background image

STAŁO SIĘ JUTRO

(zbiór drugi)

SCAN-dal.prv.pl

background image

KONRAD FIAŁKOWSKI

CZŁOWIEK Z AUREOLĄ

...Tak, to ciekawe... Uważa więc pan, profesorze, że pana złota klatka jest tyle warta co 

dziurawy   garnek,   że   po   ogrodzie   przy   pana   laboratorium,   po   ogrodzie,   przeznaczonym   do 

rozmyślań   o   przestrzeni   zakrzywionej,   w   tę   lub   tamtą   stronę   snują   się   podejrzani   osobnicy.   - 

Pułkownik przerwał swój spacer po gabinecie i stanął przy oknie. 

- Powiedziałem nieznani. - Zza swego biurka profesor widział jego sylwetkę na tle dalekich, 

fioletowych, oświetlonych wieczornym słońcem gór. 

- Obojętne,  nieznani  znaczy podejrzani. - Pułkownik chwilę jeszcze  stał nieruchomo,  a 

potem podszedł do kontaktu i zapalił światło. 

Dopiero teraz profesor spostrzegł rozpięty guzik munduru pod szyją pułkownika. 

- W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to nowy pomocnik ogrodnika. 

- Wykluczone. Moi pracownicy są zdyscyplinowani. Pilnują pana w sposób niedostrzegalny 

i nigdy nie pozwoliliby sobie na tego rodzaju nietakt, by swoim widokiem zakłócać pana twórcze 

rozważania. 

W tej chwili znowu profesor Trot zdał sobie sprawę, jak bardzo nie cierpi pułkownika. 

Odpowiedział jednak spokojnie: 

- Jak zwykle ma pan rację, pułkowniku. To nie był pomocnik ogrodnika ani ogrodnik, ani 

żaden z pana korpulentnych sprzątaczy. Nikt z personelu mego laboratorium. 

- Przepraszam, profesorze - Trot spostrzegł, że pułkownik przygląda mu się badawczo: - 

Jeżeli dobrze pamiętam, był wtedy świt, szarawy świt. Wyszedł pan na taras, a on stał w odległości 

około piętnastu metrów pod krzakiem róży "Ramzes". 

- Podziwiam pana pamięć, pułkowniku Hogan. 

-   W   każdym   razie   nie   mógł   pan  widzieć   jego  twarzy.   Personel   laboratorium   jest   stale 

zmieniany, nie zna więc pan tych ludzi. 

- Chce pan wiedzieć, dlaczego twierdzę, że to był człowiek z zewnątrz? Czy tak? 

- To by mnie interesowało - pułkownik uśmiechnął się. 

Powiem mu, powiem mu, chociaż i tak zapewne mi nie uwierzy, ale wreszcie pójdzie do 

diabła i będę miał spokój - pomyślał Trot i zrobiło mu się weselej, gdy wyobraził sobie minę 

pułkownika. 

-   Widzi   pan   -   Trot   mówił   teraz   cicho,   tak   cicho,   że   słychać   było   szmer   wentylatora 

wirującego na biurku. - Otóż ani moi asystenci, ani pana ludzie nie mają aureoli. 

background image

- Przepraszam, czego ? 

- Aureoli. 

- Nie rozumiem. - Pułkownik był całkowicie zdezorientowany. 

- Można to określić jako świetlisty krąg wokół głowy. Subtelna świetlista otoczka. 

- Pan żartuje, profesorze. 

A teraz jest zły, naprawdę zły - pomyślał Trot i sprawiło mu to wyraźną satysfakcję. 

- Ja, pułkowniku, nie żartuję nigdy, prawie nigdy. - Nie patrzył już na pułkownika, lecz w 

okno na góry, które szarzały w przedwieczornym zmierzchu. 

- To niemożliwe, profesorze. Ludzie nie mają aureoli. 

- Przynajmniej większość ludzi - poprawił Trot i pomyślał, że teraz właśnie pułkownik 

wreszcie wyjdzie z gabinetu. Jednak Hogan nie wyszedł. Stał chwilę milcząc, a potem podszedł do 

biurka i patrząc z góry na profesora zapytał: 

- I co pan wtedy zrobił? 

Trot zawahał się przez moment. 

- Krzyknąłem: "Niech pan chwilę zaczeka", i wszedłem do laboratorium, by wziąć ze stołu 

aparat fotograficzny. 

- Tak. Rzeczywiście. Usłyszał to jeden z moich... powiedzmy, z naszych pracowników. I co 

dalej ? 

- Niestety, nic. Gdy wróciłem z aparatem, w ogrodzie nikogo już nie było. 

Dopiero teraz Trot spostrzegł, że Hogan poczerwieniał. 

-  Tam  w  ogóle  nikogo  nie  było,  profesorze.  Pan  sobie  żartuje.  Zamieszanie,  raport  do 

władz. - Głos jego stawał się coraz bardziej zduszony. - Laboratorium jest tak strzeżone, że to, co 

pan mówi, jest wykluczone,  absolutnie  niemożliwe.  Tam nie mogło  być  nikogo ! I jeszcze  ta 

aureola... 

- Próbuje mnie pan przekonać, pułkowniku?- Jeszcze trochę i będę go mógł wyrzucić z 

gabinetu - pomyślał Trot. 

- Ależ, profesorze. Niech pan pomyśli: aureola! To przecież dziecinne. - Hogan siadł w 

fotelu i ujął głowę w dłonie. 

Gladiator, gladiator, któremu kazano myśleć. Trot spojrzał na Hogana beznamiętnie jak na 

aktora w ekranie telewizora. 

-   To   typowe   -   powiedział.   -   Pan   jest   typowym   dwudziestowiecznym   racjonalistą, 

pułkowniku Hogan. Jest pan przekonany, że wszystko, co na tym świecie było do wyjaśnienia, 

zostało wyjaśnione, a reszta to bajki. 

- Ależ, profesorze. 

background image

- Tak. Dokładnie tak. Ale na takich ludziach jak pan opiera się nasza cywilizacja - dodał 

ciszej Trot, a potem siedział jeszcze nieruchomo za biurkiem, gdy kroki Hogana ucichły już na 

korytarzu. 

I wtedy zauważył że w rogu pokoju, tuż koło biblioteki, stoi człowiek z aureolą. 

Lizi przyszła jak zwykle w południe. Trot czekał na nią zawsze ze śladem niepewności. 

Wiedział, że kiedyś nie przyjdzie, przypuszczał jednak, że prawdopodobieństwo tego jest jeszcze 

znikomo   małe.   Pracował   trochę   rano   i   jego   biurko   zarzucone   było   papierami.   Lizi   pozbierała 

fragmenty obliczeń  rozrzucone po dywanie  i wtedy dopiero siadła naprzeciw  niego. Nacisnęła 

klawisz radia, a gdy głośnik przekazywał już dźwięki skrzypiec z pełnym natężeniem, powiedziała 

cicho: 

- Porwano Topsa i Minera. 

- Skąd wiesz? - zapytał po chwili równie cicho. 

- Od człowieka Hogana. 

- Sądzisz, że teraz na mnie kolej ? 

- Niewykluczone - powiedziała zupełnie spokojnie i Trot miał jej to za złe. 

Dźwięki skrzypiec stawały się coraz głośniejsze, nie do wytrzymania. Słuchał ich bawiąc 

się bezmyślnie ołówkiem. 

- Zastanawiasz się, czy był sens zaczynać to wszystko? zapytała. 

- Nie, ta decyzja jest już poza mną. Podjąłem ją wtedy, gdy pierwszy raz rozmawiałem z 

tobą. Pamiętasz... 

- Tak, tak sądzę. A co do nowej partii wzorów włożyłam je, jak zwykle, w drugi tom "Dzieł 

zebranych" Einsteina. Będziesz pamiętał ? 

- Tak, oczywiście. 

-   Musisz   zdążyć.   To   najważniejsze.   Te   wzory   prowadzą   już   bezpośrednio   do   syntezy 

antymaterii. Słyszysz? 

- Tak. 

- No, to świetnie - uśmiechnęła się. - Gdy je opracujesz, nasze dzieło zostanie zakończone. 

- Nasze dzieło... Czy jesteś pewna, Lizi, że to jest właśnie... że o to nam chodziło? 

- Nie rozumiem cię. Skąd nagle te wątpliwości? Przecież wiesz, mówiłam ci wielokrotnie, 

że antymateria to klucz do prawdziwie nowoczesnej techniki. 

- Oczywiście, ale na przykład Hogan... 

- Co Hogan ? 

- On i antymateria. Wyobrażasz to sobie? 

background image

-   Niezupełnie   ciebie   rozumiem.   Dobrze,   niech   będzie   Hogan.   W   końcu   taki   jak   wielu 

innych. Nawet dość przystojny. 

- Och, Lizi. żyjesz tu już tyle lat, a mimo to mam niekiedy wrażenie, jakbyś przyjechała 

dzisiaj... - przerwał i zaczął słuchać uważnie komunikatu, który zastąpił w radiu skrzypce. 

... a teraz podajemy komentarze prasy. Przekazana dzisiaj rano przez agencję wiadomość o 

zniknięciu w ciągu ostatniej doby pięciu fizyków atomowych wzbudziła niepokój opinii publicznej. 

Joachim Reed omawiając tę sprawę na łamach "Up and Down" stwierdza, że mimo starannych 

poszukiwań nie natrafiono na najmniejszy ślad zaginionych. Szczególnie sensacyjna wydaje się 

sprawa doktora Topsa. Tops zniknął w czasie pracy ze swego strzeżonego gabinetu. Funkcjonariusz 

Dowel, który pierwszy zauważył nieobecność doktora i przeszukał gabinet, twierdzi, że spostrzegł 

na biurku dymiącą jeszcze fajkę oraz rozrzucone notatki. Gdy wrócił do gabinetu z wezwanym 

szefem ochrony, fajki ani papierosów już nie było... 

- Wyłączę to - powiedziała Lizi i nacisnęła klawisz wyłącznika. - Pięciu, i to jednego dnia, 

to dużo. Musieli zdobyć jakieś nowe informacje. - Spojrzała na Trota. - Nie przejmuj się tym aż tak 

bardzo. W najgorszym wypadku na dorocznym zjeździe atomistów w Toropa brać będą udział sami 

emeryci. Pojadę tam jako... hm... wdowa po tobie. 

- Bez głupich kawałów, Lizi. 

- Nie lubisz prawdy w formie bezpośredniej. To dla twego wieku charakterystyczne. 

-   Nie   żartuj.   Wiesz   o   tym,   że   teraz   już   moja   kolej.   -   Dopiero   gdy   przekażesz   wzory. 

Pamiętaj o tym. 

- A reszta nieważna. Co dalej będzie, to cię nie interesuje? - zapytał i wiedział, że to jej 

rzeczywiście nie interesuje. 

Wzruszyła ramionami. 

- Cóż chcesz, mój drogi. W ciągu dwu lat stałeś się jednym z najwybitniejszych uczonych 

na tym kontynencie. To chyba warte jest tej ceny. Nie sądzisz? 

- Przestań ! 

- W każdym razie znasz spakowaną walizeczkę w swoim gabinecie. Kilka koszul, sweter, 

skarpetki. Ostatnio dołożyłam ci spinki do mankietów. Staram się być dobrą żoną, a ty tego nie 

zauważasz. Nie wiem tylko, czy pozwolą ci to wszystko zabrać. Chociaż jeśli Topsowi pozwolili 

zabrać fajkę... 

Trot patrzył w jej twarz, wielkie szarawe oczy i wystające kości policzkowe. "Muszę być 

spokojny - powtarzał sobie. - Teraz i tak niczego już nie zmienię" - i w pewnej chwili poczuł, że 

jest już spokojny. 

- Obawiam się - powiedział - że Tops będzie miał kłopot z tytoniem. Przepadał za dobrym 

background image

tytoniem. 

A   gdy   spostrzegł,   że   Lizi   patrzy   nań   badawczo,   dodał:   -   Wiesz,   poproszę   tu   Hogana. 

Porozmawiamy sobie trochę na interesujące go tematy. 

- Czy nie sądzisz, że byłoby lepiej, gdyby te wzory... 

- Daj mi spokój ze wzorami. Na to też przyjdzie czas. Jesteś niecierpliwa jak... zwyczajna 

kobieta. 

Trot wcisnął klawisz wizofonu. 

- Z pułkownikiem Hoganem... - powiedział. 

- Jestem, profesorze - twarz Hogana wypełniła cały ekran. 

- I co pan na to? 

- Jest pan zaniepokojony, profesorze? 

- Zaniepokojony? Skądże. Chciałbym jednak zobaczyć się z panem, tu u mnie. 

- Dobrze, profesorze. Już idę. - Ekran zszarzał. 

- Zaraz tu będzie. Porozmawiamy sobie. - Trot powiedział to z pewną satysfakcją. 

- Może przekaż przez niego wzory. To może być ostatnia szansa. - Przesadzasz, Lizi. Oni 

nie są wszechwiedzący. 

-   Ale   są   systematyczni,   śmiertelnie   systematyczni.   To   chyba   ich   najbardziej 

charakterystyczna cecha. 

W drzwiach stanął Hogan. 

- Jestem, profesorze. O, pani Lizi?! 

- Od kiedy odizolowaliście go w sposób niemal absolutny, muszę go tutaj odwiedzać. 

-   Przykro   nam,   lecz   to   konieczne   dla   bezpieczeństwa   profesora.   -   Tak,   oczywiście. 

Obawiam się tylko, że za kilka dni przestaniecie mnie tu wpuszczać. Czy nigdy nie wydawałam się 

panu podejrzana? 

Hogan uśmiechnął się i był to uśmiech przeznaczony dla Lizi. "Ma atawistycznie rozwinięte 

kły" - pomyślał profesor. 

- Szczerze mówiąc - Hogan uśmiechał się dalej - pani przeszłość nie jest przejrzysta. 

- Ależ, pułkowniku... 

- Oczywiście. Źle się wyraziłem. Pani przeszłość jest po prostu nie do udokumentowania. 

Od urodzenia towarzyszy pani mniej dokumentów niż statystycznemu obywatelowi tego kraju. Ale 

w naszym demokratycznym państwie jest to dopuszczalne. 

- Widzisz, mówiłam. Pewnego dnia nie wpuszczą mnie do ciebie. - Oczywiście żartuję. 

Poznała pani profesora, zanim stał się dla nas tak niezwykle cenny. To w pewnym sensie stawia 

panią poza sferą naszych zainteresowań. 

background image

- A może - Lizi spojrzała na Trota - może dzięki mnie znalazł się on w tej pana sferze? 

"Patrzy na mnie jak na tresowaną małpę" - pomyślał Trot i wtedy odczuł satysfakcję z tego, 

co się zdarzyło wieczorem, z drugiego spotkania z człowiekiem z aureolą. 

- Oczywiście, była pani profesorowi natchnieniem w jego twórczości. 

- W pewnym sensie. Prawda, profesorze? 

Teraz wiedział już, że postąpił słusznie. "Ona nigdy, nigdy nie traktowała mnie poważnie. 

Byłem zawsze dla niej... zabytkiem" pomyślał. 

- Lizi - powiedział - mamy z pułkownikiem poważne sprawy do omówienia. 

- Nie przeszkadzam. Mam nadzieję, że zobaczymy się jutro. Ja przyjdę na pewno. - Ostatnie 

zdanie   zaakcentowała   i   Trot   zrozumiał,   że   Lizi   nie   spodziewa   się   już   jutro   ujrzeć   go   w   tym 

gabinecie. 

Obejrzała się jeszcze przez ramię i wyszła. 

- Zainteresowałem się aureolami - powiedział Hogan. 

- Pan? hartuje pan, pułkowniku. 

- Mówię poważnie. Nie tylko pan, profesorze, widział człowieka z aureolą. 

- A więc wierzy mi pan teraz ? 

- Czy to istotne? Ma pan rację. Miałem wątpliwości. Ale to już u mnie w pewnym stopniu 

skrzywienie zawodowe. 

- I pozbył się pan tych wątpliwości ? 

- Tak. 

- No i... ? 

-   Cóż,   przestudiowałem   zagadnienie.   O   aureoli   nie   napisano   zbyt   wiele.   W   sztuce 

chrześcijańskiej pojawiła się gdzieś w czwartym wieku. Sam pomysł pochodzi z buddyzmu. To 

chyba wszystko. 

- Ma pan zadziwiające wiadomości. 

- Staramy się być wszechstronni. 

-   Tak,   ja   też   się   nad   tym   zastanawiałem.   Oczywiście   po   amatorsku,   bez   wiadomości 

źródłowych. Nad panem mam może tę przewagę, że ja widziałem człowieka z aureolą. 

- I jakie pana wnioski? 

- Na najstarszych obrazach aureola występuje w postaci krążka, bez względu na położenie 

głowy,   obojętne,   czy  twarz   jest   z  profilu,   czy  en   face.   Wniosek   jest   oczywisty.   Teraz   Hogan 

spojrzał na profesora badawczo. "Ten gladiator nie jest taki głupi" - pomyślał Trot. 

- Ciekawe - Hogan mówił teraz powoli. - To fakt, że aureolę miewali ludzie co najmniej 

niezwykli, dlatego później kojarzono ją ze świętymi. 

background image

-   Pan   sprawnie   myśli,   Hogan   -   pochwalił   go   profesor.   Specjalnie   pana   w   to   wszystko 

wprowadziłem, żeby się pan mógł osobiście o wszystkim przekonać. 

- Nie rozumiem. Czy chce pan przez to powiedzieć, że pan, profesorze, wie... - Hogan 

cofnął się ku drzwiom. 

- Teraz przepadło. Pan wie i oni wiedzą o tym. Nie wyjdzie pan już stąd. Wciągnąłem w to 

pana i z tego nie ma wyjścia. 

- Wolne żarty, profesorze - Hogan odwrócił się w kierunku drzwi, lecz w drzwiach stał 

człowiek,   niski   mały   człowiek   w   szarym   kombinezonie   i   z   głową,   która   wyglądała   na   nieco 

zdeformowaną. 

- Kto... kto pan jest? - Hogan wyszarpnął z kieszeni mały, czarny rewolwer. Wyszarpnięte z 

rewolwerem przedmioty: jakiś kalendarz i duża biała chustka, upadły na dywan. 

-   Schowaj,   Hogan,   tę   spluwę   -   powiedział   człowieczek.   Będę   ją   musiał   rozwalić   i 

przypadkiem mogę ci rękę uciąć. No! 

- Ręce na kark, bo strzelam! - Hogan powiedział to spokojnie i Trot pomyślał o nim, że ma 

zdrowe nerwy. Mały człowieczek wysunął z rękawa bluzy coś, co nie było ręką. Jego ruch był 

szybki, zbyt szybki jak na człowieka. Hogan nie zdążył nawet nacisnąć spustu, gdy niewidoczna 

siła wytrąciła mu rewolwer z dłoni. Cios był tak silny, że Hogan zachwiał się. 

- Spokojnie, Hogan. Tylko bez wygłupów. Widzisz, że są lepsi od ciebie. 

- Ma pan świetnie opanowany język współczesny - powiedział Trot. 

- Uczyłem się go z waszych książek. Powiedz temu Hoganowi, że nagły skok do drzwi nic 

mu nie da, tak samo jak próba zwalenia mnie z nóg. Niech zrozumie, że wsiąkł. 

- On ma rację, pułkowniku - spojrzał na Hogana, który spokojnie masował swoją prawą 

dłoń. 

- Jesteś wściekle przedsiębiorczy facet - człowieczek mówił teraz do Hogana - ale nie masz 

się po co gimnastykować. Kapujesz? 

- Jak ten kryminalista się tu dostał? Jak pan myśli, profesorze? 

- Normalnie. Przez piąty wymiar - człowieczek odpowiedział natychmiast. 

- O czym on mówi ? 

- Słuchaj, Trot, ten facet jest zupełnie zielony. 

- On jest, pułkowniku, z przyszłości. Rzeczywiście nie przypuszczam, żeby mógł pan coś 

na to wszystko poradzić. 

- Zawołam ludzi ! 

- Ta przestrzeń jest w poślizgu czasowym i stąd nie wypryśniesz - człowieczek mówił to z 

wyraźną satysfakcją. 

background image

- Przypuszczam, pułkowniku, że on mówi prawdę. Jednakże zastanawia mnie brak aureoli u 

tego osobnika. 

- Nie ma pan większych zmartwień, profesorze? 

- W każdym razie to zastanawiające. 

- No, spływamy stąd - człowieczek przerwał profesorowi w pół zdania. - Uwaga, rozpinam 

pole. Nie ruszać się. 

Coś brzęknęło jak tłuczona szklanka i wtedy Trot zobaczył Lizi. Stała przy drzwiach. 

- Android, stop ! Wymazuj pamięć - powiedziała Lizi i człowieczek znieruchomiał. 

- Zgłaszam stały program zamknięty. Jestem specjalizowany. 

- Polecam: wymazuj ! - powtórzyła. 

- Wykonuję - odpowiedział człowieczek i Trot usłyszał delikatny szum, szum podobny do 

szumu mrowiska. 

- Coś ty mu zrobiła? - zapytał. 

- Nic wielkiego. Wymazałam mu pamięć. To tylko automat. 

- Jak.., jak pani to zrobiła...? Pani... pani jest stamtąd... 

- Teraz już pan wie, pułkowniku. 

- Zaraz... ja... - Hogan podszedł do drzwi. 

-   Nie   wyjdzie   pan   stąd.   Jesteśmy   dalej   w   poślizgu   czasu.   Nie   przekazałeś   mu   jeszcze 

wzorów? - spojrzała na Trota uważnie. - Nie - odpowiedział Trot po sekundzie wahania. 

- To świetnie. Wyślę go w przyszłość za ciebie. 

- Nie rozumiem. 

- Przeprogramuję automat i on zabierze Hogana. Musisz zinterpretować te wzory. 

- Nie... ja protestuję, nie chcę. Nie dam się stąd zabrać! 

- Przeniesie się pan w przyszłość, bez względu na to, czy chce pan, czy nie. W dwudziesty 

piąty wiek. To zresztą pana obowiązek bronić profesora z narażeniem życia. A pan nie zginie, pan 

będzie żył. W przyszłości są specjalne rezerwaty dla ludzi z wcześniejszych epok. Polowanie, jazda 

konna. radnych trosk. Te rezerwaty są wspólne dla ludzi z pierwszych dwudziestu wieków. 

- Ja z jaskiniowcami z pierwszych wieków?! 

- Pochodzi pan z okresu, w którym ludzie atakowali swój gatunek. Nic na to nie poradzę. 

Zresztą tam nie jest tak źle. Automaty likwidują większość konfliktów. Pozostawia się ich tylko 

tyle, by nie zatracić atmosfery i kolorytu tamtych czasów. - Lizi uśmiechnęła się pogodnie. 

Wtedy Hogan skoczył. Skoczył ku Lizi, ale android był szybszy. Uderzenie zbiło go z nóg i 

zwalił się twarzą w puszysty dywan. 

- Słuchaj, Lizi, czy to wszystko ma sens ? Przecież oni i tak w końcu mnie znajdą. 

background image

- Nie znajdą. Zrezygnujesz z wszelkiej działalności. A jeśli nawet... Wtedy antymateria 

będzie już własnością ludzkości. No i ja... ja zostanę z tobą w tych czasach. 

Trot chciał coś powiedzieć, lecz Lizi przerwała mu: 

-   Potem.   Teraz   muszę   przeprogramować   androida   -   podeszła   do   automatu   i   mocnym 

szarpnięciem odsłoniła jego szarawy pancerz. Android jednym ruchem rąk usunął pancerz i zamarł 

w nienaturalnej pozie. 

- In-struk-cja sie-dem-dzie-siąt pięć - wysylabizował. ,w Trans-tem-po-ry-za.cja czło-wie-

ka   dwu-dzies-to-wlecz-ne-go...   Trot   patrzył   na   Lizi   i   androida.   Nagle   poczuł   cios   w   głowę.   - 

Uważaj, Liz! - krzyknął, ale Hogan był szybszy. Znieruchomiały automat z otwartym pancerzem 

potoczył się pod ścianę... 

- Nie ruszać się ! - Hogan celował do nich ze swego małego rewolweru. Trot podniósł się 

wolno. "Działając pod wpływem strachu ten gladiator gotów jest nas zastrzelić" - pomyślał i nagle 

zdał sobie sprawę z tego, że jest mu to obojętne. 

- Pod ścianę. Ty też, profesorze. Słuchaj, dziewczyno,  ja nie żartuję. Nie mam  nic do 

stracenia. 

Lizi podeszła do Trota. 

- jak się nazywa ten andro... 

- Milcz ! - Hogan krzyczał prawie histerycznie. Leżący pod ścianą android monotonnie 

sylabizował: 

- I-den-ty-fi-kac-ja o-sob-ni-ka w pa-mię-ci do-dat-ko-wej. Lo-ka-li-zac-ja prze-strzen-na 

we-dług roz-po-zna-nia ko-or-dy-na-to-ra. Mo-je has-ło... 

Wtedy   Hogan   strzelił   do   androida   mierząc   w   czarny   otwór   wyjętego   pancerza.   Trot 

zauważył jeszcze małe błyszczące kryształki wypadające na zewnątrz, odłupane uderzeniem kul. 

Android zaczął bełkotać. 

- Uszkodziłeś automat! 

- Chciał podać swoje hasło, a to było ci potrzebne do czegoś, nieprawdaż ? Nie ruszaj się ! 

- Prymityw - powiedziała Lizi. 

Hogan, patrząc na nią uważnie, zaczął się wycofywać ku drzwiom. Nagle Trat spostrzegł, 

że noga Hogana została sprężyście odrzucona niewidzialną siłą. Hogan zachwiał się. 

- Co to jest?! - zawołał i Trot zrozumiał, że Hogan boi się coraz bardziej. 

- Poślizg czasowy, i co ty na to, pułkowniku? 

- Zlikwiduj to ! 

- Ani myślę. 

- Nie żartuj, bo... 

background image

- Zastrzelisz mnie? 

Hogan zastanowił się przez moment. - Nie, zabiję profesora. 

"Zabije mnie" - pomyślał Trot. 

- Liczę do pięciu. Raz... dwa... 

- Czekaj, muszę zobaczyć, co z automatem - Lizi zrobiła krok naprzód. 

- Stój ! Sam zobaczę. Powiedz, co mam robić. 

Lizi   chciała   odpowiedzieć   i   wtedy   Trot   usłyszał   wysoki   dźwięk   podobny   do   dźwięku 

pękającej szklanki. Hogan krzyknął i zaczął znikać w białym, owijającym go kokonie. Po chwili 

widoczne   były  je tylko   jego  nogi,  potem  i  one  zniknęły.  Kokon drgnął  dwa  razy  podrzucany 

skurczami swego wnętrza i znieruchomiał. 

- I widzisz, Lizjocjo, do czego zdolni są ci osobnicy. 

Człowiek, który wypowiedział te słowa, stał pośrodku gabinetu. Był  wysoki, w szarym 

opiętym kombinezonie, a przezroczysty subtelny hełm wokół jego głowy świecił aureolą. 

Lizi milczała chwilę, a potem zapytała: 

- Co zrobisz z nami? 

- Odpowiedz najpierw: dlaczego nie nosisz hełmu? Wiesz, że to niedozwolone. Chcesz 

umrzeć na jedną z chorób tych wieków? - Nie martw się, nie umrę. Chcesz nas zabrać w XXV 

wiek? 

- Tak. To nie będzie dla ciebie miłe. 

- Przypuszczam, ale to nieważne. I tak ja mam rację. 

- Twierdzisz to nadal, nawet po doświadczeniach z Hoganem? 

- To jest jednostka. Zresztą przyspieszenie rozwoju cywilizacji zmieniłoby ich. 

- Wątpię.  Przekazanie  im technologii  wytwarzania  antymaterii  spowodowałoby znaczne 

komplikacje. Jesteś historykiem-utopistą. - Chciałam spróbować w rezerwatach. Nie pozwoliliście 

mi prowadzić tam eksperymentów. 

-   Ale   to   jeszcze   nie   powód,   by   przenosić   się   w   przeszłość   i   podpowiadać 

dwudziestowiecznym   fizykom   wzory   prowadzące   do   syntezy   antymaterii.   Trudno   to   nazwać 

głupotą. To zbrodnia, Lizjocjo! Na szczęście ci się to nie udało. 

- Nieprawda. Wzory są już w tych czasach! 

- Nie, Lizjocjo. Mam je tutaj. - Człowiek z aureolą wyjął z fałdów kombinezonu kilka 

kartek papieru i pokazał je Lizi. Trot wiedział, że to są te właśnie kartki. 

- Skąd je masz? Skąd wiedziałeś, gdzie ich szukać? 

-   Po   prostu   niektórzy   ludzie   dwudziestowieczni   podzielają   nasz   pogląd   w   sprawie 

antymaterii. 

background image

- Trot? Niemożliwe - Lizi spojrzała na profesora. 

-   Tak,   Trot.   Może   bez   ciebie   nie   byłby   geniuszem,   ale   to   prawdziwy   naukowiec, 

odpowiedzialny za swoje odkrycia. 

- Jak mogłeś? - teraz Lizi zwróciła się wprost do profesora. 

- Przekonał mnie. Wierz mi, Lizi, to nie jest bezpieczne. Podał prosty sposób konstruowania 

pocisków zawierających antymaterię. Ty mówiłaś, że to nie jest możliwe. 

- Nikt ich nigdy nie konstruował. 

Trot chciał odpowiedzieć, lecz człowiek z aureolą przerwał mu: 

- Na szczęście my wiemy, że mogłoby się zdarzyć inaczej. - Nieprawda. Nie wierzę w to. 

Nie doceniacie ludzi. 

- Nie masz racji, Lizjocjo. Doceniamy ich pracę i możliwości. Wiemy, że za sto lat uzyskają 

antymaterię sami. Aha... a co do Hogana, zmieniłem decyzję. Zostanie umieszczony w rezerwacie 

ludzi przedhistorycznych. Myślę, że są tam warunki, w których z łatwością się zaaklimatyzuje. 

background image

STEFAN WEINFELD

ZDARZENIE W KRAHWINKEL

Krahwinkel jest małą wioską położoną u stóp gór, tuż nad granicą. Ludzie tu są prości i 

życzliwi,   choć   na   obcego   patrzą   nieufnie.   Nic   dziwnego,   przybysze   rzadko   tu   zaglądają. 

Krahwinkel leży z dala od szlaków turystycznych, klimat ma niezbyt przyjemny, bo wiatr z gór 

daje się we znaki nawet tubylcom - kogóż więc może przyciągnąć? Nie ma tu przemysłu, nie ma 

nawet rzemiosła artystycznego. Ludzie utrzymują się przeważnie z ogrodnictwa, hodowli drobiu i 

pasterstwa: kurczaki są pulchne, jak nigdzie w okolicy, a tłuste i bogate w sole mineralne mleko 

tutejszych krów bardzo jest cenione w mleczarni, która niestety znajduje się aż w miasteczku. 

Zabiera   więc   mleko   od   wszystkich   mleczarz   Piotr,   poczciwa   dusza,   choć   znany   wszystkim 

plotkarz; odwozi je następnie do mleczarni jedyną - przyznajmy, nie najlepszą drogą, która łączy 

Krahwinkel   ze   światem   zewnętrznym.   To   chyba   najważniejsze,   co   można,   by   powiedzieć   o 

Krahwinkel - oprócz tego, co zostanie opowiedziane niżej. Aha! Nie szukajmy tej wioski w atlasie. 

Może są inne miejscowości o tej samej nazwie na szerokim świecie, ale nasze Krahwinkel jest tak 

małe, że nie ma go nawet na żadnej mapie. Zresztą czy nie jest obojętne, jak nazywają się góry 

widniejące na horyzoncie - Alpy, Apeniny czy Andy? To, o czym opowiem, mogło się zdarzyć 

wszędzie. 

I może się jeszcze zdarzyć w przyszłości - gdzie indziej. Pierwszy zobaczył to mleczarz 

Piotr, prowadząc jak co dzień za uzdę starą klacz zaprzężoną do wózka. Słońce jeszcze nie wzeszło 

i w szarym półmroku widać było zaledwie zarysy białej plamy, która pokrywała centralną część 

najładniejszego   klombu   Mariesa,   ogrodnika.   Piotr   zatrzymał   konia   i   przyglądał   się   chwilę. 

"Wygląda na to - pomyślał - że ktoś Mariesowi spłatał paskudnego figla. To chyba wapno. Spali 

ostatnie jesienne kwiaty. Stary się wścieknie". Ruszył dalej, gwiżdżąc ulubionego marsza. 

- Dzień dobry, Piotrze, spóźniłeś się dzisiaj. Oto bańki, czekam na ciebie od dobrych kilku 

minut. Czy stało się coś w mleczarni? - Wdowa Feresowa nie byłaby sobą, gdyby nie wietrzyła we 

wszystkim czegoś nowego. 

- U mnie nic, ale Mariesowi ktoś wylał wapno na klomb z różami. Wścieknie się, kiedy 

wróci   do   domu   -   powtórzył   mleczarz   swoją   myśl.   I   popatrzył   w   ślad   za   Feresową,   która 

mruknąwszy coś w rodzaju "a no!" pobiegła do Czukadów. - Za pół godziny cała wieś już będzie o 

tym wiedziała mruknął. "Ale swoją drogą - to świństwo. Można Mariesa nie lubić, to choleryk i 

każdemu powie coś złośliwego, ale co komu kwiaty winne?" 

Kiedy  w   godzinę   później   rozległ   się   na   drodze   terkot   starej   furgonetki   Mariesa,   przy 

background image

ogrodzeniu jego domu stało już kilka kobiet i kilkunastu podrostków. Maries zatrzymał wóz. 

-Co to za zgromadzenie, nie macie innych zajęć - wyskoczył na drogę i doszedł do bramy. 

Przez   poranną   mgiełkę   zaczęło   już   przebijać   się   słońce,   zaostrzając   kontury   zrujnowanego 

kwietnika. - Psia... - zaklął i zwracając się do ludzi zapytał: 

- Kto to zrobił ? No kto ? Nie macie odwagi powiedzieć ? Bydlęta, nie ludzie! Bydlęta... 

Nie zajmując się pozostawioną na drodze furgonetką, poszedł do szklarni, skąd po chwili 

wrócił z dużą szuflą. Oznaczył miejsce na pożółkłym już trawniku i ostrożnie, starannie nabrał na 

szuflę białej mazi, pokrywającej klomb. Zaledwie jednak uniósł szuflę, zawartość jej wylała się z 

powrotem na klomb. Z rozmachem powtórzył tę czynność - z tym samym wynikiem. W gromadzie 

zebranych gapiów ktoś zachichotał. Maries zdjął marynarkę i rzucił ją na ziemię, a ująwszy łopatę 

spojrzał ze złością na ludzi. 

- Czego się gapicie? Co tu ciekawego? Nie macie swoich zajęć? Tamci jednak nie myśleli 

nawet   o   tym,   aby   pozbawić   się   tak   ciekawego   widowiska.   Maries,   mrucząc   półgębkiem 

przekleństwa, machał zawzięcie szuflą, bez rezultatu starając się zgarnąć na nią pokrywającą klomb 

substancję. Widzów tymczasem, choć to był dzień powszedni, przybywało, a stłumione chichoty 

przerodziły się w gromkie wybuchy śmiechu. Maries, nie posiadając się już z wściekłości, porzucił 

szuflę   i   wytaszczył   z   garażu   mały   kombajn   ogrodniczy.   Przymocował   mechaniczną   łopatę   i 

zapuścił silnik. Potem usadowił się na siodełku i ruszył w kierunku plamy. 

- Cóż to, ma zamiar wykopać cały klomb? - zauważyła ze zdziwieniem jedna z kobiet. 

Ramię łopaty uniosło się w górę i opuściło w samym środku plamy. A potem zaczęły się dziać 

rzeczy dziwne i tak szybko po sobie następujące, że nikt nie był w stanie uchwycić wszystkich 

szczegółów. Zgadzano się jednak później co do ogólnego przebiegu wypadków. Stalowa łopata 

opuszczana na plamę zmiękła nagle, jak mięknie plastelinowa figurka na gorącym piecu, i zwisła 

bezwładnie na zdeformowanym ramieniu kombajnu. Maź pociekła w kierunku maszyny i oblepiła 

stalowy płaskownik, na którym umocowane było siodełko. Maries, wyjąc nieludzko, stoczył się na 

ziemię, zerwał na nogi, przebiegł kilkanaście kroków i upadł jak kłoda. Maź zaś skurczyła się jak 

gdyby i powróciła do swoich pierwotnych granic. Gdyby nie zniekształcony kombajn i nieruchome 

ciało Mariesa, można by przysiąc, że to tylko kupa wapna, wylana przez kogoś złośliwego na 

najładniejszy klomb ogrodnika. 

- Tak... tak... tak... - komendant posterunku z niechęcią położył mikrofon na widełki. Był 

już   w   wieku,   w   którym   myśli   się   o   emeryturze   i   o   domku   z   ogródkiem.   Właśnie   dlatego   z 

proponowanych mu miejscowości wybrał tę właśnie, jak mu się wydawało, spokojną wioskę. Trzy 

miesiące pobytu tu wystarczały jednak, by rozproszyć złudzenia. Prawda, ludzie tu uczciwi, nie 

było kradzieży, tym bardziej napadów; pech jednak, który go od kilku lat nie opuszczał, dosięgnął 

background image

go i tutaj. Najpierw bójka, podpalenie, wypadek z niewypałem. Teraz ta plama, która jakoby zabija 

ludzi. Trzeba tam pojechać. Cóż to może być? Pewnie pozostałość wojny, jakiś gaz bojowy, który 

nie wiadomo jak rozlał się czy też został umyślnie rozlany na kwietniku Mariesa. Stary nie cieszył 

się sympatią mieszkańców wioski, może miał wrogów? Trzeba będzie przeprowadzić śledztwo, a 

niezależnie  od tego wezwać kogoś z miasta,  no i oczywiście zabezpieczyć  teren do przybycia 

saperów. Zastanawiał się chwilę, czy dla większego prestiżu pojechać jeepem, czy też ograniczyć 

się do roweru. Nie, nie samochód: rower. Nie można tej sprawie nadawać rozgłosu, nie można 

wzbudzać paniki. Jest jeszcze wiele pozostałości wojny w okolicy. Zrozumiałe, że dla tutejszych to 

wielki   wstrząs,   ale   on   przecież   był   świadkiem   niejednego   wypadku   spowodowanego   różnymi 

niewypałami. Zresztą nawet jadąc rowerem dotrze na miejsce w ciągu 10 minut. 

Dom Mariesa otaczała już ogromna gromada milczących ludzi. Był i lekarz, który krzątał 

się   przy   ułożonym   na   polowym   łóżku   ogrodniku.   Komendant   postawił   rower   przy   słupie 

telegraficznym i przecisnął się przez ciżbę, ogarniając wzrokiem sytuację. 

- Żyje? 

- Żyje - odpowiedział lekarz - ale mało mu chyba brakowało, aby się przeniósł na tamten 

świat. 

Komendant wyjął chusteczkę i, przyciskając ją do nosa, zbliżył się ostrożnie do klombu. 

- Pięciu, na ochotnika, do mnie. Trzeba wyciosać kołki i wbić tak, aby można to było 

otoczyć sznurem. Nikt nie powinien do tego podchodzić bliżej niż na dwadzieścia metrów. 

Odwrócił się, by przecisnąć się do swego roweru, gdy wstrzymały go krzyki ludzi. Spojrzał 

ponownie.   Przede   wszystkim   rzuciła   mu   się   w   oczy   blada   jak   ściana   twarz   lekarza,   który 

nieruchomy jak słup soli stał, wpatrując się w klomb. Od klombu powoli, ale wyraźnie toczyła się 

ku niemu maź. Było to tym dziwniejsze, że klomb znajdował się niżej od miejsca, w którym stał 

lekarz. Maź wyraźnie pięła się w górę. 

- Uciekaj! - wrzasnął ktoś z tłumu. 

- Uciekaj, uciekaj ! - podjęło kilka głosów. 

Lekarz pobiegł kilka kroków, ale zatrzymał się i powoli powrócił do łóżka, na którym leżał 

Maries. Maź zbliżała się nieustannie. 

- Pomóżcie mu, czego stoicie? - wrzasnęła histerycznie któraś z kobiet. Inna zaczęła głośno 

płakać. Jakiś chłopak wyprysnął spod nóg tłoczących się i dopadł łóżka, ujmując je u wezgłowia. 

Lekarz   chwycił   je   również   i   obaj   jak   mogli   najszybciej   posuwali   się   z   bezwładnym 

Mariesem w bezpieczną stronę. Nie było to junak już potrzebne. Maź skręciła i ruszyła w kierunku 

okien inspektowych. położonych w głębi posiadłości ogrodnika. Jej cienki początkowo strumień 

rozszerzył   się   w   ogromną   białą   kałużę,   która   przelewała   się   z   miejsca   na   miejsce.   Po   kilku 

background image

minutach i plama majaczyła z dala na wzgórku koło inspektów, na klombie zaś pozostała jedynie 

uszkodzona maszyna. Co dziwniejsze, kwiaty nie były zniszczone. 

-  Cofnąć   się  -  rozkazał  policjant  nieswoim   głosem.  -  I  nie   wchodzić   na  teren!   Trzeba 

wezwać wojsko. 

We   wsi   stacjonowała   kompania   wojsk   chemicznych.   Kilkunastu   żołnierzy   w   maskach, 

wyposażonych w przenośne urządzenia odkażające, kręciło się po ogrodzie Mariesa. Obok rozbito 

namiot, w którym umieszczono laboratorium chemiczne. W największym we wsi domu, u Telesów, 

rozlokował się sztab. 

Komendant,   którego   wezwano   do   sztabu,   zastał   tam,   oprócz   dowódcy   kompanii 

chemicznej, kilku wyższych oficerów. - Siadajcie tutaj ! - powiedział jeden z nich. 

Nie było to przyjemne. Nikomu nie jest przyjemnie, gdy kto mu we własnym domu wydaje 

polecenia. Komendant czuł się głową wsi, najwyższą tu władzą. Ale co zrobić, gdy najwyższa 

władza musi wezwać na pomoc obcych? 

- Słuchajcie uważnie: zaszły pewne okoliczności, które zmusiły nas do podjęcia kroków 

wyjątkowych. W porozumieniu ze stolicą... rozumiecie? W porozumieniu ze stolicą wprowadzamy 

w tej wsi stan zagrożenia. Nikt nie może się stąd oddalać i nikogo obcego nie należy do wsi 

wpuszczać. Łączność telefoniczna zostaje na razie przerwana, wszelkie połączenia muszą być z 

nami uzgodnione. Nie chcemy jednak robić paniki, dlatego potrzebujemy waszej pomocy. Dużo 

macie ludzi pod sobą? 

- Jeden... jednego posterunkowego. 

- Rozkażcie  więc mu,  aby ogłosił, że w związku z ważnymi  ćwiczeniami  wojskowymi 

ludzie powinni pozostać w swoich domach. Dostawę żywności do sklepu zorganizujemy sami, 

sprzedaż prowadzona będzie pomiędzy godziną dwunastą a drugą. Rząd przeznaczył już pewną 

kwotę   na   odszkodowania   za   przerwę   w   zajęciach.   Jeszcze   jedno:   czy   były   ostatnio   u   was 

przeprowadzone jakieś masowe badania lekarskie? Macie we wsi lekarza? 

- Mamy... - wyjąkał komendant. 

- Powiedzcie mu, żeby się do nas zgłosił. Możecie odejść. Komendant podniósł się, skłonił i 

wyszedł. Towarzyszyło mu milczenie. Przerwał je oficer ze złoconymi dystynkcjami. 

-   Mówcie   dalej,   kapitanie.   Więc   nie   udało   się   przeprowadzić   analizy   chemicznej   tej 

substancji? 

- Nie. Do tej pory nie wiemy, co to jest. Niszczy szkło, metal, gumę. Nie sposób ująć jej w 

cokolwiek. Nie umiemy sobie z tym poradzić. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam. 

- Zachowaliście należyte środki ostrożności ? 

background image

- Tak, nie było jeszcze żadnego wypadku. 

-   To   mało.   Nie   wiecie,   co   będzie   dalej.   Pamiętajcie   o   maskach   i   kombinezonach. 

Dozymetryści wezwani ? 

- Mają przybyć za godzinę. Rozległo się pukanie do drzwi. 

- Proszę wejść - odezwał się major. 

- Panowie mnie wzywali? 

- Pana nazwisko? 

- Pati, jestem lekarzem... 

-   Niech   pan   usiądzie,   panie   doktorze.   Pan   zdaje   się   udzielił   pomory   porażonemu 

ogrodnikowi? 

- Matiesowi? Tak, ale co do przyczyny wypadku mają panowie nieścisłe informacje... 

- Mianowicie? 

- Wydaje mi się... oczywiście, cała ta sprawa jest bardzo dziwna, ale wydaje mi się, że to 

był zwykły atak serca. - Czy Maties leczył się kiedyś u pana? 

- Nie, nigdy. To chłop zdrowy jak tur. - Więc skąd u niego atak serca? 

- Nie wiem, sam nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. 

- Niech pan posłucha! - odezwał się oficer z pozłacanymi dystynkcjami. - Mamy podstawy 

do przypuszczenia, że substancja, która znalazła się na waszym terenie, jest nowym rodzajem broni 

przeciwko ludności cywilnej. 

- Nasz komendant przypuszcza, że jakiś niewypał z okresu wojny - wtrącił lekarz. 

-   Bzdura,   to   dywersja,   wiemy,   komu   na   tym   może   zależeć,   zresztą   nie   pora   teraz   na 

politykę.   Doktorze,   za   kilka   godzin   przybędzie   tu   ekipa   sanitarna,   aby   przebadać   wszystkich, 

którzy znaleźli się w pobliżu tajemniczej substancji. Wie pan, analiza krwi i wszystkie te wasze 

rzeczy, pan się lepiej na tym zna. Oni też. byczylibyśmy sobie tylko od pana współdziałania... mam 

na myśli pana uczestnictwo w badaniach. I niech pan wymyśli jakiś pretekst. Zależy nam na tym, 

aby uniknąć paniki. 

- To wymaga zgody władz służby zdrowia - zastrzegł się Pati. - To już jest załatwione. 

- A może badania nie są potrzebne? - nie dawał za wygraną lekarz. - Nasi chłopi dostarczają 

do miasta mleko i nabiał; mogą stracić klientelę, jeśli prasa napisze o badaniach. 

- Bez obawy, żaden dziennikarz się tu nie dostanie. Podjęliśmy już odpowiednie kroki. 

- Jak pan się tu dostał ? Pytanie zwrócone było do młodego człowieka z rozwichrzoną 

czupryną, który swobodnie rozsiadł się na krześle na wprost oficera z pozłacanymi dystynkcjami. 

-   Przyjechałem   rowerem.   Wasi   żołnierze   dostali   rozkaz   zatrzymywania   wszystkich 

samochodów, ale o rowerze nie było mowy. 

background image

- Ma pan natychmiast opuścić ten teren. Kapitan osobiście tego dopilnuje. 

- Na jakiej podstawie wydaje mi pan rozkazy? 

- W tej wsi ogłoszony został stan zagrożenia i wszyscy, którzy się tu znajdują, podlegają 

moim rozkazom. 

- Zgoda, wyjadę. A jak pan sobie poradzi z kilkudziesięcioma moimi  kolegami, którzy 

przyjadą   tu   jeszcze   dziś   wieczorem,   gdy   tylko   przeczytają   w   popołudniówce   moją   relację? 

Niewiele będę miał do powiedzenia, ale tytuł będzie fascynujący: "Tajemnica strefy zagrożenia". 

Podoba się panu? 

Oficer z pozłacanymi dystynkcjami kaszlnął. 

- Niech pan posłucha, redaktorze. Nie możemy zabronić panu publikowania informacji... na 

razie przynajmniej. Zależy nam jednak na tym, aby pan się z tym wstrzymał. Chcemy dwudziestu 

czterech godzin zwłoki... po prostu, aby wyjaśnić pewne okoliczności. Zgoda? 

- Zgoda,  jeśli  przez  te dwadzieścia  cztery godziny pozostanę  na miejscu  i  dowiem się 

wszystkiego, na czym mi zależy. 

Oficer zawahał się. Młody człowiek pochylił się ku niemu i dodał: - Niczym, panowie, nie 

ryzykujecie. Jeśli okoliczności, o których pan wspomniał, będą dostatecznie poważne, i tak nie 

uzyskam akceptacji na opublikowanie zebranych wiadomości. Jeśli nie, mój artykuł w niczym panu 

nie zaszkodzi. 

- Dobrze więc. Chcę tylko uprzedzić pana, że przed upływem doby nie będzie panu wolno 

opuścić wsi - i że połączenia telefoniczne są przerwane. To wszystko. 

- Jeszcze jedno, jeśli pan pozwoli. Czy zanim zwrócę się do tutejszych mieszkańców, mogę 

bezpośrednio od pana uzyskać wyjaśnienie tego, co się tu dzieje? 

- W tej wsi znaleziono dziwną, podejrzaną substancję, której pochodzenie i właściwości 

usiłują ustalić nasi specjaliści. To są właśnie okoliczności, które staramy się wyjaśnić. 

- A co będzie, jeśli się to nie uda? 

- Z uwagi na bezpieczeństwo ludności jutro w południe, bez względu na wynik, substancję 

tę zniszczymy. 

- Jeszcze jedna kolejka piwa dla wszystkich! 

"To już siódme piwo, pełen jestem jak beczka, w głowie szumi jak na pełnym morzu w 

czasie sztormu i wciąż jeszcze nie rozumiem, o co tu chodzi" - pomyślał młody człowiek. We 

wnętrzu gospody panował niezwykły przed południem gwar. 

- Powoli, panowie, tu nie wszystko się klei. Powiedzieliście, że Maries nie mógł nabrać na 

szuflę tej mazi, bo wyciekła, tak? 

- Ano tak - stwierdziło kilka głosów. 

background image

- A co się z tą szuflą stało? 

- Co się ta miało stać? Leży chyba jeszcze przy klombie, czy tak, Marcinie? 

- A leży - przytaknął Marcin. 

- Cała, nie zepsuta? - dopytywał się dziennikarz. - Calusieńka, zupełnie jak nowa. 

- Jak więc to się stało, że blaszana szufla jest cała, a stalowa koparka stopiona i zniszczona? 

- Diabelska sprawka! - stwierdził któryś z obecnych. 

- A jak  to było z Mariesem? Jak myślicie, panowie, czy to był atak serca, jak powiada 

doktor Pati? 

- Panie, Maries chłop zdrowy był i jest. Leży w łóżku, bo go doktor na krok nie puszcza, ale 

niejednemu by jeszcze łeb ukręcił. 

- Co mu się więc mogło stać? 

- Nic. Nic nie pamięta. Powiada, że wracał z miasta swoją taksą, a tu kupa ludzi przed 

domem. Zanim się spostrzegł, patrzy, a tu leży w izbie na łóżku i doktor przy nim. 

- A czy ktoś ze wsi źle się czuje? Może głowa kogo boli albo słaby? Nie słyszeliście, 

panowie? 

- Wszyscy są zdrowi, jak byli. 

Dziennikarz zapalił papierosa. Nie sposób dojść do sedna sprawy. Może to złuda, zbiorowy 

omam, halucynacja tłumu? Słyszał już o takich przypadkach. 

- Panowie, a nie zdarzyło się we wsi od wtorku coś niezwykłego? Może słyszeliście jakieś 

strzały, może jakiś szum silników, jakieś samoloty? 

Obecni spojrzeli po sobie. 

- Co to, to nie - powiedział wreszcie ten, który siedział naprzeciw dziennikarza - tylko że 

coś się z radiem stało. 

- Z radiem? 

Teraz zaczęli mówić jeden przez drugiego, jak gdyby wyrzucając z siebie to, co im na sercu 

leżało: 

- Buczy i huczy, niczego nie słychać. 

- U jednego to może by się i zepsuło, ale to u wszystkich tak naraz. 

- To panowie wojskowi. Telefony odłączyli, to i radio zagłuszyli. 

- A jęczy, jak chore. 

- Jak jęczy? - zainteresował się dziennikarz. 

- Ano tak: U, U-U-U, U-U-U-U-U, i tak w kółko. Albo inaczej: U, U-U, U-U-U-U, U-U-U-

U-U-U-U-U, i znowu od początku. 

- I panowie to dokładnie zapamiętali ? 

background image

- A jakże, panie, co się nastawi, to stale tak samo, zapamięta się dokładnie jak wiersz. 

- Powtórzcie, panowie, jeszcze raz - poprosił. 

Powtarzali chórem. A on podniósł się blady, z kroplami potu na czole i liczył: "jeden, trzy, 

pięć... jeden, dwa, cztery, osiem..." Jak gdyby wtórując zebranym zegar wiszący zaczął bić: raz, 

dwa, trzy.... dwanaście. 

...jutro w południe, bez względu na wynik, substancję tę zniszczymy". Kto to powiedział? 

Ach... żeby nie było za późno... Zerwał się i wybiegł. 

- Dokąd pan tak biegnie? Czemu pan taki blady? - Doktorze, czy pan też słyszał? To przez 

radio? - Ten szum? Słyszałem. A czemu pan pyta? 

-   Przecież   to   początek   szeregu   liczb   pierwszych   !   Początek   szeregu   kwadratów!   O 

dwunastej mieli zniszczyć! Wyrzucał z siebie słowa w biegu, w którym towarzyszył mu zasapany 

lekarz. 

Z   daleka   widzieli   ogień,   tryskający   z   miotaczy   płomieni.   Gdy   przybyli,   było   już   po 

wszystkim.   kołnierze   chowali   sprzęt,   spaloną   i   dymiącą   ziemię   pokrywał   szklisty,   biały   osad. 

Dziennikarz, bez tchu, wskazał na zgliszcza. 

- Za późno, za późno... już nie udało mi się go uratować... - Kogo ? - zapytał lekarz. 

- Jego, gościa z dalekich światów... z innej gwiazdy, a może z innej galaktyki, czy ja wiem? 

- Sądzi pan, że "to" było czymś żywym? 

- Czy sądzę? Jestem pewny tego! My, ludzie, zawsze wyobrażamy sobie życie w formach 

takich,   jakie   znamy   z   naszego   ziemskiego   doświadczenia.   Ale   czy   koniecznie   istoty   z   innych 

światów muszą mieć dwie nogi, dwie ręce, nos pośrodku pary oczu? Ta galareta była istotą żyjącą, 

czującą, rozumną. 

- Jeśli to był gość z innych światów, czego tu chciał? 

-   Kto   może   wiedzieć?...   Przybył   na   Ziemię   może   celowo,   może   przypadkiem...   może 

wyczerpany długą podróżą u kresu sił... bronił się, starając się nie wyrządzić nam krzywdy. Na 

nieszczęście nie słyszeliśmy go... a ci, co go słyszeli, nie rozumieli... Wybacz, nieznany przybyszu! 

Usiadł, wyczerpany, na ziemi, ale po chwili podniósł się, zerwał różę z krzaka i rzucił na 

szkliste popioły. 

background image

RYSZARD SAWWA

LOT DALEKOSIĘŻNY

Był piękny, wiosenny dzień, pełen słońca, i jak zwykle Centrum Badań Kosmicznych przy 

obserwatorium w Wynnejack zapełniało się ludźmi. Jensen i Hollitz pracowali razem u profesora 

Kilseya. Kiedy ten opracował słynną już metodę poszukiwania kontaktu z innymi cywilizacjami, 

chętnych do pracy nad tym tematem było bardzo wielu, ale profesor tak zżył się ze swoimi starymi 

pracownikami, że nie zmieniał personelu pracowni. 

Tego dnia zaraz po przyjściu obydwaj zameldowali się u profesora. 

-   Panie   profesorze.   Wspólnie   z   Hollitzem   wpadliśmy   na   pewien   pomysł.   Mamy 

propozycję... - zaczął nieśmiało Jensen. 

- Proszę, mów, Bobby! - Profesor zawsze traktował ich trochę jak dzieci. 

- Zgadzamy się, panie profesorze, że pańska metodyka jest optymalna. Ale znajdując się na 

brzegu Galaktyki mamy i tak bardzo małe szanse na szybkie osiągnięcie kontaktu. Wydaje mi się, 

że te sygnały, które wysyłamy, są zbyt narażone na zakłócenia i zniekształcenia. 

Profesor uśmiechnął się. 

- No tak, mój drogi, ale nic na to nie poradzimy. 

-  A   właśnie  -  ożywił  się  Jensen  -  doszliśmy   z  Hollitzem   do  wniosku,  że   po  pół  roku 

wysyłania dotychczasowych stałych sygnałów można by spróbować i czegoś innego. 

Na dobrodusznej twarzy Kilseya odbiło się zaciekawienie. 

- Proponujemy wysyłać sygnały zmienne co 2 minuty, oparte na trzeciej logice Weymanna 

z grupą sygnałów stochastycznie zmiennych - wyjaśnił Hollitz. - Opracowaliśmy specjalny układ z 

widmem minimalnie podatnym na zakłócenia kosmiczne. Podejmujemy się opracować taśmy do 

nadajnika w ciągu kilku dni. Potrzebujemy tylko pańskiej zgody na eksperyment. 

Kilsey zamyślił się. 

-   Właściwie   -   powiedział   powoli   -   nie   mam   na   razie   żadnych   zastrzeżeń   co   do   tej 

propozycji.   Róbcie   taśmy.   Tylko   jedno:   chciałbym,   żeby   nasze   stare   sygnały   również   były 

nadawane przez kilka godzin dziennie. 

Jensen i Hollitz poderwali się z krzeseł. 

- Dobrze, panie profesorze, za trzy dni przystąpimy do wysyłania nowych sygnałów. 

Jasne, nocne niebo zaczęło szarzeć, czerwony świt przytłumił już blask miliardów gwiazd 

na niebie. Rubinowy brzeg pierwszego słońca wynurzył się zza horyzontu. 

background image

"Tu, w centrum Galaktyki, noc jednak nigdy nie jest tak piękna i ciemna jak na jej brzegu" - 

pomyślał Alf obserwując wschód na ojczystej planecie. Spojrzał jeszcze raz na podobiznę młodej, 

dziewczęcej twarzy na obelisku z szarego marmuru. Posąg Britt stał na Placu Pamięci w grupie 

pomników pilotów solarnych i galaktycznych. 

Wiele razy już zastał go przed posagiem i mimo że minął rok od katastrofy, nie potrafił w 

pełni   wrócić   do  zwykłego   życia.   Poprawił   bukiet   żywych,   złotych   kwiatów   u   stóp  pomnika   i 

ciężkimi krokami zaczął się oddalać w stronę wyjścia. 

Hollitz przywitał się z Jensenem i usiadł przy pulpicie. 

- No, to zaczynamy, Bob. Puścimy naszą nową muzykę dla kolegów po fachu. 

Przyszedł Kilsey. Jensen krótko objaśnił: 

- W części stochastycznej daliśmy echo radiogwiazd centrum i środka drugiej najbliższej 

naszego układu spirali Galaktyki. Powiązaliśmy je logiką Weymanna z adresem naszej Ziemi i 

jesteśmy gotowi do eksperymentu. 

Kilsey przejrzał taśmy na ekranie czytnika sygnałów i oddał je Jensenowi. 

- No cóż, chłopcy, nawet podoba mi się ta wasza nowa oda do Księżyca. Nadawajcie, może 

wreszcie do kogoś trafimy. 

Hollitz założył taśmy do czytnika i włączył antenę i nadajnik. 

Alf wsiadł już do terralotu, kiedy zapaliła się lampka cerebrofonu. Włączył wzmacniacz 

informacyjny i skupił się na odbiorze. Mimo że istoty cywilizacji, do której należał, łatwo mogły 

się   porozumiewać   także   przy   pomocy   myśli,   ważniejsze   wiadomości   przekazywano   poprzez 

wzmacniacze informacyjne. Szybko przyjmował nadawane myśli komendanta Admiralicji: 

- Krótki komunikat do pilotów dalekosiężnych. Nasza przesyłka-informer do cywilizacji z 

drugiej spirali zboczyła z toru i zaczyna się oddalać od brzegu Galaktyki. Za 5 dni dokonamy 

dalekosiężnego lotu pościgowego. Rada Naczelna Admiralicji prosi o Wasze zgłoszenia. 

Alf już dawno czekał na jakieś poważne zadanie. Nie zastanawiał się ani chwili. Nacisnął 

sygnał zgłoszenia i pomyślał: "Zgłaszam swoją kandydaturę bez warunków dodatkowych". 

Komendant Admiralicji był kolega Alfa z czasu jego studiów w szkole pilotażu. Po jednej z 

tragicznych wypraw, podczas której tylko przypadkowo uratował życie, musiał zwrócić licencję 

pilota ze względów zdrowotnych. 

Odpowiedział Alfowi: 

"Przyjdź jutro do mnie rano, ochotnicy dostanę pełną informację o locie i nastąpi wybór 

kandydata". 

background image

Alf z niecierpliwością oczekiwał następnego dnia. 

Cztery dni po nadaniu pierwszych sygnałów metodą Jensena-Hollitza do obserwatorium w 

Wynnejack   nadszedł   komunikat   z   Głównego   Obserwatorium   w   Norton.   Kilsey   przeczytał   i 

powtórzył: 

- W Norton złapali obiekt radiowy. Nazwali go X. Ogromnie daleko i bardzo mały. To 

chyba nie jest radiogwiazda, bo nawet szperacze neutrinowe nie mogą ustalić parametrów ruchu. 

Zauważyli tylko, że przypadkowo znajduje się na linii naszego nadajnika. Jeśli jest to odpowiedź 

na nasze sygnały, to będziecie chyba, chłopcy; ojcami chrzestnymi tej kruszyny. 

- To chyba  niemożliwe,  panie profesorze, niech pan z nas  nie kpi. Po czterech  dniach 

nadawania? Kiedy pół roku nic nie dało? - Jensen nie był pewny, czy profesor mówi poważnie. 

- Rzeczywiście, mało prawdopodobne - zgodził się Kilsey. 

W   informacyjnej   sali   Admiralicji   zebrało   się   kilkunastu   pilotów   dalekosiężnych, 

członkowie Rady Naczelnej i komendant Admiralicji. Po przywitaniu się ze wszystkimi zabrał glos 

komendant: 

- Wiemy wszyscy, że od czasu, kiedy udało się nam zrealizować przejście przez barierę 

świetlną   do   przestrzeni   informacyjnej,   możemy   nawiązać   łączność   z   cywilizacjami 

rozmieszczonymi dalej od centrum Galaktyki. Od dawna już korespondujemy z innymi ośrodkami 

cywilizacyjnymi i Zrzeszenie Galaktyczne ma już 6000 członków, nie licząc niższych kultur, które 

zaprosimy prawdopodobnie za kilka tysięcy lat. Ostatnio wymianę korespondencji prowadzimy, jak 

zapewne   wiecie,   przy   pomocy   ulepszonych,   automatycznych   informerów-liniowców,   które   po 

zbliżeniu się do adresata automatycznie wywołują się i cała w nich zawarta informacja w postaci 

pola informacyjnego zostaje przyjęta przez odbiorców. Muszę tu wspomnieć, a dlaczego, za chwilę 

zrozumiecie  moje intencje, o początkach  naszych  kontaktów  i powstaniu paragrafu 2 Kodeksu 

Galaktycznego. 

Otóż jeden z naszych pilotów nawiązał samodzielnie kontakt z cywilizację klasy A-3. Jest 

to   klasa   cywilizacyjno-techniczna   na   etapie   wojen   i   podbojów.   W   rezultacie   próbowano 

wykorzystać pokładowy nadajnik informacyjny naszego liniowca do porachunków wewnątrz tej 

cywilizacji. Oczywiście pilot zginął. Musieliśmy zastosować blokadę informacyjną i wymazać z 

ich   pamięci   świadomość   naszego   istnienia.   Kontakt   ponowny   z   tą   cywilizacją   nawiązaliśmy 

później i bardzo jesteśmy z niego zadowoleni. Prowadzimy wspólnie z nimi poważne i cenne 

badania   naukowe.   Ale   od   tego   czasu   wprowadzono   paragraf   2,   który   absolutnie   zabrania 

nawiązywania kontaktu z cywilizacjami technicznymi klasy poniżej i równej A-3. 

background image

Tydzień   temu   wystany   został   automatyczny   liniowiec   informacyjny   do   środka   drugiej 

spirali galaktycznej. jest to świeży kontakt i wystaliśmy im wiadomości wstępne o naszej kulturze i 

cywilizacji z instrukcją o sposobie od powiedzi. Tymczasem informer z niewiadomych początkowo 

przyczyn zmienił gwałtownie kierunek lotu i zaczął się poruszać w kierunku brzegu Galaktyki. 

Dopiero sieć satelitarnych stacji nasłuchowych przy pomocy penetratorów informacyjnych o dużej 

czułości wykryła,  że informer dostał jakieś sygnały radiowe w naszym  kodzie intersolarnym  z 

adresem   odbiorcy   i  skierował   się   pod   nowy  adres.   Penetratory  określiły   na  podstawie   analizy 

rozkładu i charakteru pól informacyjnych, że cywilizacja ta mieści się niedaleko brzegu Galaktyki, 

jest   młoda,   klasy   A-3,   i   że   przypadkowe   sygnały   radiowe   przez   nią   wysyłane   zmieniły   adres 

informera.   Informer   po   podejściu   do   nich   wywoła   się   i   wyrzuci   cały   ładunek   informacyjny, 

zamieniając go w bardzo silne pole, które natychmiast przekaże cały nasz list do ich świadomości. 

Otóż nie wolno nam do tego dopuścić. lnformer zawiera zbyt poważne wiadomości. Nie są 

one przeznaczone dla A-3 z ich wrogimi ugrupowaniami i rozbudowanym aparatem wojennym. 

Informer nie może przekazać swej zawartości: Unikamy stosowania blokady informacyjnej, bo 

blokada   taka   jest   to   akt   ingerencji.   Zadaniem   naszym   jest   odholowanie   informera   od   A-3   i 

przełączenie  go na adres właściwy.  Na akcję mamy bardzo mało  czasu. Na wszelki wypadek, 

gdyby   informer   zaczął   się   wcześniej   wywoływać,   liniowiec   pościgowy   będzie   dysponował 

ładunkiem  bomby entropijnej  dla  anihilacji  zawartości  in formera.  Muszę  podkreślić,  że misja 

zawiera około 10% ryzyka, a więc jest bardzo niebezpieczna. To jest ogromnie daleko. Możemy 

tylko przyjmować informacje, ale komend dla zewnętrznego sterowania pościgiem przekazać już 

nie będziemy mogli. A teraz proszę pilotów o zabranie głosu. Żonaci i ojcowie rodzin są proszeni o 

zrezygnowanie z lotu. 

Komendant skończył i usiadł obok Alfa. Dyskusja ciągnęła się około godziny, ale innego, 

lepszego rozwiązania nie udało się znaleźć. Alf ponownie zgłosił swoją kandydaturę. Razem z nim 

pozostało jeszcze trzech innych, młodych chłopców, którzy niedawno opuścili akademię. Pozostali 

wszyscy mieli rodziny. Komendant z członkami Rady Naczelnej wyszli z sali na kilka minut. Po 

powrocie komendant ogłosił decyzję: 

- Przyjmujemy kandydaturę Alfa, jeśli będą protesty, rozpatrzymy je od razu. 

Wtedy Alf wstał. 

- Koledzy, wierzcie mi; że ja muszę dostać. to zadanie. Bardzo was proszę, nie zgłaszajcie 

protestów: 

Młodzi piloci wpatrzeni byli w Alfa, którego znali jeszcze z Akademii, jako wykładowcę 

pilotażu, a także z podręczników. Na początku rozdziału o przestrzeni informacyjnej było przecież 

jego zdjęcie jako pierwszego, który wrócił z przestrzeni informacyjnej. I wtedy właśnie wyjaśniono 

background image

trudności powrotów i loty w przestrzeni informacyjnej stały się normalną praktyką. A1f usiadł i 

czekał. Wszyscy wiedzieli o katastrofie Britt i rozumieli, że Alf musi mieć dalekie i trudne loty, 

żeby powrócić do równowagi psychicznej. Protestów nie było. 

Następnego dnia po komunikacie o obiekcie X, Kilsey z samego rana sam zadzwonił do 

Obserwatorium w Norton. 

- Zobaczymy, chłopcy, co u nich nowego. Jednak ich urządzenia są trochę nowocześniejsze. 

Długo trzymał słuchawkę. Kilka razy przerywał: 

- Ile mówicie? Ile? Setki razy? W końcu odłożył słuchawkę i przez chwilę milczał. Ciszę 

przerwał Hollitz: 

- Co się stało, panie profesorze? Kilsey powoli odpowiedział: 

-   Musimy   to   sprawdzić.   Ci   z  Norton   twierdzą,   że   X   zbliża   się  z   szybkością   100   razy 

przewyższającą   prędkość   światła.   To   przecież   niemożliwe.   Nadaje   stale   jednakowe   sygnały. 

Impulsy o stałej częstotliwości. Czyżby to był... - Gwiazdolot - dokończył Jensen. 

- Tak, gwiazdolot - powtórzył Kilsey. 

Podał Jensenowi poranny telex z Norton ze współrzędnymi. Hollitz ustawił analizator. 

- Mam go, jest w siatce celownika radiowego. 

- No, a teraz zmierzcie szybkość - powiedział Kilsey. Hollitz włączył dalmierz grawitacyjny 

i zaczął mierzyć. Plamka świetlna wyskoczyła poza skalę. 

- Tak, panowie - rzekł profesor - z odchylenia plamki poza skalę logarytmiczną widać, że 

szybkość X jest rzędu 100 c. Jensen nie mógł ochłonąć ze zdumienia: 

- Jak to możliwe? Jakim sposobem dostajemy normalne sygnały radiowe ? 

- Nie wiem, chłopcy, nie wiem jak - odparł Kilsey - i nie wiem, w jaki sposób sygnały są 

wysyłane. Ale tu nie ma pomyłki. W Norton też najpierw myśleli, że mają zepsuty blok pomiaru 

prędkości... Tylko, proszę was, nie rozgłaszajmy tego faktu, bo nas wyśmieją. Koledzy z Norton 

też na razie milczą. Poczekamy, aż X się przybliży. 

Alf wszedł do kabiny liniowca dalekiego zasięgu. Zamknął luk i zameldował gotowość do 

startu. Otrzymał rozkaz: "Włącz rozbieg", i później już cieplej: "Do zobaczenia, Alf". Z ekranu 

zniknęła twarz komendanta i pokazał się schemat drogi startowej. Po włączeniu rozbiegu stacje 

startowe w układzie solarnym automatycznie przejmują akcelerację aż poza granice układu nadając 

liniowcowi   ogromną   prędkość,   która   pozwala   mu   przejść   do   przestrzeni   informacyjnej.   Alf 

przekręcił przełącznik "start" i pogrążył się w fotelu. Akceleratory antygrawitacyjne zaczną działać 

za   kilka   minut.   Za   godzinę   liniowiec   przejdzie   przez   barierę   i   wynurzy   się   x   przestrzeni 

background image

informacyjnej   bezpośrednio   przy   informerze.   "Britt"   -   pomyślał   Alf,   ale   liniowiec   już   zaczął 

nabierać   prędkości   i   włączył   się   automat   usypiający.   Ekran   z   niebieskim,   poruszającym   się 

ognikiem na schemacie drogi startowej rozpłynął mu się przed oczami. 

Ktoś z Norton jednak wypaplał, bo nazajutrz rano gazety przyniosły krótki komunikat o 

nieprawdopodobnym fakcie astronomicznym. Było to podane w sosie nowego fałszywego alarmu 

naszych szanownych astronomów. Kiedy Hollitz zmierzył szybkość X około południa, szybkość ta 

znacznie zmalała. 

- Czuję, że to jakaś bzdura, nabieramy się pewnie na nieznane zakłócenia obserwacyjne - 

powiedział do profesora, który teraz stale przebywał w pracowni. 

Kilsey był jednak innego zdania: 

- A mnie się wydaje, że nie. Nie tracę nadziei, że po 30 latach, od kiedy Ziemia w ogóle 

zaczęła wysyłać sygnały, będziemy mieli gości. 

- Czy potrafimy ich przyjąć? - zapytał Jensen. 

-   No,   jeśli   przyjęli   nasze   sygnały,   to   na   pewno   nas   zrozumieją.   -   Nie   o   tym   myślę, 

profesorze. Gdzie oni wylądują? U nas czy u tamtych ? 

- Ach, ty o tym. Rzeczywiście, o tym nie pomyślałem. 

- Sądzę, że nie będą na tyle naiwni, żeby się nie zorientować w naszych stosuneczkach na 

Ziemi - wtrącił Hollitz. Obserwujący ekran profesor przerwał dyskusję: 

- Patrzcie, X wyraźnie hamuje. W takim tempie będzie w Układzie Słonecznym w ciągu 2 

dni. 

Automat obudził Alfa w zadanym czasie. Na ekranie widniał informer zbliżający się na 

małej .szybkości do Układu Słonecznego z jednym Słońcem i dziewięcioma planetami. Zmniejszył 

szybkość na podświetlną i nastawił lot na trajektorię spotkania z informerem.  Punkt spotkania 

wypadł niedaleko od środka układu. Alf skierował pokładowy inforlokator na trzecią planetę. Nie 

było wątpliwości. To była właśnie cywilizacja klasy A-3. "Niestety, zakaz kontaktu obowiązuje" - 

pomyślał. W chwilę później niespodziewanie włączyła się ochrona liniowca. Zajarzyło się światło 

silnego   pola   informacyjnego.   Po   kilku   sekundach   alarm   się   wyłączył.   Centralny   analizator 

zameldował, że informer ma przeciek i w każdej chwili może zacząć się rozładowywać. 

Alf zaczął analizować położenie. Nie było ani chwili do stracenia. Nie można się zbliżyć do 

informera i wyholować go z Układu Słonecznego. Pole informacyjne z przecieku jest zbyt silne i 

może zakłócić centralne sterowanie liniowca. Alfowi została jedyna możliwość: bomba entropijna. 

Włączył dźwignię przygotowania ładunku entropijnego i zaczął celować. 

background image

Hollitz, niewyspany, po nocnym dyżurze, krótko zameldował Kilseyowi 

- Telefony w nocy się urywały, panie profesorze. W Centrum Badań Kosmicznych szykują 

rakietę sondę z pilotem, jeśli X wejdzie na orbitę ziemską. Dopiero wczoraj uwierzyli, że to statek 

kosmiczny, ale na razie zabronili cokolwiek ogłaszać dziennikarzom. 

- Dobrze, Hollitz, poczekajmy, aż sprawa się wyjaśni. Niech Jensen przejmie obserwację, a 

ty idź spać. 

Hollitz odmówił: 

- Nie, panie profesorze. Zostanę tutaj. Jensen wpadł z "Morning Telegraph" w ręku. 

- Proszę tylko spojrzeć, co się dzieje - powiedział i pokazał dziennik. 

Na   pierwszej   stronie   tłustym   drukiem   wybity   był   tytuł   artykułu:   "Panika   na   wybrzeżu 

atlantyckim!" 

W artykule korespondenci z wybrzeża donosili, że od kilkunastu godzin zgłaszają się ludzie 

do   policji   i   do   lekarzy   stwierdzając,   że   nagle   wiedzą   jakieś   dziwne   rzeczy.   Po   bliższych 

wyjaśnieniach przeprowadzonych przez władze okazało się, że w tym samym czasie wiele ludzi 

zaczęło nagle wiedzieć o istnieniu jakiejś cywilizacji na bardzo wysokim poziomie. Nie rozumieją, 

ale   pamiętają   urywki   informacji   o   jakichś   maszynach,   urządzeniach   i   znają   dziwne   wzory 

matematyczne.   Niestety,   wiadomości   te   są   tak   nieuporządkowane,   tak   źle   przekazywane,   że 

dotychczas   nie   udało   się   wyjaśnić   istoty   zjawiska.   Część   lekarzy   przypuszcza,   że   to   wskutek 

wczorajszego sugestywnego programu telewizyjnego, opartego na plotkach prasy na temat prac 

profesora   Kilseya   w   związku   z   próbami   nawiązania   kontaktu   z   kosmicznymi   braćmi,   masa 

słuchaczy uległa zbyt silnej emocji. Jednakże chodzą słuchy, że osoby nie oglądające programu też 

mają   podobne   halucynacje.,   Drobna   grupka   fantastów   upiera   się   znowu   przy   twierdzeniu,   że 

halucynacje nie mają nic wspólnego z audycją i że dziwny obiekt obserwowany przez profesora 

Kilseya to statek kosmiczny, i że w ten sposób są przeprowadzane próby porozumienia się z nimi. 

Kiedy Kilsey przeczytał artykuł, Jensen zapytał: 

- Co pan o tym wszystkim myśli, panie profesorze? 

- Myślę, że nie taka byłaby próba porozumienia się z nami. Zupełnie tego nie rozumiem. 

Jensen spojrzał w analizator i wykrzyknął: 

- X podzielił się na dwa! Są bardzo blisko siebie. Jeden z nich jakby manewruje. Wchodzą 

chyba na bardzo daleką orbitę okołoziemską. 

- Sprawdź to jeszcze raz, Jensen, i nie przestawaj obserwować rzucił Kilsey. - To na pewno 

są statki kosmiczne. Aha - dodał po chwili - zupełnie o tym zapomniałem, Hollitz, natychmiast 

wyłącz nadawanie naszych sygnałów na głównej antenie. 

background image

Hollitz   podbiegł   do   sterowania   anteną,   żeby   wyłączyć   zasilanie   nadajnika.   W   dziesięć 

minut później do pokoju weszło dwóch przedstawicieli Centrum Badań Kosmicznych. Jeden z nich 

poprosił   Kilseya   o   kilkanaście   minut   rozmowy.   Kilsey  zaprosił   obu   do   swego   gabinetu   obok. 

Wszyscy trzej wyszli, trzasnęły drzwi i w pracowni zostali Jensen z Hollitzem. 

Wykonał już prawie pełny obrót; kiedy znów włączył się alarm informacyjny. Analizator 

zameldował, że wskutek ciągłych sygnałów z planety informer zaczyna się rozładowywać. 

W   sekundę   później   doniósł,   że   sygnały   przestały   przychodzić.   ale   już   było   za   późno. 

Natężenie pola informacyjnego emitowanego przez informer zaczyna  rosnąć. Teraz przez kilka 

obrotów planety dookoła Słońca informer automatycznie będzie przekazywał całą informację w 

kierunku planety. Nie było .sekundy do stracenia. 

Alf nacisnął spust bomby entropijnej. Ale nie było lekkiego wstrząsu charakterystycznego 

dla odpalenia. Włączył się brzęczyk awaryjny wyrzutni. Jak przez watę usłyszał beznamiętny głos 

analizatora: 

- Celownik automatyczny zakłócony przez pole informera. 

Zmusił   się   do   spokoju.   Pozostało   albo   zrezygnowanie   z   zamierzonego   zniszczenia 

informera,   albo   naprowadzenie   ręczne.   O   tym   ostatnim   w   szkole   pilotów   mówiono   zawsze 

najmniej. 

Alf we wszystkich swoich lotach realizował zadania do końca. Od razu wiedział, co zrobć, i 

wiedział, że zrobi to nieodwołalnie. Wyłączył celownik i przeszedł na sterowanie ręczne. Osiągnie 

informer   w  ciągu  15  sekund. Zaczął  naprowadzać   przód liniowca  na  informer.  Myślał  bardzo 

szybko   i   sprawnie.   Teraz   już   był   zupełnie   spokojny.   Opuściło   go   zupełnie   podniecenie 

towarzyszące   zawsze   niszczeniu   nieposłusznych   automatów.   Kazał   sterowni   pokładowej 

przygotować meldunek z akcji wraz z pełnym tekstem swoich myśli i wystać na 5 sekund przed 

osiągnięciem informera. Nie był tylko pewny, jaki ładunek entropii przygotowali w Bazie. "Czy 

przewidzieli   każde   wykonanie   zadania?   Czy   ładunku   entropii   wystarczy   tylko   na   anihilację 

ładunku informacyjnego?" 

Do informera zostało kilkaset metrów. Szczęknął zawór śluzy nadawczej. Zapaliła się i 

zgasła czerwona lampka z napisem: "Depesza do Bazy". 

"To już załatwione. Dostaną pełną informację. Szperacze Bazy wykryją gwałtowny zanik 

informacji zawartej w informerze jako zakłócenie pola. Myśli emanowane już po wystaniu depeszy 

dojdą bardzo zniekształcone, ale dopełnią obrazu. Będą wiedzieli, jak zadanie zostało wykonane" - 

pomyślał Alf. 

Na trzy sekundy przed osiągnięciem  informera  analizator  doniósł,  że z trzeciej  planety 

background image

startuje   rakieta   na   paliwo   chemiczne.   Alf   pomyślał:   "Szkoda,   że   paragraf   2   jest   taki   ostry". 

Chciałby zobaczyć mimowolnych sprawców swego lotu. Chyba już niedługo wejdą do grupy A-2. 

Następny   pilot   w   ten   zakątek   Galaktyki   poleci   już   zapewne   w   locie   zapoznawczym...   Poczuł 

wstrząs zetknięcia się liniowca z informerem. To już koniec misji. 

Z pamięci wypłynęła najdroższa twarz. Pamiętał Britt przed jej startem do ostatniego lotu. 

W tym samym momencie nacisnął dźwignię "Wyzwolenie ładunku entropijnego". Błysk nie był 

duży. Największa część energii wydzieliła się w postaci promieniowania korpuskularnego. Ułamek 

sekundy   później   szperacze   Bazy   przyjęły   zakłócenia   pola   informacyjnego   spowodowanego 

anihilacją informera. 

Kiedy   Kilsey   i   goście   wrócili   do   pokoju   obserwacyjnego,   Jensen,   blady   i   przejęty, 

zameldował: 

-   Te   dwa   obiekty   zetknęły   się   około   20   minut   temu   i   od   tego   momentu   już   nic   nie 

rozumiemy.   X   zaczął   zachowywać   się   jak   mały,   słabo   odbijający   światło   promieniotwórczy 

meteor. Żadnego ruchu, zmiany orbity, żadnych sygnałów radiowych. Kilsey i goście wysłuchali 

go w milczeniu. Potem jeden z gości powiedział: 

- Właśnie przed chwilą dostaliśmy radiogram od pilota z rakiety sondy. Po wejściu na orbitę 

dokonał zdjęć obiektu, co pozwoliło na pierwsze wnioski. Wstępnie zanalizowano te zdjęcia pod 

względem widma i okazało się, że rzeczywiście jest to zwykły meteor z dużą zawartością żelaza, 

jakich   wiele   spotyka   się   w   Kosmosie   w   okolicach   Ziemi.   Wydaje   się,   że   tak   tę   sprawę 

potraktujemy. Przede wszystkim musimy się liczyć z faktami. O takiej mniej więcej treści ukaże się 

chyba nasz wspólny komunikat w prasie. 

Kilsey twierdząco skinął głową, a gość po chwili jeszcze dodał: - Myślę, że nie będzie dla 

panów czymś zaskakującym, że na meteorze były także proste związki organiczne. Ostatecznie to 

już się zdarzyło kilka razy. Jeszcze nie wiemy, jakiego pochodzenia mogą być związki organiczne 

na meteorach. 

Gdy przedstawiciele  Centrum Badań  Kosmicznych  opuścili  pracownię,  Hollitz  i  Jensen 

natychmiast podbiegli do Kilseya: 

- Panie profesorze, co pan naprawdę o tym wszystkim sądzi? - Co to było z tą prędkością 

nadświetlną? 

-   A   jak   wytłumaczyć   manewr   i   połączenie   się   dwóch   obiektów?   Kilsey   cicho   i   w 

zamyśleniu odpowiedział: 

- Myślę, że rzeczywiście najsensowniej jest liczyć się z faktami. Komunikat będzie taki, jak 

mówiliśmy... 

background image

Chociaż wielu rzeczy nie rozumiem - dodał po chwili - to jeśli przyjdziecie dziś do mnie do 

domu na kawę, powiem wam, co naprawdę o tym wszystkim myślę. Ale to już jak najbardziej 

prywatnie... Wydaje mi się jednak, że już teraz powinniśmy uczcić Kogoś, z Kim nie mogliśmy się 

spotkać, a Kto poświęcił dla nas życie... 

Komunikat Admiralicji był zwięzły i krótki: 

"Mimo   pewnych   niedociągnięć,   które   usuniemy   w   przyszłości,   cel   ostatniego   lotu 

dalekosiężnego został osiągnięty. Pilot Alf zginął przy wykonywaniu zadania w imię dobra istot 

rozumnych na niższym etapie rozwoju. Rada postanowiła wpisać Go do Wielkiej Księgi Lotów. jak 

zawsze, na Placu Pamięci zostanie wzniesiony pomnik pilota". 

Kilka dni później  na Placu Pamięci  stanął jeszcze jeden strzelisty obelisk z kometą  na 

szczycie.   Uśmiechnięta   twarz   Alfa,   z   jego   ostatniej   chwili,   patrzyła   na   Britt   w   kombinezonie 

kosmicznym uwiecznioną w kamieniu. Znowu byli razem, i teraz już na zawsze. 

background image

RYSZARD SAWWA

DRUGI ŚWIADEK OBRONY

Ray zaczął schodzić w dolinę, kiedy już wtargnął do niej wieczorny chłód górski. Poszedł 

szybciej, żeby się rozgrzać. Chciał przy tym zdążyć na kolację w schronisku. Spojrzał na zegarek. 

Była   już   18.00.   Nowy   dowódca   grupy   kontrwywiadu   pułkownik   Alain   Bradford   był   bardzo 

wymagający, jeśli chodzi o punktualność. Właściwie wszyscy rozumieli, że sprawy zaszły już za 

daleko, żeby pokpiwać sobie z jego metod działania, ale te zakazy rozmów na temat startów sond i 

skrupulatna   "opieka"   nad   wszystkimi   pięcioma   członkami   Zespołu   Startowego   były   trudne   do 

zniesienia. 

Minął ostatni zakręt w lewo i doszedł do znaku kilometrowego. Jeszcze pół godziny drogi i 

będzie w schronisku. 

Jutrzejszy dzień musi rozstrzygnąć o dalszym planie badania sektora 10. Start będzie o 9.33. 

Taki czas ustalono dopiero w ostatniej chwili. O starcie poinformował go sam Bradford. Pułkownik 

wprowadził zresztą bardzo osobliwą metodę powiadamiania o momencie startu. Już wielokrotnie 

terminy były zmieniane i nie ma żadnej pewności, że i ten jest prawdziwy. Ray uśmiechnął się. Nie 

wierzył, aby to coś pomogło. Jeśli rzeczywiście chodzi o sabotaż, to ci, którzy go przeprowadzają, 

mają ogromne możliwości. Był  przekonany, iż NOL-e pojawiające się od czasu do czasu były 

dostatecznym dowodem na to, że ktoś sobie nie życzy rakiet w sektorze 10 i że trzeba w końcu 

przestać   wysyłać   sondy   kosmiczne   w   ten   rejon.   Bradford   nie   dawał   się   jednak   przekonać   i 

twierdził, że musi zdobyć dowody zamierzonej akcji, a nie będzie opierał się li tylko na hipotezach. 

Spojrzał   na   zegarek.   Jeszcze   kwadrans   marszu.   Regularna   praca   mechanizmu   działała 

uspokajająco.   Wszyscy   członkowie   zespołu   byli   już   na   granicy   wytrzymałości.   psychicznej. 

Właściwie wiadomo było, że jutrzejszy eksperyment, w razie niepowodzenia, musi być  dla tej 

grupy ludzi ostatnim przed dłuższym urlopem. 

Ray przypomniał sobie poprzednią wycieczkę w to miejsce z całym zespołem. Było to w 

dwa   dni   po   nieoczekiwanej   anihilacji   pierwszej   sondy   niedaleko   sektora   10.   Ustawiono   na 

kosmodromie   następną   sondę,   a   zespół   dostał   zezwolenie   na   niedaleką   wycieczkę.   Wszyscy 

zauważyli   wtedy   ten   Nierozpoznany   Obiekt   Latający.   Był   to   niewielki   dysk   z   błyszczącego 

materiału, który uniósł się z odległości około 2 km od nich i bardzo szybko zniknął w obłokach. 

Dyskusje na temat pochodzenia NOL-i odwróciły natychmiast zainteresowanie przyjaciół od Raya 

i jego zegarka. Ray znalazł go przy ścieżce  prowadzącej  na szczyt.  Musiał go ktoś zgubić co 

najmniej kilka dni temu, bo był nie nakręcony. Nikt z obecnych jeszcze w schronisku nie przyznał 

background image

się do zguby i było jasne, że nie ma sensu dalej szukać właściciela. 

Zegarek spisywał się nieźle i Ray był z niego zadowolony. Idąc uświadomił sobie, że wraz 

ze zbliżającym się terminem startu zaczyna się denerwować. Już cztery sondy przy starcie rozpadły 

się na pył metalowy bez jakiegokolwiek wybuchu, bez żadnych śladów jakiegokolwiek działania. 

Wysyłane do innych rejonów Galaktyki z tego samego kosmodromu startowały normalnie i już od 

kilku lat nadchodzą od nich informacje  o przebytych  trasach.  Sondy kosmiczne,  bezzałogowe, 

szybkie statki fotonowe miały za zadanie nawiązać łączność z przypuszczalnymi innymi istotami 

myślącymi   i   przełączyć   kontakt   na   Ziemię.   Wysyłano   je   w   ramach   programu   odpowiedzi   po 

wychwyceniu z szumów Kosmosu wyraźnych sygnałów sztucznych. 

Światło w schronisku już się paliło, kiedy wszedł i zrzucił plecak. W jadalni za stołem 

siedziała tylko jedna osoba. Chciał usiąść przy innym stoliku, ale zorientował się, że ten krótko 

ostrzyżony,  siwy mężczyzna w sportowym ubraniu - to Bradford. Nie spodziewał się go tutaj. 

Mimo woli poczuł, że zasycha mu w gardle. 

Podszedł do stolika Bradforda i zauważył, że ten też musiał przed chwilą wrócić z gór. 

Bradford uśmiechnął się i zaprosił Raya do stolika. 

- Dobry wieczór panu, nie spodziewał się mnie pan tutaj, prawda ? 

Ray był zawsze szczery w stosunku do Bradforda. 

- Tak, ma pan rację, panie pułkowniku, nie sądziłem, że jestem szczególnie przez pana 

wyróżniony. Nie bardzo łatwo bym uwierzył, że akurat dzisiaj chciał pan w tym samym miejscu 

zażywać świeżego powietrza. 

Bradford zareagował spokojnie. 

- No cóż, wie pan, że mam swoje plany działania. Wolałbym takie, byśmy współpracowali 

w innym układzie zadań, ale sytuacja wymaga ode mnie specjalnych kroków. Musi pan zrozumieć, 

że sondy są bardzo drogie i rząd wymaga od nas wykrycia sprawców dywersji. 

- I dlatego pewno szedł pan za mną i śledził mnie? Tylko nie rozumiem, jaki to miałoby 

sens. 

- Widzi pan, mogę powiedzieć panu, że jutrzejszy dzień będzie decydujący w śledztwie 

przez nas prowadzonym. Mogę również zapewnić pana, że nie szedłem za panem i nie śledziłem. 

Mój cel przybycia tutaj był inny. A jaki - możliwe, że wyjaśnię panu później. Na razie chciałbym 

jeszcze   raz   pana   prosić,   aby   dla   dobra   śledztwa   nie   czynił   pan   prób   kontaktowania   się   z 

kimkolwiek do jutra do godziny 9.33. Niech pan nie sądzi, że jest pan, jak to pan powiedział, 

"szczególnie wyróżniony". 

Nie. Inni członkowie zespołu też będą absolutnie skutecznie odseparowani od otoczenia. 

Po kolacji okazało się, że będą spali z Bradfordem w jednym pokoju. 

background image

Ray  był   zmęczony  wspinaczką   i  z  przyjemnością  wyciągnął  się  na   tapczanie.   Zasypiał 

szybko i zapamiętał tylko, że Bradford mówił coś jeszcze o śledztwie. Ostatnie słowa dotarły do 

niego prawie wyprane z sensu. Słyszał je, ale były to tylko słowa. Mógłby je podrzucać, jak żongler 

na arenie podrzuca jednakowe szare piłeczki, spadające bez dźwięku na podłogę i podskakujące do 

jego rąk, i znowu podrzucane do góry. 

- ... Wie pan, Ray, sądzę, że ktoś z zespołu bierze w tym udział. Ale kto? I jakim cudem? 

Przecież znamy każdy krok członków zespołu. Ten ktoś musi przekazywać czasy startu w jakiś 

bardzo dowcipny sposób... 

Piłeczki skakały coraz prędzej i rosła ich ilość. Ray czuł, że są coraz cięższe i że nie może 

ich podrzucać. To one zaczynają podbijać mu ręce. Jest ich coraz więcej i w końcu unoszą go nad 

Ziemię i oddalają coraz dalej i dalej. Znikają światła miast. I Ziemia staje się też małą, szarą 

piłeczką. A dokoła rozciąga się bezkresna, czarna pustka... 

Ryk lądującego helikoptera był doskonałym budzikiem. Bradford był już ubrany w swój 

mundur służbowy i zamykał walizkę, kiedy Ray zdecydował się wstać. 

- Dzień dobry panu, Ray, szybciutko jemy śniadanko i do pracy. Już godzina 6. 

Na kosmodromie wylądowali w godzinę później. Podziemne stanowisko dowodzenia lotem 

było już przygotowane do startu. O godzinie 8, jak zwykle w dniu startu, rozpoczęła się odprawa u 

kierownika programu, profesora Jeansa. 

Ray usiadł blisko kolegów z zespołu. Każdy miał obok siebie "anioła stróża". Wszyscy 

"aniołowie"   byli   w   mundurach   żandarmerii   kosmicznej,   co   oznaczało,   że   są   na   służbie,   i 

podkreślało   wagę   dnia.   Tak   było   pierwszy   raz.   Ray   widział   wyraźnie   niepokój   na   twarzach 

kolegów. Każdy myślał o tym samym. Co przyniesie dzisiejszy start? I co przyniesie śledztwo 

Bradforda? Patrzyli ukradkiem jeden na drugiego, łowiąc spojrzenia kolegów. 

Jeans mówił krótko i zwięźle: 

- Proszę kolegów! Dzisiejszy start z wielu względów będzie decydujący,  jeśli chodzi o 

dalszy program badania sektora 10, i może być bardzo ważki dla nas jako dla konkretnego zespołu 

ludzi. Wszyscy wiemy, że prowadzone jest śledztwo w sprawie przyczyn poprzednich nieudanych 

startów. Chociaż ja osobiście mam swoje poglądy na tę sprawę, z materiałów zebranych przez 

kolegę Bradforda wynika, że niewykluczone jest współdziałanie kogoś z obecnych tu na sali w 

sabotażu. Sprawę tę stawiam otwarcie z dwóch powodów. Po pierwsze - to jest ostatnia szansa dla 

przypuszczalnego przestępcy: ma jeszcze możność wycofania się z góry. I po drugie - jeżeli się nie 

wycofa, to będzie dzisiaj zidentyfikowany. Wtedy nie będzie dla niego litości. Poniesie surową 

karę za zdradę ludzkości. Apeluję więc do niego, by wykorzystał szansę. Jeżeli już przekazał czas 

background image

startu, może  się zgłosić do mnie  i zmienimy program dnia,  dla uniemożliwienia  sabotażu.  Na 

prośbę pułkownika Bradforda od godziny 8.30 zarządzam pełną gotowość startową na cały dzień. 

Czas   startu   będzie   ogłoszony   całej   załodze   kosmodromu   na   pół   godziny   przed   rozpoczęciem 

odliczania i startem. W tej chwili czas startu zna tylko Zespół Startowy w składzie 5 osób. Proszę o 

godz. 8.30 o zajęcie stanowisk. Dziękuję. 

Tak żywych komentarzy nie było jeszcze nigdy, nigdy przecież dotychczas nie mówiło się o 

sabotażystach. 

Bradford spojrzał na Raya i rzekł z uśmiechem: 

- Niech pan się uspokoi, przecież to chyba nie pan nas zdradza, prawda ? 

Ray nie odpowiedział. Wsiedli obaj do windy i pojechali do sterowni. 

O 8.20 Ray usiadł przy ekranie pulpitu sterowania silnikiem. 

O 8.30 zapaliły się przy stanowiskach czerwone napisy "Gotowość startowa". Rozpoczęło 

się czekanie. Ray zarządził sprawdzenie układów sterowania i siłowych  silnika. Przez godzinę 

zdążył zrobić to 2 razy. Program sprawdzania znał na pamięć. 

Zbliżał   się   start.   Zgodnie   z   planem   o   godz.   9.00   niski   głos   syreny   i   pulsujące   napisy 

"Operacja   startowa"   ogłosiły   początek   eksperymentu.   Ray   poprawił   się   w   fotelu   i   spojrzał   na 

stanowiska   pozostałych   członków   zespołu.   Wydawało   mu   się,   że   widział   na   ich   twarzach 

zdziwienie.   Czyżby   nie   znali   prawdziwego   momentu   startu?   Przycisnął   dźwignię   "Paliwo". 

Wiedział,  że   zaczyna  się  pompowanie  płynnego   deuteru   do  olbrzymich  zbiorników   sondy.  Po 

dziesięciu   minutach   na   drukarce   automatu   kontrolującego   wyskoczył   napis   "Pompowanie 

zakończone". Włączył rozruch. Teraz zaczyna działać uranowy zapłon. Nie było żadnych zakłóceń. 

Ogłosił alarm startowy. Nikt nie ma prawa wychodzić z bunkrów kosmodromu. Otworzył zawór 

zasilacza   i deuter   zaczął   się  sączyć   w  ognisko reakcji  rozszczepiania   jąder uranu.  Gwałtowny 

wzrost   jasności   w   przyciemnionych   szybach   kontrolnych   ze   szkła   ołowiowego   Potwierdził 

wskazania przyrządów. Silnik fotonowy zaczął działać. 

Cyfrowy   wskaźnik   czasu   zbliżał   się   do   stanu   zerowego.   Setne   części   sekund   migały 

zielonkawym światłem. Kiedy naciskał klawisz "Start", zamknął oczy. Teraz pompy na pełnych 

obrotach  powinny wtłoczyć  deuter do dyszy i sonda powinna oderwać się od płyty  startowej. 

Ogromna moc silnika wyrzuci ją daleko poza Układ Słoneczny. 

Kiedy obejrzał się, zobaczył, że za nim stał Bradford i przez szyby ochronne patrzył na 

stanowisko startowe. Rayowi drżały ręce. Wstał i wiedział już, co zobaczy na starcie. Zamiast ryku 

startującej rakiety na kosmodromie panowała cisza. 

Nawet nie zakładał  kombinezonu ochronnego. Po awariach sondy nigdy nie było  śladu 

promieniowania   radioaktywnego.   Pierwszy   dobiegł   do   tego,   co   było   przed   chwilą   sondą 

background image

kosmiczną,   potężnym   statkiem   o   masie   kilkuset   ton,   a   teraz   przedstawiało   sobą   widok,   który 

wywoływał po prostu wesołość. Nie mógł się powstrzymać od głośnego śmiechu. Widział, że twarz 

Bradforda poczerwieniała z wściekłości, ale pułkownik się szybko opanował i po chwili też 

się zaczął śmiać. Na miejscu sondy była niewielka piramidka metalowego pyłu. Nie było nawet co 

analizować. 

Bradford zwrócił się do członków zespołu: - Proszę panów. Bardzo proszę ze mną. 

W gabinecie profesora Jeansa już znajdowało się kilku oficerów w mundurach. Bradford 

przedstawił im pięciu członków Zespołu Startowego. Zabrał głos jeden z oficerów - generalny 

prokurator ministerstwa: 

- Panowie! Rozpoczniemy teraz posiedzenie sądu. Mam nadzieję, że rozstrzygną się na nim 

i   wyjaśnią   pewne   sprawy   związane   z   dywersją,   której   ostatni   przykład   przed   chwilą 

obserwowaliśmy.  Oddaję głos pułkownikowi Bradfordowi, który od dłuższego czasu prowadził 

śledztwo w tej sprawie. Bradford wstał z krzesła, podszedł do Jeansa, poprosił go o klucze i wrócił 

z wyjętą z kasy pancernej teczką pełną dokumentów. 

- Śledztwo  w  sprawie  sabotażu rozpoczęliśmy  rok temu  po anihilacji  sondy w  pobliżu 

sektora 10. Od tego czasu zebraliśmy pewne dane o faktach, które obciążają jednego z tu obecnych. 

Chciałbym,  żeby nam wyjaśnił  te fakty,  i jeżeli to mu się uda, pomógł  nam stwierdzić swoją 

niewinność. Uznaliśmy, że obrońcą może być tylko osoba fachowo pozostająca na tym samym lub 

wyższym niż on poziomie. Obrony podjął się profesor Jeans. Ale przejdźmy do sprawy. 

Ray   był   pewien,   że   to   niedorzeczne   oskarżenie   nie   może   się   opierać   na   solidnych 

podstawach. Ale niepokój udzielił się i jemu, i jego kolegom. Wiedział, że to, co tu się rozgrywa, 

zapamiętają na długo. 

Bradford kontynuował: 

-   Po   pierwsze,   grupa   specjalistów   z   Instytutu   Fizyki   Teoretycznej   stwierdziła,   że 

zniszczenie sond nie było rezultatem znanego nam na Ziemi procesu fizycznego i że nie mogło być 

rezultatem  pracy silnika  fotonowego. To stwierdzenie  nie ulega najmniejszej  wątpliwości. Czy 

panowie się z tym zgadzają? 

To było oczywiste i Ray też kiwnął głową. 

-   Z   tego   wniosek,   że   mamy   do  czynienia   z   siłami   obcymi,   niweczącymi   nasz   wysiłek 

eksploracji sektora 10, a jest możliwe, że mającymi również inne, bardziej groźne plany. Tego z 

góry nie można przewidzieć. Po drugie, Dowództwo Obrony kosmicznej stwierdziło pojawienie się 

NOL-i zawsze bezpośrednio przed startem sondy do sektora 10. Są na to dowody. Mam zdjęcia 

NOL-i z odpowiednimi datami. Proszę, oto one. 

background image

Ray zobaczył na zdjęciach znane z pamiętnej wycieczki w góry kształty nie rozpoznanych 

obiektów. Nie ulegało wątpliwości, że zdjęcia były autentyczne. 

- Czy panowie zgadzają się na stwierdzenie, że Oni musieli być informowani o każdym 

starcie sondy do sektora 10? 

Ray poczuł, że Bradford zbliża się do momentu decydującego. Wtedy zamknie sieć, z której 

już ofiara nie będzie się zdolna wydostać. 

Logika   faktów   była   niepodważalna.   Tym   niemniej   czuł,   że   gdzieś   musi   tkwić   błąd   w 

koncepcjach Bradforda. Ale fakty kazały odpowiedzieć "tak". 

- A teraz przechodzę do meritum sprawy. - Bradford zaczął mówić wolniej. - Czy panowie 

zauważyli, że prowadziliśmy pięć prób sond, nie licząc anihilacji pierwszej sondy poza granicami 

Układu Słonecznego, i że ta liczba zgadza się z ilością członków Zespołu Startowego? 

Ray zaczynał rozumieć, dlaczego zabroniono im wszelkich dyskusji i wymiany poglądów i 

informacji na temat startów. Bradford kontynuował: 

- Tak, proszę panów, to nas kosztowało bardzo drogo, ale musieliśmy zdobyć nieodparte 

dowody. 

Ray czuł, że Bradford już zaczął zaciskać pętlę. Ale na czyjej szyi ? Popatrzył na twarze 

kolegów.   Znał   ich   od   dawna.   To   niemożliwe,   żeby   któryś   z   nich   popełnił   zdradę.   Był   tego 

absolutnie pewien i w tej chwili. Był ich pewien, jak był pewien siebie. Już teraz wiedział, że za 

chwilę padną słowa oskarżenia, wiedział, że oskarżony nie zdoła wyrwać się z zastawionej pułapki, 

i wiedział, że znów Bradford miał rację, sądząc, że najlepszym obrońcą może być Jeans. To był 

jedyny możliwy świadek obrony. Wielekroć zauważył, jak profesor zbijał wspaniale wyglądające 

hipotezy   w   kilku   zdaniach   wypowiedzianych   krótko   i   zwięźle,   tym   miłym,   cichym   i   ciepłym 

głosem. Nawet jego przeciwnicy naukowi odnosili się do niego z ogromnym szacunkiem. Teraz 

Jeans przeglądał szczegółowe zeznania członków zespołu, zebrane przed kilkoma dniami przez 

Bradforda. 

Pułkownik wyjął następny dokument. 

- Otóż przy kolejnych startach niektórzy z was znali prawdziwe czasy startów sond, a inni 

fałszywe i dopiero na kilka godzin przed startem dowiadywali się o czasie prawdziwym. Ray czuł, 

jak krew zaczyna mu pulsować w skroniach. Rozumiał teraz obecność Bradforda w schronisku. To 

dlatego był tak dobrze pilnowany. Bradford zwrócił się do niego: 

- Tylko jeden z was, pan Ray Miller, znał dokładne czasy startów sond do sektora 10 we 

wszystkich pięciu przypadkach. Tylko pan mógł informować o najlepszym momencie dokonania 

zniszczenia sond przy starcie. Oskarżam pana o zdradę. Czy pan przyznaje się do winy? 

Ray nie widział szansy ratunku. Wstał z miejsca. Czuł na sobie wzrok swoich przyjaciół. 

background image

Widział ich zdumienie i przede wszystkim niedowierzanie. To mu dodało odwagi. Nigdy nie był 

mówcą. Jąkając się i czerwieniąc powiedział tylko to, co mógł. Prawdę. 

- Jestem zaskoczony tym oskarżeniem. Przysięgam, że nie miałem i nie mam nic wspólnego 

z informowaniem tych, którzy niszczą sondy. Nie przyznaję się do winy, bo winny nie jestem. 

Kiedy skończył, nogi już mu odmawiały posłuszeństwa. Siadł ciężko na fotel. 

Znów zaczął mówić Bradford: 

-   Wobec   tak   jawnych   dowodów   winy   wnoszę,   by   sąd,   niezależnie   od   wyparcia   się 

oskarżonego, uznał go za winnego. Ray słyszał jak przez watę głos generalnego prokuratora. 

- Udzielam głosu profesorowi Jeansowi, który występuje jako świadek obrony. Czy pan się 

zgadza, panie Miller, na kandydaturę profesora Jeansa? 

Ray nie poznał własnego głosu, kiedy odparł: 

- Tak jest, panie prokuratorze. 

- Czy pan chce coś powiedzieć w obronie oskarżonego, profesorze Jeans? 

Profesor skinął głową i patrząc w okno zaczął: 

- Panie Bradford, pańska metoda wykrycia przestępcy zawiera błąd logiczny. Dlaczego pan 

nie   dopuszcza   myśli,   że   niekoniecznie   członek   Zespołu   Startowego   informował   obcych?   Przy 

takim założeniu nie powinien pan podawać nikomu z członków zespołu Startowego prawdziwego 

terminu i gdyby wtedy sabotaż się nie udał, miałby pan dopiero prawo wyciągnąć te wnioski, które 

pan wyciągnął. Ale gdyby się udał? Zresztą w tych obu przypadkach byłaby podejrzana jeszcze 

jedna osoba. 

Bradford zerwał się z fotela. 

- Co pan ma na myśli, panie profesorze? Wypraszam sobie tego rodzaju insynuacje. To 

przecież śmieszne podejrzewać mnie. - Proszę siadać, panie pułkowniku. Pan profesor rozumuje 

zupełnie poprawnie. 

Prokurator generalny odebrał głos Bradfordowi i poprosił Jeansa, aby ten kontynuował. 

- Jak pan widzi, panie pułkowniku, pańska pułapka na zdrajcę nie była absolutnie szczelna. 

Ray odetchnął z ulgą. Widział wesołość na twarzy przyjaciół. Jeans jeszcze raz dowiódł 

swych możliwości. Ale to nie był koniec. 

- Zresztą, panie Bradford, ja pana nie podejrzewam. Twierdzę, że nikt z nas tu obecnych nie 

dopuścił się zdrady. Chciałem tylko wykazać, że mylił się pan w założeniach i niesłusznie oskarżył 

mojego pracownika. Na pewno go pan jeszcze dzisiaj przeprosi. Mam pewną hipotezę na temat 

wydarzeń związanych z sondami do sektora 10. Powstała ona podczas przeglądania zeznań, które 

zebrał  pan  Bradford. Dziękuję mu  za  dokładną  robotę. Jeżeli  hipoteza  będzie  słuszna,  a mam 

nadzieję;   że   uda   nam   się   to   udowodnić,   to   przede   wszystkim   będzie   to   zasługa   pułkownika 

background image

Bradforda. 

Raya   ubawił   widok   uspokajającego   się   Bradforda.   Jeans   wiedział,   jak   pozyskać   sobie 

pułkownika, grając na jego poczuciu dumy zawodowej. 

-   Proszę   panów   -   ciągnął   profesor   -   wyobraźcie   sobie   na   moment,   że   przez   sektor   10 

przebiega jakiś ważny szlak teletransmisyjny lub łączności międzygalaktycznej. To oczywiście jest 

moja fantazja, ale pomoże nam w zrozumieniu sensu wydarzeń. I nagle okazuje się, że pojawia się 

tam rakieta fotonowa, znakomicie zakłócająca transmisję chmurą pozostawionej za sobą energii 

elektromagnetycznej.   Służba   łączności   stwierdza   zakłócenia.   Stwierdza,   że   rakieta   nie   słucha 

rozkazów powrotu wydanych w języku poglądowym. Stwierdza, że jest bez istot żywych. Nie ma 

czasu na jej odholowanie. Co wtedy byście, panowie, zrobili? Pamiętajcie, że może to być bardzo 

ważne łącze. A właśnie. To samo, co zrobili Oni. Po prostu zlikwidowali zakłócenie na łączu. Ale 

Oni   wiedzą,   że   będziemy   na   pewno   wysyłali   rakiety   dalej,   nie   domyślając   się   powodu   ich 

zniszczenia. Co zatem robią? Po prostu zostawiają informatora, który ich zawiadamia o każdym 

następnym  starcie, i niszczą rakiety,  rozumiejąc, że w końcu domyślimy  się, iż nie należy im 

przeszkadzać,   i   przestaniemy   wysyłać   sondy   do   sektora   10.   A   teraz   pytanie,   jak   zdobywali 

informację o startach? 

- Panie profesorze - przerwał prokurator generalny - zbyt dobrze pana znam i zbyt pana 

szanuję, by uważać za śmieszne to, co pan mówi. Ale widzę, że kolega Bradford jest wyraźnie 

wesoły. Czy ma pan choćby najmniejsze poszlaki, nie mówię już o dowodach, że hipoteza może 

być prawdziwa? 

- Panie prokuratorze, jeżeli to, co powiedziałem, nie jest na razie możliwe do sprawdzenia, 

to to, co chcę powiedzieć, ma duże szanse potwierdzenia faktami. 

Ray widział, że wszyscy słuchają profesora w największym napięciu. 

- Proszę o pozwolenie zadania kilku pytań panu Millerowi. - Bardzo proszę, profesorze - 

odparł prokurator. 

- Ray,  czy przypominasz sobie dobrze swoją wycieczkę w góry po anihilacji pierwszej 

sondy w sektorze 10? 

- Tak jest, panie profesorze. 

- Czy widziałeś, wracając, NOL-a! 

- Tak, widziałem bardzo dobrze. Startował, kiedy wracałem do schroniska. 

- Czy wydarzyło ci się podczas wycieczki coś niezwykłego? 

- Nie, nic takiego sobie nie przypominam. 

- Ray, czy wróciłeś z tym samym wyposażeniem, z którym wyszedłeś ? 

Ray   zastanawiał   się   przez   chwilę,   przebiegł   w   myślach   całą   trasę   wycieczki.   Jedynym 

background image

faktem,   który   sobie   przypomniał,   było   znalezienie   zegarka,   ale   przecież   nie   o   to   chodzi 

profesorowi. 

- Panie profesorze, mogę dodać tylko, że znalazłem zegarek. Wyciągnął rękę i pokazał go 

profesorowi   oraz   prokuratorowi.   -   Szukałem   właściciela   w   schronisku,   ale   musiał   wyjechać 

wcześniej i nie wiedział, że znalazłem zgubę. 

- Bardzo dziękuję, Ray, wierzę, że nic innego ci się nie wydarzyło. A teraz, proszę panów, 

proszę słuchać uważnie. Czy wszyscy zgadzają się z moim twierdzeniem, że NOL-e pojawiające 

się przed startem mogą mieć coś wspólnego z niszczeniem rakiet? Dziękuję. Ja też myślę, że mogą. 

Poza tym twierdzę, że musieli mieć czas na anihilację sond. A przecież myśmy widzieli, że przy 

starcie   nikt   nic   przy   sondach   nie   robił.   Nie   było   na   płycie   startowej   nikogo.   Długo   się 

zastanawiałem, jak to wyjaśnić. Jedyne wytłumaczenie, znów trochę fantastyczne, będzie takie. 

Twierdzę, że w momencie startu zatrzymywali  czas na kosmodromie. Nasz czas  biologiczny i 

przyrządowy.   Zapewne   panowie   sobie   przypominają   zakłócenia   naszych   chronometrów   i   ich 

opóźnienie o około 20 minut po każdym sabotażu? Twierdzę, że ich informator musiał mieć czas 

synchroniczny z nimi. Ray, proszę, chłopcze, powiedz, która jest u ciebie godzina? 

A jednak pytanie Jeansa nie rozśmieszyło nikogo. Ray nagle przypomniał sobie, że to było 

za każdym razem. Tak. Na pewno. 

- Na moim zegarku, panie profesorze, jest 10.42. 

- Dziękuję, mój drogi. Na zegarku, który masz na ręce, jest 10.42. A która jest godzina u 

panów? - profesor zwrócił się do pozostałych obecnych. 

Na pozostałych zegarkach była godzina 10.22. 

-   Dziękuję   panom.   Sądzę,   że   20   minut   im   wystarczyło.   Rzucili   granat   grawitacyjny. 

Zatrzymali nasz czas i anihilowali sondę. 

Ray już wiedział. Zawsze dziwił się, że po awariach sond zegarki kolegów i chronometr 

synchronizujący   pokazywały  czas   niezgodny  z  radiowym  o  około   20  minut.   Jego  zegarek   nie 

wykazywał tej różnicy. Jego zegarek? Wstał z miejsca, zdjął go z ręki i podał profesorowi. Ten 

położył zegarek na stole i znów zaczął mówić: 

- Proszę sądu i tu obecnych. Zupełnie oficjalnie, po uzgodnieniu z Rządem oświadczam, że 

zawieszamy próby z sondami do sektora l0. Co się zaś tyczy zakończenia śledztwa, to myślę, że 

nam pomoże drugi świadek obrony. 

Profesor wskazał leżący na stole zegarek. 

-   Twierdzę,   że   to   jest   ich   informator.   I   sądzę,   że   mamy   na   to   dowód.   Dziękuję   panu 

prokuratorowi   za   udzielenie   mi   głosu.   Prokurator   ogłosił   zakończenie   posiedzenia,   wszyscy 

skierowali się do stołu. Jeans miał rację. Dowód był znacznie wcześniej. Na stole, zamiast zegarka, 

background image

leżało trochę metalowego pyłu. Jeans nachylił się nad stołem i zdmuchnął pył. 

Kiedy jeszcze raz sprawdzono zegarki z czasem radiowym, okazało się, że na zniszczenie 

informatora tym razem wystarczyło NOL-om już tylko 6 minut. 

background image

DANUTA OWADOWSKA

OPOWIADAJ DAG

Niebieskie   światła   wskaźników   rozjaśniały   nieco   półmrok   panujący   w   rozdzielni.   Na 

zewnątrz automaty łączyły stalową konstrukcję i ostre błyski łukowych wyładowań wyławiały z 

mroku twarze załogi statku kosmicznego "Stella". Wysoki mężczyzna o włosach złotych jak len 

przysunął czworokątne pudełko do kobiety siedzącej naprzeciwko. 

- Zaczynaj, Dag, tylko pamiętaj, to nie jest raport. Dziennik podróży wyślemy swoją drogą. 

Opowiadaj, Dag, przeżywaj wszystko jeszcze raz, to jest twoja ostatnia opowieść, list do tych, 

którzy przybędą. 

Kobieta splotła dłonie na kolanach, przeniosła wzrok na stojący przed nią fonograf. Zaczęła 

mówić: 

- Wszystko jest przygotowane, czekam na swoją kolej. Fizyk, Ino, ja. Historyk i Pierwszy. 

Przy   pulpicie   rozdzielczym   leży   metalowy   kabłąk   zakończony   dwiema   płytkami.   Coś   mi   to 

przypomina. Już wiem, wycieczkę do muzeum starożytności, obły, srebrzysty kształt wysadzany 

lśniącymi kamieniami - diadem. Ino podchodzi teraz do mnie i ujmuje mnie za ramię. Mam mało 

czasu, muszę się śpieszyć... 

A więc kiedy schodziliśmy do lądowania, byliśmy podnieceni, to jasne. Ale to nie był 

strach   przed   Nieznanym.   Zresztą   projekcja   filmów   zrobionych   przez   rakiety   zwiadowcze,   gdy 

krążyliśmy po orbicie dokoła planety, wykazała, że nie ma na niej istot rozumnych. Przepraszam, 

istot mogących stworzyć cywilizację. O żadnym kontakcie nie mogło być mowy. Wylądowaliśmy 

na   rozległej   równinie,   rozciągającej   się   aż   po   sam   horyzont.   Jak   okiem   sięgnąć,   biegła   jej 

pofałdowana powierzchnia, tylko z lewej strony ciemniało pasemko skał. Dla nas najważniejsze 

było to, że atmosfera planety miała wystarczającą zawartość tlenu. Można było poruszać się bez 

skafandrów. 

Bezpośrednio   po   wylądowaniu   "Stelli"   automaty   zaczęły   budować   Stację.   Praca   była 

obliczona   na   36   godzin,   nie   wymagała   koordynacji,   zebraliśmy   się   więc   w   sali   Pierwszego. 

Odprawa  była   krótka,  ustalono   skład  osobowy zwiadowczej  wycieczki.  Pojechać   mieli:  Fizyk, 

Historyk i ja. Ino był wyraźnie niezadowolony, ale wiedzieliśmy, że Pierwszy nie zmienia decyzji. 

Fizyk zajął się roztrząsaniem pewnych drobnych anomalii grawitacyjnych, jakie dały się zauważyć 

podczas wstępnych pomiarów, do mnie należało kierowanie zespołem automatów zdejmujących 

tytanową osłonę z pancerza. Wtedy jeszcze mogliśmy odlecieć. Osiem godzin potem było już za 

późno... O awarii stosu zawiadomił Pierwszy Fizyka. 

background image

- Wskaźnik aktywności wskazuje zero - powiedział - ale to nie jest zwykła awaria. Wygląda 

na to, że ktoś rozmontował stos. 

Fizyk był wyraźnie przerażony i mimo pozornie spokojnej relacji nie potrafił tego ukryć. 

- Cybernetyk - zwrócił się do mnie Pierwszy - proszę wezwać Zespół Naprawczy. 

I   wtedy   Historyk   zawołał   nas   do   siebie.   Tytan   był   już   zdjęty,   mogliśmy   widzieć 

bezpośrednio, co się dzieje przed statkiem. Automaty krzątały się koło konstrukcji, która w niczym 

nie   przypominała   Stacji.   Zamiast   znajomego   kopulastego   kształtu,   wznosiły   nieforemny 

graniastosłup. Poza tym wszystkie były na zewnątrz, a przecież, oprócz Zespołu Budowniczych, 

reszta winna znajdować się w statku. Nie reagowały na rozkazy, pulpit sterowniczy milczał, a 

kontrola łączności nie wykazała uszkodzeń. To było tak niesamowite, że patrzyliśmy po sobie, nie 

mówiąc ani słowa. 

Najbardziej boimy się zjawisk, których nie rozumiemy. Odczuwamy lęk, widząc skutki, a 

nie   znając   przyczyny.   Cała   nasza   wiedza,   cała   ziemska   cywilizacja   opiera   się   na   pewnych 

kanonach, prawach, które niekiedy można adoptować czy rozciągnąć na nowe zjawiska, ale których 

nie   można   przekreślać.   To,   co   się   działo   przed   naszymi   oczami,   było   zaprzeczeniem   ludzkiej 

wiedzy, zaprzeczeniem cybernetyki w ogóle. Automaty nie mogą przejawiać inwencji, maszyny nie 

mogą działać samodzielnie. 

-   Bunt   automatów!   -   zawołał   Fizyk.   -   Ziściły   się   marzenia   autorów   fantastycznych 

powieści   !   Jedno   z   tych   bydląt   musiało   wejść   do   siłowni   i   rozmontować   stos.   Dawka 

promieniowania rozregulowała mu układ sterujący i już stamtąd nie wyszedł. Zresztą, na nasze 

szczęście. 

- Niemożliwe - próbowałam zaprzeczyć. - Automaty nie mogą pracować według własnego 

programu. 

- A to? - Fizyk pokazał ręką na budowlę. - Czy to o niczym nie świadczy? 

-   W   każdym   razie   nie   o   buncie   automatów   -   odpowiedział   mu   Pierwszy,   opuszczając 

zasłonę na iluminator. - W żadnym wypadku - dodał - nie wolno nam stawiać hipotez w oparciu o 

zjawiska, których nie możemy pojąć. 

- Wobec tego jakie jest inne wytłumaczenie? - zapytał Fizyk. 

- Chwilowo brak w ogóle wytłumaczenia... 

...Czas upływa, widzę, że Pierwszy przygotowuje do rozruchu awaryjną prądnicę. Niedługo 

będzie już po wszystkim. Koło mnie siedzi Ino, głaszcze mnie po policzkach, jeszcze mokrych od 

łez. Wstydzę się płaczu, ale łzy same płyną mi po twarzy, nikt tego nie widzi oprócz Ino. Fizyk 

siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, a Historyk, wpatrzony w punkt gdzieś za naszymi plecami, nie 

zauważa obecnych. Mam bardzo mało czasu... 53 

background image

...Kiedy dwóch kroczących weszło do sali, siedzieliśmy chyba tak samo jak teraz. Historyk 

był najbliżej wejścia i może właśnie dlatego na niego padł wybór. Jeden z automatów wziął go za 

ramię i pociągnął za sobą. Przez chwilę siedzieliśmy jak sparaliżowani. Potem Ino zerwał się, ale 

drugi automat zagrodził mu przejście. Historyk nie bronił się, wyszli w zupełnej ciszy i dopiero gdy 

umilkł   stukot   kroków   na   korytarzu,   Ino   rzucił   się   do   wyjścia.   Osadził   go   w   miejscu   głos 

Pierwszego: 

- Zostaw! Powinniśmy wcześniej pomyśleć o obronie! - Czym? Całe wyposażenie jest już 

na zewnątrz! 

- Co one z nim zrobią? - zapytałam, bo to było dla mnie najważniejsze. 

- Jak to co? - Fizyk wzruszył ramionami. - Rozbiorą na części, żeby zobaczyć, jak człowiek 

może się poruszać bez sprzęgieł, półprzewodników i akumulatorów. 

I   znowu   była   cisza,   tylko   Pierwszy   chodził   z   rękami   założonymi   do   tyłu,   tam   i   z 

powrotem... 

Historyk wrócił po trzech godzinach, sam. Kroczący odprowadził go do wejścia, ale tym 

razem nie wszedł do środka. Historyk nie miał nam dużo do powiedzenia. Automaty posadziły go 

na czymś w rodzaju fotela i siedział tak nieruchomo, podczas gdy one obsługiwały jakąś aparaturę. 

Nie umiał powiedzieć nic konkretnego. Rozkładał bezradnie ręce. 

- Nie moja branża, gdyby tak któryś z was... 

Poczułam   głupią   satysfakcję.   Jednak   nie   zrobiły   mu   nic   złego.   Czułam   się   za   nie 

odpowiedzialna, to były moje automaty. - Bardzo się bałeś ? - zapytałam, żeby coś powiedzieć. 

Kiwnął głową. 

- Bardzo. Potem zamknąłem oczy i myślałem o tych  dawnych, dobrych czasach, kiedy 

ludzie nie uganiali się jeszcze po Kosmosie, a poruszali się po staruszce Ziemi w przyzwoitych 

pojazdach, takich jak na przykład karety, samochody... Tymczasem na zewnątrz trwała gorączkowa 

praca. Słyszeliśmy charakterystyczny syk aparatów Collega, używanych do łączenia najbardziej 

precyzyjnych   zestawów.   Tkwiliśmy   przy   iluminatorach,   obserwowaliśmy   rozmazane   przez 

półprzezroczyste płyty krzemonu sylwetki poruszających się bezustannie automatów. Gdy praca 

ustała, statek nasz opasywała pętla z podwójnych metalowych płaskowników. Początek i koniec 

miała w środku owego graniastosłupa, który wzniosły automaty. Stamtąd też wybiegały przewody 

umieszczone   na   wspornikach   ponad   pętlą.   W   pewnej   chwili   rozległo   się   dzwonienie,   potem 

wysoki,   przeraźliwy   ton,   zupełnie   inny   od   otaczających   nas   na   co   dzień   dźwięków,   wreszcie 

zgrzytanie,   potężny   łoskot   i   z   graniastosłupa   wytoczyło   się   sześcienne   pudło   na   kołach.   Z 

przewodem   biegnącym   u   góry   połączone   było   skomplikowanym   systemem   metalowych   rurek 

ułożonych   w   kształcie   rombu.   W   miejscu   styku   raz   po   raz   pojawiał   się   snop   wyładowań 

background image

elektrycznych. Całość posuwała się po metalowych szynach zgrzytając i piszcząc przy każdym 

obrocie kół. 

Z osłupienia wyrwał nas śmiech Historyka. 

- Przecież to tramwaj! One zrobiły tramwaj ! 

- Co? 

- Środek lokomocji używany prawie do końca XX wieku wyjaśnił. 

- Ale po co ? 

- Nie wiem. I skąd ten pomysł? 

- Ty im powiedziałeś ! - Pierwszy miał twarz zadowoloną, tak nie pasującą do otaczającej 

nas rzeczywistości, że zrobiło mi się przykro. - Nieznane przestało być nieznanym ciągnął, siadając 

za stołem - wszystko wiąże się w logiczną całość. Należało tylko trzymać się jednego pewnika: 

"Automaty nie mogą pracować bez programu". Jeżeli więc wypowiedziały nam posłuszeństwo, nie 

znaczy to wcale, że uzyskały samodzielność. Zawiesił na chwilę głos. - Steruje nimi kto inny! 

Widząc, że chcę coś powiedzieć, podniósł rękę. 

- Za chwilę, jeszcze nie skończyłem. Powiedzmy więc, że na planecie znajduje się genialny 

Mózg. Ale Mózg bez organów wykonawczych. I, co najważniejsze, Mózg bez własnej koncepcji. 

Co przez to rozumiem? Tak jak są pisarze, którym trzeba pomysłów, tak to jest Geniusz, który 

może rozwinąć i opracować każdy problem, ale który sam sobie problemu postawić nie umie. 

Nigdy się chyba nie dowiemy, w jaki sposób opanował nasze automaty, jaką drogą przesyła im 

polecenia. Osobiście mam wrażenie, że dysponuje nie znanym nam rodzajem energii. Historyka 

wziął po prostu na przesłuchanie, zwróćcie uwagę - Historyk cały czas myślał o przeszłości. Obraz 

tramwaju utrwalony w zwojach kory mózgowej, sama koncepcja takiego pojazdu wystarczyła Mu 

na opracowanie napędu i ogólnych zasad ruchu. Traktuje nas jak rodzaj biblioteki, coś na kształt 

zbioru zadań i problemów. 

Dziwne, ale zrobiło mi się lżej. Choć wyjaśnienia Pierwszego w niczym  nie poprawiły 

naszej   sytuacji,   nie   było   już   we   mnie   tego   dygocącego   lęku.   Uznane   wielkości   nie   ulegały 

dewaluacji, dwa razy dwa znowu równało się cztery. 

Nie było buntu automatów. Pierwszy popatrzył po nas: 

-   Pracowałeś   nad   teorią   pola   siłowego   i   antygrawitacji?   zwrócił   się   do   Ino.   -   On   to 

dokończy za ciebie! Ty, Dag, dostarczysz Mu nowych wspaniałych automatów. Ja zapoznam Go 

ogólnie z teorią rozkładu plazmy i z wyrzutniami fotonowym; W obecnym stanie daleko im do 

doskonałości,   ale   nie   wątpię,   że   On   potrafi   uczynić   z   tego   doskonałą   broń.   Właśnie   broń!.., 

Przerwał na chwilę, zamyślił się, a potem podjął znowu: 

- Za dziesięć ziemskich lat ma tu przybyć następna wyprawa. Jak myślicie, czym przywita 

background image

ją   Mózg,   sądząc,   zresztą   słusznie,   że   przybysze   zagrażać   będą   Jego   niezależności?   I   jakimi 

środkami będzie dysponował? Praktycznie rzecz biorąc - będzie wszechmocny! 

Długie milczenie przeciął Historyk. Stał oparty ramieniem o metalowy brzeg markografu. 

- Kiedy jeden z królów angielskich powróciwszy do kraju zastał rodzinne miasto zburzone i 

zrównane z ziemią przez wrogów, zwrócił się do swojego Boga słowami: "Zabrałeś  mi to, co 

umiłowałem najbardziej, w takim razie ja odbiorę ci wszystko, co we mnie cenisz". I począwszy od 

tego   czasu   wyzbył   się   wszystkich   cnót   swoich.   Rozmyślnie   użyłem   archaicznego   języka,   ale 

konkluzja jest chyba jasna - musimy odebrać Mu naszą pamięć ! 

- To pomysł, a realizacja? - zapytał Ino. 

- Możliwa nawet w naszych warunkach - ożywił się nagle zamyślony Fizyk. - Całość jest 

stosunkowo prosta, sprowadza się do udarowego oddziaływania impulsami określonego kształtu na 

ośrodki   pamięci.   Po   prostu   kasowanie   zapisu.   Analogicznemu   zabiegowi   poddano   członków 

wyprawy   na   VII   planetę.   Po   powrocie   stamtąd   byli   psychicznie   wykończeni.   Wówczas 

zastosowano częściową kasację, ale to tylko kwestia odpowiedniego zmodulowania. 

- Czy po tym nic się nie pamięta? - zapytałam. 

- Jesteś jak noworodek, uczysz się wszystkiego od nowa, od nowa poznajesz świat. 

- Co prawda, w tych warunkach nie będzie się od kogo uczyć. - To powiedział Pierwszy. 

Potem podszedł do pulpitu. Odwrócony tyłem manipulował coś przy przełącznikach. 

-   Na   wschodniej   stronie   planety   są   obszary   pokryte   bujną   roślinnością.   Chyba   tam 

będziemy - zawahał się i dokończył wegetować. 

- To trochę tak, jak umrzeć - szepnął Ino. 

- Nie!  - Historyk  pokręcił  przecząco  głową. - Śmierć  to  znaczy niebyt,  nicość. A  my, 

chociaż   pozbawieni   wszystkiego,   co   dała   nam   cywilizacja,   chociaż   pozbawieni   pamięci, 

zostaniemy   jednak   gatunkiem   Homo   Sapiens.   Gatunkiem   myślących.   Nie   przestaniemy 

rozumować. Od nowa zaczniemy zapisywać białe karty naszego doświadczenia. 

- A On? - spytał Fizyk. 

-   On?   -   Pierwszy   zwrócił   się   do   mnie.   -   Czy   Zespół   Budowniczych   ma   układ 

regeneracyjny? 

- Nie ma. Mamy przecież, to jest mieliśmy - poprawiłam się - Centralną Siłownię. 

- Ile mogą pracować twoje automaty bez ładowania? - Około 2000 godzin. 

- Tyle czasu będzie trwało Jego panowanie na tej planecie. Gdyby to przewidział, ciebie 

pierwszą   wziąłby   na   "rozmowę"   i   z   pewnością   skonstruowałby   niezniszczalny   automat.   Bez 

wykonawców będzie niczym. 

Dalej już poszło szybko. Spieszyliśmy się, bo nie wiadomo było, czy On za chwilę w jakiś 

background image

sposób nie pokrzyżuje naszych planów. I teraz czekam na swoją kolej. Fizyk ma już na głowie ten 

metalowy kabłąk-diadem, pozostaje jeszcze umieścić na orbicie rakietkę z dziennikiem podróży i 

tym zapisem. żegnajcie! 

Statek   kosmiczny   średniego   zasięgu   "Galat"   już   trzecią   dobę   krążył   po   orbicie   wokół 

planety. W kabinie sternika czterej mężczyźni siedzieli wsłuchani w głos kobiety wydobywający 

się z fonografu: ..."pozostaje jeszcze umieścić na orbicie rakietkę z dziennikiem podróży i tym 

zapisem. Żegnajcie!" 

Kobiecy   głos   umilkł.   Siedzieli   chwilę   w   milczeniu,   potem   jeden   z   nich   przekręcił 

wyłącznik. 

- Słucham tego po raz czwarty - powiedział - i za każdym razem zastanawiam się, jak ja 

bym postąpił. 

Chciał coś dodać, ale przerwał mu suchy trzask z głośnika: - W sali narad odbędzie się 

projekcja filmów wykonanych przez grupę zwiadowczą Amegi, która okrążyła planetę po węższej 

orbicie. Zainteresowani proszeni są o przybycie. 

Szary  ekran  wideo  rozjaśnił  się.   Zamigotały   jakieś   cienie  i  nagle  na   pierwszym  planie 

ukazał   się   muskularny   mężczyzna.   Stał   nieco   przygarbiony,   ociosując   trzymanym   w   ręku 

kamieniem   dziwacznie   powykręcany   konar.   Długie,   białe   włosy   spadały   mu   na   plecy.   Potem 

perspektywa wydłużyła się, widocznie operator zmienił ogniskową. Zebrani w sali projekcyjnej 

widzieli teraz prymitywną osadę, pół-domki, pół-szałasy ustawione na palach tkwiących w ziemi. 

Przed jednym z nich krzątało się troje ludzi zasłaniając sobą przedmiot stojący za nimi. W pewnym 

momencie  jeden  z  nich   odszedł,  kamera  znowu  zrobiła  skok  i  na   ekranie   ukazała  się  kobieta 

łącząca poprzeczną żerdzią dwie obręcze. Trwało to chwilę, obraz zmienił się, na ekranie wyrosły 

pokraczne krzewy o fioletowych pniach, ale nikt już nie patrzył. Ze szmeru rozmów wybił się głos: 

- Koło! Oni już wymyślili koło! 

background image

ANDRZEJ CZECHOWSKI

WIECZORNE NIEBO

- Dobry wieczór ! 

Pani Ferguson drgnęła i podniosła oczy znal robótki. 

- Ach, to pani. Proszę, nich pani usiądzie. Mamy dziś piękny wieczór, prawda? 

- O, tak - powiedziała pani Pheltie. Usiadła na krześle naprzeciw pani Ferguson. 

- Pani ma przynajmniej zajęcie - westchnęła. - Nigdy nie potrafiłam nauczyć się robić na 

drutach. Mąż i Johnny wyjechali przed wieczorem, jestem sama w domu. To dziwne, ale już od 

roku nie pamiętam, żeby mąż był w domu wieczorem. 

Pani Ferguson uniosła brwi do góry. 

- On i Johnny - wyjaśniła śpiesznie pani Pheltie. - Odkąd ma nowy wóz, zawsze wieczorami 

wozi Johnny`ego do miasta. W dzień, oczywiście, nie ma czasu. 

- Tak - powiedziała pani Ferguson. 

- Zresztą, dawniej było tyle roboty - kontynuowała pani Pheltie. - A teraz, cóż, automaty. 

Wszystko robi się samo, można by pomyśleć, że te maszyny są żywe. Wystarczy powiedzieć jedno 

słowo. Po prostu wierzyć się nie chce. Dwa lata temu nawet nie pomyślałabym, że coś takiego jest 

możliwe. 

Pani Ferguson milczała. 

- Uważam, że rząd zrobił bardzo mądrze, że dogadał się wreszcie z Uranidami - rzekła pani 

Pheltie.   -   Mówiono   o   Nich   tyle   bzdur,   a   okazuje   się,   że   nie   są   wcale   straszni.   Jeżeli   chcą 

sprzedawać nam maszyny,  tym  lepiej dla nas. Cóż znaczy,  że nie my produkujemy te rzeczy? 

Przecież płaci się Im nie złotem, ale zwyczajnym węglem. 

- Właśnie - powiedziała pani Fetguson. 

- Gdyby takie roboty były naszej produkcji, kosztowałyby sto razy więcej, nieprawdaż? 

Albo samochody; teraz kosztują tylko sto dolarów. I to jakie samochody! Mój mąż powiada, że 

jeżdżą po prostu same. Nawet w nocy. 

Pani Ferguson spojrzała w okno. 

- Mój mąż powinien już wrócić - powiedziała. - Nie mam pojęcia, co go zatrzymało. Miał 

wrócić przed ósmą. Och, niech pani popatrzy, pani Pheltie. Znowu Oni. Te okropne latające talerze. 

- Coraz ich więcej - rzekła pani Pheltie. - Prawda? 

Pani Ferguson przyznała, że tak. 

- Kiedyś, kilka lat temu, widziałam latający talerz - rzekła pani Pheltie - ale nikt nie chciał 

background image

w to wierzyć. A teraz nie ma nocy, by nie pokazały się na niebie. Od czasu podpisania umowy. 

- Kiedy je widzę - rzekła pani Ferguson - mam takie dziwne uczucie. 

-   Ja   również   -   podchwyciła   pani   Pheltie.   -   Oni   ciągle   na   nas   patrzą.   Jak   gdyby   nas 

obserwowali. Nie można wyjść na ulicę wieczorem, żeby kilka tych świateł nie zawisło nad tobą. 

Oni są wszędzie. Chyba tylko pod ziemią moim się przed nimi ukryć. Ale po co? 

- Na szczęście nie trzeba - powiedziała pani Ferguson. Chwila milczenia. 

- Jakie to dziwne - powiedziała pani Pheltie. 

- Co takiego? - ocknęła się pani Ferguson. 

- No, Oni, Uranidzi. 

- Niedawno były Ich fotografie. W "Life". Wyglądają po prostu okropnie. 

- Johnny się Nimi bardzo interesuje - z dumą oznajmiła pani Pheltie. - Przyniósł do domu 

książkę "Uranidzi" i musiałam ją całą przeczytać. Ale w ogóle niewiele o Nich wiadomo. 

- Skąd Oni przylecieli? 

- Nie wiem - powiedziała pani Pheltie niepewnie. - Johnny mówi, że z jakiejś gwiazdy. Z 

daleka. 

Pani Ferguson wzdrygnęła się. 

- Te Ich macki. Wyglądają niesamowicie. Nie mogę przyzwyczaić się do myśli, że Oni są 

ludźmi. 

- Ba - powiedziała pani Pheltie. - Są znacznie mądrzejsi od ludzi. 

- No, tak. Oczywiście. 

-   Ich   maszyny   są   niezwykłe   -   przyznała   pani   Pheltie.   Johnny   zaglądał   do   silnika 

samochodu, zresztą wbrew instrukcji, i mówi, że tam są zupełnie inne urządzenia. Niczego nie 

mógł zrozumieć. Gdy dotknął jednej rurki, oparzył sobie palec. 

Pani Ferguson ożywiła się. 

- Albo Pomocnicy - rzekła. - Te Ich najnowsze automaty, po piętnaście dolarów. Umieją 

prawie wszystko i są bardzo inteligentne. Nigdy nie miałam tak pojętnej służącej. Ale ich wygląd ! 

Jak ogromne kraby. Myślę, że mogliby wyprodukować model podobniejszy do człowieka. 

- Ale kupiła pani ? 

- Tak. To przecież naprawdę niedrogie. 

- Ja również. 

Po chwili milczenia odezwała się pani Pheltie: 

- Niedawno zamknięto fabrykę  w Monthrole. Mój kuzyn  Slick pracował w tej fabryce. 

Dostaje teraz od rządu dwieście pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. To całkiem ładna sumka, ale 

gdyby był zwykłym robotnikiem, miałby tylko sto pięćdziesiąt dolarów. 

background image

- To także wystarczy. 

- No, owszem. 

- Trudno - rzekła pani Ferguson. - Muszą zamykać  fabryki. Kto będzie kupował nasze 

wyroby? Nawet Ameryka Łacińska nie zechce, odkąd już tam jest misja Uranidów. 

-   Mąż   mówi,   że   tylko   przemysł   zbrojeniowy   pracuje   normalnie.   -   Och   -rzekła   pani 

Ferguson. - Jak zwykle. 

- Ale Uranidzi nie chcą nam sprzedawać broni. Ja myślę, że to dobrze, ale mój kuzyn 

George upiera się, że Ziemia przez to nie jest Ich równym partnerem. Uważa, że to niesprawiedliwe 

z Ich strony. 

- On jest pułkownikiem, prawda? 

- Tak. 

Znowu zapadło milczenie. Pani Ferguson wydawała się całkowicie zaabsorbowana robotą 

na drutach. Na korytarzu rozległ się odgłos stąpania. 

- Kto to ? 

- Och, nikt - powiedziała  pani Ferguson. - Pomocnik.  Czasami  włóczy się po różnych 

miejscach, kiedy nie ma nic do roboty. Wydaje się, że jest ciekawy. Zupełnie jak żywy. 

- To niesamowite - rzekła pani Pheltie. - U mnie jest zupełnie tak samo. Automatyczne 

lodówki   włóczą   się   po   domu.   Pomocnik   manipuluje   radiem.   Samochód   sam   jeździ   dokoła 

podwórza. Nigdy nie można przewidzieć, co im przyjdzie na myśl.  Gdyby nie to, że są takie 

pożyteczne... 

- Właśnie. 

Stąpanie oddaliło się w stronę drzwi. Szczęknął zamek i drzwi się zatrzasnęły. 

- Johnny mówił - odezwała się pani Pheltie - że Uranidzi mieli współpracować z naszymi 

uczonymi. Ale uczeni nie potrafili Ich zrozumieć. Podobno trzeba uczyć się przez tysiąc lat, żeby 

dać sobie radę z Ich nauką. 

-Po co? 

- Właśnie. Przecież i tak dostajemy, czego nam trzeba. Ale uczeni są już tacy, rozumie pani. 

- Mniejsza o to - powiedziała pani Ferguson. Pani Pheltie stłumiła ziewnięcie. 

- Telewizja jest coraz gorsza. 

- O tak. Okropny program. Same rakiety i meteory, aż strach patrzeć. A do tego te okropne 

zakłócenia. 

- To niezupełnie zakłócenia - wtrąciła pani Pheltie. Johnny twierdzi, że to robią Uranidzi. 

Może jest to po prostu Ich telewizja. 

- Wczoraj to samo było z radiem. Przez trzy godziny nie można było słuchać. 

background image

Pani Pheltie niespokojnie poruszyła się na krześle. 

- George... 

- Cóż George? 

Pani Pheltie zdecydowała się: 

- Był wczoraj wściekły. Mówił, że Uranidzi dezor... że dezorganizują system obronny kraju 

przez te zakłócenia. Baza w Compton nie mogła pracować przez trzy godziny. George powiedział, 

że gdyby ktoś wtedy zaatakował, to by był koniec. 

- Okropne - powiedziała pani Ferguson. - Znów latające talerze. Ileż ich jest? Nigdy nie 

widziałam tylu naraz. 

- Dziwne. 

- Na pewno - dość niecierpliwie powiedziała pani Ferguson. - Nie to miałam na myśli - 

godnie rzekła pani Pheltie. Przez cały czas nie widziałam żadnego samochodu na autostradzie. 

Dopiero teraz przyszło mi to do głowy. Zwykle jest ich mnóstwo, szczególnie wieczorem. Teraz 

przez całą godzinę nie przejechał tędy żaden. 

- Może... - zaczęła pani Ferguson. 

- Co? 

-   Nie   wiem.   Mąż   powinien   już   dawno   wrócić.   Nie   chciałam,   żeby   wyjeżdżał,   ale 

powiedział, że ma bardzo pilny interes. Mieszkamy tak daleko od miasta... 

Pani Pheltie wstała i odeszła od okna. 

- Nie - powiedziała. - To nie ma sensu. Nie ma. Na pewno. - Och - powiedziała pani Pheltie 

nerwowo. - Johnny opowiadał mi wczoraj takie dziwne rzeczy. 

- O Uranidach ? 

- Tak. I o ludziach, w ogóle. Ale to naprawdę makabryczne. 

- Cóż to szkodzi ? Przecież to nieprawda. 

-   Dobrze   -   rzekła   pani   Pheltie.   -   Więc   Johnny   powiedział,   że   wie,   dlaczego   Uranidzi 

sprzedają nam za bezcen swoje maszyny.  Chcą, aby każdy człowiek miał na własność chociaż 

jedną. Ale każdy człowiek, bez wyjątku. 

- No? - rzuciła pani Ferguson niecierpliwie. 

- Oni chcą zdobyć Ziemię - powiedziała pani Pheltie. Oczywiście, to nieprawda. Ale Johnny 

mówił, źe chcą to zrobić nie stosując żadnych bomb ani gazów. Bomby zniszczyłyby wszystko, 

promienie i gazy zatrułyby atmosferę. Uranidzi nie mogliby osiedlić się na takiej planecie. 

- Ciekawe - potwierdziła pani Ferguson. 

- Naturalnie, że to bzdura - spróbowała się uśmiechnąć pani Pheltie. 

- Więc mówił Johnny, że Oni nie mogą zrobić otwartej wojny, chociaż zwyciężyliby na 

background image

pewno. Więc stosują podstęp. Coś w rodzaju konia trojańskiego. 

Pani Ferguson skinęła głową. 

- Zatem - ciągnęła pani Pheltie - Oni sprzedają nam swoje urządzenia, których działania 

ludzie nie rozumieją. Jak na przykład samochody. Albo automaty kuchenne. Johnny wymyślił, że 

każda z tych maszyn na jakiś sygnał z Ich latających talerzy może, no,. może zabić człowieka, 

który ją posiada. W ten sposób, jeżeli to się stanie jednocześnie... 

- Bzdura - powiedziała pani Ferguson ostro. 

Pani Pheltie roześmiała się. 

-   Oczywiście,   że   bzdura.   Powiedziałam   Johnny'emu,   żeby   napisał   o   tym   opowiadanie 

fantastyczne. Zarobi kilkadziesiąt dolarów. 

Za oknem rozległy się kroki, ostrożne stąpanie sztywnych  nóg. Tuż pod oknem szelest 

zamarł. 

- Te latające talerze - powiedziała pani Ferguson. - Nigdy dotąd nie latały tak nisko...