background image

NORA ROBERTS 

OL NIENIE 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Nieznajoma zdecydowanie zasługiwała na to,  eby przyjrze  si  jej dokładniej. 
I to nie tylko dlatego,  e była jedn  z nielicznych kobiet na placu budowy. M skie oko 

z reguły ch tnie pod a za kobiec  sylwetk  - tym ch tniej, je li pojawia si  ona w miejscu 
uchodz cym za domen  czysto m sk . Cody spotykał w pracy kobiety, ale dla niego liczyło 
si  tylko to, czy potrafiły wbi  gwó d  i układa  cegły. Ich wygl d i strój były bez znaczenia. 
Jednak ta kobieta miała w sobie co , co przykuło jego uwag . 

Styl!  Miała  niezaprzeczalny  styl,  mimo  i   była  w  stroju  roboczym  i  stała  na  kupie 

gruzu. Zdecydowany styl, znamionuj cy pewno  siebie, która sama w sobie stanowiła pewn  
klas  i działała na Cody'ego równie silnie - albo niemal tak silnie - jak biały jedwab i czarne 
koronki. 

Cody  nie  miał  jednak  czasu,  eby  si   nad  tym  dłu ej  zastanawia .  Przyjechał  z 

Florydy  do  Arizony,  eby  przej   nadzór  nad  realizacj   powa nego  projektu.  Zaj ło  mu  to 
kilka dni i miał teraz mas  zaległo ci do nadrobienia. Od rana zwijał si  jak w ukropie, a na 
domiar  wszystkiego  dziesi tki  szczegółów  rozpraszały  jego  uwag :  krzyki  robotników  i 
odgłosy maszyn; wydawane i wypełniane polecenia; d wigi podnosz ce ci kie stalowe belki, 
z których formowano szkielet budynku w miejscu, gdzie dot d były tylko skały;  ywe kolory 
tych skał w pal cych promieniach sło ca, a wreszcie coraz silniej doskwieraj ce pragnienie. 

Cody  sp dził  ju   tyle  czasu  na  najrozmaitszych  budowach,  e  potrafił  wybiega   w 

przyszło .  Nie  dostrzegał  potu  ani  wysiłku,  ani  tego,  co  laikowi  mogło  wydawa   si  
chaosem; widział za to ogóln  koncepcj  i dalekosi ne mo liwo ci. 

Teraz przyłapał si  na tym,  e przygl da si  nieznajomej. Jej obecno  tak e stanowiła 

zapowied  pewnych mo liwo ci. 

Kobieta była wysoka - musiała mie  ponad metr siedemdziesi t w roboczym obuwiu - 

była tak e szczupła, cho  bynajmniej nie wiotka. Pod jaskrawo ółt , mokr  od potu koszulk , 
rysowały si  silne, proste ramiona. Cody jako architekt cenił ekonomiczne, proste Unie. Jako 
m czyzna za  z uznaniem patrzył na kształtne biodra nieznajomej opi te obcisłymi spranymi 
d insami.  Spod  ółtego  jak  koszulka  kasku  wysuwał  si   krótki,  gruby  warkocz  w  kolorze 
mahoniu - drewna, które upodobał sobie dla jego wyj tkowego pi kna. 

Podsun ł wy ej słoneczne okulary, a ukryte za nimi oczy zlustrowany nieznajom  od 

ci kich buciorów po  ółty kask. Tak, ta kobieta zdecydowanie warta jest tego,  eby jej si  
przyjrze  bli ej, pomy lał pełen podziwu dla jej zwinnych, a zarazem oszcz dnych ruchów, 

background image

kiedy  si   nachyliła,  eby  zajrze   do  wykopu.  Na  wierzchu  tylnej  kieszeni  spodni  dostrzegł 
wytarty  biały  kontur  -  pewnie  zwykła  chowa   tam  portfel.  Praktyczna  osóbka,  pomy lał. 
Torebka tylko by jej zawadzała na budowie. 

Nieznajoma nie miała delikatnej, bladej cery, wła ciwej osobom o rudych włosach. Jej 

skóra  miała  zdrowy,  ciemnozłoty  odcie   -  prawdopodobnie  na  skutek  przebywania  pod 
pal cym sło cem Arizony. A zreszt , bez wzgl du na to, sk d si  to wszystko brało, Cody z 
przyjemno ci  patrzył na jej twarz o zdecydowanych rysach. Podobał mu si  jej wyzywaj cy 
podbródek, lekko wystaj ce ko ci policzkowe i nie umalowane, wygi te w podkówk  usta. 

Nie udało mu si  zobaczy  jej oczu z powodu odległo ci oraz cienia, jaki kask rzucał 

na jej twarz. Za to głos, którym wydała polecenie, brzmiał wystarczaj co d wi cznie,  eby 
mógł by  słyszany daleko. Jego tembr znacznie lepiej pasował do mglistych, spokojnych nocy 
ni  do znojnych, upalnych popołudni. 

Cody  zatkn ł  z  u miechem  kciuki  za  pasek  i  zakołysał  si   na  obcasach.  O  tak, 

pomy lał, mo liwo ci s  naprawd  nieograniczone. 

Kompletnie  nie wiadoma  tego,  e  stanowi  obiekt  tak  wnikliwej  obserwacji,  Abra 

otarła  spocone  czoło.  Tego  dnia  sło ce  paliło  wr cz  niemiłosiernie.  Pot  spływał  jej  po 
plecach, parował i znów spływał pod koszulk , w rytmicznym cyklu, z którym nauczyła si  
ju   y . 

W tym upale człowiek musi si  uwija  jak w ukropie, mimo temperatury dochodz cej 

do trzydziestu stopni. Ka dy dzie  jest walk  z czasem. Jak na razie wygrywali t  walk , ale... 

Nie,  nie  ma  tu  miejsca  na  adne  ale,  pomy lała.  Obecna  budowa  była  najwi kszym 

przedsi wzi ciem, w jakim dot d brała udział, i nie zamierzała niczego popsu . Miał to by  
jej punkt odbicia do dalszej kariery. 

Mimo to, w gł bi duszy miała ochot  udusi  Tima Thornwaya za to,  e zgodził si , by 

jego firma budowlana, w której Abra pracowała, podj ła si  realizacji projektu o tak napi tym 
terminarzu robót. Kary  umowne były niebotyczne, a znaj c Tima, wiedziała,  e skoro j  tu 
oddelegował, przerzucił tym samym cał  odpowiedzialno  na jej barki. 

Wyprostowała plecy, jakby ju  czuła na nich jej przytłaczaj cy ci ar. Je eli uda si  

dotrzyma   terminów,  nie  przekraczaj c  przy  tym  kosztorysu,  to  b dzie  cud.  A  poniewa  
nigdy  nie  wierzyła  w  cuda,  musiała  si   pogodzi   z  tym,  e  ma  przed  sob   trudne  dni. 
Kompleks  wypoczynkowy  zostanie  wybudowany,  i  to  na  czas,  nawet  gdyby  sama  miała 
chwyci   za  młotek  i  kielni .  Po  raz  ostatni  dała  si   zap dzi   w  kozi  róg,  przysi gła  sobie, 
patrz c, jak stalowy d wigar majestatycznie l duje na swoim miejscu. Potem rozstanie si  z 
firm  Thornwaya i zacznie prac  na własny rachunek. 

background image

Była  im  oczywi cie  wdzi czna  za  to,  e  umo liwili  jej  start,  e  pod  ich  okiem 

awansowała  z  asystentki  na  in yniera  konstruktora.  Nigdy  im  tego  nie  zapomni.  Jednak 
lojalno   obowi zywała  j   wył cznie  wobec  Thomasa  Thornwaya.  Po  jego  mierci 
postanowiła  jeszcze  tylko  doprowadzi   t   budow   do  ko ca  i  dopilnowa ,  eby  Tim 
Thornway nie zrujnował firmy. Jednak nie b dzie go przecie  prowadzi  za r czk  do ko ca 

ycia! 

Przystan ła,  eby  wzi   zimny  napój  z  lodówki,  a  potem  kontynuowała  obchód, 

kontroluj c układanie stalowych d wigarów. 

Charlie Gray, przydzielony Cody'emu nadgorliwy asystent, poci gn ł go za r kaw. 
- Mam powiedzie  pannie Wilson,  e pan tu jest? 
Cody  przypomniał  sobie,  e  sam  kiedy   miał  dwadzie cia  dwa  lata  i  bywał  bardzo 

irytuj cy. 

-  Chyba  widzisz,  e  ma  r ce  pełne  roboty  -  powiedział.  Wyj ł  papierosa,  a  potem 

przeszukał wszystkie kieszenie, zanim udało mu si  znale  zapałki. Miały etykietk  jakiej  
knajpki z Natchez i były mokre od jego potu. 

- Pan Thornway chciał,  eby cie si  poznali. 
Usta Cody'ego drgn ły w u miechu. Wła nie my lał o tym,  e chyba niezbyt trudno 

b dzie zawrze  znajomo  z Abr  Wilson. 

-  Wszystko  w  swoim  czasie.  -  Zapalił  zapałk ,  machinalnie  osłaniaj c  j   dłoni , 

chocia  powietrze było nieruchome i ci kie. 

- Nie było pana na wczorajszym zebraniu, wi c... 
- Tak. - No i co z tego,  e go nie było? Wprawdzie o rodek budowano według jego 

projektu,  ale  wi kszo   prac  przygotowawczych  nadzorował  jego  partner.  Patrz c  na  Abr , 
Cody zacz ł  ałowa ,  e si  tu wcze niej nie zjawił. 

Nieopodal  stała  du a  kempingowa  przyczepa.  Cody  ruszył  w  jej  stron ,  a  Charlie 

deptał mu po pi tach. Po wej ciu do  rodka Cody wyj ł z lodówki piwo, otworzył puszk  i 
usiadł obok przeno nego wentylatorka, gdzie, miał nadziej , temperatura była o kilka stopni 
ni sza. 

- Chciałbym jeszcze raz rzuci  okiem na plany głównego budynku. 
- Prosz , mam je tutaj. - Charlie, jak posłuszny  ołnierz, podał mu tub  z rysunkami, 

po czym cofn ł si  i stan ł w pozycji na baczno . - Na zebraniu... - urwał i gło no chrz kn ł 
- panna Wilson powiedziała,  e jako in ynier konstruktor chciałaby wprowadzi  kilka zmian. 

-  Naprawd ?  -  Cody  rozsiadł  si   wygodniej  na  w skiej  wersalce.  Sło ce  lito ciwie 

wypaliło  pomara czowo  -  zielon   tapicerk ,  która  przybrała  nieokre lony,  za  to  znacznie 

background image

mniej agresywny kolor. Rozejrzał si  za popielniczk , a nie znajduj c jej, si gn ł po pusty ku-
bek, po czym rozwin ł arkusz. 

Z przyjemno ci  popatrzył na swój projekt. Budynek miał kształt kopuły, zwie czonej 

latarni  z witra owego szkła. Umieszczone centralnie atrium otoczono pi trami biur, przez co 
budowla zyska na przestrzeni. W atrium mo na b dzie odetchn . Jaki sens ma przyjazd na 
zachód, je eli człowiek nie poczuje tu szerszego oddechu? Ka de biuro b dzie miało okna z 
grubego,  przyciemnianego  szkła,  zatrzymuj cego  słoneczne  promienie,  a  jednocze nie 
umo liwiaj cego podziwianie panoramy gór i całego o rodka. 

Zaokr glony hol na parterze umo liwiał łatwy dost p do dwupoziomowego baru oraz 

do oddzielonej szklan   cian  kawiarni. 

Go cie  b d   mogli  wjecha   szklanymi  windami  albo  wej   kr conym  schodami  na 

pi tro, do jednej z trzech restauracji, lub uda  si  jeszcze wy ej, do której  z sal klubowych. 

Cody  poci gn ł  łyk  piwa.  Projekt,  jego  zdaniem,  ł czył  w  sobie  humor  i  fantazj ; 

stanowił  udane  zgranie  nowoczesno ci  z  tradycj .  Nie  widział  w  nim  nic,  co  wymagałoby 
jakichkolwiek zmian. I nie zamierzał si  zgadza  na  adne zmiany. 

Abra  Wilson  b dzie  si   musiała  z  tym  pogodzi .  Bez  wzgl du  na  to,  czyjej  si   to 

spodoba, czy nie. 

Usłyszał odgłos otwieranych drzwi i podniósł głow . Na widok wchodz cej kobiety 

pomy lał,  e z bliska prezentuje si  jeszcze lepiej. Była troch  spocona, odrobin  zgrzana i 
chyba bardzo zła. 

Nie mylił si . Abra była rzeczywi cie w ciekła. Miała pełne r ce roboty, a przyszło jej 

jeszcze  ugania   si   za  niesubordynowanymi  pracownikami,  którzy  robili  sobie  nielegalne 
przerwy w pracy. 

- Co ty tu robisz, do cholery?! - zaatakowała Cody'ego, który wła nie podnosił piwo 

do ust. - Ka da para r k jest mi teraz potrzebna na budowie! - Wyrwała mu puszk , zanim 
zd ył przełkn . - Thornway nie płaci wam za siedzenie na tyłku. Poza tym tu si  nie pije w 
godzinach  pracy.  -  Odstawiła  puszk   na  stolik,  walcz c  z  przemo on   ch ci ,  by  ul y  
wyschni temu gardłu. 

- Prosz  pani... - próbował bardzo nie miało wtr ci  Charlie. 
- O co chodzi? - ofukn ła go niecierpliwie. - Pan Gray, tak? Chwileczk . - Wszystko 

po  kolei,  pomy lała,  ocieraj c  wilgotnym  r kawem  spocony  policzek.  -  Posłuchaj,  kole   - 
zwróciła si  do Cody'ego - je eli nie chcesz w tej chwili wylecie , podnie  tyłek i zgło  si  do 
brygadzisty. 

background image

Cody słuchał jej z wyzywaj cym u miechem. Rozstrojona, resztk  sił powstrzymała 

wybuch w ciekło ci. Podobnie jak ch ,  eby wyr n  go pi ci  w t  jego bezczeln  g b . 

Kawał przystojnego drania, pomy lała z niech ci . Takim facetom zawsze si  wydaje, 

e jednym u miechem potrafi  za egna  kłopoty. Zreszt , zazwyczaj maj  racj , ale z ni  taki 

numer  nie  przejdzie.  Chocia   lepiej  mu  nie  grozi .  Nie  chce  przecie   mie   pó niej  do 
czynienia ze zwi zkami zawodowymi. 

-  Tu  nie  wolno  nikomu  wchodzi   -  sykn ła  ze  zło ci ,  zwijaj c  rozło one  kalki.  - 

Mo e gdyby ranek przebiegał bardziej gładko, nie byłaby taka  dna krwi. Rzecz w tym,  e 
ten  człowiek  znalazł  si   w  niewła ciwym  miejscu  i  o  niewła ciwym  czasie.  -  Nie  wolno 
grzeba   w  planach.  -  Ciekawe,  pomy lała,  jaki  kolor  maj   jego  oczy  ukryte  za  ciemnymi 
szkłami? Je eli ten facet nie przestanie si  tak bezczelnie u miecha , chyba mu przyło y. 

- Prosz  pani... - powtórzył z rozpacz  Charlie. 
-  Czego  chcesz,  człowieku?  -  Brutalnie  odepchn ła  jego  r k .  Do  diabła  z 

uprzejmo ci !  W ciekła  i  zgrzana,  z  impetem  zaatakowała  wymarzony  cel,  na  którym 
wreszcie mogła si  wyładowa . 

-  Gray,  czy  udało  ci  si   wreszcie  wyci gn   tego  genialnego  architekta  z  wanny? 

Thornway chciałby si  dowiedzie , czy prace post puj  zgodnie z harmonogramem. 

- No wi c... 
- Chwileczk  - przerwała mu ponownie i zwróciła si  do Cody'  ego. -  Zdaje si ,  e 

miało ju  ci  tu nie by . Chyba rozumiesz po angielsku? 

- Tak, prosz  pani. 
- No to zje d aj! 
M czyzna ruszył si  z miejsca, cho  wcale nie tak szybko, jak by sobie tego  yczyła. 

Przeci gn ł  si   leniwie  jak  kot,  który  chce  zeskoczy   z  parapetu,  po  czym  wstał.  Kiedy 
przeciskał  si   mi dzy  stołem  a  wersalk ,  nie  przypominał  wcale  człowieka,  któremu  grozi 
utrata pracy. Si gn ł po puszk  z piwem, poci gn ł długi łyk, oparł si  swobodnie o drzwi 
lodówki i posłał Abrze rozbrajaj cy u miech. 

- No, no, Ruda! Ale z ciebie fest kobita! 
Abr   zamurowało.  Mo e  i  budownictwo  to  domena  głównie  m ska,  ale  aden  z 

m czyzn,  z  którymi  dot d  pracowała,  nie  odwa ył  si   traktowa   jej  protekcjonalnie  i  bez 
szacunku.  On  ju   tu  nie  pracuje,  pomy lała.  Nie  ogl daj c  si   na  napi ty  harmonogram  i 
zwi zki zawodowe, osobi cie wr czy mu wymówienie. 

background image

-  Znajd   swoj   niadaniówk   i  zje d aj,  ale  ju !  -  Wyszarpn ła  mu  z  r ki  puszk   i 

wylała na głow  jej zawarto . Na szcz cie dla Cody'ego, został w niej ju  tylko ostatni łyk. 
- I zgło  to przedstawicielowi swojego zwi zku. 

- Prosz  pani... - Charlie był blady jak  ciana, głos mu dr ał. - Nic pani nie rozumie. 
- Id  si  troch  przej , Charlie - odezwał si  grzecznie Cody, przeczesuj c wilgotne 

włosy. 

- Ale... ale... 
- No ju ! 
- Tak jest, prosz  pana. - Charlie z rado ci  opu cił ton cy okr t. Widz c to, a tak e 

słysz c,  e  nazwał  tego  przystojniaka  „panem”,  Abra  nabrała  podejrze ,  e  popełniła 
katastrofalny bł d. Bezwiednie zmru yła oczy i napi ła mi nie. 

- O ile si  nie myl , nie zostali my jeszcze sobie przedstawieni. - Cody zdj ł wreszcie 

okulary.  Oczy  miał  pi kne,  w  odcieniu  starego  złota.  Nie  dostrzegła  w  nich  cienia 
za enowania czy gniewu. Spogl dały na ni  z uprzejm  oboj tno ci . - Jestem Cody Johnson. 
Architekt. 

Mogła  powiedzie   byle  co,  wymy li   jakie   przeprosiny  albo  mia   si     tego 

nieporozumienia i zaproponowa  mu piwo. Wszystkie trzy wyj cia przyszły jej do głowy, ale 
chłodny wzrok Cody'ego sprawił,  e je odrzuciła. 

- To miło,  e pan do mnie wst pił - powiedziała. Twarda sztuka, pomy lał. Nie zwiod  

go  jej  pi kne  oczy  i  zmysłowe  usta.  To  nic,  dawał  sobie  rad   z  bardziej  wojowniczymi 
egzemplarzami. 

- Gdybym mógł przewidzie ,  e zostan  tak gor co powitany, zjawiłbym si  znacznie 

wcze niej. 

-  Przykro  mi,  ale  musiałam  ju   zwolni   orkiestr   d t .  -  Chciała  wyj ,  eby  ocali  

nadwer on  dum , ale szybko si  przekonała,  e aby dotrze  do drzwi, musi przecisn  si  
obok niego. Ta perspektywa nawet jej si  spodobała. Był przeszkod , a przeszkody s  po to, 

eby  je  pokonywa .  Zadarła  lekko  głow ,  tak  by  ich  oczy  znalazły  si   na  tym  samym 

poziomie. 

- S  jakie  pytania? 
- O tak, kilka. - Na przykład jak mam ci  zdoby ? Czy cz sto robisz tak  wyzywaj c  

min ?  Odk d  to  kask  mo e  by   takim  seksownym  nakryciem  głowy?  -  Tak  pomy lał,  a 
gło no spytał: - Czy masz zwyczaj oblewa  piwem swoich ludzi? 

- To zale y od ludzi. - Zrobiła krok w stron  drzwi i znów utkn ła mi dzy Codym a 

lodówk .  Musiałby  si   odwróci ,  eby  j   przepu ci .  Odczekał  chwil ,  patrz c  jej  w  oczy. 

background image

Nie dostrzegł w nich l ku czy skr powania, tylko w ciekło , która go rozbawiła. U miechn ł 
si . 

- Ciasno tu... panno Wilson. 
Mogła sobie by  in ynierem, specjalist  o sporym do wiadczeniu, nie przestała jednak 

by  kobiet  i czuła teraz nacisk jego ciała - twardych bioder i muskularnych ud. Jednak błysk 
rozbawienia w jego oczach skutecznie stłumił wszelkie dalsze doznania. 

- To twoje prawdziwe z by? - zapytała ze spokojem. 
- Kiedy ostatnio sprawdzałem, tak. 
- No to si  odsu , je eli ci na nich zale y. 
Miał wielk  ochot  pocałowa  j  za odwag , a tak e po to,  eby pozna  smak jej ust. 

Jednak cho  z natury impulsywny, wiedział, kiedy trzeba zmieni  taktyk  i przestawi  si  na 
długofalowy plan. 

- Tak jest, prosz  pani. 
Cofn ł si , a ona przecisn ła si  obok niego. Wolałaby wyj  na dwór, jednak miała tu 

jeszcze co  do załatwienia. Przysiadła na brzegu wersalki i rozwin ła kalk . 

- Zakładam,  e Gray poinformował pana o szczegółach zebrania, na którym pana nie 

było. 

- Owszem. - Cody w lizgn ł si  za stół i usiadł. Przyczepa była rzeczywi cie bardzo 

ciasna. Po raz drugi ich uda otarły si  o siebie. - Podobno domaga si  pani jakich  zmian. 

Nie  powinna  si   broni .  To  tylko  osłabi  jej  pozycj .  Jednak  nie  mogła  si  

powstrzyma . 

- Miałam problemy z tym projektem od samego pocz tku, panie Johnson, i nie robiłam 

z tego tajemnicy. 

- Wiem. Przegl dałem korespondencj . - Wyci gni cie nóg w tak ciasnej przestrzeni 

wymagało wr cz akrobatycznej zr czno ci, a jednak mu si  to udało. - Chciała pani projektu 
typowego dla architektury pustynnej. 

Zmru yła oczy, ale Cody zd ył ju  dostrzec ich błysk. 
- Nie przypominam sobie,  eby padło słowo „typowy”, s  jednak konkretne powody, 

eby zastosowa  taki a nie inny styl architektoniczny na tych wła nie terenach. 

- S  te  konkretne powody,  eby spróbowa  czego  nowego. Nie uwa a pani? - rzucił 

jakby od niechcenia, zapalaj c papierosa. - Spółka „Barrow&Barrow” zamierza stworzy  tu 
luksusowy  o rodek  wypoczynkowy  -  ci gn ł,  zanim  zd yła  cokolwiek  powiedzie .  -  Cał-
kowicie  samowystarczalny  i  na  tyle  ekskluzywny,  eby  mo na  było  wyci gn   grube 
pieni dze z zamo nej klienteli. Chc ,  eby wygl dał zupełnie inaczej ni  wszystkie o rodki 

background image

rozrzucone wokół Phoenix i  eby panowała w nim zupełnie inna atmosfera. A ja im to gwa-
rantuj . 

- Jednak pewne modyfikacje... 
- Nie ma mowy o  adnych modyfikacjach, panno Wilson! 
Zacisn ła  usta.  Co  za  nad ty  bufon!  Zreszt   jak  wszyscy  architekci.  W  dodatku 

cholernie irytuj cy. I ten szyderczy sposób, w jaki wymawiał słowo „panno”... 

- Tak si  niestety zło yło - zacz ła z wymuszonym spokojem -  e b dziemy zmuszeni 

pracowa  razem na tej budowie. 

- Co za okrutne zrz dzenie losu - mrukn ł Cody. Pu ciła t  uwag  mimo uszu. 
- B d  szczera, panie Johnson. Z konstrukcyjnego punktu widzenia pa ski projekt jest 

mocno podejrzany. 

Cody  wydmuchał  powoli  dym  z  papierosa.  W  oczach  pani  in ynier  dostrzegł  złote 

błyski.  Jakby  nie  mogły  si   zdecydowa ,  czy  chc   by   zielone,  czy  szare.  Typowe  oczy 
marzycielki. U miechn ł si . 

- To ju  pani problem. Je eli nie czuje si  pani na siłach, Thornway mo e zatrudni  

kogo  innego. 

Abra zacisn ła pi ci. Miała ochot  wepchn  mu plany do gardła,  eby si  udławił. 

Niestety, był  zwi zana umow . 

- Jestem wystarczaj co dobra, panie Johnson. 
- No to nie powinno by   adnych problemów. - Cody zało ył nog  na nog  i popatrzył 

na rozgniewan  kobiet . Z zewn trz dobiegał jednostajny hałas,  wiadcz cy o tym,  e budowa 
jest w toku. Był to odgłos optymistyczny i bardzo produktywny. Przypominał Cody'emu,  e 
jest czas na prac  i czas na przyjemno ci. 

- Mo e by mnie pani zapoznała z post pem robót? Nie nale ało to do jej obowi zków. 

O  mały  włos  byłaby  mu  to  wykrzyczała  w  twarz.  Była  jednak  zwi zana  kontraktem,  który 
pozostawiał bardzo w ski margines dla jakichkolwiek bł dów. Spłaci dług wobec Thornwaya, 
nawet  je li  b dzie  musiała  post powa   z  tym  zarozumiałym  architektem  ze  Wschodniego 
Wybrze a w białych r kawiczkach. 

- Jak pan ju  pewnie zd ył zauwa y , zako czono w terminie roboty detonacyjne. Na 

szcz cie  udało  nam  si   ograniczy   je  do  minimum,  nie  naruszaj c  przy  tym  integralno ci 
krajobrazu. 

- Taka była koncepcja. 

background image

-  Ach  tak?  -  Spojrzała  na  plany,  a  potem  znów  na  Cody'ego.  -  W  ka dym  razie, 

szkielet  głównego  budynku  powinien  by   gotowy  pod  koniec  tygodnia.  O  ile  nie  b dzie 

adnych zmian... 

- Nie b dzie. 
-  O  ile  nie  b dzie  adnych  zmian  -  powtórzyła  przez  zaci ni te  z by  -  pierwsze 

terminy  przewidziane  w  umowie  zostan   dotrzymane.  Prace  nad  poszczególnymi  domkami 
nie rozpoczn  si , póki nie zatkniemy wiechy na głównym budynku i nad centrum medycz-
nym.  Pole  golfowe  i  korty  tenisowe  to  ju   nie  moja  działka.  O  tym  b dzie  pan  musiał 
porozmawia  z Kendallem. To samo dotyczy architektury krajobrazu. 

- Dobrze. Czy kafelki do foyer zostały ju  zamówione? 
-  Jestem  in ynierem,  a  nie  zaopatrzeniowcem.  Tymi  sprawami  zajmuje  si   Marie 

Lopez. 

- B d  o tym pami tał. Mam jeszcze jedno pytanie. 
Zamiast skin  zach caj co głow , wstała i otworzyła lodówk . Półki uginały si  od 

kartonów z wod  sodow  i sokami oraz butelek ze zwykł  wod .  Zawahała si , a w ko cu 
zdecydowała  si   na  wod .  Przecie   chciało  jej  si   pi .  Ruch,  jaki  wykonała,  nie  miał  nic 
wspólnego z ch ci  powi kszenia dystansu mi dzy ni  a tym antypatycznym typem. To był 
tylko dodatkowy plus. Otworzyła butelk  i nie proponuj c mu niczego, sama zacz ła pi . 

- Słucham. 
- Czy to dlatego,  e jestem m czyzn ?  e jestem architektem? A mo e dlatego,  e 

przyjechałem ze Wschodniego Wybrze a? 

Abra  poci gn ła  długi  łyk.  Jeden  dzie   w  pełnym  sło cu  wystarczył,  eby  jej 

uzmysłowi , ile szcz cia kryje si  w butelce najzwyklejszej wody. 

- Prosz  mówi  ja niej. 
-  Czy  to  dlatego,  e  jestem  m czyzn ,  architektem,  czy  dlatego,  e  pochodz   ze 

Wschodniego Wybrze a ma pani ochot  naplu  mi w twarz? 

Pytanie  samo  w  sobie  nie  powinno  było  jej  zirytowa .  Rzecz  w  tym,  e  zadał  je  z 

u miechem,  za  który  w  ci gu  minionej  godziny  zd yła  ju   go  wielokrotnie  znienawidzi . 
Mimo to oparła si  swobodnie o blat stołu i zmierzyła Cody'ego pogardliwym wzrokiem. 

- Mam gdzie  twoj  płe . 
Nadal si  u miechał, ale w oczach mign ł mu gro ny błysk. 
- Lubisz wymachiwa  czerwon  płacht  przed bykiem, Wilson? 
- Tak. - Teraz przyszła Abry kolej na u miech, który wprawdzie zmi kczył wyraz jej 

ust,  ale  nie  ugasił  wyzwania  w  oczach.  -  eby  doko czy   moj   odpowied ...  architekci  to 

background image

cz sto nad ci, rozhisteryzowani arty ci, którzy przelewaj  swoje ego na papier i spodziewaj  
si ,  e  in ynierowie  i  robotnicy  zachowaj   je  dla  potomno ci.  Z  tym  si   mog   pogodzi . 
Mog   to  nawet  uszanowa   -  kiedy  architekt  przyjrzy  si   uwa nie  krajobrazowi  i  b dzie 
tworzył  raczej  w  zgodzie  z  nim  ni   dla  samego  siebie.  A  co  do  tego,  e  pochodzi  pan  ze 
Wschodniego Wybrze a, tutaj widz  najwi kszy problem. Pan nie rozumie pustyni ani gór, 
ani tutejszych tradycji. Nie podoba mi si  my l,  e siedzi pan sobie pod palm , ponad trzy 
tysi ce kilometrów st d, i decyduje o tym, jak tutejsi ludzie maj   y . 

Poniewa   znacznie  bardziej  zale ało  mu  na  niej  ni   na  tym,  by  si   obroni ,  nie 

wspomniał,  i   ju   wcze niej  trzykrotnie  wizytował  tereny  przyszłej  budowy.  Przewa aj ca 
cz

 projektu powstała tutaj, gdzie w tej chwili siedział, a nie w jego pracowni na Florydzie. 

Miał swoj  wizj , nale ał jednak do ludzi, którzy raczej wcielaj  w czyn swoje koncepcje, ni  
o nich mówi . 

- Je eli nie chce pani budowa , czemu pani to robi? 
- Nie powiedziałam przecie ,  e nie chc  budowa . Uwa am tylko,  e nie musz  w 

tym celu tak wiele niszczy  i burzy . 

- Za ka dym razem, kiedy człowiek wbija łopat  w ziemi , zabiera troch  tej ziemi. 

Takie jest  ycie. 

- Za ka dym razem, gdy człowiek zabiera troch  ziemi, powinien si  zastanowi , co 

daje w zamian. Tego wymaga moralno . 

-  Prosz ,  prosz ,  in ynier,  a  do  tego  filozof.  -  Dra nił  si   z  ni ,  i  doskonale  o  tym 

wiedział.  Jeszcze  nie  doko czył,  a  ju   gniewny  rumieniec  zabarwił  jej  policzki.  -  Zanim 
wyleje mi pani na głow  swoj  zło , powiem,  e przyznaj  pani racj , ale tylko do pewnego 
stopnia. Nie zgadzam si  na  adne neony i plastik. Bez wzgl du na to, czy si  to pani podoba, 
czy nie, to mój projekt. A pani ma go wykona . Na tym polega pani praca. 

- Wiem, na czym polega moja praca. 
- No to dobrze. - Jakby  wszystko było ju  ustalone, Cody zacz ł zwija   kalki. - Co 

pani powie na kolacj ? 

- Co takiego? 
-  Kolacja  -  powtórzył.  Wsun ł  rulony  do  tuby  i  wstał.  -  Chciałbym  zje   z  pani  

kolacj . 

Abra nie potrafiła powiedzie , czy była to najbardziej idiotyczna propozycja, jak  w 

yciu słyszała, z pewno ci  jednak mie ciła si  w pierwszej dziesi tce. 

- Dzi kuj , nie. 
- Przecie  nie jest pani m atk ? - Gdyby była, to miałoby zasadnicze znaczenie. 

background image

- Nie. 
- Ma pani kogo ? - Nawet gdyby miała, to ju  bez znaczenia. 
Cierpliwo  nigdy nie była jej mocn  stron . Abra nie zamierzała si  z tym kry . 
- To nie pa ski interes. 
- Masz ostry j zyk, Ruda. - Si gn ł po kask, ale go nie zało ył. - To mi si  podoba. 
- Jeste  bezczelny, Johnson. A to mi si  nie podoba. - Podeszła do drzwi i zatrzymała 

si  z r k  na klamce. - Je eli b d  jakie  pytania w sprawie konstrukcji, jestem w pobli u. 

Nie musiał si ga  daleko,  eby poło y  jej r k  na ramieniu. Pod dotykiem jego dłoni 

spr yła si  jak kotka gotowa do skoku. 

-  B d   o  tym  pami tał.  No  có ,  zjemy  kolacj   innym  razem.  Chyba  nale y  mi  si  

piwo. 

Abra rzuciła mu ostatnie, mia d ce spojrzenie, po czym wyszła na dwór. 
Nie  tak  go  sobie  wyobra ała.  Był  atrakcyjny,  to  prawda,  ale  z  tym  potrafi  sobie 

poradzi . Kiedy kobieta decyduje si  działa  na terytorium m skim, od czasu do czasu zdarza 
jej  si   spotka   atrakcyjnego  m czyzn .  Jednak  on  wygl dał  raczej  jak  członek  ekipy  ni  
współwła ciciel jednej z najwi kszych spółek architektonicznych w kraju. Jego jasnobr zowe 
włosy, spłowiałe od sło ca, były za długie, skóra zbyt ogorzała, a ciało za bardzo muskularne 
jak  na  rozkapryszonego  architekta.  A  szerokie  dłonie,  pokryte  odciskami,  były  typowymi 
dło mi robotnika. Wzruszyła ramionami, jakby chciała w ten sposób zagłuszy  wspomnienie 
tych r k. Do wiadczyła ich siły, szorstko ci i magnetycznego dotyku. I jeszcze ten głos, ten 
rozlewny, przeci gły akcent... 

Zbli aj c si  do stalowej konstrukcji budynku, mocniej nasadziła kask na głow . Taki 

głos na pewno działa na niektóre kobiety. Ona nie ma czasu,  eby sobie zaprz ta  my li jego 
południowym  akcentem  czy  bezczelnym  u miechem.  Nie  ma  te   czasu,  by  my le   o  sobie 
jako o kobiecie. 

Tymczasem on sprawił,  e nagle przypomniała sobie, i  ni  jest. 
Mru c oczy pod sło ce, patrzyła, jak stalowe belki l duj  na d wigarach. Wcale jej to 

nie odpowiadało,  e Cody Johnson obudził kobiec  stron  jej natury. Słowo „kobieca” zbyt 
cz sto uto samiano z „bezbronna” i „zale na”. A ona nie miała ochoty by  ani bezbronna, ani 
zale na.  Zbyt  długo  i  nazbyt  ci ko  pracowała  na  swoj   niezale no .  Przelotne  drgnienie 
serca nie mogło mie  na to  adnego wpływu. 

Szkoda, pomy lała,  e ta puszka z piwem nie była pełna. 
Z  pos pnym  u miechem  przyjrzała  si   kolejnej  belce,  która  kołysz c  si ,  sun ła  w 

powietrzu.  Budowa  to  co   pi knego.  To  szcz cie  móc  ogl da ,  jak  ro nie  krok  po  kroku, 

background image

pi tro  za  pi trem.  To  fascynuj ce,  kiedy  wielkie,  u yteczne  przedsi wzi cia  przybieraj  
realny kształt. A zarazem to straszne, gdy cen  za post p jest degradacja  rodowiska. Nigdy 
nie potrafiła rozdzieli  tych dwóch spraw i wła nie dlatego wybrała zawód, który umo liwiał 
jej kontrol  nad kształtowaniem  rodowiska. 

Natomiast ta budowa tutaj... Potrz sn ła głow , kiedy huk nitownic rozdarł powietrze. 

Przecie  ten projekt to fanaberia człowieka, który był tu obcy - te kopuły, te łuki i spirale. Ju  
nawet nie zliczy, ile nocy sp dziła nad rajzbretem, z suwakiem i kalkulatorem, staraj c si  za-
projektowa   zadowalaj cy  system  wspomagania.  Architekci  nie  zaprz taj   sobie  głowy  tak 
przyziemnymi sprawami. Dla nich liczy si  tylko estetyka. Tylko ich przero ni te ego. Mimo 
to wybuduje ten cholerny o rodek, pomy lała, kopi c nog  kawałek gruzu, który le ał na jej 
drodze. Wybuduje, i to dobrze. Co wcale nie znaczy,  e wszystko musi jej si  podoba . 

Odwrócona plecami do sło ca, spojrzała przez teodolit. Musieli sobie poradzi  z gór , 

z  nierównym  podło em  ze  skały  i  piasku,  jednak  wszystkie  wymiary  si   zgadzały.  Kiedy 
sprawdziła  łuki  i  k ty,  poczuła  przypływ  dumy.  Konstrukcyjna  strona  budynku  -  nawet 
kompletnie tutaj niepasuj cego - b dzie bez zarzutu. Po prostu perfekcyjna. 

A perfekcyjno  ma wielkie znaczenie. Przez przewa aj c  cz

  ycia Abra musiała 

si   zadowala   drugim  gatunkiem.  Wykształcenie,  umiej tno ci  i  zdolno ci  pozwoliły  jej 
wznie  si  na wy szy poziom. Ju  nigdy wi cej nie zamierza godzi  si  na gorsz  kategori . 
Ani w  yciu, ani w pracy. 

Nagle poczuła zapach, od którego dreszcz przebiegł jej  wzdłu  kr gosłupa. Mydło i 

pot, pomy lała, wzruszaj c ramionami. Wszyscy na budowie pachnieli mydłem i potem, wi c 
sk d to przekonanie,  e to wła nie Cody za ni  stoi? A jednak była tego pewna. Dlatego nie 
odwróciła si , tylko nadal pochylała si  nad okularem. 

- Jakie  problemy? - zapytała, wkładaj c w te dwa słowa cały bezmiar pogardy. 
- Nie wiem, póki nie zobacz . Mo na? 
- Prosz  bardzo - odparła, odsuwaj c si  na bok. - B d  moim go ciem. 
Cody  podszedł  do  przyrz du,  a  ona  zatkn ła  kciuki  za  pasek  i  czekała.  Nie  znalazł 

adnych  rozbie no ci  z  planem.  O  ile  w  ogóle  potrafiłby  je  dostrzec,  pomy lała.  Nagle 

usłyszała gło ne krzyki rozlegaj ce si  nieopodal. Odwróciła si  i zobaczyła dwóch kłóc cych 
si   robotników.  Upał,  jak  wiadomo,  doprowadza  temperamenty  do  punktu  wrzenia.  A  to 
niczego dobrego nie wró y. Zostawiła wi c Cody'ego i podeszła do nich, przeskakuj c przez 
hałdy ziemi. 

-  Jeszcze  troch   za  wcze nie  na  przerw   -  powiedziała  ze  spokojem,  kiedy  jeden  z 

robotników chwycił drugiego za koszul . 

background image

- Ten sukinsyn mało mi nie uci ł palców t  cholern  belk . 
- Jak nie umie zej  z drogi, idiota, niech si  potem nie dziwi. 
M czy ni byli spoceni i w ciekli. Awantura wisiała w powietrzu. Abra bez namysłu 

wkroczyła mi dzy nich i odsun ła ich od siebie. 

- Uspokójcie si ! - powiedziała. 
- Nie musz  słucha  tego choler... 
- Jego nie musisz słucha , ale mnie musisz - przerwała mu Abra. - Id cie si  przej , 

eby troch  ochłon .  -  Przyjrzała si  im obu. -  Po godzinach mo ecie si  bi , ile  chcecie, 

wasza  sprawa.  Ale  jeszcze  jeden  zamach  na  mój  czas,  a  wylatujecie  z  budowy.  Ty!  - 
Wskazała na robotnika, którego oceniła jako bardziej zapalczywego. - Jak si  nazywasz? 

niady m czyzna zawahał si , a potem burkn ł: 

- Rodriguez. 
-  Zrób  sobie  przerw ,  Rodriguez.  Id   i  wsad   głow   pod  pomp .  -  Odwróciła  si , 

jakby nie miała w tpliwo ci,  e jej polecenie zostanie wykonane bez dyskusji. - A ty? 

T gi, czerwony na twarzy m czyzna, wysapał: 
- Swaggart. 
- Bierz si  do roboty, Swaggart. I jeszcze jedno - na twoim miejscu miałabym wi cej 

szacunku  dla  r k  kolegi.  Bo  jak  nie,  to  mo esz  si   którego   dnia  nie  doliczy   swoich 
własnych palców. 

Rodriguez prychn ł gniewnie, ruszył jednak posłusznie w stron  beczek z wod . Abra 

przywołała brygadzist  i poradziła mu,  eby na kilka dni rozdzielił obu m czyzn. 

Zd yła ju  prawie zapomnie  o Codym, ale kiedy si  odwróciła, zobaczyła,  e wci  

tkwi przy teodolicie, cho  ju  przez niego nie patrzy. Stał na szeroko rozstawionych nogach, z 
r kami  na  biodrach,  i  przygl dał  jej  si   uwa nie.  Gdy  si   zorientował,  e  nie  zamierza  do 
niego podej , sam ruszył w jej stron . 

- Zawsze pakujesz si  w sam  rodek awantury? 
- Kiedy trzeba, tak. 
Nasun ł na nos ciemne okulary,  eby jej si  lepiej przyjrze , a potem znów podniósł je 

do góry. 

- Masz gruz na ramieniu. Nie próbowała  go strzepn ? 
- Jeszcze nie. 
- To dobrze. B d  pierwszy. 
- Jak chcesz, mo esz spróbowa , ale radziłabym ci,  eby  si  skupił na projekcie. To 

mu tylko wyjdzie na dobre. 

background image

Na twarzy Cody'ego pojawił si  u miech. 
- Ja potrafi  si  skupi  na kilku rzeczach jednocze nie. A ty? 
Zamiast odpowiedzie , wyj ła chusteczk  i otarła spocony kark. 
- Wiesz co, Johnson, twój wspólnik wydał mi si  całkiem sensowny. 
- Bo taki wła nie jest. - Nim zd yła zaprotestowa , wyj ł jej z r k chusteczk  i zacz ł 

jej delikatnie ociera  skronie. - Nathan uwa a ci  za perfekcjonistk . 

- A ty jaki jeste ? - Miała ochot  wyrwa  mu chustk . Jego dotyk był zdecydowanie 

zbyt koj cy. 

-  Sama  b dziesz  musiała  oceni .  -  Cody  spojrzał  na  budynek.  Fundamenty  były 

solidne, k ty zachowane, ale to dopiero pocz tek. - B dziemy ze sob  pracowa  jeszcze przez 
jaki  czas. 

Abra tak e spojrzała stron  budynku. 
-  Jako   to  znios .  O  ile  ty  na  to  pójdziesz.  -  Odebrała  mu  wreszcie  chusteczk   i 

wepchn ła j  do kieszeni. 

- Abra! - wymówił jej imi  w taki sposób, jakby badał jego smak. - Nie mog  si  ju  

tego  doczeka .  -  Musn ł  kciukiem  jej  policzek,  a  ona  mimowolnie  odskoczyła.  -  No  to  do 
zobaczenia - dorzucił ze znacz cym u miechem. 

Kretyn,  pomy lała  i  si   odwróciła.  Id c  w  stron   wykopu,  czuła  lekkie  mrowienie 

skóry, ale starała si  je zignorowa . 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Jednej rzeczy Abra szczerze nienawidziła - kiedy kto  odrywał j  od pracy i kazał jej 

i   na  zebranie.  Miała  przecie   tyle  obowi zków!  Musiała  kontrolowa   mechaników 
pracuj cych  przy  głównym  budynku,  dogl da   lusarzy  w  centrum  medycznym  oraz  wci  
pilnowa ,  eby Rodriguez i Swaggart nie pozabijali si  nawzajem. Oczywi cie nie było a  tak 

le,  eby  nie  mogli  sobie  bez  niej  poradzi ,  jednak  w  jej  obecno ci  roboty  posuwały  si  

znacznie  sprawniej.  A  tymczasem  siedziała  w  biurze  Tima  Thornwaya  i  czekała  na  jego 
przyj cie. 

Nikt  nie  musiał  jej  przypomina ,  jak  napi ty  jest  harmonogram.  Sama  doskonałe 

wiedziała,  co  robi ,  eby  uko czy   roboty  w  terminie.  Zawsze  miała  doskonałe  wyczucie 
czasu. 

Ka da minuta jej dnia po wi cona była tej inwestycji. Co dzie  pociła si  na budowie, 

w ród  robotników  i  sprz tu,  dogl daj c  wszystkiego  a   po  najdrobniejsze  detale.  Po  pracy 
waliła si  do łó ka o zachodzie sło ca i zasypiała kamiennym snem albo do trzeciej w nocy 
siedziała nad desk  kre larsk , a przy  yciu podtrzymywały j  ambicja i całe litry kawy. To 
był  jej  projekt,  przede  wszystkim  jej,  w  znacznie  wi kszym  stopniu  ni   Tima  Thornwaya. 
Projekt, który stał si  jej osobist  spraw , cho  nie bardzo umiałaby wytłumaczy  dlaczego. 
Traktowała  go jako po miertny hołd zło ony człowiekowi, który uwierzył w ni  i kazał jej 
si ga  po to, co najlepsze. Dlatego budowa o rodka wypoczynkowego była w pewnym sensie 
ostatni  prac  dla Thomasa Thornwaya i Abra chciała wykona  j  perfekcyjnie. 

Nie ułatwiał jej tego architekt, który  dał rzadkich i drogich materiałów, ryzykuj c 

przekroczenie  terminów  i  kosztów.  Wbrew  niemu,  mimo  tych  wszystkich  marmurowych 
umywalek  i  niewymiarowych  kafelków,  zamierzała  wywi za   si   z  warunków  umowy. 
Oczywi cie  o  ile  nie  b d   jej  nieustannie  odrywa   od  pracy  i  ci ga   do  biura  na  jałowe 
narady. 

Podeszła do okna, a potem zacz ła nerwowo kr y  po pokoju. Co za strata czasu - a 

ona  tak  bardzo  nienawidziła  wszelkiego  marnotrawstwa.  Gdyby  nie  to,  e  miała  pewn  
spraw  do omówienia z Timem, znalazłaby pretekst,  eby w ogóle nie przyj  na to spotkanie. 
Jednak cały kłopot z Timem polegał na tym, pomy lała z gorzkim  miechem,  e nie jest on na 
tyle  bystry,  eby  czyta   mi dzy  wierszami.  A  poniewa   miała  pewn   konkretn   spraw , 
przyszła,  eby  mu  j   osobi cie  przedstawi .  Jednak  nie  b dzie  dłu ej  tkwi   tu  jak  głupia, 
pomy lała, zerkaj c na zegarek. 

background image

Dawniej ten gabinet nale ał do starego Thornwaya. Abra lubiła jego chłodne kolory i 

ascetyczne  wn trze.  Wraz  z  pojawieniem  si   Tima  zacz ły  si   zmiany.  Po  pierwsze  - 
wstawiono ro liny, pomy lała, krzywi c si  na widok olbrzymiego fikusa. Nie dlatego,  eby 
w ogóle nie lubiła ro lin czy grubych poduszek. Po prostu tutaj wydały jej si  wybitnie nie na 
miejscu, wr cz irytuj ce. 

Po  drugie  -  te  obrazy.  Thomas  wolał  malarstwo  india skie.  Tim  zast pił  je 

abstrakcyjnymi płótnami, które działały Abrze na nerwy. Nowy, mi sisty dywan, był koloru 
łososiowego. Stary  Thornway u ywał skór o krótkim włosiu, w których  nie gromadziły si  
brud i kurz. Jednak Tim rzadko odwiedzał place budowy i raczej nie zapraszał brygadzistów 
na piwo po godzinach pracy. 

Przesta , skarciła si  w my lach. Tim po prostu działa inaczej. To jego  wi te prawo. 

W  ko cu  teraz  to  jego  firma.  To,  e  kochała  i  podziwiała  ojca,  nie  znaczy  wcale,  i   musi 
dopatrywa  si  wad w synu. 

Niestety,  syn  ma  wiele  wad,  pomy lała,  patrz c  na  wypolerowany  blat  biurka. 

Brakowało mu zapału i pasji ojca. Thomas budował przede wszystkim z miło ci do samego 
procesu twórczego, Tim wył cznie dla zysku. 

Gdyby  ył Thomas Thornway, nie szykowałaby si  teraz do odej cia.  wiadomo ,  e 

jest to jej ostatnia praca dla tej firmy, oznaczała zapowied  wolno ci. Odchodz c, nie b dzie 
niczego  ałowała,  a tak  pewnie byłoby za  ycia  starego Thornwaya. Teraz mogła ju  tylko 
czeka  w podnieceniu na to, co przyniesie jej przyszło . Ju  niedługo wszystko b dzie robi  
na własny rachunek. 

To przera aj ce, pomy lała, zamykaj c oczy. Przera aj ce, a zarazem poci gaj ce. Bo 

poci ga nas wszystko, co nieznane. Jak Cody Johnson. 

Otrz sn ła  si   i  wróciła  do  okna.  To  mieszne.  Ten  m czyzna  nie  jest  ani 

przera aj cy,  ani  taki  znów  poci gaj cy.  Nie  jest  te   adn   niewiadom .  To  po  prostu 
zwyczajny facet, i to do  irytuj cy, je li wzi  pod uwag  sposób, w jaki zachowywał si  
podczas  ich  spotkania.  To  jeden  z  tych,  co  to  doskonale  zdaj   sobie  spraw   ze  swoich 
wdzi ków i potrafi  to wykorzysta . Taki, co to zawsze ma w odwodzie zapasowe wyj cie. 

Takich  facetów  jak  Cody  widziała  ju   nieraz  w  akcji.  W  sumie  miała  szcz cie,  e 

tylko raz straciła głow  dla przystojnej twarzy i postawnej sylwetki. Niektóre kobiety nie s  w 
stanie  niczego  si   nauczy   i  ci gle  wpadaj   w  t   sam   pułapk .  Na  przykład  jej  matka, 
pomy lała,  potrz saj c  głow .  Gdyby  Jessie  Wilson  zobaczyła  takiego  faceta  jak  Cody,  z 
miejsca wpadłaby po uszy. Na szcz cie, w przypadku Abry powiedzenie „Jaka matka, taka 
córka” okazało si  nieprawdziwe. 

background image

Cody  Johnson  nie  zainteresował  jej  jako  m czyzna.  Jedynie  na  płaszczy nie 

zawodowej jest go w stanie tolerowa  - a i to z trudem. 

Kiedy  wszedł  do  gabinetu  kilka  sekund  pó niej,  ze  zdumieniem  stwierdziła,  i   jej 

my li i uczucia dziwnie do siebie nie przystaj . 

-  Przepraszam,  e  kazałem  ci  czeka ,  Abra.  -  Tim,  nieskazitelnie  elegancki  w 

trzycz ciowym  garniturze,  obdarzył  j   wylewnym  u miechem.  -  Lunch  si   troch  
przeci gn ł. 

Abra wymownie uniosła brwi. Przez to spotkanie w  rodku dnia w ogóle nie zje dzi  

lunchu. 

- Bardziej interesuje mnie to, czemu odwołałe  mnie z placu budowy. 
- Pomy lałem sobie,  e przyda nam si  takie spotkanie we trójk . - Tim rozsiadł si  za 

biurkiem i wskazał Abrze i Cody'emu krzesła. 

- Czytałe  przecie  raporty. 
- Oczywi cie. - Tim postukał palcem w teczk . 
Miał  ujmuj cy  u miech,  który  pasował  do  jego  okr głej  twarzy.  Abrze  nieraz  ju  

przyszło do głowy,  e dobrze by sobie radził w polityce. Nikt nie potrafił tak gładko udziela  
odpowiedzi bez  adnych zobowi za  jak Tim Thornway. - Jeste   wietna, jak zawsze. Jem 
dzi  kolacj  z Barlowem seniorem i chciałbym przedstawi  mu co  wi cej ni  tylko fakty i 
liczby. 

-  Przeka   mu  moje  obiekcje  dotycz ce  projektu  wn trza  głównego  budynku.  -  Abra 

zało yła nog  na nog  i nawet nie spojrzała na Cody'ego. 

Tim zacz ł si  bawi  jednym ze swoich markowych wiecznych piór. 
- My lałem,  e ju  to ustalili my. Abra wzruszyła ramionami. 
-  Zapytałe ,  to  ci  odpowiadam.  Mo esz  mu  powiedzie ,  e  instalacja  elektryczna 

głównego  budynku  b dzie  gotowa  pod  koniec  tygodnia.  To  trudne  zadanie,  zwa ywszy  na 
rozmiary  i  kształt  budynku.  Nie  mówi c  ju   o  tym,  e  klimatyzacja  b dzie  kosztowała 
fortun . 

- Fortun  to on ma - wtr cił si  Cody. - Moim zdaniem, zale y mu bardziej na stylu 

ni  na oszcz dno ciach za pr d. 

- Racja. - Tim gło no chrz kn ł; Wszystko wskazywało na to,  e kontrakt dla Barlowa 

przyniesie  mu  spory  zysk.  Byle  tylko  udało  si   utrzyma   tempo  prac.  -  Przejrzałem 
oczywi cie wszystkie raporty i mog  zapewni  naszego klienta,  e dostaje najlepsze materiały 
i najlepszych specjalistów. 

background image

-  Zaproponuj  mu,  eby  tu  przyjechał  i  sam  sobie  wszystko  obejrzał  -  powiedziała 

Abra. 

- Nie wydaje mi si ... 
-  Zgadzam  si   z  pann   Wilson  -  wtr cił  si   Cody.  -  Gdyby  Barlow  miał  jakie  

zastrze enia, im wcze niej si  o tym dowiemy, tym lepiej. 

Tim zas pił si . 
- Przecie  plany zostały zatwierdzone. 
- Tak, ale na papierze wszystko wygl da inaczej - powiedział Cody, patrz c na Abr . - 

Ludzie czasami doznaj  szoku na widok ko cowego efektu. 

- Oczywi cie, oczywi cie. Zaproponuj  mu to. - Tim postukał piórem o blat. - Abra, w 

twoim raporcie sugerowała  przedłu enie przerwy obiadowej do godziny. 

-  Tak,  chciałam  porozmawia   z  tob   na  ten  temat.  Po  kilku  tygodniach  na  placu 

budowy doszłam do wniosku,  e je eli upały nie zel ej , trzeba b dzie wydłu y  południow  
przerw . Ludzie tego potrzebuj . 

Tim odło ył pióro i splótł r ce. 
- Musisz zrozumie ,  e te dodatkowe pół godziny odbije si  negatywnie na kosztach i 

terminach. 

-  A  ty  musisz  zrozumie ,  e  nie  da  si   pracowa   w  takim  sło cu  bez  wytchnienia. 

Za ywanie tabletek z sol  nie wystarczy,  eby zregenerowa  siły. Wprawdzie mamy dopiero 
marzec  i  w  twoim  biurze  jest  miły  chłód,  zwłaszcza  gdy  popijasz  sobie  martini,  ale  na 
zewn trz panuje morderczy upał. 

- Płacimy tym ludziom za to,  eby wyciskali z siebie ostatnie poty - przypomniał jej 

Tim. - Poza tym chyba zgodzisz si  ze mn ,  e dla nich samych b dzie lepiej, je eli budynki 
stan  pod dachem, zanim przyjdzie lato. 

- Nie b d  mogli pracowa , je eli dostan  udaru albo zawału. 
- Nie przypominam sobie,  eby co  takiego miało kiedykolwiek miejsce. 
- Jeszcze nie. - To b dzie cud, je eli uda jej si  zachowa  zimn  krew. Tim zawsze był 

tak niezno nie pompatyczny. Kiedy  ył jego ojciec, mogła omija  go i zwraca  si  ze swoimi 
problemami bezpo rednio do szefa. Teraz to on był szefem. Zirytowana, zacz ła od nowa. - 
Tim,  oni  naprawd   potrzebuj   dodatkowej  przerwy.  Praca  w  takim  upale  jest  bardzo 
wyczerpuj ca. Ludzie słabn , trac  koncentracj , a kiedy człowiek jest rozkojarzony, popełnia 
bł dy - cz sto bardzo gro ne. 

- Płac  brygadzistom za to,  eby sprawdzali, czy nikt nie popełnia bł dów. 

background image

Abra  zerwała  si   na  równe  nogi,  bliska  wybuchu.  Nagle  rozległ  si   spokojny  głos 

Cody'ego: 

- Powiem ci, Tim,  e ludzie i tak sami przedłu aj  sobie przerwy w taki upał. Dasz im 

dodatkowe pół godziny - b d  ci wdzi czni, nawet zobowi zani. Nie b d   da  wi cej. W 
rezultacie  za  jednym  zamachem  załatwisz  dwie  sprawy:  b dziesz  miał  wykonan   robot   i 
dobre stosunki mi dzy pracownikami. 

Tim znów zacz ł si  bawi  piórem. 
- To brzmi rozs dnie. B d  o tym pami tał. 
- Mam nadziej . - Cody wstał z u miechem. -  Wracam teraz na budow  i zabieram 

pann  Wilson. A co do ewentualnej współpracy w przyszło ci, pó niej o tym porozmawiamy. 
Dzi ki za lunch, Tim. 

- Cała przyjemno  po mojej stronie. 
Zanim Abra zd yła cokolwiek powiedzie , Cody chwycił j  za łokie  i wyprowadził 

z gabinetu. Dopiero przy drzwiach do windy udało jej si  wyrwa  r k . 

- Sama znam drog  - sykn ła ze zło ci . 
- Panno Wilson, wygl da na to,  e znowu si  nie zgadzamy. - Wepchn ł j  do windy i 

nacisn ł  guzik „gara e”. - Moim zdaniem, przyda ci si  mały instrukta , jak radzi  sobie z 
ptasimi mó d kami. 

- Nie musisz mi... - Podniosła głow  i urwała. Jego rozbawiony wzrok był wiernym 

odbiciem jej własnych uczu . - Rozumiem,  e mówisz o Timie. 

- Powiedziałem co  takiego? 
- Tak mi si  przynajmniej wydawało. Chyba  e my lałe  o sobie. 
- Decyzja nale y do ciebie. 
-  Twardy  orzech  do  zgryzienia.  -  Winda  zadr ała  i  zatrzymała  si   na  poziomie 

parkingu.  Abra  zablokowała  otwarte  drzwi  i  spojrzała  na  Cody'ego.  Błysk  w  jego  czach 
znamionował inteligencj . Usta  wiadczyły o du ej pewno ci siebie. Abra z westchnieniem 
wyszła z windy. 

- No i co? Zdecydowała  ju ? - odezwał si  za jej plecami. 
- Powiedzmy sobie, zdecydowałam, jak mam z tob  post powa . 
Kiedy szli pomi dzy samochodami, ich kroki odbijały si  echem od  cian gara u. 
- To znaczy jak? 
- My l ,  e czasami powinno si  wyla  ci kubeł zimnej wody na głow . 
K ciki  ust  Cody'ego  drgn ły  w  u miechu.  Abra  znów  miała  włosy  splecione  w 

warkocz. Naszła go ochota, by go rozple , pasmo po pasemku. 

background image

- To nieładnie z twojej strony. 
-  Mo e  i  tak.  -  Zatrzymała  si   przed  zakurzonym  słu bowym  wozem.  Biała  farba 

łuszczyła si , okna były przyciemnione dla ochrony przed o lepiaj cym sło cem. Si gn ła do 
kieszeni po kluczyki. 

- Na pewno chcesz wraca  na budow ? Mog  ci  odwie  do hotelu. 
- Ta budowa troch  mnie jednak interesuje. Wzruszyła z irytacj  ramionami. 
- Jak sobie  yczysz. 
- Dokładnie tak. 
Wsiadł do wozu, cofn ł fotel i nawet udało mu si  wyci gn  nogi. Abra przekr ciła 

kluczyk w stacyjce. Silnik zakaszlał, zgasł, a potem zastartował. O yło radio i klimatyzacja. 
Rykn ła muzyka, ale Abra jej nie  ciszyła. Na desce rozdzielczej pyszniła si  kolekcja ozdob-
nych  magnesów  w  kształcie  banana,  strusia,  mapy  Arizony,  szczerz cego  z by  kota  i 
damskiej dłoni o ró owych paznokciach. Przytrzymywały nabazgrane na skrawkach papieru 
notatki. Cody zdołał z nich wyczyta ,  e Abra ma odebra  mleko i chleb oraz sprawdzi , czy 
nadeszło  pi dziesi t  ton  cementu.  A  tak e  zadzwoni   do...  Mangi?  Przeczytał  jeszcze  raz, 
mru c oczy. Do Mamy. Miała zadzwoni  do matki. 

- Ładny wóz - zauwa ył, kiedy przystan li na  wiatłach. 
- Trzeba by dostroi  ga nik. - Abra wrzuciła jałowy bieg,  eby silnik mógł odpocz . - 

Na razie do tego nie doszłam. 

Popatrzył na jej r k , kiedy wrzucała jedynk  i dodawała gazu. Dło  miała smukł , o 

szczupłych, długich palcach. Paznokcie krótko obci te i nie umalowane.  adnej bi uterii. Bez 

adnego  trudu  mógł  sobie  wyobrazi   te  dłonie  zarówno  serwuj ce  herbat   w  delikatnych 

porcelanowych fili ankach, jak i naprawiaj ce zepsuty samochód. 

- No wi c, jak post powałby  z Timem? - zapytała. 
- Co? - mrukn ł niezbyt przytomnie, bo wła nie zacz ł sobie wyobra a  dotyk tych 

smukłych, zr cznych dłoni na swojej skórze. 

- Mówi  o Timie - powtórzyła, dodaj c gazu. Skr cili na południe, do Phoenix. - Jak 

ty by  sobie z nim poradził? 

W tej chwili bardziej interesowało go pytanie, jak by sobie z ni  poradził. 
- Odniosłem wra enie,  e reprezentujecie odmienne stanowiska. 
- Bystry z ciebie chłopak, Johnson. 
- Po co ten sarkazm, Ruda? - Nawet nie zapytał, czy mo e zapali , tylko uchylił okno i 

zacz ł szuka  po kieszeniach zapałek. - Osobi cie jest mi wszystko jedno, ale w kontaktach z 
Thomwayem oliwa sprawdza si  lepiej ni  ocet. 

background image

Miał racj , absolutn  racj . Była zła,  e musiał jej o tym przypomnie . 
- On nie jest w stanie zrozumie   adnej aluzji. Nawet gdyby  go walił młotkiem po 

głowie. - Podsun ła mu zapalniczk . 

- Mo e w dziewi ciu przypadkach na dziesi . - Przytkn ł papierosa do zapalniczki. - 

Wła nie przez ten dziesi ty przypadek mo esz wpakowa  si  w kłopoty. 

I  eby ci  uprzedzi , wiem, co teraz powiesz.  e gwi d esz na kłopoty. 
U miechn ła si  mimo woli i nie zaprotestowała, kiedy przyciszył radio. 
- Widziałe  kiedy  konie na paradach, z klapkami na oczach,  eby nie zbaczały z drogi 

i nie denerwowały si  na widok tłumów? 

-  Owszem.  Thornway  ma  takie  same  klapki,  eby  bez  przeszkód  pod a   drog ,  na 

ko cu  której  czekaj   na  niego  pieni dze.  Je eli  chcesz  wynegocjowa   lepsze  warunki  dla 
ludzi, materiały lepszej jako ci albo cokolwiek, musisz si  nauczy  subtelno ci. 

Znów to samo nerwowe wzruszenie ramion. 
- Kiedy nie potrafi . 
- Potrafisz. Jeste  o wiele bystrzejsza od Thornwaya, Ruda, wi c na pewno potrafisz 

go przechytrzy . 

- On doprowadza mnie do szału. Na my l o tym... - Znowu wzruszyła ramionami, tym 

razem z  alem. - Po prostu doprowadza mnie do szału. A kiedy wpadam w szał, mówi , co 
my l . 

Cody zd ył ju  to zauwa y . 
- Musisz tylko sprowadzi  wszystko do wspólnego mianownika. Thornwayowi chodzi 

wył cznie o zyski. Je eli chcesz,  eby ludzie mieli dłu sz  przerw  w południe, nie mów mu, 

e to dla ich dobra. Powiedz,  e to wpłynie dodatnio na wydajno  pracy, a tym samym na 

pomno enie zysków. 

Abra zamy liła si , a potem z westchnieniem przyznała: 
- Powinnam ci chyba podzi kowa  za to,  e go przekonałe . 
- Nie ma za co. Mo e wybraliby my si  gdzie  na kolacj ? 
- Nie - odparła twardo. 
- Czemu nie? 
- Bo masz ładn  bu k . - Kiedy si  u miechn ł, odpowiedziała krótkim u miechem. - 

Nie ufam facetom o ładnych bu kach. 

- To ty masz ładn  bu k . Nie mam ci tego za złe. Nadal si  u miechała, jednak nie 

odrywała wzroku od szosy. 

- To wła nie nas ró ni, Johnson. 

background image

- Gdyby  zjadła ze mn  kolacj , mogliby my doszuka  si  paru innych ró nic. 
To była kusz ca propozycja. A nie powinna. 
- Po co mieliby my szuka  innych ró nic? 
- Dla zabicia czasu. A mo e by tak... - urwał, bo samochód gwałtownie podskoczył. 
Abra zakl ła i zjechała na pobocze. 
-  Złapali my  gum   -  powiedziała  ze  zło ci .  -  A  ja  ju   i  tak  jestem  spó niona.  - 

Wygramoliła si  z wozu, trzasn ła drzwiami i kln c jak szewc, podeszła do baga nika. Zanim 
Cody zd ył do niej doł czy , wyj ła zapasowe koło. 

- Nie wygl da ani troch  lepiej. - Cody pokr cił głow . 
- Musz  zmieni  wszystkie opony, ale my l ,  e ta powinna jeszcze troch  wytrzyma . 

- Wyj ła podno nik, przykucn ła i podło yła go pod tył wozu. Cody miał ju  na ko cu j zyka 
propozycj ,  e sam to zrobi, ale przypomniał sobie,  e przecie  lubi ogl da  j  przy pracy. 
Wobec tego cofn ł si  tylko troch ,  eby jej nie przeszkadza . 

-  Tam,  sk d  pochodz ,  in ynierom  dobrze  si   powodzi  -  powiedział.  -  Nigdy  nie 

my lała  o tym,  eby kupi  nowy samochód? 

- Ten mi w zupełno ci wystarcza. - Odkr ciła zardzewiałe mutry, a potem sprawnie 

zdj ła przedziurawion  opon  i zało yła now . Obok przejechał samochód. Silniejszy powiew 
rozburzył jej włosy. 

- Przecie  ta opona jest całkiem łysa - zauwa ył, przygl daj c si  tej, któr  zdj ła. 
- Chyba tak. 
-  Chyba?!  Moje  tenisówki  maj   gł bsze  rowki  na  podeszwach.  Trzeba  nie  mie   za 

grosz rozumu,  eby je dzi  na łysych oponach. - Obszedł samochód i obejrzał pozostałe koła. 
- Te te  nie s  wiele lepsze. 

-  Przecie   mówi ,  e  przydałyby  mi  si   nowe.  -  Odgarn ła  włosy  z  czoła.  -  Nie 

miałam czasu,  eby si  tym zaj . 

- To go znajd . 
Stał teraz tu  za ni . Odwróciła głow  i na niego popatrzyła. 
- Odsu  si . 
- Kiedy pracuj  z kim , kto jest tak nierozwa ny w  yciu prywatnym, zaczynam si  

zastanawia , czy nie jest równie lekkomy lny w pracy. 

-  Ja  nie  popełniam  bł dów  w  pracy.  -  Abra  sko czyła  przykr ca   ruby.  Cody  miał 

racj , ale nie zamierzała mu tego powiedzie . - Przejrzyj raporty. 

background image

Podniosła si . Cody chwycił j  za ramiona i odwrócił ku sobie.  achn ła si , raczej 

zirytowana ni  zaskoczona. Nie przeszkadzało jej to,  e stoj  tak blisko, tylko samo poczucie 
blisko ci. 

- A poza prac ? 
-  Raczej  rzadko.  -  Powinna  si   odsun .  W  głowie  zapaliło  jej  si   ostrzegawcze 

wiatełko. Nagle zaschło jej w ustach. Stali twarz  w twarz. Widziała kropelki potu na jego 

czole i szyi, a on z pewno ci  widział błysk po dania w jej oczach. 

- Nie lubi  si  kłóci  z kobiet , która trzyma w r ku ły k  do wywa ania kół. - Wyj ł 

jej  z  r ki  narz dzie  i  oparł  o  zderzak.  Dłonie  Abry  bezwiednie  zacisn ły  si   w  pi ci  ze 
zdenerwowania, nie ze zło ci. 

- Po południu przychodzi inspektor. 
- O wpół do trzeciej. - Uj ł j  za r k  i odwrócił grzbietem do góry,  eby popatrze  na 

zegarek. - Masz jeszcze troch  czasu. 

- To nie jest mój prywatny czas, tylko czas Thornwaya. 
- Jeste  bardzo skrupulatna - rzekł. Spojrzał na łys  opon  i dodał: - Na ogół. 
To kr puj ce uczucie, kiedy serce tłucze si  o  ebra. Zupełnie jakby biegła. No tak, 

przecie  odk d go po raz pierwszy zobaczyła, nie przestała ucieka . 

- Je eli masz mi co  do powiedzenia, mów - odezwała si  szorstko. - Potem musz  

wraca  do pracy. 

- Na razie nic mi nie przychodzi do głowy. - Cody nadal trzymał j  za r k , muskaj c 

kciukiem nadgarstek, tam, gdzie puls bił mocno i zdecydowanie. - A tobie? 

-  Te   nie.  -  Chciała  go  obej ,  ale  jednym  ruchem  przyci gn ł  j   do  siebie. 

Przypomniała  sobie,  e  zawsze  była  kiepska  w  szachach.  Nigdy  nie  potrafiła  przewidzie  
konsekwencji najbli szego ruchu. 

- O co ci chodzi, Cody? - zapytała z wymuszonym spokojem. 
- Sam nie wiem - odparł, równie zdezorientowany jak ona. - Jest tylko jeden sposób, 

eby  si   dowiedzie .  -  Woln   r k   unieruchomił  jej  głow .  -  Masz  co   przeciwko  temu?  - 

Zbli ył usta do jej warg. 

Wła ciwie dlaczego wycofała si  w ostatniej chwili? 
Czuj c  oddech  Cody'ego  na  ustach,  zdołała  jeszcze  poło y   mu  r k   na  piersi  i 

odepchn  go. 

- Mam - odparła i ze zdumieniem u wiadomiła sobie,  e to kłamstwo. Tak naprawd  

nie miała nic przeciwko temu. Co wi cej, z wielk  ochot  zakosztowałaby jego ust. 

background image

Dzieliły ich niespełna centymetry, mo e nawet mniej. Cody niespodziewanie oblał si  

arem.  To  wi cej  ni   ciekawo ,  pomy lał  zmieszany,  po  czym  cofn ł  si   -  tak  na  wszelki 

wypadek. 

- Nie powinienem pyta  - stwierdził. - Nast pnym razem nie popełni  tego bł du. 
Jeszcze chwila, a zacznie si  trz

. Co za wstyd! Przecie  dot d potrafiła zapanowa  

nad sob . Szybko nachyliła si  nad dziuraw  opon . 

-  Znajd   sobie  kogo   innego,  na  kim  b dziesz mógł  wypróbowa   te  swoje  sztuczki, 

Cody. 

- Nie mam ochoty. - Wzi ł opon  i wło ył do baga nika, po czym, uprzedzaj c Abr , 

schował tak e podno nik. 

Abra  podeszła  do  drzwiczek.  Ju   miała  wsi

,  kiedy  min ła  ich  ci arówka  z 

przyczep .  P d  powietrza  przycisn ł  j   na  moment  do  karoserii.  Odetchn ła  gł boko  raz  i 
drugi,  eby si  uspokoi . Dłonie miała mokre od potu. Otarła je o spodnie, po czym wsiadła 
do samochodu i przekr ciła kluczyk. 

- Nie wygl dasz mi wcale na takiego faceta, co to musi dobija  si  do drzwi, których 

nikt nie chce otworzy . 

- Masz racj  - odparł, rozsiadaj c si  wygodnie w fotelu. - Czekam chwil , a potem 

sam je otwieram. - U miechn ł si  przyja nie i nastawił gło niej radio. 

Inspektor  pojawił  si   przed  czasem.  Abra  była  w ciekła,  cho   w  sumie  nie  mogła 

narzeka ,  bo  protokół  z  odbioru  instalacji  elektrycznej  został  podpisany  bez  adnych 
zastrze e . Po jego odje dzie przeszła przez budynek, którego kształt zaczynał ju  si  wyła-
nia ,  i  wdrapała  si   na  drugie  i  trzecie  pi tro,  eby  sprawdzi   izolacj   i  obejrze   pierwsz  
warstw  suchego tynku. Robota szła jak w zegarku, co w zasadzie powinno j  cieszy . 

Tymczasem ona nie potrafiła my le  o niczym innym, jak tylko o tej chwili, gdy stali 

z Codym przy drodze, a jego usta były tak blisko jej ust. 

Tkwi c  na  platformie,  sze   metrów  nad  ziemi ,  powiedziała  sobie,  e  jest 

in ynierem,  a  nie  sentymentaln   g si .  Rozwin ła  plany  budynku  i  zacz ła  sprawdza  
instalacj  systemu chłodzenia. Przez nast pne kilka dni b dzie musiała skupi  si  wył cznie 
na  klimatyzacji.  Nie  mo e  sobie  na  to  pozwoli ,  eby  traci   czas  na  rozwa ania,  jak  by  to 
było, gdyby pocałowała si  z Codym Johnsonem. 

A byłoby z pewno ci  gor co. I podniecaj co. Patrz c na usta Cody'ego, nie sposób 

nie pomy le  przy tym o szkodach, jakie mog  one wyrz dzi  nerwom ka dej chyba kobiety. 
Ona ju  miała je w strz pach, a przecie  ich wargi nawet si  nie zetkn ły. Na domiar złego, 
Cody na pewno si  tego domy lał. M czy ni jego pokroju doskonale przecie  zdaj  sobie 

background image

spraw  z wra enia, jakie wywieraj  na kobietach. Trudno zreszt  ich za to wini , nale y ich 
jednak unika . O ile to mo liwe. 

Zakl ła i zacz ła zwija  rysunki. Nie b dzie my lała ani o Codym, ani o tym, co by to 

było, gdyby zamiast „nie” powiedziała „tak”. Albo gdyby w ogóle nic nie mówiła, tylko zdała 
si  na instynkt. 

Przypomniała  sobie,  e  musi  obejrze   windy.  Wkrótce  zostan   oddane  do  u ytku. 

Razem z jeszcze jednym in ynierem długo i ci ko pracowała nad ich projektem. To, co teraz 
znajdowało si  na papierze, ju  wkrótce stanie si  rzeczywisto ci . L ni ce, szklane kabiny, 
pomkn  bezszelestnie w gór  i w dół. 

Jak  niektórzy  m czy ni  potrafi   to  robi ,  e  nagle  skacze  ci  puls,  a  krew  zaczyna 

t tni  w uszach, chocia  nikt nie słyszy tego oprócz ciebie? I bez wzgl du na to, jak bardzo 
starasz  si   to  zlekcewa y ,  katastrofa  wisi  na  włosku.  Cho   doskonale  radzisz  sobie  z 
kalkulatorem, nie potrafisz zapanowa  nad własnym systemem nerwowym. 

Niech go piekło pochłonie! Za to wszystko, a tak e za to,  e jej przypomniał, i  jest 

kobiet . Nie potrafiła zapomnie , co czuła, kiedy  trzymał j  za r k  i patrzył jej w oczy, a 
jego wargi były o tchnienie od jej ust. To jego wina! Postara si  to zapami ta . 

Spojrzała w dół i zobaczyła go na pierwszym pi trze. Rozmawiał z Charliem Grayem. 

Wskazywał w stron , gdzie opadaj ce zbocze góry przechodziło w  cian  budynku - a mo e 
to  ciana przechodziła w zbocze? Nad tym wszystkim zawi nie strop z wypukłego szkła, two-
rz c  kopuł .  Jej  zdaniem,  projekt  był  równie  przesadny,  jak  niepraktyczny,  ale  -  czego  nie 
omieszkano  jej  wytkn   -  ona  ma  tylko  sprawi ,  eby  wszystko  to  zaistniało,  a  nie 
krytykowa . 

Słuchaj c Graya, Cody potrz sn ł głow  i podniósł głos, ale Abranie dosłyszała słów. 

Dostrzegła jednak,  e był zirytowany, co sprawiło jej pewn  przyjemno . 

Niech si  zło ci, pomy lała. Niech sobie wraca do siebie, na Wschodnie Wybrze e i 

wreszcie przestanie wchodzi  jej w parad . 

Zacz ła  i   na  dół  po  schodach  ewakuacyjnych.  Musiała  jeszcze  sprawdzi   stan 

zaawansowania  prac  przy  budowie  centrum  medycznego  i  obejrze   wykopy  pod  pierwsz  
parti  domków. Je eli uda si  zachowa  ci gło  robót, dotrzymaj  terminów. Tim powinien 
tu  by   i  pilnowa   harmonogramu.  Mo e  zreszt   lepiej,  e  go  nie  ma?  e  cała 
odpowiedzialno  spoczywa na jej barkach? Tim tylko denerwuje ludzi, kiedy pojawia si  na 
budowie w nieskazitelnym garniturze i zaczyna si  m drzy . 

Zerkn ła  na  zegarek  i  w  tym  samym  momencie  usłyszała  na  górze  krzyk.  Zd yła 

jeszcze  dostrzec  lec c   wprost  na  ni   metalow   rub ,  kiedy  kto   chwycił  j   w  pasie  i 

background image

odci gn ł  na  bok.  ruba  wyl dowała  z  hałasem  o  centymetry  od  jej  stóp,  wzniecaj c  kurz. 
Gdyby trafiła j  w głow , mimo kasku sko czyłoby si  pewnie na szpitalu. 

- Hej? Nic ci si  nie stało? - Silne ramiona nie przestawały przyciska  jej do twardego, 

m skiego ciała. Nie musiała si  odwraca ,  eby wiedzie , kto to. 

- Nic. - Głos jej dr ał. Podobnie jak r ce. - Wszystko w porz dku. Pu  mnie. 
- Kto za to odpowiada, do jasnej cholery?! - wrzasn ł Cody, nie wypuszczaj c jej z 

obj . Teraz ju  wiedział, co to znaczy osłabn  ze strachu. Na widok lec cej  ruby zadziałał 
instynktownie,  ale  gdy  wyl dowała  u  jego  stóp,  nie  wyrz dzaj c  nikomu  szkody,  oł dek 
podjechał  mu  do  gardła.  Wyobra nia  podsun ła  mu  obraz  Abry,  le cej  na  ziemi  z 
zakrwawion  głow . 

Dwaj elektrycy zbiegali ju  po schodach, równie bladzi jak on. 
- To od nas spadło. Nic si  pani nie stało, panno Wilson? Potkn łem si  o skrzynk  z 

narz dziami i str ciłem  rub . 

- Na szcz cie mnie nie trafiła. - Abra spróbowała wyswobodzi  si  z obj  Cody'ego, 

ale nie miała na tyle siły. 

-  Wracajcie  na  gór   i  sprawd cie,  czy  nic  nie  le y  na  platformach  i  rusztowaniach. 

Jeszcze jeden taki wypadek i kto  wyleci z pracy. 

- Ju  si  robi, prosz  pana. 
Młotki, które na moment zamarły bez ruchu, zacz ły stuka  ze wzmo onym zapałem. 
- Posłuchaj, nic mi nie jest. - To musi by  prawda. Nawet je eli trz s  jej si  r ce, nie 

mo e sobie pozwoli  na okazanie słabo ci. - Poradz  sobie z lud mi. 

- Nie gadaj tyle! - Miał ochot  wzi  j  na r ce, ale odci gn ł j  tylko na bok. - Jeste  

blada jak  ciana. Siadaj! - Popchn ł j  na skrzynk . 

Poniewa  nogi miała jak z waty, nie oponowała. Pomy lała,  e odetchnie raz i drugi, i 

przyjdzie do siebie. 

- Masz. - Cody wcisn ł jej w r ce kubek z wod . 
- Dzi ki. - Zmusiła si ,  eby pi  powoli. - Nie martw si  o mnie. 
- Gdybym si  nie martwił, le ałaby  teraz na ziemi z rozbit  czaszk . - Nie chciał tego 

powiedzie , ale był w ciekły - wr cz chory z w ciekło ci, tak jak przedtem ze strachu. Tak 
niewiele brakowało... Gdyby na ni  nie spojrzał... - Mógłbym oczywi cie sta  i przygl da  
si , jak  ruba rozwala ci czaszk , ale zrobiło mi si   al  wie ego, czystego betonu. 

- Nie to chciałam powiedzie . - Abra wypiła ostatni łyk i zgniotła w r ku papierowy 

kubek. Cody prawdopodobnie uratował jej  ycie. Chciała mu podzi kowa ; naprawd  chciała 
by  miła. I zrobiłaby to, gdyby na ni  nie krzykn ł. - A zreszt , sama zd yłabym uskoczy . 

background image

- Tak? Wobec tego nast pnym razem nie kiwn  palcem. B d  pilnował swoich spraw. 
-  Tak  b dzie  najlepiej  -  sykn ła,  rzucaj c  kubek  na  ziemi .  Wstała,  walcz c  z 

kolejnym  atakiem  mdło ci.  Mimo  dobiegaj cego  zewsz d  huku  młotów,  czuła  na  sobie 
spojrzenia robotników. - Po co urz dza  scen . 

- Nie masz poj cia, jakie sceny potrafi  urz dza , Wilson. - Miał ochot  pokaza  jej, 

da  upust furii, przemieszanej ze strachem. Niech sobie zobaczy, do czego jest zdolny. Ale 
Abra  była  bardzo  blada  i  trz sły  jej  si   r ce.  -  Na  twoim  miejscu  porozmawiałbym  z 
majstrem.  Niech  przypilnuje  swoich  ludzi,  eby  przestrzegali  podstawowych  zasad 
bezpiecze stwa. 

- Wezm  to pod uwag . Przepraszam, ale musz  wraca  do pracy. 
Palce Cody'ego zacisn ły si  mocno wokół jej ramienia. Była mu za to wdzi czna, bo 

dzi ki temu poczuła nagły przypływ energii. Powoli odwróciła głow  i spojrzała na niego. W 
oczach  miał  dzik   furi .  Ten  człowiek  jest  chory  z  w ciekło ci,  pomy lała.  No  có ...  Jego 
sprawa. 

- Zostaw mnie w spokoju, Johnson! Ile razy mam ci powtarza ? 
Odczekał chwil , póki nie nabrał pewno ci,  e b dzie w stanie mówi  spokojnie. W 

uszach wci  miał przera aj cy huk metalu uderzaj cego o beton. 

- Dobrze, ustalmy to raz na zawsze, Ruda. Zostawi  ci  w spokoju. Nie b dziesz mi 

musiała niczego powtarza . 

Pu cił j . Zawahała si , po czym ruszyła w stron  wyj cia. 
Nie  b dzie  mu  tego  musiała  powtarza ,  pomy lał  Cody,  patrz c,  jak  wychodzi  z 

budynku. Je eli kiedy  spróbuje,  le to dla niej si  sko czy. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Ma tysi c innych spraw na głowie, pomy lał, wchodz c pod prysznic. Abra Wilson to 

nie problem. To znaczy, owszem, problem, tyle  e nie jego. 

Powinno si  unika  takich kapry nych kobiet, zwłaszcza je li za ich dziewcz c  urod  

kryje si  narowisty temperament. Projekt dla Barlowów wystarczaj co cz sto przyprawiał go 
o ból głowy. Nie musi do listy swoich zmartwie  dodawa  jeszcze tej dziewczyny. 

Chocia   tak  miło  na  ni   popatrze ,  pomy lał,  zakr caj c  wod .  Ale  to,  e  miło 

popatrze , nie musi wcale znaczy ,  e miło z ni  obcowa . Cody lubił wyzwania, jednak tym 
razem miał ju  i bez tego du o spraw na głowie. Jego wspólnik niedawno si  o enił i wła nie 
oczekiwał narodzin pierwszego dziecka. W tej sytuacji Cody wzi ł na swoje barki dodatkowe 
obowi zki. Firma prze ywała dobr  pass , oznaczało to wi c prac  przez dwana cie godzin 
na  dob .  Oprócz  nadzorowania  projektu  dla  Barlowa,  musiał  jeszcze  załatwia   niezliczon  
liczb  telefonów, wysyła  i odbiera  telegramy, podejmowa  decyzje, rozs dza  spory. 

Oczywi cie  nie  protestował  przeciwko  liczniejszym  obowi zkom  i  przedłu onym 

godzinom pracy. Był nawet losowi za nie wdzi czny. W jego pami ci nie zatarło si  jeszcze 
wspomnienie chłopaka, który dorastał na ubogiej farmie poło onej na błotach mi dzy Georgi  
a Floryd . Chłopak ten pragn ł dla siebie czego  wi cej, a m czyzna, który z niego wyrósł, 
ci ko na to pracował. 

Przebyłem dług  drog , pomy lał, owijaj c si  r cznikiem. Ciało miał smukłe, a tors 

opalony.  Jego  praca  nie  ograniczała  si   do  l czenia  nad.  desk   kre larsk   i  przenoszenia 
architektonicznych  wizji  na  kalk .  Nadal  pracował  na  powietrzu,  cho   teraz  ju   nie  z 
konieczno ci, lecz z wyboru. Dom nad jeziorem na Florydzie zamierzał doko czy  własnymi 
r kami. W jego przypadku to kwestia dumy, a nie braku funduszy. 

Pieni dze  były,  a  Cody  nigdy  si   nie  wypierał,  e  lubi  z  nich  korzysta .  Jednak  w 

młodo ci wszystko robił sam i nie potrafił ju  zerwa  z nawykiem, który wszedł mu w krew. 
Raczej nie chciał, szybko poprawił si  w my lach. Czasami nic nie sprawiało mu wi kszej 
przyjemno ci ni  wzi cie młotka czy piły do r ki i zabranie si  za robot . 

Przeczesał  palcami  mokre  włosy.  Dłonie  miał  twarde,  pełne  odcisków.  Jak  w 

młodo ci.  Jeszcze  teraz  potrafił  prowadzi   traktor,  wolał  jednak  suwak  logarytmiczny  albo 
elektryczn  pił . 

Przeszedł z łazienki do sypialni hotelowego apartamentu. Apartament był wi kszy ni  

dom,  w  którym  si   wychował.  Z  czasem  przywykł  do  du ych  przestrzeni,  do  pewnych 

background image

luksusów, nigdy jednak nie uwa ał,  e dane mu s  na zawsze. Wychowany w biedzie, nauczył 
si   ceni   dobry  gatunek,  wykwintn   kuchni ,  markowe  wino.  Dlatego  miał  na  nie  bardziej 
wyczulone  oko  ni   kto ,  kto  urodził  si   w  zamo nej  rodzinie.  Jednak  nad  tym  si   nie 
zastanawiał. 

Liczyły  si   przede  wszystkim  talent,  praca  i  ambicja,  plus  oczywi cie  łut  szcz cia. 

Cody miał to w pami ci,  e szcz cie potrafi by  zmienne, dlatego nigdy nie uchylał si  od 
pracy. 

Przebył  dług   drog   od  chłopaka,  który  kopał  w  błocie  na  ubogiej  farmie,  do 

zamo nego architekta, współwła ciciela jednej z najlepszych pracowni w kraju. Teraz mógł 
ju   miało  marzy ,  snu   wizje  i  tworzy   -  nie  zapominaj c  przy  tym,  e  je li  chce  si  
urzeczywistni   swoje  marzenia,  trzeba  sobie  nieraz  pobrudzi   r ce.  Cody  potrafił  układa  
cegły,  kiedy  było  to  konieczne,  miesza   cement,  a  tak e  wstrzeliwa   nity  lub  kołki.  eby 
zarobi   na  studia,  pracował  jako  prosty  murarz.  Lata  te  dały  mu  nie  tylko  praktyk ,  ale  i 
nauczyły go szacunku dla ludzi, którzy w pocie czoła wznosili budowle. 

Znów  wrócił  my lami  do  Abry.  Potrafiła  porozumie   si   z  robotnikami.  Cody  z 

własnego do wiadczenia wiedział,  e ludzie pochyleni nad desk  kre larsk  cz sto zapominali 
o  tych,  którzy  układaj   cegły  i  wbijaj   gwo dzie.  Ale  nie  Abra  Wilson,  zdecydowana  na 
wszystko, byle tylko załatwi  swoim ludziom dłu sz  przerw . Codziennie sprawdzała zapasy 
wody i tabletek z sol . 

Potrafiła tak e bez wahania wkroczy  mi dzy dwóch rozgniewanych m czyzn,  eby 

zapobiec bójce. Albo wyla  niesubordynowanemu robotnikowi piwo na głow . U miechn ł 
si  na to wspomnienie. Nie ma mowy o piciu w pracy! Mówiła to serio. 

Cody'emu si  to podobało. Nie lubił zb dnych grzeczno ci. Wolał brutaln  szczero  

zarówno w interesach, jak i w  yciu prywatnym. Abra nie nale ała do kobiet, które bawi  si  
we flirty albo prowadz  gierki. Najcz ciej mówiła to, co my lała. 

Wtedy  w  samochodzie,  na  skraju  szosy  powiedziała  „nie”,  a  przecie   doskonale 

wiedział,  e chciała powiedzie  „tak”. Poznanie przyczyn tej sprzeczno ci b dzie ciekawym 
zadaniem.  Szkoda,  e  ich  stosunki  musz   si   ograniczy   wył cznie  do  płaszczyzny 
zawodowej.  Mogliby  przecie   sp dzi   ze  sob   kilka  miłych  chwil,  pomy lał,  przeczesuj c 
palcami  wilgotne  włosy.  Kłopot  polegał  na  tym,  e  Abra  była  zbyt  obowi zkowa,  by  si  
odpr y   i  dobrze  zabawi .  Ani  na  moment  nie  potrafiła  zapomnie   o  pracy.  A  mo e  po 
prostu  była  za  uczciwa,  eby  si   godzi   na  przelotny  romans.  Nie  mógł  mie   o  to  do  niej 
pretensji. 

background image

Niepokoiły go ci głe tarcia mi dzy nimi. Z tar  zazwyczaj powstaj  iskry, a z iskier 

rodzi si  płomie . Niestety, nie miał w tej chwili czasu na gaszenie po arów. 

Spojrzał na budzik na nocnym stoliku i spróbował obliczy , która godzina jest w tej 

chwili na Wschodnim Wybrze u. Okazało si ,  e jest o wiele za pó no,  eby tam dzwoni . 
Oznaczało to,  e b dzie musiał wsta  nazajutrz o pi tej rano i załatwi  wszystkie konieczne 
telefony mi dzy szóst  a siódm . 

W tej sytuacji postanowił zamówi  posiłek do pokoju i wcze nie poło y  si  do łó ka. 

Kiedy podniósł słuchawk , usłyszał pukanie do drzwi. 

Spodziewał si  wszystkich - tylko nie Abry. 
Stała  w  progu,  balansuj c  wielk   papierow   torb   z  zakupami.  Włosy  miała 

rozpuszczone - po raz pierwszy niezaplecione czy podpi te spinkami. Opadały jej na ramiona 
fal  o barwie mahoniu. Ubrana była w d insy i podkoszulek, ale ci kie buciory zamieniła na 
adidasy. I prawie si  u miechała! 

- Cze ! - wykrztusiła. To  mieszne, ale nigdy w  yciu nie była taka zdenerwowana. 
-  Cze !  -  Cody  oparł  si   o  framug   i  zlustrował  j   leniwym  spojrzeniem.  - 

Przechodziła  obok? 

- Niezupełnie. - Zacz ła nerwowo grzeba  w papierowej torbie. - Mog  wej ? 
- Jasne. - Cofn ł si  i wpu cił j  do pokoju. Usłyszała, jak drzwi zamykaj  si  za jej 

plecami. Ze strachu serce podskoczyło jej w piersi. 

- Ładnie tu. 
W  saloniku  dominowały  barwy  pustyni:  be e,  br zy  i  fiolety.  Na  cianach  wisiały 

szkice, okna ocieniały  aluzje. Pachniało mydłem. Cody tak e pachniał mydłem. 

Abra zebrała si  w sobie i zacz ła: 
- Przyszłam,  eby ci  przeprosi . 
Cody mimowolnie uniósł brwi. Wida  było,  e Abra naprawd  stara si  by  uprzejma. 

Rozbawiony, postanowił jak najdłu ej przeci ga  t  scen . 

- Ale za co? 
Zacisn ła usta. Jad c tu, zd yła przygotowa  si  i na taki wariant,  e Cody nie b dzie 

jej niczego ułatwiał. 

- Za to,  e dzi  po południu byłam nieuprzejma i niewdzi czna. 
Cody wsun ł r ce do kieszeni szlafroka. 
- Tylko dzi  po południu? 
Ostatkiem sił powstrzymała wybuch gniewu. Bez wzgl du na wszystko, nale ały mu 

si  przeprosiny. 

background image

- Tak. To był szczególny przypadek. Pomogłe  mi, a ja byłam opryskliwa i niemiła. 

Moja wina i potrafi  si  do tego przyzna . - Bez pytania podeszła do lady oddzielaj cej salon 
od aneksu kuchennego. - Przyniosłam ci piwo. 

- Do picia czy do polewania? - zapytał, kiedy wyci gn ła z torby sze ciopak. 
-  To  ju   od  ciebie  zale y.  -  Tym  razem  u miechn ła  si   szeroko,  a  w  jej  oczach 

zapaliły  si   złociste  ogniki.  Cody  poczuł,  e  serce  zamarło  mu  na  moment  w  piersi.  -  Nie 
wiedziałam, czy ju  co  jadłe  , wi c na wszelki wypadek dorzuciłam hamburgera i frytki. 

- Przyniosła  mi kolacj ? 
Zmieszana,  wzruszyła  ramionami,  po  czym  wyj ła  z  torby  paczk   owini t   w  biały 

papier oraz styropianowy pojemnik z frytkami. Powie Cody'emu, co ma mu do powiedzenia, 
cho by miała potem pa  trupem. Mo e zreszt  padnie, zwa ywszy na spojrzenie, jakim j  
obrzucił. 

-  Chciałam  ci  podzi kowa   za  to,  e  tak  szybko  zareagowałe .  Nie  wiem,  czy 

zdołałabym uskoczy  w por . Zreszt , nie o to chodzi. My l ,  e to dzi ki tobie nic mi si  nie 
stało, a ja zachowałam si  niegrzecznie. Chyba byłam w szoku i nie bardzo wiedziałam, co si  
ze mn  dzieje. 

Cody pomy lał,  e on tak e doznał wtedy szoku. Podszedł do Abry, która stała, mn c 

w  r ku  pust   torb .  Gest  ten  dobitniej  ni   słowa  wiadczył  o  tym,  ile  kosztowały  j   te 
przeprosiny. Wzi ł z jej r k papier i rzucił go na blat. 

-  Mogła   mi  to  napisa   na  kartce  i  wsun   j   przez  drzwi.  Jednak  to  chyba  nie  w 

twoim stylu. - Z trudem oparł si  pokusie,  eby dotkn  jej włosów. Czuł,  e byłoby to ze 
szkod  dla nich obojga. Gdyby raz zacz ł, chciałby jej potem dotyka  bez przerwy, a ona i tak 
sprawiała wra enie  miertelnie przera onej. Có  mu pozostało? Wyj ł jedn  butelk  i spojrzał 
na etykiet . 

- Masz ochot  na piwo? 
Zawahała si . Czy by Cody zamierzał ułatwi  jej to przykre zadanie? 
- Jasne,  e tak. 
- A na połówk  hamburgera? Odetchn ła z ulg  i u miechn ła si . 
- Mo e uda mi si  co  przełkn . 
A  wi c  rozejm  -  bez  deklaracji  i  zb dnych  słów.  Na  tarasie  Cody'ego  zjedli 

symboliczn   kolacj   i  popili  piwem.  Na  patiu  u  ich  stóp  cicho  szemrała  fontanna.  Bujnie 
kwitły  krzewy,  a  ich  upojny  zapach  wypełniał  kwadrat  podwórka.  Sło ce  chyliło  si   ku 
zachodowi, wiał chłodny wietrzyk. 

- Masz tu wygody jak w domu - odezwała si  Abra, s cz c piwo. 

background image

Cody pomy lał o swoim domu, o wci  niepomalowanych  cianach, gdzie wszystko 

było takie swojskie. 

- Niezupełnie, ale prawie. 
Abra  wyci gn ła  nogi  w  kierunku  fontanny.  Miała  ochot   zanurzy   si   w  niej  i 

zamkn  oczy. Westchn ła i z  alem odrzuciła ten pomysł. 

- Du o podró ujesz? 
- Dosy  du o. A ty? 
-  Raczej  nie.  To  znaczy,  w  granicach  tego  stanu.  Byłam  kilka  razy  w  Utah.  Lubi  

mieszka  w hotelach. 

- Naprawd ? 
Była ju  na tyle zrelaksowana,  e potrafiła zignorowa  pogardliwy u mieszek, z jakim 

zadał to pytanie. 

Wbiła  z by  w  swoj   połówk   hamburgera,  rozkoszuj c  si   smakiem  tej  mieszanki 

mi sa, przypraw, sosu i sera. 

-  Lubi   przed  wyj ciem  do  miasta  wzi   prysznic,  a  po  powrocie  znale   czysty 

r cznik. Lubi , jak mnie kto  obsłu y i poda  niadanie do łó ka. I tym podobne rzeczy. Ty 
pewnie te . Nie wygl dasz mi na człowieka, który robiłby co , czego nie lubi. 

- Nie mam nic przeciwko podró om - odparł Cody. Frytki ociekały tłuszczem i były 

grubo  posolone.  Dokładnie  tak  jak  powinny.  Wzi ł  dwie.  -  Lubi   tylko  wiedzie ,  e  mam 
dok d wraca . 

Doskonale go rozumiała, a jednak zdziwiła j  u niego ta sentymentalna potrzeba. 
- Zawsze mieszkałe  na Florydzie? 
- Tak. Nie powiem,  eby mi odpowiadały  nie ne zimy na północy. Wol  sło ce. 
- Ja te . - Wepchn ła do ust gar  frytek. - Tutaj pada tylko kilka razy do roku. Deszcz 

to  niebywałe  wydarzenie.  -  Doko czyła  hamburgera,  najlepszy  posiłek,  jaki  jadła  w  ci gu 
ostatnich  tygodni.  Mo e  trudno  w  to  uwierzy ,  ale  towarzystwo  Cody'ego  nie  okazało  si  
wcale takie straszne. Rozsiadła si  wygodniej i popijaj c piwo, czekała, a  zapadnie zmrok. - 
Chciałabym si  wybra  nad ocean. 

- Który? 
- Wszystko jedno. 
Cody zauwa ył,  e w tym  wietle jej oczy zrobiły si  szare. Szare i lekko rozmarzone. 
- St d nie jest daleko nad Wschodnie Wybrze e. 
-  Wiem.  -  Wzruszyła  ramionami,  nie  odrywaj c  wzroku  od  ciemniej cego  nieba.  - 

Zawsze mi si  wydawało,  e musz  mie  jaki  powa niejszy powód,  eby tam pojecha . 

background image

- Urlop? 
-  Przez  ostatnie  lata  harowałam  jak  wół.  Mo e  yjemy  w  czasach  wyzwolonych 

kobiet,  ale  kiedy  jest  si   kobiet   in ynierem,  trzeba  si   cz sto  przebija ,  eby  osi gn  
pozycj  w zawodzie. 

- Czemu została  in ynierem? 
Si gn li jednocze nie po frytki. Palce ich musn ły si  w przelocie. 
- Od dziecka chciałam pozna  zasad  funkcjonowania pewnych rzeczy. I dowiedzie  

si , co robi ,  eby działały jeszcze lepiej. Byłam dobra z matematyki. Podobała mi si  logika 
liczb.  Je eli  poł czy   te  dwie  dziedziny  według  pewnego  wzoru,  otrzyma  si   prawidłow  
odpowied . 

- Prawidłowa odpowied  nie zawsze musi by  najlepsza. 
Abra uwa nie przyjrzała si  jego twarzy. 
- To sposób my lenia typowy dla artystów. Wła nie dlatego ka dy architekt potrzebuje 

dobrego in yniera, który by go trzymał w ryzach. 

Cody poci gn ł łyk piwa i u miechn ł si . 
- Czy tym wła nie si  zajmujesz, Ruda? Trzymaniem mnie w ryzach? 
- To nie takie proste. We my, na przykład, ten projekt centrum medycznego. 
- Wiedziałem,  e b dziesz chciała o tym porozmawia . 
Rozleniwiona po zaimprowizowanej kolacji, udała,  e nie słyszy sarkastycznej nuty w 

jego głosie. 

- Mam na my li wodospad na wschodniej  cianie. 
Jako  nikt nie zwrócił uwagi na to,  e to kompletna fanaberia. 
- Masz co  przeciwko wodospadom? 
- Jeste my na pustyni, Johnson. 
-  Nie  słyszała   o  czym   takim  jak  oazy?  Westchn ła,  modl c  si   w  duchu  o 

cierpliwo .  To  był  miły  wieczór.  Jedzenie  było  smaczne,  a  towarzystwo  okazało  si  
sympatyczniejsze, ni  si  spodziewała. 

- Zgadzam si  na t  twoj  zachciank . 
- Jestem ci niebywale wdzi czny. 
-  Pod  warunkiem,  e  umie cisz  wodospad  na  cianie  zachodniej,  zgodnie  z  moimi 

sugestiami i... 

-  ciana  zachodnia  odpada  -  przerwał  jej  Cody.  -  Okna  na  cianie  zachodniej  maj  

słu y  do ogl dania zachodów sło ca. Poza tym, najlepsze widoki roztaczaj  si  wła nie na 
zachód. 

background image

- Mówi  o logistyce. Pomy l tylko o instalacji hydraulicznej. 
- Zostawiam to tobie. Ty pomy l o hydraulice, a ja pomy l  o estetyce. Na pewno si  

dogadamy. 

Abra potrz sn ła głow . 
-  Cody,  próbuj   ci  wytłumaczy ,  e  ten  projekt  mógłby  by   o  połow   łatwiejszy, 

gdyby my wprowadzili kilka drobnych modyfikacji. 

W jej oczach znowu pojawił si  wyzywaj cy błysk. Cody miał ochot  si  u miechn . 

Ich wspólny wieczór nie byłby kompletny bez chocia  jednej drobnej sprzeczki. 

- Je eli boisz si  ci kiej pracy, trzeba było sobie wybra  inny zawód. 
W oczach Abry zapłon ł gniew. 
- Nie boj  si  pracy i jestem bardzo dobra w tym, co robi . To przez takich ludzi jak 

ty, o nadmiernie wybujałym ego, którzy nie chc  i  na  adne ust pstwa, pewne rzeczy staj  
si  niemo liwe. 

Cody tak e miał temperament. Zdołał jednak nad sob  zapanowa . 
- To nie moje ego powstrzymuje mnie przed wprowadzeniem poprawek. Gdybym si  

na nie zgodził, nie byłaby to praca, któr  u mnie zamówiono. 

- Ty to nazywasz integralno ci  twórcy. Dla mnie to po prostu ego. 
- Mylisz si  - rzekł Cody ze zwodniczym spokojem. - Po raz kolejny. 
W tym momencie mogła si  jeszcze wycofa  i spróbowa  subtelno ci i taktu, gdyby o 

tym pomy lała. 

- Chcesz mi powiedzie ,  e twoja integralno  doznałaby szwanku, gdyby  przeniósł 

ten głupi wodospad ze wschodu na zachód? 

- Tak. 
-  To  najwi kszy  idiotyzm,  jaki  w  yciu  słyszałam.  Oczywi cie  typowy.  -  Wstała  i 

zacz ła  kr y   po  niewielkim  tarasie.  -  Z  tego,  co  wiem,  architekci  cz ciej  martwi   si   o 
odcie  farby ni  o wytrzymało  budynku. 

Cody  wodził  za  ni   wzrokiem.  Przemierzała  taras  długim,  swobodnym  krokiem 

wytrwałego  piechura.  Ta  kobieta  potrafi  doj   do  celu,  pomy lał.  Ale  jego  tak  łatwo  nie 
przeskoczy. 

- Masz przykr  skłonno  do uogólnie , Ruda. 
- Nie nazywaj mnie Ruda - burkn ła, po czym urwała pomara czowy kwiat z krzewu, 

pn cego  si   po  cianie.  -  B d   szcz liwa,  kiedy  ta  budowa  dobiegnie  ko ca,  a  ja  zaczn  
działa  na własny rachunek. B d  sobie wtedy mogła wybra  takiego architekta, jaki b dzie 
mi odpowiadał. 

background image

- Powodzenia. Obawiam si ,  e trudno ci b dzie znale  kogo , kto zechce znosi  twój 

ognisty temperament i twoje zrz dzenie. 

Odwróciła  si   gwałtownie.  Wiedziała,  e  ma  temperament,  nie  zamierzała  si   tego 

wypiera  ani za to przeprasza . Ale co do reszty... 

-  Nie  jestem  wcale  zrz d !  Je eli  wysuwam  propozycj ,  dzi ki  której  mo na 

zaoszcz dzi  kilkadziesi t metrów rur, to nie zrz dzenie. Tylko egocentryczny, twardogłowy 
architekt mo e podchodzi  do tego w ten sposób. 

- To nie mój problem, panno Wilson. - Cody z zadowoleniem zawa ył,  e Abra si  

achn ła.  -  Masz  niskie  mniemanie  o  ludziach  mojej  profesji,  ale  póki  wykonujesz  swoj , 

jeste  na nas skazana. 

Abra gniewnie zmi ła trzymany w r ku kwiat. 
-  Nie  wszyscy  z  twojej  bran y  to  idioci.  Tu,  w  Arizonie,  mamy  kilku  doskonałych 

architektów. 

- Aha, ju  rozumiem. Po prostu nie lubisz architektów ze Wschodniego Wybrze a. 
Nie pozwoli mu na to,  eby wkładał w jej usta słowa, których nie wypowiedziała, i 

robił z niej idiotk . 

- Nie mam poj cia, dlaczego Tim zdecydował si  wzi  firm  spoza tego stanu. Skoro 

ju  tak si  stało, to przecie  robi , co w mojej mocy,  eby z tob  zgodnie współpracowa . 

- Te twoje moce nie s  do ko ca wykorzystane. - Cody odstawił piwo i wstał. Jego 

twarz  ton ła  w  cieniu,  ale  Abra  poznała  po  jego  ruchach,  e  jest  zły  i  gotowy  do  walki.  - 
Je eli masz jeszcze jakie  zastrze enia, czemu nie zgłosisz ich teraz, kiedy znajdujemy si  tu 
tylko we dwoje? 

Rzuciła na ziemi  strz pki kwiatu. 
- Dobrze, zrobi  tak. W cieka mnie to,  e nie pojawiłe  si  na  adnej ze wst pnych 

narad.  Byłam  przeciwna  zatrudnianiu  firmy  ze  Wschodniego  Wybrze a,  ale  Tim  nie  chciał 
mnie słucha . To,  e byłe  nieuchwytny, poci gn ło za sob  dalsze komplikacje. Musiałam 
radzi  sobie z Grayem, który tylko obgryza paznokcie i grzebie w papierach. Potem pojawiłe  
si  jak spod ziemi i zacz łe  paradowa  niczym napuszony indor. A na domiar wszystkiego 
nie godzisz si  na zmian  nawet najmniejszej kreski w tym twoim bezcennym projekcie. 

Cody zrobił krok  w jej  stron , wychodz c z cienia.  Zauwa yła,  e jest  w ciekły. W 

swoim gniewie wydał jej si  jeszcze bardziej atrakcyjny. 

-  Po  pierwsze,  były  konkretne  powody  mojej  nieobecno ci  na  naradach  wst pnych. 

Powody osobiste, których nie mam obowi zku ci wyjawia . - Zbli ył si  o kolejny krok. - A 
to,  e szef wbrew twoim poradom wybrał nasz  firm , to ju  twoje zmartwienie, a nie moje. 

background image

- Wol  uwa a  to za jego bł d. 
-  Twoja  sprawa.  -  Kiedy  zrobił  kolejny  krok  w  jej  stron ,  z  trudem  opanowała 

instynktown  ch  ucieczki. Cody patrzył na ni  pociemniałymi oczyma. Nie przypominał ju  
beztroskiego kowboja - raczej skupionego rewolwerowca. - A co do Graya, mo e jest młody i 
denerwuj cy, ale jednak ci ko pracuje. 

Oblała si  rumie cem wstydu. 
- Nie to chciałam... 
- Nie mówmy ju  o tym. - Cody znowu post pił krok. Zatrzymał si  tak blisko,  e ich 

ciała niemal si  stykały. Abra patrzyła mu nieust pliwie w oczy, z wyzywaj co uniesionym 
podbródkiem. - Poza tym, wcale nie paraduj  tu jak indor! 

Omal nie Wybuchn ła  miechem. Jednak powstrzymała si , rozumiej c,  e byłoby to 

bardzo ryzykowne posuni cie. 

- Chcesz powiedzie ,  e nie robisz tego  wiadomie? Najwyra niej sobie z niego kpiła. 

Powiedział mu to błysk rozbawienia w jej oczach. Chciała go o mieszy , ale jej si  to nie uda. 

-  Ja  tego  po  prostu  nie  robi .  Za  to  ty  człapiesz  jak  stary  chłop  w  tych  podkutych 

buciorach i kasku,  eby pokaza , jaka jeste  twarda. 

Abra otworzyła usta ze zdumienia, ale tylko na sekund . 
- Nie człapi  jak stary chłop i nie musz  niczego pokazywa . Ja tylko wykonuj  swoj  

prac . 

- No to rób swoje, a ja b d  robił swoje. 
-  W  porz dku.  Wobec  tego  widzimy  si   jutro  rano.  Odwróciła  si   w  stron   drzwi. 

Cody chwycił j  za r k . Nie potrafił powiedzie , jakie demony go op tały, ale zatrzymał j , 
chocia  najlepszym rozwi zaniem dla nich obojga byłoby, gdyby rozstali si  w gniewie. Było 
ju  jednak za pó no. Stali twarz  w twarz, a dło  Cody'ego spoczywała  na ramieniu Abry. 
Ksi yc  roz wietlił  wieczorne  niebo.  Z  dołu  dobiegł  ich  perlisty  miech  przechodz cej 
kobiety. 

Tym  razem  ich  starcie  zaowocowało  iskr   -  nie,  tysi cem  iskier,  pomy lał  Cody, 

czuj c mrowienie skóry. Zalała go fala gor ca. Na razie potrafił jeszcze nad sob  zapanowa . 
Je li jednak z iskier buchnie płomie , wtedy... 

A niech to piekło pochłonie, pomy lał i nagle zawładn ł jej ustami. 
Była  gotowa.  Miała  to  wyra nie  wypisane  na  twarzy.  Gotowo   i  po danie.  W 

dodatku wcale si  tego nie wstydziła. 

Ale czy wyjdzie jej to na dobre? 

background image

Powinna była zapanowa  nad sob ; nad swoimi zmysłami. Do tej pory na ogół jej si  

to udawało. Tymczasem nagle u wiadomiła sobie,  e instynkt potrafi zwyci y  rozum. 

Obejmowała  Cody'ego,  chocia   nie  mogła  sobie  przypomnie ,  eby  wyci gała  r ce. 

Tuliła si  do niego, cho  nie pami tała, by zrobiła jaki  ruch w jego stron . Kiedy rozchyliła 
usta, dała w ten sposób do zrozumienia,  e nie tylko pragnie pocałunku, ale wr cz do niego 
zaprasza. Nami tna odpowied  Cody'ego okazała si  dokładnie taka, jakiej oczekiwała. 

Przyci gn ł  j   do  siebie,  zdumiony  gwałtowno ci   swego  po dania.  Kolejn  

niespodziank   była  wiadomo ,  e  płomie ,  który  nagle  buchn ł  mi dzy  nimi,  trawił  nie 
tylko  jego,  ale  i  j .  Abranie  protestowała,  nie  próbowała  si   wyrwa ,  lecz  odwa nie 
odpowiedziała na jego wyzwanie. 

Chciwie smakował usta Abry, maj c uszy pełne jej gardłowych j ków. Potem zacz ł 

wodzi   r kami  po  ciele  dziewczyny,  badaj c  jego  tajemnice.  Nie  uciekała  przed  tymi 
zaborczymi r kami. Zadr ała, a potem spazmatycznie przywarła do Cody'ego. 

Powinna  była  przewidzie ,  e  co   takiego  nast pi.  Pomy le ,  ale  ju   nie  potrafiła. 

Serce waliło jej jak młotem, nogi miała jak z waty, niemal leciała przez r ce. 

Gdy wreszcie odsun li si  od siebie, Cody'emu równie  brakowało tchu. Gdy ich usta 

znowu  si   przybli yły,  okazało  si ,  e  oboje  równie  mocno  pragn li  tego  ostatniego, 
po egnalnego pocałunku. Potem stali długo obj ci, serce przy sercu. Gniew stopniał, wypaliła 
si  nami tno , a ich ciała ogarn ła słabo . 

- I co teraz? - odezwał si  Cody. 
Abra bez słowa potrz sn ła głow . Jeszcze za wcze nie,  eby o tym my le , a zarazem 

za pó no,  eby to tak zostawi . 

- Mo e usi dziesz? 
Znów potrz sn ła głow , zanim zd ył podsun  jej krzesło. 
- Nie, nie chc . - Nigdy by nie przypuszczała,  e tak trudno b dzie jej odej . - Musz  

ju  i . 

- Nie odchod  jeszcze. - Zachciało mu si  zapali . Kiedy zacz ł szuka  papierosów W 

kieszeniach  szlafroka,  odkrył,  e  r ce  mu  dr .  Napełniło  go  to  zdumieniem,  a  zarazem 
w ciekło ci . 

- Musimy co  z tym zrobi , Abra. 
Płomie   zapałki  zamigotał,  a  potem  zgasł.  Abra  zaczerpn ła  tchu.  Pomy lała,  e 

płomie  szybko si  zapala i równie szybko ga nie. 

- Nie powinni my byli tego robi . 
- To nie ma nic do rzeczy. 

background image

Szczerze mówi c, ubodło j  troch ,  e nie zaprotestował. Ale, rzecz jasna, nie mógł. 

Bo to ona miała racj . 

-  My l ,  e  ma.  -  Zdesperowana  przeczesała  palcami  włosy.  Tak  niedawno  r ce 

Cody'ego bawiły si  nimi. - Nie powinni my byli do tego dopu ci , a jednak stało si . Teraz 
jest  ju   po  wszystkim.  S dz ,  e  jeste my  zbyt  powa nymi  lud mi,  eby  mogło  to  mie  
jakikolwiek wpływ na nasze stosunki słu bowe. 

- Tak uwa asz? Powinienem był przewidzie ,  e potraktujesz to dokładnie tak samo 

jak bł dne zamówienie materiałów na budow . Mo e i masz racj , ale je eli wierzysz,  e to 
si  wi cej nie powtórzy, musisz by  niem dra. 

Nale y  by   ostro n ,  bardzo  ostro n .  Nie  jest  łatwo  mówi ,  gdy  usta  wci   s  

wilgotne i obrzmiałe od pocałunków. 

- Je eli si  powtórzy, b dziemy musieli co  z tym zrobi , nie mieszaj c w to naszej 

pracy. 

- W tym jednym chyba jeste my zgodni. - Cody powoli wydmuchał kł b dymu. - To, 

co zaszło przed chwil , nie miało  adnego zwi zku z tym, co robimy. Co jednak wcale nie 
znaczy,  e nie b d  ci  pragn ł w godzinach pracy. 

Ostrzegawczy dreszcz przebiegł jej wzdłu  kr gosłupa. Wyprostowała dumnie plecy. 
-  Posłuchaj,  Cody,  to  jest...  to  była...  tylko  chwilowa  słabo .  Mo e  i  si   sobie 

podobamy, ale... 

- Mo e? 
- Dobrze ju , dobrze, niech ci b dzie. - Próbowała znale  wła ciwe słowa. - Musz  

my le  o mojej przyszło ci. Oboje doskonale wiemy,  e nie ma nic gorszego i głupszego ni  
romans w pracy. 

-  ycie  jest  ci kie  -  mrukn ł  Cody.  Wyrzucił  przez  balkon  niedopałek  papierosa  i 

patrzył,  jak  ognik  szybuje  w  powietrzu.  -  Wyja nijmy  co   sobie,  Ruda  -  powiedział, 
odwracaj c si  z powrotem do Abry. - Pocałowałem ci , a ty oddała  mi pocałunek. Musisz 
przyzna ,  e było nam obojgu cholernie przyjemnie. Dlatego b d  chciał ci  znowu całowa , 
gdy tylko to b dzie mo liwe. Nie tylko całowa . I nie mam zamiaru czeka  na moment, kiedy 
tobie b dzie wygodnie. 

- Zawsze jeste  t  stron , która podejmuje decyzje? - rzuciła z gniewem. - Tylko ty 

masz prawo wykona  ruch? 

Cody milczał przez chwil . 
-  Och,  dobrze  ju ,  dobrze  -  westchn ł.  W ciekło   nie  zdołała  zahamowa   potoku 

gniewnych słów. 

background image

-  Jakie  dobrze,  ty  bezczelny  typie?!  Oddałam  ci  pocałunek,  bo  chciałam,  bo  mi  to 

sprawiło przyjemno . Je eli znowu ci  pocałuj , to z tych samych powodów, a nie dlatego, 

e zdecydujesz, kiedy i gdzie ma to si  sta . Je eli pójd  z tob  do łó ka, to w my l tych sa-

mych zasad. Jasne? 

Cudowna kobieta. Straszliwie irytuj ca, ale cudowna. I co za imponuj ca szczero ! 

Cody u miechn ł si . 

-  Jasne  i  proste  jak  drut  -  przyznał.  Wyci gn ł  r k   i  odgarn ł  jej  za  ucho  rudy 

kosmyk. - Ciesz  si ,  e było ci przyjemnie. 

Abra sykn ła z w ciekło ci . Cody u miechn ł si  jeszcze szerzej. Odtr ciła jego r k  

i zwróciła si  do wyj cia. 

- Abra! 
Przystan ła w progu, trzymaj c za klamk . 
- Co? 
- Dzi kuj  za kolacj . 
Kiedy  drzwi  zatrzasn ły  si   za  jej  plecami,  Cody  wybuchn ł  miechem.  Odczekał, 

póki nie usłyszał,  e zamykaj  si  drzwi na dole, a wtedy wrócił do łazienki, zdj ł szlafrok i 
zanurzył si  w wannie. Miał nadziej ,  e k piel z hydromasa em pozwoli mu ukoi  ból, jaki 
odczuwał w całym ciele po wizycie Abry, a tak e od wie y mu umysł na tyle,  eby znów był 
w stanie my le . 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Abra  powzi ła  mocne  postanowienie,  e  jej  kontakty  z  Codym  ogranicz   si  

wył cznie  do  sfery  słu bowej.  B dzie  tak  dopóty,  dopóki  ostatni  kafelek  nie  zostanie 
przyklejony do  ciany. 

B d  ze sob  rozmawiali jak in ynier z architektem. O cegłach, podkładach, instalacji 

elektrycznej, plastikowych rurach, betonie i masie termicznej. A je li budowa b dzie szła bez 
przeszkód, rozmowy oka  si  zb dne. 

To,  co  przydarzyło  im  si   noc   na  tarasie,  musiało  by   chwilowym  szale stwem. 

Pomy lała, zaciskaj c pi ci,  e po raz pierwszy w  yciu zareagowała na m czyzn  jak jej 
matka, czyli z miejsca straciła głow . Widocznie była znacznie bardziej do niej podobna, ni -
by  si   do  tego  chciała  przyzna .  Wystarczył  atrakcyjny  m czyzna,  ksi ycowa  noc,  a  ona 
omal nie zrobiła z siebie kompletnej idiotki. 

Marszcz c  brwi,  spojrzała  na  szkielet  budynku,  który  miał  pomie ci   gabinety 

lekarskie.  Brygadzista  podszedł  i  podał  jej  plik  dokumentów  do  podpisu.  Przejrzała  je 
uwa nie i postawiła parafk . Pomy lała,  e udało jej si  zaj  tak daleko głównie dzi ki temu, 

e  ani  razu  nie  uległa  słabo ci.  A  przecie   zamierzała  osi gn   jeszcze  wi cej.  Mo e  i 

odziedziczyła pewne cechy po matce, ale nie chciała  y  tak jak słodka Jessie, niepoprawna, 
wiecznie  zakochana  optymistka.  Nie  wolno  dopu ci   do  tego,  eby  jeden  moment  słabo ci 
zadecydował ojej karierze. Co było, min ło, a ona powinna po wi ci  si  wył cznie pracy. 

Przez  cały  ranek  kr yła  pomi dzy  centrum  medycznym  i  głównym  budynkiem,  a 

przy  okazji  sprawdzała,  jak  post puj   roboty  ziemne  przy  domkach.  Prace  nad 
poszczególnymi  sekcjami  budowy  musiały  by   doskonale  zgrane  w  czasie,  co  wymagało 
nieustannego nadzoru, odpowiedzi na dziesi tki pyta  oraz łagodzenia konfliktów. 

Odbyła dług  telefoniczn  rozmow  z in ynierem mechanikiem, zatrudnionym przez 

Thornwaya.  Pracował  troch   zbyt  wolno  jak  na  jej  gust,  był  jednak  specjalist   pierwszej 
klasy.  Zanotowała  sobie,  e  przechodz c  obok  biur,  musi  dokładnie  obejrze   izolacj   kabli 
wind oraz mechanicznie rozsuwanego sklepienia nad basenem. 

Lubiła  swoj   prac ,  traktowała  j   powa nie  i  czerpała  z  niej  wiele  satysfakcji.  Nie 

nale ała  do  tych  in ynierów,  którzy  uwa aj ,  e  ich  obowi zki  ko cz   si   w  momencie 
podpisania papierów i sprawdzenia oblicze . Chciała, by jej udział w inwestycji dla Barlowa 
nie zatrzymał si  na etapie deski kre larskiej. Dano jej tak  szans  i cho  wzdrygała si  na 

background image

widok  ka dej  łopaty  ziemi  wywo onej  z  placu  budowy,  miała  jednak  t   satysfakcj ,  e 
uczestniczy w kształtowaniu otoczenia. 

Tego ranka nikt z jej współpracowników nawet si  nie domy lał, co działo si  pod t  

mask   opanowania  i  kompetencji.  Abra  chyba  po  raz  pierwszy  w  yciu  była  wyra nie 
rozkojarzona.  Wprawdzie  próbowała  sobie  wytłumaczy ,  e  je li  ci gle  rozgl da  si   za 
Codym, to jedynie dlatego,  eby jej nie zaskoczył. Jednak w południe doszła do wniosku,  e 
Cody najwyra niej nie zamierza pokaza  si  na budowie. Uczucie zawodu, jakie j  ogarn ło, 
potraktowała oczywi cie jako objaw ulgi. 

Przerw  na lunch sp dziła nad planami w przyczepie, z butelk  soku pomara czowego 

i paczk  chipsów. Rozmowa z in ynierem mechanikiem u wiadomiła jej,  e pozostało jeszcze 
kilka  problemów  zwi zanych  z  konstrukcj   rozsuwanego  stropu,  który  Cody  zaprojektował 
nad  basenem.  Chrupi c  chipsy,  wyj ła  kalkulator  i  od  nowa  zabrała  si   do  oblicze .  Nie 
byłoby tych problemów, gdyby nie ten nieszcz sny wodospad, który miał spływa  po  cianie, 
do basenu... Potrz sn ła głow  i spróbowała spojrze  na to z innej strony. Cody ma mani  na 
punkcie wodospadów, doszła do wniosku. Upiła spory łyk soku. Tak, to po prostu maniak. 
Wolała my le  o nim jak o nawiedzonym architekcie, który cierpi na mani  wielko ci, ni  o 
m czy nie, który potrafi całowa  tak,  e kobieta traci rozum. 

Da mu to, na czym mu tak bardzo zale y - dostanie ten swój szklany, rozsuwany dach, 

swoje wodospady, spirale i kopuły. Jego fanaberie posłu  jej za kolejny stopie  do kariery. A 
on niech sobie potem wraca do swoich wilgotnych, pomara czowych gajów. 

Niemal  usatysfakcjonowana,  naszkicowała  kilka  detali,  a  potem  wypisała  kolumn  

cyfr. Nie do niej miało nale e  wyra anie uznania. Jej zadanie polegało na doprowadzeniu do 
tego,  eby wszystko zacz ło prawidłowo funkcjonowa . A w tym była naprawd  dobra. 

Kiedy usłyszała,  e drzwi si  otwieraj , nawet nie podniosła głowy. 
- Zamykaj szybko, dobrze? Bo wpu cisz upał. 
- Dobrze, prosz  pani. 
Na d wi k znajomego głosu drgn ła i bezwiednie wyprostowała plecy. W progu stał 

Cody. 

- Nie my lałam,  e ci  dzi  tu zobaczymy. 
Cody  u miechn ł  si   i  bez  słowa  odsun ł  od  drzwi.  Do  przyczepy  wszedł  Tim 

Thornway,  a  za  nim  wkroczył  William  Walton  Barlow.  Abra  wstała  i  spróbowała  si  
wyprostowa , co nie było takie łatwe, bo nad głow  miała rz d szafek. 

-  Abra!  -  Tim  wprawdzie  wolałby  zasta   j   po  kolana  w  cemencie  albo  na 

rusztowaniach, potrafił jednak jak nikt obróci  ka d  sytuacj  na swoj   korzy .  - Jak sam 

background image

widzisz, William - powiedział - nasza ekipa mieszka,  pi i jada na miejscu. Pami tasz pann  
Wilson, naszego głównego in yniera konstruktora? 

Siwy, kr py m czyzna o przenikliwym spojrzeniu wyci gn ł r k . 
- Oczywi cie  e tak. My, Barlowowie, nigdy nie zapominamy ładnej buzi. 
Trzeba było przyzna  Abrze na plus,  e udało jej si  zachowa  kamienn  twarz. Nawet 

wtedy, gdy Cody u miechn ł si  zjadliwie ponad głow  Barlowa. 

- William uznał,  e nadszedł czas, by obejrzał budow  - wyja nił Tim. - Oczywi cie 

nie chcemy wam przeszkadza  ani zwalnia  tempa prac, ani... 

- Nie znam si  na budowaniu tych obiektów - przerwał mu Barlow. - Znam si  na ich 

prowadzeniu,  ale  musz   przyzna ,  e  podoba  mi  si   to,  co  widz .  -  Pokiwał  z  uznaniem 
głow . - Te łuki i kopuły. To  wiadczy o pewnej klasie. A firma Barlow&Barlow anga uje si  
tylko w inwestycje z klas . 

Abra udała,  e nie widzi kpi cego u mieszku Cody'ego. Wysun ła si  zza stołu. 
- Wybrał pan wyj tkowo upalny dzie  na t  wypraw , panie Barlow. Mo e napije si  

pan czego  zimnego? Soku albo herbaty? 

- Wol  piwo. Zakurzone gardło najlepiej przepłuka  zimnym piwem. 
Cody otworzył lodówk  i wyj ł kilka butelek. 
-  Chcieli my  pokaza   Williamowi  stan  zaawansowania  robót  na  budowie  centrum 

medycznego. 

- Ach tak? - Abra potrz sn ła przecz co głow , kiedy podsun ł jej butelk . Zauwa yła 

przy tym,  e Tim skrzywił si  niech tnie. - W sam  por , bo wła nie próbowałam doszlifowa  
detale dachu nad basenem. Udało mi si  uzgodni  dzi  par  spraw z Laffertym. 

Barlow spojrzał na rozło one plany oraz plik kartek, zapisanych kolumnami cyfr. 
- Zostawiam to pani. Liczby interesuj  mnie tylko w ksi kach przychodów. A pani, 

jak widz , zna si  na rzeczy. - Machn ł r k , po czym w trzech haustach wychylił pół butelki. 
- Thomas zapewniał mnie,  e ma pani głow  na karku. I to, jak teraz widz , ładn  głow  na 
ładnym karku. - Mrugn ł do niej porozumiewawczo. 

To do  poufałe zachowanie nie zirytowało Abry, raczej j  roz mieszyło. Barlow był 

w takim wieku,  e mógłby z powodzeniem by  jej dziadkiem. Miał przy tym wszystkim jaki  
rubaszny wdzi k. 

- Dzi kuj . Wiem,  e bardzo pana cenił. 
- Brakuje mi go - powiedział Barlow, a potem zwrócił si  do Tima: - Idziemy dalej. 

Nie tra my czasu. 

background image

-  Oczywi cie.  -  Tim  odstawił  nietkni t   butelk .  -  Wydaj   dzi   kolacj   dla  pana 

Barlowa. O siódmej. Przyjd  z Johnsonem, Abra. 

Chciała si  grzecznie wymówi , ale Cody j  uprzedził: 
-  Podrzuc   pann   Wilson.  Id cie  ju   do  centrum  medycznego,  a  my  was  zaraz 

dogonimy. 

-  Rozlu nij  ten  cholerny  krawat,  Tim  -  powiedział  Barlow,  kiedy  wyszli  na  dwór.  - 

Mo na si  udusi  w tym upale. 

Cody zamkn ł za nimi drzwi, po czym oparł si  o framug . 
- Rzeczywi cie masz ładny kark. Na tyle, na ile udało mi si  zobaczy . 
Jak  to  było  mo liwe,  e  po  wyj ciu  dwóch  osób  w  przyczepie  zrobiło  si   jakby 

cia niej?  Abra  nie  potrafiła  tego  wyja ni .  A  przecie   była  bardzo  dobrym  in ynierem. 
Odwróciła si  do stołu i zacz ła składa  papiery. 

- Nie musisz po mnie wst powa  dzi  wieczorem. 
- Rzeczywi cie, nie musz . - Cody przygl dał jej si  przez dłu sz  chwil .  le spał tej 

nocy, a win  za to obarczał Abr . Teraz jej postawa wyra nie dowodziła,  e szykuje si  do 
ataku. - Natomiast chc . 

Czy powinna odmówi ? W gruncie rzeczy to kolacja słu bowa, i w ten sposób nale y 

do tego podej . Odwróciła si  do Cody'ego. 

- Dobrze. Podam ci adres. Cody u miechn ł si . 
- Znajd  ci , Ruda. Tak jak ty mnie znalazła . Skoro ju  sam poruszył ten temat, Abra 

doszła do wniosku,  e nale y szczerze porozmawia . 

-  Dobrze,  e  mamy  chwil   czasu  -  powiedziała.  -  Uwa am,  e  powinni my  sobie 

wyja ni  kilka spraw. 

- Jakich spraw? - Cody odsun ł si  od drzwi. Abra cofn ła si  nerwowo. - Mieli my 

muła na farmie. Te  był taki płochliwy. 

- Nie jestem wcale płochliwa.  le ci si  wydaje. 
-  Dobrze  mi  si   wydaje.  -  Podszedł  bli ej  i  chwycił  j   za  warkocz.  -  Kiedy  ci  

przyciskam, odnosz  wra enie  e to bardzo przyjemne uczucie. 

- To był bł d. - Chciała go obej , ale on nie puszczał jej warkocza. 
- Co? 
-  Ostatni  wieczór.  -  Musi  rozegra   to  ze  spokojem.  Jest  przecie   osob   z  natury 

spokojn  i zrównowa on . - To nie powinno si  było zdarzy . 

-  To?  -  Oczy  mu  pociemniały,  nie  było  w  nich  jednak  gniewu.  Odetchn ła  z  ulg . 

Widocznie Cody'emu tak e zale ało na tym,  eby zachowa  si  rozs dnie. 

background image

- Chyba ulegli my nastrojowi chwili. Najlepiej b dzie o tym zapomnie . 
-  Dobrze  -  powiedział  ze  zwodniczym  u miechem.  Nie  wiedziała,  e  cho   nie  był 

dobrym szachist , był za to genialnym pokerzyst  - Zapomnijmy o ostatniej nocy. 

- Mo e by my wobec tego... - zacz ła, zadowolona,  e tak łatwo udało im si  doj  do 

porozumienia. 

Nie  zd yła  doko czy ,  bo  Cody  gwałtownie  przyci gn ł  j   do  siebie  i  zacz ł 

mia d y  ustami jej wargi. Zastygła bez ruchu. Oczywi cie z przera enia, a tak e z oburzenia. 
Tak to sobie przynajmniej tłumaczyła. Ten pocałunek diametralnie ró nił si  od tamtego, jaki 
wymienili  w  wietle  ksi yca.  Był  brutalny  i  gor cy  jak  sło ce  pal ce  niemiłosiernie  za 
oknem. Próbowała si  wyrwa , ale trzymał j  mocno. 

Cody pomy lał,  e jest mu wszystko jedno. Abra mogła sobie sta  i przem drzałym 

tonem perorowa  o bł dach. Popełnił ju  w  yciu niejeden bł d i jako  to prze ył. By  mo e 
to ona jest t  najwi ksz  pomyłk , a z cał  pewno ci  najkosztowniejsz , ale on nie zamierza 
si   wycofa .  Doskonale  pami tał  uczucie,  które  go  ogarn ło,  gdy  trzymał  j   poprzedniego 
wieczoru  w  ramionach.  Pora aj c   nami tno ,  która  zagarn ła  ich  niczym  ogromna  fala. 
Nigdy dot d czego  podobnego nie do wiadczył. Z  adn  kobiet . 

- Przesta ! - wydyszała, zanim znów zaatakował jej usta. Czuła,  e tonie, i nikt nie jest 

w stanie jej pomóc.  eby nie pój  na dno, kurczowo do niego przywarła. To nonsens! Uton  
oboje! Ten zachłanny pocałunek oznacza ich kl sk . Dlaczego wi c odwzajemnia go z takim 
zapami taniem? 

Czemu obejmuje Cody'ego i ulegle rozchyla wargi? Dlaczego serce bije jej w piersi 

jak szalone? To co  wi cej ni  tylko pokusa, wi cej ni  akt poddania. Chciała ju  nie tylko 
dawa , ale i bra . 

Kiedy odsun li si  od siebie, zaczerpn ła spazmatycznie powietrza i oparła si  o stół. 

Nogi miała jak z waty. Nagle dotarło do niej,  e popełniła kolejny bł d. W oczach Cody'ego 
dostrzegła gniew, determinacj  i po danie. Odezwał si  jednak stonowanym głosem. 

- Wygl da na to,  e mamy jeszcze jeden punkt do dyskusji, Ruda. Do zobaczenia o 

siódmej. 

Tego wieczoru Abra co najmniej kilkana cie razy zamierzała zadzwoni  do Cody'ego i 

powiedzie  mu,  eby po ni  nie przyje d ał. Za ka dym razem powstrzymywała j  obawa,  e 
je li to zrobi, zostanie to zrozumiane jako przyznanie si , i  co  si  mi dzy nimi zawi zało. A 
tak e,  e  jest  tchórzem.  To  prawda,  e  była  przera ona.  Musiała  si   z  tym  pogodzi ,  cho  
niech tnie. Jednak Cody nie miał prawa si  o tym dowiedzie . 

background image

Zreszt  i tak musi by  obecna na tej kolacji, pomy lała, robi c po raz kolejny przegl d 

garderoby. W zasadzie to nawet nie miała by  kolacja, tylko zwykłe spotkanie słu bowe. Tyle 

e wszyscy b d  w strojach wieczorowych i b d  objada  si  kanapkami na eleganckim patiu 

Tima.  Nie  zaszkodzi  zademonstrowa   Barlowowi,  e  jego  architekt  i  in ynier  potrafi   si  
dogada . 

Cody  Johnson,  poza  wszystkim,  był  równie   jej  partnerem  przy  realizacji  tego 

projektu.  Je eli  nie  potrafi  sobie  z  nim  poradzi   -  co  wci   starał  si   jej  udowodni   -  nie 
poradzi sobie tak e i z t  prac .  aden zadufany w sobie architekt ze Wschodniego Wybrze a 
nie zmusi jej do przyznania si ,  e ma jakie  trudno ci. 

A  zreszt ,  pomy lała,  zastanawiaj c  si   nad  wyborem  sukienki,  na  przyj ciu  i  tak 

b dzie tyle osób,  e bez trudu zgubi si  w tłumie. To pewne,  e nie b dzie musiała zamieni  z 
Codym wi cej ni  kilka słów. 

Kiedy rozległo si  pukanie, spojrzała na zegarek i zakl ła. Tak długo rozmawiała sama 

ze  sob ,  e  nie  zd yła  si   nawet  ubra ,  a  tymczasem  dochodziła  siódma.  Przytrzymuj c 
pasek szlafroka, wyszła z zagraconej sypialni do małego saloniku i otworzyła drzwi. 

Cody zlustrował wzrokiem jej posta  w kusym szlafroczku i u miechn ł si . 
- Ładna sukienka. 
- Nie wyrabiam si  - burkn ła. - Jed  beze mnie. 
-  Nie  ma  mowy.  -  Nie  czekaj c  na  zaproszenie,  wszedł  do  rodka  i  rozejrzał  si  

wokoło. 

W mieszkaniu Abry, tak przecie  pedantycznej i skrupulatnej, panował niesamowity 

bałagan. Na wyblakłej sofie le ało kilka jaskrawych poduszek, a stosy czasopism pi trzyły si  
na  fotelu,  obitym  zupełnie  nie  pasuj c   tkanin .  Jak  na  kogo ,  kto  zarabia  na  ycie 
przemienianiem rysunków i liczb w struktur  i form , nie miała poj cia o dekoracji wn trz - 
albo nie przywi zywała do tego wagi. To dziwne, pomy lał Cody. Widział j  przecie  przy 
pracy  i  podziwiał  jej  fachowo .  Gdyby  jej  na  tym  zale ało,  potrafiłaby  przekształci   byle 
komórk  w zorganizowane, funkcjonalne wn trze. 

Pokój  był  mniejszy  ni   jego  hotelowa  sypialnia,  ale  nikt  nie  mógłby  go  nazwa  

bezosobowym. Długi stół pod oknem zastawiony był mas  zdj . Wszystko pokrywała gruba 
warstwa kurzu - oprócz fotografii oraz kolekcji kryształów w oknie, w których odbijały si  
ostatnie promienie zachodz cego sło ca. 

To  wła nie,  bardziej  ni   cokolwiek  innego,  powiedziało  Cody'emu,  e  cho   Abra 

sp dza tu mało czasu, dba jednak o to, co ma dla niej znaczenie. 

background image

- Za chwil  b d  gotowa - powiedziała. - Je eli masz ochot  na drinka, kuchnia jest 

tam. 

Umkn ła  do  sypialni,  starannie  zamykaj c  za  sob   drzwi.  Stan ła  przed  lustrem  i 

przeczesała  palcami  włosy.  To  absolutnie  nie  fair,  e  Cody  wygl dał  tak  seksownie  i 
demonstrował tak niezm con  pewno  siebie. Ju  i tak  le,  e wygl da tak  wietnie w stroju 
roboczym, ale jeszcze gorzej, i  w kremowej marynarce, z ogorzał  twarz  i rozja nionymi 
sło cem włosami prezentuje si  jak model. To naprawd  nie fair! Nawet w uroczystym stroju 
ma  w  sobie  co   z  beztroskiego  kowboja.  Z  westchnieniem  zadała  sobie  pytanie,  jak  ma 
walczy  ze swoj  słabo ci , je eli Cody przy ka dym kolejnym spotkaniu wydaje jej si  coraz 
bardziej atrakcyjny? 

Niech  go  wszyscy  diabli!  -  pomy lała,  staj c  przed  otwart   szaf .  Poradzi  sobie  i  z 

nim,  i  ze  swoim  uczuciem.  A  to  oznacza,  e  nie  wło y  na  ten  wieczór  grzecznego 
granatowego kostiumu. Je eli decyduje si  igra  z ogniem, musi by  stosownie ubrana. 

W kuchni Cody odkrył równie skandaliczny bałagan, jak w pokoju. Bałagan, ale nie 

brud.  Wida   było,  e  Abra  sp dza  mało  czasu  w  tym  pomieszczeniu.  wiadczyły  o  tym 
puszki herbatników i kartony ekspresowych herbat na kuchence. 

W  lodówce  znalazł  butelk   czerwonego  wina,  słoik  masła  orzechowego  oraz  jedno 

jajko. Po przeszukaniu szafek udało mu si  skompletowa  dwa ró ne kieliszki. W szufladzie 
natkn ł si  na wymi ty egzemplarz jakiego  horroru w wydaniu kieszonkowym. 

Upił łyk wina i potrz sn ł głow . Mo e trafi mu si  okazja,  eby nauczy  j  czego  o 

doborze win. Id c z kieliszkami do saloniku, nasłuchiwał odgłosów dobiegaj cych zza drzwi 
sypialni. Wszystko wskazywało na to,  e Abra gor czkowo czego  szuka, wyci gaj c po kolei 
wszystkie  szuflady.  S cz c  z  niesmakiem  tanie  wino,  podszedł  do  stołu  i  zacz ł  ogl da  
fotografie. 

Niektóre  przedstawiały  sam   Abr .  Na  jednej  z  nich  stała,  wyra nie  skr powana,  w 

ró owej  sukni  z  organdyny.  Na  innej  sfotografowała  si   z  jak   atrakcyjn   blondynk .  A 
poniewa   blondynka  ta  miała  szarozielone  oczy  Abry,  mogła  to  by   jej  starsza  siostra.  Ta 
sama blondynka znajdowała si  na kilku innych fotografiach; na jednej z nich była ubrana w 

lubn   sukni .  Kolejne  zdj cie  przedstawiało  Abr   w  kasku.  Było  te   kilka  fotografii 

m czyzn, w ród których Cody rozpoznał Thornwaya seniora. Czy która  z nich przedstawia 
jej ojca? Znów łykn ł wina, po czym odwrócił si  do drzwi, za którymi nagle zapadła cisza. 

- Nalałem sobie wina - zawołał. - Poda  ci kieliszek? 
- Nie... Tak... Cholera! 
- Czyli tak. - Podszedł do drzwi sypialni i mocno je pchn ł. 

background image

Na  widok  szczupłej,  wysokiej  kobiety  w  czarnej  sukni  nagle  zaschło  mu  w  gardle. 

Suknia miała gł boki dekolt, ze wstawk  haftowan  srebrn  nitk . Podobny wzór powtarzał 
si  tu  ponad kolanem. Srebrny szlak przyci gał wzrok, automatycznie kieruj c spojrzenie na 
zgrabne nogi w jedwabnych po czochach. 

Abra podobała mu si  nawet w przepoconym podkoszulku i starych d insach. Teraz 

był wr cz ol niony. 

Ona tymczasem mocowała si  z zapi ciem na plecach. 
- Nie mog  sobie poradzi . 
Poczekał, a  puls mu si  uspokoi, po czym podszedł, potykaj c si  o jej buciory oraz 

par  czarnych sandałków na obcasie. 

- Co za idiotyczny krój - narzekała Abra. - Człowiek musi si  tyle nam czy , zanim to 

pozapina. Albo porozpina. 

-  Tak.  -  Cody  podał  jej  kieliszki,  staraj c  si   nie  my le   o  tym,  e  znacznie 

przyjemniej  byłoby  pomaga   jej  przy  rozpinaniu  ni   przy  zapinaniu.  -  Haftka  ci  si  
przekr ciła. 

- Wiem - prychn ła niecierpliwie. - Mo esz mi pomóc? 
Ich spojrzenia spotkały si  w lustrze nad toaletk . Zobaczył,  e Abra po raz pierwszy, 

odk d j  poznał, ma umalowane usta. Poci gni te szmink  były jeszcze bardziej pon tne. 

- Chyba tak. Co to takiego, co masz na sobie? Upiła łyk wina, bo nagle i jej zaschło w 

gardle. 

- To chyba jasne. Czarn  sukienk  z zepsut  haftk . 
- Pytam o zapach. - Nachylił si  nad ni . 
-  Nie  wiem.  -  Najch tniej  by  si   odsun ła,  gdyby  nie  to,  e  jego  palce  wci  

majstrowały przy zapi ciu. - Mama mi kupiła. 

- Chciałbym pozna  twoj  mam . Znów upiła łyk. 
- Sko czyłe ? 
-  Jeszcze  nie.  -  Przeci gn ł  dłoni   po  plecach  Abry,  a  widz c  w  lustrze  jej  reakcj , 

u miechn ł si . - Jeste  bardzo płochliwa. 

- Jeste my spó nieni. - Zmieniła temat. 
- Skoro tak, kilka minut nie zrobi  adnej ró nicy. - Kiedy obj ł j  w talii, spróbowała 

go odepchn . Cody chwycił j  za r ce i unieruchomił je za jej plecami. - W kwestii doboru 
win nie masz za grosz gustu. 

- Odró niam tylko czerwone i białe - powiedziała. Cody znów obj ł j  w pasie. Tym 

razem leciutko, tak  e czuła tylko koniuszki jego palców. Jednak si  nie odsun ła. 

background image

- To tak, jakby powiedzie ,  e ja jestem m czyzn , a ty kobiet . A przecie  rzecz nie 

tylko w tym. - Nachylił si  i dotkn ł ustami jej warg. Dobrze mu si  wydawało. Były ch tne. 
Nawet bardzo. - To co  wi cej. O wiele wi cej. 

- Ja zawsze stawiam spraw  jasno, Cody. - Odsun ła si , bo wydało jej si ,  e podłoga 

zaczyna falowa  pod stopami. - Nie jestem jeszcze gotowa. 

Gdyby powiedziała „tak” albo „nie”, poradziłby sobie z tym bez problemu. Z jej słów 

biła taka determinacja,  e a  si   achn ł. 

- Na co? 
- Na to, co si  dzieje. - Uznała,  e przyszła pora na bezwzgl dn  szczero . - Na ciebie 

i wszystko, co do ciebie czuj . 

Patrzył na ni  przez chwil , a potem zajrzał jej gł boko w oczy. Odsłaniała si  przed 

nim. Oboje zdawali sobie z tego spraw . Jednak zamiast zaatakowa , ust pił pola. 

- Ile czasu potrzebujesz? 
- Nie potrafi  odpowiedzie  na to pytanie. - Kiedy pogłaskał j  po plecach, kurczowo 

zacisn ła palce na jego ramionach. - Czuj  si  osaczona. 

- Ja te  - mrukn ł. Odsun ł si  i poczekał, a  Abra wło y sandałki. - Abra! - Kiedy na 

niego popatrzyła, uj ł j  za r k . - To nie koniec. Mam wra enie,  e przed nami długa droga. 

Miał racj  i to j  najbardziej niepokoiło. 
- Wyznaj  pewn  zasad  - powiedziała. - Zanim si  za co  wezm , lubi  wiedzie , jak 

to si  sko czy. A z tob  nie potrafi  sobie wyobrazi  miłego zako czenia. Dlatego nie wiem, 
czy w ogóle mam ochot  si  w to pakowa . 

- Ruda! - Podniósł do ust jej r k . - Za pó no. Ju  si  w to wpakowała . 
Kiedy dotarli do posiadło ci Thornwayów, przyj cie było ju  w pełnym  toku. Bufet 

był  obficie  zaopatrzony  w  przysmaki  kuchni  meksyka skiej,  a  barek  oferował  cał   gam  
trunków.  Za  biało  -  ró ow   rezydencj ,  któr   Tim  wybudował  przed  kilku  laty  dla  swojej 
narzeczonej, rozpo cierał si  wypiel gnowany trawnik, na którym gdzieniegdzie rosły palmy. 
U  stóp  łagodnej  skarpy  połyskiwały  wody  basenu.  Tu   obok  wznosiła  si   altana,  po  której 

cianach pi ło si  dzikie wino. 

W powietrzu unosił si  słodki zapach. 
Na oszklonym tarasie i trawniku spacerowali liczni go cie. Stawiła si  cała  mietanka 

towarzyska  Phoenix.  Abra,  nieco  onie mielona,  postanowiła  poszuka   sobie  jakiego  
ustronnego k cika. Lubiła pracowa  dla eleganckich sfer, ale nie miała poj cia, jak si  bawi  
z tymi lud mi. 

background image

- Masz, napij si  chablis - powiedział Cody, wr czaj c jej kieliszek. - To kalifornijskie 

wino. Ma ładn , czyst  barw , mocny aromat i nasycony smak. 

Abra podniosła kieliszek do ust. 
- Jest białe. 
- A twoja sukienka jest czarna. Mimo to nie wygl dasz w niej jak zakonnica. 
- Wino jak wino - upierała si , chocia  podniebienie mówiło jej zupełnie co innego. 
- Kochanie... - Cody delikatnie powiódł palcem po jej szyi - musisz si  jeszcze du o 

nauczy . 

- O, tu jeste cie! - Podeszła do nich Marci Thornway, od dwóch lat  ona Tima. Miała 

na sobie suto haftowan  tunik  z białego jedwabiu i brylantow  obró k  na szyi. Poklepała 
Abr  po r ce, a potem skierowała szafirowe oczy na Cody'ego. Głos jej ociekał miodem. 

- Chyba ju  rozumiem, czemu si  spó niła . 
- Cody Johnson, Marci Thornway. - Abra szybko dokonała prezentacji. 
- Ach, ten architekt! - Marci uj ła Cody'ego protekcjonalnie pod rami . - Tim tyle mi o 

panu  mówił.  Nie  wspomniał  tylko,  e  jest  pan  taki  przystojny.  -  Wybuchn ła  melodyjnym 

miechem, który doskonale pasował do jej złotych włosów i drobnej figury. - M om trzeba 

wybaczy ,  e czasami zapominaj  wspomnie   onom o przystojnych m czyznach. 

- Albo innym m czyznom o swoich pi knych  onach - kurtuazyjnie zrewan ował si  

Cody. 

Abra wykrzywiła si  za plecami Marci i zacz ła wyjada  z kokilki zapiekank . 
- Pan jest z Florydy, prawda? - Marci wyra nie zamierzała zaanektowa  Cody'ego. - Ja 

wychowałam  si   w  Georgii,  w  małym  miasteczku  niedaleko  Atlanty.  Czasami  chce  mi  si  
wy  z t sknoty. 

-  Zwłaszcza  gdy  zakwitn   magnolie  -  mrukn ła  Abra.  Odwróciła  si   i  omal  si   nie 

zderzyła z Barlowem. - Och, przepraszam, panie Barlow! 

-  Prosz   mi  mówi   po  imieniu.  Nałó   sobie  wi cej,  dziecko.  Masz,  spróbuj  tych 

tortilli. I nie zapomnij o sałatce z fasoli. 

Abra z przera eniem spojrzała na ilo ci jedzenia, jakie Barlow zgarn ł jej na talerz. 
- Dzi kuj . 
- Mo e usiadłaby  ze mn  na chwil  i dotrzymała starszemu panu towarzystwa? 
Abra nie potrafiła powiedzie , czego si  spodziewała po tym wieczorze. Z pewno ci  

jednak  nie  przyszło  jej  do  głowy,  e  sp dzi  urocz   godzin   w  towarzystwie  jednego  z 
najbogatszych  ludzi  w  kraju.  Wbrew  jej  obawom  Barlow  nie  próbował  si   do  niej  zaleca , 

background image

adorował  j   tylko  jak  stary  przyjaciel  rodziny,  z  bezpiecznego  dystansu  dziel cych  ich 
trzydziestu pi ciu lat. 

Siedzieli na ławeczce nad basenem i rozmawiali o wspólnej miło ci do kina. Była to 

jedyna słabo , na jak  Abra sobie pozwalała. Tylko w kinie mogła sp dza  wolne chwile bez 
poczucia,  e traci czas. 

Je eli  od  czasu  do  czasu  słuchała  Barlowa  mniej  uwa nie,  to  nie  dlatego,  eby  jej 

rozmówca był nudny, ale dlatego,  e zbyt cz sto z tłumu go ci wyławiała wzrokiem Cody'ego 
w towarzystwie Marci Thornway. 

- Ale ze mnie egoista - stwierdził Barlow, kiedy dopił drinka. - Zaj łem ci tyle czasu, a 

ty powinna  bawi  si  z młodzie . 

-  Ach  nie  -  zaprotestowała  z  u miechem.  -  Tak  miło  si   z  tob   rozmawia.  Prawd  

mówi c, nie przepadam za takimi przyj ciami. 

- Ładna dziewczyna potrzebuje na przyj ciu kawalera, który by koło niej skakał. 
-  Nie  lubi ,  jak  kto   koło  mnie  skacze.  -  Nagle  zobaczyła,  e  Cody  zapala  Marci 

papierosa. 

Barlow był bystrym obserwatorem. Popatrzył w  lad za jej spojrzeniem. 
- Ale  licznotka - stwierdził. - Jak porcelanowa figurka. Droga i przyjemna dla oczu. 

Młody Tim musi nie le si  stara . 

- Jest jej bardzo oddany. 
- Dzi  wieczorem jego dama towarzyszy twojemu architektowi. 
- Nie mojemu, tylko waszemu architektowi - poprawiła go Abra. - Oboje pochodz  z 

południowego wschodu. Na pewno maj  ze sob  mas  wspólnego. 

- Hm? - Barlow podniósł si , wyra nie rozbawiony. - Chciałbym troch  rozprostowa  

nogi. Mo e przejdziemy si  po ogrodzie? 

- Dobrze. - Odwróciła si  plecami do Cody'ego i uj ła Barlowa pod r k . 
Co ona za gr  prowadzi? - zastanawiał si  Cody, patrz c, jak Abra znika z Barlowem 

w gł bi ogrodu. Przecie  ten facet mógłby spokojnie by  jej ojcem! Przez cały wieczór był 

wiadkiem, jak robiła do niego słodkie oczy. 

Tymczasem  on  wci   próbował  uwolni   si   od  bluszczu,  który  nazywał  si   Marci 

Thornway.  Cody  doskonale  potrafił  rozpozna   kobiet   w  akcji,  a  Marci  zdecydowanie 
wysyłała  mu  przez  cały  wieczór  sygnały.  Takie,  których  nie  miał  najmniejszej  ochoty 
odbiera . Nawet gdyby Abra nie wpadła mu wcze niej w oko, nigdy nie zainteresowałby si  
osob  pokroju Marci. Takie kobiety oznaczały powa ne kłopoty, i to bez wzgl du na to, czy 
były m atkami, czy nie. 

background image

Nigdy by te  nie pos dził Abry o to,  e b dzie schlebia  jakiemu  starcowi,  e b dzie 

si  do niego u miecha  i z nim flirtowa . Widział wyra nie,  e Barlow jest ni  oczarowany. 
W pewnym momencie Abra znikn ła w ród ró  z jednym z najbogatszych ludzi Ameryki. 

Cody zaci gn ł si  papierosem, a potem, mru c oczy, wydmuchał dym. Był pewny, 

e Abra go pragn ła. Chocia  inicjatywa nale ała do niego i cho  to on j  osaczał, jej reakcja 

była w pełni spontaniczna i szczera.  adna kobieta nie całowała w taki sposób, je eli tego nie 
chciała. 

A jednak Abra wycofywała si  za ka dym razem. Przypuszczał,  e chciała zachowa  

ostro no ,  e  przera ała  j   ich  obopólna  nami tno .  Mo e  po  prostu  le  interpretował  jej 
zachowanie? Mo e trzymała go na dystans, bo polowała na grab  ryb ? 

Nie,  pomy lał,  potrz saj c  głow .  To  z  jego  strony  nie  fair.  Pozwala  sobie  na  takie 

my li, poniewa  jest przygn biony, bo pragnie Abry bardziej ni  jakiejkolwiek innej kobiety. 
I wreszcie, bo sam nie wie, co ma z tym wszystkim pocz . 

-  Przepraszam!  -  przerwał  Marci  w  pół  słowa,  u miechn ł  si ,  po  czym  ruszył  w  t  

stron , gdzie udali si  Abra i Barlow. 

Usłyszał stłumiony  miech Abry, który przypomniał mu szum fal i mgły nad jeziorem, 

gdzie zbudował swój dom. A potem j  zobaczył. Stała pod jednym z kolorowych lampionów, 
porozwieszanych  w  całym  ogrodzie.  U miechała  si ,  obracaj c  w  palcach  pomara czowy 
kwiat. Taki sam jak ten, który niecierpliwie zgniotła na jego tarasie poprzedniego wieczoru. 

- Sama widzisz, jak to wygl da. - mówił do niej Barlow z u miechem. - Niby pełno 

towaru, ale nie za bardzo jest w czym wybiera . 

Roze miała si  i wsun ła mu kwiat do butonierki. 
- Przepraszam! 
Barlow  i  Abra  odwrócili  si   jak  na  komend .  Jakbym  ich  na  czym   przyłapał, 

pomy lał Cody. 

-  No  i  jak,  Johnson,  dobrze  si   bawisz?  -  Barlow  poklepał  go  przyjacielsko  po 

ramieniu. - Bawiłby  si  jeszcze lepiej, gdyby  sobie pospacerował w  wietle ksi yca z tak  
ładn  dziewczyn  jak Abra. Młodzi nie maj  dzi  czasu na romanse. Zostawiam was. Id  si  
napi  piwa. 

Jak na t giego, starszego człowieka, ruchy miał zdumiewaj co energiczne i szybkie. 

Abra została sam na sam z Codym. 

- Pójd  do ludzi... - zacz ła, ale Cody zast pił jej drog . 
- Jako  przez cały wieczór nie odczuwała  takiej potrzeby. 
Chciała jak najpr dzej uciec z ogrodu, byle dalej od Cody'ego. 

background image

- Rozmawiałam z Barlowem - wyja niła z u miechem. - To bardzo miły człowiek. 
- Zauwa yłem,  e spodobało ci si  jego towarzystwo. Łatwo przeskakujesz z kwiatka 

na kwiatek. Moje gratulacje. 

Spojrzała na niego zdezorientowana. U miech znikn ł z jej twarzy. 
Cody wyj ł zapałki i zapalił papierosa. 
- Barlow jest grubo po sze dziesi tce, ale jego miliony mog  ci to osłodzi . 
Patrzyła  na  niego  przez  dłu sz   chwil .  W  sandałkach  na  wysokich  obcasach 

dorównywała mu wzrostem. 

- Nie bardzo ci  rozumiem. Wiesz co, odejd  i wró  za chwil . Mo e wtedy pojm , o 

co ci chodzi. 

- Chyba wyra am si  do  jasno. Barlow to bardzo bogaty facet, a przy tym wdowiec 

od ponad dziesi ciu łat. Poza tym zawsze lubił towarzystwo młodych, ładnych kobiet. 

Omal  nie  Wybuchn ła  miechem.  Powstrzymała  j   maluj ca  si   w  jego  oczach 

pogarda. Wtedy u wiadomiła sobie,  e mówił serio. 

- Jedno mo na na pewno powiedzie : to m czyzna który wie, jak nale y traktowa  

kobiety. Wybacz, ale wracam do go ci. 

Zanim zd yła go wymin , chwycił j  za r k . 
-  Niczego  ci  nie  wybacz ,  Ruda,  ale  to  nie  znaczy,  e  przestałem  ci   pragn .  - 

Odwrócił j  ku sobie. - Nie powiem,  eby mnie to cieszyło, ale skoro tak jest, musz  si  z tym 
pogodzi .  Pragn   ci   i  b d   ci   miał,  bez  wzgl du  na  to,  co  teraz  knujesz  w  tej  twojej 
wyrachowanej główce. 

- Id  do diabła, Johnson! - Próbowała si  wyrwa . - Nie obchodzi mnie, czego chcesz 

ani  co  o  mnie  my lisz.  Polubiłam  pana  Barlowa  i  nie  ycz   sobie,  eby   uwa ał  go  za 
stetryczałego  głupca.  Dlatego  powiem  ci  co .  Dzisiejszego  wieczoru  rozmawiali my  po 
prostu jak cywilizowani ludzie na przyj ciu. Bez ukrytych intencji. 

- A te bzdury, które usłyszałem, kiedy do was podchodziłem? 
- Co? - zawahała si , a potem si  roze miała, ale z jej oczu wyzierał chłód. - To był 

cytat z filmu. Ze starego filmu ze Spencerem Tr cym i Katharine Hepburn. Dogadali my si  z 
panem  Barlowem,  e  oboje  go  uwielbiamy.  I  powiem  ci  jeszcze  jedno.  -  Odepchn ła  go  z 
gniewem. - Nawet gdyby si  do mnie zalecał, to nie twój zakichany interes. Je eli podoba mi 
si   z  nim  flirtowa ,  to  moja  sprawa.  Je eli  b d   miała  ochot   na  romans  -  z  nim  albo  z 
kimkolwiek - nie b d  pyta  ci  o zgod . - Znowu go popchn ła. - A poza tym mo e wol  
jego szarmanckie zachowanie od twoich grubia skich manier? 

- Uspokój si ! 

background image

- Nie, to ty si  uspokój! - Jej oczy, zielone w  wietle kolorowych lampionów, miotały 

błyskawice.  -  Nie  mam  zamiaru  tolerowa   takiego  chamstwa!  Nikt  nie  b dzie  mnie  tak 
traktował. Ciebie to te  dotyczy. Trzymaj si  ode mnie z daleka, Johnson! 

Odmaszerowała, a Cody długo stał w miejscu. W ko cu cisn ł niedopałek na ziemi  i 

zgniótł go obcasem. 

- Dostałe  za swoje, Johnson - mrukn ł, drapi c si  po karku. Najch tniej zapadłby si  

pod ziemi . Niestety, w tej sytuacji, w jak  sam si  wpakował, pozostawało mu tylko jedno 
wyj cie. 

background image

ROZDZIAŁ PI TY 

Pocz tkowo  my lał  o  kwiatach,  doszedł  jednak  do  wniosku,  e  Abra  nie  nale y  do 

kobiet, które mi kn  na widok kilku ró . Rozwa ał te  proste przeprosiny w rodzaju Bardzo 
mi  przykro”.  Jak  przyjaciel  przeprasza  przyjaciela.  Jednak  Abra  nie  uwa ała  go  chyba  za 
przyjaciela.  Zreszt ,  na  cokolwiek  by  si   zdecydował,  chłodem,  z  jakim  go  traktowała, 
zmroziłaby ka de słowo, zanim zd yłoby pokona  drog  od jego ust do jej uszu. Postanowił 
wobec tego da  jej jedyn  rzecz, jaka mogła j  chwilowo zadowoli , czyli troch  swobody. 

Przez nast pne dwa tygodnie pracowali razem, cz sto rami  w rami , utrzymuj c przy 

tym wi kszy dystans ni  odległo  mi dzy Sło cem a Ksi ycem. Je eli potrzebne były jakie  
konsultacje, Abra załatwiała to w taki sposób,  eby nigdy nie zostali sam na sam. Z godn  
podziwu  zr czno ci   potrafiła  tak  manewrowa   Charliem  Grayem,  e  zawsze  spełniał  rol  
buforu.  Mimo  i   nie  było  to  łatwe,  udało  jej  si   unika   Cody'ego,  kiedy  tylko  było  to 
mo liwe. A on nie robił nic,  eby zmieni  istniej cy stan rzecz. Rozumiał,  e Abra potrzebuje 
czasu,  eby ochłon .  Dwukrotnie wyjechał na krótki okres -  raz do siedziby  firmy w  Fort 
Lauderdale, a raz do San Diego, gdzie miał swój udział w budowie centrum medycznego. 

Po  ka dym  powrocie  sprawdzał,  jaki  Abra  ma  humor,  ale  ona  wci   była  zimna  i 

nieugi ta. 

Teraz, w kasku na głowie i ciemnych okularach, patrzył, jak szklana kopuła l duje na 

szczycie budowli. 

-  Pi kna  rzecz.  Z  klas .  -  Barlow  spojrzał  z  u miechem  w  gór .  wiatło  słoneczne 

czerwono - złotymi wi zkami przenikało przez grube szkło. 

- William..... - Cody odetchn ł, kiedy kopuła wyl dowała na budynku jak kapsel na 

butelce - nie wiedziałem,  e wróciłe . 

- Musiałem skontrolowa  par  rzeczy. - Barlow otarł chusteczk  spocon  twarz. - Co 

za piekielny upał! Mam nadziej ,  e klimatyzacja b dzie działa  sprawnie. 

- Zgodnie z planem powinna ruszy  dzisiaj. 
-  To  dobrze.  -  Barlow  obrócił  si   wokół  własnej  osi,  eby  ogarn   wzrokiem  cały 

obiekt. To, co zobaczył, wyra nie mu si  spodobało. Budynek przypominał zamek, wytworny 
i  niedost pny,  a  zarazem  niebywale  nowoczesny.  Podszedł  bli ej,  eby  si   przyjrze  
szklanemu  stropowi,  dzi ki  któremu  stroma  góra  stawała  si   niemal  cz ci   wn trza. 
Osi gni ty w ten sposób dramatyczny efekt na pewno spodoba si  go ciom, którzy wła nie w 
tym miejscu b d  zgłasza  si  do recepcji. Najwa niejsze jest pierwsze i ostatnie wra enie, 

background image

pomy lał. Johnson postarał si ,  eby wra enia te były trwałe. Potem specjali ci od krajobrazu 
posadz  pustynne krzewy i kaktusy, a reszty dokona sama natura. Za półkolistymi oknami od 
zachodu  rozpo cierała  si   pustynia.  Wzdłu   ciany  robotnicy  układali  rury,  którymi  miała 
popłyn  woda do basenu i wodospadu. 

-  Dobra  robota,  chłopcze.  -  Barlow  rzadko  szafował  komplementami.  -  Musz  

przyzna ,  e  miałem  pewne  w tpliwo ci,  gdy  ogl dałem  projekt  wst pny,  ale  mój  syn  si  
uparł.  Posłuchałem  go  i  teraz  widz ,  e  miał  racj .  Dokonałe   wielkiego  działa,  Cody.  Nie 
ka dy, patrz c wstecz na swoje  ycie, mo e co  takiego powiedzie . 

- Miło mi to słysze . 
-  Chciałbym,  eby   mi  pó niej  pokazał  reszt .  -  Poklepał  Cody'ego  po  plecach.  - 

Najpierw powiedz mi, czy jest tu jakie  miejsce, gdzie mo na by si  napi  piwa? 

- Chyba da si  to załatwi . - Cody zaprowadził go do olbrzymiej lodówki i wyj ł dwie 

puszki. 

Barlow wypił haust i odetchn ł z ulg . Na głowie miał szeroki, słomkowy kapelusz. 

Wygl dał w nim jak stary farmer. 

- W przyszłym tygodniu sko cz  sze dziesi t pi  lat, a ci gle uwa am,  e na upał 

nie  ma  nic  lepszego  od  zimnego  piwa.  -  Barlow  zwrócił  wzrok  w  stron   budynku  centrum 
medycznego i zobaczył Abr . - No, mo e prócz jednej rzeczy. - Parskn ł  miechem, usiadł na 
skrzyni  i  rozlu nił  kołnierzyk.  -  Uwa am  si   za  dobrego  znawc   ludzkiej  natury.  Chyba 
wła nie dzi ki temu udało mi si  zrobi  takie pieni dze. 

- Aha - mrukn ł Cody z roztargnieniem. On tak e zd ył ju  zauwa y  Abr . Miała na 

sobie  roboczy  kombinezon,  w  którym  powinna  wygl da   kompletnie  bezpłciowo. 
Tymczasem jednak było zupełnie inaczej. Patrz c na ni , natychmiast przypomniał sobie, jak 
pi knie i elegancko prezentowała si  na przyj ciu w czarnej wieczorowej sukni. 

- Czy mi si  dobrze wydaje, czy masz na głowie co  wi cej ni  tylko stal i szkło? - 

Barlow  z  błogim  westchnieniem  wypił  kolejny  łyk.  -  Czy  ma  to  mo e  co   wspólnego  z  t  
rudowłos  pani  in ynier? 

- Mo e i ma. - Cody wyj ł papierosy i pocz stował Barlowa, który pokr cił przecz co 

głow . 

- Musiałem rzuci  palenie. Te cholerne konowały nie dawały mi spokoju. Polubiłem t  

dziewczyn  - jakby nigdy nic wrócił do tematu Abry. - Wi kszo  m czyzn patrzy na urod , 
ale ona ma oprócz tego dobrze poukładane w głowie, a tak e mocny charakter. Gdybym był 
młodszy,  pewnie  bym  si   jej  bał.  -  Zdj ł  z  u miechem  kapelusz  i  zacz ł  si   wachlowa .  - 
Odniosłem wra enie,  e posprzeczali cie si  na tym przyj ciu u Tima Thornwaya. 

background image

- Mo na by to tak okre li . - Cody popijał przez chwil  piwo w milczeniu, po czym 

dorzucił: - Byłem o ciebie zazdrosny. 

- Zazdrosny? O mnie?! - Barlow, który wła nie unosił puszk  do ust, musiał j  szybko 

odstawi ,  bo  byłby  j   upu cił.  Rycz c  ze  miechu,  kołysał  si   na  skrzyni  i  ocierał  chustk  
twarz. - Zdj łe  mi z grzbietu najmarniej dwadzie cia lat, synu. Jestem ci bardzo wdzi czny. - 
Zakrztusił si  i zakaszlał, raz i drugi. - Taki przystojny kawał chłopa, a zazdrosny o takiego 
starca  jak  ja.  -  Odetchn ł  gł boko  i  oparł  si   o  cian ,  nie  przestaj c  si   u miecha .  -  Co 
prawda, bogatego starca, ale ta miła panienka, jak zd yłem si  zorientowa , nie przywi zuje 
wagi do pieni dzy. 

- Ta miła panienka - powiedział Cody - o mało nie wybiła mi z bów. 
- A nie mówiłem,  e to dziewczyna z charakterem? 
-  Barlow  schował  chusteczk   do  kieszeni  i  si gn ł  po  piwo.  Z  wdzi czno ci  

pomy lał,  e  ycie wci  niesie ze sob  ró ne niespodzianki. - Prawd  mówi c, my lałem o 
niej jako o dziewczynie dla mojego syna. 

- Widz c wzrok Cody'ego, roze miał si  i nasadził kapelusz na głow . - Nie zło  si , 

chłopcze.  Miałem  ju   do   wra e   jak  na  jeden  dzie .  Poza  tym  zmieniłem  zdanie,  kiedy 
zobaczyłem, jak ona na ciebie patrzy. 

- To chyba załatwia pewne sprawy. 
-  W  ka dym  razie  mi dzy  tob   i  mn .  Powiem  ci  te ,  e  ugrz złe   po  pas  w 

ruchomych piaskach. 

- Trafne okre lenie. - Cody wrzucił pust  puszk  do  mietnika. - Masz jakie  sugestie? 
- B dziesz potrzebował mocnej liny,  eby si  wydosta . 
- Mój ojciec zawsze dawał kwiaty - powiedział Cody. 
-  Kwiaty  nigdy  nie  zaszkodz .  -  Barlow  podniósł  si ,  posapuj c  z  wysiłku.  - 

Dodatkowo trzeba b dzie si  pokaja  - dodał, a widz c min  Cody'ego, roze miał si . - Jeste  
taki młody, synu, musisz si  jeszcze wielu rzeczy nauczy . - Klepn ł Cody'ego w plecy. - Ale 
si  nauczysz. Na pewno si  nauczysz. 

Nie  miał  najmniejszego  zamiaru  kaja   si   przed  Abr .  Co  to,  to  nie!  Za  to  kwiaty 

wydały mu si  dobrym pomysłem. Je eli ta kobieta nie ochłon ła przez całe dwa tygodnie, to 
znaczy,  e w ogóle nie ochłonie - chyba  e si  jej w tym pomo e. 

Tak  czy  inaczej,  był  jej  winien  przeprosiny.  Z  westchnieniem  przeło ył  bukiet 

tygrysich lilii z r ki do r ki. Wygl da na to,  e od pierwszej minuty ich znajomo ci nie robi  
nic innego, tylko wci  si  przepraszaj . Po co wi c zmienia  przyj t  konwencj ? - zasta-

background image

nawiał  si ,  stoj c  przed  drzwiami  jej  mieszkania.  Je eli  Abra  nie  przyjmie  teraz  jego 
przeprosin, b dzie stał tu i działał jej na nerwy tak długo, póki nie zmi knie. 

A  tak  w  ogóle  wygl da  na  to,  e  jedno,  co  naprawd   potrafi ,  to  działa   sobie  na 

nerwy. 

Poza wszystkim brakowało mu jednak Abry. Po prostu si  za ni  st sknił. Brakowało 

mu ich kłótni nad projektem; jej  miechu, kiedy była odpr ona. Brakowało mu te  mocnego 
u cisku jej ramion, kiedy go obejmowała. 

Spojrzał na trzymany w r ku bukiet. Tygrysie lilie to słaby sznur, ale lepszy taki ni  

aden. Nawet je eli ci nie mu je w twarz, b dzie to jaka  odmiana po lodowatej uprzejmo ci, 

z jak  traktowała go od pami tnego przyj cia u Tima. Zapukał i zacz ł si  zastanawia , co ma 
powiedzie ,  eby go wpu ciła. 

Jednak to nie Abra otworzyła mu drzwi, tylko przystojna blondynka, której twarz znał 

z  fotografii.  Drobna,  o  ró owej  cerze,  pod  czterdziestk .  Ubrana  była  w  ciemnozłoty  dres, 
który znakomicie podkre lał kolor jej włosów i oczu, tak podobnych do oczu Abry. 

- Dzie  dobry. - Cody u miechn ł si  z uznaniem. Kobieta odpowiedziała zalotnym 

u miechem i podała mu r k . - Jestem Jessie Peters. 

- Cody Johnson. Jestem... współpracownikiem Abry. 
- Rozumiem. - Zmierzyła go  yczliwym wzrokiem. - Prosz  wej . Lubi  poznawa  

ludzi,  z  którymi  Abra...  pracuje.  -  Mo e  si   pan  czego   napije?  Abra  wła nie  weszła  pod 
prysznic. 

- Ch tnie. - Cody przypomniał sobie wino Abry. - Mo e co  zimnego. 
- Wła nie zrobiłam lemoniad . Prosz , niech si  pan rozgo ci. - Znikn ła w kuchni. - 

Czy był pan umówiony z Abr ? 

- Nie. - Cody rozejrzał si  wokoło i zauwa ył,  e w mieszkaniu zapanował niezwykły 

porz dek. 

-  Czyli  niespodzianka.  Uwielbiam  niespodzianki.  -  Jessie  wróciła  z  dwoma 

szklankami, wypełnionym lodem. - Jest pan in ynierem? 

- Architektem. 
Jessie zamy liła si  na chwil , a potem u miech rozja nił jej twarz. 
-  Ach,  pewnie  tym  architektem  -  powiedziała,  wskazuj c  Cody'emu  fotel,  -  Abra 

wspominała mi o panu. 

- Zało  si ,  e tak. - Cody odło ył bukiet na  wie o odkurzony stolik. 
-  Nie  wspomniała,  e  jest  pan  taki  przystojny.  -  Jessie  wdzi cznie  upozowała  si   w 

fotelu. - To do niej takie podobne. Zawsze była skryta. - Drobn , zgrabn  r czk , uj ła swoj  

background image

szklank .  Nie  nosiła  obr czki.  Na  palcu  miała  jedynie  pier cionek  z  brylantem.  -  Pochodzi 
pan ze wschodu? 

- Tak. Z Florydy. 
-  Floryda  nigdy  nie  kojarzyła  mi  si   ze  wschodem  -  powiedziała.  -  Je eli  ju ,  to  z 

Waltem Disneyem. 

- Kto  dzwonił? Ja... ach! -  Z sypialni wyłoniła si  Abra. Miała na sobie wypchane 

białe spodnie, rozci gni ty podkoszulek i przydeptane sandały. Wilgotne włosy zwijały jej si  
wokół twarzy. 

- Kto  do ciebie. - Jessie wstała i si gn ła po kwiaty. - Z prezentami. 
- Tak, widz . - Abra wsun ła r ce do kieszeni. Jessie z u miechem zanurzyła twarz w 

kwiatach. 

Z miejsca zorientowała si  w sytuacji. 
- Wstawi  bukiet do wody, kochanie. Masz jaki  wazon? 
- Gdzie  tam musi by . 
- Dobrze, poszukam. 
Abra  odczekała,  a   Jessie  wyjdzie  do  kuchni,  po  czym  odezwała  si   przyciszonym 

głosem: 

- Czego chcesz? 
- Chciałem si  z tob  zobaczy . 
- No to ju  mnie zobaczyłe . - Wstała, zaciskaj c pi ci. - Wybacz, ale jestem bardzo 

zaj ta. 

-  Chciałem  ci   te   przeprosi   -  kontynuował  Cody.  Zawahała  si ,  a  potem  gło no 

westchn ła. Ona tak e poszła do niego kiedy  z przeprosinami, a on je wtedy przyj ł. Jedno 
na  pewno  potrafiła  zrozumie   -  e  ci ko  jest  naprawi   szkody  wyrz dzone  wtedy,  gdy 
człowieka poniósł temperament. 

- W porz dku - powiedziała. - Nie ma sprawy. 
- Nie chcesz,  ebym si  wytłumaczył? - Cody zrobił krok w przód. 
- Chyba nie. - Cofn ła si  szybko. - Najlepiej b dzie... 
- Znalazłam wazon. - Jessie wróciła do pokoju z butelk  po mleku. - To znaczy, co  w 

tym  rodzaju.  licznie  wygl daj ,  prawda?  -  Postawiła  kwiaty  na  stoliku,  cofn ła  si   i 
popatrzyła  na  nie  z  zachwytem.  -  Pami taj,  e  trzeba  zmienia   im  wod ,  Abra,  a  kiedy 
b dziesz odkurza  stolik, podnie  wazon. 

- Mamo... 
- Mamo? Chyba  artujesz? - W głosie Cody'ego zabrzmiało autentyczne zdumienie. 

background image

- To najmilszy komplement, jaki dzi  usłyszałam. - Jessie rozpromieniła si . - Gdyby 

nie to,  e j  tak bardzo kocham, zaprzeczyłabym,  e to moja córka. - Wspi ła si  na palce i 
cmokn ła  Abr   w  policzek,  a  potem  starła  lad  szminki.  -  Miłego  wieczoru,  kochani.  Nie 
zapomnij do mnie zadzwoni , Abra. 

- Ju  wychodzisz? Przecie  dopiero co przyszła ! 
- Mam mas  rzeczy do zrobienia. - Jessie u cisn ła córk , a potem wyci gn ła r k  do 

Cody'ego. - Tak si  ciesz ,  e pana poznałam. 

- Mam nadziej ,  e si  jeszcze spotkamy, pani Peters. 
- Jessie - poprawiła z miłym u miechem. - Lubi , kiedy przystojni m czy ni mówi  

mi  po  imieniu.  -  Zatrzepotała  długimi  rz sami.  -  Do  zobaczenia,  córeczko.  Ach,  póki 
pami tam, ko czy ci si  płyn do mycia naczy . 

Kiedy drzwi zamkn ły si  za ni , Cody zapytał: 
- Czy to naprawd  twoja matka? 
- Na ogół tak. - Abra przeczesała palcami włosy. Zalotno  Jessie zawsze wprawiała j  

w zakłopotanie. - Posłuchaj, Cody, doceniam to,  e przyszedłe  oczy ci  atmosfer . 

- A teraz spadaj, tak? 
- Nie chciałabym by  niegrzeczna. My l ,  e oboje wyczerpali my ju  swoje zasoby 

niegrzeczno ci  na  ten  rok,  mimo  to  uwa am,  e  wszystko  byłoby  znacznie  prostsze, 
gdyby my ograniczyli nasze kontakty do godzin pracy. 

-  Nigdy  nie  mówiłem,  e  chc ,  by  wszystko  było  proste.  -  Cody  podszedł  bli ej.  - 

Kiedy uj ł w palce wilgotny kosmyk jej włosów, Abra spojrzała mu w oczy. - Skoro ty tego 
chcesz, niech tak b dzie. - Patrz  na ciebie i czuj ,  e ci  pragn . To chyba proste? 

- Mo e dla ciebie - odparła. - Nie mam ochoty wdawa  si  w szczegóły, ale kiedy ci 

powiedziałam,  e nie jestem jeszcze gotowa, mówiłam prawd . A poza tym, nie za bardzo si  
ze sob  zgadzamy. Nie znamy si  i nie rozumiemy. 

- W takim razie b dziemy musieli lepiej si  pozna . 
- Upraszczasz sprawy. 
- Czy nie tego chciała ? 
Zrozumiała,  e znalazła si  w pułapce. Odwróciła si  i usiadła. 
- Cody, mówiłam ci,  e mam swoje powody, by si  z tob  nie wi za . Ani w ogóle z 

nikim. 

-  Nie  mówmy  o  innych.  -  Cody  usiadł  naprzeciwko  Abry.  Nie  potrafił  zrozumie , 

czemu jest taki zdeterminowany. Przecie  w tym momencie swojego  ycia nie ma ani czasu, 
ani ochoty wi za  si  na powa nie i trwale. Nic takiego nie jest mu teraz potrzebne. A raczej 

background image

nie  było;  poprawił  si   w  my lach.  Odk d  poznał  Abr ,  wiele  si   zmieniło.  -  Posłuchaj, 
Wilson,  czemu  nie  mieliby my  podej   do  tego  racjonalnie?  In ynierowie  podobno  my l  
logicznie. 

- Owszem - przyznała sucho. 
- Przed nami jeszcze kilka wspólnych miesi cy. Chyba sama rozumiesz,  e napi cia 

mi dzy współpracownikami odbijaj  si  negatywnie na ich pracy. Je eli b dziemy unika  si  
nawzajem jak podczas ostatnich tygodni, ucierpi na tym projekt. 

- Racja, punkt dla ciebie. - Abra u miechn ła si . - Jednak nie pójd  z tob  do łó ka 

tylko po to,  eby rozładowa  napi cie. 

- Miałem ci  za osob  szczerze oddan  pracy. - Cody rozparł si  wygodnie w fotelu. - 

Skoro to nie wchodzi w rachub ... - urwał i uniósł pytaj co brwi. 

- Absolutnie nie. 
- To mo e poszliby my na pizz , a potem do kina. 
- I nic wi cej? - zapytała po chwili wahania. 
- To b dzie zale ało... 
- Nie. - Abra potrz sn ła głow  i si gn ła po lemoniad . - Je eli naprawd  chcemy si  

lepiej  pozna ,  je eli  nasz  zwi zek  ma  wyj   poza  płaszczyzn   zawodow ,  musz   mie  
pewno ,  e b dziemy si  trzyma  pewnych zasad. Wi c ustalmy te zasady. 

- Mam wyj  notatnik? - zapytał Cody. 
-  Jak  chcesz  -  odparła  uprzejmie.  -  Mo emy  spotyka   si   jako  współpracownicy  i 

przyjaciele. Natomiast nie  ycz  sobie  adnych romantycznych sytuacji. 

Cody spojrzał na ni , rozbawiony. 
- Podaj mi definicj  romantycznej sytuacji. 
- Chyba zrozumiałe , o co chodzi, Johnson. Masz racj , mówi c,  e jeste my bliskimi 

współpracownikami  i  e  je eli  jedno  z  nas  zacznie  si   d sa ,  ucierpi  praca.  Wzajemne 
zrozumienie  i  szacunek  mog   wpłyn   dodatnio  na  nasze  stosunki  na  płaszczy nie 
zawodowej. 

-  Powinna   to  przygotowa   na  pi mie  i  odczyta   na  najbli szym  zebraniu.  -  Zanim 

zd yła  go  zaatakowa ,  powstrzymał  j   gestem.  -  W  porz dku,  niech  ci  b dzie.  Od  dzi  
jeste my kumplami. - Wychylił si  i podał jej r k , a kiedy j  u cisn ła, u miechn ł si . - W 
tej sytuacji chyba b d  musiał zabra  te kwiaty. 

-  Ach,  nie.  Dałe   mi  je,  zanim  ustalili my  reguły.  -  Abra  wstała,  bardzo  z  siebie 

zadowolona. - Ja stawiam pizz , a ty bilety do kina. 

background image

Wygl dało na to,  e odt d wszystko pójdzie jak z płatka. Przez kilka nast pnych dni 

Abra  wci   gratulowała  sobie  w  duchu,  e  tak  dyplomatycznie  to  wszystko  rozegrała,  ku 
obopólnemu  zadowoleniu.  Oczywi cie  zdarzały  si   starcia,  gdy  sprzeczali  si   na  temat 
projektu i budowy. Kiedy jednak spotykali si  po pracy, zgodnie szli na kolacj  albo do kina. 
Nawet je eli chwilami Abra pragn ła czego  wi cej, starała si  o tym nie my le . 

Stopniowo  dowiadywała  si   coraz  wi cej  o  Codym  -  o  farmie,  na  której  dorastał,  o 

wysiłkach, które podj ł, by zdoby  wykształcenie. Wprawdzie Cody nie mówił jej wprost o 
biedzie  w  rodzinnym  domu  i  o  ci kiej  pracy,  ale  z  czasem  nauczyła  si   czyta   mi dzy 
wierszami. 

Odt d  zacz ła  na  niego  patrze   inaczej.  Wcze niej  widziała  w  nim  tylko  pewnego 

siebie współwła ciciela jednego z najlepszych biur architektonicznych w kraju. Nie brała pod 
uwag  tego,  e podobnie jak ona, osi gn ł aktualny status o własnych siłach. Teraz szanowała 
w nim nie tylko ambicj , ale pracowito  i wytrwało . 

Wolała milcze  na temat swojego  ycia prywatnego. Natomiast ch tnie opowiadała o 

latach  przepracowanych  u  Thornwaya  i  o  podziwie,  jakim  darzyła  człowieka,  który  dał  jej 
szans . Nigdy jednak nie wspominała swojego dzieci stwa czy rodziny. Cody odnotował to, 
ale  o  nic  nie  pytał.  Rodz ca  si   mi dzy  nimi  wi   była  jeszcze  zbyt  krucha.  Nie  chciał 
nalega , póki nie wzmocni si  fundament, na jakim miał si  oprze  ich zwi zek. 

O ile Abra była zadowolona z siebie i z układu, na jaki oboje wcze niej si  zgodzili, 

Cody  z  ka dym  dniem  czuł  si   coraz  bardziej  sfrustrowany.  Z  trudem  opierał  si   pokusie, 

eby dotkn  Abry - cho by tylko pogłaska  jej policzek, przejecha  dłoni  po włosach czy 

potrzyma  za r k . Zdawał sobie spraw  z tego,  e pierwsza próba b dzie zarazem ostatnia. 
Czasami  miał  ochot   w  ogóle  si   wycofa   i  zaprzesta   tych  platonicznych  zalotów.  S k  w 
tym,  e nie potrafił. Spotkania z Abr  stały si  nałogiem, z którym nie był w stanie zerwa . 

W gruncie rzeczy zaczynał podejrzewa ,  e ten, kto wymy lił przysłowie,  e „lepszy 

rydz ni  nic”, nie znał si  na rzeczy. 

Abra,  trzymaj c  si   pod  boki,  obserwowała  pilnie  ekip   in ynierów  i  robotników, 

pracuj c   nad  mechanizmem  rozsuwanego  dachu.  Szkielet  był  ju   gotowy,  a  samo  szkło 
miało  zosta   zainstalowane  pod  koniec  tygodnia.  Sło ce  paliło  niemiłosiernie,  a  ona 
dogl dała projektu jak zatroskana kwoka. 

- Kochanie! 
- Mama? - Zmarszczyła brwi, ale po chwili zdołała si  u miechn . - Co tu robisz? 
-  Tyle  mi  opowiadała   o  budowie,  e  postanowiłam  j   w  ko cu  obejrze .  -  Jessie 

poprawiła  zalotnie  kask.  -  Udało  mi  si   namówi   pana  Blakermana,  eby  dał  mi  dłu sz  

background image

przerw  na lunch. - Uj ła córk  pod r k . - Abra, to cudowne miejsce. Absolutnie cudowne. 
Co to za dziwne domki, które wygl daj  jak szałasy z patyków? 

- To tak zwane cabanas. 
-  Ach,  wszystko  jedno.  A  ten  wielki  budynek,  który  zobaczyłam  na  pocz tku.  Co  

niewiarygodnego! Wygl da jak zamczysko z dwudziestego czwartego wieku. 

- To chyba mówi samo za siebie. 
-  W  yciu  czego   takiego  nie  widziałam.  Jest  taki  tajemniczy  i  majestatyczny.  Jak 

otaczaj ca go pustynia. 

Abra spojrzała z uwag  na matk . 
- Naprawd ? 
-  O  tak.  Kiedy  to  po  raz  pierwszy  ujrzałam,  nie  mogłam  uwierzy ,  e  moja  mała 

córeczka  bierze  udział  w  czym   tak...  wspaniałym.  -  Jessie  zajrzała  do  pustego  basenu, 
wyło onego  mozaik   z  kafelków,  a  jej  wzrok  spocz ł  na  chwil   z  uznaniem  na  opalonych 
torsach robotników. - O, basen ma kształt półksi yca.  wietny pomysł. Widz ,  e dominuj  
tu  łuki  i  kopuły.  To  pomaga  stworzy   nastrój  relaksu,  nie  uwa asz?  I  tak  powinno  by . 
Jakkolwiek by było, to przecie  o rodek wypoczynkowy. 

- Chyba masz racj  - mrukn ła Abra. Musiała przyzna , cho  niech tnie,  e argumenty 

matki zaczynaj  do niej przemawia . 

- A co to takiego, tam w górze? Abra spojrzała na szklany strop. 
-  To  ruchomy,  rozsuwany  dach.  Szkło  b dzie  przyciemnione,  eby  filtrowa  

promienie słoneczne. 

- Cudownie! Chciałabym to zobaczy , kiedy ju  wszystko b dzie gotowe. Masz troch  

czasu,  eby mnie oprowadzi ? Bo jak nie, to sama si  przejd . 

- Nie mog  w tej chwili st d odej . Gdyby  zechciała. .. 
-  O,  patrz,  idzie  ten  twój  architekt.  -  Jessie  bezwiednie  wygładziła  spódnic ,  a  jej 

spojrzenie spocz ło na ni szym, t szym m czy nie, towarzysz cym Cody'emu. - Kim jest 
ten elegancki starszy pa  za twoim ukochanym? 

- On nie jest moim ukochanym. - Abra szybko rozejrzała si  wokoło,  eby sprawdzi , 

czy nikt nie słyszał uwagi Jessie. - Nie mam i nie potrzebuj  ukochanego. 

- Martwi mnie to, kochanie. Cierpliwo ci, nakazała sobie w duchu Abra. 
- Cody Johnson jest moim współpracownikiem - podkre liła z naciskiem. 
- Niech ci b dzie, kochanie. A ten drugi? 
- To pan Barlow. Nasz inwestor. 

background image

- Naprawd ? - Jessie ju  u miechała si  i wyci gała obie r ce do Cody'ego. - Witam! 

Wła nie mówiłam Abrze, jak bardzo mi si  podoba ten projekt. Jestem pewna,  e to b dzie 
jeden z najpi kniejszych o rodków w Arizonie. 

- Dzi kuj . Miło mi to słysze . Pozwolisz,  e przedstawi  ci Williama Barlowa. Will, 

to matka Abry, Jessie Peters. 

- Matka Abry? - Barlow uniósł krzaczaste brwi i bezskutecznie spróbował wci gn  

brzuch. - Musiała pani chyba wyj  za m , maj c szesna cie lat. 

Jessie wdzi cznie si  roze miała. 
- Mam nadziej ,  e nie ma pan nic przeciwko temu,  e wpadłam tu bez zapowiedzenia. 

Abra  tyle  mi  opowiadała  o  tej  budowie,  e  wprost  umierałam  z  ciekawo ci.  Po  prostu 
musiałam zobaczy , nad czym moja córka od dawna tak ci ko pracuje. Teraz widz ,  e było 
warto. 

- Jeste my bardzo zadowoleni z Abry. Mo e pani by  z niej dumna. 
-  Zawsze  byłam  z  niej  dumna.  -  Jessie  zatrzepotała  rz sami.  -  Niech  mi  pan  jedno 

zdradzi, panie Barlow, sk d wzi ł si  pomysł,  eby zbudowa  tak pi kny o rodek na pustyni? 

- O, to długa historia. 
- Ach tak. - Jessie spojrzała wymownie na Abr . - Nie chc  was odrywa  od pracy. 

Miałam  nadziej ,  e  Abra  oprowadzi  mnie,  ale  widz ,  e  trzeba  to  b dzie  odło y   na  inny 
dzie . 

- Wobec tego pozwoli pani,  e ja j  oprowadz ? 
-  Och,  z  przyjemno ci !  -  Jessie  uj ła  Barlowa  pod  rami .  -  Jednak  nie  chciałabym 

przeszkadza . 

- Nonsens. - Barlow poklepał j  po drobnej dłoni. - Zostawimy wszystko w dobrych 

r kach i przejdziemy si  po budowie. 

Kiedy odchodzili, Jessie zerkn ła przez rami  na córk . 
- Znowu zaczyna - mrukn ła Abra. 
- Ale co? 
- Nic. - Z r kami w kieszeniach Abra odwróciła si  i spojrzała na robotników. Widok 

matki  w  akcji  zawsze  wprawiał  j   w  zakłopotanie.  -  Instalacja  elektryczna  powinna  by  
gotowa do wieczora - zwróciła si  do Cody'ego. 

-  To  dobrze.  Powiedz  mi,  co  ci   gn bi?  Wzruszyła  gniewnie  ramionami,  odtr caj c 

jego dło . 

- Nic. Mieli my pewne problemy. 
- Przecie  sobie z tym poradziła . 

background image

- Tak, kosztem czasu i sporych wydatków. Zaraz si  pokłóc . Cody ju  to przeczuwał. 
- Nie m czy ci  powtarzanie tej samej  piewki? 
- Gdyby  zmienił nieznacznie stopie  nachylenia... 
- Zmieniłyby si  wygl d i atmosfera. 
- Nawet mucha przyklejona do twojego szkła nie zauwa yłaby tych zmian. 
- Ale ja bym je zauwa ył. Czemu jeste  taka uparta? 
- To ty jeste  uparty. 
- Nie - wycedził Cody, próbuj c zachowa  spokój. - Ja mam po prostu racj . 
- Upierasz si  tak samo jak wtedy, gdy za dałe ,  eby u y  konstrukcji z litego szkła 

zamiast paneli. 

Cody bez słowa uj ł Abr  pod r k  i odci gn ł na bok. 
- Co ty wyprawiasz?! 
-  Cicho  b d !  -  Poci gn ł  opieraj c   si   Abr   do  pustego  basenu.  Robotnicy, 

układaj cy kafelki, przygl dali im si  z u miechem. Otoczył dło mi jej twarz i przechylił tak, 

eby Abra patrzyła w gór . - Co widzisz? 

- Niech ci  diabli! Niebo! Je eli mnie zaraz nie pu cisz, to zobaczysz gwiazdy. 
-  Masz  racj .  Niebo.  Bez  wzgl du  na  to,  czy  dach  jest  otwarty,  czy  zamkni ty.  Nie 

panele  szklane,  nie  okna,  nie  dach,  tylko  niebo!  Wyobra nia  to  moja  działka,  Wilson,  a  ty 
masz zrealizowa  moje wizje w praktyce. 

Wyszarpn ła  si   z  jego  u cisku.  Otaczały  ich  wysokie  ciany  basenu.  Gdyby  go 

napełniono, znale liby si  pod wod . Na razie basen wygl dał jak arena - miejsce ich zmaga . 

- Co  ci powiem, mój ty geniuszu. Nie wszystko, co mo na sobie wyobrazi , da si  

przekształci  w konkret. Ludzie tacy jak ty słuchaj  tego niech tnie, ale tak ju  jest. 

-  Wiesz,  na  czym  polega  twój  kłopot,  Ruda?  Jeste   zbyt  przyziemna,  eby  marzy . 

Zbyt przywi zana do swoich cyferek i kalkulatora. Dla ciebie dwa plus dwa to zawsze cztery, 
bez wzgl du na to, jak pi kne mogłoby by   ycie, gdyby od czasu do czasu uzna ,  e to mo e 
by  trzy. Albo pi . 

- Czy zdajesz sobie spraw ,  e to brzmi idiotycznie? 
-  Tak,  ale  równie   intryguj co.  Zastanów  si   nad  tym  czasami,  zamiast  z  góry 

ustawia  si  na nie. 

- Ja niczego nie zakładam z góry. Wierz  w to, co realne. 
- To jest realne - powiedział, chwytaj c j  za r k . - Drewno, szkło, stal, pot. To jest 

realne. Podobnie jak to! - Zawładn ł jej ustami, zanim którekolwiek z nich zd yło pomy le . 
Roboty wokół nich zamarły na dziesi  niesko czenie długich sekund.  adne z nich tego nie 

background image

zauwa yło. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Abra nagle u wiadomiła sobie,  e chocia  
basen jest pusty, wpadła po uszy. 

Chciała  tego.  Po  co  zaprzecza ?  Wczepiła  si   w  jego  koszul ,  ale  nie  w  prote cie, 

tylko  zaborczym  gestem.  Tuliła  si   do  niego,  a  po danie  narastało  w  niej  w  lawinowym 
tempie. Realne. Bardzo realne. 

Nie miał zamiaru dotyka  jej w taki sposób. Bra  tego, co miała mu kiedy  ofiarowa  

w wyznaczonym przez siebie czasie. Cierpliwo  była jego wrodzon  cech  i to ona zawsze 
dyktowała  mu,  co  i  jak  powinien  robi .  Przynajmniej  do  tej  pory.  Teraz  te  reguły  nagle 
przestały obowi zywa . 

Mo e  gdyby  reakcja  Abry  nie  była  tak  spontaniczna,  gdyby  nie  poczuł  aru  jej 

spragnionych ust, zdołałby si  jeszcze wycofa . Niestety, podobnie jak Abra, czuł,  e idzie na 
dno. Po raz pierwszy w  yciu zapragn ł porwa  kobiet  i uwie  j  w dal, niczym rycerz na 
białym  koniu.  Albo  poci gn   j   na.  ziemi   i  posi

  jak  barbarzy ski  zwyci zca.  Czy  te  

zapali   wiece  jak  poeta  i  nastawi   muzyk .  A  najbardziej  ze  wszystkiego  pragn ł  samej 
Abry. 

Kiedy j  odepchn ł, zachwiała si , oszołomiona i bez tchu. Ju  wcze niej j  całował, 

ale  aden z tamtych pocałunków nie był tak desperacki, nami tny i zaborczy. Przez chwil  
patrzyła na niego, a w głowie jej szumiało. Nagle u wiadomiła sobie,  e mo na si  zakocha  
nawet wtedy, je li si  tego nie chce. 

- Czy to dla ciebie wystarczaj co realne? - mrukn ł Cody. 
Potrz sn ła głow , niezdolna wykrztusi  słowa. A potem oblała si  rumie cem, który 

był kombinacj  wstydu, poczucia winy i zło ci. 

- Jak  miałe  tak si  zachowa ?! I to w takim miejscu! 
Cody wsun ł r ce do kieszeni,  eby nie ulec kolejnej pokusie. 
- Masz jakie  inne miejsce na my li? 
-  Trzymaj  si   ode  mnie  z  daleka,  Johnson  -  wysapała  -  albo  ci   oskar   o 

molestowanie w pracy. 

Spojrzał jej zimno w oczy. 
-  Oboje  doskonale  wiemy,  e  nie  było  to  adne  molestowanie.  To  sprawa  osobista. 

Je eli nawet b d  si  trzymał od ciebie z daleka, nic to nie pomo e. 

- W porz dku - powiedziała przyciszonym głosem, bo ich kłótnia zacz ła ju  budzi  

powszechne  zainteresowanie.  -  Skoro  to  sprawa  osobista,  niech  tak  b dzie.  Bierzmy  si   do 
roboty, Johnson. Thornway nie płaci mi za to,  ebym traciła czas na kłótnie. 

- Dobrze. 

background image

-  Dobrze  -  powtórzyła.  Wspi ła  si   po  schodkach  na  brzeg  basenu  i  wybiegła  z 

budynku. 

Cody patrzył w  lad za ni , kołysz c si  na obcasach. Rzeczywi cie, wkrótce mo e si  

okaza ,  e oboje przegrywaj  wy cig z czasem. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kiedy  Abra  przystan ła  obok  przyczepy,  eby  sobie  obmy   twarz  zimn   wod , 

dochodziła  pi ta.  Od  pami tnej  sceny  z  Codym  wszystko  zacz ło  i   na  opak.  Jeden  z 
elementów  konstrukcji  wind  okazał  si   niesprawny,  Rodriqwuez  i  Swaggart  znowu  si  
pokłócili, jednemu z cie li opiłek wpadł do oka, a Tim zacz ł nagle narzeka  na przekroczony 
bud et. 

A  pocz tek  temu  zamieszaniu  dała  wizyta  matki.  To  oczywi cie  nie  fair,  eby 

obwinia   Jessie,  ale  prawda  wygl da  tak,  e  ta  kobieta  przyczyniała  si   do  powstania 
problemów, które inni musieli pó niej rozwi zywa . 

Mo e nie powinna mie  matce za złe,  e zagi ła parol na Barlowa, ani martwi  si  o 

ewentualne  tego  skutki?  Rzecz  w  tym,  e  historia  lubi  si   powtarza .  Ostatni   rzecz ,  jaka 
była  teraz  Abrze  potrzebna,  był  romans  jej  inwestora  z  jej  kochliw   matk ,  której  barwne, 
urozmaicone  ycie uczuciowe ju  nieraz przyprawiało Abr  o ból głowy. 

Nie potrzebuje teraz  adnych  yciowych komplikacji - flirtów, romansów, mniej lub 

bardziej  trwałych  zwi zków.  Ma  przed  sob   ci le  wyznaczony  cel  i  musi  si   go  trzyma . 
Dawno ju  sobie wszystko zaplanowała.  aden m czyzna nie mo e jej w tym przeszkodzi . 

A tak w ogóle, co on sobie my li? 
Na my l o tym, co on mógł sobie wyobra a , kopn ła ze zło ci  drzwi. Niestety, ona 

widziała oczami duszy dokładnie to samo. 

Eksploduj ce fajerwerki, wybuchaj ce wulkany, szalej ce tornada.  ywioł i chaos. To 

wła nie wyobra ała sobie, ilekro  znalazła si  w ramionach Cody'ego. 

Czy i on czuł to samo? - zastanawiała si , zamykaj c przyczep . Czy i on przestawał 

by  sob , kiedy si  spotykali? Czy wszyscy i wszystko wokoło traciło znaczenie? 

Nie, oczywi cie,  e nie, zapewniła sam  siebie. Cody to po prostu jeszcze jeden cwany 

przystojniak.  wiat jest pełen m czyzn jego pokroju. Jej matka mogłaby na ten temat napisa  
całe tomy. 

To jednak nie w porz dku, pomy lała, id c w stron  samochodu. Jessie ma prawo do 

własnego  ycia.  To  równie   nie  fair  w  stosunku  do  Cody'ego.  Wprawdzie  ten  ostatni 
pocałunek to była jego inicjatywa, ale ona nie zrobiła nic,  eby mu zapobiec. Zachowała si  
równie nierozs dnie i nieodpowiedzialnie, jak on. 

Nie powinna była mu na to pozwoli . Do ko ca dnia dziesi tki razy zadawała sobie 

pytanie, czemu go nie powstrzymała. Ich pocałunek nie był jedynie wyrazem nieokiełznanej 

background image

dzy, cho  tak naprawd  wolałaby,  eby tak było. To było co  cudownego i całkiem niespo-

dziewanego. Co  wi cej ni  tylko nami tno  i po danie. 

To  był  jaki   pot ny  wybuch,  dumała,  patrz c  na  zachodz ce  sło ce.  Wybuch,  po 

którym co  si  rozchwiało. Chyba na moment straciła równowag  umysłow , skoro zacz ło 
jej si  wydawa ,  e si  zakochała. 

A to oczywi cie nonsens, pomy lała, szukaj c w kieszeni kluczyków. Jest na to zbyt 

rozs dna. A jednak na my l o tym ogarniał j  niepokój. 

Dlatego lepiej si  nad tym nie zastanawia . Jest tyle innych, wa niejszych problemów, 

zwi zanych  z  budow .  Rozwi e  je  wszystkie  za  pomoc   rozumu  i  kalkulatora.  Natomiast 
problemów  z  Codym  nie  da  si   rozwikła   w  ten  sam  sposób.  Dlatego  nie  b dzie  si   tym 
zajmowa , tylko poczeka, a  sprawy same si  uło . 

Słysz c warkot silnika, odwróciła si  i zobaczyła sportowy wóz Cody'ego. Podjechał i 

zatrzymał si  obok niej, wzniecaj c obłok kurzu. 

Cody tak e du o rozmy lał tego popołudnia i doszedł do własnych wniosków. Zanim 

zd yła usi

 za kierownic , wysiadł i chwycił Abr  za r k . 

- Jedziemy. 
- Wła nie miałam jecha  do domu. 
- Pojedziemy moim wozem. 
- Mo e ty, bo ja pojad  swoim. - Odwróciła si ,  eby wsi

 do samochodu. 

Cody wyj ł jej z r k kluczyki i teczki. Kluczyki schował do kieszeni, a papiery rzucił 

na tylne siedzenie. 

- Wsiadaj! 
- Co ty sobie wyobra asz? - Odepchn ła go i si gn ła po teczki. -  e z tob  pojad ? 

Je eli tak my lisz, to si  grubo mylisz. 

- Zawsze to samo - powiedział, poci gaj c j  za r k . - Nie mo na inaczej? 
-  Chyba  upadłe   na  głow .  -  Chciała  wyr n   go  łokciem  w  bok,  ale  on  zd ył  j  

wcze niej wepchn  do samochodu i zatrzasn  drzwi. 

-  Je eli  spróbujesz  wysi

  podczas  jazdy,  Wilson,  gorzko  tego  po ałujesz  - 

powiedział, patrz c w jej rozpłomienione oczy. 

- Oddaj mi kluczyki! 
- Nie ma mowy. 
Przez chwil  zastanawiała si , czyby mu ich nie wyrwa , ale raczej nie miała szans. 
- Tak mówisz? - rzuciła z w ciekło ci . - Wobec tego pójd  pieszo. Na pewno trafi mi 

si  jaka  okazja. 

background image

- Ju  ci si  trafiła. - Cody cofn ł si ,  eby obej  wóz i wsi

 z drugiej strony. Abra 

pchn ła drzwi, ale zd yła si  tylko podnie , kiedy Cody znów wepchn ł j  na fotel. 

- Nie boj  si  ciebie, Johnson! 
- A powinna . Jeste my spó nieni, a mamy pewien interes do załatwienia. Prywatny 

interes. - Nachylił si  i zapi ł jej pas. - Nie rozpinałbym go na twoim miejscu. Jazda mo e 
by  ostra. 

Nim  zd yła  upora   si   ze  sprz czk ,  Cody  ju   siedział  za  kierownic .  Bez  słowa 

zapi ł jej z powrotem pas, po czym ruszył z piskiem opon. 

- Co chcesz mi udowodni ? 
- Jeszcze nie wiem - odparł, kiedy wjechali na szos . - Pojedziemy w jakie  spokojne 

miejsce i wtedy si  zastanowi . - Spod kół unosiły si  tumany kurzu. - Tak jak ja to widz , 
nasz pierwszy plan nie wypalił, dlatego musimy wróci  do punktu wyj cia. 

Wkrótce okazało si ,  e Jakie  spokojne miejsce” to jego hotel. Kiedy si  zatrzymali, 

Abra wyskoczyła z samochodu i zacz ła ucieka  przez parking. Cody dogonił j  i bez słowa 
przerzucił sobie przez rami , po czym zaniósł, trz s c  si  z furii, a  pod drzwi swojego apar-
tamentu. 

Otworzył je, a po wej ciu zamkn ł na zasuwk  i dopiero wtedy rzucił Abr  na fotel. 
- Chcesz drinka? - zapytał. - Bo ja tak. - Podszedł do barku i otworzył butelk  wina. 
-  Tym  razem  napijemy  si   Chardonnay.  Barwa  złocista,  orze wiaj cy  smak,  troch  

cierpkie. Na pewno je polubisz. 

Co  prawda,  mogła  wyskoczy   za  drzwi,  ale  nie  miała  ju   ochoty  na  adne  wy cigi. 

Wstała z godno ci . 

-  Wiesz,  czego  chc ?  -  zapytała  dziwnie  słodkim  tonem,  który  mocno  zaniepokoił 

Cody'ego.  -  Wiesz,  czego  bym  tak  naprawd   chciała?  Marz   o  tym,  eby  zobaczy ,  jak 
dyndasz powieszony za nogi nad ogniskiem. - Podeszła do Cody'ego, który wła nie rozlewał 
wino do kieliszków. - Nad olbrzymim ogniskiem. Bez dymu, który przyt piłby twoje zmysły. 
- Oparła si  o barek i przybli yła twarz do jego twarzy. 

- Skoro to niemo liwe, mo e napiłaby  si  wina? Si gn ła po kieliszek, ale Cody był 

szybszy. Jego palce zacisn ły si  wokół jej dłoni. 

- Ruda - powiedział ze spokojem - je eli mnie oblejesz, b d  musiał sprawi  ci baty. 
Wyszarpn ła r k  i jednym haustem opró niła kieliszek. 
-  Dzi ki  za  drinka.  -  Ruszyła  do  drzwi,  ale  Cody  dogonił  j ,  zanim  zd yła  je 

otworzy . 

background image

-  W  ten  sposób  nigdy  si   nie  nauczysz  docenia   dobrych  marek.  -  Wci gn ł  j   z 

powrotem do pokoju i popchn ł na fotel. - Siadaj - polecił. - Albo porozmawiamy spokojnie, 
albo dopuszcz  do głosu bardziej prymitywne instynkty. Wybieraj. 

- Nie mamy o czym rozmawia . 
- Dobrze. Sama chciała . - Szarpn ł j  za r ce i nim zd yła pisn , znalazła si  w jego 

ramionach. 

Cody całował j  tak, jakby nigdy nie miał zamiaru sko czy . Jego zaborcze usta brały, 

co  chciały.  Jedn   r k   obejmował  Abr ,  a  drug   bł dził  po  jej  ciele,  odkrywaj c  jego 
tajemnice. Nigdy dot d tak jej nie dotykał, a jej reakcja była dla nich obojga zaskoczeniem. 

Była taka pobudzona. Koniuszkami palców wyczuwał jej galopuj cy puls. Rozsadzała 

j   energia,  nap dzana  nami tno ci ,  która  i  jego  wprawiała  w  trans.  Nikomu  nie  udało  si  
wcze niej rozbudzi  w nim takiej gamy uczu . 

Abra nigdy dot d nie prze ywała takich uniesie . Nigdy i z nikim.  wiadomo  tego 

wprawiała  j   w  eufori .  Gotowa  była  zapomnie   o  regułach,  które  sama  przecie   dla  nich 
ustaliła. Gdzie  ulotnił si  gniew, cho  jeszcze przed chwil  trz sła si  z oburzenia. Liczył si  
tylko  obecny  moment  i  dotyk  Cody'ego,  którego  palce  wyzwalały  w  jej  ciele  feerie 
nieznanych  dozna .  Chciała,  eby  pieszczoty  trwały  wiecznie,  by  nigdy  nie  przestał  jej 
dotyka . Wzdychaj c z rozkoszy, przywarła do niego, ofiarowuj c mu siebie. 

Gdzie   w  gł bi  pokoju  rozdzwonił  si   telefon,  ale  oni  nie  zwrócili  na  to  uwagi, 

wsłuchani w bicie własnych serc. 

Cody  oderwał  usta  od  jej  warg,  eby  zaczerpn   powietrza,  i  ukrył  twarz  w  jej 

włosach.  To  kolejna  rzecz,  która  przydarzyła  mu  si   po  raz  pierwszy.  adnej  kobiecie,  jak 
dot d, nie udało si  pozbawi  go tchu. 

Odsun ł  Abr   i  spojrzał  je  w  twarz.  Oczy  miała  chmurne  i  tak  bardzo  zielone. 

Pomy lał,  e  musi  by   równie  oszołomiona,  jak  on  sam.  Je eli  teraz  ulegn   instynktom, 
kruchy fundament, jata udało im si  wznie , legnie w gruzach. 

- Lepiej porozmawiajmy - odezwał si  stłumionym głosem. 
Skin ła głow  i osun ła si  na fotel. Czy jej nogi kiedykolwiek odzyskaj  dawn  sił ? 
- Dobrze - wyszeptała. 
Kiedy znów nalewał jej wina, dr ały mu r ce. Czy b dzie kiedy  w stanie  mia  si  z 

tego? Podał jej kieliszek, po czym wzi ł swój i usiadł naprzeciwko. 

Wreszcie odwa yła si  na niego popatrze . Włosy miał zmierzwione wiatrem, policzki 

ogorzałe  od  sło ca,  ale  nie  przypominał  pla owego  playboya.  Emanowała  z  niego  energia. 
Energia i siła, któr  poznała ju  wcze niej. Czuła,  e je li znów skrzy uj  szpady, na pewno 

background image

nie uda jej si  wygra  teraz, gdy przepełnia go ta moc. . Wzi ła gł boki oddech i upiła łyk 
wina. 

- Chciałe  porozmawia . 
Cody nie mógł powstrzyma  si  od  miechu. Pomogło mu to rozładowa  napi cie. 
- Tak. Rzeczywi cie. 
- Nie podoba mi si  sposób, w jaki mnie tu przywlokłe . 
- A przyszłaby  z własnej woli, gdybym ci  ładnie poprosił? 
-  Nie  -  odparła.  Cie   u miechu  przemkn ł  przez  jej  twarz.  -  To  jeszcze  nie  powód, 

eby  si  zachowywał jak jaskiniowiec i ci gn ł mnie za włosy. 

Wizja Abry, wleczonej za włosy do jaskini, wydała mu si  całkiem interesuj ca. Nie 

mógł nie przyzna  jej pewnej racji. 

- To raczej nie le y w mojej naturze. Mam ci  przeprosi ? 
-  Chyba  ju   dosy   przepraszali my  si   nawzajem.  Podobno  chciałe   porozmawia . 

Zatem rozmawiajmy. W ko cu po to tu jestem. 

-  wietnie wygl dasz w tym dresie, Ruda. Potrz sn ła głow . 
- Je eli to wszystko... - Chciała wsta , ale Cody uniósł r k . 
-  Wypada  chyba  wspomnie ,  e  nasze  plany,  by  ograniczy   wzajemne  kontakty  do 

płaszczyzny słu bowo - kole e skiej, wzi ły w łeb. 

Abra zapatrzyła si  w swój kieliszek. Nie zamierzała zaprzecza  oczywistym faktom. 
- Masz racj . 
Szukaj c  zapałek,  pomy lał,  e  nie  wygl da  na  zbyt  zachwycon   tym  odkryciem  i 

przekl ł w duchu swój brak taktu. Zaci gn ł si  gł boko dymem, który miał jej smak. 

- Co dalej? 
Obrzuciła  go  uwa nym  i  chłodnym  spojrzeniem.  Nawet  je li  prze ywała  jakie  

rozterki, nie dała tego po sobie pozna . 

- Przecie  to ty podobno masz na wszystko gotow  odpowied . 
- Abra... - Urwał ze strachu,  e znów ponios  go nerwy i zacznie domaga  si  czego  

wi cej, ni  gotowa jest mu ofiarowa . - Chciała ,  eby wszystko było jasne i proste. - Upił łyk 
wina. - Chyba dobrze ci  zrozumiałem? 

Proste?  -  pomy lała  spłoszona.  Nic  ju   nigdy  nie  b dzie  proste.  cisn ła  w  palcach 

kieliszek, a potem odetchn ła bardzo gł boko i spróbowała wzi  si  w gar . Spojrzała na 
Cody'ego, który był całkowicie opanowany. 

- To prawda. Uwa am,  e  adne z nas nie ma w tym momencie ani czasu, ani ochoty 

na jakiekolwiek komplikacje. 

background image

Komplikacje...  Najch tniej  zerwałby  si   z  fotela,  chwycił  j   i  pokazał,  jakie  ycie 

potrafi by  skomplikowane. Ona jednak tchn ła takim spokojem... 

- Wobec tego musimy stawi  czoło faktom. Po pierwsze, pragn  ci . - Zauwa ył,  e w 

oczach Abry mign ło co  na kształt l ku, a mo e nami tno ci lub nadziei. - Po drugie, ty te  
mnie pragniesz. - Zgniótł w popielniczce niedopałek. - Bior c pod uwag  te dwa oczywiste 
fakty  oraz  wiadomo ,  e  adne  z  nas  nie  jest  ju   dzieckiem,  a  jeste my  par   dorosłych, 
odpowiedzialnych  ludzi,  zdolnych  do  przeprowadzenia  intelektualnej  analizy  naszego 
zwi zku, powinni my - jak sama powiedziała  - otrzyma  prost  i jasn  odpowied . 

Nie  chciała  wcale  by   intelektualistk .  Nie  chciała  by   rozs dna.  Po  wysłuchaniu 

argumentów Cody'ego pragn ła ju  tylko jednego: otworzy  przed nim ramiona i serce. Do 
diabła z faktami, planami i prostymi odpowiedziami! 

Chłodz c  wyschni te  gardło  zimnym  winem,  przypomniała  sobie,  e  tak  wła nie 

mówiła jej matka. Ale to, co dobre dla Jessie, nie b dzie nigdy dobre w przypadku Abry. 

Spojrzała  na  Cody'ego  ponad  kraw dzi   kieliszka.  Był  z  pozoru  taki  spokojny, 

opanowany. Nie wida  było napi cia, które przecie  musiało go wr cz rozsadza . 

Dostrzegła tylko błysk rozbawienia w oczach i swobodn  poz . 
- Mam ci to jeszcze raz powtórzy , Ruda? 
- Nie. - Odstawiła kieliszek i zło yła r ce. - Odpowied  jest prosta. B dziemy mieli 

romans. 

Nie  podobała  mu  si   oboj tno ,  z  jak   to  powiedziała.  A  przecie   trafiła  w  sedno. 

Czy nie tego wła nie chciał?  eby z ni  by ? A jednak poczuł si  dotkni ty jej chłodem, i to 
go bardzo zdziwiło. 

- Od kiedy? 
Co  za  pytanie!  Abra  zacisn ła  kurczowo  pi ci.  Jednak  to  ona  zacz ła  t   rozmow , 

dlatego musi teraz ponie  konsekwencje. 

- Chciałabym,  eby my si  dobrze zrozumieli. Nasze sprawy osobiste nie mog  nam 

przysłoni  pracy. 

- W  adnym wypadku. Zaczerpn ła powietrza i ci gn ła: 
- Wa ne jest, by my oboje rozumieli,  e nie b dzie  adnych zobowi za  na przyszło  

i  adnych pretensji. Za kilka tygodni ty wracasz na Floryd , a ja zostaj  tutaj. Nie ma wi c 
sensu  udawa ,  e  b dzie  inaczej,  albo  zachowywa   si   tak,  jakby  to  wszystko  miało  trwa  
wiecznie. 

background image

- To oczywi cie całkiem jasne - przyznał, cho  tak naprawd  miał ochot  udusi  j  za 

to,  e jest taka spokojna, podczas gdy on marzy tylko o jednym -  eby kocha  si  z ni  teraz 
do utraty tchu. - Rozumiem,  e musiała  ju  mie  za sob  podobne do wiadczenia. 

Nie odpowiedziała. Nie miała obowi zku. Zanim odwróciła wzrok, Cody dostrzegł w 

jej oczach cie  smutku. 

- Co si  dzieje? - Podniósł si  z fotela i przykucn ł obok niej. - Kto  złamał ci serce, 

Ruda? 

- Ciesz  si ,  e tak ci  to  mieszy - zacz ła, ale urwała, bo Cody dotkn ł jej policzka. 
- Wcale mnie to nie  mieszy. - Podniósł jej r k  do ust i ucałował. - Zdziwiłbym si , 

gdyby   mi  powiedziała,  e  jestem  twoim  pierwszym  m czyzn ,  niemniej  jednak  jest  mi 
przykro,  e kto  ci  zranił. Było a  tak  le? 

Nie  spodziewała  si   po  nim  takiej  wra liwo ci.  Łzy  napłyn ły  jej  do  oczu,  lecz  ich 

powodem wcale nie były wspomnienia. 

- Nie chc  tym mówi . 
Czas goi jedne rany, a inne j trzy, pomy lał Cody. B dzie musiał wybada , jak było w 

tym przypadku, ale jeszcze nie teraz. Jest cierpliwy, mo e zaczeka . 

- W porz dku. Spróbujmy z innej beczki. Mo e zjadłaby  ze mn  kolacj ? 
Zamrugała,  eby powstrzyma  łzy, i u miechn ła si  blado. 
- Nie jestem odpowiednio ubrana na wyj cie. 
- Kto powiedział,  e mamy gdziekolwiek wychodzi ? - Wychylił si  i musn ł ustami 

jej  wargi.  -  O  ile  dobrze  pami tam,  mówiła ,  e  lubisz  hotele,  bo  mo na  sobie  zamówi  
jedzenie do łó ka. 

- Rzeczywi cie tak mówiłam. 
- Mo esz wzi  prysznic. Dam ci czyste r czniki. U miechn ła si , z ustami przy jego 

ustach. B dzie dobrze. Była niemal skłonna w to uwierzy . 

- To nawet dosy  kusz ca propozycja. 
- Lepszej nie usłyszysz. - Cody wstał i poci gn ł j  za r k . - W twoim kodeksie nie 

ma ani słowa o obietnicach. 

- Musiałam o tym zapomnie . 
- No to ja ci przypomn . 
- Cody... - urwała, gdy delikatnie przycisn ł wargi do jej ust. 
- Tylko jedn  obietnic , Abra. Nic ci si  nie stanie, je li mnie wysłuchasz. 

background image

Mówił  serio.  Poznała  to  po  jego  oczach.  Za  pó no,  pomy lała,  tul c  twarz  do  jego 

policzka. Jej serce, którego tak pilnie strzegła, nale ało ju  do Cody'ego. A on zrani j  wbrew 
własnym intencjom, cho  nigdy si  tego nie domy li. 

Tym  razem  oboje  zareagowali  na  d wi k  telefonu.  Nie  wypuszczaj c  Abry  z  obj , 

Cody si gn ł po słuchawk . 

-  Tu  Johnson.  -  Słuchał  przez  chwil ,  muskaj c  przy  tym  ustami  skronie  Abry.  - 

Lefkowitz, nikt ci nigdy nie mówił,  e jeste  matoł? - Pu cił niech tnie Abr  i skoncentrował 
si  na rozmowie. - Dostałe  to stanowisko, bo zało yli my,  e potrafisz sobie poradzi  z kom-
plikacjami  tego  typu.  Otrzymałe   instrukcje?  No  to  je  przeczytaj.  -  Zakl ł  i  przeło ył 
słuchawk  do drugiej r ki. - Słysz , co mówisz. Podaj mi numer, a ja postaram si  to załatwi . 
Spróbuj  cokolwiek  zmieni ,  to  połami   ci  r ce.  Jasne?  To  dobrze.  Przylec   pierwszym  sa-
molotem. 

Kiedy si  rozł czył, Abra podała mu kieliszek. 
- Potrafisz by  brutalny, Johnson. 
- Dyplomacj  i takt zostawiam mojemu partnerowi, Nathanowi. 
- Słusznie. - Obróciła w palcach nó k  kieliszka, a potem spytała jakby od niechcenia: 
- Wybierasz si  w podró ? 
- Do San Diego. Nie mog  poj , jak kiedykolwiek mogło nam si  wydawa ,  e taki 

osioł  jak  Lefkowitz  poradzi  sobie  z  t   robot .  Ten  facet  nie  rozumie  nawet  słowa 
„niedorzeczny”. - Podszedł do szafy i wyj ł mał  torb . - Jaki  zwariowany in ynier ka e mu 
skorygowa  projekt. Nawalaj  te  dostawcy, a on nie wie, co robi . 

- Projekt jest oczywi cie twój? - zapytała z u miechem. 
- Głównie mój. - Chwycił j  za warkocz i poci gn ł tak mocno,  e a  pisn ła. - Jed  ze 

mn  Wilson. Mogłaby  mi wskaza  punkty, w których ten in ynier ma racj , a ja nie, a potem 
pokazałbym ci ocean. 

N c ca  propozycja  -  tak  n c ca,  e  ju   gotowa  była  wyrazi   zgod ,  kiedy 

przypomniała sobie,  e ma obowi zki na miejscu. 

- Nie mo emy oboje jednocze nie zostawi  budowy. Jak długo ci  nie b dzie? 
-  Jaki   dzie   czy  dwa,  chyba  e  zamorduj   Lefkowitza  i  wsadz   mnie  za  kratki.  - 

Poło ył jej dłonie na ramionach. - Czy to wbrew zasadom,  e b dziesz za mn  t skniła? 

- Zastanowi  si  nad tym - odparła. 
Cody  przyci gn ł  j   do  siebie  i  zacz ł  całowa .  Przyszło  mu  nawet  do  głowy,  e 

mógłby poci gn  j  na łó ko i zda  si  na instynkt, jednak si  rozmy lił. Rozumiał, podobnie 
zreszt  jak Abra, co to znaczy odpowiedzialno . 

background image

- Musz  si  spakowa  i jecha  na lotnisko. Podrzuc  ci  tam, gdzie zostawiła  swój 

samochód. 

- Dobrze. 
Cofn ła  si ,  a  on  wci   trzymał  r ce  na  jej  ramionach.  To  dziwne,  pomy lał. 

Perspektywa  podró y  nigdy  dot d  nie  budziła  w  nim  oporów.  Tym  razem  było  inaczej. 
Zupełnie jakby w ci gu ostatnich kilku minut zapu cił korzenie. 

-  Jestem  ci  winien  prysznic  i  kolacj   w  pokoju.  Przecie   nie  wyje d a  na  wojn , 

pomy lała Abra. To tylko podró  słu bowa. Przyjdzie oczywi cie taki moment, kiedy Cody 
wsi dzie w samolot i zniknie na zawsze z jej  ycia. Jednak jeszcze nie tym razem. 

- Nie przejmuj si , Cody. Wyrównamy rachunki po twoim powrocie. 
Ku jego w ciekło ci wyjazd przeci gn ł si  do trzech dni. Lefkowitz uszedł z  yciem 

jedynie dzi ki temu,  e zmiany okazały si  bardziej skomplikowane, ni  Cody przypuszczał. 
Tkwił  w  kolejnym  pokoju  hotelowym,  czekaj c  na  samolot.  Spakował  ju   wszystkie  swoje 
rzeczy, z wyj tkiem naszyjnika dla Abry. Wyj ł go z kieszeni i raz jeszcze mu si  przyjrzał. 

Kupił  go  wiedziony  impulsem.  Szedł  wła nie  na  umówione  spotkanie,  kiedy  wzrok 

jego  przykuł  naszyjnik  na  wystawie  jubilera.  Nie  były  to  białe  brylanty,  tylko  delikatne, 
zielononiebieskie klejnoty. W chwili gdy je zobaczył, zrozumiał,  e s  stworzone dla Abry. 

Zamkn ł wieczko i wsun ł pudełko do kieszeni. Pomy lał,  e nie jest to chyba rodzaj 

prezentu, jakim obdarzaj  si  partnerzy w przelotnym zwi zku. Problem polegał na tym,  e 
uczucie, jakie  ywił dla Abry, z cał  pewno ci  nie było przelotne. 

Nigdy dot d nie był zakochany, potrafił jednak rozpozna  symptomy. 
Niestety, Abra nie była jeszcze gotowa,  eby przyj  to do wiadomo ci. Podobnie jak 

on nie był jeszcze gotów, by jej to wyzna . Słowa takie jak „kocham” potrafiły diametralnie 
odmieni   ycie, podobnie jak jedno okno mogło zasadniczo zmieni  wygl d całego budynku. 

Je li  to  jednak  przelotne  uczucie?  Znał  przecie   ludzi,  którzy  zakochiwali  si   i 

odkochiwali  z  równ   łatwo ci .  Ale  to  nie  dla  niego.  Je eli  jest  to  szczere,  autentyczne 
uczucie,  to  chciałby,  eby  było  te   trwałe.  Skoro  nie  projektował  budowli,  które  nie 
przetrwałyby próby czasu, czy mógł post pi  inaczej, gdy w gr  wchodziło całej ego  ycie? 

Spojrzał  na  zegarek.  Samolot  odlatywał  dopiero  za  dwie  godziny.  Wyci gn ł  si   na 

łó ku, si gn ł po słuchawk  i wykr cił numer Abry. Usłyszał cichy trzask, otworzył usta i ju  
miał co  powiedzie , kiedy odezwała si  automatyczna sekretarka: „Dodzwonili cie si  pa -
stwo do Abry Wilson. Niestety, nie mog  w tej chwili odebra . Prosz  zostawi  wiadomo  
po długim sygnale, to oddzwoni ”. 

Czemu nie ma jej w domu? - zadał sobie w duchu pytanie. 

background image

-  Hej!  Miło  usłysze   twój  głos,  Ruda,  ale  wolałbym  porozmawia   z  tob   osobi cie. 

Posłuchaj, je eli wrócisz przed siódm , zadzwo  do mnie do hotelu. Ja... ach, nie znosz  tych 
cholernych maszynek. Nie w ciekaj si , ale naprawd  za tob  t skniłem. I to bardzo. Wracaj 
szybko do domu, dobrze? 

Rozł czył si , niezadowolony, po czym wykr cił kolejny numer. Damski głos, który 

si  tym razem odezwał, nale ał do  ywej osoby. 

- Cody! Masz dla mnie te materiały na temat Monument Valley? 
- Ja te  si  ciesz ,  e ci  słysz , Jackie. 
- Przepraszam. - Jackie roze miała si  i zacz ła z innej beczki. - Jak si  masz, Cody? 

Ciesz  si ,  e ci  słysz . 

- Dzi ki. A tak przy okazji, wysłałem ci całe pudło ulotek, broszur, zdj , albumów i 

materiałów historycznych o Arizonie. 

-  Masz  moj   dozgonn   wdzi czno .  Jestem  w  połowie  korekty  i  potrzebne  mi 

dodatkowe informacje. 

- Zawsze mo esz na mnie liczy . Lubi  obcowa  ze sławnymi pisarkami. 
-  Nie  jestem  jeszcze  sławna.  Musisz  poczeka   kilka  miesi cy.  Powie   uka e  si  

dopiero w maju. A co słycha  w Arizonie? 

- Wszystko w porz dku, tyle  e dzwoni  z San Diego. 
- Z San Diego? - Cody usłyszał brz k naczy  i wyobraził sobie Jackie, szykuj c  w 

kuchni jaki  egzotyczny posiłek. - Ach, rzeczywi cie, zapomniałam. Cody... czy mógłby  mi 
przywie  troch ... 

- Daj mi wytchn , Jackie. Jeste  bardzo gruba? Oczyma duszy zobaczył, jak kładzie 

r k  na brzuchu. 

- Chyba ju  tak. Nathan poszedł ze mn  w zeszłym tygodniu na badanie. Lekarz dał 

mu posłucha , jak bije serce dziecka. - Cody usłyszał jej ciepły  miech. - Od tej pory to ju  
nie ten sam człowiek. 

- Czy on tam jest? 
- Nie, wła nie wyszedł. Potrzebowałam  wie ego koperku do kolacji, a on stwierdził, 

e gdybym poszła do sklepu, dziecko mogłoby si  zm czy , wi c poszedł sam. 

- Przecie  Nathan nie potrafi odró ni  koperku od zwykłego chwastu. 
- Wiem. - W tym słowie kryły si  całe pokłady miło ci. - Czy to nie cudowne? Kiedy 

wracasz? 

- Nie wiem. Zastanawiam si , czy... czy nie zosta  tutaj do ko ca budowy. 

background image

- Naprawd ? - Przez chwil  w słuchawce panowała cisza.  - Cody, przeczucie mówi 

mi,  e w gr  wchodzi co  innego, a nie tylko nadzór autorski. 

Cody zawahał si  przez moment. Miała racj . Tak naprawd  nie dzwonił wcale po to, 

eby  porozmawia   o  centrum  medycznym,  o  o rodku  wypoczynkowym  czy  jakim   innym 

swoim projekcie. Zatelefonował, bo potrzebna mu była rozmowa z kim   yczliwym. 

- Chodzi o kobiet . 
- No nie! Tylko o jedn ?! U miechn ł si  mimo woli. 
- Tylko o jedn . 
- To powa na sprawa? 
- Chyba tak. 
Jackie znała go na tyle dobrze,  e z miejsca go przejrzała. 
-  Kiedy  mija  przedstawisz?  Chciałabym  si   jej  przyjrze   i  rozło y   j   na  czynniki 

pierwsze. Kim ona jest? Architektem? Poczekaj, ju  wiem. To z pewno ci  jaka  studentka, 
która sobie dorabia na przyj ciach jako kelnerka. 

- Nie, ona jest in ynierem. 
Jackie zaniemówiła na dłu sz  chwil . 
-  artujesz?!  Przecie   ty  nienawidzisz  in ynierów.  Nawet  bardziej  ni   Nathan.  Mój 

Bo e, to chyba rzeczywi cie miło . 

- Albo miło , albo udar słoneczny. Posłuchaj, Jackie, chciałem zawiadomi  Nathana, 

e zrobiłem tu porz dek i wracam do Phoenix. 

- Powtórz  mu. Cody, powiedz mi, jeste  szcz liwy? 
Po krótkim zastanowieniu doszedł do wniosku,  e nie potrafi udzieli  jednoznacznej 

odpowiedzi. 

- To b dzie zale ało od mojej pani in ynier. Powiem wprost: szalej  za ni , ale ona 

daje mi nie le do wiwatu. 

- Je eli ona prowadzi jak  nieczyst  gr , przyjad  do Arizony i osobi cie połami  jej 

na głowie przykładnic . 

- Dzi ki. To j  powinno nauczy  moresu. B d  pami tał o twojej propozycji. 
- Koniecznie. Powodzenia, Cody. 
Abra  wróciła  do  domu  przed  dziewi t   po  miłej,  plotkarskiej  kolacji  z  matk .  Po 

takich  spotkaniach  zawsze  targały  ni   sprzeczne  uczucia.  Jessie  była  uroczym  kompanem, 
osob  dowcipn  i towarzysk . Nie mo na było sobie wymarzy  lepszej przyjaciółki. 

background image

Jednak te same cechy sprawiały,  e Jessie do  lekko podchodziła do  ycia i skakała z 

kwiatka na kwiatek, nie doznaj c przy tym najmniejszego uszczerbku zarówno na ciele, jak i 
na duszy. Jej obecnym partnerem był W.W. Barlow - albo, jak go nazywała, Willie. 

Podczas  kolacji  Jessie  mówiła  wył cznie  o  nim:  jaki  jest  miły,  inteligentny,  jaki 

troskliwy. Abra doskonale znała te symptomy. Jessie Wilson Milton Peters szykowała si  do 
nowego podboju. 

Po  wej ciu  do  mieszkania  Abra  rzuciła  torebk   na  fotel  i  zdj ła  buty.  Jak  mo e 

zachowa   profesjonalny  dystans  do  tego,  co  robi,  skoro  jej  matka  wdała  si   w  romans  z 
głównym  inwestorem?  Przejrzała  przyniesione  listy,  a  potem  tak e  je  odrzuciła.  Jak  mo e 
zachowa  profesjonalny dystans, skoro sama wdała si  w romans z architektem? 

W tak krótkim czasie jej  ycie bardzo si  skomplikowało. 
Gdyby mogła, ch tnie by si  wycofała. Do tej pory zawsze potrafiła wykaraska  si  z 

niewygodnych  sytuacji.  Kłopot  jednak  polegał  na  tym,  e  była  ju   prawie  pewna,  e  jest 
zakochana w Codym. A to ju  co  wi cej ni  niewygodna sytuacja. To sytuacja kryzysowa! 
Raz w  yciu ju  wydawało jej si ,  e jest zakochana, ale... 

Nie  ma  adnych  ale,  powiedziała  sobie.  Wprawdzie  jej  uczucie  jest  bardziej 

intensywne,  nie  mo e  wytrzyma   dłu ej  ni   pi   minut,  by  nie  my le   o  Codym,  ale  to 
jeszcze nie znaczy,  e jest to co  innego ni  tamto uczucie sprzed lat. 

Tyle  e tym razem jest starsza, m drzejsza i lepiej przygotowana. 
Nikt ju  nie skrzywdzi jej tak jak Jamie Frye. Nigdy wi cej nie b dzie si  czuła taka 

niedojrzała  i  bezradna.  Je eli  miło   sprowadza  kryzys,  poradzi  sobie  z  tym  w  taki  sam 
sposób,  w  jaki  radziła  sobie  z  kryzysami  w  pracy.  Spokojnie,  dogł bnie  i  skutecznie.  Z 
Codym  to  inna  sprawa,  bo  poznali  si   jako  równorz dni  partnerzy,  na  jasno  okre lonych 
zasadach. Najwa niejsze,  e nie jest taki płytki i gruboskórny jak Jamie Frye. Jest wprawdzie 
uparty i irytuj cy, ale nie okrutny. A poza wszystkim to uczciwy człowiek. 

Kiedy j  zrani - zało yła ju ,  e tak musi si  sta  - b dzie to nagle i nie wiadomie. 

Rany  si   goj ,  dobrze  o  tym  wiedziała.  Wiedziała  te ,  e  b dzie  wspominała  wspólnie 
sp dzone chwile bez  alu i  adnych pretensji. 

We  si  w gar , Abra, pomy lała. Przesta  o nim my le , przesta  t skni . Napij si  

kawy i bierz si  do roboty. 

Przebrała si  w rozci gni t  sportow  koszulk , nastawiła ekspres i usiadła przy desce 

kre larskiej. Dopiero wtedy zauwa yła migaj ce  wiatełko automatycznej sekretarki. 

Si gn ła po biszkopta, którego znalazła w szafce, po czym wcisn ła guzik. Pierwsza 

wiadomo   była  od  kole anki  z  college'u,  której  nie  widziała  od  tygodni.  Postanowiła 

background image

zadzwoni   do  niej  nazajutrz.  Potem  sekretarka  Tima  zostawiła  informacj   o  zebraniu  w 
poniedziałek  rano.  Marszcz c  brwi,  zapisała  to  w  kalendarzu.  A  potem  usłyszała  głos 
Cody'ego i zapomniała o bo ym  wiecie. 

- .. .je eli wrócisz przed siódm ... 
Spojrzała na zegarek i westchn ła. Było ju  grubo po siódmej. Cody jest pewnie na 

jakim   wieczornym  spotkaniu.  Nawet  gdyby  spróbowała  zatelefonowa   do  hotelu,  i  tak  go 
pewnie nie zastanie. Z głow  podpart  na łokciach słuchała jego głosu: 

-  Naprawd   si   za  tob   st skniłem.  I  to  bardzo.  Zadowolona,  cofn ła  ta m   i  raz 

jeszcze odsłuchała cał  wiadomo . A potem jeszcze raz, chocia  to mo e  mieszne. 

Przez  nast pn   godzin   troch   pracowała  i  du o  marzyła.  Kawa  wystygła,  a  ona  na 

przemian  to  stukała  w  kalkulator,  to  zastanawiała  si ,  jak  przywita  Cody'ego  po  powrocie. 
B dzie  musiała  pojecha   do  sklepu  i  kupi   co   szczególnego.  Jutro  sobota.  Cody  powinien 
wróci  do wieczora, a najpó niej w niedziel  rano. Co znaczy,  e b d  mieli wiele godzin, a 
mo e nawet cały dzie , podczas którego nie b d  my le  o pracy. 

Postanowiła  zajrze   rano  do  jednego  z  tych  małych  sklepików  i  kupi   cacuszko  z 

jedwabiu i koronki. Co , w czym b dzie wygl dała seksownie, a zarazem delikatnie i uroczo. 
Zrobi  te   sobie  maseczk .  Jessie  zawsze  namawiała  j   na  wizyt   u  kosmetyczki.  Nie, 
maseczka to za mało. Pójdzie na całego. Zrobi sobie włosy, paznokcie, czyszczenie skóry, i 
tak  dalej.  A  kiedy  Cody  wróci,  b dzie  wygl dała  fantastycznie.  Jedwab  musi  by   czarny. 
Albo frywolny dwucz ciowy komplecik, albo elegancka halka. 

Trzeba te  b dzie kupi  wino. Co to za gatunek, który tak jej polecał? Chyba b dzie 

si  musiała zda  na gust sprzedawcy w sklepie z alkoholami za rogiem. I kwiaty! Wstała i po 
raz pierwszy od tygodni krytycznym wzrokiem zlustrowała pokój. Bo e, ale bałagan!  wiece. 
Chyba ma  gdzie  schowane  wiece. Pogr ona  w marzeniach zacz ła zbiera  porozrzucane 
buty  i  ubrania.  Kiedy  usłyszała  pukanie,  wrzuciła  wszystko  do  szafy  i  drzwi  dopchn ła 
kolanem. 

- Chwileczk  - zawołała. - Ju  id . - Gdzie, u licha, podział si  szlafrok? Jest! Le ał 

straszliwie pomi ty pod łó kiem. Wsun ła jeden r kaw i pobiegła otworzy . 

- Kto tam? 
- Zgadnij. 
- Cody?! 
- Zgadła  za pierwszym razem - powiedział, gdy otworzyła ła cuch i uchyliła drzwi. 

Na  widok  jej  spłoszonej  miny  u miechn ł  si   przeci gle  i  obrzucił  j   wymownym 
spojrzeniem. 

background image

Włosy  miała  zwi zane  postrz pion   sznurówk .  Resztki  makija u,  który  sobie 

zaaplikowała przed spotkaniem z matk , prezentowały si  do   ało nie. Spod rozchylonego, 
niemiłosiernie  wygniecionego  szlafroka,  wyzierał  koszykarski  podkoszulek,  oblepiaj cy  jej 
biodra. 

- Hej, Ruda! Co to ma by ? Idziesz gra  w kosza? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Abra zamrugała ze zdumienia, przekonana,  e co  jej si  przywidziało. 
- Co ty tu robisz? 
- Stoj  w korytarzu. Wpu cisz mnie? 
- Tak, ale... - Cofn ła si . Cody wszedł do pokoju i rzucił torb  na podłog . Zjawy nie 

wygl daj  tak dobrze. I nie pachn  tak ładnie. Abra, zdezorientowana, zerkn ła w gł b pokoju 
na automatyczn  sekretark . 

- Wła nie odsłuchałam twoj  wiadomo . Nie mówiłe ,  e ju  wracasz. 
- Bo wtedy nie wracałem. - Zamkn ł za sob  drzwi. - Ale teraz wróciłem. 
Przypomniała sobie o planach, które snuła jeszcze przed chwil . Ogarn ła wzrokiem 

panuj cy w pokoju bałagan i bezradnym gestem przygładziła włosy. 

-  Trzeba  mi  było  powiedzie ,  e  wracasz  dzi   wieczorem.  Nie  zd yłam  si  

przygotowa . 

- O co ci chodzi, Wilson? - Cody wsun ł jej r ce pod szlafrok i rozsun ł poły. Oczom 

jego ukazał si  koszykarski podkoszulek w zupełnie nowej roli. 

- Jest u ciebie jaki  m czyzna? Gdzie go ukryła ? W szafie? 
- Nie b d  głupi. - Cofn ła si , zgn biona. Przypomniała sobie,  e twarz ma bez cienia 

makija u, a włosy... wolała nawet nie my le  o włosach. Czuła,  e wygl da beznadziejnie. No 
i ten biało - zielony podkoszulek. Tak ró ny od seksownej bielizny, któr  planowała kupi  na 
powrót Cody'ego. 

- Niech ci  diabli! Trzeba mnie było zawiadomi . Miał ochot  porwa  j  w obj cia i 

zamkn  jej usta pocałunkiem, ale co  w wyrazie jej twarzy go powstrzymało. Mo e si  za 
bardzo zagalopował, kiedy sobie wyobraził,  e b dzie równie uradowana, jak on? Mo e nie 
powinien zakłada ,  e b dzie czekała cierpliwie na jego powrót? 

-  Zrobiłbym  to,  gdybym  miał  szans   porozmawia   z  tob ,  a  nie  z  automatyczn  

sekretark . A gdzie ty wła ciwie była ? 

- Kiedy? Ach! - Potrz sn ła z roztargnieniem głow . - Byłam na kolacji. 
-  Rozumiem.  -  Cody  wsun ł  r k   do  kieszeni  i  zacisn ł  palce  na  pudełeczku  z 

naszyjnikiem. Czy mógł sobie ro ci  jakiekolwiek prawa do Abry? Na pewno nie! 

- Kto to był? Kto , kogo znam? 
- Moja mama. Z czego si   miejesz? 
- Z niczego. 

background image

Zasun ła poły szlafroka i wyzywaj co uniosła podbródek. 
- Wiem jak wygl dam, Johnson. Gdyby  mnie uprzedził, przygotowałabym si  na twój 

przyjazd. Przepraszam za ten straszliwy bałagan. 

-  Zawsze  masz  bałagan  -  wytkn ł  jej  Cody,  który  ju   zaczynał  wszystko  rozumie . 

Abra  chciała  przygotowa   odpowiedni   sceneri   na  jego  powrót,  a  on  wszystko  popsuł,  bo 
zjawił si  przed czasem. 

- Zamierzałam troch  posprz ta . - Kopn ła ze zło ci  but le cy na  rodku pokoju. - 

Poza tym mam tylko to ohydne wino. 

-  Skoro  tak,  to  lepiej  sobie  pójd .  -  Cody  zrobił  w  tył  zwrot,  a  potem  nagle  si  

odwrócił, jakby naszła go jaka  my l. - Zanim wyjd , powiem ci, jak wygl dasz. 

Skrzy owała r ce na piersiach i zmierzyła go wyzywaj cym wzrokiem. 
- Słucham, ale Ucz si  ze słowami. 
- Jest tylko jeden sposób,  eby wyrazi  to szczerze. - Podszedł i poło ył jej dło  na 

ramieniu. - Chyba chcesz,  eby my byli w stosunku do siebie szczerzy, prawda, Abra? 

- Mo e i tak - mrukn ła - ale tylko do pewnego stopnia. 
- Musz  ci wobec tego co  powiedzie , a ty musisz okaza  charakter i przyj  to do 

wiadomo ci. 

- Dobrze, jestem gotowa. - Wzruszyła niech tnie ramionami. - Wolałabym,  eby ... 
Nie udało jej si  doko czy , bo Cody chwycił j  w ramiona i zacz ł mia d y  ustami 

jej wargi. Rozchyliły si  pod naporem jego ust. Jednym ruchem zdarł z niej szlafrok, a potem 
wsun ł jej r ce pod koszulk  i zacz ł bada  mi kkie wypukło ci ciała, które pr yło si  pod 
dotykiem m skich dłoni. 

- Cody... 
-  Cicho!  -  mrukn ł,  z  ustami  przy  jej  szyi.  J kn ła,  kiedy  chwycił  j   za  biodra. 

Zakr ciło jej si  w głowie i zalała j  fala gor ca. Dr cymi r kami usiłowała  ci gn  z niego 
marynark . 

- Pragn  ci  - szepn ła, gdy odsłoniła jego tors, zdejmuj c mu przez głow  koszul . 

Zaborczymi dło mi powiodła po jego nagim ciele. - Teraz! 

Cody  nieraz  wyobra ał  sobie  tak   sytuacj ,  ale  okazało  si ,  e  wyobra nia  a 

rzeczywisto   to  dwa  ró ne  wiaty.  Po danie,  jakie  do  siebie  czuli,  stało  si   prymitywne, 
niemal  zwierz ce.  Do  sypialni  było  tak  daleko...  Kiedy  padli  na  sof ,  Cody  był  dopiero  na 
wpół rozebrany, ale przy pomocy Abry szybko zrzucił z siebie reszt  rzeczy. Dłonie Abry jak 
szalone  bł dziły  po  jego  ciele,  usta  szukały  ust,  a  bij cy  od  niej  ar  zdawał  si   trawi   ich 
oboje. 

background image

Ze  stłumionym  j kiem  zsun ł  jej  podkoszulek  do  pasa  i  wtulił  twarz  w  nagie  ciało. 

Wygi ła si  w łuk i przywarła do Cody'ego, a on ustami i j zykiem pie cił jej gładk  skór . 

Wokół paliły si  wszystkie lampy. W apartamencie pi tro wy ej kto  wł czył stereo 

na  cały  regulator.  Basy  wibrowały  niskim,  nami tnym  rytmem.  Delikatny  zapach  perfum, 
którymi Abra spryskała si  przed godzin , zmieszał si  teraz z zapachem pi ma. 

Doprowadzała  go  do  szale stwa.  Tylko  o  tym  był  w  stanie  my le ,  gdy  ustami 

w drował w dół po jej  gładkim  ciele.  Abra z bezwstydn  rado ci  witała ka de mu ni cie, 
ka d  pieszczot , a jej urywany oddech brzmiał niemal jak szloch. 

Zbyt długo na to czekali - chyba całe  ycie. A teraz wreszcie byli razem - sko czyły 

si  wykr ty i usprawiedliwienia. Została tylko gor czkowa niecierpliwo . 

Kiedy  ostatnie  cz ci  garderoby  znalazły  si   na  podłodze,  Abra  obj ła  Cody'ego 

smukłymi  udami.  Nie  była  ju   w  stanie  my le   i  nie  miała  nawet  takiej  potrzeby.  Chciała 
tylko czu , chciała te  szeptem wyrazi  to, co działo si  w jej duszy, ale nie potrafiła nawet 
sformułowa  słów. Nigdy dot d nie pałała tak  nami tno ci . 

Płon ła, trawiona po daniem i pragnieniem zespolenia. Kiedy instynktownie wyszła 

im naprzeciw, Cody, jakby czytaj c w jej my lach, w kilka sekund doprowadził j  na szczyt. 

Wykrzykn ła jego imi  i osun ła si  w otchła  bez dna, a wtedy on pochwycił j  i raz 

jeszcze wywindował w gór . 

W  wietle  lampy  widział  kropelki  potu  połyskuj ce  na  jej  skórze,  szeroko  otwarte, 

nieprzytomne oczy, miedziane włosy, rozrzucone wokół głowy. Spróbował wmówi  jej imi , 
ale nie był w stanie. 

Widział, jak Abra szczytuje, czuł jej palce wbijaj ce mu si  bole nie w plecy. A kiedy 

nie był ju  w stanie dłu ej czeka , wszedł w ni  jednym, silnym pchni ciem. Uniosła biodra, 

eby go przyj , i pop dzili oboje ku nieznanym krainom. 

Kiedy  po  chwili  osun ł  si   na  ni ,  oszołomiony  i  na  wpół  omdlały,  nie  miał  ani 

energii, ani ch ci analizowania tego, co im si  przydarzyło. 

Abra le ała pod nim ciepła i mi kka. Oddech miała powolny i płytki. Poczuł, jak jej 

bezwładna r ka zsuwa si  z jego pleców. Słyszał przyspieszone bicie jej serca. Zamkn ł oczy 
i nagle odpłyn ł, ukołysany jednostajnym rytmem. 

Nie  padły  adne  słowa.  Nawet  gdyby  zechciał  jej  co   powiedzie ,  nie  potrafiłby 

słowami wyrazi  tego, co mu zrobiła. Co dla niego zrobiła. Wiedział tylko jedno -  e Abra 
nale y teraz do niego, a on zrobi wszystko, by j  przy sobie utrzyma . 

Czy  to  miło   sprawia,  e  z  człowiekiem  dziej   si   takie  rzeczy?  Abra  na  wpół 

przytomnie  zadała  sobie  to  pytanie.  Czy  to  ona  daje  energi ,  a  potem  pozbawia  sił  tak,  e 

background image

człowiek  staje  si   bezbronny  i  kruchy?  Wszystkie  dotychczasowe  do wiadczenia  bladły  w 
porównaniu z uniesieniami, jakie prze yła z Codym. 

Czy to miło ? - pytała siebie raz po raz. A mo e to tylko nami tno ? Czy w ogóle 

ma  to  jakie   znaczenie?  Poczuła,  jak  palce  Cody'ego  wpl tuj   si   w  jej  włosy  i  zamkn ła 
oczy. Ma znaczenie, pomy lała, i to kolosalne. Jedno mu ni cie jego dłoni, a ona ju  miała 
ochot  odrzuci  wszystko, w co dot d wierzyła, wszystko, co sobie zaplanowała - byle znowu 
poczu  jego pieszczot . 

Nie zamierzała wypiera  si  swoich uczu , a zarazem nie  miała nawet pomy le , co 

mógł do niej czu  Cody. 

- Dobrze si  czujesz? - odezwał si , z ustami wtulonymi w jej szyj . 
-  Nie  wiem.  -  Była  to  szczera  odpowied .  Abra  zaczerpn ła  powietrza  i  otworzyła 

oczy. - Chyba tak. - Zobaczyła,  e le  na podłodze. Jak to si  stało? - A ty? 

- zapytała. 
-  Dobrze.  Pod  warunkiem,  e  nie  b d   musiał  si   st d  rusza   przez  dwa  tygodnie. 

Ci głe jeste  w ciekła? 

-  Wcale  nie  byłam  w ciekła.  -  Zadr ała,  bo  j zyk  Cody'ego  zacz ł  kre li   delikatne 

wzory na jej szyi. 

- Chciałam tylko,  eby wszystko było jak nale y. 
- Jak mam to rozumie ? - Cody dotkn ł wargami jej ucha. 
- Zaplanowałam sobie... - Urwała, bo palce Cody'ego zacz ły pie ci  jej sutki. Chciała 

wyszepta  jego imi , ale szept zamarł jej na ustach, kiedy ich wargi si  spotkały. 

-  To  niesamowite  -  wymruczał,  czuj c,  e  jeszcze  z  niej  nie  wyszedł,  a  znowu  jest 

gotowy do miło ci. - Naprawd  niesamowite. 

Abra była równie zaskoczona, kiedy zagarn ła ich kolejna fala po dania. 
Gdzie   tak  po rodku  nocy  wyl dowali  wreszcie  w  łó ku,  ale  nie  po  to,  eby  spa . 

Narastaj ce mi dzy nimi od tygodni napi cie osi gn ło tej nocy kulminacj . Nie było muzyki, 

wiec, koronek i jedwabiu. Sztuczne podniety nie były im potrzebne. 

Energia  ywiła  si   energi ,  pragnienie  pragnieniem,  a   w  ko cu,  o  najczarniejszej 

nocnej  godzinie,  zasn li  strudzonym  snem.  O  wicie  znowu  zbudził  ich  głód  i  wci  
nienasycone  pragnienie.  Kiedy  nasycili  si   po  raz  kolejny,  zasn li  splecieni  w  ciasnym 
u cisku. 

Abra obudziła si , kiedy promienie sło ca padły na jej twarz. Łó ko obok niej było 

puste. Nieprzytomna, si gn ła r k  i mrukn ła: 

- Cody! - Kiedy z westchnieniem otworzyła oczy, zobaczyła,  e jest sama. 

background image

Usiadła i rozejrzała si  wokoło. Czy to mo liwe,  eby jej si  to wszystko przy niło? 

Nie, to wykluczone. Ukryła twarz w dłoniach i spróbowała si  skupi . 

Czy Cody j  zostawił? Mógł przecie  bez przeszkód wymkn  si  nad ranem. A je li 

tak, to co? - pomy lała, opieraj c si  o poduszki. W ko cu sami umówili si ,  e nie b dzie 

adnych pretensji i zobowi za . Dlatego te  Cody mógł sobie przyj  i odej , kiedy miał na 

to ochot . Podobnie jak ona. 

Je eli  j   to  zabolało,  je eli  pozostało  uczucie  pustki,  to  wył cznie  jej  wina.  Kłopot 

polegał  na  tym,  e  chciała  dosta   jeszcze  wi cej.  Zamkn ła  oczy  i  przypomniała  sobie,  e 
prze yła tak  noc, jakiej mogłaby jej pozazdro ci  ka da kobieta. Niezapomnian  noc. Je eli 
jej to nie wystarcza - to ju  jej problem. 

- My lałem,  e si  obudzisz z u miechem - odezwał si  Cody od drzwi. 
Otworzyła  szeroko  oczy  i  nerwowo  podci gn ła  prze cieradło,  eby  zasłoni   nagie 

piersi. 

- Byłam pewna,  e sobie poszedłe . 
Cody przeszedł przez pokój i przysiadł na brzegu łó ka. 
- Dok d niby miałem pój ? - zapytał, podaj c Abrze fili ank  kawy. 
- Ja... - Nagle zrobiło jej si  głupio. Upiła łyk i westchn ła - No, do domu. 
Oczy na moment mu pociemniały, a potem wzruszył ramionami. 
- Nadal niepochlebnie o mnie my lisz? 
- Nie o to chodzi. S dziłam,  e masz co  do roboty. 
-  Tak.  -  Cody  rozsiadł  si   na  łó ku.  Nie  mógł  sobie  przypomnie ,  eby  po  nocy  z 

kobiet  było mu kiedykolwiek tak lekko na duszy. Podniósł fili ank  do ust. - Wiesz o tym, 

e kawa zd yła zwietrze ? 

- Kupiłam za du  paczk , a rano nigdy nie mam czasu na kaw . - Poci gn ła kolejny 

łyk.  Tak,  najbezpieczniej  b dzie  prowadzi   nieobowi zuj c   pogaw dk .  -  Ch tnie 
zaprosiłabym ci  na  niadanie, ale... 

- Wiem. W kuchni nie ma nic oprócz banana i paczki chipsów. 
- S  jeszcze herbatniki. 
- Owszem, twarde jak kamie . - Cody uj ł j  za podbródek. - Spójrz na mnie, Abra. 
Podniosła oczy, wyra nie spłoszona. 
- Gdybym wiedziała,  e wrócisz, przygotowałabym co . 
- Nie chodzi ci chyba o jajka na bekonie? W czym problem, Ruda? 
- Nie ma problemu - odparła z udan  oboj tno ci . W ko cu, czy  nie jest dorosła? 

Dorosłe kobiety powinny wiedzie , jak nale y si  zachowa  na drugi dzie  rano. Co powinna 

background image

powiedzie  w biały dzie  m czy nie, przed którym noc  odsłoniła najmroczniejsze oblicze 
swych  dzy? Mimo wszystko nie potrafiła mu wyzna ,  e jak dot d nikt nie dał jej tak wiele 
i... nie wzi ł tak wiele. 

- Wolałaby ,  ebym sobie poszedł? 
- Nie - wyrwało jej si  nazbyt pospiesznie. - Posłuchaj, nie wiem, co powinnam teraz 

zrobi ,  jak  si   zachowa   i  co  powiedzie .  Nie  mam  zbyt  du ego  do wiadczenia  w  tym 
wzgl dzie. 

-  Naprawd ?  -  Wzi ł  z  jej  r k  fili ank   i  odstawił  na  stolik.  -  A  jakie  masz 

do wiadczenie?  -  Prawd   mówi c,  nie  zamierzał  wcale  zada   tego  pytania.  W  ko cu  jej 
przeszło  nie powinna go obchodzi . Teraz zrozumiał,  e musi si  dowiedzie , czy był w jej 

yciu kto , kto prze ył z ni  podobn  noc. 

- To chyba nie miał by   art? 
Chwycił j  za ramiona, zanim zd yła wsta  z łó ka. 
- Czy ja si   miej ? Odniosłem wra enie,  e oceniasz to, co zaszło mi dzy nami, przez 

pryzmat czego , co było wcze niej. To mi si  wcale nie podoba. 

- Przepraszam - powiedziała sucho. 
- To mi nie wystarcza. - Trzymał j  nadal tak mocno,  e nie mogła si  wyrwa . - Ten 

facet, ten, który złamał ci serce... opowiedz mi o nim. 

Rumieniec gniewu wyst pił jej na policzki. Spróbowała si  oswobodzi . 
- To nie twoja sprawa. 
- Mylisz si , jak zwykle. Ogarn ła j  w ciekło . 
- Ja nie pytam ci  o kobiety, z którymi miałe  wcze niej do czynienia. 
- To prawda, ale mo esz zapyta , je eli to dla ciebie wa ne. A moim zdaniem tak. 
- No to si  mylisz, bo to nie ma znaczenia. Kłamała. Poznał to po jej oczach i głosie. 
- Skoro tak twierdzisz, to czemu jeste  przygn biona? 
- Nie jestem wcale przygn biona. 
- O ile pami tam, mieli my by  wobec siebie szczerzy. 
- Mo e i tak. Zapomnieli my za to obieca  sobie jedno,  e nie b dziemy grzeba  w 

swojej przeszło ci. 

-  Tak,  to  absolutnie  fair.  -  Cody  spojrzał  na  ni   przeci gle.  -  Pod  warunkiem,  e 

przeszło   nie  przeszkadza  nam  w  tera niejszo ci.  Je eli  mam  by   ci gle  do  kogo  
porównywany, chciałbym wiedzie  dlaczego. 

- Chcesz o nim posłucha ? W porz dku. - Odsun ła si , owijaj c prze cieradłem. - Był 

architektem. - U miechn ła si  ponuro. 

background image

- Czy to daje ci jak  podstaw  do porówna ? 
- To ty twierdzisz,  e was porównuj  - prychn ła. - Mo esz oczywi cie wyci gn  z 

tego wniosek;  e mam zwyczaj sypia  z architektami. Kiedy to si  zdarzyło, byłam  wie o po 
studiach  i  wła nie  zacz łam  pracowa   u  Thornwaya.  Zostałam  asystentk   in yniera  przy 
pewnym drobnym projekcie. James był jego autorem. Przystojny i inteligentny, pochodził z 
Filadelfii. - Wzruszyła ramionami. - Ja nie byłam tak atrakcyjna jak on. 

W  jej  głosie  zabrzmiał  tłumiony  ból,  który  ugodził  równie   w  Cody'ego.  Wstał  i 

wsun ] r ce do kieszeni. 

- W porz dku. Ju  wszystko rozumiem. 
- Nie. - Owin ła si  cia niej prze cieradłem. - Chciałe  wiedzie , to teraz wysłuchasz 

mnie do ko ca. Zacz li my si  spotyka  i  wiat nagle wydał mi si  pi kny. Nie przypominam 
sobie,  eby mi cokolwiek obiecywał; pozwolił za to wierzy  we wszystko, co chciałam. A ja 
zawsze  chciałam  by   dla  kogo   najwa niejsza.  Rozumiesz?  Chciałam  by   na  pierwszym 
miejscu. 

-  Rozumiem  -  powiedział  z  przekonaniem.  Miał  ochot   j   obj ,  ale  bał  si ,  e  go 

odtr ci. 

- Byłam bardzo młoda - ci gn ła Abra - i wierzyłam,  e takie rzeczy si  zdarzaj , wi c 

kiedy mi powiedział,  e mnie pragnie, gotowa byłam przyj  go na ka dych warunkach. A 
gdy poszłam z nim do łó ka, oczyma duszy widziałam ju   lubny welon. 

- Ale on nie. 
- Och, nie tylko to. - Roze miała si , odrzucaj c włosy. - Gdyby rzecz polegała tylko 

na  tym,  e  miałam  za  du e  oczekiwania,  mogłabym  to  jeszcze  jako   przełkn .  Przecie  
wiesz,  e nie lubi  si  nad sob  roztkliwia . 

- Wiem - odparł, zgodnie z prawd . - Wi c co si  stało? 
-  Którego   dnia  pakowałam  walizki  na  romantyczny  weekend  we  dwoje.  Mieli my 

jecha  w góry, na narty. Rozumiesz? Miał by   nieg, ogie  na kominku, długie noce. Byłam 
absolutnie pewna,  e mi si  o wiadczy. 

Wtedy kto  do mnie przyszedł. - Niewidz cym wzrokiem spojrzała gdzie  ponad jego 

głow . - Byłam ju  jedn  nog  za drzwiami. Wol  nie my le , co by si  stało, gdybym si  
troch  bardziej pospieszyła. Tym kim  była jego  ona, o której istnieniu zapomniał mi powie-
dzie . - Wzi ła gł boki oddech i oparła si  o wezgłowie łó ka. - Najgorsze w tym wszystkim 
było  to,  e  ona  kochała  tego  drania  i  przyszła  mnie  błaga ,  ebym  z  niego  zrezygnowała. 
Gotowa  była  mu  wybaczy .  -  Ukryła  twarz  w  dłoniach.  Przed  oczyma  znów  stan ła  jej  ta 
chwila, a wraz z ni  powróciło uczucie wstydu i upokorzenia. - Ja nigdy nie potrafiłabym by  

background image

t  drug , Cody. Przez moment my lałam,  e ona kłamie. Byłam nawet tego pewna. Ale nie 
kłamała. Szybko to zrozumiałam. - Bezradnym gestem opu ciła r ce. - Stałam i słuchałam, a 
ona  opowiadała  mi  o  sobie  i  o  ich  trzyletnim  synku.  Mówiła,  e  chce  za  wszelk   cen  
uratowa  swoje mał e stwo.  e przeprowadzili si  na zachód, by zacz  wszystko od nowa, 
bo były ju  wcze niej takie przypadki. Były inne kobiety. Nie masz poj cia, jak okropnie si  
czułam,  słuchaj c  tego  wszystkiego.  Zostałam  zdradzona,  oszukana,  wykorzystana,  z 
olbrzymim poczuciem winy. Ta kobieta płakała i błagała, a ja nie byłam w stanie wykrztusi  z 
siebie ani słowa. Bo co jej mogłam powiedzie ?  e sypiam z jej m em? Cody przysiadł na 
krze le obok łó ka. 

- Czy... gdyby  o tym wcze niej wiedziała... zwi załaby  si  z nim? - zapytał, uwa nie 

dobieraj c słowa. 

- Nie. Sama zadałam sobie takie pytanie grubo pó niej. Nie. Nie mogłabym... nigdy w 

yciu. 

-  Dlaczego  wi c  obwiniasz  siebie  o  co ,  na  co  nie  miała   najmniejszego  wpływu? 

Przecie  on was obie oszukał - swoj   on  i ciebie. 

-  Nie  chodzi  tu  tylko  o  win .  Z  czasem  jako   to  wszystko  przebolałam.  Natomiast 

nigdy  nie  potrafiłam  sobie  wybaczy   mojej  naiwno ci.  Jakkolwiek  było,  sama  mu  si  
podło yłam.  Nigdy  go  o  nic  nie  pytałam.  A  kto  raz  si   sparzy,  na  zimne  dmucha.  Dlatego 
postanowiłam skoncentrowa  si  na pracy, a romanse zostawiłam Jessie. 

W tym momencie do Cody'ego dotarło,  e od tamtej pory Abra była sama. Nie było 

nikogo w jej  yciu, póki on nie wtargn ł w nie jak czołg. Pomy lał o ich pierwszej nocy. To 
było takie cudowne, podniecaj ce, wszechogarniaj ce prze ycie - a on nie był ani łagodny, 
ani czuły. Nie stworzył jej tej aury romantyzmu, której pewnie bardzo pragn ła, cho  si  jej 
dobrowolnie wyrzekła. 

- Boisz si ,  e ze mn  popełniasz ten sam bł d? - zapytał. 
- Ty nie jeste   onaty. 
-  Nie  i  ma  innej  kobiety  w  moim  yciu.  Zapewniam  ci ,  e  nie  zacz łem  tego 

wszystkiego ani dla rozrywki, ani dla wygody. 

W tła iskierka nadziei nagle buchn ła jasnym płomieniem. 
-  Nie  porównuj   ci   do  Jamesa,  no...  mo e  troszk .  Chodzi  o  mnie  sam .  Czuj   si  

okropnie, bo nie wiem, jak mam si  zachowa  w takiej sytuacji. Moja mama... 

- Co z twoj  mam ? 
Abra ukryła twarz w dłoniach. 

background image

- Przez całe  ycie obserwowałam, jak skacze z kwiatka na kwiatek - odezwała si  po 

chwili. - Przychodziło jej to tak łatwo. Dla niej była to rzecz najnaturalniejsza pod sło cem. 
Ja taka nie jestem. 

Podszedł do niej i delikatnie poci gn ł j  za r k ,  eby wstała. 
-  Nie  chc ,  eby   robiła  co   wbrew  sobie.  Nie  staraj  si   by   kim ,  kim nie  jeste .  - 

Musn ł ustami jej wargi. Nie pocałował jej, bo czuł,  e sko czyłoby si  to znowu w łó ku. 
Abra  potrzebowała  teraz  czego   wi cej,  nawet  je li  nie  zdawała  sobie  z  tego  sprawy.  - 
Chod my st d, Ruda. Jak na dzi , wystarczy. Zaopiekuj  si  tob . Chyba mi wierzysz? 

- Wierz . Tak mi si  przynajmniej wydaje. Zamkn ł j  w czułym, przyjaznym u cisku. 
- Przed nami weekend. Ubieraj si . Zapraszam ci  na  niadanie. 
Abra  nie  mogła  si   wr cz  nadziwi ,  e  Cody  w  tak  naturalny  sposób  potrafił 

przeistoczy  si  z nami tnego kochanka w sympatycznego kumpla. Jej tak e, dzi ki niemu, 
przyszło  to  z  łatwo ci .  My lała  o  tym,  kiedy  zasiedli  w  zakurzonej  knajpie,  któr   Cody 
wytropił przy szosie. 

Znała  ju   jego  wilczy  apetyt  -  najedzenie  oraz  inne  przyjemno ci  -  wi c  nawet  nie 

drgn ła jej powieka, kiedy zamówił porcj  jak dla dwóch drwali. Dopiero wyprawa na targ, 
na  któr   bardzo  nalegał,  wprawiła  j   w  osłupienie.  Do  domu  wrócili  z  zapasami,  które,  jej 
zdaniem, normalnemu człowiekowi wystarczyłyby co najmniej na pół roku. 

- Co my z tym wszystkim zrobimy? - Rzuciła torby  na kuchenny  blat i  cofn ła si , 

eby zrobi  miejsce Cody'emu. 

-  Zjemy  to.  O  ró nych  porach  dnia.  -  Zacz ł  rozpakowywa   zakupy.  -  To  s   tylko 

podstawowe produkty. 

- Chyba dla całej kompanii wojska. - Spojrzała z pow tpiewaniem na stos na ladzie. - 

Umiesz gotowa ? 

-  Nie.  -  Rzucił  jej  torb   jabłek.  -  Dlatego  kupuj   produkty,  które  nie  wymagaj  

gotowania.  Albo  -  wyj ł  puszk   gulaszu  i  mro on   pizz   -  co ,  co  wystarczy  podgrza ,  i 
człowiek  yje jak król. 

Wstawiła  karton  mleka,  jabłka  i  pozostałe  rzeczy  do  lodówki.  Patrz c  na  ni ,  Cody 

pomy lał,  e  ceni  j   za  inne,  wa niejsze  cechy.  Kiedy  podał  jej  paczk   kukurydzianych 
płatków, schowała i j  do lodówki. 

- Lepiej kupowa  gotowe posiłki na wynos - stwierdziła. 
- Tak, ale w tym celu musiałaby  wyj . - Wzi ł j  w ramiona i obsypał pocałunkami 

jej twarz. Jak mo na nie kocha  kobiety, która chowa płatki do lodówki? - Nie wypuszcz  ci  
st d a  do poniedziałku. 

background image

Odepchn ła go ze  miechem i si gn ła po bochenek chleba. 
- Chciałam kupi  czarn  jedwabn  bielizn . 
- Ach tak? - Cody z u miechem poci gn ł j  za obszerny dres. - Dla mnie? 
- Ju  za pó no. - Dała mu klapsa i wrzuciła chleb do szuflady. 
- Pogadajmy o tym. - Obj ł j  w talii i przyci gn ł do siebie. - Podobałaby  mi si  w 

czarnym  jedwabiu.  Pewnie  dlatego  na  tym  przyj ciu  u  Thornwaya  zachowywałem  si   jak 
zazdrosny głupiec. 

- Zazdrosny? - Abra Wybuchn ła  miechem. Była pewna,  e Cody  artuje, dopóki si  

nie obejrzała i nie zobaczyła jego powa nej miny. - Byłe  zazdrosny? - powtórzyła. - O pana 
Barlowa? 

- Nie mówmy o tym. 
- S dziłam,  e  wietnie si  bawisz. 
Cody nachylił si  i delikatnie ugryzł j  w kark. 
- Zapomnij,  e to powiedziałem. 
- Mówisz dziwne rzeczy. Stamt d, gdzie stałam, widziałam wyra nie,  e byłe  bardzo 

zainteresowany Marci Thornway. 

- Miej do mnie cho  troch  zaufania. - Jego r ce w lizgn ły si  pod bluz  Abry. - A 

poza tym - kolistymi ruchami zacz ł pie ci  jej piersi - nie interesuj  mnie słodkie idiotki. 

-  A  kto  ci   interesuje?  -  zapytała,  opieraj c  si   plecami  o  drzwi  lodówki.  Nagle 

poczuła,  e uginaj  si  pod ni  kolana. 

- Ty, Ruda. - Obdarzył j  przeci głym pocałunkiem. 
-  Ty  i  tylko  ty.  Powiedz  mi  -  zsun ł  dłonie  na  jej  biodra  -  czy  robiła   kiedy   co  

konstruktywnego na tym blacie? Krajała  jarzyny, siekała  mi so, kochała  si ? 

- Na kuchennym blacie? - Otworzyła szeroko oczy, ale znów je zamkn ła, kiedy j zyk 

Cody'ego dotkn ł jej ucha. - Nie, nic z tych rzeczy. 

Znowu działał zbyt pospiesznie. Za chwil  nie b dzie w stanie si  powstrzyma  i nie 

po wi ci jej tyle uwagi, ile by sobie  yczył. Cofn ł si  niech tnie i uniósł do ust dło  Abry. 

- Trzeba b dzie to zapami ta . Ach, jeszcze jedno, kupiłem ci co . 
- Jeszcze co ? - Zdumiona rozejrzała si  po kuchni. 
- Co takiego? Mo e dziesi ciokilowego indyka? 
- Nie. Przywiozłem to z San Diego. 
- Przywiozłe  dla mnie jak  pami tk  z San Diego? 
- Niezupełnie. Sko czyli my ju  rozpakowywa  zakupy? 
- Mam nadziej . 

background image

- Wobec tego chod , to ci poka . 
Poci gn ł  j   do  sypialni,  gdzie  zostawił  swoj   torb .  Teraz  wyj ł  z  niej  małe 

aksamitne pudełeczko i podał Abrze. 

-  Prezent  dla  mnie?  -  Zmieszana,  pogładziła  wierzch  puzderka.  -  To  miło  z  twojej 

strony. 

- Nawet gdyby to była popielniczka z napisem „Pozdrowienia z San Diego”? 
- Prezent to prezent. - Wychyliła si  i musn ła ustami jego usta. - Dzi ki. 
- Po raz pierwszy zrobiła  co  takiego - mrukn ł Cody. 
- Ale co? 
- Pocałowała  mnie. 
Roze miała si  i chciała cofn  r k , ale Cody przytulił j  do swojego policzka. 
- Masz krótk  pami . 
-  Wcale  nie.  -  Pocałował  j   we  wn trze  dłoni.  -  Po  raz  pierwszy  pocałowała   mnie 

pierwsza, zanim osaczyłem ci  w jakim  k cie. Poza tym nawet nie wiesz, co to jest. 

- To nie ma znaczenia. Miło mi,  e o mnie pomy lałe . 
- Ach, oczywi cie,  e o tobie my lałem. - Pocałował j  w rozchylone usta. - I to bez 

przerwy. - Cofn ł si , bo znów poczuł wielk  ochot ,  eby porwa  Abr  w obj cia. - Dałbym 
ci to wczoraj wieczorem - powiedział, przysiadaj c na brzegu fotela - ale nie chciała  mnie 
wypu ci  z r k. 

Spojrzała na niego z zalotnym u miechem i usiadła obok. 
- Lepiej pó no ni  wcale - orzekła, otwieraj c wieczko, po czym zamarła z zachwytu. 
Spodziewała  si   jakiego   drobiazgu,  zabawnego  bibelotu,  jaki  przywozi  si  

przyjaciółce z krótkiej podró y. Tymczasem z pudełka zal niły ku niej szmaragdowe klejnoty. 

- Jakie pi kne! - Popatrzyła na niego zachwycona. - Naprawd  prze liczne. Kupiłe  to 

dla mnie? 

- Nie, dla naszego asystenta Charliego. - Wyj ł naszyjnik z pudełka i zapi ł jej na szyi. 

- My lisz,  e b dzie mu w nim do twarzy? 

- Nie wiem, co powiedzie . - Powiodła dłoni  po kamieniach. - Nikt mi nigdy nie dał 

czego  równie pi knego. 

- No có , chyba b d  musiał kupi  Charliemu co  innego. 
Poderwała si  ze  miechem i pobiegła do lustra. 
-  Co   cudownego!  I  l ni   tak  pi knie!  -  Rzuciła  mu  si   w  ramiona.  -  Dzi kuj !  - 

Pocałowała go. - Dzi kuj . - I jeszcze raz. - Dzi kuj . 

background image

-  Gdybym  wiedział,  e  wystarczy  gar   błyskotek,  zrobiłbym  to  kilka  tygodni 

wcze niej. 

- Mo esz si  ze mnie  mia , ile chcesz, ale ja je uwielbiam. 
A ja uwielbiam ciebie, pomy lał Cody. Dowiesz si  o tym ju  wkrótce. 
- Chc  zobaczy , jak wygl daj  na tobie - powiedział. Patrz c jej w oczy, zacz ł j  

rozbiera .  Z  jej  twarzy  wyczytał  zaproszenie.  Skorzysta  z  niego,  ale  tym  razem  b dzie 
delikatny i czuły. 

- Jeste  taka pi kna, Abra. 
Na  jej  twarzy  odmalowało  si   zdumienie.  Co  z  niego  za  głupiec,  eby  jej  tego 

wcze niej nie powiedzie . Jako  nie przyszło mu to do głowy. 

- Uwielbiam patrze  na ciebie w blasku sło ca. Gdy ci  po raz pierwszy zobaczyłem, 

stała  w pełnym sło cu. 

Jednym poci gni ciem rozwi zał tasiemki w pasie. Spodnie zsun ły jej si  z bioder. 

Teraz miała na sobie tylko naszyjnik, połyskuj cy wokół szyi. Nie rzucił si  jednak na ni  z 
pospieszn   nami tno ci ,  jakiej  si   po  nim  spodziewała.  Zamiast  tego  otoczył  dło mi  jej 
twarz i delikatniej  pocałował. 

Zaskoczona, wyci gn ła r k . 
- Chod my do łó ka. 
-  Mamy  czas.  -  Znowu  j   pocałował  i  znowu,  póki  nie  zabrakło  mu  tchu.  -  Bardzo 

du o  czasu.  -  Zdj ł  koszul   i  przytulił  Abr   do  nagiego  torsu.  Dr ała,  czuj c,  e  w  jego 
obj ciach mi knie jak wosk i m c  jej si  my li. 

Cody nie przestawał jej całowa . 
- Ja nie... - Odchyliła głow , kiedy jego pocałunek stał si  bardziej nami tny. - Ja nie 

umiem... 

-  Nie  musisz  nic  robi .  Ja  ci  poka .  -  Chwycił  j   na  r ce  i  tłumi c  pocałunkiem 

nie miałe protesty, zaniósł do łó ka. 

Nasycił j  tak  czuło ci ,  e stała si  ci ka jak ołów. Chciała przyci gn  go i da  mu 

wszystko, ale on unieruchomił jej r ce i pie cił samymi tylko ustami. Delikatnie, cierpliwie i 
czule, a  mgła przesłoniła jej oczy, a w ciało wst piła rozkoszna błogo . 

Nikt  nigdy  nie  traktował  jej  jak  istoty  kruchej,  pi knej  i  delikatnej.  Dopiero  Cody 

odsłonił  przed  ni   rejony,  o  których  istnieniu  nie  miała  poj cia.  Ich  ostatnia  noc  to  były 
błyskawice i najmroczniejsze pasje. Teraz odczuwała spokój i jakie  nieziemskie  wiatło. 

Była  taka  cudowna.  Widział  w  jej  oczach  pasj   i  nami tne  pragnienie  miło ci,  nie 

chciał jednak wykorzystywa  jej oddania.  adne wcze niejsze uczucia nie dały si  porówna  

background image

do tego, co w tej chwili prze ywał. Ciało Abry rozkwitało jak ró a pod jego wargami. Kiedy 
szeptała  jego  imi ,  d wi k  jej  głosu  poruszał  w  nim  najgł bsze  struny.  Tylko  jej  chciał 
słucha , i to do ko ca  ycia. 

Mrukn ł  co   cicho.  Usłyszała  go  i  odpowiedziała,  ale  nie  zrozumiał  słów.  R ce 

Cody'ego bł dziły po jej ciele, spowijaj c j  w kokon rozkoszy, jego usta szukały jej warg. 
Sło ce padało na jej omdlałe powieki, zbyt ci kie,  eby  chciały si  podnie , wypełniaj c 
oczy  czerwon   mgł .  Czas  przestał  istnie .  Gdyby  min ły  całe  wieki,  nawet  by  tego  nie 
zauwa yła. 

Czuła  szorstki  dotyk  jego  włosów,  zapach  jego  skóry.  Wszystko  inne  przestało  si  

nagle liczy . Nic nie miało znaczenia, póki Cody z ni  był i uczył j  miło ci. 

Kiedy  ostro nie  w  ni   wszedł,  westchn ła  błogo.  Cody  poruszał  si   niespiesznie, 

unosz c  j   powoli  na  szczyt  rozkoszy.  Abra  wyszła  mu  naprzeciw,  ł cz c  si   z  nim  w 
zgodnym rytmie. 

Nie wiedziała nawet,  e padły mi dzy nimi niezłomne obietnice.  e w tym momencie 

narodził si  trwały, nierozerwalny zwi zek. 

Cody oddychał gł boko, próbuj c odzyska  równowag . Ubiegłej nocy wydawało mu 

si ,  e Abra doprowadziła go do szale stwa - i tak zreszt  było. Teraz dotarli jeszcze dalej. 
Wci  miał w uszach jej szept, a kiedy ich usta si  spotkały, stopili si  w jedno. 

Abra otworzyła na moment oczy.  I  cho  tego nie wiedziała, nigdy  w  yciu nie była 

równie pi kna. Nie wiedziała tak e,  e odt d na zawsze zawładn ła ciałem i dusz  Cody'ego. 

Raz jeszcze wyszeptała jego imi  i zł czeni w u cisku poszybowali w przestworza. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Abra  doszła  do  wniosku,  e  bycie  zakochan   wcale  nie  jest  takie  trudne.  Jak  si  

okazało, nie musiała zachowywa  si  inaczej ani by  kim  innym. Nikt nie  dał od niej, by 
cokolwiek  zmieniła  -  chodziło  raczej  o  to,  eby  stała  si   bardziej  otwarta.  Je eli  nawet 
wydawało  jej  si   przez  chwil ,  e  tego  nie  potrafi,  Cody  udowodnił  jej,  i   nie  ma  racji. 
Cho by tylko za to b dzie mu dozgonnie wdzi czna. 

Je eli  mogła  go  kocha ,  nie  zmieniaj c  swojej  osobowo ci,  to  znaczy,  e  kiedy  si  

rozstan , potrafi wzi  si  w gar  i wróci  do dawnego  ycia. Czy na pewno? Tak bardzo 
chciała w to uwierzy . Musiała w to wierzy . 

Zajechała  na  parking  przed  biurami  Thornwaya  i  podzwaniaj c  kluczykami,  weszła 

lekkim  krokiem  do  budynku.  Tego  dnia  sło ce  wcale  nie  wieciło  ja niej,  dobrze  o  tym 
wiedziała.  Jednak  jej  si   wydawało,  e  zalewało  wiat  złotym  blaskiem  pi kniejszym  ni  
zazwyczaj. 

To wszystko kwestia perspektywy, powiedziała sobie, id c przez foyer ku windom. A 

przecie  nikt tak jak ona nie zna si  na perspektywie, planowaniu i tworzeniu funkcjonalnych 
struktur. 

Miło   równie   mo na  zaplanowa   z  in ynieryjn   precyzj   jak  wspaniał   budowl . 

Skoro podobaj  si  sobie z Codym, lubi  swoje towarzystwo i szanuj  si , to wystarczy na 
solidny  fundament.  Maj   tak e  wspóln   pasj   -  budowanie.  I  nawet  je li  patrz   na  nie  pod 
innym k tem, stanowi ona spajaj ce ich ogniwo. Teraz wystarczy tylko wzmocni  szkielet. Po 
wspólnie  sp dzonym  weekendzie  Abra  doszła  do  wniosku,  e  zrobili  du y  krok  naprzód. 
Uwolnieni od napi  zwi zanych z prac , odkryli nowe przyjemno ci nie tylko w łó ku, ale i 
poza nim. 

Najwi kszym  zaskoczeniem  było  u wiadomienie  sobie,  e  polubiła  Cody'ego.  e 

ł czy ich co  wi cej ni  tylko nami tno  czy  miło .  Lubi go za to, kim jest, jak my li, a 
tak e za to,  e potrafi słucha . Nie spodziewała si  po nim,  e zostanie jej dobrym kumplem - 
raczej  e  b dzie  nami tnym  kochankiem.  Tymczasem  wystarczył  jeden  weekend,  by 
zrozumiała,  e Cody potrafi by  i jednym, i drugim. 

Wcisn ła  guzik  windy  i  przypomniała  sobie  z  u miechem,  jak  wyci gni ci  na  sofie 

ogl dali w telewizji filmy z Carym Grantem. Albo jak wspólnie przygotowali zak ski i pizz . 
Czy te  jak wylegiwali si  w łó ku w niedzielne popołudnie, gdy radio grało jazz, a w zlewie 
pi trzyły si  stosy brudnych talerzy. 

background image

Dzi ki  Cody'emu  poczuła  si   szcz liwa.  To  znacznie  wi cej,  ni   si   spodziewała. 

Budowali  mi dzy  sob   wi   trwał   i  solidn .  Gdy  si   w  ko cu  rozstan ,  patrz c  wstecz, 
b dzie mogła powiedzie ,  e prze yła co  cudownego. 

Drzwi  windy  otworzyły  si .  Wsiadła  i  nagle  poczuła,  e  czyje   r ce  obejmuj   j   w 

talii. 

- Jedziesz na gór ? 
Kiedy  drzwi  si   zamkn ły,  Cody  odwrócił  Abr   twarz   do  siebie  i  pocałował. 

Zareagowała dokładnie tak, jak sobie tego  yczył. Nami tnie i spontanicznie odpowiedziała 
na  jego  pocałunek.  Od  chwili  gdy  opu cił  jej  mieszkanie  i  pojechał  do  siebie,  eby  si  
przebra , min ła zaledwie godzina, ale jemu wydawało si , i  upłyn ły całe wieki. 

Była  jakby  stworzona  dla  niego,  pomy lał,  przyciskaj c  j   do  cianki  kabiny. 

Odpowiadała mu pod ka dym  wzgl dem, na wszystkie mo liwe sposoby. Dlatego musi si  
zastanowi , co z tym dalej robi . 

- Cudownie smakujesz, Ruda - mrukn ł, a potem cofn ł si ,  eby na ni  spojrze . - 

Poza tym ładnie dzi  wygl dasz. 

- Dzi ki. - Uniosła r ce,  eby zachowa  rozs dny dystans. - Szybko tu dotarłe . 
-  Musiałem  si   tylko  przebra .  Mógłbym  to  robi   u  ciebie,  gdyby   mi  pozwoliła 

przywie  troch  moich rzeczy. 

Na to nie była przygotowana. Gdyby Cody pomieszkał u niej przez kilka tygodni, po 

jego  wyje dzie  mieszkanie  stałoby  si   przera liwie  puste.  U miechn ła  si   i  spojrzała  na 
cyferki nad drzwiami. Winda wci  stała na poziomie foyer. Najwidoczniej oboje zapomnieli 
wcisn  guzik. 

-  Byłoby  mi  przykro,  gdyby   musiał  zrezygnowa   z  obsługi  hotelowej  i  tej  uroczej 

fontanny w patiu. 

- Tak. - Czuł,  e Abra próbuje si  wymiga . Bez wzgl du na to, jak bardzo stali si  

sobie  bliscy,  nadal  obawiała  si   zrobi   ten  ostatni  krok  i  zniwelowa   dziel c   ich  jeszcze 
odległo . Zrezygnowany przycisn ł guzik. Kabina zatrzymała si  mi dzy pi trami. 

- Co robisz? 
-  Zanim wrócimy  do pracy, chciałbym ci  o co  zapyta . To sprawa osobista. O ile 

pami tam, jedna z zasad brzmiała: nie miesza  przyjemno ci z prac . 

- Racja. 
- W takim razie zjedz ze mn  kolacj . 
Abra z westchnieniem wyci gn ła r k ,  eby znów uruchomi  wind . Zanim zd yła 

nacisn  guzik, Cody chwycił j  za nadgarstek. 

background image

-  Cody,  je eli  chcesz,  eby my  zjedli  razem  kolacj ,  nie  musisz  mnie  wi zi   w 

windzie. 

- Wi c przyjdziesz? 
- Chyba  e na zawsze utkn  mi dzy czwartym a pi tym pi trem. 
- Kolacja b dzie u mnie w hotelu - dorzucił Cody, całuj c j  w r k . - Zostaniesz na 

noc? 

Było to pytanie, a nie stwierdzenie. Abra u miechn ła si . 
- Bardzo ch tnie. O której? 
- Im pr dzej, tym lepiej. 
Roze miała si  i przycisn ła guzik pi tra, na którym znajdowały si  biura Tima. 
- Wobec tego, bierzmy si  do pracy. 
Tim czekał na nich z kaw  i ciasteczkami, za które Abra podzi kowała. Ju  po kilku 

chwilach  zorientowała  si ,  e  jest  bardzo  zdenerwowany,  mimo  i   był,  jak  zreszt   zawsze, 
jowialny  i  wylewny.  Tłumi c  zniecierpliwienie,  czekała,  a   wszystkie  szczegóły  inwestycji 
zostan   raz  jeszcze  omówione.  Zacz ła  si   obawia ,  e  spó ni  si   na  kolejn   inspekcj , 
zapowiedzian  na dziesi t . 

Kiedy  Tim  rozwiesił  diagram  przedstawiaj cy  kolejno   robót  oraz  przypuszczalne 

daty  ich  uko czenia,  westchn ła  i  poddała  si .  B dzie  miała  szcz cie,  je eli  zd y  na 
budow  do południa. 

-  Jak  widzicie  -  ci gn ł  Tim  -  przygotowanie  podło a  i  wylewanie  fundamentów 

zostało uko czone w terminie. Opó nienia zacz ły si  przy kładzeniu dachów. 

- Nie widz  tu wi kszych problemów. - Cody zapalił papierosa i spojrzał na diagram. - 

Margines wynosi dwadzie cia procent, a my wykorzystali my na razie najwy ej pi . 

- Opó nione s  roboty hydrauliczne przy budowie centrum medycznego. 
-  Najwy ej  o  dzie   lub  dwa  -  wtr ciła  si   Abra.  -  Nadrobimy  to,  kiedy  b dziemy 

podł cza   domki.  Przy  tym  tempie  robót  o rodek  na  pewno  zostanie  oddany  do  u ytku  w 
terminie. 

Tim wci  patrzył na liczby i wykresy. 
- Zacz li my zaledwie trzy miesi ce temu, a ju  jeste my o dziesi  procent do tyłu. - 

Podniósł  r k ,  zanim  Abra  zd yła  mu  przerwa .  -  Nie  wolno  zapomina   przy  tym  o 
bud ecie.  Je eli  nie  znajdziemy  jakiej   metody,  eby  zredukowa   koszty,  bud et  zostanie 
przekroczony. 

- Bud et to ju  nie moja działka. - Cody dolał kawy sobie, a potem Timowi, który w 

ci gu  półgodziny  zd ył  ju   wypi   trzy  fili anki.  -  Ani  Abry.  Mog   ci  powiedzie ,  e 

background image

zarówno z moich oblicze , jak z twojej listy wynika,  e trzymamy si  wyznaczonych limitów 
i terminów tak  ci le, jak tylko to mo liwe. 

-  Cody  ma  racj .  Nie  mamy  wi kszych  przestojów.  Budowa  posuwa  si   znacznie 

sprawniej  ni   inne,  na  których  pracowałam.  Materiały  zostały  dostarczone  na  czas  i  w 
stosownej kolejno ci. Nawet je eli były pewne problemy z dachem nad basenem czy oknami 
w głównym budynku, to opó nienia s  minimalne. My l ,  e - urwała, bo nagle zadzwonił 
telefon. 

- Przepraszam. - Tim podniósł słuchawk . - Julie, mówiłem ci,  eby  mnie z nikim nie 

ł czyła,  póki...  Ach  tak,  oczywi cie.  -  Szarpn ł  w zeł  krawata,  a  potem  si gn ł  po  kaw .  - 
Tak,  Marci.  Jeszcze  nie.  Mam  narad .  -  Słuchaj c,  wzi ł  gł boki  oddech.  -  Nie,  nie  było 
czasu.  Wiem.  -  Poci gn ł  spory  łyk.  -  Dobrze.  Dzi   po  południu.  Tak,  tak.  Obiecuj . 
Posłuchaj  -  urwał,  machinalnie  pocieraj c  kark.  -  Dobrze,  w  porz dku.  Zerkn   na  nie  po 
powrocie do domu. O szóstej. Nie zapomn . Pa! 

Odło ył słuchawk  i z u miechem, który wydał si  Abrze wymuszony, zwrócił si  do 

niej i do Cody'ego: 

- Bardzo was przepraszam. Planujemy mały wyjazd w przyszłym miesi cu i Marci jest 

ogromnie  podekscytowana.  -  Spojrzał  nieprzytomnym  wzrokiem  na  wykres.  -  Co  mówiła , 
Abra? 

- Mówiłam,  e b dziesz zadowolony z tempa robót - odparła, ale odniosła wra enie,  e 

Tim jej nie słucha. 

-  Na  pewno  masz  racj .  -  Tim  westchn ł,  a  potem  nagle  si   rozpromienił.  - 

Powinienem  mie   pewno ,  e  wszystko  idzie  jak  w  zegarku.  Doceniam  wasze  wysiłki.  - 
Wyszedł zza biurka. - Nie chc  was dłu ej zatrzymywa . Wracajcie do pracy. 

- O co mu wła ciwie chodziło? - zwrócił si  Cody do Abry, kiedy Tim zamkn ł za nim 

drzwi. 

-  Nie  wiem.  -  Abra  podeszła  w  zamy leniu  do  windy.  -  My l ,  e  ma  prawo  si  

denerwowa . To pierwsza wi ksza budowa, któr  realizuje sam. Pozostałe inwestycje zostały 
rozpocz te jeszcze za  ycia jego ojca. 

-  Firma  Thornwaya  zawsze  cieszyła  si   dobr   reputacj   -  stwierdził  Cody,  kiedy 

wsiedli do windy i zacz li zje d a  w dół. - Co s dzisz o Thornwayu juniorze? 

- Wol  nie mówi . - Abra wbiła wzrok w  cian . - Byłam bardzo przywi zana do jego 

ojca. Szanowałam go. Naprawd . On znał si  na swoim fachu, a poza tym... wkładał w to cał  
dusz . Rozumiesz, co mam na my li? 

- Rozumiem. 

background image

- Tim nie jest taki jak ojciec, ale jego ojcu naprawd  trudno dorówna . 
Wyszli z budynku i ruszyli przez parking. 
- Jak s dzisz, jak  zło ył ofert  Barlowowi? 
-  Boj   si ,  e  mógł  sobie  zostawi   zbyt  w ski  margines  manewru.  -  Zmru yła  oczy 

pod sło ce i zamy liła si . - Chyba jednak nie jest na tyle pozbawiony rozumu,  eby chciał 
zaryzykowa  straty przy tak gigantycznym przedsi wzi ciu. Kary umowne s  niebotyczne, to 
akurat  wiem.  -  Wyj ła  z  kieszeni  kluczyki.  -  Natomiast  je li  kompleks  zostanie  uko czony 
przed terminem, przewidziana jest spora premia. 

- Mo e wobec tego za bardzo liczy na premi . - Cody wzruszył ramionami i oparł si  

o wóz Abry. - Wydaje mi si ,  e jego  ona to skarbonka bez dna. 

Abra prychn ła pogardliwie. 
- Ładnie tak mówi  o cudzej  onie? 
- To tylko moja obserwacja. Ta mała obró ka, któr  miała na szyi tamtego wieczoru, 

kosztowała Tima jakie  pi , sze  tysi cy. 

-  Czego?  Tysi cy?  -  Abra,  która  była  ju   jedn   nog   w  samochodzie,  zamarła  ze 

zdumienia. - To były prawdziwe brylanty? Cody roze miał si . 

- Bystra jeste , Ruda. 
W pierwszej chwili chciała si  obruszy , ale ciekawo  wzi ła gór . 
- No wi c były czy nie? 
- Takie kobiety jak Marci nie nosz  na ogół szkiełek. 
- Chyba rzeczywi cie nie - przyznała. Ale  eby a  pi  tysi cy dolarów! Nie mogła si  

z tym pogodzi . Za takie pieni dze mo na my le  o kupnie nowszego samochodu albo mebli 
lub... mogła wyrecytowa  cał  list  wydatków znacznie bardziej sensownych ni  ozdoba na 
szyj . 

- Nad czym si  tak zastanawiasz? 
- My l ,  e on chyba zwariował - odparła. - Oczywi cie ka dy m czyzna ma prawo 

wydawa  swoje pieni dze, na co mu si  podoba. 

-  Mo e  uwa a,  e  to  dobra  inwestycja  -  stwierdził  Cody,  a  widz c  min   Abry, 

przypomniał sobie niedwuznaczne awanse Marci. - Niektóre kobiety bardzo drogo kosztuj , 
je eli chce si  je zatrzyma . 

-  Ach,  w  ko cu  to  jego  problem.  -  Abra  wzruszyła  ramionami.  -  Szkoda  czasu  na 

plotki o Timie i jego  onie. Mamy co robi . 

- Zdecydowanie tak - zgodził si  Cody. - Posłuchaj, musz  wst pi  po drodze w jedno 

miejsce. Pojedziesz za mn ? 

background image

Spojrzała na zegarek. 
- Tak, ale po co? 
-  Musz   odebra   jedn   rzecz.  B d   potrzebował  twojej  pomocy.  -  Pocałował  j ,  po 

czym wsiadł do swojego wozu. 

Dziesi  minut pó niej zatrzymali si  przed hurtowni  opon. 
- Po co tu przyjechali my? - zdziwiła si  Abra. 
- A jak my lisz? - zapytał Cody. - Chyba nie po nowy garnitur dla mnie. - Wyci gn ł 

j  z samochodu i zaprowadził do hali, wypełnionej dziesi tkami rodzajów opon. W powietrzu 
unosił  si   zapach  gumy  i  smaru.  Za  lad ,  na  której  pi trzyły  si   stosy  katalogów,  siedział 
drobny, łysy m czyzna w okularach. 

- Witam, witam! - zawołał, przekrzykuj c syk pomp i hydraulicznych podno ników. - 

Czym mog  słu y ? 

- Widzi pan to? - Cody odwrócił si  w stron  okna i wskazał na wóz Abry. - Cztery 

opony plus jedna zapasowa. 

- Ja... - zacz ła Abra, ale sprzedawca ju  wertował katalogi. 
-  Proponuj   tanie,  regenerowane  opony,  całkiem  dobre...  -  powiedział,  mierz c 

krytycznym wzrokiem wóz Abry. 

- Maj  by  najlepsze i nowe - przerwał mu Cody. 
- Cody, przecie  to... 
- Jest co  odpowiedniego - zapewnił ich szybko sprzedawca, który przestraszył si ,  e 

mo e straci  prowizj . 

Cody spojrzał na faktur  i pokiwał głow . 
- Chciałbym,  eby wóz był gotowy na pi t . Sprzedawca spojrzał na zegarek, a potem 

na list  klientów. 

- Da si  zrobi . 
- To dobrze. - Cody wzi ł z r k Abry kluczyki i rzucił je na lad , po czym wypchn ł 

Abr  za drzwi. 

- Co ty wyprawiasz?! - wykrzykn ła, kiedy znale li si  na dworze. 
- Kupuj  ci prezent urodzinowy. 
- Aleja mam urodziny w pa dzierniku! 
- Z tego wniosek,  e zd yłem. 
- Posłuchaj, Cody - zaatakowała go - nie powiniene  podejmowa  za mnie decyzji! Jak 

mo na ci gn  kogo  na sił  do sklepu i bez jego zgody zamawia  mu opony? 

background image

- Lepiej kupi  je tutaj ni  w supermarkecie. - Przycisn ł Abr  do karoserii. - Poza tym, 

nie  ci gn łem  sił   kogo ,  tylko  ciebie,  blisk   mi  osob .  Nie  ycz   sobie,  eby   je dziła  na 
łysych oponach. To zbyt ryzykowne. Chcesz si  o to kłóci ? 

- Nie - westchn ła, przyznaj c mu w duchu racj  - ale sama bym si  tym zaj ła. 
- Kiedy? 
- No, kiedy ... - mrukn ła, spuszczaj c głow . 
- A tak ju  jest załatwione. Z najlepszymi  yczeniami urodzinowymi. 
Machn ła r k , a potem go pocałowała. 
- Dzi kuj . 
Kiedy  Abra  dotarła  wieczorem  do  domu,  była  ledwo  ywa.  Oczywi cie  znowu  nie 

udało  jej  si   porozmawia   z  inspektorem.  Udało  jej  si   za  to  obejrze ,  jak  funkcjonuje 
rozsuwany strop, a tak e osobi cie si  przekona ,  e nareszcie wszystkie windy działaj  bez 
zarzutu. 

Spotkanie z Timem zaniepokoiło j  na tyle,  e postanowiła porozmawia  z brygadzist  

i  skontrolowa   jego  dzienny  harmonogram.  Miała  wyrzuty  sumienia,  e  w  rozmowie  z 
Codym  wyraziła  si   o  Timie  niezbyt  pochlebnie.  Postanowiła  równie   sama  odwiedzi  
wszystkie stanowiska robót. Z tego powodu dzie  pracy przedłu ył jej si  do szóstej, a odbiór 
samochodu pochłon ł kolejn  godzin . 

-  Oni  nigdy  nie  s   gotowi  na  czas  -  narzekała,  przeskakuj c  po  dwa  stopnie.  Kiedy 

dotarła na swoje pi tro, zrozumiała,  e jej opó nienie jeszcze bardziej si  powi kszy. 

- Mama! Nie wiedziałam,  e si  tu wybierasz. 
- Ach, Abra. - Jessie ze  miechem wrzuciła karteczk  do torebki. - Miałam ci zostawi  

wiadomo . Spieszysz si ? 

- Tak. Jestem ju  solidnie spó niona. - Abra otworzyła drzwi. 
- Czyli przyszłam nie w por ? 
- Nie... Tak. To znaczy, za kilka minut wybiegam. 
- Nie zajm  ci du o czasu. - Jessie z westchnieniem zlustrowała wzrokiem bałagan w 

pokoju. - Co  ci  zatrzymało w pracy? 

- Tak. - Abra pop dziła prosto do sypialni,  eby si  przebra . Nie mogła przecie  i  

na  kolacj   z  Codym  w  roboczych  butach  i  zakurzonych  d insach.  -  A  potem  musiałam 
odebra  wóz. 

- Znowu si  zepsuł? 
- Nie, zmieniałam opony. To znaczy... znajomy kupił mi nowe opony. 
- Kto  kupił ci opony w prezencie? 

background image

- Aha. - Abra wyj ła z szafy zielone spodnium. - Co o tym s dzisz? 
- Na randk ?  wietne. Zawsze miała  doskonałe wyczucie koloru. Masz do tego jakie  

eleganckie kolczyki? 

- Mo e. - Abra otworzyła szuflad  i zacz ła w niej czego  szuka . 
- Czemu kto  kupił ci opony? 
- Bo moje były ju  całkiem łyse - odparła, grzebi c mi dzy bielizn  i skarpetkami. - A 

on si  bał,  e b d  miała wypadek. 

- On? - Jessie nadstawiła ucha. Przestała zbiera  porozrzucane ubrania i u miechn ła 

si . - Jakie to romantyczne! 

Abra prychn ła pogardliwie i wyj ła z szuflady srebrny kolczyk z koralikami. 
- Co ma by  takie romantyczne? Opony? 
-  Martwił  si   o  ciebie  i  nie  chciał,  eby  co   złego  ci  si   stało.  Czy  mo e  by   co  

bardziej romantycznego? 

Abra wrzuciła z powrotem kolczyk do szuflady i zacisn ła wargi. 
- Nie my lałam o tym w ten sposób. 
-  Bo  rzadko  bywasz  romantyczk .  -  Przewiduj c  z  góry  odpowied ,  Jessie  uniosła 

r k .  -  Wiem,  co  chcesz  powiedzie .  e  ja  zbyt  cz sto  patrz   na  wiat  z  romantycznego 
punktu widzenia. Taka ju  jestem, kochanie. Ty znacznie bardziej przypominasz ojca - jeste  
praktyczna,  rozs dna,  bezpo rednia.  Mo e  gdyby  nie  umarł  tak  młodo...  -  urwała  i  zacz ła 
poprawia   poduszki  na  sofie.  -  Có ...  było,  min ło,  a  ja  nale   do  tych  kobiet,  które  nie 
potrafi   y  bez m czyzny. 

- Kochała  go? - Abra zacz ła szuka  torby. - Przepraszam. - Potrz sn ła głow . - Ja 

wcale nie chciałam o to pyta . 

- Ale  dobrze,  e zapytała . - Jessie westchn ła, rozmarzona, i zabrała si  za składanie 

bluzek. - Uwielbiałam go. Byli my młodzi, biedni jak myszy ko cielne i  miertelnie w sobie 
zakochani.  Czasami  my l ,  e  to  były  najpi kniejsze  lata  mojego  ycia.  Nigdy  ich  nie 
zapomn  i zawsze b d  losowi za nie wdzi czna. Twój ojciec bezustannie mnie rozpieszczał. 
Dbał  o  mnie  i  kochał  mnie  tak,  jak  ka da  kobieta  chciałaby  by   kochana.  Do  dzi   mam 
wra enie,  e w ka dym m czy nie, z którym byłam pó niej zwi zana, próbowałam doszu-
ka   si   jakich   podobie stw  do  niego.  Kiedy  umarł,  była   jeszcze  malutka,  ale  widz   go, 
ilekro  na ciebie spojrz . 

Abra odwróciła si  do matki. 
- Nie wiedziałam,  e tak bardzo go kochała . 

background image

-  Bo  tak  łatwo  nawi zuj   kontakty  z  innymi  m czyznami?  -  Mówi c  to,  Jessie 

kilkoma zr cznymi ruchami po cieliła łó ko. - Nie lubi  by  sama. Dla mnie  ycie we dwoje 
jest równie wa ne, jak dla ciebie niezale no . Flirt jest mi potrzebny do  ycia jak powietrze. 
Wiem,  e nadal jestem ładna. - Z u miechem spojrzała w lustro i przeczesała włosy. - Lubi  
ładnie wygl da . Lubi  czu ,  e si  podobam. Oczywi cie, gdyby twój ojciec  ył, moje losy 
uło yłyby si  inaczej. Ale to,  e potrafi  by  szcz liwa z kim  innym, wcale nie znaczy,  e 
go nie kochałam. 

- Je eli odniosła  wra enie,  e chciałam ci  skrytykowa , to bardzo ci  przepraszam. 

Nie miałam takiego zamiaru. 

Jessie wygładziła kap  na łó ku. 
- Prawda wygl da tak,  e mnie nie rozumiesz, a i ja cz sto ciebie nie rozumiem. To 

nie znaczy,  e ci  nie kocham. 

- Ja te  ci  kocham, mamo, i chciałabym,  eby  była szcz liwa. 
- Och, robi , co mog . - Jessie roze miała si  i wstawiła buty Abry do szafy. - Zawsze. 

To jeden z powodów mojej wizyty. Chciałam ci  zawiadomi ,  e wyje d am na kilka dni. 

- Ach tak? A dok d? 
- Do Las Vegas. Willie chce mnie nauczy  gra  w black jacka. 
- Jedziesz z panem Barlowem? 
- Nie patrz tak na mnie - powiedziała Jessie. - Willie jest jednym z najmilszych ludzi, 

jakich  w  yciu  spotkałam.  To  d entelmen  w  ka dym  calu.  Oczywi cie  zamówił  dla  nas 
osobne pokoje. 

-  No  có ...  -  Abra  spróbowała  pogodzi   si   z  tym,  co  wła nie  usłyszała.  -  Baw  si  

dobrze. 

- Na pewno b d  si  dobrze bawi . Wiesz co, kochanie, gdyby  odkładała drobiazgi na 

komod , byłoby ci je łatwiej znale ... O Bo e! - Wzrok Jessie padł na naszyjnik. - Sk d to 
masz? 

-  To  prezent.  -  Abra  z  u miechem  patrzyła,  jak  matka  podbiega  do  lustra  z 

naszyjnikiem przy szyi. - Ładny, prawda? 

- Wi cej ni  ładny. 
- Mnie te  bardzo si  podoba. 
- Nie powinna  go zostawia  na wierzchu. 
- Mam tu gdzie  pudełko. - Rozejrzała si . - Chyba zało  go dzi  wieczorem. 
-  Gdyby  był  mój,  nigdy  bym  go  nie  zdejmowała.  Mówisz,  e  to  prezent.  -  Jessie 

odwróciła si  od lustra. - Od kogo? 

background image

- Od znajomego. 
- Daj spokój, Abra... 
- No wi c, od Cody'ego. Kupił mi go w San Diego. 
- No, no... - Jessie uj ła ko ce naszyjnika. Kamienie zal niły jak gwiazdy. - Wiesz, co 

ci powiem, kochanie, takie prezenty m czy ni daj  tylko  onom... albo kochankom. 

Abra oblała si  rumie cem.  eby to ukry , odwróciła si  i zacz ła szczotkowa  włosy. 
- To miła pami tka od przyjaciela i współpracownika. 
- Współpracownicy raczej nie daj  sobie kosztownych naszyjników. 
- Nie b d   mieszna. To nie s  prawdziwe kamienie. Jessie na moment zamurowało. 
- Moja jedynaczka - odezwała si  po chwili - a taka niedokształcona. 
Abra odwróciła si , rozbawiona. 
- Przecie  brylanty s  białe, prawda? Tak czy owak, to  mieszne twierdzi ,  e kupił mi 

brylanty. Przecie  to tylko  liczny naszyjnik z kolorowych kamyków. 

- Abra, jeste  bardzo dobrym in ynierem, ale czasami mnie martwisz. - Jessie si gn ła 

po torebk  i wyj ła z niej puderniczk . - To jest szkło - powiedziała, pokazuj c lusterko. - A 
to brylanty. - Przejechała naszyjnikiem po lusterku i podniosła je do góry. 

- Jest porysowane - powiedziała powoli Abra. 
- Oczywi cie,  e tak. Brylanty rysuj  szkło. A to, co ty tu masz, to musi by  jakie  

pi  karatów. Nie wszystkie brylanty s  białe. 

- O mój Bo e! 
- Nie miej takiej przera onej miny. - Jessie zapi ła naszyjnik córce, która wci  stała 

bez ruchu. - Powinna  by  zachwycona. Wygl dasz w nich przepi knie. 

- One s  prawdziwe. A ja my lałam,  e s  po prostu ładne. 
-  Pospiesz  si   i  podzi kuj  mu  jak  nale y.  -  Jessie  cmokn ła  córk   w  policzek.  - 

Mo esz mi wierzy , kochanie,  e równie łatwo mo na zaakceptowa  to, co prawdziwe, jak i 
to, co sztuczne. Kto wie to lepiej ni  ja? 

Cody zaczynał si  denerwowa . Przez ostatnie dziesi  minut co i rusz spogl dał na 

zegarek. Min ła ósma. Abra miała do  czasu,  eby dojecha  do domu, wrzuci  kilka rzeczy 
do torby i pojawi  si  u niego za pi tna cie ósma. 

Co si  stało? 
Chyba ci, bracie, odbiło, powiedział sobie, siadaj c w fotelu,  eby zapali  papierosa. 

Mo e to zreszt  normalne u zakochanych? Lepiej,  eby tak było. Nie chciałby uwa a  si  za 
jedynego durnia na tym  wiecie. 

background image

Post pował  dokładnie  tak,  jak  sobie  tego  Abra  yczyła.  W  pracy  zachowywał 

słu bowy  dystans  i  raz  czy  drugi  mało  brakowało,  a  byliby  si   pokłócili  -  oczywi cie  o 
sprawy  zawodowe.  Co  oznacza,  e  mimo  wszystko  nie  przestał  patrze   na  swoje  dzieło  z 
perspektywy  artysty.  W  Abrze,  ilekro   nakładała  kask,  widział  potwornie  zrz dliwego 
in yniera. 

Po pracy wolno mu my le  wył cznie o Abrze. 
Była  taka  liczna,  kiedy  spała.  Patrzył  na  ni   przez  cały  niedzielny  poranek,  a  

wreszcie naszła go ch ,  eby j  pogłaska . Nawet potworny bałagan w jej mieszkaniu miał 
dla niego jaki  czar. Podobał mu si  sposób, w jaki chodziła i siadała; w jaki przybli ała ku 
niemu twarz, gdy zaczynała krzycze  ze zło ci. 

Czyli wniosek z tego jeden - wpadł po uszy. Gdy wreszcie usłyszał pukanie, zerwał si  

z fotela i w pół sekundy dopadł drzwi. 

- Warto było. - Na widok Abry odetchn ł z ulg . 
- Ale co? 
-  Poczeka .  -  Chwycił  j   za  r k   i  wci gn ł  do  pokoju.  Ju   miał  j   pocałowa ,  ale 

powstrzymała go jej dziwna mina. 

- Co  jest nie tak? 
-  Sama  nie  wiem.  -  Min ła  go  i  podeszła  do  stolika  ustawionego  przy  drzwiach  na 

balkon. Na wykrochmalonym obrusie  wiece czekały,  eby je zapali , a schłodzone wino, by 
je otworzy . 

- Jak ładnie! 
- Mo emy zamówi  kolacj , kiedy tylko zechcesz. - Wzi ł z jej r k torb  i odstawił na 

bok. - W czym problem, Ruda? 

-  Nie  wiem,  czy  to  problem...  to  znaczy,  raczej  tak.  Chyba  tylko  mój.  Gdybym 

wiedziała... ale ja si  na tym nie znam i nie zorientowałam si  w por . Teraz nie mam poj cia, 
jak si  zachowa . 

- Aha. - Cody usiadł na sofie i gestem zaprosił Abr . - Opowiedz mi to jeszcze raz, ale 

ze szczegółami. 

Usiadła obok niego. Co za  ałosny pocz tek, pomy lała. 
- W porz dku. Chodzi o to. - Jej dło  pow drowała do naszyjnika. 
- O naszyjnik? - Cody zmarszczył brwi i przesun ł po nim palcami. - My lałem,  e ci 

si  podoba. 

- Podoba mi si . Nawet bardzo. - Zaczerpn ła tchu. 

background image

- Jest naprawd  przepi kny, ale s dziłam,  e to szkiełka albo... sama nie wiem... jakie  

syntetyczne kamienie. Była u mnie przed chwil  mama. Wybiera si  do Las Vegas z panem 
Barlowem. 

Cody potarł czoło, próbuj c nad y  za jej tokiem my lenia. 
- To jest problem? 
-  Nie,  nie.  Mama  powiedziała  mi,  e  to  prawdziwe  brylanty,  chocia   wcale  nie  s  

białe. 

- To samo mówił jubiler. No i co z tego? 
-  Co?  -  Odwróciła  si   i  spojrzała  mu  w  twarz.  -  Nie  mo esz  dawa   mi  brylantów, 

Cody. 

- Zaraz, zaraz, chwileczk . - Cody zamy lił si . Doskonale pami tał, jak zareagowała, 

kiedy  dał  jej  naszyjnik.  Pami tał  jej  rado   i  podniecenie.  Zrozumiał,  e  była  zachwycona, 
chocia  my lała, i  to tylko zwykłe szkiełka. - Intryguj ca z ciebie kobieta, Wilson. Była  w 
siódmym niebie, kiedy ci si  wydawało,  e to  wiecidełka za pi  centów. 

- Wcale tak nie my lałam. My lałam tylko,  e... - urwała i westchn ła z rezygnacj . - 

Nigdy nie miałam bi uterii z brylantami - powiedziała, jakby to wszystko wyja niało. 

- Czyli jestem pierwszy? To mi si  podoba! Głodna jeste ? 
- Cody, nie słuchasz mnie. 
- Odk d wróciła , nie robi  nic innego, tylko ci  słucham. A przecie  miałem zupełnie 

inne zamiary, jednak wła nie przez wzgl d na ciebie si  pohamowałem. 

-  Nie  wiem,  czy  powinnam  zatrzyma   ten  naszyjnik.  Od  pocz tku  próbuj   ci  to 

powiedzie . 

- Dobrze. Nie chcesz, to go zabieram. - Si gn ł do zapi cia. Abra naburmuszyła si . 
- Ale ja go chc  - burkn ła. 
- Co? - Cody z trudem zachował powag . - Mówiła  co ? 
-  Powiedziałam,  e  go  chc .  -  Zerwała  si   i  zacz ła  kr y   po  pokoju.  -  Wiem,  e 

powinnam go odda . I miałam ten zamiar. Wolałabym go jednak zatrzyma . 

-  Urwała  i  spojrzała  z  wyrzutem  na  Cody'ego.  -  To  wstr tne  z  twojej  strony,  e 

postawiłe  mnie w takiej sytuacji. 

-  Masz  racj ,  Ruda.  -  Cody  wstał,  potrz saj c  głow .  -  Trzeba  by   wyj tkowym 

nikczemnikiem,  eby kupi  co  takiego swojej dziewczynie i jeszcze si  spodziewa ,  e si  
ucieszy. 

- Nie to chciałam powiedzie . Dobrze o tym wiesz. 
- Znów spojrzała na niego, tym razem z gniewem. - Przez ciebie wychodz  na idiotk . 

background image

- Nie przejmuj si . Nie mam ci tego za złe. Abra mimowolnie zachichotała. 
- Nie b d  taki z siebie zadowolony. Ja ci gle jeszcze mam ten naszyjnik. 
- No popatrz, znowu jeste  gór . Zrezygnowana, zarzuciła mu r ce na szyj . 
- Jest taki pi kny! 
- Bardzo ci  przepraszam. - Cody obj ł j  w talii. - Nast pnym razem kup  ci jakie  

tandetne ohydztwo. 

Przechyliła  głow   i  zajrzała  mu  w  twarz.  Czuła,  e  z  niej  artuje,  ale  miał  po  temu 

prawo. 

- Powinnam ci te  podzi kowa  za te opony. 
- Chyba rzeczywi cie powinna  - mrukn ł, kiedy jej usta dotkn ły jego ust. 
- Mama powiedziała,  e to bardzo romantyczny prezent. 
- Lubi  twoj  mam . - Powiódł r kami po plecach Abry, a ona obrysowała j zykiem 

jego usta. 

- Cody... 
- Hm? - W przypływie czuło ci otoczył dło mi jej twarz. 
- Nie dawaj mi wi cej  adnych prezentów, dobrze? To mnie stresuje. 
- Nie ma sprawy. W rewan u mo esz mi postawi  kolacj . 
Zanurzyła mu palce we włosy i spojrzała spod opuszczonych rz s. 
- Naprawd  jeste  głodny? 
Jej kolejny pocałunek omal nie powalił go na kolana. 
- To zale y - wydyszał. 
- No to zjemy troch  pó niej - wyszeptała, przyci gaj c go do siebie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWI TY 

- Cody, mo esz otworzy ? 
Abra siedziała na brzegu łó ka, sznuruj c buty. Kiedy usłyszała pukanie, zmarszczyła 

brwi i spojrzała na zegarek. Niecz sto miewała wizyty o siódmej rano, a poza tym spieszyła 
si , bo za chwil  mieli wyje d a  na budow . 

Cody wyłonił si  z kuchni z fili ank  kawy i poszedł otworzy . Włosy miał mokre po 

k pieli i nie dopi t  koszul . 

- Ach, dzie  dobry. - Za drzwiami stała Jessie. Na widok Cody'ego u miechn ła si  

niepewnie. 

- Dzie  dobry. - Cody cofn ł si ,  eby j  wpu ci . 
- Wcze nie dzi  wstała . 
-  Tak.  Chciałam  złapa   Abr ,  zanim  wyjdzie  do  pracy.  Pó niej  mam  mas   innych 

spraw do załatwienia. - Chrz kn ła i zacz ła machinalnie skuba  pasek torebki. 

- Czy ona gdzie  tu jest? 
- W drugim pokoju. - Cody nie bardzo wiedział, jak m czyzna powinien zachowa  

si  w stosunku do matki swojej kochanki o godzinie siódmej rano. - Napijesz si  kawy? 

-  Szczerze  mówi c,  wolałabym...  Ach,  tu  jeste .  -  Odwróciła  si   i  powitała  Abr  

nerwowym u miechem. 

- O, mama! - Cała trójka stała przez chwil  w zakłopotanym milczeniu. Abra, mocno 

za enowana, wsun ła r ce do kieszeni. - Co robisz w mie cie tak wcze nie? 

-  Chciałam  si   z  tob   zobaczy ,  zanim  wyjdziesz  do  pracy.  -  Jessie  zawahała  si ,  a 

potem spojrzała na Cody'ego. - Mo e jednak zrobiłby  mi kaw ? 

- Oczywi cie. - Odstawił fili ank  i poszedł do kuchni. 
- Mo emy usi

 na chwil ? 

Abra  bez  słowa  przysiadła  na  krze le  naprzeciwko  sofy.  Chyba  matka  nie  zamierza 

prawi  jej kaza  dlatego,  e zastała u niej m czyzn ? 

- Co  jest nie tak? 
- Nie, nie, wszystko w porz dku. - Jessie wzi ła gł boki oddech, po czym si gn ła po 

fili ank , któr  przyniósł jej Cody. 

-  Mo e  zostawi   was  same,  eby cie  mogły  porozmawia   w  cztery  oczy?  - 

zaproponował. 

background image

-  Nie  trzeba.  -  Jessie  u miechn ła  si .  Gdy  min ło  skr powanie,  poczuła  si  

zadowolona,  e jej córka wreszcie ma kogo . Kogo , komu bardzo na niej zale y, pomy lała, 
patrz c na Cody'ego. - Usi d , Cody. Przepraszam za to poranne naj cie. Wiem,  e spieszycie 
si  do pracy. Nie zajm  wam du o czasu. - Znowu zaczerpn ła tchu. - Wła nie wróciłam z 
wycieczki z Williem. 

Abra, która zd yła ju  pogodzi  si  z t  my l , u miechn ła si . 
- Czy przegrała  rodzinn  fortun  przy zielonym stoliku? 
-  Nie.  -  Jessica  nabrała  nadziei,  e  wszystko  pójdzie  łatwiej,  ni   si   spodziewała.  - 

Wyszłam za m  - wypaliła. 

- Co takiego? - Abra a  podskoczyła z wra enia. - W Las Vegas? Za kogo? 
-  Jak  to,  za  kogo?  Oczywi cie  za  Williego.  Zapadła  grobowa  cisza.  Wreszcie  Abra 

przemówiła, dobitnie akcentuj c ka de słowo: 

- Wyszła  za m  za pana Barlowa?! 
-  Dwa  dni  temu.  -  Jessie  wyci gn ła  r k ,  demonstruj c  obr czk   z  podwójnym 

rz dem brylancików. -  Kiedy u wiadomili my sobie,  e oboje tego chcemy, nie było na co 
czeka . W ko cu nie jeste my ju  dzie mi. 

Abra spojrzała na obr czk , a potem popatrzyła na matk . 
- Przecie ... przecie  prawie si  nie znacie! 
-  Przez  te  ostatnie  tygodnie  zd yłam  go  wietnie  pozna .  -  Widz c  pobladł   twarz 

córki,  Jessie  zrozumiała,  e  nie  b dzie  to  jednak  takie  proste.  -  To  cudowny  człowiek, 
kochanie. Człowiek opoka. Prawd  mówi c, nie spodziewałam si ,  e mi si  o wiadczy, ale 
skoro  to  zrobił,  powiedziałam  „tak”.  A  poniewa   byli my  na  miejscu,  a  jest  tam  ta  słynna 
kaplica... wzi li my  lub. 

- Dla ciebie to chyba  adna nowo . 
W oczach Jessie błysn ł gniew, ale jej głos brzmiał spokojnie, kiedy powiedziała: 
- My lałam,  e si  ucieszysz. Cho by ze wzgl du na mnie. Jestem bardzo szcz liwa. 

Je li nie potrafisz si  tym cieszy , postaraj si  przynajmniej zaakceptowa  moj  decyzj . 

- Dla mnie to te  nie powinna by   adna nowo  - burkn ła Abra. 
Jessie spochmurniała. 
-  Willie  chciał  tu  dzi   ze  mn   przyj ,  ale  mu  to  odradziłam.  Wydawało  mi  si ,  e 

lepiej b dzie, jak sama ci o tym powiem. Willie bardzo ci  lubi i ceni - jako kobiet  i jako 
in yniera. Mam nadziej ,  e nadal b dziesz dla niego miła. 

- Lubi  pana Barlowa - powiedziała sucho Abra. - W zasadzie nie powinnam chyba 

by  zaskoczona.  ycz  wam szcz cia. 

background image

Jessie nagle zrobiło si  przykro. 
- To ju  co . - Wstała, okr caj c obr czk  na palcu. - Musz  by  wcze niej w biurze, 

eby przepisa  na maszynie wymówienie. 

- Rzucasz prac ? 
- Tak, przenosz  si  do Dallas. Willie ma tam dom. 
- Rozumiem. - Abra tak e wstała. - Kiedy? 
- Wylatujemy dzi  po południu, bym mogła pozna  jego syna. Wracam za kilka dni, 

eby dogra  wszystkie szczegóły. - Chciała obj  córk , ale si  rozmy liła. Uznała,  e Abra 

potrzebuje troch  czasu,  eby si  oswoi  z rewelacjami, jakie usłyszała. - Zadzwoni  po po-
wrocie. 

- W porz dku - szorstko powiedziała Abra. - Baw si  dobrze. 
Cody odprowadził Jessie do drzwi. W progu dotkn ł jej r ki. 
-  ycz  ci szcz cia, Jessie. 
- Dzi kuj  - odparła. Dobrze, pomy lała,  e o tej porze biuro jest jeszcze puste. B dzie 

sobie mogła popłaka . - Dbaj o ni , dobrze? - poprosiła. 

Cody  zamkn ł  drzwi,  a  kiedy  si   odwrócił,  zobaczył  e  Abra  stoi  dokładnie  w  tym 

samym miejscu, w którym po egnała si  z matk . 

- Była  dla niej niezbyt miła. 
- Nie wtr caj si ! - Chciała pobiec do sypialni, ale Cody chwycił j  za r k . 
-  Dlaczego?  -  zapytał,  patrz c  jej  w  twarz.  Była  blada,  tylko  jej  oczy  miotały 

błyskawice. - O co ci chodzi, Abra? Nie wydaje ci si ,  e twoja matka ma prawo wyj  za 
m , za kogo jej si  podoba? 

- Ale  tak. Zawsze miała takie prawo. Pu  mnie. Musz  si  przygotowa . Za chwil  

wychodz  do pracy. 

- Nie. - Cody ani my lał jej pu ci . - Nigdzie nie pójdziesz, póki mi nie powiesz, o co 

ci chodzi. 

- W porz dku. Powiem ci. Chodzi o to,  e ona si  nigdy ze mn  nie liczyła. - W jej 

głosie d wi czała taka rozpacz,  e Cody zwolnił u cisk. - Zawsze to samo. Ona si  nigdy nie 
zmieni. Najpierw był Jack, czyli mój ojciec. Kiedy umierał, miał dwadzie cia lat. - Chwyciła 
ze stołu fotografi . - Podobno był jej najwi ksz  miło ci . 

- On zmarł wiele lat temu - powiedział spokojnie Cody. - A  ycie toczy si  dalej. Co 

masz matce za złe? 

-  T   liczb   i  to  tempo.  Trudno  ich  wszystkich  zliczy .  M   numer  dwa,  Bob.  - 

Si gn ła po kolejne zdj cie. - Miałam sze  lat, gdy uznała,  e pora na kolejne mał e stwo. 

background image

Trwało jakie  dwa - trzy lata. - Upu ciła zdj cie i wzi ła kolejne. - Potem był Jim. Nie wolno 
nam zapomnie  o Jimie, m u numer trzy. Przed nim było jeszcze trzech czy czterech innych 
facetów, tyle  e matka nie wzi ła z nimi  lubu. Jim miał sklep spo ywczy. Poznali si  nad 
kartonem  soków  owocowych,  a  pobrali  pół  roku  pó niej.  Dokładnie  tyle  czasu  razem  wy-
trzymali. Jim si  tak naprawd  nie liczył. Matka nigdy nie nosiła jego nazwiska. Potem był 
Bud. Poczciwy Bud Peters. Nie mam jego fotografii, ale mam tu zdj cie Jessie, zrobione w 
dniu ich  lubu. - Wzi ła je, przewracaj c przy okazji kilka innych. - Bud sprzedawał buty i 
lubił majsterkowa . Był z gatunku tych, co to prochu nie wymy l , ale go lubiłam. Ona chyba 
te   go  lubiła.  Była  z  nim  przez  siedem  lat,  a  to  swoisty  rekord.  -  Odstawiła  zdj cie.  - 
Poczciwy stary Bud. Rekordzista. 

- Przecie  to jej  ycie, Ruda. 
- To było tak e i moje  ycie - prychn ła z furi  - Niech to wszyscy diabli! Moje  ycie! 

Masz poj cie, jak to jest, kiedy człowiek tak naprawd  nie wie, jak aktualnie nazywa si  jego 
matka? Albo który „wujek” b dzie twoim kolejnym ojczymem? W czyim domu zamieszkasz? 
Do jakiej szkoły b dziesz chodzi ? 

- Nie. - Cody pomy lał o udanym mał e stwie swoich rodziców, o tym, jak zgran  i 

stabiln  tworzyli rodzin . - Nie, nie mam poj cia. Jeste  ju  dorosł  kobiet , a nie dzieckiem. 
Mał e stwo twojej matki nie ma wpływu na twoje  ycie. 

- Ale to si  ci gle powtarza. Nie rozumiesz? Przez całe  ycie byłam  wiadkiem, jak si  

zakochiwała  i  odkochiwała  w  ekspresowym  tempie.  Za  ka dym  razem,  gdy  wychodziła  za 
m  albo si  rozwodziła, mówiła to samo: „Tak b dzie dla nas najlepiej”. Ale to nigdy nie 
było najlepsze, a ju  na pewno nie dla mnie. Teraz znowu przychodzi i mówi mi o wszystkim 
po fakcie. Zawsze dowiaduj  si  o wszystkim ostatnia. 

Cody przytulił j  mocniej. 
- Nawet je eli popełnia bł dy, nie znaczy to,  e ci  nie kocha. 
- Ach, ja wiem,  e ona mnie kocha. - Z chwil  gdy wyrzuciła z siebie wszystkie  ale, 

opu ciła j  energia. - Oczywi cie na swój sposób - dodała słabym głosem. - Tyle tylko,  e ja 
si  nigdy nie liczyłam. Dobrze ju , dobrze, ju  wszystko w porz dku. - Odsun ła si . - Masz 
racj .  Jestem  przeczulona.  Porozmawiam  z  ni ...  z  nimi...  po  ich  powrocie.  -  Ukryła  na 
moment  twarz  w  dłoniach.  -  Przepraszam  ci ,  Cody.  Ona  znów  narozrabiała,  a  wszystko 
skupiło si  na tobie. 

- Nieprawda. Dobrze,  e nareszcie to z siebie wydusiła . 
- Zachowałam si  idiotycznie. Jak ostatnia egoistka. 

background image

-  Nie.  Była   po  prostu  szczera.  -  Pogłaskał  j   po  policzku,  zastanawiaj c  si ,  jak 

gł bokie blizny pozostawiły w jej sercu tamte lata i ile ran jeszcze si  nie zabli niło. - Chod  
do mnie. - Wzi ł j  w ramiona i tulił, póki nie poczuł,  e zaczyna si  odpr a . - Wiesz,  e za 
tob  szalej ? 

- Naprawd ? - zapytała z niedowierzaniem. 
-  Naprawd .  Pomy lałem,  e  kiedy  tu  sko czymy,  powinna   wybra   si   ze  mn   na 

wschód... Na jaki  czas - dodał szybko,  eby jej nie spłoszy . - Obejrzałaby  sobie dom, który 
buduj , i mogłaby  go troch  skrytykowa . No i zobaczyłaby  ocean. 

Czy je li pojedzie z nim na wschód, b dzie pó niej potrafiła stamt d wyjecha ? Nie 

chciała teraz o tym my le . Nienawidziła ko ców i po egna . 

- Bardzo ch tnie. - Westchn ła i oparła mu głow  na ramieniu. - Chciałabym,  eby  

mi pokazał ocean. Ja nie miałam dot d mo liwo ci, by pokaza  ci pustyni . 

- Mogliby my si  dzi  urwa  na mał  wycieczk . 
U miechn ła si , z ustami wtulonymi w szyj  Cody'ego. Była mu bardzo wdzi czna za 

to,  e trwał przy niej. Jego obecno  pozwoliła jej wzi  si  znowu w gar . 

- Raczej nie. Nie mog  przecie  zaniedbywa  pracy u nowego m a mojej matki. 
Kiedy dojechali na miejsce, Abra była ju  w znacznie lepszym nastroju. Bez Cody'ego 

zły nastrój mógłby si  jeszcze ci gn  całymi dniami. Wniosek z tego,  e miał na ni  dobry 
wpływ. Zamierzała mu to powiedzie , ale w ko cu si  rozmy liła. 

Cody, jak na razie,  ci le przestrzegał wyznaczonych przez ni  zasad i wydawało si , 

e mu to wystarcza. Nie było  adnych obietnic, rozmów o przyszło ci,  adnego udawania,  e 

„b d   yli długo i szcz liwie”. A zaproszenie na wschód zabrzmiało tak naturalnie, i  mogła 
sobie spokojnie na to pozwoli ,  eby je przyj . 

Po  przyje dzie  na  budow   ka de  z  nich  -  jak  zwykle  -  udało  si   w  swoj   stron . 

Dopiero noc miała ich znowu poł czy . 

Abra  zd yła  si   ju   do  tego  przyzwyczai   i  zaczynała  nawet  na  to  czeka .  Id c  w 

stron   domków,  pomy lała,  e  to  niezbyt  rozs dnie,  ale  skoro  zdecydowała  si   podj  
ryzyko... 

- Tunney - przywołała brygadzist  elektryków, którzy pracowali przy domkach. - Jak 

leci? 

- Nie le, panno Wilson. - Tunney otarł czoło. Był to wysoki i do  t gi m czyzna. - 

My lałem,  e jest pani na razie zaj ta gdzie indziej. - Wyj ł z kieszeni chustk  i otarł spocon  
twarz. 

background image

- Chciałam tylko sprawdzi , jak wam idzie. - Podeszła bli ej. - My li pan,  e uda si  

zako czy  roboty elektryczne w terminie? Thornway troch  si  denerwuje. 

- Na pewno zd ymy na czas. Mo e chce pani rzuci  okiem na ten kawałek? - Tunney 

wskazał na miejsce przyszłego dziedzi ca. - Cie le ju  zaczynaj  swoj  robot . 

- To dobrze. - Abra ruszyła dalej. - Nie zagl dałam jeszcze... cholera! - Nagle stopa 

zapl tała jej si  w kawałek drutu. - Dlaczego nikt tu nie sprz ta? Gdyby inspektor to zobaczył, 
nie le by nam si  oberwało. 

Chciała podnie  drut, ale Tunney j  uprzedził i wrzucił go do kontenera na  mieci. 
- Niech pani uwa a - powiedział. 
- Dobrze. To nowa dostawa? - zapytała, wskazuj c na trzy olbrzymie szpule. - Póki 

dostawy przychodz  na czas, nie ma powodów do niepokoju. - Machinalnie oparła si  o jedn  
ze szpul. 

Lubiła budow , lubiła patrze , jak posuwaj  si  roboty i jak na jej oczach powstaje co  

nowego, co jest efektem poł czenia ludzkiej wyobra ni i trudu. To była jej pasja. Tu czuła si  
w swoim  ywiole. Kiedy stoj c pod gołym niebem, ma si  jasno nakre lon  wizj  przyszłych 
dokona , mo na to uwa a  za  ródło nadziei i satysfakcji. 

Jeszcze  tego  Cody'emu  nie  powiedziała,  ale  zaczynała  go  powoli  rozumie   i 

akceptowa   t   odrobin   magii  i  fantazji  w  jednym  z  najbardziej  surowych,  a  zarazem 
najpi kniejszych  miejsc  w  całym  kraju.  Na  wzgórzach  wci   yły  kojoty,  na  skałach 
wygrzewały si  w e, ale znalazło si  tak e miejsce dla człowieka. Kiedy budowa zostanie 
zako czona,  o rodek  nie  tylko  stanie  si   integraln   cz ci   pustyni,  ale  jeszcze  bardziej 
podkre li jej pi kno. 

Cody wiedział to od zawsze, a i ona wreszcie to dostrzegła. 
- Ładnie tu b dzie, prawda? 
- My l ,  e tak - zgodził si  Tunney, przest puj c z nogi na nog . 
- Odpoczywał pan kiedy  w jednym z takich o rodków? 
- Nie - odparł, ocieraj c twarz. 
- Ja te  nie. - U miechn ła si  Abra. - My je tylko budujemy. 
- Tak. 
Tunneya najwyra niej nie mo na było zaliczy  do ludzi rozmownych. Abra wyczuła, 

e zacz ł ju  si  niecierpliwi . 

-  Odrywam  pana  od  pracy  -  powiedziała.  Gdy  chciała  si   wyprostowa ,  zahaczyła 

nogawk  o ko cówk  drutu. - Ale dzi  ze mnie niezdara - westchn ła. Uprzedzaj c Tunneya, 

background image

nachyliła  si ,  odczepiła  drut  i  przesun ła  go  mi dzy  palcami.  -  Mówi  pan,  e  to  wie a 
dostawa? 

- Tak, prosto z ci arówki. Przywie li jak  godzin  temu. 
- Niech to diabli! Sprawdził pan to? - Przykucn ła,  eby obejrze  drut z bliska. 
- Nie. Mówiłem,  e dopiero co wszystko wyładowali. 
- To niech pan teraz sprawdzi. Tunney nachylił si  i wzi ł kabel do r ki. 
- To nie jest czternastka! - powiedział. 
- Nie. Moim zdaniem, dwunastka. 
- Rzeczywi cie, prosz  pani. - Tunney wyprostował si , zaczerwieniony. - Dwunastka. 
Abra kln c, obejrzała pozostałe szpule. 
- Przecie  to wszystko dwunastki! 
Tunney gwizdn ł przez z by i wyj ł tabliczk  z papierami. 
-  Na  fakturach  s   czternastki,  panno  Wilson.  Wygl da  na  to,  e  kto   pomylił 

zamówienie. 

-  Powinnam  była  przewidzie ,  e  to  zbyt  pi kne,  by  mogło  trwa   wiecznie.  -  Abra 

wyprostowała si  i otarła dłonie o spodnie. - Nie mo emy tego u y . To nie jest standardowy 
przekrój.  Trzeba  dzwoni   do  dostawcy.  Ma  natychmiast  dowie   czternastk .  Nie  mo emy 
sobie pozwoli  na  adne opó nienia. 

- Jasne,  e nie. Z drugiej strony, łatwo si  pomyli . Numery s  prawie identyczne. - 

Pokazał Abrze numery na zamówieniu, a potem te, przybite na szpuli. - A na pierwszy rzut 
oka nie da si  odró ni  dwunastki od czternastki. 

-  Całe  szcz cie,  e  poznał  pan  po  dotyku,  bo  mieliby my  niezły  pasztet.  - 

Przysłaniaj c oczy, spojrzała w stron  domków. - Czy to mogło by  jakie  przeoczenie? 

- Wykluczone. Osiemna cie lat robi  w tej bran y. 
-  No  tak.  Mimo  to...  -  urwała,  bo  nagle  usłyszała  brz k  tłuczonego  szkła,  a  potem 

przera liwy krzyk. - O mój Bo e! - Rzuciła si  w stron  budynku centrum medycznego, sk d 
dochodziły ju  gło ne nawoływania. 

Zdyszana  dobiegła  na  miejsce,  przepchn ła  si   energicznie  do  przodu  i  zobaczyła 

Cody'ego, który kl czał nad zakrwawionym ciałem jednego z robotników. 

Serce podeszło jej do gardła. 
- Bardzo z nim  le? - Wydawało jej si ,  e go sobie przypomina. Był bardzo młody - 

mógł mie  jakie  dwadzie cia lat -  niady i czarnowłosy. 

- Nie wiem - powiedział Cody. - Na szcz cie oddycha. Na razie. Ambulans jest ju  w 

drodze. 

background image

-  Jak  to  si   stało?  -  Kiedy  podeszła,  eby  ukl kn   obok  Cody'ego,  odłamki  szkła 

zachrz ciły jej pod podeszwami. 

- Był na rusztowaniu we wn trzu i ko czył kła  kable. Czy stracił równowag , czy 

le st pn ł... nie wiadomo. W ka dym razie, wyleciał przez okno. - Cody podniósł głow . Na 

jego  twarzy  malowały  si   w ciekło   i  przygn bienie.  -  Spadł  z  wysoko ci  co  najmniej 
sze ciu metrów! 

Abra poczuła,  e musi natychmiast co  zrobi . Cokolwiek... 
- Nie mo emy zabra  go z tego szkła? 
- Nie wolno go rusza . Mo e mie  złamany kr gosłup. 
Kiedy usłyszeli zbli aj ce si  syreny, Abra poderwała si . 
- Cody, skontaktuj si  z Timem. Trzeba go zawiadomi . A wy, ludzie, cofnijcie si . 

Przepu cie karetk . - Otarła mokre czoło. - Jak on si  nazywa? 

- To Dave! - krzykn ł który  z robotników. - Dave Mendez. 
- Ma jak  rodzin ? 
-  Ma  on   -  odezwał  si   jeden  ze  wiadków  wypadku,  zaci gaj c  si   nerwowo 

papierosem.  To,  co  przydarzyło  si   Mendezowi,  mogło  si   równie  dobrze  przydarzy  
ka demu z nich. - Nazywa si  Carmen. 

- Zajm  si  tym - powiedział Cody, kiedy sanitariusze kładli Mendeza na nosze. 
- Dzi ki. Ja pojad  za ambulansem. Kto  powinien z nim by . - Abra przycisn ła dło  

do bole nie skurczonego  oł dka. - Jak tylko b dzie co  wiadomo, dam  ci zna .  Zamieniła 
kilka słów z lekarzem i pop dziła do swojego samochodu. 

Pół godziny pó niej nerwowo kr yła po szpitalnej poczekalni. Było tam wi cej ludzi. 

Jaka  kobieta czekała z nosem w ksi ce. Abra nie mogła si  jej nadziwi  - sama była bliska 
obł du. 

Nie znała Mendeza, a zarazem dobrze go znała. Od lat pracowała z lud mi takimi jak 

on. Robotnikami, którzy nadawali realny kształt temu, co ona i Cody wymy lali na papierze. 

Mendez nie nale ał przecie  do jej rodziny,  a jednak czuła,  e ł czy ich wszystkich 

jaka  wi . Przemierzaj c poczekalni , modliła si  w duchu,  eby wyszedł z tego zdrowy i 
cały. 

- Abra! 
- Cody! - ucieszyła si . - Nie my lałam,  e ci  tu zobacz . 
- Przywiozłem jego  on . Podpisuje jakie  papiery. 
-  Czuj   si   kompletnie  bezu yteczna.  Nie  zdołałam  si   niczego  dowiedzie .  - 

Desperackim gestem przeczesała włosy. - Co z jego  on ? 

background image

- Jest przera ona i zrozpaczona, ale jako  si  trzyma. Mój Bo e, ona nie ma wi cej jak 

osiemna cie lat. 

Abra pokiwała głow  i znów zacz ła kr y  po poczekalni. 
- Pójd  do niej. Nie powinna by  teraz sama. Dzwoniłe  do Tima? 
- Tak. Bardzo si  zdenerwował. Kazał si  informowa  na bie co. 
Abra  otworzyła  usta,  eby  co   powiedzie ,  ale  si   rozmy liła.  Gdyby  co   takiego 

wydarzyło  si   za  ycia  starego  Thornwaya,  natychmiast  sam  przyjechałby  na  miejsce 
wypadku. 

- Mo e powinnam porozmawia  z lekarzem. - Ju  miała wyj , kiedy do poczekalni 

weszła młoda kobieta w ci y. 

- Senior Johnson? 
Cody otoczył j  ramieniem i posadził na fotelu. 
- Abra, to jest Carmen Mendez. 
- Pani Mendez. - Abra uj ła j  za r ce. Były drobne jak u dziecka i bardzo zimne. - 

Nazywam  si   Abra  Wilson. Jestem  naczelnym  in ynierem  na  budowie.  Zostan   tu  z  pani , 
je eli pani chce. Czy mam jeszcze kogo  zawiadomi ? 

- Tak, mi madre. - Łzy popłyn ły po twarzy młodej kobiety. - Ona mieszka w Sedonie. 
- Mo e mi pani poda  numer jej telefonu? 
Si. - Kobieta nie przestawała płaka . 
Abra  podeszła  i  obj ła  on   Mendeza,  po  czym  zacz ła  jej  co   tłumaczy   po 

hiszpa sku.  Carmen  słuchała,  kiwaj c  głow   i  mn c  w  r kach  chusteczk ,  a  w  ko cu  co  
cicho odpowiedziała. Abra poklepała j  po ramieniu, a potem przywołała Cody'ego. 

- Pobrali si  niecały rok temu - powiedziała półgłosem, kiedy wyszli na korytarz. - Jest 

w szóstym miesi cu. Była zbyt przygn biona, by zrozumie , co mówił lekarz, ale z tego, co 
wie, wzi li go od razu na sal  operacyjn . 

- Chcesz, to pójd  i spróbuj  dowiedzie  si  czego  wi cej. 
Abra pocałowała go w policzek. 
- Dzi ki. O, i masz tu telefon jej matki. - Wyj ła z kieszeni notes, wyrwała kartk  i 

zapisała numer. 

Potem  wróciła  do  Carmen  i  próbowała  j   pocieszy .  Po  chwili  zjawił  si   Cody, 

któremu  nie  udało  si   dowiedzie   niczego  nowego.  Nast pne  kilka  godzin  sp dzili  w 
poczekalni. 

Po  jakim   czasie  Cody  przyniósł  kaw   dla  siebie  i  Abry,  a  Carmen  namówili  na 

fili ank  herbaty. 

background image

- Musi pani co  zje  - nalegała Abra. - Dla dobra dziecka - dodała, ujmuj c j  za r k . 

- Przynios  co , dobrze? 

- Pó niej, jak przyjdzie doktor. Czemu go jeszcze niema? 
-  Ci ko  tak  czeka .  Wiem  co   o  tym...  -  urwała,  bo  w  drzwiach  stan ł  chirurg  w 

poplamionym krwi  fartuchu. Carmen tak e go zobaczyła i kurczowo  cisn ła Abr  za r k . 

-  Pani  Mendez?  -  Lekarz  zbli ył  si   i  przysiadł  obok  Carmen.  -  Ma   jest  ju   po 

operacji. 

Zasypała go potokiem hiszpa skich słów. 
- Ona pyta, co z nim? - wyja niła Abra. - Czy wyjdzie z tego? 
- Jego stan jest ju  stabilny. Chłopak stracił du o krwi i ma p kni ty kr gosłup. Miał 

te  liczne obra enia wewn trzne, a poza tym trzeba mu było usun   ledzion . Ale jest młody 
i silny... 

Carmen  zamkn ła  oczy.  Niewiele  zrozumiała  ze  słów  lekarza,  ale  jedno  na  pewno 

poj ła -  e jej David jest ci ko ranny. 

Por fawor, czy on umrze? 
- Robimy wszystko, co w naszej mocy. Obra enia były bardzo powa ne. Dlatego musi 

zosta  w szpitalu. 

- Mog  go teraz zobaczy ? Chocia  na chwil ? - dopytywała si  Carmen. 
- Niedługo go pani zobaczy. Jak tylko opu ci sal  pooperacyjn . 
- Dzi kuj . - Carmen otarła oczy. - Bardzo dzi kuj . Poczekam. 
Abra chwyciła lekarza za r kaw, zanim wyszedł na korytarz. 
- Jakie ma szanse? 
- Szczerze mówi c, kiedy go przywie li, był w bardzo ci kim stanie. Bałem si ,  e 

mo e nie prze y  operacji. Jednak prze ył i, jak ju  mówiłem, ma silny organizm. 

- B dzie mógł chodzi ? 
- Za wcze nie,  eby wyrokowa , ale mam nadziej ,  e tak. - Chirurg poruszył palcami, 

zesztywniałymi po operacji. - B dzie potrzebował intensywnej rehabilitacji. 

- Niech ma wszystko, co potrzeba. Pani Mendez nie zna si  na ubezpieczeniach, ale 

Thornway pokrywa wszystkie rachunki. 

- Obawiam si ,  e b dzie ich bardzo du o. Przy odpowiedniej opiece pacjent wróci do 

zdrowia. Trzeba si  tylko uzbroi  w cierpliwo . 

- Dzi kujemy za wszystko, panie doktorze. 
Abra oparła si  o framug . Była kompletnie wyko czona. 
-  le si  czujesz? - zaniepokoił si  Cody. 

background image

- Ju  mi lepiej, ale byłam przera ona. On jest taki młody. 
- Była  dla niej bardzo miła. Abra spojrzała na Carmen. 
-  Dziewczyna  potrzebowała  kogo ,  kto  by  j   potrzymał  za  r k .  Na  jej  miejscu  nie 

chciałabym by  sama. 

Przecie  to jeszcze para dzieciaków. - Znu ona, oparła głow  na ramieniu Cody'ego. - 

Opowiadała mi, jak si  cieszyli na to dziecko, jak oszcz dzali na meble i jacy byli szcz liwi, 

e jej m  dostał stał  prac . 

- Nie płacz. - Cody otarł jej łz  z policzka. - Wszystko b dzie dobrze. 
- Czułam si  taka bezradna, a tego nienawidz . 
- Chod , odwioz  ci  do domu. 
Potrz sn ła głow . Miała wra enie,  e uszły z niej wszystkie siły. 
- Nie chc  jej zostawia  samej. 
- Wobec tego poczekajmy, a  przyjedzie jej matka. 
- Dzi ki. Wiesz co, Cody? 
- Słucham? 
- Ciesz  si ,  e tu jeste . Cody obj ł j . 
- Pr dzej czy pó niej zrozumiesz, Ruda,  e tak łatwo si  mnie nie pozb dziesz. 
Pó niej, kiedy sło ce chyliło si  ju  ku zachodowi, Cody siedział w mieszkaniu Abry i 

patrzył, jak  pi zwini ta w kł bek na sofie. Była naprawd  kompletnie wyko czona. Nigdy by 
nie  przypuszczał,  e  tak  gł boko  potrafi  prze ywa   cudze  nieszcz cie.  Zaci gaj c  si  
papierosem, pomy lał,  e nie wie o niej jeszcze wielu ró nych rzeczy. 

Negatywna  reakcja  na  wiadomo   o  lubie  matki,  jakiej  był  wiadkiem  tego  ranka, 

otworzyła  mu  oczy  na  pewne  sprawy.  To  nie  jeden  przykry  przypadek,  nie  pojedyncza 
zdrada, sprawiły,  e panicznie obawiała si  emocjonalnych zwi zków. Przyczyn tego nale ało 
si  dopatrywa  w całym jej  yciu. 

Trudno  jej  było  teraz  zaufa   m czy nie,  je li  si   wzrastało  przy  matce,  która  tak 

cz sto zmieniała  yciowych partnerów. Czy w takiej sytuacji w ogóle mo na komukolwiek 
zaufa ? A jednak Abra była z nim, mimo ogranicze , które im obojgu narzuciła. To ju  co . 

B dzie potrzebował du o czasu - znacznie wi cej, ni  przypuszczał -  eby j  do siebie 

przekona , ale dokona tego. Bez wzgl du na koszty. 

Podniósł si  z fotela, podszedł do sofy i wzi ł Abr  w ramiona. 
- Co si  dzieje? - Obudzona, zamrugała nieprzytomnie. 
- Jeste  wyko czona, Ruda. Przenios  ci  do łó ka. 

background image

-  Nic  mi  nie  jest.  -  Oparła  mu  głow   na  ramieniu.  -  Chciałam  si   tylko  chwilk  

zdrzemn . 

-  Doko czysz  drzemk   w  łó ku.  -  Wzi ł  j   na  r ce  i  zaniósł  do  sypialni.  Usiadł  w 

nogach łó ka i rozsznurował jej buty. 

- Miałam sen - mrukn ła. 
- O czym? - Postawił buty pod łó kiem, a potem rozpi ł jej spodnie. 
- Nie pami tam, ale to był miły sen - westchn ła. - Co ty robisz? Chcesz mnie uwie ? 
Cody popatrzył na jej smukłe nogi i w skie biodra, przysłoni te trójk cikiem bawełny. 
- Nie w tej chwili. 
Wtuliła twarz w poduszk  i sennie mrukn ła: 
- Dlaczego? 
- Bo wol  ci  uwodzi , kiedy jeste  przytomna. - Okrył j  prze cieradłem, nachylił si  

i pocałował. Kiedy chciał si  cofn , chwyciła go za r k . 

- Wcale nie  pi . - Cho  oczy miała zamkni te, jej usta si  u miechały. 
Cody usiadł obok i pogłaskał Abr  po głowie. 
- Czy to propozycja? 
- Uhm. Nie chc ,  eby  teraz odchodził. 
- W takim razie nigdzie nie pójd . - Zdj ł buty, w lizgn ł si  pod prze cieradło i obj ł 

Abr . 

- Chcesz si  ze mn  kocha ? 
- Chc  - mrukn ł. Ich usta spotkały si  w czułym pocałunku. 
Pokój wypełnił si  złocist  po wiat . Abra tuliła si  do Cody'ego jak st skniona  ona, 

a jej dotyk podniecał go jak pieszczoty kochanki. Nie rozmawiali ze sob  - słowa nie były im 
ju  potrzebne. 

Usta Abry były mi kkie, nabrzmiałe od snu. Całował je i całował, a ona tymczasem 

rozpinała mu koszul . Chciała go dotyka , poczu  pod dłoni  twarde mi nie. To dziwne, ale 
w jego ramionach czuła si  taka bezpieczna. Dot d nie zdawała sobie sprawy,  e jest jej to tak 
bardzo potrzebne. A teraz nagle poczuła si  chroniona, rozpieszczana i po dana. Cody dawał 
jej  to  wszystko,  cho   przecie   o  nic  nie  prosiła.  Serce  biło  mu  szybko  i  mocno, 
zwielokrotniaj c echem bicie jej serca. 

Wła nie  o  tym  marzyła.  Nie  tylko  przyjemno ,  nie  tylko  podniecenie,  ale  i 

najzwyklejsze poczucie bezpiecze stwa w ramionach ukochanego m czyzny. 

Otoczyła  dło mi  jego  twarz  i  spróbowała  okaza   mu  to,  czego  nie  miała  wyrazi  

słowami. 

background image

Kochali si  niespiesznie, na wpół sennie, a mimo to Abra dawała z siebie wszystko, 

hojnie obdarzaj c go swoj  miło ci , słodk  i upajaj c . 

Powoli zapadał zmierzch. Złota po wiata zbladła i poszarzała. W ciszy słycha  było 

tylko  szelest  prze cieradeł  i  przyspieszone  oddechy  kochanków.  Oczy  Abry  wieciły  w 
półmroku, rozpalone po daniem. 

Patrz c na ni , Cody pomy lał,  e na zawsze zapami ta te chwile. Zanurzył palce w jej 

włosy i napawał si  jej widokiem, a potem opu cił głow  i dotkn ł ustami jej ust. 

J kn ła  cicho  i  przyci gn ła  go  bli ej.  Jego  czuło   napawała  j   l kiem.  W  oczach 

miała  łzy,  gardło  ci ni te.  Wymówiła  jego  imi ,  wkładaj c  w  nie  cał   miło ,  jaka 
przepełniała jej serce. 

Tulili si  do siebie jak  para  rozbitków po ród sztormu. Wci  siebie spragnieni, nie 

mogli  si   sob   nasyci .  A  kiedy  miejsce  czuło ci  zaj ła  nami tno ,  zacz li  si   tarza   po 
łó ku, w ród zmi tych prze cieradeł. A  w ko cu chwycili si  za r ce, spojrzeli sobie w oczy, 
i Abra osun ła si  na Cody'ego,  eby go w siebie przyj . Kiedy j  sob  wypełnił, wygi ła si  
w łuk i gło no krzykn ła. Nie bezradnie, lecz triumfalnie. 

A potem sło ce zgasło i spowiła ich ciemno . 

background image

ROZDZIAŁ DZIESI TY 

- Jestem ci bardzo wdzi czna,  e zechciałe  mi towarzyszy . 
Cody zerkn ł spod oka na Abr . Zajechali wła nie przed hotel, w którym zatrzymali 

si  pa stwo W.W. Barlow. 

- Nie b d  niem dra - powiedział. 
-  Mówi   serio.  -  Abra  nerwowo  si gn ła  do  naszyjnika.  Hotelowy  boy  podbiegł  i 

otworzył drzwi wozu. - W ko cu to mój problem. Rodzinny. - Wysiadła i czekała, a  Cody do 
niej doł czy. - Naprawd  bardzo nie chciałam i  sama na t  kolacj . 

Po  raz  kolejny  Cody  ze  zdumieniem  odkrył,  e  drzemi   w  niej  takie  pokłady 

niepewno ci.  Ona,  która  nie  wahała  si   wkroczy   pomi dzy  dwóch  rozsierdzonych 
robotników,  o  pi ciach  jak  bochny,  bała  si   teraz  rodzinnej  kolacji  z  matk   i  jej  nowo 
po lubionym m em. 

Potrz sn ł głow , schował kwit parkingowy do kieszeni, a potem uj ł Abr  pod r k  i 

wprowadził do foyer. 

-  Nie  jeste   sama.  A  poza  tym  nie  widz   powodu,  eby  traktowa   to  spotkanie  jak 

jak  ogniow  prób . 

-  No  to  czemu  ju   czuj ,  e  b dzie  gor co?  -  spytała,  kiedy  szli  w  stron   sali 

restauracyjnej. 

- Nie idziesz na przesłuchanie w Departamencie Stanu, Wilson. Idziesz na kolacj  z 

własn  matk  i jej m em. 

Abra prychn ła  miechem. 
-  Mam  w  tym  wzgl dzie  du e  do wiadczenie.  -  W  drzwiach  sali  przystan ła.  - 

Przepraszam.  adnych  uszczypliwych  uwag,  aluzji,  adnych  d sów.  -  Wyprostowała  si , 
wzi ła gł boki oddech i dumnie uniosła głow . 

Cody otoczył dło mi jej twarz. 
- Jak sobie  yczysz. Ale my lałem,  e przynajmniej w trakcie przystawek b d  mógł 

pozwoli  sobie na d sy. 

Znowu si  roze miała, tym razem szczerze. 
- Masz na mnie dobry wpływ, Cody. Niespodziewanie pocałował j  w usta. 
- Bo jestem dla ciebie najlepszym partnerem, Ruda. 
-  Dobry  wieczór  -  powitał  ich  kierownik  sali,  cały  w  u miechach.  Widocznie  miał 

słabo  do zakochanych par. - Stolik dla dwojga? 

background image

- Nie. - Cody uj ł Abr  za r k . - Jeste my umówieni z pa stwem Barlow. 
- Ach tak, oczywi cie - promieniał zarz dzaj cy. - Wła nie przyszli. Prosz  za mn . 
Jak  na  kolacj   pora  była  jeszcze  do   wczesna,  wi c  restauracja  była  prawie  pusta. 

Łososiowe obrusy i turkusowe serwetki le ały na stolikach, przygotowanych dla go ci, którzy 
zaczn  si  schodzi  w ci gu najbli szych dwóch godzin. Po rodku sali, w cieniu palm, cicho 
szemrała miniaturowa fontanna. Nie zapalono na razie  wiec, bo sło ce  s czyło si  jeszcze 
przez zasłony. Zgodnie z tym, co powiedział szef sali, nowo e cy siedzieli ju  przy stoliku, 
trzymaj c si  za r ce. Barlow zauwa ył ich pierwszy i z nerwowym u miechem poderwał si  
z krzesła. 

- W sam  por . Ciesz  si ,  e udało ci si  przyj . 
- Chwycił Cody'ego za r k  i mocno ni  potrz sn ł, a potem niepewnie zwrócił si  do 

Abry - Czy mog  ucałowa  moj  pasierbic ? 

-  Oczywi cie.  -  Mimo  i   słowo  „pasierbica”  wydało  jej  si   okropne,  podsun ła  mu 

policzek.  Nieoczekiwanie  znalazła  si   w  nied wiedzim  u cisku.  Odwzajemniła  go  -  w 
pierwszej chwili instynktownie, a potem z uczuciem, które j  sam  zdumiało. 

-  Zawsze  chciałem  mie   córk   -  tłumaczył  si   Barlow,  podsuwaj c  jej  krzesło  -  ale 

nigdy nie s dziłem,  e uda mi si  to w tak s dziwym wieku. 

Abra, lekko skr powana cał  sytuacj , nachyliła si  i pocałowała matk  w policzek. 
-  licznie wygl dasz. Czy wyjazd wam si  udał? 
- O tak. - Jessie rozło yła na kolanach serwetk . 
-  Czuj ,  e  pokocham  Dallas.  Mam  nadziej ...  to  znaczy,  mamy  nadziej ,  e 

znajdziesz czas,  eby nas tam odwiedzi . 

- B dzie tam dla ciebie przygotowany pokój. - Barlow rozlu nił krawat. -  eby  mogła 

si  czu  jak u siebie w domu. 

- To miło z waszej strony - mrukn ła Abra. 
- Dlaczego miło? - Barlow przygładził włosy. - Przecie  jeste my teraz rodzin . 
-  Czego  si   pa stwo  napij   na  pocz tek?  -  Szef  sali  z  u miechem  nachylił  si   nad 

stolikiem. Niecz sto zdarzało mu si  go ci  u siebie tak zamo nego człowieka jak Barlow. 

- Szampana. Dom Perignon rocznik siedemdziesi ty pierwszy. - Barlow  nakrył r k  

dło  Jessie. - Obchodzimy mał  uroczysto . 

Po  odej ciu  kelnera  zapadła  przytłaczaj ca  cisza.  Cody  pomy lał  o  gwarnych, 

radosnych posiłkach w swoim rodzinnym domu. Kiedy dło  Abry odszukała pod stołem jego 
r k , postanowił wł czy  si  do rozmowy. 

- Licz  na to,  e wpadniecie na budow  przed wyjazdem do Dallas. 

background image

- Tak, tak. Miałem takie plany. - Barlow wyra nie si  ucieszył. 
Cody rozsiadł si  wygodnie i skierował rozmow  na bezpieczny grunt. 
Abra nagle zdała sobie spraw ,  e matka i Barlow tak e s  spi ci. Tylko Cody czuł si  

swobodnie i starał si  podtrzyma  konwersacj . Jessie gniotła nerwowo serwetk  i od czasu 
do czasu u miechała si  z przymusem, a Barlow to szarpał si  za krawat i chrz kał, to dotykał 
r ki Jessie. 

Pewnie próbuj  doda  sobie otuchy, pomy lała Abra. A wszystko z jej powodu. Nagle 

poczuła si  jak ostatnia egoistka. Bez wzgl du na to, co s dziła o obecnym mał e stwie matki 
z Barlowem, musiała przyzna ,  e s  w sobie zakochani. Swoimi d sami nie pomo e nikomu, 
a tylko sprawi wszystkim przykro . Równie  samej sobie. 

Kiedy przyniesiono butelk , wszyscy odetchn li z ulg . Rozpocz ła si  mała dyskusja 

na temat marki wina, korek wystrzelił niemal bezszelestnie, a na koniec Barlow upił na prób  
mały łyk. Kiedy z aprobat  pokiwał głow , szampan został rozlany do kieliszków. 

- No tak. - Barlow u miechn ł si  nerwowo. 
- Chciałbym wznie  toast - odezwał si  Cody. 
- Nie, poczekaj. - Abra dotkn ła jego ramienia. Zapadła cisza. Jessie i Barlow chwycili 

si  za r ce.  - Ja pierwsza chciałabym wznie  toast. -  adne słowa nie przychodziły jej do 
głowy. Zawsze radziła sobie lepiej z liczbami. - Za wasze szcz cie - powiedziała,  ałuj c,  e 
nie  potrafi  nic  lepszego  wymy li .  Stukn ła  si   z  matk ,  a  potem  z  Barlowem.  -  Mam 
nadziej ,  e b dziesz kochał moj  mam  tak bardzo jak ja. Ciesz  si ,  e trafili cie na siebie. 

- Dzi kuj . - Jessie poci gn ła łyk szampana,  eby ukry  wzruszenie, a potem nagle 

si  poddała. - Musz  przypudrowa  nos. Przepraszam na chwil . 

Odeszła  pospiesznie  od  stolika,  a  Barlow  patrzył  za  ni   z  u miechem,  mrugaj c 

oczami. 

- To było miłe z twojej strony. Naprawd  miłe. -  cisn ł Abr  za r k . - B d  o ni  

dbał, mo esz by  tego pewna. Człowiekowi w moim wieku niecz sto trafia si  szansa,  eby 
zacz   wszystko  od  nowa.  Zrobi ,  co  w  mojej  mocy,  eby  jak  najlepiej  wykorzysta   t  
szans . 

Abra wstała i przytuliła policzek do jego policzka. 
- Jestem tego pewna. Zaraz wracam - powiedziała, po czym pobiegła w  lad za Jessie. 
-  Kiedy  na  ni   patrz ,  p kam  z  dumy  -  odezwał  si   Barlow.  -  Niezła  z  nich  parka, 

prawda? 

- Mo na tak powiedzie  - zgodził si  Cody. Sam tak e czuł si  bardzo dumny. 

background image

- A teraz, skoro zostali my sami... Jessie powiedziała mi,  e ty i Abra...  e jeste cie ze 

sob ... 

Cody uniósł z u miechem brwi. 
- O, widz ,  e ju  wszedłe  w rol  troskliwego tatusia. 
Barlow, speszony, zacz ł si  wierci  na krze le. 
- Jak ju  mówiłem, nigdy dot d nie miałem córki. A teraz nagle obudziły si  we mnie 

instynkty  opieku cze.  Jessie  bardzo  zale y  na  tym,  eby  dziewczyna  była  szcz liwa  i 
zabezpieczona. Uwa a,  e Abra  ywi do ciebie powa ne uczucia. Wi c je eli ty nie traktujesz 
jej powa nie, to... 

- Kocham j . - No prosz , powiedział to na głos i nagle poczuł si  wspaniale. Napawał 

si   przez  chwil   tym  uczuciem,  podniecaj cym  jak  wino.  Nigdy  by  nie  przypuszczał,  e 
b dzie mu z tym tak dobrze i  e tak łatwo przyjdzie mu powiedzie  te słowa. Powtórzył je 
jeszcze raz - Kocham j . Chc  si  z ni  o eni . - Drugie zdanie było dla niego zaskoczeniem. 
Nie  dlatego,  eby  nie  planował  wspólnej  przyszło ci.  Ale  my l  o  mał e stwie,  z  jego 
trwało ci  i nieodwracalno ci , była dla niego czym  nowym. Niespodziank , i to mił . 

- No, no... - podwójnie zadowolony, Barlow znowu uniósł kieliszek. - Prosiłe  j  ju  o 

r k ? 

- Nie... jeszcze nie... Wszystko w swoim czasie. Barlow parskn ł  miechem i poklepał 

go po plecach. 

- Trudno o wi kszego  głupca ni  młody, zakochany  facet. Chyba  e w gr  wchodzi 

stary  zakochany  facet.  Pozwól,  e  co   ci  powiem,  chłopcze.  Człowiek  próbuje  sobie 
zaplanowa   te  rzeczy,  eby  wszystko  było  jak  nale y  -  wła ciwy  czas,  wła ciwe  miejsce, 
odpowiedni nastrój - ale to si  nigdy nie uda. Mo e jeste  jeszcze zbyt młody,  eby doceni  
wag  czasu, ale uwierz mi,  e nie ma nic gorszego, ni  kiedy człowiek patrzy wstecz i widzi, 
ile tego czasu zmarnował. Ta dziewczyna... moja córka - wypi ł dumnie pier  - to prawdziwy 
skarb. Radz  ci, chwytaj okazj , zanim kto  inny sprz tnie ci j  sprzed nosa. Napij si . - Dolał 
Cody'emu  szampana.  -  Łatwiej  si   o wiadczy ,  kiedy  człowiek  jest  na  luzie.  Ja  za  oboma 
razami musiałem si  upi . 

Cody pokiwał z roztargnieniem głow  i uniósł kieliszek. 
W pokoju dla pa  Jessie siedziała na fotelu i si kała w chusteczk . Abra rozejrzała si  

bezradnie wokoło, a potem przysiadła si  do niej. 

- Czy powiedziałam co  niewła ciwego? Jessie potrz sn ła głow  i otarła oczy. 

background image

-  Nie,  powiedziała   dokładnie  to,  co  chciałam  usłysze . Jestem  bardzo  szcz liwa.  - 

Zarzuciła  jej  r ce  na  szyj   i  rozszlochała  si .  -  Tak  si   strasznie  denerwowałam  przed 
dzisiejszym spotkaniem. Bałam si ,  e mnie znienawidziła . 

- Nigdy czego  takiego nie było. Nie mogłabym ci  znienawidzi . - Abra poczuła,  e i 

jej oczy zachodz  łzami. - Przepraszam. Tak mi przykro,  e na pocz tku byłam niemiła. 

- Nie, wcale nie. Nigdy nie była  dla mnie niemiła. Tylko na ciebie mogłam zawsze 

Uczy . Mam wra enie,  e za du o od ciebie wymagałam. Tak, to prawda - powtórzyła, kiedy 
Abra potrz sn ła głow . - Wiem ile przeze mnie wycierpiała  i jest mi przykro.  ałuj ,  e nie 
mog  tego cofn . - Odsun ła si . Policzki miała zalane, łzami. - Cho , prawd  mówi c, sama 
nie wiem, czy bym cokolwiek zmieniła w moim  yciu, gdybym miała tak  szans . Popełniłam 
tyle  bł dów,  kochanie,  a  ty  musiała   za  nie  płaci .  -  Otarła  twarz  córki  swoj   wilgotn  
chusteczk . - Zawsze my lałam przede wszystkim o sobie, i masz prawo mn  za to pogardza . 

Czasami  rzeczywi cie  tak  było,  a  niekiedy  pogarda  była  bli sza  rozpaczy.  Jednak 

dzisiaj Abra nie chciała o tym my le . U miechn ła si . 

- Pami tasz tego chłopaka, Boba Hardy'ego, który zepchn ł mnie z roweru? Miałam 

wtedy jakie  jedena cie lat. Wróciłam do domu z pokrwawionymi kolanami i podart  bluzk . 

- Tego małego chuligana? - Jessie zacisn ła usta. - Chciałam spu ci  mu lanie. 
Na sam  my l o tym,  e Jessie miałaby komukolwiek spu ci  lanie, Abra roze miała 

si . 

-  Umyła   mnie,  pocałowała   w  podrapane  kolana  i  obiecała   kupi   now   bluzk .  A 

potem pomaszerowała  prosto do pani Hardy. 

- Tak wła nie było. A kiedy... sk d o tym wiesz? Miała  czeka  w swoim pokoju. 
-  Ale  poszłam  za  tob .  -  Abra  nie  przestawała  si   u miecha   na  to  wspomnienie.  - 

Ukryłam si  w krzakach za drzwiami i podsłuchiwałam. 

Jessie zaczerwieniła si  i schowała chusteczk  do torebki. 
- Słyszała , co jej powiedziałam? Wszystko? 
-  I  byłam  zaskoczona.  -  Abra  ze  miechem  uj ła  matk   za  r k .  -  Nigdy  bym  nie 

pomy lała,  e znała  takie słowa, a tym bardziej  e mogłaby  ich u y . I to tak... skutecznie. 

- To była stara tłusta wied ma - prychn ła Jessie. - Jak mo na tak wychowa  swoje 

dziecko? Tego bachora, który zepchn ł z roweru moj  córeczk . 

-  Kiedy  sko czyła   tyrad ,  jadła  ci  z  r ki.  Jeszcze  tego  samego  wieczoru 

przyprowadziła za ucho swojego synalka,  eby mnie przeprosił. Poczułam si  wtedy jak kto  
bardzo wa ny. 

background image

-  Teraz  kocham  ci   dokładnie  tak  samo.  A  mo e  nawet  bardziej.  -  Jessie  delikatnie 

pogłaskała  córk   po  głowie.  -  Nigdy  nie  wiedziałam,  jak  post powa   z  małym  dzieckiem. 
Znacznie łatwiej rozmawia mi si  z dorosł  kobiet . 

Abra poczuła,  e nareszcie zaczyna wszystko rozumie . Pocałowała Jessie w policzek. 
- Tusz ci si  rozmazał. 
-  Ojej!  -  Jessie  spojrzała  w  lustro  i  wzdrygn ła  si .  -  Jak  ja  wygl dam?!  Jak  mnie 

Willie zobaczy w takim stanie, gotów uciec, gdzie pieprz ro nie. 

- W tpi ,  eby chciał co  takiego zrobi , ale na wszelki wypadek popraw makija . A 

potem wracamy do stolika, bo nam wypij  całego szampana. 

- Nie było a  tak  le. - Po wej ciu do mieszkania Cody natychmiast zdj ł krawat. 
- Rzeczywi cie, masz racj . - Abra z ulg  zrzuciła buty. Czuła si  naprawd   wietnie. 

Mo e tym razem mał e stwo jej matki oka e si  udane? A mo e nie? Ale bez wzgl du na to, 
jak sprawy si  potocz , tego wieczoru matka i córka wreszcie si  dogadały. - Prawd  mówi c, 
było bardzo miło. Szampan, kawior i jeszcze raz szampan. Czuj ,  e mogłabym si  do tego 
przyzwyczai .  -  Kiedy  Cody  podszedł  do  okna,  eby  wyjrze   na  dwór,  stwierdziła  z 
niepokojem. - Jeste  troch  rozkojarzony. 

- Co? - Odwrócił si  i spojrzał na ni . Miała na sobie biał  sukienk , przewi zan  w 

pasie zielon  szarf . Ilekro  zakładała co  kobiecego, jej uroda powalała go wr cz na kolana. 
Nie, to nieprawda. Kogo próbuje okłama ? Zawsze robiła na nim niesamowite wra enie. Na-
wet w roboczym kombinezonie i ci kich buciorach. 

Pod jego spojrzeniem Abra zmieszała si . 
- Byłam przesadnie skupiona na sobie tego wieczoru, mimo to zauwa yłam,  e nagle 

zamilkłe . Co si  stało? Co  jest nie tak? 

- Nie, nie. Po prostu mam... par  wa nych spraw na głowie. To wszystko. 
- Chodzi mo e o twój projekt? S  jakie  problemy? 
-  Nie,  nie  chodzi  o  projekt.  -  Podszedł  do  niej z  r kami  w  kieszeniach.  -  I  mo e  to 

wcale nie jest problem. 

Abrze nagle zlodowaciały dłonie. Cody patrzył na ni  przenikliwymi, pociemniałymi 

oczyma. I był taki powa ny. Pewnie chce ze mn  zerwa , pomy lała i serce zatrzepotało jej w 
piersi. Chce teraz wszystko zako czy  i wraca  na wschód. Zwil yła wargi i czekała, gotowa 
przyj  najgorszy wyrok. Zawsze sobie obiecywała,  e kiedy nadejdzie ten moment, b dzie 
silna. I b dzie si  starała nie zniszczy  tego, co prze yli. A teraz nagle poczuła,  e ma ochot  
umrze . 

- Chcesz o tym porozmawia ? 

background image

Cody  rozejrzał  si   po  pokoju.  Panował  w  nim,  jak  zwykle,  straszliwy  bałagan.  Nie 

było  ani  wiec,  ani  nastrojowej  muzyki.  A  on  nie  miał  dla  Abry  ani  ró ,  ani  pier cionka  z 
brylantem.  Z drugiej strony, nie nale ał do m czyzn, którzy zwykli na kl czkach prosi  o 
r k . 

- Tak, chyba tak... 
Przerwał mu ostry d wi k telefonu. Abra drgn ła nerwowo. Podeszła jak w transie i 

podniosła słuchawk . 

- Halo? Tak, tak, ju  go prosz . - Z pobladł  twarz  podała mu słuchawk . - Dzwoni 

twoja matka. 

- Mama? - W głosie Cody'ego zabrzmiał niepokój. - Nie, nie. Nie ma sprawy. No i 

jak? Wszystko w porz dku? 

Abra  odwróciła  si .  Fragmenty  rozmowy  wpadały  jej  do  głowy  jednym  uchem,  a 

wylatywały  drugim.  Je eli  Cody  chce  z  ni   zerwa ,  musi  by   silna  i  pogodzi   si   z  jego 
decyzj . Podeszła do okna i zapatrzyła si  w ciemno . 

Nie,  to  nie  tak.  Wszystko  od  pocz tku  było  nie  tak.  Przecie   go  kocha.  A  skoro  go 

kocha,  dlaczego  ma  si   godzi   na  to,  e  to  ju  koniec?  I  czemu  automatycznie  zakłada,  e 
Cody chce wyjecha ? To okropne, pomy lała, zaciskaj c powieki. To okropne,  e czuje si  
tak niepewna w stosunku do jedynego człowieka, na którym jej tak naprawd  zale y. 

- Abra? 
- Tak? - Odwróciła si . - Wszystko w porz dku? 
- Na szcz cie tak. Podałem mojej rodzinie twój numer i numer do hotelu. 
- Dobrze zrobiłe . - U miechn ła si  z przymusem. 
- Kilka miesi cy temu mój ojciec miał kłopoty z sercem. Przez moment wygl dało to 

nawet bardzo gro nie. 

Nagły przypływ współczucia sprawił,  e zapomniała o nerwach. 
- Och, tak mi przykro. Jak on si  teraz czuje? 
- Dobrze. Wygl da na to,  e ju  wszystko w porz dku. - Cody si gn ł po papierosa. 

Telefon od matki przyniósł mu ulg , ale sprawa Abry nadal nie dawała mu spokoju. - Dzisiaj 
przeszedł szczegółowe badania. Nie ma ju  powodów do niepokoju. Mama zadzwoniła,  eby 
mnie natychmiast zawiadomi . 

- Tak si  ciesz . To musiało by  straszne - urwała, bo nagle uderzyła j  pewna my l. - 

Kilka miesi cy temu? Czyli akurat wtedy, kiedy mieli my wst pne narady? 

- Dokładnie tak. 

background image

Zamkn ła z westchnieniem oczy. Zobaczyła siebie, w tej przyczepie, pierwszego dnia, 

jak stoi i musztruje Cody'ego, wymy laj c mu od rozpieszczonych basałyków. 

- To ty powiniene  był mi wtedy wyla  piwo na głow . 
Cody podszedł i wzi ł j  w ramiona. 
- Owszem, przyszło mi to nawet do głowy. 
- Trzeba mi było powiedzie . 
- To nie była twoja sprawa - przynajmniej wtedy. - Podniósł do ust jej r k . - Ale teraz 

wszystko si  zmieniło, Abra... 

Tym razem na d wi k telefonu gło no zakl ł. 
- Wyrwij ten cholerny telefon z gniazdka, dobrze? Roze miała si  i poszła odebra . 
- Halo? Tak, tu Abra Wilson. Pani Mendez? Tak. Jak si  czuje pani m ? To dobrze. 

Nie, nie ma o czym mówi , to nie był  aden kłopot. Ciesz  si ,  e mogli my co  dla pa stwa 
zrobi . - Przeło yła słuchawk  do drugiej r ki, bo Cody podszedł i zacz ł całowa  j  w szyj . 
- Teraz? Szczerze mówi c... Nie, nie, oczywi cie,  e nie. Skoro to takie wa ne. B dziemy za 
jakie  dwadzie cia minut. W porz dku. Do widzenia. 

Odło yła słuchawk  i spojrzała na Cody' ego. 
- To była Carmen Mendez. 
- Domy liłem si . Gdzie mamy by  za dwadzie cia minut? 
-  W  szpitalu.  -  Rozejrzała  si ,  szukaj c  torebki.  -  Zachowywała  si   bardzo  dziwnie. 

Była bardzo zdenerwowana, chocia  Mendeza wypisali ju  z oddziału intensywnej terapii i 
podobno czuje si  lepiej. Nalegała,  e musi z nami natychmiast porozmawia . . 

- W porz dku - westchn ł Cody. Skoro Abra mówi c to, wkładała buty, to znaczy,  e 

podj ła ju  decyzj . - Pojad , ale pod jednym warunkiem. 

- Mianowicie? 
-  e po powrocie nie b dziemy odbiera   adnych telefonów. 
Mendeza  zastali  w  izolatce.  Le ał  na  wznak,  na  szpitalnym  łó ku,  a  ona  siedziała 

obok, trzymaj c go za r k . 

- Dobrze,  e pa stwo przyszli. 
- Ciesz  si ,  e pani m  lepiej si  czuje. - Abra poło yła dło  na ramieniu Carmen i 

spojrzała na le cego m czyzn . Był młody, zbyt młody jak na gł bokie bruzdy cierpienia, 
rysuj ce mu si  wokół oczu i ust. - Co mo emy dla was zrobi ? - urwała speszona, bo nagle 
oczy Mendeza napełniły si  łzami. 

-  Nic.  Gracias.  ona  mówiła  mi,  e  pani  była  tak  dobra  i  została  z  ni ,  eby  si  

wszystkim zaj . 

background image

Carmen nachyliła si  nad nim i zacz ła mówi   co  po hiszpa sku,  ale tak cicho,  e 

Abra nie dosłyszała jej słów. 

- Si. - Mendez oblizał wargi. - Byłem pewny  e umr , a nie mog  umrze , maj c takie 

grzechy na sumieniu. Wszystko powiedziałem ju  Carmen. Rozmawiali my o tym. - Spojrzał 
na  on , która pokiwała głow , jakby chciała mu doda  odwagi. - Postanowili my,  e wam o 
tym powiemy. - Przełkn ł  lin  i zamkn ł na moment oczy. - Wtedy nie wydawało mi si  to 
takie złe, a potrzebowali my pieni dzy. Kiedy pan Tunney mnie poprosił, czułem,  e to nie 
jest w porz dku, ale zrobiłem to dla Carmen i dziecka. No i dla siebie te . 

Abra  przysun ła  si   bli ej.  Nad  łó kiem  Mendeza  wymienili  z  Codym  krótkie 

spojrzenie. 

- O co prosił ci  Tunney? - zapytał Cody. 
- Tylko  ebym nie patrzył w t  stron . Miałem udawa ,  e nic nie widz . Wi kszo  

kabli, u ywanych na budowie, to substandard. 

Abra poczuła, jak serce osuwa jej si  do  oł dka, a krew zastyga w  yłach. 
- Tunney płacił ci za to,  eby  instalował nienormatywny drut? 
-  Si.  To  znaczy,  nie  wsz dzie.  Nie  wszystkim  ludziom  mo na  było  zaufa .  Jak 

przychodziła dostawa, brał kilku z nas i kazał nam instalowa  dwunastk . Płacił nam za to co 
tydzie . Gotówk . Wiem,  e mog  i  za to do wi zienia.  ona te  wie. Ale postanowili my 
zrobi , co do nas nale y, i powiedzie  prawd . 

- To bardzo powa ne oskar enie. - Abra przypomniała sobie szpule drutu, które sama 

ogl dała. - Kto  przecie  kontrolował te dostawy. 

-  Si.  Tunney  załatwił  to  w  ten  sposób,  e  kontrole  zawsze  przeprowadzał  ten  sam 

inspektor. On te  był opłacany. Przychodził, kiedy pani i pan Johnson byli cie zaj ci gdzie 
indziej. Tak,  eby cie niczego nie zauwa yli. 

-  Jak  Tunney  mógł  to  załatwi ...  -  Abra  zamkn ła  na  moment  oczy.  -  Czy  Tunney 

działał na czyje  polecenie? 

Mendez znów  cisn ł  on  za r k . Tego pytania najbardziej si  obawiał. 
Si. Dostawał polecenia. Od pana Thornwaya - wyszeptał. Carmen szybko podsun ła 

mu  kubek  z  wod ,  eby  mógł  zwil y   spierzchni te  usta.  -  A  podmieniali  nie  tylko  kable. 
Słyszałem  to  i  owo.  Troch   betonu,  troch   stali,  i  tak  dalej.  Troch   -  powtórzył.  -  Nie 
wszystko.  My lałem,  e  tak  trzeba,  bo  pan  Thornway  to  wielki  przedsi biorca  i  zna  si   na 
budowie. Ale kiedy opowiedziałem o tym Carmen, uznała,  e to wstyd i  e tak nie wolno. 

-  Oddamy  te  pieni dze.  -  Carmen  odezwała  si   po  raz  pierwszy.  Oczy  miała 

zal knione, jak w dniu wypadku, ale jej głos brzmiał mocno i zdecydowanie. 

background image

-  O  to  si   teraz  nie  martwcie.  -  Abra  pogłaskała  j   po  głowie.  -  Ani  o  inne  rzeczy. 

Post pili cie słusznie. Razem z panem Johnsonem zajmiemy si  t  spraw . Mo e b dziemy 
musieli jeszcze raz z wami porozmawia . B dziecie te  musieli zło y  zeznania na policji. 

Carmen poło yła r k  na wydatnym brzuchu. 
-  Zrobimy,  co  pani  ka e.  Por  favor,  senorita  Wilson,  mój  m   nie  jest  złym 

człowiekiem. 

- Wiem. Przesta cie si  tym zadr cza 
Abra wychodziła z pokoju z uczuciem, jakby dostała pot ny cios w głow . 
- I co teraz zrobimy? - zwróciła si  do Cody'ego. 
- Musimy si  natychmiast zobaczy  z Timem. - Cody poło ył jej dło  na ramieniu. - 

Zadzwoni  do Nathana. On te  musi o tym wiedzie . 

Abra pokiwała głow . Cody ruszył w stron  automatów telefonicznych. 
W drodze do Tima nie rozmawiali ze sob . Abra my lała wył cznie o tym, ile serca 

wło ył  stary  Thornway  w  swoj   firm ,  jak  budował  jej  reputacj   i  jak  bardzo  był  z  niej 
dumny.  Ona  tak e  dzieliła  z  nim  t   dum .  A  teraz  jego  syn  w  jednej  sekundzie  zniweczył 
wieloletnie wysiłki ojca. 

- Powinnam była si  domy li  - mrukn ła. 
- Jak to? - Cody był zdruzgotany. Jego plany i marzenia tak e legły w tym momencie 

w gruzach. 

- Tego dnia, kiedy Mendez miał wypadek. Rozmawiałam wtedy z Tunneyem. Przyszła 

dostawa,  któr   przypadkowo  skontrolowałam.  Przysłali  same  dwunastki.  -  Odwróciła  si   i 
spojrzała na niego. - Tunney wcisn ł mi bajeczk ,  e kto  pomylił numery zamówienia. Kiedy 
rozmawiali my o tym, zdarzył si  ten wypadek, a potem ju  do tego nie wracali my. Niech to 
wszyscy diabli, Cody. Nawet o tym nie pomy lałam. 

- Nie miała  podstaw,  eby go podejrzewa . Albo Thornwaya. - Cody zatrzymał wóz 

przed rezydencj  Tima. - Poczekaj tu. Sam wszystko załatwi . 

- Nie. - Abra pchn ła drzwi. - Musz  by  przy tym. 
Kilka  chwil  pó niej  czekali  w  przestronnym  foyer.  Tim  zszedł  do  nich  z  góry,  w 

eleganckim smokingu. 

-  Abra,  Cody!  Co  za  niespodzianka!  Złapali cie  nas  w  ostatniej  chwili,  bo  wła nie 

wychodzimy z Marci na przyj cie. Marci jeszcze si  ubiera. 

-  Obawiam  si ,  e  si   spó nicie  -  szorstko  powiedział  Cody.  -  Ta  sprawa  nie  mo e 

czeka . 

background image

- To brzmi powa nie. - Tim zerkn ł na zegarek, po czym poprosił ich do biblioteki. - 

Oczywi cie  dla  was  zawsze  znajd   kilka  minut.  Marci  nigdy  nie  jest  gotowa  na  czas.  - 
Podszedł do barku. - Co mog  wam zaproponowa ? 

-  Wyja nienie.  -  Abra  zrobiła  krok  w  jego  stron .  Chciała  spojrze   mu  w  oczy.  - 

Wytłumacz nam, dlaczego u ywasz na budowie materiałów nienormatywnych i o zani onej 
jako ci. 

Timowi  zadr ała  r ka.  Kilka  kropel  whisky  rozlało  si   na  podłog .  To  wystarczyło 

Abrze,  eby si  upewni  o jego winie. 

- O czym ty mówisz, na Boga? 
- O materiałach niezgodnych z zamówieniem. O przekr tach i łapówkach. - Chwyciła 

go za r k , kiedy podnosił szklaneczk  do ust. - Mówi  o tym,  e zniszczyłe  co , na co twój 
ojciec pracował przez całe  ycie. 

Tim odwrócił si . Mimo i  w pokoju było  chłodno, nad jego  górn  warg  perlił si  

pot. 

- Nie mam poj cia, o co ci chodzi, ale nie pozwol  si  niesłusznie oskar a . - Jednym 

haustem  wychylił  whisky,  po  czym  nalał  sobie  kolejn .  -  Wiem,  e  mój  ojciec  darzył  ci  
szczególn  sympati , Abra, i  e czujesz si  zwi zana z moj  firm , ale to ci  nie usprawiedli-
wia. .. 

-  Uwa aj!  -  Głos  Cody'ego  zabrzmiał  podejrzanie  mi kko  i  łagodnie.  -  Licz  si   ze 

słowami, albo połami  ci r ce. 

Tim oblał si  zimnym potem. 
- Nie masz prawa grozi  mi w moim własnym domu! - Chciał wybiec z pokoju, ale 

Cody zast pił mu drog . 

-  Zostaniesz  tu  i  wysłuchasz  wszystkiego,  co  mamy  ci  do  powiedzenia.  Zabawa 

sko czona.  Wiemy  o  materiałach,  o  przekupionych  inspektorach,  o  robotnikach,  którym 
płaciłe   za  to,  eby  wykonywali  twoje  polecenia  i  trzymali  g b   na  kłódk .  Na  twoje 
nieszcz cie okazało si ,  e niektórzy z nich maj  jeszcze sumienie. 

- To  mieszne! Je eli kto  oszukiwał na materiałach, dowiem si  o tym. Mo ecie by  

pewni,  e zarz dz   ledztwo. 

- Tak mówisz? To  wietnie. - Abra poło yła mu r k  na ramieniu i spojrzała w oczy. - 

Wezwij komisj  budowlan . 

- Tak wła nie zrobi . 
- Teraz! -  cisn ła go mocniej za r k , bo próbował si  wyrwa . - Na pewno znasz 

domowy numer inspektora. Mo emy si  spotka  jeszcze tej nocy. 

background image

Tim znów si gn ł po szklank . 
- Nie mam zamiaru przeszkadza  inspektorowi w sobot  wieczorem. 
-  My l ,  e  ta  sprawa  bardzo  go  zainteresuje.  -  Widz c  w  jego  oczach  strach,  Abra 

zadała  ostatni  cios.  -  A  skoro  ju   o  tym  mówimy,  czemu  nie  miałby   te   zadzwoni   do 
Tunneya? Inspektor na pewno b dzie chciał z nim porozmawia . Mam wra enie,  e Tunney 
nie zechce wzi  na siebie całej winy. 

Tim  bez  słowa  osun ł  si   na  fotel.  Drobnymi  łyczkami  opró nił  szklaneczk   a   do 

dna. 

- Mogliby my si  jako  dogada  - odezwał si  błagalnym tonem. - Biznes to biznes, 

chyba sami rozumiecie. Czasami trzeba i  na skróty. Ale to przecie  nie zbrodnia. 

- Powiedz mi dlaczego? - Skoro ju  usłyszała to, co chciała, nagle opu cił j  gniew. - 

Czemu zaryzykowałe  wszystko dla kilku dolarów ekstra? 

-  Kilku  dolarów  ekstra?  -  Tim  chwycił  ze  miechem  butelk   i  napełnił  sobie 

szklaneczk . Ju  i tak wypił za du o i za szybko, ale rozpaczliwie potrzebował alkoholu. - To 
były grube tysi ce. Tu troch  obetniesz, tam przykr cisz, i robi  si  z tego poka ne sumy. A 
ja potrzebowałem pieni dzy. - W miar  jak pił, zdawał si  uspokaja . - Nie wiecie, jak to jest 
by   synem,  od  którego  wszyscy  oczekuj ,  e  co  najmniej  dorówna  ojcu.  A  poza  tym  jest 
jeszcze Marci. - Spojrzał w gór , jakby mógł j  zobaczy  w pokoju na pi trze. - Jest pi kna, 
ambitna i ma olbrzymie potrzeby. Im wi cej jej daj , tym wi cej  da. Nie mog  sobie na to 
pozwoli ,  eby j  straci . - Ukrył twarz w dłoniach. - Je eli chodzi o ten projekt, zło yłem 
zani on   ofert .  My lałem,  e  jako   to  przepchn .  Nie  miałem  wyj cia.  Mam  długi,  i  to  u 
niewła ciwych  ludzi.  Odk d  przej łem  firm ,  wszystko  szło  nie  tak.  Na  samym  projekcie 
Lietermana straciłem pi dziesi t tysi cy. - Podniósł wzrok na Abr , ale ona milczała. - To 
nie był pierwszy raz. Przez ostatnie dziewi  miesi cy byłem pod kresk . Musiałem to jako  
nadrobi . Wydawało mi si ,  e to najlepszy sposób. Gdyby mi si  udało dotrzyma  terminów 
i obci  koszty, wyci gn łbym si  z długów. 

-  A  gdyby  wysiadła  instalacja  elektryczna?  -  wtr cił  si   Cody.  -  Albo  gdyby 

konstrukcja nie wytrzymała? Co wtedy? 

-  Nie  musiało  tak  by .  Trzeba  było  podj   ryzyko.  Nie  miałem  innego  wyj cia. 

Przecie  Marci musi  y  na odpowiedniej stopie. Mam jej powiedzie ,  e nie pojedziemy do 
Europy, bo interesy s  zagro one? 

Abra popatrzyła na Tima. Nagle zrobiło jej si  go  al. 
- Obawiam si ,  e b dziesz jej musiał powiedzie  znacznie wi cej. 

background image

- Prace na budowie nie zaczn  si  w poniedziałek, Tim. - Cody poczekał, a  Tim na 

niego  spojrzy.  -  Nie  zaczn   si   w  ogóle,  póki  nie  zostanie  przeprowadzone  ledztwo. 
Nawarzyłe   sobie  piwa,  to  je  teraz  musisz  wypi .  No  to  kto  zadzwoni  do  inspektora?  Ty 
czyja? 

Tim był ju  kompletnie pijany. Dzi ki temu poczuł si  pewniej. 
- Nikomu nie mówili cie? 
- Jeszcze nie - odparła Abra. - Masz racj ,  e byłam przywi zana do twojego ojca i do 

firmy i czuj  si  za wszystko odpowiedzialna. Dlatego chc  da  ci szans ,  eby  sam naprawił 
to, co zepsułe . 

Naprawił? - pomy lał w panice firn. Jak, na Boga, mo na to jeszcze naprawi ? Jedna 

oficjalna inspekcja - i to ju  koniec. 

-  Najpierw  musz   porozmawia   z  Marci.  Musz   j   przygotowa .  Dajcie  mi  jeszcze 

dwadzie cia cztery godziny. 

Cody zacz ł protestowa , ale Abra dotkn ła jego r ki. Tryby zostały ju  wprawione w 

ruch, pomy lała. Jeden dzie  nie ma wi kszego wpływu na to, co si  ju  zacz ło. Da mu ten 
dodatkowy dzie , przez wzgl d na pami  jego ojca. 

- Zwołasz zebranie w swoim biurze? Dla wszystkich? 
- A mam inny wybór? - wybełkotał Tim. - Przecie  trac  wszystko, prawda? 
-  Mo e  za  to  odzyskasz  szacunek  do  samego  siebie.  -  Cody  uj ł  Abr   za  r k .  - 

Czekam  na  twój  telefon  do  jutra,  do  dziewi tej  wieczorem.  Je eli  si   nie  odezwiesz,  my 
zadzwonimy, gdzie trzeba. 

Kiedy wyszli na dwór, Abra ukryła twarz w dłoniach. 
- Bo e, to straszne! 
- I wcale nie b dzie lepiej. 
- Nie. - Wyprostowała si  i spojrzała na dom. W bibliotece wci  paliło si   wiatło. - 

To miała by  moja ostatnia praca w tej firmie. Nie my lałam,  e tak si  to sko czy. 

- Chod my. 
Tim  usłyszał  warkot  samochodu  i  poczekał,  a   umilknie  w  oddali.  Jego  ona,  jego 

pi kna,  samolubna  ona,  stroiła  si   na  górze.  W  nagłym  przypływie  w ciekło ci  cisn ł 
szklaneczk  o  cian . Nienawidził Marci.  I uwielbiał j . Wszystko, co robił, robił tylko dla 
niej.  eby była szcz liwa.  eby j  przy sobie utrzyma . Bo gdyby go opu ciła... 

Nie,  nie  potrafi  znie   tej  my li.  Nie  potrafiłby  te   znie   skandalu  i  oskar e . 

Ukrzy owaliby go, straciłby firm , dom i swój status. Straciłby  on . 

background image

Mo e  jest  jeszcze  jaka   szansa?  Przecie   zawsze  jest  jaka   szansa.  Potykaj c  si , 

podszedł do telefonu i wykr cił numer. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Mo e sprawił to wieczór pełen napi cia, a mo e to,  e musieli by   wiadkami cudzej 

rozpaczy i upokorzenia - w ka dym razie potrzebowali siebie jak nigdy dot d. Po powrocie do 
domu  rzucili  si   bez  słowa  na  łó ko  i  zacz li  si   kocha ,  eby  doda   sobie  odwagi  i 
zablokowa  gniew oraz uczucie rozczarowania. 

Mieli prawo czu  si  oszukani. Budowali wspólnie co  pi knego i trwałego - tak im 

si  przynajmniej zdawało. A teraz dowiedzieli si ,  e zbudowali to na oszustwie i kłamstwie. 
Dlatego je li wyci gali teraz do siebie z rozpacz  r ce, je li zachłannie po siebie si gali, to by 
si  upewni ,  e to, co zbudowali tylko dla siebie, nie było kłamstwem.  e było prawdziwe, 
uczciwe i trwałe. 

Czuła  to,  gdy  jego  usta  łapczywie  zawładn ły  jej  wargami,  kiedy  spotkały  si   ich 

j zyki, a ciała zł czyły  w jedno. Je li Cody chciał zapomnie  o wszystkim, co znajduje si  
poza tym pokojem, poza tym łó kiem, rozumiała go. Ona tak e tego potrzebowała. Dlatego 
oddawała mu si  całkowicie i bez reszty. 

Chciał j  pocieszy , doda  jej otuchy. Widział, jaka była załamana, kiedy Tim zacz ł 

swoj  spowied . I cho  tego nie powiedziała, czuł,  e zdrad  Tima potraktowała jak osobist  
pora k . A on nie chciał,  eby tak my lała. Wiedział te ,  e dopiero rankiem przyjdzie czas 
na rozmowy, kiedy zadane rany nie b d  tak  wie e. Dlatego tych kilka najbli szych godzin 
mog  po wi ci  nami tno ci. 

Jej  zapach.  Pami tał,  jak  perfumowała  si   przed  wyj ciem  na  kolacj ,  z 

roztargnieniem,  jakby  machinalnie.  Zapach  zd ył  si   ju   ulotni ,  był  ju   tylko  wspomnie-
niem na jej skórze, ale wła nie dlatego wydał mu si  jeszcze bardziej intymny. Wdychał go, 
bł dz c ustami po jej szyi a  po miejsca, gdzie jej skóra stawała si  niewiarygodnie delikatna 
i mi kka. 

Jej włosy. Szczotkowała je szybko i niecierpliwie. Nigdy nie była zadowolona z tego, 

jak  wygl daj .  Jemu  za  to  zawsze  wydawały  si   i cie  królewskie.  Przeczesuj c  je  teraz 
palcami,  napawał  si   ich  wspaniał   bujno ci   i  barw .  Kiedy  przekr ciła  si   na  łó ku, 
zagarniaj c go pod siebie, jakby nigdy nie miała go dosy , omotała go nimi jak płaszczem. 

Jej  usta.  Poci gn ła  je  odrobin   koloru,  starła  go,  a  potem  znów  nało yła  szmink . 

Teraz były nagie, gładkie jak jedwab i tak cudownie mi kkie. Wystarczyło ich dotkn , a ju  
rozchylały si  w zaproszeniu. A im bardziej prosił, tym wi cej dostawał. 

background image

Uwi ziła go pod sob  i omotała włosami. Zbli yła wargi do jego ust, daj c i czerpi c 

rozkosz z pocałunku, z mo liwo ci odkrywania tajników ciała m czyzny, którego pokochała. 
Dotykała go i czuła, jak dr y. Poznawała jego smak i słuchała westchnie . 

wiatło w holu wci  si  paliło, dlatego mogła widzie  jego twarz, jego muskularne 

ciało. A tak e jego oczy, ciemne i skupione wył cznie na niej, kiedy znowu zbli yła usta do 
jego ust. 

Działo si  co  dziwnego. Czuła to, cho  nie potrafiła tego zrozumie . W jednej chwili 

Cody był niecierpliwy i niemal brutalny, a zaraz potem tulił j  i całował, jakby była czym  
bezcennym i kruchym. Ale bez wzgl du na to, jak zachłannie brały jego usta i r ce, czuła,  e 
do  niego  nale y.  Nie  potrafiła  ju   oddzieli   po dania  od  miło ci.  Nie  odczuwała  takiej 
potrzeby. 

A kiedy w ni  wszedł, odnalazła zarazem i jedno, i drugie. 
Znacznie pó niej obudziła si , bo zaniepokoił j  jaki  odgłos. A mo e sen? Mrucz c 

nieprzytomnie, wyci gn ła r ce, ale łó ko było puste. 

- Cody? 
- Tu jestem. 
Stał przy oknie, a koniec jego papierosa jarzył si  w ciemno ci. 
- Co ci jest? 
- Nic. Nie mog  zasn . 
Usiadła i odrzuciła włosy. Prze cieradła zsun ły jej si  do pasa, odsłaniaj c piersi. 
- Wracaj do łó ka. Nie musimy przecie  spa . Cody roze miał si  i zgasił papierosa. 
- Nigdy nie my lałem,  e spotkam kobiet , która wyssie ze mnie wszystkie siły. 
Cisn ła w niego poduszk . 
- To miał by  komplement? 
- Tylko spostrze enie. - Podszedł i usiadł na brzegu łó ka. - Jeste  najlepsza, Ruda. - 

Mówi c to, nie miał na my l seksu. 

Zrozumiała go doskonale, wi c z u miechem powiedziała: 
-  Ciesz   si ,  e  tak  uwa asz.  -  Kiedy  jej  wzrok  przyzwyczaił  si   do  ciemno ci, 

zmarszczyła brwi. - Po co si  ubrałe ? 

- Chciałem si  troch  przejecha . Nie wiedziałem, czy ci  budzi , czy nie. 
- Oczywi cie,  e tak. A dok d si  wybierałe ? Cody uj ł j  za r k . 
- Musz  co  obejrze , Abra. Mo e wtedy przestan  na chwil  o tym my le . 

cisn ła go za r k . 

- Pojad  z tob . 

background image

- Nie musisz. Jest bardzo pó no... to znaczy, bardzo wcze nie. 
- Ale chc . Poczekasz na mnie? 
- Jasne. - Podniósł do ust jej r k . - Dzi ki. 
Powietrze było chłodne i przejrzyste, a niebo w górze ciemne, upstrzone gwiazdami. 

Nie było innych samochodów - w ska wst ga szosy wiła si  pomi dzy domami,  eby pó niej 
wbi   si   w  pustyni .  Silnik  szumiał  jednostajnie  i  cicho.  Przez  otwarte  okna  dobiegło  ich 
wycie kojota. 

-  Nie  jechałam  t dy  o  tej  porze.  -  Abra  spojrzała  przez  okno.  .Wzgórza  w  oddali 

wygl dały jak cienie. - A  dziwne,  e jest tak spokojnie. 

- Co w tym dziwnego? 
-  e tu od wieków było tak cicho. I je eli zrobimy wszystko, jak trzeba, nadal b dzie 

tak cicho. 

- W naszej bran y ludzie patrz  na niezagospodarowany krajobraz i zaraz my l , jak 

by go wykorzysta . 

Zmarszczyła brwi i zacz ła szuka  w torebce gumki,  eby zwi za  włosy. 
- A ty? 
Cody milczał przez chwil , napawaj c si  pr dko ci , cisz  oraz blisko ci  Abry. 
- Na nizinie nadbrze nej rozci gaj  si  tereny,  gdzie zaro la s  tak g ste,  e nic nie 

wida . Ale nie ma w nich spokoju, bo t tni   yciem. Ludzie poprzecinali je kanałami, lecz 
pewne rzeczy maj  zosta  w takim dziewiczym stanie jak dot d. 

Abra zwi zała włosy w ko ski ogon i u miechn ła si . 
- Lubi  ci , Johnson. 
- Dzi ki, Wilson. Ja te  ci  lubi . - Poło ył r k  wzdłu  oparcia fotela,  eby móc si  

bawi  jej włosami. 

-  O  ile  pami tam,  mówiła   e  o rodek  Barlowa  miał  by   twoj   ostatni   prac   dla 

Thornwaya. 

-  Tak.  My lałam  o  tym  od  dłu szego  czasu.  Kiedy  Tim  został  szefem,  doszłam  do 

wniosku,  e  pora  przej   od  projektów  do  czynów.  ałuj ,  e  -  urwała  i  pomy lała,  e  nie 
było czego  ałowa . Wi zy z firm  zostały ju  zerwane. 

Cody zrozumiał, co miała na my li, i zacz ł masowa  jej napi te mi nie karku. 
- Masz ju  jak  inn  propozycj ? 
-  Nie.  Nie  zło yłam  jeszcze  wymówienia  i  nie  rozgl dałam  si   za  czym   innym.  - 

Nagle  przeraziła  si ,  e  Cody  mógłby  j   ile  zrozumie .  -  Chc   zosta   wolnym  strzelcem. 

background image

Mo e  nawet  otworz   własn   firm .  Oczywi cie  mał .  -  Wył czyła  radio  i  spojrzała  na 
Cody'ego. 

-  Mam  odło on   pewn   kwot   na  wypadek,  gdybym  przez  jaki   czas  nie  znalazła 

pracy. 

- Chcesz by  samodzielna czy po prostu zmieni  otoczenie? 
Abra zamy liła si , a potem potrz sn ła głow . 
- Chyba jedno i drugie. Du o zawdzi czam Thornwayowi. Thornwayowi seniorowi - 

dorzuciła.  -  Dał  mi  szans   i  pozwolił  si   sprawdzi .  Ale  w  ostatnim  roku  sytuacja  si  
zmieniła.  Oczywi cie  nie  wiedziałam...  nigdy  mi  nawet  nie  przyszło  do  głowy,  e  Tim 
mógłby  pój   na  co   takiego,  ale  i  tak  sposób,  w  jaki  prowadził  firm ,  przestał  mi 
odpowiada .  - Spojrzała na wschód,  gdzie niebo zaczynało ju  si  rozja nia . -  On widział 
tylko  ksi gi  rachunków,  a  nie  projekt;  list   płac,  a  nie  ludzi,  którzy  zarabiali  te  pieni dze. 
Oczywi cie nikt nie bierze si  za interes, je eli na nim nie zarobi, ale je eli my li si  tylko o 
pieni dzach... 

- Wtedy ko czy si  to tak, jak w tym przypadku. 
-  Nadal  nie  mog   w  to  uwierzy .  My lałam,  e  go  znam,  ale  eby  co   takiego... 

Powiedz mi, Cody, jak mo na zaryzykowa  wszystko, co si  ma, dla jakiej  kobiety? 

- My l ,  e on j  kocha, i to bardziej, ni  powinien. 
-  Mo e  ona  te   go  kocha?  Mo e  ta  bi uteria,  te  samochody  i  podró e  nie  miały 

wi kszego znaczenia? 

- Miały, miały. - Cody pogłaskał j  po karku. - Dla kobiet jej pokroju te rzeczy zawsze 

maj   znaczenie.  Zało   si ,  e,  kiedy  sprawa  si   wyda,  Marci  Thornway  powie  mu  do 
widzenia. 

- To okrutne. Jest przecie  jego  on . 
-  Pami tasz  tamto  przyj cie?  Wtedy  te   była  jego  on ,  co  nie  przeszkodziło  jej 

zaprosi  mnie... powiedzmy sobie na... podwieczorek we dwoje. 

-  Ach  tak!  -  W  jednej  chwili  ulotniło  si   całe  współczucie  dla  Marci.  -  I  co? 

Odmówiłe  jej? 

-  To  nie  było  trudne.  Poza  tym  miałem  co  innego  na  głowie.  Tak  czy  owak,  nie 

mo emy obarcza  cał  win  Marci. Tim po prostu chciał si  za szybko dorobi . Mo e wzi ł 
zbyt  wielki  ci ar  na  swoje  barki?  Rozumiem,  e  d ył  do  sukcesu,  ale  powinien  mie  

wiadomo ,  e nie t dy droga. 

- Mówił te  co ,  e jest winien pewnym ludziom pieni dze - przypomniała Abra. 

background image

- Nie byłby pierwszym biznesmenem, który wdał si  w konszachty z mafi . I nie on 

pierwszy  stracił  z  tego  powodu.  A  to  co  znowu?  -  Kiedy  zbli ali  si   do  bocznej  drogi, 
prowadz cej na budow , Cody zauwa ył jaki  samochód. Na skrzy owaniu kierowca zawahał 
si , a potem skr cił w prawo i dodał gazu. 

-  Nie  wiem.  -  Marszcz c  brwi,  Abra  popatrzyła  w  lad  za  znikaj cymi  wiatłami.  - 

Mo e to jakie  dzieciaki. Tereny budowy cz sto słu  im za miejsce randek. 

- Mo e. Ale, moim zdaniem, jest za pó no,  eby jakie  małolaty ob ciskiwały si  w 

samochodzie. - Zwolnił,  eby zjecha  z głównej drogi. 

-  Tak  czy  owak,  przyjechali my  tu,  eby  si   troch   rozejrze .  Wkrótce  si  

przekonamy, czy to nie byli jacy  wandale. 

Zaparkowali  obok  przyczepy  i  wysiedli  w  milczeniu.  Główny  budynek,  ze  swoj  

imponuj c  kopuł , rysował si  cieniem na tle ja niej cego nieba. Wyrastał ze skał jak rze ba 
-  owoc  wyobra ni  artysty.  Jego  wn trze  było  jeszcze  surowe,  a  otoczenie  wokół 
nieukształtowane, ale Abra zaczynała ju  to wszystko widzie  tak jak Cody. 

W  bladej  po wiacie  budowla  wygl dała  bardziej  fantastycznie,  a  zarazem  bardziej 

solidnie  ni   za  dnia.  Nie  wtapiała  si   w  skały  i  piaski  i  nie  harmonizowała  z  nimi.  Mo na 
raczej powiedzie ,  e wznosiła si  na ich tle jak symbol ludzkiej my li. 

Na uboczu, niepoł czony jeszcze ukwieconymi  cie kami, wznosił si  gmach centrum 

medycznego. Podobny do zamku, wyrastał z jałowej ziemi, a jego łuki i zaokr glenia rzucały 
wyzwanie  surowej  naturze.  Pierwsze  promienie  wychyliły  si   zza  horyzontu  i  odbiły  od 
gładkich  cian. 

Cody i Abra stali, i trzymaj c si  za r ce patrzyli na to, co wspólnie stworzyli. 
- Trzeba to b dzie rozebra  - odezwał si  Cody. - Wszystko albo prawie wszystko. 
- To nie znaczy,  e nie b dzie mo na odbudowa . Mo emy zrobi  to razem. 
- Mo e. - Cody otoczył  j  ramieniem. Sło ce jeszcze nie wzeszło, a powietrze było 

chłodne i rze kie. - To nie b dzie łatwe. I nie tak szybko. 

-  Nie  musi.  -  Dopiero  teraz  Abra  zdała  sobie  spraw ,  ile  serca  wło ył  Cody  w  ten 

projekt. Dla niego nie były to tylko  ciany, belki i d wigary. Była to jego wyobra nia, praca i 
jego pasja. Odwróciła si  i obj ła go. - Chyba pora,  ebym ci wyznała prawd . 

Cody pocałował j  we włosy. Mimo chłodu były ciepłe i pachniały sło cem. 
- O czym? 
- O tym miejscu. - Uniosła ku niemu twarz bez u miechu. Oczy miała szare jak niebo 

na wschodzie. - Myliłam si . To ty miałe  racj . 

Pocałował j , zachłannie, cho  niespiesznie. 

background image

- To dla mnie nic nowego, Ruda. 
- Skoro tak, to ci nie powiem, co naprawd  my l . 
- Nie wierz . Zawsze mówisz, co my lisz, bez wzgl du na to, czy chc  to usłysze , 

czy nie. 

- Tym razem b dziesz chciał. Mo e nawet b dziesz miał powód do dumy. 
- Nie mog  si  ju  doczeka . Cofn ła si , z r kami w kieszeniach. 
- To jest przepi kne. 
- Co? - Cody chwycił j  za r k . - To chyba brak snu, Wilson. Nie poznaj  ci . 
-  Ja  nie  artuj .  -  Abra  spojrzała  mu  w  twarz.  -  I  nie  mówi   tego  po  to,  eby  ci 

poprawi   humor.  Mówi   to,  bo  uwa am,  e  przyszedł  na  to  czas.  Przez  ostatnie  tygodnie 
próbowałam zobaczy  to wszystko twoimi oczami. I doszłam do wniosku,  e to jest pi kne i - 
bez przesady - majestatyczne. Kiedy to wszystko zostanie uko czone - a na pewno zostanie 
którego  dnia - b dzie to autentyczne dzieło sztuki. 

Popatrzył na ni . Sło ce zacz ło wyłania  si  zza skał, przynosz c zapowied  nowego 

dnia. 

- Tak, wiem,  e mógłbym odczuwa  dum , ale jako  nie potrafi . 
- A powiniene . - Poło yła mu r ce na ramionach. - B o ja jestem z tego dumna. I z 

ciebie. 

- Abra... - Pogładził j  po policzkach. - Brak mi słów. 
-  Wiedz,  e  kiedy  zacznie  si   odbudowa,  chciałabym  mie   w  tym  swój  udział.  - 

U miechn ła si . - Oczywi cie pod warunkiem,  e uwzgl dnisz moje uwagi. 

Cody przygarn ł j  ze  miechem. 
- Chyba nie mam wyj cia. 
- Ale to b d  tylko drobne poprawki - ci gn ła. - I sensowne. 
- Oczywi cie. 
- Dogadamy si . - Ugryzła go delikatnie w ucho. 
- Jak fachowiec z fachowcem. 
- Jasne,  e tak. Ale ja i tak niczego nie zmieni . 
- Cody... 
-  Nie  powiedziałem  ci  jeszcze,  e  zaliczasz  si   do  najlepszych...  -  zacz ł,  a  kiedy 

spojrzała na niego ze zdumieniem, dodał - .. .mam na my li in ynierów. 

- Dzi kuj . - Cofn ła si . - Zaraz mi lepiej. A jak ty si  czujesz? 
- Te  znacznie lepiej. - Musn ł palcem jej policzek. 
- Dzi ki. 

background image

- Rozejrzyjmy si  teraz troch . W ko cu po to tu przyjechali my. 
Rami  w rami  podeszli do głównego budynku. 
- To b dzie bardzo nieprzyjemne  ledztwo - zaczaj Cody. Łatwiej było mu teraz o tym 

porozmawia .  -  Cała  ta  afera  mo e  te   chwilowo  przeszkodzi   twoim  planom  otwarcia 
własnej firmy. 

- Wiem. Wol  o tym nie my le . Przynajmniej na razie. 
- B dziesz miała za sob  Barlowa. A tak e Powella i Johnsona. 
Otworzyła z u miechem drzwi. 
- Doceniam to. Nie zapytałam ci  nawet, co powiedział Nathan. 
-  e przylatuje pierwszym samolotem. - Cody przystan ł w drzwiach i rozejrzał si  po 

wn trzu. 

ciany  były  ju   poci gni te  pierwsz   warstw   podkładu  i  wygładzone.  Wokół 

poniewierały  si   poprzewracane  puste  wiadra.  Niektóre  posłu yły  za  prowizoryczne 
siedzenia.  Windy,  które  przysporzyły  Abrze  tyle  zgryzoty,  odpoczywały  na  parterze. 
Zainstalowano  ju   tak e  szkielety  kr conych  schodów  i  zabezpieczono  okna.  W  miejscu, 
gdzie za dnia rozlegał si  szcz k narz dzi i warkot silników, panowała cisza. 

Kiedy tak stali w progu, Abra czuła to samo co Cody. 
Była pewna,  e potrafi czyta  w jego my lach. Ogarn ło j  przygn bienie. Tyle pracy 

poszło na marne. 

- To bardzo przykre, prawda? 
- Tak. - Czuł,  e b dzie musiał sam si  z tym upora . - Jako  to prze yj . Jednak nie 

chc  by  przy tym, kiedy zaczn  to rozbiera . 

- Ja te  nie. - Weszła w gł b budynku i poło yła torebk  na skrzyni. Tak, to bardzo 

przykre.  Nawet  bolesne.  Mo e  powinni  wybiec  my l   poza  najbli sz   przyszło ,  eby  si  
cho  troch  pocieszy ? - Wiesz co, zawsze chciałam przyjecha  jako go  w jedno z takich 
miejsc.  -  Spojrzała  na  niego  z  u miechem.  -  Zawrzyjmy  umow ,  Johnson.  Kiedy  to  b dzie 
uko czone, i rusz  te twoje wodospady, zaprosz  ci  tu na weekend. 

- W Tampa działa ju  taki o rodek, który sam zaprojektowałem. 
- A s  tam wodospady? 
- Jest sadzawka. W samym  rodku foyer. 
- To dobrze. Ciemno tu. Niewiele mo na zobaczy . 
-  Mam  w  samochodzie  latark   -  powiedział  Cody.  -  Chciałbym  sobie  wszystko 

uwa nie  obejrze ,  eby  si   upewni ,  e  ten  kto ,  kto  tu  był,  nie  grzebał  tam,  gdzie  nie 
powinien. 

background image

Dobrze. - Abra ziewn ła. - Jutro si  wy pi . 
- Zaraz wracam. 
Kiedy  znikn ł,  wróciła  do  budynku.  Co  za  ogromna  strata,  pomy lała.  Ale  nie 

wszystko poszło na marne. 

Gdyby nie ten projekt, gdyby nie te budynki, nigdy by nie poznała Cody'ego. Mówi 

si  wprawdzie,  e czego oko nie widzi, tego sercu nie  al, ale Abra była przekonana,  e to 
nieprawda.  Bez  Cody'ego  jej  ycie  byłoby  puste.  Mo e  nawet  nie  wiedziałaby  dlaczego, 
niemniej jednak czułaby t  pustk . 

To  dzi ki  tej  budowie  trafili  na  siebie.  Mo e  teraz  powinna  oderwa   si   od  deski 

kre larskiej i zaj  si  planowaniem własnego  ycia? Z Codym przyszło  wydawała si  taka 
prosta. Z nim nie wstydziła si  własnych uczu . 

Roze miała  si   nerwowo  i  zacz ła  kr y   po  budynku.  B dzie  sobie  musiała  to 

wszystko przemy le . 

Była pewna,  e mu na niej zale y. Mo e nawet tak bardzo,  e ucieszyłby si , gdyby 

mu powiedziała,  e gotowa jest przeprowadzi  si  na Floryd . Mogliby tam ci gn  dalej to, 
co tutaj zacz li. Dopóki... Nie odwa yła si  wybiec my lami poza to „dopóki”. 

Zreszt ,  to  nie  ma  w  tej  chwili  znaczenia.  Pomy li  o  tym  pó niej,  kiedy  ju   tam 

b dzie. Jednego była absolutnie pewna -  e nie pozwoli mu odej . 

Wzruszyła  ramionami  i  spojrzała  w  gór ,  na  kopuł .  wiatło,  delikatnie  zabarwione 

przez szkło, s czyło si  przez sklepienie i tak cudownie rozpraszało si  po wn trzu. Widok 
ten  sprawił  jej  olbrzymi   satysfakcj .  Oczyma  duszy  widziała  ju   wodospady  i  wygodne 
fotele, poustawiane wokół basenu. 

Przyjad  tu z Codym pewnego dnia, kiedy foyer b dzie pełne ludzi i  wiatła. Wtedy 

przypomn  sobie, jak to si  wszystko zacz ło. Przypomn  sobie jego wizj  - i jej wizj . 

Podeszła do  ciany, wzdłu  której ci gn ły si  rury. 
To  mogłoby  nawet  by   zabawne,  pomy lała  w  rozmarzeniu.  Prawd   mówi c,  mo e 

wtedy... Spojrzała pod nogi i co  nagle przykuło jej uwag . 

W  pierwszej  chwili  pomy lała,  e  to  malarze  zostawili  spor   grud   stwardniałej 

zaprawy.  Dlaczego  nikt  tego  nie  posprz tał,  pomy lała  zirytowana.  Przykucn ła,  eby  si  
temu bli ej przyjrze , wyci gn ła r k  i nagle serce zamarło jej w piersi. 

Poderwała si  i potykaj c, pop dziła do wyj cia, wzywaj c w panice Cody'ego. 
On tymczasem znalazł latark  w schowku na desce rozdzielczej i miał wła nie zamiar 

wróci  do budynku, kiedy przyszło mu do głowy,  e to wszystko pró ny trud. 

background image

Jaki jest sens sprawdza , czy co  nie zostało zniszczone? Jaki sens ma zrywanie paneli 

ciennych i ogl danie instalacji? Ju  sama wymiana kabli byłaby wystarczaj co uci liwa, a 

je li beton i stal tak e nie spełniaj  norm, i tak trzeba b dzie wszystko rozebra . 

Zapłon ł  gniewem  i  ju   miał  wrzuci   z  powrotem  latark   do  samochodu,  kiedy 

przypomniał  sobie,  e  po  co   jednak  przyjechali.  A  skoro  ju   tu  s ,  rozejrz   si ,  a  potem 
wróc  do domu. A za dwa dni wszystko, co uwa ał za swoje dzieło, zostanie przekazane w 
obce r ce. 

Kiedy wracał do budynku, my li jego kr yły wokół tych samych problemów, jakimi 

yła w tej chwili Abra. Bez wzgl du na malwersacje, jakich dopu cił si  Tim, gdyby nie ta 

budowa,  nigdy  nie  spotkałby  Abry.  I  gdy  tylko  stosowne  władze  przejm   kontrol   nad  t  
spraw , powie Abrze, czego pragnie. I czego potrzebuje. 

Do diabła z tym wszystkim! - pomy lał, przyspieszaj c kroku. Powie jej to tu i teraz, 

w miejscu, gdzie to wszystko si  zacz ło. Mo e to nawet pasuje,  eby poprosi  j  o r k  w 
tym na wpół uko czonym budynku, który ich zbli ył do siebie. Na my l o tym u miechn ł 
si . Czy mo na sobie wymarzy  lepsz  sceneri ? 

Kiedy  usłyszał  krzyk  Abry,  serce  zamarło  mu  w  piersi,  a  potem,  gdy  krzykn ła 

ponownie,  pop dził  w  stron ,  sk d  dobiegał  jej  głos.  Był  ju   bardzo  blisko,  kiedy  nast pił 
wybuch.  ciana gor cego powietrza uderzyła go jak pi

 i wyrzuciła w gór , w ród deszczu 

kamieni, kawałków metalu i szkła. 

Upadek  zamroczył  go  na  pi ,  a  mo e  na  dziesi   sekund.  Kiedy  oprzytomniał, 

poderwał si  i pop dził dalej. Nawet nie poczuł, jak odłamek ostrej blachy rozci ł mu skro . 
Nie zdawał te  sobie sprawy,  e to chwilowe zamroczenie ocaliło mu  ycie. 

Widział  tylko  płomienie,  wypełzaj ce  przez  okna,  które  wybuch  pozbawił  szyb.  A 

kiedy dobiegł do miejsca, gdzie wcze niej znajdowały si  drzwi, kolejne eksplozje odbiły si  
echem od  cian. Kamienie  wistały jak kule wokół jego głowy. Miał wra enie,  e znalazł si  
na polu bitwy. 

Zacz ł przyzywa  Abr , a gardło miał tak  ci ni te,  e nie poznawał własnego głosu. 

Słyszał tylko oszalałe bicie serca. 

Uderzyła  go  fala  gor ca,  przypiekaj c  mu  skór .  Krztusz c  si   i  kaszl c,  padł  na 

kolana i wpełzł na czworakach do  rodka. 

Wn trze przypominało hutniczy piec. Poprzez g st  zasłon  dymu widział pop kane 

ciany  i  podziurawiony  strop.  Brn c  przed  siebie  słyszał  przera aj cy  d wi k  p kaj cej 

konstrukcji. 

background image

Zacz ł maca  r kami wokoło. Trysn ła krew, zalewaj c mu oczy, ju  i tak załzawione 

od  aru i dymu. 

A  potem  zobaczył  jej  r k   -  sam   tylko  r k ,  wystaj c   spod  sterty  gruzu.  Rozpacz 

dodała mu sil. Zacz ł z krzykiem odrzuca  na bok kamienie i deski, podczas gdy wokół szalał 
ogie , siej c zniszczenie. Nie wiedział ju , gdzie jest, nie czuł bólu ani zm czenia, wiedział 
tylko jedno,  e musi j  uratowa . 

Kiedy j  wreszcie wydobył spod gruzów, była cała we krwi. Oszalały z rozpaczy nie 

potrafił  nawet  si   pomodli ,  eby  yła.  Przygarn ł  j   do  piersi,  a  jej  ciało  bezwładnie 
przelewało mu si  przez r ce. Przez chwil  siedział, kołysz c j  w ramionach, a potem zaczaj 
ci gn  j  do wyj cia. 

Za  nimi  szalało  piekło.  Nawet  jego  koszula  zaczynała  si   tli .  Jeszcze  tylko  kilka 

minut,  a  mo e  sekund,  i  wal cy  si   budynek  pogrzebie  ich  oboje.  Wlok c  j   po  gruzach, 
modlił si  o ratunek, nieskładnie i rozpaczliwie. 

Kiedy dotarło do niego,  e im si  jednak udało, byli ju  o kilka metrów od budynku. 

Wszystko wokoło usłane było odłamkami szkła, stali i  arz cego si  drewna. Oddech palił mu 
płuca, mimo to zdołał si  podnie  i z Abr  w ramionach przemierzy  jeszcze kilka metrów, 
zanim osun ł si  na ziemi . 

A potem, jakby z ko ca długiego tunelu, usłyszał przytłumione wycie syren. 
Tyle krwi... Włosy miała całe zlepione krwi , i zakrwawiony r kaw koszuli. Ocieraj c 

jej z twarzy sadz  i krew powtarzał schrypni tym głosem jej imi . 

Dr cymi  palcami  dotkn ł  jej  szyi,  eby  zbada   puls.  Nawet  nie  usłyszał  ostatniego 

pot nego huku, kiedy run ła cała konstrukcja. Jedyne, co słyszał, to słabe, nitkowate t tno 
Abry. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

- Pan potrzebuje pomocy, panie Johnson. 
-  To  mo e  zaczeka .  -  Panika  ciskała  mu  wn trzno ci.  -  Co  z  Abr ?  Dok d  j  

zabrali cie? 

- Panna Wilson jest w dobrych r kach. - Lekarz był młody, miał metalowe okulary i 

k dzierzaw  czupryn . Od tygodnia pełnił nocny dy ur na erce i marzył ju  tylko o tym,  eby 
wreszcie  porz dnie  si   wyspa .  -  Je eli  straci  pan  jeszcze  wi cej  krwi,  zemdleje  pan, 
oszcz dzaj c nam tym samym wielu kłopotów. 

Cody uniósł go za poły kitla i przycisn ł do  ciany. 
- Gdzie ona jest? 
- Pan Johnson? - zapytał za jego plecami czyj  głos, ale on udał,  e go nie słyszy. 
- Gadaj, gdzie ona jest, albo skuj  ci pysk. 
W pierwszej chwili lekarz chciał wezwa  ochron , ale si  rozmy lił. 
- B dzie miała operacj . Nie wiem zbyt wiele na temat jej stanu, ale doktor Bost to 

nasz najlepszy chirurg. 

Cody opu cił go powoli na ziemi , ale nadal trzymał za poły. 
- Chc  j  zobaczy ! 
- Mo e mn  pan znowu rzuci  o  cian  - powiedział lekarz - ale i tak jej pan teraz nie 

zobaczy.  Zaraz  j   b d   operowa .  Oboje  macie  szcz cie,  e  w  ogóle  yjecie.  A  my 
próbujemy wam tylko pomóc. 

- Wi c ona  yje? - Strach palił mu gardło bardziej ni  oparzenia. 
-  yje.  -  Lekarz  ostro nie  odsun ł  r ce  Cody'ego.  -  A  ja  chciałbym  si   teraz  zaj  

panem, panie Johnson. 

Cody  spojrzał  na  swoje  dłonie.  Przez  banda e,  które  zało yli  mu  sanitariusze  w 

karetce, s czyła si  krew. 

- Przepraszam. 
-  Nie  ma  o  czym  mówi .  Wiem,  co  prze yli cie.  Mam  pan  dziur   w  głowie,  panie 

Johnson. - Lekarz u miechn ł si  rozbrajaj co. - Pozwoli pan,  e j  zaceruj ? 

- Przepraszam na chwil . - M czyzna, który ju  wcze niej zwrócił si  do Cody'ego, 

podszedł  bli ej  i  błysn ł  odznak .  -  Porucznik  Asaro.  Chciałbym  porozmawia   z  panem 
Johnsonem. 

background image

- Teraz? Przecie  on si  wykrwawi na  mier . - Lekarz odsłonił kotar  i poprosił go do 

sali zabiegowej. - Mo e pan jednak poczeka, a  go pozszywam. 

- Mo na? - zapytał Asaro, siadaj c na krze le. 
- Prosz . - Cody usiadł na stole zabiegowym i zdj ł resztki koszuli. Asaro wzdrygn ł 

si  mimowolnie na widok jego poparzonego, poranionego ciała. 

- Prawd  mówi c, niewiele brakowało... 
Cody nie odpowiedział. Lekarz zacz ł mu przemywa  ran  na skroni. 
- Mo e mi pan powiedzie , co robili cie tam z pann  Wilson o  wicie? 
- Rozgl dali my si . - Cody sykn ł bole nie, bo go zapiekło. - Ona jest in ynierem, a 

ja architektem. Pracowali my na tej budowie. 

-  Tyle  to  ja  ju   wiem  -  Asaro  otworzył  notes.  -  To  w  tygodniu  nie  mieli cie  czasu, 

eby sobie wszystko obejrze ? 

- Mieli my pewne powody,  eby tam pojecha  akurat tej nocy. 
- Dam panu zastrzyk uspokajaj cy - odezwał si  lekarz. -  eby pan siedział spokojnie. 
Cody z roztargnieniem pokiwał głow . Ju  i tak był jak odurzony. 
-  Wcze niej  tego  wieczoru  dowiedzieli my  si ,  e  na  budowie  dokonano  oszustwa. 

Zastosowano substandardowe materiały. 

- Rozumiem Kto  wam o tym powiedział? 
-  Tak.  -  Kiedy  lekarz  zacz ł  zr cznie  zszywa   ran ,  Cody  spróbował  skupi   si   na 

odpowiedzi. - Nie mog  na razie poda   ródeł, ale powiem wszystko, co wiem. 

Asaro wyj ł długopis. 
- B d  bardzo wdzi czny. 
I Cody opowiedział mu o wszystkim - o podejrzeniach Abry, o konfrontacji z Timem, 

o  jego  spowiedzi.  Nie  czuł  ju   gniewu,  my lał  tylko  o  Abrze.  Powiedział  o  samochodzie, 
który wyje d ał z terenu budowy, o przypuszczeniach,  e była to jaka  zakochana para. 

- Nadal pan tak uwa a? - zapytał Asaro. 
- Nie. - Cody poczuł seri  lekkich ukłu . To lekarz zacz ł zszywa  mu r k . - My l , 

e  kto   podło ył  materiały  wybuchowe  we  wszystkich  obiektach  na  budowie,  a  potem 

wysadził je w powietrze. To by znacznie utrudniło pó niejsze  ledztwo. 

- Czy pan kogo  oskar a, panie Johnson? 
-  Ja  tylko  stwierdzam  fakty,  poruczniku  Asaro.  Thomway  wpadł  w  panik   i  kazał 

zniszczy   to,  co  ju   zostało  wybudowane.  Wiedział,  e  je eli  sam  do  jutra  nie  wezwie 
komisji, my to zrobimy z Abr  Ale teraz to ju  niewa ne. 

- Dlaczego? 

background image

- Jak tylko Abra b dzie po operacji, znajd  go i udusz  własnymi r kami. - Spróbował 

poruszy  palcami zabanda owanej r ki. - Sko czone? - zwrócił si  do doktora. 

- Prawie - odparł bardzo spokojnie lekarz, nie przerywaj c swojego zaj cia. - Ma pan 

bardzo du o odłamków szkła w plecach oraz kilka oparze  trzeciego stopnia. 

-  To  ciekawa  historia,  panie  Johnson.  -  Asaro  wstał  i  schował  notes  do  kieszeni.  - 

Musz   to  sprawdzi .  Mog   panu  co   doradzi ?  Na  przyszło   nie  rzucałbym  pogró ek  w 
obecno ci policjanta - dodał, nie czekaj c na odpowied . 

-  To  nie  s   pogró ki  -  powiedział  Cody.  Poczuł  ukłucie  -  lekarz  wyjmował  mu  z 

pleców kolejny odłamek szkła. - W tym szpitalu le y kobieta, która znaczy dla mnie wi cej 
ni  ktokolwiek na tym  wiecie. Nie widział pan, jak wygl dała, kiedy j  tu przywie li. - Na 
my l o tym .poczuł bolesne ukłucie w sercu. - A wie pan, poruczniku, na czym polegała jej 
jedyna wina? Na tym,  e dała temu sukinsynowi kilka godzin, bo zrobiło jej si  go  al. 

- Jeszcze jedno pytanie. Czy Thornway wiedział,  e wybieracie si  na budow ? 
- A co to za ró nica? 
- Prosz , niech mi pan odpowie. 
- Nie. Nie planowali my tego. Po rozmowie z Thornwayem nie mogłem sobie znale  

miejsca. 

W  ko cu  postanowiłem  jeszcze  raz  wszystko  obejrze ,  a  Abra  zdecydowała  si   mi 

towarzyszy . 

- Powinien pan teraz odpocz , panie Johnson. - Asaro spojrzał na lekarza. - B dziemy 

w kontakcie. 

- Musimy pana zatrzyma  na dzie  czy dwa - zwrócił si  lekarz do Cody'ego. Odło ył 

igł , wzi ł latark  i po wiecił mu w oczy. - Powiem piel gniarce,  eby dała panu jaki   rodek 
przeciwbólowy. 

- Nie chc . Nie poło  si  do łó ka. Na którym pi trze le y Abra? 
-  Prosz   si   poło y ,  a  ja  sprawdz ,  co  z  pann   Wilson.  -  Widz c  min   Cody'ego 

lekarz  machn ł  r k .  -  Zreszt ,  niech  panu  b dzie.  Jak  pan  chyba  zd ył  zauwa y ,  jest  tu 
wi cej osób, którym tak e jestem potrzebny. Niech pan jedzie na pi te pi tro. I prosz  wst pi  
po drodze do apteki - dodał, wr czaj c mu recept . 

- Po co si  tak m czy ? 
- Wielkie dzi ki. - Cody wsun ł recept  do kieszeni. 
- Naprawd . 
- Nie powiem,  e b dzie pan tu zawsze mile widziany, bo bym skłamał. 

background image

Cody  nie  wykupił  recepty.  Chocia   cierpiał  dotkliwie,  bał  si   ot piaj cych  skutków 

rodka przeciwbólowego. 

Poczekalnia  na  pi tym  pi trze  była  Cody'emu  doskonale  znana.  To  tutaj,  zaledwie 

kilka  dni  wcze niej,  sp dzili  z  Abr   wiele  godzin,  czekaj c  na  wynik  operacji  Davida 
Mendeza.  A  dzi   Abra  była  tutaj  operowana.  Pami tał,  jaka  była  wtedy  przej ta,  jak 
troskliwie opiekowała si   on  Mendeza. Teraz oprócz niego nie czekał na ni  nikt. 

Nalał sobie olbrzymi kubek kawy i zacz ł kr y  po poczekalni. Gdyby nie to,  e bał 

si  zostawi  Abr  sam , pojechałby prosto do Thornwaya, wywlókłby go z jego rezydencji i 
rozkwasił mu pysk na miazg  na tym pieczołowicie przystrzy onym trawniku. 

I to wszystko dla pieni dzy, pomy lał, wlewaj c w poparzone gardło resztk  kawy. To 

dlatego Abra le ała teraz na stole operacyjnym, walcz c o  ycie. Zgniótł w r ce kubek i cisn ł 
nim przez pokój. Przenikliwy ból ramienia sprawił,  e zakl ł gło no i bezradnie. 

Kiedy  to  si   wydarzyło,  wzywała  jego  pomocy.  Na  wspomnienie  tego  krzyku  ukrył 

twarz w dłoniach. Wołała go, ale on nie zd ył na czas. 

Dlaczego zostawił j  sam ? Czemu nie odesłał jej do samochodu? Czemu po prostu 

nie odwiózł jej do domu? 

Dlaczego? Dziesi tki pyta  cisn ły mu si  na usta, ale  adna z odpowiedzi nie mogła 

zmieni  faktu,  e Abra była ranna a on... 

- Cody! - Jessie z rozwianym włosem wpadła do poczekalni. - Na miło  bosk , co si  

stało?  Co  z  Abr ?  -  Chwyciła  go  za  r ce,  nie  zwa aj c  na  banda e.  -  Słyszałam,  e  na 
budowie zdarzył si  wypadek. Ale przecie  jest niedziela rano. Co ona robiła na budowie w 
niedziel  rano? . 

-  Jessie!  -  Barlow  uj ł  j   pod  r k   i  podprowadził  do  fotela.  -  Daj  mu  spokój.  Nie 

widzisz,  e chłopak jest ledwo  ywy? 

Jessie  popatrzyła  na  banda e  i  oparzenia,  a  potem  spojrzała  na  pobladł   twarz 

Cody'ego. Malowała si  na niej rozpacz. 

- Co si  stało, Cody? Powiedziano mi,  e Abra jest na sali operacyjnej. 
- Ty te  usi d . - Barlow popchn ł Cody'ego na krzesło. - Przynios  kaw , a wy sobie 

tymczasem porozmawiajcie. 

- Nie wiem, co z Abr . Nie pozwolili mi jej zobaczy . - Cody nagle u wiadomił sobie, 

e  jest  bliski  załamania.  -  Ale  ona  yje  -  powiedział  błagalnym  tonem.  -  Kiedy  j   stamt d 

wyci gn łem,  yła. 

- Sk d j  wyci gn łe ? - Jessie kurczowo  cisn ła w palcach kubek, który podał jej 

Barlow. 

background image

-  Poszedłem  do  samochodu  po  latark .  Wła nie  wracałem,  kiedy  nast pił  wybuch. 

Abra była wtedy w budynku. 

- Jezus Maria! - Kubek wypadł Jessie z r k. Kawa rozlała si  na podłog . 
-  Ogie   rozprzestrzeniał  si   tak  szybko.  -  Kiedy  to  mówił,  wszystko  raz  jeszcze 

stan ło mu przed oczami.! Niemal czuł  ar i piek cy dym; słyszał swój głos i krzyki Abry. - 
Budynek si  walił, a ja nie mogłem jej znale . Ale kiedy j  w ko cu znalazłem, jeszcze  yła. 

Barlow poło ył  onie r k  na ramieniu. 
- Nie spiesz si , Cody. Opowiedz nam wszystko jeszcze raz, od pocz tku. 
To  był  jaki   koszmar,  który  zacz ł  si   od  telefonu  Carmen  Mendez  i  trwał  a   do 

chwili, kiedy zabrano mu sprzed oczu nieprzytomn  Abr . 

- Sam powinienem był wezwa  inspekcj  - mrukn ł Cody. - Ale on był pijany i taki 

ałosny, a my chcieli my mu da  ostatni  szans . To moja wina. Zachciało mi si  jecha  na 

budow . Gdyby nie to, Abra byłaby zdrowa i cała. 

- Poszedłe  tam za ni ? - Jessie ukryła twarz w dłoniach. - Ryzykowałe   ycie,  eby j  

ocali . 

- Bez niej moje  ycie jest nic niewarte. 
Jessie wstała i chwyciła go za r k . 
-  To  cudowne  mie   kogo   takiego  jak  ty.  Abrze  zawsze  było  to  potrzebne.  Ja  nie 

byłam  w  stanie  obdarzy   jej  tak   miło ci .  Jestem  pewna,  e  jej  nie  stracisz.  Za  bardzo  j  
kochasz. 

-  Nie  wiem,  czy  posłuchasz  starego  człowieka,  ale  radziłbym  ci  si   poło y   na  tej 

kozetce  -  odezwał  si   Barlow,  a  kiedy  Cody  potrz sn ł  głow ,  wstał.  -  Tak  te   my lałem. 
Musz  załatwi  kilka telefonów. Wróc  jak najszybciej. 

Wi c  czekali,  a  Cody  patrzył  na  przesuwaj ce  si   wolno  wskazówki  zegara.  Kiedy 

godzin  pó niej do poczekalni wkroczył Barlow, a za nim Nathan i Jackie, był zbyt ot piały, 

eby okaza  zdumienie. 

- Och, kochanie... - Jackie podeszła do niego, przej ta i zatroskana. - Dowiedzieli my 

si  o wszystkim, jak tylko samolot wyl dował. Co mo emy dla was zrobi ? 

Cody  bezradnie  potrz sn ł  głow ,  jednak  obecno   przyjaciół  wyra nie  dodała  mu 

otuchy. 

- Ona jest na sali operacyjnej. 
- Wiem. Barlow nam wszystko powiedział. Nie mówmy ju  o tym. Teraz musimy po 

prostu poczeka . 

Nathan poło ył mu r k  na ramieniu. 

background image

-  ałuj ,  e  nie  mogli my  przyjecha   wcze niej.  O  ile  to  dla  ciebie  jaka   pociecha, 

Thornway został ju  aresztowany. 

Cody podniósł na niego oczy. 
- Sk d wiesz? 
-  Od  Barlowa.  Kiedy  przyjechała  policja,  eby  go  przesłucha ,  facet  si   załamał. 

Zwłaszcza gdy si  dowiedział,  e byli cie z Abr  na budowie, kiedy to si  stało. 

-  To  ju   nie  ma  znaczenia.  -  Cody  wstał  i  podszedł  do  okna.  -  Było  mu  wszystko 

jedno, czy Thomway jest teraz w wi zieniu, czy w piekle. Liczyło si  tylko to,  e Abra miała 
operacj  i ka da sekunda wlokła si  w niesko czono . 

Nathan chciał za nim pój , ale Jackie go powstrzymała. 
- Poczekaj, ja z nim porozmawiam - powiedziała półgłosem. Podeszła do Cody'ego. 
- To ta twoja pani in ynier, prawda? - zapytała, kiedy si  troch  uspokoił. 
- Tak, to ta pani in ynier. 
- Nie musz  pyta , czy j  kochasz. 
- Nawet jej tego nie powiedziałem. - Cody oparł czoło o szyb , ale tak naprawd  miał 

ochot  waln  pi ci  w okno. - Jako  nie było po temu okazji. A kiedy j  wyci gn łem... - 
urwał, bo nie był w stanie powiedzie  tego gło no - kiedy j  wyci gn łem, my lałem,  e ju  
nie  yje - doko czył szeptem. 

- Ale  yła. I na pewno  yje. - Jackie delikatnie uj ła go za r k . - Wiem,  e jestem 

niepoprawn   optymistk ,  lecz  nie  wierz ,  e  mógłby   j   straci .  Pobierzecie  si ,  kiedy  ona 
wyzdrowieje? 

- Tak, ale ona o tym jeszcze nie wie. B d  j  musiał dopiero namówi . 
-  Na  pewno  ci  si   uda.  Masz  wielki  dar  przekonywania.  -  Jackie  dotkn ła  jego 

policzka.  Cody  był  blady  jak  kreda.  Oczy  miał  podkr one  i  zaczerwienione  od  dymu.  - 
Wygl dasz okropnie. Ile ci zało yli szwów? 

- Nie liczyłem. 
Spojrzała na jego r ce i wzdrygn ła si . 
- Dali ci co  na ból? 
- Jak  recept . - Cody bezwiednie dotkn ł kieszeni. 
- Której oczywi cie nie wykupiłe . - Nareszcie mogła co  dla niego zrobi . - Daj mi t  

recept . Musisz za y  to lekarstwo. 

- Aleja nie chc ... 
- Nie kłó  si  ze mn . - Pocałowała go w policzek i wymaszerowała z poczekalni. 

background image

Kiedy  wróciła  z  tabletkami,  Cody  za ył  je  dla  wi tego  spokoju,  a  potem  napił  si  

kawy, bo bał si ,  e za nie. Mijały kolejne godziny. Ból st piał, za to strach narastał. 

Wreszcie w drzwiach poczekalni ukazał si  długo oczekiwany doktor. 
- Pani Barlow? Pani jest matk  panny Wilson? 
- Tak. - Jessie chciała wsta , ale nogi odmówiły jej posłusze stwa. Chwyciła m a i 

Cody'ego za r ce. - Prosz  mi powiedzie , co z ni ? 

-  Jest  ju   po  operacji.  Nie  odzyskała  jeszcze  przytomno ci.  Straciła  du o  krwi,  ale 

udało nam si  zatrzyma  krwotok. Miała połamane  ebra, lecz na szcz cie płuca nie zostały 
uszkodzone.  Ma  te   r k   złaman   w  dwóch  miejscach  i  p kni t   ko   podudzia,  tu   pod 
prawym kolanem. 

Jackie nagle przypomniała sobie, jak całowała podrapane kolana córki. 
- Ale to si  zagoi? 
- Tak. B dziemy jeszcze musieli zrobi  rentgen i EEG. 
- Czy to znaczy,  e ma uszkodzony mózg? - Cody'ego ogarn ło przera enie. 
- Ma bardzo poranion  głow . To standardowe badania. 
- Kiedy b d  wyniki? - zapytała Jessie. 
- Zrobimy te badania dzi  po południu. Wyniki b d  za kilka godzin. 
-  Chc   j   zobaczy .  -  Cody  wstał  i  przepraszaj cym  wzrokiem  spojrzał  na  Jessie.  - 

Musz  j  zobaczy . 

- Wiem. 
- Ale ona jest jeszcze nieprzytomna - powiedział lekarz. - I niech to b dzie krótko. 
- Ja chc  j  tylko zobaczy . 
Sam nie wiedział, co było gorsze - te długie godziny niepewno ci czy widok bladej, 

nieprzytomnej Abry, przykutej rurkami do kilku urz dze . 

Chwycił j  za r k  - była zimna, czuł jednak słaby puls, powtarzany na monitorze przy 

łó ku. 

Nie było mowy o  adnej prywatno ci. Abrze na pewno by si  to nie podobało. Jedynie 

szklana  ciana oddzielała j  od piel gniarek i techników, pracuj cych na oddziale intensywnej 
terapii. Dali jej nocn  koszul , biał  w wyblakłe niebieskie kwiatki. Cody'emu wydało si  to 
obrzydliwe,  e nosiły j  wcze niej inne pacjentki. 

I była tak przera liwie blada. 
Wci  do tego wracał, chocia  próbował skupi   uwag  na innych, mało  znacz cych 

szczegółach.  Wypłowiałej  koszuli,  pikaniu  monitorów,  stukocie  drewniaków  na  kafelkowej 
podłodze za szklan   cian . 

background image

Gdzie kr y teraz, gdzie przebywa? - my lał, siedz c przy łó ku Abry i trzymaj c j  

za r k . Miał nadziej ,  e niezbyt daleko. Nie wiedział, co powiedzie ,  eby j  przywoła . 

-  Nie  pozwol   mi  tu  zosta ,  Ruda,  ale  b d   w  pobli u,  w  poczekalni,  póki  si   nie 

obudzisz. I prosz  ci , nie ka  mi czeka  zbyt długo. - Machinalnie potarł pier , bo poczuł 
t py ból w okolicy mostka. - Wyjdziesz z tego. Musz  ci jeszcze zrobi  kilka bada . Masz 
okropnego guza na głowie, to wszystko. 

Prosz  ci , Bo e,  eby to było wszystko. 
Zamilkł i znów zacz ł liczy  monotonne pikanie monitora. 
-  Pomy lałem  sobie,  e  jak  ju   st d  wyjdziesz,  mogliby my  si   wybra   na  wschód. 

Popracowałaby  troch  nad swoj  opalenizn . - Bezwiednie zacisn ł palce wokół jej dłoni. - 
Abra, na miło  bosk , nie zostawiaj mnie! 

Przez  moment  miał  wra enie,  e  odwzajemniła  u cisk  -  ale  mo e  mu  si   tylko 

zdawało. 

- Musisz troch  odpocz , Cody. 
Od dwudziestu minut wpatrywał si  w ten sam akapit gazety. Teraz podniósł wzrok i 

zobaczył Nathana. 

- Co ty tu znowu robisz? 
- Przyszedłem,  eby ci  zast pi . - Nathan usiadł na krze le obok niego. - Zostawiłem 

Jackie w hotelu. Zapowiedziała mi stanowczo,  e je eli nie uda mi si  namówi  ci ,  eby  
sobie zrobił przerw , sama tu przyjdzie. 

- Czuj  si  znacznie lepiej, ni  wygl dam. 
- Boj  si ,  e za chwil  mo esz zasłabn . 
- B d  dobrym kumplem, Nathan. - Cody rozsiadł si  wygodniej w fotelu i zamkn ł 

oczy. - Nie naciskaj. 

Nathan zawahał si . Nie nale ał do ludzi, którzy lubi  si  wtr ca  w cudze sprawy. 

Był taki czas,  e starał si  w ogóle w nic nie anga owa . Ale to było, zanim poznał Jackie. 

- Pami tam, jak mówiłem ci to samo, kiedy byłem zgn biony i pogubiony. A ty mnie 

wtedy nie chciałe  słucha . 

- Byłe  wtedy zbyt uparty,  eby si  przyzna , co czujesz - powiedział  Cody. - A ja 

znam swoje uczucia. 

- Pozwól chocia ,  ebym ci przyniósł co  do jedzenia. 
- Czekam na doktora Bosta. Musz  z nim porozmawia . 
- Mo e ci wobec tego opowiedzie  o Thornwayu? Cody otworzył oczy. 
- Dobrze. 

background image

-  Zło ył  wyczerpuj ce  zeznania.  -  Nathan  poczekał,  a   Cody  zapali  papierosa. 

Popielniczka  była  pełna  niedopałków.  -  Przyznał  si   do  zamiany  materiałów,  do  dawania 
łapówek  i  przekupstwa.  Mówi,  e  podczas  konfrontacji  z  wami  upił  si   i  wpadł  w  panik . 
Wtedy  wła nie  przyszło  mu  do  głowy,  e  w  ledztwie  niczego  mu  nie  udowodni ,  je eli 
wysadzi w powietrze wszystkie budynki. 

- Co on sobie my lał? - Cody wydmuchał smug  dymu. -  e nie b dzie  ledztwa?  e 

b dziemy milcze ? 

- On w ogóle wtedy nie my lał. 
- Masz racj . - Cody był tak zm czony,  e nie był nawet zdolny do gniewu. Spojrzał 

na  drugi  koniec  poczekalni,  gdzie  Jessie  drzemała  na  ramieniu  Barlowa.  -  A  poniewa   nie 
my lał, Abra omal nie zgin ła. Nawet teraz mo e si  jeszcze okaza ... - Nie był w stanie tego 
wypowiedzie . Nie mógł nawet o tym my le . 

- B dzie za to płacił przez długie lata. 
- To nie ma znaczenia. Kara zawsze b dzie za niska. 
- A pan ci gle na nogach, panie Johnson? - Młody lekarz pojawił si  w poczekalni. 

Był  wymi ty  i  rozespany.  -  Jestem  doktor  Mitchell  -  zwrócił  si   do  Nathana.  -  Połatałem 
troch  pa skiego koleg  - zerkn ł na zegarek - jakie  osiem godzin temu. - Przeniósł wzrok 
na Cody'ego. - Jeszcze pana nie przykuli do łó ka? 

- Nie. 
Mitchell usiadł i rozprostował nogi. 
- Ci gn  drug  zmian , ale nie wygl dam ani w połowie tak  le jak pan. 
- Dzi kuj . 
- To bezpłatna opinia lekarska. Wpadłem na doktora Bosta w laboratorium. - Spojrzał 

t sknie na papierosa Cody'ego, ale przypomniał sobie,  e jest lekarzem, i nie poprosił,  eby 
go pocz stowa . - Ogl dał wyniki bada  panny Wilson. 

Cody  milczał.  Nie  był  w  stanie  wykrztusi   słowa.  Wychylił  si   do  przodu  i  zgniótł 

papierosa. 

- S  całkiem niezłe, panie Johnson. Cody poczuł,  e zaschło mu w ustach. 
- Czy to znaczy,  e z ni  wszystko w porz dku? 
- Wyci gn li my j  ze stanu krytycznego. Jej stan jest teraz stabilny. Rentgen i EEG 

nie wykazały uszkodzenia mózgu. To był tylko wstrz s mózgu. Doktor Bost b dzie za kilka 
minut,  eby  poda   wi cej  szczegółów.  Wst piłem  tu,  bo  pomy lałem  sobie,  e  b dzie  pan 
chciał  jak  najpr dzej  usłysze   dobre  wie ci.  Pacjentka  odzyskała  przytomno   -  ci gn ł.  - 
Podała swoje imi , nazwisko i adres, pami tała, kto jest teraz prezydentem, i pytała o pana. 

background image

- Gdzie ona teraz jest? 
- Na razie nie mo e jej pan zobaczy . Dostała  rodki nasenne. 
- Tam siedzi jej matka. - Cody potarł oczy. - Mo e jej pan o tym powiedzie , panie 

doktorze? Ja musz  si  troch  przej . 

- Mam łó ko z pa sk  kart  - powiedział Mitchell, wstaj c razem z Codym. - Je eli 

chce  pan  by   blisko  swojej  pani,  zapraszam  do  naszego  hoteliku.  Mog   te   poleci  
niespodziank  z kurczaka. 

- B d  o tym pami tał. - Cody wyszedł z poczekalni. 
Abra  próbowała  otworzy   oczy.  Słyszała  ró ne  d wi ki,  ale  wszystkie  przepływały 

przez jej umysł jak woda. Nie czuła bólu. Miała wra enie,  e unosi si  w powietrzu, tu  nad 
podłog . 

Na szcz cie zachowała pami . Gdy zmusiła umysł do koncentracji, przypomniały jej 

si   ró ne  rzeczy.  Promienie  sło ca  wpadaj ce  przez  szklan   kopuł ,  uczucie  satysfakcji, 
poczucie harmonii. A potem przyszedł strach. 

Czy go wołała? Chyba tak, ale to było, zanim usłyszała ten potworny huk. Napłyn ło 

jeszcze jedno wspomnienie, zamazane i na wpół senne.  Leciała w powietrzu. Jaka  gor ca, 
niewidzialna r ka wyrzuciła j  w gór . A potem ju  nic nie było. 

Gdzie Cody? 
Była prawie pewna,  e był tu z ni . Czy mówiła co  do niego, czy to tak e był sen? 

Wydawało jej si ,  e kiedy otworzyła oczy, siedział obok niej. Był zm czony i blady i miał na 
r kach  banda e.  Rozmawiali  ze  sob .  A  mo e  nie?  Rozpaczliwie  próbowała  sobie  przypo-
mnie , ale umysł miała przyt piony  rodkami nasennymi i przeciwbólowymi. 

Jessie. Jej matka te  tam była. Płakała. 
Potem pojawiły si  obce twarze. Patrzyły na ni  z góry,  wieciły jej w oczy i zadawały 

głupie  pytania,  Czy  wie,  jak  si   nazywa?  Oczywi cie,  e  wie.  Nazywa  si   Abra  Wilson  i 
chciałaby si  dowiedzie , co si  z ni  dzieje. 

A mo e umarła? 
Straciła rachub  czasu, podobnie jak Cody, który sp dzał ka d  mo liw  chwil  przy 

jej  łó ku.  Min ły  dwa  dni,  podczas  których  odzyskiwała  i  traciła  przytomno ,  ale  rodki, 
jakie jej podawano, sprawiały,  e wci  była oszołomiona. 

Trzeciego dnia Cody zobaczył,  e próbuje si  skoncentrowa . 
- Ci gle zasypiam. - Po raz pierwszy usłyszał w jej głosie rozdra nienie i to go bardzo 

ucieszyło. Bo dot d poddawała si  wszystkiemu bez szemrania. - Co oni mi podaj ? 

- Co ,  eby  mogła odpocz . 

background image

- Nie b d  ju  wi cej tego brała. - Odwróciła głow  i spojrzała na niego. - Powiedz 

im,  eby mi ju  tego nie dawali. 

- Musisz odpocz . 
- Musz  pomy le . - Zirytowana, spróbowała poruszy  si  na łó ku. Zobaczyła gips na 

r ce.  Miała  złaman   r k .  Powiedzieli  jej  to.  Na  nodze  tak e miała  gips.  Zdezorientowana, 
spróbowała  sobie  przypomnie ,  czy  uległa  wypadkowi  samochodowemu.  Przypominanie 
sobie przychodziło jej coraz łatwiej. 

- Budynki. Ju  ich nie ma. 
-  Budynki  si   nie  licz .  -  Cody  przycisn ł  do  ust  jej  r k .  -  Nap dziła   mi  stracha, 

Ruda. 

- Wiem. - Powoli zaczynało jej wraca  czucie. Kiedy nie spała przez dłu sz  chwil , 

zaczynała odczuwa  ból, który upewniał j ,  e  yje. - Byłe  ranny. 

-  Kilka  drobnych  zadrapa .  Znowu  masz  bóle?  -  Cody  poderwał  si .  -  Pójd   po 

piel gniark . 

- Nie chc   adnych lekarstw. 
Nachylił si  i pocałował j  w posiniaczony policzek. 
- Nie mog  patrze , jak cierpisz, kotku. 
- Pocałuj mnie jeszcze raz. - Dotkn ła jego policzka. - Wtedy mnie tak nie boli. 
- Przepraszam. - Piel gniarka wkroczyła do pokoju. 
- Zaraz przyjdzie lekarz,  eby pani  zbada . - Spojrzała wymownie na Cody'ego. - Pan 

zaczeka na zewn trz. 

- Dobrze, siostro. 
- Nie wezm  wi cej  adnych lekarstw - usłyszał głos Abry. - Je eli siostra ma jakie  

igły, niech je siostra lepiej zgubi. 

Po raz pierwszy od wielu dni roze miał si . Abra wyra nie wracała do zdrowia. 
Po tygodniu nie my lała ju  o niczym poza tym,  eby jak najpr dzej opu ci  szpital. 

Piel gniarka  na  nocnej  zmianie  przyłapała  j ,  jak  próbowała  wyj   na  korytarz.  A  Cody 
musiał jej odmówi , kiedy  go błagała,  eby przeszmuglował j  do windy.  Lekarz tak e nie 
wyraził zgody na kompromisow  propozycj  przeniesienia jej na oddział otwarty. 

Miała wra enie,  e jest w pułapce, unieruchomiona z r k  i nog  w gipsie. Przeszła 

przez  fazy  gniewu  i  u alania  si   nad  sob .  A  teraz  była  po  prostu  znudzona.  miertelnie 
znudzona. 

Kiedy si  obudziła, zobaczyła drobn , ciemnowłos  kobiet  w zaawansowanej ci y, 

która przestawiała kwiaty. 

background image

- Cze ! 
-  Hej!  -  Jackie  odwróciła  si   z  promiennym  u miechem.  -  Nareszcie  si   obudziła . 

Cody b dzie w ciekły, bo go wygoniłam do bufetu. Biedak, jest chudy jak szczapa. - Podeszła 
do łó ka i usiadła na fotelu. - Jak si  czujesz? 

- Nie le. - U miech przyszedł jej bez trudu. - Kim pani jest? 
- Och, przepraszam. Jestem Jackie,  ona Nathana. - Rozejrzała si  wokoło. - Szpital to 

okropne miejsce. Nawet je eli w pokojach s  kwiaty. Nudzisz si ? 

- Jak mops. Miło,  e przyszła . 
- Cody jest dla mnie jak rodzina. Czyli ty te . Abra spojrzała na drzwi. 
- Jak on si  czuje? 
- Polepsza mu si , w miar  jak tobie si  polepsza. Bardzo si  o was martwili my. 
Abra popatrzyła na Jackie. W ostatnim tygodniu ogl dała mnóstwo ludzkich twarzy. 

Jackie  miała  twarz  przyjazn   i  -  na  szcz cie  -  radosn .  Poza  tym  mówiła  o  Codym  jak,  o 
kim  bliskim. 

- Powiesz mi co ? - zacz ła Abra. - Ale szczerze. 
- Spróbuj . 
-  Co  si   wła ciwie  stało?  Za  ka dym  razem,  kiedy  próbuj   porozmawia   o  tym  z 

Codym, zmienia temat, próbuje si  wykr ci  albo zaczyna si  zło ci . Wi kszo  pami tam, 
ale mam te  luki w głowie. 

Jackie tak e chciała si  w pierwszej chwili zrobi  unik, ale kiedy spojrzała Abrze w 

oczy, doszła do wniosku,  e zasługuje na prawd . 

- Mo e mi najpierw powiesz, co ty pami tasz? Abra odetchn ła z ulg . 
- Pojechali my na budow  i weszli my do głównego budynku. Było jeszcze ciemno, 

wi c  Cody  poszedł  do  samochodu  po  latark ,  a  ja  zostałam  w  rodku,  eby  si   rozejrze . 
Słyszała  o tej aferze z materiałami? 

- Tak. 
- Czekaj c na Cody'ego, chodziłam po budynku i nagle zobaczyłam zaschni t  grud  

jakiej  zaprawy. Okazało si ,  e to był plastik. Pobiegłam do drzwi - spróbowała unie  r k  
w gipsie - ale ju  do nich nie dobiegłam. 

Jackie  pomy lała,  e  dobrze  oceniła  Abr .  W  jej  oczach  nie  było  strachu,  lecz 

determinacja oraz spora doza frustracji. 

- Cody był jeszcze na zewn trz, kiedy budynek wyleciał w powietrze. Udało mu si  

wej  do  rodka i odszuka  ci . Nie znam szczegółów, bo on nie chce o tym mówi , ale to 

background image

musiało  by   okropne.  W  ka dym  razie,  wyci gn ł  ci   stamt d.  Powiedział  mi,  e  był 
przekonany,  e nie  yjesz. 

- Tak, to rzeczywi cie musiało by  okropne - przyznała Abra. - Zwłaszcza dla niego. 
- Abra, on obarcza si  win  za to, co ci  spotkało. 
- Co?! - Mimo bólu Abra spróbowała usi

. - Ale dlaczego? 

- Bo mu si  wydaje,  e gdyby od razu przyskrzynił Thornwaya... gdyby ci  wtedy nie 

zabrał na t  budow ... gdyby ci  nie zostawił samej... Gdyby. Gdyby. 

- To idiotyczne! - Wcisn ła guzik. Zagłówek łó ka uniósł si  lekko. 
-  Co  jest  idiotyczne?  -  odezwał  si   Cody  od  drzwi.  Jackie  podeszła  do  niego  i 

poklepała go po policzku. 

- O, jeste  ju , kochanie. Zostawiam was samych. Gdzie Nathan? 
-  Wst pił  po  drodze  na  oddział  poło niczy.  Jackie  poklepała  si   ze  miechem  po 

brzuchu. 

- Chyba si  do niego przył cz . 
- Ona mi si  podoba - powiedziała Abra do Cody'ego po wyj ciu Jackie. 
- Trudno jej nie polubi . - Cody ostro nie wr czył jej ró . - Masz cały pokój pełen 

kwiatów, ale pomy lałem sobie,  e mo e chcesz mie  jeden, który mo na potrzyma  w r ku. 

- Dzi ki. 
Cody zmru ył oczy. 
- Co  nie tak? 
- Owszem. 
- Zawołam piel gniark . 
-  Usi d .  -  Niecierpliwie  wskazała  mu  krzesło.  -  I  przesta   mnie  traktowa   jak 

inwalidk . 

- Dobrze. Chcesz sobie pobiega  dookoła szpitala? 
- Wariat! 
-  Mo e  i  tak.  -  Cody  nie  usiadł,  tylko  kr ył  przez  chwil   po  pokoju,  po  czym 

zatrzymał si  przy stoliku, na którym stało mnóstwo kwiatów. - Widz ,  e przybyły ci nowe 
kwiaty. 

-  Od  Swaggarta  i  Rodrigueza.  Rozejm  mi dzy  nimi  trwał  akurat  na  tyle  długo,  e 

zd yli przynie  mi bukiet go dzików. Gdy wychodzili, ju  si  kłócili. 

- Pewne rzeczy nigdy si  nie zmieniaj . 
-  Ale  niektóre  tak.  Dawniej,  kiedy  do  mnie  mówiłe ,  patrzyłe   mi  w  oczy.  A  teraz 

unikasz mojego wzroku. 

background image

Cody odwrócił si . 
- Przecie  teraz mówi  i patrz  na ciebie. 
- Gniewasz si  na mnie? 
- Nie b d   mieszna! 
- Nie jestem  mieszna. - Spróbowała si  podnie , krzywi c si  z bólu. Cody zacisn ł 

wargi. - Przychodzisz tu codziennie. I w nocy te . 

- Musz  by  w ciekły z tego powodu? - Podszedł do niej,  eby pomóc jej usi

- Przesta . - Odepchn ła z gniewem jego r k . - Sama mog  to zrobi . R ka w gipsie 

to nie jest kalectwo. 

- Przepraszam - burkn ł. 
-  No  wła nie.  To  jest  to.  Nie  chcesz  si   nawet  ze  mn   kłóci .  -  Machn ła  gipsem, 

pokrytym kolorowymi napisami. - Głaszczesz mnie tylko po głowie, skaczesz wokół mnie i 
pytasz, czego mi trzeba. 

- Chcesz rozegra  kilka rund? Dobrze. Zrobimy to, kiedy staniesz na nogi. 
-  Zrobimy  to  teraz,  słyszysz!  Teraz!  -  Rozgniewana,  uderzyła  pi ci   w  łó ko.  Nie 

mogła nawet sama wsta  i pokr ci  si  po pokoju,  eby rozładowa  frustracj . - Traktujesz 
mnie jak niedorozwini te dziecko. Mam ju  tego do ! Nie chcesz mi nawet powiedzie , co 
si  stało. 

- Czego ty chcesz ode mnie?! - Napi cie ostatnich dni doprowadziło go wreszcie do 

wybuchu. - Mam ci powiedzie , co  czułem, kiedy budynek wyleciał w  powietrze z tob  w 

rodku? Mam opisa , jak to było, kiedy czołgałem si  po gruzach, szukaj c ciebie? A potem 

ci   znalazłem,  poparzon ,  połaman   i  pokrwawion ?  -  Mówił  coraz  gło niej.  Podszedł  do 
łó ka i chwycił szczeble zbielałymi palcami. - Mam ci powiedzie , co czułem przez te długie 
godziny w poczekalni, kiedy nie wiedziałem, co z tob  b dzie? 

- Jak mo emy si  z tym upora , je eli sobie tego nie powiemy? - Chciała go wzi  za 

r k ,  ale  Cody  si   wyrwał.  -  A  czy  ty  nigdy  nie  pomy lałe ,  co  ja  czuj ,  patrz c  na  twoj  
poranion  twarz i twoje r ce? Przecie  wiem,  e spotkało ci  to dlatego,  e po mnie wróciłe . 
Musz   o  tym  z  tob   porozmawia .  Nie  mog   ju   dłu ej  znie   tego  le enia  i  prób 
przypomnienia sobie, co si  wtedy stało. 

- No to przesta  o tym my le . - Machn ł r k , str caj c plastikowy wazonik. - Ju  po 

wszystkim. Kiedy st d wyjdziesz, nie b dziemy wi cej do tego wraca . Nie  ycz  sobie ju  
nigdy przechodzi  przez co  podobnego z twojego powodu, rozumiesz? - Zbli ył twarz do jej 
twarzy. - Chc ,  eby  st d wyszła. Chc  by  z tob . Kocham ci . Nie sypiam po nocach, bo 
ci gle my l  o tym, co mogło si  sta . 

background image

- Ale si  nie stało!  - krzykn ła. - Jestem tu i  yj . Dzi ki tobie. To nie twoja wina, 

idioto! Ocaliłe  mi  ycie. A ja kocham ci  za bardzo,  eby siedzie  z zało onymi r kami i 
patrze , jak si  zadr czasz. To si  musi sko czy , Johnson. Mówi  serio. Je eli nie potrafisz 
traktowa  mnie normalnie, mo esz tu w ogóle nie przychodzi . 

- Przesta cie! - Rozgniewana piel gniarka wpadła do pokoju. - Słycha  was na całym 

pi trze.. 

- Wynocha! - krzykn li jednogło nie, a ona wycofała si , trzaskaj c drzwiami. 
-  Nie  chcesz  mnie  tu  widzie ?  Dobrze!  -  Cody  podszedł  do  łó ka.  -  Ale  najpierw 

powiem wszystko, co mam ci do powiedzenia. Mo e i sam si  o to obwiniam, ale to moja 
sprawa. Nie b dziesz mi mówiła, co czuj  i co mam czu . Ju  i tak za długo robiłem wszystko 
pod twoje dyktando. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 
-  adnych zobowi za ,  adnych długoterminowych planów. Czy nie tak miało by ? 
- Przecie  uzgodnili my... 
-  Mam  ju   do   uzgadniania  czegokolwiek  i  mam  te   do   czekania,  a   nadejdzie 

wła ciwy czas, miejsce i nastrój. Słyszała , co powiedziałem przed chwil ?  e ci  kocham. 

- Nie powiedziałe  mi tego. - Abra spu ciła wzrok. - Ty mi to wykrzyczałe . 
-  Niech  ci  b dzie,  e  wykrzyczałem.  A  teraz  ci  to  powtarzam  i  mówi ,  e  za  mnie 

wyjdziesz. Koniec dyskusji! 

- Ale... 
- Koniec! - hukn ł, tr c oczy. - Nie próbuj mnie przekona . 
- Cody, ja... 
- Zamknij si , dobrze? - Cody opu cił r ce. - Nie tak miało by . Nie chciałem si  z 

tob   kłóci .  Wygl da  na  to,  e  ilekro   sobie  co   zaplanujemy,  nic  z  tego  nie  wychodzi. 
Dlatego  adnych planów, Ruda,  adnych spekulacji. Jeste  mi potrzebna. Chc ,  eby  została 
moj   on  i  eby  pojechała ze mn  na wschód. 

Abra spojrzała na niego i wzi ła gł boki oddech. 
- Dobrze. 
Cody parskn ł  miechem i potarł twarz. 
- Dobrze? To wszystko? 
-  Niezupełnie.  Chod   tu.  -  Przyci gn ła  go  do  siebie.  Po  raz  pierwszy  od  wielu  dni 

Cody  przytulił  j   z  całym  przekonaniem.  -  Chyba  słyszałe ,  co  powiedziałam?  e  ci  
kocham? 

background image

- Nie powiedziała  tego. - Cody u miechn ł si  z ulg . To cud. Abra  yje i jest z nim. - 

Ty mi to wykrzyczała . 

- Ale to prawda. - Wypu ciła go z obj  i spojrzała mu w oczy. - Przepraszam. 
- Za co? 
- Za to,  e tyle przeze mnie przeszedłe . 
- To nie była twoja wina - powiedział Cody. 
- Wiem. - U miechn ła si  i zagipsowan  r k  dotkn ła jego zabanda owanej dłoni. - 

Twoja  te   nie.  Nie  chciałabym  ju   nigdy  przechodzi   przez  co   takiego,  ale  to  ci  
przynajmniej skłoniło,  eby mnie poprosi  o r k . 

- I tak miałem zamiar to zrobi . - Cody z u miechem ucałował jej palce. - Chyba. 
Abra uniosła brwi. Ró a, któr  dostała od Cody'ego, le ała pognieciona na łó ku. 
- Musz  ci co  wyzna  - powiedziała, wygładzaj c ostro nie płatki. - Miałam zamiar 

pojecha  za tob  na wschód bez wzgl du na to, czyby ci si  to podobało, czy nie. 

Cody cofn ł si  spojrzał jej w twarz. 
- Naprawd ? 
- Pomy lałam sobie,  e je li b dziesz mnie cz sto ogl dał, przyzwyczaisz si  do mnie. 

Mówiłam te  sobie,  e powinnam pozwoli  ci odej , ale w gł bi serca... nie miałam zamiaru 
da  ci takiej szansy. 

Cody nachylił si  i pocałował j . 
- I tak bym nigdzie nie odszedł. 

background image

EPILOG 

Cody  wypełnił  formularz  meldunkowy.  Skalisty  stok  za  oknem  obsadzony  był 

kaktusami, które zaczynały wła nie kwitn .  wiatło s czyło si  przez szklan  kopuł . 

- Miłego pobytu, panie Johason -  yczył mu recepcjonista z promiennym u miechem. 
- Dzi kuj , zamierzam dobrze si  bawi . - Cody odwrócił si  i schował  do kieszeni 

klucze. 

Wczasowicze  kr yli  po  foyer.  Wielu  z  m czyzn  było  w  strojach  tenisowych. 

Niektórzy schodzili z góry po zakr conych schodach, inni wje d ali na pi tro bezszelestnymi, 
szklanymi windami. Szklana kopuła przepuszczała słoneczne promienie, które rozszczepiały 
si  t czowym widmem na kamiennej posadzce. Wodospad z cichym szumem ko czył swój 
bieg  w  otoczonym  skałami  basenie.  Cody  podszedł  z  u miechem  do  kobiety,  która 
wpatrywała si  w strumie  spadaj cej wody. 

- S  jakie  za alenia? 
Abra odwróciła si  i przechyliła głow ,  eby mu si  przyjrze . 
- Pami tam, ile metrów rur trzeba było zainstalowa ,  eby spełni  twój kaprys. 
- To mówi samo za siebie. 
-  Zawsze  tak  twierdziłe .  -  Pomy lała  e  pó niej  mu  powie,  jak  bardzo  jej  si   tu 

podoba.  -  W  ka dym  razie,  dzi ki  mnie  to  wszystko  funkcjonuje.  -  Oparła  mu  głow   na 
ramieniu i odwróciła si ,  eby znów podziwia  wodospad. 

- Co ci jest? 
- Pewnie pomy lisz,  e jestem głupia. 
-  Ruda,  przez  połow   czasu  my l ,  e  jeste   głupia.  -  Sykn ł  cicho,  kiedy  Abra 

bole nie uderzyła go łokciem pod  ebra. - Ale tak czy owak, mów. 

- T skni  za dzie mi. 
Okr cił j  ze  miechem, a potem pocałował. 
- To wcale nie jest takie głupie. Ale mog  sprawi ,  e na chwil  o nich zapomnisz, 

kiedy ju  si  rozgo cimy w naszym domku. 

- Mo e. - U miechn ła si  wyzywaj co. - Je eli dobrze nad tym popracujesz. 
- Moim zdaniem, drugi miesi c miodowy powinien był jeszcze lepszy ni  pierwszy. 
Abra zarzuciła mu r ce na szyj . 
- No to zaczynamy! 

background image

- Za chwil . - Cody wzi ł j  za r ce. - Pi  lat temu, o  wicie, stali my w tym samym 

miejscu. Było tu pusto i  adne z nas nie potrafiło powiedzie , czy budowa zostanie w ogóle 
uko czona. 

- Cody, po co znowu o tym my le ? 
- Bo to co , czego nigdy nie zapomn . - Przycisn ł do ust jej dłonie. - Ale jest te  co , 

o czym ci nigdy nie mówiłem. Miałem zamiar poprosi  ci  wtedy o r k . Wła nie tamtego 
ranka. 

Była to dla niej miła wiadomo  - nawet po pi ciu latach mał e stwa i partnerstwa w 

pracy. 

- Teraz ju  za pó no. Jeste  na mnie skazany. 
-  Za  pó no,  eby  ci   na  tym  miejscu  poprosi   o  r k ,  ale  nie  za  pó no,  by  ci 

powiedzie ,  e  jeste   tym  najlepszym,  co  mnie  w  yciu  spotkało.  I  kocham  ci   jeszcze 
bardziej  ni   pi   lat  temu.  -  Nie  zwa aj c  na  otaczaj cych  ich  ludzi,  przygarn ł  Abr   do 
piersi. Miał wra enie  e s  sami, jak tamtego poranka, przed laty. 

- Cody. - Przycisn ła usta do jego warg. Ich smak był równie pon tny jak zawsze. - 

Jestem  taka  szcz liwa,  e  mam  ciebie,  e  mam  rodzin .  Powrót  tutaj  u wiadomił  mi,  ile 
spotkało  mnie  szcz cia.  -  Pogłaskała  biał   blizn   na  jego  skroni.  -  Mogli my  straci  
wszystko,  tymczasem  wygrali my  wszystko.  -  Tuliła  si   do  niego  przez  chwil ,  a  potem 
cofn ła si  z u miechem. - I musz  ci powiedzie ,  e podoba mi si  twój wodospad. 

- To prawdziwa pochwała w ustach in yniera. Masz. - Cody wyj ł z kieszeni monet . - 

Powiedz jakie   yczenie. 

- Nie mam  adnych  ycze . - Abra rzuciła monet  przez rami . - Chc  tylko ciebie. - 

Moneta opadła powoli na dno sadzawki, a oni odeszli w stron  domku, trzymaj c si  za r ce.