background image

nr inw. : K20 - 13589 
F 20 IIIp/P 
0890000179169 
Sara w Avonlea 
Pieśń nocy 
"       ^ 1988 
0 9. 04. 200?        22 04 2002   11 1999 
4CL OG.aooar. 
1 7 07 2002 2 8. 11. 2002 9S 
2 6. 03. 2003 2 9. 04 2003 
9. 09. 2003 n 
2 0. 06. 2003 
77 jj ^ 7 11. 2003 
10 L1 25 n.im-     ] 
0 9. 03. 2005  , ?/     iflfti 
0 4 0 1 2007 
B' 90 
Część I FIONA McHUGH 
Klątwa rodu Lloydów 
PrzełoŜyła Magdalena Koziej-Ostaszkiewicz 
Część II HEATHER CONKIE 
Tajemnica Maryli 
PrzełoŜyła Anna Rojkowska 
Sara w Ayonlea 
Pieśń nocy 
Na podstawie serialu telewizyjnego opartego na wątkach powieści Lucy Maud Montgomery 
MIEJSKA BffiUSTBfcA PlkSUBHiA w Zabrzu 1(11? P   
to 

ZN. KLAS. tfl^J./' 

 

NR INW. JbS<S*> 

Nasza Księgarnia 
Tytuły oryginałów angielskich Song of the Night The Materializing of Duncan McTavish 
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia", Warszawa 1995 
Song of the Night Storybook written by Fiona McHugh. Copyright © 1991 by HarperCollins 
Publishers Ltd, Sullivan Films Distribution Inc., and Ruth Macdonald 
and David Macdonald Teleplay written by Fiona McHugh. Copyright © 1989 by Sullivan 
Films Distribution Inc. and Fiona McHugh 
The Materializing of Duncan McTavish Storybook written by Heather Conkie. Copyright © 
1991 by HarperCollins Publishers Ltd, Sullivan Films Distribution Inc.. 
and Teleplay 
fa&UJkeaM»WhM'f'cEJright © 1989 
Hjai 
by Sullivs 1 Films Distribution Inc,_and Heather Conkie 

Published by arrangement with H irperCollins Publishers Ltd., Toronto. Based in the Sullivan 
Films Production produced by Sulliv n Films Inc. in association with|the CBS and the Disney 
( hannel with the participation oflrelefilm Canada adapted from"Y.ucy~Maud Montgomery's 
novels. ROAD TO AVONLEA is the trade mark of Sullivan Films Inc. 
Translation © 1995 by Magdalena Koziej-Ostaszkiewicz Translation © 1995 by Anna 
Rojkowska 
© Cover illustration by Ulrike Heyne, Arena Verlag GmbH Wurzburg 

background image

Opracowanie typograficzne Zenon Porada 
Część I 
Klątwa rodu Lloydów 
Rozdział pierwszy 
W tym starym domu było coś, co sprawiło, Ŝe Sara zatrzymała się, zaciekawiona. Być moŜe 
jej uwagę przykuła ogromna, najeŜona kolcami brama, która zdawała się szczerzyć na 
przechodniów swoje Ŝelazne zęby. A moŜe zaintrygowały ją ciemne świerki, otaczające dom 
ciasnym kołem, jakby strzegły jakiejś niezwykłej tajemnicy. To miejsce musiało być kiedyś 
ś

wiadkiem wielkiej miłości i wielkiej nienawiści. Sara słyszała niemal czyjś szloch, czuła, iŜ 

w tym domu rozegrała się jakaś tragedia, a moŜe nawet - zadrŜała na samą myśl - ciąŜy na 
nim klątwa. 
Sara przystanęła przed bramą tak nagle, Ŝe Felek, człapiący z tyłu z pustym koszem na 
bieliznę, wpadł wprost na nią. Straciwszy równowagę, zatoczył się na Cecylkę, która z kolei 
runęła jak długa na ziemię. 
- Na litość boską, Feliksie Kingu! Nie myśl sobie, Ŝe skoro rodzice wyjechali na trochę, 
moŜesz się chuliganić! - beształa go Felicja, podnosząc Cecylkę i otrzepując ją z piachu. 
Trzynastoletnia Felicja, najstarsza z trójki rodzeństwa Kingów, uwaŜała, Ŝe jej obowiązkiem 
jest niańczyć dziesięcioletnią Cecylkę i sztorcować jedenastoletniego 
Felka, który zajmował niedogodną pozycję śred-niaka. 
- Wcale się nie gu-li-chanię - odpalił Felek, który nigdy nie umiał wysłowić się jak naleŜy. - 
To przez Sarę. Zatrzymała się tak nagle, jakby ktoś złapał ją za rękę. 
- To ten dom połoŜył lodowatą dłoń na mym sercu - wyszeptała Sara wpatrzona w ciemny 
budynek skryty wśród drzew. 
Felicja westchnęła. 
- Czy zawsze musisz tak dramatyzować, Saro? To dom panny Lloyd. I przyjmij do 
wiadomości, Ŝe domy nie mają rąk. 
Sara nie zwróciła uwagi na sarkastyczny ton Felicji. Wpatrywała się z napięciem w duŜy, 
pusty ogród za bramą. 
- Opowiedz mi o tej pannie Lloyd - poprosiła. 
- No cóŜ... Rodzina Lloydów właściwie załoŜyła nasze miasto. Wspólnie z Kingami, rzecz 
jasna. 
- Kiedy Felicja zaczynała się pysznić, Ŝe pochodzi z Kingów, przypominała do złudzenia swą 
ciotkę Hetty. - Jest bogata jak królowa. Miejscowi nazywają ją starą lady Lloyd, z powodu jej 
bogactwa, skąpstwa i dumy. 
- Tylko Ŝe niewiele jej przyszło z całego tego bogactwa - dodał Felek. - Tata mówi, Ŝe nikt 
jeszcze nie widział na jej twarzy uśmiechu. 
- Nikt j e j nie widział, ani z uśmiechem, ani bez. W kaŜdym razie przez ostatnie kilka lat. 
Nawet j a nie mam pojęcia, jak ona wygląda 
- dodała Felicja, która chwaliła się zawsze, Ŝe zna 

wszystkich mieszkańców Avonlea. - EjŜe, Saro Stanley! GdzieŜ ty się wybierasz? 
Sara bowiem podeszła do okazałej bramy i połoŜyła dłoń na klamce. 
- Nie moŜesz tam wejść, to teren prywatny. Sara utkwiła spojrzenie w gąszczu ogrodu za 
bramą. 
- A moŜe biedna panna Lloyd nie Ŝyje i nikt 
0 tym nie wie - odparła.- Nie sądzisz, Ŝe powinniśmy to sprawdzić? 
W oddali, poza zasięgiem wzroku dzieci jakaś zakapturzona postać wychynęła z kępy 
rozszep-tanych świerków. Przemknęła ku szerokim schodom frontowym, minęła kamienne 
urny i zastygłe w kamiennych pozach lwy spoczywające po obu stronach wejścia, po czym 

background image

podeszła do masywnych drzwi. Schyliwszy się, połoŜyła na progu duŜą rybę. Kiedy się 
wyprostowała, kaptur opadł, odsłaniając zdecydowaną, surową twarz Peg Bo wen. 
Gdy w Avonlea pada to imię, ludzie zniŜają głos. Nikt bowiem nie wie, kim tak naprawdę jest 
Peg Bo wen. Latem Peg nie mieszka w domu, jak zwykli śmiertelnicy, lecz włóczy się po 
zielonych polach, Ŝywi jagodami i sypia pod rozgwieŜdŜonym niebem. Zimą zamieszkuje 
koślawą chatkę w głębi lasu, którą dzieli z sześcioma kotami, trzynogim psem, krukiem, 
szacowną kurą, wypchaną małpą 
1 małą, wyszczerzoną w uśmiechu czaszką. 
Wieczorami mieszkańcy Avonlea opowiadają sobie przy kominkach dziwne historie o Peg 
Bo- 

wen. Niektórzy twierdzą, Ŝe potrafi zamieniać się w czarnego kota, a nawet obarczają ją winą 
za kiepskie zbiory czy choroby krów. Inni utrzymują, Ŝe Peg wie o wszystkim, co dzieje się w 
miasteczku i zna najgłębsze sekrety jego mieszkańców. Z tych czy innych powodów ludzie 
boją się Peg Bowen i nazywają ją czarownicą z Avonlea. Ale tylko ci, którzy ją znają 
naprawdę, wiedzą, co myśleć o tych plotkach. 
Peg Bowen przycisnęła ogorzałą, pooraną zmarszczkami twarz do drzwi wejściowych i 
powiedziała skrzeczącym głosem: 
- Przyniosłam ci ładną, tłustą rybę i zioła na reumatyzm. Przyjdę jutro, by nanieść drewna na 
opał. I nie zaniedbuj tej fasoli, którą zasadziłam, słyszysz? 
Czekała, ale nikt nie odpowiedział, nawet echo. Peg mruknęła coś z niepokojem, po czym 
przyłoŜyła ucho do otworu na listy i zaczęła nasłuchiwać. Z pogrąŜonego w mroku wnętrza 
nie doszedł jej Ŝaden dźwięk. Peg zmarszczyła brwi. Wówczas usłyszała ostry, suchy kaszel, 
nic więcej. Dla Peg była to wystarczająca odpowiedź. Skoro kaszle, znaczy, Ŝe Ŝyje, 
stwierdziła, potrząsając głową. 
Zamierzała właśnie zniknąć ponownie wśród świerków, gdy zamarła ze zdumienia. Głosy! 
Słyszała głosy dzieci zbliŜających się do domu. Peg wślizgnęła się bezszelestnie pomiędzy 
drzewa i tam zastygła w oczekiwaniu. 
Sara właściwie nie miała zamiaru wchodzić do cudzego ogrodu. To był jeden z tych jasnych, 
10 
słonecznych poranków, które rodzą dobre samopoczucie i dobre chęci. 
Poprzedni wieczór Sara spędziła ze swoimi kuzynami na ich farmie. Urządzali sobie róŜne 
zabawy, Ŝartowali, a stary dom rozbrzmiewał ich śmiechem. 
Nie zawsze tak bywało. Gdy Sara przyjechała do Avonlea, małej miejscowości na Wyspie 
Księcia Edwarda, została przyjęta chłodno i podejrzliwie. Wówczas była dla kuzynów obcą 
dziewczynką przysłaną z Montrealu przez ojca, który zbankrutował i stracił dobre imię. Jakoś 
udało jej się znieść te pierwsze, okropne dni i noce. A potem samotna dwunastolatka 
odnalazła w duŜej, solidarnej rodzinie Kingów ciepło i bliskość, które dotąd znała jedynie z 
ksiąŜek. ZŜyła się ze swoimi kuzynami i polubiła szarą codzienność rodzinnego Ŝycia. Lubiła 
nawet nie kończące się porady cioci Jany. Ciocia Jana tak często klarowała swym dzieciom, 
co mają robić, a czego nie, Ŝe nie były w stanie spamiętać choćby połowy tych instrukcji i 
szczerze mówiąc - nawet nie próbowały. 
Tego ranka, gdy z koszem pełnym starych ubrań wygramolili się z powoziku, ciocia Jana 
znowu zaczęła komenderować: 
- Zostawcie te rzeczy w kościele w misyjnym pudle na dary, a potem szybko maszerujcie do 
cioci Hetty, bo juŜ na was czeka. Cecylko, kochanie, nie zapomnij, proszę, ścielić rankiem 
łóŜka. 
II 
Macie być grzeczni u cioci. Pamiętajcie - chodźcie spać o przyzwoitej porze i... 

background image

Na szczęście wujek Alek w tym momencie cmoknął na konia i powóz ruszył - wujostwo 
wybierali się do Charlottetown, gdzie zamierzali zostać parę dni - ciocia Jana musiała więc 
zadowolić się ostatnim napomnieniem: 
- Nie marudźcie po drodze!... 
Sara wraz z kuzynami pomachała wujostwu na poŜegnanie i nawet przez myśl jej nie 
przeszło, Ŝe mogłaby nie usłuchać przestróg ciotki. Ale kiedy mijała wysoką bramę Lloydów i 
poczuła na sercu ów lodowaty dotyk, natychmiast zapomniała o wszelkich ostrzeŜeniach. 
Gdy biegła szybko cichą aleją, pomyślała sobie, Ŝe ciocia Hetty zdąŜyła juŜ pewnie nakryć do 
obiadu i wyrzeka jak rozgdakana kura na ich niepunktualność. Kiedy jednak Felek przepchnął 
się obok niej przez bramę i pognał do przodu, wołając, Ŝe „dziewuchy mają pietra", Sara nie 
mogła się powstrzymać i pobiegła za nim. 
- Ja tam się wcale nie boję - powiedziała zdyszanym głosem, gdy udało jej się go dogonić. - 
JeŜeli w domu są jakieś trupy, zamierzam pierwsza je zobaczyć. 
- Trupy?! Kto tu mówi o trrrupach? - zawołał Felek, którego zaczęła opuszczać odwaga. 
- PrzecieŜ panna Lloyd moŜe juŜ nie Ŝyć od -lat. MoŜe leŜy tam sztywna i zimna, a nikt o tym 
nie wie. MoŜe odnajdziemy jedynie wyschnięty szkielet? 
- Sz-sz-szkielet. AleŜ S-s-saro... - zająknął się Felek. 
Sara jednak biegła dalej. 
Felek zatrzymał się pośrodku wysadzanej drzewami alei, czując, Ŝe ciarki przechodzą mu po 
plecach ze strachu. Dopiero teraz uświadomił sobie, Ŝe wokół panuje niesamowita cisza. 
Słyszał tylko swój oddech. Serce waliło mu jak młotem. 
Słońce uciekło nagle za chmurę. Na drogę zakradła się ciemność, która pogłębiła cienie. 
Felek poczuł, Ŝe szczypią go uszy. Wstrzymał oddech. Szelest gałęzi sprawił, Ŝe aŜ 
podskoczył i nagle - o zgrozo ! - ujrzał wpatrzone w siebie czarne oczy, poŜółkłe zęby 
wyszczerzone w uśmiechu i kościste ramię uniesione jak do ciosu. 
Felek zawył z przeraŜenia i puścił się pędem w stronę bramy. 
- Peg Bowen! Peg Bowen jest tutaj! Widziałem czarownicę z Avonlea! - wrzeszczał. - 
SparaliŜowała mnie wzrokiem! 
Felicja i Cecylka stały bezpiecznie za bramą i obserwowały jego szaloną rejteradę. 
- Wcale nie widziałeś Peg Bowen - szydziła Felicja. - Udajesz tylko, bo boisz się iść dalej. 
Felek przełknął ślinę. Był przekonany, Ŝe widział Peg Bowen. Ale wiedział teŜ, Ŝe jeśli zwieje 
teraz z posesji Lloydów, Felicja zawsze juŜ będzie nazywać go śmierdzącym tchórzem. 
Odwrócił się więc niechętnie i ruszył w stronę domu. Zdawało mu się, Ŝe zamiast kolan ma 
rozdygotaną galaretę. 
13 
- Właśnie, Ŝe ją widziałem, widziałem... - mruczał pod nosem. 
- Bzdura! - parsknęła Felicja i uchyliła bramę przed młodszą siostrą. - Chodź, Cecylko - 
powiedziała z wyŜszością. - Zobaczymy, co tam Sara wyprawia. 
Rozdział drugi 
Tymczasem Sara, którą przyciągnęła do samotnego domu jakaś niewidzialna siła, stała na 
werandzie z nosem przytkniętym do brudnej szyby. Gdy jej wzrok przywykł do panującej w 
ś

rodku ciemności, przeszył ją dziwny dreszcz. 

Ujrzała bowiem ogromny, wysoki pokój, którego wnętrze spowijała szara sieć pajęczych nici. 
Pajęczyny zwieszały się z zakurzonych Ŝyrandoli. Pokrywały osłonięte pokrowcami meble. 
Pięły się jak szare koronki po pustych ścianach i niby bujne babie lato opatulały wystygły 
marmurowy kominek. 
Sara oniemiała ze zdumienia. Sądziła, Ŝe napasie oczy przepychem. Spodziewała się ujrzeć 
lśniące przedmioty z mosiądzu i miedzi, błyszczącą posadzkę, aksamity i ogień buzujący w 
kominku. A zobaczyła pusty, ogołocony, ponury pokój. CzyŜ Felicja nie mówiła, Ŝe dom ten 

background image

naleŜy do damy „bogatej jak królowa"? Dokładnie badała wzrokiem wnętrze, starając się 
zgłębić jego dziwną tajemnicę. 
14 
Nie zauwaŜyła nawet, Ŝe pozostałe dzieci wtargnęły tymczasem do ogrodu. Zapomniały juŜ o 
strachu i ganiały z wrzaskiem tam i sam, zaglądając we wszystkie zakamarki. Nawet Felek 
odzyskał pewność siebie. Wstydził się, Ŝe stchórzył, i zastanawiał się, jak wymazać to z 
pamięci sióstr. Gdyby tylko mógł dokonać czegoś tak śmiałego, Ŝe wszyscy zapomnieliby o 
jego wrzaskach na drodze! Gdy zobaczył pękniętą szybę w jednym z dolnych okien, wpadł 
mu do głowy pewien pomysł... 
Sara zamierzała właśnie odejść od okna, gdy nagle spostrzegła, Ŝe w zamarłym pokoju coś się 
poruszyło. Z mroku wyłoniła się długa, koścista, biała ręka i zacisnęła na cięŜkim 
pogrzebaczu opartym o kominek. W tym samym momencie kamień strzaskał szybę tuŜ obok 
Sary, wprawił w drŜenie pajęczyny i wylądował dokładnie przed kominkiem. 
Sara zauwaŜyła tylko, Ŝe pogrzebacz zniknął, po czym usłyszała triumfalny wrzask Felka: 
- Trafiłem!! No i kto tu jest śmierdzącym tchórzem? 
W odpowiedzi rozległ się wrzask Cecylki: 
- Och, nie! Ktoś nadchodzi! Wiejemy! 
Gdy Sara odwróciła się, zobaczyła, Ŝe pozostali gnają aleją ile sił w nogach. 
- Pospiesz się, Saro! - zawołała zdyszana Felicja. - MoŜe stara lady Lloyd wcale nie umarła! 
Sara zeskoczyła z werandy i puściła się pędem 
15 
w ślad za kuzynami, którzy byli juŜ prawie na zakręcie alei. Wyglądało na to, Ŝe zaraz straci 
ich z oczu. 
- Zaczekajcie na mnie! - krzyknęła, jednak tamci zniknęli juŜ za zakrętem. 
Nogi ślizgały jej się po Ŝwirze. By skrócić sobie drogę, popędziła przez zaniedbany trawnik. 
Nagle stopa uwięzia jej w kłębowisku drutu skrytym w wysokiej trawie. Sara usłyszała odgłos 
rozdzieranego materiału, a potem padła, dysząc, na ziemię. Przez chwilę leŜała twarzą w dół, 
czując przeszywający ból w kolanie. MoŜe gdy będzie cicho, ten ktoś, kto ją gonił, zrezygnuje 
z pościgu i wróci do domu. ZadrŜała, przypomniawszy sobie sękatą dłoń ujmującą 
pogrzebacz. 
Trawa wokół, poruszana przez wiatr, złowrogo falowała. Świerki zbiły się w gromadkę. Nie 
wiadomo dlaczego słoneczny dzień stracił nagle cały urok. Mały czarny pajączek wspiął się 
na rękę Sary, zaczął po niej pełznąć, po czym zmienił zamiar i uciekł, gdy w pobliŜu trzasnęła 
gałązka. Sara zamarła. Ktoś skradał się po szeleszczącej trawie. CzyŜby ją odkryto? Gdyby 
tylko kolano tak nie bolało, mogłaby zerwać się na nogi i uciec. Wszystko byłoby lepsze od 
leŜenia z twarzą przyciśniętą do ziemi i czekania, aŜ ktoś ją złapie. JuŜ miała spróbować się 
podnieść, gdy jakaś dłoń zacisnęła się na jej ramieniu. 
- Wandale! Hołota! - syknął głos. - Mam cię! Sara uniosła głowę i spojrzała wprost w 
roziskrzone gniewem oczy starej lady Lloyd. 
16 
Rozdział trzeci 
Twarz panny Lloyd nosiła ślady dawnej urody. W jej ciemnych oczach tliły się iskierki, 
policzki miały ładny zarys. Gęste, siwe włosy były starannie ułoŜone. Jej suknia, choć 
wyblakła i wytarta, uszyta była z najdelikatniejszego jedwabiu. Jednak w stalowym uścisku 
dłoni, która opadła cięŜko na ramię Sary, nie było krztyny delikatności. Dłoń ta trzymała Sarę 
niczym imadło. Stara dama dźwignęła dziewczynkę w górę, potrząsnęła nią, po czym zaczęła 
ją wlec w stronę domu. 
- Proszę mnie puścić. To boli! - zaprotestowała Sara. 
Jednak lady Lloyd zdawała się nie słyszeć ani słowa. Jej urywany oddech przerywał co chwila 
suchy kaszel. Gdy doszły do domu, zatrzymała się. 

background image

- Zazwyczaj nie przyjmuję nikogo u siebie - powiedziała, dysząc. - Od lat nikt nie wszedł 
nawet na te schody. Jestem ostatnią z Lloydów. - Wsparła się na milczącym kamiennym lwie. 
- MoŜe tak właśnie powinno być. Bo wiesz, nad naszym rodem ciąŜy klątwa. 
- Klątwa? - powtórzyła Sara, czując jak nogi uginają się pod nią. A więc przeczucie jej nie 
omyliło. - Jaka klątwa? 
Panna Lloyd nie odpowiedziała. Wpatrywała się w skaleczone kolano Sary. 
- DuŜy upływ krwi. Trzeba to opatrzyć - mru-. knęła pod nosem. Szorstko popchnęła Sarę na 
2 — Pieśń nocy 
17 
schody, po czym przystanęła w pół kroku, jakby coś jej się nagle przypomniało. - MoŜna 
powiedzieć, Ŝe mój dom został poświęcony ludzką krwią - wymamrotała. Głos miała 
zmieniony, pełen zadumy. Omiotła oczami schody. - Tam! - wskazała triumfalnie całkiem 
zwyczajnie wyglądający stopień. - Właśnie tam upadł pradziadek Lloyd i skręcił sobie kark. 
Dokładnie w dniu, kiedy ukończono budowę domu. Podobno to było straszne. - Cmoknęła z 
dezaprobatą i powiodła wokół nieobecnym spojrzeniem, jakby próbowała przenieść się w 
przeszłość. 
Dziewczynka znów poczuła, Ŝe przeraŜenie ściska jej serce. Marzyła tylko o tym, Ŝeby uciec. 
Ale kolano bardzo bolało, a panna Lloyd trzymała ją mocno. Sara miała zamęt w głowie. 
Usiłowała zapomnieć o strachu, zebrać rozbiegane myśli i opracować plan ucieczki. Równie 
dobrze jednak moŜna by rozkazać meduzie, by przestała trząść się jak galareta. 
Zanim Sara zdołała otworzyć usta, by wezwać pomocy, została juŜ wciągnięta przez próg do 
ogromnego ponurego holu. CięŜkie frontowe drzwi zatrzasnęły się za nią z wielkim hukiem, 
który przywiódł jej na myśl grzmoty w dniu Sądu Ostatecznego. 
- Siadaj tu - zakomenderowała panna Lloyd, wskazując jej krzesło takim gestem , jakby 
dopiero co wyczarowała je z mroku. - Powinno ci być tu wygodnie. To ulubione krzesło mego 
wuja. Dostał na nim ataku i umarł. 
18 
- Ojej! - pisnęła Sara, starając się za wszelką cenę nie okazać przeraŜenia. - To musiało być 
trudne dla... 
- Nonsens, moje dziecko. Wcale nie tak trudno dostać ataku. Nie trzeba się nawet o to starać. - 
Pchnęła Sarę na krzesło. - A teraz nie ruszaj się stąd. Zaraz wracam. 
Bez słowa wtopiła się w mrok korytarza. 
Sara natychmiast zsunęła się z krzesła i pokuśtykała do drzwi wejściowych. Gałka ani 
drgnęła. Dziewczynka niemal zaszlochała z rozpaczy. Spróbowała jeszcze raz, drŜące palce 
ś

lizgały jej się po chłodnym mosiądzu, ale choć obracała gałką we wszystkie strony, drzwi nie 

ustąpiły. 
Suchy kaszel w korytarzu obwieścił powrót panny Lloyd, więc Sara, kulejąc, wróciła szybko 
na krzesło. 
Długie, kościste palce starej damy ściskały miseczkę z parującym płynem o dziwnym 
zapachu. Para, niczym kadzidlany dym, osnuwała zatroskaną twarz pani domu, która 
przypominała teraz Sarze średniowieczną czarownicę. 
- Co... co to takiego? - wyjąkała, gdy panna Lloyd przyklękła, by posmarować jej kolano 
podejrzaną miksturą. 
- Ziołowy środek przyrządzony przez Peg Bo-wen. 
- Peg Bowen? Tę wiedźmę? 
- Taka z niej wiedźma jak ze mnie królowa Anglii - mruknęła ze złością panna Lloyd. Jej 
palce szybko i zręcznie czyściły i opatrywały ranę. 
19 
- Królowa umarła, panno Lloyd - ośmieliła się zauwaŜyć Sara. 
- Ja równieŜ - odparła cierpko starsza pani. - A w kaŜdym razie juŜ wkrótce to nastąpi. 

background image

Zmieszana Sara przypatrywała się dłoniom panny Lloyd, które delikatnie bandaŜowały jej 
kolano. Czy moŜna być „skąpym i dumnym" i pomagać komuś z takim oddaniem? 
Myśli dziewczynki rozproszył cichy chrobot dobiegający z ciemnego korytarzyka wiodącego 
do kuchni. Wyglądało na to, Ŝe ktoś dobiera się do tylnych drzwi. 
Panna Lloyd chwyciła za pogrzebacz. 
- Ani mi się waŜ ruszyć! - syknęła do Sary i dzierŜąc go w dłoni jak miecz, ruszyła cichcem w 
kierunku, z którego dobiegało szuranie. - Mam swoje sposoby na intruzów - mruknęła. 
Sara nie odrywała od niej oczu. A jeśli kuzyni przyszli jej z pomocą i stoją teraz za drzwiami 
nie wiedząc, Ŝe panna Lloyd zaraz się na nich rzuci? 
Jak kot podkradający się do ofiary, starsza pani przesuwała się bezszelestnie w kierunku 
kuchennego wejścia. Nagle chwyciła za zasuwę, błyskawicznie ją odsunęła i otwarła drzwi na 
ościeŜ. 
W progu stał zaŜywny, dobrze ubrany jegomość. Rzadkie, siwe włosy miał zaczesane gładko 
za uszy. W ręku trzymał kopertę, którą zamierzał wcześniej wsunąć przez szparę pod 
drzwiami. 
- Kuzynka Małgorzata!- zawołał, oblewając się rumieńcem aŜ po brzeg wykrochmalonego 
białego kołnierzyka. - AleŜ mnie wystraszyłaś! 
20 
- Przyłapałam cię na gorącym uczynku, Andrzeju Cameronie. Wślizgujesz się jak łasica i 
wści-biasz nos w moje sprawy! Wynoś się tam, skąd przyszedłeś! 
Pan Cameron wyprostował się i odparł: 
- Tylna brama była otwarta, kuzynko Małgorzato! Wiesz przecieŜ, jak martwię się o twoje 
zdrowie. Chciałem tylko... 
- Wynoś się, powiedziałam! - Panna Lloyd uniosła pogrzebacz w górę. - Wynoś się, zanim 
usłyszysz klątwę Lloydów! 
Jednak pan Cameron ani drgnął. 
- Nie mogę patrzeć, jak Ŝyjesz w nędzy, kuzynko Małgorzato. Proszę, przyjmij to - 
powiedział, podając jej kopertę. 
Twarz starszej pani pobladła z wściekłości. 
- Wolę umrzeć, niŜ przyjąć jałmuŜnę! I to jeszcze od ciebie, Andrzeju Cameronie! Choćbym 
była na samym dnie, mam swą dumę! A teraz wynoś się stąd, bo tak cię grzmotnę, Ŝe ujrzysz 
gwiazdy! - Z całej siły trzasnęła drzwiami i zamknęła zasuwę. 
Sara, przysłuchując się tej rozmowie, przestała na chwilę myśleć o swych rozterkach, lecz 
gdy usłyszała trzaśniecie drzwi, przypomniała sobie, Ŝe jest więźniem dziwnej starej damy. 
Wzięła się w garść i postanowiła za wszelką cenę uciec z jej domu. 
Zsunęła się z krzesła i znów podkradła do frontowych drzwi. Tym razem przekręciła powoli 
gałkę wokół osi i drzwi otwarły się skrzypiąc. ŚwieŜy powiew wiatru przywrócił jej poczucie 
rzeczywi- 
21 
stości. Z ulgą wyszła na powietrze rozgrzane przez południowe słońce. 
Tak szybko, jak tylko pozwalała jej na to obandaŜowana noga, pokuśtykała po schodach, 
przecięła Ŝwirowaną alejkę i trawnik i wreszcie znalazła się na drodze. 
Z tyłu dobiegło ją wołanie panny Lloyd. Dziewczynka obejrzała się za siebie. Starsza pani 
stała w drzwiach, w ręku nadal ściskała pogrzebacz. 
- Wracaj! - wołała. - Jeszcze z tobą nie skończyłam! 
Sara nie miała jednak zamiaru wracać. W kaŜdym razie jeszcze nie teraz. Potrzebowała czasu, 
by zastanowić się nad dziwną panną Lloyd i nad ową klątwą rodzinną, o której opowiadała. 
Rozdział czwarty 
Jako najstarsza przedstawicielka rodu Kingów, Hetty King bardzo powaŜnie traktowała swoje 
obowiązki. Przeraziła się nie na Ŝarty, gdy bratanice i bratanek wpadli jak cyklon do jej 

background image

schludnego domu, wrzeszcząc, Ŝe stara lady Lloyd uwięziła Sarę. Myśl, Ŝe dzieci z rodziny 
Kingów zostały przyłapane na cudzym terenie, zmroziła jej krew w Ŝyłach. I to w dodatku 
wtedy, gdy znajdowały się pod jej, Hetty, opieką! Co, u licha, powiedzą Alek i Jana, kiedy 
wrócą? 
Hetty zawsze szczyciła się tym, Ŝe w kaŜdej sytuacji potrafi zachować spokój. Teraz jednak 
22 
serce tłukło jej się niespokojnie w piersi, gdy pomyślała o spotkaniu z bratem i bratową. 
Wcisnęła więc na głowę kapelusz i ruszyła pędem w stronę posiadłości Lloydów, 
zdecydowana bronić honoru rodziny. Dzieci pognały za nią jak gromadka wystraszonych 
kurcząt. 
Jednak miast zniewaŜonej panny Lloyd, groŜącej pozwaniem całej rodziny Kingów do sądu, 
Hetty spotkała swą siostrzenicę Sarę. Kuśtykała drogą i wyglądała na wystraszoną. 
Dzieci, uradowane, Ŝe Sara wyszła cało z opresji, zasypały ją pytaniami. 
- Powiedz, Saro, kto trzymał ten pogrzebacz! Czy to był duch? Czy to była naprawdę panna 
Lloyd? 
Od chwili gdy wysoka, biała postać tak niespodziewanie pojawiła się w drzwiach frontowych, 
Felek był święcie przekonany, Ŝe wybijając szybę obudził ducha. 
To nie był Ŝaden duch - warknęła Felicja. 
- Panna Lloyd była ubrana w jedwabną suknię. Widziałam to nawet z daleka. A wiadomo, Ŝe 
duchy nie noszą jedwabiu! 
- Czy ona zrobiła ci coś złego? - spytała Cecyl-ka, wsuwając swą mała rączkę w dłoń 
kuzynki. 
- Nie, Cecylko. Zabrała mnie tylko do swego ciemnego, obskurnego domu. Ona mówi, Ŝe jest 
przeklęty. 
- Dzięki Bogu, Ŝe uszłaś stamtąd z Ŝyciem! 
- westchnęła Cecylka, wpatrując się w Sarę oczyma rozszerzonymi z podziwu dla jej 
ś

miałości. 

23 
Ostry głos Hetty uciął dziecięcą paplaninę. 
- Saro Stanley, co, na litość boską, skłoniło cię do wkroczenia na posesję Małgorzaty Lloyd? 
- Myśleliśmy, Ŝe panna Lloyd moŜe juŜ nie Ŝyć, ciociu Hetty. - Sara wzdrygnęła się na 
wspomnienie zakurzonego salonu. - Wszędzie było strasznie cicho. Tak jakby wszyscy 
zapomnieli o istnieniu tego domu... jakby ktoś rzucił na niego urok. 
- Co za brednie! Małgorzata Lloyd ma w sobie tyleŜ Ŝycia co ja. 
- Masz zupełną rację, ciociu Hetty. Jestem przekonana, Ŝe gdyby Felek wiedział, jak wiele w 
niej Ŝycia, nigdy nie wybiłby jej szyby. 
- Szyby? Jakiej znowu szyby?! - spytała ciotka Hetty, otwierając usta ze zdziwienia. 
- I tak była pęknięta - mruknął Felek, piorunując Sarę wzrokiem. 
- Feliksie Kingu, ośmielasz się twierdzić, Ŝe stłukłeś szybę w posiadłości panny Lloyd? - 
spytała ciotka Hetty, chwytając niesfornego bratanka za ucho. Twarz jej pobladła z 
wściekłości, a dolna szczęka zaczęła drŜeć. 
Tak, to skończy się z pewnością pozwaniem do sądu i zszarganiem dobrego imienia Kingów! 
Poruszona Hetty coraz mocniej ściskała ucho winowajcy, słysząc w wyobraźni walenie 
młotka sędziowskiego i podniecone szepty wścibskiej gawiedzi. Tę koszmarną wizję przerwał 
na chwilę pisk Felka: 
- To boli, ciociu! Puść mnie! Niewykluczone, Ŝe w tej samej chwili rozsier- 
24 
dzona panna Lloyd wydaje swemu adwokatowi polecenie , by podjął odpowiednie kroki 
mające na celu sponiewieranie Kingów, zmieszanie ich z błotem. Ciotka Hetty nie posiadała 
się z oburzenia. W ramach protestu skręciła trzymane w palcach ucho. Ona, Hetty Eufemia 

background image

King nie będzie czekała z załoŜonymi rękoma, aŜ nastąpi takie nieszczęście. Musi bronić 
honoru rodziny, musi walczyć do utraty tchu. Nie pozwoli zbrukać nazwiska Kingów. Musi... 
Wrzask Felka przywołał Hetty do rzeczywistości. 
- Urwiesz mi ucho, ciociu! 
Palce Hetty puściły rozpalone, czerwone ucho, a Felek prędko czmychnął na bok. 
- A niech to, ciociu Hetty! Panna Lloyd moŜe sobie w kaŜdej chwili wprawić nową szybę, 
jeśli jej przyjdzie ochota. Ale urwane ucho nikomu jeszcze nie odrosło. 
Ciotka Hetty odwróciła się na pięcie, a Ŝe miała wyrzuty sumienia z powodu purpurowego 
ucha Felka, warknęła gniewnie: 
- A teraz wszyscy - marsz do domu, zanim zupełnie wyjdę z siebie! - Po czym ruszyła z 
marsowym obliczem drogą, a cała trójka podreptała potulnie za nią. 
Sara wlokła się w tyle. Bolało ją kolano, a jej myśli krąŜyły nieprzerwanie wokół osoby 
panny Lloyd. śałowała, Ŝe wyrwało jej się o tym oknie. Chciała przeprosić Felka, ale kipiąca 
złością ciotka zdąŜyła juŜ przeprowadzić go przez cięŜką bramę 
25 
wejściową, a teraz czekała z niecierpliwością na Sarę. 
- Nie wlecz się tak, Saro! - krzyknęła. - Straciłaś obiad, a jak tak dalej pójdzie, spóźnisz się i 
na kolację! 
Gdy Sara zbliŜyła się do bramy, ciotka dostrzegła nagle ranę na kolanie. W czasie ucieczki 
dziewczynki z posiadłości Lloydów bandaŜ zsunął się aŜ do kostki i teraz widać było 
zielonkawobrązową maź zaaplikowaną przez starszą panią. 
- Dobry BoŜe! - zawołała ciotka Hetty. - CóŜ to za paskudztwo?! 
- To ziołowy środek, który panna Lloyd dostała od Peg Bo wen, ciociu. 
Ta kropla przelała kielich goryczy ciotki Hetty. 
- Peg Bowen! - parsknęła. - Ta wariatka dawno juŜ powinna siedzieć pod kluczem! To 
przechodzi ludzkie pojęcie! 
Pchnęła Sarę za bramę i zamknęła ją z trzaskiem. W posępnym milczeniu cała gromadka 
skierowała się do domu ciotki Hetty. 
Sara przypomniała sobie, jak beztrosko czuli się tego ranka, i pomyślała, Ŝe moŜe panna 
Lloyd miała rację. MoŜe jej dom rzeczywiście jest przeklęty. 
W posiadłości Lloydów znów zapanowała cisza, a z krzaków wychynęła ciemna postać. 
- Wariatka, tak? - mruknęła Peg Bowen. Cierpki uśmiech wykrzywił niespodziewanie jej 
posępną twarz. 
Przez chwilę patrzyła za odchodzącymi, a jej 
26 
wzrok zatrzymał się na jasnych włosach Sary. Potem zawróciła w gęstwinę drzew. Chodziło 
jej po głowie stare porzekadło: „Na kaŜde zło na świecie jakąś radę znajdziecie". W 
zamyśleniu pyknęła parę razy z kukurydzianej fajki, z którą nigdy się nie rozstawała. - Musi 
być jakaś rada - mruknęła. - I trzeba ją znaleźć, póki nie jest za późno. 
Rozdział piąty 
Gdy dzieci dotarły wreszcie do RóŜanego Dworku, były zmęczone i głodne. Pora obiadu 
dawno minęła, więc Ŝołądek Felka dopominał się 
0 swoje prawa. 
Stary dom, który ciotka Hetty zamieszkiwała ze swą młodszą siostrą Oliwią, zawdzięczał swą 
nazwę licznym krzewom pnącej róŜy, które oplatały kolczastymi ramionami drzwi i okna. 
RóŜowe, białe i Ŝółte kwiaty zdobiące białą ścianę kiwały na powitanie główkami, a ich 
subtelny zapach przesycał słodyczą letnie powietrze. 
Gdy dzieci w asyście ciotki zbliŜyły się do domu, z okien napłynęła delikatna, cicha muzyka. 
Sara stanęła w miejscu i powiodła wokół rozmarzonym wzrokiem. 

background image

- Tak brzmiałoby światło księŜyca, gdyby potrafiło śpiewać... - zawołała. - Czy kiedykolwiek 
słyszałaś tak piękną muzykę, ciociu Hetty? 
Na twarzy Hetty pojawił się wyraz oburzenia 
1 udręki. 
27 
- O BoŜe. PrzecieŜ to tylko muzyka fortepianowa. I dochodzi z mojego domu. 
Stłumiwszy jęk, pospieszyła do salonu, gdzie ciocia Oliwia siedziała przy fortepianie 
zatopiona w sonacie Chopina. Jej bratanek Andrzej stał obok i przewracał nuty. 
- Oliwio King, czyś postradała zmysły?! Wiesz doskonale, Ŝe nikomu nie pozwalam tykać 
fortepianu Ruth! 
Ciocia Oliwia zawsze kojarzyła się Sarze z bratkami - była aksamitna i purpurowozłota. Teraz 
Oliwia do gamy swych ulubionych kolorów dołączyła szkarłat, gdyŜ zalała się rumieńcem aŜ 
po korzonki ciemnych włosów. Była znacznie młodsza od siostry. O ile Hetty mocno stąpała 
po ziemi, Oliwia bujała w chmurach. Hetty była stanowcza, nieraz surowa, Oliwię zaś 
cechowała nieśmiałość i łagodność. 
- Myślałam, Ŝe nie będziesz miała nic przeciwko temu. Trzeba było go nastroić, więc Andrzej 
pomógł mi unieść wieko. A potem, cóŜ, nie mogłam się powstrzymać i troszkę sobie 
pograłam. - Oliwia przejechała palcami po klawiszach. - Naprawdę nie sądzę, by Ruth miała 
mi to za złe. 
Zmieszana Sara przenosiła wzrok z jednej ciotki na drugą. Stały nieruchomo i mierzyły się 
wzrokiem. Obie miały w oczach łzy. Nagle Sara zrozumiała, Ŝe mówią o jej matce. 
- Czy chcecie powiedzieć, Ŝe... ten fortepian naleŜał do mojej mamy? - spytała, muskając 
palcami hebanowe wieko. 
28 
- Nie dotykaj! - warknęła Hetty. - Oliwio, proszę, byś przykryła go porządnie, tak jak 
przedtem. Saro Stanley, słyszałaś, co powiedziałam?! 
Sara jednak zdawała się nie słyszeć ani słowa. Podeszła do fortepianu, jakby przyciągnął ją ku 
niemu jakiś niewidzialny magnes, i pogłaskała klawisze z kości słoniowej. 
- Moja mama... - szepnęła. - Jej ręce ich dotykały... 
- Niewątpliwie, nie grała przecieŜ stopami 
- prychnął Felek. 
- Masz iść natychmiast zmyć to paskudztwo z kolana! - rozkazała Hetty nieco drŜącym 
głosem. 
- A ty zrób, jak mówiłam, Oliwio! Przykryj z powrotem instrument! 
Zazwyczaj Oliwia unikała konfrontacji z apodyktyczną siostrą, ale bywają chwile, gdy nawet 
najbardziej nieśmiałe osoby zdobywają się na odwagę. Oliwia zaczerpnęła tchu i powiedziała: 
- Hetty, gdy Sylwia Grey przyjedzie z wizytą, będzie jej potrzebny fortepian. Dlatego go 
nastroiłam. 
Hetty, która była właśnie zajęta zdejmowaniem sfatygowanego kapelusza, znieruchomiała ze 
zdumienia. 
- To, Ŝe ktoś jest muzykalny, nie oznacza jeszcze, Ŝe wszędzie, gdzie pojedzie, będzie mieć 
do dyspozycji fortepian! Nie mogę pozwalać byle komu grać na instrumencie Ruth. To chyba 
oczywiste, prawda, Oliwio? 
- Sylwia nie jest byle kim, Hetty. Jest utalen- 
29 
towaną śpiewaczką, która będzie potrzebowała fortepianu do ćwiczeń. Poza tym, dzięki temu 
łatwiej jej będzie się u nas zadomowić. Biedactwo nie ma nikogo na świecie. 
- Proszę cię, ciociu Hetty - wtrąciła Sara. - Nie znam wprawdzie Sylwii, lecz czuję do niej 
sympatię, skoro jest sama na świecie. Fortepian moŜe ukoić jej serce. A jeśli kaŜesz go 
przykryć, to będzie tak, jakby mama znowu umarła. 

background image

- Saro, przestań dramatyzować. Wy, dzieci, macie jakiegoś bzika na punkcie śmierci. Niech 
no tylko któreś z was piśnie jeszcze słowo, a pójdziecie do łóŜka bez kolacji! 
Felek natychmiast podjął wyzwanie. 
- Piśnie? - szepnął zaczepnie. - Pi, pi, pi... 
- Tego juŜ za wiele! Natychmiast do łóŜka, Feliksie Kingu! - wycedziła Hetty. 
Felkowi zrzedła mina. Spojrzał na ciocię Oliwię w nadziei, Ŝe stanie w jego obronie. Ale 
Oliwia patrzyła na Sarę, która impulsywnie zasłoniła klawiaturę rozpostartymi ramionami. 
- Jestem pewna, Ŝe Ruth chciałaby, by jej fortepian sprawiał radość innym, Hetty - 
powiedziała łagodnie Oliwia. - A zwłaszcza jej jedynej córce. 
Samotna łza spłynęła po policzku Hetty i skap-nęła na kapelusz, który obejmowały kościste 
dłonie. 
- Ruth tak kochała ten instrument - powiedziała Hetty mrugając powiekami. 
Sara uniosła twarz znad klawiatury. 
- Proszę cię, ciociu... Słuchając fortepianu ma- 
30 
my będę miała uczucie, Ŝe jakaś jej cząstka jeszcze Ŝyje. Proszę... Hetty przełknęła ślinę. 
- Dobrze, skoro nalegacie... - powiedziała ochrypłym głosem. Odwróciła się, próbując za 
wszelką cenę zapanować nad ogarniającym ją wzruszeniem. 
Wiele juŜ lat minęło od śmierci jej ukochanej siostry Ruth. Hetty próbowała zagłuszyć ból 
licznymi domowymi i społecznymi obowiązkami. Ulubiony fortepian Ruth został wciśnięty w 
kąt salonu i przykryty pokrowcem. Stawiano na nim rodzinne fotografie i srebrne bibeloty i w 
końcu zapomniano o jego rzeczywistym przeznaczeniu. 
Teraz niespodziewanie przemówił swym głosem i obudził w Hetty bolesne wspomnienia. 
Wyczuwając nastrój ciotki, Sara podeszła do niej na palcach, objęła ją wpół i szepnęła: 
- Dziękuję, ciociu Hetty, dziękuję... 
Ciotka Hetty, nie mogąc wydobyć z siebie słowa, poklepała ją po głowie. Potem wzdrygnęła 
się, jakby otrząsając z bolesnych wspomnień, i wyszła z pokoju. Po chwili krzątała się juŜ w 
kuchni. Avonlea zamarłoby ze zdziwienia, gdyby w ciągu godziny na stole Kingów nie 
zjawiła się kolacja. 
Felek, obserwując ciotkę kątem oka, pomyślał sobie, Ŝe być moŜe zapomniała juŜ ona o 
niedorzecznym planie wysłania go do łóŜka bez kolacji. Pogwizdując cicho pod nosem zaczął 
wycofywać się w kierunku tylnego wejścia, lecz surowy głos ciotki Hetty natychmiast osadził 
go w miejscu: 
31 
- Nie rzucam słów na wiatr, Feliksie. Marsz do łóŜka! 
- Czy muszę iść tak od razu, ciociu Hetty? Jestem strasznie głodny, bo przecieŜ nie jadłem 
obiadu... 
W odpowiedzi Hetty ujęła go za łokieć i pociągnęła w kierunku schodów. 
- MoŜe bym coś przedtem przekąsił, chociaŜ kromkę chleba, proszę cię, ciociu... 
- Nie ma mowy. Marsz na górę, zanim zagonię cię tam miotłą! 
- Na śniadanie zjem podwójną porcję - burknął Felek, ale Hetty zapomniała juŜ o jego 
istnieniu i wróciła do kuchni. Felek obrócił się ku Sarze, a głód i zmęczenie podsunęły mu 
okrutne słowa. 
- Musiałaś wypaplać o tym oknie, tak? śeby była wściekła jak osa! 
- Nie chciałam, wymknęło mi się... 
- Potrafisz tylko donosić! śałuję, Ŝe w ogóle tu przyjechałaś. Mam juŜ dość wysłuchiwania 
twoich durnych historii! 
- No cóŜ, tobie nigdy nie zdarza się powiedzieć nic interesującego, Feliksie Kingu. Nawet 
przez przypadek! 

background image

- Masz się za taką strasznie mądrą, co? Wiesz, co ci powiem? Cieszę się, Ŝe twojej matki juŜ 
nie ma! Cieszę się, Ŝe nie muszę słuchać, jak obie bębnicie na tym głupim fortepianie. śałuję 
tylko, Ŝeś tu przyjechała. Nikt cię nie chciał. A wiesz, dlaczego? Bo twój ojciec jest oszustem, 
ot co! 
32 
Sara patrzyła na Felka z niedowierzaniem. Jej oczy zaszkliły się łzami. 
- Jesteś podłą, godną pogardy istotą, Feliksie Kingu. I nigdy, nigdy ci tego nie wybaczę! - 
zawołała i wybiegła z pokoju. 
Andrzej wstał z fotela przy kominku i podszedł do Felka, który wbił w niego czujne 
spojrzenie. Czternastoletni Andrzej był chłopcem niezwykle spokojnym i opanowanym. Choć 
mieszkał w Avonlea od niedawna, Felek bardzo liczył się z jego zdaniem. 
Andrzej zjawił się na Wyspie Księcia Edwarda w tym samym czasie co Sara. Jego ojciec, 
Alan King, który był geologiem, został wysłany przez pracodawców do Ameryki Południowej 
i powierzył jedynaka opiece rodziny. Andrzej rozumiał Sarę lepiej niŜ inne dzieci z farmy 
Kingów, bo tak jak ona przywykł do samotności i tak jak ona został wcześnie osierocony 
przez matkę. I mimo Ŝe od jej śmierci minęło juŜ siedem lat, wciąŜ bardzo za nią tęsknił. 
Dlatego teŜ wstrząsnęło nim do głębi zachowanie Felka, który naigrawał się z Sary, 
przypominając jej o śmierci matki i kłopotach finansowych ojca. Zmierzył kuzyna surowym 
spojrzeniem i powiedział: 
- Co cię napadło, Feliksie Kingu? Jakbyś się poczuł, gdyby ktoś powiedział coś takiego o 
twoich rodzicach? 
Felek wiedział, Ŝe czułby się tak samo zraniony i nieszczęśliwy jak Sara. Ale było za późno. 
Powiedział te wszystkie wstrętne rzeczy i nie mógł ich 
w Ŝaden sposób odwołać. Z cięŜkim westchnieniem powlókł się po schodach na górę. 
Za sadem Kingów, ukryty pomiędzy dwoma zielonymi wzgórzami, leŜał staw, na którego 
brzegach rosły wierzby i szemrzące osiki. Od samego przyjazdu do Avonlea Sara czuła się 
dobrze nad brzegiem rozmigotanej wody. Lubiła słuchać kumkania Ŝab przesiadujących na 
kamieniach i przyglądać się maleńkim jaskrom połyskującym jak małe światełka wśród 
trawy. 
Tam właśnie odnalazł ją Andrzej. Na policzkach dziewczynki wciąŜ lśniły łzy. 
- Nie przyjdziesz na kolację, Saro? - spytał cicho. 
- Nie przełknęłabym teraz ani kęsa. Jest mi zbyt cięŜko na sercu. 
Andrzej usiadł obok niej na trawie. 
- On wcale tak nie myśli, Saro. Felek zawsze plecie, co mu ślina na język przyniesie. 
- Owszem, myśli dokładnie to, co powiedział. Andrzej zamilkł, zastanawiając się, jak 
pocieszyć 
swą dziwną kuzynkę. Znał ją od niedawna, lecz darzył wielką sympatią. 
Sara przyjechała z Montrealu wkrótce potem, jak jej ojca oskarŜono o defraudację. Przed 
wyjazdem powiedział swej przeraŜonej córeczce, Ŝe za upadek firmy i niesłuszne posądzenie 
winę ponosi jeden z jego nieuczciwych współpracowników. 
Ale plotki związane ze skandalem dotarły nawet do zacisznego Avonlea. Sara musiała wciąŜ 
znosić 
kąśliwe uwagi na temat ojca. A teraz, gdy jej własny kuzyn powtórzył te pomówienia, 
poczuła się zupełnie załamana. Andrzej otoczył ją ramieniem. 
- Nie jesteś sama, wiesz? Ja teŜ jestem przekonany o jego niewinności. 
Sara wyjęła z kieszeni fartuszka chusteczkę i otarła łzy. 
- Dziękuję - szepnęła. Andrzej zerwał się na nogi. 
- A teraz chodźmy, zanim Hetty pomyśli, Ŝe ból w kolanie odebrał ci apetyt. 

background image

- Powiedz, proszę, Hetty, Ŝe zaraz przyjdę. Muszę się zastanowić, jak zemścić się na Feliksie 
Kingu - powiedziała Sara z taką determinacją na twarzy i z takim błyskiem w oczach, Ŝe 
Andrzej pomyślał, iŜ nie chciałby być w skórze Felka. 
Rozdział szósty 
Nazajutrz wszyscy mieszkańcy RóŜanego Dworku wstali skoro świt, tego ranka bowiem 
miała przyjechać Sylwia Grey. Ciocia Oliwia z rozpromienioną twarzą biegała po domu, 
czyszcząc i polerując, co się dało, aŜ wreszcie ciotka Hetty z rozdraŜnieniem wyrwała jej 
miotełkę z ręki. 
- Na litość boską, Oliwio! Dom jest czysty jak szkło. MoŜe przestaniesz wreszcie się miotać i 
włoŜysz kapelusz, bo musicie juŜ wychodzić. 
- Ojej, chyba masz rację, Hetty. Ale późno się 
35 
zrobiło! Pospieszcie się, dzieci! Wsiadajcie do powozu, bo się spóźnimy! 
By uhonorować gościa, Oliwia, Felicja i Cecylka ubrały się w nowe muślinowe sukienki. 
Wdrapując się na tylne siedzenie, uwaŜały, by ich nie pognieść. Felek nie miał podobnych 
problemów i wskoczył do powozu tak niezgrabnie, Ŝe upadł na podłogę, wzniecając obłok 
kurzu. Felicja, podekscytowana przyjazdem artystki, nawet nie zwróciła na to uwagi. 
- Jeszcze nigdy nie spotkałam naprawdę utalentowanej śpiewaczki, ciociu Oliwio - paplała z 
przejęciem. - Czy mam przed nią dygnąć? 
- Czy Sylwia jest sławna? - spytała Cecylka. 
- Kiedyś będzie - odparła Oliwia, machając rękawiczkami, by rozpędzić kłęby kurzu. - JeŜeli 
stworzy się jej warunki, na jakie zasługuje. GdzieŜ się podziewa ta Sara? Andrzeju, bądź tak 
dobry i rozejrzyj się za nią. 
Zanim Andrzej zdąŜył opuścić swe miejsce obok Oliwii, w drzwiach pojawiła się Sara. Miała 
na sobie białą sukienkę obszytą francuską koronką i czarujący biały kapelusik. 
Przez cały ranek była dziwnie milcząca, a teraz, gdy wolno kroczyła w stronę powozu, w jej 
zachowaniu była jakaś królewska wyniosłość, która sprawiła, Ŝe oczy wszystkich zwróciły się 
ku niej. 
- Pospiesz się, Saro. Sylwia juŜ pewnie przyjechała - poprosiła Oliwia. 
Sara zmruŜyła oczy i spiorunowała wzrokiem 
36 
Felka, który wcisnął się głęboko w siedzenie pojazdu. 
- Nie wejdę do tego powozu, dopóki pewna osoba nie wysiądzie. 
- AleŜ Saro, co teŜ ty mówisz?! - zawołała zaskoczona Oliwia. 
- Albo Felek, albo ja. Nie mam zamiaru jechać z tą świnią. 
- Nie wolno ci w ten sposób wyraŜać się o kuzynie! - zawołała zmartwiona nie na Ŝarty 
Oliwia. 
- Nie kaŜ mu wysiadać, Saro - poprosiła Felicja. 
- Nie rób tego - wtrąciła Cecylka. - Zwłaszcza, Ŝe on chce wszystko naprawić. Prawda, Ŝe 
chcesz, Felku? 
ZaŜenowany Felek jeszcze głębiej zapadł się w siedzenie. Cecylka trąciła go łokciem. 
- No dalej, Felku, powiedz Sarze to, co powiedziałeś mi wczoraj wieczorem - szepnęła. 
Felek otworzył usta. Wszyscy patrzyli na niego, więc poczuł się bardzo niezręcznie. Słowa 
przeprosin, które tak starannie sobie przygotował, uwięzły mu w gardle i wydał z siebie tylko 
nieartykułowany pomruk. 
- Sami widzicie - wycedziła Sara z pogardą. - CzegóŜ, poza chrząkaniem, moŜna oczekiwać 
od świni? 
Felek wstał z miejsca. Twarz go paliła, jakby został spoliczkowany. 
- Skoro nie jestem tu mile widziany, moŜecie 
37 

background image

sobie jechać beze mnie. I tak mi nie zaleŜało na witaniu tej całej śpiewaczki. 
Wyskoczył z powozu i nie oglądając się za siebie ruszył w stronę domu. Sara, z dumnie 
uniesioną głową, zajęła jego miejsce. 
Oliwia zacięła konia, po czym obrzuciła siostrzenicę poirytowanym spojrzeniem. 
- CóŜ to za zachowanie, Saro! Kuzyni powinni być sobie bliscy jak rodzeństwo. 
- Nie mam Ŝadnego rodzeństwa, z którym mogłabym być blisko, ciociu Oliwio. A ze świnią 
nie mam zamiaru się zadawać, nawet jeśli to mój kuzyn - powiedziała Sara, jeszcze wyŜej 
zadzierając brodę. 
Reszta drogi upłynęła w milczeniu. 
Oliwia poznała Sylwię Grey w trakcie wspólnej nauki w College'u Księcia Walii w 
Charlottetown. Jako Ŝe przeciwieństwa się przyciągają, cicha, romantyczna Oliwia 
natychmiast zaprzyjaźniła się z beztroską i śmiałą Sylwią. Gdy minął rok nauki w 
Charlottetown, Sylwia wyjechała do Ontario, by studiować tam muzykę, Oliwia zaś wróciła 
do rodzinnego Avonlea. Jednak łącząca je więź musiała być silna, gdyŜ nie było tygodnia, w 
którym nie wymieniłyby listów. Oliwia z zacisznego Avonlea śledziła Ŝyczliwie postępy swej 
utalentowanej przyjaciółki. 
Gdy Sylwia napisała, Ŝe zamierza odwiedzić znajomych w Charlottetown, Oliwia natychmiast 
zaprosiła ją do RóŜanego Dworku, mimo wielu 
38 
obiekcji Hetty. Hetty Ŝywiła bowiem przekonanie, Ŝe kobieta marząca o karierze śpiewaczki 
musi mieć zgubny wpływ na jej prostoduszną siostrę. Dla niemłodej juŜ Hetty, która nigdy 
nie wytknęła nosa poza Wyspę Księcia Edwarda, zapał, z jakim Sylwia podejmowała kolejne 
podróŜe po kraju, świadczył o tym, Ŝe jest osobą podejrzanej konduity. 
- Wiesz, Ŝe nie pochwalam podróŜowania, Oliwio - wyrzekała. - To straszne, Ŝe w 
dzisiejszych czasach dziewczęta tak włóczą się po świecie. 
Oliwia jednak nie na darmo pochodziła z Kin-gów. Mimo swej nieśmiałości potrafiła być 
równie uparta jak Hetty. I w końcu postawiła na swoim. Wysłała list, po czym w napięciu 
czekała na odpowiedź. 
Sylwia odpisała jej natychmiast i z radością przyjęła zaproszenie. Powiadomiła teŜ, Ŝe 
znajomi z Charlottetown obiecali odwieźć ją do samego Avonlea. Będzie czekała na Oliwię 
przy głównym magazynie handlowym. Hetty musiała więc pogodzić się z poraŜką i ze źle 
ukrywaną niechęcią patrzyła, jak siostra z coraz większym podnieceniem przygotowuje się do 
wizyty przyjaciółki. 
I wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany dzień. Nawet nieporozumienie pomiędzy Felkiem i 
Sarą nie popsuło doskonałego humoru Oliwii. Wreszcie miała powitać swą ukochaną 
przyjaciółkę w Avon-lea. Szczęście biło wprost z jej twarzy, a radosny nastrój udzielił się 
innym i nawet Sara po jakimś 
39 
czasie przestała się dąsać. Gdy powóz zajechał przed sklep, wszyscy byli w świetnych 
humorach. Oliwia zostawiła Andrzeja w powozie i pospieszyła z dziewczętami do sklepu. 
Gdy tylko weszły, podbiegła ku nim szczupła, wysoka pani o pięknych, kasztanowych 
włosach. Miała na sobie niezwykle elegancki słomkowy kapelusz oraz suknię i płaszcz w 
kolorze jasno-beŜowym, który podkreślał rudy odcień jej włosów i świeŜość karnacji. 
- Kochana Oliwio! Jak dobrze znów cię zobaczyć! Wcale się nie zmieniłaś! WciąŜ wyglądasz 
jak osiemnastolatka! - zawołała serdecznie piękna dama. 
- A ty jak zawsze elegancka i atrakcyjna - powiedziała Oliwia, ze śmiechem obejmując 
przyjaciółkę. Potem ujęła Sylwię za rękę i pociągnęła w kierunku dziewczynek, które 
sprawiały wraŜenie całkowicie oszołomionych urodą nieznajomej. 

background image

Pomimo muślinowej sukienki Felicja poczuła się przy niej nieciekawa i prowincjonalna. Sara 
zaś w prostym fasonie słomkowego kapelusza od razu rozpoznała niepowtarzalny paryski 
szyk. 
Felicja i Cecylka dygnęły bezwiednie, gdy je przedstawiono, a Sara uroczyście uścisnęła dłoń 
Sylwii. 
- Witam, panno Grey - powiedziała. - Po pani kapeluszu poznaję, Ŝe ma pani wielki talent. 
- Dziękuję, Saro - zaśmiała się Sylwia, która od razu poczuła sympatię do tego dziwnego 
dziecka 
40 
0 wielkich oczach. - Postaram się być zawsze godna mojego kapelusza. 
Gdy dziewczęta taszczyły jej bagaŜe do powozu, oświadczyła konspiracyjnym tonem: 
- Pierwsze wraŜenie jest niezwykle waŜne, nieprawdaŜ? A poniewaŜ tak bardzo mi zaleŜy na 
wywarciu odpowiedniego wraŜenia na waszej ciotce Hetty, szczególną uwagę zwróciłam na 
wybór kapelusza. 
- Nie dajcie się podpuścić, dziewczęta - zaśmiała się Oliwia. - Wcale nie jest taka głupia, jak 
udaje. 
- A właśnie, Ŝe jestem - zaprzeczyła wesoło przybyła. - Jaki byłby poŜytek z młodości, jeśli 
nie moŜna by było pozwolić sobie na głupotę? 
Gdy wyszły ze sklepu, wiatr przyniósł im na powitanie zapach świerków. Sylwia przystanęła 
1 wzięła głęboki oddech. 
- Tutejsze powietrze jest doprawdy wspaniałe - przejrzyste i orzeźwiające jak szampan! 
Zobaczywszy nadchodzącą nieznajomą, Andrzej zdjął szybko czapkę, a kiedy napotkał jej 
uwaŜne i śmiałe spojrzenie, oblał się rumieńcem. 
- Witaj, Andrzeju - powiedziała, serdecznie ściskając jego rękę. - Widzę, Ŝe masz klasyczny 
nos Kingów. Przepadam za ładnymi nosami. Mój zdecydowanie nie spełnia klasycznych 
wymogów, jest wręcz gminny. Ale kaŜdy musi dźwigać swój krzyŜ. Musisz zaakceptować 
mnie taką, jaką jestem, ze wszystkimi wadami, z jakimi stworzył mnie Bóg. 
41 
Wyglądało na to, Ŝe Andrzej jest gotów zrobić to bez wahania. Uśmiechnął się szeroko, 
odebrał bagaŜe od dziewcząt i ulokował je w powozie. 
Mieli właśnie wsiąść, gdy Oliwia zwróciła się do przyjaciółki: 
- Dzień taki piękny, Sylwio. MoŜe pójdziemy spacerkiem przez las? A Andrzej zawiezie 
bagaŜe do domu. Zgadzasz się, mój drogi? 
Andrzej ochoczo skinął głową. Pojechałby na koniec świata i z powrotem, byle sprawić 
przyjemność cudownej pannie Grey. 
- Chodźmy, Sylwio. PokaŜę ci te wszystkie piękne zakątki, które wielokrotnie opisywałam w 
listach. 
Sylwia ujęła Oliwię pod ramię. 
- Czarujący pomysł! Będziemy znowu beztroskie jak niegdyś. 
Odwróciła się ku Felicji, Cecylce i Sarze, które stały obok powozu, niepewne, czy ta 
atrakcyjna propozycja dotyczy takŜe ich trójki. 
- Chodźcie, dziewczęta - dodała Sylwia. - Chciałabym poznać i wasze ulubione miejsca. 
Dziewczętom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Rzuciły się pędem, a kaŜda chciała 
wyprzedzić pozostałe i ująć Sylwię za rękę. 
Sylwia znowu odetchnęła głęboko. 
- Pomyślcie tylko - powiedziała, błądząc wokół wzrokiem - jaki zbawienny wpływ na płuca 
ma takie powietrze... Kto ma ochotę pośpiewać? 
Cała piątka, chwyciwszy się za ręce, ruszyła w kierunku lasu. 
42 
Rozdział siódmy 

background image

Panna Lloyd połoŜyła wiązankę polnych kwiatów na grobie swego ojca. Westchnęła głęboko 
i rozejrzała się po cmentarzyku połoŜonym w oddalonej od domu części majątku i 
odgrodzonym od okolicznych świerkowych lasów niskim kamiennym murem. Tu pochowano 
całą jej rodzinę. Była ostatnią z Lloydów i doskwierała jej samotność. Poza Peg Bowen nie 
widywała właściwie Ŝadnych ludzi. A Bóg jeden wie - myślała ponuro - czy Peg Bowen jest 
w ogóle istotą ludzką. 
Peg Bowen, jakby wyczuwając, o czym myśli starsza pani, przerwała zbieranie chrustu w 
ciemnym zakątku cmentarza i powiedziała: 
- Prawie skończyłam. Wystarczy opału na cały tydzień. 
Stara dama skinęła z wdzięcznością głową. Bez wątpienia Peg była dla niej bardzo dobra. 
KrąŜące po Avonlea plotki o bogactwie, skąpstwie i dumie panny Lloyd, jak to bywa z 
plotkami, niewiele miały wspólnego z prawdą. Nie była wcale bogata ani skąpa. Kiedyś, 
dawno temu, istotnie posiadała majątek, lecz teraz cierpiała nędzę. JednakŜe była dumna, tak 
dumna, Ŝe wolałaby umrzeć niŜ dopuścić do tego, by mieszkańcy Avonlea domyślili się, jak 
bardzo jest uboga. 
Jej sekret znała jedynie Peg Bowen. I co ciekawe, dumna starsza pani nie tylko nie martwiła 
się z tego powodu, ale z wdzięcznością przyjmowała róŜne drobne przysługi wyświadczane 
jej przez 
43 
Peg. Być moŜe działo się tak dlatego, Ŝe - jak sama sądziła - miała teraz więcej wspólnego z 
domniemaną wiedźmą niŜ ze zwykłymi ludźmi. Obie z Peg były dziwaczkami, wyrzutkami 
społeczeństwa. Nędza i duma uczyniły z panny Lloyd banitkę. 
Starsza pani pochyliła się i dotknęła zimnego granitu na grobie ojca. Tak bardzo go kochała. 
Był prawym, powaŜanym przez wszystkich człowiekiem, znanym na całej wyspie z dobroci i 
wspaniałomyślności. 
- Trudno o większego dŜentelmena niŜ doktor Lloyd - powiedział ktoś na pogrzebie ojca. - 
Rzadko spotyka się tak Ŝyczliwych i wielkodusznych ludzi. WciąŜ wyświadczał innym 
przysługi, ale czynił to w taki sposób, Ŝe mieli wraŜenie, iŜ to oni robią mu uprzejmość. 
Panna Lloyd westchnęła znowu, po czym podniosła się i rozejrzała wokół. Tak, był 
Ŝ

yczliwym, prawym, ale chyba zbyt ufnym człowiekiem. 

Ś

wierkowy las otaczający posiadłość Lloydów mienił się delikatną mozaiką światłocieni. 

Widok ten nie przyniósł jednak ukojenia starej damie. Niegdyś kochała przyrodę, lecz teraz 
obcując z nią odczuwała tylko ból. Smutek napełniał jej duszę, gdy przyglądała się czarownej 
mgiełce spowijającej zarośniętą bukami kotlinkę za domem lub gdy wdychała świeŜy zapach 
czerwonawej ziemi rozgrzanej słońcem. Cierpiała na myśl, Ŝe dawno temu z radością witała 
kaŜdy nowy dzień, niby przyjaciela niosącego dobre wieści. Z bólem wspominała swoje 
młode lata, kiedy to rozmowy i spot- 
44 
kania z innymi ludźmi sprawiały jej tak wielką przyjemność, Ŝe gotowa była oddać wszystko, 
poza swą dumą, za kilka chwil spędzonych w gronie przyjaciół. Dziś panna Lloyd nie miała 
juŜ nikogo bliskiego. 
Stara dama oparła się o rozgrzany południowym słońcem kamienny mur otaczający cmentarz 
i zadumała nad przeszłością. 
Przez pobliski las wiła się porośnięta mchem ścieŜka. Biegła wprost ku farmie Kingów i 
wynurzała się tuŜ koło ich sadu. Ze ścieŜyny tej dobiegały teraz jakieś głosy i śmiechy. Panna 
Lloyd przechyliła się przez mur, usiłując przeniknąć spojrzeniem świerkowy gąszcz, po czym 
skryła się szybko za kamienną ścianę. Przez szpary pomiędzy rozgrzanymi kamieniami 
ujrzała wesołą gromadkę podąŜającą w jej stronę. Na przedzie szły dwie młode kobiety, a za 
nimi troje dzieci, uczepionych rąk jednej z kobiet - wysokiej i smukłej. 

background image

Panna Lloyd przypatrywała się z zaciekawieniem roześmianym spacerowiczom. I nagle serce 
jej drgnęło i zaczęło bić tak Ŝywo, jak przed laty. Oddychając gwałtownie i drŜąc jak liść 
osiki wpatrywała się w jedną z nadchodzących osób. K i m była ta dziewczyna? 
 
Gęste miedziane włosy wymykające się spod eleganckiego kapelusza i duŜe, brązowe oczy 
patrzące wesoło spod słomkowego ronda przypomniały starej damie kogoś, kogo znała przed 
laty. 
Twarz dziewczyny, promieniejąca pogodą i młodością, była tak podobna do tamtej twarzy, Ŝe 
45 
wydawała się niemal jej lustrzanym odbiciem. Istniała jednak pewna róŜnica. Ów wydobyty z 
przeszłości wizerunek był twarzą człowieka o słabym i chwiejnym charakterze. Natomiast 
rysy tej młodej kobiety wyraŜały niezłomną siłę woli. 
W pewnej chwili dziewczyna zatrzymała się tuŜ obok kryjówki starszej pani i, dostrzegłszy 
coś na ściółce, zaśmiała się z zachwytem. Panna Lloyd dobrze znała ten śmiech. Słyszała go 
niegdyś właśnie w tym zakątku lasu. 
Sylwia wskazywała na ziemię usianą białymi i róŜowymi kwiatkami. 
- Zawilce! - zawołała. - Tata zawsze mówił, Ŝe w Avonlea jest pełno zawilców! I oto one! 
- Kwitną chyba tylko w tym zakątku - powiedziała zaskoczona Oliwia. - Nie wiedziałam, 
Sylwio, Ŝe twój ojciec był w Avonlea. 
- Uczył w tutejszej szkole przez jeden semestr. Ponad czterdzieści lat temu. Zawsze mawiał, 
Ŝ

e był to najszczęśliwszy okres jego Ŝycia - odparła Sylwia. 

Dziewczęta ruszyły ścieŜką w kierunku farmy i po chwili ich głosy ucichły w oddali. Panna 
Lloyd patrzyła za nimi, póki nie zniknęły za zalesionym wzgórzem, po czym drgnęła, jakby 
budząc się ze snu. 
Peg przyglądała jej się spod przymruŜonych powiek. 
- Widziałam, jak patrzyłaś na tę dziewczynę - mruknęła, stając za plecami starej damy. - 
Znasz ją? 
46 
Panna Lloyd wciąŜ wpatrywała się w pustą ścieŜkę. 
- Przypomina mi kogoś... - szepnęła. - Kogoś....kogo kiedyś znałam... 
Rozdział ósmy 
Felek siedział w drzwiach stajni i przyglądał się gromadce zbliŜającej się powoli do RóŜanego 
Dworku. Po namyśle podbiegł do pergoli i zerwał jedną róŜę. Wiedział, Ŝe Sara ma słabość do 
kwiatów, i miał nadzieję, Ŝe gdy wręczy jej tę róŜę, dziewczynka zrozumie jego intencje. 
Schował róŜę za plecy i czekał na ścieŜce. Na przedzie szła Oliwia z roześmianą przyjaciółką. 
- Ach,  więc  tu  jesteś,  Felku - zawołała. 
- Chodź, przedstawię cię pannie Grey. Nie moŜe się doczekać, kiedy cię pozna. 
Felek podniósł wzrok i napotkał spojrzenie wesołych brązowych oczu. 
- Bardzo mi miło, panno Grey - bąknął wyciągając rękę. 
Sylwia popatrzyła na niego zaskoczona. Zmieszany Felek zupełnie zapomniał o róŜy. Tkwiła 
w jego wyciągniętej dłoni jak czerwony wykrzyknik. 
- Jaka śliczna róŜa!- wykrzyknęła panna Grey. 
- I jaki szarmancki młodzieniec! To dla mnie? Twarz Felka oblała się rumieńcem. Burknął 
coś, 
co brzmiało jak „tak" i „nie" zarazem. 
47 
Sylwia uśmiechnęła się, wpięła róŜę w bluzkę i pozwoliła Oliwii pociągnąć się w stronę 
domu. 
Zdruzgotany Felek podszedł do Sary, która przyglądała się całej scenie. 

background image

- Ta róŜa miała być dla ciebie! - wybuchnął. - Przepraszam, Ŝe zrobiłem ci przykrość. Ale to 
naprawdę okropne - zostać odesłanym do łóŜka bez kolacji. Byłem wówczas tak głodny, Ŝe 
zjadłbym konia z kopytami. 
Sara puściła to mimo uszu. Patrzyła na Felka nieruchomym wzrokiem, w którym nie było 
krzty -ny sympatii. 
- Nie warto rozmawiać z kimś, kto przyznaje, Ŝe brzuch nim rządzi - rzuciła zjadliwym 
tonem, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła. 
ZbliŜał się wieczór. Słońce zachodziło w złocis-toróŜowym blasku. Owady i ptaki zapadły juŜ 
w sen. Tylko ciche dźwięki świeŜo nastrojonego fortepianu, na którym grała Oliwia, mąciły 
wieczorną ciszę. 
Za plecami Oliwii, w otwartym oknie, stała Sylwia. Teraz, gdy nikt na nią nie patrzył, z jej 
twarzy zniknął pogodny i beztroski wyraz. Na gładkie czoło zakradły się zmarszczki 
znamionujące troskę, a w oczach zjawił się lęk. Wychyliła się z okna i westchnęła. 
Ale Sylwia myliła się sądząc, Ŝe potrafi ukryć swe najskrytsze uczucia przed przyjaciółką. W 
ciągu ich wspólnego pobytu w college'u i wielu lat szczerej korespondencji Oliwia nauczyła 
się rozpoznawać zmienne nastroje Sylwii, wiedziała teŜ 
48 
niejedno o jej kłopotach. Nagle przerwała grę i odwróciła się od klawiatury. 
- Wiem, Ŝe coś jest nie tak - stwierdziła. - Powiedz, co cię trapi, Sylwio. 
Zmarszczki zniknęły natychmiast z czoła Sylwii, jej oczy pojaśniały, na twarzy zagościł 
uśmiech. 
- AleŜ skąd, wszystko w porządku. 
- Sylwio Grey - powiedziała Oliwia surowo. - Wcale nie jest „w porządku". Natychmiast 
powiedz, o co chodzi, bo i tak to z ciebie wyciągnę. 
- Ach, Oliwio! - jęknęła z ulgą Sylwia, gdy tylko zrozumiała, Ŝe teraz juŜ będzie musiała 
zwierzyć się przyjaciółce. - Jestem jak huśtawka. W jednej chwili szybuję w niebo, 
zachłystując się szczęściem, a juŜ w następnej pogrąŜam się w rozpaczy, przekonana, Ŝe 
wkrótce podejmę najgorszą decyzję w Ŝyciu. 
- Jaką decyzję, Sylwio? O czym ty mówisz? 
- Zaproponowano mi pracę - dobrą, poŜyteczną pracę. Mogę zostać dobrą, poŜyteczną 
nauczycielką muzyki. Powinnam się z tego cieszyć, ale nie mogę, Oliwio. Od dziecka 
chciałam zostać śpiewaczką. 
Oliwia skinęła głową. Znała marzenia przyjaciółki. 
- Ojciec zostawił mi wystarczająco duŜo pieniędzy, bym mogła zacząć studiować w 
konserwatorium w Toronto. Wydałam juŜ wszystko. Powinnam pojechać za granicę, by 
uzupełnić wykształcenie, ale nie stać mnie na to. Dlatego właśnie jestem rozdarta 
wewnętrznie. Gonię marzenia, 
4 — Pieśń nocy 
49 
a zarazem muszę pogodzić się z faktem, Ŝe zmuszona jestem do końca Ŝycia zarabiać na 
utrzymanie. 
- Wiele się juŜ nauczyłaś, Sylwio. Występowałaś wielokrotnie i zawsze wzbudzałaś zachwyt. 
- Tak, ale zawsze śpiewałam w ramach akcji dobroczynnych, nikt nie kupował biletów, by 
mnie posłuchać. Nie wiem sama, czy jestem wystarczająco utalentowana, by zostać 
ś

piewaczką... 

- Oczywiście, Ŝe masz talent! - odparła z mocą Oliwia. - Potrzeba ci tylko więcej wiary w 
siebie. Przypomnij sobie tego człowieka z Carmody, o którym ci pisałam, tego, co tak 
okropnie seplenił. 
- Nie przypominam sobie - mruknęła Sylwia, zastanawiając się, co jakiś sepleniący człowiek 
z Carmody moŜe mieć wspólnego z jej problemami. 

background image

- Miał wspaniałe motto. „Po co sfecić jak sfec-ka, kiedy moŜna lśnić jak gfiasda?" - mawiał. 
Zmartwienia Sylwii natychmiast utonęły w powodzi śmiechu. 
- Jak dobrze mnie znasz, Oliwio! Naprawdę wolę „lśnić jak gfiasda" niŜ do końca Ŝycia być 
wiejską nauczycielką. Nie nadaję się do dobrej, poŜytecznej pracy. Wydaje mi się, Ŝe jak 
bogowie chcą kogoś pokarać, robią z niego wiejskiego nauczyciela. 
- Ciii - powiedziała Oliwia, uśmiechając się szeroko. - Nigdy tak nie mów przy Hetty. Ona 
szczyci się tym, Ŝe jest najlepszą nauczycielką wiejską w okolicy. 
- Jestem przekonana, Ŝe i Hetty lśni swoistym 
50 
ś

wiatłem - przyznała wspaniałomyślnie Sylwia, która odzyskała juŜ dobry humor. 

Widząc, Ŝe przyjaciółka poweselała, Oliwia odwróciła się do fortepianu i zaczęła znów grać. 
Wcześniej czy później rozwiąŜą jakoś dylemat Sylwii. A tymczasem najlepiej będzie 
rozproszyć jej czarne myśli śpiewem. 
Sara wieszała właśnie pranie na tylnej werandzie, gdy usłyszała kroki w pobliŜu domu. 
Wpatrzyła się w otulony szarozłotym zmierzchem sad, ale nie dostrzegła nikogo. W 
powietrzu unosiła się białoniebieska mgiełka, srebrny półksięŜyc miał lada chwila wejść na 
scenę podniebnego teatru nad RóŜanym Dworkiem. Sara wytęŜyła słuch. 
Z otwartych okien salonu dobiegał czysty sopran Sylwii. 
Skrzywdziłeś mnie, miły, Bez słowa porzucając... 
Zachwycona Sara oparła się o balustradę i zasłuchała w tę starodawną pieśń. W okrytym 
zmierzchem Avonlea poczuła tę samą melancholię i wzruszenie, jakie odczuwali pierwsi 
słuchacze utworu w szesnastowiecznej Anglii. 
A ja kochałam cię tak długo, Stałości twej ufając. 
W pewnej chwili Sara znów usłyszała kroki. Wyjrzała ukradkiem zza prześcieradeł, które 
falowały lekko w powiewach wieczornej bryzy, i ku 
51 
swemu zdumieniu zobaczyła pannę Lloyd zmierzającą w stronę domu. Od chwili, gdy Sara 
widziała ją ostatnio, starsza pani odmłodniała o dziesięć lat. Szła wyprostowana, z uniesioną 
wysoko głową. Trzymała w ramionach naręcze zawilców, które jaśniały w mroku. 
 
Panna Lloyd połoŜyła kwiaty przy uchylonych drzwiach. Potem wyprostowała się, wsłuchana 
w srebrzysty głos. * 
Greensłeeves był mą radością, Greensleeves był szczęściem mym... 
Pieśń Sylwii zdawała się rozjaśniać zapadającą ciemność. Napływała z otwartego okna - 
pełna ciepła, słodyczy, mocy i prawdy. Panna Lloyd słuchała urzeczona, a wyraz jej twarzy 
zaskoczył Sarę. Wyglądała, jakby wsłuchiwała się w przeszłość, jakby przypominała sobie 
kogoś, kto dawno temu śpiewał tę pieśń. 
Utwór dobiegł końca, głos ucichł. Stara dama otrząsnęła się ze wspomnień. 
- Panno Lloyd? - zawołała Sara. 
Starsza pani odwróciła się zaskoczona. Dojrzała Sarę stojącą w cieniu werandy. 
- Proszę, niech pani zaczeka! 
Panna Lloyd odwróciła się raptownie. Sara ruszyła szybko ku schodom, lecz zaplątała się w 
prześcieradła. Gdy dobiegła do drzwi, było juŜ za późno. Starsza pani zniknęła. Przed 
drzwiami leŜał pęk białych i róŜowych zawilców. Sara podniosła kwiaty. Do bukietu 
doczepiona była kartka. „Dla Sylwii" - głosił napis. 
52 
Gdy Sara uniosła oczy, napotkała zdziwione spojrzenie Oliwii i Sylwii, które właśnie wyszły 
na taras, by zaczerpnąć świeŜego powietrza. 
- Zawilce! - zawołała panna Grey na widok kwiatów. 
- Są dla ciebie. Tak jest napisane na kartce. Sara podała bukiet Sylwii, która zanurzyła twarz 

background image

w pachnących płatkach. 
- Dla mnie, naprawdę? KtóŜ mógł je tu zostawić? 
- Kto wie? Pewnie masz w Avonlea wielbiciela 
- uśmiechnęła się Oliwia. - Rozpoznajesz pismo? Sylwia pokręciła przecząco głową. 
Rozejrzała się 
wokół, jakby szukając ofiarodawcy. W tej samej chwili ze stajni wynurzył się Felek, który 
zakończył właśnie obrządzanie zwierząt przed snem. Twarz Sylwii pojaśniała. 
- Feliksie Kingu - powiedziała. - Jesteś naprawdę uroczym chłopakiem. Ktoś chyba ci 
powiedział, Ŝe przepadam za zawilcami. Wepnę kilka we włosy na niedzielne naboŜeństwo. 
Felek stanął jak wryty, z buzią rozdziawioną ze zdumienia. Zamierzał coś powiedzieć, ale 
Sylwia juŜ skierowała się do środka, by wstawić kwiaty do wazonu. 
Felek spojrzał niepewnie na Sarę. Mierzyła go gniewnym, podejrzliwym wzrokiem. 
- To nie ty zostawiłeś te kwiaty - powiedziała. 
- Wcale tak nie twierdziłem. I co ci do tego? 
- Pilnuj swoich spraw, a ja zajmę się swoimi 
- rzuciła niegrzecznie, podnosząc wysoko głowę i wydymając pogardliwie wargi. 
53 
- UwaŜaj, Ŝeby nie padało, bo jak będziesz tak zadzierać nosa, deszcz nakapie ci do środka. - 
Felek uśmiechnął się wyniośle i ruszył powoli w stronę domu. Nareszcie miał ostatnie słowo 
w rozmowie z Sarą Stanley. 
Rozdział dziewiąty 
Tej nocy Sarze przyśniła się panna Lloyd zasłuchana w śpiew Sylwii. Gdy dziewczynka się 
zbudziła, było jeszcze ciemno. Wstała z łóŜka, podeszła do okna i uchyliła je nieco. Chłodny 
wietrzyk, zwiastujący brzask, wtargnął do środka. Wąski półksięŜyc wciąŜ zdobił nocne 
niebo, lecz gwiazdy zaczęły juŜ blednąc. Sara wróciła do łóŜka i oddała się rozmyślaniom. 
Uświadomiła sobie parę rzeczy. Przede wszystkim to, Ŝe odczuwa sympatię do panny Lloyd, 
pomimo jej oschłego sposobu bycia. Było w niej coś, co pobudzało wyobraźnię dziewczynki. 
Po wtóre, Sara doszła do wniosku, Ŝe istnieje jakiś związek pomiędzy starszą panią a Sylwią, 
która jednak zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Zawilce były niezbitym dowodem, Ŝe 
Sara się nie myli. Potwierdzała to takŜe usłyszana przypadkowo rozmowa. 
Przed pójściem do łóŜka Sara zajrzała do salonu w poszukiwaniu ksiąŜki, która gdzieś się 
zawieruszyła. Pokój był pusty, pogrąŜony w półmroku. Oliwia i Sylwia przeniosły się na 
werandę, skąd 
54 
przez uchylone drzwi dobiegały ich ściszone głosy. Sara wcale nie miała zamiaru 
podsłuchiwać. Rozglądała się po pokoju, myśląc o kłótni z Felkiem, gdy nagle usłyszała 
słowo „poeta". 
Sara uwielbiała poezję. Uczyła się dziwnych wersów i strof, których strzegła zazdrośnie, a od 
czasu do czasu wydobywała ze skarbca pamięci, by napawać się nimi, jak niektórzy 
zachwycają się ulubionym klejnotem. Gdy więc Sylwia zaczęła mówić o poezji, Sara poczuła 
się tak, jakby ktoś wyciągał do niej rękę i ofiarował jej swoją przyjaźń. 
- Wiedziałaś, Ŝe mój ojciec był poetą? 
- Poetą? - powtórzyła ze zdziwieniem Oliwia. - Nie, nie wiedziałam. Tak niewiele 
opowiadałaś mi o swoich rodzicach. 
- Wydał tomik wierszy tuŜ po wyjeździe z Avonlea. Potem juŜ nic więcej nie opublikował. 
Biedny tata. Myślę, Ŝe Ŝycie przyniosło mu wiele rozczarowań. 
- A twoja matka? Lubiła poezję? 
- AleŜ skąd, wcale jej nie interesowała. Matka umarła wydając mnie na świat. Ojciec kochał 
nie tylko poezję, ale i muzykę. Jego ulubioną pieśnią była „Greeensleeves". Dlatego i ja tak ją 

background image

kocham. Gdy byłam mała, śpiewał mi ją na dobranoc. Potem, gdy podrosłam, śpiewaliśmy w 
duecie. Bardzo mi go brakuje, Oliwio. Miałam tylko jego... 
Potem Sylwia wybuchnęła płaczem, a Sara wymknęła się cicho na górę. Jej serce teŜ ścisnęło 
się z tęsknoty za ojcem, a jednak poczuła równieŜ coś 
55 
w rodzaju otuchy. Zrozumiała, Ŝe i Sylwia jest gorącą wielbicielką poezji. Była więc bratnią 
duszą - jak się okazało, łączyło je coś więcej niŜ tylko upodobanie do francuskich 
fatałaszków. Doszedłszy do tego wniosku, Sara uśmiechnęła się, uszczęśliwiona, i poszła 
spać. 
Teraz, gdy brzask wkradł się przez uchylone okno, Sara uświadomiła sobie, Ŝe wzruszenia 
malującego się na twarzy panny Lloyd nie wywołał piękny głos śpiewaczki, lecz sama pieśń. 
Widocznie „Greensleeves" znaczyła dla niej równie wiele jak dla ojca Sylwii. CzyŜby znała 
go, gdy był nauczycielem w Avonlea? MoŜe go kochała? 
Sara, podniecona tą śmiałą myślą, wyskoczyła z łóŜka i zaczęła się ubierać. 
Rozdział dziesiąty 
Słońce wznosiło się juŜ nad horyzontem, gdy Sara dotarła do czarnej bramy strzegącej 
posiadłości panny Lloyd. To posępne miejsce nawet w jasnym świetle poranka wydawało się 
tchnąć chłodem, samotnością i smutkiem. Sarę przeniknął dreszcz grozy. Przypomniała sobie, 
jak panna Lloyd mówiła, Ŝe na jej domu ciąŜy klątwa i Ŝe jest on „poświęcony ludzką krwią". 
- Saro Stanley, przestań wreszcie się trząść i weź się w garść, jak mówi ciocia Hetty - 
burknęła do siebie, prześlizgnęła przez bramę i ruszyła długą, krętą aleją. 
56 
Dotarłszy do starego dworu, odwaŜnie wkroczyła pomiędzy strzegące wejścia kamienne lwy. 
Przypadek zrządził, Ŝe w tej samej chwili drzwi się otworzyły i pojawiła się w nich panna 
Lloyd. 
- Odejdź - rzuciła nieprzyjaźnie, wycofując się za próg. 
- Dopiero co przyszłam - oświadczyła Sara. 
- Chciałam tylko powiedzieć pani, Ŝe te kwiaty wprost zachwyciły pannę Grey. 
Stara dama zamierzała właśnie zatrzasnąć drzwi, ale słowa Sary sprawiły, Ŝe zastygła w 
bezruchu. Wyglądało to tak, jakby jakiś olbrzym wsunął nagle stopę między drzwi a futrynę. 
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - powiedziała. 
- Ma prześliczny głos, prawda? - spytała Sara, zbliŜając się o parę kroków. 
Panna Lloyd wpatrywała się w Sarę z dziwnie bezbronnym wyrazem twarzy. 
- Dlaczego uparłaś się, Ŝeby mi dokuczać? 
- spytała wreszcie. 
- Ja chcę jedynie zaprzyjaźnić się z panią - odparła Sara, olśniona tym odkryciem. 
Starsza pani długo badała wzrokiem twarz dziewczynki. Potem podjęła decyzję. 
- Wejdź, ale szybko. I nikomu ani słowa. 
Tym razem, gdy cięŜkie drzwi wejściowe zawarły się za nią, Sara poczuła się nie jak więzień, 
lecz jak ktoś, kto ma za chwilę ujrzeć niezwykły skarb. 
Panna Lloyd wprowadziła dziewczynkę do holu, a potem do owego pokrytego pajęczynami 
salo- 
57 
nu, który Sara oglądała przez okno pamiętnego poranka. 
Obecnie mogła mu się przyjrzeć o wiele dokładniej. Z zainteresowaniem patrzyła na 
imponujące portrety wiszące na ścianach. Pomyślała, Ŝe panna Lloyd musi znać wiele 
ciekawych historii z Ŝycia swoich przodków i Ŝe są one zapewne nie mniej makabryczne od 
tej, którą próbowała przerazić Sarę, przyłapawszy ją w ogrodzie. Pomimo strachu 
dziewczynkę opanowało nieprzeparte pragnienie wysłuchania jakiejś interesującej opowieści. 

background image

Zastanawiała się, jak zachęcić starszą panią do ujawnienia kilku epizodów z historii jej 
rodziny. 
- Bardzo mi się spodobała pani opowieść o przodkach, którą usłyszałam poprzednim razem - 
zaczęła. - Mieli zapewne niezwykle barwne Ŝycie... 
Panna Lloyd wpatrywała się w portret pulchnej, rudowłosej kobiety, poruszając 
bezdźwięcznie ustami. 
- To moja cioteczna babka Sarah Lloyd - wydusiła wreszcie ochrypłym, jakby odwykłym od 
mówienia głosem. - Miała przepiękne włosy i była z nich bardzo dumna. O tak, była zbyt 
próŜna i nie wyszło jej to na dobre. Pewnego wieczoru, gdy czesała się w północnym skrzydle 
domu, włosy zajęły się od świecy, a ciotka, cała w płomieniach, wybiegła do holu. 
- Czy ona... - Sara nie chciała uŜyć określenia „spaliła się na popiół", bo wydawało jej się 
trywialne. 
58 
nu, który Sara oglądała przez okno pamiętnego poranka. 
Obecnie mogła mu się przyjrzeć o wiele dokładniej. Z zainteresowaniem patrzyła na 
imponujące portrety wiszące na ścianach. Pomyślała, Ŝe panna Lloyd musi znać wiele 
ciekawych historii z Ŝycia swoich przodków i Ŝe są one zapewne nie mniej makabryczne od 
tej, którą próbowała przerazić Sarę, przyłapawszy ją w ogrodzie. Pomimo strachu 
dziewczynkę opanowało nieprzeparte pragnienie wysłuchania jakiejś interesującej opowieści. 
Zastanawiała się, jak zachęcić starszą panią do ujawnienia kilku epizodów z historii jej 
rodziny. 
- Bardzo mi się spodobała pani opowieść o przodkach, którą usłyszałam poprzednim razem - 
zaczęła. - Mieli zapewne niezwykle barwne Ŝycie... 
Panna Lloyd wpatrywała się w portret pulchnej, rudowłosej kobiety, poruszając 
bezdźwięcznie ustami. 
- To moja cioteczna babka Sarah Lloyd - wydusiła wreszcie ochrypłym, jakby odwykłym od 
mówienia głosem. - Miała przepiękne włosy i była z nich bardzo dumna. O tak, była zbyt 
próŜna i nie wyszło jej to na dobre. Pewnego wieczoru, gdy czesała się w północnym skrzydle 
domu, włosy zajęły się od świecy, a ciotka, cała w płomieniach, wybiegła do holu. 
- Czy ona... - Sara nie chciała uŜyć określenia „spaliła się na popiół", bo wydawało jej się 
trywialne. 
58 
- Nie, nie zginęła, lecz straciła wszystkie włosy. I całą swą urodę. Od tamtej pory nigdy juŜ 
nie opuściła domu. Umarła pięćdziesiąt lat później. 
- Stara dama spojrzała powaŜnie na Sarę. - To wszystko przez tę klątwę, moja droga, 
wszystko przez klątwę. 
Przeszła do następnego portretu. Sara postanowiła chwycić byka za rogi. Zaczerpnęła 
powietrza i wypaliła: 
- Panno Lloyd, zastanawiałam się, czy ojciec Sylwii Grey bywał w tym domu... 
Pytanie to wywarło piorunujące wraŜenie na starej damie. Zachwiała się i, by nie upaść, 
wsparła się o obramowanie kominka. 
- Nie twoja sprawa, kto tu bywał, a kto nie 
- rzuciła szorstko, gdy tylko przyszła do siebie. - Co wiesz o Ryszardzie Greyu, ty wścibska 
dziewucho? 
- spytała, mierząc Sarę surowym spojrzeniem. 
- Wiem, Ŝe wiele lat temu był nauczycielem w Avonlea i uwaŜał pobyt tutaj za najpiękniejszy 
okres swego Ŝycia. 
Panna Lloyd milczała. Jej piękne, szczupłe dłonie nerwowo szarpały wiktoriańską broszkę 
przypiętą do kołnierzyka. 
- Sylwia nadal go opłakuje. Została całkiem sama na świecie. Jej matka umarła przy porodzie. 

background image

Panna Lloyd wciąŜ milczała. Odwróciła się plecami do Sary i wpatrywała nic nie widzącym 
wzrokiem w wielkie lustro nad kominkiem. 
Sara takŜe spojrzała w zwierciadło. I nagle zobaczyła pokój takim, jakim był niegdyś. Pojęła, 
59 
Ŝ

e to wcale nie salon, lecz sala balowa. W tej właśnie sali, oświetlonej setkami świec 

osadzonych w lśniących kandelabrach, urocze pary tańczyły walca. Sara dostrzegła teŜ 
podium dla muzyków. Znajdowało się w jednym z rogów sali, w bezpiecznej odległości od 
wirujących spódnic eleganckich młodych dam, które krąŜyły bez opamiętania po tym 
wspaniałym pokoju w ramionach swych partnerów. Ich oczy lśniły w łagodnym blasku świec, 
a wokół unosił się zapach kwiatów wplecionych w ich włosy. 
Sara oderwała wzrok od mrocznego zwierciadła i jej oczy spotkały się z oczyma panny Lloyd. 
- Przepraszam - powiedziała cicho. - Trudno jest mówić o przeszłości, którą wypełniała 
zapewne muzyka i miłość. 
- Tak,   rozbrzmiewała  tu  niegdyś  muzyka 
- przyznała jakby z ociąganiem panna Lloyd. 
- Muzyka, śmiech... była i miłość... Wyglądała tak krucho, lecz godnie zarazem 
- w tym zapomnianym pokoju, w którym stały otulone pokrowcami, wspaniałe niegdyś 
meble, a na ścianach ziały pustką miejsca, gdzie dawniej wisiały wartościowe obrazy. Sara 
poczuła przypływ współczucia. 
- Widzę, Ŝe musiała pani sprzedać wiele drogocennych rzeczy, panno Lloyd - powiedziała 
pod wpływem nagłego impulsu, gdyŜ przypomniała sobie własną rozpacz, gdy z jej domu 
wynoszono wartościowe przedmioty. - Ja takŜe przeŜyłam to upokorzenie... 
60 
Tu jednak posunęła się za daleko. Panna Lloyd odwróciła się raptownie i spiorunowała ją 
wzrokiem. 
- Ani słowa więcej! Jak śmiesz poruszać tak osobiste tematy?! Nie będę dłuŜej tolerować 
wści-biania nosa w moje sprawy! 
Sara pojęła, Ŝe dotknęła czułego punktu, weszła na zakazany teren. Wkrótce miała zrozumieć, 
Ŝ

e mur, który tak niespodziewanie wyrósł między nimi, nosi nazwę dumy. 

Pomyślała, Ŝe czas juŜ odejść. Nie chciała jeszcze bardziej rozzłościć starej damy. A jednak 
zwlekała. Nie odkryła bowiem, co łączyło pannę Lloyd z Sylwią Grey. 
- Mówiliśmy w RóŜanym Dworku o przyszłej niedzieli - powiedziała ostroŜnie, podejmując 
nowy temat. - Panna Grey zgodziła się śpiewać solo na naboŜeństwie. MoŜe zechciałaby pani 
przyjść? 
Starsza pani nic nie odpowiedziała, a Sara zaczęła się obawiać, Ŝe znowu ją uraziła. W 
rzeczywistości jednak panna Lloyd zapomniała zupełnie o istnieniu gościa. Wszystkie jej 
myśli i uczucia zagłuszyło nieodparte pragnienie ponownego usłyszenia śpiewu Sylwii. 
Jednak by ją usłyszeć, musiałaby pójść do kościoła, a duma nie pozwoliłaby jej pokazać się 
tam w ubraniu, które dawno juŜ wyszło z mody. 
- Nie mogę, po prostu nie mogę - wyszeptała. - Nie mam odpowiednich ubrań, by móc 
pokazać się w kościele. Wszyscy dowiedzieliby się, Ŝe 
61 
Małgorzata Lloyd musi donaszać niemodne, wytarte jedwabie. Ja, która niegdyś dyktowałam 
modę na tej wyspie! Spojrzała na Sarę. 
- Ale ty, moje dziecko, będziesz tam, prawda? Mogłabyś przyjść w przyszłym tygodniu i 
opowiedzieć mi wszystko. Zrobisz to dla mnie? 
Sara szybko rozwaŜyła w myślach tę prośbę. ChociaŜ panna Lloyd przyznała się do wielkiego 
zainteresowania Sylwią, nie ujawniła jeszcze, co się za tym kryje. MoŜe nigdy tego nie zrobi. 
Być moŜe Sylwia wróci tam, skąd przybyła, i nigdy nie dowie się o uczuciach, jakie Ŝywiła 
do niej skrycie stara dama. A cóŜ dobrego w takich sekretach, dumała Sara. Lepiej, Ŝeby 

background image

Sylwia i panna Lloyd spotkały się osobiście. Ignorując błagalny ton starszej pani, Sara 
pokręciła głową. 
- Przykro mi, panno Lloyd. Nie pisnę juŜ ani słowa o Sylwii. Jeśli chce się pani dowiedzieć 
czegoś więcej, będzie pani musiała sama przyjść do kościoła. 
Zawiedziona panna Lloyd spiorunowała wzrokiem dziwnego intruza, którego wpuściła do 
swego domu. 
- Ach ty, impertynencka smarkulo! Jak śmiesz mówić do mnie takim tonem! To niebywałe, 
oburzające! To... 
Atak kaszlu przerwał te złorzeczenia. Zanim przyszła do siebie, Sara stała juŜ w drzwiach z 
ręką na klamce. 
- Do widzenia, panno Lloyd - powiedziała 
62 
uśmiechając się słodko. - Z przyjemnością będę czekać na spotkanie z panią w kościele. 
- Ani się waŜ wspominać komuś o moich trudnościach finansowych - jęknęła stara dama. - 
Słyszysz? 
Ale Sara zeskakiwała juŜ ze schodków, zadowolona, Ŝe poranne zadanie zostało dobrze 
wykonane. 
Rozdział jedenasty 
W niedzielę parafianie Avonlea byli świadkami nie lada sensacji. Gdy tylko rozbrzmiały 
pierwsze dźwięki organów, drzwi kościoła rozwarły się, wpuszczając do zatłoczonego 
wnętrza smugę światła. Następnie oczom wszystkich ukazała się panna Lloyd, która, nie 
rozglądając się na boki, wkroczyła do środka. Szła dumna i wyprostowana, ściskając w dłoni 
laskę ze srebrną gałką. ZbliŜyła się do ławki Lloydów, która przez tyle lat stała pusta, i 
zasiadła w niej, pozornie nie zwaŜając na rozlegające się wokół szepty. 
Choć sprawiała wraŜenie niewzruszonej, w jej duszy panował wielki zamęt. Przypomniała 
sobie własne odbicie w lustrze, które przestudiowała przed wyjściem - czarna jedwabna 
suknia o kroju, który wyszedł z mody czterdzieści lat temu, i śmieszny, marszczony 
czepeczek z czarnej satyny. Siedząc wyprostowana w ławce myślała, jak dziwaczne wraŜenie 
musi sprawiać na otaczających ją ludziach. 
63 
W rzeczywistości jednak wcale nie wyglądała dziwacznie. MoŜe ktoś inny na jej miejscu 
rzeczywiście by tak wyglądał, lecz postawa i zachowanie starej damy były tak „pańskie", Ŝe 
nawet jej nieco niezwykły strój nie zmieniał ogólnego wraŜenia. Lecz panna Lloyd nie 
zdawała sobie z tego sprawy. Siedząc w ławce Ŝałowała, Ŝe w ogóle tu przyszła, i czuła się 
straszliwie upokorzona. 
Nagle rozległ się śpiew Sylwii, który przemknął przez kościół jak uskrzydlony duch muzyki. 
ś

aden z mieszkańców Avonlea nie słyszał jeszcze takiego śpiewu. Jedynie panna Lloyd, która 

w młodości miała okazję słuchać wielu dobrych śpiewaków, potrafiła właściwie ocenić 
umiejętności Sylwii. W miarę słuchania upewniała się, Ŝe jej pierwsze wraŜenie było słuszne. 
Ta dziewczyna miała naprawdę wielki talent. Jeśli będzie doskonalić swe umiejętności, 
pewnego dnia zdobędzie sławę i fortunę. 
Popołudniowe słońce otoczyło aureolą włosy Sylwii. Stara dama, wpatrując się w córkę 
Ryszarda Greya, zapominała powoli o wszystkich niedorzecznych myślach zrodzonych z 
próŜności i chorobliwej pychy. PogrąŜyła się we wspomnieniach, które były tak wyraziste, Ŝe 
przyprawiły ją o zawrót głowy. Uświadomiła sobie, Ŝe przed czterdziestoma laty szczęście 
było tak blisko niej, iŜ wystarczyło tylko sięgnąć, by je pochwycić i zatrzymać na zawsze. Ale 
ona odrzuciła je, straciła bezpowrotnie. Wtedy teŜ odwróciła się od młodości i zaczęła 
kroczyć ku cienistej dolinie, gdzie 
64 

background image

czekała samotna, ekscentryczna starość. Łzy na-biegły jej do oczu, ale wiedziała, Ŝe nie 
wolno jej się rozpłakać. Nie moŜe rozpłakać się w obecności tych wszystkich ludzi. Ale myśl 
o tym wszystkim, co straciła, przepełniała jej serce takim bólem, Ŝe coraz trudniej było jej 
panować nad wzruszeniem. Zasmucona wstała z miejsca i opuściła kościół. 
Sara poczuła dreszczyk satysfakcji, gdy panna Lloyd wkroczyła do kościoła. Godność, z jaką 
stara dama zajęła miejsce w ławce, zrobiła na niej wraŜenie. Pomyślała, Ŝe jest wspaniale 
królewska i odwaŜna. Była dumna, Ŝe udało jej się zawrzeć znajomość z tak wytworną osobą. 
Właśnie zaczęła wyobraŜać sobie, jak po naboŜeństwie przedstawi Sylwię pannie Lloyd, gdy 
zobaczyła, Ŝe starsza pani wstaje i pospiesznie opuszcza kościół. 
Sara wymknęła się z ławki i podąŜyła za nią. Miała nadzieję, Ŝe pannie Lloyd nie zrobiło się 
słabo. Na schodach zatrzymała się i zamrugała w ostrym słońcu. Panna Lloyd, jak czarny 
cień, spieszyła ulicą. Sara musiała biec, by ją dopędzić. 
- Panno Lloyd, proszę zaczekać! - zawołała. Stara dama odwróciła się, policzki miała mokre 
od łez. 
- Czy coś nie tak? - spytała Sara, zaniepokojona nie na Ŝarty. Twarz starszej pani była biała 
jak papier. - Źle się pani czuje? 
Panna Lloyd stała milcząc w praŜącym słońcu, na środku opustoszałej ulicy. Zdawała się nie 
słyszeć, co mówi Sara. 
5 — Pieśń nocy 
65 
- Nie podobał się pani śpiew panny Grey? Stara dama z trudem powróciła myślami do 
rzeczywistości. Wpatrywała się w Sarę, jakby jej nie rozpoznawała. 
- Czy coś nie tak? - powtórzyła głosem stłumionym przez łzy. - Wszystko nie tak, wszystko 
ź

le. Nie powinnam była tu przychodzić. 

Potem odwróciła się raptownie i szybko odeszła. 
Sara patrzyła w ślad za nią i sama miała łzy w oczach. A wszystko tak dobrze się 
zapowiadało. Gdyby tylko udało jej się przekonać pannę Lloyd, by została do końca występu. 
Ale starsza pani nie miała chyba ochoty zapoznać się z Sylwią. Wyglądało na to, Ŝe chce tego 
uniknąć za wszelką cenę. 
Gorzko rozczarowana, Sara wróciła do kościoła. 
Po skończonym naboŜeństwie tłum parafian wysypał się na kościelne schody. Plotkarki 
natychmiast zbiły się w małe gromadki i jak kury roz-gdakały się na temat panny Lloyd. 
- I pomyśleć, Ŝe kiedyś szczyciła się swym dobrym smakiem - zaczęła pani Kimball, Ŝona 
rzeźnika. - Za nic w świecie nie pokazałabym się w kościele w takich starych szmatach. 
- Przez tyle lat nie przestąpiła progu kościoła, a gdy wreszcie raczyła się pojawić, zaraz 
zabrała się i poszła - prychnęła pani Sloane. 
- Bo niektórym ludziom wydaje się, Ŝe są lepsi od innych i nie mogą stąpać po tej samej 
ziemi, co 
66 
zwykli śmiertelnicy, a co dopiero chodzić do tego samego kościoła - wycedziła Hetty King, 
która co prawda nie lubiła plotek, lecz czuła się w obowiązku pomagać ludziom w ich 
właściwej interpretacji. 
Tymczasem pannę Grey otoczył tłum wielbicieli, wśród których była teŜ pani Lawson, 
przewodnicząca Koła Pań. Natarła na Sylwię z takim impetem, Ŝe o mało jej nie przewróciła, 
i chwyciła dłonie dziewczyny. 
- Byłam tak głęboko, tak bardzo wzruszona 
- powiedziała zduszonym głosem. - A ile zebrano na tacę, to wprost nie do wiary! - Oczy jej 
zaszły łzami, jakby współczuła przeciąŜonej tacy. 
- Panno Grey - szepnęła poufnym tonem. - Nasze Koło chciałoby sponsorować panią na 
Konkursie Muzycznym Camerona. Z takim głosem ma pani nagrodę w kieszeni. Będziemy 

background image

zachwycone, jeśli zostanie pani naszą kandydatką. - Długie pióra na kapeluszu pani Lawson 
zafalowały z aprobatą. Sylwia musiała cofnąć się o krok, by nie weszły jej do ucha. 
- Och, panno Lawson, jestem tak zaskoczona, Ŝe nie wiem, co powiedzieć... 
Pani Lawson mrugnęła do Sylwii, zadowolona z wraŜenia, jakie wywarła jej propozycja. 
Znów zbliŜyła się do dziewczyny, pióra zapląsały w powietrzu. 
- Wiedziałam, Ŝe panią zaskoczę - szepnęła, marszcząc figlarnie nos. - A teraz wyjaśnię pani 
parę drobiazgów... 
67 
Rozdział dwunasty 
Wkrótce potem Sylwia wpadła do RóŜanego Dworku, podskakując z podniecenia. 
- Dziewczęta, słuchajcie, ale mam wieści! - zawołała podekscytowana. 
Oliwia i Sara właśnie przygotowywały w kuchni kanapki na podwieczorek. Hetty jeszcze nie 
wróciła z kościoła. 
- Co się stało? - spytała Oliwia, o mało nie upuszczając imbryka do herbaty. 
- Moje drogie, to moŜe być moja Ŝyciowa szansa! - powiedziała Sylwia, obrzucając je 
rozradowanym wzrokiem. Zabrała imbryk z rąk Oliwii i ustawiła go na stole. - Nie rób takiej 
zmartwionej miny, Oliwio. Tym razem mam dobre wieści. Usiądźcie i posłuchajcie. 
 
Oliwia, nie odrywając oczu od przyjaciółki, opadła posłusznie na krzesło. Sylwia stanęła 
pośrodku pokoju. 
- Spodziewam się, Ŝe słyszałyście obie o Andrzeju Cameronie, tym milionerze? 
Oliwia skinęła powaŜnie głową. Sara zawahała się. Gdzieś słyszała juŜ to nazwisko, ale nie 
mogła sobie przypomnieć, przy jakiej okazji. 
- No więc - ciągnęła Sylwia, oddychając gwałtownie - pan Cameron co roku wysyła jedną 
młodą śpiewaczkę do Europy, by kształciła się tam pod kierunkiem najznamienitszych 
nauczycieli. A Koło Pań z Avonlea ofiarowało się przedstawić mnie jako swoją kandydatkę 
do tegorocznego stypendium! 
Oliwia uściskała serdecznie przyjaciółkę. 
68 
- AleŜ to cudownie, Sylwio! Nasze modlitwy zostały wysłuchane. 
- Prawda? Ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu! Najpierw muszę wygrać konkurs. 
- Wiem, Ŝe wygrasz, jestem o tym przekonana. Twój śpiew sprawia, Ŝe ludzie czują się 
szczęśliwi. 
Sarze stanęła przed oczyma zapłakana twarz panny Lloyd. Pomyślała, Ŝe głos Sylwii potrafi 
równieŜ zasmucać ludzi. Uświadomiła sobie, Ŝe nigdy nie widziała uśmiechu na ustach panny 
Lloyd i Ŝe cudownie byłoby kiedyś go zobaczyć. 
- Sylwio - zaczęła bez ogródek. - Czy wiesz, kto przyszedł dziś posłuchać twego śpiewu? 
- Nie, nie wiem. KtóŜ taki, Saro? 
- Wszyscy nazywają ją tutaj starą lady Lloyd 
- odparła Sara, uwaŜnie wpatrując się w twarz Sylwii. 
- Nie chodzi chyba o... Małgorzatę Lloyd? 
- spytała Sylwia zdławionym głosem. 
- Właśnie o nią. Znasz ją? 
Sylwia opadła gwałtownie na krzesło. Szczęście, które przed chwilą biło z jej twarzy, 
zniknęło bezpowrotnie. 
- Oczywiście, wiem, kim ona jest. Sądziłam, Ŝe dawno nie Ŝyje. - Sylwia spuściła oczy. - 
Gdyby wiedziała, kim jestem, na pewno nie przyszłaby mnie posłuchać. 
- Proszę cię, Sylwio, chodźmy ją odwiedzić 
- powiedziała błagalnie Sara. 
Sylwia spojrzała najpierw na Sarę, a potem na Oliwię. Westchnęła. 

background image

- Muszę wam chyba opowiedzieć tę smutną 
69 
historię - powiedziała. - Nie wiem tylko, od czego zacząć. 
Zaczęła swą opowieść w powoziku, którym jechały do panny Lloyd. Była to właściwie 
bardzo banalna historia. 
Dawno temu - bo przed czterdziestoma laty - ojciec Sylwii przyjechał do Avonlea, by w 
semestrze letnim uczyć w tutejszej szkole. Był wówczas przystojnym studentem college'u, 
nieśmiałym marzycielem o literackich ambicjach. Na przyjęciu w dworku Lloydów zakochał 
się w ślicznej, samowolnej i pełnej wigoru Małgorzacie Lloyd. 
Małgorzata miała odziedziczyć po ojcu ogromną fortunę. Ale Ryszard Grey nie chciał zyskać 
sobie miana łowcy posagów. Dlatego teŜ zaręczył się z Małgorzatą potajemnie. Miał nadzieję, 
Ŝ

e nim oficjalnie poprosi ją o rękę, uda mu się dorobić fortuny. 

Gdy upłynęły błogie letnie dni, Ryszard opuścił Avonlea, przyrzekając codziennie pisywać do 
ukochanej. Dotrzymał przyrzeczenia. Lecz oto nagle przestały nadchodzić listy od 
Małgorzaty. Ryszard pisał do niej jeszcze wiele razy, dopytując się, co jest powodem jej 
milczenia. Ale listy wracały do niego - i to zapieczętowane. Zrozpaczony przyjechał do 
Avonlea i usiłował się z nią zobaczyć. Jednak Małgorzata Lloyd wydała słuŜbie surowy zakaz 
wpuszczania kogokolwiek do domu. 
Wówczas Ryszard nabrał przekonania, Ŝe Mał- 
70 
gorzata przestała go kochać. Ze złamanym sercem opuścił kraj i udał się w podróŜ po 
Europie. Wiele lat później poślubił matkę Sylwii. 
- Lecz zawsze wiedziałam, Ŝe Małgorzata Lloyd była jego jedyną, wielką miłością - 
zakończyła swą opowieść Sylwia. - Po śmierci ojca znalazłam jej listy. Trzymał je przez te 
wszystkie lata... 
Zapadła cisza. Potem Sara westchnęła z satys-sfakcją. 
- Mój BoŜe - powiedziała. - JakaŜ to romantyczna historia! 
- Po śmierci ojca wielokrotnie myślałam o tym, by napisać do panny Lloyd. Ale nie byłam 
pewna, czy ucieszyłby ją list od córki męŜczyzny, którego przestała kochać przed laty. Poza 
tym nie miałam pojęcia, czy w ogóle Ŝyje. 
- Ciekawa jestem... dlaczego przestała pisać... - zadumała się Sara. 
Małgorzata Lloyd siedziała samotnie w swej ogromnej jadalni, przy długim, mahoniowym 
stole. Przez zakurzone szyby przedzierały się promienie zachodzącego słońca. Stara dama 
czuła się bardzo zmęczona przeŜyciami niedzielnego przedpołudnia i nie miała ochoty na 
jedzenie. Ręce spoczywające na delikatnym, starym blacie drŜały lekko. Oczy wpatrywały się 
obojętnie w pustą ścianę. 
Nagle zamarła zaniepokojona, do jej uszu dobiegł bowiem turkot powozu zajeŜdŜającego 
przed dom. Koła zaryły się w Ŝwirze i zastygły w bezruchu. W pobliŜu rozległy się czyjeś 
kroki. Ktoś 
71 
wszedł na frontowe schody. Po chwili stara dama usłyszała głośne stukanie i jej serce aŜ 
podskoczyło ze strachu. 
Wstała z miejsca i powoli ruszyła do holu. 
- Panno Lloyd! 
Rozpoznała głos tej dziwnej dziewczynki, której opatrywała kolano. 
- Panno Lloyd, przywiozłam do pani Sylwię Grey. 
Blada twarz starszej pani gwałtownie poczerwieniała, jakby ktoś wymierzył jej policzek. Cała 
drŜąca, oparła się o ścianę. 
- Kogo przywiozłaś? - spytała słabym głosem, ledwie słyszalnym po drugiej stronie cięŜkich 
drzwi. 

background image

- Sylwię Grey - powtórzyła Sara. - Chce panią poznać. 
Panna Lloyd oparła czoło o chłodną ścianę ciemnego holu. Nie mogła się zdobyć na 
odpowiedź. Nagle usłyszała znajomy głos. 
- Panno Lloyd, jestem córką Ryszarda Greya - powiedziała łagodnie Sylwia. - MoŜe 
przypomina go pani sobie? Często mówił o pani. 
Czy go pamięta? Po policzkach starej damy płynęły łzy. Nie mogła wydobyć z siebie ani 
jednego słowa. Córka Ryszarda była tu, stała przed jej drzwiami. Jego córka... 
- A mogła być i moja... - szepnęła. Och, jakby chciała ją wpuścić do środka! Ale to 
niemoŜliwe. Córka Ryszarda Greya nigdy nie dowie się, jak nisko upadła dumna Małgorzata 
Lloyd, w jakich warunkach przyszło jej Ŝyć. 
72 
- Panno Lloyd - odezwała się znów Sara. - Na litość boską, niechŜe pani otworzy! - zawołała, 
waląc w drzwi mosięŜną kołatką. 
- Przestań, Saro - przemówił ostro jakiś obcy głos. - Musimy respektować to, Ŝe chce być 
sama. Jedziemy. 
Goście zeszli po schodach i ruszyli z powrotem do powozu. 
Panna Lloyd pokuśtykała do salonu i .wyjrzała przez okno. Ujrzała powóz znikający na końcu 
alei. Na tylnej ławeczce siedziała szczupła młoda kobieta. Jej głowa, okolona burzą rudych 
włosów, zwrócona była w stronę domu. Dziewczyna patrzyła tęsknie na zamknięte frontowe 
drzwi. 
Stara dama załkała i oparła się o ścianę. CięŜko jej było na sercu... Córka Ryszarda przyszła 
ją odwiedzić i nie została wpuszczona za próg. 
CzyŜ czterdzieści lat wcześniej ona, Małgorzata, nie stała w tym samym oknie? Złamana 
bólem patrzyła na odchodzącego Ryszarda, którego równieŜ nie pozwoliła wpuścić do 
swojego domu. 
CzyŜ te wszystkie lata nie nauczyły jej niczego, poza tym, jak usuwać ludzi ze swego Ŝycia? 
Rozdział trzynasty 
Nadszedł dzień konkursu Camerona. Sylwia ćwiczyła przed nim tak wiele, Ŝe nawet Felek 
znał na pamięć słowa wszystkich śpiewanych przez nią pieśni. Teraz stała przed owalnym 
lustrem Oliwii, 
73 
ubrana w wytworną muślinową suknię, a przyjaciółka, z roziskrzonymi oczyma i pałającymi 
rumieńcem policzkami, pomagała jej załoŜyć białą koronkową narzutkę. 
Ze schodów dobiegał podniesiony głos Hetty. 
- Dopóki nie będę mogła przejrzeć się w twoich butach, Andrzeju, dopóty będę uwaŜać, Ŝe 
nie są wypastowane! Feliksie Kingu, kazałam ci doki a d n i e umyć uszy! I pospieszcie się, 
na litość boską, bo się spóźnimy! 
Wpadła jak burza do pokoju i ciągnęła dalej: 
- Czy mogłybyście przestać się juŜ stroić, dziewczęta? Pospieszcie się, bo... - zamilkła 
raptownie, wpatrując się w zaróŜowione policzki Oliwii. 
- Oliwio, masz zbyt silne rumieńce! Ludzie gotowi pomyśleć, Ŝeś się uróŜowała!, 
Oliwia, która za nic w świecie nie nałoŜyłaby róŜu na swoją nieskazitelną cerę, zaczerwieniła 
się jeszcze bardziej. Powstrzymując się z trudem od ciętej odpowiedzi, przemówiła spokojnie 
do starszej siostry: 
- Nerwy masz napięte jak postronki, Hetty. Nie chcę, byś swoim zrzędzeniem popsuła 
dzieciom to popołudnie. 
- Ale... 
Oliwia łagodnie wyprowadziła wzburzoną Hetty za drzwi. 
- Za dwie minutki będziemy na dole. MoŜe poprosisz Andrzeja, by juŜ zaprzęgał? 
Hetty podejrzliwie pociągnęła nosem. 

background image

- Co za zapach ! Ktoś tu się zlał perfumami! To nieprzyzwoite! 
74 
- Hetty, proszę cię. Spóźnimy się w końcu... 
Hetty jeszcze raz z oburzeniem pociągnęła nosem i wycofała się z pokoju. Oliwia szybko 
zamknęła za nią drzwi. 
- Widzę, Ŝe uczysz się, jak z nią postępować - zachichotała Sylwia. 
- Ale ona ma rację - odparła Oliwia, sięgając po kapelusz. - Musimy się pospieszyć, bo się 
spóźnimy. 
Felek zaczaił się na Sarę u dołu schodów. Włosy miał gładko zaczesane do tyłu, a szyję 
zaczerwienioną od energicznego szorowania. 
- Ciocia Hetty mówi, Ŝe ja teŜ mogę pojechać powozem - oświadczył. - Nie próbuj mi więc 
tego zabraniać. 
Sara wygładziła sukienkę z błękitnej tafty. Felek miał nadzieję, Ŝe moŜe uśmiechnie się do 
niego, ale ona nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. 
- Zastosuję się do Ŝyczenia cioci - powiedziała. - Nie wyobraŜaj sobie jednak, Ŝe ci 
wybaczyłam. 
Gdy wyruszali do Charlottetown, zaczął wiać lekki wiatr, a na niebie pojawiły się białe 
puszyste obłoczki. W innych okolicznościach taka wycieczka z pewnością wprawiłaby 
wszystkich w doskonały nastrój, teraz jednak kaŜdy myślał tylko o tym, Ŝe jest juŜ bardzo 
późno i Ŝe mogą nie zdąŜyć na koncert. 
Z początku Felek był nieco nadąsany, gdyŜ Sara zaŜyczyła sobie siedzieć jak najdalej od 
niego. Po chwili jednak zapomniał o swej urazie i zaczął zastanawiać się, z jaką prędkością 
pędzi powóz, 
75 
który skrzypiąc i jęcząc na znak protestu, zdawał się wprost wzlatywać w powietrze ponad 
pokrytą pyłem drogą. 
Ciotka Hetty, która zwykła była wzywać na pomoc niebiosa, gdy tylko koń zaczynał biec 
kłusem, teraz namawiała Andrzeja, by zmuszał go do szaleńczego galopu. Zgodnie z tym, co 
wskazywał zegareczek przypięty do jej Ŝakietu, byli juŜ spóźnieni dziesięć minut. A 
niepunktualność była dla Hetty jednym z najcięŜszych grzechów. 
- Co z ciebie za woźnica! - burknęła do Andrzeja, niemal wyrywając mu lejce. - Czy nie 
moŜesz trochę pogonić tego durnego konia? 
Sylwia przymknęła powieki i poruszała bezgłośnie wargami. Cecylka pomyślała, Ŝe pewnie 
recytuje słowa jednej z pieśni, ale Sara wiedziała, Ŝe ona się modli. Nagle Sylwia otworzyła 
oczy i dotknęła ramienia Andrzeja. 
- Proszę cię, Andrzeju - szepnęła. - Jedź szybciej! Nie moŜemy się spóźnić! 
Słowa Sylwii były dla Andrzeja rozkazem. Pochylił się do przodu i zmusił konia do jeszcze 
szybszego biegu. Stary powóz mknął po wyboistej drodze, wzniecając tumany rudego kurzu. 
I wtedy nastąpiła katastrofa. Przednia oś złamała się z głośnym trzaskiem, a jedno z kół 
potoczyło się do rowu. Andrzej w ostatniej chwili ściągnął wodze i zatrzymał spłoszonego 
konia. Dzieci powpadały na panie, które, przeraŜone, chwyciły się kurczowo boków powozu. 
Powstrzymawszy się od głośnych złorzeczeń, 
76 
Andrzej zeskoczył na drogę, by ocenić sytuację. Od razu zorientował się, Ŝe sprawa jest 
powaŜna. 
Siedzieli w kurzu i ciszy, rzucając sobie zrozpaczone spojrzenia. 
- Pędź szybko na farmę Kingów i poŜycz powóz od wuja - nakazała wreszcie Andrzejowi 
ciotka Hetty. 

background image

Gdy Andrzej ruszył w kierunku, z którego przybyli, Hetty, choć kolana wciąŜ jeszcze jej 
drŜały, podniosła się z ławeczki. Potem wysiadła z powozu, poprawiła kapelusz i otrzepała 
spódnicę. 
- Zanim Andrzej nadjedzie, musimy postarać się zajść jak najdalej - powiedziała. Kiwnęła 
rozkazująco głową w stronę pozostałych, którzy jak skamieniali siedzieli nadal w 
rozwalonym powozie. - No dalej, wysiadać! W końcu po cóŜ Pan Bóg dał wam nogi, jeśli nie 
do chodzenia! 
Wyciągnęła z powozu Cecylkę, a następnie Felka, reszta wysiadła za nimi. Wszyscy ruszyli 
potulnie za Hetty. 
Zdawało im się, Ŝe wędrują juŜ od wielu godzin. Dzieci przestały się zastanawiać, jak bardzo 
są spóźnieni, i szły bez słowa, powłócząc nogami. Oliwia spojrzała z niepokojem na Sylwię. 
Jej śliczna suknia była pokryta kurzem, biały szal wlókł się Ŝałośnie po ziemi. Spod 
przekrzywionego kapelusza wysunęły się pasma zmierzwionych włosów. Serce Oliwii 
ś

cisnęło się z Ŝalu, gdy dojrzała w oczach przyjaciółki wyraz rozpaczy. 

- MoŜe jeszcze zdąŜymy, jeśli Andrzej zaraz nadjedzie - szepnęła, obejmując Sylwię. - A jeśli 
77 
nie, no cóŜ, moŜe tak właśnie miało być. Pamiętasz, co mówi Szekspir? „Bóg wykuwa nasz 
los"... 
- Bóg, teŜ coś! - sarknęła Hetty. - Gdybyście nie mizdrzyły się tyle przed lustrem, nie 
wyjechalibyśmy tak późno! 
Okrzyk radości, jaki wydał Felek, zagłuszył odpowiedź Oliwii. Drogą pędził powóz wuja 
Alka. MoŜe więc jednak zdąŜą na czas... 
Pani Lawson natknęła się na nich, gdy biegli po schodach. Spojrzenie, jakim ich obrzuciła, 
odebrało im ostatnią nadzieję. 
Sylwia zaczęła przepraszać, lecz Hetty przerwała jej w pół słowa: 
- Gdzie mamy się udać, Elwiro? - spytała. 
- PrzecieŜ przybyłyście o wiele za późno! Nie wiem, coś ty sobie myślała, Hetty King! Pan 
Cameron juŜ podjął decyzję. 
Przepełnione wyrzutem spojrzenie pani Lawson spoczęło na Sylwii. 
- To niepowetowana strata, moja droga. Dziewczyna, która wygrała, nie jest nawet w połowie 
tak utalentowana jak ty. Za to jest punktualna. 
Hetty oblała się rumieńcem. Czuła, Ŝe ta reprymenda była przeznaczona takŜe dla niej. Być 
oskarŜoną o niepunktualność, do tego publicznie! Takiego upokorzenia Hetty nie będzie 
mogła wymazać z pamięci przez długie lata. 
Nagle usłyszeli burzliwe oklaski. Jak jeden mąŜ ruszyli w stronę otwartych drzwi, które 
prowadziły do zatłoczonej sali. 
78 
Na rzęsiście oświetlonej scenie jakaś niezbyt gustownie ubrana młoda kobieta mrugała 
oczami i kłaniała się publiczności. Gdy się wyprostowała, podszedł do niej wytworny 
męŜczyzna w ciemnym garniturze. W ręku trzymał kopertę. 
Sara wpatrywała się w niego z napięciem. Gest, jakim podał białą kopertę wdzięczącej się 
dziewczynie, wydał się jej znajomy. Gdzieś juŜ widziała tego człowieka... 
Pani Lawson trąciła Sylwię łokciem. 
- Pomyśl tylko, moja droga, Ŝe to mogłaś być ty... - westchnęła z fałszywym współczuciem. - 
Stałabyś tam teraz i odbierała nagrodę z rąk pana Camerona. 
Sylwia zamrugała gwałtownie, Ŝeby powstrzymać łzy, które napływały jej do oczu. 
- Jestem przekonana, pani Lawson, Ŝe ta młoda dama zasługuje na nagrodę - odparła i 
uniósłszy dłonie w zakurzonych rękawiczkach, zaczęła wraz z innymi oklaskiwać 
zwycięŜczynię. 
Rozdział czternasty 

background image

PogrąŜony we śnie RóŜany Dworek tonął w srebrzystym blasku księŜyca. Wietrzyk kołysał 
szemrzącymi świerkami, a na granatowym niebie tańczyły tysiące gwiazd, których łagodne 
ś

wiatło rozjaśniało pokoik Sary. 

W pewnej chwili przez nocną ciszę, która otulała dom jak kołdra, przedarł się jakiś dźwięk. 
Sara 
79 
obudziła się i zaczęła nasłuchiwać. Dobiegł ją cichy, zdławiony szloch. Dziewczynka 
wiedziała, Ŝe tak właśnie płaczą ludzie, którzy, by nie niepokoić innych, tłumią w sobie 
okrzyk rozpaczy. Sama nieraz łkała w poduszkę, trawiona tęsknotą za ojcem. 
Odgarnęła kołdrę i podkradła się do otwartego okna. 
Ujrzała ubraną w szlafrok Oliwię, która na palcach wyszła na werandę. Podbiegła do Sylwii, 
skulonej na białym fotelu i męŜnie tłumiącej szloch. 
- Przepraszam, Oliwio - powiedziała Sylwia zdławionym głosem, ocierając twarz chusteczką. 
- Nie chciałam cię zbudzić. Masz ze mną tyle kłopotu, nie potrafię nawet wypłakać się bez 
zwracania na siebie uwagi. 
- Och, nie rozpaczaj juŜ, Sylwio, proszę cię. 
- Oliwia tak gorąco współczuła przyjaciółce, Ŝe sama gotowa była się rozszlochać. 
- Wiem, nie powinnam płakać, bo mi nos spuchnie. A nie ma nic bardziej nietwarzowego niŜ 
spuchnięty nos, zwłaszcza gdy jest tak gminny jak mój. Ale naprawdę nie mogę się 
powstrzymać. Tak liczyłam na ten konkurs. 
- MoŜe gdyby pan Cameron poznał twą sytuację, zechciałby ci pomóc. 
- Nie, Oliwio. Sama powiedziałaś przecieŜ, Ŝe „Bóg wykuwa nasz los". Moim 
przeznaczeniem jest więc zostać nauczycielką. Dlaczego pan Cameron miałby się mną zająć? 
Nikomu na mnie nie zaleŜy. 
80 
Sara z trudem powstrzymała się, by nie krzyknąć: „Pannie Lloyd na tobie zaleŜy! I to 
bardzo!" Wiedziała jednak, Ŝe nie powinna podsłuchiwać tak osobistej rozmowy, więc cicho 
zamknąwszy okno wycofała się w głąb pokoju. 
Wtedy nagle uświadomiła sobie, gdzie widziała pana Camerona. Oczywiście! W domu panny 
Lloyd! JakŜe mogła zapomnieć. Przypomniała sobie, jak Andrzej Cameron podawał kopertę 
starszej pani i jak ta oburzyła się na jej widok. Pan Cameron był kuzynem panny Lloyd i 
zaofiarował jej pomoc. 
Sara wróciła do łóŜka i zaczęła obmyślać nowy plan działania. 
Rozdział piętnasty 
Gdy Sara wymykała się nad ranem z domu, na dworze było jeszcze ciemno. Ubrała się po 
omacku, w obawie Ŝe ciocia Hetty dostrzeŜe blask świecy. 
Drogę prowadzącą do dworku Lloydów zalegał głęboki cień, pokrywający ją niczym gruba 
warstwa opadłych jesiennych liści. Nagle po ziemi śmignęła wiewiórka. Nie posuwała się do 
przodu małymi podskokami, ani nie zatrzymała się, by przyjrzeć się spotkanej osobie, jak to 
zwykły czynić wiewiórki z Avonlea. Po prostu przemknęła jak strzała przez drogę i zniknęła 
w poszyciu. 
Nad lasem gromadziły się ponure, szare chmu- 
6 — Pieśń nocy 
81 
rŜyska. Było parno i bezwietrznie. Sara, stukając głośno do drzwi starej damy, pomyślała, Ŝe 
nadciąga burza. 
- Przyszłam w sprawie Sylwii, panno Lloyd 
- zawołała, usłyszawszy suchy kaszel. - Jest w strasznym połoŜeniu. A pani jest jedyną osobą, 
która moŜe jej pomóc. 

background image

Panna Lloyd uchyliła nieco drzwi. Wydała się Sarze jeszcze bledsza i bardziej krucha niŜ 
wtedy, gdy widziała ją ostatnio. 
- Mów szybko, o co chodzi, i wynoś się stąd 
- warknęła. 
- Obawiam się, Ŝe trudno będzie to wyjaśnić w paru zdaniach - powiedziała Sara, czując, Ŝe 
musi starannie dobierać słowa. - Bo widzi pani, Sylwia miała nadzieję wygrać konkurs 
Camerona. Ale w naszym powozie złamała się oś i przybyliśmy zbyt późno, więc teraz 
Sylwia jest w rozpaczy. Pomyślałam więc sobie... to znaczy, miałam nadzieję, Ŝe mogłaby 
pani... poprosić pana Camerona, by ponownie rozwaŜył swoją decyzję... 
- Tu Sara umilkła i spojrzała błagalnie na starszą panią. 
Panna Lloyd wsparła się cięŜko o drzwi. To dziecko stąpało po grząskim gruncie. JuŜ na sam 
dźwięk nazwiska Andrzeja Camerona Lloydowie przewracali się w grobie. Próbowała 
zamknąć drzwi, lecz dziewczynka chwyciła je mocno i trzymała z całych sił. 
- Panno Lloyd, ja tak proszę... 
Panna Lloyd westchnęła. Była zmęczona, zbyt 
82 
zmęczona, by uŜerać się z trudnymi dziećmi. Jednak dziewczynka wpatrywała się w nią takim 
błagalnym wzrokiem... 
- Raczej umrę, niŜ poproszę tego złodzieja o przysługę - powiedziała wreszcie. 
- Ale on wydawał się taki dobry wówczas, gdy panią odwiedził. 
- Dobry! Brednie! Gotów ukraść człowiekowi nawet grób! 
- Dlaczego więc starał się być tak wspaniałomyślny wobec pani? - Sara miała juŜ mętlik w 
głowie. 
- Bo czuje się winny! Ot co! - Starsza pani zrobiła ruch, jakby chciała zatrzasnąć drzwi, lecz 
dziewczynka szybko chwyciła ją za nadgarstek. 
- Proszę, panno Lloyd, ja nic nie rozumiem... 
Panna Lloyd poczuła przez cienki jedwab rękawa dotyk dziecięcej dłoni i ogarnęło ją dziwne 
wzruszenie. 
- To bardzo proste, moje dziecko - powiedziała. - Kiedyś poradził memu ojcu, by 
zainwestował majątek w pewne przedsięwzięcie, które się nie powiodło. Ojciec zbankrutował, 
lecz Andrzej Cameron wyszedł z tego bez szwanku. Co więcej - został bogaczem - kosztem 
mego ojca. 
- Ale chciałby wszystko naprawić. Słyszałam, jak oferował pani pomoc. 
Twarz panny Lloyd stęŜała. 
- MoŜe nic nam nie zostało, ale my, Lloydowie, mamy jeszcze naszą dumę, drogie dziecko. 
Znowu padło to słowo. Duma. Sarze przypo- 
83 
mnialo się, co mówiono o pannie Lloyd - „bogata, skąpa i dumna". No cóŜ, bogata i skąpa to 
ona nie była - Sara miała okazję się o tym przekonać. Ale bez wątpienia była dumna. 
Nagle, jakby odnalazłszy niespodziewanie ostatni fragment układanki, Sara pojęła wszystko. 
- A więc dlatego przestała pani pisać do ojca Sylwii! - wykrzyknęła. 
- Nie mogłam pozwolić, by oŜenił się ze mną z litości - powiedziała drŜącymi wargami panna 
Lloyd. - To nie wchodziło w rachubę. Nikt nie mógł się dowiedzieć, Ŝe staliśmy się nagle 
ubodzy. 
- Ale złamała mu pani serce. 
- Sobie  teŜ.   Zniszczyłam   swoje   szczęście. 
- Panna Lloyd rozejrzała się wokół ze smutkiem. 
- To przez ten dom. Ten przeklęty dom! Niejedno serce pękło tu z rozpaczy. 
Jednak Sara wiedziała, czym jest naprawdę owo „przekleństwo". 
- Oszukuje pani samą siebie, panno Lloyd, i dobrze pani o tym wie - powiedziała stanowczo. 

background image

- Prawdziwym przekleństwem jest pani zatwardziała duma. 
Panna Lloyd cofnęła się o krok, jakby Sara ją uderzyła. 
- Jak śmiesz! 
- Proszę posłuchać, panno Lloyd. Niech pani zapomni o swej dumie. Skoro kochała pani 
kiedyś jej ojca, niech pani pomoŜe Sylwii. Ona pani potrzebuje. 
84 
Panna Lloyd pełnym furii gestem uniosła do góry laskę. 
- Wynocha! - syknęła zdławionym głosem. - I raz na zawsze zostaw mnie w spokoju. - To 
powiedziawszy, zatrzasnęła i zaryglowała drzwi. 
Rozdział szesnasty 
Peg Bowen spojrzała w niebo pokryte wielkimi, ciemnymi chmurami, które przesłaniały 
słońce. Powietrze było cięŜkie jak ołów. Chmury zdawały się zbliŜać coraz bardziej ku ziemi, 
jakby chciały ją zmiaŜdŜyć. 
Peg otarła ramieniem czoło. Pomyślała sobie, Ŝe coś niedobrego wisi w powietrzu. Pozbierała 
zerwane zioła i wrzuciła je do kosza. Gdy szła przez cmentarz Lloydów, spostrzegła, Ŝe od 
strony domu nadchodzi panna Lloyd. Peg przyjrzała się jej z uwagą. Coś było nie tak. 
Zazwyczaj stara dama kroczyła dumnie, czasem wspierając się na lasce. Teraz jej ruchy były 
chaotyczne i niespokojne. Na chwiejnych nogach ruszyła ku Peg, ale po chwili jakby zmieniła 
zdanie i skierowała się do domu, a potem nagle usiadła przy grobie ojca. 
- Lepiej wracaj do domu - zawołała Peg, wyjmując fajkę z ust. - Burza nadciąga. 
Starsza pani nie odezwała się ani słowem. Błądziła niespokojnym wzrokiem po cmentarzu. 
- Teraz wszystko juŜ jest bez znaczenia. 
- CzyŜby? - spytała surowo Peg, mruŜąc oczy. 
85 
- Jeśli dalej będziesz tak Ŝyć, ani się obejrzysz, jak spoczniesz pod tą darnią. Wtedy będziesz 
miała dość czasu na uŜalanie się nad sobą. 
- Nie mów tak, Peg - odparła panna Lloyd, z roztargnieniem wodząc ręką po zimnej 
marmurowej płycie. 
Peg wiedziała, Ŝe nadeszła chwila, aby wreszcie porozmawiać powaŜnie, i nie zamierzała 
owijać niczego w bawełnę. 
- No to moŜe mi powiesz, kto wyryje twoje imię na nagrobku? Kto będzie płakał nad twą 
mogiłą? Nikt - ostatnie słowo zabrzmiało jak splunięcie. 
- Bo wszyscy dbają o ciebie tyle, co o zeszłoroczny śnieg. 
- Nieprawda. 
- A właśnie, Ŝe prawda. Dlaczego miałabyś kogoś obchodzić, skoro ciebie nikt nie obchodzi? 
Dbasz tylko o siebie i o tych umarlaków! - Peg wskazała kościstym palcem na groby 
Lloydów. 
- Jeśli natychmiast czegoś nie zrobisz, czeka cię tylko bezimienny grób, nad którym nikt łzy 
nie uroni! I dobrze ci tak! 
Panna Lloyd wstała. Utkwiła szeroko otwarte, przeraŜone oczy w twarzy Peg, która 
odpowiedziała jej nieruchomym spojrzeniem. 
Wówczas panna Lloyd, potykając się, wybiegła z cmentarza. Nie udała się jednak w stronę 
domu, lecz w przeciwnym kierunku. 
Wtedy właśnie czarne jak smoła niebo rozdarła błyskawica, której towarzyszył dziki grzmot. 
Gniewne chmury zaczęły bryzgać deszczem. 
86 
Peg Bowen poszła za panną Lloyd aŜ do bramy, by zobaczyć, dokąd idzie. Znowu 
przypomniało jej się stare porzekadło: „Na kaŜde zło na świecie prędzej czy później radę 
znajdziecie..." 
- Eh... - mruknęła do siebie. - Albo znajdziemy tę radę zaraz, albo nigdy... 

background image

Całe popołudnie dręczył ją niepokój. A zanim zapadła noc, postanowiła wziąć sprawy w 
swoje ręce. 
Rozdział siedemnasty 
Pannie Lloyd było cięŜko na duszy, gdy kuśtykała po stromej ścieŜce. Do Charlottetown 
miała jeszcze kawał drogi, a nie wzięła ze sobą ani pieniędzy, ani niczego do jedzenia. 
Postanowiła jednak iść dalej. CzyŜ Sara nie powiedziała, Ŝe Sylwia potrzebuje jej pomocy? 
Zdoła sprawić, Ŝe córka Ryszarda Greya pojedzie na naukę do Europy, była tego pewna. Nie 
miała najmniejszej wątpliwości, Ŝe jeśli ona, Małgorzata Lloyd, poprosi o wsparcie dla 
Sylwii, Andrzej Cameron nie będzie mógł odmówić. śałowała tylko, Ŝe tak długo się wahała. 
Nie chciała zdławić swej dumy, by poprosić o przysługę człowieka, który kiedyś bardzo ją 
skrzywdził. 
Peg miała rację mówiąc, Ŝe ona wcale nie myśli o innych ludziach. Zajmowała się tylko sobą, 
hołubiła swą dumę i tłumiła wszelkie inne uczucia. Ale teraz pozwoli rozkwitnąć miłości. 
Tego burzowego dnia, gdy panna Lloyd węd- 
87 
rowała do Charlottetown, miłość udowodniła, Ŝe rzeczywiście potrafi czynić cuda. 
Deszcz szalał jak dzika bestia. Wysokie drzewa chyliły wierzchołki nad drogą, jakby 
próbowały ochronić głowy przed bezlitosnymi ciosami. Niebo pociemniało. Krzewy 
przygięły ku ziemi struchlałe gałązki, po których ściekały strugi wody. 
Na drodze utworzyły się głębokie kałuŜe. Z początku starsza pani starała się je omijać, lecz 
szybko dała za wygraną i brnęła na oślep przed siebie. Wkrótce buty całkiem jej przemokły i 
przy kaŜdym kroku wydawały cmokliwy odgłos. 
TuŜ za Bright River panna Lloyd napotkała Harmona Mcllroya, farmera, który zaproponował, 
Ŝ

e podwiezie ją na swej furze. Z wdzięcznością wdrapała się na wóz. Była zbyt zmęczona, by 

wdawać się w rozmowę, a Harmon nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia. Pomyślał jednak, 
Ŝ

e jest niezwykle blada i mizerna. „Jakby nie spała i nie jadła przez tydzień" - powiedział 

później Ŝonie. 
Gdy dotarli do rozdroŜa, zaoferował starszej pani gościnę. 
- Nie, dziękuję - odparła, owijając się przesiąkniętym wodą szalem. - Przed zapadnięciem 
nocy muszę być w Charlottetown. 
Harmon pomógł jej zsiąść z wozu, pomachał na do widzenia i skierował swoje siwki do 
domu. 
- Psa bym nie wygnał na taką pogodę - mruknął pod nosem, zastanawiając się, cóŜ to za 
waŜna sprawa kazała starszej pani wyruszyć w podróŜ w taką ulewę. 
88 
Gdy panna Lloyd dotarła do Charlottetown, deszcz poskromił juŜ swój gniew. Panna Lloyd 
musiała przejść jeszcze dwa kilometry, gdyŜ pan Cameron mieszkał za miastem. Czuła się 
tak, jakby jej wędrówka była jakimś koszmarnym snem. Wiedziała tylko, Ŝe musi cały czas 
posuwać się do przodu i Ŝe robi to wszystko jedynie po to, by uszczęśliwić Sylwię. 
Mijający ją przechodnie kłaniali się grzecznie lub obserwowali ją kątem oka. Ona zaś wcale 
ich nie dostrzegała. Ostatnie pół kilometra przeszła niemal po omacku, gdyŜ spoza zbitej 
masy chmur wyłoniło się nagle słońce, którego ostry blask prawie zupełnie ją oślepił. 
Gdy na chwiejnych nogach stąpała po szerokiej alei wjazdowej, zamiast dokuczającego jej 
wcześniej zimna odczuwała palące gorąco. „Jak mocno przygrzewa słońce" - pomyślała, 
kołacząc drŜącą ręką do drzwi. 
Rozdział osiemnasty 
Polly Deane słuŜyła u Cameronów od niedawna i była bardzo zadowolona ze swej nowej 
pracy. Wszystko tu wydawało jej się wprost zachwycające. I wykrochmalony biały uniform z 
rurkowanym czepeczkiem sterczącym zalotnie na czubku jej blond główki, i hol wejściowy z 
lśniącymi lustrami i świeŜo ciętymi kwiatami, i szeroka aleja wjaz- 

background image

89 
dowa, a nawet sposób, w jaki ogrodnicy strzygli trawę, zezwalając jej rosnąć na wysokość 
zaledwie jednego cala. 
ChociaŜ od dnia, kiedy zatrudniła się tu jako pokojówka, upłynęło juŜ sześć tygodni, stukot 
cięŜkiej mosięŜnej kołatki u drzwi wejściowych (o której zawsze myślała zaborczo jako o 
„swojej") nadal sprawiał, Ŝe w jej niebieskich oczach pojawiał się błysk radości. Przerywała 
wtedy swoje zajęcia w kuchni, wygładzała biały fartuszek, poprawiała włosy i sunęła ku 
kuchennym schodom, z waŜną miną rzucając kucharzowi: „Przepraszam, ale muszę 
otworzyć". 
RównieŜ tego deszczowego popołudnia, otwierając z dumą okazałe drzwi, miała na twarzy 
radosny uśmiech. Ale juŜ po chwili zamarła z ręką na klamce i wytrzeszczyła oczy w sposób, 
jakiego matka kazała jej unikać. Na schodach bowiem stała wsparta o ścianę staruszka 
odziana w jakieś czarne łachy. Jej kapelusz, szal, spódnica i rękawiczki ociekały wodą. Miała 
zamknięte oczy, głowę przyciskała do jednego z kamiennych pilastrów. 
Polly zwierzyła się później innej pokojówce, Ŝe staruszka wyglądała, jakby sobie nieźle 
podpiła. Polly zamierzała właśnie powiedzieć przybyłej, co o niej myśli, gdy starsza pani 
otworzyła oczy. 
- Chciałabym mówić z panem Cameronem - wyszeptała, a Polly z miejsca poznała po jej 
akcencie, Ŝe ma do czynienia z damą. 
Starsza pani zachwiała się i runęła w przód, 
90 
dowa, a nawet sposób, w jaki ogrodnicy strzygli trawę, zezwalając jej rosnąć na wysokość 
zaledwie jednego cala. 
ChociaŜ od dnia, kiedy zatrudniła się tu jako pokojówka, upłynęło juŜ sześć tygodni, stukot 
cięŜkiej mosięŜnej kołatki u drzwi wejściowych (o której zawsze myślała zaborczo jako o 
„swojej") nadal sprawiał, Ŝe w jej niebieskich oczach pojawiał się błysk radości. Przerywała 
wtedy swoje zajęcia w kuchni, wygładzała biały fartuszek, poprawiała włosy i sunęła ku 
kuchennym schodom, z waŜną miną rzucając kucharzowi: „Przepraszam, ale muszę 
otworzyć". 
RównieŜ tego deszczowego popołudnia, otwierając z dumą okazałe drzwi, miała na twarzy 
radosny uśmiech. Ale juŜ po chwili zamarła z ręką na klamce i wytrzeszczyła oczy w sposób, 
jakiego matka kazała jej unikać. Na schodach bowiem stała wsparta o ścianę staruszka 
odziana w jakieś czarne łachy. Jej kapelusz, szal, spódnica i rękawiczki ociekały wodą. Miała 
zamknięte oczy, głowę przyciskała do jednego z kamiennych pilastrów. 
Polly zwierzyła się później innej pokojówce, Ŝe staruszka wyglądała, jakby sobie nieźle 
podpiła. Polly zamierzała właśnie powiedzieć przybyłej, co o niej myśli, gdy starsza pani 
otworzyła oczy. 
- Chciałabym mówić z panem Cameronem - wyszeptała, a Polly z miejsca poznała po jej 
akcencie, Ŝe ma do czynienia z damą. 
Starsza pani zachwiała się i runęła w przód, 
90 

wstrząsana atakiem kaszlu. Padłaby prosto na pięknie wypastowaną przez Polly podłogę, 
gdyby pokojówka nie rzuciła się, by ją podtrzymać. 
- Panie Cameron ! Panie Cameron! - zawołała. - Proszę tu przyjść! 
Pan domu od razu wybiegł z salonu. 
- Kuzynko Małgorzato! - zawołał tonem, który wyraŜał zdziwienie, zachwyt i troskę zarazem. 
Z pewnym trudem Polly i pan Cameron zdołali zaprowadzić powłóczącą nogami kobietę do 
salonu, gdzie delikatnie usadzili ją na sofie przed kominkiem. 

background image

- Polly, przynieś szybko jakiś koc - polecił pan Cameron, niezdarnymi ruchami próbując zdjąć 
przemoczony szal z ramion starej damy. Kuzynka uniosła rękę, jakby wzbraniając się przed 
pomocą z jego strony. Sprawiała wraŜenie, Ŝe chce powiedzieć coś bardzo waŜnego. 
- Przyszłam tu... - zaczęła i zaniosła się kaszlem. Próbowała siąść prosto, choć jej ciało 
wstrząsała gorączka. - Przyszłam prosić cię o pomoc, Andrzeju Cameronie. 
- Tak, naturalnie - odparł uspokajająco, odwaŜywszy się odpiąć szpilkę z jej przemoczonego 
kapelusza. - Siedź spokojnie i odpoczywaj, droga kuzynko Małgorzato. 
Starsza pani wyprostowała się nadludzkim wysiłkiem. 
- Nie przyszłam tu prosić o pomoc dla siebie, rozumiesz? Przyszłam po pomoc dla Sylwii... 
Sylwii Grey... 
Gdy wymówiła ostatnie słowa, na jej ustach pojawił się uśmiech tak pełen słodyczy, Ŝe 
Andrzejowi Cameronowi łzy napłynęły do oczu. 
- Ach, Małgorzato! - wykrzyknął, uświadomiwszy sobie, Ŝe nigdy jeszcze nie widział jej 
uśmiechu. 
Lecz Małgorzata Lloyd juŜ go nie słyszała. CięŜko dysząc, opadła z zamkniętymi oczami na 
oparcie sofy. 
- Polly, szybko! Biegnij po doktora! - zawołał Cameron. Zdjął go lęk, Ŝe straci na zawsze 
dopiero co odzyskaną kuzynkę. 
Rozdział dziewiętnasty 
Peg Bo wen szła spiesznie do RóŜanego Dworku. Choć pod wieczór deszcz ustał zupełnie, z 
drzew i krzewów nadal kapała woda. Na niebie pojawił się księŜyc, w którego łagodnym 
ś

wietle krople deszczu lśniły jak perły na gałęziach drzewek brzoskwiniowych. Wilgotny 

kapelusz i kapota Peg Bowen połyskiwały w mroku. Siwe, rozkudłane włosy opadały jej na 
twarz. Miała nachmurzoną minę, a jej przenikliwe, brązowe oczy rzucały wściekłe spojrzenia. 
Gdyby jakieś dziecko ujrzało Peg w tej księŜycowej poświacie, z pewnością pomyślałoby, Ŝe 
jest ona prawdziwą wiedźmą. 
Tak teŜ pomyślała w pierwszej chwili Sara, która obudziła się, usłyszawszy uderzenia 
kamyka w szybę, i rzuciła się do okna. 
92 
Gdy wyjrzała w mrok, napotkała płonące oczy Peg. W pierwszym odruchu chciała zatrzasnąć 
okno, wskoczyć do łóŜka i naciągnąć kołdrę na głowę. Jednak nieruchome, przeszywające 
spojrzenie osadziło ją w miejscu. 
- Przyszłam ci powiedzieć, Ŝe panna Lloyd moŜe cię potrzebować - odezwała się Peg bardzo 
cichym głosem, lecz Sara, która stała drŜąca w nocnej koszuli, usłyszała kaŜde słowo. - Lepiej 
będzie, jak pójdziesz za nią, razem z tą śpiewaczką. 
- Za nią?... A dokąd poszła? 
- Do Char lott eto wn. Wyrównać stare rachunki. 
- Do Charlottetown? Do pana Camerona? 
- Tak. Idź tam i nie zapomnij zabrać tej śpiewaczki. NaleŜą do siebie i muszą być razem. 
Słyszałaś? Pospiesz się! - to powiedziawszy, odwróciła się i zniknęła wśród drzew. 
Zapominając o strachu, Sara wychyliła się przez okno, by ją zawołać. Ale Peg rozpłynęła się 
juŜ w mglistym mroku. 
Sara pomyślała ponuro, Ŝe komuś takiemu jak Peg Bo wen łatwo jest zjawiać się w środku 
nocy i wysyłać ludzi do Charlottetown. Ciekawe, jak by się czuła, gdyby musiała stanąć oko 
w oko z ciocią Hetty. Albo gdyby kazano jej wytłumaczyć wyrwanej ze snu, rozczochranej 
ciotce, dlaczego wyprawa do Charlottetown jest konieczna. 
Rewelacje Peg Bowen nie zrobiły na cioci Hetty Ŝadnego wraŜenia. 
- Charlottetown, myślałby kto! - parsknęła, 
93 

background image

potrząsając głową tak mocno, Ŝe nocny czepek zsunął jej się na oko, nadając starej pannie 
dziwnie zawadiacki wygląd. Sara nie mogła powstrzymać uśmiechu. - Dziwne, Ŝe nie 
zaproponowała ci, byś poleciała tam z nią na miotle! 
Na szczęście Sylwia wybawiła Sarę z opresji. Niezwykle stanowczo oświadczyła ciotce 
Hetty, Ŝe czuje się w obowiązku pospieszyć za panną Lloyd do Char lott eto wn, gdyŜ jest ona 
dla niej kimś bardzo bliskim. 
„Obowiązek" - to było ulubione słowo Hetty King. Dlatego teŜ w końcu zgodziła się, by Sara 
i Sylwia pojechały do Char lott eto wn, pod warunkiem, Ŝe będzie im towarzyszyła Oliwia. 
Jednak Oliwia zauwaŜyła słusznie, Ŝe pociąg z Bright River odchodzi dopiero o dziewiątej 
rano, więc mogą spokojnie pospać jeszcze parę godzin. 
- W takim razie jazda do łóŜek - rozkazała rozpromieniona Hetty. - Sen dobrze wam zrobi na 
urodę. - To mówiąc, zabrała świecę i pomaszerowała do sypialni, a dziewczętom nie 
pozostało nic innego, jak pójść w jej ślady. 
Rankiem pojechały pociągiem do Charlotte-town i odszukały rezydencję Andrzeja Camerona. 
Na ich widok zmęczona twarz pana domu rozpromieniła się i pojawił się na niej wyraz ulgi. 
- Dzięki Bogu, Ŝe przyjechałyście - powiedział zapraszając je do środka. - Tej nocy była w 
strasznym stanie. Ale doktor powiedział, Ŝe najgorsze minęło. Wyjdzie z tego. 
94 
potrząsając głową tak mocno, Ŝe nocny czepek zsunął jej się na oko, nadając starej pannie 
dziwnie zawadiacki wygląd. Sara nie mogła powstrzymać uśmiechu. - Dziwne, Ŝe nie 
zaproponowała ci, byś poleciała tam z nią na miotle! 
Na szczęście Sylwia wybawiła Sarę z opresji. Niezwykle stanowczo oświadczyła ciotce 
Hetty, Ŝe czuje się w obowiązku pospieszyć za panną Lloyd do Charlottetown, gdyŜ jest ona 
dla niej kimś bardzo bliskim. 
„Obowiązek" - to było ulubione słowo Hetty King. Dlatego teŜ w końcu zgodziła się, by Sara 
i Sylwia pojechały do Charlottetown, pod warunkiem, Ŝe będzie im towarzyszyła Oliwia. 
Jednak Oliwia zauwaŜyła słusznie, Ŝe pociąg z Bright River odchodzi dopiero o dziewiątej 
rano, więc mogą spokojnie pospać jeszcze parę godzin. 
- W takim razie jazda do łóŜek - rozkazała rozpromieniona Hetty. - Sen dobrze wam zrobi na 
urodę. - To mówiąc, zabrała świecę i pomaszerowała do sypialni, a dziewczętom nie 
pozostało nic innego, jak pójść w jej ślady. 
Rankiem pojechały pociągiem do Charlottetown i odszukały rezydencję Andrzeja Camerona. 
Na ich widok zmęczona twarz pana domu rozpromieniła się i pojawił się na niej wyraz ulgi. 
- Dzięki Bogu, Ŝe przyjechałyście - powiedział zapraszając je do środka. - Tej nocy była w 
strasznym stanie. Ale doktor powiedział, Ŝe najgorsze minęło. Wyjdzie z tego. 
94 
Przyjrzał się uwaŜnie Sylwii, którą przedstawiła mu Sara. 
- A więc to pani jest Sylwią Grey. Nieustannie o panią pytała. 
Ujął Sylwię pod ramię i wprowadził ją do połoŜonej na parterze sypialni, pospiesznie 
przygotowanej dla panny Lloyd. 
Stara dama leŜała w łóŜku, a twarz miała równie białą jak koronkowe poduszki, na których 
spoczywała. Gdy Sylwia weszła do pokoju, chora otworzyła oczy i wyciągnęła ku niej 
szczupłą dłoń. 
- ZbliŜ się - powiedziała. 
Sylwia podeszła do łóŜka i ujęła delikatną dłoń starszej pani. Lady Lloyd z zachwytem 
wpatrywała się we wdzięczne rysy dziewczyny, nie mogąc wprost oderwać od niej oczu. 
- Jesteś taka podobna do ojca... - powiedziała wreszcie, wzdychając z zadowoleniem. Potem, 
zawahawszy się nieco, jako Ŝe nie przywykła o nic prosić, dodała: - Czy mogłabyś dla mnie 
zaśpiewać, Sylwio? 

background image

Sylwia spojrzała na starą damę wspartą na poduszkach. Nie miała pojęcia, dlaczego panna 
Lloyd przeszła pieszo w ulewnym deszczu całą drogę do Charlottetown, jak powiedział im 
pan Cameron. Wiedziała tylko, Ŝe leŜy przed nią kobieta, która była wielką miłością jej ojca. 
Czcił jej pamięć i pieczołowicie przechowywał listy. Zawsze mówił o Avonlea z czułością i 
Ŝ

alem. Bez względu na to, jaki był powód jego rozstania z Małgorzatą Lloyd, nie Ŝywił do 

niej urazy. 
95 
Gdy Sylwia była dziewczynką, największą przyjemność sprawiało jej słuchanie śpiewu ojca. 
Wiedziała, Ŝe zasiadając przy fortepianie, wracał myślami do Avonlea i tego cudownego lata, 
które spędził z Małgorzatą Lloyd. Jedna z pieśni wydawała się Sylwii szczególnie 
przepełniona tęsknotą za minionymi czasami. Teraz zaczęła ją śpiewać dla nich obojga - ojca 
i starej damy, którą on niegdyś tak bardzo kochał. 
Miłość ma jest jak róŜa czerwona, 
Co w czerwcu zakwita. 
Jest jak słodka melodia, 
Co za serce chwyta. 
Tyś, miła, piękna jak obrazek, 
Jak poranna zorza. 
Nim kochać cię przestanę, 
Prędzej wyschną morza. 
Andrzej Cameron wsłuchiwał się w czysty, słodki głos Sylwii z uczuciem ulgi i wdzięczności. 
Gdy kuzynka Małgorzata poprosiła go o sfinansowanie edukacji muzycznej młodej 
nieznajomej, przystał na to bez wahania. Zrobiłby wszystko, co w jego mocy, byleby tylko 
uciszyć wyrzuty sumienia, które dręczyły go od czasu gdy jako nierozwaŜny młodzieniec 
namówił wuja, by zainwestował cały majątek w akcje pewnej kopalni. 
Od dnia, kiedy wujowi przydarzyło się owo „nieszczęście finansowe", jak to określał w 
myślach siostrzeniec, Andrzej Cameron nie zbaczał z wąskiej ścieŜki uczciwości i starał się 
być uŜyte- 
96 
czny dla społeczeństwa. Nie był utalentowany muzycznie, lecz przepadał za pięknym 
ś

piewem. Fundując stypendium miał poczucie, Ŝe przyczynia się na swój skromny sposób do 

rozwoju kultury. Równocześnie zaś uciszał w ten sposób udręczone sumienie. Oceniając 
umiejętności uczestniczek konkursu, starał się być zawsze bezstronnym i uczciwym sędzią, 
by nagrodzić śpiewaczkę, która najbardziej na to zasługiwała. Jedyną osobą, dla której nie 
zawahałby się złamać swoich zasad, była kuzynka Małgorzata. Teraz, gdy usłyszał śpiew 
Sylwii, zrozumiał, Ŝe przeznaczeniem tej dziewczyny było królować na salach koncertowych 
całego świata. Jej głos przyniesie chlubę stypendium Camerona. To nie on zrobi przysługę 
kuzynce Małgorzacie, lecz Sylwia Grey wyświadczy mu łaskę, przyjmując stypendium. 
- Panno Grey - powiedział ochrypłym ze wzruszenia głosem, gdy pieśń dobiegła końca. - 
Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by mogła pani rozwijać swój wielki talent. 
Sylwia Grey uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale jej myśli krąŜyły teraz wokół zupełnie 
innych spraw. Jej serce przepełniała troska o starą damę. WciąŜ ściskając rękę panny Lloyd, 
uklękła przy łóŜku. 
- Moja droga Sylwio... - cicho powiedziała chora. - Przeszłam przez cienistą dolinę śmierci i 
mam nadzieję, Ŝe na zawsze pozostawiłam za sobą dumę i wszelkie urazy. Proszę, byś 
wybaczyła głupiej starej kobiecie. 
7 — Pieśń nocy 
97 
- Nie mam czego wybaczać - szepnęła Sylwia. 

background image

- Od tej chwili uwaŜam panią za swoją krewną. Stojąca za panem Cameronem Sara 
dostrzegła, 
Ŝ

e mizerne policzki starszej pani lekko się zaróŜowiły. Panna Lloyd pochwyciła spojrzenie 

dziewczynki i przywołała ją gestem dłoni. 
- Od tej pory będę Ŝyć zupełnie inaczej, Saro 
- przyrzekła ściskając jej dłoń. 
Sara spojrzała w oczy starszej pani i ogarnęło ją zdumienie. W twarzy panny Lloyd 
zachodziła jakaś cudowna przemiana. Zaciśnięte usta zadrŜały, a ich kąciki powędrowały w 
górę. Ostre rysy nabrały łagodniejszego wyrazu. Zachwycona Sara niemal zarzuciła starszej 
pani ręce na szyję. GdyŜ lady Lloyd uśmiechała się! Uśmiechała się, a jej oczy promieniały 
szczęściem. 
Rozdział dwudziesty 
Minęło kilka tygodni, zanim panna Lloyd wy-dobrzała na tyle, by móc wrócić do domu. 
Tymczasem wieść o jej chorobie i warunkach, w jakich dotychczas Ŝyła, obiegła lotem ptaka 
okolicę. Wszyscy dowiedzieli się, Ŝe starsza pani była w rzeczywistości bardzo biedna. Bez 
końca rozprawiano o tym, w jakim Ŝyła niedostatku i ilu rzeczy musiała sobie odmawiać. 
Wielu mieszkańców Avonlea wyrzucało sobie, Ŝe w przeszłości stronili od starej damy i 
okazywali jej niechęć, a plotkarki Ŝałowały swych zjadliwych uwag. 
- Kto by to przypuszczał? - powiedziała do 
98 
Ŝ

ony pastora ciotka Hetty. - Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, Ŝe jej ojciec stracił cały 

majątek. To straszne, w jakich warunkach Ŝyła przez te wszystkie lata, nie dojadając i kładąc 
się w zimowe dni do łóŜka, by oszczędzać opał. Myślę jednak, Ŝe nawet gdybyśmy znali jej 
sytuację, niewiele moglibyśmy dla niej zrobić, gdyŜ jest tak rozpaczliwie dumna. Jeśli jednak 
wyzdrowieje i pozwoli nam sobie pomóc, wszystko się odmieni. 
Ciotka Hetty nie rzucała słów na wiatr. Natychmiast zebrała armię ochotniczek, które wzięły 
się do porządkowania zaniedbanej siedziby Lloydów. Uzbrojone w szmaty, szczotki i 
miotełki do kurzu zaatakowały grube szare pajęczyny utkane przez niezliczone pokolenia 
pająków. Sąsiadki starej damy pragnęły uciszyć swoje sumienia, dlatego teŜ uwijały się jak w 
ukropie. Zamiatały, woskowały, pastowały i malowały, aŜ wreszcie wszystkie pająki zostały 
pokonane, a siedziba Lloydów odzyskała dawną świetność. 
Kiedy Andrzej Cameron przywiózł wreszcie pannę Lloyd do Avonlea swoim pięknym 
powozem, na progu domu oczekiwała ich cała rodzina Kingów i liczni sąsiedzi. 
Felicja posunęła się nawet do tego, Ŝe odkurzyła rzeźbione lwy strzegące wejścia, Sara zaś 
uplotła wieńce z jaskrów i stokrotek i udekorowała nimi kamienne posągi. Ale ciotka Hetty 
usunęła je jednym szybkim, gniewnym machnięciem miotły. 
- Co za pomysł, Ŝeby zakładać wianki jakimś durnym bestiom! - Ŝachnęła się ze złością. - Nie 
99 
mam pojęcia, gdzie to dziecko nauczyło się takich pogańskich praktyk! 
Wszyscy wykrzykiwali wesołe słowa powitania, gdy pan Cameron pomagał starszej pani 
wysiąść z powozu. Panna Lloyd ubrana była w elegancką suknię, którą kuzyn Andrzej kupił 
jej specjalnie na tę okazję, piękne włosy miała upięte wysoko, jej ruchy były spokojne, a 
twarz promieniała szczęściem. Wyglądała jak nowo narodzona. 
Wsparta na ramieniu Sylwii, obeszła swój piękny dom, podziwiając odkurzone portrety, 
dobrze zaopatrzoną spiŜarnię i lśniące, otwarte na ościeŜ okna. 
- Jest pani taka promienna! Dosłownie światło od pani bije! - zawołała Sara, gdy panna Lloyd 
i Sylwia weszły do dawnej sali balowej. Dziewczynka układała właśnie w wazonie świeŜo 
zerwane róŜe. Sylwia udała się do kuchni z Ŝoną pastora, która przyniosła salaterkę galaretki. 
Ciotki Hetty i Jana śmiały się w holu z jakichś ploteczek usłyszanych w Kółku Robótek 
Ręcznych, Oliwia zaś znalazła w saloniku stare nuty i grała na zabytkowym fortepianie. 

background image

Stara dama wyjrzała przez okno. W ogrodzie zobaczyła Andrzeja i wuja Alka, którzy pilnie 
wyrywali chwasty. Słońce rzucało miodowy blask na świeŜo skoszoną trawę, a jej ciepły, 
przyjemny zapach wypełniał wytworną salę. 
- Jestem taka szczęśliwa - rzekła panna Lloyd wzdychając z zachwytem. 
Nagle do pokoju wpadł Felek, chowając coś za plecami. 
700 
- Chodź, Saro, chcę ci coś pokazać - powiedział, uśmiechając się nieśmiało. 
Sara ujęła w palce Ŝółtą róŜę i włoŜyła ją do wazonu, po czym zaczęła badać efekt swych 
poczynań. 
- Nie obchodzi mnie, co tam masz - oświadczyła, zadzierając nos do góry w sposób, który 
doprowadzał Felka do szału. 
Chłopiec oblał się rumieńcem i spiorunował Sarę wrogim spojrzeniem. 
- Jeszcze poŜałujesz! Nigdy ci tego nie pokaŜę! 
- burknął i wybiegł z pokoju. 
Panna Lloyd jeszcze przez chwilę delektowała się widokiem z okna, potem jednak odwróciła 
głowę do Sary i powiedziała surowo: 
- CóŜ ty sobie wyobraŜasz, dziecko! CzyŜbyś wzięła na siebie klątwę Lloydów? 
Sara spojrzała w rozgniewane oczy starej damy. Panna Lloyd nie musiała mówić nic więcej. 
Sara dobrze wiedziała, o co jej chodzi. Zawahała się przez moment, jakby toczyła z sobą 
jakąś wewnętrzną walkę. Potem odłoŜyła trzymany w ręku kwiat i pobiegła za kuzynem. 
Odnalazła go za starą stajnią Lloydów, gdzie z ponurą miną grabił trawę. 
- To naprawdę ładnie z twojej strony, Ŝe pomagasz w porządkach - zagadnęła 
niezobowiązująco. 
- No cóŜ, nie mam wyboru. Mama i ciocia Hetty mi kazały. Ojciec równieŜ. 
- Panna Lloyd na pewno doceni twój wysiłek 
- rzekła z wymuszonym entuzjazmem. 
707 
Felek nic nie odpowiedział. Sara zrozumiała, Ŝe musi zdobyć się na szczere wyznanie. 
- Ostatnio nie byłam dla ciebie zbyt miła, Felku... - zaczęła, by przygotować grunt do 
przeprosin. Ale Felek uprzedził ją. 
Odwrócił się szybko, z twarzą rozjaśnioną uśmiechem, i zawołał: 
- Przepraszam, Ŝe nagadałem ci tych okro-pieństw, naprawdę mi przykro, Saro. Wcale tak nie 
myślę i zrozumiałem to, jak tylko zamknąłem usta. 
Wyciągnął coś z tylnej kieszeni i podał Sarze. 
- Znalazłem to na strychu - powiedział. - Myślę, Ŝe powinno naleŜeć do ciebie. 
- Co to takiego? 
Srebrna ramka zalśniła w słońcu. Sara domyśliła się, Ŝe musi to być coś bardzo waŜnego. 
- To zdjęcie twojej mamy, gdy była w twoim wieku. 
Sara przyglądała się z zaskoczeniem wyblakłej fotografii. Ze zdjęcia patrzyła na nią bowiem 
jej własna twarz. Te same oczy, usta - jej droga mama. Zacisnęła mocno dłoń na ramce. 
Najpierw fortepian, a teraz to zdjęcie. Te przedmioty zbliŜały ją do mamy, sprawiały, Ŝe czuła 
się mniej samotna. Łzy wdzięczności napłynęły jej do oczu. 
- Dziękuję, Felku, nigdy jeszcze nie widziałam jej zdjęcia z czasów dzieciństwa. 
Felek darował jej część jej samej. A otrzymał od niej jedynie złość, chłód i pychę. Dotknęła 
jego ramienia. 
102 
- Wybaczysz mi? - szepnęła. 
Felek posłał jej swój dawny, beztroski uśmiech. 
- Ojejku, to raczej ja powinienem prosić cię o przebaczenie - powiedział. - Ale jasne, 
przebaczam ci, jeśli to ma cię uszczęśliwić. 

background image

Sara zarzuciła mu ręce na szyję i uściskała go serdecznie. 
- Naprawdę mnie uszczęśliwiłeś - powiedziała. - I cieszę się, Ŝe jesteś moim kuzynem i 
przyjacielem. 
Powitalny wieczór w starym dworku dobiegł końca. Wszyscy byli w wyśmienitych 
humorach. Andrzej Cameron zaofiarował się odwieźć gości do domu. Została tylko Sylwia, 
która postanowiła przenocować u panny Lloyd, na wypadek, gdyby ta czegoś potrzebowała. 
Sylwia zdąŜyła juŜ się przywiązać do starej damy i nazywała ją swoją dobrą wróŜką. 
- WróŜki, które znam z bajek, to zazwyczaj kapryśne dziwaczki - protestowała ze śmiechem 
starsza pani. - I wiele tracą przy bliŜszym poznaniu. 
- Jestem przekonana, Ŝe moja wróŜka jest zupełnie inna - odpowiedziała wesoło Sylwia. - Im 
lepiej ją poznaję, tym bardziej wydaje mi się czarująca. 
Zgodnie z warunkami stypendium Sylwia miała wyjechać do Europy dopiero na wiosnę 
następnego roku. Była z tego bardzo zadowolona. Pokochała pannę Lloyd całym sercem i 
byłaby zrozpaczona, gdyby musiała się z nią niebawem rozstać. Nie wiedziała tylko, gdzie 
mogłaby zamiesz- 
103 
kać. Pomimo zapewnień Oliwii, Ŝe jest mile widziana w RóŜanym Dworku, nie chciała 
naduŜywać gościnności Hetty. 
Dlatego teŜ, jeszcze w czasie pobytu panny Lloyd w Charlottetown, Sylwia rozmówiła się z 
pewną wdową, która mieszkała w pobliŜu majątku Lloydów. Wdowa zgodziła się wynająć jej 
pokój, lecz choć zaproponowała skromne komorne, dla Sylwii byłby to i tak spory wydatek. 
Jej problemy rozwiązały się niespodziewanie po powrocie panny Lloyd do domu. Starsza pani 
zaproponowała bowiem swej młodej przyjaciółce, by do czasu wyjazdu do Europy 
zamieszkała razem z nią w starym dworku. 
t- MoŜesz tu mieszkać takŜe po powrocie do kraju - dodała, a w jej oczach błąkał się uśmiech. 
- Od tej pory to będzie twój dom, moja droga. Miejsce, do którego naleŜysz, do którego 
zawsze wracasz. 
Sylwia, wzruszona do łez, ujęła dłoń starej damy. Czuła, Ŝe przyjmując wspaniałomyślną 
propozycję Małgorzaty Lloyd, uszczęśliwia nie jedną, lecz dwie osoby. 
Epilog 
Małgorzata Lloyd dotrzymała obietnicy, którą dała Sarze w czasie swojej choroby. Zaczęła 
Ŝ

yć zupełnie inaczej. Zamiast zamykać się przed światem, jak to czyniła całymi laty, witała 

go z otwartymi ramionami. 
104 
- Potrafię nieść pomoc innym ludziom - powiedziała do Sary pewnego wiosennego 
popołudnia, na kilka dni przed wyjazdem Sylwii do Europy. - Zrozumiałam, Ŝe nie tylko ten, 
kto ma pieniądze, moŜe zrobić coś poŜytecznego dla innych. 
Poklepała Sarę po ręce. 
- Czasami starzy uczą się od młodych, moja droga. Ty dałaś mi cenną lekcję i zawsze będę ci 
za to wdzięczna. 
Tego wieczora Sara, idąc pogrąŜoną w półmroku aleją, przypomniała sobie, jak pierwszy raz 
przechodziła obok bramy Lloydów i jak jakaś lodowata dłoń ścisnęła ją za serce. 
Jakie to dziwne, pomyślała, Ŝe niektórzy ludzie, starając się chronić samych siebie, zadają 
sobie jeszcze większy ból. Jakie to dziwne, Ŝe idea klątwy moŜe się w ogóle zagnieździć w 
umyśle człowieka. Panna Lloyd dopuściła do tego, Ŝe myśl o klątwie rozrosła się jak chwast, 
niszczący jej Ŝycie, spychający w samotność. Myśl ta Ŝywiła się pychą i lękiem, aŜ nabrała 
takiej mocy, Ŝe inni ludzie teŜ w nią uwierzyli. Ale miłość wyrwała ten chwast z korzeniami, 
sprowadziła słońce. 
Sara przeszła przez wielką bramę na końcu alei wjazdowej. Teraz brama ta stała zawsze 
otwarta na ościeŜ, obwieszczając światu odmianę, jaka zaszła w sercu panny Lloyd. Sara juŜ 

background image

układała w myślach pewną historię, gdyŜ najbardziej ze wszystkiego lubiła wymyślać 
opowieści. Była to historia o starej damie, która Ŝyła samotnie w dziwnym, ciemnym dworze. 
Opowieść zaczynała się od klątwy, a koń- 
105 
czyła błogosławieństwem... Sara szła do domu lekkim krokiem, na jej ustach błąkał się 
uśmiech. 
Peg Bowen odchyliła świerkową gałązkę i patrzyła za odchodzącą Sarą poprzez drŜące 
igiełki. Pomyślała, Ŝe ta oto dziewczynka uzdrowiła chorą duszę panny Lloyd. 
Zadowolona Peg podniosła z ziemi lśniącą rybę, którą dopiero co złowiła, i ruszyła aleją w 
stronę oświetlonego domu. Lady Lloyd i jej śpiewaczka przyrządzą sobie tę świeŜą rybę na 
kolację. A później Peg stanie w ciemności pod otwartym oknem i pykając fajkę, będzie 
słuchała pieśni „Greensle-eves" i „Moja miłość jest jak róŜa czerwona", które popłyną w 
aksamitną wiosenną noc. 
Część II 
Tajemnica Maryl 
Rozdział pierwszy 
Na peryferiach Avonlea, za mostkiem, w pobliŜu drogi otaczającej łukiem gospodarstwo i sad 
Kingów, stoi dom, jakby Ŝywcem wzięty z bajki. Nie brak mu nawet białych ozdóbek wokół 
okien, które przypominają lukrowane pierniki, i zgrabnego płotu z palików. O tej porze roku 
drewniane kraty na zacienionym ganku pokryte są pnącymi róŜami niezliczonych gatunków i 
kolorów; właśnie tym kwiatom dom zawdzięcza swą nazwę: RóŜany Dworek. 
Promienie porannego słońca zaczynały dopiero rozświetlać mroczne kąty ganku i spijać rosę 
z płatków róŜ, kiedy nagle w drzwiach stanęła Hetty King. Była ubrana w prostą ciemną 
spódnicę i, zapiętą pod samą szyję, nieskazitelnie białą bluzkę. Gdy Hetty King energicznie 
strzepnęła koronkową serwetę, ani jeden niesforny kosmyk nie wzburzył jej nienagannej 
fryzury. W nieruchomym powietrzu poranka rozległ się jej głos: 
- Sara powinna juŜ wstać, chyba zgodzisz się ze mną, Oliwio. W Montrealu ludzie śpią 
pewnie do południa, ale ja nie będę tolerować tak niestosownych zwyczajów. 
Odetchnęła głęboko zdrowym, świeŜym powietrzem poranka i zniknęła w domu. 
109 
Sarę Stanley przebudziło ciche pukanie do drzwi. Dziewczynka naciągnęła puchową kołdrę 
na głowę i szczelnie przykryła nią uszy, pragnąc za wszelką cenę powrócić do fascynującego 
snu, który jej przerwano. 
Pukanie jednak nie ustawało i wkrótce dał się słyszeć głos ciotki Oliwii. 
- Saro, kochanie, czas, Ŝebyś juŜ wstała. Mamy mnóstwo do zrobienia, zanim wybierzemy się 
na spotkanie Koła Robótek Ręcznych. 
Sara jęknęła w duchu. Nagle wszystko jej się przypomniało. Dziś właśnie miała po raz 
pierwszy przeŜyć katorgę udziału w spotkaniu Koła. 
A juŜ zaczynała czuć się w Avonlea jak w domu. Gdy przyjechała tu kilka miesięcy temu, 
myślała, Ŝe nie zniesie rozstania z ukochanym ojcem, który pozostał w Montrealu, i 
rzeczywiście przez jakiś czas była nieszczęśliwa i bardzo za nim tęskniła. 
Potem przekonała się ze zdziwieniem, Ŝe ciotka Hetty miała rację twierdząc, iŜ czas leczy 
rany. Zrozumiała, Ŝe dopóki problemy zawodowe ojca nie zostaną rozwiązane, będzie 
musiała jakoś ułoŜyć sobie Ŝycie w Avonlea. Tak teŜ się stało. Sara zbliŜyła się do rodziny 
matki i nawiązała nowe przyjaźnie. 
Niektórych zwyczajów Avonlea nie potrafiła jednak i nie chciała zaakceptować. Spotkania 
Koła Robótek Ręcznych były jednym z nich. 
Sara nienawidziła szycia. W domu wcale nie musiała się tego uczyć. Pamiętała, jak siadywała 
w ogromnej kuchni, pogryzając świeŜo upieczone ciasteczka, a słuŜące szyły i rozmawiały. 
Wtedy 

background image

770 
wszystko wydawało się takie proste. Pod surowym okiem niani Luizy, która wprowadziła w 
domu niemal wojskową dyscyplinę, powstawały piękne koronkowe obrusy i serwetki. 
Sara wiedziała, Ŝe wszystkie panienki z Avonlea szczyciły się zręcznością w robótkach. Ona 
jednak, jak się wkrótce przekonała, była przypadkiem beznadziejnym. To, co na pozór 
wydawało się tak proste, okazało się zadaniem ponad jej siły. Poza tym nie potrafiła się 
skupić na pracy. UwaŜała, Ŝe szycie naleŜy do tego typu zajęć, które trzeba umilać sobie 
marzeniami. Ale im bardziej Sara pogrąŜała się w marzeniach, tym mniej szyła. 
Znów rozległo się ciche pukanie do drzwi. Ciotka Oliwia wsunęła głowę do pokoju i czule 
uśmiechnęła się na widok dziewczynki skulonej pod kołdrą. 
- Saro, wstań wreszcie. Szkoda pięknego dnia. Sara westchnęła. śal jej było snu, który uciekł. 
Wystawiła głowę spod kołdry. 
Ciotka była słoneczna jak poranek. Jej cera jaśniała świeŜością rosy, a oczy błyszczały z 
zadowolenia, potrafiła bowiem cieszyć się z najzwyklejszych rzeczy. Lśniące, lekko kręcone 
ciemne włosy sprawiały, Ŝe przypominała dziewczyny z okładek czasopism, które Sara 
oglądała w Montrealu. 
Oliwia weszła do pokoju i otworzyła okno. Lekki wiaterek zatrzepotał w koronkowych 
firankach. 
- No, leniuszku, moŜe to cię wreszcie obudzi - powiedziała. 
Sara odetchnęła głęboko wonnym powietrzem. W sadzie Kingów kwitły jabłonie, a ona 
uwielbiała 
III 
ich zapach. Pomyślała sobie, Ŝe mama budząc się mogła czuć te same zapachy. Odniosła 
nagle wraŜenie, Ŝe jest blisko mamy, choć straciła ją, kiedy miała zaledwie trzy lata. Zaczęła 
się zastanawiać, czy matka równieŜ nienawidziła Koła Robótek Ręcznych. 
- Przyjemne miałaś sny? - spytała ciotka Oliwia, wyrywając Sarę z marzeń. 
- Nie wiem, czy moŜna uznać je za przyjemne - odparła z namysłem. - Na pewno były 
ciekawe... przynajmniej to, co z nich pamiętam. Wiesz, ciociu Oliwio, śniła mi się Maryla 
Cuthbert. 
- Maryla? Naprawdę? 
Sara usiadła na łóŜku i, patrząc w okno, usiłowała sobie przypomnieć szczegóły. 
- Stała sama na skale, patrząc w morze. Wydawała się bardzo samotna. Zawołałam ją i... 
- I? - podpowiedziała Oliwia. 
- Ktoś zapukał do drzwi i mnie obudził - odparła dziewczynka z wymuszonym uśmiechem. 
- Niech mi panienka wybaczy - zaŜartowała Oliwia i schwyciwszy dłonie siostrzenicy, 
wyciągnęła ją z łóŜka. 
- Czy panna Cuthbert teŜ będzie na spotkaniu Koła? - zainteresowała się Sara. 
- Zapewne tak - odparła Oliwia, nakrywając łóŜko narzutą - poniewaŜ zebranie odbędzie się 
na Zielonym Wzgórzu. 
- Wspaniale! Chciałabym lepiej poznać pannę Cuthbert. To jedyna przyjemność, jaka mnie 
czeka na tym spotkaniu. 
Oliwia uśmiechnęła się pod nosem. 
112 
Rozdział drugi 
- Bóg jeden wie, czemu się tego podejmuję, Marylo - mknęła Małgorzata Linde, wyciągając 
kolejną pięknie zrumienioną szarlotkę z piekarnika. 
Maryla Cuthbert kilka razy przejechała energicznie miotłą po ganku. Chcąc nie chcąc słyszała 
słowa, dobiegające z okna kuchni na Zielonym Wzgórzu. 
- Ale wiem, Ŝe panie z Koła nie poradziłyby sobie beze mnie. A robótki ręczne to bardzo 
poŜyteczne zajęcie. Ja sama nigdy nie pozwalam moim rękom próŜnować 

background image

- Językowi równieŜ - mruknęła pod nosem Maryla. 
Małgorzata Linde sprowadziła się na Zielone Wzgórze po śmierci męŜa Tomasza. Marylę 
wiązała z nią prawdziwa przyjaźń, ale bywały chwile, kiedy czuła, Ŝe wybuchnie, jeśli 
usłyszy następny morał z jej ust. 
Pani Linde niestrudzenie zabiegała o zapełnienie skarbonek misyjnych, była przewodniczącą 
Kobiecej Ligi Walki o Trzeźwość, uczyła w szkółce niedzielnej i prowadziła Koło Robótek 
Ręcznych. A poniewaŜ nie naleŜała do kobiet, którym wystarcza zajmowanie się własnymi 
sprawami, czuła się w obowiązku pouczać kaŜdego, kto jej zdaniem tego potrzebował. 
- Mam nadzieję, Ŝe uszyjemy dość rzeczy na wentę dobroczynną - powiedziała Małgorzata, 
wychodząc z kuchni. Niosła dwie brytfanki ze świeŜo upieczonym ciastem, które zamierzała 
zostawić na 
— Pieśń nocy 
ganku, by ostygło. - Wielebny Leonard męczy mnie o to od dłuŜszego czasu. Powinien zająć 
się układaniem kazań, a prawdziwą pracę zostawić tym, którzy mają o niej pojęcie. Nie kurz, 
Marylo, całe ciasto będzie w piasku. 
- Czy według ciebie zebranie Koła tak pobudzi apetyt, Ŝe potrzebnych będzie aŜ pięć 
brytfanek ciasta? - spytała Maryla opierając się o miotłę. 
Małgorzatę bardzo zdziwił ten jawny brak spostrzegawczości. 
- Nieraz widziałam, jak panie z naszego Koła zmiatały pół ciasta za jednym zamachem - 
odparła. - A szczególnie Jana King. Jej córka Felicja się w nią wdała. Teraz jest ładną 
dziewczynką, ale dołeczki w policzkach zapowiadają, Ŝe w przyszłości będzie tęga. Sama 
zobaczysz! - Małgorzata odwróciła się zamaszyście i wróciła do kuchni, a drzwi za nią 
zatrzasnęły się z hukiem. 
Maryla wzniosła oczy ku niebu: z Małgorzatą nie warto było się kłócić. Usiadła w 
wygodnym, starym wyplatanym fotelu na biegunach, by się nieco odpręŜyć. Dzień był 
naprawdę piękny. Kwitły czerwone róŜe i liliowy powojnik oplatający kratę na ganku. Lekki 
wiaterek przynosił ze sobą zapach morza. Maryla odetchnęła głęboko. Ciszę mąciło jedynie 
brzęczenie pszczół. 
Bum! Znowu trzasnęły drzwi. Panna Cuthbert zamknęła oczy. Najwyraźniej Małgorzata 
Linde jeszcze nie skończyła. 
- Poza tym, Marylo, nie całe ciasto jest dla Koła Robótek Ręcznych. Zaprosiłam na jutro na 
her- 
114 
batę Aleksandra Abrahama, więc dwie szarlotki zostawiam dla niego. 
Odkąd Małgorzata zaprzyjaźniła się z Aleksandrem Abrahamem, który miał opinię odlud-ka i 
wroga kobiet, wciąŜ przypominała o tym Maryli. Z nową przyjaźnią obnosiła się jak ze 
wstęgą honorową. 
Małgorzata spojrzała spod oka na Marylę. 
- UwaŜałam, Ŝe nie będziesz miała nic przeciwko temu. Przydałoby się nam trochę męskiego 
towarzystwa. Wprawdzie on mnie zaprosił do siebie, ale z doświadczenia wiem, Ŝe kobieta 
zyskuje pewną przewagę, jeśli spotyka się z męŜczyzną we własnym domu. Ale ty tego nie 
zrozumiesz, Marylo. 
Panna Cuthbert w porę ugryzła się w język. Temat był niemiły, więc postanowiła od razu się 
z nim uporać. 
- Małgorzato, przez pięćdziesiąt lat mieszkałam z męŜczyzną. - JuŜ w chwili gdy otworzyła 
usta, uświadomiła sobie, Ŝe zabranie głosu w tej sprawie było pomyłką. 
Małgorzata Linde, gotowa na rozmowę od serca, ulokowała się w drugim fotelu. 
- śycie z bratem to nie to samo co Ŝycie z męŜem. Biedny Tomasz. Niech Bóg ma go w 
swojej opiece. 

background image

Maryla nie raczyła odpowiedzieć, ale czuła na sobie wzrok przyjaciółki i wiedziała, Ŝe temat 
nie został wyczerpany. 
- Marylo - zaczęła Małgorzata ostroŜnie, tonem, którym omawiała najbardziej prywatne spra- 
115 
wy swoich bliźnich - wyznam ci, Ŝe zawsze byłam ciekawa, dlaczego nie wyszłaś za mąŜ po 
kłótni i zerwaniu z Janem Blythe'em. 
Zapanowała cisza. Po chwili panna Cuthbert utkwiła swoje chłodne niebieskie oczy w twarzy 
pani Linde. 
- Mam nadzieję, Małgorzato, Ŝe troska o mnie nie przysporzyła ci bezsennych nocy. 
Małgorzata nie dała się jednak zbić z tropu. 
- Byłaś niebrzydką dziewczyną z całkiem niezłym charakterem - odparła. - Dlaczego nikt ci 
się nie oświadczył? 
Maryla poruszyła się niespokojnie, zdumiona tak niewiarygodnym brakiem taktu. Odczuła 
nieprzepartą chęć, by utrzeć przyjaciółce nosa. 
- Moja droga, pozwól teraz, Ŝe ja powiem, co myślę. UwaŜam, Ŝe to nie twoja sprawa. 
Po raz pierwszy Małgorzata poczuła, Ŝe uraziła przyjaciółkę, i bardzo ją to zaskoczyło. 
- Nie masz się o co obraŜać. Ale uwaŜam, Ŝe duŜo straciłaś. 
- Nigdy nie martwiło mnie to, Ŝe nie wyszłam za mąŜ - odparła spokojnie Maryla. 
- Nie przeczę, ale zapewne martwiło cię, Ŝe nigdy nie miałaś tej moŜliwości. 
Całkowicie nieświadoma z trudem ukrywanego gniewu Maryli, Małgorzata czuła się 
ogromnie z siebie zadowolona. Rzuciła przyjaciółce nieśmiałe spojrzenie i zwierzyła się, 
krygując się jak podlotek. 
- MoŜe na starość robię się sentymentalna, ale 
116 
uwaŜam, Ŝe przyjemnie jest czuć zainteresowanie męŜczyzny. - Pochyliła się i szepnęła 
konspiracyjnie: - Między nami mówiąc, niewiele brakuje, by Aleksander Abraham zaczął się 
o mnie starać. Na Maryli nie wywarło to wraŜenia. 
- A co byś zrobiła, gdyby do tego doszło? - spytała sucho. 
Małgorzata Linde uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
- Odmówiłabym mu, ot co! Teraz moim domem jest Zielone Wzgórze. Będę ci zawsze za to 
wdzięczna. Nie martw się, zostanę tu, dopóki mnie nie wyniosą. 
Maryla wzniosła oczy ku niebu i, z ledwie ukrytą drwiną, odparła: 
- No cóŜ, to mnie uspokoiłaś. 
Małgorzata uśmiechnęła się do przyjaciółki, szczęśliwie nieświadoma uczuć, które wzbudziła 
w jej sercu. 
4 Rozdział trzeci 
- Saro, kochanie, pospiesz się - zawołała Oliwia King wybiegając z RóŜanego Dworku. W 
ręku trzymała woreczek z kolorowymi szmatkami, który zabierała na spotkanie Koła Robótek 
Ręcznych. 
Zza drzwi dobiegło ją cichutkie „JuŜ idę". W głosie Sary wyraźnie wyczuwało się niechęć. 
Oliwia uśmiechnęła się i pokręciła głową. Wiedziała, Ŝe siostrzenica nie cieszyła się na myśl 
o popołu- 
117 
dniowym spotkaniu. Wprawdzie miała wiele talentów, ale szycie do nich nie naleŜało. 
Po chwili otworzyły się drzwi i w progu stanęła Hetty King z ksiąŜką w ręce. Usiadła prosto 
na swoim ulubionym krześle, bez słowa otworzyła ksiąŜkę i zabrała się do czytania. 
Oliwia spojrzała zaskoczona na siostrę. 
- Hetty, nie jesteś jeszcze gotowa? 
- Nigdzie nie idę - odparła Hetty nie podnosząc głowy. 
- PrzecieŜ zawsze chodzisz na spotkania Koła 

background image

- zdziwiła się Oliwia. 
- Nie wtedy, gdy organizuje je Małgorzata Linde. 
Oliwia spojrzała na starszą siostrę i westchnęła. Jak ona potrafiła być czasem denerwująca! 
- Hetty, przestań. Nie moŜesz wciąŜ gniewać się o to, Ŝe kiedy byłyście w szkole, odbiła ci 
Romneya Penhallowa. 
Hetty nigdy nie zapominała uraz i zniewag. 
- Mam wraŜenie, jakby zdarzyło się to wczoraj 
- odparła. 
Podniosła oczy na siostrę i dodała: 
- Tak czy inaczej, wolę zbierać pieniądze w czasie kwesty w przyszłym tygodniu niŜ słuchać 
nieustannego trajkotania kumoszek z Koła. Jak tylko wychodzę z pokoju, natychmiast 
zaczynają mnie obgadywać. 
- Moja droga, dobrze wiesz, Ŝe to nieprawda 
- próbowała przemówić jej do rozsądku siostra. Wzięła głęboki oddech i odwaŜyła się rzec: 
Il8 
- Wiesz, Ŝe zazwyczaj nie sprzeciwiam się twoim decyzjom... 
- Więc teraz teŜ tego nie rób - przerwała jej Hetty. 
Sara stanęła nagle koło Oliwii i starsza z panien King natychmiast skierowała na nią uwagę. 
Pomimo surowości, z jaką odnosiła się do siostrzenicy, w głębi serca bardzo ją lubiła. 
Gdyby rok temu ktoś powiedział jej, Ŝe w wieku czterdziestu siedmiu lat podejmie się opieki 
nad dwunastoletnią dziewczynką, uznałaby go za szaleńca. Teraz trudno było jej sobie 
wyobrazić, Ŝe mogłaby bez niej Ŝyć. 
Hetty spojrzała uwaŜnie na Sarę. Zawsze dziwiło ją, jak bardzo to dziecko podobne jest do jej 
siostry, Ruth. Biedna Ruth, nie Ŝyła juŜ od dziewięciu lat. Hetty, która niemal sama ją 
wychowała, przeŜyła jej śmierć jak śmierć własnego dziecka. Oczy Hetty zamgliły się. 
Gwałtownie zamrugała, by powstrzymać łzy. Trzeba zajmować się Ŝywymi, powiedziała do 
siebie, zmarli nas nie potrzebują. 
Sara była ubrana w piękną, nieskazitelnie białą koronkową sukienkę i biały kapelusz 
przystrojony wiosennymi kwiatami. W oczach dziewczynki malował się niepokój. Nastrój 
Sary moŜna było zawsze odczytać z jej twarzy równie łatwo jak słowa z ksiąŜki 
spoczywającej na kolanach ciotki Hetty. Przypominała tym Oliwię. 
Hetty z zadowoleniem skinęła głową. 
- Nie zapominaj o dobrych manierach, Saro. 
119 
- Wiesz, Ŝe zazwyczaj nie sprzeciwiam się twoim decyzjom... 
- Więc teraz teŜ tego nie rób - przerwała jej Hetty. 
Sara stanęła nagle koło Oliwii i starsza z panien King natychmiast skierowała na nią uwagę. 
Pomimo surowości, z jaką odnosiła się do siostrzenicy, w głębi serca bardzo ją lubiła. 
Gdyby rok temu ktoś powiedział jej, Ŝe w wieku czterdziestu siedmiu lat podejmie się opieki 
nad dwunastoletnią dziewczynką, uznałaby go za szaleńca. Teraz trudno było jej sobie 
wyobrazić, Ŝe mogłaby bez niej Ŝyć. 
Hetty spojrzała uwaŜnie na Sarę. Zawsze dziwiło ją, jak bardzo to dziecko podobne jest do jej 
siostry, Ruth. Biedna Ruth, nie Ŝyła juŜ od dziewięciu lat. Hetty, która niemal sama ją 
wychowała, przeŜyła jej śmierć jak śmierć własnego dziecka. Oczy Hetty zamgliły się. 
Gwałtownie zamrugała, by powstrzymać łzy. Trzeba zajmować się Ŝywymi, powiedziała do 
siebie, zmarli nas nie potrzebują. 
Sara była ubrana w piękną, nieskazitelnie białą koronkową sukienkę i biały kapelusz 
przystrojony wiosennymi kwiatami. W oczach dziewczynki malował się niepokój. Nastrój 
Sary moŜna było zawsze odczytać z jej twarzy równie łatwo jak słowa z ksiąŜki 
spoczywającej na kolanach ciotki Hetty. Przypominała tym Oliwię. 

background image

Hetty z zadowoleniem skinęła głową. 
- Nie zapominaj o dobrych manierach, Saro. 
lic 
Nie wierć się i odzywaj się tylko wtedy, gdy ktoś cię zapyta. 
Sara utkwiła w ciotce niebieskie oczy. 
- Ciociu Hetty, czy nie byłoby lepiej, gdybym została w domu i ci pomogła? 
- Zostając w domu nie nauczysz się szyć -odparła Hetty poprawiając szarfę u sukni 
siostrzenicy. 
- Ale ja nie potrafię szyć. Wszyscy będą się ze mnie śmiali - westchnęła zgnębiona Sara. 
- Przyglądaj się, jak robi to Felicja. Jeśli grzecznie ją poprosisz, na pewno ci pomoŜe. 
Hetty wspomniała o tym, czego Sara najbardziej się obawiała. 
- To byłoby gorsze niŜ śmierć - jęknęła. Kuzynka Sary, Felicja, była doskonałą gospodynią. 
Kierując się wskazówkami „Poradnika Rodzinnego", który powaŜała niemal na równi z 
Biblią, pilnie przygotowywała się do przyszłej roli idealnej Ŝony i matki. Potrafiła szyć i 
gotować nieskończenie lepiej niŜ Sara i nieustannie jej o tym przypominała. Sara za nic w 
ś

wiecie nie zwróciłaby się do kuzynki o pomoc. 

Dziewczynka napotkała spojrzenie ciotki Oliwii. Oliwia puściła do niej oko ponad głową 
Hetty, co podniosło Sarę na duchu. 
- Hetty, chciałabym, Ŝebyś poszła razem z nami - spróbowała jeszcze raz Oliwia. - Nie lubię 
wymyślać dla ciebie wymówek. 
Hetty skierowała wzrok na ksiąŜkę. 
- Nie musisz - odparła. - Małgorzata i tak zgadnie, czemu nie przyszłam. I będzie miała rację. 
120 
Oliwia westchnęła, podniosła swój woreczek i podała Sarze torebkę ze ścinkami. 
- Nie to nie. Chodźmy, kochanie. 
Sara zeszła za ciotką z ganku RóŜanego Dworku, z rezygnacją poddając się losowi. 
Rozdział czwarty 
Panie z Koła Robótek Ręcznych zebrały się w przytulnej bawialni na Zielonym Wzgórzu. W 
tym tygodniu w spotkaniu uczestniczyło wyjątkowo duŜo osób, zarówno starszych, jak i 
młodszych. Mało kto potrafił odmówić Małgorzacie Linde; panie przychodziły ze względu na 
przyjaźń z Małgorzatą lub... jej sławne szarlotki. Zszywając róŜnokolorowe szmatki, dzieliły 
się najświeŜszymi plotkami. 
Sara postarała się siąść jak najbliŜej Maryli Cuthbert, w nadziei na rozmowę. Ku jej 
niezadowoleniu, Felicja ulokowała się tuŜ obok i zajęła się pilnie szyciem. Sara teŜ udawała, 
Ŝ

e to robi, a od czasu do czasu rzucała na serwetkę kuzynki ukradkowe spojrzenia pełne 

podziwu i zazdrości. 
Felicja wyglądała jak obrazek. Kasztanowate loki, szczotkowane co wieczór, olśniewająco 
błyszczały, zakładki fartuszka były doskonale zapraso-wane, a sukienka, którą Felicja 
podobno sama uszyła, zadziwiała elegancją kroju. Sara musiała przyznać, Ŝe kuzynka była 
naprawdę ładna. Miała śliczne dołeczki na twarzy, których Sara jej za- 
121 
zdrościła. Wprawdzie ciotka Oliwia próbowała podtuczyć swą wychowankę, ale dziewczynka 
z rezygnacją myślała, Ŝe zawsze będzie wiotka jak trzcina. 
Ku jej uldze, Felicyta zachowywała się lepiej niŜ kiedykolwiek i ani razu nie skrytykowała 
wysiłków Sary. Prawdę powiedziawszy, obie kuzynki z zapałem stosowały się do zasady, Ŝe 
dzieci powinno być widać, a nie słychać. Wprawdzie ich usta milczały, ale za to uszy chciwie 
chwytały kaŜde słowo. 
- Wiedziałam, Ŝe zaczną się kłopoty, jak tylko Tyrone Bell sprzedał swój dom Jankesom - 
rzekła dobitnie Małgorzata Linde. - Do czego to doszło, Ŝeby do Avonlea sprowadziło się tyle 
obcych osób. Wkrótce nie będziemy mogli spokojnie spać we własnym łóŜku. 

background image

Sara zachichotała w duchu, wyobraŜając sobie panią Linde w koszuli nocnej i czepku, 
strzegącą Zielonego Wzgórza. Współczuła intruzowi, który miałby pecha nadziać się na panią 
Linde. Była przekonana, Ŝe widok ten kaŜdego by odstraszył. 
Na słowa Małgorzaty pani Potts pokiwała głową, wprawiając w ruch swój podwójny 
podbródek. 
- Doprawdy, Małgorzato, zgadzam się z tobą w zupełności. Za duŜo u nas obcych. 
Maryla podniosła głowę znad robótki i utkwiła spojrzenie w pani Potts, znanej plotkarce. 
- A kto jeszcze się tu sprowadza? - spytała. 
Nie było rzeczy, którą pani Potts lubiłaby bardziej niŜ omawianie nowinek, wszystko jedno, 
prawdziwych czy fałszywych. 
- Nie słyszałyście? Po pierwsze, Donellowie. Pochodzą ze wschodu i nikt nic o nich nie wie. 
122 
- I Timothy Cotton z rodziną przenosi się tu z Białych Piasków. Będzie tylko dla nas cięŜarem 
- wtrąciła Małgorzata. - Choruje na suchoty... 
- Kiedy nie kradnie - dokończyła pani Potts, rozkoszując się własną nieposzlakowaną opinią. 
Wprawdzie pani Lawson nie podzielała jej upodobania do plotek, ale prowadząc z męŜem 
sklep, pierwsza wiedziała, co się dzieje w Avonlea, czego zresztą wiele kobiet jej zazdrościło. 
- Słyszałam, Ŝe Jaś Irving przyjeŜdŜa ze Stanów Zjednoczonych i ma zamieszkać u babci - 
powiedziała. - Pamiętasz jego ojca, Stefana Irvinga, Małgorzato? 
Pani Linde przez moment gwałtownie szukała w pamięci. 
- Och, czy to nie ten, który porzucił Lawendę Lewis z Grafton? 
- On jej nie porzucił. Chyba się pokłócili. Sądzę, Ŝe wina leŜała po obu stronach - sprostowała 
pani Lawson. 
- Tak czy inaczej, nigdy się z nią nie oŜenił i biedaczka zdziwaczała - rzekła Małgorzata, a 
kilka kobiet potakująco skinęło głowami. Lawenda Lewis była stałym obiektem dyskusji w 
czasie zebrań Koła. 
Pani Potts przypomniała sobie o sensacji, którą zachowała specjalnie na to spotkanie. 
- Czy słyszałyście, drogie panie, Ŝe w zeszłym tygodniu Amy Peters wróciła z zachodu i... 
- zawiesiła głos, potęgując ciekawość słuchaczek 
- i ma wyjść za mąŜ za milionera z Winnipeg? Jej matka, naturalnie, trąbi o tym na prawo i 
lewo. 
123 
- ZmruŜyła oczy, napawając się wraŜeniem, które wywarła. 
Pani Linde z niedowierzaniem potrząsnęła głową. 
- Amy to miła dziewczyna, ale nie nadaje się na Ŝonę milionera - rzekła. 
Pani Potts spojrzała na córkę. 
- Moja Sally widziała wczoraj Amy Peters, prawda, dziecko? 
Sally Potts podniosła wzrok. Papiloty wyjęła z włosów tuŜ przed zebraniem Koła, więc jej 
głowa przypominała teraz kolekcję korkociągów. Sally usiadła z dala od Sary i Felicji. Od 
czasu pokazu latarni magicznej, kiedy Sara zdemaskowała ją jako moralną sprawczynię 
upokorzenia Jaspera Dale'a i poŜaru ratusza, panna Potts unikała jej, jak i całej rodziny 
Kingów. Sara uśmiechnęła się na to wspomnienie. Postąpiła okrutnie, ale Sally całkowicie 
sobie na to zasłuŜyła. 
Panna Potts odziedziczyła po matce skłonność do plotek i z entuzjazmem włączyła się do 
rozmowy. 
- Narzeczony obsypał ją klejnotami. Dostała pierścionek zaręczynowy z ogromnymi 
diamentami. 
- Prawdopodobnie jej tłusty paluszek wygląda, jakby oblepiła go plastrem - prychnęła matka 
Sally, trzęsąc się ze śmiechu. 

background image

Zaraziła nim pozostałe kobiety, które, zasłaniając się robótkami, chichotały z lekkim 
poczuciem winy. Tylko Maryla Cuthbert się nie śmiała. A jedno jej spojrzenie potrafiło 
przywołać do porządku nawet panią Potts. 
124 
Pragnąc zmienić temat, pani Lawson uśmiechnęła się czarująco do gospodyni i rzekła: 
- A propos konkurentów, Małgorzato, co to mówią o tobie i Aleksandrze Abrahamie? 
Sara nie zdawała sobie sprawy, Ŝe zebranie Koła Robótek Ręcznych moŜe być tak 
interesujące. Nastrój znacznie się jej poprawił. Słuchała z błyszczącymi oczami i nie mogła 
się powstrzymać, by nie szturchnąć ukradkiem Felicji. 
Małgorzata momentalnie zesztywniała. Wprawdzie nie podobało jej się, Ŝe wtrącano się w jej 
sprawy, ale postanowiła uciszyć plotki. 
- Nie ma o czym mówić. Jesteśmy przyjaciółmi i tyle. Zawsze pozostanę wierna pamięci 
mojego męŜa. Przepraszam was na moment. - Poczuła nagle, Ŝe koniecznie musi sprawdzić, 
czy woda w czajniku juŜ się gotuje. Dwanaście par oczu odprowadziło ją do drzwi. 
Pani Potts pochyliła się ku Maryli i szepnęła jej do ucha: 
- Wiesz, Marylo, sądzę, Ŝe między nimi jest coś więcej niŜ przyjaźń. 
Maryla poczuła się nieswojo. 
- Co pani ma na myśli? - spytała. 
- UwaŜam, Ŝe jeśli coś z tego wyjdzie, będzie ci brakowało jej towarzystwa - ciągnęła głośno 
pani Potts. - Choć, z drugiej strony, musiałaś juŜ przyzwyczaić się do samotności. 
Od porannej rozmowy z Małgorzatą nastrój Maryli stopniowo się pogarszał, a pani Potts teŜ 
dorzuciła swój kamyczek do jej ogródka. Panna Cuthbert nie mogła pohamować złości. 
125 
Pragnąc zmienić temat, pani Lawson uśmiechnęła się czarująco do gospodyni i rzekła: 
- A propos konkurentów, Małgorzato, co to mówią o tobie i Aleksandrze Abrahamie? 
Sara nie zdawała sobie sprawy, Ŝe zebranie Koła Robótek Ręcznych moŜe być tak 
interesujące. Nastrój znacznie się jej poprawił. Słuchała z błyszczącymi oczami i nie mogła 
się powstrzymać, by nie szturchnąć ukradkiem Felicji. 
Małgorzata momentalnie zesztywniała. Wprawdzie nie podobało jej się, Ŝe wtrącano się w jej 
sprawy, ale postanowiła uciszyć plotki. 
- Nie ma o czym mówić. Jesteśmy przyjaciółmi i tyle. Zawsze pozostanę wierna pamięci 
mojego męŜa. Przepraszam was na moment. - Poczuła nagle, Ŝe koniecznie musi sprawdzić, 
czy woda w czajniku juŜ się gotuje. Dwanaście par oczu odprowadziło ją do drzwi. 
Pani Potts pochyliła się ku Maryli i szepnęła jej do ucha: 
- Wiesz, Marylo, sądzę, Ŝe między nimi jest coś więcej niŜ przyjaźń. 
Maryla poczuła się nieswojo. 
- Co pani ma na myśli? - spytała. 
- UwaŜam, Ŝe jeśli coś z tego wyjdzie, będzie ci brakowało jej towarzystwa - ciągnęła głośno 
pani Potts. - Choć, z drugiej strony, musiałaś juŜ przyzwyczaić się do samotności. 
Od porannej rozmowy z Małgorzatą nastrój Maryli stopniowo się pogarszał, a pani Potts teŜ 
dorzuciła swój kamyczek do jej ogródka. Panna Cuthbert nie mogła pohamować złości. 
12$ 
- Gdyby szycie było tak łatwe jak mielenie językiem, nasze Koło mogłoby się poszczycić nie 
lada osiągnięciami. 
Pani Potts uniosła brwi, próbując zbagatelizować surową uwagę Maryli, i rzuciła wszystkim 
wymuszony uśmiech. 
Sara przysunęła się do Felicji i szepnęła: 
- Nawet ja nie jestem w stanie wyobrazić sobie pana Abrahama jako konkurenta do ręki pani 
Linde. 
Felicja zaczęła chichotać i natychmiast ściągnęła na siebie i kuzynkę uwagę Oliwii. 

background image

- Saro - szepnęła ciotka - pamiętaj, co mówiła Hetty. Masz szyć, a nie rozmawiać. To, co 
zrobiłaś, na pewno nie przypomina mereŜki. 
Oliwia zabrała Sarze zmiętą szmatkę i próbowała pokazać siostrzenicy, jak naleŜy posługiwać 
się igłą, ale uwagę Sary pochłaniały waŜniejsze rzeczy niŜ ściegi czy mereŜki. Spojrzała z 
podziwem na ciotkę. Oliwia była naprawdę piękna. Ciemne włosy okalały doskonałą w 
kształcie twarz, a długie rzęsy rzucały cień na policzki. Sarę zaciekawiło, ile serc złamała jej 
ciotka, i postanowiła natychmiast się tego dowiedzieć. 
- ZałoŜę się, Ŝe miałaś wielu konkurentów, prawda, ciociu Oliwio? - spytała Sara trochę 
głośniej, niŜ zamierzała. 
Zapadła cisza. Oliwia zaczerwieniła się. 
- Och, doprawdy... nie, właściwie to jednego - odparła z wahaniem. 
Pani Potts nie mogła przepuścić takiej okazji. 
126 
- Tak, tak. Edwina Clarke'a, prawda, Oliwio? Hetty go odstraszyła. Pewnie jakiś tam Ciarkę 
nie był dość dobry dla panny King. Hetty zawsze się wynosiła ponad innych. 
Małgorzata, wracając z kuchni, usłyszała ostatnie zdanie i wtrąciła: 
- To jedna z jej wad. Nic dziwnego, Ŝe straciła Romneya Panhallowa. 
Sara siedziała bez ruchu, chłonąc plotki. Nigdy nie mogła się nadziwić, ileŜ to sekretów 
ukrywają dorośli. Wyobraźcie sobie tylko! Ciotka Hetty wtrąca się w sprawy sercowe Oliwii! 
Okropne! Jaka mogła być prawdziwa przyczyna? Ciotka Hetty była surowa, ale dla Oliwii 
zawsze chciała tego co najlepsze. 
Pani Lawson rzuciła złośliwe spojrzenie Janie King i zauwaŜyła: 
- Jano, swego czasu mogłaś pochwalić się niejednym złamanym sercem. 
Pani King zaczerwieniła się jak uczennica. 
- Och, moŜe rzeczywiście miałam paru wielbicieli... - przyznała z pewnym zadowoleniem. 
Sara i Felicja spojrzały na siebie wymownie, oczekując dalszych rewelacji. 
- Paru? - prychnęła Małgorzata Linde. - Jano King, zarzucałaś sieci na kaŜdego kawalera w 
okolicy! Dobrze, Ŝe trafił ci się Alek King, bo mogłabyś skończyć jako Ŝona któregoś ze 
Sloane'ów - to powiedziawszy, wróciła do kuchni po resztę poczęstunku. 
Pani King uśmiech zamarł na ustach. Poruszyła 
72/ 
się niepewnie, rzucając spojrzenie na Felicję, w nadziei,Ŝe córka nic nie słyszała. Felicja 
jednak ledwie mogła usiedzieć z podniecenia. 
- Naprawdę, mamo? Nigdy o tym nie mówiłaś! Matka uśmiechnęła się z zaŜenowaniem. 
- Pani Linde mocno przesadza. Miałam kilku konkurentów przed twoim ojcem, to wszystko. 
Sara przyglądała się Maryli Cuthbert. Dlaczego nie bierze udziału w Ŝartach? Na jej twarzy 
malował się wyraz, jaki pamiętała ze snu. Robiła wraŜenie osoby samotnej i opuszczonej. 
Sara poczuła nagły przypływ współczucia. Przypomniała sobie tę okropną pustkę, którą czuła 
po przyjeździe do Avon-lea. Postanowiła wyrwać Marylę z zamyślenia. 
- A czy pani miała kiedyś konkurenta, panno Cuthbert? - spytała dźwięcznym głosem. 
Zapadła cisza. Nawet Małgorzata, wracająca ze stosem talerzy, zatrzymała się i wbiła wzrok 
w Marylę. Sara poczuła, Ŝe ciotka Oliwia trąca ją łokciem i szepce: 
- Doprawdy, kochanie... 
Maryla zmieniła się na twarzy, ale nic nie powiedziała. Małgorzata, jak zwykle, spróbowała 
przerwać niezręczną ciszę. 
- Saro Stanley, Maryla prowadziła bardzo rozsądne Ŝycie. Nie miała czasu ani ochoty na 
romanse, prawda, Marylo? 
Po twarzy Maryli wyraźnie było widać, Ŝe straciła panowanie nad sobą. Poczuła, Ŝe dość juŜ 
ma tych wszystkich złośliwości i Ŝartów, które wciąŜ musiała znosić dlatego, Ŝe nie miała 
powodzenia. Gdy zamieszanie ustało, rzekła niemal wyzywająco: 

background image

128 
- Miałam kiedyś konkurenta. 
Kobiety porzuciły szycie i utkwiły wzrok w Maryli. 
- Wszyscy wiemy, Ŝe był nim Jan Blythe - powiedziała Małgorzata. - Ale oczywiście nic z 
tego nie wyszło. A jak mówiłam ci dziś rano... 
- Nie miałam na myśli Jana Blythe'a, Małgorzato. - Maryla naturalnie myślała właśnie o nim, 
ale była niezadowolona, Ŝe przyjaciółka potraktowała ją lekcewaŜąco. Poczuła, Ŝe musi 
zrobić następny krok. 
- A o kim mówisz? - zdziwiła się Małgorzata. 
- Ach, kto to był? - pytała Sara bez tchu. Pomyślała, Ŝe słusznie zainteresowała się Marylą. 
- Nic nam pani o nim nie powie? - przymilała się Felicja. 
- Marylo, powiedz nam. Wszystkie jesteśmy ciekawe - prosiła szczerze pani Lawson. 
- To coś nowego, nikt nigdy nie słyszał o twoim romansie - wycedziła pani Potts z 
paskudnym uśmieszkiem i spojrzała znacząco na Małgorzatę Linde. 
Gdyby pani Potts się nie odezwała, Maryla odzyskałaby moŜe zdrowy rozsądek. Jednak gdy 
padły te słowa, panna Cuthbert poczuła, Ŝe nie ma odwrotu. Gdy się powiedziało a, trzeba 
powiedzieć b. 
Wszystkie panie z Koła Robótek Ręcznych wyciągnęły szyje, by usłyszeć, co powie Maryla. 
- Nikt nic o nim nie wiedział. Spotkałam go, gdy pojechałam w odwiedziny do ciotki Tilly w 
Blakely w Nowym Brunszwiku. 
- Zaraz, kiedy to było? - spytała pani Lawson. 
9 — Pieśń nocy 
720 
- Dawno temu. 
Pani Potts puściła oko do pani Lawson. 
- To całkiem prawdopodobne. Czy moŜesz podać jakieś szczegóły? 
Pani Lawson poczuła się naprawdę zaintrygowana. 
- Nie przypominam sobie, Ŝebyś wyjeŜdŜała z Avonlea. Ile miałaś wtedy lat? 
Maryla z trudem przełknęła ślinę i odparła: 
- Dwadzieścia osiem. 
Małgorzata powoli przeŜuwała te informacje. 
- Tak, pamiętam, jak tam pojechałaś, ale nic nie mówiłaś o Ŝadnym wielbicielu. 
Sara, która od dłuŜszego czasu próbowała się wtrącić, wykorzystała nagłą przerwę w 
rozmowie. 
- Jak się nazywał, panno Cuthbert? - zapytała podniecona. 
- Duncan - odparła Maryla bez namysłu. To było jej ulubione imię. 
- Duncan i co dalej? 
Przez chwilę Maryla miała w głowie kompletną pustkę, ale nagle na stole obok zobaczyła 
gazetę, a w niej reklamę „renomowanych plastrów McTa-visha". 
- McTavish... Duncan McTavish - odparła. 
- Doprawdy? - powiedziała z powątpiewaniem pani Potts. 
- Pierwszy raz o tym słyszymy - rzekła Małgorzata. 
- Jaki on był? - niestrudzenie pytała Sara. 
- Pochodził z dobrej rodziny, był uczciwy, pra- 
130 
cowity, prawy... - zaczęła Maryla. Wymienione przymioty nie zrobiły specjalnego wraŜenia 
na Sarze i Felicji. 
- A czy był przystojny? - dociekała Felicja. 

background image

- ZałoŜę się, Ŝe był wysoki, miał ciemne włosy, prosty nos i zdecydowany zarys brody... jak 
bohater z ksiąŜki. - Sara puściła wodze fantazji. - Z pewnością mówił, Ŝe pani ma skórę jak 
brzoskwinia i oczy koloru niezabudek. 
Maryla posłała Sarze surowe spojrzenie znad okularów. 
- Nie, Saro Stanley, nic takiego nie mówił. 
- Dlaczego pani za niego nie wyszła? - Felicja miała dość romantycznych opisów Sary. 
Pani Potts była bardzo zadowolona, Ŝe ktoś zadał wreszcie to pytanie. 
- Tak jest, Marylo, powiedz, dlaczego za niego nie wyszłaś? 
Pytanie zaskoczyło Marylę, ale zaraz pospieszyła z odpowiedzią. 
- Było to niemoŜliwe - odparła gwałtownie, łapiąc za robótkę. 
- Dlaczego? - spytała współczująco Sara. 
- Był... metodystą. 
Zaskoczona Małgorzata spojrzała na przyjaciółkę. Mniej by się chyba zdziwiła, gdyby Maryla 
wyznała, Ŝe był bigamistą. 
- Metodystą? No, to nic dziwnego, Ŝe nawet o nim nie wspomniałaś. Łatwiej pogodzić ogień z 
wodą niŜ prezbiterianina i metodystę. 
Po raz pierwszy tego dnia Maryla pobłogo- 
131 
sławiła w duchu tępotę przyjaciółki i z nowym zapałem powróciła do swojego opowiadania. 
- Próbowałam mu to właśnie wytłumaczyć, ale on nie chciał uznać róŜnicy wyznań za 
przeszkodę do zawarcia małŜeństwa. Pokłóciliśmy się. Wyjechałam z Blakely mówiąc mu, Ŝe 
muszę zająć się rodzicami, których pozostawiłam pod opieką brata. - Maryla ze smutkiem 
pochyliła głowę nad szyciem. 
- Och, panno Cuthbert - zawołała Sara ze łzami w oczach. - Jakie to straszne! Co się z nim 
stało? 
- Wyjechał na zachód i więcej o nim nie słyszałam - odparła Maryla nie patrząc jej w oczy. - 
Nie wiem nawet, czy Ŝyje. 
Panie pogrąŜyły się w rozmyślaniach, a Maryla, trzeba to przyznać, świetnie się bawiła. W 
oczach znajomych wyczytała szacunek. Odtąd będzie kobietą z romantyczną przeszłością, a 
nie starą panną, której nikt nie chciał. 
Ciszę przerwała Małgorzata. 
- Po prostu nie do wiary! Zupełnie nie rozumiem, jak mogłaś trzymać to tyle czasu w 
tajemnicy, Marylo. 
- Nie wydawało mi się to takie waŜne - odparła Maryla. 
- NiewaŜne! Dawny wielbiciel! - wybuchła Sara, pomimo ostrzegawczego szturchnięcia 
ciotki. 
- Niebywała historia! - rzekła Małgorzata, nalewając herbatę i krojąc ciasto. - Herbata podana, 
132 
drogie panie. Zrobiłam moją słynną szarlotkę. Proszę się częstować. 
Maryla odetchnęła z ulgą, gdy kobiety zaczęły podchodzić do stołu. Pierwsza była Jana King. 
Małgorzata Linde odczuła zadowolenie, Ŝe trafnie oceniła apetyt pań z Koła, a w 
szczególności Jany. 
- Jano, weź od razu większy kawałek. Nie będziesz musiała zaraz sobie dokładać. 
Sara przyglądała się Maryli, która szyła pilnie, nisko pochyliwszy się nad robótką. Nagle 
zapragnęła ją uścisnąć, dodać otuchy, ale w pannie Cuthbert było coś, co ją od tego 
powstrzymało. Przyłączyła się więc do Felicji siedzącej przy stole. Zebrania Koła Robótek 
Ręcznych nie były tak okropne, jak to sobie wyobraŜała. 
Pani Linde równieŜ nie spuszczała oka z Maryli, a była bardzo spostrzegawcza. Patrzyła, jak 
przyjaciółka zdejmuje okulary i ze znuŜeniem przeciera oczy. Małgorzata Linde pomyślała, 
Ŝ

e sprawa jest mocno podejrzana, i postanowiła ją zbadać. 

background image

Rozdział piąty 
W Avonlea wszystkie plotki rozchodzą się lotem błyskawicy. A co dopiero takie rewelacje 
jak romans Maryli Cuthbert. Pani Potts i pani Lawson przez całą drogę do domu dyskutowały 
na ten pasjonujący temat. 
- Wydaje mi się, Ŝe poza Janem Blythe'em 
133 
jedynym męŜczyzną, który oglądał się za Marylą Cuthbert, był Jerzy Maybrick - oświadczyła 
pani Potts zmarszczywszy brwi. 
- Naprawdę? - Pani Lawson nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek o nim słyszała. 
- OŜenił się z Florą Dunstead - dodała pani Potts, posyłając rozmówczyni spojrzenie, które 
poddawało w wątpliwość rozsądek Jerzego Mayb-ricka. 
- Co teŜ pani mówi! 
- Była ruda i zezowata. Sama pani widzi, Ŝe gust miał co najmniej dziwny. - Pani Potts 
skinęła głową, wyraźnie zadowolona ze swej rzeczowej oceny. 
- Jeszcze mnie wtedy nie było na świecie - zauwaŜyła z niezwykłym u niej brakiem wyczucia 
pani Lawson. 
Przyjacielska do tej pory pani Potts w jednej chwili ochłodła. Wszystkie uwagi na temat jej 
wieku zazwyczaj odnosiły właśnie ten skutek. 
- Mnie teŜ nie było, ale wszyscy o tym wiedzą - powiedziała oschle. - Do widzenia. 
- Do widzenia - odparła biedna pani Lawson, uświadamiając sobie poniewczasie swój nietakt. 
Pani Potts odwróciła się i podąŜyła co Ŝywo główną ulicą Avonlea. Pani Lawson westchnęła. 
Pottsowie byli cennymi klientami; teraz moŜna się było spodziewać, Ŝe przez najbliŜszy 
tydzień nie przekroczą progu sklepu. « 
Pani Biggins, właścicielka pensjonatu sąsiadują-cgo ze sklepem, opierała się o białe sztachety 
płotu, 
134 
a na jej twarzy gościł wyraz niczym nie zmąconej błogości. 
- CóŜ to słyszę, romans Maryli Cuthbert? 
- Nie mam zwyczaju plotkować - odparła pani Lawson podchodząc do sąsiadki - ale powiem, 
Ŝ

e dzisiejszego spotkania Koła nie moŜna uznać za nudne. 

Pani Biggins wychyliła się zachęcająco ku znajomej, która zaczęła dzielić się z nią 
najświeŜszymi rewelacjami. 
Wkrótce po rozmowie z panią Lawson pani Biggins zaniosła męŜowi, który pracował w polu, 
obiad w koszyku. Tyle zachodu zadawała sobie zazwyczaj tylko z okazji urodzin pana 
Bigginsa, ale nie miała cierpliwości czekać aŜ do kolacji, by podzielić się z nim najnowszymi 
plotkami. 
- Co ty mówisz! - wykrzyknął Ira Biggins. - Ta świętoszkowata Maryla Cuthbert tyle lat to 
ukrywała? 
- Sama nie mogłam uwierzyć! Ale pani Lawson moŜna wierzyć,, a ona tam była! I słyszała na 
własne uszy. - Pani Biggins zmarszczyła czoło. - Chyba mówiła, Ŝe Maryla rozmyśliła się 
dopiero przy ołtarzu. 
Jej mąŜ pokręcił głową, po czym ugryzł kolejny kęs chleba z serem. 
Sielankowy nastrój farmy Kingów zburzyła Jana, która, poruszona spotkaniem Koła, wpadła 
jak bomba do kwitnącego sadu. 
Alek King naprawiał właśnie bryczkę i z rozbawieniem wysłuchiwał skarg swojej Ŝony. 
135 
- Ach, ta Małgorzata Linde! Chętnie wytargałabym ją za uszy. Wyobraź sobie, Ŝe powiedziała 
to przy wszystkich, przy naszej córce! To było upokarzające! - Na wspomnienie tej chwili 
rumiana twarz Jany zaczerwieniła się jeszcze bardziej. 
Alek rzucił spojrzenie na rozzłoszczoną Ŝonę i z błyskiem w oku rzekł: 

background image

- Wynika z tego, Ŝe miałem duŜo szczęścia, wygrywając z tyloma rywalami. 
- Nie wierz plotkom, panie King - odparła Jana Ŝywo, odwracając się, by ukryć uśmiech 
zadowolenia. 
Alek ścisnął ją za ramię i oświadczył: 
- Muszę przyznać, Ŝe prędzej uwierzę w twoich wielbicieli niŜ w romantyczną przeszłość 
Maryli Cuthbert. 
- A ty skąd o tym wiesz? - spytała patrząc zdziwiona na męŜa. 
- Słyszałem - odparł Alek, na nowo zabierając się do pracy. - Wiesz, jak to się rozchodzi. W 
miasteczku wrze jak w ulu. 
Jana potrząsnęła głową. 
- Nie wiem, co o tym myśleć. Jestem zupełnie oszołomiona! - Jej oczy zasnuły się mgiełką 
rozmarzenia. - Dziwne, ale mam nadzieję, Ŝe to prawda. 
- Hmmmm? - mruknął Alek poprawiając swo-rzeń w kole bryczki. 
Jana spojrzała na niego czule. 
- Widzisz, kaŜdy potrzebuje w Ŝyciu kilku romantycznych chwil. - Pochyliła się, pocałowała 
go i szybko odeszła. 
136 
- Ach, ta Małgorzata Linde! Chętnie wytargałabym ją za uszy. Wyobraź sobie, Ŝe powiedziała 
to przy wszystkich, przy naszej córce! To było upokarzające! - Na wspomnienie tej chwili 
rumiana twarz Jany zaczerwieniła się jeszcze bardziej. 
Alek rzucił spojrzenie na rozzłoszczoną Ŝonę i z błyskiem w oku rzekł: 
- Wynika z tego, Ŝe miałem duŜo szczęścia, wygrywając z tyloma rywalami. 
- Nie wierz plotkom, panie King - odparła Jana Ŝywo, odwracając się, by ukryć uśmiech 
zadowolenia. 
Alek ścisnął ją za ramię i oświadczył: 
- Muszę przyznać, Ŝe prędzej uwierzę w twoich wielbicieli niŜ w romantyczną przeszłość 
Maryli Cuthbert. 
- A ty skąd o tym wiesz? - spytała patrząc zdziwiona na męŜa. 
- Słyszałem - odparł Alek, na nowo zabierając się do pracy. - Wiesz, jak to się rozchodzi. W 
miasteczku wrze jak w ulu. 
Jana potrząsnęła głową. 
- Nie wiem, co o tym myśleć. Jestem zupełnie oszołomiona! - Jej oczy zasnuły się mgiełką 
rozmarzenia. - Dziwne, ale mam nadzieję, Ŝe to prawda. 
- Hmmmm? - mruknął Alek poprawiając swo-rzeń w kole bryczki. 
Jana spojrzała na niego czule. 
- Widzisz, kaŜdy potrzebuje w Ŝyciu kilku romantycznych chwil. - Pochyliła się, pocałowała 
go i szybko odeszła. 
136 
Rozdział szósty 
Tego dnia nie tylko dorośli plotkowali w Avon-lea. Pod rozłoŜystymi gałęziami starej jabłoni 
siedziały Felicja, Cecylka i Sara. Siostry pilnie szyły, a Sara z błyszczącymi oczami 
przekazywała Cecyl-ce najświeŜsze wiadomości. Dziewczynka słuchała z zapartym tchem, 
gorliwie potakując, a przy kaŜdym ruchu głowy śmiesznie podskakiwały jej warkoczyki. 
Dziesięcioletnia Cecylka nie mogła się wprost doczekać, kiedy zostanie dopuszczona do 
tajemnic Koła Robótek Ręcznych. Na szczęście kuzynka potrafiła tak opowiadać, Ŝe 
dziewczynka miała wraŜenie, jakby wszystko widziała na własne oczy. 
Felicja słuchała z rosnącą złością, niezadowolona, Ŝe jej siostra tak uwaŜnie słucha Sary. 
- Saro Stanley - powiedziała w końcu z wyŜszością - nie powinnaś tyle plotkować. 
- Jest ogromna róŜnica pomiędzy plotkowaniem a ścisłym relacjonowaniem faktów, Felicjo - 
odparła na to Sara. 

background image

- Powinnaś raczej zająć się szyciem. 
Sara spojrzała na wymiętoszony kawałek materiału. Całkowicie zapomniała, Ŝe przyrzekła 
ciotce Hetty skończyć chusteczkę zaczętą na zebraniu Koła. Jak jednak moŜna myśleć o 
mereŜce w obliczu tragedii sercowej? Westchnęła i spróbowała skupić uwagę na szyciu, ale 
wyobraźnia nie chciała się poddać. 
- Czy nie byłoby romantycznie, gdyby pan Duncan McTavish powrócił i porwał ze sobą 
137 
Marylę Cuthbert, przez tyle lat opłakującą utraconą miłość? 
- To mało prawdopodobne, a poza tym on w dalszym ciągu jest metodystą - zauwaŜyła 
trzeźwo Felicja, rozkładając swą robótkę i mierząc ją krytycznym spojrzeniem. 
W tej chwili zauwaŜyły kuzyna Andrzeja pchającego przed sobą taczki, w których siedział 
młodszy brat Felicji i z zadowoleniem zajadał jabłko. Felicja nic nie miała przeciw 
towarzystwu kuzyna. Trzynastoletni chłopak potrafił być bardzo sympatyczny, a poza tym 
Felicja podejrzewała, Ŝe ma do niej słabość, choć nigdy nie ośmielił się tego okazać. 
Za to jedenastoletni Felek był jej utrapieniem. Gdziekolwiek pojawił się ten rozrabiaka, tam 
naleŜało spodziewać się kłopotów. Jednak diabelski ognik w oczach i zaraźliwy śmiech często 
ratowały go przed karą. Widząc go teraz, Felicja westchnęła. Musiał się zjawić, kiedy było 
tak cicho i przyjemnie... 
Sara nic nie zauwaŜyła. Myślami przeniosła się do Blakely w Nowym Brunszwiku. 
- Pomyśl tylko, Ŝycie panny Cuthbert zmieniłoby się - przez chwilę szukała odpowiedniego 
słowa - grun-to-wo! - dokończyła z nutą triumfu w głosie. 
- Gruntownie! - parsknął z rozbawieniem Andrzej. 
Jego ojciec był geologiem i obecnie przebywał w Ameryce Południowej. Andrzej 
odziedziczył po 
138 
nim głód wiedzy. Najczęściej z całej rodziny Ringów sięgał po ksiąŜkę i nigdy nie przegapił 
okazji praktycznego zastosowania zdobytych wiadomości. 
- Tak, gruntownie - powtórzyła Sara, niezadowolona, Ŝe jej przerwano. - Jej Ŝycie zostało 
zmarnowane, poniewaŜ on urodził się metodystą, a ona - prezbiterianką. Czasem mi się 
wydaje, Ŝe z religią jest duŜo zawracania głowy, a niewiele z niej poŜytku. 
- Saro! Nie moŜesz tak myśleć! - obruszyła się zgorszona Cecylka. 
- A właśnie Ŝe tak myślę - odparła Sara z naciskiem. - Powiedzcie mi, jaka jest róŜnica 
między metodystami a prezbiterianami? 
- Ogromna. Wszyscy o tym wiedzą! - rzuciła z oburzeniem Felicja, pewna, Ŝe jej rodzina 
naleŜy do właściwego kościoła. 
- Metodyści mówią „amen" o wiele częściej niŜ prezbiterianie - rzekł Felek, który musiał 
dorzucić swoje pięć groszy. Wszyscy spojrzeli na niego pytająco, a Felicja zrobiła minę 
męczennicy. 
- Słyszałem na własne uszy! - upierał się. 
- To jeszcze nie powód, Ŝeby nie wyjść za mąŜ za metodystę! - podsumowała Sara zabierając 
się za robótkę. 
Felicja nie chciała jednak, by ostatnie słowo naleŜało do Sary. 
- Ty wcale nie wyjdziesz za mąŜ, jeśli nie nauczysz się robić prostych ściegów. Nikt cię nie 
zechce. 
139 
- Jeśli ma mnie chcieć tylko ze względu na ściegi, to moŜesz go sobie zabrać - odcięła się 
Sara. 
- śal mi tego, kto moją siostrę dostanie - zaśmiał się pod nosem Felek. 
Felicja spiorunowała brata spojrzeniem. 
- Mnie jeszcze bardziej Ŝal tej nieszczęsnej kobiety, która zgodzi się wyjść za ciebie. 

background image

- Nie oŜenię się z dziewczyną, która ma taki długi język jak ty. Któregoś dnia się nim za-
krztusisz. Tak mówi mama. 
Sara zachichotała. Felicja, zła na nią za to, Ŝe stanęła po stronie Felka, zasznurowała usta, 
myśląc, jak odpłacić jej pięknym za nadobne. Po chwili schwyciła stłamszony kawałek 
materiału, który Sara pracowicie przerabiała na chusteczkę. 
- Co ty wyprawiasz! - wykrzyknęła. - Jeszcze nie nauczyłaś się mereŜki?! 
Sara przewróciła oczami. 
- Patrz, jak ja to robię - ciągnęła rozkazująco Felicja. Rozpostarła szmatkę i spojrzała na nią z 
pogardą. - A co to w ogóle jest? 
- Chusteczka - odparła Sara zgrzytając zębami.. 
- Czegoś takiego nigdy nie sprzedasz na kiermaszu. Wygląda, jakby juŜ była uŜywana. Nawet 
obrąbek jest krzywy. 
Cierpliwość Sary właśnie się skończyła. 
- Oddaj! - zaŜądała. 
Felicja uśmiechnęła się wymuszenie i oddała kuzynce przedmiot uwłaczający godności 
panienki. 
140 
Rozdział siódmy 
Wieczorem Maryla Cuthbert bujała się w ulubionym fotelu na biegunach na zalanym 
księŜycową poświatą ganku. Jednostajne kumkanie ropuch drzewnych i cykanie świerszczy 
nie ukoiło jej niespokojnych myśli. 
W oddali zahukała sowa. Drzwi skrzypnęły i zamknęły się z trzaskiem. Małgorzata Linde 
zajęła fotel obok i siedziała bez słowa, obserwując Marylę. Przez chwilę walczyła ze sobą. 
JuŜ otwierała usta, by coś powiedzieć, ale zaraz zamykała je znowu. W końcu jednak 
przekonała samą siebie, Ŝe jej obowiązkiem jest powiedzieć, co myśli. 
- Muszę przyznać, Marylo, Ŝe wyjawiłaś nam zaskakującą nowinę. Szczególnie zaskakującą 
w świetle tego, o czym rozmawiałyśmy dziś rano. Gdybym cię nie znała, podejrzewałabym, 
Ŝ

e to wszystko wymyśliłaś. 

Maryla, nic nie mówiąc, bujała się w fotelu, więc przez moment Małgorzata podejrzewała, Ŝe 
ś

pi. Niemal podskoczyła, gdy Maryla przerwała ciszę. 

- Wiesz, Małgorzato, kaŜdy w Avonlea myśli, Ŝe wie wszystko o wszystkich, ale jestem 
pewna, Ŝe są rzeczy, o których nawet ty nie masz pojęcia. 
Małgorzata Linde pochyliła się do przodu, przygotowując się do odparcia zarzutu, ale Maryla 
ciągnęła dalej: 
- Gdyby z Aleksandrem Abrahamem łączyło cię coś, co chciałabyś ukryć, uszanowałabym to 
i mam nadzieję, Ŝe ty uczyniłabyś dla mnie to samo. 
141 
- MoŜesz być pewna, Marylo, Ŝe nie mam nic do ukrycia. 
Panna Cuthbert odwróciła się i przeszyła przyjaciółkę spojrzeniem. 
- Dobranoc - rzekła. Podniosła się ze znuŜeniem i - co było zupełnie do niej niepodobne 
- weszła do domu zatrzaskując za sobą drzwi! Małgorzata, przestraszona hukiem, aŜ 
podskoczyła. Przez chwilę siedziała zdumiona, patrząc przed siebie, aŜ w końcu zauwaŜyła: 
- Coś takiego! A ja byłam pewna, Ŝe tak dobrze ją znam! - Podniosła wzrok na księŜyc i 
dodała: 
- Człowiek uczy się aŜ do śmierci. 
Maryla, trzasnąwszy drzwiami, obejrzała się nerwowo, a potem ruszyła schodami na pięterko 
Zielonego Wzgórza. Mijając lustro, zatrzymała się na chwilę i patrząc na swoje odbicie ze 
smutkiem pokręciła głową. 
Westchnęła. Gdy powiedziało się a, trzeba powiedzieć b, ale czym to się skończy? 
Rozdział ósmy 

background image

Słoneczne światło zalewało kuchnię RóŜanego Dworku. Piotr Craig, który pracował u panien 
King, wszedł do środka i z hurgotem wrzucił naręcze drew na rozpałkę do drewnianej 
skrzynki koło pieca. Akurat piekły się ciasteczka na kwestę i powietrze przesycone było 
rozkosznym zapachem rodzynek, cynamonu i świeŜego ciasta. Piotr 
142 
z lubością pociągnął nosem i, odgarniając jasne włosy z czoła, spojrzał na stygnące na 
parapecie jagodzianki. Rozejrzał się wokół. Sara siedziała tyłem do niego, pochylona nad 
stołem. Zawołał do niej „dzień dobry", ale ona ledwie coś mruknęła w odpowiedzi. Piotr 
wzruszył ramionami, jeszcze raz rozejrzał się wokół, po czym porwał jedną bułeczkę i uciekł 
z kuchni. 
Ani wspaniała pogoda, ani cudowne zapachy nie mogły podnieść Sary na duchu. Siedziała z 
igłą w ręku, próbując skończyć chusteczkę, która prześladowała ją od spotkania Koła. 
- Och! - wykrzyknęła nagle i wsadziła zraniony palec do buzi. 
Ciotka Hetty wpadła do kuchni, by zabrać wypchany smakołykami koszyk. Zatrzymała się 
koło bułeczek i przeliczyła je ze zdumieniem. Spojrzała na odwróconą tyłem Sarę i 
uśmiechnęła się wyrozumiale. „To dobrze - pomyślała - mogłaby trochę przytyć". Hetty 
zawinęła resztę bułeczek w serwetkę i włoŜyła do koszyka. 
- Saro, wychodzę wcześniej, gdyŜ muszę pomóc ciotce Janie nakryć stół przed kwestą. Ty 
przyjdziesz z Oliwią. 
Hetty rzuciła okiem na Sarę, oczekując jakiejś reakcji. PoniewaŜ dziewczynka ani drgęła, 
spojrzała znowu. Tym razem wzrok jej padł na nieszczęsny kawałek materiału, który Sara 
miętosiła w dłoniach. Ciotka niecierpliwie odstawiła kosz. 
- Saro, czy niczego się nie nauczyłaś na spotkaniu Koła? - spytała, wyprowadzona z równo- 
143 
wagi. - Patrz - rzekła, biorąc robótkę z rąk siostrzenicy i zaczynając wyszywać - tak wygląda 
ś

cieg krzyŜykowy! - Skrzywiła się z niesmakiem. - Wy-pruj to. I to... i to. - Palce ciotki Hetty 

skubały nitkę jak kurczęta dziobiące ziarno. Sara patrzyła ze złością. 
- Będziesz musiała wypruć całe brzegi i zacząć od nowa - zdecydowała nieodwołalnie Hetty. 
Sara utkwiła wzrok w suficie licząc po cichu do dziesięciu. Hetty z rozpaczą spojrzała na 
zegarek, pomyślała o uciekającym czasie i porwała koszyk. 
- Do zobaczenia. Pamiętaj, Ŝeby się nie spóźnić. I nie zapomnij załoŜyć kapelusza! Oliwio! - 
zawołała w górę schodów. - Sara pójdzie z tobą! - i wypadła z domu. 
Sara odetchnęła głęboko i złapała noŜyczki leŜące na stole. Ostrym koniuszkiem podwaŜyła 
nitkę. Oczywiście nie dała się przerwać. Tracąc cierpliwość dziewczynka gwałtownie 
dziabnęła materiał. Rozległ się odgłos rozdzieranego płótna i Sara ujrzała, Ŝe w środku 
chusteczki powstała duŜa dziura. 
- Kochanie, jeszcze tylko wezmę parę rzeczy, załoŜę kapelusz i idziemy - dobiegł ją głos 
ciotki Oliwii. 
Sara rozejrzała się niespokojnie, nie wiedząc, co zrobić. Nagle usłyszała zbliŜające się kroki, 
straciła głowę i szybko wepchnęła chusteczkę pomiędzy drwa w skrzyni. Złapała kapelusz i 
wybiegła przez kuchenne drzwi. 
144 
- Gotowa? - spytała Oliwia wchodząc do kuchni. Zdziwiona, omiotła spojrzeniem puste 
pomieszczenie. - Dziwne. Myślałam, Ŝe idziemy razem - powiedziała. 
Rozdział dziewiąty 
Gdy Oliwia wyruszyła do miasta, machając radośnie koszykiem, łagodny wietrzyk poruszał 
gałęzie w sadzie Kingów, a w powietrzu unosił się zapach kwiatów jabłoni. Nagle usłyszała z 
tyłu tupot nóg, więc odwróciła głowę, spodziewając się ujrzeć Sarę. Była to jednak Cecylka, z 
warkoczykami podskakującymi przy kaŜdym kroku, uśmiechnięta od ucha do ucha. Za nią 
kroczyła statecznie Felicja. 

background image

- Ciociu Oliwio! Poczekaj! Zobacz, co ja mam! - zawołała Cecylka i z dumą pokazała koszyk 
przykryty nieskazitelnie białą serwetką. - Bułeczki cynamonowe, które będę sprzedawać 
podczas kwesty. To ja je upiekłam! 
- Z moją pomocą - dodała z zadowoleniem Felicja. 
- Wyglądają bardzo apetycznie! - rzekła Oliwia z podziwem, ignorując uwagę Felicji. 
- Jak sądzisz, ciociu, czy mogę wziąć po pensie za bułeczkę? - upewniała się Cecylka, gdy 
ruszyły w dalszą drogę. 
- Na pewno. 
Felicja, nie chcąc wypaść gorzej, wyjęła jedną serwetkę z koszyka i pokazała ją ciotce. 
10 — Pieśń nocy 
145 
- A ja mam zamiar sprzedawać swoje serwetki po dziesięć centów. 
- No cóŜ, moŜesz spróbować - powiedziała Oliwia, zastanawiając się, czy Felicja przestanie 
kiedyś dąŜyć do tego, by za wszelką cenę górować nad innymi. Kochała swoją bratanicę, ale 
ta cecha nieraz ją irytowała. 
- Widziałyście Sarę? - spytała, chcąc zmienić temat. - Miała pomóc mi dziś rano, ale znikła 
zaraz po śniadaniu i od tej pory jej nie widziałam. 
- Ja teŜ nie - odparła Felicja. - Jeśli nie zrobiła Ŝadnych postępów w nauce szycia, wstydziła 
się pewnie pokazać ludziom. 
Oliwia westchnęła. 
- Felicjo - rzekła karcąco - spróbuj być bardziej wyrozumiała! 
Rozdział dziesiąty 
Tymczasem Sara przyjemnie spędzała czas. Gdy tylko pozbyła się nie lubianej robótki, 
znacznie poprawił się jej nastrój. Idąc lasem radowała się zapachem sosen i spręŜystym 
mchem pod stopami. Po dotarciu do Avonlea zamierzała przeciąć pola i zejść w dół, na 
nadmorskie wydmy. Nie chciała pokazywać się koło ratusza w obawie, Ŝe zmuszą ją do 
udziału w kweście. 
Słoneczna plama na końcu ścieŜki zapowiadała koniec lasu. Po chwili Sara znalazła się na 
polanie za domem Bigginsów, a potem ruszyła główną 
146 
ulicą Avonlea, całkiem pustą, gdyŜ wszyscy mieszkańcy miasteczka zgromadzili się ratuszu. 
W pobliŜu sklepu Lawsonów ku swojej radości zobaczyła coś dziwnego. Był to zielony, 
przywodzący na myśl tabory cygańskie wóz, z jasnoczer-wonymi kołami, cały pokryty 
napisami i obrazkami. Sara nie miała wprawdzie zamiaru nigdzie się zatrzymywać, ale 
zjawisko to było zbyt ciekawe, Ŝeby je zignorować. ZbliŜyła się i odczytała napis na boku 
wozu: „RENOMOWANE PLASTRY McTAVISHA. Leczą wszelkie dolegliwości". 
Sara z niezwykłym zainteresowaniem obejrzała obrazki na wozie. Widać było na nich 
uśmiechniętych pacjentów przylepiających plastry na piersi i ramiona. Nagle z drugiej strony 
wozu dobiegł Sarę znajomy głos pana Lawsona, więc wyjrzała zza rogu. 
Pan Lawson podawał rękę nieznajomemu męŜczyźnie stojącemu na ganku przed sklepem. 
Sara nigdy przedtem go nie widziała. Był wysoki, dobrze ubrany, przystojny i miał około 
sześćdziesięciu lat. 
- Dziękuję, Ŝe pozwolił mi pan stanąć przed sklepem, panie Lawson - rzekł nieznajomy. 
- śyczę powodzenia, panie McTavish, choć wiem, Ŝe moi klienci wolą tradycyjne 
medykamenty. Za nic nie wyrzekną się plastrów gorczycznych! - powiedział z uśmiechem 
właściciel sklepu. 
Usłyszawszy nazwisko męŜczyzny, Sara zmarszczyła lekko brwi. 
147 
- Moje plastry są znacznie lepsze, panie Law-son. I proszę mówić mi Duncan. 
Sara aŜ się zachłysnęła. Duncan! Nieomal wykrzyknęła to imię. Duncan McTavish! 

background image

- Proszę mi wierzyć - ciągnął nieznajomy 
- znam dobrze ludzi ze wschodu. Moja rodzina stąd pochodzi. 
- Co teŜ pan powie! Skąd? 
- Z Nowego Brunszwiku - odparł Duncan McTavish i Sara uwierzyła w przeznaczenie. 
- Choć muszę przyznać, Ŝe zauroczył mnie zachód. 
Pan Lawson pokręcił z podziwem głową. 
- Nie kaŜdy by się zdecydował tam przenieść. 
- Czy ja wiem? Kawalerowi na pewno łatwiej. Choć dobry kupiec, jak pan, na pewno by sobie 
poradził, nawet z rodziną. 
Pan Lawson, zadowolony z pochwały, pogładził z aprobatą brodę i spojrzał na sklep. Wtedy 
właśnie zobaczył Sarę, wyglądającą zza wozu pana Duncana McTavisha. 
- Przepraszam, Saro, nie zauwaŜyłem cię wcześniej. Czy mam ci coś podać? 
Sarę całkowicie zamurowało. Bez słowa popatrzyła na uprzejmego sprzedawcę, potem na 
nieznajomego, a w końcu puściła się przed siebie ile sił w nogach. 
Pan Lawson obrócił się do pana McTavisha i potrząsnął głową. 
- Dzieci! - powiedział i obaj męŜczyźni zaśmiali się ze zrozumieniem. 
148 
Rozdział jedenasty 
W ratuszu w Avonlea było gwarno. Próbowano ciasta, handlowano, dzielono się plotkami i 
gawędzono, wszystko dla dobra misji, która miała otrzymać dochód z kwesty. 
Hetty i Jana King królowały przy stole zastawionym ciasteczkami i słodyczami, które 
przygotowały panie z z Avonlea. Hetty z potępieniem przyglądała się, jak jej bratowa, niby to 
próbując, pochłania więcej wypieków, niŜ dostarczyła. 
Cecylka dumnie stała z koszykiem pełnym cynamonowych bułeczek, czekając na pierwszego 
klienta. 
Na stole z bielizną stołową Felicja rozłoŜyła swoje serwetki tak, by nikt ich nie mógł 
przeoczyć. 
Wielebny Leonard przeciskał się przez tłum, tu próbując kawałka ciasta, tam na widok haftu 
kiwając z aprobatą głową, i dziękował wszystkim za szczodre dary. Zapewniał, Ŝe dzięki ich 
wysiłkom z pewnością los biednych stanie się lŜejszy. 
Przy stole z przetworami rozmowa z całą pewnością nie dotyczyła potrzeb biedaków. 
- Wprawdzie mnie tam nie było - mówiła pani Biggins szeptem - ale pani Lawson wszystko 
mi opowiedziała. Muszę przyznać, Ŝe przez cały ten czas nie docenialiśmy Maryli. Prawdę 
mówi przysłowie, Ŝe nie powinniśmy sądzić ludzi po pozorach. 
- Jeśli o mnie chodzi, uwaŜam, Ŝe coś tu śmierdzi - wtrąciła pani Potts. 
149 
- Dlaczego? - spytała naiwnie szesnastoletnia siostrzenica pani Lawson. 
- No właśnie, dlaczego pani tak uwaŜa? - poparła ją chłodno pani Lawson, zła na panią Potts, 
Ŝ

e wciąŜ jeszcze unika jej sklepu. 

Pani Potts spojrzała na nią i na jej ustach pojawił się denerwujący uśmiech. 
- Moja szwagierka pochodzi z Blakely w Nowym Brunszwiku - odparła - i mówi, Ŝe jedyna 
osoba nosząca nazwisko McTavish to stara, niezamęŜna kobieta bez Ŝadnej rodziny. 
Zapadła cisza. Kobiety musiały przemyśleć to nieoczekiwane oświadczenie. Pani Potts, 
zadowolona z siebie, poprawiła kapelusz. 
- Jestem pewna, Ŝe jej pamięć nie sięga tak daleko - rzekła w końcu pani Lawson. - PoniewaŜ 
jest zapewne w pani wieku - dodała pospiesznie. Nie miała wprawdzie ochoty czynić 
pojednawczych kroków, ale tak jej nakazywał zdrowy rozsądek. 
- Ma pani rację - odparła udobruchana pani Potts. - Ale wspomnienia to dziwna rzecz. Co na 
początku jest czystą fantazją, z czasem zamienia się w fakt, nieprawdaŜ? - Zamknęła usta, 
widząc Marylę Cuthbert i Małgorzatę Linde wchodzące do sali. 

background image

Maryla poczuła się zaŜenowana nagłą ciszą, która powitała ją przy wejściu. Gwałtownie 
poŜałowała, Ŝe dała się namówić Małgorzacie do przyjścia na kiermasz. Dobrze wiedziała, Ŝe 
wieści o jej „romansie" będą juŜ wszystkim znane. Miała jednak nadzieję, Ŝe do tej pory 
temat Duncana McTa- 
150 
visha został gruntownie przedyskutowany i zapomniany. Widząc rozbawione twarze 
mieszkańców miasteczka, udających, Ŝe wcale na nią nie patrzą - zdała sobie sprawę, Ŝe była 
naiwna. W Avonlea tak atrakcyjny temat mógł zostać porzucony tylko na chwilę. Po jakimś 
czasie kumoszki odgrzebią go, jak psy zakopaną kość, i rzucą się nań z nowym apetytem. 
Maryla spojrzała na panią Potts i jej towarzyszki stojące przy stole z przetworami, 
wyprostowała się dumnie i z godnością skinęła im głową. 
Kobiety uśmiechnęły się do niej promiennie, spełniając wymogi dobrego wychowania, po 
czym, z zasznurowanymi ustami, popatrzyły jedna na drugą. Maryla utkwiła spojrzenie w 
suficie. 
Za to Małgorzata Linde, z koszykiem przetworów z czerwonych porzeczek przewieszonym 
przez ramię, widziała jedynie stół z poczęstunkiem. Ku swemu niezadowoleniu zobaczyła tam 
Hetty King, która szarogęsiła się, jakby to ona wszystko zorganizowała, gdy tymczasem 
najwięcej pracy w przygotowanie kwesty włoŜyła Małgorzata. 
- Oczywiście mogłam przewidzieć, Ŝe będzie się rządzić za stołem - zauwaŜyła rozzłoszczona 
pani Linde. - Nie usiadłabym z nią do herbaty, nawet gdybym umierała z pragnienia. 
- Małgorzato, czy nie czas zakopać topór wojenny? - spytała Maryla. 
- Ha! - prychnęła pani Linde. - Po moim trupie! Maryla pokiwała głową i ruszyła w stronę 
stołu 
z herbatą, całkiem nieświadoma tego, co wkrótce miało nastąpić. 
151 
Rozdział dwunasty 
Sara pędziła w kierunku ratusza, przytrzymując jedną ręką kapelusz. Nie w głowie jej była 
teraz kwesta i nieszczęsna chusteczka, pogrzebana w skrzyni na drewno. Myślała o czymś 
znacznie ciekawszym. WyobraŜała sobie Marylę Cuthbert z uśmiechem szczęścia i 
wdzięczności na twarzy. Połączona ze swoim wielbicielem po tylu latach niepewności i 
tęsknoty! Jaka to będzie dla niej radość! 
ZbliŜając się do białego budynku ratusza, zauwaŜyła, Ŝe przed drzwiami stoją ludzie, 
czekający na wejście. 
Sara nie miała cierpliwości czekać. Zaczęła się więc przepychać przez tłum mrucząc od czasu 
do czasu „przepraszam". Szczególnie szczerze wypowiedziała to słowo, kiedy nadepnęła na 
nogę kobiecie, której stopa pechowo znalazła się pod jej butem. Gdy w końcu wdarła się do 
sali, ogarnęła wzrokiem tłum, szukając osoby, dla której przeznaczone były niezwykłe wieści. 
W końcu zobaczyła Marylę Cuthbert prowadzącą Małgorzatę do stołu z poczęstunkiem. 
- Panno Cuthbert!- zawołała Sara. 
Pani Linde natychmiast obejrzała się i utkwiła wzrok w zaczerwienionej, podnieconej 
dziewczynce. Wszyscy przypatrywali się ciekawie Sarze stojącej w drzwiach. Maryla 
odwróciła się powoli, skrępowana tym, Ŝe na niej skupia się uwaga całego tłumu. 
- CóŜ się stało, dziecko? 
152 
Sara zbliŜyła się do niej. 
- Panno Marylo! On tu jest! - szepnęła rozgorączkowana. 
Maryla nic nie pojmowała. 
- Słucham? - rzekła, spoglądając na Sarę sponad okularów. 
„MoŜe Maryla nie dosłyszy" - pomyślała dziewczynka. Dobrze wiedziała, jak zebrane kobiety 
zareagowałyby na jej wieści, więc powtórzyła szeptem, ale wyraźniej: 

background image

- On tu jest! W Avonlea! 
- Kto? - spytała wyprowadzona z równowagi Maryla, nie mogąc odgadnąć, o co chodzi. 
- ON! - dobitnie powiedziała Sara. 
Pani Linde była jeszcze bardziej niŜ Maryla zaintrygowana słowami Sary. 
- Kto to jest „on"? - spytały jednocześnie. Panna Cuthbert odwróciła się i zmierzyła 
przyjaciółkę spojrzeniem, które kaŜdego by zmroziło. 
Sara nie mogła juŜ dłuŜej utrzymać tajemnicy. 
- Duncan McTavish! Jest tu, w Avonlea! - wybuchła znacznie głośniej, niŜ zamierzała. 
Efekt był natychmiastowy. Maryla Cuthbert zbladła i opadła na najbliŜsze krzesło. 
Wszyscy zebrani, męŜczyźni, kobiety i dzieci, odwrócili się jak jeden mąŜ i wpatrywali w 
Sarę i Marylę. 
- Jest tutaj? - zawołała zaskoczona pani Biggins. 
- Czy ona powiedziała Duncan McTavish? -szepnęła Oliwia do Hetty. 
153 
EJ 
- Jest w Avonlea? - powtórzyła zachwycona Felicja i zaczęła przepychać się do Sary, z 
podniecenia zapomniając nawet przyjąć zapłatę za serwetkę. 
Po raz pierwszy w Ŝyciu pani Potts była tak zaskoczona, Ŝe zaniemówiła. 
Koło Maryli i Sary zrobiło się tłoczno. 
- Skąd wiesz, Ŝe to on? - zapytała pani Biggins. 
- Jego nazwisko było na ogłoszeniu - odparła Sara. 
- Na jakim ogłoszeniu? - dopytywała się Sally Potts, bezczelnie wciskając się za matkę, 
niezadowolona, Ŝe Sara jest w centrum zainteresowania. 
- Przed sklepem. Ma tam swoje stoisko! A na imię ma Duncan! 
- Skąd pochodzi? - zapytała pani Potts, pewna, Ŝe potrafi dowieść pomyłki i ukręcić łeb całej 
historii. 
- Z Nowego Brunszwiku, ale mieszka na zachodzie. 
Pani Potts odebrało mowę. 
Sara spojrzała na Marylę, oczekując uśmiechu szczęścia. Ona jednak nadal była blada i nic 
nie mówiła. 
- Jak wygląda? - zaciekawiła się Felicja. 
- Och, jest taki przystojny! I powiedział panu Lawsonowi, Ŝe jest kawalerem, więc widzi pani, 
Ŝ

e wcale pani nie zapomniał! 

Sara była tak rozgorączkowana, Ŝe ledwie nad sobą panowała, ale zaczęło do niej docierać, Ŝe 
panna Cuthbert wcale nie reaguje tak, jak ona 
!54 
sobie to wyobraŜała. Siedziała nieruchomo i bez słowa, jak w transie. Wszyscy patrzyli na nią 
z ciekawością. Maryla zdała sobie sprawę, Ŝe musi coś zrobić, coś powiedzieć. Odstawiła 
filiŜankę i przerwała nabrzmiałą oczekiwaniem ciszę. 
- To niemoŜliwe - powiedziała słabo. - To nie moŜe być ten sam... Duncan McTavish. 
- Skąd wiesz? - Ostry głos Małgorzaty przeciął ciszę jak nóŜ. 
Maryla nabrała powietrza i spojrzała przez ramię na Małgorzatę Linde. 
- Masz na to moje słowo. To nieprawdopodobne - odparła sucho. 
- Ale nie niemoŜliwe - upierała się pani Linde. Pani Lawson i jej siostrzenica pochyliły się 
i w jak najlepszych intencjach poradziły: 
- Marylo, musisz się z nim spotkać. Przynajmniej Ŝeby się upewnić. 
- Gdyby to o mnie chodziło, umarłabym z ciekawości - dodała siostrzenica. 
Maryla nic nie powiedziała. Wszyscy uwaŜali jej reakcję za zupełnie naturalną. Najwyraźniej 
była w szoku. Nic dziwnego. Sara spojrzała na otaczające je kobiety i zaczęła się zastanawiać, 

background image

czy gdyby inaczej obwieściła powrót wielbiciela, uzyskałaby efekt, o jakim marzyła. Dorośli 
czasem zachowywali się doprawdy dziwnie. Maryla najwyraźniej nie była zadowolona. 
- Pani chce go przecieŜ zobaczyć, czyŜ nie? - spytała nieśmiało. 
- No, Marylo? - domagała się pani Potts, prze- 
155 
konana, Ŝe cala ta sprawa wygląda bardzo podejrzanie. 
Maryla opanowała się. 
- Nawet jeśli to ten sam Duncan McTavish, dlaczego miałabym się z nim spotykać? Ten 
rozdział mojego Ŝycia został juŜ dawno zamknięty i nie mam zamiaru do niego powracać - 
dodała ze zwykłą sobie godnością. 
Raz jeszcze Małgorzata nie dała się zbyć. 
- Bzdury - ofuknęła ją. - Nic złego się nie stanie. 
- Nie naleŜy wskrzeszać przeszłości - odparła Maryla wstając z krzesła i prostując się na całą 
wysokość. - Nie chcę więcej o tym słyszeć. - Tonem głosu wyraźnie dała do zrozumienia, Ŝe 
temat jest wyczerpany. 
Kobiety umilkły i panna Cuthbert miała nadzieję, Ŝe uszanują jej Ŝyczenie. Jednak Małgorzata 
Linde koniecznie chciała, by przyjaciółka przyjęła inny - jej własny - punkt widzenia. 
- Wydaje mi się, Marylo, Ŝe robisz z igły widły. Byłoby całkiem naturalne, gdybyś go 
pozdrowiła, nawet jeśli jest metodystą. 
Maryla spiorunowala ją wzrokiem. 
- To moja rzecz, co zrobię, Małgorzato. I byłabym wdzięczna, gdybyś nie wsadzała nosa w 
moje sprawy! 
W czasie tej przemowy pani Linde najpierw zdziwiła się, potem poczuła się upokorzona, a na 
końcu wściekła na Marylę za to, Ŝe dała jej nauczkę na oczach tylu ludzi. Swoim zwyczajem 
odpowiedziała zarzutem na zarzut. 
156 
- Marylo, czy ty coś ukrywasz? 
- Nic prócz gniewu, Małgorzato - odparła Maryla dobitnie. 
- Wydaje mi się, Ŝe za tą sprawą kryje się coś, 
0 czym nam nie powiedziałaś. Czy przypadkiem nie próbujesz wyprowadzić nas w pole? 
- Co mówisz, Małgorzato? - spytała Maryla cicho, z trudem nad sobą panując. 
Pani Linde natychmiast pojęła, Ŝe posunęła się za daleko. Uśmiechnęła się pojednawczo. 
- Nie musisz tak się oburzać. Im mniej zamieszania, tym lepiej. Wszyscy popełniamy błędy. 
Zapomnij o tym. 
Tego było juŜ za wiele. Próba* wybaczenia i zapomnienia wywarła skutek przeciwny do 
zamierzonego. 
- Małgorzato Linde, jeśli insynuujesz to, co jak myślę insynuujesz, to twoja tak zwana 
przyjaźń znaczy dla mnie mniej niŜ... twój dŜem porzeczkowy! 
Maryla tak gwałtownie postawiła filiŜankę na spodek, Ŝe wylała prawie całą herbatę, i wyszła 
z sali. 
- Widzę, Ŝe będę musiała uwaŜać na to, co mówię w twojej obecności! - zawołała Małgorzata 
1 poszła w przeciwnym kierunku. 
Kobiety wpatrywały się w siebie oniemiałe. 
- Maryla Cuthbert była blada jak trup - mówiła Hetty King. 
- Musiała przeŜyć szok - zauwaŜyła współczująco Oliwia. 
'57 
- Tak tak, i to niejeden - stwierdziła pani Potts sarkastycznym tonem. 
- Myślałam, Ŝe to ją uszczęśliwi - powiedziała do siebie rozczarowana Sara, utkwiwszy oczy 
w podłodze. Za nic w świecie nie chciałaby zmartwić Maryli. Musi jakoś to naprawić. 
Rozdział trzynasty 

background image

- Podejdźcie no tu, ludzie! - wołał Duncan McTavish. - Chodźcie przekonać się, jak 
doskonały jest ten środek. Sami się zdziwicie! Renomowane plastry McTavisha przez jeden 
dzień uleczą krup, bronchit i przekrwienie. Polecają je wszyscy szanowani lekarze 
kanadyjscy. Mam ze sobą ich pisemne opinie. Jak ktoś chce, moŜe zobaczyć. 
Wokół wozu ustawionego przed sklepem Lawso-na zebrał się tłumek ludzi. Sam Duncan 
McTavish, w trzyczęściowym garniturze, z zegarkiem na złotym łańcuszku, uśmiechał się 
przekonany, Ŝe gdzie są ludzie, tam moŜna zrobić dobry interes. Powitał mieszkańców 
miasteczka, niektórym nawet uścisnął dłoń. Ochoczo rozdał ulotki tym, którzy wyciągnęli po 
nie rękę, i kontynuował reklamę. 
- Od czasu jak tu jestem, kilka osób zdąŜyło juŜ wyleczyć się, stosując moje plastry. 
Państwo Lawsonowie obserwowali całą tę scenę ze stopni sklepu. Pan Lawson z 
niedowierzaniem potrząsnął głową. 
- Do czego to doszło! Nie widziałem takich 
i58 
tłumów od czasu, gdy Melville Sloane organizował walki kogutów w piątki wieczorem. 
Zobaczysz, co będzie - dodał. - Przyglądam się cały czas i widzę, Ŝe tylko patrzą i słuchają, 
ale nikt jeszcze nic nie kupił. Mówiłem mu, Ŝe tak się to skończy. 
- Nie sądzę, aby ściągnęły ich tutaj renomowane plastry, mój drogi - stwierdziła pani Lawson. 
Pan McTavish rozejrzał się po tłumie. Wiedział, Ŝe najlepsza reklama to pochlebna opinia 
ozdrowieńca. 
- Pani Biggins, czy zechciałaby pani wejść tu na podwyŜszenie i opowiedzieć wszystkim o 
rewelacyjnych skutkach leczenia renomowanymi plastrami McTavisha? - Ruchem ręki 
zachęcił onieśmieloną panią Biggins, która w końcu podeszła do niego, uśmiechając się 
nieśmiało spod ronda słomkowego kapelusza. Pan McTavish z galanterią podał jej dłoń i 
pomógł wejść na podwyŜszenie. 
- Oj, czy wszyscy męŜczyźni z Blakely w Nowym Brunszwiku są tak silni jak pan? - spytała, 
specjalnie akcentując nazwę miasta. 
Pan McTavish nie zrozumiał, o co chodzi. 
- Proszę? - rzekł z uśmiechem. 
- PrzecieŜ pan stamtąd pochodzi, prawda? - spytała, wiedząc, Ŝe wszyscy wokół nadstawiają 
uszu, by usłyszeć odpowiedź. 
Duncan McTavish uśmiechnął się do niej. Pomimo iŜ sprawiała wraŜenie, jakby brakowało 
jej piątej klepki, zdecydowany był ustąpić jej we wszystkim, gdyŜ nikt inny nie mógł dać 
potrzebnego mu świadectwa. 
159 
- A więc, pani Biggins... - odchrząknął - proszę powtórzyć zebranym to, co powiedziała mi 
pani 
0 renomowanych plastrach McTavisha. 
Pani Biggins była zawiedziona brakiem odpowiedzi, ale - trzeba oddać jej sprawiedliwość - 
nie wycofała się i opowiedziała o leczeniu plastrami McTavisha. 
- Wczoraj wieczorem mój mąŜ, Ira, narzekał na ból w ramieniu. Mówił, Ŝe nadweręŜył sobie 
mięsień, zwoŜąc poprzedniego dnia siano do stodoły. 
Pani Biggins urwała i posłała jeszcze jeden uśmiech panu McTavishowi, próbując wyobrazić 
sobie jego i Marylę jako młodych i zakochanych. Zadanie to jednak przekraczało jej siły, 
gdyŜ nie miała bujnej wyobraźni. 
- Proszę dalej, pani Biggins. Co wtedy pani zrobiła? 
- A! Wzięłam plaster, który od pana dostałam, 
1 przylepiłam go męŜowi. I proszę, następnego... 
- Jaki to był plaster? - podpowiedział pan McTavish. 
- Oczywiście renomowany plaster McTavisha - odparła z uśmiechem. 

background image

- A jak się czuł dziś rano mąŜ szanownej pani? 
- Doskonale! Naprawdę! 
- Dziękuję, pani Biggins - rzekł wdzięczny pan McTavish, podając jej dłoń i pomagając zejść 
z podwyŜszenia. 
Rozległy się szepty i pan McTavish pomyślał, Ŝe zanosi się na niezły utarg. Jednak, jak 
przewidziała 
160 
pani Lawson, większość rozmów nie dotyczyła wcale plastrów. 
- Małgorzata Linde powiedziała mi, Ŝe od czasu kwesty Maryla Cuthbert nie opuszcza 
Zielonego Wzgórza - dał się słyszeć głos jakiejś kobiety. 
- Nic dziwnego - odparła jej sąsiadka. - Maryla nie moŜe zaryzykować spotkania z nim. Dla 
mnie jest całkiem jasne, Ŝe nigdy w Ŝyciu nie widział jej na oczy. 
- Maryla skłamała. Taka jest prawda - powtarzała pani Potts kaŜdemu, kto chciał słuchać. 
Pani Karolina Maxwell, bogata wdowa, znana wszystkim ze szczerości, rzuciła jej tak 
pogardliwe spojrzenie spod woalki granatowego kapelusza, jak gdyby pani Potts popełniła 
jakiś straszny grzech. 
- Bzdury. W całym Avonlea nie ma osoby równie uczciwej - rzekła stanowczo i odsunęła się 
sztywno od pani Potts. 
Nieświadom przyczyny poruszenia, pan McTa-vish stanął na podwyŜszeniu. 
- Proszę tutaj, proszę - powtarzał z uśmiechem 
- dajcie mi zarobić choć na opłacenie pokoju! Ludzie mruczeli coś do siebie i odchodzili do 
codziennych zajęć. Pan McTavish ze zmartwieniem patrzył, jak tłum się rozchodzi. 
Ze stopni sklepu przyglądali się temu równieŜ państwo Lawsonowie. 
- No cóŜ, nie wiem, co o tym myśleć - rzekła z namysłem pani Lawson, potrząsając głową. 
- Wiem tylko, Ŝe chciałabym zamienić się w muchę i usiąść na ścianie kuchni Zielonego 
Wzgórza. 
11 — Pieśń nocy 
161 
Rozdział czternasty 
Doprawdy, na Zielonym Wzgórzu jedynie muchy w kuchni bzykały wesoło, wolne od 
zmartwień. 
Maryla, choć zawsze była doskonałą gospodynią, w tym tygodniu przeszła samą siebie. 
Podłogi, ściany, kaŜdy sprzęt w kuchni - wszystko zostało wyszorowane i świeciło czystością. 
A teraz panna Cuthbert, z ponurą miną, szykowała kolację. KrąŜyła między stołem, piecem a 
kredensem, poruszając się jak osoba obarczona cięŜarem ponad siły. PołoŜyła na stole dwa 
nakrycia. Podeszła do pieca i zaczęła mieszać gulasz tak, jakby chciała wywrzeć na nim 
zemstę. Sięgnęła po przykrywkę leŜącą na piecu, ale ledwie jej dotknęła, sparzyła sobie palce. 
Krzyknęła z bólu i upuściła pokrywkę, która spadła na podłogę z nieziemskim hałasem, 
potoczyła się, zagrzechotała i w końcu zastygła w bezruchu. 
Małgorzata Linde, przyczajona w holu, aŜ podskoczyła słysząc ten nieoczekiwany hałas, a 
potem ostroŜnie zerknęła do kuchni przez szparę w drzwiach. 
Maryla natychmiast poczuła mrowienie w krzyŜu - nieomylny znak, iŜ ktoś obserwuje ją 
ukradkiem. Odwróciła się szybko i, zanim drzwi się zamknęły, zdołała dojrzeć koniuszek 
nosa Małgorzaty. 
Pani Linde chodziła niespokojnie po holu, nie mogąc się zdecydować na wejście do kuchni. 
162 
Maryla włoŜyła piekące palce do zimnej wody. Rzuciła groźne spojrzenie na drzwi i 
zawołała: 
- Małgorzato, musisz przecieŜ jeść. Przestań się dąsać i wejdź do kuchni. 

background image

W drzwiach ukazała się Małgorzata Linde. Weszła powoli, z markotną twarzą, uwaŜnie 
obserwując przyjaciółkę. 
- Jeśli chcesz, Ŝebym jadła kolację w swoim pokoju, to powiedz od razu. Wolę to od 
milczenia. 
- Zrobisz, jak zechcesz - odparła krótko panna Cuthbert, starając się nie patrzeć na 
Małgorzatę. 
Małgorzata przyglądała się przyjaciółce z rosnącym rozdraŜnieniem. Przez ostatnie dni 
miotały nią silne emocje i czuła, Ŝe pęknie, jeśli nie powie tego, co jej leŜy na sercu. 
- Jeśli chcesz znać moje zdanie, Marylo, to powiem ci, Ŝe nie jesteś sobą! - wybuchła, nie 
będąc w stanie dłuŜej trzymać języka za zębami. - Ukrywasz się przed ludźmi! Nawet 
wielebny Leonard zorientował się, Ŝe nie przyszłaś w niedzielę do kościoła, a wiesz, Ŝe on by 
nie zauwaŜył muchy na końcu własnego nosa! Nie wiem, po co gotujesz, skoro prawie nic nie 
jesz! Nie lubię się wtrącać, ale... 
Maryla przerwała jej, z hałasem przestawiając garnki na kuchni. 
- Ha! - wykrzyknęła. - Nie lubisz się wtrącać! Małgorzato, ty chyba śnisz! 
- Nie moŜesz mówienia prawdy nazywać mieszaniem się do cudzych spraw! 
Maryla  chwyciła  chochlę,  nabrała  gulaszu 
163 
i chlusnęła nim na talerz, który postawiła przed oburzoną przyjaciółką. 
- Ten twój domniemany wielbiciel jest tu, w Avonlea - powiedziała powoli, z naciskiem 
Małgorzata. - Nie moŜesz go unikać, chyba Ŝe mają rację ci, co mówią, Ŝe go nigdy w Ŝyciu 
nie widziałaś na oczy! 
Maryla zatrzymała się gwałtownie. Od wielu dni czuła się rozdarta, jak nigdy dotąd. Dręczyło 
ją pragnienie wyznania prawdy. Takich insynuacji nie mogła jednak znieść spokojnie - i duma 
zwycięŜyła. 
- Małgorzato Linde, przyjęłam cię pod swój dach po śmierci Tomasza, poniewaŜ nie chciałaś 
wyjechać na zachód, do swoich dzieci! - zawołała drŜącym głosem. - Nie wiedziałam, Ŝe 
wyhoduję Ŝmiję na własnej piersi! 
Wybiegła na ganek, zatrzaskując za sobą drzwi. 
- Jesteś po prostu uparta! Uparta i dumna! Ot co! - krzyknęła za nią pani Linde. 
Maryla nie odpowiedziała. Małgorzata widziała przez okno, jak szła trawnikiem w kierunku 
ogrodu warzywnego. 
Rozdział piętnasty 
W porównaniu z Zielonym Wzgórzem RóŜany Dworek był oazą spokoju. Dzikie róŜe 
oplatały kratę ganku i białe altanki. RóŜowe i brzoskwiniowe płatki opalizowały w 
promieniach zachodzącego słońca. 
164 
Na schodkach przycupnęła Sara i łuskała groch. Obok niej usiadła ciotka Oliwia, spod której 
palców wychodził przepiękny haft. Z drugiej strony przysiadła ciotka Hetty i obierała jabłka. 
Sara była zadowolona, Ŝe łuska groch; zajęcie to nie wymagało skupienia, więc mogła oddać 
się marzeniom. W tej właśnie chwili myśli jej koncentrowały się na Maryli i jej odrzuconym 
wielbicielu. Pomimo zapewnień ciotki Hetty, Ŝe wszystko i tak by się wydało, czuła się 
odpowiedzialna za rozwój wypadków. 
- Ale jeśli panna Cuthbert nie zamieni z nim ani słowa, pan McTavish będzie przekonany, Ŝe 
nadal Ŝywi do niego urazę, i nigdy się nie pogodzą. śałuję, Ŝe nic nie mogę na to poradzić - 
mówiła Sara. W jej oczach Oliwia wyczytała smutek. 
- W sprawach sercowych nic nie moŜna przyspieszyć - wyjaśniła. - A osoby trzecie nie 
powinny się w nie mieszać - dodała spoglądając znacząco na starszą siostrę. 
Hetty zauwaŜyła spojrzenie Oliwii, ale zignorowała je. Swoje słowa skierowała wyłącznie do 
Sary. 

background image

- Czasami interwencja jest konieczna. Zakochani przewaŜnie nie wiedzą, co robią. Nie 
potrafią jasno myśleć. 
- Ja dobrze wiedziałam, czego chcę, gdy chodziło o Edwina Clarke'a, Hetty. Nie powinnaś 
była wkraczać między nas. To ty go przepędziłaś! - wybuchła Oliwia z rozpaczą. 
- Aha! - wykrzyknęła Hetty. - Więc byłaś gotowa iść na włóczęgę z tym niezaradnym 
marzycielem? 
165 
Oliwia wzięła głęboki oddech. Na jej policzki wypłynął rumieniec czerwieńszy niŜ płatki róŜ. 
Hetty odwróciła głowę. Sara przenosiła spojrzenie z jednej ciotki na drugą. Edwin Ciarkę - 
pomyślała 
- to ten męŜczyzna, o którym wspomniano na spotkaniu Koła. Podobno wszyscy o nim 
wiedzą. Przynajmniej raz sprawdziły się słowa pani Potts. Ciotka Hetty naprawdę się 
wmieszała. Biedna ciocia Oliwia. Kto by pomyślał, Ŝe pod maską radości kryje się głęboki 
smutek? Sara znowu zdumiała się, Ŝe dorośli potrafią ukrywać takie tajemnice. AŜ 
wzdrygnęła się na myśl, Ŝe jej piękna ciotka i Maryla Cuthbert mogłyby do końca Ŝycia 
cierpieć z powodu nieszczęśliwej miłości. 
Ciotka Hetty przerwała jej rozwaŜania. 
- Wierz mi, Saro, Ŝe gdybym nie interweniowała, Oliwia prawdopodobnie byłaby juŜ w 
grobie, jak twoja matka - rzekła, z zaciętością obierając jabłko. 
- Hetty, nie mów jej takich głupstw! - zawołała Oliwia. Odwracając się do siostrzenicy, 
dodała znacznie łagodniejszym tonem: 
- Niektóre rzeczy, Saro, naleŜy zostawić Opatrzności. 
- Niekiedy, Saro - prychnęła druga ciotka 
- Opatrzności naleŜy pomóc. 
Oliwia westchnęła, ale się nie odezwała. Kiedy Hetty była w takim nastroju, w Ŝadnym 
wypadku nie naleŜało się jej sprzeciwiać. 
Zapadło głębokie milczenie. Sara, z poczuciem bezradności, łuskała groch. Gdyby tylko była 
tu, kiedy Edwin Ciarkę starał się o rękę Oliwii, sprawy 
166 
przyjęłyby inny obrót. Nawet na przekór ciotce Hetty czy Opatrzności. Wiedziała, Ŝe teraz nic 
nie moŜe zrobić, by pomóc biednej cioci Oliwii, ale za to powinna postarać się naprawić 
stosunki między Marylą Cuthbert i Duncanem McTavishem. Co takiego powiedziała ciotka 
Hetty? „Niekiedy Opatrzności naleŜy pomóc". Było dla niej jasne, Ŝe zarówno Maryla, jak i 
Duncan McTavish, są zbyt uparci, by mogła wpłynąć na nich wola Opatrzności, a jeśli to, co 
mówiła ciotka Hetty, jest prawdą, ktoś powinien się nimi zająć. 
 
Wieczorem Sara, pomagając wycierać naczynia i układać je w kredensie, zastanawiała się, 
jakie podjąć kroki. Ciocia Oliwia, smutna po dyskusji z siostrą, siedziała w swoim pokoju. 
Gdy Sara odstawiła ostatnią szklankę na półkę, Hetty zdmuchnęła jedną z lamp. 
- Dziękuję, Saro. A teraz idź prosto do łóŜka - powiedziała, krzątając się po kuchni. 
Sara przyglądała się jej, niepewna, czy prosić o radę. W końcu pomyślała, Ŝe to na pewno nie 
zaszkodzi, szczególnie, jeśli zapyta dyplomatycznie. 
- Ciociu Hetty... 
Hetty odwróciła głowę, zdziwiona, Ŝa Sara jeszcze nie wyszła. 
- O co chodzi? 
- Wiesz, ciociu, kiedy powiedziałaś o pomaganiu Opatrzności - zaczęła dziewczynka 
niepewnie, bawiąc się serwetką leŜącą na stole. 
Hetty przez chwilę się zastanawiała. 
167 
- To co? - spytała w końcu, zabierając jej serwetkę i kładąc ją na miejsce. 

background image

Sara wzięła głęboki oddech. 
- Gdybyś miała przyjaciółkę... właściwie nie przyjaciółkę, ale kogoś, kogo znasz... i 
uwaŜałabyś, Ŝe oni trochę się boją, a ty byś wiedziała, Ŝe moŜesz coś zrobić... właściwie nie 
pomóc, ale spowodować, Ŝe stanie się coś... czego ta pani, ta przyjaciółka i on na pewno sami 
by nie zrobili... czy myślisz, ciociu, Ŝe powinno się zrobić to, co dyktuje serce, czy polegać 
tylko na Opatrzności? 
Hetty wpatrywała się w Sarę z nadzieją, Ŝe w słabym świetle dziewczynka nie zauwaŜy, jak 
bardzo ją zakłopotała. Gwałtownie szukała odpowiedzi na pytanie, którego wcale nie 
zrozumiała... jeśli to w ogóle było pytanie. Wiedziała jedno: za Ŝadną cenę nie wolno jej 
zdradzić, Ŝe nie potrafi wyjaśnić wątpliwości. W końcu jest nauczycielką... 
- Saro - zaczęła powoli, z miną osoby obdarzonej głęboką mądrością - Opatrzność nie moŜe 
wyręczyć nas w rozwiązywaniu naszych drobnych kłopotów. Opatrzność pomaga tym, którzy 
się o to starają. - Urwała. - Czy to... wystarczająca odpowiedź? 
Sara jednym skokiem dopadła ciotki i mocną ją objęła. Hetty, nie przyzwyczajona do takich 
czułości, niepewnie oddała uścisk. Uśmiechnęła się wbrew sobie i delikatnie wyzwoliła się z 
objęć. 
- Zawsze moŜesz do mnie przychodzić ze swoimi problemami, Saro - powiedziała powaŜnie. 
Dziewczynka uśmiechnęła się promiennie. 
168 
- Na pewno. Dziękuję, ciociu Hetty. Dobranoc! 
Po wyjściu Sary Hetty stała przez chwilę bez ruchu, z wyrazem niemal macierzyńskiej dumy 
na twarzy. Po chwili jednak duma ustąpiła miejsca zdziwieniu. O co właściwie temu dziecku 
chodziło? - zapytywała sama siebie. 
Rozdział szesnasty 
Pierwsze promienie słońca przebiły się przez mroki nocy, a z pól i lasów wokół Avonlea 
zaczęła podnosić się mgła. Kręta droga wiodąca do RóŜanego Dworku, oświetlona 
wschodzącym słońcem i pocętkowana cieniami sennych liści, przybrała ciepły czerwony 
kolor. 
 
Koronkowe firanki trzepotały na wietrze, rzucając tańczące cienie na róŜe na tapecie w 
pokoju Sary. Nagle Sara odrzuciła kołdrę i gwałtownie usiadła na łóŜku. Przez okropną 
chwilę myślała, Ŝe zaspała. Wyskoczyła z łóŜka i podbiegła po zimnej podłodze do okna. Z 
ulgą stwierdziła, Ŝe słońce dopiero wzeszło. Czas przystąpić do działania. 
Poprzedniego dnia wieczorem ułoŜyła sukienki tak, Ŝeby móc jak najszybciej się ubrać. 
Zrzuciła koszulę nocną, wskoczyła w długie majtki i halkę. Wciągnęła sukienkę przez głowę i 
przez moment walczyła z rzędem drobnych guziczków na plecach. Zazwyczaj ciotka Oliwia 
pomagała jej przy ubieraniu. Przy samych drzwiach zorientowała się, Ŝe nie włoŜyła butów 
ani pończoch. Wróciła więc, 
169 
wciągnęła pończochy i włoŜyła buciki. Gdy je niecierpliwie zawiązywała, pomyślała, Ŝe jak 
się człowiek spieszy, sznurowanie zawsze trwa strasznie długo. 
Gdyby Hetty King nie spała w swoim pokoju, otulona cieplutką pierzyną, mogłaby ujrzeć, jak 
z jednej z sypialni wynurza się jakaś postać, zbiega po schodach i ukradkiem wymyka się z 
domu. 
Gdy Sara znalazła się na dworze, odetchnęła głęboko świeŜym rannym powietrzem. Na 
płatkach róŜ osiadły kropelki rosy, nadając kwiatom wygląd cukrowych róŜ, którymi w domu 
Sary przybierało się urodzinowe ciasto. Dziewczynka pomyślała, Ŝe tak piękny dzień na 
pewno przyniesie coś cudownego. Cichutko otworzyła furtkę ogrodową i pobiegła w kierunku 
sklepu. 

background image

Pora była wczesna, więc Sara nikogo nie spotkała. Mabel Sloane nie otworzyła jeszcze 
poczty. Pan Lawson nie zdąŜył wystawić koszy z jabłkami i ziemniakami. Dziewczynka 
drŜała, ale nie tylko z zimna. W porannej mgle Avonlea wyglądało jak duch wymarłego 
miasteczka. 
Sara przemykała się cichą uliczką w kierunku wozu pana McTavisha. Z daleka widziała, Ŝe 
jest zamknięty na cztery spusty. Gdy mijała kuźnię, dobiegło ją ciche rŜenie konia. 
Zatrzymała się w cieniu budynku, nie wiedząc, co robić, jeśli pan McTavish się nie pojawi. 
Niepotrzebnie się martwiła. Ktoś szedł, pogwizdując, ulicą od strony pensjonatu pani Biggins. 
Sara schowała się za wóz i wyjrzała zza rogu. 
1JO 
Zobaczyła, jak pan McTavish zamyka za sobą furtkę i idzie lekkim krokiem, poprawiając 
słomkowy kapelusz. Gdy był juŜ blisko, Sara cofnęła się głębiej w cień. 
Pan McTavish podszedł do wozu, wyjął z kieszeni duŜy klucz i otworzył drzwi na ościeŜ. 
Sara cichutko wyszła z ukrycia. 
- Przepraszam, czy pan McTavish? 
MęŜczyzna przestraszył się tak, Ŝe aŜ podskoczył. Nie miał pojęcia, Ŝe ktoś jest w pobliŜu. 
Szybko obrócił się na pięcie i ujrzał dwoje olbrzymich błękitnych oczu wpatrujących się 
powaŜnie w jego twarz. 
- Dobry BoŜe, a toś mnie nastraszyła. Co ty tu robisz tak wczesnym rankiem? 
Sara juŜ wcześniej próbowała ułoŜyć sobie całą przemowę. Dorośli bardzo często nie 
traktowali dzieci powaŜnie, szczególnie jeśli były to dzieci, które widzieli po raz pierwszy w 
Ŝ

yciu. Dziewczynka zaczerpnęła tchu i rzekła: 

- Panie McTavish, nazywam się Sara Stanley i przyszłam omówić z panem powaŜną sprawę 
sercową. Chodzi o panią, która zwie się Maryla Cuthbert. 
- Maryla Cuthbert? - zdziwił się pan McTa-vish i zmarszczył brwi. - Nigdy o niej nie 
słyszałem. 
- Och, jakieŜ to smutne! Nie mógł pan przecieŜ całkiem wyrzucić z pamięci jej imienia! Na 
pewno znajdzie się klucz, otwierający drogę do pańskiego serca. 
171 
Pan McTavish, całkowicie oszołomiony, na próŜno usiłował zrozumieć, o co właściwie 
chodzi. 
- Na Boga, moja panno, co to wszystko znaczy? Sara niemal wybuchła płaczem. Jak on mógł 
się 
tak zachować? MoŜe metodyści naprawdę aŜ tak róŜnią się od prezbiterian? Maryla miała 
rację, jej wielbiciel był bardzo uparty. 
- Za nic na świecie nie odwaŜyłabym się tak do pana przemawiać, ale ona jest strasznie 
dumna i nie chce się z panem spotkać. 
Pan McTavish nadal był kompletnie zdezorientowany. 
- Musi pan jej przebaczyć - upierała się Sara. - Nie moŜe pan lekcewaŜąco traktować kobiety 
takiej jak Maryla Cuthbert, Proszę, niech pan pójdzie zobaczyć się z nią przed wyjazdem z 
Avon-lea. Błagam o to. 
- A ja cię proszę, panienko, Ŝebyś mi wytłumaczyła, o co chodzi - nalegał przybysz, coraz 
bardziej wzburzony. 
Tę właśnie chwilę wybrał złośliwy los, by posłać w pobliŜe sklepu... kogóŜ to, jeśli nie panią 
Potts. Niewiele umykało wścibskiemu oku tej niewiasty, a teraz, gdy tylko ujrzała Sarę 
pogrąŜoną w rozmowie z panem McTavishem, obudziła się w niej nieposkromiona 
ciekawość. Naturalnie podeszła bliŜej, by posłuchać, o czy mówią. 
Sara zaczęła właśnie podejrzewać, Ŝe pan McTavish cierpi na zanik pamięci. Ciotka Hetty 
powiedziała jej kiedyś, Ŝe zdarza się to niektórym starszym ludziom. Jednak pan McTavish 
był za młody, by ta przykra dolegliwość dała mu się aŜ 

background image

172 
tak we znaki. Pomyślała, Ŝe bezwzględnie musi odświeŜyć jego pamięć. 
- Pani Cuthbert o wszystkim mi powiedziała 
- zaczęła. - Był pan jej wielbicielem. Spotkaliście się wiele lat temu w Blakely w Nowym 
Brunsz-wiku. CzyŜby pan o tym zapomniał? 
- Nie wiem, o czym mówisz, moja panienko. 
- MęŜczyznę wyraźnie denerwowały indagacje Sary. Odwrócił się i zaczął przygotowywać 
wóz na przyjęcie klientów. Pani Potts nie mogła zmarnować takiej okazji. ZbliŜyła się szybko 
i rzekła przymilnym tonem: 
- Przepraszam bardzo, ale nieumyślnie stałam się świadkiem rozmowy. 
Sara spojrzała na nią z przeraŜeniem. 
- Czy to znaczy, Ŝe nie pochodzi pan z Blakely? 
- spytała pani Potts powoli, smakując kaŜde słowo. Na myśl o tym, Ŝe za chwilę udowodni 
kłamstwo Maryli, uśmiechała się jak kot do sperki. 
- Nie! - odparł zdecydowanie pan McTavish. Sara otworzyła oczy ze zdumienia. 
- To ciekawe. Maryla Cuthbert twierdziła inaczej. 
- Kto to jest Maryla Cuthbert? Czy ktoś wreszcie powie mi, o co chodzi? - Duncan McTavish 
był juŜ naprawdę zły. Mówił podniesionym głosem, poczerwieniała mu szyja, a oczy zaczęły 
rzucać błyski. 
- Nie rozpuszczam bezpodstawnych plotek, panie McTavish. - Sara drgnęła słysząc 
jedwabisty głos pani Potts. - Dziwię się jednak, Ŝe ta historia jeszcze do pana nie dotarła. 
Odkąd pan przyjechał, całe miasteczko nie mówi o niczym innym. 
173 
Teraz domniemany wielbiciel Maryli był juŜ czerwony jak burak i ledwie panował nad 
głosem. 
- Nie miałem pojęcia, o czym gadają! Nikogo tu nie znam! Wiem jednak, Ŝe nie pozwolę, by 
znowu szkalowano moje nazwisko! W pewnym miasteczku, zapadłej dziurze, stare plotkary 
wymyśliły, Ŝe romansuję z Ŝoną pastora! Gdy tylko rozeszły się plotki, nie miałem ani 
jednego klienta! Ani jednego!!! 
Urwał nagle i wziął głęboki oddech. Pani Potts juŜ otworzyła usta, by dorzucić swoje pięć 
groszy, ale McTavish podjął przerwaną myśl, zanim zdołała wymówić słowo. 
- Co za ludzie tu mieszkają! Czy aŜ tak się nudzicie, Ŝe musicie napadać na obcych i ich 
oczerniać? 
Pani Potts zrobiła krok w tył, nie przygotowana na taki atak. Sara takŜe zaczęła się cofać. Pan 
McTavish jednak wcale nie skończył przemowy. 
- Tym razem nie zamierzam stać z boku i patrzeć, jak jakaś prowincjonalna gęś obrzuca 
błotem moje imię. Gdzie ona mieszka? - spytał nagle Sarę, pochylając się nad nią, tak Ŝe jego 
twarz znalazła się zaledwie kilka cali od jej twarzy. Dziewczynka, przestraszona, obróciła się 
na pięcie i pobiegła w dół ulicy. 
- Wracaj! - wrzeszczał pan McTavish. - Gdzie ona mieszka?! 
Sara ani się obejrzała. Pani Potts jeszcze raz ujęła sprawy w swoje ręce. 
174 
- Chętnie panu powiem, gdzie mieszka Maryla Cuthbert. 
Pan McTavish sapnął, starając się poskromić złość. 
- Dziękuję pani - rzekł unosząc kapelusz. - Chciałbym zdusić tę plotkę w zarodku. 
- Doskonale pana rozumiem - zgodziła się pani Potts. - Mam podobne odczucia. 
Sara biegła juŜ przez pola przylegające do Zielonego Wzgórza. Modliła się, Ŝeby nie było za 
późno. 
Rozdział siedemnasty 

background image

W kuchni na Zielonym Wzgórzu kłębiła się para. Maryla Cuthbert w ogromnym garze 
gotowała bieliznę, którą od czasu do czasu mieszała drewnianym kijem. Na jej twarzy, 
czerwonej z wysiłku, wystąpiły kropelki potu. Maryla oparła się cięŜko na kiju i odgarnęła 
spadające jej na czoło kosmyki włosów. 
Ostatni tydzień był dla niej trudny. Przez cały ten czas nie zamieniła z Małgorzatą ani słowa. 
Od dnia kwesty nie opuściła Zielonego Wzgórza. Zamknęła się w domu jak pustelnica, 
ś

wiadoma tego, co by się stało, gdyby spotkała się twarzą w twarz z Duncanem McTavishem. 

Wiedziała, Ŝe nie moŜe na zawsze odciąć się od ludzi, ale miała nadzieję, Ŝe skoro ten 
męŜczyzna jest akwizytorem, wcześniej czy później odjedzie. Modliła się, aby ta chwila 
nadeszła jak najszybciej. 
175 
Cierpiała okrutnie, gdyŜ zdrowy rozsądek nakazywał jej wyjaśnić tę sprawę. Ale Maryla była 
uparta... 
Po raz setny tego dnia rozwaŜała, jak wybrnąć z niezręcznej sytuacji, kiedy nagle usłyszała 
tupot nóg na ganku, a potem głośne pukanie. 
Maryla wytarła ręce w fartuch i powoli podeszła do drzwi. Pukanie stawało się coraz bardziej 
natarczywe. Maryla odemknęła drzwi i stanęła twarzą w twarz z zadyszaną i najwyraźniej 
poruszoną Sarą Stanley. 
- To ty, dziecko? Co chciałaś? - spytała panna Cuthbert wpuszczając ją. 
Dziewczynka niemal płakała. 
- Przepraszam, Ŝe pani przeszkadzam, panno Cuthbert, ale muszę z panią porozmawiać - 
wyjąkała. - Właśnie zrobiłam coś strasznego! Nie chciałam, ale... 
Maryla wzięła ją za rękę i posadziła na krześle. 
- Uspokój się. Na litość boską, co takiego zrobiłaś? 
Sara spojrzała na nią błagalnie. 
- Myślałam, Ŝe pani pomogę. Poszłam do Dun-cana McTavisha i opowiedziałam mu... 
wszystko. I... i... - zawahała się. 
- I co? - popędzała ją Maryla. 
- Och, panno Cuthbert! - wybuchnęła Sara. - Nie wiedział, kim pani jest! 
Maryla cięŜko usiadła na krześle. 
- Jeśli w Ŝyciu moŜemy być czegoś pewni, to tego, Ŝe za kaŜdy grzech zostaniemy ukarani 
i76 
- mruknęła pod nosem i spojrzała na zasmuconą Sarę, która uwaŜnie jej się przypatrywała. - A 
co powiedział, moje dziecko? - spytała, szykując się na najgorsze. 
- Panno Cuthbert, zachowywał się, jak gdyby nigdy w Ŝyciu nie słyszał pani nazwiska. Ale 
najstraszniejsze jest to, co pani Potts będzie opowiadać - dokończyła szeptem. 
- To pani Potts teŜ tam była?! - wykrzyknęła biedna Maryla. 
Sara wolno skinęła głową. 
- Dobry BoŜe! - szepnęła Maryla. Jeszcze raz głęboko westchnęła. Spojrzała na szczerą buzię 
dziecka i twarz jej złagodniała. 
- Jestem starą, głupią kobietą, Saro - powiedziała zrezygnowanym głosem. 
Raptem otworzyły się drzwi i do kuchni zajrzała Małgorzata Linde. 
- Marylo, jakiś pan do ciebie - syknęła. 
- Jaki pan, Małgorzato? 
- Sam Duncan McTavish, ot co! Jest zły jak wściekły pies! - Małgorzata zerknęła przez ramię, 
jakby spodziewała się, Ŝe męŜczyzna skoczy na nią, kiedy tylko od niego się odwróci. Zaraz 
jednak ponowtrie spojrzała na Marylę, czekając na odpowiedź. 
Panna Cuthbert wstała z krzesła. 
- Zaprowadź go do bawialni, Małgorzato - poprosiła cicho - i powiedz, Ŝe zaraz przyjdę. 

background image

Spojrzały na siebie z Sarą. Maryla westchnęła, pogodzona z losem, odwinęła rękawy i 
poprawiła 
12 — Pieśń nocy 
777 
kołnierzyk. Do drzwi podeszła sztywnym krokiem, jak osoba prowadzona na szafot. 
- Och, panno Cuthbert, tak mi przykro! To wszystko moja wina! - krzyknęła za nią Sara, 
niemal płacząc. 
Maryla obejrzała się i popatrzyła na nią, wspominając inną dziewczynkę, która wiele lat temu 
wniosła do tego domu tyle radości i kłopotów. 
- Ach, te dziewczynki... - rzekła z kwaśną miną i wyszła z kuchni. 
Rozdział osiemnasty 
W bawialni na Zielonym Wzgórzu zaciągnięte były cięŜkie aksamitne zasłony, więc przez 
chwilę Maryla nie miała pewności, czy w pokoju naprawdę ktoś jest. Nagle koło jednego z 
okien coś się poruszyło i serce podskoczyło jej do gardła. Przekonana, Ŝe Małgorzata będzie 
podsłuchiwać, zatrzasnęła za sobą drzwi. 
Pani Linde, która wraz z Sarą kręciła się w holu tuŜ koło bawialni, odskoczyła, ledwie 
unikając rozbicia nosa. 
Maryla stała bez ruchu, z dziko bijącym sercem. Trzymała się klamki, Ŝeby nie upaść. 
Z cienia wynurzyła się jakaś postać i stanęła w świetle wpadającego do pokoju słońca. 
MęŜczyzna miał twarz czerwoną ze złości. Zdjął kapelusz i obracał go nerwowo w dłoniach. 
- Panna Cuthbert? - spytał. 
i78 
- To ja - odparła Maryla, z trudem wydobywając z siebie głos. 
- Czy muszę się przedstawiać? 
Stojącej po drugiej stronie drzwi Małgorzacie z wraŜenia zabrakło tchu. MoŜe jednak Maryla 
rzeczywiście go kiedyś spotkała? 
Sara z ciekawością się jej przypatrywała. Było jasne, Ŝe pani Linde nie znała prawdy o pannie 
Cuthbert i panu McTavishu. Dziewczynka nie była pewna, czy sama ją zna. Z jednej strony 
panna Cuthbert nie zdziwiła się, Ŝe Duncan McTavish nie przypomina jej sobie. Z drugiej 
strony przywitał ją, jakby się znali. 
Maryla rzuciła spojrzenie na drzwi, pewna, Ŝe Małgorzata podsłuchuje. Postanowiła jak 
najszybciej zaprowadzić gościa tam, gdzie będą mogli rozmawiać bez świadków. 
- MoŜe przeszlibyśmy do ogrodu? - zaproponowała niepewnie. - Tam nie jest tak duszno. 
- Tak... tak przypuszczam - zgodził się niechętnie pan McTavish, choć na widok Maryli złość 
zaczęła mu mijać. W bladym świetle poranka jej zarumieniona twarz wyglądała młodo i 
ładnie. Przybysza uderzyła wypisana na niej uczciwość i inteligencja - cechy, których się nie 
spodziewał. 
Maryla podeszła do drzwi prowadzących do ogrodu, a pan McTavish podąŜył za nią. Ledwie 
wyszli z pokoju, ostroŜnie otworzyły się drzwi do holu. Małgorzata Linde na palcach 
podeszła do okna i skryła się za cięŜką zasłoną. Sara stanęła obok. 
179 
Rozdział dziewiętnasty 
Gdy Maryla stwierdziła, Ŝe oddalili się na bezpieczną odległość od domu, przystanęła na 
trawniku. ŚwieŜe powietrze i panujący wokoło spokój pomogły jej się nieco opanować. Stała, 
w poczuciu winy, i czekała na spodziewany wybuch gniewu. 
W jednym z okien drgnęła zasłona. To Małgorzata Linde zajęła swoje stanowisko 
obserwacyjne. 
Pan McTavish, który pielęgnował w sobie gniewny nastrój, odwrócił się do Maryli. Był 
zdecydowany powiedzieć wszystko, co powtarzał sobie w myślach od chwili, gdy pani Potts 
skierowała go do tego domu. 

background image

- Podobno po Avonlea krąŜą jakieś plotki, panno Cuthbert - zaczął surowo - i zamierzam 
dotrzeć do ich źródła. 
Maryla sztywno skinęła głową. Pan McTavish nabrał powietrza. 
- Chciałbym wiedzieć, co, na Boga, dało pani prawo rozpowiadać ludziom, Ŝe... byliśmy ze 
sobą w jakiś sposób związani? 
Maryla uporczywie wpatrywała się w ziemię. Na policzki wypłynął jej szkarłatny rumieniec, 
ale nic nie powiedziała. 
- Czy pani wie, ile kosztowała mnie ta plotka? - ciągnął coraz głośniej. - Zastanawiałem się, 
dlaczego schodzi się taki tłum, a nikt nic nie kupuje! Teraz wiem, Ŝe wszystkie stare plotkary 
przychodziły tylko po to, by na mnie popatrzeć! 
Maryla cierpiała katusze. Wyraźnie mówiło o tym spojrzenie, którym obdarzyła zhańbionego 
180 
sprzedawcę. Pan McTavish złagodniał. Jej męki odczytał jako cierpienia niewinnie 
oskarŜonej i poŜałował swego gniewu. 
- Czuję się głupio - zaczął powoli - poniewaŜ patrząc na panią widzę, Ŝe nie jest pani osobą, 
która opowiada nieprawdziwe historie. Jeszcze raz stałem się ofiarą plotek. Proszę mi 
wybaczyć, natychmiast sobie pójdę. 
Zza zasłony Małgorzata obserwowała, jak pan McTavish odwrócił się i ruszył z miejsca. Sara 
westchnęła z ulgą. 
Maryla równieŜ przyglądała się, jak pan McTa-vish się oddala. 
- Nie! - zawołała nagle, odzyskawszy głos. MęŜczyzna obejrzał się i spojrzał na nią z 
ciekawością. - Proszę zostać - szepnęła Maryla. - Nie moŜe pan odejść, dopóki nie pozna pan 
prawdy. 
Pan McTavish, zaintrygowany, powoli wrócił. 
Z punktu obserwacyjnego Małgorzaty Linde wyglądało to jak sprzeczka kochanków, którzy 
teraz się godzą. Pani Linde rzuciła Sarze zdumione spojrzenie. 
- To przechodzi ludzkie pojęcie! Metodysta zmienia zdanie!!! 
Pan McTavish cierpliwie czekał, aŜ Maryla zacznie mówić. 
- Muszę się do czegoś przyznać - zaczęła powoli panna Cuthbert. - Ja... To ja wymyśliłam tę 
historię. 
Pan McTavish zmarszczył brwi i juŜ chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. 
- Ale, proszę mi wierzyć, wówczas nie wie- 
181 
działam, Ŝe naprawdę istnieje jakiś Duncan McTavish. 
MęŜczyzna wyglądał na coraz bardziej zdezorientowanego. 
- Nie rozumiem... - zaczął. 
Maryla zaczerpnęła powietrza. Szukała właściwych słów, aby wytłumaczyć, dlaczego zrobiła 
tak niepojętą rzecz. Miała nadzieję, Ŝe sama to wreszcie zrozumie. 
- Widzi pan, w takiej małej miejscowości jak Avonlea bardzo trudno jest mieć jakieś 
doświadczenia... wspomnienia... cokolwiek... tylko dla siebie. Wszyscy wszystko o 
wszystkich wiedzą. I dlatego powszechnie wiadomo, iŜ Maryla Cuthbert nigdy nie zdobyła 
niczyich... uczuć. - Głos jej zadrŜał. Pan McTavish poczuł się nagle bardzo nieswojo i opuścił 
wzrok. 
- Nie musi mi pani o tym mówić... 
- AleŜ tak - zaprotestowała Maryla. - Chcę, Ŝeby pan mnie zrozumiał. Nie mam pojęcia, co mi 
wtedy strzeliło do głowy... Chyba odezwała się moja zraniona duma. A pana wymyśliłam. 
Stworzyłam wielbiciela na uŜytek pań z Koła Robótek Ręcznych. Zawsze lubiłam imię 
Duncan, a mój wzrok padł akurat na reklamę plastrów McTavisha. I tak się pan narodził, 
Duncan McTavish z Nowego Brunsz-wiku, który wyruszył na zachód. Nie powinnam była 

background image

opowiadać takich rzeczy. Ale kto mógł przypuszczać, Ŝe istnieje prawdziwy Duncan McTa-
vish? To nieprawdopodobny zbieg okoliczności. 
Maryla spojrzała błagalnie w oczy męŜczyzny. 
182 
W swoim przekonaniu nie zasługiwała na to, by być oczyszczona z winy, pragnęła jedynie, 
Ŝ

eby pan Mc Tavish zrozumiał motywy jej postępowania. Przeniosła wzrok na trawnik, 

próbując zachować godność w sytuacji z gruntu poniŜającej. Powiedziała wszystko, co mogła. 
Poczuła, jakby z jej ramion zdjęto wielki cięŜar. 
Pan McTavish pokiwał głową ze zrozumieniem. Nagle zaczął chichotać, chichotał coraz 
głośniej, aŜ w końcu zaśmiał się na cały głos. 
Maryla spojrzała na niego zaskoczona. Najpierw pomyślała, Ŝe oszalał, ale jego śmiech był 
tak zaraźliwy, Ŝe wkrótce nawet ona się rozchmurzyła. Pojęła, Ŝe ubawiła go ta sytuacja, i 
zawtórowała mu śmiechem. Śmiali się tak bardzo, Ŝe w końcu Duncan McTavish, bojąc się 
stracić równowagę, połoŜył jej rękę na ramieniu. 
Widząc te objawy wesołości, Sara odczuła ulgę, a Małgorzata bardzo się zdumiała. 
Obserwując rozmawiającą i chichoczącą parę w ogrodzie, pani Linde zrozumiała nagle swój 
straszny błąd. Wątpiła w słowa Maryli, swojej najlepszej przyjaciółki, a tymczasem okazuje 
się, Ŝe to, co mówiła o Duncanie McTavishu, to sama prawda! Rzeczywiście się znali. Czy 
nie połoŜył jej przed chwilą dłoni na ramieniu? Nikt obcy nie odwaŜyłby się na taką 
poufałość. 
Sara rzuciła ukradkowe spojrzenie na panią Linde i odgadła, co się działo w jej duszy. Sama 
nie odczuwała wyrzutów sumienia, wprost przeciwnie, była wielce z siebie zadowolona. 
Nabrała przekonania, Ŝe choć na początku sytuacja wy- 
I83 
glądała na beznadziejną, okazało się, Ŝe jej skromna interwencja wcale nie zaszkodziła. 
Tymczasem pan McTavish i Maryla opanowali się nieco. Gawędząc szli w kierunku furtki i 
widać było, Ŝe bardzo dobrze czują się w swoim towarzystwie. 
- Nie jestem metodystą, więc nic nie stoi nam na przeszkodzie - powiedział pan McTavish z 
błyskiem w oku. - Czas skończyć tę starą kłótnię, zgadza się pani? 
Maryla zaczerwieniła się jak uczennica. 
- Panie McTavish, doceniam pańską wyrozumiałość. 
Przy furtce Duncan odwrócił się i z szelmowskim uśmiechem rzekł: 
- Właśnie wymyśliłem wspaniały sposób uciszenia tych plotkar z Koła. Czy to panią 
interesuje? 
Wyciągając szyję Małgorzata Linde przyglądała się, jak jej przyjaciółka i nieznajomy 
rozmawiają i śmieją się. 
- Co oni wyrabiają? - pytała sama siebie. - Do wieczora będą sterczeć przy tej furtce? 
Maryla uśmiechnęła się i niezdecydowanie potrząsnęła głową. 
- Widzi pan, uwaŜam, Ŝe z dwóch złych czynów nie zrobi się jednego dobrego. - Uśmiechnęła 
się wbrew sobie. - Ale, właściwie, nie wiem, w czym pański pomysł mógłby zaszkodzić. 
- Cieszę się, Ŝe wyraŜa pani zgodę - odparł męŜczyzna. Uśmiechnął się i uchylił kapelusza. - 
Zatem do niedzieli. 
184 
- Do widzenia - odparła Maryla otwierając furtkę. Pan Mc Tavish ukłonił się kurtuazyjnie i 
wyszedł. Maryla pomachała mu ręką. MęŜczyzna wsiadł do bryczki, pomachał jej w 
odpowiedzi i odjechał, pogwizdując pod nosem. 
Przez chwilę Maryla znowu czuła się, jakby miała osiemnaście lat. Zarumieniła się i 
błyszczały jej oczy. Gdyby ktoś ją teraz widział, powiedziałby, Ŝe naprawdę odmłodniała. 
Gdy odwróciła się ku domowi, przybrała spokojny wyraz twarzy (w tym momencie drgnęła 
zasłona w jednym z okien bawialni) i ruszyła stawić czoło przeznaczeniu. 

background image

Rozdział dwudziesty 
Oszołomiona Małgorzata zaciągnęła zasłony i zastygła pod drzwiami bawialni. Sara, z trudem 
ukrywając radość z takiego obrotu rzeczy, stanęła za nią. 
Maryla weszła do domu, cicho zamykając drzwi. Rozejrzała się, przekonana, Ŝe zaraz 
znajdzie się twarzą w twarz z panią Linde. Nie widząc nikogo, skierowała się ku schodom. 
Dobiegło ją skrzypnięcie drzwi do bawialni. Maryla zatrzymała się w pół drogi i spojrzała na 
Małgorzatę i stojącą za nią Sarę. 
Małgorzata Linde z rozpaczą załamywała ręce. 
- Czy mi przebaczysz, Marylo? - spytała drŜącym głosem. - Przyznaję, Ŝe wątpiłam w twoje 
185 
słowa. Myślałam, Ŝe wiem o wszystkim, co ciebie dotyczy, ale się myliłam. - Skruszona 
spojrzała na dywan. - Nie naleŜę do ludzi, którzy nie potrafią przyznać się do błędu. 
Maryla poczuła się bardzo nieswojo. Nie naleŜy odkładać tego, co powinno się zrobić. 
- Nie mam ci czego przebaczać, Małgorzato... - zaczęła, ale pani Linde nie słuchała. 
- Powinnaś wyrzucić mnie z domu! - zawołała dramatycznie. - Pan McTavish naprawdę był 
twoim wielbicielem, teraz sama to widzę! 
- Nic podobnego, Małgorzato. Dziś spotkałam go po raz pierwszy. 
Po tych słowach zapadła pełna niedowierzania cisza. Sara, wytrzeszczając oczy, gryzła wargę. 
Małgorzata nie była w stanie wykrztusić ani jednego słowa. 
Panna Cuthbert utkwiła spojrzenie w dziewczynce. 
- Teraz, Saro, rozumiesz, Ŝe nigdy nie naleŜy kłamać, bo zawsze się tego Ŝałuje. A ciebie, 
Małgorzato, moja droga przyjaciółko - rzekła patrząc na panią Linde - powinnam przeprosić. 
Naprawdę mi przykro. 
Maryla ruszyła w górę schodów. Biedna Małgorzata stała jak wmurowana, nie rozumiejąc', co 
się dzieje. Sara była równie zdumiona. Zastanawiała się, ile zdziałały w tej sprawie ludzkie 
wysiłki, a ile sama Opatrzność. Wreszcie doszła do wniosku, Ŝe Opatrzność z całą pewnością 
była po stronie Maryli i pana McTavisha. 
186 
Rozdział dwudziesty pierwszy 
W następną niedzielę rano, gdy zaczęły bić dzwony, z białego kościółka wysypali się poboŜni 
mieszkańcy Avonlea. Wielebny Leonard, stojąc w drzwiach, Ŝegnał się z wiernymi uściskiem 
dłoni. 
Dorośli rozmawiali ze sobą, a dzieci biegały wkoło, szczęśliwe, Ŝe juŜ nie muszą siedzieć 
cicho i spokojnie w ławkach obok rodziców. 
Jana King zawzięcie dyskutowała o czymś z Oliwią i Hetty. Alek omawiał najświeŜsze 
wypadki z panem Lawsonem. Cecylka i jej przyjaciółka, Klementynka Rae, chichotały, a 
Felicja paradowała wystrojona, z nadzieją, Ŝe ktoś zauwaŜy jej nowy kapelusz przybrany 
sztucznymi fiołkami. Andrzej i Felek mocowali się dla zabawy, dopóki Jana nie rzuciła im 
karcącego spojrzenia. 
Małgorzata Linde przebiegła oczami tłum. Wyglądała wspaniale w duŜym kapeluszu 
przybranym piórami. Obok niej stanęła Sara, ubrana w jasną sukienkę przewiązaną w pasie. 
Na głowie miała kapelusz ze wstąŜką w kolorze sukni. Gdy witała się z Małgorzatą Linde, z 
kościoła wybiegła pani Potts. Pospiesznie pozdrowiła wielebnego Leonarda, który wyciągnął 
do niej rękę, ale jej oczy cały czas szukały kogoś w tłumie. Gdy zobaczyła Małgorzatę Linde, 
bez zwłoki zbliŜyła się do niej. 
„To dobrze - pomyślała - Ŝe jest z nią Sara Stanley. Załatwię dwie sprawy za jednym 
zamachem". 
i87 
- Małgorzato Linde - rzekła, dotykając jej ramienia. 
Małgorzata spojrzała na panią Potts bardzo chłodno, bez śladu chrześcijańskiego miłosierdzia. 

background image

Pani Potts to jednak nie odstraszyło. 
- Przypuszczam, Ŝe wiesz o moim spotkaniu z Duncanem McTavishem. I to nie w sprawie 
jego plastrów - powiedziała skromnie. 
- Owszem, wiem - odparła krótko Małgorzata. 
Sara, która wszystko słyszała, spojrzała przeraŜona na panią Linde, modląc się Ŝarliwie, by 
nie zdradziła sekretu. 
Pani Potts wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. 
- Nigdy nie wierzyłam w historyjkę Maryli i nigdy w nią nie uwierzę. 
Małgorzata Linde ku radości Sary dała pani Potts surową reprymendę. 
- To właśnie plotkary takie jak pani psują opinię porządnym kobietom. Lepiej trzymajcie 
buzie na kłódkę i miejcie oczy szeroko otwarte - rzekła wskazując na drogę. 
Zza zakrętu wyłoniła się właśnie bryczka. Na koźle siedział Duncan McTavish. Podjechał do 
kościoła i zatrzymał się. Wszyscy niecierpliwie czekali na to, co się stanie. 
Kiedy Maryla Cuthbert pojawiła się na progu i Ŝegnała z pastorem, nie było osoby, która by 
na nią nie patrzyła. Sara uśmiechnęła się do siebie. Maryla wyglądała pięknie. Miała na sobie 
chab- 
188 
rową bluzkę, pasującą do jej oczu, a w nowym kapeluszu było jej do twarzy. Rozejrzała się i 
zobaczyła pana McTavisha. Uśmiechnęła się do niego i powoli podeszła do bryczki. 
- Pomogę pani, panno Cuthbert - powiedział Duncan McTavish. 
Zeskoczył na ziemię i pomógł jej wsiąść. Rozległy się szepty. 
- Dziękuję, panie McTavish - odparła Maryla. 
- Piękny mamy dzień, nieprawdaŜ? 
- Niezapomniany! 
Puścili do siebie oko, pan McTavish trzasnął z bicza i ruszyli. Sara, napotykając spojrzenie 
Maryli, uśmiechnęła się od ucha do ucha. Maryla oddała jej uśmiech i przymruŜając oko 
pomachała chusteczką. 
Małgorzata, stojąca tuŜ obok Sary, pomachała im ręką, a potem z uśmiechem odwróciła się do 
pani Potts, która wyglądała, jakby z wraŜenia wrosła w ziemię. Po dłuŜszej chwili mruknęła 
„hmm" i szybko odeszła. 
Dziewczynka z uznaniem spojrzała na panią Linde. Zrozumiała, Ŝe jest ona najlepszą 
przyjaciółką Maryli Cuthbert i Ŝe nigdy w Ŝyciu jej nie zdradzi. Sara Stanley i Małgorzata 
Linde, związane tajemnicą, spojrzały na siebie jak prawdziwi spiskowcy. 
- Człowiek nigdy nie jest za stary na to, by wymyślić nieszkodliwe kłamstwo - szepnęła pani 
Linde. - Lub zachować sekret! 
Sara uśmiechnęła się ze zrozumieniem. 
189 
Patrząc za oddalającą się bryczką, pani Lawson i jej -siostrzenica westchnęły. 
- Cały czas to wiedziałam! Maryla Cuthbert jest osobą uczciwą do szpiku kości - powiedziała 
pani Lawson, zadowolona z rozwoju wypadków. 
- Och, jakie to romantyczne! - wykrzyknęła egzaltowana siostrzenica. 
Do Sary podeszła Felicja z Cecylką. ri Co się stało? - spytała Felicja, zastanawiając się, 
dlaczego kuzynka jest taka zadowolona. 
- Nic takiego. Tylko nareszcie Duncan McTa-vish pogodził się z Marylą. Widzisz? - wskazała 
oddalającą się bryczkę. - Czy to nie cudowne? 
Na te słowa Felek i Andrzej, którzy akurat podchodzili do dziewcząt, przewrócili z 
obrzydzeniem oczyma. 
- Chodźmy stąd, Andrzeju - rzekł Felek. - Wolę wrócić do kościoła, niŜ słuchać tych bzdur. 
Sara była zbyt szczęśliwa, by przejąć się jego słowami. 

background image

- Nie wiem, z czego jesteś taka zadowolona, Saro Stanley - zauwaŜyła Felicja. - PrzecieŜ to 
nie twoja zasługa. I tak by się zeszli, byli sobie przeznaczeni. 
- MoŜe tak, moŜe nie - odparła Sara. 
- Słyszałam, Ŝe spotkali się w tajemnicy i pan McTavish się oświadczył - wtrąciła się 
Cecylka. Na samą myśl o tym zabłysły jej oczy. 
- Mówią, Ŝe Maryla Cuthbert odrzuciła go, bo nie chce opuszczać Zielonego Wzgórza - 
powiedziała Felicja, pragnąc ją przelicytować. 
- Saro, czy słyszałaś kiedy tak romantyczną historię? - dopytywała się Cecylka. 
Sara spojrzała na bryczkę, która skręcała akurat na drogę prowadzącą ku morzu. 
- Radzę wam nie wierzyć wcale w to, co słyszycie, i tylko po części wierzyć w to, co widzicie 
na własne oczy! - powiedziała ze znaczącym uśmiechem. 
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA 00-389 Warszawa, ul. Smulikowskiego 4 
prowadzi sprzedaŜ 
smov>ą, wysyłkową i detaliczną ksiąŜek własnych. ^Wjz^sljkich informacji o zakupie 
udzielają działy: 
'"^-igfnandlowy teł. 26-31-65 
• sprzedaŜy wysyłkowej tel. 26-24-31 w. 31 
• księgarnia firmowa tel. 26-24-31 w. 15 
Redaktor serii Ewa Miszewska-Michalewicz Redaktorzy Ewa Miszewska-Michalewicz 
Magdalena Koziej-Ostaszkiewicz Redaktor techniczny Anna Nieporęcka 
ISBN 83-10-09897-9 
PRINTED IN POLAND Wydawnictwo „Nasza Księgarnia", Warszawa 1995 r. Wydanie 
pierwsze. Skład — „Polico". MontaŜ, druk i oprawa — Drukarnia Wydawnicza im. W. L. 
Anczyca S.A. w Krakowie. Zam. 2806/95 
0890000179169