background image

CHARLOTTE LAMB 

CICHA PRZYSTAŃ 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Po policzku Emmy wolno spłynęła łza. Otarła ją gniewnym ruchem i zacisnęła dłonie na 

kierownicy, z całych sił starając się skoncentrować na prowadzeniu. Miała do przebycia 

jeszcze około czterdziestu kilometrów i instynkt samozachowawczy ostrzegał ją, że źle 

skończy rozmyślając ciągle o Fanny i Guyu. Należało całą uwagę skierować na szosę. 

Niebo przybrało już  głęboki, wspaniały odcień  fioletu, kolor dojrzałej  śliwki.  Zapadający 

zmierzch potęgował zwodnicze cienie i łatwo było popełnić błąd. Nie cierpiała jazdy po 

nocy,  pragnęła dotrzeć  do miejsca przeznaczenia, zanim mrok ostatecznie pochłonie 

pagórkowaty krajobraz Dorset. 

Czemu jedziesz akurat do Dorchester? -  zapytała Fanny bez specjalnego 

zainteresowania, widząc ją dziś rano przy pakowaniu. 

Dostałam zamówienie na ilustracje do nowego amerykańskiego wydania książek 

Thomasa Hardy'ego - oznajmiła Emma, co nie mijało się z prawdą. 

Z prawdą  rozumianą  dosłownie, ale nie wyrażającą  stanu ducha, pomyślała, na ślepo 

wciskając do torby czyste chustki do nosa. 

Fanny rzuciła jej zaniepokojone spojrzenie. Przez dwa lata wspólnie wynajmowały 

mieszkanie. Znały się  tak dobrze, jak tylko mogą  się  znać  dwie zaprzyjaźnione 

dziewczyny  -  obie nie znosiły keczupu, kochały koty, nienawidziły opery i uwielbiały 

słodycze z lukrecją. Różnice swoich charakterów przyjmowały z pogodą ducha. Fanny 

lubiła sport, ale w telewizji, oglądała go siedząc  wygodnie w domowym zaciszu z 

zapasem krówek pod ręką. Emma wolała czynne uczestnictwo i z dzikim zapałem oraz 

niespożytą energią grała w tenisa, badmintona, squasha. Emma otwierała okna, Fanny 

je zamykała. Odkąd musiały dzielić to małe mieszkanko, nauczyły się sztuki kompromisu. 

Fanny często powtarzała, że to świetnie przygotowuje do małżeńskiego pożycia. 

Jednego  żadna z nich nie przewidziała  -  że mogłyby  zakochać  się  w tym samym 

mężczyźnie. 

To Emma pierwsza go poznała, pewnego gorącego czerwcowego popołudnia na korcie 

tenisowym. Emma grała w deblu, bijąc na głowę swych przeciwników 

- Guya i jego rozlazłego partnera. Po meczu, przy  herbacie i bułeczkach, odkryli, jak 

wiele mają  ze sobą  wspólnego. Guy był  wysokim, energicznym blondynem. 

Emmie spodobał się ciepły uśmiech kryjący się w jego błękitnych oczach i mała narośl na 

nosie - pozostałość po gwałtownym kontakcie nosa z piłką futbolową. 

- Wszystkie  gwiazdy  stanęły  mi  przed  oczami -opowiadał ze śmiechem. Rozczulił ją 

tym i przywiódł  na myśl obraz małego urwisa, którym się  absurdalnie 

wzruszyła. 

Tak się  złożyło,  że Fanny była akurat w miesięcznej  podróży służbowej po Ameryce z 

szefem wydawnictwa, w którym pracowała. Spotkała Guya dopiero po trzech tygodniach 

jego znajomości z Emmą, a wtedy Emma była już zakochana po uszy, pełna wiary, a 

raczej nadziei, że i ona nie jest mu obojętna. 

Siedzieli właśnie w domu, grając z dziecięcym itozbawieniem w karty, kiedy wkroczyła 

Fanny. Strasznie lało, wiatr walił  strugami deszczu w okna. Fanny wtoczyła się  do 

mieszkania, otrząsając z siebie wodę jak mały ruchliwy piesek. 

-  O mój Boże, cóż za wspaniałe powitanie! Pada 
 specjalnie dla mnie... Angielski deszcz! Jak cudownie pachnie po miesiącu 
kalifornijskiej spiekoty! 

Fanny była drobna i delikatna. Masa złotych loków  otaczała promienną  twarz o 

brzoskwiniowej cerze, przyciemnionej słońcem z drugiego końca świata. Błękitne oczy 

background image

dziewczyny roziskrzyły się w powitalnym uśmiechu. - 

Ach, Em, tak się  cieszę,  że 

już  jestem w domu! -  Lekko zaciekawiona spojrzała  na Guya, ale po 

chwili jej twarz przybrała dziwny wyraz. Guy spąsowiał  i gapił  się  na nią  bez 

skrępowania. - 

Musisz być  Fanny...  -  wydukał  głosem kogoś, 

kto ujrzał właśnie Afrodytę wyłaniającą się z morskiej piany. 

Emma poczuła zimno wokół  serca. Wodziła  wzrokiem od jednego do drugiego, 

najpierw z niedowierzaniem, a potem z rosnącą rozpaczą. Nigdy jeszcze nie była 

ś

wiadkiem czegoś  podobnego, ale to, co się  działo, nie pozostawiało  żadnych 

wątpliwości, Guy był  zbyt bezpośredni i otwarty, by skrywać  swoje uczucia, a 

Fanny cała pojaśniała, jej oczy mówiły wszystko. 

Następny tydzień  jeszcze pogorszył  sytuację. Guy ciągle przesiadywał  w ich 

mieszkaniu, ale teraz Fanny była tego powodem. 

Oczywiście Fanny z niepokojem wybadała, jak bardzo Emmie zależy na tej 

znajomości. Była zbyt uczciwa i dobroduszna, by bezlitośnie odbić  komuś 

chłopaka. Do tej pory każdej podobał  się  zupełnie inny typ mężczyzn. Chociaż 

Emma pierwsza poznała Guya, Fanny uwierzyła jego zapewnieniom, że była to 

tylko serdeczna przyjaźń, nic więcej. Na wszelki wypadek upewniła się również co 

do uczuć przyjaciółki. 

Kazałabyś mi trzymać się od niego z daleka, gdyby ci na nim zależało, prawda? - 

zapytała. 

Możesz nie mieć co do tego żadnych wątpliwości! 
-  Emmie jakimś 

cudem udało się 

przywołać 

na twarz 

uśmiech. 

Nie zaangażowałaś się poważnie? - nalegała Fanny. 

Nie musisz się krępować. - Emma wzruszyła ramionami. Z trudem wymówiła te słowa, 

ale mimo doznanego bólu była zbyt szczera, by nie przyznać, że jej dwoje najdroższych 

przyjaciół nie mogło nic poradzić na to, co się stało. Sama widziała, że była to miłość od 

pierwszego wejrzenia. 

Jeszcze  nigdy  nie  czułam  się  tak jak   teraz - 

wyznała jej Fanny, zupełnie 

niepotrzebnie, bo było 

to jasne jak słońce. - Jakbym miała głowę pełną gwiazd! Em, gdybym mogła wyrazić to 

słowami. 

Wyobraź sobie - zachichotała - że on też nie cierpi keczupu! Czy to nie jest zrządzenie 

opatrzności? 

Jej 

błękitne oczy rzuciły Emmie porozumiewawcze spojrzenie w oczekiwaniu reakcji na ich 

stary, sekretny 

ż

art. Kiedyś był to sprawdzian dla ich adoratorów.Lubisz keczup? Jeśli tak... żegnaj na 

zawsze! 

Emma roześmiała się z przymusem i właśnie wtedy poczuła, że musi wyjechać. Nie da 

rady obserwować z udawaną sympatią tego płomiennego romansu. Zabrakło jej odwagi, 

by  próbować  przez to przejść. Ona przecież  także zaczęła już  odkrywać  w Guyu jego 

małe, rozkoszne słabostki. Wiedziała już,  że nie lubi keczupu i kocha koty. Była 

zachwycona usłyszawszy, że sprawia mu przyjemność czytanie kryminałów w wannie, 

natomiast odrazą napawają go znajdowane rano w tejże wannie pająki. 

Czy zdołałaby spokojnie słuchać  opowieści Fanny o takich rzeczach? Nie była to ich 

wina i nie miała do nich pretensji. Nic nie mogło ich powstrzymać od zakochania się. 

Była wściekła na ślepy los - ten los, który bezlitośnie wpędził ją w pułapkę
 Łatwo się zakochać i odkochać łatwo, wmawiała w siebie zawzięcie, przywołując na 
pamięć różne ludowe mądrości. Co z oczu, to z serca... lub: Nie ma tego złego... 

Zapomni o Guyu, gdy tylko znajdzie się daleko od niego. Właściwie to zostanie jej 

niewiele wspomnień, Guy powiedział  Fanny szczerą  prawdę, byli tylko dobrymi 

przyjaciółmi. Pokochała jego czułą przyjaźń, mylnie biorąc ją za rosnące uczucie. 

background image

Opiekuńczy uścisk za wyznanie miłości. Jakże  łatwo  sami siebie oszukujemy, 

kiedy gorąco chcemy w coś uwierzyć. 

No i wymyśliła tę podróż. Zamówienie na ilustracje było prawdziwe, ale wcale nie 

wymagało wycieczki krajoznawczej do Dorset. Z łatwością  znalazłaby  potrzebny 

materiał  historyczny w londyńskich  muzeach  -  mogła zrobić  tak jak zwykle, 

przerysować stroje, meble i elementy architektury ze starych czasopism i książek. 

Uznała jednak, że skoro nie planuje na ten rok wakacji, spędzenie kilku tygodni na 

prowincji będzie usprawiedliwione, a przy okazji zrobi parę szkiców z natury. Może 

kiedyś się przydadzą. 

Miała szczęście, że zawód, który wybrała, pozwalał jej na taką swobodę. Swoboda 

w pracy i swoboda wyobraźni - tak mówiła ze sztucznym ożywieniem do Fanny. A 

przecież  została ilustratorką  książek  przez czysty przypadek -  miała szczery 

zamiar pracować w agencji reklamowej swego wuja, ale zamówienie na ilustracje, 

które dostała, będąc jeszcze na studiach, zmieniło całkowicie jej plany życiowe. 

Zwolniła przed zakrętem,  żeby odczytać  drogowskaz i skręciła w lewo. Jeszcze 

tylko pół godziny i wyląduje w hotelu. Poczuła głód. Dobry znak, zakpiła z siebie, 

zakochani nigdy nie są głodni. Po jednej stronie drogi ciągnęły się wysokie nasypy, 

rysujące się ostro na tle 
szarzejącego nieba. Z północy nadciągnęły  chmury. Zastanawiała się, czy aby nie 

zwiastują deszczu. 

Nagle ujrzała psa, który wybiegł z otwartej bramy prosto pod jej samochód. Gwałtownie 

zahamowała, starając się zapanować nad kierownicą, jednak jej refleks okazał się zbyt 

wolny i samochód zjechał  na drugą  stronę  jezdni. Szarpnęła kierownicą,  żeby go 

wyprostować, gdy poczuła gwałtowne uderzenie i usłyszała straszny huk. 

Uderzyła głową  w przednią  szybę, nadziewając się  na kierownicę  i tracąc dech w 

piersiach. Przez parę  sekund nie mogła pojąć, co się  stało. Potem otrząsnęła  się  z 

oszołomienia i wyskoczyła z auta, żeby sprawdzić, co się dzieje z tyłu. 

Jakiś  inny samochód wjechał  od tyłu w jej bagażnik.  Ze zgrozą  stwierdziła,  że jest 

znacznie bardziej zniszczony. 

Miał rozbite szyby. Młoda kobieta leżała z głową na kierownicy i z zakrwawioną twarzą. 

Na tylnym siedzeniu samochodu trójka dzieci wołała z płaczem: „ Mamusiu! Mamusiu!" 

Na miejscu obok kierowcy siedziała starsza kobieta, przechylona dziwnie na bok; z jej 

czoła sączyła się krew. 

Szczęśliwie w tym momencie nadjechał motocyklista, który na widok wypadku rzucił tylko: 

-  Zatelefonuję 

po karetkę. Poradzi sobie pani do 

jej przyjazdu? 

Kiwnęła głową bez słowa, cała się trzęsąc. Kobieta za kierownicą rozbitego samochodu 

poruszyła się. Emma otworzyła drzwi i nachyliła się nad nią, delikatnie odgarniając włosy 

z twarzy. Powieki uniosły się i niebieskie oczy spojrzały nieprzytomnie. 

-  Proszę 

się 

nie denerwować 

szepnęła błagalnie 

Emma. - Dzieciom nic się nie stało. 

Pobladłe wargi usiłowały wymówić słowo „ dzieci". 
 Na twarzy kobiety pojawił się przestrach. Starała się odwrócić głowę do tyłu. 

Dzieci... 

Są w absolutnym porządku - zapewniła ją Emma. - Naprawdę. - Przyjrzała się im. 

Dwójka to były jeszcze zupełne maluchy, ale najstarsza dziewczynka, mogąca 

mieć z siedem lat, wyglądała na bardzo rezolutną. 

Odezwij się do mamy - szepnęła do niej Emma. 

Nic nam się nie stało, mamusiu - oznajmiło dzielnie dziecko, odgarniając nerwowo 

małą rączką ciemne włosy. 

Chwała Bogu -  wyszeptała z ulgą  matka. Potem spojrzała w bok i jęknęła z 

przerażenia. - Niania... o mój Boże, chyba nic...? 

Oczywiście, że nic - pośpieszyła Emma z odpowiedzią. - Zaraz ją obejrzę dokładnie, 

background image

ale myślę,  że nie powinnyśmy jej ruszać, karetka zaraz przyjedzie.  -  Pobiegła na 

drugą stronę i pochyliła się nad starszą panią, próbując ją obejrzeć, na ile było to 

możliwe w tak słabym świetle. 

Była bardzo pokrwawiona, ale rana wydawała się powierzchowna. 

Niewielkie rany często silnie krwawią - pocieszała drugą kobietę. 

Puls jest wyraźny, więc nie może być ciężko ranna - dodała po chwili. 

Bogu dzięki! -  Kobieta za kierownicą  przymknęła powieki, spod których wypłynęły 

ł

zy. - Co za koszmarny wypadek... co za cholerny pech, że ten samochód tak nagle 

zahamował. Nie mogłam nic zrobić... widziałam, jak zatańczył na drodze i czułam, 

ż

e żadnym cudem nie uniknę zderzenia. 

Emma zagryzła wargi. Wróciła pośpiesznie i ujęła ją za rękę. 
Tak ogromnie mi przykro, naprawdę, ale to ten pies... Nie miałam czasu się zastanowić. 

To wszystko moja wina. 

To była pani? - Kobieta wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami. 

Tak - wyznała Emma ze skruchą. 

Jaki pies? 

Wybiegł nagle na drogę, prosto pod mój samochód... Zobaczyłam go w ostatniej chwili i 

instynktownie nacisnęłam na hamulec. Widzę,  że to był  błąd.  To nagle hamowanie 

spowodowało znacznie więcej nieszczęścia, ale wszystko zdarzyło się tak nagle, nie było 

czasu do namysłu. To był impuls. Strasznie tego żałuję. 

Ranna uśmiechnęła się słabo, ale ze zrozumieniem. 

Jestem pewna, że postąpiłabym tak samo. - Spróbowała usiąść i skrzywiła się z bólu. 

Och! - Chwyciła się za pierś i spojrzała na Emmę przerażona. - Moje żebra... 

W tym momencie nadjechała karetka, oświetlając dokładnie miejsce wypadku. 

Sanitariusze natychmiast zajęli się rannymi, grzecznie, ale stanowczo odsuwając Emmę 

na bok. 

W chwilę  później była już  i policja. Policjanci spisali wyjaśnienia Emmy, uprzejmie, 

chociaż  niezbyt  wyrozumiale wysłuchując jej opowieści o psie. Obejrzeli samochód i 

stwierdzili, że nadaje się do dalszej jazdy. Na pytanie, czy może jechać za karetką do 

szpitala, po chwili zastanowienia odpowiedzieli twierdząco. 

Dzieciom również  pozwolono towarzyszyć  matce do szpitala. Emma znalazła je w 

dyżurce pielęgniarek. Siedziały nad kubkami z gorącym  kakao i skubały  biszkopty. 

Najstarsza dziewczynka przywitała ją  wręcz  jak starą  znajomą. W tym nieprzyjaznym 

otoczeniu Emma stanowiła dla nich, w jakiś absurdalny sposób, jedyną więź z matką. 
 Co z ich mamą? - zapytała pielęgniarkę dyskretnie, aby dzieci nie słyszały. 

Nie jest tak źle - usłyszała w odpowiedzi. - Ma złamane dwa żebra i lekki wstrząs 

mózgu. Miała szczęście. Jej pasażerka jest w gorszym stanie - trzy złamane żebra i 

paskudna rana na głowie. Ale obie powinny szybko z tego wyjść. Żadna z nich nie 

ma trwałych obrażeń. 

Czy mogłabym się z nią zobaczyć? - poprosiła Emma, wyjaśniwszy uprzednio, jaką 

rolę odegrała w tym wszystkim. 

Siostra spojrzała na nią pełnym wątpliwości wzrokiem. 

Cóż, nie wydaje mi się... 

Błagam, chciałabym pomóc, zrobię wszystko, aby zapewnić jej spokój ducha. 

No dobrze, ale tylko na chwilę. - Siostra kiwnęła głową przyzwalająco. Zaprowadziła 

Emmę  do niewielkiej separatki, zostając w drzwiach, gdy ta podeszła  do  łóżka. 

Niebieskie oczy pod bandażem okrywającym  czoło rozpoznały ją  natychmiast i 

młoda kobieta uśmiechnęła się lekko. 

Witam znowu! 

Nie ma pani nic przeciwko moim odwiedzinom? Tak bardzo chciałabym pomóc w 

czymkolwiek. Na przykład dzieci... może mogłabym się  nimi zająć? Proszę  się 

zgodzić... Czuję  się  tak okropnie winna. -  Emma uśmiechnęła się  do niej z 

błaganiem w oczach. 

background image

Nie ma w tym żadnej pani winy - odpowiedziała słabym głosem leżąca. - Dziękuję 

za ofiarowaną pomoc, panno...? 

Emma Leigh, i proszę mnie nazywać Emmą! 

-  Ładne imię... Emma. Ja jestem Judith Hart. 

Pielęgniarka,  upewniwszy  się,  że  wszystko jest 
w porządku, wysunęła się z pokoju. Judith Hart gestem ręki wskazała Emmie krzesło. 

Proszę usiąść. 

Dziękuję. Czy zawiadomiono już pani męża? 

-  zapytała Emma. 

Nie można go zawiadomić - odparła z przygnębieniem Judith. - Jest w Turcji. 

W Turcji? - Brązowe oczy Emmy otworzyły się szeroko. 

Jesteśmy archeologami, Tim i ja - wyjaśniła pani Hart. - Odkąd pojawiły się dzieci, Tim 

starał się zawsze znaleźć pracę w kraju, abyśmy mogli mieć dzieci przy sobie. Ale teraz 

podrosły na tyle, że postanowiliśmy przez lato popracować w Turcji tylko we dwoje. Mój 

brat ma tu w Dorset, na wsi, duży dom i nasza niania zgodziła się zamieszkać u niego z 

dziećmi na czas naszej nieobecności. Ross, mój brat, ma znakomitą gospodynię, więc 

zamieszkanie tam nie wywołałoby żadnych niestosownych plotek. 

-  Judith uśmiechnęła się. 

Niania jest Francuzką 

i bardzo dba o swoją opinię! 

I co teraz będzie?  -  spytała Emma. -  Czy gospodyni twego brata zaopiekuje się 

dziećmi? 

Mam poważne wątpliwości.  -  Judith westchnęła  z wyraźną  troską.  -  Nie przepada za 

dziećmi. Zgodziła się na cały ten układ tylko dlatego, że niania miała się nimi zająć. Nie 

mam pojęcia, co teraz zrobić. 

-  Przygryzła wargę, a jej oczy napełniły się 

ł

zami 

bezradności. Otarła je gniewnie. 

Przepraszam. Nie przejmuj się mną. To na skutek szoku. 

Pozwól mi zająć się nimi - wypaliła Emma nieoczekiwanie. 

Judith patrzyła na nią zupełnie zaskoczona. Emma roześmiała się widząc jej minę. 
 Mówię całkiem poważnie. Nie wiąże mnie żadna stała praca. Jestem plastyczką, 
przyjechałam tutaj, żeby zrobić projekty ilustracji do książki. Opieka nad dziećmi w 
niczym mi nie przeszkodzi. Mogę się o nie zatroszczyć, kiedy będziesz w szpitalu. 
Pielęgniarka powiedziała, że to nie potrwa długo, nie masz poważnych obrażeń. 
Zamierzam zostać w Dorset przez kilka tygodni, ale nie mam ustalonego programu ani 
porezerwowanych hoteli, zamieszkanie z twoimi dziećmi w niczym nie zakłóci mi 
pobytu. 

Ale czy masz jakiekolwiek pojęcie, jak obchodzić się z dziećmi? - chciała wiedzieć 

Judith. - Niestety, moje nie należą do aniołków. Gdy są w złym humorze, to mogą 

nieźle zaleźć  za skórę. Czy naprawdę  chcesz wziąć  na siebie taką 

odpowiedzialność? 

To uspokoi moje sumienie - szczerze wyznała Emma. - Prześladuje mnie poczucie 

winy za ten wypadek. Nie mogłabym znaleźć sobie miejsca. 

No, ale jest jeszcze mój brat. - Wyglądało na to, że Judith pragnie postawić sprawę 

jasno. Spojrzała znacząco na Emmę. - Nie owijając w bawełnę powiem, że należy do 

najgorszego gatunku męskich szowinistów. Nie ożenił się i nigdy nie ożeni, jak sądzę, 

ponieważ stawia kobietom tak ogromne wymagania, że zwykła śmiertelniczka nie 

ma żadnych szans. - Skrzywiła się. 

-  Nie ukrywam, że nie możemy się 

ze sobą 

dogadać. 

background image

Nie 

umie pojąć, dlaczego nie mogę 

porzucić 

archeo 

logii. Uważa, 

ż

e moje miejsce jest przy dzieciach. 

Zgodził 

się 

je przyjąć 

tylko dlatego, że Tim go 

przekonał. 

-  Nic się nie martw, poradzę sobie z twoim bratem 

-  rzekła Emma z determinacją 

i wyprostowała się 

dumnie. 

Na twarzy Judith odbijała się walka nadziei z wątpliwościami. 
To byłoby cudownie... ale doprawdy, nie wiem... 

Czy wchodzi w grę jeszcze ktoś, kto mógłby zaopiekować się dziećmi? Twoja matka? 

Nie  żyje. Nie mam też  ciotek ani żadnych krewnych, których mogłabym wziąć  pod 

uwagę. Tim ma dwie bardzo wiekowe ciotki w Lincolnshire, ale nie ma mowy, żeby 

poradziły sobie z trójką  żywych jak srebro dzieciaków.  -  Westchnęła i spojrzała z 

wdzięcznością na Emmę. - Prawdę mówiąc, przez cały czas leżałam tutaj i zamartwiałam 

się, co zrobić z dziećmi. Myślałam i myślałam, ale nie znalazłam żadnego wyjścia. 

A więc postanowione - zadecydowała Emma. - Zawiozę dzieci do ich wuja i uzgodnię z 

nim warunki. Z przyjemnością zostanę z nimi, wierz mi. 

Judith przyjrzała się  jej. Zobaczyła błyszczące, patrzące ciepło brązowe oczy, lśniące 

kasztanowate włosy i delikatne rysy owalnej twarzy o kremowej cerze. Podobała się jej 

ta twarz, wzbudzała zaufanie. Miała pewność,  że oddaje dzieci w dobre ręce. Cała 

postać Emmy promieniowała spokojem i zapewniała poczucie bezpieczeństwa. 

Weszła wyraźnie zatroskana pielęgniarka. 

Ciągle nikt nie odbiera telefonu w domu pani brata, pani Hart. Czy mam telefonować 

pod jakiś inny numer? 

Pewnie wezwano go do pacjenta - zasępiła się Judith. 

Pacjenta? - powtórzyła pielęgniarka. - Jest lekarzem? 

Weterynarzem - wyjaśniła Judith. 

Rozumiem, to tłumaczy wszystko. Będę dalej próbować. 

Ja przejmuję  opiekę  nad dziećmi  -  oświadczyła Emma. Razem z Judith wytłumaczyły 

sytuację i za- 
 komunikowały podjętą wspólnie decyzję, która u pielęgniarki wywołała aprobujący 
uśmiech. Judith wyglądała znacznie lepiej, odprężona i pełna dobrej myśli. Siostra była 
bardzo zadowolona z tej zmiany. 

Emma poszła po dzieci. Chciała, by mogły zobaczyć się z matką przed wyjazdem. 

Powinna je uspokoić pewność, że jest otoczona dobrą opieką, oraz że aprobuje ich 

tymczasową opiekunkę. 

Najstarsza dziewczynka poderwała się na widok Emmy. 

Co z mamą? - zapytała żywo. 

Właśnie po was przyszłam, możecie wejść  do niej na chwilę  -  uśmiechnęła się 

Emma, biorąc ją za rękę. 

-  Nazywam się Emma. A ty? 

-  Tracy 

odpowiedziała apatycznie. Rozejrzała się 

i spostrzegła braciszka, który usiłował 

posłuchać 

włas 

nego serca za pomocą 

stetoskopu znalezionego w pude 

ł

ku na biurku. - Robin, przestań! Połóż to z powrotem! 

Robin był malutki, okrąglutki i różowiutki. Miał błyszczące, ciemne oczka i figlarny 

uśmiech. Według Emmy mógł  mieć  około czterech lat, ale był  jak na swój wiek 

dobrze zbudowany i silny. Ubrany był w czerwony sweterek i czyściutkie dżinsy. 

Najmniejsza dziewczynka spała oparta o ścianę, z kciukiem w ustach. Emma z 

czułością patrzyła na delikatną różową buzię ze złotą opalenizną i długie, podwinięte 

rzęsy opadające na policzki. 

background image

A jak się nazywa śpiąca królewna? - zwróciła się do Tracy. 

Donna. Ma tylko trzy lata i bardzo dużo śpi. 

-  W głosie Tracy słychać 

było wyraźne lekceważenie. 

Emma z trudem powstrzymała się 

od 

ś

miechu. Schyliła 

się 

i delikatnie wzięła 

ś

piącą 

dziewczynkę 

w ramiona. 

Mała główka opadła ciężko na ramię 

Emmy. Ogarnęło 

ją wzruszenie. To cudowne uczucie przytulić do siebie 
ciepłe, małe ciałko, czuć ciężar sennej główki tulącej się z zaufaniem. 

-  Możemy już iść do mamy? - zapytała Tracy. 

-  A co się 

z nami stanie potem? - 

odezwała się 

tonem 

dorosłej osoby. Zwróciła na Emmę 

inteligentne, badaw 

cze spojrzenie. - Czy wujek Ross przyjedzie nas zabrać? 

-  Ja  was do  niego  zawiozę - obiecała  Emma. 

-  Zaraz po zobaczeniu się z mamą. 
W pół godziny później zatrzymała się na odludnym skrzyżowaniu i wpatrywała z nadzieją 

w ciemny krajobraz. Judith naszkicowała jej mapkę  drogi. To było z całą  pewnością 

skrzyżowanie narysowane na mapce, a w takim razie należało skręcić w lewo. Ale skoro 

tak, to gdzie znajdowała się  zaznaczona wioska? Nigdzie nie dostrzegła domów ani 

ś

wiateł. Czyżby w którymś momencie pomyliła drogę? 

Powoli jechała przed siebie. Zauważenie czegokolwiek w tych ciemnościach było 

niemożliwe. Nagle zza szeregu drzew wyłoniły się światła domu. Westchnęła z ulgą. A 

jednak! 

Liczyła domy. Jeden, dwa, trzy... przerwa. Tak, jak mówiła Judith. Trzy domki blisko 

siebie, a potem zagajnik. Dwa pola leżą między zagajnikiem a następną grupką domów. 

Potem zauważyła mały, bielony zajazd zaznaczony na mapce. Skręciła zaraz za nim i 

pojechała bardzo wąską, piaszczystą  drogą. Zaparkowała  na trawniku przed ostatnim 

domem we wsi. 

Serce jej zamarło, kiedy stwierdziła,  że w domu nie ma śladu  świateł. Trójka dzieci 

spała, zwinięta jak szczeniątka, pod kraciastym pledem na tylnym siedzeniu. 

Emma zostawiła je tam i poszła zbadać sytuację. Znalazła białą bramę, otworzyła ją i 

ruszyła krętą 
 dróżką przez ogród. Zapach róż, lewkonii, lawendy i innych niemożliwych do 
zidentyfikowania kwiatów uderzył w jej nozdrza. Po omacku dotarła do frontowych drzwi 
i zapukała głośno raz i drugi. Z głębi domu nie doleciał żaden dźwięk. Podniosła klapkę, 
przykrywającą szparę na listy w drzwiach i nasłuchiwała. Z holu dobiegło ją głośne 
tykanie. Nic ponadto. Westchnęła. Czyżby nie było tu żywej duszy? Jakiś nieoczekiwany 
dźwięk sprawił, że podskoczyła gwałtownie. Odwróciła się, serce waliło jej jak młotem. 
Tracy zmaterializowała się w ciemności i uśmiechając się wsunęła ciepłą rączkę w zimną 
dłoń Emmy. 

Obudziłam się. Jesteśmy na miejscu. Czy wujek Ross jest w domu? 

Najwidoczniej nie - odpowiedziała Emma starając się, żeby zabrzmiało to wesoło. - 

Chyba będziemy musieli zbić szybę, żeby się dostać do środka. 

Nie ma klucza pod doniczką? - spytała Tracy. Emma spojrzała na nią. 

Co takiego? 

Wujek Ross zawsze go tam zostawia - wyjaśniła spokojnie dziewczynka. - Kiedy on 

i pani Climp wychodzą. 

background image

Pani Climp? - Dopiero po chwili Emma skojarzyła nazwisko z gospodynią. - A wiesz, 

pod którą doniczką? 

Jasne  -  odparła Tracy z pogardą.  -  Przecież  już  tu byłam. Zeszłego lata. Cały 

tydzień, zupełnie sama. Było świetnie. 

Poprowadziła Emmę  wokół  domu, a potem schyliła się, grzebiąc pod trzecią 

doniczką  w małym rządku przed kuchennymi drzwiami. Podniosła się  dumnie z 

kluczem w dłoni. 

Emma odetchnęła z ulgą. 

-  Sprytna dziewczynka! - Ucałowała ją gorąco. 

Tracy odsunęła się z zakłopotaniem. 
-  To od kuchennych drzwi - powiedziała. 

Emma wypróbowała klucz i była uszczęśliwiona, 

kiedy obrócił się w zamku i drzwi stanęły otworem. Tracy wślizgnęła się za nią i zapaliła 

ś

wiatło. Emma zamrugała, na pół  oślepiona  nagłym przejściem z ciemności w światło. 

Kuchnia była nowoczesna, funkcjonalna, dokładnie posprzątana i wypucowana do 

połysku. 

Umieram z głodu - oznajmiła Tracy, przetrząsając dużą białą lodówkę. 

Myślisz, że możemy? - zaniepokoiła się Emma. - Skoro twojego wujka nie ma... 

Chyba nie zechce, żebyśmy poszli spać głodni. Hamburgery... świetnie! I spaghetti! 

O tej porze? - wzdrygnęła się Emma. - Mogłabym ugotować parę jajek. Jestem pewna, 

ż

e Robin i Donna będą je woleli. 

Ż

artujesz?  -  zachichotała Tracy. - Robin uwielbia spaghetti. - Odrzuciła do tyłu ciemne 

włosy. - Odgrzeję hamburgery i otworzę spaghettii, a ty wyciągnij ich z samochodu. 

Emma obserwowała Tracy, zaskoczona zdumiewającą  samodzielnością  u tak jeszcze 

małego dziecka. Przejęta dziewczynka zręcznie układała hamburgery w piekarniku. 

Odwróciła się i zaczęła otwierać puszkę przymocowanym do ściany otwieraczem. Emma 

poszła do samochodu po pozostałą dwójkę. 

Dzieci nadal były pogrążone w głębokim śnie. Owinęła Donnę w koc i wzięła ją na ręce. 

Tymczasem Robin się obudził. 

-  Pójdę sam - oznajmił stanowczo. 

Zastali Tracy zajętą układaniem na stole noży i widelców. Czajnik szumiał na kuchence. 

Tracy zrobiła grzanki w elektrycznym opiekaczu, a Emma na jej polecenie posłusznie 

posmarowała je masłem. Chciało jej się śmiać, ale zacisnęła mocno wargi. 
 Tracy wyglądała tak dorośle, kiedy wydawała jej rozkazy. Nie należało drażnić jej 
poczucia godności. 

Robin i Donna zaraz pomaszerowali na górę do łazienki, po czym wrócili i zajęli miejsca 

przy stole. Emma zrobiła herbatę, znalazła kubki i mleko, a Tracy z komiczną powagą i 

dostojeństwem zaczęła nakładać jedzenie. 

Emma nie zdołała zmusić się do spaghetti, ale, żeby ułagodzić zranione uczucia Tracy, 

zjadła hamburgera i parę  grzanek. Dzieci jadły z apetytem i wydawało się,  że im 

smakuje. Tracy uśmiechnęła się z udawaną skromnością, kiedy Emma ją pochwaliła. 

Lubię gotować. 

Raczej lubisz jeść - powiedział Robin z pełną buzią. 

Tracy kopnęła go pod stołem, aż pisnął. 

-  Sądzę, że już najwyższa pora kłaść się spać 

-  zauważyła pośpiesznie Emma. 

Tracy kiwnęła głową potakująco. 

-  A ja wiem, które pokoje są 

nasze. Wujek Ross 

napisał  w liście,  że ja mam ten sam pokój, co w zeszłym 

roku, Donna będzie razem ze mną. Robin ma spać 

we wnęce, a ty możesz chyba zająć pokój niani. 

Posłania na górze były już  przygotowane. Leżały też  na nich termofory. Gdy Emma 

background image

zeszła na dół, by je napełnić  gorącą  wodą, Tracy pomagała Donnie włożyć  piżamkę. 

Kiedy wróciła, zastała już całą trójkę w łóżkach. 

Pochyliła się, by ucałować  dziewczynki na dobranoc. Tracy pozwoliła się  pocałować  w 

policzek, ale bez entuzjazmu, za to Donna mocno objęła ją  rączkami za szyję. Była 

sympatycznym, przymilnym stworzonkiem, skorym do pieszczot. 

-  Czy  zostawić  zapaloną  lampkę  przy  łóżku? 

-  zapytała łagodnie Emma. 
-  Jeszcze czego? - 

znowu z pogardą 

powiedziała 

Tracy. - Nie jestem malutkim dzieckiem. 

Donna już zasypiała z kciukiem w buzi, z twarzyczką zakrytą włoskami. 

Robin leżał przykryty po czubek nosa, gdy Emma weszła do niego. Zawahała się, po 

czym podeszła do łóżka. 

-  Dobranoc, Robin - powiedziała. 

Odsłoniła się  zaróżowiona buzia, a błyszczące  okrągłe oczka przyglądały się  jej 

badawczo. Uśmiechnął  się  bez słowa. Szybkim ruchem pocałowała go w nosek jak 

guziczek, a chłopczyk błyskawicznie  zanurkował  pod koc. Roześmiała się  i wyszła, 

gasząc nocną lampkę. 

Przez chwilę stała bez ruchu na podeście. W ciszy dobiegał ją oddech dzieci - spokojny, 

rytmiczny oddech, stwierdziła z ulgą. 

Nareszcie są  bezpiecznie ulokowane w domu. Umyte, nakarmione, zapakowane do 

ciepłych  łóżek. Dopiero teraz, kiedy odsapnęła, przekonała się, ile nerwów ją  to 

kosztowało. To było przeżycie! 

Zeszła do kuchni i zabrała się do sprzątania i zmywania. Kiedy przywróciła kuchni jej 

pierwotny, nienaganny wygląd, siadła z kubkiem gorącego kakao, ziewając szeroko. 

Potem umyła kubek, jeszcze raz dokładnie przyjrzała się  kuchni i ruszyła w stronę 

sypialni. Na schodach zorientowała się,  że torbę  ze swoimi rzeczami zostawiła w 

samochodzie. 

Wyszła kuchennymi drzwiami i ruszyła po ciemku przez ogród. Wiatr szumiał  w 

gałęziach drzew, noc czaiła się  złowieszczo. Wzdrygnęła się. Cóż  za odludne i 

opuszczone miejsce. 

Przyśpieszyła kroku z bijącym głośno sercem. Nagle wyrosła przed nią ciemna postać. 

Rzuciła się w bok, wydając zduszony krzyk, ale pochwyciły ją silne ręce i zatrzymały w 

ż

elaznym uścisku. 

 Puszczaj! 

O nie, nie ma mowy... - mruknął mężczyzna. Kopała go wściekle, usiłując się 

wyrwać. 

-  Stój spokojnie, do cholery, daj mi się 

sobie 

przyjrzeć - rozkazał. 

Poczuła, jak jego uścisk zelżał na chwilę, po czym ś

wiatło latarki padio jej prosto w 

oczy. Zamrugała oślepiona, kryjąc twarz. 

-  Kim jesteś, do diabła? - dopytywał się. 

Już zorientowała się, kim jest mężczyzna. Kiedy minęła pierwsza fala przerażenia, 

rozjaśniło jej się w głowie. To był, we własnej osobie, ten brat, męski szowinista. 

Opiekuję się dziećmi pańskiej siostry - wyjąkała, dusząc w sobie śmiech. 

Nie jesteś przecież ich francuską nianią - rzekł z niedowierzaniem. 

Był wypadek - tłumaczyła. - Oczywiście pańska siostra nie została poważnie ranna, 

ale niania tak, i ja zaofiarowałam się przywieźć dzieci tutaj, do pana. 

A więc zabieraj się  z nimi z powrotem -  oświadczył  gwałtownie.  -  Moja gospodyni 

odeszła nagle, zostawiając mi list pożegnalny. Nie mam możliwości zatrzymać ich 

tutaj. Musisz je odwieźć do matki. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

background image

To niemożliwe - powiedziała przerażona, a on jeszcze raz oświetlił jej twarz latarką. 

Dlaczego? - spytał. Odsunęła się od światła, czując narastającą wściekłość. Był taki, jak 

mówiła jego siostra, a nawet gorszy! 

Proszę przestać oślepiać mnie latarką! Czy mamy stać całą noc na tym zimnym wietrze? 

Nie możemy wejść do domu? 

-  A właściwie to dlaczego włóczysz się tu po ciemku? 

Wyjaśniła, a on odprowadził ją do samochodu 

i czekał z ledwie skrywaną niecierpliwością, aż zabierze torbę. Kiedy wracali, zahuczała 

sowa i Emma podskoczyła z przerażenia. 

-  Wychowałaś 

się 

w mieście, prawda? - 

roześmiał 

się. 

Odpowiedziała pogardliwym milczeniem. 

Za drzwiami ostrożnie zdjął zabłocone kalosze i postawił je na gumowej wycieraczce. 

Poszła za nim do kuchni. Stąpał cicho w grubych wełnianych skarpetach. Przyglądała 

mu się z ciekawością. 

Choć  był  odwrócony tyłem, czuła w nim agresję  -  w skrytych pod starą  tweedową 

marynarką  szerokich  ramionach, w aroganckim pochyleniu głowy, w potarganych przez 

wiatr ciemnobrązowych, gęstych włosach. Miał  ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, był 

szczupły, ale muskularny. Wyglądał na człowieka prowadzącego czynny tryb życia, który nie 

lubi siedzieć w jednym miejscu. 

Odwrócił się nagle, trzymając w dłoni filiżankę 
 i rzucił w jej stronę krótkie, przenikliwe spojrzenie, które ogarnęło ją całą, od stóp do 
głów. 

-  Proszę mi opowiedzieć o siostrze. 

Co on sobie właściwie wyobraża, że może rozkazywać na prawo i lewo? - pomyślała 

dysząc z wściekłości. 

Czy na pewno chce pan to usłyszeć? Nie chciałabym pana znudzić - powiedziała z 

nie skrywaną pogardą. 

Nie znudzi mnie pani, panno...? - Jego szare oczy zwęziły się wyzywająco. 

Leigh - odpowiedziała, speszona jego lodowatym spojrzeniem. - Emma Leigh. 

Tak, panno Emmo Leigh, muszę oświadczyć, że wyciąga pani pochopne wnioski. Z 

tego, co pani powiedziała początkowo, wywnioskowałem,  że moja siostra nie 

została ranna w wypadku... 

Powiedziałam, że nie została poważnie ranna 

- podkreśliła Emma. - 

Ma złamane dwa żebra i lekki 

wstrząs mózgu. Zatrzymają 

ją 

jakiś 

czas w szpitalu. 

Niania też 

tam jest, jej stan jest poważniejszy. Nie 

miał kto się zająć dziećmi, więc zaproponowałam... 

-  Przede wszystkim, skąd się pani tam wzięła? 

- zapytał zimno. - Jest pani przyjaciółką mojej siostry? 

-  Właściwie nie... Ja prowadziłam ten drugi samo 

chód. - Zaczerwieniła się z zakłopotania. 

Jego zainteresowanie wyraźnie wzrosło. 

Drugi samochód? Proszę to wyjaśnić. 

Zahamowałam,  bo na drogę  wybiegł  pies, a samochód pańskiej siostry uderzył 

mnie z tyłu - mówiła z gniewem i ze wstydem. 

Tak więc samarytański uczynek w istocie wypływa z poczucia winy? - skończył za 

nią sucho. - Musi pani mieć niezły tupet, żeby patrzeć na mnie z takim oburzeniem. 
Policzki Emmy płonęły. W końcu w jego słowach było trochę prawdy. 

Przyznaję,  że zaproponowałam pomoc przy dzieciach, ponieważ  niechcący 

spowodowałam wypadek ich matki - powiedziała ochryple. - Ale sądzę, że chciałabym 

pomóc nawet wtedy, gdybym nie była w to zamieszana! Z całą  pewnością  nie 

background image

odwróciłabym się  plecami od trojga dzieci, które potrzebują  pomocy, zwłaszcza...  - 

przerwała, zagryzając wargi. 

Zwłaszcza jeżeli byłyby to dzieci pani siostry? 

-  Uśmiechnął 

się 

z przymusem. 

Prowadzę 

bardzo 

pracowite 

ż

ycie, panno Leigh. Jestem zajęty od rana do 

nocy. Czy pani myśli, 

ż

e mogę 

zająć 

się 

dziećmi, nie 

mając gospodyni? Prawie mnie nie znają. Najmłodsze 

ma tylko trzy lata, najstarsze siedem. Nie mogę 

zostawić 

ich samych w nocy, kiedy wezwą 

mnie do 

nagłego przypadku, a nie byłoby mądrze zabierać 

je ze 

Sobą. Zanim uzna mnie pani za egoistycznego potwora, 

proszę rozważyć wszystko od strony praktycznej. 

Mógłby pan... - zaczęła, ale przerwał jej ostro. 

Znaleźć inną gospodynię? Próbowałem cały dzień, na próżno. Ludzie nie chcą mieszkać 

na odludziu, zwłaszcza mając na głowie małe dzieci. 

Miałam zamiar powiedzieć,  że mógłby pan Spróbować  ze mną  -  powiedziała, kiedy 

skończył. 

Zawahał się chwilę, patrząc na nią z niedowierzaniem. 

-  Pani? Pani dałaby radę poprowadzić ten dom? 

 Zmrużył 

oczy. 

O, nie. Nie, dziękuję. To nie 

Wchodzi w grę. 

Na pewno potrafię zająć się dziećmi - powiedziała 

'i przekonaniem. 

Nie o to mi chodziło. 

A o co? 

Nie może być pani aż tak niedomyślna. - Uniósł  brwi. - To jest prowincja. Wszyscy 

wiedzą wszytko o wszystkich. Myśli pani, że wasz przyjazd nie został zauważony? 

Chociaż jest środek nocy, cała wioska będzie wiedziała, że pod mój dom zajechał 

samochód z dziećmi i młodą kobietą... Do jutra rana będą wierzyli, że jest pani moją 

siostrą, ale potem wezmą nas na języki. Jutro wieczorem położą nas razem do łóżka, a 

po tygodniu będzie się mówić o ślubie. Uwielbiają plotki, a ponieważ nie bardzo jest tu o 

czym plotkować, wykorzystują, co się da. 

To absurdalne! - Była czerwona i wściekła. Roześmiał się. 

Co w tym śmiesznego? - spytała. 

Pani mina - odpowiedział, wyraźnie rozbawiony. 

Chyba trzeba być  niedorozwiniętym umysłowo,  żeby zaniedbać  dzieci własnej 

siostry z obawy przed wiejskimi plotkarzami - powiedziała zgryźliwie. - Ale jeśli jest 

pan tak wrażliwy, zabiorę  je jutro do hotelu. Oczywiście, jeśli pozwoli nam pan 

spędzić  tę  jedną  noc pod tym dachem. A może pańska reputacja zostanie 

zniszczona przez tak niecny postępek? 

Ależ z pani złośliwa jędza. - Spojrzał na nią przeciągle. - Oczywiście zostaniecie na noc, a 

jutro na pewno nie pójdziecie do hotelu. Kogoś znajdę. Kim pani jest z zawodu? - 

spytał raczej z uprzejmości niż ciekawości. 

Jestem artystką plastyczką. 

Uśmiechnął  się  z cynicznym niedowierzaniem. Czuła  rosnącą  niechęć  do tego 

osobnika. 

Ilustruję  książki i czasopisma -  wyjaśniła.  -  Dlatego znalazłam się  w Dorset. 

Przygotowuję  ilustracje do amerykańskiego wydania Thomasa Hardy'ego. 

Pochodził z tych stron i przyjechałam tu, aby poznać tutejszą atmosferę. 

Zauważyłem, że ma pani delikatne palce - powiedział, wpatrując się w jej dłonie. 
Zaczerwieniła się, zaskoczona jego słowami. Wzruszył ramionami. 

-  Jestem weterynarzem - 

powiedział 

usprawied 

liwiająco. 

Muszę 

być 

dobrym obserwatorem, to 

należy do mego zawodu. 

Emma zabrała się  do zmywania naczyń, a on ziewnął  i przeciągnął  się, wyraźnie 

background image

zmęczony. 

Proszę  to zostawić  do rana. Idę  do  łóżka. Czy na górze znaleźliście wszystko, co 

potrzeba? Wieszaki, termofory na gorącą wodę? 

Tak, dziękuję - odpowiedziała uprzejmie. Posprzątała kuchnię i dopiero potem poszła na 

górę. Nie lubiła wchodzić rano do brudnej kuchni. Wróżyło to zły dzień. 

Na schodach spotkała Rossa wychodzącego z pokoju Robina. Uśmiechnął się do niej 

trochę zażenowany. 

Sprawdzałem, czy śpią. 

Proszę się nie tłumaczyć. Cieszę się, że jest pan do nich choć trochę przywiązany. 

Jędza! - rzucił drwiąco. 

Poszła do łóżka i prawie natychmiast zasnęła. 

Obudziła się, gdy Robin i Donna oparli się na jej brzuchu. Niemal uduszona odepchnęła 

ich, usiadła i przytuliła dzieci. Donna dała się łatwo objąć, Robin - po pewnym wahaniu. 

Tracy gotuje śniadanie - oznajmił Robin. - Wstawaj! 

Tracy?  -  Przerażona spojrzała na swój budzik. Pokazywał  siódmą.  Nastawiła go na 

siódmą trzydzieści. Czuła, że jest bardzo wcześnie i marzyła o jeszcze jednej godzinie 

snu. 

A gdzie jest wujek? 

Już poszedł - odparł wesoło Robin. - Do chorej krowy. Nie chciał mnie zabrać. 
 Wstawaj - powiedziała Donna, dotykając dłonią jej policzka. 

Maszerujcie na śniadanie. Ja też zaraz tam przyjdę. - Emma niechętnie wysunęła się 

z łóżka i poszła do łazienki. Poczuła się znacznie lepiej po spłukaniu twarzy zimną 

wodą i umyciu zębów. Ubrała się i wyjrzała przez okno. Widok był piękny. 

Dom leżał w zielonej dolinie, u stóp zalesionego wzgórza. Dwumetrowy płot otaczał 

ogród. W jego nieregularnych granicach znajdowały się trawniki, jabłonie, grządki 

warzyw, klomby z kwiatami i gdzieniegdzie ogrodowe meble. Wyglądało to bardzo 

naturalnie, jakby ogród rodził się przypadkowo, bez planu - tu kwiaty, tam drzewo. 

Przecinały go wąskie, porosłe mchem ścieżki. Krzaki i niskie murki tworzyły ciche 

zakątki, w których gnieździły się ptaki: szare wróble, rudziki z czerwonymi ogonami, 

zięby, szpaki, drozdy i kosy. Wielki kot wygrzewał  się  na dachu niskiej szopy, 

przyglądając się ptasiemu życiu z zainteresowaniem, ale leniwie. 

-  Chodź już! - zawołała Tracy. 

Emma uśmiechnęła się  i zeszła do dzieci. Tracy ugotowała owsiankę  w wielkim 

miedzianym rondlu. Robin pracowicie żłobił w swojej misce wyspy i jeziora. Donna 

miała buntowniczą minę. 

Ona nie lubi owsianki -  oświadczyła Tracy z naganą, rzucając małej wyniosłe 

spojrzenie, które rozśmieszyło Emmę. - A to jest bardzo zdrowe dla dzieci. 

To, czego nie lubimy, nie jest zdrowe - uznała Emma, zabierając miskę Donny. - 

Masz ochotę na gotowane jajko? 

Tak, plosę. 

Tak, proszę  -  poprawiła ją  Tracy pouczającym tonem. Ale Donna zupełnie ją 

zignorowała. 
Wajko. Ładne wajko - powtórzyła. Tracy usiadła nadąsana. 

Mama zawsze gotuje owsiankę - podkreśliła. 

Ale nigdy nie udaje się wmusić jej w Donnę 

-  stwierdził rzeczowo Robin. 

Tracy pokazała mu język. 

-  Moja owsianka jest pyszna. Zajadaj. - 

Szturchnęła 

go pod żebro. 

Emma z uśmiechem spróbowała owsianki. Smakowała jak mokry cement. Z pełnym 

sympatii wyrazem twarzy zwróciła się do Tracy. 

Jesteś  znakomitą  kucharką, choć  masz dopiero siedem lat. Opowiem mamie, jak 

doskonale sobie radziłaś i jak pomagałaś. 

background image

Wyciągnęła nas z łóżek - mruknął Robin. - Czy ja też dostanę jajko? Te płatki zakleiły mi 

buzię. 

W porządku! - wrzasnęła Tracy. - Możesz sobie nie jeść. Nic mnie to nie obchodzi! 

Kiedy jajka były już gotowe, Emma przyjrzała się uważnie Tracy. Dziewczynka dzielnie 

walczyła z dużą  miską  owsianki, na jej twarzy malował  się  ogromny wysiłek i 

determinacja. 

-  Już dosyć!   Nie  powinnaś jeść  tyle  owsianki 

-  rzuciła Emma jakby nigdy nic. - Nie starczy ci 

miejsca na jajka. 

Zabrała opróżnioną do połowy miskę i zamiast niej postawiła jajko w żółtym kieliszku. 

Tracy odetchnęła z ulgą  i sięgnęła po nie z demonstracyjną  obojętnością. Dla tego 

dziecka, pomyślała Emma, utrata twarzy to katastrofa. 

Po  śniadaniu Emma wysłała dzieci do ogrodu, a sama zaczęła zmywać  naczynia. 

Uprzejmie odmówiła  Tracy, która chciała jej pomóc. Wyjaśniła,  że powinna raczej 

pilnować młodszego rodzeństwa. 

Przekonana o wadze swego zadania Tracy kiwnęła 
 głową z powagą i wypędziła dzieci do ogrodu. Robin porozumiewawczo mrugnął do 
Emmy. Z trudem powstrzymała śmiech. Był to zadziwiający chłopiec, niezwykle bystry 
jak na czterolatka. Potrafił w kilku słowach trafić w sedno każdej sytuacji. Zastanawiała 
się, jaki mężczyzna z niego wyrośnie. 

Przebrała się w plisowaną spódnicę w szkocką kratkę, cienki żółty sweter i skórzane 

buty turystyczne i przyłączyła się do dzieci. 

-  Pójdziemy na wycieczkę? - spytała. 

Krzycząc radośnie od razu pobiegły w stronę bramy. 

Trawa była usłana opadłymi z omszałych drzew jabłkami. Robin pochylił  się  i 

podniósł jedno z nich. Było już z jednej strony nadgniłe. Chłopiec zachichotał i rzucił 

je za płot. 

Wszyscy obserwowali jego lot. Wtem, ku przerażeniu Emmy, ktoś za płotem głośno 

krzyknął. Zaniepokojony Robin schował się za spódnicę Emmy. 

Nad białą  bramą  ukazała się  jakaś  twarz. Na Emmę  patrzyły rozgniewane 

niebieskie oczy. 

Kto to rzucił? - Oczy przyjrzały się im i nieomylnie zatrzymały na Robinie, tulącym się 

do Emmy. - Ty? To ty, mały... 

Chwileczkę! - Emma wkroczyła, zanim z czerwonych, błyszczących warg wyrwało 

się gniewne wyzwisko. - Za pozwoleniem, nie przy dzieciach! 

Dziewczyna spojrzała na nią. Emma beznamiętnie stwierdziła,  że jest piękna. 

Różowobiała cera zawdzięczała co nieco kosmetykom, ale twarz, której delikatne 

rysy obramowane były jasnymi włosami, była  niezwykłej urody. Miała na sobie 

elegancki 

kostium piaskowego koloru i bluzkę w tym samym odcieniu czerwieni, co 

wargi. Wyglądałaby absolutnie bez zarzutu, gdyby nie plama po zgniłym jabłku na 

lewym rękawie kostiumu. 
Och, bardzo przepraszam - powiedziała z żalem Emma. - Gdybyśmy wiedzieli, że pani 

tam jest, nie doszłoby do tego... 

Mój kostium jest zniszczony! Muszę wrócić do domu się przebrać. To straszne! 

Oczywiście zapłacę za czyszczenie - zapewniła ją Emma. - Bardzo nam przykro, prawda, 

Robin? - Spojrzała na niego i znacząco uniosła brwi. 

Przepraszam - szepnął, zaciskając swą małą piąstkę na jej spódnicy. 

Niebieskie oczy spojrzały uważnie na Emmę. 

-  A właściwie to kim pani jest? Nianią? 

Emma zawahała się. Historia wydawała się  zbyt skomplikowana, by jeszcze raz ją 

opowiadać. 

background image

Zajmuję się dziećmi - wyjaśniła. 

Nie wygląda pani na nianię - powiedziała zimno dziewczyna. - Jest pani zbyt elegancka. 

- Jej spojrzenie było twarde, usta zaciśnięte. - Proszę sobie za dużo nie obiecywać. Nic z 

tego nie będzie. On jest nieczuły. Lepsze kobiety niż pani już próbowały i nie udało się. 

Ostrzegam, że jeśli wejdzie mi pani w drogę, pożałuje pani tego. 

O czym pani mówi? - spytała zaskoczona i rozgniewana Emma. 

Dobrze, dobrze! - roześmiała się tamta. - Wie pani, kim on jest. Nie mam pretensji, że 

ma pani nadzieję, ale 

proszę potraktować to jako poważne ostrzeżenie i wycofać się. 

O kogo chodzi? - powtórzyła Emma. - Ma pani na myśli ich wuja? Tego miejscowego 

weterynarza? 

-  Proszę nie żartować! - warknęła ze złością. 

Kompletnie nic nie rozumiejąc, Emma patrzyła na 

nią bez słowa. 

Błękitne oczy dziewczyny wpatrywały się w nią. Po 
 chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech. Był to dziwny uśmiech. Wcale się Emmie nie 
podobał. 

No dobrze - mruknęła tamta zagadkowo i po chwili dodała uprzejmiej: - Im mniej słów, 

tym mniej szkód. 

Przepraszam - rzuciła ostro Emma. - O czym pani mówi? Nie mam zielonego pojęcia... 

Nie szkodzi -  odpowiedziała krótko.  -  Muszę  pędzić  do domu i przebrać  się. A na 

przyszłość  -  trzeba patrzeć, gdy się  coś  rzuca.  -  I zniknęła, pozostawiając zmieszaną 

Emmę. 

Tracy stała przy płocie i spokojnie zbierała czarny bez. 

-  To Amanda Craig - 

powiedziała cicho. - 

Mieszka 

w Queen's Daumaury. 

Emma spojrzała na nią z zainteresowaniem. Była to znajoma nazwa. Ten dom często 

wymieniano w czasopismach jako wspaniały przykład angielskiej wiejskiej rezydencji, 

stojącej w małym parku, po którym włóczyły się  sarny, a srebrne bażanty i pawie 

przechadzały się po różanych tarasach. Należał do starego finansisty Leona Daumaury, 

zgorzkniałego odludka, który tak bardzo unikał  rozgłosu,  że aż  go prowokował. Czy 

Amanda Craig była jego krewną, czy tylko u niego pracowała? Kosztowny ubiór mógł 

wskazywać i na jedno, i na drugie. Ale co ją obchodził wuj dzieci i co miały znaczyć te 

dziwne uwagi? 

Donna wyślizgnęła się przez bramę i na swych krótkich nóżkach biegła aleją w stronę 

cienistego lasu. 

-  Idziemy! 

krzyknęła Emma do dzieci. - 

Gonimy 

Donnę! 

Po drugiej stronie domu, pod lasem, Donna wpatrywała się przez płot w osiołki, które 

też z zaciekawieniem przyglądały się jej swymi wielkimi oczami. 
-  Barnaby i Jessie - 

krzyknęła zachwycona Tracy. 

- To osiołki pani Pat. 

Emma spojrzała w stronę  domu, gdy wspinali się  po lesistym zboczu. Stał  w dole, 

zbudowany z jasnego kamienia i przykryty ciemniejszym dachem. Mury były grube, pod 

okapami i okiennicami nieco wyszczerbione, ale ciągle jeszcze w dobrym stanie. Okna 

były okratowane i błyszczały w rannym słońcu, jakby dom cieszył się z ich odwiedzin. 

Czerwone róże pięły się wszędzie na murach i rozsiewały cudowny zapach. 

-  Wygląda jak dom, w którym mieszkały trzy 

niedźwiadki 

powiedziała do Donny. Dziewczynka 

przytaknęła wesoło. 

W lesie śpiewały ptaki. Wiewiórki ścigały się po pniach buków - były bardzo zajęte, gdyż 

nadchodziła jesień  i musiały już  gromadzić  zapasy. Z oddali dobiegało gruchanie 

leśnych gołębi. Tuż obok nich z wrzaskiem przeleciała sójka i zachwycone jej barwami, 

background image

błękitymi i czarnymi piórami, dzieci aż  krzyknęły z radości. Emma szła patrząc, jak 

biegną kopiąc pnie drzew i opadłe liście, zbierają w mokrej trawie błyszczące kasztany, 

obserwują  miliony pajęczyn  o różnych kształtach i rozmiarach, błyszczące w prze-

bijającym się przez liście świetle słonecznym. 

Przeszli przez las i znaleźli się  na piaszczystej drodze, którą  szli wzdłuż  płotu. Robin 

obserwował przecinające się koleiny, przystając co jakiś czas przy krzaczkach jagód. 

Mogę je zjeść? - spytał. 

Możesz - zgodziła się Emma - ale zawsze musisz mnie spytać, zanim zjesz jakiś inny 

owoc. Na pewno mama wam o tym mówiła. 

Mówiła - przytaknęła Donna. 

Tracy zaczęła biec, gdy zbliżyli się do długiego 
 ogrodu, przylegającego do niewielkiej białej gospody. Wyszła z niej kobieta. Pod tęgim 
ramieniem trzymała duży, żółty, plastykowy koszyk z bielizną, w pasie przewiązana była 
białym fartuchem, siwe włosy miała związane w kształtny kok. Jej zarumienioną twarz 
rozjaśnił promienny uśmiech. 

Pani Pat! - zawołała Tracy. 

Ojej! To chyba Tracy! Ale wyrosłaś! Nogi masz jak źrebak. - Postawiła koszyk na 

ziemi i pochyliła się  nad Donną,  żeby ją  ucałować.  -  Ale z ciebie ślicznotka! A to 

chyba Robin, prawda? No, no, ty też  wyrosłeś. Kiedy cię  widziałam ostatni raz, 

byłeś chłopcem, a teraz jesteś już młodym mężczyzną. 

Mam cztery lata - poinformował ją Robin z uprzejmym, ale pobłażliwym uśmiechem. 

To ci dopiero! -  roześmiała się  pani Pat, mrugając do Emmy. -  Przypominasz mi 

twojego wujka Rossa, gdy był w twoim wieku. 

Emma patrzyła na Robina z szeroko otwartymi oczami. Tak, pomyślała, to wiele 

wyjaśnia. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. 

-  Proszę 

wpaść 

do mnie na herbatę 

zapraszała 

uśmiechnięta pani Pat. - 

Nastawiłam już 

czajnik. 

Mrugnęła porozumiewawczo. - 

U mnie jest on 

zawsze w pogotowiu. 

Okna jasnej i wielkiej, ale przytulnej kuchni wychodziły na trzy strony - na las, na 

pola i na ogród. Mały kotek spał na dywaniku pod piecem. Szumiał czajnik. Dzieci 

zostały od razu posadzone za długim drewnianym stołem i zaczęły z apetytem 

zajadać  gorące placuszki. Masło było  żółte i zimne, a dżem zrobiony z własnych 

owoców. 

Pani Pat poczęstowała je zimnym mlekiem, a dla siebie i Emmy podała herbatę w 

grubych kubkach koloru kasztanów, jakie niedawno oglądali w lesie. 
Emma opowiedziała jej, w jakich okolicznościach podjęła się opieki nad dziećmi, a pani 

Pat się roześmiała domyślnie. 

Ross nie będzie zadowolony. 

Nie jest -  przytaknęła Emma. -  Chce znaleźć  kogoś, kto będzie mieszkać  w domu w 

charakterze przyzwoitki. 

No myślę! 

To trochę staroświeckie - skomentowała Emma. 

- Przecież będzie tam trójka dzieci. 

-  Czasami trzeba bardzo uważać 

powiedziała 

oględnie pani Pat. Przyjrzała się Emmie uważnie. 

- Opowiedz mi o sobie, moja droga. Jesteś z Londynu, 

prawda? To daleko stąd. 

Emma zaczęła opowiadać. Pani Pat zręcznie, taktownie i niepostrzeżenie wyciągnęła z 

niej wszystkie informacje o jej życiu i pochodzeniu, cały czas słuchając uważnie. Emma 

zwierzyła się jej nawet z nieszczęśliwej i bolesnej miłości do Guya, z decyzji o ucieczce i 

background image

zostawieniu go Fanny. 

-  Na swój sposób jestem zadowolona, że tak się 

stało 

przyznała. 

W ciągu ostatniej doby tyle się 

wydarzyło, 

ż

e prawie zapomniałam o Guyu. - 

Na 

pewno ból nie był 

już 

tak dotkliwy. Mogła myśleć 

o nim z mniejszym żalem. 

Uwagę dzieci przyciągnęło głośne gdakanie na podwórku. Emma wyjrzała przez okno. 

Wysoka białowłosa kobieta stała pod płotem, karmiąc stadko małych, brązowych kur, 

które zacięcie walczyły o ziarna, machając skrzydłami i podskakując. 

-  To moja siostra Edie - westchnęła pani Pat. 

-  Nigdy nie wyszła za mąż.   Kochana,  poczciwa 

kobieta, diabelnie pracowita, ale -jakby to powiedzieć 

-  trochę wolno myśląca. Mogłaby spokojnie przyjść 

i pomóc ci, dopóki jesteście tutaj. Boi się mężczyzn 
 i jak Ross będzie w pobliżu, to na pewno się schowa. Dlatego on nigdy nie prosi jej o 
pomoc. Wie, jaka ona jest. Ale Edie tak bardzo kocha dzieci! Z przyjemnością wam 
pomoże. 

Emma patrzyła, jak dzieci biegną do Edie i pomagają jej karmić kury. Zauważyła, że 

zaniepokojona kobieta rozgląda się wokół nerwowo. 

-  Boi się, 

ż

e Ross jest tutaj - 

wyjaśniła z wes 

tchnieniem pani Pat. 

Tracy zaczęła coś  mówić, a wyraźnie uspokojona Edie pochyliła się,  żeby Donna 

mogła wziąć trochę pokarmu dla kur. Ziarna padały wokół, a kury walczyły o nie z 

wrzaskiem. Donna śmiała się  głośno,  Edie też  się  śmiała. Emma stwierdziła  ze 

wzruszeniem, że pomimo różnicy wieku zachowywały się podobnie. 

Onieśmielona Edie przyszła później do kuchni. Zaczerwieniona i zdenerwowana 

patrzyła na Emmę. Jej skóra była ogorzała, wyraz oczu - łagodny i tęskny. Od czasu 

do czasu zerkała na Donnę  z  wyraźną  sympatią. Gdy w pewnej chwili dała jej 

ciastko, pogłaskała dziewczynkę po policzku z widocznym wzruszeniem. 

-  Potrzebna im jest pomoc - 

powiedziała spokojnie 

pani Pat. - Powiedziałam, że może się zgodzisz. 

Edie rozejrzała się wokół niepewnie. 

-  Bardzo proszę 

nam pomóc 

poprosiła Emma, 

szturchając lekko Donnę. 

Dzieci się 

ucieszą, prawda, 

Donna? 

Uśmiechnięta Donna ochoczo podeszła do starszej kobiety i powiedziała: 

-  Tak. 

Edie pogłaskała ją po włosach z wyrazem czułości na twarzy. 

-  Może spróbuję - powiedziała powoli. 

Do domu wrócili razem. Donna trzymała Edie za rękę i gwarzyła z nią. Edie była przejęta 
i uszczęśliwiona. Robin znalazł rozwidlony kij, którym zamierzał, jak powiedział, chwytać 
węże. Tymczasem ćwiczył na trawie i w przydrożnych krzakach. Tracy szła obok Emmy i 
opowiadała o ojcu. Bardzo za nim tęskniła. Emma doszła do wniosku, że jest to 
szczęśliwa i zżyta rodzina. Obawiała się, że pomimo okazywanej przemądrzałej 
samodzielności Tracy w głębi serca czuje się zagubiona. 

Ross był w kuchni, grzebał w szufladach i wyglądał jak chmura gradowa. 

background image

-  Gdzie byliście, do cholery? - 

wybuchnął, gdy 

tylko weszli. 

Edie zbladła, a Emma spojrzała na nią zaniepokojona. 

-  Zabierz dzieci na górę - poprosiła. 

Edie szybko posłuchała. Ross patrzył za nią, a jego brwi uniosły się pytająco. 

Co ona tu robi? A tak przy okazji, znalazłem przyzwoitkę. Zaraz tu będzie - powiedział 

krótko. 

Już jestem, kochanie. - Za plecami Emmy odezwał się słodki głosik. 

Emma wiedziała, do kogo należy, zanim odwróciła się  i  zobaczyła szafirowe oczy i 

jedwabiste włosy. 

To ja będę waszą przyzwoitką. - Amanda Craig skrzywiła wargi w uprzejmym uśmiechu. 

Aha. - Emma spojrzała znów na Rossa. - Ja też kogoś znalazłam. 

To możesz ją  odesłać  -  powiedziała Amanda. -  Czyj to właściwie  dom? Ross tu o 

wszystkim decyduje. Wniosę rzeczy do swojego pokoju. 

Edie? - Emma dostrzegła, że Ross błyskawicznie podjął decyzję. - Jak ją namówiłaś do 

przyjścia tutaj? Ona strasznie się mnie boi. 

Mówisz o tej prostaczce z gospody? - roześmiała 
 się Amanda i wzruszyła ramionami. - Coś takiego! Jaki 

z niej będzie pożytek? Powiem, 

ż

eby poszła do domu. 

Nie! - powiedziała ze złością Emma. Jeśli ktoś musiał powiedzieć to Edie, wolała to 

zrobić sama. Ona ją namówiła i nie chciała jej zranić. Amanda na pewno nie będzie 

się patyczkować. Potrafiła być złośliwa, a Edie była niezwykle wrażliwa. 

Nie - potwierdził Ross. - Myślę, że to lepsze rozwiązanie. 

Amanda zaczerwieniła się i aż syknęła ze złości. 

Ross! Wolisz prostą wieśniaczkę ode mnie? Nie 

możesz powierzyć jej dzieci Judith! 

Pani Pat może poczuć się urażona, jeśli wybierzemy ciebie, a nie jej siostrę - wyjaśnił 

dyplomatycznie Ross. - A ja nie mogę sobie na to pozwolić. 

-  Nie bądź śmieszny! - wybuchnęła Amanda. 

Ross rzucił jej twarde spojrzenie. Nie powiedział 

nic, a ona zaczerwieniła się i zacisnęła wargi. 

-  Tak  się  cieszyłam,  że  poznam  dzieci  Judith 

-  podjęła po chwili słodko. 

Myślałam, 

ż

e ty tego 

chcesz. I naprawdę, Ross, co za pomysł 

z tą 

poczciwą 

staruszką?.' Nikt nie uzna jej za przyzwoitkę. 

-  Będzie doskonała - odparł spokojnie  Ross. 

-  Kocha dzieci, nie będzie mi wchodzić 

w drogę, ani 

stwarzać problemów. 

Amanda patrzyła na niego tak, że Emmie zrobiło  się  jej  żal. Od początku nie 

zapałała specjalną sympatią do tej dziewczyny, ale, sama przeczulona po niedaw-

nych przeżyciach miłosnych, dostrzegła, że Ross ją zranił. 

Błękitne oczy spojrzały na Emmę z nienawiścią. 

Bardzo dobrze - powiedziała Amanda z godnością. - Jeśli taka jest twoja decyzja, 

Ross, to odchodzę. 

Dziękuję,  że chciałaś  mi pomóc  -  rzucił  zdawkowo, trzymając ręce na biodrach i 

wyglądając przez 
okno. - Chyba będzie burza. Zbiera się na deszcz. Lepiej się pośpiesz. 

Amanda skierowała swe spojrzenie na jego profil, a potem na Emmę. Odwróciła się i 

wybiegła. 

Nie byłeś zbyt uprzejmy - zauważyła zgryźliwie Emma w stronę jego odwróconej głowy. 

Dlaczego się tym przejmujesz? - Odwrócił się, unosząc ze zdziwieniem brwi. 

Należała się jej chociażby zwykła grzeczność 

-  rzuciła. 

background image

Patrzył na nią rozbawiony. 

Ś

ciągnięcie tu Edie to dobry pomysł. Dziękuję. Wahałem się, czy wpuścić  Amandę  do 

tego domu. Jest zbyt zachłanna. 

Jaka? - zdziwiła się Emma. 

Podaj jej palec, a złapie całą rękę. Już od dawna próbowała się tu dostać. 

No coś takiego, ty zarozumiały... - Zabrakło jej słów z oburzenia. 

Nie obwiniaj o to mnie. - Wzruszył ramionami. 

-  Nie chcę 

stwarzać 

wrażenia, 

ż

e nie można mi się 

oprzeć. 

Patrzyła na niego zmieszana, marszcząc brwi. W kącikach warg Rossa pojawił  się 

uśmiech. 

Twoja twarz jest jak woda źródlana. Czysta i niewinna. 

Myślisz, że to komplement? - W jej głosie brzmiała urażona duma. 

Moim zdaniem tak. Mam dość masek. 

Na jego twarzy dostrzegła niepokojącą, ale niezrozumiałą  złość. Dlaczego uważał,  że 

Amanda chce dostać  się  do  jego domu, skoro go nie kocha? I co Amanda chciała 

wyrazić  wcześniej poprzez te zagadkowe uwagi? Było tu coś, czego Emma nie 

pojmowała. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Gdzie są najbliższe sklepy? Muszę zrobić zakupy. Tracy potrzebuje nowych spinek do 

włosów, a ja rajstop. We wsi pewnie nie ma sklepu. 

Pani Pat sprzedaje różne rzeczy - poinformował ją Ross i spojrzał na nią uważnie. - Ale 

może pojedziesz dziś ze mną do Dorchester? Mam tam o dziewiątej operację. Jeśli dzieci 

będą gotowe o wpół do dziewiątej, to możemy jechać wszyscy. Zjemy tam obiad i spędzimy 

cały dzień. Dzieciom na pewno spodoba się  muzeum. Eksponuje głównie wyroby 

ludowe - stare narzędzia, wozy, uprzęże końskie i takie tam. 

Ś

wietny pomysł  -  powiedziała entuzjastycznie Emma. -  Mnie też  to się  przyda. Będę 

mogła zrobić jakieś szkice. 

Oczywiście. Zapomniałem,  że masz robotę.  -  Jego  szare oczy wpatrywały się  w nią 

uważnie.  -  Musisz  być  rzeczywiście dobra w swoim fachu, skoro dostałaś  takie 

zamówienie. 

Miałam szczęście. - Wzruszyła ramionami. 

Skromna jesteś - powiedział ironicznym tonem. 

Po prostu szczera - odparła. - Nie udaję, że jestem wielką artystką. Jestem zdolna, to 

wszystko. I miałam dużo szczęścia, że znienacka dostałam takie zamówienie. Kariera 

często zależy od szczęścia. Sam talent to za mało. 

Lubisz swoją pracę? - spytał, zjadając z widocznym apetytem ostatnią grzankę. 

Szalenie.  - Sprzątnęła ze  stołu  i  przywołała 
dzieci,  które  bawiły się  w  ogrodzie.  -  Szykujcie się. Jedziemy z wujkiem do 

Dorchester. 

Zajmę  się  Donną  -  oznajmiła Tracy, widząc,  że  wzrok Emmy spoczął  na jej małej 

siostrzyczce. Chwyciła ją za rękę i wyprowadziła z pokoju. Donna spojrzała na dorosłych 

z komicznym wyrazem rezygnacji. 

A co po ślubie? - spytał Ross wstając. Jego ramiona w tweedowej marynarce wydawały 

się jeszcze szersze. 

Co? - Emmę zatkało. Podniosła na niego zdziwione oczy. - O co ci chodzi? 

Czy po ślubie też będziesz pracować? - spytał obojętnie. - Wiele kobiet dziś tak robi. 

A tobie pewnie to się nie podoba? - Była gotowa do kłótni, przypomniawszy sobie, co 

siostra mówiła o jego autokratycznych, szowinistycznych poglądach.  -  Dopóki nie ma 

dzieci, nie widzę przeszkód do pracy dla kobiet. Młode małżeństwa potrzebują mnóstwo 

pieniędzy, więc je wspólnie zarabiają. Jak inaczej mogłyby sobie pozwolić  na kupno 

domu, umeblowanie, wyjazd na wakacje? 

background image

Szybko wyciągasz wnioski, prawda? - stwierdził chłodno. 

Twoja siostra powiedziała... 

Aha! Moja siostra! - Skrzywił się. - Zawsze mieliśmy różne zdania. Nie powinnaś wierzyć 

we wszystko, co ci powiedziała. 

Nagle wbiegły dzieci. Robin miał  krzywo zapięty płaszczyk. Emma schyliła się,  żeby 

odpiąć guziki i zapiąć je ponownie. 

Zacząłeś od złego guzika, skarbie - powiedziała czule. 

To Tracy zapinała  -  wyjaśnił  z niesmakiem znudzony Robin. -  Mówiłem jej to, ale w 

ogóle nie słuchała. 
 Tracy była wściekła. Ross wziął ją za rękę i uśmiechnął się do małej tak uroczo, że ujęło to 
Emmę- Do mnie nigdy tak się nie uśmiecha, pomyślała. Niemal pozazdrościła Tracy tego 
wyróżnienia. 

-  Co zrobić, zawsze zdarzają 

się 

niewdzięcznicy, 

prawda Tracy? - 

W jego głosie była sympatia 

i zrozumienie. 

Tracy spojrzała wyniośle na Robina, uśmiechnęła się do wujka i pokazała szparę w 

zębach. 

Widzisz? W nocy wypadł mi ząb. 

Włożyłaś go pod poduszkę dla wróżki? - spytał poważnie Ross. 

Tracy zawahała się. 

Włożyła - odezwał się Robin. - A wróżka powinna zostawić z dziesięć pensów, bo 

wszystko teraz drożeje.  -  Naśladował  głos Tracy w sposób nie pozostawiający 

wątpliwości, kogo cytuje. Tracy zaczerwieniła się i spiorunowała go wzrokiem. 

Poczekamy i zobaczymy, czy wróżki biorą to pod uwagę - uśmiechnął się Ross. - Ja 

w waszym wieku dostawałem trzy pensy. 

To musiało być bardzo dawno. - Robin spojrzał na niego ze współczuciem. - Czy 

ż

yłeś  w czasach królowej Wiktorii? Tatuś  ma wiktoriańskie biurko.  Pozwala mi 

czasem przy nim posiedzieć i pohuśtać się na krześle. 

Ross spojrzał na Emmę porozumiewawczo. 

-  Często czuję 

się 

jak wiktoriański zabytek, ale aż 

tak stary nie jestem. 

W samochodzie rozbrykane dzieci usadowiły się  z tyłu, a Emma zajęła  miejsce 

obok Rossa. Jechał  szybko, ale ostrożnie, wybierając boczne, puste drogi. Były 

wąskie i wiodły przez pola. Na zielonych łąkach pasły się  spokojnie krowy. 

Powiedział Emmie rnimo-chodem, że są tu dobre pastwiska. 
Niedaleko, na kredowych wzgórzach jest  świetna trawa dla owiec. Pasą  je nawet na 

Maiden Castle. 

Muszę to zobaczyć - powiedziała zaciekawiona. 

-  Można dostać się tam autobusem? 

Jeśli starczy czasu, zajedziemy tam dzisiaj po południu - zaproponował. - To zależy od 

moich zajęć. Lubię  wpaść  tam,  zjeść  kilka kanapek, poleżeć  na trawie i posłuchać 

skowronków. 

To gród z epoki żelaza? 

Tak. Zbudowano tam szereg wałów ziemnych, tworzących pierścienie. Raczej owalnych 

niż okrągłych. Ludzie żyli w środku, nieprzyjaciołom trudno było się tam dostać. Były tam 

też  bramy. Na wałach stali ludzie, którzy mogli rzucać  włóczniami i kamieniami w 

napastników. Musieli oni pokonać  rów i wtedy stawali się  łatwym celem. Jeśli 

nieprzyjaciel zajął jeden wał, wycofywali się za następny i stamtąd znów się bronili. W 

ś

rodku było najbezpieczniej, to sanktuarium kobiet i dzieci. Wały broniły jak mury w 

mieście, ale było ich więcej. To był dobry pomysł. 

Dopóki nie przyszli Rzymianie - mruknęła Emma. 

background image

Tak - zgodził się. - Lepsza technika zapewniła, jak zwykle, zwycięstwo. Rzymianie mogli 

używać katapult do przerzucania przez wały ostrych włóczni 

-  to tak jak dziś 

strzelanie z armat do dzikusów. Nie 

musieli podchodzić 

blisko i nieszczęśni Brylowie nie 

mogli posłużyć 

się 

swoją 

ulubioną 

bronią. Nie mogli 

ciskać 

kamieniami dostatecznie daleko, by dosięgnąć 

Rzymian i byli przez nich dziesiątkowani. Tak jak 

Niemcy bombardowali Londyn, żeby osłabić 

opór 

przed inwazją, tak i Rzymianie stosowali swój 

błyskawiczny atak i łatwo łamali opór. 

-  A teraz to tylko opuszczone szańce pośród pól 

-  dodała ze smutkiem. - 

Hardy często o nich 

wspomina.  Myślę, że codzienny widok  tych  ża- 
 łosnych ruin na horyzoncie wywarł na nim duże wrażenie. Nic dziwnego, że miał 
skłonności do melancholii. 

Och, myślę, że i tak by je miał - powiedział Ross. - To zależy od sposobu patrzenia 

na świat. Bitwa pod Maiden Castle odbyła się setki lat temu. Pomyśl, o ile życie dla 

ludzi tutaj stało się łatwiejsze! Cieszę się, że nie żyłem dwa tysiące lat temu. Hardy 

mógł przecież spojrzeć z pozytywnego punktu widzenia. 

Jak ty - stwierdziła Emma sucho. 

Nie mam czasu na pesymizm. Życie jest za krótkie. - Uśmiechnął się przebiegle. 

Zbliżali się już do Dorchester, przejeżdżając właśnie most nad krętą rzeką Frome. 

Most Grey ów - powiedział Ross cicho. - Zbudowała go Laura Grey, dziedziczka z 

tutejszej rodziny. Widzisz tę  metalową  tablicę  przymocowaną  do mostu? To 

współczesna kopia tablicy umieszczonej tu za czasów Jerzego IV, grożącej 

wygnaniem każdemu, kto uszkodziłby most. 

Mój Boże! - wykrzyknęła Emma, kiedy przemknęli przez most. - Nie cackali się z 

wandalami w dziewiętnastym wieku! 

Nie sądzę, żeby było ich wielu, skoro stosowano takie kary - odparł Ross. - Zawsze, 

kiedy widzę  robotę  chuliganów, mam ochotę  przywrócić  niektóre z nich. Wczoraj 

musiałem uśpić  psa. Paru chłopaków rzucało w niego kamieniami. Z ochotą 

sprawiłbym im tęgie lanie. Mówię ci - gdybym wiedział, kto, pewnie bym to zrobił! - 

Patrzył ponuro, zaciskając w gniewie zęby. 

Krew się  we mnie gotuje, kiedy czytam o takich rzeczach. -  Emma także pałała 

ś

więtym oburzeniem. - Zauważyłam, że masz tylko jednego kota. Żadnych innych 

zwierzaków? 
Wzruszył ramionami. 

-  Miałem psa, spaniela. Przejechali go, kiedy miał dwa  lata.  Jakiś drań w sportowym  

samochodzie - 

nawet  się  nie zatrzymał, tylko zwiał  z prędkością 

stu kilometrów na godzinę. Przynajmniej Lucky nie cierpiał. Zginął na miejscu. To jedynie 

mnie pocieszyło. 

Zaparkowali przed starym kamiennym budynkiem z dachówkowym, porośniętym mchem 

dachem. Ross obejrzał się na podniecone dzieci. 

-  Chcecie zobaczyć operację, zanim pójdziecie na zakupy? 

Z bocznych drzwi wyłoniła się  młoda kobieta w czarnych spodniach i niebieskim 

rybackim swetrze. 

-  Kogo my tu mamy? -  Uśmiechnęła się  do dzieci przez szybę  samochodu.  - 

Przyjechaliście odwiedzić  wujka? Cześć, Tracy. Pamiętasz mnie? Mój Boże, 

wyrosłaś  jak na drożdżach. Tommy będzie bardzo zazdrosny. Urósł  tylko dwa i pół 

centymetra przez rok. 

Pamiętasz, jak mierzyliście się 

na wybiegu dla psów? 

Będziesz musiała zaznaczyć dla siebie nową kreskę. 

background image

-  Nie czekając na odpowiedź  Tracy, odwróciła się  do  Emmy z uśmiechem.  -  Witaj, 

musisz być 

nianią. 

Jestem 

Chloe Bennett. Mój mąż jest partnerem Rossa. 

Na miłość  Boską, Chloe, złap oddech -  powiedział  spokojnie Ross. -  Niech was 

przedstawię. To jest panna Emma Leigh. Zajmuje się dziećmi, ale nie jest nianią, tylko 

ilustratorką Thomasa Hardy'ego. 

Och, tylko nie stary Hardy - parsknęła lekceważąco Chloe. - Czy nikt nie przyjeżdża do 

Dorchester z innych powodów? Zapraszam na kawę, Emmo. Myślę, że dobrze ci zrobi. 

Chodźcie, dzieciaki. Możemy zjeść  ciastka i wypić  lemoniadę  w kuchni. Tommy! Tod! 

Chodźcie, chodźcie, gdziekolwiek jesteście... mamy gości!  -  Jej głos nabrał  mocy 

organów. 

Dwaj   mali  chłopcy  w jednakowych  zielonych  drelichowych spodniach i swetrach 

wyłonili się zza bramy. Wyglądali jak zminiaturyzowane wersje swojej matki: jasnowłosi, 

okrągli i przyjaźni. 

Chodźcie się przejechać na naszej taczce - zaproponowali natychmiast, a Robin, Donna 

i Tracy nie zwlekali z przyjęciem zaproszenia. Piątka dzieci zniknęła z widoku, 

rozmawiając z zażyłością, którą dzieci osiągają tak łatwo i której dorośli im zazdroszczą. 

Oranżada i ciastka czekają! - zawołała za nimi Chloe. 

Nie było odpowiedzi. 

Przyjdą, jak będą mieli na nie ochotę. - Wzruszyła ramionami. 

Idę na operację - powiedział Ross. 

Przyjdź do kuchni, jak skończysz - uśmiechnęła się do niego. - Zajmę się Emmą. 

Wymienni ironiczne spojrzenia. 

-  Nie wątpię w to! 

Kiedy poszedł do frontowych drzwi, Chloe uśmiechnęła się do Emmy. 

Nie podobał ci się sposób, w jaki to powiedział, prawda? Trochę ironicznie. Masz z nim 

jakieś kłopoty? Teraz ma raczej dość kobiet - to znaczy samotnych kobiet. - Uśmiechnęła 

się do Emmy szelmowsko. - Ja, jako żona Edwarda, jestem oczywiście niegroźna. Nikt 

nie zamieniłby Edwarda na Rossa! 

Jestem pewna, że twój mąż  byłby zachwycony, gdyby to usłyszał!  -  roześmiała się 

Emma. 

-  Och, Edward wie - mrugnęła porozumiewawczo. 

Poszły do kuchni. Chloe nastawiła wodę, wyciągnęła 

puszkę domowych ciasteczek i filiżanki. 

Mamy tylko kawę rozpuszczalną. Musimy oszczędzać. 

Kto nie musi? - Emma pokiwała głowa ze zrozumieniem. 
-  Właśnie 

westchnęła Chloe. - 

A teraz opowiedz 

mi o sobie i jak to się 

stało, 

ż

e zajmujesz się 

dziećmi 

Judith... 

Emma opowiedziała o wszystkich swoich przygodach, a Chloe, robiąc kawę, słuchała z 

wielkim zainteresowaniem. 

Ross ma szczęście, że umiesz zajmować się dziećmi! 

Ale wcale nie chciał, żebym została - odparła Emma. 

No jasne, że nie! - Chloe powiedziała to tak, jakby to było oczywiste. 

-  Dlaczego? - spytała Emma z ciekawością. 

Chloe otworzyła szeroko oczy. 

-  Nie wiesz? Mój Boże! Skoro tak, lepiej nie będę 

ci mówić. 

Emma poczuła falę narastającej wściekłości. 

Zaczynam wariować od wszytkiego.

 Ludzie ciągle robią jakieś aluzje, a potem nabierają 

wody w usta... On chyba nie jest Sinobrodym, prawda? 

O rany, nie - roześmiała się Chloe. - To nie jest żaden ukrywany skandal. Biedny stary 

Ross! Coś ty sobie wyobrażała? 

Skoro nikt nie chciał mi nic powiedzieć, tylko wyobraźnia mogła mi pomóc - zauważyła 

background image

Emma. 

Do kuchni wpadły dzieci, trajkocząc jak sroki. Chloe zaczęła częstować  je oranżadą  i 

domowymi ciasteczkami. 

Jechałem na taczkach - oznajmił przejęty Robin. Donna przytuliła się do kolan Emmy 

nic nie mówiąc, ale za to z błogim uśmiechem. Miała brudny nos i czarną  smugę  na 

policzku. Jej oczy lśniły jak gwiazdy. 

Zostaw ich tu, jak pójdziesz na zakupy -  zaproponowała Chloe. -  To  żaden kłopot. 

Jestem przyzwyczajona do biegających naokoło dzieci. Musicie też zjeść z nami obiad. W 

piecyku mam zapiekankę. 
 Wystarczy dla wszystkich. Dla dzieci dorobię trochę makaronu z jabłkami. Lubicie kluski 
z jabłkami, dzieciaki? 

Dzieci przytaknęły chórem, a Chloe uśmiechnęła się. 

No, to załatwione. 

To bardzo miło z twojej strony - powiedziała Emma, czując coraz większą sympatię 

do tej młodej kobiety. 

Nonsens. Lubię gości. Dzięki nim życie jest ciekawsze. 

Pogawędziły jeszcze chwilę, a dzieci skończyły ciastka i wybiegły z hałasem. Obie 

kobiety sprzątnęły razem kuchnię przywracając ją do pierwotnego stanu. 

Potem przyszedł Ross z Edwardem Bennettem i jego widok uprzytomnił Emmie, że 

oto stanęła twarzą w twarz z najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała. 

Chloe zachichotała widząc niedo-wierzanie na jej twarzy. Edward zarumienił 

s

ię  j z 

uśmiechem wyciągnął rękę. 

-  Dzień 

dobry. Bardzo mi przyjemnie, Ernmo. 

Ross wszystko mi o tobie opowiedział. 

Edward miał metr osiemdziesiąt wzrostu, włosy równie jasne, jak jego żona i szczupłą, 

opaloną  twarz gwiazdora filmowego. Błękitne oczy patrzyły spod gęstych, czarnych 

rzęs, a rysy twarzy były regularne i cudownie rzeźbione.  Emma nie zdziwiłaby się 

wcale, gdyby okazał  się  próżny  jak dziewczyna, ale był  to mężczyzna nieśmiały i 

cichy, o ujmującym uśmiechu i łagodnym głosie. 

Wzruszające było uczucie, z jakim patrzył na Chloe proponującą mu filiżankę kawy. 

Nie mogę, muszę  lecieć. Pani Fry chce, żebym  obejrzał  jej pudla. Myśli,  że ma 

zapalenie płuć, ale moja diagnoza to lekki katar. To zwierzę  jest bardzo 

rozpieszczone. Szkoda, że nie miała dzieci. 

Komu szkoda? - W głosie Rossa pełno było niechęci. - Pomyśl, jakie życie wiodłyby te 

nieszczęsne stworzenia. Trzymałaby je zamknięte jak w złotej klatce! Ta kobieta to 

idiotka. 

-  Jest pewnie samotna -  powiedziała z przejęciem Emma. -  Kobiety muszą  mieć 

kogoś do kochania. 

-  Czyżby? - Szare oczy spojrzały na nią z ironią. 

Edward pocałował żonę i wyszedł. 

Ja też muszę już iść - westchnął Ross. - Mam jeszcze kilka wizyt. 

Jecie u nas obiad - poinformowała go Chloe. 

-  To już postanowione. 

Widzę,  że zawiązałyście już  babski spisek, co? Dziękuję, Chloe. Jestem ci bardzo 

wdzięczny.  -  Uśmiechnął  się  do niej. -  Edward dał  mi wolne popołudnie. Obiecałem 

zabrać Emmę do Maiden Castle. 

Zaopiekuję  się  dziećmi,  gdy  tam  pojedziecie 

-  obiecała Chloe. - Nie musicie się śpieszyć. Pokaż jej całą okolicę. - Uśmiechnęła się do 

Emmy. - Jesteśmy dumni z tych stron. To najpiękniejsze widoki w Anglii. 

-  Czemu nie? - Ross wzruszył ramionami. Wyszedł kuchennymi drzwiami, a Emma i 

Chloe poszły do kliniki obejrzeć  zwierzęta, które zatrzymano na noc. 

Niektóre z nich spały, inne próbowały zwrócić  na siebie uwagę, zwłaszcza czarny 

szczeniak labrador, który oparł  się  łapkami o klatkę. Emma pochyliła się 

background image

nad nim. 

Ciekawe, co mu jest? Wygląda całkiem dobrze. Na starej poduszce leżał kot, lekko 

dysząc. Niedawno miał operację.  Jeszcze widać szwy 

-  pokazała jej Chloe. - To zadziwiające, jak szybko zwierzęta wracają do siebie. Jutro 

stąd wyjdzie, trochę  osłabiony,  ale w pełni sprawny. Ludzie znoszą  wszystko 

znacznie ciężej. 

-  Ale zwierzęta bardziej mnie wzruszają - przyznała Emma. - Są takie bezbronne, takie 

oszołomione. Nie rozumieją, skąd się wziął ból, ani co się z nimi dzieje. Nie można do 

nich przemówić i uspokoić, co tak bardzo pomaga ludziom i koi ich ból. Gdyby zwierzęta 

mogły mówić! 

-  Nie powiedziałabyś tego, jakbyś miała papugę 

-  odparła ponuro Chloe. Otworzyła drzwi i od razu doleciał je ochrypły głos: 

-  Cześć, skarbie! Rozłup orzech, rozłup orzech... 

Emma roześmiała się. Ruchliwa czerwono-zielono- 

biała papuga podskakiwała bez przerwy na pręcie w rogu pokoju, a jej okrągłe oczy 

chytrze im się przyglądały. 

Twoja? - spytała. 

Należała do mojego wuja - skrzywiła się Chloe. 

-  Po jego śmierci dostałam 

Crackersa w spadku. 

Czułam, że powinnam wziąć tego łajdaka, ale jest nieznośny. To zgroza, jakie on zna 

wyrażenia. Oczywiście chłopcy go uwielbiają. A ja truchleję 

na 

myśl,  że któregoś  dnia popiszą  się  przed klientami powiedzonkami tego ptaszyska i 

skompromitują mnie na wieki. 

Podała papudze orzech. Ta przysunęła się  bokiem, chwyciła go jedną  łapą  i zaczęła 

oglądać, mówiąc: 

-  Ładny! Rozłup orzech, rozłup orzech... 

Dzieci zdążyły jeszcze zobaczyć, jak ptak zajada orzech i oczarowane oglądały go ze 

wszystkich stron. Crackers zaprezentował swój repertuar. Emma pojęła przyczynę obaw 

Chloe. Gdy język zaczął stawać się barwniejszy, zabrała dzieci i kazała im bawić się na 

podwórku z Tommym i Todem. Kiedy wybierała się na zakupy, Tracy poprosiła, by ją też 

zabrała. 

-  Skoro masz ochotę - zgodziła się Emma. 

Robin i Donna zajęli się zabawą w chowanego, 

a  one  ruszyły  do  małego  centrum  handlowego. Emmę zachwyciły pieczołowicie 

zachowane całe duże kwartały starego miasta. Każdy, kto czytał utwory Hardy'ego, 

musiał rozpoznawać ulice, budynki, nazwy. Z przyjemnością poszła na Corn Hill i 

popatrzyła na łukowate okna Antelope, starego zajazdu dla dyliżansów, który pojawił się 

w kilkunastu książkach pod inną nazwą; potem powędrowała do kościoła Świętego Piotra, 

innego słynnego symbolu miasta. 

Tracy bardziej interesowały sklepy. Miała trochę  własnych pieniędzy i była tym 

niezwykle przejęta. 

-  Chyba kupię książkę - postanowiła. 

Poszły do księgarni i Tracy starannie wybrała tom opowiadań dla dzieci. Emma dołożyła 

książeczki dla Donny i Robina. 

Robin lubi książki o samochodach - powiedziała Tracy z pogardą. 

Myślę,  że  „ Opowieść  o nieznośnym króliku" też  mu się  spodoba  -  odpowiedziała 

ł

agodnie Emma. 

W drodze powrotnej wstąpiły na chwilę do muzeum, podziwiając rekonstrukcję gabinetu 

Hardy'ego, różne przykłady dziewiętnastowiecznych mebli, rolnicze narzędzia i wystawę 

rzymskich pozostałości, wydobytych w pobliżu miasta. Tracy zmęczyła się po kilkunastu 

minutach i zaczęła wiercić się niespokojnie. 

-  Idziemy? - spytała Emma. 

Tracy przytaknęła gorliwie. 

U Chloe zastały już  Rossa i Edwarda Bennetta, którzy skończyli wizyty i niecierpliwie 

czekali na posiłek. 

background image

-  Myjcie ręce i chodźcie na obiad! Chyba wszyscy 

na niego zapracowali. 

Mięso było delikatne, a gęsty sos miał  niezrównany smak. Kluski rozpływały się  w 

ustach i zostały natychmiast zmiecione przez głodną hordę. Pomimo olbrzymiej michy 

kartofli z masłem i następnej, z młodą duszoną marchewką i brukselką, jedzenia ledwie 

wystarczyło. Wszyscy mieli jeszcze ochotę na naleśniki z jabłkami. 

-  Mniam, mniam... - Robin westchnął w ekstazie. 

-  Podobasz mi się, ciociu Chloe. - 

Jego pełen 

namaszczonej powagi ton rozśmieszył wszystkich. 

Dziękuję, Robinie - odrzekła konspiracyjnie Chloe. - Ty mi się też podobasz. Lubię 

chłopców, którzy mają zdrowy apetyt. 

Czy mnie też masz na myśli? - wtrącił niewinnie Ross. 

No nie, zachowujesz się jak prosię - rzekła z wyrzutem widząc, jak wręcz wylizuje 

talerz. - Za to wstrętne zachowanie masz nam teraz zrobić kawę! 

Nie mam ochoty się ruszać po takim jedzeniu 

-  zaprotestował. 

W dodatku nie wiem, skąd 

wezmę 

energię 

na wlezienie na Maiden Castle po 

południu. 

Maiden Castle? - Edward przerwał swoją milczącą kontemplację pustego już talerza. - 

Będziesz w tamtych stronach? Mógłbyś  przy okazji obejrzeć  konia Joe Winga? 

Znowu kuleje. 

Spodziewałem się tego. Chwile przyjemności nigdy nie trwają długo - jęknął Ross. - 

Dobrze, załatwię to. 

Po kawie dzieci znikły gdzieś  razem, a Ross i Emma ruszyli wolno, oglądając 

okolicę. Minęli ciemny, posępny Maumbury Ring. Wywarł na Emmie nieprzyjemne 

wrażenie. 

Co to takiego? - zapytała. 

Nie jestem całkiem pewny, ale słyszałem, że to pozostałość  kamiennego kręgu z 

epoki kamienia. Rzymianie wykorzystali go na teatr, w zboczach wyżłobili ławy dla 

widzów. Łatwo im poszło, ta trawa kryje kredową skałę. Zobaczyli wyraźnie rysujące 

się na tle nieba imponujące ruiny Maiden Castle. 

Pomyśl tylko - rzekła Emma w zamyśleniu - jak wysoko musiały się pierwotnie wznosić 

te mury. Przez dwa tysiące lat warunki atmosferyczne bardzo je przecież zniszczyły. 

Rzeczywiście.  -  Ross zdawał  się  być  zaskoczony tym odkryciem i spojrzał  na nią  z 

nagłym zainteresowaniem. - Jakoś nigdy dotąd nie przyszło mi to do głowy. 

Dojechali wiejską zakurzoną drogą do prowizorycznego parkingu. Odtąd zaczynała się 

trasa do Castle. Kilku odważnych turystów wspinało się nią na wały. 

Trasa prowadziła ostro pod górę, ale przyjemny wiaterek ułatwiał wspinaczkę. Z wałów 

mieli piękny, rozległy widok na okolicę. 

Jak tu wspaniale -  zachwyciła się  Emma.  -  Ma  się  takie głębokie poczucie związku z 

przeszłą historią. 

Tak, to nawiedzone miejsce, pomimo swego piękna - dodał Ross. 

Nie chciałabym spędzić tu nocy - wstrząsnęła się Emma. - Prześladowałyby mnie głosy 

duchów. 

To tylko wiatr, moja panno -  uśmiechnął  się  pobłażliwie Ross. -  Słowa nawiedzony 

użyłem w przenośni. Myślałem o tym, że przypominają  się  tu chwile, o których 

chcielibyśmy zapomnieć... dawne nieszczęścia, zapomniane tragedie. 

Emma uparcie trwała przy swoim. 

Tak czy siak, nocą nie zaciągnąłbyś mnie tu końmi. Nie ma tu budowli, ale atmosfera 

jest znacznie bardziej mroczna niż w starych zamczyskach. 

Ach, wy kobiety ubóstwiacie miłosne tragedie - żartował z niej  Ross,  spoglądając na 

zegarek.  -  Przykro mi, ale musimy się  pospieszyć. Mam jeszcze obejrzeć  konia Joe 

Winga. Po wizycie na farmie wrócili do Dorchester po dzieci. 

Zostańcie na herbacie - zapraszała serdecznie Chloe. 

Dziękuję za zaproszenie, ale Edie już na nas czeka - odmówiła Emma. - Jestem ci 

background image

bardzo wdzięczna za wszystko, co zrobiłaś. To był wspaniały dzień. 

Przyjedźcie znowu jak najszybciej - nalegała Chloe przed odjazdem. 

Kiedy zbliżali się  do wsi, minęli park ogrodzony wysokim płotem, który zwrócił 

uwagę  Emmy. Przez otwartą  żelazną  bramę  dostrzegła piękne trawniki, dęby i 

bukową  aleję. Już  miała zapytać  Rossa, gdy ujrzała wśród drzew dom i od razu 

rozpoznała Queen's Daumaury, w całej swej krasie, oświetlony zachodzącym 

słońcem. 

Zbliżając się do wąskiego zakrętu, tuż za mostkiem, musieli zwolnić, by przepuścić 

nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, zmierzający niechybnie do Queen's 

Daumaury. Była to wspaniała, lśniąca limuzyna. Za kierownicą  siedział  szofer, z 

tyłu starszy mężczyzna, a obok niego widniała znajoma blond główka. 

Amanda wychyliła się i pomachała Rossowi, który kiwnął uprzejmie głową. Starszy 

pan rzucił obojętne spojrzenie i odwrócił wzrok. To musi być ten tajemniczy Leon 

Daumaury, pomyślała Emma. Jak na wieści o jego bogactwie i potędze wydawał się 

boleśnie schorowany i stary. 

Kto to był? - zapytał zaciekawiony Robin z drżeniem w głosie. 

To dziadek, głuptasie - odpowiedziała obojętnie Tracy. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Emma, zupełnie zaskoczona, spojrzała na Rossa z pełnym niedowierzania pytaniem w 

oczach, ale ten wpatrywał  się  spokojnie w drogę  i wydawało się, że nic do niego nie 

dotarło. 

Ponieważ w tym momencie ich samochód przyspieszył znacznie, nie zdążyła zapytać, 

co Tracy miała na myśli. Robin zaczął mowę, której Emma nie dosłyszała, po czym jego 

głos zagłuszył pełen przejęcia okrzyk Donny: 

-  Patrzcież 

Swój malutki paluszek wycelowała w niebo. Spojrzeli w górę  i w pełnym kontemplacji 

milczeniu podziwiali sowę płomykówkę, która oderwała się od szczytowej ściany starej 

stodoły. Zapadał  zmierzch, poszarzałe  niebo ozdabiały różowe pasma, głosy ptaków 

brzmiały coraz senniej. 

Huu, huu - zahuczała Donna. 

Sowy jedzą myszy i zostawiają tylko nóżki i ogonki - oświadczył z powagą Robin. 

Prawda - potwierdził Ross. - Sowy zwijają w kulki wszystkie resztki, których nie zjadły i 

zostawiają je. 

Bardzo dobry zwyczaj - zainteresował się Robin.  

Też bym tak chciał. - Tu spojrzał z ukosa na Tracy. 

Gdyby kazali mi jeść kleistą owsiankę... 

Tracy stanęła w pąsach, patrząc na niego z wściekłością. 

Nie zaczynaj znowu! 

Dojeżdżamy do domu - zawołała Emma pospiesznie. - Ciekawe, co Edie zrobiła na 

kolację? Wspominała coś o kartoflach pieczonych w mundurkach. 

Mniam, mniam... - zamlaskał Robin z zachwytem, przymykając oczy. 

I zupie pomidorowej - uzupełniła Tracy. 

Supa... - przytaknęła Donna. - Dla mnie. 

Dla nas wszystkich, głuptasie - z naganą w głosie rzekła Tracy. 

-  Właśnie, że dla mnie - upierała się Donna. 

Samochód skręcił na drogę do  Rook  Cottage. 

Dzieci przestały 

się  sprzeczać  i zaczęły  w  skupieniu  wypatrywać  domu. Bystre 

oczka Robina pierwsze dostrzegły oświetlone okna. 

-  Jesteśmy w domu, jesteśmy w domu! - 

wydzierała 

się 

Tracy tańcząc na ścieżce, a pozostała dwójka 

usiłowała dotrzymać jej kroku. 

W drzwiach pojawiła się rozpromieniona Edie. 

-  Jesteście, 

moje kochaniutkie. Chodźcie, chodźcie, 

background image

kolacja już czeka. 

Emma zabrała dzieci do łazienki,  żeby się  umyły 

i uczesały,  a kiedy wróciły do 

kuchni, Edie 

właśnie nalewała gorącą zupę pomidorową. 

-  Ogień 

w kominku właśnie rozgorzał 

oznajmiła 

Edie. 

Może 

zjecie przy nim kolację? Stół 

już 

przesunęłam. 

Zasiedli przy stole w miłym cieple płonących w kominku szczap. Deszcz zacinał w 

okna, wiatr hulał  w gałęziach drzew. Świat na zewnątrz wydawał  się  groźny i 

nieprzychylny. Tu, wewnątrz, było bezpiecznie, ciepło, przytulnie. 

Ross zszedł kilka minut później, świeżo umyty i uczesany, w czerwonym swetrze, 

jasnych spodniach i zastał  ich tak przy kolacji, pełnych radosnego zadowolenia. 

Stanął w drzwiach, przypatrując się im. Dzieci jadły zupę, spoglądając raz po raz to 

na wielki półmisek jajek z boczkiem pośrodku stołu, to na migotające płomienie 

szczap. Twarz Emmy, także świeżo umyta i bez makijażu, była delikatnie zaróżo-

wiona i promienna jak twarzyczki dzieci. Jej brązowe oczy spoglądały marząco. 

Uniosła wzrok na widok zbliżającego się Rossa. Jej twarz mimowolnie rozjaśnił uśmiech, 

ale nie otrzymała  uśmiechu w odpowiedzi. Przeciwnie, jego dziwnie spięta twarz 

ś

ciągnęła się jeszcze bardziej, a brwi zmarszczyły. 

Coś nie tak? - spytała w duchu samą siebie. Dlaczego wygląda na takiego wściekłego? 

Co się niogło stać? 

-  Siadaj i jedz zupę, póki nie wystygła 

zaprosiła 

go uprzejmie. 

Usiadł i wziął łyżkę. Uśmiechnął się do Tracy, biorąc chleb, który mu podała. 

-  Edie go upiekła - oświadczyła Tracy. 

Ugryzł kęs i głośno wyraził swoje uznanie dla jego smaku i zapachu, czym niezwykle 

usatysfakcjonował dzieci. Edie niewątpliwie stała się już ich ulubienicą. 

Po objedzeniu się pieczonymi kartoflami z masłem, zapiekanką z jajek, boczku i sera, 

naleśnikami  z bananami i kruchymi ciasteczkami, Emma zabrała całą  trójkę  do  łóżek. 

Edie wyprosiła zaszczyt asystowania przy kąpieli i opowiedzenia bajki na dobranoc. 

-  Ale niestlasnej - 

szepnęła zaniepokojona Donna. 

Edie zapewniła ją uroczyście, że na pewno niestrasznej. 

Emma zeszła do kuchni. Ross zajęty był  właśnie sprzątaniem ze stołu. Bez słowa 

zaczęła mu pomagać,  potem razem pomyli naczynia. Zasiedli przy kominku. Emma 

starannie cerowała sweterek Robina. Ross zagłębił się w swoich papierach, wypełniając 

je ze zmarszczonym w skupieniu czołem. 
 Edie, po przyjściu, pochowała z powrotem talerze i garnki, odwracając wstydliwie 
głowę, gdy Rossowi zdarzyło się na nią spojrzeć.Potem szepnęła, że idzie do łóżka i 
zniknęła, zanim zdołali odpowiedzieć dobranoc. 

-  Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek przywyknie do 

mnie 

odezwał 

się 

Ross z wyrazem rozbawienia 

w oczach. 

Wtem zadzwonił  telefon. Zanim Ross podniósł  się  z krzesła, Emma podniosła 

machinalnie słuchawkę. Natychmiast rozpoznała ten głos i zjeżyła się cała słysząc 

wyniosłe: „ Chcę mówić z Rossem". 

Bez słowa oddała słuchawkę  Rossowi, który rzucił  jej badawcze spojrzenie, i 

wyszła z pokoju. Odnalazła spodenki Donny i obejrzała dziurę na kolanie. Wycięła 

dwie okrągłe łatki ze swoich starych, zniszczonych spodni i usiadła w kuchni, aby 

je przyszyć. Spodenki Donny były różowe, dżinsy Emmy niebieskie, ale w rezultacie 

kolory świetnie pasowały. 

Usłyszała, jak Ross pobiegł  na górę, po czym zbiegł  w pośpiechu. Pojawił  się  w 

drzwiach, kończąc nakładać wypchaną marynarkę z tweedu i prochowiec. 

-  Muszę wyjść - oznajmił zwięźle. 

background image

Emma kiwnęła głową potakująco, bez słowa komentarza. Jego twarz znowu miała 

ten niemiły, ironiczny grymas. Czuła na sobie jego potępiający wzrok i zachodziła w 

głowę, czym mu się  tym razem naraziła.  I co za nie cierpiącą  zwłoki wiadomość 

przekazała mu Amanda? Czy zdarzył  się  jakiś  nagły wypadek i potrzebowała go 

jako weterynarza? A może raczej jako mężczyzny? 

W pół godziny później, po uprzątnięciu i zabezpieczeniu kominka, sama udała się 

do sypialni. Dzieci spały spokojnie.   Edie wysunęła głowę ze  swego 
pokoiku, jeszcze raz szepnęła dobranoc i zniknęła. Emma wzięła długą, gorącą kąpiel i 

poszła do łóżka. Ale nie mogła zasnąć, wstała więc i zabrała się do wstępnych szkiców 

kilku ilustracji, głównie z pamięci wspomaganej kilkoma pocztówkami, kupionymi w Do-

rchester. Postanowiła, że następnym razem zrobi w mieście kilka dokładnych szkiców z 

natury. 

Po godzinie pracy udało się jej wreszcie zasnąć, ale w trzy godziny później obudził ją 

Ross. Potknął się na schodach i zaklął cicho. Chyba nie jest pijany, pomyślała. Spojrzała 

na zegarek przy łóżku, szeroko ziewając. Druga w nocy? Gdzież  on się, u licha, 

podziewał do tej pory? Amanda Craig musi mieć ogromną siłę przekonywania. 

Nic mi do tego, powiedziała sobie stanowczo Emma, opadając z powrotem na poduszkę. 

Może sobie włóczyć się przez całą noc! Ostatecznie to on będzie niewyspany, a nie ja. 

Jednak następnego ranka dała upust swoim uczuciom. Najpierw zabrała dzieci na długi 

spacer po lesie, gdzie nazbierali jeżyn na ciasto z jeżynami i jabłkami. Edie poszła na 

całe przedpołudnie pomagać  siostrze. Ross pracował  w terenie, ale niespodziewanie 

wpadł po drodze do domu na lunch. 

Emma, przygotowująca właśnie jagnięce kotlety w sosie miętowym, aż jęknęła ze zgrozy, 

widząc go w drzwiach. 

Dlaczego słowem nie wspomniałeś,  że wpadniesz na lunch? Przygotowałam kotlety 

tylko dla nas czworga. Czy wystarczą ci kiełbaski? - zapytała, przeszukując rozpaczliwie 

spiżarnię. 

Mogę iść na lunch do Dorchester - warknął, obracając się na pięcie. 

Nie wygłupiaj się  -  ucięła.  -  Jak już  tu jesteś,  zjesz z nami bez gadania, ale bądź 

uprzejmy uprzedzać  mnie w przyszłości. Nie znoszę być zaskakiwana z pustą spiżarnią. 

Gdy dzieci jadły kotlety, usmażyła mu raz dwa kilka kiełbasek, do tego było puree z 

ziemniaków i marchewka z groszkiem. Ciasto prosto z pieca wzbudziło okrzyki 

zachwytu. Ross z zadowoleniem wziął ogromny kawał. 

-  Uwielbiam leśne owoce - 

oznajmił. 

To zbrodnia 

pozwolić 

marnować 

się 

takiej ilości darów natury. 

Pewnego ranka zabiorę 

was, dzieci, na grzyby i nauczę 

odróżniać, które są jadalne, a które trujące. 

Potem dzieci pobiegły bawić się w ogrodzie, a Emma wzięła się do zmywania. Ross 

tkwił w drzwiach, przyglądając się jej i ziewając. 

Jestem zmęczony. 

Nic dziwnego - stwierdziła z ironią. 

O co ci chodzi? - uniósł pytająco brwi. 

Jak   się   przesiaduje   nocami   u  dziewczyny... 

-  Emma nie zdołała powstrzymać 

języka. O mój 

Boże, pomyślała, ten mój niewyparzony jęzor! Czy 

nigdy go nie okiełznam? 

Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytał uprzejmie po chwili milczenia. - Spałaś już, 

kiedy wróciłem. 

Jak spadasz ze schodów, to musisz się liczyć z tym, że obudzisz innych - rzuciła 

sucho. 

Słuchaj no, panno Leigh - rzekł cicho i dobitnie. 

-  Jesteś 

tu po to, żeby pilnować 

dzieci, a nie mnie 

przez calutką 

dobę. O której wychodzę 

i o której 

wracam, to tylko moja sprawa, nikt nie ma prawa do 

background image

tego się wtrącać. Zrozumiano? 

Dokładnie - odparła, cała w pąsach. 

To  świetnie  -  odwrócił  się  i szybko wyszedł. Emma usłyszała, jak odjeżdża i 

automatycznie wytarła ręce w fartuch. Miała ochotę zawyć. Sprawił, że poczuła się 

jak wścibska jędza, a najgorsze było to, że W zasadzie miał  rację. Nie miała 

ż

adnego prawa komentować  jego postępowania. Po co w ogóle  otworzyła usta? 

Czy nigdy nie nauczy się być dyskretna i trzymać język za zębami? 

Po południu wyruszyła na herbatkę  do pani Pat. B^die nieśmiało, ale nieustępliwie 

przypominała o zaproszeniu. Dzieci, wystrojone odświętnie, biegły  przodem w 

podskokach, a Emma z Edie kroczyły za nimi z wolna. 

Kiedy dochodziły do zajazdu, minęła ich znajoma lśniąca limuzyna Leona Daumaury. 

Dzieci gapiły się na nią z otwartymi buziami. Edie wytrąciło to z równowagi i przerażona 

dyszała  z otwartymi ustami jak ryba wyrzucona z wody. Emma zachmurzona, 

zastanawiała się, co robić, ponieważ samochód zwolnił, a w końcu zatrzymał się. W śro-

dku siedział  stary mężczyzna i przypatrywał  się  dzieciom, zaciskając obie dłonie na 

złotej gałce mahoniowej laski. 

Emma przyłączyła się  do dzieci i położyła opiekuńczo rękę  na ramieniu Tracy. 

Wyczuwała,  że z całej trójki właśnie ona najbardziej przeżywa to spotkanie, 

przypomniała sobie ton głosu Tracy po spotkaniu tego starego mężczyzny poprzedniego 

dnia. Emma przygotowała się na najgorsze. Czyżby naprawdę był to dziadek dzieci? To 

tłumaczyłoby zainteresowanie Amandy Rossem. Przypuśćmy,  że ten nieobecny 

archeolog, ojciec dzieciaków, jest synem Leona Daumaury. Ale Judith powiedziała, że 

nikt z najbliższej rodziny jej męża nie żyje. Kłamała rozmyślnie, czy po prostu wymazała 

ten fakt z pamięci? Ale jeżeli jej mąż  nazywał  się  Daumaury, dlaczego, u licha, 

przedstawiła  się  jako pani Hart? Zaraz, zaraz, chyba nie jest to takie trudne do 

wytłumaczenia? To jasne, że musiała tu mieć  miejsce jakaś  potężna  rodzinna  kłótnia. 

Najprawdopodobniej mąż Judith zmienił nazwisko^ żeby całkiem przeciąć rodzinne więzy i 

Emma przypuszczała, że wie, o co poszło. 

Człowiek tak bogaty, jak Leon Daumaury, mógł  bezwzględnie potępić  syna za 

małżeństwo, którego zupełnie nie aprobował. Emma domyślała się, widząc 

wyniosłą, lodowatą pychę na twarzy starego mężczyzny, że był to człowiek, który 

bez wahania odtrąciłby syna zamierzającego poślubić  kogoś  tak zwyczajnego i 

bezpretensjonalnego jak Judith. 

Tracy wpatrywała się  płonącymi oczami w starca z wyrazem zaciętego uporu na 

swej małej twarzyczce. 

I nagle Emma ujrzała, w przebłysku jasnowidzenia, zadziwiające podobieństwo 

między nimi - coś w kształcie oczu, nieustępliwym zarysie szczęki, linii nosa i ust. 

Coś nieokreślonego, niemniej wyraźnie dostrzegalnego. 

W głębi serca poczuła ogromną  ochotę  wybuchnąć  głośnym  śmiechem. To było 

niezwykle zabawne, obserwować to dziecko i starca stojących naprzeciw siebie z 

jednakowym wyzwaniem w oczach. Między nimi było ponad sześćdziesiąt lat 

różnicy, ale zachowywali się tak samo. 

Robin, przekrzywiając głowę, zapytał spokojnie rzeczowym tonem dorosłej osoby: 

-  Czy to naprawdę jest mój dziadek, Emmo? 

Starszy pan, jakby przestraszony czy rozgniewany, 

pochylił  się  do przodu i bez słowa dotknął  laską  ramienia szofera. Samochód 

ruszył, a starszy pan nawet się nie obejrzał. 

Emma spojrzała najpierw na Robina, potem na Tracy. 

-  O to musisz zapytać wujka Rossa, Robinie. 

-  Wujek Ross nigdy o tym nie mówi. - Głos Tracy był bez wyrazu.   Dlaczego 

nie? - dopytywał się Robin. 

Dlatego, że nie - odparła Tracy niezbyt pewnie. Pani Pat wybiegła im na spotkanie z tak 

idealnie 

obojętnym wyrazem twarzy, że  Emma natychmiast pojęła, iż  musiała dokładnie 

obserwować to dziwne spotkanie z ukrycia. 

background image

No, już jesteście - zawołała radośnie. - Wchodźcie, wchodźcie, musicie spróbować mojej 

babki marmur-kowej. Zrobiłam babkę marmurkową specjalnie dla moich małych gości. 

Babkę marmurkową? - powtórzył Robin. - A co to takiego? 

Na pewno będzie ci smakować - zapewniła pani Pat, biorąc go za rękę i mrugając do 

Emmy. - Jest we wszystkich kolorach tęczy. 

Nie było w tym przesady. Ciasto, stojące na stole, było pokryte różowym  lukrem 

nakrapianym czekoladą.  Po przekrojeniu ukazało się  mnóstwo kolorów. Dzieci były 

zachwycone, łakomie spoglądając na ciasto. 

Później, kiedy bawiły się na podwórku, a pani Pat dolewała herbaty, Emma miała ochotę 

wypytać ją dokładnie o stosunki rodzinne łączące dzieci z Leonem Daumaury. Poznała 

jednak tutejszych mieszkańców na tyle, że zdawała sobie sprawę, iż  każde bardziej 

dociekliwe pytanie napotka na mur milczenia. Będą mieli za złe jej ciekawość i nie zrobią 

nic, by ją  zaspokoić.  Gdyby Judith i Ross uznali za stosowne wtajemniczyć  ją  w ich 

związki z Leonem Daumaury, powiedzieliby to sami. Zresztą  Ross miał  wczoraj 

znakomitą okazję, by jej to wyjaśnić. A to, że jej nie wykorzystał, mówiło samo za siebie. 

To jasne, że chciał, aby nie była w to wciągnięta. Dotyczyło to tylko rodziny, a ona do 

niej nie należała. Potrafiła zaakceptować takie rozumowanie. 

Edie pierwsza spostrzegła nieobecność Donny. Do Emmy doszły jakieś krzyki, wyjrzała i 

zobaczyła dwójkę dzieci i Edie wyraźnie zaniepokojonych. Tylko dwójka? Natychmiast 

wybiegła i usłyszała ich wołanie: 

Donna... Donna, gdzie jesteś? 

Bawiliśmy się  w chowanego... -  wyrzuciła z siebie Tracy, gdy Emma do nich 

dobiegła. - Donna schowała się i nie możemy jej teraz znaleźć! 

Edie była półprzytomna z przerażenia. 

Nie powinnam była im pozwolić... Nie powinnam była spuszczać jej z oka, taką małą 

myszkę. - Ze zdenerwowania nie mogła mówić. 

Na pewno nie poszła daleko - uspokajała ją Emma. - Rozbiegnijmy się i wołajmy. 

Może Donna, dumna z tego,  że nie mogą  jej  znaleźć, przyczaiła się  w swojej 

kryjówce? Była taka malutka,  że trudno byłoby ją  dostrzec, gdyby siedziała bez 

ruchu. 

Rozbiegli się  nawołując. Szukali wszędzie: wzdłuż  dróżki, zaglądając do innych 

domów, nawet przetrząsając lasek, chociaż  było mało prawdopodobne, żeby tam 

doszła. Edie odchodziła od zmysłów, nawet Tracy zaczęła się  niepokoić. Emmie 

przyszło do głowy,  że właściwie należałoby zawiadomić  Rossa i zorganizować 

systematyczne poszukiwania, bowiem wkrótce zapadnie zmierzch,  a Donna była 

taką kruszyną. 

I nagle ją  ujrzała. Mała, na samym środku  łąki, zapomniawszy o całym  świecie, 

zbierała dmuchawce i dmuchała z zapałem, przyglądając się, jak lecą  w cztery 

strony świata. Gaworzyła radośnie przy tym zajęciu. 

Co za ulga! Emma przymknęła oczy, szepcząc dziękczynną  modlitwę. Gdy je 

otworzyła, w miejsce ulgi pojawiło się przerażenie - dostrzegła coś, co w pierwszej 

chwili uszło jej uwagi. Po przeciwnej stronie łąki, tyłem do bawiącego się dziecka, 

stał potężny byk i z pochylonym łbem wpatrywał się w las. 

Emma przygryzła wargi, starając się  zebrać  myśli. Nie wolno jej było zawołać  Donny, 

krzyk zwróciłby uwagę zwierzęcia. Musi sama dotrzeć do Donny bez zwracania uwagi 

byka. Ruszyła w stronę  bramy zastanawiając się, jak dziecko dostało się  na  łąkę. 

Przecisnęło się pod ogrodzeniem czy wspięło się na nie? 

Ostrożnie pokonała bramę i wolno zbliżyła się do dziewczynki. Była tuż koło niej, gdy mała 

ją  spostrzegła.  Już, już  miała wydać  okrzyk powitalny, gdy Emma, potrząsając głową 

przecząco  i podnosząc palec do ust, powstrzymała ją  od tego. Twarzyczka Donny 

rozjaśniła się w uśmiechu, była przekonana, że to dalszy ciąg gry w 

chowanego. Emma 

wzięta ją na ręce i z wieJką ostrożnością ruszyła z powrotem w stronę ogrodzenia. 

Złośliwość  losu dopadła je, gdy miały jeszcze spory kawał  do bezpiecznej strefy. 

Przeleciały nad nimi dwie wrony, kracząc zawzięcie. Donna roześmiała się głośno. 

Emma obejrzała się i ze zgrozą ujrzała, że byk się obrócił. Jego małe, czerwone oczka 

background image

zapłonęły wściekłością  na ich widok, z nozdrzy buchnęła para, a łeb pochylił  się  ku 

ziemi. 

Nie czekając dłużej, rzuciła się do ucieczki, krępowana ciężarem Donny. Ta, nieświadoma 

niebezpieczeństwa, zaśmiewała się radośnie. Przerażenie dodało Emmie sił. Biegła tak 

szybko, jak jeszcze nigdy w życiu, tuląc do siebie dziecko z całej mocy. Za nią pędził byk, 

wkrótce będzie deptał jej po piętach. Czyżby to jej oddech dobywał się z niej z takim 

wysiłkiem i głośnym świstem? 

Donna także wyczuła już  niebezpieczeństwo.  Jej  małe ciałko przylgnęło z całych sił, 

rączki objęły mocno. 
-  W porządku, kochanie - 

poklepała ją 

Emma 

uspokajająco, chociaż 

sama wcale nie miała pewności, 

ż

e uda się 

im dotrzeć 

do ogrodzenia na czas. - 

Nie 

ma się czego bać. 

I nagle wyrosła przed nimi brama. Rzuciła się  do niej, myśląc tylko, jak wsadzić 

Donnę na bezpieczną wysokość. 

Nie pamiętała, co się stało potem. Wiedziała tylko tyle, że najpierw znajdowała się 

po złej stronie bramy, z wściekłym bykiem za plecami, za chwilę lądowała już po 

drugiej stronie, amortyzując rękami upadek, a byk, w bezsilnej złości, szturmował 

przeszkodę. 

Z trudem łapiąc oddech obmacała Donnę. 

-  Nic ci się nie stało, skarbie? 

-  Emma jest cała bludna! - zaśmiewała się mała. 

Nagle obok nich z piskiem zahamował samochód. 

Oszołomiona Emma zobaczyła wyskakującego Rossa, który dopadł jej ze zbielałą 

twarzą. Przyklęknął  i wodził  oczami od dziecka do dziewczyny, potem do byka, 

wściekle walącego kopytami w ziemię po drugiej stronie bramy. 

-  Mój Boże, co się stało? 

Lepiej nie pytaj... - Emma próbowała się uśmiechnąć. Jak przez mgłę czuła, że po 

ręce cieknie jej krew. Zastanawiała się leniwie, skąd się wzięła. 

Skaleczyłaś się w rękę. - Ujął ją za ramię, szukając rany. 

To tylko zadrapanie -  odparła lekceważąco,  jednak z pewnym zdziwieniem 

stwierdzając, że sprawia jej przyjemność widok pochylonej nad nią jego twarzy i oczu 

wpatrujących się w nią, tym razem bez wrogości. 

Ta kłowa nas goniła - oznajmiła niepewnie Donna. 

-  Naprawdę? To dopiero - stwierdził ponuro Ross. 

Emma spojrzała na niego i skrzywiła się. To wszystko moja wina. Tak mi przykro. 

Powinnam była pilnować ich jak oka w głowie. 

Wiem, jak do tego doszło  -  wyjaśnił.  -  Pani Pat zadzwoniła do mnie. Ruszyłem 

natychmiast. Nie ma w tym niczyjej winy  -  dzieci zawsze gdzieś  łażą, nikt nie jest w 

stanie upilnować naraz całej trójki. 

Emma jest cała bludna. -  Donna nie omieszkała donieść  tego godnego ubolewania 

faktu Rossowi, który uosabiał dla niej męski ład i porządek. 

Emma roześmiała się mimowolnie. 

-  Jestem niegrzeczna - przyznała beztrosko. 

Ross pomógł jej się podnieść. 

Odwiozę was do domu. Wyobrażam sobie, jak cię bolą nogi po takim sprincie przez łąkę 

z Bonapartem za plecami. 

Ten byk naprawdę  tak się  nazywa?  -  zachichotała Emma na myśl, jak to imię 

znakomicie pasuje do zwierzęcia. 

Oczywiście, w skrócie Nappy. Aha, jest już Tracy. Zaraz wyślemy ją z dobrymi wieściami 

do pani Pat i Edie. Pewnie umierają z niepokoju. 

Tracy zmierzyła Donnę twardym, potępiającym spojrzeniem. 

Gdzieś ty była? Dostaniesz lanie. Wszyscy szukamy ciebie od godziny, Edie płacze jak 

fontanna... Pani Pat powiedziała, że jak fontanna - dodała sztywno, widząc spojrzenie 

background image

Rossa. 

Pędź z powrotem i daj znać, że znaleźliśmy Donnę całą i zdrową - pogonił ją. - Poproś 

Edie, żeby Robina i ciebie natychmiast zaprowadziła do mojego domu. Już najwyższa 

pora na mycie i do łóżek. Mieliście dzisiaj znowu męczący dzień. 

Dlaczego Emma jest cała wymazana na czarno? - dopytywała się Tracy. - Wpadła do 

kałuży czy co? 

Tak. A teraz zmykaj - uciął Ross. Tracy pobiegła w końcu, choć niechętnie. Ros» 

wsadził Donnę do samochodu, a Emma usiadła obok niej, czując cały czas lekki smród. 

-  Obawiam się, że tę woń obory wydzielasz ty sama - zauważył taktownie Ross, 

widząc, jak dziewczyna z odrazą marszczy nos. 

Przyjrzała się swojej najlepszej, czarno-czerwonej sukience w kratkę. Jęk grozy i 

ż

alu wydarł  się  z jej ust, gdy ujrzała, jak ją wybrudziła przy upadku, a potem jęk 

obrzydzenia, gdy stwierdziła, w co upadła. 

-  Chyba będę musiała zedrzeć z siebie skórę, żeby się pozbyć tego zapachu - 

powiedziała z udręką.  

-  Moje rajstopy są zupełnie na nic, a pantofle... lepiej nie mówić! 

-  Nie przejmuj się 

zachichotał 

Ross. 

Jeszcze 

jedno doświadczenie więcej, a poza tym można powiedzieć,  że przeszłaś  chrzest 

bojowy. - Oczy mu błysnęły, gdy spostrzegł oburzenie na jej twarzy. 

-  Wiesz, życie na wsi nie jest tak czyste i higieniczne jak w mieście. Tu nie można 

odizolować  się  od natury. Przypuszczam, że jedyną  niemiłą  wonią 

w mieście są wyziewy spalin. Ja osobiście wolę jednak zapach obory lub stajni, no, 

ale gusta są różne. 

-  A Emma biegła i biegła 

wrąciła się 

nagle 

Donna, pełna podziwu. - 

A potem przeskoczyłyśmy 

blamę. 

Ross rzucił Emmie spojrzenie w lusterku samochodowym. 

No, no, nasza mała, dzielna bohaterka - wymruczał. 

Och, przestań! - zarumieniła się. 

Po dotarciu do domu Ross zajął  się  Donną, która była stosunkowo czysta i nie 

miała żadnych zadrapań. Emma instynktownie chroniła ją podczas przeskaki- 
 wania przez bramę. Teraz poszła szorować się do łazienki, a mała, pod opieką Rossa, 
chlapała się w miseczce pod kuchennym kranem. 

Kiedy zeszła dużo później, wyszorowana do białości, w dżinsach i swetrze, niosła małą, 

starannie zawiniętą paczkę z brudnym ubraniem. 

-  Muszę 

to natychmiast uprać. 

Im szybciej, tym 

lepiej. 

Ross przyglądał się jej ze złośliwym rozbawieniem. 

Miejska elegantka z ciebie! 

Zauważyłam,  że ty też  bardzo dokładnie myjesz się  po zawodowych odwiedzinach w 

chlewach - odcięła się. 

Po prostu zdrowy rozsądek. - Wzruszył ramionami. - Wymogi higieny. 

Nie wmówisz mi, że naprawdę  przepadasz za wonią  gnoju  -  upierała się 

niedowierzająco. 

Nie, jeżeli ja ją wydzielam - roześmiał się bezczelnie. 

-  Tego się spodziewałam - rzekła z tryumfem. 

Podszedł bliżej i spojrzał jej w twarz, na czystą, 

zdrową, zaróżowioną skórę, w szeroko otwarte brązowe, pełne ciepła oczy, na wydatne 

różowe usta i zaokrąglony podbródek. 

-  Pachniesz teraz o wiele przyjemniej. - 

Wciągnął 

w nozdrza zapach soli kąpielowych i talku. - 

Jak cały 

ogród. 

Emma stała bez ruchu, jakby zahipnotyzowana spojrzeniem jego szarych oczu. 

background image

-  Dzięki - rzekła w końcu ochryple, z wysiłkiem. 

Jego twarz przybliżyła się jeszcze bardziej, jakby 

bezwiednie, ich oczy nie mogły się od siebie oderwać. Wtem dobiegł ich z podwórka 

głos Edie i kroki biegnącego Robina. Czar chwili prysnął. Odskoczyli od siebie, oboje 
 zmieszani. Emma zabrała Donnę spod kranu, a Ross ruszył na spotkanie przybyłych. 
Wszystko potoczyło się jak zwykle. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

-  Nie omówiliśmy jeszcze spraw pieniężnych 

zaczął 

Ross następnego dnia. Razem z Emmą, ramię 

przy 

ramieniu, zgodnie przycinali róże. Edie zabrała dzieci 

na spacer do pani Pat. 

Emma zmarszczyła brwi. 

Sprawy pieniężne? - Od razu skojarzyła je z wypadkiem samochodowym. - Wydaje mi 

się,  że Judith powinna skontaktować  się  z moją  firmą  ubezpieczeniową. Dzięki Bogu, 

moje ubezpieczenie pokrywa wszystko. 

Nie chodzi o Judith, tylko o ciebie, głupolu - uśmiechnął się. 

O mnie? - Nic nie rozumiała. - Przecież nic mi się nie stało! 

Pieniądze za opiekę  nad dziećmi  -  tłumaczył  cierpliwie.  -  Tygodniówka, zapłata  - 

jakkolwiek to nazwać. Ze swoich obowiązków wywiązujesz się znakomicie, Judith będzie 

ci bardzo wdzięczna.  Widziałem się  z nią  wczoraj i prosiła, żebym to z tobą  uzgodnił. 

Prosiła też, żebyś określiła sumę. 

Ależ ja nie chcę żadnych pieniędzy - zaprotestowała zdumiona. 

Co za bzdura! Musisz dostać pieniądze. Dlaczego masz pracować za darmo? 

Z dwóch powodów  -  oznajmiła spokojnie. - Po pierwsze, czuję  się  odpowiedzialna za 

spowodowanie wypadku. A po drugie, to ja powinnam wam zapłacić za najwspanialsze 

wakacje w moim życiu. Mam za darmo mieszkanie i jedzenie, mnóstwo wolnego czasu i 

przyjemność zajmowania się trójką uroczych dzieci. Od lat nie miałam tylu przyjemności 

naraz. 

Wiesz, że jesteś zadziwiającą dziewczyną? - Przyglądał się jej jak naukowiec rzadkiemu 

okazowi owada pod mikroskopem. - Czy aby na pewno jest to twoje ostatnie zdanie w 

tej sprawie? 

Oczywiście - zapewniła go. 

W porządku,  zostawmy  na  razie  ten  temat. 

-  Wzruszył 

ramionami. 

Judith to z tobą 

omówi, 

kiedy ją odwiedzisz. 

-  A zatem już 

załatwione, 

ż

e będę 

mogła zabrać 

dzieci w niedzielę do szpitala? 

Były małe kłopoty z uzyskaniem zgody na wizytę  dzieci w szpitalu. Ich matkę 

przeniesiono już na salę ogólną, gdzie odwiedziny chorych przez dzieci były zabronione. 

Atmosfera tych sal nie była d\a nich wskazana. 

-  Tylko na pięć minut, tak postanowiła pielęgniarka 

-  oświadczył Ross. - Uważam, że zarówno Judith, jak i dzieci, potrzebują spotkania, więc 

wymusiłem zgodę. 

-  W głębi  swych serduszek dzieciaki zamartwiają  się  o mamę  -  przyznała Emma. - 

Mam nadzieję,  że wizyta, chociażby króciutka, uspokoi je trochę. 

Szczególnie Donnę... Jest taka mała, trudno jej zrozumieć, co się naprawdę dzieje. 

Brama za ich plecami skrzypnęła. Odwrócili się. Ujrzeli Amandę, jak zawsze 

nieskazitelnie elegancką, w kaszmirowym sweterku, szaroniebieskiej spódnicy i 

naszyjniku z pereł. 

-  Cóż  za cudowny poranek -  zwróciła się  do  Rossa z jednym ze swych 

olśniewających, uroczych uśmiechów. 

background image

Emma z powrotem zajęła się przycinaniem róż z taką energią, jakby od tego miał zależeć 

jej los. Wydaje mi się, że wasza niania za bardzo szaleje z tym sekatorem - zauważyła 

leniwie Amanda, uradowana okazją do krytyki. 

Hej! - zawołał żartobliwie Ross. - Zostaw co nieco na krzakach! 

Zaraz ci pokażę - słodko powiedziała Amanda wyrywając Emmie sekator z rąk, nim ta 

pojęła, o co chodzi. - My znamy się na przycinaniu, prawda, Ross? 

Zabrała się  do krzaka ciemnoróżowo kwitnącej róży i przycinała  go szybko, ale z 

doskonałą precyzją. Emma musiała jej to przyznać. 

Ross obserwował  ją  z kwaśną  miną, ręce oparł  na biodrach. Amanda podniosła na 

niego szafirowe, pełne sympatii oczy. 

Ogrody w Queen's Daumaury wyglądają  teraz pizepiękrne.  -  W jej iagodTrym  g\osie 

brzmiał  jakiś  dwuznaczny ton, jakby poruszała  śliski temat. -  Róże rozkwitły w pełni, 

krzewy mienią się już barwami jesieni. 

Nie jestem ogrodnikiem - uciął sucho Ross. - Staram się utrzymać ład w moim ogrodzie, 

na ile mi starczy czasu, to wszystko.  Pójdę  sprawdzić, czy Edie nastawiła wodę  na 

herbatę. 

Widziałam ją właśnie tam, w tej knajpie - oznajmiła złośliwie Amanda. 

Ross spojrzał nieprzytomnie, jakby o czymś sobie przypomniał. 

Aha, no to pójdę sam nastawić wodę. 

Nie, nie, ja to zrobię  -  zaproponowała uprzejmie Emma. -  Zostań  tu, Ross, 

porozmawiajcie sobie. 

Rzucił jej nienawistne spojrzenie, ale się nie ruszył, więc poszła do kuchni, zostawiając 

ich razem. 

Wkrótce przyłączył do niej, ale sam. Rzuciła mu krótkie, rozbawione spojrzenie. A gdzie 

Amanda? - zapytała niewinnie. - Nie przyjdzie na herbatę? 

Nie przyjdzie - odrzekł krótko. 

No wiesz, naprawdę  mnie zadziwiasz. -  Emma spuściła powieki, by ukryć 

rozbawienie. 

Spojrzał na nią bez cienia uśmiechu. 

-  Nie błaznuj. Nie mam zupełnie nastroju do żartów. 

Wyglądał jak chmura gradowa, a na jej twarzy 

pojawiły się dołeczki od powstrzymywanego śmiechu. 

-  No, no, ależ 

jesteś 

srogi! 

Jej brązowe oczy 

rozjaśniła wesołość. 

Złapał ją gwałtownie za łokcie i potrząsnął dziko. 

Ty mała  kocico! Jak śmiesz stroić  sobie ze mnie żarty?  -  Ale w szarych oczach 

pojawił się uśmiech, gdy spojrzał w jej zwróconą ku niemu twarz. 

Amanda jest bardzo piękna. - Emmie nie udało się ukryć niechęci. 

O tak, niezwykle -  przyznał.  -  Jak figurka z saskiej porcelany, delikatna, śliczna i 

bardzo, bardzo kosztowna. 

Czy ona należy do rodziny Daumaury? -  Emma  w myśli zadawała sobie pytanie, 

czy niechęć Rossa do Amandy nie wynika ze świadomości, że jest ona poza jego 

zasięgiem, jak gwiazdka z nieba: daleka i nie do zdobycia. 

Odwrócił się od niej i spoglądał przez okno na oświetlony słońcem ogród. 

Tak - rzucił sucho. 

Czy jest wnuczką Leona Daumaury? 

Nie znam dokładnie stopnia ich pokrewieństwa.  Sądzę,  że jest wnuczką  jego 

siostrzenicy, ale być może pokrewieństwo jest jeszcze dalsze. 

Jej rodzice także mieszkają w rezydencji? 

Nie żyją oboje.  
-  Och... 

Emmie zrobiło się 

przykro. 

Biedna 

Amanda! To smutne. 

Ross nie wydawał się przejęty. 

Minęło wiele lat. Już dawno z tym się pogodziła. 

background image

Czy można się z tym kiedykolwiek pogodzić? Pustka po nich pozostaje na zawsze. 

A jak u ciebie? - Znowu spojrzał na nią. - Czy twoi rodzice żyją oboje? 

O tak, i są  bardzo zajęci.  -  Uśmiechnęła się  z czułością.  -  Mój ojciec jest lekarzem w 

Norfolk, w takiej dosyć odludnej wiosce. Mama hoduje koty syjamskie. Mam też trzech 

braci i siostrę, wszyscy już  założyli rodziny, oraz pięciu bratanków i siostrzenicę. 

Jesteśmy bardzo związani ze sobą. Tak naprawdę, to tylko ja opuściłam Norfolk. 

Wyjechałaś na studia, prawda? 

No tak, nie miałam wyboru. Studia w Londynie dają  większe możliwości, chociaż 

mogłam wybrać miejscową szkołę plastyczną. 

Pewnie bardzo byłaś  ciekawa smaku wielkiego miasta? -  zauważył  z  łagodną 

złośliwością. 

Można tak powiedzieć - zgodziła się ze śmiechem. 

A jednak wychowałaś się na wsi - mruknął. 

-  Dlaczego mi tego nie powiedziałaś? Dlaczego 

pozwoliłaś, abym powziął 

o tobie fałszywe wyob 

rażenie? 

Być może chciałam ci dać nauczkę, żebyś zbyt pochopnie nie oceniał ludzi! - Rzuciła mu 

wyzywające spojrzenie. 

Bezczelna pannica! - Uszczypnął ją w policzek. 

-  Masz mieszkanie w Londynie? 

Tak. 

Mieszkasz sama czy z kimś? 

Spojrzała na niego szeroko otwartymi, niewinnymi oczami.. 
W zasadzie z kimś. 

Ach tak? Czy to ktoś sympatyczny? 

Zadajesz bardzo dużo pytań  -  zauważyła Emma ze słodyczą  w głosie.  -  Muszę 

przyznać, że bardzo sympatyczny. 

Rozumiem  -  skrzywił  się.  -  Teraz będziesz cedzić  informacje. Czyżbym stawał  się 

zbyt wścibski? - Patrzył na nią przenikliwie. 

Już  widzę, jak ci wyobraźnia pracuje. -  Wybuch-nęła  śmiechem.  -  Nie jesteś 

wścibski. Mieszkam z przyjaciółką, ma na imię  Fanny, jest sekretarką  w 

wydawnictwie. To bardzo ładna i przemiła blondynka. Mieszkamy razem od dwóch 

lat. Jeszcze jakieś pytania? 

Oczywiście, jedno - oświadczył spokojnie. 

Jeszcze? - Spojrzała zdziwiona. - A jakież to? 

Czy jest jakiś mężczyzna w twoim życiu? Milczała przez chwilę, po czym 

odrzekła cicho. 

W tym momencie nie ma żadnego. Obserwował ją uważnie. 

W tym momencie - powtórzył. 

Przed oczami Emmy pojawił się obraz uśmiechającego się do niej Guya, jego twarz 

oświetlona przesianym przez liście brzozy słońcem, zręczna, gibka sylwetka w 

tenisowym stroju. Przymknęła oczy w oczekiwaniu na ból targający serce, ale 

doznawała tylko spokoju, jak po pogodzeniu się  z losem. Otworzyła oczy, 

marszcząc brwi z niedowierzaniem. 

Ross nadal obserwował ją uważnie. 

Dawno się to skończyło? - zapytał łagodnie. Spojrzała na niego zaskoczona. 

Nie tak dawno - odpowiedziała bez wahania. 

Byliście poważnie zaangażowani? Przynajmniej ty? 

-  Tak mi się 

wydawało 

odpowiedziała, ciągle nie 

dowierzając własnym uczuciom. Aon? 

Nie, on nigdy, chociaż tak sądziłam, ale nie, to nie była jego wina, to moja - tłumaczyła 

nieskładnie. 

Widocznie musiał  dawać  ci powody do myślenia  poważnie o waszej znajomości  - 

zauważył zimno Ross. 

background image

Ależ nie - pokręciła głową. - Byliśmy przyjaciółmi. 

Spojrzała na niego błagalnie. - To się zdarza, wiesz 

przyjaźń między mężczyzną i kobietą bez żadnych zobowiązań. 

-  Cóż, jasne jest, że ty tego tak nie traktowałaś 

- zauważył z ironią. 

-  Guy nie domyślał się... 

-  Musiał być idiotą. - Ross był bezlitosny. 

Emma chciała zaprotestować, ale w głębi serca 

wiedziała, że on ma rację. Guy musiał być absolutnie ślepy, jeżeli nie zauważył jej uczuć 

do niego. 

-  Jak to się skończyło? - pytał dalej Ross. 

Fanny wróciła właśnie z Ameryki i... - zaczęła bezbarwnym głosem. 

Już pojmuję - przerwał Ross, słysząc w jej głosie ból. 

Wiesz, czuję,  że o wiele bardziej brak mi Fanny niż  Guy a... być  może wkrótce będę 

mogła znowu spojrzeć jej w twarz otwarcie, bez żalu - wyznała. 

Więc to był powód twojego przyjazdu w te strony? - dociekał Ross. 

Skinęła głową potakująco. 

To wszystko wydarzyło się bardzo niedawno? 

A mnie się wydaje, jakby to było przed wiekami - 

zdziwiła się.  -  To niesamowite. 

Czas stoi w miejscu przez lata i nic się  nie dzieje. A potem nagle przyspiesza 

i wydarzenia następują jedne po drugich, nie dając czasu na zastanowienie się, człowiek 

jest oszołomiony i zdezorientowany. Fanny i ja mieszkałyśmy  razem 

przez dwa lata. Biegałyśmy na randki, było nam ze sobą dobrze, pracowałyśmy ciężko. 

Ale tak naprawdę nic się nie działo, rozumiesz, co mam na myśli? Wszystko szło tak 

gładko. I nagle Fanny wyjechała, ja poznałam Guya i zakochałam się w nim na serio. 

Fanny wróciła i zobaczyłam ich twarze... jakby w nich piorun strzelił  i mnie przy tym 

poraził. Musiałam się usunąć i dlatego wyruszyłam tutaj, po drodze był ten wypadek z 

twoją siostrą i oto niespodziewanie wylądowałam jako niania trójki dzieci. Co jakiś czas 

przychodzi mi do głowy, że to chyba sen. 

To nie sen - oznajmił Ross cierpko. - A zatem przyjechałaś tu leczyć złamane serce? 

Przyjechałam tu, żeby uwolnić się od nieznośnej sytuacji. - Nie spodobał się jej ton jego 

głosu. - Fanny i Guy bez przerwy gruchali jak dwa gołąbki. To było nie do wytrzymania. 

Przykra historia - skomentował złośliwie. 

Gdybyś kiedykolwiek był naprawdę zakochany, nie byłbyś taki złośliwy - rozzłościła się. 

Dlaczego sądzisz, że nie byłem? - zapytał ironicznie. 

A może byłeś?  -  Spojrzała mu w twarz pytająco.  -  Usłyszałeś  już historię  mego życia. 

Może teraz vice versa? 

Vice versa. -  Uśmiechnął  się.  -  Czyli czas na wzajemne wyznanie, innymi słowy? 

Dlaczego nie? Zaspokoiłaś moją ciekawość, chociaż zrobiłaś to bardzo oględnie. No więc 

tak, byłem zakochany... raz, w zasadzie dwa razy. Po raz pierwszy, kiedy miałem 

osiemnaście lat, w koleżance ze studiów. Była sympatyczna, ale na dystans. Miała na 

względzie przede wszystkim własną karierę, a nie małżeństwo ze mną. Prawdę mówiąc, 

odkochałem się równie szybko, jak zakochałem. 

Wiem, co masz na myśli - westchnęła. - Czasami zastanawiam się, czy miłość w ogóle 

istnieje. Zdarzało mi się czasami zakochać - było zabawnie, ale bardzo krótko. - 

Spojrzała na niego z uśmiechem. - Przepraszam, przerwałam ci. A kiedy zakochałeś się 

drugi raz? 

Czyżbyś  nie wiedziała?  -  Spojrzał  na nią  nieprzychylnie. Skąd mam wiedzieć?  -  Była 

zaintrygowana. Chociażby z wiejskich plotek - odparł. 

Nie słucham ich, poza tym żadne do mnie nie dotarły.  Och, strasznie tu plotkują  - 

powiedział gorzko. 

-  Po  prostu jeszcze  nie  miałaś  okazji  usłyszeć. 

-  Podszedł 

do okna i wpatrywał 

się 

w nie, z rękami 

w kieszeniach. - Poznałem ją na tańcach. Była piękna i słodka, z niewinnymi, błękitnymi 

oczami dziecka. Podbiła mnie od pierwszego wejrzenia. 

background image

Dla wszystkich było oczywiste, że mam poważne zamiary i jej rodzina założyła, że się 

pobierzemy. 

Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i stopniowo... to brzmi okrutnie, ale uświadomiłem 

sobie, 

ż

e mnie  nudzi. Była głupia, powierzchowna, samolubna. 

Przyjechała z wizytą  do mojego domu. Moja rodzina popierała to małżeństwo, ale ja 

czułem się  nie w porządku, musiałem jej jakoś  wyjaśnić,  że zmie 

niłem zamiar. W końcu powiedziałem jej to pewnego wieczoru... Płakała i błagała mnie, 

ż

ebym... Co za piekło, jakbym popełnił  zbrodnię! Była w długach. 

Rodzina wydała pieniądze na jej stroje, a nie było ich na to stać... Było mi jej żal. 

Proponowałem pokrycie wszelkich wydatków, ale małżeństwo z nią 

nie wchodziło w grę. 

Emma siedziała nieporuszona pod wrażeniem tej opowieści i zastanawiała się, czy nie 

chodzi tu o Amandę  Craig, ale wykluczyła to, gdyż  Amanda mieszkała  w  Queen's   

Daumaury  i  musiała  mieć mnóstwo pieniędzy. 

Mówię ci, że odetchnąłem z ulgą, kiedy tamtegu wieczoru wreszcie poszła do łóżka 

- ciągnął Ross z goryczą. - Ale koło północy coś mnie obudziło. To była znowu ona 

- przyszła błagać mnie jeszcze raz. Zaczęła płakać, potem rozszlochała się na cały 

głos. Wybiegła z mojego pokoju, a ja za nią,  żeby ją  jakoś  uspokoić. Wpadła do 

swojej sypialni, a gdy zawróciłem, zaczęła przeraźliwie krzyczeć. W sekundę zbiegło 

się mnóstwo ludzi, gapiących się na mnie oskarżycielsko, a wtedy pojawiła się ona, 

w koszuli rozdartej na ramieniu, z potarganymi włosami, i oskarżyła mnie o próbę 

gwałtu... 

Co za obrzydliwy numer! - Emma zatrzęsła się z oburzenia. 

Odwrócił się natychmiast, jego szare oczy patrzyły na nią badawczo. 

Dziękuję - powiedział ze wzruszeniem. 

Za co? - zdziwiła się. 

Za to, że mi uwierzyłaś. 

Oczywiście, że ci wierzę - zapewniła serdecznie. - Nikomu, kto cię choć trochę zna, 

nie przyszłoby do głowy,  że byłbyś  zdolny zgwałcić  dziewczynę  pod własnym 

dachem! 

Mój... moja rodzina w to uwierzyła - wyrzucił z siebie Ross ochrypłym głosem. 

Niemożliwe! 

Nie tylko uwierzyła tej dziewczynie, ale wyrzuciła mnie z domu i uznała za potwora. 

Co? Judith też? - spytała z niedowierzaniem. 

Nie, Judith nie. Zawsze twierdziła, że ta historyjka jest śmiechu warta. 

Pani Pat też nie uwierzyła - powiedziała Emma w zamyśleniu, przypominając sobie 

pewne dwuznaczne napomknięcia, które, dzięki opowieści Rossa, teraz zrozumiała. 

Spojrzała na niego z uśmieszkiem.  -  Nic  dziwnego,  że nie życzyłeś  sobie mojej 

obecności w tym domu, dopóki nie znajdziesz przyzwoitki. Kto raz się sparzył, na 

zimne dmucha! Skinął głową. 

Rozumiesz,  że osobiście nie miałem nic przeciwko tobie. To tylko instynkt 

samozachowawczy. 

Doskonale rozumiem! - Wzdrygnęła się. - Jasne, że takie przeżycie pozostawia straszny 

niesmak, ale trochę  mi  żal  tej dziewczyny. Mogła być  w tobie zakochana i rozpacz 

przywiodła ją  do tego, że straciła głowę. Była gotowa zrobić  cokolwiek, byle cię 

zatrzymać. 

Gdybyś  kogoś  kochała, to zrobiłabyś  „ cokolwiek"?  -  Skrzywił  się.  -  Nigdy nie 

uznawałem tej nowoczesnej teorii,  że  „ miłość" usprawiedliwia każdą  zbrodnię, nawet 

najgorszą. Sądząc z tego, co mi właśnie  opowiedziałaś  o sobie i tym twoim Guyu, ty 

jednak nie zdecydowałabyś się narzucać komuś tak bezwstydnie. 

Może nie byłam w nim tak bardzo zakochana, jak  ta  dziewczyna w  tobie - westchnęła  

Emma. 

-  Trudno osądzić. 

-  Przestań ją usprawiedliwiać - zniecierpliwił się. 

-  Mam przeczucie, że nie miłość doprowadziła ją do tego. Najważniejsze były pieriądze. 

background image

Była  gotowa na wszystko, przyznaję  -  na wszystko, żeby dobrać  się 

do pieniędzy. 

Jesteś strasznie cyniczny - wytknęła mu z lekką urazą. - Chociaż muszę przyznać, że po 

takich doświadczeniach to naturalne. 

A jak ty? -  zapytał.  -  Czy też  masz jak najgorsze zdanie  o mężczyznach po twoim 

zawodzie miłosnym? 

A niby dlaczego? Guy zachowywał się wobec mnie zawsze prostolinijnie. Ja sama siebie 

oszukiwałam, nie on mnie. Wierz mi, zakochał  się  w Fanny od pierwszego wejrzenia. 

Byłam tego świadkiem, chociaż trudno było mi to znieść. - Zawahała się na chwilę. - Ale 

nie przeczę,  że w przyszłości będę  dużo, dużo ostrożniejsza. Mnóstwo czasu upłynie, 

nim zakocham się znowu. Wiem już, jak unikać pułapek. 

Jesteś przezabawna! - Ross roześmiał się głośno. 

Bardzo ci dziękuję. - Obraziła się. - Miło mi, że tak dobrze się bawisz. 

W odpowiedzi roześmiał się jeszcze głośniej. Po tej rozmowie Emma czuła, że ich 

znajomość stała się głębsza, pojawiły się w niej przyjaźń i zrozumienie oparte na 

wzajemnym zaufaniu. Dlatego przeżyła mały szok, kiedy wkrótce jego zachowanie 

uległo zmianie. Ubodło ją to do żywego. 

Pojechała z dziećmi do szpitala, do ich matki. Judith wyglądała dużo lepiej, ajej 

twarz rozpromieniła się na widok dzieci. 

Nie wiem, jak mam ci dziękować! - powiedziała Emmie tuląc je do siebie. 

Nie ma za co - odparła Emma. 

Ross wychwalał cię pod niebiosa - ciągnęła pełna wdzięczności Judith. - Doprawdy 

nie mam pojęcia, co by było bez ciebie. 

Czyżbyś zapomniała, kto był sprawcą wszystkich twoich nieszczęść? 

Ten pies! - mrugnęła do niej Judith. 

Ale to mnie zabrakło refleksu! 

Mimo wszystko jestem ci bardzo wdzięczna. Dzieci wyglądają wspaniale. 

Emma smacznie gotuje -  wtrącił  Robin spokojnym, rzeczowym tonem. -  Nawet 

wujek Ross tak powiedział. 

Judith spojrzała porozumiewawczo na Emmę.  
-  Nawet wujek Ross. To dopiero pochwała. 

Ubawiło to Emmę. 

A jak on znosi ciężar goszczenia takiej gromadki dzieci? - zapytała Judith. 

Bardzo dzielnie - zapewniła Emma. 

Czy to prawda, że mamy dziadka? - zapytał niespodziewanie Robin. 

Zapadła niezręczna cisza. Judith pytająco spojrzała na niego, potem na Emmę. Twarz 

jej pobladła nagle. 

Emma zastanawiała się, co powiedzieć, gdy Robin odezwał się znowu. 

-  Tracy mówi, 

ż

e mamy. Widzieliśmy go w takim 

ogromnym samochodzie, patrzył 

na nas, ale nic nie 

mówił. Jest taki stary i mały... 

W oczach Judith pojawiły się  łzy, które starała się  ukryć, odwracając twarz. Emma 

zaniepokoiła się. SpojrzaYa ~w ofcna szcteajac TUrtcYrmema i zo'oaezyYa wózek z lodami 

przy szpitalnej bramie. 

-  O, zobaczcie! Wózek z lodami. Po wyjściu ze 

szpitala kupimy sobie. Mój Boże, już 

nadchodzi 

pielęgniarka, musimy wychodzić. Ucałujcie wszyscy 

mamę. Już niedługo wróci do was. 

Judith znowu przytuliła dzieci, a Emma uśmiechnęła  się  do niej przepraszająco. Oczy 

Judith były nadal wilgotne, a twarz mizerna. 

-  Dziękuję - wyszeptała tylko na pożegnanie. 

Wieczorem, kiedy dzieci były już w łóżkach, Emma 

spoglądała wahająco na Rossa, który usypiał  nad jakimś  kryminałem. Mimo ostatnich 

przyjacielskich stosunków czuła pewien opór przed poruszeniem drażliwego tematu. Nie 

background image

znała dokładnie okoliczności tego rodzinnego sporu, ale doszła do przekonania, że 

należy podjąć pewne kroki. 

-  Podczas naszego pobytu w szpitalu... - 

zaczęła 

niepewnie.  Ross podniósł na nią oczy. 

Aha. I co...? 

Robin zapytał Judith o Leona Daumaury i ona rozpłakała się. Czy nic się nie da 

zrobić? To takie przykre, gdy w rodzinie brak zgody. 

Więc jednak słuchasz plotek - rzucił z potępieniem i zerwał się z miejsca. 

Ależ nie - zaprzeczyła gorąco. - Tylko że... 

Tylko że jak większość kobiet nie możesz powstrzymać się od wsadzania nosa w 

nie swoje sprawy. Będę ci bardzo wdzięczny, jeżeli będziesz trzymała się z dala od 

mojego prywatnego życia, a to dotyczy także mojej siostry. Masz zajmować  się 

tylko dziećmi,  niepotrzebny mi psycholog do analizy i rozwiązywania  problemów 

ż

ycia rodzinnego. Nie masz pojęcia, jakie jest tło tego wszystkiego, nie znasz ludzi 

z tym związanych. Pilnuj zatem swego nosa, panno Leigh. 

Wypadł z pokoju, porwał marynarkę i opuścił dom trzaskając drzwiami. 

Emma wpatrywała się w ogień na kominku, cała w pąsach i nieprzytomnie wściekła. 

A jednak nie można z nim wytrzymać! Jak on śmiał  tak na nią  napaść! Przecież 

chodziło jej tylko... Westchnęła  z rezygnacją. Jasne, droga do piekła jest 

wybrukowana  dobrymi chęciami. Chyba raczej przeceniła swoje możliwości 

wyobrażając sobie, że w ciągu jednego wieczoru przywróci miłość  i zgodę  w 

rodzinie, która była skłócona od lat. 

Mimo wszystko Ross nie miał  prawa tak na nią  wrzeszczeć. Jest wstrętny. Nie 

cierpię go, powtarzała sobie, nie znoszę. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Każdego ranka rodzeństwo maszerowało na poga wędkę z dwoma osiołkami, Barnabą i 

Jessie, ora: częstowało je kostkami cukru. Jessie delikatnie ob wąchiwał dzieci i węszył 

za cukrem, Barnaba by łakomczuchem i bezczelnie domagał się więcej. 

-  Zupełnie nie rozumiem, po co je jeszcze trzyman -  powtarzała często pani Pat. -  Te 

dwa  żarłoki... al nie mam serca ich sprzedać. Wygrałam je na loteri 

dobroczynnej kilka lat temu, tu w wiosce, na dorocz nym festynie. Proboszcz dostał 

parę  osiołków jak fant na loterię  z oślej farmy hodowlanej. Kupiłan 

los, nigdy w życiu niczego nie wygrałam na loterii a tym razem... proszę. Kiedyś można 

było wygra świnkę, 

ś

winie to takie pożyteczne zwierzęta. Wszystk 

w nich nadaje się do jedzenia. 

-  Ależ pani Pat! - powiedziała Tracy z wyrzutem 

-  To okropne, co pani mówi! 

Naprawdę takie okropne? A kto przepada zi kanapkami z boczkiem? - żartowała pani 

Pat. 

Ale tu nie chodzi o świnie  -  tłumaczyła Trać; z przejęciem.  -  Ja mówię  o znajomej 

ś

wince, takiej którą wygrałabym na loterii. Tych ze sklepu w ogoli nie znam. 

Wywołało to pełen pobłażliwości śmiech dorosłych  

-  Wiem,  o co ci chodzi  - poparła ją  Emma 

-  Kiedy miałam pięć 

lat, wygrałam kurczaka ni 

jarmarku, w objazdowym wesołym miasteczku. Za miast złotej rybki. Wsadziłam go do 

szufladki wyciąg niętej z szafki kuchennej. Wyłożyłam ją trawą i postawiłam przy piecu, 

ż

eby miał ciepło. Ojciec mnie ostrzegał, że zdechnie, ale jakoś przeżył. Wyrosła z niego 

kurka i wypuściłam ją na podwórko z innymi kurami. Nazwałam ją  Clara Cluck. Kiedy 

ojciec sprzedał wszystkie kury rzeźnikowi, przepłakałam całą noc. Rozumiałam, że kury 

nie można trzymać  tak jak kota albo psa, ale Clara Cluck była dla mnie bliską 

przyjaciółką... Później przez kilka miesięcy nie mogłam wziąć kurczaka do ust. 

Na twarzy Rossa malowały się  sprzeczne uczucia, gdy się  jej przyglądał, jak 

opowiadała. 

background image

A wracając do jarmarku i wesołego miasteczka - podjęła pani Pat, obserwując ich 

oboje z zainteresowaniem. - W tym tygodniu jest w Moscombe Down. 

Możemy pojechać?  -  Tracy aż  pokraśniała z podniecenia. -  Wujku Ross, Emmo, 

proszę! Ubóstwiam wesołe miasteczka! Można tam jeździć  na karuzeli, na 

konikach. Strasznie lubię na nich jeździć. 

Ja też lubię kaluzele! - powtarzała Donna, klaszcząc w rączki i podskakując. 

Robin wpatrywał się w Rossa z milczącym napięciem i błaganiem w oczach. 

Ten w końcu uległ śmiejąc się. 

Czemu nie? Sam świetnie bawię się w wesołych miasteczkach. 

Kiedy? Dzisiaj po południu? - wypytywał dociekliwie Robin. 

Może być dzisiaj - zgodził się Ross. 

Jarmark był nieduży, ale hałaśliwy, rozłożony na placu niedaleko wioski. Zbliżając 

się  do niego, coraz wyraźniej widzieli rozświetlające  niebo reflektory, kolorowe 

ż

aróweczki ozdabiające budy, jaskrawe kolory koni i strusi na karuzelach, 

dobiegała ich ogłuszająca muzyka. Panował już niezły tłok. Pełno było furgonetek z 

lodami, słodyczami, hot dogami i napojami. Wszędzie  stały budy z rozmaitymi 

atrakcjami, takimi jak rzucanie strzałek, strzelanie do celu, tunel duchów i 

nawiedzony  dom, i mnóstwo innych. W centrum znajdowały się  główne atrakcje: 

namiot z elektrycznymi samochodzikami, diabelski młyn, podniebny pociąg i 

karuzele. Jedna dla małych dzieci, z samochodzikami, autobusami i karetami, 

druga większa, z błękitnymi i srebrnymi konikami i żółtymi strusiami. Na ostatniej 

obracały się  zwisające na łańcuchach rakiety kosmiczne. Dzieci ruszyły w tłum, 

ożywione i podniecone. Emma i Ross wzięli je stanowczo za ręce. 

-  Bardzo 

ł

atwo się 

tu zgubić, więc musicie się 

nas 

pilnować. Jeżeli przypadkiem się 

rozdzielimy, macie 

natychmiast przyjść 

i czekać 

na nas przy samo 

chodzikach. Zrozumiano? 

Cała trójka pokiwała potakująco, ledwo słuchając  i nieustannie rozglądając się 

roziskrzonymi oczami. 

-  No to gdzie idziemy najpierw? - 

Ross uśmiechnął 

się pytająco. 

Każde chciało gdzie indziej, więc Emma orzekła: 

-  Wezmę 

Donnę 

na karuzelę 

dla maluchów, a wy 

idźcie na koniki. 

Donna zasiadła dumnie w dużym, czerwonym autobusie i złapała za kierownicę, 

karuzela wolno ruszyła. Emma stała i machała jej ręką. Rozejrzała się  za pozostałą 

trójką na drugiej karuzeli. Ross dosiadał jaskrawożółtego strusia trzymając przed sobą 

Robina, Tracy siedziała z wniebowziętą miną na błyszczącym, srebrzystobłękitnym koniu. 

Ross zobaczył ją i mrugnął porozumiewawczo. Zazdrościła dzieciom, że potrafiły tak bez 

reszty, tak bezkrytycznie pogrążyć  się  w tym zaczarowanym świecie. Przypominały jej 

się dawne wzruszenia, ale nie była już w stanie poddać się podobnemu oczarowaniu. 

Dostrzegała wyraźnie tandetę  i kicz. Niestety, dorosłość  przynosi również  nadmierny 

krytycyzm. 

Kiedy pomogła Donnie wysiąść z autobusu, Ross dołączył do nich trzymając Robina za 

rękę. 

-  Macie ochotę na watę cukrową? 

Dzieci ochoczo poparły propozycję i wkrótce wszyscy zajadali wielkie różowe kule. Emma 

czuła nieprzepartą  ochotę  do radosnego, beztroskiego śmiechu. Jestem szczęśliwa, 

pomyślała. Jestem szaleńczo szczęśliwa! Nigdy nie czułam się taka szczęśliwa będąc z 

Guyem!  Wtem otrząsnęła się  ze zgrozą. Boże, co ja wygaduję?  Co mi przychodzi do 

głowy? 

Spojrzała na Ross

a

, który pochłonął już połowę swej waty. Różowa kulka przywarła mu 

do nosa. Patrzył na Emmę i uśmiechał się. 

Masz różowy cukier na nosie - powiedziała. 

I jak wyglądam, pasuje? - spytał wesoło. 

background image

Wydaje mi się,  że tak. -  Zastanowiła się.  -  Wyglądasz mniej ponuro jak na olbrzyma 

ludożercę. 

Olbrzym ludożerca? - ściągnął ironicznie brwi. - Czyżbym z nim się kojarzył? 

Od pierwszej chwili - potwierdziła stanowczo. 

Hm, a kogo ty przypominasz? - Z udawaną powagą studiował twarz Emmy, szare oczy 

w zamyśleniu przyglądały się jej zaróżowionym policzkom, cieplym brązowym oczom i 

potarganym przez wfatr włosom.  -  Może dobrą  wróżkę? Nie, przypominasz  raczej 

sówkę. 

Huu, huu... - dodała Donna i wszyscy wybuchnęli śmiechem. 

Nie obyło się  bez jazdy na elektrycznych samochodzikach, jednak Emma wkrótce 

zabrała Donnę, bo mała zaczęła się  denerwować. Stały więc i przyglądały się 

szaleństwom  Robina, Tracy i Rossa. Potem trzeba było dokładnie obejrzeć  wszystkii 

kramy i budy, spróbować innych atrakcji i w końcw zmęczeni, ale pełni wrażeń, ruszyli 

do domu. 

Było już zupełnie ciemno, gdy wracali. Donna natychmiast usnęła na kolanach Emmy, 

Robin przytulony do jej boku. Tylko Tracy, siedząc obok Rossa, z ożywieniem paplała o 

wydarzeniach wieczoru. 

Po położeniu dzieci do łóżek Emma przygotowała kolację. Edie nie było, pomagała 

siostrze i miała wrócić dopiero koło dziesiątej. Na kolację były jajka na boczku, grzyby, 

pomidory i chleb. Ross zaparzył herbatę i nakrył do stołu w kuchni. 

-  Tu jest znacznie  przytulniej  dla  nas  dwojga 

-  oznajmił. 

Zasiedli do stołu naprzeciw siebie, głodni jak wilki. Zapach jedzenia wydał się im boski. 

-  Ależ 

jestem głodny. Masz wrodzony talent do 

tworzenia takiej ciepłej, domowej atmosfery, Emmo 

-  wyznał Ross. 

Policzki jej pokraśniały z zadowolenia. 

Właśnie skończyli jeść, gdy w drzwiach ukazała się Amanda. Jej szafirowe oczy omiotły 

spojrzeniem kuchnię, zastawiony stół i ich dwoje, rozmawiających przyjaźnie. 

Czy nie przeszkadzam? - spytała lodowatym tonem. 

Właśnie ominęła cię  kolacja stulecia -  oświadczył  Ross, spoglądając na nią  leniwie.  - 

Skromna, ale 

cudownie przyrządzona. 

To miło.  -  Na widok jedzenia skrzywiła się  z obrzydzeniem. -  Smażone? Strasznie 

tuczące! Nic znoszę tego!

 

Polubiłabyś,   gdybyś  musiała  ciężej   pracować 

-  stwierdził spokojnie Ross. - Po całym dniu ciężkiej harówy, jak już dotrę do domu, 

muszę zjeść solidny posiłek. 

Ja pracuję! - rzuciła wściekle Amanda. - Wcale nie siedzę z założonymi rękami. 

Układasz kwiaty w wazonie, sprawdzasz jadłospis,  prowadzisz rozmowy 

telefoniczne - ciągnął Ross lekceważąco. - Czyżbyś to nazywała pracą? 

Zacisnęła usta ze złości, na jej policzki wystąpiły czerwone plamy. 

Nie tylko to robię! A poza tym uważarn za niewłaściwe pracować zawodowo, jeżeli 

się  nie rnusi. W ten sposób zabiera się  innym chleb. Cóż  za sens miałaby jakaś 

moja nudna praca od dziewiątej do piątej za kilka funtów tygodniowo? Ja nie 

potrzebuję zarabiać pieniędzy, ale inni tak. - Przyjrzała się Rossowi uważnie. - Nie 

mogę pojąć, jak możesz trwać przy swoim zajęciu. 

Wykonuję  pożyteczny zawód i jestem odpowiednio opłacany. To mi pozwala 

zachować niezależność i dumę. 

Och, ta twoja duma. - Rzuciła mu spojrzenie spod długich rzęs. 

Zarumienił  się  i poderwał  z krzesła. Emma obserwowała ich zakłopotana. 

Wyczuwała jakąś  dwuznaczność  w tej krótkiej wymianie zdań, coś, <pzego nie 

potrafiła zrozumieć. Pomimo niepochlebnych opinii Rossa o Amandzie, pomimo 

jego braku zaufania i unikania jej, kiedykolwiek widziała ich razem, uderzała ją ich 

poufałość, milczące porozumienie, które nieomylnie wyczuwało się  W ich 

zachowaniu. 

background image

Pomogę ci pozmywać, Emmo - zwrócił się dc> niej. 

Chwileczkę, Ross - wtrąciła szybko Amanda. - Lepiej ja ci pomogę, a Emma pójdzie 

się  położyć. Zasługuje na to, wygląda na bardzo zmęczoną.  Rzeczywiście  - 

potwierdził  Ross przyjrzawszy się  badawczo Emmie. -  Wyraźnie zmizerniałaś. 

Amanda ma rację. 

Dziękuję  wam  -  uśmiechnęła się  z przymusem Emma. -  Wobec tego pójdę  do swego 

pokoju, jeżeli tak uważacie... 

Oczywiście. - Patrzył w ślad za nią z niepokojeni 

- Coś takiego! Nie tak dawno wyglądała kwitnąco. 

-  Naprawdę? - Amanda uśmiechnęła się słodko 

- Praca daje się 

jej we znaki. Zajmowanie się 

trojgiem 

dzieci jest bardzo wyczerpujące. 

-  Tak. - Ross wydawał się czymś zatroskany. 

Emma opadła na łóżko i spojrzała ponuro w lustro 

wiszące naprzeciwko. Wyglądasz jak śmierć na choni gwi, powiedziała do siebie. Masz 

twarz dziewczyny, która nagle odkryła,  że znowu się  zakochała i znowu w 

nieodpowiednim mężczyźnie. Szczerze, Emmo Leigh, jesteś  niepoprawną  idiotką! Jak 

można być tak;i kretynką, żeby zakochać się w Rossie? 

Z lustra patrzyły na nią  znużone  brązowe oczy, z zaskoczeniem, ale i z dziwną 

rezygnacją. Zakochan;i w Rossie? Czy się nie myli? Przywołała wspomnienia o Guyu, 

ale wydały się mgliste, nieuchwytne, nic nic znaczące. Wcale nie była w nim zakochana. 

To byl<> tylko przelotne oczarowanie, lekki zawrót głow\ spowodowany letnim słońcem, 

beztroską, wspólnymi przyjemnymi chwilami. Nie było porównania z tym co czuła teraz 

do Rossa. 

Wykrzywiła się do swego odbicia.  A  może  !<> złudzenie? Być może za kilka tygodni  

będzie p<> wszystkim... przywoła wspomnienia o Rossie i stwiti dzi, że jest jej obojętny. 

A może jestem jak ten elektryczny samochodzik? 

- zastanawiała się. Odbijam się 

od jednego mężczyzny, 

by zaraz wpaść na drugiego? Usłyszała głos Rossa na podwórku - głęboki, poważny, 

wyraźnie czymś przejęty. Emma zamrugała. Z brązowych oczu w lustrze biła powaga. 

O nie, tym razem to prawdziwa miłość, pomyślała przygnębiona. To nie czar nocy 

letniej... to jest zbyt bolesne i dlatego prawdziwe. 

Tylko jedno było wspólne  -  znowu zakochała się  w mężczyźnie, który był 

zapatrzony w inną dziewczynę. Cokolwiek wydarzyło się między Rossem i Amandą, 

jedno wydawało się  jasne  -  Ross nie był  w stanie z nią  zerwać. Mógł  szydzić  i 

potępiać  jej zachowanie, bogactwo, snobizm, nieróbstwo  -  ale wpadł  w jej sieci i 

zdawał sobie z tego sprawę. Wystarczyło, żeby Amanda kiwnęła palcem, a przy-

biegał na każde jej zawołanie. 

A więc, jeżeli to nie jest miłość, to cóż nią jest? 

- westchnęła Emma i zaczęła szykować się do spania. Dzisiaj jest wspaniały, rześki 

poranek. Mam ochotę na konną przejażdżkę - oznajmił Ross po śniadaniu. Spojrzał na 

Emmę z wyzwaniem w oczach i leciutkim, złośliwym uśmieszkiem. - A ty jak? Boisz się 

krótkiego galopu? 

Są  tu  w  pobliżu jakieś  konie  do  wynajęcia?  

Spojrzała na trójkę dzieci pochłoniętą jedzeniem. 

A co z nimi? Czy któreś umie jeździć? 

-  Edie mogłaby je zabrać do pani Pat na dłużej 

- rzucił. 

Ale może jej to dziś przeszkadzać. - Emma miała wątpliwości. - Nie chciałabym jej 

za bardzo wykorzystywać. Jest taka serdeczna, byłoby okropne, gdyby się do mnie 

zraziła. 

Już z nią wszystko omówiłem - uciął jej wątpliwości Ross. - Powinnaś od czasu do 

czasu odpocząć od dzieci.  To normalne, każdy potrzebuje chwili wytchnienia. Pani 

Pat zgodziła się  bardzo chętnie, zapewniam cię.  W zasadzie to ona zwróciła mi 

uwagę, że potrzebujesz odpoczynku. Konna przejażdżka - to już mój pomysł. 

background image

Oboje jesteście bardzo mili -  wzruszyła się  Emma.  -  W takim wypadku chętnie 

skorzystam. 

Będziemy się  mogli przejechać  na Barnabie i Jessie, jak będziemy bardzo grzeczni - 

oświadczył  Robin i po zastanowieniu dodał:  -  Jeżeli będziemy chcieli. I jeżeli nie 

spadniemy. 

Jesteś  bardzo ostrożnym młodym człowiekiem, prawda? -  zażartował  Ross, a Robin 

pokazał dołeczki w uśmiechu. 

Jechać  na Jessie... -  powiedziała  marząco Donna. Pomysł  bardzo się  jej spodobał, 

mimo zastrzeżeń brata. 

Donna jest za mala - stwierdziła stanowczo Tracy, odrywając się od kanapki. - Tylko ja i 

Robin będziemy jeździć. Ja na Barnabie, on może wziąć Jessie. 

Donna rozryczała się na cały głos. Emma rzuciła Tracy potępiające spojrzenie i, tuląc 

małą, uspokajała ja 

Donna może jeździć na Jessie... Ross ją będzie trzymał. 

Dzięki za pracę.  -  Ross zniósł  to pogodnie i spojrzał  w zapłakane oczka Donny. -  W 

porządku, kluseczko! Wujek Ross pomoże ci jutro pojeździć na Jessie. 

Donna spojrzała z tryumfem na Tracy, która kończyła w milczeniu jeść. 

Ż

eby ją rozchmurzyć, Emma poprosiła o pomoc przy zmywaniu. Ross zabrał pozostałą 

dwójkę. Nadęta  Tracy wytrzymała w milczeniu tylko kilka minut. Parę  pochwał  i 

serdecznych uśmiechów Emmy i w zupełnej zgodzie zakończyły porządki. Pani Pat 

powitała dzieci z zadowoleniem. Jej podwórko tętniło życiem, tu kury, tu kotek, tam pies. 

U pani Pat zawsze coś  się  dzieje  -  oznajmiła uradowana Tracy, biegnąc za 

maluchami. 

Wyruszacie na konie? - Pani Pat spojrzała z aprobatą na znoszone dżinsy Emmy. - 

To znakomicie, baw się  dobrze.  Świetnie daje sobie radę  z dziećmi, prawda? - 

rzuciła prowokujące spojrzenie Rossowi, ociągającemu się z odpowiedzią. 

A co mam odpowiedzieć?  -  Uśmiechnął  się.  -  Oczywiście,  że wspaniale się  nimi 

zajmuje. Jest prawdziwą  podporą, jak już  pani mówiła. Judith jest bardzo 

wdzięczna, jestem tego pewien. 

Emma roześmiała się, a pani Pat pokręciła głową z dezaprobatą, pożegnała się i 

zniknęła w kuchni, dołączając do Edie. 

-  Pani Pat pewme 

chciałaby, 

ż

ebym wygłosił 

mowę 

pochwalną 

na twoją 

cześć. Powinienem? - 

zażartował 

złośliwie Ross. 

Emma ruszyła. Spojrzała na niego przez ramię, gdy za nią podążył. 

Nie musisz się wysilać - powiedziała chłodno. 

A jednak obraziłaś się - zauważył. 

Wszystko, co robię, robię  tylko przez wzgląd na dzieci -  oznajmiła spokojnie -  i 

twoją siostrę. Nic mi nie jesteś winien, Ross. 

Zrozumiałem. - Jego głos zabrzmiał dziwnie. 

Naprawdę? Mam nadzieję,  że tak. -  Mówiąc to zastanawiała  się, dlaczego tak 

bardzo jej zależy na wyjaśnieniu mu... właściwie czego? 

Spojrzał  na nią. Podniosła na niego swe brązowe,  pełne ciepła oczy. Patrzyli na 

siebie w milczeniu przez długą  chwilę. Oczy Rossa szukały w jej oczach 

odpowiedzi na pytania, z którymi nie chciał się zdradzić.  

Wszystkich 

podejrzewasz o ukryte motywy, Ross 

-  powiedziała ze smutkiem, odwracając wzrok. 

Czyżby? Może masz rację - odparł. 

Oczywiście, przyznaję, że twoje doświadczenia usprawiedliwiają cię w jakimś stopniu, ale 

nie można wszędzie węszyć  podstępu. Trudno byłoby mi żyć,  gdybym nikomu nie 

dowierzała. Nie mogłabym znieść  życia wypełnionego podejrzeniami, nieufnością, od-

trącaniem innych. Musisz z tym skończyć, dać ludziom szansę. 

A ty sama jak chcesz postąpić?  -  zwrócił  się  do niej poważnie, pytająco.  -  Czy 

zaryzykujesz jeszcze raz złamanie serca, Emmo? Jeszcze jedno bolesne 

rozczarowanie. Czyżby ta lekcja miała pójść na marne? 

background image

Właśnie na tym polega życie. Na nieustannym ryzykowaniu -  odpowiedziała, dumnie 

wysuwając brodę. 

Pamiętam, co mi kiedyś powiedziałaś, że będziesz w przyszłości znacznie ostrożniejsza. 

Nie dasz się złapać w pułapkę, tak powiedziałaś! 

Myliłam się - wyznała bez emocji. 

Ross stał  bez ruchu, patrząc na jej pochyloną  głowę, dopóki nie uniosła jej i nie 

spojrzała na niego. 

Jesteś zadziwiającą dziewczyną - rzekł. - Wyznałaś to tak zwyczajnie. 

No to co? - zdziwiła się. 

Wyznałaś, że się  myliłaś... bez żadnych zastrzeżeń, usprawiedliwień... po prostu zwykłe 

stwierdzenie faktu. 

-  Jego uśmiech był promienny, chwytający za serce. 

-  To mi się 

podoba. To tak rzadko spotykane. 

Większość  ludzi stara się  znaleźć  jakieś  tłumaczenie, nawet jeżeli wiedzą,  że to 

samooszukiwanie się. Nie chcą  spojrzeć  prawdzie w oczy... Ty zaś  nie starasz się 

mydlić oczu sobie i innym i postępujesz uczciwie. Świadczy o tym choćby to, że usunęłaś 

się natychmiast   w cień, gdy uświadomiłaś sobie, co łączy twoją przyjaciółkę  z twoim 

przyjacielem. To wymaga charakteru, Emmo. Inne dziewczęta rzuciłyby się do walki o 

niego, a w końcu cierpieliby wszyscy w to wplątani. 

Emma poczuła się zawstydzona. Te pochwały wzbudzały w niej chęć do ucieczki. 

To gdzie jest ta stajnia? - zmieniła temat. - Daleko jeszcze? 

Nie, zaraz w Bundle Lane - roześmiał się. 

Aleja Tobołka - co za śmieszna nazwa! 

Około pięćdziesięciu lat temu na szczycie stał  dom, w którym mieszkał  stary 

biedak. Handlował  starymi ubraniami, kupowanymi na tobołki, i różnymi innymi 

rupieciami  -  tłumaczył  Ross.  -  Kiedy zmarł,  jego dom był  zapchany wszelkiego 

rodzaju śmieciami, ale znalazło się wśród nich kilka bezcennych sztuk porcelany i 

innych drobiazgów. Nie miał  żadnej rodziny, więc po sprzedaży domu i jego 

zawartości pieniądze, zgodnie z testamentem, przekazano kościołowi. 

I co kościół  zrobił  z tymi pieniędzmi?  -  Emma desperacko starała się  prowadzić 

rozmowę na obojętne tematy. 

Zbudowano nowy mur wokół cmentarza... pewnie z myślą o zatrzymaniu staruszka 

w środku na wieki - oświadczył z powagą Ross. 

To niezbyt ładnie - zachichotała Emma i rozejrzała się. - Gdzie jest kościół? Jakoś 

go nie zauważyłam. 

W zasadzie należy do innej wsi. Budynek pochodzi z dwunastego wieku, jest w 

bardzo złym stanie. Parafia liczy niewiele osób i ma wspólnego wikarego z 

sąsiednią. Tylko w ten sposób te malutkie parafie mogą się jeszcze utrzymać.  
-  Chciałabym go obejrzeć 

zainteresowała się 

Emma. - Z dwunastego wieku? To bardzo stary. 

-r  Normanowie znali się  na budownictwie. Podstawy są  bardzo solidne, ale wymaga 

gruntownego remontu, a pieniędzy brak. Komitet odnowy kościoła nieustannie organizuje 

jakieś  imprezy i ściąga fundusze, skąd się  da, ale to ciągle mało. Wszystkie te stare 

budowle pożerają pieniądze. Weź Queen's... - przerwał nagle. 

-  Queen's Daumaury? - 

dokończyła pytająco. 

Ale 

przecież 

jego właściciela stać 

na utrzymanie tej 

posiadłości, prawda? 

-  Tak przypuszczam - stwierdził obojętnie. 

Maszerowali dziarsko do  Bundle  Lane.  Wśród 

kępy drzew Emma dostrzegła kwadratową szarą wieżę. Niechybnie należała do kościoła, 

który „ pożerał" pieniądze. 

Stajnie znajdowały się z dala od drogi, obejmowały zniszczony budynek i podwórko, na 

którym silna jasnowłosa kobieta energicznie machała widłami. Dostrzegła ich i 

uśmiechnęła się szeroko. 

background image

-  Witam,   Ross!   Piękny  ranek  wybrałeś.   Ted! 

-  zawołała w stronę 

stajni. 

Osiodłaj Junipera 

i Marcy. 

Niski, sękaty mężczyzna wyłonił  się  z ostatniego boksu, spojrzał  na nich krzywo, po 

czym zabrał się do roboty. 

Ted nadal zadowolony z pracy? - spytał Ross. 

Lubi konie - odparła kobieta z rozbawieniem. 

-  Ale nie cierpi klientów. Nie znosi siodłania... Gdyby 

to od niego zależało, wpychałby w konie jadło i nigdy 

nie pozwoliłby im ruszyć 

się 

poza podwórko. Niena 

widzi, gdy pracują. Przez cały czas przypominam mu, 

ż

e robocze konie muszą 

pracować. Zna się 

na robocie, 

inaczej nie trzymałabym go. 

-  Dlatego ci go poleciłem - powiedział Ross. - Był doskonałym chłopcem stajennym, 

pracował w najlepszych stajniach, dopóki nie zaczął pić. 

Teraz popija tylko wieczorami -  wyznała.  -  Przysięgłam,  że wyrzucę  go 

natychmiast, jeżeli przyłapię na piciu przed szóstą wieczorem. Wie, że nie żartuję. 

Bardzo dobrze - przytaknął Ross. 

Ted przyprowadził  dwa konie, jednego szarego, bardzo spokojnego i drugiego - 

niecierpliwego, nerwowego gniadosza. Ross wziął wodze gniadosza. 

Juniper, oczywiście, dla mnie, a Marcy będzie doskonała dla ciebie. 

Jeździłaś  już?  -  spytała kobieta. -  Tak przy okazji, jestem Lucy Todd, nie 

zauważyłam, by Ross zamierzał mnie przedstawić. 

A ja Emma Leigh i już jeździłam - przedstawiła się Emma. 

I z nią nigdy nic nie wiadomo - rzucił Ross ze śmiechem. - Może się nagle okazać 

mistrzynią  w skokach. Wiem już,  że jest utalentowaną  plastyczką,  znakomitą 

kucharką, wspaniale zajmuje się dziećmi i na dodatek jest bohaterką... 

Zamknij się! - Emma rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Zręcznie wskoczyła na siodło, 

ujęła cugle 

w dłonie i ruszyła. 

Bohaterką? - zainteresowała się Lucy Todd. 

Uratowała moją najmłodszą siostrzenicę przed szarżującym bykiem - wyjaśnił Ross, 

uśmiechając się szeroko. 

To dopiero zuch-dziewczyna - skomentowała Lucy. - Ma dobry dosiad, trzyma się 

prosto... sądzę, że poradziłaby sobie z Juniperem. 

Nie ma mowy - uciął stanowczo Ross. - Nawet ja nie ufam Juniperowi. To szatan, 

nie koń. 

W takim razie, dlaczego go zawsze bierzesz? - Lucy uśmiechnęła się domyślnie. 

loo   
-  Bo nikt, nawet koń, nie może mieć 

nade miw 

przewagi - odrzekł dumnie. 

Dogonił Emmę i puścili się razem dróżką. Po pewnym czasie droga poszerzyła się na 

tyle, że można było przyśpieszyć. 

Juniper wkrótce pokazał  klasę  i Emma, odstając na swej powolnej klaczy, mierzyła 

wzrokiem plecy Rpssa z pogłębiającą się niechęcią. Sposób, w jaki prostował ramiona, 

w jaki trzymał głowę, świadczył o głębokim samozadowoleniu, był dla niej wyzwaniem. 

Zaczekał przy końcu drogi, obserwując jej jazdę 

z

 uśmieszkiem na tych swoich pięknie 

wykrojonych ustach. Nawet z tej odległości mogła dostrzec błysk samozadowolenia w 

jego oczach. Ściągnęła cugle i obrzuciła go nieprzychylnym spojrzeniem. 

Wolno, lecz wytrwale, dotrzesz wszędzie! No, no, ile złości... - Jego oczy zabłysły 

ś

miechem. 

Czuję się jak... jak... - nie znalazła określenia - tak się za tobą wlokąc! 

Jak indiańska  żona?  -  Otwarcie z niej zażartował  i to doprowadziło ją  do szału.  -  Ale 

przecież w żadnym wypadku nie możesz dosiadać mojego konia! Taka drobna osóbka 

jak ty? Nie utrzymałabyś go! 

background image

Nie utrzymałabym? A może spróbuję! - Ogarnęła ją furia. 

Lekkomyślna dziewczyna - wyśmiewał się. - Oczywiście, że nie. Masz po prostu za słabe 

ręce. 

Złaź i daj mi spróbować - nastawała. 

Nie! - oznajmił stanowczo, poważniejąc. - Nie wygłupiaj się! - Zawrócił Junipera i ruszył z 

powrotem  w kierunku stajni. Emma jechała za nim w milczeniu, nieprzytomna z 

wściekłości. Na podwórku Ross zsiadł  i podszedł  do Lucy, która, lekko zaskoczona, 

wyszła int na spotkanie.  
Już wróciliście... - zaczęła, po czym przerwała rś§ widok Emmy, która, po zejściu z 

konia, wyrwała wodze nic nie przeczuwającemu Rossowi, wskoczyła na Junipera i 

tyle ją widzieli. 

Mój Boże!  -  jęknął  Ross przerażony.  -  Zupełnie zwariowała! Ten diabelski koń  ją 

zabije!  -  Nie oglądając się  na Marcy wpadł  do stajni i wyprowadził  karego konia, 

którego dosiadł na oklep. Ted wybiegł za nim klnąc zawzięcie. 

Ross wie, co robi - powstrzymała go Lucy. 

Spodziewam się, że wie - mruknął Ted. - W przeciwnym razie marny jego koniec. 

Dancer nie uznaje obcych jeźdźców.  -  Pokiwał  złowieszczo głową.  -  Ross  nie zna 

wszystkich piekielnych sztuczek tego konia. 

ROZDZrAŁ SIÓDMY 

Emma natychmiast pożałowała swego wyczynu. Zdrowy rozsądek mówił jej, że Junipera 

zdenerwowała  nagła zmiana jeźdźca.  Szeroki grzbiet gniadosza przebiegało nerwowe 

drżenie, strzygł  uszami i kierował  się  wprost do lasu. Kiedy Emma zdecydowała się 

zawrócić  i upokorzyć  przed Rossem, koń  zignorował  jej próby, nie reagował  ani na 

szarpanie wodzami, ani ucisk kolan, ani głos. 

Spróbowała powtórnie, z całą determinacją, ale Juniper nie zwracał na nią uwagi. Był już 

wśród drzew, przyśpieszył i zagłębił się w gęstwinę leśną wąską, krętą ścieżyną. Prychał i 

potrząsał łbem, jego mięśnie falowały pod spoconą skórą. 

Usiłowała go uspokoić, pochyliła się, by go pogłaskać, szepcząc łagodnie: 

-  Dobry konik, Juniper... kochany konik... 

Ale ten parł  w głąb lasu i podrzucał  grzbietem,  starając się  ją  zrzucić. Znaleźli się  w 

gęstwinie wysokich, ciernistych krzaków, których kolce raniły  jej  łydki. Skrzywiła się  z 

bólu i znowu usiłowała pokierować Juniperem, ten jednak był zdecydowany pozbyć się 

jeźdźca. 

Wtem dobiegł ją odgłos końskich kopyt, dudniących rytmicznie na piaszczystej ścieżce, 

gdzieś  w pobliżu.  Zawołała najgłośniej, jak mogła.  Wiedziała, kto jedzie, kto musiał 

nadjeżdżać i jej serce napełniła ogromna ulga. 

-  Ross, Ross, tutaj... Usłyszał szamotaninę Junipera, jeszcze zanim zawołała, i 

podążał ich śladem. Przed Emmą pojawił się wielki czarny koń, którego z trudem 

powstrzymywał Ross, jadący na oklep. Jego uda ściskały boki konia z całych sił, ten 

prychał i zwijał się pod jeźdźcem, ale nie mógł wyrwać się spod kontroli mężczyzny. 

Ross wyglądał  jak uosobienie ślepej furii. Jego oczy, płonące jak dwa węgle w 

pobladłej z wściekłości twarzy, zwęziły się z gniewu, gdy dostrzegły Emmę. 

Ty cholerna idiotko! Masz piekielne szczęście, że uszłaś z życiem! Kiedy pomyślę, co 

się mogło z tobą stać... - Zacisnął zęby, jakby obawiał się dokończyć. 

Przykro mi, Ross - szepnęła zawstydzona, ale przyjęła jego potępiające spojrzenie z 

podniesioną  głową. Czuła do siebie pogardę. Ryzykowała własnym życiem i utratą 

konia, kiedy urażona duma pchnęła ją  do wskoczenia na Junipera, żeby pokazać 

Rossowi,  jakim jest świetnym jeźdźcem,  nie gorszym od niego... Zrobiła z siebie 

pośmiewisko. To było niewybaczalne. 

Powinno ci być przykro - warknął. 

Złapał  cugle Junipera, który natychmiast się  uspokoił, wyczuwając stanowczość 

zmuszającą do kapitulacji. 

background image

-  Zsiadaj - rzucił Ross szorstko. 

Emma usłuchała, miło było stanąć  znowu na pewnym gruncie. Ross tymczasem 

zawrócił Junipera i, trzymając go, ruszył z powrotem. 

Hej, gdzie jedziesz?! - zawołała, nie wierząc własnym oczom. Czyżby rzeczywiście 

miał zamiar ją tu zostawić? 

Możesz wrócić pieszo - uciął. - To będzie twoja, dobrze zasłużona, kara. 

Ross! 

Nawet się nie obejrzał. Jego wyprostowana, zgrabna sylwetka na karym koniu z 

gniadoszem obok zniknęła w dali piaszczystej ścieżki. 

-  Ross! 

wrzasnęła ze złością 

i niepokojem. - 

Ross, 

zaczekaj! 

Powlokła się za nim. Kiedy dotarła do głównej drogi Rossa nie było w zasięgu wzroku. 

Słyszała tylko daleki odgłos kopyt dwóch koni biegnących kłusem. 

-  A niech go licho! - 

mruknęła, na poły ubawiona, 

na poły wściekła. - Mógł zaczekać! 

Przyśpieszyła kroku, ale skrzywiła się z bólu. W nogawkach dżinsów nadal tkwiło kilka 

ostrych kolców z krzaków, w które zapędził się Juniper. Wyciągnęła ciernie i podwinęła 

nogawki, skóra na łydkach była podrapana, z wielu głębokich rozcięć ciekła krew. 

-  Już 

nigdy nie wsiądę 

na Junipera - 

przysięgła 

sobie. 

Ross mówił 

prawdę, to diabeł! 

Skrzywiła 

się 

z niechęcią. Nic bardziej nie doprowadza do szału 

niż mężczyzna, który ma zawsze rację! 

Otarła chusteczką krew, spuściła nogawki dżinsów i pomaszerowała wolno. 

Ross czekał  na nią  na skraju lasu. Stał  z rękami w kieszeniach i przyglądał  się, jak 

nadchodzi. 

Czeka nas długi spacer do domu - zauważył złośliwie. - Dasz radę? 

Dam - stwierdziła obojętnie. 

Chyba kulejesz? - Przyjrzał się jej podejrzliwie. 

-  Nie - skłamała, unikając jego spojrzenia. 

Złapał ją za ramię i zmusił do zatrzymania się, 

potem ukląkł  i podwinął  nogawki dżinsów, odsłaniając  czerwone,  świeże zadrapania. 

Niektóre zaczęły znowu krwawić. Ross zaklął pod nosem. 

Skąd się to wzięło? Wygląda, jakby ktoś pociął ci nogi żyletką. 

To ciernie - burknęła. A więc Juniper cię zrzucił? - Mechanicznie własną chusteczką 

ocierał jej krew z nogi. - Dlaczego mi nie powiedziałaś? 

Wcale mnie nie zrzucił  -  wyjaśniła.  -  Tylko próbował, krążył  wokół  wielkiego 

kolczastego krzaka, wpychając mnie na niego i moje nogi na tym ucierpiały. 

Musi cię strasznie boleć - oświadczył stanowczo. 

-  I bardzo dobrze. Masz nauczkę. Mam ochotę 

ci 

przylać! 

Obciągnął 

nogawki dżinsów, podniósł 

się 

i przyglądał 

jej w skupieniu. - 

I jak teraz dostaniemy 

się do domu? Przecież nie jesteś w stanie iść taki kawał. 

To niedaleko - powiedziała lekceważąco. - Dam sobie radę. 

Nie - pokręcił głową. - Zaczekaj chwilę... Mam pomysł. - Pobiegł drogą pod górę. Za 

chwilę był z powrotem, prowadząc dosyć wiekowy rower. Uśmiechnął się do niej. - 

Siadaj z przodu. 

Nie wygląda zbyt solidnie - wysunęła wątpliwości. 

-  Jesteś pewny, że można na nim jechać? 

-  To ratunek dla twoich nóg 

oznajmił. 

No, 

wskakuj, zaryzykujemy! 

Umieściła  się  ostrożnie na ramie przed nim i zamknęła oczy, gdy pędzili z góry 

Bundle Lane, a stary rower skrzypiał przeraźliwie pod podwójnym ciężarem. Słońce 

kładło ciepłe promienie na jej twarzy, wiatr zwiewał  włosy do tyłu, na policzek 

Rossa. Jednym ramieniem przyciskał ją mocno do piersi. 

Pożyczyłem go od Lucy Todd - powiedział jej prosto do ucha, 

background image

Mam nadzieję, że jej nie przestraszyłeś. To był mój błąd, nie Junipera. Rozumiesz, 

zdenerwowałam go. 

Powiedziałem jej prawdę. Biorąc pod uwagę, na jakie ryzyko się  wystawiłaś, kilka 

cierni jest doprawdy bardzo łagodną  karą  -  ciągnął  uparcie.  -  Sama to na siebie 

ś

ciągnęłaś.  

Wcale się tego nie wypieram. - Zacięła się. 

Zatem co było, to było. Puścimy to w niepamięć? - spytał zjadliwie. 

Nigdy więcej nie będę  taka głupia  -  odparła, po czym dodała, czując znowu przypływ 

gwałtownej niechęci  do niego: -  A ty mógłbyś  postarać  się  nie być  taki  nieznośny i 

denerwujący! Zachowujesz się  tak zarozu-nliale, że wzbudziłbyś  bunt w najłagodniejszej 

kobiecie! 

A ty najwyraźniej nie należysz do najłagodniejszych kobiet. -  Nie ukrywał  swego 

rozbawienia. 

Doskonale wiesz, że sam wyprowadziłeś  mnie z równowagi tym swoim 

zarozumialstwem! 

Roześmiał  się  cicho w odpowiedzi i mocno objął  j;| W talii obiema rękami. Emma 

spojrzała na te silne, opalone, budzące zaufanie ręce i wrzasnęła z przerażaniem: 

-  Pościteś Ifdenowrricę: 

Zabrał leniwie jedną rękę i wyprostował kierownicę rpweru pędzącego szaleńczo w dół. 

Wkrótce ujrzeli dom. 

Marzę o kąpieli - jęknęła Emma. - Boli mnie każdy mięsień. 

I bardzo dobrze! - bezlitośnie skomentował ubawiony Ross. 

Wziął ostatni zakręt i przed ich oczami pojawiła sie dostojna sylwetka limuzyny przed 

bramą domu Rossa Emma rozpoznała ją od razu. 

Zatrzymał rower, zanim dojechali do samochodu, powiedział spokojnie, żeby poszła do 

pani Pat po dzieci. 

-  Tak  -  zgodziła się  natychmiast, zapominając o ochocie na kąpiel, o bólu 

podrapanych nóg. Czyżby iriiało to być  tak długo oczekiwane rodzinne pojed 

nanie? Czyżby stary bogacz przyjechał  nareszcie poznać  wnuki? Zostawiła Rossa i, 

mijając samochód, starała się nie przyglądać mu zbytnio. Wcale nie była ciekawa, czy 

Leon Daumaury przyjechał sam, czy towarzyszy mu tryumfująca Amanda. Ross dał jej 

jasno do zrozumienia, że ona, Emma, jest tu zupełnie zbędna. Była tu tolerowana tylko 

jako opiekunka dzieci, Amanda miała główną rolę do odegrania. 

Emma szła dumnie wyprostowana, starając się  nie  okazywać  żadnych uczuć. 

Zastała dzieci skupione przy kominku wokół pani Pat, która czytała im książkę. 

Wcześnie wróciliście - uśmiechnęła się gospodyni. 

Mamy gości - wyjaśniła Emma. 

Starała się  powiedzieć  to bardzo zwyczajnie, ale pani Pat rzuciła jej badawcze 

spojrzenie, unosząc w górę brwi. 

-  Aha, gości? No tak. - 

Przyjrzała się 

dzieciom. 

- Powinniście się trochę umyć i uczesać, kochani. Edie... 

Edie zabrała protestujące głośno dzieci. Pani Pat nadal obserwowała spod oka 

Emmę. Dostrzegła wyraźne wzburzenie na jej twarzy i podejrzanie błyszczące oczy. 

Powiedziałaś, gości? - powtórzyła jeszcze raz. 

Zdaje się, że to Leon Daumaury - odpowiedziała drętwo. 

Ooo - zdumiała się pani Pat. Wstała i nalała Emmie filiżankę herbaty. - Zdaje się, że 

tego potrzebujesz. 

Dziękuję, bardzo potrzebuję. - Emma była spragniona. - Wie pani, mam wrażenie, że 

ż

ycie jest nieustanną  huśtawką, jak pani sądzi? Człowiek jest ciągle miotany to w 

jedną, to w drugą stronę. 

Może stajemy się zbyt gnuśni, jeżeli wszystko idzie gładko - zauważyła filozoficznie 

pani Pat. - Ludzi ogarnia wtedy nieznośne samozadowolenie. 

Wątpię, czy kiedykolwiek będę miała szansę na samozadowolenie - roześmiała się 

Emma. - Życie nieustannie przynosi mi niespodzianki. 

background image

To bardzo podniecające - zażartowała pani Pat. 

Kpi sobie pani ze mnie. - Emma próbowała udać obrażoną. 

Ja? Nic podobnego. -  Nie zabrzmiało to jednak przekonująco. Rozmowę  przerwało 

powtórne pojawienie się dzieci, z buziami zaróżowionymi po myciu. 

Wymyci? Świetnie. To ruszajcie z Emmą. Całe szczęście, że wcześniej zjedliśmy lunch. 

Też  bym zjadła  -  westchnęła Emma, czując przypływ głodu. Przygoda z Juniperem 

wpłynęła znakomicie na jej apetyt, którego nie osłabił  nawet ból na myśl o spotkaniu 

Rossa z Amandą. - Jestem taką nudną, przyziemną babą - zwróciła się do pani Pat. - 

Nic nie jest w stanie pozbawić mnie na długo apetytu. To pewnie dlatego, że jestem tak 

obrzydliwie zdrowa. 

I tak ma być - stwierdziła tamta. - Edie zaprowadzi dzieci. Zostań i zjedz coś. 

Emma zawahała się. To było jakieś  wyjście z sytuacji. Nie musiałaby oglądać  Rossa i 

Amandy razem, uczestniczyć w rodzinnym spotkaniu, z którego czułaby się wyłączona. 

Poza tym Leon Daumaury miał  prawo do spotkania ze swymi wnukami bez 

niepożądanych świadków. 

To bardzo miło z pani strony - zgodziła się W końcu. - Dziękuję za zaproszenie. 

No to siadaj, proszę - wskazała jej miejsce pani Pat, dając znak Edie, aby odprowadziła 

dzieci. Tracy spojrzała na Emmę niespokojnie, jakby coś przeczuwała. 

Mamy gości? Jakich gości? 

Ale Edie delikatnie, lecz stanowczo, pociągnęła ją za sobą. 

Emma  zjadła  smakowity  omlet,  wypiła  kawę i w końcu, podziękowawszy pani Pat, z 

wielką niechęcią, wolno wróciła do domu. Samochód już zniknął, ku jej wielkiej uldze, a 

w kuchni zastała tylko Edie z dziećmi, zajętych robieniem ciasteczek. 

Rossa wezwano na farmę Duckettów - poinformowała ją Tracy. 

Ach, tak? - Emma usiłowała zachować rezerwę. 

I wcale nie było żadnych gości - dodał Robin, patrząc na nią z ciekawością. 

On i Tracy wpatrywali się  w nią, czekając na odpowiedź. Emma była niemile 

zaskoczona. Czy coś się popsuło? Czyżby Leon Daumaury zmienił zdanie? A może 

go wcale nie było w tej limuzynie? Może tylko sama Amanda? 

Pewnie coś pokręciłam - przyznała się niepewnie. 

To musiała być Amanda - skrzywiła się z niesmakiem Tracy. - Z 

bardzo się cfeszę, 

ż

e sobie posz/a, zanim tu doszliśmy. 

I ja też - poparł ją Robin z całego serca. 

Mhm - dodała Donna z taką pasją, że wszyscy wybuchnęli śmiechem. 

Dzieci, nie wypada tak mówić o Amandzie. 

Dlaczego nie? - zapytał rzeczowo Robin. 

Nie wolno wam wyrażać się niegrzecznie o dorosłych - tłumaczyła oględnie Emma. 

Właściwie powinna im jaśniej dać do zrozumienia, że Amanda może zostać ich ciotką 

i powinny się na to przygotować. 

Przestaliście pracować - wtrąciła się \y tym momencie Edie i cała trójka wzięła się 

znowu do roboty. 

Emma zabrała się do pisania pierwszego listu do Fanny. Opisała w nim dokładnie 

swoje przygody od czasu opuszczenia Londynu, po czym wysłała go. 

Ross wrócił  późno wieczorem. Dzieci już  spały, Edie robiła sweter dla Robina, a 

Emma szkice. Kiedy no podniosła oczy, wyczuwając jego obecność, zobaczyła,  że 

bacznie obserwuje wyraz jej twarzy, starając się wyczytać odpowiedź na jemu tylko 

znane pytanie. ^- Stało  się coś złego? Wyglądasz tak  ponuro 

-  zaczęła ostrożnie. 

Jego twarz wypogodziła się, jakby znalazł odpowiedź na nurtujące go pytanie. Uśmiechnął 

się niedbale. 

^- Nic złego. Naprawdę wyglądam ponuro? Ty za to wyglądasz jak mała dziewczynka 

gotowa do snu. 

Właśnie skończyła swoją  wymarzoną  kąpiel i była w piżamie, szlafroku, z mokrymi 

włosami wijącymi się wokół zaróżowionej twarzy. 

-  Może zjesz? - 

spytała, przerywając pracę. 

Znowu 

background image

zachorowała krowa Duckettów? 

-- 

Tym razem me -  roześmiał  się.  -  To spaniel wsadził  łapę  między kraty. Zanim 

dotarłem, już zrobili to, co powinni zrobić natychmiast. Posmarowali łapę mydłem i po 

kłopocie. 

No jasne! -  odpowiedziała  śmiechem. Po czym przyjrzała mu się  podejrzliwie.  -  Ale 

zabrało ci to strasznie dużo czasu... -  Ugryzła się  w język, przeklinając siebie za tę 

uwagę. Nie mogła pozwolić, aby zaczął podejrzewać, jakie żywi do niego uczucia i że 

zależy jej na jego obecności. 

Wpadłem do Dorchester, do Edwarda -  odpowiedział  gładko.  -  Musieliśmy przejrzeć 

rachunki. Niidna i pochłaniająca czas robota. 

Jak się czuje Chloe? Bardzo mi się spodobała - ożywiła  się  Emma.  - Jest  taka  

bezpośrednia i sympatyczna, jej towarzystwo to przyjemność.  

-  Chloe ma się  świetnie. Też  jej się  spodobałaś, pytała o ciebie. Obie jesteście 

podobne  -  potraficie  stworzyć  taką  domową, ciepłą  atmosferę.  -  Uśmiechnął 

się lekko. Emma oblała się rumieńcem. Komplement był tak słodki, tak nieoczekiwany, 

ż

e wytrąciło ją to z równowagi. Odwróciła wzrok, zmieszana. 

Zapadła cisza. Emma zerknęła na Rossa,"'który obserwował ją uważnie, stojąc niedbale 

oparty o drzwi, z rękami w kieszeniach i kwaśną  miną. Oczywiście wyskoczyła z tą 

idiotyczną uwagą. To jasne, że jej obecność sprawiała mu kłopot i była ciężarem. Tysiąc 

razy dawał jej do zrozumienia, że nie chce wiązać się z żadną kobietą. Że unika kobiet 

jak zarazy. 

Zrobię ci kawy - zaproponowała, ruszając do kuchni. 

Zdaje się, że wspominałaś o jedzeniu? - Podążył za nią. 

Jestem pewna, że Chloe nie pozwoliła ci odejść, nie nakarmiwszy cię do oporu - rzekła 

stanowczo. 

Masz rację! - przyznał ze śmiechem. - Uwielbia karmić ludzi, a szczególnie mężczyzn. 

To chyba jakiś plemienny obyczaj. 

Jest po prostu bardzo gościnna.  -  Zmiażdżyła go spojrzeniem. -  Nie pozwalam z niej 

kpić! 

Gdzieżbym  śmiał!  -  Ross wzdrygnął  się  z udanym przerażeniem.  -  Za bardzo boję  się 

tego spojrzenia twych ślicznych, wielkich brązowych oczu. 

Zrobiła mu kawę  nie  odzywając się  już  ani słowem.  Ponieważ  porównał  ją  do Chloe, 

bardzo nie spodobał się jej złośliwy ton, z jakim o niej opowiadał. Jeżeli kpił z Chloe, to 

kpił także z niej... 

Usiadł z kawą w fotelu przed kominkiem. Emma usiłowała skoncentrować się na swojej 

pracy, ale jej umysł  zajęty był  pytaniami, których nie ośmieliła się  mu zadać. Znowu 

wyszłoby na to, że jest. wści-bska. Nigdy jej tego nie wybaczy, znała go już  na tyle 

dobrze. Ale nie mogła oderwać  myśli od tej wizyty. Pożałowała,  że nie przyjrzała się 

dokładniej, kto był  w samochodzie. Stchórzyła obawiając się,  że mogłaby  tam ujrzeć 

Amandę ze swym złośliwym, zwycięskim uśmiechem. 

Cała ta wzajemna rodzinna wojna była taka głupia, taka niepotrzebna, trudno było 

uwierzyć, iż  Leon  Daumaury nie zechce przebaczyć  swemu synowi i jego żonie,  że 

odrzuca wnuki. Czy ktokolwiek, a co dopiero własny dziadek, mógłby odrzucić  takie 

maluchy jak Donna i Robin czy pełna godności Tracy? Nie mogła tego przeboleć. 

A jeżeli to nie był dziadek, to po co Ross wysłał ją po dzieci? Czy chciał się jej pozbyć, bo 

wolał rozmawiać z Amandą bez świadków? 

No tak, to prawdopodobne, to miało sens -  dla 

niej bardzo bolesny. Trudno, spojrzy 

prawdzie w oczy, nic innego jej nie pozostaje. 

Zaczyna mi wchodzić  w krew -  poczuła do siebie pogardę  -  to przyjmowanie do 

wiadomości przykrych faktów. Dlaczego zawsze muszę  zakochiwać  się  w 

nieodpowiednim mężczyźnie? Czy nigdy nie zmąd rzeję? 

Poszła wcześnie spać, ale trapiły ją  przykre, ponure sny. Ranek wstał  chłodny  i 

chmurny. W nocy wiatr zmienił kierunek. Zanosiło się na deszcz. 

Rossa już nie było, Edie poszła pomóc siostrze, więc Emma, po domowych porządkach, 

zdecydowała się wziąć dzieci na spacer. 

background image

Powietrze było wilgotne. Szli wolno, zatrzymując się od czasu do czasu, by dokładnie 

obejrzeć skarby znalezione przez myszkujące dzieci. Emma wzięła papier i kredki, aby 

maluchy mogły porysować. Przy rysowaniu wybuchła oczywiście sprzeczka i Emma, 

chcąc ją  przerwać, zaproponowała wyścig do końca  ścieżki, która kończyła  się  przy 

gospodzie. 

-  Zawsze tędy chodzimy - skrzywiła się Tracy. 

-  Chodźmy inną drogą. 

Poparła ją pozostała dwójka i Emma, dla świętego spokoju, skierowała się w stronę 

nie znanej jeszcze ścieżki. Dzieci są niesłychanie męczące, westchnęła. Wymagają 

nieustannej uwagi. Właściwie niewiele udało się jej zrobić szkiców przez cały czas 

pobytu tutaj. To zaczynało być niepokojące. Zamierzała pracować wieczorami, ale z 

reguły była zbyt zmęczona. 

Ś

cieżka skończyła się  nagle przed dziwną  bramą  w kształcie  podkowy. Była 

drewniana, pomalowana na zielono i osadzona w czerwonym ceglanym murze. 

-  Nigdy tu nie byłam - stwierdziła niepewnie Tracy. 

-  Gdzie jesteśmy? 

-  Trochę 

zbłądziliśmy 

wyznała Emma z nagłym 

podejrzeniem, że ten mur otacza Queen's Daumaury. 

-  Wracajmy lepiej. 

-  To jest pewnie furtka do zaczarowanej krainy 

-  rozmarzył 

się 

Robin, wpatrując się 

w błyszczącą 

miedzianą gałkę uchwytu. - Emmo, wejdźmy! 

Niemożliwe. To prywatna posiadłość - ucięła zaniepokojona. 

Chodźmy już  -  nalegała  Tracy, rzuciwszy Emmie krótkie spojrzenie, jakby ona też 

zgadywała, co kryje się za furtką. 

Robin stał  uparcie, nieporuszony. Tracy chwyciła go za ramię, ale zamarła, gdyż 

rozległo się skrzypienie i furtka zaczęła się uchylać. Cała trójka wpatrywała się w nią, 

jakby spodziewając się ujrzeć wróżkę lub czarodzieja. 

Emma z przerażającą pewnością wiedziała, kogo ujrzą. Przywiodło ich tu nieubłagane 

przeznaczenie, to samo, które w tej chwili kazało starszemu panu otworzyć furtkę i 

stanąć w niej, opierając się ciężko na lasce ze złotą rączką. Patrzyli na siebie z niedowie-

rzaniem. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Co to ma znaczyć? - spytał starszy pan słabym głosem, po długim milczeniu. Wpatrywał 

się w Emmę z gniewem w oczach, jakby oczekując od niej odpowiedzi. Był taki wątły i 

kruchy, a jednak emanowała  z niego duma i władczośc. Jego niespodziewane 

pojawienie się  oszołomiło Emmę. Zanim jednak zdolna była wykrztusić  słowo, 

przemówiła Tracy spokojnym, pogardliwym tonem. 

Właśnie odchodziliśmy. Trafiliśmy tu przypadkiem. Nie wiedzieliśmy, że pan tu mieszka, 

ani że pan wyjdzie. 

Tracy!  -  upomniała ją  ostro Emma, niemile zaskoczona jej otwartością. Spojrzała na 

pana Dau-maury. - Bardzo przepraszam za jej niegrzeczne zachowanie. 

Masz ostry języczek, panienko. - Popatrzył na Tracy marszcząc brwi. 

Tracy oddała mu spojrzenie w ponurym milczeniu. 

-  Czy pan jest moim dziadkiem? - 

zadał 

pytanie 

Robin w swój rzeczowy, dociekliwy sposób. 

Leon Daumaury przyjrzał  mu się  i jego stara twarz drgnęła dziwnie. Po chwili 

odpowiedział obojętnie. 

Tak, jestem. 

Czy tutaj mieszkasz? - Robin zajrzał przez furtkę do parku. - Gdzie jest twój dom? 

Chciałbyś go zobaczyć? - Leon Daumaury nie spuszczał wzroku z twarzyczki chłopca. 

O tak, bardzo. Pewnie jest malutki i okrągły jak domek elfów. - Oczy Robina płonęły z 

ciekawości. 

background image

Domek elfów? Malutki i... -  Zaskoczony Leon Daumaury stracił  oddech. Patrzył 

badawczo na Emmę  swymi przenikliwymi jastrzębimi oczami. -  Co to dziecko 

wygaduje? Przecież wie na pewno...? 

Sądzę, że nie wie o niczym - cicho powiedziała Emma. 

O niczym? - Starszy pan skrzywił się. - Nie wie nic o Queen's Daumaury? 

Emma skinęła potakująco głową. Leon Daumaury wyciągnął kruchą, zdeformowaną dłoń 

do Robina, który ufnie włożył w nią swą malutką rączkę. 

Pójdziemy i obejrzymy go, dobrze? -  Zwrócił  się  do Emmy. -  Czy mogłaby pani 

przyprowadzić pozostałą dwójkę, panno...? 

Nazywam się Emma Leigh - przedstawiła się. 

Ich opiekunka, prawda? - Przeszywał ją wzrokiem. 

Tak - potwierdziła. 

Myślę,  że nie wolno nam tam iść  -  odezwała się  nagle Tracy. -  Mamusi to się  nie 

spodoba. 

Emma wahała się, wprawiło ją  to w zakłopotanie. Tracy pewnie miała rację. Nie 

wiedziała, co ma zrobić. To Ross powinien tu zadecydować. Ale jak to powiedzieć temu 

staremu człowiekowi, trzymającemu tak pewnie rączkę Robina. 

-  Sadzę, że Tracy ma rację. Bardzo mi przykro... 

-  Zatrzymała się. 

-  Tracy wcale nie wie, co się mamusi podoba 

oznajmił Robin swoim dorosłym, rozważnym tonem. 

Ona tylko zgaduje i prawie zawsze się  myli. Tak jak z tą  owsianką  i Donną.  Ona 

strasznie lubi się rządzić. Okropnie. - Patrzył z powagą na Emmę. 

-  Tam coś jest... co to? - jąkała się z przejęcia Donna, wpatrując się w głąb parku z 

zachwyconą buzią. Emma dostrzegła przedmiot jej zachwytu. 

Kilkadziesiąt metrów dalej, wśród krzaków, przechadzała się sarna. 

To sarna - burknął Leon Daumaury. 

Salna? - Donna zmarszczyła czółko w skupieniu. 

Sarna, tu jest do niej droga. - Chrząknął dziwnie. - Jesteś bardzo podobna do swojej 

mamy, moja droga. 

Zachichotała Donna, potem Robin. Dziadek rzucił im na pół obrażone spojrzenie. 

Cóż w tym śmiesznego? - dopytywał się. 

Powiedziałeś  Donnie moja droga -  tłumaczył  Robin.  -  Tu jest droga i Donna jest 

droga... - Razem z Donną wy buchnęli śmiechem. Tracy patrzyła na nich z kamienną 

twarzą i cichym potępieniem. 

Pan Daumaury uśmiechnął  się  i nagle jego twarz przeobraziła się  w cudowny 

sposób, przybierając żywy, serdeczny wyraz. Stracił całą swą rezerwę i sztywność. 

-  Ten angielski jest bardzo dziwny, prawda, moja 

droga i mój drogi - 

powiedział 

z przesadą. 

Rozczuliła 

go ich natychmiastowa reakcja. 

Maluchy aż  pokładały się  ze  śmiechu. Robin ruszył  truchtem, pociągając za sobą 

starszego pana, Donna ochoczo pobiegła za nimi. Emma spojrzała bezradnie na 

Tracy, która obserwowała całą scenę z lodowatą niechęcią. 

Coś  mi się  zdaje,  że nie mamy wyjścia, musimy dołączyć  -  zauważyła  łagodnie 

Emma. 

Ja wracam do domu! - Tracy trwała w ponurym uporze. 

Nie ma mowy! - Emma chwyciła ją za ramię. - Nie sama, Tracy. Trudno, musisz iść 

ze wszystkimi. Nigdy w życiu nie pozwolę  ci spacerować  samej, wiesz o tym 

doskonale. Mamusia nie lubi naszego dziadka - powtórzyła Tracy. 

Chyba jesteś jeszcze za mała, żeby naprawdę wiedzieć, kogo twoja mama lubi, a kogo 

nie - zaczęła ostrożnie Emma. - Może ci się wydawać, że wszystko rozumiesz, ale wiesz, 

sami dorośli nie zawsze są  pewni swych uczuć. Rzeczy są  o wiele bardziej 

skomplikowane, niż  to wygląda na pierwszy rzut oka. Myślę,  że powinnyśmy pozwolić 

Robinowi i Donnie porozmawiać  z panem Daumaury, jeśli tak chcą. Ja to  później 

wyjaśnię twojej mamie. 

background image

Ależ będzie na ciebie wściekła! - Tracy nie ukrywała swego zadowolenia. 

Tracy, Tracy - westchnęła Emma - dlaczego tak trudno dojść z tobą do porozumienia? 

Spojrzała na bladą, zaciętą buzię i nagle wypełniło ją Ogromne współczucie i ćfcfiwość do 

( ego 

dziecka.  Uklękła i przytuliła ją  do siebie mocno, całując delikatnie chłodny 

policzek. 

-  Nie bądź taka - szepnęła. 

Tracy pozwoliła przez chwilę  przytulić  się  Emmie, po czym wyrwała się  i pobiegła za 

Robinem wołając, by na nią poczekał. W pierwszej chwili Emmie zrobiło się przykro, ale 

zaraz uśmiechnęła się  wstając. A jednak Tracy zmieniła zdanie i dołączyła do innych, 

zamiast dąsać się z boku. Jednak jakieś porozumienie zostało zawarte. 

Idąc wolno z tyłu, Emma rozmyślała  z pewnym rozbawieniem, jak wiele nauczyły te 

dzieci ją, dorosłą osobę, która miała zająć się ich wychowaniem i opiekować się nimi. A to 

te maluchy otworzyły jej oczy na zachowanie innych ludzi, na drobne fakty, których nie 

dostrzegała. Dzięki nim była  teraz znacznie mądrzejsza.  Bliska, codzienna obserwacja 

dzieci odkryła jej więcej  prawdy o naturze ludzkiej, niż  znała do tej pory. Wędrowali 

przez park, a Leon Daumaury pokazywał  i opowiadał  im o wszystkich parkowych 

cudach. Ujrzeli wspaniałe srebrzyste bażanty, przechadzające się  po trawniku. Na 

Robinie nie zrobiły wrażenia. 

-  Wolę te dzikie, polne bażanty - wyznał szczerze. 

-  Są takie przyjemnie brązowe i tłuste - jak imbryk 

pani Pat albo jak Emma - dodał po namyśle. 

Emma roześmiała się. Po chwili zaskoczenia zawtórował jej Leon Daumaury. 

W  żaden sposób nie mogę  uznać  waszej Emmy za tłustą  -  zaprotestował.  -  Ale 

rzeczywiście, ma coś  z kolorów bażanta, bystre spostrzeżenie. A kto to jest pani 

Pat? 

Nie znasz pani Pat? Ona ciebie zna - zdziwił się Robin. 

I Edie - przypomniała Donna. 

Kim one są? Opowiedz mi o nich - zachęcił Donnę dziadek. 

Ja je kocham -  wyznała Donna z uczuciem. Leon Daumaury wydawał  się 

uświadamiać sobie coś, czego istnienia nie podejrzewał. 

Prowadzą gospodę we wsi - wytłumaczyła Emma. 

Och, to one. - Był zaskoczony. - Oczywiście, widziałem je z daleka. 

Dlaczego je kochasz? - spytał szorstko Donnę, wpatrując się w jej buzię. 

Bo kocham. -  Podniosła na niego szeroko otwarte oczka. Nie potrafiła tego 

wytłumaczyć, stropiła się i buzia się jej wykrzywiła. 

Donna je kocha, bo one także ją kochają. Obie są bardzo dobre i miłe - wyjaśniła 

Emma spokojnie, ujmując małą rączkę, która mocno ścisnęła jej dłoń. 

A zatem - stwierdził kostycznie starszy pan 

-  moje srebrne bażanty są dla was za wytworne. Wolicie te pospolite, czy ogrodowe, 

które oglądacie codziennie? 

-  Pospolite albo polne - poprawił Robin. 

Dziadek  znowu   roześmiał  się  głośno.   Spojrzał 

z szacunkiem na chłopca, a potem na Emmę. 

-  Jest bardzo bystry, prawda? - szepnął. 

Ruszyli  dalej  szeroką drogą  przez znakomicie 

zaprojektowany i troskliwie pielęgnowany park. Droga skręciła nagle i nieoczekiwanie 

blisko ujrzeli wśród drzew dom. 

Zasługiwał na swoją sławę. O cudownych proporcjach, zbudowany z jasnego kamienia, 

przynosił chwałę swym osiemnastowiecznym budowniczym. 

Robin przystanął  i wpatrywał  się  w budynek, gdy dziadek z ogromnym napięciem 

obserwował jego twarzyczkę. 

-  No i co? - zapytał niecierpliwie. 

-  Chciałbym mieszkać 

w takim domu - 

wypalił 

chłopiec zwracając 

na niego swe zadziwiająco dorosłe 

spojrzenie. 

background image

Na twarz Leona Daumaury z wolna wypłynął rumieniec, dolna warga mu zadrżała, po 

czym zaciął  usta, by opanować  widoczne wzruszenie. Dopiero po chwili powiedział 

ochrypłym głosem: 

-  Cieszę się, że ci się podoba. 

Podeszli bliżej na tyły domu. Cały taras otaczały masy różanych krzewów w pełnej 

krasie. 

Te róże są tematem rozmów w całym hrabstwie. Są dumą Queen's Daumaury - rzekł, 

patrząc na oczarowaną Emmę. 

A to co? - przestraszyła się Donna nagłego, przeszywającego krzyku. 

Pawie - burknęła Tracy. 

Podobają  ci się?  -  spytał  dziadek, przyglądając się  jej uważnie. Tak się  pysznią  tymi 

swoimi piórami... - zlekceważyła je Tracy. 

Powinniście zobaczyć ogród wiosną - powiedział Leon Daumaury. - Mamy tu ogród 

błękitny, kwiaty we wszystkich odcieniach błękitu... niezwykłe. 

Kocham niebieskie kwiaty - mimowolnie zawołała zachwycona Tracy. 

Cy możemy wejść?  -  zapytała Donna dziadka, stojąc przed wielkimi oszklonymi 

drzwiami i przyciskając nosek do szyby. Zanim zdążył odpowiedzieć, nagle na górze 

otworzyło się okno i rozległ się ostry, gniewny głos Amandy: 

A ty co tutaj robisz? Wynoś  się  natychmiast, nieznośny dzieciaku! -  W pierwszej 

chwili nie spostrzegła Leona Daumaury; kiedy się  poruszył, zbladła.  -  Och, nie 

wiedziałam... nie miałam pojęcia... 

Nie powinnaś tak krzyczeć na dzieci. Przestraszyłaś ją - skarcił dziewczynę. 

Donna wcale się nie przestraszyła. Emma ujrzała w jej niebieskich oczach widoczne 

zadowolenie. Donna nie lubiła Amandy i cieszyło ją,  że tamta  wzbudziła gniew 

dziadka. 

Nie poznałam jej. Myślałam, że to jakieś obce dziecko na tarasie, zaglądające przez 

okno i... - starała się załagodzić zmieszana Amanda. 

Już  choćby przez wzgląd na wiek tego dziecka nie powinnaś  była tak krzyczeć, 

obojętne co robiło. Przecież to maluszek - przerwał zimno. 

Amanda rzuciła Emmie nienawistne spojrzenie. Jasne, że ją  obwiniała za ten 

incydent. Słodkim głosem zwróciła się do dzieci. 

Ależ  my się  doskonale znamy. Jesteśmy starymi przyjaciółmi i świetnie się 

rozumiemy. 

Ależ  oczywiście.  -  Robin genialnie naśladował  ton głosu Rossa. Dziadek znowu 

spojrzał na niego przenikliwie. Emma zastanawiała się, czy zna on Rossa na tyle, 

by docenić to naśladownictwo. Ross musiał bywać w tym domu, spotykał się przecież 

z Amandą. Zatem Leon Daumaury poznał go, chociaż pewnie nie znosił - przecież to 

siostra Rossa jest żoną jego syna. 

Amanda otworzyła oszklone drzwi i wszyscy weszli do środka. Był to jeden z najczęściej 

fotografowanych i pokazywanych w eleganckich czasopismach pokoi. Mienił  się 

wszelkimi odcieniami lekkiego błękitu i delikatnego beżu  -  od pokrytych jedwabiem 

ś

cian, poprzez dywan, meble, porcelanę, do starannie ułożonych kwiatów. 

Ż

ywe, psotne dzieci zupełnie nie pasowały do tego miejsca. Robin i Tracy wymienili 

wymowne spojrzenia, Doima 

przysunęła się do Emmy, łapiąc ją za rękę

Leon Daumaury dostrzegł szczery, wymowny wyraz ich twarzy i uśmiechnął się kwaśno. 

-  Chodźcie, obejrzymy dom. 

Dalej było tak samo. Nieskazitelna elegancja, dbałość  o drobiazgi, wszystko lśniło, 

połyskiwało - dzieci bały się przypadkiem ruszyć cokolwiek. 

Nie podoba się wam tutaj - stwierdził zrezygnowany dziadek. 

Czy jest tutaj miejsce dla dzieci? - Robin silił się na uprzejmość. 

Pokoje dziecinne? -  Starszy pan znowu uśmiechnął  się  kwaśno.  -  Są  na najwyższym 

piętrze, teraz to strych. Nie były używane od czasu... - urwał. 

Od dzieciństwa jego syna, domyśliła się  Emma. Ciekawe, czy to dlatego ojciec tych 

dzieci został  archeologiem,  że dorastanie w tym luksusowym pudełku uczyniło go 

człowiekiem zdolnym do cierpliwego grzebania w życiu starożytnych. 

background image

Wspięli się na strych. Tu nie było dywanów. Boazerie i drzwi były polakierowane na 

ciemno. Światło sączyło się z okienka w dachu. 

Otworzyli drzwi i znaleźli się w długim, wąskim pokoju z łamanym sufitem. 

--  Och  -  jęknął  Robin z zachwytu na widok starego, wysłużonego konia na 

biegunach, stojącego pośrodku pokoju. Błyskawicznie znalazł się na jego grzbiecie. 

Donna z płaczem domagała się tego samego. 

Emma posadziła ją  za Robinem i oboje kołysali się  wniebowzięci. Tracy oglądała 

pokój, pełen zakamarków, z półkami wypełnionymi zaczytanymi książkami, 

zniszczonymi zabawkami, starymi meblami. Podeszła do okna i wyjrzała. 

-  Jaki ładny pokój. Najładniejszy w całym domu 

-  westchnęła. 

Leon Daumaury obserwował ich w milczeniu. Wydawał się poruszony. 

Będzie padać! - odezwała się nagle Tracy. - Czy to burza? 

Na to wygląda. Musimy szybko wracać na lunch 

-  zaniepokoiła się Emma. 

Możecie zjeść tutaj - rzucił dziadek szorstko. 

Bardzo dziękuję, ale nie. Czeka już  gotowy w domu. -  Emma pokręciła głową 

odmownie. Zapiekanka siedziała w piekarniku, zmarnowałaby się. 

Każę was odwieźć samochodem - obiecał starszy pan, kiedy, po bardzo niechętnym 

rozstaniu się  z koniem, wszyscy schodzili po marmurowych, lśniących schodach. 

Potem Leon Daumaury pomachał im dłonią na pożegnanie. Dzieci też mu machały, 

dopóki nie zniknął im z oczu. Rozsiadły się z zadowoleniem w limuzynie. 

Wspaniały samochód, prawda? -  zwrócił  się  Robin do Emmy. A mnie się  ten dom 

wcale nie podoba - oznajmiła Tracy niechętnym, krytycznym tonem. 

Mówisz tak, bo myślisz, że mamusia będzie na nas wściekła, że tam poszliśmy. - Robin, 

jak zwykle, okazał przenikliwość. 

Wcale nie, ty mądralo - odcięła się Tracy. 

Ja tez chcę konia. - Donna przytuliła się do Emmy. 

I ja też - ochoczo poparł ją Robin. 

Wujek Ross też się wścieknie - nie ustępowała Tracy. 

A dlaczego? - dopytywał się Robin. 

Gdyby mamusia chciała,  żebyśmy widzieli się  z dziadkiem, to kazałaby wujkowi 

Rossowi zabrać nas do niego - mądrzyła się starsza siostra. 

Emma zaniepokoiła się, słysząc to. Tracy miała słuszność. Ross tak by postąpił, gdyby 

był do tego upoważniony. 

Ross był  w domu, kiedy przyjechali. Podszedł  wolno do bramy. Jego twarz była 

nieprzenikniona, oczy nie zdradzały niczego. Serce Emmy zadrżało w niedobrym 

przeczuciu i szybko zaczęła w myślach  układać  usprawiedliwiającą  przemowę. Robin 

wyszedł na spotkanie wujkowi ze spokojem pierwszych chrześcijan idących na spotkanie 

lwom. 

-  Cześć, wujku. Odwiedziliśmy naszego dziadka 

-  wyznał otwarcie. - Lubię go. 

-  Ach tak? Naprawdę? 

Ross zmierzył 

siostrzeńca 

zamyślonym spojrzeniem i przeniósł je na Emmę. 

-  Ciekaw jestem, jak do tego doszło? 

Poszliśmy na spacer - zaczęła pośpiesznie tłumaczyć drżącym głosem. - Znaleźliśmy się 

na ścieżce, której nie znaliśmy i tam była...

 

Mala zacałowana fultka -  podjęła radośnie Donna, z wyrazem szczęścia na buzi, 

wkładając swą małą rączkę w dłoń wujka. - I wysedł nas dziadek i posliśmy zobacyć jego 

dom, ale był za duży. A potem odwiedziliśmy konia na bunach i spodobał się nam... 

Konia na biegunach - poprawiła Tracy. 

Wielki koń  na biegunach -  wtrącił  się  Robin z zachwytem. -  I Donna i ja 

galopowaliśmy na nim. 

Ross znowu spojrzał na Emmę z nieprzeniknioną twarzą. 

-  Mieliście bardzo męczący dzień, prawda? - 

mruk 

background image

nął do dzieci. 

Lunch uspokoił  atmosferę. Maluchy były bardzo zmęczone i gotowe do drzemki. 

Tracy trochę  protestowała,  że jest za duża, by się  zmęczyć  byle czym, ale 

pomaszerowała do swego pokoju. 

Ross pomagał  Emmie zmywać  milcząc, ale wiedziała,  że prędzej czy później jej 

wygarnie. Wyczuwała jego napięcie. W końcu zaczął spokojnym pytaniem: 

Nie uważasz,  że należało postąpić  bardziej taktownie w tej, jak wiesz, bardzo 

delikatnej sytuacji? 

Nic nie wiem -  odparła zwięźle.  -  Nic mi nie wyjaśniono. Musiałam zdać  się  na 

własne wyczucie. 

I cóż ono ci podpowiedziało? - zapytał pogardliwie. 

To, że należy natychmiast zabrać dzieci do domu i tak bym postąpiła, gdyby Donna 

nie wyrwała mi się i nie uciekła. Sytuacja wymknęła mi się z rąk, zanim zdążyłam 

wymyślić, jak się  taktownie wycofać.  -  Wezbrał  w niej nagły gniew. Z całym 

rozmysłem niczego jej nie wyjaśniono, a teraz on oskarża ją o coś, czemu nie była w 

stanie zapobiec. - Poza tym znalazłam się w bardzo niezręcznej dla mnie sytuacji. 

Nie mogłam być  niegrzeczna dla pana Daumaury. Nie miałam pojęcia, jak się 

zachować, co powiedzieć. 

Amanda mi powiedziała...  -  zaczął, a wtedy ona nie wytrzymała i wybuchnęła. 

Amanda! Pewnie zadzwoniła do ciebie, żeby cię  ostrzec? Była wściekła, gdy 

zobaczyła tam dzieci. Nie cierpi ich. 

Cicho bądź! - rozkazał Ross tak zdławionym z gniewu głosem, że zatkało ją natychmiast 

i zadrżała. 

Uważam, że jesteś bardzo niesprawiedliwa dla Amandy - zaczął po chwili spokojniej. - 

Nie ma mowy o niechęci do dzieci, odwrotnie,  włożyła wiele wysiłku w nawiązanie 

kontaktu między nimi a dziadkiem. Na niczym jej bardziej nie zależy, niż na szczęśliwym 

zjednoczeniu rodziny. 

Emma zacięła usta i milczała. Cóż mogła powiedzieć? Doświadczenia z jej znajomości z 

Amandą  mówiły co innego.  Że ta dziewczyna zawsze była złośliwa i przewrotna w 

stosunku do niej, no i że nigdy nie okazywała sympatii do całej trójki dzieci. Przyszło jej 

do głowy, że Ross nie zna prawdziwego oblicza Amandy. Spojrzała na niego spod oka. 

Wyglądał  na zaniepokojonego i zmartwionego. Może zastanawia się, co powiedzieć 

siostrze? 

Oczywiście - oznajmiła - że biorę na siebie całą odpowiedzialność. Powiem Judith, że to 

była wyłącznie moja wina. 

Niemądra dziewczyna! -  roześmiał  się  dziwnie.  -  Siedź  cicho, Emmo. Siedź  cicho.  - 

Powiesił ścierkę i wyszedł. Patrzyła za nim, płonąc z urazy zmieszanej z bólem, miłością 

i znużeniem. 

Zabolało, gdy odezwał  się  do niej tak lekceważąco. Niemądra dziewczyna -  tym dla 

niego była. I tym rzeczywiście jestem, przyznała. Idiotką,  zakochaną  w tym surowym, 

nieczułym mężczyźnie, który jest ślepy na wszystkie gierki dziewczyny takiej jak 

Amanda. Zarzekał się, że nie zrobi już żadnego błędu w miłości, że przejrzał Amandę - 

ale, sądząc z jego słów, zupełnie zgłupiał  na jej punkcie. Patrzyła w okno zamazane 

deszczem, którym wiatr walił w szyby. A może to łzy zamazywały jej wzrok, gdy łkała 

bezgłośnie, ściskając rozpaczliwie dłońmi zlew kuchenny? 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Emma pracowała właśnie z dziećmi w ogrodzie, kiedy, dwa dni później, usłyszała warkot 

samochodu zatrzymującego się  przy bramie. Pomyślała,  że Ross skończył  wcześniej 

pracę. Przez ostatnie dwa dni był bardzo zajęty i właściwie nie widzieli się. 

Skrzypnęła brama i Emmę  zamurowało. Oto szła ku niej, nieśmiało, ale z całą 

determinacją, Fanny. Po chwili wybuchnęły radosnym śmiechem i porwały się w objęcia 

ze łzami wzruszenia. 

A cóż  ty tu robisz? -  dopytywała się  Emma, mierząc przyjaciółkę  spojrzeniem.  - 

background image

Wspaniały strój. Nowy? 

Tak. Pierwszy raz mam go na sobie. To dobrze, że ci się  podoba.  -  Fanny z 

zadowoleniem spojrzała na swój bladoniebieski klasyczny kostium, w którym było jej 

bardzo do twarzy. Cała promieniała, miłość najwidoczniej jej służyła, zauważyła Emma z 

przyjemnością. 

Jak się  miewa Guy? -  zapytała. Miłość  do Rossa pozwoliła jej mówić  o Guyu bez 

drgnienia w sercu. 

Sam ci to może powiedzieć - Fanny wskazała ręką i Emma, odwracając się, stanęła oko 

w oko z Guyem. 

Ucałował Emmę w policzek bardzo gorąco, uśmiechając się radośnie na jej widok. Emma 

z zaskoczeniem przypomniała sobie, że był czas, gdy uznała, że jest w niej zakochany. 

Teraz spadła jej z oczu zasłona  -  zachowywał  się  w stosunku do niej z całkowitą 

obojętnością. Pozostał nadal sympatycznym, wdzięcznym kompanem, takim, jakim był 

zawsze. To ona była w błędzie, wyobrażając sobie coś więcej. 

Oboje wyglądacie wspaniale! - I była to szczera prawda. 

Przyjechaliśmy zaprosić  cię  na nasz ślub w Londynie  -  oznajmiła Fanny, cała 

zapłoniona. 

Wasz ślub? - Emma wpadła w zachwyt. - Kiedy? Oczywiście, przyjadę. I mam nadzieję, 

ż

e zostanę druhną. Czy ma to być wielkie, wspaniałe wydarzenie, czy cichy ślub? 

Jest wyznaczony na ostatni dzień  października  -  wyjaśnił  Guy.  -  Dostałem pracę  w 

Kanadzie. Muszę tam wyjechać przed piętnastym listopada, więc czasu zostało bardzo 

mało. Nie wyobrażam sobie wyjazdu bez Fanny, a ona przystała na ślub bez 

fajerwerków. Zaplanowaliśmy ciche, skromne wesele, tylko rodzina i najbliżsi przyjaciele, 

tacy jak ty. 

Ś

lub w bieli - dodała stanowczo Fanny. - I ty koniecznie musisz być moją druhną, Em! 

Oczywiście - nalegał Guy. - Uda ci się przyjechać? Twoja nieobecność zepsuje Fanny całą 

uroczystość. 

Jego oczy patrzyły prosząco z taką serdecznością i ciepłem, że wzruszyło ją to. Nie tylko 

nie traci przyjaźni Fanny, ale zyskuje jeszcze jednego oddanego przyjaciela, nawet jeżeli 

będzie ich dzieliła ogromna przestrzeń. Odległość  nie wpłynie na osłabienie ich 

przyjacielskich więzów, była tego pewna. 

Postaram się - przyrzekła solennie. - Sama uszyję sobie suknię, coś prostego. Jaki kolor 

będzie pasował, Fanny? 

Dla ciebie tylko delikatna żółć - zadecydowała od razu Fanny. - Najładniej ci w kolorze 

pierwiosnka. 

Dzieci przypatrywały się im, całe zamienione w słuch. 

Emma zauważyła ich obecność i ze 

ś

miechem dokonaia prezentacji. 

Fanny ucałowała każde z osobna. Tracy nie mogła oderwać zachwyconych oczu od jej 

złotych loków i delikatnych rysów. 

-  Pani wygląda jak anioł 

z naszej choinki! - 

wyznała 

nieoczekiwanie. 

Emma zdusiła śmiech, Fanny wydawała się speszona, ale Guy oznajmił poważnie: 

-  Wiem, Tracy, co masz na myśli. Ja też 

tak 

uważam. 

To musi być cudownie, pomyślała Emma tęsknie, gdy mężczyzna patrzy w ciebie jak w 

obrazek. Ona za każdym razem, kiedy niespodziewanie zjawiał się Ross, miała uczucie, 

jakby jej serce ściskała jakaś żelazna obręcz. 

Proszę wejść do naszego domu. - Tracy złapała Fanny za rękę i z gorliwą uprzejmością 

ciągnęła do drzwi. 

Tak, tak, wejdźcie  -  poparła ją  Emma.  -  Zaraz przyjdę, tylko położę  na miejsce te 

narzędzia ogrodnicze. Wypijemy herbatę. Mamy mnóstwo pysznych rzeczy do jedzenia. 

Edie piekła cały ranek - wtajemniczyła ich Tracy. 

Ach, tak. Znam Edie, Emma mi wszystko opisała w liście - zapewniła Fanny. 

Naprawdę? - zdziwiła się Tracy. - A co napisała o mnie? Napisała, że też umiem dobrze 

gotować? 

background image

Fanny taktownie zapewniła,  że w liście Emma wychwalała jej talenty kulinarne pod 

niebiosa. Emma przypomniała sobie, jak opisała  ów poranek, gdy Tracy gotowała, i 

poczuła wielką ulgę oraz ogromną wdzięczność dla przyjaciółki. Robin i Donna porzucili 

bez żalu grzebanie się w ziemi w ogrodzie i ochoczo pomaszerowali za nimi. Fanny ich 

także oczarowała. Guy odprowadził  całą  gromadkę  ciepłym spojrzeniem. Emma 

przyjrzała się mu i z niedowierzaniem pytała siebie, co też takiego widziała w nim, aby 

się tak zadurzyć. Oczywiście był miły i na swój sposób pociągający, ale brakowało mu 

pewności siebie Rossa, jego siły charakteru, której nikt nie mógł się oprzeć. 

-  Ty też 

wyglądasz bardzo dobrze - 

zwrócił 

się 

do 

niej Guy, obrzucając ją spojrzeniem. 

Ubawiło ją to. Miała na sobie stare, ubłocone dżinsy, gumowe buty i gruby sweter, który 

służył tylko do pracy w ogrodzie, bo zbiegł się w praniu i zupełnie stracił fason. 

Wyglądam okropnie! Gdybym spodziewała się waszego przyjazdu... 

Chcieliśmy ci zrobić niespodziankę. Fanny dostała kilka dni wolnego, więc postanowiliśmy 

wybrać  się  na małą  wycieczkę  w te strony, zobaczyć  ciebie i przy okazji odetchnąć 

ś

wieżym powietrzem. 

Gdzie się zatrzymaliście? 

W Dorchester. Śliczne miasteczko, prawda? 

Bardzo. Poza tym masz ogromne szczęście, że zdobyłeś taką dziewczynę jak Fanny - 

zapewniła go Emma. - Jest wspaniała. Jest mi bardzo droga i mam nadzieję, że zawsze 

będziecie razem szczęśliwi. 

Nie martw się o Fanny. - Guy ujął ją za ramiona z rozjaśnioną radością twarzą. - Zrobię 

wszystko, by było jej dobrze. Wiem, że mi się poszczęściło. Mój ojciec ciągle to powtarza. 

Nie może zrozumieć, dlaczego wybrała akurat mnie. - Z uśmiechem pocałował Emmę w 

policzek. - Prawdę mówiąc, też tego nie rozumiem. 

To jasne, że jest w tobie nieprzytomnie zakochana. - Emma uścisnęła go serdecznie. - 

Uważam, że świetnie do siebie pasujecie. 

Emmo, jesteś wspaniałą dziewczyną - wyrzucił z siebie uradowany Guy. Jeszcze raz ją 

ucałował, tym razem w usta. 

Jestem ci taki wdzięczny, że nie chowasz do mnie urazy! Rozdzielam was, a ty nie masz 

mi tego za złe... nie intrygujesz... jesteś taka miła i wyrozumiała... 

Przecież to musiało kiedyś przyjść... - wytknęła mu. - Nic w tym nadzwyczajnego. Bardzo 

się cieszę... mówię zupełnie szczerze. Czeka was cudowna przyszłość. 

Możesz to powtórzyć  jeszcze raz? -  poprosił  z przejęciem.  -  Odtąd zaczynam nowe, 

fantastyczne życie! 

Oboje roześmieli się, po czym Emma wysłała Guya do Fanny, obiecując, że wkrótce do 

nich dołączy. Zgodził się  posłusznie, a Emma zabrała się  do porządkowania narzędzi 

ogrodniczych. 

Pozbierała je i, niosąc do szopy, niespodziewanie natknęła się na Rossa. Stał oparty o 

furtkę  do ogrodu i wyglądał  jak chmura gradowa. Czyżby stało się  coś  złego, 

zaniepokoiła się. 

Witaj! Wcześniej wróciłeś - powitała go z uśmiechem, mając nadzieję, że go rozchmurzy. 

Wyraźnie widać, że za wcześnie - odburknął. 

O co ci chodzi? - zmarszczyła czoło. 

Jak długo sterczał  tu ten Romeo? -  Wszedł  do ogrodu, zatrzaskując za sobą  z 

wściekłością furtkę. 

Romeo? - zgłupiała na moment, a potem roześmiała się. - Chyba myślisz o Guyu? 

Guy! - powtórzył imię z kłującym sarkazmem. 

- Któżby inny? 

-  Zdarzyła się najcudowniejsza rzecz na świecie 

- zaczęła z ożywieniem, pragnąc go ułagodzić. 

Nawet 

byś nie przypuszczał! 

-  Daj mi zgadnąć - ciągnął nieprzyjemnym tonem. 

- To nagłe czulenie się do siebie! Jak on powiedział... jesteś taką wspaniałą dziewczyną, 

Emmo, taką słodką i wyrozumiałą... - naśladował głos Guya ze wstrętną przesadą. Jego 

background image

twarz wyrażała ogromny niesmak. 

-  O Boże! Na mdłości mi się 

zbiera. Jak zdrowa na 

umyśle, inteligentna istota może słuchać 

takich bzdur, 

wierzyć w takie głupoty... 

-  Guy mówił 

to szczerze. - 

Rozzłościła się. 

Nie 

wszyscy mężczyźni są 

tacy szorstcy, nieczuli, zimni 

jak ty... 

Był  bardzo blady, jego wzrok przeszywał  ją  na wylot, a szczęki zaciskały się  z 

wściekłości. 

No, dalej. Wykrztuś  z siebie to, co zamierzałaś  powiedzieć  od dawna. Myślisz,  że nie 

zdaję sobie sprawy, co czujesz? 

Co takiego? - Emmie zaparło dech w piersi. 

Doskonale  pojmuję   twoje  uczucia   do  mnie 

-  oznajmił lodowato. 

Teraz ona zbladła i zadrżała. A więc domyślił się? Ze zgrozy nie mogła uwierzyć. Nie 

mogła znieść świadomości, że Ross domyślił się jej miłości do niego, że to go drażniło i 

odtrącało od niej. ' - Nie odwracaj się ode mnie z taką miną! Spójrz na mnie! - Złapał ją 

za ramiona i potrząsnął gwałtownie. 

Puść mnie! To boli... - Starała się uwolnić z tego uścisku i od przerażająco przenikliwego 

spojrzenia szarych oczu. 

Nie kuś mnie - ostrzegł złośliwie. - Nie wyobrażasz sobie, ile wysiłku mnie kosztuje, aby 

się opanować. Jeden porządny klaps pomógłby odzyskać ci zdrowy rozum. Wiedziałem, 

ż

e jesteś głupia, ale do tej pory nie podejrzewałem cię o aż taką głupotę. 

Czyżbyś  znowu pokłócił  się  z Amandą? -  Jego gniew był  jakiś  zagadkowy. Chyba nie 

ona mogła go wzbudzić. Ktoś inny go wywołał, a na niej się skrupiło. Tego kogoś nie miał 

odwagi zaatakować. Amanda! - prychnął wściekle. - Nie usiłuj się wykręcać i odwrócić 

uwagę. 

Staram się odgadnąć, co cię tak wyprowadziło z równowagi - podjęła cierpliwie. 

Rzeczywiście, jakbyś nie wiedziała - ironizował krzywiąc się. 

Jestem pewna, że na mnie wyładowujesz swoją  złość  na Amandę. Nie wiem, co ona 

takiego zrobiła, ale oświadczam ci, że nie pozwolę na traktowanie mnie w ten sposób. 

Nie będziesz się na mnie wyżywał i wyładowywał swoje humory. 

Naprawdę?  -  Jego głos nagle niebezpiecznie złagodniał. Zacisnął  dłonie na jej 

ramionach. Przez moment poczuła przypływ niepewności, niepokoju i słabości, gdy jego 

twarz zaczęła się przybliżać, a oczy zwęziły się. Wtem jego usta spadły na jej wargi z siłą i 

pożądaniem, zmuszając ją do niechętnej początkowo, a później coraz żarliwszej reakcji. 

Odczuwała rozkosz aż do bólu. 

Tylko że to nie ona miała być tak całowana - to było przeznaczone dla Amandy. Ross 

nadal starał się ją ukarać, traktując jako zastępczynię Amandy, i ten pocałunek, który w 

innych okolicznościach mógłby przynieść jej radość, teraz przyniósł jej tylko upokorzenie 

i żal. Ale nawet nie próbowała wmawiać sobie, że nie czuje cudownej przyjemności. Jej 

zdradzieckie ciało ożywało pod jego dotykiem. Usta drżały jak w gorączce. 

Ogromnym wysiłkiem woli wzięła się  w garść  i czując,  że za chwilę  całkiem ulegnie, 

wyrwała się i z całej siły wymierzyła Rossowi tęgi policzek. 

-  Żebyś 

nigdy więcej tego nie próbował! 

wy 

krztusiła. 
Uwolnił  ją  z uścisku i cofnął  się  o krok, dotykając palcem czerwonych śladów po jej 

uderzeniu. Na jego ustach pojawił się zastanawiający uśmieszek. -  Nie chciałbym się  z 

tobą 

spotkać 

w ciemnej 

uliczce - mruknął. - Nie podejrzewałem cię o tyle siły. 

Nic nie odpowiedziała, jej serce ciągle jeszcze biło nierównym rytmem. 

No dobrze -  wycedził  Ross spokojnie i wsadził  ręce głęboko do kieszeni. -  Chyba 

powinniśmy podjąć  obowiązki uprzejmych gospodarzy i ugościć  twego przyjaciela? 

Gdzie chcesz go umieścić na noc? Może w moim pokoju? 

background image

To bardzo miłe z twojej strony, ale on i Fanny wracają  do Dorchester -  odparła z 

uprzejmym uśmiechem. 

Fanny? - Ross wlepił w nią oczy. 

Tak, moja przyjaciółka, z którą  mieszkam. Opowiadałam ci o niej i Guyu. Czyżbyś 

zapomniał? No więc przyjechali tu, żeby mi obwieścić,  że się  pobierają  i  życzą  sobie, 

abym była druhną. - Rozpromieniła się w uśmiechu. - Czyż to nie cudowne? 

Cudowne! - odezwał się cicho. 

Muszę uszyć suknię, a nie dają mi wiele czasu. Rozumiesz, zaraz po ślubie wyjeżdżają 

do Kanady, spędzą już tylko kilka tygodni w kraju. Guy dostał pracę w Kanadzie. 

I oni cię  poprosili, abyś  była druhną  na ich ślubie?  -  nie dowierzał  Ross.  -  Powinnaś 

chyba płakać, a nie rozprawiać z takim entuzjazmem. Taka propozycja dowodzi okrutnej 

niewrażliwości uczuć! 

Zapominasz, że oni o niczym nie mają pojęcia... 

-  Zarumieniła się. - Że nawet nie podejrzewają... że 

kiedyś wmówiłam sobie uczucie do Guy a. 

Wmówiłaś  sobie?  -  Skrzywił  się.  -  Przypominam  ci,  że przed chwilą  widziałem twoje 

zachowanie podczas rozmowy z nim. 

Poczułam się taka szczęśliwa widząc jego i Fanny 

-  broniła się. - I z zadowoleniem upewniłam się, że wszystko minęło bezpowrotnie. Że 

jestem zupełnie wyleczona z uczucia do Guya. To było tylko krótkie zauroczenie... nic 

prawdziwego, nic trwałego. 

Ach tak? - ironizował. - A to całowanie? Z jakiej okazji? 

Całowanie? - stropiła się. 

Widziałem, jak cię całował - potwierdził krótko. 

Ooo... - Przypomniała sobie. - To nie ma żadnego znaczenia... taki tam braterski całus. 

Naprawdę nie ma? - Oczy Rossa błysnęły niebezpiecznie. - A zatem nie pomyl mnie z 

nim przypadkiem. Braterskie całusy nie są w moim stylu. 

Na policzki Emmy wypłynął  rumieniec zakłopotania.  Co miał  na myśli? Serce w niej 

załomotało. 

-  Wujku Ross, Emmo... nie macie zamiaru przyjść? 

-  usłyszeli podniecone wołanie Robina. - 

Czekamy 

na herbatę! 

Emma pośpieszyła do domu, niechętnie, ale jednocześnie z dziwną  ulgą  przerywając 

drażniącą i niepokojącą rozmowę z Rossem. Postanowiła później zastanowić się nad nią i 

przemyśleć. Teraz pragnęła chwili wytchnienia przy domowych zajęciach. 

W kuchni Fanny i Guy pomagali Tracy smarować  chleb i przygotowywać  herbatę, 

gawędząc przyjaźnie. Przedstawiła  im Rossa. Wymienił  z Guyem krótki uścisk dłoni, 

witając go z tak lodowatą  uprzejmością,  że nie sposób było tego nie zauważyć. Ze 

znacznie cieplejszym uśmiechem powitał Fanny. Jego oczy wyrażały podziw i aprobatę. 

Emma wspomniała o twojej urodzie... ale nie doceniła cię. Jesteś jak pączek róży. 

Dzięki. - Fanny ukazała dołeczki w uśmiechu. 

-  Emma nie wspomniała, 

ż

e jesteś 

mistrzem w pra 

wieniu komplementów. 

-  Nic nie wspomniała? - Spojrzał kpiąco na Emmę. Nic. - Głos Emmy to była sama 

słodycz. - Jak mogłam im wspomnieć o twoich talentach w prawieniu komplementów, 

jeżeli do tej pory w ogóle się nimi nie wykazałeś? Wydobyłaś na jaw jego głęboko ukryte 

zdolności. - Uśmiechnęła się do Fanny. 

Pełne kobiecości dziewczęta zawsze tak na mnie wpływają - odparował Ross. 

Ach, tak! - parsknęła Emma. - Piękne dzięki. 

Emma jest pełna kobiecości - ogłosił Guy, który poczuł się urażony w jej imieniu i zjeżył 

się cały słysząc komplementy Rossa dla Fanny. 

Widocznie nie miałeś  nigdy okazji poczuć  jej lewego sierpowego -  zauważył  Ross.  - 

Mogłaby spokojnie odbyć trzyrundową walkę z mistrzem wagi ciężkiej! 

O mój Boże! - Fanny szeroko otwartymi błękitnymi oczami wodziła z niedowierzaniem 

od niego do Emmy. 

background image

Woda się zagotowała - wymamrotała Emma, cała w pąsach. - Wybaczcie... Ross, bądź 

ł

askaw zabrać gości do pokoju, ja zaraz skończę robić herbatę. 

Pomogę ci. - Fanny nie zamierzała wyjść. 

Lepiej zmykajmy. -  Ross gestem wskazał  Guyowi  drzwi.  -  Niedobrze jest zawadzać 

kobietom w kuchni. 

Guy usłuchał, ale wyraz jego twarzy nie wróżył  nic dobrego dla ich przyszłych 

wzajemnych stosunków. Był  z natury dobroduszny, jednak doskonale zdawał  sobie 

sprawę z tego, że kilka razy w ciągu paru chwil został z rozmysłem obrażony. 

-  Co tu się dzieje? - napadła Fanny na Emmę. 

-  Żebyś mi chociaż dała jakiś znak! 

Jaki znak? - Emma postanowiła udawać głupią. 

Wiesz doskonale. - Fanny nie dawała się zbyć. 

-  Atmosfera między wami jest tak napięta, że boję 

się, iż trzaśnie lada moment. Mylisz się. - Głos Emmy załamał się. - To chodzi o inną 

dziewczynę. - Miała nadzieję, że Fanny nie dostrzeże bólu ukrytego w jej głosie, jednak 

za długo się znały, by umknęło to uwagi Fanny. 

Och, Emmo - szepnęła współczująco. - Moja kochana biedo! Co za paskudne szczęście. 

No cóż, zdarza się... 

Jest bardzo atrakcyjny - westchnęła Fanny. 

Bardzo - przyznała Emma. 

W jakiś taki szorstki sposób - dodała Fanny w zamyśleniu. - Nie jestem przekonana, czy 

tacy szorstcy mężczyźni są  w moim typie. -  Spojrzała badawczo na Emmę.  -  Jesteś 

zupełnie pewna, że chodzi tu o inną dziewczynę? Ponieważ mnie wyraźnie uderzyło teraz 

coś... coś między wami... 

O, tak! - zgodziła się Emma z goryczą. - Rozdrażnienie! Właśnie przed chwilą pożarliśmy 

się. Kiedykolwiek nie wyjdzie mu coś  z ukochaną, wyładowuje swe humory na mnie, 

jako na najbliższej dostępnej osobie płci żeńskiej. 

A jaka ona jest, ta druga? 

Zabójcza blondyna - cierpko przyznała Emma. - Jest olśniewająca i ma język jak żmija. 

Mam nadzieję, że będą szczęśliwi. 

Skarbie! - roześmiała się Fanny. - Ależ masz nastrój! 

Ross przecież powiedział, że nie jestem kobieca! 

Plótł, co mu ślina na język przyniosła. Masz w sobie więcej kobiecości niż inne kobiety, 

które znam. Tylko spójrz, jak macierzyńsko zaopiekowałaś się tą trójką dzieci! Wszystko 

mi opowiedziały. Poza tym, zależy, co się rozumie przez kobiecość. Jeżeli masz na myśli 

mdlenie na widok krwi, uwodzicielskie trzepotanie rzęsami do każdego mężczyzny i 

udawanie za słabej,  by unieść coś więcej  niż torebkę...  to rzeczywiście ty nie wchodzisz 

w grę. Ale kobiecość  nie tylko na tym polega i większość  współczesnych mężczyzn 

doskonale to wyczuwa. 

-  Wdzięczna ci jestem za twoją 

przychylność 

podziękowała Emma. - 

I za pokładane we mnie 

zaufanie. 

Zaniosły herbatę do pokoju, gdzie dwaj panowie przebywali w ponurym milczeniu. Guy 

przeglądał nieuważnie jakieś czasopismo, Ross tkwił przy oknie z kamiennym wyrazem 

twarzy. 

Fanny rzuciła Emmie alarmujące spojrzenie. Zabrały się do nalewania herbaty. 

Może kanapkę? - zwróciła się Emma do Rossa, zalotnie trzepocząc rzęsami. 

Próbujesz gierek? - uśmiechnął się z obraźliwą kpiną, aż się w niej zagotowało ze złości, i 

usiadł w fotelu. 

Wydawało mi się, że bardzo je lubisz - odcięła się. - Takie słodkie, kobiece gierki... 

Guy z uznaniem spróbował jednego z placuszków Emmy. 

Fanny, czy umiesz robić takie placuszki? - zapytał. 

Ależ oczywiście! - odparła natychmiast. 

Chciałbym dostawać  takie do herbaty, gdy będziemy już  małżeństwem -  zapowiedział 

Guy. 

background image

Jeżeli tak sobie życzysz - zgodziła się posłusznie Fanny. 

Ross obserwował Emmę z ironią w oczach. 

Wzruszająca scena - wymruczał do niej, gdy sięgała po ciasto. - Twoja przyjaciółka ma 

nie tylko urodę, prawda? Uległość żony gwarantuje szczęście małżeńskie. 

Brednie  -  wysyczała Emma. -  Ciągle  tkwisz w dawnych czasach, może byś  jednak 

zaczął  żyć  w dwudziestym wieku, Ross?Dzieci bawiły się  hałaśliwie na górze w 

chowanego. Nieoczekiwanie wtargnęły z wrzaskiem do pokoju. 

Umieramy z głodu - obwieściła Tracy. - Pyszności... ile ciasta! 

Czy możemy dzisiaj dostać herbatę tutaj? - Robin przysiadł na dywanie koło Emmy. 

Nie - zaprzeczyła stanowczo. - Za bardzo kruszycie. Herbata dla całej waszej trójki jest 

w kuchni. Chodźcie, zaprowadzę was. 

Cekoladowe ciasto... - jęknęła Donna, kiedy Emma zabrała jej ciasto z rączki. 

-  Najpierw chleb z masłem - twardo orzekła Emma. 

Wyprowadziła dzieci do kuchni, a one przylgnęły 

do niej z ufnością. Fanny odprowadziła ją wzruszonym spojrzeniem, a przed jej oczami 

pojawił  się  obraz jej samej z dziećmi tulącymi się  do rąk w niedalekiej, szczęśliwej 

przyszłości. 

Pięć  minut później w kuchennych drzwiach pojawiła  się  Amanda, elegancka i smukła, 

cała połyskująca srebrzyście, z fryzurą tak nienaganną, jakby wiatr i pogoda nie miały do 

niej dostępu. Stanęła, przyglądając się z niesmakiem dzieciom pałaszującym kanapki. 

Czy jest Ross? - spytała chłodno. 

Tak, tam w pokoju - skinęła głową Emma. Amanda przeszła obok, a Emma podążyła za 

nią 

zamierzając zaproponować jej herbatę. Fanny, śmiejąc się, rozmawiała z Rossem i na 

widok Amandy szeroko otworzyła oczy. Natychmiast rozpoznała ją  po opisie Emmy i 

bystro spojrzała na Rossa, który właśnie podniósł się na powitanie nowego gościa. 

-  Czy możesz zaraz przyjść 

do Queen's Daumaury? 

zwróciła się 

do niego bez wstępów Amanda, ignorując 

pozostałych. 

Próbowałam telefonować, ale telefon 

jest zepsuty. Rzeczywiście? Nie zauważyłem.  -  Ross nie wydawał  się  zbyt przejęty.  - 

Słuchaj, czy koniecznie muszę... Zupełnie nie mam dziś  ochoty na jeszcze jedną 

podobną scenę. 

Twój ojciec miał wylew - powiedziała zwięźle Amanda. 

Czy to poważne? Jest już  doktor?  -  Emma zauważyła, jak twarz Rossa blednie i 

zaciskają się szczęki. 

Doktor przybył po dziesięciu minutach. Położyliśmy twego ojca z powrotem do łóżka. 

-  Spojrzała  na Rossa z powagą.  -  Ross, tym razem to wygląda bardzo groźnie. 

Judith też  powinna być  przy nim. Może już  opuścić  szpital? Wysłać  po nią 

samochód? 

I nagle Emma pojęła wszystko. W jednej bolesnej sekundzie rozjaśniło się  jej w 

głowie. Leon Daumaury nie był ojcem męża Judith - był ojcem Judith i Rossa. Ross 

zostanie po nim właścicielem Queen's Daumaury. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Tyle zagadek, które były dla niej nie do rozwiązania, znalazło prostą odpowiedź. Ross, 

jako dziedzic Queen's Daumaury, musiał  być  nie lada partią  dla ambitnych, młodych 

panien i jego opowieść  o dziewczynie, która  usiłowała szantażem zmusić  go do 

małżeństwa, nabrała głębszego znaczenia. Nic dziwnego, że panienka zdecydowała się 

nawet na tak desperacki krok, chociaż  bez wątpienia wstrętny i niegodziwy, jeżeli 

uciekała jej niepowtarzalna szansa życiowa. 

Emma mogła wyobrazić sobie, jak Ross, zraniony do żywego i wściekły po kłótni z nie 

dającym mu wiary ojcem, opuszcza dom, by zamieszkać samotnie. Musiał jednak być 

niezwykle związany uczuciowo z ojcem, jeżeli osiedlił się tutaj, w pobliżu. Przecież mógł 

wynieść się na drugi koniec świata, jego wolny zawód pozwalał mu na to. Praca czekała 

background image

na niego wszędzie. Jednak wolał  zostać  w pobliskiej wsi, a to mówiło bardzo dużo o 

jego niewątpliwej trosce o ojca i o Queen's Daumaury. 

No i sam Leon Daumaury wcale nie był  taki nieczuły w stosunku do Rossa, jak się 

wydawało na pierwszy rzut oka. Odwiedzał  Rossa lub posyłał  po niego od czasu do 

czasu i chociaż zawsze rozstawali się z awanturą, to niezaprzeczalnie zależało im na 

sobie i darzyli się wzajemnym uczuciem. 

Zachowanie Amandy także stało się zrozumiałe, to jej nieustępliwe nachodzenie Rossa, 

jej dwuznaczne uwagi... Nic dziwnego, że Ross się wahał, pomimo oczywistego pociągu 

do Amandy. Prawdopodobnie podejrzewał ją o bardziej przyziemne motywy, nie tylko o 

bezinteresowną  sympatię. Jego przykre doświadczenia  z młodymi kobietami bez 

skrupułów wyczuliły go na takie zachowanie i nauczyły starannie unikać  wszelkich 

podobnych pułapek. 

Ross z Amandą opuścili dom w pośpiechu, bez żadnych wyjaśnień, pozostawiając Emmę 

spoglądającą w najbliższą przyszłość z przygnębiającym uczuciem pustki. 

Fanny poszła za nią do kuchni aż kipiąc z ciekawości, ale Emma nie miała najmniejszej 

ochoty do zwierzeń. 

-  Powinniśmy już ruszać - taktownie zauważył Guy. 

Fanny zamierzała gorąco zaprotestować, ale nie 

wyrzekła słowa pod jego stanowczym spojrzeniem. 

Możemy cię jutro odwiedzić? - zapytała tylko Emmę. - Moglibyśmy tu przyjechać. 

Służymy pomocą, jeżeli wynikną jakieś rodzinne kłopoty - delikatnie zaproponował Guy. - 

Wielka szkoda, ale będziemy musieli wkrótce wracać do Londynu. 

Ależ proszę, przyjedźcie koniecznie. - Głos Emmy był schrypnięty, z wysiłkiem starała się 

powrócić do rzeczywistości. 

Fanny ucałowała ją  i dzieci. Tracy była bledziutka i niezwykle milcząca. Pomachała 

razem z innymi odjeżdżającym gościom, ale Emma zauważyła,  że jest nieszczęśliwa. 

Przyklękła przed nią i objęła czole. 

O co chodzi? 

Słyszałam, co powiedziała Amanda. -  W oczach Tracy widniał  niepokój.  -  Czy nasz 

dziadek umrze? 

Ufam, że nie - odparła cicho Emma. 
Ale on jest taki stary. - 

No tak, ale też  bardzo dzielny -  przypomniała 

Emma. 

I ma bardzo dobrego lekarza. - 

Była 

przekonana, 

ż

e ktoś 

tak bogaty jak Leon Daumaury 

może sobie pozwolić na najlepszą opiekę lekarską. 

Wiadomości o jego chorobie znalazły się  już  w wieczornym dzienniku telewizyjnym. 

Fortuna Daumaurych była ogromna i giełda natychmiast zareagowała spadkiem cen 

akcji. Jakakolwiek zmiana na stanowisku zarządzającego  jego licznymi przed-

siębiorstwami od razu przyprawiała właścicieli papierów wartościowych o ból głowy. 

Ross nie zjawił  się  wieczorem. Zjawiła się  za to ekipa naprawiająca telefony, która 

znalazła jakieś  uszkodzenie na zewnątrz. Naprawili je błyskawicznie  i telefon się 

rozdzwonił. Przyjaciele Rossa bombardowali ją  pytaniami o stan zdrowia starszego 

pana i Emmę zmęczyło do cna tłumaczenie się ze swej niewiedzy. 

Wieczorem wpadła też pani Pat, zostawiając zajazd na głowie Edie, by ostrzec Emmę 

przed dziennikarzami, którzy zrobili sobie w zajeździe kwaterę główną. 

To tylko kwestia czasu, by któryś z nich nie próbował do ciebie dotrzeć - uświadomiła jej. 

- Są jak sfora psów gończych, rzucają się na każdy ślad. Unikaj ich i nic nie mów. 

Jasne,  że  nie powiem -  oświadczyła ponuro Emma. -  Co im mogę  powiedzieć? Nie 

miałam o niczym zielonego pojęcia. 

Nie moją sprawą było wyjaśniać to, czego sam Ross nie zechciał ci wyjaśnić. - Pani Pat 

doskonale pojęła aluzję. 

Wyszłam na idiotkę - westchnęła Emma. 

Co ty wygadujesz? Byłaś prawdziwą podporą dla Judith. 

Byłam głucha i ślepa na wszystko od momentu znalezienia się tutaj - gorąco 

background image

zaprzeczyła Emma. 

- Wzięłam Rossa za takiego tam poczciwego wiejskiego 

weterynarza. A on okazał 

się 

synem multimilionera, 

który lada moment może odziedziczyć 

całą 

tę 

niewyob 

rażalną 

fortunę. Ross jest takim samym poczciwcem, 

jak król angielski. 

-  Nawet król angielski może się 

okazać 

poczciwcem, 

gdy poznasz go wystarczająco dobrze - 

zażartowała 

pani  Pat.   Obrzuciła  Emmę  bystrym  spojrzeniem. 

- Wygląda na to, że jesteś 

zawiedziona wieścią 

o jego 

możliwym rychłym dziedzictwie. 

Nic mnie to nie obchodzi - odpowiedziała Emma niepewnie, rumieniąc się. 

Doprawdy? - uśmiechnęła się pani Pat. 

Kiedy wreszcie sobie poszła, Emma zabrała  się  do sprzątania domu z obsesyjną 

starannością, charakterystyczną dla osób, które chcą pracą zabić nurtujący je niepokój. 

Kiedy w końcu miała zamiar iść do łóżka, zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę nie-

chętnie, przypominając sobie ostrzeżenie pani Pat, ale był to Ross. 

Jak tam u was? - zapytał zwięźle. 

W porządku - odparła. - Jak się czuje twój ojciec? 

Jakoś się trzyma - oświadczył dosyć radosnym głosem. - Judith też tu jest i chce zaraz 

wybrać się do was na noc. Wydaje się, że nie ma już powodów do obaw, sytuacja się 

unormowała. Czy nie masz nic przeciwko jej obecności? 

Jasne, że nie. Przecież to twój dom, nie mój. 

Judith może spać w moim pokoju - dodał Ross. Po chwili ciszy odezwał się znów. - Czy 

rzeczywiście  wszystko w porządku? Po twoim głosie wnoszę,  że jesteś  wytrącona z 

równowagi. 

To dlatego, że się  denerwuję  -  wyjaśniła.  -  Martwię  się  o twego ojca. Znowu zapadła 

cisza. 

Wściekasz się, że nic nie powiedziałem? - zapytał domyślnie. 

To mnie zupełnie nie dotyczyło - odparła. 

Coś mi   się  zdaje,  że jednak jesteś  wściekła 

-  zauważył. - Bardzo cię przepraszam, ale miałem 

swoje powody. 

Doskonale je pojmuję. Od początku dałeś mi to do zrozumienia, a gdybym dowiedziała 

się, kim jesteś, mogłabym natychmiast próbować  narzucać  się  tobie, jak inne 

dziewczęta, które znałeś dotąd. - Czuła się bardzo zraniona i dlatego włożyła tyle jadu w 

swoją  przemowę. Miała nadzieję  rozzłościć  go, jakby spodziewając się,  że jego gniew 

chociaż trochę ułagodzi jej ból. 

To wcale nie o to chodziło - zaprzeczył. 

O, czyżby? - zwątpiła z odpychającą, lodowatą uprzejmością. 

Nie w taki sposób.  -  Zaczynał  się  naprawdę  złościć.  -  Przedstawiłaś  to w fałszywym 

ś

wietle. 

To i tak nie ma znaczenia. - Chciała zakończyć tę rozmowę jak najszybciej. - Wierz mi, 

nie mam najmniejszych pretensji o to, że niczego mi nie powiedziałeś. 

Rozumiem. No, to dobranoc. - Ross odwiesił słuchawkę. 

Pół  godziny później elegancka limuzyna Daumau-rych przywiozła Judith. Emma 

usłyszała samochód i wybiegła na spotkanie. 

Jak to dobrze znowu cię  zobaczyć, znowu znaleźć  się  tutaj!  -  Judith ucałowała ją  w 

policzek z siostrzaną wręcz czułością. 

Wyglądasz na wyczerpaną - zatroskała się Emma. 

-  Jadłaś coś? 

-  Więcej niż mogłam! - roześmiała się Judith.  
- Nie masz pojęcia, co się 

działo w domu... służba nie 

miała nic innego do roboty oprócz szykowania mnóst 

background image

wa potraw i nieustannego krążenia z nimi, tak jakby 

karmienie nas dawało ulgę 

i zapobiegało pogrążeniu się 

w rozpaczy. Bo widzisz, oni są 

bardzo do staruszka 

przywiązani. 

Emma z uśmiechem pomyślała, jak łatwo Leon Daumaury wzbudza sympatię. Czasami 

wyglądał na tak zmęczonego i zagubionego. Cały jego majątek nie mógł uchronić go od 

przejmującej samotności. 

Judith padła na fotel przed kominkiem i wyciągnęła stopy w stronę  ognia, zrzuciwszy 

uprzednio pantofle. 

Jestem totalnie rozbita! Wyobraź  sobie  -  wyciągają  mnie ze szpitala z taką  straszną 

wieścią, przez całą  drogę  umieram z przerażenia szykując się  na najgorsze, a kiedy w 

końcu tam docieram, okazuje się, że tatuś wcale nie zamierza się poddawać. Potrzeba 

więcej, niż  niewielki wylew, żeby go zmóc.  -  Jej twarz wyrażała cichy zachwyt. -  Nie 

masz pojęcia, co to za twardy staruszek. 

Twardość  wydaje się  być  rodzinną  cechą  charakteru  -  zauważyła Emma myśląc  o 

Rossie. 

Och, masz na myśli mojego ukochanego braciszka? - domyśliła się Judith po chwili. 

Jest nieczuły jak kamień, a język ma jak brzytwa 

- stwierdziła Emma z goryczą. 

-  Co...? 

Judith z zastanowieniem wpatrywała się 

w nią 

szeroko otwartymi oczami. Na jej ustach pojawił 

się 

z wolna serdeczny uśmiech. 

Podobasz mi się, 

Emmo. A przy okazji, tatusiowi też 

bardzo się 

spodobałaś, sam mi to dzisiaj powiedział. Zapowiedział 

też 

Rossowi, 

ż

e jeżeli się 

z tobą 

ożeni, to mu nie 

zostawi złamanego grosza. 

Emma oblała się  szkarłatem, później zbladła, tracąc zupełnie dech. W końcu jęknęła 

słabo. Dlaczego, na miłość boską, przyszło mu do głowy, że ja i Ross... co mu ten Ross 

powiedział? 

Oznajmił,  że odkąd grosze wyszły z obiegu, gwiżdże na nie. Jeżeli zechce się  z tobą 

ożenić, to się  ożeni, a tatuś  może wszystkie te swoje grosze wrzucić  do skarbonki na 

biednych. 

Ale przecież mowy nie było... - Zmieszana Emma wyłamywała palce ze zdenerwowania. 

- Chyba Ross żartował. - Przecież my... między mną i Rossem nic nie zaszło. 

Nic? Nie odniosłam takiego wrażenia. - Judith spojrzała spod rzęs. - Najbardziej przejęła 

się pielęgniarka, ale tatuś wyglądał na radośnie podnieconego. Zawsze ubóstwiał słowne 

potyczki z Rossem. Przywracają   mu  chęć  do   życia.   Chociaż  Amanda... 

-  zachichotała Judith. - Amandy to nie zachwyciło. 

Amanda to wszystko słyszała?  -  przeraziła się  Emma.  -  Ależ  Judith, przecież  Ross 

kocha Amandę i z Amandą ma się ożenić... 

Moja droga Emmo - ziewnęła szeroko Judith 

-  chyba będę 

musiała kupić 

ci białą 

laskę 

i psa 

przewodnika. Jesteś 

zupełnie 

ś

lepa. Idę 

do 

łóż

ka. 

Dobranoc. - Wstała i ruszyła na górę. 

Emma patrzyła w ślad za nią  pełna niewiary i zakłopotania. Na litość  boską, co ona 

miała na myśli? 

Poprawiła ogień  na kominku, przykrywając go popiołem, aby jak najdłużej przetrwał  i 

ogrzewał  pokój. Ranki bywały już  dosyć  chłodne i przyjemnie było wejść  do ciepłego 

pokoju. Jesień stała za progiem. 

Potem weszła na górę, aby się  w końcu położyć. Czuła się  przygnębiona i  bardzo 

znużona. Kiedy już  ułożyła się  wygodnie, do jej uszu dobiegł  jakiś  hałas z dołu. 

Niewątpliwie ktoś  chodził  po mieszkaniu. Wyślizgnęła się  z pokoju i bezszelestnie, na 

palcach pokonała schody. Pod kuchennymi drzwiami widniała smuga światła. Schwyciła 

pogrzebacz leżący obok kominka, ostrożnie zbliżyła się  do drzwi kuchennych, 

zatrzymała się, biorąc głęboki oddech, po czym gwałtownie otworzyła szeroko drzwi i 

background image

wpadła do kuchni, dzierżąc pogrzebacz wysoko, gotowa do zadania ciosu. 

Ross stał przy kuchence, smażąc jajka. Odwrócił się błyskawicznie, spojrzał i wybuchnął 

ś

miechem. 

A to co? Atak brygady antyterrorystycznej? 

Myślałam,  że to włamywacz!  -  wyrzuciła z siebie, wściekła.  -  Masz szczęście,  że nie 

rozwaliłam ci tym głowy. 

No, myślę - zauważył złośliwie. - Przecież wiesz, że już doświadczyłem na własnej skórze 

twojej waleczności. O Boże, ale groźna z ciebie dziewczyna! Raz rzucasz się  z 

pięściami, drugi raz z pogrzebaczem... aż mnie pot oblewa na myśl, jak będzie wyglądać 

ż

ycie małżeńskie z megierą taką jak ty! 

Ponieważ nigdy go nie zaznasz, nie musisz się tym tak bardzo przejmować - odcięła się, 

oblewając rumieńcem. 

A właśnie, że muszę - stwierdził, odwracając się by przypilnować smażenia jajek. Stał 

plecami do niej i nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy. 

Musisz? - zapytała niepewnie drżącym głosem i przygryzła wargę. 

Mam zamiar się z tobą ożenić. - Powiedział to tak niedbale, że przez chwilę była pewna, 

iż się przesłyszała. 

Ogarnęła ją niewysłowiona wściekłość na tę doprowadzającą ją do szału pewność siebie, 

która pozwalała mu na takie niedbałe stwierdzenia. 
-  Doprawdy? - Jej głos trząsł się z oburzenia. 

Widzę, że moje zdanie i moje życzenia zupełnie się tu nie liczą. Ty zdecydowałeś, że się 

ze mną ożenisz i to kończy sprawę? A więc, niech i ja coś ci powiem 

nie wyszłabym za ciebie, nawet gdybyś był jedynym mężczyzną na świecie! I doskonale 

wiem, dlaczego postanowiłeś się ze mną ożenić, myślisz, że nie? 

Skończył smażenie, wyłożył jedzenie na talerz i wsadził do piekarnika, żeby utrzymać w 

cieple. Potem odwrócił się i zmierzył ją kpiącym spojrzeniem. 

No, to dlaczego chcę się z tobą ożenić? 

Ż

eby zdenerwować twego ojca! Roześmiał się głośno. 

-  Judith wszystko mi opowiedziała o twojej sprzecz ce z ojcem! - natarła na niego z 

impetem.  -  Nigdy by ci nie przyszło do głowy ożenić  się  ze mną, dopóki nie 

zapowiedział,  że nie wyrazi na to zgody. I wtedy natychmiast, z typowym dla ciebie 

uporem, powziąłeś  postanowienie i upierałeś  się  przy nim po to tylko, by 

go rozdrażnić. 

Ross chwycił ją za ramiona i przyciągnął bliżej, jego oczy uśmiechały się do niej. 

Niemądry głuptasie! Ależ  ty masz fantazję! Jakiż  człowiek przy zdrowych zmysłach 

mógłby się  tak zachowywać? Mój ojciec mnie nie oszuka. Jasne, że pragnie tego 

małżeństwa i dlatego z góry ostrzegł mnie, że go nie zaaprobuje... Od razu pojąłem, do 

czego pije, w swój przewrotny sposób dał  mi do zrozumienia, że to bardzo by go 

ucieszyło. Ale, oczywiście, za żadne skarby świata nie przyznałby się  do tego przede 

mną, więc udawał zaniepokojonego. Doskonale wie, że zawsze postawię na swoim. No i 

spodobałaś mu się - wywnioskowałem to ze sposobu, w jaki o tobie mówił. 
Chyba tracę zmysły. - Zakręciło się jej w głowie. - 

Rozprawiasz o tym małżeństwie, 

jakby to był 

niepodważalny fakt, a chyba jednocześnie zdajesz 

sobie sprawę,  że ty i ja nie mamy ze sobą  wiele wspólnego. Nigdy nie byliśmy w 

sytuacji, która ewentualnie usprawiedliwiałaby myśl o małżeństwie. 

No przecież  całowaliśmy się, prawda? -  W jego oczach było  wyzwanie.  -  A poza tym 

jechaliśmy razem na rowerze! Już bardziej intymnej sytuacji nie mogę sobie wyobrazić. 

Nie wygłupiaj się! - ucięła. - Pocałowałeś mnie, żeby dać upust swej irytacji. 

Pocałowałem cię, ponieważ  pragnąłem tego od dawna -  oznajmił  zwięźle.  -  I mam 

straszną ochotę powtórzyć to znowu. Właśnie teraz. 

Instynktownie cofnęła się o krok, ale jego ręce były zbyt silne, przytrzymały ją mocno, 

gdy schylił  głowę. Tym razem jego pocałunek był  delikatniejszy, ale równie 

podniecający. Nie mogła mu się długo opierać i odpowiedziała z pasją, zarzucając mu 

background image

ramiona na szyję i zatapiając palce we włosach. 

Kiedy w końcu oderwał się od niej, oboje lekko drżeli. 

Wyjdziesz za mnie, Emmo? - zapytał Ross z uśmiechem. 

Ross - wyszeptała, kryjąc twarz na jego piersi. 

-  A co będzie z Amandą? 

Wybuchnął śmiechem, poczuła, jak ten śmiech wstrząsa jego klatką piersiową. 

-  Och, Amanda... - mruknął. - Chyba nie myślałaś poważnie, że dam się nabrać na te 

jej wzruszająco stare numery? Pamiętaj,  że znam ją  od lat. Jest 

daleką, ubogą krewną, która zamieszkała z nami, gdy jej rodzinę spotkało nieszczęście. 

Znam ją  aż  za dobrze! Zawsze wykorzystywała każdą  sytuację, aby 

się dobrze ustawić. Jest złośliwa, bez skrupułów, ambitna oraz ma mnóstwo innych wad. 

Mój ojciec trzymał ją przy sobie, by pełniła rolę dekoracyjnej pani domu. Drogo opłacał 

jej usługi. Musiał płacić rachunki za wszystko - stroje, biżuterię, każdą zachciankę. 

Wydawałeś się tak nią oczarowany... 

Bo   była   rzeczywiście  czarującą  towarzyszką 

-  potwierdził. - Przyjemnie było na nią patrzeć. 

I naprawdę nigdy jej nie uległeś? - nie wytrzymała. 

Zazdrosna? - Ross uśmiechnął się kpiąco. 

- Jednak musiałeś być do niej kiedyś przywiązany 

-  wyznała z bólem. 

Wyczuwałam to, tę 

więź, która 

was łączyła. 

-* Znam ją  od lat.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Zawsze była pięknym wampirem, gotowa 

wykorzystać  każdą  nadarzającą  się  okazję. Byłem niezwykle ostrożny wobec niej, afe 

jednocześnie podziwiałem jej urodę. 

Z pewnością była przekonana, że ożenisz się z nią! 

Nigdy nie dałem jej najmniejszej nadziei, wprost przeciwnie! - oświadczył Ross z całą 

powagą, marszcząc brwi. - Nie rozczulaj się nad nią, Emmo. Nie żywi do mnie żadnych 

cieplejszych uczuć. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że to same pozory. Wątpię, czy w 

ogóle jest zdolna do jakichkolwiek prawdziwych uczuć. 

A ja się zastanawiam, czy ty także jesteś do nich zdolny. - Emmie wymknęły się te pełne 

goryczy słowa,  świadczące o jej niepewności i bolesnych rozterkach. Pocałował  ją, 

nawet się oświadczył. Ale jego usta nigdy nie wymówiły tych czarodziejskich słów. 

Co takiego? -  Wpatrywał  się  w nią, blednąc gwałtownie.  -  O co chodzi? Emmo, 

myślałem... 

Myślałeś,  że ten wspaniały Ross Daumaury, któremu nikt nie może się  oprzeć, tylko 

kiwnie palcem i już każda dziewczyna leży mu u stóp? - Patrzyła na niego odpychająco. 

- No to pomyliłeś się. 

-  O czym ty gadasz, u licha?! Co cię opętało? 

-  Przyciągnął 

ją 

bliżej i zamknął 

w ramionach jak 

w klatce, kiedy próbowała się uwolnić. 

Jesteś strasznie pewny siebie. - Zrezygnowała z prób uwolnienia się. - A to dlatego, że 

sądzisz,  że już  mnie zdobyłeś... powiedziałeś  przecież,  że znasz moje uczucia! - 

prychnęła pogardliwie. - Nic z tych rzeczy! 

Mówisz o tym, co wygadywałem dziś  rano? 

-  Jego twarz rozjaśniła się.  -  Ale ja wtedy myślałem,  że  wracasz do Guya. Szalałem. 

Miałem ochotę udusić cię gołymi rękami. Kiedy oznajmiłem, że znam twoje uczucia do 

mnie, byłem przekonany, że mnie nienawidzisz. Sądziłem,  że już  nie mam żadnych 

szans... A teraz? - zapytała. 

Po tym rannym pocałunku wróciła mi słaba nadzieja -  przyznał  się.  -  Potem 

dowiedziałem się,  że z Guyem wszystko skończone, a twoja reakcja była bardzo 

obiecująca. Moje nadzieje wzrosły. No, a w końcu Amanda powiedziała coś... 

Wyobrażam sobie - skrzywiła się Emma. 

No, tak, zrobiła to z wrodzonym sobie wdziękiem 

-  powiedziała,  że straciłaś  dla mnie głowę  jak pensjonarka, tylko tyle! Chciała zakpić 

szyderczo, ale to właśnie dodało mi skrzydeł! Właśnie to? - powtórzyła z ironią Emma. 

background image

Przyznaję, że tak! - Uśmiechnął się i uniósł jej brodę jednym palcem,  patrząc głęboko  w 

oczy. 

-  Przyznaj się szczerze, Emmo. Kochasz mnie? 

-  Ja jeszcze nie usłyszałam z twoich ust tych słów - wytknęła mu. 

-  Co takiego? - Zmieszał się. - Ale przecież wiesz, że cię kocham... Wyznałem ci to 

już na dwadzieścia różnych sposobów. 

-  Powiedz to jeszcze raz, tak po prostu - 

szepnęła, 

serce jej biło jak dzwon. -  Jestem zwykłą, prostą  dziewczyną. Lubię  staromodne 

wyznania wypowie dziane w staromodny sposób. Ot, tak... Kocham cię... 

Powiedział  to głębokim, drżącym  głosem, a ona powtórzyła po nim i zarzuciła mu 

ramiona na szyję. 

-  Ross, tak bardzo cię kocham. 

Na jakiś czas zapanowała wymowna cisza, po czym Ross niechętnie oderwał usta od 

jej warg. 

Muszę zjeść kolację. Umieram z głodu - rzekł z roztargnieniem. 

No wiesz, Ross! - zachichotała Emma. - To takie nieromantyczne! 

Ostatni raz jadłem wczesnym popołudniem - bronił się. - Nie mogłem nic przełknąć, tak 

się martwiłem o ojca. - Spojrzał na nią zaniepokojony. - Czy będziesz w stanie mieszkać 

w Queen's Daumaury? Doskonale wiem, jak odpowiada ci zwykłe, skromne życie. 

Czy musimy się  tam zaraz wprowadzać?  -  zapytała wzdychając.  -  Twój ojciec może 

powrócić w zupełności do zdrowia. Moglibyśmy dalej mieszkać w tym domu. 

Ostatecznie i tak będziemy musieli się tam wprowadzić - stwierdził. - To bardzo piękna 

rezydencja i lubię  ją. Amanda świetnie to rozumiała i potrafiła  wykorzystać  tę  moją 

słabość. Jej samej ten dom zalazł głęboko za skórę. 

Ja też uważam, że jest wspaniały - przyznała Emma. - Ale jakiś zimny. 

Możesz go ożywić  -  rzucił.  -  Queen's Daumaury straciło duszę  wraz ze śmiercią  mojej 

matki. Potrzebuje ciebie. Tak jak i mój ojciec. Teraz, kiedy ojciec uznał  małżeństwo 

Judith, w tym domu zawsze będzie pełno dzieci... najpierw jej, a potem naszych... 

Wstrzymaj się trochę. - Zarumieniła się. - Jeszcze nie wzięliśmy ślubu. 

Ale niedługo weźmiemy - stwierdził stanowczo. 

-  Nie należę do zbyt cierpliwych mężczyzn. Pragnę cię tak bardzo, że nie mogę się 

doczekać.  I tak czekałem już  piekielnie długo. Straciłem właściwie  nadzieję  na 

znalezienie takiej dziewczyny jak ty -v takiej, której nie zależałoby na moich 

pieniądzach, która pokochałaby mnie dla mnie samego. Dlatego tak bardzo 

starałem się przeszkodzić ci w odkryciu, kim jestem. Sądzę, że pokochałem cię od 

pierwszego wejrzenia. Bałbym się spojrzeć ci w twarz, gdybyś dowiedziała się, kto 

jest moim ojcem. Bałem się, 

ż

e ta 

wiadomość  zmieniłaby wszystko między nami. Ale to tylko z początku. Bardzo 

szybko przekonafem się, że moje pieniądze wcale nie będą dla ciebie najważniejsze. 

Ż

e raczej odepchną cię ode mnie niż przyciągną, jak te inne łowczynie majątku. 

To taki wielki ciężar i odpowiedzialność  -  wyznała  poważnie.  -  Tak naprawdę 

wolałabym, żebyś ich nie miał. Nie jestem przyzwyczajona do życia w zbytku. Mogę 

nie sprostać  obowiązkom gospodyni Queen's Daumaury. Nie mam kwalifikacji 

Amandy, >dajesz sobie z tego sprawę. 

Jasne,  że tak, mój  śmieszny, mały skarbie  -  roześmiał  się  Ross.  -  I za to cię 

kocham... za twoją szczerość, prawość, uczciwość, bezpośredniość. 

To za to! A ja myślałam, że za moją urodę. 

-  Udawała rozczarowaną i urażoną. 

-  Nie  bądź  bezczelna!   Masz  mnóstwo  zalet... 

-  Uszczypnął ją w policzek. 

.- Mmmm, to cudownie - szepnęła. - Opowiadaj dalej...  

  

I Emma uniosła twarz, gotowa na nowe pocałunki, tuląc się do niego namiętnie. 

-  Mamy przed sobą  całe  życie na rozmowy -  odpowiedział.  -  A teraz jedyne, czego 

pragnę, to całować cię. 

background image