background image

Nora Roberts 

 

Cienie nocy 

 

NIGHT SHADOW 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Chodził nocami. Sam. Niespokojny. W czerni i w masce. Cień pośród cieni; szept wśród szmerów i 

pomruków ciemności. 

Wypatrywał  tych,  którzy  atakują  bezbronnych  i  bezradnych.  Nieznany,  niewidzialny,  niechciany, 

ś

ledził  napastników  w  ciemnej  dŜungli,  jaką  było  miasto.  Poruszał  się  bez  przeszkód  po  mrocznych 

przestrzeniach, ślepych alejkach i ulicach pełnych przemocy. Jak dym unosił się znad stromych dachów 
i spływał w dół, do wilgotnych piwnic. 

W  razie  potrzeby  spadał jak  grom  -  pełen  wściekłej  furii.  A potem  był juŜ  tylko  błysk,  widzialne 

echo - pozostałość po błyskawicy, która rozcięła niebo. 

Nazywali go Nemezis i był wszędzie. 
Chodził  nocami,  szerokim  łukiem  omijając  miejsca,  w  których  rozbrzmiewał  śmiech  i  radosny, 

ś

wiąteczny  gwar.  Ciągnęło  go  tam,  skąd  dobiegały  jęki  i  płacz  ludzi  samotnych,  i  skargi  bezradnych 

ofiar. Noc w noc ubierał się na czarno, ukrywał twarz pod maską i przemierzał ciemne, wymarłe ulice. 
Nie  robił  tego  w  imię  prawa.  Prawem  zbyt  łatwo  moŜna  manipulować,  jeśli  ktoś  ma  je  w  pogardzie. 
Zbyt często bywa teŜ ono naginane i naciągane przez tych, którzy powinni go strzec. 

257 
Wiedział o tym aŜ nazbyt dobrze. I nie potrafił zapomnieć. 
Gdy ruszał w miasto, robił to w imię sprawiedliwości - kobiety z przepaską na oczach. 
Tam, gdzie jest sprawiedliwość, moŜna mówić o karze i równowadze szal. 
Strzegł miasta niczym czarny cień. 
 
Deborah  O’Roarke  szła,  jak  zawsze,  szybkim  krokiem.  Musiała  się  bardzo  spieszyć,  jeśli  chciała 

nadąŜyć za własnymi ambicjami. Teraz jej eleganckie, wygodne buciki stukały w Ŝwawym tempie na 
popękanych chodnikach East Endu w mieście Urbana. To nie strach kazał jej jednak spieszyć w stronę 
samochodu,  chociaŜ  East End  -  zwłaszcza  nocą  -  był  miejscem  bardzo  niebezpiecznym  dla  samotnej, 
atrakcyjnej  kobiety.  Skrzydeł  dodawała  jej  radość  z  odniesionego  sukcesu.  Jako  zastępczyni 
prokuratora okręgowego, zakończyła właśnie przesłuchanie świadka jednej z ulicznych strzelanin, które 
stały się plagą Urbany. 

Powodowała  nią  jedna  myśl  -  wrócić  jak  najprędzej  do  biura  i  sporządzić  raport,  tak  by  tryby 

sprawiedliwości  mogły  wreszcie  zacząć  się  obracać.  Wierzyła  w  sprawiedliwość  -  w  jej  ustalone  i 
systematyczne procedury. Mordercy młodego Rica Mendeza odpowiedzą za swoją zbrodnię. I jeśli jej 
się poszczęści, to ona zostanie oskarŜycielem. 

Na ulicy przed rozpadającym się budynkiem, w którym przez godzinę maglowała zawzięcie dwóch 

wystraszonych  chłopaków,  panowały  ciemności.  Poza  dwiema,  wszystkie  uliczne  latarnie,  stojące 
wzdłuŜ  wyboistego  chodnika,  były  zepsute.  KsięŜyc  z  rzadka  przeświecał  zza  chmur.  W  mrocznych 
bramach  kuliły  się  cienie  -  pijacy,  dilerzy  albo  prostytutki.  Mijając  ich,  powtarzała  sobie,  Ŝe  sama 
mogła  skończyć  w  jednym  z  tych  ponurych,  obdrapanych  budynków,  gdyby  nie  upór  starszej  siostry, 
która  z  zawziętą  determinacją  dąŜyła  do  tego,  by  zapewnić  jej  dom,  wyŜsze  wykształcenie  i  dobre 
Ŝ

ycie. 

Dlatego, ilekroć udało jej się doprowadzić jakąś sprawę do finału w sądzie, czuła, Ŝe spłaca część 

tego długu. 

Jeden  z  cieni  w  bramie  rzucił  za  nią  bezosobowym  obscenicznym  wyzwiskiem.  Zawtórował  mu 

ochrypły kobiecy skrzek. Deborah była w Urbanie dopiero od półtora roku, ale juŜ wiedziała, Ŝe lepiej 
się nie zatrzymywać i nie zdradzać po sobie, Ŝe w ogóle cokolwiek usłyszała. 

Szybkim,  zdecydowanym  krokiem  zeszła  z  chodnika  i  skierowała  się  do  samochodu.  I  w  tym 

momencie ktoś chwycił ją od tyłu. 

-  Uhm, kotku, ale jesteś milutka. 
Był od niej wyŜszy o dobre pół głowy i Ŝylasty. I cuchnął. Jednak nie alkoholem. Odwróciła głowę 

i  w  ułamku  sekundy  wyczytała  z  jego  szklistych  oczu,  Ŝe  jest  napompowany  nie  whisky,  lecz 
chemikaliami, dzięki którym nie stanie się ospały, tylko szybki. Posługując się obiema rękami, uderzyła 
go  w  Ŝołądek  skórzaną  teczką.  Napastnik  stęknął  głucho  i  rozluźnił  uścisk.  Wtedy  wyrwała  mu  się  i 
rzuciła do ucieczki, rozpaczliwie szukając kluczyków do samochodu. 

Ledwie  jej  dłoń  zacisnęła  się  w  kieszeni  na  pobrzękującym  metalu,  znów  ją  dopadł,  a  jego  palce 

wsunęły się pod kołnierz jej Ŝakietu. Usłyszała trzask rozdzieranego materiału i odwróciła się, gotowa 
do  walki.  I  wtedy  zobaczyła  nóŜ  spręŜynowy,  a  potem  krótki  błysk  ostrza,  zanim  przycisnął  je  do 
miękkiej skóry pod jej podbródkiem. 

background image

 

-  Mam cię - zaskrzeczał. 
Zamarła. Ledwie śmiała oddychać. W jego oczach dostrzegła złośliwą radość, głuchą na wszelkie 

błagania czy argumenty. Mimo to starała się mówić cicho i spokojnie. 

-  Mam tylko dwadzieścia pięć dolarów.  
Dźgając ją czubkiem noŜa w szyję, naparł na nią. 
-    Ho,  ho,  złotko,  masz  o  wiele  więcej  niŜ  dwadzieścia  pięć  dolarów.  -  Okręcił  sobie  jej  włosy 

wokół ręki i szarpnął raz, a mocno. Kiedy krzyknęła, zaczął ją ciągnąć w gęstniejącą ciemność alejki. 

-  Krzycz  sobie!  -  Zarechotał.  -  Lubię,  kiedy  takie  krzyczą.  No,  dalej!  -  Zadrasnął  ją  noŜem  w 

gardło. 

Krzyczała  więc,  a  krzyk  niósł  się  w  dół  mrocznego  kanionu  ulicy,  odbijając  się  echem  od  ścian 

budynków.  Z  bram  dobiegały  wołania  zachęty,  skierowane  do  napastnika.  Za  zaciemnionymi  oknami 
ludzie pogasili światła i udawali, Ŝe nic nie słyszą. 

Gdy pchnął ją na wilgotny mur w bocznej uliczce, zdrętwiała z przeraŜenia. Umysł jej, zawsze tak 

bystry i otwarty, wyłączył się na dobre. 

-  Proszę - odezwała się, choć wiedziała, Ŝe to próŜny trud - nie rób tego. 
W odpowiedzi odsłonił zęby w wilczym uśmiechu. 
-  Zobaczysz, Ŝe ci się spodoba. - Koniuszkiem noŜa odciął górny guzik jej bluzki. - I to bardzo. 
Strach,  jak  kaŜde  gwałtowne  doznanie,  wyostrzył  jej  zmysły.  Czuła  swoje  własne,  gorące  łzy, 

spływające  po  policzkach.  Czuła  jego  nieświeŜy  oddech  i  odór  gnijących  śmieci.  A  w  jego  oczach 
widziała siebie - pobladłą i bezradną. 

Będę jeszcze jedną statystyczną pozycją, pomyślała tępo. Kolejnym numerem na wydłuŜającej się 

wciąŜ liście ofiar. 

Powoli,  a  potem  z  coraz  większą  siłą,  gniew  zaczął  wypierać  strach.  Nie  będzie  płaszczyć  się  i 

skamleć. Nie podda się bez walki. To właśnie wtedy poczuła bolesny ucisk kluczyków. WciąŜ trzymała 
je  w  kurczowo  zaciśniętej  pięści.  Skupiła  się  i  kciukiem  wypchnęła  ich  końce  pomiędzy 
zesztywniałymi palcami. Wstrzymując oddech, spróbowała skierować całą energię do ręki, trzymającej 
kluczyki. 

Podniosła dłoń i w tej samej chwili napastnik jakby uniósł się w powietrze, a potem, wymachując 

ramionami, poszybował wprost na blaszane kubły na śmieci. 

Deborah poderwała się. Była pewna, Ŝe z sercem tak mocno pompującym krew zdoła w mgnieniu 

oka dotrzeć do samochodu, zamknąć drzwi i odpalić silnik. Ale wtedy właśnie go zobaczyła. 

Cały  w  czerni,  wysoki,  smukły  cień  pośród  cieni.  Spięty,  stał  nad  dzierŜącym  nóŜ  ćpunem,  na 

szeroko rozstawionych nogach. 

-  Odsuń się! - rozkazał, gdy machinalnie postąpiła krok do przodu. Jego głos brzmiał jak szept, a 

zarazem groźny pomruk. 

-  Myślę... 
-  Nie myśl! - warknął, nawet na nią nie patrząc. 
ZjeŜyła  się,  słysząc  ten  ton,  i  w  tym  samym  momencie  ćpun  podniósł  się  i  zawył,  a  jego  nóŜ 

zakreślił  w  powietrzu  śmiercionośny  łuk.  Oszołomiona  i  zaszokowana,  zarejestrowała  błyskawiczny 
ruch, usłyszała krzyk bólu i brzęk noŜa, sunącego po betonie. 

Nie  zdąŜyła  nawet  odetchnąć,  a  człowiek  w  czerni  znów  stał  w  takiej  samej  pozie  jak  przedtem. 

Napastnik zaś klęczał na ziemi i z jękiem masował sobie Ŝołądek. 

-    To  było...  -  rozdygotana,  spróbowała  znaleźć  stosowne  słowo  -...  niesamowite.  Ja...  miałam 

właśnie powiedzieć, Ŝe trzeba wezwać policję. 

Nie zwracając na nią najmniejszej uwagi, nieznajomy wyjął z kieszeni plastikową linkę i skrępował 

jęczącemu ćpunowi kostki oraz nadgarstki. Potem podniósł z ziemi nóŜ. Ostrze schowało się z cichym 
sykiem. Dopiero wtedy odwrócił się do Deborah. 

ZauwaŜył,  Ŝe  łzy  juŜ  obsychały  jej  na  policzkach.  A  choć  oddech  miała  nierówny,  nie  sprawiała 

wraŜenia, jakby zamierzała zemdleć albo dostać ataku histerii. Musiał przyznać, Ŝe jej spokój był godny 
podziwu. 

Przyjrzał  jej  się  beznamiętnie  i  stwierdził,  Ŝe  jest  niezwykle  piękna.  Jej  cera  o  odcieniu  kości 

słoniowej  wydawała  się  jeszcze  bledsza  w  zestawieniu  z  rozwichrzoną  falą  kruczoczarnych  włosów. 
Rysy miała miękkie i delikatne - niemal dziecięce - póki człowiek nie spojrzał jej w oczy. Ich nieugięte, 
zdecydowane spojrzenie zadawało kłam szczupłemu ciału, które wciąŜ drŜało ze zdenerwowania. 

Miała  rozdarty  Ŝakiet,  a  rozcięta  bluzka  odsłaniała  koronkę  jedwabnej  halki  w  kolorze  zimnego 

błękitu. Interesujący kontrast z surowym, niemal męskim garniturem. 

background image

 

Otaksował  ją,  nie  jak  męŜczyzna  kobietę,  ale  jakby  była  jedną  z  niezliczonej  rzeszy  innych  ofiar 

czy napastników, z którymi miał do czynienia. Jego własna, nadspodziewanie silna reakcja mocno go 
zaniepokoiła. Takie rzeczy potrafiły być groźniejsze niŜ noŜe spręŜynowe. 

-  Jest pani ranna? - Głos miał niski i beznamiętny, i nadal ukrywał się w cieniu. 
-  Nie. Nie, raczej nie. - Będzie miała mnóstwo urazów, tak na ciele, jak i na duszy, ale tym zacznie 

się  martwić  później.  -  Jestem  po  prostu  w  szoku.  Chciałabym  podziękować  panu  za...  -  podjęła, 
podchodząc bliŜej.  I  nagle  w  bladym  świetle  ulicznej latarni  zobaczyła,  Ŝe  jego  twarz jest  ukryta  pod 
maską.  Gdy otworzyła szeroko oczy, odkrył, Ŝe mają barwę głębokiego, elektryzującego błękitu. 

-  Nemezis

 - mruknęła. - A myślałam, Ŝe jesteś wytworem czyjejś wybujałej wyobraźni. 

-  Jestem tak samo prawdziwy jak on. - Głową wskazał jęczący kształt wśród kubłów na śmieci, i 

nagle spostrzegł na jej szyi cieniutką struŜkę krwi. Rozwścieczyło go to ponad miarę. 

-  Trzeba być skończoną idiotką! 
-  Słucham? 
-  PrzecieŜ to rynsztok tego miasta. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przychodzi tutaj - chyba Ŝe 

nie ma wyboru. 

Poczuła, Ŝe budzi się w niej złość, ale jeszcze nad nią panowała. Jakby nie było, człowiek ten jej 

pomógł. 

-  Miałam tutaj pewne sprawy do załatwienia. 
-  Nie - poprawił ją. - Nie masz tu Ŝadnych spraw do załatwienia, chyba Ŝe chcesz zostać zgwałcona 

i zamordowana w ciemnej uliczce. 

-    Nie  mam  najmniejszej  ochoty.  -  W  miarę  jak  rosło  jej  zirytowanie,  lekki  południowy  akcent 

stawał się coraz bardziej wyraźny. - Sama potrafię o siebie zadbać. 

Jego wzrok prześlizgnął się w dół, zatrzymał się na rozdartej bluzce, a potem znów spoczął na jej 

twarzy, 

-  To widać. 
Nie  była  w  stanie  określić  koloru  jego  oczu.  Były  ciemne,  nawet  bardzo  ciemne.  W  mrocznym 

ś

wietle latarni sprawiały wraŜenie czarnych. Była jednak w stanie wyczytać w nich lekcewaŜenie oraz 

arogancję. 

-  Podziękowałam juŜ panu za to, Ŝe mi pan pomógł, chociaŜ wcale o to nie prosiłam. Sama bym 

sobie z nim poradziła. 

-  Naprawdę? 
-  Naprawdę. Miałam zamiar wyłupić mu oczy.  - Podniosła do góry pięść ze sterczącymi  groźnie 

końcami kluczyków. - Tym. 

Znów zmierzył ją uwaŜnym wzrokiem, po czym skinął wolno głową. 
-  Tak, myślę, Ŝe mogłaś to zrobić. 
-  Oczywiście, Ŝe mogłam. 
-  Czyli wygląda na to, Ŝe na próŜno traciłem czas.- Wyjął z kieszeni kwadrat czarnego materiału, 

owinął nim nóŜ i podał Deborah. - Będzie ci to potrzebne jako dowód rzeczowy. 

Wzięła  nóŜ  do  ręki  i  mimowolnie  przypomniała  sobie  uczucie  bezradności  i  trwogi.  Stłumiła 

przekleństwo, starając się jednocześnie opanować złość. Kimkolwiek on jest, zaryzykował Ŝycie, by jej 
pomóc.  

-  Jestem panu wdzięczna. 
-  Nie szukam wdzięczności.  
Uniosła hardo podbródek. 
-  Więc czego? 
-  Sprawiedliwości. 
-  Ale nie w taki sposób... - zaczęła. 
-  To mój sposób. Miałaś, zdaje się, wezwać policję? 
-  Tak. - Przycisnęła dłoń do skroni. Poczuła lekkie zawroty głowy i silne skurcze Ŝołądka. Nie czas 

i  miejsce  na  dyskusje  o  moralności  i  przestrzeganiu  prawa.  Zwłaszcza  z  tym  walecznym 
zamaskowanym męŜczyzną. - Mam w samochodzie telefon. 

-   Proponuję wobec tego, Ŝebyś go uŜyła. 
-  W porządku. - Była zbyt zmęczona, by się kłócić. Wstrząsana dreszczem, ruszyła w dół uliczki. 

U jej wylotu zobaczyła swoją teczkę. Z uczuciem ulgi podniosła ją i schowała do niej nóŜ. 

                                                 

 

Nemezis - w mitologii greckiej bogini ludzkiego losu, straŜniczka powszechnego ładu, uosobienie zemsty bogów. 

 

background image

 

Potem  zadzwoniła  na  911,  podała  namiary  i  okoliczności  i  po  pięciu  minutach  ponownie  ruszyła 

ciemną alejką. 

-  Wysyłają wóz patrolowy. - ZnuŜonym gestem odgarnęła włosy, zasłaniające jej twarz. Zobaczyła 

nieruchomego ćpuna, zwiniętego w kłębek na betonie. Miał dzikie, szeroko otwarte oczy. Odchodząc, 
męŜczyzna  w  czerni  zapowiedział  mu,  co  go  spotka,  jeŜeli  jeszcze  raz  zostanie  przyłapany  na  próbie 
gwałtu. 

A jego słowa zabrzmiały realnie, nawet w uszach człowieka, będącego pod wpływem narkotyków. 
-  Halo? - Marszcząc brwi, zlustrowała wzrokiem alejkę. 
Nie było go. Zniknął. 
-  A niech to, dokąd poszedł? - Oparła się o wilgotną ścianę. Jeszcze z nim nie skończyła - co to, to 

nie. 

 
Był tak blisko, Ŝe nieomal mógł jej dotknąć. Ona natomiast nie mogła go zobaczyć. Było to błogo-

sławieństwem, a zarazem przekleństwem, nagrodą za stracone dni. 

Nie  wyciągnął  ręki,  choć,  ku  swemu  zdumieniu,  bardzo  tego  pragnął.  Przyglądał  jej  się  tylko, 

starając  się  wryć  sobie  w  pamięć  kształt  jej  twarzy,  gładkość  skóry,  a  takŜe  barwę  i  połysk  włosów, 
otaczających miękką linią jej policzek. 

Gdyby  był  romantykiem,  rozumowałby  pewnie  w  kategoriach  muzyki  lub  poezji.  On  jednak 

powtarzał sobie, Ŝe czeka i obserwuje ją tylko dlatego, by mieć pewność, Ŝe jest bezpieczna. 

Gdy ostry dźwięk syren przeciął noc, zobaczył, jak zapinając zniszczony Ŝakiet na rozdartej bluzce, 

wzięła kilka głębokich, uspokajających oddechów. 

Przy ostatnim ścisnęła mocniej uchwyt teczki, uniosła głowę i pewnym  krokiem ruszyła w stronę 

wylotu ulicy. 

A  on,  stojąc  samotnie  w  swoim  świecie  pomiędzy  rzeczywistością  a  iluzją,  wciąŜ  czuł  subtelny, 

zmysłowy zapach jej perfum. 

I po raz pierwszy od czterech lat obudziły się w nim słodkie, bolesne tęsknoty. 
 
Deborah  nie  miała  ochoty  na  uczestniczenie  w  przyjęciu.  W  swoich  marzeniach  nie  stała 

wystrojona  w czerwoną suknię  bez  ramiączek,  z  plastikowymi  fiszbinami  wpijającymi  jej  się  w  boki. 
Nie  miała  na  nogach  uwierających  sandałków  na  niebotycznych  obcasach.  I  nie  uśmiechała  się  tak 
szeroko, Ŝe twarz omal się jej nie rozpękła na dwoje. 

W marzeniach pochłaniała tajemniczą powieść oraz czekoladowe ciasteczka, zanurzona w gorącej 

kąpieli z bąbelkami, gojąc obraŜenia, które nadal trochę bolały, choć od tej nieprzyjemnej przygody w 
uliczce na East Endzie minęły juŜ trzy dni. 

Niestety, jej wyobraźnia nie miała takich mocy, by uchronić ją przed bólem stóp. 
Jeśli  zaś  chodzi  o  przyjęcie  -  w  porównaniu  z  innymi  okazało  się  całkiem  udane.  Muzyka  była 

moŜe  trochę  za  głośna,  ale  to  akurat  jej  nie  przeszkadzało.  Po  latach  spędzonych  z  siostrą,  zagorzałą 
fanatyczką rock and rolla, była doskonale przystosowana do Ŝycia w świecie głośnej muzyki. Wędzony 
łosoś  i  kanapki  ze  szpinakiem  to  wprawdzie  nie  czekoladowe  ciasteczka,  ale  i  tak  były  smaczne. 
Natomiast wino, które ostroŜnie sączyła, okazało się naprawdę znakomite. 

Była teŜ masa splendoru i blichtru, mnóstwo całusów w policzek i wylewnych powitań. W końcu 

przyjęcie wydawał Arlo Stuart, magnat hotelowy, w ramach kampanii wyborczej Tuckera Fieldsa, bur-
mistrza Urbany. Stuart, podobnie jak miejska administracja, miał nadzieję, Ŝe kampania zakończy się w 
listopadzie ponownym wyborem obecnego burmistrza. Deborah nie zdecydowała jeszcze, czy postawi 
na  sprawdzonego  kandydata,  czy  na  młodego  i  obiecującego  Billa  Tarringtona.  Szampan  i  paszteciki 
nie  będą  miały  na  to  Ŝadnego  wpływu.  Jej  wybór  będzie  oparty  na  konkretnych  wynikach,  a  nie  na 
powiązaniach  partyjnych,  społecznych  czy  politycznych.  W  dzisiejszym  przyjęciu  wzięła  udział  z 
dwóch powodów. Po pierwsze, przyjaźniła się z asystentem burmistrza, Jerrym Bowerem. A po drugie, 
jej  szef  zastosował  właściwą  kombinację  nacisku  i  dyplomacji,  by  przepchnąć  ją  przez  pozłacane 
obrotowe drzwi Stuart Palące. 

-  Deborah,  wyglądasz  bosko!  -  Jerry  Bower,  przystojny  i  elegancki,  w  świetnie  skrojonym 

smokingu, z jasną czupryną falującą wokół opalonej, sympatycznej twarzy, zatrzymał się, by cmoknąć 
ją  w  policzek.  -  Przepraszam,  Ŝe  nie  miałem  czasu  z  tobą  pogadać,  ale  trzeba  się  było  spotkać  i 
przywitać z masą ludzi. 

-  Prawa ręka wielkiego szefa zawsze jest zajęta - rzuciła, po czym wzniosła z uśmiechem kieliszek. 

- Całkiem niezła impreza. 

background image

 

- Stuart dał z siebie wszystko. - Okiem polityka Jerry zlustrował tłum. Cieszyło go to zgromadzenie 

ludzi bogatych, sławnych oraz wpływowych. Kampania miała oczywiście równieŜ inne aspekty. Bycie 
na  widoku  publicznym,  kontakt  z  właścicielami  sklepów,  pracownikami  fabryk  i  instytucji  - 
niebieskimi, szarymi i białymi kołnierzykami, konferencje prasowe, przemówienia, oświadczenia. Jerry 
wykombinował  sobie jednak,  Ŝe  jeśli  ma  szansę  spędzić  mały  ułamek  jednego  osiemnastogodzinnego 
dnia  pracy,  głaszcząc  jedwabiste  ramiona  i  zajadając  wykwintne  kanapki,  postara  się  ją  jak  najlepiej 
wykorzystać. 

-  Jestem naleŜycie olśniona - zapewniła go Deborah. 
-  Ach, tak, ale nam chodzi o twój głos. 
-  MoŜe go dostaniecie. 
-  Jak się czujesz? - Korzystając z okazji, zaczął nakładać sobie zakąski na talerz. 
-  Dobrze.  -  Spojrzała  leniwie  na  blaknący  siniec  na  przedramieniu.  Pod  czerwonym  jedwabiem 

kryło się więcej podobnych, bardziej kolorowych śladów. 

-  Naprawdę? 
-  Naprawdę  -  zapewniła  go  z  uśmiechem.  -  Nie  chciałabym  juŜ  nigdy  więcej  powtarzać  tego 

doświadczenia, ale zarazem dzięki niemu pojęłam jasno i wyraźnie, Ŝe czeka mnie jeszcze masa pracy, 
zanim ulice Urbany staną się bezpieczne. 

-  Nie powinnaś była tam chodzić.  
Najwyraźniej dotknął jej czułego punktu, bo oczy jej się zaświeciły, rumieniec wystąpił na policzki, 

a podbródek wysunął się zaczepnie do przodu. 

-  Niby dlaczego? Dlaczego w naszym mieście miałoby być jakiekolwiek miejsce, gdzie nie moŜna 

bezpiecznie  chodzić?  Mamy  tak  po  prostu  pogodzić  się  z  faktem,  Ŝe  pewne  rejony  Urbany  są 
niedostępne dla normalnych ludzi? JeŜeli my... 

-  Dosyć juŜ, dosyć. - Uniósł rękę w geście kapitulacji. - Jedynym człowiekiem, którego polityk nie 

zagada,  jest  prawnik.  Zgadzam  się  z  tobą.  -  Zgarnął  lampkę  wina  z  tacy  przechodzącego  kelnera  i 
przypomniał sobie ze smutkiem, Ŝe moŜe to być jego jedyny kieliszek podczas tego długiego wieczoru. 
- Ja tylko stwierdziłem fakt. Co wcale nie znaczy, Ŝe to jest słuszne, a tylko Ŝe jest zgodne z prawdą. 

-  Ale nie powinno być zgodne z prawdą. - Oczy jej pociemniały z gniewu. 
-  Burmistrz prowadzi ostrą kampanię na rzecz zwalczania przestępczości - przypomniał jej Jerry, 

po  czym  z  uśmiechem  skinął  głową  przechodzącym  obok  wyborcom.  -  Nikt  w  tym  mieście  nie  zna 
lepiej niŜ ja danych statystycznych. Są przygnębiające, to nie ulega kwestii, i zamierzamy je poprawić. 
Ale to musi potrwać. 

-  Tak.  -  Z  westchnieniem  wycofała  się,  by  nie  doprowadzić  do  kłótni,  których  miała  z  Jerrym 

więcej, niŜ była w stanie zliczyć. - Tylko Ŝe to juŜ trwa zbyt długo. 

Jerry wbił zęby w plasterek marchewki. 
-  Tylko mi nie mów, Ŝe zamierzasz przejść na stronę tego tajemniczego mściciela. Jak brzmi jego 

maksyma? „JeŜeli prawo szybko się z tym nie upora, ją to zrobię”? 

-    Nie  zamierzam.  -  Tego  była  absolutnie  pewna.  Prawo  wymierzy  sprawiedliwość  we  właściwy 

sposób. Szanowała prawo nawet teraz, kiedy sądy były tak bardzo przeciąŜone. - Ja nie wierzę w Ŝadne 
krucjaty.  Ani  w  Ŝadne  akcje  obywatelskie.  Choć  rzeczywiście  byłam  mu  wdzięczna  za  to,  Ŝe  tamtej 
nocy wystąpił w mojej obronie. 

-  Ja teŜ. - Jerry delikatnie dotknął jej ramienia. - Na samą myśl o tym, co się mogło stać... 
-  Ale się nie stało. - Uczucia bezradności i strachu były wciąŜ zbyt świeŜe, by chciała się nad tym 

dłuŜej  rozwodzić.  -  Poza  tym  mimo  całej  tej  romantycznej  otoczki,  jaką  zapewnia  mu  prasa,  z  bliska 
jest szorstki i obcesowy. - Upiła łyk wina. - Jestem jego dłuŜniczką, ale nie muszę go lubić. 

-  Nikt lepiej nie rozumie tego uczucia niŜ polityk.  
Rozluźniła się i ze śmiechem rzuciła: 
-  No, dosyć juŜ tych rozmów na tematy zawodowe. Powiedz mi lepiej, kto tu jest, kogo nie znam, a 

znać powinnam. 

Przez  następnych  kilka  minut  Jerry,  przełykając  kanapki,  przypisywał  nazwiska  oraz  kategorie 

podatkowe do twarzy ludzi, tłoczących się w sali balowej Stuart Palace. Słuchając jego inteligentnych, 
dowcipnych  komentarzy,  chichotała  półgłosem.  Kiedy  zaczęli  się  przechadzać pośród tłumu,  ujęła  go 
pod rękę. Przypadek zrządził, Ŝe odwróciła głowę i spośród morza twarzy, wyłowiła jedną. 

Stał  w  grupie  pięciu  czy  sześciu  osób,  z  dwiema  pięknymi  kobietami  uwieszonymi  u  kaŜdego 

ramienia.  Atrakcyjny,  owszem,  pomyślała.  Jednak  sala  pełna  była  atrakcyjnych  męŜczyzn.  Gęste 
ciemne włosy tworzyły ramę dla szczupłej, pociągłej twarzy naukowca. Miał wydatne kości policzkowe 

background image

 

i głęboko osadzone oczy - brązowe, o odcieniu gorzkiej czekolady, które w tym momencie wydawały 
się spoglądać z lekkim znudzeniem. Na jego pełnych, raczej marzycielskich ustach igrał cień uśmiechu. 

Smoking  nosił  tak,  jakby  się  w  nim  urodził.  Naturalnie  i  jakby  od  niechcenia.  Smukłym  palcem 

odgarnął ognisty pukiel z policzka rudowłosej piękności, która się do niego przysunęła, i uśmiechnął się 
szerzej, kiedy mu coś powiedziała. 

A potem, nie odwracając głowy, przeniósł wzrok na Deborah i spojrzał jej w oczy. 
-  ... więc kupiła tym małym potworom szerokoekranowy telewizor! 
-    Co?  -  Deborah  zamrugała  powiekami  i,  choć  to  absolutnie  bez  sensu,  doznała  uczucia,  jakby 

nagle czar prysł. - Co? 

-  Opowiadałem ci o pudlach pani Forth-Wright. 
- Jerry, kto to jest? O, ten, tam, pomiędzy rudą a blondynką. 
Jerry spojrzał w tamtym kierunku, a potem skrzywił się i wzruszył ramionami. 
-  Dziwię się, Ŝe jeszcze jakaś brunetka nie siedzi mu na karku. Kobiety kleją się do niego, jakby 

miał na sobie zamiast smokinga lep na muchy. 

Nikt nie musiał jej mówić tego, co sama widziała. 
-  Kto to jest? 
-  Guthrie. Gage Guthrie.  
ZmruŜyła lekko oczy i wydęła wargi. 
-  Czemu brzmi to znajomo? 
-  Bo prawie co dzień moŜesz o mm poczytać do woli w dziale towarzyskim „The Word”. 
-  Nie czytuję rubryk towarzyskich. - Mając absolutną świadomość, Ŝe to niegrzecznie, nie przesta-

wała uporczywie wpatrywać się w męŜczyznę po drugiej stronie sali. - Znam go - mruknęła. - Tylko nie 
mogę sobie przypomnieć skąd. 

-  Musiałaś o nim słyszeć. Był policjantem. 
-  Policjantem?  -  Zaskoczona,  uniosła  brwi.  Wyglądał  za  bardzo  na  swoim  miejscu,  jakby 

rzeczywiście był jednym spośród tych bogatych i uprzywilejowanych, by mógł być policjantem. 

-  Tak, i podobno bardzo dobrym, tutaj, w Urbanie. Parę lat temu on i jego partner wpakowali się w 

kłopoty. I to powaŜne. Jego partner zginął, a Guthriego zostawili, bo myśleli, Ŝe nie Ŝyje. 

WytęŜyła pamięć i nagle coś zaskoczyło. 
-  Tak, teraz sobie przypominam. Śledziłam jego historię. Mój BoŜe, był w śpiączce przez... 
-  Dziewięć czy dziesięć miesięcy - podpowiedział Jerry. - Podtrzymywano go sztucznie przy Ŝyciu, 

a kiedy mieli juŜ postawić na nim krzyŜyk, otworzył oczy i odzyskał przytomność. PoniewaŜ nie mógł 
juŜ  pracować  na  ulicach,  zasiadł  przy  biurku.  Gdy  przebywał  w  „strefie  mroku”,  otrzymał  niezły 
spadek, moŜna więc powiedzieć, Ŝe wyszedł na swoje. 

To nie wystarczy, pomyślała. śadna kwota nie mogła tego zrekompensować. 
-  To musiało być okropne. Stracił prawie rok Ŝycia.  
Jerry grzebał wśród obfitych zapasów na talerzu, szukając czegoś ciekawego. 
-    Nadrobił  stracony  czas.  Jak  widać,  kobiety  uwaŜają,  Ŝe  nie  sposób  mu  się  oprzeć.  Oczywiście 

moŜe  to  być  równieŜ  dlatego,  Ŝe  z  odziedziczonych  trzech  milionów  zrobił  trzydzieści.  -  Skubiąc 
pikantną krewetkę, Jerry patrzył, jak Gage gładko wynurza się z grupy i zmierza w ich kierunku. 

-  No, no - powiedział cicho. - Wygląda na to, Ŝe zainteresowanie jest obopólne. 
Gage czuł jej obecność od momentu, w którym wkroczyła do sali balowej. Patrzył cierpliwie, jak 

miesza się z tłumem, by się potem odizolować, i prowadził towarzyską rozmowę, choć był całkowicie 
ś

wiadomy  kaŜdego  jej  ruchu.  Widział,  jak  uśmiecha  się  do  Jerry'ego,  zauwaŜył,  jak  ten  ją  całuje  i 

poufałym gestem kładzie jej rękę na ramieniu. 

Pomyślał, Ŝe dowie się, co ich łączy. 
Nie będzie to jednak miało Ŝadnego znaczenia. A raczej nie będzie mogło mieć znaczenia, poprawił 

się w myślach. On nie ma czasu na ostre brunetki o bystrych oczach. Mimo to zmierzał pewnie w jej 
stronę. 

-  Jerry. - Gage uśmiechnął się. - Miło cię znów zobaczyć. 
-  Cała przyjemność po mojej stronie, panie Guthrie. Dobrze się pan bawi? 
-  Oczywiście. - Guthrie przeniósł wzrok z Jerry'ego na Deborah. - Witam. 
Nagle zaschło jej w gardle. 
-  Deborah, chciałbym ci przedstawić pana Guthriego. Gage Guthrie - Deborah O’Roarke, zastępca 

prokuratora okręgowego. 

-    Ach,  tak.  -  Uśmiech  Gage'a  stał  się  jeszcze  bardziej  czarujący.  -  Miło  wiedzieć,  Ŝe  sprawied-

liwość spoczywa w tak ślicznych rękach. 

background image

 

-  Kompetentnych - powiedziała. - To o wiele waŜniejsze. 
Uwaga! Ostrzegawcze światełko zapaliło się w głowie Deborah w chwili, gdy spotkały się ich ręce. 
-  Przepraszam. - Jerry znów połoŜył dłoń na ramieniu Deborah. - Burmistrz daje mi znaki. 
-  Nie ma sprawy. - Obdarzyła go uśmiechem i ze wstydem uświadomiła sobie, Ŝe zapomniała, iŜ 

przez cały czas stał obok. 

-  Pani pewnie od niedawna w Urbanie - odezwał się Gage. 
Mimo zmieszania spojrzała mu prosto w oczy. 
- Mniej więcej od półtora roku. A czemu pan pyta? 
- Bo musiałbym panią znać. 
- Doprawdy? Czy pana interesują wszystkie zastępczynie prokuratora? 
- Nie. - Musnął palcem perłową kroplę w jej uchu. - Tylko te piękne. - Nagły błysk podejrzliwości 

w jej wzroku sprawił mu niekłamaną przyjemność. - Ma pani ochotę zatańczyć? 

- Nie. - Odetchnęła głęboko. - Nie, dziękuję. Naprawdę nie mogę zostać dłuŜej. Mam jeszcze pracę. 
Gage spojrzał na zegarek. 
-  Jest juŜ po dziesiątej. 
-  Prawo nie zna zegara, panie Guthrie. 
-  Gage. Odwiozę panią. 
-  Nie. - Nagle i całkiem bezsensownie spanikowała. - Nie, to nie jest konieczne. 
-  Skoro nie jest to konieczne, niech zatem będzie to przyjemność. 
Jest  szarmancki,  pomyślała.  Stanowczo  zbyt  szarmancki  jak  na  faceta,  który  dopiero  co  odtrącił 

blondynkę i tę rudą. A jej nie uśmiecha się wizja, Ŝe miałaby być brunetką, zamykającą ten tercet. 

-  Nie chciałabym wyciągać pana z przyjęcia. 
-  Nie zostaję zbyt długo na przyjęciach. 
-  Gage. - Rudowłosa piękność o wilgotnych nadąsanych ustach podeszła, kołysząc się w biodrach, 

i pociągnęła go za rękę. - Kochanie, nie tańczyłeś dziś ze mną. Ani razu. 

Deborah skorzystała z okazji, by pomknąć w stronę wyjścia. 
Musiała przyznać, Ŝe to głupie, ale jej organizm zbuntował się na myśl o tym, Ŝe miałaby zostać z 

nim sam na sam. Czysty instynkt, pomyślała, bo Gage Guthrie z pozoru sprawiał wraŜenie czarującego 
i atrakcyjnego męŜczyzny. Ona jednak wyczuła coś - jakieś podskórne prądy. Mroczne i niebezpieczne. 
Ma jednak tyle innych spraw na głowie, Ŝe nie zamierza dopisywać Gage'a Guthriego do tej listy. 

Wyszła na dwór w parną letnią noc. 
-  Mam wezwać taksówkę, panienko? - zapytał odźwierny. 
-  Nie. - Gage ujął ją mocno za łokieć. - Dziękuję. 
-  Panie Guthrie... - zaczęła. 
-  Gage. Mój wóz stoi obok, panno O’Roarke. - Wskazał na lśniącą czarną limuzynę. 
-  Piękny - powiedziała przez zęby - ale taksówka w pełni zaspokoi moje potrzeby. 
-  Ale nie moje. - Skinieniem głowy dał znak wysokiemu, zwalistemu męŜczyźnie, który wyślizgnął 

się z miejsca kierowcy i otworzył tylne drzwi. - Na ulicach jest w nocy niebezpiecznie, a ja chciałbym 
tylko mieć pewność, Ŝe dotarła pani na miejsce. 

Cofnęła  się,  by  mu  się  uwaŜnie  przyjrzeć,  tak  jak  zwykła  oglądać  fotografię  podejrzanego.  Nie 

wydawał jej się juŜ taki niebezpieczny, z tym uśmieszkiem igrającym na ustach. Szczerze mówiąc, wy-
glądał, jakby był trochę smutny. I troszeczkę samotny. 

Odwróciła się w stronę limuzyny. Spojrzała przez ramię, Ŝeby się za bardzo nie rozklejać. 
-  Czy nikt panu nie mówił, Ŝe jest pan natarczywy, panie Guthrie? 
-  Bardzo często, panno O’Roarke. 
Rozsiadł się obok niej i wręczył jej czerwoną róŜę o długiej łodydze. 
-    Widzę,  Ŝe  jest  pan  zawsze  przygotowany  -  mruknęła,  zastanawiając  się,  czy  kwiat  czekał  na 

blondynkę, czy moŜe na rudą. 

-  Staram się. Dokąd chciałaby pani pojechać? 
-  Do budynku sądu. To jest na Szóstej Ulicy i... 
-    Wiem,  gdzie  to jest.  -  Gage  nacisnął  guzik  i  szyba  oddzielająca  ich  od  kierowcy  otworzyła  się 

bezszelestnie. - Do sądu, Frank. 

-  Tak jest, proszę pana. - Szyba znów się zasunęła, zamykając ich w kabinie. 
-  Pracowaliśmy po tej samej stronie - rzuciła Deborah. 
-  To znaczy po której stronie? 
-  Po stronie prawa. 

background image

 

Odwrócił się do niej; jego ciemne oczy zdawały się ją hipnotyzować. Zaczęła się zastanawiać, co 

takiego  widział,  kiedy  miesiącami  dryfował  w  tym  dziwnym  stanie  połowicznego  Ŝycia.  Albo 
połowicznej śmierci. 

-  Jest pani rzeczniczką prawa? 
-  Lubię tak myśleć. 
-  Mimo to nie miałaby pani nic przeciwko układom z przestępcami? 
-  System jest przeciąŜony - próbowała się bronić. 
-  O tak, system. - Nieznacznym wzruszeniem ramion zamknął temat. - Skąd pani jest? 
-  Z Denver. 
-  Nie. Ktoś, kto jest z Denver, nie ma w głosie nuty cyprysów i magnolii. 
-  Urodziłam  się  w  Georgii,  ale  dość  często  przenosiłyśmy  się  z  siostrą.  Przed  przyjazdem  do 

Urbany mieszkałam w Denver. 

Z  siostrą,  zauwaŜył.  Nie  z  rodzicami,  nie  z  rodziną,  tylko  z  siostrą.  Ale  nie  naciskał.  Jeszcze  za 

wcześnie. 

-  Dlaczego pani tu przyjechała? 
-  Bo  było  to  dla  mnie  wyzwanie.  Chciałam  zrobić  dobry  uŜytek  z  tych  wszystkich  lat  moich 

studiów.  Lubię  myśleć,  Ŝe  mogę  mieć jakiś  wpływ.  -  Przypomniała  sobie sprawę  Mendeza  i  czterech 
członków gangu, którzy zostali aresztowani i czekali teraz na proces. - I mam wpływ. 

-  Jest pani idealistką. 
-  MoŜe. Czy to źle? 
-  Idealistów zwykle spotykają ogromne rozczarowania. - Urwał i przez chwilę przyglądał jej się w 

milczeniu. 

Ś

wiatła ulicznych latarni i nadjeŜdŜających z przeciwka samochodów wdzierały się w głąb wozu, a 

potem  bladły.  Wdzierały  się  i  bladły.  A  ona  była  piękna  i  w  świetle,  i  w  mroku.  Prócz  urody  miała 
jeszcze w spojrzeniu swoisty rodzaj siły, która brała się z połączenia inteligencji z determinacją. 

-  Chciałbym zobaczyć panią w sądzie - powiedział. 
Uśmiechnęła  się,  dodając  jeszcze  jeden  atrybut  do  swojej  siły  i  urody.  Ambicję.  Była  to  wręcz 

niesamowita kombinacja. 

-  Jestem zabójcza. 
-  Tak myślałem. 
Chciał jej dotknąć; opuszkiem palca musnąć te cudowne kremowe ramiona. Zaczął się zastanawiać, 

czy  by  mu  to  wystarczyło.  Pohamował  się,  poniewaŜ  obawiał  się,  Ŝe  nie  oparłby  się  pokusie.  Gdy 
limuzyna podjechała do krawęŜnika i zatrzymała się, przyjął to z ulgą, a zarazem przygnębieniem. 

Deborah odwróciła się do okna i obojętnie spojrzała na stary budynek sądu. 
-  Szybko przyjechaliśmy  - zauwaŜyła nieco zawiedziona. - Dzięki za podwiezienie. - Gdy szofer 

otworzył jej drzwi, wystawiła na zewnątrz nogi. 

-  Jeszcze się spotkamy - rzucił Gage. 
Po raz drugi spojrzała na niego przez ramię. 
-  MoŜe. Dobranoc. 
Wysiadła, a on siedział przez dłuŜszą chwilę bez ruchu, oszołomiony delikatną wonią jej perfum. 
-  Do domu? - odezwał się szofer. 
-  Nie. Zaczekaj tu i odwieź ją do domu, kiedy skończy, Frank. Ja muszę się przejść. 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Jak  bokser,  ogłuszony  zbyt  wielką  liczbą  ciosów,  Gage  próbował  wydostać  się  z  koszmaru.  W 

końcu  zdołał  wypłynąć  na  powierzchnię,  brakowało  mu  jednak  tchu  i  był  cały  zlany  potem.  Gdy 
ustąpiły dotkliwe mdłości, wyciągnął się na wznak i wbił wzrok w sufit sypialni. 

Zdobiły  go  wyrzeźbione  w  gipsie  523  rozetki.  Liczył  je  dzień  po  dniu,  podczas  długiej  i  nudnej 

rekonwalescencji. A teraz znowu zaczął je liczyć, czekając, aŜ puls mu się wyrówna. 

LeŜał  nieruchomo  wśród  zmiętych,  wilgotnych  prześcieradeł  i  liczył.  Dwadzieścia  pięć, 

dwadzieścia  sześć,  dwadzieścia  siedem.  W  pokoju  unosił  się  delikatny  zapach  goździków.  Któraś  z 
pokojówek postawiła wazon na biurku pod oknem. Nie przerywając liczenia, próbował odgadnąć, jaka 
to  porcelana.  Waterford,  Wedgwood?  Skupił  się  tylko  na  tym  oraz  na  monotonnym  liczeniu,  aŜ 
wreszcie poczuł, Ŝe zaczyna się uspokajać. 

background image

 

Nigdy nie mógł przewidzieć, kiedy ten koszmarny sen znowu powróci. W gruncie rzeczy powinien 

się cieszyć, Ŝe nie prześladował go noc w noc, a tymczasem jego kapryśne wizyty okazały się jeszcze 
gorsze. 

JuŜ spokojniejszy, nacisnął guzik przy łóŜku. Zasłony na szerokim łukowatym oknie rozsunęły się, 

wpuszczając  do  środka  światło.  OstroŜnie  napiął  kolejno  kaŜdy  mięsień,  by  się  upewnić,  Ŝe  nadal 
sprawuje nad nimi kontrolę. 

Jak  człowiek  ścigający  swoje  demony,  odtworzył  w  myślach  cały  przeraŜający  sen.  I  jak  zwykle, 

jawił mu się on przed oczyma z krystaliczną jasnością, angaŜując wszystkie zmysły. 

Działali  incognito.  Gage  i  jego  partner, Jack  McDowell.  Po pięciu latach  byli juŜ  dla  siebie  kimś 

więcej  niŜ  tylko  partnerami.  Stali  się  braćmi.  KaŜdy  z  nich  nieraz  ryzykował  Ŝycie,  by  uratować 
partnera. I kaŜdy z nich zrobiłby to znów bez wahania. Razem pracowali, pili, razem chodzili na mecze 
i kłócili się na tematy polityczne. 

Przez  ponad  rok  działali  pod  nazwiskami  Demerez  i  Gates,  udając  dilerów  kokainy  i  jej  jeszcze 

bardziej zabójczej pochodnej. Cierpliwością i podstępem zdołali przeniknąć do jednego z największych 
karteli narkotykowych na Wschodnim WybrzeŜu, którego centrum znajdowało się w Urbanie. 

Mogli  zaaresztować  całe  tuziny  płotek,  uznali  jednak,  podobnie  jak  władze  ich  departamentu,  Ŝe 

głównym celem jest człowiek na samej górze. 

Człowiek, którego nazwisko i twarz wciąŜ pozostawały tajemnicą. 
Ale  tej  nocy  wreszcie  się  z  nim  spotkają.  Cała  akcja  została  przygotowana  w  najdrobniejszych 

szczegółach.  Demerez  i  Gates  mieli  pięć  milionów  gotówką  w  walizeczce  o  wzmocnionych  stalą 
bokach. Zamienią ją na najwyŜszej klasy kokę. I będą rozmawiać tylko z samym szefem. 

Jechali w stronę przystani w wykonanym na zamówienie maserati, z którego Jack był taki dumny. 

Mając dwa tuziny ludzi w odwodzie i solidne papiery, byli w świetnych humorach. 

Jack  był  bystrym  policyjnym  weteranem,  o  niewyparzonym  języku,  szczerze  oddanym  swojej 

rodzinie.  Miał  ładną,  cichą  Ŝonę  i  malutkiego  synka  -  istne  Ŝywe  srebro.  Z  zaczesanymi  do  tyłu 
włosami, sygnetami na palcach, w jedwabnym, nienagannie skrojonym garniturze wyglądał, jakby był 
jednym z tych bogatych, bezwzględnych dilerów. 

Jack  pochodził  z  długiej  dynastii  policjantów  i  wychował  się  na  drugim  piętrze  bez  windy,  w 

czynszówce na East Endzie, gdzie mieszkał wraz z rozwiedzioną matką. Ojciec, który sięgał po butelkę 
równie  często  jak  po  broń,  odwiedzał  go  sporadycznie.  Jack  wstąpił  do  policji  natychmiast  po 
ukończeniu szkoły średniej.  

Gage  pochodził  z  rodziny  biznesmenów,  pełnej  ludzi  sukcesu,  którzy  spędzali  wakacje  na  Palm 

Beach i grywali w golfa w ekskluzywnych  klubach. Jego rodzice, wedle rodzinnych standardów, byli 
jednak  bliŜsi  klasy  pracującej,  gdyŜ  woleli  zainwestować  pieniądze,  czas  i  marzenia  w  elegancką 
francuską restauracyjkę na górnym East Endzie. W ostatecznym rezultacie marzenie to ich zabiło. 

Pewnej rześkiej jesiennej nocy zostali obrabowani i brutalnie zamordowani niespełna trzy kroki od 

jej drzwi. 

Osierocony przed swoimi drugimi urodzinami, Gage został wychowany pośród luksusów i wygód 

przez kochające go wujostwo. Grał w tenisa na kortach zamiast w piłkę na ulicy i wszyscy zachęcali go, 
by zajął miejsce brata swego zmarłego ojca, jako prezes rodzinnego imperium Guthriech. 

On  jednak  nigdy  nie  zapomniał  okrucieństwa  i  bezsensu  tragicznej  śmierci  rodziców.  Dlatego 

natychmiast po ukończeniu college'u wstąpił do policji. 

Mimo Ŝe pochodzili z odmiennych środowisk, obaj mieli jedną zasadniczą wspólną cechę - wierzyli 

w prawo. 

-  Tej  nocy  dobierzemy  mu  się  do  tyłka  -  powiedział  Jack,  zaciągając  się  głęboko  dymem  z  pa-

pierosa. 

-  Długo trwało, zanim do tego doszło - mruknął Gage. 
-  Sześć miesięcy przygotowań, osiemnaście miesięcy tajnych operacji. Dwa lata to nieduŜo, Ŝeby 

przygwoździć  tego  drania.  -  Odwrócił  się  i  mrugnął  do  Gage'a.  -  MoŜemy  oczywiście  wziąć  te  pięć 
milionów  i  dać  nogę.  Co  ty  na  to,  młody?  -  Choć  Jack  był  tylko  o  pięć  lat  starszy  od  Gage'a,  wciąŜ 
zwracał się do niego per „młody”. 

-  Zawsze chciałem pojechać do Rio - odparł Gage. 
-  Ja  teŜ.  -  Jack  wyrzucił  przez  okno  niedopałek,  który  odbił  się  o  asfalt  i  zgasł  z  sykiem.  - 

Moglibyśmy kupić sobie po willi i Ŝyć na wysokiej stopie. Kobiety, rum i słońce... Co ty na to? 

-  Jenny mogłoby się to nie spodobać. 
Na wzmiankę o Ŝonie Jack zaśmiał się pod nosem. 

background image

 

10 

-    Tak,  mogłaby  się  wkurzyć.  Kazałaby  mi  przez  cały  miesiąc  spać  w  komórce.  Dlatego  lepiej 

będzie,  jak  dokopiemy  temu  gościowi.  -  Chwycił  miniaturowy  przekaźnik.  -  Tu  Królewna  ŚnieŜka, 
słyszycie nas? 

-  Potwierdzam, ŚnieŜka. Tu Gaptuś. 
-  Jakbym tego nie wiedział - mruknął Jack. - WjeŜdŜamy do portu, molo siedemnaste. Trzymajcie 

nas na muszce. To do Śmieszka i Kichusia i całej reszty krasnoludków. 

Gage zatrzymał samochód w ciemnościach doku i zgasił silnik. Czuł zapach wody oraz zgniły odór 

ryb i śmieci. Zgodnie z otrzymaną instrukcją, mignął dwa razy światłami, odczekał, a potem zrobił to 
jeszcze raz. 

-  Zupełnie jak James Bond - rzucił Jack z uśmiechem. - Jesteś gotowy, młody? 
-  Jestem. 
Jack zapalił kolejnego papierosa i wydmuchał dym między zębami. 
-  No to zaczynamy. 
Ruszyli  ostroŜnie  przed  siebie.  Jack  niósł  walizeczkę  z  mikroprzekaźnikiem.  Obaj  mieli  na 

ramieniu kabury z policyjnymi trzydziestkami ósemkami, a Gage dwudziestkę piątkę przymocowaną do 
łydki, jako dodatkowe zabezpieczenie. 

Plusk wody uderzającej o drewno, skrobanie szczurzych pazurów po betonie. Przyćmione światło 

księŜyca  zza  chmur.  Ostry  zapach  tytoniu  z  papierosa  Jacka  w  powietrzu.  Mała,  spływająca  wolno 
kropelka potu miedzy łopatkami. 

-  Coś mi tu nie gra - cicho powiedział Gage. 
-  Nie strasz mnie, młody. Dziś w nocy damy im do wiwatu. 
Skinieniem  głowy  Gage  odpędził  niepokój.  Jednak  gdy  z  mroku  wychynął  drobny  męŜczyzna, 

sięgnął po broń. MęŜczyzna uśmiechnął się i uniósł ręce do góry, rozczapierzając palce. 

-  Przyszedłem sam - powiedział. - Jak zostało ustalone. Jestem Montega i będę waszą eskortą. 
Miał ciemne zmierzwione włosy i długie wąsy. Gdy  się uśmiechnął, w jego ustach błysnęły złote 

zęby. Podobnie jak oni, był ubrany w drogi garnitur uszyty w ten sposób, by moŜna było ukryć pod nim 
broń automatyczną. Montega ostroŜnie opuścił rękę i wyjął smukłe cygaro. 

-  Przyjemna noc na małą przejaŜdŜkę łódką, si
-  Si. - Jack pokiwał głową. - Nie masz nic przeciwko temu, Ŝebyśmy cię obszukali? Czulibyśmy się 

znacznie lepiej, mając przy sobie całe Ŝelastwo, póki nie dotrzemy tam, dokąd zmierzamy. 

-    To  zrozumiałe.  -  Montega  przypalił papierosa długą  zapalniczką.  Nie  przestając  się uśmiechać, 

wetknął cygaro między zęby. Gage zobaczył jego rękę, niedbałym ruchem wrzucającą zapalniczkę do 
kieszeni.  A  potem  była  eksplozja  i  odgłos  -  zbyt  dobrze  znany  odgłos  kuli  wystrzelonej  z  lufy.  I 
wypalona dziura w kieszeni garnituru za tysiąc pięćset dolarów. Jack runął do tyłu. 

Nawet  teraz,  po  czterech  latach,  Gage  zobaczył  całą  resztę  w  monstrualnie  zwolnionym  tempie. 

Zamglone,  martwe  oczy  Jacka,  którego  impet  kuli  odrzucił  o  dwa  metry.  Długi,  powolny  lot 
koziołkującej  walizeczki.  Krzyki  policjantów,  juŜ  pędzących  w  ich  stronę.  Swoje  własne, 
niewiarygodnie zwolnione ruchy, gdy sięgał po broń. 

Uśmiech, rozszerzający się uśmiech, i złoty błysk, gdy Montega odwrócił się do niego. 
-  Śmierdzące gliny - powiedział i wypalił.  
Nawet teraz Gage czuł gorący, rozdzierający cios, który eksplodował w jego piersi. A takŜe Ŝar, nie 

do zniesienia i nie do opisania. Widział siebie lecącego do tyłu. Lecącego bez końca w ciemność. 

I był juŜ martwy. 
Wiedział, Ŝe jest martwy, bo widział sam siebie. Spojrzał w dół i zobaczył swoje ciało rozciągnięte 

na zakrwawionym pomoście. Gliniarze uwijali się nad nim, opatrywali jego ranę, klęli i biegali w kółko 
jak mrówki. Patrzył na to wszystko bez bólu i beznamiętnie. 

Potem  zjawili  się  pielęgniarze  i  w  jakiś  sposób  wciągnęli  go  z  powrotem  w  strefę  bólu.  A  jemu 

zabrakło sił, by z nimi walczyć i pójść tam, dokąd chciał pójść. 

Sala  operacyjna.  Jasnoniebieskie  ściany,  ostre  światło,  błysk  stalowych  instrumentów.  Pikanie 

monitorów. Mozolny  syk  i  wydech  respiratora.  Dwukrotnie  wyślizgnął  się  bez  trudu  ze  swego  ciała  - 
jak oddech, cicho i niewidocznie - by przyjrzeć się, jak ekipa chirurgów walczy o jego Ŝycie. Chciał im 
powiedzieć, Ŝe mają przestać, Ŝe nie chce znowu wracać tam, gdzie będzie odczuwał ból. 

Oni  byli  jednak  zręczni  i  zdeterminowani  i  wepchnęli  go  z  powrotem  do  tego  biednego, 

uszkodzonego ciała. I  znów na jakiś czas powrócił w ciemność. To akurat się zmieniło. Pamiętał, jak 
pływa w jakiejś szarej cieczy, przywodzącej mu na myśl pierwotne wspomnienia z brzucha. Było tam 
bezpiecznie.  I  tak  spokojnie.  Od  czasu  do  czasu  słyszał,  jak  ktoś  mówi.  Ktoś  głośno  i  uporczywie 

background image

 

11 

powtarzał  jego  imię.  Ale  on  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Płacz  jakiejś  kobiety  -  jego  ciotki.  I  drŜący, 
błagalny głos wuja. 

Potem pojawiło się światło, jak niemiły wtręt, a chociaŜ nie mógł czuć, wyczuł, Ŝe ktoś uniósł mu 

powieki i wpuścił kropelkę światła w jego źrenice. 

Był to naprawdę fascynujący świat. Mógł nawet słyszeć bicie własnego serca. Łagodny, uporczywy 

stukot i szmer. Czuł zapach kwiatów. Ale tylko od czasu do czasu, bo później przytłumił go ostry, anty-
septyczny  zapach  szpitala.  Słyszał  takŜe  muzykę  -  łagodną,  cichą  muzykę.  Beethovena,  Mozarta, 
Chopina. Później dowiedział się, Ŝe jedna z pielęgniarek wzruszyła się do tego stopnia, Ŝe wstawiła mu 
do  pokoju  mały  magnetofon.  Często  przynosiła  teŜ  kwiaty,  siedziała  przy  nim  i  mówiła  do  niego 
łagodnym, macierzyńskim tonem. 

Czasami brał ją nawet za własną matkę i było mu przeraźliwie smutno. 
Gdy mgły w tym szarym świecie zaczęły się rozwiewać, próbował z tym walczyć, bo chciał w nim 

pozostać. Jednak bez względu na to, jak głęboko nurkował, wciąŜ wypływał coraz bliŜej powierzchni. 

AŜ w końcu otworzył oczy do światła. 
Teraz  uwaŜał,  Ŝe  to  właśnie  była  najgorsza  część  koszmaru.  Kiedy  otworzył  oczy  i  uświadomił 

sobie, Ŝe Ŝyje. 

ZnuŜony,  zwlókł się z łóŜka. Pokonał juŜ to Ŝyczenie śmierci, które prześladowało go przez pier-

wsze tygodnie. Jednak o świcie męczyły go koszmary i miał ochotę przeklinać kunszt oraz poświęcenie 
zespołu lekarzy, którzy przywrócili go do Ŝycia. 

Niestety,  nie  udało  im  się  to  w  przypadku  Jacka.  Nie  uratowali  jego  rodziców,  którzy  odeszli, 

zanim Gage zdąŜył ich dobrze poznać. Nie mieli wystarczających umiejętności, by uratować jego wuja 
i ciotkę, którzy wychowali go z bezgraniczną miłością i zmarli zaledwie kilka tygodni przed tym, jak 
ocknął się ze śpiączki. 

Ale jego uratowali i szybko zrozumiał dlaczego. 
Powodem tego był przeklęty dar, jaki otrzymał podczas tych dziewięciu miesięcy, które jego dusza 

przeŜyła w tym szarym, płynnym świecie. A poniewaŜ go uratowali, nie miał wyboru -  musiał zrobić 
to, co było mu pisane. 

Z  rezygnacją  oparł  prawą  rękę  na  jasnozielonej  ścianie  sypialni  i  spróbował  się  skoncentrować. 

Usłyszał szum w mózgu - szum, którego nikt inny nie mógł usłyszeć. A potem nagle jego ręka zniknęła 
bez śladu. 

To  znaczy,  nadal istniała. Czuł  ją,  ale  nawet  on  nie mógł  jej  zobaczyć.  Nie  było  zarysu,  nie  było 

kształtu palców. Od nadgarstka w górę jego dłoń zniknęła. Wystarczyło się skupić i z jego ciałem stanie 
się to samo. 

Doskonale  pamiętał,  kiedy  to  się  zdarzyło  po  raz  pierwszy.  I  jak  straszliwie  go  to  przeraziło.  A 

takŜe zafascynowało. Wysiłkiem woli sprawił, Ŝe dłoń znów się pojawiła, po czym uwaŜnie ją obejrzał. 
Była dokładnie taka sama. Szeroka, o długich palcach i trochę szorstka, ze zgrubiałą skórą. Zwyczajna 
dłoń człowieka, który przestał być zwyczajny. 

Niezły numer, pomyślał, dla kogoś, kto przemierza nocami ulice w poszukiwaniu odpowiedzi. 
Zacisnął pięść, a potem poszedł do łazienki, Ŝeby wziąć prysznic. 
 
O godzinie 11.45 Deborah czekała w budynku komisariatu. To, Ŝe ją tam wezwano, wcale jej nie 

zdziwiło. Czterech członków gangu, którzy zastrzelili Rica Mendeza, zamknięto w osobnych celach. W 
ten sposób łatwiej moŜna będzie uzyskać od nich przyznanie się do morderstwa pierwszego stopnia, do 
współudziału w zbrodni, nielegalnego posiadania broni palnej i zakazanych substancji oraz wszystkich 
innych zarzutów, wyszczególnionych w protokole zatrzymania. I z kaŜdym z nich zrobią to indywidual-
nie, nie dając im moŜliwości uzgodnienia swoich zeznań. 

Punktualnie  o  dziewiątej  dostała  telefon  od  obrońcy,  przydzielonego  z  urzędu  Parinowi.  Miało  to 

być ich trzecie spotkanie. Przy kaŜdym poprzednim stanowczo sprzeciwiała się jakiejkolwiek ugodzie. 
Obrońca  Parina  domagał  się  Bóg  wie  czego,  a  sam  Parino  był  arogancki  i  antypatyczny.  ZauwaŜyła 
jednak,  Ŝe  za  kaŜdym  kolejnym  razem,  gdy  zasiadali  w  sali  konferencyjnej,  Parino  zeznawał  coraz 
chętniej. 

Intuicja  podpowiadała  jej,  Ŝe  Parino  rzeczywiście  miał  jakiś  argument  przetargowy,  powstrzymy-

wał go jednak strach. 

W myśl swojej strategii Deborah zgodziła się na spotkanie, ale kazała je przełoŜyć o kilka godzin. 

Wyglądało to tak, jakby Parino był gotowy do rozmów, a poniewaŜ udowodniła mu posiadanie broni, z 
której strzelano, i przedstawiła dwóch naocznych świadków, byłoby dla niego lepiej, gdyby miał asa w 
rękawie. 

background image

 

12 

Czekając,  aŜ  przyprowadzą  Parina  z  celi,  przeglądała  notatki,  dotyczące  tej  sprawy.  A  poniewaŜ 

znała je na pamięć, wróciła myślami do poprzedniego wieczoru. 

Zaczęła się zastanawiać, jakiego rodzaju człowiekiem jest Gage Guthrie. Typ, który wciąga oporną 

kobietę do swojej limuzyny juŜ po pięciominutowej znajomości. A potem zostawia tę limuzynę do jej 
dyspozycji  na  dwie  i  pół  godziny.  Pamiętała  to  uczucie  miłego  zaskoczenia,  kiedy  po  wyjściu  z 
budynku  sądu  o  pierwszej  w  nocy  zobaczyła  długą  czarną  limuzynę  z  jej  małomównym,  zwalistym 
kierowcą, czekającym cierpliwie, by odwieźć ją do domu. 

Na polecenie pana Guthriego. 
A  choć  pana  Guthriego  nigdzie  nie  było  widać,  przez  całą  drogę  z  centrum  do  jej  mieszkania  na 

West Endzie, czuła jego obecność. 

Silny  typ,  pomyślała.  Z  wyglądu,  pod  względem  osobowości,  a  takŜe  męskiego  seksapilu. 

Rozejrzała  się  wokoło,  próbując  wyobrazić  sobie  męŜczyznę  w  smokingu  zatrudnionego  w  takim 
miejscu. 

Dwudziesty  piąty  rewir  był  jednym  z  najcięŜszych  w  mieście.  Przy  okazji  zaspokajania  swojej 

ciekawości  Deborah  odkryła,  Ŝe  detektyw  Gage  Guthrie  tu  właśnie  przepracował  większą  część  ze 
swoich sześciu lat w wydziale śledczym. 

Trudno  skojarzyć  ze  sobą  eleganckiego,  zabójczo  przystojnego  męŜczyznę  z  ponurym  linoleum, 

ostrym  fluorescencyjnym  światłem  oraz  odorem  potu  i  skwaśniałej    kawy,  zmieszanym  z  Ŝywicznym 
aromatem płynu do czyszczenia. 

Musiał  lubić  muzykę  klasyczną,  bo  to  Mozart  sączył  się  z  głośników  limuzyny.  A  jednak 

przepracował całe lata pośród krzyków, przekleństw i ostrych dźwięków telefonu w 25. komisariacie. 

Z  informacji,  które  wyczytała,  gdy  uzyskała  dostęp  do  jego  akt,  dowiedziała  się,  Ŝe  był  dobrym 

policjantem.  Bywał  wprawdzie  czasami  porywczy,  nigdy  jednak  nie  przekroczył  dopuszczalnych 
granic. Niczego takiego w kaŜdym razie nie odnotowano. Wprost przeciwnie, jego dossier aŜ pękało od 
pochwał. 

Wraz  ze  swoim  partnerem  przerwali  krąg  prostytucji,  Ŝerujący  na  młodych  dziewczynach,  które 

uciekły  z  domu;  uzyskali  zgodę  na  aresztowanie  trzech  prominentnych  biznesmenów,  których  tajne 
operacje  hazardowe  naraziły  ich  nieszczęsnych  klientów  na  niewysłowione  tortury;  namierzyli  wielu 
dilerów  narkotykowych,  tych  drobnych  i  tych  wielkich,  wpadli  równieŜ  na  trop  nieuczciwego 
policjanta, który posługiwał się swoją odznaką w celu wyłudzenia pieniędzy za ochronę od właścicieli 
małych sklepików w azjatyckiej dzielnicy Urbany. 

A potem zdecydowali się wziąć udział w tajnej akcji, by wreszcie złamać kark jednemu z najwięk-

szych karteli narkotykowych na Wschodnim WybrzeŜu. I źle się to dla nich skończyło. 

Czy to właśnie sprawiało, Ŝe Gage wydawał się taki fascynujący? - zastanawiała się Deborah. śe 

ten wykształcony, zamoŜny biznesmen to dawny odwaŜny i twardy gliniarz? A moŜe Gage wrócił po 
prostu do swego uprzywilejowanego środowiska, a lata spędzone w policji były jedynie aberracją? Kim 
właściwie jest ten prawdziwy Gage Guthrie? 

Potrząsnęła z westchnieniem głową. Ostatnio często myślała o złudzeniach. Zwłaszcza od tej nocy 

w  uliczce,  gdy  z  przeraŜeniem  uświadomiła  sobie  własną  śmiertelność.  I  została  uratowana  -  wbrew 
swemu przeświadczeniu, Ŝe sama by się uratowała - przez kogoś, kto zdaniem wielu był niczym innym 
niŜ złudzeniem. 

MęŜczyzna  zwany  Nemezis  okazał  się  jednak  wystarczająco  prawdziwy.  Widziała  go  przecieŜ  i 

słyszała,  a  nawet  ją  zirytował.  A  jednak,  ilekroć  go  sobie  przypominała,  był  jak  dym.  Czy,  gdyby 
spróbowała go dotknąć, jej ręka przeszyłaby go na wylot? 

Nonsens. Będzie musiała więcej sypiać, skoro jej mózg z przepracowania robi w środku dnia takie 

wycieczki w krainę fantazji. 

Mimo to zamierzała odnaleźć tego ducha i w jakiś sposób go przyszpilić. 
-  Panna O'Roarke? 
-  Tak. - Wstała i podała rękę młodemu obrońcy z urzędu o udręczonej minie. 
-  Witam znowu, panie Simmons. 
-    No,  cóŜ...  -  Simmons  poprawił  grube  okulary  na  haczykowatym  nosie.  -  Jestem  wdzięczny,  Ŝe 

zgodziła się pani na to spotkanie. 

-  Przestań pieprzyć! - Za Simmonsem pojawił się Parino, eskortowany przez dwóch policjantów w 

mundurach.  Twarz  wykrzywił  mu  pogardliwy  grymas,  a  ręce  miał  skute  kajdankami.  -  Jesteśmy  tu, 
Ŝ

eby się dogadać, bierzmy się więc do rzeczy. 

Deborah skinęła głową i ruszyła przodem. Po wejściu do małej sali konferencyjnej połoŜyła teczkę 

na  stole,  po  czym  usiadła  i  splotła  dłonie.  W  szykownym  granatowym  kostiumie  i  białej  bluzce 

background image

 

13 

wyglądała  jak  typowa  piękność  z  Południa,  o  nienagannych  manierach.  Ale  jej  oczy  zapłonęły,  gdy 
prześlizgnęły się po aresztowanym. Wcześniej obejrzała uwaŜnie policyjne zdjęcia Mendeza i widziała, 
co nienawiść oraz broń automatyczna mogą zrobić z ciałem szesnastolatka. 

-  Panie Simmons, pan zdaje sobie sprawę z tego, Ŝe spośród czwórki podejrzanych oskarŜonych o 

morderstwo Rica Mendeza pański klient wiedzie prym, jeśli chodzi o najpowaŜniejsze zarzuty? 

-  Nie moŜna by tego zdjąć? - Parino wyciągnął skute ręce. 
-  Nie - rzuciła twardo Deborah. 
-  Daj spokój, kotku. - Obdarzył ją spojrzeniem, które, jego zdaniem, miało być uwodzicielskie. - 

Chyba się mnie nie boisz? 

- Pana, panie Parino? - Kąciki jej ust drgnęły leciutko, ale ton był pogardliwy. - Nie, skądŜe znowu. 

Ja codziennie rozgniatam takie wstrętne pluskwy. Pan za to powinien się mnie bać. Bo to ja jestem tą 
osobą, która wsadzi pana za kratki. - Przeniosła wzrok na Simmonsa. - Nie traćmy czasu po raz kolejny. 
Wszyscy troje wiemy, jaka jest stawka. Pan Parino ma dziewiętnaście lat i będzie sądzony jak dorosły. 
Natomiast nie zdecydowano jeszcze, czy pozostali będą sądzeni jako dorośli, czy jako nieletni. - Wyjęła 
notatki, choć były jej potrzebne co najwyŜej jako rekwizyt. - Broń, za pomocą której dokonano morder-
stwa, została znaleziona w mieszkaniu pana Parina i były na niej odciski jego palców. 

-  Została podrzucona - upierał się Parino. - W Ŝyciu jej nie widziałem. 
-  Zostawcie sobie tę bajeczkę dla sędziego - zaproponowała Deborah. - Dwaj świadkowie widzieli 

go  w  samochodzie  mijającym  róg  Trzeciej  Ulicy  i  rynku  o  jedenastej  czterdzieści  pięć,  drugiego 
czerwca. Ci sami świadkowie zidentyfikowali pana Parina podczas konfrontacji jako męŜczyznę, który 
wychylił się z tego samochodu i oddał dziesięć strzałów do Rica Mendeza. 

Parino zaczął przeklinać kapusiów. Krzyczał, co im zrobi, kiedy wyjdzie na wolność. I co zrobi z 

Deborah. Ale ona, nie podnosząc głosu, mówiła dalej, patrząc na Simmonsa: 

-  Pański  klient  jest  absolutnie  załatwiony.  Za  morderstwo  pierwszego  stopnia  prokurator  zaŜąda 

kary śmierci. - PołoŜyła splecione dłonie na swoich notatkach i skinęła głową w stronę Simmonsa. - A o 
czym pan chce pomówić? 

Simmons szarpnął się za krawat. Dym z papierosa Parina szczypał go w oczy. 
-  Mój klient ma informacje, które skłonny jest przekazać prokuraturze. - Chrząknął głośno. - W za-

mian za zmianę kategorii ciąŜących na nim zarzutów. Z morderstwa pierwszego stopnia na nielegalne 
posiadanie broni palnej. 

Deborah uniosła brwi i milczała przez chwilę. 
-  Czekam na puentę. 
-  To  nie  Ŝarty,  siostro.  -  Parino  wychylił  się  nad  stołem.  -  Mam  coś  na  wymianę  i  radzę  ci 

skorzystać. 

Deborah ostentacyjnie schowała notatki do teczki, zatrzasnęła zamek i wstała. 
-  Cwaniak z ciebie, Parino. Choćbyś miał Bóg wie co, juŜ nigdy nie wrócisz na ulicę. JeŜeli ci się 

wydaje, Ŝe moŜesz traktować w ten sposób mnie albo okręgową prokuraturę, to się lepiej zastanów. 

Ruszyła do drzwi. 
-  Panno O'Roarke - poderwał się Simmons - proszę, nie moglibyśmy porozmawiać? 
Obróciła się na pięcie. 
-  Jasne, Ŝe moglibyśmy. Jak tylko złoŜycie mi sensowną ofertę. 
Parino zaklął krótko i tak dosadnie, Ŝe Simmons pobladł. Deborah natomiast obrzuciła go zimnym, 

beznamiętnym wzrokiem. 

-  Prokurator postawi zarzut morderstwa pierwszego stopnia i zaŜąda kary śmierci - powiedziała ze 

spokojem. - I moŜe mi pan wierzyć, ale dopilnuję tego, by oderwać pańskiego klienta od społeczeństwa 
jak pijawkę. 

-    Ja  kiedyś  wyjdę!  -  krzyknął  Parino,  zrywając  się  na  równe  nogi.  Wzrok  miał  dziki.  -  A  kiedy 

wyjdę, znajdę cię, ty suko! 

-  Nigdy nie wyjdziesz. - Zimnym, niewzruszonym wzrokiem spojrzała na niego ponad stołem. - Ja, 

Parino,  jestem  bardzo  dobra  w  tym,  co  robię,  czyli  w  zamykaniu  w  klatce  takich  małych  wściekłych 
zwierzaków.  A  w  twoim  przypadku  zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy.  Nigdy  nie  wyjdziesz  - 
powtórzyła. - A kiedy będziesz się pocił w celi śmierci, pomyśl o mnie. 

-  Morderstwo drugiego stopnia - szybko powiedział Simmons. Zawtórowało mu dzikie wycie jego 

klienta: 

-  Chcesz mnie sprzedać, ty sukinsynu! 
Nie zwracając uwagi na Parina, Deborah przyjrzała się nerwowo rzucanym spojrzeniom Simmonsa. 

Coś jest na rzeczy, pomyślała. Czuła to instynktownie. 

background image

 

14 

-  Morderstwo pierwszego stopnia - powtórzyła - ze wskazaniem na doŜywocie raczej niŜ na karę 

ś

mierci. O ile macie coś, co mnie zainteresuje. 

-  Proszę, niech mi pani pozwoli porozmawiać z moim klientem. Proszę dać nam minutkę. 
-  Oczywiście. - Wyszła, zostawiając spoconego obrońcę z jego wrzeszczącym klientem. 
Po  dwudziestu  minutach  znów  zasiadła  za  zniszczonym  stołem,  naprzeciw  Parina.  Po  wypaleniu 

papierosa aŜ do samego ustnika był bledszy i nieco spokojniejszy. 

-  Karty na stół, Parino - zwróciła się do niego. 
-  Chcę mieć immunitet. 
-  Za zarzuty, które będzie moŜna postawić w oparciu o przekazane mi informacje. Zgoda - osadziła 

go w miejscu. 

-  I ochronę. - Parino zaczął się pocić. 
-  O ile prawo ją gwarantuje. 
Parino zawahał się. Zaczął się bawić papierosem i popaloną plastikową popielniczką. Zdawał sobie 

jednak sprawę z tego, Ŝe nie ma wyjścia. Dwadzieścia lat. Obrońca powiedział mu,  Ŝe po dwudziestu 
latach będzie pewnie mógł dostać warunkowe zwolnienie. 

Dwadzieścia lat w pudle to lepsze niŜ krzesło elektryczne. Wszystko jest lepsze niŜ to. Bystry gość 

moŜe się nieźle urządzić nawet w pudle. A on miał się za bystrego gościa. 

-   Załatwiałem dostawy dla kilku facetów. Jakichś grubych ryb. Przewoziłem cięŜarówką towar z 

doków  do  tego  śmiesznego  sklepiku  z  antykami  w  centrum.  Płacili  dobrze,  aŜ  za  dobrze,  więc  się 
domyśliłem,  Ŝe  w  tych  skrzynkach  musiało  być  coś  jeszcze  prócz  starych  wazonów.  -  Skuty 
kajdankami, odpalił niezgrabnie papierosa od tlącego się filtra w popielniczce. - Pomyślałem sobie, Ŝe 
zajrzę do środka, i otworzyłem jedną skrzynkę. Była załadowana koką. Człowieku, nigdy nie widziałem 
takiej masy koki. Jakieś sto, a moŜe nawet sto pięćdziesiąt funtów. I to była czysta koka. 

-  Skąd wiesz? 
Oblizał wargi, a potem się uśmiechnął. 
-  Wziąłem  jedną  paczuszkę  i  schowałem  pod  koszulą.  Mówię  wam,  było  tam  dosyć,  Ŝeby 

uszczęśliwić kaŜdy nos w tym mieście przez następne dwadzieścia lat. 

-  Jak się nazywa ten sklep?  
Znów oblizał wargi. 
-  Chcę wiedzieć, czy dobijemy targu. 
-  JeŜeli twoja informacja zostanie zweryfikowana, tak. A jeŜeli mnie nabierasz, nie. 
-  „Ponadczasowy”. Tak się nazywa. To jest na Siódmej Ulicy. Dostawy szły raz, moŜe dwa razy w 

tygodniu. Nie mam pojęcia, jak często przywoziliśmy kokę zamiast starych stołów. 

-  Jakieś nazwiska? 
-  Facet, z którym pracowałem w dokach, nazywał się Myszka. Myszka, i nic więcej. To wszystko, 

co wiem. 

-  Kto cię zatrudnił? 
-  Jakiś gość. Przyszedł do baru Loreda na West Endzie, gdzie przesiadują Demony. Powiedział, Ŝe 

jest robota, o ile mam mocny grzbiet i umiem trzymać gębę na kłódkę. Więc ja i Ray zgłosiliśmy się do 
niego. 

-  Ray? 
-  Ray Santiago. Jest jednym z nas, Demonów. 
-  Jak on wyglądał? Ten człowiek, który was zatrudnił? 
-  Taki mały facecik, trochę stuknięty. Wielkie wąsiska, kilka złotych zębów. Wszedł do Loreda w 

eleganckim garniturze, ale nikomu nie przyszło do głowy, Ŝeby z nim zaczynać. 

Deborah  robiła  notatki,  kiwała  głową  i  naciskała,  dopóki  nie  nabrała  pewności,  Ŝe  wycisnęła  z 

Parina wszystko. 

-  W porządku. Sprawdzę to. JeŜeli grałeś ze mną uczciwie, przekonasz się, Ŝe i ja będę uczciwa. - 

Wstała i spojrzała na Simmonsa. - Będziemy w kontakcie. 

Kiedy wyszła z sali konferencyjnej, w głowie jej szumiało. Dopadły ją przykre  skurcze Ŝołądka  - 

jak zawsze, kiedy miała do czynienia z ludźmi pokroju Parina. 

On  ma tylko dziewiętnaście lat, na Boga, myślała, rzucając plakietkę z napisem „gość” na biurko 

sierŜanta.  Dopiero  od  niedawna  moŜe  głosować,  a  juŜ  z  nienawiścią  zastrzelił  inną  ludzką  istotę. 
Wiedziała,  Ŝe  nie  odczuwał  Ŝadnych  wyrzutów  sumienia.  Gang  Demonów  uwaŜał  uliczne  strzelaniny 
za coś w rodzaju plemiennego rytuału. A ona, jako reprezentantka prawa, dobijała z nim targu. 

Tak  właśnie  pracuje  system,  przypomniała  sobie,  wychodząc  z  dusznego  komisariatu  w  parne 

popołudnie.  Przehandluje  Parina  jak  stawkę  w  pokerze,  z  nadzieją  na  impas  w  większej  grze.  W 

background image

 

15 

ostatecznym rezultacie zapłaci Parino - spędzając całą młodość oraz większą część dorosłego Ŝycia za 
kratkami. 

Miała nadzieję, Ŝe rodzina Rica Mendeza uzna, iŜ sprawiedliwości stało się zadość. 
-  Zły dzień? 
WciąŜ zasępiona, odwróciła się i wzrok jej padł na Gage'a Guthriego. 
-  O, cześć! Co ty tu robisz? 
-  Czekam na ciebie. 
Uniosła  brwi,  zastanawiając  się  nad  stosowną  odpowiedzią.  Tym  razem  Gage  miał  na  sobie 

popielaty garnitur, elegancki i niewątpliwie drogi. Mimo Ŝe powietrze przesycone było wilgocią, jego 
biała koszula wyglądała świeŜo, a szary jedwabny krawat był zawiązany bardzo starannie. 

Wyglądał  na  pręŜnego,  zamoŜnego  biznesmena.  Dopóki  nie  spojrzało  się  mu  w  oczy,  pomyślała 

Deborah,  bo  wtedy  człowiek  uświadamiał  sobie,  Ŝe  kobiety  lgnęły  do  niego  z  bardziej  naturalnych 
przyczyn niŜ pieniądze i pozycja. 

Odpowiedziała jedynym pytaniem, jakie wydało jej się na miejscu. 
-  Niby dlaczego? 
Gage uśmiechnął się. Bawiła go jej ostroŜność. 
-  śeby cię zaprosić na lunch. 
-  Och, to bardzo miło z twojej strony, ale... 
-  Jesz chyba? 
Kpił z niej - co do tego nie mogło być Ŝadnych wątpliwości. 
-  Tak, prawie co dzień, ale w tej chwili pracuję. 
-  Jesteś pełną poświęcenia urzędniczką państwową, prawda, Deborah? 
-  Tak  mi  się  przynajmniej  wydaje.  -  W  jej  tonie  zadźwięczała  nuta  sarkazmu.  Podeszła  do 

krawęŜnika  i  podniosła  rękę,  Ŝeby  wezwać  taksówkę.  Autobus  przejechał  obok,  posapując  i 
wypuszczając  kłęby  spalin.  -  To  było  bardzo  miłe  z  twojej  strony,  Ŝe  ubiegłej  nocy  zostawiłeś  mi 
limuzynę. - Odwróciła się i spojrzała na niego. - Ale to nie było potrzebne. 

-  Często  robię  rzeczy,  które  inni  uwaŜają  za  niepotrzebne.  -  Ujął  ją  za  rękę  i  samym  tylko 

delikatnym naciskiem sprawił, Ŝe ją opuściła. - JeŜeli nie na lunch, to na kolację. 

-  To  bardziej  przypomina  rozkaz  niŜ  prośbę.  -  Byłaby  wyrwała  rękę,  ale  wyglądałoby  to  dość 

głupio, gdyby mocowali się jak para dzieciaków, i to w miejscu publicznym. - Tak czy inaczej, muszę 
odmówić. Dziś wieczorem pracuję do późna. 

-  No to jutro. - Uśmiechnął się czarująco. - To prośba, pani prokurator. 
Trudno było nie odpowiedzieć uśmiechem, skoro spoglądał na nią tak Ŝyczliwie, a w jego oczach 

malowała się... tęsknota? 

-  Panie Guthrie. Gage - poprawiła się, zanim on zdąŜył to zrobić. - Namolni faceci zazwyczaj mnie 

denerwują. A pan nie jest wyjątkiem. Ale z jakichś powodów zjem z panem kolację. 

- Przyjadę po ciebie o siódmej, bo muszę wcześnie wstać. 
- Dobrze. Podam ci mój adres. 
- Znam go. 
- Oczywiście. - PrzecieŜ jego kierowca odwiózł ją pod same drzwi poprzedniej nocy. - Bądź łaskaw 

puścić moją rękę, bo chcę wezwać taksówkę. 

Nie  posłuchał  od  razu,  tylko  spojrzał  na  jej  dłoń.  Była  drobna  i  z  pozoru  delikatna,  jak  cała 

Deborah.  Jednak  palce  znamionowały  siłę.  Paznokcie  miała  krótko  obcięte,  starannie  zaokrąglone,  z 
warstwą  jasnego  lakieru.  Nie  nosiła  pierścionków  ani  bransoletek,  tylko  wąski,  praktyczny  zegarek, 
który, jak zauwaŜył, szedł co do minuty. 

Oderwał wzrok od dłoni i spojrzał jej w oczy. Zobaczył ciekawość, odrobinę zniecierpliwienia i, po 

raz  kolejny,  zmęczenie.  Zastanawiając  się,  jak  to  moŜliwe,  Ŝe  zwykłe  zetknięcie  dłoni  potrafiło 
wstrząsnąć nim tak dogłębnie, uśmiechnął się sam do siebie. 

-  Zobaczymy się jutro. - Puścił ją i odsunął się. Nie ufając własnemu głosowi, skinęła tylko głową. 
Wsiadła do taksówki i odwróciła się, ale jego juŜ nie było. 
 
Gdy  Deborah  dotarła  do  antykwariatu,  minęła  dziesiąta  wieczorem.  Sklep  był,  oczywiście, 

zamknięty,  ale  przecieŜ  i  tak  nie  spodziewała  się  tam  niczego  znaleźć.  Wcześniej  napisała  raport  i 
przekazała  przełoŜonemu  szczegóły  spotkania  z  Parinem.  Nie  mogła  jednak  oprzeć  się  pokusie,  by 
samej tam nie zajrzeć. 

W tej lepszej części miasta ludzie albo siedzieli nad kolacją, albo się bawili. Kilka par minęło ją w 

drodze do klubu lub restauracji. Uliczne latarnie tworzyły świetlne strefy bezpieczeństwa. 

background image

 

16 

Pomyślała,  Ŝe  w  gruncie  rzeczy  to  głupi  pomysł,  Ŝeby  się  tam  wybrać.  Czego  się  mogła 

spodziewać?  śe  zastanie  otwarte  drzwi,  by  mogła  wejść  i  odkryć  skrzynkę  narkotyków  w 
osiemnastowiecznej szafie? 

Witryna była nie tylko ciemna, ale takŜe zakratowana i zasłonięta. Podobnie jak sklep, spowity taje-

mnicą.  Tego  dnia  poświęciła  wiele  godzin  na  próby  odszukania  nazwiska  właściciela,  który  ukrył  się 
bardzo skutecznie pod gmatwaniną róŜnych korporacji. Papierowy szlak pełen był pułapek i zakrętów. 
Jak dotąd kaŜdy trop, którym poszła, kończył się ślepym zaułkiem. 

Sklep  istniał  jednak  naprawdę.  Jutro,  a  najpóźniej  pojutrze,  będzie  miała  w  ręku  nakaz  sądowy. 

Policja  przeszuka  wtedy  wszystkie  schowki  i  zakątki.  Księgi  zostaną  skonfiskowane.  Będzie  miała 
wszystko, czego potrzeba, by wnieść oskarŜenie. 

Podeszła  bliŜej  do  ciemnego  okna  i  nagle  coś  kazało  jej  się  odwrócić  i  spojrzeć  w  światło  i  cień 

ulicy za jej plecami. 

Wieczorny  ruch  przetaczał  się  obok  z  hałasem.  Roześmiana  para  spacerowała  ramię  w  ramię  po 

chodniku,  po  drugiej  stronie  ulicy.  Muzyka  buchająca  przez  otwarte  okna  samochodów,  głośna  i 
chaotyczna, poprzecinana była dźwiękami klaksonów i od czasu do czasu piskiem hamulców. 

Wszystko wyglądało najzupełniej normalnie. Nie spostrzegła niczego, co mogłoby spowodować to 

swędzenie  między  łopatkami.  A  jednak  gdy  lustrowała  wzrokiem  ulicę  i  pobliskie  budynki,  by  się 
upewnić, Ŝe nikt nie zwraca na nią uwagi, nie opuszczało jej uczucie, Ŝe jest śledzona. 

W końcu doszła do wniosku, Ŝe to pewnie gęsia skórka. Dreszcz strachu musiał być pozostałością 

po tej nocy w alejce, postanowiła więc nie zwracać na niego uwagi. Nie moŜna Ŝyć, jeśli człowiek jest 
zbyt  przestraszony,  by  wyjść  nocą  na  ulicę.  Albo  jest  takim  paranoikiem,  Ŝe  zagląda  za  kaŜdy  róg, 
zanim zdecyduje się wziąć zakręt. Dla niej, przynajmniej, to niemoŜliwe.  

Przez  większą  część  Ŝycia  była  kochana,  otoczona  opieką,  a  nawet  rozpieszczana  przez  starszą 

siostrę.  I  choć  zawsze  będzie  wdzięczna  Cilli,  po  wyjeździe  z  Denver  do  Urbany  powzięła  pewne 
postanowienie, Ŝe wyciśnie swoje piętno. Nie da się jednak tego osiągnąć, jeśli będzie uciekała przed 
cieniem. 

Postanawiając  pokonać  własne  niezdecydowanie,  obeszła  cały  budynek,  szybkim  krokiem 

pokonując krótkie, wąskie przejście między antykwariatem a sąsiednim butikiem. 

Tyły budynku okazały się równie solidnie zabezpieczone i mało zachęcające jak jego front. Sklep 

miał  jedno  okno  z  Ŝelaznymi  kratami  oraz  szerokie  drzwi  z  potrójną  zasuwą.  Tutaj  nie  było  juŜ 
ulicznych latarni, które rozproszyłyby mrok. 

-  Nie wyglądasz wcale głupio. 
Na dźwięk tego głosu odskoczyła i byłaby się potknęła o rząd kubłów na śmieci, gdyby jakaś ręka 

nie chwyciła jej za nadgarstek. Otworzyła usta do krzyku, podniosła pięść do walki i wtedy rozpoznała 
swego towarzysza. 

- To ty! - Ubrany na czarno, był ledwie widoczny w ciemnościach. Ale ona juŜ wiedziała. 
- Myślałem, Ŝe masz juŜ dosyć uliczek na tyłach domów. - Nie puścił jej, choć powinien. Jego palce 

zamknęły się jak bransoletka wokół jej nadgarstka, i wyczuły szybki, mocny puls. 

-  Śledziłeś mnie. 
-  Są kobiety, od których nie sposób oderwać wzroku. - Jednym szarpnięciem za rękę przyciągnął ją 

bliŜej,  ku  zaskoczeniu  obojga.  Głos  miał  niski  i  lekko  schrypnięty,  w  oczach  zaś  gniewne  błyski. 
Kombinacja ta wydala jej się pociągająca. -  Co ty tu robisz? - rzucił, a jej nagle zaschło w ustach. 

Przyciągnął ją tak blisko, Ŝe ich uda się zetknęły. Na wargach poczuła ciepły powiew jego oddechu. 

Chcąc zachować dystans oraz pewną kontrolę, połoŜyła mu rękę na piersi. 

Dłoń jej nie przeniknęła jednak na wylot, lecz natrafiła na ciepłą, solidną przeszkodę, za którą po-

czuła szybkie, miarowe bicie serca. 

-  To moja sprawa. 
-    Twoją  sprawą jest  przygotowywanie  konkretnych  aktów  oskarŜenia  i  osądzanie  przestępców,  a 

nie zabawa w detektywa. 

-  Ja się nie bawię... - Urwała i zmruŜyła oczy. - Skąd wiesz, Ŝe jestem prawnikiem? 
-  Wiem o tobie bardzo duŜo, panno O'Roarke - rzucił z uśmiechem. - Na tym polega moja praca. 

Siostra cięŜko pracowała na twoje studia prawnicze. Nie po to ukończyłaś je z pierwszą lokatą, by teraz 
zakradać się od tyłu do zamkniętych budynków. Zwłaszcza jeśli front tego budynku jest przykrywką dla 
ś

mierdzących interesów. 

-  Więc wiesz o tym miejscu? 
-  Jak juŜ mówiłem, wiem wystarczająco duŜo.  

background image

 

17 

Pomyślała,  Ŝe  skutkami  jego  nagłego  wtargnięcia  w  jej  Ŝycie  zajmie  się  później.  Teraz  musi 

wykonać pewne zadanie. 

-  JeŜeli  masz  jakiekolwiek  informacje  lub  dowody,  dotyczące  tej  domniemanej  operacji  narkoty-

kowej, twoim obowiązkiem jest przekazanie ich prokuraturze. 

-  Jestem w pełni świadomy moich obowiązków. Nie obejmują one jednak targów z łajdakami. 
ś

ar ogarnął jej policzki. Nawet go nie spytała, skąd wiedział o jej rozmowie z Parinem. Wystarczy, 

Ŝ

e poddawał kontroli jej działania. 

-  Poruszam się w granicach prawa - rzuciła ze złością. - A to więcej, niŜ ty moŜesz powiedzieć o 

sobie. Ty zakładasz maskę i bawisz się w Zorro, ustanawiając własne reguły. Przez to stajesz się częścią 
problemu, a nie rozwiązania. 

Jego oczy w rozcięciach maski zwęziły się w szparki. 
-  Byłaś mi bardzo wdzięczna za to rozwiązanie zaledwie kilka nocy temu. 
Uniosła głowę. śałowała, Ŝe nie moŜe zmierzyć się z nim na swoim gruncie, czyli w świetle dnia. 
-  JuŜ ci dziękowałam za pomoc. Zresztą, całkiem niepotrzebną. 
-  Powiedz mi, zawsze jesteś taka zarozumiała, panno O'Roarke? 
-  Raczej pewna siebie - poprawiła. 
-  I zawsze wygrywasz w sądzie? 
-  Mam znakomite wyniki. 
-  Zawsze wygrywasz? - powtórzył. 
-  Nie, ale nie o to chodzi. 
-  Właśnie, Ŝe o to. W tym mieście toczy się wojna, panno O'Roarke. 
-  A ty mianowałeś siebie generałem grzecznych chłopców. 
Nie uśmiechnął się. 
-  Nie. Ja walczę samotnie. 
-  Nie próbuj... 
Nie dał jej skończyć, lecz przerwał jej raptownie, zakrywając usta dłonią w czarnej rękawiczce. Nie 

dlatego,  Ŝe  coś  usłyszał,  tylko  Ŝe  coś  poczuł  -  jak  niektórzy  czują  głód  lub  pragnienie,  miłość  lub 
nienawiść.  Albo, jak  przed  wiekami,  gdy  ludzkie  zmysły  nie  były  jeszcze  stępione  przez  cywilizację, 
człowiek potrafił wyczuć niebezpieczeństwo. 

Nim zdąŜyła zareagować, odciągnął ją na bok, popchnął na ziemię i nakrył swoim ciałem za ścianą 

sąsiedniego budynku. 

-  Co ty wyprawiasz, do jasnej cholery?! 
Od wybuchu, który spuentował jej słowa, zadzwoniło jej w uszach. Nagły błysk światła zwęził jej 

ź

renice.  Nim  zdąŜyła  zamknąć  oczy,  oślepione  blaskiem,  zobaczyła  wzlatujące  w  powietrze  odłamki 

szkła i pociski ze spalonej cegły. Ziemia zadrŜała pod nią, gdy eksplodował antykwariat. 

PrzeraŜona, a zarazem zafascynowana patrzyła, jak śmiercionośny odłamek betonu roztrzaskał się 

niespełna metr od jej twarzy. 

-  Nic ci się nie stało? - zapytał, a poniewaŜ nie odpowiadała, cała drŜąca, ujął dłonią jej twarz i od-

wrócił ku sobie. 

-  Deborah, nic ci się nie stało? 
Musiał dwukrotnie powtórzyć jej imię, zanim jej oczy utraciły ten szklisty wyraz. 
-  Nic - wykrztusiła. - A tobie? 
-  Nie czytasz gazet? - Blady cień uśmiechu przemknął przez jego wargi. - Jestem niezniszczalny. 
-  Racja. - Westchnęła i spróbowała usiąść. Przez chwilę nie ruszał się, tylko pozwolił, by jego ciało 

pozostało  tam,  gdzie  było;  gdzie  chciał,  by  teraz  było.  Przytulone  do  jej  ciała.  Zaledwie  centymetry 
dzieliły jego twarz od jej twarzy. Zaczął się zastanawiać, co by się stało, gdyby pokonał ten dystans i 
pozwolił ustom napotkać jej wargi. 

Deborah  uświadomiła  sobie,  Ŝe  chce  ją  pocałować,  i  zamarła.  Ogarnęło  ją  dziwne  uczucie.  Nie 

gniew jednak, jak się mogła spodziewać, lecz podniecenie - instynktowne i dzikie. Przepływało przez 
nią  potęŜną  falą,  blokując  inne  odczucia.  Z  cichym  pomrukiem  przyzwolenia  uniosła  rękę  do  jego 
policzka. 

Palce  musnęły  jego  maskę.  śachnął  się,  jakby  dała  mu  w  twarz.  A  potem  nagle  podniósł  się  i 

pomógł jej wstać. Walcząc z druzgocącą kombinacją upokorzenia i furii, okrąŜyła mur i poszła obejrzeć 
tyły antykwariatu. 

Trzeba  przyznać,  Ŝe  niewiele  z  niego  zostało.  Potrzaskane  cegły,  szkło  i  beton.  Wewnątrz 

okaleczonego budynku szalał poŜar. Dach zapadł się z przeciągłym hukiem. 

background image

 

18 

-  Tym razem cię pokonali - powiedział.- Nic juŜ nie znajdziesz - Ŝadnych papierów, narkotyków, 

Ŝ

adnych dowodów. 

-    Zniszczyli  tylko  budynek  -  rzuciła  przez  zaciśnięte  zęby.  Nie  chciała,  Ŝeby  ją  pocałował.  Była 

wstrząśnięta i oszołomiona. Widocznie padła ofiarą chwilowego zaćmienia umysłu. - Ale ktoś jest jego 
właścicielem, i dowiem się, kto to. 

-  To miało być ostrzeŜenie, panno O'Roarke. MoŜe wzięłabyś to pod uwagę. 
-  Nie dam się zastraszyć. Ani przez wybuchające budynki, ani przez ciebie. - Odwróciła się i bez 

zdumienia skonstatowała, Ŝe zniknął. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Było  juŜ  dobrze  po  pierwszej  w  nocy,  gdy  Deborah  dowlokła  się  wreszcie  do  drzwi  swojego 

mieszkania.  Większą  część  minionych  dwóch  godzin  spędziła,  odpowiadając  na  pytania,  składając 
zeznania i unikając reporterów. Jednak na dnie potwornego zmęczenia wciąŜ tliło się uczucie złości na 
człowieka, którego nazywano Nemezis. 

Praktycznie  rzecz  biorąc,  po  raz  kolejny  ocalił  jej  Ŝycie.  Gdyby  w  odpowiednim  momencie  nie 

odciągnął jej na bezpieczną odległości od sklepu, zginęłaby. Potem jednak zostawił jej na głowie cały 
ten bałagan, który musiała sama uporządkować przed policją. 

Na  domiar  wszystkiego  podczas  ich  krótkiej  rozmowy  dał  jej  wyraźnie  do  zrozumienia,  Ŝe  nie 

wierzy  w  skuteczność  działalności  oficjalnych  przedstawicieli  prawa.  A  przecieŜ,  odkąd  skończyła 
osiemnaście lat, studiowała i pracowała, mając przed oczyma jeden cel - chciała zostać prokuratorem. 
On tymczasem wzruszeniem ramion skwitował te wszystkie lata jako zmarnowane. 

Tymczasem on, myślała, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczy, on woli przemykać ulicami, 

wymierzając sprawiedliwość wedle własnych, osobistych kryteriów. Nie da się na to złapać. Zanim ta 
sprawa zostanie zamknięta, udowodni mu, Ŝe system prawny działa i jest skuteczny. 

Natomiast sobie samej udowodni, Ŝe jego osoba ani trochę jej nie interesuje. 
-  Wyglądasz, jakbyś miała cięŜką noc.  
Odwróciła się, trzymając klucze w ręce. Sąsiadka z przeciwka, pani Greenbaum, stała w otwartych 

drzwiach i patrzyła na nią przez okulary w czerwonych oprawkach. 

-  Jeszcze pani nie śpi, pani Greenbaum? 
-  Właśnie skończyłam oglądać program Davida Lettermana. Ten chłopak mnie rajcuje. - Lil Green-

baum,  lat  siedemdziesiąt,  z  niezłą  emeryturą,  chroniącą  ją  jak  bufor  przed  kataklizmami  losu,  Ŝyła 
wedle  własnego  zegara  oraz  własnego  widzimisię.  W  tym  momencie  miała  na  sobie  stary  frotowy 
szlafrok,  papucie  z  wizerunkami  księcia  Karola  i  Lady  Di  oraz  jaskraworóŜową  kokardę  zdobiącą 
farbowane henną włosy. - MoŜe drinka? To ci dobrze zrobi. Co powiesz na gorącą herbatę z whisky? 

Deborah juŜ miała odmówić, kiedy sobie uświadomiła, Ŝe herbata z whisky to jest dokładnie to, o 

co jej chodzi. Uśmiechnęła się, wrzuciła klucze do kieszeni Ŝakietu i przeszła na drugą stronę korytarza. 

-  MoŜe być podwójna. 
-  JuŜ nastawiłam wodę. Usiądź i zdejmij buty. - Pani Greenbaum poklepała ją po ręce, a potem po-

spieszyła do kuchni. 

Deborah,  przepełniona  wdzięcznością,  zatonęła  w  grubych  poduchach  sofy.  Telewizor  nadal  był 

włączony, a na ekranie migotał czarno-biały obraz. Deborah rozpoznała młodego Cary Granta, ale nie 
film. Pani Greenbaum będzie wiedziała, pomyślała. Lil Greenbaum wiedziała wszystko. 

Mieszkanie  pani  Greenbaum,  z  gościnną  sypialnią  zawsze  gotową  dla  któregoś  z  jej  licznych 

wnuków,  było  zagracone,  ale  schludne  i  czyste.  Stoły  były  zastawione  licznymi  fotografiami  i 
bibelotami.  Na  telewizorze  królowała  lampa  z  wulkanicznej  lawy,  z  olbrzymim  symbolem  pokoju, 
wykonanym  z  mosiądzu,  przytwierdzonym  do  podstawy.  Lil  była  bardzo  dumna  z  tego,  Ŝe  w  latach 
sześćdziesiątych  brała  udział  w  marszach  przeciwko  establishmentowi.  Protestowała  takŜe  przeciwko 
reaktorom nuklearnym, wypalaniu tropikalnych lasów oraz wzrostowi kosztów opieki medycznej. 

Jak często mówiła do Deborah, lubiła protestować. Bo jeśli potrafisz sprzeciwiać się systemowi, to 

znaczy, Ŝe jeszcze Ŝyjesz i się nie poddajesz. 

-  Masz. - Lil przyniosła dwa lekko wyszczerbione ceramiczne kubki, wykonane przez któreś z jej 

młodszych  dzieci. Zerknęła  na  ekran  telewizora. - „Penny Serenade”, tysiąc dziewięćset czterdziesty 
pierwszy. Czy to nie był przypadkiem Cary Grant? - Postawiła kubki, wzięła pilota i wyłączyła telewi-
zję. - A teraz mów, w co się znowu wpakowałaś? 

-  Czy to aŜ tak widać? 
Pani Greenbaum upiła spory łyk herbaty doprawionej whisky. 

background image

 

19 

-  Ubranie w kompletnym nieładzie. - Przysunęła się bliŜej i pociągnęła nosem. - Pachnie dymem. 

Na policzku masz smugę sadzy, oczko w pończosze i pasję w oczach. Sądząc po ich spojrzeniu, w grę 
musi wchodzić jakiś męŜczyzna. 

-  Wydział  śledczy  mógłby  panią  zatrudnić,  pani  Greenbaum.  -  Deborah  sączyła  herbatę, 

rozkoszując się jej smakiem. - Trochę się nachodziłam. Budynek, który chciałam sprawdzić, wyleciał w 
powietrze. 

ś

ywe  zainteresowanie,  widniejące  w  oczach  pani  Greenbaum,  przerodziło  się  natychmiast  w 

niekłamaną troskę. 

-  Nic ci się nie stało? 
-  Nie, mam zaledwie kilka sińców. - Będą pasowały do tych sprzed tygodnia, pomyślała. - Tylko 

moje  ego  trochę  ucierpiało.  Wpadłam  na  mściciela.  -  Deborah  nie  wspominała  jej  o  pierwszym 
spotkaniu,  gdyŜ  była  boleśnie  świadoma  namiętnego  uwielbienia,  jakim  sąsiadka  darzyła  tego 
człowieka w czerni. 

Za grubymi okularami oczy pani Greenbaum omal nie wyszły z orbit. 
-  Naprawdę go widziałaś? 
-  Widziałam go, rozmawiałam z nim, a na koniec zostałam rzucona przez niego na beton tuŜ przed 

tym, nim budynek wyleciał w powietrze. 

-  O BoŜe! - Lil wykonała dramatyczny gest. - To nawet bardziej romantyczne niŜ moje spotkanie z 

Greenbaumem na wiecu pod Pentagonem. 

-  Nie  było  w  tym  grama  romantyzmu.  Facet  jest  nieznośny,  przy  tym  najprawdopodobniej  to 

maniak, i z całą pewnością niebezpieczny. 

-  To bohater. - Pani Greenbaum pogroziła Deborah palcem o szkarłatnym paznokciu. - Nie nauczy-

łaś się jeszcze rozpoznawać bohaterów. A to dlatego, Ŝe w dzisiejszych czasach nie ma ich zbyt wielu. - 
SkrzyŜowała nogi tak, Ŝe Lady Di uśmiechała się do Deborah. - No więc jak on wygląda? Te raporty to 
istne pomieszanie z poplątaniem. Jednego dnia to dwumetrowy czarnoskóry męŜczyzna, a innym razem 
wampir o bladej twarzy, z kłami. Kiedyś przeczytałam nawet, Ŝe to mała zielona kobieta o czerwonych 
oczach. 

-  On nie jest kobietą - mruknęła Deborah. Zbyt wyraźnie pamiętała to uczucie, gdy całym ciałem 

przygniótł ją do ziemi. - I tak naprawdę nie mam pojęcia, jak wygląda. Było ciemno, a większą część 
twarzy miał ukrytą pod maską. 

-  Jak Zorro? - zapytała pani Greenbaum z nadzieją w głosie. 
-  Nie. To znaczy, nie wiem. MoŜe... - Westchnęła, a potem nagle postanowiła zaspokoić ciekawość 

sąsiadki. - Ma chyba z metr osiemdziesiąt pięć i jest szczupły, ale dobrze zbudowany. 

- A jakiego koloru ma włosy? 
-  Były  zakryte.  Widziałam  tylko  zarys  jego  podbródka.  -  Mocny,  zdecydowany.  -  I  jego  usta.  - 

Które na długą, podniecającą chwilę, zawisły nad jej ustami. - Nic specjalnego - powiedziała szybko, i 
pociągnęła łyk herbaty. 

-  Hmm.  -  Pani  Greenbaum  miała  własną  wersję.  Była  dwukrotnie  zamęŜna  i  dwukrotnie  owdo-

wiała, nie mówiąc o tym, Ŝe przeŜyła całą serię romantycznych przygód. Dlatego bez trudu rozpoznała 
symptomy.  -  Jego  oczy?  Rasę  męŜczyzny  zawsze  moŜna  poznać  po  oczach.  Choć  ja  bym  raczej 
obejrzała jego tyłek. 

Deborah zachichotała. 
- Ciemny. 
- Jak to, ciemny? 
- Po prostu ciemny. On zawsze przebywa w mroku - wyjaśniła. 
-  Przemyka  się  w  mroku,  Ŝeby  wykorzenić  zło  i  bronić  niewinnych.  Czy  moŜe  być  coś  bardziej 

romantycznego? 

-  Ale on zwalcza system. 
-  TeŜ tak uwaŜam. I uwaŜam teŜ, Ŝe się go za mało zwalcza. 
-  Nie mówię, Ŝe nie pomógł wielu ludziom, ale wyszkoliliśmy przecieŜ w tym celu stróŜów prawa. 

- Marszcząc brwi, zajrzała w głąb swojego kubka.  Za kaŜdym razem, kiedy potrzebowała pomocy, w 
pobliŜu  nie  było  ani  jednego  policjanta.  Nie  mogą  być  wszędzie.  A  ona,  w  obu  wypadkach, 
prawdopodobnie  sama  by  sobie  poradziła.  Prawdopodobnie.  Postanowiła  uŜyć  ostatniego  i 
definitywnego argumentu: - On nie ma Ŝadnego szacunku dla prawa. 

-  Chyba się mylisz. Myślę, Ŝe ma dla niego wielki szacunek. Interpretuje je tylko inaczej niŜ ty. -

Znów  poklepała  Deborah  po  ręku.  -  Dobra  z  ciebie  dziewczyna  i  bystra,  ale  nauczyłaś  się  chodzić 
bardzo wąską ścieŜką. Powinnaś pamiętać, Ŝe ten kraj zrodził się z buntu. Często o tym zapominamy, a 

background image

 

20 

potem  rozleniwiamy  się  i  hodujemy  brzuchy,  i  tak  jest,  dopóki  ktoś  się  nie  pojawi  i  nie  zacznie 
kwestionować status quo. Potrzebujemy buntowników, w tym samym stopniu, co bohaterów. Bez nich 
ś

wiat byłby smutny i nudny. 

-  MoŜe - przyznała bez większego przekonania Deborah. - Ale potrzebujemy teŜ zasad. 
-  O tak. - Pani Greenbaum uśmiechnęła się. - Potrzebujemy zasad. Bo jak inaczej moglibyśmy je 

łamać. 

 
Gage zamknął oczy,  gdy  kierowca wiózł go limuzyną przez  miasto. Przez całą noc po eksplozji i 

cały następny dzień rozwaŜał w myślach dziesiątki powodów, dla których powinien odwołać randkę z 
Deborah O'Roarke. 

Wszystkie były bardzo praktyczne, rozsądne i uzasadnione. A jako przeciwwagę miał tylko jeden 

niepraktyczny, szaleńczy powód. 

Pragnął Deborah. 
Przeszkadzała mu w pracy, zarówno w dzień, jak i w nocy. Od chwili gdy ją zobaczył, nie był w 

stanie myśleć o nikim innym. Skorzystał z Internetu, by zdobyć kaŜdą nawet najdrobniejszą informację 
na jej temat. Wiedział, Ŝe urodziła się w Atlancie, dwadzieścia siedem lat temu. śe gdy była dzieckiem, 
straciła  rodziców,  brutalnie  zamordowanych.  śe  wychowywała  ją  siostra  i  razem  przemierzyły  cały 
kraj.  Siostra  pracowała  w  radiu  i  była  teraz  nowym  dyrektorem  rozgłośni  KHIP  w  Denver,  gdzie 
Deborah uczęszczała do college'u. 

Po studiach podjęła pracę w prokuraturze okręgowej w Urbanie, gdzie zyskała sobie opinię osoby 

sumiennej, skrupulatnej i ambitnej. 

Wiedział,  Ŝe  miała jeden  powaŜny  romans  i  Ŝe  po jego  zakończeniu  spotykała  się sporadycznie  z 

paroma męŜczyznami. 

Był zły na siebie, gdy sobie uświadomił, Ŝe tę ostatnią informację przyjął z ogromną ulgą. 
Deborah stanowiła dla niego zagroŜenie. Czuł to i rozumiał, a jednak nie potrafił go uniknąć. Nawet 

po ich spotkaniu poprzedniej nocy, gdy doprowadziła Gage'a do takiego stanu, Ŝe niewiele brakowało, a 
byłby stracił panowanie nad sobą, nie był w stanie wyrzucić jej ze swoich myśli. 

Spotykać się z nią nadal, znaczyło oszukiwać ją - i samego siebie. 
Mimo to, kiedy samochód skręcił na podjazd przed domem, w którym mieszkała, wysiadł, wszedł 

do budynku i wjechał windą na piętro. 

Gdy  Deborah  usłyszała  pukanie  do  drzwi,  przestała  krąŜyć  nerwowo  po  pokoju.  Przez  ostatnie 

dwadzieścia  minut  pytała  samą  siebie,  czemu  zgodziła  się  spotkać  z  męŜczyzną,  którego  prawie  nie 
znała. I to takim, który wprawdzie uchodzi za znawcę kobiet, ale jest poślubiony swojej firmie. 

Musiała przyznać, Ŝe podbił ją swoim wdziękiem. MoŜe zaintrygowała ją takŜe jego skłonność do 

dominacji?  MoŜe  stała  się  ona  dla  niej  wyzwaniem?  Zastygła  na  moment  z  ręką  na  klamce.  To  bez 
znaczenia, zapewniła samą siebie. To tylko jeden wieczór, zwyczajna kolacja. Nie jest przecieŜ naiwną 
nastolatką i nie spodziewa się niczego prócz dobrego jedzenia oraz inteligentnej rozmowy. 

Ciemnogranatowy  jedwab,  z  którego  uszyty  był  wieczorowy  kostium,  podkreślał  barwę  jej  oczu. 

Spódniczka, krótka i obcisła, pozwalała podziwiać długie, smukłe, zgrabne nogi. Zaś doskonałe uszyty 
Ŝ

akiet,  o  kroju  męskiej  marynarki,  kazał  się  zastanawiać, czy  ma  pod  nim  kolejną  warstwę jedwabiu, 

czy gołe ciało. Światło lampy zapalonej przy drzwiach, odbijało się w kaskadach białych i niebieskich 
kamyków, które wpięła w uszy. 

Tanie komplementy, do których rozdawania był przyzwyczajony, wydały mu się nie na miejscu. 
-  Jesteś punktualna - wykrztusił. 
-  Zawsze. - Uśmiechnęła się do niego. - To jest jak nałóg. - Zamknęła za sobą drzwi. Nie zaprosiła 

go do środka, bo tak było, jej zdaniem, bezpieczniej. 

Kilka  chwil  później  rozsiadła  się  na  tylnym  siedzeniu  limuzyny,  obiecując  sobie,  Ŝe  będzie  się 

dobrze bawić. 

-  Zawsze jeździsz w ten sposób? - zapytała. 
-  Nie. Tylko kiedy jest mi wygodniej. 
Nie mogąc oprzeć się pokusie, zdjęła buty i zanurzyła stopy w mięsistym, złotobrązowym dywanie. 
-  Ja wołałabym tak podróŜować. Nie trzeba polować na taksówki ani pędzić do metra. 
- Ale traci się duŜo z Ŝycia na ulicach - i pod nimi.  
Odwróciła  się  do  Gage'a.  W  ciemnym  garniturze  i  krawacie  w  delikatny  prąŜek  wyglądał  na 

eleganckiego człowieka sukcesu. Przy mankietach białej  koszuli połyskiwały złote spinki. 

-  Nie chcesz mi chyba powiedzieć, Ŝe jeździsz metrem. 

background image

 

21 

-    Owszem,  kiedy  wydaje  mi  się,  Ŝe  tak  będzie  najwygodniej  -  odparł  z  uśmiechem.  -  Chyba  nie 

wierzysz w to, Ŝe przy pomocy pieniędzy moŜna się odizolować od rzeczywistości? 

-  Nie, nie wierzę. - Była jednak zdumiona, Ŝe i on w to nie wierzy. - Szczerze mówiąc, nigdy nie 

miałam ich aŜ tyle, Ŝeby mnie kusiło spróbować. 

-  Nie  kusiłoby cię. - Musiało mu wystarczyć to, Ŝe  musnął palcami jej włosy. - Mogłaś przecieŜ 

wziąć  prywatną  praktykę  w  jednej  z  najlepszych  kancelarii,  z  pensją,  przy  której  twoje  pobory  w 
prokuraturze wyglądałyby jak kieszonkowe. A jednak nie zrobiłaś tego. 

Wzruszyła ramionami. 
-  Nie myśl sobie, Ŝe nie ma takich momentów, w których nie podawałabym w wątpliwość mojej 

poczytalności. - Uznając, Ŝe bezpieczniej będzie przenieść się na bardziej bezosobowy grunt, spojrzała 
przez okno. - Gdzie jedziemy? 

-  Na kolację. 
-  A to mi ulŜyło, bo nie jadłam dziś lunchu. Miałam na myśli: dokąd. 
-  Jesteśmy na miejscu. - Wziął ją za rękę w chwili, gdy limuzyna zatrzymała się przy krawęŜniku. 

Znajdowali się na obrzeŜach miasta, w świecie prestiŜu i pieniądza. Tutaj odgłosy ulicznego ruchu były 
juŜ tylko odległym echem, a w powietrzu unosił się delikatny zapach kwitnących róŜ. 

Deborah  wysiadła  i  stłumiła  okrzyk  zachwytu.  Widziała  wprawdzie  zdjęcia  tego  domu,  ale  to 

jednak nie to samo, co zobaczyć go na własne oczy. Górował dumnie nad całą ulicą. 

Zbudowany  został  w neogotyckim  stylu,  na  przełomie  dziewiętnastego  i  dwudziestego  wieku,  dla 

pewnego filantropa. Deborah czytała gdzieś, Ŝe Gage nabył go jeszcze przed wyjściem ze szpitala. 

Baszty  i  wieŜyczki  strzelały  w  niebo.  W  wąskich  oknach  odbijało  się  słońce,  chylące  się  juŜ  z 

wolna  ku  zachodowi.  Szerokie  tarasy  płynną  linią  otaczały  węgły  budynku.  Na  najwyŜszym  piętrze 
dominowało olbrzymie łukowate okno, z którego roztaczał się widok na całe miasto. 

-  Widzę, Ŝe wziąłeś sobie do serca maksymę „Mój dom to moja twierdza”. 
-  Lubię przestrzeń i prywatność. Zdecydowałem się jednak zrezygnować z fosy. 
Deborah podeszła ze śmiechem do rzeźbionej bramy. 
-  Masz ochotę na małą turę przed jedzeniem? 
-  Oczywiście. - Ujęła go pod ramię. - Skąd zaczniemy? 
Gage  poprowadził  ją  przez  kręte  korytarze,  pod  wysoko  sklepionymi  stropami,  do  olbrzymich 

komnat. Nie mógł sobie przypomnieć, by jego dom sprawiał mu kiedykolwiek radość większą niŜ teraz, 
gdy go oglądał jej oczyma. 

W  domu  znajdowała  się  imponująca  biblioteka  pełna  ksiąŜek  -  od  najnowszych  egzemplarzy  po 

kieszonkowe  wydania  z  wytłuszczonymi  rogami.  Były  salony  z  rzeźbionymi  starymi  stolikami  i 
delikatną  porcelaną.  Wazy  Ming,  konie  Tang,  kryształy  Lalique'a...  Ściany  pomalowane  na  głębokie, 
nasycone kolory równowaŜyło lśniące drewno i malarstwo impresjonistów. 

We  wschodnim  skrzydle  znajdowały  się  oranŜeria,  kryty  basen  oraz  w  pełni  wyposaŜona  sala 

gimnastyczna  z  osobnym  jaccuzi  i  sauną.  Kolejny  korytarz  i  kręte  schody  prowadziły  na  piętro,  do 
czterech sypialni, w których królowały łoŜa albo rzeźbione, albo pod baldachimem. 

W pewnym momencie Deborah przestała liczyć pokoje. 
Jeszcze jedne schody, a potem olbrzymi gabinet z czarnym ogromnym biurkiem i szerokim oknem, 

które  zachód  słońca  zabarwił  na  róŜowo.  I  komputery,  w  milczącym  oczekiwaniu.  Dalej  pokój 
muzyczny,  wyposaŜony  w  biały  fortepian  i  starą  grającą  szafę.  Oszołomiona  Deborah  weszła  do 
lustrzanej  sali  balowej  i  popatrzyła  na  swoje  zwielokrotnione  odbicie.  W  górze  trzy  wspaniałe 
kandelabry skrzyły się oślepiającym blaskiem. 

-  Zupełnie  jak  w  filmie  -  mruknęła.  -  Powinnam  chyba  mieć  na  sobie  suknię  z  krynoliną  i 

upudrowaną perukę. 

-  Nie. - Gage znów dotknął jej włosów. - Myślę, Ŝe dobrze jest tak, jak jest. 
Potrząsając głową, weszła w głąb sali, a potem, wiedziona impulsem, obróciła się trzy razy wokół 

własnej osi. 

-  To naprawdę niewiarygodne. Nigdy nie czułeś potrzeby, Ŝeby wejść do tej sali i zatańczyć? 
-  AŜ do tej pory nie. - Ku zaskoczeniu obojga, objął ją w talii i porwał do walca. 
Powinna  się  roześmiać,  rzucić  mu  rozbawione,  zalotne  spojrzenie  i  potraktować  ten  impulsywny 

gest tak, jak na to zasługiwał. Niestety, nie potrafiła. Mogła tylko patrzeć mu w oczy, gdy wirował z nią 
wzdłuŜ ścian lustrzanej sali. 

PołoŜyła  dłoń  na  jego  ramieniu,  druga  zaś  uwięziona  była  w  jego  ręce.  Ich  kroki  były 

nadspodziewanie zgrane, choć wcale się o to nie starali. Zastanawiała się tylko, dość niemądrze, czy on 
słyszy tę samą muzykę, co ona. 

background image

 

22 

On jednak nie słyszał nic, prócz jej miarowego oddechu. Nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykol-

wiek  był  tak  całkowicie  i  bez  reszty  świadom  obecności  drugiej  osoby.  Sposobu,  w  jaki  jej  długie, 
czarne  rzęsy  obramowują  oczy.  Subtelnego  odcienia  brązu  roztartego  na  powiekach.  BladoróŜowego, 
wilgotnego błyszczyka na wargach. 

Tam, gdzie objął Deborah w talii, jedwab był rozgrzany od jej ciała. A ciało to zdawało się płynąć 

wraz  z  jego  ciałem,  uprzedzając  kaŜdy  krok,  kaŜdy  obrót.  Włosy  miała  rozwiane,  a  on  aŜ  do  bólu 
pragnął  zanurzyć  w  nie  ręce.  Spowijał  go  delikatny  zapach  perfum,  słodkawy  i  kuszący.  Zaczął  się 
zastanawiać, czy poczułby ich smak, gdyby przycisnął usta do długiej, białej szyi. 

Zobaczyła zmianę w oczach Gage'a, ciemniejących, w miarę jak rosło jego poŜądanie. I tak jak jej 

kroki  zgrane  były  z  jego  krokami,  tak  stało  się  równieŜ  z  jej  pragnieniem.  Czuła,  jak  budzi  się  i 
rozrasta,  niczym  Ŝywe  stworzenie,  aŜ  całe  jej  ciało  zaczęło  wibrować.  Nachyliła  się  do  Gage'a,  z 
niemym pytaniem. 

Gage zatrzymał się. Ich sylwetki zwielokrotniły lustra. MęŜczyzna i kobieta splecieni w uścisku, na 

granicy czegoś, czego Ŝadne z nich nie rozumiało. 

Deborah poruszyła się pierwsza - zrobiła ostroŜny krok do tyłu. Taką juŜ miała naturę, Ŝe musiała 

się powaŜnie zastanowić przed podjęciem decyzji. Gage zacisnął dłoń na jej ręce. Z jakichś powodów 
pomyślała, Ŝe miało to być ostrzeŜenie. 

-  Ja... kręci mi się w głowie. 
Wolno, bardzo wolno, odsunął rękę od jej talii. 
-  Wobec tego lepiej będzie, jak cię nakarmię. 
-  Tak. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. - Tak będzie lepiej. 
Jedli  krewetki  z  wody,  przyprawione  pomarańczą  i  rozmarynem.  A  choć  Gage  pokazał  jej 

wcześniej  olbrzymią  jadalnię  z  cięŜkimi  mahoniowymi  kredensami  i  bufetami,  kolację  spoŜyli  w 
małym  saloniku,  przy  stole  pod  łukowatym  oknem.  Pomiędzy  kolejnymi  łykami  szampana  mogli 
oglądać zachód słońca nad miastem. Na stole stały dwie smukłe świece i pojedyncza czerwona róŜa. 

-    Jak  tu  pięknie  -  powiedziała  Deborah.  -  Wspaniały  widok  na  miasto.  Widzisz  wszystkie  jego 

moŜliwości i Ŝadnych problemów. 

-  Czasami dobrze jest cofnąć się o krok.  - Patrzył przez chwilę na miasto, a potem odwrócił się, 

jakby o nim zapomniał. - W przeciwnym wypadku problemy te pochłonęłyby cię Ŝywcem. 

-  Nadal jednak jesteś ich świadomy. Wiem, Ŝe przekazujesz duŜe darowizny na rzecz bezdomnych, 

na centra rehabilitacyjne oraz akcje charytatywne. 

-  Łatwo jest dawać pieniądze, kiedy ma się ich więcej niŜ potrzeba. 
-  To brzmi cynicznie. 
-  Raczej realistycznie - skwitował z chłodnym uśmiechem. - Jestem biznesmenem, Deborah. Daro-

wizny odpisuje się od podatku. 

Przyjrzała mu się uwaŜnie, marszcząc brwi. 
-  Moim zdaniem, szkoda byłoby, gdyby ludzie okazywali hojność tylko wtedy, kiedy mają z tego 

korzyść. 

-  Teraz mówisz jak idealistka.  
Zirytowana, postukała palcem w swój kieliszek. 
-  JuŜ po raz drugi w ostatnich dniach mi to zarzucasz. Powiem ci, Ŝe mi się to nie podoba. 
-  Nie było to zamierzone jako zarzut, tylko konstatacja - Odwrócił wzrok, bo w tym momencie do 

pokoju  wszedł  Frank,  niosąc  dwa  czekoladowe  suflety.  -  Nic  więcej  nie  będzie  nam  potrzebne  tego 
wieczoru. 

PotęŜny męŜczyzna skinął głową. 
-  Dobrze. 
Deborah zauwaŜyła, Ŝe Frank poruszał się z gracją tancerza - rzadki talent u kogoś tak wysokiego i 

zwalistego. OstroŜnie zanurzyła łyŜeczkę w deserze i zapytała: 

-  Czy to twój kierowca, czy lokaj? 
-  I to, i to. A takŜe ani to, ani to. - Dolał jej wina. - MoŜna powiedzieć, Ŝe to mój wspólnik z po-

przedniego Ŝycia. 

Zaintrygowana, uniosła brwi. 
-  Co to znaczy? 
-  Był  kieszonkowcem,  którego  przymknąłem  raz  czy  dwa,  kiedy  byłem  policjantem.  Potem  był 

moją wtyczką. A teraz... prowadzi mój wóz i wpuszcza gości - między innymi. 

Spojrzała na długie palce Gage'a, obejmujące smukłą nóŜkę kryształowego kieliszka. 
-  Trudno wyobrazić sobie ciebie, pracującego na ulicach. 

background image

 

23 

-  Chyba tak - przyznał z uśmiechem, patrząc, jak blask świec odbija się w jej oczach. 
-  Jak długo byłeś policjantem? 
-  O jedną noc za długo - odparł krótko i stanowczo, po czym wziął ją za rękę. - Chcesz zobaczyć 

widok z dachu? 

-  Tak, chętnie. - Odsunęła się od stołu, rozumiejąc, Ŝe temat jego przeszłości został zamknięty. 
Zamiast schodów wybrał małą windę z przydymionego szkła. 
-    Masz  wszystkie  wygody  -  zauwaŜyła,  gdy  ruszyli  do  góry.  -  Dziwię  się,  Ŝe  nie  ma  tu  lochu  i 

tajemniczego przejścia. 

- AleŜ, są! MoŜe ci nawet pokaŜę... innym razem.  
Ale czy ona chce tego innego razu? Niewątpliwie spędziła fascynujący wieczór. Atmosfera zaś, z 

wyjątkiem  tego  krótkiego  momentu  napięcia  w  sali  balowej,  była  całkiem  swobodna  i  serdeczna. 
Jednak Deborah wyczuwała, Ŝe pod pozą nonszalanckiego zamoŜnego człowieka kryje się niespokojny 
duch. 

To właśnie ją pociągało, a zarazem niepokoiło. 
-  O czym myślisz? 
Uznała, Ŝe najlepszym wyjściem będzie zachować szczerość. 
-  Zastanawiałam się, kim jesteś, i czy chcę być przy tobie na tyle długo, by się tego dowiedzieć. 
Drzwi windy otworzyły się z cichym sykiem, ale on nie ruszył się z miejsca. 
-  A chcesz? 
-  Nie jestem pewna. - Z saloniku wspięła się na najwyŜszą wieŜyczkę budynku. Z westchnieniem 

zachwytu  i  zaskoczenia  podeszła  do  szerokiej  panoramicznej  szyby.  Słońce  juŜ  zaszło  i  całe  miasto 
tonęło w światłach i cieniach. - To niesamowite. - Odwróciła się do Gage'a z uśmiechem. - Naprawdę 
niesamowity widok. 

-  A będzie jeszcze lepszy. - Gage wcisnął guzik w ścianie. Cicho i jak za sprawą czarów szyba roz-

sunęła się, odsłaniając taras. Gage ujął Deborah za rękę i wyprowadził na dwór. 

Oparła się o kamienną balustradę i wychyliła, wystawiając na podmuchy gorącego wiatru. 
-  Widać drzewa w parku miejskim i rzekę. - Niecierpliwie odgarnęła włosy, zasłaniające jej oczy. -

Budynki  wyglądają  tak  ładnie  z  zapalonymi  światłami.  -  W  oddali  ujrzała  migoczące  światełka 
wiszącego mostu Dover Heights. Układały się jak brylantowy naszyjnik na tle ciemnego aksamitu nocy. 

-  O  świcie,  kiedy  robi  się  jasno,  budynki  są  perłowoszare  i  róŜowe.  A  słońce  zapala  się  we 

wszystkich szybach. 

Popatrzyła na Gage'a i na miasto u jego stóp. 
- Czy dlatego kupiłeś ten dom? Dla tego widoku? 
- Dorastałem o kilka przecznic stąd. Ilekroć szliśmy do parku, ciotka mi go pokazywała. Uwielbiała 

ten dom. Jako dziecko, bywała tu na przyjęciach - ona i moja matka. Przyjaźniły się od dzieciństwa. Po 
ś

mierci rodziców ciotka i wuj wychowywali mnie. Gdy po powrocie ze szpitala dowiedziałem się, Ŝe 

odeszli...  byłem  zdruzgotany.  A  potem  zacząłem  myśleć  o  tym  domu  i  wydało  mi  się  słuszne,  Ŝe 
powinienem go kupić i w nim zamieszkać. 

Dotknęła jego dłoni, spoczywającej na balustradzie. 
-  Nie ma chyba nic gorszego niŜ strata kogoś, kogo się kocha i potrzebuje, prawda? 
-  Prawda. 
Gdy spojrzał na Deborah, dostrzegł w jej pociemniałych oczach smutek, zrodzony  z jej własnych 

wspomnień, a takŜe ze współczucia dla jego przeszłości. Wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy z twarzy, 
a potem otoczył dłonią jej policzek. 

- Powinnam juŜ iść - odezwała się Deborah drŜącym głosem, kładąc rękę na dłoni Gage'a pieszczot-

liwym gestem. 

-  Owszem,  powinnaś.  -  Nie  cofając  ręki  i  nie  przestając  spoglądać  jej  w  oczy,  przesunął  się,  za-

mykając  ją  w  pułapce,  między  sobą  a  kamienną  balustradą.  Następnie  delikatnie,  opuszkami  palców 
pogłaskał jej szyję. 

-  Nigdy cię nie kusiło, by postąpić w sposób, o którym wiedziałaś, Ŝe jest błędny? Wiedziałaś, a 

jednak nie mogłaś się powstrzymać. 

Mgła przesłaniała jej umysł. Potrząsnęła głową, by oprzytomnieć. 
-  Ja... nie. Nie, nie lubię popełniać błędów - powiedziała. 
Mimo to czuła, Ŝe jest o krok od tego. Jego dłonie w zetknięciu z jej skórą były takie ciepłe. A oczy 

mroczne i przenikliwe. Zamrugała powiekami, gdyŜ nagle poraziło ją uczucie deja vu. 

Jednak nigdy tu nie była. Powtarzała to sobie, gdy powiódł kciukami po delikatnej skórze pod jej 

podbródkiem. 

background image

 

24 

-  Ja teŜ nie. 
Westchnęła  i  zamknęła  oczy,  ale  on  musnął  tylko  wargami  jej  czoło.  Ten  przelotny  kontakt 

wywołał w niej silną reakcję. DrŜała pośród upalnej nocy, gdy jego usta delikatnie dotykały jej skroni. 

-  Pragnę  cię.  -  W  jego  schrypniętym  głosie  zabrzmiało  napięcie,  gdy  wsunął  palce  w  jej  włosy. 

Otworzyła  szeroko  oczy.  W  jego  wzroku  dostrzegła  wyraźne  poŜądanie.  -  Pragnę  cię  tak,  Ŝe  brak  mi 
tchu. Jesteś moją pomyłką, Deborah. Taką, której nigdy nie zamierzałem popełniać. 

Jego usta dotknęły jej warg zachłannie, bez tej draŜniącej uwodzicielskiej nuty, której się spodzie-

wała i której zdecydowana była się oprzeć. Gdzie się podział ten elegancki, wyrafinowany biznesmen, z 
którym jadła niedawno kolację? Miała przed sobą ogarniętego namiętnością, groźnego męŜczyznę, któ-
rego wcześniej widziała tylko w przelotnych momentach. 

MęŜczyzna ten przeraŜał ją, fascynował i uwodził. 
Odpowiedziała  bez  wahania,  nie  zwaŜając  na  nic,  bez  zastanowienia.  Siła  zderzyła  się  z  siłą,  a 

pragnienie z pragnieniem. 

Nawet  nie  poczuła  szorstkiego  kamienia  pod  plecami,  gdy  Gage  do  niej  przywarł,  tylko  jego 

umięśnione,  wysmukłe  ciało.  Całując,  odkryła  coś  tajemniczego  -  upojny  smak  nieokiełzanej 
namiętności. Z westchnieniem rozkoszy przyciągnęła go tak blisko, jak to tylko moŜliwe. 

Przekroczyła jego najśmielsze marzenia. Gładka jak jedwab, pachnąca, giętka jak liana. Jej gorące 

wargi  poddawały  się  jego  ustom,  by  za  chwilę  Ŝądać.  Wsunęła  ręce  pod  marynarkę,  a  palce  nie 
zaprzestały  swej  wędrówki,  nawet  gdy  odchyliła  głowę  w  geście  poddania,  doprowadzając  go  do 
szaleństwa. 

Puls głośno łomotał w zagłębieniu jej szyi, kusząc go, by przycisnął tam usta i odkrył nowy smak, 

zanim znów dotknie ustami jej warg. 

Poczuł, jak Deborah drŜy, potem uświadomił sobie, Ŝe on takŜe drŜy, i dopiero wtedy ostatkiem sił 

odzyskał panowanie nad sobą. Bardzo ostroŜnie, jak człowiek cofający się znad przepaści, odsunął się 
od Deborah. 

Oszołomiona, podniosła dłoń do skroni i patrząc na niego, próbowała złapać oddech. Jakie on ma 

moce, zastanawiała się, skoro potrafi zmienić ją, osobę rozsądną, w rozdygotaną galaretę. 

Odwróciła się, przechyliła przez balustradę i zaczerpnęła łapczywie powietrza, jakby to była woda, 

a ona konała z pragnienia. 

-  Nie wydaje mi się, Ŝebym była na ciebie gotowa - wyjąkała po chwili. 
-  Ja teŜ nie jestem jeszcze na ciebie gotowy. Ale później nie będzie moŜna się cofnąć. 
Potrząsnęła głową. Dłonie miała tak mocno przyciśnięte do balustrady, Ŝe czuła, jak kamień wpija 

jej się w ciało. 

-  Będę musiała się nad tym zastanowić. 
-  Kiedy się powiedziało A, trzeba powiedzieć B.  
Spokojniejsza, znów odwróciła się do Gage'a. JuŜ czas - a moŜe nawet wręcz za późno - by ustalić 

podstawowe zasady. Dla nich obojga. 

-  Gage,  bez  względu  na  to,  jak  to  zabrzmi  po  tym,  co  się  właśnie  wydarzyło,  ja  nie  miewam 

romansów z męŜczyznami, których prawie nie znam. 

- To dobrze. - On takŜe był juŜ spokojniejszy, gdyŜ podjął decyzję. - Kiedy będziemy mieli romans, 

chcę mieć wyłączność. 

- Chyba wyraziłam się nie dość jasno - odrzekła stanowczym tonem. - Jeszcze nie zdecydowałam, 

czy  chcę  się  w  to  zaangaŜować,  a  juŜ  na  pewno  nie  potrafię  powiedzieć,  czy  chcę,  by  ta  znajomość 
zakończyła się w łóŜku. 

-  JuŜ się zaangaŜowałaś. - Wyciągnął rękę, i nim zdąŜyła się uchylić, objął ją za szyję. - Oboje teŜ 

chcemy, by nasza znajomość zakończyła się w łóŜku. 

Odsunęła ostentacyjnie jego dłoń. 
-  Ja wiem, Ŝe jesteś przyzwyczajony do tego, iŜ kobiety padają ci posłusznie do stóp. Ale nie mam 

najmniejszego zamiaru przyłączać się do tego stada. I sama podejmę decyzję. 

-  Mam cię znowu pocałować? 
-  Nie. - Oparła mocno dłoń o jego pierś i nagle przypomniała sobie, Ŝe dokładnie w ten sam sposób 

stałą z męŜczyzną zwanym Nemezis. Wspomnienie to wstrząsnęło nią do głębi. - Nie. To był cudowny 
wieczór,  Gage.  -  Wzięła  głęboki  oddech,  Ŝeby  się  uspokoić.  -  Mówię  powaŜnie. Cieszyło  mnie  twoje 
towarzystwo, kolacja i... i widok. Byłoby mi przykro, gdybyś to zepsuł swoją arogancją. 

-  Konieczność pogodzenia się z tym, co nieuniknione, to samo Ŝycie. - W jego oczach pojawił się 

błysk. - Jest coś takiego jak przeznaczenie, Deborah. Miałem mnóstwo czasu do namysłu, a takŜe by się 

background image

 

25 

z tym pogodzić. - Zmarszczył brwi i spojrzał na nią. - Niech Bóg ma nas w swojej opiece, ale jesteś mi 
przeznaczona. - Odwrócił wzrok, a potem podał jej rękę. - Odwiozę cię do domu. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Nie otwierając oczu, Deborah z jękiem sięgnęła do telefonu, stojącego na nocnym stoliku. Strąciła 

przy tym ksiąŜkę, mosięŜny świecznik i podkładkę do pisania, zanim udało jej się powiedzieć słabym 
głosem. 

-  Halo? 
-  O'Roarke?  
Odchrząknęła. 
-  Tak. 
-  Mówi Mitchell. Mamy problem. 
-  Problem? - Krzywiąc się, spojrzała na budzik. Jedyny problem to, Ŝe szef dzwoni do niej o 6.15 

rano. 

- Chodzi o tego Slagermana? Czy rozprawa została przełoŜona? Była wyznaczona na dziewiątą. 
- Nie. Chodzi o Parina. 
- O Parina? - Potarła twarz i spróbowała usiąść. - Co z nim? 
- Nie Ŝyje. 
- Nie Ŝyje! - Potrząsnęła głową, by się zupełnie rozbudzić. - Co to znaczy, nie Ŝyje? 
- Jest martwy jak głaz - stwierdził rzeczowo Mitchell. - StraŜnik znalazł go jakieś pół godziny temu. 
Deborah  w  jednej  chwili  otrzeźwiała.  Usiadła  wyprostowana  jak  struna,  a  jej  mózg  pracował  na 

zdwojonych obrotach. 

- Ale... ale jak? 
- NoŜem. Wygląda na to, Ŝe podszedł do kraty, Ŝeby z kimś porozmawiać, i został pchnięty w serce. 
- O BoŜe! 
-  Nikt  nic  nie  słyszał.  Nikt  nic  nie  widział  -  dodał  Mitchell  z  goryczą.  -  Na  kratach  morderca 

przykleił kartkę. Było na niej napisane: „Martwy ptak nie śpiewa”. 

-  Musiał być jakiś przeciek, Ŝe przekazał nam informacje. 
-  MoŜesz być pewna, Ŝe się dowiem, kto to zrobił. Posłuchaj, O'Roarke, tym razem nie uda nam się 

uciszyć prasy. Dlatego pomyślałem, Ŝe lepiej jak usłyszysz to ode mnie niŜ w wiadomościach, podczas 
picia porannej kawy. 

-  Tak. - Przycisnęła dłoń do Ŝołądka, który juŜ zaczynał się buntować. - Tak. Dzięki. A co z Rayem 

Santiagiem? 

-  Na  razie  ani  śladu.  Zaczęliśmy  szperać  tu  i  ówdzie,  ale  jeŜeli  się  zadekował,  to  moŜe  jeszcze 

trochę potrwać, zanim go znajdziemy. 

- Oni teŜ będą go szukać - powiedziała cicho. - Ten, kto zlecił morderstwo Parina, będzie chciał do-

paść Raya Santiaga. 

-  Wobec tego musimy znaleźć go pierwsi. A ty sobie teraz odpuść - powiedział jej. - Wiem, Ŝe to 

wszystko wygląda bardzo kiepsko, ale twoim priorytetem jest w tej chwili sprawa Slagermana. 

-  Poradzę sobie. 
-  Nigdy w to nie wątpiłem. Daj mu popalić, dziewczyno. 
-  Jasne. Tak zrobię. - Deborah odłoŜyła słuchawkę i patrzyła nieruchomo w przestrzeń, póki budzik 

nie zadzwonił o 6.30. 

 
-  Hej! Hej, ślicznotko! - Jerry Bower wspinał się po schodach budynku sądu za Deborah. - Jezu, to 

dopiero koncentracja - wysapał, gdy wreszcie zdołał chwycić ją za łokieć i zatrzymać. - Wołam za tobą 
od polowy ulicy. 

-  Przepraszam. Mam być w sądzie za piętnaście minut. 
Uśmiechnął się i zlustrował ją szybkim spojrzeniem. Włosy zawinęła z tyłu w klasyczny węzeł, a w 

uszy wpięła perłowe kolczyki. Czerwony lniany kostium, mimo prostego kroju, podkreślał kaŜdą sub-
telną krągłość. W efekcie wyglądała kompetentnie, profesjonalnie i kobieco. 

-  Gdybym  to  ja  był  w  składzie  sędziowskim,  wydałbym  wyrok  „winny”  jeszcze  przed  końcem 

twojej mowy wstępnej. Wyglądasz niesamowicie. 

- Jestem prawnikiem - rzuciła sucho - a nie Miss Listopada. 
- Ej Ŝe! - Musiał podbiec trzy stopnie, Ŝeby ją złapać. - Posłuchaj, przepraszam. To był bardzo kiep-

ski komplement. 

background image

 

26 

Z trudem udało jej się pohamować irytację. 
-  Nie, to ja przepraszam. Jestem dziś trochę rozdraŜniona. 
-  Słyszałem juŜ o Parinie. 
Z  posępnym  uśmiechem  Deborah  kontynuowała  wspinaczkę  po  schodach,  prowadzących  do 

wysokich, rzeźbionych drzwi siedziby sądu miejskiego. 

-  Wieści szybko się rozchodzą. 
-  Był chodzącym przypadkiem w statystyce zabójstw, Deb. Nie przejmuj się tym tak bardzo. 
-    Ale  zasługiwał  na  swój  dzień  w  sądzie  -  powiedziała.  Przecięła  wykładany  marmurem  hol  i 

skierowała  się  do  wind.  -  Nawet  on  na  to  zasługiwał.  Wiedziałam,  Ŝe  się  bał,  ale  nie  potraktowałam 
tego wystarczająco powaŜnie. 

- Myślisz, Ŝe to miałoby jakiekolwiek znaczenie? 
- Nie wiem. - Pytanie to będzie ją prześladować do końca Ŝycia. - Po prostu nie wiem. 
- Posłuchaj, burmistrz ma dziś bardzo napięty harmonogram. Wieczorem wydaje kolację, ale myślę, 

Ŝ

e  mógłbym  się  wymknąć,  zanim  podadzą  brandy  i  cygara.  MoŜe  wybralibyśmy  się  do  kina  na 

wieczorny seans? 

-  Marny ze mnie kompan, Jerry. 
-  Dobrze wiesz, Ŝe to nie ma znaczenia. 
-  Ale dla mnie ma. - Cień uśmiechu przemknął przez jej wargi. - Znów bym cię atakowała, a potem 

znienawidziłabym samą siebie. - Wsiadła do windy. 

-  Powodzenia, pani prokurator. - Jerry uśmiechnął się i uniósł kciuk do góry, zanim drzwi windy 

zasunęły się z cichym sykiem. 

Prasa czekała na Deborah na czwartym piętrze. Tego się spodziewała. Przepchnęła się szybko przez 

tłum, udzielając zwięzłych odpowiedzi i odmawiając komentarzy. 

-  Czy rzeczywiście oczekuje pani, Ŝe sąd skaŜe alfonsa za pobicie dwóch dziewczyn? 
-  Kiedy idę do sądu, zawsze oczekuję wygranej. 
-  Czy zamierza pani powołać na świadków te prostytutki? 
-  Byłe prostytutki - poprawiła, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi. 
-  Czy to prawda, Ŝe Mitchell przydzielił panią do tej sprawy, bo jest pani kobietą? 
-  Prokurator okręgowy nie dobiera oskarŜycieli według płci. 
-  Czuje się pani odpowiedzialna za śmierć Carla Parina? 
Pytanie  to  zatrzymało  ją  na  progu  sali  sądowej.  Odwróciła  się  i  zobaczyła  reportera  o  ciemnych 

kręconych  włosach,  zuchwałym  spojrzeniu  i  sarkastycznym  uśmieszku.  Był  to  Chuck  Wisner.  JuŜ 
wcześniej  miała  z  nim  niejedno  starcie  i  pewnie  nieraz  jeszcze  będzie  miała.  W  swojej  codziennej 
rubryce w „The Word” Wisner przedkładał sensację ponad fakty. 

-    Prokuratura  okręgowa  ubolewa  nad  tym,  Ŝe  Carl  Parino  został  zamordowany  i  Ŝe  nie  dane  mu 

było stanąć przed sądem. 

Szybkim, wyćwiczonym ruchem zastąpił jej drogę. 
-  Ale czy czuje się pani odpowiedzialna? W końcu to pani prowadziła pertraktacje. 
Stłumiła odruchową chęć, by się bronić, i spojrzała mu prosto w oczy. 
-  Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni, panie Wisner. Przepraszam pana. 
Dziennikarz przesunął się, odpychając ją od drzwi. 
-  Odbyła pani jeszcze jakieś spotkania z tym mścicielem? Co moŜe nam pani powiedzieć o swoich 

osobistych kontaktach z najnowszym bohaterem tego miasta? 

Poczuła,  Ŝe  budzi  się  w  niej  gniew.  Co  gorsza,  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  Wisner  na  to 

właśnie liczy. 

-  Nic, co mogłoby konkurować z pańskimi konfabulacjami. A teraz zechce się pan odsunąć. Jestem 

zajęta. 

-    Ale  nie  aŜ  tak  bardzo  zajęta,  Ŝeby  się  nie  spotykać  z  Gage'em  Guthriem.  Czy  to  romantyczna 

znajomość? To dość ekscentryczny trójkąt, prawda? Nemezis, pani i ten Guthrie. 

-  Odwal się, Chuck - rzuciła, odpychając go łokciem od drzwi. 
Ledwie zdąŜyła zająć miejsce za stołem i otworzyć teczkę, gdy sędziowie przysięgli wkroczyli na 

salę sądową. Ich wybór zajął jej oraz obrońcy bite dwa dni, była jednak zadowolona z tej reprezentacji 
płci, ras i sposobów na Ŝycie. Mimo to będzie musiała przekonać tych dwanaścioro męŜczyzn i kobiet, 
Ŝ

e para prostytutek zasługuje na sprawiedliwość. 

Odwróciła głowę i przyjrzała się dwóm kobietom w pierwszym rzędzie. Zgodnie z jej instrukcjami, 

obie ubrały się skromnie, ograniczając do minimum makijaŜ oraz lakier do włosów. Miała świadomość, 
Ŝ

e  znajdą  się  one  tego  dnia  na  cenzurowanym  w  tym  samym  stopniu,  co  męŜczyzna  oskarŜony  o  ich 

background image

 

27 

zniewaŜenie i pobicie. Siedziały teraz, tuląc się do siebie, dwie młode, ładne dziewczyny, które moŜna 
by wziąć za studentki. Posłała im pokrzepiający uśmiech i znów się odwróciła. 

James  P.  Slagerman,  lat  trzydzieści  dwa,  siedział  przy  stoliku  wraz  ze  swym  obrońcą.  Z  bujną 

blond czupryną, w ciemnym  garniturze z krawatem, prezentował się niezwykle przystojnie. Wyglądał 
dokładnie tak, jak powinien wyglądać młody pracownik kierowniczego szczebla. Jego agencja hostess 
działała  całkowicie  legalnie.  Płacił  podatki,  wspierał  akcje  dobroczynne  i  naleŜał  do  Stowarzyszenia 
Młodych Przedsiębiorców. 

Główne  zadanie  Deborah  miało  polegać  na  przekonaniu  sędziów  przysięgłych,  Ŝe  Slagerman  nie 

róŜni  się  niczym  od  ulicznych  alfonsów,  Ŝyjących  z  kobiet,  sprzedających  swoje  ciało.  Póki  tego  nie 
osiągnie, nie ma Ŝadnych szans na skazanie go za naruszenie nietykalności cielesnej. 

Gdy woźny zaanonsował sędziego, cała sala powstała. 
Deborah  wygłosiła  krótką  mowę  wstępną,  podczas,  której  starała  się  wpłynąć  na  przysięgłych, 

ujawniając stopniowo najistotniejsze informacje. Nie próbowała ich olśnić swoją wiedzą i elokwencją, 
gdyŜ przewidywała, Ŝe ten styl wybierze obrona. W przeciwieństwie do nich, zdecydowała się zagrać 
niŜszą kartą i postawiła na prostotę. 

Przesłuchanie  rozpoczęła  od  wezwania  lekarza,  który  udzielił  pierwszej  pomocy  Marjorie  Lovitz. 

Kilkoma zwięzłymi pytaniami ustaliła rozmiar obraŜeń Marjorie tej nocy, gdy wraz z Suzanne McRoy 
zostały  przywiezione  na  pogotowie.  Chciała,  by  sędziowie  usłyszeli  o  złamanej  szczęce,  podbitych 
oczach  i  połamanych  Ŝebrach  zanim,  jako  dowód  rzeczowy,  przedstawi  fotografie  poszkodowanych, 
zrobione tamtej nocy. 

OstroŜnie  dobierała  szczegóły  medyczne,  przytaczała  zeznania  lekarzy,  personelu  karetki, 

policjantów, pracowników socjalnych. I przez cały czas odpierała kontrataki przeciwnika. Do przerwy 
południowej udało jej się juŜ przygotować fundament oskarŜenia. 

Gdy  ogłoszono  przerwę,  zaprowadziła  Marjorie  i  Suzanne  do  taksówki  i  zawiozła  je  na  drugi 

koniec miasta na lunch oraz ostatnią próbę. 

-  Czy będę musiała stawać dziś przed sądem, panno O'Roarke? - Marjorie wierciła się na krześle i 

nic nie jadła. Choć w ciągu tych tygodni, które minęły od pobicia, jej sińce juŜ zbladły, nadal bolała ją 
szczęka. - MoŜe wystarczy to, co powiedzieli lekarze i reszta, a ja i Suzanne nie będziemy musiały ze-
znawać? 

-  Marjorie. - Deborah połoŜyła dłoń na jej ręce, drŜącej i zimnej jak lód. - Oni wysłuchają lekarzy i 

obejrzą  zdjęcia.  I  uwierzą,  Ŝe  ty  i  Suzanne  zostałyście  pobite.  Ale  to  ty,  to  wy  obie  musicie  ich 
przekonać,  Ŝe  zrobił  to  Slagerman.  śe  on  nie  jest  tym  miłym  biznesmenem,  jakiego  udaje.  Bez  was 
wykpi się i będzinadal robił to samo. 

Suzanne przygryzła wargi. 
-  Jimmy  mówi, Ŝe tak czy siak wygra.  śe ludzie dowiedzą się, kim byłyśmy  wcześniej, chociaŜ, 

dzięki pani mamy teraz stałą pracę. Grozi, Ŝe kiedy to się skończy, znajdzie nas i się z nami policzy. 

-  Kiedy tak powiedział? 
-  Wczoraj  w  nocy.  -  Oczy  Marjorie  napełniły  się  łzami.  -  Dowiedział  się,  gdzie  mieszkamy,  i 

zadzwonił. Powiedział, Ŝe jeszcze nam pokaŜe. - Wierzchem dłoni otarła łzę. - Mówił, Ŝe poŜałujemy, 
Ŝ

e w ogóle zaczęłyśmy. Ja nie chcę, Ŝeby mnie znowu tak pobił. 

-  Nie zrobi tego. Nie mogę wam pomóc, jeŜeli wy mi nie pomoŜecie. I jeŜeli mi nie zaufacie. 
Przez następną godzinę mówiła - uspokajając, groŜąc, kusząc i obiecując. Ostatecznie, o drugiej po 

południu obie wystraszone dziewczyny znowu stawiły się w sądzie. 

-  Sąd wzywa Marjorie Lovitz - zaanonsowała Deborah, patrząc zimno na Slagermana. 
Gage  wślizgnął  się  do  sali  sądowej  w  chwili,  gdy  Deborah  powoływała  pierwszego  świadka  z 

popołudniowej sesji.  Chcąc  przyjść,  musiał  odwołać dwa  waŜne  spotkania.  Chęć  zobaczenia  Deborah 
okazała się jednak silniejsza niŜ potrzeba wysłuchania sprawozdań kwartalnych. 

Szczerze mówiąc, silniejsza od wszystkich potrzeb, jakie kiedykolwiek odczuwał. 
Przez trzy dni trzymał się z daleka. Przez trzy bardzo długie dni. 
ś

ycie często przypomina partię szachów, pomyślał. I potrzeba czasu, Ŝeby wykonać następny ruch. 

Wybrał miejsce z tyłu sali sadowej i usiadł, by oglądać Deborah przy pracy. 

-  Ile masz lat, Marjorie? - pytała Deborah. 
-  Dwadzieścia jeden. 
-  Zawsze mieszkałaś w Urbanie? 
-  Nie, wychowałam się w Pensylwanii. 
Za  pomocą  kilku  prostych  pytań  Deborah  pomogła  Marjorie  odmalować  obraz  jej  środowiska, 

biedy, nieszczęść oraz przemocy w rodzinie. 

background image

 

28 

-  Kiedy przyjechałaś do miasta? 
-  Jakieś cztery lata temu. 
-  Miałaś wtedy siedemnaście lat. Po co tu przyjechałaś? 
-  Chciałam zostać aktorką. To moŜe zabrzmi głupio, ale w szkole występowałam w róŜnych przed-

stawieniach. Myślałam, Ŝe to będzie łatwe. 

-  A było? 
-  Nie, było cięŜko. Naprawdę cięŜko. Na ogół nawet nie docierałam do etapu przesłuchań. I skoń-

czyły  mi  się  pieniądze.  Znalazłam  dodatkową  pracę jako  kelnerka,  ale  to  nie  wystarczało.  Odcięli  mi 
prąd i gaz. 

- Nigdy nie myślałaś o tym, Ŝeby wrócić do domu? 
- Nie mogłam. Mama powiedziała, Ŝe skoro uciekłam, nie chce mnie więcej znać. A mnie się ciągle 

wydawało, Ŝe sobie poradzę, jeśli tylko dostanę szansę. 

- I co? Dostałaś tę szansę? 
-  Tak  mi  się  wydawało. Ten  gość  przyszedł  do  baru,  w  którym  pracowałam.  Zaznajomiliśmy  się, 

zaczęliśmy rozmawiać, i tak dalej. Powiedziałam mu, Ŝe jestem aktorką. A on na to, Ŝe domyślił się, jak 
tylko  mnie zobaczył.  I co ja, taka ładna i utalentowana dziewczyna, robię w tej spelunce? Powiedział 
mi, Ŝe zna mnóstwo ludzi, i jeŜeli zgodzę się u niego pracować, przedstawi mnie komu trzeba. Dał mi 
swoją wizytówkę... 

-  Czy męŜczyzna, którego poznałaś tamtej nocy, jest dziś na sali sądowej? 
-  Jasne, Ŝe tak. To był Jimmy. - Marjorie wbiła wzrok w swoje splecione ręce. - Jimmy Slagerman. 
-  Zgodziłaś się u niego pracować? 
-  Tak. Następnego dnia poszłam do niego, do biura. Miał supersalon - biurka, telefony i skórzane 

fotele. Naprawdę fajne miejsce, w samym centrum. Nazywało się „Elegancka Eskorta”. Powiedział, Ŝe 
mogę zarobić sto dolarów za noc tylko za samo chodzenie z róŜnymi biznesmenami na kolacje i przy-
jęcia. Kupił mi nawet ciuchy, naprawdę ładne ciuchy, kazał zrobić fryzurę i w ogóle co trzeba. 

-  I za te sto dolarów za noc miałaś tylko towarzyszyć im na kolacjach i przyjęciach? 
-  Tak twierdził. Na początku. 
-  Czy to się zmieniło? 
-  Po jakimś czasie... zaczął mnie zabierać do dobrych restauracji i róŜnych innych miejsc. Kupował 

mi kwiaty i... 

-  Uprawiałaś z nim seks? 
-  Sprzeciw. To nie ma Ŝadnego związku ze sprawą - zaoponował obrońca. 
-    Wysoki  Sądzie,  stosunki  świadka  z  pozwanym,  ich  stosunki  cielesne,  mają  bardzo  powaŜny 

związek ze sprawą. 

-  Oddalam sprzeciw. Proszę odpowiedzieć na pytanie, panno Lovitz. 
-  Tak, poszłam z nim do łóŜka. Był dla mnie taki miły. A potem dał mi pieniądze - na rachunki, tak 

utrzymywał. 

-  A ty je wzięłaś? 
-  Tak. Chyba domyślałam się juŜ, co jest grane, ale udawałam, Ŝe nie rozumiem. Kilka dni później 

oznajmił,  Ŝe  ma  dla  mnie  klienta.  Kazał  mi  się  ładnie  ubrać  i  pójść  na  kolację  z  tym  facetem  z 
Waszyngtonu. 

-  Jakie instrukcje dał ci pan Slagerman? 
-  Powiedział:  „Marjorie,  musisz  odpracować  te  sto  dolarów”.  Odparłam,  Ŝe  wiem,  a  on  mi 

przykazał, Ŝebym była bardzo miła dla tego gościa. Więc się zgodziłam. 

- Czy pan Slagerman podał ci definicję słowa „miła”, Marjorie? 
Dziewczyna zawahała się, a potem znów spojrzała na swoje ręce. 
-  Polecił robić, co ten gość mi kaŜe. śe jeŜeli będzie chciał mnie potem zabrać do hotelu, mam z 

nim  pójść  albo  nie  dostanę  pieniędzy.  Musisz  to  dobrze  zagrać,  wyjaśnił.  Udawałam,  Ŝe  świetnie  się 
bawię z tym facetem, Ŝe mi się podoba, i udawałam teŜ, Ŝe jest mi z nim dobrze w łóŜku. 

- Czy pan Slagerman powiedział ci wyraźnie, Ŝe będziesz musiała uprawiać seks z tym męŜczyzną? 
- Oświadczył, Ŝe to naleŜy do mojej pracy, tak samo jak śmianie się z kiepskich dowcipów. I jeŜeli 

okaŜę się w tym dobra, przedstawi mnie swojemu znajomemu reŜyserowi. 

-  A ty się zgodziłaś? 
-  Zabrzmiało to nieźle. Więc tak. 
-  Czy były jeszcze inne okazje, kiedy zgodziłaś się uprawiać seks za pieniądze, w ramach swoich 

obowiązków hostessy z agencji pana Slagermana? 

-  Sprzeciw. 

background image

 

29 

-  Zapytam inaczej. - Deborah zerknęła na sędziów przysięgłych. - Czy nadal byłaś zatrudniona u 

pana Slagermana? 

-  Tak, proszę pani. 
-  Jak długo? 
-  Trzy lata. 
-  I byłaś zadowolona z warunków? 
-  Nie wiem. 
-  Nie wiesz, czy byłaś zadowolona? 
-  Przyzwyczaiłam  się  do  pieniędzy  -  przyznała  się  Marjorie.  -  Po  jakimś  czasie  moŜna  się 

przyzwyczaić, jeŜeli w trakcie myśli się o czymś innym. 

-  Czy pan Slagerman był z ciebie zadowolony? 
-  Na ogół. - Przestraszona, popatrzyła na sędziów. - Ale czasem dostawał szału i wściekał się na 

mnie albo na którąś z dziewczyn. 

-  Były tam inne dziewczyny? 
-  Jakiś tuzin, a czasami więcej. 
-  A co robił, kiedy dostawał szału? 
-  Bił. 
-  Chcesz powiedzieć, Ŝe cię uderzył? 
-  Wściekał się i... 
-  Sprzeciw. 
-  Podtrzymuję. 
-  Czy cię kiedykolwiek uderzył, Marjorie? 
-  Tak. 
Deborah pozwoliła, by prostota tej odpowiedzi zaciąŜyła nad ławą przysięgłych. 
-  Opowiedz nam, co wydarzyło się w nocy dwudziestego piątego lutego tego roku. 
-  Miałam pracę, ale się rozchorowałam. - Marjorie, zgodnie z instrukcją, starała się nie spuszczać 

wzroku  z  Deborah,  Ŝeby  nie  patrzeć  na  Slagermana. -  To  była  grypa  czy  coś  w  tym  rodzaju. Miałam 
gorączkę i kłopoty z Ŝołądkiem. Nie mogłam nic jeść, bo wszystko zwracałam. Suzanne przyszła, Ŝeby 
się mną zaopiekować... 

-  Suzanne? 
-  Suzanne McRoy. TeŜ pracowała dla Jimmy'ego. Została moją przyjaciółką. Byłam taka chora, Ŝe 

nie  mogłam  wstać  z  łóŜka  i  pójść  do  pracy,  więc  Suzanne  zadzwoniła  do  Jimmy'ego,  Ŝeby  go 
zawiadomić.  -  Zaczęła  nerwowo  wyłamywać  palce.  -  Słyszałam,  jak  kłóciła  się  z  nim  przez  telefon  i 
mówiła, Ŝe jestem chora. Zaproponowała, Ŝe jak jej nie wierzy, moŜe sobie sam przyjechać i sprawdzić. 

-  I przyjechał? 
-  Tak.  -  Marjorie  zalała  się  łzami.  Wielkie  krople  popłynęły  jej  po  policzkach.  -  Był  potwornie 

wkurzony.  Krzyczał  na  Suzanne,  a  ona  teŜ  na  niego  wrzeszczała:  Ŝe  jestem  naprawdę  chora  i  mam 
wysoką  gorączkę.  A  on  powiedział...  -  Oblizała  wargi.  -  Powiedział,  Ŝe  jesteśmy  leniwe,  kłamliwe 
dziwki. Potem usłyszałam jakiś rumor i płacz Suzanne. Wstałam z łóŜka, ale zakręciło mi się w głowie. 
- Otarła oczy, rozmazując tusz. - Wtedy on wszedł do pokoju i mnie przewrócił. 

-  Jak? Zderzył się z tobą? 
-  Nie. Walnął mnie na odlew, rozumie pani? 
-  Tak. Mów dalej. 
-  Potem zawołał, Ŝe mam podnieść tyłek i ubierać się. śe klient zaŜyczył sobie mnie, więc muszę 

to zrobić. Mówił, Ŝe mam się tylko połoŜyć na wznak i zamknąć oczy. - Poszukała chusteczki i wytarła 
nos. - Odparłam, Ŝe nie mogę, bo jestem chora. Wtedy on zaczął krzyczeć i ciskać rzeczami. A potem 
zagroził, Ŝe juŜ on mi pokaŜe, co to znaczy być naprawdę chorą. I zaczął mnie bić. 

-  Gdzie cię bił? 
-  Wszędzie. Po twarzy, po brzuchu. Ale głównie po twarzy. I nie chciał przestać. 
-  Wzywałaś pomocy? 
-  Nie mogłam. Brakowało mi tchu. 
-  Czy próbowałaś się bronić? 
-  Chciałam  się  wyczołgać,  ale  mnie  dopadł  i  dalej  bił.  AŜ  w  końcu  zemdlałam.  A  kiedy  się 

ocknęłam, była przy mnie Suzanne. Twarz miała całą we krwi. To ona wezwała karetkę. 

Deborah  nie  przestawała  wypytywać  łagodnym  tonem  Marjorie.  A  gdy  skończyła,  zajęła  miejsce 

przy  stoliku  prokuratora  i  zaczęła  się  modlić,  by  Marjorie  nie  załamała  się  pod  krzyŜowym  ogniem 
pytań. 

background image

 

30 

Po  niemal  trzech  godzinach  zeznań  Marjorie  była  blada  i  roztrzęsiona.  Mimo  usilnych  starań 

obrony, by ją złamać, schodząc z podium, wyglądała delikatnie i młodo. 

I taki właśnie obraz zachowają w pamięci sędziowie przysięgli, pomyślała z satysfakcją Deborah. 
 
-  Doskonała robota, pani prokurator. 
Deborah odwróciła głowę i z irytacją, a zarazem radością popatrzyła na Gage'a. 
-  Co ty tu robisz? 
-  Oglądam cię przy pracy. Gdybym kiedykolwiek potrzebował prawnika... 
-  Zapomniałeś, Ŝe jestem prokuratorem?  
Uśmiechnął się. 
-    Skoro  tak,  muszę  się  pilnować,  Ŝeby  nie  złamać  prawa.  -  Gdy  wstała,  ujął  ją  za  rękę.  Gestem 

mimowolnym, niemal przyjaznym, który, nie wiedzieć czemu, wydał jej się dość zaborczy. - Mogę ci 
zaproponować podwiezienie? Kolację, deser? Spokojny wieczór? 

A przecieŜ mówił, Ŝe nie będzie jej więcej kusił. To dopiero pech! 
-  Przykro mi, ale mam jeszcze coś do zrobienia.  
Gage przyjrzał się jej z ukosa. 
-  Chyba rzeczywiście mówisz powaŜnie. 
-  Ja naprawdę mam mnóstwo roboty. 
-  Nie, miałem na myśli to, Ŝe jest ci przykro.  
Jego przepastne oczy spoglądały na nią tak ciepło, Ŝe westchnęła. 
-  Wbrew zdrowemu rozsądkowi, tak. - Wyszła z sali na korytarz. 
-  To moŜe chociaŜ cię podwiozę?  
Zniecierpliwiona, spojrzała na niego przez ramię. 
-  Chyba juŜ ci mówiłam, co myślę o nachalnych facetach? 
-  Tak, ale mimo wszystko zjadłaś ze mną kolację.  
Roześmiała się. Po pełnych napięcia godzinach w sądzie przyniosło jej to ulgę. 
-  No cóŜ, skoro oddałam swój wóz do warsztatu, moŜesz mnie podwieźć. 
-  To bardzo trudny przypadek - powiedział, wsiadając za nią do windy - ale moŜna sobie wyrobić 

dobrą reputację. 

Obrzuciła go chłodnym wzrokiem. 
-  CzyŜby? 
-  Zyskujesz prasę o krajowym zasięgu. 
-  Ja nie biorę spraw po to, Ŝeby później zbierać wycinki z gazety. - Głos jej był równie zimny jak 

spojrzenie. 

-  JeŜeli zamierzasz zostać w tym fachu, musisz mieć grubszą skórę. 
-  Dziękuję, skórę mam w porządku. 
-  ZauwaŜyłem. - Oparł się niedbale o ścianę. - Myślę, Ŝe kaŜdy kto cię zna, zdaje sobie sprawę z 

tego, Ŝe prasa to produkt uboczny, a nie cel. Ty podnosisz kwestię, Ŝe nie wolno się nad nikim znęcać, 
bez względu na to, kim lub czym jest ta osoba. Mam nadzieję, Ŝe wygrasz. 

Tak dokładnie zrozumiał, o co jej chodzi! A ona nie potrafiła powiedzieć, czemu ją to rozzłościło. 
-  Wygram - oświadczyła, po czym wysiadła z windy do wyłoŜonego marmurem holu. 
-  Podoba mi się twoje uczesanie - rzucił Gage, zadowolony, Ŝe udało mu się zbić ją z tropu. - Wy-

glądasz bardzo ładnie i bardzo profesjonalnie. Ile spinek powinienem wyjąć z twoich włosów, Ŝeby je 
rozpuścić? 

-  Nie sądzę, Ŝeby to było... 
- Istotne? - podpowiedział jej. - Dla mnie to bardzo istotne. Jak wszystko, co ciebie dotyczy, bo nie 

mogę przestać o tobie myśleć. 

Deborah  nadal  szła  szybkim  krokiem.  To  takie  typowe  dla  niego,  myślała.  Mówić  takie  rzeczy 

kobiecie w holu pełnym ludzi, sprawiając zarazem, Ŝe czuła się, jakby byli sami. 

- Musiałeś mieć jednak równieŜ inne zajęcia. Widziałam dziś twoje zdjęcie w porannej gazecie, z 

blondynką  uwieszoną  u  ramienia.  Na  obiedzie  wydanym  przez  Tarringtona.  -  Widząc,  Ŝe  Gage  nie 
przestaje  się  uśmiechać,  rzuciła  przez  zęby:  -  Mówiąc  językiem  gazet,  szybko  zmieniasz  sympatie 
polityczne. 

- Mówiąc językiem  gazet, nie mam  Ŝadnych sympatii politycznych. Chciałem po prostu usłyszeć, 

co ma do powiedzenia opozycja Fieldsa. I powiem ci, Ŝe byłem pod wraŜeniem. 

Przypomniała sobie podchmieloną blondynkę w obcisłej czarnej sukience. 
-  Chętnie w to wierzę. 

background image

 

31 

Tym razem to on się uśmiechnął. 
-  Przykro mi, Ŝe cię tam nie było. 
-  JuŜ ci mówiłam, Ŝe nie lubię być częścią stada. - Przy szerokich szklanych drzwiach przystanęła, 

by  zebrać  siły.  -  Skoro  juŜ  mowa  o  stadach...  -  Z  uniesioną  dumnie  głową  wkroczyła  w  tłum  repor-
terów, czekających na schodach przed budynkiem sądu. 

Strzelali w nią pytaniami. A ona w nich odpowiedziami. I choć była zła na Gage'a, na widok jego 

czarnej limuzyny ze zwalistym kierowcą poczuła ulgę. 

-  Panie Guthrie, co pana interesuje w tej sprawie? 
-  Lubię oglądać sprawiedliwość w akcji. 
-  Powiedz raczej, Ŝe lubisz oglądać piękną panią prokurator w akcji. - Wisner przepchnął się przez 

tłum i podetknął Gage'owi pod nos mikrofon. - No, Guthrie, co jest między tobą a naszą kochaną Deb? 

Słysząc cichy pomruk Deborah, Gage chwycił ją ostrzegawczo za ramię i odwrócił się do reportera. 
-  Znam cię, prawda? 
Twarz Wisnera wykrzywił szyderczy grymas. 
-  Jasne.  Często  na  siebie  wpadaliśmy  w  dawnych  złych  czasach,  kiedy  pracowałeś  dla  miasta, 

zamiast je posiadać. 

-  Tak. Wisner. - Zlustrował go szybkim, lekcewaŜącym spojrzeniem. - MoŜe mam kiepską pamięć, 

ale  nie  przypominam  sobie,  Ŝebyś  wtedy  był  takim  durniem  jak  teraz  -  rzucił,  po  czym  wepchnął 
chichoczącą Deborah do limuzyny. 

-  Dobra robota - stwierdziła. 
-  Będę musiał rozwaŜyć kupno „The Word” tylko po to, by móc go z radością wyrzucić. 
-    Przyznam  się,  Ŝe  podziwiam  twój  sposób  myślenia.  -  Deborah  zsunęła  z  westchnieniem  buty  i 

zamknęła  oczy.  Pomyślała,  Ŝe  mogłaby  się  przyzwyczaić  do  podróŜowania  w  ten  sposób.  Wygodne 
szerokie siedzenia i muzyka Mozarta, płynąca cicho z głośników. Szkoda, Ŝe to nierealne. - Strasznie 
mnie  bolą  nogi.  Będę  musiała  kupić  sobie  krokomierz,  Ŝeby  sprawdzić,  ile  kilometrów  pokonuję 
podczas przeciętnego dnia w sądzie. 

-  Pojedziesz do mnie, jeŜeli ci obiecam masaŜ stóp? 
Otworzyła jedno oko i pomyślała, Ŝe pewnie jest w tym dobry. W masowaniu kobiecych stóp - albo 

czegokolwiek, co akurat boli. 

-    Nie.  -  Znowu  zamknęła  oko.  -  Muszę  wracać  do  biura.  Poza  tym  jest  z  pewnością  mnóstwo 

innych stóp, które moŜesz masować. 

Gage otworzył na moment szybę, by powiedzieć Frankowi, dokąd ma jechać. 
-  Czy to cię gnębi? Te inne... stopy w moim Ŝyciu?  
Nienawidziła myśli, Ŝe tak właśnie jest. 
-  To juŜ twoja sprawa. 
-  Ale ja lubię wszystko, co jest twoje - stopy, nogi, twoją twarz. I całą resztę pomiędzy. 
Zignorowała  albo  raczej  starała  się  zignorować  lekki  dreszczyk  podniecenia  -  widomą  reakcję  na 

jego słowa. 

-  Zawsze próbujesz uwodzić kobiety na tylnym siedzeniu limuzyny? 
-  A wolałabyś gdzie indziej? 
Otworzyła oczy. Pewne sprawy lepiej załatwić od razu. 
-  Gage, duŜo myślałam o tej sytuacji. 
-  Sytuacji? - powtórzył z czarującym uśmiechem. 
-    Tak.  -  Wolała  nie  nazywać  tego  związkiem.  -  Nie  zamierzam  udawać,  Ŝe  mi  się  nie  podobasz. 

Albo Ŝe nie pochlebia mi to, Ŝe o mnie zabiegasz. Ale... 

-    Ale?  -  Podniósł  do  ust jej  dłoń i  musnął  wargami  przegub.  Skóra  w  tym  miejscu  miała  świeŜy 

zapach deszczu. 

-  Nie. - Zająknęła się, gdy odwrócił jej rękę, by złoŜyć leniwy, gorący pocałunek we wnętrzu dłoni. 

- Nie rób tego. 

-  Uwielbiam,  kiedy  jesteś  taka  chłodna  i  zasadnicza,  Deborah.  Jestem  szaleńczo  ciekawy,  jak 

szybko potrafię cię rozpalić. - Dotknął wargami jej nadgarstka i poczuł szybkie uderzenia pulsu. - Co 
mówiłaś? 

Czy  to  moŜe  być  prawda?  Która  kobieta  byłaby  w  stanie  myśleć  racjonalnie,  kiedy  on  na  nią 

patrzy?  Albo  kiedy  jej  dotyka?  Deborah  cofnęła  szybko  rękę  i  powiedziała  sobie,  Ŝe  na  tym  właśnie 
polega jej problem. 

-  Nie chcę brnąć dalej w tę... sytuację z kilku istotnych powodów. 
-  Uhm - mruknął i zaczął się bawić perłą w jej uchu. 

background image

 

32 

Odepchnęła jego rękę. 
-  Mówię serio. Wiem, Ŝe przywykłeś brać i rzucać kobiety jak Ŝetony w kasynie, ale mnie to nie 

interesuje. Graj sobie z kimś innym. 

-  To ciekawa metafora - przyznał. - Czasami jednak wolę zatrzymać wygraną, niŜ dalej obstawiać. 
Odwróciła się, rozgniewana. 
-  Wyjaśnijmy sobie jedno. Ja nie jestem wygraną tego tygodnia. I nie mam najmniejszego zamiaru 

być środową brunetką po wtorkowej blondynce. 

-  Czyli znowu wracamy do tych stóp. 
-  MoŜesz to uznać za Ŝart, ale ja - zarówno na płaszczyźnie osobistej, jak i zawodowej - podchodzę 

do Ŝycia bardzo powaŜnie. 

-  MoŜe zbyt powaŜnie.  
ś

achnęła się. 

-  To moja sprawa. Rzecz  w tym,  Ŝe nie zamierzam zostać jednym  z twoich podbojów. Nie mam 

ochoty zadawać się z tobą w Ŝaden sposób, w Ŝadnej formie i na Ŝadnym poziomie. - Spojrzała przez 
okno i gdy limuzyna podjechała do krawęŜnika, rzuciła: - Tutaj jest mój przystanek. 

Zaskakując i siebie, i ją, odwrócił się nagle i pociągnął ją tak, Ŝe wylądowała mu na kolanach. 
-  JuŜ  ja  dopilnuję,  Ŝebyś  się  tak  uwikłała,  Ŝe  się  nigdy  nie  wypłaczesz  -  powiedział  Gage  i 

zawładnął ustami Deborah. 

Nie walczyła. Nie wahała się. Ostygły emocje, jakie przeŜywała w trakcie jazdy - pozostało jedynie 

poŜądanie.  Nieodparte.  Naglące.  Porywające.  Zanurzyła  palce  w  jego  włosy,  a  jej  usta  zaczęły 
gwałtownie i łapczywie poruszać się pod jego ustami. 

Nigdy  dotąd  nie  pragnęła  nikogo  w  ten  sposób.  Nawet  w  najśmielszych  marzeniach.  PoŜądanie 

było do tego stopnia poraŜające, Ŝe nie pozostawiało miejsca na głos rozsądku. 

Podobnie  jak  przekonanie  o  słuszności  tego,  co  się  działo,  nie  pozostawiało  miejsca  na  wahanie. 

Istniała tylko chwila i to niewiarygodne poŜądanie. 

Gage nie był juŜ tak cierpliwy. Jego usta sunęły gorączkowo po jej twarzy i szyi. 
Nie znał dotąd kobiety, która w tak idealny sposób odpowiadałaby jego pragnieniom. Miała w sobie 

wewnętrzny ogień i wystarczyło jej dotknąć, by stanęła w płomieniach. A choć dobrze wiedział, co to 
poŜądanie, nigdy jednak nie było ono tak rozpaczliwe i dręczące jak teraz. 

Chciał popchnąć ją na siedzenie, szarpać i zdzierać z niej ten jej szykowny kostium, póki nie byłaby 

naga. 

Jednak chciał równieŜ dodać jej otuchy, okazać miłość i zrozumienie. Dlatego przyjdzie mu jeszcze 

poczekać, aŜ Deborah będzie gotowa. 

Z niekłamanym Ŝalem poskromił swoje rozbiegane ręce i odsunął ją od siebie. 
-  Jesteś wszystkim, czego pragnę - powiedział cicho. - A ja zawsze potrafię dostać to, czego chcę. 
Oczy  miała  szeroko  otwarte.  Gdy  przygasła  w  nich  namiętność,  w  jej  miejsce  pojawiły  się  lęk  i 

zakłopotanie. 

-  To nie tak - wyszeptała. - To niedobrze, Ŝe przez ciebie dzieje się ze mną coś takiego. 
-  To niedobrze dla nas obojga. Ale to fakt. 
-  Nie pozwolę, by rządziły mną emocje. 
-  Wszyscy im ulegamy. 
-  Ale nie ja. - Roztrzęsiona, sięgnęła po buty. - Muszę juŜ iść. 
-  Będziesz naleŜała do mnie - powiedział, otwierając jej drzwi. 
Potrząsnęła głową. 
-    Najpierw  muszę  stać  się  na  powrót  panią  siebie.  -  Wydostała  się  z  wozu  i  pomknęła  w  stronę 

domu. 

Gage patrzył na jej odwrót, a gdy zniknęła, otworzył zaciśniętą pięść. Doliczył się sześciu spinek do 

włosów i uśmiechnął się. 

 
Deborah  spędziła  cały  wieczór  z  Suzanne  i  Marjorie  w  ich  maleńkim  mieszkanku.  Nad  chińskim 

daniem  na  wynos  omawiała  z  nimi  ich  sprawę.  Rzucenie  się  w  wir  pracy  zawsze  pomagało, 
pozostawiając niewiele czasu na rozmyślania o Gage'u oraz jej reakcji. Reakcji, która, poza wszystkim, 
martwiła  ją  takŜe  dlatego,  Ŝe  równie  silny  pociąg  fizyczny  odczuwała  do  tajemniczego  wybawcy 
zwanego Nemezis. 

A  poniewaŜ  pragnęła  obydwu,  nie  mogła  wybrać  Ŝadnego.  Była  to  kwestia  moralności.  Deborah 

wyznawała zasadę, Ŝe jeśli kobieta zaczyna wątpić w swoją moralność, musi zwątpić we wszystko. 

background image

 

33 

Na  szczęście  przypomniała  sobie,  Ŝe  są jeszcze  dziedziny,  nad  którymi  potrafi  zapanować.  Praca, 

styl Ŝycia oraz ambicje. Tego wieczoru miała nadzieję dokonać czegoś, dzięki czemu mogłaby wpłynąć 
na wynik prowadzonej przez nią sprawy. 

Za  kaŜdym  razem,  kiedy  dzwonił  telefon,  odbierała  osobiście,  a  Marjorie  i  Suzanne  siedziały  na 

sofie, trzymając się kurczowo za ręce. Przy piątym telefonie nareszcie się doczekała. 

-  Marjorie? 
-  Nie - zaryzykowała. 
-  Suzanne, ty dziwko! 
Złowieszczy uśmiech przemknął przez wargi Deborah. 
-  Kto mówi?- zapytała drŜącym głosem. 
-  Dobrze wiesz kto. Tu Jimmy. 
-  Nie powinnam z tobą rozmawiać. 
- W porządku. To posłuchaj. JeŜeli myślisz, Ŝe dałem ci wtedy wycisk, to pestka w porównaniu z 

tym, co ci zrobię, jeŜeli będziesz jutro zeznawać. Ty kurwiszonie, wziąłem cię z ulicy, gdzie zarabiałaś 
dwadzieścia dolców za numer, i nagrałem ci nadzianych frajerów. Jesteś moją własnością i radzę ci o 
tym  nie  zapominać.  Wyświadcz  sobie  przysługę,  Suze,  i  powiedz  tej  nadętej  prokurator,  Ŝe  zmieniłaś 
zdanie.  śe  ty  i  Marjorie  kłamałyście  od  A  do  Z.  Bo  jak  nie,  to  zrobię  ci  krzywdę.  Naprawdę. 
Zrozumiałaś? 

- Tak. - OdłoŜyła słuchawkę i zapatrzyła się na telefon. - O tak. Zrozumiałam. - Odwróciła się do 

Marjorie i Suzanne. - Zamknijcie porządnie drzwi na noc i nigdzie nie wychodźcie. On jeszcze o tym 
nie wie, ale właśnie sam zarzucił sobie pętlę na szyję. 

Zadowolona  z  siebie,  poŜegnała  się  z  dziewczynami.  Musiała  uŜyć  całej  siły  perswazji,  by 

prokurator  generalny  zgodził  się  załoŜyć  podsłuch  na  linię  Marjorie  i  Suzanne.  Jeszcze  więcej  starań 
będzie ją kosztowało załatwienie zgody na włączenie do sprawy nagrań telefonicznych Slagermana. Ale 
ona  to  załatwi.  Gdy  za  kilka  dni  Slagerman  stanie  za  barierką  dla  świadka,  spotka  go  przykra 
niespodzianka - jego i jego obrońcę. 

Postanowiła przejść kawałek piechotą, zanim spróbuje złapać taksówkę. Noc była parna. Na drugim 

końcu miasta czekał na nią klimatyzowany pokój, chłodny prysznic i zimny napój. Nie chciała jednak 
wracać do domu. Jeszcze nie. Bo jeśli będzie sama, siłą rzeczy zacznie rozmyślać o swoim Ŝyciu. I o 
Gage'u. 

Tego popołudnia w jego ramionach straciła panowanie nad sobą. Zaczynało to juŜ wchodzić jej w 

krew, czym się, zresztą, wcale nie przejmowała. Nie było sensu zaprzeczać, Ŝe jest nim zauroczona. Co 
więcej, czuje do niego instynktowny, niemal pierwotny pociąg, któremu nie potrafi się oprzeć. 

Z drugiej strony równie silny pociąg odczuwa do męŜczyzny w masce. 
Jak to moŜliwe, Ŝe ona, która ponad wszystko ceni sobie lojalność i wierność, Ŝywi tak wyraziste 

uczucia do dwóch róŜnych męŜczyzn? 

Miała nadzieję, Ŝe winę ponosi fizyczna strona jej natury. Pragnąć męŜczyzny jeszcze nie oznacza, 

Ŝ

e go potrzebuje. A ona nie dojrzała do tego, by związać się z męŜczyzną - nie mówiąc juŜ o dwóch! 

Tak  naprawdę  w  tej  chwili  potrzebowała  tylko  jednego  -  by  odzyskać  kontrolę  nad  swoimi 

emocjami,  swoim  Ŝyciem  i  swoją  karierą.  Przez  większą  część  Ŝycia  była  ofiarą  okoliczności. 
Tragicznej  śmierci  rodziców  oraz  bezmiaru  strachu  i  rozpaczy  w  jej  następstwie.  RównieŜ  pracy  jej 
siostry, która to praca wymagała ciągłych przenosin z miasta do miasta. 

Teraz  jednak  wyrabiała  sobie  nareszcie  własną  markę  na  swój  sposób  i  w  swoim  tempie.  Przez 

ostatnie  półtora  roku  pracowała  cięŜko  i  z  determinacją,  by  zdobyć  zasłuŜoną  opinię  nieugiętej  i 
uczciwej przedstawicielki wymiaru sprawiedliwości. Wystarczy, Ŝe będzie kroczyć nadal tą drogą. 

Gdy weszła w cień wysokościowca, usłyszała swoje imię wypowiedziane szeptem. Znała ten głos, 

słyszała go w snach, których nie chciała przyjąć do wiadomości. 

Wyłonił  się  z  mroku  -  cień,  sylwetka,  a  wreszcie  męŜczyzna.  Widziała  jego  oczy,  ich  błysk  pod 

maską.  Przypływ  tęsknoty  był  tak  nagły,  tak  gwałtowny,  Ŝe  niewiele  brakowało,  a  byłaby  głośno 
westchnęła. 

A gdy ujął ją za rękę, by wciągnąć w mrok, wcale się nie opierała. 
-  Wygląda na to, Ŝe samotne spacery po nocy stały się twoim zwyczajem. 
-  Wracam z pracy. - Mimowolnie ściszyła głos do szeptu. - Chodzisz za mną? 
Nie odpowiedział, ale jego palce zacisnęły się zaborczo na jej dłoni. 
-  Czego chcesz? - zapytała. 

background image

 

34 

-    Tutaj  grozi  ci  niebezpieczeństwo.  -  ZauwaŜył,  Ŝe  włosy  miała  rozpuszczone  na  ramiona.  -  Ci, 

którzy  zamordowali Parina, będą cię śledzić. - Poczuł, Ŝe jej puls gwałtownie przyspieszył, ale nie ze 
strachu. Był tego pewny, bo potrafił odróŜnić strach od podniecenia. 

-  Co wiesz na temat Parina? 
-  Nie będą przejmowali się tym, Ŝe jesteś kobietą, jeŜeli staniesz im na drodze. Nie chcę, Ŝeby stało 

ci się coś złego. 

W poczuciu bezradności przysunęła się bliŜej. 
-  Dlaczego? 
Równie  bezradny,  podniósł  obie  jej  ręce  do  ust  i  trzymał  przez  chwilę  w  uścisku.  Ich  oczy  się 

spotkały. 

-  Dobrze wiesz dlaczego. 
-  To niemoŜliwe. - Nie cofnęła się jednak, gdy musnął ręką jej włosy. - Nie wiem, kim jesteś. I nie 

rozumiem tego, co robisz. 

-  Czasami i ja tego nie rozumiem. 
Tak bardzo pragnęła, by wziął ją w ramiona. Chciała przekonać się, jak to jest znaleźć się w jego 

objęciach, poczuć na ustach jego gorące wargi. Miała jednak swoje powody, uznała, cofając się. Zbyt 
wiele  powodów.  Dlatego  musi  być  silna  -  na  tyle  silna,  by  nie  tylko  mu  się  oprzeć,  ale  równieŜ  go 
wykorzystać. 

-  Powiedz mi, co wiesz. O Parinie, o morderstwie. Pozwól mi wykonać moje zadanie. 
-  Daj sobie spokój. To wszystko, co mam ci do przekazania. 
-  Ty coś wiesz. To widać - odparła, cofając się. Dystans był jej potrzebny, by mogła znów usłyszeć 

głos rozumu i przypomnieć sobie, Ŝe jest urzędnikiem sądowym. A on wyłomem w systemie, w który 
Ŝ

arliwie wierzyła. - Masz obowiązek mi powiedzieć. 

-  Znam swoje obowiązki. 
Odrzuciła włosy do tyłu. On miałby ją pociągać? Dobre sobie! On ją po prostu wściekał. 
-  Jasne  -  rzuciła  z  furią.  -  Przemykanie  się  w  ciemnościach,  wymierzanie  sprawiedliwości  wedle 

własnych zasad. To nie są obowiązki - to twój wybór. - A kiedy nie odpowiadał, zrobiła z westchnie-
niem krok w jego stronę. - Mogłabym cię oskarŜyć o zatajanie informacji. To sprawa policji, prokuratu-
ry, a nie gra. 

-  Rzeczywiście, to nie jest gra. - Głos wciąŜ miał cichy, lecz wychwyciła w nim nutę rozbawienia, 

a zarazem irytacji. - Są w niej jednak pionki. A ja nie chciałbym, Ŝeby posłuŜono się tobą jak pionkiem. 

-  Potrafię sama o siebie zadbać. 
-  Ciągle  to  powtarzasz.  Tym  razem  jednak  to  nie  twoja  liga,  pani  prokurator.  Daj  sobie  lepiej 

spokój. - Cofnął się. 

-  Chwileczkę!    -  zawołała,  ale  on  juŜ  zniknął.  -  Niech  cię,  jeszcze  z  tobą  nie  skończyłam!    -

Sfrustrowana, kopnęła w ścianę budynku. - Daj sobie spokój - mruknęła. - Nigdy w Ŝyciu! 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Ociekając  wodą i  klnąc,  Deborah  popędziła do  drzwi.  Pukanie  o  6.45  rano  znaczyło  dokładnie  to 

samo,  co  telefony  o  trzeciej  nad  ranem.  Kłopoty.  Gdy  otworzyła  i  zobaczyła  Gage'a,  wiedziała,  Ŝe 
instynkt jej nie zawiódł. 

-  Wyszłaś spod prysznica? - zapytał.  
Niecierpliwym gestem przeciągnęła ręką po mokrych włosach. 
-  Tak. Czego chcesz? 
-  Śniadania. - Nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. - Bardzo tu ładnie - stwierdził. 
Wnętrze  urządzone  było  w  delikatnych  odcieniach  kości słoniowej,  z  plamami  Ŝywych  kolorów  - 

szmaragdu, karminu, szafiru - na tapicerce niskiej sofy oraz na dywanikach pokrywających wyfrotero-
wany parkiet. Na tym samym parkiecie zauwaŜył wilgotne ślady. 

-  Wygląda na to, Ŝe przyszedłem o jakieś pięć minut za wcześnie. 
Nagle dotarło do niej, Ŝe pasek szlafroka się rozwiązał, więc się nim mocno ścisnęła. 
-  Nie, bo w ogóle nie powinno cię tu być. A teraz...  
Przerwał jej długim, gorącym pocałunkiem. 
-  Uhm, jesteś cała mokra. 
Szczerze  mówiąc, była zdziwiona, Ŝe woda nie zaczęła jeszcze z niej parować. Zdumiała ją takŜe 

odruchowa chęć, by oprzeć głowę na jego ramieniu. 

-  Posłuchaj, ja nie mam na to czasu. Muszę być w sądzie... 

background image

 

35 

-  Za dwie godziny - przytaknął. - Zostaje mnóstwo czasu na śniadanie. 
-  JeŜeli sobie wyobraŜasz, Ŝe zrobię ci śniadanie, to się gorzko rozczarujesz. 
-    Nie  śmiałbym  nawet  o  tym  marzyć.  -  Jego  wzrok  prześlizgnął  się  po  jedwabnym  szlafroczku. 

Podczas  krótkiego  uścisku  przekonał  się,  Ŝe  nie  miała  nic  pod  spodem.  -  Podobasz  mi  się  w  tym 
kolorze. Powinnaś zawsze ubierać się na niebiesko. 

-  Doceniam twoje porady w dziedzinie mody, ale... - Urwała, gdyŜ usłyszała kolejne pukanie. 
-  Ja otworzę - zaproponował Gage. 
-  Sama mogę u siebie otworzyć. - Kipiąc ze złości, pomaszerowała do drzwi. Z rana nigdy nie była 

w najlepszym humorze - nawet jeśli musiała radzić sobie tylko z samą sobą. - Chciałabym wiedzieć, kto 
wywiesił szyld, Ŝe tego ranka prowadzę dom otwarty. - Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i stanęła 
oko w oko z kelnerem w białej marynarce, popychającym olbrzymią tacę na kółkach. 

-  Ach, to śniadanie. Postaw je pod oknem. - Gage, zaprosił go gestem do środka. - Pani lubi mieć 

ładny widok. 

-  Tak jest, proszę pana.  
Deborah ujęła się pod boki. Niełatwo jest składać oświadczenia przed siódmą rano, czuła jednak, Ŝe 

musi to zrobić. 

-  Gage, nie wiem, do czego zmierzasz, ale nic z tego nie będzie. Myślałam, Ŝe wyraziłam się dość 

jasno. Nie mam w tej chwili ani czasu, ani ochoty... Czy to kawa? 

- Tak. - Gage z uśmiechem podniósł srebrny dzbanek i napełnił filiŜankę. Zapach był wręcz upojny. 

- Napijesz się? 

Wydęła wargi. 
-  MoŜe. 
-  Powinnaś polubić tę mieszankę. - Podszedł do niej i podsunął jej filiŜankę pod nos. - To jedna z 

moich ulubionych. 

Upiła łyk i zamknęła oczy. 
-  Nie grasz fair. 
-  Nie. 
Otworzyła oczy, by przyjrzeć się kelnerowi, który uwijał się Ŝwawo po pokoju. 
-  Co tam jeszcze jest? 
-  Jajka sadzone, grillowana szynka, rogaliki, sok pomarańczowy - świeŜy, oczywiście. 
-  Oczywiście. 
-  Maliny ze śmietaną. 
-  Hmm. - Westchnęła z lubością. 
-  MoŜe chcesz usiąść? 
Deborah  nigdy  nie  uwaŜała  się  za  kobietę  słabą.  Jej  salon  wypełniały  jednak  tak  cudowne, 

smakowite zapachy... 

-  Chyba tak. - Poddała się i zajęła jedno z krzeseł, które kelner przysunął do stołu. 
Gage pokwitował rachunek i wydał instrukcję, by przyszedł pozbierać talerze za godzinę. 
- Powinnam chyba spytać, po co to wszystko? - Nie zaprotestowała, gdy Gage dolał jej kawy. 
- Chciałem zobaczyć, jak wyglądasz o poranku. - Nalał soku z kryształowego dzbanka. - Wydawało 

mi się, Ŝe to najlepszy sposób. - Wzniósł toast filiŜanką, a jego oczy spoczęły na twarzy Deborah, bez 
makijaŜu, w obramowaniu zaczesanych do tylu czarnych włosów. - Jesteś piękna. 

-  A ty czarujący. - Dotknęła płatków czerwonej róŜy, leŜącej obok jej talerza. - Ale to niczego nie 

zmienia. - W zamyśleniu postukała palcem w brzoskwiniowy obrus. - Mimo to nie widzę powodu, dla 
którego taka masa jedzenia miałaby się zmarnować. 

-  Jesteś osobą bardzo praktyczną. - Na to właśnie liczył. - To jedna z tych cech, które wydają mi 

się w tobie najbardziej atrakcyjne. 

-    Nie  rozumiem,  co  moŜe  być  atrakcyjnego  w  byciu  praktycznym.  -  Ukroiła  cieniutki  plasterek 

szynki i wsunęła do ust. 

Gage poczuł nagły skurcz Ŝołądka. 
-  Zapewniam cię, Ŝe to moŜe być... bardzo atrakcyjne. 
W  jednej  chwili  przeszył  ją  dreszcz,  starała  się  jednak  nie  zwracać  na  to  uwagi  i  spróbowała 

skoncentrować się na bardziej bezpiecznym rodzaju głodu. 

-  Powiedz mi, czy zawsze jadasz takie wystawne śniadania? 
-  Kiedy  wydaje  się  to stosowne.  -  Nakrył  dłonią jej rękę.  -  Masz  podkrąŜone  oczy.  Nie  wyspałaś 

się? 

Pomyślała o długich, nerwowych godzinach. 

background image

 

36 

-  Nie wyspałam się. 
-  To przez tę sprawę? 
Wzruszyła ramionami. Jej bezsenność nie miała nic wspólnego z tą sprawą, za to wiele wspólnego 

z  męŜczyzną  spotkanym  w  ciemnościach.  Jak  więc  to  wytłumaczyć,  Ŝe  potrafi  być  równie 
zafascynowana męŜczyzną, z którym siedzi teraz w promieniach słońca? 

-  Chcesz o tym porozmawiać? 
-  Nie. - Cofnęła przezornie rękę. 
Gage zdawał się z rozbawieniem śledzić ten niezbyt subtelny atak i odwrót. 
-  Moim zdaniem, zbyt cięŜko pracujesz. 
-  Robię, co do mnie naleŜy. A ty? Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, co tak naprawdę robisz. 
-  Kupuję i sprzedaję, chodzę na zebrania, czytam raporty. 
-  Jestem pewna, Ŝe to bardziej skomplikowane. 
-  I często bardziej nudne. 
-  Trudno w to uwierzyć. 
Gdy przełamał chrupiący rogalik, rozszedł się upojny zapach świeŜego pieczywa. 
-  Buduję róŜne rzeczy i kupuję. 
-  Na przykład co? - Pomyślała, Ŝe nie da się spławić. 
Uśmiechnął się. 
-  Jestem właścicielem tego budynku. 
-  Właścicielem tego budynku jest firma Trojan Enterprises. 
-  Tak. A właścicielem Trojan Enterprises jestem ja - wyjaśnił. 
-  Ach, tak. 
-  Większość  pieniędzy  Guthriech  pochodzi  z  nieruchomości  -  ciągnął  Gage.  -  To  nadal  jest 

podstawa. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zaczęliśmy jednak inwestować w innych branŜach. Tak więc 
jedna gałąź zajmuje się transportem morskim, druga górnictwem, a trzecia produkcją. 

-  Rozumiem.  -  To  nietuzinkowy  męŜczyzna,  pomyślała.  -  Daleko  odszedłeś  od  dwudziestego 

piątego komisariatu. 

-  Tak. - Cień przemknął przez twarz Gage'a. - Na to wygląda. - Nabrał na łyŜkę malin ze śmietaną i 

podał Deborah. 

Potrzymała przez chwilę owoce na języku. 
-  Nie brakuje ci go? 
Pomyślał, Ŝe gdyby ją w tej chwili pocałował, usta jej miałyby cierpki, świeŜy smak owoców. 
-  Nie pozwalam sobie na tęsknoty. A to pewna róŜnica. 
-  Tak. - Rozumiała go, bo ona takŜe starała się nie tęsknić za najbliŜszymi. Tymi, którzy odeszli - a 

takŜe tymi, od których dzieliły ją setki kilometrów. 

-  Wyglądasz bardzo ponętnie, kiedy jesteś smutna, Deborah. - Gage powiódł palcem po grzbiecie 

jej dłoni. - Szczerze mówiąc, trudno ci się oprzeć. 

-  Nie jestem smutna. 
-  Ale trudno ci się oprzeć. 
-  Nie zaczynaj. - Z namaszczeniem nalała poranną kawę. - Mogę ci zadać fachowe pytanie? 
-  Jasne. 
-    JeŜeli  właściciel  jakiejś  nieruchomości  albo  właściciele  nie  chcą,  by  ten  fakt  przedostał  się  do 

wiadomości publicznej, czy mogą to ukryć? 

-  Bez trudu. Na przykład dekując się w fikcyjnych spółkach pod róŜnymi numerami identyfikacji 

podatkowej.  Jedna  spółka  jest  właścicielem  drugiej,  druga  jeszcze  innej,  i  tak  dalej.  Mogę  wiedzieć, 
czemu pytasz? 

Deborah wychyliła się do przodu i machnięciem ręki zbyła jego pytanie. 
-  Czy bardzo trudno byłoby namierzyć prawdziwych właścicieli? 
-  To zaleŜy od kłopotów, w jakich się znaleźli, a takŜe od powodów, jakie skłoniły ich do zatajania 

nazwisk. 

-  Czy, przy odpowiedniej dozie uporu i cierpliwości, moŜna by dotrzeć do tych nazwisk? 
-  Być moŜe. JeŜeli tylko zdołasz odnaleźć wspólny wątek. 
-  Wspólny wątek? 
- Jakieś nazwisko, numer, miejsce. Coś, co się będzie pojawiać podejrzanie często. - Kierunek, w 

jakim zmierzało to przesłuchanie, byłby go moŜe zaniepokoił, gdyby nie świadomość, Ŝe wyprzedza ją 
o krok. Mimo to uznał, Ŝe ostroŜność nie zawadzi. - O co ci chodzi, Deborah? 

-  Ja tylko wykonuję swoją pracę. 

background image

 

37 

Bardzo ostroŜnie odstawił filiŜankę na spodek. 
-  Czy ma to coś wspólnego z Parinem?  
Spojrzała na niego ostro. 
-  Co wiesz o Parinie? 
-  Nadal mam swoje kontakty w dwudziestym piątym komisariacie. Nie jesteś wystarczająco zajęta 

przy procesie Slagermana? 

-  Nie stać mnie na luksus zajmowania się wyłącznie jedną sprawą. 
-  Przy tej akurat nie powinnaś w ogóle pracować. 
-  Słucham? 
-  To niebezpieczne. Ludzie, którzy zlecili morderstwo Parina, są niebezpieczni. Nie masz pojęcia, 

w co się bawisz. 

-  Ja się nie bawię. 
-    To  prawda,  ale  oni  teŜ  nie.  Są  doskonale  chronieni  i  znakomicie  poinformowani.  Znają  kaŜdy 

twój krok, zanim zdąŜysz go zrobić. - Oczy mu pociemniały. - Jeśli  uznają cię za przeszkodę, usuną cię  
szybko i definitywnie. 

- Skąd wiesz aŜ tyle o ludziach, którzy zabili Parina? 
- Byłem gliniarzem, pamiętasz? To nie jest coś, w co powinnaś się angaŜować. Powinnaś przekazać 

tę sprawę komuś innemu. 

-  To śmieszne! 
Nim zdąŜyła się poderwać, przytrzymał ją za rękę. 
-  Nie chcę, Ŝeby coś ci się stało. 
-  A ja chciałabym, Ŝeby ludzie przestali mi to powtarzać. - Wyrwała się i wstała. - To moja sprawa. 

I tak juŜ zostanie. 

Oczy mu pociemniały, ale nie ruszył się z miejsca. 
-  Ambicja to kolejna atrakcyjna cecha, Deborah. Nie pozwól, by cię zaślepiła. 
Odwróciła się do niego bardzo wolno, z furią w oczach. 
-  W porządku, to częściowo ambicja. Ale to jeszcze nie wszystko. Ja wierzę w to, co robię, Gage. 

UwaŜam,  Ŝe  robię  to  dobrze.  Zaczynałam  od  chłopaka,  który  nazywał  się  Rico  Mendez.  Nie  był  on 
bynajmniej  podporą  naszego  społeczeństwa.  Tak  naprawdę,  był  drobnym  złodziejaszkiem,  który  juŜ 
wcześniej  siedział  i  pewnie  jeszcze  nieraz  by  siedział,  gdyby  któregoś  dnia  nie  został  zastrzelony  na 
rogu ulicy, poniewaŜ naleŜał do niewłaściwego gangu i nosił niewłaściwe kolory. 

Zaczęła krąŜyć po pokoju, zawzięcie gestykulując. 
-    Potem  jego  zabójca  został  zabity,  bo  zgodził  się  ze  mną  rozmawiać.  Bo  się  z  nim  dogadałam. 

Powiedz  mi,  kiedy  to  wreszcie  się  skończy?  Poza  wszystkim  poczuwam  się  częściowo  do  winy. 
Miałabym teraz zrezygnować? 

Gage wstał i podszedł do Deborah. 
-  Ja nie kwestionuję twojej uczciwości.  
-  Tylko moje osądy? 
-  Owszem. Tak samo jak własne. - Jego ręce wślizgnęły się do rękawów jej szlafroczka. - ZaleŜy 

mi na tobie. 

-  Myślę, Ŝe... 
-  Nie myśl. - Przywarł ustami do jej warg, a palce zacisnął na jej ramionach, gdy przyciągał ja. Do 

siebie. 

Nagła  fala  gorąca;  niezwykle  poŜądanie.  Obejmując  ją,  nie  zastanawiał  się  nad  tym,  Ŝe  potrafiła 

pozbawić go rozumu, a zarazem stymulować. śe sycąc jego głód, potrafiła go jednocześnie pobudzać. 
Dzięki niej był silny, a zarazem pozbawiony sił. Gdy była przy nim, zaczynał nieomal wierzyć w cuda. 

Cofnął  się,  wciąŜ  trzymając  ręce  na  jej  ramionach.  Ona  tymczasem  starała  się  odzyskać  równo-

wagę. Jak to moŜliwe, Ŝe coś takiego dzieje się z nią za kaŜdym razem? śe wystarczy jedno dotknięcie? 

-  Nie jestem na to gotowa - wykrztusiła. 
-  Ani ja, ale to nie ma znaczenia. - Znów ją przytulił. - Chcę cię zobaczyć tej nocy. Chcę być z tobą 

tej nocy. 

-  Nie, nie mogę. - Oddychała z trudem. - Prowadzę proces. 
Gage stłumił przekleństwo. 
-  Dobrze. Kiedy ten proces dobiegnie końca. Nie moŜemy ciągle przed tym uciekać. 
-  To  prawda.  -  On  miał  rację.  Pora  wreszcie  coś  postanowić.  -  Nie  moŜemy.  Ale  ja  potrzebuję 

czasu. Proszę, nie popędzaj mnie. 

background image

 

38 

-  MoŜe będę musiał. - Odwrócił się do drzwi i nagle zatrzymał się z ręką na klamce. - Deborah, czy 

jest jeszcze ktoś inny? 

JuŜ miała zaprzeczyć, ale pomyślała, Ŝe Gage zasługuje na szczerość. 
-  Nie wiem. 
Kiwając głową, zamknął drzwi i z gorzką ironią uświadomił sobie, Ŝe konkuruje sam ze sobą. 
 
Deborah do późna w nocy ślęczała nad dokumentami i ksiąŜkami prawniczymi przy biurku w sy-

pialni. Po rozprawie, przez wiele godzin sprzątała swoje i tak juŜ wysprzątane mieszkanie. Był to jeden 
z  najlepszych  sposobów,  jakie  znała,  na  rozładowanie  napięcia.  Albo  na  to,  by  o  nim  zapomnieć. 
Drugim wyjściem była praca, rzuciła się więc w jej wir, czując, Ŝe i tak tej nocy nie zaśnie. 

Sięgała właśnie po kubek z kawą, gdy zadzwonił telefon. 
-  Halo. 
-  O'Roarke? Deborah O'Roarke? 
-  Tak, kto mówi? 
-  Santiago.  
Chwyciła ołówek. 
-  Szukaliśmy pana, panie Santiago. 
-  Tak. Wiem. 
-  Bardzo  bym  chciała  z  panem  porozmawiać.  Prokuratura  gotowa  jest  zaproponować  panu 

współpracę, a takŜe ochronę. 

-  Taką, jaką dostał Parino? 
Na moment ogarnęło ją poczucie winy, ale się otrząsnęła. 
-  Mimo wszystko z nami będzie pan bardziej bezpieczny niŜ na własną rękę. 
-  MoŜe. - W jego głosie brzmiały strach i napięcie. 
-  Jestem gotowa załatwić rozmowę o kaŜdej porze, jaka będzie panu odpowiadała. 
-  Nie  ma  mowy.  Nigdzie  nie  pójdę.  Dopadliby  mnie,  zanim  zdąŜyłbym  dotrzeć  do  najbliŜszej 

przecznicy.  -  Zaczął  mówić  tak  szybko,  Ŝe  słowa  niemal  zderzały  się  ze  sobą.  -  Ty  przyjdź  do  mnie. 
Wiem więcej niŜ Parino. O wiele więcej. Mam nazwiska, papiery. Chcesz posłuchać, siostro, to przyjdź 
do mnie. 

-  Dobrze. KaŜę policji... 
-  śadnych  gliniarzy!  -  rzucił  z  przeraŜeniem.  -  śadnych  gliniarzy  albo  nici  z  interesu.  Ty  masz 

przyjść, i to sama. Koniec. Kropka. 

-  Wobec tego, niech będzie po twojemu. Kiedy? 
-  Teraz. Natychmiast. Jestem w hotelu Darcy, pokój dwadzieścia siedem. 
-  Daj mi dwadzieścia minut. 
 
-  Jest pani pewna, Ŝe to tutaj chciała pani przyjechać? - Choć pasaŜerka miała na sobie stare dŜinsy 

i  trykotowy  podkoszulek,  taksówkarz  nie  miał  wątpliwości,  Ŝe  osoba  tej  klasy  nie  pasuje  do  takiej 
spelunki, jak hotel Darcy. 

Poprzez  ulewny  deszcz  Deborah  zobaczyła  ciemne  okna,  zniszczoną  fasadę  budynku  i  wymarłą 

ulicę. 

-  Tak, ale nie uda mi się chyba namówić pana, Ŝeby pan zaczekał? 
-  Niestety, proszę pani. 
-  Tak teŜ myślałam. - Wsunęła banknot przez szczelinę w grubej kuloodpornej szybie. - Niech pan 

zatrzyma  resztę.  -  Zaczerpnęła  tchu,  dała  nurka  w  deszcz  i  popędziła  na  górę  po  zniszczonych  scho-
dach, prowadzących do wejścia. 

W  holu  zatrzymała  się,  ociekając  wodą.  Recepcja  znajdowała  się  za  zardzewiałymi  kratami  i  nie 

było  w  niej  nikogo.  Zapalona  lampa  rzucała  Ŝółte  światło  na  lepkie  od  brudu  linoleum.  W  powietrzu 
unosił się zapach potu i brudu. Odwróciła się i zaczęła wchodzić po schodach. 

Jakieś  dziecko  płakało,  zawodząc  przeciągle.  Rozpaczliwe  dźwięki  wypełniły  całą  klatkę  schodo-

wą, pokrytą graffiti. Coś przemknęło obok stóp Deborah i zniknęło w dziurze. Wzdrygnęła się, ale dalej 
wspinała się na górę. 

Usłyszała podniesione głosy męŜczyzny i kobiety, kłócących się zajadle. Kiedy skręciła w korytarz; 

pierwszego  piętra,  jedne  z  drzwi  otworzyły  się  skrzypiąc,  a  potem  się  zatrzasnęły  i  usłyszała  brzęk 
łańcucha. 

background image

 

39 

Pod stopami chrzęściły jej odłamki szkła ze stłuczonej lampy pod sufitem. Z dołu, z ciemnego holu, 

dobiegał  pisk  hamulców.  To  w  telewizji  trwał  samochodowy  pościg.  Za  oknami  błysnęło;  grzmot 
przetoczył się tuŜ nad jej głową. 

Przed  pokojem  numer  27  przystanęła.  Za  drzwiami  telewizor  ryczał  na  cały  regulator.  Podniosła 

rękę i mocno zastukała. 

- Panie Santiago! 
Nikt  nie  odpowiedział,  zapukała  więc  ponownie  i  zawołała,  a  potem  ostroŜnie  nacisnęła  klamkę. 

Drzwi otworzyły się bez trudu. 

W  szarym,  migającym  świetle  telewizora  zobaczyła  ciasny  pokój  z  jednym  brudnym  oknem. 

Wszędzie walały się stosy śmieci i ubrań. W jedynej komodzie brakowało szuflady. W powietrzu unosił 
się odór skwaśniałego piwa i zepsutej Ŝywności. 

Na  widok  wyciągniętej  na  łóŜku  postaci  głośno  zaklęła.  Nie  dość,  Ŝe  czeka  ją  wątpliwa 

przyjemność  rozmowy  ze  świadkiem  w  tej  cholernej  norze,  to  jeszcze  będzie  musiała  go  przedtem 
doprowadzić do stanu uŜywalności. 

Zirytowana,  wyłączyła  telewizor.  Teraz  słychać  było  juŜ  tylko  szum  deszczu  i  odgłosy  kłótni  na 

drugim  końcu  korytarza.  Wzrok  jej  padł  na  zardzewiałą  umywalkę,  przytwierdzoną  do  ściany,  z  ob-
tłuczoną porcelanową miską. MoŜe się przydać, pomyślała, o ile uda się zanurzyć w niej głowę Raya 
Santiaga. 

-  Panie  Santiago!  -  Podniosła  głos,  a  potem  ruszyła  przez  pokój,  starając  się  omijać  brudne 

opakowania  po  jedzeniu  i  kałuŜe  rozlanego  piwa.  -  Ray!  -  Podeszła  do  łóŜka,  zaczęła  go  szarpać  za 
ramię i wtedy zauwaŜyła, Ŝe ma otwarte oczy. - Jestem Deborah O'Roarke - zaczęła. A potem do niej 
dotarło, Ŝe on wcale na nią nie patrzy. śe on juŜ na nic nie patrzy. Cofnęła drŜącą rękę i zobaczyła, Ŝe 
jest mokra od krwi. 

- O BoŜe! - Zrobiła niepewny krok do tyłu, walcząc z przypływem mdłości. Kolejny chwiejny krok. 

I  jeszcze  następny.  Odwróciła  się  i  omal  nie  wpadła  na  niskiego,  dobrze  zbudowanego  męŜczyznę  z 
wąsikiem. 

-  Seniorita - odezwał się cichym głosem. 
-  Policja - wykrztusiła. - Trzeba wezwać policję. On nie Ŝyje. 
-  Wiem.  - MęŜczyzna uśmiechnął się. W jego ustach błysnęło złoto. A potem  dostrzegła srebrny 

błysk, gdy uniósł sztylet. - Panno O'Roarke, czekałem na panią. 

Rzuciła  się  do  drzwi,  ale  on  chwycił  ją  za  włosy.  Krzyknęła  z  bólu,  a  potem  zapadła  cisza  - 

ś

miertelna cisza, kiedy poczuła ukłucie ostrza u nasady szyi. 

-  W takim miejscu jak to nikt nie słucha krzyków - powiedział złowieszczo łagodnym tonem, od-

wracając ją do siebie. - Jesteś bardzo piękna, seniorita. Szkoda byłoby oszpecić tak piękny policzek. - 
Nie  spuszczając  z  niej  wzroku,  przytknął  do  niego  ostrze.  -  Powiesz  mi,  por  favor,  o  czym  Parino 
rozmawiał  z  tobą  przed...  swoim  wypadkiem.  Wszystkie  nazwiska  i  szczegóły.  I,  oczywiście,  z  kim 
podzieliłaś się tą informacją. 

Zdrętwiała  ze  strachu,  rozpaczliwie  próbowała  zebrać  myśli.  Spojrzała  mu  w  oczy  i  wyczytała  w 

nich swoje przeznaczenie. 

-  Zabijesz mnie, tak czy inaczej.  
Znów się uśmiechnął. 
-  Mądra  i  piękna.  Ale  są  róŜne  sposoby.  Niektóre  bardzo  powolne  i  bardzo  bolesne.  -  Przesunął 

lekko ostrzem po jej policzku. - Dlatego powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć. 

Nie miała Ŝadnych nazwisk; nic, o co mogłaby się targować. Został tylko jej rozum. 
-  Zapisałam je. Wszystko zapisałam i zamknęłam w sejfie. 
-  A komu powiedziałaś? 
-  Nikomu. - Przełknęła ślinę. - Naprawdę nikomu.  
Obrzucił ją przeciągłym spojrzeniem.. 
-    Myślę,  Ŝe  kłamiesz  -  orzekł,  obracając  w  palcach sztylet.  -  PokaŜę  ci,  do  czego  to  słuŜy,  moŜe 

wtedy będziesz bardziej chętna do współpracy. Ach, ten policzek. Gładki jak aksamit. Jaka szkoda, Ŝe 
muszę go rozerwać. 

SpręŜyła się i w tym samym momencie błysnęło, a potem rozległ się brzęk stłuczonej szyby. 
To on! Cały w czerni. Oświetlony ostrzem kolejnej błyskawicy. Tym razem od grzmotu zatrząsł się 

cały  pokój.  Nie  zdąŜyła  nawet  odetchnąć,  gdy  poczuła  na  gardle  nóŜ,  a  krzepkie  ramię  opasało  ją  w 
talii. 

- Spróbuj tylko podejść bliŜej - rzucił jej prześladowca - to poderŜnę jej gardło od ucha do ucha. 

background image

 

40 

Nemezis  zastygł  w  miejscu.  Nie  patrzył  na  nią.  Nie  śmiał.    Oczyma  duszy  widział  jednak  jej 

pobladłą, z przeraŜenia twarz i szkliste oczy. Czy sprawił to jej strach, czy jego własny, Ŝe nie był w 
stanie  skoncentrować  się  i  wejść  do  pokoju  jako  cień,  a  nie  jako  męŜczyzna?  Gdyby  mógł  to  teraz 
zrobić,  gdyby  mógł  oddzielić się  od  własnego  lęku  o jej osobę  i  zniknąć, czy  zdołałby ją  obronić? A 
moŜe  sztylet  ugodziłby  w  cel,  zanim  zdąŜyłby  zadziałać?  No  cóŜ,  skoro  nie  okazał  się  wystarczająco 
szybki, by ją uratować, będzie musiał okazać się wystarczająco bystry. 

-  JeŜeli ją zabijesz, stracisz swoją tarczę. 
-  Ryzyko, które obaj podejmujemy. Nie zbliŜaj się. 
Napastnik przycisnął jej ostrze do gardła tak mocno, Ŝe cicho jęknęła. 
- JeŜeli ją zranisz - w głosie mściciela strach mieszał się z furią - zrobię z tobą rzeczy, których nie 

wyobraŜałeś sobie nawet w najstraszliwszych koszmarach. 

I wtedy zobaczył twarz zbira, długie wąsy i złoty błysk w ustach. I nagle czas się cofnął. Znów był 

tam,  w  dokach,  czuł  zapach  ryb  i  gnijących  śmieci,  słyszał  plusk  wody.  Poczuł  eksplodujący  Ŝar  w 
piersi i omal się nie potknął. 

- Znam cię, Montega - rzucił niskim, chrapliwym głosem. - Szukałem cię od dawna. 
- No, to mnie znalazłeś. - Choć ton Montegi był arogancki, Deborah poczuła bijący od niego zapach 

potu, który obudził w niej nadzieję. - OdłóŜ broń. 

- Nie mam broni - powiedział męŜczyzna zwany Nemezis, rozkładając ręce. - Nie jest mi potrzebna. 
- Wobec tego jesteś głupcem. - Montega puścił Deborah i wsunął rękę do kieszeni. Strzał huknął w 

momencie, gdy Nemezis uskoczył w bok. 

Wszystko  stało  się  tak  szybko.  Później  Deborah  nie  potrafiła  powiedzieć,  kto  wykonał  pierwszy 

ruch.  Zobaczyła,  jak  kula  przebija  poplamioną  tapetę  oraz  gipsową  ścianę,  a  potem  upadającego 
mściciela. Napędzana wściekłością i strachem, z całych sił walnęła Montegę łokciem w Ŝołądek. 

On  jednak,  bardziej  w  tej chwili  zajęty  nową  zdobyczą,  odepchnął ją  na  bok.  Upadając,  uderzyła 

głową o brzeg umywalki. Nocny mrok rozdarła kolejna błyskawica. A potem zapadła ciemność. 

 
- Deborah, Deborah, otwórz oczy. Proszę.  
Nie  chciała  tego  zrobić,  bo  wokół  wciąŜ  wybuchały  groźne  eksplozje.  Ale  głos  brzmiał  tak 

rozpaczliwie, tak błagalnie, Ŝe z najwyŜszym wysiłkiem uniosła powieki. W polu widzenia ukazał się 
mściciel. 

Trzymał ją w objęciach, kołysał, tulił do piersi jej głowę. Przez moment widziała tylko jego oczy. 

Takie  piękne  oczy,  pomyślała  na  wpół  przytomnie.  Zakochała  się  w  nich  od  pierwszego  wejrzenia. 
Wypatrywała ich pośród tłumu, oślepiona światłami, ale widziała tylko te oczy. 

Jęknęła cicho i dotknęła guza, który juŜ wyrastał na skroni. Pomyślała, Ŝe musiała doznać wstrząsu 

mózgu. Mściciela zobaczyła po raz pierwszy w ciemnej uliczce. Był teŜ nóŜ. Zupełnie jak tej nocy. 

-  NóŜ - mruknęła. - On miał nóŜ.  
Osłabły z ulgi, nachylił się nad nią. 
-  Wszystko w porządku. Nie miał nawet szansy, by go uŜyć. 
-  Myślałam, Ŝe cię zastrzelił. - Dotknęła jego twarzy i przekonała się, Ŝe jest ciepła. 
-  Nie. 
-  Zabiłeś go? 
Wyraz jego oczu nagle się zmienił. Troska ustąpiła miejsca furii. 
-  Nie.  -  Na  widok  Deborah,  osuwającej  się  na  podłogę,  ogarnęło  go  przeraŜenie,  o  jakim  zdąŜył 

dawno zapomnieć. Dlatego Montega mógł bez trudu uciec. Ale będzie jeszcze następny raz. Obiecał to 
sobie. Będzie szansa na sprawiedliwość. I na zemstę. 

-  Uciekł? 
-  Na razie. 
-  Ty go znałeś. - Choć w głowie jej huczało, spróbowała zebrać myśli. - Zwróciłeś się do niego po 

nazwisku. 

-  Tak, znałem go. 
-  Miał broń. - Zacisnęła powieki, ale ból nie chciał ustąpić. - Gdzie ją miał? 
-  W kieszeni. Dlatego tak często niszczy swoje garnitury. 
Pomyślała, Ŝe nad tym będzie się zastanawiać później. 
-    Musimy  wezwać  policję.  -  Oparła  się  o jego  ramię,  by  złapać  równowagę,  i nagle  poczuła  coś 

mokrego i lepkiego pod palcami. - Ty krwawisz. 

Spojrzał na miejsce, gdzie drasnęła go kula. 
-  Trochę. 

background image

 

41 

-  Jak bardzo? - Nie zwracając uwagi na pulsujące skronie, odsunęła się. Nim zdąŜył odpowiedzieć, 

juŜ rozdzierała mu rękaw, Ŝeby odsłonić ramię. Na widok długiej, brzydkiej rany Ŝołądek podszedł jej 
do gardła. - Trzeba zatamować krwawienie. 

Nie mogła widzieć jego uniesionych brwi, ale usłyszała podziw w jego głosie. 
-  Mogłabyś zrobić z podkoszulka opaskę uciskającą. 
-  Masz szczęście. - Rozejrzała się po pokoju, starannie omijając wzrokiem postać, leŜącą na łóŜku. 

- Nie widzę tu nic, od czego nie mógłbyś dostać zakaŜenia. 

-  Spróbuj tym. - Podał jej kwadrat czarnego materiału. 
Zaczęła niezdarnie bandaŜować rękę. 
-  To moja pierwsza rana postrzałowa, ale uwaŜam, Ŝe powinno się ją oczyścić. 
-  Później się tym zajmę. - Patrzył na nią, jak marszcząc w skupieniu brwi, delikatnie dotyka pal-

cami jego skóry. Znalazła zamordowanego człowieka i sama omal nie została zamordowana. Mimo to 
wzięła się w garść i robiła to, co naleŜy. 

Jest praktyczna, pomyślał, i usta drgnęły mu w uśmiechu. Tak, to moŜe być bardzo atrakcyjne. 
Kiedy się nachyliła, poczuł zapach jej włosów oraz ich miękkość, gdy musnęły policzek. 
Słyszał jej wolny, miarowy oddech na tle cichnącego deszczu. 
Po opatrzeniu rany Deborah przysiadła na piętach. 
-  Czy nadał chcesz mi udowodnić, Ŝe nie jestem nieczuła? 
-  Stawiam moją reputację - powiedział z uśmiechem, a jej serce zamarło w piersi. 
Gdy  uklękli  na  podłodze,  w  brudnym  pokoiku,  zapomniała  o  boŜym  świecie.  Przez  chwilę 

wpatrywała się w niego jak urzeczona, a potem wzrok jej spoczął na jego ustach. Jaki będzie ich smak? 
Jakie cuda jej pokaŜe? 

- Śnię o tobie. - Wyciągnął rękę, by przygarnąć do siebie Deborah. - Nawet na jawie. Śnię, Ŝe cię 

dotykam. - Jego dłonie powędrowały w górę, by objąć i pieścić jej piersi. - śe czuję twój smak. - Ukrył 
usta w zagłębieniu jej szyi, gdzie zapach i smak były najintensywniejsze. 

Przytuliła się, oszołomiona i zdruzgotana dzikim zewem krwi. Jego usta były jak rozpalone piętno 

na jej skórze. A jego ręce... O BoŜe, te ręce! Z niskim, gardłowym jękiem odchyliła się do tyłu, chętna i 
gotowa. 

Nagle przed oczyma stanęła jej twarz Gage'a. 
-  Nie! - Ŝachnęła się, przeraŜona i zawstydzona. - Tak nie moŜna. 
-  Rzeczywiście,  tak  nie  moŜna  -  przyznał,  klnąc  w  duchu  siebie,  ją  i  okoliczności...  Jak  mógł 

dotykać jej w takiej chwili, w takim miejscu? - Nie pasujesz tu. - Wstał i cofnął się. 

Choć była bliska łez, głos zabrzmiał ostro. 
- A ty? 
- Bardziej niŜ ty - mruknął. - Znacznie bardziej niŜ ty. 
- Wykonywałam tylko pracę. To Santiago do mnie zadzwonił. 
- Santiago nie Ŝyje. 
- Wtedy jeszcze Ŝył. - Przycisnęła palce do oczu, modląc się w duszy o spokój. - Zadzwonił i prosił, 

Ŝ

ebym przyszła. 

-  Ale Montega dotarł tu pierwszy. 
-  Tak. - Powiedziała sobie, Ŝe jest silna. Opuściła ręce i spojrzała na niego. - Ale jak to moŜliwe? 

Skąd  wiedział,  gdzie  szukać  Santiaga?  Skąd  wiedział,  Ŝe  tu  będę?  On  na  mnie  czekał.  Znał  moje 
nazwisko. 

-  Mówiłaś komuś, Ŝe wybierasz się tu tej nocy? - zapytał, nie spuszczając z niej wzroku. 
-  Nie. 
-  Zaczynam podejrzewać, Ŝe jesteś głupia. - Odsunął się od niej. - Przychodzisz w takie miejsce, i 

to sama, Ŝeby spotkać się z człowiekiem, który równie dobrze mógł ci wpakować kulkę w głowę. 

-  On nic by mi nie zrobił. Był przeraŜony i gotowy do rozmów. Poza tym wiem, co robię. 
Znów się do niej odwrócił. 
-  -Nie masz pojęcia. 
- Ty, oczywiście, wiesz, co robisz. - Dotknęła potarganych włosów. Ostry ból przeszył jej czaszkę. 

-  Och,  idź  sobie  wreszcie!  Daj  mi  święty  spokój!  Nie  przysparzaj  mi  dodatkowych  zmartwień.  Mam 
mnóstwo roboty. 

-  Jedź do domu, a tę sprawę zostaw innym. 
-  Santiago nie zadzwonił do innych - burknęła. - Tylko do mnie. To ze mną rozmawiał. I gdybym 

dotarła do niego pierwsza, wiedziałabym wszystko, co chciałam. Ja nie...- Urwała, bo poraziła ją pewna 
myśl.  -  Mój  telefon!  A  niech  to,  załoŜyli  mi  podsłuch!  Dlatego  zorientowali  się,  Ŝe  będę  tu  tej  nocy. 

background image

 

42 

Mój telefon  biurowy  takŜe  był  na  podsłuchu.  Stąd  wiedzieli,  Ŝe  mam  dostać  sądowy  nakaz  rewizji  w 
antykwariacie. - Oczy jej miotały błyskawice. - To da się szybko załatwić. 

Poderwała się. Pokój zawirował wokoło. Mściciel złapał ją, zanim osunęła się na podłogę. 
-  Przez  dzień  czy  dwa  nie  będziesz  nic  robić  w  pośpiechu.  -  Zręcznym  ruchem  podsunął  jej  pod 

kolana zgięte ramię i podniósł ją. 

Spodobało jej się to, Ŝe ją niesie. MoŜe nawet za bardzo. 
-  Weszłam do tego pokoju na własnych nogach, Zorro. Więc tak samo wyjdę. 
-  Zawsze jesteś taka uparta? - zapytał po wyjściu na korytarz. 
-  Tak. I nie potrzebuję twojej pomocy. 
-  Widziałem juŜ, jak świetnie sobie radzisz. 
-  To prawda, miałam przedtem pewne kłopoty - przyznała, gdy zaczął schodzić na dół. - Ale teraz 

znam  juŜ  nazwisko.  Montega,  sto  siedemdziesiąt  centymetrów,  osiemdziesiąt  kilo.  Ciemne  włosy  i 
oczy, ciemne wąsy. Dwa złote siekacze. Złapanie go nie powinno być zbyt trudne. 

Zatrzymał się. Wzrok miał lodowaty, 
-  Montega jest mój. 
-  Prawo nie zezwala na prywatne wendety. 
-  Masz rację. Nie zezwala. 
Coś w jego tonie - moŜe nuta goryczy? - kazało jej dotknąć jego policzka. 
-  Było bardzo źle? 
-  Tak. - BoŜe, jak bardzo Ŝałował, Ŝe nie moŜe się do niej zwrócić. śe nie moŜe ukryć twarzy w jej 

włosach i dać się pocieszyć. - Bardzo źle. 

-  Pomogę  ci.  Powiedz  mi,  co  wiesz,  a  przysięgam,  Ŝe  zrobię  wszystko,  Ŝeby  Montega  oraz  ci, 

którzy za nim stoją, zapłacili za to, co ci zrobili. 

Wiedział, Ŝe zrobiłaby wszystko. Wzruszyło go to, a zarazem przeraziło. 
-  Sam wyrównuję swoje długi i na swój sposób. 
-    I  kto  tu  jest  uparty,  do  cholery!  -  Zaczęła  się  kręcić,  kiedy  wyszli  na  deszcz.  -  Jestem  gotowa 

nagiąć swoje zasady i pracować z tobą jak z partnerem, a ty... 

-  Nie potrzebuję partnera... 
Poczuła, jak zesztywniał przy tych słowach. 
-  Dobrze. Świetnie. Och, puść mnie, nie będziesz mnie przecieŜ niósł przez pół miasta. 
-  Nie mam najmniejszego zamiaru. - Ale mógłby. Mógł sobie wyobrazić, Ŝe niesie ją w deszczu aŜ 

do  jej  domu,  do  mieszkania,  do  łóŜka.  Zamiast  tego  poszedł  w  kierunku  następnej  przecznicy,  do 
ś

wiateł na skrzyŜowaniu. 

-  Wezwę taksówkę - powiedział, zatrzymując się przy krawęŜniku. 
-  Wezwiesz taksówkę? Tak po prostu? 
Zaczął się zastanawiać, jak to moŜliwe, Ŝe potrafiła go rozpalać i rozśmieszać zarazem. Odwrócił 

głowę i zobaczył, Ŝe patrzy na niego łakomie, gdy ich usta zatrzymały się o centymetr od siebie. 

-  MoŜesz chyba podnieść rękę, prawda? 
-  Tak, mogę podnieść rękę. - Zrobiła to, a potem czekała, kipiąc ze złości. Po pięciu minutach, pod-

czas których przemokli do suchej nitki, taksówka podjechała wreszcie do krawęŜnika. Wściekła, Debo-
rah nie mogła się jednak powstrzymać od śmiechu na widok miny taksówkarza, kiedy ten zobaczył jej 
towarzysza. 

-  Jezu, to pan, prawda? Nemezis! Podwieźć cię, koleś? 
-  Nie, ale zabierz tę panią. - Bez wysiłku wepchnął Deborah na tylne siedzenie. Jego dłoń w ręka-

wiczce  musnęła  w  przelocie  jej  policzek.  -  Na  twoim  miejscu  zrobiłbym  sobie  okład  z  lodu  i  wziął 
aspirynę. 

-  Dzięki. Wielkie dzięki. Posłuchaj, jeszcze nie skończyliśmy... 
Ale on cofnął się juŜ i zniknął w ciemności, w siąpiącym deszczu. 
- To rzeczywiście był on, prawda? - Taksówkarz odwrócił głowę do Deborah, ignorując trąbienie 

klaksonów. - Co on zrobił? Uratował pani Ŝycie czy coś w tym rodzaju? 

-  Coś w tym rodzaju - mruknęła. 
-  O rany! Ale Ŝona się zdziwi. - Wyłączył z uśmiechem taksometr. - Ta jazda jest na mój koszt. 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Dysząc  i  ociekając  potem,  Gage  po  raz  kolejny  uniósł  cięŜarki.  W  samych  tylko  spodenkach 

gimnastycznych,  leŜał  na plecach,  na  ławce  w siłowni.  Mimo  bólu  mięśni był  zdecydowany  osiągnąć 

background image

 

43 

swoją  normę  stu  podrzutów.  Pot  wsiąkał  mu  w  opaskę  na  czole.  Wbił  wzrok  w  niewielką  plamę  na 
suficie. Nawet z bólu potrafił czerpać satysfakcję. 

WciąŜ  pamiętał  te  czasy,  kiedy  był  zbyt  słaby,  Ŝeby  unieść  gazetę.  Miał  nogi  jak  z  waty,  a  po 

przejściu  szpitalnego  korytarza  dostawał  zadyszki.  Zapamiętał  frustrację  i  towarzyszące  mu  poczucie 
bezsilności.  Początkowo  stanowczo  odmawiał  podjęcia  terapii;  wolał  siedzieć  samotnie  w  posępnej 
zadumie. Potem poddał się jej w ramach kary za to, Ŝe on Ŝyje, podczas gdy Jack jest martwy. I cierpiał 
jak potępieniec. 

AŜ  nadszedł  dzień,  gdy  słaby,  ledwie  Ŝywy,  pogrąŜony  w  depresji,  stanął  na  drŜących  nogach, 

czepiając się ściany szpitalnego pokoju. Miał tylko jedno pragnienie: zniknąć bez śladu. 

I tak teŜ się stało. 
W  pierwszej  chwili  myślał,  Ŝe  to  halucynacje.  śe  traci  zmysły.  Później,  przeraŜony  i 

zafascynowany, raz po raz wypróbowywał nową umiejętność, ustawiając lusterko tak, by mógł widzieć, 
jak rozpływa się i wtapia w pastelową ścianę obok łóŜka. 

Nigdy  nie  zapomni  tego  poranka,  gdy  pielęgniarka  weszła  ze  śniadaniem  na  tacy  i  minęła  go, 

złorzecząc pod nosem na pacjentów, którzy zapominają, Ŝe ich miejsce jest w łóŜku. 

Zrozumiał  wtedy,  Ŝe  ze  śpiączki  wyniósł  pewną  umiejętność.  Umiejętność,  którą  powinien 

odpowiednio wykorzystać. 

Terapia  stała  się  więc  dla  niego  czymś  w  rodzaju  religii,  której  poświęcał  wszystkie  siły.  Nie 

pobłaŜał  sobie,  aŜ  wreszcie  jego  mięśnie  odzyskały  siłę  i  spręŜystość.  Zaczął  intensywnie  ćwiczyć 
sztuki  walki,  godzinami  podnosił  cięŜary,  biegał  po  bieŜni,  katował  się,  przepływając  codziennie 
niezliczone długości basenów. 

Ć

wiczył  teŜ  umysł,  czytając,  co  tylko  się  da,  starając  się  rozeznać  w  gąszczu  odziedziczonych 

przedsiębiorstw, dzień po dniu, godzinami ucząc się obsługi skomplikowanych programów komputero-
wych. 

Był  silniejszy,  szybszy,  bystrzejszy  niŜ  w  czasach  słuŜby  w  policji.  Jednak  juŜ  nigdy  nie  będzie 

nosił odznaki policyjnej ani pracował z partnerem. 

I nigdy więcej nie będzie bezsilny, 
Głośno  wydmuchał  powietrze  z  płuc.  Gdy  Frank  wniósł  duŜą  szklankę  soku  z  kostkami  lodu, 

ć

wiczył dalej. 

- Dokręca pan sobie śrubę - stwierdził Frank. Odstawił szklankę na stolik obok ławki i przez chwilę 

przyglądał  się  Gage'owi  w  milczeniu.  -  Pewnie  dlatego,  Ŝe  wczoraj  tak  było,  i  przedwczoraj.  śe  teŜ 
niektóre babki zmuszają facetów do wyciskania siódmych potów na siłowni. - Puścił oko do Gage'a. 

-  Odczep się, Frank. 
-  Ładna babka. To fakt -  ciągnął niezraŜony Frank. - Do tego pewnie niegłupia, skoro pracuje w 

tych  całych  sądach.  Łatwo  jednak  zapomnieć  o  tym,  co  ma  w  główce,  kiedy  tak  patrzy  na  człowieka 
tymi wielkimi, niebieskimi ślepiami. 

Gage ze stęknięciem odstawił sztangę. 
-  Idź juŜ lepiej rąbnąć jakiś portfel. 
-  Zerwałem z tym. - Przez szeroką twarz Franka przemknął kolejny uśmiech. - Nemezis dałby mi 

popalić. 

Wybrał ręcznik z równej sterty przy ławce. Gage w milczeniu otarł pot z twarzy i czoła. 
-  Jak ręka? - zapytał Frank. 
-  W  porządku.  -  Nawet  nie  spojrzał  w  stronę  białego  bandaŜa,  którym  Frank  zastąpił  opatrunek 

Deborah. 

-  Nie jest pan juŜ taki szybki jak dawniej. Nie widziałem, Ŝeby się panu coś takiego zdarzyło. 
-  Chcesz wylecieć z pracy? 
-  Znowu? Ojej. - Czekał cierpliwie, aŜ Gage przesiądzie się na przyrząd do treningu nóg. - ZaleŜy 

mi na stałej, bezpiecznej posadzie. Jeśli pana zabiją gdzieś na mieście, będę musiał wrócić do okradania 
turystów. 

-  W tej sytuacji nie mogę się rozstać z Ŝyciem. Turyści mają dość kłopotów w Urbanie. 
-  Gdybym był z panem, nie doszłoby do tego.  
Gage spiorunował go wzrokiem, nie przerywając ćwiczeń. 
-  Pracuję sam. Takie mam zasady. 
-  Ale ona tam była. 
-  W tym cały problem. Jej miejsce jest nie na ulicach, tylko na sali sądowej. 
-  Ale najchętniej by ją pan widział w sypialni. 
- Zamknij się. - Gage z hukiem odstawił odwaŜniki. 

background image

 

44 

-  Ma pan bzika na jej punkcie i przez to wszystko się panu plącze. - Frank znał Gage'a zbyt długo, 

by przejmować się jego słowami. - Koncentracja panu nawala. Panu to wyraźnie nie słuŜy. 

-  Raczej ja jej nie słuŜę. - Wstał i wziął ze stolika szklankę soku. - Ona czuje coś i do mnie, i do 

mojego drugiego wcielenia. Dlatego jest nieszczęśliwa. 

- To niech pan jej powie, Ŝe kocha tego samego faceta, i wreszcie będzie spokój. 
- Co mam jej, do diabła, powiedzieć? - OpróŜnił szklankę i z trudem powstrzymał się, by nie cisnąć 

nią o ścianę. - Mam ją zaprosić na kolację i przy koktajlach napomknąć: nawiasem mówiąc, Deborah, 
choć jestem biznesmenem i podporą społeczeństwa, mam swój cień. Swoje alter ego. Prasa ochrzciła go 
Nemezis. I obaj szalejemy za tobą, więc kiedy wezmę cię do łóŜka, mam być w masce czy bez? 

-  Coś w tym rodzaju - stwierdził Frank po namyśle. 
-  Jest na to zbyt prostolinijna. - Gage z uśmiechem odstawił szklankę. - Wiem coś o tym, bo sam 

byłem  taki.  Widzi  świat  w  czerni  i  bieli  -  występek  i  sprawiedliwość.  -  Nagle  przygasł  i  omiótł 
wzrokiem połyskliwą wodę basenu. - Nigdy nie zrozumie, co robię ani czemu to robię. Znienawidziłaby 
mnie za to, Ŝe ją oszukiwałem, bo ilekroć z nią jestem, właśnie to robię. 

-  Nie wiem, czemu ma pan o niej takie niskie mniemanie. Ma pan przecieŜ swoje powody. 
-  Taak... - Mimowiednie dotknął zygzakowatej blizny na piersi. - Mam swoje powody, 
-  Mógłby jej pan to wyjaśnić. Jeśli naprawdę coś do pana czuje, na pewno zrozumie. 
-  MoŜe wysłuchałaby mnie, a nawet zaakceptowała, nie aprobując. Mogłaby mi nawet wybaczyć 

kłamstwa. Ale co z resztą? - PołoŜył dłoń na ławce, patrząc, jak wtapia się w pokrywającą ją wilgotną 
dermę. - Jak ją mam namawiać, Ŝeby dzieliła Ŝycie z cudakiem? 

Frank zaklął dosadnie. 
-  Nie jest pan Ŝadnym cudakiem. Ma pan dar. 
-  Owszem. - Gage uniósł dłoń i poruszył palcami. - Niestety, to właśnie ja muszę z nim Ŝyć. 
 
Punktualnie  o  12.15  Deborah  weszła  do  ratusza  i  skierowała  się  prosto  do  biura  burmistrza.  Z 

portretów spoglądały na nią surowo twarze dawnych burmistrzów, gubernatorów i prezydentów. Mijała 
marmurowe popiersia ojców narodu. Obecny burmistrz Urbany preferował tradycyjny wystrój. Podłogi 
biura pokrywały czerwone dywany. 

Nie miała mu tego za złe. W gruncie rzeczy lubiła powaŜne, komfortowe otoczenie. Lubiła mijać 

drzwi,  zza  których  dochodził  cichy  stukot  klawiatury,  postękiwanie  kopiarek,  stłumione  rozmowy 
telefoniczne urzędników miejskich. 

Weszła do sekretariatu. Sekretarka Tuckera Fieldsa uniosła wzrok znad biurka i uśmiechnęła się na 

widok Deborah. 

-  Pan burmistrz czeka na panią, panno O'Roarke. JuŜ dzwonię. 
Nie minęło 20 sekund, a Deborah wprowadzono do biura burmistrza. Fields siedział za biurkiem, 

schludny i elegancki, z siwą grzywą nad ogorzałą twarzą, odziedziczoną po przodkach farmerach. Jego 
asystent, Jerry Bower, wyglądał przy nim jak szczeniak. 

W ciągu sześciu lat urzędowania Jerry zyskał reputację człowieka, który jest gotów ubrudzić sobie 

ręce, byle utrzymać miasto w czystości. 

W  chwili  gdy  wchodziła  do  gabinetu,  Fields  siedział  bez  marynarki;  podwinięte  mankiety  białej 

koszuli  odsłaniały  pulchne  ręce.  Na  widok  Deborah  sięgnął  do  kołnierzyka,  by  wyprostować 
przekrzywiony krawat. 

-  Deborah! Miło cię widzieć, jak zawsze. 
-  Ja teŜ się cieszę, Ŝe pana widzę. Witaj, Jerry. 
-  Rozgość się - poprosił Fields, rozsiadając się na swoim krześle o miękkim, skórzanym oparciu. - 

Jak przebiega proces Slagermana? 

-  W porządku. Chyba będzie zeznawał po południowej naradzie sądu. 
-  Jesteś gotowa? 
-  AŜ za bardzo. 
-  To dobrze, to dobrze. - Skinął ręką na sekretarkę, która stanęła z tacą w progu. - Pomyślałem, Ŝe 

skoro przeze mnie tracisz lunch, poczęstuję cię chociaŜ kawą z pączkiem. 

-  Dziękuję. - Uniosła filiŜankę i wdała się w luźną pogawędkę, choć wiedziała, Ŝe nie wezwano jej 

tutaj na plotki przy kawie. 

-  Słyszałem, Ŝe wczorajsza noc była niespokojna. 
-  Tak. - Spodziewała się tych słów. - Straciliśmy Raya Santiaga. 
-  Bardzo niedobrze. I ten cały człowiek o przezwisku Nemezis teŜ tam był? - spytał podejrzliwie. 
-  Tak. 

background image

 

45 

-  Był teŜ przy wybuchu w sklepie z antykami na Siódmej Ulicy. - Fields odchylił się do tyłu i splótł 

palce. - Zaczyna mi to wyglądać, jakby miał z tym coś wspólnego. 

-  Nie, to chyba nie tak, jak pan myśli. Gdyby nie było go tam zeszłej nocy, nie siedziałabym teraz 

naprzeciw  pana.  -  Była  zła,  ale  czuła,  Ŝe  ma  obowiązek  bronić  tajemniczego  mściciela.  -  On  nie  jest 
przestępcą, przynajmniej w zwykłym tego słowa znaczeniu. 

Burmistrz uniósł brwi. 
-  Zwykłym czy nie, kaŜę policji zaostrzyć czujność w mieście. 
-  Całkowicie zgadzam się z panem.  
Skinął głową, zadowolony. 
-  A ten człowiek... - Przewertował papiery na biurku. - Montega? 
-  Enrico  Montega  -  uzupełniła  Deborah.  -  Znany  równieŜ  jako  Ricardo  Sanchez  i  Enrico  Toya. 

Kolumbijski imigrant, od jakichś sześciu lat w Stanach. Podejrzany o zamordowanie dwóch dilerów w 
Kolumbii.  Przez  pewien  czas  miał  bazę  w  Miami,  gdzie  uzbierano  grubą  teczkę  na  jego  temat. 
Podobnie  jak  Interpol.  Prawdopodobnie  kieruje  siatką  na  Wschodnim  WybrzeŜu.  Cztery  lata  temu 
zamordował oficera policji i powaŜnie zranił drugiego. - Przerwała, myśląc o Gage'u. 

- Widzę, Ŝe odrobiłaś lekcje - zauwaŜył Fields. 
- Lubię mieć solidne podstawy, kiedy kogoś ścigam. 
- Hm. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, Deborah, Ŝe Mitchell uwaŜa cię za swojego najlepszego 

oskarŜyciela. - Uśmiechnął się porozumiewawczo. - Oczywiście nie przyzna się do tego. Mitch nie lubi 
prawić komplementów. 

-  Wiem. 
-  Jesteśmy bardzo zadowoleni z twoich działań, zwłaszcza z kierunku, w jakim potoczył się proces 

Słagermana.  Obaj  z  Mitchem  jesteśmy  teŜ  zgodni  co  do  tego,  Ŝe  powinnaś  bardziej  skupić  się  na  tej 
sprawie. Uznaliśmy więc, Ŝe odbierzemy ci tę drugą sprawę. 

-  Jak to? 
-  Zdecydowaliśmy,  Ŝe  przekaŜesz  swoją  kartotekę  i  dokumentację  innemu  prokuratorowi 

okręgowemu. 

-  śartuje pan?  
Fields uniósł rękę. 
-  Po prostu wspomagamy policyjne śledztwo. Dlatego uznaliśmy, Ŝe przy tylu obowiązkach lepiej 

będzie, jak przekaŜesz twoje materiały dotyczące tej sprawy komuś innemu. 

Odstawiła z trzaskiem filiŜankę. 
-  Parino był mój. 
-  Parino nie Ŝyje. 
Spojrzała na Jerry'ego, ten jednak uniósł tylko bezradnie ręce. Wstała, starając się panować nad ner-

wami. 

-  Tak, ale od niego wszystko się zaczęło. To jest moja sprawa. Prowadzę ją od samego początku. 
-  I naraziłaś dobro sprawy oraz własne Ŝycie juŜ dwukrotnie. 
-  Spełniałam obowiązki słuŜbowe. 
-  Od jutra ktoś inny przejmie ich część. - Fields rozłoŜył ręce. - To nie jest kara, Deborah, tylko 

podział obowiązków. 

Potrząsając głową, chwyciła teczkę. 
-  Tak łatwo się nie poddam. Sama porozmawiam z Mitchellem. - Obróciła się na pięcie i wybiegła. 

Z trudem zachowując resztki rozsądku, nie trzasnęła drzwiami. 

Jerry dogonił ją przy windzie. 
-  Zaczekaj, Deb. 
-  MoŜesz się nie wysilać. 
-  O co chodzi? 
-  Nie próbuj mnie uspokajać i pocieszać. - Wcisnęła przycisk i Odwróciła się gwałtownie. - Co tu 

jest, u diabla, grane, Jerry? 

-  Jak mówi burmistrz.,. 
-  Nie wciskaj mi tego kitu. Dobrze wiedziałeś, co się szykuje, dlaczego mnie tu wezwano, i nic mi 

nie powiedziałeś. Nie ostrzegłeś mnie nawet, Ŝebym się mogła przygotować. 

-  Deb... - PołoŜył rękę na jej ramieniu, strząsnęła ją jednak. - Nie powiem, Ŝebym się nie zgadzał z 

tym, co powiedział burmistrz... 

-  Zawsze się zgadzasz. 

background image

 

46 

-  Nie wiedziałem. Do diabla, nie wiedziałem - powtórzył, gdy patrzyła na niego bez słowa. - AŜ do 

dziś, do dziesiątej rano. Byłbym cię przecieŜ uprzedził, bez względu na to, co o tym sądzę. 

Przestała uporczywie wciskać guzik windy. 
-  W porządku, przepraszam, Ŝe tak na ciebie naskoczyłam. To jednak nie jest w porządku. Coś tu 

się nie zgadza. 

-  Byłaś o krok od śmierci - przypomniał. - Kiedy Guthrie przyszedł dziś rano... 
-  Gage? - przerwała. - Gage był tutaj? 
-  O dziesiątej. 
-  Rozumiem.  -  Zaciskając  pięści,  odwróciła  się  z  powrotem  w  stronę  windy.  -  To  on  za  tym 

wszystkim stoi! 

-  Był zaniepokojony, i tyle. Zasugerował... 
-  Mam jasny obraz sytuacji - przerwała mu po raz kolejny, wsiadając do windy. - To jeszcze nie 

koniec, moŜesz to powtórzyć swojemu szefowi. 

 
W  momencie,  gdy  przekroczyła  próg  sądu,  musiała  poskromić  gniew.  Tutaj  nie  było  miejsca  na 

prywatne kłopoty. Tu reprezentowała wymiar sprawiedliwości oraz dwie młode kobiety. 

Usiadła i zaczęła starannie robie notatki, podczas gdy obrona przesłuchiwała Slagermana. Gage'a i 

jego sprawki całkowicie wymazała z myśli. 

Kiedy przyszedł czas na krzyŜowy ogień pytań, była gotowa. Przez chwilę, nie wstając, przyglądała 

się uwaŜnie Slagermanowi. 

-  UwaŜa się pan za biznesmena, panie Slagerman? 
-  Tak. 
-  A działalność pańskiej firmy polega na wynajmowaniu towarzystwa płci obojga dla jej klientów? 
-  Dokładnie.  „Elegancka  Eskorta”  świadczy  usługi,  polegające  na  zapewnianiu  stosownego 

towarzystwa biznesmenom, zarówno męŜczyznom, jak i kobietom, często zamiejscowym. 

Pozwoliła mu blagować przez chwilę. 
- Rozumiem - Wstała i zaczęła przechadzać się przed ławą sędziowską, - Czy jednak do - nazwijmy 

to,  warunków  zatrudnienia  -  któregokolwiek  z  pracowników  naleŜy  świadczenie  usług  erotycznych 
tymŜe klientom? 

-  W Ŝadnym wypadku. - Przystojny i powaŜny, wychylił się w stronę przysięgłych. - Mój zespół 

jest  starannie  dobrany  i  wyszkolony.  W  przypadku  nawiązania  tego  rodzaju  relacji  z  klientem  nasza 
firma bezwzględnie zwalnia. 

- Czy orientował się pan, Ŝe niektórzy z pańskich pracowników oferowali jednak seks za pieniądze? 
- Teraz juŜ wiem. - Spojrzał z wyrzutem na Suzanne i Marjorie. 
-  Czy  wymagał  pan  od  Marjorie  Lovitz  lub  Suzanne  McRoy  świadczenia  usług  erotycznych  dla 

klientów? 

-  Nie. 
-  Jednak wiadomo panu, Ŝe to robiły?  
Nawet jeśli zaskoczył go kierunek, w jakim rozwijało się to przesłuchanie, nie drgnęła mu powieka. 
-  Naturalnie. Zeznały to przecieŜ pod przysięgą. 
-  Owszem,  zeznawały  pod  przysięgą,  podobnie  jak  pan,  panie  Slagerman.  Czy  kiedykolwiek 

uderzył pan swojego pracownika? 

-  W Ŝadnym wypadku. 
-  Ale zarówno panna Lovitz, jak i panna McRoy zeznały pod przysięgą coś innego. 
-  One kłamią - stwierdził z uśmiechem. 
-  Panie Slagerman, czy odwiedził pan pannę Lovitz w jej mieszkaniu w nocy dwudziestego piątego 

lutego i pobił ją za karę, Ŝe nie mogła pracować? 

-  To chyba jakieś Ŝarty! 
-  Czy jest pan gotów zaprzeczyć pod przysięgą? 
-  Sprzeciw. Pytanie sugeruje odpowiedź. 
-  Oddalam sprzeciw - zawyrokował sędzia. 
-  Panie  Slagerman,  czy  kontaktował  się  pan  z  panną  Lovitz  albo  panną  McRoy  od  chwili 

rozpoczęcia procesu? 

-  Nie. 
-  Nie dzwonił teŜ pan do Ŝadnej z nich? 
-  Nie. 
Skinęła głową, wróciła do stołu i wzięła plik papierów. 

background image

 

47 

-  Czy numer pięć-pięć-pięć-dwa-pięć-dwa-zero coś panu mówi? 
-  Nie. 
-  To dziwne. Jest to pański prywatny numer, panie Slagerman. Nie zna pan własnego numeru? 
Uśmiechnął się, jednak w jego oczach pojawiła się nienawiść. 
-  Dzwonię z tego numeru, a nie na ten numer, więc nie muszę go pamiętać. 
-  Rozumiem.  Czy  z  tego  właśnie  numeru  dzwonił  pan  wieczorem,  osiemnastego  czerwca  do 

mieszkania, w którym obecnie mieszkają panna Lovitz i panna McRoy? 

-  Nie. 
-  Sprzeciw, Wysoki Sądzie. To prowadzi donikąd.  
Patrząc sędziemu w twarz Deborah, przesunęła się tak by, nie zasłaniać przysięgłym Slagermana. 
-  Wysoki Sądzie, zaraz udowodnię, do czego to prowadzi. 
-  Oddalam sprzeciw. 
-  Czy moŜe mi pan wyjaśnić, panie Slagerman, dlaczego w billingach telefonicznych widnieje roz-

mowa  przeprowadzona  z  pana  prywatnej  linii  osiemnastego  czerwca  o  dziesiątej  czterdzieści  siedem 
wieczorem z mieszkaniem panny Lovitz i panny McRoy? 

-  KaŜdy mógł uŜyć mojego telefonu. 
-  Pańskiej prywatnej linii? - Uniosła brwi. - Po co zakładać prywatną linię, skoro kaŜdy moŜe jej 

uŜywać? Dzwoniący przedstawił się jako Jimmy. Pan znany jest jako Jimmy, nieprawdaŜ? 

-  Podobnie jak wiele innych osób. 
-  Czy rozmawiał pan ze mną przez telefon wieczorem osiemnastego czerwca? 
-  Nigdy nie rozmawiałem z panią przez telefon.  
Z chłodnym uśmiechem wróciła na swoje miejsce. 
-  Czy zauwaŜył pan, panie Slagerman, Ŝe dla niektórych męŜczyzn wszystkie kobiece głosy brzmią 

podobnie? śe dla niektórych męŜczyzn wszystkie kobiece ciała słuŜą jednemu celowi? 

-  Wysoki Sądzie! - Obrońca poderwał się z miejsca. 
-  Oddalam sprzeciw. 
Deborah patrzyła Slagermanowi prosto w oczy. 
-  Czy  moŜe  pan  wyjaśnić,  panie  Slagerman,  jak  doszło  do  tego,  Ŝe  ktoś  posługując  się  pańską 

prywatną linią i pańskim imieniem, zadzwonił do panny McRoy w nocy osiemnastego czerwca? I jak to 
się stało, Ŝe ów posługujący się pańskim imieniem i telefonem człowiek, biorąc mnie za pannę McRoy, 
groził mi? - Zrobiła pauzę. - Nie interesuje pana, co mówił? 

Nad górną wargą Slagermana pojawiły się kropelki potu. 
-  MoŜe sobie pani zmyślać do woli. 
-  To prawda. Na szczęście jednak załoŜyliśmy podsłuch na telefon panny McRoy. Mam tutaj tekst 

rozmowy. - Odwróciła kartkę papieru. - Czy mam odświeŜyć pańską pamięć? 

 
Wygrała.  ChociaŜ  pozostały  jeszcze  mowy  końcowe,  wiedziała,  Ŝe  wygrała.  Gdy  teraz  szła 

energicznie przez gmach sądu, inne sprawy zajmowały jej myśli. 

Mitchella  zastała  w  biurze,  ze  słuchawką  przy  uchu.  Był  to  wielki  męŜczyzna  o  potęŜnej  klatce 

piersiowej, trenujący podczas pobytu w college'u. Ściany gabinetu zdobiły jego fotografie w swetrze z 
nadrukiem  druŜyny  oraz  kolekcja  dyplomów.  Miał  krótko  przystrzyŜone  rude  włosy  i  masę  piegów, 
które w najmniejszym stopniu nie łagodziły jego surowych rysów. 

Na  widok  Deborah  skinął  ręką,  wskazując  jej  krzesło.  Wolała  jednak  na  stojąco  zaczekać,  aŜ 

skończy rozmowę. 

-  Slagerman? 
-  Miałam go juŜ na muszce. - Zrobiła krok w kierunku biurka. - Sprzedałeś mnie. 
-  Pieprzysz. 
-  Co powiedziałeś? Zostałam wezwana do biura burmistrza, a następnie odsunięto mnie na bok. Do 

diabła, Mitch, ta sprawa naleŜy do mnie. 

-  To jest sprawa stanowa - poprawił ją, przygryzając koniuszek niezapalonego cygara. - Nie jesteś 

jedyną osobą, która ją moŜe poprowadzić. 

-  To ja wytropiłam Parina. Ja doprowadziłam do ugody. - Oparła się dłońmi o krawędź biurka, tak 

Ŝ

e ich oczy znalazły się na jednym poziomie. - To ja nadstawiałam karku. 

-  Przekraczając przy okazji swoje uprawnienia. 
-  To  ty  mnie  nauczyłeś,  Ŝe  prowadzenie  sprawy  nie  polega  wyłącznie  na  mizdrzeniu  się  w 

kostiumiku w prąŜki przed ławą przysięgłych. Do diabła, znam się na mojej robocie. 

-  Samotna wyprawa do Santiaga to był typowy błąd. 

background image

 

48 

-  Teraz ty pieprzysz. Dzwonił do mnie. Chciał się ze mną zobaczyć. Proszę bardzo, powiedz mi, co 

byś zrobił, gdyby zadzwonił do ciebie. 

Mitchell skrzywił się. 
-  To co innego. 
-  Nie,  dokładnie  to  samo  -  odparowała,  gdyŜ  jego  wzrok  sugerował,  Ŝe  świetnie  o  tym  wie.  - 

Gdybym  coś  spartaczyła,  mogłabym  się  spodziewać,  Ŝe  mnie  wyleją,  ale  tak  nie  było.  Nieźle  się 
napociłam  i  nagłowiłam  nad  tą  sprawą.  A  teraz,  kiedy  wpadłam  na  właściwy  trop,  dowiaduję  się,  Ŝe 
Guthrie zaczyna ćwierkać, a wy z burmistrzem  mdlejecie z wraŜenia. Wiecznie ta sama sitwa starych 
kumpli, co, Mitch? 

-  Nie wciskaj mi tego feministycznego kitu. - Mitch machnął cygarem w jej stronę. - Ja nie patrzę, 

na którą stronę ktoś zapina koszulę. 

-  Ostrzegam cię, Mitch, Ŝe jeśli odsuniesz mnie od sprawy bez istotnych powodów, odchodzę. Nie 

mogę  pracować  dla  ciebie,  jeŜeli  nie  mogę  na  tobie  polegać.  Równie  dobrze  mogę  otworzyć  własną 
praktykę i zająć się sprawami rozwodowymi, po trzysta dolarów za godzinę. 

-  Nie lubię, jak mi się stawia ultimatum. 
-  Ja teŜ nie. 
Odchylił się do tylu i otaksował ją wzrokiem. 
-  Usiądź. 
-  Nie zamierzam... 
-  Siadaj, O'Roarke, do cholery!  
Usiadła, zaciskając usta. 
-  Słucham. 
-   Gdyby Santiago zadzwonił do mnie  -  zaczął Mitch, obracając w palcach cygaro - pojechałbym 

oczywiście, tak jak ty. Ale - ciągnął, nim zdąŜyła otworzyć usta - twój sposób prowadzenia tej sprawy 
nie jest jedynym powodem, dla którego zastanawiałem się, czy ci jej nie odebrać. 

Słowo „zastanawiałem” osłabiło jej impet. 
Skinęła głową, lekko uspokojona. 
-  Słucham dalej. 
-  Wzbudziłaś duŜe zainteresowanie mediów. 
-  Nie widzę związku. 
-  Miałaś w ręku poranną gazetę? - Wziął z biurka dziennik i zamachał nim przed twarzą Deborah. - 

Czytałaś nagłówek? 

Czytała  juŜ,  zdegustowana,  wzruszyła  więc  tylko  ramionami.  „Słodka  Deb  przemknęła  przez 

miasto w objęciach tajemniczego mściciela”. 

-  I co z tego? Jaki związek ze sprawą ma fakt, Ŝe jakiś taksówkarz chciał zobaczyć swoje nazwisko 

w gazetach? 

-  Kiedy  nazwiska  moich  oskarŜycieli  zaczną  być  łączone  z  tym  zamaskowanym  mścicielem, 

wszystko będzie miało związek ze wszystkim. - WłoŜył cygaro z powrotem do ust. - Nie podoba mi się 
to, Ŝe ciągle na niego wpadasz. 

Jej równieŜ się to nie podobało. 
-  Skoro policja nie potrafi go ująć, trudno winić mnie o to, Ŝe ciągle gdzieś się pojawia. Wkurza 

mnie myśl, Ŝe chcesz mnie wyłączyć z tej sprawy tylko dlatego, Ŝe jakiś kretyn musiał czymś wypełnić 
swoją rubrykę. 

Prywatnie Mitch nie cierpiał tego wścibskiego reportera. Nie popierał teŜ burmistrzowskiej strategii 

twardej ręki. 

-  Daję ci dwa tygodnie. 
-  Nie wystarczy mi czasu na... 
-  Dwa tygodnie. Wybór naleŜy do ciebie. Przyniesiesz mi coś, co będziemy mogli przedstawić w 

sądzie, albo przekaŜę piłeczkę komu innemu. Rozumiesz? 

-  Tak. - Wstała. - Rozumiem. 
Wybiegła, odprowadzana ciekawskimi spojrzeniami kolegów. Na drzwiach jej biura widniała przy-

klejona  kartka.  Ktoś  fluorescencyjnymi  flamastrami  narysował  karykaturę  Deborah  w  objęciach 
męŜczyzny o zapadłych policzkach i potęŜnych muskułach. „Dalszy ciąg przygód Słodkiej Deb” głosił 
napis pod spodem. 

Rozwścieczona  zerwała  ją,  zgniotła  w  kulę  i  wychodząc,  wcisnęła  do  kieszeni.  W  planie  miała 

jeszcze jedną wizytę. 

 

background image

 

49 

Nie zdejmowała palca z dzwonka Gage'a, dopóki Frank nie otworzył jej drzwi. 
- Jest? 
- Tak, proszę pani. - Cofnął się, kiedy wparowała do środka. Widywał juŜ wcześniej rozwścieczone 

kobiety i, mówiąc szczerze, wolałby mieć do czynienia ze sforą wygłodniałych wilków. 

-  Gdzie? 
-  W gabinecie. Z przyjemnością powiadomię go o pani przybyciu. 
-  Sama go powiadomię - oznajmiła i juŜ wbiegała po schodach. 
Frank  spojrzał  na  nią,  wydymając  wargi.  Zastanawiał  się,  czy  nie  zadzwonić  przez  interkom  do 

Gage'a, aby go ostrzec. Niespodzianka dobrze mu zrobi, skonstatował jednak z uśmieszkiem. 

Deborah nie pofatygowała się, Ŝeby zapukać. Pchnęła drzwi i wpadła jak burza do gabinetu. Gage 

siedział za biurkiem, z telefonem w jednej i piórem w drugiej ręce. Ekrany komputerów migotały. 

Naprzeciwko  niego  siedziała  schludna  kobieta  w  średnim  wieku,  z  tekturową  podkładką  na 

kolanach. Nagłe wtargnięcie Deborah sprawiło, Ŝe wstała i spojrzała pytająco na Gage'a. 

-  Zadzwonię jeszcze do ciebie - rzucił do słuchawki, zanim odłoŜył ją na widełki. - Witaj, Deborah. 
Cisnęła teczkę na krzesło. 
-  Sądzę, Ŝe wolałbyś porozmawiać w cztery oczy.  
Skinął głową. 
-  MoŜe pani przepisać notatki jutro, pani Brickman. Jest juŜ późno. Proszę iść do domu. 
-    Tak,  proszę  pana.  -  Pani  Brickman  pozbierała  swoje  rzeczy,  po  czym  ulotniła  się  szybko  i 

dyskretnie. 

Deborah wsunęła kciuki w kieszenie spódnicy, niczym rewolwerowiec w kabury. Widział ją juŜ w 

takiej pozycji w sądzie. 

- To musi być bardzo przyjemne  - zaczęła.  - Siedzieć sobie i wydawać rozkazy. ZałoŜę się, Ŝe to 

rozkoszne  uczucie.  Jednak  nie  wszystkim  z  nas  się  tak  powiodło.  Nie  mamy  tyle  pieniędzy,  Ŝeby 
kupować  sobie  zamki,  prywatne  samoloty  czy  marynarki  za  tysiąc  dolarów.  Pracujemy  na  ulicach. 
Większość z nas jednak pracuje solidnie i jest zadowolona. - Mówiąc to, zbliŜała się powoli do biurka 
Gage'a.  -  Wiesz,  co  nas  jednak  denerwuje,  Gage?  Co  nas  naprawdę  wkurza?  To,  Ŝe  ktoś  wtyka  swój 
bogaty, ustosunkowany nos w nasze sprawy. Denerwuje nas tak bardzo, Ŝe zastanawiamy się powaŜnie 
nad wymierzeniem porządnego prztyczka w ten wścibski nochal. 

-  Mam zadzwonić po rękawice bokserskie? 
-  Wolę walczyć gołymi pięściami. - Oparła dłonie na biurku, jak wcześniej u Mitchella. - Za kogo 

ty się masz, u diabła? Kto dał ci prawo chodzić do burmistrza i wywierać naciski, Ŝeby odsunął mnie od 
sprawy? 

- Poszedłem do burmistrza - odparł powoli - Ŝeby przekazać mu swoją opinię. 
- Twoją opinię! - syknęła z wściekłością, chwytając z biurka onyksowy przycisk do papierów. Choć 

miała wielką ochotę cisnąć nim w szybę za plecami Gage'a, poprzestała na przerzucaniu go z ręki do 
ręki. - ZałoŜę się, Ŝe wyłaził ze skóry, Ŝeby zadowolić ciebie i twoje miliony. 

Gage patrzył, jak Deborah krąŜy po pokoju, i czekał, aŜ będzie mógł przemówić jej do rozumu. 
-  Zgodził się ze mną, Ŝe lepiej pasujesz do sali sądowej niŜ miejsca morderstwa. 
-    Kim  jesteś,  Ŝeby  decydować,  gdzie  lepiej  pasuję?  -  spytała  głosem  nabrzmiałym  furią.  -  Przez 

całe  Ŝycie  przygotowywałam  się  do  tej  pracy  i  nikt  nie  będzie  mi  wmawiał,  Ŝe  nie  nadaję  się  do 
jakiejkolwiek  sprawy,  którą  podejmuję.  -  Odstawiła  z  hukiem  kamienny  przycisk  na  marmurowy  blat 
biurka. - Trzymaj się z dala od moich spraw i mojego Ŝycia. 

Nie, stwierdził, nic nie jest w stanie trafić jej do rozumu. 
- Skończyłaś? 
- Nie. Zanim wyjdę, chcę cię poinformować, Ŝe twoje wysiłki spełzły na niczym. Nadał uczestniczę 

w  sprawie  i  będę  uczestniczyć.  Zmarnowałeś  tylko  czas  swój  i  mój.  Poza  tym  uwaŜam,  Ŝe  jesteś 
arogancki, nadgorliwy i apodyktyczny. 

- Skończyłaś? - powtórzył, zaciskając pięści pod biurkiem. 
- Wyobraź sobie, Ŝe tak. - Porwała teczkę i obróciwszy się na pięcie, ruszyła w stronę drzwi. 
- Ale ja nie - cicho rzucił za nią Gage, wciskając guzik pod biurkiem. Zamek szczęknął w drzwiach. 
Nie  przypuszczała,  Ŝe  potrafi  być  jeszcze  bardziej  wściekła.  Kiedy  zawróciła  do  biurka,  oczy 

przesłoniła jej czerwona mgła. 

-  Otwórz natychmiast drzwi albo znajdziesz się na liście oskarŜonych. 
-  Zabrała pani juŜ głos, pani prokurator. - Wstał. - Teraz moja kolej. 
-  Nie interesuje mnie to, co masz do powiedzenia.  

background image

 

50 

Stanął przed biurkiem i oparł się o jego krawędź. Nie ufał sobie jeszcze na tyle, by się zbliŜyć do 

Deborah. 

-  Zebrała  więc  pani  wszystkie  dowody,  pani  prokurator?  Wszystkie  szczególiki  do  kupy.  Wobec 

tego, Ŝeby oszczędzić nam czasu, przyznam się do stawianych mi zarzutów. 

-  Skoro tak, nie mamy o czym rozmawiać. 
-  OskarŜyciela nie interesują motywy?  
Odrzuciła  głowę  do tyłu  i skrzyŜowała  ręce  na  piersiach.  Gdy  zaczął  iść  w jej stronę,  coś  w jego 

ruchach,  powolnych  i  bezgłośnych,  wywołało  u  niej  przebłysk  skojarzenia.  Zgasł  on  jednak  pod 
wpływem gwałtownych emocji. 

-  W tym przypadku nie motyw jest istotny, lecz skutek. 
-  Mylisz się. Poszedłem do burmistrza i poprosiłem go, by uŜył swoich wpływów, aby wyłączyć 

cię z tej sprawy. To jednak nie jest moje jedyne przewinienie. MoŜesz mnie równieŜ oskarŜyć o to, Ŝe 
się w tobie kocham. 

Nagle opadły jej ręce; teczka wysunęła się z nich i upadła na podłogę. Deborah otwarła usta, Ŝeby 

coś powiedzieć, nie mogła jednak wydobyć z siebie głosu. 

- Zdumiewające. - Oczy pociemniały mu z wściekłości, gdy robił ostatni krok w jej stronę. - Dla tak 

bystrej kobiety nie powinno to być takim zaskoczeniem. Powinnaś to była zauwaŜyć za kaŜdym razem, 
kiedy patrzyłem w twoją stronę. Gdy cię dotykałem. - PołoŜył jej dłonie na ramionach. - Powinnaś to 
była poczuć za kaŜdym razem, kiedy cię całowałem. 

Przycisnął ją do drzwi i musnął jej wargi. A potem zaczął zachłannie całować. 
Poczuła,  Ŝe  kolana  się  pod  nią  uginają.  Choć  trudno  jej  było  w  to  uwierzyć,  drŜały  pod  nią  tak 

bardzo, Ŝe musiała się go trzymać, Ŝeby się nie osunąć na podłogę. Widziała to, o czym mówił; czuła w 
jego dotyku i pocałunkach. Słyszała teŜ jego słowa i ich echo we własnej głowie. 

Zatracił  się  w  niej.  A  im  bardziej  otwierała  się  przed  nim,  tym  głębiej  leciał  w  przepaść.  Badał 

dłońmi jej twarz, włosy, ciało, jakby chciał ją całą poznać. I przekonać się, Ŝe drŜy tak jak on. 

Kiedy spojrzała mu w oczy, zobaczyła w nich miłość zmagającą się z poŜądaniem. Nie rozumiała 

ź

ródeł tej walki. 

-  Spędziłem wiele nocy - powiedział cicho - setki bezsennych nocy, pocąc się i usiłując doczekać 

poranka.  Zastanawiałem  się,  czy  kiedykolwiek  spotkam  kogoś,  kogo  będę  kochał,  poŜądał.  Jednak 
nawet najśmielsze marzenia nie mogą się równać z tym, co czuję do ciebie. 

-  Gage. - Dotknęła jego twarzy. A jednak zawładnął jej sercem. Nie mogła jednak zapomnieć, Ŝe 

poprzedniego wieczoru przytulała się do innego męŜczyzny. - Sama nie wiem, co czuję. 

-  Nie wierzę. 
-  To znaczy wiem, ale boję się moich uczuć. Nie jestem całkiem fair. MoŜe to nieuczciwe z mojej 

strony, ale muszę cię poprosić o czas do namysłu. 

-  Nie jestem pewien, czy mam czas. 
-  Tylko chwilę, proszę. Otwórz drzwi i wypuść mnie. 
-  Są otwarte. - Nacisnął klamkę. W ostatniej chwili jednak zastąpił jej drogę. - Deborah, następnym 

razem nie pozwolę ci wyjść. 

-  Wiem. 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Zespół  sędziowski  wyszedł  na  naradę.  Deborah  spędziła  ten  czas  w  biurze,  przy  telefonie  i  kom-

puterze, usiłując prześledzić to, co Gage nazwał wspólnym wątkiem. Sklep z antykami naleŜał do firmy 
Imports Incorporated, której adres opiewał na niezabudowaną parcelę w śródmieściu. Firma nie zgłosiła 
strat  do  towarzystwa  ubezpieczeniowego,  a  kierownik  sklepu  przepadł  bez  śladu.  Policja  nadal 
poszukiwała męŜczyzny, którego Parino nazywał Myszką. 

Po dłuŜszych poszukiwaniach Deborah trafiła na Triad Corporation zakotwiczoną w Filadelfii. Jej 

telefon  do  Triad  przyjął  automat,  informując,  Ŝe  numer  został  wyłączony.  Zadzwoniła  do  biura 
prokuratury okręgowej w Filadelfii, a następnie wprowadziła wszystkie zebrane dane do komputera. 

Dwie godziny później miała listę nazwisk, numerów identyfikacyjnych i zaczątki bólu głowy. 
Gdy sięgała po słuchawkę, telefon zadzwonił pod jej ręką. 
-  Tu Deborah O'Roarke. 
-  Czy to ta sama Deborah 0'Roarke, której nazwisko nie znika z nagłówków gazet? 
-  Cilla. - Na dźwięk głosu siostry ból głowy zelŜał nieznacznie. - Co słychać? 
-  Martwię się o ciebie. 

background image

 

51 

-  A co poza tym? - Ściągnęła łopatki, Ŝeby rozluźnić zesztywniałe mięśnie, a potem odchyliła się w 

krześle.  Ze  słuchawki  dobiegały  ledwie  słyszalne  dźwięki  muzyki,  która  zapewne  wypełniała  gabinet 
Cilli w radiostacji. - Jak się miewa Boyd? 

-  Teraz juŜ kapitan Fletcher. 
-  Kapitan? - Wyprostowała się na krześle. - Kiedy to się stało? 
-  Wczoraj. - W głosie Cilli wyraźnie pobrzmiewała radosna duma. - Obawiam się, Ŝe będę musiała 

się teraz pilnować, skoro sypiam z kapitanem policji. 

-  Powiedz mu, Ŝe jestem z niego dumna. 
-  Powiem, wszyscy jesteśmy. A w ogóle... 
-  Jak  się  miewają  dzieciaki?  -  Deborah  nauczyła  się  podchodów  i  uników  na  długo  przed 

otrzymaniem dyplomu na wydziale prawa. 

-  To  ryzykowne  pytać  matkę,  jak  jej  dzieci  mają  się  podczas  letnich  wakacji;  Ŝadnych  szkół  i 

przedszkoli,  tak  więc  mają  nade  mną  i  gliniarzem  przewagę  trzy  do  dwóch.  -  Cilla  wybuchnęła 
serdecznym,  ciepłym  śmiechem.  -  Wszyscy  członkowie  szatańskiej  szajki  czują  się  dobrze.  Allison 
wyrzuciła piłeczkę na aut w rozgrywkach Małej Ligi w ubiegłym tygodniu, a potem wdała się w bójkę 
z miotaczem przeciwnika. 

-  Mówisz, jakby była jakimś nieudacznikiem. 
-  A  tymczasem  Allison  zawsze  była  zwycięzcą.  Musiałam  na  niej  siadać  okrakiem,  Ŝeby  się 

wreszcie  poddała.  Co  dalej...  Bryant  wybił  sobie  ząb  na  wrotkach,  a  poniewaŜ  jest  małym  sprytnym 
kapitalistą, sprzedał go za pięćdziesiąt centów chłopcu z sąsiedztwa. A Keenan to połknął. 

-  Co połknął?! 
-  Pięćdziesiąt centów. Pięć monet. Mój najmłodszy syn jest wszystkoŜerny. Zastanawiam się, czy 

nie załoŜyć sobie gorącej linii z pogotowiem. A teraz powiedz, co u ciebie? 

-  W porządku. A co się dzieje w KHIP? 
-  Bałagan, podobnie jak w domu. Szczerze mówiąc, wolałabym wypoczywać na Hawajach. - Cilla 

natychmiast  rozpoznała  strategię  odwlekania  i  zaczęła  mocniej  naciskać.  -  Deborah,  muszę  wiedzieć, 
czym się zajmujesz. 

-  Pracą. Zdaje się, Ŝe niedługo wygram sprawę. - Spojrzała na zegar, obliczając, jak długo trwała 

juŜ narada sędziów. - Mam nadzieję. 

Cilla uznała, Ŝe czasami jedynym wyjściem jest zapytać wprost. 
-  Odkąd to zaczęłaś umawiać się na randki z facetami w maskach? 
Nie moŜna wiecznie stosować uników, skonstatowała niechętnie Deborah. 
-  Daj spokój, Cilla, nie naleŜy wierzyć we wszystko, co wypisują w gazetach. 
-    Racja.  Albo  we  wszystko,  co  pokazują  w  telewizji,  chociaŜ  twoje  przygody  mogliśmy  oglądać 

wczoraj  w  wiadomościach  co  godzina.  Nawet  gdybym  się  nie  postarała  o  gazety  z  Urbany  i  tak 
usłyszelibyśmy tę wrzawę. Robisz karierę na skalę krajową, moja mała, więc chciałabym wiedzieć, co 
jest grane. Stąd moje przesłuchanie. 

Zazwyczaj łatwiej było się wykręcić, jeśli się podrzuciło parę ziaren prawdy. 
-  Ten Nemezis to jakieś utrapienie. Prasa robi z niego boŜyszcze, a to jeszcze nie wszystko. Dziś 

rano w sklepiku dwie przecznice od sądu widziałam na wystawie podkoszulki z jego wizerunkiem. 

-    CzyŜ  handel  nie jest  cudowny?  -  Cilla  nie  miała jednak  zamiaru  połknąć  ponownie przynęty.  - 

Deborah, dosyć długo pracowałam w radiu, Ŝeby nauczyć się czytać z głosów, zwłaszcza z głosu mojej 
małej siostrzyczki. Powiedz mi, co jest między wami? 

-  Nic  -  odparła  Deborah,  łudząc  się,  Ŝe  tak  jest.  -  Po  prostu  nadziałam  się  na  niego  parę  razy 

podczas śledztwa, które właśnie prowadzę, a prasa to rozdmuchała. 

-  ZauwaŜyłam, moja Słodka Deb. 
-  Och, proszę cię. 
-  Chcę wiedzieć, co się dzieje, ale jeszcze bardziej, dlaczego zaangaŜowałaś się w coś tak niebez-

piecznego. I dlaczego muszę dowiadywać się z gazet, Ŝe jakiś maniak przykładał nóŜ do gardła mojej 
siostry? 

-  To przesada. 
-  Twierdzisz więc, Ŝe nikt nie trzymał ci noŜa na gardle? 
Deborah dobrze wiedziała, Ŝe Cilla przejrzy kaŜde jej kłamstwo. 
-  To nie było tak groźne, jak się wydaje. I nic mi się nie stało. 
-  NoŜe przy gardle - mruknęła Cilla. - Budynki wybuchające ci w twarz. Na litość boską, Deb, nie 

macie tam policji? 

background image

 

52 

-  Po  prostu  chciałam  trochę  pospacerować.  Nie  zaczynaj  znowu  -  powiedziała  szybko.  -  Czy  ty 

wiesz,  Cilla, jakie  męczące  jest  powtarzanie,  Ŝe  wiem,  co  robię,  Ŝe  potrafię  się o  siebie  zatroszczyć  i 
znam się na swojej pracy? 

-  Tak.  -  Cilla  westchnęła  przeciągle.  -  Nie  mogę  przestać  martwić  się  o  ciebie,  Deborah,  tylko 

dlatego, Ŝe dzielą nas tysiące kilometrów. Całymi latami nie mogłam pogodzić się z tym, co się stało 
tacie i mamie. Nie zniosłabym tego, gdybym ciebie straciła. 

-  Nie stracisz mnie. Najbardziej niebezpieczną rzeczą obok mnie jest w tej chwili komputer. 
-  Dobrze juŜ, dobrze. - Cilla wiedziała, Ŝe kłótnia z siostrą niczego nie zmieni. Bez względu na to 

zresztą, co powie jej Deborah, ona i tak zawsze będzie się o nią martwić. - Posłuchaj, widziałam zdjęcie 
mojej siostrzyczki z jakimś milionerem. Chyba załoŜę zeszyt wycinków prasowych. Nie masz mi nic do 
powiedzenia na ten temat? 

-  Sama nie wiem. Sprawy skomplikowały się ostatnio i nie miałam czasu ich przemyśleć. 
-  A musisz coś przemyśleć? 
-  Tak. - Ból głowy znowu powracał. Sięgnęła do szuflady po buteleczkę aspiryny. - Parę spraw - 

mruknęła,  mając  na  myśli  Gage'a  i  Nemezisa.  Tutaj  nawet  Cilla  nie  mogła  jej  pomóc.  Były  zresztą 
jeszcze inne sprawy. - Cilla, czy jako Ŝona kapitana policji, mogłabyś skłonić go do wyświadczenia mi 
pewnej przysługi? 

-  Postraszę go, Ŝe zacznę gotować. Wtedy zrobi dla mnie wszystko. 
Deborah ze śmiechem wzięła do ręki jeden z wydruków. 
-  Chciałabym, Ŝeby sprawdził dla mnie kilka nazwisk. George P. Drummond i Charles B. Meyers, 

obaj z adresami w Denver. - Przeliterowała oba nazwiska, potem dodała numery identyfikacyjne. - Za-
pisałaś? 

-  Aha - mruknęła Cilla, notując dane. 
-    Chodzi  mi  jeszcze  o  Solar  Corporation,  równieŜ  z  siedzibą  w  Denver.  Drummond  i  Meyers 

zasiadają  w  radzie  nadzorczej.  Gdyby  Boyd  mógł  przepuścić  te  dane  przez  policyjny  komputer, 
oszczędziłby mi biurokratycznych podchodów. 

-  Postraszę go moją zapiekanką. 
-  To powinno zadziałać. 
-  Deb, będziesz uwaŜać na siebie, prawda? 
-  Na pewno. Uściskaj wszystkich ode mnie. Tęsknię za tobą. Za wami. - Mitchell stał juŜ w progu, 

kiwając na nią ręką. - Muszę iść, Cilla. Sędziowie wracają. 

 
W  głębokich  zakamarkach  domu,  w  mrocznym  pokoju  o  pustych  ścianach,  Gage  obserwował 

monitory  połączonych  komputerów.  Istniały  prace,  których  nie  wykonywał  w  gabinecie.  Z  rękami  w 
kieszeniach dŜinsów wpatrywał się w monitory. Na ekranach migały nazwiska i cyfry. 

Na  jednym  z  monitorów  widział  wszystko,  co  Deborah  wprowadziła  do  komputera  po  drugiej 

strome  miasta.  Robi postępy,  pomyślał.  Co  prawda, powolne, jednak  wciąŜ  go  to  martwiło.  Skoro  on 
potrafił śledzić jej kolejne poczynania, inni takŜe z łatwością mogli to uczynić. 

Z  czujną  miną  i  skupionym  spojrzeniem  przebierał  palcami  po  kolejnych  klawiaturach.  Musi 

znaleźć brakujący element. Jeśli mu się to uda, krok po kroku dotrze w końcu do nazwiska człowieka 
odpowiedzialnego  za  śmierć  Jacka.  Musi  zrobić  to  wcześniej  niŜ  Deborah.  Wtedy  ona  będzie 
bezpieczna. 

Komputery proponowały mu jedną metodę. On jednak mógł wybrać jeszcze inną. Niech maszyny 

same zajmują się swoją pracą. Odwrócił się i nacisnął guzik. Na przeciwległą ścianę wysokiego pokoju 
spłynęła mapa. Podszedł do niej i zaczął studiować powiększony wycinek Urbany. 

Posługując się inną klawiaturą, pozapalał kolorowe światełka w róŜnych partiach miasta. KaŜde z 

nich oznaczało waŜny ośrodek narkobiznesu, niekoniecznie znany policji miejskiej. 

Ś

wiatełka  migotały  zarówno  w  East  Endzie,  jak  i  West  Endzie,  w  ekskluzywnych  okolicach  na 

północy  miasta,  w  dzielnicy  latynoamerykańskiej i  pośród  biurowców  śródmieścia.  Wydawało  się,  Ŝe 
nie ma Ŝadnego klucza. A przecieŜ zawsze jest jakiś schemat. NaleŜy go tylko rozszyfrować. 

Kiedy  studiował  mapę,  oczy  mu  nagłe  zalśniły  i  zatrzymały  się  na  jednym  budynku.  Mieszkanie 

Deborah.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  wróciła  juŜ  do  domu  i  czy  jest  bezpieczna.  Czy  siedzi  w 
błękitnym szlafroczku, studiując akta? Czy myśli o nim? 

Potarł twarz. Frank miał rację. Przeszkadzała mu w koncentracji. Co mógł jednak na to poradzić? 

Wszelkie  zabiegi,  mające  ją  skłonić  do  wycofania  się  z  prowadzenia  śledztwa,  zawiodły.  Była  zbyt 
uparta, Ŝeby się podporządkować. 

background image

 

53 

Uśmiechnął  się  pod  nosem.  Nigdy  nie  przypuszczał,  Ŝe  kiedykolwiek  się  zakocha.  W  dodatku 

dosyć  nieodpowiednio,  bo  w  kobiecie  całkowicie  oddanej  słuŜbie  publicznej.  Takiej,  która  nigdy  nie 
ustąpi.  On  teŜ  był  nieugięty.  Mimo  to,  choć  doskonałe  panował  nad  swoim  ciałem  i  umysłem,  nie 
potrafił zapanować nad uczuciami. 

Nie  porywała  go  sama  jej  uroda.  Choć  zawsze  kochał  piękno,  gdyŜ  wychował  się  wśród  ludzi, 

którzy cenili je za samo istnienie. Kiedy wyszedł ze śpiączki, czerpał pewną pociechę z otaczania się 
pięknem. RóŜnorodne barwy i kształty po miesiącach płaskiej szarości. 

Nie  chodziło  teŜ  tylko  o  jej  intelekt.  ChociaŜ  Ŝywił  szacunek  dla  jej  inteligencji.  Jako  policjant  i 

biznesmen, wiedział, Ŝe bystry umysł jest bronią najskuteczniejszą, ale i najbardziej niebezpieczną. 

Urzekło  go  to,  co  nieokreślone,  coś  poza  jej  urodą  i  umysłem.  Był  bowiem  w  równym  stopniu 

więźniem jej, jak i własnego losu. I nie miał pojęcia, jak obie te sprawy rozwiązać. 

Jednego był pewny - Ŝe pierwszym krokiem będzie znalezienie klucza, nazwiska oraz doprowadze-

nie  do  zwycięstwa  sprawiedliwości.  Kiedy  się  z  tym  upora  i  ona  takŜe  będzie  juŜ  miała  to  za  sobą, 
pojawi się szansa na wspólną przyszłość. 

Ocknął się z rozmyślań. Nachylił się nad klawiaturą komputera i wziął się do pracy. 
 
Balansując pudełkiem pizzy, butelką lambrusco i wypełnioną papierami teczką, Deborah wysiadła z 

windy.  Zastanawiając  się,  jakim  cudem  wydobędzie  klucze  z  torebki,  podniosła  wzrok  na  drzwi 
swojego mieszkania. Ktoś przykleił do nich kolorowe litery z papieru. GRATULACJE, DEBORAH. 

Pani Greenbaum, pomyślała z uśmiechem. W tej samej chwili sąsiadka otworzyła drzwi. 
-  Słyszałam  o  wszystkim  w  wiadomościach  o  szóstej.  Rozprawiłaś  się  z  tym  szczurem.  –  Lil 

Greenbaum obciągnęła farbowany trykot. - Jak się czujesz? 

-  Dobrze. Czuję się dobrze. Co pani na to, Ŝebyśmy uczciły to pizzą? 
-  Propozycja nie do odrzucenia. - Pani Greenbaum zatrzasnęła drzwi za sobą i na bosaka przeszła 

przez korytarz. - Nie wiem, czy zauwaŜyłaś, Ŝe nasza klimatyzacja znowu wysiadła? 

-  ZauwaŜyłam to podczas sauny w windzie. 
-  Tym  razem  powinnyśmy  chyba  zmobilizować  wszystkich  lokatorów.  -  Spojrzała  z  ukosa  na 

Deborah. - Zwłaszcza gdyby na naszym czele stanął szczwany, wygadany prawnik. 

-  Pani juŜ stoi na naszym czele - powiedziała Deborah, przekładając butelkę do drugiej ręki. – Jeśli 

potrwa to dłuŜej niŜ dwadzieścia cztery godziny, skontaktuję się z administratorem i zacznę naciskać. - 
Pogrzebała w kieszeni. - Nie mam pojęcia, co zrobiłam z kluczami. 

-  Mam  zapasowy,  który  mi  dałaś.  -  Z  kieszeni  workowatych  dŜinsów  pani  Greenbaum  wydobyła 

kółko z kluczami. 

Weszły do środka. Deborah odstawiła pudełko z pizzą na stół. 
-  Przyniosę kieliszki i talerze.  
Pani  Greenbaum  uniosła  pokrywkę  i  z  zadowoleniem  stwierdziła,  Ŝe  pizza  zawiera  masę 

składników. 

-    Taka  piękna,  młoda  dziewczyna  jak  ty  powinna  bawić  się  w  piątkowy  wieczór  z  przystojnym, 

młodym męŜczyzną, a nie ze starą babą. 

-  Jaka stara baba? - krzyknęła z kuchni Deborah, rozśmieszając sąsiadkę. 
-  Dobrze. Z kobietą nieco powyŜej wieku średniego. A co z tym apetycznym Gage'em Guthriem? 
-   Nie wyobraŜam sobie, Ŝeby jadł pizzę, popijając tanim winem.  - Wróciła, niosąc butelkę i dwa 

kieliszki. Pod pachą ściskała papierowe talerze i serwetki. - To typ z gatunku tych, co wolą kawior. 

-  Co w tym złego? 
-  Nic. - Deborah ściągnęła brwi. - Ale ja lubię pizzę. A jak się najem, muszę siąść do roboty. 
-  Kochanie, czy ty nigdy sobie nie odpuścisz? 
-    Mam  pilny  termin  -  odparła  Deborah  z  wyrzutem.  Napełniła  kieliszki  i  podała  jeden  Lil.  -  Za 

sprawiedliwość - wzniosła toast. - Najpiękniejszą ze znanych mi dam. 

Zaledwie  rozsiadły  się  nad  smakowitymi  porcjami  pizzy,  ktoś  zastukał  do  drzwi.  Oblizując  palce 

umazane sosem, Deborah poszła otworzyć i ujrzała wielki kosz czerwonych róŜ. 

-  Przesyłka dla Deborah O'Roarke. Mogę to gdzieś odstawić, proszę pani? 
-  Tak...  jasne,  aha.  Tutaj.  -  Wspięła  się  na  palce  i  zobaczyła  czubek  głowy  doręczyciela.  -  Na 

stoliku. 

Podpisując kwit, skonstatowała, Ŝe róŜe nie tylko stanęły na stoliku, ale całkowicie zasłoniły blat. 
-  Dziękuję. - Wyjęła z portmonetki banknot. 
-  Od kogo? - chciała wiedzieć Lil, gdy zostały same. 
Deborah udała, Ŝe nie wie. Sięgnęła po bilecik. 

background image

 

54 

„Niezła robota, pani prokurator.  
Gage” 

 
Nie umiała ukryć uśmiechu, który wykwitł na jej ustach. 
-  Od Gage'a. 
-  Gość wie, jak się wyrazić. - Oczy Lil błysnęły za szkłami. Od romansów bardziej podniecały ją 

jedynie wiece protestacyjne. - Najmniej pięćdziesiąt róŜ. 

-  Piękne. - Deborah wsunęła bilecik do kieszeni. - Powinnam chyba zadzwonić i podziękować. 
-  Co najmniej. - Pani Greenbaum odgryzła kęs pizzy.  -  Czemu nie zrobisz tego teraz, za świeŜej 

pamięci? - I, oczywiście, kiedy ona będzie podsłuchiwać. 

Deborah  wahała  się.  Nie,  pomyślała,  potrząsając  głową.  Gdyby  teraz  zadzwoniła,  mogłaby 

powiedzieć coś zbyt pochopnie. 

-  Później - zdecydowała. 
-  Wahasz się - stwierdziła starsza pani z pełnymi ustami. 
-    Tak  -  przyznała  bez  skrępowania  Deborah  i  usiadła.  Jadła  przez  chwilę  w  milczeniu,  po  czym 

podniosła kieliszek do ust. -  Pani Greenbaum - zaczęła, ze ściągniętymi brwiami wpatrując się w swoje 
odbicie w szkle - była pani dwukrotnie zamęŜna. 

-  Jak dotąd - odparła Lil z szelmowskim uśmiechem. 
-  Kochała pani ich obu? 
-  Absolutnie.  Byli  bardzo  dobrymi  ludźmi.  -  Małe.  bystre  oczka  Lil  nagle  stały  się  młode  i 

rozmarzone. - Za kaŜdym razem myślałam, Ŝe będzie to trwało wiecznie. Byłam mniej więcej w twoim 
wieku, kiedy  mój pierwszy mąŜ zginął na wojnie. PrzeŜyliśmy razem tylko parę lat. Z Greenbaumem 
mieliśmy trochę więcej szczęścia. Tęsknię za jednym i za drugim. 

-  Czy zastanawiała się pani kiedyś... Wiem, Ŝe jest to dziwne pytanie, ale czy zastanawiała się pani 

kiedyś, co by było, gdyby spotkała ich pani jednocześnie? 

Pani Greenbaum uniosła brwi, lekko zaintrygowana. 
-  To juŜ byłby pewien problem. 
-    Rozumie  więc  pani,  o  czym  mówię.  Kochała  pani  ich  obu,  gdyby  jednak  pojawili  się  w  pani 

Ŝ

yciu jednocześnie, nie mogłaby pani obu pokochać. 

-  Serce potrafi płatać dziwne figle. 
-  Ale nie moŜna kochać w ten sam sposób dwóch męŜczyzn jednocześnie. - Nachyliła się, a na jej 

twarzy odmalowała się wewnętrzna walka. - A nawet gdyby tak było, albo, gdyby się pani wydawało, 
Ŝ

e tak jest, nie mogłaby pani związać się z Ŝadnym z nich, nie zdradzając drugiego. 

Pani Greenbaum dolała sobie i Deborah do pełna, Ŝeby zyskać na czasie. 
-  Kochasz Gage'a Guthriego? 
-  MoŜe. - Deborah rzuciła spojrzenie na kosz pełen róŜ. - Chyba tak. 
-  A jednocześnie kogoś innego? 
Z kieliszkiem w dłoni Deborah wstała od stołu i zaczęła krąŜyć nerwowo po pokoju. 
-  Tak, ale to nie jest normalne, prawda? 
Nic,  co  wiąŜe  się  z  miłością,  nie  moŜe  być  nienormalne,  pomyślała  Lil.  Dla  niektórych  taka 

sytuacja byłaby cudowna i podniecająca. Ale nie dla Deborah. Jej sprawiała ona wyraźny dyskomfort. 

-  Czy jesteś pewna, Ŝe w obu przypadkach to miłość, a nie tylko seks? 
Deborah westchnęła głęboko i znów usiadła. 
-    Myślałam,  Ŝe  to  zwykły  pociąg  fizyczny.  Chciałam,  Ŝeby  tak  było.  Jednak  zbadałam  uczciwie 

własne  uczucia  i  wiem,  Ŝe  tak  nie  jest,  Oni  czasami  mylą  mi  się  w  myślach.  Nie  próbuję  ich 
porównywać, po prostu, gdyby byli jedną osobą, wszystko byłoby prostsze. - Napiła się. - Gage wyznał, 
Ŝ

e mnie kocha, i wierzę mu. Nie wiem, co robić. 

-    Idź  za  głosem  serca  -  doradziła  Lil.  -  Wiem,  Ŝe  to  brzmi  banalnie,  ale  tak  najczęściej  brzmią 

najgłębsze  prawdy.  Niech  serce  przejmie  stery,  a  umysł  będzie  mu  posłuszny.  Wtedy  zazwyczaj 
dokonuje się prawidłowego wyboru. 

 
O  jedenastej  Deborah  włączyła  telewizor.  Nie  bez  satysfakcji  obejrzała  swoje  zwycięstwo  nad 

Slagermanem, uznane za wiadomość dnia. Widziała siebie, udzielającą krótkiego wywiadu na schodach 
sądu,  pochmurniejącą  na  chwilę,  gdy  Wisner, jak  zwykle,  przepchnął  się  przez  tłum  dziennikarzy,  by 
zadawać idiotyczne pytania o tajemniczego mściciela. 

Kolejne wiadomości dotyczyły ostatnich wyczynów mściciela; uniemoŜliwienia rabunku w sklepie 

monopolowym; schwytania przez niego napastnika, zapobieŜenia morderstwie. 

background image

 

55 

-  Jaki  zapracowany  -  mruknęła  Deborah,  dopijając  resztki  wina.  Gdyby  pani  Greenbaum  nie 

spędziła z nią wieczoru, wypiłaby zapewne kieliszek, a nie pół butelki. 

CóŜ,  jutro  sobota,  pomyślała,  wzruszając  ramionami,  gdy  spiker  informował  o  nadchodzących 

wyborach  na  stanowisko  burmistrza.  MoŜe  pospać  trochę  dłuŜej,  zanim  pójdzie  do  biura.  Nie  zrobi 
jednak nic, jeśli będzie siedzieć przed telewizorem. 

Doczekała  aŜ  do  prognozy  pogody,  w  której  zapowiadano  nieustające  upały,  nieznośną  duchotę  i 

moŜliwość burzy. Wyłączyła telewizor i poszła do sypialni, by zasiąść przy biurku. 

Zostawiła  okno  otwarte,  licząc  na  powiew  wiatru.  Hałas  uliczny  docierał  na  czwarte  piętro  jako 

jednostajne  buczenie.  Upał,  odbity  od  chodników,  wzmagał  się  z  kaŜdym  piętrem.  Czuła  to  kaŜdym 
nerwem. 

Gorące noce. Gorące pragnienia. 
Podeszła  do okna,  mając nadzieję,  Ŝe  lekki  powiew  uśmierzy  pragnienie,  którego  nawet  wino  nie 

potrafi  ugasić.  Mimo  to  nadal  czuła  głębokie,  rytmiczne  pulsowanie.  Czy  on  gdzieś  tam  jest?  - 
zastanawiała się, przykładając dłoń do skroni. Nie była nawet pewna, którego męŜczyznę ma na myśli. 
Niestety, byłoby najlepiej, gdyby nie myślała ani o jednym, ani o drugim. 

Zapaliła lampkę przy biurku i otworzyła akta. Jej wzrok spoczął na telefonie. 
Przed  godziną  telefonowała  do  Gage'a,  jednak  małomówny  Frank  powiedział  jej,  Ŝe  pan  Guthrie 

spędza wieczór poza domem. Nie bardzo wypadało jej dzwonić ponownie. Wyglądałoby to, jakby go 
sprawdzała. Nie miała do tego prawa - zwłaszcza Ŝe to ona prosiła go o trochę czasu. 

Sama  tego  chciała.  Ma  to,  o  co  jej  chodziło.  A  myślenie  o  Gage'u  nie  pomoŜe  jej  znaleźć 

odpowiedzi ukrytych w papierach, rozłoŜonych na biurku. 

Zaczęła je ponownie wertować, robiąc notatki. Pracowała, nie dostrzegając upływu czasu. Z oddali 

napłynął pomruk grzmotu. 

 
Nie powinien był przychodzić, wiedział, Ŝe to zły pomysł. Jednak kiedy wędrował ulicami, kaŜdy 

krok przybliŜał go do jej mieszkania. Ukryty  w ciemnościach, spojrzał w górę. W jej oknie paliło się 
ś

wiatło.  Stojąc  pośród  upalnej  nocy,  czekał,  obiecując  sobie,  Ŝe  odejdzie,  kiedy  światło  zgaśnie.  Na 

pewno. 

Ono jednak wciąŜ płonęło, bladym, lecz jednostajnym blaskiem. 
Ciekawe, czy potrafiłby sobie wmówić, Ŝe chciał ją tylko zobaczyć i porozmawiać. Rzeczywiście, 

powinien wybadać, jak wiele wiedziała i jak była bliska rozwiązania. Dane z komputera nie mówiły nic 
o jej przeczuciach i podejrzeniach. Im bliŜej była odpowiedzi, tym bardziej stawała się zagroŜona. 

Kochał ją bardzo, ale jeszcze bardziej chciał ją chronić. 
Ale nie dlatego przeszedł przez ulicę i zaczął wspinać się po drabince przeciwpoŜarowej. Po prostu 

nie potrafił się powstrzymać. 

Zobaczył  ją  przez  otwarte  okno.  Siedziała  przy  biurku.  Światło  lampy  padało  ukośnie  na 

dokumenty. Pospiesznie coś notowała. 

Czuł  jej  zapach.  Zmysłowa  woń  perfum,  których  uŜywała,  podziałała  jak  zaproszenie.  Albo 

wyzwanie. 

Widział ją tylko z profilu, krzywizny policzka, podbródka, kontur ust. Krótki błękitny szlafroczek 

był  tylko  luźno  przewiązany  paskiem  i  widział  jej  smukłą,  białą  szyję.  Podniosła  rękę  i  pomasowała 
kark. Szlafrok podsunął się do góry, odsłaniając jej uda, a następnie rozchylił się lekko,  gdy  załoŜyła 
nogę na nogę i znów pochyliła się nad pracą. 

 
Po  raz  trzeci  czytała  ten  sam  paragraf,  kiedy  dotarło  do  niej,  Ŝe  nie  moŜe  się  skupić.  Potarła 

powieki, szykując się do ponownej lektury. Nagle zamarła i oblała się Ŝarem. Odwróciła się powoli. 

Stał  przy  oknie,  ukryty  w  ciemnościach.  Serce  jej  waliło  jak  młotem  -  nie  z  zaskoczenia,  lecz  w 

oczekiwaniu. 

-  Przerwa  w  walce  z  przestępczością?  -  spytała,  licząc  na  to,  Ŝe  ostry  ton  głosu  zamaskuje  jego 

drŜenie. - W wiadomościach o jedenastej mówiono, Ŝe jesteś zajęty. 

Nie miał siły wymyślać riposty. Ten raz, ten jeden raz, chciał być z nią jak normalny człowiek. 
- Podobnie jak ty. 
- Nadal jestem zajęta. - DrŜącą ręką odgarnęła włosy z czoła. - Jak się tu dostałeś? Muszę pamiętać, 

Ŝ

eby je zamykać - stwierdziła, kiedy spojrzał w kierunku okna. 

-  Na nic by się to zdało. W kaŜdym razie po tym, jak cię zobaczyłam. 
KaŜdy nerw w jej ciele był napięty do ostateczności. 
-  Tak nie moŜe być dłuŜej. - Wstała, Ŝeby dodać sobie powagi. 

background image

 

56 

-  JuŜ tego nie powstrzymasz. Ani ja. - Jego wzrok powędrował w stronę papierów rozłoŜonych na 

biurku. - Nie posłuchałaś mnie. 

-   Nie. I nie zamierzam. Przeniknę wszelkie kłamstwa, przebrnę przez wszystkie ślepe uliczki, aŜ 

znajdę prawdę. Dopiero wtedy skończę. - KrąŜyła przed nim, czujna i spięta. W jej wzroku malowało 
się wyzwanie. - JeŜeli chcesz mi pomóc, powiedz, co wiesz. 

-  Wiem, Ŝe cię pragnę. - Wsunął dłoń pod pasek jej szlafroka, próbując ją zatrzymać. W tej chwili 

miał tylko jedno pragnienie, jedną potrzebę, jeden cel: Deborah. - Teraz. Dziś. 

-  Musisz  juŜ  iść  -  Nie  mogła  opanować  drŜenia,  w  jaki  wprawiło  ją  odczuwane  poŜądanie.  Jej 

opanowanie walczyło o lepsze z namiętnością. - Musisz juŜ iść. 

-    Czy  wiesz,  jak  bardzo  cię  poŜądam?  -  szepnął  ochrypłym  głosem,  przyciągając  ją  do  siebie.  - 

Muszę cię mieć, choćby na przekór prawu i moralności. Wiesz, co znaczy takie pragnienie? 

- Wiem. - Sama znajdowała się w jego władzy. - To nie jest dobre. 
- Dobre czy złe, jest tu i teraz. - Jednym ruchem zgasił lampę. Kiedy pokój zatonął w ciemnościach, 

wziął Deborah w objęcia. 

-  Nie moŜemy. - Na przekór odmowie, palce kurczowo wpiła w jego ramiona. 
-  Musimy. 
WciąŜ potrząsała przecząco głową, kiedy jego usta, zaborcze i uwodzicielskie, wzięły w posiadanie 

jej wargi. Siła jego pocałunków wstrząsnęła nią - nagle poczuła, Ŝe słania się na nogach. Była bezradna, 
niezdolna oprzeć się dojmującemu pragnieniu. Ogłuszona i oślepiona jego pocałunkami, odkryła nagle 
sercem prawdę, której rozum nie chciał przyjąć do wiadomości. 

Przygniótł  ją  do  łóŜka,  jego  oszalałe  usta  niecierpliwie  błądziły  po  jej  twarzy,  a  dłonie  zdzierały 

cienki  szlafrok.  Była  dokładnie  taka,  jak  sobie  wymarzył.  Rozpalona,  gładka  i  pachnąca.  Zerwał 
rękawiczki, by poczuć to, czego straszliwie pragnął. 

Przelewała mu się przez ręce. Czuł się tak, jakby zaraz miał w niej zatonąć. Choć pragnął ujrzeć to, 

co  miało  naleŜeć  do  niego,  zadowalał  się  dotykiem,  smakiem,  zapachem.  Tej  upalnej  nocy,  pośród 
pomruków nadciągającej burzy, był niestrudzony. 

Był dla niej tylko cieniem, ale juŜ go znała. I pragnęła.  Głucha na głos rozumu, wszelki rozsądek, 

przywarła do niego, ustami poszukując jego warg. Rozpaczliwie spragniona, by poczuć jego ciało przy 
swoim, a szaleńcze bicie jego serca zestroić z uderzeniami własnego, zdarła z niego koszulę. Wtedy on 
obsypał cudownymi, czułymi pocałunkami jej usta, szyję, piersi... 

Zagrzmiało,  błyskawica  przecięła  nocne  niebo.  W  powietrzu  unosił  się  duszny  zapach  róŜ  i 

poŜądania. Deborah dygotała, nieprzytomna z rozkoszy, którą ją tak szczodrze obdarzał. 

śą

dza  i  uniesienie  mocne  aŜ  do  bólu.  Szlochając,  zaczęła  błagać,  by  nigdy  nie  kończył.  A  on 

natychmiast  spełniał  jej  Ŝyczenia,  pogrąŜając  ją  w  bolesnym  poŜądaniu.  Mroczne,  tajne  rozkosze. 
Szepty i jęki. Dzikie pocałunki. Nienasycone pragnienie. 

Kiedy poczuła, Ŝe odchodzi od zmysłów, zespolili się. Owładnęło nią szaleństwo. Poddała mu się z 

całą Ŝarliwością i mocą.  

- Kocham cię. 
Jej słowa wypełniły go tak, jak on ją wypełniał. Poruszyły go tak, jak poruszały się zgodnie ich cia-

ła. Ukrył twarz w jej włosach, a ona wpiła palce w jego plecy. DrŜąc spazmatycznie, doznał całkowi-
tego spełnienia, a zaraz po nim ona, wykrzykując jego imię. 

 
LeŜał w ciemnościach. Zamęt w jego umyśle się uspokajał; słyszał teraz wyraźnie z dołu dźwięki 

ulicy  i  głęboki,  nierówny  oddech  Deborah.  Jej  ręce  nie  obejmowały  go  juŜ,  lecz  opadły  bezwładnie. 
LeŜała cicha, bez ruchu. 

Powoli, zły na siebie za własną słabość, odsunął się od Deborah. Nie poruszyła się. PrzyłoŜył dłoń 

do jej twarzy. Była mokra. Nienawidził tej części siebie, która sprawiła jej ból. 

-  Kiedy się zorientowałaś? 
-  Dopiero dziś. - Zanim jej dotknął ponownie, odwróciła się, szukając w ciemnościach szlafroka. - 

Myślałeś, Ŝe nie poznam cię po pocałunku? Choćby było nie wiem jak ciemno, choćbym była nie wiem 
jak zdezorientowana, gdy raz to juŜ się stało, zawsze cię rozpoznam. 

W jej głosie nie było gniewu, lecz ból. Gniew by zniósł. 
-  Nie, nie myślałem. 
-  Nie?  -  Zapaliła  lampę  przy  łóŜku  i  spojrzała  na  niego.  -  Ty,  taki  bystry,  Gage,  taki  cholernie 

bystry, popełniłeś taki błąd? 

Spojrzał na Deborah. Włosy miała w nieładzie, skóra wciąŜ była zaróŜowiona po miłosnym akcie. 

W jej oczach lśniły łzy, za którymi czaił się gniew. 

background image

 

57 

-  Skąd  wiesz,  czy  nie  wiedziałem?  MoŜe  po  prostu  nie  chciałem,  Ŝeby  to  zawaŜyło  na 

czymkolwiek. - Podniósł się i wyciągnął do niej rękę. - Deborah... 

Uderzyła go raz, potem drugi. 
-  Do  diabła,  okłamywałeś  mnie.  Przez  ciebie  zwątpiłam  w  siebie,  w  moje  zasady.  Wiedziałeś, 

musiałeś  wiedzieć,  Ŝe  zaczynam  się  w  tobie  zakochiwać.  W  was  obu.  -  Odwróciła  się  od  niego  z 
gorzkim śmiechem. 

-  Posłuchaj. - Dotknął jej ramienia, ona jednak odsunęła się. 
-  Nie radzę ci dotykać mnie teraz. 
-  W  porządku.  -  Zacisnął  pięść.  -  Zakochałem  się  w  tobie  tak  szybko,  Ŝe  nie  miałem  czasu  na 

myślenie. Wiedziałem tylko, Ŝe cię kocham i chcę, Ŝebyś była bezpieczna, 

-  Więc załoŜyłeś maskę i zacząłeś mnie pilnować? Nie licz na moją wdzięczność. 
Niezłomność jej głosu wprawiła go w panikę. 
-  Deborah, to, co zaszło między nami tej nocy... 
-  Tak, to, co zaszło między nami. Zdecydowałeś się mi zaufać. - Skinęła w stronę łóŜka. - Ale nie 

w innych kwestiach. Nie na tyle, by być ze mną szczerym. 

-  Nie mogłem. Bo znałem twoje zdanie o tym, co robię. 
-  To juŜ całkiem inna sprawa, prawda? - Otarła łzy. Gniew powoli ustępował miejsca rozŜaleniu. - 

Skoro czułeś, Ŝe musisz mnie okłamywać, dlaczego nie trzymałeś się z daleka ode mnie? 

Siłą woli powstrzymał instynktowną chęć, by znowu jej dotknąć. Okłamał ją, a tym samym zranił. 

Teraz mógł tylko ofiarować jej prawdę, licząc na to, Ŝe wszystko naprawi. 

-  Jesteś jedyną przeszkodą, jakiej nie udało mi się pokonać w ciągu ostatnich czterech lat. Jedyną 

istotą, której pragnę tak bardzo, jak chcę Ŝyć. Nie oczekuję od ciebie zrozumienia ani aprobaty - proszę 
tylko, byś mi uwierzyła. 

-  Sama juŜ nie wiem, w co mam wierzyć. Od kiedy cię poznałam, Gage, byłam rozdarta, sądząc, Ŝe 

kocham dwóch męŜczyzn.  A okazało się, Ŝe jesteś tylko ty. Nie wiem, co robić. - Przymknęła oczy z 
westchnieniem. - Nie wiem, co jest słuszne. 

-  Kocham cię, Deborah. Nie ma nic słuszniejszego od mojej miłości. Daj mi szansę dowieść tego, 

czas, bym mógł wyjaśnić resztę. 

-    Nie  mam  chyba  wielkiego  wyboru.  Gage,  nie  mogę  się  pogodzić...  -  Otwarła  oczy  i  po  raz 

pierwszy dostrzegła długą, zygzakowatą bliznę na jego piersi. Poderwała się z przeraŜeniem. - Oni ci to 
zrobili? - spytała pełnym grozy szeptem. 

ś

achnął się. 

-  Nie potrzebuję litości, Deborah. 
-  Nie  mów  nic.  -  PołoŜyła  się  na  nim,  mocno  go  obejmując.  -  Przytul  mnie.  Nie  tak,  mocniej. 

Mogłam cię stracić wtedy i nigdy bym cię nie poznała. - W jej oczach zalśniły łzy. Uniosła głowę. - Nie 
wiem, co robić ani nawet co jest słuszne. Ale dzisiaj wystarczy mi, Ŝe jesteś tutaj. Zostaniesz ze mną? 

-  Tak długo, jak tylko zechcesz - odparł, całując ją czule. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Deborah zawsze miała kłopoty ze wstawaniem. Zapadała z powrotem w sen, głucha na klaksony i 

warkot  silników  w  dole.  Pneumatyczny  młot  terkotał  jak  karabin  maszynowy,  ona  jednak  ziewnęła 
tylko i poruszyła się lekko. Z powodzeniem mogłaby przespać nawet wybuch bomby. Nie hałas skłonił 
ją więc do otwarcia zaspanych oczu, lecz delikatny, cudowny aromat świeŜo parzonej kawy. 

Dziesiąta  trzydzieści,  zauwaŜyła,  patrząc  na  zegar.  Dziesiąta  trzydzieści!  Zmusiła  się,  by  usiąść  i 

odkryła, Ŝe jest w łóŜku sama. 

Gage, przypomniała sobie, przecierając oczy. Czy znowu zamówił śniadanie? Jajka po wiedeńsku, 

gofry  flamandzkie?  Na  Boga,  oddałaby  wszystko  za  zwykłą  filiŜankę  czarnej  kawy  i  czerstwego 
pączka. 

Zerwała się z łóŜka, rozglądając za szlafrokiem, który leŜał zmięty na podłodze. Pod nim znalazła 

kawałek czarnego materiału. Podniosła go i znów opadła na łóŜko. 

Maska. ZwaŜyła materiał w dłoni. Nie był to więc sen. To wszystko było jawą. Przyszedł do niej tej 

nocy, kochał się z nią. Obaj jej wymarzeni męŜczyźni. Czarujący biznesmen i arogancki nieznajomy w 
czerni. Stali się jednym męŜczyzną, jednym kochankiem. 

Jęknęła, ukrywając twarz w dłoniach. Co teraz pocznie? Jak, do diabła, ma sobie z tym poradzić? 

Jako kobieta? Jako prokurator okręgowy? 

background image

 

58 

Tak,  kocha  go.  A  kochając,  łamie  swoje  zasady.  Jeśli  wyciągnie  jego  sekret  na  światło  dzienne, 

będzie się to równało zdradzie. 

CzyŜ  mogłaby  go  kochać,  nie  rozumiejąc?  Tak  jednak  było  i  w  Ŝaden  sposób  nie  mogła  juŜ 

powstrzymać swej miłości. 

Będą  musieli  porozmawiać,  stwierdziła.  Spokojnie  i  rozsądnie.  Mogła  mieć  tylko  nadzieję,  Ŝe 

odnajdzie  w  sobie  siłę  i  stosowne  słowa.  Nie  wystarczy  powiedzieć  mu,  Ŝe  nie  aprobuje  jego 
postępowania. O tym juŜ  wiedział. Nie wystarczy, Ŝe powie mu,  Ŝe się boi. Podwoiłby tylko wysiłki. 
Musi  odnaleźć  takie  słowa,  które  pozwolą  mu  zrozumieć,  Ŝe  droga,  na  którą  wkroczył,  jest  nie  tylko 
niebezpieczna, ale równieŜ niewłaściwa. 

Skuliła  się  pod  kołdrą,  szykując  się  na  rozmowę.  Kiedy  rozległ  się  dźwięk  telefonu,  zaklęła  pod 

nosem. Walcząc ze szlafrokiem, sięgnęła przez łóŜko po słuchawkę. 

-  ... siostra Deborah. - W głosie Cilli brzmiały ciekawość i rozbawienie. - A ty jak się miewasz? 
-  Dobrze, dzięki - usłyszała głos Gage'a. - Deborah jeszcze śpi. Czy mam ją... 
-  JuŜ jestem. - Deborah rozczesała palcami potargane kosmyki. - Cześć, Cilla. 
-  Cześć. 
-  Do widzenia, Cillo. - Deborah usłyszała, jak Gage odkłada słuchawkę. Zapadła krępująca cisza. 
-  Hmm... chyba zadzwoniłam nie w porę. 
-  Ale skąd, właśnie wstawałam. W Denver jest chyba jeszcze bardzo wcześnie? 
-    Przy  trójce  dzieci  to  juŜ  prawie  południe.  Bryant,  czy  mógłbyś  grać  w  kosza  na  dworze? 

Wynocha! Kuchnia nie jest miejscem do dryblingu. Deb? 

-  Słucham. 
-  Wybacz. Po prostu Boyd sprawdził nazwiska i przyszło mi do głowy, Ŝeby od razu przekazać ci 

te informacje. 

-  To świetnie. - Sięgnęła po długopis. 
-  Oddaję słuchawkę Boydowi. - Coś zachrobotało w słuchawce. - Ja go wezmę. Keenan, nie bierz 

tego do buzi. Jezu, Boyd, czym on jest cały umazany? - Usłyszała chichot, stukot słuchawki upadającej 
na podłogę kuchni i tupot oddalających się nóg. 

-  Deb? 
-  Gratulacje, kapitanie Fletcher. 
-  Dzięki. Domyślam się, Ŝe Cilla znowu się przechwalała. Jak tam, wszystko w porządku? 
Spojrzała na maskę, którą nadal trzymała w ręku. 
-  Nie  jestem  całkiem  pewna.  -  Otrząsnęła  się  i  poweselała.  -  Tam  u  was  wszystko  jest  takie  nor-

malne. 

-  Nic  tu  nigdy  nic  jest  normalne.  Allison,  proszę  cię,  nie  dawaj  psu...  -  Kolejne  trzaski  i  oszalałe 

szczekanie psa. - JuŜ za późno. 

Owszem, to właśnie brzmiało absolutnie normalnie. 
-  Boyd, dzięki, Ŝe tak szybko zdobyłeś te informacje. 
-  Nie ma za co. 
-  Właśnie, Ŝe jest. 
-  CóŜ, nie mam tego wiele. George P. Drummond był hydraulikiem, miał własną firmę... 
-  Był? - przerwała mu. 
-  Tak.  Zmarł  trzy  lata  temu  z  przyczyn  naturalnych.  Miał  osiemdziesiąt  dwa  lata  i  Ŝadnych 

powiązań z Solar Corporation ani niczym podobnym. 

Przymknęła oczy. 
-  A drugi? 
-  Charles R. Meyers. Nauczyciel przedmiotów ścisłych w liceum i trener piłki noŜnej. Nie Ŝyje od 

pięciu lat. Obaj czyści jak łza. 

-  A Solar Corporation? 
-  Jak dotąd, nie znaleźliśmy nic. Adres, który podałaś Cilli, nie istnieje. 
-  Powinnam się była domyślić. W jakąkolwiek stronę bym poszła, zawsze trafiam na ślepą uliczkę. 
-  Znam ten ból. Będę jeszcze szukał. Przykro mi, Ŝe nie mogłem ci bardziej pomóc. 
-  Pomogłeś mi. 
-  Dwóch nieboszczyków i fałszywy adres? To niewiele. Deborah, śledzimy tutaj prasę. MoŜesz mi 

powiedzieć, czy ta sprawa ma coś wspólnego z tym człowiekiem-widmem w masce?  

Zgniotła czarny materiał w dłoni. 
-  Nieoficjalnie - tak. 
-  Sądzę, Ŝe Cilla juŜ ci to mówiła, ale uwaŜaj, dobrze? 

background image

 

59 

-  Dobrze. 
-    Ona  chce  z  tobą  znowu  porozmawiać.  -  Usłyszała  przytłumioną  rozmowę,  potem  chichot.  -  O 

facecie, który odebrał telefon do ciebie. - Boyd zaśmiał się ponownie i Deborah ujrzała oczyma duszy, 
jak wyrywają sobie słuchawkę. 

-  Chciałam  się  tylko  spytać.  -  Cilla  mówiła  podnieconym  szeptem.  -  Boyd,  dość  juŜ  tego.  Idź, 

nakarm psa albo coś w tym rodzaju. Chciałam tylko wiedzieć, kto jest właścicielem tego zabójczego, 
seksownego głosu. 

-  MęŜczyzna. 
-  Domyśliłam się. Ma jakoś na imię? 
-  Owszem. 
-  Mam zgadywać? Phil, Tony, Maximillian? 
-  Gage. 
-  Ten milioner? Ładne rzeczy! 
-  Cilla... 
-    Wiem,  wiem.  Jesteś  dorosłą,  rozsądną  kobietą,  która  ma  własne  Ŝycie.  Nie powiem  nic  więcej. 

Ale czy on...? 

-  Zanim się rozgadasz, chciałam tylko wtrącić, Ŝe nie piłam jeszcze porannej kawy. 
-  W porządku, ale masz do mnie zadzwonić, i to szybko. Muszę poznać szczegóły. 
-  Dam ci znać, jak sama je poznam. Odezwę się. 
-  Będę czekać. 
Deborah  odłoŜyła  słuchawkę  i  przez  chwilę  siedziała  bez  ruchu.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  wróciła  do 

punktu wyjścia. Najpierw jednak będzie musiała załatwić inne sprawy, pomyślała w drodze do kuchni, 
z której dolatywał upojny aromat kawy. 

Gage stał przy kuchence, boso, w dŜinsach i rozpiętej koszuli. Sam jego widok nie zaskoczył jej, 

zdumiało ją natomiast to, co robił. 

-  Gotujesz? - spytała od progu. 
Odwrócił  się.  Widząc  ją  w  ostrym  świetle  słonecznym,  zaspaną,  ale  jednocześnie  czujną,  przeŜył 

szok. 

- Cześć. Przepraszam za telefon, pomyślałem, Ŝe go odbiorę, Ŝeby cię nie zbudził. 
-  Nie  ma  sprawy.  Ja...  nie  spałam.  -  Zdjęła  kubek  z  haczyka  nad  zlewem  i  nalała  sobie  kawy.  - 

Siostra dzwoniła. 

- Aha. - Objął ją i zaczął gładzić, zsuwając dłonie coraz niŜej. Zesztywniała. Poczuł w sercu ukłucie 

bólu. - Czy wolałabyś, Ŝeby mnie tu nie było? 

-  Sama nie wiem. Musimy chyba porozmawiać. - Wcale jednak nie czuła się na siłach. - Co robisz? 
-  Grzanki z jajkiem. Twoja lodówka świeciła pustkami, więc poszedłem na róg i zrobiłem zakupy. 
Poczuła ucisk w Ŝołądku. To wszystko było takie proste, takie normalne. 
-  Od jak dawna jesteś na nogach? 
-  Dwie, trzy godziny. 
-  Niewiele spałeś. 
Gdy ich spojrzenia się spotkały, stwierdził, Ŝe wciąŜ jest zła i obraŜona. Nadal jednak są razem. 
-  Nie potrzebuję juŜ teraz duŜo snu. - Wbił dwa jajka do miski z mlekiem. - Większość tego roku 

przespałem. Odkąd wyszedłem ze śpiączki, wystarczają mi cztery godziny na dobę. 

-  To zapewne pozwala ci pracować na dwie... zmiany. 
-  Tak. - Wymieszał składniki, następnie zanurzył w nich kromkę. - Zmienił się mój metabolizm. - 

między innymi.  - Obtoczona w jajku kromka zaskwierczała w zetknięciu z gorącym tłuszczem.  - Czy 
mam cię przepraszać za wczorajszą noc? 

Otwarła kredens. 
-  Wyjmę talerze - odezwała się po chwili milczenia.  
Zaklął pod nosem. 
-  W porządku. Zaraz będą gotowe. 
Zaczekał, aŜ Deborah usiądzie przy stole. Dziobała swoją porcję z talerza. Jej milczenie i smutek w 

oczach bolały go bardziej, niŜ gdyby obrzuciła go stekiem wyzwisk. 

-  Teraz twoja kolej. 
-  Wiem. 
-  Nie będę przepraszał za to, Ŝe cię kocham. Ani za to, Ŝe się z tobą kochałem. To, co było między 

nami, to najwaŜniejsze, co przydarzyło mi się w Ŝyciu. - Przyjrzał jej się uwaŜnie. - Nie wierzysz mi? 

background image

 

60 

-  Nie wiem juŜ sama, w co wierzę. W co mogę wierzyć. - Wzięła kubek w dłonie. - Okłamywałeś 

mnie od samego początku, Gage. 

-  Tak było. - Z trudem pohamował chęć dotknięcia jej, choćby leciutko. - Przeprosiny nie na wiele 

się tu zdadzą. Robiłem to świadomie i, gdyby to było moŜliwe, oszukiwałbym cię nadal. 

Odsunęła się od stołu i skrzyŜowała ramiona. 
-  Wiesz, jak się z tym czuję? 
-  Chyba tak.  
Pokręciła głową. 
-  Nawet  sobie  tego  nie  wyobraŜasz.  Przez  ciebie  zwątpiłam  w  moje  najbardziej  podstawowe 

zasady. Zakochiwałam się w tobie, w was obu, i czułam wstyd. Jak mogłam nie połapać się wcześniej? 
Czułam  to  samo  wobec  dwóch,  jak  sądziłam,  męŜczyzn.  Patrzyłam  na  niego  i  myślałam  o  tobie, 
patrzyłam  na  ciebie  i  myślałam  o  nim.  -  Przytknęła  rękę  do  ust.  Słowa  wyrywały  się  zbyt  szybko.  - 
Tamtej nocy w pokoju Santiaga, kiedy mnie objąłeś, spojrzałam w twoje oczy i przypomniałam sobie, 
jak poznałam cię w sali balowej w Stuart Palace. Myślałam, Ŝe zwariowałam. 

-  Nie chciałem cię ranić, tylko ochraniać. 
-    Przed  czym?  Przede  mną?  Przed  sobą?  Za  kaŜdym  razem,  kiedy  cię  dotykałam...  -  Oddychała 

gwałtownie, próbując odzyskać równowagę. W końcu był to jej problem, jej emocje. - Nie wiem, czy 
potrafię ci wybaczyć i zaufać. Nie wiem, chociaŜ cię kocham. 

Nie próbował jej dotknąć, czując, Ŝe by go odepchnęła. 
-  Nie  mogę  juŜ  cofnąć  tego,  co  się  stało.  To  ty  podziałałaś  na  mnie  tak,  Ŝe  popełniłem  błąd.  - 

Pomyślał o swoim darze. Swoim przekleństwie. - Nie mam nawet prawa cię prosić, Ŝebyś zaakcepto-
wała mnie takim, jaki jestem. 

-    W  tym?  -  Wyjęła  maskę  z  kieszeni  szlafroka.  -  Nie,  nie  masz  prawa  mnie  prosić,  Ŝebym  cię 

zaakceptowała  w  czymś  takim.  Ale  ty  właśnie  to  robisz.  Prosisz  mnie,  Ŝebym  cię  kochała.  I  Ŝebym 
przymknęła  oko  na  to,  jak  postępujesz.  Całe  moje  Ŝycie  poświęciłam  prawu.  Mam  teraz  milczeć, 
patrząc, jak ty je łamiesz? 

-  Omal  nie  straciłem  Ŝycia  w  obronie  prawa.  A  mój  partner  oddał  za  nie  Ŝycie.  Nigdy  nie 

lekcewaŜyłem prawa. 

-  Gage, to nie jest sprawa osobista. 
-  Właśnie, Ŝe jest. Wszystko, co czytasz w swoich prawniczych księgach, wszystkie te precedensy i 

procedury odnoszą się do konkretnych ludzi. Wiesz o tym. Czujesz to. Widziałem, jak pracujesz. 

-    W  świetle  prawa  -  nie  ustępowała  -  to,  co  robisz,  jest  nielegalne,  nie  mówiąc  juŜ  o  tym,  Ŝe 

niebezpieczne. Musisz przestać. 

-  Nie zrobię tego nawet dla ciebie. 
-  A jeśli pójdę do Mitchella, do komisarza policji, do Fieldsa? 
-  Zrobię, co będę musiał, ale nie przestanę. 
-  Dlaczego? - Podeszła do niego z maską w ręce. - Czemu, do diabła? 
-  PoniewaŜ  nie  mam  wyboru.  -  Podniósł  się  i  chwycił  ją  mocno  za  ramiona.  -  Nie  mam  na  to 

Ŝ

adnego wpływu. - Puścił ją i odwrócił się. 

-  Wiem o Montedze. - Mówiąc to, dostrzegła cień goryczy na jego twarzy. - Współczuję ci, Gage, 

bardzo  ci  współczuję  z  powodu  tego,  co  cię  spotkało.  I  z  powodu  tego,  co  przydarzyło  się  twojemu 
partnerowi. Dopadniemy Montegę, przysięgam. Jednak kierowanie się zemstą nie jest właściwe. I być 
nie moŜe. 

-  To, co zdarzyło się cztery lata temu, zmieniło moje Ŝycie. To nie przenośnia. To prawda. - Oparł 

dłoń o ścianę, przyjrzał jej się, potem schował ją z powrotern do kieszeni. - Czytałaś raporty o tym, co 
wydarzyło się w noc zabójstwa Jacka? 

-  Czytałam. 
-  Fakty zrelacjonowano ściśle - powiedział cicho - ale nie ujawniono całej prawdy. Czy napisano w 

raporcie,  Ŝe  kochałem  go  jak  brata?  Ze  miał  śliczną  Ŝonę  i  małego  synka,  który  uwielbiał  jeździć  na 
czerwonym trójkołowym rowerku? 

-  Och, Gage. Oczy zaszły jej łzami. Chciała go dotknąć, ale się odsunął. 
-  Czy było napisane w raporcie, Ŝe poświęciliśmy niemal dwa lata na rozpracowanie tej sprawy? 

Dwa  lata  obcowania  z  szumowinami,  które  miały  luksusowe  jachty  i  domy,  wypchane  portfele  -  a 
wszystko za pieniądze ze sprzedaŜy narkotyków drobnym dilerom, którzy mają na czynsz dzięki temu, 
Ŝ

e  rozprowadzają  je  po  ulicach  i  placach  zabaw.  Dwa  lata  posuwaliśmy  się,  krok  za  krokiem,  do 

przodu. PoniewaŜ byliśmy gliniarzami i wierzyliśmy, Ŝe moŜemy wpłynąć na bieg świata. 

background image

 

61 

Mówiąc,  zaciskał  dłonie  w  pięści.  Mogła  tylko  w  milczeniu  przyglądać  się,  jak  zalewa  go  fala 

wspomnień. 

-    Jack  zamierzał  wziąć  urlop  po  zamknięciu  sprawy.  Nigdzie  się  nie  wybierał,  chciał  po  prostu 

kręcić się po domu, kosić trawę, naprawić cieknący kran, spędzać czas z Jenny i dzieciakiem. Mówił mi 
to.  Ja  myślałem  o  wyjeździe  do  Meksyku  na  parę  tygodni,  ale  Jack  nie  miał  wielkich  marzeń,  tylko 
całkiem zwyczajne. 

Przeniósł wzrok za okno, nie dostrzegał jednak świecącego słońca. 
-  Wysiedliśmy z auta. Mieliśmy walizkę pełną znaczonych banknotów. Zapewniono nam fachową 

osłonę.  Co  poszło  nie  tak?  Byliśmy  obaj  przygotowani,  solidnie  przygotowani.  Mieliśmy  spotkać  ich 
wysłannika.  Było  gorąco.  Pachniało  wodą.  Słychać  było  jej  chlupot  w  dokach.  Pociłem  się,  nie  z 
powodu  upału, ale  dlatego,  Ŝe  czułem,  Ŝe  coś jest  nie  w  porządku.  Nie  posłuchałem  jednak  własnego 
instynktu. A wtedy Montega... 

Widział  go,  jakby  to  było  dziś,  stojącego  w  ciemnościach,  ze  złotym  zębem  połyskującym  w 

krzywym uśmieszku. 

„Śmierdzący gliniarze!” 
-  Zabił Jacka, zanim zdąŜyłem sięgnąć po broń. Byłem jak sparaliŜowany. Na jedną chwilę, jedno 

uderzenie serca. To jednak wystarczyło, by mnie trafili. 

Pomyślała o bliznach na jego piersi i zabrakło jej tchu. Na jego oczach zamordowano mu partnera. 

Przez ułamek sekundy widział nadchodzącą własną śmierć. Przeszył ją ostry, dojmujący ból... 

-  Przestań. Jaki sens ma powracanie do przeszłości? Nie mogłeś uratować Jacka. Choćbyś był nie 

wiem jak szybki, choćbyś nie wiem co robił, nie byłeś w stanie go uratować, 

-  Nie wtedy. Wtedy umarłem. 
Sposób, w jaki to powiedział, głuchy i beznamiętny, sprawił, Ŝe przeszedł ją zimny dreszcz. 
-  PrzecieŜ Ŝyjesz. 
-  Śmierć w dzisiejszych czasach stała się nieomal terminem technicznym. Z technicznego punktu 

widzenia  umarłem.  A  część  mnie  opuściła  moje  ciało.  -  Zobaczył,  Ŝe  Deborah  pobladła.  Musiał  jej 
jednak  powiedzieć.  -  Widziałem,  jak  się  mną  zajmują.  Tam  w  dokach.  I  potem  na  sali  operacyjnej. 
Czułem, Ŝe odpływam. A potem... utknąłem. 

-  Nie rozumiem. 
-  Powróciłem do ciała, ale nie do Ŝycia. - Uniósł dłonie z rozczapierzonymi palcami. Nigdy dotąd 

nie  próbował  tego  nikomu  wytłumaczyć  i  nie  był  pewien,  czy  potrafi.  -  Czasem  powracał  mi  słuch  - 
słyszałem głosy, muzykę, którą puszczały przy łóŜku pielęgniarki, płacz. Albo czułem zapach kwiatów. 
Nie  mogłem  mówić.  Nie  widziałem.  Ale,  przede  wszystkim,  nic  nie  czułem.  -  Opuścił  ręce.  -  Nie 
chciałem. A potem obudziłem się i zacząłem czuć aŜ za wiele. Wprost rozsadzały mnie emocje. 

Nie wiedziała do końca, o czym mówi, podzielała jednak jego ból i rozpacz. 
-    Tak  naprawdę  nie  wiem,  przez  co  przeszedłeś.  Nikt  chyba  tego  nie  moŜe  wiedzieć.  Cierpię 

jednak na myśl o tym. Martwię się takŜe tym, przez co nadal musisz przechodzić. 

Zobaczył, Ŝe łzy płyną jej po twarzy. 
-  Tamtego wieczoru, kiedy spotkałem cię w zaułku, moje Ŝycie znów się odmieniło. Nie mogłem 

tego powstrzymać. Byłem  równie bezsilny jak poprzednim razem.  - Spojrzał na maskę, którą ściskała 
kurczowo. - Teraz moje Ŝycie jest w twoich rękach. 

-  Nie wiem, co powinnam zrobić. 
-  Daj mi trochę czasu. ChociaŜ kilka dni. 
-  Nie wiesz, o co prosisz. 
-  Wiem  -  odparł,  przytrzymując  ją,  kiedy  spróbowała  się  odsunąć.  -  Nie  mam  jednak  wyboru. 

Deborah, gdybym nie skończył tego, co zacząłem, mógłbym równie dobrze zginąć cztery lata temu. 

Otwarła usta, Ŝeby zaprotestować, ale powstrzymał ją wyraz jego oczu. 
-  Czy rzeczywiście nie ma innego sposobu? 
-    Nie  dla  mnie.  Tylko  kilka  dni  -  powtórzył.  -  Po  tym  czasie  będziesz  mogła  donieść  swoim 

przełoŜonym  o  tym,  co  uznasz  za  stosowne,  i  nie  będę  miał  o  to  Ŝalu.  Zgodzę  się  równieŜ  ponieść 
wszelkie moŜliwe konsekwencje. 

Przymknęła oczy. Wiedziała to, o czym on nie wiedział. śe dla niego gotowa jest na wszystko. 
-  Mitchell dał mi dwa tygodnie - powiedziała bezbarwnym tonem. - Więcej nie mogę ci obiecać. 
Gage zdawał sobie sprawę, ile ją to kosztuje, i modlił się, by nadszedł czas, kiedy będzie mógł jej to 

wynagrodzić. 

-  Kocham cię.  
Spojrzała mu w oczy. 

background image

 

62 

-  Wiem - wyszeptała, opierając mu głowę na piersi.  W palcach wciąŜ trzymała maskę. - Wiem o  

tym. 

Czuła,  jak  otacza  ją  silnym  ramieniem.  To  było  dojmująco  realne.  Uniosła  głowę  i,  choć  w  jej 

duszy toczyła się walka, przytknęła wargi do jego ust, by poczuć jego długi pocałunek, pełen Ŝarliwych 
obietnic. 

Co z nimi będzie? Zalękniona, przywarła do niego jeszcze mocniej. 
-  Dlaczego to nie moŜe być proste? - szepnęła. - Czemu nie moŜe być normalnie? 
Niezliczoną liczbę razy zadawał sobie to samo pytanie. 
-  Przykro mi. 
-  Nie.  -  Odsunęła  się,  kręcąc  głową.  -  To  mnie  jest  przykro.  Na  nic  zda  się  rozdzieranie  szat.  - 

Zaszlochała,  ocierając  łzę.  -  MoŜe  nie  wiem,  co  się  dzieje,  ale  wiem,  co  muszę  zrobić.  Muszę  iść  do 
pracy. MoŜe uda mi się znaleźć jakieś wyjście. - Uniosła brwi. - Czemu się uśmiechasz? 

-  Bo jesteś wręcz idealna. Absolutnie idealna. - I  znów, jak w nocy, pociągnął ją za pasek szlafro-

ka. - Chodź ze mną do łóŜka, to ci pokaŜę, co mam na myśli. 

-   ZbliŜa się południe - zaprotestowała, gdy pochylił głowę, by musnąć wargami jej ucho. - Mam 

mnóstwo pracy. 

-  Jesteś pewna? 
Zamknęła oczy, a jej ciało samo wychyliło się w jego stronę. 
-  Ach... tak. - Odsunęła się, rozkładając ręce. - Tak, naprawdę. Nie mam czasu. śadne z nas go nie 

ma. 

-    W  porządku.  -  Uśmiechnął  się  na  widok  jej  kapryśnie  wydętych  warg.  Widocznie  zbyt  łatwo 

wyraził  zgodę.  MoŜe,  wobec  tego,  przy  odrobinie  szczęścia,  uda  mu  się  podarować  jej  trochę 
normalności. - Ale pod jednym warunkiem. 

- Jakim? 
-  Mam dziś imprezę charytatywną. Będzie kolacja, kilku wykonawców, tańce. W Parkside. 
-    W  Parkside.  -  Pomyślała  o  starym,  ekskluzywnym  hotelu  przy  parku  miejskim.  -  Chodzi  o  ten 

letni bal? 

-  Właśnie. Miałem sobie darować, ale zmieniłem zdanie. Wybierzesz się ze mną? 
Uniosła brwi. 
-  Pytasz mnie w południe, czy pójdę z tobą na największe, najbardziej eleganckie przyjęcie w tym 

mieście, które zaczyna się za osiem godzin? I pytasz, kiedy właśnie wybierałam się do pracy, nie mam 
Ŝ

adnych szans dostać się do fryzjera ani czasu na kupno stosownej kreacji. 

-  Skończyłaś juŜ? - powiedział po chwili.  
Westchnęła z rezygnacją. 
-  O której chcesz po mnie wstąpić? 
 
O  siódmej  Deborah  weszła  pod  gorący  strumień  wody.  Nie  wierzyła,  Ŝe  zdoła  pozbyć  się  bólu  i 

była  juŜ  po  dziennej  dawce  aspiryny.  Sześć  godzin  przed  komputerem,  ze  słuchawką  przy  uchu, 
przyniosło minimalne rezultaty. 

Okazało się, Ŝe wszystkie sprawdzane nazwiska naleŜą do osób od dawna nieŜyjących. KaŜdy adres 

prowadził w ślepy zaułek, a kolejna firma wiodła do labiryntu innych. 

Pomyślała,  Ŝe  teraz,  bardziej  niŜ  kiedykolwiek,  musi  poznać  prawdę.  To  juŜ  nie  tylko  kwestia 

wymierzenia sprawiedliwości. To sprawa osobista. A choć wpływało to negatywnie na jej obiektywizm, 
nie mogła nic na to poradzić. Póki nie rozwiąŜe tej sprawy, nie ma nawet prawa myśleć o przyszłości 
swojej i Gage'a. 

MoŜe  jej  nigdy  nie  będzie,  pomyślała,  owijając  się  ręcznikiem.  Spotkali  się  jak  grzmot  i 

błyskawica.  Burze  mają  to  do  siebie,  Ŝe  są  przelotne.  A  jeśli  chce  się  wytrwać  w  związku,  potrzeba 
czegoś  więcej  niŜ  tylko  namiętności.  W  małŜeństwie  jej  rodziców  była  namiętność,  ale  zero 
zrozumienia. A tu potrzeba nawet czegoś więcej niŜ tylko miłości. Jej rodzice kochali się i mimo to byli 
nieszczęśliwi. 

Zaufanie. Bez zaufania miłość i namiętność bledną, by w końcu zniknąć. 
Chciała  ufać  Gage'owi.  I  chciała  w  niego  wierzyć.  Ale  on  jej  nie  ufał.  PrzecieŜ  znał  fakty,  które 

mogły  przybliŜyć  jej  prawdę.  I  to  w  sprawie,  w  którą  oboje  byli  tak  głęboko  zaangaŜowani.  On 
tymczasem zachował tę wiedzę dla siebie, bo uwaŜał, Ŝe tylko jego metoda jest słuszna. 

Zaczęła z westchnieniem suszyć włosy. Czy i ona nie była równie przekonana o słuszności swojej 

metody? 

background image

 

63 

A skoro istnieje między nimi róŜnica zdań w sprawach tak fundamentalnych - czy wystarczy sama 

miłość? 

Mimo  to  zgodziła  się  spotkać  z  nim  tego  wieczoru. Ale  nie  dlatego,  Ŝe  chciała  iść  na  bal.  Gdyby 

zaprosił ją  na hot doga  i  kręgle, teŜ  by  poszła,  bo  nie  potrafi juŜ  trzymać  się  od  niego  z  daleka. Jeśli 
uwaŜa się za osobę uczciwą, musi przyznać, Ŝe nie chce się trzymać z daleka. 

Nakładając starannie róŜ, pomyślała, Ŝe ofiaruje sobie tę noc. Gdy skończy się bal, będzie musiała, 

jak Kopciuszek, stanąć oko w oko z rzeczywistością. 

Energicznym krokiem przeszła do sypialni. Na łóŜku leŜała suknia kupiona niecałą godzinę temu. 

Zrządzenie losu, pomyślała, wodząc dłonią po połyskliwych cekinach. Gage mówił, Ŝe podoba mu się 
w kolorze niebieskim. Gdy wpadła jak oszalała do sklepu, sukienka juŜ tam na nią czekała. Lejąca się 
fala głębokiego królewskiego błękitu, wyszywana srebrzystymi cekinami. Pasowała teŜ jak rękawiczka, 
od wysokiej stójki po dół, sięgający kostek. 

Cena na metce otrzeźwiła ją na chwilę, ale potem Deborah zacisnęła zęby i bez mrugnięcia okiem 

wydała miesięczną pensję. 

Teraz, patrząc w lustro, nie Ŝałowała tej spontanicznej decyzji. Kolczyki z  górskich kryształów w 

uszach idealnie pasowały do sukni. Włosy zaczesane do tyłu odsłaniały obnaŜone ramiona, jak równieŜ 
większą część pleców. 

Wkładała właśnie buty, kiedy rozległo się pukanie. To Gage. 
Gdy otworzyła drzwi, uśmiech zamarł mu na ustach. 
-  No i jak? Co o tym myślisz? 
Odkrył po chwili, Ŝe jeśli spróbuje bardzo powoli, jest w stanie oddychać. 
-  Cieszę się, Ŝe nie dałem ci więcej czasu na przygotowanie. 
-  Dlaczego? 
-  Nie zniósłbym tego, gdybyś była jeszcze piękniejsza. 
Uniosła głowę. 
-  PokaŜ mi. 
Niemal  bał  się  jej  dotknąć.  OstroŜnie  połoŜył  jej  ręce  na  ramionach  i  pocałował.  Smak  jej  ust 

wstrząsnął  nim  do  tego  stopnia,  Ŝe  zacisnął  palce,  czując  nagły  przypływ  poŜądania.  Mrucząc  cicho, 
sięgnął do drzwi, by je zamknąć. 

-  Och, nie. - Brakowało jej tchu i do tego stopnia osłabła, Ŝe musiała się oprzeć o framugę. Była 

jednak równieŜ absolutnie zdecydowana. - Zapłaciłam za tę suknię takie pieniądze, Ŝe chcę się w niej 
pokazać w miejscu publicznym. 

-  Zawsze  taka  praktyczna.  -  Obdarzył  ją  ostatnim,  przeciągłym  pocałunkiem.  -  MoŜemy  przyjść 

później. 

Uśmiechnęła się. 
-  MoŜemy wyjść wcześniej. 
 
Kiedy  przyjechali,  sala  pękała  w  szwach  od  sławnych,  wpływowych  i  bogatych.  Deborah 

zlustrowała wzrokiem gości przy stolikach. 

Zobaczyła  gubernatora,  zabawiającego  znaną  aktorkę,  potentata  wydawniczego,  cmokającego  w 

policzek operową diwę, burmistrza wymieniającego uśmiechy z autorem bestsellerów. 

-  Twoje zwykłe towarzystwo? - mruknęła z uśmiechem do Gage'a. 
-  Paru znajomych. - Stuknął kieliszkiem w jej kieliszek. 
-  Uhm. To Tarrington, prawda? - Wskazała głową młodego, powaŜnego męŜczyznę. - Myślisz, Ŝe 

ma jakieś szanse w zbliŜających się wyborach? 

-  Ma sporo do powiedzenia - stwierdził Gage. - Czasami bywa nietaktowny, ale mówi rozsądnie. 

Pytanie tylko, czy uda mu się przeciągnąć na swoją stronę wyborców po czterdziestce. 

- Gage.  - Arlo Stuart zatrzymał się przy ich stoliku i połoŜył rękę na ramieniu Gage'a.  - Miło cię 

widzieć. 

-  Cieszę się, Ŝe udało ci się przyjść. 
-  Nie  przepuściłbym  takiej  okazji.  -  Wysoki,  ogorzały  męŜczyzna,  o  bujnych  siwych  włosach  i 

zielonych oczach zatoczył krąg swoją szklaneczką whisky. - Ładnie to wszystko urządziłeś. Nie byłem 
tu jeszcze po zakończeniu remontu. 

-  Nam się tu podoba. 
Deborah dopiero po chwili zrozumiała, Ŝe mówią o hotelu. I Ŝe hotel naleŜy do Gage'a. Podniosła 

wzrok na imponujące kryształowe kandelabry. Powinna była się domyślić. 

background image

 

64 

-    Miło  wiedzieć,  Ŝe  konkurencja  ma  klasę.  -  Arlo  zatrzymał  wzrok  na  Deborah.  -  A  skoro  juŜ 

mowa  o  klasie.  Pani  twarz  wydaje  mi  się  znajoma.  Jestem  jednak  za  stary,  by  mogło  to  cokolwiek 
znaczyć. 

-  Arlo Stuart, Deborah O'Roarke - przedstawił ich sobie Gage. 
Stuart zmiaŜdŜył dłoń Deborah w krzepkim uścisku i uśmiechnął się. 
-  O'Roarke... O'Roarke... - Wzrok miał przyjazny, a zarazem przenikliwy. - To pani jest tą zawziętą 

prawniczką,  prawda?  Tą  panią  prokurator,  która  utarła  nosa  tej  kreaturze,  Slagermanowi.  Zdjęcia  w 
gazetach w najmniejszym stopniu nie oddają pani urody. 

-  Panie Stuart... 
-  Burmistrz jest o pani jak najlepszego zdania. Mówi same dobre rzeczy. Będziemy musieli później 

zatańczyć,  by  mogła  mi  pani  opowiedzieć  wszystko,  co  pani  wie  o  naszym  przyjacielu,  tym  o 
przydomku Nemezis. 

Dłoń jej drgnęła, mimo to nie przestawała patrzeć mu w oczy. 
-  Byłaby to krótka rozmowa. 
-  Inaczej twierdzą nasi ulubieni dziennikarze. Oczywiście Wisner to osioł. - Nadal nie puszczał jej 

ręki. - Mogę wiedzieć, Gage, gdzie poznałeś naszą obiecującą panią prokurator? Widocznie bywam w 
niewłaściwych miejscach. 

-  W twoim hotelu - odparł Gage. - Podczas kwesty na reelekcję naszego burmistrza. 
Stuart wybuchnął gromkim śmiechem. 
-  Stąd nauczka, Ŝe powinienem biegać i zbierać głosy na Fieldsa. Niech pani nie zapomni o naszym 

tańcu. 

-  Nie zapomnę - odparła, wdzięczna, Ŝe wreszcie uwolniła rękę. 
Po jego odejściu poruszyła zdrętwiałymi palcami. 
-  Czy on zawsze jest taki... wylewny? 
-  Tak. - Gage podniósł do ust jej dłoń. - Niczego ci nie złamał? 
-  Chyba  nie.  -  Zadowolona,  Ŝe  trzyma  ją  za  rękę,  rozejrzała  się  po  sali.  Bujne  palmy,  grająca 

fontanna, lustrzane sufity. - To twój hotel? 

-  Tak. Podoba ci się? 
-  MoŜe być. - Wzruszyła ramionami, gdy się uśmiechnął. - Nie powinieneś poudzielać się trochę 

towarzysko? 

-  Właśnie to robię. 
-  JeŜeli nie przestaniesz tak na mnie patrzeć... 
-  Proszę, mów dalej. 
Z jej ust wyrwało się drŜące westchnienie. 
-  Chyba zrobię sobie małą wycieczkę, Ŝeby się odświeŜyć. 
Była juŜ w połowie sali balowej, gdy burmistrz chwycił ją za łokieć. 
-  Mogę prosić na chwilkę, Deborah. 
-  Oczywiście. 
Obejmując ją w talii i rozdając szerokie wyborcze uśmiechy, przeprowadził ją sprawnie przez tłum 

oraz wysokie drzwi sali balowej. 

-  Chciałbym porozmawiać na osobności.  
Zerknęła  za  siebie  i  zobaczyła    zmierzającego  w  ich  stronę  Jerry'ego.  Na  dany  przez  burmistrza 

znak  zatrzymał  się,  posłał  Deborah  przepraszające  spojrzenie,  po  czym  wmieszał  się  z  powrotem  w 
tłum. 

-  Co za elegancka impreza - zaczęła Deborah, wiedząc, Ŝe burmistrz woli sam wybrać temat. 
-  Zdziwiłem się, widząc tu ciebie. - Pociągnął ją od drzwi w stronę wnęki z roślinami w donicach i 

automatami telefonicznymi. - ChociaŜ nie powinno mnie to dziwić, skoro ostatnio twoje imię pojawia 
się tak często obok imienia Gage'a. 

-  Owszem,  spotykam  się  z  nim  -  odparła  sztywno.  -  JeŜeli  o  to  panu  chodzi.  Na  płaszczyźnie 

osobistej.  -  Miała  juŜ  dość  zabawy  w  kotka  i  myszkę.  -  Czy  o  tym  chciał  pan  ze  mną  porozmawiać, 
panie burmistrzu? O moim Ŝyciu prywatnym? 

-    Tylko  dlatego,  Ŝe  ma  ono  wpływ  na twoje  Ŝycie  zawodowe.  Zaniepokoiła  mnie  i  rozczarowała 

wiadomość, Ŝe wbrew memu Ŝyczeniu nadal zajmujesz się tym śledztwem. 

-  Wbrew pana Ŝyczeniu? - zdziwiła się ironicznie. - Czy pana Guthriego? 
-  Szanuję i podzielam jego punkt widzenia. - W oczach Fieldsa błysnął gniew, rzadko okazywany 

poza  zaciszem  gabinetu.  -  Mówiąc  szczerze,  jestem  niezadowolony  z  twojego  postępowania  w  tej 
sprawie. Sukcesy na sali sądowej nie rekompensują bezmyślnych błędów popełnianych poza nią. 

background image

 

65 

- Bezmyślnych? MoŜe mi pan wierzyć, panie burmistrzu, Ŝe nie zaczęłam jeszcze działać bezmyś-

lnie. A co się tyczy tego śledztwa, wykonuję tylko polecenia przełoŜonych. Skoro je zainicjowałam, za-
mierzam  doprowadzić  do  końca.  A  poniewaŜ  jesteśmy  podobno  po  tej  samej  stronie,  zaangaŜowanie 
prokuratury powinno pana cieszyć. Nie ustajemy w wysiłkach, by wyeliminować handlarzy narkotyków 
oraz ująć Montegę, zabójcę policjanta, i oddać go w ręce sprawiedliwości. 

-  Nie  musisz  mi  mówić,  po  czyjej jestem  stronie.  -  Pogroził jej  palcem.  Widać było,  Ŝe  z  trudem 

nad sobą panuje. - Pracowałem dla tego miasta, kiedy ty nie umiałaś nawet włoŜyć butów. Nie rób ze 
mnie  wroga,  młoda  damo.  Kieruję  Urbana  i  zamierzam  robić  to  nadal.  A  młodych,  nadgorliwych 
prokuratorów mam na pęczki. 

-  Grozi mi pan zwolnieniem? 
-    Ja  cię  tylko  ostrzegam.  -  Z  najwyŜszym  wysiłkiem  zdołał  się  opanować.  -  Albo  działasz  w 

zgodzie z prawem, albo przeciw prawu. 

- Wiem. - Ścisnęła mocniej wieczorową torebkę. 
- Podziwiam cię, Deborah - powiedział juŜ spokojniej. - Masz wiele entuzjazmu, ale brak ci jeszcze 

doświadczenia, a w tym przypadku potrzeba nam bardziej doświadczonych rąk i umysłów. 

-  Mitchell dał mi dwa tygodnie - powtórzyła z uporem. 
-  Mam tego świadomość. Pilnuj się jednak, by działać w zgodzie z prawem przez ten czas, który ci 

pozostał.  -  Choć  nadal  miał  srogą  minę,  poklepał  ją  dobrotliwie  po  ręce.  -  Baw  się  dobrze  dziś 
wieczorem. Menu jest wyśmienite. 

Zostawił ją, a ona jeszcze przez dłuŜszą chwilę stała, trzęsąc się ze złości. A potem w poszukiwaniu 

miejsca,  gdzie  mogłaby  się  uspokoić,  skręciła  do  damskiej  toalety.  W  przedsionku  przemaszerowała 
pod  dwoma  fikusami  i  weszła  do  przyległego  pomieszczenia  o  róŜowych  fotelach  i  seledynowych 
blatach. Cisnęła torebkę na blat, po czym opadła na fotel przed jednym z owalnych luster. 

A  więc  burmistrz  jest  z  niej  niezadowolony,  pomyślała.  Jest  zawiedziony.  I  zaniepokojony. 

Wyszarpnęła pomadkę z torebki i spróbowała się skupić na malowaniu ust. A tak naprawdę burmistrz 
był wściekły, bo ośmieliła mu się sprzeciwić. 

CzyŜby  uwaŜał,  Ŝe  jest  tylko  jeden  sposób,  jedna  droga  do  wyboru?  Co  moŜe  być  złego  w 

objazdach lub bocznych drogach, skoro prowadzą do tego samego celu? Zwłaszcza jeśli doprowadzą do 
niego prędzej. 

Wrzuciła szminkę do torebki i sięgnęła po puderniczkę. W lustrze napotkała swoje spojrzenie. 
Co ona sobie właściwie wyobraŜa? Niespełna dobę temu była pewna, Ŝe istnieje tylko jeden sposób, 

jedna droga. I choć nie pochwalałaby taktyki burmistrza, przyklasnęłaby jego odczuciom. 

A teraz? Teraz nie była juŜ tego taka pewna. Czy nawet w tej chwili nie zbacza z drogi, w którą tak 

wierzyła? Godząc się na to, by uczucia do Gage'a kolidowały z jej etyką zawodową? 

A  moŜe  wszystko  sprowadza  się  do  kwestii  dobra  i  zła?  A  ona  juŜ  nie  wie,  które  jest  które?  Jak 

moŜe dalej Ŝyć i funkcjonować jako prawnik, skoro nie potrafi powiedzieć, co jest jedynie słuszne? 

Gdy tak siedziała, analizując swoją twarz oraz morale, nagle zgasły światła. 
 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Deborah  chwyciła  torebkę  i  dla  orientacji  oparła  się  o  blat.  Taki  olbrzymi,  elegancki  hotel, 

pomyślała,  a  tu  wysiadły  korki.  Choć  próbowała  dopatrzyć  się  w  tym  komizmu,  serce  biło  jej  jak 
młotem. Zaklęła, gdy uderzyła biodrem o fotel, brnąc po omacku w ciemności. 

MoŜe to głupie, ale się bała. Miała wraŜenie, Ŝe znalazła się w pułapce. 
Nagle skrzypnęły drzwi. Krótki błysk światła, a potem znów ciemność. 
-  Hej, ślicznotko!  
Zamarła, wstrzymując oddech. 
-  Mam dla ciebie wiadomość. - Mówił cienkim, piskliwym głosem, chichocząc na końcu kaŜdego 

zdania.  -  Nie  denerwuj  się,  Nie  zrobię  ci  krzywdy.  Montega  chce  cię  mieć  tylko  dla  siebie.  I  byłby 
wściekły, gdybym wziął się za ciebie pierwszy. 

Poczuła  zimny  dreszcz.  SparaliŜowana  strachem,  przypomniała  sobie  jednak,  Ŝe  on  nie  moŜe  jej 

widzieć, dzięki czemu mają równe szanse. 

-  Kim jesteś? 
-  Ja? - Kolejny chichot. Szukałaś mnie, ale mnie nie tak łatwo znaleźć. Dlatego nazywają mnie 

Myszka. Bo mogę być wszędzie. 

Sunął  bezszelestnie  w  jej  stronę.  Odgadywała  jego  ruchy  na  podstawie  kierunku,  z  którego 

napływał głos. 

background image

 

66 

-  Bystry z ciebie gość - rzuciła, przesuwając ostroŜnie stopę w lewo. 
-  Jestem dobry. Jestem najlepszy. Nie ma lepszego niŜ Myszka. Montega kazał mi powiedzieć, Ŝe 

jest mu naprawdę przykro, Ŝe nie mieliście wtedy okazji porozmawiać dłuŜej. Chce teŜ, byś wiedziała, 
Ŝ

e ma cię na oku. Przez cały czas. Ciebie i twoją rodzinę. 

Deborah  ogarnęło  przeraŜenie.  Od  razu  porzuciła  myśl,  by  go  przechytrzyć  i  przemknąć  się  do 

drzwi. 

-  Moją rodzinę? 
-  On ma teŜ swoich ludzi w Denver. Cwanych jak naleŜy. - Był teraz na tyle blisko, Ŝe czuła jego 

zapach. Nie ruszyła się jednak z miejsca. - JeŜeli pójdziesz na współpracę, dopilnuje, Ŝeby twoja siostra 
i cała reszta przespała spokojnie tę noc w swoich łóŜkach. Wszystko jasne? 

Sięgnęła po torebkę i namacała chłodny metal. 
-  Tak, wszystko jasne. - Wyjęła broń, wycelowała w stronę, z której dobiegał głos, i wystrzeliła. 
Myszka  zwalił  się  z  krzykiem  na  fotele.  Deborah  ominęła  go  i  zaczęła  obmacywać  ścianę  po 

ś

cianie,  dopóki  nie  natrafiła  na  drzwi.  Szarpnęła  za  klamkę,  słysząc  za  sobą  płacz  i  przekleństwa 

Myszki, i z przeraŜeniem odkryła, Ŝe drzwi są zablokowane. 

-  O BoŜe! O BoŜe! - Spanikowana, mocowała się z klamką. 
-  Deborah! - Ktoś wykrzyknął jej imię. - Odejdź od drzwi! Odsuń się od drzwi! 
Zrobiła  jeden  niepewny  krok  do  tyłu  i  usłyszała  głuchy  odgłos.  Potem  jeszcze  jeden  -  i  drzwi 

ustąpiły z trzaskiem. Pobiegła w kierunku światła, prosto w ramiona Gage'a. 

-  Nic ci się nie stało? - Jego dłonie błądziły delikatnie po jej ciele, szukając obraŜeń. 
-  Nic. Nic. - Ukryła twarz na jego ramieniu, nie zwracając uwagi na zbierający się tłum. - On jest w 

ś

rodku. - A gdy Gage chciał się odsunąć, przywarła do niego spazmatycznie. - Nie, proszę. 

Gage, marszcząc brwi, dał głową znak dwójce ochroniarzy. 
-  Chodź, usiądź - zwrócił się do Deborah. 
-  Nie, nic mi nie jest. - WciąŜ oddychała z trudem, odsunęła się jednak, by popatrzeć na jego twarz. 

Widząc  na  niej  Ŝądzę  mordu,  wzmocniła  uścisk.  -  Naprawdę.  On  mnie  nawet  nie  dotknął.  Próbował 
mnie tylko przestraszyć, Gage. Nie zranił mnie. 

Wpatrując się w jej pobladłą twarz, powiedział cicho: 
- Myślisz, Ŝe w związku z tym będę miał mniejszą ochotę go zabić? 
W  drzwiach  pojawił  się  zapłakany  Myszka,  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach,  pomiędzy  dwoma  zwa-

listymi ochroniarzami. Miał na sobie uniform kelnerski. 

Zaniepokojona spojrzeniem Gage'a, Deborah spróbowała przyciągnąć z powrotem jego uwagę. 
- On jest w znacznie gorszej formie niŜ ja. Bo uŜyłam tego. - DrŜącą ręką uniosła do góry puszkę z 

gazem pieprzowym. - Noszę to zawsze przy sobie od tamtej nocy w uliczce. 

Niepewny, czy ma się roześmiać, czy zakląć, Gage przyciągnął ją po prostu do siebie i pocałował. 
-  Wygląda na to, Ŝe nie mogę spuścić cię z oka. 
-  Deborah. - Jerry łokciami utorował sobie drogę poprzez tłum gapiów. - Wszystko w porządku? 
-  Teraz juŜ tak. Skąd się tu wzięła policja? 
-  Sam ich wezwałem. - Jerry spojrzał na Gage'a. - Trzeba ją stąd zabrać. 
-  Nic mi nie jest - upierała się Deborah, zadowolona, Ŝe długa suknia zakrywa jej drŜące kolana. - 

Muszę pojechać na komisariat i złoŜyć zeznania. Ale najpierw muszę zadzwonić. 

-  Ja zadzwonię, do kogo tylko sobie Ŝyczysz. - Jerry ścisnął ją mocno za rękę. 
-    Dzięki,  ale  wolę  sama  to  zrobić.  -  Za  jego  plecami  dostrzegła  burmistrza.  -  Wyświadcz  mi  tę 

przysługę i przytrzymaj na chwilę Fieldsa. 

-  JuŜ się robi. - Jerry znów spojrzał na Gage'a. - Zajmij się nią. 
-  Taki  mam  zamiar.  -  Trzymając  ją  mocno  za  łokieć,  Gage  wyprowadził  Deborah  z  tłumu. 

Przeszedł szybko przez hol i pociągnął ją ku windom. 

-  Dokąd idziemy? 
-    Mam  tu  swoje  biuro,  więc  będziesz  mogła  stąd  zadzwonić.  -  W  windzie  odwrócił  ją  znów  ku 

sobie i mocno przytulił. - Jak to się stało? 

-  Zaczęło  się  od  tego,  Ŝe  Fields  próbował  mnie  przywołać  do  porządku.  Nie  był  ze  mnie 

zadowolony. - Kiedy otworzyły się drzwi windy, odsunęli się od siebie, by wyjść na korytarz. - Kiedy 
się  rozstaliśmy,  miałam  czerwoną  mgłę  przed  oczami.  Chciałam  poprawić  makijaŜ  i  trochę  ochłonąć, 
więc  wstąpiłam  do  toalety.  -  Była  juŜ  spokojniejsza  i  na  szczęście  przestała  się  trząść.  -  Nawiasem 
mówiąc, bardzo eleganckiej. 

Wsuwając klucz do zamka, zerknął na nią z ukosa. 
-  Cieszę się, Ŝe ci się spodobała. 

background image

 

67 

-  Nawet bardzo. - Weszła do holu i przecięła puszysty beŜowy dywan. - Dopóki nie zgasły światła. 

Próbowałam  odzyskać  orientację,  kiedy  drzwi  otworzyły  się  i  do  środka  wszedł  on.  Nieuchwytny 
Myszka - dodała i znów poczuła skurcz Ŝołądka. - Miał dla mnie wiadomość od Montegi. 

Na sam dźwięk tego nazwiska Gage'owi stęŜały mięśnie. 
-  Usiądź. Przyniosę ci brandy. 
-  A telefon? 
-  Jest tutaj. Dzwoń - powiedział, po czym, zmagając się z własnymi demonami, poszedł do barku 

po karafkę i dwa kieliszki. 

Deborah została sama. A choć potrafiła sobie nieźle radzić, miała nerwy w strzępach. 
Kiedy usłyszał ten krzyk... Palce zbielały mu na karafce. Gdyby to był Montega, Deborah mogłaby 

juŜ  nie  Ŝyć.  A  on  znowu  by  się  spóźnił.  Nic,  co  go  wcześniej  spotkało,  i  nic,  co  mogło  go  jeszcze 
spotkać w przyszłości, nie mogłoby być gorsze od utraty Deborah. 

Gdy wrócił do pokoju, siedziała sztywno wyprostowana, z twarzą przeraźliwie bladą i podejrzanie 

pociemniałymi oczyma. Trzymając w jednej ręce słuchawkę, drugą ściskała kurczowo sznur telefonu. 
Mówiła coś szybko - do szwagra, jak się Gage po chwili domyślił. 

Zrozumiał,  Ŝe  grozili  jej  rodzinie.  A  obawa,  Ŝe  ich  skrzywdzą,  przeraŜała  ją  bardziej  niŜ 

jakikolwiek zamach na jej własne Ŝycie. 

-  Macie  do  mnie  dzwonić  codziennie  -  nalegała.  -  Dopilnujcie,  Ŝeby  Cilla  miała  ochronę  w 

rozgłośni.  A  dzieci...  -  Zakryła  twarz  dłonią.  -  BoŜe,  Boyd.  -  Słuchała  przez  chwilę,  kiwając  głową  i 
próbując  się  uśmiechnąć.  -  Tak,  wiem,  wiem.  Nie  zostaje  się  kapitanem  za  nic.  Tak,  będę  na  siebie 
uwaŜać. Kocham was. Wszystkich was kocham. - Urwała i wzięła głęboki oddech. - Tak, wiem. Pa. 

OdłoŜyła  słuchawkę.  Gage  bez  słowa  wcisnął  jej  kieliszek  do  ręki.  Trzymała  go  przez  chwilę, 

wpatrując się w bursztynowy płyn, a potem znów wzięła głęboki oddech, przytknęła kieliszek do ust i 
upiła długi łyk. Otrząsnęła się i znów się napiła. 

-  Dzięki. 
-  Twój szwagier jest dobrym policjantem. Nie pozwoli, Ŝeby coś im się stało. 
-  Przed laty ocalił Cilli Ŝycie. To właśnie wtedy się w sobie zakochali. To jest naprawdę potworne, 

Gage.  Oni  są  moją  rodziną.  Jedyną,  jaka  mi  pozostała.  Myśl,  Ŝe  coś,  co  zrobiłam...  co  robię... 
mogłoby... - Urwała, odpychając od siebie tę niewyobraŜalną wizję. - Po stracie rodziców myślałam, Ŝe 
juŜ nie moŜe być gorzej. Ale to... - Potrząsając głową, znów spojrzała na swój kieliszek. - Moja matka 
była policjantką. 

Wiedział o tym. Wiedział o wszystkim, mimo to ujął jej dłoń i pozwolił mówić dalej. 
-  I to dobrą, tak mi przynajmniej mówili. Miałam wtedy zaledwie dwanaście lat, kiedy to się stało. 

Tak naprawdę, nie znałam jej zbyt dobrze. Nie była stworzona na matkę. 

Wzruszyła ramionami, ale nawet ten zdawkowy, obojętny gest świadczył o zadawnionych bliznach. 
-  A mój ojciec - ciągnęła - był prawnikiem. Obrońcą z urzędu. Starał się, jak mógł, Ŝeby to wszyst-

ko  utrzymać...  rodzinę...  iluzję  rodziny...  Ale  nie  udało  im  się.  -  Znów  pociągnęła  łyk  brandy, 
wdzięczna  za jej otępiającą  moc.  -  Dwóch  mundurowych  przyszło  do  szkoły  tamtego  dnia. Wywołali 
mnie  i  zabrali  do  domu.  Musiałam  się  wtedy  domyślić,  Ŝe  matka  nie  Ŝyje.  Powiedzieli  mi,  w  miarę 
delikatnie, Ŝe chodzi o ich oboje. Jakiś drań, którego bronił mój ojciec, zdołał przemycić broń. Kiedy 
byli w sali konferencyjnej, sytuacja wymknęła się spod kontroli. 

-  Tak mi przykro, Deborah. Wiem, co to znaczy stracić rodzinę. 
Kiwając głową, odstawiła pusty kieliszek. 
-  Myślę,  Ŝe  właśnie  dlatego  postanowiłam  zostać  prawnikiem,  prokuratorem.  Moi  rodzice 

poświęcili Ŝycie w obronie prawa. Nie chciałam, Ŝeby zginęli na próŜno. Rozumiesz? 

-  Tak.  - Podniósł do ust jej dłonie. - Jakiekolwiek były powody, dla których postanowiłaś zostać 

prawnikiem, podjęłaś słuszną decyzję. Jesteś dobrym prawnikiem. 

- Dzięki. 
- Deborah... - Zawahał się, szukając najlepszych słów na wyraŜenie myśli. - Szanuję twoją bezkom-

promisowość oraz twoje kwalifikacje. 

-  Czuję, Ŝe zbliŜa się jakieś „ale”. 
-  Chciałbym cię znowu poprosić, Ŝebyś się wycofała. Zajmij się tym, co robisz najlepiej, to znaczy 

oskarŜaniem Montegi i jego bandy. A resztę zostaw mnie. 

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  chcąc,  podobnie  jak  on,  moŜliwie  jasno  przedstawić  swój  punkt 

widzenia. 

-  Gage, kiedy burmistrz mnie zwymyślał, poszłam się odświeŜyć do toalety. Gdy minęła mi złość, 

zaczęłam analizować sytuację i moje motywy. Zaczęło mi się wydawać, Ŝe moŜe jednak burmistrz miał 

background image

 

68 

rację.  MoŜe  rzeczywiście  naleŜało  przekazać  tę  sprawę  komuś  z  większym  doświadczeniem,  a 
mniejszym osobistym zaangaŜowaniem. - Potrząsnęła głową. - Jednak nie mogę tego zrobić. Zwłaszcza 
teraz.  Oni  grozili  mojej  rodzinie.  JeŜeli  się  wycofam,  juŜ  nigdy  nie  będę  mogła  sobie  zaufać  i  stracę 
wiarę w siebie. Muszę doprowadzić tę sprawę do końca. - Zanim zdąŜył coś powiedzieć, połoŜyła mu 
ręce na ramionach. Nie zgadzam się z tobą. Nie wiem teŜ, czy kiedykolwiek będzie to moŜliwe. Ale w 
głębi serca rozumiem, co robisz i dlaczego. I proszę cię o to samo.  

Jak mógł jej odmówić? 
-  Wobec tego na razie sytuacja jest patowa. 
-  Muszę zejść teraz na dół i złoŜyć oświadczenie. - Wstała, wyciągając rękę. - Pójdziesz ze mną? 
 
Nie  pozwolili  jej  porozmawiać  z  Myszką.  Deborah  doszła  więc  do  wniosku,  Ŝe  na  razie  poradzi 

sobie i bez tego. Do poniedziałku będzie miała policyjne raporty, a moŜe nawet coś więcej. Myszka był 
przez cały czas pod ścisłą ochroną i mało prawdopodobne, by przydarzył mu się wypadek podobny do 
tego, który spotkał Parina. 

A o potrzebne informacje będzie się targowała z Myszką, tak jak targowałaby się z samym diabłem. 
ZłoŜyła zeznanie i znuŜona czekała, aŜ przepiszą je na maszynie i dadzą jej do podpisu. W sobotni 

wieczór  w  komisariacie  panował  ruch  jak  na  dworcu.  Prostytutki  i  alfonsi,  dilerzy  i  ofiary  napadów, 
gangsterzy  i  zagonieni  obrońcy  z  urzędu.  To  była  rzeczywistość,  nieodłączny  element  systemu,  który 
reprezentowała i w który wierzyła. Mimo to po wyjściu odetchnęła z ulgą. 

-  CięŜka noc - mruknęła. 
-  Doskonale sobie poradziłaś. - Gage dotknął jej policzka. - Musisz być wykończona. 
-  Szczerze mówiąc, umieram z głodu. - Uśmiechnęła się. - Wiesz co, nie byliśmy nigdy razem na 

kolacji. 

-  Postawię ci hamburgera. 
Roześmiała się, a potem zarzuciła mu ręce na szyję. 
-  Mój ty bohaterze. 
Gage dotknął ustami jej szyi. 
-  Kupię ci tuzin hamburgerów - wyszeptał. - Tylko, na miłość boską, wróć potem ze mną do domu. 
- Tak. Tak. 
 
Gage umiał przygotować odpowiednią scenerię. Gdy  Deborah weszła za nim do sypialni, księŜyc 

zaglądał  przez  okno,  przez  świetlik  w  suficie  sączył  się  gwiezdny  pył,  a  świece  ciepłym  blaskiem 
rozjaśniały  ciemność.  W  powietrzu  unosił  się  słodki  zapach  róŜ.  Tę  romantyczną  aurę  potęgowały 
jeszcze dźwięki skrzypiec. 

Nie  miała  pojęcia,  jak  zdołał  tego  dokonać  przy  pomocy  zaledwie  jednego  telefonu  z  małej 

hałaśliwej  knajpki,  w  której  zjedli  kolację.  Nie  miało  to  jednak  dla  niej  znaczenia.  Wystarczyła 
ś

wiadomość, Ŝe o tym pomyślał. 

-  Jak  cudownie.  -  Była  zdenerwowana  mimo  uniesień  ubiegłej  nocy.  Podchodząc  do  stolika,  na 

którym stała butelka szampana w kryształowym naczyniu z lodem, czuła się niepewnie. - O wszystkim 
pomyślałeś. 

-  Myślałem  tylko  o  tobie.  -  Musnął  wargami  jej  usta,  zanim  rozlał  wino.  -  WyobraŜałem  sobie 

ciebie setki razy. Nawet tysiące. -  Podał jej kieliszek. 

- Ja teŜ.  - Ręka jej drŜała, gdy unosiła go do ust. To do głosu dochodziły stłumione pragnienia. - 

Kiedy  mnie  po  raz  pierwszy  pocałowałeś,  tam,  na  wieŜy,  świat  się  przede  mną  otworzył.  Wcześniej 
nigdy czegoś takiego nie zaznałam. 

-  A ja byłem gotów cię błagać, byś ze mną została tamtej nocy, chociaŜ byłaś na mnie zła. - Wyjął 

jej kolczyk z ucha i zaczął pieścić palcem wraŜliwą konchę. - Ciekawe, czy byś wtedy została? 

-  Nie wiem. Ale chciałabym. 
-  To mi prawie wystarczy. - Rozpiął drugi kolczyk i połoŜył oba na stoliku. Potem, nie spuszczając 

wzroku z Deborah, zaczął jedna po drugiej, wyjmować spinki z włosów. -  Ty drŜysz. 

Jego ręce były delikatne, a wzrok naglący. 
-  Wiem. 
Wziął  kieliszek  z  jej  omdlałej  dłoni  i  odstawił  na  bok.  WciąŜ  spoglądając  jej  w  oczy,  wyjmował 

spinki, muskając koniuszkami palców jej kark. 

-  Boisz się mnie? 
-  Raczej tego, co moŜesz ze mną zrobić. 

background image

 

69 

W  jego  wzroku  pojawiły  się  mroczne  błyski.  Pochylił  głowę  i  złoŜył  delikatny  pocałunek  na  jej 

skroni. 

Oszołomiona, poprosiła: 
-  Pocałuj mnie, Gage. 
-  Dobrze. - Usta zaczęły sunąć po jej twarzy, draŜniąc i pozostawiając uczucie niedosytu. - JuŜ się 

robi. 

-  Nie musisz mnie uwodzić. - Oddech miała przyspieszony. 
Powiódł palcem w górę i w dół jej obnaŜonych pleców, a gdy zadrŜała, uśmiechnął się. 
-  Cała przyjemność po mojej stronie. - Chciał jednak, by była to równieŜ jej przyjemność. 
Poprzedniej  nocy  dał  upust  namiętności  i  poŜądaniu.  Teraz  zapragnął  ukazać  jej  tę  łagodniejszą 

stronę miłości. Gdy się do niego przytuliła, powściągnął poŜądanie. 

-  Wczoraj kochaliśmy się po ciemku - wyszeptał, a jego palce juŜ rozpinały guziczki sukni. - Tej 

nocy chcę na ciebie patrzeć. 

Suknia  ześlizgnęła  się  na podłogę,  tworząc  połyskliwą  niebieską  plamę  u  stóp.  Deborah  miała  na 

sobie tylko przejrzysty koronkowy gorsecik, który podtrzymywał jej piersi i obciskał biodra. Jej uroda 
zaparła mu dech w piersi. 

-  Ilekroć na ciebie patrzę, zakochuję się od nowa. 
-  To  nie  przestawaj  na  mnie  patrzeć.  -  Sięgnęła,  by  mu  rozwiązać  elegancki  krawat.  Jej  palce 

ześlizgnęły  się  w  dół,  by  rozpiąć  ukryte  guziki.  -  Nigdy  nie  przestawaj.  -  Rozsunęła  poły  koszuli,  a 
potem przytknęła usta do jego rozgrzanej skóry. Zanim w geście zaproszenia odchyliła głowę do tyłu, 
czubkiem  języka  zakreśliła  na  torsie  Gage'a  wilgotny  ślad.  Oczy  jej  lśniły  szafirowym  blaskiem  za 
zasłoną czarnych rzęs. 

-  Pocałuj mnie teraz. 
Równie urzeczony jak ona, przywarł ustami do jej warg. W pokoju jednocześnie z dwóch piersi - 

wyrwał  się  gardłowy  jęk.  Ręce  Deborah  przesunęły  się  wolno  w  górę,  po  torsie  Gage'a,  by  opaść 
bezwładnie, gdy zaczął ją całować łagodniej, głębiej i delikatniej. 

Wziął ją na ręce, jakby była z kruchej porcelany, a nie z krwi i kości. Trzymał ją tak przez chwilę, 

spoglądając w oczy. Niosąc ją do łóŜka, obsypywał pocałunkami lekkimi jak piórko. 

Usiadł, trzymając ją na kolanach. Widział, jak niemal wzlatuje do góry, a oczy same jej się zamyka-

ją. Ciało jej stało się nagle gibkie jak liana. Serce waliło głucho pod jego dłonią. Taką właśnie chciał ją 
oglądać. W pełni zadowoloną. I tylko jego. Napawając się egzotycznym smakiem jej ust, pomyślał, Ŝe 
mógłby robić to całymi godzinami. Ba, nawet całymi dniami. 

Odczuwała wszystkie niesłychanie delikatne rodzaje dotyku - muśnięcie czubkiem palca, głaskanie 

dłonią,  i  tak  bardzo  cierpliwą  wędrówkę  warg.  Jej  ciało  zdawało  się  lekkie  jak  powietrze  przesycone 
zapachem róŜ, ale ręce miała zbyt cięŜkie, by mogła je unieść. Muzyka i pomruki Gage'a zlewały się w 
jej umyśle w jeden uwodzicielski zew. A w tle tego rozbrzmiewał jej galopujący puls. 

Czuła, Ŝe nigdy nie była bardziej skłonna udać się tam, gdzie zamierzał ją zabrać. 
Wiedziała juŜ, czym jest miłość - silniejsza niŜ głód i pragnienie. 
Westchnęła cicho, gdy usta Gage'a wyszeptały coś nad czubkami jej piersi. Jego język wślizgnął się 

wolno i podniecająco pod koronkę, by draŜnić jej stwardniałe sutki. Palce błądziły po delikatnej skórze 
ponad pończochą, aŜ wsunęły się pod trójkąt przejrzystego materiału. 

Jednym ruchem wyniósł ją po raz pierwszy na szczyt. Wygięła się w łuk, odsyłając mu, jak strzałę, 

swoją rozkosz. Zdawała się topnieć w jego ramionach. 

Bez tchu, w upojeniu, wyciągnęła ręce. 
-  Gage, pozwól mi... 
-  Pozwolę. - Stłumił ustami jej okrzyk i wciąŜ drŜącą połoŜył na łóŜku. 
Teraz, pomyślał. Mógłby wziąć ją teraz, uległą, rozgrzaną i wilgotną. Blask księŜyca padał na jej 

ciało, na włosy. Biała koronka, którą miała na sobie, wydawała się złudzeniem. 

Deborah zadrŜała, gdy musnął palcami jej ciało, odpinając pończochę. Powolnym, niemal leniwym 

ruchem  zsunął  ją  aŜ  do  kostki,  a  w  ślad  za  tym  podąŜyły  jego  usta,  obsypując  pocałunkami  nogę. 
Wodził  językiem  po  zagłębieniu  kolana  i  wzdłuŜ  łydki,  a  Deborah  wiła  się  w  jego  ramionach,  nie-
przytomna z rozkoszy. 

Znów  wyciągnęła  ręce,  on  jednak  uchylił  się,  by  skupić  się  na  drugiej  nodze.  Usta  powędrowały 

wolno w górę, zatrzymując się i krąŜąc, nie odnalazły warg Deborah. Wtedy uniosła się; z jej ust wy-
rwało się jego imię i bliska łez przyciągnęła go do siebie. 

JuŜ przy pierwszym dotknięciu wstąpiły w nią nowe siły. 

background image

 

70 

Jej rozpalone ciało spotkało się z jego ciałem. To jej jednak nie wystarczało. Zaczęła niecierpliwie 

szarpać  go  za  koszulę,  wiedziona  desperackim  pragnieniem,  by  posiąść  go  jeszcze  głębiej.  A  gdy 
szarpnęła za pasek do spodni, usłyszała, jak wciągnął gwałtownie powietrze. 

-  Pragnę cię. - Jej usta przywarły chciwie do jego warg. - BoŜe, jak ja cię pragnę. 
Do tej pory trzymał się jakoś, teraz jednak resztki samokontroli opuściły Gage'a. Uległ miaŜdŜącej 

fali  poŜądania,  rozgorączkowanym  dłoniom  Deborah  i  jej  zaborczym  ustom.  Oddech  palił  mu  płuca, 
gdy zdzierał z siebie ubranie. 

Uklękli  wśród  skłębionej  pościeli  -  drŜący,  wpatrzeni  w  siebie.  Gage  wsunął  rękę  pod  rąbek 

koronki i szarpnął mocno. A potem ujął biodra Deborah i przyciągnął ją do siebie. 

Wygięła  się  cała  podczas  tego  szaleńczego  miłosnego  aktu.  Ręce  zsunęła  po  jego  smukłych 

ramionach, odnajdując punkt oparcia. Staczając się w otchłań szaleństwa, wyszlochała jego imię. 

 
Osłabła, leŜała na łóŜku, z jedną ręką na oczach, a drugą zwisającą bezwładnie z materaca. Czuła, 

Ŝ

e nie moŜe się ruszyć, nie była pewna, czy potrafi mówić, wątpiła nawet, czy oddycha. 

A jednak, gdy Gage złoŜył pocałunek na jej ramieniu, znów zadrŜała. 
- Chciałem być delikatny. 
Otworzyła z trudem oczy. Twarz Gage'a była tak blisko. Czuła we włosach jego palce. 
- Wobec tego będziesz musiał próbować, aŜ ci się uda. 
Usta Gage'a drgnęły w uśmiechu. 
-  Wydaje mi się, Ŝe to potrwa dość długo. 
-  To dobrze. - Koniuszkiem palca obrysowała jego wargi. - Kocham cię, Gage. Tylko to się liczy 

tej nocy. 

-  To jedyne, co się liczy. - Nakrył dłonią jej rękę. Gest ten symbolizował więź równie głęboką i 

intymną jak ich seks. 

-  Przyniosę ci wina. - Mówiąc to, wstał.  
Z błogim westchnieniem opadła na poduszki. 
-  Nigdy nie myślałam, Ŝe mogę być taka. 
-  To znaczy jaka? 
Zobaczyła swoje odbicie w szerokim lustrze po drugiej stronie pokoju - naga wśród rozrzuconych 

poduszek i zmiętych prześcieradeł. 

-  Taka rozpustna. - Słowa te rozśmieszyły Deborah. - Na studiach miałam opinię osoby chłodnej, 

bardzo pilnej i nieprzystępnej. 

-  Szkoła się nie liczy. - Gage usiadł na łóŜku i podał jej wino. 
-  Chyba nie. Ale nawet później, kiedy zaczęłam pracować w prokuraturze okręgowej, opinia pozo-

stała. PowaŜna O'Roarke - dorzuciła, marszcząc nos. 

-  Lubię,  kiedy  jesteś  powaŜna  -  stwierdził,  sącząc  wino.  -  Mogę  sobie  ciebie  wyobrazić,  jak  w 

bibliotece prawniczej ślęczysz nad grubymi, zakurzonymi księgami, robiąc notatki. 

Skrzywiła się. 
-  Ta wizja nie do końca mi odpowiada w tym momencie. 
-  Mnie się podoba. - Pochylił głowę, by schwycić delikatnie zębami jej ucho. - Miałabyś na sobie 

jeden z tych konwencjonalnie uszytych kostiumów, w twoich ulubionych bardzo niekonwencjonalnych 
kolorach.  -  Na  widok  jej  lekko  naburmuszonej  miny  zaśmiał  się  cicho.  -  Wygodne  buty  i  bardzo 
dyskretną biŜuterię. 

- Mówisz tak, jakbym była jakąś świętoszką. 
- A pod spodem miałabyś coś cienkiego i seksownego. - Zahaczył palcem rozdarty kawałek koronki 

i  uniósł  go  do  światła.  -  Bardzo  osobisty  wybór  dla  bardzo  przyzwoitej  pani  prokurator.  A  potem 
zaczęłabyś recytować listę moich poprzedników, doprowadzając mnie do szaleństwa.. 

-  Na przykład Warner Kowalski? 
-  Na przykład. Ale tylko ja jeden wiedziałbym, Ŝe potrzeba sześciu spinek, by upiąć twoje włosy w 

ten bardzo skromny węzeł. 

-  Wiem, Ŝe bywam czasami zbyt powaŜna - przyznała Deborah. - Ale tylko dlatego, Ŝe to, co robię, 

jest  dla  mnie  takie  istotne.-  Spojrzała  na  swój  kieliszek.  -  Muszę  mieć  pewność,  Ŝe  moja  praca  ma 
znaczenie. śe reprezentowany przeze mnie system funkcjonuje prawidłowo. - Gdy cofnął się, by się jej 
przyjrzeć,  westchnęła.  -  Wiem,  Ŝe  to  po  części  sprawa  ambicji,  ale  równieŜ  wrodzonego  poczucia 
sprawiedliwości. Dlatego tak się martwię, jak rozwiąŜemy tę sytuację. 

-  Nie rozwiąŜemy jej tej nocy. 
-  Wiem, ale... 

background image

 

71 

- Nie tej nocy - powtórzył, kładąc jej palec na wargach. - Tej nocy jesteśmy tylko ty i ja. Potrzebuję 

tego, Deborah. I ty teŜ. 

Skinęła głową. 
-  Masz rację. Znów zaczynam być zbyt serio. 
-  To da się załatwić. - Gdy podniósł kieliszek do światła, zaperliły się bąbelki. 
-  Mamy się upić? 
-    Coś  w  tym  rodzaju.  -  W  jego  oczach  zabłysły  wesołe  iskierki.  -  MoŜe  nauczyłbym  cię,  jak... 

mniej powaŜnie pić szampana? - Przechylił kieliszek i struŜka chłodnego wina spłynęła po jej piersi. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Patrząc  na  śpiącą  Deborah,  Gage  stracił  poczucie  czasu.  Świece  wypaliły  się,  pozostawiając  po 

sobie zapach gorącego wosku. Ręka Deborah spoczywała w jego dłoni i nawet przez sen nie przestała 
go leciutko ściskać. 

Cienie  uniosły  się  i  rozpłynęły  w  perłowej  poświacie  ranka.  Coraz  jaśniejsze  światło  padało  na 

włosy Deborah, na jej twarz i ramiona. Idąc jego śladem, zaczął znaczyć wargami delikatny szlak na jej 
ciele. 

Zbyt wiele pozostało jeszcze do zrobienia. Ze zbyt wielu spraw chciał ją nadal wyłączyć. Czuł, Ŝe 

cele, jakie przyświecały mu od ponad czterech lat, w ostatnich tygodniach zeszły na dalszy plan. Teraz 
nie  wystarczała  mu  juŜ  zemsta  za  śmierć  przyjaciela.  Zapłata  za  zmarnowany  czas  oraz  kawał  Ŝycia 
takŜe  go  nie  zadowalała.  Sama  chęć  wymierzenia  sprawiedliwości  przestała  być  wystarczającą  siłą 
napędową. 

Będzie  musiał  się  spieszyć,  bo  kaŜdy  dzień  bez  odpowiedzi  to  kolejny  dzień  zagroŜenia  dla 

Deborah. A nie było teraz waŜniejszej sprawy od jej bezpieczeństwa. 

Odsunął  się  i  bezszelestnie  wstał  z  łóŜka,  Ŝeby  się  ubrać.  Musi  nadrobić  te  wszystkie  godziny, 

podczas których wolał być z Deborah, zamiast w pracy albo na ulicach. Gdy się odwrócił, poruszyła się 
na  łóŜku  i  wtuliła  głębiej  w  poduszki.  Będzie  spała  przez  cały  ranek.  A  on  będzie  w  tym  czasie 
pracował. 

Wcisnął  guzik  pod  rzeźbioną  boazerią,  na  ścianie  oddalonej  od łóŜka.  Panele rozsunęły  się,  Gage 

wkroczył w ciemność, po czym ściana zamknęła się za jego plecami.

 

Deborah  wymruczała  poranne  powitanie  i  zamrugała  nieprzytomnie  powiekami.  Czy  to  sen? 

Gotowa była przysiąc, Ŝe widziała, jak Gage zniknął w jakimś sekretnym przejściu. Zdezorientowana, 
uniosła się na łokciach. Gdy chciała go objąć przez sen, poczuła, Ŝe nie ma go obok niej, i obudziła się 
dokładnie w chwili, kiedy ściana się otworzyła.

 

To  nie  był  sen.  Gage'a  rzeczywiście  nie  było,  a  prześcieradła,  na  których  leŜał,  zdąŜyły  juŜ 

wystygnąć.

 

Następny  sekret,  pomyślała  rozŜalona  tym  kolejnym  objawem  braku  zaufania.  Po  spędzonych 

wspólnie nocach, mimo miłości, jaką jej okazywał, nadal jej nie ufał.

 

Trzeba coś z tym zrobić, pomyślała. Nie będzie siedzieć z załoŜonymi rękami i roztkliwiać się nad 

sobą,  tylko  zaŜąda  wyjaśnień.  Wstała,  zajrzała  do  szafy  i  znalazła  szlafrok.  Z  miękkiej  bawełny  w 
szarym  odcieniu,  sięgał  jej  do  kostek.  Podwinęła  rękawy  i  zaczęła  gorączkowo  szukać  mechanizmu, 
który otwierał panel.

 

Mimo Ŝe znała w przybliŜeniu jego połoŜenie, zajęło jej to dziesięć frustrujących minut, i jeszcze 

dwie, zanim odkryła, jak działa.

 

Kiedy panele rozsunęły się, cmoknęła z zadowoleniem, po czym bez wahania wkroczyła w wąski, 

ciemny korytarz.

 

Trzymając się jedną ręką ściany dla orientacji, ruszyła przed siebie. Wbrew przypuszczeniom, nie 

wyczuła zapachu zatęchłej wilgoci. Powietrze było czyste, a ściana sucha i gładka. Nawet gdy po zamk-
nięciu  panelu  znalazła  się  w  ciemnościach,  nie  czuła  się  niepewnie.  Wiedziała  juŜ,  Ŝe  nie  usłyszy 
skrobania pazurów o podłogę. Jasne było, Ŝe dokądkolwiek wiodło to przejście, Gage  musi go często 
uŜywać.

 

Szła  ostroŜnie  przed  siebie,  wytęŜając  wzrok  i  słuch.  Korytarzyki,  kręte  jak  węŜe,  odchodziły  od 

głównego  korytarza.  Ona  jednak,  wiedziona  instynktem,  trzymała  się  prostej  drogi.  Po  jakimś  czasie 
zobaczyła  przyćmione  światło  i  przyspieszyła  kroku.  Kamienne  schody  prowadziły  stromo  w  dół. 
Trzymając  się  cienkiej  Ŝelaznej  poręczy,  zaczęła  schodzić,  by  na  dole  ujrzeć  przed  sobą  trzy  tunele, 
biegnące w róŜnych kierunkach.

 

- Gage, którędy poszedłeś? - Jej szept odbił się echem od ścian i zamarł.

 

background image

 

72 

KrzyŜując ręce na piersi, wkroczyła pod strome sklepienie, by zmienić zdanie i wybrać środkowe 

przejście.  Znów  zawahała  się.  A  potem  usłyszała  ciche,  przytłumione  dźwięki  muzyki,  dobiegające  z 
głębi ostatniego korytarza.

 

Znów zanurzyła się w ciemność. Kierując się ku źródłu dźwięku, stąpała ostroŜnie po pochyłej ka-

miennej posadzce. Nie miała pojęcia, jak głęboko znajduje się pod ziemią, ale powietrze gwałtownie się 
ochłodziło.  Muzyka  stawała  się  coraz  głośniejsza,  a  w  tunelu  robiło  się  coraz  jaśniej.  Na  koniec 
usłyszała mechaniczny szum i stukot - jakby ktoś pisał na maszynie.

 

U ujścia tunelu zastygła z szeroko otwartymi oczami, zdumiona i zaskoczona.

 

Przed  sobą  miała  olbrzymie  pomieszczenie  o  kamiennych  ścianach  i  łukowatym  sklepieniu, 

przypominającym grotę. Ciągnęło się co najmniej piętnaście metrów w kaŜdym kierunku. Nie było to 
jednak prymitywne, ponure pomieszczenie, pomyślała, owijając się ciasno szlafrokiem Gage'a. 

Wprost przeciwnie. Było rzęsiście oświetlone i wyposaŜone w system komputerów, drukarek oraz 

migających  monitorów.  Do  jednej  ściany  przymocowano  ekrany  telewizyjne.  Drugą  zajmowała 
gigantyczna mapa Urbany. Z niewidzialnych głośników sączyła się romantyczna muzyka. Na pulpitach 
z szarego granitu znajdowały się stanowiska pracy, telefony oraz stosy zdjęć i papierów. 

Przed pulpitem kontrolnym, najeŜonym masą włączników, guzików oraz dźwigni siedział Gage, a 

jego  palce  poruszały  się  w  szybkim  tempie.  Na  mapie  zamigotały  światełka.  Gage  przesunął  się,  by 
włączyć kolejne urządzenia. Na ekranie komputera ukazała się mapa Urbany. 

Wyglądał jak obcy człowiek, z posępną twarzą, na której malowało się napięcie. 
Zeszła na dół, po trzech kamiennych schodkach. 
-  No, no - zaczęła, gdy odwrócił się raptownie. - Kiedy mnie oprowadzałeś po swoim domu, nie 

włączyłeś tego do programu wycieczki. 

-  Deborah! - Wstał, machinalnie wyłączając monitor. - Miałem nadzieję, Ŝe pośpisz dłuŜej. 
- O, jestem tego pewna. - Ukryła zaciśnięte pięści w głębokich kieszeniach szlafroka. - Najwyraź-

niej  przerwałam  ci  pracę. Ciekawe...  przejście  -  rzuciła.  -  Powiedziałabym  nawet,  w stylu  męŜczyzny 
zwanego  Nemezis.  Dramatyczne  i  tajemne.  -  Mijając  rząd  komputerów,  podeszła  do  mapy.  -  Jaka 
dokładna  -  mruknęła.  -  Bardzo  szczegółowa.  -  Obróciła  się  na  pięcie.  -  Mam  jedno  pytanie. 
NajwaŜniejsze w tej chwili. Z kim właściwie sypiam? 

-  Jestem przecieŜ tym samym męŜczyzną, z którym byłaś tej nocy. 
-  CzyŜby? Jesteś tym samym człowiekiem, który mówił mi, Ŝe mnie kocha, i który mi to okazał na 

dziesiątki  cudownych  sposobów?  A  zarazem  tym  samym  człowiekiem,  który  zostawił  mnie  w  łóŜku, 
Ŝ

eby tu przyjść? Jak długo jeszcze masz zamiar mnie okłamywać? 

-  Nie chodzi o to, Ŝe cię okłamuję. Ja po prostu muszę to robić. Wydawało mi się, Ŝe rozumiesz. 
-  To ci się źle wydawało. Nie rozumiem, dlaczego chciałeś to przede mną ukryć. Dlaczego wolałeś 

pracować beze mnie, zatajając informacje? 

Na jej oczach zaczął się nagłe zmieniać. Stał się chłodny i wyniosły. 
-  Dałaś mi przecieŜ dwa tygodnie. 
-  Niech cię wszyscy diabli! Dałam ci znacznie więcej. Dałam ci wszystko - stwierdziła z gniewem. 

Chciał do niej podejść, ale powstrzymała go, podnosząc rękę. 

-  Nie. Nie będziesz grał tym razem na moich uczuciach. 
-  W porządku - odparł, choć jego własne emocje rozpaczliwie domagały się ujścia. - To nie sprawa 

uczuć, ale logiki. Powinnaś to bez trudu pojąć, Deborah. Jestem tu w pracy. A twoja obecność tutaj jest 
równie niepoŜądana jak moja u ciebie, na sali sądowej. 

-  Logiki? - odrzekła ze złością. - Wszystko jest logiczne, jeśli pasuje do twoich celów. Masz mnie 

za idiotkę? Myślisz, Ŝe nie widzę, co się tu dzieje? -  Machnęła ręką w stronę jednego z  monitorów. - 
Trzymajmy  się  tematów  zawodowych.  Masz  wszystkie  informacje,  o  które  dobijałam  się  z  takim 
trudem.  Wszystkie  nazwiska,  wszystkie  numery  -  znacznie  więcej,  niŜ  ja  byłam  w  stanie  zdobyć.  A 
jednak mi nie powiedziałeś. I nie miałeś zamiaru powiedzieć.  

Znów przywdział nieprzeniknioną maskę. 
-  Pracuję sam. 
-    Wiem,  zdaję sobie  z  tego  sprawę.  -  Szła  ku  niemu,  a jej  głos  pobrzmiewał  goryczą.  -  śadnych 

partnerów. Chyba Ŝe w łóŜku. Tam jestem wystarczająco dobra, Ŝeby być twoją partnerką. 

- Co ma jedno z drugim wspólnego?- Ŝachnął się. 
- Wszystko. - Z trudem powstrzymała się od krzyku. - Jedno wiąŜe się z drugim. JeŜeli nie potrafisz 

mi zaufać we wszystkim, jeŜeli nie potrafisz mnie szanować, i jeŜeli nie potrafisz być ze mną szczery 
na kaŜdy temat, to nic nas nie łączy. 

-  Nie wiesz wszystkiego, Deborah! - Chwycił ją za ręce. - Ty nic nie rozumiesz! 

background image

 

73 

-  Rzeczywiście, nie rozumiem. Bo ty nie chcesz mi tego ułatwić. 
-  Ja nie mogę ci na to pozwolić - poprawił ją i przytrzymał mocniej, gdy chciała się wyrwać. - Mię-

dzy okłamywaniem a zatajaniem informacji jest pewna róŜnica. Nie moŜna rozpatrywać wszystkiego w 
kategoriach czarne-białe. 

-  Właśnie, Ŝe moŜna. 
-  To są groźni ludzie, Deborah. Bez sumienia, bez litości. Próbowali juŜ cię zabić i ledwie uszłaś z 

Ŝ

yciem.  Nie  będę cię  naraŜał.  A jeŜeli  chcesz  mieć  to  wyraźnie  powiedziane,  proszę  bardzo.  -  Zaczął 

nią potrząsać, wyraźnie akcentując kaŜde słowo: - Nie będę cię naraŜał. 

-    Nie  powstrzymasz  mnie  przed  robieniem  tego,  co  do  mnie  naleŜy,  albo  tego,  co  uwaŜam  za 

słuszne. Zapamiętaj to sobie. 

-  Klnę się na Boga, Ŝe jeśli będę musiał cię zamknąć na klucz do końca sprawy, Ŝeby ci zapewnić 

bezpieczeństwo - zrobię to. 

-  A co potem? Czy tak samo będzie następnym razem, i następnym? 
-  Będę robił wszystko, Ŝeby cię chronić. To się nigdy nie zmieni. 
-  Nie masz takiej małej, plastikowej kapsułki, w której mógłbyś mnie schować? - Chwyciła go za 

ręce,  w  nadziei,  Ŝe  zrozumie.  -  JeŜeli  mnie  kochasz,  musisz  pokochać  mnie  całą  -  taką,  jaka  jestem. 
Tego się domagam, podobnie jak tego, bym mogła poznać i pokochać ciebie całego. - Widząc w jego 
oczach  błysk  zrozumienia,  tłumaczyła  dalej:  -  Nawet  dla  ciebie  nie  potrafię  stać  się  kim  innym. 
Kobietą, która siedzi i czeka, aŜ się nią zajmiesz. 

-  Nie proszę cię o to. 
-  Naprawdę? JeŜeli teraz nie moŜesz mnie zaakceptować, to nigdy tego nie zrobisz. Gage, ja chcę 

spędzić z tobą Ŝycie. Nie tylko kilka nocy w łóŜku, ale całe Ŝycie. Z dziećmi, domem i naszą wspólną 
historią. Ale jeŜeli nie chcesz mi powiedzieć, co wiesz i kim jesteś, to nie moŜe być dla nas wspólnej 
przyszłości. - Odsunęła się. - A skoro tak, będzie lepiej dla nas obojga, jak odejdę. 

-  Nie odchodź! - Chwycił ją, zanim zdąŜyła się odwrócić. Chęć przetrwania, nawet bardzo głęboka, 

była niczym wobec wizji Ŝycia bez Deborah. - Musisz dać mi słowo - ścisnął ją mocno za ręce - Ŝe nie 
będziesz ryzykować i Ŝe zamieszkasz ze mną, przynajmniej dopóki to się nie skończy. Nic z tego, czego 
się  dowiemy,  nie  moŜe  się  wydostać  poza  te  mury.  Nie  moŜesz  ryzykować  i  zawiadomić  o  tym 
prokuratury okręgowej. Jeszcze nie. 

- Gage, mam obowiązek... 
-  Nie  -  uciął.  -  Wszystko,  co  robimy  i  czego  się  dowiemy,  musi  zostać  między  nami,  póki  nie 

przyjdzie pora na nasz ruch. Nie mogę ci nic więcej obiecać, Deborah. Proszę tylko o kompromis.

 

-  W  porządku  -  powiedziała,  widząc,  ile  go  to  kosztuje.  -  Nie  pójdę  do Mitchella,  póki  oboje  nie 

będziemy  mieli  pewności,  Ŝe  przyszła  pora.  Ale  chcę  wiedzieć  wszystko,  Gage.  Wszystko.  -  Mówiła 
spokojniej. - Zdaję sobie sprawę, Ŝe coś przede mną ukrywasz. Coś niezwykle waŜnego, co nie ma nic 
wspólnego z potajemnymi przejściami czy bazą danych. I jest mi bardzo przykro.

 

Gage  odwrócił  się.  JeŜeli  miał  dać  jej  wszystko,  musiał  zacząć  od  siebie.  Zapadła  długa  cisza,  a 

potem zaczął mówić:

 

- Jest coś, czego o mnie nie wiesz, Deborah. Co moŜe ci się nie spodobać i czego moŜe nie będziesz 

w stanie zaakceptować.

 

JuŜ od samego tonu zaschło jej w ustach, a puls zaczął bić nieregularnym rytmem.

 

-  Tak mało masz wiary we mnie?  
Pomyślał, Ŝe ulokował w niej całą swoją wiarę.

 

-  Nie  miałem  prawa  dopuścić  do  tego,  by  sprawy  między  nami  zaszły  tak  daleko,  zanim  ci  nie 

powiedziałem, kim jestem. - Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka z nadzieją, Ŝe nie robi tego po raz 
ostatni. - Nie chciałem cię przeraŜać.

 

-  Powiem  ci,  Ŝe  teraz  mnie  przeraŜasz.  JeŜeli  masz  mi  coś  do  powiedzenia,  zrób  to.  Jakoś  sobie 

poradzimy.

 

Bez  słowa  odwrócił  się  i  podszedł  do  kamiennej  ściany.  Tam  znów  się  odwrócił  i  patrząc  na 

Deborah, zniknął.

 

Otworzyła  usta  ze  zdumienia,  lecz  wydobył  się  z  nich  tylko  stłumiony  jęk.  Cofnęła  się,  ze 

wzrokiem wbitym w miejsce, w którym powinien się znajdować

 

Gage. Nie tylko powinien, ale musiał, 

wmawiał jej zdezorientowany umysł. DrŜącą ręką chwyciła za oparcie krzesła i osunęła się na nie.

 

Podczas  gdy  jej  umysł  wciąŜ  zaprzeczał  temu,  co  widziały  oczy,  Gage  powrócił  nagle, 

materializując  się  jakieś  trzy  metry  od  miejsca,  w  którym  zniknął.  Przez  moment  patrzyła  poprzez 
niego, jakby był tylko duchem stojącego przed nią człowieka.

 

Chciała wstać, potem się rozmyśliła, chrząknęła i powiedziała:

 

background image

 

74 

-  Dziwna pora na sztuczki magiczne.

 

-  To  nie  jest  sztuczka.  -  Ruszył  ku  niej,  zastanawiając  się,  czy  się  Ŝachnie  albo  cofnie.  -  Przy-

najmniej nie taka, jak myślisz.

 

-  A  te  wszystkie  gadŜety,  które  tu  zgromadziłeś?  -  powiedziała,  chwytając  się  logiki  jak  koła 

ratunkowego  pośród  morza  zamętu.  -  Nie  wiem,  czego  uŜywasz,  ale  złudzenie  optyczne  jest 
niesamowite. Pentagon byłby bardzo zainteresowany - dodała.

 

-  To  nie  złudzenie.  -  Dotknął  jej  ramienia,  a  choć  się,  wbrew  jego  obawom,  nie  uchyliła,  skórę 

miała zimną i wilgotną. - Teraz się mnie boisz.

 

- Bzdura! - zaprotestowała drŜącym głosem, po czym wstała. - To tylko sztuczka, nawet efektowna, 

ale...

 

Urwała, gdy połoŜył rozpostartą dłoń na granitowym blacie. Dłoń zniknęła aŜ po nadgarstek.

 

-  O  BoŜe!  -  Podniosła  na  niego  oczy,  pociemniałe  ze  zdumienia.  -  To  niemoŜliwe!  -  PrzeraŜona, 

szarpnęła go za rękę i z ulgą zobaczyła jego dłoń, całą i ciepłą.

 

-  To moŜliwe. - Tą samą ręką dotknął delikatnie jej twarzy. - Widzisz, jest prawdziwa.

 

Uniosła drŜącą dłoń.

 

-  Daj mi minutę. - Odwróciła się i odeszła o kilka kroków. Poczucie odtrącenia przeszyło go jak 

tępe ostrze.

 

-  Przepraszam cię. - Z trudem zdołał zapanować nad głosem. - Nie znałem lepszego i łatwiejszego 

sposobu, Ŝeby ci to pokazać. Gdybym próbował ci to opowiedzieć, nie uwierzyłabyś.

 

-  Nie, nie uwierzyłabym. - Choć widziała to na własne oczy, umysł jej wciąŜ był gotów się spierać, 

Ŝ

e to niemoŜliwe. śe to tylko jakaś zabawa, zwykła sztuczka, i nic więcej. A choć byłoby jej wygodnie 

w to uwierzyć, pamiętała, jak Nemezis znikał przed jej oczami.

 

Odwróciła  się  i  zobaczyła,  Ŝe  Gage  przygląda  się  jej  w  napięciu.  To  juŜ  nie  były  Ŝarty. 

Roztrzęsiona, zaczęła sobie rozcierać ramiona, w nadziei, Ŝe się rozgrzeje i uspokoi dygoczące mięśnie.

 

-  Jak ty to robisz? - zapytała.

 

-  Nie wiem tak do końca. - Rozpostarł dłonie, popatrzył na nie, a potem zacisnął je w pięści i w po-

czuciu bezradności wsunął do kieszeni. - Coś się ze mną stało, kiedy leŜałem w śpiączce. Coś się we 
mnie  zmieniło.  Odkryłem  to  niemal  przez  przypadek  parę  tygodni  po  tym,  jak  odzyskałem 
przytomność.  Musiałem  się  z  tym  pogodzić,  musiałem  nauczyć  się  tym  posługiwać,  bo  czułem,  Ŝe 
otrzymałem ten dar w pewnym celu.

 

-  Stąd Nemezis.

 

-  Tak,  stąd  Nemezis.-  Powoli  zaczynał  się  uspokajać.  Gdy  spojrzał  na  Deborah,  zobaczyła,  Ŝe 

wzrok ma obojętny i dziwnie martwy. - Nie miałem wyboru, ale ty go masz.

 

- Wydaje mi się, Ŝe tego nie rozumiem. - Chwyciła się za głowę i zaśmiała się nerwowo. - Wiem, 

Ŝ

e tego nie rozumiem.

 

-  Opowiadając  ci  o  sobie,  nie  byłem  z  tobą  szczery.  MęŜczyzna,  w  którym  się  zakochałaś,  był 

normalny.

 

Zdezorientowana, opuściła ręce.

 

-  Nic juŜ z tego nie rozumiem. PrzecieŜ zakochałam się w tobie.

 

-  Ale ja nie jestem normalny, do cholery! - W jego oczach błysnęła wściekłość. - I nigdy nie będę. 

Co gorsza, będę musiał to znosić do końca Ŝycia. Nie potrafię ci powiedzieć, skąd to wiem, ale wiem.

 

-  Gage... - Wyciągnęła ręce, ale on się cofnął

 

-  Nie chcę twojej litości.

 

-    Wcale  się nad tobą  nie lituję  -  wypaliła.  -  Bo  niby  dlaczego?  Nie jesteś  przecieŜ  chory.  Wręcz 

przeciwnie  -  jesteś  cały  i  zdrowy.  A  ja  jestem  zła  tylko  dlatego,  Ŝe  to  takŜe  zataiłeś  przede  mną.  I 
domyślam  się  dlaczego.  -  Cofając  się,  przeczesała  palcami  włosy.  -  Uznałeś,  Ŝe  odejdę,  prawda?  śe 
jestem za słaba, za głupia albo za delikatna, Ŝeby sobie z tym poradzić. Nie wierzyłeś w moją miłość do 
ciebie!  -  wykrzyknęła  w  przypływie  ślepej  furii.  -  Nie  wierzyłeś  w  moją  miłość  -  powtórzyła.  -  Do 
diabła z tobą, Gage! Ale ja i tak cię kocham i zawsze będę kochać.

 

Pobiegła  w  stronę  wyjścia.  Gage  dopadł  ją  u  stóp  schodów,  odwrócił  do  siebie  i  przytulił,  choć 

przeklinała i próbowała się wyrwać.

 

- Nazywaj mnie, jak chcesz.  - Chwycił ją za ramiona i  mocno potrząsnął. -  Daj  mi w twarz, jeśli 

chcesz. Ale nie odchodź.

 

-  Myślałeś, Ŝe cię zostawię, prawda? - Spróbowała się wyrwać. - śe się okręcę na pięcie i odejdę?

 

-  Tak.

 

Zaczęła na niego krzyczeć. A potem zobaczyła w jego oczach to, co tak skrzętnie przed nią ukry-

wał. Strach. W jednej chwili zapomniała o oskarŜeniach.

 

background image

 

75 

-  Myliłeś się - powiedziała cicho. Patrząc mu w oczy, otoczyła dłońmi jego twarz, wspięła się na 

palce i pocałowała go w usta.

 

ZadrŜeli.  I  on,  i  ona.  Zalała  ich  podwójna  fala  ulgi.  Gage  zamknął  Deborah  w  miaŜdŜącym, 

zaborczym  uścisku.  W  miejsce  potwornego  strachu  pojawiło  się  silne  poŜądanie.  To  nie  litość 
przemawiała przez jej usta, ale namiętność.

 

Z cichym, uwodzicielskim pomrukiem wymotała się ze szlafroka. Nie tylko chciała się oddać, ale 

domagała się, by Gage wziął ją taką, jaka jest. A takŜe by pozwolił jej wziąć siebie. Z przekleństwem, 
które przemieniło się w jęk, zaczął wodzić rękami po jej ciele, pogrąŜony w oczyszczającym miłosnym 
szale.

 

Szarpnęła go niecierpliwie za koszulę.

 

- Kochaj się ze mną. - Z głową odchyloną do tylu, oczyma i głosem rzucała mu wyzwanie. - Kochaj 

się ze mną. Teraz!

 

Gdy kładli się na podłodze, nie przestawała zdzierać z niego ubrania, rozpalona i spragniona. Gdy 

zwarli się ze sobą, namiętność buchnęła jak płomień podsycany wiatrem. Zawsze tak było między nimi, 
pomyślała wstrząsana dreszczem. Teraz jednak pojawiło się coś więcej. Jedność, współczucie, zaufanie, 
wraŜliwość wymieszały się z wszechogarniającym poŜądaniem. Nigdy bardziej nie pragnęła Gage'a.

 

Z rękami wczepionymi w jego ciemne włosy uniosła się nad nim. Chciała widzieć jego twarz, jego 

oczy.

 

-  Kocham cię. - Z gardła wyrwał jej się chrapliwy oddech. - Chcę ci pokazać, jak cię kocham.

 

Szybka, zwinna i spragniona, zaczęła się nad nim poruszać, wodząc ustami po jego szyi, torsie, po 

brzuchu. Napięte mięśnie drŜały pod dotykiem jej wilgotnych, zaborczych ust.

 

Była cudem, drugim, jaki mu się w Ŝyciu przytrafił. Sięgając po nią, sięgał po miłość i wybawienie.

 

Tarzali  się  po  podłodze,  niepomni  na  twarde  kamienne  podłoŜe  i  szum  pracujących  na  ślepo 

urządzeń. Przyspieszone oddechy, galopujące serca. KaŜdy smak, kaŜdy dotyk wydawał się mocniejszy 
niŜ kiedykolwiek przedtem.

 

Gage  ujął  biodra  Deborah  i  uniósł  ją.  Przyjęła  go  w  siebie,  otoczyła  sobą,  i  wtedy  przeszył  ich 

dreszcz rozkoszy. Ręce ich się spotkały, a palce splotły kurczowo.

 

Z otwartymi oczami, złączeni, przytuleni, gnali przed siebie, by wspólnie runąć w przepaść.

 

Osłabła, Deborah osunęła się na Gage'a. Usta jej musnęły raz i drugi jego wargi, nim złoŜyła głowę 

na  jego  ramieniu.  Nigdy  dotąd  nie  czuła  się  piękniejsza,  bardziej  poŜądana  i  bardziej  spełniona  niŜ 
teraz.

 

Odwróciła się z uśmiechem i przycisnęła usta do jego szyi.

 

-  Chciałam ci po prostu pokazać, Ŝe ugrzęzłeś przy mnie na dobre.

 

-  Podoba mi się sposób, w jaki dałaś mi to do zrozumienia. - Przesunął delikatnie ręką po jej kręgo-

słupie.  NaleŜała  do  niego.  Jak  mógł  być  takim  głupcem,  by  w  to  wątpić?  By  w  nią  wątpić?  -  Czy  to 
znaczy, Ŝe mi wybaczyłaś?

 

-  Niekoniecznie. - Oparła mu ręce na ramionach i podciągnęła się do góry. - Nadal nie rozumiem, 

kim  naprawdę  jesteś.  I  moŜe  nigdy  nie  zrozumiem.  Ale  jedno  wiem.  Chcę  mieć  wszystko  albo  nic. 
Napatrzyłam się na to, co uniki, zaprzeczenia i odmowy zrobiły z małŜeństwem moich rodziców. Ja nie 
zamierzam tak Ŝyć.

 

Delikatnie uścisnął jej dłoń.

 

-  Czy to oświadczyny?

 

-  Tak - odparła bez wahania.

 

-  Chcesz usłyszeć odpowiedź juŜ teraz?

 

ZmruŜyła oczy.

 

-  Tak.  I  nie  myśl  sobie,  Ŝe  się  wykręcisz,  znikając.  Ja  po  prostu  poczekam  spokojnie  na  twój 

powrót.

 

Roześmiał się, zdumiony,  Ŝe  mogła Ŝartować z czegoś, co - był tego absolutnie pewny  -  miało ją 

zniechęcić.

 

- Skoro tak, będziesz musiała wyjść za mnie.

 

-  Taki mam zamiar. - Pocałowała go, po czym odwróciła się, by włoŜyć szlafrok. - I nie ma mowy 

o Ŝadnym długim narzeczeństwie.

 

-  W porządku.

 

-  Jak tylko uporamy się z tamtą sprawą, a Cilla i Boyd będą mogli przywieźć dzieci, bierzemy ślub.

 

-  Zgoda. - W jego oczach zamigotały wesołe iskierki. - Jeszcze coś?

 

-  Chcę od razu mieć dzieci.

 

-  Jakąś konkretną liczbę? - spytał, zapinając dŜinsy.

 

background image

 

76 

- Po jednym naraz.

 

- To brzmi rozsądnie.

 

- I jeszcze...

 

- Zamilknij na chwilę. - Gage ujął ją za ręce. - Deborah, chcę się z tobą oŜenić. Pragnę juŜ do końca 

Ŝ

ycia  mieć  pewność,  Ŝe  zawsze  będziesz  obok.  I  chcę  mieć  rodzinę.  Naszą  wspólną  rodzinę.  - 

Przycisnął usta do palców, które zacisnęły się wokół jego dłoni. - Chcę na zawsze być z tobą. - Widząc, 
jak mruga powiekami, by powstrzymać łzy, delikatnie ją pocałował. - Ale teraz marzę o czymś innym.

 

-  O czym?

 

-  O śniadaniu.  
Wybuchnęła śmiechem.

 

-  Ja teŜ - przyznała, zarzucając mu ręce na szyję.  
Jedli  w  przytulnej  kuchni,  śmiejąc  się  i  rozmawiając,  jakby  od  zawsze  wspólnie  spoŜywali  ten 

pierwszy

 

posiłek dnia. Słońce jasno świeciło, kawa była mocna. Deborah, która chciała zadać Gage'owi 

tuziny  pytań,  powstrzymała  się jednak.  Wolała,  by  choć  przez  tę jedną  godzinę  mogli  być  zwyczajną 
zakochaną parą.

 

Zwyczajną,  pomyślała.  To  dziwne,  ale  jej  zdaniem  byli  i  mogli  być  zwyczajną  parą  mimo 

nadzwyczajnych  aspektów  ich  Ŝycia.  Czego  im  potrzeba,  to  właśnie  takich  momentów  jak  ten,  kiedy 
będą mogli siedzieć w słońcu i rozmawiać na błahe tematy.

 

Drzwi kuchenne otworzyły się i stanął w nich Frank. Widząc Deborah, skinął uprzejmie głową.

 

-  Potrzebuje pan czegoś tego ranka, panie Guthrie?

 

-  Ona juŜ wie, Frank. - Gage ujął dłoń Deborah. - Wie o wszystkim.

 

Szeroką, sprytną twarz Franka rozjaśnił promienny uśmiech.

 

-    No  cóŜ,  chyba  najwyŜszy  czas.  -  Rezygnując  z  oficjalności,  przeszedł  przez  pokój,  by  wziąć 

kawałek grzanki. Usiadł w kąciku śniadaniowym, wbił zęby w grzankę i gestykulując ręką, powiedział; 
- Mówiłem mu, Ŝe nie ucieknie pani, gdzie pieprz rośnie, kiedy dowie się pani o tych zniknięciach. Jest 
pani na to za odwaŜna i zdecydowana.

 

-  Powinnam  ci  podziękować.  Chyba.  -  Deborah  zaśmiała  się  cicho  i  reszta  grzanki  zniknęła  za 

jednym zamachem.

 

-  Ja się znam na ludziach - powiedział Frank, biorąc od Gage'a talerz z bekonem. - W moim zawo-

dzie, to znaczy, w moim poprzednim zawodzie, trzeba było szybko rozgryźć człowieka. A ja byłem w 
tym dobry, prawda, Gage?

 

-  Prawda, Frank.

 

-  Potrafiłem wyczuć ofermę na kilometr. - Zamachał przed Deborah plastrem bekonu. - A pani nie 

jest ofermą.

 

A ona uwaŜała go za mrukliwego faceta! Musiała przyznać, Ŝe fascynował ją sposób, w jaki starał 

się to nadrobić, terkocząc jak karabin maszynowy i błyskawicznie uprzątając naczynia. 

-  Jesteś od dawna z Gage'em. 
-  To juŜ osiem lat - z krótkimi przerwami, kiedy mnie posłał za kratki. 
Deborah roześmiała się. 
- Ona mi się podoba, Gage - stwierdził Frank. - Fajna dziewczyna. Mówiłem ci, Ŝe jest w porządku. 
- Mówiłeś. Aha, Deborah tu teraz zostanie. Powiedz mi, Frank, nie miałbyś ochoty zostać druŜbą? 
- To nie Ŝart? 
Deborah  nigdy  by  nie  podejrzewała,  Ŝe  Frank  potrafi  się  uśmiechnąć  jeszcze  szerzej.  A  potem 

zobaczyła w jego oczach łzy i w tym momencie podbił jej serce. 

- To nie Ŝart. - Wstała, ujęła w dłonie jego szeroką twarz i mocno pocałowała go w usta. - Jesteś 

pierwszym, któremu dane było pocałować przyszłą pannę młodą. 

-  No, no! Coś podobnego! - Frank zrobił się czerwony jak burak. 
-  Chciałbym, Ŝeby Deborah przywiozła tu dziś trochę rzeczy - wtrącił się Gage. 
Spojrzała  na  poŜyczony  szlafrok.  Prócz  niego,  miała  ze  sobą  tylko  wieczorową  suknię,  parę 

pończoch i elegancką torebkę. 

-  Przydałoby  mi  się  parę  drobiazgów  -  stwierdziła,  myśląc  raczej  o  duŜym  pokoju  na  dole,  o 

komputerach i informacjach, które Gage miał w zasięgu ręki. 

Gage bez trudu odgadł tok jej myśli. 
-  Masz  kogoś,  kto  mógłby  spakować  potrzebne  ci  rzeczy?  Frank  zabrałby  je  później  z  twojego 

mieszkania. 

-  Tak. - Pomyślała o pani Greenbaum. - Muszę tylko zadzwonić. 

background image

 

77 

Za pół godziny była z powrotem w sekretnym pokoju Gage'a - w dŜinsach, przewiązana paskiem od 

jego  szlafroka,  w  świeŜo  wyprasowanej  płóciennej  koszuli,  która  sięgała  jej  do  pół  uda.  UwaŜnie 
patrzyła na mapę i słuchała objaśnień Gage'a. 

-  To są punkty przerzutowe dla większych transakcji. Udało mi się namierzyć kilku pośredników. 
-  Czemu nie przekazałeś tych informacji policji? 
Obrzucił ją krótkim spojrzeniem. W tym względzie moŜe nigdy nie będą zgodni. 
-    Nie  pomogłoby  to  w  zbliŜeniu się  do ludzi  na  górze.  Sam  rozpracowuję system.  -  Podszedł  do 

jednego z komputerów i po chwili przywołał ją gestem. - Punkty oddalone są od siebie o co najmniej 
dwadzieścia przecznic. -  Wskazał na rysunek na monitorze. -  Odstępy czasowe takŜe są  mniej więcej 
stałe. - Wcisnął kilka guzików. Na ekranie pojawiła się lista dat. - Dwa tygodnie, czasami trzy. 

Marszcząc w skupieniu brwi, zapatrzyła się w ekran. 
-  Mogę dostać wydruk? 
-  Po co? 
-  Chciałabym  przepuścić  go  przez  mój  biurowy  komputer.  Zobaczyć,  czy  znajdę  jakiś  wspólny 

punkt zahaczenia. 

-  To  nie  jest  bezpieczne.  -  Zanim  zdąŜyła  zaprotestować,  wziął  ją  za  rękę  i  zaprowadził  do 

następnego  stanowiska.  Wystukał  kod  na  klawiaturze  i  wywołał  plik.  Deborah  otworzyła  usta  ze 
zdumienia. Na ekranie ukazała się jej własna praca. 

-  Wdarłeś się w mój system - mruknęła. - I to na wiele sposobów. 
-  Rzecz w tym, Ŝe jeŜeli ja mogę, moŜe równieŜ ktoś inny. Znajdziesz tu wszystko, co moŜe ci być 

potrzebne. 

-  Na  to  wygląda.  -  Usiadła,  choć  nie  była  pewna,  czy  lubi,  by  ktoś  -  nawet  Gage  -  zaglądał  jej 

podczas pracy przez ramię. - Czy jestem na dobrej drodze? 

Gage bez słowa wystukał nowy kod. 
-    Szukałaś  firm  i  dyrektorów.  To  logiczny  punkt  wyjścia.  Ten,  kto  stworzył  siatkę,  zna  się  na 

interesach. Cztery lata temu nie mieliśmy ani informacji, ani technologii, by dotrzeć tak blisko. Dlatego 
musieliśmy zdecydować się na fizyczną infiltrację. - Nazwiska przesuwały się na ekranie. Niektóre były 
jej znane, inne nie. Przy wszystkich widniał napis „nie Ŝyje”. - Nie udało się, bo nastąpił przeciek. Ktoś, 
kto  zdobył  dane  o  tajnej  operacji,  przekazał  informacje  drugiej  stronie.  Montega  czekał  na  nas  i 
wiedział,  Ŝe  jesteśmy  z  policji.  -  Powiało  chłodem,  choć  powiedział  to  spokojnie.  -  Musiał  być  takŜe 
dokładnie poinformowany, jak byliśmy rozstawieni tej nocy, co do jednego człowieka. W przeciwnym 
wypadku nie zdołałby się wymknąć z okrąŜenia. 

-  Któryś z policjantów? 
-    Jest  taka  moŜliwość.  Mieliśmy  dziesięciu  starannie  dobranych  ludzi  tamtej  nocy.  Sprawdziłem 

kaŜdego z nich, ich konta bankowe, przebieg słuŜby, styl Ŝycia. I jak dotąd, niczego nie znalazłem. 

-  Kto jeszcze wiedział? 
-  Mój  kapitan,  komisarz  i  burmistrz.  -  Wzruszył  niecierpliwie  ramionami.  -  MoŜe  ktoś  jeszcze. 

Byliśmy tylko gliniarzami. Nie mówili nam wszystkiego. 

-  Co będzie, kiedy wreszcie trafisz na właściwy trop? 
-  Będę  czekał,  obserwował  i  śledził.  Człowiek  z  pieniędzmi  zaprowadzi  mnie  do  człowieka  na 

górze. A o to mi chodzi. 

Wzdrygnęła się mimowolnie i przyrzekła sobie w duchu, Ŝe spróbuje przekonać w jakiś sposób Ga-

ge'a, by przekazał sprawę policji, gdy tylko zgromadzą wystarczająco duŜo informacji. 

-  Kiedy ty będziesz tym zajęty, ja chciałabym skoncentrować się na nazwiskach, czyli nadal szukać 

wspólnego wątku. 

-  W porządku. - Pogłaskał ją po głowie, a potem jego ręka spoczęła na jej ramieniu. - Ta maszyna 

jest podobna do tej, której uŜywasz w biurze. Ma kilka dodatkowych... 

-  Skąd wiesz? - przerwała mu. 
-  Ale co? 
-  Jakiej maszyny uŜywam w biurze? 
-    Deborah...  -  Pochylił  się  z  uśmiechem,  by  ją  pocałować.  -  Nie  ma  takiej  rzeczy,  której  bym  o 

tobie nie wiedział. 

Zaskoczona, odsunęła się, a potem wstała. 
-  Czy znajdę tutaj zaprogramowane moje nazwisko? 
-  Tak. - Patrząc na nią, pomyślał, Ŝe będzie musiał postępować bardzo dyplomatycznie. - Mówiłem 

sobie,  Ŝe  to  rutyna,  ale  prawda  wyglądała  tak,  Ŝe  byłem  w  tobie  zakochany  i  ciekaw  nawet 
najdrobniejszych  szczegółów.  Wiem,  kiedy  się  urodziłaś,  co  do  minuty,  a  takŜe  gdzie.  Wiem,  Ŝe 

background image

 

78 

złamałaś  rękę  w  nadgarstku,  kiedy  spadłaś  z  roweru.  Miałaś  wtedy  pięć  lat.  Wiem,  Ŝe  po  śmierci 
rodziców  zamieszkałaś  z  siostrą  i  jej  męŜem,  a  po  ich  rozwodzie  wyjechałaś  z  siostrą.  Mieszkałaś  w 
Richmond, w Chicago, w Dallas. Wreszcie w Denver, zaliczyłaś college w trzy lata, i podjęłaś studia 
prawnicze, które ukończyłaś z jednym z najlepszych wyników na roku. Egzamin adwokacki zdałaś juŜ 
za  pierwszym  podejściem.  Byłaś  na  tyle  dobra,  Ŝe  mogłaś  liczyć  na  propozycje  od  największych 
kancelarii prawniczych w naszym kraju. Ale ty wolałaś przyjechać tutaj i podjąć pracę w prokuraturze 
okręgowej. 

Otarła dłonie o spodnie. 
-  To takie dziwne uczucie, wysłuchać w skrócie swojego Ŝyciorysu. 
-  Pewnych  informacji  nie  mogłem  zdobyć  z  pomocą  komputera.  -  WaŜnych,  pomyślał.  Wręcz 

podstawowych. - Jak pachną twoje włosy. śe twoje oczy przybierają barwę indygo, kiedy jesteś zła lub 
podniecona. Co poczuję, kiedy będziesz mnie dotykać. Nie zaprzeczę, Ŝe naruszyłem twoją prywatność, 
ale nie zamierzam za to przepraszać. 

-  Wiem. - Westchnęła. - I nie mogę poczuć się jakoś szczególnie dotknięta, bo i ja cię sprawdziłam. 
Gage uśmiechnął się. 
-  Wiem. 
Roześmiała się, potrząsając głową. 
-  Bierzmy się do pracy. 
Ledwie  usiedli,  jeden  z  telefonów  zaczął  dzwonić.  Deborah  nawet  się  nie  obejrzała,  gdy  Gage 

podnosił słuchawkę. 

-  Guthrie. 
-  Gage, tu Frank. Jestem w mieszkaniu Deborah. Lepiej, Ŝebyście tu zaraz przyjechali. 
 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Z łomoczącym sercem Deborah szybko wyskoczyła z windy i pobiegła korytarzem, wyprzedzając o 

krok  Gage'a.  Telefon  Franka  sprawił,  Ŝe  przemknęli  przez  miasto  sportowym  wozem  Gage'a  w 
rekordowym tempie. 

Drzwi do mieszkania były otwarte. Na widok zniszczeń Deborah zastygła w progu i oddech uwiązł 

jej w piersi. Poobrywane zasłony, potłuczone pamiątki, stoły i krzesła złośliwie połamane i rozrzucone 
po  podłodze.  Jęknęła,  a  potem  zobaczyła  Lil  Greenbaum,  bladą  jak  śmierć,  skuloną  na  szczątkach 
połamanej, podartej sofy. 

-  O BoŜe! - Kopnęła na bok śmieci, podbiegła do Lil i osunęła się na kolana. - Pani Greenbaum! - 

Zamknęła w ręce jej drobną dłoń. 

Cienkie  powieki  Lii  zatrzepotały,  a  jej  krótkowzroczne  oczy  spróbowały  dojrzeć  coś  bez  dobro-

czynnych okularów. 

- Deborah. - Głos miała słaby, zdołało się jednak uśmiechnąć. - Nigdy by im się to nie udało, gdyby 

mnie nie zaskoczyli. 

-  Jest  pani  ranna?  -  Spojrzała  na  Franka,  który  wyłonił  się  z  sypialni  z  poduszką.  -  Dzwoniłeś  po 

karetkę? 

-  Nie pozwoliła mi. - Frank ostroŜnie wsunął Lil poduszkę pod głowę. 
-  Nie  potrzebuję  karetki.  Nienawidzę  szpitali.  To  tylko  guz  na  głowie  -  powiedziała  pani 

Greenbaum, ściskając Deborah za rękę. - Miewałam je wcześniej. 

-  Mam się zamartwić na śmierć? - Mówiąc to, Deborah zsunęła palce w dół, by zbadać jej puls 
-  Twoje mieszkanie jest w gorszym stanie niŜ ja. 
-  Rzeczy łatwo zastąpić innymi. Ale kto mógłby mi zastąpić panią? - Deborah ucałowała zaciśniętą 

dłoń Lil. - Proszę zrobić to dla mnie. 

-  Dobrze. - Lil westchnęła z rezygnacją.- Niech mnie obejrzą. Ale nie zostanę w szpitalu. 
-  Zgoda. - Odwróciła się, a Gage juŜ podnosił słuchawkę. 
-  Telefon jest głuchy - powiedział. 
-  Mieszkanie pani Greenbaum znajduje się dokładnie naprzeciwko. 
Gage dał Frankowi znak głową. 
- Klucze... - zaczęła Deborah. 
- Frank nie potrzebuje kluczy. - Podszedł i przykucnął obok Deborah. - Pani Greenbaum, moŜe nam 

pani powiedzieć, jak to się stało? 

Przyjrzała mu się, mruŜąc oczy, póki nie znalazł się w niewyraźnym polu widzenia. 

background image

 

79 

-  Ja skądś pana znam. To pan wstąpił po Deborah ubiegłej nocy, w eleganckim smokingu. Pan to 

potrafi całować. 

Odpowiedział uśmiechem, lecz i jego ręka dotknęła jej nadgarstka, by zbadać puls. 
-  Dziękuję. 
-  To pan siedzi na worach złota? 
MoŜe i ma guza na głowie, pomyślał Gage, ale jej mózg pracuje sprawnie. 
-  Tak jest. 
-  Deborah podobały się te róŜe. Była wniebowzięta. 
-    Pani  Greenbaum!  -  Deborah  przysiadła  na  piętach.  -  Nie  musi  pani  zabawiać  się  w  swatkę,  bo 

poradziliśmy sobie sami. Proszę nam lepiej opowiedzieć, co tu się stało. 

-  Miło mi to słyszeć. Młodym ludziom w dzisiejszych czasach zajmuje to nieraz całe lata. 
-  Pani Greenbaum. 
-  Dobrze juŜ, dobrze. No więc wzięłam listę rzeczy, o które prosiłaś, i poszłam do sypialni, Ŝeby 

wyjąć je z szafy. Tak na marginesie, ma w niej idealny porządek -  zwróciła się do Gage'a.  - Straszna 
porządnicka. 

-  A to mi ulŜyło. 
-  Właśnie  wyjmowałam  granatowy  kostium  w  prąŜki,  kiedy  usłyszałam  za  sobą  jakiś  szelest.- 

Skrzywiła  się,  bardziej  zaŜenowana  niŜ  poruszona.  -  Słyszałam  go  juŜ  wcześniej,  ale  po  przyjściu  do 
twojego  mieszkania  nastawiłam  radio,  Ŝeby  posłuchać  listy  przebojów.  JuŜ  miałam  się  odwrócić,  a 
wtedy ktoś wyłączył światło. 

Deborah  nachyliła  się  nad  Lil,  targana  uczuciami  wściekłości,  strachu,  a  takŜe  poczuciem  winy. 

PrzecieŜ  to  starsza  osoba,  pomyślała,  próbując  się  opanować.  Co  to  za  człowiek,  który  atakuje 
siedemdziesięcioletnią staruszkę? 

-  Tak mi przykro - powiedziała, siląc się na spokój. - Ogromnie mi przykro. 
-  PrzecieŜ to nie twoja wina. 
-  Właśnie, Ŝe moja. - Deborah uniosła głowę. - Im chodziło o mnie, i tylko o mnie. Wiedziałam, Ŝe 

będą  mnie  szukać,  mimo  to  poprosiłam  panią,  Ŝeby  pani  tu  przyszła.  Gdzie  ja  miałam  rozum?  Nie 
wpadłam na to. 

-  Co za bzdury. To ja dostałam po głowie i nie muszę ci chyba mówić, Ŝe jestem wściekła. Gdyby 

mnie nie zaskoczyli, wypróbowałabym na nich kilka ciosów karate. - Lil zacisnęła usta. - Muszę znowu 
poćwiczyć.  Jeszcze  nie  tak  dawno  temu  potrafiłam  rzucić  Greenbauma  na  deski  i  nadal  jestem  w 
formie.  -  Spojrzała  na  pielęgniarzy,  którzy  właśnie  pojawili  się  w  drzwiach.  -  O  BoŜe  -  mruknęła, 
zdegustowana. - No to juŜ po mnie. 

Przytulona  do  Gage'a,  Deborah  cofnęła  się,  a  Lil  zaczęła  pouczać  pielęgniarzy,  utyskując  przy 

kaŜdym  nacisku  i  dotknięciu.  Trajkoczącą  zawzięcie,  połoŜyli  w  końcu  na  noszach  i  wynieśli  na 
korytarz. 

- Co za kobieta! - skomentował Gage. 
- Najlepsza ze wszystkich - przyznała Deborah, czując pod powiekami wzbierające łzy. - Nie wiem, 

co zrobię, jeŜeli... 

-  Wydobrzeje.  Puls  miała  silny  i  jasny  umysł.  -  Gage  ścisnął  ją  za  rękę,  po  czym  zwrócił  się  do 

Franka: - Opowiedz, jak to było? 

-  Drzwi  nie  były  zamknięte  na  klucz.  -  Frank  wskazał  kciukiem  w  kierunku  wyjścia.  -  Narobili 

bałaganu  podczas  wywaŜania.  Wdepnąłem  w  coś  takiego.  -  Wskazał  na  otaczające  go  zniszczenia  w 
salonie.  -  Pomyślałem  sobie,  Ŝe  obejrzę  resztę,  zanim  do  was  zadzwonię,  i  wtedy  znalazłem  starszą 
panią w sypialni. Właśnie się ocknęła i chciała mi przyłoŜyć. - Uśmiechnął się do Deborah. - To twarda 
staruszka.  Uspokoiłem  ją,  a  potem  zadzwoniłem.  -  Pomyślał,  Ŝe  był  taki  czas,  kiedy  nie  wzgardziłby 
torebką jakiejś miłej staruszki, jednak nigdy w Ŝyciu nie podniósłby na nią ręki. - Musiałem się z nimi 
rozminąć o dziesięć, piętnaście minut. - Zacisnął pięści. - Gdyby było inaczej, nigdy by stąd nie wyszli. 

Gage pokiwał głową. 
-  Chciałbym, Ŝebyś coś dla mnie zrobił.  
Odwrócił się do Deborah i delikatnie ujął w dłonie jej twarz. 
-  KaŜę mu wezwać policję - powiedział, jakby czytając w jej myślach - a ty zobacz, czy nie uda się 

uratować czegoś, co mogłoby ci się przydać do jutra. 

-  Dobrze. - Zgodziła się, bo chciała na chwilę zostać sama. 
Ubrania zostały pogniecione i podarte, a kolekcja zbieranych latami antycznych buteleczek i słoicz-

ków potłuczona w drobny mak i rozrzucona na stosach jedwabiu i bawełny. Zniszczyli teŜ jej łóŜko. Na 

background image

 

80 

biurku  ktoś  wyrył  noŜem  kilka  obscenicznych  słów.  Wszystko,  co  miała,  zostało  zniszczone  albo 
uszkodzone. 

Uklękła i podniosła strzępek papieru. Kiedyś była to fotografia, jedna z wielu przedstawiających jej 

rodzinę, które tak pieczołowicie przechowywała. 

Gage wszedł bezszelestnie do pokoju, ukląkł obok niej i połoŜył jej rękę na ramieniu. 
-  Deborah, chcę cię stąd zabrać. 
-  Nic mi nie zostało. - Starała się powściągnąć drŜenie głosu. - Wiem, Ŝe to tylko rzeczy, ale nic mi 

nie zostało. - Jej palce zacisnęły się na strzępku fotografii. - Moi rodzice... - Potrząsnęła głową, a potem 
ukryła twarz na jego ramieniu. 

Gage  tulił  Deborah  do  piersi,  pozwalając  jej  się  wypłakać,  ale  w  duchu  poprzysiągł  sobie,  Ŝe 

dopadnie  tych,  którzy  tak  ją  skrzywdzili.  Nie  potrafił  teŜ  pozbyć  się  obłędnego  strachu,  który  wciąŜ 
ś

ciskał  go  za  gardło.  PrzecieŜ  to  ona  mogła  być  wtedy  w  mieszkaniu.  Sama,  w  tym  pokoju,  kiedy 

przyszli. A wtedy, zamiast zniszczonych pamiątek i bibelotów, znalazłby ją martwą na podłodze. 

-  Zapłacą za to - obiecał jej. - Przysięgam. 
-   Na pewno zapłacą. - Gdy podniosła głowę, zobaczył, Ŝe jej ból przerodził się w furię. - Zrobię 

wszystko, Ŝeby ich przyskrzynić. - Wstała, odgarniając włosy. - JeŜeli im się wydawało, Ŝe mnie w ten 
sposób  przestraszą,  to  się  grubo  pomylili.-  Kopnęła  to,  co  zostało  z  jej  ulubionego  czerwonego 
kostiumu. - Bierzmy się do roboty. 

Następne  godziny  spędzili w  podziemiach  pod  domem  Gage'a,  sprawdzając  dane  i  wprowadzając 

nowe do komputerów. Deborah głowa pękała od szumu urządzeń, jednak ani na chwilę nie ustawała w 
poszukiwaniach.  Gage  pracował  na  drugim  końcu  pomieszczenia,  ale  rzadko  odzywali  się  do  siebie. 
Nie było im to potrzebne. Po raz pierwszy przyświecał im wspólny cel, a róŜnice poglądów przestały 
mieć jakiekolwiek znaczenie. 

Obojgu  zaleŜało  na  tym,  by  nadrobić  czas  stracony  na  rozmowy  z  policją  i  próby  pozbycia  się 

namolnego  Wisnera,  który  pojawił  się  w  ślad  za  policjantami  w  mieszkaniu  Deborah.  Pomyślała  z 
irytacją, Ŝe znów będzie główną bohaterką poniedziałkowych wydań. Rozgłos pociągnie za sobą dalsze 
naciski ze strony ratusza. Była na to przygotowana. 

Nie klęła juŜ, ilekroć natrafiała na przeszkodę, lecz skrupulatnie i z cierpliwością, o jaką nigdy by 

siebie nie podejrzewała, cofała się do punktu wyjścia. Gdy zadzwonił telefon, nawet go nie usłyszała. 
Była taka skupiona, Ŝe Gage musiał dwukrotnie zawołać, by ją wyrwać z transu. 

-  Tak, o co chodzi? 
-  To do ciebie. - Uniósł w górę słuchawkę. - Jerry Bower. 
Niezadowolona, Ŝe jej przerwano, bez pośpiechu podeszła do telefonu. 
-  Cześć, Jerry. 
-  Dobry BoŜe, Deborah, nic ci się nie stało? 
-  Nic. Skąd wiedziałeś, gdzie teraz jestem?  
Usłyszała, jak dwukrotnie głęboko odetchnął. 
-    Od  wielu  godzin próbowałem  skontaktować się  z tobą,  Ŝeby  się  dowiedzieć, jak  się  czujesz  po 

tamtej nocy. W końcu postanowiłem pójść do ciebie i przekonać się na własne oczy. Nadziałem się na 
kilku gliniarzy i tego szczura Wisnera. Twoje mieszkanie... 

-  Wiem. Ale nie było mnie tam wtedy. 
-    Dzięki  Bogu.  Powiedz  mi,  co  jest  grane,  Deborah?  My  z  ratusza  powinniśmy  trzymać  rękę  na 

pulsie, tymczasem wciąŜ mam wraŜenie, jakbym błądził po omacku. Burmistrz dostanie szału, kiedy o 
tym usłyszy. Co mam mu powiedzieć? 

-    Powiedz  mu,  Ŝeby  się  skupił  na  debacie  zaplanowanej  na  przyszły  tydzień.  -  Potarła  skronie.  - 

Znam  juŜ  jego  stanowisko  w  tej  sprawie,  a  on  zna  moje.  Stracisz  tylko  masę  nerwów,  próbując  nas 
pogodzić. 

-  Posłuchaj, wprawdzie on jest moim szefem, ale ty jesteś moją przyjaciółką. Mogę coś zrobić dla 

ciebie? 

-    Sama  nie  wiem.  -  Marszcząc  brwi,  spojrzała  na  migoczące  światełka  na  mapie.  -  Ktoś  jasno  i 

wyraźnie przesyła mi komunikat, a ja nie wiem, jak przekazać odpowiedź. Posłuchaj, jeŜeli uda mi się 
zamknąć  tę  sprawę  przed  wyborami,  będzie  to  spektakularny  sukces  burmistrza.  MoŜesz  mu  to 
powtórzyć? 

Jerry zawahał się. 
-  Chyba masz rację - przyznał po namyśle. - MoŜe to najlepszy sposób, Ŝeby przestał ci siedzieć na 

karku. Bądź tylko ostroŜna, dobrze? 

-  Dobrze. 

background image

 

81 

OdłoŜyła słuchawkę, kręcąc w zamyśleniu głową, Gage spojrzał w jej stronę. 
-  Nie  miałbym  nic  przeciwko  temu,  by  w  „The  Word”  zamieścić  ogłoszenie  na  całą  stronę  o 

naszych zaręczynach. 

Zamrugała powiekami, zdezorientowana, a potem wybuchnęła śmiechem. 
-  Nie bądź głupi. Jesteśmy z Jerrym tylko parą dobrych kumpli. 
-  Uhm. 
Podeszła z uśmiechem i objęła go w pasie. 
-  Nie było między nami tkliwych pocałunków. A na coś takiego mam w tej chwili ochotę. 
-  Mogę ci ofiarować przynajmniej jeden. - Gage pochylił głowę. 
Mrucząc cicho, powiódł dłońmi po jej plecach, masując delikatnie mięśnie i łagodząc ich napięcie. 

Był  spokojny.  Zadowolony.  OdpręŜony.  Potrafiła  doprowadzić  go  do  takiego  stanu,  podobnie  jak  on 
umiał  ją  roznamiętnić  i  wprawić  w  drŜenie.  Z  cichym  pomrukiem  zadowolenia  Gage  pogłębił 
pocałunek. 

-  Przepraszam,  Ŝe  wam  przerywam.  -  Frank  wyłonił  się  z  tunelu,  niosąc  duŜą  tacę.  -  Ale  skoro 

pracujecie  tak  cięŜko...  -  Uśmiechnął  się  od  ucha  do  ucha.  -  Pomyślałem  sobie,  Ŝe  powinniście  coś 
zjeść, Ŝeby nabrać sił. 

- Dzięki. - Deborah odsunęła się od Gage'a i pociągnęła nosem. - Ojej, co tak pachnie? 
- Moja specjalność. Pikantne chilli. - Mrugnął do niej. - MoŜecie mi wierzyć, ale dzięki niemu nie 

zmruŜycie oka. 

- Pachnie wręcz niesamowicie. 
- Bierzcie się do jedzenia. Macie tu kilka piw, termos z kawą i trochę serowych nachos. 
Deborah przysunęła sobie krzesło. 
- Frank, jesteś wspaniały - stwierdziła, a on poczerwieniał. Skosztowała potrawy, parząc sobie usta, 

gardło oraz błonę śluzową Ŝołądka. - To rozumiem, to jest prawdziwe chilli - dodała z aprobatą. 

Frank przestąpił z nogi na nogę. 
-  Cieszę  się,  Ŝe  pani  smakuje.  Panią  Greenbaum  umieściłem  w  złotym  pokoju  -  zwrócił  się  do 

Gage'a. - Pomyślałem sobie, Ŝe spodoba jej się łóŜko z baldachimem i tak dalej. Je teraz rosół z kury i 
ogląda „King Konga” na wideo. 

-  Dziękuję, Frank. - Gage nabrał łyŜkę chilli. 
-  Zadzwońcie, gdybyście jeszcze czegoś potrzebowali. 
Deborah poczekała, aŜ echo kroków Franka ucichnie w tunelu. 
-  Przywiozłeś ją tutaj? - zapytała cicho. 
-  Nie  podobało  jej  się  w  szpitalu.  -  Gage  wzruszył  ramionami.  -  Frank  rozmawiał  z  lekarzem. 

Doznała tylko lekkiego wstrząsu mózgu, co u osoby w jej wieku moŜna uznać za cud. Serce ma mocne 
jak dzwon. Wszystko, czego jej teraz potrzeba, to odrobiny spokoju i kilku dni rozpieszczania. 

-  Więc ją tu przywiozłeś? 
-  Nie powinna być sama. 
Deborah wychyliła się i pocałowała go w policzek. 
-  Tak bardzo cię kocham. 
Gdy po skończonym posiłku wrócili do pracy, myśli Deborah wciąŜ krąŜyły wokół Gage'a. Co za 

skomplikowana  natura.  Piekielnie  arogancki,  kiedy  mu  tak  wygodnie,  niegrzeczny,  kiedy  mu  się  tak 
podoba, potrafił zarazem być przymilny i czarujący jak irlandzki poeta, gdy  miał odpowiedni nastrój. 
Prowadził  multimilionowe interesy,  a  jednocześnie  uwalniał  ulice  od  rabusiów,  złodziei  i  gwałcicieli. 
Kochanek,  o  jakim  marzą  wszystkie  kobiety.  Romantyczny,  seksowny,  a  zarazem  godny  zaufania  i 
solidny  jak  granit.  Ten  sam  człowiek  miał  jednak  niepojętą  umiejętność  przenikania  poprzez  ściany  i 
wtapiania się w noc. 

Potrząsnęła głową. Nie dojrzała jeszcze do prób zgłębienia tego aspektu jego osobowości. 
Jak to moŜliwe, Ŝe człowiek z krwi i kości potrafi na zawołanie stać się duchem? A jednak widziała 

to na własne oczy. Nie zawsze jest tak, jak się człowiekowi wydaje. 

Przeciągnęła się i ze zdwojoną energią wzięła się do pracy. Gdy liczby zaczynały jej się rozpływać 

przed oczami, wlewała w siebie kolejną kawę. Miała juŜ pół tuzina nowych nazwisk. Najpewniej takŜe 
przypisanych do akt zgonu. 

Wyglądało na to, Ŝe sprawa jest beznadziejna, ale póki nie sprawdzi tego tropu do końca, nie ma 

innej  drogi.  Mamrocząc  pod  nosem,  przeglądała  stronę  po  stronie.  Nagle  zamarła,  wytęŜyła  wzrok,  a 
potem cofnęła się o jedną, a potem jeszcze jedną stronę. Nie odwaŜyła się uśmiechnąć, bo obawiała się 
uwierzyć,  Ŝe  wreszcie  udało  jej  się  rozszyfrować  kod.  Po  kolejnych  pięciu  minutach  uwaŜnej  lektury 
przywołała Gage'a. 

background image

 

82 

-  Wydaje mi się, Ŝe coś znalazłam. 
On takŜe coś znalazł, ale wolał zachować tę wiadomość dla siebie. 
-  Co takiego? 
-    Ten  numer.  -  Pokazała  go  palcem  na  ekranie,  kiedy  Gage  się  nad  nią  nachylił.  -  Znalazłam  go 

wśród numerów spółki, numerów identyfikacji podatkowej i wszystkich innych numerów identyfikacyj-
nych tej firmy. - Gdy Gage podniósł rękę, by potrzeć jej kark, odchyliła się i z wdzięcznością poddała 
masaŜowi.  - Jakiejś rzekomo zbankrutowanej firmy, nawiasem mówiąc, nieistniejącej juŜ na rynku od 
półtora roku. A teraz popatrz na to. - Otworzyła nową stronę. - Inna firma, inny adres, inne nazwiska i 
numery. Z wyjątkiem... tego jednego. - Postukała palcem w ekran. - Znajduje się w innym miejscu, ale 
numer  jest  ten  sam.  O,  i  tutaj.  Tutaj  figuruje  jako  numer  rejestracyjny  spółki,  tu  jako  numer  branŜy, 
tutaj jako NIP. - Zaczęła mu pokazywać, strona po stronie. - A tu jako numer pliku. 

- Numer ubezpieczenia - mruknął Gage. 
- Co? 
- Dziewięć cyfr. Moim zdaniem, to numer ubezpieczenia. Bardzo waŜny. - Odwrócił się, by podejść 

szybko do konsolety. 

-  Co robisz? 
-  Sprawdzam, do kogo naleŜy. 
Westchnęła,  lekko  zawiedziona,  Ŝe  nie  okazał  więcej  entuzjazmu  dla  jej  znaleziska.  Mało  nie 

oślepła przy tej robocie, a on nawet nie poklepał jej po plecach. 

-  W jaki sposób? 
-  Warto się cofnąć do głównego źródła. - Ekran nad jego głową zamigotał. 
-  To znaczy gdzie? 
-  Do urzędu skarbowego. 
-  Do...  - Poderwała się z krzesła. - Chcesz mi powiedzieć, Ŝe moŜna się włamać do komputerów 

urzędu skarbowego? 

-  Tak - odparł, stukając w skupieniu w klawiaturę. - JuŜ mi się prawie udało. 
-  PrzecieŜ to wbrew prawu! To przestępstwo federalne! 
-  Aha. Chcesz mi moŜe polecić jakiegoś dobrego prawnika? 
Całkiem juŜ zdezorientowana, załamała ręce. 
-  To nie Ŝarty. 
-  Nie  -  przyznał,  ale  usta  drgnęły  mu,  gdy  zaczął  czytać  informacje  na  ekranie.  -  W  porządku. 

Udało  się.  -  Spojrzał  na  nią  z  ukosa.  Walka,  jaką  toczyła  sama  ze  sobą,  odbiła  się  wyraźnie  na  jej 
twarzy. - Idź na górę i poczekaj, aŜ skończę. 

-  To  nie  ma  znaczenia.  PrzecieŜ  wiem,  co  robisz.  Tym  samym  staję  się  twoją  wspólniczką.  - 

Zamknęła oczy i zobaczyła pobladłą, pobitą Lil Greenbaum, leŜącą na połamanej sofie. - Rób swoje - 
powiedziała, kładąc mu rękę na ramieniu. 

Gage wstukał znalezione przez nią numery, wcisnął kilka klawiszy i czekał. Na ekranie wyświetliło 

się nazwisko. 

-  O BoŜe! - Palce Deborah wpiły się w ramię Gage'a. 
Zastygł bez ruchu, wstrzymując oddech, a mięśnie stęŜały mu jak kamień. 
-  Tucker Fields - mruknął. - Kawał skurwysyna!  
Poderwał  się  tak  szybko,  Ŝe  omal  nie  przewrócił  Deborah.  Wiedziona  rozpaczą,  chwyciła  go  za 

rękę. 

-  Nie  rób  tego!  Nie  moŜesz!  -  Zobaczyła  jego  oczy,  płonące  jak  te  pod  maska.  Pełne  furii  i 

morderczej  Ŝądzy.  -  Wiem,  co  zamierzasz  -  powiedziała  szybko,  tuląc  się  do  niego.  -  Chcesz  iść  do 
niego juŜ teraz. Chcesz go rozerwać na strzępy. Ale nie moŜesz. To nie jest metoda. 

-  Zabiję go - powiedział zimnym tonem. - Musisz to zrozumieć. Nic mnie nie powstrzyma. 
Poczuła, Ŝe zaczyna jej brakować powietrza. JeŜeli Gage teraz wyjdzie, utraci go na zawsze. 
-  Co chcesz w ten sposób osiągnąć? Nie przywrócisz Jackowi Ŝycia. Nie cofniesz takŜe tego, co cię 

spotkało.  A  nawet  nie  dokończysz  tego,  co  obaj  zaczęliście  tamtej  nocy  w  dokach.  JeŜeli  zabijesz 
Fieldsa, ktoś inny go zastąpi i wszystko będzie jak dawniej. Musimy skręcić kark tej organizacji, Gage. 
Musimy wydobyć to na światło dzienne, Ŝeby ludzie widzieli. JeŜeli to Fields jest odpowiedzialny za... 

-  JeŜeli? 
Zaczerpnęła tchu, Ŝeby się uspokoić, i wzmocniła uścisk. 
-  Nie  mamy  jeszcze  wszystkiego.  Mogę  wytoczyć  sprawę  i  zamknąć  ich,  jeŜeli  dasz  mi  trochę 

czasu. Mogę zamknąć ich wszystkich. 

background image

 

83 

-  Mój BoŜe, Deborah, czy ty naprawdę myślisz, Ŝe uda ci się go postawić przed sądem? Człowieka 

o takich moŜliwościach? Prześlizgnie ci się przez palce jak piasek. Jeśli zaczniesz śledztwo, dowie się o 
tym w tej samej minucie i się zadekuje. 

-    Prowadź  więc  dalej  twoje  dochodzenie  tutaj,  a  ja  zamydlę  mu  oczy  z  mojego  biura.  -  Mówiła 

szybko,  w  nadziei,  Ŝe  go  przekona,  a  tym  samym  uratuje  ich  oboje.  -  Stworzę  pozory,  Ŝe  jestem  na 
fałszywym  tropie.  Gage,  musimy  mieć  pewność.  Zrozum  to.  JeŜeli  pójdziesz  teraz  do  niego,  tak  po 
prostu, zniszczysz wszystko, nad czym pracowałeś; wszystko, co zaczęliśmy wspólnie budować. 

- Próbował cię zabić. - Gage dotknął delikatnie jej twarzy, ale z kaŜdego palca emanowało napięcie. 

- Nie rozumiesz, Ŝe niczym, nawet morderstwem Jacka, nie podpisał na siebie wyroku śmierci w sposób 
bardziej nieodwołalny? 

Chwyciła go za nadgarstki. 
-  PrzecieŜ jestem tu z tobą. I tylko to się liczy. Mamy co robić. Trzeba udowodnić, Ŝe Fields jest w 

to zamieszany, i zbadać zasięg korupcji. Sprawiedliwości stanie się zadość, Gage. Mogę ci to obiecać. 

Gage  powoli  odetchnął.  Deborah  miała  rację  -  przynajmniej  w  pewnym  stopniu.  Zabicie  Fieldsa 

gołymi  rękami  sprawiłoby  mu  satysfakcję,  ale  nie  oznaczałoby  zamknięcia  sprawy,  którą  samotnie 
rozpoczął. Poczeka aŜ do końca. Miał jeszcze jeden atut w zanadrzu i będzie w stanie poczekać niecały 
tydzień na jego ujawnienie. 

-  W porządku. - Zobaczył, jak wracają kolory na jej policzki. - Nie chciałem cię przestraszyć. 
-  Mam nadzieję, bo mnie śmiertelnie przeraziłeś. - Odwróciła głowę, przycisnęła usta do jego ręki i 

z bladym uśmiechem dodała: - PoniewaŜ juŜ złamaliśmy prawo federalne, czemu by nie pójść jeszcze o 
jeden krok dalej i zajrzeć do zeznań podatkowych burmistrza z kilku ostatnich lat? 

Kilka minut później siedziała obok Gage'a przy konsolecie. 
-  Pięćset sześćdziesiąt dwa tysiące - mruknęła po przeczytaniu zadeklarowanego dochodu Fieldsa 

za ubiegły rok podatkowy. - To więcej niŜ roczne zarobki burmistrza Urbany. 

-    To  nie  do  wiary,  Ŝe  mógł  być  na  tyle  głupi,  by  podawać  w  rozliczeniu  aŜ  takie  sumy.  -  Gage 

przejrzał zeznanie z innego roku. - Podejrzewam, Ŝe ma kilka razy więcej na kontach szwajcarskich. 

-  Nigdy go nie lubiłam - oznajmiła Deborah - ale zawsze go szanowałam. - Wstała i zaczęła krąŜyć 

po  pokoju.  -  Jak  sobie  pomyślę  o  jego  moŜliwościach  -  bezpośrednie  połączenie  z  policją,  z  biurem 
prokuratora  okręgowego,  z  firmami,  z  zakładami  uŜyteczności  publicznej...  Nic  nie  dzieje  się  w 
Urbanie bez jego wiedzy. I wszędzie moŜe wsadzić swoich ludzi. Ilu urzędników miejskich jest na jego 
prywatnej liście płac? Ilu policjantów, ilu sędziów? 

-  Jemu się wydaje, Ŝe jest dobrze kryty. - Gage odsunął się od konsolety. - A Bower? 
-    Jerry?  -  Deborah  z  westchnieniem  pomasowała  zesztywniały  kark.  -  Chodząca  lojalność  bez 

Ŝ

adnych ambicji politycznych. Mógł przymknąć oko na kilka drobnych machlojek, ale nie tego kalibru. 

Fields  był  na  tyle  sprytny,  by  wybrać  młodego  zapaleńca,  o  dobrym  pochodzeniu  i  nieskazitelnej 
reputacji. - Potrząsnęła głową. - Jest mi przykro, Ŝe nie mogę mu o tym powiedzieć. 

-  A Mitchell? 
-  Nie. Daję głowę. Od lat w prokuraturze. Nigdy nie był szczególnym fanem Fieldsa, ale szanuje 

urząd.  Trzyma  się  rygorystycznie  przepisów,  bo  wierzy  w  przepisy.  Płaci  nawet  mandaty  za  złe 
parkowanie. Co robisz? 

-  Nie zaszkodzi sprawdzić. 
Ku konsternacji Deborah, sprawdził zwroty podatkowe najpierw Jerry'ego, a potem Mitchella, a nie 

znajdując w nich nic, przeszedł do drugiej konsolety. 

-  MoŜemy zacząć sprawdzać konta bankowe. Potrzebna nam lista ludzi zatrudnionych w ratuszu, w 

departamencie policji, w prokuraturze. - Spojrzał na Deborah. - Boli cię głowa. 

Dopiero wtedy uświadomiła sobie, Ŝe pociera skronie. 
-  Trochę. 
Zamiast włączyć urządzenie, wyłączył pozostałe. 
-  Za duŜo pracowałaś. 
-  Nic mi nie będzie. Mamy masę roboty. 
-  Ja juŜ zrobiłem dość duŜo. - Był zły na siebie, Ŝe tak długo ją męczył. - Kilka godzin odpoczynku 

niczego nie zmieni. - Objął ją w talii. - Co powiesz na gorącą kąpiel i małą drzemkę? 

-  Hm. - Oparła mu głowę na ramieniu i weszli objęci do tunelu. To brzmi fantastycznie. 
-  I masaŜ pleców. 
-  Tak, o tak. 
-  A moŜe zrobię ci teŜ obiecany masaŜ stóp?  

background image

 

84 

Uśmiechnęła  się.  Czy  to  moŜliwe,  Ŝe  mogła  się  kiedykolwiek  powaŜnie  przejmować  czymś  tak 

niepowaŜnym jak inne kobiety? 

-  Czemu nie? 
Gdy przez otwarty panel weszli do sypialni Gage'a, Deborah juŜ prawie spała na stojąco. W poło-

wie ziewania zastygła i wbiła wzrok w pudełka na łóŜku. 

-  Co to jest? 
-  Wszystko, co masz w tej chwili, to moja koszula na grzbiecie. A chociaŜ ją lubię... - przesunął 

palcem po guzikach - i to bardzo, pomyślałem sobie, Ŝe chciałabyś moŜe mieć coś na zmianę. 

-  Na zmianę? - Przygładziła potargane włosy. - Jak to? 
-  Dałem Frankowi listę. On potrafi być bardzo obrotny. 
-  Frank? Ale przecieŜ dziś niedziela. Połowa sklepów jest zamknięta. - Przycisnęła dłoń do Ŝołąd-

ka. - O BoŜe, chyba tego nie ukradł? 

-  Chyba nie. - Gage wziął ją ze śmiechem w ramiona. - Jak mam Ŝyć z tak bezwzględnie uczciwą 

kobietą?  Nie,  zapewniam  cię,  wszystko  zostało  zapłacone.  To  bardzo  proste.  Wystarczy  kilka  telefo-
nów. ZauwaŜyłaś, Ŝe te pudełka są od Atheny? 

Skinęła głową. Był to jeden z największych i najelegantszych domów mody w mieście. I nagle ją 

olśniło. 

-  Ty jesteś właścicielem? 
-    Przyznaję  się  do  winy.  -  Pocałował ją.  -  Wszystko,  co  ci  się  nie  spodoba,  moŜna  zwrócić.  Ale 

myślę, Ŝe to twój styl i rozmiar. 

-  Nie musiałeś tego robić. 
Sądząc  po  jej  tonie,  rzeczywiście  sobie  tego  nie  Ŝyczyła.  Odgarniając  jej  włosy  za  ucho,  zaczął 

cierpliwie tłumaczyć: 

- To nie był zamach na twoją niezawisłość, pani prokurator. 
- Wiem. - Pomyślała, Ŝe to zakrawa na brak wdzięczności. - Ale... 
- Pomyśl praktycznie. Jak by to wyglądało, gdybyś się jutro pokazała w biurze w moich spodniach? 

- Pociągnął za pasek i dŜinsy zsunęły jej się do stóp. 

-  To byłby szok  - przyznała i uśmiechnęła się, gdy podniósł ją do góry, by postawić obok kupki 

drelichu. 

-  Do tego w mojej koszuli? - Zaczął rozpinać guziki. 
-  Masz rację. Jesteś bardzo praktyczny. - Chwyciła go za ręce, Ŝeby nie mógł odwracać jej uwagi. - 

Doceniam to. Ale to nie jest w porządku, Ŝe kupujesz mi ubrania. 

-  MoŜesz  spłacić  ten  dług.  W  ciągu  następnych  sześćdziesięciu  czy  siedemdziesięciu  lat.  -  Gdy 

chciała coś powiedzieć, dodał: - Deborah, mam znacznie więcej pieniędzy, niŜ człowiekowi potrzeba. 
JeŜeli jesteś gotowa dzielić ze mną moje kłopoty, to logiczne, Ŝe podzielę się z tobą moją fortuną. 

-  Nie  chciałabym,  Ŝebyś  sobie  pomyślał,  Ŝe  pieniądze  są  dla  mnie  waŜne  lub  mają  jakikolwiek 

wpływ na moje uczucia do ciebie. 

Gage pokiwał sceptycznie głową. 
-  Wiesz co, nigdy bym nie przypuszczał, Ŝe jesteś w stanie wymyślić coś równie głupiego. 
-  MoŜe to i głupie, ale kocham cię, mimo Ŝe jesteś właścicielem hoteli, apartamentowców i domów 

mody. I jeŜeli nie otworzę chociaŜ jednego z tych pudełek, oszaleję. 

- Wobec tego zadbaj o swoje zdrowe zmysły, a ja w tym czasie przygotuję kąpiel. 
Gdy zniknął w łazience, chwyciła na chybił trafił jedno z pudełek, potrząsnęła nim, a potem zdjęła 

pokrywkę.  Pod  warstwą  cieniutkiej  bibułki  znalazła  jedwabną  koszulę  nocną  w  odcieniu  jasnego 
błękitu.  -  No,  no!  -  Podniosła  ją  do  góry  i  zauwaŜyła,  Ŝe  tył  jest  wycięty  poniŜej  talii.  -  Frank 
zdecydowanie  zna  się  na  damskiej  bieliźnie.  Ciekawe,  co  powiedzą  chłopcy  w  biurze,  kiedy  jutro 
przyjdę w tym do pracy? 

Nie była w stanie oprzeć się pokusie. Zdjęła koszulę. Cienki, chłodny jedwab ześlizgnął się w dół, 

muskając  jej  głowę  i  ramiona.  Idealny  krój,  pomyślała,  głaszcząc  się  po  biodrach.  Zadowolona, 
odwróciła się do lustra w chwili, gdy Gage wrócił do pokoju. 

Nie  był  w  stanie  wykrztusić  słowa,  a  tym  bardziej  oderwać  od  niej  oczu.  Długi  lśniący  jedwab 

pieścił z szelestem jej ciało, gdy odwracała się do Gage'a. Oczy miała ciemne jak północ, rozświetlone 
tajemniczą radością. 

Usta z wolna wygięła w uśmiechu. Jaka kobieta na tym świecie nie marzyłaby o tym, by ukochany 

męŜczyzna  spoglądał  na  nią  tak  wygłodniałym  wzrokiem?  Przechylając  zalotnie  głowę,  koniuszkami 
palców powiodła leniwie w dół przez środek koszuli - a potem równie leniwie w górę. 

-  Co o tym sądzisz? 

background image

 

85 

-  Sądzę, Ŝe Frank zasłuŜył na bardzo duŜą podwyŜkę. 
 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Przez  następne  trzy  dni  i  trzy  wieczory  pracowali  razem.  Krok  po  kroku  przygotowywali  akt 

oskarŜenia  przeciwko  Tuckerowi  Fieldsowi.  Siedząc  w  biurze,  Deborah  eliminowała  ścieŜki 
prowadzące donikąd, pieczołowicie konstruując fałszywy trop. 

Noc w noc Gage wstawał z łóŜka, ubierał się na czarno i błądził po ulicach. Nawet jeŜeli wiedział, 

jak często Deborah nie spała, rozdarta wewnętrznie i niespokojna, dopóki nie wrócił tuŜ przed świtem, 
nie próbował się tłumaczyć ani przepraszać. Nie miał bowiem nic na swoje usprawiedliwienie. 

Prasa  w  dalszym  ciągu  trąbiła  o  ostatnich  wyczynach  człowieka  w  czerni.  Oni  sami  o  tej  nocnej 

działalności nigdy ze sobą nie rozmawiali. Dzieliła ich ona jak gruba ściana, której nie dało się przebić 
z Ŝadnej strony. 

Deborah to rozumiała, lecz nie mogła się z tym pogodzić. 
Gage rozumiał, lecz nie dawało mu to spokoju. 
I  choć  dąŜyli  do  wspólnego  celu,  w  dalszym  ciągu  ich  osobiste  przekonania  stawiały  ich  na 

przeciwległych pozycjach. 

Deborah  siedziała  przy  biurku,  na  którym  obok  stosu  ksiąŜek  prawniczych  leŜała  popołudniowa 

gazeta. 

 

„Nemezis upolował Kubę Rozpruwacza z East Endu” 

 
Nie  przeczytała  tekstu,  nie  była  w  stanie  się  do  tego  zmusić.  Słyszała  juŜ  o  człowieku,  który  w 

ciągu  ostatnich  dziesięciu dni  zabił  cztery  osoby  swoim  ulubionym  narzędziem  -  noŜem  myśliwskim. 
Nagłówek artykułu wystarczył, by zrozumieć, dlaczego znalazła ślady krwi na umywalce. 

Kiedy  to  się  skończy?  -  zadawala sobie  pytanie. Kiedy  on  z  tym  skończy?  NoŜownik-psychopata 

nie miał przecieŜ nic wspólnego z Fieldsem i kartelem narkotykowym. Jak długo jeszcze będą udawali, 
Ŝ

e ich związek, ich przyszłość mogą być normalne? 

On nie udawał jednak, przyznała Deborah z westchnieniem. To ona udawała. 
- O'Roarke. - Mitchell rzucił plik dokumentów na biurko - Miasto nie wypłaca ci królewskiej pensji 

za marzenia na jawie. 

Spojrzała na dokumenty, które właśnie wylądowały na stosie innych. 
- Czy to coś da, jeŜeli przypomnę, Ŝe liczba spraw, które mam na głowie, pobiła rekord świata? 
- Podobnie jak współczynnik przestępczości w tym mieście. - PoniewaŜ wyglądała na przemęczoną, 

sięgnął  po  dzbanek  z  kawą  i  nalał  kubek  gorzkich  popłuczyn.  -  Gdyby  Nemezis  wziął  sobie  parę  dni 
urlopu, nie bylibyśmy tak przepracowani. 

Gdy sączyła kawę, jej surowa mina zmieniła się w grymas. 
-  To zabrzmiało prawie jak komplement. 
-  To tylko fakty. Nie muszę akceptować jego metod, by cieszyć się z efektów. 
Zaskoczona, spojrzała na krągłą, stanowczą twarz Mitchella. 
-  Naprawdę tak uwaŜasz? 
-  Ten psychopata zakatrupił cztery osoby i właśnie zabierał się do piątej, gdy pojawił się Nemezis. 

Nie ma co narzekać, Ŝe ktoś, nawet jakieś zabłąkane, zamaskowane widmo, podrzuca nam na próg taką 
kreaturę i ocala Ŝycie osiemnastoletniej dziewczynie. 

-  Tak - mruknęła - masz rację. 
-    Ale  nie  myśl  sobie,  Ŝe  jestem  jednym  z  tych,  co  kupują  koszulkę  z  jego  podobizną  i  chcą  się 

zapisać do jego fanklubu. - Mitchell wyjął cygaro i zaczął obracać je w grubych palcach. - A jak tam 
postępy w twojej ulubionej sprawie? 

Wzruszyła ramionami. 
-  Mam jeszcze tydzień - odparła wymijająco. 
-  Jesteś uparta, O'Roarke. To mi się podoba.  
Deborah otworzyła szeroko oczy. 
-  To na pewno był komplement. 
-  śeby tylko woda sodowa nie uderzyła ci do głowy. Burmistrz jest nadal z ciebie niezadowolony, 

za  to sondaŜe są  z  niego  bardzo  zadowolone. JeŜeli  znokautuje jutro Tarringtona  w  debacie,  będziesz 
miała cięŜkie Ŝycie aŜ do następnych wyborów. 

-  Nie martwię się o burmistrza. 

background image

 

86 

-    Rób  swoje,  dziewczyno.  Ten  Wisner  ciągle  wpycha  twoje  nazwisko  na  szpalty.  -  Uniósł  dłoń, 

zanim  zdąŜyła  coś  odburknąć.  -  Staram  się  trzymać  Fieldsa  z  daleka  od  ciebie,  ale  gdybyś  mogła 
działać nieco dyskretniej... 

-  Tak, to przez moją głupotę zdemolowano mi mieszkanie. 
-  No  dobrze.  -  Mitchell  miał  na  tyle  przyzwoitości,  by  się  zaczerwienić.  -  Jest  nam  wszystkim 

bardzo  przykro  z  tego  powodu,  ale  byłoby  nam  lŜej, gdybyś  choć  na  chwilę  przestała się pakować  w 
tarapaty. 

- Przykuję się łańcuchem do biurka - wycedziła przez zęby. - I jak tylko będę miała ku temu okazję, 

kopnę Wisnera prosto w jego legitymację prasową. 

Mitchell uśmiechnął się. 
-    Spokojnie.  Ach,  i  daj  mi  znać,  gdybyś  potrzebowała  parę  dolców,  zanim  zajmie  się  tym  firma 

ubezpieczeniowa 

-  Dzięki, nie trzeba. - Spojrzała na stos dokumentów. - Mając tyle roboty, nie myślę o mieszkaniu. 
Kiedy Mitchell zostawił ją samą, Deborah otworzyła nowe akta i ukryła twarz w dłoniach. Czy to 

ironia  losu,  czy  przeznaczenie  sprawiło,  Ŝe  przypisano  ją  do  sprawy  psychopaty  z  East  Endu?  Klu-
czowy świadek, jej kochanek, był akurat jedyną osobą, z którą nie mogła nawet o tym podyskutować. 

 
Gage  czekał  na  nią  o  siódmej  przy  naroŜnym  stoliku  we  francuskiej  restauracji  na  skraju  parku 

miejskiego. Wiedział, Ŝe juŜ wkrótce będzie po wszystkim i Ŝe kiedy to się skończy, będzie musiał wy-
tłumaczyć Deborah, czemu nie wtajemniczył jej w szczegóły. 

Będzie oczywiście uraŜona i wściekła. Jak najbardziej słusznie. On jednak wolał, Ŝeby była uraŜona 

i wściekła, ale Ŝywa. Świetnie wiedział, jak cięŜkie były dla niej ostatnie dni i noce. Gdyby miał wybór, 
oddałby wszystko, łącznie z sumieniem, byle tylko była szczęśliwa. 

Ale nie miał wyboru. Nie miał go od momentu, gdy ocknął się ze śpiączki. 
Nie  pozostawało  mu  nic  innego,  jak  powiedzieć  i  okazać  jej,  jak  bardzo  ją  kocha.  I  nie  tracić 

nadziei,  Ŝe  jest  moŜliwy  kompromis  pomiędzy  tymi  silnymi,  przeciwstawnymi  mocami,  które  nimi 
kierują. 

Spostrzegł  ją,  jak  wchodziła,  śliczna  w  szafirowym  kostiumie  z  Ŝółto-zieloną  lamówką.  Jaskrawe 

kolory i wygodne buty. Czy  ma pod spodem koronkę, jedwab, czy satynę? Zapragnął porwać ją teraz 
daleko stąd i samemu znaleźć odpowiedź. 

-  Przepraszam za spóźnienie - powiedziała. 
Zanim kelner zdołał ją posadzić, Gage wstał i przyciągnął ją do siebie. Jego pocałunek nie był ani 

dyskretny,  ani  krótki.  Siedzący  w  pobliŜu  goście  restauracji  zaczęli  przyglądać  się  im  z  wyraźną 
zazdrością i zaciekawieniem. 

Wstrzymała bezwiednie oddech. Pociemniało jej w oczach, ciałem wstrząsnął dreszcz. 
-  Stra... strasznie się cieszę, Ŝe się spóźniłam. 
-  Pracowałaś do późna. 
Miała podkrąŜone oczy. Gage nie mógł na to patrzeć, czując, Ŝe to przez niego. 
-    Tak.  -  WciąŜ  zdyszana,  zajęła  miejsce  przy  stoliku.  -  O  piątej  przynieśli  mi  na  biurko  kolejną 

sprawę. 

-  Coś ciekawego?  
Spojrzała mu prosto w oczy. 
-  NoŜownik z East Endu.  
Jego wzrok nie zdradzał emocji. 
-  Rozumiem. 
-  CzyŜby, Gage? Zaczynam w to wątpić. - Wyrwała dłoń z jego uścisku i opuściła ją na kolana. - 

Pomyślałam, Ŝe powinnam się wycofać, ale jaki mogłabym podać powód? 

-  Nie ma Ŝadnego powodu. Ja go złapałem, a teraz ty musisz dopilnować, Ŝeby zapłacił za swoje 

zbrodnie. Jedno nie przeszkadza drugiemu. 

-  Chciałabym mieć tę pewność. - Wzięła serwetkę i zaczęła ją nerwowo miąć w palcach - Z jednej 

strony postrzegam cię jako kogoś, kto łamie prawo, z drugiej - jako bohatera. 

-  A prawda leŜy gdzieś pośrodku. - Sięgnął ponownie po jej dłoń. Kimkolwiek jestem, kocham 

cię, Deborah. 

-  Wiem. - Mocniej ścisnęła jego dłoń - Tak, wiem, ale Gage... 
Przerwała,  gdy  kelner  przyniósł  szampana,  którego  Gage  zamówił,  jeszcze  zanim  przyszła  do 

restauracji. 

background image

 

87 

-  Napój bogów - powiedział kelner z wyraźnym francuskim akcentem. - Świętujemy coś? Piękna 

kobieta, piękne wino. 

Na  twierdzące  skinienie  Gage'a  zamaszyście  odkorkował  butelkę,  z  której  na  chwilę  wyłoniła  się 

kusząco perlista piana. 

-  Monsieur spróbuje? - Nalał szampana do kieliszka Gage'a. 
-  Wyśmienite - mruknął Gage, nie odrywając wzroku od Deborah. 
Kelner obrzucił Deborah spojrzeniem pełnym aprobaty i napełnił najpierw jej kieliszek, a następnie 

Gage'a. 

- Monsieur ma znakomity gust. 
Po odejściu kelnera Deborah zachichotała cicho i stuknęła się kieliszkiem z Gage'em. 
-  Chyba mi nie powiesz, Ŝe to miejsce teŜ do ciebie naleŜy? 
-  Nie. A chciałabyś?  
Ś

miejąc się, pokręciła głową. 

-  Za co pijemy? 
-  Za dzisiejszą noc. I za dzień jutrzejszy. 
Gage wyciągnął z kieszeni aksamitne puzderko i podał je Deborah. A gdy długo patrzyła na nie bez 

słowa, wpadł w panikę. Jego spokojny głos nie zmienił jednak barwy. 

-  Prosiłaś, Ŝebym się z tobą oŜenił, ale ten przywilej naleŜy do mnie. 
Otworzyła  puzderko.  W  blasku  świec  szafir  zalśnił  ciemnym,  głębokim  błękitem.  Otaczały  go 

ś

nieŜnobiałe brylanty. Migotały triumfalnie w oprawie z bladego złota. 

-  Jest przepiękny. 
Gage sam wybrał kamienie. W jej oczach spodziewał się jednak ujrzeć radość, zamiast strachu. Nie 

podejrzewał teŜ, Ŝe i nim zaczną targać obawy. 

-  Wahasz się? 
Spojrzała na niego i pozwoliła przemówić sercu. 
-  Nie mam Ŝadnych wątpliwości co do moich uczuć do ciebie. I nigdy nie będę ich miała. Ja się po 

prostu boję, Gage. Próbowałam udawać, Ŝe tak nie jest, ale boję się. Nie tylko tego, co robisz, ale i tego, 
Ŝ

e to moŜe mi ciebie odebrać. 

Gage nie zamierzał składać obietnic, których nie mógłby dotrzymać. 
-  Wyciągnęli mnie ze śpiączki w pewnym celu. Nie ma tu Ŝadnej logiki ani faktów. Tylko uczucia i 

instynkt. Jeśli przestanę robić to, co jest moim powołaniem, znowu umrę. 

Odruchowy sprzeciw uwiązł jej w gardle. 
-  Wierzysz w to? 
-  Ja to wiem. 
Jak mogła patrzeć na niego i tego nie zauwaŜyć? IleŜ razy patrzyła mu w oczy, widziała... co? Coś 

odmiennego, szczególnego. Wiedziała, Ŝe jest męŜczyzną z krwi i kości, ale i czymś więcej. Tego nie 
dało się zmienić. I po raz pierwszy zdała sobie sprawę, Ŝe juŜ wcale tego nie chce. 

-  Zakochałam się w tobie dwa razy. W obydwu wcieleniach. - Spojrzała na pierścionek, a potem 

wyjęła  go  z  puzderka  -  Do  tamtej  pory  byłam  pewna  wybranej  drogi,  moich  pragnień  i  potrzeb,  i 
konsekwentnie  dąŜyłam  w  tym  kierunku.  Byłam  przekonana,  Ŝe  jeśli  się  zakocham,  to  w  bardzo 
spokojnym, bardzo zwyczajnym męŜczyźnie.  

Podała mu pierścionek. 
-  Myliłam  się.  Ty  nie  wróciłeś  tylko  po  to,  by  walczyć  o  sprawiedliwość.  Wróciłeś  po  mnie.  - 

Uśmiechnęła się, wyciągając rękę. - Dzięki Bogu. 

Gage wsunął jej pierścionek na palec. 
-  Chcę cię zabrać do domu.  
Nie zdąŜył jeszcze podnieść do ust jej dłoni, gdy do stolika podbiegł kelner. 
-  Wiedziałem.  Henri  nigdy  się  nie  myli.  -  Deborah  zaśmiała  się,  a on  zaczął  napełniać  kieliszki  -

Wybraliście  mój  stolik.  Więc  wybraliście  dobrze.  Musicie  mnie  zostawić  menu.  Musicie!  To  będzie 
niezapomniany  wieczór.  A  dla  mnie  przyjemność.  Ach  monsieur,  jest  pan  najszczęśliwszym 
człowiekiem na świecie. - ZłoŜył hałaśliwy pocałunek na dłoni Deborah. 

Ś

miała  się  jeszcze,  gdy  kelner  pobiegł  na  zaplecze,  po  czym  spojrzała  na  Gage'a  i  zauwaŜyła,  Ŝe 

jest skupiony na czym innym. 

-  Co się dzieje? 
-  Fields.  -  Gage  uniósł  kieliszek,  lecz  jego  oczy  śledziły  burmistrza,  który  szedł  przez  salę.  - 

Właśnie  przyszedł  z  Arlem  Stuartem  i  paroma  innymi  szychami  oraz  twoim  kumplem  Bowerem  w 
odwodzie. 

background image

 

88 

Deborah odwróciła głowę. Zmierzali w kierunku stolika na osiem osób. Rozpoznała znaną aktorkę i 

prezesa jednej z firm motoryzacyjnych. 

-  Mocna obsada - zauwaŜyła cicho. 
-  Ma  show-biznes,  przemysł,  finansjerę  i  świat  sztuki  przy  jednym  stoliku.  Zanim  skończy  się 

wieczór, ktoś pojawi się i zrobi parę „przypadkowych” ujęć. 

- To nie będzie miało znaczenia. - PołoŜyła dłonie na dłoniach Gage'a. - JuŜ za tydzień to nie będzie 

miało Ŝadnego znaczenia. 

Nawet prędzej, pomyślał Gage, ale pokiwał głową. 
-  Idzie Stuart. 
-  No proszę! - Stuart klepnął Gage'a w ramię. - Co za miły zbieg okoliczności. A pani jak zwykle 

zachwycająca, panno O'Roarke. 

-  Dziękuję. 
-  Świetna restauracja. Nikt nie przyrządza lepiej ślimaków  - powiedział, uśmiechając się do nich 

obojga. - Nienawidzę, jak się marnują na tych pogadankach biznesowo-politycznych. Ale wy trafiliście 
w dziesiątkę. Szampan, świece. 

Jego bystre spojrzenie padło na pierścionek zdobiący dłoń Deborah. 
-  A cóŜ to za śliczne cacko? CzyŜbyście chcieli coś obwieścić? - Zerknął na Gage'a. 
-  Przyłapałeś nas na gorącym uczynku, Arlo. 
-  Miło to słyszeć. Spędźcie miesiąc miodowy w jednym z moich hoteli. Na koszt firmy. 
WciąŜ  szczerząc  zęby,  skinął  na  burmistrza.  Nie  zaszkodzi  wizerunkowi  Fieldsa,  pomyślał,  jeśli 

jako  pierwszy  złoŜy  gratulacje  czołowemu  biznesmenowi  w  mieście  i  najbardziej  znanej  pani 
prokurator. 

-  Gage, Deborah. - Szerokiemu uśmiechowi Fieldsa przeczyło sztywne skinienie głowy. - Miło was 

widzieć. JeŜeli jeszcze nic nie zamówiliście, zapraszam do naszego stolika. 

-  Nie  dzisiaj  -  odezwał  się  Stuart,  zanim  Gage  zdąŜył  otworzyć  usta.  -  Mamy  przed  sobą  świeŜo 

zaręczoną parę, Tuck. Nie chcą marnować wieczoru na rozmowy o strategii kampanii wyborczej. 

Fields, wciąŜ uśmiechnięty, spojrzał na pierścionek Deborah, ale nie był zadowolony. 
-  Gratuluję. 
-  Cieszy  mnie  myśl,  Ŝe  poznali  się  dzięki  nam.  -  Stuart,  jak  zwykle  wylewny,  objął  ramieniem 

Fieldsa. - PrzecieŜ to stało się w moim hotelu podczas twojego benefisu. 

-  Tworzymy jedną szczęśliwą rodzinę. - Fields spojrzał na Gage'a. Poparcie Guthriego było mu po-

trzebne.  -  śenisz  się  ze  wspaniałą  kobietą,  świetną  prawniczką.  Parę  razy  przyprawiła  mnie  o  ból 
głowy, ale uwielbiam jej zasady. 

Ton Gage'a był chłodny, acz grzeczny. 
-  Ja równieŜ. 
Stuart znów wybuchnął dudniącym śmiechem. 
-  Ja podziwiam w niej coś więcej niŜ tylko zasady. - Mrugnął znacząco do Deborah - Bez obrazy. 

A teraz wracajmy do polityki i zostawmy tych dwoje w spokoju. 

-  Drań! - syknęła Deborah, gdy znaleźli się poza zasięgiem głosu. - Chciał ci się podlizać. 
-  Nie. - Gage stuknął kieliszkiem w jej kieliszek. - Nam obojgu. 
Ponad jej ramieniem zobaczył moment, w którym Jerry Bower usłyszał najświeŜszą wiadomość. AŜ 

podskoczył  i  zaczął  rozglądać  się  dokoła.  Gage  prawie  mógł  usłyszeć,  jak  wzdycha,  spoglądając  na 
plecy Deborah. 

-  Nie mogę się doczekać, kiedy go przyskrzynimy.  
W jej głosie było tyle jadu, Ŝe Gage nakrył dłonią jej rękę i mocno uścisnął. 
-  Spokojnie. To juŜ długo nie potrwa. 
 
Była taka prześliczna. Gage leŜał w łóŜku, wpatrzony w Deborah. Wiedział, Ŝe śpi głębokim snem, 

nasycona miłością i wyczerpana namiętnością. Chciał, by przespała spokojnie aŜ do rana. 

Nie  mógł  znieść  myśli,  Ŝe  były  takie  chwile,  gdy  budziła  się  w  środku  nocy  i  nie  znajdowała  go 

przy sobie. Ale tej nocy poczuł zbliŜające się niebezpieczeństwo i pragnął się upewnić, Ŝe ona śpi. 

Wstał i zaczął się po cichu ubierać. Słyszał jej oddech, powolny i równomierny, i to go uspokoiło. 

W księŜycowej poświacie zobaczył swoje odbicie w lustrze. Nie, nie odbicie, pomyślał. Własny cień. 

Wsunąwszy  dłonie  w  opięte  czarne  rękawiczki,  otworzył  szufladę.  W  środku  leŜał  policyjny 

rewolwer kaliber 38, którego rękojeść znał lepiej niŜ uścisk dłoni przyjaciela. Ale nie uŜył go od tamtej 
pamiętnej nocy w dokach, przed czterema laty. 

Nie było potrzeby. 

background image

 

89 

Tej nocy jednak znów ją poczuł. Nie walcząc juŜ z instynktem, wsunął pistolet do kabury i zapiął ją 

w pasie. 

Otworzył  panel  i  zatrzymał  się.  Chciał jeszcze  raz  popatrzeć  na  śpiącą  Deborah.  Teraz  wyczuwał 

juŜ  niebezpieczeństwo  -  gorzki  smak  w  ustach,  w  gardle.  Jedyną  pociechą  był  fakt,  Ŝe  jej  nic  się  nie 
stanie. A on wróci. Obiecał to przecieŜ sobie i jej. Los nie mógłby zadać takiego zabójczego ciosu dwa 
razy w Ŝyciu. 

Wszedł do tunelu i zniknął w ciemności. 
 
Po niespełna godzinie telefon wyrwał Deborah ze snu. Nieprzywykła do telefonów o tej porze, mru-

cząc coś do Gage'a, namacała słuchawkę, która sturlała się z aparatu. 

-  Halo? 
-  Seniorita! 
Głos Montegi podziałał na nią jak kubeł zimnej wody. 
-  Czego chcesz? 
-  Mamy go. Tak łatwo było zastawić sidła. 
-  Co? 
PrzeraŜona sięgnęła w stronę Gage'a, ale nim jej dłonie natrafiły na pustą pościel, juŜ wiedziała. 
-  O czym ty mówisz? - Głos drŜał jej z trwogi. 
-  On  Ŝyje.  Na  razie  chcemy,  Ŝeby  Ŝył.  Jeśli  ty  teŜ  tego  chcesz,  to  przyjedź  szybko,  sama. 

Wymienimy go za wszystkie twoje papiery, wszystkie akta. Wszystko, co masz. 

Zakryła ręką usta, próbując grać na zwłokę, dopóki będzie w stanie pomyśleć. 
-  Zabijesz nas oboje. 
-  Być  moŜe.  Ale  moŜesz  być  pewna,  Ŝe  go  zabiję,  jeŜeli  ty  nie  przyjdziesz.  Spotkamy  się  w 

magazynie  na  East  River  Drive.  East  River  Drive  trzysta  dwadzieścia  pięć.  Dojazd  zajmie  ci  pół 
godziny. Jak będzie to trwało dłuŜej, obetnę mu prawą dłoń. 

Deborah poczuła gwałtowny skurcz Ŝołądka. 
-  Będę tam. Tylko nie zrób mu nic złego. Chciałabym jeszcze z nim porozmawiać... 
Montega odłoŜył słuchawkę. 
Deborah  wyskoczyła  z  łóŜka.  Narzucając  szlafrok,  pobiegła  do  pokoju  Franka.  Jeden  rzut  oka 

wystarczył jej, by stwierdzić, Ŝe pokój jest pusty. Zbiegła więc na dół, gdzie zastała panią Greenbaum 
w łóŜku, oglądającą stary film, z puszką orzeszków w ręce. 

-  Gdzie jest Frank? 
-  Wyszedł do całodobowej wypoŜyczalni wideo i po pizzę. Postanowiliśmy zrobić sobie festiwal 

braci Marx. Coś się stało? 

Deborah ukryła twarz w dłoniach i zaczęła się kiwać. Musiała coś wymyślić. 
-  Frank wróci za dwadzieścia minut. 
-    To  za  późno.  -  Deborah  opuściła  ręce.  Nie  było  juŜ  ani  chwili  do  stracenia.  -  Powiedz  mu,  Ŝe 

miałam telefon i musiałam jechać. PrzekaŜ mu, Ŝe chodzi o Gage'a. 

-  Widzę, Ŝe masz kłopoty. Mów, o co chodzi. 
-  Nie,  powtórz  mu  to,  proszę.  Jak  tylko  wróci.  Ze  pojechałam  na  East  River  Drive  trzysta 

dwadzieścia pięć. 

-  Nie moŜesz. - Lil zaczęła gramolić się z łóŜka - Nie moŜesz tam jechać sama o tej porze. 
-  Muszę. Powiedz Frankowi, Ŝe musiałam. - Chwyciła Lil za ręce.- To sprawa Ŝycia i śmierci! 
-  Zadzwonimy po policję... 
-    Nie.  Powtórz  tylko  Frankowi  wszystko,  o  czym  ci  mówiłam.  I  powiedz  mu,  o  której  wyszłam. 

Obiecaj mi to. 

-  Oczywiście, ale... Deborah juŜ wybiegła. 
Kilka bezcennych minut zajęło jej ubranie się i spakowanie wydruków do teczki. Gdy dobiegła do 

samochodu,  dłonie  miała  mokre  od  potu.  Pędząc  przez  ulice,  w  myślach  powtarzała  jak  mantrę  imię 
Gage'a. Z gardłem ściśniętym paniką patrzyła, jak zegar na desce rozdzielczej odmierza minuty. 

 
Nemezis,  niczym  duch,  obserwował  wymianę  narkotyków  na  pieniądze.  Tysiące  banknotów  za 

tysiące gramów cierpienia. Nabywca rozciął jedną z torebek na próbę, nabrał odrobinę białego proszku 
i wsypał go do fiolki, by sprawdzić jego czystość. Diler przeliczał banknoty 

Kiedy obaj uznali, Ŝe są zadowoleni, dobito targu. Wymienili niewiele słów. To nie był przyjemny 

interes. 

background image

 

90 

Nemezis  patrzył,  jak  nabywca  zabiera  swój  nędzny  towar  i  odchodzi.  Wiedział,  Ŝe  będzie  mógł 

szybko  i  bez  trudu  odnaleźć  tego  męŜczyznę,  poczuł  jednak  ukłucie  Ŝalu.  Gdyby  nie  to,  Ŝe  tropił 
większą aferę, z największą przyjemnością wrzuciłby obu kontrahentów wraz z ich towarem do rzeki. 

Odgłos  kroków  odbił  się  echem.  W  wysokim  budynku  z  pustaków  była  świetna  akustyka.  RóŜne 

pudła  i  skrzynie  piętrzyły  się  pod  ścianami  oraz  na  długich,  metalowych  półkach.  Narzędzia  i 
półprodukty leŜały stłoczone na stołach warsztatowych. DuŜy wózek widłowy, słuŜący do przewoŜenia 
zmagazynowanych  tam  stosów  drewna,  stał  przy  aluminiowej  bramie  do  garaŜu.  ChociaŜ  wokół 
rozchodził się zapach trocin, potęŜne piły zamarły w grobowym milczeniu. 

Nagłe do pomieszczenia wszedł Montega. 
-  Oto nasze pierwsze trofeum tej nocy. - Podszedł do walizki pełnej gotówki, odpychając obstawę. 

- Przyjdzie ktoś jeszcze bogatszy. 

Zamknął walizkę. 
-  Kiedy się pojawi, wprowadź go tutaj. 
Gdy tak stał, niewidoczny jak powietrze, którym oddychał, dłonie zaciskały mu się w pięści. Teraz. 

To  jest  właśnie  ta  noc,  pomyślał.  Część  jego  istoty,  ta,  która  pragnęła  jedynie  zemsty,  marzyła,  by 
wyciągnąć broń i strzelić. Z zimną krwią. 

Lecz krew miał zbyt gorącą na takie szybkie, anonimowe rozwiązanie. Usta wykrzywił mu ponury 

grymas. Są lepsze sposoby. 

JuŜ miał się odezwać i wtedy usłyszał głosy i stukot butów na betonowej posadzce. 
Zostawił Deborah w łóŜku, śpiącą. 
Na  czoło  wystąpiły  mu  krople  zimnego  potu.  Nadchodziło  niebezpieczeństwo,  które  wcześniej 

wyczuł.  Ale  zagraŜało  nie  jemu.  Dobry  BoŜe,  nie  jemu,  tylko  jej.  Patrzył,  jak  Deborah  wpada  do 
pomieszczenia, w towarzystwie dwóch uzbrojonych goryli. Na moment zawahał się pomiędzy światem 
cieni a jej światem. 

-    Gdzie?!  Gdzie  on  jest?!  -  Stała  naprzeciw  Montegi  jak  tygrysica,  z  głową  wysoko  uniesioną  i 

płonącymi oczami - Zginiesz, jeśli go skrzywdziłeś. Przysięgam. 

Przechylając głowę, Montega klasnął w dłonie. 
-  Niesamowite. Zakochana kobieta. 
Nie było miejsca na strach przed Montegą, kiedy wszystkie jej lęki dotyczyły tylko Gage'a. 
-  Chcę go zobaczyć. 
-  Jesteś w gorącej wodzie kąpana, seniorito. Przyniosłaś to, o co prosiłem? 
Deborah uniosła teczkę. 
-  Zabierz to ze sobą do piekła! 
Montega podał teczkę ochroniarzowi i skinięciem głowy nakazał mu, by zaniósł ją do sąsiedniego 

pomieszczenia. 

-  Cierpliwości - powiedział Montega, unosząc rękę. - MoŜe usiądziesz? 
-  Nie. Dostałeś, czego chciałeś, a teraz daj mi to, po co przyszłam. 
Drzwi otworzyły się ponownie. Deborah otworzyła szeroko oczy. 
-  Jerry? 
Po zaskoczeniu nadeszła pierwsza fala ulgi. To nie Gage, pomyślała. To nie Gage'a złapali. To był 

Jerry. Szybko podeszła do niego, by go chwycić za ręce. 

-  Tak mi przykro. Tak mi przykro, Ŝe to się stało. Nie miałam pojęcia. 
-  Wiem. - Uścisnął jej ręce. - Byłem pewny, Ŝe przyjedziesz. Liczyłem na to. 
-  Mam nadzieję, Ŝe to pomoŜe któremuś z nas. 
-  JuŜ pomogło. - Objął ją, patrząc na Montegę. - Sprawa poszła gładko, jak mi się wydaje. 
-  Zgodnie z oczekiwaniami, panie Bower. 
-  Świetnie. - Jerry przyjacielsko poklepał Deborah po plecach. - Musimy porozmawiać. 
Poczuła, Ŝe cała krew uciekła jej z twarzy. 
-  Ty... ty nie byłeś wcale zakładnikiem, prawda? 
Pozwolił  jej  odsunąć  się,  ale  ruchem  dłoni  zawezwał  z  powrotem  ochroniarzy.  Nie  miała  dokąd 

uciec, a on chciał być wspaniałomyślny. 

-  Nie i, niestety, ty teŜ nim nie jesteś. Przykro mi. 
-  Nie  mogę  w  to  uwierzyć!  -  Wstrząśnięta,  uniosła  dłonie  do  skroni.  -  Wiedziałam,  Ŝe  ślepo 

popierałeś Fieldsa, ale to... Na Boga, Jerry, nie moŜesz być w to zamieszany. Czy ty wiesz, co on robi? 
Narkotyki, morderstwa... To nie jest polityka, to przestępstwo na wielką skalę. 

-  To wszystko polityka. - Uśmiechnął się. - Chyba nie wierzysz, Ŝe ta bezwolna marionetka, jaką 

jest  Fields,  stoi  za  całą  organizacją?  -  Tym  razem  zaśmiał  się  i  kazał  przynieść  krzesło.  -  Ale 

background image

 

91 

uwierzyłaś, bo stworzyłem przyjemną, wyraźną ścieŜynkę z okruszków dla ciebie i wszystkich, którym 
chciało się szukać. - PołoŜył jej dłoń na ramieniu i popchnął ją na krzesło. 

-  Ty? - Spoglądała na niego nieprzytomnym wzrokiem. - Chcesz powiedzieć, Ŝe ty za tym stoisz? 

ś

e Fields... 

-  Jest tylko pionkiem. Przez ponad sześć lat trzymałem się dwa kroki za nim,  załatwiając, co się 

dało  i  naciskając  wszystkie  guziki.  Fields  nie  potrafiłby  zarządzać  sklepem  z  tandetą,  a  co  dopiero 
całym miastem. Albo stanem... - Jerry usiadł. - Jak ja za pięć lat. 

Deborah  nie  bała  się,  Znała  tego  męŜczyznę  od  prawie  dwóch  lat,  uwaŜała  go  za  przyjaciela,  za 

osobę uczciwą, choć trochę słabą. 

-  Jakim sposobem? 
-  Pieniądze,  władza,  umysł  -  wyliczył  na  trzech  palcach  -  Ja  byłem  mózgiem.  Fields  trzymał 

władzę. Uwierz mi, on był bardziej niŜ chętny, by zostawić wszystkie detale, administracyjne i inne, w 
moich rękach. Jest świetnym mówcą, wie, kogo w tyłek kopnąć, a kogo pocałować. Resztę robię ja, i to 
od sześciu lat, odkąd wsadzono mnie do jego biura. 

-  Kto cię tam wsadził? 
-  Bystra jesteś. - Z podziwem pokiwał głową. - Arlo Stuart. To on ma pieniądze. Problem tkwił w 

tym, Ŝe jego interesy - te legalne, z których się musiał rozliczać - przynosiły większe zyski, niŜ sobie 
tego Ŝyczył. Będąc biznesmenem, znał inny sposób na zainwestowanie tej nadwyŜki. 

- Narkotyki. 
- Znowu masz rację. - ZałoŜył nogę na nogę i zerknął obojętnie na zegarek. Nie musiał się spieszyć, 

skoro był to ich ostatni raz.  - Był szefem Wschodniego WybrzeŜa przez ponad dwanaście lat. To coś 
znaczy.  Ja  powoli  piąłem  się  po  szczeblach  organizacji.  Stuart  lubi  inicjatywę.  Ja  miałem  wiedzę  - 
prawo, nauki polityczne - a on miał Fieldsa. 

Pytania.  Musiała  zadawać  mu  pytania  i  pilnować,  by  na  nie  odpowiadał.  Dopóki…  nie  przyjdzie 

Gage? - zastanawiała się. Czy Frankowi udało się z nim skontaktować? 

-  Więc współpracowaliście we trzech? 
-  Fields nie. Nie chciałbym, Ŝebyś go przeceniała, bo za bardzo szanuję twoją opinię. On jest tylko 

wygodną  marionetka  i  nie  ma  pojęcia  o  naszym  przedsięwzięciu.  A  nawet  jeśli  ma,  jest  na  tyle 
rozsądny, by przymknąć na to oko. - Wzruszył ramionami. To zresztą bez znaczenia. - We właściwym 
czasie  ujawnimy  informacje  podatkowe  i  to  wszystko,  co  juŜ  odkryłaś.  Nikt  nie  będzie  bardziej 
zaskoczony od Fieldsa. A skoro to ja będę tym, który sprawiedliwie i z Ŝalem to ujawni, bez problemu 
zajmę jego miejsce. I tak dalej... 

-  To się nie uda. Nie jestem jedyną osobą, która o tym wie. 
-  Guthrie. - Jerry oplótł rękami kolana. - Och, muszę się spotkać z Guthriem. Kazałem Montedze 

zlikwidować go cztery lata temu, ale nie dokończył roboty. 

-  Ty? - wyszeptała. - To ty mu kazałeś? 
-    Arlo  zostawia  tego  typu  szczegóły  mnie.  -  Wychylił  się  do  przodu  tak,  by  tylko  ona  mogła  go 

usłyszeć.- Lubię szczegóły, na przykład takie, co robi twój nowy narzeczony w wolnych chwilach. Tym 
razem to ty mnie do niego doprowadziłaś, Deborah. 

-  Nie wiem, o czym mówisz. 
-  Potrafię  świetnie  oceniać  ludzi.  A  ty  jesteś  osobą  bardzo  przewidywalną.  Ty,  zasadnicza, 

inteligentna  i  lojalna  kobieta  związana  z  dwoma  męŜczyznami?  To  mało  prawdopodobne.  Tej  nocy 
prawdą okazało się to, co podejrzewałem od wielu tygodni. Tylko jeden człowiek potrafiłby rozpoznać 
Montegę, zdobyć twoje serce i mieć dość powodów, by mnie ścigać jak fanatyk. - Poklepał ją po ręce. - 
To nasza mała tajemnica. A ja lubię tajemnice. 

Jerry wstał. 
-  I  chociaŜ  jest  mi  przykro,  naprawdę,  tylko  jedno  z  nas  moŜe  stąd  wyjść  z  tym  sekretem. 

Powiedziałem Montedze, Ŝeby zrobił to szybko. W imię starych dobrych czasów. 

ChociaŜ ciałem jej wstrząsały dreszcze, znalazła w sobie dość siły, by wstać. 
-  Nauczyłam się wierzyć w przeznaczenie. Nie wygrasz. On się o tym dowie. Ty mnie zabijesz, a 

on cię dopadnie. Myślisz, Ŝe go znasz, ale mylisz się. Nigdy go nie dopadniesz. 

-  Jeśli to cię pociesza. - Oddalił się o parę kroków - Nie mamy go... na razie. 
-  Mylisz się! 
Wszystkie  głowy  w  pomieszczeniu  odwróciły  się  na  dźwięk  tego  głosu.  Wokół  nie  było  niczego 

prócz gołych ścian i stosów drewna. Pod Deborah ugięły się kolana. O mały włos, a byłaby osunęła się 
na ziemię. 

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. 

background image

 

92 

Ochroniarz  stojący  przy  ścianie  rzucił  się  do  tyłu,  zaskoczony.  Gdy  jego  ciało  pręŜyło  się  i 

szamotało,  jego  karabin  zaczął  pluć  ogniem.  MęŜczyźni  z  krzykiem  dawali  nurka,  by  się  ukryć. 
Ochroniarz wrzasnął i odskoczył od ściany. Zastrzelili go jego towarzysze. 

Biegnąc za rzędem półek, Deborah gorączkowo szukała jakiejś broni. Chwyciła łom i cofnęła się, 

gotowa do obrony. Ku jej zdumieniu, straŜnikowi o wybałuszonych oczach ktoś nagle wyrwał karabin. 
Oszalały ze strachu, rzucił się z krzykiem do ucieczki. 

-  Nie ruszaj się! - dobiegł ją głos. 
-  Dzięki Bogu. Myślałam, Ŝe... 
-  Po prostu odsuń się. Tobą zajmę się później.  
Stanęła w miejscu, dzierŜąc łom. Nemezis powrócił, pomyślała. Jak zwykle arogancki. Odsunąwszy 

na  bok  pudło,  spojrzała  przez  szparę  na  toczącą  się  walkę.  Zostało  jeszcze  pięciu  męŜczyzn  - 
ochroniarze, Montega i Jerry. Strzelali na oślep, równie przeraŜeni jak zdezorientowani. Kiedy jedna z 
kul wbiła się w ścianę niecałe pół metra od jej głowy, przykucnęła. 

Ktoś wrzasnął. Ten dźwięk sprawił, Ŝe zacisnęła mocno powieki. Czyjaś dłoń chwyciła ją za włosy 

i podniosła do góry. 

- Kim on jest? - syknął jej Jerry do ucha. A choć ręka mu drŜała, nie rozluźnił uścisku. - Kim on 

jest, do cholery? 

-  On jest bohaterem - powiedziała, patrząc wyzywająco w jego oszalałe oczy. - Ty tego nigdy nie 

zrozumiesz. 

-  On  będzie  trupem,  zanim  to  się  skończy.  Pójdziesz  ze  mną.  -  Pchnął  ją  przed  siebie.  -  Jeden 

fałszywy ruch, a strzelę ci w plecy. 

Deborah  wzięła  głęboki  oddech  i  uderzyła  Jerry'ego  łomem  w  brzuch.  Gdy  runął  na  ziemię, 

charcząc, rzuciła się do ucieczki, klucząc pomiędzy stołami roboczymi i regałami. Ale Jerry szybko się 
pozbierał  i  na  poły  biegnąc,  na  poły  pełznąc,  dopadł  ją  i  chwycił  za  kostkę.  Zaklęła  i  kopnęła  go, 
ś

wiadoma, Ŝe w kaŜdej chwili moŜe dostać kulę w plecy. Wspięła się na stertę desek, wierząc, Ŝe jeśli 

uda jej się wdrapać na bezpieczną wysokość, nie będzie mógł uŜyć jej jako tarczy. 

Słyszała, jak gramoli się za nią, zyskując przewagę, w miarę jak odzyskiwał oddech. W desperacji 

wyobraziła sobie, Ŝe jest jaszczurką, zwinną i szybką, trzymającą się drewna. Nie wolno jej spaść. To 
wszystko, co wiedziała. Drzazgi wpijały jej się w palce, ale ona tego nie czuła. 

Z  całych  sił  zamachnęła  się  łomem  na  Jerry'ego,  trafiając  go  w  ramię.  Zaklął  i  zachwiał  się. 

Wiedząc, Ŝe lepiej nie oglądać się za siebie, zacisnęła zęby i przeskoczyła ze sterty na wąską, metalową 
drabinę.  Spocone  dłonie  ześlizgiwały  się,  ale  trzymała  się  mocno  i  zdołała  się  wspiąć  na  wyŜszy 
poziom.  Coraz  bardziej  zdyszana,  popędziła  metalowym  podestem,  na  którym  walały  się  materiały 
budowlane i izolacyjne. 

Dalej nie było juŜ dokąd uciekać. Kiedy dotarła do najdalszego zakątka, zrozumiała, Ŝe znalazła się 

w  pułapce.  Jerry  dotarł  juŜ  prawie  na  szczyt.  Nie  mogła  zejść  niŜej,  nie  miała  teŜ  szansy,  by 
półtorametrowym susem przeskoczyć na podwieszoną metalową półkę z większą liczbą uchwytów. 

Jerry cięŜko oddychał, z ust ciekła mu krew. A w ręku miał pistolet. Deborah zrobiła chwiejny krok 

w  tył  i  spojrzała  w  dół,  gdzie  osiem  metrów  poniŜej  Nemezis  zmagał  się  z  trzema  przeciwnikami. 
Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  moŜe  go  zawołać.  Odwrócenie  jego  uwagi,  choćby  na  sekundę,  mogło 
kosztować go Ŝycie. 

Postanowiła stawić czoło byłemu przyjacielowi. 
-  Nie wykorzystasz mnie, by go złapać.  
Jerry otarł wierzchem dłoni krew i ślinę z ust. 
-  Wóz albo przewóz. 
-  Nie. 
Cofnęła  się  i  uderzyła  w  łańcuch  podnośnika.  Był  gruby  i  cięŜki,  uŜywano  go  do  podnoszenia 

duŜych partii drewna na wyŜszy poziom składowania. 

-  Nie - powtórzyła i z całych sił walnęła go łańcuchem w twarz. 
Usłyszała  chrzęst  łamanych  kości,  potem  krzyk,  jeden  przeraźliwy  krzyk,  zanim  ukryła  twarz  w 

dłoniach. 

Nemezis, który właśnie załatwiał swoje porachunki z Montegą, spostrzegł ją, bladą jak trup, balan-

sującą na krawędzi wąskiej, metalowej półki. Nie spojrzał nawet w kierunku męŜczyzny, który spadał z 
krzykiem  na  betonową  posadzkę.  Biegnąc  w  jej  kierunku,  usłyszał  świst  kuli  przelatującej  obok  jego 
głowy. 

-  Nie! - zawołała w jego stronę, walcząc ze słabością. - On jest za tobą! 
Nagle zobaczyła z ulgą, a Montega patrzy z niedowierzaniem, Ŝe Nemezis skręcił w lewo i zniknął.  

background image

 

93 

OstroŜnie,  pragnąc  odwrócić  uwagę  Montegi  od  Deborah,  Gage  sunął  wzdłuŜ  ściany.  Obrzucał 

Montegę  obelgami,  a  potem  uskakiwał  w  lewo  albo  w  prawo,  zanim  ten  zdąŜył  wycelować  pistolet  i 
wypalić. 

-  Zabiję cię!  -  Trzęsąc  się ze  strachu,  Montega  znów  wystrzelił  i  trafił  w  ścianę -  Widziałem, jak 

krwawisz. Zabiję cię. 

Dopiero gdy Gage się upewnił, Ŝe Deborah zeszła na dół i bezpiecznie skryła się w cieniu, pojawił 

się dwa metry od Montegi. 

-  JuŜ raz mnie zabiłeś. - Gage pewnie wycelował w serce Montegi. Wystarczyło tylko pociągnąć za 

cyngiel i byłoby po wszystkim. Skończyłyby się cztery lata piekła. 

Ale wtedy spostrzegł Deborah - jej bladą twarz, lśniącą od potu. Poluzował palec, spoczywający na 

cynglu. 

-  Przyszedłem  po  ciebie,  Montega.  Będziesz  miał  duŜo  czasu,  by  zastanowić  się  dlaczego.  Rzuć 

broń! 

Oniemiały  Montega  upuścił  pistolet  na  beton.  Deborah,  blada,  lecz  opanowana,  podeszła  i 

podniosła broń. 

-  Kim jesteś? - dopytywał się Montega. - Kim jesteś? 
Powietrze  przeszyły  dwa  strzały.  Nie  zdąŜyły  jeszcze  przebrzmieć,  gdy  Montega  leŜał  bez  oznak 

Ŝ

ycia na ziemi. Gage podszedł do ciała. 

-  Jestem twoim przeznaczeniem - wyszeptał, odwrócił się i wziął Deborah w objęcia. 
-  Powiedzieli, Ŝe cię schwytali. Mieli cię zabić. 
-  Trzeba było mi zaufać. 
Odwrócił ją, by uchronić ją od widoku otaczającej ich śmierci. 
-  Ale ty tu byłeś - powiedziała i nagle zatrzymała się. - Skąd tu się wziąłeś? Skąd wiedziałeś? 
-  System. Usiądź. Cała się trzęsiesz. 
-  Mam przeczucie, Ŝe za chwilę będę trzęsła się ze złości. Wiedziałeś, Ŝe oni tu będą? 
-  Tak, wiedziałem. Siadaj. Przyniosę ci wody. 
-  Przestań,  przestań!  -  Obiema  rękami  chwyciła  go  za  koszulę.  -  Wiedziałeś  i  nic  mi  nie 

powiedziałeś. Wiedziałeś o Stuarcie, o Jerrym. 

-  O Jerrym nie wiedziałem. - I zawsze będzie tego Ŝałował. - Dopóki nie wszedł tutaj dzisiaj i nie 

opowiedział ci wszystkiego, byłem skupiony na Fieldsie. 

-  Więc skąd tu się wziąłeś? 
-  Rozszyfrowałem system parę dni temu. KaŜda transakcja miała miejsce w budynku naleŜącym do 

Stuarta. Między kolejnymi były co najmniej dwa tygodnie przerwy i odbywały się one w innej części 
miasta. Spędziłem parę nocy, obserwując inne miejsca, ale wylądowałem tutaj. A nie powiedziałem ci, 
bo  chciałem  uniknąć  tego,  co  się  stało  tej  nocy.  Cholera,  kiedy  martwię  się  o  ciebie,  nie  mogę  się 
skoncentrować. Nie mogę wykonywać swojej roboty. 

Deborah wyciągnęła rękę. 
-  Widzisz  ten  pierścionek?  Podarowałeś  mi  go  zaledwie  parę  godzin  temu.  Noszę  go,  bo  cię 

kocham  i  uczę  się  akceptować  ciebie,  twoje  uczucia,  twoje  potrzeby.  JeŜeli  nie  moŜesz  zrobić  tego 
samego dla mnie, to weź go sobie z powrotem. 

Skryte za maską oczy były ciemne i nieruchome. 
-  Nie chodzi o to, by robić to samo... 
-  Ale tak właśnie było. Zabiłam dziś człowieka. - Głos jej drŜał, ale odepchnęła go, gdy chciał ją 

znowu  objąć.  -  Zabiłam  człowieka,  którego  znałam.  Przybyłam  tu  gotowa  wymienić  nie  tylko  moją 
etykę, ale własne Ŝycie za twoje. Nie waŜ się juŜ nigdy więcej mnie chronić i rozpieszczać albo myśleć 
za mnie. 

-  Skończyłaś? 
-  Nie. - Oparła się o krzesło - Wiem, Ŝe nie przestaniesz robić tego, co robisz. Martwię się o ciebie, 

ale nie będę stać ci na drodze, a ty nie będziesz mi przeszkadzał. 

Pokiwał głową. 
-  Czy to juŜ wszystko? 
-  Na razie. 
-  Masz rację. 
Deborah otworzyła usta, zamknęła je, po czym głęboko odetchnęła. 
-  MoŜesz to powtórzyć? 
-  Masz rację. Trzymałem cię z dala od tych spraw, ale zamiast cię chronić, naraziłem cię na jeszcze 

gorsze  niebezpieczeństwo. Za  to  przepraszam.  Poza  tym  wyznaniem  muszę  ci  jeszcze  powiedzieć,  Ŝe 

background image

 

94 

nie zamierzałem go zabić. - Spojrzał na leŜącego Montegę, po czym przytrzymał Deborah za podbró-
dek, by nie mogła popatrzeć w tę stronę. - Chciałem, to prawda. Przez chwilę czułem smak zemsty. Ale 
gdyby się poddał, oddałbym go w ręce policji. 

Po jego oczach poznała, Ŝe mówił prawdę. 
-  Dlaczego? 
-  Bo spojrzałem na ciebie i poczułem, Ŝe mogę ci zaufać. śe istnieje sprawiedliwość. - Wyciągnął 

rękę. - Deborah, potrzebuję partnera. 

Uśmiechnęła się przez łzy. 
-  Ja teŜ - powiedziała i zamiast uścisnąć mu rękę, padła mu w ramiona. 
-  Nic  nas  nie  powstrzyma  -  wyszeptała,  gdy  w  oddali  zabrzmiał  dźwięk  pierwszych  syren.  -  To 

pewnie Frank ściągnął kawalerię. - Pocałowała go. - Wytłumaczę ci później. W domu. A teraz lepiej juŜ 
idź. - Cofnęła się z westchnieniem. - Trzeba będzie dobrego prawnika, Ŝeby to wszystko wyjaśnić. 

Na odgłos zbliŜających się kroków Gage cofnął się i wtopił się w ścianę za Deborah. 
-  Będę przy tobie.  
Uśmiechnęła się, kładąc na ścianie rozpostartą dłoń, pewna, Ŝe on zrobił to samo po drugiej stronie. 
-  Liczę na to.