Nora Roberts
Cienie nocy
NIGHT SHADOW
1
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Chodził nocami. Sam. Niespokojny. W czerni i w masce. Cień pośród cieni; szept wśród szmerów i
pomruków ciemności.
Wypatrywał tych, którzy atakują bezbronnych i bezradnych. Nieznany, niewidzialny, niechciany,
ś
ledził napastników w ciemnej dŜungli, jaką było miasto. Poruszał się bez przeszkód po mrocznych
przestrzeniach, ślepych alejkach i ulicach pełnych przemocy. Jak dym unosił się znad stromych dachów
i spływał w dół, do wilgotnych piwnic.
W razie potrzeby spadał jak grom - pełen wściekłej furii. A potem był juŜ tylko błysk, widzialne
echo - pozostałość po błyskawicy, która rozcięła niebo.
Nazywali go Nemezis i był wszędzie.
Chodził nocami, szerokim łukiem omijając miejsca, w których rozbrzmiewał śmiech i radosny,
ś
wiąteczny gwar. Ciągnęło go tam, skąd dobiegały jęki i płacz ludzi samotnych, i skargi bezradnych
ofiar. Noc w noc ubierał się na czarno, ukrywał twarz pod maską i przemierzał ciemne, wymarłe ulice.
Nie robił tego w imię prawa. Prawem zbyt łatwo moŜna manipulować, jeśli ktoś ma je w pogardzie.
Zbyt często bywa teŜ ono naginane i naciągane przez tych, którzy powinni go strzec.
257
Wiedział o tym aŜ nazbyt dobrze. I nie potrafił zapomnieć.
Gdy ruszał w miasto, robił to w imię sprawiedliwości - kobiety z przepaską na oczach.
Tam, gdzie jest sprawiedliwość, moŜna mówić o karze i równowadze szal.
Strzegł miasta niczym czarny cień.
Deborah O’Roarke szła, jak zawsze, szybkim krokiem. Musiała się bardzo spieszyć, jeśli chciała
nadąŜyć za własnymi ambicjami. Teraz jej eleganckie, wygodne buciki stukały w Ŝwawym tempie na
popękanych chodnikach East Endu w mieście Urbana. To nie strach kazał jej jednak spieszyć w stronę
samochodu, chociaŜ East End - zwłaszcza nocą - był miejscem bardzo niebezpiecznym dla samotnej,
atrakcyjnej kobiety. Skrzydeł dodawała jej radość z odniesionego sukcesu. Jako zastępczyni
prokuratora okręgowego, zakończyła właśnie przesłuchanie świadka jednej z ulicznych strzelanin, które
stały się plagą Urbany.
Powodowała nią jedna myśl - wrócić jak najprędzej do biura i sporządzić raport, tak by tryby
sprawiedliwości mogły wreszcie zacząć się obracać. Wierzyła w sprawiedliwość - w jej ustalone i
systematyczne procedury. Mordercy młodego Rica Mendeza odpowiedzą za swoją zbrodnię. I jeśli jej
się poszczęści, to ona zostanie oskarŜycielem.
Na ulicy przed rozpadającym się budynkiem, w którym przez godzinę maglowała zawzięcie dwóch
wystraszonych chłopaków, panowały ciemności. Poza dwiema, wszystkie uliczne latarnie, stojące
wzdłuŜ wyboistego chodnika, były zepsute. KsięŜyc z rzadka przeświecał zza chmur. W mrocznych
bramach kuliły się cienie - pijacy, dilerzy albo prostytutki. Mijając ich, powtarzała sobie, Ŝe sama
mogła skończyć w jednym z tych ponurych, obdrapanych budynków, gdyby nie upór starszej siostry,
która z zawziętą determinacją dąŜyła do tego, by zapewnić jej dom, wyŜsze wykształcenie i dobre
Ŝ
ycie.
Dlatego, ilekroć udało jej się doprowadzić jakąś sprawę do finału w sądzie, czuła, Ŝe spłaca część
tego długu.
Jeden z cieni w bramie rzucił za nią bezosobowym obscenicznym wyzwiskiem. Zawtórował mu
ochrypły kobiecy skrzek. Deborah była w Urbanie dopiero od półtora roku, ale juŜ wiedziała, Ŝe lepiej
się nie zatrzymywać i nie zdradzać po sobie, Ŝe w ogóle cokolwiek usłyszała.
Szybkim, zdecydowanym krokiem zeszła z chodnika i skierowała się do samochodu. I w tym
momencie ktoś chwycił ją od tyłu.
- Uhm, kotku, ale jesteś milutka.
Był od niej wyŜszy o dobre pół głowy i Ŝylasty. I cuchnął. Jednak nie alkoholem. Odwróciła głowę
i w ułamku sekundy wyczytała z jego szklistych oczu, Ŝe jest napompowany nie whisky, lecz
chemikaliami, dzięki którym nie stanie się ospały, tylko szybki. Posługując się obiema rękami, uderzyła
go w Ŝołądek skórzaną teczką. Napastnik stęknął głucho i rozluźnił uścisk. Wtedy wyrwała mu się i
rzuciła do ucieczki, rozpaczliwie szukając kluczyków do samochodu.
Ledwie jej dłoń zacisnęła się w kieszeni na pobrzękującym metalu, znów ją dopadł, a jego palce
wsunęły się pod kołnierz jej Ŝakietu. Usłyszała trzask rozdzieranego materiału i odwróciła się, gotowa
do walki. I wtedy zobaczyła nóŜ spręŜynowy, a potem krótki błysk ostrza, zanim przycisnął je do
miękkiej skóry pod jej podbródkiem.
2
- Mam cię - zaskrzeczał.
Zamarła. Ledwie śmiała oddychać. W jego oczach dostrzegła złośliwą radość, głuchą na wszelkie
błagania czy argumenty. Mimo to starała się mówić cicho i spokojnie.
- Mam tylko dwadzieścia pięć dolarów.
Dźgając ją czubkiem noŜa w szyję, naparł na nią.
- Ho, ho, złotko, masz o wiele więcej niŜ dwadzieścia pięć dolarów. - Okręcił sobie jej włosy
wokół ręki i szarpnął raz, a mocno. Kiedy krzyknęła, zaczął ją ciągnąć w gęstniejącą ciemność alejki.
- Krzycz sobie! - Zarechotał. - Lubię, kiedy takie krzyczą. No, dalej! - Zadrasnął ją noŜem w
gardło.
Krzyczała więc, a krzyk niósł się w dół mrocznego kanionu ulicy, odbijając się echem od ścian
budynków. Z bram dobiegały wołania zachęty, skierowane do napastnika. Za zaciemnionymi oknami
ludzie pogasili światła i udawali, Ŝe nic nie słyszą.
Gdy pchnął ją na wilgotny mur w bocznej uliczce, zdrętwiała z przeraŜenia. Umysł jej, zawsze tak
bystry i otwarty, wyłączył się na dobre.
- Proszę - odezwała się, choć wiedziała, Ŝe to próŜny trud - nie rób tego.
W odpowiedzi odsłonił zęby w wilczym uśmiechu.
- Zobaczysz, Ŝe ci się spodoba. - Koniuszkiem noŜa odciął górny guzik jej bluzki. - I to bardzo.
Strach, jak kaŜde gwałtowne doznanie, wyostrzył jej zmysły. Czuła swoje własne, gorące łzy,
spływające po policzkach. Czuła jego nieświeŜy oddech i odór gnijących śmieci. A w jego oczach
widziała siebie - pobladłą i bezradną.
Będę jeszcze jedną statystyczną pozycją, pomyślała tępo. Kolejnym numerem na wydłuŜającej się
wciąŜ liście ofiar.
Powoli, a potem z coraz większą siłą, gniew zaczął wypierać strach. Nie będzie płaszczyć się i
skamleć. Nie podda się bez walki. To właśnie wtedy poczuła bolesny ucisk kluczyków. WciąŜ trzymała
je w kurczowo zaciśniętej pięści. Skupiła się i kciukiem wypchnęła ich końce pomiędzy
zesztywniałymi palcami. Wstrzymując oddech, spróbowała skierować całą energię do ręki, trzymającej
kluczyki.
Podniosła dłoń i w tej samej chwili napastnik jakby uniósł się w powietrze, a potem, wymachując
ramionami, poszybował wprost na blaszane kubły na śmieci.
Deborah poderwała się. Była pewna, Ŝe z sercem tak mocno pompującym krew zdoła w mgnieniu
oka dotrzeć do samochodu, zamknąć drzwi i odpalić silnik. Ale wtedy właśnie go zobaczyła.
Cały w czerni, wysoki, smukły cień pośród cieni. Spięty, stał nad dzierŜącym nóŜ ćpunem, na
szeroko rozstawionych nogach.
- Odsuń się! - rozkazał, gdy machinalnie postąpiła krok do przodu. Jego głos brzmiał jak szept, a
zarazem groźny pomruk.
- Myślę...
- Nie myśl! - warknął, nawet na nią nie patrząc.
ZjeŜyła się, słysząc ten ton, i w tym samym momencie ćpun podniósł się i zawył, a jego nóŜ
zakreślił w powietrzu śmiercionośny łuk. Oszołomiona i zaszokowana, zarejestrowała błyskawiczny
ruch, usłyszała krzyk bólu i brzęk noŜa, sunącego po betonie.
Nie zdąŜyła nawet odetchnąć, a człowiek w czerni znów stał w takiej samej pozie jak przedtem.
Napastnik zaś klęczał na ziemi i z jękiem masował sobie Ŝołądek.
- To było... - rozdygotana, spróbowała znaleźć stosowne słowo -... niesamowite. Ja... miałam
właśnie powiedzieć, Ŝe trzeba wezwać policję.
Nie zwracając na nią najmniejszej uwagi, nieznajomy wyjął z kieszeni plastikową linkę i skrępował
jęczącemu ćpunowi kostki oraz nadgarstki. Potem podniósł z ziemi nóŜ. Ostrze schowało się z cichym
sykiem. Dopiero wtedy odwrócił się do Deborah.
ZauwaŜył, Ŝe łzy juŜ obsychały jej na policzkach. A choć oddech miała nierówny, nie sprawiała
wraŜenia, jakby zamierzała zemdleć albo dostać ataku histerii. Musiał przyznać, Ŝe jej spokój był godny
podziwu.
Przyjrzał jej się beznamiętnie i stwierdził, Ŝe jest niezwykle piękna. Jej cera o odcieniu kości
słoniowej wydawała się jeszcze bledsza w zestawieniu z rozwichrzoną falą kruczoczarnych włosów.
Rysy miała miękkie i delikatne - niemal dziecięce - póki człowiek nie spojrzał jej w oczy. Ich nieugięte,
zdecydowane spojrzenie zadawało kłam szczupłemu ciału, które wciąŜ drŜało ze zdenerwowania.
Miała rozdarty Ŝakiet, a rozcięta bluzka odsłaniała koronkę jedwabnej halki w kolorze zimnego
błękitu. Interesujący kontrast z surowym, niemal męskim garniturem.
3
Otaksował ją, nie jak męŜczyzna kobietę, ale jakby była jedną z niezliczonej rzeszy innych ofiar
czy napastników, z którymi miał do czynienia. Jego własna, nadspodziewanie silna reakcja mocno go
zaniepokoiła. Takie rzeczy potrafiły być groźniejsze niŜ noŜe spręŜynowe.
- Jest pani ranna? - Głos miał niski i beznamiętny, i nadal ukrywał się w cieniu.
- Nie. Nie, raczej nie. - Będzie miała mnóstwo urazów, tak na ciele, jak i na duszy, ale tym zacznie
się martwić później. - Jestem po prostu w szoku. Chciałabym podziękować panu za... - podjęła,
podchodząc bliŜej. I nagle w bladym świetle ulicznej latarni zobaczyła, Ŝe jego twarz jest ukryta pod
maską. Gdy otworzyła szeroko oczy, odkrył, Ŝe mają barwę głębokiego, elektryzującego błękitu.
- Nemezis
∗
- mruknęła. - A myślałam, Ŝe jesteś wytworem czyjejś wybujałej wyobraźni.
- Jestem tak samo prawdziwy jak on. - Głową wskazał jęczący kształt wśród kubłów na śmieci, i
nagle spostrzegł na jej szyi cieniutką struŜkę krwi. Rozwścieczyło go to ponad miarę.
- Trzeba być skończoną idiotką!
- Słucham?
- PrzecieŜ to rynsztok tego miasta. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przychodzi tutaj - chyba Ŝe
nie ma wyboru.
Poczuła, Ŝe budzi się w niej złość, ale jeszcze nad nią panowała. Jakby nie było, człowiek ten jej
pomógł.
- Miałam tutaj pewne sprawy do załatwienia.
- Nie - poprawił ją. - Nie masz tu Ŝadnych spraw do załatwienia, chyba Ŝe chcesz zostać zgwałcona
i zamordowana w ciemnej uliczce.
- Nie mam najmniejszej ochoty. - W miarę jak rosło jej zirytowanie, lekki południowy akcent
stawał się coraz bardziej wyraźny. - Sama potrafię o siebie zadbać.
Jego wzrok prześlizgnął się w dół, zatrzymał się na rozdartej bluzce, a potem znów spoczął na jej
twarzy,
- To widać.
Nie była w stanie określić koloru jego oczu. Były ciemne, nawet bardzo ciemne. W mrocznym
ś
wietle latarni sprawiały wraŜenie czarnych. Była jednak w stanie wyczytać w nich lekcewaŜenie oraz
arogancję.
- Podziękowałam juŜ panu za to, Ŝe mi pan pomógł, chociaŜ wcale o to nie prosiłam. Sama bym
sobie z nim poradziła.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Miałam zamiar wyłupić mu oczy. - Podniosła do góry pięść ze sterczącymi groźnie
końcami kluczyków. - Tym.
Znów zmierzył ją uwaŜnym wzrokiem, po czym skinął wolno głową.
- Tak, myślę, Ŝe mogłaś to zrobić.
- Oczywiście, Ŝe mogłam.
- Czyli wygląda na to, Ŝe na próŜno traciłem czas.- Wyjął z kieszeni kwadrat czarnego materiału,
owinął nim nóŜ i podał Deborah. - Będzie ci to potrzebne jako dowód rzeczowy.
Wzięła nóŜ do ręki i mimowolnie przypomniała sobie uczucie bezradności i trwogi. Stłumiła
przekleństwo, starając się jednocześnie opanować złość. Kimkolwiek on jest, zaryzykował Ŝycie, by jej
pomóc.
- Jestem panu wdzięczna.
- Nie szukam wdzięczności.
Uniosła hardo podbródek.
- Więc czego?
- Sprawiedliwości.
- Ale nie w taki sposób... - zaczęła.
- To mój sposób. Miałaś, zdaje się, wezwać policję?
- Tak. - Przycisnęła dłoń do skroni. Poczuła lekkie zawroty głowy i silne skurcze Ŝołądka. Nie czas
i miejsce na dyskusje o moralności i przestrzeganiu prawa. Zwłaszcza z tym walecznym
zamaskowanym męŜczyzną. - Mam w samochodzie telefon.
- Proponuję wobec tego, Ŝebyś go uŜyła.
- W porządku. - Była zbyt zmęczona, by się kłócić. Wstrząsana dreszczem, ruszyła w dół uliczki.
U jej wylotu zobaczyła swoją teczkę. Z uczuciem ulgi podniosła ją i schowała do niej nóŜ.
∗
Nemezis - w mitologii greckiej bogini ludzkiego losu, straŜniczka powszechnego ładu, uosobienie zemsty bogów.
4
Potem zadzwoniła na 911, podała namiary i okoliczności i po pięciu minutach ponownie ruszyła
ciemną alejką.
- Wysyłają wóz patrolowy. - ZnuŜonym gestem odgarnęła włosy, zasłaniające jej twarz. Zobaczyła
nieruchomego ćpuna, zwiniętego w kłębek na betonie. Miał dzikie, szeroko otwarte oczy. Odchodząc,
męŜczyzna w czerni zapowiedział mu, co go spotka, jeŜeli jeszcze raz zostanie przyłapany na próbie
gwałtu.
A jego słowa zabrzmiały realnie, nawet w uszach człowieka, będącego pod wpływem narkotyków.
- Halo? - Marszcząc brwi, zlustrowała wzrokiem alejkę.
Nie było go. Zniknął.
- A niech to, dokąd poszedł? - Oparła się o wilgotną ścianę. Jeszcze z nim nie skończyła - co to, to
nie.
Był tak blisko, Ŝe nieomal mógł jej dotknąć. Ona natomiast nie mogła go zobaczyć. Było to błogo-
sławieństwem, a zarazem przekleństwem, nagrodą za stracone dni.
Nie wyciągnął ręki, choć, ku swemu zdumieniu, bardzo tego pragnął. Przyglądał jej się tylko,
starając się wryć sobie w pamięć kształt jej twarzy, gładkość skóry, a takŜe barwę i połysk włosów,
otaczających miękką linią jej policzek.
Gdyby był romantykiem, rozumowałby pewnie w kategoriach muzyki lub poezji. On jednak
powtarzał sobie, Ŝe czeka i obserwuje ją tylko dlatego, by mieć pewność, Ŝe jest bezpieczna.
Gdy ostry dźwięk syren przeciął noc, zobaczył, jak zapinając zniszczony Ŝakiet na rozdartej bluzce,
wzięła kilka głębokich, uspokajających oddechów.
Przy ostatnim ścisnęła mocniej uchwyt teczki, uniosła głowę i pewnym krokiem ruszyła w stronę
wylotu ulicy.
A on, stojąc samotnie w swoim świecie pomiędzy rzeczywistością a iluzją, wciąŜ czuł subtelny,
zmysłowy zapach jej perfum.
I po raz pierwszy od czterech lat obudziły się w nim słodkie, bolesne tęsknoty.
Deborah nie miała ochoty na uczestniczenie w przyjęciu. W swoich marzeniach nie stała
wystrojona w czerwoną suknię bez ramiączek, z plastikowymi fiszbinami wpijającymi jej się w boki.
Nie miała na nogach uwierających sandałków na niebotycznych obcasach. I nie uśmiechała się tak
szeroko, Ŝe twarz omal się jej nie rozpękła na dwoje.
W marzeniach pochłaniała tajemniczą powieść oraz czekoladowe ciasteczka, zanurzona w gorącej
kąpieli z bąbelkami, gojąc obraŜenia, które nadal trochę bolały, choć od tej nieprzyjemnej przygody w
uliczce na East Endzie minęły juŜ trzy dni.
Niestety, jej wyobraźnia nie miała takich mocy, by uchronić ją przed bólem stóp.
Jeśli zaś chodzi o przyjęcie - w porównaniu z innymi okazało się całkiem udane. Muzyka była
moŜe trochę za głośna, ale to akurat jej nie przeszkadzało. Po latach spędzonych z siostrą, zagorzałą
fanatyczką rock and rolla, była doskonale przystosowana do Ŝycia w świecie głośnej muzyki. Wędzony
łosoś i kanapki ze szpinakiem to wprawdzie nie czekoladowe ciasteczka, ale i tak były smaczne.
Natomiast wino, które ostroŜnie sączyła, okazało się naprawdę znakomite.
Była teŜ masa splendoru i blichtru, mnóstwo całusów w policzek i wylewnych powitań. W końcu
przyjęcie wydawał Arlo Stuart, magnat hotelowy, w ramach kampanii wyborczej Tuckera Fieldsa, bur-
mistrza Urbany. Stuart, podobnie jak miejska administracja, miał nadzieję, Ŝe kampania zakończy się w
listopadzie ponownym wyborem obecnego burmistrza. Deborah nie zdecydowała jeszcze, czy postawi
na sprawdzonego kandydata, czy na młodego i obiecującego Billa Tarringtona. Szampan i paszteciki
nie będą miały na to Ŝadnego wpływu. Jej wybór będzie oparty na konkretnych wynikach, a nie na
powiązaniach partyjnych, społecznych czy politycznych. W dzisiejszym przyjęciu wzięła udział z
dwóch powodów. Po pierwsze, przyjaźniła się z asystentem burmistrza, Jerrym Bowerem. A po drugie,
jej szef zastosował właściwą kombinację nacisku i dyplomacji, by przepchnąć ją przez pozłacane
obrotowe drzwi Stuart Palące.
- Deborah, wyglądasz bosko! - Jerry Bower, przystojny i elegancki, w świetnie skrojonym
smokingu, z jasną czupryną falującą wokół opalonej, sympatycznej twarzy, zatrzymał się, by cmoknąć
ją w policzek. - Przepraszam, Ŝe nie miałem czasu z tobą pogadać, ale trzeba się było spotkać i
przywitać z masą ludzi.
- Prawa ręka wielkiego szefa zawsze jest zajęta - rzuciła, po czym wzniosła z uśmiechem kieliszek.
- Całkiem niezła impreza.
5
- Stuart dał z siebie wszystko. - Okiem polityka Jerry zlustrował tłum. Cieszyło go to zgromadzenie
ludzi bogatych, sławnych oraz wpływowych. Kampania miała oczywiście równieŜ inne aspekty. Bycie
na widoku publicznym, kontakt z właścicielami sklepów, pracownikami fabryk i instytucji -
niebieskimi, szarymi i białymi kołnierzykami, konferencje prasowe, przemówienia, oświadczenia. Jerry
wykombinował sobie jednak, Ŝe jeśli ma szansę spędzić mały ułamek jednego osiemnastogodzinnego
dnia pracy, głaszcząc jedwabiste ramiona i zajadając wykwintne kanapki, postara się ją jak najlepiej
wykorzystać.
- Jestem naleŜycie olśniona - zapewniła go Deborah.
- Ach, tak, ale nam chodzi o twój głos.
- MoŜe go dostaniecie.
- Jak się czujesz? - Korzystając z okazji, zaczął nakładać sobie zakąski na talerz.
- Dobrze. - Spojrzała leniwie na blaknący siniec na przedramieniu. Pod czerwonym jedwabiem
kryło się więcej podobnych, bardziej kolorowych śladów.
- Naprawdę?
- Naprawdę - zapewniła go z uśmiechem. - Nie chciałabym juŜ nigdy więcej powtarzać tego
doświadczenia, ale zarazem dzięki niemu pojęłam jasno i wyraźnie, Ŝe czeka mnie jeszcze masa pracy,
zanim ulice Urbany staną się bezpieczne.
- Nie powinnaś była tam chodzić.
Najwyraźniej dotknął jej czułego punktu, bo oczy jej się zaświeciły, rumieniec wystąpił na policzki,
a podbródek wysunął się zaczepnie do przodu.
- Niby dlaczego? Dlaczego w naszym mieście miałoby być jakiekolwiek miejsce, gdzie nie moŜna
bezpiecznie chodzić? Mamy tak po prostu pogodzić się z faktem, Ŝe pewne rejony Urbany są
niedostępne dla normalnych ludzi? JeŜeli my...
- Dosyć juŜ, dosyć. - Uniósł rękę w geście kapitulacji. - Jedynym człowiekiem, którego polityk nie
zagada, jest prawnik. Zgadzam się z tobą. - Zgarnął lampkę wina z tacy przechodzącego kelnera i
przypomniał sobie ze smutkiem, Ŝe moŜe to być jego jedyny kieliszek podczas tego długiego wieczoru.
- Ja tylko stwierdziłem fakt. Co wcale nie znaczy, Ŝe to jest słuszne, a tylko Ŝe jest zgodne z prawdą.
- Ale nie powinno być zgodne z prawdą. - Oczy jej pociemniały z gniewu.
- Burmistrz prowadzi ostrą kampanię na rzecz zwalczania przestępczości - przypomniał jej Jerry,
po czym z uśmiechem skinął głową przechodzącym obok wyborcom. - Nikt w tym mieście nie zna
lepiej niŜ ja danych statystycznych. Są przygnębiające, to nie ulega kwestii, i zamierzamy je poprawić.
Ale to musi potrwać.
- Tak. - Z westchnieniem wycofała się, by nie doprowadzić do kłótni, których miała z Jerrym
więcej, niŜ była w stanie zliczyć. - Tylko Ŝe to juŜ trwa zbyt długo.
Jerry wbił zęby w plasterek marchewki.
- Tylko mi nie mów, Ŝe zamierzasz przejść na stronę tego tajemniczego mściciela. Jak brzmi jego
maksyma? „JeŜeli prawo szybko się z tym nie upora, ją to zrobię”?
- Nie zamierzam. - Tego była absolutnie pewna. Prawo wymierzy sprawiedliwość we właściwy
sposób. Szanowała prawo nawet teraz, kiedy sądy były tak bardzo przeciąŜone. - Ja nie wierzę w Ŝadne
krucjaty. Ani w Ŝadne akcje obywatelskie. Choć rzeczywiście byłam mu wdzięczna za to, Ŝe tamtej
nocy wystąpił w mojej obronie.
- Ja teŜ. - Jerry delikatnie dotknął jej ramienia. - Na samą myśl o tym, co się mogło stać...
- Ale się nie stało. - Uczucia bezradności i strachu były wciąŜ zbyt świeŜe, by chciała się nad tym
dłuŜej rozwodzić. - Poza tym mimo całej tej romantycznej otoczki, jaką zapewnia mu prasa, z bliska
jest szorstki i obcesowy. - Upiła łyk wina. - Jestem jego dłuŜniczką, ale nie muszę go lubić.
- Nikt lepiej nie rozumie tego uczucia niŜ polityk.
Rozluźniła się i ze śmiechem rzuciła:
- No, dosyć juŜ tych rozmów na tematy zawodowe. Powiedz mi lepiej, kto tu jest, kogo nie znam, a
znać powinnam.
Przez następnych kilka minut Jerry, przełykając kanapki, przypisywał nazwiska oraz kategorie
podatkowe do twarzy ludzi, tłoczących się w sali balowej Stuart Palace. Słuchając jego inteligentnych,
dowcipnych komentarzy, chichotała półgłosem. Kiedy zaczęli się przechadzać pośród tłumu, ujęła go
pod rękę. Przypadek zrządził, Ŝe odwróciła głowę i spośród morza twarzy, wyłowiła jedną.
Stał w grupie pięciu czy sześciu osób, z dwiema pięknymi kobietami uwieszonymi u kaŜdego
ramienia. Atrakcyjny, owszem, pomyślała. Jednak sala pełna była atrakcyjnych męŜczyzn. Gęste
ciemne włosy tworzyły ramę dla szczupłej, pociągłej twarzy naukowca. Miał wydatne kości policzkowe
6
i głęboko osadzone oczy - brązowe, o odcieniu gorzkiej czekolady, które w tym momencie wydawały
się spoglądać z lekkim znudzeniem. Na jego pełnych, raczej marzycielskich ustach igrał cień uśmiechu.
Smoking nosił tak, jakby się w nim urodził. Naturalnie i jakby od niechcenia. Smukłym palcem
odgarnął ognisty pukiel z policzka rudowłosej piękności, która się do niego przysunęła, i uśmiechnął się
szerzej, kiedy mu coś powiedziała.
A potem, nie odwracając głowy, przeniósł wzrok na Deborah i spojrzał jej w oczy.
- ... więc kupiła tym małym potworom szerokoekranowy telewizor!
- Co? - Deborah zamrugała powiekami i, choć to absolutnie bez sensu, doznała uczucia, jakby
nagle czar prysł. - Co?
- Opowiadałem ci o pudlach pani Forth-Wright.
- Jerry, kto to jest? O, ten, tam, pomiędzy rudą a blondynką.
Jerry spojrzał w tamtym kierunku, a potem skrzywił się i wzruszył ramionami.
- Dziwię się, Ŝe jeszcze jakaś brunetka nie siedzi mu na karku. Kobiety kleją się do niego, jakby
miał na sobie zamiast smokinga lep na muchy.
Nikt nie musiał jej mówić tego, co sama widziała.
- Kto to jest?
- Guthrie. Gage Guthrie.
ZmruŜyła lekko oczy i wydęła wargi.
- Czemu brzmi to znajomo?
- Bo prawie co dzień moŜesz o mm poczytać do woli w dziale towarzyskim „The Word”.
- Nie czytuję rubryk towarzyskich. - Mając absolutną świadomość, Ŝe to niegrzecznie, nie przesta-
wała uporczywie wpatrywać się w męŜczyznę po drugiej stronie sali. - Znam go - mruknęła. - Tylko nie
mogę sobie przypomnieć skąd.
- Musiałaś o nim słyszeć. Był policjantem.
- Policjantem? - Zaskoczona, uniosła brwi. Wyglądał za bardzo na swoim miejscu, jakby
rzeczywiście był jednym spośród tych bogatych i uprzywilejowanych, by mógł być policjantem.
- Tak, i podobno bardzo dobrym, tutaj, w Urbanie. Parę lat temu on i jego partner wpakowali się w
kłopoty. I to powaŜne. Jego partner zginął, a Guthriego zostawili, bo myśleli, Ŝe nie Ŝyje.
WytęŜyła pamięć i nagle coś zaskoczyło.
- Tak, teraz sobie przypominam. Śledziłam jego historię. Mój BoŜe, był w śpiączce przez...
- Dziewięć czy dziesięć miesięcy - podpowiedział Jerry. - Podtrzymywano go sztucznie przy Ŝyciu,
a kiedy mieli juŜ postawić na nim krzyŜyk, otworzył oczy i odzyskał przytomność. PoniewaŜ nie mógł
juŜ pracować na ulicach, zasiadł przy biurku. Gdy przebywał w „strefie mroku”, otrzymał niezły
spadek, moŜna więc powiedzieć, Ŝe wyszedł na swoje.
To nie wystarczy, pomyślała. śadna kwota nie mogła tego zrekompensować.
- To musiało być okropne. Stracił prawie rok Ŝycia.
Jerry grzebał wśród obfitych zapasów na talerzu, szukając czegoś ciekawego.
- Nadrobił stracony czas. Jak widać, kobiety uwaŜają, Ŝe nie sposób mu się oprzeć. Oczywiście
moŜe to być równieŜ dlatego, Ŝe z odziedziczonych trzech milionów zrobił trzydzieści. - Skubiąc
pikantną krewetkę, Jerry patrzył, jak Gage gładko wynurza się z grupy i zmierza w ich kierunku.
- No, no - powiedział cicho. - Wygląda na to, Ŝe zainteresowanie jest obopólne.
Gage czuł jej obecność od momentu, w którym wkroczyła do sali balowej. Patrzył cierpliwie, jak
miesza się z tłumem, by się potem odizolować, i prowadził towarzyską rozmowę, choć był całkowicie
ś
wiadomy kaŜdego jej ruchu. Widział, jak uśmiecha się do Jerry'ego, zauwaŜył, jak ten ją całuje i
poufałym gestem kładzie jej rękę na ramieniu.
Pomyślał, Ŝe dowie się, co ich łączy.
Nie będzie to jednak miało Ŝadnego znaczenia. A raczej nie będzie mogło mieć znaczenia, poprawił
się w myślach. On nie ma czasu na ostre brunetki o bystrych oczach. Mimo to zmierzał pewnie w jej
stronę.
- Jerry. - Gage uśmiechnął się. - Miło cię znów zobaczyć.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panie Guthrie. Dobrze się pan bawi?
- Oczywiście. - Guthrie przeniósł wzrok z Jerry'ego na Deborah. - Witam.
Nagle zaschło jej w gardle.
- Deborah, chciałbym ci przedstawić pana Guthriego. Gage Guthrie - Deborah O’Roarke, zastępca
prokuratora okręgowego.
- Ach, tak. - Uśmiech Gage'a stał się jeszcze bardziej czarujący. - Miło wiedzieć, Ŝe sprawied-
liwość spoczywa w tak ślicznych rękach.
7
- Kompetentnych - powiedziała. - To o wiele waŜniejsze.
Uwaga! Ostrzegawcze światełko zapaliło się w głowie Deborah w chwili, gdy spotkały się ich ręce.
- Przepraszam. - Jerry znów połoŜył dłoń na ramieniu Deborah. - Burmistrz daje mi znaki.
- Nie ma sprawy. - Obdarzyła go uśmiechem i ze wstydem uświadomiła sobie, Ŝe zapomniała, iŜ
przez cały czas stał obok.
- Pani pewnie od niedawna w Urbanie - odezwał się Gage.
Mimo zmieszania spojrzała mu prosto w oczy.
- Mniej więcej od półtora roku. A czemu pan pyta?
- Bo musiałbym panią znać.
- Doprawdy? Czy pana interesują wszystkie zastępczynie prokuratora?
- Nie. - Musnął palcem perłową kroplę w jej uchu. - Tylko te piękne. - Nagły błysk podejrzliwości
w jej wzroku sprawił mu niekłamaną przyjemność. - Ma pani ochotę zatańczyć?
- Nie. - Odetchnęła głęboko. - Nie, dziękuję. Naprawdę nie mogę zostać dłuŜej. Mam jeszcze pracę.
Gage spojrzał na zegarek.
- Jest juŜ po dziesiątej.
- Prawo nie zna zegara, panie Guthrie.
- Gage. Odwiozę panią.
- Nie. - Nagle i całkiem bezsensownie spanikowała. - Nie, to nie jest konieczne.
- Skoro nie jest to konieczne, niech zatem będzie to przyjemność.
Jest szarmancki, pomyślała. Stanowczo zbyt szarmancki jak na faceta, który dopiero co odtrącił
blondynkę i tę rudą. A jej nie uśmiecha się wizja, Ŝe miałaby być brunetką, zamykającą ten tercet.
- Nie chciałabym wyciągać pana z przyjęcia.
- Nie zostaję zbyt długo na przyjęciach.
- Gage. - Rudowłosa piękność o wilgotnych nadąsanych ustach podeszła, kołysząc się w biodrach,
i pociągnęła go za rękę. - Kochanie, nie tańczyłeś dziś ze mną. Ani razu.
Deborah skorzystała z okazji, by pomknąć w stronę wyjścia.
Musiała przyznać, Ŝe to głupie, ale jej organizm zbuntował się na myśl o tym, Ŝe miałaby zostać z
nim sam na sam. Czysty instynkt, pomyślała, bo Gage Guthrie z pozoru sprawiał wraŜenie czarującego
i atrakcyjnego męŜczyzny. Ona jednak wyczuła coś - jakieś podskórne prądy. Mroczne i niebezpieczne.
Ma jednak tyle innych spraw na głowie, Ŝe nie zamierza dopisywać Gage'a Guthriego do tej listy.
Wyszła na dwór w parną letnią noc.
- Mam wezwać taksówkę, panienko? - zapytał odźwierny.
- Nie. - Gage ujął ją mocno za łokieć. - Dziękuję.
- Panie Guthrie... - zaczęła.
- Gage. Mój wóz stoi obok, panno O’Roarke. - Wskazał na lśniącą czarną limuzynę.
- Piękny - powiedziała przez zęby - ale taksówka w pełni zaspokoi moje potrzeby.
- Ale nie moje. - Skinieniem głowy dał znak wysokiemu, zwalistemu męŜczyźnie, który wyślizgnął
się z miejsca kierowcy i otworzył tylne drzwi. - Na ulicach jest w nocy niebezpiecznie, a ja chciałbym
tylko mieć pewność, Ŝe dotarła pani na miejsce.
Cofnęła się, by mu się uwaŜnie przyjrzeć, tak jak zwykła oglądać fotografię podejrzanego. Nie
wydawał jej się juŜ taki niebezpieczny, z tym uśmieszkiem igrającym na ustach. Szczerze mówiąc, wy-
glądał, jakby był trochę smutny. I troszeczkę samotny.
Odwróciła się w stronę limuzyny. Spojrzała przez ramię, Ŝeby się za bardzo nie rozklejać.
- Czy nikt panu nie mówił, Ŝe jest pan natarczywy, panie Guthrie?
- Bardzo często, panno O’Roarke.
Rozsiadł się obok niej i wręczył jej czerwoną róŜę o długiej łodydze.
- Widzę, Ŝe jest pan zawsze przygotowany - mruknęła, zastanawiając się, czy kwiat czekał na
blondynkę, czy moŜe na rudą.
- Staram się. Dokąd chciałaby pani pojechać?
- Do budynku sądu. To jest na Szóstej Ulicy i...
- Wiem, gdzie to jest. - Gage nacisnął guzik i szyba oddzielająca ich od kierowcy otworzyła się
bezszelestnie. - Do sądu, Frank.
- Tak jest, proszę pana. - Szyba znów się zasunęła, zamykając ich w kabinie.
- Pracowaliśmy po tej samej stronie - rzuciła Deborah.
- To znaczy po której stronie?
- Po stronie prawa.
8
Odwrócił się do niej; jego ciemne oczy zdawały się ją hipnotyzować. Zaczęła się zastanawiać, co
takiego widział, kiedy miesiącami dryfował w tym dziwnym stanie połowicznego Ŝycia. Albo
połowicznej śmierci.
- Jest pani rzeczniczką prawa?
- Lubię tak myśleć.
- Mimo to nie miałaby pani nic przeciwko układom z przestępcami?
- System jest przeciąŜony - próbowała się bronić.
- O tak, system. - Nieznacznym wzruszeniem ramion zamknął temat. - Skąd pani jest?
- Z Denver.
- Nie. Ktoś, kto jest z Denver, nie ma w głosie nuty cyprysów i magnolii.
- Urodziłam się w Georgii, ale dość często przenosiłyśmy się z siostrą. Przed przyjazdem do
Urbany mieszkałam w Denver.
Z siostrą, zauwaŜył. Nie z rodzicami, nie z rodziną, tylko z siostrą. Ale nie naciskał. Jeszcze za
wcześnie.
- Dlaczego pani tu przyjechała?
- Bo było to dla mnie wyzwanie. Chciałam zrobić dobry uŜytek z tych wszystkich lat moich
studiów. Lubię myśleć, Ŝe mogę mieć jakiś wpływ. - Przypomniała sobie sprawę Mendeza i czterech
członków gangu, którzy zostali aresztowani i czekali teraz na proces. - I mam wpływ.
- Jest pani idealistką.
- MoŜe. Czy to źle?
- Idealistów zwykle spotykają ogromne rozczarowania. - Urwał i przez chwilę przyglądał jej się w
milczeniu.
Ś
wiatła ulicznych latarni i nadjeŜdŜających z przeciwka samochodów wdzierały się w głąb wozu, a
potem bladły. Wdzierały się i bladły. A ona była piękna i w świetle, i w mroku. Prócz urody miała
jeszcze w spojrzeniu swoisty rodzaj siły, która brała się z połączenia inteligencji z determinacją.
- Chciałbym zobaczyć panią w sądzie - powiedział.
Uśmiechnęła się, dodając jeszcze jeden atrybut do swojej siły i urody. Ambicję. Była to wręcz
niesamowita kombinacja.
- Jestem zabójcza.
- Tak myślałem.
Chciał jej dotknąć; opuszkiem palca musnąć te cudowne kremowe ramiona. Zaczął się zastanawiać,
czy by mu to wystarczyło. Pohamował się, poniewaŜ obawiał się, Ŝe nie oparłby się pokusie. Gdy
limuzyna podjechała do krawęŜnika i zatrzymała się, przyjął to z ulgą, a zarazem przygnębieniem.
Deborah odwróciła się do okna i obojętnie spojrzała na stary budynek sądu.
- Szybko przyjechaliśmy - zauwaŜyła nieco zawiedziona. - Dzięki za podwiezienie. - Gdy szofer
otworzył jej drzwi, wystawiła na zewnątrz nogi.
- Jeszcze się spotkamy - rzucił Gage.
Po raz drugi spojrzała na niego przez ramię.
- MoŜe. Dobranoc.
Wysiadła, a on siedział przez dłuŜszą chwilę bez ruchu, oszołomiony delikatną wonią jej perfum.
- Do domu? - odezwał się szofer.
- Nie. Zaczekaj tu i odwieź ją do domu, kiedy skończy, Frank. Ja muszę się przejść.
ROZDZIAŁ DRUGI
Jak bokser, ogłuszony zbyt wielką liczbą ciosów, Gage próbował wydostać się z koszmaru. W
końcu zdołał wypłynąć na powierzchnię, brakowało mu jednak tchu i był cały zlany potem. Gdy
ustąpiły dotkliwe mdłości, wyciągnął się na wznak i wbił wzrok w sufit sypialni.
Zdobiły go wyrzeźbione w gipsie 523 rozetki. Liczył je dzień po dniu, podczas długiej i nudnej
rekonwalescencji. A teraz znowu zaczął je liczyć, czekając, aŜ puls mu się wyrówna.
LeŜał nieruchomo wśród zmiętych, wilgotnych prześcieradeł i liczył. Dwadzieścia pięć,
dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem. W pokoju unosił się delikatny zapach goździków. Któraś z
pokojówek postawiła wazon na biurku pod oknem. Nie przerywając liczenia, próbował odgadnąć, jaka
to porcelana. Waterford, Wedgwood? Skupił się tylko na tym oraz na monotonnym liczeniu, aŜ
wreszcie poczuł, Ŝe zaczyna się uspokajać.
9
Nigdy nie mógł przewidzieć, kiedy ten koszmarny sen znowu powróci. W gruncie rzeczy powinien
się cieszyć, Ŝe nie prześladował go noc w noc, a tymczasem jego kapryśne wizyty okazały się jeszcze
gorsze.
JuŜ spokojniejszy, nacisnął guzik przy łóŜku. Zasłony na szerokim łukowatym oknie rozsunęły się,
wpuszczając do środka światło. OstroŜnie napiął kolejno kaŜdy mięsień, by się upewnić, Ŝe nadal
sprawuje nad nimi kontrolę.
Jak człowiek ścigający swoje demony, odtworzył w myślach cały przeraŜający sen. I jak zwykle,
jawił mu się on przed oczyma z krystaliczną jasnością, angaŜując wszystkie zmysły.
Działali incognito. Gage i jego partner, Jack McDowell. Po pięciu latach byli juŜ dla siebie kimś
więcej niŜ tylko partnerami. Stali się braćmi. KaŜdy z nich nieraz ryzykował Ŝycie, by uratować
partnera. I kaŜdy z nich zrobiłby to znów bez wahania. Razem pracowali, pili, razem chodzili na mecze
i kłócili się na tematy polityczne.
Przez ponad rok działali pod nazwiskami Demerez i Gates, udając dilerów kokainy i jej jeszcze
bardziej zabójczej pochodnej. Cierpliwością i podstępem zdołali przeniknąć do jednego z największych
karteli narkotykowych na Wschodnim WybrzeŜu, którego centrum znajdowało się w Urbanie.
Mogli zaaresztować całe tuziny płotek, uznali jednak, podobnie jak władze ich departamentu, Ŝe
głównym celem jest człowiek na samej górze.
Człowiek, którego nazwisko i twarz wciąŜ pozostawały tajemnicą.
Ale tej nocy wreszcie się z nim spotkają. Cała akcja została przygotowana w najdrobniejszych
szczegółach. Demerez i Gates mieli pięć milionów gotówką w walizeczce o wzmocnionych stalą
bokach. Zamienią ją na najwyŜszej klasy kokę. I będą rozmawiać tylko z samym szefem.
Jechali w stronę przystani w wykonanym na zamówienie maserati, z którego Jack był taki dumny.
Mając dwa tuziny ludzi w odwodzie i solidne papiery, byli w świetnych humorach.
Jack był bystrym policyjnym weteranem, o niewyparzonym języku, szczerze oddanym swojej
rodzinie. Miał ładną, cichą Ŝonę i malutkiego synka - istne Ŝywe srebro. Z zaczesanymi do tyłu
włosami, sygnetami na palcach, w jedwabnym, nienagannie skrojonym garniturze wyglądał, jakby był
jednym z tych bogatych, bezwzględnych dilerów.
Jack pochodził z długiej dynastii policjantów i wychował się na drugim piętrze bez windy, w
czynszówce na East Endzie, gdzie mieszkał wraz z rozwiedzioną matką. Ojciec, który sięgał po butelkę
równie często jak po broń, odwiedzał go sporadycznie. Jack wstąpił do policji natychmiast po
ukończeniu szkoły średniej.
Gage pochodził z rodziny biznesmenów, pełnej ludzi sukcesu, którzy spędzali wakacje na Palm
Beach i grywali w golfa w ekskluzywnych klubach. Jego rodzice, wedle rodzinnych standardów, byli
jednak bliŜsi klasy pracującej, gdyŜ woleli zainwestować pieniądze, czas i marzenia w elegancką
francuską restauracyjkę na górnym East Endzie. W ostatecznym rezultacie marzenie to ich zabiło.
Pewnej rześkiej jesiennej nocy zostali obrabowani i brutalnie zamordowani niespełna trzy kroki od
jej drzwi.
Osierocony przed swoimi drugimi urodzinami, Gage został wychowany pośród luksusów i wygód
przez kochające go wujostwo. Grał w tenisa na kortach zamiast w piłkę na ulicy i wszyscy zachęcali go,
by zajął miejsce brata swego zmarłego ojca, jako prezes rodzinnego imperium Guthriech.
On jednak nigdy nie zapomniał okrucieństwa i bezsensu tragicznej śmierci rodziców. Dlatego
natychmiast po ukończeniu college'u wstąpił do policji.
Mimo Ŝe pochodzili z odmiennych środowisk, obaj mieli jedną zasadniczą wspólną cechę - wierzyli
w prawo.
- Tej nocy dobierzemy mu się do tyłka - powiedział Jack, zaciągając się głęboko dymem z pa-
pierosa.
- Długo trwało, zanim do tego doszło - mruknął Gage.
- Sześć miesięcy przygotowań, osiemnaście miesięcy tajnych operacji. Dwa lata to nieduŜo, Ŝeby
przygwoździć tego drania. - Odwrócił się i mrugnął do Gage'a. - MoŜemy oczywiście wziąć te pięć
milionów i dać nogę. Co ty na to, młody? - Choć Jack był tylko o pięć lat starszy od Gage'a, wciąŜ
zwracał się do niego per „młody”.
- Zawsze chciałem pojechać do Rio - odparł Gage.
- Ja teŜ. - Jack wyrzucił przez okno niedopałek, który odbił się o asfalt i zgasł z sykiem. -
Moglibyśmy kupić sobie po willi i Ŝyć na wysokiej stopie. Kobiety, rum i słońce... Co ty na to?
- Jenny mogłoby się to nie spodobać.
Na wzmiankę o Ŝonie Jack zaśmiał się pod nosem.
10
- Tak, mogłaby się wkurzyć. Kazałaby mi przez cały miesiąc spać w komórce. Dlatego lepiej
będzie, jak dokopiemy temu gościowi. - Chwycił miniaturowy przekaźnik. - Tu Królewna ŚnieŜka,
słyszycie nas?
- Potwierdzam, ŚnieŜka. Tu Gaptuś.
- Jakbym tego nie wiedział - mruknął Jack. - WjeŜdŜamy do portu, molo siedemnaste. Trzymajcie
nas na muszce. To do Śmieszka i Kichusia i całej reszty krasnoludków.
Gage zatrzymał samochód w ciemnościach doku i zgasił silnik. Czuł zapach wody oraz zgniły odór
ryb i śmieci. Zgodnie z otrzymaną instrukcją, mignął dwa razy światłami, odczekał, a potem zrobił to
jeszcze raz.
- Zupełnie jak James Bond - rzucił Jack z uśmiechem. - Jesteś gotowy, młody?
- Jestem.
Jack zapalił kolejnego papierosa i wydmuchał dym między zębami.
- No to zaczynamy.
Ruszyli ostroŜnie przed siebie. Jack niósł walizeczkę z mikroprzekaźnikiem. Obaj mieli na
ramieniu kabury z policyjnymi trzydziestkami ósemkami, a Gage dwudziestkę piątkę przymocowaną do
łydki, jako dodatkowe zabezpieczenie.
Plusk wody uderzającej o drewno, skrobanie szczurzych pazurów po betonie. Przyćmione światło
księŜyca zza chmur. Ostry zapach tytoniu z papierosa Jacka w powietrzu. Mała, spływająca wolno
kropelka potu miedzy łopatkami.
- Coś mi tu nie gra - cicho powiedział Gage.
- Nie strasz mnie, młody. Dziś w nocy damy im do wiwatu.
Skinieniem głowy Gage odpędził niepokój. Jednak gdy z mroku wychynął drobny męŜczyzna,
sięgnął po broń. MęŜczyzna uśmiechnął się i uniósł ręce do góry, rozczapierzając palce.
- Przyszedłem sam - powiedział. - Jak zostało ustalone. Jestem Montega i będę waszą eskortą.
Miał ciemne zmierzwione włosy i długie wąsy. Gdy się uśmiechnął, w jego ustach błysnęły złote
zęby. Podobnie jak oni, był ubrany w drogi garnitur uszyty w ten sposób, by moŜna było ukryć pod nim
broń automatyczną. Montega ostroŜnie opuścił rękę i wyjął smukłe cygaro.
- Przyjemna noc na małą przejaŜdŜkę łódką, si?
- Si. - Jack pokiwał głową. - Nie masz nic przeciwko temu, Ŝebyśmy cię obszukali? Czulibyśmy się
znacznie lepiej, mając przy sobie całe Ŝelastwo, póki nie dotrzemy tam, dokąd zmierzamy.
- To zrozumiałe. - Montega przypalił papierosa długą zapalniczką. Nie przestając się uśmiechać,
wetknął cygaro między zęby. Gage zobaczył jego rękę, niedbałym ruchem wrzucającą zapalniczkę do
kieszeni. A potem była eksplozja i odgłos - zbyt dobrze znany odgłos kuli wystrzelonej z lufy. I
wypalona dziura w kieszeni garnituru za tysiąc pięćset dolarów. Jack runął do tyłu.
Nawet teraz, po czterech latach, Gage zobaczył całą resztę w monstrualnie zwolnionym tempie.
Zamglone, martwe oczy Jacka, którego impet kuli odrzucił o dwa metry. Długi, powolny lot
koziołkującej walizeczki. Krzyki policjantów, juŜ pędzących w ich stronę. Swoje własne,
niewiarygodnie zwolnione ruchy, gdy sięgał po broń.
Uśmiech, rozszerzający się uśmiech, i złoty błysk, gdy Montega odwrócił się do niego.
- Śmierdzące gliny - powiedział i wypalił.
Nawet teraz Gage czuł gorący, rozdzierający cios, który eksplodował w jego piersi. A takŜe Ŝar, nie
do zniesienia i nie do opisania. Widział siebie lecącego do tyłu. Lecącego bez końca w ciemność.
I był juŜ martwy.
Wiedział, Ŝe jest martwy, bo widział sam siebie. Spojrzał w dół i zobaczył swoje ciało rozciągnięte
na zakrwawionym pomoście. Gliniarze uwijali się nad nim, opatrywali jego ranę, klęli i biegali w kółko
jak mrówki. Patrzył na to wszystko bez bólu i beznamiętnie.
Potem zjawili się pielęgniarze i w jakiś sposób wciągnęli go z powrotem w strefę bólu. A jemu
zabrakło sił, by z nimi walczyć i pójść tam, dokąd chciał pójść.
Sala operacyjna. Jasnoniebieskie ściany, ostre światło, błysk stalowych instrumentów. Pikanie
monitorów. Mozolny syk i wydech respiratora. Dwukrotnie wyślizgnął się bez trudu ze swego ciała -
jak oddech, cicho i niewidocznie - by przyjrzeć się, jak ekipa chirurgów walczy o jego Ŝycie. Chciał im
powiedzieć, Ŝe mają przestać, Ŝe nie chce znowu wracać tam, gdzie będzie odczuwał ból.
Oni byli jednak zręczni i zdeterminowani i wepchnęli go z powrotem do tego biednego,
uszkodzonego ciała. I znów na jakiś czas powrócił w ciemność. To akurat się zmieniło. Pamiętał, jak
pływa w jakiejś szarej cieczy, przywodzącej mu na myśl pierwotne wspomnienia z brzucha. Było tam
bezpiecznie. I tak spokojnie. Od czasu do czasu słyszał, jak ktoś mówi. Ktoś głośno i uporczywie
11
powtarzał jego imię. Ale on nie zwracał na to uwagi. Płacz jakiejś kobiety - jego ciotki. I drŜący,
błagalny głos wuja.
Potem pojawiło się światło, jak niemiły wtręt, a chociaŜ nie mógł czuć, wyczuł, Ŝe ktoś uniósł mu
powieki i wpuścił kropelkę światła w jego źrenice.
Był to naprawdę fascynujący świat. Mógł nawet słyszeć bicie własnego serca. Łagodny, uporczywy
stukot i szmer. Czuł zapach kwiatów. Ale tylko od czasu do czasu, bo później przytłumił go ostry, anty-
septyczny zapach szpitala. Słyszał takŜe muzykę - łagodną, cichą muzykę. Beethovena, Mozarta,
Chopina. Później dowiedział się, Ŝe jedna z pielęgniarek wzruszyła się do tego stopnia, Ŝe wstawiła mu
do pokoju mały magnetofon. Często przynosiła teŜ kwiaty, siedziała przy nim i mówiła do niego
łagodnym, macierzyńskim tonem.
Czasami brał ją nawet za własną matkę i było mu przeraźliwie smutno.
Gdy mgły w tym szarym świecie zaczęły się rozwiewać, próbował z tym walczyć, bo chciał w nim
pozostać. Jednak bez względu na to, jak głęboko nurkował, wciąŜ wypływał coraz bliŜej powierzchni.
AŜ w końcu otworzył oczy do światła.
Teraz uwaŜał, Ŝe to właśnie była najgorsza część koszmaru. Kiedy otworzył oczy i uświadomił
sobie, Ŝe Ŝyje.
ZnuŜony, zwlókł się z łóŜka. Pokonał juŜ to Ŝyczenie śmierci, które prześladowało go przez pier-
wsze tygodnie. Jednak o świcie męczyły go koszmary i miał ochotę przeklinać kunszt oraz poświęcenie
zespołu lekarzy, którzy przywrócili go do Ŝycia.
Niestety, nie udało im się to w przypadku Jacka. Nie uratowali jego rodziców, którzy odeszli,
zanim Gage zdąŜył ich dobrze poznać. Nie mieli wystarczających umiejętności, by uratować jego wuja
i ciotkę, którzy wychowali go z bezgraniczną miłością i zmarli zaledwie kilka tygodni przed tym, jak
ocknął się ze śpiączki.
Ale jego uratowali i szybko zrozumiał dlaczego.
Powodem tego był przeklęty dar, jaki otrzymał podczas tych dziewięciu miesięcy, które jego dusza
przeŜyła w tym szarym, płynnym świecie. A poniewaŜ go uratowali, nie miał wyboru - musiał zrobić
to, co było mu pisane.
Z rezygnacją oparł prawą rękę na jasnozielonej ścianie sypialni i spróbował się skoncentrować.
Usłyszał szum w mózgu - szum, którego nikt inny nie mógł usłyszeć. A potem nagle jego ręka zniknęła
bez śladu.
To znaczy, nadal istniała. Czuł ją, ale nawet on nie mógł jej zobaczyć. Nie było zarysu, nie było
kształtu palców. Od nadgarstka w górę jego dłoń zniknęła. Wystarczyło się skupić i z jego ciałem stanie
się to samo.
Doskonale pamiętał, kiedy to się zdarzyło po raz pierwszy. I jak straszliwie go to przeraziło. A
takŜe zafascynowało. Wysiłkiem woli sprawił, Ŝe dłoń znów się pojawiła, po czym uwaŜnie ją obejrzał.
Była dokładnie taka sama. Szeroka, o długich palcach i trochę szorstka, ze zgrubiałą skórą. Zwyczajna
dłoń człowieka, który przestał być zwyczajny.
Niezły numer, pomyślał, dla kogoś, kto przemierza nocami ulice w poszukiwaniu odpowiedzi.
Zacisnął pięść, a potem poszedł do łazienki, Ŝeby wziąć prysznic.
O godzinie 11.45 Deborah czekała w budynku komisariatu. To, Ŝe ją tam wezwano, wcale jej nie
zdziwiło. Czterech członków gangu, którzy zastrzelili Rica Mendeza, zamknięto w osobnych celach. W
ten sposób łatwiej moŜna będzie uzyskać od nich przyznanie się do morderstwa pierwszego stopnia, do
współudziału w zbrodni, nielegalnego posiadania broni palnej i zakazanych substancji oraz wszystkich
innych zarzutów, wyszczególnionych w protokole zatrzymania. I z kaŜdym z nich zrobią to indywidual-
nie, nie dając im moŜliwości uzgodnienia swoich zeznań.
Punktualnie o dziewiątej dostała telefon od obrońcy, przydzielonego z urzędu Parinowi. Miało to
być ich trzecie spotkanie. Przy kaŜdym poprzednim stanowczo sprzeciwiała się jakiejkolwiek ugodzie.
Obrońca Parina domagał się Bóg wie czego, a sam Parino był arogancki i antypatyczny. ZauwaŜyła
jednak, Ŝe za kaŜdym kolejnym razem, gdy zasiadali w sali konferencyjnej, Parino zeznawał coraz
chętniej.
Intuicja podpowiadała jej, Ŝe Parino rzeczywiście miał jakiś argument przetargowy, powstrzymy-
wał go jednak strach.
W myśl swojej strategii Deborah zgodziła się na spotkanie, ale kazała je przełoŜyć o kilka godzin.
Wyglądało to tak, jakby Parino był gotowy do rozmów, a poniewaŜ udowodniła mu posiadanie broni, z
której strzelano, i przedstawiła dwóch naocznych świadków, byłoby dla niego lepiej, gdyby miał asa w
rękawie.
12
Czekając, aŜ przyprowadzą Parina z celi, przeglądała notatki, dotyczące tej sprawy. A poniewaŜ
znała je na pamięć, wróciła myślami do poprzedniego wieczoru.
Zaczęła się zastanawiać, jakiego rodzaju człowiekiem jest Gage Guthrie. Typ, który wciąga oporną
kobietę do swojej limuzyny juŜ po pięciominutowej znajomości. A potem zostawia tę limuzynę do jej
dyspozycji na dwie i pół godziny. Pamiętała to uczucie miłego zaskoczenia, kiedy po wyjściu z
budynku sądu o pierwszej w nocy zobaczyła długą czarną limuzynę z jej małomównym, zwalistym
kierowcą, czekającym cierpliwie, by odwieźć ją do domu.
Na polecenie pana Guthriego.
A choć pana Guthriego nigdzie nie było widać, przez całą drogę z centrum do jej mieszkania na
West Endzie, czuła jego obecność.
Silny typ, pomyślała. Z wyglądu, pod względem osobowości, a takŜe męskiego seksapilu.
Rozejrzała się wokoło, próbując wyobrazić sobie męŜczyznę w smokingu zatrudnionego w takim
miejscu.
Dwudziesty piąty rewir był jednym z najcięŜszych w mieście. Przy okazji zaspokajania swojej
ciekawości Deborah odkryła, Ŝe detektyw Gage Guthrie tu właśnie przepracował większą część ze
swoich sześciu lat w wydziale śledczym.
Trudno skojarzyć ze sobą eleganckiego, zabójczo przystojnego męŜczyznę z ponurym linoleum,
ostrym fluorescencyjnym światłem oraz odorem potu i skwaśniałej kawy, zmieszanym z Ŝywicznym
aromatem płynu do czyszczenia.
Musiał lubić muzykę klasyczną, bo to Mozart sączył się z głośników limuzyny. A jednak
przepracował całe lata pośród krzyków, przekleństw i ostrych dźwięków telefonu w 25. komisariacie.
Z informacji, które wyczytała, gdy uzyskała dostęp do jego akt, dowiedziała się, Ŝe był dobrym
policjantem. Bywał wprawdzie czasami porywczy, nigdy jednak nie przekroczył dopuszczalnych
granic. Niczego takiego w kaŜdym razie nie odnotowano. Wprost przeciwnie, jego dossier aŜ pękało od
pochwał.
Wraz ze swoim partnerem przerwali krąg prostytucji, Ŝerujący na młodych dziewczynach, które
uciekły z domu; uzyskali zgodę na aresztowanie trzech prominentnych biznesmenów, których tajne
operacje hazardowe naraziły ich nieszczęsnych klientów na niewysłowione tortury; namierzyli wielu
dilerów narkotykowych, tych drobnych i tych wielkich, wpadli równieŜ na trop nieuczciwego
policjanta, który posługiwał się swoją odznaką w celu wyłudzenia pieniędzy za ochronę od właścicieli
małych sklepików w azjatyckiej dzielnicy Urbany.
A potem zdecydowali się wziąć udział w tajnej akcji, by wreszcie złamać kark jednemu z najwięk-
szych karteli narkotykowych na Wschodnim WybrzeŜu. I źle się to dla nich skończyło.
Czy to właśnie sprawiało, Ŝe Gage wydawał się taki fascynujący? - zastanawiała się Deborah. śe
ten wykształcony, zamoŜny biznesmen to dawny odwaŜny i twardy gliniarz? A moŜe Gage wrócił po
prostu do swego uprzywilejowanego środowiska, a lata spędzone w policji były jedynie aberracją? Kim
właściwie jest ten prawdziwy Gage Guthrie?
Potrząsnęła z westchnieniem głową. Ostatnio często myślała o złudzeniach. Zwłaszcza od tej nocy
w uliczce, gdy z przeraŜeniem uświadomiła sobie własną śmiertelność. I została uratowana - wbrew
swemu przeświadczeniu, Ŝe sama by się uratowała - przez kogoś, kto zdaniem wielu był niczym innym
niŜ złudzeniem.
MęŜczyzna zwany Nemezis okazał się jednak wystarczająco prawdziwy. Widziała go przecieŜ i
słyszała, a nawet ją zirytował. A jednak, ilekroć go sobie przypominała, był jak dym. Czy, gdyby
spróbowała go dotknąć, jej ręka przeszyłaby go na wylot?
Nonsens. Będzie musiała więcej sypiać, skoro jej mózg z przepracowania robi w środku dnia takie
wycieczki w krainę fantazji.
Mimo to zamierzała odnaleźć tego ducha i w jakiś sposób go przyszpilić.
- Panna O'Roarke?
- Tak. - Wstała i podała rękę młodemu obrońcy z urzędu o udręczonej minie.
- Witam znowu, panie Simmons.
- No, cóŜ... - Simmons poprawił grube okulary na haczykowatym nosie. - Jestem wdzięczny, Ŝe
zgodziła się pani na to spotkanie.
- Przestań pieprzyć! - Za Simmonsem pojawił się Parino, eskortowany przez dwóch policjantów w
mundurach. Twarz wykrzywił mu pogardliwy grymas, a ręce miał skute kajdankami. - Jesteśmy tu,
Ŝ
eby się dogadać, bierzmy się więc do rzeczy.
Deborah skinęła głową i ruszyła przodem. Po wejściu do małej sali konferencyjnej połoŜyła teczkę
na stole, po czym usiadła i splotła dłonie. W szykownym granatowym kostiumie i białej bluzce
13
wyglądała jak typowa piękność z Południa, o nienagannych manierach. Ale jej oczy zapłonęły, gdy
prześlizgnęły się po aresztowanym. Wcześniej obejrzała uwaŜnie policyjne zdjęcia Mendeza i widziała,
co nienawiść oraz broń automatyczna mogą zrobić z ciałem szesnastolatka.
- Panie Simmons, pan zdaje sobie sprawę z tego, Ŝe spośród czwórki podejrzanych oskarŜonych o
morderstwo Rica Mendeza pański klient wiedzie prym, jeśli chodzi o najpowaŜniejsze zarzuty?
- Nie moŜna by tego zdjąć? - Parino wyciągnął skute ręce.
- Nie - rzuciła twardo Deborah.
- Daj spokój, kotku. - Obdarzył ją spojrzeniem, które, jego zdaniem, miało być uwodzicielskie. -
Chyba się mnie nie boisz?
- Pana, panie Parino? - Kąciki jej ust drgnęły leciutko, ale ton był pogardliwy. - Nie, skądŜe znowu.
Ja codziennie rozgniatam takie wstrętne pluskwy. Pan za to powinien się mnie bać. Bo to ja jestem tą
osobą, która wsadzi pana za kratki. - Przeniosła wzrok na Simmonsa. - Nie traćmy czasu po raz kolejny.
Wszyscy troje wiemy, jaka jest stawka. Pan Parino ma dziewiętnaście lat i będzie sądzony jak dorosły.
Natomiast nie zdecydowano jeszcze, czy pozostali będą sądzeni jako dorośli, czy jako nieletni. - Wyjęła
notatki, choć były jej potrzebne co najwyŜej jako rekwizyt. - Broń, za pomocą której dokonano morder-
stwa, została znaleziona w mieszkaniu pana Parina i były na niej odciski jego palców.
- Została podrzucona - upierał się Parino. - W Ŝyciu jej nie widziałem.
- Zostawcie sobie tę bajeczkę dla sędziego - zaproponowała Deborah. - Dwaj świadkowie widzieli
go w samochodzie mijającym róg Trzeciej Ulicy i rynku o jedenastej czterdzieści pięć, drugiego
czerwca. Ci sami świadkowie zidentyfikowali pana Parina podczas konfrontacji jako męŜczyznę, który
wychylił się z tego samochodu i oddał dziesięć strzałów do Rica Mendeza.
Parino zaczął przeklinać kapusiów. Krzyczał, co im zrobi, kiedy wyjdzie na wolność. I co zrobi z
Deborah. Ale ona, nie podnosząc głosu, mówiła dalej, patrząc na Simmonsa:
- Pański klient jest absolutnie załatwiony. Za morderstwo pierwszego stopnia prokurator zaŜąda
kary śmierci. - PołoŜyła splecione dłonie na swoich notatkach i skinęła głową w stronę Simmonsa. - A o
czym pan chce pomówić?
Simmons szarpnął się za krawat. Dym z papierosa Parina szczypał go w oczy.
- Mój klient ma informacje, które skłonny jest przekazać prokuraturze. - Chrząknął głośno. - W za-
mian za zmianę kategorii ciąŜących na nim zarzutów. Z morderstwa pierwszego stopnia na nielegalne
posiadanie broni palnej.
Deborah uniosła brwi i milczała przez chwilę.
- Czekam na puentę.
- To nie Ŝarty, siostro. - Parino wychylił się nad stołem. - Mam coś na wymianę i radzę ci
skorzystać.
Deborah ostentacyjnie schowała notatki do teczki, zatrzasnęła zamek i wstała.
- Cwaniak z ciebie, Parino. Choćbyś miał Bóg wie co, juŜ nigdy nie wrócisz na ulicę. JeŜeli ci się
wydaje, Ŝe moŜesz traktować w ten sposób mnie albo okręgową prokuraturę, to się lepiej zastanów.
Ruszyła do drzwi.
- Panno O'Roarke - poderwał się Simmons - proszę, nie moglibyśmy porozmawiać?
Obróciła się na pięcie.
- Jasne, Ŝe moglibyśmy. Jak tylko złoŜycie mi sensowną ofertę.
Parino zaklął krótko i tak dosadnie, Ŝe Simmons pobladł. Deborah natomiast obrzuciła go zimnym,
beznamiętnym wzrokiem.
- Prokurator postawi zarzut morderstwa pierwszego stopnia i zaŜąda kary śmierci - powiedziała ze
spokojem. - I moŜe mi pan wierzyć, ale dopilnuję tego, by oderwać pańskiego klienta od społeczeństwa
jak pijawkę.
- Ja kiedyś wyjdę! - krzyknął Parino, zrywając się na równe nogi. Wzrok miał dziki. - A kiedy
wyjdę, znajdę cię, ty suko!
- Nigdy nie wyjdziesz. - Zimnym, niewzruszonym wzrokiem spojrzała na niego ponad stołem. - Ja,
Parino, jestem bardzo dobra w tym, co robię, czyli w zamykaniu w klatce takich małych wściekłych
zwierzaków. A w twoim przypadku zrobię wszystko, co w mojej mocy. Nigdy nie wyjdziesz -
powtórzyła. - A kiedy będziesz się pocił w celi śmierci, pomyśl o mnie.
- Morderstwo drugiego stopnia - szybko powiedział Simmons. Zawtórowało mu dzikie wycie jego
klienta:
- Chcesz mnie sprzedać, ty sukinsynu!
Nie zwracając uwagi na Parina, Deborah przyjrzała się nerwowo rzucanym spojrzeniom Simmonsa.
Coś jest na rzeczy, pomyślała. Czuła to instynktownie.
14
- Morderstwo pierwszego stopnia - powtórzyła - ze wskazaniem na doŜywocie raczej niŜ na karę
ś
mierci. O ile macie coś, co mnie zainteresuje.
- Proszę, niech mi pani pozwoli porozmawiać z moim klientem. Proszę dać nam minutkę.
- Oczywiście. - Wyszła, zostawiając spoconego obrońcę z jego wrzeszczącym klientem.
Po dwudziestu minutach znów zasiadła za zniszczonym stołem, naprzeciw Parina. Po wypaleniu
papierosa aŜ do samego ustnika był bledszy i nieco spokojniejszy.
- Karty na stół, Parino - zwróciła się do niego.
- Chcę mieć immunitet.
- Za zarzuty, które będzie moŜna postawić w oparciu o przekazane mi informacje. Zgoda - osadziła
go w miejscu.
- I ochronę. - Parino zaczął się pocić.
- O ile prawo ją gwarantuje.
Parino zawahał się. Zaczął się bawić papierosem i popaloną plastikową popielniczką. Zdawał sobie
jednak sprawę z tego, Ŝe nie ma wyjścia. Dwadzieścia lat. Obrońca powiedział mu, Ŝe po dwudziestu
latach będzie pewnie mógł dostać warunkowe zwolnienie.
Dwadzieścia lat w pudle to lepsze niŜ krzesło elektryczne. Wszystko jest lepsze niŜ to. Bystry gość
moŜe się nieźle urządzić nawet w pudle. A on miał się za bystrego gościa.
- Załatwiałem dostawy dla kilku facetów. Jakichś grubych ryb. Przewoziłem cięŜarówką towar z
doków do tego śmiesznego sklepiku z antykami w centrum. Płacili dobrze, aŜ za dobrze, więc się
domyśliłem, Ŝe w tych skrzynkach musiało być coś jeszcze prócz starych wazonów. - Skuty
kajdankami, odpalił niezgrabnie papierosa od tlącego się filtra w popielniczce. - Pomyślałem sobie, Ŝe
zajrzę do środka, i otworzyłem jedną skrzynkę. Była załadowana koką. Człowieku, nigdy nie widziałem
takiej masy koki. Jakieś sto, a moŜe nawet sto pięćdziesiąt funtów. I to była czysta koka.
- Skąd wiesz?
Oblizał wargi, a potem się uśmiechnął.
- Wziąłem jedną paczuszkę i schowałem pod koszulą. Mówię wam, było tam dosyć, Ŝeby
uszczęśliwić kaŜdy nos w tym mieście przez następne dwadzieścia lat.
- Jak się nazywa ten sklep?
Znów oblizał wargi.
- Chcę wiedzieć, czy dobijemy targu.
- JeŜeli twoja informacja zostanie zweryfikowana, tak. A jeŜeli mnie nabierasz, nie.
- „Ponadczasowy”. Tak się nazywa. To jest na Siódmej Ulicy. Dostawy szły raz, moŜe dwa razy w
tygodniu. Nie mam pojęcia, jak często przywoziliśmy kokę zamiast starych stołów.
- Jakieś nazwiska?
- Facet, z którym pracowałem w dokach, nazywał się Myszka. Myszka, i nic więcej. To wszystko,
co wiem.
- Kto cię zatrudnił?
- Jakiś gość. Przyszedł do baru Loreda na West Endzie, gdzie przesiadują Demony. Powiedział, Ŝe
jest robota, o ile mam mocny grzbiet i umiem trzymać gębę na kłódkę. Więc ja i Ray zgłosiliśmy się do
niego.
- Ray?
- Ray Santiago. Jest jednym z nas, Demonów.
- Jak on wyglądał? Ten człowiek, który was zatrudnił?
- Taki mały facecik, trochę stuknięty. Wielkie wąsiska, kilka złotych zębów. Wszedł do Loreda w
eleganckim garniturze, ale nikomu nie przyszło do głowy, Ŝeby z nim zaczynać.
Deborah robiła notatki, kiwała głową i naciskała, dopóki nie nabrała pewności, Ŝe wycisnęła z
Parina wszystko.
- W porządku. Sprawdzę to. JeŜeli grałeś ze mną uczciwie, przekonasz się, Ŝe i ja będę uczciwa. -
Wstała i spojrzała na Simmonsa. - Będziemy w kontakcie.
Kiedy wyszła z sali konferencyjnej, w głowie jej szumiało. Dopadły ją przykre skurcze Ŝołądka -
jak zawsze, kiedy miała do czynienia z ludźmi pokroju Parina.
On ma tylko dziewiętnaście lat, na Boga, myślała, rzucając plakietkę z napisem „gość” na biurko
sierŜanta. Dopiero od niedawna moŜe głosować, a juŜ z nienawiścią zastrzelił inną ludzką istotę.
Wiedziała, Ŝe nie odczuwał Ŝadnych wyrzutów sumienia. Gang Demonów uwaŜał uliczne strzelaniny
za coś w rodzaju plemiennego rytuału. A ona, jako reprezentantka prawa, dobijała z nim targu.
Tak właśnie pracuje system, przypomniała sobie, wychodząc z dusznego komisariatu w parne
popołudnie. Przehandluje Parina jak stawkę w pokerze, z nadzieją na impas w większej grze. W
15
ostatecznym rezultacie zapłaci Parino - spędzając całą młodość oraz większą część dorosłego Ŝycia za
kratkami.
Miała nadzieję, Ŝe rodzina Rica Mendeza uzna, iŜ sprawiedliwości stało się zadość.
- Zły dzień?
WciąŜ zasępiona, odwróciła się i wzrok jej padł na Gage'a Guthriego.
- O, cześć! Co ty tu robisz?
- Czekam na ciebie.
Uniosła brwi, zastanawiając się nad stosowną odpowiedzią. Tym razem Gage miał na sobie
popielaty garnitur, elegancki i niewątpliwie drogi. Mimo Ŝe powietrze przesycone było wilgocią, jego
biała koszula wyglądała świeŜo, a szary jedwabny krawat był zawiązany bardzo starannie.
Wyglądał na pręŜnego, zamoŜnego biznesmena. Dopóki nie spojrzało się mu w oczy, pomyślała
Deborah, bo wtedy człowiek uświadamiał sobie, Ŝe kobiety lgnęły do niego z bardziej naturalnych
przyczyn niŜ pieniądze i pozycja.
Odpowiedziała jedynym pytaniem, jakie wydało jej się na miejscu.
- Niby dlaczego?
Gage uśmiechnął się. Bawiła go jej ostroŜność.
- śeby cię zaprosić na lunch.
- Och, to bardzo miło z twojej strony, ale...
- Jesz chyba?
Kpił z niej - co do tego nie mogło być Ŝadnych wątpliwości.
- Tak, prawie co dzień, ale w tej chwili pracuję.
- Jesteś pełną poświęcenia urzędniczką państwową, prawda, Deborah?
- Tak mi się przynajmniej wydaje. - W jej tonie zadźwięczała nuta sarkazmu. Podeszła do
krawęŜnika i podniosła rękę, Ŝeby wezwać taksówkę. Autobus przejechał obok, posapując i
wypuszczając kłęby spalin. - To było bardzo miłe z twojej strony, Ŝe ubiegłej nocy zostawiłeś mi
limuzynę. - Odwróciła się i spojrzała na niego. - Ale to nie było potrzebne.
- Często robię rzeczy, które inni uwaŜają za niepotrzebne. - Ujął ją za rękę i samym tylko
delikatnym naciskiem sprawił, Ŝe ją opuściła. - JeŜeli nie na lunch, to na kolację.
- To bardziej przypomina rozkaz niŜ prośbę. - Byłaby wyrwała rękę, ale wyglądałoby to dość
głupio, gdyby mocowali się jak para dzieciaków, i to w miejscu publicznym. - Tak czy inaczej, muszę
odmówić. Dziś wieczorem pracuję do późna.
- No to jutro. - Uśmiechnął się czarująco. - To prośba, pani prokurator.
Trudno było nie odpowiedzieć uśmiechem, skoro spoglądał na nią tak Ŝyczliwie, a w jego oczach
malowała się... tęsknota?
- Panie Guthrie. Gage - poprawiła się, zanim on zdąŜył to zrobić. - Namolni faceci zazwyczaj mnie
denerwują. A pan nie jest wyjątkiem. Ale z jakichś powodów zjem z panem kolację.
- Przyjadę po ciebie o siódmej, bo muszę wcześnie wstać.
- Dobrze. Podam ci mój adres.
- Znam go.
- Oczywiście. - PrzecieŜ jego kierowca odwiózł ją pod same drzwi poprzedniej nocy. - Bądź łaskaw
puścić moją rękę, bo chcę wezwać taksówkę.
Nie posłuchał od razu, tylko spojrzał na jej dłoń. Była drobna i z pozoru delikatna, jak cała
Deborah. Jednak palce znamionowały siłę. Paznokcie miała krótko obcięte, starannie zaokrąglone, z
warstwą jasnego lakieru. Nie nosiła pierścionków ani bransoletek, tylko wąski, praktyczny zegarek,
który, jak zauwaŜył, szedł co do minuty.
Oderwał wzrok od dłoni i spojrzał jej w oczy. Zobaczył ciekawość, odrobinę zniecierpliwienia i, po
raz kolejny, zmęczenie. Zastanawiając się, jak to moŜliwe, Ŝe zwykłe zetknięcie dłoni potrafiło
wstrząsnąć nim tak dogłębnie, uśmiechnął się sam do siebie.
- Zobaczymy się jutro. - Puścił ją i odsunął się. Nie ufając własnemu głosowi, skinęła tylko głową.
Wsiadła do taksówki i odwróciła się, ale jego juŜ nie było.
Gdy Deborah dotarła do antykwariatu, minęła dziesiąta wieczorem. Sklep był, oczywiście,
zamknięty, ale przecieŜ i tak nie spodziewała się tam niczego znaleźć. Wcześniej napisała raport i
przekazała przełoŜonemu szczegóły spotkania z Parinem. Nie mogła jednak oprzeć się pokusie, by
samej tam nie zajrzeć.
W tej lepszej części miasta ludzie albo siedzieli nad kolacją, albo się bawili. Kilka par minęło ją w
drodze do klubu lub restauracji. Uliczne latarnie tworzyły świetlne strefy bezpieczeństwa.
16
Pomyślała, Ŝe w gruncie rzeczy to głupi pomysł, Ŝeby się tam wybrać. Czego się mogła
spodziewać? śe zastanie otwarte drzwi, by mogła wejść i odkryć skrzynkę narkotyków w
osiemnastowiecznej szafie?
Witryna była nie tylko ciemna, ale takŜe zakratowana i zasłonięta. Podobnie jak sklep, spowity taje-
mnicą. Tego dnia poświęciła wiele godzin na próby odszukania nazwiska właściciela, który ukrył się
bardzo skutecznie pod gmatwaniną róŜnych korporacji. Papierowy szlak pełen był pułapek i zakrętów.
Jak dotąd kaŜdy trop, którym poszła, kończył się ślepym zaułkiem.
Sklep istniał jednak naprawdę. Jutro, a najpóźniej pojutrze, będzie miała w ręku nakaz sądowy.
Policja przeszuka wtedy wszystkie schowki i zakątki. Księgi zostaną skonfiskowane. Będzie miała
wszystko, czego potrzeba, by wnieść oskarŜenie.
Podeszła bliŜej do ciemnego okna i nagle coś kazało jej się odwrócić i spojrzeć w światło i cień
ulicy za jej plecami.
Wieczorny ruch przetaczał się obok z hałasem. Roześmiana para spacerowała ramię w ramię po
chodniku, po drugiej stronie ulicy. Muzyka buchająca przez otwarte okna samochodów, głośna i
chaotyczna, poprzecinana była dźwiękami klaksonów i od czasu do czasu piskiem hamulców.
Wszystko wyglądało najzupełniej normalnie. Nie spostrzegła niczego, co mogłoby spowodować to
swędzenie między łopatkami. A jednak gdy lustrowała wzrokiem ulicę i pobliskie budynki, by się
upewnić, Ŝe nikt nie zwraca na nią uwagi, nie opuszczało jej uczucie, Ŝe jest śledzona.
W końcu doszła do wniosku, Ŝe to pewnie gęsia skórka. Dreszcz strachu musiał być pozostałością
po tej nocy w alejce, postanowiła więc nie zwracać na niego uwagi. Nie moŜna Ŝyć, jeśli człowiek jest
zbyt przestraszony, by wyjść nocą na ulicę. Albo jest takim paranoikiem, Ŝe zagląda za kaŜdy róg,
zanim zdecyduje się wziąć zakręt. Dla niej, przynajmniej, to niemoŜliwe.
Przez większą część Ŝycia była kochana, otoczona opieką, a nawet rozpieszczana przez starszą
siostrę. I choć zawsze będzie wdzięczna Cilli, po wyjeździe z Denver do Urbany powzięła pewne
postanowienie, Ŝe wyciśnie swoje piętno. Nie da się jednak tego osiągnąć, jeśli będzie uciekała przed
cieniem.
Postanawiając pokonać własne niezdecydowanie, obeszła cały budynek, szybkim krokiem
pokonując krótkie, wąskie przejście między antykwariatem a sąsiednim butikiem.
Tyły budynku okazały się równie solidnie zabezpieczone i mało zachęcające jak jego front. Sklep
miał jedno okno z Ŝelaznymi kratami oraz szerokie drzwi z potrójną zasuwą. Tutaj nie było juŜ
ulicznych latarni, które rozproszyłyby mrok.
- Nie wyglądasz wcale głupio.
Na dźwięk tego głosu odskoczyła i byłaby się potknęła o rząd kubłów na śmieci, gdyby jakaś ręka
nie chwyciła jej za nadgarstek. Otworzyła usta do krzyku, podniosła pięść do walki i wtedy rozpoznała
swego towarzysza.
- To ty! - Ubrany na czarno, był ledwie widoczny w ciemnościach. Ale ona juŜ wiedziała.
- Myślałem, Ŝe masz juŜ dosyć uliczek na tyłach domów. - Nie puścił jej, choć powinien. Jego palce
zamknęły się jak bransoletka wokół jej nadgarstka, i wyczuły szybki, mocny puls.
- Śledziłeś mnie.
- Są kobiety, od których nie sposób oderwać wzroku. - Jednym szarpnięciem za rękę przyciągnął ją
bliŜej, ku zaskoczeniu obojga. Głos miał niski i lekko schrypnięty, w oczach zaś gniewne błyski.
Kombinacja ta wydala jej się pociągająca. - Co ty tu robisz? - rzucił, a jej nagle zaschło w ustach.
Przyciągnął ją tak blisko, Ŝe ich uda się zetknęły. Na wargach poczuła ciepły powiew jego oddechu.
Chcąc zachować dystans oraz pewną kontrolę, połoŜyła mu rękę na piersi.
Dłoń jej nie przeniknęła jednak na wylot, lecz natrafiła na ciepłą, solidną przeszkodę, za którą po-
czuła szybkie, miarowe bicie serca.
- To moja sprawa.
- Twoją sprawą jest przygotowywanie konkretnych aktów oskarŜenia i osądzanie przestępców, a
nie zabawa w detektywa.
- Ja się nie bawię... - Urwała i zmruŜyła oczy. - Skąd wiesz, Ŝe jestem prawnikiem?
- Wiem o tobie bardzo duŜo, panno O'Roarke - rzucił z uśmiechem. - Na tym polega moja praca.
Siostra cięŜko pracowała na twoje studia prawnicze. Nie po to ukończyłaś je z pierwszą lokatą, by teraz
zakradać się od tyłu do zamkniętych budynków. Zwłaszcza jeśli front tego budynku jest przykrywką dla
ś
mierdzących interesów.
- Więc wiesz o tym miejscu?
- Jak juŜ mówiłem, wiem wystarczająco duŜo.
17
Pomyślała, Ŝe skutkami jego nagłego wtargnięcia w jej Ŝycie zajmie się później. Teraz musi
wykonać pewne zadanie.
- JeŜeli masz jakiekolwiek informacje lub dowody, dotyczące tej domniemanej operacji narkoty-
kowej, twoim obowiązkiem jest przekazanie ich prokuraturze.
- Jestem w pełni świadomy moich obowiązków. Nie obejmują one jednak targów z łajdakami.
ś
ar ogarnął jej policzki. Nawet go nie spytała, skąd wiedział o jej rozmowie z Parinem. Wystarczy,
Ŝ
e poddawał kontroli jej działania.
- Poruszam się w granicach prawa - rzuciła ze złością. - A to więcej, niŜ ty moŜesz powiedzieć o
sobie. Ty zakładasz maskę i bawisz się w Zorro, ustanawiając własne reguły. Przez to stajesz się częścią
problemu, a nie rozwiązania.
Jego oczy w rozcięciach maski zwęziły się w szparki.
- Byłaś mi bardzo wdzięczna za to rozwiązanie zaledwie kilka nocy temu.
Uniosła głowę. śałowała, Ŝe nie moŜe zmierzyć się z nim na swoim gruncie, czyli w świetle dnia.
- JuŜ ci dziękowałam za pomoc. Zresztą, całkiem niepotrzebną.
- Powiedz mi, zawsze jesteś taka zarozumiała, panno O'Roarke?
- Raczej pewna siebie - poprawiła.
- I zawsze wygrywasz w sądzie?
- Mam znakomite wyniki.
- Zawsze wygrywasz? - powtórzył.
- Nie, ale nie o to chodzi.
- Właśnie, Ŝe o to. W tym mieście toczy się wojna, panno O'Roarke.
- A ty mianowałeś siebie generałem grzecznych chłopców.
Nie uśmiechnął się.
- Nie. Ja walczę samotnie.
- Nie próbuj...
Nie dał jej skończyć, lecz przerwał jej raptownie, zakrywając usta dłonią w czarnej rękawiczce. Nie
dlatego, Ŝe coś usłyszał, tylko Ŝe coś poczuł - jak niektórzy czują głód lub pragnienie, miłość lub
nienawiść. Albo, jak przed wiekami, gdy ludzkie zmysły nie były jeszcze stępione przez cywilizację,
człowiek potrafił wyczuć niebezpieczeństwo.
Nim zdąŜyła zareagować, odciągnął ją na bok, popchnął na ziemię i nakrył swoim ciałem za ścianą
sąsiedniego budynku.
- Co ty wyprawiasz, do jasnej cholery?!
Od wybuchu, który spuentował jej słowa, zadzwoniło jej w uszach. Nagły błysk światła zwęził jej
ź
renice. Nim zdąŜyła zamknąć oczy, oślepione blaskiem, zobaczyła wzlatujące w powietrze odłamki
szkła i pociski ze spalonej cegły. Ziemia zadrŜała pod nią, gdy eksplodował antykwariat.
PrzeraŜona, a zarazem zafascynowana patrzyła, jak śmiercionośny odłamek betonu roztrzaskał się
niespełna metr od jej twarzy.
- Nic ci się nie stało? - zapytał, a poniewaŜ nie odpowiadała, cała drŜąca, ujął dłonią jej twarz i od-
wrócił ku sobie.
- Deborah, nic ci się nie stało?
Musiał dwukrotnie powtórzyć jej imię, zanim jej oczy utraciły ten szklisty wyraz.
- Nic - wykrztusiła. - A tobie?
- Nie czytasz gazet? - Blady cień uśmiechu przemknął przez jego wargi. - Jestem niezniszczalny.
- Racja. - Westchnęła i spróbowała usiąść. Przez chwilę nie ruszał się, tylko pozwolił, by jego ciało
pozostało tam, gdzie było; gdzie chciał, by teraz było. Przytulone do jej ciała. Zaledwie centymetry
dzieliły jego twarz od jej twarzy. Zaczął się zastanawiać, co by się stało, gdyby pokonał ten dystans i
pozwolił ustom napotkać jej wargi.
Deborah uświadomiła sobie, Ŝe chce ją pocałować, i zamarła. Ogarnęło ją dziwne uczucie. Nie
gniew jednak, jak się mogła spodziewać, lecz podniecenie - instynktowne i dzikie. Przepływało przez
nią potęŜną falą, blokując inne odczucia. Z cichym pomrukiem przyzwolenia uniosła rękę do jego
policzka.
Palce musnęły jego maskę. śachnął się, jakby dała mu w twarz. A potem nagle podniósł się i
pomógł jej wstać. Walcząc z druzgocącą kombinacją upokorzenia i furii, okrąŜyła mur i poszła obejrzeć
tyły antykwariatu.
Trzeba przyznać, Ŝe niewiele z niego zostało. Potrzaskane cegły, szkło i beton. Wewnątrz
okaleczonego budynku szalał poŜar. Dach zapadł się z przeciągłym hukiem.
18
- Tym razem cię pokonali - powiedział.- Nic juŜ nie znajdziesz - Ŝadnych papierów, narkotyków,
Ŝ
adnych dowodów.
- Zniszczyli tylko budynek - rzuciła przez zaciśnięte zęby. Nie chciała, Ŝeby ją pocałował. Była
wstrząśnięta i oszołomiona. Widocznie padła ofiarą chwilowego zaćmienia umysłu. - Ale ktoś jest jego
właścicielem, i dowiem się, kto to.
- To miało być ostrzeŜenie, panno O'Roarke. MoŜe wzięłabyś to pod uwagę.
- Nie dam się zastraszyć. Ani przez wybuchające budynki, ani przez ciebie. - Odwróciła się i bez
zdumienia skonstatowała, Ŝe zniknął.
ROZDZIAŁ TRZECI
Było juŜ dobrze po pierwszej w nocy, gdy Deborah dowlokła się wreszcie do drzwi swojego
mieszkania. Większą część minionych dwóch godzin spędziła, odpowiadając na pytania, składając
zeznania i unikając reporterów. Jednak na dnie potwornego zmęczenia wciąŜ tliło się uczucie złości na
człowieka, którego nazywano Nemezis.
Praktycznie rzecz biorąc, po raz kolejny ocalił jej Ŝycie. Gdyby w odpowiednim momencie nie
odciągnął jej na bezpieczną odległości od sklepu, zginęłaby. Potem jednak zostawił jej na głowie cały
ten bałagan, który musiała sama uporządkować przed policją.
Na domiar wszystkiego podczas ich krótkiej rozmowy dał jej wyraźnie do zrozumienia, Ŝe nie
wierzy w skuteczność działalności oficjalnych przedstawicieli prawa. A przecieŜ, odkąd skończyła
osiemnaście lat, studiowała i pracowała, mając przed oczyma jeden cel - chciała zostać prokuratorem.
On tymczasem wzruszeniem ramion skwitował te wszystkie lata jako zmarnowane.
Tymczasem on, myślała, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczy, on woli przemykać ulicami,
wymierzając sprawiedliwość wedle własnych, osobistych kryteriów. Nie da się na to złapać. Zanim ta
sprawa zostanie zamknięta, udowodni mu, Ŝe system prawny działa i jest skuteczny.
Natomiast sobie samej udowodni, Ŝe jego osoba ani trochę jej nie interesuje.
- Wyglądasz, jakbyś miała cięŜką noc.
Odwróciła się, trzymając klucze w ręce. Sąsiadka z przeciwka, pani Greenbaum, stała w otwartych
drzwiach i patrzyła na nią przez okulary w czerwonych oprawkach.
- Jeszcze pani nie śpi, pani Greenbaum?
- Właśnie skończyłam oglądać program Davida Lettermana. Ten chłopak mnie rajcuje. - Lil Green-
baum, lat siedemdziesiąt, z niezłą emeryturą, chroniącą ją jak bufor przed kataklizmami losu, Ŝyła
wedle własnego zegara oraz własnego widzimisię. W tym momencie miała na sobie stary frotowy
szlafrok, papucie z wizerunkami księcia Karola i Lady Di oraz jaskraworóŜową kokardę zdobiącą
farbowane henną włosy. - MoŜe drinka? To ci dobrze zrobi. Co powiesz na gorącą herbatę z whisky?
Deborah juŜ miała odmówić, kiedy sobie uświadomiła, Ŝe herbata z whisky to jest dokładnie to, o
co jej chodzi. Uśmiechnęła się, wrzuciła klucze do kieszeni Ŝakietu i przeszła na drugą stronę korytarza.
- MoŜe być podwójna.
- JuŜ nastawiłam wodę. Usiądź i zdejmij buty. - Pani Greenbaum poklepała ją po ręce, a potem po-
spieszyła do kuchni.
Deborah, przepełniona wdzięcznością, zatonęła w grubych poduchach sofy. Telewizor nadal był
włączony, a na ekranie migotał czarno-biały obraz. Deborah rozpoznała młodego Cary Granta, ale nie
film. Pani Greenbaum będzie wiedziała, pomyślała. Lil Greenbaum wiedziała wszystko.
Mieszkanie pani Greenbaum, z gościnną sypialnią zawsze gotową dla któregoś z jej licznych
wnuków, było zagracone, ale schludne i czyste. Stoły były zastawione licznymi fotografiami i
bibelotami. Na telewizorze królowała lampa z wulkanicznej lawy, z olbrzymim symbolem pokoju,
wykonanym z mosiądzu, przytwierdzonym do podstawy. Lil była bardzo dumna z tego, Ŝe w latach
sześćdziesiątych brała udział w marszach przeciwko establishmentowi. Protestowała takŜe przeciwko
reaktorom nuklearnym, wypalaniu tropikalnych lasów oraz wzrostowi kosztów opieki medycznej.
Jak często mówiła do Deborah, lubiła protestować. Bo jeśli potrafisz sprzeciwiać się systemowi, to
znaczy, Ŝe jeszcze Ŝyjesz i się nie poddajesz.
- Masz. - Lil przyniosła dwa lekko wyszczerbione ceramiczne kubki, wykonane przez któreś z jej
młodszych dzieci. Zerknęła na ekran telewizora. - „Penny Serenade”, tysiąc dziewięćset czterdziesty
pierwszy. Czy to nie był przypadkiem Cary Grant? - Postawiła kubki, wzięła pilota i wyłączyła telewi-
zję. - A teraz mów, w co się znowu wpakowałaś?
- Czy to aŜ tak widać?
Pani Greenbaum upiła spory łyk herbaty doprawionej whisky.
19
- Ubranie w kompletnym nieładzie. - Przysunęła się bliŜej i pociągnęła nosem. - Pachnie dymem.
Na policzku masz smugę sadzy, oczko w pończosze i pasję w oczach. Sądząc po ich spojrzeniu, w grę
musi wchodzić jakiś męŜczyzna.
- Wydział śledczy mógłby panią zatrudnić, pani Greenbaum. - Deborah sączyła herbatę,
rozkoszując się jej smakiem. - Trochę się nachodziłam. Budynek, który chciałam sprawdzić, wyleciał w
powietrze.
ś
ywe zainteresowanie, widniejące w oczach pani Greenbaum, przerodziło się natychmiast w
niekłamaną troskę.
- Nic ci się nie stało?
- Nie, mam zaledwie kilka sińców. - Będą pasowały do tych sprzed tygodnia, pomyślała. - Tylko
moje ego trochę ucierpiało. Wpadłam na mściciela. - Deborah nie wspominała jej o pierwszym
spotkaniu, gdyŜ była boleśnie świadoma namiętnego uwielbienia, jakim sąsiadka darzyła tego
człowieka w czerni.
Za grubymi okularami oczy pani Greenbaum omal nie wyszły z orbit.
- Naprawdę go widziałaś?
- Widziałam go, rozmawiałam z nim, a na koniec zostałam rzucona przez niego na beton tuŜ przed
tym, nim budynek wyleciał w powietrze.
- O BoŜe! - Lil wykonała dramatyczny gest. - To nawet bardziej romantyczne niŜ moje spotkanie z
Greenbaumem na wiecu pod Pentagonem.
- Nie było w tym grama romantyzmu. Facet jest nieznośny, przy tym najprawdopodobniej to
maniak, i z całą pewnością niebezpieczny.
- To bohater. - Pani Greenbaum pogroziła Deborah palcem o szkarłatnym paznokciu. - Nie nauczy-
łaś się jeszcze rozpoznawać bohaterów. A to dlatego, Ŝe w dzisiejszych czasach nie ma ich zbyt wielu. -
SkrzyŜowała nogi tak, Ŝe Lady Di uśmiechała się do Deborah. - No więc jak on wygląda? Te raporty to
istne pomieszanie z poplątaniem. Jednego dnia to dwumetrowy czarnoskóry męŜczyzna, a innym razem
wampir o bladej twarzy, z kłami. Kiedyś przeczytałam nawet, Ŝe to mała zielona kobieta o czerwonych
oczach.
- On nie jest kobietą - mruknęła Deborah. Zbyt wyraźnie pamiętała to uczucie, gdy całym ciałem
przygniótł ją do ziemi. - I tak naprawdę nie mam pojęcia, jak wygląda. Było ciemno, a większą część
twarzy miał ukrytą pod maską.
- Jak Zorro? - zapytała pani Greenbaum z nadzieją w głosie.
- Nie. To znaczy, nie wiem. MoŜe... - Westchnęła, a potem nagle postanowiła zaspokoić ciekawość
sąsiadki. - Ma chyba z metr osiemdziesiąt pięć i jest szczupły, ale dobrze zbudowany.
- A jakiego koloru ma włosy?
- Były zakryte. Widziałam tylko zarys jego podbródka. - Mocny, zdecydowany. - I jego usta. -
Które na długą, podniecającą chwilę, zawisły nad jej ustami. - Nic specjalnego - powiedziała szybko, i
pociągnęła łyk herbaty.
- Hmm. - Pani Greenbaum miała własną wersję. Była dwukrotnie zamęŜna i dwukrotnie owdo-
wiała, nie mówiąc o tym, Ŝe przeŜyła całą serię romantycznych przygód. Dlatego bez trudu rozpoznała
symptomy. - Jego oczy? Rasę męŜczyzny zawsze moŜna poznać po oczach. Choć ja bym raczej
obejrzała jego tyłek.
Deborah zachichotała.
- Ciemny.
- Jak to, ciemny?
- Po prostu ciemny. On zawsze przebywa w mroku - wyjaśniła.
- Przemyka się w mroku, Ŝeby wykorzenić zło i bronić niewinnych. Czy moŜe być coś bardziej
romantycznego?
- Ale on zwalcza system.
- TeŜ tak uwaŜam. I uwaŜam teŜ, Ŝe się go za mało zwalcza.
- Nie mówię, Ŝe nie pomógł wielu ludziom, ale wyszkoliliśmy przecieŜ w tym celu stróŜów prawa.
- Marszcząc brwi, zajrzała w głąb swojego kubka. Za kaŜdym razem, kiedy potrzebowała pomocy, w
pobliŜu nie było ani jednego policjanta. Nie mogą być wszędzie. A ona, w obu wypadkach,
prawdopodobnie sama by sobie poradziła. Prawdopodobnie. Postanowiła uŜyć ostatniego i
definitywnego argumentu: - On nie ma Ŝadnego szacunku dla prawa.
- Chyba się mylisz. Myślę, Ŝe ma dla niego wielki szacunek. Interpretuje je tylko inaczej niŜ ty. -
Znów poklepała Deborah po ręku. - Dobra z ciebie dziewczyna i bystra, ale nauczyłaś się chodzić
bardzo wąską ścieŜką. Powinnaś pamiętać, Ŝe ten kraj zrodził się z buntu. Często o tym zapominamy, a
20
potem rozleniwiamy się i hodujemy brzuchy, i tak jest, dopóki ktoś się nie pojawi i nie zacznie
kwestionować status quo. Potrzebujemy buntowników, w tym samym stopniu, co bohaterów. Bez nich
ś
wiat byłby smutny i nudny.
- MoŜe - przyznała bez większego przekonania Deborah. - Ale potrzebujemy teŜ zasad.
- O tak. - Pani Greenbaum uśmiechnęła się. - Potrzebujemy zasad. Bo jak inaczej moglibyśmy je
łamać.
Gage zamknął oczy, gdy kierowca wiózł go limuzyną przez miasto. Przez całą noc po eksplozji i
cały następny dzień rozwaŜał w myślach dziesiątki powodów, dla których powinien odwołać randkę z
Deborah O'Roarke.
Wszystkie były bardzo praktyczne, rozsądne i uzasadnione. A jako przeciwwagę miał tylko jeden
niepraktyczny, szaleńczy powód.
Pragnął Deborah.
Przeszkadzała mu w pracy, zarówno w dzień, jak i w nocy. Od chwili gdy ją zobaczył, nie był w
stanie myśleć o nikim innym. Skorzystał z Internetu, by zdobyć kaŜdą nawet najdrobniejszą informację
na jej temat. Wiedział, Ŝe urodziła się w Atlancie, dwadzieścia siedem lat temu. śe gdy była dzieckiem,
straciła rodziców, brutalnie zamordowanych. śe wychowywała ją siostra i razem przemierzyły cały
kraj. Siostra pracowała w radiu i była teraz nowym dyrektorem rozgłośni KHIP w Denver, gdzie
Deborah uczęszczała do college'u.
Po studiach podjęła pracę w prokuraturze okręgowej w Urbanie, gdzie zyskała sobie opinię osoby
sumiennej, skrupulatnej i ambitnej.
Wiedział, Ŝe miała jeden powaŜny romans i Ŝe po jego zakończeniu spotykała się sporadycznie z
paroma męŜczyznami.
Był zły na siebie, gdy sobie uświadomił, Ŝe tę ostatnią informację przyjął z ogromną ulgą.
Deborah stanowiła dla niego zagroŜenie. Czuł to i rozumiał, a jednak nie potrafił go uniknąć. Nawet
po ich spotkaniu poprzedniej nocy, gdy doprowadziła Gage'a do takiego stanu, Ŝe niewiele brakowało, a
byłby stracił panowanie nad sobą, nie był w stanie wyrzucić jej ze swoich myśli.
Spotykać się z nią nadal, znaczyło oszukiwać ją - i samego siebie.
Mimo to, kiedy samochód skręcił na podjazd przed domem, w którym mieszkała, wysiadł, wszedł
do budynku i wjechał windą na piętro.
Gdy Deborah usłyszała pukanie do drzwi, przestała krąŜyć nerwowo po pokoju. Przez ostatnie
dwadzieścia minut pytała samą siebie, czemu zgodziła się spotkać z męŜczyzną, którego prawie nie
znała. I to takim, który wprawdzie uchodzi za znawcę kobiet, ale jest poślubiony swojej firmie.
Musiała przyznać, Ŝe podbił ją swoim wdziękiem. MoŜe zaintrygowała ją takŜe jego skłonność do
dominacji? MoŜe stała się ona dla niej wyzwaniem? Zastygła na moment z ręką na klamce. To bez
znaczenia, zapewniła samą siebie. To tylko jeden wieczór, zwyczajna kolacja. Nie jest przecieŜ naiwną
nastolatką i nie spodziewa się niczego prócz dobrego jedzenia oraz inteligentnej rozmowy.
Ciemnogranatowy jedwab, z którego uszyty był wieczorowy kostium, podkreślał barwę jej oczu.
Spódniczka, krótka i obcisła, pozwalała podziwiać długie, smukłe, zgrabne nogi. Zaś doskonałe uszyty
Ŝ
akiet, o kroju męskiej marynarki, kazał się zastanawiać, czy ma pod nim kolejną warstwę jedwabiu,
czy gołe ciało. Światło lampy zapalonej przy drzwiach, odbijało się w kaskadach białych i niebieskich
kamyków, które wpięła w uszy.
Tanie komplementy, do których rozdawania był przyzwyczajony, wydały mu się nie na miejscu.
- Jesteś punktualna - wykrztusił.
- Zawsze. - Uśmiechnęła się do niego. - To jest jak nałóg. - Zamknęła za sobą drzwi. Nie zaprosiła
go do środka, bo tak było, jej zdaniem, bezpieczniej.
Kilka chwil później rozsiadła się na tylnym siedzeniu limuzyny, obiecując sobie, Ŝe będzie się
dobrze bawić.
- Zawsze jeździsz w ten sposób? - zapytała.
- Nie. Tylko kiedy jest mi wygodniej.
Nie mogąc oprzeć się pokusie, zdjęła buty i zanurzyła stopy w mięsistym, złotobrązowym dywanie.
- Ja wołałabym tak podróŜować. Nie trzeba polować na taksówki ani pędzić do metra.
- Ale traci się duŜo z Ŝycia na ulicach - i pod nimi.
Odwróciła się do Gage'a. W ciemnym garniturze i krawacie w delikatny prąŜek wyglądał na
eleganckiego człowieka sukcesu. Przy mankietach białej koszuli połyskiwały złote spinki.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, Ŝe jeździsz metrem.
21
- Owszem, kiedy wydaje mi się, Ŝe tak będzie najwygodniej - odparł z uśmiechem. - Chyba nie
wierzysz w to, Ŝe przy pomocy pieniędzy moŜna się odizolować od rzeczywistości?
- Nie, nie wierzę. - Była jednak zdumiona, Ŝe i on w to nie wierzy. - Szczerze mówiąc, nigdy nie
miałam ich aŜ tyle, Ŝeby mnie kusiło spróbować.
- Nie kusiłoby cię. - Musiało mu wystarczyć to, Ŝe musnął palcami jej włosy. - Mogłaś przecieŜ
wziąć prywatną praktykę w jednej z najlepszych kancelarii, z pensją, przy której twoje pobory w
prokuraturze wyglądałyby jak kieszonkowe. A jednak nie zrobiłaś tego.
Wzruszyła ramionami.
- Nie myśl sobie, Ŝe nie ma takich momentów, w których nie podawałabym w wątpliwość mojej
poczytalności. - Uznając, Ŝe bezpieczniej będzie przenieść się na bardziej bezosobowy grunt, spojrzała
przez okno. - Gdzie jedziemy?
- Na kolację.
- A to mi ulŜyło, bo nie jadłam dziś lunchu. Miałam na myśli: dokąd.
- Jesteśmy na miejscu. - Wziął ją za rękę w chwili, gdy limuzyna zatrzymała się przy krawęŜniku.
Znajdowali się na obrzeŜach miasta, w świecie prestiŜu i pieniądza. Tutaj odgłosy ulicznego ruchu były
juŜ tylko odległym echem, a w powietrzu unosił się delikatny zapach kwitnących róŜ.
Deborah wysiadła i stłumiła okrzyk zachwytu. Widziała wprawdzie zdjęcia tego domu, ale to
jednak nie to samo, co zobaczyć go na własne oczy. Górował dumnie nad całą ulicą.
Zbudowany został w neogotyckim stylu, na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, dla
pewnego filantropa. Deborah czytała gdzieś, Ŝe Gage nabył go jeszcze przed wyjściem ze szpitala.
Baszty i wieŜyczki strzelały w niebo. W wąskich oknach odbijało się słońce, chylące się juŜ z
wolna ku zachodowi. Szerokie tarasy płynną linią otaczały węgły budynku. Na najwyŜszym piętrze
dominowało olbrzymie łukowate okno, z którego roztaczał się widok na całe miasto.
- Widzę, Ŝe wziąłeś sobie do serca maksymę „Mój dom to moja twierdza”.
- Lubię przestrzeń i prywatność. Zdecydowałem się jednak zrezygnować z fosy.
Deborah podeszła ze śmiechem do rzeźbionej bramy.
- Masz ochotę na małą turę przed jedzeniem?
- Oczywiście. - Ujęła go pod ramię. - Skąd zaczniemy?
Gage poprowadził ją przez kręte korytarze, pod wysoko sklepionymi stropami, do olbrzymich
komnat. Nie mógł sobie przypomnieć, by jego dom sprawiał mu kiedykolwiek radość większą niŜ teraz,
gdy go oglądał jej oczyma.
W domu znajdowała się imponująca biblioteka pełna ksiąŜek - od najnowszych egzemplarzy po
kieszonkowe wydania z wytłuszczonymi rogami. Były salony z rzeźbionymi starymi stolikami i
delikatną porcelaną. Wazy Ming, konie Tang, kryształy Lalique'a... Ściany pomalowane na głębokie,
nasycone kolory równowaŜyło lśniące drewno i malarstwo impresjonistów.
We wschodnim skrzydle znajdowały się oranŜeria, kryty basen oraz w pełni wyposaŜona sala
gimnastyczna z osobnym jaccuzi i sauną. Kolejny korytarz i kręte schody prowadziły na piętro, do
czterech sypialni, w których królowały łoŜa albo rzeźbione, albo pod baldachimem.
W pewnym momencie Deborah przestała liczyć pokoje.
Jeszcze jedne schody, a potem olbrzymi gabinet z czarnym ogromnym biurkiem i szerokim oknem,
które zachód słońca zabarwił na róŜowo. I komputery, w milczącym oczekiwaniu. Dalej pokój
muzyczny, wyposaŜony w biały fortepian i starą grającą szafę. Oszołomiona Deborah weszła do
lustrzanej sali balowej i popatrzyła na swoje zwielokrotnione odbicie. W górze trzy wspaniałe
kandelabry skrzyły się oślepiającym blaskiem.
- Zupełnie jak w filmie - mruknęła. - Powinnam chyba mieć na sobie suknię z krynoliną i
upudrowaną perukę.
- Nie. - Gage znów dotknął jej włosów. - Myślę, Ŝe dobrze jest tak, jak jest.
Potrząsając głową, weszła w głąb sali, a potem, wiedziona impulsem, obróciła się trzy razy wokół
własnej osi.
- To naprawdę niewiarygodne. Nigdy nie czułeś potrzeby, Ŝeby wejść do tej sali i zatańczyć?
- AŜ do tej pory nie. - Ku zaskoczeniu obojga, objął ją w talii i porwał do walca.
Powinna się roześmiać, rzucić mu rozbawione, zalotne spojrzenie i potraktować ten impulsywny
gest tak, jak na to zasługiwał. Niestety, nie potrafiła. Mogła tylko patrzeć mu w oczy, gdy wirował z nią
wzdłuŜ ścian lustrzanej sali.
PołoŜyła dłoń na jego ramieniu, druga zaś uwięziona była w jego ręce. Ich kroki były
nadspodziewanie zgrane, choć wcale się o to nie starali. Zastanawiała się tylko, dość niemądrze, czy on
słyszy tę samą muzykę, co ona.
22
On jednak nie słyszał nic, prócz jej miarowego oddechu. Nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykol-
wiek był tak całkowicie i bez reszty świadom obecności drugiej osoby. Sposobu, w jaki jej długie,
czarne rzęsy obramowują oczy. Subtelnego odcienia brązu roztartego na powiekach. BladoróŜowego,
wilgotnego błyszczyka na wargach.
Tam, gdzie objął Deborah w talii, jedwab był rozgrzany od jej ciała. A ciało to zdawało się płynąć
wraz z jego ciałem, uprzedzając kaŜdy krok, kaŜdy obrót. Włosy miała rozwiane, a on aŜ do bólu
pragnął zanurzyć w nie ręce. Spowijał go delikatny zapach perfum, słodkawy i kuszący. Zaczął się
zastanawiać, czy poczułby ich smak, gdyby przycisnął usta do długiej, białej szyi.
Zobaczyła zmianę w oczach Gage'a, ciemniejących, w miarę jak rosło jego poŜądanie. I tak jak jej
kroki zgrane były z jego krokami, tak stało się równieŜ z jej pragnieniem. Czuła, jak budzi się i
rozrasta, niczym Ŝywe stworzenie, aŜ całe jej ciało zaczęło wibrować. Nachyliła się do Gage'a, z
niemym pytaniem.
Gage zatrzymał się. Ich sylwetki zwielokrotniły lustra. MęŜczyzna i kobieta splecieni w uścisku, na
granicy czegoś, czego Ŝadne z nich nie rozumiało.
Deborah poruszyła się pierwsza - zrobiła ostroŜny krok do tyłu. Taką juŜ miała naturę, Ŝe musiała
się powaŜnie zastanowić przed podjęciem decyzji. Gage zacisnął dłoń na jej ręce. Z jakichś powodów
pomyślała, Ŝe miało to być ostrzeŜenie.
- Ja... kręci mi się w głowie.
Wolno, bardzo wolno, odsunął rękę od jej talii.
- Wobec tego lepiej będzie, jak cię nakarmię.
- Tak. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. - Tak będzie lepiej.
Jedli krewetki z wody, przyprawione pomarańczą i rozmarynem. A choć Gage pokazał jej
wcześniej olbrzymią jadalnię z cięŜkimi mahoniowymi kredensami i bufetami, kolację spoŜyli w
małym saloniku, przy stole pod łukowatym oknem. Pomiędzy kolejnymi łykami szampana mogli
oglądać zachód słońca nad miastem. Na stole stały dwie smukłe świece i pojedyncza czerwona róŜa.
- Jak tu pięknie - powiedziała Deborah. - Wspaniały widok na miasto. Widzisz wszystkie jego
moŜliwości i Ŝadnych problemów.
- Czasami dobrze jest cofnąć się o krok. - Patrzył przez chwilę na miasto, a potem odwrócił się,
jakby o nim zapomniał. - W przeciwnym wypadku problemy te pochłonęłyby cię Ŝywcem.
- Nadal jednak jesteś ich świadomy. Wiem, Ŝe przekazujesz duŜe darowizny na rzecz bezdomnych,
na centra rehabilitacyjne oraz akcje charytatywne.
- Łatwo jest dawać pieniądze, kiedy ma się ich więcej niŜ potrzeba.
- To brzmi cynicznie.
- Raczej realistycznie - skwitował z chłodnym uśmiechem. - Jestem biznesmenem, Deborah. Daro-
wizny odpisuje się od podatku.
Przyjrzała mu się uwaŜnie, marszcząc brwi.
- Moim zdaniem, szkoda byłoby, gdyby ludzie okazywali hojność tylko wtedy, kiedy mają z tego
korzyść.
- Teraz mówisz jak idealistka.
Zirytowana, postukała palcem w swój kieliszek.
- JuŜ po raz drugi w ostatnich dniach mi to zarzucasz. Powiem ci, Ŝe mi się to nie podoba.
- Nie było to zamierzone jako zarzut, tylko konstatacja - Odwrócił wzrok, bo w tym momencie do
pokoju wszedł Frank, niosąc dwa czekoladowe suflety. - Nic więcej nie będzie nam potrzebne tego
wieczoru.
PotęŜny męŜczyzna skinął głową.
- Dobrze.
Deborah zauwaŜyła, Ŝe Frank poruszał się z gracją tancerza - rzadki talent u kogoś tak wysokiego i
zwalistego. OstroŜnie zanurzyła łyŜeczkę w deserze i zapytała:
- Czy to twój kierowca, czy lokaj?
- I to, i to. A takŜe ani to, ani to. - Dolał jej wina. - MoŜna powiedzieć, Ŝe to mój wspólnik z po-
przedniego Ŝycia.
Zaintrygowana, uniosła brwi.
- Co to znaczy?
- Był kieszonkowcem, którego przymknąłem raz czy dwa, kiedy byłem policjantem. Potem był
moją wtyczką. A teraz... prowadzi mój wóz i wpuszcza gości - między innymi.
Spojrzała na długie palce Gage'a, obejmujące smukłą nóŜkę kryształowego kieliszka.
- Trudno wyobrazić sobie ciebie, pracującego na ulicach.
23
- Chyba tak - przyznał z uśmiechem, patrząc, jak blask świec odbija się w jej oczach.
- Jak długo byłeś policjantem?
- O jedną noc za długo - odparł krótko i stanowczo, po czym wziął ją za rękę. - Chcesz zobaczyć
widok z dachu?
- Tak, chętnie. - Odsunęła się od stołu, rozumiejąc, Ŝe temat jego przeszłości został zamknięty.
Zamiast schodów wybrał małą windę z przydymionego szkła.
- Masz wszystkie wygody - zauwaŜyła, gdy ruszyli do góry. - Dziwię się, Ŝe nie ma tu lochu i
tajemniczego przejścia.
- AleŜ, są! MoŜe ci nawet pokaŜę... innym razem.
Ale czy ona chce tego innego razu? Niewątpliwie spędziła fascynujący wieczór. Atmosfera zaś, z
wyjątkiem tego krótkiego momentu napięcia w sali balowej, była całkiem swobodna i serdeczna.
Jednak Deborah wyczuwała, Ŝe pod pozą nonszalanckiego zamoŜnego człowieka kryje się niespokojny
duch.
To właśnie ją pociągało, a zarazem niepokoiło.
- O czym myślisz?
Uznała, Ŝe najlepszym wyjściem będzie zachować szczerość.
- Zastanawiałam się, kim jesteś, i czy chcę być przy tobie na tyle długo, by się tego dowiedzieć.
Drzwi windy otworzyły się z cichym sykiem, ale on nie ruszył się z miejsca.
- A chcesz?
- Nie jestem pewna. - Z saloniku wspięła się na najwyŜszą wieŜyczkę budynku. Z westchnieniem
zachwytu i zaskoczenia podeszła do szerokiej panoramicznej szyby. Słońce juŜ zaszło i całe miasto
tonęło w światłach i cieniach. - To niesamowite. - Odwróciła się do Gage'a z uśmiechem. - Naprawdę
niesamowity widok.
- A będzie jeszcze lepszy. - Gage wcisnął guzik w ścianie. Cicho i jak za sprawą czarów szyba roz-
sunęła się, odsłaniając taras. Gage ujął Deborah za rękę i wyprowadził na dwór.
Oparła się o kamienną balustradę i wychyliła, wystawiając na podmuchy gorącego wiatru.
- Widać drzewa w parku miejskim i rzekę. - Niecierpliwie odgarnęła włosy, zasłaniające jej oczy. -
Budynki wyglądają tak ładnie z zapalonymi światłami. - W oddali ujrzała migoczące światełka
wiszącego mostu Dover Heights. Układały się jak brylantowy naszyjnik na tle ciemnego aksamitu nocy.
- O świcie, kiedy robi się jasno, budynki są perłowoszare i róŜowe. A słońce zapala się we
wszystkich szybach.
Popatrzyła na Gage'a i na miasto u jego stóp.
- Czy dlatego kupiłeś ten dom? Dla tego widoku?
- Dorastałem o kilka przecznic stąd. Ilekroć szliśmy do parku, ciotka mi go pokazywała. Uwielbiała
ten dom. Jako dziecko, bywała tu na przyjęciach - ona i moja matka. Przyjaźniły się od dzieciństwa. Po
ś
mierci rodziców ciotka i wuj wychowywali mnie. Gdy po powrocie ze szpitala dowiedziałem się, Ŝe
odeszli... byłem zdruzgotany. A potem zacząłem myśleć o tym domu i wydało mi się słuszne, Ŝe
powinienem go kupić i w nim zamieszkać.
Dotknęła jego dłoni, spoczywającej na balustradzie.
- Nie ma chyba nic gorszego niŜ strata kogoś, kogo się kocha i potrzebuje, prawda?
- Prawda.
Gdy spojrzał na Deborah, dostrzegł w jej pociemniałych oczach smutek, zrodzony z jej własnych
wspomnień, a takŜe ze współczucia dla jego przeszłości. Wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy z twarzy,
a potem otoczył dłonią jej policzek.
- Powinnam juŜ iść - odezwała się Deborah drŜącym głosem, kładąc rękę na dłoni Gage'a pieszczot-
liwym gestem.
- Owszem, powinnaś. - Nie cofając ręki i nie przestając spoglądać jej w oczy, przesunął się, za-
mykając ją w pułapce, między sobą a kamienną balustradą. Następnie delikatnie, opuszkami palców
pogłaskał jej szyję.
- Nigdy cię nie kusiło, by postąpić w sposób, o którym wiedziałaś, Ŝe jest błędny? Wiedziałaś, a
jednak nie mogłaś się powstrzymać.
Mgła przesłaniała jej umysł. Potrząsnęła głową, by oprzytomnieć.
- Ja... nie. Nie, nie lubię popełniać błędów - powiedziała.
Mimo to czuła, Ŝe jest o krok od tego. Jego dłonie w zetknięciu z jej skórą były takie ciepłe. A oczy
mroczne i przenikliwe. Zamrugała powiekami, gdyŜ nagle poraziło ją uczucie deja vu.
Jednak nigdy tu nie była. Powtarzała to sobie, gdy powiódł kciukami po delikatnej skórze pod jej
podbródkiem.
24
- Ja teŜ nie.
Westchnęła i zamknęła oczy, ale on musnął tylko wargami jej czoło. Ten przelotny kontakt
wywołał w niej silną reakcję. DrŜała pośród upalnej nocy, gdy jego usta delikatnie dotykały jej skroni.
- Pragnę cię. - W jego schrypniętym głosie zabrzmiało napięcie, gdy wsunął palce w jej włosy.
Otworzyła szeroko oczy. W jego wzroku dostrzegła wyraźne poŜądanie. - Pragnę cię tak, Ŝe brak mi
tchu. Jesteś moją pomyłką, Deborah. Taką, której nigdy nie zamierzałem popełniać.
Jego usta dotknęły jej warg zachłannie, bez tej draŜniącej uwodzicielskiej nuty, której się spodzie-
wała i której zdecydowana była się oprzeć. Gdzie się podział ten elegancki, wyrafinowany biznesmen, z
którym jadła niedawno kolację? Miała przed sobą ogarniętego namiętnością, groźnego męŜczyznę, któ-
rego wcześniej widziała tylko w przelotnych momentach.
MęŜczyzna ten przeraŜał ją, fascynował i uwodził.
Odpowiedziała bez wahania, nie zwaŜając na nic, bez zastanowienia. Siła zderzyła się z siłą, a
pragnienie z pragnieniem.
Nawet nie poczuła szorstkiego kamienia pod plecami, gdy Gage do niej przywarł, tylko jego
umięśnione, wysmukłe ciało. Całując, odkryła coś tajemniczego - upojny smak nieokiełzanej
namiętności. Z westchnieniem rozkoszy przyciągnęła go tak blisko, jak to tylko moŜliwe.
Przekroczyła jego najśmielsze marzenia. Gładka jak jedwab, pachnąca, giętka jak liana. Jej gorące
wargi poddawały się jego ustom, by za chwilę Ŝądać. Wsunęła ręce pod marynarkę, a palce nie
zaprzestały swej wędrówki, nawet gdy odchyliła głowę w geście poddania, doprowadzając go do
szaleństwa.
Puls głośno łomotał w zagłębieniu jej szyi, kusząc go, by przycisnął tam usta i odkrył nowy smak,
zanim znów dotknie ustami jej warg.
Poczuł, jak Deborah drŜy, potem uświadomił sobie, Ŝe on takŜe drŜy, i dopiero wtedy ostatkiem sił
odzyskał panowanie nad sobą. Bardzo ostroŜnie, jak człowiek cofający się znad przepaści, odsunął się
od Deborah.
Oszołomiona, podniosła dłoń do skroni i patrząc na niego, próbowała złapać oddech. Jakie on ma
moce, zastanawiała się, skoro potrafi zmienić ją, osobę rozsądną, w rozdygotaną galaretę.
Odwróciła się, przechyliła przez balustradę i zaczerpnęła łapczywie powietrza, jakby to była woda,
a ona konała z pragnienia.
- Nie wydaje mi się, Ŝebym była na ciebie gotowa - wyjąkała po chwili.
- Ja teŜ nie jestem jeszcze na ciebie gotowy. Ale później nie będzie moŜna się cofnąć.
Potrząsnęła głową. Dłonie miała tak mocno przyciśnięte do balustrady, Ŝe czuła, jak kamień wpija
jej się w ciało.
- Będę musiała się nad tym zastanowić.
- Kiedy się powiedziało A, trzeba powiedzieć B.
Spokojniejsza, znów odwróciła się do Gage'a. JuŜ czas - a moŜe nawet wręcz za późno - by ustalić
podstawowe zasady. Dla nich obojga.
- Gage, bez względu na to, jak to zabrzmi po tym, co się właśnie wydarzyło, ja nie miewam
romansów z męŜczyznami, których prawie nie znam.
- To dobrze. - On takŜe był juŜ spokojniejszy, gdyŜ podjął decyzję. - Kiedy będziemy mieli romans,
chcę mieć wyłączność.
- Chyba wyraziłam się nie dość jasno - odrzekła stanowczym tonem. - Jeszcze nie zdecydowałam,
czy chcę się w to zaangaŜować, a juŜ na pewno nie potrafię powiedzieć, czy chcę, by ta znajomość
zakończyła się w łóŜku.
- JuŜ się zaangaŜowałaś. - Wyciągnął rękę, i nim zdąŜyła się uchylić, objął ją za szyję. - Oboje teŜ
chcemy, by nasza znajomość zakończyła się w łóŜku.
Odsunęła ostentacyjnie jego dłoń.
- Ja wiem, Ŝe jesteś przyzwyczajony do tego, iŜ kobiety padają ci posłusznie do stóp. Ale nie mam
najmniejszego zamiaru przyłączać się do tego stada. I sama podejmę decyzję.
- Mam cię znowu pocałować?
- Nie. - Oparła mocno dłoń o jego pierś i nagle przypomniała sobie, Ŝe dokładnie w ten sam sposób
stałą z męŜczyzną zwanym Nemezis. Wspomnienie to wstrząsnęło nią do głębi. - Nie. To był cudowny
wieczór, Gage. - Wzięła głęboki oddech, Ŝeby się uspokoić. - Mówię powaŜnie. Cieszyło mnie twoje
towarzystwo, kolacja i... i widok. Byłoby mi przykro, gdybyś to zepsuł swoją arogancją.
- Konieczność pogodzenia się z tym, co nieuniknione, to samo Ŝycie. - W jego oczach pojawił się
błysk. - Jest coś takiego jak przeznaczenie, Deborah. Miałem mnóstwo czasu do namysłu, a takŜe by się
25
z tym pogodzić. - Zmarszczył brwi i spojrzał na nią. - Niech Bóg ma nas w swojej opiece, ale jesteś mi
przeznaczona. - Odwrócił wzrok, a potem podał jej rękę. - Odwiozę cię do domu.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Nie otwierając oczu, Deborah z jękiem sięgnęła do telefonu, stojącego na nocnym stoliku. Strąciła
przy tym ksiąŜkę, mosięŜny świecznik i podkładkę do pisania, zanim udało jej się powiedzieć słabym
głosem.
- Halo?
- O'Roarke?
Odchrząknęła.
- Tak.
- Mówi Mitchell. Mamy problem.
- Problem? - Krzywiąc się, spojrzała na budzik. Jedyny problem to, Ŝe szef dzwoni do niej o 6.15
rano.
- Chodzi o tego Slagermana? Czy rozprawa została przełoŜona? Była wyznaczona na dziewiątą.
- Nie. Chodzi o Parina.
- O Parina? - Potarła twarz i spróbowała usiąść. - Co z nim?
- Nie Ŝyje.
- Nie Ŝyje! - Potrząsnęła głową, by się zupełnie rozbudzić. - Co to znaczy, nie Ŝyje?
- Jest martwy jak głaz - stwierdził rzeczowo Mitchell. - StraŜnik znalazł go jakieś pół godziny temu.
Deborah w jednej chwili otrzeźwiała. Usiadła wyprostowana jak struna, a jej mózg pracował na
zdwojonych obrotach.
- Ale... ale jak?
- NoŜem. Wygląda na to, Ŝe podszedł do kraty, Ŝeby z kimś porozmawiać, i został pchnięty w serce.
- O BoŜe!
- Nikt nic nie słyszał. Nikt nic nie widział - dodał Mitchell z goryczą. - Na kratach morderca
przykleił kartkę. Było na niej napisane: „Martwy ptak nie śpiewa”.
- Musiał być jakiś przeciek, Ŝe przekazał nam informacje.
- MoŜesz być pewna, Ŝe się dowiem, kto to zrobił. Posłuchaj, O'Roarke, tym razem nie uda nam się
uciszyć prasy. Dlatego pomyślałem, Ŝe lepiej jak usłyszysz to ode mnie niŜ w wiadomościach, podczas
picia porannej kawy.
- Tak. - Przycisnęła dłoń do Ŝołądka, który juŜ zaczynał się buntować. - Tak. Dzięki. A co z Rayem
Santiagiem?
- Na razie ani śladu. Zaczęliśmy szperać tu i ówdzie, ale jeŜeli się zadekował, to moŜe jeszcze
trochę potrwać, zanim go znajdziemy.
- Oni teŜ będą go szukać - powiedziała cicho. - Ten, kto zlecił morderstwo Parina, będzie chciał do-
paść Raya Santiaga.
- Wobec tego musimy znaleźć go pierwsi. A ty sobie teraz odpuść - powiedział jej. - Wiem, Ŝe to
wszystko wygląda bardzo kiepsko, ale twoim priorytetem jest w tej chwili sprawa Slagermana.
- Poradzę sobie.
- Nigdy w to nie wątpiłem. Daj mu popalić, dziewczyno.
- Jasne. Tak zrobię. - Deborah odłoŜyła słuchawkę i patrzyła nieruchomo w przestrzeń, póki budzik
nie zadzwonił o 6.30.
- Hej! Hej, ślicznotko! - Jerry Bower wspinał się po schodach budynku sądu za Deborah. - Jezu, to
dopiero koncentracja - wysapał, gdy wreszcie zdołał chwycić ją za łokieć i zatrzymać. - Wołam za tobą
od polowy ulicy.
- Przepraszam. Mam być w sądzie za piętnaście minut.
Uśmiechnął się i zlustrował ją szybkim spojrzeniem. Włosy zawinęła z tyłu w klasyczny węzeł, a w
uszy wpięła perłowe kolczyki. Czerwony lniany kostium, mimo prostego kroju, podkreślał kaŜdą sub-
telną krągłość. W efekcie wyglądała kompetentnie, profesjonalnie i kobieco.
- Gdybym to ja był w składzie sędziowskim, wydałbym wyrok „winny” jeszcze przed końcem
twojej mowy wstępnej. Wyglądasz niesamowicie.
- Jestem prawnikiem - rzuciła sucho - a nie Miss Listopada.
- Ej Ŝe! - Musiał podbiec trzy stopnie, Ŝeby ją złapać. - Posłuchaj, przepraszam. To był bardzo kiep-
ski komplement.
26
Z trudem udało jej się pohamować irytację.
- Nie, to ja przepraszam. Jestem dziś trochę rozdraŜniona.
- Słyszałem juŜ o Parinie.
Z posępnym uśmiechem Deborah kontynuowała wspinaczkę po schodach, prowadzących do
wysokich, rzeźbionych drzwi siedziby sądu miejskiego.
- Wieści szybko się rozchodzą.
- Był chodzącym przypadkiem w statystyce zabójstw, Deb. Nie przejmuj się tym tak bardzo.
- Ale zasługiwał na swój dzień w sądzie - powiedziała. Przecięła wykładany marmurem hol i
skierowała się do wind. - Nawet on na to zasługiwał. Wiedziałam, Ŝe się bał, ale nie potraktowałam
tego wystarczająco powaŜnie.
- Myślisz, Ŝe to miałoby jakiekolwiek znaczenie?
- Nie wiem. - Pytanie to będzie ją prześladować do końca Ŝycia. - Po prostu nie wiem.
- Posłuchaj, burmistrz ma dziś bardzo napięty harmonogram. Wieczorem wydaje kolację, ale myślę,
Ŝ
e mógłbym się wymknąć, zanim podadzą brandy i cygara. MoŜe wybralibyśmy się do kina na
wieczorny seans?
- Marny ze mnie kompan, Jerry.
- Dobrze wiesz, Ŝe to nie ma znaczenia.
- Ale dla mnie ma. - Cień uśmiechu przemknął przez jej wargi. - Znów bym cię atakowała, a potem
znienawidziłabym samą siebie. - Wsiadła do windy.
- Powodzenia, pani prokurator. - Jerry uśmiechnął się i uniósł kciuk do góry, zanim drzwi windy
zasunęły się z cichym sykiem.
Prasa czekała na Deborah na czwartym piętrze. Tego się spodziewała. Przepchnęła się szybko przez
tłum, udzielając zwięzłych odpowiedzi i odmawiając komentarzy.
- Czy rzeczywiście oczekuje pani, Ŝe sąd skaŜe alfonsa za pobicie dwóch dziewczyn?
- Kiedy idę do sądu, zawsze oczekuję wygranej.
- Czy zamierza pani powołać na świadków te prostytutki?
- Byłe prostytutki - poprawiła, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi.
- Czy to prawda, Ŝe Mitchell przydzielił panią do tej sprawy, bo jest pani kobietą?
- Prokurator okręgowy nie dobiera oskarŜycieli według płci.
- Czuje się pani odpowiedzialna za śmierć Carla Parina?
Pytanie to zatrzymało ją na progu sali sądowej. Odwróciła się i zobaczyła reportera o ciemnych
kręconych włosach, zuchwałym spojrzeniu i sarkastycznym uśmieszku. Był to Chuck Wisner. JuŜ
wcześniej miała z nim niejedno starcie i pewnie nieraz jeszcze będzie miała. W swojej codziennej
rubryce w „The Word” Wisner przedkładał sensację ponad fakty.
- Prokuratura okręgowa ubolewa nad tym, Ŝe Carl Parino został zamordowany i Ŝe nie dane mu
było stanąć przed sądem.
Szybkim, wyćwiczonym ruchem zastąpił jej drogę.
- Ale czy czuje się pani odpowiedzialna? W końcu to pani prowadziła pertraktacje.
Stłumiła odruchową chęć, by się bronić, i spojrzała mu prosto w oczy.
- Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni, panie Wisner. Przepraszam pana.
Dziennikarz przesunął się, odpychając ją od drzwi.
- Odbyła pani jeszcze jakieś spotkania z tym mścicielem? Co moŜe nam pani powiedzieć o swoich
osobistych kontaktach z najnowszym bohaterem tego miasta?
Poczuła, Ŝe budzi się w niej gniew. Co gorsza, zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe Wisner na to
właśnie liczy.
- Nic, co mogłoby konkurować z pańskimi konfabulacjami. A teraz zechce się pan odsunąć. Jestem
zajęta.
- Ale nie aŜ tak bardzo zajęta, Ŝeby się nie spotykać z Gage'em Guthriem. Czy to romantyczna
znajomość? To dość ekscentryczny trójkąt, prawda? Nemezis, pani i ten Guthrie.
- Odwal się, Chuck - rzuciła, odpychając go łokciem od drzwi.
Ledwie zdąŜyła zająć miejsce za stołem i otworzyć teczkę, gdy sędziowie przysięgli wkroczyli na
salę sądową. Ich wybór zajął jej oraz obrońcy bite dwa dni, była jednak zadowolona z tej reprezentacji
płci, ras i sposobów na Ŝycie. Mimo to będzie musiała przekonać tych dwanaścioro męŜczyzn i kobiet,
Ŝ
e para prostytutek zasługuje na sprawiedliwość.
Odwróciła głowę i przyjrzała się dwóm kobietom w pierwszym rzędzie. Zgodnie z jej instrukcjami,
obie ubrały się skromnie, ograniczając do minimum makijaŜ oraz lakier do włosów. Miała świadomość,
Ŝ
e znajdą się one tego dnia na cenzurowanym w tym samym stopniu, co męŜczyzna oskarŜony o ich
27
zniewaŜenie i pobicie. Siedziały teraz, tuląc się do siebie, dwie młode, ładne dziewczyny, które moŜna
by wziąć za studentki. Posłała im pokrzepiający uśmiech i znów się odwróciła.
James P. Slagerman, lat trzydzieści dwa, siedział przy stoliku wraz ze swym obrońcą. Z bujną
blond czupryną, w ciemnym garniturze z krawatem, prezentował się niezwykle przystojnie. Wyglądał
dokładnie tak, jak powinien wyglądać młody pracownik kierowniczego szczebla. Jego agencja hostess
działała całkowicie legalnie. Płacił podatki, wspierał akcje dobroczynne i naleŜał do Stowarzyszenia
Młodych Przedsiębiorców.
Główne zadanie Deborah miało polegać na przekonaniu sędziów przysięgłych, Ŝe Slagerman nie
róŜni się niczym od ulicznych alfonsów, Ŝyjących z kobiet, sprzedających swoje ciało. Póki tego nie
osiągnie, nie ma Ŝadnych szans na skazanie go za naruszenie nietykalności cielesnej.
Gdy woźny zaanonsował sędziego, cała sala powstała.
Deborah wygłosiła krótką mowę wstępną, podczas, której starała się wpłynąć na przysięgłych,
ujawniając stopniowo najistotniejsze informacje. Nie próbowała ich olśnić swoją wiedzą i elokwencją,
gdyŜ przewidywała, Ŝe ten styl wybierze obrona. W przeciwieństwie do nich, zdecydowała się zagrać
niŜszą kartą i postawiła na prostotę.
Przesłuchanie rozpoczęła od wezwania lekarza, który udzielił pierwszej pomocy Marjorie Lovitz.
Kilkoma zwięzłymi pytaniami ustaliła rozmiar obraŜeń Marjorie tej nocy, gdy wraz z Suzanne McRoy
zostały przywiezione na pogotowie. Chciała, by sędziowie usłyszeli o złamanej szczęce, podbitych
oczach i połamanych Ŝebrach zanim, jako dowód rzeczowy, przedstawi fotografie poszkodowanych,
zrobione tamtej nocy.
OstroŜnie dobierała szczegóły medyczne, przytaczała zeznania lekarzy, personelu karetki,
policjantów, pracowników socjalnych. I przez cały czas odpierała kontrataki przeciwnika. Do przerwy
południowej udało jej się juŜ przygotować fundament oskarŜenia.
Gdy ogłoszono przerwę, zaprowadziła Marjorie i Suzanne do taksówki i zawiozła je na drugi
koniec miasta na lunch oraz ostatnią próbę.
- Czy będę musiała stawać dziś przed sądem, panno O'Roarke? - Marjorie wierciła się na krześle i
nic nie jadła. Choć w ciągu tych tygodni, które minęły od pobicia, jej sińce juŜ zbladły, nadal bolała ją
szczęka. - MoŜe wystarczy to, co powiedzieli lekarze i reszta, a ja i Suzanne nie będziemy musiały ze-
znawać?
- Marjorie. - Deborah połoŜyła dłoń na jej ręce, drŜącej i zimnej jak lód. - Oni wysłuchają lekarzy i
obejrzą zdjęcia. I uwierzą, Ŝe ty i Suzanne zostałyście pobite. Ale to ty, to wy obie musicie ich
przekonać, Ŝe zrobił to Slagerman. śe on nie jest tym miłym biznesmenem, jakiego udaje. Bez was
wykpi się i będzie nadal robił to samo.
Suzanne przygryzła wargi.
- Jimmy mówi, Ŝe tak czy siak wygra. śe ludzie dowiedzą się, kim byłyśmy wcześniej, chociaŜ,
dzięki pani mamy teraz stałą pracę. Grozi, Ŝe kiedy to się skończy, znajdzie nas i się z nami policzy.
- Kiedy tak powiedział?
- Wczoraj w nocy. - Oczy Marjorie napełniły się łzami. - Dowiedział się, gdzie mieszkamy, i
zadzwonił. Powiedział, Ŝe jeszcze nam pokaŜe. - Wierzchem dłoni otarła łzę. - Mówił, Ŝe poŜałujemy,
Ŝ
e w ogóle zaczęłyśmy. Ja nie chcę, Ŝeby mnie znowu tak pobił.
- Nie zrobi tego. Nie mogę wam pomóc, jeŜeli wy mi nie pomoŜecie. I jeŜeli mi nie zaufacie.
Przez następną godzinę mówiła - uspokajając, groŜąc, kusząc i obiecując. Ostatecznie, o drugiej po
południu obie wystraszone dziewczyny znowu stawiły się w sądzie.
- Sąd wzywa Marjorie Lovitz - zaanonsowała Deborah, patrząc zimno na Slagermana.
Gage wślizgnął się do sali sądowej w chwili, gdy Deborah powoływała pierwszego świadka z
popołudniowej sesji. Chcąc przyjść, musiał odwołać dwa waŜne spotkania. Chęć zobaczenia Deborah
okazała się jednak silniejsza niŜ potrzeba wysłuchania sprawozdań kwartalnych.
Szczerze mówiąc, silniejsza od wszystkich potrzeb, jakie kiedykolwiek odczuwał.
Przez trzy dni trzymał się z daleka. Przez trzy bardzo długie dni.
ś
ycie często przypomina partię szachów, pomyślał. I potrzeba czasu, Ŝeby wykonać następny ruch.
Wybrał miejsce z tyłu sali sadowej i usiadł, by oglądać Deborah przy pracy.
- Ile masz lat, Marjorie? - pytała Deborah.
- Dwadzieścia jeden.
- Zawsze mieszkałaś w Urbanie?
- Nie, wychowałam się w Pensylwanii.
Za pomocą kilku prostych pytań Deborah pomogła Marjorie odmalować obraz jej środowiska,
biedy, nieszczęść oraz przemocy w rodzinie.
28
- Kiedy przyjechałaś do miasta?
- Jakieś cztery lata temu.
- Miałaś wtedy siedemnaście lat. Po co tu przyjechałaś?
- Chciałam zostać aktorką. To moŜe zabrzmi głupio, ale w szkole występowałam w róŜnych przed-
stawieniach. Myślałam, Ŝe to będzie łatwe.
- A było?
- Nie, było cięŜko. Naprawdę cięŜko. Na ogół nawet nie docierałam do etapu przesłuchań. I skoń-
czyły mi się pieniądze. Znalazłam dodatkową pracę jako kelnerka, ale to nie wystarczało. Odcięli mi
prąd i gaz.
- Nigdy nie myślałaś o tym, Ŝeby wrócić do domu?
- Nie mogłam. Mama powiedziała, Ŝe skoro uciekłam, nie chce mnie więcej znać. A mnie się ciągle
wydawało, Ŝe sobie poradzę, jeśli tylko dostanę szansę.
- I co? Dostałaś tę szansę?
- Tak mi się wydawało. Ten gość przyszedł do baru, w którym pracowałam. Zaznajomiliśmy się,
zaczęliśmy rozmawiać, i tak dalej. Powiedziałam mu, Ŝe jestem aktorką. A on na to, Ŝe domyślił się, jak
tylko mnie zobaczył. I co ja, taka ładna i utalentowana dziewczyna, robię w tej spelunce? Powiedział
mi, Ŝe zna mnóstwo ludzi, i jeŜeli zgodzę się u niego pracować, przedstawi mnie komu trzeba. Dał mi
swoją wizytówkę...
- Czy męŜczyzna, którego poznałaś tamtej nocy, jest dziś na sali sądowej?
- Jasne, Ŝe tak. To był Jimmy. - Marjorie wbiła wzrok w swoje splecione ręce. - Jimmy Slagerman.
- Zgodziłaś się u niego pracować?
- Tak. Następnego dnia poszłam do niego, do biura. Miał supersalon - biurka, telefony i skórzane
fotele. Naprawdę fajne miejsce, w samym centrum. Nazywało się „Elegancka Eskorta”. Powiedział, Ŝe
mogę zarobić sto dolarów za noc tylko za samo chodzenie z róŜnymi biznesmenami na kolacje i przy-
jęcia. Kupił mi nawet ciuchy, naprawdę ładne ciuchy, kazał zrobić fryzurę i w ogóle co trzeba.
- I za te sto dolarów za noc miałaś tylko towarzyszyć im na kolacjach i przyjęciach?
- Tak twierdził. Na początku.
- Czy to się zmieniło?
- Po jakimś czasie... zaczął mnie zabierać do dobrych restauracji i róŜnych innych miejsc. Kupował
mi kwiaty i...
- Uprawiałaś z nim seks?
- Sprzeciw. To nie ma Ŝadnego związku ze sprawą - zaoponował obrońca.
- Wysoki Sądzie, stosunki świadka z pozwanym, ich stosunki cielesne, mają bardzo powaŜny
związek ze sprawą.
- Oddalam sprzeciw. Proszę odpowiedzieć na pytanie, panno Lovitz.
- Tak, poszłam z nim do łóŜka. Był dla mnie taki miły. A potem dał mi pieniądze - na rachunki, tak
utrzymywał.
- A ty je wzięłaś?
- Tak. Chyba domyślałam się juŜ, co jest grane, ale udawałam, Ŝe nie rozumiem. Kilka dni później
oznajmił, Ŝe ma dla mnie klienta. Kazał mi się ładnie ubrać i pójść na kolację z tym facetem z
Waszyngtonu.
- Jakie instrukcje dał ci pan Slagerman?
- Powiedział: „Marjorie, musisz odpracować te sto dolarów”. Odparłam, Ŝe wiem, a on mi
przykazał, Ŝebym była bardzo miła dla tego gościa. Więc się zgodziłam.
- Czy pan Slagerman podał ci definicję słowa „miła”, Marjorie?
Dziewczyna zawahała się, a potem znów spojrzała na swoje ręce.
- Polecił robić, co ten gość mi kaŜe. śe jeŜeli będzie chciał mnie potem zabrać do hotelu, mam z
nim pójść albo nie dostanę pieniędzy. Musisz to dobrze zagrać, wyjaśnił. Udawałam, Ŝe świetnie się
bawię z tym facetem, Ŝe mi się podoba, i udawałam teŜ, Ŝe jest mi z nim dobrze w łóŜku.
- Czy pan Slagerman powiedział ci wyraźnie, Ŝe będziesz musiała uprawiać seks z tym męŜczyzną?
- Oświadczył, Ŝe to naleŜy do mojej pracy, tak samo jak śmianie się z kiepskich dowcipów. I jeŜeli
okaŜę się w tym dobra, przedstawi mnie swojemu znajomemu reŜyserowi.
- A ty się zgodziłaś?
- Zabrzmiało to nieźle. Więc tak.
- Czy były jeszcze inne okazje, kiedy zgodziłaś się uprawiać seks za pieniądze, w ramach swoich
obowiązków hostessy z agencji pana Slagermana?
- Sprzeciw.
29
- Zapytam inaczej. - Deborah zerknęła na sędziów przysięgłych. - Czy nadal byłaś zatrudniona u
pana Slagermana?
- Tak, proszę pani.
- Jak długo?
- Trzy lata.
- I byłaś zadowolona z warunków?
- Nie wiem.
- Nie wiesz, czy byłaś zadowolona?
- Przyzwyczaiłam się do pieniędzy - przyznała się Marjorie. - Po jakimś czasie moŜna się
przyzwyczaić, jeŜeli w trakcie myśli się o czymś innym.
- Czy pan Slagerman był z ciebie zadowolony?
- Na ogół. - Przestraszona, popatrzyła na sędziów. - Ale czasem dostawał szału i wściekał się na
mnie albo na którąś z dziewczyn.
- Były tam inne dziewczyny?
- Jakiś tuzin, a czasami więcej.
- A co robił, kiedy dostawał szału?
- Bił.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe cię uderzył?
- Wściekał się i...
- Sprzeciw.
- Podtrzymuję.
- Czy cię kiedykolwiek uderzył, Marjorie?
- Tak.
Deborah pozwoliła, by prostota tej odpowiedzi zaciąŜyła nad ławą przysięgłych.
- Opowiedz nam, co wydarzyło się w nocy dwudziestego piątego lutego tego roku.
- Miałam pracę, ale się rozchorowałam. - Marjorie, zgodnie z instrukcją, starała się nie spuszczać
wzroku z Deborah, Ŝeby nie patrzeć na Slagermana. - To była grypa czy coś w tym rodzaju. Miałam
gorączkę i kłopoty z Ŝołądkiem. Nie mogłam nic jeść, bo wszystko zwracałam. Suzanne przyszła, Ŝeby
się mną zaopiekować...
- Suzanne?
- Suzanne McRoy. TeŜ pracowała dla Jimmy'ego. Została moją przyjaciółką. Byłam taka chora, Ŝe
nie mogłam wstać z łóŜka i pójść do pracy, więc Suzanne zadzwoniła do Jimmy'ego, Ŝeby go
zawiadomić. - Zaczęła nerwowo wyłamywać palce. - Słyszałam, jak kłóciła się z nim przez telefon i
mówiła, Ŝe jestem chora. Zaproponowała, Ŝe jak jej nie wierzy, moŜe sobie sam przyjechać i sprawdzić.
- I przyjechał?
- Tak. - Marjorie zalała się łzami. Wielkie krople popłynęły jej po policzkach. - Był potwornie
wkurzony. Krzyczał na Suzanne, a ona teŜ na niego wrzeszczała: Ŝe jestem naprawdę chora i mam
wysoką gorączkę. A on powiedział... - Oblizała wargi. - Powiedział, Ŝe jesteśmy leniwe, kłamliwe
dziwki. Potem usłyszałam jakiś rumor i płacz Suzanne. Wstałam z łóŜka, ale zakręciło mi się w głowie.
- Otarła oczy, rozmazując tusz. - Wtedy on wszedł do pokoju i mnie przewrócił.
- Jak? Zderzył się z tobą?
- Nie. Walnął mnie na odlew, rozumie pani?
- Tak. Mów dalej.
- Potem zawołał, Ŝe mam podnieść tyłek i ubierać się. śe klient zaŜyczył sobie mnie, więc muszę
to zrobić. Mówił, Ŝe mam się tylko połoŜyć na wznak i zamknąć oczy. - Poszukała chusteczki i wytarła
nos. - Odparłam, Ŝe nie mogę, bo jestem chora. Wtedy on zaczął krzyczeć i ciskać rzeczami. A potem
zagroził, Ŝe juŜ on mi pokaŜe, co to znaczy być naprawdę chorą. I zaczął mnie bić.
- Gdzie cię bił?
- Wszędzie. Po twarzy, po brzuchu. Ale głównie po twarzy. I nie chciał przestać.
- Wzywałaś pomocy?
- Nie mogłam. Brakowało mi tchu.
- Czy próbowałaś się bronić?
- Chciałam się wyczołgać, ale mnie dopadł i dalej bił. AŜ w końcu zemdlałam. A kiedy się
ocknęłam, była przy mnie Suzanne. Twarz miała całą we krwi. To ona wezwała karetkę.
Deborah nie przestawała wypytywać łagodnym tonem Marjorie. A gdy skończyła, zajęła miejsce
przy stoliku prokuratora i zaczęła się modlić, by Marjorie nie załamała się pod krzyŜowym ogniem
pytań.
30
Po niemal trzech godzinach zeznań Marjorie była blada i roztrzęsiona. Mimo usilnych starań
obrony, by ją złamać, schodząc z podium, wyglądała delikatnie i młodo.
I taki właśnie obraz zachowają w pamięci sędziowie przysięgli, pomyślała z satysfakcją Deborah.
- Doskonała robota, pani prokurator.
Deborah odwróciła głowę i z irytacją, a zarazem radością popatrzyła na Gage'a.
- Co ty tu robisz?
- Oglądam cię przy pracy. Gdybym kiedykolwiek potrzebował prawnika...
- Zapomniałeś, Ŝe jestem prokuratorem?
Uśmiechnął się.
- Skoro tak, muszę się pilnować, Ŝeby nie złamać prawa. - Gdy wstała, ujął ją za rękę. Gestem
mimowolnym, niemal przyjaznym, który, nie wiedzieć czemu, wydał jej się dość zaborczy. - Mogę ci
zaproponować podwiezienie? Kolację, deser? Spokojny wieczór?
A przecieŜ mówił, Ŝe nie będzie jej więcej kusił. To dopiero pech!
- Przykro mi, ale mam jeszcze coś do zrobienia.
Gage przyjrzał się jej z ukosa.
- Chyba rzeczywiście mówisz powaŜnie.
- Ja naprawdę mam mnóstwo roboty.
- Nie, miałem na myśli to, Ŝe jest ci przykro.
Jego przepastne oczy spoglądały na nią tak ciepło, Ŝe westchnęła.
- Wbrew zdrowemu rozsądkowi, tak. - Wyszła z sali na korytarz.
- To moŜe chociaŜ cię podwiozę?
Zniecierpliwiona, spojrzała na niego przez ramię.
- Chyba juŜ ci mówiłam, co myślę o nachalnych facetach?
- Tak, ale mimo wszystko zjadłaś ze mną kolację.
Roześmiała się. Po pełnych napięcia godzinach w sądzie przyniosło jej to ulgę.
- No cóŜ, skoro oddałam swój wóz do warsztatu, moŜesz mnie podwieźć.
- To bardzo trudny przypadek - powiedział, wsiadając za nią do windy - ale moŜna sobie wyrobić
dobrą reputację.
Obrzuciła go chłodnym wzrokiem.
- CzyŜby?
- Zyskujesz prasę o krajowym zasięgu.
- Ja nie biorę spraw po to, Ŝeby później zbierać wycinki z gazety. - Głos jej był równie zimny jak
spojrzenie.
- JeŜeli zamierzasz zostać w tym fachu, musisz mieć grubszą skórę.
- Dziękuję, skórę mam w porządku.
- ZauwaŜyłem. - Oparł się niedbale o ścianę. - Myślę, Ŝe kaŜdy kto cię zna, zdaje sobie sprawę z
tego, Ŝe prasa to produkt uboczny, a nie cel. Ty podnosisz kwestię, Ŝe nie wolno się nad nikim znęcać,
bez względu na to, kim lub czym jest ta osoba. Mam nadzieję, Ŝe wygrasz.
Tak dokładnie zrozumiał, o co jej chodzi! A ona nie potrafiła powiedzieć, czemu ją to rozzłościło.
- Wygram - oświadczyła, po czym wysiadła z windy do wyłoŜonego marmurem holu.
- Podoba mi się twoje uczesanie - rzucił Gage, zadowolony, Ŝe udało mu się zbić ją z tropu. - Wy-
glądasz bardzo ładnie i bardzo profesjonalnie. Ile spinek powinienem wyjąć z twoich włosów, Ŝeby je
rozpuścić?
- Nie sądzę, Ŝeby to było...
- Istotne? - podpowiedział jej. - Dla mnie to bardzo istotne. Jak wszystko, co ciebie dotyczy, bo nie
mogę przestać o tobie myśleć.
Deborah nadal szła szybkim krokiem. To takie typowe dla niego, myślała. Mówić takie rzeczy
kobiecie w holu pełnym ludzi, sprawiając zarazem, Ŝe czuła się, jakby byli sami.
- Musiałeś mieć jednak równieŜ inne zajęcia. Widziałam dziś twoje zdjęcie w porannej gazecie, z
blondynką uwieszoną u ramienia. Na obiedzie wydanym przez Tarringtona. - Widząc, Ŝe Gage nie
przestaje się uśmiechać, rzuciła przez zęby: - Mówiąc językiem gazet, szybko zmieniasz sympatie
polityczne.
- Mówiąc językiem gazet, nie mam Ŝadnych sympatii politycznych. Chciałem po prostu usłyszeć,
co ma do powiedzenia opozycja Fieldsa. I powiem ci, Ŝe byłem pod wraŜeniem.
Przypomniała sobie podchmieloną blondynkę w obcisłej czarnej sukience.
- Chętnie w to wierzę.
31
Tym razem to on się uśmiechnął.
- Przykro mi, Ŝe cię tam nie było.
- JuŜ ci mówiłam, Ŝe nie lubię być częścią stada. - Przy szerokich szklanych drzwiach przystanęła,
by zebrać siły. - Skoro juŜ mowa o stadach... - Z uniesioną dumnie głową wkroczyła w tłum repor-
terów, czekających na schodach przed budynkiem sądu.
Strzelali w nią pytaniami. A ona w nich odpowiedziami. I choć była zła na Gage'a, na widok jego
czarnej limuzyny ze zwalistym kierowcą poczuła ulgę.
- Panie Guthrie, co pana interesuje w tej sprawie?
- Lubię oglądać sprawiedliwość w akcji.
- Powiedz raczej, Ŝe lubisz oglądać piękną panią prokurator w akcji. - Wisner przepchnął się przez
tłum i podetknął Gage'owi pod nos mikrofon. - No, Guthrie, co jest między tobą a naszą kochaną Deb?
Słysząc cichy pomruk Deborah, Gage chwycił ją ostrzegawczo za ramię i odwrócił się do reportera.
- Znam cię, prawda?
Twarz Wisnera wykrzywił szyderczy grymas.
- Jasne. Często na siebie wpadaliśmy w dawnych złych czasach, kiedy pracowałeś dla miasta,
zamiast je posiadać.
- Tak. Wisner. - Zlustrował go szybkim, lekcewaŜącym spojrzeniem. - MoŜe mam kiepską pamięć,
ale nie przypominam sobie, Ŝebyś wtedy był takim durniem jak teraz - rzucił, po czym wepchnął
chichoczącą Deborah do limuzyny.
- Dobra robota - stwierdziła.
- Będę musiał rozwaŜyć kupno „The Word” tylko po to, by móc go z radością wyrzucić.
- Przyznam się, Ŝe podziwiam twój sposób myślenia. - Deborah zsunęła z westchnieniem buty i
zamknęła oczy. Pomyślała, Ŝe mogłaby się przyzwyczaić do podróŜowania w ten sposób. Wygodne
szerokie siedzenia i muzyka Mozarta, płynąca cicho z głośników. Szkoda, Ŝe to nierealne. - Strasznie
mnie bolą nogi. Będę musiała kupić sobie krokomierz, Ŝeby sprawdzić, ile kilometrów pokonuję
podczas przeciętnego dnia w sądzie.
- Pojedziesz do mnie, jeŜeli ci obiecam masaŜ stóp?
Otworzyła jedno oko i pomyślała, Ŝe pewnie jest w tym dobry. W masowaniu kobiecych stóp - albo
czegokolwiek, co akurat boli.
- Nie. - Znowu zamknęła oko. - Muszę wracać do biura. Poza tym jest z pewnością mnóstwo
innych stóp, które moŜesz masować.
Gage otworzył na moment szybę, by powiedzieć Frankowi, dokąd ma jechać.
- Czy to cię gnębi? Te inne... stopy w moim Ŝyciu?
Nienawidziła myśli, Ŝe tak właśnie jest.
- To juŜ twoja sprawa.
- Ale ja lubię wszystko, co jest twoje - stopy, nogi, twoją twarz. I całą resztę pomiędzy.
Zignorowała albo raczej starała się zignorować lekki dreszczyk podniecenia - widomą reakcję na
jego słowa.
- Zawsze próbujesz uwodzić kobiety na tylnym siedzeniu limuzyny?
- A wolałabyś gdzie indziej?
Otworzyła oczy. Pewne sprawy lepiej załatwić od razu.
- Gage, duŜo myślałam o tej sytuacji.
- Sytuacji? - powtórzył z czarującym uśmiechem.
- Tak. - Wolała nie nazywać tego związkiem. - Nie zamierzam udawać, Ŝe mi się nie podobasz.
Albo Ŝe nie pochlebia mi to, Ŝe o mnie zabiegasz. Ale...
- Ale? - Podniósł do ust jej dłoń i musnął wargami przegub. Skóra w tym miejscu miała świeŜy
zapach deszczu.
- Nie. - Zająknęła się, gdy odwrócił jej rękę, by złoŜyć leniwy, gorący pocałunek we wnętrzu dłoni.
- Nie rób tego.
- Uwielbiam, kiedy jesteś taka chłodna i zasadnicza, Deborah. Jestem szaleńczo ciekawy, jak
szybko potrafię cię rozpalić. - Dotknął wargami jej nadgarstka i poczuł szybkie uderzenia pulsu. - Co
mówiłaś?
Czy to moŜe być prawda? Która kobieta byłaby w stanie myśleć racjonalnie, kiedy on na nią
patrzy? Albo kiedy jej dotyka? Deborah cofnęła szybko rękę i powiedziała sobie, Ŝe na tym właśnie
polega jej problem.
- Nie chcę brnąć dalej w tę... sytuację z kilku istotnych powodów.
- Uhm - mruknął i zaczął się bawić perłą w jej uchu.
32
Odepchnęła jego rękę.
- Mówię serio. Wiem, Ŝe przywykłeś brać i rzucać kobiety jak Ŝetony w kasynie, ale mnie to nie
interesuje. Graj sobie z kimś innym.
- To ciekawa metafora - przyznał. - Czasami jednak wolę zatrzymać wygraną, niŜ dalej obstawiać.
Odwróciła się, rozgniewana.
- Wyjaśnijmy sobie jedno. Ja nie jestem wygraną tego tygodnia. I nie mam najmniejszego zamiaru
być środową brunetką po wtorkowej blondynce.
- Czyli znowu wracamy do tych stóp.
- MoŜesz to uznać za Ŝart, ale ja - zarówno na płaszczyźnie osobistej, jak i zawodowej - podchodzę
do Ŝycia bardzo powaŜnie.
- MoŜe zbyt powaŜnie.
ś
achnęła się.
- To moja sprawa. Rzecz w tym, Ŝe nie zamierzam zostać jednym z twoich podbojów. Nie mam
ochoty zadawać się z tobą w Ŝaden sposób, w Ŝadnej formie i na Ŝadnym poziomie. - Spojrzała przez
okno i gdy limuzyna podjechała do krawęŜnika, rzuciła: - Tutaj jest mój przystanek.
Zaskakując i siebie, i ją, odwrócił się nagle i pociągnął ją tak, Ŝe wylądowała mu na kolanach.
- JuŜ ja dopilnuję, Ŝebyś się tak uwikłała, Ŝe się nigdy nie wypłaczesz - powiedział Gage i
zawładnął ustami Deborah.
Nie walczyła. Nie wahała się. Ostygły emocje, jakie przeŜywała w trakcie jazdy - pozostało jedynie
poŜądanie. Nieodparte. Naglące. Porywające. Zanurzyła palce w jego włosy, a jej usta zaczęły
gwałtownie i łapczywie poruszać się pod jego ustami.
Nigdy dotąd nie pragnęła nikogo w ten sposób. Nawet w najśmielszych marzeniach. PoŜądanie
było do tego stopnia poraŜające, Ŝe nie pozostawiało miejsca na głos rozsądku.
Podobnie jak przekonanie o słuszności tego, co się działo, nie pozostawiało miejsca na wahanie.
Istniała tylko chwila i to niewiarygodne poŜądanie.
Gage nie był juŜ tak cierpliwy. Jego usta sunęły gorączkowo po jej twarzy i szyi.
Nie znał dotąd kobiety, która w tak idealny sposób odpowiadałaby jego pragnieniom. Miała w sobie
wewnętrzny ogień i wystarczyło jej dotknąć, by stanęła w płomieniach. A choć dobrze wiedział, co to
poŜądanie, nigdy jednak nie było ono tak rozpaczliwe i dręczące jak teraz.
Chciał popchnąć ją na siedzenie, szarpać i zdzierać z niej ten jej szykowny kostium, póki nie byłaby
naga.
Jednak chciał równieŜ dodać jej otuchy, okazać miłość i zrozumienie. Dlatego przyjdzie mu jeszcze
poczekać, aŜ Deborah będzie gotowa.
Z niekłamanym Ŝalem poskromił swoje rozbiegane ręce i odsunął ją od siebie.
- Jesteś wszystkim, czego pragnę - powiedział cicho. - A ja zawsze potrafię dostać to, czego chcę.
Oczy miała szeroko otwarte. Gdy przygasła w nich namiętność, w jej miejsce pojawiły się lęk i
zakłopotanie.
- To nie tak - wyszeptała. - To niedobrze, Ŝe przez ciebie dzieje się ze mną coś takiego.
- To niedobrze dla nas obojga. Ale to fakt.
- Nie pozwolę, by rządziły mną emocje.
- Wszyscy im ulegamy.
- Ale nie ja. - Roztrzęsiona, sięgnęła po buty. - Muszę juŜ iść.
- Będziesz naleŜała do mnie - powiedział, otwierając jej drzwi.
Potrząsnęła głową.
- Najpierw muszę stać się na powrót panią siebie. - Wydostała się z wozu i pomknęła w stronę
domu.
Gage patrzył na jej odwrót, a gdy zniknęła, otworzył zaciśniętą pięść. Doliczył się sześciu spinek do
włosów i uśmiechnął się.
Deborah spędziła cały wieczór z Suzanne i Marjorie w ich maleńkim mieszkanku. Nad chińskim
daniem na wynos omawiała z nimi ich sprawę. Rzucenie się w wir pracy zawsze pomagało,
pozostawiając niewiele czasu na rozmyślania o Gage'u oraz jej reakcji. Reakcji, która, poza wszystkim,
martwiła ją takŜe dlatego, Ŝe równie silny pociąg fizyczny odczuwała do tajemniczego wybawcy
zwanego Nemezis.
A poniewaŜ pragnęła obydwu, nie mogła wybrać Ŝadnego. Była to kwestia moralności. Deborah
wyznawała zasadę, Ŝe jeśli kobieta zaczyna wątpić w swoją moralność, musi zwątpić we wszystko.
33
Na szczęście przypomniała sobie, Ŝe są jeszcze dziedziny, nad którymi potrafi zapanować. Praca,
styl Ŝycia oraz ambicje. Tego wieczoru miała nadzieję dokonać czegoś, dzięki czemu mogłaby wpłynąć
na wynik prowadzonej przez nią sprawy.
Za kaŜdym razem, kiedy dzwonił telefon, odbierała osobiście, a Marjorie i Suzanne siedziały na
sofie, trzymając się kurczowo za ręce. Przy piątym telefonie nareszcie się doczekała.
- Marjorie?
- Nie - zaryzykowała.
- Suzanne, ty dziwko!
Złowieszczy uśmiech przemknął przez wargi Deborah.
- Kto mówi?- zapytała drŜącym głosem.
- Dobrze wiesz kto. Tu Jimmy.
- Nie powinnam z tobą rozmawiać.
- W porządku. To posłuchaj. JeŜeli myślisz, Ŝe dałem ci wtedy wycisk, to pestka w porównaniu z
tym, co ci zrobię, jeŜeli będziesz jutro zeznawać. Ty kurwiszonie, wziąłem cię z ulicy, gdzie zarabiałaś
dwadzieścia dolców za numer, i nagrałem ci nadzianych frajerów. Jesteś moją własnością i radzę ci o
tym nie zapominać. Wyświadcz sobie przysługę, Suze, i powiedz tej nadętej prokurator, Ŝe zmieniłaś
zdanie. śe ty i Marjorie kłamałyście od A do Z. Bo jak nie, to zrobię ci krzywdę. Naprawdę.
Zrozumiałaś?
- Tak. - OdłoŜyła słuchawkę i zapatrzyła się na telefon. - O tak. Zrozumiałam. - Odwróciła się do
Marjorie i Suzanne. - Zamknijcie porządnie drzwi na noc i nigdzie nie wychodźcie. On jeszcze o tym
nie wie, ale właśnie sam zarzucił sobie pętlę na szyję.
Zadowolona z siebie, poŜegnała się z dziewczynami. Musiała uŜyć całej siły perswazji, by
prokurator generalny zgodził się załoŜyć podsłuch na linię Marjorie i Suzanne. Jeszcze więcej starań
będzie ją kosztowało załatwienie zgody na włączenie do sprawy nagrań telefonicznych Slagermana. Ale
ona to załatwi. Gdy za kilka dni Slagerman stanie za barierką dla świadka, spotka go przykra
niespodzianka - jego i jego obrońcę.
Postanowiła przejść kawałek piechotą, zanim spróbuje złapać taksówkę. Noc była parna. Na drugim
końcu miasta czekał na nią klimatyzowany pokój, chłodny prysznic i zimny napój. Nie chciała jednak
wracać do domu. Jeszcze nie. Bo jeśli będzie sama, siłą rzeczy zacznie rozmyślać o swoim Ŝyciu. I o
Gage'u.
Tego popołudnia w jego ramionach straciła panowanie nad sobą. Zaczynało to juŜ wchodzić jej w
krew, czym się, zresztą, wcale nie przejmowała. Nie było sensu zaprzeczać, Ŝe jest nim zauroczona. Co
więcej, czuje do niego instynktowny, niemal pierwotny pociąg, któremu nie potrafi się oprzeć.
Z drugiej strony równie silny pociąg odczuwa do męŜczyzny w masce.
Jak to moŜliwe, Ŝe ona, która ponad wszystko ceni sobie lojalność i wierność, Ŝywi tak wyraziste
uczucia do dwóch róŜnych męŜczyzn?
Miała nadzieję, Ŝe winę ponosi fizyczna strona jej natury. Pragnąć męŜczyzny jeszcze nie oznacza,
Ŝ
e go potrzebuje. A ona nie dojrzała do tego, by związać się z męŜczyzną - nie mówiąc juŜ o dwóch!
Tak naprawdę w tej chwili potrzebowała tylko jednego - by odzyskać kontrolę nad swoimi
emocjami, swoim Ŝyciem i swoją karierą. Przez większą część Ŝycia była ofiarą okoliczności.
Tragicznej śmierci rodziców oraz bezmiaru strachu i rozpaczy w jej następstwie. RównieŜ pracy jej
siostry, która to praca wymagała ciągłych przenosin z miasta do miasta.
Teraz jednak wyrabiała sobie nareszcie własną markę na swój sposób i w swoim tempie. Przez
ostatnie półtora roku pracowała cięŜko i z determinacją, by zdobyć zasłuŜoną opinię nieugiętej i
uczciwej przedstawicielki wymiaru sprawiedliwości. Wystarczy, Ŝe będzie kroczyć nadal tą drogą.
Gdy weszła w cień wysokościowca, usłyszała swoje imię wypowiedziane szeptem. Znała ten głos,
słyszała go w snach, których nie chciała przyjąć do wiadomości.
Wyłonił się z mroku - cień, sylwetka, a wreszcie męŜczyzna. Widziała jego oczy, ich błysk pod
maską. Przypływ tęsknoty był tak nagły, tak gwałtowny, Ŝe niewiele brakowało, a byłaby głośno
westchnęła.
A gdy ujął ją za rękę, by wciągnąć w mrok, wcale się nie opierała.
- Wygląda na to, Ŝe samotne spacery po nocy stały się twoim zwyczajem.
- Wracam z pracy. - Mimowolnie ściszyła głos do szeptu. - Chodzisz za mną?
Nie odpowiedział, ale jego palce zacisnęły się zaborczo na jej dłoni.
- Czego chcesz? - zapytała.
34
- Tutaj grozi ci niebezpieczeństwo. - ZauwaŜył, Ŝe włosy miała rozpuszczone na ramiona. - Ci,
którzy zamordowali Parina, będą cię śledzić. - Poczuł, Ŝe jej puls gwałtownie przyspieszył, ale nie ze
strachu. Był tego pewny, bo potrafił odróŜnić strach od podniecenia.
- Co wiesz na temat Parina?
- Nie będą przejmowali się tym, Ŝe jesteś kobietą, jeŜeli staniesz im na drodze. Nie chcę, Ŝeby stało
ci się coś złego.
W poczuciu bezradności przysunęła się bliŜej.
- Dlaczego?
Równie bezradny, podniósł obie jej ręce do ust i trzymał przez chwilę w uścisku. Ich oczy się
spotkały.
- Dobrze wiesz dlaczego.
- To niemoŜliwe. - Nie cofnęła się jednak, gdy musnął ręką jej włosy. - Nie wiem, kim jesteś. I nie
rozumiem tego, co robisz.
- Czasami i ja tego nie rozumiem.
Tak bardzo pragnęła, by wziął ją w ramiona. Chciała przekonać się, jak to jest znaleźć się w jego
objęciach, poczuć na ustach jego gorące wargi. Miała jednak swoje powody, uznała, cofając się. Zbyt
wiele powodów. Dlatego musi być silna - na tyle silna, by nie tylko mu się oprzeć, ale równieŜ go
wykorzystać.
- Powiedz mi, co wiesz. O Parinie, o morderstwie. Pozwól mi wykonać moje zadanie.
- Daj sobie spokój. To wszystko, co mam ci do przekazania.
- Ty coś wiesz. To widać - odparła, cofając się. Dystans był jej potrzebny, by mogła znów usłyszeć
głos rozumu i przypomnieć sobie, Ŝe jest urzędnikiem sądowym. A on wyłomem w systemie, w który
Ŝ
arliwie wierzyła. - Masz obowiązek mi powiedzieć.
- Znam swoje obowiązki.
Odrzuciła włosy do tyłu. On miałby ją pociągać? Dobre sobie! On ją po prostu wściekał.
- Jasne - rzuciła z furią. - Przemykanie się w ciemnościach, wymierzanie sprawiedliwości wedle
własnych zasad. To nie są obowiązki - to twój wybór. - A kiedy nie odpowiadał, zrobiła z westchnie-
niem krok w jego stronę. - Mogłabym cię oskarŜyć o zatajanie informacji. To sprawa policji, prokuratu-
ry, a nie gra.
- Rzeczywiście, to nie jest gra. - Głos wciąŜ miał cichy, lecz wychwyciła w nim nutę rozbawienia,
a zarazem irytacji. - Są w niej jednak pionki. A ja nie chciałbym, Ŝeby posłuŜono się tobą jak pionkiem.
- Potrafię sama o siebie zadbać.
- Ciągle to powtarzasz. Tym razem jednak to nie twoja liga, pani prokurator. Daj sobie lepiej
spokój. - Cofnął się.
- Chwileczkę! - zawołała, ale on juŜ zniknął. - Niech cię, jeszcze z tobą nie skończyłam! -
Sfrustrowana, kopnęła w ścianę budynku. - Daj sobie spokój - mruknęła. - Nigdy w Ŝyciu!
ROZDZIAŁ PIĄTY
Ociekając wodą i klnąc, Deborah popędziła do drzwi. Pukanie o 6.45 rano znaczyło dokładnie to
samo, co telefony o trzeciej nad ranem. Kłopoty. Gdy otworzyła i zobaczyła Gage'a, wiedziała, Ŝe
instynkt jej nie zawiódł.
- Wyszłaś spod prysznica? - zapytał.
Niecierpliwym gestem przeciągnęła ręką po mokrych włosach.
- Tak. Czego chcesz?
- Śniadania. - Nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. - Bardzo tu ładnie - stwierdził.
Wnętrze urządzone było w delikatnych odcieniach kości słoniowej, z plamami Ŝywych kolorów -
szmaragdu, karminu, szafiru - na tapicerce niskiej sofy oraz na dywanikach pokrywających wyfrotero-
wany parkiet. Na tym samym parkiecie zauwaŜył wilgotne ślady.
- Wygląda na to, Ŝe przyszedłem o jakieś pięć minut za wcześnie.
Nagle dotarło do niej, Ŝe pasek szlafroka się rozwiązał, więc się nim mocno ścisnęła.
- Nie, bo w ogóle nie powinno cię tu być. A teraz...
Przerwał jej długim, gorącym pocałunkiem.
- Uhm, jesteś cała mokra.
Szczerze mówiąc, była zdziwiona, Ŝe woda nie zaczęła jeszcze z niej parować. Zdumiała ją takŜe
odruchowa chęć, by oprzeć głowę na jego ramieniu.
- Posłuchaj, ja nie mam na to czasu. Muszę być w sądzie...
35
- Za dwie godziny - przytaknął. - Zostaje mnóstwo czasu na śniadanie.
- JeŜeli sobie wyobraŜasz, Ŝe zrobię ci śniadanie, to się gorzko rozczarujesz.
- Nie śmiałbym nawet o tym marzyć. - Jego wzrok prześlizgnął się po jedwabnym szlafroczku.
Podczas krótkiego uścisku przekonał się, Ŝe nie miała nic pod spodem. - Podobasz mi się w tym
kolorze. Powinnaś zawsze ubierać się na niebiesko.
- Doceniam twoje porady w dziedzinie mody, ale... - Urwała, gdyŜ usłyszała kolejne pukanie.
- Ja otworzę - zaproponował Gage.
- Sama mogę u siebie otworzyć. - Kipiąc ze złości, pomaszerowała do drzwi. Z rana nigdy nie była
w najlepszym humorze - nawet jeśli musiała radzić sobie tylko z samą sobą. - Chciałabym wiedzieć, kto
wywiesił szyld, Ŝe tego ranka prowadzę dom otwarty. - Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i stanęła
oko w oko z kelnerem w białej marynarce, popychającym olbrzymią tacę na kółkach.
- Ach, to śniadanie. Postaw je pod oknem. - Gage, zaprosił go gestem do środka. - Pani lubi mieć
ładny widok.
- Tak jest, proszę pana.
Deborah ujęła się pod boki. Niełatwo jest składać oświadczenia przed siódmą rano, czuła jednak, Ŝe
musi to zrobić.
- Gage, nie wiem, do czego zmierzasz, ale nic z tego nie będzie. Myślałam, Ŝe wyraziłam się dość
jasno. Nie mam w tej chwili ani czasu, ani ochoty... Czy to kawa?
- Tak. - Gage z uśmiechem podniósł srebrny dzbanek i napełnił filiŜankę. Zapach był wręcz upojny.
- Napijesz się?
Wydęła wargi.
- MoŜe.
- Powinnaś polubić tę mieszankę. - Podszedł do niej i podsunął jej filiŜankę pod nos. - To jedna z
moich ulubionych.
Upiła łyk i zamknęła oczy.
- Nie grasz fair.
- Nie.
Otworzyła oczy, by przyjrzeć się kelnerowi, który uwijał się Ŝwawo po pokoju.
- Co tam jeszcze jest?
- Jajka sadzone, grillowana szynka, rogaliki, sok pomarańczowy - świeŜy, oczywiście.
- Oczywiście.
- Maliny ze śmietaną.
- Hmm. - Westchnęła z lubością.
- MoŜe chcesz usiąść?
Deborah nigdy nie uwaŜała się za kobietę słabą. Jej salon wypełniały jednak tak cudowne,
smakowite zapachy...
- Chyba tak. - Poddała się i zajęła jedno z krzeseł, które kelner przysunął do stołu.
Gage pokwitował rachunek i wydał instrukcję, by przyszedł pozbierać talerze za godzinę.
- Powinnam chyba spytać, po co to wszystko? - Nie zaprotestowała, gdy Gage dolał jej kawy.
- Chciałem zobaczyć, jak wyglądasz o poranku. - Nalał soku z kryształowego dzbanka. - Wydawało
mi się, Ŝe to najlepszy sposób. - Wzniósł toast filiŜanką, a jego oczy spoczęły na twarzy Deborah, bez
makijaŜu, w obramowaniu zaczesanych do tylu czarnych włosów. - Jesteś piękna.
- A ty czarujący. - Dotknęła płatków czerwonej róŜy, leŜącej obok jej talerza. - Ale to niczego nie
zmienia. - W zamyśleniu postukała palcem w brzoskwiniowy obrus. - Mimo to nie widzę powodu, dla
którego taka masa jedzenia miałaby się zmarnować.
- Jesteś osobą bardzo praktyczną. - Na to właśnie liczył. - To jedna z tych cech, które wydają mi
się w tobie najbardziej atrakcyjne.
- Nie rozumiem, co moŜe być atrakcyjnego w byciu praktycznym. - Ukroiła cieniutki plasterek
szynki i wsunęła do ust.
Gage poczuł nagły skurcz Ŝołądka.
- Zapewniam cię, Ŝe to moŜe być... bardzo atrakcyjne.
W jednej chwili przeszył ją dreszcz, starała się jednak nie zwracać na to uwagi i spróbowała
skoncentrować się na bardziej bezpiecznym rodzaju głodu.
- Powiedz mi, czy zawsze jadasz takie wystawne śniadania?
- Kiedy wydaje się to stosowne. - Nakrył dłonią jej rękę. - Masz podkrąŜone oczy. Nie wyspałaś
się?
Pomyślała o długich, nerwowych godzinach.
36
- Nie wyspałam się.
- To przez tę sprawę?
Wzruszyła ramionami. Jej bezsenność nie miała nic wspólnego z tą sprawą, za to wiele wspólnego
z męŜczyzną spotkanym w ciemnościach. Jak więc to wytłumaczyć, Ŝe potrafi być równie
zafascynowana męŜczyzną, z którym siedzi teraz w promieniach słońca?
- Chcesz o tym porozmawiać?
- Nie. - Cofnęła przezornie rękę.
Gage zdawał się z rozbawieniem śledzić ten niezbyt subtelny atak i odwrót.
- Moim zdaniem, zbyt cięŜko pracujesz.
- Robię, co do mnie naleŜy. A ty? Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, co tak naprawdę robisz.
- Kupuję i sprzedaję, chodzę na zebrania, czytam raporty.
- Jestem pewna, Ŝe to bardziej skomplikowane.
- I często bardziej nudne.
- Trudno w to uwierzyć.
Gdy przełamał chrupiący rogalik, rozszedł się upojny zapach świeŜego pieczywa.
- Buduję róŜne rzeczy i kupuję.
- Na przykład co? - Pomyślała, Ŝe nie da się spławić.
Uśmiechnął się.
- Jestem właścicielem tego budynku.
- Właścicielem tego budynku jest firma Trojan Enterprises.
- Tak. A właścicielem Trojan Enterprises jestem ja - wyjaśnił.
- Ach, tak.
- Większość pieniędzy Guthriech pochodzi z nieruchomości - ciągnął Gage. - To nadal jest
podstawa. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zaczęliśmy jednak inwestować w innych branŜach. Tak więc
jedna gałąź zajmuje się transportem morskim, druga górnictwem, a trzecia produkcją.
- Rozumiem. - To nietuzinkowy męŜczyzna, pomyślała. - Daleko odszedłeś od dwudziestego
piątego komisariatu.
- Tak. - Cień przemknął przez twarz Gage'a. - Na to wygląda. - Nabrał na łyŜkę malin ze śmietaną i
podał Deborah.
Potrzymała przez chwilę owoce na języku.
- Nie brakuje ci go?
Pomyślał, Ŝe gdyby ją w tej chwili pocałował, usta jej miałyby cierpki, świeŜy smak owoców.
- Nie pozwalam sobie na tęsknoty. A to pewna róŜnica.
- Tak. - Rozumiała go, bo ona takŜe starała się nie tęsknić za najbliŜszymi. Tymi, którzy odeszli - a
takŜe tymi, od których dzieliły ją setki kilometrów.
- Wyglądasz bardzo ponętnie, kiedy jesteś smutna, Deborah. - Gage powiódł palcem po grzbiecie
jej dłoni. - Szczerze mówiąc, trudno ci się oprzeć.
- Nie jestem smutna.
- Ale trudno ci się oprzeć.
- Nie zaczynaj. - Z namaszczeniem nalała poranną kawę. - Mogę ci zadać fachowe pytanie?
- Jasne.
- JeŜeli właściciel jakiejś nieruchomości albo właściciele nie chcą, by ten fakt przedostał się do
wiadomości publicznej, czy mogą to ukryć?
- Bez trudu. Na przykład dekując się w fikcyjnych spółkach pod róŜnymi numerami identyfikacji
podatkowej. Jedna spółka jest właścicielem drugiej, druga jeszcze innej, i tak dalej. Mogę wiedzieć,
czemu pytasz?
Deborah wychyliła się do przodu i machnięciem ręki zbyła jego pytanie.
- Czy bardzo trudno byłoby namierzyć prawdziwych właścicieli?
- To zaleŜy od kłopotów, w jakich się znaleźli, a takŜe od powodów, jakie skłoniły ich do zatajania
nazwisk.
- Czy, przy odpowiedniej dozie uporu i cierpliwości, moŜna by dotrzeć do tych nazwisk?
- Być moŜe. JeŜeli tylko zdołasz odnaleźć wspólny wątek.
- Wspólny wątek?
- Jakieś nazwisko, numer, miejsce. Coś, co się będzie pojawiać podejrzanie często. - Kierunek, w
jakim zmierzało to przesłuchanie, byłby go moŜe zaniepokoił, gdyby nie świadomość, Ŝe wyprzedza ją
o krok. Mimo to uznał, Ŝe ostroŜność nie zawadzi. - O co ci chodzi, Deborah?
- Ja tylko wykonuję swoją pracę.
37
Bardzo ostroŜnie odstawił filiŜankę na spodek.
- Czy ma to coś wspólnego z Parinem?
Spojrzała na niego ostro.
- Co wiesz o Parinie?
- Nadal mam swoje kontakty w dwudziestym piątym komisariacie. Nie jesteś wystarczająco zajęta
przy procesie Slagermana?
- Nie stać mnie na luksus zajmowania się wyłącznie jedną sprawą.
- Przy tej akurat nie powinnaś w ogóle pracować.
- Słucham?
- To niebezpieczne. Ludzie, którzy zlecili morderstwo Parina, są niebezpieczni. Nie masz pojęcia,
w co się bawisz.
- Ja się nie bawię.
- To prawda, ale oni teŜ nie. Są doskonale chronieni i znakomicie poinformowani. Znają kaŜdy
twój krok, zanim zdąŜysz go zrobić. - Oczy mu pociemniały. - Jeśli uznają cię za przeszkodę, usuną cię
szybko i definitywnie.
- Skąd wiesz aŜ tyle o ludziach, którzy zabili Parina?
- Byłem gliniarzem, pamiętasz? To nie jest coś, w co powinnaś się angaŜować. Powinnaś przekazać
tę sprawę komuś innemu.
- To śmieszne!
Nim zdąŜyła się poderwać, przytrzymał ją za rękę.
- Nie chcę, Ŝeby coś ci się stało.
- A ja chciałabym, Ŝeby ludzie przestali mi to powtarzać. - Wyrwała się i wstała. - To moja sprawa.
I tak juŜ zostanie.
Oczy mu pociemniały, ale nie ruszył się z miejsca.
- Ambicja to kolejna atrakcyjna cecha, Deborah. Nie pozwól, by cię zaślepiła.
Odwróciła się do niego bardzo wolno, z furią w oczach.
- W porządku, to częściowo ambicja. Ale to jeszcze nie wszystko. Ja wierzę w to, co robię, Gage.
UwaŜam, Ŝe robię to dobrze. Zaczynałam od chłopaka, który nazywał się Rico Mendez. Nie był on
bynajmniej podporą naszego społeczeństwa. Tak naprawdę, był drobnym złodziejaszkiem, który juŜ
wcześniej siedział i pewnie jeszcze nieraz by siedział, gdyby któregoś dnia nie został zastrzelony na
rogu ulicy, poniewaŜ naleŜał do niewłaściwego gangu i nosił niewłaściwe kolory.
Zaczęła krąŜyć po pokoju, zawzięcie gestykulując.
- Potem jego zabójca został zabity, bo zgodził się ze mną rozmawiać. Bo się z nim dogadałam.
Powiedz mi, kiedy to wreszcie się skończy? Poza wszystkim poczuwam się częściowo do winy.
Miałabym teraz zrezygnować?
Gage wstał i podszedł do Deborah.
- Ja nie kwestionuję twojej uczciwości.
- Tylko moje osądy?
- Owszem. Tak samo jak własne. - Jego ręce wślizgnęły się do rękawów jej szlafroczka. - ZaleŜy
mi na tobie.
- Myślę, Ŝe...
- Nie myśl. - Przywarł ustami do jej warg, a palce zacisnął na jej ramionach, gdy przyciągał ja. Do
siebie.
Nagła fala gorąca; niezwykle poŜądanie. Obejmując ją, nie zastanawiał się nad tym, Ŝe potrafiła
pozbawić go rozumu, a zarazem stymulować. śe sycąc jego głód, potrafiła go jednocześnie pobudzać.
Dzięki niej był silny, a zarazem pozbawiony sił. Gdy była przy nim, zaczynał nieomal wierzyć w cuda.
Cofnął się, wciąŜ trzymając ręce na jej ramionach. Ona tymczasem starała się odzyskać równo-
wagę. Jak to moŜliwe, Ŝe coś takiego dzieje się z nią za kaŜdym razem? śe wystarczy jedno dotknięcie?
- Nie jestem na to gotowa - wykrztusiła.
- Ani ja, ale to nie ma znaczenia. - Znów ją przytulił. - Chcę cię zobaczyć tej nocy. Chcę być z tobą
tej nocy.
- Nie, nie mogę. - Oddychała z trudem. - Prowadzę proces.
Gage stłumił przekleństwo.
- Dobrze. Kiedy ten proces dobiegnie końca. Nie moŜemy ciągle przed tym uciekać.
- To prawda. - On miał rację. Pora wreszcie coś postanowić. - Nie moŜemy. Ale ja potrzebuję
czasu. Proszę, nie popędzaj mnie.
38
- MoŜe będę musiał. - Odwrócił się do drzwi i nagle zatrzymał się z ręką na klamce. - Deborah, czy
jest jeszcze ktoś inny?
JuŜ miała zaprzeczyć, ale pomyślała, Ŝe Gage zasługuje na szczerość.
- Nie wiem.
Kiwając głową, zamknął drzwi i z gorzką ironią uświadomił sobie, Ŝe konkuruje sam ze sobą.
Deborah do późna w nocy ślęczała nad dokumentami i ksiąŜkami prawniczymi przy biurku w sy-
pialni. Po rozprawie, przez wiele godzin sprzątała swoje i tak juŜ wysprzątane mieszkanie. Był to jeden
z najlepszych sposobów, jakie znała, na rozładowanie napięcia. Albo na to, by o nim zapomnieć.
Drugim wyjściem była praca, rzuciła się więc w jej wir, czując, Ŝe i tak tej nocy nie zaśnie.
Sięgała właśnie po kubek z kawą, gdy zadzwonił telefon.
- Halo.
- O'Roarke? Deborah O'Roarke?
- Tak, kto mówi?
- Santiago.
Chwyciła ołówek.
- Szukaliśmy pana, panie Santiago.
- Tak. Wiem.
- Bardzo bym chciała z panem porozmawiać. Prokuratura gotowa jest zaproponować panu
współpracę, a takŜe ochronę.
- Taką, jaką dostał Parino?
Na moment ogarnęło ją poczucie winy, ale się otrząsnęła.
- Mimo wszystko z nami będzie pan bardziej bezpieczny niŜ na własną rękę.
- MoŜe. - W jego głosie brzmiały strach i napięcie.
- Jestem gotowa załatwić rozmowę o kaŜdej porze, jaka będzie panu odpowiadała.
- Nie ma mowy. Nigdzie nie pójdę. Dopadliby mnie, zanim zdąŜyłbym dotrzeć do najbliŜszej
przecznicy. - Zaczął mówić tak szybko, Ŝe słowa niemal zderzały się ze sobą. - Ty przyjdź do mnie.
Wiem więcej niŜ Parino. O wiele więcej. Mam nazwiska, papiery. Chcesz posłuchać, siostro, to przyjdź
do mnie.
- Dobrze. KaŜę policji...
- śadnych gliniarzy! - rzucił z przeraŜeniem. - śadnych gliniarzy albo nici z interesu. Ty masz
przyjść, i to sama. Koniec. Kropka.
- Wobec tego, niech będzie po twojemu. Kiedy?
- Teraz. Natychmiast. Jestem w hotelu Darcy, pokój dwadzieścia siedem.
- Daj mi dwadzieścia minut.
- Jest pani pewna, Ŝe to tutaj chciała pani przyjechać? - Choć pasaŜerka miała na sobie stare dŜinsy
i trykotowy podkoszulek, taksówkarz nie miał wątpliwości, Ŝe osoba tej klasy nie pasuje do takiej
spelunki, jak hotel Darcy.
Poprzez ulewny deszcz Deborah zobaczyła ciemne okna, zniszczoną fasadę budynku i wymarłą
ulicę.
- Tak, ale nie uda mi się chyba namówić pana, Ŝeby pan zaczekał?
- Niestety, proszę pani.
- Tak teŜ myślałam. - Wsunęła banknot przez szczelinę w grubej kuloodpornej szybie. - Niech pan
zatrzyma resztę. - Zaczerpnęła tchu, dała nurka w deszcz i popędziła na górę po zniszczonych scho-
dach, prowadzących do wejścia.
W holu zatrzymała się, ociekając wodą. Recepcja znajdowała się za zardzewiałymi kratami i nie
było w niej nikogo. Zapalona lampa rzucała Ŝółte światło na lepkie od brudu linoleum. W powietrzu
unosił się zapach potu i brudu. Odwróciła się i zaczęła wchodzić po schodach.
Jakieś dziecko płakało, zawodząc przeciągle. Rozpaczliwe dźwięki wypełniły całą klatkę schodo-
wą, pokrytą graffiti. Coś przemknęło obok stóp Deborah i zniknęło w dziurze. Wzdrygnęła się, ale dalej
wspinała się na górę.
Usłyszała podniesione głosy męŜczyzny i kobiety, kłócących się zajadle. Kiedy skręciła w korytarz;
pierwszego piętra, jedne z drzwi otworzyły się skrzypiąc, a potem się zatrzasnęły i usłyszała brzęk
łańcucha.
39
Pod stopami chrzęściły jej odłamki szkła ze stłuczonej lampy pod sufitem. Z dołu, z ciemnego holu,
dobiegał pisk hamulców. To w telewizji trwał samochodowy pościg. Za oknami błysnęło; grzmot
przetoczył się tuŜ nad jej głową.
Przed pokojem numer 27 przystanęła. Za drzwiami telewizor ryczał na cały regulator. Podniosła
rękę i mocno zastukała.
- Panie Santiago!
Nikt nie odpowiedział, zapukała więc ponownie i zawołała, a potem ostroŜnie nacisnęła klamkę.
Drzwi otworzyły się bez trudu.
W szarym, migającym świetle telewizora zobaczyła ciasny pokój z jednym brudnym oknem.
Wszędzie walały się stosy śmieci i ubrań. W jedynej komodzie brakowało szuflady. W powietrzu unosił
się odór skwaśniałego piwa i zepsutej Ŝywności.
Na widok wyciągniętej na łóŜku postaci głośno zaklęła. Nie dość, Ŝe czeka ją wątpliwa
przyjemność rozmowy ze świadkiem w tej cholernej norze, to jeszcze będzie musiała go przedtem
doprowadzić do stanu uŜywalności.
Zirytowana, wyłączyła telewizor. Teraz słychać było juŜ tylko szum deszczu i odgłosy kłótni na
drugim końcu korytarza. Wzrok jej padł na zardzewiałą umywalkę, przytwierdzoną do ściany, z ob-
tłuczoną porcelanową miską. MoŜe się przydać, pomyślała, o ile uda się zanurzyć w niej głowę Raya
Santiaga.
- Panie Santiago! - Podniosła głos, a potem ruszyła przez pokój, starając się omijać brudne
opakowania po jedzeniu i kałuŜe rozlanego piwa. - Ray! - Podeszła do łóŜka, zaczęła go szarpać za
ramię i wtedy zauwaŜyła, Ŝe ma otwarte oczy. - Jestem Deborah O'Roarke - zaczęła. A potem do niej
dotarło, Ŝe on wcale na nią nie patrzy. śe on juŜ na nic nie patrzy. Cofnęła drŜącą rękę i zobaczyła, Ŝe
jest mokra od krwi.
- O BoŜe! - Zrobiła niepewny krok do tyłu, walcząc z przypływem mdłości. Kolejny chwiejny krok.
I jeszcze następny. Odwróciła się i omal nie wpadła na niskiego, dobrze zbudowanego męŜczyznę z
wąsikiem.
- Seniorita - odezwał się cichym głosem.
- Policja - wykrztusiła. - Trzeba wezwać policję. On nie Ŝyje.
- Wiem. - MęŜczyzna uśmiechnął się. W jego ustach błysnęło złoto. A potem dostrzegła srebrny
błysk, gdy uniósł sztylet. - Panno O'Roarke, czekałem na panią.
Rzuciła się do drzwi, ale on chwycił ją za włosy. Krzyknęła z bólu, a potem zapadła cisza -
ś
miertelna cisza, kiedy poczuła ukłucie ostrza u nasady szyi.
- W takim miejscu jak to nikt nie słucha krzyków - powiedział złowieszczo łagodnym tonem, od-
wracając ją do siebie. - Jesteś bardzo piękna, seniorita. Szkoda byłoby oszpecić tak piękny policzek. -
Nie spuszczając z niej wzroku, przytknął do niego ostrze. - Powiesz mi, por favor, o czym Parino
rozmawiał z tobą przed... swoim wypadkiem. Wszystkie nazwiska i szczegóły. I, oczywiście, z kim
podzieliłaś się tą informacją.
Zdrętwiała ze strachu, rozpaczliwie próbowała zebrać myśli. Spojrzała mu w oczy i wyczytała w
nich swoje przeznaczenie.
- Zabijesz mnie, tak czy inaczej.
Znów się uśmiechnął.
- Mądra i piękna. Ale są róŜne sposoby. Niektóre bardzo powolne i bardzo bolesne. - Przesunął
lekko ostrzem po jej policzku. - Dlatego powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć.
Nie miała Ŝadnych nazwisk; nic, o co mogłaby się targować. Został tylko jej rozum.
- Zapisałam je. Wszystko zapisałam i zamknęłam w sejfie.
- A komu powiedziałaś?
- Nikomu. - Przełknęła ślinę. - Naprawdę nikomu.
Obrzucił ją przeciągłym spojrzeniem..
- Myślę, Ŝe kłamiesz - orzekł, obracając w palcach sztylet. - PokaŜę ci, do czego to słuŜy, moŜe
wtedy będziesz bardziej chętna do współpracy. Ach, ten policzek. Gładki jak aksamit. Jaka szkoda, Ŝe
muszę go rozerwać.
SpręŜyła się i w tym samym momencie błysnęło, a potem rozległ się brzęk stłuczonej szyby.
To on! Cały w czerni. Oświetlony ostrzem kolejnej błyskawicy. Tym razem od grzmotu zatrząsł się
cały pokój. Nie zdąŜyła nawet odetchnąć, gdy poczuła na gardle nóŜ, a krzepkie ramię opasało ją w
talii.
- Spróbuj tylko podejść bliŜej - rzucił jej prześladowca - to poderŜnę jej gardło od ucha do ucha.
40
Nemezis zastygł w miejscu. Nie patrzył na nią. Nie śmiał. Oczyma duszy widział jednak jej
pobladłą, z przeraŜenia twarz i szkliste oczy. Czy sprawił to jej strach, czy jego własny, Ŝe nie był w
stanie skoncentrować się i wejść do pokoju jako cień, a nie jako męŜczyzna? Gdyby mógł to teraz
zrobić, gdyby mógł oddzielić się od własnego lęku o jej osobę i zniknąć, czy zdołałby ją obronić? A
moŜe sztylet ugodziłby w cel, zanim zdąŜyłby zadziałać? No cóŜ, skoro nie okazał się wystarczająco
szybki, by ją uratować, będzie musiał okazać się wystarczająco bystry.
- JeŜeli ją zabijesz, stracisz swoją tarczę.
- Ryzyko, które obaj podejmujemy. Nie zbliŜaj się.
Napastnik przycisnął jej ostrze do gardła tak mocno, Ŝe cicho jęknęła.
- JeŜeli ją zranisz - w głosie mściciela strach mieszał się z furią - zrobię z tobą rzeczy, których nie
wyobraŜałeś sobie nawet w najstraszliwszych koszmarach.
I wtedy zobaczył twarz zbira, długie wąsy i złoty błysk w ustach. I nagle czas się cofnął. Znów był
tam, w dokach, czuł zapach ryb i gnijących śmieci, słyszał plusk wody. Poczuł eksplodujący Ŝar w
piersi i omal się nie potknął.
- Znam cię, Montega - rzucił niskim, chrapliwym głosem. - Szukałem cię od dawna.
- No, to mnie znalazłeś. - Choć ton Montegi był arogancki, Deborah poczuła bijący od niego zapach
potu, który obudził w niej nadzieję. - OdłóŜ broń.
- Nie mam broni - powiedział męŜczyzna zwany Nemezis, rozkładając ręce. - Nie jest mi potrzebna.
- Wobec tego jesteś głupcem. - Montega puścił Deborah i wsunął rękę do kieszeni. Strzał huknął w
momencie, gdy Nemezis uskoczył w bok.
Wszystko stało się tak szybko. Później Deborah nie potrafiła powiedzieć, kto wykonał pierwszy
ruch. Zobaczyła, jak kula przebija poplamioną tapetę oraz gipsową ścianę, a potem upadającego
mściciela. Napędzana wściekłością i strachem, z całych sił walnęła Montegę łokciem w Ŝołądek.
On jednak, bardziej w tej chwili zajęty nową zdobyczą, odepchnął ją na bok. Upadając, uderzyła
głową o brzeg umywalki. Nocny mrok rozdarła kolejna błyskawica. A potem zapadła ciemność.
- Deborah, Deborah, otwórz oczy. Proszę.
Nie chciała tego zrobić, bo wokół wciąŜ wybuchały groźne eksplozje. Ale głos brzmiał tak
rozpaczliwie, tak błagalnie, Ŝe z najwyŜszym wysiłkiem uniosła powieki. W polu widzenia ukazał się
mściciel.
Trzymał ją w objęciach, kołysał, tulił do piersi jej głowę. Przez moment widziała tylko jego oczy.
Takie piękne oczy, pomyślała na wpół przytomnie. Zakochała się w nich od pierwszego wejrzenia.
Wypatrywała ich pośród tłumu, oślepiona światłami, ale widziała tylko te oczy.
Jęknęła cicho i dotknęła guza, który juŜ wyrastał na skroni. Pomyślała, Ŝe musiała doznać wstrząsu
mózgu. Mściciela zobaczyła po raz pierwszy w ciemnej uliczce. Był teŜ nóŜ. Zupełnie jak tej nocy.
- NóŜ - mruknęła. - On miał nóŜ.
Osłabły z ulgi, nachylił się nad nią.
- Wszystko w porządku. Nie miał nawet szansy, by go uŜyć.
- Myślałam, Ŝe cię zastrzelił. - Dotknęła jego twarzy i przekonała się, Ŝe jest ciepła.
- Nie.
- Zabiłeś go?
Wyraz jego oczu nagle się zmienił. Troska ustąpiła miejsca furii.
- Nie. - Na widok Deborah, osuwającej się na podłogę, ogarnęło go przeraŜenie, o jakim zdąŜył
dawno zapomnieć. Dlatego Montega mógł bez trudu uciec. Ale będzie jeszcze następny raz. Obiecał to
sobie. Będzie szansa na sprawiedliwość. I na zemstę.
- Uciekł?
- Na razie.
- Ty go znałeś. - Choć w głowie jej huczało, spróbowała zebrać myśli. - Zwróciłeś się do niego po
nazwisku.
- Tak, znałem go.
- Miał broń. - Zacisnęła powieki, ale ból nie chciał ustąpić. - Gdzie ją miał?
- W kieszeni. Dlatego tak często niszczy swoje garnitury.
Pomyślała, Ŝe nad tym będzie się zastanawiać później.
- Musimy wezwać policję. - Oparła się o jego ramię, by złapać równowagę, i nagle poczuła coś
mokrego i lepkiego pod palcami. - Ty krwawisz.
Spojrzał na miejsce, gdzie drasnęła go kula.
- Trochę.
41
- Jak bardzo? - Nie zwracając uwagi na pulsujące skronie, odsunęła się. Nim zdąŜył odpowiedzieć,
juŜ rozdzierała mu rękaw, Ŝeby odsłonić ramię. Na widok długiej, brzydkiej rany Ŝołądek podszedł jej
do gardła. - Trzeba zatamować krwawienie.
Nie mogła widzieć jego uniesionych brwi, ale usłyszała podziw w jego głosie.
- Mogłabyś zrobić z podkoszulka opaskę uciskającą.
- Masz szczęście. - Rozejrzała się po pokoju, starannie omijając wzrokiem postać, leŜącą na łóŜku.
- Nie widzę tu nic, od czego nie mógłbyś dostać zakaŜenia.
- Spróbuj tym. - Podał jej kwadrat czarnego materiału.
Zaczęła niezdarnie bandaŜować rękę.
- To moja pierwsza rana postrzałowa, ale uwaŜam, Ŝe powinno się ją oczyścić.
- Później się tym zajmę. - Patrzył na nią, jak marszcząc w skupieniu brwi, delikatnie dotyka pal-
cami jego skóry. Znalazła zamordowanego człowieka i sama omal nie została zamordowana. Mimo to
wzięła się w garść i robiła to, co naleŜy.
Jest praktyczna, pomyślał, i usta drgnęły mu w uśmiechu. Tak, to moŜe być bardzo atrakcyjne.
Kiedy się nachyliła, poczuł zapach jej włosów oraz ich miękkość, gdy musnęły policzek.
Słyszał jej wolny, miarowy oddech na tle cichnącego deszczu.
Po opatrzeniu rany Deborah przysiadła na piętach.
- Czy nadał chcesz mi udowodnić, Ŝe nie jestem nieczuła?
- Stawiam moją reputację - powiedział z uśmiechem, a jej serce zamarło w piersi.
Gdy uklękli na podłodze, w brudnym pokoiku, zapomniała o boŜym świecie. Przez chwilę
wpatrywała się w niego jak urzeczona, a potem wzrok jej spoczął na jego ustach. Jaki będzie ich smak?
Jakie cuda jej pokaŜe?
- Śnię o tobie. - Wyciągnął rękę, by przygarnąć do siebie Deborah. - Nawet na jawie. Śnię, Ŝe cię
dotykam. - Jego dłonie powędrowały w górę, by objąć i pieścić jej piersi. - śe czuję twój smak. - Ukrył
usta w zagłębieniu jej szyi, gdzie zapach i smak były najintensywniejsze.
Przytuliła się, oszołomiona i zdruzgotana dzikim zewem krwi. Jego usta były jak rozpalone piętno
na jej skórze. A jego ręce... O BoŜe, te ręce! Z niskim, gardłowym jękiem odchyliła się do tyłu, chętna i
gotowa.
Nagle przed oczyma stanęła jej twarz Gage'a.
- Nie! - Ŝachnęła się, przeraŜona i zawstydzona. - Tak nie moŜna.
- Rzeczywiście, tak nie moŜna - przyznał, klnąc w duchu siebie, ją i okoliczności... Jak mógł
dotykać jej w takiej chwili, w takim miejscu? - Nie pasujesz tu. - Wstał i cofnął się.
Choć była bliska łez, głos zabrzmiał ostro.
- A ty?
- Bardziej niŜ ty - mruknął. - Znacznie bardziej niŜ ty.
- Wykonywałam tylko pracę. To Santiago do mnie zadzwonił.
- Santiago nie Ŝyje.
- Wtedy jeszcze Ŝył. - Przycisnęła palce do oczu, modląc się w duszy o spokój. - Zadzwonił i prosił,
Ŝ
ebym przyszła.
- Ale Montega dotarł tu pierwszy.
- Tak. - Powiedziała sobie, Ŝe jest silna. Opuściła ręce i spojrzała na niego. - Ale jak to moŜliwe?
Skąd wiedział, gdzie szukać Santiaga? Skąd wiedział, Ŝe tu będę? On na mnie czekał. Znał moje
nazwisko.
- Mówiłaś komuś, Ŝe wybierasz się tu tej nocy? - zapytał, nie spuszczając z niej wzroku.
- Nie.
- Zaczynam podejrzewać, Ŝe jesteś głupia. - Odsunął się od niej. - Przychodzisz w takie miejsce, i
to sama, Ŝeby spotkać się z człowiekiem, który równie dobrze mógł ci wpakować kulkę w głowę.
- On nic by mi nie zrobił. Był przeraŜony i gotowy do rozmów. Poza tym wiem, co robię.
Znów się do niej odwrócił.
- -Nie masz pojęcia.
- Ty, oczywiście, wiesz, co robisz. - Dotknęła potarganych włosów. Ostry ból przeszył jej czaszkę.
- Och, idź sobie wreszcie! Daj mi święty spokój! Nie przysparzaj mi dodatkowych zmartwień. Mam
mnóstwo roboty.
- Jedź do domu, a tę sprawę zostaw innym.
- Santiago nie zadzwonił do innych - burknęła. - Tylko do mnie. To ze mną rozmawiał. I gdybym
dotarła do niego pierwsza, wiedziałabym wszystko, co chciałam. Ja nie...- Urwała, bo poraziła ją pewna
myśl. - Mój telefon! A niech to, załoŜyli mi podsłuch! Dlatego zorientowali się, Ŝe będę tu tej nocy.
42
Mój telefon biurowy takŜe był na podsłuchu. Stąd wiedzieli, Ŝe mam dostać sądowy nakaz rewizji w
antykwariacie. - Oczy jej miotały błyskawice. - To da się szybko załatwić.
Poderwała się. Pokój zawirował wokoło. Mściciel złapał ją, zanim osunęła się na podłogę.
- Przez dzień czy dwa nie będziesz nic robić w pośpiechu. - Zręcznym ruchem podsunął jej pod
kolana zgięte ramię i podniósł ją.
Spodobało jej się to, Ŝe ją niesie. MoŜe nawet za bardzo.
- Weszłam do tego pokoju na własnych nogach, Zorro. Więc tak samo wyjdę.
- Zawsze jesteś taka uparta? - zapytał po wyjściu na korytarz.
- Tak. I nie potrzebuję twojej pomocy.
- Widziałem juŜ, jak świetnie sobie radzisz.
- To prawda, miałam przedtem pewne kłopoty - przyznała, gdy zaczął schodzić na dół. - Ale teraz
znam juŜ nazwisko. Montega, sto siedemdziesiąt centymetrów, osiemdziesiąt kilo. Ciemne włosy i
oczy, ciemne wąsy. Dwa złote siekacze. Złapanie go nie powinno być zbyt trudne.
Zatrzymał się. Wzrok miał lodowaty,
- Montega jest mój.
- Prawo nie zezwala na prywatne wendety.
- Masz rację. Nie zezwala.
Coś w jego tonie - moŜe nuta goryczy? - kazało jej dotknąć jego policzka.
- Było bardzo źle?
- Tak. - BoŜe, jak bardzo Ŝałował, Ŝe nie moŜe się do niej zwrócić. śe nie moŜe ukryć twarzy w jej
włosach i dać się pocieszyć. - Bardzo źle.
- Pomogę ci. Powiedz mi, co wiesz, a przysięgam, Ŝe zrobię wszystko, Ŝeby Montega oraz ci,
którzy za nim stoją, zapłacili za to, co ci zrobili.
Wiedział, Ŝe zrobiłaby wszystko. Wzruszyło go to, a zarazem przeraziło.
- Sam wyrównuję swoje długi i na swój sposób.
- I kto tu jest uparty, do cholery! - Zaczęła się kręcić, kiedy wyszli na deszcz. - Jestem gotowa
nagiąć swoje zasady i pracować z tobą jak z partnerem, a ty...
- Nie potrzebuję partnera...
Poczuła, jak zesztywniał przy tych słowach.
- Dobrze. Świetnie. Och, puść mnie, nie będziesz mnie przecieŜ niósł przez pół miasta.
- Nie mam najmniejszego zamiaru. - Ale mógłby. Mógł sobie wyobrazić, Ŝe niesie ją w deszczu aŜ
do jej domu, do mieszkania, do łóŜka. Zamiast tego poszedł w kierunku następnej przecznicy, do
ś
wiateł na skrzyŜowaniu.
- Wezwę taksówkę - powiedział, zatrzymując się przy krawęŜniku.
- Wezwiesz taksówkę? Tak po prostu?
Zaczął się zastanawiać, jak to moŜliwe, Ŝe potrafiła go rozpalać i rozśmieszać zarazem. Odwrócił
głowę i zobaczył, Ŝe patrzy na niego łakomie, gdy ich usta zatrzymały się o centymetr od siebie.
- MoŜesz chyba podnieść rękę, prawda?
- Tak, mogę podnieść rękę. - Zrobiła to, a potem czekała, kipiąc ze złości. Po pięciu minutach, pod-
czas których przemokli do suchej nitki, taksówka podjechała wreszcie do krawęŜnika. Wściekła, Debo-
rah nie mogła się jednak powstrzymać od śmiechu na widok miny taksówkarza, kiedy ten zobaczył jej
towarzysza.
- Jezu, to pan, prawda? Nemezis! Podwieźć cię, koleś?
- Nie, ale zabierz tę panią. - Bez wysiłku wepchnął Deborah na tylne siedzenie. Jego dłoń w ręka-
wiczce musnęła w przelocie jej policzek. - Na twoim miejscu zrobiłbym sobie okład z lodu i wziął
aspirynę.
- Dzięki. Wielkie dzięki. Posłuchaj, jeszcze nie skończyliśmy...
Ale on cofnął się juŜ i zniknął w ciemności, w siąpiącym deszczu.
- To rzeczywiście był on, prawda? - Taksówkarz odwrócił głowę do Deborah, ignorując trąbienie
klaksonów. - Co on zrobił? Uratował pani Ŝycie czy coś w tym rodzaju?
- Coś w tym rodzaju - mruknęła.
- O rany! Ale Ŝona się zdziwi. - Wyłączył z uśmiechem taksometr. - Ta jazda jest na mój koszt.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Dysząc i ociekając potem, Gage po raz kolejny uniósł cięŜarki. W samych tylko spodenkach
gimnastycznych, leŜał na plecach, na ławce w siłowni. Mimo bólu mięśni był zdecydowany osiągnąć
43
swoją normę stu podrzutów. Pot wsiąkał mu w opaskę na czole. Wbił wzrok w niewielką plamę na
suficie. Nawet z bólu potrafił czerpać satysfakcję.
WciąŜ pamiętał te czasy, kiedy był zbyt słaby, Ŝeby unieść gazetę. Miał nogi jak z waty, a po
przejściu szpitalnego korytarza dostawał zadyszki. Zapamiętał frustrację i towarzyszące mu poczucie
bezsilności. Początkowo stanowczo odmawiał podjęcia terapii; wolał siedzieć samotnie w posępnej
zadumie. Potem poddał się jej w ramach kary za to, Ŝe on Ŝyje, podczas gdy Jack jest martwy. I cierpiał
jak potępieniec.
AŜ nadszedł dzień, gdy słaby, ledwie Ŝywy, pogrąŜony w depresji, stanął na drŜących nogach,
czepiając się ściany szpitalnego pokoju. Miał tylko jedno pragnienie: zniknąć bez śladu.
I tak teŜ się stało.
W pierwszej chwili myślał, Ŝe to halucynacje. śe traci zmysły. Później, przeraŜony i
zafascynowany, raz po raz wypróbowywał nową umiejętność, ustawiając lusterko tak, by mógł widzieć,
jak rozpływa się i wtapia w pastelową ścianę obok łóŜka.
Nigdy nie zapomni tego poranka, gdy pielęgniarka weszła ze śniadaniem na tacy i minęła go,
złorzecząc pod nosem na pacjentów, którzy zapominają, Ŝe ich miejsce jest w łóŜku.
Zrozumiał wtedy, Ŝe ze śpiączki wyniósł pewną umiejętność. Umiejętność, którą powinien
odpowiednio wykorzystać.
Terapia stała się więc dla niego czymś w rodzaju religii, której poświęcał wszystkie siły. Nie
pobłaŜał sobie, aŜ wreszcie jego mięśnie odzyskały siłę i spręŜystość. Zaczął intensywnie ćwiczyć
sztuki walki, godzinami podnosił cięŜary, biegał po bieŜni, katował się, przepływając codziennie
niezliczone długości basenów.
Ć
wiczył teŜ umysł, czytając, co tylko się da, starając się rozeznać w gąszczu odziedziczonych
przedsiębiorstw, dzień po dniu, godzinami ucząc się obsługi skomplikowanych programów komputero-
wych.
Był silniejszy, szybszy, bystrzejszy niŜ w czasach słuŜby w policji. Jednak juŜ nigdy nie będzie
nosił odznaki policyjnej ani pracował z partnerem.
I nigdy więcej nie będzie bezsilny,
Głośno wydmuchał powietrze z płuc. Gdy Frank wniósł duŜą szklankę soku z kostkami lodu,
ć
wiczył dalej.
- Dokręca pan sobie śrubę - stwierdził Frank. Odstawił szklankę na stolik obok ławki i przez chwilę
przyglądał się Gage'owi w milczeniu. - Pewnie dlatego, Ŝe wczoraj tak było, i przedwczoraj. śe teŜ
niektóre babki zmuszają facetów do wyciskania siódmych potów na siłowni. - Puścił oko do Gage'a.
- Odczep się, Frank.
- Ładna babka. To fakt - ciągnął niezraŜony Frank. - Do tego pewnie niegłupia, skoro pracuje w
tych całych sądach. Łatwo jednak zapomnieć o tym, co ma w główce, kiedy tak patrzy na człowieka
tymi wielkimi, niebieskimi ślepiami.
Gage ze stęknięciem odstawił sztangę.
- Idź juŜ lepiej rąbnąć jakiś portfel.
- Zerwałem z tym. - Przez szeroką twarz Franka przemknął kolejny uśmiech. - Nemezis dałby mi
popalić.
Wybrał ręcznik z równej sterty przy ławce. Gage w milczeniu otarł pot z twarzy i czoła.
- Jak ręka? - zapytał Frank.
- W porządku. - Nawet nie spojrzał w stronę białego bandaŜa, którym Frank zastąpił opatrunek
Deborah.
- Nie jest pan juŜ taki szybki jak dawniej. Nie widziałem, Ŝeby się panu coś takiego zdarzyło.
- Chcesz wylecieć z pracy?
- Znowu? Ojej. - Czekał cierpliwie, aŜ Gage przesiądzie się na przyrząd do treningu nóg. - ZaleŜy
mi na stałej, bezpiecznej posadzie. Jeśli pana zabiją gdzieś na mieście, będę musiał wrócić do okradania
turystów.
- W tej sytuacji nie mogę się rozstać z Ŝyciem. Turyści mają dość kłopotów w Urbanie.
- Gdybym był z panem, nie doszłoby do tego.
Gage spiorunował go wzrokiem, nie przerywając ćwiczeń.
- Pracuję sam. Takie mam zasady.
- Ale ona tam była.
- W tym cały problem. Jej miejsce jest nie na ulicach, tylko na sali sądowej.
- Ale najchętniej by ją pan widział w sypialni.
- Zamknij się. - Gage z hukiem odstawił odwaŜniki.
44
- Ma pan bzika na jej punkcie i przez to wszystko się panu plącze. - Frank znał Gage'a zbyt długo,
by przejmować się jego słowami. - Koncentracja panu nawala. Panu to wyraźnie nie słuŜy.
- Raczej ja jej nie słuŜę. - Wstał i wziął ze stolika szklankę soku. - Ona czuje coś i do mnie, i do
mojego drugiego wcielenia. Dlatego jest nieszczęśliwa.
- To niech pan jej powie, Ŝe kocha tego samego faceta, i wreszcie będzie spokój.
- Co mam jej, do diabła, powiedzieć? - OpróŜnił szklankę i z trudem powstrzymał się, by nie cisnąć
nią o ścianę. - Mam ją zaprosić na kolację i przy koktajlach napomknąć: nawiasem mówiąc, Deborah,
choć jestem biznesmenem i podporą społeczeństwa, mam swój cień. Swoje alter ego. Prasa ochrzciła go
Nemezis. I obaj szalejemy za tobą, więc kiedy wezmę cię do łóŜka, mam być w masce czy bez?
- Coś w tym rodzaju - stwierdził Frank po namyśle.
- Jest na to zbyt prostolinijna. - Gage z uśmiechem odstawił szklankę. - Wiem coś o tym, bo sam
byłem taki. Widzi świat w czerni i bieli - występek i sprawiedliwość. - Nagle przygasł i omiótł
wzrokiem połyskliwą wodę basenu. - Nigdy nie zrozumie, co robię ani czemu to robię. Znienawidziłaby
mnie za to, Ŝe ją oszukiwałem, bo ilekroć z nią jestem, właśnie to robię.
- Nie wiem, czemu ma pan o niej takie niskie mniemanie. Ma pan przecieŜ swoje powody.
- Taak... - Mimowiednie dotknął zygzakowatej blizny na piersi. - Mam swoje powody,
- Mógłby jej pan to wyjaśnić. Jeśli naprawdę coś do pana czuje, na pewno zrozumie.
- MoŜe wysłuchałaby mnie, a nawet zaakceptowała, nie aprobując. Mogłaby mi nawet wybaczyć
kłamstwa. Ale co z resztą? - PołoŜył dłoń na ławce, patrząc, jak wtapia się w pokrywającą ją wilgotną
dermę. - Jak ją mam namawiać, Ŝeby dzieliła Ŝycie z cudakiem?
Frank zaklął dosadnie.
- Nie jest pan Ŝadnym cudakiem. Ma pan dar.
- Owszem. - Gage uniósł dłoń i poruszył palcami. - Niestety, to właśnie ja muszę z nim Ŝyć.
Punktualnie o 12.15 Deborah weszła do ratusza i skierowała się prosto do biura burmistrza. Z
portretów spoglądały na nią surowo twarze dawnych burmistrzów, gubernatorów i prezydentów. Mijała
marmurowe popiersia ojców narodu. Obecny burmistrz Urbany preferował tradycyjny wystrój. Podłogi
biura pokrywały czerwone dywany.
Nie miała mu tego za złe. W gruncie rzeczy lubiła powaŜne, komfortowe otoczenie. Lubiła mijać
drzwi, zza których dochodził cichy stukot klawiatury, postękiwanie kopiarek, stłumione rozmowy
telefoniczne urzędników miejskich.
Weszła do sekretariatu. Sekretarka Tuckera Fieldsa uniosła wzrok znad biurka i uśmiechnęła się na
widok Deborah.
- Pan burmistrz czeka na panią, panno O'Roarke. JuŜ dzwonię.
Nie minęło 20 sekund, a Deborah wprowadzono do biura burmistrza. Fields siedział za biurkiem,
schludny i elegancki, z siwą grzywą nad ogorzałą twarzą, odziedziczoną po przodkach farmerach. Jego
asystent, Jerry Bower, wyglądał przy nim jak szczeniak.
W ciągu sześciu lat urzędowania Jerry zyskał reputację człowieka, który jest gotów ubrudzić sobie
ręce, byle utrzymać miasto w czystości.
W chwili gdy wchodziła do gabinetu, Fields siedział bez marynarki; podwinięte mankiety białej
koszuli odsłaniały pulchne ręce. Na widok Deborah sięgnął do kołnierzyka, by wyprostować
przekrzywiony krawat.
- Deborah! Miło cię widzieć, jak zawsze.
- Ja teŜ się cieszę, Ŝe pana widzę. Witaj, Jerry.
- Rozgość się - poprosił Fields, rozsiadając się na swoim krześle o miękkim, skórzanym oparciu. -
Jak przebiega proces Slagermana?
- W porządku. Chyba będzie zeznawał po południowej naradzie sądu.
- Jesteś gotowa?
- AŜ za bardzo.
- To dobrze, to dobrze. - Skinął ręką na sekretarkę, która stanęła z tacą w progu. - Pomyślałem, Ŝe
skoro przeze mnie tracisz lunch, poczęstuję cię chociaŜ kawą z pączkiem.
- Dziękuję. - Uniosła filiŜankę i wdała się w luźną pogawędkę, choć wiedziała, Ŝe nie wezwano jej
tutaj na plotki przy kawie.
- Słyszałem, Ŝe wczorajsza noc była niespokojna.
- Tak. - Spodziewała się tych słów. - Straciliśmy Raya Santiaga.
- Bardzo niedobrze. I ten cały człowiek o przezwisku Nemezis teŜ tam był? - spytał podejrzliwie.
- Tak.
45
- Był teŜ przy wybuchu w sklepie z antykami na Siódmej Ulicy. - Fields odchylił się do tyłu i splótł
palce. - Zaczyna mi to wyglądać, jakby miał z tym coś wspólnego.
- Nie, to chyba nie tak, jak pan myśli. Gdyby nie było go tam zeszłej nocy, nie siedziałabym teraz
naprzeciw pana. - Była zła, ale czuła, Ŝe ma obowiązek bronić tajemniczego mściciela. - On nie jest
przestępcą, przynajmniej w zwykłym tego słowa znaczeniu.
Burmistrz uniósł brwi.
- Zwykłym czy nie, kaŜę policji zaostrzyć czujność w mieście.
- Całkowicie zgadzam się z panem.
Skinął głową, zadowolony.
- A ten człowiek... - Przewertował papiery na biurku. - Montega?
- Enrico Montega - uzupełniła Deborah. - Znany równieŜ jako Ricardo Sanchez i Enrico Toya.
Kolumbijski imigrant, od jakichś sześciu lat w Stanach. Podejrzany o zamordowanie dwóch dilerów w
Kolumbii. Przez pewien czas miał bazę w Miami, gdzie uzbierano grubą teczkę na jego temat.
Podobnie jak Interpol. Prawdopodobnie kieruje siatką na Wschodnim WybrzeŜu. Cztery lata temu
zamordował oficera policji i powaŜnie zranił drugiego. - Przerwała, myśląc o Gage'u.
- Widzę, Ŝe odrobiłaś lekcje - zauwaŜył Fields.
- Lubię mieć solidne podstawy, kiedy kogoś ścigam.
- Hm. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, Deborah, Ŝe Mitchell uwaŜa cię za swojego najlepszego
oskarŜyciela. - Uśmiechnął się porozumiewawczo. - Oczywiście nie przyzna się do tego. Mitch nie lubi
prawić komplementów.
- Wiem.
- Jesteśmy bardzo zadowoleni z twoich działań, zwłaszcza z kierunku, w jakim potoczył się proces
Słagermana. Obaj z Mitchem jesteśmy teŜ zgodni co do tego, Ŝe powinnaś bardziej skupić się na tej
sprawie. Uznaliśmy więc, Ŝe odbierzemy ci tę drugą sprawę.
- Jak to?
- Zdecydowaliśmy, Ŝe przekaŜesz swoją kartotekę i dokumentację innemu prokuratorowi
okręgowemu.
- śartuje pan?
Fields uniósł rękę.
- Po prostu wspomagamy policyjne śledztwo. Dlatego uznaliśmy, Ŝe przy tylu obowiązkach lepiej
będzie, jak przekaŜesz twoje materiały dotyczące tej sprawy komuś innemu.
Odstawiła z trzaskiem filiŜankę.
- Parino był mój.
- Parino nie Ŝyje.
Spojrzała na Jerry'ego, ten jednak uniósł tylko bezradnie ręce. Wstała, starając się panować nad ner-
wami.
- Tak, ale od niego wszystko się zaczęło. To jest moja sprawa. Prowadzę ją od samego początku.
- I naraziłaś dobro sprawy oraz własne Ŝycie juŜ dwukrotnie.
- Spełniałam obowiązki słuŜbowe.
- Od jutra ktoś inny przejmie ich część. - Fields rozłoŜył ręce. - To nie jest kara, Deborah, tylko
podział obowiązków.
Potrząsając głową, chwyciła teczkę.
- Tak łatwo się nie poddam. Sama porozmawiam z Mitchellem. - Obróciła się na pięcie i wybiegła.
Z trudem zachowując resztki rozsądku, nie trzasnęła drzwiami.
Jerry dogonił ją przy windzie.
- Zaczekaj, Deb.
- MoŜesz się nie wysilać.
- O co chodzi?
- Nie próbuj mnie uspokajać i pocieszać. - Wcisnęła przycisk i Odwróciła się gwałtownie. - Co tu
jest, u diabla, grane, Jerry?
- Jak mówi burmistrz.,.
- Nie wciskaj mi tego kitu. Dobrze wiedziałeś, co się szykuje, dlaczego mnie tu wezwano, i nic mi
nie powiedziałeś. Nie ostrzegłeś mnie nawet, Ŝebym się mogła przygotować.
- Deb... - PołoŜył rękę na jej ramieniu, strząsnęła ją jednak. - Nie powiem, Ŝebym się nie zgadzał z
tym, co powiedział burmistrz...
- Zawsze się zgadzasz.
46
- Nie wiedziałem. Do diabla, nie wiedziałem - powtórzył, gdy patrzyła na niego bez słowa. - AŜ do
dziś, do dziesiątej rano. Byłbym cię przecieŜ uprzedził, bez względu na to, co o tym sądzę.
Przestała uporczywie wciskać guzik windy.
- W porządku, przepraszam, Ŝe tak na ciebie naskoczyłam. To jednak nie jest w porządku. Coś tu
się nie zgadza.
- Byłaś o krok od śmierci - przypomniał. - Kiedy Guthrie przyszedł dziś rano...
- Gage? - przerwała. - Gage był tutaj?
- O dziesiątej.
- Rozumiem. - Zaciskając pięści, odwróciła się z powrotem w stronę windy. - To on za tym
wszystkim stoi!
- Był zaniepokojony, i tyle. Zasugerował...
- Mam jasny obraz sytuacji - przerwała mu po raz kolejny, wsiadając do windy. - To jeszcze nie
koniec, moŜesz to powtórzyć swojemu szefowi.
W momencie, gdy przekroczyła próg sądu, musiała poskromić gniew. Tutaj nie było miejsca na
prywatne kłopoty. Tu reprezentowała wymiar sprawiedliwości oraz dwie młode kobiety.
Usiadła i zaczęła starannie robie notatki, podczas gdy obrona przesłuchiwała Slagermana. Gage'a i
jego sprawki całkowicie wymazała z myśli.
Kiedy przyszedł czas na krzyŜowy ogień pytań, była gotowa. Przez chwilę, nie wstając, przyglądała
się uwaŜnie Slagermanowi.
- UwaŜa się pan za biznesmena, panie Slagerman?
- Tak.
- A działalność pańskiej firmy polega na wynajmowaniu towarzystwa płci obojga dla jej klientów?
- Dokładnie. „Elegancka Eskorta” świadczy usługi, polegające na zapewnianiu stosownego
towarzystwa biznesmenom, zarówno męŜczyznom, jak i kobietom, często zamiejscowym.
Pozwoliła mu blagować przez chwilę.
- Rozumiem - Wstała i zaczęła przechadzać się przed ławą sędziowską, - Czy jednak do - nazwijmy
to, warunków zatrudnienia - któregokolwiek z pracowników naleŜy świadczenie usług erotycznych
tymŜe klientom?
- W Ŝadnym wypadku. - Przystojny i powaŜny, wychylił się w stronę przysięgłych. - Mój zespół
jest starannie dobrany i wyszkolony. W przypadku nawiązania tego rodzaju relacji z klientem nasza
firma bezwzględnie zwalnia.
- Czy orientował się pan, Ŝe niektórzy z pańskich pracowników oferowali jednak seks za pieniądze?
- Teraz juŜ wiem. - Spojrzał z wyrzutem na Suzanne i Marjorie.
- Czy wymagał pan od Marjorie Lovitz lub Suzanne McRoy świadczenia usług erotycznych dla
klientów?
- Nie.
- Jednak wiadomo panu, Ŝe to robiły?
Nawet jeśli zaskoczył go kierunek, w jakim rozwijało się to przesłuchanie, nie drgnęła mu powieka.
- Naturalnie. Zeznały to przecieŜ pod przysięgą.
- Owszem, zeznawały pod przysięgą, podobnie jak pan, panie Slagerman. Czy kiedykolwiek
uderzył pan swojego pracownika?
- W Ŝadnym wypadku.
- Ale zarówno panna Lovitz, jak i panna McRoy zeznały pod przysięgą coś innego.
- One kłamią - stwierdził z uśmiechem.
- Panie Slagerman, czy odwiedził pan pannę Lovitz w jej mieszkaniu w nocy dwudziestego piątego
lutego i pobił ją za karę, Ŝe nie mogła pracować?
- To chyba jakieś Ŝarty!
- Czy jest pan gotów zaprzeczyć pod przysięgą?
- Sprzeciw. Pytanie sugeruje odpowiedź.
- Oddalam sprzeciw - zawyrokował sędzia.
- Panie Slagerman, czy kontaktował się pan z panną Lovitz albo panną McRoy od chwili
rozpoczęcia procesu?
- Nie.
- Nie dzwonił teŜ pan do Ŝadnej z nich?
- Nie.
Skinęła głową, wróciła do stołu i wzięła plik papierów.
47
- Czy numer pięć-pięć-pięć-dwa-pięć-dwa-zero coś panu mówi?
- Nie.
- To dziwne. Jest to pański prywatny numer, panie Slagerman. Nie zna pan własnego numeru?
Uśmiechnął się, jednak w jego oczach pojawiła się nienawiść.
- Dzwonię z tego numeru, a nie na ten numer, więc nie muszę go pamiętać.
- Rozumiem. Czy z tego właśnie numeru dzwonił pan wieczorem, osiemnastego czerwca do
mieszkania, w którym obecnie mieszkają panna Lovitz i panna McRoy?
- Nie.
- Sprzeciw, Wysoki Sądzie. To prowadzi donikąd.
Patrząc sędziemu w twarz Deborah, przesunęła się tak by, nie zasłaniać przysięgłym Slagermana.
- Wysoki Sądzie, zaraz udowodnię, do czego to prowadzi.
- Oddalam sprzeciw.
- Czy moŜe mi pan wyjaśnić, panie Slagerman, dlaczego w billingach telefonicznych widnieje roz-
mowa przeprowadzona z pana prywatnej linii osiemnastego czerwca o dziesiątej czterdzieści siedem
wieczorem z mieszkaniem panny Lovitz i panny McRoy?
- KaŜdy mógł uŜyć mojego telefonu.
- Pańskiej prywatnej linii? - Uniosła brwi. - Po co zakładać prywatną linię, skoro kaŜdy moŜe jej
uŜywać? Dzwoniący przedstawił się jako Jimmy. Pan znany jest jako Jimmy, nieprawdaŜ?
- Podobnie jak wiele innych osób.
- Czy rozmawiał pan ze mną przez telefon wieczorem osiemnastego czerwca?
- Nigdy nie rozmawiałem z panią przez telefon.
Z chłodnym uśmiechem wróciła na swoje miejsce.
- Czy zauwaŜył pan, panie Slagerman, Ŝe dla niektórych męŜczyzn wszystkie kobiece głosy brzmią
podobnie? śe dla niektórych męŜczyzn wszystkie kobiece ciała słuŜą jednemu celowi?
- Wysoki Sądzie! - Obrońca poderwał się z miejsca.
- Oddalam sprzeciw.
Deborah patrzyła Slagermanowi prosto w oczy.
- Czy moŜe pan wyjaśnić, panie Slagerman, jak doszło do tego, Ŝe ktoś posługując się pańską
prywatną linią i pańskim imieniem, zadzwonił do panny McRoy w nocy osiemnastego czerwca? I jak to
się stało, Ŝe ów posługujący się pańskim imieniem i telefonem człowiek, biorąc mnie za pannę McRoy,
groził mi? - Zrobiła pauzę. - Nie interesuje pana, co mówił?
Nad górną wargą Slagermana pojawiły się kropelki potu.
- MoŜe sobie pani zmyślać do woli.
- To prawda. Na szczęście jednak załoŜyliśmy podsłuch na telefon panny McRoy. Mam tutaj tekst
rozmowy. - Odwróciła kartkę papieru. - Czy mam odświeŜyć pańską pamięć?
Wygrała. ChociaŜ pozostały jeszcze mowy końcowe, wiedziała, Ŝe wygrała. Gdy teraz szła
energicznie przez gmach sądu, inne sprawy zajmowały jej myśli.
Mitchella zastała w biurze, ze słuchawką przy uchu. Był to wielki męŜczyzna o potęŜnej klatce
piersiowej, trenujący podczas pobytu w college'u. Ściany gabinetu zdobiły jego fotografie w swetrze z
nadrukiem druŜyny oraz kolekcja dyplomów. Miał krótko przystrzyŜone rude włosy i masę piegów,
które w najmniejszym stopniu nie łagodziły jego surowych rysów.
Na widok Deborah skinął ręką, wskazując jej krzesło. Wolała jednak na stojąco zaczekać, aŜ
skończy rozmowę.
- Slagerman?
- Miałam go juŜ na muszce. - Zrobiła krok w kierunku biurka. - Sprzedałeś mnie.
- Pieprzysz.
- Co powiedziałeś? Zostałam wezwana do biura burmistrza, a następnie odsunięto mnie na bok. Do
diabła, Mitch, ta sprawa naleŜy do mnie.
- To jest sprawa stanowa - poprawił ją, przygryzając koniuszek niezapalonego cygara. - Nie jesteś
jedyną osobą, która ją moŜe poprowadzić.
- To ja wytropiłam Parina. Ja doprowadziłam do ugody. - Oparła się dłońmi o krawędź biurka, tak
Ŝ
e ich oczy znalazły się na jednym poziomie. - To ja nadstawiałam karku.
- Przekraczając przy okazji swoje uprawnienia.
- To ty mnie nauczyłeś, Ŝe prowadzenie sprawy nie polega wyłącznie na mizdrzeniu się w
kostiumiku w prąŜki przed ławą przysięgłych. Do diabła, znam się na mojej robocie.
- Samotna wyprawa do Santiaga to był typowy błąd.
48
- Teraz ty pieprzysz. Dzwonił do mnie. Chciał się ze mną zobaczyć. Proszę bardzo, powiedz mi, co
byś zrobił, gdyby zadzwonił do ciebie.
Mitchell skrzywił się.
- To co innego.
- Nie, dokładnie to samo - odparowała, gdyŜ jego wzrok sugerował, Ŝe świetnie o tym wie. -
Gdybym coś spartaczyła, mogłabym się spodziewać, Ŝe mnie wyleją, ale tak nie było. Nieźle się
napociłam i nagłowiłam nad tą sprawą. A teraz, kiedy wpadłam na właściwy trop, dowiaduję się, Ŝe
Guthrie zaczyna ćwierkać, a wy z burmistrzem mdlejecie z wraŜenia. Wiecznie ta sama sitwa starych
kumpli, co, Mitch?
- Nie wciskaj mi tego feministycznego kitu. - Mitch machnął cygarem w jej stronę. - Ja nie patrzę,
na którą stronę ktoś zapina koszulę.
- Ostrzegam cię, Mitch, Ŝe jeśli odsuniesz mnie od sprawy bez istotnych powodów, odchodzę. Nie
mogę pracować dla ciebie, jeŜeli nie mogę na tobie polegać. Równie dobrze mogę otworzyć własną
praktykę i zająć się sprawami rozwodowymi, po trzysta dolarów za godzinę.
- Nie lubię, jak mi się stawia ultimatum.
- Ja teŜ nie.
Odchylił się do tylu i otaksował ją wzrokiem.
- Usiądź.
- Nie zamierzam...
- Siadaj, O'Roarke, do cholery!
Usiadła, zaciskając usta.
- Słucham.
- Gdyby Santiago zadzwonił do mnie - zaczął Mitch, obracając w palcach cygaro - pojechałbym
oczywiście, tak jak ty. Ale - ciągnął, nim zdąŜyła otworzyć usta - twój sposób prowadzenia tej sprawy
nie jest jedynym powodem, dla którego zastanawiałem się, czy ci jej nie odebrać.
Słowo „zastanawiałem” osłabiło jej impet.
Skinęła głową, lekko uspokojona.
- Słucham dalej.
- Wzbudziłaś duŜe zainteresowanie mediów.
- Nie widzę związku.
- Miałaś w ręku poranną gazetę? - Wziął z biurka dziennik i zamachał nim przed twarzą Deborah. -
Czytałaś nagłówek?
Czytała juŜ, zdegustowana, wzruszyła więc tylko ramionami. „Słodka Deb przemknęła przez
miasto w objęciach tajemniczego mściciela”.
- I co z tego? Jaki związek ze sprawą ma fakt, Ŝe jakiś taksówkarz chciał zobaczyć swoje nazwisko
w gazetach?
- Kiedy nazwiska moich oskarŜycieli zaczną być łączone z tym zamaskowanym mścicielem,
wszystko będzie miało związek ze wszystkim. - WłoŜył cygaro z powrotem do ust. - Nie podoba mi się
to, Ŝe ciągle na niego wpadasz.
Jej równieŜ się to nie podobało.
- Skoro policja nie potrafi go ująć, trudno winić mnie o to, Ŝe ciągle gdzieś się pojawia. Wkurza
mnie myśl, Ŝe chcesz mnie wyłączyć z tej sprawy tylko dlatego, Ŝe jakiś kretyn musiał czymś wypełnić
swoją rubrykę.
Prywatnie Mitch nie cierpiał tego wścibskiego reportera. Nie popierał teŜ burmistrzowskiej strategii
twardej ręki.
- Daję ci dwa tygodnie.
- Nie wystarczy mi czasu na...
- Dwa tygodnie. Wybór naleŜy do ciebie. Przyniesiesz mi coś, co będziemy mogli przedstawić w
sądzie, albo przekaŜę piłeczkę komu innemu. Rozumiesz?
- Tak. - Wstała. - Rozumiem.
Wybiegła, odprowadzana ciekawskimi spojrzeniami kolegów. Na drzwiach jej biura widniała przy-
klejona kartka. Ktoś fluorescencyjnymi flamastrami narysował karykaturę Deborah w objęciach
męŜczyzny o zapadłych policzkach i potęŜnych muskułach. „Dalszy ciąg przygód Słodkiej Deb” głosił
napis pod spodem.
Rozwścieczona zerwała ją, zgniotła w kulę i wychodząc, wcisnęła do kieszeni. W planie miała
jeszcze jedną wizytę.
49
Nie zdejmowała palca z dzwonka Gage'a, dopóki Frank nie otworzył jej drzwi.
- Jest?
- Tak, proszę pani. - Cofnął się, kiedy wparowała do środka. Widywał juŜ wcześniej rozwścieczone
kobiety i, mówiąc szczerze, wolałby mieć do czynienia ze sforą wygłodniałych wilków.
- Gdzie?
- W gabinecie. Z przyjemnością powiadomię go o pani przybyciu.
- Sama go powiadomię - oznajmiła i juŜ wbiegała po schodach.
Frank spojrzał na nią, wydymając wargi. Zastanawiał się, czy nie zadzwonić przez interkom do
Gage'a, aby go ostrzec. Niespodzianka dobrze mu zrobi, skonstatował jednak z uśmieszkiem.
Deborah nie pofatygowała się, Ŝeby zapukać. Pchnęła drzwi i wpadła jak burza do gabinetu. Gage
siedział za biurkiem, z telefonem w jednej i piórem w drugiej ręce. Ekrany komputerów migotały.
Naprzeciwko niego siedziała schludna kobieta w średnim wieku, z tekturową podkładką na
kolanach. Nagłe wtargnięcie Deborah sprawiło, Ŝe wstała i spojrzała pytająco na Gage'a.
- Zadzwonię jeszcze do ciebie - rzucił do słuchawki, zanim odłoŜył ją na widełki. - Witaj, Deborah.
Cisnęła teczkę na krzesło.
- Sądzę, Ŝe wolałbyś porozmawiać w cztery oczy.
Skinął głową.
- MoŜe pani przepisać notatki jutro, pani Brickman. Jest juŜ późno. Proszę iść do domu.
- Tak, proszę pana. - Pani Brickman pozbierała swoje rzeczy, po czym ulotniła się szybko i
dyskretnie.
Deborah wsunęła kciuki w kieszenie spódnicy, niczym rewolwerowiec w kabury. Widział ją juŜ w
takiej pozycji w sądzie.
- To musi być bardzo przyjemne - zaczęła. - Siedzieć sobie i wydawać rozkazy. ZałoŜę się, Ŝe to
rozkoszne uczucie. Jednak nie wszystkim z nas się tak powiodło. Nie mamy tyle pieniędzy, Ŝeby
kupować sobie zamki, prywatne samoloty czy marynarki za tysiąc dolarów. Pracujemy na ulicach.
Większość z nas jednak pracuje solidnie i jest zadowolona. - Mówiąc to, zbliŜała się powoli do biurka
Gage'a. - Wiesz, co nas jednak denerwuje, Gage? Co nas naprawdę wkurza? To, Ŝe ktoś wtyka swój
bogaty, ustosunkowany nos w nasze sprawy. Denerwuje nas tak bardzo, Ŝe zastanawiamy się powaŜnie
nad wymierzeniem porządnego prztyczka w ten wścibski nochal.
- Mam zadzwonić po rękawice bokserskie?
- Wolę walczyć gołymi pięściami. - Oparła dłonie na biurku, jak wcześniej u Mitchella. - Za kogo
ty się masz, u diabła? Kto dał ci prawo chodzić do burmistrza i wywierać naciski, Ŝeby odsunął mnie od
sprawy?
- Poszedłem do burmistrza - odparł powoli - Ŝeby przekazać mu swoją opinię.
- Twoją opinię! - syknęła z wściekłością, chwytając z biurka onyksowy przycisk do papierów. Choć
miała wielką ochotę cisnąć nim w szybę za plecami Gage'a, poprzestała na przerzucaniu go z ręki do
ręki. - ZałoŜę się, Ŝe wyłaził ze skóry, Ŝeby zadowolić ciebie i twoje miliony.
Gage patrzył, jak Deborah krąŜy po pokoju, i czekał, aŜ będzie mógł przemówić jej do rozumu.
- Zgodził się ze mną, Ŝe lepiej pasujesz do sali sądowej niŜ miejsca morderstwa.
- Kim jesteś, Ŝeby decydować, gdzie lepiej pasuję? - spytała głosem nabrzmiałym furią. - Przez
całe Ŝycie przygotowywałam się do tej pracy i nikt nie będzie mi wmawiał, Ŝe nie nadaję się do
jakiejkolwiek sprawy, którą podejmuję. - Odstawiła z hukiem kamienny przycisk na marmurowy blat
biurka. - Trzymaj się z dala od moich spraw i mojego Ŝycia.
Nie, stwierdził, nic nie jest w stanie trafić jej do rozumu.
- Skończyłaś?
- Nie. Zanim wyjdę, chcę cię poinformować, Ŝe twoje wysiłki spełzły na niczym. Nadał uczestniczę
w sprawie i będę uczestniczyć. Zmarnowałeś tylko czas swój i mój. Poza tym uwaŜam, Ŝe jesteś
arogancki, nadgorliwy i apodyktyczny.
- Skończyłaś? - powtórzył, zaciskając pięści pod biurkiem.
- Wyobraź sobie, Ŝe tak. - Porwała teczkę i obróciwszy się na pięcie, ruszyła w stronę drzwi.
- Ale ja nie - cicho rzucił za nią Gage, wciskając guzik pod biurkiem. Zamek szczęknął w drzwiach.
Nie przypuszczała, Ŝe potrafi być jeszcze bardziej wściekła. Kiedy zawróciła do biurka, oczy
przesłoniła jej czerwona mgła.
- Otwórz natychmiast drzwi albo znajdziesz się na liście oskarŜonych.
- Zabrała pani juŜ głos, pani prokurator. - Wstał. - Teraz moja kolej.
- Nie interesuje mnie to, co masz do powiedzenia.
50
Stanął przed biurkiem i oparł się o jego krawędź. Nie ufał sobie jeszcze na tyle, by się zbliŜyć do
Deborah.
- Zebrała więc pani wszystkie dowody, pani prokurator? Wszystkie szczególiki do kupy. Wobec
tego, Ŝeby oszczędzić nam czasu, przyznam się do stawianych mi zarzutów.
- Skoro tak, nie mamy o czym rozmawiać.
- OskarŜyciela nie interesują motywy?
Odrzuciła głowę do tyłu i skrzyŜowała ręce na piersiach. Gdy zaczął iść w jej stronę, coś w jego
ruchach, powolnych i bezgłośnych, wywołało u niej przebłysk skojarzenia. Zgasł on jednak pod
wpływem gwałtownych emocji.
- W tym przypadku nie motyw jest istotny, lecz skutek.
- Mylisz się. Poszedłem do burmistrza i poprosiłem go, by uŜył swoich wpływów, aby wyłączyć
cię z tej sprawy. To jednak nie jest moje jedyne przewinienie. MoŜesz mnie równieŜ oskarŜyć o to, Ŝe
się w tobie kocham.
Nagle opadły jej ręce; teczka wysunęła się z nich i upadła na podłogę. Deborah otwarła usta, Ŝeby
coś powiedzieć, nie mogła jednak wydobyć z siebie głosu.
- Zdumiewające. - Oczy pociemniały mu z wściekłości, gdy robił ostatni krok w jej stronę. - Dla tak
bystrej kobiety nie powinno to być takim zaskoczeniem. Powinnaś to była zauwaŜyć za kaŜdym razem,
kiedy patrzyłem w twoją stronę. Gdy cię dotykałem. - PołoŜył jej dłonie na ramionach. - Powinnaś to
była poczuć za kaŜdym razem, kiedy cię całowałem.
Przycisnął ją do drzwi i musnął jej wargi. A potem zaczął zachłannie całować.
Poczuła, Ŝe kolana się pod nią uginają. Choć trudno jej było w to uwierzyć, drŜały pod nią tak
bardzo, Ŝe musiała się go trzymać, Ŝeby się nie osunąć na podłogę. Widziała to, o czym mówił; czuła w
jego dotyku i pocałunkach. Słyszała teŜ jego słowa i ich echo we własnej głowie.
Zatracił się w niej. A im bardziej otwierała się przed nim, tym głębiej leciał w przepaść. Badał
dłońmi jej twarz, włosy, ciało, jakby chciał ją całą poznać. I przekonać się, Ŝe drŜy tak jak on.
Kiedy spojrzała mu w oczy, zobaczyła w nich miłość zmagającą się z poŜądaniem. Nie rozumiała
ź
ródeł tej walki.
- Spędziłem wiele nocy - powiedział cicho - setki bezsennych nocy, pocąc się i usiłując doczekać
poranka. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek spotkam kogoś, kogo będę kochał, poŜądał. Jednak
nawet najśmielsze marzenia nie mogą się równać z tym, co czuję do ciebie.
- Gage. - Dotknęła jego twarzy. A jednak zawładnął jej sercem. Nie mogła jednak zapomnieć, Ŝe
poprzedniego wieczoru przytulała się do innego męŜczyzny. - Sama nie wiem, co czuję.
- Nie wierzę.
- To znaczy wiem, ale boję się moich uczuć. Nie jestem całkiem fair. MoŜe to nieuczciwe z mojej
strony, ale muszę cię poprosić o czas do namysłu.
- Nie jestem pewien, czy mam czas.
- Tylko chwilę, proszę. Otwórz drzwi i wypuść mnie.
- Są otwarte. - Nacisnął klamkę. W ostatniej chwili jednak zastąpił jej drogę. - Deborah, następnym
razem nie pozwolę ci wyjść.
- Wiem.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Zespół sędziowski wyszedł na naradę. Deborah spędziła ten czas w biurze, przy telefonie i kom-
puterze, usiłując prześledzić to, co Gage nazwał wspólnym wątkiem. Sklep z antykami naleŜał do firmy
Imports Incorporated, której adres opiewał na niezabudowaną parcelę w śródmieściu. Firma nie zgłosiła
strat do towarzystwa ubezpieczeniowego, a kierownik sklepu przepadł bez śladu. Policja nadal
poszukiwała męŜczyzny, którego Parino nazywał Myszką.
Po dłuŜszych poszukiwaniach Deborah trafiła na Triad Corporation zakotwiczoną w Filadelfii. Jej
telefon do Triad przyjął automat, informując, Ŝe numer został wyłączony. Zadzwoniła do biura
prokuratury okręgowej w Filadelfii, a następnie wprowadziła wszystkie zebrane dane do komputera.
Dwie godziny później miała listę nazwisk, numerów identyfikacyjnych i zaczątki bólu głowy.
Gdy sięgała po słuchawkę, telefon zadzwonił pod jej ręką.
- Tu Deborah O'Roarke.
- Czy to ta sama Deborah 0'Roarke, której nazwisko nie znika z nagłówków gazet?
- Cilla. - Na dźwięk głosu siostry ból głowy zelŜał nieznacznie. - Co słychać?
- Martwię się o ciebie.
51
- A co poza tym? - Ściągnęła łopatki, Ŝeby rozluźnić zesztywniałe mięśnie, a potem odchyliła się w
krześle. Ze słuchawki dobiegały ledwie słyszalne dźwięki muzyki, która zapewne wypełniała gabinet
Cilli w radiostacji. - Jak się miewa Boyd?
- Teraz juŜ kapitan Fletcher.
- Kapitan? - Wyprostowała się na krześle. - Kiedy to się stało?
- Wczoraj. - W głosie Cilli wyraźnie pobrzmiewała radosna duma. - Obawiam się, Ŝe będę musiała
się teraz pilnować, skoro sypiam z kapitanem policji.
- Powiedz mu, Ŝe jestem z niego dumna.
- Powiem, wszyscy jesteśmy. A w ogóle...
- Jak się miewają dzieciaki? - Deborah nauczyła się podchodów i uników na długo przed
otrzymaniem dyplomu na wydziale prawa.
- To ryzykowne pytać matkę, jak jej dzieci mają się podczas letnich wakacji; Ŝadnych szkół i
przedszkoli, tak więc mają nade mną i gliniarzem przewagę trzy do dwóch. - Cilla wybuchnęła
serdecznym, ciepłym śmiechem. - Wszyscy członkowie szatańskiej szajki czują się dobrze. Allison
wyrzuciła piłeczkę na aut w rozgrywkach Małej Ligi w ubiegłym tygodniu, a potem wdała się w bójkę
z miotaczem przeciwnika.
- Mówisz, jakby była jakimś nieudacznikiem.
- A tymczasem Allison zawsze była zwycięzcą. Musiałam na niej siadać okrakiem, Ŝeby się
wreszcie poddała. Co dalej... Bryant wybił sobie ząb na wrotkach, a poniewaŜ jest małym sprytnym
kapitalistą, sprzedał go za pięćdziesiąt centów chłopcu z sąsiedztwa. A Keenan to połknął.
- Co połknął?!
- Pięćdziesiąt centów. Pięć monet. Mój najmłodszy syn jest wszystkoŜerny. Zastanawiam się, czy
nie załoŜyć sobie gorącej linii z pogotowiem. A teraz powiedz, co u ciebie?
- W porządku. A co się dzieje w KHIP?
- Bałagan, podobnie jak w domu. Szczerze mówiąc, wolałabym wypoczywać na Hawajach. - Cilla
natychmiast rozpoznała strategię odwlekania i zaczęła mocniej naciskać. - Deborah, muszę wiedzieć,
czym się zajmujesz.
- Pracą. Zdaje się, Ŝe niedługo wygram sprawę. - Spojrzała na zegar, obliczając, jak długo trwała
juŜ narada sędziów. - Mam nadzieję.
Cilla uznała, Ŝe czasami jedynym wyjściem jest zapytać wprost.
- Odkąd to zaczęłaś umawiać się na randki z facetami w maskach?
Nie moŜna wiecznie stosować uników, skonstatowała niechętnie Deborah.
- Daj spokój, Cilla, nie naleŜy wierzyć we wszystko, co wypisują w gazetach.
- Racja. Albo we wszystko, co pokazują w telewizji, chociaŜ twoje przygody mogliśmy oglądać
wczoraj w wiadomościach co godzina. Nawet gdybym się nie postarała o gazety z Urbany i tak
usłyszelibyśmy tę wrzawę. Robisz karierę na skalę krajową, moja mała, więc chciałabym wiedzieć, co
jest grane. Stąd moje przesłuchanie.
Zazwyczaj łatwiej było się wykręcić, jeśli się podrzuciło parę ziaren prawdy.
- Ten Nemezis to jakieś utrapienie. Prasa robi z niego boŜyszcze, a to jeszcze nie wszystko. Dziś
rano w sklepiku dwie przecznice od sądu widziałam na wystawie podkoszulki z jego wizerunkiem.
- CzyŜ handel nie jest cudowny? - Cilla nie miała jednak zamiaru połknąć ponownie przynęty. -
Deborah, dosyć długo pracowałam w radiu, Ŝeby nauczyć się czytać z głosów, zwłaszcza z głosu mojej
małej siostrzyczki. Powiedz mi, co jest między wami?
- Nic - odparła Deborah, łudząc się, Ŝe tak jest. - Po prostu nadziałam się na niego parę razy
podczas śledztwa, które właśnie prowadzę, a prasa to rozdmuchała.
- ZauwaŜyłam, moja Słodka Deb.
- Och, proszę cię.
- Chcę wiedzieć, co się dzieje, ale jeszcze bardziej, dlaczego zaangaŜowałaś się w coś tak niebez-
piecznego. I dlaczego muszę dowiadywać się z gazet, Ŝe jakiś maniak przykładał nóŜ do gardła mojej
siostry?
- To przesada.
- Twierdzisz więc, Ŝe nikt nie trzymał ci noŜa na gardle?
Deborah dobrze wiedziała, Ŝe Cilla przejrzy kaŜde jej kłamstwo.
- To nie było tak groźne, jak się wydaje. I nic mi się nie stało.
- NoŜe przy gardle - mruknęła Cilla. - Budynki wybuchające ci w twarz. Na litość boską, Deb, nie
macie tam policji?
52
- Po prostu chciałam trochę pospacerować. Nie zaczynaj znowu - powiedziała szybko. - Czy ty
wiesz, Cilla, jakie męczące jest powtarzanie, Ŝe wiem, co robię, Ŝe potrafię się o siebie zatroszczyć i
znam się na swojej pracy?
- Tak. - Cilla westchnęła przeciągle. - Nie mogę przestać martwić się o ciebie, Deborah, tylko
dlatego, Ŝe dzielą nas tysiące kilometrów. Całymi latami nie mogłam pogodzić się z tym, co się stało
tacie i mamie. Nie zniosłabym tego, gdybym ciebie straciła.
- Nie stracisz mnie. Najbardziej niebezpieczną rzeczą obok mnie jest w tej chwili komputer.
- Dobrze juŜ, dobrze. - Cilla wiedziała, Ŝe kłótnia z siostrą niczego nie zmieni. Bez względu na to
zresztą, co powie jej Deborah, ona i tak zawsze będzie się o nią martwić. - Posłuchaj, widziałam zdjęcie
mojej siostrzyczki z jakimś milionerem. Chyba załoŜę zeszyt wycinków prasowych. Nie masz mi nic do
powiedzenia na ten temat?
- Sama nie wiem. Sprawy skomplikowały się ostatnio i nie miałam czasu ich przemyśleć.
- A musisz coś przemyśleć?
- Tak. - Ból głowy znowu powracał. Sięgnęła do szuflady po buteleczkę aspiryny. - Parę spraw -
mruknęła, mając na myśli Gage'a i Nemezisa. Tutaj nawet Cilla nie mogła jej pomóc. Były zresztą
jeszcze inne sprawy. - Cilla, czy jako Ŝona kapitana policji, mogłabyś skłonić go do wyświadczenia mi
pewnej przysługi?
- Postraszę go, Ŝe zacznę gotować. Wtedy zrobi dla mnie wszystko.
Deborah ze śmiechem wzięła do ręki jeden z wydruków.
- Chciałabym, Ŝeby sprawdził dla mnie kilka nazwisk. George P. Drummond i Charles B. Meyers,
obaj z adresami w Denver. - Przeliterowała oba nazwiska, potem dodała numery identyfikacyjne. - Za-
pisałaś?
- Aha - mruknęła Cilla, notując dane.
- Chodzi mi jeszcze o Solar Corporation, równieŜ z siedzibą w Denver. Drummond i Meyers
zasiadają w radzie nadzorczej. Gdyby Boyd mógł przepuścić te dane przez policyjny komputer,
oszczędziłby mi biurokratycznych podchodów.
- Postraszę go moją zapiekanką.
- To powinno zadziałać.
- Deb, będziesz uwaŜać na siebie, prawda?
- Na pewno. Uściskaj wszystkich ode mnie. Tęsknię za tobą. Za wami. - Mitchell stał juŜ w progu,
kiwając na nią ręką. - Muszę iść, Cilla. Sędziowie wracają.
W głębokich zakamarkach domu, w mrocznym pokoju o pustych ścianach, Gage obserwował
monitory połączonych komputerów. Istniały prace, których nie wykonywał w gabinecie. Z rękami w
kieszeniach dŜinsów wpatrywał się w monitory. Na ekranach migały nazwiska i cyfry.
Na jednym z monitorów widział wszystko, co Deborah wprowadziła do komputera po drugiej
strome miasta. Robi postępy, pomyślał. Co prawda, powolne, jednak wciąŜ go to martwiło. Skoro on
potrafił śledzić jej kolejne poczynania, inni takŜe z łatwością mogli to uczynić.
Z czujną miną i skupionym spojrzeniem przebierał palcami po kolejnych klawiaturach. Musi
znaleźć brakujący element. Jeśli mu się to uda, krok po kroku dotrze w końcu do nazwiska człowieka
odpowiedzialnego za śmierć Jacka. Musi zrobić to wcześniej niŜ Deborah. Wtedy ona będzie
bezpieczna.
Komputery proponowały mu jedną metodę. On jednak mógł wybrać jeszcze inną. Niech maszyny
same zajmują się swoją pracą. Odwrócił się i nacisnął guzik. Na przeciwległą ścianę wysokiego pokoju
spłynęła mapa. Podszedł do niej i zaczął studiować powiększony wycinek Urbany.
Posługując się inną klawiaturą, pozapalał kolorowe światełka w róŜnych partiach miasta. KaŜde z
nich oznaczało waŜny ośrodek narkobiznesu, niekoniecznie znany policji miejskiej.
Ś
wiatełka migotały zarówno w East Endzie, jak i West Endzie, w ekskluzywnych okolicach na
północy miasta, w dzielnicy latynoamerykańskiej i pośród biurowców śródmieścia. Wydawało się, Ŝe
nie ma Ŝadnego klucza. A przecieŜ zawsze jest jakiś schemat. NaleŜy go tylko rozszyfrować.
Kiedy studiował mapę, oczy mu nagłe zalśniły i zatrzymały się na jednym budynku. Mieszkanie
Deborah. Zaczął się zastanawiać, czy wróciła juŜ do domu i czy jest bezpieczna. Czy siedzi w
błękitnym szlafroczku, studiując akta? Czy myśli o nim?
Potarł twarz. Frank miał rację. Przeszkadzała mu w koncentracji. Co mógł jednak na to poradzić?
Wszelkie zabiegi, mające ją skłonić do wycofania się z prowadzenia śledztwa, zawiodły. Była zbyt
uparta, Ŝeby się podporządkować.
53
Uśmiechnął się pod nosem. Nigdy nie przypuszczał, Ŝe kiedykolwiek się zakocha. W dodatku
dosyć nieodpowiednio, bo w kobiecie całkowicie oddanej słuŜbie publicznej. Takiej, która nigdy nie
ustąpi. On teŜ był nieugięty. Mimo to, choć doskonałe panował nad swoim ciałem i umysłem, nie
potrafił zapanować nad uczuciami.
Nie porywała go sama jej uroda. Choć zawsze kochał piękno, gdyŜ wychował się wśród ludzi,
którzy cenili je za samo istnienie. Kiedy wyszedł ze śpiączki, czerpał pewną pociechę z otaczania się
pięknem. RóŜnorodne barwy i kształty po miesiącach płaskiej szarości.
Nie chodziło teŜ tylko o jej intelekt. ChociaŜ Ŝywił szacunek dla jej inteligencji. Jako policjant i
biznesmen, wiedział, Ŝe bystry umysł jest bronią najskuteczniejszą, ale i najbardziej niebezpieczną.
Urzekło go to, co nieokreślone, coś poza jej urodą i umysłem. Był bowiem w równym stopniu
więźniem jej, jak i własnego losu. I nie miał pojęcia, jak obie te sprawy rozwiązać.
Jednego był pewny - Ŝe pierwszym krokiem będzie znalezienie klucza, nazwiska oraz doprowadze-
nie do zwycięstwa sprawiedliwości. Kiedy się z tym upora i ona takŜe będzie juŜ miała to za sobą,
pojawi się szansa na wspólną przyszłość.
Ocknął się z rozmyślań. Nachylił się nad klawiaturą komputera i wziął się do pracy.
Balansując pudełkiem pizzy, butelką lambrusco i wypełnioną papierami teczką, Deborah wysiadła z
windy. Zastanawiając się, jakim cudem wydobędzie klucze z torebki, podniosła wzrok na drzwi
swojego mieszkania. Ktoś przykleił do nich kolorowe litery z papieru. GRATULACJE, DEBORAH.
Pani Greenbaum, pomyślała z uśmiechem. W tej samej chwili sąsiadka otworzyła drzwi.
- Słyszałam o wszystkim w wiadomościach o szóstej. Rozprawiłaś się z tym szczurem. – Lil
Greenbaum obciągnęła farbowany trykot. - Jak się czujesz?
- Dobrze. Czuję się dobrze. Co pani na to, Ŝebyśmy uczciły to pizzą?
- Propozycja nie do odrzucenia. - Pani Greenbaum zatrzasnęła drzwi za sobą i na bosaka przeszła
przez korytarz. - Nie wiem, czy zauwaŜyłaś, Ŝe nasza klimatyzacja znowu wysiadła?
- ZauwaŜyłam to podczas sauny w windzie.
- Tym razem powinnyśmy chyba zmobilizować wszystkich lokatorów. - Spojrzała z ukosa na
Deborah. - Zwłaszcza gdyby na naszym czele stanął szczwany, wygadany prawnik.
- Pani juŜ stoi na naszym czele - powiedziała Deborah, przekładając butelkę do drugiej ręki. – Jeśli
potrwa to dłuŜej niŜ dwadzieścia cztery godziny, skontaktuję się z administratorem i zacznę naciskać. -
Pogrzebała w kieszeni. - Nie mam pojęcia, co zrobiłam z kluczami.
- Mam zapasowy, który mi dałaś. - Z kieszeni workowatych dŜinsów pani Greenbaum wydobyła
kółko z kluczami.
Weszły do środka. Deborah odstawiła pudełko z pizzą na stół.
- Przyniosę kieliszki i talerze.
Pani Greenbaum uniosła pokrywkę i z zadowoleniem stwierdziła, Ŝe pizza zawiera masę
składników.
- Taka piękna, młoda dziewczyna jak ty powinna bawić się w piątkowy wieczór z przystojnym,
młodym męŜczyzną, a nie ze starą babą.
- Jaka stara baba? - krzyknęła z kuchni Deborah, rozśmieszając sąsiadkę.
- Dobrze. Z kobietą nieco powyŜej wieku średniego. A co z tym apetycznym Gage'em Guthriem?
- Nie wyobraŜam sobie, Ŝeby jadł pizzę, popijając tanim winem. - Wróciła, niosąc butelkę i dwa
kieliszki. Pod pachą ściskała papierowe talerze i serwetki. - To typ z gatunku tych, co wolą kawior.
- Co w tym złego?
- Nic. - Deborah ściągnęła brwi. - Ale ja lubię pizzę. A jak się najem, muszę siąść do roboty.
- Kochanie, czy ty nigdy sobie nie odpuścisz?
- Mam pilny termin - odparła Deborah z wyrzutem. Napełniła kieliszki i podała jeden Lil. - Za
sprawiedliwość - wzniosła toast. - Najpiękniejszą ze znanych mi dam.
Zaledwie rozsiadły się nad smakowitymi porcjami pizzy, ktoś zastukał do drzwi. Oblizując palce
umazane sosem, Deborah poszła otworzyć i ujrzała wielki kosz czerwonych róŜ.
- Przesyłka dla Deborah O'Roarke. Mogę to gdzieś odstawić, proszę pani?
- Tak... jasne, aha. Tutaj. - Wspięła się na palce i zobaczyła czubek głowy doręczyciela. - Na
stoliku.
Podpisując kwit, skonstatowała, Ŝe róŜe nie tylko stanęły na stoliku, ale całkowicie zasłoniły blat.
- Dziękuję. - Wyjęła z portmonetki banknot.
- Od kogo? - chciała wiedzieć Lil, gdy zostały same.
Deborah udała, Ŝe nie wie. Sięgnęła po bilecik.
54
„Niezła robota, pani prokurator.
Gage”
Nie umiała ukryć uśmiechu, który wykwitł na jej ustach.
- Od Gage'a.
- Gość wie, jak się wyrazić. - Oczy Lil błysnęły za szkłami. Od romansów bardziej podniecały ją
jedynie wiece protestacyjne. - Najmniej pięćdziesiąt róŜ.
- Piękne. - Deborah wsunęła bilecik do kieszeni. - Powinnam chyba zadzwonić i podziękować.
- Co najmniej. - Pani Greenbaum odgryzła kęs pizzy. - Czemu nie zrobisz tego teraz, za świeŜej
pamięci? - I, oczywiście, kiedy ona będzie podsłuchiwać.
Deborah wahała się. Nie, pomyślała, potrząsając głową. Gdyby teraz zadzwoniła, mogłaby
powiedzieć coś zbyt pochopnie.
- Później - zdecydowała.
- Wahasz się - stwierdziła starsza pani z pełnymi ustami.
- Tak - przyznała bez skrępowania Deborah i usiadła. Jadła przez chwilę w milczeniu, po czym
podniosła kieliszek do ust. - Pani Greenbaum - zaczęła, ze ściągniętymi brwiami wpatrując się w swoje
odbicie w szkle - była pani dwukrotnie zamęŜna.
- Jak dotąd - odparła Lil z szelmowskim uśmiechem.
- Kochała pani ich obu?
- Absolutnie. Byli bardzo dobrymi ludźmi. - Małe. bystre oczka Lil nagle stały się młode i
rozmarzone. - Za kaŜdym razem myślałam, Ŝe będzie to trwało wiecznie. Byłam mniej więcej w twoim
wieku, kiedy mój pierwszy mąŜ zginął na wojnie. PrzeŜyliśmy razem tylko parę lat. Z Greenbaumem
mieliśmy trochę więcej szczęścia. Tęsknię za jednym i za drugim.
- Czy zastanawiała się pani kiedyś... Wiem, Ŝe jest to dziwne pytanie, ale czy zastanawiała się pani
kiedyś, co by było, gdyby spotkała ich pani jednocześnie?
Pani Greenbaum uniosła brwi, lekko zaintrygowana.
- To juŜ byłby pewien problem.
- Rozumie więc pani, o czym mówię. Kochała pani ich obu, gdyby jednak pojawili się w pani
Ŝ
yciu jednocześnie, nie mogłaby pani obu pokochać.
- Serce potrafi płatać dziwne figle.
- Ale nie moŜna kochać w ten sam sposób dwóch męŜczyzn jednocześnie. - Nachyliła się, a na jej
twarzy odmalowała się wewnętrzna walka. - A nawet gdyby tak było, albo, gdyby się pani wydawało,
Ŝ
e tak jest, nie mogłaby pani związać się z Ŝadnym z nich, nie zdradzając drugiego.
Pani Greenbaum dolała sobie i Deborah do pełna, Ŝeby zyskać na czasie.
- Kochasz Gage'a Guthriego?
- MoŜe. - Deborah rzuciła spojrzenie na kosz pełen róŜ. - Chyba tak.
- A jednocześnie kogoś innego?
Z kieliszkiem w dłoni Deborah wstała od stołu i zaczęła krąŜyć nerwowo po pokoju.
- Tak, ale to nie jest normalne, prawda?
Nic, co wiąŜe się z miłością, nie moŜe być nienormalne, pomyślała Lil. Dla niektórych taka
sytuacja byłaby cudowna i podniecająca. Ale nie dla Deborah. Jej sprawiała ona wyraźny dyskomfort.
- Czy jesteś pewna, Ŝe w obu przypadkach to miłość, a nie tylko seks?
Deborah westchnęła głęboko i znów usiadła.
- Myślałam, Ŝe to zwykły pociąg fizyczny. Chciałam, Ŝeby tak było. Jednak zbadałam uczciwie
własne uczucia i wiem, Ŝe tak nie jest, Oni czasami mylą mi się w myślach. Nie próbuję ich
porównywać, po prostu, gdyby byli jedną osobą, wszystko byłoby prostsze. - Napiła się. - Gage wyznał,
Ŝ
e mnie kocha, i wierzę mu. Nie wiem, co robić.
- Idź za głosem serca - doradziła Lil. - Wiem, Ŝe to brzmi banalnie, ale tak najczęściej brzmią
najgłębsze prawdy. Niech serce przejmie stery, a umysł będzie mu posłuszny. Wtedy zazwyczaj
dokonuje się prawidłowego wyboru.
O jedenastej Deborah włączyła telewizor. Nie bez satysfakcji obejrzała swoje zwycięstwo nad
Slagermanem, uznane za wiadomość dnia. Widziała siebie, udzielającą krótkiego wywiadu na schodach
sądu, pochmurniejącą na chwilę, gdy Wisner, jak zwykle, przepchnął się przez tłum dziennikarzy, by
zadawać idiotyczne pytania o tajemniczego mściciela.
Kolejne wiadomości dotyczyły ostatnich wyczynów mściciela; uniemoŜliwienia rabunku w sklepie
monopolowym; schwytania przez niego napastnika, zapobieŜenia morderstwie.
55
- Jaki zapracowany - mruknęła Deborah, dopijając resztki wina. Gdyby pani Greenbaum nie
spędziła z nią wieczoru, wypiłaby zapewne kieliszek, a nie pół butelki.
CóŜ, jutro sobota, pomyślała, wzruszając ramionami, gdy spiker informował o nadchodzących
wyborach na stanowisko burmistrza. MoŜe pospać trochę dłuŜej, zanim pójdzie do biura. Nie zrobi
jednak nic, jeśli będzie siedzieć przed telewizorem.
Doczekała aŜ do prognozy pogody, w której zapowiadano nieustające upały, nieznośną duchotę i
moŜliwość burzy. Wyłączyła telewizor i poszła do sypialni, by zasiąść przy biurku.
Zostawiła okno otwarte, licząc na powiew wiatru. Hałas uliczny docierał na czwarte piętro jako
jednostajne buczenie. Upał, odbity od chodników, wzmagał się z kaŜdym piętrem. Czuła to kaŜdym
nerwem.
Gorące noce. Gorące pragnienia.
Podeszła do okna, mając nadzieję, Ŝe lekki powiew uśmierzy pragnienie, którego nawet wino nie
potrafi ugasić. Mimo to nadal czuła głębokie, rytmiczne pulsowanie. Czy on gdzieś tam jest? -
zastanawiała się, przykładając dłoń do skroni. Nie była nawet pewna, którego męŜczyznę ma na myśli.
Niestety, byłoby najlepiej, gdyby nie myślała ani o jednym, ani o drugim.
Zapaliła lampkę przy biurku i otworzyła akta. Jej wzrok spoczął na telefonie.
Przed godziną telefonowała do Gage'a, jednak małomówny Frank powiedział jej, Ŝe pan Guthrie
spędza wieczór poza domem. Nie bardzo wypadało jej dzwonić ponownie. Wyglądałoby to, jakby go
sprawdzała. Nie miała do tego prawa - zwłaszcza Ŝe to ona prosiła go o trochę czasu.
Sama tego chciała. Ma to, o co jej chodziło. A myślenie o Gage'u nie pomoŜe jej znaleźć
odpowiedzi ukrytych w papierach, rozłoŜonych na biurku.
Zaczęła je ponownie wertować, robiąc notatki. Pracowała, nie dostrzegając upływu czasu. Z oddali
napłynął pomruk grzmotu.
Nie powinien był przychodzić, wiedział, Ŝe to zły pomysł. Jednak kiedy wędrował ulicami, kaŜdy
krok przybliŜał go do jej mieszkania. Ukryty w ciemnościach, spojrzał w górę. W jej oknie paliło się
ś
wiatło. Stojąc pośród upalnej nocy, czekał, obiecując sobie, Ŝe odejdzie, kiedy światło zgaśnie. Na
pewno.
Ono jednak wciąŜ płonęło, bladym, lecz jednostajnym blaskiem.
Ciekawe, czy potrafiłby sobie wmówić, Ŝe chciał ją tylko zobaczyć i porozmawiać. Rzeczywiście,
powinien wybadać, jak wiele wiedziała i jak była bliska rozwiązania. Dane z komputera nie mówiły nic
o jej przeczuciach i podejrzeniach. Im bliŜej była odpowiedzi, tym bardziej stawała się zagroŜona.
Kochał ją bardzo, ale jeszcze bardziej chciał ją chronić.
Ale nie dlatego przeszedł przez ulicę i zaczął wspinać się po drabince przeciwpoŜarowej. Po prostu
nie potrafił się powstrzymać.
Zobaczył ją przez otwarte okno. Siedziała przy biurku. Światło lampy padało ukośnie na
dokumenty. Pospiesznie coś notowała.
Czuł jej zapach. Zmysłowa woń perfum, których uŜywała, podziałała jak zaproszenie. Albo
wyzwanie.
Widział ją tylko z profilu, krzywizny policzka, podbródka, kontur ust. Krótki błękitny szlafroczek
był tylko luźno przewiązany paskiem i widział jej smukłą, białą szyję. Podniosła rękę i pomasowała
kark. Szlafrok podsunął się do góry, odsłaniając jej uda, a następnie rozchylił się lekko, gdy załoŜyła
nogę na nogę i znów pochyliła się nad pracą.
Po raz trzeci czytała ten sam paragraf, kiedy dotarło do niej, Ŝe nie moŜe się skupić. Potarła
powieki, szykując się do ponownej lektury. Nagle zamarła i oblała się Ŝarem. Odwróciła się powoli.
Stał przy oknie, ukryty w ciemnościach. Serce jej waliło jak młotem - nie z zaskoczenia, lecz w
oczekiwaniu.
- Przerwa w walce z przestępczością? - spytała, licząc na to, Ŝe ostry ton głosu zamaskuje jego
drŜenie. - W wiadomościach o jedenastej mówiono, Ŝe jesteś zajęty.
Nie miał siły wymyślać riposty. Ten raz, ten jeden raz, chciał być z nią jak normalny człowiek.
- Podobnie jak ty.
- Nadal jestem zajęta. - DrŜącą ręką odgarnęła włosy z czoła. - Jak się tu dostałeś? Muszę pamiętać,
Ŝ
eby je zamykać - stwierdziła, kiedy spojrzał w kierunku okna.
- Na nic by się to zdało. W kaŜdym razie po tym, jak cię zobaczyłam.
KaŜdy nerw w jej ciele był napięty do ostateczności.
- Tak nie moŜe być dłuŜej. - Wstała, Ŝeby dodać sobie powagi.
56
- JuŜ tego nie powstrzymasz. Ani ja. - Jego wzrok powędrował w stronę papierów rozłoŜonych na
biurku. - Nie posłuchałaś mnie.
- Nie. I nie zamierzam. Przeniknę wszelkie kłamstwa, przebrnę przez wszystkie ślepe uliczki, aŜ
znajdę prawdę. Dopiero wtedy skończę. - KrąŜyła przed nim, czujna i spięta. W jej wzroku malowało
się wyzwanie. - JeŜeli chcesz mi pomóc, powiedz, co wiesz.
- Wiem, Ŝe cię pragnę. - Wsunął dłoń pod pasek jej szlafroka, próbując ją zatrzymać. W tej chwili
miał tylko jedno pragnienie, jedną potrzebę, jeden cel: Deborah. - Teraz. Dziś.
- Musisz juŜ iść - Nie mogła opanować drŜenia, w jaki wprawiło ją odczuwane poŜądanie. Jej
opanowanie walczyło o lepsze z namiętnością. - Musisz juŜ iść.
- Czy wiesz, jak bardzo cię poŜądam? - szepnął ochrypłym głosem, przyciągając ją do siebie. -
Muszę cię mieć, choćby na przekór prawu i moralności. Wiesz, co znaczy takie pragnienie?
- Wiem. - Sama znajdowała się w jego władzy. - To nie jest dobre.
- Dobre czy złe, jest tu i teraz. - Jednym ruchem zgasił lampę. Kiedy pokój zatonął w ciemnościach,
wziął Deborah w objęcia.
- Nie moŜemy. - Na przekór odmowie, palce kurczowo wpiła w jego ramiona.
- Musimy.
WciąŜ potrząsała przecząco głową, kiedy jego usta, zaborcze i uwodzicielskie, wzięły w posiadanie
jej wargi. Siła jego pocałunków wstrząsnęła nią - nagle poczuła, Ŝe słania się na nogach. Była bezradna,
niezdolna oprzeć się dojmującemu pragnieniu. Ogłuszona i oślepiona jego pocałunkami, odkryła nagle
sercem prawdę, której rozum nie chciał przyjąć do wiadomości.
Przygniótł ją do łóŜka, jego oszalałe usta niecierpliwie błądziły po jej twarzy, a dłonie zdzierały
cienki szlafrok. Była dokładnie taka, jak sobie wymarzył. Rozpalona, gładka i pachnąca. Zerwał
rękawiczki, by poczuć to, czego straszliwie pragnął.
Przelewała mu się przez ręce. Czuł się tak, jakby zaraz miał w niej zatonąć. Choć pragnął ujrzeć to,
co miało naleŜeć do niego, zadowalał się dotykiem, smakiem, zapachem. Tej upalnej nocy, pośród
pomruków nadciągającej burzy, był niestrudzony.
Był dla niej tylko cieniem, ale juŜ go znała. I pragnęła. Głucha na głos rozumu, wszelki rozsądek,
przywarła do niego, ustami poszukując jego warg. Rozpaczliwie spragniona, by poczuć jego ciało przy
swoim, a szaleńcze bicie jego serca zestroić z uderzeniami własnego, zdarła z niego koszulę. Wtedy on
obsypał cudownymi, czułymi pocałunkami jej usta, szyję, piersi...
Zagrzmiało, błyskawica przecięła nocne niebo. W powietrzu unosił się duszny zapach róŜ i
poŜądania. Deborah dygotała, nieprzytomna z rozkoszy, którą ją tak szczodrze obdarzał.
śą
dza i uniesienie mocne aŜ do bólu. Szlochając, zaczęła błagać, by nigdy nie kończył. A on
natychmiast spełniał jej Ŝyczenia, pogrąŜając ją w bolesnym poŜądaniu. Mroczne, tajne rozkosze.
Szepty i jęki. Dzikie pocałunki. Nienasycone pragnienie.
Kiedy poczuła, Ŝe odchodzi od zmysłów, zespolili się. Owładnęło nią szaleństwo. Poddała mu się z
całą Ŝarliwością i mocą.
- Kocham cię.
Jej słowa wypełniły go tak, jak on ją wypełniał. Poruszyły go tak, jak poruszały się zgodnie ich cia-
ła. Ukrył twarz w jej włosach, a ona wpiła palce w jego plecy. DrŜąc spazmatycznie, doznał całkowi-
tego spełnienia, a zaraz po nim ona, wykrzykując jego imię.
LeŜał w ciemnościach. Zamęt w jego umyśle się uspokajał; słyszał teraz wyraźnie z dołu dźwięki
ulicy i głęboki, nierówny oddech Deborah. Jej ręce nie obejmowały go juŜ, lecz opadły bezwładnie.
LeŜała cicha, bez ruchu.
Powoli, zły na siebie za własną słabość, odsunął się od Deborah. Nie poruszyła się. PrzyłoŜył dłoń
do jej twarzy. Była mokra. Nienawidził tej części siebie, która sprawiła jej ból.
- Kiedy się zorientowałaś?
- Dopiero dziś. - Zanim jej dotknął ponownie, odwróciła się, szukając w ciemnościach szlafroka. -
Myślałeś, Ŝe nie poznam cię po pocałunku? Choćby było nie wiem jak ciemno, choćbym była nie wiem
jak zdezorientowana, gdy raz to juŜ się stało, zawsze cię rozpoznam.
W jej głosie nie było gniewu, lecz ból. Gniew by zniósł.
- Nie, nie myślałem.
- Nie? - Zapaliła lampę przy łóŜku i spojrzała na niego. - Ty, taki bystry, Gage, taki cholernie
bystry, popełniłeś taki błąd?
Spojrzał na Deborah. Włosy miała w nieładzie, skóra wciąŜ była zaróŜowiona po miłosnym akcie.
W jej oczach lśniły łzy, za którymi czaił się gniew.
57
- Skąd wiesz, czy nie wiedziałem? MoŜe po prostu nie chciałem, Ŝeby to zawaŜyło na
czymkolwiek. - Podniósł się i wyciągnął do niej rękę. - Deborah...
Uderzyła go raz, potem drugi.
- Do diabła, okłamywałeś mnie. Przez ciebie zwątpiłam w siebie, w moje zasady. Wiedziałeś,
musiałeś wiedzieć, Ŝe zaczynam się w tobie zakochiwać. W was obu. - Odwróciła się od niego z
gorzkim śmiechem.
- Posłuchaj. - Dotknął jej ramienia, ona jednak odsunęła się.
- Nie radzę ci dotykać mnie teraz.
- W porządku. - Zacisnął pięść. - Zakochałem się w tobie tak szybko, Ŝe nie miałem czasu na
myślenie. Wiedziałem tylko, Ŝe cię kocham i chcę, Ŝebyś była bezpieczna,
- Więc załoŜyłeś maskę i zacząłeś mnie pilnować? Nie licz na moją wdzięczność.
Niezłomność jej głosu wprawiła go w panikę.
- Deborah, to, co zaszło między nami tej nocy...
- Tak, to, co zaszło między nami. Zdecydowałeś się mi zaufać. - Skinęła w stronę łóŜka. - Ale nie
w innych kwestiach. Nie na tyle, by być ze mną szczerym.
- Nie mogłem. Bo znałem twoje zdanie o tym, co robię.
- To juŜ całkiem inna sprawa, prawda? - Otarła łzy. Gniew powoli ustępował miejsca rozŜaleniu. -
Skoro czułeś, Ŝe musisz mnie okłamywać, dlaczego nie trzymałeś się z daleka ode mnie?
Siłą woli powstrzymał instynktowną chęć, by znowu jej dotknąć. Okłamał ją, a tym samym zranił.
Teraz mógł tylko ofiarować jej prawdę, licząc na to, Ŝe wszystko naprawi.
- Jesteś jedyną przeszkodą, jakiej nie udało mi się pokonać w ciągu ostatnich czterech lat. Jedyną
istotą, której pragnę tak bardzo, jak chcę Ŝyć. Nie oczekuję od ciebie zrozumienia ani aprobaty - proszę
tylko, byś mi uwierzyła.
- Sama juŜ nie wiem, w co mam wierzyć. Od kiedy cię poznałam, Gage, byłam rozdarta, sądząc, Ŝe
kocham dwóch męŜczyzn. A okazało się, Ŝe jesteś tylko ty. Nie wiem, co robić. - Przymknęła oczy z
westchnieniem. - Nie wiem, co jest słuszne.
- Kocham cię, Deborah. Nie ma nic słuszniejszego od mojej miłości. Daj mi szansę dowieść tego,
czas, bym mógł wyjaśnić resztę.
- Nie mam chyba wielkiego wyboru. Gage, nie mogę się pogodzić... - Otwarła oczy i po raz
pierwszy dostrzegła długą, zygzakowatą bliznę na jego piersi. Poderwała się z przeraŜeniem. - Oni ci to
zrobili? - spytała pełnym grozy szeptem.
ś
achnął się.
- Nie potrzebuję litości, Deborah.
- Nie mów nic. - PołoŜyła się na nim, mocno go obejmując. - Przytul mnie. Nie tak, mocniej.
Mogłam cię stracić wtedy i nigdy bym cię nie poznała. - W jej oczach zalśniły łzy. Uniosła głowę. - Nie
wiem, co robić ani nawet co jest słuszne. Ale dzisiaj wystarczy mi, Ŝe jesteś tutaj. Zostaniesz ze mną?
- Tak długo, jak tylko zechcesz - odparł, całując ją czule.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Deborah zawsze miała kłopoty ze wstawaniem. Zapadała z powrotem w sen, głucha na klaksony i
warkot silników w dole. Pneumatyczny młot terkotał jak karabin maszynowy, ona jednak ziewnęła
tylko i poruszyła się lekko. Z powodzeniem mogłaby przespać nawet wybuch bomby. Nie hałas skłonił
ją więc do otwarcia zaspanych oczu, lecz delikatny, cudowny aromat świeŜo parzonej kawy.
Dziesiąta trzydzieści, zauwaŜyła, patrząc na zegar. Dziesiąta trzydzieści! Zmusiła się, by usiąść i
odkryła, Ŝe jest w łóŜku sama.
Gage, przypomniała sobie, przecierając oczy. Czy znowu zamówił śniadanie? Jajka po wiedeńsku,
gofry flamandzkie? Na Boga, oddałaby wszystko za zwykłą filiŜankę czarnej kawy i czerstwego
pączka.
Zerwała się z łóŜka, rozglądając za szlafrokiem, który leŜał zmięty na podłodze. Pod nim znalazła
kawałek czarnego materiału. Podniosła go i znów opadła na łóŜko.
Maska. ZwaŜyła materiał w dłoni. Nie był to więc sen. To wszystko było jawą. Przyszedł do niej tej
nocy, kochał się z nią. Obaj jej wymarzeni męŜczyźni. Czarujący biznesmen i arogancki nieznajomy w
czerni. Stali się jednym męŜczyzną, jednym kochankiem.
Jęknęła, ukrywając twarz w dłoniach. Co teraz pocznie? Jak, do diabła, ma sobie z tym poradzić?
Jako kobieta? Jako prokurator okręgowy?
58
Tak, kocha go. A kochając, łamie swoje zasady. Jeśli wyciągnie jego sekret na światło dzienne,
będzie się to równało zdradzie.
CzyŜ mogłaby go kochać, nie rozumiejąc? Tak jednak było i w Ŝaden sposób nie mogła juŜ
powstrzymać swej miłości.
Będą musieli porozmawiać, stwierdziła. Spokojnie i rozsądnie. Mogła mieć tylko nadzieję, Ŝe
odnajdzie w sobie siłę i stosowne słowa. Nie wystarczy powiedzieć mu, Ŝe nie aprobuje jego
postępowania. O tym juŜ wiedział. Nie wystarczy, Ŝe powie mu, Ŝe się boi. Podwoiłby tylko wysiłki.
Musi odnaleźć takie słowa, które pozwolą mu zrozumieć, Ŝe droga, na którą wkroczył, jest nie tylko
niebezpieczna, ale równieŜ niewłaściwa.
Skuliła się pod kołdrą, szykując się na rozmowę. Kiedy rozległ się dźwięk telefonu, zaklęła pod
nosem. Walcząc ze szlafrokiem, sięgnęła przez łóŜko po słuchawkę.
- ... siostra Deborah. - W głosie Cilli brzmiały ciekawość i rozbawienie. - A ty jak się miewasz?
- Dobrze, dzięki - usłyszała głos Gage'a. - Deborah jeszcze śpi. Czy mam ją...
- JuŜ jestem. - Deborah rozczesała palcami potargane kosmyki. - Cześć, Cilla.
- Cześć.
- Do widzenia, Cillo. - Deborah usłyszała, jak Gage odkłada słuchawkę. Zapadła krępująca cisza.
- Hmm... chyba zadzwoniłam nie w porę.
- Ale skąd, właśnie wstawałam. W Denver jest chyba jeszcze bardzo wcześnie?
- Przy trójce dzieci to juŜ prawie południe. Bryant, czy mógłbyś grać w kosza na dworze?
Wynocha! Kuchnia nie jest miejscem do dryblingu. Deb?
- Słucham.
- Wybacz. Po prostu Boyd sprawdził nazwiska i przyszło mi do głowy, Ŝeby od razu przekazać ci
te informacje.
- To świetnie. - Sięgnęła po długopis.
- Oddaję słuchawkę Boydowi. - Coś zachrobotało w słuchawce. - Ja go wezmę. Keenan, nie bierz
tego do buzi. Jezu, Boyd, czym on jest cały umazany? - Usłyszała chichot, stukot słuchawki upadającej
na podłogę kuchni i tupot oddalających się nóg.
- Deb?
- Gratulacje, kapitanie Fletcher.
- Dzięki. Domyślam się, Ŝe Cilla znowu się przechwalała. Jak tam, wszystko w porządku?
Spojrzała na maskę, którą nadal trzymała w ręku.
- Nie jestem całkiem pewna. - Otrząsnęła się i poweselała. - Tam u was wszystko jest takie nor-
malne.
- Nic tu nigdy nic jest normalne. Allison, proszę cię, nie dawaj psu... - Kolejne trzaski i oszalałe
szczekanie psa. - JuŜ za późno.
Owszem, to właśnie brzmiało absolutnie normalnie.
- Boyd, dzięki, Ŝe tak szybko zdobyłeś te informacje.
- Nie ma za co.
- Właśnie, Ŝe jest.
- CóŜ, nie mam tego wiele. George P. Drummond był hydraulikiem, miał własną firmę...
- Był? - przerwała mu.
- Tak. Zmarł trzy lata temu z przyczyn naturalnych. Miał osiemdziesiąt dwa lata i Ŝadnych
powiązań z Solar Corporation ani niczym podobnym.
Przymknęła oczy.
- A drugi?
- Charles R. Meyers. Nauczyciel przedmiotów ścisłych w liceum i trener piłki noŜnej. Nie Ŝyje od
pięciu lat. Obaj czyści jak łza.
- A Solar Corporation?
- Jak dotąd, nie znaleźliśmy nic. Adres, który podałaś Cilli, nie istnieje.
- Powinnam się była domyślić. W jakąkolwiek stronę bym poszła, zawsze trafiam na ślepą uliczkę.
- Znam ten ból. Będę jeszcze szukał. Przykro mi, Ŝe nie mogłem ci bardziej pomóc.
- Pomogłeś mi.
- Dwóch nieboszczyków i fałszywy adres? To niewiele. Deborah, śledzimy tutaj prasę. MoŜesz mi
powiedzieć, czy ta sprawa ma coś wspólnego z tym człowiekiem-widmem w masce?
Zgniotła czarny materiał w dłoni.
- Nieoficjalnie - tak.
- Sądzę, Ŝe Cilla juŜ ci to mówiła, ale uwaŜaj, dobrze?
59
- Dobrze.
- Ona chce z tobą znowu porozmawiać. - Usłyszała przytłumioną rozmowę, potem chichot. - O
facecie, który odebrał telefon do ciebie. - Boyd zaśmiał się ponownie i Deborah ujrzała oczyma duszy,
jak wyrywają sobie słuchawkę.
- Chciałam się tylko spytać. - Cilla mówiła podnieconym szeptem. - Boyd, dość juŜ tego. Idź,
nakarm psa albo coś w tym rodzaju. Chciałam tylko wiedzieć, kto jest właścicielem tego zabójczego,
seksownego głosu.
- MęŜczyzna.
- Domyśliłam się. Ma jakoś na imię?
- Owszem.
- Mam zgadywać? Phil, Tony, Maximillian?
- Gage.
- Ten milioner? Ładne rzeczy!
- Cilla...
- Wiem, wiem. Jesteś dorosłą, rozsądną kobietą, która ma własne Ŝycie. Nie powiem nic więcej.
Ale czy on...?
- Zanim się rozgadasz, chciałam tylko wtrącić, Ŝe nie piłam jeszcze porannej kawy.
- W porządku, ale masz do mnie zadzwonić, i to szybko. Muszę poznać szczegóły.
- Dam ci znać, jak sama je poznam. Odezwę się.
- Będę czekać.
Deborah odłoŜyła słuchawkę i przez chwilę siedziała bez ruchu. Wyglądało na to, Ŝe wróciła do
punktu wyjścia. Najpierw jednak będzie musiała załatwić inne sprawy, pomyślała w drodze do kuchni,
z której dolatywał upojny aromat kawy.
Gage stał przy kuchence, boso, w dŜinsach i rozpiętej koszuli. Sam jego widok nie zaskoczył jej,
zdumiało ją natomiast to, co robił.
- Gotujesz? - spytała od progu.
Odwrócił się. Widząc ją w ostrym świetle słonecznym, zaspaną, ale jednocześnie czujną, przeŜył
szok.
- Cześć. Przepraszam za telefon, pomyślałem, Ŝe go odbiorę, Ŝeby cię nie zbudził.
- Nie ma sprawy. Ja... nie spałam. - Zdjęła kubek z haczyka nad zlewem i nalała sobie kawy. -
Siostra dzwoniła.
- Aha. - Objął ją i zaczął gładzić, zsuwając dłonie coraz niŜej. Zesztywniała. Poczuł w sercu ukłucie
bólu. - Czy wolałabyś, Ŝeby mnie tu nie było?
- Sama nie wiem. Musimy chyba porozmawiać. - Wcale jednak nie czuła się na siłach. - Co robisz?
- Grzanki z jajkiem. Twoja lodówka świeciła pustkami, więc poszedłem na róg i zrobiłem zakupy.
Poczuła ucisk w Ŝołądku. To wszystko było takie proste, takie normalne.
- Od jak dawna jesteś na nogach?
- Dwie, trzy godziny.
- Niewiele spałeś.
Gdy ich spojrzenia się spotkały, stwierdził, Ŝe wciąŜ jest zła i obraŜona. Nadal jednak są razem.
- Nie potrzebuję juŜ teraz duŜo snu. - Wbił dwa jajka do miski z mlekiem. - Większość tego roku
przespałem. Odkąd wyszedłem ze śpiączki, wystarczają mi cztery godziny na dobę.
- To zapewne pozwala ci pracować na dwie... zmiany.
- Tak. - Wymieszał składniki, następnie zanurzył w nich kromkę. - Zmienił się mój metabolizm. -
między innymi. - Obtoczona w jajku kromka zaskwierczała w zetknięciu z gorącym tłuszczem. - Czy
mam cię przepraszać za wczorajszą noc?
Otwarła kredens.
- Wyjmę talerze - odezwała się po chwili milczenia.
Zaklął pod nosem.
- W porządku. Zaraz będą gotowe.
Zaczekał, aŜ Deborah usiądzie przy stole. Dziobała swoją porcję z talerza. Jej milczenie i smutek w
oczach bolały go bardziej, niŜ gdyby obrzuciła go stekiem wyzwisk.
- Teraz twoja kolej.
- Wiem.
- Nie będę przepraszał za to, Ŝe cię kocham. Ani za to, Ŝe się z tobą kochałem. To, co było między
nami, to najwaŜniejsze, co przydarzyło mi się w Ŝyciu. - Przyjrzał jej się uwaŜnie. - Nie wierzysz mi?
60
- Nie wiem juŜ sama, w co wierzę. W co mogę wierzyć. - Wzięła kubek w dłonie. - Okłamywałeś
mnie od samego początku, Gage.
- Tak było. - Z trudem pohamował chęć dotknięcia jej, choćby leciutko. - Przeprosiny nie na wiele
się tu zdadzą. Robiłem to świadomie i, gdyby to było moŜliwe, oszukiwałbym cię nadal.
Odsunęła się od stołu i skrzyŜowała ramiona.
- Wiesz, jak się z tym czuję?
- Chyba tak.
Pokręciła głową.
- Nawet sobie tego nie wyobraŜasz. Przez ciebie zwątpiłam w moje najbardziej podstawowe
zasady. Zakochiwałam się w tobie, w was obu, i czułam wstyd. Jak mogłam nie połapać się wcześniej?
Czułam to samo wobec dwóch, jak sądziłam, męŜczyzn. Patrzyłam na niego i myślałam o tobie,
patrzyłam na ciebie i myślałam o nim. - Przytknęła rękę do ust. Słowa wyrywały się zbyt szybko. -
Tamtej nocy w pokoju Santiaga, kiedy mnie objąłeś, spojrzałam w twoje oczy i przypomniałam sobie,
jak poznałam cię w sali balowej w Stuart Palace. Myślałam, Ŝe zwariowałam.
- Nie chciałem cię ranić, tylko ochraniać.
- Przed czym? Przede mną? Przed sobą? Za kaŜdym razem, kiedy cię dotykałam... - Oddychała
gwałtownie, próbując odzyskać równowagę. W końcu był to jej problem, jej emocje. - Nie wiem, czy
potrafię ci wybaczyć i zaufać. Nie wiem, chociaŜ cię kocham.
Nie próbował jej dotknąć, czując, Ŝe by go odepchnęła.
- Nie mogę juŜ cofnąć tego, co się stało. To ty podziałałaś na mnie tak, Ŝe popełniłem błąd. -
Pomyślał o swoim darze. Swoim przekleństwie. - Nie mam nawet prawa cię prosić, Ŝebyś zaakcepto-
wała mnie takim, jaki jestem.
- W tym? - Wyjęła maskę z kieszeni szlafroka. - Nie, nie masz prawa mnie prosić, Ŝebym cię
zaakceptowała w czymś takim. Ale ty właśnie to robisz. Prosisz mnie, Ŝebym cię kochała. I Ŝebym
przymknęła oko na to, jak postępujesz. Całe moje Ŝycie poświęciłam prawu. Mam teraz milczeć,
patrząc, jak ty je łamiesz?
- Omal nie straciłem Ŝycia w obronie prawa. A mój partner oddał za nie Ŝycie. Nigdy nie
lekcewaŜyłem prawa.
- Gage, to nie jest sprawa osobista.
- Właśnie, Ŝe jest. Wszystko, co czytasz w swoich prawniczych księgach, wszystkie te precedensy i
procedury odnoszą się do konkretnych ludzi. Wiesz o tym. Czujesz to. Widziałem, jak pracujesz.
- W świetle prawa - nie ustępowała - to, co robisz, jest nielegalne, nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe
niebezpieczne. Musisz przestać.
- Nie zrobię tego nawet dla ciebie.
- A jeśli pójdę do Mitchella, do komisarza policji, do Fieldsa?
- Zrobię, co będę musiał, ale nie przestanę.
- Dlaczego? - Podeszła do niego z maską w ręce. - Czemu, do diabła?
- PoniewaŜ nie mam wyboru. - Podniósł się i chwycił ją mocno za ramiona. - Nie mam na to
Ŝ
adnego wpływu. - Puścił ją i odwrócił się.
- Wiem o Montedze. - Mówiąc to, dostrzegła cień goryczy na jego twarzy. - Współczuję ci, Gage,
bardzo ci współczuję z powodu tego, co cię spotkało. I z powodu tego, co przydarzyło się twojemu
partnerowi. Dopadniemy Montegę, przysięgam. Jednak kierowanie się zemstą nie jest właściwe. I być
nie moŜe.
- To, co zdarzyło się cztery lata temu, zmieniło moje Ŝycie. To nie przenośnia. To prawda. - Oparł
dłoń o ścianę, przyjrzał jej się, potem schował ją z powrotern do kieszeni. - Czytałaś raporty o tym, co
wydarzyło się w noc zabójstwa Jacka?
- Czytałam.
- Fakty zrelacjonowano ściśle - powiedział cicho - ale nie ujawniono całej prawdy. Czy napisano w
raporcie, Ŝe kochałem go jak brata? Ze miał śliczną Ŝonę i małego synka, który uwielbiał jeździć na
czerwonym trójkołowym rowerku?
- Och, Gage. - Oczy zaszły jej łzami. Chciała go dotknąć, ale się odsunął.
- Czy było napisane w raporcie, Ŝe poświęciliśmy niemal dwa lata na rozpracowanie tej sprawy?
Dwa lata obcowania z szumowinami, które miały luksusowe jachty i domy, wypchane portfele - a
wszystko za pieniądze ze sprzedaŜy narkotyków drobnym dilerom, którzy mają na czynsz dzięki temu,
Ŝ
e rozprowadzają je po ulicach i placach zabaw. Dwa lata posuwaliśmy się, krok za krokiem, do
przodu. PoniewaŜ byliśmy gliniarzami i wierzyliśmy, Ŝe moŜemy wpłynąć na bieg świata.
61
Mówiąc, zaciskał dłonie w pięści. Mogła tylko w milczeniu przyglądać się, jak zalewa go fala
wspomnień.
- Jack zamierzał wziąć urlop po zamknięciu sprawy. Nigdzie się nie wybierał, chciał po prostu
kręcić się po domu, kosić trawę, naprawić cieknący kran, spędzać czas z Jenny i dzieciakiem. Mówił mi
to. Ja myślałem o wyjeździe do Meksyku na parę tygodni, ale Jack nie miał wielkich marzeń, tylko
całkiem zwyczajne.
Przeniósł wzrok za okno, nie dostrzegał jednak świecącego słońca.
- Wysiedliśmy z auta. Mieliśmy walizkę pełną znaczonych banknotów. Zapewniono nam fachową
osłonę. Co poszło nie tak? Byliśmy obaj przygotowani, solidnie przygotowani. Mieliśmy spotkać ich
wysłannika. Było gorąco. Pachniało wodą. Słychać było jej chlupot w dokach. Pociłem się, nie z
powodu upału, ale dlatego, Ŝe czułem, Ŝe coś jest nie w porządku. Nie posłuchałem jednak własnego
instynktu. A wtedy Montega...
Widział go, jakby to było dziś, stojącego w ciemnościach, ze złotym zębem połyskującym w
krzywym uśmieszku.
„Śmierdzący gliniarze!”
- Zabił Jacka, zanim zdąŜyłem sięgnąć po broń. Byłem jak sparaliŜowany. Na jedną chwilę, jedno
uderzenie serca. To jednak wystarczyło, by mnie trafili.
Pomyślała o bliznach na jego piersi i zabrakło jej tchu. Na jego oczach zamordowano mu partnera.
Przez ułamek sekundy widział nadchodzącą własną śmierć. Przeszył ją ostry, dojmujący ból...
- Przestań. Jaki sens ma powracanie do przeszłości? Nie mogłeś uratować Jacka. Choćbyś był nie
wiem jak szybki, choćbyś nie wiem co robił, nie byłeś w stanie go uratować,
- Nie wtedy. Wtedy umarłem.
Sposób, w jaki to powiedział, głuchy i beznamiętny, sprawił, Ŝe przeszedł ją zimny dreszcz.
- PrzecieŜ Ŝyjesz.
- Śmierć w dzisiejszych czasach stała się nieomal terminem technicznym. Z technicznego punktu
widzenia umarłem. A część mnie opuściła moje ciało. - Zobaczył, Ŝe Deborah pobladła. Musiał jej
jednak powiedzieć. - Widziałem, jak się mną zajmują. Tam w dokach. I potem na sali operacyjnej.
Czułem, Ŝe odpływam. A potem... utknąłem.
- Nie rozumiem.
- Powróciłem do ciała, ale nie do Ŝycia. - Uniósł dłonie z rozczapierzonymi palcami. Nigdy dotąd
nie próbował tego nikomu wytłumaczyć i nie był pewien, czy potrafi. - Czasem powracał mi słuch -
słyszałem głosy, muzykę, którą puszczały przy łóŜku pielęgniarki, płacz. Albo czułem zapach kwiatów.
Nie mogłem mówić. Nie widziałem. Ale, przede wszystkim, nic nie czułem. - Opuścił ręce. - Nie
chciałem. A potem obudziłem się i zacząłem czuć aŜ za wiele. Wprost rozsadzały mnie emocje.
Nie wiedziała do końca, o czym mówi, podzielała jednak jego ból i rozpacz.
- Tak naprawdę nie wiem, przez co przeszedłeś. Nikt chyba tego nie moŜe wiedzieć. Cierpię
jednak na myśl o tym. Martwię się takŜe tym, przez co nadal musisz przechodzić.
Zobaczył, Ŝe łzy płyną jej po twarzy.
- Tamtego wieczoru, kiedy spotkałem cię w zaułku, moje Ŝycie znów się odmieniło. Nie mogłem
tego powstrzymać. Byłem równie bezsilny jak poprzednim razem. - Spojrzał na maskę, którą ściskała
kurczowo. - Teraz moje Ŝycie jest w twoich rękach.
- Nie wiem, co powinnam zrobić.
- Daj mi trochę czasu. ChociaŜ kilka dni.
- Nie wiesz, o co prosisz.
- Wiem - odparł, przytrzymując ją, kiedy spróbowała się odsunąć. - Nie mam jednak wyboru.
Deborah, gdybym nie skończył tego, co zacząłem, mógłbym równie dobrze zginąć cztery lata temu.
Otwarła usta, Ŝeby zaprotestować, ale powstrzymał ją wyraz jego oczu.
- Czy rzeczywiście nie ma innego sposobu?
- Nie dla mnie. Tylko kilka dni - powtórzył. - Po tym czasie będziesz mogła donieść swoim
przełoŜonym o tym, co uznasz za stosowne, i nie będę miał o to Ŝalu. Zgodzę się równieŜ ponieść
wszelkie moŜliwe konsekwencje.
Przymknęła oczy. Wiedziała to, o czym on nie wiedział. śe dla niego gotowa jest na wszystko.
- Mitchell dał mi dwa tygodnie - powiedziała bezbarwnym tonem. - Więcej nie mogę ci obiecać.
Gage zdawał sobie sprawę, ile ją to kosztuje, i modlił się, by nadszedł czas, kiedy będzie mógł jej to
wynagrodzić.
- Kocham cię.
Spojrzała mu w oczy.
62
- Wiem - wyszeptała, opierając mu głowę na piersi. W palcach wciąŜ trzymała maskę. - Wiem o
tym.
Czuła, jak otacza ją silnym ramieniem. To było dojmująco realne. Uniosła głowę i, choć w jej
duszy toczyła się walka, przytknęła wargi do jego ust, by poczuć jego długi pocałunek, pełen Ŝarliwych
obietnic.
Co z nimi będzie? Zalękniona, przywarła do niego jeszcze mocniej.
- Dlaczego to nie moŜe być proste? - szepnęła. - Czemu nie moŜe być normalnie?
Niezliczoną liczbę razy zadawał sobie to samo pytanie.
- Przykro mi.
- Nie. - Odsunęła się, kręcąc głową. - To mnie jest przykro. Na nic zda się rozdzieranie szat. -
Zaszlochała, ocierając łzę. - MoŜe nie wiem, co się dzieje, ale wiem, co muszę zrobić. Muszę iść do
pracy. MoŜe uda mi się znaleźć jakieś wyjście. - Uniosła brwi. - Czemu się uśmiechasz?
- Bo jesteś wręcz idealna. Absolutnie idealna. - I znów, jak w nocy, pociągnął ją za pasek szlafro-
ka. - Chodź ze mną do łóŜka, to ci pokaŜę, co mam na myśli.
- ZbliŜa się południe - zaprotestowała, gdy pochylił głowę, by musnąć wargami jej ucho. - Mam
mnóstwo pracy.
- Jesteś pewna?
Zamknęła oczy, a jej ciało samo wychyliło się w jego stronę.
- Ach... tak. - Odsunęła się, rozkładając ręce. - Tak, naprawdę. Nie mam czasu. śadne z nas go nie
ma.
- W porządku. - Uśmiechnął się na widok jej kapryśnie wydętych warg. Widocznie zbyt łatwo
wyraził zgodę. MoŜe, wobec tego, przy odrobinie szczęścia, uda mu się podarować jej trochę
normalności. - Ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Mam dziś imprezę charytatywną. Będzie kolacja, kilku wykonawców, tańce. W Parkside.
- W Parkside. - Pomyślała o starym, ekskluzywnym hotelu przy parku miejskim. - Chodzi o ten
letni bal?
- Właśnie. Miałem sobie darować, ale zmieniłem zdanie. Wybierzesz się ze mną?
Uniosła brwi.
- Pytasz mnie w południe, czy pójdę z tobą na największe, najbardziej eleganckie przyjęcie w tym
mieście, które zaczyna się za osiem godzin? I pytasz, kiedy właśnie wybierałam się do pracy, nie mam
Ŝ
adnych szans dostać się do fryzjera ani czasu na kupno stosownej kreacji.
- Skończyłaś juŜ? - powiedział po chwili.
Westchnęła z rezygnacją.
- O której chcesz po mnie wstąpić?
O siódmej Deborah weszła pod gorący strumień wody. Nie wierzyła, Ŝe zdoła pozbyć się bólu i
była juŜ po dziennej dawce aspiryny. Sześć godzin przed komputerem, ze słuchawką przy uchu,
przyniosło minimalne rezultaty.
Okazało się, Ŝe wszystkie sprawdzane nazwiska naleŜą do osób od dawna nieŜyjących. KaŜdy adres
prowadził w ślepy zaułek, a kolejna firma wiodła do labiryntu innych.
Pomyślała, Ŝe teraz, bardziej niŜ kiedykolwiek, musi poznać prawdę. To juŜ nie tylko kwestia
wymierzenia sprawiedliwości. To sprawa osobista. A choć wpływało to negatywnie na jej obiektywizm,
nie mogła nic na to poradzić. Póki nie rozwiąŜe tej sprawy, nie ma nawet prawa myśleć o przyszłości
swojej i Gage'a.
MoŜe jej nigdy nie będzie, pomyślała, owijając się ręcznikiem. Spotkali się jak grzmot i
błyskawica. Burze mają to do siebie, Ŝe są przelotne. A jeśli chce się wytrwać w związku, potrzeba
czegoś więcej niŜ tylko namiętności. W małŜeństwie jej rodziców była namiętność, ale zero
zrozumienia. A tu potrzeba nawet czegoś więcej niŜ tylko miłości. Jej rodzice kochali się i mimo to byli
nieszczęśliwi.
Zaufanie. Bez zaufania miłość i namiętność bledną, by w końcu zniknąć.
Chciała ufać Gage'owi. I chciała w niego wierzyć. Ale on jej nie ufał. PrzecieŜ znał fakty, które
mogły przybliŜyć jej prawdę. I to w sprawie, w którą oboje byli tak głęboko zaangaŜowani. On
tymczasem zachował tę wiedzę dla siebie, bo uwaŜał, Ŝe tylko jego metoda jest słuszna.
Zaczęła z westchnieniem suszyć włosy. Czy i ona nie była równie przekonana o słuszności swojej
metody?
63
A skoro istnieje między nimi róŜnica zdań w sprawach tak fundamentalnych - czy wystarczy sama
miłość?
Mimo to zgodziła się spotkać z nim tego wieczoru. Ale nie dlatego, Ŝe chciała iść na bal. Gdyby
zaprosił ją na hot doga i kręgle, teŜ by poszła, bo nie potrafi juŜ trzymać się od niego z daleka. Jeśli
uwaŜa się za osobę uczciwą, musi przyznać, Ŝe nie chce się trzymać z daleka.
Nakładając starannie róŜ, pomyślała, Ŝe ofiaruje sobie tę noc. Gdy skończy się bal, będzie musiała,
jak Kopciuszek, stanąć oko w oko z rzeczywistością.
Energicznym krokiem przeszła do sypialni. Na łóŜku leŜała suknia kupiona niecałą godzinę temu.
Zrządzenie losu, pomyślała, wodząc dłonią po połyskliwych cekinach. Gage mówił, Ŝe podoba mu się
w kolorze niebieskim. Gdy wpadła jak oszalała do sklepu, sukienka juŜ tam na nią czekała. Lejąca się
fala głębokiego królewskiego błękitu, wyszywana srebrzystymi cekinami. Pasowała teŜ jak rękawiczka,
od wysokiej stójki po dół, sięgający kostek.
Cena na metce otrzeźwiła ją na chwilę, ale potem Deborah zacisnęła zęby i bez mrugnięcia okiem
wydała miesięczną pensję.
Teraz, patrząc w lustro, nie Ŝałowała tej spontanicznej decyzji. Kolczyki z górskich kryształów w
uszach idealnie pasowały do sukni. Włosy zaczesane do tyłu odsłaniały obnaŜone ramiona, jak równieŜ
większą część pleców.
Wkładała właśnie buty, kiedy rozległo się pukanie. To Gage.
Gdy otworzyła drzwi, uśmiech zamarł mu na ustach.
- No i jak? Co o tym myślisz?
Odkrył po chwili, Ŝe jeśli spróbuje bardzo powoli, jest w stanie oddychać.
- Cieszę się, Ŝe nie dałem ci więcej czasu na przygotowanie.
- Dlaczego?
- Nie zniósłbym tego, gdybyś była jeszcze piękniejsza.
Uniosła głowę.
- PokaŜ mi.
Niemal bał się jej dotknąć. OstroŜnie połoŜył jej ręce na ramionach i pocałował. Smak jej ust
wstrząsnął nim do tego stopnia, Ŝe zacisnął palce, czując nagły przypływ poŜądania. Mrucząc cicho,
sięgnął do drzwi, by je zamknąć.
- Och, nie. - Brakowało jej tchu i do tego stopnia osłabła, Ŝe musiała się oprzeć o framugę. Była
jednak równieŜ absolutnie zdecydowana. - Zapłaciłam za tę suknię takie pieniądze, Ŝe chcę się w niej
pokazać w miejscu publicznym.
- Zawsze taka praktyczna. - Obdarzył ją ostatnim, przeciągłym pocałunkiem. - MoŜemy przyjść
później.
Uśmiechnęła się.
- MoŜemy wyjść wcześniej.
Kiedy przyjechali, sala pękała w szwach od sławnych, wpływowych i bogatych. Deborah
zlustrowała wzrokiem gości przy stolikach.
Zobaczyła gubernatora, zabawiającego znaną aktorkę, potentata wydawniczego, cmokającego w
policzek operową diwę, burmistrza wymieniającego uśmiechy z autorem bestsellerów.
- Twoje zwykłe towarzystwo? - mruknęła z uśmiechem do Gage'a.
- Paru znajomych. - Stuknął kieliszkiem w jej kieliszek.
- Uhm. To Tarrington, prawda? - Wskazała głową młodego, powaŜnego męŜczyznę. - Myślisz, Ŝe
ma jakieś szanse w zbliŜających się wyborach?
- Ma sporo do powiedzenia - stwierdził Gage. - Czasami bywa nietaktowny, ale mówi rozsądnie.
Pytanie tylko, czy uda mu się przeciągnąć na swoją stronę wyborców po czterdziestce.
- Gage. - Arlo Stuart zatrzymał się przy ich stoliku i połoŜył rękę na ramieniu Gage'a. - Miło cię
widzieć.
- Cieszę się, Ŝe udało ci się przyjść.
- Nie przepuściłbym takiej okazji. - Wysoki, ogorzały męŜczyzna, o bujnych siwych włosach i
zielonych oczach zatoczył krąg swoją szklaneczką whisky. - Ładnie to wszystko urządziłeś. Nie byłem
tu jeszcze po zakończeniu remontu.
- Nam się tu podoba.
Deborah dopiero po chwili zrozumiała, Ŝe mówią o hotelu. I Ŝe hotel naleŜy do Gage'a. Podniosła
wzrok na imponujące kryształowe kandelabry. Powinna była się domyślić.
64
- Miło wiedzieć, Ŝe konkurencja ma klasę. - Arlo zatrzymał wzrok na Deborah. - A skoro juŜ
mowa o klasie. Pani twarz wydaje mi się znajoma. Jestem jednak za stary, by mogło to cokolwiek
znaczyć.
- Arlo Stuart, Deborah O'Roarke - przedstawił ich sobie Gage.
Stuart zmiaŜdŜył dłoń Deborah w krzepkim uścisku i uśmiechnął się.
- O'Roarke... O'Roarke... - Wzrok miał przyjazny, a zarazem przenikliwy. - To pani jest tą zawziętą
prawniczką, prawda? Tą panią prokurator, która utarła nosa tej kreaturze, Slagermanowi. Zdjęcia w
gazetach w najmniejszym stopniu nie oddają pani urody.
- Panie Stuart...
- Burmistrz jest o pani jak najlepszego zdania. Mówi same dobre rzeczy. Będziemy musieli później
zatańczyć, by mogła mi pani opowiedzieć wszystko, co pani wie o naszym przyjacielu, tym o
przydomku Nemezis.
Dłoń jej drgnęła, mimo to nie przestawała patrzeć mu w oczy.
- Byłaby to krótka rozmowa.
- Inaczej twierdzą nasi ulubieni dziennikarze. Oczywiście Wisner to osioł. - Nadal nie puszczał jej
ręki. - Mogę wiedzieć, Gage, gdzie poznałeś naszą obiecującą panią prokurator? Widocznie bywam w
niewłaściwych miejscach.
- W twoim hotelu - odparł Gage. - Podczas kwesty na reelekcję naszego burmistrza.
Stuart wybuchnął gromkim śmiechem.
- Stąd nauczka, Ŝe powinienem biegać i zbierać głosy na Fieldsa. Niech pani nie zapomni o naszym
tańcu.
- Nie zapomnę - odparła, wdzięczna, Ŝe wreszcie uwolniła rękę.
Po jego odejściu poruszyła zdrętwiałymi palcami.
- Czy on zawsze jest taki... wylewny?
- Tak. - Gage podniósł do ust jej dłoń. - Niczego ci nie złamał?
- Chyba nie. - Zadowolona, Ŝe trzyma ją za rękę, rozejrzała się po sali. Bujne palmy, grająca
fontanna, lustrzane sufity. - To twój hotel?
- Tak. Podoba ci się?
- MoŜe być. - Wzruszyła ramionami, gdy się uśmiechnął. - Nie powinieneś poudzielać się trochę
towarzysko?
- Właśnie to robię.
- JeŜeli nie przestaniesz tak na mnie patrzeć...
- Proszę, mów dalej.
Z jej ust wyrwało się drŜące westchnienie.
- Chyba zrobię sobie małą wycieczkę, Ŝeby się odświeŜyć.
Była juŜ w połowie sali balowej, gdy burmistrz chwycił ją za łokieć.
- Mogę prosić na chwilkę, Deborah.
- Oczywiście.
Obejmując ją w talii i rozdając szerokie wyborcze uśmiechy, przeprowadził ją sprawnie przez tłum
oraz wysokie drzwi sali balowej.
- Chciałbym porozmawiać na osobności.
Zerknęła za siebie i zobaczyła zmierzającego w ich stronę Jerry'ego. Na dany przez burmistrza
znak zatrzymał się, posłał Deborah przepraszające spojrzenie, po czym wmieszał się z powrotem w
tłum.
- Co za elegancka impreza - zaczęła Deborah, wiedząc, Ŝe burmistrz woli sam wybrać temat.
- Zdziwiłem się, widząc tu ciebie. - Pociągnął ją od drzwi w stronę wnęki z roślinami w donicach i
automatami telefonicznymi. - ChociaŜ nie powinno mnie to dziwić, skoro ostatnio twoje imię pojawia
się tak często obok imienia Gage'a.
- Owszem, spotykam się z nim - odparła sztywno. - JeŜeli o to panu chodzi. Na płaszczyźnie
osobistej. - Miała juŜ dość zabawy w kotka i myszkę. - Czy o tym chciał pan ze mną porozmawiać,
panie burmistrzu? O moim Ŝyciu prywatnym?
- Tylko dlatego, Ŝe ma ono wpływ na twoje Ŝycie zawodowe. Zaniepokoiła mnie i rozczarowała
wiadomość, Ŝe wbrew memu Ŝyczeniu nadal zajmujesz się tym śledztwem.
- Wbrew pana Ŝyczeniu? - zdziwiła się ironicznie. - Czy pana Guthriego?
- Szanuję i podzielam jego punkt widzenia. - W oczach Fieldsa błysnął gniew, rzadko okazywany
poza zaciszem gabinetu. - Mówiąc szczerze, jestem niezadowolony z twojego postępowania w tej
sprawie. Sukcesy na sali sądowej nie rekompensują bezmyślnych błędów popełnianych poza nią.
65
- Bezmyślnych? MoŜe mi pan wierzyć, panie burmistrzu, Ŝe nie zaczęłam jeszcze działać bezmyś-
lnie. A co się tyczy tego śledztwa, wykonuję tylko polecenia przełoŜonych. Skoro je zainicjowałam, za-
mierzam doprowadzić do końca. A poniewaŜ jesteśmy podobno po tej samej stronie, zaangaŜowanie
prokuratury powinno pana cieszyć. Nie ustajemy w wysiłkach, by wyeliminować handlarzy narkotyków
oraz ująć Montegę, zabójcę policjanta, i oddać go w ręce sprawiedliwości.
- Nie musisz mi mówić, po czyjej jestem stronie. - Pogroził jej palcem. Widać było, Ŝe z trudem
nad sobą panuje. - Pracowałem dla tego miasta, kiedy ty nie umiałaś nawet włoŜyć butów. Nie rób ze
mnie wroga, młoda damo. Kieruję Urbana i zamierzam robić to nadal. A młodych, nadgorliwych
prokuratorów mam na pęczki.
- Grozi mi pan zwolnieniem?
- Ja cię tylko ostrzegam. - Z najwyŜszym wysiłkiem zdołał się opanować. - Albo działasz w
zgodzie z prawem, albo przeciw prawu.
- Wiem. - Ścisnęła mocniej wieczorową torebkę.
- Podziwiam cię, Deborah - powiedział juŜ spokojniej. - Masz wiele entuzjazmu, ale brak ci jeszcze
doświadczenia, a w tym przypadku potrzeba nam bardziej doświadczonych rąk i umysłów.
- Mitchell dał mi dwa tygodnie - powtórzyła z uporem.
- Mam tego świadomość. Pilnuj się jednak, by działać w zgodzie z prawem przez ten czas, który ci
pozostał. - Choć nadal miał srogą minę, poklepał ją dobrotliwie po ręce. - Baw się dobrze dziś
wieczorem. Menu jest wyśmienite.
Zostawił ją, a ona jeszcze przez dłuŜszą chwilę stała, trzęsąc się ze złości. A potem w poszukiwaniu
miejsca, gdzie mogłaby się uspokoić, skręciła do damskiej toalety. W przedsionku przemaszerowała
pod dwoma fikusami i weszła do przyległego pomieszczenia o róŜowych fotelach i seledynowych
blatach. Cisnęła torebkę na blat, po czym opadła na fotel przed jednym z owalnych luster.
A więc burmistrz jest z niej niezadowolony, pomyślała. Jest zawiedziony. I zaniepokojony.
Wyszarpnęła pomadkę z torebki i spróbowała się skupić na malowaniu ust. A tak naprawdę burmistrz
był wściekły, bo ośmieliła mu się sprzeciwić.
CzyŜby uwaŜał, Ŝe jest tylko jeden sposób, jedna droga do wyboru? Co moŜe być złego w
objazdach lub bocznych drogach, skoro prowadzą do tego samego celu? Zwłaszcza jeśli doprowadzą do
niego prędzej.
Wrzuciła szminkę do torebki i sięgnęła po puderniczkę. W lustrze napotkała swoje spojrzenie.
Co ona sobie właściwie wyobraŜa? Niespełna dobę temu była pewna, Ŝe istnieje tylko jeden sposób,
jedna droga. I choć nie pochwalałaby taktyki burmistrza, przyklasnęłaby jego odczuciom.
A teraz? Teraz nie była juŜ tego taka pewna. Czy nawet w tej chwili nie zbacza z drogi, w którą tak
wierzyła? Godząc się na to, by uczucia do Gage'a kolidowały z jej etyką zawodową?
A moŜe wszystko sprowadza się do kwestii dobra i zła? A ona juŜ nie wie, które jest które? Jak
moŜe dalej Ŝyć i funkcjonować jako prawnik, skoro nie potrafi powiedzieć, co jest jedynie słuszne?
Gdy tak siedziała, analizując swoją twarz oraz morale, nagle zgasły światła.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Deborah chwyciła torebkę i dla orientacji oparła się o blat. Taki olbrzymi, elegancki hotel,
pomyślała, a tu wysiadły korki. Choć próbowała dopatrzyć się w tym komizmu, serce biło jej jak
młotem. Zaklęła, gdy uderzyła biodrem o fotel, brnąc po omacku w ciemności.
MoŜe to głupie, ale się bała. Miała wraŜenie, Ŝe znalazła się w pułapce.
Nagle skrzypnęły drzwi. Krótki błysk światła, a potem znów ciemność.
- Hej, ślicznotko!
Zamarła, wstrzymując oddech.
- Mam dla ciebie wiadomość. - Mówił cienkim, piskliwym głosem, chichocząc na końcu kaŜdego
zdania. - Nie denerwuj się, Nie zrobię ci krzywdy. Montega chce cię mieć tylko dla siebie. I byłby
wściekły, gdybym wziął się za ciebie pierwszy.
Poczuła zimny dreszcz. SparaliŜowana strachem, przypomniała sobie jednak, Ŝe on nie moŜe jej
widzieć, dzięki czemu mają równe szanse.
- Kim jesteś?
- Ja? - Kolejny chichot. - Szukałaś mnie, ale mnie nie tak łatwo znaleźć. Dlatego nazywają mnie
Myszka. Bo mogę być wszędzie.
Sunął bezszelestnie w jej stronę. Odgadywała jego ruchy na podstawie kierunku, z którego
napływał głos.
66
- Bystry z ciebie gość - rzuciła, przesuwając ostroŜnie stopę w lewo.
- Jestem dobry. Jestem najlepszy. Nie ma lepszego niŜ Myszka. Montega kazał mi powiedzieć, Ŝe
jest mu naprawdę przykro, Ŝe nie mieliście wtedy okazji porozmawiać dłuŜej. Chce teŜ, byś wiedziała,
Ŝ
e ma cię na oku. Przez cały czas. Ciebie i twoją rodzinę.
Deborah ogarnęło przeraŜenie. Od razu porzuciła myśl, by go przechytrzyć i przemknąć się do
drzwi.
- Moją rodzinę?
- On ma teŜ swoich ludzi w Denver. Cwanych jak naleŜy. - Był teraz na tyle blisko, Ŝe czuła jego
zapach. Nie ruszyła się jednak z miejsca. - JeŜeli pójdziesz na współpracę, dopilnuje, Ŝeby twoja siostra
i cała reszta przespała spokojnie tę noc w swoich łóŜkach. Wszystko jasne?
Sięgnęła po torebkę i namacała chłodny metal.
- Tak, wszystko jasne. - Wyjęła broń, wycelowała w stronę, z której dobiegał głos, i wystrzeliła.
Myszka zwalił się z krzykiem na fotele. Deborah ominęła go i zaczęła obmacywać ścianę po
ś
cianie, dopóki nie natrafiła na drzwi. Szarpnęła za klamkę, słysząc za sobą płacz i przekleństwa
Myszki, i z przeraŜeniem odkryła, Ŝe drzwi są zablokowane.
- O BoŜe! O BoŜe! - Spanikowana, mocowała się z klamką.
- Deborah! - Ktoś wykrzyknął jej imię. - Odejdź od drzwi! Odsuń się od drzwi!
Zrobiła jeden niepewny krok do tyłu i usłyszała głuchy odgłos. Potem jeszcze jeden - i drzwi
ustąpiły z trzaskiem. Pobiegła w kierunku światła, prosto w ramiona Gage'a.
- Nic ci się nie stało? - Jego dłonie błądziły delikatnie po jej ciele, szukając obraŜeń.
- Nic. Nic. - Ukryła twarz na jego ramieniu, nie zwracając uwagi na zbierający się tłum. - On jest w
ś
rodku. - A gdy Gage chciał się odsunąć, przywarła do niego spazmatycznie. - Nie, proszę.
Gage, marszcząc brwi, dał głową znak dwójce ochroniarzy.
- Chodź, usiądź - zwrócił się do Deborah.
- Nie, nic mi nie jest. - WciąŜ oddychała z trudem, odsunęła się jednak, by popatrzeć na jego twarz.
Widząc na niej Ŝądzę mordu, wzmocniła uścisk. - Naprawdę. On mnie nawet nie dotknął. Próbował
mnie tylko przestraszyć, Gage. Nie zranił mnie.
Wpatrując się w jej pobladłą twarz, powiedział cicho:
- Myślisz, Ŝe w związku z tym będę miał mniejszą ochotę go zabić?
W drzwiach pojawił się zapłakany Myszka, z twarzą ukrytą w dłoniach, pomiędzy dwoma zwa-
listymi ochroniarzami. Miał na sobie uniform kelnerski.
Zaniepokojona spojrzeniem Gage'a, Deborah spróbowała przyciągnąć z powrotem jego uwagę.
- On jest w znacznie gorszej formie niŜ ja. Bo uŜyłam tego. - DrŜącą ręką uniosła do góry puszkę z
gazem pieprzowym. - Noszę to zawsze przy sobie od tamtej nocy w uliczce.
Niepewny, czy ma się roześmiać, czy zakląć, Gage przyciągnął ją po prostu do siebie i pocałował.
- Wygląda na to, Ŝe nie mogę spuścić cię z oka.
- Deborah. - Jerry łokciami utorował sobie drogę poprzez tłum gapiów. - Wszystko w porządku?
- Teraz juŜ tak. Skąd się tu wzięła policja?
- Sam ich wezwałem. - Jerry spojrzał na Gage'a. - Trzeba ją stąd zabrać.
- Nic mi nie jest - upierała się Deborah, zadowolona, Ŝe długa suknia zakrywa jej drŜące kolana. -
Muszę pojechać na komisariat i złoŜyć zeznania. Ale najpierw muszę zadzwonić.
- Ja zadzwonię, do kogo tylko sobie Ŝyczysz. - Jerry ścisnął ją mocno za rękę.
- Dzięki, ale wolę sama to zrobić. - Za jego plecami dostrzegła burmistrza. - Wyświadcz mi tę
przysługę i przytrzymaj na chwilę Fieldsa.
- JuŜ się robi. - Jerry znów spojrzał na Gage'a. - Zajmij się nią.
- Taki mam zamiar. - Trzymając ją mocno za łokieć, Gage wyprowadził Deborah z tłumu.
Przeszedł szybko przez hol i pociągnął ją ku windom.
- Dokąd idziemy?
- Mam tu swoje biuro, więc będziesz mogła stąd zadzwonić. - W windzie odwrócił ją znów ku
sobie i mocno przytulił. - Jak to się stało?
- Zaczęło się od tego, Ŝe Fields próbował mnie przywołać do porządku. Nie był ze mnie
zadowolony. - Kiedy otworzyły się drzwi windy, odsunęli się od siebie, by wyjść na korytarz. - Kiedy
się rozstaliśmy, miałam czerwoną mgłę przed oczami. Chciałam poprawić makijaŜ i trochę ochłonąć,
więc wstąpiłam do toalety. - Była juŜ spokojniejsza i na szczęście przestała się trząść. - Nawiasem
mówiąc, bardzo eleganckiej.
Wsuwając klucz do zamka, zerknął na nią z ukosa.
- Cieszę się, Ŝe ci się spodobała.
67
- Nawet bardzo. - Weszła do holu i przecięła puszysty beŜowy dywan. - Dopóki nie zgasły światła.
Próbowałam odzyskać orientację, kiedy drzwi otworzyły się i do środka wszedł on. Nieuchwytny
Myszka - dodała i znów poczuła skurcz Ŝołądka. - Miał dla mnie wiadomość od Montegi.
Na sam dźwięk tego nazwiska Gage'owi stęŜały mięśnie.
- Usiądź. Przyniosę ci brandy.
- A telefon?
- Jest tutaj. Dzwoń - powiedział, po czym, zmagając się z własnymi demonami, poszedł do barku
po karafkę i dwa kieliszki.
Deborah została sama. A choć potrafiła sobie nieźle radzić, miała nerwy w strzępach.
Kiedy usłyszał ten krzyk... Palce zbielały mu na karafce. Gdyby to był Montega, Deborah mogłaby
juŜ nie Ŝyć. A on znowu by się spóźnił. Nic, co go wcześniej spotkało, i nic, co mogło go jeszcze
spotkać w przyszłości, nie mogłoby być gorsze od utraty Deborah.
Gdy wrócił do pokoju, siedziała sztywno wyprostowana, z twarzą przeraźliwie bladą i podejrzanie
pociemniałymi oczyma. Trzymając w jednej ręce słuchawkę, drugą ściskała kurczowo sznur telefonu.
Mówiła coś szybko - do szwagra, jak się Gage po chwili domyślił.
Zrozumiał, Ŝe grozili jej rodzinie. A obawa, Ŝe ich skrzywdzą, przeraŜała ją bardziej niŜ
jakikolwiek zamach na jej własne Ŝycie.
- Macie do mnie dzwonić codziennie - nalegała. - Dopilnujcie, Ŝeby Cilla miała ochronę w
rozgłośni. A dzieci... - Zakryła twarz dłonią. - BoŜe, Boyd. - Słuchała przez chwilę, kiwając głową i
próbując się uśmiechnąć. - Tak, wiem, wiem. Nie zostaje się kapitanem za nic. Tak, będę na siebie
uwaŜać. Kocham was. Wszystkich was kocham. - Urwała i wzięła głęboki oddech. - Tak, wiem. Pa.
OdłoŜyła słuchawkę. Gage bez słowa wcisnął jej kieliszek do ręki. Trzymała go przez chwilę,
wpatrując się w bursztynowy płyn, a potem znów wzięła głęboki oddech, przytknęła kieliszek do ust i
upiła długi łyk. Otrząsnęła się i znów się napiła.
- Dzięki.
- Twój szwagier jest dobrym policjantem. Nie pozwoli, Ŝeby coś im się stało.
- Przed laty ocalił Cilli Ŝycie. To właśnie wtedy się w sobie zakochali. To jest naprawdę potworne,
Gage. Oni są moją rodziną. Jedyną, jaka mi pozostała. Myśl, Ŝe coś, co zrobiłam... co robię...
mogłoby... - Urwała, odpychając od siebie tę niewyobraŜalną wizję. - Po stracie rodziców myślałam, Ŝe
juŜ nie moŜe być gorzej. Ale to... - Potrząsając głową, znów spojrzała na swój kieliszek. - Moja matka
była policjantką.
Wiedział o tym. Wiedział o wszystkim, mimo to ujął jej dłoń i pozwolił mówić dalej.
- I to dobrą, tak mi przynajmniej mówili. Miałam wtedy zaledwie dwanaście lat, kiedy to się stało.
Tak naprawdę, nie znałam jej zbyt dobrze. Nie była stworzona na matkę.
Wzruszyła ramionami, ale nawet ten zdawkowy, obojętny gest świadczył o zadawnionych bliznach.
- A mój ojciec - ciągnęła - był prawnikiem. Obrońcą z urzędu. Starał się, jak mógł, Ŝeby to wszyst-
ko utrzymać... rodzinę... iluzję rodziny... Ale nie udało im się. - Znów pociągnęła łyk brandy,
wdzięczna za jej otępiającą moc. - Dwóch mundurowych przyszło do szkoły tamtego dnia. Wywołali
mnie i zabrali do domu. Musiałam się wtedy domyślić, Ŝe matka nie Ŝyje. Powiedzieli mi, w miarę
delikatnie, Ŝe chodzi o ich oboje. Jakiś drań, którego bronił mój ojciec, zdołał przemycić broń. Kiedy
byli w sali konferencyjnej, sytuacja wymknęła się spod kontroli.
- Tak mi przykro, Deborah. Wiem, co to znaczy stracić rodzinę.
Kiwając głową, odstawiła pusty kieliszek.
- Myślę, Ŝe właśnie dlatego postanowiłam zostać prawnikiem, prokuratorem. Moi rodzice
poświęcili Ŝycie w obronie prawa. Nie chciałam, Ŝeby zginęli na próŜno. Rozumiesz?
- Tak. - Podniósł do ust jej dłonie. - Jakiekolwiek były powody, dla których postanowiłaś zostać
prawnikiem, podjęłaś słuszną decyzję. Jesteś dobrym prawnikiem.
- Dzięki.
- Deborah... - Zawahał się, szukając najlepszych słów na wyraŜenie myśli. - Szanuję twoją bezkom-
promisowość oraz twoje kwalifikacje.
- Czuję, Ŝe zbliŜa się jakieś „ale”.
- Chciałbym cię znowu poprosić, Ŝebyś się wycofała. Zajmij się tym, co robisz najlepiej, to znaczy
oskarŜaniem Montegi i jego bandy. A resztę zostaw mnie.
Przez chwilę zastanawiała się, chcąc, podobnie jak on, moŜliwie jasno przedstawić swój punkt
widzenia.
- Gage, kiedy burmistrz mnie zwymyślał, poszłam się odświeŜyć do toalety. Gdy minęła mi złość,
zaczęłam analizować sytuację i moje motywy. Zaczęło mi się wydawać, Ŝe moŜe jednak burmistrz miał
68
rację. MoŜe rzeczywiście naleŜało przekazać tę sprawę komuś z większym doświadczeniem, a
mniejszym osobistym zaangaŜowaniem. - Potrząsnęła głową. - Jednak nie mogę tego zrobić. Zwłaszcza
teraz. Oni grozili mojej rodzinie. JeŜeli się wycofam, juŜ nigdy nie będę mogła sobie zaufać i stracę
wiarę w siebie. Muszę doprowadzić tę sprawę do końca. - Zanim zdąŜył coś powiedzieć, połoŜyła mu
ręce na ramionach. - Nie zgadzam się z tobą. Nie wiem teŜ, czy kiedykolwiek będzie to moŜliwe. Ale w
głębi serca rozumiem, co robisz i dlaczego. I proszę cię o to samo.
Jak mógł jej odmówić?
- Wobec tego na razie sytuacja jest patowa.
- Muszę zejść teraz na dół i złoŜyć oświadczenie. - Wstała, wyciągając rękę. - Pójdziesz ze mną?
Nie pozwolili jej porozmawiać z Myszką. Deborah doszła więc do wniosku, Ŝe na razie poradzi
sobie i bez tego. Do poniedziałku będzie miała policyjne raporty, a moŜe nawet coś więcej. Myszka był
przez cały czas pod ścisłą ochroną i mało prawdopodobne, by przydarzył mu się wypadek podobny do
tego, który spotkał Parina.
A o potrzebne informacje będzie się targowała z Myszką, tak jak targowałaby się z samym diabłem.
ZłoŜyła zeznanie i znuŜona czekała, aŜ przepiszą je na maszynie i dadzą jej do podpisu. W sobotni
wieczór w komisariacie panował ruch jak na dworcu. Prostytutki i alfonsi, dilerzy i ofiary napadów,
gangsterzy i zagonieni obrońcy z urzędu. To była rzeczywistość, nieodłączny element systemu, który
reprezentowała i w który wierzyła. Mimo to po wyjściu odetchnęła z ulgą.
- CięŜka noc - mruknęła.
- Doskonale sobie poradziłaś. - Gage dotknął jej policzka. - Musisz być wykończona.
- Szczerze mówiąc, umieram z głodu. - Uśmiechnęła się. - Wiesz co, nie byliśmy nigdy razem na
kolacji.
- Postawię ci hamburgera.
Roześmiała się, a potem zarzuciła mu ręce na szyję.
- Mój ty bohaterze.
Gage dotknął ustami jej szyi.
- Kupię ci tuzin hamburgerów - wyszeptał. - Tylko, na miłość boską, wróć potem ze mną do domu.
- Tak. Tak.
Gage umiał przygotować odpowiednią scenerię. Gdy Deborah weszła za nim do sypialni, księŜyc
zaglądał przez okno, przez świetlik w suficie sączył się gwiezdny pył, a świece ciepłym blaskiem
rozjaśniały ciemność. W powietrzu unosił się słodki zapach róŜ. Tę romantyczną aurę potęgowały
jeszcze dźwięki skrzypiec.
Nie miała pojęcia, jak zdołał tego dokonać przy pomocy zaledwie jednego telefonu z małej
hałaśliwej knajpki, w której zjedli kolację. Nie miało to jednak dla niej znaczenia. Wystarczyła
ś
wiadomość, Ŝe o tym pomyślał.
- Jak cudownie. - Była zdenerwowana mimo uniesień ubiegłej nocy. Podchodząc do stolika, na
którym stała butelka szampana w kryształowym naczyniu z lodem, czuła się niepewnie. - O wszystkim
pomyślałeś.
- Myślałem tylko o tobie. - Musnął wargami jej usta, zanim rozlał wino. - WyobraŜałem sobie
ciebie setki razy. Nawet tysiące. - Podał jej kieliszek.
- Ja teŜ. - Ręka jej drŜała, gdy unosiła go do ust. To do głosu dochodziły stłumione pragnienia. -
Kiedy mnie po raz pierwszy pocałowałeś, tam, na wieŜy, świat się przede mną otworzył. Wcześniej
nigdy czegoś takiego nie zaznałam.
- A ja byłem gotów cię błagać, byś ze mną została tamtej nocy, chociaŜ byłaś na mnie zła. - Wyjął
jej kolczyk z ucha i zaczął pieścić palcem wraŜliwą konchę. - Ciekawe, czy byś wtedy została?
- Nie wiem. Ale chciałabym.
- To mi prawie wystarczy. - Rozpiął drugi kolczyk i połoŜył oba na stoliku. Potem, nie spuszczając
wzroku z Deborah, zaczął jedna po drugiej, wyjmować spinki z włosów. - Ty drŜysz.
Jego ręce były delikatne, a wzrok naglący.
- Wiem.
Wziął kieliszek z jej omdlałej dłoni i odstawił na bok. WciąŜ spoglądając jej w oczy, wyjmował
spinki, muskając koniuszkami palców jej kark.
- Boisz się mnie?
- Raczej tego, co moŜesz ze mną zrobić.
69
W jego wzroku pojawiły się mroczne błyski. Pochylił głowę i złoŜył delikatny pocałunek na jej
skroni.
Oszołomiona, poprosiła:
- Pocałuj mnie, Gage.
- Dobrze. - Usta zaczęły sunąć po jej twarzy, draŜniąc i pozostawiając uczucie niedosytu. - JuŜ się
robi.
- Nie musisz mnie uwodzić. - Oddech miała przyspieszony.
Powiódł palcem w górę i w dół jej obnaŜonych pleców, a gdy zadrŜała, uśmiechnął się.
- Cała przyjemność po mojej stronie. - Chciał jednak, by była to równieŜ jej przyjemność.
Poprzedniej nocy dał upust namiętności i poŜądaniu. Teraz zapragnął ukazać jej tę łagodniejszą
stronę miłości. Gdy się do niego przytuliła, powściągnął poŜądanie.
- Wczoraj kochaliśmy się po ciemku - wyszeptał, a jego palce juŜ rozpinały guziczki sukni. - Tej
nocy chcę na ciebie patrzeć.
Suknia ześlizgnęła się na podłogę, tworząc połyskliwą niebieską plamę u stóp. Deborah miała na
sobie tylko przejrzysty koronkowy gorsecik, który podtrzymywał jej piersi i obciskał biodra. Jej uroda
zaparła mu dech w piersi.
- Ilekroć na ciebie patrzę, zakochuję się od nowa.
- To nie przestawaj na mnie patrzeć. - Sięgnęła, by mu rozwiązać elegancki krawat. Jej palce
ześlizgnęły się w dół, by rozpiąć ukryte guziki. - Nigdy nie przestawaj. - Rozsunęła poły koszuli, a
potem przytknęła usta do jego rozgrzanej skóry. Zanim w geście zaproszenia odchyliła głowę do tyłu,
czubkiem języka zakreśliła na torsie Gage'a wilgotny ślad. Oczy jej lśniły szafirowym blaskiem za
zasłoną czarnych rzęs.
- Pocałuj mnie teraz.
Równie urzeczony jak ona, przywarł ustami do jej warg. W pokoju jednocześnie z dwóch piersi -
wyrwał się gardłowy jęk. Ręce Deborah przesunęły się wolno w górę, po torsie Gage'a, by opaść
bezwładnie, gdy zaczął ją całować łagodniej, głębiej i delikatniej.
Wziął ją na ręce, jakby była z kruchej porcelany, a nie z krwi i kości. Trzymał ją tak przez chwilę,
spoglądając w oczy. Niosąc ją do łóŜka, obsypywał pocałunkami lekkimi jak piórko.
Usiadł, trzymając ją na kolanach. Widział, jak niemal wzlatuje do góry, a oczy same jej się zamyka-
ją. Ciało jej stało się nagle gibkie jak liana. Serce waliło głucho pod jego dłonią. Taką właśnie chciał ją
oglądać. W pełni zadowoloną. I tylko jego. Napawając się egzotycznym smakiem jej ust, pomyślał, Ŝe
mógłby robić to całymi godzinami. Ba, nawet całymi dniami.
Odczuwała wszystkie niesłychanie delikatne rodzaje dotyku - muśnięcie czubkiem palca, głaskanie
dłonią, i tak bardzo cierpliwą wędrówkę warg. Jej ciało zdawało się lekkie jak powietrze przesycone
zapachem róŜ, ale ręce miała zbyt cięŜkie, by mogła je unieść. Muzyka i pomruki Gage'a zlewały się w
jej umyśle w jeden uwodzicielski zew. A w tle tego rozbrzmiewał jej galopujący puls.
Czuła, Ŝe nigdy nie była bardziej skłonna udać się tam, gdzie zamierzał ją zabrać.
Wiedziała juŜ, czym jest miłość - silniejsza niŜ głód i pragnienie.
Westchnęła cicho, gdy usta Gage'a wyszeptały coś nad czubkami jej piersi. Jego język wślizgnął się
wolno i podniecająco pod koronkę, by draŜnić jej stwardniałe sutki. Palce błądziły po delikatnej skórze
ponad pończochą, aŜ wsunęły się pod trójkąt przejrzystego materiału.
Jednym ruchem wyniósł ją po raz pierwszy na szczyt. Wygięła się w łuk, odsyłając mu, jak strzałę,
swoją rozkosz. Zdawała się topnieć w jego ramionach.
Bez tchu, w upojeniu, wyciągnęła ręce.
- Gage, pozwól mi...
- Pozwolę. - Stłumił ustami jej okrzyk i wciąŜ drŜącą połoŜył na łóŜku.
Teraz, pomyślał. Mógłby wziąć ją teraz, uległą, rozgrzaną i wilgotną. Blask księŜyca padał na jej
ciało, na włosy. Biała koronka, którą miała na sobie, wydawała się złudzeniem.
Deborah zadrŜała, gdy musnął palcami jej ciało, odpinając pończochę. Powolnym, niemal leniwym
ruchem zsunął ją aŜ do kostki, a w ślad za tym podąŜyły jego usta, obsypując pocałunkami nogę.
Wodził językiem po zagłębieniu kolana i wzdłuŜ łydki, a Deborah wiła się w jego ramionach, nie-
przytomna z rozkoszy.
Znów wyciągnęła ręce, on jednak uchylił się, by skupić się na drugiej nodze. Usta powędrowały
wolno w górę, zatrzymując się i krąŜąc, nie odnalazły warg Deborah. Wtedy uniosła się; z jej ust wy-
rwało się jego imię i bliska łez przyciągnęła go do siebie.
JuŜ przy pierwszym dotknięciu wstąpiły w nią nowe siły.
70
Jej rozpalone ciało spotkało się z jego ciałem. To jej jednak nie wystarczało. Zaczęła niecierpliwie
szarpać go za koszulę, wiedziona desperackim pragnieniem, by posiąść go jeszcze głębiej. A gdy
szarpnęła za pasek do spodni, usłyszała, jak wciągnął gwałtownie powietrze.
- Pragnę cię. - Jej usta przywarły chciwie do jego warg. - BoŜe, jak ja cię pragnę.
Do tej pory trzymał się jakoś, teraz jednak resztki samokontroli opuściły Gage'a. Uległ miaŜdŜącej
fali poŜądania, rozgorączkowanym dłoniom Deborah i jej zaborczym ustom. Oddech palił mu płuca,
gdy zdzierał z siebie ubranie.
Uklękli wśród skłębionej pościeli - drŜący, wpatrzeni w siebie. Gage wsunął rękę pod rąbek
koronki i szarpnął mocno. A potem ujął biodra Deborah i przyciągnął ją do siebie.
Wygięła się cała podczas tego szaleńczego miłosnego aktu. Ręce zsunęła po jego smukłych
ramionach, odnajdując punkt oparcia. Staczając się w otchłań szaleństwa, wyszlochała jego imię.
Osłabła, leŜała na łóŜku, z jedną ręką na oczach, a drugą zwisającą bezwładnie z materaca. Czuła,
Ŝ
e nie moŜe się ruszyć, nie była pewna, czy potrafi mówić, wątpiła nawet, czy oddycha.
A jednak, gdy Gage złoŜył pocałunek na jej ramieniu, znów zadrŜała.
- Chciałem być delikatny.
Otworzyła z trudem oczy. Twarz Gage'a była tak blisko. Czuła we włosach jego palce.
- Wobec tego będziesz musiał próbować, aŜ ci się uda.
Usta Gage'a drgnęły w uśmiechu.
- Wydaje mi się, Ŝe to potrwa dość długo.
- To dobrze. - Koniuszkiem palca obrysowała jego wargi. - Kocham cię, Gage. Tylko to się liczy
tej nocy.
- To jedyne, co się liczy. - Nakrył dłonią jej rękę. Gest ten symbolizował więź równie głęboką i
intymną jak ich seks.
- Przyniosę ci wina. - Mówiąc to, wstał.
Z błogim westchnieniem opadła na poduszki.
- Nigdy nie myślałam, Ŝe mogę być taka.
- To znaczy jaka?
Zobaczyła swoje odbicie w szerokim lustrze po drugiej stronie pokoju - naga wśród rozrzuconych
poduszek i zmiętych prześcieradeł.
- Taka rozpustna. - Słowa te rozśmieszyły Deborah. - Na studiach miałam opinię osoby chłodnej,
bardzo pilnej i nieprzystępnej.
- Szkoła się nie liczy. - Gage usiadł na łóŜku i podał jej wino.
- Chyba nie. Ale nawet później, kiedy zaczęłam pracować w prokuraturze okręgowej, opinia pozo-
stała. PowaŜna O'Roarke - dorzuciła, marszcząc nos.
- Lubię, kiedy jesteś powaŜna - stwierdził, sącząc wino. - Mogę sobie ciebie wyobrazić, jak w
bibliotece prawniczej ślęczysz nad grubymi, zakurzonymi księgami, robiąc notatki.
Skrzywiła się.
- Ta wizja nie do końca mi odpowiada w tym momencie.
- Mnie się podoba. - Pochylił głowę, by schwycić delikatnie zębami jej ucho. - Miałabyś na sobie
jeden z tych konwencjonalnie uszytych kostiumów, w twoich ulubionych bardzo niekonwencjonalnych
kolorach. - Na widok jej lekko naburmuszonej miny zaśmiał się cicho. - Wygodne buty i bardzo
dyskretną biŜuterię.
- Mówisz tak, jakbym była jakąś świętoszką.
- A pod spodem miałabyś coś cienkiego i seksownego. - Zahaczył palcem rozdarty kawałek koronki
i uniósł go do światła. - Bardzo osobisty wybór dla bardzo przyzwoitej pani prokurator. A potem
zaczęłabyś recytować listę moich poprzedników, doprowadzając mnie do szaleństwa..
- Na przykład Warner Kowalski?
- Na przykład. Ale tylko ja jeden wiedziałbym, Ŝe potrzeba sześciu spinek, by upiąć twoje włosy w
ten bardzo skromny węzeł.
- Wiem, Ŝe bywam czasami zbyt powaŜna - przyznała Deborah. - Ale tylko dlatego, Ŝe to, co robię,
jest dla mnie takie istotne.- Spojrzała na swój kieliszek. - Muszę mieć pewność, Ŝe moja praca ma
znaczenie. śe reprezentowany przeze mnie system funkcjonuje prawidłowo. - Gdy cofnął się, by się jej
przyjrzeć, westchnęła. - Wiem, Ŝe to po części sprawa ambicji, ale równieŜ wrodzonego poczucia
sprawiedliwości. Dlatego tak się martwię, jak rozwiąŜemy tę sytuację.
- Nie rozwiąŜemy jej tej nocy.
- Wiem, ale...
71
- Nie tej nocy - powtórzył, kładąc jej palec na wargach. - Tej nocy jesteśmy tylko ty i ja. Potrzebuję
tego, Deborah. I ty teŜ.
Skinęła głową.
- Masz rację. Znów zaczynam być zbyt serio.
- To da się załatwić. - Gdy podniósł kieliszek do światła, zaperliły się bąbelki.
- Mamy się upić?
- Coś w tym rodzaju. - W jego oczach zabłysły wesołe iskierki. - MoŜe nauczyłbym cię, jak...
mniej powaŜnie pić szampana? - Przechylił kieliszek i struŜka chłodnego wina spłynęła po jej piersi.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Patrząc na śpiącą Deborah, Gage stracił poczucie czasu. Świece wypaliły się, pozostawiając po
sobie zapach gorącego wosku. Ręka Deborah spoczywała w jego dłoni i nawet przez sen nie przestała
go leciutko ściskać.
Cienie uniosły się i rozpłynęły w perłowej poświacie ranka. Coraz jaśniejsze światło padało na
włosy Deborah, na jej twarz i ramiona. Idąc jego śladem, zaczął znaczyć wargami delikatny szlak na jej
ciele.
Zbyt wiele pozostało jeszcze do zrobienia. Ze zbyt wielu spraw chciał ją nadal wyłączyć. Czuł, Ŝe
cele, jakie przyświecały mu od ponad czterech lat, w ostatnich tygodniach zeszły na dalszy plan. Teraz
nie wystarczała mu juŜ zemsta za śmierć przyjaciela. Zapłata za zmarnowany czas oraz kawał Ŝycia
takŜe go nie zadowalała. Sama chęć wymierzenia sprawiedliwości przestała być wystarczającą siłą
napędową.
Będzie musiał się spieszyć, bo kaŜdy dzień bez odpowiedzi to kolejny dzień zagroŜenia dla
Deborah. A nie było teraz waŜniejszej sprawy od jej bezpieczeństwa.
Odsunął się i bezszelestnie wstał z łóŜka, Ŝeby się ubrać. Musi nadrobić te wszystkie godziny,
podczas których wolał być z Deborah, zamiast w pracy albo na ulicach. Gdy się odwrócił, poruszyła się
na łóŜku i wtuliła głębiej w poduszki. Będzie spała przez cały ranek. A on będzie w tym czasie
pracował.
Wcisnął guzik pod rzeźbioną boazerią, na ścianie oddalonej od łóŜka. Panele rozsunęły się, Gage
wkroczył w ciemność, po czym ściana zamknęła się za jego plecami.
Deborah wymruczała poranne powitanie i zamrugała nieprzytomnie powiekami. Czy to sen?
Gotowa była przysiąc, Ŝe widziała, jak Gage zniknął w jakimś sekretnym przejściu. Zdezorientowana,
uniosła się na łokciach. Gdy chciała go objąć przez sen, poczuła, Ŝe nie ma go obok niej, i obudziła się
dokładnie w chwili, kiedy ściana się otworzyła.
To nie był sen. Gage'a rzeczywiście nie było, a prześcieradła, na których leŜał, zdąŜyły juŜ
wystygnąć.
Następny sekret, pomyślała rozŜalona tym kolejnym objawem braku zaufania. Po spędzonych
wspólnie nocach, mimo miłości, jaką jej okazywał, nadal jej nie ufał.
Trzeba coś z tym zrobić, pomyślała. Nie będzie siedzieć z załoŜonymi rękami i roztkliwiać się nad
sobą, tylko zaŜąda wyjaśnień. Wstała, zajrzała do szafy i znalazła szlafrok. Z miękkiej bawełny w
szarym odcieniu, sięgał jej do kostek. Podwinęła rękawy i zaczęła gorączkowo szukać mechanizmu,
który otwierał panel.
Mimo Ŝe znała w przybliŜeniu jego połoŜenie, zajęło jej to dziesięć frustrujących minut, i jeszcze
dwie, zanim odkryła, jak działa.
Kiedy panele rozsunęły się, cmoknęła z zadowoleniem, po czym bez wahania wkroczyła w wąski,
ciemny korytarz.
Trzymając się jedną ręką ściany dla orientacji, ruszyła przed siebie. Wbrew przypuszczeniom, nie
wyczuła zapachu zatęchłej wilgoci. Powietrze było czyste, a ściana sucha i gładka. Nawet gdy po zamk-
nięciu panelu znalazła się w ciemnościach, nie czuła się niepewnie. Wiedziała juŜ, Ŝe nie usłyszy
skrobania pazurów o podłogę. Jasne było, Ŝe dokądkolwiek wiodło to przejście, Gage musi go często
uŜywać.
Szła ostroŜnie przed siebie, wytęŜając wzrok i słuch. Korytarzyki, kręte jak węŜe, odchodziły od
głównego korytarza. Ona jednak, wiedziona instynktem, trzymała się prostej drogi. Po jakimś czasie
zobaczyła przyćmione światło i przyspieszyła kroku. Kamienne schody prowadziły stromo w dół.
Trzymając się cienkiej Ŝelaznej poręczy, zaczęła schodzić, by na dole ujrzeć przed sobą trzy tunele,
biegnące w róŜnych kierunkach.
- Gage, którędy poszedłeś? - Jej szept odbił się echem od ścian i zamarł.
72
KrzyŜując ręce na piersi, wkroczyła pod strome sklepienie, by zmienić zdanie i wybrać środkowe
przejście. Znów zawahała się. A potem usłyszała ciche, przytłumione dźwięki muzyki, dobiegające z
głębi ostatniego korytarza.
Znów zanurzyła się w ciemność. Kierując się ku źródłu dźwięku, stąpała ostroŜnie po pochyłej ka-
miennej posadzce. Nie miała pojęcia, jak głęboko znajduje się pod ziemią, ale powietrze gwałtownie się
ochłodziło. Muzyka stawała się coraz głośniejsza, a w tunelu robiło się coraz jaśniej. Na koniec
usłyszała mechaniczny szum i stukot - jakby ktoś pisał na maszynie.
U ujścia tunelu zastygła z szeroko otwartymi oczami, zdumiona i zaskoczona.
Przed sobą miała olbrzymie pomieszczenie o kamiennych ścianach i łukowatym sklepieniu,
przypominającym grotę. Ciągnęło się co najmniej piętnaście metrów w kaŜdym kierunku. Nie było to
jednak prymitywne, ponure pomieszczenie, pomyślała, owijając się ciasno szlafrokiem Gage'a.
Wprost przeciwnie. Było rzęsiście oświetlone i wyposaŜone w system komputerów, drukarek oraz
migających monitorów. Do jednej ściany przymocowano ekrany telewizyjne. Drugą zajmowała
gigantyczna mapa Urbany. Z niewidzialnych głośników sączyła się romantyczna muzyka. Na pulpitach
z szarego granitu znajdowały się stanowiska pracy, telefony oraz stosy zdjęć i papierów.
Przed pulpitem kontrolnym, najeŜonym masą włączników, guzików oraz dźwigni siedział Gage, a
jego palce poruszały się w szybkim tempie. Na mapie zamigotały światełka. Gage przesunął się, by
włączyć kolejne urządzenia. Na ekranie komputera ukazała się mapa Urbany.
Wyglądał jak obcy człowiek, z posępną twarzą, na której malowało się napięcie.
Zeszła na dół, po trzech kamiennych schodkach.
- No, no - zaczęła, gdy odwrócił się raptownie. - Kiedy mnie oprowadzałeś po swoim domu, nie
włączyłeś tego do programu wycieczki.
- Deborah! - Wstał, machinalnie wyłączając monitor. - Miałem nadzieję, Ŝe pośpisz dłuŜej.
- O, jestem tego pewna. - Ukryła zaciśnięte pięści w głębokich kieszeniach szlafroka. - Najwyraź-
niej przerwałam ci pracę. Ciekawe... przejście - rzuciła. - Powiedziałabym nawet, w stylu męŜczyzny
zwanego Nemezis. Dramatyczne i tajemne. - Mijając rząd komputerów, podeszła do mapy. - Jaka
dokładna - mruknęła. - Bardzo szczegółowa. - Obróciła się na pięcie. - Mam jedno pytanie.
NajwaŜniejsze w tej chwili. Z kim właściwie sypiam?
- Jestem przecieŜ tym samym męŜczyzną, z którym byłaś tej nocy.
- CzyŜby? Jesteś tym samym człowiekiem, który mówił mi, Ŝe mnie kocha, i który mi to okazał na
dziesiątki cudownych sposobów? A zarazem tym samym człowiekiem, który zostawił mnie w łóŜku,
Ŝ
eby tu przyjść? Jak długo jeszcze masz zamiar mnie okłamywać?
- Nie chodzi o to, Ŝe cię okłamuję. Ja po prostu muszę to robić. Wydawało mi się, Ŝe rozumiesz.
- To ci się źle wydawało. Nie rozumiem, dlaczego chciałeś to przede mną ukryć. Dlaczego wolałeś
pracować beze mnie, zatajając informacje?
Na jej oczach zaczął się nagłe zmieniać. Stał się chłodny i wyniosły.
- Dałaś mi przecieŜ dwa tygodnie.
- Niech cię wszyscy diabli! Dałam ci znacznie więcej. Dałam ci wszystko - stwierdziła z gniewem.
Chciał do niej podejść, ale powstrzymała go, podnosząc rękę.
- Nie. Nie będziesz grał tym razem na moich uczuciach.
- W porządku - odparł, choć jego własne emocje rozpaczliwie domagały się ujścia. - To nie sprawa
uczuć, ale logiki. Powinnaś to bez trudu pojąć, Deborah. Jestem tu w pracy. A twoja obecność tutaj jest
równie niepoŜądana jak moja u ciebie, na sali sądowej.
- Logiki? - odrzekła ze złością. - Wszystko jest logiczne, jeśli pasuje do twoich celów. Masz mnie
za idiotkę? Myślisz, Ŝe nie widzę, co się tu dzieje? - Machnęła ręką w stronę jednego z monitorów. -
Trzymajmy się tematów zawodowych. Masz wszystkie informacje, o które dobijałam się z takim
trudem. Wszystkie nazwiska, wszystkie numery - znacznie więcej, niŜ ja byłam w stanie zdobyć. A
jednak mi nie powiedziałeś. I nie miałeś zamiaru powiedzieć.
Znów przywdział nieprzeniknioną maskę.
- Pracuję sam.
- Wiem, zdaję sobie z tego sprawę. - Szła ku niemu, a jej głos pobrzmiewał goryczą. - śadnych
partnerów. Chyba Ŝe w łóŜku. Tam jestem wystarczająco dobra, Ŝeby być twoją partnerką.
- Co ma jedno z drugim wspólnego?- Ŝachnął się.
- Wszystko. - Z trudem powstrzymała się od krzyku. - Jedno wiąŜe się z drugim. JeŜeli nie potrafisz
mi zaufać we wszystkim, jeŜeli nie potrafisz mnie szanować, i jeŜeli nie potrafisz być ze mną szczery
na kaŜdy temat, to nic nas nie łączy.
- Nie wiesz wszystkiego, Deborah! - Chwycił ją za ręce. - Ty nic nie rozumiesz!
73
- Rzeczywiście, nie rozumiem. Bo ty nie chcesz mi tego ułatwić.
- Ja nie mogę ci na to pozwolić - poprawił ją i przytrzymał mocniej, gdy chciała się wyrwać. - Mię-
dzy okłamywaniem a zatajaniem informacji jest pewna róŜnica. Nie moŜna rozpatrywać wszystkiego w
kategoriach czarne-białe.
- Właśnie, Ŝe moŜna.
- To są groźni ludzie, Deborah. Bez sumienia, bez litości. Próbowali juŜ cię zabić i ledwie uszłaś z
Ŝ
yciem. Nie będę cię naraŜał. A jeŜeli chcesz mieć to wyraźnie powiedziane, proszę bardzo. - Zaczął
nią potrząsać, wyraźnie akcentując kaŜde słowo: - Nie będę cię naraŜał.
- Nie powstrzymasz mnie przed robieniem tego, co do mnie naleŜy, albo tego, co uwaŜam za
słuszne. Zapamiętaj to sobie.
- Klnę się na Boga, Ŝe jeśli będę musiał cię zamknąć na klucz do końca sprawy, Ŝeby ci zapewnić
bezpieczeństwo - zrobię to.
- A co potem? Czy tak samo będzie następnym razem, i następnym?
- Będę robił wszystko, Ŝeby cię chronić. To się nigdy nie zmieni.
- Nie masz takiej małej, plastikowej kapsułki, w której mógłbyś mnie schować? - Chwyciła go za
ręce, w nadziei, Ŝe zrozumie. - JeŜeli mnie kochasz, musisz pokochać mnie całą - taką, jaka jestem.
Tego się domagam, podobnie jak tego, bym mogła poznać i pokochać ciebie całego. - Widząc w jego
oczach błysk zrozumienia, tłumaczyła dalej: - Nawet dla ciebie nie potrafię stać się kim innym.
Kobietą, która siedzi i czeka, aŜ się nią zajmiesz.
- Nie proszę cię o to.
- Naprawdę? JeŜeli teraz nie moŜesz mnie zaakceptować, to nigdy tego nie zrobisz. Gage, ja chcę
spędzić z tobą Ŝycie. Nie tylko kilka nocy w łóŜku, ale całe Ŝycie. Z dziećmi, domem i naszą wspólną
historią. Ale jeŜeli nie chcesz mi powiedzieć, co wiesz i kim jesteś, to nie moŜe być dla nas wspólnej
przyszłości. - Odsunęła się. - A skoro tak, będzie lepiej dla nas obojga, jak odejdę.
- Nie odchodź! - Chwycił ją, zanim zdąŜyła się odwrócić. Chęć przetrwania, nawet bardzo głęboka,
była niczym wobec wizji Ŝycia bez Deborah. - Musisz dać mi słowo - ścisnął ją mocno za ręce - Ŝe nie
będziesz ryzykować i Ŝe zamieszkasz ze mną, przynajmniej dopóki to się nie skończy. Nic z tego, czego
się dowiemy, nie moŜe się wydostać poza te mury. Nie moŜesz ryzykować i zawiadomić o tym
prokuratury okręgowej. Jeszcze nie.
- Gage, mam obowiązek...
- Nie - uciął. - Wszystko, co robimy i czego się dowiemy, musi zostać między nami, póki nie
przyjdzie pora na nasz ruch. Nie mogę ci nic więcej obiecać, Deborah. Proszę tylko o kompromis.
- W porządku - powiedziała, widząc, ile go to kosztuje. - Nie pójdę do Mitchella, póki oboje nie
będziemy mieli pewności, Ŝe przyszła pora. Ale chcę wiedzieć wszystko, Gage. Wszystko. - Mówiła
spokojniej. - Zdaję sobie sprawę, Ŝe coś przede mną ukrywasz. Coś niezwykle waŜnego, co nie ma nic
wspólnego z potajemnymi przejściami czy bazą danych. I jest mi bardzo przykro.
Gage odwrócił się. JeŜeli miał dać jej wszystko, musiał zacząć od siebie. Zapadła długa cisza, a
potem zaczął mówić:
- Jest coś, czego o mnie nie wiesz, Deborah. Co moŜe ci się nie spodobać i czego moŜe nie będziesz
w stanie zaakceptować.
JuŜ od samego tonu zaschło jej w ustach, a puls zaczął bić nieregularnym rytmem.
- Tak mało masz wiary we mnie?
Pomyślał, Ŝe ulokował w niej całą swoją wiarę.
- Nie miałem prawa dopuścić do tego, by sprawy między nami zaszły tak daleko, zanim ci nie
powiedziałem, kim jestem. - Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka z nadzieją, Ŝe nie robi tego po raz
ostatni. - Nie chciałem cię przeraŜać.
- Powiem ci, Ŝe teraz mnie przeraŜasz. JeŜeli masz mi coś do powiedzenia, zrób to. Jakoś sobie
poradzimy.
Bez słowa odwrócił się i podszedł do kamiennej ściany. Tam znów się odwrócił i patrząc na
Deborah, zniknął.
Otworzyła usta ze zdumienia, lecz wydobył się z nich tylko stłumiony jęk. Cofnęła się, ze
wzrokiem wbitym w miejsce, w którym powinien się znajdować
Gage. Nie tylko powinien, ale musiał,
wmawiał jej zdezorientowany umysł. DrŜącą ręką chwyciła za oparcie krzesła i osunęła się na nie.
Podczas gdy jej umysł wciąŜ zaprzeczał temu, co widziały oczy, Gage powrócił nagle,
materializując się jakieś trzy metry od miejsca, w którym zniknął. Przez moment patrzyła poprzez
niego, jakby był tylko duchem stojącego przed nią człowieka.
Chciała wstać, potem się rozmyśliła, chrząknęła i powiedziała:
74
- Dziwna pora na sztuczki magiczne.
- To nie jest sztuczka. - Ruszył ku niej, zastanawiając się, czy się Ŝachnie albo cofnie. - Przy-
najmniej nie taka, jak myślisz.
- A te wszystkie gadŜety, które tu zgromadziłeś? - powiedziała, chwytając się logiki jak koła
ratunkowego pośród morza zamętu. - Nie wiem, czego uŜywasz, ale złudzenie optyczne jest
niesamowite. Pentagon byłby bardzo zainteresowany - dodała.
- To nie złudzenie. - Dotknął jej ramienia, a choć się, wbrew jego obawom, nie uchyliła, skórę
miała zimną i wilgotną. - Teraz się mnie boisz.
- Bzdura! - zaprotestowała drŜącym głosem, po czym wstała. - To tylko sztuczka, nawet efektowna,
ale...
Urwała, gdy połoŜył rozpostartą dłoń na granitowym blacie. Dłoń zniknęła aŜ po nadgarstek.
- O BoŜe! - Podniosła na niego oczy, pociemniałe ze zdumienia. - To niemoŜliwe! - PrzeraŜona,
szarpnęła go za rękę i z ulgą zobaczyła jego dłoń, całą i ciepłą.
- To moŜliwe. - Tą samą ręką dotknął delikatnie jej twarzy. - Widzisz, jest prawdziwa.
Uniosła drŜącą dłoń.
- Daj mi minutę. - Odwróciła się i odeszła o kilka kroków. Poczucie odtrącenia przeszyło go jak
tępe ostrze.
- Przepraszam cię. - Z trudem zdołał zapanować nad głosem. - Nie znałem lepszego i łatwiejszego
sposobu, Ŝeby ci to pokazać. Gdybym próbował ci to opowiedzieć, nie uwierzyłabyś.
- Nie, nie uwierzyłabym. - Choć widziała to na własne oczy, umysł jej wciąŜ był gotów się spierać,
Ŝ
e to niemoŜliwe. śe to tylko jakaś zabawa, zwykła sztuczka, i nic więcej. A choć byłoby jej wygodnie
w to uwierzyć, pamiętała, jak Nemezis znikał przed jej oczami.
Odwróciła się i zobaczyła, Ŝe Gage przygląda się jej w napięciu. To juŜ nie były Ŝarty.
Roztrzęsiona, zaczęła sobie rozcierać ramiona, w nadziei, Ŝe się rozgrzeje i uspokoi dygoczące mięśnie.
- Jak ty to robisz? - zapytała.
- Nie wiem tak do końca. - Rozpostarł dłonie, popatrzył na nie, a potem zacisnął je w pięści i w po-
czuciu bezradności wsunął do kieszeni. - Coś się ze mną stało, kiedy leŜałem w śpiączce. Coś się we
mnie zmieniło. Odkryłem to niemal przez przypadek parę tygodni po tym, jak odzyskałem
przytomność. Musiałem się z tym pogodzić, musiałem nauczyć się tym posługiwać, bo czułem, Ŝe
otrzymałem ten dar w pewnym celu.
- Stąd Nemezis.
- Tak, stąd Nemezis.- Powoli zaczynał się uspokajać. Gdy spojrzał na Deborah, zobaczyła, Ŝe
wzrok ma obojętny i dziwnie martwy. - Nie miałem wyboru, ale ty go masz.
- Wydaje mi się, Ŝe tego nie rozumiem. - Chwyciła się za głowę i zaśmiała się nerwowo. - Wiem,
Ŝ
e tego nie rozumiem.
- Opowiadając ci o sobie, nie byłem z tobą szczery. MęŜczyzna, w którym się zakochałaś, był
normalny.
Zdezorientowana, opuściła ręce.
- Nic juŜ z tego nie rozumiem. PrzecieŜ zakochałam się w tobie.
- Ale ja nie jestem normalny, do cholery! - W jego oczach błysnęła wściekłość. - I nigdy nie będę.
Co gorsza, będę musiał to znosić do końca Ŝycia. Nie potrafię ci powiedzieć, skąd to wiem, ale wiem.
- Gage... - Wyciągnęła ręce, ale on się cofnął
- Nie chcę twojej litości.
- Wcale się nad tobą nie lituję - wypaliła. - Bo niby dlaczego? Nie jesteś przecieŜ chory. Wręcz
przeciwnie - jesteś cały i zdrowy. A ja jestem zła tylko dlatego, Ŝe to takŜe zataiłeś przede mną. I
domyślam się dlaczego. - Cofając się, przeczesała palcami włosy. - Uznałeś, Ŝe odejdę, prawda? śe
jestem za słaba, za głupia albo za delikatna, Ŝeby sobie z tym poradzić. Nie wierzyłeś w moją miłość do
ciebie! - wykrzyknęła w przypływie ślepej furii. - Nie wierzyłeś w moją miłość - powtórzyła. - Do
diabła z tobą, Gage! Ale ja i tak cię kocham i zawsze będę kochać.
Pobiegła w stronę wyjścia. Gage dopadł ją u stóp schodów, odwrócił do siebie i przytulił, choć
przeklinała i próbowała się wyrwać.
- Nazywaj mnie, jak chcesz. - Chwycił ją za ramiona i mocno potrząsnął. - Daj mi w twarz, jeśli
chcesz. Ale nie odchodź.
- Myślałeś, Ŝe cię zostawię, prawda? - Spróbowała się wyrwać. - śe się okręcę na pięcie i odejdę?
- Tak.
Zaczęła na niego krzyczeć. A potem zobaczyła w jego oczach to, co tak skrzętnie przed nią ukry-
wał. Strach. W jednej chwili zapomniała o oskarŜeniach.
75
- Myliłeś się - powiedziała cicho. Patrząc mu w oczy, otoczyła dłońmi jego twarz, wspięła się na
palce i pocałowała go w usta.
ZadrŜeli. I on, i ona. Zalała ich podwójna fala ulgi. Gage zamknął Deborah w miaŜdŜącym,
zaborczym uścisku. W miejsce potwornego strachu pojawiło się silne poŜądanie. To nie litość
przemawiała przez jej usta, ale namiętność.
Z cichym, uwodzicielskim pomrukiem wymotała się ze szlafroka. Nie tylko chciała się oddać, ale
domagała się, by Gage wziął ją taką, jaka jest. A takŜe by pozwolił jej wziąć siebie. Z przekleństwem,
które przemieniło się w jęk, zaczął wodzić rękami po jej ciele, pogrąŜony w oczyszczającym miłosnym
szale.
Szarpnęła go niecierpliwie za koszulę.
- Kochaj się ze mną. - Z głową odchyloną do tylu, oczyma i głosem rzucała mu wyzwanie. - Kochaj
się ze mną. Teraz!
Gdy kładli się na podłodze, nie przestawała zdzierać z niego ubrania, rozpalona i spragniona. Gdy
zwarli się ze sobą, namiętność buchnęła jak płomień podsycany wiatrem. Zawsze tak było między nimi,
pomyślała wstrząsana dreszczem. Teraz jednak pojawiło się coś więcej. Jedność, współczucie, zaufanie,
wraŜliwość wymieszały się z wszechogarniającym poŜądaniem. Nigdy bardziej nie pragnęła Gage'a.
Z rękami wczepionymi w jego ciemne włosy uniosła się nad nim. Chciała widzieć jego twarz, jego
oczy.
- Kocham cię. - Z gardła wyrwał jej się chrapliwy oddech. - Chcę ci pokazać, jak cię kocham.
Szybka, zwinna i spragniona, zaczęła się nad nim poruszać, wodząc ustami po jego szyi, torsie, po
brzuchu. Napięte mięśnie drŜały pod dotykiem jej wilgotnych, zaborczych ust.
Była cudem, drugim, jaki mu się w Ŝyciu przytrafił. Sięgając po nią, sięgał po miłość i wybawienie.
Tarzali się po podłodze, niepomni na twarde kamienne podłoŜe i szum pracujących na ślepo
urządzeń. Przyspieszone oddechy, galopujące serca. KaŜdy smak, kaŜdy dotyk wydawał się mocniejszy
niŜ kiedykolwiek przedtem.
Gage ujął biodra Deborah i uniósł ją. Przyjęła go w siebie, otoczyła sobą, i wtedy przeszył ich
dreszcz rozkoszy. Ręce ich się spotkały, a palce splotły kurczowo.
Z otwartymi oczami, złączeni, przytuleni, gnali przed siebie, by wspólnie runąć w przepaść.
Osłabła, Deborah osunęła się na Gage'a. Usta jej musnęły raz i drugi jego wargi, nim złoŜyła głowę
na jego ramieniu. Nigdy dotąd nie czuła się piękniejsza, bardziej poŜądana i bardziej spełniona niŜ
teraz.
Odwróciła się z uśmiechem i przycisnęła usta do jego szyi.
- Chciałam ci po prostu pokazać, Ŝe ugrzęzłeś przy mnie na dobre.
- Podoba mi się sposób, w jaki dałaś mi to do zrozumienia. - Przesunął delikatnie ręką po jej kręgo-
słupie. NaleŜała do niego. Jak mógł być takim głupcem, by w to wątpić? By w nią wątpić? - Czy to
znaczy, Ŝe mi wybaczyłaś?
- Niekoniecznie. - Oparła mu ręce na ramionach i podciągnęła się do góry. - Nadal nie rozumiem,
kim naprawdę jesteś. I moŜe nigdy nie zrozumiem. Ale jedno wiem. Chcę mieć wszystko albo nic.
Napatrzyłam się na to, co uniki, zaprzeczenia i odmowy zrobiły z małŜeństwem moich rodziców. Ja nie
zamierzam tak Ŝyć.
Delikatnie uścisnął jej dłoń.
- Czy to oświadczyny?
- Tak - odparła bez wahania.
- Chcesz usłyszeć odpowiedź juŜ teraz?
ZmruŜyła oczy.
- Tak. I nie myśl sobie, Ŝe się wykręcisz, znikając. Ja po prostu poczekam spokojnie na twój
powrót.
Roześmiał się, zdumiony, Ŝe mogła Ŝartować z czegoś, co - był tego absolutnie pewny - miało ją
zniechęcić.
- Skoro tak, będziesz musiała wyjść za mnie.
- Taki mam zamiar. - Pocałowała go, po czym odwróciła się, by włoŜyć szlafrok. - I nie ma mowy
o Ŝadnym długim narzeczeństwie.
- W porządku.
- Jak tylko uporamy się z tamtą sprawą, a Cilla i Boyd będą mogli przywieźć dzieci, bierzemy ślub.
- Zgoda. - W jego oczach zamigotały wesołe iskierki. - Jeszcze coś?
- Chcę od razu mieć dzieci.
- Jakąś konkretną liczbę? - spytał, zapinając dŜinsy.
76
- Po jednym naraz.
- To brzmi rozsądnie.
- I jeszcze...
- Zamilknij na chwilę. - Gage ujął ją za ręce. - Deborah, chcę się z tobą oŜenić. Pragnę juŜ do końca
Ŝ
ycia mieć pewność, Ŝe zawsze będziesz obok. I chcę mieć rodzinę. Naszą wspólną rodzinę. -
Przycisnął usta do palców, które zacisnęły się wokół jego dłoni. - Chcę na zawsze być z tobą. - Widząc,
jak mruga powiekami, by powstrzymać łzy, delikatnie ją pocałował. - Ale teraz marzę o czymś innym.
- O czym?
- O śniadaniu.
Wybuchnęła śmiechem.
- Ja teŜ - przyznała, zarzucając mu ręce na szyję.
Jedli w przytulnej kuchni, śmiejąc się i rozmawiając, jakby od zawsze wspólnie spoŜywali ten
pierwszy
posiłek dnia. Słońce jasno świeciło, kawa była mocna. Deborah, która chciała zadać Gage'owi
tuziny pytań, powstrzymała się jednak. Wolała, by choć przez tę jedną godzinę mogli być zwyczajną
zakochaną parą.
Zwyczajną, pomyślała. To dziwne, ale jej zdaniem byli i mogli być zwyczajną parą mimo
nadzwyczajnych aspektów ich Ŝycia. Czego im potrzeba, to właśnie takich momentów jak ten, kiedy
będą mogli siedzieć w słońcu i rozmawiać na błahe tematy.
Drzwi kuchenne otworzyły się i stanął w nich Frank. Widząc Deborah, skinął uprzejmie głową.
- Potrzebuje pan czegoś tego ranka, panie Guthrie?
- Ona juŜ wie, Frank. - Gage ujął dłoń Deborah. - Wie o wszystkim.
Szeroką, sprytną twarz Franka rozjaśnił promienny uśmiech.
- No cóŜ, chyba najwyŜszy czas. - Rezygnując z oficjalności, przeszedł przez pokój, by wziąć
kawałek grzanki. Usiadł w kąciku śniadaniowym, wbił zęby w grzankę i gestykulując ręką, powiedział;
- Mówiłem mu, Ŝe nie ucieknie pani, gdzie pieprz rośnie, kiedy dowie się pani o tych zniknięciach. Jest
pani na to za odwaŜna i zdecydowana.
- Powinnam ci podziękować. Chyba. - Deborah zaśmiała się cicho i reszta grzanki zniknęła za
jednym zamachem.
- Ja się znam na ludziach - powiedział Frank, biorąc od Gage'a talerz z bekonem. - W moim zawo-
dzie, to znaczy, w moim poprzednim zawodzie, trzeba było szybko rozgryźć człowieka. A ja byłem w
tym dobry, prawda, Gage?
- Prawda, Frank.
- Potrafiłem wyczuć ofermę na kilometr. - Zamachał przed Deborah plastrem bekonu. - A pani nie
jest ofermą.
A ona uwaŜała go za mrukliwego faceta! Musiała przyznać, Ŝe fascynował ją sposób, w jaki starał
się to nadrobić, terkocząc jak karabin maszynowy i błyskawicznie uprzątając naczynia.
- Jesteś od dawna z Gage'em.
- To juŜ osiem lat - z krótkimi przerwami, kiedy mnie posłał za kratki.
Deborah roześmiała się.
- Ona mi się podoba, Gage - stwierdził Frank. - Fajna dziewczyna. Mówiłem ci, Ŝe jest w porządku.
- Mówiłeś. Aha, Deborah tu teraz zostanie. Powiedz mi, Frank, nie miałbyś ochoty zostać druŜbą?
- To nie Ŝart?
Deborah nigdy by nie podejrzewała, Ŝe Frank potrafi się uśmiechnąć jeszcze szerzej. A potem
zobaczyła w jego oczach łzy i w tym momencie podbił jej serce.
- To nie Ŝart. - Wstała, ujęła w dłonie jego szeroką twarz i mocno pocałowała go w usta. - Jesteś
pierwszym, któremu dane było pocałować przyszłą pannę młodą.
- No, no! Coś podobnego! - Frank zrobił się czerwony jak burak.
- Chciałbym, Ŝeby Deborah przywiozła tu dziś trochę rzeczy - wtrącił się Gage.
Spojrzała na poŜyczony szlafrok. Prócz niego, miała ze sobą tylko wieczorową suknię, parę
pończoch i elegancką torebkę.
- Przydałoby mi się parę drobiazgów - stwierdziła, myśląc raczej o duŜym pokoju na dole, o
komputerach i informacjach, które Gage miał w zasięgu ręki.
Gage bez trudu odgadł tok jej myśli.
- Masz kogoś, kto mógłby spakować potrzebne ci rzeczy? Frank zabrałby je później z twojego
mieszkania.
- Tak. - Pomyślała o pani Greenbaum. - Muszę tylko zadzwonić.
77
Za pół godziny była z powrotem w sekretnym pokoju Gage'a - w dŜinsach, przewiązana paskiem od
jego szlafroka, w świeŜo wyprasowanej płóciennej koszuli, która sięgała jej do pół uda. UwaŜnie
patrzyła na mapę i słuchała objaśnień Gage'a.
- To są punkty przerzutowe dla większych transakcji. Udało mi się namierzyć kilku pośredników.
- Czemu nie przekazałeś tych informacji policji?
Obrzucił ją krótkim spojrzeniem. W tym względzie moŜe nigdy nie będą zgodni.
- Nie pomogłoby to w zbliŜeniu się do ludzi na górze. Sam rozpracowuję system. - Podszedł do
jednego z komputerów i po chwili przywołał ją gestem. - Punkty oddalone są od siebie o co najmniej
dwadzieścia przecznic. - Wskazał na rysunek na monitorze. - Odstępy czasowe takŜe są mniej więcej
stałe. - Wcisnął kilka guzików. Na ekranie pojawiła się lista dat. - Dwa tygodnie, czasami trzy.
Marszcząc w skupieniu brwi, zapatrzyła się w ekran.
- Mogę dostać wydruk?
- Po co?
- Chciałabym przepuścić go przez mój biurowy komputer. Zobaczyć, czy znajdę jakiś wspólny
punkt zahaczenia.
- To nie jest bezpieczne. - Zanim zdąŜyła zaprotestować, wziął ją za rękę i zaprowadził do
następnego stanowiska. Wystukał kod na klawiaturze i wywołał plik. Deborah otworzyła usta ze
zdumienia. Na ekranie ukazała się jej własna praca.
- Wdarłeś się w mój system - mruknęła. - I to na wiele sposobów.
- Rzecz w tym, Ŝe jeŜeli ja mogę, moŜe równieŜ ktoś inny. Znajdziesz tu wszystko, co moŜe ci być
potrzebne.
- Na to wygląda. - Usiadła, choć nie była pewna, czy lubi, by ktoś - nawet Gage - zaglądał jej
podczas pracy przez ramię. - Czy jestem na dobrej drodze?
Gage bez słowa wystukał nowy kod.
- Szukałaś firm i dyrektorów. To logiczny punkt wyjścia. Ten, kto stworzył siatkę, zna się na
interesach. Cztery lata temu nie mieliśmy ani informacji, ani technologii, by dotrzeć tak blisko. Dlatego
musieliśmy zdecydować się na fizyczną infiltrację. - Nazwiska przesuwały się na ekranie. Niektóre były
jej znane, inne nie. Przy wszystkich widniał napis „nie Ŝyje”. - Nie udało się, bo nastąpił przeciek. Ktoś,
kto zdobył dane o tajnej operacji, przekazał informacje drugiej stronie. Montega czekał na nas i
wiedział, Ŝe jesteśmy z policji. - Powiało chłodem, choć powiedział to spokojnie. - Musiał być takŜe
dokładnie poinformowany, jak byliśmy rozstawieni tej nocy, co do jednego człowieka. W przeciwnym
wypadku nie zdołałby się wymknąć z okrąŜenia.
- Któryś z policjantów?
- Jest taka moŜliwość. Mieliśmy dziesięciu starannie dobranych ludzi tamtej nocy. Sprawdziłem
kaŜdego z nich, ich konta bankowe, przebieg słuŜby, styl Ŝycia. I jak dotąd, niczego nie znalazłem.
- Kto jeszcze wiedział?
- Mój kapitan, komisarz i burmistrz. - Wzruszył niecierpliwie ramionami. - MoŜe ktoś jeszcze.
Byliśmy tylko gliniarzami. Nie mówili nam wszystkiego.
- Co będzie, kiedy wreszcie trafisz na właściwy trop?
- Będę czekał, obserwował i śledził. Człowiek z pieniędzmi zaprowadzi mnie do człowieka na
górze. A o to mi chodzi.
Wzdrygnęła się mimowolnie i przyrzekła sobie w duchu, Ŝe spróbuje przekonać w jakiś sposób Ga-
ge'a, by przekazał sprawę policji, gdy tylko zgromadzą wystarczająco duŜo informacji.
- Kiedy ty będziesz tym zajęty, ja chciałabym skoncentrować się na nazwiskach, czyli nadal szukać
wspólnego wątku.
- W porządku. - Pogłaskał ją po głowie, a potem jego ręka spoczęła na jej ramieniu. - Ta maszyna
jest podobna do tej, której uŜywasz w biurze. Ma kilka dodatkowych...
- Skąd wiesz? - przerwała mu.
- Ale co?
- Jakiej maszyny uŜywam w biurze?
- Deborah... - Pochylił się z uśmiechem, by ją pocałować. - Nie ma takiej rzeczy, której bym o
tobie nie wiedział.
Zaskoczona, odsunęła się, a potem wstała.
- Czy znajdę tutaj zaprogramowane moje nazwisko?
- Tak. - Patrząc na nią, pomyślał, Ŝe będzie musiał postępować bardzo dyplomatycznie. - Mówiłem
sobie, Ŝe to rutyna, ale prawda wyglądała tak, Ŝe byłem w tobie zakochany i ciekaw nawet
najdrobniejszych szczegółów. Wiem, kiedy się urodziłaś, co do minuty, a takŜe gdzie. Wiem, Ŝe
78
złamałaś rękę w nadgarstku, kiedy spadłaś z roweru. Miałaś wtedy pięć lat. Wiem, Ŝe po śmierci
rodziców zamieszkałaś z siostrą i jej męŜem, a po ich rozwodzie wyjechałaś z siostrą. Mieszkałaś w
Richmond, w Chicago, w Dallas. Wreszcie w Denver, zaliczyłaś college w trzy lata, i podjęłaś studia
prawnicze, które ukończyłaś z jednym z najlepszych wyników na roku. Egzamin adwokacki zdałaś juŜ
za pierwszym podejściem. Byłaś na tyle dobra, Ŝe mogłaś liczyć na propozycje od największych
kancelarii prawniczych w naszym kraju. Ale ty wolałaś przyjechać tutaj i podjąć pracę w prokuraturze
okręgowej.
Otarła dłonie o spodnie.
- To takie dziwne uczucie, wysłuchać w skrócie swojego Ŝyciorysu.
- Pewnych informacji nie mogłem zdobyć z pomocą komputera. - WaŜnych, pomyślał. Wręcz
podstawowych. - Jak pachną twoje włosy. śe twoje oczy przybierają barwę indygo, kiedy jesteś zła lub
podniecona. Co poczuję, kiedy będziesz mnie dotykać. Nie zaprzeczę, Ŝe naruszyłem twoją prywatność,
ale nie zamierzam za to przepraszać.
- Wiem. - Westchnęła. - I nie mogę poczuć się jakoś szczególnie dotknięta, bo i ja cię sprawdziłam.
Gage uśmiechnął się.
- Wiem.
Roześmiała się, potrząsając głową.
- Bierzmy się do pracy.
Ledwie usiedli, jeden z telefonów zaczął dzwonić. Deborah nawet się nie obejrzała, gdy Gage
podnosił słuchawkę.
- Guthrie.
- Gage, tu Frank. Jestem w mieszkaniu Deborah. Lepiej, Ŝebyście tu zaraz przyjechali.
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Z łomoczącym sercem Deborah szybko wyskoczyła z windy i pobiegła korytarzem, wyprzedzając o
krok Gage'a. Telefon Franka sprawił, Ŝe przemknęli przez miasto sportowym wozem Gage'a w
rekordowym tempie.
Drzwi do mieszkania były otwarte. Na widok zniszczeń Deborah zastygła w progu i oddech uwiązł
jej w piersi. Poobrywane zasłony, potłuczone pamiątki, stoły i krzesła złośliwie połamane i rozrzucone
po podłodze. Jęknęła, a potem zobaczyła Lil Greenbaum, bladą jak śmierć, skuloną na szczątkach
połamanej, podartej sofy.
- O BoŜe! - Kopnęła na bok śmieci, podbiegła do Lil i osunęła się na kolana. - Pani Greenbaum! -
Zamknęła w ręce jej drobną dłoń.
Cienkie powieki Lii zatrzepotały, a jej krótkowzroczne oczy spróbowały dojrzeć coś bez dobro-
czynnych okularów.
- Deborah. - Głos miała słaby, zdołało się jednak uśmiechnąć. - Nigdy by im się to nie udało, gdyby
mnie nie zaskoczyli.
- Jest pani ranna? - Spojrzała na Franka, który wyłonił się z sypialni z poduszką. - Dzwoniłeś po
karetkę?
- Nie pozwoliła mi. - Frank ostroŜnie wsunął Lil poduszkę pod głowę.
- Nie potrzebuję karetki. Nienawidzę szpitali. To tylko guz na głowie - powiedziała pani
Greenbaum, ściskając Deborah za rękę. - Miewałam je wcześniej.
- Mam się zamartwić na śmierć? - Mówiąc to, Deborah zsunęła palce w dół, by zbadać jej puls
- Twoje mieszkanie jest w gorszym stanie niŜ ja.
- Rzeczy łatwo zastąpić innymi. Ale kto mógłby mi zastąpić panią? - Deborah ucałowała zaciśniętą
dłoń Lil. - Proszę zrobić to dla mnie.
- Dobrze. - Lil westchnęła z rezygnacją.- Niech mnie obejrzą. Ale nie zostanę w szpitalu.
- Zgoda. - Odwróciła się, a Gage juŜ podnosił słuchawkę.
- Telefon jest głuchy - powiedział.
- Mieszkanie pani Greenbaum znajduje się dokładnie naprzeciwko.
Gage dał Frankowi znak głową.
- Klucze... - zaczęła Deborah.
- Frank nie potrzebuje kluczy. - Podszedł i przykucnął obok Deborah. - Pani Greenbaum, moŜe nam
pani powiedzieć, jak to się stało?
Przyjrzała mu się, mruŜąc oczy, póki nie znalazł się w niewyraźnym polu widzenia.
79
- Ja skądś pana znam. To pan wstąpił po Deborah ubiegłej nocy, w eleganckim smokingu. Pan to
potrafi całować.
Odpowiedział uśmiechem, lecz i jego ręka dotknęła jej nadgarstka, by zbadać puls.
- Dziękuję.
- To pan siedzi na worach złota?
MoŜe i ma guza na głowie, pomyślał Gage, ale jej mózg pracuje sprawnie.
- Tak jest.
- Deborah podobały się te róŜe. Była wniebowzięta.
- Pani Greenbaum! - Deborah przysiadła na piętach. - Nie musi pani zabawiać się w swatkę, bo
poradziliśmy sobie sami. Proszę nam lepiej opowiedzieć, co tu się stało.
- Miło mi to słyszeć. Młodym ludziom w dzisiejszych czasach zajmuje to nieraz całe lata.
- Pani Greenbaum.
- Dobrze juŜ, dobrze. No więc wzięłam listę rzeczy, o które prosiłaś, i poszłam do sypialni, Ŝeby
wyjąć je z szafy. Tak na marginesie, ma w niej idealny porządek - zwróciła się do Gage'a. - Straszna
porządnicka.
- A to mi ulŜyło.
- Właśnie wyjmowałam granatowy kostium w prąŜki, kiedy usłyszałam za sobą jakiś szelest.-
Skrzywiła się, bardziej zaŜenowana niŜ poruszona. - Słyszałam go juŜ wcześniej, ale po przyjściu do
twojego mieszkania nastawiłam radio, Ŝeby posłuchać listy przebojów. JuŜ miałam się odwrócić, a
wtedy ktoś wyłączył światło.
Deborah nachyliła się nad Lil, targana uczuciami wściekłości, strachu, a takŜe poczuciem winy.
PrzecieŜ to starsza osoba, pomyślała, próbując się opanować. Co to za człowiek, który atakuje
siedemdziesięcioletnią staruszkę?
- Tak mi przykro - powiedziała, siląc się na spokój. - Ogromnie mi przykro.
- PrzecieŜ to nie twoja wina.
- Właśnie, Ŝe moja. - Deborah uniosła głowę. - Im chodziło o mnie, i tylko o mnie. Wiedziałam, Ŝe
będą mnie szukać, mimo to poprosiłam panią, Ŝeby pani tu przyszła. Gdzie ja miałam rozum? Nie
wpadłam na to.
- Co za bzdury. To ja dostałam po głowie i nie muszę ci chyba mówić, Ŝe jestem wściekła. Gdyby
mnie nie zaskoczyli, wypróbowałabym na nich kilka ciosów karate. - Lil zacisnęła usta. - Muszę znowu
poćwiczyć. Jeszcze nie tak dawno temu potrafiłam rzucić Greenbauma na deski i nadal jestem w
formie. - Spojrzała na pielęgniarzy, którzy właśnie pojawili się w drzwiach. - O BoŜe - mruknęła,
zdegustowana. - No to juŜ po mnie.
Przytulona do Gage'a, Deborah cofnęła się, a Lil zaczęła pouczać pielęgniarzy, utyskując przy
kaŜdym nacisku i dotknięciu. Trajkoczącą zawzięcie, połoŜyli w końcu na noszach i wynieśli na
korytarz.
- Co za kobieta! - skomentował Gage.
- Najlepsza ze wszystkich - przyznała Deborah, czując pod powiekami wzbierające łzy. - Nie wiem,
co zrobię, jeŜeli...
- Wydobrzeje. Puls miała silny i jasny umysł. - Gage ścisnął ją za rękę, po czym zwrócił się do
Franka: - Opowiedz, jak to było?
- Drzwi nie były zamknięte na klucz. - Frank wskazał kciukiem w kierunku wyjścia. - Narobili
bałaganu podczas wywaŜania. Wdepnąłem w coś takiego. - Wskazał na otaczające go zniszczenia w
salonie. - Pomyślałem sobie, Ŝe obejrzę resztę, zanim do was zadzwonię, i wtedy znalazłem starszą
panią w sypialni. Właśnie się ocknęła i chciała mi przyłoŜyć. - Uśmiechnął się do Deborah. - To twarda
staruszka. Uspokoiłem ją, a potem zadzwoniłem. - Pomyślał, Ŝe był taki czas, kiedy nie wzgardziłby
torebką jakiejś miłej staruszki, jednak nigdy w Ŝyciu nie podniósłby na nią ręki. - Musiałem się z nimi
rozminąć o dziesięć, piętnaście minut. - Zacisnął pięści. - Gdyby było inaczej, nigdy by stąd nie wyszli.
Gage pokiwał głową.
- Chciałbym, Ŝebyś coś dla mnie zrobił.
Odwrócił się do Deborah i delikatnie ujął w dłonie jej twarz.
- KaŜę mu wezwać policję - powiedział, jakby czytając w jej myślach - a ty zobacz, czy nie uda się
uratować czegoś, co mogłoby ci się przydać do jutra.
- Dobrze. - Zgodziła się, bo chciała na chwilę zostać sama.
Ubrania zostały pogniecione i podarte, a kolekcja zbieranych latami antycznych buteleczek i słoicz-
ków potłuczona w drobny mak i rozrzucona na stosach jedwabiu i bawełny. Zniszczyli teŜ jej łóŜko. Na
80
biurku ktoś wyrył noŜem kilka obscenicznych słów. Wszystko, co miała, zostało zniszczone albo
uszkodzone.
Uklękła i podniosła strzępek papieru. Kiedyś była to fotografia, jedna z wielu przedstawiających jej
rodzinę, które tak pieczołowicie przechowywała.
Gage wszedł bezszelestnie do pokoju, ukląkł obok niej i połoŜył jej rękę na ramieniu.
- Deborah, chcę cię stąd zabrać.
- Nic mi nie zostało. - Starała się powściągnąć drŜenie głosu. - Wiem, Ŝe to tylko rzeczy, ale nic mi
nie zostało. - Jej palce zacisnęły się na strzępku fotografii. - Moi rodzice... - Potrząsnęła głową, a potem
ukryła twarz na jego ramieniu.
Gage tulił Deborah do piersi, pozwalając jej się wypłakać, ale w duchu poprzysiągł sobie, Ŝe
dopadnie tych, którzy tak ją skrzywdzili. Nie potrafił teŜ pozbyć się obłędnego strachu, który wciąŜ
ś
ciskał go za gardło. PrzecieŜ to ona mogła być wtedy w mieszkaniu. Sama, w tym pokoju, kiedy
przyszli. A wtedy, zamiast zniszczonych pamiątek i bibelotów, znalazłby ją martwą na podłodze.
- Zapłacą za to - obiecał jej. - Przysięgam.
- Na pewno zapłacą. - Gdy podniosła głowę, zobaczył, Ŝe jej ból przerodził się w furię. - Zrobię
wszystko, Ŝeby ich przyskrzynić. - Wstała, odgarniając włosy. - JeŜeli im się wydawało, Ŝe mnie w ten
sposób przestraszą, to się grubo pomylili.- Kopnęła to, co zostało z jej ulubionego czerwonego
kostiumu. - Bierzmy się do roboty.
Następne godziny spędzili w podziemiach pod domem Gage'a, sprawdzając dane i wprowadzając
nowe do komputerów. Deborah głowa pękała od szumu urządzeń, jednak ani na chwilę nie ustawała w
poszukiwaniach. Gage pracował na drugim końcu pomieszczenia, ale rzadko odzywali się do siebie.
Nie było im to potrzebne. Po raz pierwszy przyświecał im wspólny cel, a róŜnice poglądów przestały
mieć jakiekolwiek znaczenie.
Obojgu zaleŜało na tym, by nadrobić czas stracony na rozmowy z policją i próby pozbycia się
namolnego Wisnera, który pojawił się w ślad za policjantami w mieszkaniu Deborah. Pomyślała z
irytacją, Ŝe znów będzie główną bohaterką poniedziałkowych wydań. Rozgłos pociągnie za sobą dalsze
naciski ze strony ratusza. Była na to przygotowana.
Nie klęła juŜ, ilekroć natrafiała na przeszkodę, lecz skrupulatnie i z cierpliwością, o jaką nigdy by
siebie nie podejrzewała, cofała się do punktu wyjścia. Gdy zadzwonił telefon, nawet go nie usłyszała.
Była taka skupiona, Ŝe Gage musiał dwukrotnie zawołać, by ją wyrwać z transu.
- Tak, o co chodzi?
- To do ciebie. - Uniósł w górę słuchawkę. - Jerry Bower.
Niezadowolona, Ŝe jej przerwano, bez pośpiechu podeszła do telefonu.
- Cześć, Jerry.
- Dobry BoŜe, Deborah, nic ci się nie stało?
- Nic. Skąd wiedziałeś, gdzie teraz jestem?
Usłyszała, jak dwukrotnie głęboko odetchnął.
- Od wielu godzin próbowałem skontaktować się z tobą, Ŝeby się dowiedzieć, jak się czujesz po
tamtej nocy. W końcu postanowiłem pójść do ciebie i przekonać się na własne oczy. Nadziałem się na
kilku gliniarzy i tego szczura Wisnera. Twoje mieszkanie...
- Wiem. Ale nie było mnie tam wtedy.
- Dzięki Bogu. Powiedz mi, co jest grane, Deborah? My z ratusza powinniśmy trzymać rękę na
pulsie, tymczasem wciąŜ mam wraŜenie, jakbym błądził po omacku. Burmistrz dostanie szału, kiedy o
tym usłyszy. Co mam mu powiedzieć?
- Powiedz mu, Ŝeby się skupił na debacie zaplanowanej na przyszły tydzień. - Potarła skronie. -
Znam juŜ jego stanowisko w tej sprawie, a on zna moje. Stracisz tylko masę nerwów, próbując nas
pogodzić.
- Posłuchaj, wprawdzie on jest moim szefem, ale ty jesteś moją przyjaciółką. Mogę coś zrobić dla
ciebie?
- Sama nie wiem. - Marszcząc brwi, spojrzała na migoczące światełka na mapie. - Ktoś jasno i
wyraźnie przesyła mi komunikat, a ja nie wiem, jak przekazać odpowiedź. Posłuchaj, jeŜeli uda mi się
zamknąć tę sprawę przed wyborami, będzie to spektakularny sukces burmistrza. MoŜesz mu to
powtórzyć?
Jerry zawahał się.
- Chyba masz rację - przyznał po namyśle. - MoŜe to najlepszy sposób, Ŝeby przestał ci siedzieć na
karku. Bądź tylko ostroŜna, dobrze?
- Dobrze.
81
OdłoŜyła słuchawkę, kręcąc w zamyśleniu głową, Gage spojrzał w jej stronę.
- Nie miałbym nic przeciwko temu, by w „The Word” zamieścić ogłoszenie na całą stronę o
naszych zaręczynach.
Zamrugała powiekami, zdezorientowana, a potem wybuchnęła śmiechem.
- Nie bądź głupi. Jesteśmy z Jerrym tylko parą dobrych kumpli.
- Uhm.
Podeszła z uśmiechem i objęła go w pasie.
- Nie było między nami tkliwych pocałunków. A na coś takiego mam w tej chwili ochotę.
- Mogę ci ofiarować przynajmniej jeden. - Gage pochylił głowę.
Mrucząc cicho, powiódł dłońmi po jej plecach, masując delikatnie mięśnie i łagodząc ich napięcie.
Był spokojny. Zadowolony. OdpręŜony. Potrafiła doprowadzić go do takiego stanu, podobnie jak on
umiał ją roznamiętnić i wprawić w drŜenie. Z cichym pomrukiem zadowolenia Gage pogłębił
pocałunek.
- Przepraszam, Ŝe wam przerywam. - Frank wyłonił się z tunelu, niosąc duŜą tacę. - Ale skoro
pracujecie tak cięŜko... - Uśmiechnął się od ucha do ucha. - Pomyślałem sobie, Ŝe powinniście coś
zjeść, Ŝeby nabrać sił.
- Dzięki. - Deborah odsunęła się od Gage'a i pociągnęła nosem. - Ojej, co tak pachnie?
- Moja specjalność. Pikantne chilli. - Mrugnął do niej. - MoŜecie mi wierzyć, ale dzięki niemu nie
zmruŜycie oka.
- Pachnie wręcz niesamowicie.
- Bierzcie się do jedzenia. Macie tu kilka piw, termos z kawą i trochę serowych nachos.
Deborah przysunęła sobie krzesło.
- Frank, jesteś wspaniały - stwierdziła, a on poczerwieniał. Skosztowała potrawy, parząc sobie usta,
gardło oraz błonę śluzową Ŝołądka. - To rozumiem, to jest prawdziwe chilli - dodała z aprobatą.
Frank przestąpił z nogi na nogę.
- Cieszę się, Ŝe pani smakuje. Panią Greenbaum umieściłem w złotym pokoju - zwrócił się do
Gage'a. - Pomyślałem sobie, Ŝe spodoba jej się łóŜko z baldachimem i tak dalej. Je teraz rosół z kury i
ogląda „King Konga” na wideo.
- Dziękuję, Frank. - Gage nabrał łyŜkę chilli.
- Zadzwońcie, gdybyście jeszcze czegoś potrzebowali.
Deborah poczekała, aŜ echo kroków Franka ucichnie w tunelu.
- Przywiozłeś ją tutaj? - zapytała cicho.
- Nie podobało jej się w szpitalu. - Gage wzruszył ramionami. - Frank rozmawiał z lekarzem.
Doznała tylko lekkiego wstrząsu mózgu, co u osoby w jej wieku moŜna uznać za cud. Serce ma mocne
jak dzwon. Wszystko, czego jej teraz potrzeba, to odrobiny spokoju i kilku dni rozpieszczania.
- Więc ją tu przywiozłeś?
- Nie powinna być sama.
Deborah wychyliła się i pocałowała go w policzek.
- Tak bardzo cię kocham.
Gdy po skończonym posiłku wrócili do pracy, myśli Deborah wciąŜ krąŜyły wokół Gage'a. Co za
skomplikowana natura. Piekielnie arogancki, kiedy mu tak wygodnie, niegrzeczny, kiedy mu się tak
podoba, potrafił zarazem być przymilny i czarujący jak irlandzki poeta, gdy miał odpowiedni nastrój.
Prowadził multimilionowe interesy, a jednocześnie uwalniał ulice od rabusiów, złodziei i gwałcicieli.
Kochanek, o jakim marzą wszystkie kobiety. Romantyczny, seksowny, a zarazem godny zaufania i
solidny jak granit. Ten sam człowiek miał jednak niepojętą umiejętność przenikania poprzez ściany i
wtapiania się w noc.
Potrząsnęła głową. Nie dojrzała jeszcze do prób zgłębienia tego aspektu jego osobowości.
Jak to moŜliwe, Ŝe człowiek z krwi i kości potrafi na zawołanie stać się duchem? A jednak widziała
to na własne oczy. Nie zawsze jest tak, jak się człowiekowi wydaje.
Przeciągnęła się i ze zdwojoną energią wzięła się do pracy. Gdy liczby zaczynały jej się rozpływać
przed oczami, wlewała w siebie kolejną kawę. Miała juŜ pół tuzina nowych nazwisk. Najpewniej takŜe
przypisanych do akt zgonu.
Wyglądało na to, Ŝe sprawa jest beznadziejna, ale póki nie sprawdzi tego tropu do końca, nie ma
innej drogi. Mamrocząc pod nosem, przeglądała stronę po stronie. Nagle zamarła, wytęŜyła wzrok, a
potem cofnęła się o jedną, a potem jeszcze jedną stronę. Nie odwaŜyła się uśmiechnąć, bo obawiała się
uwierzyć, Ŝe wreszcie udało jej się rozszyfrować kod. Po kolejnych pięciu minutach uwaŜnej lektury
przywołała Gage'a.
82
- Wydaje mi się, Ŝe coś znalazłam.
On takŜe coś znalazł, ale wolał zachować tę wiadomość dla siebie.
- Co takiego?
- Ten numer. - Pokazała go palcem na ekranie, kiedy Gage się nad nią nachylił. - Znalazłam go
wśród numerów spółki, numerów identyfikacji podatkowej i wszystkich innych numerów identyfikacyj-
nych tej firmy. - Gdy Gage podniósł rękę, by potrzeć jej kark, odchyliła się i z wdzięcznością poddała
masaŜowi. - Jakiejś rzekomo zbankrutowanej firmy, nawiasem mówiąc, nieistniejącej juŜ na rynku od
półtora roku. A teraz popatrz na to. - Otworzyła nową stronę. - Inna firma, inny adres, inne nazwiska i
numery. Z wyjątkiem... tego jednego. - Postukała palcem w ekran. - Znajduje się w innym miejscu, ale
numer jest ten sam. O, i tutaj. Tutaj figuruje jako numer rejestracyjny spółki, tu jako numer branŜy,
tutaj jako NIP. - Zaczęła mu pokazywać, strona po stronie. - A tu jako numer pliku.
- Numer ubezpieczenia - mruknął Gage.
- Co?
- Dziewięć cyfr. Moim zdaniem, to numer ubezpieczenia. Bardzo waŜny. - Odwrócił się, by podejść
szybko do konsolety.
- Co robisz?
- Sprawdzam, do kogo naleŜy.
Westchnęła, lekko zawiedziona, Ŝe nie okazał więcej entuzjazmu dla jej znaleziska. Mało nie
oślepła przy tej robocie, a on nawet nie poklepał jej po plecach.
- W jaki sposób?
- Warto się cofnąć do głównego źródła. - Ekran nad jego głową zamigotał.
- To znaczy gdzie?
- Do urzędu skarbowego.
- Do... - Poderwała się z krzesła. - Chcesz mi powiedzieć, Ŝe moŜna się włamać do komputerów
urzędu skarbowego?
- Tak - odparł, stukając w skupieniu w klawiaturę. - JuŜ mi się prawie udało.
- PrzecieŜ to wbrew prawu! To przestępstwo federalne!
- Aha. Chcesz mi moŜe polecić jakiegoś dobrego prawnika?
Całkiem juŜ zdezorientowana, załamała ręce.
- To nie Ŝarty.
- Nie - przyznał, ale usta drgnęły mu, gdy zaczął czytać informacje na ekranie. - W porządku.
Udało się. - Spojrzał na nią z ukosa. Walka, jaką toczyła sama ze sobą, odbiła się wyraźnie na jej
twarzy. - Idź na górę i poczekaj, aŜ skończę.
- To nie ma znaczenia. PrzecieŜ wiem, co robisz. Tym samym staję się twoją wspólniczką. -
Zamknęła oczy i zobaczyła pobladłą, pobitą Lil Greenbaum, leŜącą na połamanej sofie. - Rób swoje -
powiedziała, kładąc mu rękę na ramieniu.
Gage wstukał znalezione przez nią numery, wcisnął kilka klawiszy i czekał. Na ekranie wyświetliło
się nazwisko.
- O BoŜe! - Palce Deborah wpiły się w ramię Gage'a.
Zastygł bez ruchu, wstrzymując oddech, a mięśnie stęŜały mu jak kamień.
- Tucker Fields - mruknął. - Kawał skurwysyna!
Poderwał się tak szybko, Ŝe omal nie przewrócił Deborah. Wiedziona rozpaczą, chwyciła go za
rękę.
- Nie rób tego! Nie moŜesz! - Zobaczyła jego oczy, płonące jak te pod maska. Pełne furii i
morderczej Ŝądzy. - Wiem, co zamierzasz - powiedziała szybko, tuląc się do niego. - Chcesz iść do
niego juŜ teraz. Chcesz go rozerwać na strzępy. Ale nie moŜesz. To nie jest metoda.
- Zabiję go - powiedział zimnym tonem. - Musisz to zrozumieć. Nic mnie nie powstrzyma.
Poczuła, Ŝe zaczyna jej brakować powietrza. JeŜeli Gage teraz wyjdzie, utraci go na zawsze.
- Co chcesz w ten sposób osiągnąć? Nie przywrócisz Jackowi Ŝycia. Nie cofniesz takŜe tego, co cię
spotkało. A nawet nie dokończysz tego, co obaj zaczęliście tamtej nocy w dokach. JeŜeli zabijesz
Fieldsa, ktoś inny go zastąpi i wszystko będzie jak dawniej. Musimy skręcić kark tej organizacji, Gage.
Musimy wydobyć to na światło dzienne, Ŝeby ludzie widzieli. JeŜeli to Fields jest odpowiedzialny za...
- JeŜeli?
Zaczerpnęła tchu, Ŝeby się uspokoić, i wzmocniła uścisk.
- Nie mamy jeszcze wszystkiego. Mogę wytoczyć sprawę i zamknąć ich, jeŜeli dasz mi trochę
czasu. Mogę zamknąć ich wszystkich.
83
- Mój BoŜe, Deborah, czy ty naprawdę myślisz, Ŝe uda ci się go postawić przed sądem? Człowieka
o takich moŜliwościach? Prześlizgnie ci się przez palce jak piasek. Jeśli zaczniesz śledztwo, dowie się o
tym w tej samej minucie i się zadekuje.
- Prowadź więc dalej twoje dochodzenie tutaj, a ja zamydlę mu oczy z mojego biura. - Mówiła
szybko, w nadziei, Ŝe go przekona, a tym samym uratuje ich oboje. - Stworzę pozory, Ŝe jestem na
fałszywym tropie. Gage, musimy mieć pewność. Zrozum to. JeŜeli pójdziesz teraz do niego, tak po
prostu, zniszczysz wszystko, nad czym pracowałeś; wszystko, co zaczęliśmy wspólnie budować.
- Próbował cię zabić. - Gage dotknął delikatnie jej twarzy, ale z kaŜdego palca emanowało napięcie.
- Nie rozumiesz, Ŝe niczym, nawet morderstwem Jacka, nie podpisał na siebie wyroku śmierci w sposób
bardziej nieodwołalny?
Chwyciła go za nadgarstki.
- PrzecieŜ jestem tu z tobą. I tylko to się liczy. Mamy co robić. Trzeba udowodnić, Ŝe Fields jest w
to zamieszany, i zbadać zasięg korupcji. Sprawiedliwości stanie się zadość, Gage. Mogę ci to obiecać.
Gage powoli odetchnął. Deborah miała rację - przynajmniej w pewnym stopniu. Zabicie Fieldsa
gołymi rękami sprawiłoby mu satysfakcję, ale nie oznaczałoby zamknięcia sprawy, którą samotnie
rozpoczął. Poczeka aŜ do końca. Miał jeszcze jeden atut w zanadrzu i będzie w stanie poczekać niecały
tydzień na jego ujawnienie.
- W porządku. - Zobaczył, jak wracają kolory na jej policzki. - Nie chciałem cię przestraszyć.
- Mam nadzieję, bo mnie śmiertelnie przeraziłeś. - Odwróciła głowę, przycisnęła usta do jego ręki i
z bladym uśmiechem dodała: - PoniewaŜ juŜ złamaliśmy prawo federalne, czemu by nie pójść jeszcze o
jeden krok dalej i zajrzeć do zeznań podatkowych burmistrza z kilku ostatnich lat?
Kilka minut później siedziała obok Gage'a przy konsolecie.
- Pięćset sześćdziesiąt dwa tysiące - mruknęła po przeczytaniu zadeklarowanego dochodu Fieldsa
za ubiegły rok podatkowy. - To więcej niŜ roczne zarobki burmistrza Urbany.
- To nie do wiary, Ŝe mógł być na tyle głupi, by podawać w rozliczeniu aŜ takie sumy. - Gage
przejrzał zeznanie z innego roku. - Podejrzewam, Ŝe ma kilka razy więcej na kontach szwajcarskich.
- Nigdy go nie lubiłam - oznajmiła Deborah - ale zawsze go szanowałam. - Wstała i zaczęła krąŜyć
po pokoju. - Jak sobie pomyślę o jego moŜliwościach - bezpośrednie połączenie z policją, z biurem
prokuratora okręgowego, z firmami, z zakładami uŜyteczności publicznej... Nic nie dzieje się w
Urbanie bez jego wiedzy. I wszędzie moŜe wsadzić swoich ludzi. Ilu urzędników miejskich jest na jego
prywatnej liście płac? Ilu policjantów, ilu sędziów?
- Jemu się wydaje, Ŝe jest dobrze kryty. - Gage odsunął się od konsolety. - A Bower?
- Jerry? - Deborah z westchnieniem pomasowała zesztywniały kark. - Chodząca lojalność bez
Ŝ
adnych ambicji politycznych. Mógł przymknąć oko na kilka drobnych machlojek, ale nie tego kalibru.
Fields był na tyle sprytny, by wybrać młodego zapaleńca, o dobrym pochodzeniu i nieskazitelnej
reputacji. - Potrząsnęła głową. - Jest mi przykro, Ŝe nie mogę mu o tym powiedzieć.
- A Mitchell?
- Nie. Daję głowę. Od lat w prokuraturze. Nigdy nie był szczególnym fanem Fieldsa, ale szanuje
urząd. Trzyma się rygorystycznie przepisów, bo wierzy w przepisy. Płaci nawet mandaty za złe
parkowanie. Co robisz?
- Nie zaszkodzi sprawdzić.
Ku konsternacji Deborah, sprawdził zwroty podatkowe najpierw Jerry'ego, a potem Mitchella, a nie
znajdując w nich nic, przeszedł do drugiej konsolety.
- MoŜemy zacząć sprawdzać konta bankowe. Potrzebna nam lista ludzi zatrudnionych w ratuszu, w
departamencie policji, w prokuraturze. - Spojrzał na Deborah. - Boli cię głowa.
Dopiero wtedy uświadomiła sobie, Ŝe pociera skronie.
- Trochę.
Zamiast włączyć urządzenie, wyłączył pozostałe.
- Za duŜo pracowałaś.
- Nic mi nie będzie. Mamy masę roboty.
- Ja juŜ zrobiłem dość duŜo. - Był zły na siebie, Ŝe tak długo ją męczył. - Kilka godzin odpoczynku
niczego nie zmieni. - Objął ją w talii. - Co powiesz na gorącą kąpiel i małą drzemkę?
- Hm. - Oparła mu głowę na ramieniu i weszli objęci do tunelu. To brzmi fantastycznie.
- I masaŜ pleców.
- Tak, o tak.
- A moŜe zrobię ci teŜ obiecany masaŜ stóp?
84
Uśmiechnęła się. Czy to moŜliwe, Ŝe mogła się kiedykolwiek powaŜnie przejmować czymś tak
niepowaŜnym jak inne kobiety?
- Czemu nie?
Gdy przez otwarty panel weszli do sypialni Gage'a, Deborah juŜ prawie spała na stojąco. W poło-
wie ziewania zastygła i wbiła wzrok w pudełka na łóŜku.
- Co to jest?
- Wszystko, co masz w tej chwili, to moja koszula na grzbiecie. A chociaŜ ją lubię... - przesunął
palcem po guzikach - i to bardzo, pomyślałem sobie, Ŝe chciałabyś moŜe mieć coś na zmianę.
- Na zmianę? - Przygładziła potargane włosy. - Jak to?
- Dałem Frankowi listę. On potrafi być bardzo obrotny.
- Frank? Ale przecieŜ dziś niedziela. Połowa sklepów jest zamknięta. - Przycisnęła dłoń do Ŝołąd-
ka. - O BoŜe, chyba tego nie ukradł?
- Chyba nie. - Gage wziął ją ze śmiechem w ramiona. - Jak mam Ŝyć z tak bezwzględnie uczciwą
kobietą? Nie, zapewniam cię, wszystko zostało zapłacone. To bardzo proste. Wystarczy kilka telefo-
nów. ZauwaŜyłaś, Ŝe te pudełka są od Atheny?
Skinęła głową. Był to jeden z największych i najelegantszych domów mody w mieście. I nagle ją
olśniło.
- Ty jesteś właścicielem?
- Przyznaję się do winy. - Pocałował ją. - Wszystko, co ci się nie spodoba, moŜna zwrócić. Ale
myślę, Ŝe to twój styl i rozmiar.
- Nie musiałeś tego robić.
Sądząc po jej tonie, rzeczywiście sobie tego nie Ŝyczyła. Odgarniając jej włosy za ucho, zaczął
cierpliwie tłumaczyć:
- To nie był zamach na twoją niezawisłość, pani prokurator.
- Wiem. - Pomyślała, Ŝe to zakrawa na brak wdzięczności. - Ale...
- Pomyśl praktycznie. Jak by to wyglądało, gdybyś się jutro pokazała w biurze w moich spodniach?
- Pociągnął za pasek i dŜinsy zsunęły jej się do stóp.
- To byłby szok - przyznała i uśmiechnęła się, gdy podniósł ją do góry, by postawić obok kupki
drelichu.
- Do tego w mojej koszuli? - Zaczął rozpinać guziki.
- Masz rację. Jesteś bardzo praktyczny. - Chwyciła go za ręce, Ŝeby nie mógł odwracać jej uwagi. -
Doceniam to. Ale to nie jest w porządku, Ŝe kupujesz mi ubrania.
- MoŜesz spłacić ten dług. W ciągu następnych sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat. - Gdy
chciała coś powiedzieć, dodał: - Deborah, mam znacznie więcej pieniędzy, niŜ człowiekowi potrzeba.
JeŜeli jesteś gotowa dzielić ze mną moje kłopoty, to logiczne, Ŝe podzielę się z tobą moją fortuną.
- Nie chciałabym, Ŝebyś sobie pomyślał, Ŝe pieniądze są dla mnie waŜne lub mają jakikolwiek
wpływ na moje uczucia do ciebie.
Gage pokiwał sceptycznie głową.
- Wiesz co, nigdy bym nie przypuszczał, Ŝe jesteś w stanie wymyślić coś równie głupiego.
- MoŜe to i głupie, ale kocham cię, mimo Ŝe jesteś właścicielem hoteli, apartamentowców i domów
mody. I jeŜeli nie otworzę chociaŜ jednego z tych pudełek, oszaleję.
- Wobec tego zadbaj o swoje zdrowe zmysły, a ja w tym czasie przygotuję kąpiel.
Gdy zniknął w łazience, chwyciła na chybił trafił jedno z pudełek, potrząsnęła nim, a potem zdjęła
pokrywkę. Pod warstwą cieniutkiej bibułki znalazła jedwabną koszulę nocną w odcieniu jasnego
błękitu. - No, no! - Podniosła ją do góry i zauwaŜyła, Ŝe tył jest wycięty poniŜej talii. - Frank
zdecydowanie zna się na damskiej bieliźnie. Ciekawe, co powiedzą chłopcy w biurze, kiedy jutro
przyjdę w tym do pracy?
Nie była w stanie oprzeć się pokusie. Zdjęła koszulę. Cienki, chłodny jedwab ześlizgnął się w dół,
muskając jej głowę i ramiona. Idealny krój, pomyślała, głaszcząc się po biodrach. Zadowolona,
odwróciła się do lustra w chwili, gdy Gage wrócił do pokoju.
Nie był w stanie wykrztusić słowa, a tym bardziej oderwać od niej oczu. Długi lśniący jedwab
pieścił z szelestem jej ciało, gdy odwracała się do Gage'a. Oczy miała ciemne jak północ, rozświetlone
tajemniczą radością.
Usta z wolna wygięła w uśmiechu. Jaka kobieta na tym świecie nie marzyłaby o tym, by ukochany
męŜczyzna spoglądał na nią tak wygłodniałym wzrokiem? Przechylając zalotnie głowę, koniuszkami
palców powiodła leniwie w dół przez środek koszuli - a potem równie leniwie w górę.
- Co o tym sądzisz?
85
- Sądzę, Ŝe Frank zasłuŜył na bardzo duŜą podwyŜkę.
ROZDZIAŁ DWUNASTY
Przez następne trzy dni i trzy wieczory pracowali razem. Krok po kroku przygotowywali akt
oskarŜenia przeciwko Tuckerowi Fieldsowi. Siedząc w biurze, Deborah eliminowała ścieŜki
prowadzące donikąd, pieczołowicie konstruując fałszywy trop.
Noc w noc Gage wstawał z łóŜka, ubierał się na czarno i błądził po ulicach. Nawet jeŜeli wiedział,
jak często Deborah nie spała, rozdarta wewnętrznie i niespokojna, dopóki nie wrócił tuŜ przed świtem,
nie próbował się tłumaczyć ani przepraszać. Nie miał bowiem nic na swoje usprawiedliwienie.
Prasa w dalszym ciągu trąbiła o ostatnich wyczynach człowieka w czerni. Oni sami o tej nocnej
działalności nigdy ze sobą nie rozmawiali. Dzieliła ich ona jak gruba ściana, której nie dało się przebić
z Ŝadnej strony.
Deborah to rozumiała, lecz nie mogła się z tym pogodzić.
Gage rozumiał, lecz nie dawało mu to spokoju.
I choć dąŜyli do wspólnego celu, w dalszym ciągu ich osobiste przekonania stawiały ich na
przeciwległych pozycjach.
Deborah siedziała przy biurku, na którym obok stosu ksiąŜek prawniczych leŜała popołudniowa
gazeta.
„Nemezis upolował Kubę Rozpruwacza z East Endu”
Nie przeczytała tekstu, nie była w stanie się do tego zmusić. Słyszała juŜ o człowieku, który w
ciągu ostatnich dziesięciu dni zabił cztery osoby swoim ulubionym narzędziem - noŜem myśliwskim.
Nagłówek artykułu wystarczył, by zrozumieć, dlaczego znalazła ślady krwi na umywalce.
Kiedy to się skończy? - zadawala sobie pytanie. Kiedy on z tym skończy? NoŜownik-psychopata
nie miał przecieŜ nic wspólnego z Fieldsem i kartelem narkotykowym. Jak długo jeszcze będą udawali,
Ŝ
e ich związek, ich przyszłość mogą być normalne?
On nie udawał jednak, przyznała Deborah z westchnieniem. To ona udawała.
- O'Roarke. - Mitchell rzucił plik dokumentów na biurko - Miasto nie wypłaca ci królewskiej pensji
za marzenia na jawie.
Spojrzała na dokumenty, które właśnie wylądowały na stosie innych.
- Czy to coś da, jeŜeli przypomnę, Ŝe liczba spraw, które mam na głowie, pobiła rekord świata?
- Podobnie jak współczynnik przestępczości w tym mieście. - PoniewaŜ wyglądała na przemęczoną,
sięgnął po dzbanek z kawą i nalał kubek gorzkich popłuczyn. - Gdyby Nemezis wziął sobie parę dni
urlopu, nie bylibyśmy tak przepracowani.
Gdy sączyła kawę, jej surowa mina zmieniła się w grymas.
- To zabrzmiało prawie jak komplement.
- To tylko fakty. Nie muszę akceptować jego metod, by cieszyć się z efektów.
Zaskoczona, spojrzała na krągłą, stanowczą twarz Mitchella.
- Naprawdę tak uwaŜasz?
- Ten psychopata zakatrupił cztery osoby i właśnie zabierał się do piątej, gdy pojawił się Nemezis.
Nie ma co narzekać, Ŝe ktoś, nawet jakieś zabłąkane, zamaskowane widmo, podrzuca nam na próg taką
kreaturę i ocala Ŝycie osiemnastoletniej dziewczynie.
- Tak - mruknęła - masz rację.
- Ale nie myśl sobie, Ŝe jestem jednym z tych, co kupują koszulkę z jego podobizną i chcą się
zapisać do jego fanklubu. - Mitchell wyjął cygaro i zaczął obracać je w grubych palcach. - A jak tam
postępy w twojej ulubionej sprawie?
Wzruszyła ramionami.
- Mam jeszcze tydzień - odparła wymijająco.
- Jesteś uparta, O'Roarke. To mi się podoba.
Deborah otworzyła szeroko oczy.
- To na pewno był komplement.
- śeby tylko woda sodowa nie uderzyła ci do głowy. Burmistrz jest nadal z ciebie niezadowolony,
za to sondaŜe są z niego bardzo zadowolone. JeŜeli znokautuje jutro Tarringtona w debacie, będziesz
miała cięŜkie Ŝycie aŜ do następnych wyborów.
- Nie martwię się o burmistrza.
86
- Rób swoje, dziewczyno. Ten Wisner ciągle wpycha twoje nazwisko na szpalty. - Uniósł dłoń,
zanim zdąŜyła coś odburknąć. - Staram się trzymać Fieldsa z daleka od ciebie, ale gdybyś mogła
działać nieco dyskretniej...
- Tak, to przez moją głupotę zdemolowano mi mieszkanie.
- No dobrze. - Mitchell miał na tyle przyzwoitości, by się zaczerwienić. - Jest nam wszystkim
bardzo przykro z tego powodu, ale byłoby nam lŜej, gdybyś choć na chwilę przestała się pakować w
tarapaty.
- Przykuję się łańcuchem do biurka - wycedziła przez zęby. - I jak tylko będę miała ku temu okazję,
kopnę Wisnera prosto w jego legitymację prasową.
Mitchell uśmiechnął się.
- Spokojnie. Ach, i daj mi znać, gdybyś potrzebowała parę dolców, zanim zajmie się tym firma
ubezpieczeniowa
- Dzięki, nie trzeba. - Spojrzała na stos dokumentów. - Mając tyle roboty, nie myślę o mieszkaniu.
Kiedy Mitchell zostawił ją samą, Deborah otworzyła nowe akta i ukryła twarz w dłoniach. Czy to
ironia losu, czy przeznaczenie sprawiło, Ŝe przypisano ją do sprawy psychopaty z East Endu? Klu-
czowy świadek, jej kochanek, był akurat jedyną osobą, z którą nie mogła nawet o tym podyskutować.
Gage czekał na nią o siódmej przy naroŜnym stoliku we francuskiej restauracji na skraju parku
miejskiego. Wiedział, Ŝe juŜ wkrótce będzie po wszystkim i Ŝe kiedy to się skończy, będzie musiał wy-
tłumaczyć Deborah, czemu nie wtajemniczył jej w szczegóły.
Będzie oczywiście uraŜona i wściekła. Jak najbardziej słusznie. On jednak wolał, Ŝeby była uraŜona
i wściekła, ale Ŝywa. Świetnie wiedział, jak cięŜkie były dla niej ostatnie dni i noce. Gdyby miał wybór,
oddałby wszystko, łącznie z sumieniem, byle tylko była szczęśliwa.
Ale nie miał wyboru. Nie miał go od momentu, gdy ocknął się ze śpiączki.
Nie pozostawało mu nic innego, jak powiedzieć i okazać jej, jak bardzo ją kocha. I nie tracić
nadziei, Ŝe jest moŜliwy kompromis pomiędzy tymi silnymi, przeciwstawnymi mocami, które nimi
kierują.
Spostrzegł ją, jak wchodziła, śliczna w szafirowym kostiumie z Ŝółto-zieloną lamówką. Jaskrawe
kolory i wygodne buty. Czy ma pod spodem koronkę, jedwab, czy satynę? Zapragnął porwać ją teraz
daleko stąd i samemu znaleźć odpowiedź.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała.
Zanim kelner zdołał ją posadzić, Gage wstał i przyciągnął ją do siebie. Jego pocałunek nie był ani
dyskretny, ani krótki. Siedzący w pobliŜu goście restauracji zaczęli przyglądać się im z wyraźną
zazdrością i zaciekawieniem.
Wstrzymała bezwiednie oddech. Pociemniało jej w oczach, ciałem wstrząsnął dreszcz.
- Stra... strasznie się cieszę, Ŝe się spóźniłam.
- Pracowałaś do późna.
Miała podkrąŜone oczy. Gage nie mógł na to patrzeć, czując, Ŝe to przez niego.
- Tak. - WciąŜ zdyszana, zajęła miejsce przy stoliku. - O piątej przynieśli mi na biurko kolejną
sprawę.
- Coś ciekawego?
Spojrzała mu prosto w oczy.
- NoŜownik z East Endu.
Jego wzrok nie zdradzał emocji.
- Rozumiem.
- CzyŜby, Gage? Zaczynam w to wątpić. - Wyrwała dłoń z jego uścisku i opuściła ją na kolana. -
Pomyślałam, Ŝe powinnam się wycofać, ale jaki mogłabym podać powód?
- Nie ma Ŝadnego powodu. Ja go złapałem, a teraz ty musisz dopilnować, Ŝeby zapłacił za swoje
zbrodnie. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
- Chciałabym mieć tę pewność. - Wzięła serwetkę i zaczęła ją nerwowo miąć w palcach - Z jednej
strony postrzegam cię jako kogoś, kto łamie prawo, z drugiej - jako bohatera.
- A prawda leŜy gdzieś pośrodku. - Sięgnął ponownie po jej dłoń. - Kimkolwiek jestem, kocham
cię, Deborah.
- Wiem. - Mocniej ścisnęła jego dłoń - Tak, wiem, ale Gage...
Przerwała, gdy kelner przyniósł szampana, którego Gage zamówił, jeszcze zanim przyszła do
restauracji.
87
- Napój bogów - powiedział kelner z wyraźnym francuskim akcentem. - Świętujemy coś? Piękna
kobieta, piękne wino.
Na twierdzące skinienie Gage'a zamaszyście odkorkował butelkę, z której na chwilę wyłoniła się
kusząco perlista piana.
- Monsieur spróbuje? - Nalał szampana do kieliszka Gage'a.
- Wyśmienite - mruknął Gage, nie odrywając wzroku od Deborah.
Kelner obrzucił Deborah spojrzeniem pełnym aprobaty i napełnił najpierw jej kieliszek, a następnie
Gage'a.
- Monsieur ma znakomity gust.
Po odejściu kelnera Deborah zachichotała cicho i stuknęła się kieliszkiem z Gage'em.
- Chyba mi nie powiesz, Ŝe to miejsce teŜ do ciebie naleŜy?
- Nie. A chciałabyś?
Ś
miejąc się, pokręciła głową.
- Za co pijemy?
- Za dzisiejszą noc. I za dzień jutrzejszy.
Gage wyciągnął z kieszeni aksamitne puzderko i podał je Deborah. A gdy długo patrzyła na nie bez
słowa, wpadł w panikę. Jego spokojny głos nie zmienił jednak barwy.
- Prosiłaś, Ŝebym się z tobą oŜenił, ale ten przywilej naleŜy do mnie.
Otworzyła puzderko. W blasku świec szafir zalśnił ciemnym, głębokim błękitem. Otaczały go
ś
nieŜnobiałe brylanty. Migotały triumfalnie w oprawie z bladego złota.
- Jest przepiękny.
Gage sam wybrał kamienie. W jej oczach spodziewał się jednak ujrzeć radość, zamiast strachu. Nie
podejrzewał teŜ, Ŝe i nim zaczną targać obawy.
- Wahasz się?
Spojrzała na niego i pozwoliła przemówić sercu.
- Nie mam Ŝadnych wątpliwości co do moich uczuć do ciebie. I nigdy nie będę ich miała. Ja się po
prostu boję, Gage. Próbowałam udawać, Ŝe tak nie jest, ale boję się. Nie tylko tego, co robisz, ale i tego,
Ŝ
e to moŜe mi ciebie odebrać.
Gage nie zamierzał składać obietnic, których nie mógłby dotrzymać.
- Wyciągnęli mnie ze śpiączki w pewnym celu. Nie ma tu Ŝadnej logiki ani faktów. Tylko uczucia i
instynkt. Jeśli przestanę robić to, co jest moim powołaniem, znowu umrę.
Odruchowy sprzeciw uwiązł jej w gardle.
- Wierzysz w to?
- Ja to wiem.
Jak mogła patrzeć na niego i tego nie zauwaŜyć? IleŜ razy patrzyła mu w oczy, widziała... co? Coś
odmiennego, szczególnego. Wiedziała, Ŝe jest męŜczyzną z krwi i kości, ale i czymś więcej. Tego nie
dało się zmienić. I po raz pierwszy zdała sobie sprawę, Ŝe juŜ wcale tego nie chce.
- Zakochałam się w tobie dwa razy. W obydwu wcieleniach. - Spojrzała na pierścionek, a potem
wyjęła go z puzderka - Do tamtej pory byłam pewna wybranej drogi, moich pragnień i potrzeb, i
konsekwentnie dąŜyłam w tym kierunku. Byłam przekonana, Ŝe jeśli się zakocham, to w bardzo
spokojnym, bardzo zwyczajnym męŜczyźnie.
Podała mu pierścionek.
- Myliłam się. Ty nie wróciłeś tylko po to, by walczyć o sprawiedliwość. Wróciłeś po mnie. -
Uśmiechnęła się, wyciągając rękę. - Dzięki Bogu.
Gage wsunął jej pierścionek na palec.
- Chcę cię zabrać do domu.
Nie zdąŜył jeszcze podnieść do ust jej dłoni, gdy do stolika podbiegł kelner.
- Wiedziałem. Henri nigdy się nie myli. - Deborah zaśmiała się, a on zaczął napełniać kieliszki -
Wybraliście mój stolik. Więc wybraliście dobrze. Musicie mnie zostawić menu. Musicie! To będzie
niezapomniany wieczór. A dla mnie przyjemność. Ach monsieur, jest pan najszczęśliwszym
człowiekiem na świecie. - ZłoŜył hałaśliwy pocałunek na dłoni Deborah.
Ś
miała się jeszcze, gdy kelner pobiegł na zaplecze, po czym spojrzała na Gage'a i zauwaŜyła, Ŝe
jest skupiony na czym innym.
- Co się dzieje?
- Fields. - Gage uniósł kieliszek, lecz jego oczy śledziły burmistrza, który szedł przez salę. -
Właśnie przyszedł z Arlem Stuartem i paroma innymi szychami oraz twoim kumplem Bowerem w
odwodzie.
88
Deborah odwróciła głowę. Zmierzali w kierunku stolika na osiem osób. Rozpoznała znaną aktorkę i
prezesa jednej z firm motoryzacyjnych.
- Mocna obsada - zauwaŜyła cicho.
- Ma show-biznes, przemysł, finansjerę i świat sztuki przy jednym stoliku. Zanim skończy się
wieczór, ktoś pojawi się i zrobi parę „przypadkowych” ujęć.
- To nie będzie miało znaczenia. - PołoŜyła dłonie na dłoniach Gage'a. - JuŜ za tydzień to nie będzie
miało Ŝadnego znaczenia.
Nawet prędzej, pomyślał Gage, ale pokiwał głową.
- Idzie Stuart.
- No proszę! - Stuart klepnął Gage'a w ramię. - Co za miły zbieg okoliczności. A pani jak zwykle
zachwycająca, panno O'Roarke.
- Dziękuję.
- Świetna restauracja. Nikt nie przyrządza lepiej ślimaków - powiedział, uśmiechając się do nich
obojga. - Nienawidzę, jak się marnują na tych pogadankach biznesowo-politycznych. Ale wy trafiliście
w dziesiątkę. Szampan, świece.
Jego bystre spojrzenie padło na pierścionek zdobiący dłoń Deborah.
- A cóŜ to za śliczne cacko? CzyŜbyście chcieli coś obwieścić? - Zerknął na Gage'a.
- Przyłapałeś nas na gorącym uczynku, Arlo.
- Miło to słyszeć. Spędźcie miesiąc miodowy w jednym z moich hoteli. Na koszt firmy.
WciąŜ szczerząc zęby, skinął na burmistrza. Nie zaszkodzi wizerunkowi Fieldsa, pomyślał, jeśli
jako pierwszy złoŜy gratulacje czołowemu biznesmenowi w mieście i najbardziej znanej pani
prokurator.
- Gage, Deborah. - Szerokiemu uśmiechowi Fieldsa przeczyło sztywne skinienie głowy. - Miło was
widzieć. JeŜeli jeszcze nic nie zamówiliście, zapraszam do naszego stolika.
- Nie dzisiaj - odezwał się Stuart, zanim Gage zdąŜył otworzyć usta. - Mamy przed sobą świeŜo
zaręczoną parę, Tuck. Nie chcą marnować wieczoru na rozmowy o strategii kampanii wyborczej.
Fields, wciąŜ uśmiechnięty, spojrzał na pierścionek Deborah, ale nie był zadowolony.
- Gratuluję.
- Cieszy mnie myśl, Ŝe poznali się dzięki nam. - Stuart, jak zwykle wylewny, objął ramieniem
Fieldsa. - PrzecieŜ to stało się w moim hotelu podczas twojego benefisu.
- Tworzymy jedną szczęśliwą rodzinę. - Fields spojrzał na Gage'a. Poparcie Guthriego było mu po-
trzebne. - śenisz się ze wspaniałą kobietą, świetną prawniczką. Parę razy przyprawiła mnie o ból
głowy, ale uwielbiam jej zasady.
Ton Gage'a był chłodny, acz grzeczny.
- Ja równieŜ.
Stuart znów wybuchnął dudniącym śmiechem.
- Ja podziwiam w niej coś więcej niŜ tylko zasady. - Mrugnął znacząco do Deborah - Bez obrazy.
A teraz wracajmy do polityki i zostawmy tych dwoje w spokoju.
- Drań! - syknęła Deborah, gdy znaleźli się poza zasięgiem głosu. - Chciał ci się podlizać.
- Nie. - Gage stuknął kieliszkiem w jej kieliszek. - Nam obojgu.
Ponad jej ramieniem zobaczył moment, w którym Jerry Bower usłyszał najświeŜszą wiadomość. AŜ
podskoczył i zaczął rozglądać się dokoła. Gage prawie mógł usłyszeć, jak wzdycha, spoglądając na
plecy Deborah.
- Nie mogę się doczekać, kiedy go przyskrzynimy.
W jej głosie było tyle jadu, Ŝe Gage nakrył dłonią jej rękę i mocno uścisnął.
- Spokojnie. To juŜ długo nie potrwa.
Była taka prześliczna. Gage leŜał w łóŜku, wpatrzony w Deborah. Wiedział, Ŝe śpi głębokim snem,
nasycona miłością i wyczerpana namiętnością. Chciał, by przespała spokojnie aŜ do rana.
Nie mógł znieść myśli, Ŝe były takie chwile, gdy budziła się w środku nocy i nie znajdowała go
przy sobie. Ale tej nocy poczuł zbliŜające się niebezpieczeństwo i pragnął się upewnić, Ŝe ona śpi.
Wstał i zaczął się po cichu ubierać. Słyszał jej oddech, powolny i równomierny, i to go uspokoiło.
W księŜycowej poświacie zobaczył swoje odbicie w lustrze. Nie, nie odbicie, pomyślał. Własny cień.
Wsunąwszy dłonie w opięte czarne rękawiczki, otworzył szufladę. W środku leŜał policyjny
rewolwer kaliber 38, którego rękojeść znał lepiej niŜ uścisk dłoni przyjaciela. Ale nie uŜył go od tamtej
pamiętnej nocy w dokach, przed czterema laty.
Nie było potrzeby.
89
Tej nocy jednak znów ją poczuł. Nie walcząc juŜ z instynktem, wsunął pistolet do kabury i zapiął ją
w pasie.
Otworzył panel i zatrzymał się. Chciał jeszcze raz popatrzeć na śpiącą Deborah. Teraz wyczuwał
juŜ niebezpieczeństwo - gorzki smak w ustach, w gardle. Jedyną pociechą był fakt, Ŝe jej nic się nie
stanie. A on wróci. Obiecał to przecieŜ sobie i jej. Los nie mógłby zadać takiego zabójczego ciosu dwa
razy w Ŝyciu.
Wszedł do tunelu i zniknął w ciemności.
Po niespełna godzinie telefon wyrwał Deborah ze snu. Nieprzywykła do telefonów o tej porze, mru-
cząc coś do Gage'a, namacała słuchawkę, która sturlała się z aparatu.
- Halo?
- Seniorita!
Głos Montegi podziałał na nią jak kubeł zimnej wody.
- Czego chcesz?
- Mamy go. Tak łatwo było zastawić sidła.
- Co?
PrzeraŜona sięgnęła w stronę Gage'a, ale nim jej dłonie natrafiły na pustą pościel, juŜ wiedziała.
- O czym ty mówisz? - Głos drŜał jej z trwogi.
- On Ŝyje. Na razie chcemy, Ŝeby Ŝył. Jeśli ty teŜ tego chcesz, to przyjedź szybko, sama.
Wymienimy go za wszystkie twoje papiery, wszystkie akta. Wszystko, co masz.
Zakryła ręką usta, próbując grać na zwłokę, dopóki będzie w stanie pomyśleć.
- Zabijesz nas oboje.
- Być moŜe. Ale moŜesz być pewna, Ŝe go zabiję, jeŜeli ty nie przyjdziesz. Spotkamy się w
magazynie na East River Drive. East River Drive trzysta dwadzieścia pięć. Dojazd zajmie ci pół
godziny. Jak będzie to trwało dłuŜej, obetnę mu prawą dłoń.
Deborah poczuła gwałtowny skurcz Ŝołądka.
- Będę tam. Tylko nie zrób mu nic złego. Chciałabym jeszcze z nim porozmawiać...
Montega odłoŜył słuchawkę.
Deborah wyskoczyła z łóŜka. Narzucając szlafrok, pobiegła do pokoju Franka. Jeden rzut oka
wystarczył jej, by stwierdzić, Ŝe pokój jest pusty. Zbiegła więc na dół, gdzie zastała panią Greenbaum
w łóŜku, oglądającą stary film, z puszką orzeszków w ręce.
- Gdzie jest Frank?
- Wyszedł do całodobowej wypoŜyczalni wideo i po pizzę. Postanowiliśmy zrobić sobie festiwal
braci Marx. Coś się stało?
Deborah ukryła twarz w dłoniach i zaczęła się kiwać. Musiała coś wymyślić.
- Frank wróci za dwadzieścia minut.
- To za późno. - Deborah opuściła ręce. Nie było juŜ ani chwili do stracenia. - Powiedz mu, Ŝe
miałam telefon i musiałam jechać. PrzekaŜ mu, Ŝe chodzi o Gage'a.
- Widzę, Ŝe masz kłopoty. Mów, o co chodzi.
- Nie, powtórz mu to, proszę. Jak tylko wróci. Ze pojechałam na East River Drive trzysta
dwadzieścia pięć.
- Nie moŜesz. - Lil zaczęła gramolić się z łóŜka - Nie moŜesz tam jechać sama o tej porze.
- Muszę. Powiedz Frankowi, Ŝe musiałam. - Chwyciła Lil za ręce.- To sprawa Ŝycia i śmierci!
- Zadzwonimy po policję...
- Nie. Powtórz tylko Frankowi wszystko, o czym ci mówiłam. I powiedz mu, o której wyszłam.
Obiecaj mi to.
- Oczywiście, ale... Deborah juŜ wybiegła.
Kilka bezcennych minut zajęło jej ubranie się i spakowanie wydruków do teczki. Gdy dobiegła do
samochodu, dłonie miała mokre od potu. Pędząc przez ulice, w myślach powtarzała jak mantrę imię
Gage'a. Z gardłem ściśniętym paniką patrzyła, jak zegar na desce rozdzielczej odmierza minuty.
Nemezis, niczym duch, obserwował wymianę narkotyków na pieniądze. Tysiące banknotów za
tysiące gramów cierpienia. Nabywca rozciął jedną z torebek na próbę, nabrał odrobinę białego proszku
i wsypał go do fiolki, by sprawdzić jego czystość. Diler przeliczał banknoty
Kiedy obaj uznali, Ŝe są zadowoleni, dobito targu. Wymienili niewiele słów. To nie był przyjemny
interes.
90
Nemezis patrzył, jak nabywca zabiera swój nędzny towar i odchodzi. Wiedział, Ŝe będzie mógł
szybko i bez trudu odnaleźć tego męŜczyznę, poczuł jednak ukłucie Ŝalu. Gdyby nie to, Ŝe tropił
większą aferę, z największą przyjemnością wrzuciłby obu kontrahentów wraz z ich towarem do rzeki.
Odgłos kroków odbił się echem. W wysokim budynku z pustaków była świetna akustyka. RóŜne
pudła i skrzynie piętrzyły się pod ścianami oraz na długich, metalowych półkach. Narzędzia i
półprodukty leŜały stłoczone na stołach warsztatowych. DuŜy wózek widłowy, słuŜący do przewoŜenia
zmagazynowanych tam stosów drewna, stał przy aluminiowej bramie do garaŜu. ChociaŜ wokół
rozchodził się zapach trocin, potęŜne piły zamarły w grobowym milczeniu.
Nagłe do pomieszczenia wszedł Montega.
- Oto nasze pierwsze trofeum tej nocy. - Podszedł do walizki pełnej gotówki, odpychając obstawę.
- Przyjdzie ktoś jeszcze bogatszy.
Zamknął walizkę.
- Kiedy się pojawi, wprowadź go tutaj.
Gdy tak stał, niewidoczny jak powietrze, którym oddychał, dłonie zaciskały mu się w pięści. Teraz.
To jest właśnie ta noc, pomyślał. Część jego istoty, ta, która pragnęła jedynie zemsty, marzyła, by
wyciągnąć broń i strzelić. Z zimną krwią.
Lecz krew miał zbyt gorącą na takie szybkie, anonimowe rozwiązanie. Usta wykrzywił mu ponury
grymas. Są lepsze sposoby.
JuŜ miał się odezwać i wtedy usłyszał głosy i stukot butów na betonowej posadzce.
Zostawił Deborah w łóŜku, śpiącą.
Na czoło wystąpiły mu krople zimnego potu. Nadchodziło niebezpieczeństwo, które wcześniej
wyczuł. Ale zagraŜało nie jemu. Dobry BoŜe, nie jemu, tylko jej. Patrzył, jak Deborah wpada do
pomieszczenia, w towarzystwie dwóch uzbrojonych goryli. Na moment zawahał się pomiędzy światem
cieni a jej światem.
- Gdzie?! Gdzie on jest?! - Stała naprzeciw Montegi jak tygrysica, z głową wysoko uniesioną i
płonącymi oczami - Zginiesz, jeśli go skrzywdziłeś. Przysięgam.
Przechylając głowę, Montega klasnął w dłonie.
- Niesamowite. Zakochana kobieta.
Nie było miejsca na strach przed Montegą, kiedy wszystkie jej lęki dotyczyły tylko Gage'a.
- Chcę go zobaczyć.
- Jesteś w gorącej wodzie kąpana, seniorito. Przyniosłaś to, o co prosiłem?
Deborah uniosła teczkę.
- Zabierz to ze sobą do piekła!
Montega podał teczkę ochroniarzowi i skinięciem głowy nakazał mu, by zaniósł ją do sąsiedniego
pomieszczenia.
- Cierpliwości - powiedział Montega, unosząc rękę. - MoŜe usiądziesz?
- Nie. Dostałeś, czego chciałeś, a teraz daj mi to, po co przyszłam.
Drzwi otworzyły się ponownie. Deborah otworzyła szeroko oczy.
- Jerry?
Po zaskoczeniu nadeszła pierwsza fala ulgi. To nie Gage, pomyślała. To nie Gage'a złapali. To był
Jerry. Szybko podeszła do niego, by go chwycić za ręce.
- Tak mi przykro. Tak mi przykro, Ŝe to się stało. Nie miałam pojęcia.
- Wiem. - Uścisnął jej ręce. - Byłem pewny, Ŝe przyjedziesz. Liczyłem na to.
- Mam nadzieję, Ŝe to pomoŜe któremuś z nas.
- JuŜ pomogło. - Objął ją, patrząc na Montegę. - Sprawa poszła gładko, jak mi się wydaje.
- Zgodnie z oczekiwaniami, panie Bower.
- Świetnie. - Jerry przyjacielsko poklepał Deborah po plecach. - Musimy porozmawiać.
Poczuła, Ŝe cała krew uciekła jej z twarzy.
- Ty... ty nie byłeś wcale zakładnikiem, prawda?
Pozwolił jej odsunąć się, ale ruchem dłoni zawezwał z powrotem ochroniarzy. Nie miała dokąd
uciec, a on chciał być wspaniałomyślny.
- Nie i, niestety, ty teŜ nim nie jesteś. Przykro mi.
- Nie mogę w to uwierzyć! - Wstrząśnięta, uniosła dłonie do skroni. - Wiedziałam, Ŝe ślepo
popierałeś Fieldsa, ale to... Na Boga, Jerry, nie moŜesz być w to zamieszany. Czy ty wiesz, co on robi?
Narkotyki, morderstwa... To nie jest polityka, to przestępstwo na wielką skalę.
- To wszystko polityka. - Uśmiechnął się. - Chyba nie wierzysz, Ŝe ta bezwolna marionetka, jaką
jest Fields, stoi za całą organizacją? - Tym razem zaśmiał się i kazał przynieść krzesło. - Ale
91
uwierzyłaś, bo stworzyłem przyjemną, wyraźną ścieŜynkę z okruszków dla ciebie i wszystkich, którym
chciało się szukać. - PołoŜył jej dłoń na ramieniu i popchnął ją na krzesło.
- Ty? - Spoglądała na niego nieprzytomnym wzrokiem. - Chcesz powiedzieć, Ŝe ty za tym stoisz?
ś
e Fields...
- Jest tylko pionkiem. Przez ponad sześć lat trzymałem się dwa kroki za nim, załatwiając, co się
dało i naciskając wszystkie guziki. Fields nie potrafiłby zarządzać sklepem z tandetą, a co dopiero
całym miastem. Albo stanem... - Jerry usiadł. - Jak ja za pięć lat.
Deborah nie bała się, Znała tego męŜczyznę od prawie dwóch lat, uwaŜała go za przyjaciela, za
osobę uczciwą, choć trochę słabą.
- Jakim sposobem?
- Pieniądze, władza, umysł - wyliczył na trzech palcach - Ja byłem mózgiem. Fields trzymał
władzę. Uwierz mi, on był bardziej niŜ chętny, by zostawić wszystkie detale, administracyjne i inne, w
moich rękach. Jest świetnym mówcą, wie, kogo w tyłek kopnąć, a kogo pocałować. Resztę robię ja, i to
od sześciu lat, odkąd wsadzono mnie do jego biura.
- Kto cię tam wsadził?
- Bystra jesteś. - Z podziwem pokiwał głową. - Arlo Stuart. To on ma pieniądze. Problem tkwił w
tym, Ŝe jego interesy - te legalne, z których się musiał rozliczać - przynosiły większe zyski, niŜ sobie
tego Ŝyczył. Będąc biznesmenem, znał inny sposób na zainwestowanie tej nadwyŜki.
- Narkotyki.
- Znowu masz rację. - ZałoŜył nogę na nogę i zerknął obojętnie na zegarek. Nie musiał się spieszyć,
skoro był to ich ostatni raz. - Był szefem Wschodniego WybrzeŜa przez ponad dwanaście lat. To coś
znaczy. Ja powoli piąłem się po szczeblach organizacji. Stuart lubi inicjatywę. Ja miałem wiedzę -
prawo, nauki polityczne - a on miał Fieldsa.
Pytania. Musiała zadawać mu pytania i pilnować, by na nie odpowiadał. Dopóki… nie przyjdzie
Gage? - zastanawiała się. Czy Frankowi udało się z nim skontaktować?
- Więc współpracowaliście we trzech?
- Fields nie. Nie chciałbym, Ŝebyś go przeceniała, bo za bardzo szanuję twoją opinię. On jest tylko
wygodną marionetka i nie ma pojęcia o naszym przedsięwzięciu. A nawet jeśli ma, jest na tyle
rozsądny, by przymknąć na to oko. - Wzruszył ramionami. To zresztą bez znaczenia. - We właściwym
czasie ujawnimy informacje podatkowe i to wszystko, co juŜ odkryłaś. Nikt nie będzie bardziej
zaskoczony od Fieldsa. A skoro to ja będę tym, który sprawiedliwie i z Ŝalem to ujawni, bez problemu
zajmę jego miejsce. I tak dalej...
- To się nie uda. Nie jestem jedyną osobą, która o tym wie.
- Guthrie. - Jerry oplótł rękami kolana. - Och, muszę się spotkać z Guthriem. Kazałem Montedze
zlikwidować go cztery lata temu, ale nie dokończył roboty.
- Ty? - wyszeptała. - To ty mu kazałeś?
- Arlo zostawia tego typu szczegóły mnie. - Wychylił się do przodu tak, by tylko ona mogła go
usłyszeć.- Lubię szczegóły, na przykład takie, co robi twój nowy narzeczony w wolnych chwilach. Tym
razem to ty mnie do niego doprowadziłaś, Deborah.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Potrafię świetnie oceniać ludzi. A ty jesteś osobą bardzo przewidywalną. Ty, zasadnicza,
inteligentna i lojalna kobieta związana z dwoma męŜczyznami? To mało prawdopodobne. Tej nocy
prawdą okazało się to, co podejrzewałem od wielu tygodni. Tylko jeden człowiek potrafiłby rozpoznać
Montegę, zdobyć twoje serce i mieć dość powodów, by mnie ścigać jak fanatyk. - Poklepał ją po ręce. -
To nasza mała tajemnica. A ja lubię tajemnice.
Jerry wstał.
- I chociaŜ jest mi przykro, naprawdę, tylko jedno z nas moŜe stąd wyjść z tym sekretem.
Powiedziałem Montedze, Ŝeby zrobił to szybko. W imię starych dobrych czasów.
ChociaŜ ciałem jej wstrząsały dreszcze, znalazła w sobie dość siły, by wstać.
- Nauczyłam się wierzyć w przeznaczenie. Nie wygrasz. On się o tym dowie. Ty mnie zabijesz, a
on cię dopadnie. Myślisz, Ŝe go znasz, ale mylisz się. Nigdy go nie dopadniesz.
- Jeśli to cię pociesza. - Oddalił się o parę kroków - Nie mamy go... na razie.
- Mylisz się!
Wszystkie głowy w pomieszczeniu odwróciły się na dźwięk tego głosu. Wokół nie było niczego
prócz gołych ścian i stosów drewna. Pod Deborah ugięły się kolana. O mały włos, a byłaby osunęła się
na ziemię.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.
92
Ochroniarz stojący przy ścianie rzucił się do tyłu, zaskoczony. Gdy jego ciało pręŜyło się i
szamotało, jego karabin zaczął pluć ogniem. MęŜczyźni z krzykiem dawali nurka, by się ukryć.
Ochroniarz wrzasnął i odskoczył od ściany. Zastrzelili go jego towarzysze.
Biegnąc za rzędem półek, Deborah gorączkowo szukała jakiejś broni. Chwyciła łom i cofnęła się,
gotowa do obrony. Ku jej zdumieniu, straŜnikowi o wybałuszonych oczach ktoś nagle wyrwał karabin.
Oszalały ze strachu, rzucił się z krzykiem do ucieczki.
- Nie ruszaj się! - dobiegł ją głos.
- Dzięki Bogu. Myślałam, Ŝe...
- Po prostu odsuń się. Tobą zajmę się później.
Stanęła w miejscu, dzierŜąc łom. Nemezis powrócił, pomyślała. Jak zwykle arogancki. Odsunąwszy
na bok pudło, spojrzała przez szparę na toczącą się walkę. Zostało jeszcze pięciu męŜczyzn -
ochroniarze, Montega i Jerry. Strzelali na oślep, równie przeraŜeni jak zdezorientowani. Kiedy jedna z
kul wbiła się w ścianę niecałe pół metra od jej głowy, przykucnęła.
Ktoś wrzasnął. Ten dźwięk sprawił, Ŝe zacisnęła mocno powieki. Czyjaś dłoń chwyciła ją za włosy
i podniosła do góry.
- Kim on jest? - syknął jej Jerry do ucha. A choć ręka mu drŜała, nie rozluźnił uścisku. - Kim on
jest, do cholery?
- On jest bohaterem - powiedziała, patrząc wyzywająco w jego oszalałe oczy. - Ty tego nigdy nie
zrozumiesz.
- On będzie trupem, zanim to się skończy. Pójdziesz ze mną. - Pchnął ją przed siebie. - Jeden
fałszywy ruch, a strzelę ci w plecy.
Deborah wzięła głęboki oddech i uderzyła Jerry'ego łomem w brzuch. Gdy runął na ziemię,
charcząc, rzuciła się do ucieczki, klucząc pomiędzy stołami roboczymi i regałami. Ale Jerry szybko się
pozbierał i na poły biegnąc, na poły pełznąc, dopadł ją i chwycił za kostkę. Zaklęła i kopnęła go,
ś
wiadoma, Ŝe w kaŜdej chwili moŜe dostać kulę w plecy. Wspięła się na stertę desek, wierząc, Ŝe jeśli
uda jej się wdrapać na bezpieczną wysokość, nie będzie mógł uŜyć jej jako tarczy.
Słyszała, jak gramoli się za nią, zyskując przewagę, w miarę jak odzyskiwał oddech. W desperacji
wyobraziła sobie, Ŝe jest jaszczurką, zwinną i szybką, trzymającą się drewna. Nie wolno jej spaść. To
wszystko, co wiedziała. Drzazgi wpijały jej się w palce, ale ona tego nie czuła.
Z całych sił zamachnęła się łomem na Jerry'ego, trafiając go w ramię. Zaklął i zachwiał się.
Wiedząc, Ŝe lepiej nie oglądać się za siebie, zacisnęła zęby i przeskoczyła ze sterty na wąską, metalową
drabinę. Spocone dłonie ześlizgiwały się, ale trzymała się mocno i zdołała się wspiąć na wyŜszy
poziom. Coraz bardziej zdyszana, popędziła metalowym podestem, na którym walały się materiały
budowlane i izolacyjne.
Dalej nie było juŜ dokąd uciekać. Kiedy dotarła do najdalszego zakątka, zrozumiała, Ŝe znalazła się
w pułapce. Jerry dotarł juŜ prawie na szczyt. Nie mogła zejść niŜej, nie miała teŜ szansy, by
półtorametrowym susem przeskoczyć na podwieszoną metalową półkę z większą liczbą uchwytów.
Jerry cięŜko oddychał, z ust ciekła mu krew. A w ręku miał pistolet. Deborah zrobiła chwiejny krok
w tył i spojrzała w dół, gdzie osiem metrów poniŜej Nemezis zmagał się z trzema przeciwnikami.
Zdawała sobie sprawę, Ŝe nie moŜe go zawołać. Odwrócenie jego uwagi, choćby na sekundę, mogło
kosztować go Ŝycie.
Postanowiła stawić czoło byłemu przyjacielowi.
- Nie wykorzystasz mnie, by go złapać.
Jerry otarł wierzchem dłoni krew i ślinę z ust.
- Wóz albo przewóz.
- Nie.
Cofnęła się i uderzyła w łańcuch podnośnika. Był gruby i cięŜki, uŜywano go do podnoszenia
duŜych partii drewna na wyŜszy poziom składowania.
- Nie - powtórzyła i z całych sił walnęła go łańcuchem w twarz.
Usłyszała chrzęst łamanych kości, potem krzyk, jeden przeraźliwy krzyk, zanim ukryła twarz w
dłoniach.
Nemezis, który właśnie załatwiał swoje porachunki z Montegą, spostrzegł ją, bladą jak trup, balan-
sującą na krawędzi wąskiej, metalowej półki. Nie spojrzał nawet w kierunku męŜczyzny, który spadał z
krzykiem na betonową posadzkę. Biegnąc w jej kierunku, usłyszał świst kuli przelatującej obok jego
głowy.
- Nie! - zawołała w jego stronę, walcząc ze słabością. - On jest za tobą!
Nagle zobaczyła z ulgą, a Montega patrzy z niedowierzaniem, Ŝe Nemezis skręcił w lewo i zniknął.
93
OstroŜnie, pragnąc odwrócić uwagę Montegi od Deborah, Gage sunął wzdłuŜ ściany. Obrzucał
Montegę obelgami, a potem uskakiwał w lewo albo w prawo, zanim ten zdąŜył wycelować pistolet i
wypalić.
- Zabiję cię! - Trzęsąc się ze strachu, Montega znów wystrzelił i trafił w ścianę - Widziałem, jak
krwawisz. Zabiję cię.
Dopiero gdy Gage się upewnił, Ŝe Deborah zeszła na dół i bezpiecznie skryła się w cieniu, pojawił
się dwa metry od Montegi.
- JuŜ raz mnie zabiłeś. - Gage pewnie wycelował w serce Montegi. Wystarczyło tylko pociągnąć za
cyngiel i byłoby po wszystkim. Skończyłyby się cztery lata piekła.
Ale wtedy spostrzegł Deborah - jej bladą twarz, lśniącą od potu. Poluzował palec, spoczywający na
cynglu.
- Przyszedłem po ciebie, Montega. Będziesz miał duŜo czasu, by zastanowić się dlaczego. Rzuć
broń!
Oniemiały Montega upuścił pistolet na beton. Deborah, blada, lecz opanowana, podeszła i
podniosła broń.
- Kim jesteś? - dopytywał się Montega. - Kim jesteś?
Powietrze przeszyły dwa strzały. Nie zdąŜyły jeszcze przebrzmieć, gdy Montega leŜał bez oznak
Ŝ
ycia na ziemi. Gage podszedł do ciała.
- Jestem twoim przeznaczeniem - wyszeptał, odwrócił się i wziął Deborah w objęcia.
- Powiedzieli, Ŝe cię schwytali. Mieli cię zabić.
- Trzeba było mi zaufać.
Odwrócił ją, by uchronić ją od widoku otaczającej ich śmierci.
- Ale ty tu byłeś - powiedziała i nagle zatrzymała się. - Skąd tu się wziąłeś? Skąd wiedziałeś?
- System. Usiądź. Cała się trzęsiesz.
- Mam przeczucie, Ŝe za chwilę będę trzęsła się ze złości. Wiedziałeś, Ŝe oni tu będą?
- Tak, wiedziałem. Siadaj. Przyniosę ci wody.
- Przestań, przestań! - Obiema rękami chwyciła go za koszulę. - Wiedziałeś i nic mi nie
powiedziałeś. Wiedziałeś o Stuarcie, o Jerrym.
- O Jerrym nie wiedziałem. - I zawsze będzie tego Ŝałował. - Dopóki nie wszedł tutaj dzisiaj i nie
opowiedział ci wszystkiego, byłem skupiony na Fieldsie.
- Więc skąd tu się wziąłeś?
- Rozszyfrowałem system parę dni temu. KaŜda transakcja miała miejsce w budynku naleŜącym do
Stuarta. Między kolejnymi były co najmniej dwa tygodnie przerwy i odbywały się one w innej części
miasta. Spędziłem parę nocy, obserwując inne miejsca, ale wylądowałem tutaj. A nie powiedziałem ci,
bo chciałem uniknąć tego, co się stało tej nocy. Cholera, kiedy martwię się o ciebie, nie mogę się
skoncentrować. Nie mogę wykonywać swojej roboty.
Deborah wyciągnęła rękę.
- Widzisz ten pierścionek? Podarowałeś mi go zaledwie parę godzin temu. Noszę go, bo cię
kocham i uczę się akceptować ciebie, twoje uczucia, twoje potrzeby. JeŜeli nie moŜesz zrobić tego
samego dla mnie, to weź go sobie z powrotem.
Skryte za maską oczy były ciemne i nieruchome.
- Nie chodzi o to, by robić to samo...
- Ale tak właśnie było. Zabiłam dziś człowieka. - Głos jej drŜał, ale odepchnęła go, gdy chciał ją
znowu objąć. - Zabiłam człowieka, którego znałam. Przybyłam tu gotowa wymienić nie tylko moją
etykę, ale własne Ŝycie za twoje. Nie waŜ się juŜ nigdy więcej mnie chronić i rozpieszczać albo myśleć
za mnie.
- Skończyłaś?
- Nie. - Oparła się o krzesło - Wiem, Ŝe nie przestaniesz robić tego, co robisz. Martwię się o ciebie,
ale nie będę stać ci na drodze, a ty nie będziesz mi przeszkadzał.
Pokiwał głową.
- Czy to juŜ wszystko?
- Na razie.
- Masz rację.
Deborah otworzyła usta, zamknęła je, po czym głęboko odetchnęła.
- MoŜesz to powtórzyć?
- Masz rację. Trzymałem cię z dala od tych spraw, ale zamiast cię chronić, naraziłem cię na jeszcze
gorsze niebezpieczeństwo. Za to przepraszam. Poza tym wyznaniem muszę ci jeszcze powiedzieć, Ŝe
94
nie zamierzałem go zabić. - Spojrzał na leŜącego Montegę, po czym przytrzymał Deborah za podbró-
dek, by nie mogła popatrzeć w tę stronę. - Chciałem, to prawda. Przez chwilę czułem smak zemsty. Ale
gdyby się poddał, oddałbym go w ręce policji.
Po jego oczach poznała, Ŝe mówił prawdę.
- Dlaczego?
- Bo spojrzałem na ciebie i poczułem, Ŝe mogę ci zaufać. śe istnieje sprawiedliwość. - Wyciągnął
rękę. - Deborah, potrzebuję partnera.
Uśmiechnęła się przez łzy.
- Ja teŜ - powiedziała i zamiast uścisnąć mu rękę, padła mu w ramiona.
- Nic nas nie powstrzyma - wyszeptała, gdy w oddali zabrzmiał dźwięk pierwszych syren. - To
pewnie Frank ściągnął kawalerię. - Pocałowała go. - Wytłumaczę ci później. W domu. A teraz lepiej juŜ
idź. - Cofnęła się z westchnieniem. - Trzeba będzie dobrego prawnika, Ŝeby to wszystko wyjaśnić.
Na odgłos zbliŜających się kroków Gage cofnął się i wtopił się w ścianę za Deborah.
- Będę przy tobie.
Uśmiechnęła się, kładąc na ścianie rozpostartą dłoń, pewna, Ŝe on zrobił to samo po drugiej stronie.
- Liczę na to.