów - ludzkie, a 

jednocześnie tak inne intelekty, do których teraz i ja należałem. Głos wyjaśniał i uczył mnie, 

wprowadzał  w  nowy  rodzaj  życia,  odkrywał  przed  moim  raczkującym  umysłem  rozległe 

możliwości,  jak  również  niemałe  trudności.  Okazało  się,  że  nad  swoimi  żywicielami  i 

opiekunami mamy rozległą władzę, przy czym nawet nie podejrzewają, jak wiele dziedzin ich 

działalności  znajduje  się  pod  kontrolą.  Nie  wiedzą  oni  nawet o  istnieniu  naszego  intelektu  i 

dowiedzieć się nie powinni.  

background image

Teraz  zrozumiałem  wiele  dziwnych  zdarzeń  ze  schyłku  mojego  poprzedniego  życia. 

Pojąłem  wkrótce  po  przebudzeniu,  że  niemalże  cały  program  badawczy  Instytutu  był 

inspirowany,  więcej  -  kierowany  właśnie  stąd.  Dlatego  tak  wielkie  środki  przeznaczono  na 

eksperymenty  hibernacyjne;  wszak  służyły  one  doskonaleniu  warunków  istnienia  naszej 

inteligencji cieplnego obszaru brzegowego.  

Rozkaz  przerwania  moich  doświadczeń,  .mogących  odsłonić  rąbek  tajemnicy, 

pochodził  również  od  istot,  które  teraz  powołały  mnie  do  swego  grona.  Nasza  władza 

rozciągała się już daleko poza Instytut i stopniowo sięgała coraz dalej. Zrozumiałem również, 

dlaczego  zostałem  przyjęty  do  społeczności  tych  krystalicznych  intelektów,  zrodzonych  z 

ludzkich  układów  nerwowych.  Moje  badania  naukowe,  które  mogły  niepotrzebnie  rzucić 

światło  na  niektóre  biochemiczne  zjawiska  niskotemperaturowe,  nie  stanowiły  wielkiego 

problemu,  nie  one  więc  były  bezpośrednią  przyczyną.  W  skład  grupy  włączano  po  prostu 

jednostki zdolne, aby zwiększyć siłę jej oddziaływania, a tym samym umocnić jej władzę nad 

otoczeniem.  Przy  czym  zdolności  stanowiły  w  tym  świecie  synonim  potencji  twórczej. 

Inteligencja  indywidualna  rozumiana  jako  szybkość  korzystania  z  zakodowanej  w  mózgu 

informacji  oraz  wiedza  będąca  zbiorem  tych  informacji  nie  miały  dużego  znaczenia  na  tym 

poziomie  rozwoju  możliwości  integracyjnych  grupy.  Natomiast  zdolności  twórcze  cecha 

wybitnie  jednostkowa  -  stanowiły  podstawę  dalszego  postępu  i  każdy,  kto  mógł  wnieść  coś 

nowego,  był  preferowany  przy  wyborze.  Moje  rozważania  nad  istotą  problemu  władzy,  tak 

fantastyczne  i  błahe  w  świecie,  który  opuściłem,  tutaj  wzbudziły  zainteresowanie.  Mogłem 

wreszcie urzeczywistnić swoje marzenia i poświęcić się pracy, do której czułem powołanie. O 

ileż większe miałem teraz możliwości jej realizacji !  

W  tej  perspektywie  profesor  wydał  mi  się  małym  i  posłusznym  wykonawcą  naszych 

poleceń,  jednostką  o  umiejętnie  wykorzystywanych  skłonnościach  do  megalomanii.  Teraz 

byłem w stanie upokorzyć go, doprowadzić do załamania -  lecz  nie odnalazłem w  sobie ani 

śladu zwykłej ludzkiej chęci zemsty, jawiła się ona jako puste pojęcie. Skojarzyłem też wiele 

faktów po odkryciu, że możemy  i władać,  i poznawać, i rozumieć piękno, lecz nie potrafmy 

jednego:  odczuwać  doznań  związanych  z  funkcjami  ciała.  Wszak  nasze  ciała  są  lodowymi 

bryłami,  funkcjonują  tylko  intelekty.  Ale  i  tutaj  możliwe  było  rozwiązanie -  podłączenie  się 

do  sfery  przeżyć  zwykłych  żywych  ludzi.  Postanowiłem  spróbować  tej  metody  jeszcze  dziś 

wieczorem.  

Larry był w doskonałym nastroju. Miał dzisiaj dobry dzień, a teraz siedział wygodnie 

rozparty  w  fotelu  w  swoim  mieszkaniu,  sączył  koktajl  dżinowy  z  lodem  i  czekał  na  Ewę. 

background image

Powinna  zjawić  się  lada  chwila.  Niecierpliwe,  pełne  napięcia  oczekiwanie  sprawiało  mu 

fizyczną przyjemność.  

Nie zwlekałem dłużej - nawiązałem kontakt falowy. Nasze częstotliwości były różne, 

jak  zwykle  przy  pierwszej  próbie,  czułem  więc  przez  chwilę  lekkie  pulsowanie,  zanim  nie 

dostroiłem  swojego  biopola.  Dla  Larry'ego  synchronizacja  okazała  się  bardziej  uciążliwa  - 

chwycił się oburącz za głowę i zbladł wyraźnie. Lecz po chwili dobry humor powrócił. Czuł 

się teraz  jakby  lżejszy,  ponieważ  odbierałem  mu,  na  razie  niewielką,  część  wrażeń,  również 

fizycznego poczucia wagi ciała.  

Wtedy  weszła  Ewa,  pełna  nieodpartego  dla  mnie  powabu.  Miała  na  sobie  tylko 

zwiewną  letnią  sukienkę,  tak  że  niecierpliwe  dłonie  Larry'ego  nie  napotykały  na  swojej 

drodze  wielu  przeszkód.  Na  razie  rejestrowałem  bieg  wypadków  jak  scenę  z  sugestywnego 

filmu,  choć  miałem  już  drobny  udział  w  odczuciach  kochanków.  Dotychczas 

powstrzymywałem się całą  siłą woli, aby  nie wkroczyć zbyt. wcześnie -  mógłbym  wszystko 

zepsuć.  Ewa,  na  początku  nie-wciągnięta  jeszcze  w  wir  namiętności,  od  razu  spostrzegłaby 

inność  Larzy'ego  i  istniała  ewentualność,  że  mogłaby  usunąć  się.  Więc  nie  chciałem 

ryzykować, lecz teraz nadszedł właściwy moment.  

Wniknąłem  zdecydowanie  w  umysł  młodego  mężczyzny,  nie  napotykając  prawie 

żadnego oporu, i zepchnąłem jego świadomość gdzieś daleko w bok, na peryferyjne obwody 

neuronowych  splotów,  pozostawiając  jej  tylko  niezbędne  minimum  swobody  koniecznej  do 

przeżycia.  Od  tej  chwili  Lamy  śnił  jedynie  mętny  i  niespójny  sen  o  biegu  wydarzeń,  nad 

którym  ja  panowałem  całkowicie.  To  ja  odczuwałem  gibkość  i  sprężystość  jego  ciała,  nad 

którym miałem teraz całkowitą władzę. To mnie przebiegały drżące fale gorąca, kiedy tuliłem 

tę kobietę, której ruchy były nieporadne jak zawsze, lecz teraz stokroć bardziej fascynujące.  

Ewa musiała spostrzec odmienne zachowanie partnera. Wyczuwałem ogrom szczęścia 

tej  małej  istoty,  kiedy  opadła  bez  tchu  na  moją  (czy  rzeczywiście  moją?)  pierś,  patrząc  na 

mnie  z  bezgranicznym  zdumieniem.  Przez  moment  poczułem  muśnięcie  żalu  i  tęsknoty  za 

dawnym,  prostym  i  ograniczonym  życiem,  i  może  za  losem,  który  mógłbym  z  nią  dzielić. 

Gdyby  kiedyś  wybrała  mnie,  może  wszystko  potoczyłoby  się  inaczej.  Czy  całe  życie 

zbudowane jest na zdarzeniach przypadkowych?  

Musiałem już wracać do siebie. Ten głupi, nieświadomy niczego Larry, którego teraz 

było mi trochę żal, z jękiem zasłonił sobie oczy - jego świadomość odzyskała całe terytorium 

i rozlała się po siatce neuronów, niby człowiek prostujący kości po przydługim przebywaniu 

w wymuszonej, a niewygodnej pozycji. Wstał i pijanym krokiem zmierzał w kierunku barku, 

a dziewczyna odprowadzała go przestraszonym wzrokiem.  

background image

 

Już  rok  minął  od  chwili  powołania  mnie  do  społeczności  tych  dziwnych 

kriolitycznych intelektów ludzkich. Przez ten czas stałem się jej doświadczonym członkiem - 

otworzył się przede mną inny, bogatszy i jakże przestronny świat.  

Mogłem  zachować  ogrom  swobody,  albowiem  byliśmy  nieliczni,  a  odkrywaliśmy 

wciąż  nowe  tereny  eksploracji.  Niemal  od  początku  egzystencji  w  nowym  wcieleniu 

prowadziłem  intensywne  studia  nad  zagadnieniem  istoty  władzy  i  mechanizmami-jej 

oddziaływania.  W  radosnym  uniesieniu,  graniczącym  częstokroć  z  euforią,  odkrywałem 

wspaniałe, dziewicze tereny. Jakże to było piękne! Teraz żałuje, że spieszyłem się tak bardzo, 

że nie przystanąłem ani na chwilę, aby delektować się dostępną mi na krótko wyższą jakością 

istnienia.  Na  krótko,  bo  niebawem  znów  dotarłem  do  jakiejś  mrocznej  zasłony,  za  którą 

poruszały  się  tylko  dziwne,  niemożliwe  do  określenia  kształty.  I  tak  samo  jak  niegdyś 

ześlizgiwałem  się  z  powrotem  usiłując  przeniknąć  dalej,  zdawało  mi  się,  że  mijam  gdzieś 

prawdę, czasami chyba zupełnie blisko, choć może były to jedynie miraże; znowu stawiałem 

pytania, na które było wiele odpowiedzi, lecz brakło tej właściwej. Podobnie jak poprzednio, 

wyświetlałem  obrazki,  dokonywałem  żmudnej  analizy,  drepcząc  w  miejscu.  Czułem  się  tak, 

jakbym  przesunął  o  trochę  słupek  graniczny  w  krainie  tak  wielkiej,  że  w  zasadzie 

nieskończonej.  Była  to  gorzka  pigułka  dla  porywczego,  ambitnego  młodzieńca,  ale  jej 

przełknięcie  skłoniło  mnie  do  istotnych  refleksji  i  przemyśleń.  Tymczasem  przywykłem  już 

do  swojego  świata,  przyjąłem  go  za  własny.  Również  poza  moją  dziedziną  badań  niewiele 

ostało się w nim tajemnic ogólniejszej natury, mogłem poznawać w zasadzie tylko szczegóły. 

Czasami  w  fantastycznych  marzeniach  tęskniłem  za  następnym  wcieleniem,  za  powołaniem 

do  jakiegoś  hipotetycznego  jeszcze  wyższego  poziomu  cywilizacji  ludzkiej,  gdzie  znów 

mógłbym zacząć od początku.  

Lecz  pomimo  niemal  pełnej  harmonii  nie  mogłem  nie  dostrzec  pewnych  drobnych 

niekonsekwencji,  jakichś  chwilowych  niespójności  i  zakłóceń  w  obrazie  i  trwaniu  naszego 

świata. Nie wiedzieliśmy przecież wszystkiego, a odkryte przez nas prawa były z pewnością 

także  szczególne  i  pasowały  tylko  do  chwilowej  rzeczywistości,  w  której  przebywaliśmy.  I 

kiedyś,  podczas  rozmyślania  nad  kolejnymi  zrębami  intelektu  tej  samej  cywilizacji  i  nad 

problemami zależności i władzy, zimnym lękiem przeniknęło mnie natarczywie powracające 

pytanie : my rządzimy ludźmi, ale kto rządzi - nami? 

background image

Andrzej Zimniak 

”Pojedynek” 

 

Zbliżał  się  do  Miasta.  Opuścił  już  piaszczyste  równiny  i  wspinał  się  na  rozległy 

granitowy  płaskowyż,  przeniknięty  silnym  strumieniem  energii  z  wnętrza  Ziemi.  Czuł,  jak 

jego tkanki regenerują się, a myśli stają się szybsze i jaśniejsze. Wyczuł bliskość Miasta. Po 

dalekim  niebie  płynęły  zeń  ogromne  rzeki  rzadkich  fal  radiowych.  Miasto  pulsowało 

tysiącami  istnień  ludzkich  -  namiętnościami,  pragnieniami,  -  smutkiem,  radością,  dobrocią  i 

złem.  Ogólną  wrzawę  życia  co  chwila  przeszywał  cichnący  krzyk  umierającego,  ponad 

tysiącem głosów i szmerów wypływał ogrom ulgi rodzącej kobiety lub wzlatywała bezwolna 

rozkosz  kochanków.  Jonat  uśmiechnął  się  bezgłośnie  Oto  trzy  krzyki  życia:  poczęcie, 

narodzenie i śmierć. Reszta - to tylko szepty o tych trzech wyznacznikach istnienia.  

 Miasto ukazało się wreszcie jak na dłoni. Jego Miasto. Mrugało tysiącem świetlistych 

języków,  sypało  kaskadami  barwnych  iskier,  buzowało  rozrzedzonym  promieniowaniem. 

Lecz te sygnały cywilizacji technicznej nie obchodziły Jonata. Interesowali go ludzie. Mali  i 

wielcy. Dobrzy  i źli. Te niepowtarzalne  hybrydy  nieklasyfikowalnych  cech. Ludzie, których 

nikt  nie  rozpoznał,  którzy  nie  znają  siebie  samych  i  nie  mogą  się  sprawdzić  w  codziennym, 

przypisanym im rytuale życia. Jonat kochał to Miasto. Chętnie przebiegłby ulicami, i zajrzał 

na podwórza pełne kwietnych klombów i odwiedził poddasza starych domów z palonej cegły. 

Niegdyś  lubił  zatrzymywać  się  o  zmierzchu  pod  nagrzanymi  jeszcze  słońcem  murami,  po 

których  rozpełzło  się  dzikie  wino,  i  dawał  się  przenikać  wirem  namiętności  ludzkich.  Teraz 

jednak musiał odłożyć to wszystko na później; a być może zaniechać na zawsze.  

Stłumił w sobie wzruszenie i szybkim spojrzeniem obrzucił całe Miasto. Wśród masy 

ludzkiej w wielu miejscach jarzyły się umysły obiecujące i zdolne, nawet wybitne, lecz żaden 

z  nich  nie  przekroczył  jeszcze  progu  samouświadomienia.  I  Jonat  odetchnął  z  ulgą.  W 

Mieście  nie  było  Olsena.  Szedł  wmieszany  w  różnobarwny  tłum  przechodniów.  Przygarbił 

się, głowę wciągnął między ramiona. Nikt go nie poznał, lecz Jonat przypominał sobie wielu 

mieszkańców,  każdy  dom,  plac,  ulicę.  Z  ulicznych  kawiarenek,  spośród  kolorowych  lamp, 

młode  dziewczyny  posyłały  nieznajomemu  uśmiechy.  Skręcił  w  boczną  aleję  i  znalazł  się 

przed domem Ojca. Ścieżka jego zabaw dziecięcych porosła trawą, rozbuchany gąszcz gałęzi 

muskał  go  po  głowie  i  karku.  Drzwi  były  otwarte,  po  podłodze  biegały  małe,  zielone 

jaszczurki.  Widok  biurka  z  rozrzuconymi  na  nim  książkami  sprawiał  wrażenie,  że  Ojciec 

wyszedł tylko do sąsiedniego pokoju.  

background image

W  przyległym  pomieszczeniu  stał  stary,  zniszczony  stół.  To  na  nim  uczyłem  się 

ustawiać  klocki,  czytać  i  pisać  -  Jonat  położył  dłoń  na  chropowatym  blacie  i  ciepło 

wspomnień  przeniknęło  mu  palce.  "Przy  stole  siedzi  złotowłosy,  rumiany  chłopczyk  i  ze 

złością  odrzuca  nieudane  rysunki.  Wreszcie  wściekłość  malca  nie  daje  mu  pracować,  po 

policzkach  spływają  łzy,  bieleją  palce  zaciśnięte  na  krawędzi  blatu.  Nienawistny  wzrok 

skierowany  jest  na  stos  kartek,  które  w  pewnym  momencie...  zaczynają  falować,  miąć  się  i 

zgniatać  w  papierową  kulę.  Gorąca  fala  złości  odpływa,  pozostawiając  tylko  ogrom 

zdziwienia.  

Za plecami chłopca stoi Ojciec. Wyciąga rękę w stronę jasnej główki. Będziesz silny, 

bardzo  silny  -  mówi".  Jonat  przerwał  pasmo  wspomnień  i  wyszedł  w  zieloną,  pachnącą 

ciemność  ogrodu.  Na  tle  przepastnego  aksamitu  nieba  z  przyszytymi  perełkami  gwiazd 

pędziły  rwące  rzeki  fal  radiowych,  ostre  strumienie  w  pasmach  telewizyjnych,  słabe,  lecz 

charakterystyczne odblaski telepatyczne. Nieforemne kłęby fal zamkniętych, przypominające 

sny o bezpańskich myślach, zwiastowały bliskość silnej burzy magnetycznej.  

W głębi wąskiej ulicy jakaś dziewczyna w długiej, ciemnej szacie pośpiesznie ukryła 

się w bramie. Z mroku ktoś nadchodził - wysoka, szczupła postać mężczyzny. Jonat skupił się 

jak  umiał,  ale  nie  był  w  stanie  spenetrować  jego  mózgu.  "Olsen?"  -  przemknęło  mu  przez 

głowę.  Zbliżający  się  mężczyzna  wykazywał  czujność  i  gotowość  do  konfrontacji.  Był  już 

bardzo  blisko  -  płowe  włosy,  wysokie  czoło,  czujne,  nerwowe  spojrzenie,  głowa  wciągnięta 

między szerokie ramiona.  

Zimny strach.  A potem szok - to przecież on sam! Jonat wyprostował się  i popatrzył 

na siebie - wtedy lustrzany obraz wybrzuszył się, rozmazał i spłynął gdzieś w bok.  

Z bramy wybiegła dziewczyna owinięta w szary, długi  szal. Przysunęła swoją  mokrą 

twarz  tak  blisko,  że  czuł  jej  płytki,  urywany  oddech.  "Uciekaj  stąd  -  szepnęła  zduszonym 

głosem.  -  Odejdź  natychmiast,  błagam".  Głos  przeszedł  w  niezrozumiały  bełkot,  w 

rozbieganych  oczach  czaił  się  obłęd.  Usta  miała  wypukłe,  pełne,  namiętne.  "Odnajdę  cię"  - 

rzucił za nią, kiedy  już zdjął z niej  hipnozę i uciekła przestraszona. "Nie odejdę!" - krzyczał 

bezgłośnie,  odrzucając  ostrzeżenie  Olsena.  Musiał  podwoić  czujność.  Ostateczna  rozgrywka 

zbliżała się szybko.  

Wąskie uliczki Starego Miasta wyludniały się. Późna pora i ból głowy spowodowany 

rozwichrzoną,  zasnuwającą  Miasto  burzą  magnetyczną  zapędzały  mieszkańców  w  zacisze 

sypialni.  Jonat  przeciskał  się  przez  gęsty,  niemal  lepki  mrok  zaułków  wyłożonych  gładkim 

kamieniem  rzecznym.  Uwagę  miał  napiętą  aż  do  bólu.  Chce  mnie  zmęczyć  -  pomyślał.  W 

miarę  jak  jego  ciało  słabło,  duch  zdawał  się  potężnieć  i  uzupełniać  niedostatki  fizyczne. 

background image

Pomarszczona  jak  zasuszony  owoc  twarz  Matki,  mlecznosiwe  włosy  zaczesane  gładko  do 

tyłu. Gdy Ojciec uczył go władzy nad umysłami innych, Matka zawsze mówiła: "Synu, bądź 

również  dobry  i  sprawiedliwy.  Używaj  wielu  oczu,  bowiem  jedna  para  może  okazać  się 

zawodna. Wyczuwaj wiele wymiarów. Kochaj".  

Agresja! Jak swąd palonej skóry, jak zduszony trzask ze zgniatanego lustra. Jonat nie 

ruszając  się  z  miejsca  odbił  uderzenie  i  odruchowo  wypuścił  potężną  kontrę  o  szerokim 

spektrum  działania,  raczej  dla  osłony  i  zyskania  na  czasie  niż  w  celu  unicestwienia 

przeciwnika.  Natychmiast  uchwycił  słabe  punkty  w  mózgu  napastnika  i  zaczął  już 

wypuszczać  skoncentrowane,  dobrze  dostrojone  uderzenie,  kiedy  nagle  poczuł  bezcelowość 

akcji. Przeciwnik został unieszkodliwiony pierwszym ciosem obronnym.  

Jonat pchnął zmurszałe drzwi  i w ciemności wszedł  na górę skrzypiącymi schodami, 

wśród zapachu  moczu i zbutwiałego drewna. Na podeście  leżał stary,  licho ubrany  człowiek 

w  pozycji  świadczącej  o  bezwładnym  upadku.  "Zimny  okład  na  czoło!"  -  rozkazał 

dziewczynie,  skulonej  w  najdalszym  kącie.  Zły  na  siebie  wyszedł  w  mrok  nocy.  Omal  nie 

zabił ulicznego rzezimieszka.  

Burza  rozszalała  się  na  dobre.  Zmierzwiona  wełna  kłębów  falowych  zawładnęła 

niebem, przytępiła  słabe promyki gwiazd, wyciszyła potoki długości radiowej.  W  miejscach 

silnego  promieniowania  urządzeń  elektrycznych  interferencja  wyzwalała  istne  kaskady 

barwnych rozbłysków  lub wiry  na kształt trąb powietrznych z rozjarzonego pyłu. Co chwila 

nabrzmiałe energią niebiosa z głuchym mlaśnięciem przekazywały jej nadmiar do wstrząsanej 

razami Ziemi.  

Na  początku  poczuł  małą  mrówkę  biegającą  pod  włosami,  po  czaszce.  Zanim 

zorientował  się  i  zaczął  stawiać  osłonę,  było  już  za  późno.  Potężne  uderzenie,  mogące  z 

łatwością zabić, zwaliło go z nóg. Było na szczęście w dużym stopniu chybione - zwiad trwał 

zbyt  krótko  na  pełne  rozeznanie.  Następny  cios,  nie  mniej  potężny  i  wymierzony  o  wiele 

precyzyjniej,  Jonat  odbił  już  z  łatwością.  Błyskawicznie  zlokalizował  Olsena,  który 

zdemaskował swoją pozycję atakiem, i wypuścił szerokie kontruderzenie. Szybko penetrował 

mózg przeciwnika i bił w słabe punkty krótkimi, lecz dokładnymi ciosami. Sam odparowywał 

serie podobnych uderzeń.  

Zaprzestali  tych  wściekłych,  chaotycznych,  bezcelowych  razów  i  zmęczeni 

przyglądali  się  sobie  nawzajem.  Olsem  stary  i  doświadczony  mistrz;  który  niejednemu 

niebezpieczeństwu stawiał już czoło, zajął pozycję obronną. Jonatan mógłby być jego synem - 

zdolny,  uparty,  entuzjazmem  młodości  pokrywał  brak  rutyny.  Tylko  jeden  z  nich  mógł 

pozostać w Mieście.  

background image

Jonat  wyszedł  już  poza  przedmieścia.  Minął  ostatnie  małe  domki  z  czerwonej  cegły, 

otulone kożuchem pnącej roślinności, i posuwał się brzegiem rozigranego potoku. Lecz świat 

ten nie istniał teraz dla niego - poruszał się w krainie rozbieganych prądów, wezbranych rzek 

falowych  i  skłębionej  wełny  burz  magnetycznych.  A  przed  nim  rozbłyskiwał  podstępnymi 

ciosami umysł Olsem, człowieka, który po raz drugi chciał wypędzić go z Miasta. Wypędzić 

już na zawsze. Jonat spróbował zastosować stary fortel. Klucząc dla niepoznaki zbliżył się do 

płytkiej  niecki  geologicznej,  szybko  wskoczył  w  jej  ognisko  i  posłał  przeciwnikowi  grad 

uderzeń.  Olsen  ugiął  się  pod  ich  ciężarem,  lecz  zdołał  wypuścić  kontrę.  Ten  zaprawiony  w 

bojach  weteran  wiedział  doskonale,  że  zagłębienie  wymyte  w  pokładach  rudy  może  być 

równie dobrym emiterem, jak i kolektorem wiązki fal. Cios przedarł się przez gardę i tępym 

obuchem  zdzielił  Jonata,  który  z  największą  trudnością  odczołgał  się  na  bok.  Na  szczęście 

Olsen też dostał swoje - pomyślał. - Inaczej mógłby teraz wykończyć mnie w ciągu sekundy. 

Postrzępiona  wełna  burzy  falowej  odpłynęła,  a  w  czarną  otchłań  nieba  wylały  się  ogniste, 

rozszalałe rzeki promieniowania wschodzącego słońca. Jonat za każdym razem był zdziwiony 

bogactwem  i grozą tego widowiska. I zawsze wtedy szkoda mu  było  innych  ludzi, zdolnych 

obserwować jedynie tak żałośnie mały wycinek widma.  

Taki  właśnie  ranek  wstawał  przed  wielu  laty,  kiedy  był  jeszcze  małym  chłopcem. 

Wtedy  Olsen  zwyciężył  Ojca,  zadał  mu  ostatni  cios  po  całonocnych  zmaganiach.  Lecz  nie 

zabił,  stosując  się  do  niepisanego  prawa  walki  mistrzów.  Ojciec  wraz  z  rodziną  został 

wygnany z Miasta. Od tego czasu nigdy już nie doszedł do dawnej świetności, żyjąc z dala od 

rodzinnych stron coraz bardziej zapadał na zdrowiu.  

A Olsen...  

Jonat,  tknięty  nagłą  myślą,  rozpoczął  znów  ostrożną  penetrację  mózgu 

odpoczywającego, ale czujnego Olsem. Lecz nie mógł znaleźć tego, czego chciał, choć ślizgał 

się po powierzchniach myśli, zapuszczał w meandry wspomnień, przebiegał pokłady pamięci. 

Zupełnie  nic?!  Wydawało  się  to  niemożliwe.  Owszem,  w  zwojach  pamięciowych  trafił  na 

zapis zdarzeń tamtego dnia, lecz była to tylko kronika z zachowaniem ścisłej chronologii, i na 

tym koniec.  

Poprzez  stare,  infantylne  pokłady  pamięci  dostał  się  w  obszar  płytkiej 

podświadomości.  Czuł  się  nieswojo  i  nie  całkiem  w  porządku,  ale  jakie  było  inne  wyjście? 

Jak  w  nieprzejrzystej  wodzie  przesuwały  się  zagmatwane  kształty  myśli,  pragnień  i 

wyobrażeń,  dające  nigdy  w  pełni  nie  uzewnętrzniany  obraz  człowieka.  Jonat  czuł  się  jak 

złodziej  w  sanktuarium  świętości,  bo  cóż  bardziej  świętego  i  intymnego  można  mieć  poza 

background image

własną  nagą  podświadomością,  o  której  naturze  mamy  tylko  mgliste  pojęcie,  poza 

bezbronnym ja, odartym z wszelkich ozdób, masek i konwenansów?  

Aby  przeniknąć  głębiej,  Jonat  musiał  skorzystać  z  energii  swojej  osłony  obronnej. 

Należało teraz działać szybko, ponieważ przeciwnik mógłby go dosięgnąć z łatwością. Szukał 

więc gorączkowo wśród wspomnień,  marzeń, pragnień. I choć nie wnikał głębiej w żadne z 

nich,  ślizgał  się  raczej  tylko  po  ich  powierzchni,  zadziwiło  go  bogactwo  wewnętrzne 

sprzeczności tego człowieka.  

Wreszcie  znalazł.  Zepchnięte  na  dno  podświadomości,  pełne  bólu  i  poczucia  winy 

wspomnienie  walki  z  Ojcem  Jonata,  obraz  zsyłanych  na  wygnanie.  Długie,  bezsenne  noce. 

Wyrzuty sumienia, ledwie zaprawione dumą zwycięzcy.  

Lecz  jaki  bezmiar  goryczy!  Goryczy  wypędzanego  z  wielu  miast.  Zgorzknienie 

tułacza. Zapiekły  żal do ludzi. Olsen od najmłodszych  lat nie  miał Domu. Walka z Ojcem o 

Miasto była ostatnią szansą starzejącego się, steranego życiem człowieka. Jonat żałował teraz, 

że  tak  głęboko  spenetrował  to  miejsce.  Nie  było  czasu  na  rozważania  etyczno-moralne,  lak 

zwykle  zresztą.  Ciśnienie  faktów  pchało  do  rozwiązań  dyktowanych  prostą  walką  o  byt. 

Zastanowienie  przychodziło  później,  lecz  znów  nie  zmieniało  w  niczym  dalszych  działań. 

Jonat pośpiesznie przepisał do swojej świadomości poczucie winy Olsena, jego ból i wyrzuty 

sumienia.  Następnie  znowu  "  osłonił  się  podwójną  gardą  i  przygotował  do  ostatecznej 

rozgrywki.  

Rozpoczął  bezładną  wymianę  ciosów,  w  którą  stary  mistrz,  nie  podejrzewający 

pułapki,  dał  się  bez  trudu  wciągnąć.  Gdy  przerwali,  zmęczeni,  Jonat  skupił  się  aż  do  bólu, 

wskoczył  błyskawicznie  do  ogniska  niecki  geologicznej,  tej  samej,  którą  wykorzystywał 

uprzednio,  i  wypuścił  skoncentrowaną  wiązkę.  Zawarł  w  niej  cały  żal,  ból  i  świadomość 

popełnionego okrucieństwa, cały dokonany przed chwilą wypis z zakamarków mózgu Olsem. 

Wiązkę wzmocnił na tyle, na ile potrafił. Wyrzuty sumienia mogą męczyć, lecz wzmocnione 

stukrotnie  poczucie  winy  -  może  zabić.  Mózg  Olsena  próbował  się  bronić,  stawiać  jakąś 

zaporę,  wypuścić  kontrę, tak  jak  ranne  zwierzę  usiłuje  niezdarnie  uciekać,  ciężko  potykając 

się i kąsając powietrze, aż zwali się bezwładnie na ziemię. Był zwyciężony.  

Droga do Miasta dla Ojca, całej rodziny i dla niego stała otworem, lecz Jonat w pełni 

czuł gorycz tego zwycięstwa. Położył się na fragmencie muru, otaczającego niegdyś Miasto. 

Przyroda  wokół  budziła  się  z  nocnego  odpoczynku  w  życiodajnych  promieniach  słońca. 

Poczuł  ciepłą  falę  radosnego  podniecenia  kilku  dziewcząt,  biegnących  brzegiem  strumienia. 

Młode pędy roślin stroiły się w delikatne korony fal wzrostowych, życie zdawało się cieszyć 

samym faktem swojego istnienia. , Jonat biernie rejestrował zachodzące wokół zjawiska.  

background image

Stał się ślepy  na barwy zdarzeń, jego mózg maskował wszelkie emocje  i wzruszenia. 

Postarzał się o wiele lat w ciągu tej nocy.  

Białą, pylistą drogą, ciężko stawiając kroki, odchodził stary, pokonany człowiek. Tak 

jakby to mogło pomóc, Jonat uścisnął mu dłoń. 

background image

Andrzej Zimniak 

”Thor” 

 

Opowieść  ta  zaczyna  się  w  bardzo  dawnych  czasach,  kiedy  jeszcze  Ziemię 

przemierzali  wzdłuż  i  wszerz  Kosmici  na  swoich  ognistych  rydwanach.  Wśród  białych, 

kruchych  wzgórz  była  zielona  i  pełna  słońca  dolina,  a  w  niej,  w  chacie  z  ciosanych 

kamiennych bloków, mieszkał jasnowłosy młodzieniec imieniem Thor. W podobnych chatach 

wokół  mieszkali  inni  ludzie, mężczyźni, kobiety, dzieci  i  starcy. Thor siedział właśnie przed 

progiem i zastanawiał się, którą dziewczynę wziąć sobie za żonę: jasnowłosą Ene, którą znał, 

od kiedy sięgał pamięcią, czy ciemną i smagłą Nom aż z przeciwległego krańca wioski, kiedy 

przed jego domem zatrzymał się ognisty rydwan, a z niego wysiedli ogromni Kosmici. Thor 

nie zdziwił się ani nie przejął, ponieważ było to zdarzenie zwykłe i częste w owych czasach; 

wstał  tylko  i  podszedł  do  rydwanu,  pytając  Kosmitów,  czego  im  trzeba,  albowiem  brali  oni 

często  wodę od  mieszkańców  wioski  i  wlewali  ją  do  dzioba  ognistego  ptaka.  Lecz  Kosmici 

nie  potrzebowali  niczego;  usiedli  z  nim  na  kamiennym  progu  jego  domu  i  pytali  go,  czy 

naprawdę chce Ene lub Nom za żonę. Odpowiedział zdziwiony, bo cóż Kosmitów obchodzą 

tak  małe  sprawy  jego,  Thora?,  że  właśnie  zastanawia  się,  bo  pora  już  wstąpić  w  stadło 

małżeńskie.  Wtedy oni  mu rzekli, żeby wsłuchał  się w te kobiety, czy  lubi  ich  muzykę, czy 

też  ich  granie  go  razi  i  czy  owe  głosy  nastrajają  go  dobrze  do  pracy,  którą  zamierza  w 

przyszłości wykonywać. Dziwił  się Thor wielce  ich  niezrozumiałym radom, gdyż  nieraz  już 

przykładał  głowę  do  niewieściego  łona,  lecz  słyszał  naonczas  tylko  bicie  serca.  Wtedy 

Kosmici  zasmucili  się,  że  ludzie  żyjąc  ze  sobą  tak  niewiele  o  sobie  nawzajem  wiedzą,  i 

nauczyli go wsłuchiwać się w muzykę ludzkiej duszy. Bo każdy człowiek i wszystko, co żyje, 

gra  swoją  najpiękniejszą  muzykę,  na  jaką  może  się  zdobyć;  Kosmici  słyszą  te  dźwięki  i  u 

ludzi, lecz nie mogą ich zrozumieć, ale ludzie powinni rozumieć siebie nawzajem. Ucząc go 

przykazali więc, aby nauczył i innych, lecz Thorowi nie udało się to nigdy. Może nie potrafił 

tyle, a może ludzie pozostali głusi, bo nigdy nie wierzyli w jego nauki?  

Tak  więc  tego  wieczora  Kosmici  nauczyli  Thora  słyszeć  muzykę  duszy,  Najpierw 

usłyszał  dziwne  i  niezrozumiałe  melodie  swoich  nauczycieli,  a  potem  cały  chór  głosów  z 

wioski, co dało razem wielką, rzewną muzykę, wśród której narodził się, wzniósł, pracował i 

kochał. Kosmici dosiedli swojego rydwanu i ulecieli w jasne niebo, Thor zaś został na progu 

swojej chaty, upojony otaczającą go zewsząd ogromną melodią życia.  

background image

Już  wkrótce  udało  mu  się  rozróżnić  wśród  innych  dźwięków  muzykę  Ene  -  była  to 

powolna  i  smutna  melodia,  od  której  ścisnęło  mu  się  serce.  Udał  się  więc  na  drugi  koniec 

wioski do Nom, lecz po drodze usłyszał  muzykę tak cudną, że aż przystanął; dźwięki  lekkie 

jak  pocałunek  porannego  wiatru  pieściły  go  niby  najczulsza  kochanka.  Poszedł  za  tym 

czarownym  głosem  i  znalazł  dziewczynę  imieniem  Noa o  jasnych,  wilgotnych  oczach;  to  ją 

wziął  sobie  za  żonę.  Thor  był  szczęśliwy  jak  nigdy  dotąd.  Dom  jego  wypełniała  piękna 

muzyka,  choć  swojej  żony  nigdy  nie  nauczył  słyszeć  melodii  dusz.  Ranek  upływał  mu  na 

pracy, popołudnie na wypoczynku, wieczór na miłości. Jako człowiek dobry i pogodny, miał 

wielu przyjaciół, toteż w wesołej kompanii często siadywał w cieniu wielkich morw i raczył 

się dzbanem wina. Wsłuchiwał się wtedy w Harmonijną melodię, którą razem tworzyli, i czuł, 

jak wsącza ona na powrót siłę w jego zmęczone, starzejące się członki. I było mu dobrze.  

Noa powiła mu synka, który kwilił cieniutko i grał tak słodko, że Thor nie mógł ukryć 

wzruszenia. Tulił go do piersi i powtarzał sobie, że przynajmniej jego musi nauczyć słyszeć. 

Ale  Thor,  syn  Thora,  słyszał  i  rozumiał  muzykę  dusz  od  początku,  bez  jego  nauk.  Więcej - 

czuł  muzykę  ludzi,  ptaków  i  drzew  lepiej  niż  ojciec.  Najpiękniejszy  dla  młodego  Thora  był 

śpiew  wysokich  traw  nad  jeziorem,a  grzmiące  granie  starych  drzew  dawało  mu  tyle  siły,  że 

pokonywał wtedy w zapasach każdego chłopca z wioski. Czuł jednak, że gdzie indziej może 

usłyszeć inną, piękniejszą muzykę, więc po śmierci ojca wziął matkę i ruszyli poprzez białe, 

kruche wzgórza, aby znaleźć swoje miejsce.  

W  drodze  odwiedzili  wiele  wiosek  o  smutnych,  radosnych,  spokojnych  lub 

hałaśliwych melodiach ich mieszkańców i wiele miast, w których potężny chór tysięcy istnień 

sięgał  niebios.  Thor  uparcie  szukał  miejsca,  gdzie  byłby  szczęśliwy,  lecz  zawsze  wydawało 

mu się, że  muzyka  następnej osady  będzie piękniejsza. Zgodnie z wolą ojca próbował także 

nauczać  ludzi,  ale  ci  tylko  wzruszali  ramionami;  pozostawali  głusi  i  pełni  zacietrzewienia. 

Gdy  dobierali  się  według  wspólnych  upodobań,  możliwości,  zasobności  -  mówił  im,  że  to 

nieważne, żeby wsłuchali się w siebie nawzajem; wtedy wyśmiewali go.  

Kiedy gdzieś w pyle drogi ucichła piękna i ostatnio coraz smutniejsza muzyka matki, 

Thor  zapłakał  gorzko.  Zaprzestał  swojej  wędrówki,  wziął  za  żonę  kobietę,  której  melodia 

przypominała  tęskny  głos  skrzypiec,  i  zbudował  jasny,  przestronny  dom  nad  rzeką.  Przy 

cichej  i  poważnej  grze  okolicznych  wiosek  i  miasteczek  o  domach  z  czerwonej  cegły  i 

strzelistych wieżach kościołów, przeżywał pogodnie swoje dojrzałe lata i wychowywał syna o 

imieniu Thor. Chłopiec jeszcze bardziej niż ojciec wczuwał się w muzykę życia i to stanowiło 

o  jego  sile  i  słabości.  Gdy  gra  wokół  była  przyjazna  i  życzliwa,  okazywał  się  tytanem,  jeśli 

zaś  brzmiała  jak  zgrzytliwa  negacja,  malał  i  kurczył  się  niby  przestraszone  zwierzę.  Lecz 

background image

Thor umiał wyłowić spośród szumu miernego chóru te wspaniałe, czyste dźwięki prawdziwie 

uduchowionej  muzyki,  składające  się  na  potężną  symfonię  piękna  ludzkiej  duszy,  która 

mówiła  o  miłości  i  oddaniu,  o  zrozumieniu,  wybaczaniu,  pięknie  i  mądrości  i  była  źródłem 

jego  siły.  Marzeniem  życia  Thora  stało  się  połączenie  takich  pojedynczych  melodii  w  jeden 

potężny  chór,  żeby  ludzie  mogli  kiedyś  usłyszeć  i  dostrzec  siebie  nawzajem,  wyjść  z 

rozszalałych  techniką  miejskich  mrowisk,  zrozumieć  piękno  swojej  muzyki  i  czerpać  z  niej 

siłę. Lecz jak ich obudzić?  

Gdzieś  daleko  pośród  gwiazd  Thor  słyszał  daleką  muzykę  Kosmitów  tak  cichą  jak 

drganie  skrzydeł  motyla,  dziwne  i  niepokojące  granie  innego  Intelektu.  Czuł,  że  tam  może 

znaleźć odpowiedź. Kiedyś objawienie przyszło spomiędzy obcych słońc, więc  i teraz resztę 

tajemnicy trzeba wydrzeć niebu.  

Thor czuł, że może sięgnąć gwiazd. Szukał muzyki dostatecznie potężnej, która dałaby 

mu moc. Szukał ludzi, wśród których byłby tak szczęśliwy, aby wesprzeć się o niebo. Szedł z 

miasta do miasta; z kraju do kraju z pogodnym czołem, albowiem wierzył, że tacy  ludzie są 

na jego drodze. 

background image

Andrzej Zimniak 

Konstrukcja 

 

Krys  niecierpliwie  przeszukiwał  swój  sektor,  ale  wszędzie  napotykał  tylko  puste, 

bezpłodne globy. Na jednym zauważył pierwiastki o wielkich ciężarach atomowych, lecz i te 

można  było  już  wytwarzać  w  dowolnych  ilościach,  minął  więc  planetę  w  pełnym  pędzie. 

Czyżby w całym sektorze, a może i w tej części Galaktyki, nie występowały żadne bogactwa 

naturalne?  

Nie było jednak aż tak źle. Pod koniec swojej misji Krys natrafił wreszcie na średniej 

wielkości gwiazdę z kilkunastoma planetami, spośród których druga, trzecia i czwarta okazały 

się ciekawe. Było na nich coś, co mogło przydać się Krystalitom.  

Zaraz  po  wstępnej  analizie  okazało  się,  że  tylko  trzecia  planeta  posiada  bogactwa 

naturalne, nadające się do eksploatacji. Krys nie mógł powstrzymać się i po przelaniu swojej 

świadomości  w  kilka  monokrystalicznych  meteorów  platynowo  -  tytanowych  opuścił  się  w 

nich na powierzchnię globu. Na widok bogactw wokoło aż zaparło mu grawitacyjne pulsacje. 

Przemykając poprzez rzadkie granity i bazalty oglądał dorodne korzenie roślin i stąpające po 

głazach  zwierzęta.  Wreszcie  wygodną  żyłą  miki  wydostał  się  na  wzniesienie,  po  którym  w 

śmiesznych  nieregularnych  podrygach  posuwała  się  gromada  pokracznych  stworzeń, 

poruszających  się  za  pomocą  dwóch  spośród  czterech  posiadanych  odnóży.  Chociaż  był 

znawcą różnych formacji zasobów naturalnych, okazów o takiej symetrii i prawidłowościach 

budowy jeszcze nie widział. Dokonał więc wstępnych pomiarów ich parametrów i stwierdził 

z  rosnącym  zadowoleniem  średni  poziom  inteligencji,  krótki  cykl  rozwojowy,  trwałość  w 

dosyć  wąskich  granicach,  lecz  niezłą  przystosowalność,  a  także  dużą  podatność.  Trochę 

zaniepokoił  go  stosunkowo  wysoki  współczynnik  histerezy  anarchicznej,  ale  i  tak  jakość 

złoża przeszła najśmielsze oczekiwania! Taki surowiec należy odpowiednio wykorzystać.  

 

Stado  rozproszyło  się  w  panicznym  strachu,  gdy  kamienny  wierzchołek  wzgórza, 

wokół którego żerowało, rozjarzył  się czerwonym blaskiem. Tylko jeden osobnik  nie zdążył 

przylgnął do świecącej skały i, wyjąc zachryple, próbował wyrwać się z kleszczy nieznanej  i 

groźnej siły, która przygważdżała go do kamieni.  

Jednak po chwili ucisk zelżał, czerwień skał stopniowo przygasła, a małpolud pognał 

na  swoich  krótkich  nogach  za  znikającym  już  w  buszu  stadem.  Niebawem  trwożne 

pochrapywania zwierząt ucichły i tylko wiatr hulał nad pustym wzniesieniem.  

background image

Krys  pomknął  żyłą  miki  z  powrotem  do  swoich  meteorów  i  już  po  chwili  mógł  z 

rozkoszą rozpłynąć się po wszystkich regularnościach macierzystej sondy. Odpoczywając, nie 

zaprzestał intensywnej analizy dokładnych już danych.  

Z  odkrytego  właśnie  złoża  dało  się  zrobić  prawie  wszystko.  Kierując  się  interesem 

Krystalitów  i  własnym  doświadczeniem,  podjął  decyzję.  On,  Krys,  skonstruuje  z  zasobów 

złota  tej  planety  ogromną  Maszynę,  która  będzie  rozwiązywała  problemy  techniczne  jego 

cywilizacji,  problemy  nastręczające  zawsze  najwięcej  kłopotów.  Umieścić  funkcje 

analityczne i wykonawcze w jednym urządzeniu! Korzyści z obecnej misji mogłyby wówczas 

okazać się wprost niewymierne.  

Należało  teraz  postępować  ostrożnie,  aby  nie  uszkodzić  lub  nie  zniszczyć  cennego 

złoża.  Krys  długo  opracowywał  wszelkie  możliwe  warianty  planu  działania,  aż  wreszcie 

przystąpił  do  realizacji  Wielkiej  Konstrukcji.  Najpierw,  jak  zwykle,  dokonał  wstępnej 

modyfikacji  złoża.  Surowiec  był  podatny  i  należało  ingerować  niezwykle  delikatnie, 

ponieważ  w  przypadku  przesterowania  równowaga  układu  mogłaby  zostać  zakłócona,  a 

wtedy  poprawkom  nie  byłoby  końca.  Krys  uznał,  że  najłatwiej  operować  ośrodkiem 

kodującym  cechy  osobnicze  z  pokolenia  na  pokolenie,  i  poprzez  ten  układ  poprawił  nieco 

materiał:  wzmógł  symetrię,  zmniejszył  emocjonalność,  zwiększył  logiczność  działania  oraz 

przestroił  mózg  tak,  aby  możliwe  było  ostateczne  scalenie  Konstrukcji.  Po  wykonaniu  tej 

trudnej  pracy,  mającej  kluczowe  znaczenie  dla  całego  przedsięwzięcia,  pozostawało  tylko 

umiejętne stymulowanie inkubacji złoża, czuwanie nad jego dojrzewaniem. Cóż za wspaniałe 

uczucie tak płynąć nad globem pulsującym wzrastającą Konstrukcją!  

 

Gobina zawsze zastanawiał problem, skąd biorą się geniusze. Przebywał od dawna w 

środowisku  naukowym,  pracował  w  uczelni  o  świetnej  renomie,  ale  nawet  wśród  laureatów 

Nagrody Nobla nie dostrzegł tych umysłów, które wnoszą wartości przełomowe i decydujące. 

Owszem, mrówczą pracą tworzyli oni nowe obrazki z już istniejących fragmentów, a później 

szeregi  następców  wybierały  znów  dogodne  dla  siebie  cząstki  z  ich  własnych  prac.  Znawcy 

techniki, opierając się na symptomach awarii, umieli bezbłędnie wymienić uszkodzony panel 

w  maszynie,  lecz  kto  wymyślił  i  zbudował  całe  urządzenie?  Kto  podawał  ogólne  teorie? 

Gobin nie widział wokół siebie takich ludzi.  

Kiedyś  Ben,  jego  bliski  współpracownik,  z  którym  od  dawna  próbował  rozwiązać 

pewien  złożony  problem,  wpadł  radosny  do  pracowni.  Mam!  -  krzyczał  już  od  drzwi.  Gdy 

przedstawił  swoje rozwiązanie, Gobin  był  zaszokowany. Projekt okazał się wprost genialny, 

tak  pięknie,  dogłębnie  i  elegancko  ujmował  zagadnienie.  Ben  rozważał  problem  od  dawna, 

background image

lecz rozwiązanie przyszło mu do głowy właśnie dzisiaj, podczas wypoczynku w parku, kiedy 

wpatrywał się dość bezmyślnie w brudną powierzchnię stawu.  

Wyznał później, że było to jak... olśnienie.  

Co to jest olśnienie?  

 

Od  momentu  rozpoczęcia  budowy  Krys  wysyłał  na  powierzchnię  planety  wiele  sond 

kontrolujących,  najczęściej  w  postaci  meteorów  jednorazowego  użytku.  Dostarczały  one 

informacji,  ale  spełniały  również  daleko  ważniejsze  zadanie:  niosły  zaczyn  postępu.  Był  to 

głównie  postęp  techniczny,  albowiem  w  tym  kierunku,  zgodnie  ze  swoim  wstępnym 

założeniem,  Krys  zaprogramował  ewolucję  złoża.  Każdy  meteor  inicjujący  pobudzał  tylko 

jednego  osobnika  w  ściśle  określony  i  specyficzny  sposób,  i  tak  rodzili  się  geniusze, 

powstawały odkrywcze idee i pomysły. Pozostała masa złoża uczyła się i rozwijała za sprawą 

tych punktów zarodnikowych.  

Krys  zachował  bezpieczną  szybkość  w  dawkowaniu  informacji  technicznej  i  w 

prowadzeniu procesu dojrzewania złoża, choć często osiągał górny jej pułap, śrubując tempo 

rozwoju  technologicznego  do  ostatecznych  granic.  Spieszył  się,  lecz  musiał  balansować 

pomiędzy  naglącymi  potrzebami  cywilizacji  Krystalitów  a  wymogami  bezpieczeństwa 

budowy. Wiedział dobrze, że pochopne, oszczędnościowe skrócenie cyklu o sto lub dwieście 

tutejszych  obiegów  wokółsłonecznych  mogło  pociągnąć  za  sobą  nieodwracalną  destrukcję 

złoża. Początkowo, przy wstępnej modyfikacji surowca, Krys pominął stosunkowo niewielką 

agresywność osobniczą; teraz żałował, że nie zlikwidował tej cechy, tak rzadko występującej 

wśród  bogactw  naturalnych.  Po  uzyskaniu  supremacji  wobec  otoczenia  złoże  rozpoczęło 

wyniszczanie  wewnętrzne.  Zbyt  późno  już  było  na  poprawki  w  kodzie  rozwojowym,  Krys 

skierował  więc  ów  destrukcyjny  popęd  do  rozładowania  w  rywalizacji.  Jednak  to  nie 

wystarczyło,  i  konstruktor  zdecydował  się  na  ryzykowne  posunięcie  :  dostarczył  złożu 

środków  do  samounicestwienia  i  wytworzył  względny  spokój,  oparty  na  strachu  przed 

zagładą.  

Krys  obawiał  się  niepowodzenia.  Nie  wiedział,  na  jak  długo  śmiertelna  broń 

powstrzyma  samoniszczące  tendencje  w  fermencie  białkowym.  Zgodnie  z  pierwotnym 

założeniem  konstrukcyjnym  złoże  uległo  stopniowej  integracji,  dążąc  powoli  ku 

ostatecznemu  scaleniu;  rola  jednostek  malała  i  coraz  bardziej  ograniczała  się  do  funkcji 

służebnych  wobec  całkowitej  masy  surowca.  Ten  wyraźny  trend  rozwojowy  zakłócały 

jednakże  zjawiska  konglomeracji  lokalnej  powstawały  skupiska  jednostek  podstawowych, 

prowadzące działalność bez stymulacji Krysa i wymykające się spod kontroli. Zbliżał się więc 

background image

typowy  na  tego  rodzaju  budowach  moment  przesilenia  i  substancji  groził  rozwój  w 

niewiadomym  kierunku,  proces  dojrzewania  niesterowanego,  co  mogło  obniżyć  jej 

przydatność.  Z  tych  powodów,  choć  inkubacja  wciąż  przynosiła  dobre  efekty  i  zwiększała 

przyszłe możliwości Maszyny, Krys zdecydował się już teraz na zespolenie Konstrukcji.  

Do  operacji  przygotował  się  starannie,  wszak  miała  ona  wieńczyć  jego  długą  i 

niełatwą  pracę.  I  nadeszła  chwila,  kiedy  spokojne  niebo  nad  ludnymi  mrowiskami  miast, 

cichymi  obejściami  wiejskimi,  zielonymi  górami  i  bezkresnymi  równinami  przeciął 

oślepiający  grad  tysięcy,  milionów  meteorów,  i  odbił  się  przerażającym  ogniem  w  wodach 

oceanów, w lustrzanych taflach jezior i w oczach strwożonych ludzi. A każdy z tych błysków 

ponaglał.  

 

Sharon pisała. Mała  lampka oświetlała tylko część powierzchni  stolika i kilka kartek, 

reszta pokoju tonęła w mroku. Skończyła wiersz, który był jakby nie jej w strofach pulsował 

ledwie wyczuwalny, lecz głuchy niepokój.  

Może  zbliża  się  nie  zapowiedziana  burza?  -  pomyślała.  Lecz  niebo  za  oknem 

przeszklonego apartamentu było pełne gwiazd i nic nie wróżyło gwałtownych zmian pogody. 

Daleko  w  dole,  pół  kilometra  poniżej  jej  poziomu  mieszkalnego,  jaśniała  jak  okiem  sięgnąć 

feeria  barwnych  świateł  miejskich.  Lecz  zamiast  doznać  ukojenia  odczuła  ponowny, 

gwałtowny  przypływ  przenikliwego  niepokoju.  Pragnęła  natychmiast  uciekać  lub  schować 

się,  choćby  w  kąt  pokoju.  Jednakże  i  tam  dosięgły  ją  oślepiające  błyski,  których  dzikie 

kaskady  rozszalały  się  na  spokojnym  przed  chwilą  niebie.  Mózg  zalała  fala  chłodu, 

wciekającego  niby  lodowaty  płyn  w  najdrobniejsze  przewody  i  kanaliki,  napełniającego 

głowę przejmującym, zimnym parciem. Ciśnienie wzrastało, ból potężniał, rozsadzał czaszkę. 

Sharon w konwulsjach wiła się po podłodze. Lecz wtem  jakieś  niedrożne dotychczas kanały 

puściły,  lodowaty  płyn  uszedł  gdzieś  natychmiast,  mózg  stał  się  czysty,  a  myśl  jasna  i 

spokojna.  

Kobieta  wstała  powoli  i  wyprostowała  się.  Szeroko  rozwarte  oczy  patrzyły,  lecz  nie 

widziały ani pokoju, ani niepotrzebnych już książek, ani nawet płaskiego nieba z rozsypanym 

piaskiem gwiazd. Lecz widziały całą Ziemię, obce gwiazdy i planety. Ta drobna istota czuła 

jasną, potężną jedność. Nie było już Sharon. Kobieta stojąca z wyciągniętymi w górę rękoma 

była  wszystkim,  bo  ludzkością,  i  niczym,  bo  jej  zniknięcie  nie  miałoby  żadnego  znaczenia. 

Stanowiła  obdarzony  co  prawda  wspaniałą  świadomością  istnienia,  ale  tylko  pojedynczy 

neuron potężnego nadmózgu, nowego wcielenia człowieka.  

 

background image

Krys  poczuł  liźnięcie  gorąca  -  postawił  ekran  zaporowy.  Wciąż  nie  kontrolował 

Maszyny, nie rozumiał, co się stało. Wysłał zwiadowców.  

Próba  nie  powiodła  się.  Elementy  złoża  zespoliły  się  w  nadrzędny  mózg,  Maszyna 

powstała,  ale  nie  słuchała  jego,  Krysa!  Żyła  własnym  życiem  swojego  nowego,  potężnego 

intelektu, znajdowała się na początku drogi w innym wymiarze istnienia.  

Krys rozpłynął się wygodnie po swojej sondzie  i  naprędce dokonał analizy. Należało 

niezwłocznie  usunąć  usterki  i  zakończyć  budowę,  oczekiwano  bowiem  niecierpliwie  na 

włączenie Maszyny do eksploatacji.  Krys podwyższył  nieco swój poziom świadomości,  lecz 

nie  bardziej,  niż  to  było  konieczne;  znów  górował  nad  złożem  w  takim  samym  stopniu  jak 

przy rozpoczynaniu budowy, czyli różnica była optymalna. Sprawnie wziął się do reperacji, a 

krystaliczny szept niósł w przestrzeń wesołą nowinę.  

background image

Andrzej Zimniak 

Kuracja 

 

Tego  dnia  wszystko  wydawało  się  inne,  nawet  w  powietrzu  unosiła  się  nieuchwytna 

mgiełka  odmienności.  Szedłem  polną  ścieżką  wśród  bujnych  traw,  a  nad  łąką  w  ciepłym 

słonecznym powietrzu czerwcowego popołudnia polatywały ważki. Lecz zapach pól był jakiś 

dziwny, jakby to śmieszne, ale wtedy tak naprawdę mi się wydawało świeżo skoszoną trawę 

na  dalekich  pagórkach  posypano  cynamonem;  opalizujące  w  słońcu  szkliste  skrzydła  ważek 

rzucały  zbyt  barwne,  o  ton  za  ostre  refleksy,  a  nawet  głosy  bawiących  się  nad  rzeką  dzieci 

brzmiały  piskliwie  i  zdawały  się  wprowadzać  moją  czaszkę  w  wibrację.  Powtarzałem  sobie 

stanowczo, że coś jest nie w porządku - ale co? Próbowałem skupić się na tym problemie, ale 

myśli  wciąż  rozbiegały  się  chaotycznie,  uchodząc  spod  kontroli  jak  zgraja  rozfiglowanych 

urwisów.  Chwilami  miałem  wrażenie,  że  moje  zmysły  przesunęły  się  o  jakąś  jednostkę  na 

skali  odczuwania,  powodując  zmiany  w  percepcji  zjawisk.  A  może  to  świat  wokół  uległ 

przemianie, dążąc nieuchronnie ku swojemu przeznaczeniu?  

Przyspieszyłem  kroku,  starając  się  odpędzać  niechciane  refleksje.  Ścieżka  wiła  się 

wzdłuż  strumienia  wśród  młodych  drzew,  co  chwila  musiałem  więc  schylać  głowę,  aby 

prześliznąć  się  pod  zwisającymi  gałęziami.  I  chociaż  wszystkie  szczegóły  drogi  znałem  na 

pamięć,  przy  każdym  pochyleniu  dostrzegałem  jasnozielone,  nienaturalnie  jaskrawe  pędy 

traw, wyglądające spod wielkich kęp zielska. Zaczęło się to wszystko dzisiaj w szkole, a być 

może  już znacznie wcześniej, tylko z powodu nikłości  symptomów nie zwróciłem uwagi  na 

zmiany. Tak, dzisiaj po raz pierwszy dzieci zaczęły  mnie denerwować. Ich głosy piskliwym 

dyszkantem wdzierały się pod czaszkę, rozbiegana ruchliwość tych Bogu ducha winnych istot 

wyprowadzała  mnie  z  równowagi.  Byłem  surowy,  lecz  w  porę  zdołałem  powściągnąć 

rozdrażnienie. Co działo się ze mną?  

Prawie  biegiem  dotarłem  do  domu.  Tam  wreszcie  odpocznę.  Żona  kończyła 

przygotowywanie  obiadu.  Sądząc  po  gwałtowności,  z  jaką  wybierała  talerze  i  sztućce,  nie 

była w najlepszym humorze.  

-  Jak  spędziłaś  dzień?  -  spytałem;  błądząc  jeszcze  myślami  po  ogromnej  niecce 

rozgrzanych łąk, pełnych dziwnego niepokoju.  

- A jak mogłam go spędzić - jej głos sprawiał wrażenie spokojnego, lecz nasycony był 

wyczuwalnym  zgorzknieniem,  a  agresywność  odpowiedzi  wynikała  z  obwiniania  o  ten  stan 

rzeczy  mnie,  innych  ludzi,  zwierząt  i  całego  świata  w  ogóle.  Przyglądałem  się  jej  chudym 

background image

nogom  i  zbyt  szczupłej  figurze,  wspominając  czasy  sprzed  dziesięciu  lat,  kiedy  to  ten  sam 

widok  (żona  nie  zmieniła  się  wiele)  wzbudzał  we  mnie  uwielbienie  i  radosne  pożądanie. 

Niestety,  czas  uczynił  z  nas  dwoje  innych  ludzi.  Porozumienie  utrudniała  twarda  opoka 

niewrażliwości, potrzebne nam były coraz silniejsze bodźce, aby odczuwać cokolwiek.  

- Dom, dom i jeszcze raz dom, oto cały mój świat kontynuowała w tym samym tonie. 

Dyskusja byłaby bezsensowna, albowiem niepogodzona kobieta miała na swój sposób rację, a 

jednocześnie  nie  miała  jej,  tak  jak  każdy  z  nas,  uskarżający  się  na  przypisanie  do  swojego 

losu.  

Do kuchni wpadła jak bomba nasza córka, złotowłosy urwis o chabrowych oczach.  

- Mamusiu, ona parzy!  

- Miałaś narwać marchwi na obiad - głos żony tajał niby wiosenny śnieg.  

- No właśnie, tak, o tym przecież  mówię ! - piszczała dziewczynka. - O, zobacz,  jak 

parzy!  

-  Chodź,  obejrzymy  tę  marchew  -  wziąłem  małą  za  rękę.  -  Pewnie  dotknęłaś 

pokrzywy. Pomogę ci.  

Wyszliśmy  do  ogródka,  w  którym  kwietne  rabatki  przeplatały  się  z  zagonami 

warzywnymi.  Znów  poczułem  niepokój,  rozbiegający  się  po  piersi  delikatną  siatką 

drażniących  impulsów.  Te  kwiaty  miały  nienaturalne  barwy,  jak  na  jakimś  kiczowatym 

obrazie  lub  w  liliowym  zmierzchu  pogodnego  dnia.  A  może...  może to  nie  zmiany  w  moim 

sposobie odbioru stanowią przyczynę? Może coś dzieje się wokół, na co ja reaguję zmysłem 

wzroku, zaś moja córka - zmysłem dotyku?  

Skierowaliśmy się ku grządce. Marchew rosła równymi rzędami, nie dostrzegłem tam 

ani pokrzyw, ani żadnych innych roślin.  

- To cię oparzyło?  

- Tak, tak, tatusiu, właśnie to! Ja boję się tej marchwi ! Wyrwałem rośliny, otrzepałem 

starannie z ziemi  i wróciłem do domu. Wzbierała we mnie złość. Ciąg nieistotnych zbiegów 

okoliczności,  bzdurnych  skojarzeń  i  wytworów  wyobraźni  byłem  skłonny  wziąć  za 

tajemniczą prawidłowość, a nieznane zjawiska. Bardziej racjonalnych wytłumaczeń można by 

znaleźć  wiele  -  chociażby  proszek  nasenny  z  luminalem,  o  którego  zażyciu  zdążyłem  od 

wczoraj  zapomnieć.  A  marchew?  Córka  kiedyś  skaleczyła  się  o  zwykłą  trawę,  więc  cóż 

dziwnego z marchwią?  

Po  obiedzie  miałem  zamiar  trochę  poczytać,  lecz  przeszkodził  mi  hałas  na  dole. 

Dzieci,  jedno nasze  i dwójka od sąsiadów, których  nigdy  nie  można  było ściągnąć do domu 

przed  zmrokiem,  harcowały  w  najlepsze  w  gościnnym  pokoju.  Dziś  nie  chciały  wyjść  i  już; 

background image

tutaj czuły się świetnie, ustawiając piramidy z krzeseł i włażąc na kredens. Wrzeszczały przy 

tym wniebogłosy, a potem zanosiły się suchym kaszlem.  

Wyszedłem  na  taras.  Przed  szybą  drzwi  leżały  setki  martwych  owadów,  może  żona 

znowu użyła środków chemicznych, a może... Myśl, błądząca nie kontrolowanymi ścieżkami 

intuicji, zgasła nagle. Czyżbym pogrążał się w stanach maniakalnych?  

Słońce  pogodnie  zachodziło  za  dalekie,  lesiste  wzgórza,  do  których  nigdy  nie 

dotarłem, choć wielekroć wyobrażałem sobie ich kręte, cieniste ścieżki i pełne światła polany. 

Chciałem  tam  iść,  lecz  zawsze  coś  powstrzymywało  mnie  i  zmuszało  do  pozostania  w 

bezpiecznym  domu.  Może  przyczyną  była  zwykła  ociężałość,  typowa  dla  drugiej  połowy 

życia,  a  może  lęk  przed  nieznanym,  którego  duch  unosił  si.ę  w  każdym  lesie?  Lasy,  łąki, 

strumienie,  ta  niwa  życia,  od  której  człowiek  odgrodził  się  jednak  ścianami  z  betonu  i stali, 

lękając  się  zaczajonej  w  każdych  zaroślach  groźby.  Ludzie  nie  mogą  obejść  się  bez  roślin, 

używają ich do wszystkiego: jako pożywienia, jako karmy dla swoich zwierząt hodowlanych, 

jako  budulca.  Bezwzględna  jest  eksploatacja  tego  innego  życia,  lecz  człowiek  nie  może 

zastanawiać  się  nad  alternatywą,  bo  jej  po  prostu  nie  ma.  Czy  huba  drzewna  mogłaby 

przenieść  się  pewnego  dnia  na  kamień?  Zastanawiałem  się  nieraz,  dlaczego  ludzie  obawiają 

się przebywać w ostępach leśnych. Czy powoduje nimi jedynie lęk przed samotnością?  

Zszedłem  do  ogrodu,  stąpając  po  trawie  ciężkiej  od  wieczornej  rosy.  Duszna  woń 

kwiatów,  pomieszana  z  wilgotnym  zapachem  gnijącego  zielska,  wypełniła  mi  krtań  i  płuca 

drażniącym obłokiem.  Zaniosłem się  męczącym  kaszlem. Dokuczliwy  atak minął dopiero w 

domu, po zażyciu odpowiednich środków uśmierzających.  

Tego  wieczora  długo  nie  mogłem  zasnąć,  oddychałem  z  wysiłkiem.  Słyszałem,  że 

córka  również  miała  ataki  suchego  kaszlu.  Uczulenie  na  pyłek  kwiatowy  -  rozwiązanie 

uspokoiło mnie, lecz sen nadal nie przychodził. Nasz pies wył przeraźliwie, inne odpowiadały 

mu z bliższej  i dalszej okolicy. Wreszcie zapadłem w  niespokojną drzemkę. Widziałem całe 

stada  szczurów  maszerujące  drogą,  chmary  ptaków  odlatujące  z  piskiem  i  ujadające  na 

łańcuchach  psy.  W  pewnym  momencie  wycie  ustało  i  zapadłem  w  spokojniejszy  sen.  Nie 

przeczuwałem nawet, że wtedy właśnie nasz poczciwy pies zastygł w śmiertelnym skurczu na 

progu domu. A był to dopiero początek.  

 

Na  drugi  dzień  rano  w  podłym  nastroju  powlokłem  się  do  szkoły.  Słabą  kondycję 

fizyczną  po  źle  przespanej  nocy  pogarszały  męczące  ataki  kaszlu.  Nie  zwracałem  już  nawet 

uwagi na jaskrawozieloną trawę i bladozielone niebo czułem wciąż narastający niepokój. Coś 

działo się wokół, coś, co zagrażało nie tylko zwierzętom - byłem o tym przekonany.  

background image

Na zajęcia zgłosiło się zaledwie kilkoro dzieci, a i te wciąż pochylały blade, zmęczone 

twarze  w  napadach  uporczywego  kaszlu.  Odwołałem  lekcje  i  wróciłem  do  domu,  gdzie  już 

oczekiwał  mnie  doktor  Hart.  Z  jego  zachowania  wynikało,  że  ma  coś  ważnego  do 

powiedzenia, więc udaliśmy się od razu do gabinetu na górze.  

-  Niech  pan  posłucha,  Glenn  -  stary  lekarz  nie  ukrywał  zdenerwowania  -  mamy  w 

naszej  okolicy  początki  jakiejś  poważnej  epidemii.  Objawy  choroby  są  niezwykłe  i  prawie 

wszyscy odczuwają je podobnie, pan również - poczekał, aż przejdzie mi nagły atak kaszlu. - 

Nie wiem, czy dotarły  już do pana ostatnie wieści - zawiesił  na chwilę głos w osiedlu padły 

niemal wszystkie psy, a teraz przyszła kolej na bydło.  

- Co na to szpital w mieście?  

- Nic - odparł - są zaskoczeni w równym stopniu co my. Ale nie przyszedłem do pana 

na plotki. Chciałbym przedyskutować pewne dane. Otóż - kontynuował po krótkiej przerwie - 

prowadzę,  jak  papu  wiadomo,  badania  w  zakresie  żywienia.  W  efekcie,  z  laboratoryjno-

technicznego punktu widzenia, sprowadza się to do podawania odpowiednio spreparowanych 

pokarmów  kontrolnych  grupom  szczurów.  Nie  wdając  się  w  zbędne  szczegóły,  sprawa 

wygląda  tak:  zwierzęta  żywione  świeżym  pokarmem  roślinnym  chorują  już  od  około 

dziesięciu  dni,  podczas  gdy  podawanie  karmy  konserwowanej  nie  wywoływało  żadnych 

ubocznych efektów. Na początku sądziłem, że to jakaś przypadkowa infekcja, ale zapadło na 

nią sto procent szczurów karmionych różnymi rodzajami świeżych odżywek! Oto objawy, w 

kolejności  występowania:  wzmożony  zanik  pewnych  wyuczonych  odruchów,  podrażnienie 

dróg  oddechowych,  następnie  rodzaj  odurzenia,  coś  na  kształt  stanu  narkotycznego, 

cofającego się i powracającego w coraz silniejszych atakach, a w końcu rozprzężenie funkcji 

centralnego  układu  nerwowego,  zwłaszcza  mózgu  i  rdzenia.  Jako  biolog  wie  pan,  co  to 

oznacza. Wie pan również, że szczury i ludzie reagują podobnie.  

-  To  nie  jest  lokalna  infekcja  -  przerwałem  lekarzowi.  Dziś  rano  miałem  telefon  od 

ludzi zamieszkałych na przeciwległym krańcu kontynentu - u nich jest to samo. To samo i w 

tym samym czasie - czyli epidemia raczej wykluczona.  

-  W  każdym  razie  czynnik  przenoszony  jest  przez  rośliny,  i  to od  niedawna -  podjął 

Hart.  

- Albo też składniki, roślinne pobudzają coś innego, są aktywatorem lub pożywką.  

- Więc co jest przyczyną? - pytanie miało charakter retoryczny, nie tylko bowiem my 

dwaj, ale nikt nie znał na nie odpowiedzi.  

Odprowadziłem  doktora  aż  do  furtki  alejką  wśród  wysokich  malw.  Ich  długie  łodygi 

kołysały się w ostrych porywach wiatru i zdawały się wychylać w naszym kierunku. Chmury 

background image

żółtego  kurzu  z  poboczy  drogi  rozwiewały  się  w  zielonkawym  powietrzu  wysoko  ponad 

dachami domów, wśród wierzchołków smukłych topoli.  

Hart wcisnął mi do ręki fiolkę. - Barbiturany - starał się przekrzyczeć wicher i własny 

kaszel. - To trochę łagodzi atald.  

Walcząc  z  zawieją  znikł  w  chmurze  pyłu,  usiłując  utrzymać  na  miejscu  kapelusz  i 

obciągnąć poły płaszcza.  

 

-  Tato,  szybko!  -  piskliwy,  świdrujący  w  uszach  głosik  niósł  się  od  ganku.  Mała 

dziewczynka  biegła  alejką  wysypaną  różową  kruszoną  cegłą.  Jej  białe  włosy  powiewały  na 

wietrze, a teraz już zielone oczy wyrażały podniecenie. - Chodź do domu! Komunikat!  

Żona siedziała przy radiu, a z głośnika płynął nabrzmiały powagą głos spikera.  

"...zachować  szczególną  ostrożność.  Świeżą  żywność  należy  poddać  gotowaniu  w 

ciągu pięciu godzin, co spowoduje obniżenie zawartości szkodliwych substancji do dziesięciu 

procent  stężenia  wyjściowego.  Należy  unikać  przebywania  w  pobliżu  większych  skupisk 

roślin,  jak  lasy  i  łąki,  ponieważ  czynniki  aktywne  są  lotne.  Prosimy  o  zachowanie  spokoju, 

lekarstwa  i żywność będą dostarczane w miarę  możliwości. Następny komunikat nadamy za 

pół godziny."  

Patrzyliśmy  na  siebie.  Oczy  żony  były  teraz  szaroniebieskie,  włosy  popielate  z 

przeświecającym  jakby od wewnątrz sinym odcieniem  fioletu. Wziąłem  ją w ramiona - była 

znów jak dawniej, taka mała i bezbronna, trochę niecierpliwa, lecz pełna spokojnego ciepła.  

- Jak szkoda - mówiła mi w ramię, a jej głos wyrażał bezmiar smutku. Jak szkoda.  

Gładziłem  ją po zmierzwionych,  niedawno  jeszcze kruczoczarnych włosach  i czułem 

ucisk  w  gardle.  Widziałem  wszystkie  zmarnowane  lata,  bezcenny  czas  rozmieniony  na 

drobne, kiedy to pod ogłupiającą narkozą codzienności, wygrywając swoje drobne sprawy bez 

znaczenia,  straciliśmy  się  nawzajem  z  oczu.  Pozwoliliśmy  wyschnąć  życiodajnemu 

strumieniowi - wymianie myśli i rozumieniu. Pojęliśmy to zbyt późno.  

Tej  nocy  miałem  pierwszy  atak.  Po  odurzeniu  podobnym  do  upojenia  alkoholowego 

przyszły  omamy  i  halucynacje.  Niebo  zdawało  się  rozpadać,  a  na  ziemię  lały  się  kaskady 

barwnych  ogni,  żar  i  przejmujący  chłód  na  przemian.  Pod  koniec  czułem,  jak  moje  ciało 

sztywnieje  w  strasznych  skurczach,  jednakże  były  to  tortury  niemal  bezbolesne.  Chwilami 

zdawało mi się, że dusza wyszła z ciała i z zewnątrz przygląda się jego mękom.  

Nad  ranem,  zbity  i  zmaltretowany,  powlokłem  się  na  dół.  Po  nocy  pozostał  mi  lekki 

,paraliż  lewej połowy twarzy. Czułem, że nie  jestem  już taki sam  jak wczoraj. Coś we mnie 

pękło,  puściła  jakaś  synchronizacja  zmysłów  i  rozumu.  Pojmowałem  na  tyle,  aby  to 

background image

stwierdzić.  Ale co będzie  następnym razem? Otworzyłem  jakąś puszkę  i właśnie zabierałem 

się  do  jedzenia,  gdy  coś  ciężko  uderzyło  w  drzwi  wejściowe.  Może  to  jeszcze  jedno 

przywidzenie? - pomyślałem. Spojrzałem jednak w głąb hallu i puszka wypadła mi z rąk. W 

małym,  wysoko  umieszczonym  okienku  w  drzwiach  frontowych  ukazał  się  przez  moment 

ciemny,  kudłaty  łeb  i  wyłupiaste  ślepia,  po  czym  powtórnie  rozległo  się  głuche  uderzenie. 

Zimny dreszcz połaskotał mnie po karku i spłynął na plecy. Za drzwiami zaległa cisza, pełna 

napiętego  wyczekiwania.  Tak,  to  wszystko  zwidy  -  uśmiechnąłem  się  krzywo  do 

kredowobladej  twarzy  o  wodnistych,  bezbarwnych  oczach  w  lustrze  naprzeciwko.  Z  nagłą 

determinacją  przebiegłem  hall  i  jednym  szarpnięciem  rozwarłem  drzwi  na  oścież.  Na  progu 

leżała sarna, nienaturalnie wygięta do tyłu w śmiertelnym skurczu.  

Wyszedłem  białą  alejką  wśród  białych  malw  w  biały  kurz  drogi.  Zataczałem  się 

szeroko i potykałem raz po raz o nie  istniejące przeszkody. W swoim  wnętrzu byłem  zimny 

jak wygaszony piec. Nie chciało  mi się  niczego, zewnętrzna pijacka beztroska nie zawierała 

nawet nikłego cienia smutku. Po różowym niebie pełzały jakieś barwne kręgi czy obręcze, ale 

nie zwracałem  na nie żadnej uwagi. Szedłem  na chybił trafił, byle stawiać kroki, nie patrząc 

ani  wokół,  ani  za  siebie.  Iść,  za  wszelką  cenę  iść,  posuwać  się  naprzód,  niosąc  donikąd 

wewnętrzną  pustkę.  Czy  dawniej  też  bywało  podobnie?  Umazany  białym  kurzem,  na  wpół 

zaślepiony,  wśród  przemykających  drogą  w  szaleńczym  galopie  saren  (tak,  nasze  lasy  pełne 

były zwierzyny), kierowałem się do domu doktora Harta.  

Przed  gankiem  falował  ogród,  choć  wiatr  ledwie  muskał  wierzchołki  drzew,  drzew 

tańczących  po  różowym  nieboskłonie  i  obwieszonych  mięsistymi  liśćmi  o  cielistej  barwie. 

Dom  zdawał  się  również  poruszać  -  raz  wyginał  się,  pęczniał,  aby  za  moment  ulec 

raptownemu  kolapsowi,  jakby  wysysano  z  niego  zawartość.  Gdy  wchodziłem  przez 

marmurową  furtkę  z  polerowanej  kredy,  zdałem  sobie  sprawę,  że  złudzenie  ruchu  dają 

przebiegające  przez  przestrzeń  refleksy  lub  raczej  ciągłe  zmiany  barw  w  jakimś  obłędnym 

kontinuum  rozciągających  się  świateł.  Sądziłem,  że  to  wszystko  jest  we  mnie,  w  moim 

wnętrzu, ale to i tak nie miało znaczenia.  

U Harta było już kilka osób. Ich stan, podobny do mojego lub nawet gorszy, nie zrobił 

na  mnie  żadnego  wrażenia.  Chyba  było  mi  dobrze  -  świat  wokół  falował,  wybrzuszał  się  i 

kurczył,  ale  to  wszystko  działo  się  gdzieś  obok,  nie  dotyczyło  przecież  mojej  osoby.  Jakiś 

grubas pod oknem (chyba go znałem) prowadził bełkotliwy monolog:  

- Wyrzucę z domu wszystkie doniczki! Co do jednej.  

A  w,  ogóle  to  przechodzę  na  mięso.  Tym  sposobem  uchronię  się  przed  może 

przyjemnymi, lecz mało zabawnymi przypadłościami.  

background image

- Moi drodzy! - Hart upił nieco białego płynu (kiedyś to mogło być czerwone wino) z 

wysokiej szklanki. - Sądzę, że to wszystko niedługo się skończy - mówił z trudem.  

"Dobrze  zalany"  -  pomyślałem  nie  bez  złośliwej  uciechy.  -  Wiedziałem  -  twarz 

grubasa rozpromienił uśmiech.  

- Nie wiem tylko, czy prędzej zginiemy, czy dostaniemy kompletnego fioła. Jedynym 

pocieszeniem  jest  fakt,  że  będzie  to  "zejście  w  stanie  upojenia"  -  zaśmiał  się  chrapliwie. 

Cokolwiek  lub  ktokolwiek  zmusza  nas  do  tego  kroku,  robi  to  w  sposób  humanitarny.  Czyli 

wczuwa się w człowieka!  

To wszystko pasuje do scenerii - pomyślałem.  

-  Ale  bądźmy  przez  chwilę  poważni  -  Hart  wstał  dopóki  jeszcze  się  da.  Oczywiście, 

może  zdarzy  się  jakiś  nieprzewidziany  wypadek,  zajdzie  coś,  co  uratuje  nas  z  opresji.  Na 

przykład spłynie z niebios na spadochronie serum przeciwko temu świństwu. Źródłem wielu 

sukcesów człowieka  był właśnie  brak wiary w klęskę. Ale, wracając do  meritum sprawy: to 

coś  jest  w  roślinach.  Prawdę  mówiąc  dziwię  się,  że  tak  późno  powstało.  Choć  rośliny  to 

stwory powolne, mówię wam,  moi drodzy - powiódł czerwonymi oczyma po zebranych - to 

powinno  już  dawno  nastąpić!  Krowie  wyrósł  ogon,  żeby  mogła  odganiać  się  od  much, 

kameleon przybiera barwę otoczenia, osa ma żądło do obrony, antylopa długie nogi - a co ma 

drzewo?!  Kolce  to  zbyt  słaba  obrona,  aby  nie  można  go  było  oskubać,  posypać,  zatruć  i 

wyciąć! Do licha!! Ewolucja jest zbyt mądra na taką tolerancję !  

Stary  doktor  zmęczył  się  i  usiadł,  ciężko  dysząc.  Lecz  po  chwili  ciągnął  dalej,  już 

nieco słabszym głosem:  

-  Nie  oznacza  to  zagłady  świata  zwierzęcego,  nie  sądzę,  aby  tak  było.  Z  każdego 

kataklizmu  coś  zawsze  przetrwa.  Może  to  już  będzie  co  innego,  kto  wie.  W  każdym  razie 

podniósł  głos  -  głupie  rośliny  są,  jak  widać,  najważniejsze  na  Ziemi  !  A  w  każdym  razie 

najsilniejsze - zamruczał na koniec.  

Wyszedłem.  Hart  powiedział  wystarczająco  wiele.  Posuwałem  się  nie  widząc 

staloworóżowego zmierzchu  i popielatego pyłu pod stopami. Powoli zaczynałem trzeźwieć - 

kontury domów, płotów i drzew wyostrzyły się, wiedziałem, że zbliżał się następny atak.  

Pod  czaszką  czułem  ciężki  wir  myśli.  Dlaczego tak  nagle?  I  wszędzie  jednocześnie? 

Naraz  przystanąłem.  Przypomniałem  sobie  ostatnią  lekcję  biologii  -  mówiłem  dzieciom  o 

chorobie. Człowiek nosi w sobie praktycznie wszystkie groźne zarazki lub prawie wszystkie. 

Lecz  dopiero  gdy  jeden  ze  szczepów  znajdzie  się  w  korzystnych  warunkach  rozwojowych  i 

uaktywni  się,  atakuje  organizm,  i  to  jest  początek  choroby.  Wtedy  przystępują  do  akcji 

przeciwciała  lub...  człowiek  zażywa  lekarstwo!  Właśnie,  zażywa  lekarstwo,  działające 

background image

natychmiast,  w  całym  organizmie!  Myśl  była  zbyt  absurdalna,  aby  mogła  być  prawdziwa. 

Czyżby  ta  ponura  katastrofa,  w  której  najwyraźniej  brałem  udział,  była  efektem  świadomie 

zaaplikowanej  kuracji,  mającej  na  celu  pozbycie  się  uciążliwych  i  niebezpiecznych 

pasożytów? Nie, lepiej pozostać przy wersji ewolucyjnego przystosowania, zresztą znajomość 

prawdy nie jest nam już do niczego potrzebna.  

Byłem w swoim domu. Czułem zamęt w głowie, gdy barwne kręgi poczęły rozdzierać 

pokój.  Zbliżał  się  atak.  A  za  oknem  szumiał  odwieczny  bór, taki  sam,  który  kiedyś  oglądał 

narodziny człowieka.  

background image

Andrzej Zimniak 

PI = 3,13 

 

"Położyłem  się  około  jedenastej  wieczorem  po  całym  dniu  wyczerpującej  pracy. 

Konferencja okazała się bardzo trudna, partnerzy wymagający i drobiazgowi. Tego dnia udało 

nam  się  posunąć  naprzód  tylko  w  sprawach  proceduralnych.  Byłem  bardzo  zmęczony, 

zapadłem więc natychmiast w ciężki sen. Nie wiem, jak długo spałem, ale w nocy obudziłem 

się  nagle  i  wtedy  usłyszałem  te  dziwne  odgłosy.  Trudno  powiedzieć,  czy  właśnie  one 

wyrwały  mnie  ze  snu,  choć  sądząc  po  natężeniu  dźwięku  wydawało  się  to  bardzo 

prawdopodobne. Czegoś takiego nie słyszałem nigdy przedtem - zza ściany dobiegały głośne, 

zawodzące  jęki,  które  jednak  nie  miały  w  sobie  wiele  ludzkiego.  Jedne  trwały  długo,  inne 

parę  sekund  tylko,  a  wszystkie  kończyły  się  pulsującą  wibracją,  ginącą  w  głębokich 

infradźwiękach. Narzuciłem pośpiesznie szlafrok i wybiegłem na korytarz. W słabym świetle 

nocnych  lamp  lśniły  szeregi  zamkniętych  drzwi,  a  przejmujący  jęk  niósł  się  wzdłuż  nich, 

jakby  w  każdym  pokoju  dokonywano  egzekucji.  Przyłożyłem  ucho  do  ściany  -  wyraźnie 

wyczuwałem  głuche  dudnienie.  Podobne  odgłosy  mogłaby  wydawać  wielka  ołowiana  kula, 

toczona po podkładach torów kolejowych. Po paru minutach znów narastał przeciągły jęk.  

Nagle  zrozumiałem  -  przynajmniej  tak  mi  się  wtedy  wydawało.  Zbliża  się  trzęsienie 

ziemi! Znajdowałem się przecież w obszarze strefy sejsmicznej. Niedawno oddany do użytku 

potężny  hotel  o  śmiałej  konstrukcji,  stanowiący  szczytowe  osiągnięcie  techniki  budowlanej, 

posiadał  doskonałe  zabezpieczenia  przeciw  wstrząsom  podziemnym,  jednak  wolałem  nie 

ryzykować.  Narzuciłem  płaszcz,  chwyciłem  teczkę  i  zjechałem  na  dół.  Na  niższych 

poziomach dołączyło jeszcze parę osób, podobnie jak ja zaniepokojonych sytuacją. W szybie 

zjazdowym odgłosy potęgowały się do nieznośnego, metalicznego wycia; wyczuwało się też 

nierównomierne  drżenie  konstrukcji.  Dotarliśmy  szczęśliwie  na  dół.  Pośpiesznie  opuściłem 

hall i pobiegłem na otwarty teren pobliskiego parku. Temu zawdzięczam swoje ocalenie.  

Dotychczas  nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego  tak  nieliczni  mieszkańcy  hotelu  opuścili 

budynek.  Niezwykle  silne  jest  przekonanie  ludzi,  że  wszystko  zawsze  musi  potoczyć  się 

zwykłym trybem.  

Na  zewnątrz  nie  zauważyłem  niczego  nienormalnego  ziemia  nie  drżała,  noc  była 

ciepła  i  pogodna,  ulicami  przejeżdżały  spóźnione  samochody,  ławki  w  parku  okupowały 

gruchające pary. Musiałem wyglądać zabawnie w narzuconym na piżamę płaszczu i z teczką 

w  ręku,  lecz  nie  odważyłem  się  zawrócić.  Strzelista  wieża  hotelu  rozbrzmiewała 

background image

przenikliwym,  żałosnym  jękiem.  I  wtedy  spostrzegłem,  że  zaczyna  wyginać  się  w  kierunku 

ruchliwej  arterii  miejskiej  kreśląc  swoim  czarnym  konturem  wielki  łuk  na  wygwieżdżonym 

niebie.  

Nie  wiem,  co  było  dalej,  bo  padłem  twarzą  na  trawnik  i  zatkałem  uszy  dłońmi. 

Usłyszałem  jednak  ogłuszający  łoskot,  ziemia  zatrzęsła  się,  a  w  nocne  niebo  uderzył 

przeraźliwy krzyk i wycie syren. Na tym zakończę swoje zeznanie, ponieważ dalszy przebieg 

wydarzeń drobiazgowo relacjonowała prasa codzienna. Dodać muszę jedynie, że ani tej nocy, 

ani  później  w  mieście  i  jego  okolicach  nie  zaszło  nic  nadzwyczajnego,  nie  wystąpiło 

trzęsienie  ziemi  ani  wróg  zewnętrzny  nie  rozpoczął  ataku.  Po  dokładnym  dochodzeniu 

wykluczono również możliwość sabotażu".  

 

"Jestem  chemikiem  i  od  dawna  piastuję  stanowisko  profesora  w  uczelni  o  znanej 

renomie;  szczegółowe  dane  wraz  z  dokumentacją  dołączam  do  niniejszego  doniesienia. 

Sprawa, o której piszę, jest niezwykła i niezrozumiała, a dla mnie miała i wciąż ma głębokie 

reperkusje w dziedzinie zawodowej. Swego czasu nieomal przyczyniła się do złamania mojej 

kariery  naukowej,  a  i  obecnie  wielu  kolegów  nie  ufa  mi  tak  jak  dawniej,  jestem  również 

rzadziej cytowany niż niegdyś.  

Od dawna prowadzę zespół zajmujący się badaniem różnych problemów korozji. Nie 

muszę  podkreślać,  jak  ważne  są  nasze  prace;  obecnie  rocznie  ulega  utlenieniu,  lub  inaczej 

zamienia  się  w  rdzę,  aż  10%  wszystkich  wyrobów  żelaznych  na  Ziemi!  Tak,  nasze  badania 

mają  ogromne  znaczenie.  Oprócz  prac  podstawowych  zespół  udziela  porad,  dokonuje 

ekspertyz,  opracowuje  dane  na  specjalne  zlecenia.  Między  innymi  już  dawno 

opublikowaliśmy  tablice  szybkości  utleniania  żelaza  w  różnych  warunkach  wilgotności, 

temperatury, kwasowości środowiska i tak dalej. Dane te cieszyły się dużą renomą w świecie 

i były szeroko stosowane jako podstawa do standardowvch obliczeń i projektów.  

I wtedy wybuchła bomba. Dwóch młodych naukowców, odbywających jeszcze straże 

podoktoranckie,  ogłosiło  odmienne  od  moich  wyniki  analogicznych  eksperymentów! 

Zignorowałem ich prace, lecz wokół sprawy wytworzyła się nieprzyjemna atmosfera. Ludzie 

zaczęli sami sprawdzać i szeptać za moimi plecami. Niektórzy sugerowali mi oględnie, abym 

powtórzył doświadczenie sprzed lat trzydziestu. Oni nie rozumieli, że nie mogłem się mylić! 

Zawsze  każdy  eksperyment  powtarzałem  wielokrotnie,  a  później  robili  to  moi  asystenci, 

zanim wyniki podane były do ogólnej wiadomości.  

I wreszcie stało się, co się stać musiało: jeden z moich ludzi przeprowadził powtórne 

pomiary. Kiedy przyszedł do mnie zmieszany, nie mogąc wytrzymać mojego bezpośredniego 

background image

spojrzenia, wiedziałem - otrzymał wynik naszych adwersarzy. Pracowałem wtedy sami przez 

całą noc, nastawiając próby, czuwając nad termostatami i dokonując obliczeń. I nazajutrz nie 

pozostało  mi  nic  innego,  jak  przyznać  się  do  popełnionej  przed  laty  pomyłki.  Fatalnej 

pomyłki,  która  kosztowała  niewyobrażalne  pieniądze  i...  zaufanie  do  mnie.  Musiałem 

przyznać  się,  aby  uchronić  resztki  reputacji  i  móc  nadal  pracować  naukowo,  lecz  wciąż  nie 

wierzę.  Nie  mogę  uwierzyć.  Czasami  nie  wierzę  w  siebie,  a  czasem  -  w  naukę  w  ogóle.  I 

wtedy  jest mi  najciężej, ponieważ  nauka to moja  jedyna pasja w życiu, więcej -  jego treść  i 

sens. Jestem bliski załamania nerwowego".  

 

"Nazywam się John Brown i jestem policjantem w Brighton. Służę nienagannie już od 

piętnastu lat Królowej w imię dobra publicznego.  

Mój raport dotyczy pożarów, wybuchających w naszym mieście od trzech miesięcy ze 

zwiększającą  się  częstością.  Podejrzewając  akcje  terrorystyczne,  nasze  grupy  operacyjne 

podwoiły  czujność.  Zwiększyliśmy  liczbę  nocnych  patroli,  obserwowaliśmy  osoby 

podejrzane,  penetrowaliśmy  środowiska  anarchistyczne,  lewackie  i  faszystowskie.  Wszystko 

bez rezultatu.  

W nocy z 14 na 15 sierpnia byłem świadkiem wy8uchu pożaru. W wyżej wymienionej 

sprawie  złożyłem  nazajutrz  raport,  lecz  nie  dano  mi  wiary  i  wysłano  na  tygodniowy 

wypoczynek  do  sanatorium.  Wiem,  że  to  dla  mojego  dobra  i  że  zasłużyłem  sobie  na  urlop 

długoletnią nienaganną służbą, jednak mam niejasne wrażenie, że sprawę można było zbadać 

dokładniej. Mogłoby to okazać się ciekawe, ale może zbyt dla kogoś niewygodne? No cóż, w 

końcu prefekt najlepiej wie, co robi.  

Piszę ten raport, korzystając z obiecanej przez Was pełnej dyskrecji. Było to tak :  

Tej  nocy  patrolowałem  ulicę  Czternastą.  Stare  kamienice  czynszowe,  nie  najlepsza 

dzielnica. Na rogu znajdował się nowoczesny pawilon spożywczy, taki ze szkła i aluminium, 

a w środku pełno kolorowych pudełeczek. Przyglądałem się, jak go myją z zewnątrz długimi 

szczotkami  z  podłączonymi  do  nich  wężami  gumowymi.  Wyglądał  potem  jak  cacko  wśród 

tych szarych zakazanych kamienic.  

I wtedy, w godzinę po zamknięciu sklepu, coś zaczęło się dziać. Najpierw poczułem 

dziwny  swąd,  jakby  przypalonej  gumy.  Potem  z  hukiem  wyleciała  jedna  z  wielkich  szyb  w 

tym  pawilonie.  Podniosłem  alarm.  W  chwilę  później  posypały  się  następne  szyby!  A  potem 

zaczęły  dziać  się  rzeczy  zupełnie  niezrozumiałe.  Gdybym  sam  nie  widział  wszystkiego  na 

własne  oczy  i  nie  czuł  bijącego  żaru,  nigdy  bym  w  to  nie  uwierzył.  Czysty,  wymyty  przed 

chwilą  aluminiowy  szkielet  pawilonu  począł  dymić  i  buchnął  płomieniem!  I  to  kolejno  w 

background image

kilku miejscach. Wyciągnąłem ze środka gaśnicę i skierowałem ją na ogień, ale bez żadnego 

rezultatu. Po chwili zostałem zmuszony do wycofania się, ponieważ zajęło się wnętrze sklepu 

i  wszystko  stanęło  w  płomieniach.  Gdy  wreszcie  nadjechały  wozy  strażackie  i  policyjne, 

ogień sięgał już drugiego piętra. Jeszcze raz proszę o dyskrecję, mimo że mój raport nie został 

zakwalifikowany jako tajny".  

 

"Niniejsze  sprawozdanie  piszę  z  mieszanymi  uczuciami.  Z  wykształcenia  jestem 

prawnikiem,  jednakże  podziwiam  współczesne  nauki  przyrodnicze  i  zazdroszczę  im 

krystalicznej  jednoznaczności,  która  bardzo  przydałaby  się  wielu  naszym  kodeksom. 

Uważam,  że  dyscypliny  ścisłe  oparte  są  na  solidnych  logicznych  podstawach  i  temu 

zawdzięczamy szybki i wszechstronny rozwój naszej cywilizacji.  

Moja  pewność  i  wiara  w  naukę  nie  została  bynajmniej  zachwiana  wydarzeniami, 

stanowiącymi  treść  niniejszego  raportu,  nie  pretenduję  również  do  wystąpień  z  pozycji 

oskarżyciela względem przyjętych metod poznawania przyrody. Uważam po prostu, że przed 

badaczami  stanął  jeszcze  jeden  problem  do  wyjaśnienia,  a  co  do  jego  wagi  wolę  nie 

wypowiadać się jako niedostatecznie biegły w przedmiocie jurysta.  

Nie  sądzę  również,  abym  popełnił  błąd  podczas  wykonywania  eksperymentów  lub 

obliczeń.  Doświadczenia  były  względnie  proste,  a  rachunki  na  poziomie  elementarnym. 

Jednakże,  aby  całkowicie  wyeliminować  niebezpieczeństwo  omyłki,  proponuję  powtórzenie 

badań przez bardziej kompetentne grono. Ale po kolei powróćmy do początku problemu.  

Cała  sprawa  zaczęła  się  bardzo  zwyczajnie,  można  by  powiedzieć  -  banalnie.  Mój 

dziesięcioletni  syn  wykonywał  prace  domowe,  zadane  mu  w  szkole.  Uczył  się  od  pierwszej 

klasy  doskonale  i  nigdy  nie  miałem  z  nim  żadnych  problemów,  zdziwiłem  się  więc  wielce, 

gdy  wszedł  ze  łzami  w  oczach  do  mojej  kancelarii  i  począł  użalać  się  na  swój  ulubiony 

przedmiot,  na  matematykę.  Okazało  się,  że  w  szkole  obliczano  liczbę  PI,  która  jest,  jak 

wiadomo,  stosunkiem  obwodu  koła  do  jego  średnicy.  I  wszystkim  dzieciom  wyszło  dobrze, 

tylko  mój  syn  otrzymał  inny  wynik,  mianowicie  3,13,  zamiast  prawidłowej  wartości  3,14. 

Nauczyciel  polcił  mu  powtórzyć  pomiary  w  domu  i  skarcił  za  brak  precyzji  w 

doświadczeniach. Lecz w domu nadal wychodziło.3,13, co zdenerwowało i zniechęciło syna. 

Postanowiłem mu pomóc.  

Użyliśmy blaszanej puszki po kawie i na nią nawijaliśmy cienki drut, którego długość 

mierzyliśmy  po  rozprostowaniu.  Pomiar  średnicy  puszki  nie  nastręczał  trudności. 

Dokonaliśmy  kolejnych  obliczeń,  nawijając  drut  również  wielokrotnie,  tak  by  zmniejszyć 

błąd do minimum.  

background image

I  proszę  sobie  wyobrazić  moje  zaskoczenie,  gdy  prawie  za  każdym  razem 

otrzymywaliśmy  3,13  !  Nie  potrafiłem  tego  zrozumieć.  Najpierw  sprawdziłem  w  tablicach  i 

encyklopediach, a następnie zatelefonowałem do mojego przyjaciela, fizyka z wykształcenia i 

zawodu.  Obrócił  on  całą  sprawę  w  żart,  naigrawając  się  zwłaszcza  z  instrumentów, 

używanych w doświadczeniu. Z pewną niechęcią i tylko po usilnych naleganiach zgodził się 

na wspólny eksperyment w swoim laboratorium, aby dowieść niewzruszonej prawdy.  

Nazajutrz  wykonywaliśmy  pomiary  za  pomocą  o  wiele  precyzyjniejszej  aparatury  i 

przeprowadziliśmy  obliczenia  z  dokładnością  aż  do  siedmiu  miejsc  po  przecinku.  Byłem 

niemalże dumny, gdy wynik wynosił za każdym razem 3,13 w zaokrągleniu do dwóch miejsc. 

Mój przyjaciel długo wyjaśniał, że użyta aparatura nie została przystosowana do tego rodzaju 

badań, że drut i obręcze  mogą kurczyć się  i rozszerzać wraz ze zmianami temperatury,  miał 

też wiele innych teorii, których nie zapamiętałem.  

Wtedy  coś  zachwiało  się  w  moim  prostym  i  jednoznacznym  obrazie  świata.  Dumny 

gmach nauki wydał się mniejszy, na jego murach zarysowały się pęknięcia i szczeliny.  

Odczułem wielką ulgę mojego przyjaciela, kiedy wreszcie odprowadził mnie do furtki 

i  powiedział  »do  widzenia«.  Wolał  nie  zajmować  się  tą  sprawą,  która  mieszała  mu  szyki  i 

powodowała  zamęt  w  głowie.  Tyle  miał  przecież  przed  sobą  wygodniejszych  i  jeszcze  nie 

ruszanych dziedzin  badawczych, gdzie  nikt nie odważy się kwestionować wyników, ba, inni 

zacytują je w swoich pracach! Byłem przekonany, że nikomu nie wspomni o eksperymentach 

przeprowadzonych tego wieczoru, chociażby z obawy przed narażeniem się na śmieszność.  

Ja sam odpowiadam na waszą ankietę tylko dla spokoju własnego sumienia, ponieważ 

i  tak  nie  wierzę,  aby  niniejsza  wypowiedź  spoczęła  w  miejscu  innym  niż  kosz  na  śmieci. 

Pragnę  zakończyć  swój  list  optymistycznym  akcentem,  dodam  więc,  że  wciąż  ufam  nauce, 

jednakże musi ona stopniowo dojrzewać do wielu problemów, które już od dawna, świadomie 

lub nie, obejmuje swoim zasięgiem".  

 

Przekładałem  grube  teczki,  pełne  relacji  i  sprawozdań  z  całego  świata.  Dotyczyły 

niemal każdej dziedziny życia ludzkiego. W materiale, gromadzonym przez wiele lat, można 

było  znaleźć  opisy  zdarzeń  dziwnych,  nieprawdopodobnych  lub  wprost  zakrawających  na 

fantazję.  Odchylenia  od  precyzyjnie  obliczonych  trajektorii  rakiet  i  pocisków  balistycznych, 

nieścisłości  w  sprawdzonych  i  uznanych  równaniach,  sprzeczne  dane  na  temat  dawno 

wyliczonych 

stabelaryzowanych 

wielkości, 

niewytłumaczalne 

cofanie 

się 

lub 

rozprzestrzenianie  różnych  chorób,  zmiany  w  aktywności  drobnoustrojów,  relacje  o 

wypadkach  i  katastrofach,  które  w  zasadzie  nie  powinny  mieć  miejsca,  nie  stwierdzono 

background image

bowiem  żadnej  możliwej  do  przyjęcia  ich  przyczyny  -  oto  niektóre  przykłady  opracowań  i 

doniesień.  Spojrzałem  ponad  plikami  zadrukowanych  kartek,  z  których  każda  kryła  swoją 

tajemnicę,  na  pustą  salę  konferencyjną  z  półkolistymi  rzędami  foteli.  Za  niespełna  godzinę 

przestronne  pomieszczenie  wypełni  się  ludźmi,  naprzeciw  mnie  zajmą  miejsca  wybitni 

przedstawiciele  światowej  nauki.  Czy  wytrzymam  ciężar  ciekawych  spojrzeń  ludzi, 

zaproszonych  na  tę  zakonspirowaną  konferencję  z  wszystkich  kontynentów?  I  co  będę  miał 

im do powiedzenia? Czy truizmy o świecie pełnym sprzeczności, czy może znaną prawdę, że 

w  nauce  każda  odpowiedź  rodzi  wiele  nowych  pytań  -  nie  wiedziałem.  Wciąż  nie  mogłem 

zdecydować  się  na  przyjęcie  planu  swojego  wystąpienia.  Przedstawienie  luminarzom  nauki 

hipotez  podważających,  ich  własne  badania  byłoby  równie  lekkomyślnym  posunięciem,  jak 

przyznanie  się  do  niewiedzy.  Niewiedzy  biorącej  swój  początek  w  żałośnie  skąpym 

strumieniu informacji, odbieranych przez nas z otoczenia.  

Sala wypełniała się powoli. Każda z tych dumnych postaci nauki, dostojnie zajmująca 

należne jej miejsce, byłaby może skłonna zrewidować wiele hipotez i teorii, byle dostatecznie 

odległych  od  swojej  profesji,  a  zwłaszcza  od  własnego  dorobku.  I  choć  kładłem  głowę  pod 

topór,  musiałem  przedstawić  obserwacje,  co  do  których  znaczenia  nie  miałem  żadnych 

wątpliwości.  Wnioski  praktyczne  należało  wyciągnąć  bezzwłocznie,  zostawiając  korekty 

światopoglądowe na później, chociaż nie na ostatek.  

Tak, ale od czego tu zacząć?  

Zacząłem od powitania szacownego grona, które było uprzejme przybyć z tak daleka. 

Następnie  rzuciłem  dowcipną  anegdotę,  czym  miałem  nadzieję  zyskać  sobie  przychylność 

audytorium.  Jednakże  towarzystwo  naprzeciw  mnie  składało  się  ze  starych  bywalców 

seminariów,  odczytów  i  konferencji,  i  wciąż  wyczuwałem  pełną  nieufności  rezerwę,  która 

niestety  pogłębiała  się  w  miarę  toku  wykładu.  Możliwe,  że  popełniłem  błąd  relacjonując  na 

wstępie przypadki niezrozumiałe i niewyjaśnione, do których wielka nauka zwykłą odwracać 

się  tyłem,  nie  wiadomo,  czy  z  obawy  przed  śmiesznością,  czy  z  przeświadczenia  o 

niemożności ich interpretacji. Wybitnym uczonym słuchającym mojej prelekcji nie wypadało 

czynić niczego innego, jak tylko uśmiechać się ironicznie lub wzruszać ramionami.  

- Czy to zebranie sekty mistycznej? - spytał ktoś półgłosem. W sali narastały szmery i 

tłumiona wesołość.  

- Szanowni państwo - podniosłem nieco głos - nie zabierałbym wam cennego czasu na 

pseudonaukowe  spotkania.  Wszystkie  dane,  które  przed  chwilą  przytoczyłem  jako  pewnego 

rodzaju  ilustrację  do  tematu  zasadniczego,  pochodzą  z  wiarygodnych  i  w  każdej  chwili 

background image

sprawdzalnych  źródeł.  Istnieją  drobiazgowe  opracowania  i  raporty  odpowiedzialnych 

organów, nie są to więc historie zasłyszane od osób trzecich.  

Sala umilkła. Wszyscy czuli; że teraz powinienem odkryć karty.  

-  Chciałbym  przedstawić  państwu  -  kontynuowałem  już  nieco  spokojniej  -  swoją 

koncepcję, łączącą w jedną całość przedstawione uprzednio oraz inne zagadkowe wydarzenia. 

Podkreślam  z  naciskiem,  że  jest  to  jedynie  koncepcja,  nie  pretendująca  do  miana  spójnej 

teorii.  Moja  nadzieja  w  tym,  że  właśnie  najznamienitsze  postacie  dzisiejszej  nauki  -  tu 

skłoniłem  się  kurtuazyjnie  w  stronę  zebranych  -  krytycznie  i  twórczo  ustosunkują  się  do 

prezentowanych  danych  i  wyciąganych  wniosków,  a  może  nawet  uzupełnią  je  swoim 

doświadczeniem lub, w przyszłości, badaniami. Wspólne działanie z pewnością pozwoli nam 

rozwikłać te problemy lub też odrzucić je i uznać za niebyłe.  

Teraz dopiero zacząłem pozyskiwać sobie audytorium. Siwi profesorowie powyciągali 

notesy.  

-  Materię  -  przeszedłem  od  razu  do  meritum  sprawy,  wykorzystując  przychylne 

zainteresowanie sali - dzielimy wygodnie pomiędzy  mikro - i  makrokosmos. My, z naszymi 

codziennymi problemami, znajdujemy się gdzieś pośrodku. W każdym z tych światów rządzą 

nieco  odmienne  prawa  inaczej  zachowują  się  cząstki  elementarne,  inaczej  gwiazdy.  Jednak 

ogólna  teoria  pola  pozwoliła  nam  zjednoczyć  te,  zdawałoby  się  zupełnie  różne  jakościowo, 

obszary. Obecnie mikro - i makroświaty jawią się nam jako kontinuum, jako wielki ciąg form 

istnienia  materii  wzdłuż  osi  wymiarów.  Jego  oba  obszary  brzegowe  leżą  w  mroku 

nieznanego,  lecz  rozsuwają  się  w  miarę  wzrostu  wiedzy.  Odsłaniają  wszakże  wciąż  nowe 

tajemnice.  

Mamy  więc  kontinuum,  dla  którego obecnie  jesteśmy  w  stanie  ułożyć  ogólne  prawa. 

Wiemy  dużo  o  ewolucji  ,  makrokosmosu,  o  przemianach  we  wnętrzach  gwiazd,  gdzie  z 

wodoru  drogą  reakcji  jądrowych  powstają  coraz  cięższe  pierwiastki.  Czerwone  olbrzymy, 

białe  karły  lub  gigantyczne  wybuchy  supernowych  to  nić  innego,  jak  punkty  przetwarzania, 

miejsca  ewolucji  materii.  Wiemy  sporo  o  tej  ewolucji  w  odniesieniu  do  mgławic,  gwiazd  i 

planet.  Lecz  ciągle  jesteśmy  skłonni  uważać  atomy  za  maleńkie,  w  zwykłych  warunkach 

niepodzielne  i  niezmienne  kuleczki,  stanowiące  podstawowy  budulec  materii.  Jeśli  mamy  te 

same prawa dla całego Wszechświata, to pora zrewidować ten pogląd, proszę państwa!  

Po sali podniósł się szmer niedowierzania i dezaprobaty. Audytorium zaklasyfikowało 

w  tym  momencie  mój  wykład  do  nieszkodliwych,  lecz  także  nienaukowych  ciekawostek  i  - 

słuchało dalej.  

background image

-  Moją  pierwszą  tezę  można  ująć  nieco  pretensjonalnie,  ale  za  to  krótko:  panta  rei. 

Wszystkie  formy  materii  ulegają  ewolucji,  począwszy  od  cząstek  elementarnych  (bo  te  na 

razie  znamy  jako  najmniejsze),  a  skończywszy  na  skupiskach  galaktyk.  Przy  czym,  w 

przypadku  na  przykład  atomów,  nie  jest  to  znana  reakcja  rozpadu  i  tworzenie  się  nowych 

pierwiastków.  Proszę  państwa,  żelazo  pozostaje  żelazem,  a  krzem  krzemem,  lecz  w  sposób 

ciągły  (lub  swego  rodzaju  "kwantowy")  zmieniają  się  ich  właściwości!  Oczywiście,  po 

dostatecznie  długim  czasie  żelazo  może  ulec  tak  daleko  idącej  transformacji,  że  nie  będzie 

przypominało  już  swojego  pierwowzoru,  a  raczej  poprzedniego  etapu  ewolucyjnego.  W 

końcu cały układ okresowy może przesunąć się o jedno miejsce lub, kto wie, przemieścić się 

w zupełnie innym, trudnym do przewidzenia kierunku...  

Na sali wybuchła wrzawa. Jedni żądali dowodów, inni okazywali swoje lekceważenie, 

część opuściła pomieszczenie; większość jednak chciała słuchać dalej i domagała się spokoju.  

-  Zmiany  reaktywności  poszczególnych  pierwiastków,  zwłaszcza  metali  - 

kontynuowałem  -  stwierdzone  w  wielu  laboratoriach,  zdają  się  potwierdzać  moje 

przypuszczenia.  

I to jest pierwszy, ważny powód zwołania tego seminarium mówiłem niezbyt głośno, 

lecz z naciskiem. - Należy przebadać i stale poddawać testom substancje i materiały używane 

w technice.  Wprowadzanie ciągłych korekt jest wymogiem chwili, zwłaszcza wobec,  jak  mi 

się  wydaje,  przyspieszonej  ewolucji  pierwiastków  w  ostatnim  okresie.  Inaczej  nasza 

cywilizacja może niebawem pogrążyć się w chaosie !  

Głuchy szmer sali wyrażał tym razem aprobatę. Propozycja była jasna i do przyjęcia: 

należało wziąć się do badań.  

- Proszę państwa, jeśli przyjmiemy  hipotezę o ewolucji  materii za punkt odniesienia, 

następny  wniosek  nasuwa  się  niejako  sam.  Poznane  przez  nas  dotychczas  prawa  natury 

odnoszą  się  do  materii,  bez  niej  nie  mają  racji  bytu.  Jeśli  materia  ewoluuje,  zmieniają  się 

również wynikające z jej właściwości prawa rządzące zarówno mikro - jak i makrokosmosem. 

Wszystko  jest  zmienne  !  Znajdujemy  się  wewnątrz  wartkiego  nurtu  istnienia  i  nie  możemy 

zadowalać  się  chwilowym,  statycznym  obrazem  świata.  Osiągnęliśmy  na  to  zbyt  wysoki 

poziom rozwoju!  

Sala  odpowiedziała  głuchą  ciszą.  Nikt  nie  rozmawiał,  nie  zadawał  pytań  i  nie 

komentował. Tą ciszą audytorium domagało się dalszego ciągu.  

- Stąd biorą się nieścisłości pewnych równań, które nie korygowane stracą po pewnym 

czasie  swój  sens  fizyczny.  Stosunek  obwodu  koła  do  jego  średnicy  wynosi  teraz  już  tylko 

3,13 i nadal maleje ! To jest fakt, proszę państwa, a wytłumaczyć go możemy sobie w sposób 

background image

najlepiej  trafiający  do  naszych  zmysłów.  Na  przykład  zakrzywianiem  się  przestrzeni,  co 

powoduje  wzrost  średnicy,  mierzonej  po  jakiejś  hipotetycznej  dla  nas  powierzchni  krzywej. 

Stąd  stałe  zwiększanie  się  liczby  katastrof  w  najnowszym  budownictwie,  opartym  na 

fałszywych obliczeniach.  

W  nienaturalną  ciszę  sali  buchnął  czyjś  nerwowy  śmiech,  lecz  urwał  się  nagle,  nie 

podchwycony przez innych. Zainteresowanie osiągało punkt kulminacyjny.  

-  Dotychczas  przedstawiałem  państwu  w  zasadzie  jedynie  wnioski,  wynikające 

bezpośrednio  z  obserwowanych  faktów.  Teraz  pora  na  kilka  hipotez.  Z  moich  kilkuletnich 

badań  wynika,  że  prawa  fizyczne  komplikują  się  i  wzbogacają  o  nowe  elementy,  a  pewne 

granice istnienia materii - ulegają ciągłemu rozszerzaniu. Na przykład prędkość światła zdaje 

się rosnąć, a zero absolutne, według wszelkich danych, stale obniża się na skali temperatury. 

Odkrywane w ostatnich czasach superciężkie pierwiastki z końca układu okresowego dawniej 

po prostu nie istniały, dopiero teraz nastał ich czas. Tę koncepcję można połączyć z teorią big 

bangu,  czyli  ciągłego  rozszerzania  się  Wszechświata  od  momentu  hipotetycznego 

prawybuchu.  W  miarę  rozbiegania  się  przestrzeni  materia  komplikuje  się  coraz  bardziej, 

rodzą się  nowe formy  jej  istnienia, a dawne ulegają permanentnej ewolucji. Zakładam, że w 

punkcie  zerowym  owego  wybuchu  temperatura  była  nieskończenie  wysoka  i  równała  się 

jednocześnie  chwilowemu  zeru  bezwzględnemu,  prędkość  światła  wynosiła  zero  (więc  nikt 

nie  byłby  w  stanie  dokonać  jakichkolwiek  obserwacji),  zaś  materia  istniała  tylko  w  jakiejś 

najprostszej, nieznanej obecnie postaci. Natomiast w hipotetycznej  nieskończonej odległości 

od  centrum  prędkość  światła  jest  nieskończenie  wielka,  temperatura  może  opadać  bez 

ograniczeń,  zmniejszając  stale  wartości  obecnie  jeszcze  nie  istniejących  cech  materii,  która 

występuje  w  niewyobrażalnie  wielkiej  ilości  form.  Tak,  proszę  państwa,  ale  to  jedynie 

hipoteza. Zapewne można tłumaczyć opisywane zjawiska na wiele sposobów. Mam nadzieję, 

że zajmą się tym tęższe umysły niż mój.  

Spojrzałem  po  sali.  Wszyscy  słuchali  w  skupieniu,  choć  napięcie  opadło  i  poczęły 

pojawiać  się  ironiczne  uśmiechy.  Głos  zabrał  specjalista  od  niskich  temperatur,  wysoki 

zasuszony profesor z uczelni o Światowej sławie.  

- Na wstępie chciałem pana przeprosić. Byłem nietaktowny, a jedynym pocieszeniem 

jest fakt, że zrobiłem to po cichu. Po prostu sądziłem, że cały ten wykład to jeden kosmiczny 

lub  kosmogoniczny  stek  bzdur,  ale  moją  opinią  zachwiała  pańska  uwaga  o obniżającym  się 

zerze  bezwzględnym.  Otóż,  szanowni  słuchacze,  prowadziłem  ostatnio  eksperymenty  około 

O°K,  i  wyobraźcie  sobie,  że  udało  mi  się  zejść  o  cały  stopień  niżej  od  wartości 

podręcznikowej!  Jak  zareagowałem?  Natychmiast  wyrzuciłem  asystenta,  który  robił 

background image

eksperyment.  Lecz  kiedy  drugiemu  wyszło  to  samo,  winę  zwaliłem  na  niedokładność 

aparatury.  Teraz  widzę,  że  może  być  trzecie  wyjaśnienie,  i  choć  nieprawdopodobne,  to 

najbardziej prawdopodobne z tych trzech! Dziękuję.  

Po  sali  przebiegła  fala  szeptów,  ale  nikt  nie  kwapił  się  do  zabrania  głosu. 

Postanowiłem  więc  zakończyć  spotkanie.  -  Tyle  byłoby  obserwacji,  wniosków  i  hipotez, 

szanowni  słuchacze.  Co  należy  robić  dalej?  Mam  pewność,  że tak  dostojne  gremium  wie  to 

znacznie  lepiej  ode  mnie.  A  jakie  wnioski  płyną  stąd  dla  wszystkich  ludzi?  Sądzę  - 

zawahałem  się  - taak,  należy  po  prostu  dostosowywać  się  do  zmiennej  rzeczywistości,  stale 

uaktualniać  dane  i  zachowywać  czujność...  Wiele  może  się  zdarzyć,  albowiem  z  moich 

obserwacji  wynika,  że  szybkość  zmian  wzrasta.  Jeśli  nikt  nie  wyraża  chęci  zabrania  głosu, 

uważam sympozjum za zamknięte. Dziękuję państwu za przybycie i życzę miłego powrotu.  

 

Kiedy  zajmowałem  miejsce  w  samochodzie,  dogonił  mnie  jeden  z  uczestników 

konferencji, mój stary znajomy.  

- Słuchaj, znam cię zbyt dobrze na to, abyś robił takie uniki. Mnie nie nabierzesz.  

- ..... ?  

- Nie udawaj. Nie dokończyłeś wykładu. Z czegoś zrezygnowałeś w ostatniej chwili. 

Co to było?  

- No; nic takiego istotnego...  

-  Stary,  nie  odgrywaj  zbawiciela  ludzkości,  ale  też  nie  oszczędzaj  nas  zbytnio. 

Wszelka przesada nie prowadzi do niczego dobrego.  

- Jak chcesz. I tak rzecz wyjdzie na jaw, może im prędzej, tym lepiej. Chciałem dodać 

coś o nas, ludziach. Widzisz... my też zmieniamy się. Ewolucja, mutacje. Myślisz, że to efekt 

promieniowania  kosmicznego?!  Bzdury.  Wszystko  płynie.  Planety  starzeją  się,  spójrz  na 

Księżyc.  

A  zmiany  naszej  świadomości?  Są  to  rzeczy  niepojęte,  w  zasadzie  poza  zasięgiem 

ludzkiego poznania. Jednak jesteśmy w stanie badać prostsze problemy. Na przykład strukturę 

węgla,  który  jest  podstawowym  budulcem  naszego  ciała.  Pierwiastek  ten  występuje  w 

organizmach  głównie  w  stanie  hybrydyzacji  sp3.  Ale  widzisz...  ona  zmienia  się,  powoli 

oczywiście,  na  sp2  Tak,  dobrze,  opiszę  rzecz  prościej.  Oznacza  to  kompletną  zmianę 

właściwości chemicznych, która, według moich obliczeń, może nastąpić już za 300 - 500 lat! 

Nie  ma  mowy  o  przestrojeniu  budowy  i  funkcji  organizmu  w  tak  krótkim  czasie.  Już  teraz 

mamy  pierwsze  zwiastuny  zmian:  nowotwory.  Zrozum,  że  dotychczas  względną  stabilność 

świat zawdzięczał ogromnej różnicy w szybkości  obu procesów: "starzenie się"  materii  było 

background image

nieporównanie  powolniejsze  od  uwijania  się  takich  mróweczek  jak  my.  Teraz  te  pierwsze 

zjawiska  zwiększyły  swoją  szybkość  -  dostaliśmy  się,  być  może,  w  jakieś  lokalne 

"zawirowanie przestrzeni". I co ty na to?  

-  Z tego,  co  mówisz...  Czyli  właściwie  możemy  być  jeszcze  świadkami  agonii  życia 

ziemskiego?  

- To dosyć pesymistyczne stwierdzenie. Kto wie, może dlatego właśnie stworzyliśmy 

cywilizację  techniczną,  aby  umożliwić  sobie  wyjście  z  podobnych  sytuacji?  Mam  na  myśli 

coś  w  rodzaju  ewolucyjnej  przypadkowej  celowości.  Według  tej  hipotezy  cała  działalność 

ludzką w okresie nowożytnym byłaby jeszcze jednym ogniwem ewolucji, końcowym etapem 

przystosowawczym życia ziemskiego. Etapem, który oby nie zakończył się zbyt późno.  

- Masz na myśli walkę z rakiem?  

- Mój drogi, widocznie  nie wyrażam się dostatecznie  jasno. Tu chodzi o rozwiązanie 

globalne, nie o drobne środki leczące objawy. Rozwiązań może być wiele; sądzę, że właściwą 

drogę odnajdziemy  w  nadchodzących  latach.  Trudno  o  prognozy  przy  obecnym  szaleńczym 

wyścigu  cywilizacyjnym,  ale  jego  cel  stał  się  obecnie  dla  mnie  jasny:  jest  to  kwestia 

przeżycia. Wykładnicza krzywa rozwoju oznacza po prostu morderczy bieg o przetrwanie.  

Wciąż patrzał na mnie pytająco, aż w końcu dałem za wygraną.  

- Nie chcę bawić się w proroka, ale dam ci dwa przykłady dróg, jakimi mogłoby pójść 

dalej  ziemskie  życie.  Temat  przeniesienia  świadomości  ludzkiej  do  maszyn  cyfrowych 

stanowi  wdzięczną  pożywkę  dla  wielu  komiksowych  opowieści,  ale  w  rzeczywistości 

niebawem  będzie  to  realna  możliwość.  Gdybyśmy  zaś  chcieli  pozostać  przy  obecnych 

formach  białkowych,  należałoby  zastosować  nieznane  dotychczas  prawa  fizyki,  a  w  efekcie 

zahamować lub nawet zawrócić lokalną ekspansję Przestrzeni. Odbyć jedyną realną podróż w 

czasie,  byle  nie  za  daleko,  bo  odmienne  cechy  materii  mogłyby  znów  rozstroić  nasze 

organizmy.  Być  może  wtedy,  tak  jak  ci  się  marzy,  odnieślibyśmy  totalne  zwycięstwo  nad 

rakiem,  żelazo  stałoby  się  nierdzewne,  ale  nie  sposób  przewidzieć,  co  stałoby  się  z  naszą 

świadomością.  

Miał dosyć. Pożegnał się pospiesznie i odszedł, a ja jechałem najpierw krótką cienistą 

aleją, aby po chwili wydostać się na lśniącą lustrem gorąca drogę wśród ruchomych piasków.  

background image

Andrzej Zimniak 

”O tym, który słyszał woń nenufarów” 

 

Pewnego dnia, który z pozoru niczym  nie różnił  się od innych w nieskończonym  ich 

szeregu,  Jan  zbudził  się  o  bladym  brzasku  rześki  i  wypoczęty.  I  usłyszał  wyraźnie,  o  czym 

sąsiedzi  rozmawiają  za  ścianą  sennymi  jeszcze  głosami.  Po  pierwszym  zdziwieniu  ogarnęła 

go  złość,  bo  czy  naprawdę  muszą  wydzierać  się  w  taki  sposób  od  samego  rana?  Ale 

zdziwienie  znów  wzięło  górę,  kiedy  dobiegały  doń  również  głosy  z  dołu  i  z  górnych  pięter, 

nie mówiąc już o chichotach na mansardzie. Skromna kawalerka Jana wypełniła się szmerem 

wielu rozmów, chrapaniem tudzież porannym brzękiem filiżanek do kawy. Czuł, a właściwie 

słyszał  życie  wszystkich  mieszkańców  budynku  o  tej  wczesnej  godzinie.  Co  to  może,  u 

diabla,  znaczyć?  Czy  ktoś  robi  mu  głupi  kawał?  A  może  jakiś  szef  od  badania  opinii 

publicznej pomylił końcówki, dając mu do domu odbiornik zamiast nadajnika? Ale Jan, mimo 

gwałtownych poszukiwań, nie znalazł ani śladu tego typu instalacji.  

Tymczasem  sytuacja  uległa  pogorszeniu:  W  pokoju,  a  raczej  pod  czaszką  Jana 

rozbrzmiewały  łagodne  głosy  amatorów  świeżych  bułeczek,  czekających  na  otwarcie  sklepu 

za rogiem, a także pełne rubasznej treść rozmowy taksówkarzy na pobliskim postoju. Prawda 

była  oczywista,  i  wypłynęła  z  głębi  świadomości  Jana  niby  tłusta  plama  oliwy  na 

powierzchnię wody: słuch mu się poprawiał! Niestety, proces ów nie ustawał.  

Nasz bohater okazał się nagle hojny - byłby skłonny scedować natychmiast nadwyżkę 

czułości  swego  nazbyt  wyostrzonego  zmysłu  niedosłyszącym,  głuchym,  nasłuchowcom  - 

komukolwiek,  głowa  jego  bowiem  wypełniała  się  męczącym  szumem.  Lecz  altruistyczne 

ciągoty  przyszły  w  nieodpowiednim  miejscu  i  czasie,  jak  to  często  między  ludźmi  bywa,  i 

pozostały  niezaspokojone. Skąd się to wszystko wzięło?  Wczoraj był w drogerii,  mógł więc 

coś powąchać. A może to przez seanse spirytystyczne, w których ostatnio uczestniczył? Mógł 

go jeszcze Bóg wynagrodzić lub diabeł ukarać (albo odwrotnie) za tę jego wieczna ciekawość 

wszystkiego,  co  istnieje  i  co  nie  istnieje,  zresztą  powód  zawsze  się  znajdzie,  jeśli  dobrze 

poszukać. Ale... zaraz! Wczoraj przecież uderzył  się o szafkę, aż gwiazdy zatańczyły  mu  na 

tle brudnej ściany kuchennej. Szansa leży w kuracji wstrząsowej ! Nie zwlekając, Jan zdjął z 

półki kilka opasłych tomów encyklopedii w twardej oprawie. Wyrznął się nimi w ciemię, aż 

świat pociemniał, a rozmowy wokół też przycichły. Uff..  

Wtem  usłyszał,  jak  jego  ciotka  Adelajda  mówi  po  angielsku.  Właściwie  nic  w  tym 

dziwnego, wszak już dziesięć lat temu osiadła w Montrealu. W... Montrealu!!  

background image

Jan  przyodział  się  naprędce  i  pognał  do  lekarza.  Przed  gabinetami  laryngologa  i 

neurologa były kolejki, wpadł więc do psychiatry.  

- Ja... - zająknął się - słyszę sąsiadów i innych...  

-  Wiem  -  przerwał  mu  lekarz  przyjacielskim  tonem  niech  się  pan  nie  martwi. 

Poradzimy.  

- Ale ja ich wszystkich słyszę. Ja słyszę... o wiele za dużo!  

- Rozumiem. Czopki, proszę.  

- Do uszu?  

-  Nie.  Normalnie,  per  rectum.  Rano  i  wieczorem.  Zobaczy  pan,  wszystko  będzie  po 

pańskiej myśli !  

Jan  powlókł  się  do  domu  i  bezzwłocznie  zaaplikował  lek.  Po  chwilowym,  lekkim 

podnieceniu,  wywołanym  zapewne  czynnikami  pozafarmakologicznymi,  odczuł  muskanie 

słabych  prądów  oplatających  delikatną  siatką  całe  ciało.  Dziwne  drżenie  przeniknęło  mu 

członki.  Zaraz  potem  usłyszał  monotonny  szum,  w  którym  wkrótce  rozróżnił  wielość 

szmerów  o  różnej  wysokości  dźwięku  i  rozmaitym  natężeniu,  niby  odgłos  dziesiątków 

górskich  strumyków  pod  topniejącym  wiosennym  śniegiem.  Był  to  dźwięk  prądu 

elektrycznego.  

Nagle  usłyszał  grzmot,  jakby  wodospad  przynajmniej  rozmiarów  Niagary  walił  po 

kuchennej  ścianie;  to  sąsiad,  dysponujący  nowoczesnym  sprzętem  domowym,  włączył 

kuchenkę elektryczną.  

Jan  uciekł.  Po  prostu  wybiegł  z  domu  tak,  jak  stał.  Przechadzał  się  po  parkach, 

ulicach, muzeach, a wszędzie przestrzeń pełna była dziwnych głosów, których pochodzenia w 

większości  przypadków  nie  mógł  ustalić.  Był  jednak  absolutnie  przekonany,  że  słyszał 

basowy  krzyk  drzew,  którym  przycinano  gałęzie,  iż  woń  lilii  wodnych  i  nenufarów  miała 

przyjemny, ciepły dźwięk, a błękit  nieba  był  nieznośnie piskliwy,  natomiast czerwony  blask 

zachodu słońca stanowił prawdziwie kojącą symfonię.  

Jan  zmęczył  się  tym  wszystkim,  lecz  obawiał  się  powrotu  do  domu  ze  względu  na 

elektrotechniczny sprzęt idącego z duchem czasu sąsiada. Wstąpił więc do znajomego.  

Ten  wytrzeszczył  oczy  zaraz  na  początku  niesłychanej  opowieści  i  przystąpił 

niezwłocznie  do  rozczyniania  wódki,  co  dla  niektórych  stanowiło  wyjście  z  każdej  sytuacji. 

Spirytus  mieszał  się  z  wodą  z  tak  przenikliwym  świstem,  że  Jan  odruchowo  zakrył  uszy 

dłońmi; na nic się to jednak nie zdało. Gdy wreszcie przykry odgłos ustał, napój był gotowy. 

Po  pierwszym  kieliszku  poczuł  błogie  odprężenie.  Złowrogie,  napierające  zewsząd  dźwięki 

jakby  cofnęły  się  nieco,  odpłynęły.  Lecz  po  powtórnym  przepiciu  Jan  stwierdził,  że  jego 

background image

kumpel...  trzeszczy,  trzeszczy  jak  stare  krzesło,  na  którym  bezustannie  buja  się  niesforny 

dzieciak.  Ów  dźwięk  to  przycichał,  to  wzmagał  się  niespodziewanie,  i  tak  trwał,  ciągły  i 

charakterystyczny.  Sąsiadka  z  pierwszego  piętra,  jejmość  będąca  właścicielką  bujnych 

kształtów  i  kilkunastu  kanarków  wydawała  zajadłe  terkotanie,  natomiast  stróż  z  sutereny, 

człek o podejrzanej fizjonomii, szemrał niby brudna woda w dolnym biegu zanieczyszczonej 

rzeki.  Wszystkie  te  dźwięki  były  nie  do  pomylenia  lub  zamiany,  a  mówiły  o  swoich 

właścicielach  znacznie  więcej  niż  kryminalny  odcisk  palca.  Jan  z  przestrachem  począł 

wsłuchiwać się w siebie, ale wyczuł tylko bulgotanie. Był głodny.  

Ponieważ  kolega  nie  spieszył  się  z  poczęstunkiem,  udał  się  do  narożnej  knajpki.  W 

czasie kiedy spożywał zupę, bufetowa wydawała przenikliwy pisk niby stary i zużyty wagon 

kolejowy,  a  siedząca  nie  opodal  rozłożysta  dziewczyna  zanosiła  się  nieprzerwanym 

wewnętrznym  chichotem,  żywo  przypominającym  śmiech  hieny  w  noc  bezksiężycową.  Jan 

nie  skończył  posiłku  i  spiesznie  oddalił  się.  Na  ulicy  wszystkie  dziewczyny  spośród  tych, 

które  kląskały  jak  słowiki,  miały  pewną  siebie  asystę,  przeto  bliższe  badanie  owych  dosyć 

rzadkich fenomenów okazało się bezcelowe.  

Jan  w  zasadzie  nie  był  wierzący,  lecz  gdy  zobaczył  ciemną  bryłę  kościoła,  grzmiącą 

dostojną  powagą  na  tle  ciepłych  dźwięków  wieczornej  zorzy,  poczuł  nieodpartą  chęć 

spojrzenia  w  głąb  własnej  duszy  pod  osłoną  szacownych  murów.  Wszedł.  Niezdarnie 

rozpoczął  modlitwę,  lecz  zaraz  otoczyły  go  jakieś  szepty,  przytłumione  głosy,  piski...  Myśli 

rozbiegały  się,  to  znów  schodziły  jakby  dziesiątkami  poplątanych  ścieżek.  W  głowie  miał 

chaos.  Przestraszony  wybiegł  na  dwór. Słyszał  -  myśli  innych  ludzi!  Tam,  w  kościele,  były 

nabożne, uduchowione i trochę niesamowite, otaczały Jana jak duchy i zjawy nie z tej Ziemi 

(może rzeczywiście to były duchy?). Na ulicy natomiast nasz bohater czerwienił się i bladł na 

przemian,  wstydził  się  i  ogarniało  go  przerażenie,  gdy  przeciskał  się  przez  dystyngowany 

wieczorny tłum, a w uszach brzmiały mu nagie, nieskrępowane rozmyślania przechodniów.  

Jan  posuwał  się  coraz  dalej,  pędził  niby  meteor,  który  nie  może  się  już  zatrzymać. 

Wiedział,  że  jego  zmysł  słuchu  osiąga  nieosiągalne,  bał  się  jakiejś  bariery,  której  bliskość 

wyczuwał.  Przemknął  przez  niesamowite  szepty  podświadomości  i  osiągnął  na  koniec  kres 

swojej wędrówki dotarł do siedliska duszy.  

I  otoczyła  go  cisza,  albowiem  dalekie  tło  odgłosów  świata  stało  się  niczym  w  tym 

sanktuarium.  Wtem  -  zagrzmiał  karzący  Głos,  w  którym  jednakże  pobrzmiewały  nutki 

zdziwienia wobec bezczelności śmiałka:  

-  Ty  nachalny  natręcie,  który  nabrałeś  niecnej  chęci  podsłuchiwania,  czy  dociera  do 

ciebie  moje  słowo  w  ciemnej  otchłani  twojego  istnienia?  Ty,  co  mącisz  mi  spokój,  abyś 

background image

zrozumiał,  powiem  ci  używając  dostępnych  ci  pojęć,  że  jesteś  teraz  niby  zwierz, 

zanieczyszczający  swoimi  odchodami  własną  czystą  źrenicę!  Wynocha  z  powrotem,  do 

siebie!  

I  nagle  Janowi  wydało  się,  że  spada  przez  kolejne  przestrzenie,  z  których  każdą 

wypełniają inne, dziwne dźwięki, a jego lot jest coraz szybszy, prędkość staje się zawrotna, że 

przebija za każdym razem z głuchym  łomotem  membranę  jakiegoś gigantycznego bębna, aż 

wreszcie... ogłuchł zupełnie,  i głuchy  był  jak pień do końca swoich dni.  Widocznie szybciej 

niż inni wyczerpał życiowy przydział wrażeń na zmysł słuchu.  

Po latach opowiadał wnukom, póki jeszcze byli mali, że w dawnych, dawnych czasach 

słyszał  upajający  zapach  nenufarów  i  lilii  wodnych.  Lecz  na  wspominanie  o  duszy  byli 

najpierw za mali, a potem - już za mądrzy.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Tchnienie szaleństwa” 

 

Samochód  zatrzymał  się  z  piskiem  hamulców.  Dwaj  mężczyźni,  którzy  opuścili 

szoferkę, udali się wprost do Komendanta. Byli zmęczeni i pokryci kurzem drogi.  

-  O'Hara,  Scoyt  -  przedstawili  się  małemu,  śniademu  krajowcowi,  który  zdawał  się 

ginąć  za  swoim  masywnym  biurkiem.  Przyglądał  się  przybyszom  przenikliwym,  nieco 

drapieżnym wzrokiem. Przemówił dopiero po chwili :  

- Dostałem telefonogram przed tygodniem. Do waszej dyspozycji jest chata trzcinowa, 

niestety,  niczego  lepszego  nie  mogłem  przygotować.  Jedna  z  tutejszych  dziewcząt  będzie 

wam  pomagać,  nazywajcie  ją  Baloo.  Gdybyście  potrzebowali  czegoś,  zwróćcie  się 

bezpośrednio do mnie. Czy są jakieś pytania?  

O'Harę  uprzedzano  o  surowości  obyczajów  szczepu  Baali  i  niechęci  do  obcych,  lecz 

brak  wszelkich  form  grzecznościowych  spowodował  lekki  szok.  Poczuł  wzbierający  gniew, 

mruknął  więc  coś  niewyraźnie  i  skierował  się  ku  wyjściu.  Nie  zamierzał  zaczynać  od 

sprzeczki. Lecz piskliwy głos Komendanta osadził go na miejscu.  

-  Jeszcze  chwileczkę.  Chciałem  udzielić  wam  pewnej  rady,  dla  waszego 

bezpieczeństwa. Dopóki nie będziecie niepokoić naszych ludzi, oni też dadzą wam spokój. W 

przeciwnym wypadku... Po prostu, u nas przetrwało wiele zwyczajów z dawnych czasów. Ci 

przybysze,  którzy  o  tym  pamiętali,  zawsze  opuszczali  osadę  zadowoleni.  I  jeszcze  jedno 

weźcie  te  amulety.  To  znak  rozpoznawczy,  że  jesteście  ze  mną  w  zgodzie  -  dodał 

wyjaśniająco.  

Komendant  osiedla  czy  zabobonny  szaman?  Oto  do  czego  prowadzi  polityka 

nieinterwencji  -  pomyślał  O'Hara  z  niesmakiem.  Wziął  jednak  amulet  i  schował  go  do 

kieszeni.  

Wyszli w duszny, tropikalny  zmrok, który zapadł nagle, zdawałoby się, że  jeszcze w 

trakcie  trwania  pełnego  dnia.  Dżungla  piętrzyła  się  groźnie  wokół,  waliła  się  jakby  szarą, 

ogromną falą ze wszystkich stron na rachityczne chaty osiedla. Dziki śpiew cykad zdawał się 

wprowadzać  czaszkę  w  wibracje.  O'Hara  dopiero teraz  zrozumiał,  dlaczego  lasy  północy,  w 

których słychać tylko szum sosen, sprawiają wrażenie uśpionych.  

Jak  spod  ziemi  wyrosła  przed  nimi  drobna,  naga  dziewczyna,  wskazała  drogę  do 

rozpadającej  się  trzcinowej  chaty,  rozwiesiła  hamaki  i  przyrządziła  strawę.  Potem  znikła 

równie nagle, jak pojawiła się.  

background image

Mężczyźni  jeszcze  długo  w  noc  przenosili  i  ustawiali  w  chacie  sprzęt  i  aparaturę. 

Wreszcie legli zmęczeni w hamakach, lecz sen nie chciał przyjść. Otaczało ich nienaturalnie 

bujne,  rozpasane  życie  tropików,  słyszeli,  jak  pulsuje  tysiącami  dźwięków,  niemal  czuli 

przewalanie się dziwnych stworów w lepkim błocie między mangrowcami, ciche zbliżanie się 

drapieżników  i  śliski  ruch  węży  pośród  lian.  Duszne  powietrze  dławiło  ich  niby  gęsta, 

podgrzana ciecz.  

O'Hara  oddychał  płytko  i  z  trudem.  Nie  mógł  zasnąć,  czuł  dziwne  podniecenie; 

zapadał  jedynie  w  krótkie  drzemki,  wypełnione  koszmarnymi  obrazami  bagnistej  dżungli. 

Ubranie oblepiało spocone, rozgrzane ciało.  

Gdy  nagły,  tropikalny  brzask  wsączył  się  strumyczkami  zamglonego  światła  przez 

szpary  w  trzcinowych  ścianach,  mężczyźni  z  ulgą  zwlekli  się  z  hamaków,  przełknęli 

śniadanie  i  niezwłocznie  rozpoczęli  pracę.  Trzeba  zrobić  co  należy  i  wynosić  się  czym 

prędzej  z  tego  nieprzyjaznego  zakątka  do  cywilizowanych  okolic,  gdzie  można  wziąć 

prysznic i gdzie ludzie stwarzają pozory wzajemnej życzliwości.  

O'Hara miał trudności z wyzerowaniem aparatu, pokrętła i przyciski wydawały mu się 

toporne,  a  konstrukcja  urządzenia  zupełnie  niepraktyczna.  Czuł  się  nienormalnie 

podekscytowany, zupełnie jak po kilku filiżankach mocnej kawy.  

Skinął na Baloo, która siedziała w kucki pod trzcinową ścianą. Gdy podeszła, sięgała 

mu  zaledwie  do  ramienia,  a  różnicę  potęgowała  jeszcze  jej  filigranowa  budowa.  O'Hara  był 

mężczyzną  słusznego  wzrostu  i  wagi  i  wyglądał  przy  niej  jak  niedźwiedź.  Dziewczyna 

zgodziła się na kilka elektronicznych pomiarów.  

O'Hara  musiał  usiąść,  aby  umocować  na  głowie  Baloo  elektrody.  Musnął 

przypadkowo  łokciem  jej  nagą,  jędrną  pierś  i  poczuł  łagodny  zapach  kobiecego  ciała. 

Dotychczas  miał  ją  za  dziecko  jeszcze,  za  podlotka.  Poczuł  wzmagające  się  podniecenie. 

Raptownie  wstał,  sięgnął  do  skrzyni  i  rzucił  dziewczynie  prześcieradło.  -  Zakryj  się  tym  - 

warknął.  

Baloo  pokazała  w  uśmiechu  szereg  białych  zębów.  O'Hara  mógłby  przysiąc,  że 

wszyscy  krajowcy  mają  w  twarzach  coś  drapieżnego,  niezależnie  od  nastroju,  w  jakim  się 

znajdują.  

- Jak pan sobie życzy, sir.  

- I noś to zawsze.  

- Dobrze, sir.  

Szybko  dokonał  pomiarów  i  odprawił  dziewczynę,  albowiem  jej  wdzięki,  chociaż 

spowite  teraz  w  białą  tunikę,  stopniowo  przesłaniały  mu  ekrany  i  wskaźniki.  Co  się  ze  mną 

background image

dzieję!  myślał.  Ze  statecznym  obywatelem,  poważnym  naukowcem,  który  nigdy  nie  uganiał 

się  za  spódniczkami!  Przebadał  jeszcze  kilku  krajowców,  lecz  ciągle  widział  Baloo  i  czuł 

delikatny zapach jej skóry.  

-  Co  tam  u  klimatologa?  -  rzucił  w  stronę  Scoyta,  aby  odwrócić  tok  myśli.  - 

Potwierdzasz czy obalasz teorię?  

-  Do  licha  z  teorią  -  burknął  niegrzecznie  Scoyt,  lecz  zaraz  zreflektował  się  i  dalej 

ciągnął  już  normalnym  tonem.  -  Z  danych  odbiegających  od  przeciętnej  warto  zanotować 

podwyższony poziom promieniowania jonizującego, a w glebie spore stężenie litu, cynku, no 

i dużo kadmu. Poza tym nic specjalnego.  

- Czy gdzieś na świecie występuje podobna kombinacja?  

- Owszem. W Norwegii i na Alasce - odczytywał Scoyt z ekranu komputera.  

- A między zwrotnikami ?  

- Zaraz... Są nieco podobne układy, ale zawsze któraś komponenta jest o wiele niższa. 

Tylko  na  Florydzie  mamy  coś  podobnego.  Oczywiście  biorę  pod  uwagę  jedynie  dane 

skatalogowane.  

-  Gdybyś  podawał  inne,  byłbyś  w  najgorszym  przypadku  wróżką  -  mruknął  O'Hara, 

lecz Scoyt gładko przeszedł nad zaczepką.  

- A co u ciebie?  

-  U  wszystkich  osób,  które  przebadałem,  stwierdziłem  podwyższone  ciśnienie  krwi, 

podrażnienie centralnego ośrodka nerwowego, silne reakcje emocjonalne i cały zespół innych 

cech,  charakteryzujący  osobniki  w  stanie  stresu  lub  gotowości  do  konfrontacji.  Jeśli  dane 

pozostaną  podobne  w  ciągu  dłuższego  okresu,  będą  oznaczać  tutejszy  stan  normalny.  Stąd 

wniosek,  że  klimat  i  środowisko  tego  obszaru  wywołuje  obserwowane  przez  nas  niezwykłe 

objawy emocjonalne. A wtedy...  

- Mówisz jak zwolennik teorii - przerwał Scoyt, a jego żółte oczy zwęziły się.  

-  Mówię  o  faktach!  -  prawie  krzyknął  O'Hara  i  zacisnął  wielkie  pięści.  Przez  chwilę 

mierzyli się złym wzrokiem. Pierwszy opadł na trzcinowy fotel Scoyt.  

-  Oto  był  dowód  na  wiarygodność  twoich  wyników.  Kończmy  szybko  robotę  i 

zwijajmy  obóz,  bo  będzie  źle.  Mężczyźni  wzięli  się  raźno  do  pracy  i,  choć  niewyspani  i 

rozdrażnieni, nazajutrz zdołali zgromadzić pokaźny materiał.  

Jednakże niewiele z niego wynikało.  

-  To tylko  poszlaki,  a  nie  dowody  -  O'Hara  wstał  zniechęcony  i  przeciągnął  potężne 

ramiona, aż zatrzeszczały stawy.  

background image

-  Sporo  jednak  tych  poszlak  -  Scoyt  próbował  być  optymistą.  -  Zaczynam  poważnie 

brać pod uwagę możliwość ewentualnego rozważenia...  

- Nie próbuj być dowcipny - przerwał szorstko O'Hara. - Tak jest, szefie. Ale zauważ, 

że  w  punktach  o  podobnej  charakterystyce  geologicznej  w  innych  miejscach  kuli  ziemskiej 

też  występują  poważne  zaburzenia  atmosferyczne.  Morze  Północne  lub  Ochockie,  Trójkąt 

Bermudzki...  

-  Nigdzie  tak  silnie  jak  tutaj.  Te  niszczycielskie  cyklony! -  Ale  też  ludzie  Baali  żyją 

bardziej gromadnie, całe plemię tworzy jakby jedną rodzinę. Wszyscy zajmują się i przejmują 

na raz tym samym.  

- Myślałem już na ten temat. Wszystko poszlaki, a nam potrzeba dowodów. Nic więcej 

tu nie zdziałamy, jutro pakujemy sprzęt. A teraz idę rozerwać się trochę. Obejrzę grę w piłkę 

w wykonaniu tubylczych reprezentacji, podobno ciekawe widowisko.  

- Poczekaj, pójdę z tobą - Scoyt również miał już dosyć jałowej pracy, polegającej na 

kolekcjonowaniu  danych.  Obaj  mężczyźni  ruszyli  w  duszny  żar  tropikalnego  popołudnia, 

czując  palący  ciężar  promieni  słonecznych  na  ramionach  i  plecach.  Pot  spływał  im  spod 

kapeluszy na . szyję i dalej każda kropla torowała sobie drogę po piersiach lub łopatkach.  

Mimo potwornego upału napięcie wokół wyczuwalnie rosło; krajowcy biegali między 

chatami,  a  na  głównym  placu  pośrodku  wioski  zebrał  się  już  gwarny  tłum.  Gracze  obu 

drużyn, z naszej osady i sąsiedniej, blisko położonej wioski, rozgrzewali się już, miotając na 

siebie  obelgi.  Tłumnie  przybyli  mieszkańcy  obu  wiosek  również  nie  żałowali  sobie,  tak  że 

harmider  zagłuszał  nawet  odwieczne  głosy  dżungli.  Co  tu  będzie  działo  się  za  chwilę  - 

pomyślał  O'Hara  i  nagle  w  olśnieniu  spojrzał  na  Scoyta,  lecz  ten  był  zbyt  zmęczony  na 

wszelkie  dysputy.  Dowlókł  się  do  zacienionego  miejsca  i  usiadł  na  piasku,  skąd  smętnie 

obserwował coraz bardziej podnieconych krajowców.  

Rozpoczął  się  mecz.  Ogólnie  gra  polegała  na  waleniu  małej  piłeczki  wielką  pałką  w 

taki sposób, aby kauczukowa kulka spadła na pole przeciwnika. Zarówno gracze, jak i kibice 

krzyczeli ile sił w płucach, wymachiwali rękami, tańczyli, niektórzy wpadali w ekstazę. Coraz 

częściej wybuchały bójki lub większe awantury. O'Hara i Scoyt woleli wycofać się zawczasu, 

krajowcy byli bowiem coraz bardziej nieobliczalni i niebezpieczni.  

Tej  nocy  obydwaj  mężczyźni  nie  zmrużyli  oka.  Czuwali,  .  łowiąc  niecierpliwie 

odgłosy z zewnątrz. To jeden, to drugi podnosił  nagle głowę, aby  lepiej ocenić  jakieś słabe, 

ledwie  uchwytne  dźwięki.  Lecz  gdy  wreszcie  ucichły  chrapliwe  nawoływania  krajowców, 

którzy nie spieszyli się do swoich chat, zewsząd dobiegało tylko granie milionów cykad. I nic 

ponadto.  

background image

Myśli  O'Hary  błądziły  wciąż  wokół  tego  samego tematu. Tak, teraz  właśnie,  jeszcze 

tej  nocy  wszystko  powinno  się  wyjaśnić.  Może  nie  będzie  to  rozwiązanie  ostateczne,  ale 

przynajmniej bardzo istotna przesłanka. A wszystko zaczęło się tak niedawno, zaledwie kilka 

lat temu, kiedy Lemour wziął się do obliczania entropii informacji i emocji. O'Hara pamiętał, 

jak łysy niby wygolone kolano, lecz za to brodaty Lemour przychodził do niego i grzmiał: no, 

stary, mam problem akurat na nasze możliwości ! Jaka jest różnica w entropii między tomem 

encyklopedii  i  książką,  w  której  hasła  i  litery  tego tomu  zostały  wydrukowane  chaotycznie? 

Albo  jak  zmienia  się  entropia  człowieka  przeżywającego  silną,  emocję?  Hę?  To  przecież 

proste - bierzesz całkę... Nie było to proste, ale w końcu Lemour ułożył równania i rozwiązał 

je. Uznano wtedy, że jest nieszkodliwym wariatem lub w najlepszym razie szarlatanem.  

Wspomnienia  O'Hary  przerwał  gwałtowny  podmuch  wiatru,  który  z  furią  uderzył  w 

ażurowe  ściany  chaty.  Obaj  mężczyźni  jak  na  komendę  zeskoczyli  na  ziemię  i  wybiegli  w 

ciemność.  Po  niebie  pędziły  niskie,  wełniaste  chmury,  a  pełna  rozbudzonych  krzyków 

dżungla gięła się pod nagłymi ciosami wichury.  

- Oto dowód! - Scoyt usiłował przekrzyczeć szum huraganu.  

-  Powiedzmy,  że  połowa  dowodu -  O'Hara  był  nieco ostrożniejszy,  lecz  jego oblicze 

promieniało.  

Nazajutrz  obydwaj  mężczyźni  wzięli  się  od  rana  do  pracy;  nie  zauważyli  nawet,  że 

Baloo  przyszła  dopiero  koło  południa.  Była  naga,  a  włosy  miała  zaplecione  w  misterne 

warkoczyki.  

- Dlaczego nie ubrałaś się? - spytał szorstko O'Hara. Dziewczyna spuściła oczy.  

- Przyszłam... pożegnać się.  

 

- Co?  

- Wczoraj urodziło się białe cielę. To znak.  

- Do czego?  

- Do składania ofiar Bogom. Ja będę... dawała ofiarę. Nie mogę potem wam służyć.  

- Dlaczego?  

Nie  odpowiedziała,  schyliła  tylko  jeszcze  bardziej  głowę.  O'Hara  spojrzał  na  jej 

kształtne  piersi  i  wysokie  sklepienie  bioder  i  myślami  był  bardzo  daleko  od  składania  ofiar 

bogom ludu Baali.  

- Jak wygląda takie składanie ofiar? - zainteresował się Scoyt.  

- To bardzo dawny zwyczaj. Nie dla białych.  

- Z tańcami, śpiewami?  

background image

- Tak, na początku.  

- A później?  

Znów  nie  odpowiedziała,  tylko  schyliła  głowę  i  ciemna  fala  drobno  splecionych 

włosów  opadła  na  delikatne  ramiona,  odsłaniając  subtelny  łuk  pleców.  O'Hara  ledwie 

powstrzymał się, żeby ich nie odgarnąć; czuł, jak puls wali mu w skroniach, Otarł pot z czoła.  

- Często odbywają się takie ceremonie? - badał dalej Scoyt.  

-  Nie  -  dziewczyna  usiłowała  sobie  przypomnieć.  Chyba...  w tym  roku  dwa  lub  trzy 

razy.  

Scoyt założył jej kask, uruchomił baterie i wsunął w otwór kasetę synchronizującą.  

- Spróbuj przypomnieć sobie, kiedy to było.  

-  Zaraz...  na  pewno  trzeciego  stycznia,  potem  chyba  dziesiątego  czy  jedenastego 

kwietnia,  no  i  w  maju,  tak,  piątego  maja.  Dokładnie  piątego  wieczorem.  Wszyscy  dorośli 

członkowie szczepu idą do lasu, pozostają dzieci i starcy.  

Lecz  Scoyt  już  nie  słuchał,  tylko  wywoływał  dane  z  komputera.  Po  chwili  wydał 

triumfalny krzyk i odczytał:  

- Dwa cyklony, Daisy i Betty, i tajfun Cleopatra.  

Z  tego  zbieżność  dwóch  zupełnie  niezła.  Co  ty  na  to?  Nie  czekając  na  odpowiedź 

zaskoczonego O'Hary pytał dalej dziewczynę:  

- A co z meczami, no, w piłkę? Kiedy były urządzane?  

- Nie wiem, to nie dla kobiet - odrzekła jakby zawstydzona.  

- Dobra - Scoyt zerwał się z miejsca - idę do Komendanta, on na pewno zna daty -  i 

wybiegł na dwór.  

- Co to jest? - Baloo wskazała na jeden z przyrządów. Co wy robicie?  

- To za trudne dla ciebie, dziecko - roześmiał się O'Hara, ale widząc jej obrażoną minę 

dodał:  

- My, jakby to powiedzieć... próbujemy wyjaśnić, skąd biorą się wiatry. Widzisz, nam 

wydaje się, że one nieraz zaczynają się w nas samych. Zresztą, poczekaj.  

Pogrzebał chwilę w skrzyni i wyciągnął kasetę, którą wepchnął do drugiej szczeliny w 

kasku Baloo. Dziewczyna zachwiała się lekko, lecz po chwili odzyskała równowagę i poczuła 

się normalnie.  

- Pożyczyłem ci taką biblioteczkę, z której twój mózg może czerpać dane - zaśmiał się 

O'Hara. - Będzie ci łatwiej zrozumieć.  

-  To  jest...  takie  dziwne.  Jakby  jakaś  ręka  przeszukiwała  moją  głowę  -  wyszeptała 

dziewczyna i nagle umilkła, przestraszona własnymi słowami.  

background image

-  Nie  zwracaj  na  to  uwagi,  tego  typu  odczucie  występuje  zawsze  -  O'Hara  mówił 

nienaturalnym głosem, nie mogąc oderwać wzroku od długich ud Baloo. Miał wrażenie, że w 

żyłach pulsuje mu stopiony, łaskoczący metal.  

A  dziewczyna,  doskonale  wyczuwając  jego  zainteresowanie,  jakby  umyślnie 

eksponowała  swoje  wdzięki.  Bawi  się  kosztem  starego  durnia  -  pomyślał  ze  złością.  Zaczął 

mówić, gwałtownie wyrzucając słowa i usiłując stłumić wzbierające ciepłą falą pożądanie.  

-  Znasz  już  teraz  pojęcie  entropii,  prawda?  Przyjmijmy  po  prostu,  że  jest  to  miara 

chaosu.  Bezład  -  to  maksimum  entropii,  zaś  celowe  organizowanie  to  jej  zmniejszenie. 

Rozwijający  się  ludzie  są  jakby  wysepkami  malejącej  entropii  w  środowisku  jej  ogólnego 

wzrostu. Chociaż procesy samorzutne...  

- To wiem. Mówi pan w sposób prosty o rzeczach ogólnie znanych - przerwała dzika, 

lecz wyposażona w kasetkę dziewczyna z plemienia Baali.  

-  Przepraszam  najmocniej  -  O'Hara  nie  mógł  powstrzymać  uśmiechu.  -  Wobec  tego 

przechodzę do sedna sprawy.  

Jeden z moich przyjaciół, Lemour, przyjął, że entropia człowieka w stanie równowagi 

psychicznej jest większa niż po doprowadzeniu go do silnego wzburzenia. Po prostu bezruch i 

stagnacja,  charakteryzujące  spokój  wewnętrzny,  to  stany  poprzedzające  działanie  bodźca, 

który  powoduje  ukierunkowaną,  a  więc  w  pewnym  sensie  uporządkowaną  koncentrację 

reakcji psychofizjologicznych, czyli w końcowym efekcie po prostu wzburzenie emocjonalne. 

Lemour nie poprzestał na spekulacji abstrakcyjno - filozoficznej, lecz...  

Dlaczego  ja  to  wszystko  jej  tłumaczę?  Przecież  tracę  cenny  czas...  Nie,  bo  piersi  tej 

dziewczyny są niesamowite, takie ostre, jak wykute w kamieniu, chciałbym wziąć  je w rękę 

chociaż na chwilę, nie dbam o resztę, po co mi stanowisko uniwersyteckie...  

-  Czy  wszystko  jest  w  porządku?  -  w  głosie  dziewczyny  dźwięczał  niepokój.  Poczuł 

raczej niż zobaczył, że zbliżyła się.  

- Tak!! - rzucił przez zęby, odwracając się tyłem. Po chwili mówił dalej :  

- Więc ten mój przyjaciel, zresztą stał się on wkrótce przyjacielem wielu osób, a nawet 

osobistości,  które  przedtem  raczyły  zwykle  nie  zauważać  jego  istnienia,  tak  więc  Lemour 

obliczył  swoją  całkę.  Wartość  entropii,  a  raczej  wartość  jej  spadku  w  wyniku  wzburzenia 

emocjonalnego,  wyszła  monstrualna,  nieprawdopodobnie  wielka.  Było  jasne,  że  w 

rozumowaniu tkwił błąd lub że... Można było założyć, że w otoczeniu jednocześnie zachodzi 

ogromny kompensujący wzrost entropii,  i wtedy  proces nie przeczył podstawowym prawom 

termodynamiki.  A  wzrost  entropii  to  ujednolicenie,  uśrednienie.  Jeśli  w  głębi  ziemi  istniały 

naprężenia, powinno w tym  momencie  lub  niewiele później  następować ich wyrównywanie. 

background image

Na  przykład:  intensywnie  przeżywane  emocje  grupy  ludzi  mogłyby,  według  jego  hipotezy, 

spowodować gwałtowne trzęsienie ziemi w rejonach sejsmicznych. Dalej - jeśli w atmosferze 

istniałaby różnica potencjałów, to wedle teorii wyładowanie w postaci pioruna miałoby zostać 

zainicjowane w analogiczny sposób. To samo przy różnicy ciśnień między dwoma obszarami, 

która  powinna  być  niwelowana  huraganem  lub  tylko  wiatrem,  w  zależności  od  gradientu 

wielkości  fizycznej  i  od  mocy  impulsu  emocjonalnego.  Stąd  burze  i  wiatry  wiosenne,  kiedy 

wszystko  co  żywe  dostaje  gorączki  rozmnażania,  stąd  też  straszliwe  tajfuny  i  cyklony  w 

obszarach  tropikalnych,  bo  ludzie  są  tu  szaleni,  a  życie  zwariowane  w  porównaniu  z  zimną 

północą.  

O'Hara  gadał  urywanymi  zdaniami  jak  nakręcony,  zupełnie  jakby  wypluwał  z  siebie 

ten najkrótszy w życiu wykład.  

W nerwowym podnieceniu zaciskał wielkie, spocone pięści. Pragnął wyrzucić stąd tę 

drobną dziewczynę,  i to jak najprędzej; tylko  jeszcze choć raz spojrzy  na  jej smukłe plecy  i 

wiotką talię.  

- Jaka to piękna hipoteza - zawołała z podziwem, patrząc, zdumiona na O'Harę - i jaka 

naciągana! Przecież...  

-  Ależ  oczywiście!  -  jednym  szarpnięciem  zerwał  jej  kask  z  głowy.  Wiem,  że  są 

jeszcze  tysiące  innych  czynników!  Lecz  gniew  zgasł  w  nim  natychmiast,  gdy  ujrzał  jej 

zalęknione oczy i skuloną postać. Poczuł się paskudnie, jakby zabił noworodka.  

- Zimno tutaj, sir. Czy ja... spałam?  

- Nie, to jest... tak, przez chwilę.  

- Przepraszam!  

-  To  był  eksperyment,  pomiar  -  tłumaczył  niezręcznie.  Czuł,  że  dłużej  nie  zniesie 

widoku  tej  dziewczyny,  a  raczej  kobiety,  podlotka  czy  wampa  -  wszystko  jedno.  Chciał 

wybiec,  uciec,  lecz  wtedy  ona  podeszła  i  dotknęła  go.  Zwyczajnie  dotknęła,  idąc  za  głosem 

naturalnego,  pierwotnego  odruchu.  Zobaczył  wokół  czerwień  i  już  nie  czuł  nic  -  tylko  jej 

mokrą,  rozgrzaną  twarz  i  gibkie  kocie  ciało.  Czas  zatrzymał  się  i  pędził  jednocześnie  w 

obłędnym  rytmie  osuwającego  się  świata,  a  gorąca  rozkosz  napływała  kumulującą  się  aż  do 

bólu falą.  

Poczuł  słony  smak  krwi.  Dopiero  drugie  uderzenie  dotarło  do  jego  świadomości. 

Zwalił się ciężko na ziemię; między zębami zazgrzytał piach. Czyjaś twarda dłoń przewróciła 

go  na  plecy,  spostrzegł  nad  sobą  czerwoną,  wykrzywioną  wściekłością  twarz  i  żółte  ślepia 

Scoyta.  

- Coś ty narobił, skończony idioto!  

background image

O'Hara  podniósł  się  na  łokciu.  Zdążył  jeszcze  zobaczyć,  jak  Komendant  i  kilku 

krajowców pospiesznie opuszcza chatę; pozostał sam ze Scoytem, który usiadł ciężko i złapał 

się za głowę. Powoli wracali do równowagi.  

Powietrze  było  gęste  od  straszliwego,  dusznego  gorąca.  Ubrania  oblepiały  dokładnie 

ciała obu mężczyzn. Na zewnątrz gardłowe wrzaski krajowców przybierały na sile.  

- Odprawiają taniec wojenny. Trzeba uciekać - Scoyt mówił z trudem, po raz pierwszy 

jąkał się.  

- A aparatura? - O'Hara dźwignął się z trudem  i  bezskutecznie usiłował doprowadzić 

ubranie do porządku.  

-  Jaki  ty  jesteś  głupi  -  wycedził  Scoyt,  a  jego  żółte  oczy  zwęziły  się  do  szparek.  - 

Nawet  jeśli  oni  nie  zdążą  podziurawić  nas  swoimi  włóczniami,  nie  domyślasz  się,  co  stanie 

się za godzinę lub dwie?! - krzyczał z bezradnym, trochę dziecinnym wyrazem twarzy. - Całe 

plemię,  łącznie  z  kobietami  i  dziećmi,  pała  żądzą  zemsty  na  tobie,  teraz  już  na  nas  obu. 

Powietrze aż drga od emocji. Uciekajmy! Wybiegli w ciężki żar popołudnia. W szoferce nie 

było czym oddychać, a fotele parzyły niby rozgrzany piec. Silnik prychnął parę razy i zgasł. 

Scoyt  zaklął  i  spróbował  ponownie  -  tym  razem  zapalił  i  zawył  od  razu  na  najwyższych 

obrotach, lecz wóz zarzucił i zakopał się w piachu. Wszystkie dętki były przedziurawione.  

O'Hara  poczuł  ucisk  strachu  na  krtani.  Rzucił  się  ciężko  w  ślad  za  biegnącym 

Scoytem.  Wkrótce  dotarli  do  podmokłej  dżungli,  gdzie  wpadali  w  głębokie  błoto  między 

korzeniami mangrowców, ostre kolce boleśnie raniły skórę, a tysiące moskitów cisnęły się do 

ust i oczu. Lecz nawet tam doganiały ich krzyki rozwścieczonych mieszkańców wioski - nie 

mogli  ujść  daleko.  Już  po  chwili  zdali  sobie  sprawę  z  beznadziejności  sytuacji;  nie  mieli 

żadnych szans. Wtedy dżungla zamilkła. Zwierzęta jakby straciły głos i wpełzły w najgłębsze 

zakamarki swoich kryjówek.  

W  złowrogiej  ciszy  nawet  krajowcy  zaprzestali  nawoływań.  Nagle  uderzył  huragan. 

Rozszalał  się  od  razu  całą  mocą,  jakby  chciał  natychmiast  wyładować  długo  gromadzoną 

wściekłość.  Dżungla  krzyknęła  strasznie  jak  rozdzierany  i  miażdżony  potwór  i  poddała  się. 

Wielkie  drzewa  padały  z  łoskotem,  a  mangrowce  legły  od  razu  niby  trawa  pod  kosą. 

Powietrze  wypełniły  strzępy  lian,  liście  i  grudy  ziemi;  martwe ptaki  przypominały  wirujące 

strzępy rozdmuchanego pierza.  

 

O'Hara,  który  jako  jedyny  jakimś  cudem  ocalał  z  pogromu,  czasami  wspomina  te 

wydarzenia jak nierealny, zły sen, choć musi przyznać, że przez całe swoje spokojne życie nie 

doznał tylu wrażeń, co w ciągu owych kilku szalonych dni.  

background image

Natomiast  teoria,  jak  to  często  bywa,  nie  została  nigdy  ani  całkowicie  obalona,  ani 

dowiedziona  ponad  wszelką  wątpliwość;  po  prostu  zastąpiono  ją  inną,  lepszą  i 

nowocześniejszą, co nie znaczy, że ostateczną, a tym bardziej prawdziwą.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Szlaki istnienia” 

 

Boja  fascynowała  mnie  zawsze,  ilekroć  spoglądałem  na  jej  smukłą,  obłą  sylwetkę, 

zawieszoną  nieruchomo  na  tle  głębokiego  seledynu  przestrzeni.  Z  dala  wydawała  się  szara, 

czarna niemal, lecz gdy zbliżałem się ukradkiem, z niewyjaśnionym lękiem ściskającym krtań 

łaskotliwą obręczą, na powierzchni ciemnej bryły rozjarzały się delikatne ogniki i pląsały jak 

robaczki  świętojańskie,  a  później  cały  elipsoidalny  kształt  rozpalał  się  wiśniowym 

świeceniem. Wtedy zawsze cofałem się szybko, a uczuciu opuszczającego mnie strachu, który 

uchodził  raptem  niby  zimny  płyn  wypełniający  uprzednio  pierś,  towarzyszył  wzbierający 

gniew i niechęć do samego siebie.  

Często  opowiadałem  ludziom  o  boi.  Zrazu,  na  samym  początku,  były  to  nieśmiałe 

zwierzenia,  wstydliwe  szeptanie;  potem  mówiłem  coraz  głośniej,  aż  w  końcu  stałem  się 

natarczywy. Niektórzy słuchali mnie z przylepionym do warg uprzejmym uśmiechem, myśląc 

zupełnie o czym innym, byli też tacy, którzy ze zniecierpliwieniem wzruszali ramionami. Te 

drobne  różnice  w  zachowaniu  zależały  zapewne  od  nabytej  w  młodości  ogłady;  wszyscy 

jednakże  jednakowo  uparcie  biegli  wyznaczonymi  im  ścieżkami,  zaś  żadna  z  ich  tras  nawet 

nie zbliżyła się do przestrzeni za  boją. Tylko nieliczni spośród tych, którym opowiadałem o 

strażniku dziwnego obszaru, dali  się skłonić do wspólnego rekonesansu;  ich śmiechy  i gesty 

były  nawet  pełne  zrozumienia,  gdy  wskazywałem  na  jajowatą  plamę  czerni  z  roztańczonym 

rojem świetlików. Lecz żaden z nich nie widział boi lub może nie chciał jej widzieć - mogłem 

wskazywać dowolny kierunek w przestrzeni, a oni wciąż byli pełni zrozumienia i aprobaty, po 

czym wymieniali uściski dłoni i z ulgą powracali na swoje ścieżki.  

Lecz ja potrzebowałem towarzysza. Czułem, że sam nie podołam lękom, nie przełamię 

bariery  strachu,  którą  wytwarzała  we  mnie  złowroga  wiśniowa  poświata.  Kiedyś  ku  mojej 

niezmiernej radości jeden z uprzejmych słuchaczy zgodził się na wspólną eskapadę.  

Ruszyłem  przodem,  czując  się  znacznie  raźniej  w  towarzystwie  i  tłamsząc  w  sobie 

resztki strachu przed pulsującym świeceniem. Gdy  mijałem  jajowaty, wiśniowy kształt, boja 

nagle  zgasła  i  znikła.  Po  prostu  znikła,  a  ja  zanurkowałem  w  tę  zagadkową  przestrzeń  po 

drugiej  stronie,  w  przestrzeń,  która  okazała  się  wewnątrz  błękitna  jak  sen.  Otoczyła  mnie 

niebieska  mgiełka,  w  której  płynnym  ruchem  przesuwały  się  niby  w  rozbujanej  toni  oceanu 

jakieś zrazu nierozpoznawalne kształty.  

background image

-  Jak  tutaj  inaczej  -  rzuciłem  przez  ramię  i  odwróciłem  się,  nie  otrzymawszy 

odpowiedzi.  Byłem  znowu  sam,  mój  towarzysz  znikł  gdzieś,  zapewne  podążał  od  dawna 

ścieżką swojej konieczności lub szlakiem głębokiego przekonania o jej istnieniu.  

Lecz nie bałem się już. Miejsce lęku zajęła pełna podniecenia ciekawość. Przenikałem 

błękitną,  eteryczną  toń,  dążąc  zdecydowanie  na  spotkanie  niewyraźnych  kształtów 

unoszących się gdzieś w lśniącej mgle oddalenia.  

Ogromne  kule,  jakby  zacumowane  w  bladej,  niebieskiej  poświacie,  wykonywały 

delikatny  taniec  płynnych,  powolnych  wahnięć  wokół  punktów  kotwiczenia.  Ich 

powierzchnie, szare  lub  mlecznosine, wydawały  się nieruchome, dopóki nie wypełzły  na nie 

pędzącymi wirami plątaniny finezyjnych linii, jaskrawe pasy lub nakładające się pierścienie w 

rozszalałej feerii barw.  

Było  to  tak  piękne,  że  bezwiednie  zbliżyłem  się  do  opalizującej  ściany,  gładkiej  jak 

lustro.  Wyciągnąłem  dłoń.  Ręka  pokonała  ledwie  wyczuwalny  opór,  nie  większy  niż  przy 

zanurzaniu do wody, i zagłębiła się w nieprzejrzystą zasłonę. W środku było ciepło. Cofnąłem 

się raptownie, a  moje ramię, całe  i  zdrowe, opuściło wnętrze kuli. Zachęcony powodzeniem 

spróbowałem zajrzeć do środka. Moja głowa i ramiona gładko przeszły na drugą stronę. Było 

tam rzeczywiście znacznie cieplej niż w błękitnej przestrzeni zewnętrznej ; widziałem wokół 

białą,  rzedniejącą  mgłę.  Poczułem  zawrót  głowy  -  daleko  w  dole  rozpłaszczył  się 

pomarszczoną  powierzchnią  bezmiar  oceanu.  Granatowoczarne  rowy  głębin  biegły 

rozłamanym  na nieforemne człony szeregiem aż  po zamglenie widnokręgu, a zielone  i  żółte 

pierścienie.  szelfowych  płycizn  opasywały  jasną  wyspę,  leżącą  wprost  pode  mną.  Nalot 

roślinności  delikatnie  cieniował  białe  wzgórza,  a  tuż  nad  osłoniętą,  spokojną  zatoką 

drobnymi,  lecz  foremnymi  kamiennymi  bryłami  zabudowań  rozsypało  się  wzdłuż  brzegu 

miasteczko.  Wycofałem  się  i  posuwałem  wzdłuż  rozigranej  barwnym  blaskiem  ściany  tak 

długo,  że  powinienem  osiągnąć  poziom  wewnętrznego  morza.  Istotnie  tak  było;  gdy 

zajrzałem przez zasłonę, leniwe fale przetaczały wały, zielonkawej, przejrzystej wody o parę 

metrów niżej. Zdecydowanym ruchem prześliznąłem się do środka i z pluskiem wskoczyłem 

do morza. Lustrzana powierzchnia fal zamknęła się nad moją głową, a głębia w dole zdawała 

się  ogniskować  wszystkie  promienie  słoneczne  w  jednym  punkcie  zielonej  czeluści. 

Wynurzyłem  się  i  popłynąłem  do  pobliskiego  brzegu,  na  którym  dostrzegłem  rybaków 

układających  sieci.  Wyszedłem  na  kamienistą  plażę  i  pozdrowiłem  ich  przyjaznym 

skinieniem  ręki;  odpowiedzieli  mi,  uchylając  czapek.  Byli  to  młodzi,  zdrowi  mężczyźni. 

Poczułem  się  nieswojo,  albowiem  widziałem  wokół  tylko  uśmiechnięte  twarze.  Jakby 

wszyscy cieszyli się, że właśnie ja tutaj i teraz zawitałem.  

background image

Gdy  po  kamiennych  stopniach  wspiąłem  się  na  wysoki  brzeg,  moje  ubranie  było  już 

suche.  Niemal  dotykalna  pieszczota  promieni  słonecznych  i  łagodne  ciepło  płynące  od 

nagrzanych głazów stawały się stopniowo uciążliwe, aż zamieniły się w duszny upał. Młody 

śmiech  rybaków  z  plaży  rozbrzmiewał  coraz  rzadziej,  aż  ucichł  zupełnie;  widocznie  i  oni 

odczuli żar, lejący  się z bezchmurnego nieba. Chodziłem uliczkami kamiennego miasteczka, 

szukając  skrawka  cienia,  ale  na  próżno:  wszystko  zalane  było  jasnym  i  mocnym  światłem 

słonecznym.  Nawet  drzewa  o  najgęstszych  koronach  nie  dawały  żadnej  osłony,  a  wnętrza 

domów jaśniały równie intensywnym blaskiem, co środek ulicy.  

Wszyscy  napotkani  ludzie  byli  młodzi  i często widziałem uśmiechy  na  ich twarzach; 

nie spotkałem nikogo zatroskanego lub płaczącego.  

Gdy szedłem stromą uliczką, wypatrując źródła wody, zatrzymał mnie człowiek nieco 

starszy od innych. Ten mężczyzna nie uśmiechał się, a w głębi oczu miał smutek. - Przybyszu 

- zagadnął - pójdź za mną, coś ci pokażę. Weszliśmy na mały rynek, okolony rzędem drzew 

oliwnych  umieszczonych  w  kamiennych  donicach.  Mój  przewodnik  wskazał  na  starą  wieżę, 

na której zegar wybijał właśnie południe.  

-  Zawsze  wskazywał  za  kwadrans  jedenastą.  Wykonałem  lekceważący  gest,  lecz  on 

ciągnął dalej takim samym, bezbarwnym tonem.  

- Nigdy nie było tak gorąco jak teraz. Nigdy nie miałem suchych warg.  

Mężczyzna podszedł do drzewa oliwkowego, tkwiącego w spękanej, spopielałej ziemi, 

i dotknął więdnącej gałęzi, strącając kilka zwiniętych liści.  

-  Dlaczego  u  was  nikt  nie  płacze?  Nie  cierpi?  -  pytałem  gwałtownie,  uchwyciwszy 

jego ramię. - Czy kiedyś chorowałeś? Czy umarł ci ktoś bliski?  

W widocznym wysiłku zmarszczył czoło.  

- Umarł?  

- Czy czujecie smak szczęścia? - rzuciłem pytanie, zdając sobie jednocześnie sprawę z 

jego bezsensu.  

Szybko zbiegłem uliczką w kierunku morza. Na plaży rybacy siedzieli na kamieniach 

jak  wielkie,  zmęczone  kormorany,  a  pot  pozlepiał  im  włosy  w  wilgotne  kosmyki.  Patrzyli 

obojętnie, jak dałem nura w ciepłe fale. Modliłem się, aby stary zegar zatrzymał swój bieg jak 

najprędzej.  

 

Znów przemierzałem wypełnioną wirującym lśnieniem przestrzeń, w której szybowały 

dziesiątki baniek mydlanych o gigantycznych rozmiarach. Ciekawość pchała mnie coraz dalej 

i czyniła coraz śmielszym.  

background image

Kiedy wniknąłem do jednej z bladomlecznych kul, których wiele kołysało się leniwie 

w  zbitej  gromadzie,  ujrzałem  nieprzeliczony  tłum  mężczyzn,  kobiet  i  dzieci,  pędzący  niby 

rzeka  bez  początku  i  końca.  Ów  wezbrany  potok  ludzi  omijał  zielone  pagórki  na  swojej 

drodze,  tkwiące  w  ruchomej  gromadzie  niby  wyspy  we  wzburzonym  nurcie  skotłowanej 

wody.  Zszedłem  do  biegnących,  aby  spytać,  dokąd  zdążają.  Nikt  nie  zwrócił  na  mnie 

najmniejszej  uwagi,  kiedy  stanąłem  w  białym  pyle  drogi.  Ludzie  ci  nie  rozmawiali  między 

sobą;  ich  jedynym  celem  był  sam  bieg,  zaś  jedyną  przyjemnością  -  wyprzedzanie  innych. 

Rodzenie,  rozwój,  umieranie  -  wszystko  to  odbywało  się  w  trwającym  bez  przerw  pędzie. 

Młodzi posuwali  się  lekkimi zrywami, ciężko kłusowały dostojne, rozbujałe  matrony, nawet 

rachityczni  staruszkowie  kuśtykali  zawzięcie,  pokryci  wieloletnim  pyłem  drogi.  Gdy  ktoś 

zatrzymywał się lub padał, rozsypywał się natychmiast. w biały kurz.  

Potrącany  i  popychany  przez  biegnących,  postanowiłem  odpocząć  na  jednej  z 

zielonych  wysp.  Spokojny  gaj,  pełen  zapachu  żywicy  i  ciepłych  podmuchów  wiatru,  dawał 

prawdziwe wytchnienie; zastanawiałem  się, dlaczego nikt z pędzącego tłumu  nie zatrzymuje 

się  tutaj,  aby  nabrać  sił.  Lecz  wtedy  spostrzegłem  kilkoro  ludzi  opodal  świerków.  Chociaż 

sprawiali wrażenie wypoczętych, leżeli wygodnie w wysokiej trawie pełnej kwiatów polnych. 

Ta grupa najwyraźniej zrezygnowała z dalszej gonitwy.  

Gdy postawiłem stopę na polanie, ich czas począł biec.  

Wykazywali  rosnące  zaniepokojenie,  spoglądali  jedni  na  drugich,  niektórzy  wstali  i 

zajęli  się  zbieraniem  owoców  lub  polowaniem,  przy  czym  każdy  chciał  uzbierać  czy 

upolować  więcej  niż  pozostali.  Rozpoczęło  się  gorączkowe  poszukiwanie  łupu;  ci,  którzy 

dotarli do krańców wyspy, włączali się w pędzącą ludzką rzekę, nie mogli bowiem ścierpieć, 

że ktoś biegnie prędzej od nich.  

Z  tymi,  którzy  pozostali  w  trawie,  działy  się  dziwne  rzeczy:  kurczyli  się,  schli  w 

oczach, mięśnie im wiotczały, a członki ulegały błyskawicznemu zanikowi lub zwyrodnieniu. 

Po chwili tylko rozłażąca się  skóra niby  szary pergamin pokrywała  nagie piszczele, czaszka 

miękła  i  zmniejszała  się  jak  przekłuty  balon,  i  wreszcie  zostawały  tylko  białe  włosy, 

rozwłóczone po lesie przez wiatr nici babiego lata. Straciłem ochotę na odwiedzanie innych - 

wysp i opuściłem tę smutną krainę.  

 

Świat,  w  który  wszedłem,  otoczył  mnie  drgającym  od  gorąca.  powietrzem,  wonnym 

dymem  i  dziwnie  drażniącą,  choć  cichą  muzyką;  zmierzch  zachlapał  połowę  nieba  różem, 

karminem  i  szkarłatem.  Nie  zdążyłem  jeszcze  rozejrzeć  się  po  okolicy,  kiedy  zamknęły  się 

wokół mnie białe ramiona; w oczach, nosie i ustach miałem pełno włosów, a na szyi czułem 

background image

wargi  i  zęby.  Zapach  perfum  i  potu  był  tak  ostry,  że  pasował  do  gwałtowności  zajścia  - 

pomyślałem o tym  bezwiednie, podczas gdy, obca dłoń usiłowała wepchnąć  mi do ust jakąś 

pigułkę,  Tego  było  już  za  wiele  -  po  chwilowym  szoku  odzyskałem  panowanie  nad  sobą  i 

kilkoma  energicznymi  ruchami  zdołałem  się  wyswobodzić.  Na  twarzy  kobiety,  którą 

odepchnąłem, malowało się zdziwienie tak wielkie, że graniczące ze strachem. Była to młoda 

dziewczyna,  smukła  i  bardzo  ładna,  ubrana  jedynie  w  półprzejrzystą  nocną  koszulę;  biała 

karnacja  skóry  wydawała  się  jeszcze  delikatniejsza  wobec  ciężkich  splotów  kruczoczarnych 

włosów,  opadających  na  szyję  i  wiotkie  ramiona.  Spomiędzy  delikatnych  palców  wypadła 

pastylka o cielistym zabarwieniu i potoczyła się po chodniku z gładkich kamieni wprost pod 

nogi  kilku  mężczyzn  i  kobiet,  przyglądających  się  ze  zdziwieniem  całej  scenie.  Wszyscy 

nosili,  podobnie  jak  dziewczyna,  przezroczyste  i  lekkie  tuniki;  można  było  śmiało 

powiedzieć, że chodzili właściwie nago.  

Zmieszany  i  przestraszony,  spróbowałem  oddalić  się.  Żaden  ze  świadków  zajścia  mi 

nie  przeszkodził,  tylko  wodzili  za  mną  zdumionym  wzrokiem.  Dopiero  po  dłuższej  chwili, 

gdy straciłem ich z oczu, ochłonąłem nieco, zebrałem myśli i rozejrzałem się po okolicy.  

Wokół.  piętrzyły  się  jakieś  dziwne  budowle,  ni  to  szałasy,  ni  to  gliniane  chatki; 

uliczki,  wyłożone  białym  kamieniem,  wygładzonym  najpierw  przez  fale  morskie,  potem 

tysiącami  stóp,  meandrowały  wśród  nich  jak  łożyska  wyschniętych  potoków.  W  świetle 

kolorowych  lamp  spacerował  roześmiany  tłum  młodych  mężczyzn  i  kobiet.  Wciąż  wszyscy 

byli młodzi i roześmiani, choć wiedziałem, że swoim przybyciem uruchomiłem niweczący ich 

kruche szczęście mechanizm, że czas począł płynąć i słodkie wino uchodziło już z pękniętego 

dzbana.  

Co  parę  kroków  widziałem  przytulone  pary.  Ani  kochankowie  nie  krępowali  się,  ani 

też  nikt  z  przechodzących  nie  dziwił  się  w  najmniejszym  stopniu.  Sięgali  przy  tym  do 

ustawionych co parę kroków kolumienek z zagłębieniami, pełnymi cielistych pigułek; zażycie 

specyfiku  wyraźnie  zwiększało  ich  podniecenie.  Zauważyłem,  że  nikt  nigdy  nie  odmawiał. 

Czym  prędzej  dałem  nura  w  boczną  uliczkę.  Szedłem  jakimiś  ciemnymi,  zapomnianymi 

schodami,  mając  nad  głową  tylko  wąski  pasek  szarostalowego  już  teraz  nieba.  Gdy  ucichł 

wreszcie  rozpasany  gwar  ulicy,  ujrzałem  przed  sobą  w  świetle  żółtej  latarni  dwie  postacie. 

Dałbym  głowę,  że  nikt  nie  nadchodził;  jakby  wyrosły  nagle  z  kamiennej  płyty.  Stary, 

przygarbiony  człowiek trzymał  za rękę dziecko o twarzy zastygłej w piękną  maskę. Odeszli 

powoli, a ich kroki stukały głuchym echem po kamiennych zaułkach.  

 

background image

Lekko,  bez  wysiłku  przemierzałem  rzadki  woal  mgły,  spowijającej  zawojem 

srebrzystego  lśnienia  setki  barwnych  globów,  planet,  światów.  Wiedziony  nieprzepartą 

ciekawością, oglądałem wiele z nich po drodze; widziałem miasta, góry, ogrody, nieprzebyte 

lasy  i  pasma  nadmorskich  plaż.  Wszystko  tam  było  piękne,  zarówno  śmiałe  konstrukcje 

niebotycznych osiedli przyszłości, jak i tchnące wiekową wilgocią wnętrza gotyckich katedr; 

rośli  mężczyźni  i  powabne  kobiety;  zaczarowane  kwiaty  i  tresowane  zwierzęta.  Nie  brakło 

również  bytów  odrażających,  pełnych  okrucieństwa,  sadyzmu  i  wyuzdania,  choć  stanowiły 

one wyraźną mniejszość. Niektóre światy były proste, nawet prymitywne, jak scena w jakimś 

podrzędnym  teatrzyku,  inne  zadziwiały  swoją  złożonością,  oryginalnością  i  swoistym 

pięknem, płynącym z harmonii.  

Aż kiedyś, w trakcie mojej długiej wędrówki, kiedy już nieco znużony i zawiedziony 

zamierzałem  zaniechać  dalszej  podróży,  ujrzałem  przed  sobą  glob,  który  wydał  mi  się 

najwspanialszy 

ze 

wszystkich. 

Półprzejrzysta 

powłoka 

mieniła 

się 

ażurowymi, 

efemerycznymi postaciami, a wewnątrz przemykały rozmazane cienie. Zdawało mi się, że już 

kiedyś  je  widziałem,  lecz  z  zawodnej  pamięci  nie  mogłem  wydobyć  niczego  więcej. 

Zbliżyłem się przeto i rozchyliłem pulsujące zasłony, aby obejrzeć jeszcze jeden spektakl.  

Był  tam  świat  podobny  do  wszystkich  poprzednich:  taki  ładny,  cukierkowy,  trochę 

naiwny i niedorobiony, i przesycony pięknem marzeń. Jednocześnie był jakby inny: głębokie 

niebo  podcieniowane  na  brzegach  seledynem,  strzeliste  wieże  i  czerwone  dachy  z  kępami 

mchu  wczepionego  między  dachówki,  ulice  i  ogrody  pełne  słońca  i  świeżego  wiatru,  ludzie 

cieszący się życiem i sobą nawzajem - to wszystko już widziałem i dobrze znałem. Tak, to był 

na pewno mój własny świat.  

Często  myślałem  o  nim  w  bezsenne  noce,  kiedy  księżyc  rozlewał  dziwaczne  plamy 

bladej  poświaty  po  podłodze  i  zdawał  się  poruszać  firanką,  lub  też  po  prostu  w  korowodzie 

codziennych  zdarzeń;  próbując  poprawiać  jakiś  fragment  rzeczywistości.  Za  każdym  razem 

dodawałem  inną  cegiełkę  do  rosnącej  budowli.  Przekonałem  się  teraz,  jak  wiele  z  nich  nie 

pasowało do siebie i jak znaczne luki widniały w konstrukcji.  

Nie  byłem zadowolony ze swego dzieła, postanowiłem przeto je poprawić. Poprawić 

w taki sposób, aby nawet po uruchomieniu niszczycielskiego zegara mój świat mógł istnieć w 

szczęściu i spokoju, na przekór kruchym światom innych marzeń.  

Wziąłem  się  do  pracy.  Samą  świadomością  mogłem  dowolnie  kształtować  tutejszą 

rzeczywistość; cóż za potęga władzy absolutnej  ! Jeden  lekki dotyk  myśli kreował  ludzi  lub 

ich unicestwiał, kazał miastom rozkwitać lub obracać się w gruzy, wyciskał łzy lub rozjaśniał 

background image

twarze uśmiechem. Lecz uśmiech ten nikł, rozwiewał się w następnej sekundzie, likwidowany 

nieubłaganym ruchem wskazówek zegara.  

Z  uporem  próbowałem  zbudować  dobry  świat,  który  zarazem  mógłby  istnieć  w 

wymiarze czasu. A tyle było do zrobienia! Usiłowałem godzić miłość i poczucie tożsamości, 

ofiarność  i  wolę  przetrwania,  dobroć  i  biologiczne  zasady  rozwoju,  mądrość  filozofów  i 

twarde  drogi  życia.  Wiele  systemów,  często  przeciwstawnych,  poddałem  po  prostu  próbie 

czasu,  albowiem  były  zbyt  złożone,  abym  śmiał  decydować  natychmiast.  Szedłem  wciąż  na 

kompromisy, choć robiłem to z największą niechęcią i pod przymusem konieczności. Szeroko 

wykorzystywałem  wiedzę,  nabytą  przy  poznawaniu  innych  bytów  soliptycznych,  w  czasie 

wędrówki  po  dziesiątkach  szlaków  istnienia;  teraz,  już  blisko  celu,  szlaki  te  schodziły  się, 

zbiegały  w  jeden  wielki  gościniec,  którym  pragnąłem  dojść  do  doskonałości.  Byłem  tak 

pochłonięty konstruowaniem swojego świata, świata najlepszego z  możliwych, że  nawet nie 

spostrzegłem, kiedy mój glob ruszył z miejsca. Niewidzialne cumy puściły i owiana poświatą 

kula pędziła z rosnącą szybkością, zostawiając w tyle planety utopii, których tęczowe kształty 

z oddalenia przypominały rój baniek mydlanych, wypuszczonych przez rozbawione dzieci w 

pogodny błękit nieba.  

Minąłem  żarzącą  się  wiśniowym  blaskiem  boję  i  wtedy  moja  bańka  mydlana  pękła  i 

znikła nagle, lecz świat pozostał taki, jaki był. Niczego nie zauważyłem, tak pochłaniała mnie 

praca; wciąż miałem mnóstwo planów. Stwierdziłem tylko, że materia stała się dużo bardziej 

oporna.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Baśń o błędnych ognikach” 

 

Łomot  spiralnych  ogni,  kłębiących  się  rozwichrzonymi  splotami  wokół  wirującego 

leja, sprawiał władcy Toh prawdziwą rozkosz. Zbliżała się pora przypływu i w rozbudzonym 

kraterze  narastał  różowy  pęcherz,  prześwitujący  od  wewnątrz  migotliwą  żółcienią  ciężkich 

jak  ołów  płomieni;  już  wkrótce  otoczą  one  umęczone  ciało  króla  kojącym  bezmiarem; 

ukołyszą  i  nieważkie  uniosą  daleko  w  górę,  aż  do  samego  Nwotemalf.  A  tam,  pośród 

roztrzepanych karminew, wybiegnie na spotkanie jego najukochańsza córa, księżniczka Taeh, 

i złoży mu na czole płomienny pocałunek.  

I już nic nie zakłócałoby błogostanu ognistego włodarza, niesionego przez roziskrzony 

żywioł,  którego  ślepą  potęgę  umiał  wykorzystać  w  sposób  niemalże  doskonały,  gdyby  nie 

mała acz dokuczliwa myśl, krążąca zrazu daleko niby stado nachalnych żółcierni, i osaczająca 

stopniowo  umysł  podobnie  jak  zgraja  napastliwych  szarkai  obiega  pływaka  piekielnego 

oceanu  stopionego  żelaza.  Król  z  łatwością  odgonił  żółciernie  i  przepędził  obrzydliwe 

szarkaje,  jednakże  nie  mógł  nijak  poradzić  sobie  z  upartą  myślą,  pastwiącą  się  nad  jego 

umysłem jak żarłupnie nad wystyglakiem.  

Skutkiem  tego  dotarł  do  Nwotemalf  w  tak  złym  nastroju,  iż  nawet  płomienne 

powitanie  przez  najdroższą  księżniczkę  Taeh,  najgorętsze  z  jego  dzieci,  nie  sprawiało  mu 

takiej  przyjemności,  jaką  sprawić  powinno.  Zrezygnował  więc  z  wypoczynku  w  cieple 

domowego  ogniska  i  udał  się  wprost  do  pałacu  Esuoherif,  skąd  rządził  swoim  królestwem 

przeważnie  mądrze  i  zwykle  sprawiedliwie.  Bezzwłocznie  zasiadł  na  purpurowym  tronie  i 

kazał  sprowadzić  mędrca.  Ów  przybył  natychmiast  i  widząc  gniewnie  zasępione  oblicze 

monarchy  począł  w  trwodze  pełzać  wiernopoddańczym  płomykiem  tuż  nad  karminową 

posadzką, albowiem król Toh znany był z  bezwzględności,  jak długa, szeroka i głęboka  jest 

Kraina  Ognia.  Lecz  władca  począł  opowiadać,  wpatrzony  niewidzącym  wzrokiem  w 

rozpląsane ogliki,  figlujące wokół  nich różem swoich gibkich  języczków. Mówił o strasznej 

krainie  rozpościerającej  się  gdzieś  hen  w  górze, w  mrocznych  i  skutych  wiecznym  chłodem 

ostępach,  i  o  jej  agresywnych,  odpornych  na  trudy  i  niewygody  mieszkańcach  łakomie 

spozierających  na cieplejsze,  niżej położone tereny.  Mówił o okropnej wojnie, która wydaje 

się zbliżać nieuchronnie, o miotaczach zimna niszczących piękne, roziskrzone  miasta i o ich 

gospodarzach, gasnących jeden po drugim w zabójczym chłodzie.  

background image

Gdy  skończył,  obydwaj  milczeli  długo,  a  ciszę  zakłócało  jedynie  jednostajne 

buzowanie ozdobnych kolumn królewskiej komnaty.  

Wreszcie przemówił mędrzec: wszak musiał to zrobić, chcąc wyjść z Esuoherif cały  i 

nie  przygaszony.  Ba,  jeśli  jego  rada  przypadłaby  do  gustu  królowi,  mógł  spodziewać  się 

miechowania  i,  co  za  tym  idzie,  podniesienia  temperatury  własnej  przynajmniej  o  kilka 

stopni!  To  nie  byle  gratka.  Opowiedział  władcy,  starając  się  utrzymać  mowę  w  tonie 

służalczym,  skwierczącym  i  przygasającym,  że  zwaśnione  monarchie  najłatwiej  pogodzić 

przez  skoligacenie  panujących.  Król  Looc,  rządzący  Krainą  Chłodu,  ma  syna,  królewicza 

imieniem Relooc, więc  może  by on  i księżniczka Taeh... Jednakże  na taką radę władca Toh 

rozgniewał  się  wielce,  aż  sypnął  wokół  iskrami  i  strzelił  ogniem  Świętego  Wita.  Przecież 

żeby małżeństwo było ważne, musi się spełnić i wydąć potomstwo.  

A  jak  ma  się  spełnić  przy  różnicy  temperatur obu  partnerów  dochodzącej  do  tysiąca 

stopni?!  Brr,  moja  płomienna  Taeh  zgasłaby  natychmiast,  gdyby  tylko  dotknął  ją  taki 

przeraźliwy sopel wystyglaka ! Jeśli wszystkie twoje rady, mędrcze, są takie...  

Lecz  mędrzec  śmiał  przerwać  królowi  w  tym  momencie,  bał  się  bowiem  nawet 

słuchania strasznych gróźb,  jakimi ponad wszelką wątpliwość zacząłby  ziać włodarz  Krainy 

Ognia. Przeto przerwał  mu  i zakrzyknął,  iż zna on sposób, a właściwie zna osobę, która ów 

sposób może przedstawić ze szczegółami ! Władca uspokoił się nieco, tylko nosem wypłynął 

mu jeszcze niebieski gazowy płomień, i zaczął słuchać słów mędrca, który opowiadał długo o 

Krainie  Wiecznych  Mrozów,  tajemniczej  otchłani,  poza  którą  jest  już  tylko  pustka,  leżącej 

gdzieś  w  niezmierzonej  dali,  jeszcze  ponad  kresami  Krainy  Chłodu.  Potem  snuł  opowieść  o 

mędrcu nad mędrcami imieniem Nezorf, wielkim uczonym i czarowniku, rezydującym w tym 

dziwnym  kraju  właśnie.  Nie  zdarzyło  się  jeszcze,  by  ten  wielki  umysł  i  geniusz  pozostawił 

jakiś problem nie rozwiązany lub by odmówił komuś pomocy. Może więc pchnąć płomsłańca 

i nie dać mu popalić, aż przyniesie recepturę na spełnienie małżeńskie...  

Na  to  władca  złagodniał  nieco,  kazał  mędrcowi  zamilknąć  i  oświadczył,  iż  sam 

wyruszy do uczonego Nezorf, albowiem musi upewnić się osobiście, że jego płomiennej Taeh 

nie będzie zagrażał nawet cień chłodnego niebezpieczeństwa.  

Po czym rzucił zawiedzionemu mędrcowi parę groszy i zaczął gotować się do drogi. I 

nie  minęły  nawet  dwa  przypływy  od  tej  rozmowy,  gdy  już  gnał  w  górę  swoim  ognistym 

rydwanem,  buchając  płomieniami  i  pozostawiając  za  sobą  kurzawę  drobnych  szkarłatnych 

języczków.  Podwójnie  izolowane  ściany  jego  pojazdu  napierały  na  warstwy  coraz 

chłodniejszej  materii,  aż.  w  końcu  na  oknach  pojawił  się  drobny  szron  tytanowy,  a  z  dachu 

zwieszały się dziwaczne sople krystalicznego żelaza. Lecz władca Toh pozostał nieustraszony 

background image

również  wobec  tych  nieznanych  i  przerażających  zjawisk,  zwłaszcza  że  wnętrze  rydwanu 

szczelnie  wypełniało  kłębowisko  przyjaźnie  falującego  ognia.  I  choć  król  nie  bał  się  wcale, 

gdzieś na dnie jego zapiekłej duszy tliło się pragnienie rychłego dotarcia do mędrca Nezorf i 

marzenie o prędkim zakończeniu całej wyprawy. Rydwan pędził przez puste, nie zamieszkane 

krainy purpurowych mórz toczących swoje leniwe, przejmujące chłodem fale aż do zimnych 

brzegów, gdzie półpłynne skały budowały już zręby pierwotnej struktury krystalicznej, i gnał 

dalej  wskroś  skutych  mroźnym  gorsetem,  lecz  jeszcze  miękkich  granitów  i  bazaltów, 

roztapiając je swoim potężnym tchnieniem i pozostawiając za sobą tunel rozhukanego ognia. 

Często również przemykał przez tereny różnych dziwnych plemion i ludów, których król Toh 

nie  znał  nawet  ze  słyszenia  i  których  obawiał  się, tak  srogi  i  dziki  mieli  wygląd,  a  ciała  ich 

musiały  być  jeszcze  zimniejsze  od  powłok  wystyglaków.  Brr...  z  kimś  takim  ma  współżyć 

jego ukochana Taeh, biedne dziecko racji stanu złożone w ofierze! I zaciął się w sobie władca 

Toh, aż sypnął snopami iskier, i pognał swój rydwan jeszcze szybciej przez skute śmiertelnym 

mrozem krainy, których mieszkańcy ustępowali mu drogi, czy to z szacunku dla monarszego 

majestatu, czy po prostu ze strachu przed pędzącą pożogą. Wreszcie temperatura na zewnątrz 

osiągnęła tak niewyobrażalnie niskie wartości, że pojazd zaczął, o zgrozo ! - stygnąć. Rydwan 

parł  teraz  przez  skały  zestalone  w  kruche  struktury,  które  jednakże  były  tak  lekkie  jak 

pajęczyna, choć tysiąckroć od niej chłodniejsze.  

I wreszcie, tak jak przepowiadał mędrzec, pojazd wypadł w nicość, w próżnię niemal 

doskonałą.  Trzymając  się  delikatnej,  iluzorycznej  powierzchni  pajęczynowych  skał,  poza 

którą rozciągała się już tylko niepojęta pustka, władca Toh pełzł naprzód niby ognisty smok z 

czeluści  piekielnych  rodem,  i  wciąż  poszukiwał  mistrza  Nezorf.  Kiedy  już  prawie  stracił 

nadzieję, a jego płomień czerwieniał z wolna i przygasał, i kiedy sposobił już swój rydwan do 

zjazdu  w  dół,  wtedy  dopiero  tuż  nad  nim,  obok  niego,  w  nim.  -  rozległ  się  Głos.  Król 

oniemiał, a Głos mówił, żeby zatrzymał się i nie ruszał nigdzie, bo jest już na miejscu. I żeby 

pytał, a odpowiedź będzie mu udzielona.  

Władca  Krainy  Ognia  zająknął  się,  przygasł  i  nie  zdołał  wykrzesać  z  siebie  żadnej 

rozsądnej  myśli;  ba,  zapomniał  nawet,  po  co  tu  przybył.  Dopiero  gdy  Głos  uspokoił  go 

łagodnymi  słowy,  tak  że  mógł  znów  rozniecić  pamięć  i  odczuć  kojącą  siłę  swoich  ciężkich 

płomieni,  począł  mówić,  a  gdy  upewnił  się,  że  słuchano  go  z  uwagą,  wyłożył  cały  swój 

problem  jasno i dobitnie, bez upiększeń  i zbędnych opisów, tak jak zwykł zawsze to czynić. 

Po  czym  zamilkł  i  czekał,  drżąc  niecierpliwie  w  swoim  ognistym  puklerzu,  zawieszonym 

wśród  pozornie  martwych,  przeraźliwie  zimnych  i  efemerycznie  zwiewnych,  a  jednak 

myślących  struktur.  Minęła  długa  chwila,  dla  porywczego  władcy  niemal  granicząca  z 

background image

wiecznością, zanim Głos odezwał się znowu, uspokajający, dobrotliwy, przyjazny Głos, który 

trwał  wokół  niego  jednostajnym  monologiem,  wyrażającym  zastanowienie  i  chłodne  myśli. 

Królem  Toh,  oczekującym  recepty  na  szczęście  zawartej  w  kilku  prostych  zdaniach, 

wstrząsnęły  gniewne  erupcje,  lecz  później  wciągnął  go ów traktat,  bo tak  można  by  nazwać 

skierowaną  do  niego  wypowiedź.  Wciągnął  go  i  przygasił  jednocześnie,  wszystko  bowiem 

komplikowało  się  i  gmatwało  jeszcze  bardziej,  tak  że  po  posępnym  obliczu  władcy  zaczęły 

pełzać błędne ogniki zagubienia. Głos zaś  mówił, że rzeczywiście teoretycznie  możliwe  jest 

zbliżenie  się  obszarów  dwóch  cywilizacji  podążających  w  głąb  stygnącej  Ziemi  w  ślad  za 

swoimi  biostrefami  termicznymi,  lecz  jest  to  zdarzenie  mało  prawdopodobne.  A  to  z  tego 

względu,  że  odstępy  między  nimi  są  zwykle  zbyt  wielkie,  albowiem  po  wniknięciu  jednego 

gatunku  uchodzącego  przed  wrogim  mrozem  kosmosu  w  głąb  rodzinnego  globu,  następny 

przystosowuje się i dojrzewa do takiego kroku przez wiele milionów lat.  

Głos  w  końcu  zaproponował  królowi  Toh,  aby  ten,  jako  władca  absolutny  swojej 

Krainy  Ognia,  przyspieszył  i  tak  nieprzerwanie  trwający  pochód  jej  mieszkańców  w  dół,  w 

cieplejsze regiony. Dzięki temu jego królestwo oddaliłoby się od terytorium włodarza Looc i 

niebezpieczeństwo bezpośredniego konfliktu zostałoby zażegnane.  

Lecz ognisty  monarcha, który w końcu niewiele z tej całej  mowy rozumiał, a słuchał 

tylko  po  to,  aby  dotrwać  do  końcowych  praktycznych  rad,  strzelił  gniewnie  jęzorami  złych 

płomieni.  Potężny  fajerwerk,  z  pewnością  dorównujący  mocą  najstraszliwszym  erupcjom 

wulkanicznym,  musiał  zrobić  nie  byle  jakie  wrażenie  na  mędrcu  Nezorf,  Głos  przystąpił 

bowiem  niemal  natychmiast  do  wspomnianej  uprzednio  przez  króla  sprawy  mariażu 

księżniczki Taeh  i  Księcia Relooc, porzucając dotychczasowe  jałowe wywody  filozoficzne  i 

nieprzydatne rozważania ogólne.  

Władca - pielgrzym znów zapłonął różową nadzieją.  

A  mędrzec  mówił  dalej,  że  kwestie  formalne  można  zawsze  wynegocjować  przy 

dobrych chęciach obu stron, mających wspólny  interes, nawet jeśli te strony reprezentowane 

są  przez  ogień  i  wodę;  gorzej  jest  natomiast  z  czynnikami  fizycznymi,  które  nie  dają  się 

dostosować do wymogów chwili. Lecz na wszystko znajdzie się rada: aby małżeństwo córki 

króla  Toh  i  syna  władcy  Looc  mogło  się  spełnić,  a  może  nawet  wydać  potomstwo,  należy 

bezwzględnie zrównać temperatury obojga partnerów, przynajmniej w punkcie zetknięcia i na 

czas obcowania. W przypadku niezrealizowania tego warunku następstwa choćby tylko próby 

współżycia  mogą  okazać  się  katastrofalne,  przed  czym  lojalnie  ostrzega  on,  mistrz  Nezorf. 

Ale, wracając do współżycia - istnieje wiele pomocnych w tym przypadku instrumentów, jak 

wszelkiego  rodzaju  przedłużacze,  reduktory  gorąca  itd.,  choć  powszechnie  wiadomo,  że 

background image

środki  mechaniczne  są  nieprzyjemne  i  niezdrowe.  On,  mędrzec  z  Krainy  Mrozu,  radzi  co 

innego:  należy  przez  koncentrację  psychofizjologiczną,  w  wyniku  odpowiednio  długiej  gry 

przygotowawczej, wytworzyć u obu stron przeciwny gradient temperatury w taki sposób, aby 

w  punkcie  zetknięcia  ciepłota  była  jednakowa!  Da  się  to  osiągnąć  po  specjalnym  treningu 

obojga partnerów, który to trening on, mistrz Nezorf, gotów jest poprowadzić dla młodej pary 

zamiast prezentu ślubnego. Muszą tylko uważać, aby nigdy nie weszli w kontakt bezpośredni 

niczym innym, niż organami przeznaczonymi do podtrzymywania gatunku.  

W  przeciwnym  przypadku  grozi  katastrofa  o  nie  dających  się  przewidzieć 

następstwach.  

Te rady król Toh zrozumiał w pełni i przedstawione sposoby zadowoliły go tak dalece, 

że zagrzmiał potężnym słupem dziękczynno - radosnego ognia w czarną otchłań nicości  nad 

sobą,  a  potem  poderwał  swój  rydwan  i  pognał  w  dół  poprzez  kruche,  pryskające  nawet  pod 

spojrzeniem  siatki  zmrożonych  skał,  przez  różowe  bagna  półpłynnych  mas,  wśród  mórz 

gorejącej  lawy,  aż  do  Krainy  Ognia,  aby  zakomunikować  córce,  księżniczce  Taeh,  radosną 

nowinę.  Pędził  jak  burza  tektoniczna,  jak  dzikie  podziemne  tąpnięcie,  a  ławice  zdumionych 

szarkai  kłębiły  się  w  rozhuśtanej  pożodze  znaczącej  szlak  rydwanu.  Wreszcie  dotarł 

szczęśliwie do Nwotemalf i wziął swoją ognistą córę w ramiona, a ona posłuszna woli rodzica 

zgodziła  się  na  wszystko,  co  zaplanował.  Wnet  pchnięto  płomsłańca  do  władcy  Krainy 

Chłodu,  króla  Looc,  i  nie  minęły  cztery  przypływy  ognistego  morza,  jak  młoda  para 

kandydatów  na  mieszane  ciepłozimne  małżeństwo  udała  się  na  kurs  przygotowawczy  do 

mistrza Nezorf. Wkrótce odbyło się huczne i ogniste weselisko, a niedługo potem płomienna 

Taeh  spłodziła  dwoje  czarujących  dzieci,  które  mogły  wedle  potrzeby  z  łatwością  zmieniać 

ciepłotę ciała od temperatury matki do temperatury ojca. I wszyscy byli szczęśliwi: król Toh, 

bo  spokój  panował  na  górnych  rubieżach,  księżniczka  Taeh,  bo  jej  ojciec  był  zadowolony, 

dzieci - bo mama uśmiechała się i opowiadała bajki o lodowych smokach ziejących śniegiem, 

no i książę Relooc, który... właściwie nie  był tak zupełnie szczęśliwy. Gdy rozpoczynali grę 

miłosną;  stał  naprzeciwko  swojej  małżonki  pełen  rosnącego  napięcia,  a  ona  jawiła  się  w 

bezpiecznej  od  niego  odległości  jako  efemeryczna  postać  owiana  splątanymi  smugami 

pełgających  płomieni.  Potem  zbliżali  się  z  wolna  do  siebie  i  żar  ognia  kładł  mu  się  na 

piersiach  łaskotliwym  ciężarem.  W  drżącym  uniesieniu  miłosnym  musiał  być  niezwykle 

precyzyjny.  Już  po  wzlocie  namiętności,  ogarniał  tęsknym  spojrzeniem  wciąż  pałającą 

ogniem  figurę żony  i kochanki  i  marzył, aby dotknąć  ją  i pieścić, aby czuć  ją całym  ciałem, 

aby  wesprzeć  się  czołem  o  jej  czoło  i  wiedzieć  wszystko,  co  myśli...  Marzenia  Relooca, 

odpychane  zawsze  piekącym  tchnieniem  żaru,  powracały  wciąż  uparcie  i  zmieniły  się 

background image

wkrótce w obsesję. Męczył się w czasie przypływu i odpływu, nawet we śnie tulił płomienne 

ciało żony. Przenikał do  jej  myśli, czując parzący dotyk  jasnego czoła  na swojej  skroni, był 

nią, a ona nim, stanowili parę, lecz także wspaniałą jedność.  

Nazajutrz,  po  jednym  z  takich  marzeń  sennych,  książę  Relooc,  jako  że  był  młody  i 

porywczy,  popełnił  głupstwo  na  skalę  iście  kosmiczną,  głupstwo,  które  było  jednakże 

nieubłaganą prawidłowością, albowiem  jeśli  nie on, to kto inny popełniłby  je  niebawem. Bo 

po prostu nadszedł czas, czas odpowiedni i konieczny, Ziemia minęła następny słup milowy.  

Zaraz  po  zbliżeniu  ze  swoją  płomienną  małżonką,  która  rozpoczęła  już,  jak  zwykle, 

powolne  wycofywanie  się,  książę  Relooc,  ogarnięty  gwałtownym  przypływem  uczucia 

miłości, ciekawości tudzież innymi pragnieniami wyższego rzędu pulsującymi gwałtownie w 

jego  piersi,  schylił  się  niespodziewanie  i,  pogwałciwszy  wszystkie  zakazy  mistrza  Nezorf, 

dotknął swoim chłodnym czołem skroni księżniczki Taeh.  

Nagle ujrzał wszystko. Cała jej dusza stała się przezroczysta, wyrosła przed nim niby 

szklany  posąg  w  obcej,  trywialnej  masce.  Miał  wrażenie,  że  dotarł  do  przeraźliwie  pustego 

końca tajemniczej drogi, którą dotychczas podążał. Chciał cofnąć się, uciec, lecz było już za 

późno.  Nastąpiła  nieunikniona  katastrofa  -  i  wszystko  znikło  w  oślepiającym  rozbłysku 

iluminacji.  

 

Pod  musującym  jak  czerwony  szampan  niebem,  na  pienistych,  falujących  zmiennym 

rytmem ciężkiego oddechu bryłach tkwiących w zwalistych objęciach oceanu, wylegiwały się 

w  świetle  gwiazd  galaretowate,  lepkie  stwory.  Wyglądałyby  jak  szlam  czy  piana  morska, 

gdyby  nie  delikatne  rozbłyski  międzytkankowe  przenoszące  się  bezgłośnymi  impulsami 

rozmowy  pomiędzy  poszczególnymi  osobnikami,  rozlanymi  na  żywych  wyspach.  Pośród 

amarantu niespokojnego nieba lśniła dostojnym blaskiem supernowa.  

- Co to? - spytała mała kupka galarety.  

-  Gwiazda  olśnienia  -  odrzekła  większa.  -  Mieszkańcy  pewnej  dalekiej  planety 

dokonali odkrycia.  

- A u nas? Przecież ciągle...  

- To musi być bardzo wielkie odkrycie. U nas było pięć takich wybuchów, dopiero po 

ostatnim przybraliśmy obecną postać. Dawniej byliśmy naprawdę piękni ! Ostatnia eksplozja 

nastąpiła natychmiast po odkryciu, że najprzyjemniej jest wylegiwać się w świetle gwiazd.  

- A... oni ?  

-  Są  w  początkowym  stadium  rozwoju.  Odkryli  dopiero  pierwszą  swoją  prawdę, 

przypadkowo zresztą, tak jak i my niegdyś.  

background image

- Jaką prawdę?  

- Ich prawdy są wyłącznie dla nich, mój mały. Sami je zdobywają i sami muszą się z 

nimi  uporać,  nam  nic  do  tego.  Poza  tym  nie  odczuwam  nawet  cienia  zainteresowania, 

naprawdę dosyć mam już kolejnych eksplozji olśnienia.  

Pora na odpoczynek - czyż nie wspaniale jest dawać się pieścić delikatnym promykom 

gwiazd?  

Tymczasem wściekły impet wybuchu supernowej nieco zelżał, tak że błąkające się w 

rozhukanym morzu ognia dusze mogły rozpocząć poszukiwania swoich nowych wcieleń.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Korona życia” 

 

Trwał  przez  chwilę  w  gęstej  atmosferze  planety,  analizując  jej  niezwykłą  biosferę. 

Zewsząd docierały promienie życia z przemieszczających się warstwowo prostych mieszanin 

gazowych, z nieregularnie rozczłonkowanych, elastycznie odkształcających się konstrukcji i z 

ciężkich  powłok  skorupy  globu.  Intensywność  świecenia  była  zróżnicowana  najsłabsza, 

podstawowa  radiacja  dobiegała  od  kłębów  materii  unoszonej  w  gazach,  zaś  najsilniej 

promieniowały twory poruszające się powoli po powierzchni planety. Ich widmo okazało się 

bogate i złożone.  

Wtem  jeden  z  promieni  zatrzepotał  i  przygasł,  aby  rozbłysnąć  za  chwilę 

niepokojącym,  ostatnim  blaskiem.  Tam  kończyło  się  życie.  Tam  należało  dotrzeć. 

Natychmiast.  

Po  gasnącym  promieniu  opuścił  się  poprzez  gęstą,  płynącą  nieregularnymi 

spiętrzeniami  atmosferę,  przeniknął  zwartą,  lecz  nietrudną  do  sforsowania  przeszkodę  i 

wreszcie  znalazł  się  u  celu  akurat  wtedy,  kiedy  radiacja  znikła  ostatecznie.  Lecz  wiedział 

dokładnie, gdzie znajdowało się jej źródło, wszelka pomyłka nie wchodziła przeto w rachubę.  

Przez krótką jak błysk chwilę przygotował się do wykonania zadania, a potem szybko 

wniknął  w  obiekt.  Trwał  w  nim  rozbieganym  splotem  impulsów,  aż  w  końcu  skupił  się  w 

punktach  o  największym  powinowactwie  i  stamtąd  prowadził  dalszą  akcję..  A  musiał  się 

spieszyć,  procesy  destrukcyjne  przebiegały  bowiem  coraz  szybciej.  Natychmiast  otoczył 

ogniska  lokalnie rosnącej entropii  i spowodował  jej spadek, odwracając reakcje degeneracji. 

Czynił  przy  tym  ciekawe  spostrzeżenia,  obserwując  przebieg  zjawisk  na  poziomie 

molekularnym.  Gdy  promieniowanie  życia  znów  rozjarzyło  się  pełnym  blaskiem,  rozpłynął 

się  równomiernie  po  całym  obiekcie,  bo  wciąż  nie  wiedział,  jak  najlepiej  będzie  nim 

zawładnąć.  

Skoncentrował się w najwyższym stopniu w momencie, w którym człowiek otworzył 

oczy.  Spodziewał  się  odmiennej  percepcji,  lecz  pierwsze  wrażenie  daleko  prześcignęło 

wszelkie  przewidywania.  Wielu  zjawisk  nie  rozumiał,  chociaż  czuł  je  za  pośrednictwem 

mózgu  ludzkiego,  którego  składnik  wszak  już  stanowił.  Oślepiający,  niespotykanej  mocy 

potok  światła  słonecznego  wlewał  się  przez  otwarte  okno  i  wzbudzał  dziesiątki  barw  w 

surowym  szałasie  z  żywicznych  sosnowych  bali.  Zimne  górskie  powietrze  nasycone  było 

zapachem świerków.  

background image

Nie  mógł  wytrzymać  takiej  dawki  inności.  Wdarł  się  siłą  do  tętniących  życiem 

splotów  nerwowych,  przemocą  spowolnił  falujący  bieg  impulsów,  narzucił  im  swój  własny 

rytm.  

Wściekła gra barw przygasła, w szarej atmosferze planety znów widział gęste chmury 

molekuł azotu i tlenu, szałas stanowił nieistotną, łatwą do sforsowania przeszkodę składającą 

się  ze  zmartwiałej  tkanki.  Nijakość  półprzejrzystych  zasłon  gazowych  i  niestabilnych, 

bezkształtnych konstrukcji rozjaśniały roje iskier życia, życia, którego tak pragnął.  

Lecz  człowiek  ponownie  umierał.  Jego  promień  gasł  w  ostatnich,  rozpaczliwych 

rozbłyskach.  Należało  natychmiast  powrócić  do  biernej  obserwacji,  odblokować  przepusty 

ludzkich  impulsów  i  dać  się  ponownie  znarkotyzować  feerią  nierealnych  doznań  tego 

dziwnego świata, w którym nie ma rzeczy i zjawisk, tylko wysublimowane ich wrażenie. Nie 

mógł wybierać, jeśli chciał mieć swoje życie.  

Osłosłonił dłonią oczy - ostry słoneczny blask wciskał się siłą pod powieki, kłując aż 

do bólu. Wypełzł przed chwilą z ciemnej jamy, wyczołgał się z lepkiej cuchnącej mazi, która 

zalewała  mu usta, dusiła, napełniała płuca stęchlizną. Tam w głębi  była  śmierć, wiedział to. 

Więc... żyje?!  

Sięgnął  niepewnie  do  boku  i  namacał  grube,  swędzące  blizny.  Zdarł  koszulę  i 

zobaczył  różowe  pręgi  świeżych  zrostów.  Wyszedł  z  tego!  Żyje!  Jednym  susem  był  na 

podłodze,  uderzył  barkiem  w  bierwionową  ścianę,  aż  szałas  zatrzeszczał  pod  potężnym 

ciosem. Szybko wciągnął ubranie, narzucił futrzaną kurtę i wybiegł w skrzypiący pod butami 

śnieg,  pomiędzy  świerki  tańczące  w  szebrnym  woalu  na  tle  przepastnego  błękitu.  Wpadł  w 

biały puch i śmiał się do łez jak dziecko.  

To  było  na  granicy  wytrzymałości.  Dziki  potok  subiektywnych  wrażeń,  które 

zmuszony  był  przez  siebie  przepuścić,  stanowił  coś  na  kształt  irracjonalnie  silnego 

wzmocnienia  nieistotnego  szumu,  wywołanego  niewielką  zmianą  konstelacji  molekuł.  Czy 

ten  biedny  człowiek  naprawdę  nie  jest  w  stanie  pojąć  istoty  rzeczy,  dostrzec  procesów 

podstawowych?  Największym  wysiłkiem  powstrzymywał  się  przed  ucieczką,  gdy  Orz 

poruszał  się  zbyt  blisko  niebezpiecznej  skorupy  planety.  Wniknięcie  w  nią  groziło 

dezintegracją. Lecz w promieniach życia było mu tak dobrze, że zaryzykował i pozostał.  

Poprzez  kopny  śnieg  Otr  dobrnął  do  wioski,  której  chaty  przypominały  wielkie  białe 

kopce.  Wiatr  unosił  delikatny  zapach  dymu  i  strawy;  z  daleka  jękliwie  przywoływał  czysty 

dźwięk  dzwonów.  Na  widok  przybysza  ludzie  przystawali  zaskoczeni,  aby  zą  chwilę 

przyłączyć się do niego, obejmując i klepiąc przyjaźnie po plecach. W karczmie było ciepło i 

ciemno,  na  kominku  trzaskały  w  ogniu  sosnowe  szczapy,  woń  żywicy  mieszała  się  z 

background image

zapachem  pieczeni.  Dziewczęta  roznosiły  mocne  piwo  w  drewnianych  kuflach.  Było 

przytulnie  i  bezpiecznie;  po  paru  tęgich  łykach  przybyszowi  zaszumiało  w  głowie. 

Wygłodniały, rzucił się na dymiące mięsiwo.  

Nie  próbował  nawet  zapanować  nad  układem.  Rozlokował  się  w  ośrodkach 

nerwowych  nie  ingerując  w  ich  czynności  i  pił  z  czystego  zdroju  życia.  Wewnętrzny  głos 

wciąż  ostrzegał  go  przed  bezkrytycznym  otwarciem  na  obcy  sposób  percepcji,  lecz 

jednocześnie  odczuwał  niepokojąco  drażniącą  przyjemność.  Obawa  przed  nieznanym 

spychana była na dalszy plan przez leniwe i zniewalające doznania zapachów, smaków, barw, 

głodu i pragnienia.  Wiedział, że  mógłby  natychmiast określić genezę owych wrażeń, ukazać 

prawdziwe  ich  przyczyny  na  poziomie  submolekularnym  i  odpowiednio  posterować  całym 

procesem,  lecz  nie  zdobył  się  na  to.  Przecież  i  tak  ostateczny  wynik  wszystkich  reakcji  ma 

przed  sobą,  w  sobie,  jest  tym  wielkim  płowym  mężczyzną,  połykającym  pachnące  kęsy 

pieczeni.  

Wtem miękkie białe ramiona zamknęły się wokół niego, w złotym strumieniu włosów, 

wśród zapachu młodego kobiecego ciała szukał jej ust. Wyszli splecieni w uścisku. Miał żar 

w  piersi,  nie  dbał  o  nic,  była  tylko  ona  i  jeszcze  raz  ona.  Kiedy  przytulał  ją  z  całych  sił, 

wiedział, że to właśnie jest wszystko: życie i śmierć tańczyły razem w dzikim rytmie, spięte 

klamrą  szaleństwa.  Gdy  potem  leżał  bez  tchu,  nie  wiedział,  gdzie  jest,  choć  świat  powoli 

powracał na swoje miejsce.  

Nie  wiedział,  gdzie  jest  i  kim  jest.  Czy  sobą  -  przybyszem  z  daleka,  czy  już  stał  się 

człowiekiem  -  tym  młodym  mężczyzną,  szalonym  kochankiem.  Przez  chwilę  rozważał 

natychmiastowe podjęcie badań, lecz zrezygnował i poddał się całkowicie ludzkiej psychice. 

O  ile  to  było  przyjemniejsze!  Nie  dbać  o  podstawowe  przyczyny,  nie  budować  gradientów 

entropii, nie analizować interakcji cząstek elementarnych. Tutaj to wszystko działo się samo, 

poza  wiedzą  ludzi  bez  potrzeby  ich  ingerencji.  I  jak  przekonał  się,  działało  doskonale!  On 

sam niczego podobnego skonstruować nie byłby w stanie, nawet przy krańcowej koncentracji 

i w najlepszych warunkach. Jeszcze nie osiągnął tak wysokiego stopnia rozwoju, choć może 

jego ewolucja ku temu właśnie zmierzała. A tutaj, na Ziemi, po prostu przeskoczył ów etap, 

zdołał dołączyć do wspaniałej cywilizacji tubylców! Naprawdę, miał w tym wszystkim wiele 

szczęścia. Przybył, aby pożywić się nieco prostym promieniowaniem życia, a wyższy wymiar 

istnienia stał się również jego udziałem !  

Uniósł  Ane  z  łoża,  ciepłą  i  rozmarzoną,  i  przycisnął tak,  że  aż oboje  stracili  oddech. 

Potem  z  tkliwością  gładził  niewidoczny  puch  na  gładkiej  skórze  jej  pleców..  Wyszli  w 

fioletowy zmierzch, w skrzypiący wieczornym mrozem śnieg.  

background image

Czuł obecność resztek niechcianych  już teraz myśli. Czy wysłać wiadomość? Oni... i 

tak nie znajdą tutaj tego, czego szukali. Ale znaleźliby więcej... Lepiej już milczeć.  

Gdzieś  za  ściętą  mrozem  szybą,  w  migotliwym  świetle  oliwnej  lampy,  starzec 

pochylał  się  nad  księgami,  ustawiał  instrumenty.  Orz  poczuł  dla  niego  współczucie.  Oto 

człowiek  próbujący  opuścić  swój  świat  zmysłowej  ułudy,  człowiek  szukający  prawdziwego 

kształtu  zdarzeń,  obiektywnej  prawdy.  Ludzkość  patrząca  wstecz  na  własne  ślady,  cofająca 

się w lukę po poprzednim etapie, którego nie było. Który szczęśliwie ominęła.  

Na  dalekim  niebie  obcym  blaskiem  lśniły  gwiazdy.  Mocno  objął  drżące  ciało  Ane  i 

poszli  przez  zeszklony  mrozem  śnieg,  pod  ciężkimi  żywicznymi  gałęziami,  poprzez 

granatowy wieczór, zapatrzeni i zasłuchani w siebie nawzajem i w cały swój wielki świat. W 

świątyni zapalono już świece, a ciepła woń kadzideł ścieliła się nisko między świerkami.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Numen” 

 

W  otchłani  przestrzeni,  dokąd  nie  dociera  nawet  najsłabsze  echo  dalekiego  życia 

gwiazd,  gdzie  w  niemal  zupełnej  pustce  pojęcie  czasu  zatraca  swój  sens,  pojawił  się  szept. 

Szept odległego Istnienia, płynący od gorejącego jądra Galaktyki. Nie był to jeszcze impuls, 

lecz  jego  siła  sprawcza,  nie  sygnał  -  lecz  jego  zwiastun.  Dopiero  gdy  zagłębił  się  w 

gęstniejących  zwojach  pól,  spowijających  ziarna  pyłu  kosmicznego,  gdy  począł  wchłaniać 

niezbędną  mu  energię,  wytworzył  pierwsze  elementy  materialnej  struktury.  Już  jako  dobrze 

zorganizowana  wiązka  fal  mijał  młode  słońca,  rozdęte  i  dogasające  gwiazdy  i  wystygłe, 

wirujące  w  ciemnościach  globy.  Ostrym  promieniem  załamał  się  w  atmosferze  gorącej 

pustynnej planety, przemknął ponad rozpełzającą się na wszystkie strony równiną i wniknął w 

jedno z piaszczystych wzniesień. Tam dostroił się do warunków zewnętrznych i niezwłocznie 

rozpoczął  pracę.  Czerpiąc  do  woli  energię  z  gorącego  wnętrza  planety,  Numen  jął 

przebudowywać  materię,  tworzyć  zręby  złożonych  struktur,  wzbogacać  je  i  modelować  w 

sposób  odpowiedni  do  zastanej  rzeczywistości.  Po  raz  ostatni  skorelował  swój  projekt  z 

parametrami  planetarnymi,  wprowadził  drobne  poprawki  i  odcisnął  gotową  -  matrycę  w 

gliniastym zboczu wzgórza. 

 

Mężczyzna  zmrużył  oczy  w  ostrym  blasku  słonecznym  i  powstał  ociężale.  U  stóp 

wzniesienia  rozciągał  się  nierówny,  kamienny  płaskowyż,  a  poza  nim  falowała  w  gorących 

smugach  powietrza  biała  pustynia.  W  bladej  mgle  oddalenia  rozsiadły  się  szare  skaliste 

wzgórza  otulone  trenami  rozwianego  piasku,  lecz  to  wszystko  nie  interesowało  go  w 

najmniejszym  nawet  stopniu.  Zszedł  z  pagórka  i  posuwał  się  niespiesznie  wzdłuż  szeregu 

potężnych  maszyn  błyszczących  niklowanymi  powierzchniami  metalowych  konstrukcji  i 

urządzeń  świecących  jaskrawym  lakierem.  Bez  zastanowienia  wspiął  się  po  drabince 

pomalowanego  na  żółto  kolosa  i  zajął  miejsce  w  wysokiej  przeszklonej  kabinie,  skąd 

doskonale  widział  cały  płaskowyż.  Przerzucił  dźwignie  i  mechaniczny  potwór  ożył,  w  jego 

trzewiach zbudził się ruch, a cielsko zadrżało od głębokiego głuchego dudnienia. Z jazgotem 

gąsienic  machina  powoli  ruszyła  i  z  impetem  wbiła  stalowe  kły  w  zbocze  wzniesienia. 

Szczęki zwarły się, wyrywając kawał gliny, a podajniki przetransportowały materię dalej, do 

wnętrza, gdzie pod ogromnym ciśnieniem i w temperaturze mięknięcia substancji uformował 

się  płaski  równoległościan.  Po  godzinie  pracy  maszyna  wyrzuciła  z  siebie  kilkadziesiąt 

background image

gładkich  bloków skalnych. Mężczyzna obojętnie  spoglądał  na swoje dzieło. Potem przesiadł 

się  do  innej  maszyny.  Zniwelował  teren  i  rozpoczął  spajanie  wytworzonych  wcześniej 

bloków. Słońce zachodzące za blade mgły pustynne wycieniowało ciepłą czerwienią gotowy 

dom z płyt skalnych. Mężczyzna spoczął na progu i czekał.  

Kobieta przyszła tuż po zachodzie słońca. Widział ją już wcześniej, zanim szary mrok 

wypełzł z pustyni i objął cały płaskowyż. Oderwała się od czerwonej ściany wzniesienia i szła 

prosto  ku  niemu,  wysoka  i  złotowłosa,  a  jej  jasne  ciało  miało  odcień  różu.  Gdy  przyszła, 

pomógł  jej otrzepać się z gliny  i oboje zasiedli  bez słowa przy kamiennym stole, na którym 

parowały misy ze strawą. Po posiłku udali się na spoczynek, układając się wprost na miękkim 

piasku.  

Jak tylko tarcza słońca wynurzyła  się z porannego zamglenia  i pastelowym  blaskiem 

zalała  płaskowyż  z  szeregiem  gotowych  do  akcji  maszyn,  oboje  wstali  i  udali  się  do  pracy. 

Mężczyzna  znów  atakował  zbocze  wzniesienia,  składał  i  spajał  płyty,  polerował  wieże, 

wycinał  i  ustawiał  obeliski.  Kobieta  zajmowała  się  wykańczaniem  wnętrz  powstających 

budowli lub wytyczaniem i układaniem ulic. O zmroku na pociemniałym niebie zawisła sina i 

ospowata twarz  księżyca,  lecz  ludzie  niczego  nie  zauważyli.  Odstawili  maszyny,  wrócili  do 

domu i zasiedli nad parującymi misami ze strawą.  

W  ciągu  pięciu  dni  zbudowali  całą  dzielnicę  Miasta.  Nad  płaskowyżem  wznosiły  się 

coraz  wyższe  i  śmielsze  konstrukcje,  a  ponad  dachami  domów  górowały  strzeliste  wieże. 

Kamienny  las  budowli  był  szary,  ponury  i  dostojny.  Szóstego  dnia  zajęli  się  konserwacją 

maszyn.  Używając  innych  mechanizmów  sprawdzali  układy  sterujące,  czyścili  silniki, 

smarowali łożyska.  

Siódmego dnia nie poszli do pracy. Mężczyzna wylegiwał  się na swoim posłaniu  lub 

wygrzewał  na słońcu. Raz otarł się przypadkiem  o Kobietę, przyciągnął  ją ku sobie  i odczuł 

krótką, ostro szarpiącą trzewia przyjemność. Puścił ją bez słowa.  

Następnego  dnia  rozpoczęli  budowę  drugiej  dzielnicy.  Pracowali  w  zapamiętaniu 

wiedząc dobrze, co mają robić. Praca była ich żywiołem, kamienne Miasto - celem. Niczego 

innego  nie  potrzebowali  ani  nie  chcieli.  Myśleli  tylko  o  budowaniu,  a  także  o  ulepszaniu 

maszyn, które na drugi dzień znajdowali zawsze przestrojone zgodnie ze swoimi życzeniami. 

Przyjmowali to obojętnie i brali się w milczeniu do roboty.  

W  ten  sposób  powstawały  coraz  to  nowe  dzielnice,  rozrastał  się  i  gęstniał  szary 

kamienny  labirynt.  Kiedyś  Mężczyzna  skierował  jedną  z  maszyn  pionowo  w  dół  i  wrył  się 

pod  ziemię,  gdzie  rozpoczął  budowę  drugiego  Miasta.  Kobieta  podążyła  za  nim.  Tak 

budowali i budowali w dzikiej pasji zwielokrotniania.  

background image

Aż  nadszedł  kiedyś  wieczór  pełen  niepokoju  i  napięcia.  Powietrze  co  chwila 

rozjaśniały dalekie stłumione błyski, a na ostrych szczytach najwyższych wież paliły się blade 

ognie. Wtedy Kobieta po raz pierwszy spojrzała w niebo. Na tle głębokiego granatu gwiazdy 

rozsypały  się  srebrnym  pyłem.  Mężczyzna  powędrował  czujnym  wzrokiem  za  spojrzeniem 

Kobiety, lecz nie dostrzegł niczego. Wzruszył ramionami i nie czekając na swoją towarzyszkę 

ruszył  przed  siebie  szeroką  ulicą,  wyłożoną  gładkimi  kamiennymi  płytami,  spoglądając  z 

dumą na wzniesione ostatnio budowle.  

Lecz  pewnego  wieczora  i  on  dostrzegł  gwiazdy.  Odstawił  właśnie  swoją  żółtą 

maszynę, którą posługiwał się najczęściej, na parking pod wzgórzem, odwrócił się ku Miastu 

i  wtedy  ujrzał  je.  W  trójkątnym  wycinku  czarnoniebieskiego  nieba,  pozostawionym  między 

spadzistymi  dachami,  zawisły  wielkie,  nieruchome,  jasnobłękitne.  Wieczorne  zamglenie 

starło  z  firmamentu  drobny  pył  dalekich  słońc,  tak  że  pozostały  tylko  te  płonące 

najsilniejszym blaskiem.  

- One tam są - odezwał się powoli po raz pierwszy, niezgrabnie wymawiając słowa.  

-  Tak  -  dodała  cicho  towarzysząca  mu  Kobieta.  Pracowali  potem  ciężko  przez  wiele 

dni, jakby chcąc za wszelką cenę wymazać z pamięci to, co zaszło. Lecz kiedyś o pogodnym 

zmierzchu wpatrywali się jak urzeczeni w głębokie, pełne odległych i niedostępnych światów 

niebo.  Mężczyzna  poczuł,  że  w  jego  ciężką,  stwardniałą  dłoń  wsuwają  się  smukłe  palce 

Kobiety. Nie odepchnął jej.  

Nie wstydzili się już teraz spoglądania w niebo. Codziennie o zmierzchu, po powrocie 

z  pracy,  przystawali  przed  progiem  swojego  domu  i  długo  patrzyli.  Pełna  surowego  uroku, 

starczo pomarszczona twarz księżyca była dla nich następnym odkryciem.  

Tymczasem  miasto  rosło  i  potężniało.  Prawie  cały  płaskowyż  zapełniały  zwaliste 

szare budowle. Kiedyś  Kobieta poczęła ozdabiać ścianę świeżo ukończonego domu prostym 

reliefem. Mężczyzna opuścił swój pojazd i podszedł aby jej przeszkodzić w tej bezużytecznej 

pracy,  lecz przystanął zdumiony - prosty, surowy gmach stał się  jakby  lżejszy, zgrabniejszy, 

wyróżniał  się  spośród  innych  ciężkich  konstrukcji.  I  wtedy  dostrzegł  też,  że  Kobieta  jest 

piękna  :  jej  nogi  były  długie  i  smukłe,  kształtne  biodra  sklepione  wysoko,  a  wąskie  plecy 

pełne życia pod miedzianozłotą skórą, gdy z pasją pracowała nad kamienną rzeźbą. Podniósł 

ją  z  klęczek  i  przytulił,  i  po  raz  pierwszy  poczuł  ciepło  tak  dobrze  znanego  ciała,  a  w  jej 

wielkich  oczach  pełnych  teraz  złotych  iskier  ujrzał  kuszące  odbicie  nie  znanego  mu  świata. 

Nadal pracowali całymi dniami, lecz teraz więcej piękna usiłowali zawrzeć we wznoszonych 

budowlach.  Pod  ścianami  pojawiły  się  zadumane  posągi,  powierzchnie  placów  stroiły  się  w 

barwne mozaiki, a gmachy odznaczały się śmiałą i lekką konstrukcją.  

background image

Z  wysokości  swojej  oszklonej  kabiny  dyspozycyjnej  Mężczyzna  coraz  częściej 

spoglądał ponad najeżonym wieżami i dachami płaskowyżem na morze ruchomych piasków, 

omywające ciemne kurhany skał. Gromady kamiennych wzgórz, które majaczyły dawniej we 

mgłach  widnokręgu,  zbliżały  się  teraz  do  Miasta,  stały  niemalże  na  wyciągnięcie  ręki.  Ich 

otchłanne  pieczary  kusiły,  szerokie  granitowe  tarasy  zapraszały,  a  pustynny  wicher 

wyśpiewywał w skalnych szczelinach melodię tak bardzo nęcącą w swojej inności.  

Gdy wieczorem przytuleni wracali pod granatowym  niebem, na którym tak nisko  jak 

nigdy zawisły gwiazdy podobne do wielkich kropli rtęci, Mężczyzna postanowił powiedzieć 

swojej  towarzyszce  o  skałach  na  zewnątrz,  poza  Miastem.  Rozmawiali  rzadko,  zwykle 

wystarczały gesty. Lecz gdy weszli do domu, Kobieta przemówiła pierwsza.  

- Co to jest za strawa, która daje nam życie? - pytała jak zwykle powoli, pochylając się 

nad  parującą  misą.  Mężczyzna  milczał.  Myślami  był  daleko,  pośród  ciemnych  zastępów 

skalnych postaci.  

- Po co... - Kobieta przerwała, czując ucisk w gardle po co budujemy Miasto?  

Nastało długie milczenie. Później, gdy leżeli koło siebie na piaskowym posłaniu, także 

nie odezwali się ani słowem.  

Trzymając się za ręce spędzili bezsenną noc; oboje czuli, że wkrótce wydarzy się coś 

ważnego. Może już jutro.  

Kolejny  siódmy  dzień  wstał  pośród  mgieł,  które  snuły  się  powłóczystymi  pasmami 

między  wieżycami  kamiennego  Miasta.  Potoki  ostrego  światła  rozpędziły  wkrótce  nocne 

zjawy  i  nagromadzenie  masywnych  budowli  ukazało  się  w  całym  swoim  przytłaczającym 

majestacie,  poza  nim  zaś,  tuż  za  krawędzią  płaskowyżu,  zastygła  jasnymi  jęzorami  piasku 

pustynia, nie zmącona jeszcze falami gorącego wiatru.  

Oboje  stali  tuż  przy  krawędzi  i  patrzyli.  Miasto  otaczały  ciasnymi  pierścieniami 

potężne  bastiony,  zamki,  pałace  z  szarej  lub  czarnej  skały,  rzeźbione  w  fantastyczne 

krużganki, korytarze, prześwity, obeliski i tarasy. Każdy z nich wypiętrzał się znacznie wyżej 

niż  nąjwynioślejsze  wieże  Miasta  i  wpierał  się dumnie  w  blady  błękit  nieba.  Nie  spostrzegł 

nawet, kiedy to zrobiła. Puściła jego rękę, lekko podbiegła do urwiska i skoczyła. Płaskowyż 

wznosił się ponad pustynią nieznacznie tylko, na wysokość człowieka. Kobieta znikła. Znikła, 

zanim dotknęła stopami białej wydmy pustynnego piasku.  

Mężczyzna poczuł ostre ukłucie w sercu, żelazna dłoń chwyciła go za krtań. Lecz po 

chwili  odetchnął  głęboko  i  wyprostował  przygarbione  plecy.  Spojrzał  na  groźny  swoją 

tajemnicą  labirynt  czarnych  skał,  a  w  jego  wzroku  było  wyznanie.  Zdawał  się  rosnąć  i 

potężnieć, ponad własne ciało i możliwości.  

background image

"Muszę  tam  pójść.  Dotknąć  czarno  opalizujących  skał,  postawić  stopę  na  gładzi 

gorących tarasów. wesprzeć czoło o rosnące kolumny i wsłuchać się w ich wewnętrzny rytm. 

Czy fakt, że tutaj powstałem, ma oznaczać, że także tutaj obrócę się w pył? Że jeśli należę do 

Miasta, nie mogę przekroczyć jego granicy?"  

Mając  w  oczach  błękit  dalekiego  nieba,  skoczył  w  ślad  za  Kobietą.  I  czuć  przestał, 

zanim zaczął rozumieć.  

 

Numen  przestroił  swoje  wewnętrzne  struktury  w  bazaltowym  rdzeniu  wzniesienia, 

gdzie był się niegdyś zainstalował, i jeszcze raz sprawdził wszystkie grupy danych, zwłaszcza 

zapis czasu początku i końca Życia. Za każdym razem, w tysiącach przypadków, wyglądało 

to  podobnie.  Tyle  razy  i  w  tylu  zakątkach  przestrzeni  był  potęgą  bóstwa  dla  wskrzeszanego 

przez  siebie  rozumnego  istnienia,  i  zawsze  dojrzały  już  intelekt  odrywał  się  od  własnego 

podłoża. Tak widocznie już musi być.  

Ostry  jak  błyskawica  promień  wytrysnął  z  rozkopanego  wzniesienia,  świetlistą  iskrą 

przemknął  nad  martwym  Miastem,  białym  oceanem  pustyni  i  dalekimi  kurhanami  kruchych 

szarych  skał,  za  którymi  lotny  piasek  i  gorący  wiatr  usypywały  długie  treny,  i  ognistą  iskrą 

przebił się przez szare zamglenie atmosfery. Oddalał się szybko od planety, w sposób ciągły 

dostrajając swoją strukturę do warunków lotu i procesów wewnętrznych.  

"Życie  planetarne,  które  tak  lubi,  stanowi  obszerny,  lecz  już  zamknięty  okres 

egzystencji. Będzie teraz wypełniał inne zadania, które wyłonią się z kompozycji istnień: jego 

twórców i jego własnego. Kim oni właściwie są? I po co go stworzyli?  

Kim  jest  on  sam?  Dlaczego  musi  wskrzeszać  inne  życia?"  W  otchłani  przestrzeni. 

dokąd  nie  dociera  nawet  najsłabsze  echo  dalekiego  życia  gwiazd,  szept  odległego  Istnienia 

wyzwolił  się  z  ostatnich  elementów  dawnej  struktury.  Wokół  niego  zapłonął  potężnym 

blaskiem inny Wszechświat, lecz on sam przestał istnieć, zanim zaczął rozumieć.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Schronisko” 

 

Nick  otworzył  okno  i  pokój  napełniło  chłodne  górskie  powietrze.  Las  wspinał  się 

korowodem  strzelistej  zieleni  świerków  na  stromiznę,  która  zdawała  się  walić  ogromem 

skalnego masywu wprost na wątłą ścianę budynku.  

W  szczotce  igliwia  uwięzły  kłęby  mgły,  ziemia  i  drzewa  parowały  po  niedawnym 

deszczu.  Z  gałęzi  opadały  duże  krople.  zabielone  refleksem  mlecznoszarego  nieba.  Nick 

wychylił się, wsparłszy łokcie na wilgotnym parapecie. Odetchnął głęboko i poczuł ostrą woń 

lasu:  igliwia,  mokrego  mchu,  zbutwiałego  drewna.  Jak  to  wszystko  trzyma  się  na  takiej 

pochyłości?  -  pomyślał  machinalnie,  obserwując  kurczowo  wrzepione  w  ziemię  drzewa. 

obnażające  splątane  ścięgna  korzeni.  Pomiędzy  stojącymi  dumnie  jak  kolumny  prostymi 

olbrzymami świerków lekko przysiadły barwne drzewka jarzębiny. Kiedyś Nick porównywał 

je  do  płomieni  strzelających  pośród  szarozielunej  masy  leśnej.  Dziś  nie  mógł  zdobyć  się  na 

takie  skojarzenia  widział  tylko  na  wpół  martwe  liście,  ledwie  trzymające  się  gałęzi.  Pewnie 

dlatego, że przyjechał zbyt późno: ostatnie dni października to w górach  już początek zimy. 

Tylko  patrzeć,  jak  któregoś  ranka  szyby  zawiane  będą  śniegiem,  a  białe  czapy  przygniotą 

gałęzie do ziemi. Tak, i tym razem  spóźnił się. Często spóźniał się, czasem o lata, czasem o 

minuty - efekt bywał podobny.  

Po  prawej  nodze  przebiegła  mrówka.  łaskocząca,  nieznośna.  Strzepnął  dłonią,  jakby 

chciał pozbyć się  natręta; zawsze tak robił  i zawsze potem  śmiał się krótko, chrapliwie,  bez 

cienia  radości.  Mięśnie  poczynały  palić  i  drętwieć,  zdawały  się  dzielić  na  dziesiątki  małych 

kłębków  napiętych  do  granic  ostatecznej  wytrzymałości  materii.  Wtedy  musiał  położyć  się. 

Położyć i myśleć, myśleć za wszelką cenę!  

,,Sucha,  pustynna  planeta  pod  bladoróżową  kopułą  nieba.  Kruche  skały  zalegają 

szkliwem  spękanych  odłamków  jej  nierówną  powierzchnię,  spod  hałd  błyszczących 

odprysków wyrastają czarne kominy podskórnych złóż, w których głębi trwają nieodgadnione 

procesy,  przemieszczają  się  masy  materii  w  konwulsyjnych  drganiach  trzewi  globu.  Planeta 

matka,  sucha,  surowa,  wyniosła.  Tu  ona  wydała  życie,  swoje  ukochane  dziecię, 

wypieszczone,  jedyne.  Miast  oszałamiać  świat  paletą  spłowiałych  barw  -  wielością  lichych 

form, rozmaitością kiepskiego intelektu, zrodziła pośród pustynnych, jałowych wzgórz jedną 

jedyną - doskonałość".  

background image

Nick  poczuł  sztywność  zaciśniętych  aż  do  bólu  szczęk  i  delikatne  mrowienie  wokół 

warg.  Wrażenia  te  dobiegały  go  zza  ochronnej  powłoki,  wytworzonej  koncentracją  myśli  i 

zdawały się nie dotyczyć jego, lecz jakiegoś innego, obcego ciała. Przez lata choroby, wobec 

której  medycyna  była  bezradna,  wyrobił  sobie  przedziwny  odruch  obronny:  osiągał  niemal 

pełne  oderwanie  od  rzeczywistości,  a  więc  i  od  chwilowego  cierpienia,  przez  niezwykle 

intensywne skupienie myśli. Czy myśli? Sam tego nie wiedział. Na pewno nośnikami owego 

transu były również zwielokrotnione uczucia tęsknoty i wiary, wiary w coś innego lepszego.  

Drętwota  warg  powoli  nikła  i  równocześnie  ochronny  nierealny  świat  odpływał, 

rozwiewał  się  jak  mgiełka  snu.  Gmatwanina  białych  i  brązowych  plam  z  trudem 

ukonstytuowała się w nieostry jeszcze obraz pokoju z wyciętym jasnym prostokątem okna.  

Ach  tak  -  pomyślał  -  jestem  w  górskim  schronisku,  przyjechałem  tutaj  dzisiaj  rano. 

Świadomość  miejsca  i  czasu  powracała  powoli  jak  skotłowana  fala  przyboju,  zalewający 

odsłonięty przed chwilą lśniący wilgocią piasek.  

Unosząc  się  lekko  na  łokciu  ostrożnie  poruszył  prawą  nogą.  Była  jeszcze  jak  z 

drewna,  lecz  spełniała  swoje  funkcje.  Wstał  i  przeszedł  się  po  izbie,  każdym  stąpnięciem 

wyduszając z rozeschłych desek podłoga przeciągłe, podobne do skargi skrzypienie.  

Znów  powędrował  myślą  pomiędzy  odległe  światy,  aż  do  wyśnionej  planety, 

zasypanej  szkliwem  spękanych  skał.  Wiedział,  że  według  dostępnych  danych 

prawdopodobieństwo jej  istnienia  jest właściwie równe zeru, lecz wierzył, że gdzieś  musiała 

jednak  być,  zawieszona  pośród  obcych  słońc  w  bezkresie  przestrzeni,  utoczona  różowym 

obłokiem atmosfery. Dlaczego w końcu nie?' Jeśli nie ma jej w pobliżu Ziemi, to znajduje się 

gdzieś dalej, a jeżeli  nie tam, to jeszcze dalej. Przestrzeń  jest nieskończona... A jeśli  nie  jest 

różowa to może żółta czy czarna. Co za różnica? Nie to jest ważne.  

Nick  odzyskał  już  pełna  sprawność.  Nic  wiedział,  kiedy  przyjdzie  kolejny  atak; 

następowały  coraz  częściej,  choć  zawsze  trwały  krótko.  Wciągnął  ciężkie  górskie  buty. 

narzucił brezentową kurtkę i wyszedł.  

Wieczorny  las  parował  i  szeleścił  tysiącami  kropel  spadających  z  ciężkich  wilgocią 

gałęzi.  Deszcz  ustał  zupełnie  nawet  mlecznobure  niebo  jakby  nieco  pojaśniało,  u  ciężka 

warstwa chmur przybrała żółty odcień zachodu. Nick szedł szybko wysiłek sprawiał mu teraz 

wyraźną  przyjemność.  Krew  pulsowała  w  przyspieszonym  rytmie,  ciało  słuchało  każdego 

rozkazu myśli  i  było znów młode,  las prędko umykał do tyłu. Wilgotne powietrze pachniało 

świeżym igliwiem i mchem.  

Kiedyś, dwadzieścia, a  może trzydzieści  lat temu; było tu mnóstwo jagód. Najwięcej 

tam, gdzie kończył się już las świerków i zaczynała kocówka. Całe łąki granatowo - złote. od 

background image

jagód  i  wrześniowych  liści  ich  krzewów.  Jeszcze  wyżej,  na  wypalonych  słońcem  stokach. 

rdzaworude jagodziny rodziły wielkie owoce nabrzmiałe sokiem pod pokryty białym nalotem 

skórką. A najwyżej, wprost nad głową. jaśniał głęboki błękit nieba. przykrywającego wklęsłą 

misą cały ten świat. pełen zapachu, wiatru, słońca i radosnego wysiłku wspinaczki.  

Nick poczuł zmęczenie akurat w chwili, gdy doszedł do potoku. Wzdłuż jego brzegów 

rosły kępy anemicznych  jagodzin, pewnie  miały  jeszcze owoce. Ale komu chciałoby się  ich 

szukać w mokrym gąszczu łodyg, w deszczu kropel spadających za kołnierz?  

Gdy  zatrzymał  się  tuż  nad  brzegiem.  zmęczenie  rozbiegło  się  po  mięśniach  nóg 

łaskotliwymi  językami  odrętwienia.  Potok  toczył  wodę  szklistymi  zwałami  po  obłych 

kamieniach  pośród  szpalerów  krzewów  i  paproci.  Tu  i  ówdzie  nurt  przedostawał  się  do 

rozległych,  jasnozielonych  niecek,  na  których  dnie  utrzymywał  się  piasek  kuszący 

błyszczącymi  kryształkami  miki.  Woda  zdawała  się  tam  zatrzymywać  w  pędzie.  dając 

przybyszowi czas na kąpiel w doskonale wypolerowanej, naturalnej wannie.  

To było wciąż piękne, także wśród szarzejącego leśnego zmierzchu. choć nawet nie w 

części tak szokujące doskonałą harmonią i dynamiką jak wtedy, nie tak dawno przecież...  

Wrócił na ścieżkę, lecz zatrzymał się w pół kroku. Nogi obejmowało wzmagające się 

drętwienie,  wigor  sprzed  chwili  zniknął  bez  śladu.  Las  szarzał,  za  ciemnym  zakrętem  drogi 

czaił  się  głęboki  ponury  cień.  Tak,  ale  uszedł  od  schroniska  zaledwie  dwieście  metrów! 

Solidna wycieczka...  

Zatrzymał się niezdecydowany. A może oni są tam, na polanie pozostałej po ostatnim 

wyrębie,  zaraz  za  zakrętem?  Zaśmiał  się  cicho  i  oparł  przedramieniem  o  mokry  świerkowy 

pień.  

Niezdecydowanie...  Zawsze  taki  był,  od  dzieciństwa.  Zwykle  przeszkadzało  w 

działaniu, lecz nieraz tłumiło nierozważne odruchy i dawało czas na zastanowienie. Zbyt dużo 

czasu. Kiedyś  niezdecydowanie uratowało  mu życie. Miał wtedy sześć,  może siedem  lat. W 

spiął się aż do nisko biegnących przewodów elektrycznych. Rówieśnicy zachęcali go z dołu. 

aby  ich  dotknął.  Każdy  zapewniał,  że  on  sam  robił  to  już  wiele  razy.  ł  tak  stał  na  oparciu 

ławki  pełen  strachu  i  zaciekawienia;  kilkakrotnie  wyciągał  i  cofał  rękę,  pot  ściekał  mu 

strużkami po plecach. Bał się dotknąć i jednocześnie ogarniał go wstyd przed porażką.  

W  końcu  jednak  strach  zwyciężył.  Właściwie  wtedy  to  był  chyba  czysty  strach, 

niezdecydowanie przyszło później, wraz ze sceptycyzmem, z nawykiem wątpienia.  

Nick odepchnął wilgotny pień i zawrócił w stronę schroniska. Może oni rzeczywiście 

są  już  tutaj,  zupełnie  blisko,  zaraz  na  polanie  za  ciemnym  zakrętem  drogi'?  Opuścili  się  na 

ziemię  w  miejscu,  gdzie  wyrąbany  las  odsłonił  rosochate,  ledwie  przyprószone  zielenią 

background image

zbocze. Ich pojazd wypączkował galeriami, owalnymi i prostopadłościennymi konstrukcjami, 

w  których  otworzyły  się  wejścia  podświetlone  fioletowym  blaskiem.  Całość  sprawiała 

wrażenie  bajecznego  zamku  wykutego  w  szarobłękitnej  stali.  w  którym  okna  jarzyły  się 

niebieskim światłem, tylko trochę jaśniejszym od granatu wieczornego nieba. Wokół budowli 

tłoczyli się już ludzie: trzęsący się starcy i młodzieńcy, których gładkie twarze mokre były od 

potu;  dojrzałe  kobiety  o  oczach  powleczonych  szarym  smutkiem  i  mężczyźni,  śmiesznie 

bezradni  przy  całej  swojej  samczej  arogancji;  dzieci,  jeszcze  nie  rozumiejące,  lecz  już  z 

piętnem strachu odciśniętym na zbyt dużych, poważnych twarzach. Każdy z nich potrzebował 

czego innego, lecz wszyscy chcieli tego samego.  

W  gęstniejącym  mroku  Nick  dojrzał  wreszcie  prześwitujące  między  drzewami  żółte 

plamy  świateł  schroniska.  Przyspieszył  kroku  i  potknął  się  o  ukryty  w  ciemności  korzeń.  Z 

trudem  odzyskał  równowagę,  okupując  ją  ostrym  bólem  naciągniętych  mięśni.  Klnąc  pod 

nosem dowlókł się do kamiennych schodów, wiodących ku wejściu.  

Oddać  ciało  do  remontu,  najlepiej  generalnego  -  śmiał  się  z  własnej  nieudolności, 

wspinając  się  powoli  na  górę.  Tak,  oczywiście  terminy  są  krótkie.  Zrobimy  pana  do  piątej, 

ciało najlepiej postawić tam. na końcu trzeciego szeregu. Proszę się nie martwić, wymienimy 

wszystko co trzeba, a co się da - zregenerujemy. Duszyczkę zaraz odwieziemy do domu, tam 

może  spokojnie  zaczekać:  chyba  że  ma  pan  coś  do  załatwienia.  wtedy  może  pan  wziąć  na 

parę  godzin  ciało  zastępcze.  Tam,  pod  ścianą,  mamy  troje  rezerwowych:  dwie  kobiety  i 

mężczyznę. Wszyscy w średnim wieku mało zużyci, z niewielkim przebiegiem... Nie trzeba? 

Dobrze, o piątej przyślemy kogoś po pana. Oczywiście, dajemy roczną gwarancję!  

Tak,  poczucie  humoru  było  obok  niedorzecznej  i  upartej  nadziei  jego  najsilniejszym 

atutem. Pozwoliło mu przetrwać niejeden kryzys.  

W  sali  jadalnej  ciemne,  dębowe  stoły  rozkraczały  się  pod  naporem  ludzi,  którzy  w 

hałaśliwych  grupach  łapczywie  spożywali  kolację.  Migały  kraciaste  koszule  mężczyzn 

niosących  talerze  ze  strawą,  znad  parujących  kubków  podnosiły  się  roześmiane  twarze 

chłopców  i  dziewcząt,  na  rozłożonych  na  gładkich  blatach  serwetkach  kobiety  układały 

posmarowane masłem grube pajdy chleba. W kącie ktoś cicho brzdąkał na gitarze.  

Nick  wszedł  w  tłum,  wgłębił  się  weń  jak  w  gąszcz  szeleszczących  łodyg,  pokrytych 

pączkami,  kwiatami  i  owadami,  lecz  także  cierniami  z  trującym  śluzem,  w  gąszcz  pełen 

basowego  brzęczenia  polujących  owadów  i  nerwowego  trzepotania  motyli.  W  tej  chwili 

gorąco pragnął odnaleźć się w jego wnętrzu, być tam razem z nimi, być jednym z nich. Lecz 

ślizgał się stale po powierzchni szklanego klosza, a gdy posuwał się do przodu, niewidzialne 

płaszczyzny rozpychały przed nim ten skłębiony świat, jak burty okrętu prującego wzburzone 

background image

fale,  i  był  ciągle  sam.  Sam  pośród  nieważnych  zdarzeń,  bezsensownej  krzątaniny,  morza 

niechęci i wrogości, w którym tak rzadko i jakby nieśmiało zapalał się tylko na chwilę błędny 

ognik miłości. Zdawało mu się, że przechadza się bez celu między kiepskimi dekoracjami do 

jakiegoś  chaotycznego  przedstawienia  pomylonego  reżysera.  Z  mieszaniną  niechęci  i 

podziwu graniczącego z zazdrością patrzał na grupę młodych ludzi, którzy nie zdążyli jeszcze 

strzepnąć z butów kurzu dalekiej wędrówki, zmęczonych. Lecz  jakże szczęśliwych. Cieszyli 

się z każdego drobiazgu, błahego słowa, a właściwie - to szczęście było już w nich wewnątrz, 

oni  mieli  je  ze  sobą  na  co  dzień,  i  wystarczyło  cokolwiek,  aby  wypłynęło  radosną  falą 

istnienia.  

I wtedy Nick zrozumiał swój błąd. Przyjechał właśnie po chwilę szczęśliwej beztroski. 

Był tu niegdyś, przecież nie tak bardzo dawno, przy tym samym stole otwierał nożem puszkę 

konserw  wśród  śmiechu  wesołej  kompanii.  Teraz  żądał  od  tej  sali,  tych  gór  i  lasów,  aby 

wykrzesały  w  jego  wystygłym  wnętrzu  nową  iskrę.  Pragnął,  żeby  szczęście  przyszło  doń  z 

zewnątrz, dałby wiele za jedną jego chwilę, bo przybył tu pusty.  

Zamówił cokolwiek i usiadł przy wielkim, zgiełkliwym stole. Pora była późna, kolejka 

przy bufecie zmniejszyła się wyraźnie. Wśród kilku oczekujących osób zauważył dziewczynę 

niezwykłej  urody.  Była  bardzo  młoda,  o  twarzy  prawie  dziecięcej,  lecz  już  całkowicie 

ukształtowane  kobiece  ciało,  długie  nogi,  wysoko  sklepione  biodra  i  sterczące  jędrne  piersi, 

żyjące  jakby  własnym  życiem  pod  napiętym  materiałem  bluzki,  zadawały  kłam  niewinności 

oczu. Rozmawiała z o wiele od siebie starszym mężczyzną. który mógł być jej ojcem, a może 

-  był  kochankiem?  Facet  w  widoczny  sposób  dbał  o  młodzieńczy  wygląd:  nosił  się  z 

zamierzoną  niedbałością,  w  młodzieżowym  stylu,  poruszał  się  szybko  i  energicznie,  choć 

sprawiało  mu  to  nieraz  wyraźną  trudność.  Śmieszne,  ostatnie  podrygi  -  pomyślał  Nick, 

stwierdzając  z  satysfakcją  zaprawioną  odrobiną  żalu,  że  on  sam  je  sobie  darował.  Spojrzał 

jeszcze raz na dziewczynę, teraz już z pewną niechęcią. Była na pewno dość ładna, ale zbyt 

potężna:  wysoka,  szeroka  w  plecach.  miała  trochę  za  grube  nogi.  Z  wiekiem  roztyje  się  jak 

krowa - mruknął niechętnie. Gdy przechodziła obok niego niosąc parujące talerze, spostrzegł, 

jak  bardzo  była  młoda.  To  chyba  jednak  ojciec  -  pomyślał  -  albo  wyjątkowy  smakosz.  W 

czasach  kiedy  zatrzymałem  się  tu  po  raz  ostatni,  nie  byłaś  jeszcze  planowana,  moja  mała. 

Więcej - twoi rodzice pewnie nie znali się nawet, nie mieli pojęcia o swoim istnieniu oraz o 

przeznaczeniu,  jakim  było  spłodzenie  ciebie.  Jaka  była  szansa,  że  właśnie  ich  dwoje  spotka 

się  w  tym  określonym  celu  wśród  miliardowej  masy  ludzkiej?  Pewnie  podobna  do 

prawdopodobieństwa  istnienia  jednej  jedynej,  określonej  planety  w  niezmierzalnym  morzu 

światów...  

background image

Nick  wstał  i  wyszedł  z  jadalni,  pragnąc  jakoś  przerwać  ten  ciąg  bezsensownych 

skojarzeń. Poza tym powinien już być sam - w każdej chwili mógł przyjść następny atak.  

Pokój pełen był rześkiego, nocnego powietrza. Nick zamknął okno i wyciągnął się na 

skrzypiącym łóżku, z przyjemnością rozluźniając zmęczone mięśnie. Lubił ten moment, kiedy 

gasło  światło,  a  pod  plecami  wyczuwał  śliską  gładź  pościeli,  kiedy  członki  wypełniały  się 

ciężkim, rozkosznym bezruchem.  

Na  szyi  dziewczyny  widział  złoty  łańcuszek  z  krzyżem.  Czyżby  była  wierząca?  A 

może  nosi  krzyżyk  z  przyzwyczajenia,  dla  fasonu,  lub  po  to,  aby  sprawić  przyjemność 

rodzicom? Na pewno jest jej dobrze z wiarą. Trzeba w coś wierzyć, w coś, co nie poddaje się 

ocenie  zmysłów,  gdyż  sam  świat  materialny  nie  daje  żadnej  szansy,  nie  daje  nawet  nadziei. 

Pewien  filozof  napisał,  że  gdyby  życie  nie  było  tylko  przejściem,  byłoby  nieznośne.  Coraz 

częściej myślę, że mógł mieć rację. Właściwie chciałbym wierzyć w Boga - dalej snuł senne 

rozważania -  lecz doszedłem do tego za późno. Światopogląd w ogromnej  mierze zależy od 

wychowania,  znacznie  mniej  od  wykształcenia.  Wiara  leży  poza  wiedzą,  daleko  poza  nią. 

Przecież aby być wierzącym, nie trzeba ślepo wierzyć w dogmaty...  

Czy  ta  dziewczyna  jest  szczęśliwa?  -  zastanawiał  się.  Wiara  na  pewno  nie  jest  jej 

potrzebna do osiągnięcia szczęścia, najwyżej towarzyszy smutkom i żywiołowym radościom. 

którymi  jest wypełniony  jej każdy dzień. Wiara potrzebna  jest ludziom zamiast namiętności, 

aby zapełnić pustkę i dać nadzieję.  

Już  zasypiał,  gdy  nagle  zbudził  go  ostrzegawczy  skurcz  mięśni.  Po  prawej  nodze 

przebiegło tchnienie żaru, niewidzialny płomień jął lizać pękającą skórę, wżerać się w miąższ 

mięśni  i  ścięgien,  wysuszać  i  palić  kości.  Z  winy  półsennych  rozważań  Nick  nie  zdążył  na 

czas,  lecz  teraz,  zwarłszy  szczęki  z  całych  sił,  z  największym  trudem  wyswobodził  spętaną 

oszalałym bólem myśl i skierował ją ku swojej własnej nadziei.  

"Różowe,  zawsze  pogodne  niebo  ugięło  się  łagodnie  i  spłynęło  miękkim  lejem  w 

kierunku  otwartego  na  spotkanie  wzgórza,  które  wyłoniło  się  spod  szkliwa  pobrużdżonej 

powierzchni planety. W miejscu zetknięcia działo się coś dziwnego, zachodziły niezrozumiałe 

procesy tworzenia, materia przeobrażała się w struktury wyższego rzędu, stawała się powolna 

Istnieniu,  które  kształtowało  ją  wedle  swojej  chwilowej  potrzeby.  Lśniący,  pełen  pylistych 

zawirowań  obłok,  który  powstał  w  tym  procesie,  uniósł  się  błyskawicznie  w  różowy 

przestwór  nieba  i  połączył  z  nim  tysiącem  świetlnych  wypustek.  Ogromna  antena, 

zakończona żywymi receptorami, odczuwała najodległejszą skargę Wszechświata, wyławiała 

z dalekich zakątków Galaktyki każdy szept czułości, spazm rozkoszy, lecz przede wszystkim 

krzyk bólu i płacz duszy. A potem wirujący obłok podzielił się na setki świecących punktów, 

background image

które rozjarzając się do białości pędziły coraz szybciej przez kosmiczną pustkę, pogrążając się 

w  końcu  w  nurtach  ponadświetlnych  wiatrów  kosmicznych,  aby  zdążyć  na  czas  i  być  tam, 

gdzie być powinny i gdzie były potrzebne. Aby ukoić ból i zapełnić nadzieją puste dusze".  

Nick obudził się, gdy słońce stało już wysoko. Słońce! Jakaś radosna struna nieśmiało 

zadrgała w jego piersi. Koniec słoty i deszczu. Może na krótko, więc trzeba to wykorzystać. 

Po wczorajszym niezwykle silnym ataku odczuwał wciąż osłabienie. Ubierał się więc powołi, 

mimowiednie  rozmyślając  o  Różowej  Planecie.  Może  ona  naprawdę  istnieje?  Bzdury  ~  Ale 

przecież  wystarczy  mocno  uwierzyć...  Lecz  i  na  to  nie  .mógł  się  zdecydować.  Znów 

sceptycyzm i niezdecydowanie! Nie był w stanie ani wyrzec się tej wiary ani przyjąć jej bez 

zastrzeżeń.  

I  wtedy  stało  się  coś  dziwnego,  nastąpiło  jedno  z  tych  rzadkich  zdarzeń,  których 

wpływ  nie  ogranicza  się  tylko  do  chwilowego  oddziaływania  na  zmysły.  W  słoneczną 

przestrzeń za otwartym oknem popłynął dźwięczny, dziecięcy  śpiew. ruty znanej  melodii, w 

którą ten świeży głos, a  może  i górskie  hale.  i wesoły  blask słońca tchnęły  nową. wspaniałą 

treść.  Nick  podszedł  wzruszony  do  okna.  Hale  rozśpiewały  się  tysiącem  srebrnych 

dzwonków, zupełnie tak, jakby wskrzeszone nieznaną mocą młode pędy traw i pękające pąki 

kwiatów  odpowiadały  własnymi  głosami,  a  zwielokrotniony  dziecięcy,  łamiący  się,  ciepły 

śpiew płynął coraz dalej i zdawał się sięgać słońca.  

Nick pomyślał, że warto było przyjechać już po to tylko, aby usłyszeć taką melodię. I 

że, być może, właśnie w tej chwili dotarł do niego promień wysłany z dalekich światów.  

background image