background image

 
 
 
 

CHARLOTTE LAMB 

Pamiętasz mnie? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ  PIERWSZY 
 

Pierwszy z serii tajemniczych telefonów otrzymała 

Annie pe

wnej chłodnej, wiosennej nocy. 

Pamiętasz mnie? - wyszeptał męski głos, a ona 

po

czuła, że drętwieje z przerażenia. 

Wróciła właśnie z przyjęcia weselnego; była 

ca

łkiem rozbita, bliska płaczu, ponieważ jej najlepsza 

przyjaciółka, Diana, poślubiła dziś mężczyznę, w 
któ

rym Annie kochała się od lat. 

- Kto mówi? - 

spytała zbolałym głosem, ale nie 

do

czekała 

się odpowiedzi. Połączenie zostało przerwane. 

Z ponurą miną odłożyła słuchawkę, a potem 

przełączyła telefon na automatyczną sekretarkę. 

Pocieszała się myślą, że ktoś z zespołu za dużo wypił 

na przyjęciu i zrobił jej dowcip. Stanowczo nie miała 

dziś nastroju do żartów. 

Odwróciła się z szelestem jedwabiu, którego miękki, 

zmysłowy dotyk zdawał się koić jej nerwy. Annie 

uwielbiała wytworne stroje i w tej dziedzinie uchodziła 

za znawcę. Pomogła Dianie w wyborze ślubnej sukni, 

dla siebie zaś - ponieważ była druhną - wybrała kreację 
w ja

snozielonym kolorze, który znakomicie podkreślał 

barwę jej oczu. Obie suknie były stylizowane na epokę 

wiktoriańską. Annie uczesała więc swe długie, czarne 

włosy w wytworny, gładki węzeł i wpięła weń malutki 
bu

kiecik fiołków ozdobiony liśćmi paproci. 

Wyjęła teraz kwiaty z włosów i pieczołowicie 

umie

ściła je pomiędzy kartkami tomiku wierszy.  

background image

Miała zwyczaj suszyć kwiaty, które towarzyszyły jej 

przy ważnych, uroczystych okazjach. Potem, gdy 
znie

nacka otwierała książkę, subtelna, ulotna woń 

kwiatów przywraca

ła wspomnienia minionych chwil. 

A dzień dzisiejszy - musiała przyznać mimo bólu i łez - 

był niezwykle ważny w jej życiu. Wiedziała, że nigdy 
go nie zapomni. 

Ziewając spojrzała na zegarek. Dochodziła północ, 

Annie zaś, nawet wówczas gdy nie planowała 
wyst

ępów, kładła się spać około dziesiątej i wstawała 

skoro świt. Jutro musiała wstać przed siódmą, czekała 

ją bowiem sesja zdjęciowa w studiu nagrań, gdzie 

czyniono właśnie ostatnie poprawki do jej nowego 
albumu. 

Szybko zamieniła zieloną, jedwabną suknię na 

krót

ką koszulę nocną i szlafrok, po czym zasiadła 

przed toaletką i rozpoczęła zmywanie makijażu. Nawet 

gdy było bardzo późno i padała z nóg, niezmiennie od 

lat przed udaniem się do snu wykonywała rutynowe 
czyn

ności. 

Gdy się jest osobą publiczną, trzeba zawsze 

pami

ętać o swoim wyglądzie - powiedział jej kiedyś 

Philip. 

Powinna potraktować te słowa jak przestrogę, że 

sława i sukces mają swe blaski i cienie. 

Do dziś pamiętała badawczy wzrok Philipa na swej 

twarzy. 

Nie jesteś pewna, czy to ci odpowiada, dziecino? – 

spytał wówczas, jakby czytając w jej myślach. - 
Naj

wyższy zatem czas na podjęcie decyzji. Jeśli chcesz 

background image

zostać gwiazdą, musisz zrozumieć, że sława wymaga 

poświęceń. Nie ma róży bez kolców. A więc, 
wycofu

jesz się? Na razie nikt cię nie zna, więc łatwo 

możesz wrócić do normalnego życia. 

Nie zamierzała się wycofać. Patrzyła na Philipa 

ogromnymi, melancholijnymi oczami i westchnęła 
zniecierpliwiona jego po

dejrzliwością. 

Nie mam nic, do czego mogłabym wrócić - 

powie

działa. 

 - 

Nic, za czym bym tęskniła... Ponad wszystko na 

świecie pragnę zostać piosenkarką. 

Jakże to wtedy wydawało się proste! Ale Philip nie 

ostrzegł jej przed najważniejszym. Znalezienie się na 

szczycie wiązało się z ogromnym wysiłkiem, 
nadludz

ką pracą i dotkliwym stresem, przede 

wszystkim jed

nak na ołtarzu sławy trzeba było złożyć 

ofiarę z własnego życia osobistego. Gwieździe nie 
pozostawiano najmniejszego marginesu swobody, nie 

mogła mieć również do nikogo bezwzględnego 

zaufania. Zwłaszcza nowe znajomości należało 

traktować bardzo ostrożnie. Ludzie sprawiający 

sympatyczne wrażenie często okazywali się zwykłymi 
koniunkturalistami. 

Życie wcale nie rozpieszczało gwiazd. Annie szybko 

zrozu

miała, że powinna przyodziać ochronny pancerz i 

stwardnieć wewnętrznie. Obawiała się jednak, że jej 
muzyka straci wów

czas swą świeżość i wrażliwość. 

Czasami ból i gorycz po

magały przy komponowaniu. 

Miała wrażenie, że jej najlepsze piosenki mówiły o nie 

spełnionych uczuciach do Philipa. O uczuciach, któ-

background image

rych, jak się zdawało, on był całkowicie nieświadomy. 

Philip nadal traktował ją tak, jakby miała 

siedemna

ście lat. Był twardym biznesmenem, ale w 

stosunku do niej zachowywał się ciepło i opiekuńczo. 

Nigdy nie robił jej żadnych propozycji, nie opowiadał 

przy niej sprośnych dowcipów; traktował ją jak córkę 

albo młodszą siostrę. Na początku znajomości bardzo 

jej to odpowiadało. Do czasu jednak... Aż do chwili, 
gdy od

kryła, że go kocha... Philip jednak zdawał się 

tego nie spostrzegać. 

Od tamtej pory jej piosenki nabrały szczególnego 

dramaty

zmu, pomyślała, z goryczą wspominając 

prze

szłość. Zanim zakochała się w Philipie, udawała, 

że zna miłość, że cierpi. Pisała o miłości, której nigdy 
nie za

znała. Uczucie do Philipa sprawiło, że jej 

twórczość nabrała osobistego charakteru, stała się 
odzwierciedleniem rzeczy

wistości. W ciągu ostatniego 

pół roku powstały jej najciekawsze utwory. Ból i 
roz

pacz, które nią targały, rozbudziły twórczą wenę. 

Praca pomagała zagłuszyć cierpienie; nagrania do 

nowego albumu i przygotowania do zbliżającego się 
to

urnee po Europie pochłonęły ją bez reszty. 

Przez ostatnie osiem lat Philip i Diana byli dla Annie 

wszy

stkim. Służyli jej pomocą, radą, pocieszeniem i 

własnym towarzystwem. Philip był jej agentem i 
me

nedżerem; kiedy się poznali, od razu oddał ją pod 

opiekę Diany Abbot - swej wówczas 
dwudziestodwuletniej sekretarki. Od tamtej pory Diana 
miesz

kała z Annie, pilnowała jej rozkładu zajęć, 

towarzyszyła podczas podróży, utrzymywała kontakty 

background image

z prasą i w ogóle rozwiązywała za Annie wszelkie 
problemy dnia codziennego. Diana - z pozoru twarda, 
energiczna dziew

czyna, pochodząca z przedmieść 

Liverpoolu - 

miała miękkie serce, ciepłe brązowe oczy 

i zaraźliwy śmiech. 

Annie kochała Philipa i uwielbiała Dianę, swą 

prawdziwą, jedyną przyjaciółkę. Philip nie był 
szczególnie przystojny, po

siadał jednak dużo męskiego 

uro

ku. Wysoki, smukły, o poważnych, niebieskich 

oczach i jasnokasztanowych włosach, budził 
zaintere

sowanie kobiet. Annie przez lata obserwowała 

koro

wód pań przewijających się u jego boku, 

pocieszała się jednak myślą, że żaden z tych romansów 

nie trwał długo. Philip był zbyt pochłonięty pracą, by 
zaanga

żować się na stałe. I dziewczyny, znie-

cierpliwione wyczekiwaniem na poważną deklarację z 
jego stro

ny, odchodziły. W Annie zaś rosła nadzieja, że 

Philip w końcu dostrzeże w niej kobietę. Ale nigdy, 
przenigdy nie przy

szłoby jej do głowy, że Philip 

zakocha się w Dianie! 

Rozwój wypadków przyspieszył najzwyklejszy 

zbieg okoli

czności. Philip i Diana spóźnili się na 

samolot podczas niedawnego tournee Annie po 
Stanach Zjednoczonych, a potem bu

rza śnieżna 

zatrzymała ich na kilka dni w hotelu. 

Poznałam go wówczas naprawdę - wyznała później 

Diana, oświadczając bladej i osłupiałej Annie, że ona i 

Philip wkrótce zamierzają się pobrać. - Popatrz, jakie 
to dziwne - 

ciągnęła Diana w zadumie. - Znaliśmy się 

tyle lat, a dotąd nie wiedziałam, co kryje się w jego 

background image

sercu. Nasze rozmowy przypominały obieranie 
cebu

li... Odkryłam w Philipie cechy, o które nigdy bym 

go nie podej

rzewała! Nie mogliśmy wyjść z hotelu: 

wiatr był porywisty, zaspy śniegu dochodziły do 

półtora metra, wyłączono elektryczność, nie mieliśmy 

telewizora, więc po prostu owinęliśmy się kocem i 

rozmawialiśmy. Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... 

I zakochaliście się w sobie? - dokończyła Annie, 

zmusza

jąc się do uśmiechu. 

Diana z twarzą jaśniejącą szczęściem przytaknęła. 

Zakochaliśmy się. To szaleństwo, prawda? Po tylu 

latach 

znajomości! Zupełnie tak, jakby rozdzielająca 

nas ściana nie oczekiwanie runęła. 

Annie długo jeszcze pozostawała w szoku po 

otrzy

maniu tej wiadomości. Była zraniona, zbolała i 

ogromnie zazdrosna. 

Ani Philip, ani Diana nie domyślali się jej reakcji. I 

całe szczęście. Dzięki Bogu nigdy nie zwierzyła się 

Dianie ze swej skrywanej miłości do Philipa. Teraz 

tylko musiała nadal grać swoją niewdzięczną rolę - 

musiała udawać, że jest niezwykle szczęśliwa z 
powo

du ich małżeństwa. Sytuację komplikował fakt, 

że przecież kochała ich oboje i każdemu z osobna 

życzyła jak najlepiej. 

Philipa poznała dawno temu na przyjęciu, na którym 

zaśpiewała kilka piosenek. Aż do tamtej chwili nawet 

nie postało jej w głowie, że może kiedyś zostać 
praw

dziwą piosenkarką. Właśnie tamtego wieczoru 

Philip oznajmił, że zrobi z niej gwiazdę. Z początku 
nie uwie

rzyła. Brakowało jej tupetu, wiary we własne 

background image

siły. A jednak jakiś wewnętrzny głos podpowiadał, że 
powin

na uwierzyć. I zaufała Philipowi. 

Przepowiednie Philipa zaczęły się sprawdzać - zrazu 

wolno, potem coraz szybciej, od kilku zaś lat w tempie 

przyprawiającym o zawrót głowy. Najpierw śpiewała 

w nocnych klubach, żeby we dnie uczęszczać na lekcje 

śpiewu i tańca. Dopiero kontrakt na nagranie pierwszej 

płyty, który załatwił jej Philip, otworzył przed nią 

drzwi do kariery. Dziś była już znana nawet w 
Amery

ce. Za dwa tygodnie zaś wyruszała w kolejną 

trasę koncertową po Europie. Tournee rozpoczynał 
galowy koncert w Pa

ryżu. 

Sława jednak niosła ze sobą pewne problemy. 

Nale

żały do nich, między innymi, anonimowe telefony. 

Czy to wielbiciele dzwonili, czy szaleńcy - nie 

wiedziała. Od czasu jednak, gdy przeniosła się do 
ekskluzywnej dziel

nicy Londynu i zastrzegła swój 

numer telefonu, zdarzało się to coraz rzadziej. 

Zamieszkała przy wysadzanej drzewami ulicy, po 

której mo

gły się poruszać jedynie samochody 

miesz

kańców, dom zaś, w którym mieścił się jej 

apartament, był dodatkowo chroniony. Przez całą noc 
budynek patro

lował umundurowany strażnik w 

towarzystwie groźnie wyglądającego dobermana, a 
elektroni

cznie otwierane drzwi sforsować mógł 

wyłącznie posiadacz specjalnej karty magnetycznej. Co 

więcej, otwierały się dopiero wówczas, gdy po 

włożeniu karty wybrało się odpowiedni numer 
kodowy. 

Było to jedno z tych wytwornych, anonimowych 

background image

osiedli, któ

rych mieszkańcy prawie sienie znali. Nikt 

nie nastawiał tu głośno telewizora, nikt nie wydawał 

hucznych przyjęć, nie dochodziło też do gwałtownych 

kłótni. Odnosiło się wrażenie, że sąsiedzi wyjechali. W 
apartamencie Annie znajdo

wały się dwie sypialnie - 

jedna dla niej, druga zaś dla Diany, która do niedawna 

tu mieszkała. 

Po wyprowadzce Diany Annie z trudem oswa

jała się 

z samo

tnością. Nigdy dotąd nie mieszkała sama. Nim 

po

znała Philipa, mieszkała z matką i ojczymem oraz 

dwoma przyrodnimi braćmi. Rodzina nie protestowała, 

gdy Annie wyprowadzała się; dom był ciasny, poza 

tym Annie nie zgadzała się z ojczymem. Od tamtej 
pory rzadko ich odwie

dzała. 

Jednak takie samotne wsłuchiwanie się w ciszę - jak 

to czy

niła właśnie teraz - kompletnie ją rozstrajało. 

Je

dynym dźwiękiem, który wyławiały jej uszy, był 

mo

notonny szum kuchennej lodówki. W myślach 

przeko

nywała się, że przecież wokół mieszkają ludzie, 

ale cisza była tak dojmująca, że z trudem przychodziło 

jej w to uwierzyć. Czuła się teraz tak, jakby 

przebywała na Księżycu... 

W rzeczywistości za ścianą mieszkali ludzie. 

Apar

tamenty w tej dzielnicy cieszyły się wielką 

popularno

ścią i rzadko stały puste. Mieszkało tu wielu 

artystów, ludzi sztuki. Niekiedy posiadali domy na 

prowincji, a te apartamenty służyły im tylko na czas 
pobytu w Lon

dynie. Dom był starannie utrzymany, 

wygodny, znaj

dował się tu basen, sauna i świetnie 

wyposażona sala gimnastyczna. 

background image

Żyło się tu komfortowo. Windy bezszelestnie 

poru

szały się w górę i w dół, przy wejściowych 

drzwiach dyżurował portier, a w podziemiach 

znajdował się parking samochodowy. Gdyby więc dom 
otoczyli wielbi

ciele lub wścibscy dziennikarze, można 

było uciec niepostrzeżenie samochodem. 

Aż do dzisiaj Annie czuła się tu całkiem 

bezpiecznie. 

Właściwie dlaczego tak bardzo przejęła się tym 

tele

fonem? Nie był ani ordynarny, ani obsceniczny... 

Za

pewne jakiś głupi kawał, być może autorstwa 

jednego z kolegów... 

A jednak, gdy kładła się do łóżka, nadal myślała o 

tajemni

czym telefonie. „Pamiętasz mnie?" - słowa te 

dźwięczały jej w głowie. Czy kryło się w nich pytanie, 
czy stwierdzenie? - za

stanawiała się przez chwilę. 

Właściwie wszystko jedno, i tak te dwa słowa 
wypro

wadziły ją z równowagi. Przejęła się tak bardzo 

być może dlatego, że po raz pierwszy w życiu czuła się 
samotna i opuszczona. 

Dziś wieczór rzeczywiście łatwo było ją zranić. Na 

szczęście nikt o tym nie wiedział i miała nadzieję, że 

nikt się tego nie domyślał. W każdym razie na weselu 

starała się oszukać wszystkich - nie wyłączając samej 

siebie. Była duszą towarzystwa, za żadną cenę nie 

chciała dopuścić, by Philip i Diana odgadli jej 
prawdziwy nastrój. Byli tak bar

dzo szczęśliwi - i mieli 

do tego prawo. Nie mogła popsuć im wielkiego dnia. 

Na litość boską, miała już przecież dwadzieścia pięć 

lat i nie

wątpliwie potrafiła zatroszczyć się o siebie! 

background image

Wielokrotnie sama podróżowała do Ameryki, nieźle 

mówiła po francusku i włosku, a teraz uczyła się 
rów

nież hiszpańskiego. Philip częstokroć mawiał, że 

muzyka to mi

ędzynarodowy biznes: trzeba wiele 

podró

żować i znać języki obce. 

Musi więc przestać użalać się nad sobą, pomyślała z 

gniewną miną. Ma wystarczająco dużo życiowych 

umiejętności, by dać sobie radę sama! 

Potrafiła prowadzić samochód, gotować, a nawet 

skończyła kurs samoobrony. W razie potrzeby z 

łatwością przerzuci mężczyznę przez ramię. Z 

pewnością nauczy się żyć sama i zapanuje nad 

dzisiejszą dziecinną rozpaczą. Jeśli trzeba, ze 

wszystkim można sobie poradzić! Z tą optymistyczną 

myślą odwróciła się na drugi bok. Przez sen słyszała 
dzwonek telefonu, po

nieważ jednak szybko włączyła 

się automatyczna sekretarka, nie zwróciła na niego 
uwagi. 

 

Rano tak bardzo spieszyła się do pracy, że nie 

zd

ążyła przesłuchać taśmy. 

Sesja zdjęciowa ciągnęła się w nieskończoność. 

An

nie czuła się jak marionetka, gdy kolejny już raz 

usta

wiano ją na tle sklepowej witryny, a od sztucznego 

uśmiechu po prostu bolały ją usta. 

Postaraj się mieć bardziej zadowoloną minę, 

kochanie! - 

pouczał ją zniecierpliwionym głosem 

fotograf. 

Wyba

cz, ale nie znoszę zdjęć! - rzuciła gniewnie. 

Niestety, to widać - westchnął. - Odpręż się trochę... 

background image

Daję słowo, jeszcze tylko kilka ujęć i kończymy. 

Chłopcy z zespołu stanęli za plecami fotografa i 

za

częli robić tak głupie miny, że wreszcie roześmiała 

się naturalnie. 

- Tak trzymaj! - 

krzyknął uradowany fotograf. 

Perkusista, potężny dwudziestoletni chłopak, którego 
ze 

względu na masywną budowę ciała przezywano 

Brick, uśmiechał się radośnie do Annie, gdy opuszczali 
studio. 

Przeczytałem kiedyś, że niektóre prymitywne 

plemiona nie 

pozwalają robić sobie zdjęć, uważając, że 

w ten sposób kradnie 

się im dusze. Czy podzielasz tę 

opi

nię, Annie? 

Brick uchodził za wielkiego kawalarza w zespole. 

Pozostali chłopcy, słysząc jego komentarz, 
zachichotali. 

- Och, po prostu 

nie znoszę własnych zdjęć! - 

wy

mamrotała. 

Nagle przyszło jej do głowy, że to Brick mógł dzwonić 

dziś w nocy. Jeśli za dużo wypił, robił się nieznośny. 

Brick z uwagą przyglądał się jej skośnym, zielonym 

oczom, lśniącym czarnym włosom i drobnej trójkątnej 
t

warzyczce w kształcie serca. Niedawno jeden z 

dzien

nikarzy napisał, że wyglądem przypominała kota 

mok

nącego na deszczu. 

Chyba nie mówisz tego poważnie! - zawyrokował 

Brick, 

z niedowierzaniem potrząsając głową. - Przecież 

jesteś niebywale fotogeniczna! Najwyższy czas, byś 

przywykła do fotografów. Twoja twarz codziennie 

zdobi okładkę jakiegoś magazynu. W odpowiedzi 

background image

wzruszyła tylko ramionami. Kamera budziła w niej 

instynktowną niechęć. Było to prymitywne uczucie, nie 

mające żadnych racjonalnych podstaw. Ludzie nie 
potrafili tego zrozu

mieć. I nie starała się im tego na siłę 

wyjaśniać. 

Dzwoniłeś do mnie wczoraj w nocy, Brick? - 

spy

tała nieoczekiwanie. 

Czy do ciebie dzwoniłem? - Wyglądał na 

oszołomionego. - Nie... A prosiłaś mnie, bym dzwonił? 

Zresztą niewiele pamiętam z weselnego przyjęcia. 

Pozostali wybuchnęli szczerym śmiechem. Annie 

uśmiechnęła się również. Nie, to nie był Brick... Ani 

żaden z nich. Znała ich wystarczająco dobrze, by 
za

uważyć nagłe zakłopotanie na ich twarzach, gdyby 

coś przeskrobali. 

Próby z zespołem trwały całymi godzinami, bez 

przerwy na lunch. W ciągu dnia musiała więc 
zadowo

lić się jabłkiem i jogurtem. Zresztą Philip byłby 

nieza

dowolony, gdyby choć trochę przytyła. Zwykł jej 

po

wtarzać: „W tym biznesie liczy się przede 

wszystkim w

ygląd. Jak cię widzą, tak cię piszą. 

Nieważne, kim jesteś... ważne, żebyś wyglądała 
zawsze tak, jak sobie ludzie ciebie wy

obrażają". 

A ludzie postrzegali ją tak, jak życzył sobie tego 

Philip -

jak uliczną piosenkarkę: smutną, tragiczną i 

pełną ekspresji. 

Długie, czarne włosy okalały bladą twarz; makijaż 

podkreślał duże, wyraziste oczy i pełne usta. Jej 
ko

stiumy sceniczne były proste i niezbyt drogie; 

prze

ważnie nosiła czerń, którą podkreślała swą smukłą, 

background image

drobną sylwetkę. A jej piosenki, mimo że z biegiem lat 

nieco się zmieniały, nadal wprawiały w ten sam 
rzew

ny nastrój. Jej wielbicielom właśnie to się 

podobało. 

Czasami jednak Annie czuła się zapędzona w ślepy 

zaułek, nie była bowiem wcale pewna, czy osobowość, 

którą stworzył 
Philip, jeszcze do niej pasuje...   

- Brakuje ci Phila i Di? - 

spytał rezolutnie Brick, gdy 

opu

ścili już studio. - Chodź z nami na curry do 

hinduskiej knajpy! 

To dla mnie zbyt tuczące. - Potrząsnęła głową. - 

Zjem w domu. Do zobaczenia, Brick! 

W domu od razu włączyła sekretarkę, jak to miała w 

zwycza

ju, i zaczęła przeglądać pocztę. W większości 

były to listy i kartki od przyjaciół z muzycznego 

świata, ale była także wiadomość z agencji Philipa, 
doty

cząca zbliżającego się tournee, podpisana w 

zastępstwie przez jego sekretarkę oraz rachunek 
telefoniczny. 

Raptem uniosła głowę; jej uszu dobiegł ten sam 

przerażający szept: „Pamiętasz mnie?". A potem trzask 

odkładanej słuchawki. Nie był to jednak koniec 
nagra

nia. Magnetofon znów zaszumiał ostrzegawczo, a 

zna

jomy głos złowieszczym, chrapliwym szeptem 

powie

dział: „Pamiętam cię, Annie... Pamiętam 

wszystko". 

Zimny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie; 

wpa

trywała się niemo w maszynę, jakby oczekując 

dalsze

go ciągu. Ale nagranie definitywnie się 

background image

skończyło. 

Któż to był? Przecież nie Brick... To już ustaliła. 

Zresztą te telefony wcale nie były żartobliwe. One ją 

przerażały. Czyżby zawierały ukrytą groźbę? A może 

ktoś chciał ją tylko zaintrygować? Nic sensownego nie 

przychodziło jej do głowy poza jednym oczywistym 

stwierdzeniem: nigdy przedtem nie słyszała tego głosu! 

Była przekonana, że-nigdy nie poznała tego 

mężczyzny. A nawet jeśli spotkali się gdzieś w 

przelocie, musiało to być całkiem zdawkowe, 
przypadkowe spo

tkanie, takie, o którym za chwilę się 

zapomina. 

Dlaczego więc on nie zapomniał? Drżała ze strachu. 

Ogarniał ją paraliżujący lęk na samą myśl, że istnieje 

gdzieś mężczyzna, który ją zna i obserwuje, a którego 

ona zupełnie nie kojarzy. Czyżby jakiś szalony 
wielbiciel, który uwie

rzył we własne fantazje? Słyszała 

już o takich przypadkach, ale nigdy nie przyszło jej do 

głowy, że przytrafi się to właśnie jej. 

I ten jego dziwny, trudny do zidentyfikowania 

akcent... Mó

wił doskonałą angielszczyzną, ale raz po 

raz pobrzmiewała w niej jakaś obca nuta. Czyżby 
cudzoziemiec? 

Zapadła już głęboka noc i wokół zrobiło się 

niezno

śnie cicho. Odnosiła nieprzyjemne wrażenie, że 

była jedyną osobą w całej kamienicy, która jeszcze nie 
spa

ła. 

Na palcach podeszła do okna i przez dłuższą chwilę 

obserwo

wała londyńskie niebo rozświetlone żółtymi 

refleksami ulicznych lat

arni. Przyglądała się oknom 

background image

wysokiego domu naprzeciwko; w niektórych pokojach 

paliły się jeszcze światła. Wszędzie przebywali ludzie; 
byli w mieszkaniu obok i w mieszkaniu po

niżej. A 

jed

nak była śmiertelnie wystraszona i czuła się bardzo, 

bardzo samotna. 

Gdy zadzwonił telefon, nerwowo podskoczyła. 

Od

wróciła się powoli i z ociąganiem przemierzyła 

pokój. Zapomniała włączyć sekretarkę. Co za 
nie

ostrożność! Nie podniesie teraz słuchawki. Niech 

sobie dzwoni... W końcu kiedyś zrezygnuje. 

Poszła do łazienki, żeby wziąć prysznic i celowo 

odkręciła kurki na cały regulator, żeby zagłuszyć 

dźwięki dzwonka. Chwilę później, owinięta 
szlafro

kiem, wróciła do pokoju. W mieszkaniu 

panowała głucha cisza. Odetchnęła z ulgą, ale gdy boso 
masze

rowała do kuchni, telefon odezwał się znów. 

Ze złością trzasnęła kuchennymi drzwiami, jednak 

gdy robiła sobie kolację - dietetyczną sałatkę z 
orzechów i owoców - tele

fon wciąż dzwonił i dzwonił. 

Nie zareagował tak jak sądziła. Dlaczego nie 

zrezy

gnował? Powinien przecież dojść do wniosku, że 

nie ma jej w domu... 

I nagle doznała olśnienia. Przecież była w domu i 

on... on o tym mógł wiedzieć! Dygotała ze strachu. 

Czyżby był gdzieś blisko? Czyżby ją obserwował? 

Na myśl o tym serce niemal przestało jej bić. Jeśli 

mieszkał blisko albo stał na ulicy, mógł przecież 
wi

dzieć zapalone światło w jej mieszkaniu! 

Och, musi opanować nerwy. Może dzwonił zupełnie 

ktoś inny? Być może dzwoniła Diana albo Philip, żeby 

background image

dowiedzieć się, co u niej słychać. Jeśli więc nie 
odbierze telefonu, gotowi po

myśleć, że coś jej się 

stało... 

Wybiegła z kuchni do salonu i nerwowo chwyciła 

słuchawkę. 

- Halo? - 

odezwała się, dysząc ciężko. 

Zastanawiałem się, ile jeszcze będę musiał czekać, 

nim zdecydujesz się podejść do telefonu - powiedział 

ktoś głębokim, stłumionym głosem. 

- Dlaczego? - 

Serce biło jej jak oszalałe. - Dlaczego 

to ro

bisz? Przestań mnie dręczyć! Zostaw mnie w 

spokoju! Kim je

steś...? - wyrzuciła z siebie jednym 

tchem, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co mówi. 

A więc nie przypominasz mnie sobie? - nalegał. - 

Nie szko

dzi, przyjdzie czas, że odzyskasz pamięć. 

Posłuchaj, jest bardzo późno, a ja padam z nóg. 

Odłóż słuchawkę. I więcej do mnie nie dzwoń! 

Szykujesz się do łóżka? - szepnął zadziwiająco 

czule, a ona zadygotała z przerażenia. Czyżby 
domy

ślał się, że ma na sobie tylko szlafrok... A może 

wi

dział? Może po prostu ją widział! - Jesteś zmęczona 

ciągnął uspokajająco - miałaś ciężki dzień. Nie będę 

ci już przeszkadzał. Chciałem tylko powiedzieć 
dobranoc... I do zobaczenia wkrótce, Annie. 

Gdy usłyszała trzask odkładanej słuchawki, w 

pani

ce cisnęła swoją. On się zbliża. Na litość boską, on 

tu idzie! Co innego mogły oznaczać te słowa? 

Podbiegła do wejściowych drzwi, żeby sprawdzić, 

czy są dobrze zamknięte, a potem zastygła w holu, 

wsłuchana w złowrogą ciszę, jakby oczekując odgłosu 

background image

kroków, dzwonka do drzwi... 

Minęła długa, nieskończenie długa minuta, nim 

przypomniała sobie o skomplikowanym systemie 
bez

pieczeństwa, który chronił ją przed nieproszonymi 

go

śćmi. Nikt nie mógł bez jej wiedzy wejść do środka, 

nocny portier nikogo nie wpuściłby bez telefonicznego 
uprzedzenia. 

A jednak nie czuła się bezpiecznie; ze ściśniętym 

sercem czekała i czekała... Minuty płynęły, nic się nie 

działo. Telefon nie zadzwonił, nikt nie podszedł pod 

drzwi. Wróciła do salonu i długo siedziała wpatrzona 
w martwy aparat. 

Dopiero po upływie dwóch godzin zdała sobie 

spra

wę, że on nie przyjdzie. Przynajmniej nie dzisiaj. 

Przemknęło jej przez myśl, że może powinna 
zadzwo

nić na policję albo wyprowadzić się do hotelu... 

Nie, to by oznacz

ało porażkę. Z jakiegoś tajemniczego 

powo

du ten intruz usiłował ją przestraszyć, a ona nie 

powin

na mu na to pozwolić. Cóż zrobiłaby policja? 

Nagry

waliby rozmowy telefoniczne? Może powinna 

znów zmienić numer... Cóż, jeśli poznał ten, z 
pewno

ścią zdobędzie następny. To nie miało sensu. 

Kim był ten mężczyzna? Skąd wiedział o niej tak 

dużo? 

Te myśli nie dawały jej spokoju jeszcze długo w 

no

cy, gdy bezsennie przewracała się na łóżku. A potem 

miała koszmarny sen: telefon dzwonił, a gdy podnosiła 

słuchawkę, stale słyszała ten sam przerażający głos; 

dziwne, upiorne światła rozjaśniały mrok i nie 
wiado

mo dlaczego gdzieś z oddali dochodził szum 

background image

morza...      

To musiał być łoskot ruchu ulicznego dobiegający z 

dołu, stwierdziła po przebudzeniu. Czasami w nocy 
przypomin

ał do złudzenia szum morza, a. smugi 

światła z pewnością pochodziły od przejeżdżających 
samochodów. 

 

Tego dnia próby z zespołem trwały osiem godzin, 

nie miała więc czasu myśleć o niczym innym. Ale gdy 

wracała zmęczona do domu, podświadomie 
zastana

wiała się, jaką wiadomość zastanie nagraną na 

sekretarce. 

Jednak tym razem niczego tam nie było. Doznała 

niewysłowionej ulgi. Następnego dnia sytuacja się 
po

wtórzyła: żadnych wiadomości od intrygującego 

nieznajomego, tylko kilka rzeczowych uwag w sprawie 

zbliżającego się tournee, pochodzących z biura Philipa. 

Dwa dni później nadeszła kartka od Philipa i Diany - 

lazurowe niebo, palmy, nieprawdopodobnie niebieskie 
morze, a na od

wrocie kilka serdecznych słów oraz 

przypomnienie, że za tydzień spotykają się w Paryżu. 

Kilka dni później w drodze na lotnisko Annie doszła 

do wnio

sku, że zaczyna się przyzwyczajać do życia w 

pojedynkę. Podróżowała sama, ponieważ pozostali 

członkowie zespołu pojechali razem ze sprzętem drogą 

lądową i morską. Szczególnie Brick niepokoił się o 

swoją drogocenną perkusję i nie chciał ani na chwilę 

stracić jej z oczu. Annie wolała podróż lotniczą - była 

szybsza i bez wątpienia wygodniejsza. 

Intrygujące telefony nie powtórzyły się więcej i 

background image

przez ostat

nie noce mogła się spokojnie wyspać. Teraz 

niecierpliwie oczekiwa

ła spotkania z Philem i Di. 

Zd

ążyła już przywyknąć do myśli, że się pobrali i z 

pew

nością nie będą poświęcali jej tyle czasu co 

nie

gdyś. Ta myśl trochę bolała, ale postanowiła śmiało 

stawić czoło nowej sytuacji. Tych dwoje znaczyło dla 
niej zbyt wiele, 

by miała ochotę ich teraz stracić. 

Ukryje więc swoje uczucie, tak jak czyniła to od wielu 

lat. Być może pewnego dnia uda jej się przezwyciężyć 

miłość do Philipa... 

W drodze towarzyszyło jej dwóch ochroniarzy 

wy

najętych przez Philipa. Annie usiadła przy oknie, a 

dwaj mężczyźni obok niej przy przejściu, na wypadek 

gdyby ktoś próbował ją zaczepić. 

Ubrana była w czarno-czerwoną kurtkę, białą 

koszu

lę i wąskie czarne spodnie. Kilku pasażerów, 

przecho

dząc, przyglądało jej się z zainteresowaniem, 

ona jednak upar

cie patrzyła przez okno. Po 

wylądowaniu na lotnisku Charlesa de Gaulle'a szybko 

podążyła do wyjścia dla VIP-ów i znalazła się na 

zewnątrz. Czekała tam na nią czarna limuzyna. Dwóch 
ochroniarzy za

mieniło kilka słów z kierowcą, który 

wysiadł, gdy się zbliżyli. Szofer ukłonił się raz i drugi, 

powiedział coś po francusku i otworzył Annie drzwi do 

luksusowego wnętrza. Ochroniarze pomogli mu 

jeszcze załadować walizki do bagażnika i oddalili się. 

Ich rola dobiegła końca. Wracali następnym 
samolotem do Londynu. Na terenie Francji, zgodnie z 

kontraktem, ochronę zapewniali Francuzi. 

Szofer zajął miejsce za kierownicą i włączył silnik. 

background image

Przez przyciemnione szyby Annie obserwowała 
znika

jące zabudowania lotniska. 

Kilka chwil później spojrzała przed siebie, 

mimochodem za

trzymując wzrok na kierowcy. Nie 

mogła ujrzeć jego twarzy, spostrzegła jednak lśniące, 

czarne włosy, szerokie, muskularne ramiona i kształtną 

głowę osadzoną na mocnej, opalonej szyi. Nie odezwał 

się dotąd ani słowem i w głębi duszy była mu za to 

wdzięczna. Nie miała ochoty na konwersację, w 
dodat

ku czuła tremę przed inauguracją swego 

książkowego francuskiego. Z łatwością porozumiewała 

się z nauczycielem, ale to nie to samo co rozmowa z 
Francu

zem w jego własnym kraju. 

 

Wyglądała więc przez okno, choć tutejsze 

przed

mieścia, trochę podobne do londyńskich, nie 

prezento

wały się ciekawie. Ruch na jezdni był duży, 

zauwa

żyła jednak, że poruszali się szybciej niż inni. 

Trochę za szybko jak na jej gust. Może powinna 

poprosić kierowcę, żeby zwolnił? Spojrzała nań znów, 

ale coś nieuchwytnego w jego sylwetce - dumne 

osadzenie głowy, pewność siebie bijąca z szerokich 
ramion? - spra

wiło, że nie ośmieliła się niczego mu 

sugerować. 

Obserwowała gęstniejącą zabudowę po obu stronach 

autostrady, dachy wysokich domów, wie

że kościelne 

widoczne w oddali. Migały jej przed oczami znajome 
nazwy na drogowskazach: Neuilly, Clichy, St Denis, 
zjazdy do centrum miasta - sa

mochód jednak jechał 

dalej, i w końcu przyszło jej do głowy, że znowu 
wy

jeżdżają z Paryża, kierując się ku przedmieściom po 

background image

drugiej stronie. 

Czyżby pomylił drogę? Może podano mu zły adres? 

A może wybrał całkiem nie znaną jej, okrężną trasę? 

Już miała pochylić się do przodu, żeby zapytać, gdy 

nagle zwolnili przed wjazdem na płatną autostradę. 
Annie dojrz

ała przed sobą ogromne drogowskazy. 

Lyon... W tej samej chwili kierowca wy

chylił się przez 

okno i wsunął bilet do automatu. Gdy szlaban uniósł 

się do góry, limuzyna wyrwała do przodu jak rączy 

koń. 

Annie zaniepokojona zastukała w szybę oddzielającą 

ją od kierowcy. 

-

Dokąd pan jedzie? - krzyknęła najpierw po 

angielsku, a potem po francusku: - Monsieur, oCE 
allez-vous?
 

Nadal nie odwracał się, tylko zerknął w przelocie we 

wstecz

ne lusterko. Zobaczyła jego oczy - ciemne, 

błyszczące okolone gęstymi rzęsami. 

- Mi

ał mnie pan zawieźć do Paryża! - zawołała 

nie

zbyt dobrym, łamanym francuskim. - Pomylił pan 

dro

gę? Musi pan zawrócić. Czy pan mnie słyszy, 

monsieur? 

Nie odpowiadając, skinął głową, ale nie zmienił 

kie

runku jazdy. Jechali tak szybko, że Annie musiała 

przytr

zymywać się skórzanego siedzenia, żeby 

zacho

wać równowagę. Do licha, pewnie przekracza sto 

pięćdziesiąt na godzinę! - pomyślała oszołomiona. 
Kolejny drogowsk

az mignął jej przed oczami: 

Versailles.. Prze

cież to ponad dwadzieścia kilometrów 

za Pary

żem! Dokąd jechali? 

background image

Po chwili czarna limuzyna zaczęła znów zwalniać, 

ponieważ zbliżali się do następnego punktu opłat 
drogowych. 

Zamierza pan zawrócić? - Pytanie zawisło w 

pró

żni. 

Annie zirytowała się na dobre. Czyżby nie znał 

drogi z lotni

ska do miasta? A może płacono mu za 

ilość przejechanych kilometrów? Och, poskarży się 
Phili

powi! Poskarży się przy płaceniu rachunku! Już 

Phil rozprawi się z tym nieznośnym szoferem... 

Gdy doczekali się swojej kolejki, mężczyzna 

wychy

lił się i wrzucił kilka monet do automatu. 

Szlaban pod

niósł się do góry i znów ruszyli przed 

siebie. 

Annie, wciśnięta w kąt samochodu, nerwowo 

wy

glądała przez okno. Spodziewała się, że za chwilę 

za

wrócą w kierunku Paryża. 

Ale szofer wcale tego nie zrobił. Skręcił w lokalną, 

wąską drogę i jechali teraz, nadal z dużą szybkością, 

wśród zielonych łąk i lasów. 

Starała się nie poddawać panice. Usiadła prosto i 

za

częła, tym razem energicznie, walić w szybę. 

OCE allez-vous, monsieurl Aretez! - A po chwili, 

ponieważ narastała w niej wściekłość i strach, 
powtó

rzyła po angielsku: - Proszę się zatrzymać! 

Proszę mnie natychmiast wypuścić! 

Nie było żadnej reakcji. Nawet nie raczył obejrzeć 

się za siebie. Gdy dojechali do zakrętu, Annie 
gwa

łtownie rzuciła się ku drzwiom i zaczęła szarpać 

klam

kę. Drzwi były automatycznie zablokowane! 

background image

A więc została uwięziona! Serce biło jej jak 

oszala

łe, pociła się, bladła i pąsowiała na przemian. 

Gdy spojrzała we wsteczne lusterko, dojrzała w nim 
blask ciemnych oczu kierowcy. 

- O co tu chodzi? - 

spytała głucho. - Dokąd mnie pan 

zabiera? 

Powiedziałem ci już, Annie, że wkrótce się 

zobaczymy - 

przemówił miękkim, stłumionym głosem, 

któ

ry rozpoznała natychmiast. 

Miała wrażenie, że serce jej przestało bić. 

background image

ROZDZIAŁ  DRUGI 
 

Przez nieskończenie długą chwilę Annie siedziała 

sztywna i bla

da, a umysł jej pracował gorączkowo. 

- Kim pan jest? - 

wyszeptała wreszcie nie swoim 

głosem. 

Nie odpowiedział, a gdy zerknęła we wsteczne 

lusterko, za

miast jego ciemnych oczu zobaczyła 

oliwko

wą skórę jego twarzy zwróconej do niej 

łprofilem. Miał wydatny nos i mocno zarysowane 

kości policzkowe. Była to surowa twarz; Annie próbo-

wała ją przeniknąć, aby zrozumieć motywy 

postępowania jej właściciela. Jakim był typem 

człowieka? A najważniejsze, co miał zamiar z nią 

zrobić? 

Czy myśmy się już gdzieś poznali? - spytała znów 

i uśmiechnęła się, usiłując pod maską układnej 
grzecz

ności ukryć strach i zdenerwowanie. - 

Przepra

szam, jeśli pana nie rozpoznałam, ale spotykam 

tylu ludzi, że trudno spamiętać wszystkie twarze... 

Wielbiciele polują na mnie po koncertach, proszą o 
autografy... 

Czy właśnie tak się poznaliśmy? Jest pan 

moim wielbicielem? 

Nie mówiła tego z wielkim przekonaniem. 

Mężczyzna w niczym nie przypominał jej wielbicieli. 

To były przeważnie nastolatki ubrane i uczesane 
zgodnie z naj

nowszą młodzieżową modą. Dziewczyny 

naśladowały jej stroje, nawet paznokcie i usta ma-

lowały na czarno, choć w jej życiu ta ekstrawagancja 

była zaledwie krótkim epizodem... 

background image

Ten mężczyzna wyglądał zbyt poważnie jak na jej 

wielbiciela. Miał z pewnością ponad trzydziestkę i 
no

sił się, według niej, dość staroświecko: ciemny 

garni

tur, biała koszula, stonowany krawat. W dodatku 

ubra

nie było w dobrym gatunku, garnitur zapewne 

szyty na miarę, koszula i krawat pochodziły z drogiego 
sklepu. 

Ubranie zwykle coś mówi o człowieku. Sądząc z 

wyglądu, był godnym szacunku, dobrze wychowanym 

dżentelmenem. Dlaczego więc zajął się kidnapingiem? 

Och, skądże mogła wiedzieć, jak wygląda 

prawdziwy pory

wacz? Pozory często mylą... Mógł się 

celowo prze

brać, żeby wzbudzić zaufanie. 

Przedłużająca się cisza potęgowała w Annie strach. 

Przełknęła nerwowo ślinę i znów spróbowała nawiązać 

konwersację: 

- Dlaczego nic pan nie mówi? Kim pan jest? 

Później ci powiem - rzucił zdawkowo. 

Dokąd mnie wieziesz? - wybuchła, nie zauważając 

nawet, że zwróciła się do niego per ty. 

Za chwilę sama zobaczysz. 

- Powiedz mi natychmiast! - 

Starała się ukryć strach, 

chcia

ła, by jej głos brzmiał chłodno i spokojnie, ale 

gardło miała ściśnięte, a usta poruszały się z 

największym trudem. 

Mężczyzna nie odpowiedział. 

Przyglądała się dłoniom obejmującym kierownicę - 

stanow

czym, zwinnym dłoniom, o długich palcach i 

opalonej skórze. Drzemała w nich siła, która ją 
przera

żała. Spojrzała przez okno na zielony, bujny 

background image

krajobraz francuskiej prowincji. Wiosna dopie

ro się 

zaczynała, drzewa i krzewy powoli rozkwitały, niebo 

było jasnoniebieskie, ale słońce nie grzało jeszcze zbyt 

mocno. Gdzie on się tak opalił? - pomyślała 
niespodziewanie. 

Kiedy po raz pierwszy usłyszała jego głos przez 

telefon, ude

rzył ją lekko cudzoziemski akcent... Czy 

był Francuzem? A może pochodził z jakiegoś innego 
gor

ącego kraju? Może z Sycylii...? Słyszała o gorącym 

temperamencie Sycylijczy

ków, ich nieliczeniu się z 

prawem... Handel żywym towarem? - nawiedziła ją 

szalona myśl. Zerknęła znów ukradkiem na oliwkową 
t

warz i ciemne włosy mężczyzny. Tak, mógł być 

Włochem. Ale dlaczego porwał ją w Paryżu? Przecież 

źniej jechała z koncertami do Włoch. 

Czy zostałam porwana? - spytała i ponownie 

doj

rzała w lusterku błysk jego czarnych oczu. 

Jakkolwiek nie odezwał się i było to wysoce 

dener

wujące, doszła do wniosku, że przyznaje jej rację. 

W każdym razie nie zaprzeczył. 

Wkrótce zaczną mnie szukać - podjęła stłumionym 

głosem. - Mój menedżer i koledzy z zespołu, jak tylko 

pojawią się w hotelu, zawiadomią policję! Mnóstwo 
ludzi wi

działo, jak wsiadam do tego samochodu. Także 

ochroniarze, którzy przyle 

cieli ze mną z Londynu. 

Widzieli cię przecież, zauważyli numery twojego 
samochodu... 

Wzruszył obojętnie ramionami. I nagle przeszyła ją 

przerażająca myśl: czy rzeczywiście tak było? 
Rozmawiali z nim, widzieli jego samochód, ale czy 

background image

zwrócili uwagę na numery rejestracyjne czarnej 
limuzyny? Wo

kół prawie nie było ludzi... Nawet jeśli 

ktoś im się przyglądał z daleka, przyglądał się przede 
wszy

stkim jej, ponieważ opuszczała lotnisko pod 

eskortą ochroniarzy i strażników. 

Co prawda nie była jeszcze szeroko znana w 

Euro

pie i prasa nie wykazała nadmiernego 

zainteresowania jej przyjazdem, ale na wszelki 

wypadek władze lotniska podjęły szczególne środki 
ostro

żności. 

Limuzyna była przecież zamówiona - 

przypomnia

ła sobie. - Czy jesteś pracownikiem firmy 

wynajmuj

ącej samochody? Och, przecież policja 

natychmiast cię odnajdzie! 

W odpowiedzi roześmiał się tylko nieprzyjemnie. 
- Dlaczego to robisz? - 

rzuciła ze złością. - A może 

to kiepski 

żart? Może wieziesz mnie po prostu na 

spotkanie z Philem i Di? - 

Phil słynął ze swoich 

dowci

pów, myślała w roztargnieniu. Że też wcześniej 

nie przyszło jej to do głowy! 

Nie, to nie jest kawał, Annie - odpowiedział ze 

spokojem, który ją przeraził. 

Omal 

nie przestała oddychać... Zapadła się głębiej w 

siedze

nie i przymknęła oczy. Za wszelką cenę... za 

wszelką cenę musiała opanować nerwy. Musiała 
my

śleć logicznie. 

Na razie nic nie mogła zrobić. Zamknięta w 

samo

chodzie, odgrodzona od świata przyciemnionymi 

szy

bami, nie mogła ani krzyczeć, ani w jakikolwiek 

inny spo

sób przyciągnąć ludzkiej uwagi. Szarpanie się 

background image

nie miało sensu. Musi spokojnie dojechać do... celu 
swojego prze

znaczenia. Jej serce biło nierównym ryt-

mem. I co wtedy? Co ją tam czeka? 

Gdyby choć znała motywy postępowania tego 

mężczyzny... Nie wyglądał na niebezpiecznego 

maniaka czy kryminalistę. Właściwie był uderzająco 

przystojny. Oczywiście, jeśli gustowało się w typach 

śródziemnomorskich, a ona bardzo ten typ urody 

lubiła. Może dlatego, że w żyłach jej płynęła francuska 

krew, kto wie? Ojciec Annie był Francuzem, mimo że 

prawie całe swoje życie spędził w Anglii. 

Annie odwiedziła Francję jedynie dwa razy. Nigdy 

nie była tu za życia ojca, ale zawsze obiecywała sobie, 

że pewnego dnia odnajdzie miejscowość w górach 
Ju

ra, gdzie on się urodził. Nigdy jednak nie 

wystarczyło czasu na tak daleką wycieczkę. Program 

koncertów zwykle był napięty. 

Ojciec Annie, podobnie jak porywacz, miał ciemne 

włosy, oliwkową karnację i oczy czarne jak węgle. Ale 

był dużo niższy i nie tak mocnej budowy. Annie 
odzie

dziczyła po ojcu gęste krucze włosy, ale karnację 

i zie

lone oczy miała po matce. Jako dziecko żałowała, 

że nie odziedziczyła również matki blond włosów, ale 
gdy dojrza

ła, była nawet zadowolona ze swej egzo-

tycznej 

urody, tak innej niż uroda Angielek. Dziś 

wolałaby nawet być jeszcze bardziej podobna do ojca. 

Uwielbiała swego ojca, i jego śmierć, gdy miała lat 

niespełna jedenaście, rzuciła ponury cień na całe jej 

dzieciństwo. Matka zaledwie po roku wdowieństwa 

wyszła ponownie za mąż. Annie nie przepadała za 

background image

oj

czymem i nie starała się ukryć swych uczuć, Bernard 

Tyler zaś tę niechęć odwzajemniał. 

Joyce Tyler domyślała się, że córka potępia jej 

związek, ale nie potrafiła tej sytuacji zaradzić. Dwa 

lata później urodziła bliźniaki - dwóch chłopców, i 
po

święciła im całą swoją uwagę. 

Gdy ojczym zaczął wymierzać Annie kary fizyczne, 

Joyce nie uczyniła niczego, by go powstrzymać. Bez 
ogródek powie

działa córce, że sobie na to zasłużyła. 

„Gdybyś była dla niego milsza, on by ci się 
odwzajem

nił - powiedziała. - Sama sobie jesteś 

winna".     

Czternastoletnia wówczas Annie zaczęła coraz 

dłużej przebywać poza domem. Nie tylko nie lubiła 
Ber

narda Tylera, ale teraz także się go bała. Tęskniła 

za dniem, gdy wreszcie dorośnie i będzie mogła na 

dobre opuścić domowe pielesze. Gdy więc spotkała 

Philipa, który roztoczył przed nią perspektywę 
muzycznej kariery, natychmiast spako

wała manatki i 

wyprowadziła się z domu. Zdawała sobie sprawę, że 
matka i ojczym w gruncie rze

czy będą zachwyceni, że 

się jej pozbyli. 

Później, gdy już była znaną piosenkarką, raptem 

nawiązali z nią kontakt i poprosili ó pożyczkę. Tą 

sprawą, podobnie jak całymi jej finansami, zajął się 
Philip. Zostali zaproszeni na kon

cert i spotkali się z 

Annie, ale wkrótce potem znowu 

słuch o nich zaginął. 

Zapewne rozczarowała ich wysokość kwoty, jaką 
za

oferował im Philip. Annie odetchnęła z ulgą. Nie 

chciała przywoływać wspomnień z ponurej przeszłości. 

background image

Z pewnością życie jej potoczyłoby się inaczej, 

gdy

by ojciec nie umarł przedwcześnie. Szczęśliwe 

dzie

ciństwo skończyło się dla Annie, gdy miała 

zaledwie jedenaście lat. Do siedemnastego roku życia 

była samotną, smutną, nieszczęśliwą nastolatką. Nawet 

teraz, gdy wspominała tamte dni, czuła jakąś żelazną 

obręcz zaciskającą się wokół jej szyi. Zmarszczyła 
brwi, wy

mazując z pamięci ponure myśli. 

Dlaczego tak ucichłaś? - odezwał się nagle 

mężczyzna. 

Zastanawiam się... Moi przyjaciele ogromnie 

zde

nerwują się, gdy nie stawię się w umówionym 

miejscu. Będą zaniepokojeni, co się ze mną stało... 

Niebawem się dowiedzą - odparł obojętnie. 

Jak mam to rozumieć? Zadzwonisz do nich i 

zażądasz wysokiego okupu? 

Żałowała, że nie może widzieć całej jego twarzy. 

Wyraz oczu zapewne powiedziałby jej więcej niż 
lako

niczne słowa. Gdy jednak spojrzał w lusterko, jego 

oczy przypominały bezdenną studnię - ciemne, 

błyszczące, niezgłębione... A jednak... Zaczynała 

doznawać dziwnego, irytującego uczucia, że go skądś 
zna! Czy

żby naprawdę się kiedyś spotkali? A może 

tylko podsu

nął jej ten pomysł sugestywnymi 

telefonami? 

Nim zdążyła rozważyć ten problem, limuzyna nagle 

skręciła w prawo i zjechała z głównej drogi. Podążali 

teraz jakąś polną drogą czy też aleją wysadzaną 
drze

wami i kępami krzewów. 

Do licha! To nie była droga, to był podjazd pod 

background image

dom! Chwilę później miała w zasięgu wzroku nieduży, 
jedno

piętrowy budynek, pokryty omszałą dachówką. Z 

pomalowanymi na biało ścianami kontrastowały 
za

mknięte czarne okiennice. 

Gdy zatrzymali się przed frontowymi drzwiami, 

An

nie rozejrzała się nerwowo na wszystkie strony i 

se

rce w niej zamarło, gdy pojęła, że biały domek stał 

na skraju lasu, za nim zaś rozciągały się puste pola. 
Kom

pletne bezludzie. Nie mogła dojrzeć żadnego 

domostwa. I nagle pa

niczny strach chwycił ją za 

gardło.! 

W tej samej chwili kierow

ca wysiadł, obszedł wóz 

dookoła i otworzył jej drzwi. Annie, obezwładniona 
strachem, niezdolna 

była się poruszyć. Ostatkiem woli 

wysunęła podbródek i powie działa drżącym głosem: 

Nie wysiądę. Zostanę tu, dopóki nie odwieziesz 

mnie z po

wrotem do Paryża. A jeśli tego nie zrobisz... 

Wsunął długie ramię do samochodu, chwycił ją za 

rękę i szarpnął gwałtownie. Był silniejszy, niż się 
spo

dziewała, nie potrafiła mu stawić oporu i 

wypadłaby z samochodu, gdyby drugim ramieniem nie 

objął jej w talii i nie uniósł do góry. Kopała, krzyczała, 

starała się oswobodzić - na próżno. 

Trzymając ją jak dziecko pod pachą i ignorując jej 

prośby i groźby, wniósł ją na podest schodów. Gdy 

otwierał drzwi, wykręciła głowę i ugryzła go w rękę; 

jęknął z bólu, ale puścił dopiero, gdy weszli do wnętrza 

i kopnięciem nogi zdołał zatrzasnąć za sobą drzwi. 

Zręcznie postawił ją na podłodze, nadal ramieniem 

opasując jej talię. Zsunęła się bezwolnie w dół po jego 

background image

ciele i poczuła dotyk jego muskularnej klatki 
piersio

wej, twardych ud, a ciepło jego skóry parzyło ją 

przez ubranie. Efekt był piorunujący: mimo że broniła 

się, wewnętrznie doznała bardzo silnego podniecenia. 
Czu

ła zawrót głowy i drżała na całym ciele, gdy 

wreszcie stanęła na nogach i odepchnęła się odeń 

gwałtownie. On jednak nadal obejmował ją ramieniem, 

a ramię to było twarde jak stal. Przez zasłonę długich 

czarnych włosów, które opadły jej na twarz, patrzyła 

na swego ciemiężyciela szeroko otwartymi, 

przerażonymi oczami. 

Uniósł dłoń, którą ugryzła w ferworze walki, i 

przyj

rzał się jej uważnie. 

- Krwaw

ię - powiedział z lekkim zdziwieniem. - 

Masz ostre 

zęby. - Wysunął czubek języka i zlizał 

krew. 

Annie obserwowała go w wielkim napięciu. Do tej 

pory nie mogła uwierzyć, że wszystko dzieje się na 
ja

wie. Teraz powoli docierała do niej prawda: została 

oto porwana, z powodów, których nie po

trafiła dociec, 

przez mężczyznę, który ją przerażał i... pociągał 
zarazem. Mu

siała poskromić strach. Uniosła głowę i 

pa

trzyła nieznajomemu prosto w oczy z miną z pozoru 

spokojną i pewną siebie. 

- Dlaczego nie odwieziesz mnie z powrotem do 

Pa

ryża, zanim nie rozpęta się awantura? Porwanie to 

ciężkie przestępstwo, nie uważasz? 

Bardzo ciężkie - przyznał z nieporuszoną twarzą. 

Policzki Annie zapłonęły, pojęła bowiem, że jej 
przeciwnik drwi. 

background image

Możesz spędzić w więzieniu resztę życia! - 

wybu

chła. 

Nie zapominaj, że najpierw będą musieli mnie 

złapać - zauważył spokojnie, jednocześnie długimi, 
zwinnymi palcami od

suwając włosy z jej twarzy. 

Lodowaty dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. Ten 

czuły w istocie gest przeraził ją bardziej niż groźne 

słowa. Zastanawiała się, czy nieznajomy słyszy 
przyspieszone bicie jej serca, czy widzi krople potu 

perlące się na jej twarzy. 

Może obejrzysz pokój, który dla ciebie 

przygotowa

łem? - powiedział, ignorując jej nerwową 

reakcję. - Potem zjemy lunch i... 

Wcale nie jestem głodna! - przerwała mu ze 

złością. - Nic nie mogłabym przełknąć. Niedobrze mi! 

Poczujesz się z pewnością lepiej, jeśli coś zjesz - 

powiedział protekcjonalnym tonem, jakby przemawiał 
do dziecka. - 

Posiłek nie będzie co prawda wykwintny. 

Mam tylko sałatę, owoce i ser. No i oczywiście butelkę 
dobrego wina. 

Nie piję wina! 

Uniósł proste, czarne brwi w wyrazie 

niedowierzania. 

- Nie pijesz wina? W takim razie nie wiesz, co 

tra

cisz. Będziesz musiała polubić wino. Zapewniam, że 

win

o cię uspokoi. 

Tego właśnie się bała, nie pozwoli więc, by tak się 

stało. Musi zachować czujność, musi mieć się na 
bacz

ności i nieustannie szukać sposobności ucieczki. 

Gdy

by udało jej się wydostać z domu, mogłaby ukryć 

background image

się w lesie, a potem, gdy zapadnie zmierzch, 

pobiegłaby przed siebie... 

Uspokoję się, jeśli mnie w końcu puścisz - 

powie

działa, a on bez słowa uwolnił jej ramię. 

Postąpiła kilka kroków, rozglądając się po małym, 

ciemnym holu, z którego schody wiodły na górę. 

- To twój dom? 

Nie odpowiedział, ale z wyrazu jego twarzy 

wy

wnioskowała, że nie. 

Powiedz mi chociaż, jak się nazywasz? Jak mam 

się do ciebie zwracać? 

Zauważyła na jego twarzy lekkie wahanie, a potem 

odrzekł uprzejmym tonem: 

- Mark. 
- Mark... -

powtórzyła, zastanawiając się, czy podał 

j

ej swe prawdziwe imię. - Jesteś więc Francuzem? 

Jak na to wpadłaś? - zażartował. 

Ślepy strzał - rzekła poważnie. 

Odwróciła głowę w stronę drzwi, nastawiając uszu. 

Jakiś znajomy dźwięk... Ale wokół panowała 
komplet

na cisza. Nie słychać było samochodów ani 

żadnych odgłosów cywilizacji. Tylko szum drzew - 

dźwięk, który w niepojęty sposób wydawał jej się 
zna

jomy... I nagle doznała olśnienia. Szum morza! 

Szum morza, który, jak jej się zdawało, słyszała w 

swoim śnie, był w rzeczywistości szelestem gałęzi 
poruszanych lekkim wiatrem. 

Dlaczego, na Boga, słyszała ten dźwięk w swoim 

śnie? Pod wpływem zabobonnego lęku zadrżała. 
Prze

cież nigdy w życiu nie była w tym domu! 

background image

Dlaczego pamiętała ze snu ten dźwięk? A może 

właśnie stąd do niej dzwonił i ten niesamowity szum 

nagrał się na sekretarkę... ? 

Czy stąd do mnie telefonowałeś? - spytała jednym 

tchem. 

Telefon jest odcięty - wyjaśnił i spojrzał na nią 

uważnie. 

Odpowiedź sprawiła jej zawód. Nie mogła zebrać 

rozbiega

nych myśli. Nie potrafiła niczego sobie 

wy

tłumaczyć. Wszystko wydało się dziwne, tak bardzo 

dziwne... Ten szum... Czemu miała w głowie ten 
szum? 

Dlaczego odciąłeś telefon? 

Nie potrzebowałem go. 

A więc skąd do mnie telefonowałeś? 

Brak odpowiedzi. Przyglądał jej się tylko z miną 

poważną i bardzo skupioną. 

Dopiero teraz zauważyła kilka par drzwi otwartych 

na oścież, przez które wchodziło się do pokojów, 
ton

ących w ponurym mroku z powodu zamkniętych 

okien

nic. Zerknęła przelotnie na ciemne dębowe 

meble, skórzane fotele, tapety w kwiatowy de

seń... Ten 

dom miał dziwną atmosferę. Zionął pustką. 

Czy jest tu jeszcze ktoś? - spytała nasłuchując. 

Jesteśmy tu całkiem sami, Annie. - Uśmiechnął się. 

To ją zmroziło. Zagryzła wargę i obserwowała go w 

niemym skupieniu. Co też mu chodziło po głowie? A 

może lepiej, że nie zna prawdy...? 

- Powiedz mi, o co tu chodzi? - 

krzyknęła, dając 

upust bezsilnej złości. - Po co mnie tu przywiozłeś? 

background image

Chcesz okupu? Liczysz na okup... - 

Nagle głos jej się 

załamał, ponieważ dotarła do niej myśl, że porywacz 

zwykle zabija swoją ofiarę. Nawet jeśli dostanie okup, 

zabija, żeby nie zostać później rozpoznanym... Nowa 

fala strachu ścisnęła jej żołądek. Miała wrażenie, że 
jeszcze chwila i zemdleje. 

- Tu nie chodzi 

o pieniądze. - Stanowcze słowa 

w

darły się w jej myśli. 

Jeśli nie o pieniądze, w takim razie, o co chodziło? 

Co miał zamiar z nią zrobić?! 

-

A więc dlaczego mnie porwałeś? - Przyglądała się 

badaw

czo jego twarzy, ale nic z niej nie mogła 

wyczy

tać. – Może pomyliłeś mnie z kimś innym? - 

uchwyciła się nowej myśli. 

Pytałeś mnie, czy cię pamiętam, a ja jestem pewna, 

że nigdy cię nie widziałam. Mam dobrą pamięć, 
pami

ętałabym cię, gdy byśmy się już spotkali. 

Wpatrywał się w jej zielone oczy hipnotycznym, 

upartym wzrokiem. 

- Przypomnisz sobie, Annie - 

rzekł cicho. - Mogę 

jeszcze 

zaczekać, skoro czekam już tak długo. 

Znów po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. Musiał 

być obłąkany. .. Co prawda nie wyglądał na szaleńca... 

ale musiał nim być! 

- Zostawmy to na razie, Annie - 

powiedział 

uspoka

jająco. 

Chodź na górę, pokażę ci twój pokój. 

Zapa

rła się w miejscu, ale on chwycił ją pod ramię i 

poci

ągnął w stronę schodów. 

- To ci nie ujdzie na sucho! - 

groziła. - Wtrącę cię do 

background image

więzienia. .. - A potem dodała łagodniej, jakby 
zmie

niając taktykę: 

Posłuchaj, jeśli chcesz, zjemy razem lunch, a 

potem odwie

ziesz mnie do Paryża. W Paryżu spotkamy 

się znów, zgoda? Dam ci bilet na mój koncert i... 

background image

Dobrze wiesz, że to nieprawda - roześmiał się 

gar

dłowo. - Jeśli się ze mną umówisz, wyślesz na to 

spo

tkanie policję! Nie jestem idiotą, Annie. Teraz 

obiecasz 

mi wszystko, byle tylko się stąd wydostać. 

Myślisz, że o tym nie wiem? 

Co chcesz ze mną zrobić? - Starała się ukryć strach, 

ale on musiałby być całkiem ślepy, gdyby nie 
spo

strzegł w jej oczach wyrazu przerażenia. 

Zmarszczył mocno brwi. 

 

Nie zrobię ci krzywdy, Annie - zapewnił. - Nie 

patrz na mnie w ten sposób. 

To zabrzmiało szalenie przekonywająco. Wbrew 

zdrowemu rozsądkowi i wszelkiej logice wyciągnęła 

do niego rękę. 

Proszę więc, puść mnie, Mark... Proszę... 

Ujął jej dłoń, popatrzył na smukłe, blade palce, po 

czym oplótł je swoimi. Pod wpływem tego dotknięcia, 

serce Annie dziwnie zatrzepotało. 

- Jeszcze nie teraz - powi

edział. - Przez pewien czas 

będziesz moim gościem. Dom jest bardzo wygodny, 
okolica cicha. 

Znajdziesz tu spokój, o którym próżno 

by ma

rzyć w Paryżu. Żadnych dziennikarzy, żadnych 

telefonów ani wielbicieli. Dla czego nie przestaniesz 

się zadręczać i nie zaczniesz korzystać z chwili? 

Postara się nie być dla niego odpychająca, poskromi 

swój ostry język i wybuchowy temperament... Cóż za 
zba

wienna myśl! A wtedy... być może wówczas 

prze

mówi mu do rozsądku i skłoni do powrotu do 

Paryża. 

Wolno cofnęła dłoń; pozwolił jej na to bez słowa 

background image

sprzeciwu. 

Poszła na górę po schodach, świadoma, że dziwny 

gospodarz tego domostwa idzie tuż za nią. 

- Tutaj, p

roszę - powiedział, otwierając jakieś drzwi. 

Stanęła w progu i obserwowała, jak przemierza ciemny 

pokój, kierując się w stronę okna. Otworzył je, pchnął 

okiennice i pokój zalało ostre światło wiosennego dnia. 

Annie stała porażona nagłą jasnością. W ułamku 

sekundy do

znała najdziwniejszego w świecie uczucia 

zaskoczenia, oszołomienia, jakiegoś osobliwego 
cha

osu. Miała wrażenie, że umysł jej rozdarła na 

moment oślepiająca błyskawica, zalewając nieziemską 
jas

nością jego najbardziej mroczne zakamarki. Po 

chwi

li niezwykłe złudzenie pierzchło i wpatrywała się 

w mężczyznę szeroko otwartymi, na wpół oślepionymi 
oczami. 

On także przyglądał jej się intensywnie i, jakby 

czy

tając w jej myślach, nagle zrozumiał, że oto 

przytrafiło jej się coś nieoczekiwanego. Potrafił czytać 
w jej my

ślach... To mogło być bardzo niebezpieczne. 

Powinna staranniej ukrywać swe uczucia i nieustannie 

mieć się na baczności, w przeciwnym razie stanie się 
jego bez

bronną ofiarą. 

- Annie... - 

szepnął. 

Gdzie jest łazienka? - spytała, starając się 

zapano

wać nad własnym zmieszaniem. 

Z jego piersi wydobyło się ciężkie westchnienie, a 

potem wskazał ręką. 

Za tymi drzwiami. Zejdę teraz na dół i przygotuję 

lunch. 

background image

Później przyniosę twoje walizki z samochodu. 
B

ędziesz mogła się rozpakować. 

Gdy tylko o

puścił pokój, Annie podbiegła do okna. 

Piętro było dość wysokie, nie mogła marzyć o 
bez

piecznym skoku w dół. Najbliższa rynna, po której 

mogłaby się zsunąć, znajdowała się dopiero obok 

łazienki, ale tamto okienko wyglądało na bardzo 
malutkie. Jeszcze raz 

omiotła spojrzeniem okolicę. 

Kom

pletna głusza. Ani krzyk, ani ucieczka tą drogą nie 

wchodziły w grę. Chyba że... Tak, pozostawały 
zwi

ązane prześcieradła! Na filmach ludzie w ten 

sposób spuszczali się z okien... Na razie jednak nie 

mogła podjąć tej próby. Mark znajdował się w kuchni 

na dole, skąd dochodziły tu odgłosy jego krzątaniny. 

Jeśli spróbuje teraz uciekać, on z pewnością ją 

zauważy. 

Zdesperowana weszła do łazienki. Pomieszczenie 

wyglądało bardzo przyjemnie. Ściany wyłożono 
weso

łymi żółtymi kafelkami, a na sosnowej półce nad 

wan

ną stało rzędem wiele dobrych francuskich 

kosmetyków. 

Annie umyła się pospiesznie i zaczesała długie 

lśniące włosy w prosty węzeł na karku. Nie zrobiła 

żadnego makijażu. Pragnęła wyglądać nieatrakcyjnie. 

Ale gdy baczniej przy

jrzała się swemu odbiciu w 

lu

strze, zauważyła w swych przejrzyście zielonych 

oczach wyraz nerwo

wego podniecenia. Były to oczy... 

poluj

ącego kota. Do licha, przyznanie się nawet tylko 

w myślach, że uważa Marka za atrakcyjnego 

mężczyznę, było wielce niebezpieczne. Więcej niż nie-

background image

bezpieczne, jeśli miała być szczera. Od chwili gdy 
uj

rzała go po raz pierwszy, zachowywała się jak 

zahip

notyzowana, i to właśnie ją przerażało. 

Porwał ją i przywiózł siłą do tego dziwnego miejsca. 

Po co to robił, skoro nie chodziło o okup? Co się za 
tym wszystkim kry

ło? Bała się nawet pomyśleć, ale 

pytania wbrew jej woli nasu

wały się same. 

Czy był nienormalny? Chory psychicznie? 

Obsesyjnie twier

dził, że już kiedyś się spotkali... Och, 

któreś z nich musiało postradać rozum! Ale przecież 

chyba nie ona...? Ona nie miała najmniejszej 

wątpliwości, że nigdy przedtem go nie widziała. 

A jednak... A jednak gdy otworzył nagle okiennice, 

doznała jakże niezwykłego wrażenia deja vu... 

Zmarszczyła brwi i zagryzła wargę. Na Boga, o co tu 
chodzi? I 

przez sekundę, ku własnemu ogromnemu 

zdumieniu, pomyślała, że przypomina sobie... coś. 

Odepchnęła głupie myśli. Nie może pozwolić, by ten 

człowiek ją hipnotyzował i wciągał we własne rojenia. 

To była prosta droga do szaleństwa. 

Niespokojna zeszła na dół. Zajrzała najpierw do 

kilku pomie

szczeń, po czym trafiła do dużej kuchni o 

bia

łych ścianach i jasnych sosnowych szafkach. Okna 

zdobiły zasłonki w biało-czerwoną kratkę, a na 
parape

cie stały doniczki z kwitnącymi hiacyntami. W 

po

mieszczeniu unosił się aromatyczny zapach świeżo 

parzonej kawy. 

 

Gdy z wahaniem przystanęła na progu, Mark 

od

wrócił się 

i przez chwilę patrzył na nią zmrużonymi oczami.   

background image

Wyglądasz jak nastolatka - uśmiechnął się. - Czy w 

ten sposób chcesz mnie trzymać z dala od siebie?   

Na chwi

lę zapadła cisza, po czym Annie spojrzała 

mu w oczy  

i napotkała jego spokojny, poważny 

wzrok. 

 

Powiedziałem ci już, że nie masz się czego bać. 

Nie liczę na okup, nie zrobię ci krzywdy i zapewniam, 

że się na ciebie nie rzucę. Nie zmuszę cię też do 
niczeg

o, czego nie chcesz zrobić. 

Zmusiłeś mnie już, abym tu przyjechała i zmuszasz 

do pozostania tu wbrew mojej woli! - 

zawołała, 

rumie

niąc się.         

To jedyny sposób, bym zatrzymał cię przy sobie 

wystar

czająco długo - rzekł spokojnym tonem. 

- Wystarcza

jąco długo? 

Wystarczająco długo, byś mnie poznała - dodał. - 

A teraz usiądź, zjemy lunch. 

Pochłonięta roztrząsaniem słów, które przed chwilą 

usłyszała, automatycznie usiadła i popatrzyła na 
gu

stowne nakrycie. Aż do tej pory nie czuła głodu, ale 

sałatka, sery i czarne oliwki wyglądały niezwykle 
ape

tycznie, nieoczekiwanie więc ślinka napłynęła jej 

do ust. 

Proszę, poczęstuj się - zachęcił, siadając naprzeciw 

niej. 

Nałożyła na talerz sałatkę - mieszaninę avocado, 

zielonej sa

łaty, ogórków i papryki - oraz jajko na 

twardo i kilka czarnych oliwek. 

Przykro mi, że nie mogę cię ugościć niczym 

bardziej oryginalnym, ale mam tylko to - 

powiedział. 

background image

Annie uniosła głowę i niespodziewanie dla samej 

siebie po

słała mu miły uśmiech. 

  - 

Jedzenie jest wspaniałe - oświadczyła. - 

Uwielbiam pikni

ki, a to mi przypomina piknik... tyle że 

w domu. 

- Ale na powietrzu lepiej smakuje, prawda? 

Gdy wyciągnął rękę, żeby nalać jej białego wina, 

Annie znów zaskoczyło dziwne wrażenie deja vu, 

znów miała niejasne odczucie, że już ten gest gdzieś... 

kiedyś... widziała! 

- Annie? - 

Jego czarne oczy były czujne i skupione. - 

Po

wiedz mi, co czułaś przed chwilą. 

- Nie wiem... - za

jąknęła się. - Nie rozumiem... 

A więc zaczynasz sobie przypominać - powiedział 

tonem nie skrywanego triumfu. 

background image

ROZDZIAŁ  TRZECI 

Przestań się wreszcie bawić moim kosztem i 

powiedz mi, 

gdzie się spotkaliśmy! - wybuchła Annie, 

nie wytrzy

mując już dłużej tego napięcia. 

Spokojnym gestem wskazał jej kieliszek. 
- Spróbuj wina - 

powiedział sucho. 

Czy było to w Anglii? W Londynie? 

Nie ma teraz sensu zgadywać, sama to sobie kiedyś 

przypomnisz. 

Zadziwiająco szybko nauczyła się czytać z jego 

twarzy, od

gadywać przelotne uczucia iskrzące się w 

głębi czarnych, przepaścistych oczu i malujące się na 

jego wargach. I zrozumiała natychmiast, że nie spotkali 

się w Anglii; powiedziało jej to po prostu jakieś 
mimo

wolne drgnienie, jakiś cień, który przebiegł po 

jego twarzy. 

- W Ameryce? - 

nie dawała za wygraną. 

Roześmiał się tylko i potrząsnął głową. 

Cóż więc pozostawało? Annie nie podróżowała zbyt 

wiele. 

Czy spotkaliśmy się tutaj, we Francji? 

Znów nie odpowiedział, ale oczy zalśniły mu jak 

czarne brylanty. 

To stało się tutaj, prawda? - powiedziała z 

drżeniem. 

A więc nareszcie wierzysz, że się spotkaliśmy - 

skonstato

wał głębokim, jakby udręczonym głosem, w 

którym dźwięczała namiętność. 

background image

Annie słyszała głuchy stukot własnego serca, które 

zdawało się rozsadzać klatkę piersiową. Zarumieniła 

się nagle, spuściła oczy, ciemne rzęsy położyły się 
cieniem na jej policzkach. 

W końcu odezwała się cichym, zduszonym głosem: 

Mówisz, że się już spotkaliśmy... Wierzę ci, ale 

napraw

dę tego nie pamiętam. Przykro mi. We Francji 

byłam tylko dwa razy... Ostatnim razem dwa tygodnie 

spędziłam w Normandii z moją najlepszą przyjaciółką i 

jej siostrą. Mieszkałyśmy w uroczym, staroświeckim 
hoteliku w Caborg, nad samym morzem. 

To było upalne lato i dużo czasu spędzałyśmy na 
pla

ży... Czy właśnie tam cię poznałam? 

Mark siedział wygodnie oparty o krzesło i drobnymi 

łykami sączył wino. Oczy miał na wpół przymknięte, 

jakby przywoływał w pamięci wspomnienia. Annie 

czyniła wysiłki, by się weń nie wpatrywać, ale 
mimo

wolnie obserwowała grę mięśni na jego klatce 

piersio

wej za każdym razem, gdy oddychał. Miał 

smukłą talię i biodra, i niezwykle długie nogi... Nie 
mo

gła zaprzeczyć, że był w jej typie. 

Podniosła na niego oczy i nieoczekiwanie napotkała 

jego spo

jrzenie. Zmieszana zarumieniła się i odwróciła 

wzrok. 

Dlaczego nie chcesz powiedzieć mi, gdzie się 

spo

tkaliśmy? - odezwała się zmienionym, drżącym 

głosem. - Gdybyś mi powiedział, być może bym sobie 

coś przypomniała... 

Musisz sama to sobie przypomnieć - oświadczył z 

niezmąconym spokojem i dziwną, wręcz przerażającą 

background image

pewnością siebie. 

 - Dlaczego? - 

nalegała. 

- Dajmy temu spokój - 

zignorował pytanie. - Zjedz, 

proszę, jeszcze trochę sałatki. To ci może poprawi 
nastrój. 

Jestem w złym nastroju, ponieważ mnie porwałeś! 

- odpa

rowała z rosnącą wściekłością, ale podniosła 

kie

liszek do ust i wysączyła wino do dna. 

Uważaj! - Uśmiechnął się lekko. - Ludziom nie 

przywy

kłym do wina może ono uderzyć do głowy. 

Ostentacyjnie, jak zbuntowane dziecko, sięgnęła po 

butelkę stojącą na środku stołu, ale Mark był szybszy. 

Uniósł butelkę i nalał jej pół kieliszka, a potem 
nape

łnił swój. 

Nim to wypijesz, zjedz coś - poradził jej z 

zatro

skaną miną. - Picie na pusty żołądek może się 

kiepsko sko

ńczyć. 

Przestań wydawać mi rozkazy! - zaperzyła się, ale 

skub

nęła trochę smakowitej sałatki. 

Napięcie wzmagało jej apetyt. A może była to 

za

sługa wina? Na deser były owoce oraz 

najwspania

lsza kawa, jaką kiedykolwiek piła. Nie 

omieszkała jej pochwalić. 

Cały sekret leży w ziarnach - wyjaśnił. - A poza 

tym nie można mielić zbyt długo, traci wówczas swój 
zapach i smak. 

W domu piję wyłącznie neskę - wyznała ze 

skru

chą, a on się skrzywił z niesmakiem. - Nie mam 

czasu ani siły, żeby co dzień parzyć świeżą kawę - 

dodała tonem usprawiedliwienia. - Bardzo ciężko 

background image

pracuję i gdy wracam do domu, jestem śmiertelnie 

zmęczona. Mam ochotę tylko leżeć, oglądać telewizję 
albo prze

glądać gazety; cokolwiek, byle odwrócić 

uwagę od trudów dnia. Zapewne podobnie jak 

większość ludzi uważasz, że piosenkarze tylko 

nagrywają płyty i dobrze przy tym się bawią. A tak 

naprawdę nie mają pojęcia ani o muzyce, ani o 

śpiewaniu, prawda? Ale my bardzo ciężko pracujemy i 
j

esteśmy naprawdę profesjonalistami. Do znudzenia 

powtarza się te same frazy, aby je doprowadzić do 

perfekcji. Czasami próby trwają od świtu do nocy. 

Wierz mi, to strasznie wyczerpujące i w gruncie rzeczy 
bardzo nudne. A gdy jedziemy na tournee, pracujemy 
j

eszcze ciężej. Cały dzień się ćwiczy, żeby wieczorem 

dać koncert. I trzeba jeszcze stale przenosić się z 
miejsca na miejsce... 

Chciałem jedynie powiedzieć, że świeżo zmielona 

kawa 

smakuje lepiej niż rozpuszczalna - wtrącił 

prze

praszająco. - Nie miałem zamiaru krytykować 

twego stylu życia. 

- Tak, wiem, przepraszam - 

uśmiechnęła się sama do 

siebie. - 

To był w pewnym sensie dalszy ciąg 

wywiadu, jakiego udzie

liłam niedawno pewnemu 

dziennikarzowi. Wyprowa

dził mnie z równowagi, 

sugerując, że należę do kobiet, które ze względu na 

własną karierę kupują kuchenkę mikrofalową, zamiast 
ugoto

wać mężowi obiad z prawdziwego zdarzenia. 

Rozmo

wa skończyła się okropną awanturą i w 

re

zultacie napisał o mnie artykuł odsądzający mnie od 

czci i wiary. 

background image

Mark słuchał z zainteresowaniem, lekko pochylając 

głowę i przymykając oczy. 

-

Nie ma w twoim życiu żadnego mężczyzny, 

prawda? - 

spytał niespodziewanie. - Chyba że udało ci 

się to w jakiś sposób ukryć... 

Patrzył na nią pytającym wzrokiem, a ona czuła 

dziwny dreszcz przebiegający jej po kręgosłupie. Nie 

po raz pierwszy ją podrywano. Wielbiciele uwielbiali 

ją obsesyjnie, szczególnie na początku. Była dla nich 

jak święty obraz, przed którym codziennie się modlili. 

Nie znosiła tego fanatycznego oddania i napawało ją 

ono zabobonnym lękiem. Nie mogła zapomnieć o 
tra

gicznej śmierci Johna Lennona... Miała nadzieję, że 

jej nigdy się to nie przytrafi. Przede wszystkim dlatego, 

że nie była aż tak sławna. Zdarzało się jednak, że jacyś 

dziwni mężczyźni kręcili się pod jej domem albo 
studiem n

agrań. Wówczas ten sam zimny dreszcz 

prze

biegał po jej kręgosłupie. 

Gdy nie odezwała się ani słowem, Mark powtórzył 

pytanie napiętym, szorstkim głosem: 

- Czy masz kochanka? 

W pierwszej chwili nie zamierzała odpowiadać, ale 

zlękła się niebezpiecznej siły czającej się w jego 
ciemnych oczach. 

- Nie - 

szepnęła.  

Zdążyła zauważyć błysk satysfakcji w jego twarzy, 
nim po

spiesznie wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. 

Mark wstał również, by jej pomóc.   

Pójdę po twoje walizki - oświadczył, gdy skończyli. 

Proszę, odwieź mnie do Paryża - zaczęła znów 

background image

błagać. 

Skończ z tą zabawą. Na pewno już mnie szukają... 

Nikt cię nie oczekuje aż do jutra - przypomniał ze 

stoickim spokojem. - 

Zawiadomiłem hotelową 

recep

cję, że pojechałaś  z wizytą do przyjaciół na dzień 

lub dwa. - Z 

ponurą miną obserwował zmianę wyrazu 

jej twarzy. -I 

nie rób sobie nadziei, że uciekniesz. 

Samo

chód ma zamontowaną blokadę, a kluczyki noszę 

cały czas przy sobie. 

Jak długo zamierzasz mnie tu trzymać? - zawołała 

z furią. 

Tylko dzisiejszą noc. 

Cała zesztywniała, serce boleśnie waliło jej o żebra. 

Co też zaplanował na dzisiejszą noc? Czyżby porwał 

ją, przywiózł na to bezludzie, żeby ją zgwałcić? 

Poczuła mdlący skurcz w żołądku. Nie miała 

żadnych szans, by go powstrzymać. Był zbyt silny, by 

mogła się z nim zmierzyć... Jedyna nadzieja w tym, że 

uda jej się ogłuszyć go znienacka, uderzyć czymś w 

głowę... Rozejrzała się w panice po kuchni, ale po 
se

kundzie przyszło opamiętanie. Czy naprawdę była 

zdolna do tego? Mo

głaby go zabić, a wtedy... 

Drżąc z emocji, zagryzła wargę. 

Jeśli mój agent przyjedzie do hotelu i mnie tam nie 

zasta

nie, wpadnie w panikę bez względu na to, co 

usłyszy - wymamrotała przez zaciśnięte gardło. - Wie, 

że nie mam przyjaciół we Francji. 

On jest obecnie w podróży poślubnej, o ile się nie 

mylę - sprostował. - Nie ma powodu, by ją skracał. - 
Zamy

ślił się na moment, a potem rzekł: - Mieszkałaś 

background image

razem z Dianą Abbot, czyż nie? 

Annie starała się zapanować nad zdenerwowaniem i 

przera

żeniem, gdy kolejny raz podawał szczegóły z jej 

życia. 

- Tak - 

powiedziała sucho. - Przypuszczam, że nie 

ma sensu 

pytać, skąd zdobyłeś te wszystkie 

wiadomo

ści? 

Popatrzył na nią z ukosa i uśmiechnął się blado. 
- Czytam gazety - 

wyjaśnił.- Napisali tam wszystko 

o to

bie i twoich przyjaciołach. Ostatnio rozwodzono 

si

ę nad weselem twojej sekretarki, Diany Abbot, która 

z tobą mieszkała, opiekowała się tobą i załatwiała 
wszystkie sprawy, na któ

re nie starczało ci czasu. 

Spe

kulowano nawet, co teraz zrobisz, czy będziesz 

miesz

kać sama, czy też ktoś inny przejmie jej 

obo

wiązki. 

Zadzwoniłeś do mnie po raz pierwszy tamtej 

nocy... po weselu... - 

powiedziała wolno i cicho, jakby 

sama do siebie. 

Skinął głową, obserwując ją spod zmrużonych 

powiek. 

Miałeś nadzieję - ciągnęła - że będę sama w 

mieszkaniu... Zakładałeś, że po tak emocjonującym 
dniu twój tajemniczy telefon zrobi na mnie szczególne 

wrażenie. - Rzuciła mu pogardliwe, nienawistne 
spojrzenie. - 

To było zrobione z premedytacją, 

obrzydliwe działanie obliczone na wystraszenie mnie 

na śmierć! Kim jesteś? Jakimś obłąkanym sadystą? 

Podniecają cię przerażone kobiety? 

Trudno powiedzieć, żeby przekazana przeze mnie 

background image

wiado

mość była przerażająca. To były tylko dwa 

słowa. - Popatrzył jej prosto w oczy i powiedział tym 
sa

mym aksamitnym głosem: - Pamiętasz mnie? - A 

wi

dząc, że drgnęła nerwowo, dodał: -I cóż w tym 

przera

żającego? 

Właściwie miał rację. To były dwa zwykłe, często 

używane słowa, za którymi nie kryła się żadna groźba. 

Z jakiego więc powodu przejmowały ją do szpiku 
ko

ści, dręczyły w nocnych koszmarach? 

W tych słowach było coś... osobliwego - wyjaśniła 

niepewnie. - 

Bardzo mnie zdenerwowały. I pewna 

je

stem, że właśnie na taki efekt liczyłeś. Wyglądasz na 

człowieka, który planuje każdy swój krok, 

Owszem, precyzyjnie wybrałem właściwy moment 

- wy

znał bez cienia skruchy. - Zresztą skoro niebawem 

rozpoczyna

łaś tournee po Francji, był już najwyższy 

czas, żeby się z tobą skontaktować. 

To znaczy porwać mnie! - rzuciła z pasją, ale w 

głębi serca drżała ze strachu. Co było powodem tych 

szaleńczych działań? Obsesja? Jakieś chorobliwe 
fantazje? 

Nie miałem wyboru, jeśli chciałem spokojnie z 

to

bą porozmawiać - powiedział chłodno. - Wiedziałem, 

że rozpoczynasz tournee i wkrótce będziesz 

podróżować przez kilka tygodni. To były jedyne dwa 

dni, które miałaś sama spędzić w Paryżu... 

- Dwa dni? - 

wtrąciła szybko.- A potem mnie 

uwolnisz? - 

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 

Jutro wieczorem będziesz z powrotem w Paryżu - 

rzekł cicho i z dziwnym naciskiem. 

background image

I mam ci uwierzyć? - spytała wyzywająco. 

Spojrzał na nią znów tymi swoimi oczami 

podob

nymi do ciemnych, otulonych mgłą jezior i przez 

chwi

lę przytrzymał jej zalękniony wzrok. 

- Uwierz - 

powiedział. - Daję ci słowo honoru. 

Wrócisz bezpiecznie do hotelu, nim ktokolwiek 

zacznie się o ciebie niepokoić. Cokolwiek by się 
mi

ędzy nami wydarzyło... 

Ostatnie słowa przecięły powietrze jak nóż. Poczuła 

suchość w ustach, zadrżała, bo nagle wyobraziła sobie, 

co może się między nimi wydarzyć... Wyobraziła sobie 

jego nagie, prężne ciało pochylone nad sobą, dotyk 
je

go rąk, jego ust na swoim ciele... 

Co się z nią dzieje? Z wysiłkiem odepchnęła 

natrętne, grzeszne myśli. Do licha, czyżby zapragnęła 
tego nie

znajomego, groźnego mężczyzny! 

Mark wpatrywał się w nią z irytującą 

natarczywo

ścią i czuła, że jego zamiarem było coś 

więcej, niż tylko poznanie sławnej piosenkarki... 

Chciał nią zawładnąć - jej duszą i ciałem. Tak, 

niewątpliwie jej pożądał. To było przerażające i 

podniecające zarazem. 

Idę po twoje bagaże - rzekł nieoczekiwanie i 

szybkim kro

kiem opuścił kuchnię. 

Annie instynktownie po

dreptała za nim na korytarz. 

Przy drzwiach odwrócił się i nakazał: 

Poczekaj na górze. Zaniosę ci walizki. 

Boi się, że spróbuję uciec, pomyślała. Ciężko, 

nie

chętnie zaczęła wchodzić po schodach na górę, 

czując na sobie jego wzrok. Wyszedł z domu, dopiero 

background image

gdy zniknęła za drzwiami sypialni. 

Z góry słyszała kroki Marka na wyżwirowanej 

ścieżce. Na chwilę owładnęło nią przemożne 
pragnienie ucieczki, ale w oka

mgnieniu zapanowała 

nad nie

rozsądną myślą. Nie uciekłaby daleko. Wyszła 

z przeznaczonego dla niej pokoju i po cichu za

kradła 

się do drugiej sypialni na piętrze, jak sądziła - sypialni 

pana domu. Okiennice były zamknięte i pokój tonął w 

łmroku. Stojąc w drzwiach, rozejrzała się z 

zaciekawieniem po wn

ętrzu i... dech jej zaparło. 

Na przeciwległej ścianie ujrzała własną, ogromną 

twarz. Nie było to odbicie w lustrze ani złudzenie 

optyczne. Na wprost niej wisiał wielki, kolorowy 
pla

kat, który, jak sobie przypominała, wydrukowano 

jakiś rok temu w Anglii. 

Nie był to jej jedyny wizerunek w tym pokoju. Jeden 

obok 

drugiego wisiały na ścianach jej portrety: 

fotogra

fie wycięte z czasopism, okładki płyt, portrety 

olejne i akwarele oraz czarno-

białe zdjęcia z 

autografem, jakie wysyłała do jej wielbicieli  agencja 
reklamowa.    

Kompletnie  oszołomiona  nie  mogła  uwierzyć  

własnym  oczom. Słyszała o fanatycznych 
wielbicie

lach, którzy robili takie I rzeczy, dotąd jednak 

nie ze

tknęła się z nimi osobiście. Była przekonana, że 

taką obsesyjną miłość do swego idola mogą żywić 
je

dynie nastoletnie dzieciaki. Ale człowiek dorosły? 

Zrobiło jej się zimno na samą myśl. On musi być 
pomylony! 

Wielki Boże, muszę się stąd wydostać, pomyślała. 

background image

Za wszel

ką cenę! Ale jak to zrobić? 

Usłyszała, że Mark wchodzi po schodach i 

wzdry

gnęła się nerwowo. Nie miała już drogi odwrotu, 

mu

siała zostać tutaj. Serce trzepotało jej dziko, gdy po 

chwili skrzypienie podłogi na korytarzu oznajmiło, że 

zmierza do swojej sypialni. Musiał od razu zauważyć, 

że pokój przeznaczony dla gościa był pusty... 

Drgnęła, gdy stanął za nią. Poczuła znajomą już woń 

sosnowej 

wody toaletowej i powiew świeżego, 

chłodnego powietrza. 

Znalazłaś więc moją sypialnię - zauważył. - 

Zapalmy 

światło, zobaczysz wszystko dokładnie. - 

Do

tknął kontaktu i pokój zalało ostre światło 

elektryczne. - Mam wszystkie twoje nagrania - 

powiedział, robiąc wymowny ruch ręką. 

Na ścianie pod oknem stała supernowoczesna, 

kosztowna aparatura do odtwarzania muzyki, a obok na 

półkach mnóstwo płyt, taśm magnetofonowych i kaset 
wideo. 

- To wszystko moje? - 

zdziwiła się. - Nie nagrałam 

aż tyle! 

Zgromadziłem różne wersje językowe... - wyjaśnił 

rzeczowo. - 

Najbardziej podoba mi się wersja 

angiel

ska. Od razu widać, że to oryginał. A może 

posłuchamy twoich nagrań po francusku? 

Nie, proszę, nie! - zaprotestowała żywo. 

Nie podoba ci się własna praca? - Jego twarz miała 

dziwny, nieodgadniony wyraz. 

Przez chwilę zastanawiała się, czy przeczytał o tym 

w jakimś artykule o niej, które wycinał z gazet i 

background image

magazynów. 

Właśnie w tym rzecz, że to jest moja praca! - 

pod

kreśliła z naciskiem, - Cieszy mnie, gdy pracuję, 

al

e teraz nie chcę, by mi o tym przypominano. 

Jak ci się tutaj podoba? - spytał łagodnie. 

Wiedziała, że miał na myśli jej portrety zawieszone 

na ścianach, i choć wolałaby nie komentować tego, co 

zobaczyła, czuła, że na dłuższą metę nie uniknie 
odpowiedzi. 

Kto je malował? - spytała, z góry znając odpowiedź. 
Ja. 

Przyjrzała się bliżej jednemu z rysunków; był to 

szkic do większego, olejnego obrazu. 

- Masz talent - 

powiedziała z niechęcią. - Jesteś 

arty

stą? 

Skrzywił się lekko i popatrzył na Annie z ukosa. 

- Prz

ez rok studiowałem w Akademii Sztuk 

Pięknych, doszedłem jednak do wniosku, że nie jestem 
wystarcza

jąco dobry, żeby poświęcić życie sztuce. 

Porzu

ciłem studia, ale nadal lubię malować... 

Gdy Mark mówił, wzrok Annie przykuła nieduża, 

oprawiona w srebrną ramkę fotografia stojąca na 
noc

nej szafce obok łóżka. Podeszła bliżej, aby się 

przyj

rzeć. Przedstawiała trzy osoby stojące przed 

domem zbudowanym w alpejskim stylu, za którym 

widać było panoramę gór porośniętych lasem. Zdjęcie 

musiało być zrobione dawno temu, ponieważ 

rozpoznała na nim Marka, wówczas około 

dwudziestoletniego młodzieńca. Pozostałe dwie osoby 
- si

wowłosy mężczyzna i brunetka o ogorzałej, smagłej 

background image

twarzy - mo

gły być jego rodzicami. Ale gdzie zrobiono 

tę fotografię? 

background image

Piękne miejsce - odezwała się po chwili. - Gdzie to 

jest? W Szwajcarii? 

Nie, to we Francji - 

odparł cichym, stłumionym 

głosem. 

- Okolice Jury. 

Utkwiła w jego twarzy szeroko otwarte, 

przestraszone oczy. 

Jura? Ale... Och, jakie to niezwykłe. Mój ojciec 

tam się urodził... 

- Wiem - prze

rwał jej szybko. 

Czy był jakikolwiek szczegół z jej życia, o którym 

on nie wiedział?! Spojrzała znów na fotografię. 

Czy to twoi rodzice? Widać duże podobieństwo. 

- Tak. - 

Uśmiechnął się lekko. - Podobno bardzo 

przypomi

nam swego ojca w młodości. 

- Co por

abialiście w Jurze? Byliście na wakacjach? 

Cała trójka wyglądała na ludzi spędzających wiele 

czasu na świeżym powietrzu. Mimo że nigdy tam nie 

była, pamiętała, z jaką nostalgią ojciec wspominał 
ro

dzinny dom położony pośród porośniętych gęstym 

sosnowym l

asem wzgórz i zielonych kwitnących łąk... 

Urodziłem się tam - oznajmił spokojnie. 

Przez chwilę nic nie pojmowała, tak nagle oderwana 

od własnych myśli; wpatrywała się w niego z szeroko 

otwartymi ustami i oddychała nierówno. 

Urodziłeś się w Jurze? - wykrztusiła z 

niedowierzaniem. 

-

Co za zbieg okoliczności... - powiedziała wolno, z 

na

mysłem, zastanawiając się, jaki to ma związek z jej 

obecnym po

łożeniem. 

background image

To nie jest żaden zbieg okoliczności - rzekł z 

naciskiem. 

To potwierdzenie moich przekonań. 

- Prz

ekonań...? 

- O istnieniu przeznaczenia - 

odparł. - Nie wierzysz 

w przeznaczenie, Annie? 

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam - rzekła 

pospiesznie, 

trochę mijając się z prawdą. 

Oczywiście, że frapowało ją przeznaczenie, los, 

dziwne przy

padki, które niosło życie... Jej własne życie 

było przykładem niewytłumaczalnych zbiegów 
oko

liczności. Na przykład jej kariera. Czyż nie był to 

nie

zwykły przypadek? Żyła bez żadnych nadziei, bez 

pla

nów na przyszłość, gdy nieoczekiwanie Phil 

wkro

czył w jej życie i przejął jego ster. 

W życiu Phila też przypadek odegrał decydujące 

znaczenie. Zatrudnił Dianę do pomocy i przez drugie 

lata nie zwracał na nią żadnej uwagi. Aż wreszcie 

śnieżyca nieoczekiwanie zbliżyła ich do siebie - 
zbli

żyła tak bardzo, że wkrótce się pobrali! 

Ocz

ywiście, Annie wierzyła w los, w przeznaczenie, 

ale nie chciała się do tego przyznać przed mężczyzną, 

który sprawiał wrażenie szaleńca. Nie chciała 
utwier

dzać go w przekonaniu, że są dla siebie 

przeznaczeni... Czy

żby to właśnie miał na myśli? 

Nagle wpadła na nowy, szczęśliwy pomysł. 

Nigdy nie byłam w Jurze, wiesz? Więc jeśli 

uwa

żasz, że tam właśnie się poznaliśmy... 

Patrzył na nią tak intensywnie, że zamilkła w pół 

słowa. 

background image

Właśnie tam się poznaliśmy, Annie. 

Przecież ci mówię, że nigdy tam nie byłam! - 

po

wtórzyła z rosnącą irytacją. 
- Przypomnisz sobie - 

rzekł. 

Powtarzam ci, że nigdy się nie spotkaliśmy i nigdy 

nie byłam w Jurze, rozumiesz? 

background image

ROZDZIAŁ  CZWARTY 
 

Annie wypowiedziała ostatnie słowa z wyraźną 

złością i takim tonem, jakby przekonywała samą 

siebie. Bała się- okropnie się bała, że za chwilę 
uwierzy Mar

kowi. Był tak pewny swego, tak 

zde

cydowany, że w myślach jej powstał zamęt. Czy to 

mo

żliwe, by zapomniała o spotkaniu z tym 

mężczyzną? Możliwe, by wymazała z pamięci pobyt w 

Jurze? Czy mogłaby o czymś tak istotnym zapomnieć? 

Ale to mogło się zdarzyć... Biła się z myślami. Ludzie 

mają czasami dziury w pamięci, wypadają im dni, 

miesiące, a nawet całe lata życia... Na tym polega 

amnezja. A potem zdarza się, że wszystko sobie 

przypominają. Czyżby jej się to przytrafiło? 

Odkąd opuściła rodzinny dom, cały swój czas 

sp

ędzała z Philipem i Dianą. Nie mogła przypomnieć 

so

bie choćby krótkiego okresu, kiedy pozostawała 

ca

łkiem sama... 

Och, przestań, zgromiła się w duchu. Oczywiście, że 

nigdy nie spotkałaś tego faceta. Nigdy nie miałaś 

amnezji. To wszystko nonsens. Nie pozwól mu sobą 

zawładnąć! 

W tym właśnie tkwiło szaleństwo. Musi teraz 

wal

czyć, by zachować trzeźwość umysłu, racjonalny 

osąd spraw, by poddawać logicznej krytyce wszystko, 
co on jej powie. 

Odwr

óciła się na pięcie, by czym prędzej uciec i 

zamknąć się w swoim pokoju, nie spodziewała się 
jed

nak, że Mark postawi walizki przyniesione z 

background image

samocho

du w drzwiach sypialni. Biegła, nie patrząc 

przed sie

bie i w rezultacie potknęła się o nie i upadła. 

- Nic ci 

się nie stało? - Znalazł się przy niej, nim 

zdążyła wstać. Ukląkł, odgarnął pukiel czarnych 

włosów z jej twarzy i zatroskanym wzrokiem oglądał 
czo

ło. 

Czuła, że coś ścieka jej po policzku. W pierwszym 

odruchu pomyślała, że to łzy. Przesunęła ręką po 
twarzy 

i przestraszyła się, widząc krew na swoich 

palcach. 

Jak to się mogło stać? - dziwił się Mark, 

pomaga

jąc jej podnieść się z miejsca. 

- Nie wiem - 

odparła bezradnie. 

Obejrzał walizki i gwizdnął przeciągle. 

- Spójrz na to! - 

powiedział. Metalowy pasek 

stano

wiący obramowanie walizki oderwał się i sterczał 

groźnie niczym ząbkowany nóż. - Musiałaś o to 
roz

ciąć sobie głowę - skonstatował. 

Postaram się później naprawić. - Posadził Annie na 

brzegu 

łóżka i dodał łagodnym tonem: - Poczekaj tu, 

przynio

sę wodę i obmyję ci twarz. 

Kręciło jej się w głowie, była zbyt słaba, bezbronna, 

by go nie posłuchać. Zamknęła oczy, a potem 
ostro

żnie, krzywiąc się z bólu, dotknęła palcem 

pulsującego guza na czole. Wydawał się ogromny, 

wyrastał spomiędzy włosów jak twardy głaz. 

- Nie dotykaj! - 

powiedział Mark, wróciwszy 

właśnie z miską wody, gąbką i ręcznikiem. Ukląkł, 

zmył delikatnie krew z jej czoła i twarzy, a potem 

dokładnie obejrzał zranione miejsce. 

background image

Na szczęście nic poważnego - orzekł. - Ranka 

malutka, krwa

wienie już ustaje. Ale będziesz miała 

ogromnego siniaka. Nim 

się zagoi, trzeba będzie ukryć go pod włosami.    

Nadal czuła zawrót głowy... ale teraz z całkiem 

innego po

wodu. To bliskość Marka, który pochylał się 

nad nią, przemywając ranę, wprawiała jej zmysły w 

drżenie. 

Założyć ci opatrunek? - zapytał. 

Miała trudności z wydobyciem głosu, brakowało jej 

powie

trza, jednak za wszelką cenę starała się ukryć 

wrażenie, jakie wywierała na niej jego obecność. 

- Nie - 

wykrztusiła zduszonym głosem. - Lepiej 

niech się goi naturalnie. Jeśli założysz opatrunek, nie 

będzie dostępu powietrza. 

Masz rację - zgodził się bez wahania. 

Gdy delikatnie odgarniał jedwabisty pukiel z jej 

skroni, siedziała ze spuszczonymi oczami, walcząc o 
zachowanie równowagi. 

Nie masz jakichś innych ran, skoro już zabawiam 

się w doktora? - spytał żartobliwym tonem i roześmiał 

się, a ona lekko potrząsnęła głową i słodki kobiecy 

uśmiech rozjaśnił jej twarz. 

Dziękuję, ale to wszystko. 

No, to świetnie. 

Opuścił wzrok, wycierając dłonie; jego gęste, 

ciemne 

rzęsy rzucały cienie na opaloną skórę 

po

liczków. Teraz mogła bezpiecznie mu się 

przyglądać, pewna, że nie zostanie przyłapana na 
go

rącym uczynku. Cóż to był za dziwny mężczyzna! 

background image

Okazy

wał jej tyle troski i czułości, mimo że 

uprowadził ją siłą, przywiózł tu wbrew jej woli i 

przemawiał do niej jak szaleniec... A przecież teraz 

zachowywał się subtelnie, z takim taktem jak prawdzi-

wy dżentelmen. 

Spojrzał do góry tak nagle, że nie zdążyła  odwrócić 

wzroku. Głośno wciągnęła powietrze, ujrzawszy jego 
czarne, prze

pastne oczy, które błyszczały dziwnym 

blaskiem, 

świeciły się niczym oczy polującego w nocy 

kota. Nie mogła oderwać od nich wzroku. Czuła, że 

tonie w ich mrocznej głębi. 

- Annie - 

wyszeptał, przesuwając wierzchem dłoni 

po jej policzku. 

Poczuła elektryzujący dreszcz, ale była niezdolna do 

wyko

nania żadnego ruchu. 

Mark 

nieoczekiwanie pochylił się do przodu, a ona 

siedziała przykuta do miejsca, nie ruszając się, nie 
od

dychając, obserwując jego usta. Gdy nareszcie 

dotkn

ęły jej warg, jęknęła cicho, zamykając oczy. 

Poczuła falę rozkosznego ciepła, rozlewającą się po 

całym ciele - i zlękła się własnej niepohamowanej 
reakcji. Nie mo

że pozwolić, aby ją całował! Od 

samego początku wiedziała, że to się źle skończy... 

Pełna wyrzutów sumienia odsunęła się w nagłym 
przestrachu. 

Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że Mark również 

miał zamknięte oczy. Gdy chwilę później otworzył je, 

zauważyła, że jego czarne tęczówki przypominają 

ogromne, lśniące czarne kule, płonące niesamowitym 
blaskiem niczym dziury w przestrzeni kosmicznej. 

background image

Nagle wstał z klęczek i pociągnął ją do góry. 

Przestań! - krzyknęła, wstrząśnięta wyrazem jego 

twarzy. 

Nie powinien tak mocno tego przeżywać! 

Świadomość, że była obiektem dzikiego, szaleńczego 

pożądania napawała ją lękiem. Sprawiał wrażenie, 
jakby 

nie usłyszał jej słów, pochylił głowę i głodnymi 

wargami poszu

kał jej ust. 

Zaczęła się wyrywać, ale Mark tylko przycisnął ją 

mocniej do siebie i uwięził w kleszczowym uścisku 

potężnych ramion. Potem nagle rozluźnił uścisk i 
po

wiódł rękoma po jej ciele, od szyi do pasa, a każde 

de

likatne dotknięcie jego palców budziło w niej 

nieznane dotąd, rozkoszne dreszcze. Po raz pierwszy w 

życiu Annie doświadczyła tak silnych wzruszeń, po raz 
pier

wszy czuła tak pochłaniającą namiętność, że cała 

drżała jak w febrze, że było jej na przemian zimno i 

gorąco, a skóra na ciele - od czubka głowy, po palce u 
stóp - 

paliła ją żywym ogniem. Musiała uchwycić się 

jego koszuli, aby nie upaść. 

Nigdy nie była tak całowana... Właściwie to nawet 

nie przy

pominało pocałunku. Miała wrażenie, że jakaś 

wezbrana fala wciąga ją w zawrotny wir, a ten ją 
wsy

sa, wchłania bez reszty. 

Niezdolna do myślenia, niezdolna do stawiania 

opo

ru zamknęła oczy i trzymała się Marka jak jedynej 

deski ratunku. 

Czuła, że Mark rozpina guziki jej białej jedwabnej 

b

luzki; wyczuwała drżenie jego palców, gdy wsunął 

rękę i pokonując obrzeżenie koronkowego stanika, 

background image

do

tarł do gładkich, rozpalonych piersi... Odgięła 

bezwol

nie ciało do tyłu i wydała z siebie cichy jęk ni to 

rozkoszy, ni cierpienia. 

- Annie... Annie... - sz

eptał, cały drżąc. 

Nagle oderwał od niej usta i uniósł głowę. 

Z trudem, powoli otworzyła oczy i popatrzyła na 

niego, jakby wróciła właśnie z dalekich przestrzeni. 

Słowa, które padły z jego ust, podziałały na nią jak 
zimny prysznic. 

Czy spałaś już z kimś? - spytał niskim, ochrypłym 

głosem. 

Moje prywatne życie nie powinno cię interesować- 

odcięła się. - Nie życzę sobie takich pytań! 

Przeczytałem kiedyś artykuł - ciągnął, przyglądając 

jej się uważnie - w którym sugerowano, że twój 
mene

dżer jest twoim kochankiem. 

Dziennikarze często wymyślają takie historie - 

powiedzia

ła z rumieńcem na policzkach. 

I wszystko to były wymysły? - Jego ciemne 

błyszczące oczy penetrowały ją na wskroś. 

Nie mogła wytrzymać siły tego spojrzenia. 

Odwróci

ła głowę i instynktownie uniosła podbródek. 

Krew pul

sowała jej w skroniach, gdy przemówiła: 

Nigdy niczego nie było między mną a Philipem... 

Była to szczera prawda. Phil nigdy nawet się nie 

domyślał, że ona czuje do niego coś więcej niż zwykłą 

sympatię. Był on kompletnie ślepy, jeśli chodziło o 
mi

łość... Ileż czasu musiało minąć, nim zorientował się 

w swych uczuciach wobec Diany... Właściwie dopiero 

zrządzenie losu ich połączyło. Tak, Annie ze swej 

background image

stro

ny też była niezmiernie wdzięczna losowi. Jakie to 

bowiem szczęście, że nigdy żadnym słowem ani 
ge

stem nie zdradziła się przed Philipem. Przynajmniej 

zaoszczędziła sobie bolesnych wspomnień i 
upokorzenia... 

A co czułaś, gdy poślubił twoją współlokatorkę? - 

usłyszała natarczywe pytanie. 

Przecież byłam ich druhną! - Z jej piersi wyrwało 

się zniecierpliwione westchnienie, gdy uświadomiła 

sobie, że mimowolnie zaczęła się bronić. O, nie, nie 
wydo

stanie z niej żadnych zwierzeń, pomyślała z pasją 

i powiedziała: - Czyżbyś był dziennikarzem? 

Popatrzyła na niego czujnie w nagłym przebłysku 

świadomości, że być może uderzyła we właściwy 

punkt, ale Mark tylko roześmiał się w głos. 

- Nie, nie jestem dziennikarzem, Annie. 

Kimże więc jesteś? Przecież musisz się czymś 

zajmować. 

Robię interesy. - Wzruszył niedbale ramionami. - 

Ale teraz to nie jest istotne. 

Skoro ty ciągle zadajesz mi pytania, ja też mam do 

nich prawo! - 

rzuciła ostrym tonem. 

A ja mam prawo unikać odpowiedzi, tak samo jak 

ty - za

drwił, wybuchając śmiechem. - Opowiedz mi, 

proszę, o twoim Philipie... To znaczy o swoim 
mene

dżerze - poprawił się. -Zdaje się, że jest bardzo 

przy

stojny... Wiem, że zajmuje się twoją karierą, odkąd 

skończyłaś siedemnaście lat. Wiem również, że bywa 
bardzo zaborczy w stosunku do ciebie. Nie pozwala ci 
na przy

kład z nikim się spotykać... Odizolował cię od 

background image

świata, prawda? 

- To nieprawda! - 

warknęła ze złością. - To bzdury 

wymy

ślone przez dziennikarzy, których Philip trzymał 

ode mnie z da

leka. Nie mogli się do mnie dostać, więc 

zemścili się, tworząc te plotki! Oni już tacy są. Jeśli z 
nimi nie 

współpracujesz, obrzucają cię błotem. 

Philip jednak odmienił całe twoje życie, czyż nie? - 

naci

skał. - I z pewnością jesteś mu za wszystko 

wdzięczna... Być może nawet trochę zakochana, co? 

Może kiedyś tak było... - wyznała ze złością i 

pewnym zdziwie

niem. Jakim cudem udało mu się to z 

niej wydobyć? Przecież nie zamierzała mu nic 
powie

dzieć. Zagryzła wargi, a na jej policzki wypłynął 

rumieniec wstydu. 

A więc nie było to nic poważnego? - zapytał z 

na

ciskiem, jakby od jej odpowiedzi wiele zależało. 

- N

ic poważnego... - powtórzyła jak echo i dodała 

ostrzejszym tonem: - 

Powtarzam jednak, że to nie 

twoja sprawa! 

Mark odprężył się, jakby takiej odpowiedzi 

oczeki

wał. 

Czy kiedykolwiek był ktoś inny...? 

Do 

licha, widzę, że się nigdy nie poddajesz! - 

wybu

chła, naprawdę zirytowana. 

Masz rację - potwierdził. Twarz miał bladą i 

sku

pioną, głos przytłumiony i lekko drżący. - Annie, 

mu

szę wiedzieć, czy byłem twoim jedynym 

kochankiem... 

Na moment zabrakło jej tchu. 

Przecież nigdy nie byłeś moim kochankiem! - 

background image

za

wołała. 

Ależ byłem nim... i będę, Annie -powiedział z 

wielką pewnością siebie. 

- O czym ty mówisz? - 

Patrzyła nań jak na szaleńca. 

Nigdy z tobą nie spałam! 

Jesteś tego pewna? - Uniósł swe czarne brwi z 

sardonicznym wyrazem twarzy. 

Patrzyła na niego z przejęciem, ponieważ 

nieocze

kiwanie zaświtała jej myśl, że go rozpoznaje... 

Cóż za dziwne zaburzenie pamięci... wrażenie, że po 

raz wtóry przeżywa się to samo wydarzenie! Deja vu... 

Ależ tak! Widziała go już przedtem! Tę samą twarz 
wykrzywio

ną w sardonicznym uśmiechu... Słyszała ten 

sam głos... głęboki, wibrujący namiętnością. 

Nerwowo przełknęła ślinę, musiała za wszelką cenę 

uspokoić rozbiegane myśli, postarać się, by jej twarz 
nie od

zwierciedlała żadnych uczuć. 

Przestań mącić mi w głowie - odezwała się z 

pozornym spokojem. - 

Nie uda ci się niczego mi 

zasuge

rować. Od kiedy sięgam pamięcią, znam każdy 

dzień własnego życia... I znają moje życie także Phil i 

Diana. Gdybym cierpiała na amnezję, z pewnością by 
mi o tym napo

mknęli. 

Annie, posłuchaj... - zaczął, lecz ona przerwała mu 

gwałtownie: 

Nie, to ty posłuchaj! W nic mnie nie wrobisz! 

Wiem, że nigdy cię nie spotkałam i, rzecz jasna, nigdy 

nie byłeś moim kochankiem! - Niezdarnie zapinała 
gu

ziki białej bluzki, świadoma, że Mark ją bacznie 

obserwuje. 

background image

Byłem i będę - powtórzył z irytującym uporem. 

Powiedziałeś, że nie mam powodu się ciebie bać - 

usiłowała zmienić temat w przypływie desperacji. - Ale 

po tym, co przed chwilą wyprawiałeś, jakże mogę ci 

ufać? Te drzwi nie mają zamka. Jaką mogę mieć 
pew

ność, że nie pojawisz się tu w środku nocy i... 

Nie zrobię tego - odrzekł, zaciskając usta. - Ale 

skoro tak bardzo się boisz, możesz zabarykadować 
drzwi meblami. Zapew

niam cię jednak, Annie, że dziś 

w nocy będziesz w tym łóżku równie bezpieczna jak u 
siebie w domu. 

Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem i znów 

za

częła go prosić: 

Mark, słuchaj, jeśli to wszystko prawda, to zawieź 

mnie 

jeszcze dziś wieczór do Paryża. Proszę... Nie 

mo

gę tu zostać... Muszę wrócić. 

- Wrócisz jutro - 

zawyrokował. - Potrzebuję jeszcze 

trochę czasu. 

- Ale po co? Dlaczego mnie tu trzymasz? Dlaczego 

mnie wi

ęzisz? 

 - 

Już ci powiedziałem. Chcę z tobą porozmawiać, 

Annie... Przyjdzie czas, że zrozumiesz, ale teraz 
jesz

cze na to za wcześnie. Zrozumiesz, kiedy sobie 

przypomnisz... P

roszę o jeszcze kilka godzin. 

Ciężko, z westchnieniem, usiadła na brzegu łóżka. 

Jestem taka zmęczona... To mnie ogromnie 

wy

czerpuje, nie zauważasz tego? Wkrótce 

rozpoczynam długie, męczące tournee i powinnam 
teraz odpoczy

wać... 

Połóż się więc i trochę prześpij - zasugerował 

background image

delikatnie. 

 

Może chciałabyś się przebrać? - Popatrzył na stojące 

walizki. 

Rozpakować? 

- Nie! - 

powiedziała ze złością. - Zostaw je. Wyjmę 

tylko 

kilka rzeczy z nesesera. Jeśli nie zamierzasz 

za

wieźć mnie do 

Paryża, wyjdź stąd i przynajmniej zostaw mnie w 
spokoju. Jestem kompletnie wyczerpana, a nie 

odpocznę, gdy będziesz tu tkwił! 

Twarz mu nagle spoważniała, a oczy pociemniały. 

Przez chwilę patrzył na nią nieobecnym wzrokiem, 
po

tem odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. 
Annie nat

ychmiast podbiegła do drzwi i zastawiła je 

dwoma krzesłami oraz małym stolikiem. 

Wrócę za dwie godziny! - zawołał. 

Zrozumiała, że podsłuchiwał. Wiedział więc, że 

przesuwała meble i zabarykadowała drzwi. To dobrze, 
pomy

ślała wojowniczo, otwierając mniejszą walizkę i 

wyjmu

jąc niezbędne rzeczy. 

Długą jedwabną koszulę i pasujący do niej 

szlafro

czek rozłożyła na łóżku, a potem weszła do 

łazienki, by się umyć. Gdy czesząc włosy, przyglądała 

się swemu odbiciu w lustrze, zadziwił ją wyraz własnej 
twa

rzy. Miała rumieńce na policzkach, a oczy pałały 

jej gorączkowo. Wyglądała całkiem inaczej niż kilka 
go

dzin temu... Niesamowite, że tak szybko się 

zmieniła! Prawie nie poznawała samej siebie: oczy jej, 
lekko za

mglone, nabrały mrocznej, tajemniczej głębi, a 

background image

usta zdaw

ały się pełniejsze i bardziej czerwone. 

Patrzyła na siebie w niemym przerażeniu, 

przypo

minając sobie dotyk palców Marka, który 

rozbudził jej zmysły. 

Nadal czuła podniecenie. Pragnę go, przyznała z 

drżeniem. Po raz pierwszy w życiu tak silnie, tak 
chciwie 

pożądała mężczyzny. I on o tym wiedział. 

Dlacze

go przestał ją całować? Wcale nie chciała, żeby 

prze

stał - i o tym wiedział również. 

Cała sytuacja, w której tak nagle się znalazła, była 

zdumie

wająca... niemal nierzeczywista. Nieznajomy, 

zagadkowy mężczyzna zdawał się wszystko wiedzieć o 

jej życiu. Jak do tego doszedł? Niektóre fakty mógł 
wy

czytać w gazetach, ale skąd znał jej myśli? Musiała 

przyznać, że czytał w niej jak w otwartej książce i 

właśnie to było przerażające. 

Zirytowana własnymi myślami odwróciła się od 

lustra i po

spiesznie opuściła łazienkę. Musi 

natychmiast zapo

mnieć, pokonać szok wywołany 

wydarzeniami ostatnich godzin. Była we Francji 

zaledwie pół dnia, a zdawało się, że minęły już całe 

tygodnie. Dzień przypominał szaloną jazdę na karuzeli. 
Nie po

trafiła sobie nawet przypomnieć, kiedy po raz 

ostatni była tak bardzo zmęczona. 

Prędko zrzuciła buty, zdjęła jedwabną bluzkę i 

spodnie i po

łożyła się do łóżka tylko w koronkowych 

majteczkach i krótkiej cienkiej koszuli. W pokoju 
pa

nował półmrok, za oknem ptaki wyśpiewywały 

jakieś monotonne trele. Annie zrobiło się przyjemnie 

ciepło, gdy okryła się lekką kołdrą. Powoli ogarniała ją 

background image

nie

przezwyciężona senność. 

Jakiś czas później — we śnie - wędrowała skrajem 

lasu sos

nowego i kogoś szukała, jakby oczekiwała 

czy

jegoś nadejścia. Powietrze przesycał mocny zapach 

so

sen, paproci i jałowca. Promienie słońca przedzierały 

się ukosem przez gałązki wysokich drzew, a igły i 

szyszki trzaskały pod jej stopami, tu i ówdzie 
przefru

wał ptak, ale dalej, w głębi lasu, panowała 

niczym nie zmącona cisza i mrok. 

Powoli dotarła do niewielkiej polanki. Nagle za 

drzewami coś się poruszyło. Z napięciem spojrzała w 

bok, czując przyspieszone bicie własnego serca. 
Chwi

lę później wyłoniła się zza drzew wysoka ciemna 

po

stać. Widziała mężczyznę, ale dopiero gdy stanął na 

zalanej słońcem polanie, rozpoznała jego twarz. 

Z sercem oszalałym z radości zaczęła biec, 

wyci

ągnąwszy ramiona. Mężczyzna chwycił ją wpół, 

uniósł w górę i zaczął całować, jednocześnie obracając 

się z nią wkoło. 

Nagle obraz znikł, bez powodu, jak to często bywa 

we śnie... Nadal wędrowała po sosnowym lesie, ale 

tym razem była głucha noc. Wspinała się stromą 

ścieżką na wzgórze, dźwigając ciężką torbę ze sznurka. 

Gdy wdrapała się na wierzchołek wzgórza, 
pomasze

rowała dalej ścieżką prowadzącą w głąb lasu, 

aż dotarła do małej polanki, na której stała drewniana 
chata. 

Ujrzawszy chatę, doznała takiej samej 

niewysłowionej radości, jak przed chwilą na widok 

mężczyzny. Zaczęła biec, ale gdy z rozmachem 

background image

otworzyła drzwi, okazało się, że w środku nie było 

nikogo; panowała martwa cisza i pustka, tak jakby nikt 

tu nie zaglądał od lat. 

A potem, łkając, biegła przez gęsty las, wśród 

ciemnych za

rośli i złowrogiej ciszy. Przepełniał ją 

głęboki żal, miała dojmujące poczucie straty... 
krzy

czała czyjeś imię... Nie była pewna, kogo 

poszukuje, odczuwała jednak przemożny lęk. 

I nagle niebo rozwarło się nad nią z ogłuszającym 

hałasem i oślepiającym światłem. Słyszała terkot 
karabinów maszynowych i dzikie krzyki, strumienie 

światła przypominające błyskawice raziły ją w oczy. 
Niepo

jęty żal przeszywał jej serce... Miała wrażenie, że 

umiera z roz

paczy. Zaczęła dziko krzyczeć. 

Annie... Annie... Jakiś głos wypowiadał jej imię. 

Słyszała trzask drewna, łoskot... Wreszcie oślepiło ją 

światło i obudziła się. 

Wsparta na łokciu nieprzytomnym wzrokiem 

roz

glądała się po pokoju. W jaskrawym świetle 

elektrycz

nym zobaczyła Marka, który wdarł się do 

pokoju, przewrócił krzesła i stolik, i biegł ku niej... 

- Nic ci nie jest? - 

Pochylił się nad nią z pobladłą 

twarzą. - Annie, usłyszałem hałas. Czy śniły ci się 
ja

kieś koszmary? 

Miałam sen... - wyszeptała, zlana potem i drżąca. - 

Okropny sen... 

Mark zarzucił jej kołdrę na nagie ramiona i owinął 

wokół niej, jakby była małym dzieckiem. Potem usiadł 
obok na brze

gu łóżka, objął ją wpół i kołysał. 

To już minęło, kochanie... Jesteś bezpieczna. Nie 

background image

martw 

się. Jestem tu i nie pozwolę, aby ktokolwiek 

zrobił ci krzywdę. Umarłbym dla ciebie... 

Nie lubiła takich emocjonalnych, egzaltowanych 

obietnic. Z pewnością tak nie myślał. Zdrowy rozsądek 

nie pozwalał jej w to uwierzyć. 

W świecie, w którym przyszło jej żyć, ludzie tak nie 

kochali, nie obiecywali takich rzeczy... Nie spotkała się 

dotąd z silną namiętnością i takie uczucie ją po prostu 

przerażało, obawiała się jego konsekwencji. 

Annie, ciągle jeszcze drżąc ze strachu, przytuliła się 

do jego ciepłej, silnej piersi. Objął ją mocniej i 
popro

sił: 

- Opowiedz mi swój sen. 

Czuła nieodpartą potrzebę podzielenia się z kimś 

tym przeżyciem. Sen był w niej nadal tak żywy, tak 
rea

lny, że musiała go opowiedzieć. 

Byłam w sosnowym lesie - zaczęła, porządkując 

chaotyczne obrazy. - 

Być może gdzieś w okolicach 

Jury, po

nieważ właśnie o niej wspominałeś... - 

Ściągnęła brwi. - Chyba śniłeś mi się... ale nie 

zapamiętałam twojej twarzy. Wiem tylko, że był to 

mężczyzna... 

Nie powiedziała całej prawdy. Wiedziała, że to 

Mark występował w jej śnie. Była o tym przekonana. 

Choć nie widziała jego twarzy, gdy wpadła w jego 
rozpostarte ra

miona, rozpoznała go... po pocałunkach. 

Mark siedział zamyślony, uważnie słuchając jej słów 

i gładząc jej potargane, czarne włosy. 

- A potem... - 

podjęła, zamykając oczy - wszystko 

się po mieszało.. . Gdzieś biegłam, płakałam, 

background image

krzycza

łam, wokół rozlegał się terkot karabinów 

maszynowych, krzyki w ja

kimś obcym języku... Chyba 

był to niemiecki... Doprawdy nie mam pojęcia, 

dlaczego mi się to śniło. Skąd przyszły mi do głowy 
takie sceny? 

Mam wrażenie, że ostatnio widziałam jakiś film... 

Nic nie mówił, przesuwał tylko od czasu do czasu 

dłonią po jej włosach. 

Ktoś biegł między drzewami - ciągnęła. - Chyba 

próbował uciec... Myślę, że go zastrzelono, ale 

dokładnie nie widziałam. Byłam przerażona, zaczęłam 
krzy

czeć... 

I na tym właśnie urwał się twój sen? Wtedy się 

obu

dziłaś z krzykiem? - spytał. 

Skinęła głową i wytarła dłonią mokre policzki. 

Od

sunęła się delikatnie od Marka, żeby wyjąć z 

opako

wania papierową chusteczkę do nosa. Dopiero 

wów

czas uświadomiła sobie, jak skąpo była ubrana. 

Przej

rzysta jedwabna halka ledwie skrywała nagość. 

Za

uważyła, że Mark przyglądał jej się z 

zainteresowaniem i od

dychał nierówno. 

Pospiesznie okryła się kołdrą, spoglądając gniewnie. 

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek śnił mi się taki 

koszmar - 

powiedziała. - I nie sądzę, by przytrafiło mi 

się coś równie przerażającego. Ale trudno się dziwić... 
To wszystko przez 

ciebie. Przez ciebie znalazłam się 

na skraju rozstroju nerwo

wego i śnią mi się koszmary. 

Odwieź mnie wreszcie do Paryża! Już dziś tu nie usnę, 

będę się bała, że wróci ten straszny sen... 

Zapewne masz rację - rzekł cicho. 

background image

Popatrzyła na niego z wyrzutem. 

Jak możesz mówić o tym z takim spokojem! To 

było przerażające. .. Nie zniosę tego po raz drugi! Nie 

masz pojęcia, jakie to było straszne... 

- Mam - 

powiedział, a ona usiadła sztywno z 

szeroko otwartymi oczami. 

- Co chcesz przez to 

powiedzieć? 

Całymi latami miewałem takie sny, Annie. I nadal 

mnie na

wiedzają. 

Przez całe życie śnią ci się koszmary? - spytała 

wolno, usiłując go zrozumieć. 

- Takie same jak twój - 

odrzekł. 

- Jak mój...? - 

Czuła, że w głowie jej się mąci. - O 

czym ty mówisz? 

Mam na myśli sny o sosnowym lesie, o chacie... 

Zastygła ze zdumienia. Przecież nie wspomniała o 
chacie, 

gdy opowiadała swój sen! 

Czarne oczy Marka badawczo studiowały jej twarz. 

Mówił serio i patrzył na nią ze śmiertelną powagą. 

- Jakiej chacie? - 

szepnęła zdezorientowana. 

Nie śniła ci się chata wśród drzew? - zdziwił się 

szczerze. - 

Chata drwala, obok której leżał stos belek? 

Zamarła z wrażenia, przypomniała sobie bowiem 

stos drewna oparty o ścianę chaty. We śnie nie 
zwróci

ła na ten szczegół uwagi, biegła bowiem na 

spotkanie z uko

chanym mężczyzną... 

Śniła ci się chata, nieprawdaż? - nalegał Mark, 

ob

serwując uważnie najmniejsze drgnienie na jej 

twarzy. 

- Tak - 

westchnęła głęboko. - Ale skąd wiesz... Co tu 

background image

się dzieje? - Walczyła z chaosem myśli. - 
Przeprowa

dzasz na mnie jakiś eksperyment? Coś z 

tych nadprzy

rodzonych zjawisk? Chciałeś przekazać 

mi jakieś myśli przy pomocy telepatii? - usiłowała 

zgadywać. - Co ty ze mną wyrabiasz? 

Ależ nic - zapewnił ją, ale nie potrafiła mu 

uwie

rzyć. 

Skąd więc wiedziałeś, co mi się śniło? Może mnie 

zahi

pnotyzowałeś? Niektórzy ludzie potrafią 

zasuge

rować drugiej osobie pewne myśli, a nawet 

czynności do wykonania... 

Nie zahipnotyzowałem cię, Annie. 

W takim razie, skąd znasz mój sen? - nie 

ustępowała. 

- Powiedz

iałem ci już, że miewam takie same sny. 

- Nie rozumiem... - Ze zmarszczonymi brwiami 

pa

trzyła mu prosto w oczy. - Jak możesz mieć takie 

same sny? I skąd o tym wiesz, nawet jeśli to prawda? 

Źródło naszych snów musi być takie samo... 

Wiem, że sny rodzą się w podświadomości - 

podj

ęła. - Ale przecież moja podświadomość nie jest 

taka sama jak twoja! 

Śnimy o naszym życiu, Annie. O tym, co robiliśmy 

dzisiaj, wczoraj, rok temu... Posuwamy się w czasie do 

przodu i do tyłu, śnimy o teraźniejszości i o 

przeszłości; zdarzenia mieszają się w czasie, a nasze 

życie jest w pewnym sensie wypadkową tych zdarzeń. 

Ale te sny nie miały nic wspólnego z moim życiem 

- ode

zwała się ze zniecierpliwieniem. - Nie 

rozpozna

łam tamtego miejsca, prócz tego, że... - 

background image

Urwała, zagryzła wargę, a Mark popatrzył na nią z 

triumfalnym uśmiechem w oczach. 

Prócz tego, że były to właśnie okolice Jury, 

prawda? - pod

powiedział jej cicho. 

Wbiłeś mi to do głowy, pokazując fotografię - 

bro

niła się. - Nigdy tam nie byłam i nie wmawiaj mi, 

że kiedyś to sobie przypomnę! Owszem, mój ojciec 
po

chodził z tamtych stron, ale nigdy mnie tam nie 

zabrał. Często myślałam, żeby odwiedzić te okolice, 

ale jak dotąd nie starczało mi czasu. 

- Annie, nic nie rozumiesz... 

Powtarzam ci, nigdy tam nie byłam! - przerwała 

mu ze złością. - Nigdy w tym życiu! 

Zapanowała złowroga, dźwięcząca w uszach cisza. 

Annie szybko spojrzała na Marka i uderzył ją dziwny, 

zakłopotany wyraz jego twarzy. 

Nigdy w tym życiu - powtórzył wolno, 

zagadko

wym głosem. - Ale byłaś tam, Annie, i 

zaczynasz to sobie przypominać. Tego właśnie się 

spodziewałem. Wstąpiłaś na ścieżkę, którą ja już 

przeszedłem... Wszystko, o czym przed chwilą śniłaś, 
wy

darzyło się naprawdę. Droga przez las, chata, 

ciem

ność, a potem 

rozbłyskujące światła, przerażające głosy, ogień z 
broni maszy

nowej ... Od lat mam takie sny. Pamiętam 

najmniejszy szczegół. 

I pamiętam z ważnego powodu: właśnie w ten sposób 
zgi

nąłem... 

background image

ROZDZIAŁ  PIĄTY 
 

Annie zaniemówiła z wrażenia. Nie mogła uwierzyć 

własnym uszom. Ostatnie słowa, zdawałoby się 
bez

sensowne, odbijały się echem w jej mózgu. 

Wpatrywa

ła siew Marka tak szeroko otwartymi 

oczami, że zaczęły ją boleć. Oddychała głęboko, 

starając się nieco uspokoić. 

Jesteś szalony - powiedziała wreszcie. - Zupełnie 

zwario

wałeś! 

- Armie, pos

łuchaj... 

Słuchałam już wystarczająco długo - odparła z 

narasta

jącą irytacją. - Nie mam zamiaru wysłuchiwać 

tych głupstw. Jesteś chory... masz jakieś poważne 
problemy i potrzebujesz pomocy - 

orzekła. - Ale ja nie 

jestem 

lekarzem i nie mam ochoty, abyś bawił się 

swoimi fantazjami na mój koszt. 

Odepchnęła go na bok i nie zwracając uwagi na swe 

skąpe odzienie, wyskoczyła z łóżka. W głowie 
wirowa

ła jej jedna myśl: uciekać - uciec jak najdalej. 

Boso podbiegła do drzwi. Nim jednak dotknęła klamki, 

Mark chwycił ją za łokieć i energicznie odwrócił 
twa

rzą do siebie. 

To nie są żadne fantazje, Annie! 1 twój sen też nie 

był fantazją! 

Udało ci się wbić mi to do głowy! 

Och, dajże spokój. Nie można wbić komuś do 

głowy snu. 

Musiałeś... musiałeś mnie zahipnotyzować! 

- Nic podobnego. - 

Miał niezwykle poważny wyraz 

background image

twarzy, 

oczy mu błyszczały. - Każdy sen ma swego 

właściciela. Zastanów się, dlaczego miałaś taki sen? 

Spytaj o to samą siebie. 

- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi! - 

odpowie

działa ze złością, usiłując się wyrwać z 

mocnego uścisku jego dłoni. 

To było wspomnienie, Annie. Wspomnienie 

cze

goś, co naprawdę ci się przytrafiło. 

Był niebywale przekonywający. Obawiała się, że 

zacznie mu wierzyć. W panice rozejrzała się za czymś 

ciężkim, czym mogłaby go uderzyć... Wzrok jej padł 

na dwie walizki stojące nadal przy drzwiach. W 

mgnieniu oka schyliła się, chwyciła walizkę za rączkę i 

z całej siły cisnęła ją prosto na Marka. Uderzyła go w 

żołądek. Jęknął z bólu, zachwiał się i runął na dywan. 

Annie, nie odwracając się, wypadła na korytarz, a 

potem zbie

gła ze schodów, przeskakując co drugi 

sto

pień. Na krześle przy drzwiach spostrzegła swoją 

czerwono-

czarną kurtkę. Chwyciła ją w locie, nawet 

sienie zatrzymując i otworzyła frontowe drzwi. 

Na dworze było już całkiem ciemno, wiał wiatr i 

pa

dał drobny deszcz. Zarzuciła kurtkę na ramiona i 

po

biegła pędem w stronę lasu. Księżyc przesłaniały 

chmury, na niebie nie było gwiazd, ale dzięki światłu 

płynącemu z okien domu zauważyła w ogrodzie 

ścieżkę wiodącą do drewnianej furtki, którą widziała 

wcześniej z okna swego pokoju. Za furtką był już las. 
Tam znajdzie bezpieczne schronienie... A potem 

rozejrzy się po okolicy. Wszystkie zakątki Francji są 

zamieszkane, pocieszała się w duchu. W pobliżu musi 

background image

być jakaś ludzka osada... 

Gdy 

dotarła do furtki i otwierała metalowy skobel, 

usłyszała za sobą odgłosy pościgu. Wystraszona 
rzuci

ła się do przodu z jeszcze większą determinacją. 

Serce biło jej jak oszalałe, oddychała z najwyższym 
trudem. 

Musi uciec. Musi. Nie może dać się złapać... 

Słyszała jednak, że Mark jest coraz bliżej i bliżej. Miał 

dłuższe nogi i więcej sił. 

Biegła teraz pod górę, ciało oblewał jej pot. Nic nie 

widziała w ciemnościach, obijała się raz po raz o 
drze

wa, gałęzie wyrywały jej włosy. 

Potknęła się i upadła, tłumiąc jęk. Boże, jak boli! 

Nie mogła już biec. Nie mogła zrobić nawet kroku. 

Utykając, zeszła ze ścieżki, i cała drżąc, oparła się o 

najbliższe drzewo. Dyszała tak ciężko i głośno, że nie 

słyszała nic poza własnym oddechem. Dopiero po 

chwili dobiegł ją trzask łamanych gałęzi, trzeszczenie 

igliwia pod czyimiś stopami. Odgłosy te stawały się 
coraz wy

raźniejsze. Mark nadbiegał wąską ścieżką 

wi

jącą się pomiędzy drzewami. 

Czekała, aż ją minie, ale on zwolnił nieoczekiwanie 

i wresz

cie zatrzymał się tuż obok niej. Wyczuwała, że 

nasłuchuje. Słyszała jego ciężki i nierówny oddech. 

Sama próbowała nie oddychać. Przytuliła twarz do 

chropo

watego pnia i trzęsła się gwałtownie. 

- Annie! - 

zawołał. - Annie, nie możesz tu zostać. 

Przeziębisz się! - Nastąpiła długa pauza, potem zawołał 
znów: - 

Annie, nie wygłupiaj się. To niebezpieczna 

zabawa. W lesie, w ciemno

ści, łatwo możesz się 

background image

zra

nić. Niedaleko jest stary kamieniołom. Jeśli tam 

wpad

niesz, zabijesz się. - Znów zapadła cisza, znów 

nasłuchiwał. Po chwili odezwał się ze złością: - Do 

licha, znajdę cię, nawet jeśli zajmie mi to całą noc! 

Odczekał jeszcze chwilę, a potem dobiegł ją głośny 

trzask, tak jakby gwałtownie się poruszył. Czyżby 
za

wrócił? Odniosła wrażenie, że się od niej oddala. 

Zaryzykowała i wychyliła się zza drzewa. Było tak 

ciemno, że nie widziała nic choć oko wykol. I nagle 

całkiem nieoczekiwanie ciemność rozdarł snop 

żółtawego światła. 

Zaskoczona krzyknęła. Zdawało jej się, że śni na 

jawie. Spa

raliżował ją strach, nasłuchiwała krzyków, 

czekała na ogień karabinów maszynowych. Nim 
po

myślała o ponownym ukryciu się za drzewem, snop 

światła przygwoździł ją do podłoża jak oślepioną ćmę. 

Mark biegł w jej kierunku, światło zataczało w 

ciemności dziwne koła. Przestała krzyczeć i rzuciła się 

na oślep przed siebie. Najważniejsza była ucieczka. 

Musiała uciekać... 

Nagle czyjeś ramiona zatrzymały ją w miejscu. 

Głośny, nierówny oddech Marka mieszał się z jej 
chrapliwym dysze

niem. Gdy odwróciła głowę, 

niespodziewa

nie gałąź uderzyła ją w twarz. Zachwiała 

się na nogach i zawyła z bólu. Mark rzucił się ku niej i 
w nieprzenik

nionej ciemności ich ciała boleśnie się 

zde

rzyły. Annie upadła i przez dłuższą chwilę leżała na 

wilgotnej zie

mi, nie mogąc się poruszyć, czując ciężar 

cia

ła mężczyzny na swoich plecach. Oddychał szybko, 

z wy

siłkiem. 

background image

Dopiero po jakimś czasie poruszył się, chwycił ją za 

ramiona i odwrócił do siebie twarzą. Annie była zbyt 

wyczerpana, by stawiać jakikolwiek opór. 

Leżał teraz na niej i oświetlał jej twarz latarką. 

Za

mrugała oszołomiona, nic nie widząc w jaskrawym 

świetle. 

Oślepiasz mnie! - zaprotestowała nieśmiało. 

Chcę przyjrzeć się twojej twarzy. 

No więc, przyjrzałeś się - wymamrotała z 

niech

ęcią. - A teraz zgaś latarkę. 

Nie zgasił, tylko przesunął snop światła nieco w 

bok. 

Jesteś okropnie brudna - powiedział. - Wyglądasz 

jak wie

dźma z filmu grozy. Cała w liściach, 

pajęczynach, z gałęźmi we włosach... - Delikatnie 

pogładził ją po policzku, a potem wyjął z włosów 
ga

łązkę. 

Dotyk jego palców zaczął od nowa rozbudzać jej 

zmysły. I nagle przeszył ją szalony dreszcz, ponieważ 

uświadomiła sobie z mdlącym uczuciem w żołądku, że 

zaznała już takiej pieszczoty, że łączyły ją z tym 

mężczyzną intymne więzy w przeszłości... 

Czyżby wpadła w pułapkę, którą na nią zastawił? 

Czyżby udało mu się zaczarować również jej zmysły? 

Zawsze uważała się za osobę odporną na wszelkie 
sugestie, re

alistkę mocno stojącą na ziemi. 

Cóż, widać człowiek stale odkrywa w sobie coś 

no

wego, pomyślała ponuro. 

Gdy przesunął opuszkami palców po jej ustach, ku 

własnej wściekłości i rozpaczy poczuła, że drży. Oczy 

background image

Marka były tak blisko, że zdawały się zasłaniać cały 

świat... 

Nagle latarka zgasła, ogarnęła ich miękka, życzliwa 

im cie

mność. 

Skończyła się bateria? - spytała słabym głosem. 

Zgasiłem latarkę, żeby ją oszczędzić - powiedział i 

przy

lgnął mocniej do Annie. 

- Zimno mi, lepiej wracajmy do domu... 

Pamiętasz, jak lubiłaś leżeć w ciemności w lesie ze 

mną... ? 

Przestań! .- Od razu, w jednej chwili wróciła jej 

przyto

mność umysłu. - Powiedziałam ci już, że nie 

wierzę w ani jedno twoje słowo! Tracisz czas. 

Wtedy było lato... - ciągnął, jakby jej nie usłyszał. - 

Długie, ciepłe letnie noce... 

- Ale teraz jest zimno... - 

Usiłowała przeniknąć 

ciemność i dojrzeć jego twarz na tle zachmurzonego 

nieba, lecz w gęstym mroku błyskały tylko jego oczy, a 

poza nimi była noc - rześka, wiosenna noc i ciemne 

chmury pędzące po bezkresnym niebie. 

Gdy tak wpatrywała się w błyszczące w ciemności 

oczy Mar

ka, znów w mrocznej głębi jej umysłu 

poja

wił się przebłysk niezwykłej szalonej wizji. To już 

się kiedyś zdarzyło... Zdarzyło się na pewno! 

Tak jak teraz leżeli w lesie, na wilgotnej, parującej 

ziemi, a wokół była ciepła letnia noc przesycona wonią 
mchu i dzikiego kwiecia... 

Usiłowała przypomnieć sobie szczegóły, ale tu 

pa

mięć zawodziła. A może nigdy to się nie zdarzyło? 

Och, czyżby traciła rozum? Czyżby na dobre 

background image

ubezwłasnowolnił jej- myśli? Może poddała się, uległa 

dziwnej sugestii, gdy tak przekonująco opowiadał o 

kochaniu się z nią w długie, ciepłe, letnie noce? Cóż by 

dała, żeby to wiedzieć! 

Pogrążona w chaosie sprzecznych myśli, zanim się 

spostrzeg

ła, Mark przytulił się do niej całym ciałem, 

przycisnął ją do podłoża i zatopił wargi w jej ustach z 

taką chciwością, że w jednej chwili tworzone w 
my

ślach obrazy rozpłynęły się w nicość. Nieświadoma, 

co czyni, 

oplotła go pożądliwie ramionami i drżała z 

roz

koszy, czując ciepło jego dłoni pod swoją kurtką, a 

po

tem pod cienką, koronkową koszulą... Serce trze-

potało jej dziko, chciała naraz płakać, śmiać się i 

krzyczeć -tak wielkie czuła wewnętrzne napięcie. Co 

się z nią działo? Na to nie liczyła wcale, na tę 

zdradziecką falę uczucia, która kazała gładzić go po 

głowie, przesypywać włosy między palcami i tęsknić 

za chwilą, gdy jego usta znów spoczną na jej wargach. 

Dłoń Marka wolno wędrowała w dół, wzdłuż jej 

bioder 

i ud, pieszcząc jej rozpaloną i drżącą skórę.        

- Nie, nie rób tego! - zaprot

estowała dziko, trzęsąc 

się jak w febrze. 

Mark uniósł z wysiłkiem głowę; oddychał ciężko, 

jak po długim biegu. 

- Annie... - 

Głos jego głęboki był jak ocean i 

docho

dził jakby z oddali. 

Nie, nie mogę... Nie chcę... -Każdy dźwięk, każdą 

głoskę 

siłą wyrywała z krtani. Gardło miała wyschnięte na 

wiór, nie była w stanie przełykać. 

background image

Nagle księżyc wyszedł zza chmur, blade światło 

przenikło między drzewami i w tej poświacie ujrzeć 
mogli swe twarze. 

Mark był mocno zarumieniony, zdyszany, oczy miał 

szeroko otwarte i dziwnie płonące, ale w wyrazie 
zaci

śniętych ust znać było frustrację. 

Odsuń się ode mnie! - wykrztusiła Annie, blada i 

drżąca. Jakże niewiele brakowało, by oddała się temu 
obcemu, niepoko

jącemu mężczyźnie! Patrzyła teraz na 

nie

go z trwogą w oczach. Co będzie, jeśli jej nie 

usłucha? Co będzie... 

Ale on westchnął tylko głęboko i szybko wstał. A 

potem rów

nież jej pomógł stanąć na nogi. Miała 

wra

żenie, że nie zrobi kroku, zatoczyła się jak pijana i 

ciężko wsparła o pobliskie drzewo. 

Mark włączył latarkę, ale gdy dostrzegł w oczach 

Annie nie

my protest, ponownie ją zgasił. 

Dlaczego zaczęłaś krzyczeć, gdy zobaczyłaś snop 

światła?- przypomniał sobie reakcję Annie sprzed 
kilkunastu minut. 

- Bo mnie przestraszy

łeś. 

Na litość boską, Annie! Powiedz mi wreszcie 

prawdę! 

Skoro jesteś pewien, że ją znasz, to czemu mnie 

pytasz? - 

odcięła się. 

-  

Chcę, żebyś sama mi powiedziała. Żebyś sama 

przyznała mi rację. Dlaczego krzyczałaś, Annie? 

Przerwałeś mój sen... - wyznała, sama się dziwiąc 

swej nagłej szczerości. Nie mogła odmówić mu 
odpo

wiedzi. Była zbyt oszołomiona, zbulwersowana 

background image

wszystkim, co wydarzyło się odkąd porwał ją z 
lotni

ska, by stawiać mu opór. Było jej teraz wszystko 

jedno. 

Czuła się słaba i bezbronna jak dziecko. - Gdy 

zaświeciłeś latarkę - wymamrotała - śniło mi się 

właśnie... Och, wszystko wyglądało jak we śnie... 
drzewa, ciem

ność... a ja biegłam, biegłam jak 

obłąkana, bo ktoś mnie ścigał... Gdy zapaliłeś latarkę, 
nagle 

straciłam nad sobą kontrolę. Nie zdawałam sobie 

sprawy, czy nadal śnię, czy też wszystko dzieje się na 

jawie. Byłam zdezorientowana i wpadłam w panikę. 

Wróćmy lepiej do domu - rzekł łagodnie i objął ją 

w pasie. - 

Boję się, byś nie dostała zapalenia płuc. 

Nie protestowała; była zresztą zbyt słaba, by go 

odepchnąć. Wsparta o jego bark pozwoliła 
poprowa

dzić się ścieżką między drzewami do ogrodu. 

Dobrze się czujesz? — spytał z troską, gdy 

potkn

ęła się o wystający korzeń. 

Oczywiście - powiedziała z drwiną w głosie - czuję 

się znakomicie. Spędziłam przecież uroczy, spokojny 

dzień i pobiegałam sobie nawet po lesie. Dlaczego 

miałabym się źle czuć? 

Nie powinnaś uciekać, Annie - rzekł poważnie. - 

Obieca

łem przecież, że odwiozę cię jutro do Paryża, i 

tak zrob

ię. Uwierz mi, proszę. 

Musiała przyznać, że miał niezwykły dar 

przekonywania. 

Uciekłam, ponieważ... - zająknęła się - ponieważ 

wszy

stko, co mówiłeś było tak... 

- Niesamowite? - 

uzupełnił. - Wiem. To jest szalone, 

ale... 

background image

Właśnie! - przerwała mu gwałtownie. - Nie lubię 

spraw, które wymykają się spod kontroli rozumu. 
Prze

rażają mnie. Przestań więc opowiadać takie 

niesamowite rzeczy! 

 

- Porozmawiamy w domu, zgoda? - 

starał się ją 

uspokoić. 

Zbliżali się już do ogrodowej furtki. Światła domu z 

tej perspekt

ywy wyglądały bardzo gościnnie i 

zachęcająco. Popatrzyła na nie z wdzięcznością i 

ogarnął ją względny spokój. Miała wrażenie, że wraca 

do domu. Do prawdziwego domu. Cóż za niedorzeczne 

uczucie, zważywszy że zaledwie godzinę temu była 

opętana myślą o ucieczce, a ten sam dom wydawał jej 

się więzieniem. Doznawała więc jakiejś gwałtownej, 
zastana

wiającej przemiany. I to był jeszcze jeden 

zdumiewaj

ący aspekt sytuacji, w jakiej się znalazła. 

Gdy weszli do wnętrza, Mark od razu bez pytania 

zaprowa

dził ją na górę do sypialni. 

Weź gorącą kąpiel - zachęcił. - Zrobię tymczasem 

kola

cję.  Masz ochotę na omlet? Potrafię przyrządzić 

znakomity omlet 

z ziołami. Za domem znajduje się 

mały warzywnik... Szczypiorek, estragon, pietruszka, 
trybula.

.. Pamiętasz, jak przyrządzałaś mi omlet 

auxfines herbes? 

Posłała mu z ukosa nieprzeniknione spojrzenie. 

Mia

ła ochotę zaprzeczyć, powiedzieć, że nigdy nie 

ro

biła omletu z ziołami, ale właściwie cóż to miało 

teraz za znaczenie? Doszła do kresu sił... do kresu 

wytrzymałości. Wszystkie jej głośne i nieme protesty 

obijały się jak groch o ścianę. 

background image

Niech sobie opowiada, co chce, pomyślała z 

rezy

gnacją. Wyjęła z walizki bieliznę, dżinsy oraz 

sweter, i weszła do łazienki. Zadowolona, że wreszcie 

może być sama, odkręciła kurki z gorącą wodą i 

czekając aż wanna napełni się, zdjęła ubranie. 

Po chwili zęby szczękały jej z zimna; sprawdziła 

temperaturę wody i szybko się w niej zanurzyła. Przez 

chwilę leżała nieruchomo, rozkoszując się ciepłem 
otu

lającym jej ciało. 

Usiłowała nie myśleć o niczym, ale to było nazbyt 

trud

ne! Mózg pracował wbrew jej woli. Nieustannie 

przesuwały się przed jej oczami obrazy tego, co 
wyda

rzyło się w lesie między nią i Markiem i znów 

zaczęło narastać w niej pożądanie. 

O Boże, co się ze mną dzieje? - pytała głośno samą 

siebie. 

Zrobiło jej się nagle bardzo gorąco. Zaczęła nerwowo 

liczyć kafelki na ścianie, byle tylko odepchnąć zdrożne 

myśli. Nadal nie mogła uwierzyć we własne reakcje. 

Czyżby zaczynała tracić rozum? Czyżby szaleństwo 

Marka było zaraźliwe? Jeszcze wczoraj w ogóle go nie 

znała, a dziś... pożądała go sercem i ciałem...  

Całe lata żyła w przeświadczeniu, że kocha Philipa. 

Dwa ty

godnie temu cierpiała z powodu jego ślubu z 

Dianą; sądziła, że złamał jej serce. A teraz to nagle 

przestało boleć. Okazało się, że wcale nie kochała 
Phi

lipa! Uczucie, które brała za miłość, było niczym 

wi

ęcej niż dziecinnym zadurzeniem. Nie była w nikim 

za

kochana, a więc sama stworzyła sobie obiekt 

miłości! Tak wiele zawdzięczała Philipowi, z łatwością 

background image

więc uwierzyła, że wdzięczność i sympatia, jakie do 

niego żywiła, oznaczają miłość. 

Czy to możliwe, żeby szalone zadurzenie, które 

bra

ła za miłość, a które nadawało sens jej życiu przez 

tyle lat, minęło w jednej chwili jak sen, jak poranne 

opary? Była zmęczona, śmiertelnie zmęczona i myśli 
jej za

czynały mozolnie kręcić się w kółko... Po chwili 

aż usiadła w wannie ze zdumienia. Nie kochała Philipa, 

zgoda, ale przecież nie mogła kochać Marka! Znała go 
dopiero kil

ka godzin. W dodatku sprawiał wrażenie 

niezrów

noważonego psychicznie... Och, nie rozumiała 

swoich uczuć, ale była to niewątpliwie niebezpieczna, 
wybuchowa mieszanka - emocjonalny dynamit, który 

powoli wyślizgiwał jej się z rąk i w każdej sekundzie 

groził wysadzeniem jej świata w powietrze. Jeśli więc 
zrobi fa

łszywy krok... 

- Daj

ę ci pięć minut, Annie! - zawołał Mark zza 

drzwi łazienki. - Wszystko w porządku? 

- Tak - 

odpowiedziała ochryple. - Zaraz wychodzę. 

Omlety nie mogą czekać! Pospiesz się! - Głos jego 

brzmiał łagodnie i spokojnie. 

Spojrzała na swe odbicie w lustrze wiszącym nad 

wanną i skrzywiła się z dezaprobatą. Wyglądała jak 

górnik po wyjściu z kopalni! Pospiesznie umyła twarz, 

zanurzyła głowę, żeby wypłukać z włosów resztki 
le

śnego runa, po czym wyszła wreszcie z wanny, na 

ko

niec wyżymając wodę z włosów. 

Szybko wytarła się, ubrała i przyjemnie ożywiona 

zeszła na dół. 

W samą porę! - ucieszył się Mark, prześlizgując się 

background image

wzrokiem po Annie. 

Oczekiwała jakiegoś komentarza na temat swego 

wyglądu. Związała mokre jeszcze włosy kawałkiem 

wstążki i włożyła do wąskich dżinsów szmaragdowy 

sweter, który opinał jej ciało niczym druga skóra. 

Gdy Mark nic nie powiedział, poczuła lekki zawód. 

Proszę, jedz. - Postawił przed nią na stole złocisty 

omlet na podgrzanym talerzu. - 

Zrobię teraz dla siebie - 

dodał, odwracając się do kuchni. 

Wygląda wspaniale - pochwaliła, przysuwając się 

na krze

śle do stołu. - Czyżbyś był kucharzem? 

- Nie, po prostu jestem Francuzem - 

odparł z uśmie-

chem. Wlał rozbite jajka na patelnię, a potem robiąc 

magiczne ruchy widelcem, posypywał rosnące ciasto 
dro

bno posiekaną zieleniną..      

Annie z prawdziwą przyjemnością zaczęła jeść. Na 

stole spo

strzegła również miskę z sałatą, pokrojoną 

bagietkę i owoce. Nałożyła więc sobie na talerz 
rów

nież sałatę i wzięła kawałek bułki. 

Wieczorem kuchnia wyglądała bardziej przytulnie. 

Mark zga

sił górne światło i zapalił świece, 

wprowadza

jąc intymny, romantyczny nastrój. 

Gdy była już w połowie omletu, Mark przysiadł się 

do stołu. 

Zapomniałaś o winie? - Podniósł butelkę białego 

wina i napełnił dwa kieliszki. 

- Czy to mat

ka nauczyła cię gotować? - podjęła 

roz

mowę Annie. 

background image

Owszem, lubiłem pomagać jej w kuchni. Ale 

oj

ciec też czasami pichcił. 

Spędziłeś dzieciństwo w Jurze? - spytała z 

zaciekawieniem. - 

Mieszkałeś na wsi? 

Tak. To była bardzo mała wioska. Kilka domów 

zal

edwie i bardzo stary kościół. - Jadł, lecz Annie 

czu

ła, że obserwuje ją ukradkiem. - W St Jeandes-Pins. 

Choć właściwie spodziewała się tego, poczuła nagły 

skurcz w żołądku. Chwyciła gwałtowny oddech i 

odłożyła widelec. 

Tam urodził się mój ojciec - powiedziała 

nienatu

ralnie wolno i wyraźnie. 

Tak, wiem. Znałem go. 

Oczy zrobiły jej się okrągłe jak spodki. 

Znałeś mojego ojca?! Gdzie... gdzie go poznałeś? 

Jestem 

pewna, że od czasu, gdy opuścił Jurę, nigdy 

więcej tam nie powrócił. 

Znałem go, gdy był jeszcze małym chłopcem. 

Wybuchnęła nerwowym śmiechem. 

Chcesz powiedzieć, gdy ty byłeś małym chłopcem 

- spro

stowała. 

Uniósł głowę i z miną wielce poważną popatrzył 

Annie prosto w oczy. 

Nie. To on miał siedem lat, gdy go poznałem. 

Poczuła w uszach dziwny szum, poprzez który 

słyszała niewyraźne, szybkie walenie własnego serca. 

O czym ty mówisz? Przecież to niemożliwe. Moj 

ojciec uro

dził się w... 

- W 1936 roku. 

Z łatwością mógł się dowiedzieć daty urodzenia jej 

background image

ojca. Nie powinna wpadać w panikę. 

Tak, dokładnie - powiedziała, ukrywając 

zniecierpliwinie. - 

A jego matka zabrała go do Anglii 

w 1945. Nigdy potem nie odwiedził rodzinnych stron, 
nie mo

głeś więc go tam spotkać - sprostowała. - 

Urodziłeś się dopiero, gdy on miał... - Szybko 

przeliczyła w pamięci i wyrzuciła z siebie gwałtownie: 

Mniej więcej dwadzieścia cztery lata... Musiał mieć 

przynajm

niej tyle, gdy się urodziłeś. 

Skończ omlet - zmienił niespodzianie temat, 

zamy

kając dyskusję. 

Annie całkiem już straciła apetyt, ale posłusznie 

do

kończyła swoją porcję, popijając winem. Zauważyła, 

że wysączyła już cały kieliszek i Mark napełnił go na 
nowo. 

Czy ojciec opowiadał ci o swojej matce? - spytał. 
Czasami - 

przyznała ostrożnie. - Miałam zaledwie 

jedena

ście lat, gdy umarł. Moje wspomnienia o ojcu są 

trochę zamglone... Babka natomiast zmarła jeszcze 

przed moim urodzeniem. Po wojnie przyjechała do 

Anglii. Nigdy nie dowiedziałam się dlaczego. Chyba w 

czasie wojny działała we francuskim ruchu oporu... W 

każdym razie po przyjeździe do Anglii pracowała jako 

tłumaczka. Ojciec niezbyt chętnie wspominał wojenne 
cza

sy. Tylko czasami coś mu się wymknęło... 

Mark roześmiał się szeroko; w śniadej twarzy 

błysnęły białe zęby. 

Och, cały Pierre! Zawsze był upartym, skrytym 

chłopcem. 

Odziedziczył te cechy po swoim ojcu. Wiesz, że twój 

background image

dziadek, 

Jacques Dumont, zginął w 1940, w 

pierwszych dniach niemieckiej inwazji? 

Wiem, że babka owdowiała na początku wojny. 

Annie nie mogła pytać matki o rodzinę ojca. Matka nie 

lubiła rozmów o zmarłym mężu, a gdy wyszła 
powtór

nie za mąż, nie ośmieliła się nawet wspominać 

o swym pierwszym związku. Annie szybko nauczyła 

się, że temat ten doprowadzał ojczyma do ataków furii, 
a po

nieważ bała się go bardzo, nie podejmowała 

ryzyka. 

- Twój dzi

adek zaciągnął się do wojska, gdy tylko 

wybu

chła wojna - powiedział Mark, bacznie 

obserwu

jąc napięcie na twarzy Annie. - Kilka tygodni 

później zginął, pozostawiając żonę wraz z czteroletnim 
wówczas synkiem, Pierre'em, twoim ojcem... 

Annie nigdy nie słyszała tej rodzinnej historii. 

Sie

działa teraz cała zamieniona w słuch, ani przez 

chwilę nie wątpiąc, że to, co opowiadał Mark, było 

prawdą. Szczegóły te pasowały do jej wiadomości o 
dzieci

ństwie ojca. 

Mark upił łyk wina i przez dłuższą chwilę w 

zamy

śleniu wpatrywał się w drgający płomień. W 

ciepłym blasku świecy jego czarne oczy wydawały się 

jeszcze bardziej przepastne i lśniące. 

Twoja babka prowadziła w wiosce sklep - podjął 

po na

myśle. - Nie była podobna do innych kobiet z 

tych stron. Miała angielską babkę i doskonale mówiła 

po angielsku. Nim poślubiła twego dziadka, kształciła 

się, zrobiła nawet dyplom z tego języka na 
uniwersyte

cie. Jej małżeństwo zostało zaaranżowane, 

background image

gdy 

miała zaledwie osiemnaście lat. Rodzice tego sobie 

życzyli. Bardzo lubili Jacquesa Dumonta, przyjaźnili 

się z jego rodzicami... 

Właściwie byli nawet ze sobą spokrewnieni. Bardzo 
dalekie po

krewieństwo.. . Anna znała Jacquesa przez 

całe swe życie, niemal razem się wychowywali. Ona 

także bardzo go lubiła... 

Słysząc własne imię, Annie drgnęła niespokojnie. 

Zerknęła na Marka, ale on, jak się zdawało, nie zwracał 

na nią żadnej uwagi. Z głową wspartą na rękach, z 

włosami opadającymi na czoło, sprawiał wrażenie, 

jakby mówił sam do siebie. 

Ona go nigdy nie kochała... On też jej nie kochał. 

Powie

działa mi kiedyś o tym. Zgodzili się na ślub, 

żeby uszczęśliwić rodziny. Żadne z nich nie poznało 
nikogo innego, a po

nieważ szczerze się lubili i byli do 

siebie przywiązani, uznali, że nie ma przeszkód, by się 

pobrać. Anna miała wówczas dwadzieścia jeden lat, 
Jacq

ues był kilka lat starszy. Wprawdzie nie łączyła 

ich namiętność, ale byli dla siebie prawdziwymi 
przy

jaciółmi i życie ich bez specjalnych wzlotów czy 

upad

ków płynęło spokojnym, szczęśliwym rytmem. 

Annie nie była pewna, czy o takim właśnie 

ma

łżeństwie by marzyła. Mark napotkał jej spojrzenie i 

uśmiechnął się porozumiewawczo, jakby czytając w jej 

myślach. 

Gdy zginął, bardzo cierpiała... Cierpiała tak jak po 

stracie brata. Powiedziała mi kiedyś, że był jej 
najlepszym przyjacie

lem. Być może, by łatwiej 

zapomnieć o bólu, po upadku Francji zaczęła działać w 

background image

ruchu oporu. Miała wrażenie, że kontynuuje walkę, 

którą rozpoczął jej mąż. W Jurze sporo się wówczas 
dzia

ło ze względu na bliskość szwajcarskiej i 

niemieckiej granicy... 

Och, to musiało być bardzo niebezpieczne - 

wes

tchnęła cicho Annie. 

Oczywiście - uśmiechnął się pobłażliwie. - Cała 

okolica była naszpikowana niemieckimi żołnierzami. 

Rząd w Vichy kontrolował tylko południe Francji. 
Tereny przy

graniczne Niemcy woleli mieć sami na 

oku. Cho

dziło o udaremnienie przerzutu ludzi przez 

granicę szwajcarską. 

Ale mimo wszystko przedostawano się do 

Szwajcarii, prawda? 

Ludzie miejscowi, którzy działali w ruchu oporu, 

znali każdą piędź tamtejszej ziemi, każdą leśną 

ścieżkę. Ocalili życie wielu ludziom zagrożonym 
represjami, którzy mu

sieli wydostać się z Francji. Na 

przykład pomagali w ucieczce brytyjskim lotnikom, 
którzy roz

bili się na terenach kontrolowanych przez 

Niemców. Przeprowadzali ich do Szwajcarii, wędrując 
w nocy przez góry i lasy, prze

kazując ich sobie z rąk 

do rąk, od jednej bezpiecznej kryjówki do drugiej. 
Bojownicy ruchu oporu ryzy

kowali własnym życiem, 

aby prze

drzeć się przez niemieckie posterunki, przez 

straże graniczne i potem w dół ku szwajcarskim 
jeziorom. 

- Czy twoja rodzina 

walczyła w ruchu oporu? - 

spy

tała Annie zafascynowana. 

Spojrzał na nią z dziwnym, ponurym uśmiechem. 

background image

Byłem jednym z tych brytyjskich lotników, Annie. 

background image

ROZDZIAŁ  SZÓSTY 
 

Tego Annie nie oczekiwała. Wstała raptownie, blada 

i wstrząśnięta. 

- Och, nie! - zap

rotestowała kategorycznie. - Nie 

za

czynaj tego znów. Gdy już udaje mi się uwierzyć, że 

jesteś zdrowy i normalny, ty wyskakujesz z taką 
histo

rią! Niczego już nie chcę słyszeć. Nie zniosę tego 

dłużej. Pozwól, że zrobię kawę, a potem natychmiast 

idę do łóżka. 

Annie, obiecałem, że odwiozę cię jutro do Paryża i 

mam zamiar dotrzymać słowa - powiedział ze 

śmiertelnym spokojem. - A to oznacza, że czas ucieka. 

Dziś wieczór więc musisz wysłuchać mnie do końca! - 
Pod

niósł nieco głos i chwycił ją za przegub dłoni. 

Popa

trzył na nią tak ostro, że musiała odwrócić wzrok. 

Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię, brzmi niepraw-

dopodobnie i możesz uważać mnie za wariata. 
Zapew

niam cię jednak, że jestem całkiem normalny. 

Jeśli wysłuchasz mnie do końca, być może więcej 
zrozumiesz. Czy pozwo

lisz mi mówić dalej, Annie? 

Zmarszczyła brwi i zagryzła wargę. Nie chciała 

słyszeć niczego więcej. To przerastało jej siły. 
Pa

nicznie bała się nie tylko tego, co jeszcze usłyszy, 

ale również własnych reakcji: dziwnych przebłysków 
deja vu, niesamowitych, koszmarnych snów, a przede 

wszystkim intensywności uczuć w stosunku do tego 

mężczyzny, niezwykłego wrażenia, że go zna, i to zna 
bardzo bli

sko. Choć wszystkie własne odczucia 

usiłowała sobie racjonalnie tłumaczyć, zawsze 

background image

pozostawała w głębi serca iskierka niepewności, 

pojawiał się w myślach mimowolny odprysk: a jeśli. ..? 

A jeśli to była prawda? Jeśli kiedyś naprawdę znała 

Marka, tylko już tego nie pamięta? Które z nich było 

szalone? Może ona...? 

Przez chwilę biła się z myślami. Do tej pory Mark 

robił jedynie irytujące aluzje i tajemnicze wzmianki. 

Mogła mu wierzyć lub nie, mogła się zastanawiać. Ale 

ostatnie jego słowa były czystym szaleństwem! Teraz 

już nie mogła mu wierzyć, jeśli sama była przy 
zdro

wych zmysłach. Nigdy nie traktowała poważnie 

ludzi opowiadających o swych poprzednich 

wcieleniach i nie zamierzała teraz zmieniać swych 
racjonalnych zapa

trywań. 

Zadałem sobie wiele trudu, byś miała okazję mnie 

wysłuchać - odezwał się znów głębokim, stłumionym 

głosem. - Proszę cię, Annie, usiądź jeszcze na chwilę. 

Zrobię kawę, a potem opowiem ci do końca całą 
histo

rię. 

Popatrzyła na niego w zadumie i doszła do wniosku, 

że musi wysłuchać jego opowieści do końca. W 
prze

ciwnym razie nigdy nie przestanie się zastanawiać, 

co miał jej jeszcze do powiedzenia. 

Muszę być chyba stuknięta... - wymamrotała pod 

nosem. 

Uśmiechnął się, a oczy jego błysnęły zrozumieniem. 

Przyznaj się, że po prostu jesteś ciekawa. I choćby 

przez czystą ciekawość chcesz poznać resztę tej 
nie

zwykłej historii. 

Może masz rację- rzekła pojednawczo. - Ale nie 

background image

obiecuję, że ci uwierzę. 

Usiadła ponownie przy stole i podziwiała Marka, 

który z du

żą wprawą przyrządzał kawę. Jej zmysły 

re

agowały na każdy jego ruch, każdy gest, na sposób, 

w jaki włosy opadały mu na czoło, gdy pochylał się 

nad kuchenką... na każde poruszenie j ego giętkiego, 
smu

kłego ciała 

Krew w jej żyłach zdawała się szybciej płynąć, usta 

miała wyschnięte, a w głowie huczał wir 
niespokoj

nych myśli. Natrętnie wracało wspomnienie 

tego, co wyda

rzyło się w lesie, gdy czuła ciało Marka 

stopione ze swoim ciałem... Nie do wiary, że znała go 

zaledwie od kilku godzin! Jakże mogła zapomnieć, że 

ją brutalnie porwał i trzymał tu wbrew jej woli! 

Nie mogła wprost uwierzyć, że była zdolna do tak 

gwałtownej, niszczącej namiętności. Przyglądała się 
teraz sobie w niemym zdziwieniu, jak obcej kobiecie, 
której - mimo usilnych 

starań-nie potrafiła zrozumieć... 

Kawa bulgotała w ekspresie, czarny płyn 

rozbryzgi

wał się po szklanych ściankach naczynia. 

Mark usta

wiał pieczołowicie na tacy filiżanki, 

spodeczki, cukier

nicę, mały dzbanuszek ze śmietanką i 

talerz z miętowymi czekoladkami. Każdą czynność 
wy

konywał z podziwu godną precyzją, długimi, 

zręcznymi palcami układając łyżeczki pod właściwym 

kątem. 

Nadal nie powiedziałeś mi, czym naprawdę się 

zajmujesz - 

wtrąciła jakby od niechcenia, a on spojrzał 

na nią z ukosa z zagadkowym wyrazem twarzy i tak 

intensywnym błyskiem w swych czarnych oczach, że 

background image

znów poczuła przyspieszone bicie serca. 

Och, nie miał prawa tak na nią działać! - zżymała się 

w du

chu i żałowała jednocześnie, że nie poznała go w 

innych okoliczno

ściach, żałowała, że był tak 

niepoko

jący, tak odmienny od wszystkich innych 

mężczyzn, których w życiu znała. Wiedziała jedno - 

długo o nim nie zapomni. 

Powiem ci później - odrzekł, stawiając tacę z 

dzbankiem pa

rującej kawy na stole. - Wypijemy tutaj, 

czy przeniesiemy się do salonu? 

Jak długa jest twoja historia? - spytała rzeczowo. 

Obawiam się, że dość długa - powiedział z 

wahaniem 

- W takim razie przenie

śmy się na wygodniejsze 

miejsce - 

podjęła decyzję. 

Mark przestawił świece na tacę i powiedział: 

W salonie jest cieplej. Napaliłem w kominku. 

Kiedy szła za nim mrocznym korytarzem i 

obser

wowała na ścianach grę długich, ponurych cieni 

rzuca

nych przez światło świec, owładnął nią jakiś 

nieokre

ślony niepokój. 

Uspokoiła się nieco, dopiero gdy usiadła przed 

kominkiem w wygodnym, obitym zielonym aksamitem 

fotelu i zaczęła rozgrzewać dłonie nad ogniem. Na 
pa

lenisku z trzaskiem płonęły sosnowe polana, w 

powie

trzu unosił się aromatyczny zapach żywicy. 

Rozejrzała się z zainteresowaniem po wnętrzu, w 

którym była po raz pierwszy, ale niewiele zdołała 
doj

rzeć. Pokój tonął w półmroku; jedynym źródłem 

światła był blask płynący z kominka i świece, które 

background image

Mark właśnie zestawiał z tacy. 

Śmietanka? Cukier? - spytał, zajęty rozlewaniem 

kawy. 

Nie, dziękuję. 

Podał jej filiżankę mocnej czarnej kawy. 
- Pachnie cudownie - 

powiedziała, wciągając w 

nozdrza aromatyczny zapach. 

Zjedz czekoladkę - zachęcił. 

Wzięła jedną i wolno zaczęła ją nadgryzać, 

wpatru

jąc się w zamyśleniu w płomienie. Zauważyła, 

że wewnętrzne ściany kominka, wymurowane z cegieł, 
zdo

bił wizerunek Feniksa z rozpostartymi skrzydłami, 

a ruszt został kunsztownie wykuty z żelaza. Samo 
pale

nisko było nienagannie uporządkowane, choć iskry 

raz po ra

z strzelały w górę i opadały na kamienne 

obramowanie. 

Mark zajął drugi fotel i wyciągnąwszy długie nogi, 

siedział przez chwilę w milczeniu, trzymając w dłoni 

filiżankę z kawą. 

Uwielbiam ogień - powiedziała Annie, przerywając 

ciszę. - W Londynie mam tylko centralne ogrzewanie... 

Jest coś bardzo uspokajającego w prawdziwym ogniu, 

nie sądzisz? 

Nie zapominaj, że w lesie ogień bywa przerażający 

- od

parł z ponurą zmarszczką przecinającą mu czoło. - 

Latem w Ju

rze często wybuchają pożary... potrafią 

zniszczy

ć ogromne połacie lasu, który potem odrasta 

przez co najmniej dwadzieścia lat. Okropne jest 
uczu

cie, gdy ogień wymyka się spod kontroli... 

Człowiek jest całkowicie bezradny. Płomienie 

background image

rozprzestrzenia

ją się na wietrze, niosąc za sobą smugi 

czarnego, gryz

ącego dymu i niszczą wszystko, co 

napotkają po drodze... Taka sama jest wojna. Gdy 

wybuchnie, wymyka się spod kontroli. Potrafi 

zawładnąć człowiekiem i zmusić go do robienia 
rzeczy, któ

rych by nie uczynił w innych 

okolicznościach. Wojna zmienia naturę człowieka: pali 

i trawi wszystko, co napotka... Ma się ochotę uciec, 

zejść z drogi, ale wówczas porzuca się to, co się 
kocha... 

Czy walczyłeś kiedyś z pożarem? - spytała, 

ponie

waż tak sugestywnie opowiadał o żywiole ognia i 

woj

ny, że mogła przypuszczać, iż zna to z autopsji. 

Owszem, gdy miałem dwadzieścia lat... gasiłem 

pożar lasu w Jurze. Jacyś chłopcy urządzili sobie 
piknik na skraju lasu i rozpalili ognisko. Od iskry 

zajęła się sucha trawa, a potem ogień wymknął się 
spod kon

troli. Wszyscy mieszkańcy wioski pomagali 

strażakom, lano wodę z samolotów, ale wiatr nieubła-

ganie pchał płomienie ku wiosce. W pewnym 

momencie myśleliśmy, że wszystko stracimy. Na 

szczęście wiatr ucichł i po godzinie żywioł został 
opanowany. Ale ja dowie

działem się o tym znacznie 

później, ponieważ płonąca gałąź, spadając, uderzyła 

mnie w głowę i na pewien czas straciłem przytomność. 
- Odsu

nął pukiel włosów z czoła i pokazał Annie 

niewiel

ką bliznę. 

background image

Widzisz, mam to od tamtej pory. Specjalnie 

za

puszczam włosy, żeby ukryć szramę - dodał tonem 

lekkiej kokieterii. 

Och, naprawdę nic nie widać - pocieszyła go 

skwapliwie. - 

Nigdy bym niczego nie zauważyła, 

gdy

byś sam mi nie pokazał. Czy rana była 

rzeczywiście poważna? - spytała, marszcząc brwi. 

Miałeś wstrząs mózgu? 
- Tak mi powiedziano... P

amiętam jedynie, że wtedy 

właśnie po raz pierwszy wszystko sobie 
przypomnia

łem. 

Właśnie tego się domyślała. Utkwiła w nim teraz 

szeroko otwarte oczy i wstrzymała oddech. 

- Nie, Annie... - 

uśmiechnął się lekko, jakby czytając 

w jej 

myślach. - Tego nie da się zapisać na karb 

wstrząsu mózgu. Odtworzyły mi się w pamięci różne 
obrazy z mo

jego życia, odkąd byłem dzieckiem. To 

były całkiem zwyczajne sceny: na przykład 
obserwo

wałem padający deszcz albo gotującą się wodę 

w czaj

niku, lub też ktoś śmiał się w mojej obecności. I 

nagle ni 

stąd, ni zowąd przecinały mój umysł szybkie, 

ostre przebłyski, zupełnie tak, jakby mi w głowie 

wyświetlano klatki filmu. 

Annie z twarzą barwy popiołu przyglądała mu się 

jak zaczarowana. 

Rozumiesz, co mam na myśli? - dopytywał się 

takim to

nem, jakby wiedział z góry, że również jej 

zda

rzały się momenty deja vu. 

Nie odpowiedziała. Wolała nie przyznawać się, że 

przytrafiło jej się to parokrotnie, odkąd go poznała. 

background image

To było tak - tłumaczył spokojnie -jakby jakieś 

prozaiczne wyda

rzenie wyławiało z mroków pamięci 

podobne, z którym 

w przeszłości wiązało się coś 

dramatycznego. Pewnego razu, na 

przykład, stałem 

przy oknie, obserwując krople deszczu opadające na 

liście, i nagle... zobaczyłem kobietę o długich czarnych 

włosach przewiązanych chustką, która szła w deszczu 
przez las 

na spotkanie ze mną, a ja byłem przerażony i 

jednocześnie niezwykle podniecony z tego powodu. 

To mogła być scena z jakiegoś filmu, który kiedyś 

widzia

łeś - zbagatelizowała, poszukując racjonalnych 

wyjaśnień. 

Być może - zgodził się z powątpiewaniem. - Ale 

miałem wówczas siedem lat i odczuwałem to zbyt 
in

tensywnie, zbyt realnie, żeby mogła to być scena z 

fil

mu. Podświadomie wiedziałem, że to przytrafiło się 

mnie osobi

ście... Śniło mi się, że biegłem w nocy przez 

las, biegłem i biegłem, kluczyłem między drzewami, 

uciekałem przed ludźmi, którzy chcieli mnie zabić. Ale 

w końcu zostałem osaczony... Sen skończył się, gdy 
mnie zastrzelili. 

- Zastrzelili? - 

Koniuszkiem języka zwilżyła wargi. - 

W moim śnie słyszałam... - urwała nagle, chcąc 
odsu

nąć dramatyczne wspomnienie. 

- Wiem - 

powiedział cichym, spokojnym głosem. - 

Słyszałaś ogień z karabinów maszynowych i 
wiedzia

łaś, że ktoś został zabity. Tym kimś byłem ja. 

Annie podskoczyła na fotelu tak gwałtownie, że 

prze

wróciła filiżankę z kawą i gorący płyn ochlapał jej 

nogi. 

background image

- Boli? - 

Mark wstał i z nachmurzoną miną patrzył z 

góry 

na brunatne plamy na jej dżinsach. - Oparzyłaś 

się? 

Lekko krzywiąc się, przesunęła dłonią po mokrym 

materiale. 

Kawa nie była już zbyt gorąca - powiedziała. – 

Wysuszę się przy ogniu, - Przysunęła fotel do 
kominka, wypro

stowała nogi i przez chwilę 

obserwowała parę unoszącą się nad mokrym 

materiałem. Odwróciła głowę i odezwała się 
gniewnym tonem: - 

W każdym razie to twoja wina. 

Skończ z tymi niesamowitymi 
historiami. 

Wyraz twarzy miał bardzo poważny, a na dnie jego 

ciemnych oczu malował się smutek i żal. 

Nie mogę, Annie. Mimo że uważasz mnie za 

sza

leńca, wierzę w to, co mówię. Choć już wcześniej 

przypominałem sobie maleńkie fragmenty z mojego 
p

oprzedniego życia, po tym wypadku okazało się, że 

zacząłem to życie przeżywać na nowo. Wciąż na nowo 

i na nowo... Być może takie sny miewałem również w 

dzieciństwie, ale przedtem po obudzeniu nigdy nie 

pamiętałem całego snu. Pozostawały mi w głowie tylko 

jakieś fragmenty, strzępy, które trudno było ułożyć w 
lo

giczną całość... 

Annie wyglądała na bardzo wystraszoną. Głosem 

przypomi

nającym szelest suchej trawy szepnęła: 

- Prawdopodobnie przesze

dłeś poważny wstrząs 

mózgu i od 

tamtej pory zacząłeś to sobie wyobrażać. 

Potrząsnął głową, a jego ciemne włosy w 

background image

migotli

wym świetle kominka przypominały czarną 

lustrzaną toń górskiego jeziora. Annie drgnęła 

niespokojnie. Kiedyś już go widziała - widziała, jak 

siedział przy ogniu, obserwowała płomienie odbijające 

się w jego czarnych włosach... Wezbraną falą zalały ją 

emocje, chciała płakać i śmiać się jednocześnie, tak 

była wzburzona głębią własnych odczuć. 

Nigdy nie przypuszczała, że kiedykolwiek 

doświadczy takich szczególnych wzruszeń. To było 
jak... umieranie. Taka ot

chłań rozpaczy i smutku 

otwierała się przed nią. 

- Nie, Annie - 

odezwał się Mark. - Niczego sobie nie 

wy

obraziłem. Wszystko wydarzyło się naprawdę. Są 

na to dowody. 

Ten lotnik istniał rzeczywiście. Nazywał się Mark 
Grant. 

Usłyszawszy to imię, Annie z wrażenia głośno 

wciągnęła powietrze, ale Mark nie zwrócił na to uwagi 
i mó

wił dalej: 

Każdy we wsi słyszał o brytyjskim lotniku, który 

podczas 

próby ucieczki został zastrzelony w lesie. 

Pochowano go w St Jean-des-

Pins na małym wiejskim 

cmentarzu. Na jego grobie postawiono prosty, 
marmu

rowy krzyż z wyrytym nazwiskiem i datą 

śmierci. Pomnik ufundowała jego rodzina kilka lat po 

wojnie, gdy w końcu udało jej się odnaleźć grób. Cała 

wioska była dumna z Marka Granta. Na trwałe zapisał 

się w naszej lokalnej historii. Nawet dzieci często 

chrzczono jego imieniem... W mojej klasie było nas aż 
czterech Marków. 

background image

Na litość boską, Mark! - przerwała mu raptownie. 

– Nic 

dziwnego, że zawsze miałeś obsesję na jego 

punkcie! Czy to jedyny brytyjski grób na waszym 
cmentarzu? 

Gdy 

przytaknął, ciągnęła: 

Stał się ośrodkiem lokalnej legendy. Takie 

dramatyczne 

historie zawsze fascynują dzieci. Dla nich 

woj

na jest już przeszłością. .. odległą, romantyczną 

prze

szłością, z której niewiele rozumieją. Często 

prawda miesza 

im się z fikcją, przenoszą rzeczywiste 

wydarze

nia w krainę baśni i na odwrót. Tak jak angiel-

skie dzieci chętnie bawią się w Robin Hooda i jego 
towarzyszy, 

tak ty z pewnością bawiłeś się w Anglika 

ściganego w lesie przez Niemców! 

Zmarszczył brwi i przez chwilę milczał. 

Obserwo

wała go z wyrazem niepokoju i współczucia 

w roziskrzonych, zielonych oczach. 

- Mark, nie rozumiesz? - 

perswadowała. - Od 

wczesnego 

dzieciństwa miałeś tę historię zakodowaną 

w pod

świadomości, a gdy doznałeś wstrząsu mózgu, 

ga

sząc pożar, wspomnienie walki z ogniem pomieszało 

ci się z opowieściami o wojnie. 

Mark miał niezgłębiony wyraz twarzy. Jakże by 

chciała wniknąć do jego duszy, dowiedzieć się, czy jej 

słowa do niego przemówiły, czy też pozostał wierny 

własnym fantazjom... 

Doznałeś urazu głowy - mówiła pieszczotliwie, jak 

do chorego dziecka - 

i straciłeś przytomność. Wiesz 

prze

cież, że sny często mieszają wydarzenia 

rzeczywi

ste z fikcją. Śniło ci się, że w lesie ścigają cię 

background image

Niemcy i w końcu zostajesz zastrzelony. Założę się, że 
tego brytyjskieg

o lotnika również trafiono w głowę! 

Czy nie widzisz, jak to wszystko do siebie pasuje? 

Z wyjątkiem jednej rzeczy - uśmiechnął się 

ponuro. - Nigdy w wiosce nie opowiadano, kto 

opiekował się tym zestrzelonym lotnikiem w małej 

leśnej chatce, kto go żywił i leczył, ponieważ był ranny 
po wypadku. I nikt nigdy nie opo

wiadał, co wydarzyło 

się między owym Anglikiem a Anną Dumont, ponie-

waż ona zachowała na ten temat całkowite milczenie. 

Może 
jeden czy dwóch ludzi z ruchu oporu 

wiedziało, że 

An

na się nim opiekuje, ale z pewnością nie mieli 

pojęcia, że tych dwoje się w sobie zakochało... Gdy 

byłem małym chłopcem, nikt mi nie opowiadał o 

Annie Dumont i jej synu, ponieważ obydwoje opuścili 
tamte strony dwa lata przed moim urodzeniem. 
Powiedziano mi tyl

ko, że w pobliskim lesie podczas 

wojny ukrywał się brytyjski lotnik, którego po jakimś 
czasie Niemcy schwytali i zastrzelili. - 

Popatrzył na nią 

pytająco, z dziwnym półuśmiechem na wargach. - 

Wytłumacz mi w takim razie, Annie, skąd mogłem 

wiedzieć o romansie poległego lotnika z Anną 
Dumont? 

Zagryzła wargę, a potem odezwała się, dobierając 

słowa: 

Musiałeś kiedyś o tym usłyszeć... A potem tylko 

połączyć fakty. 

Nie chciała dopuścić innego rozwiązania. Było zbyt 

niesamo

wite. Uczepiła się jedynego racjonalnego 

background image

wy

tłumaczenia, jedynego wyjaśnienia zgodnego ze 

zdro

wym rozsądkiem. 

Mylisz się, Annie. 

Jeśli nikt ci nie powiedział, że moja babka miała 

romans z angielskim lotnikiem, to być może nie było 

żadnego romansu! - odcięła się ze złością. - Być może 
sam to sobie wymy

śliłeś! 

Popatrzyła na niego ze zniecierpliwieniem. - A poza 

tym, sko

ro w poprzednim wcieleniu byłeś Anglikiem, 

dlaczego teraz uro

dziłeś się jako Francuz? 

Nie wiem. Po prostu tak jest... Może dlatego, że 

umar

łem we Francji? A ty powróciłaś jako Angielka, 

m

oże właśnie dlatego, że zmarłaś w Anglii? Kto wie... 

Mimo że od kilku minut spodziewała się właśnie 

ta

kiego rozwiązania, przeżyła znowu szok. 

Chcesz mi wmówić, że jestem wcieleniem własnej 

babki?! - 

Parsknęła histerycznym śmiechem. - Na 

li

tość boską, Mark, czy nie uważasz, że powinieneś się 

leczyć? 

Z gwałtownością, która ją zaskoczyła, poderwał się 

z fo

tela i nim spojrzała w dół, już klęczał u jej stóp, i 

chwyci

wszy ją za ręce, patrzył na nią płonącym, 

przenikliwym wzrokiem. 

Jesteś jej doskonałym wizerunkiem, Annie! - 

wił z pasją, chrapliwie, bezładnie. - Musiałaś ją 

prze

cież widzieć... Musisz mieć jej fotografie z 

młodości... Kiedy wiele lat później zobaczyłem twoją 

twarz na okładce płyty, och, od razu cię rozpoznałem, 

mimo że byłaś... że jesteś młodsza od Anny, gdy ją  

spotkałem. Ona miała wtedy trzydzieści dwa lata, a ty 

background image

dwadzie

ścia dwa, gdy usłyszałem o tobie po raz 

pierwszy... W tym 

właśnie wieku Anna wyszła za mąż, a potem przeżyła 

dziesięć trudnych, bardzo bolesnych lat. Wiele 
przecierpia

ła... - Skrzywił twarz. - Wiele wydarzyło się 

na 

świecie przez te dziesięć lat, a potem przyszła 

wojna... najokrutniej sza z okrutnych. Anna wiele 

przeszła, nim ją poznałem. W rysunku jej ust, w 
wyrazie 

czarnych oczu znać było, że wiele przeżyła. 

Ale ciągle była 

bardzo piękna..! 

Annie nagle poczuła dziwne, niedorzeczne ukłucie 

zazdro

ści. W jego oczach, w jego twarzy była jakaś 

świetlana pogoda, a w głosie dźwięczały echa gorącej 

namiętności, gdy mówił o jej babce. On naprawdę 
ko

chał tamtą kobietę - kobietę, której nigdy w życiu 

nie spotkał! Och, to istne szaleństwo, że ją to 

zabolało... Nie potrafiła zrozumieć swej reakcji, 
podobnie jak nie potra

fiła zniweczyć jego urojeń. 

Ty, Annie, również jesteś piękna - powiedział z 

oczami płonącymi jak rozżarzone węgle. 

Dobrze przynajmniej, że odróżniasz mnie od 

tamtej kobiety - 

westchnęła ciężko. 

Ja też nie jestem tamtym Markiem - wyszeptał 

drżącymi wargami. - Nasze życie różni się od ich 

życia, ale są to różnice powierzchowne... Dotyczą 
miejsca, czasu i okolicz

ności, w jakich przyszło nam 

teraz żyć... W pewnym sensie człowiek przypomina 
zaklejo

ną kopertę: wszystko, co ważne, znajduje się w 

środku. A w środku mamy dusze, które są wieczne... 

background image

Patrzyła na niego oczami oniemiałymi z wrażenia, 

tylko z piersi jej wyrw

ało się głębokie, udręczone 

westchnienie. 

Nie masz pojęcia, jak bardzo przypominasz swoją 

babkę... Zwłaszcza, gdy milczysz. Ona często milczała. 

Milczała i rozmyślała... Miała takie same jak ty długie 

czarne włosy, które sięgały jej prawie do pasa, często 

upinała je w kok... I przeważnie nosiła się na czarno. 

We Francji w tamtych czasach wdowy nosiły żałobę 

przez całe lata, niektóre nawet do końca życia... Wiesz, 

że ona także śpiewała? - ożywił się i popatrzył pytająco 
na Annie. 

Skąd o tym wszystkim wiesz?! - przerwała, cała 

drżąca. 

Musiałeś to wszystko wymyślić, uroić sobie! 

Nawet ja tyle 

o niej nie wiem, a przecież była moją 

bab

ką! 

Kochałem ją bardziej niż własne życie. I 

dowio

dłem tego. 

Umarłem dla niej. 

Annie ze świstem wciągnęła powietrze. 
- B

yliśmy razem w leśnej chacie, gdy 

nieoczekiwanie poja

wili się Niemcy - mówił dalej. - 

Jeśliby ją schwytali, zabiliby ją również, ale przedtem 

by ją torturowali, żeby wydobyć informacje o ludziach 

działających w podziemiu. Nie mogłem do tego 

dopuścić. Anna nie chciała mnie zostawić, ale 

wytłumaczyłem jej, na jakie niebezpieczeństwo naraża 
swoich przyja

ciół z ruchu oporu. Była niezwykle 

od

ważna, ale zlękła się, że tortury ją złamią. W końcu 

background image

zmusiłem ją do odejścia, a potem sam zacząłem 

uciekać, robiąc przy tym sporo hałasu. Niemcy puścili 

się za mną w pościg, a w tym czasie Anna mogła 
spo

kojnie dotrzeć do wioski. Mieli psy i reflektory, 

osaczenie mnie było tylko kwestią czasu... Uciekałem, 

biegłem przed siebie do końca. Aż mnie zastrzelili. 

Annie ze zdumie

niem stwierdziła, że łzy ciekną jej 

strumie

niami po policzkach. Była zła na siebie. Nie 

chciała się wzruszyć, przede wszystkim jednak nie 

chciała uwierzyć... Och, oczywiście to prawda, że jakiś 

angielski lotnik został zabity w lesie i pochowany na 
miejsc

owym cmentarzu, ale jeśli chodzi o resztę... 

- Bardzo romantyczna historia - 

rzekła z nutką ironii 

w głosie. - Nie sądź jednak, że w nią uwierzę. 

Nie odpowiedział, obserwował ją tylko swymi 

ciemnymi, głębokimi jak studnie oczami. 

- Masz niezwykle 

bujną wyobraźnię - ciągnęła 

niewzruszona 

i wmówiłeś sobie, że to wszystko 

wydarzy

ło się naprawdę. Ale mnie nie udało ci się 

przeko

nać. - Spojrzała ostentacyjnie na zegar stojący 

nad kominkiem. - 

Zrobiło się późno - zauważyła. - 

Padam z nóg i chciałabym się już położyć. 

Wstała i ruszyła pospiesznie w kierunku drzwi, ale 

nim do nich dotarła, Mark pobiegł za nią i chwycił ją 

mocno za ramię. 

Annie, nie odchodź. - Twarz miał bladą, jakby 

znużoną, a kącik ust drgał mu nerwowo. 

Muszę - odrzekła, czując, że zaczyna drżeć. - 

Mu

szę, Mark! To był bardzo długi dzień. 

background image

Musisz mi uwierzyć. - Twarz jego wyrażała 

naj

wyższe napięcie. - Czas ucieka, Annie. Nie broń się, 

nie zamykaj przed 

prawdą. Jesteś już w połowie drogi. 

Obserwowa

łem cię przez cały dzień i wiem, że 

zaczynasz sobie przypomi

nać... Ale nie możesz ze sobą 

wal

czyć! Musisz wreszcie otworzyć drzwi... 

Jego słowa obudziły w niej lęk i przerażenie. 

Nie chcę stać się taką samą wariatką jak ty! - 

rzuci

ła mu w twarz, usiłując wyrwać się z jego objęć. - 

Puść mnie, Mark! 

Otoczył ramieniem jej talię i trzymał teraz tak 

moc

no, że w żaden sposób nie mogła się uwolnić. 

Czuła mięśnie jego ud, jego klatki piersiowej tuż przy 
swoim ciele - 

i wiedziała, że pierś ta jest silna, 

nieustępliwa jak prawdziwy mur, o który można się 
oprz

eć, ale z którym nie ma sensu walczyć. 

Nie bój się, Annie - szepnął wprost do jej ucha. – 

Nie 

pozwoliłbym cię skrzywdzić i nigdy sam bym tego 

nie uczynił. Ileż razy mam ci to powtarzać? Ze mną 

jesteś bezpieczna. 

Gdy przysunął twarz jeszcze bliżej i omiótł ją 

gor

ącym oddechem, zadrżała. Był to dreszcz strachu i 

na

miętności zarazem - tak samo prymitywnej i 

pochłaniającej jak strach. 

Puść mnie... 

Poczuła jego pieszczotliwą dłoń na swoich piersiach, 

a jed

nocześnie usta jego przylgnęły do jej warg z 

na

trętną, nienasyconą chciwością, której nie potrafiła 

się przeciwstawić. Ogarnęła ją znów fala 

zdradzieckiego uczucia, która popchnęła ją ku niemu, 

background image

kazała otoczyć mu szyję ramionami i oddawać 

pocałunki. Po nieskończenie długiej chwili przyszło 

otrzeźwienie, zakiełkowała jej bowiem w głowie 

straszliwa myśl. On nie całuje ciebie! - myślała 

gorączkowo. Całuje ją! Wyśnioną, wymarzoną kobietę, 

na punkcie której od lat ma obsesję. Kobietę, dla 
której, jak 

sobie uroił, zginął pół wieku temu. Twoją 

babkę! Mark kocha twoją babkę. 

To szaleństwo, szaleństwo... Musi z tym skończyć! Nie 
mo

gła jednak oddychać, Mark obsypywał pocałunkami 

jej szyję, a ręką wciśniętą pod sweter gładził rozpaloną 

skórę jej piersi. To szaleństwo, powtarzała sobie w 

kółko. On nawet nie zdaje sobie sprawy, kogo dotyka! 

I nagle dotarła do niej szokująca myśl, że Mark 

całował ją tylko dlatego, że tak żywo przypominała 
swo

ją babkę. Całował tamtą upragnioną Annę - Annę 

ze swoich snów.'.. Och, dlaczego mu na to pozwala? 
Dlaczego nie przestanie... Je

szcze chwila i poczuje się 

zawiedziona, zraniona, ponie

waż zakocha się w tym 

obłąkanym mężczyźnie! 

Nie! - 

zaprotestowała w myślach. Nie jestem w nim 

zakochana. Tylko nie to! 

A jednak ostatnie dwanaście godzin zdawały się 

wiecznością. Wydawało jej się, że stała się kimś 
in

nym, zmieniła poglądy na życie, na siebie, na cały 

świat... 

Pragnę cię, Annie... Tak bardzo cię pragnę... - 

wy

szeptał Mark, dysząc ciężko w jej szyję.   

Miała wrażenie, że nagle oblano ją lodowatą wodą. 

Gwałtownie otworzyła oczy. Jeśli go teraz nie 

background image

po

wstrzyma, czuła, że jeszcze dziś mu ulegnie. 

Musiała położyć temu kres. 

Odepchnęła go gwałtownie, ze wszystkich sił, tak 

gwałtownie, że zaskoczony zatoczył się na środek 
po

koju i, nim zdążył się otrząsnąć, wbiegała już na 

scho

dy. Wpadła do swego pokoju i zastawiła drzwi 

komo

dą. Biegł za nią, biegł tak szybko, że gdy dopadł 

drzwi, omal ich nie wyważył. 

Annie, wpuść mnie! - prosił, ale ona położyła się 

na ko

modzie, oddychając ciężko i drżąc jak w febrze. 

Odejdź, Mark! - wykrztusiła. 

- Dla

czego uciekłaś? Czyżbym cię wystraszył? Nie 

bój się mnie... Och, myślałem, że już to zrozumiałaś. 

Nie wyrwałbym ci włosa z głowy. - Mówił bezładnie, 
nie

wyraźnie, jak człowiek trawiony gorączką. - Czy 

nie rozumiesz, co do cie

bie czuję, Annie? 

- Nie jestem m

oją babką! - burknęła. 

Nastała długa, dręcząca cisza. W oczach Annie 

po

jawiły się łzy! 

Och, połóż się już spać, Mark - wyszeptała 

udr

ęczonym głosem. - Zostaw mnie samą. Kobieta, 

której pra

gniesz, żyje tylko w twoich snach. Ja ci jej 

nie za

stąpię. 

Wolno o

deszła od drzwi, słyszała jeszcze, że Mark 

mówi coś cicho. Zatkała uszy. Niczego nie chciała już 

słyszeć. Niczego. Upadła bezradnie na łóżko i wtuliła 

zapłakaną twarz w poduszkę. Czuła się śmiertelnie 

zraniona i nieszczęśliwa. Teraz była już pewna. Na 
pró

żno by się okłamywać, że nie kocha tego mężczy-

zny - 

pokochała go w ciągu zaledwie dwunastu godzin 

background image

szalonej, nieprawdopodobnej znajomości. Czuła się 
teraz równie bezradna i zdumiona jak Alicja w Krainie 
Czarów, która bez zastanowie

nia wskoczyła do 

królicz

ej nory i spadała wciąż w dół i w dół, w 

ciemność nie mającą końca, nie zdążywszy nawet 

pomyśleć o tym, jak by się zatrzymać. W głąb czegoś, 
co przypo

minało bezdenną studnię i być może 

prowadziło do środka ziemi. 

background image

ROZDZIAŁ   SIÓDMY 
 

Annie źle spała tej nocy. Musiała mieć jakieś 

kosz

marne sny, ponieważ często się budziła i siadała 

na łóżku z mocno bijącym sercem. Zazwyczaj długo 
wra

cała do rzeczywistości, wsłuchując się w panującą 

w domu ciszę i szum drzew na zewnątrz. Gdy wreszcie 

uświadomiła sobie, gdzie się znajduje, drżącą ręką za-

palała nocną lampkę, żeby zerknąć na zegar, a potem 
znów za

mykała oczy, ponieważ do rana było jeszcze 

daleko. Była tak zmęczona, że ledwie gasiła światło, 

znów przenosiła się w szary świat mar i widm, by po 

godzinie obudzić się na nowo. 

To była bardzo długa noc... 

W pewnym momencie ocknęła się tak nagle, jakby 

strącono ją z wysokiej skały. Miała zmysłowy, 
ero

tyczny sen: była z Markiem w lesie, na małej 

polance. Całowali się namiętnie. Mark trzymał ją w 

ramionach, ich ciała wstrząsały rozkoszne dreszcze. 

Och, jakże pragnęła - pragnęła aż do bólu należeć do 

Marka... I właśnie wtedy sen się urwał. 

Po krótkiej chwili oszołomienia zrozumiała, że 

obu

dził ją krzyk. W domu ktoś krzyczał! 

Pobladła z przerażenia i szeroko otworzyła oczy. Na 

Boga, co się dzieje? Wyskoczyła z łóżka i przez chwilę 

nasłuchiwała pod drzwiami. Czyżby to Mark...? Głos 

był ochrypły, donośny... Może został napadnięty? 
Mo

że złodzieje wtargnęli do domu? 

Nie zastanawiając się dłużej, energicznie odsunęła 

komodę i otworzyła drzwi. Zawahała się na progu; 

background image

spojrzenie jej padło na złamaną nogę od krzesła, którą 
Mark po

stawił pod ścianą. Chwyciła ją jak maczugę, i 

tak uzbrojona wybiegła na korytarz. 

Mark już nie krzyczał, ale z jego sypialni dochodziły 

teraz jakieś pomrukiwania, niezrozumiały bełkot. 

Annie z bijącym sercem nacisnęła klamkę, uchyliła 

drzwi i ostrożnie rozejrzała się po pokoju. Nie było tam 

żadnego intruza ani oznak stoczonej walki. Mark leżał 
na plecach z rozpostartymi ramionami i nerwowo 
rzu

cał głową po poduszce, mamrocząc pod nosem 

niezro

zumiałe wyrazy. 

Wolniutko zbliżyła się do łóżka. Zobaczyła 

wów

czas, że oczy miał zamknięte, wokół nich 

za

znaczały się teraz wyraźnie ciemne obwódki, a usta 

drżały mu nerwowo i wydobywał się z nich żałosny 

jęk. 

Wstrząśnięta tym widokiem, zastygła w niemym 

lu, a z bezwładnej dłoni wyśliznęła się na podłogę 

bez

użyteczna noga od krzesła. Wiedziała, co mu się 

śni... I nie mogła patrzeć na jego męki. 

Mark... Mark, obudź się! - Pochyliła się nad nim i 

dłonią dotknęła jego rozpalonego policzka. 

Głęboko wciągnął powietrze i przestał bredzić. 

Przez moment leżał nieruchomo, a potem zamrugał 

gęstymi, czarnymi rzęsami i szeroko otworzył oczy. 

- Annie? - 

Westchnął urywanie. 

To był tylko zły sen, Mark... - powiedziała 

łagodnie. 

W szarym 

świetle poranka widziała teraz wyraźnie 

jego śmiertelnie bladą twarz i krople potu perlące się 

background image

na czole. Wy

glądał jak ciężko chory człowiek. Miała 

prze

możną ochotę odgarnąć mu potargane włosy ze 

skroni, ująć głowę w dłonie, przycisnąć do piersi i 
uko

łysać. 

Bardzo krzyczałem? - Uśmiechnął się blado. - To 

zdarza 

się jedynie wówczas, gdy sen jest nieznośnie 

realny. - Od

wrócił głowę, żeby zerknąć na zegarek. - 

Która to godzina? 

Minęła szósta. 

Nie zapytała, co mu się śniło, ani on nie czuł 

potrze

by wyjaśnień. Z niezrozumiałych powodów była 

głęboko przeświadczona, że dzisiejszej nocy mieli 
takie same sny. 

Przepraszam, że cię tak wcześnie obudziłem. – 

Uśmiechnął się znów kącikiem warg. Usiadł na łóżku i 
palcami za

czesał do tyłu zmierzwione włosy. 

Dopier

o teraz zorientowała się, że spał nago. 

Zoba

czyła nagie ramiona, opaloną pierś pokrytą 

gęstym, czarnym włosem i... wstrząśnięta, pospiesznie 
odwró

ciła wzrok. Tętent dudnił jej w skroniach - 

głuchy, rytmiczny, bolesny niemal tętent. 

Zaparzę kawę - powiedziała słabym głosem, czując 

w ustach nagłą suchość. 

Musiała uciec pod byle pretekstem. Zarumieniona i 

drżąca, zaczęła się już wycofywać, gdy nieoczekiwanie 

jego mocna dłoń chwyciła ją za ramię. Zachwiała się i 

upadła na łóżko, wydając głośny okrzyk przestrachu. 

Usiłowała wstać, ale Mark przyciskał jej ramiona do 

matera

ca, jednocześnie wbijając ostry wzrok w jej 

roz

gorączkowane, zielone oczy, 

background image

Śniłaś mi się przez całą noc, Annie... 

Nic nie mów, proszę! 

Zamrugała powiekami, by usunąć sprzed oczu 

na

trętne obrazy z własnego snu, i oblała się gorącym 

ru

mieńcem. Mark obserwował ją przez chwilę 

bacznym wzrokiem. 

-  Annie... - 

usłyszała ochrypły szept i 

niespodziewanie jego 

usta dotknęły jej warg. 

Poczuła się znów zagubiona, zdezorientowana. Nie 

wiedzia

ła, czy wszystko to dzieje się na jawie, czy we 

śnie. Przeszłość i teraźniejszość przeniknęły się, 
zmie

szały... Raz zdawało jej się, że leży na miękkiej, 

pach

nącej trawie, w lesie, w gorącą, letnią noc - to 

znów, że jest rześki, wiosenny poranek i zapada się w 

miękkiej pościeli pod ciężarem mężczyzny, którego 
kocha... 

To jedno było pewne: kochała go dziś, wczoraj i 

zawsze. 

Przesuwała palcami po klatce piersiowej, słyszała 

głuchy łoskot jego serca i ciężki, dyszący oddech. 
Ra

miona miał gładkie jak jedwab, potężne mięśnie 

prężyły się pod wpływem jej pieszczoty. Na samą myśl 

o możliwości jego śmierci bolesny skurcz chwytał ją za 

gardło. Mark był tak żywy, tak dynamiczny... I znów 

ujrzała ciemny las, pocięty snopami reflektorów, 

usłyszała terkot karabinów maszynowych... Dziki 

krzyk uwiązł jej w gardle. 

Kocham go, pomyślała znów. Objęła dłońmi jego 

głowę i tym razem sama poszukała jego warg. 

Jeśli on umarł, ja też chcę umrzeć... Och, czy 

background image

właśnie tak się czuła moja babka, gdy Mark Grant 

został zastrzelony w lesie? Co ja mówię?! Wierzę w to 

wszystko! Uwierzyłam w każde jego słowo... Och, jak 

to się stało? Jak to się mogło stać? 

- Annie... - 

dyszał prosto w jej usta. Patrzył na nią 

teraz ciemnymi, błyszczącymi od łez oczami, 
rozdar

tymi walką i rozpaczą. - Annie... - powtórzył. - 

Jeszcze chwila, a nie będę mógł przestać. Zdecyduj 

się... Obiecałem, że nie będę cię zmuszał i nie zrobię 

tego. Ale tak bardzo cię pragnę, tak bardzo... 

Prawie cię nie znam, Mark... - broniła się bez 

przekonania, - 

Cóż ja o tobie wiem? Nawet nie wiem, 

czym się zajmujesz, gdzie mieszkasz, kim naprawdę 

jesteś... Dużo mówiłeś, ale nie masz żadnych dowodów 
na potwierdze

nie swych słów... 

Ja jestem żywym dowodem, Annie - przerwał jej 

gwałtownie. - Reszta jest kwestią wiary... Nie 
wszyst

ko w życiu da się udowodnić na sali sądowej. 

J

estem przekonany, że już kiedyś żyłem. Dobrze 

pamiętam całe fragmenty z tamtego życia, szczególnie 

zaś ostatnie miesiące... Nie mogę tego udowodnić, tak 

samo jak nie mogę udowodnić, że jesteś wcieleniem 
swej babki, 

ani że oni byli kochankami. Musisz sama zdecydować, 
czy wierzysz w to, czynie. 

 

Oczywiście, że miał rację. To, o czym mówił, 

doty

czyło sfery uczuć i przeczuć, instynktów i 

odruchów - tych niejasnych, niematerialnych rzeczy, 

które trudno było zdefiniować, a co dopiero 

udowodnić. Czyż musiała rozumieć światło księżyca, 

background image

grę cieni albo blask tęczy w letnim drgającym 

powietrzu, by ulegać ich ulotnemu czarowi? 

Nie mogła znaleźć odpowiednich słów. Odwróciła 

ku niemu twarz, przycisnęła usta do jego szyi i 

namiętnie wpiła się w nią wargami. A potem z 

zamkniętymi oczami, na oślep, obsypywała całe jego 

ciało szalonymi pocałunkami... Robiła to już we śnie. Z 

pewnością robiła, a sen ów urwał się w najmniej 

pożądanym momencie... 

Dobiegł jej uszu cichy jęk Marka, wyczuwała 

napi

ęcie mięśni na całym jego ciele... W ten sposób 

kochali się już we śnie. Teraz na jawie odtwarzała 
tylko przerwany sen. 

Jęki Marka stawały się coraz bardziej intensywne. 

Nagle ukląkł i patrzył na nią z góry radosnymi, 

błyszczącymi oczami. 

- Nie potrzebujemy tego! - 

wyszeptał, ściągając z 

niej długą, jedwabną koszulę. Zrzucił ją na podłogę, 
nie od

rywając oczu od Annie. 

Skóra jej, gładka jak aksamit, jaśniała na tle 

paste

lowego prześcieradła. Mark z nienasyconą 

chciwością powiódł wzrokiem po jej ciele, poczynając 

od krągłych piersi o twardych różowych brodawkach, 

poprzez płaski, gładki brzuch, aż po ciemny trójkąt 

między jej smukłymi, białymi udami. I nagle w dzikim 

jakimś pragnieniu oplótł ją wpół ramionami i 

przyciągnął władczo do siebie. 

Chwilę później zesztywniała z bólu, krzyknęła. 
-Boli 

cię...? 

- Kochaj mnie... - 

wyszeptała. - Nie przerywaj... - 

background image

Objęła go wpół i przytuliła się do niego jeszcze 
moc

niej. Było jej gorąco, jakby palono ją żywym 

ogniem. 

Jesteś dziewicą, prawda? - Głos miał niski, 

ochry

pły. 

Nieważne, Mark... Nie przestawaj! - Uniosła głowę 

i spo

jrzała mu w oczy z tęsknotą i oddaniem. - Kiedyś 

trzeba stracić dziewictwo, prawda? 

Mark z uśmiechem pochylił się nad nią, aby ją 

poca

łować, ona zaś namiętnie rozchyliła wargi gotowe 

do pocałunku. 

Z

amknęła znów oczy i westchnęła, gdy całował jej 

szyję i piersi, a potem czułymi, drżącymi wargami 

przesuwał się niżej i niżej. Zadrżała, wydając 

stłumiony jęk, gdy poczuła dotyk jego włosów między 
swoimi udami. 

Odkrywała nieznane ścieżki zmysłowości, tracąc 

powoli kon

trolę nad reakcjami własnego ciała; 

prze

rzucała głowę z jednej strony na drugą, jęczała z 

otwar

tymi ustami, jakby dotknięta jakimś groźnym 

szale

ństwem. Krzyczała i krzyczała z rozkoszy, a 

potem nie

mal straciła przytomność. Czuła, że roztapia 

s

ię w cudownym jakimś spokoju, gdy ocknęła się po 

chwili dłuższej niż wieczność. Miała wrażenie, że 

przespała co najmniej sto lat, jak księżniczka z bajki. 

Odwróciła głowę. Jej książę był tu - w łóżku, obok 
niej... 

Długi czas leżeli w milczeniu, potem Annie 

przybli

żyła twarz do klatki piersiowej Marka i dotknęła 

jej cie

płymi, otwartymi wargami. 

background image

Chciałabym przeżyć to jeszcze raz, Mark... - 

wy

szeptała. 

Ja też, Annie - odparł, bawiąc się jej włosami. - 

Ale teraz, 

mówię o tym z przykrością, musimy zaraz 

zj

eść śniadanie i jechać do Paryża. 

Jej zielone oczy wyrażały przestrach, gdy uniosła 

głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. 

- Zaraz? 

Przypominam ci, że nie dalej jak wczoraj o niczym 

innym nie marzyłaś - zaśmiał się głośno. 

To było naprawdę wczoraj? - zdziwiła się, 

ponie

waż czas niemiłosiernie jej się wydłużył. Miała 

wrażenie, że zna Marka od zawsze. Ale, co ważniejsze, 
wca

le nie miała ochoty wyjeżdżać! 

- Zaledwie wczoraj - 

powtórzył, przyglądając jej się 

z zainteresowaniem. 

Nie masz wrażenia, że czas stanął w miejscu? - 

westchnęła. - Znamy się tylko dobę, a... 

Znamy się o wiele dłużej, Annie - poprawił ją, a 

ona spo

jrzała nań ponownie, czując bolesny ucisk w 

sercu. 

Och, Mark, naprawdę chciałabym wiedzieć... 

- Czy to prawda? - 

W jego lśniących oczach 

malo

wała się niezachwiana pewność. - To prawda, 

Annie. 

 

Bała się, że go zrani, ale nie mogła przecież 

oszu

kiwać samej siebie. 

Wiem, że jesteś tego pewien - powiedziała miękko 

– ale 

ja, choćbym nawet chciała, nie mogę w to 

uwie

rzyć. Po prostu nie mogę. Jakaś racjonalna część 

background image

mnie broni się przed uznaniem tego za prawdę. 

Twarz Marka pozostawała nieporuszona. 

To już nie ma znaczenia, Annie - odezwał się po 

chwili. 

Uprowadziłem cię tutaj, ponieważ chciałem cię 

prze

konać, że już kiedyś się poznaliśmy... Żywiłem 

przeko

nanie, że mi się to uda oraz że jest to bardzo 

ważne. Doszedłem jednak do wniosku, że to już nie ma 
zna

czenia. Ważne, co dzieje się teraz między nami. 

Jeśli kiedyś żyliśmy i teraz tego nie pamiętamy, to 
wido

cznie tak miało być... Gdybyśmy pamiętali, być 

może trudniej byłoby zacząć wszystko od nowa... A 

może ty masz rację? Może rzeczywiście jestem ofiarą 

własnej wybujałej wyobraźni i obsesji mającej źródło 
w dzie

ciństwie, kto wie? - Wzruszył niedbale 

ramionami. - 

To wszystko nie ma już znaczenia. 

Pochyliła się niespodziewanie i pocałowała go 

delikatnie w usta. 

Lepiej się pospieszmy - powiedział, odrywając się 

od niej 

z wyraźnym ociąganiem. - O pierwszej masz 

umówiony lunch z szefem francuskiej wytwórni 

płytowej oraz jego współpracownikami, a później 
pozujesz fotografom zaproszonym do hotelu. 

Szybko wyśliznął się z łóżka, włożył szlafrok w 

czarno-

złote pasy i przewiązał go paskiem w talii. 

Annie wstrzymała oddech ze zdumienia. 
- O czym ty mówisz? - 

wyjąkała wreszcie. - Nie 

pa

miętam, żebym miała na dziś ustalone jakieś 

służbowe spotkania. A jeśli nawet, skąd o tym wiesz?! 

Francuska wytwórnia płytowa ma swego menedżera 

background image

do spraw kontaktu z mediami - 

powiedział jakby od 

niechcenia, idąc do łazienki. - To on ustalił twoje 
spo

tkanie z prasą przed koncertem. Widziałem 

harmonogram twych z

ajęć wysłany do dziennikarzy.  -

Uśmiechnął się do niej przez ramię i zamknął za sobą 
drzwi. 

Kimże on jest? - rozmyślała, idąc do swojej sypialni. 

Co jeszcze przed nią zataił? Od pierwszej chwili, gdy 

się poznali, zdawała sobie sprawę, że musiał mieć 
ja

kieś specjalne dojścia, skoro zdobył tyle informacji 

na temat jej prywatnego życia. Powiedział, że nie jest 

dziennikarzem, ale powoli nabierała pewności, że 
mu

siał pracować w mediach... 

 

Wzięła prysznic i ubrała się w jeden z zestawów 

przygoto

wanych specjalnie na spotkanie z prasą. W 

przeciwieństwie do innych modnych piosenkarek 
nig

dy nie przywdziewała błyszczących sukien. Na 

scenę wychodziła w dżinsach, zazwyczaj czarnych, 

często boso lub w starych tenisówkach oraz w ob-

cisłych czarnych podkoszulkach. Taki styl wymyślił 
dla niej Philip. 

Na początku kariery kupowała ubrania w zwykłych 

domach towarowych, teraz jednak Phil nalegał, by 
no

siła stroje specjalnie dla niej zaprojektowane przez 

awangardowego londyńskiego kreatora. W gruncie 

rzeczy poza metką i ceną niewiele różniły się od 
tam

tych. Projektant zyskał jednak sławę i zbił fortunę, 

sprzedając młodzieży popularne wersje tych strojów. 

Annie włożyła dziś krótki, czarny podkoszulek - tak 

background image

krótki, że przy każdym ruchu odsłaniał jej pępek, oraz 

czarne dżinsy ciasno opinające biodra. Dzień jednak 

był chłodny, zarzuciła więc na wierzch luźny biały 

sweter, który zamierzała zdjąć przed samą konferencją 

prasową. 

Wyglądasz cudownie - powiedział Mark z 

uśmiechem, gdy zeszła na dół i stanęła w drzwiach 
kuchni. 

Nie mogła uwierzyć własnym oczom, ponieważ 

Mark otwie

rał właśnie piekarnik i zdejmował z blachy 

złociste rogaliki, których zapach rozchodził się 
woko

ło. 

Sam je upiekłeś? - spytała z niedowierzaniem, 

zajmując miejsce przy stole. 

Oczywiście, że potrafiłbym je upiec - pochwalił się 

z du

mą. - Nauczyła mnie tego matka. Dziś jednak nie 

miałem na to czasu. Te niestety pochodzą z 

zamrażarki. 

Smakują wyśmienicie - powiedziała Annie, 

nad

gryzając miękkie, maślane ciasto. - Och, przez 

chwilę zapomniałam, że nie powinnam ich jeść. - 

Zrobiła żałosną minę. - Z pewnością maj ą mnóstwo 

kalorii... Ale nie potrafię się powstrzymać. Francuzi 

mają najwspanialszą kuchnię na świecie. 

Przez skromność nie zaprzeczę - zażartował. 

Sie

dział na wprost niej, sączył swój sok i uśmiechał się 

szeroko. - Opowiedz mi o swoim ojcu - 

poprosił. - Jak 

się czuł, mieszkając w Anglii? Czy kiedykolwiek 
my

ślał o powrocie w rodzinne strony? Był takim 

prawdziwym Francuzem, wiesz? 

background image

Może w młodości myślał o powrocie do Francji... - 

zasta

nawiała się na głos. - Nie wiem... Od kiedy go 

pamiętam, był już mocno osadzony w Anglii, miał tam 
do

brą pracę, przyjaciół, a przede wszystkim rodzinę. 

Masz rację, gdy człowiek się ożeni, staje się 

bar

dziej ostrożny w swych poczynaniach, bardziej 

przy

wiązany do miejsca. 

Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. 

Nigdy nie byłeś żonaty? 

Nigdy nie poznałem kobiety, z którą chciałbym się 

ożenić. 

Ale przecież musiałeś przeżywać jakieś... jakieś 

roman

se... Ile właściwie masz lat? 

- Och, 

mówiłem ci to już wczoraj, nie pamiętasz? - 

Po

patrzył na nią z lekkim wyzwaniem. - Skończyłem 

trzydzieści cztery, jestem więc od ciebie o całe 
dzie

więć lat starszy, Annie. Owszem, spotykałem się z 

ko

bietami, ale nigdy nie było to nic poważnego ani z 

moje

j, ani z ich strony. Można kogoś lubić, można 

kogoś pociągać, ale to nie to samo co miłość. 

- Niewiele o tym wiem... - 

Umilkła na chwilę i 

nala

ła kawy do pustych już filiżanek. - Nie 

przeżywałam żadnych miłosnych historii. Jeśli nawet 

ktoś mi się podobał, Philip pilnował, żeby sprawy nie 

posunęły się zbyt daleko. 

Widzę, że on naprawdę kontroluje każdy twój ruch 

- burk

nął z ironią Mark. 

Gdy się poznaliśmy, byłam bardzo młoda - 

obru

szyła się. 

Philip uznał, że powinien mnie chronić. Zatrudnił 

background image

Dianę, żeby ze mną mieszkała i wszędzie mi 
towarzy

szyła. Philip dobrze znał świat muzyki 

rozrywkowej i zdawał sobie sprawę, co może się 

przytrafić naiwnej nastolatce, która osiągnie sukces, 

nie mając żadnego życiowego doświadczenia... Całe 

życie pracował w tym biznesie i napatrzył się na 

młodych gwiazdorów, którzy nadużywali alkoholu, 

narkotyków albo zmarli na AIDS. Za wszelką cenę 

chciał uchronić mnie od tych zagrożeń i, choć nieraz 

się buntowałam, teraz jestem mu stokrotnie wdzięczna 
za wszystko... 

Głos jej zamarł, jakby nagle straciła 

ochotę do zwierzeń. 

Mark patrzył na nią przenikliwie spod zmrużonych 

powiek. 

Byłaś w nim trochę zakochana, prawda? - spytał 

głucho. 

Podobał mi się, to fakt. - Zarumieniła się lekko. - 

Myślę, że zastępował mi ojca. Zawsze ojca kochałam 

bardziej niż matkę i ogromnie mi go brakowało. Phil 

był opiekuńczy i taki... ojcowski. Tego właśnie 
potrze

bowałam. Moja matka szybko wyszła powtórnie 

za mąż. Miałam jej to za złe i nie znosiłam ojczyma. 

Zresztą z wzajemnością. Często się kłóciliśmy, a gdy 
nie znaj

dował innych argumentów, bił mnie... - 

Skrzy

wiła boleśnie twarz. - Gwoli sprawiedliwości 

muszę dodać, że byłam nieznośną nastolatką. 

Potrafiłam mu zawsze dokuczyć... Właściwie sama go 
prowokowa

łam. 

Miałaś niezbyt wesołe dzieciństwo - zauważył 

Mark z po

sępną miną. 

background image

- Bardzo ponure - 

odparła. - Po śmierci ojca cały 

mój świat legł w gruzach. 

Aż do chwili, gdy poznałaś Philipa? 

Owszem, spotkałam Philipa we właściwym 

momencie. Gdy

by nie on, Bóg jeden wie, co mogłoby 

mi się przydarzyć! Pewnie uciekłabym z domu i 

skończyła na ulicy... Na samą myśl o tym przechodzą 
mnie ciarki. 

background image

W takim razie nie będę zazdrosny o Phila - 

powie

dział, podnosząc jej rękę do ust. 

- Nie masz najmniejszego powodu. - 

Posłała mu 

słodki, kobiecy uśmiech. 

Mark zerk

nął na kuchenny zegar i wzdychając, z 

żalem powiedział: 

Niestety, musimy już wyjeżdżać. Idź na górę i 

spakuj rze

czy, Annie. Ja tymczasem posprzątam. 

Szła na górę wolno, noga za nogą, jak dziecko, które 

buntuje się przeciw woli rodziców. 

Och, nie chciała wracać do Paryża! Nie chciała 

wra

cać do zamętu dnia codziennego, ciężkiej pracy, 

prób, koncertów, usta

wicznych podróży i prasowych 

wywia

dów. Przebywając na odludziu, straciła poczucie 

czasu, jakby znalazła się nagle na innej planecie. Tak 
wiele wydarzy

ło się w ciągu ostatniej doby, że patrzyła 

teraz na swe życie całkiem innymi oczami. Miała wra-

żenie, że widzi wszystko w innych barwach i 
kszta

łtach. 

Jesteś gotowa, Annie? - dobiegł ją z dołu głos 

Marka. 

Po chwili spotkali się na podeście, skąd Mark zabrał jej 
wa

lizki i zaniósł do samochodu. 

Chcesz jechać z tyłu... w zupełnym odosobnieniu, 

czy też zaryzykujesz i usiądziesz ze mną z przodu? - 

zażartował. 

Usiadła z przodu. Gdy już odjeżdżali, raz jeszcze 

odwróciła się za siebie i boleśnie westchnęła. Nie 
pa

trząc na nią, Mark powiedział: 

- Wrócisz tu. 

background image

Widzę, że potrafisz odczytywać przyszłość równie 

tramie jak przeszłość - zadrwiła. 

Mam nadzieję - uśmiechnął się, a w jego czarnych 

oczach zajaśniały figlarne błyski. 

Policzki Annie nagle zapłonęły, zdała sobie bowiem 

sprawę, że gdzieś w głębi serca podświadomie liczy na 

wspólną przyszłość z Markiem... A przecież tak wiele 

było przeciwko nim. Jej uczucie było świeżej daty i 

mogło okazać się nietrwałe, a jego obsesja na jej 
punk

cie mogła zniknąć jak sen w zetknięciu z rze-

czywistością. Poza tym ze względu na jej karierę 
cze

kały ich długie okresy rozłąki, podczas których 

wszystko mogło się zdarzyć. Lękała się zbytniego 
optymizmu... A jednak na

dzieja tliła się w jej sercu jak 

dalekie światełko w ciemnym tunelu. I pragnęła tę 
na

dzieję pielęgnować. Była tak bardzo szczęśliwa, 

szczęśliwsza niż kiedykolwiek przedtem. Za każdym 
razem, gdy zer

kała w bok, widziała Marka siedzącego 

za kie

rownicą, jego profil jak wyrzeźbiony dłutem 

artysty, smagłą skórę pokrywającą surowe rysy 
skupionej twa

rzy, miękką linię warg... I za każdym 

razem od nowa ulegała fascynacji - chciała śmiać się w 

głos, a krew jak szampan musowała jej w żyłach. 

Czuła, że mogłaby pofrunąć, gdyby rozpostarła 
ramiona... 

Opowiedz mi o swoim dzieciństwie - poprosiła. - 

Czy zi

my w Jurze bywają mroźne? 

- Och, tak! - 

ożywił się. - Czasami śnieg zasypywał 

nas na całe tygodnie. Gdy byłem chłopcem, kochałem 

zimy. Wszyscy je kochaliśmy. Jeździło się na łyżwach, 

background image

na nartach i sankach... Ciągle chodziliśmy z kolegami 

potłuczeni, posiniaczeni i często łamaliśmy kończyny. 

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nasi rodzice 

narzekali na śnieg; myślałem, że chcą nam popsuć 
za

bawę. 

Twoja matka pewnie stale martwiła się o ciebie... 

Nawet bardzo. Była niezwykle rodzinna i całym jej 

światem był dom. Większość dnia sprzątała, gotowała i 

pracowała w ogrodzie. Uwielbiała ogrodnictwo. Ale 

nie hodowała wielu kwiatów, wolała warzywa. Była 

bardzo praktyczną kobietą. Za domem miała mały 

ogródek ziołowy i sad. Nawet w zimie rzadko 
kupowa

ła coś na targu. Chyba bardzo mnie kochała... 

Gdy tyl

ko miała czas, a ja kręciłem się w pobliżu, 

zawsze mnie przy

tuliła do siebie, pogłaskała... Ale 

przeważnie bawiłem się z kolegami, grałem w rugby, 

biłem się i wspinałem na drzewa. 

Annie 

nie spostrzegła upływu czasu, zasłuchana w 

opowieść Marka o jego dzieciństwie i rodzinie. Oczom 

jej wyobraźni ukazywał się sielski i romantyczny obraz 

życia w górach i dolinach Jury. Zapragnęła zobaczyć to 

urzekające miejsce tak gorąco, jakby było jej własnym 
domem... 

Nagle ujrzawszy drogowskaz, zdała sobie sprawę, że 

wkrótce dojadą do Paryża, i jakiś nieokreślony 
niepo

kój ogarnął jej umysł i ciało. Mark twierdził, że 

nikt nie b

ędzie jej szukać, ale zaczynała w to 

powątpiewać. A jeśli Phil i Di zadzwonili do hotelu i 

dowiedzieli się, że tam nie dojechała? Na pewno nie 
uwierzyli w wer

sję o zatrzymaniu się u przyjaciół. 

background image

Och, z pew

nością wpadli w panikę i zawiadomili 

policję! Co będzie, jeśli teraz na nich czekają i 

zaaresztują Marka? Rzuciła mu ukradkiem zakłopotane 
spojrzenie. 

- Mark - 

odezwała się niepewnie - być może 

powi

nieneś mnie zostawić gdzieś po drodze... Mogę 

wziąć taksówkę do hotelu. 

Popatrzył na nią ciepło, rozbawionymi oczami. 

Dlaczego miałbym tak głupio się zachować? 

Policja może się kręcić po hotelu! 

W odpowiedzi tylko się roześmiał. 

- Mark! - 

podjęła zdenerwowanym głosem, ale on 

wyciągnął rękę i poklepał ją pieszczotliwie po kolanie. 

Przestań się zamartwiać. Przecież ci powiedziałem, 

że wszyscy uwierzyli w moją wersję. 

- Mieszkasz w Pa

ryżu? - spytała, gdy przeciskali się 

przez za

tłoczone miejskie ulice. 

Przez cały tydzień. Dopiero w piątek wieczorem 

wyjeżdżam na wieś. 

A więc wracamy z twojej wiejskiej posiadłości? - 

spytała z oczami rozszerzonymi ze zdziwienia. Dotąd 

była pewna, że wynajął ten dom na kilka dni. 

- Tak - 

przyznał. - Spędzam tam weekendy i urlopy. 

Wolę życie na wsi, na łonie przyrody. Niestety, praca 

zmusza mnie do częstego przebywania w mieście. 

Nie powiedziałeś mi dotąd, czym się zajmujesz - 

poskar

żyła się. 

- Powi

em ci później. - Zwolnił i po chwili zatrzymał 

samo

chód przed okazałym hotelem. 

Portier ubrany w liberię pospieszył ich przywitać. 

background image

Otworzył drzwi i pomógł Annie wysiąść. 

Mark rzucił mu kluczyki i odezwał się po francusku: 
- Witaj, Jean-

Pierre! Bądź tak uprzejmy, zaparkuj 

mój samo

chód i dopilnuj, by bagaż panny Dumont 

wniesiono do jej apartamentu. 

Bień sur, monsieur Pascal - odrzekł portier z 

uśmiechem. 

Annie doznała szoku. Portier przywitał Marka jak 
dobrego 

znajomego! Dopiero po chwili dotarło do niej, 

że już gdzieś słyszała nazwisko Pascal... Tak, padało 

ono ostatnio dość często w rozmowach Philipa z 

Dianą. Mark Pascal był dyrektorem generalnym 

francuskiej wytwórni płytowej... A więc przyjechała do 

Paryża, aby zjeść lunch z Markiem! 

background image

ROZDZIAŁ  ÓSMY 

 

Nie powiedziałem ci, ponieważ chciałem pokonać 

wszystkie normalne bariery - 

usprawiedliwiał się, gdy 

znów byli sami w jej eleganckim apartamencie na 
naj

wyższym piętrze hotelu. 

Trzeba przyznać, że poszło ci świetnie! - 

powie

działa z wyrzutem, posyłając mu niechętne 

spojrzenie. 

Gdybyś od początku znała prawdę i czuła się 

ca

łkiem bezpiecznie, nigdy byś mnie nie dopuściła do 

słowa. - Westchnął głęboko. - Śmiałabyś się ze mnie, 

uważając, że to znakomity kawał. A ja chciałem, żebyś 

dokładnie wysłuchała mojej historii i dlatego musiałem 

wywołać w tobie szok, doprowadzić twój umysł do 

stanu najwyższego skupienia. 

- Nieprawda! - 

zaperzyła się. - Raczej chciałeś 

po

zbawić mnie kontroli nad swym własnym umysłem! 
- Nie masz racji, Annie. - 

Uśmiechnął się ciepło. - 

Nie było innego sposobu dotarcia do twego serca. Nie 

wiedziałem, czy cokolwiek pamiętasz ze swego 
prze

szłego życia, ale wyglądałaś dokładnie tak jak 

twoja babka, jak kobieta, o której śniłem od lat... Gdy 
po raz pierw

szy zobaczyłem twoje zdjęcie, serce mi 

niemal przesta

ło bić. 

Jej własne serce ścisnęło się teraz gwałtownie pod 

wpływem spojrzenia i czułej tonacji w głosie Marka. 

-Uwierz mi - 

ciągnął - że przez długi czas 

zastana

wiałem się, czy kobieta ze snu nie jest li tylko 

wytworem mojej wy

obraźni. Nigdy przecież nie 

background image

widziałem zdjęcia twojej babki. Nie mogłem być 
pewien, czy An

na, o której śniłem, była tą samą Anną 

Dumont, która mieszkała kiedyś w mojej wiosce. 

Pytałem ludzi, starałem się to sprawdzić na różne 

sposoby, ale nikt jej zbyt dobrze nie pamiętał. I na 
pewno nikt mi nie powie

dział, że miała coś wspólnego 

z lotnikiem, którego grób znajdował się na 
miejscowym cmentarzu. Dopie

ro gdy zobaczyłem 

twoje zdjęcie, gdy dowiedziałem się, że nosisz to samo 

nazwisko... Cóż, zacząłem wówczas zastanawiać się, 

czy mogłabyś być jej wnuczką. Wiedziałem, że Anna 

wyemigrowała po wojnie do Anglii. Gdy odkryłem, że 

twoim ojcem był Pierre Dumont, wiedziałem już, kim 

jesteś. Oczywiście, podobieństwo rodzinne nie oznacza 
je

szcze, że jesteś wcieleniem tamtej kobiety... 

Właśnie, nie oznacza - wtrąciła pospiesznie. - 

Cie

szę się, że przynajmniej zdajesz sobie z tego 

sprawę, Mark. 

- Nie jestem szalony, Annie - 

rzekł poważnie. - 

Sta

ram się myśleć tak samo rozsądnie jak ty... 

Pa

miętasz słowa Szekspira? Powiedział coś w tym 

sensie: „Wi

ęcej jest takich rzeczy na niebie i ziemi, 

Horacy, niż śniło się waszym filozofom". I choć 

wydaje się to nieprawdopodobne, wszystko jest 

możliwe. Gdy zrozumiałem, że jestem wcieleniem tego 

Anglika, zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie 

miałaby żyć kobieta, którą on niegdyś kochał. 

Musiałem tylko ją odnaleźć. Gdy więc zobaczyłem 

twoje zdjęcie, zapragnąłem przekonać się, czy... - 

Urwał, a jego usta wykrzywił sardoniczny grymas. - 

background image

Przypuszczam, że w głębi serca żywiłem nadzieję, że 
miewasz takie same sny jak ja... 

-

Ale ja nie miewałam takich snów - powiedziała 

ostro, co

raz bardziej zła, że udało mu się wystraszyć ją 

niemal na śmierć, podczas gdy całe to „porwanie" było 
uzgodnione z a

gencją Philipa i miało stanowić dla niej 

niespodziankę zaraz po przyjeździe do Paryża. 
Niespo

dzianka! Długo nie zapomni tej niespodzianki! 

Ale teraz już masz - wtrącił cicho, a ona rzuciła mu 

pełne irytacji spojrzenie. 

Dlaczego nie chcesz przyznać, że mnie 

zahipnoty

zowałeś? - podniosła głos. - To, co śniło mi 

s

ię u ciebie w domu..- Och, to wszystko sam 

wtłoczyłeś mi do głowy! 

- To nieprawda! - 

przerwał jej gwałtownie. 

 - 

Nie wierzę ci! Nie wierzę ani jednemu twemu 

słowu! Już raz udało ci się wystrychnąć mnie na dudka, 
organi

zując to rzekome porwanie! 

- Hipnoza b

yłaby z mej strony działaniem 

bezsensownym - 

powiedział tonem głębokiej irytacji. - 

Pra

gnąłem dowiedzieć się, czy jesteś tą kobietą, którą 

kie

dyś kochałem, zabrałem cię więc na wieś, abyś 

znala

zła się w warunkach, które mogłyby pobudzić 

wspo

mnienia, być może utajone w głębokich pokła-

dach twej podświadomości. Dlaczego, na Boga, 
mia

łbym sam 

siebie oszukiwać? 

Przyznałeś przecież, że bardzo pragnąłeś, bym 

uwierzy

ła, że jestem wcieleniem swej babki! Miałeś 

wręcz na tym punkcie obsesję. Zrobiłbyś wszystko, 

background image

bym 

uwierzyła, a tym samym po 

twierdziła twoją koncepcję. 

Mylisz się, Annie. Chciałem, abyś nią była 

na

prawdę. 

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem; zielone oczy 
Annie 

płonęły oskarżeniem, oczy Marka zaś były 

uparte i nieprzeniknione. 

A gdybym nią była w istocie? - spytała. - Co 

wtedy? Pew

nie przestałbyś się mną interesować... 

Telefon przerwał rozmowę w najmniej pożądanym 

momen

cie. Ostry dzwonek przeciął powietrze jak nóż. 

Mark, złorzecząc pod nosem, odwrócił się i 
energicz

nie podniósł słuchawkę. 

Słucham? - burknął do aparatu. 

Annie cała się trzęsła. Nie mogła jeszcze dojść do 

siebie, po 

odkryciu, kim Mark był naprawdę i jaką z 

niej zrobił idiotkę. Nawet nie pamiętała, kiedy po raz 

ostatni była tak wściekła. 

Rozglądała się właśnie po wytwornie urządzonym 

wnętrzu, aby odwrócić natrętne myśli, gdy Mark 
rap

townie rzucił słuchawkę. Zwróciła ku niemu 

zdziwioną twarz. 

Musimy zejść na dół - zakomunikował. - Ludzie z 

mojej wytwórni czekają już na nas w barze. Chcemy 

spokojnie zjeść lunch, nim będziesz musiała stanąć 
przed kamerami. 

Zjedź na dół sam. Muszę poprawić makijaż. 

- Poczekam. - 

Spojrzał na zegarek. - Masz pięć 

minut, An

nie, więc pospiesz się! 

Zaciskając zęby, pomaszerowała do łazienki, 

background image

świadoma, że Mark ją obserwuje i wściekła zarówno 
na niego, jak 

i na siebie. Szczerze wątpiła teraz, czy 

rze

czywiście czuje do niego taki pociąg. Zaplanował to 

zbyt do

kładnie, ukartował, zrobił ogromny wysiłek, by 

ją oszukać! Sam przecież przyznał, że chciał wywołać 

szok, uczynić jej umysł podatnym na swoje słowa... 

Właściwie, jak daleko zamierzał się posunąć? 

Wyobraźnia zaczęła podsuwać jej niestworzone 

po

mysły - od mącących rozum narkotyków, poprzez 

rozmaite oddziaływania na podświadomość, aż po 
sa

mą hipnozę. 

Och, to czyste szaleństwo! - powtarzała w duchu, 

rozczesu

jąc długie, jedwabiste włosy i związując je w 

węzeł na karku. Wszystkie pomysły, które 
przychodzi

ły jej do głowy wydawały się zbyt 

nieprawdopo

dobne, aby mogły być prawdziwe. 

Jak więc wytłumaczyć niesamowity pociąg, który do 

niego poczuła niemal od pierwszego wejrzenia? Nigdy 

w życiu nic podobnego jej się nie przytrafiło. To 
praw

da, że nie spotykała się w przeszłości z wieloma 

mężczyznami, ale przecież poznała ich mnóstwo 
pod

czas tras koncertowych i nagrań. Nikt nigdy nie 

wy

warł na niej tak piorunującego wrażenia. 

Nikt oprócz Marka. Od pierwszej chwili, gdy go 

po

znała - gdy w milczeniu wiózł ją z lotniska - czuła 

do niego silny fizyczny pociąg. Pamiętała, że 
wpatry

wała się wówczas w jego kształtną ciemną 

głowę i szerokie ramiona jak urzeczona, i była 
przeko

nana, że widzi najprzystojniejszego mężczyznę 

na świecie. 

background image

A później całkiem straciła dlań głowę... 

Spojrzawszy w lustro zauważyła, że krwisty 

rumie

niec oblał jej twarz na wspomnienie nocy, a 

raczej po

ranka, kiedy się kochali. Jak mogła do tego 

dopuścić? W dodatku trudno go było oskarżyć o 

zastosowanie przymusu... Po prostu zapragnęła tego 

mężczyzny. Wstrzymała oddech z wrażenia, gdy 

zrozumiała, że pragnie go nadal... Jak to się mogło 

stać? Nie należała do kobiet, które potrafią oszaleć na 
punkcie nieznajom

ego mężczyzny i gotowe są pójść z 

nim do łóżka po kilku godzinach znajomości. 

Nie rozumiała, jak Mark tego dokonał i pomyślała, 

że gdyby żyli w innych czasach, posądziłaby go o 
rzu

cenie na nią uroku! 

Nałożyła srebrnozielony cień na powieki, pociągnęła 

ust

a czerwoną, błyszczącą szminką i przechyliwszy 

głowę, przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Na 
ra

zie musiało wystarczyć. Na pewno jeszcze znajdzie 

okazję, by poprawić makijaż przed konferencją 
praso

wą. 

Gdy wyszła z łazienki, Mark nerwowo przemierzał 

pokój. 

Nareszcie jesteś! - Odwrócił się do niej na pięcie z 

ponurym wyrazem twarzy. - 

Zaczynałem się już 

zasta

nawiać, czy nie zamierzasz spędzić w łazience 

reszty dnia. 

Annie zdjęła biały sweter, pozostając w kusej 

bluzeczce, specjalnie wybranej przez Philipa na 
pierwsze spotkanie z paryskimi reporterami, a która 

odsłaniała kokieteryjnie pępek i znaczną część dekoltu. 

background image

Mark spod zmrużonych powiek mierzył ją taksującym 
spojrzeniem. 

background image

Czy w tym stroju masz zamiar wystąpić? - 

Prześliznął się pełnym dezaprobaty wzrokiem po 

głęboko wyciętym dekolcie, odsłaniającym niemal 

połowę piersi. 

Oczywiście! - Popatrzyła na niego wyzywająco. - 

Nie po

doba ci się? Koledzy z zespołu uważają, że jest 

bardzo seksy. 

Nie wątpię - uciął krótko i zmarszczywszy brwi 

spojrzał na zegarek. - Nie ma już czasu na 
przebieranie. Pozwolisz jed

nak, że później przejrzę 

twoją garderobę. Może o tym nie wiesz, ale 
reklamowa

liśmy cię tutaj jako skromną i pełną 

ekspresji pieśniarkę ulicy. Nigdy nie byłaś 
uosobieniem seksu. 

Nie byłam, ale zamierzam zostać w niedalekiej 

przyszłości - powiedziała agresywnie. 

W oczach Marka pojawiły się złośliwe błyski. 
- Doprawdy? Jeszcze o tym porozmawiamy. - 

Otwo

rzył z rozmachem drzwi i gestem zaprosił ją do 

wyj

ścia. – Chodźmy już. Jesteśmy wystarczająco 

s

późnieni. 

Miała przewrotną ochotę trochę się z nim podrażnić. 

Nie spo

glądając nań ani razu, przeszła obok powolnym 

krokiem, przy

oblekając maskę niewzruszonej powagi i 

kamiennego spokoju. Czu

ła na sobie jego wzrok. 

Stanowili parę dosyć ekscentryczną. Ona - 

niezwykle sekso

wna w swej czarnej opiętej bluzeczce i 

w

ąskich czarnych spodniach, on zaś bardzo oficjalny i 

wytworny w eleganckim ciemnym garniturze, koszuli 
w bladoniebieskie paski oraz granatowym krawacie. 

background image

Annie, nerwowo zerkając w lustro, pomyślała, że 

oto jedzie windą z chłodnym, dystyngowanym 
nieznajomym - 

i wprost nie mogła dać wiary, że 

jeszcze wczoraj była powierniczką jego 
najintymniejszych se

kretów. Czy ktoś mógłby 

podejrzewać, że Mark, który wyglądał teraz jak 

przystało na energicznego i dynamicznego biznesmena, 

w głębi duszy wierzy w reinkarnację, przywiązuje 

wagę do snów i ma tak bardzo złożoną, wrażliwą 

osobowość? 

Jeśli dzisiaj spotkaliby się po raz pierwszy, z 

pewno

ścią zrobiłby na niej niezatarte wrażenie, ale nie 

do

wiedziałaby się, jaki jest naprawdę... Musiała 

niechętnie przyznać, że dokonując tego szalonego 

porwania, w pewnym sensie postąpił rozsądnie. Ani 

dziś, ani jutro nie byliby sami... Wszystkie następne 

dni miała szczelnie wypełnione spotkaniami z prasą i 
nie ko

ńczącymi się próbami przed koncertem. A 

potem... po

tem udałaby się w dalszą trasę. Nie było 

najmniejszej szansy, by ich związek wyszedł poza 

konwencjonalną znajomość. 

Gdy wysiedli z windy w hotelowym foyer, kilka 

osób ją rozpoznało. Usłyszała szmer głosów, potem 

głośne okrzyki. Ludzie przyglądali jej się ciekawie i, 

nim zdążyła się spostrzec, otoczył ją wianuszek 
wielbicieli. 

- O jej! - 

jęknęła bezradnie, jak na złość nie mogąc 

przypo

mnieć sobie ani jednego stosownego wyrażenia 

po francusku. 

Co się dzieje? Panna Dumont nie ma teraz czasu. - 

background image

Mark energicznie utorował jej drogę. - Chodźmy! - 
po

naglił, a potem objął ją wpół i pociągnął za sobą do 

hotelowej restauracji. - An

ton, ścigają nas - zwrócił się 

do kelnera. - 

Postaraj się ich zatrzymać! 

Bień sur, monsieur Pascal - kelner uśmiechnął się 

uspoka

jająco i zagrodził drzwi wścibskim gapiom. 

Mark poprowadził Annie do dużego stołu, przy 

którym cze

kało już na nich z pół tuzina osób. Annie, 

lekko zarumieniona, przywitała się z wdziękiem, ale w 

głębi duszy marzyła o powrocie do swego apartamentu. 
Ta

kie spotkania zawsze ją żenowały, i zastanawiała 

się, czy kiedykolwiek przywyknie do swej popu-

larności. W gruncie rzeczy była nieśmiała i lękała się, 

że swą osobą rozczaruje towarzystwo. Być może 

spodziewano się poznać gwiazdę świecącą 
nieziemskim blaskiem - 

tymczasem ona była bardzo 

zwyczajną, filigranową dziewczyną z długimi czar-

nymi włosami i zielonymi oczami o trochę smutnym 
wyra

zie twarzy. Posiadała tylko jedną prawdziwie 

niezwykłą cechę: głos. Potrafiła śpiewać. Głos był 
jedynym darem, jakim obda

rzyła ją Opatrzność. 

- Oto nasza Annie Dumont - 

powiedział swobodnie 

Mark, 

obejmując ją władczo ramieniem. 

A potem kolejno przedstawiał jej swoich 

współpracowników. 

To jest Raoul, szef działu artystycznego. 

Annie podała rękę niskiemu młodemu mężczyźnie, 

kierującemu działem, który uchodził za najważniejszy 

w każdej wytwórni płytowej. Raoul przypominał 
Na

poleona z czasów młodości. Miał smagłą cerę, twarz 

background image

nieco zbyt pełną, lecz o mocno wysuniętym podbródku 

i krucze włosy uczesane z grzywką. Zauważyła także, 

że miał na sobie ekstrawagancki strój - zapewne z 
awangardowej kolekcji Jean Paul Gaultiera. 

A ta urocza dwójka, to nasi najlepsi łowcy 

talentów - ob

jaśniał dalej Mark. - Simone i Gerard. 

Wyglądali jeszcze młodziej niż Raoul; dziewczyna, 

o cie

mnych włosach zaczesanych w koński ogon, nie 

mo

gła mieć więcej jak dwadzieścia dwa lata. Chłopak 

był chudy, poważny, również ciemnooki i 

ciemnowłosy. Obydwoje ubrani byli w czarne spodnie, 
czarne ko

szule i różowe krawaty. Wyglądali jak 

bliźniaki. 

Złowiliście ostatnio jakiś talent? - zażartowała 

Annie. 

Spojrzeli na siebie i jednocześnie wzruszyli 
ramionami, jak marionetki poruszane tym samym 
sznurkiem. 

Każdego tygodnia przesłuchujemy wielu 

wykonawców - 

odezwała się Simone. 

- Ale b

ardzo rzadko trafiamy na kogoś naprawdę 

oryginalnego - 

dopowiedział Gerard. 

Sama najlepiej wiesz, jak to jest - 

wtrąciła Simone. 

Trudno się przebić w tym biznesie - zawyrokował 

Gerard. 

Annie zastanawiała się z rozbawieniem, czy zawsze tak 
samo 

się poruszają i mówią jednym głosem. Prędko 

jednak doszła do wniosku, że była to ich wystudiowana 
poza. 

Ja miałam dużo szczęścia - powiedziała. 

background image

- To prawda - przyznali chórem po angielsku. 
- A to jest Francine - 

powiedział Mark, kierując 

spojrzenie 

ku młodej blondynce. - Odpowiada za 

okładki twoich francuskich płyt, więc jeśli miałabyś 

jakieś zastrzeżenia, możesz się do niej zwracać. 

Wysoka, długonoga blondynka uśmiechnęła się, ale 

jej nie

bieskie oczy miały lodowaty wyraz. 

Mam nadzieję, że nie będziesz miała żadnych 

za

strzeżeń - powiedziała tonem przestrogi. 

Ależ skądże! - zapewniła pospiesznie Annie. - 

Francuskie okładki są fascynujące. 

Francine natychmiast złagodniała. 

Dziękuję. Też tak uważamy. Właśnie widziałam 

twój nowy znak graficzny i doprawdy jestem nim 
zachwycona. – 

Spojrzała na gruby folder leżący przed 

ni

ą na stole. - Myślę, że wygląda wspaniale, 

szczególnie na czarnym tle. 

Okładka folderu była czarna; na tym tle świeciła 

srebrzystym blaskiem para skośnych oczu, podobnych 
do oczu kota, okolonych 

firanką gęstych, czarnych 

rzęs. 

Gdy po raz pierwszy przedstawiono mi ten pomysł, 

niezbyt mi się spodobał - wyznała Annie. - Ale mój 
me

nedżer był zachwycony. 

My też jesteśmy zachwyceni - podchwyciła 

Francine. 

Ostatnim gościem przy stole okazał się szef działu 

reklamy. Louis był eleganckim, młodym mężczyzną, 

który natychmiast zaczął Annie opowiadać o 
plaka

tach, jakie przygotował na jej francuskie tournee. 

background image

Niebawem pojawił się kelner. 

Czy możemy podać lunch? - spytał uprzejmie. 

Mark skwapliwie przytaknął i zwrócił się do Annie z 

wyjaśnieniem: 

Zamówiłem już dania, żeby nie tracić czasu. Jeśli 

coś nie będzie ci smakować, zamówimy następne. 
Pyta

łem w Londynie, czy są potrawy, których nie 

jadasz, ale nie potrafiono mi odpo

wiedzieć. 

Jadam większość rzeczy - przyznała. 

Na przystawkę podano pasztet z królika ze 

śliwkami, ozdobiony plasterkami korniszonów, 
pomidorów i wczesnej cebulki. 

Wspaniały! - zachwycała się Annie. 

Jemy to często w Jurze. 

Stamtąd właśnie pochodzi Mark – wyjaśnił - 

Raoul. - Z cze

go zresztą jest niezwykle dumny. Czy 

byłaś kiedyś w Jurze, Annie? 

Annie zaprzeczyła ruchem głowy, unikając 

śledzących ją z ukosa oczu Marka, w których 

błyszczały iskierki rozbawienia. 

Też tam nie byłem - ciągnął Raoul. - I podobno 

mam czego żałować. Sądząc ze słów Marka, Jura jest 
przedsionkiem raju. 

A ty skąd pochodzisz? - wtrąciła Annie. 

Jestem rodowitym paryżaninem - oświadczył z nie 

skry

waną dumą Raoul. 

Musisz zrozumieć, Annie - wtrącił Mark z 

przek

ąsem - że Francja dzieli się właściwie na dwa 

kraje: Pa

ryż i całą resztę. 

Można być paryżaninem albo Francuzem; nie są to 

background image

pojęcia równorzędne. 

Raoul wybuchnął śmiechem. 

Nie zapominaj, że przede wszystkim jesteśmy 

kosmopoli

tami. Jadamy w Paryżu najlepsze francuskie 

prowincjonalne potrawy. 

- Takie jak poulet au vin jaune - 

zaśmiał się Mark, 

gdy kelner zmieniał im talerze, a podgrzewany wózek 

wypełniony naczyniami zjedzeniem zbliżał się w ich 
kierunku. - Nasze dzi

siejsze główne danie to również 

specjalność Jury: kurczak duszony w złotym winie, 

śmietanie i smardzach, które rosną w naszych 
sosno

wych lasach i są najwspanialszymi grzybami na 

świecie. 

Raoul mrugnął do Annie porozumiewawczo, ona zaś 

uśmiechnęła się z zadowoleniem, obserwując, jak 
kel

ner nakłada jej na talerz porcję kurczaka z ryżem i 

zielonym groszkiem. 

Jeśli nie możesz pojechać do Jury - szepnął jej 

Mark do ucha - 

pomyślałem sobie, że podam ci Jurę na 

talerzu. 

Serce zabiło jej szybciej, ponieważ napotkała 

wpa

trzone w siebie ciemne, intrygujące oczy. Było w 

tym spojrzeniu coś żenująco intymnego... 

Miała nadzieję, że nikt nie zwrócił uwagi na to 

spoj

rzenie, ani na czułą nutę w jego głosie, gdy się do 

niej odzywał. Całe też szczęście, że nie mogli widzieć, 

co się dzieje pod stołem! Mark raz po raz dotykał 
kola

nem jej kolana, przesuwał ręką po jej udzie albo 

mu

skał palcami jej ramię... 

Te niby mimowolne pieszczoty sprawiały jej wielką 

background image

przyje

mność, traciła nagle oddech, a serce tłukło jej się 

w piersiach jak dziki ptak w klatce. 

Nie wiedziała, co o tym sądzić, jak rozumieć jego 

zachowane

. Czyżby czułym gestem starał się 

przemó

wić do jej serca? 

Potrzebowała czasu, aby przemyśleć sobie 

wszystko... aby zro

zumieć samą siebie... Nie może już 

jej bardziej popędzać! I tak wypadki toczyły się w 
zawrotnym tempie... 

Delikatnie odsunęła od niego kolano, odepchnęła 

je

go rękę, ale jej zachowanie zdawało się Marka bawić. 

Za

uważyła w jego oczach figlarne błyski. 

Po lunchu Louis i Mark zaprowadzili ją na spotkanie 

z repor

terami. Nie lubiła zwłaszcza sesji 

fotograficz

nych, zawsze ją wyczerpywały, ponieważ 

traktowano ją jak żywą lalkę, ustawiano w rozmaitych 

pozycjach, proszono o uśmiech, o odwracanie głowy, o 

spoglądanie to tu, to tam. 

Gdy wreszcie wracała do swego apartamentu, na jej 

twarzy malowała się niewysłowiona ulga. Mark 
pozo

stał w saloniku, aby załatwić kilka rozmów 

telefonicz

nych, ona zaś poszła prosto do sypialni, 

położyła się na łóżku i przymknęła oczy. 

Wydawało jej się, że minęło niecałe pięć minut, gdy 

obudził ją natarczywy dzwonek do drzwi. Usłyszała 

zdenerwowany głos Marka: 

- Cicho, do licha... Och, to wy? Nie spodzie

wałem 

się was tak szybko. 

Po chwili dobiegł ją głos Philipa: 

Jest zmęczona? Jeszcze nie zaczęliśmy i już jest 

background image

zmęczona? Och, mniejsza z tym... Witaj, Mark! Jak się 
miewasz? 

Chciałbym przedstawić ci moją żonę... 

Diano, to jest Mark Pascal, dyrektor generalny 

francuskiej wytwórni płytowej. 

Annie aż potknęła się, biegnąc do drzwi, i wpadła do 

salonu, akurat gdy Mark wprowadzał tam gości. 

Nareszcie jesteś! - zawołał Philip. - O co chodzi z 

tym 

zmęczeniem? - Popatrzył na nią przeciągle.'- Mam 

na

dzieję, że nie prowadziłaś zbyt intensywnego trybu 

życia podczas naszej nieobecności - westchnął i 
uca

łował ją w oba policzki, a potem wziął jej obie ręce 

w swoje i przez chwilę jakby szacował niebieskimi 
przenikliwymi oczami. - 

No, cóż - rzekł wreszcie -ja-

koś inaczej wyglądasz... A może tylko mi się wydaje? 

Wszystko w porządku? 

- W jak najlepszym - 

odrzekła z uśmiechem. - 

Je

stem już dużą dziewczynką, Phil. Potrafię sobie sama 

radzić. – Odwróciła się, aby uściskać Dianę. - 
Cudow

nie, że was wreszcie widzę! Och, jak ślicznie 

wyglądacie... Obydwoje tacy opaleni. Jak ci się żyje w 

małżeńskim stanie, Di? - uśmiechnęła się serdecznie do 
przy

jaciółki. 

Jak do tej pory świetnie. - Wielkie oczy Diany 

pe

łne były łagodnego ciepła. - Na szczęście on nie 

chra

pie. A co u ciebie? Nie czułaś się samotnie po 

mojej wyprowadzce? - 

Mówiła swobodnym tonem, 

Annie jednak dostrzegła w jej oczach cień niepokoju. 

Z początku było mi trochę dziwnie - wyznała 

szczerze 

ale teraz podoba mi się moja samotność i 

nieza

leżność. Przynajmniej nikt się ze mną nie spiera, 

background image

co mam ogl

ądać w telewizji - roześmiała się w głos. - I 

nie muszę ściszać muzyki! 

Diana roześmiała się również. 

Przypuszczam, że wkrótce sąsiedzi zaczną się na 

ciebie skarżyć. 

Jak sądzicie - Philip zmarszczył brwi - czy w tym 

hotelu można liczyć na porządną herbatę? 

Herbatę? - spytał Mark z udawaną powagą. - 

My

ślę, że Anglicy często się o nią dopraszają, ale, 

wy

baczcie, nie jestem w stanie jej ocenić. - Podniósł 

słuchawkę telefonu. - Zatem herbata. .. dla ilu osób? 
Dwóch? A ty, Annie? 

Też poproszę - skinęła głową. 

Gdy Mark zajęty był rozmową, Diana szepnęła 

Annie do ucha: 

On jest niezwykle seksowny, nie uważasz? Czy 

za

brał cię już do swojego wiejskiego domku? 

Co, na Boga, miała jej odpowiedzieć?! Nerwowo 

przełknęła ślinę. 

- Bardzo... bardzo spokojne miejsce - 

wyjąkała. 

Czy on jest żonaty? - dopytywała się Diana, a gdy 

Annie przecząco potrząsnęła głową, spojrzała na nią z 

wyraźnym zaciekawieniem. - Kto jeszcze tam był? 

Annie drgnęła nerwowo. Powinna się spodziewać 

tego pyta

nia! I co teraz...? Mark, który odkładał 

właśnie słuchawkę, zauważył niemą prośbę o ratunek i 
szybko po

spieszył jej na odsiecz. 

Czy Annie opowiadała ci o moich przyjaciołach? 

Wszyscy 

chcieli ją poznać, miałem więc duże 

problemy z ograniczeniem 

liczby gości. . 

background image

Diana zmarszczyła brwi. 

Miała wypoczywać przed rozpoczęciem koncertów 

- po

wiedziała z lekkim wyrzutem. 

Dopilnowałem, by wypoczywała i osiągnęła jak 

najlepszą formę. W końcu leży to w moim interesie. 

Mam nadzieję, że w najbliższych dniach sprzedamy 
mnó

stwo płyt i zbijemy fortunę. Annie już dziś budzi 

ogromne zainteresowanie we Francji, a pod koniec 
to

urnee z pewnością zostanie okrzyczana gwiazdą. 

Diana, która już całkiem zapomniała o swym 

pierwotnym pytaniu, zwróci

ła się z uśmiechem do 

Annie: 

Oczywiście, moja droga. I to nie tylko we Francji. 

W całej Europie! — Objęła ją ramieniem i uściskała 
mocno. - Prawda, kochanie? 

Bądźmy dobrej myśli - odpowiedziała Annie 

zdaw

kowo, ponieważ nieustannie myślała o Marku. 

Ależ potrafił zamydlić oczy! Kłamał bez mrugnięcia 
powie

ką. Jakim człowiekiem był naprawdę? Ile 

prawdy było w tym, co jej naopowiadał? 

Mark obserwował ją twardym, badawczym 

spojrzeniem; zda

ła sobie sprawę, że usiłował odczytać 

jej my

śli. 

Przyjazd Philipa i Diany 

wszystko odmienił. Teraz 

znów będzie stale przebywać w ich towarzystwie, pod 

ich czułą kuratelą - znów odnajdzie się w kręgu starych 

przyjaciół - i to z pewnością oddali ją od Marka. Mark 

musiał to zrozumieć i musiał się z tym pogodzić... 

I nagle zdała sobie sprawę, że po dwudziestu 

czterech godzi

nach spędzonych z Markiem zna siebie 

background image

le

piej niż kiedykolwiek w życiu. Po raz pierwszy miała 

okazję zachowywać się swobodnie, nie musiała nikogo 

udawać. Mogła być sobą! Przez długie lata zbyt ciężko 

pracowała, by trawić czas na próżne rozmyślania o 
sta

le powiększającej się różnicy między prawdziwą 

naturą Annie Dumont, a maską, którą nałożyli jej na 

twarz specjaliści od reklamy. Gdy miała siedemnaście 

lat, odpowiadali za nią na pytania, wymyślając 
odpowiedzi pasu

jące do narzuconego jej stylu. Annie 

pod

dała się temu bez oporów. Nie miała Czasu 

za

trzymać się w pół drogi i pomyśleć: Kim właściwie 

jestem? Ja

kie mam poglądy? Co czuję naprawdę? 

Otwierała tylko usta i powtarzała frazesy 

przygotowane dla niej przez Phila 

i Dianę. Nosiła 

stro

je, które dla niej wybrali. Bywała w miejscach, 

które oni uważali za stosowne... Ale przecież nigdy nie 

miała pretensji, że się nią manipuluje! Była szczęśliwa, 

że może ich zadowolić. Ostatecznie zawdzięczała im 
tak wiele... 

Jakie to 

dziwne, że właśnie teraz, pod wpływem 

ca

łkiem nieznajomego mężczyzny, obudziła się w niej 

prawdziwa natura! Nagle poczuła w sobie nowe siły, 

poczuła, że powinna sama kierować swym życiem. 

Mark pomógł jej to sobie uświadomić. I co za ironia 
losu - 

podejmując pierwszą samodzielną decyzję, 

po

stanowiła nigdy więcej nie pozwolić mu się do 

siebie zbli

żyć. 

Popatrzyła na niego dumnie, z błyskiem wyzwania 

w zielo

nych oczach, i pozwoliła mu wyczytać z nich 

bezgłośne przesłanie: Trzymaj się z dala ode mnie, 

background image

Mark. Ws

zystko skończone. Nie ufam ci i nie chcę cię 

więcej widzieć. 

background image

ROZDZIAŁ  DZIEWIĄTY 
 

Bilety na jej pierwszy paryski koncert zostały 

błyskawicznie wysprzedane. Annie nawet nie 
podejrzewa

ła, że cieszy się we Francji tak wielką 

popularno

ścią. Domyślała się natomiast, że Mark i jego 

specjali

ści od reklamy wykonali gigantyczną pracę, od 

wielu miesi

ęcy podgrzewając atmosferę wokół jej 

osoby za pomocą artykułów prasowych, programów 
radiowych i telewizyjnych, olbrzymich plakatów 
rozwieszonych w miejscach publicznych oraz 
strumienia wywiadów, ja

kich udzielała rozmaitym 

muzycznym czasopismom. 

Od wielu tygodni jesteś obecna w mediach - 

zakomuniko

wał z wyraźną dumą i satysfakcją Louis, 

szef biura reklamy. - 

Bilety na koncert zniknęły w 

ciągu kilku dni od rozpoczęcia sprzedaży. Zobaczysz, 

że zrobisz u nas furorę, chociaż Francja wcale nie jest 

łatwym rynkiem dla zagranicznych wykonawców. 
Mu

szę przyznać, że sam jestem zaskoczony sukcesem 

kampanii reklamowej. 

Dokonaliście prawdziwego cudu - pogratulowała 

mu szczerze Annie. 

Dzięki - ucieszył się z komplementu. - Będę ci 

towarzy

szył na całej trasie, więc jeśli zaistnieją 

jakie

kolwiek problemy, zwracaj się do mnie bez 

wahania. 

Annie wstała dziś o świcie, zjadła tylko lekkie 

kon

tynentalne śniadanie i udała się na stadion, aby 

odbyć próbę przed wieczornym koncertem. 

background image

 

Podium sceniczne było już prawie gotowe, choć tu i 

ówdzie rozlegało się jeszcze stukanie młotków, a 

mężczyźni w roboczych kombinezonach montowali 
stalowe podpory podtrzymu

jące podłogę. Znane były 

prze

cież wypadki, że scena zapadała się pod ciężarem 

in

strumentów i licznego zespołu, a widzowie ulegali 

panice. Pod

jęto więc dodatkowe środki ostrożności. 

Pod sceną nadal pracowali elektrycy, podłączając 

obwody, raz po raz któryś z nich pojawiał się na górze 
i spraw

dzał mikrofony; dawały się wówczas słyszeć 

charakterystyczne szumy i trzaski. Na scenie muzycy 
ustawiali instrumenty; pianino elektryczne, perkusja i 

potężne wzmacniacze zajmowały dużo miejsca. 

Annie ze swoim zespołem, tancerze i chórzyści 

za

częli powtarzać zaplanowane przez choreografa w 

naj

drobniejszych szczegółach układy. Wszystko mieli 

do

kładnie przećwiczone w londyńskim atelier, teraz 

nale

żało tylko odtworzyć misterną kompozycję ruchów 

i gestów na wielkiej scenie pod gołym niebem, 

uważając, aby przy okazji nie potknąć się o kable i nie 

spaść z podium. 

Podczas trwania prób układów choreograficznych 

sprawdzo

no jeszcze światła, ich działanie i 

prawidłowość ustawienia. 

- Istny dom wariatów, no nie? - 

powiedział Brick, 

uśmiechając się do Annie z entuzjazmem. - Uwielbiam 
przygotowania do koncertu. Podniecenie przenika mnie 

aż do czubków palców. 

-  Co takiego? - 

spytała nieobecnym głosem, 

background image

obser

wując mijających ją w podskokach tancerzy. 

Adrenalina, głuptasku! 

- Och, ty nigdy nie miewasz tremy, Brick - 

pozaz

drościła mu beztroskiej radości. 

Przenigdy! Nie mogę po prostu doczekać się 

wyj

ścia na scenę. A gdy wszystko się już rozpoczyna i 

zaczy

nam walić w perkusję, jestem tak podniecony, że 

mógłbym fruwać! Koncert na żywo, to jedyna okazja, 

żeby pójść na całość i grać tak głośno i tak mocno, jak 

się chce. 

Annie prawie nie słuchała, pożerając wzrokiem 

Marka, który rozmawiał właśnie z Philipem. Obaj 
wpa

trywali się w potężne reflektory umieszczone nad 

sce

ną i komenderowali pracą mężczyzny, który siedząc 

na dźwigu, ustawiał je we właściwej pozycji. 

Mark miał dziś na sobie czarny sweter i niebieskie 

dżinsy. Dziwne, ale również w tak zwykłym stroju 
wy

glądał elegancko i pociągająco zarazem. 

Z trudem odwróciła wzrok; nie mogła pozwolić, by 

zauważył, że mu się natarczywie przygląda. Przez 
ostatnie kilka dni uda

wało jej się trzymać go na 

dy

stans, tak jak sobie zaplanowała. Miała nadzieję, że 

po dzisiejszym koncercie, gdy pojedzie w tra

sę 

koncerto

wą, Mark pozostanie w Paryżu. 

Poczuła się nagle bardzo zmęczona. Dobiegał końca 

kolejny żmudny dzień. 

Idź i trochę odpocznij - powiedziała Di, gdy Annie 

że złością odłożyła mikrofon, przerywając w połowie 
pio

senkę. 

To było okropne! - żaliła się. - Zupełnie się 

background image

pogu

biłam... Muszę spróbować jeszcze raz. 

- Natychmiast przerwij! - 

zagrzmiał Philip, który stał 

tuż przed sceną. 

Patrzyła właśnie w dół na Philipa i Marka, gdy 

nieoczekiwa

nie elektrycy włączyli wszystkie reflektory 

i ich upiorne światło kompletnie ją oślepiło. Stała jak 
wryta - 

ogłuszona szczekotem karabinów 

maszyno

wych i dzikim krzykiem jakiejś kobiety... 

Wielki Boże, Annie, co się dzieje? - dobiegał jak 

zza szkla

nej ściany głos Di. 

Natychmiast zgaście światło! - zawołał z dołu 

Mark. 

W sekundę zapadła całkowita ciemność. Annie stała 

nadal w tym samym miejscu, c

ała drżąca i zapłakana. 

Diana obejmo

wała ją ramieniem i szeptała 

uspokajaj

ąco: 

Jestem tu, kochanie... Wszystko w porządku, jesteś 

bez

pieczna... Co się stało? 

Gdy po chwili ujrzała pochyloną nad sobą twarz 

Marka, w je

go ciemnych oczach dostrzegła błysk 

zro

zumienia. A więc domyślił się, co przed chwilą 

widzia

ła, co słyszała, czego doświadczyła... 

Zadrżała nerwowo, zamykając oczy. 

Zabierz ją do hotelu - zwrócił się Phil do Diany. - 

Jest wykończona. Powinniśmy przerwać już dwie 
godziny temu... Daj jej 

aspirynę, gorące mleko i połóż 

ją do łóżka. 

Pozwólcie, że ja się nią zajmę - wtrącił Mark, a 

Phil i Diana spojrzeli na niego z zaciekawieniem. 

To miło z twojej strony - powiedziała Diana z 

background image

uprzejmym uśmiechem - ale opieka nad Annie należy 
do mnie. -I nie zwra

cając uwagi na zniecierpliwioną 

minę Marka, zwróciła się znów do Annie: - Chodźmy, 
kochanie. - 

A potem władczo otoczyła ją ramieniem i 

sprowa

dziła ze sceny. 

W hotelu Annie zasnęła niemal od razu. Ale nie 

miała spokojnych snów. Budziła się raz po raz, 
oszo

łomiona i drżąca, i rozglądała się z przerażeniem 

po ciemnym, nieznajomym wn

ętrzu. 

Obudziła ją Diana z filiżanką parującej herbaty w 

ręce. 

Chcesz coś zjeść? - spytała. 

Annie tylko potrząsnęła głową czuła, że ma pełny 

żołądek. 

Powinnaś zjeść choć kanapkę - upierała się Di, ale 

były to 

próżne namowy. 

Nawet mi o tym nie wspominaj. Chodźmy już! 

Pojechały na stadion mikrobusem wiozącym 
zaopatrzenie, 

aby zmylić fanów, którzy oblegali 

wejście. Mikrobus przemknął obok tłumu gapiów 

niepostrzeżenie. Gdy wysiadły z furgonetki, zniknęły 
w okamgnie

niu w czeluściach prywatnego wejścia, a 

potem labi

ryntem korytarzy dotarły do garderoby 

zespołu. 

Nie denerwuj się, kochanie - powiedział Phil, 

pod

chodząc do niej, by ją pocałować. 

- Och, Phil, umieram ze strachu - 

przyznała 

szczerze. 

Gdy już wyjdziesz na scenę, wszystko wróci do 

background image

normy. Jak zwykle, pamiętasz? 

Annie skrzywiła twarz, słysząc wrzask dochodzący 

ze stadio

nu. Występował przed nimi francuski zespół 

rockowy. 

Wykonują dla nas znakomitą robotę - powiedział 

wesoło Phil. - Rozgrzewają publiczność, przygotowują 

ją na twoje wejście. - Spojrzał na zegarek. - Już za 
kil

ka minut zespół może wyjść na scenę, a potem ty, 

jak usłyszysz swój sygnał. 

Annie poczuła, że kropelki potu spływają jej po 

skroniach. Odwró

ciła się na pięcie i pobiegła do 

łazienki. Myślała, że zwymiotuje, ale gdy ochlapała 
wo

dą kark, nerwowe kurcze żołądka ustąpiły. 

Spojrzała w lusterko, żeby poprawić makijaż, gdy 
na

gle usłyszała pukanie do drzwi. 

- Annie? - 

To był głos Marka, 

Nie spodziewa

ła się, że go tu zobaczy. Musiała dwa 

razy przełknąć ślinę, nim zdołała się odezwać. -

Słucham? 

Twoi koledzy wyszli już na scenę - powiedział. - 

Masz nie

całe pięć minut! 

- Och... -

jęknęła, a jej żołądek znów zaczął kręcić się 

jak na karuzeli. 

Drzwi do łazienki otworzyły się niespodziewanie. 

Mogę wejść? 

Nie, odejdź! - krzyknęła. - Gdzie jest Phil? Gdzie 

Diana? - 

Zaczęła nerwowo gestykulować i tupać 

no

gami jak dziecko. Ogarniała ją straszliwa, 

bezrozumna panika. 

background image

Przestań! - Głos Marka był chłodny i stanowczy. 

Złapał ją za rękę, przytrzymał, a potem mimo oporów 

objął ją mocno ramieniem. 

Puść mnie! - krzyczała. - Dlaczego nie ma tu 

Diany? Ona zawsze jest przy mnie... i Phil... Gdzie oni 

są? - Usiłowała się wyrwać, ale jednocześnie walczyła 
z po

kusą, by się do niego przytulić. 

Są już na górze - odparł spokojnie. - Czekają tam 

na cie

bie. Obiecałem, że cię przyprowadzę. Tutaj we 

Francji jesteś także pod moją opieką. Do czasu, aż 
wyjedziesz... - Wolno, pieszczo

tliwie gładził jej włosy 

i uspokajał ją tak łagodnie i kojąco, jakby była małym 
dzieckiem. 

Potrzebuję ich... - poskarżyła się cicho. 

- To nieprawda, Annie - 

wyszeptał, przybliżając usta 

do jej czoła. - Sama przecież powiedziałaś, że jesteś 

już dużą dziewczynką i potrafisz sobie poradzić. 

Więc ciebie także nie potrzebuję! - zawołała 

bu

ńczucznie, mimo że ogarniało ją usilne pragnienie 

przy

tulenia głowy do jego szerokiej piersi. 

- Doprawdy, Annie? - 

wyszeptał, wodząc ręką w dół 

i w gó

rę po jej kręgosłupie. - Ale ja ciebie potrzebuję. 

Bardzo potrze

buję... Tak jak potrzebuje się powietrza, 

światła i nieba nad sobą... 

Gdy odpoczywałam w hotelu, znowu nawiedził 

mnie ten sen... - 

powiedziała, cała drżąc, a serce 

trze

potało jej jak skrzydła uwięzionego motyla. - 

Wciąż do mnie powraca... Och, to twoja wina! 
Dlaczego narzuci

łeś mi te sny? Aż do chwili gdy cię 

poznałam, nigdy nie miewałam koszmarów. A teraz 

background image

nie uwolnię się od nich do końca życia! Będę stale 

śniła o czymś, czego w ogóle nie pamiętam... 

Musnął wargami jej przymknięte powieki. 

Nie myśl teraz o tym, odpręż się. Musisz wyjść na 

scenę i śpiewać. 

Nie mogę... - Głos jej się załamał i chwyciła 

kur

czowo Marka za ramię, jakby był ostatnią deską 

ratunku. 

Oczywiście, że możesz - pocieszył ją czule. - Nie 

zapo

minaj, że ja też tam będę. Będziesz dziś śpiewać 

dla mnie, Annie... 

W jego głosie dała się słyszeć jakaś zaborcza nuta; 

serce An

nie ścisnęło się z emocji. 

Nagle wargi Marka znalazły się na jej ustach. Nie 

stawiała im oporu. Otoczyła ramionami jego szyję, a 

wargi jej zaczęły drżeć pod dotknięciem jego warg. 

Mimo zaprzeczeń, ona także go potrzebowała. 

Mark oderwał się od niej pierwszy; oddychał ciężko, 

twarz miał zarumienioną. 

Musisz już iść - wymamrotał i poprowadził ją do 

drzwi. 

Na zewnątrz zgromadził się spory tłumek 

dziennikarzy i sympa

tyków. Poklepywano ją po 

ramieniu i życzono powodzenia. Szła długim 

korytarzem, nie słysząc ani jednego słowa, uśmiechała 

się tylko i automatycznie poruszała nogami. 

Zatrzymała się dopiero za kulisami; Mark nadal 

obejmował ją ramieniem, a Phil i Di, którzy podeszli, 

aby ją ucałować, przyglądali się mu z wyrazem 
zaskoczenia w oczach. 

background image

Na scenie konferansjer, ubrany w błyszczący 

czerwono-sre

brny kostium, zapowiadał właśnie jej 

wy

stęp, a publiczność na widowni skandowała: 

„Annie! Annie! Annie!". 

- A oto, pros

zę państwa - mówił z emfazą 

konferansjer - 

dama, na którą wszyscy czekamy! 

Pokażcie więc, jak bardzo ją kochacie... -Nastąpiła 

kolejna, ostatnia już przygrywka perkusji przy 

akompaniamencie rzęsistych oklasków. - Oto Annie 
Dumont! 

Mark pocałował ją w czubek głowy i delikatnie 

po

pchnął do przodu. Przy wtórze ogłuszających 

oklasków wbiegła na środek ogromnej sceny. Po chwili 

stała w smudze niebieskawego światła w pozycji, którą 
wymy

ślił dla niej Philip: z szeroko rozpostartymi 

ramionami, drapieżnie rozczapierzając palce, jakby 

chciała przycisnąć do serca całą widownię. 

Zewsząd dobiegały ją okrzyki i radosne 

pozdrowie

nia. Uśmiechnęła się naturalnie, przełamując 

początkowe onieśmielenie i oszołomienie. 

Salut! Ca va? - 

krzyknęła do mikrofonu. 

Salut, Annie! - 

odpowiedziała jej publiczność. 

Powiedziała jeszcze kilka słów po francusku 

zgodnie ze sce

nariuszem, który opracował Philip, a 

potem zaczęła śpiewać pierwszą piosenkę. 

Występ zakończył się wielkim sukcesem. Annie 

bi

sowała w nieskończoność; odnosiło się wrażenie, że 

pu

bliczność chciała zatrzymać ją dla siebie na zawsze. 

Za każdym razem, gdy usiłowała zejść ze sceny, 
rozle

gały się znów oklaski i głośne wiwaty. 

background image

Gdy wreszcie znaleźli się za kulisami, ogarnął 

wszystkich szał zbiorowej radości, śmiano się w głos, 

strzelały korki, a szampan musował w kieliszkach. 

Wszyscy całowali wszystkich, ale szczególnie mocno 

ściskano Annie. Była pewna, że jutro odkryje na ciele 
mnóstwo siniaków. 

Phil i Di promienieli z radości. Stwierdzili zgodnie, 

że Annie była wspaniała, cudowna, że nigdy dotąd nie 

zaśpiewała tak dobrze. To był czarodziejski, magiczny 
wy

stęp... 

W głębi pokoju spostrzegła Marka. Przyglądał jej się 

bacznym, przenikliwym wzrokiem. 

Nie podszedł do niej, ale gdy ich spojrzenia się 

spo

tkały, czuła na ciele elektryzujące dreszcze. 

I nagle ucichł gwar i wrzawa. Zobaczyła domek na 

skraju 

lasu, stojący wśród ciszy kompletnego 

odlu

dzia... A potem oczami duszy ujrzała siebie i 

Mar

ka leżących w objęciach pod drzewami... I nagle 

znów zawładnęły nią uczucia, których ani się 

spodziewała, ani nie rozumiała, i poczuła namiętność, 
której nie po

trafiła opanować... Przywykła już do 

publicznych wy

stępów, obecności tłumów, 

przy

zwyczaiła się do tremy i krzyków wielbicieli, ale 

nie mogła pogodzić się z falą emocji, która ją ogarniała 

w obecności Marka... 

Musimy już wracać do hotelu - zwróciła się do niej 

Diana. - 

Powinnaś przebrać się przed przyjęciem, które 

zorganizowano na twoją cześć. 

Przyjęcie? - zdziwiła się Annie. 

- Bez paniki! - 

Diana roześmiała się perliście. - 

background image

Kameral

ne grono przyjaciół, zaledwie kilkaset osób. 

Zazwyczaj po koncercie wszyscy byli niezwykle 

podnieceni i długo nie mogli dojść do siebie. Brick 
dzi

siaj wprost szalał z radości. Nadal trzymał w ręku 

pa

łeczki od perkusji i wystukiwał nimi wszędzie - na 

głowach ludzi, stołach i ścianach -jakieś sobie tylko 

wiadome rytmy. Nie był ani pijany, ani odurzony 
narkotykami... po prostu wysoki poziom adrenaliny 
do

prowadził go do nie kontrolowanych zachowań. 

Annie zwykle odczuwała podobny nastrój. 

Uwiel

biała pokazywać się na scenie, śpiewać i tańczyć. 

Ca

łymi godzinami po koncercie nie mogła skupić 

myśli. Ale nie dziś wieczór... Dziś wieczór myślała 

wyłącznie o Marku. 

Wzięła prysznic i włożyła wieczorową suknię - 

po

łyskliwie zieloną obcisłą mini z dużym dekoltem i 

niemal 

bez pleców, trzymającą się jedynie na cienkich 

ramiączkach. 

Gdy kilka minut później pojawiła się ponownie, 

wszyscy za

gwizdali z podziwu, a Brick zaczął 

pod

śpiewywać pod nosem swoją własną kompozycję: 

„Ona jest seksy, och, jak bardzo seksy". 

Annie, udając, że się na niego złości, rzuciła w 

Bricka po

duszką. 

Kilka minut później ochroniarze wyprowadzili ją i 

zespół ukrytym tylnym wyjściem i pomogli wsiąść do 
specjalnie podstawionego samochodu, którym 
zawieziono ich do hotelu. 

W hotelu duża sala bankietowa tętniła gwarem 

głosów i muzyką. Annie podano kieliszek szampana, 

background image

który popi

jała teraz wolno, łyk za łykiem. 

Mark był na przyjęciu, ale jak dotąd nie zbliżył się 

do niej ani na chwilę. Raz po raz, gdy zerkała na niego 
ukradkiem i mag

netycznie przyciągała jego spojrzenia, 

czuła, jakby jakaś trąba powietrzna wciągała ją w 
czar

ną głębię jego oczu. 

Od czasu do czasu ktoś ją zagadywał, musiała więc 

odpowia

dać przytomnie i patrzeć na swego rozmówcę. 

Zdarzało się, że Mark znikał wówczas w tłumie. 
Szu

kała go potem zaniepokojonym wzrokiem, nie 

mogąc się na kimkolwiek innym skupić. 

To dla niego dzisiaj śpiewała... Nie dla publiczności. 

Dla Marka. Przez cały czas trwania koncertu czuła jego 

obecność, śpiewała więc tylko dla niego, dla niego 
od

dała się cała muzyce. 
P

odniecenie, jakie wypełniało ją od chwili 

zako

ńczenia występu, zaczęło powoli ustępować 

miejsca zmęczeniu. Właśnie wtedy Mark 
nieoczekiwanie do niej pod

szedł. 

Czas już, byś położyła się do łóżka - oznajmił. 

Stojący wokoło ludzie żywo zaprotestowali, 

- O

ch, nie psuj przyjęcia, Mark! Jeszcze jest 

wcze

śnie! 

Annie jednak, bardzo blada i 

wyczerpana, skinęła tylko 

głową i powiedziała: 

Naprawdę jestem zmęczona. 

Odprowadzę cię na górę - zaofiarował się Mark. 

Spostrzegła ukradkowe, badawcze spojrzenie Diany, 

wyczuła wzrastającą ciekawość Phila. Nie odezwali się 
jed

nak ani słowem. Zazwyczaj podczas tournee sami 

background image

się nią opiekowali. A jednak dziś wieczór Mark bez 

pytania wszedł w ich rolę, co obserwowali z 
zainteresowaniem i nie bez pewnego niepokoju. 

Podeszła do nich i ucałowała na dobranoc. 

Bawcie się dobrze - powiedziała. - Idę już spać. 

Wyczytała z wyrazu twarzy Phila i Diany, że chętnie 
by jej 

towarzyszyli, powstrzymali się jednak od 

ko

mentarza; nie ośmielili się zrobić publicznej sceny. 

Gdy szła obok Marka cichym, hotelowym 

koryta

rzem, nie odezwali się do siebie ani słowem. Pod 

drzwiami apartamentu zawahała się, on jednak nic nie 

mówiąc, wszedł za nią do środka. 

Odwróciła się do niego; oczy jej błyszczały z 

podniecenia. 

- Dobranoc, Mark - 

szepnęła. 

Chwyc

ił ją mocno za ramiona, przyciągnął do siebie 

i poca

łował dziko i zachłannie. Potem uniósł głowę i 

po

patrzył na jej rozognioną twarz. 

Śpiewałaś dla mnie, prawda? Powiedz, że tak, bo... 

- War

gi jego znów były nad jej ustami, a oczy, takie 

wielkie z bliska, 

zdawały się przesłaniać cały świat. 

Wyszeptała „tak", zanim zdążyła cokolwiek 

pomy

śleć. 

- Dobranoc, Annie - 

powiedział z uśmiechem. 

Stanęła na palcach, aby raz jeszcze dotknąć jego ust, 

tym razem jednak pocałunek był krótki, zaledwie 
prze

lotne muśnięcie. Chwilę później Marka już nie 

było. 

Długo jeszcze stała z bijącym sercem i patrzyła na 

zamknięte drzwi. 

background image

Następnego dnia ani Philip, ani Diana nie poruszyli 

niezręcznego tematu. Gdy padało w rozmowie imię 
Marka, wymieniali tylko porozumiewawcze spojrzenia 

i dusili w sobie ciekawość. Annie chciała nawet, by dla 

oczyszczenia atmosfery wreszcie padły te nie 
wypowiedziane pytania, które dostrze

gła w ich oczach. 

Ale temat okazał się tabu. A gdyby nawet spytali ją o 
Mar

ka? Właściwie cóż by mogła im odpowiedzieć? 

 

Po południu wyjeżdżali do Lyonu. Rano wszyscy 

spali dłużej niż zwykle, ale i tak, gdy spotkali się przy 

śniadaniu, mieli twarze blade i wymęczone. Nawet 

Brick był milczący, nie bębnił łyże-~ czka o talerzyk, 

co zazwyczaj czynił w trakcie posiłków, ziewał tylko i 

patrzył ponuro w przestrzeń. 

O trzeciej po południu pod hotel podjechał 

luksusowy auto

kar, którym mieli podróżować do 

Lyonu. Przed odjazdem Annie rozglądała się nerwowo, 
wypa

trując Marka, ale nigdzie go nie było. 

Czy pokaże się w Lyonie? - zastanawiała się, na 

wpół leżąc w fotelu i patrząc przez zaciemnioną szybę 

autokaru. W miarę upływu czasu coraz dotkliwiej 
od

czuwała jego brak. Myślała o nim nieprzerwanie. 

Led

wie zamknęła oczy, widziała jego twarz, 

przypominała sobie jego słowa i dotyk jego gorących 
warg. 

Minuty ciągnęły się niemiłosiernie, zdawało jej się, 

że czas stanął w miejscu. Uległa w końcu złudzeniu, że 

minęły całe tygodnie, odkąd widziała Marka po raz 
ostatni... 

background image

Zjawił się w jej garderobie w ostatnim momencie, 

gdy szy

kowała się do wyjścia na scenę. Na jego 

nie

oczekiwany widok serce jej wykonało groźne salto 

mortale. Od razu poprawił jej się nastrój, oczy 
zaja

śniały blaskiem, a policzki nabrały żywszych 

kolorów. 

Sam ją odprowadzę - zwrócił się autorytatywnie do 

Phila i Di, którzy jej towarzyszyli. 

Spojrzeli na niego niechętnie, potem przenieśli 

wzrok na Annie, ale ona, wpatrzona w Marka, 
szybo

wała gdzieś daleko myślami, w ogóle nie 

zwracając na nich uwagi. Wszelkie protesty zamarły 

im na ustach; ucałowali ją, życząc powodzenia na 
scenie i dyskretnie odeszli. 

Gdy tylko drzwi za Philem i Dianą się zamknęły, 

Annie wpad

ła Markowi w ramiona. 

Tęskniłaś za mną? - zapytał czule. 

Nie musiała odpowiadać. Uczucie malowało się na 

jej twa

rzy. Wziął ją na ręce, usiadł na kanapie i mocno 

przy

tulił do siebie. 

Gdy byli sami, zapominała o sennych koszmarach, o 

prze

szłości jej babki, która kładła się ponurym cieniem 

na ich związku. Liczyła się wyłącznie teraźniejszość, ta 

chwila, gdy Mark ją tulił, pieścił, całował... 

Dziś też zaśpiewasz tylko dla mnie - wyszeptał, a 

ona nie 

zaprzeczyła. 

Śpiewała z wyjątkową pasją, drapieżnie, 

agresyw

nie. Nawet koledzy z zespołu patrzyli na nią 

zdumieni, widownia zaś reagowała dzikim, 

żywiołowym aplauzem. To był najlepszy koncert, z 

background image

jakim wystąpiła w życiu. 

Po 

koncercie, gdy stała zalana łzami, a wszyscy 

ściskali ją i całowali, powtarzając komplementy, 
wypa

trywała wzrokiem Marka. On był najważniejszy. 

I tak jak poprzednio, to on powiedział jej, kiedy 

po

winna udać się na spoczynek, a potem zgodnie z 

ustalonym ju

ż rytuałem odprowadził ją do hotelowego 

apartamentu. 

Wydawało się, że już wszyscy domyślają się, co się 

między nimi dzieje. W każdym razie koledzy z zespołu 

bezlitośnie dowcipkowali sobie na ich temat, 

uśmiechali się znacząco i robili głupie miny, ale 
jed

ynie wówczas, gdy nie było w pobliżu Marka. Mark 

budził zadziwiający respekt i szacunek. 

Wreszcie zaniepokojona Diana zadała pytanie, które 

musiało ją i Phila dręczyć od dawna: 

Czy to coś poważnego, Annie? Widzisz... on jest 

od ciebie 

dużo starszy i... I poza tym jest Francuzem - 

dokończyła. 

Annie roześmiała się w głos. 

Och, Diano, oczywiście, że jest Francuzem! Ale 

cóż to ma za znaczenie? Nie zapominaj, że ja także 
jest

em w połowie Francuzką.        

Tak, rzeczywiście, zapomniałam... - odezwała się 

Diana z wielce roztargnioną miną. 

A jeśli chodzi o wiek... dziewięć lat, to niezbyt 

du

ża różnica. 
- Tak, owszem... -

jąkała się Diana - ale taki 

mężczyzna jak on musiał mieć w życiu wiele kobiet, 
wiele romansów... 

background image

Wiem wszystko o jego przeszłości - ucięła Annie. - 

Byłabyś naprawdę bardzo zdziwiona, gdybyś 
wiedzia

ła, ile o nim wiem! -I o wiele bardziej 

zaniepokojona, po

myślała. 

Nie możesz być pewna, że wszystko, co ci 

powie

dział, jest prawdą! - Diana zarumieniła się z 

irytacji. - 

Tyle lat się tobą opiekowaliśmy, i teraz 

niepokoimy się, czy poradzisz sobie z takim 

mężczyzną jak Mark - dodała tonem 
usprawiedliwienia. 

Diano, mam już dwadzieścia pięć lat i najwyższy 

czas, bym zaczęła robić błędy na własny rachunek. 

Opiekowaliście się mną wspaniale, troskliwie, ale teraz 

tyle rzeczy się zmieniło... W końcu to musiało się stać, 

prawda? Muszę pomyśleć o życiu na własną rękę. 

Wiesz, ostatnio, będąc przy Marku, tak wiele 
dowie

działam się o sobie... 

To wspaniale, naprawdę wspaniale, Annie... - 

Diana potakiw

ała automatycznie, ale wcale nie była 

wyznaniem Annie uspokojona. - 

Myślę, że Phil 

powinien z nim po

rozmawiać... Dowiedzieć się czegoś 

więcej o jego przeszłości - ciągnęła zasępiona. - 
Powinien cho

ciażby sprawdzić, czy on nie jest żonaty. 

- Nie jest - zap

ewniła ją Annie z wielką 

stanowczo

ścią.  

Diana popatrzyła na nią z uwagą, a w oczach jej 

współczucie walczyło o prymat ze zniecierpliwieniem. 

Annie, on przecież mógł kłamać - ostrzegała. - 

Dopiero co 

go poznałaś, nie możesz mieć 

stuprocentowej pewno

ści. Znasz Phila od lat, wiesz 

background image

przecież, że można mu zaufać w tej sprawie... Pozwól, 

by dowiedział się o Marku czegoś więcej - nalegała. - 

Mężczyźni łatwo potrafią wyprowadzić w pole. 

Po krótkim wahaniu Annie skinęła głową. Zawsze 

pozwalała Philowi zajmować się jej sprawami... A 
jed

nak... Jednak gdy rzuciła okiem wstecz na ostatnich 

kilka tygodni, zrozumiała, że bardzo wiele się 
zmieni

ło. Być może od czasu małżeństwa Phila i 

Diany? A może od chwili, gdy poznała Marka...? 

Nie pozwól, by ten człowiek stanął między nami - 

prosiła Diana. - Phil był z tobą od samego początku... 
To niesprawied

liwe, by obcy człowiek wszedł między 

nas właśnie teraz, gdy stajesz się wielką gwiazdą. 

Tak się nie stanie - powiedziała Annie. W jej głosie 

nie było jednak pewności. Wiedziała, że Mark już 
sta

nął między nią a Philipem. 

On usiłuje cię przechwycić - zawyrokowała Diana. 

Jeśli staniesz się międzynarodową gwiazdą, zarobi na 

tobie fortunę. Nie mam wątpliwości, że gdy tylko cię 

poznał, wyczuł pismo nosem. 

- On wcale taki nie jest! - 

zaprotestowała Annie 

żywo, ale w głębi jej serca zakiełkował niepokój. 

A może...? Tak naprawdę niewiele o nim 

wiedzia

ła. Może Diana miała rację? Może 

zaintereso

wał się nią tylko ze względu na pieniądze, 

które mógłby zarobić w przyszłości jako jej menedżer? 

Postępował wobec niej tak władczo, jakby już do niego 

należała... 

Trzymaj się od niego z daleka - poradziła Di. - 

Przynajmniej dopóki Phil go nie sprawdzi. 

background image

Opuszczam już Francję, wątpię więc, bym często 

go widy

wała - powiedziała Annie z wyraźnym 

smut

kiem i ciężko westchnęła. 

Philip jeszcze tego samego dnia wykonał kilka 

telefonów, po czym, wzruszywszy ramionami, 
zawyroko

wał: 

Cóż, jak do tej pory wydaje się w porządku. Nie 

znalazłem żadnych wstydliwych tajemnic w jego 

życiu, ale poszukamy głębiej i zobaczymy, co jeszcze 
wyjdzie na jaw. 

- Nic nie wyjdzie - 

powiedziała wojowniczo Annie i 

zacis

nęła usta. 

 

Nazajutrz po koncercie w Lyonie wyjeżdżali do 

Szwajca

rii i Niemiec. Po południu, gdy już wsiadali do 

autokaru, nie

oczekiwanie podjechał pod hotel Mark w 

swoim czerwonym ferrari.    . 

Pojedziesz ze mną - powiedział, chwytając Annie 

za rękę. 

Potrząsnęła głową tak gwałtownie, że czarne włosy 
roz

sypały się na jej ramionach. 

Przykro mi, Mark, ale nie mogę z tobą jechać. 

Mu

szę podróżować z kolegami z zespołu, w 

prze

ciwnym razie poczują się urażeni i będą się na 

mnie długo dąsać. 

Będziesz z nimi przez resztę podróży, ale te dwa 

dni chcę, byś spędziła ze mną - odrzekł z uporem. - 

Najbliższą próbę masz dopiero w środę, prawda? 
Ma

my więc mnóstwo czasu. 

- Na co? - 

spytała podniecona. 

background image

Otoczył ją ramieniem i władczo poprowadził do 

samochodu. 

-

Nie mogę, Mark... - opierała się. - Mam bagaż w 

autoka

rze. Phil i Diana będą się niepokoić, co się ze 

mną dzieje... 

Phil i Diana wyjechali kilka godzin wcześniej, aby 

w Szwaj

carii przygotować wszystko na przyjazd 

ze

społu. 

Twoi koledzy powiedzą im, że pojechałaś ze mną. 

– Mark 

popchnął ją do samochodu i zamknął drzwi. 

Odwrócił się do Bricka, wyglądającego przez okno 
au

tokaru i zawołał: - Zabieram Annie ze sobą! 

Dołączymy do was przed koncertem! 

Nie zważając na protesty Bricka, wskoczył za 

kie

rownicę i samochód ruszył z ogłuszającym rykiem 

silnika. 

- Zapnij pas! - 

nakazał Annie, która bezradnie 

roz

glądała się wokół. 

Dokąd mnie znów porywasz? - spytała drżącym 

głosem, ponieważ uświadomiła sobie, że byli sami. Co 

on knuł? Czyżby Diana miała rację...? 

- Do Jury - 

odrzekł z niezmąconym spokojem, 

zer

kając na nią kątem oka. - Dziwię się, że od razu nie 

od

gadłaś. 

Ależ... to setki kilometrów stąd! 

- W ogóle nie masz orientacji. - 

Mark był wyraźnie 

rozbawiony. - 

To całkiem niedaleko. Dojedziemy 

aku

rat na kolację. Zamówiłem stolik w małej 

gospodzie w pobliżu mojej wioski. Gotują tam 
znakomicie, przeko

nasz się! 

background image

Czy chcesz, bym poznała twoją rodzinę? - spytała 

z waha

niem, a serce biło jej tak mocno, jakby chciało 

wyskoczyć z piersi. Jeśli zabierał ją do rodzinnego 

domu, to by znaczyło, że traktuje ją poważnie. Co 
wi

ęcej, to by znaczyło, że Diana nie miała racji! 
- Tak, jutro - 

padła odpowiedź. - Zobaczysz, że ich 

poko

chasz, a oni pokochają ciebie. I nie denerwuj się! 

Dziś jesteś po prostu zmęczona... Oprzyj się teraz 
wygodnie i zamknij oczy. 

Nawet nie usiłowała protestować. Rzeczywiście była 

bardzo zmęczona i jak dotąd nie miała czasu na solidny 

wypoczynek. Zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i 

pozwoliła płynąć myślom... A więc jechała do Jury... 

Do domu! - 

pomyślała zaskoczona. Jadę do domu... 

Od śmierci ojca właściwie nie miała domu i czuła 

się przez to tym bardziej samotna. Matka nigdy jej nie 

kochała... Annie brakowało poczucia, że gdzieś 
przy

należy, a przecież każdy posiada głęboką potrzebę 

odnalezienia swego miejsca na ziemi. 

Być może jej miejsce było właśnie w Jurze... 

Zdrzemnęła się i śniła o zielonych lasach i dolinach, 

o rześkim, górskim powietrzu; widziała kwiaty na 

łąkach i pod kamiennymi murami zagród, słyszała 

dźwięk kościelnych dzwonów rozchodzący się po 
doli

nach i wspinała się na okoliczne wzgórza owiane 

nie

bieskawą mgiełką, za którymi ciągnęły się pokryte 

czapami śniegu górskie masywy. Podświadomie czuła, 

że kraina, którą znała jedynie z opowiadań ojca i 
Mar

ka, okaże się bliska jej sercu. 

Gdy zaczęli zbliżać się do szwajcarskiej granicy, 

background image

zrobiło się chłodniej, a niebo stało się niebieskie i 
czy

ste jak kryształ. Annie była teraz wdzięczna 

Markowi za zapasowy sweter, który specjalnie dla niej 

wrzucił do samochodu. 

Mam również zapasową piżamę - powiedział. - 

Mu

simy ci tylko kupić szczoteczkę do zębów. 

Och, dlaczego mi nie pozwoliłeś zabrać z autokaru 

walizki! - 

żaliła się. 

Gdybym dał ci czas do namysłu, z pewnością byś 

ze mną nie uciekła! 

Popatrzyła na niego z irytacją. 

Dlaczego mężczyźni tak bardzo lubią rządzić? - 

westchnęła. - Phil i Diana z pewnością będą się 
niepo

koić... 

Oni mnie nie lubią - skonstatował. 

Niewiele o tobie wiedzą.. 

Boją się, że im ciebie zabiorę... - Zerknął na nią z 

ukosa i skrzywił usta. -I zrobię to! - dokończył. 

Znów zadrżała; była podniecona i niespokojna, 

jak

by zawieszona między nadzieją a zwątpieniem. Czy 

chciał powiedzieć, że ją kocha? A może traktował ją 
jak in

tratną zdobycz? 

Zmierzchało się, gdy dotarli do skraju wioski St 

Jean-des -

Pins. Mark zwolnił nieco, mijając małą, białą 

gospodę z wymalowaną na szyldzie srebrną rybą na tle 
zielonych trzcin. 

Bywa tu wielu wędkarzy, którzy łowią ryby w 

naszych rzekach - 

wyjaśnił. - Zatrzymamy się tu 

później. 

Jechali przez sosnowy las długą drogą, 

background image

przypomina

jącą tunel z ciemnych drzew. Droga 

zdawała się nie mieć końca. 

Dokąd mnie wieziesz? - spytała nerwowo, usiłując 

prze 

niknąć wzrokiem ciemną ścianę drzew. Zmierzch 

za

padał szybko, w środku lasu panował już zupełny 

mrok. 

Mark skręcił i jechali dalej wąską leśną przecinką. 
- Nie! - 

zaprotestowała, ogarnięta nagłą paniką. 

Zna

ła tę drogę! Wiedziała, dokąd prowadzi... - Nie 

mogę, Mark, nie zabieraj mnie tam! Nie zmuszaj mnie 
do tego! 

Nie bój się, cherie. - Wziął ją za rękę. - Jestem z 

tobą i nic ci nie grozi. 

Szarpnęła się i dosięgła klamki. Gdy zatrzymał 

sa

mochód, wyskoczyła jak oszalała. Mark pobiegł za 

nią, chwycił ją wpół i otoczył ramionami. 

Nie bój się, Annie - uspokajał. - Tutaj już nic nie 

ma. 

- Jest, jest! - 

krzyczała. - To mi się śniło... To za 

du

żo, nie zniosę tego, Mark! 

Posłuchaj, Annie... Posłuchaj lasu... - Przycisnął 

twarz do jej potarganych wiatrem włosów. 

Las oddychał wokół nich; słyszeli groźne pomruki 

wichru, szepty i szelesty liści, trzask łamiących się i 

opadających gałęzi. Nigdy nie nastawała cisza... 

- Zaufaj mi - 

prosił Mark. - Chcę, byś poszła ze mną 

ścieżką prowadzącą do chaty... 

background image

Wiem, dokąd ta ścieżka prowadzi - przerwała mu. - 

Wiem to ze swoich koszmarnych snów... Snów, 
któ

rych nienawidzę i których się boję... Chata jest 

pusta... On 

odszedł... odszedł na zawsze. -I znów 

ogarnęła ją fala bólu i przeraźliwej rozpaczy. 

- Jestem tu, jestem - 

szeptał, całując jej policzki, ona 

zaś objęła go mocno i patrzyła nań nieprzytomnym 

wzrokiem, jakby w obawie, że znów go jej odbiorą. 

-Och, Mark!. 

Co się ze mną dzieje? Jestem 

przera

żona. Może zwariowałam? Nie mogę tam pójść... 

Wiem, co tam zastanę! 

Chcę, byś zobaczyła - nalegał. - Musisz sprawdzić 

n

a własne oczy, czy to prawda. 

Po chwili wahania, ciągle drżąc, poddała się. Mark 

miał rację. Musiała przekonać się na własne oczy. 
Mu

siała wiedzieć. 

W narastających ciemnościach wspinali się ostro 

pod górę. Annie wzdrygała się na każdy dźwięk i 
roz

glądała wokół szeroko otwartymi oczami. Gdy 

zobac

zyła chatę, zatrzymała się raptownie z mocno 

bij

ącym sercem. 

Ona jest... dokładnie taka, jak ją pamiętam... 

Widzia

łam ją... - W swoich snach, myślała. Jedynie w 

swoich snach! Ale dlacze

go pamiętała tak wyraziście 

każdy szczegół? Rozpoznawała bale drewna ułożone w 

sagi pod gontowym daszkiem, drzwi i okna zasłonięte 

okiennicami i drewnianą beczkę na wodę, a nawet 

wiekowy górski jesion rosnący obok chaty, którego 

połamane konary porastały teraz młode, zielone liście. 

Nie, nie mogę wejść do środka - szepnęła przerażona. 

background image

Nie wejdę! 

Nawet ze mną? 

Popatrzyła w jego głębokie, ciemne oczy i z lekka 

się uspokoiła. 

Z Markiem u boku była w stanie wszystkiemu 

spro

stać. 

- Gdzie jest klucz? - 

zapytał. 

- Pod progiem - odrz

ekła bez chwili zastanowienia.  

I naraz zesztywniała, a twarz jej przybrała barwę 

popio

łu. Skąd, u licha, o tym wiedziała? 

Słyszała szybki, głośny oddech Marka, gdy pochylał 

się i uważnie macał ręką pod progiem. Po chwili 
wy

prostował się z kluczem w ręku. 

Nie odezwali się ani słowem. Mark przekręcił klucz 

w zamku i mocnym pchnięciem otworzył drzwi. 

Z wnętrza powiało chłodem i stęchlizną. Annie 

przekroczyła próg i dopiero wówczas ujrzała proste 

stare sprzęty: krzesło, drewniane łóżko bez siennika, 

zardzewiały piec, którego komin wychodził przez 

dach, półkę, a na niej kilka kubków i talerzy, oraz stos 

suchego drewna pod ścianą. 

Nic tu się nie zmieniło. Rozpoznała wszystko, co do 

najmniej

szego szczegółu. Nawet rondel wisiał na haku 

w tym samym miejscu! Wszystk

ie przedmioty były tak 

realne, tak zna

jome, jakby widziała je wczoraj... 

Łzy napłynęły jej do oczu. Odwróciła się twarzą do 

ściany, 

ogłuszona wspomnieniami, które przesuwały się przed 
jej oczami 

jak obrazy za oknem pędzącego pociągu. Z 

mgły czasu wyłaniały się znajome twarze i miejsca, 

background image

epizody 

zdarzeń i strzępy rozmów...   

- Och, nie, nie! - 

powtarzała w kółko. 

Mark stał za nią z tyłu i obejmował ją ramieniem. 

Cicho, kochanie, nie płacz. Pójdziemy już, jeśli tak 

bardzo to przeżywasz. 

Nawet go nie słyszała. Myślami przeniosła się w 

da

leką przeszłość. 

Była znów ciepła, letnia noc. Leżała w ramionach 

Marka na łożu z paproci, w lesie, pod drzewami, 
odu

rzona świeżym zapachem zgniecionych liści i 

trawy. Nawet teraz, zamykając oczy, czuła jeszcze ten 
upaja

jący zapach... Kojarzył jej się z rozkoszą, jakiej 

do

znawała w ramionach Marka... Przesuwała 

pieszczot

liwymi dłońmi po jego ciele, po szerokich 

barach i każdym najmniejszym zagłębieniu kręgosłupa. 

Chętnie pozostałaby w jego ramionach na zawsze... 

Światło księżyca przydawało metalicznego blasku 

ich białym ciałom, drgało, falowało na ich skórze jak 
na powierzchni krystalicznie czystej, spokojnej wody. 

Świadomi czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa 

kochali się z jakąś dramatyczną, dziką desperacją, 
jakby trawie

ni głodem, którego nie mogli zaspokoić. 

W tym niepew

nym, okrutnym świecie tylko miłość 

miała znaczenie. Jednak ich miłość skazana została na 

śmierć. 

Obraz przed jej oczami nagle się zmienił. Jęknęła 

ci

cho pod naporem nowej fali bólu... To było dzień 

źniej. Niemcy przywlekli ciało Marka do wioski, 

żądając identyfikacji, miotając groźby i przekleństwa, 

oskarżając mieszkańców o zmowę i dywersję. Annie 

background image

stała na progu sklepu i patrzyła pustym, nieobecnym 

wzrokiem na sine, zastygłe, poplamione czarną krwią, 

martwe ciało Marka. 

To było ponad jej siły; łkając i drżąc spazmatycznie, 

zmusiła się do powrotu w teraźniejszość. 

Och, dlaczego mnie tu przywiozłeś! - Łzy 

przera

żenia i rozpaczy spływały jej po twarzy. - Nie 

chcę tego sobie przypominać! Nie chcę! 

- Cicho, cicho, kochanie - 

mówił łagodnie. - To już 

minęło. .. Teraz nic nam nie grozi. - Gładził ręką jej 

plecy, przesuwał wargami po jej włosach. - Powiedz 

mi, co sobie przypomniałaś. Bo coś sobie 
przypomnia

łaś, prawda? 

- Tamtego, ostatniego dnia - 

szeptała drżącym 

głosem - kochaliśmy się w lesie, a potem wróciliśmy 
tu, do chaty... Powie

działeś, że chciałbyś mieć ze mną 

dziecko... - 

Nagle znów ujrzała jego przejętą twarz, 

usłyszała jego stłumiony głos, i znów chciała płakać, 

chciała krzyczeć, ponieważ on nie żył! Potrząsnęła 

głową, żeby usunąć sprzed oczu twarz Marka, ale on tu 

był. Był nadal i słuchał... - Powiedziałeś, że wrócisz tu 
po wojnie - 

wyjąkała, mając w głowie coraz większy 

zamęt - odnajdziesz mnie i weźmiemy ślub. Ale jeśli 

nie przeżyjemy wojny i nigdy się już nie spotkamy, 

powiedziałeś, że nie chcesz, by nasza miłość była jak 

płomień świecy, który zgasł i nie pozostawił po sobie 

śladu... - Umilkła i z twarzą bladą jak kreda 
wpatrywa

ła się w odległy kąt pokoju, tam gdzie stos 

drewna za

słaniał ścianę pod oknem. - Tam... To było 

tam! - wy

szeptała jak w transie. 

background image

Co ci jest, Annie? Co się stało? 

Annie podbiegła do okna i zaczęła jak szalona 

od

garniać drewno, żeby odsłonić znajdującą się za nim 

ścianę. Mark, o nic nie pytając, przyszedł jej z pomocą. 

Kilka minut później klęczeli zdyszani, wpatrując się 

w sku

pieniu w inicjały wyrzeźbione na najniższej belce 

pod oknem. Mimo że trochę starte i zakurzone, można 

je było z łatwością odczytać. Pierwsze litery ich imion, 

A i M, splatały się ze sobą, pod nimi zaś widniał napis: 

„Na zawsze". Nie zatarł ich czas. 

- Na zawsze... - 

westchnęła Annie. Czyżby dlatego 

oby

dwoje tu wrócili? Czyżby ich uczucie przez swą 

niespotykaną intensywność osiągnęło nieśmiertelność? 
- Och, Mark! - Od

wróciła ku niemu twarz. - One nadal 

tu są... 

My też tu jesteśmy, Annie - powiedział, dotykając 

liter ko

niuszkami palców, a potem spojrzał jej prosto w 

oczy. - Ko

cham cię, Annie - wyznał głosem głębokim, 

przepojonym na

miętnością, i dotknął jej ust swymi 

go

rącymi, natarczywymi wargami. 

W tej jednej chwili wszystkie wątpliwości, jakie 

kiedykol

wiek żywiła, rozpłynęły się w nicość. Nabrała 

absolutnej, nieza

chwianej pewności, że od dawna 

ko

cha tego mężczyznę – kocha go teraz z taką samą 

siłą, jak kochała niegdyś w innym miejscu i czasie, w 
in

nym życiu. Wówczas śmierć go zabrała, ale teraz los 

dał im drugą szansę. 

- Cherie - 

szepnął, odrywając na moment usta od jej 

warg - 

kochałem cię od zawsze i wiedziałem, że 

pew

nego dnia się odnajdziemy. Gdy zobaczyłem twoją 

background image

fo

tografię, rozpoznałem cię natychmiast, ale musiałem 

trochę poczekać i wszystko spokojnie zaplanować. 
Ba

łem się, że weźmiesz mnie za wariata... 

I tak się stało - wtrąciła z łagodnym uśmiechem. 

- Ale teraz mi wierzysz, prawda? - Oczy jego 

jaśniały wiarą i miłością. 

Kiedy cię poznałam, zaczęły mi się przypominać 

różne oderwane fragmenty - wyznała. - Ale za nic w 

świecie nie chciałam uwierzyć... Bałam się, że tracę 

rozum... Och, dopiero teraz wiem, że nie była to tylko 

gra wyobraźni! Wiem, że przypomniałam sobie 
epizody, które z

darzyły się naprawdę. 

Wiedziałem, że sobie przypomnisz - powiedział z 

westchnieniem ulgi. - Przypominamy sobie okruchy 

wieczności... One przychodzą do nas i odchodzą jak 

morskie fale... Pewne rzeczy są dla nas zrozumiałe, 
inne nie, ale jednego jestem ca

łkowicie pewien: 

nale

żymy do siebie. I dano nam powtórną szansę na 

wspól

ne życie. 

Nieoczekiwanie zmarszczył brwi i popatrzył na nią 

jakby z wahaniem. 

Co się stało, Mark? - spytała zaniepokojona. 

Nie mógłbym żyć nigdzie poza Francją - 

powie

dział jednym tchem. - Co o tym myślisz, Annie? 

Może moglibyśmy osiągnąć kompromis: pół roku tutaj, 

a drugie pół w Anglii. 

Będę szczęśliwa, mieszkając w Paryżu - 

powie

działa pospiesznie, by przeciąć wszelkie 

wątpliwości. - Czyżbyś zapomniał, że jestem w 

połowie Francuzką? Poza tym mój dom będzie tam, 

background image

gdzie jesteś ty. Załatwimy wszystko z Philipem i Dia-

ną, zgoda? Chyba nie masz nic przeciwko, by Phil był 

nadal moim menedżerem, prawda? 

Absolutnie nic. Lubię go i myślę, że osiągniemy 

przyjacielskie porozumienie. 

Wszystko się uda, 

zobaczysz. – 

Przesunął ustami po jej policzku, a potem 

uca

łował jej powieki. - Najważniejsze, Annie, że znów 

jesteśmy razem... 

Przytuliła się doń mocnej i obdarzyła go długim, 

czułym pocałunkiem. Mogłaby resztę życia spędzić w 
jego mocnych, ko

jących ramionach, on jednak po 

chwili wes

tchnął i odsunął ją lekko od siebie. 

Zrobiło się późno, Annie - powiedział. - 

Powinni

śmy już wracać do gospody. 

Wyszli z chaty spleceni ramionami, z twarzami 

ja

śniejącymi szczęściem. 

- Zjemy teraz 

wspaniałą kolację - obiecał. -I 

wszystko do

kładnie omówimy. A jutro... Jutro rano 

zapoznam cię z moją rodziną. Powiem im, że 
spotka

łem wreszcie kobietę, na którą czekałem całe 

życie, i którą natychmiast poślubię, jeśli powie „tak". 

- Tak - 

powiedziała Annie.