background image

Sophie Weston 

Zakochany podróżnik 

background image

PROLOG 

- Czegoś nam tu, proszę państwa, brakuje - powiedział 

szef działu obsługi klientów agencji PR Culp & Christo-

pher. - Takich podróżników jest na świecie bez liku. 

Dominik Templeton-Burke siedział naprzeciw niego, 

nudząc się niepomiernie. Jednak słysząc te słowa, uniósł 

głowę i popatrzył na mężczyznę z niedowierzaniem. Gdy­

by nie fakt, że C&C była najbardziej znaną agencją PR 

w Londynie, parsknąłby śmiechem. 

- Nic na to nie możemy poradzić. Jednak powinniśmy 

sobie zadać pytanie, co czyni Dominika Templetona-Bur-

ke'a tak wyjątkowym? - ciągnął mężczyzna. 

Cisza. 

- Może to, że jest wyjątkowo seksowny - powiedziała 

z wahaniem Molly di Peretti. 

Nikt z zebranych nie zwrócił uwagi na jej słowa. Molly 

zazwyczaj zajmowała się muzykami rockowymi, toteż po­

szukiwacz przygód był dla niej wielkim wyzwaniem. 

Dyrektor agencji, Christopher, przedstawił go zebra­

nym słowami: „To jest Dom. Chce odbyć wyprawę na 

biegun południowy, a właśnie stracił dziesięć procent ze­

branych na ten cel funduszy. Musimy mu pomóc". 

Jednak udzielenie pomocy Dominikowi Templetonowi 

Burke'owi było trudniejsze niż walka z wiatrakami. 

- Wszyscy podróżnicy są seksowni - stwierdził głów­

ny księgowy. 

background image

SOPHIE WESTON 

Jego podwładni wymienili między sobą porozumie­

wawcze spojrzenia. 

- Naprawdę. To wynika z tego, że noszą takie ogromne 

plecaki i mają trzydniowy zarost. Testosteron w czystej 

postaci. Potrzebujemy czegoś naprawdę ekstra. 

Z tym akurat wszyscy się zgadzali. Tylko co tu takiego 

wymyślić? 

- Może spróbujemy ukazać wrażliwą stronę jego oso­

bowości - zaryzykował Josh, świeżo po szkoleniu. 

Dominik przestał się uśmiechać. 

- Nic z tych rzeczy - powiedział twardo. 

Jego siostra, Abby, spojrzała na niego poprzez stół. To 

ona namówiła go, żeby tu przyszedł. 

- Dom, próbuj myśleć konstruktywnie. - Nie za­

brzmiało to tak stanowczo, jak by chciała. 

Dominik był jej ulubionym bratem, ale nigdy dotąd nie 

próbowała mieszać się w jego życie zawodowe. Zrobiła to 

pierwszy raz i już zaczynała żałować. 

- Jesteśmy tu, by ci pomóc - mówiła zdesperowana. 

- Przykro mi - powiedział, choć ton jego głosu wska­

zywał na coś dokładnie przeciwnego. - Co konkretnie 

miałeś na myśli? - zwrócił się do Josha. 

- Coś zupełnie zaskakującego. Coś, co wszystkim za­

padnie w pamięć. 

- Coś, co wszystkim uzmysłowi, że chodzi tu nie tylko 

o siłę mięśni i umiejętność czytania kompasu - dodała 

Abby. 

Dominik rzucił w nią zmiętą kulką papieru. 

- On chciałby pokazać, że pod maską twardziela kryje 

się mężczyzna pełen tajemnic - pouczył ją. - Mówimy 

o wirujących sukienkach, martini z bąbelkami, no i jakiejś 

wspaniałej dziewczynie - dodał złośliwie. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 7 

W pokoju zapadła nagła cisza. Pracownicy agencji wy­

mienili między sobą zdziwione spojrzenia. 

Słyszeli o bracie Abby. W przerwach między kolejny­

mi wyprawami podobno lubił się dobrze bawić. 

- Cóż... - powiedziała Molly, spoglądając na folder, 

w którym opisane były wszystkie zalety Dominika. 

Abby westchnęła rozdzierająco. 

- Myślę, że powinieneś wytatuować sobie na czole 

napis: „Nie do wzięcia" - powiedziała złośliwie. 

- Oczekiwałem porady, a nie analizy mojego charakteru. 

Czyżby się zirytował? Trudno było odczytać to z wy­

razu jego twarzy. 

- Jakiś dobry flirt na pewno by nie zaszkodził - po­

wiedziała pospiesznie Molly di Peretti. - Ale... - Popa­

trzyła na Abby, szukając u niej wsparcia. 

Abby usiłowała sobie przypomnieć ostatnie dziewczy­

ny Doma. Żadna z nich nie była z nim związana na dłużej. 

O żadnej nie można było napisać nic poważnego. A prze­

cież Dom potrzebował tych funduszy. 

- Masz kogoś konkretnego na myśli? 

Dom szeroko otworzył oczy. 

- Ja? To chyba wasza działka. W końcu za to wam 

płacą - powiedział niewinnym tonem. 

Abby doskonale znała ten ton. Wiedziała, że Dom za­

czyna tracić cierpliwość. 

- Hmm, to zupełnie niezły pomysł - stwierdził szef 

działu obsługi klienta. 

Abby postanowiła interweniować. 

- Chyba jednak nie. Dziewczyna Doma, ktokolwiek 

nią aktualnie jest, mogłaby mieć nam to za złe. 

- Chwilowo jestem wolny. - Dom uśmiechnął się. -

Otwarty na wszelkie propozycje. 

background image

SOPHIE WESTON 

- Podoba mi się ten pomysł - szef był nieustępliwy. 

- Możemy go wykorzystać. 

Dom skinął głową. 

- Co konkretnie macie na myśli? - spytał z niekłama­

nym zainteresowaniem. 

Abby jęknęła. 

Dominik zignorował ją. 

- Czyżby jakąś wspaniałą blondynkę z nogami do sa­

mych brwi? 

Abby ukryła twarz w dłoniach. 

- Dom, nie zmarnuj swojej szansy. Doradzamy ci za 

darmo - przypomniała mu grzecznie. - Przestań żartować, 

bo nic z tego nie wyjdzie. 

- Naprawdę? W takim razie wyjaśnijcie mi swój po­

mysł. Naprawdę myślicie, że odpowiednia kobieta u mo­

jego boku doda mi splendoru? A gdzie waszym zdaniem 

powinienem taką znaleźć? 

- Może w agencji towarzyskiej? - poddała się Abby. 

- Zignorujcie ją - zaproponował Dom. - Panie i pano­

wie, nie zapominajcie, że jestem tylko zwykłym wiejskim 

chłopakiem, który nie wie, jak poruszać się w wielkomiej­

skiej dżungli. 

- Dom, przestań. 

Jednak szefowi nie przyszło do głowy, że klient mógłby 

sobie z niego żartować. 

- Seks dobrze się sprzedaje - wyjaśnił. 

- Rozumiem. Może to dla was nowość, ale na biegunie 

południowym jest niewiele miłości. 

- Dlatego potrzebujesz naszej pomocy - tłumaczył 

cierpliwie szef agencji. 

Dominik wybuchnął niepohamowanym śmiechem 

i schował twarz w dłoniach. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

- Chyba powariowaliście - powiedział, kiedy odzy­

skał głos. - Praca w agencji PR najwyraźniej przytępia 

zmysły. 

Wstał i rozejrzał się po pokoju. 

- Dziękuję za chęć pomocy i poświęcony mi czas. Po­

radzę sobie w inny sposób. 

Wyszedł, nie przestając chichotać. 

Po jego wyjściu w pokoju panowała cisza. 

Po chwili Molly westchnęła i uśmiechnęła się. 

- Mówiłam wam, że jest zupełnie nieprzewidywalny. 

- Przykro mi... - Abby przygryzła wargę. 

- Nie ma sprawy. Powiemy Jayowi, że staraliśmy się 

ze wszystkich sił, ale Dom okazał się odporny na nasze 

zabiegi. Nawet Jay nie może zmusić człowieka, by sko­

rzystał z usług agencji PR. 

Wszyscy zaczęli wstawać od stołu i zbierać notatki. 

Każdy spieszył się do swojej do roboty. 

Tylko ich szef miał jeszcze coś do powiedzenia. 

- To byłaby świetna historia. Pomyślcie o tytułach: 

„Nieustraszony podróżnik i jego wybranka". Naturalnie, 

jeśli udałoby nam się znaleźć odpowiednią kobietę. 

Abby i Molly wymieniły między sobą spojrzenia. 

- Sądzisz, że istnieje odpowiednia kobieta dla Dominika 

Templetona-Burke'a? - spytała z powątpiewaniem Molly. 

Ostatni bastion rodzinnej lojalności padł. 

- Bardzo w to wątpię - przyznała Abby. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Był jeden z tych lekko przymglonych, pogodnych let­

nich poranków, zwiastujących nadejście jesieni. Isabel Da­

re zrobiła głęboki wdech między jednym a drugim skło­

nem. Spokój, pomyślała, patrząc na wciąż zielone drzewa 

w parku. 

Samotność. Przestrzeń. Cisza niezbędna do myślenia, 

oczywiście, jeśli nie brać pod uwagę śpiewu ptaków. Nie 

musiała stać w tłoku w metrze z czyimś łokciem wbitym 

pod pachę ani odczytywać kolejnej wiadomości tekstowej 

na ekranie komórki. 

Chyba nie jestem stworzona do życia w mieście, po­

myślała. 

Wiedziała, że kolejna wiadomość tekstowa, jaką otrzy­

ma, będzie od Adama. 

„Co powiesz na trzecią randkę?" 

Problem polegał na tym, że nadal nie wiedziała, co 

powiedzieć. 

Ostatniego wieczoru Jemima poruszyła ten temat przed 

pójściem spać. 

- Oby Adam miał więcej szczęścia niż jego poprzedni­

cy - powiedziała. - Lubię go. 

Cóż, Izzy też go lubiła. Nie była tylko pewna, czy chce, 

aby stał się jej jeszcze bliższy. Trzecia randka oznaczała, 

że musiałaby się zdecydować. 

Nazywały tę randkę „randką seksu", ponieważ zazwy-

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 11 

czaj na trzecim spotkaniu decydowały, czy chcą się dalej 

angażować. Większość znajomych przejęła od nich tę no­

menklaturę, łącznie z Adamem Sadlerem. 

Robił się nieco niecierpliwy i szczerze mówiąc, Izzy 

nie mogła go za to winić. Problem, polegał na tym, że to 

nie tylko Londyn ją męczył. Miała dosyć nie tylko miasta, 

ale również mężczyzn, którzy w nim mieszkali, nie wy­

kluczając Adama. Lubiła chodzić na randki i dobrze się 

bawić, ale na razie nie miała ochoty się angażować. 

Zaczęła biec po trawie wzdłuż ścieżki. Była dopiero 

szósta trzydzieści, ale bezchmurne niebo zapowiadało ko­

lejny upalny dzień. Doskonały na to, by popływać kaja­

kiem, pospacerować po lesie albo po prostu poleżeć w sa­

motności pod jakimś drzewem. 

- Nie ma takiej możliwości - powiedziała na głos, sta­

rając się stłumić uczucie żalu. 

Dziś był wielki dzień jej kuzynki Pepper. Miało się 

odbyć otwarcie jej sklepu z odzieżą. Pepper włożyła w je­

go powstanie całą duszę, a Izzy od miesięcy jej w tym 

pomagała. Nadszedł wielki dzień premiery, wielkie przy­

jęcie i tłumy gości. 

Izzy westchnęła, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. 

Cały problem polegał na tym, że Pepper przepadała za 

zakupami, podczas gdy ona nie. Na szczęście Pepper za­

trudniła ją w takim momencie, kiedy Izzy myślała, że już 

do końca swoich dni pozostanie bezrobotna. 

Oczywiście Pepper o tym nie wiedziała, nikt nie wie­

dział. Izzy bardzo uważała, aby jej osobiste sprawy nie 

ujrzały światła dziennego. 

Potrzebowała spokoju. 

Słońce osuszyło ostatnie krople rosy na liściach drzew. 

Ptaki śpiewały, a po sadzawce pływała samotna czapla. 

background image

12 SOPHIE WESTON 

Ćwiczenia odniosły pożądany skutek. Krew zaczęła jej 

żywiej krążyć, a policzki się zaróżowiły. Czuła się dosko­

nale. Dzięki tej porannej dawce energii przeżyje jakoś 

resztę dnia, podczas którego będzie musiała nieustan­

nie kontrolować swoje słowa, oddychać powietrzem 

przepełnionym zapachem kobiecych perfum i ciągle się 

uśmiechać. 

Kiedy sprowadziła się do Londynu, biegała codziennie. 

Zawsze wczesnym rankiem, kiedy w parku nikogo jeszcze 

nie było. 

- Ależ to musi być ogromnie niebezpieczne - powie­

działa- Pepper, kiedy po raz pierwszy ujrzała ją w holu 

w szortach i butach do joggingu. 

- Umiem szybko biegać i mocno kopać - odparła 

z uśmiechem. 

- To prawda - przytaknęła Jemima, która najdłużej 

mieszkała w ich apartamencie. Wówczas jeszcze nie miała 

pracy, która zmuszała ją do nieustannych podróży i, co 

więcej, potrafiła słuchać. 

Jednak Pepper nie sprawiała wrażenia przekonanej. 

- Co będzie, jak trafisz na jakiegoś szaleńca z bronią? 

- Jeśli będę mogła, ucieknę. Jeśli nie, spróbuję sztuki 

negocjacji. 

Ubrana w jedwabne kimono Jemima potrząsnęła głową. 

- Zawsze tak mówi. Podróżowała po całym świecie i 

z każdej wyprawy wracała bez szwanku. Chyba ma rację. 

- Mimo to uważam, że to bardzo ryzykowne. 

Izzy, która rozsznurowywała buty, podniosła głowę. 

- Całe życie jest ryzykowne. Możesz siedzieć zamk­

nięta w pokoju i trząść się ze strachu lub podjąć ryzyko 

- powiedziała twardym głosem. 

Pepper, która sama stanęła przed ogromnym życiowym 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

13 

wyzwaniem, zamrugała powiekami. A potem roześmiała 

się i podniosła ręce. 

- Skoro tak stawiasz sprawę, nie będę się sprzeczać. 

Tak więc dziś biegała po pustym parku, ciesząc się 

piękną pogodą, ale nie przestając być czujna. 

Pepper nie musiała ostrzegać jej przed uzbrojonymi 

mężczyznami. Już raz zdarzyło jej się stanąć z takim twa­

rzą w twarz, ale nie chciała im o tym opowiadać. 

Całe wydarzenie wydało jej się teraz bardzo odległe, 

zupełnie niezwiązane z życiem, jakie wiodła w Londynie. 

Czasem miała nawet wrażenie, że to wszystko przydarzyło 

się komuś innemu, jakby przeczytała o tym w niedzielnej 

gazecie. 

Wiedziała, że Adam Sadler, ze swoim lotusem, role-

ksem i członkostwem ekskluzywnego klubu, nie potrafi 

jej pomóc w odnalezieniu samej siebie. Nawet gdyby bar­

dzo go o to poprosiła. 

A dzisiaj zdecydowanie potrzebowała czyjegoś wsparcia. 

Pepper z przerażenia chodziła niemal po ścianach, Jemima 

po powrocie z kolejnej podróży nie mogła poradzić sobie ze 

zmianą czasu i wszystko spoczywało na barkach Izzy. 

Odrzuciła głowę do tyłu. 

- A właśnie że sobie dam radę. Sytuacje kryzysowe to 

moja specjalność. 

Przyspieszyła tempo, starając się pokonać ból, który 

rozrywał jej piersi. 

Kiedy wróciła do mieszkania, Pepper siedziała na ku­

chennym stołku. Wokół niej stały trzy filiżanki z ledwo 

napoczętą kawą. W zaciśniętej dłoni trzymała kartkę pa­

pieru zapisaną drobnym pismem. Kiedy Izzy weszła do 

kuchni, podniosła głowę i spojrzała nieprzytomnie. 

background image

14 SOPHIE WESTON 

- Całkiem nowe doświadczenie - powiedziała do sie­

bie pod nosem. - Cześć, Izzy. - Całkiem nowy sposób 

robienia zakupów. 

- Przestań. - Izzy wyjęła jej z ręki kartkę. - Już to 

wczoraj przerabiałyśmy. 

Do drugiej nad ranem. 

- Ale w łóżku przyszło mi do głowy coś nowego. 

- Powinnaś była spać, zamiast kombinować - powie­

działa Izzy, wylewając do zlewu zawartość wszystkich 

trzech filiżanek. 

- Posłuchaj tylko. Statystyka mówi... 

- Chyba nie masz zamiaru cytować dziennikarzom od 

mody statystyk? 

- Ale to niepodważalne fakty - upierała się Pepper. 

- Chyba zaszkodziła ci zbyt duża ilość kawy. Jeśli 

chcesz zrazić do siebie dziennikarzy, zacznij mówić o da­

nych statystycznych. Masz mówić krótko i intrygująco. 

- Ale... 

- Zrobię ci grzanki i jajka. Do tego ciepłe mleko albo 

czekolada. Albo szampan. Musisz wrzucić w siebie coś, 

co nie jest czystą kofeiną. I przestań się zamartwiać. Ten 

sklep to wspaniały pomysł i pokaz wzbudzi powszechny 

zachwyt. Zrozumiano? 

- Jesteś dla mnie taka dobra, Izzy. Cieszę się, że mam 

taką kuzynkę jak ty. 

- Ja też się cieszę. A teraz idź się wykąp, a ja spróbuję 

dobudzić Jemimę. 

Owinięta w koc Jemima była tak przyjazna, jak obu­

dzony z zimowego snu niedźwiedź. 

- Zostaw mnie. 

- Nic z tego. 

- Jesteś jakimś koszmarnym snem. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

15 

Izzy odsłoniła zasłony, wpuszczając do pokoju słonecz­

ne światło. 

- Nienawidzę cię. - Jemima wbrew swojej woli mu­

siała przerwać błogi sen. 

- Wiem. A teraz wstawaj. Masz dużo do zrobienia. 

Twoja siostra potrzebuje wsparcia. 

Jemima otworzyła jedno oko. 

- Izzy? 

- Właśnie ta - oznajmiła radośnie Izzy. - Jak teraz 

wstaniesz, zrobię ci grzankę z jajkiem. 

Chwila ciszy, po czym Jemima jęknęła, odrzuciła koc 

i usiadła. 

- Dobrze, to nie koszmar nocny. Jesteś tu i nie ode­

jdziesz, dopóki nie zrobię tego, co chcesz. Więc powiedz, 

czego chcesz. 

Izzy wyjęła z kieszeni spisaną listę spraw i podała jej. 

- „Punkt pierwszy: makijaż Pepper. Będzie gotowa za 

jakieś dziesięć minut". 

- No dobrze, za dziesięć minut przyjdę - jęknęła. 

- Naturalnie - zgodziła się słodko Izzy. Wyszła, zabie­

rając ze sobą koc Jemimy. 

Zignorowała jej przeciągły jęk zawodu i poszła do 

kuchni. Po dziesięciu minutach pojawiła się w niej Jemima 

z zestawem do makijażu: Z godnością odsunęła od siebie 

talerz z tostami, za to chętnie wypiła dwie filiżanki kawy, 

po czym spojrzała na swoje odbicie w lustrze. 

- Wory pod oczami - stwierdziła jak chirurg stawiają­

cy diagnozę. - Lód. - To stary trik modelek - oznajmiła 

przyglądającej się jej ze zdziwieniem siostrze. - Wiele się 

nauczyłam, odkąd zostałam twarzą Belindy. 

Izzy z uwagą spojrzała na siostrę. Jemima nie tylko 

przestała słuchać, ale przestała się też zwierzać. 

background image

16 

SOPHIE WESTON 

- Wszystko dobrze, Jay Jay? 

- Doskonale. Mieszkam w pięciogwiazdkowych hote­

lach, a kiedy się budzę rano, zastanawiam się, na jakim 

kontynencie się znajduję. 

- To dobrze czy źle? 

- To jest życie. 

Izzy zaczynała poważnie się o nią martwić. Kiedy Je­

mima została wybrana nową twarzą koncernu kosmetycz­

nego Belinda, wszyscy uważali, że dzięki temu dostała się 

do pierwszej ligi. Wiele modelek o tym marzyło. Ona 

jednak nie sprawiała wrażenia kobiety cieszącej się 

z osiągniętego sukcesu. Sprawiała wrażenie kobiety, która 

ma jakiś problem. 

Teraz jednak nie była odpowiednia pora, by o tym roz­

mawiać. 

- Może wieczorem, kiedy będzie już po wszystkim, 

pójdziemy na pizzę? 

- Chyba żartujesz. Zaraz po uroczystości jadę na lot­

nisko. 

- Chcesz powiedzieć, że nawet nie wrócisz, żeby za­

brać torbę? 

Jemima potrząsnęła przecząco głową. 

- Gdybym wiedziała, nie wyrwałabym cię tak brutalnie 

z łóżka. 

- Wtedy spałabym przez tydzień. Moje życie to istny 

koszmar. 

W tym momencie w drzwiach pojawiła się Pepper. 

W rękach miała kolejne zapisane kartki. 

- Dziewczyny, co o tym myślicie? Mogłabym tylko 

wspomnieć... 

- Żadnej statystyki - krzyknęły jednocześnie. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

17 

- Jesteś geniuszem - powiedziała kobieta z agencji 

PR. - Nie sądziłam, że można to zrobić. - Miała włosy 

o zielonkawym odcieniu, clipboard w dłoni i wyglądała 

niezwykle profesjonalnie. 

Izzy była w swoim żywiole. Doskonale radziła sobie 

w kryzysowych sytuacjach i tego przedpołudnia miała 

mnóstwo okazji, aby to udowodnić. 

- Co takiego? 

- Sprowadzić tu tę Bestię z Belindy o tak wczesnej 

porze. 

- Słucham? - Izzy nie kryła oburzenia. 

Jednak panna „Clipboard" nie raczyła odpowiedzieć, 

tylko ruszyła w przeciwległy koniec recepcji. 

Operator kamery spojrzał przez obiektyw na Izzy. 

- Molly chciała ci podziękować za to, że Jemima była 

wyjątkowo słodka. Do tej pory nikogo jeszcze nie po­

gryzła. 

- Bestia z Belindy? Tak ją nazywacie? 

- Jemima Dare we własnej osobie. Nasza najwspanial­

sza supermodelka. Twarz roku. Wątpię, czy zna to prze­

zwisko. 

Ładne rzeczy, pomyślała Izzy. W innej sytuacji zaczę­

łaby zaciekle kłócić się z wrogami siostry, teraz jednak nie 

miała na to czasu. Za dwanaście minut zacznie się pokaz 

promocyjny sklepu „Prosto z Poddasza". 

- Znacie Jemimę Dare? - spytała łagodnie. 

- Pracowaliśmy z nią - odpowiedziała asystentka ope­

ratora. - Strasznie marudne babsko. 

Izzy z trudem zachowała spokój. 

- Coś podobnego - rzuciła przez zaciśnięte zęby. 

Wbiła ostatni gwóźdź w podest, rozwiesiła na całej 

konstrukcji płachtę i wstała. 

background image

18 

SOPHIE WESTON 

- Gotowe? - spytała zielonowłosa, na wszelki wypa­

dek zatrzymując się w bezpiecznej odległości. 

Izzy rozejrzała się po przestronnej recepcji. Na razie 

wyglądało to jak wielki plac budowy, a nie miejsce, w któ­

rym miała się odbyć artystyczna prezentacja. Wszędzie 

stały drabinki, kubełki z farbą i okryte prześcieradłami 

meble. Obrazy na ścianach były pozasłaniane, a wielki 

żyrandol leżał w kącie pomieszczenia. Dywan gdzieś 

zniknął. Dziennikarze przeżyją szok. 

- Tak. Zaczynajmy. 

- Miałam rację, jesteś genialna. Gdyby nasi wszyscy 

klienci byli tacy jak ty, Culp & Christopher byłaby naj­

szczęśliwszą agencją PR w Londynie. 

- Staram się - powiedziała krótko Izzy. 

- To widać. - Kobieta zajrzała do notatek. - Muszę 

ustawić gdzieś dziewczyny z podarunkami. Na twój znak 

zaczynamy. 

Przeszła przez szerokie drzwi do sali konferencyjnej. 

Izzy skinęła głową i upewniła się, czy ma słuchawki na 

miejscu. Nacisnęła włącznik i przemówiła do przypiętego 

do kołnierza mikrofonu. 

- Próba, próba. Goście są przed drzwiami. Czy ktoś 

mnie słyszy? Tony? Geoff? 

Byli na miejscu. Sprawdziła resztę personelu i przeko­

nała się, że wszyscy czekają na znak. Na końcu sprawdziła 

Pepper. O nią martwiła się najbardziej. 

- Pepper, jak idzie? 

- Dobrze - usłyszała jej zduszony głos. 

Izzy przełączyła na pojedynczy kanał nadawania i ode­

zwała się miękko do kuzynki. 

- Uspokój się, skarbie. Zobaczysz, że wszystko pój­

dzie dobrze. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

19 

- Sama nie wiem... 

- Pamiętaj, że zdobyłaś na to fundusze. A skoro tak, to 

znaczy, że poradzisz sobie z całą resztą. 

- Tak, ale... 

- Co więcej, przekonałaś do całego projektu mnie i Je-

mimę. Ona wie wszystko o ubraniach, a ja nie cierpię ich 

kupowania. Masz więc za sobą każdy sektor rynku. 

Tym razem Pepper zaśmiała się. 

- Dzięki, Izzy. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Przełączyła 

mikrofon. - No dobrze, proszę państwa, czas na pokaz. 

Dała znak palcami i drzwi zostały otwarte. Ludzie za­

częli wchodzić do środka i zaraz po wejściu zatrzymywali 

się skonsternowani tym, co zobaczyli. 

Izzy była zachwycona. Świetnie! Na pewno tego nie 

zapomną. 

- Geoff, odgłosy miasta - powiedziała do mikrofonu. 

W jednej chwili rozległy się dźwięki samochodów, sy­

ren i ruchu ulicznego. Wszyscy byli wyraźnie zaintrygo­

wani. Zaczęli poruszać się po pokoju, przyglądając się 

osłoniętym kształtom. 

- Doskonale - powiedziała Izzy. - Daj im popalić, 

Pepper. Tony, zacznij zapalać światła. 

Mrok rozświetliło delikatne światło, a na środku sceny 

pojawiła się różowa plama. Scena była pusta, choć nie 

powinna. 

Serce Izzy niemal przestało bić. Musi zachować spokój. 

- Pepper - powiedziała do mikrofonu spokojnym głosem. 

Ku swej ogromnej uldze usłyszała w słuchawce jej głos. 

- Jesteśmy, Izzy. Już wchodzimy - powiedziała Jemi­

ma. Miała wejść za Pepper na scenę, aby efekt był bardziej 

spektakularny. 

background image

SOPHIE WESTON 

Miała zaprezentować kilka ubiorów, a potem wmieszać 

się między gości i rozmawiać z nimi. Takie było jej zada­

nie. Po chwili Izzy ujrzała ją w całej okazałości. 

Bestia z Belindy, rzeczywiście, pomyślała Izzy z dumą. 

- Daj im popalić, skarbie. 

Jemima weszła na platformę jak królowa. No, może 

królowa, która postanowiła odmalować pokój. Miała na 

sobie poplamiony farbami kombinezon, a na ramionach 

i dłoniach ślady po farbie. Swoje słynne już włosy zwią­

zała w koński ogon. Ludzie na widowni zamilkli, wpatru­

jąc się w nią jak zahipnotyzowani. 

- Życie - zaczęła pełnym dramatyzmu głosem Jemima 

- jest jednym wielkim bałaganem. Żyjemy zbyt szybko. 

Zbyt brudno. Spotyka nas zbyt wiele rozczarowań. - Prze­

rwała. 

- Zawsze - rozległ się łagodny głos niewidocznej osoby. 

Zza okrytej płachtą konstrukcji wyłoniła się piękna, 

wysoka kobieta. Miała długie, lśniące rude włosy, ubrana 

była w jedwabny, bardzo jaskrawy płaszcz i uśmiechała 

się szeroko. Pepper w niczym nie przypominała ubranej 

w szlafrok dziewczyny, którą zżera trema. 

Izzy skrzyżowała palce, na szczęście. 

Z widowni dał się słyszeć pomruk. Zupełnie nie spo­

dziewali się tego, co zobaczyli. To nie była jakaś modelka, 

ale Pepper Calhoun we własnej osobie. Autorka, projekto­

dawca i aktorka, prawdziwy geniusz. 

Światła rozbłysły na złoty kolor. Cała sala została ską­

pana w miękkiej poświacie, przypominającej kolor zacho­

dzącego letniego słońca. Rozległ się szmer, odgłos płyną­

cego strumyka i śpiew ptaków. 

- Witajcie - odezwała się Pepper ze swoim amerykań­

skim akcentem. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 21 

Ku uldze Izzy przyjaciółka zachowywała się tak natu­

ralnie, jakby otworzyła drzwi swoim znajomym. Tak ją 

właśnie uczyła. Brzmiała tak, jakby nigdy w życiu nie 

słyszała o żadnej statystyce. 

- Miło was widzieć. Cieszę się, że możecie tu z nami 

dzisiaj być. 

Izzy powoli rozplotła palce. Wszystko idzie dobrze. Jak 

dotąd... 

Pepper powoli rozejrzała się po twarzach zebranych, 

przyglądając się każdemu z osobna. To też był pomysł 

Izzy. Ćwiczyły to godzinami, a i tak była przekonana, że 

mc z tego nie będzie. Teraz wstrzymała oddech. 

Jemima wyciągnęła ramiona przed siebie, jakby chciała 

przeciągnąć się po ciężkiej pracy. Tylko Izzy dostrzegła, 

że odwraca je tak, aby przeczytać tekst zapisany we wnę­

trzu dłoni. Nie miała czasu, aby się go nauczyć. 

- Nie mogłaś zacząć przedstawienia na czas, Pepper? 

- spytała lekko, jakby to pytanie dopiero co zrodziło się 

w jej głowie. - Co się stało? 

Zielono-błękitna postać stojąca za nią uśmiechnęła się. 

- Czasami - powiedziała - dobrze jest zaufać wy­

obraźni. 

To był umówiony znak. 

- Geoff, Tony, drogie panie... - szepnęła Izzy do mi­

krofonu, choć jej aktorzy i tak znali swoje role. 

- A więc pozwólmy działać wyobraźni - roześmiała 

się Pepper. 

Światła zgasły i wentylatory nadmuchały zimnego po­

wietrza. Rozległa się egzotyczna muzyka, a na ciemnym 

suficie rozjarzyło się tysiące gwiazd. Widownia przywitała 

te zmiany westchnieniem zachwytu. 

Tak! - pomyślała Izzy. Znów mogła swobodnie oddychać. 

background image

22 

SOPHIE WESTON 

Kolejne westchnienie rozległo się, gdy białe przeście­

radła uniosły się jak wielkie ptaki, po czym opadły na 

podłogę. Po chwili zniknęły ze sceny, bezszelestnie zebra­

ne przez pomocników. 

Kiedy światła ponownie się zapaliły, z piersi zgroma­

dzonych ludzi wydobyły się okrzyki zachwytu. 

Recepcja zmieniła się w jednej chwili w ogromne, roz­

jaśnione słonecznym słońcem poddasze. Drewniane, wy­

pełnione ubraniami skrzynie stały otwarte, zachęcając, by 

w nich poszperać. Obok poubieranych w różnokolorowe 

stroje manekinów stały wygodne, plecione krzesła. Było 

mnóstwo poduszek, książek i starodawnych naczyń, a 

w powietrzu zapachniało świeżo parzoną kawą i pieczy­

wem. Goście rozejrzeli się dookoła, jakby nie mogli uwie­

rzyć swoim oczom. 

Izzy zamknęła za sobą wahadłowe drzwi prowadzące 

do kuchni. Rozejrzała się po niej, jakby nie wiedziała, skąd 

się tu wzięła. 

- Udało się nam - powiedziała z głębokim westchnie­

niem. Na jej twarzy widać było ulgę. 

- Tobie się udało - poprawił ją Geoff. 

W mikrofonie usłyszeli głos Pepper. 

- Witamy na otwarciu sklepu „Prosto z Poddasza". 

Mamy nadzieję, że będzie to dla was zupełnie nowe do­

świadczenie. Zapraszamy. 

Goście rozeszli się po sali, zaglądając w każdy kąt, 

jakby odkryli skrzynie ze skarbami. Kobiety okrywały się 

lśniącymi materiałami, przyglądając się swoim odbiciom 

w lustrach. Doświadczeni styliści dotykali miękkich we-

Iwetów, angory i wzdychali z zachwytem. 

Izzy poszła do damskiej toalety, żeby się przebrać. Te­

raz, kiedy część teatralną pokazu miały już za sobą, chciała 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

23 

na powrót przeobrazić się w asystentkę Pepper i pomóc jej 

w zabawianiu gości. Weszła do łazienki, zdejmując przez 

głowę czarną koszulę. 

Jemima podniosła głowę znad umywalki, w której usi­

łowała domyć z rąk plamy od farby. Spojrzała na siostrę 

w lustrze. 

- Wyszło nieźle. Jesteś zadowolona? 

- Chyba tak - przyznała Izzy. 

- Chyba? Ależ oni jedzą Pepper z ręki. 

Izzy zdjęła dżinsy. 

- Ty też masz w tym swój udział. Co się stało na górze? 

Pepper się przestraszyła? 

- Powiedziała, że wszystko zapomniała i że powie­

działaś jej, żeby zbyt wcześnie nie wchodziła w detale. 

- Potrząsnęła głową. - Może jest genialna, ale nie potrafi 

przemawiać. 

- Jeśli się jej odrobinę pomoże, zupełnie nieźle sobie 

radzi. Świetnie ją poprowadziłaś. 

Ochlapała ręce i kark zimną wodą. Jemima przyglądała 

się, jak Izzy wyciera się i zakłada czarne rajstopy. 

- Zupełnie nie mogłam dojść z nią do ładu. Wróciłam 

więc do pierwszej wersji, którą napisałaś, i poleciłam jej 

ją powiedzieć. 

- W każdym razie udało się wspaniale - przyznała Iz­

zy, wciągając przez głowę szarą sukienkę. - Sprawiała 

wrażenie bardzo spokojnej i opanowanej. Nie wiem, jak 

udało ci się to osiągnąć. 

- Powiedziałam jej, że jest ci to winna. - Jemima 

wprawnym ruchem poprawiła fryzurę. 

- Mnie? Przecież to jej projekt, jej pomysł. Gdyby nie 

jej sklep, nie miałabym nawet pracy. 

- Albo znalazłabyś inną. 

background image

24 

SOPHIE WESTON 

- Może, ale... 

- Nie ma żadnych „ale". - Jemima posłała Izzy groźne 

spojrzenie. - Nie pomniejszaj swoich zasług. Wszystko, 

do czego się zabierzesz, kończy się sukcesem. 

- Chyba trochę przesadziłaś. Mówisz tak, bo jesteś moją 

siostrą. - Spojrzała w lustro i zdjęła z głowy chusteczkę. 

- Pozwól, że ja to zrobię - powiedziała niecierpliwie 

Jemima. 

Posadziła Izzy na jednym z małych krzeseł, sięgnęła po 

szczotkę i spojrzała krytycznym wzrokiem na nieład pa­

nujący na jej głowic. 

- Kiedy ostatni raz byłaś porządnie uczesana? 

- Chyba wtedy, kiedy ostatni raz zrobiłaś mi prezent 

w salonie. 

- Nie wiem, jak udało ci się przekonać Pepper, żeby 

o siebie zadbała. 

- Ona to co innego. To są interesy. Musi wyglądać 

ładnie. 

- Każdy musi wyglądać ładnie. Wbrew pozorom to ma 

znaczenie. 

- Dla mnie żadnego. 

Jemima przerwała czesanie i spojrzała na odbicie twa­

rzy siostry w lustrze. 

- Chcesz powiedzieć, że kiedy podróżujesz po świecie, 

masz ważniejsze problemy niż rozdwojone końcówki 

włosów? 

- Jestem aż tak zaniedbana? 

- Powiedziałabym, że miewałaś lepsze okresy. A teraz 

nie przeszkadzaj mi, muszę się skupić. Warkocz. Tylko to 

wchodzi w grę. 

- Nie zgadzam się z tobą - Izzy obraziła się. - Nie 

wyglądam źle. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 25 

- Wyglądasz. I nie gadaj mi tych głupot o ubraniach. 

Wiem, że je kochasz. Wolisz jednak zajmować się innymi 

zamiast sobą. Kiedyś myślałam, że dbasz tak tylko o mnie, 

ale od kiedy pojawiła się Pepper, zmieniłam zdanie. 

- Cóż, wy obie jesteście wystawione na widok publicz­

ny. Ja chowam się w waszym cieniu. 

Jemima cierpliwie splatała rude pasma w gładki war­

kocz. Nie było to łatwe, gdyż kosmyki nieustannie się 

z niego uwalniały. 

- Bez żelu sobie nie poradzę. Poczekaj tu. - Zajrzała 

do swojej przepastnej torby. - Chodzisz przecież na przy­

jęcia. Ludzie zazwyczaj lubią ładnie wyglądać, gdy idą na 

przyjęcie. 

- Chodzę na nie, aby poznawać ludzi, a nie żeby na 

mnie patrzono. 

- Dziękuję - powiedziała sucho Jemima. 

- Nie miałam na myśli... 

- Nie ruszaj się! - Jemima znalazła żel. - Właśnie że 

miałaś. Kiedyś uznałaś, że to jestem ta ładna i zaintereso­

wałaś mnie ubraniami, makijażem i całą resztą. 

- Ja... 

Jednak Jemima nie pozwoliła sobie przerwać. 

- Nie jesteś w jakimś zatłoczonym autobusie w Ame­

ryce Łacińskiej, ale w Londynie. Masz pracę. „Prosto 

z Poddasza" sprzedaje ubrania. Obudź się i spójrz do lu­

stra. Jesteś piękna. 

- Gotowe! Trochę ciemniejszy niż na początku, ale 

przynajmniej się trzyma. Całkiem nieźle wyszło. 

Izzy spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Miała zwyk­

łe, marchewkowe włosy, w niczym nieprzypominające 

loków Pepper. Jednak nowa fryzura całkiem jej się spodo­

bała. Uśmiechnęła się. 

background image

26 

SOPHIE WESTON 

- Dobra robota. 

- Jeszcze nie skończyłam. 

Zanim zdążyła coś powiedzieć, Jemima rozłożyła swój 

warsztat. Izzy westchnęła zrezygnowana. Siostra spojrzała 

na nią groźnie i wzięła do ręki konturówkę do ust. Malo­

wanie Izzy zajęło jej zaledwie kilka minut. Kiedy skoń­

czyła, Izzy spojrzała na swoje odbicie. To, co zobaczyła, 

trochę ją rozbawiło, a trochę wprawiło w zakłopotanie. 

- Dziękuję - powiedziała, próbując wykrzesać z siebie 

więcej zadowolenia i wdzięczności. 

- Zabierasz Adama na przyjęcie? - spytała z udaną 

obojętnością Jemima. 

- Nie. 

Jemima nie sprawiała wrażenia zdziwionej. 

- Kolejny facet do odstrzału. Może to z tobą jest coś 

nie tak? 

Izzy wiedziała, jak sobie poradzie z młodszą siostrą. 

- Idę na przyjęcie w celach zawodowych, a wiesz, że 

nie mieszam spraw profesjonalnych z zabawą. 

- Spotykanie się z Adamem nazywasz zabawą? 

- Nie twój interes! 

- Powinnaś wziąć nie tylko lekcje makijażu, ale rów­

nież kilka godzin ogłady towarzyskiej. 

Izzy wstała i uściskała siostrę. 

- Nie martw się, skarbie. Dam sobie radę. 

Jemima przygryzła wargę. 

- Jak mam się nie martwić? Nie dbasz o siebie, a żaden 

facet nie dotrwał do trzeciej randki. 

- Nie zapominaj, że to nie ja jestem ta ładna. Musisz 

stosować wobec mnie inną miarę. 

- Chyba oszalałaś. Jesteś znacznie bardziej atrakcyjna 

ode mnie. Faceci padają ci do nóg, ale ty połowy z nich 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 27 

nawet nie dostrzegasz. Wyglądasz tak, jakbyś nie miała 

w domu lustra. A ja - Jemima nagle straciła rezon - czuję 

się, jakby to była moja wina. 

- Daj spokój - Izzy była zakłopotana i lekko ziryto­

wana. - Jeśli nawet wyglądam jak szara mysz, nie ma to 

nic wspólnego z tobą. 

- Właśnie że ma. T obie o tym doskonale wiemy. 

Ich spojrzenia spotkały się. Przez moment milczały, po 

czym Jemima wzruszyła ramionami i zaczęła zbierać swo­

je rzec/y do torby. 

- Zresztą teraz i tak tego nie rozstrzygniemy. Chodź, 

musimy pomóc naszej kuzynce w promocji jej sklepu. 

Wzięła do ręki torbę i nie oglądając się za siebie, wyszła 

z toalety. 

Izzy niechętnie podążyła za nią. Zachowanie siostry 

wzbudziło jej niepokój. Może te nieustanne zmiany stref 

czasowych dały o sobie znać. 

- Będziemy musiały odbyć ze sobą dłuższą rozmowę 

- mruknęła. - I to wkrótce. 

Jednak Jemima jej nie słyszała. Albo nie chciała usły­

szeć. Kiedy znalazła się w sali konferencyjnej, natych­

miast przeobraziła się w gwiazdę, pozując fotografom 

I odpowiadając na pytania dziennikarzy. 

Przebrała się w kreację, która miała być znakiem fir­

mowym „Prosto z Poddasza": miękkie spodnie i koszula 

z rękawami, za które pojedynkujący się dżentelmeni 

z osiemnastego wieku daliby się zabić. Kolory czekolady 

i bursztynu podkreślały odcień jej włosów, błyszczących 

w świetle lamp. 

Nawet Izzy nie mogła oderwać od niej zachwyconego 

wzroku. 

- Naprawdę jest wspaniała - powiedziała do siebie. 

background image

28 

SOPHIE WESTON 

- Rzeczywiście - przyznała obojętnym tonem mijają­

ca ich dziewczyna z agencji reklamowej. - Molly di Pe-

retti z Culp & Christopher. Nie miałam okazji przedstawić 

się wcześniej. Chciałam powiedzieć, jak bardzo zaimpo­

nowało mi to, co pani tu przygotowała. Kawał dobrej 

roboty. 

- Dziękuję - Izzy nadal patrzyła na siostrę. Jej wybuch 

dał jej wiele do myślenia. 

Jednak Molly di Peretti nie dawała za wygraną. 

- Ten pokaz był niezwykle oryginalny. Kiedy Pepper 

opowiedziała mi o tych planach, uznałam je za nieco dziwne. 

- Doprawdy? - Widziała, że Jemima jest zdenerwowa­

na. Jej ręce nieustannie dotykały twarzy, włosów, jakby 

nie mogła nad nimi zapanować. 

- Pomysł z szampanem też był pani? Doskonały, kawa 

na pewno nie wystarczyłaby tym harpiom. 

- Mój - odparła, cały czas myśląc o czymś innym. 

Jemima nie była szczęśliwa. Inni mogli tego nie zauwa­

żać, ale Izzy znała ją od dziecka. 

- Cóż, nie miałam racji - przyznała z roztargnieniem 

Molly. - Ten pokaz był wspaniały. Myślę, że wszystkim 

zapadnie w pamięć. 

Izzy wzięła się w garść. 

- I właśnie o to chodziło. 

- Nie każdy tak świetnie by sobie poradził. - Molly di 

Peretti zastanowiła się. - Jesteś asystentką Pepper Cal­

houn, prawda? Nie zajmujesz się organizowaniem takich 

przedsięwzięć zawodowo? 

- Skąd. Jestem tylko amatorką. 

- Hmm. A jak poznałaś Pepper? 

- Jesteśmy kuzynkami. 

Molly uniosła brwi. Popatrzyła w kierunku stojącej 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 29 

w przeciwległym końcu sali Jemimy, która roześmiała się 

nieco zbyt hałaśliwie w odpowiedzi na uwagę jednego 

z fotografów. - W takim razie musisz być też spokrewnio­

na z Jemima. 

- To moja siostra - powiedziała spokojnie Izzy, czeka­

jąc, aż Molly di Peretti przypomni sobie, że nazwała Je-

mimę Bestią z Belindy. 

Jednak Molly najwyraźniej o tym zapomniała. Patrzyła 

zaintrygowana na swoją rozmówczynię. 

- Widzę, że w waszej rodzinie jest wiele utalentowa-

nych osób. Będziemy musieli jakoś to wykorzystać - po­

wiedziała, przechylając na bok głowę. 

Izzy, która rozglądała się dookoła, by zorientować się, 

jak przebiega przyjęcie, spojrzała teraz na Molly. 

- Wykorzystać? Jak? 

- Siła kobiet - oznajmiła Molly, jakby układała w my­

ślach artykuł do gazety. - „Krewniaczki połączyły się, aby 

szturmem zdobyć świat mody. Nastał czas rudowłosych!". 

- Doprawdy? A jak masz zamiar nas nazwać? Piękna, 

Mądra i Ta Trzecia? 

Molly uniosła ręce w geście poddania. 

- Nic takiego nie powiedziałam. To tylko pomysł. 

Izzy zreflektowała się. 

- Przepraszam, ja się na tym zupełnie nie znam. 

- Rzeczywiście, to widać. Chciałam z tobą o czymś 

porozmawiać. Niewykluczone, że będę miała dla ciebie 

następnego klienta. 

- Proszę bardzo. Jak się nazywa? Wpiszę go na listę. 

- Dominik Templeton-Burke - powiedziała Molly po­

woli. 

- Zabrzmiało to, jakby był ósmym cudem świata. Mam 

nadzieję, że przynajmniej jest przystojny. 

background image

30 

SOPHIE WESTON 

- I to bardzo. Tak naprawdę... 

- Świetnie. A teraz powiedz mi, że ta opowiastka o ar­

tykule na temat trzech kobiet to był żart. 

Molly zawahała się. 

- PR to coś więcej niż jednorazowe zorganizowanie 

pokazu. Potem troszczymy się dalej o naszego klienta. 

Notatka tu, fotografia tam, nieustannie o nim przypomi­

namy. 

- Ale artykuł nie musi koncentrować się na tym, że 

jesteśmy kobietami, prawda? 

- Nie, jeśli tego nie chcecie - Molly di Peretti nie 

próbowała ukryć rozczarowania. - Ale Pepper uparła się, 

żeby to na każdym kroku podkreślać. - Westchnęła. -

Chyba pójdę posłuchać tego, co mówią pismaki. Upewnię 

się, że wiedzą, co pisać. 

Izzy popatrzyła za nią, zła, że tak źle poprowadziła 

rozmowę. 

Cóż, czas wrócić do pracy. Sprawdzić, co u ludzi, jak 

sobie dają radę. Oczywiście, jeśli w tym tłumie w ogóle 

zdoła ich odnaleźć. 

Nie było to takie trudne. Większość gości zgromadziła 

się wokół Pepper, słuchając jej z uwagą. 

Pepper była w swoim żywiole. 

- To są ubrania stworzone z myślą o kobietach - mó­

wiła z zapałem. - Pracują dla nas wspaniali kreatorzy. 

Koniec z wszechobecną czernią. Mój sklep to miejsce, 

w którym można będzie miło spędzić czas. A kiedy kupisz 

coś u nas. zabierzesz trochę tej radosnej atmosfery do 

domu. 

Ktoś zrobił jej zdjęcie, ktoś inny uśmiechnął się szeroko. 

Pepper spojrzała ponad głowami zgromadzonych 

w stronę kuzynki. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

31 

- Mam rację, Izzy? 

- Żeby zabrać do domu trochę radości? Nie mam nic 

przeciw temu. 

Dziennikarze odwrócili się w jej stronę. Dopiero teraz 

załapali, że jest członkiem zespołu. Do tej pory mijali ją 

obojętnie, koncentrując się raczej na sukience, którą miała 

na sobie, niż na jej twarzy. 

- To jeden z nowych projektów? - spytał ktoś. 

Izzy podała im nazwisko projektanta i numer katalogo­

wy. To również zapisali. 

- Pozwólcie, że pokażę wam nasz ulubiony kufer. Sko­

piowaliśmy go z okazu, który znaleźliśmy w sklepie ze 

starociami. Tu w tych szufladach trzymamy różne dodatki. 

Chcemy, żeby klient sam je odnalazł. 

Dziennikarze zaczęli otwierać szuflady, wydając przy 

tym zachwycone okrzyki na widok pochowanych w nich 

pasków, woreczków z lawendą, rękawiczek. 

- Jak mi idzie? - spytała po cichu Pepper. 

- Jesteś urodzonym handlowcem - kuzynka puściła do 

siej oczko. - Idź między ludzi i reklamuj nasze towary. 

Świetnie sobie radzisz. 

Miała rację. Ludziom, a zwłaszcza kobietom spodobał 

się pomysł sklepu, w którym samemu trzeba było wszyst­

ko wyszukać, jak na starym strychu. Niektóre nie były 

przekonane co do samych ubrań, ale wszystkim bez wy-

jąku podobała się złota koszula Jemimy. 

Izzy krążyła między gośćmi przez blisko godzinę. 

- Co z tą pizzą? - spytała ją w którymś momencie 

Pepper. - Umieram z głodu. 

- Nic z tego, nie mogę ryzykować, że pobrudzę sukien­

kę. Zjemy później. 

Izzy poszła przypilnować swoich pracowników, którzy 

background image

32 

SOPHIE WESTON 

mieli zacząć sprzątać od razu po wyjściu ostatniego go­

ścia. Co mogło nastąpić nieprędko. 

- Jak ich stąd wyrzucić? - zastanawiał się Geoff. -

Zbyt dobrze się bawią, żeby dobrowolnie wyjść. 

- Mam pomysł. Jeśli chcą iść na przyjęcie do nocnego 

klubu, muszą odebrać bilet w foyer. Wystarczy szepnąć 

kilku osobom, że ilość biletów jest ograniczona, a wszys­

cy rzucą się do wyjścia. 

- Widzę, że z każdej sytuacji potrafisz znaleźć 

wyjście. 

- Staram się - uśmiechnęła się Izzy. 

- To widać - Geoff spoważniał. - Cała ta inscenizacja, 

muzyka i gra świateł... Jeśli będziesz chciała pracować 

w teatrze, daj mi znać. 

- To była jedna wielka improwizacja. Nie byłam nawet 

pewna, czy zadziała. 

- Ale zadziałała. Dam ci mój numer. Może następnym 

razem to ja ciebie zatrudnię, a nie ty mnie. 

Poklepał ją przyjacielskim gestem po ramieniu i dołą­

czył do kolegów. 

Izzy poszła rozpocząć szeptaną kampanię. Wkrótce sala 

opustoszała. Po dziesięciu minutach zostały na niej tylko 

Jemima i kobieta z agencji PR. Podeszła do nich, zacie­

kawiona, o czym tak zaciekle rozprawiają. 

- ...za moimi plecami - usłyszała zaperzony głos Je-

mimy. 

- Ale przecież potrafisz to zrobić - Molly di Peretti nie 

kryła zniecierpliwienia. 

- Dziś to był rodzinny dzień. 

- Chcesz powiedzieć, że musimy zatrudnić dodatkowo 

twoją siostrę, abyś łaskawie zechciała wypełnić swoje zo­

bowiązania? 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 33 

- Moja siostra nie szuka pracy. Da sobie radę bez wa­

szej łaski. 

Cierpliwość Molly wyczerpała się. 

- Jemima, nikt ci tego nie powie, ale ja tak. Stąpasz 

po cienkim lodzie. Zachowuj się tak dalej, a wpadniesz do 

lodowatego jeziora. Nikt nie jest niezastąpiony. 

Tym razem Izzy uznała, że czas się wtrącić. 

- Przepraszam, że wam przerywam, ale za dwadzieścia 

minut musimy opuścić pomieszczenie. Nie mogłybyście 

dokończyć tej rozmowy w barze? 

Troskliwym gestem objęła siostrę za ramiona. Jemima 

spojrzała na nią twardym wzrokiem. Nie sprawiała wra­

żenia osoby, która potrzebuje czyjejś pomocy. 

- Rozmowa jest skończona - powiedziała krótko. 

Molly wzruszyła ramionami. 

- W takim razie zobaczymy się za dziesięć dni. Oczy­

wiście, jeśli się wyrobisz. 

- Możesz być o to spokojna - odparła lodowatym to-

nem Jemima. 

Kiedy zostały same, Izzy spojrzała na siostrę pytająco. 

- O co wam poszło? - spytała, zbierając porozrzucane 

dookoła jedwabne topy. 

- O nic. - Jemima złożyła kilka jedwabnych szarf i po­

łożyła je na jednej ze skrzyń. - Nie cierpię PR! - wybuch-

aęła. - Zmuszają cię do robienia rzeczy, których nienawi­

dzisz. A ty musisz udawać, że cały czas doskonale się 

bawisz. To gorsze niż zajęcia wychowania fizycznego 

w szkole. 

- Jemima... - Izzy była zaskoczona wybuchem siostry. 

W tym momencie podszedł do nich jeden z chłopaków, 

pchając przed sobą wózek. Musiały pomóc mu w załadun­

ku mebli. 

background image

34 SOPHIE WESTON 

- Porozmawiamy o tym później - obiecała Izzy. 

- Kiedy to wszystko się skończy - zgodziła się Jemima. 

Jednak wkrótce przyjechał po nią samochód i musiała 

wyruszyć na lotnisko. 

- Zadzwonię do ciebie - obiecała siostrze, ściskając ją 

krótko na pożegnanie. 

Izzy nie mogła przestać o niej myśleć. Zachowanie sio­

stry bardzo ją zmartwiło i nie potrafiła ukryć niepokoju. 

- Mam nadzieję, że wszystko jest z nią w porządku 

- powiedziała do siebie. 

- Da sobie radę - Pepper usłyszała jej westchnienie. 

- Jest twarzą Belindy, a to nakłada na nią mnóstwo obo­

wiązków. Co mogłoby pójść źle? 

- Nie wiem. Po prostu mam wrażenie, że... 

- Rozumiem, że się o nią martwisz. Znasz ją od uro­

dzenia, ale teraz to dorosła osoba, która dokładnie wie, 

czego chce od życia. Wielu ludzi może tylko marzyć 

o tym, co osiągnęła. Odniosła sukces. 

Izzy pomyślała o podsłuchanej rozmowie z Molly. 

- Nie jestem tego taka pewna. 

- A ja tak. 

Pepper mówiła z pewnością siebie, typową dla dzie­

dziczki wielomilionowej fortuny, którą w rzeczywistości 

była. W jej głosie nie było słychać cienia wątpliwości. 

- Nie wiem, czy ten sukces nie przyszedł zbyt szybko 

i nie jest dla niej nadmiernym ciężarem - powiedziała 

Izzy. - Nie jestem pewna, czy Jemima ma wystarczająco 

dużo siły, by mu podołać. 

- Jak tego nie potrafi, to się nauczy. Ja się nauczyłam, 

ty, to i ona da sobie radę. Ma w końcu wspaniałą nauczy­

cielkę. Nie znam bardziej pozbieranej osoby od ciebie. 

Jestem pewna, że gdyby ktoś napadł na ciebie w parku, 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

35 

potrafiłabyś wyperswadować mu zbrodnicze zamiary -

powiedziała z uśmiechem Pepper i wróciła do pracy. 

Izzy poczuła się, jakby ktoś zadał jej cios. Nagle zna­

lazła się myślami w małym miasteczku w Andach, wspo­

minając wydarzenia, jakie się tam rozegrały. 

Gdyby Pepper wiedziała, pomyślała. Gdyby tylko wie­

działa. .. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Dominik Templeton-Burke siedział w przestronnej 

czytelni Klubu Podróżnika, kiedy jego telefon komórkowy 

dyskretnie zabuczał. Kilka osób podniosło głowę. 

- Przepraszam. 

Wyszedł na korytarz i przyłożył słuchawkę do ucha. 

- Tak, Jay? 

- Moi ludzie powiedzieli mi, że zachowałeś się nie­

znośnie. - Jay Christopher sprawiał wrażenie lekko roz­

bawionego. 

Dom chrząknął z zakłopotaniem. Jay był jego starym 

przyjacielem. 

- To nie mój styl załatwiania spraw - powiedział, sta­

rając się jakoś usprawiedliwić. 

- Ostrzegałem cię. Dlaczego po prostu nie napiszesz 

książki, która przyniesie ci dochód? 

- Powtarzam ci, że jestem człowiekiem czynu, a nie 

skrybą. 

Jay westchnął. 

- No dobrze. Molly ma pewien pomysł. 

- Jaki? - Dominik stał się podejrzliwy. 

- Chce, żebyś przyszedł na przyjęcie, na którym będzie 

sporo ważnych osób. Od czegoś trzeba zacząć. Ma do 

ciebie zadzwonić. Zrób to, co ci każe - powiedział z nutą 

ostrzeżenia w głosie. - Ona wie, co robi. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 37 

Gdy tylko skończył rozmowę z Jayem, zadzwoniła 

Molly. 

- Cześć, Dom. Dziś wieczorem na basenie Flamingo. 

Ubierz się stosownie i nie zawiedź mnie. 

- Stosownie? 

- Coś, w czym będziesz się rzucać w oczy. Potrzebu­

jemy twoich fotografii w jutrzejszej gazecie. 

- Mam włożyć getry, gogle i pumpy? 

Molly nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

- Czasami potrafisz naprawdę zajść człowiekowi za skó-

rę - wyznała. - Ale warto się dla ciebie pomęczyć. Zatrudnij 

jakiegoś specjalistę, który pomoże ci coś wybrać. Mówimy 

o spotkaniu z inteligentną kobietą, więc warto się postarać. 

- Czyje to przyjęcie? - spytał grobowym głosem. 

- Pepper Calhoun. Otwiera sklep z odzieżą. Wiem, że 

ID nie twoja działka, ale będzie sporo dziennikarzy i zna-

nych ludzi, więc musisz być i ty. Napisz sobie jakieś dwa 

zapadające w pamięć zdania, naucz się ich i powtarzaj 

wszystkim, których spotkasz. 

- Widzę, że będę się świetnie bawił. 

- Kto mówi o zabawie? To ma być praca! 

Dominik skapitulował. 

- Dobrze, przyjdę. Powiedz mi, gdzie mam się stawić 

i o której. 

Molly podała mu dokładny adres. 

- Nie pojawiaj się tam wcześniej niż o jedenastej. 

I ubierz się odpowiednio. Do zobaczenia wieczorem. 

Dominik powrócił do czytelni i zagłębił się w opisach 

lodowej kry. 

- Nie wiem, w jaki sposób, ale z dzisiejszego dnia 

umknęły mi gdzieś trzy godziny - powiedziała Izzy, wy-

background image

38 SOPHIE WESTON 

pakowując pudła z bagażnika taksówki. Molly di Peretti 

zadzwoniła do drzwi pływalni Flamingo. - Miałyśmy iść 

na pizzę, ale sprzątanie zajęło nam więcej czasu, niż się 

spodziewałam. 

- Takie imprezy zazwyczaj zajmują więcej czasu, niż 

się spodziewasz - powiedziała Molly, pochylając się do 

domofonu. - Cześć, Franco, to ja. Przywiozłyśmy rzeczy 

na przyjęcie. 

- Pepper zorganizowała jakieś niezaplanowane spotka­

nie, a Jemima umówiła mnie do swojej fryzjerki. I tak 

jakoś lunch przemknął mi koło nosa. 

Drzwi zostały otwarte. Molly zastawiła je walizką 

i poszła do taksówki po resztę bagaży. Obie z Izzy wniosły 

do budynku pudełka pełne balonów, dekoracji i innych 

gadżetów. 

- Zostaw je tutaj. Josh zaniesie je potem na górę. Po 

to są nowi pracownicy. Ty i ja jesteśmy tu od rządzenia. 

Izzy podążyła za nią schodami na górę, a kiedy zoba­

czyła salę, na której miało się odbyć przyjęcie, zmartwiała. 

- To tu? 

Widziała już różne miejsca, ale ta sala wyglądała wręcz 

przygnębiająco. W świetle stuwatowej żarówki widać by­

ło poplamioną podłogę, zamglone lustra i odrapany bar. 

- Jesteś pewna? 

Molly zachichotała. 

- Przy zapalonych światłach wszystkie tak wyglądają. 

Jak zgasną, wystarczy wyobraźnia. Zobaczysz, będzie 

świetnie. Przyjęcie, które wszystkim pozostanie w pamię­

ci. Zaufaj mi. 

Miała rację. Na przyjęcie przyszli ci sami ludzie, co 

rano, tyle że z partnerami. 

Pepper, która rzadko chodziła do klubów koło godziny 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

39 

jedenastej, była już mocno wstawiona. Steven objął ją 

wpół i przyciągnął do siebie. 

- Do której musisz tu być, kochanie? 

- To moje przyjęcie. Zostanę do samego końca. 

- Jestem pewien, że nikt by nie zauważył, gdybym cię 

teraz uprowadził. Mam rację, Izzy? 

Izzy popatrzyła na Stevena Koniga. Nie był w jej typie, 

ale kiedy patrzył na Pepper, czuła ukłucie zazdrości. Do­

rośnij wreszcie, pomyślała. To ty zrywasz ze wszystkimi 

przed trzecią randką. 

- Naturalnie, że nie. Zresztą, ja i tak zostanę tu do 

świtu, więc mogę spokojnie pozbierać balony i pogasić 

światła. 

Steven popatrzył na nią z wdzięcznością. 

- Zabierz ją do domu, a ja sobie jeszcze trochę po­

tańczę. 

Nieprzespane noce i pusty żołądek sprawiły, że poczuła 

się dziwnie lekka. Nareszcie nie miała nic do roboty, nie 

goniły jej żadne terminy. A nade wszystko nie było w jej 

życiu żadnego mężczyzny, który zmuszałby ją do jakichś 

kompromisów. 

Miała na sobie jedno z ubrań ze sklepu Pepper. Jasno-

czerwona, szeroka spódnica i głęboko wycięty top, odsła-

niający ramiona. Fryzjerka Jemimy upięła jej włosy do 

góry, pozwalając, by luźne kosmyki spadały jej na ramio-

na. Izzy rozłożyła szeroko ręce, pozwalając ponieść się 

muzyce. 

Taki obraz zobaczył Dominik Templeton-Burke, space­

rujący samotnie po ogrodzie. 

- Kto to? - spytał, nie kryjąc zachwytu na jej widok. 

Przechodząca obok Molly di Peretti spojrzała na wiru­

jącą na środku parkietu piękność i uśmiechnęła się. 

background image

40 

SOPHIE WESTON 

- To nasza menedżerka. Albo kobieta o głębokim wnę­

trzu, jeśli tak wolisz. 

Dominik postąpił krok do przodu. 

- Przedstaw mnie. 

Molly złapała go za rękaw. 

- Hej, nie zapominaj, po co tu przyszliśmy. Mamy 

zająć się pracą, nie przyjemnościami. Po tym wieczorze 

twoje zdjęcie ma się znaleźć na kolumnie towarzyskiej 

jutrzejszej gazety. 

Tancerka uniosła ręce nad głowę. Wirowała z zamknięty­

mi oczami, lekko rozchylonymi wargami, w pełnym zjedno­

czeniu z muzyką. Dom mimowolnie wstrzymał oddech. 

Minął Molly i ruszył w stronę Izzy. Jednak Molly nie 

dawała za wygraną. Zastąpiła mu drogę. 

- Ta kobieta nie ma nic wspólnego z mediami. Daj 

sobie z nią spokój. 

Dominik uśmiechnął się. 

- No dobrze, nie wariuj, jeśli chcesz zdobyć fundusze 

na swoją wyprawę. Tańcząc z nią, na pewno nie znajdziesz 

się w jutrzejszej gazecie, ale zupełnie gdzie indziej. Zda­

jesz sobie z tego sprawę? 

Uśmiech Dominika poszerzył się. Nie spuszczał wzro­

ku z Izzy. 

- Na to liczę. 

Molly podniosła ręce. 

- Dobrze. Trać sobie swoją najlepszą szansę. Nic mnie 

to nie obchodzi. 

Wiedziała, że to, co powie, nie ma najmniejszego znacze­

nia. Jeśli w ogóle ją słyszał. Wzruszyła ramionami. Powie 

Abby, że Dom nie chciał z nią współpracować. Miała dziwne 

wrażenie, że Abby nie będzie tym wcale zdziwiona. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 41 

Dom nigdy nie widział kogoś tak absolutnie pochłonię-

tego tym, co robi. Ciągnęło go w stronę tej tancerki z roz­

wianymi włosami i nie zważając na stojących na drodze 

ludzi, parł w jej stronę jak taran. Zgromadzeni na parkiecie 

tancerze rozsuwali się przed nim, nie mając wątpliwości, 

do kogo dąży. 

Tylko rudowłosa tancerka nie była świadoma tego, co 

się wokół niej dzieje. Tańczyła z przymkniętymi powieka-

mi, poddając ciało rytmom muzyki. 

Była jakby nie z tego świata. Skoncentrowana. Pełna 

pasji. Niezwykła. 

Na widok lśniących kropelek między jej piersiami Dom 

odczuł ogarniające go pożądanie. Miał ochotę polizać jej 

ciało, aby przekonać się, czy to pot, skondensowana para, 

czy może jakiś błyszczący kosmetyk. 

Wyciągnął rękę i delikatnym, choć jednocześnie wład­

czym gestem położył ją na biodrze tancerki. 

Otworzyła oczy i spojrzała na niego, jakby obudził ją 

we

 snu. Nie przerwała tańca, choć na moment wybiła się 

z rytmu. 

Zanim zdążyła zareagować, Dom objął ją drugą ręką 

w talii i przyciągnął do siebie. Miała odkryte plecy. 

Choć zdumiona, nadal nie przerywała tańca. Dom do­

pasował ruchy bioder do jej tempa. 

- Jesteś zdumiewająca - powiedział cicho, nie dbając 

o to, czy go słyszy. - Chcę trochę ciebie. 

Trochę? Chciał jej całej, ale na to przyjdzie czas 

później. 

Potrząsnęła głową, ale nie wiedział, czy dlatego, że go 

nie usłyszała, czy też, że go odrzuca. 

Zawahał się. Skoro tańczy w ten sposób, chyba mnie 

me

 odrzuca. 

background image

42 

SOPHIE WESTON 

Przysunął się, pozwalając, by ich biodra się zetknęły. 

Nie odsunęła się. Tańczyła nadal i zaczął się zastanawiać, 

czy w ogóle go dostrzega. 

Kiedy po dłuższej chwili otworzyła oczy, dostrzegł 

w nich błysk rozbawienia. A może triumfu? Albo żądzy? 

Poczuł, że po plecach spływa mu strużka potu. 

Jeśli to nie jest pożądanie, będę miał poważne kłopoty. 

Muzyka skończyła się. Przez moment dziewczyna 

tkwiła jakby zawieszona w próżni niczym trzepoczący 

skrzydłami motyl. Ponownie oparł rękę na jej biodrze. Nie 

było wątpliwości, że ten gest był celowy. 

Popatrzyła na niego zdumiona. 

Rozległy się dźwięki salsy. Zmysłowej i szybkiej. 

Znów zaczęła tańczyć, ale Dom zrobił coś, czego nigdy 

do tej pory nie robił. Zdecydowanym, niemal brutalnym 

gestem wziął ją w ramiona, wcisnął nogę między jej uda 

i przejął prowadzenie. 

Zadrżała, jakby nie wiedziała, co się z nią dzieje. A za­

raz potem poczuł, jak mu się poddaje. 

Tak! 

Jej ciało przylgnęło do jego ciała, jakby tańczyli ze sobą 

po raz setny. Dom nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, 

że jest takim dobrym tancerzem. 

Zupełnie jakby znaleźli się w centrum wszechświata. 

Tańczyli szybko, energicznie, a mimo tego jakby z pew­

nym namysłem. Oboje odczuwali napięcie, podniecenie, 

tak jak oboje byli pewni słuszności tego, co robią i tego, 

dokąd ich ten taniec zaprowadzi. 

To było jakby się kochali. 

Muzyka zmieniła się. Dominik pochylił głowę, odsunął 

kosmyk jej włosów i przyłożył usta do jej ucha. 

- Czas stąd zniknąć. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

43 

Poczuł, że przez krótką chwilę się zawahała. Nie mógł-

by znieść jej odmowy. Mimowolnie zacisnął wokół niej 

ramiona. 

- Proszę - powiedział urywanym głosem. Nigdy dotąd 

nikogo tak o nic nie prosił. Sam był tym zdziwiony. 

Odsunęła głowę i uśmiechnęła się do niego tak oszała­

miająco, że niemal zabrakło mu w piersiach tchu. Musi 

znaleźć się z nią sam na sam. Natychmiast! 

- Weź płaszcz - powiedział krótko. 

Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. 

- Nie masz płaszcza? 

Potrząsnęła głową. 

- W takim razie idziemy. 

Ujął ją pod rękę i poprowadził w stronę drzwi. Nie 

opierała się, ale drżała. Cóż, on też był tym wszystkim 

zdziwiony. 

Byli jak maszyny, które ktoś przed chwilą uruchomił. 

Silniki pracują, pełne mocy i gotowości. 

Pragnął jej tak mocno, że niemal odczuwał fizyczny 

ból.

 Ona też go pragnęła. Nie miał co do tego wątpliwości. 

Patrzyła tylko na niego, a puls, który unosił skórę na jej 

szyi, bił tak szybko jak jego. 

Dom wydał z siebie dźwięk, który przypominał śmiech, 

a jednocześnie jęk. 

- Torebka? 

Nie odpowiedziała. Jednak kiedy przechodzili obok ba­

ja, dostrzegł małą torebkę w takim kolorze jak jej sukien­

ka. Chwycił ją w przelocie. 

Na schodach zaczęła dygotać z zimna. Przylgnęła do 

siego. 

- Powinnaś była wziąć płaszcz. 

Zdjął marynarkę i zarzucił jej na ramiona. Kiedy po-

background image

44 SOPHIE WESTON 

czuła dotyk jedwabnej podszewki, mimowolnie zadrżała. 

Stali tak blisko siebie, że czuł bijące od niej ciepło. 

- Nie rób tego - szepnął zdesperowany. - Jeszcze nie 

teraz. 

Roześmiała się krótko i ciaśniej do niego przylgnęła. 

- Tak - zgodził się na jej niewypowiedzianą prośbę. 

- Do domu. Już. 

Wyszli w chłodną, wrześniową noc. 

- Wyobraźnia - powiedziała. 

Dominik, który był zajęty łapaniem taksówki, spojrzał 

na nią przez ramię. 

- Co? 

- Wyobraźnia zaczyna pracować, dopiero gdy zgasną 

światła. 

- Myślicielka - powiedział z czułym rozbawieniem. -

Mylisz się. Moja wyobraźnia zaczęła pracować w chwili, 

gdy wszedłem do sali i zobaczyłem ciebie. - Wyciągnął 

rękę. - Jedziesz ze mną? 

- Tak. 

Dopiero później, dużo później Dominik uzmysłowił 

sobie, że usłyszał w jej głosie zdziwienie. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Izzy miała wspaniały sen. Wziął ją w ramiona mężczy­

zna, którego pragnęła. Pocałowała go dłużej i mocniej niż 

OB ją. Była w domu. 

Nie znała nawet jego imienia. Nie sądziła, aby spotkali 

się kiedykolwiek wcześniej, a w każdym razie nie w real-

nym świecie. Ale znali się, zanim jeszcze zaczął się czas. 

Była tego pewna. 

- Najpiękniejszy sen, jaki śniłam - szepnęła, kiedy 

siusiała na chwilę się odsunąć, aby zaczerpnąć powietrza. 

- Filozofka. 

Nie widziała dokładnie jego twarzy, ale jakie to miało 

znaczenie, skoro jego usta wzbudzały w niej tak niezwyk­

łe doznania? A jego głos! Miał głos jak czekolada. Prze­

pyszny i pełen grzesznych obietnic. 

- Powiedz coś jeszcze - zażądała. 

Dominik, który właśnie całował jej kark, na chwilę 

oderwał usta od jej skóry. 

- Chcesz teraz rozmawiać? 

- Nie przestawaj - jęknęła. 

- Nie miałem zamiaru. 

W czekoladowym głosie usłyszała śmiech. Był jak 

ogień w mroźną noc. Zimną, samotną noc. 

- Ale to ty chciałaś, żebym coś mówił. Więc możemy 

rozmawiać. - Złożył pocałunek między jej piersiami. -

Lub nie rozmawiać. Wybieraj! 

background image

46 

SOPHIE WESTON 

- To mój sen - upomniała go. - Nie chcę wybierać. 

W swoim własnym śnie można mieć wszystko, czego się 

pragnie. 

- Niech tak będzie - szepnął z ustami przy jej skórze. 

- O czym chcesz rozmawiać? 

- Nie o mnie. Chcę, żebyś opowiadał mi różności. 

- Różności? - Dom był lekko zaskoczony. 

Izzy wyciągnęła ramiona ponad głowę i westchnęła 

z rozkoszy. 

- Aha. Składaj mi obietnice, uwiedź mnie komplemen­

tami, sącz słodycz w moje uszy. Chcę, żebyś się do mnie 

zalecał. Powiedz mi, że jestem piękna. 

- To mogę zrobić. 

Przyciągnął ją tak blisko siebie, że ich ciała dzielił od 

siebie tylko materiał ubrań. Nabrała głęboko powietrza, 

wciągając zapach nieznanego ciała i nieznanego świata, 

z którego pochodził jej kochanek. 

- Myślisz, że czytam zbyt dużo science fiction? 

- Myślę, że jesteś wspaniała, niezależnie od tego, czy 

czytasz science fiction, poezję czy poradniki dla gospodyń 

domowych. 

- Mmm. - Potarła policzkiem o jego nadgarstek. Był 

gorący i pachniał drzewem sandałowym. Zamknęła oczy, 

wsłuchując się w jego puls. Bił jak jej własny. 

- Nie uważasz, że w środku będzie nam wygodniej? 

- spytała. 

- Masz rację - usłyszała jego głos, jakby z ogromnej 

odległości. - Wejdźmy do środka i tam zajmiemy się uwo­

dzeniem twojej osoby. 

Izzy wsparta się na ramieniu swojego towarzysza. Był 

jak opoka. Jak to możliwe, że on sam był taki stabilny, 

skoro cały świat wokół niej wirował w oszalałym pędzie? 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 47 

Ten człowiek musi być zrobiony z żelaza, pomyślała 

z lekką irytacją. Do tej pory to ona twardo stąpała po ziemi 

i była tą, która zawsze potrafiła dać sobie radę. 

- To dla mnie nowe doświadczenie - powiedziała wol­

no. - Zupełnie nowe. 

I zawisła na nim niczym szmaciana lalka. 

Ostatnią rzeczą, którą pamiętała, były jego słowa. 

- Powinienem był to przewidzieć. Już dobrze, skarbie. 

Zaufaj mi, a nic ci się nie stanie. Jesteś bezpieczna. 

- Bezpieczna - powtórzyła, nie bardzo rozumiejąc, co 

sowi. 

W następnej chwili jej świadomość przestała funkcjo-

nować. 

Obudziła się z dziwnym uczuciem. Miała wyschnięte 

usta, żebra bolały ją, jakby ktoś ją pobił, a w dodatku okno 

było nie z tej strony co zwykle. 

Usiadła na łóżku. Zamrugała powiekami, zdając sobie 

sprawę, że znajduje się w zupełnie obcej sypialni. A raczej 

w pokoju przypominającym biuro, w którym ktoś rozłożył 

aa podłodze materace. Na ścianach pełno było map, wykre­

sów, a pod jedną z nich stało biurko z ogromnym płaskim 

monitorem od komputera. Pod inną stał rząd półek wypeł-

niony płytami CD i DVD, dalej gazety, książki i fotografie. 

Na środku podłogi leżał wspaniały, barwny dywan. 

Izzy przyłożyła rękę do piersi. Powoli jej oddech się 

uspokoił i zorientowała się, dlaczego tak bardzo ściska ją 

w dołku. Jest głodna! 

Spojrzała na zegarek. Dochodziła czwarta rano. 

W tym momencie uzmysłowiła sobie trzy rzeczy naraz. 

Po pierwsze, nadal miała na sobie sukienkę, którą założyła 

na promocję sklepu, po drugie, wyszła z niej z jakimś 

background image

48 SOPHIE WESTON 

mężczyzną, którego twarzy nie potrafiła sobie przypo­

mnieć, a po trzecie, nadal nie wiedziała, gdzie jest. 

- Upss - mruknęła. 

Wyszła z łóżka, upewniwszy się uprzednio, że rzeczy­

wiście spała w nim sama. Nie wiedziała, czy odczuwać 

ulgę, czy raczej rozczarowanie. Kim był nieznajomy męż­

czyzna? Czy to możliwe, aby to ona przyczepiła się do 

niego, pozwalając się potem całować namiętnie na tylnym 

siedzeniu taksówki? 

Nie, uznała, że te pocałunki to wytwór jej wyobraźni. 

Brak snu i głód zrobiły swoje. Wyobraźnia zaczęła płatać 

jej figle. Ktokolwiek przyprowadził ją do tego dziwnego 

domu, na pewno nie był jej bohaterem ze snu. Mało pra­

wdopodobne. 

- Mam nadzieję - szepnęła. 

Przeszła się po pokoju. Wyglądał, jakby ktoś tylko cza­

sowo urządził tu dla niej sypialnię. Odnalazła swoje buty 

leżące obok męskiej marynarki. 

Wzięła ją do ręki, po czym jeszcze prędzej upuściła na 

ziemię. Rozpoznała ten zapach. Po części pochodził od 

niej - zapach jej perfum, szamponu, nowej sukienki. No 

i pachniał też nim... Nim! 

Przełknęła ślinę. Czuła, jak płoną jej policzki. 

- Czas stąd iść - powiedziała do siebie. 

Odszukała swoją maleńką torebkę, w której nie było 

nawet miejsca na telefon komórkowy. Na szczęście była 

w niej niewielka suma pieniędzy, bez której nigdy, ale to 

nigdy nie ruszała się z domu. Obie z Jemima miały zwy­

czaj zabierania ze sobą pewnej ilości gotówki, za którą 

mogły w razie potrzeby zamówić taksówkę do domu. 

Ostrożnie, na palcach wyszła z pokoju. Ujrzała przed 

sobą prowadzące na górę schody. W domu panowała ci-

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

49 

sza, jeśli nie liczyć tykania jakiegoś zegara. Ostrożnie 

weszła na górę, dostrzegając od razu potężne, wejściowe 

drzwi zabezpieczone robiącym wrażenie zamkiem. 

Otworzyła go z niejakim trudem i wyszła na ulicę. Do­

piero kiedy drzwi się za nią zamknęły, zdała sobie sprawę, 

że zrobiła najgłupszą możliwą rzecz. 

Nie wiedziała, gdzie się znajduje. Miała na sobie su­

kienkę, która prawie nic nie zakrywała, co z pewnością 

sie było ani zdrowe, ani bezpieczne. Mimo to cieszyła się, 

że nie będzie musiała spojrzeć w twarz mężczyźnie, któ­

rego marynarkę wczoraj nosiła. I którego z takim zapa­

miętaniem całowała. 

Zacisnęła zęby i ruszyła wzdłuż ulicy. Była na siebie 

wściekła. Tak bardzo, że nawet nie potrafiła się ucieszyć, 

kiedy znienacka znalazła się przy Knightsbridge, gdzie 

znajdowało się wiele hoteli i postojów taksówek. 

Pół godziny później była w domu. 

Od razu zajrzała do lodówki, będąc pewna, że coś 

w niej znajdzie. Niestety, nie było nawet sera. Musiała 

więc zadowolić się szklanką wody i kubkiem gorącego 

mleka. Kiedy je wypiła, poszła prosto do łóżka. 

Nie było jej! Dom nie mógł w to uwierzyć. Położył ją 

spać w gabinecie, nie zdjąwszy z niej nawet tej sukienki, 

która więcej odsłaniała, niż zakrywała. A teraz zobaczył 

aa podłodze swoją marynarkę i ani śladu gościa. 

- Po raz ostatni zachowałem się jak dżentelmen - rzu­

cił z wściekłością do swego odbicia w lustrze. 

Zadzwonił do Molly di Peretti, ale zaczął rozmowę 

bardzo ostrożnie. 

- Dobrze się bawiłeś ostatniej nocy? 

- Doskonale - powiedział przez zaciśnięte zęby. Nie 

background image

50 

SOPHIE WESTON 

miał zamiaru nikomu zdradzić, że ta panna w czerwieni 

wyszła z jego domu, nie zostawiając nawet nazwiska czy 

numeru telefonu. 

Oczywiście nie omieszkał zajrzeć do jej małej torebki, 

ale nie znalazł w niej nic, co powiedziałoby mu, z kim ma 

do czynienia. Była tam tylko szminka, klucze, kilka bank­

notów i mała buteleczka perfum. Czuł ich zapach do tej 

pory. Jeśli jej nie odnajdzie, ten zapach będzie go prześla­

dował do końca jego dni. 

Tyle tylko, że on ją znajdzie. 

- Przepraszam, że sprawiłem tyle kłopotu - powie­

dział potulnie do Molly. - Jay ma rację, zrobię wszystko, 

co mi każesz. 

- Co powiedział? - Jay Christopher zadał to pytanie 

niemal jednocześnie z Abby, kiedy Molly zrelacjonowała 

im rozmowę. Powtórzyła. 

- - Coś mi tu nie pasuje - siostra Dorna była bardzo 

sceptyczna. 

- Ja też tak pomyślałam, ale dziś rano przyszedł do 

mnie potulny jak baranek, nauczył się listy gości na pa­

mięć, przejrzał ze mną wycinki prasowe. 

- Musi mu o coś chodzić - Abby nie dawała się prze­

konać. - Jeszcze dwa dni temu stwierdził, że jest zbyt 

zajęty, aby zajmować się kampanią PR. 

- A teraz przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że 

może jednak warto spróbować - Jay był bardziej optymi­

styczny. - Teraz tylko pozostaje nam udowodnić, że do­

konał słusznego wyboru. 

- Ty nie musisz planować dla niego kampanii ani zmu­

szać go do współpracy - powiedziała gorzko Abby. 

Molly intensywnie myślała. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

51 

- Okay. Dom nie lubi iść na kompromis. Skąd wiemy, 

że to nie jest słomiany zapał? 

- Dotrzymuje obietnic - zapewniła ją Abby. - Napra­

wdę myślisz o tym, żeby zatrudnić dla niego jakąś gwiazdę 

filmową? 

- Nie, ale całkiem możliwe, że będzie to rudowłosa 

modelka. 

- Molly, jesteś genialna! - wykrzyknął Jay. - Jemima 

Dare to ktoś, kogo nam potrzeba. 

Abby nie sprawiała wrażenia przekonanej. 

- Dom nie zgodzi się na randkę w ciemno. 

- Ja mam pomysł na coś znacznie bardziej ekscytują­

cego niż randka w ciemno. Jestem pewna, że się tu pojawi, 

jeśli powiem jej menedżerowi, że mam dla niej silnego 

mężczyznę, z którym będzie mogła skoczyć. 

Abby uniosła głowę. 

- Skoczyć? Skąd? 

Pozostała dwójka zignorowała ją. 

- Blane jest w Australii. Będziesz musiała porozma­

wiać z jej sekretarką albo nawet z samą Jemima. 

- Ja miałam raczej na myśli jej siostrę. Jest równie 

ładna, choć Jemima byłaby lepsza. 

- Skoczyć skąd? - nie dawała za wygraną Abby. 

- Z mostu Chelsea. 

- Chcesz namówić tę dziewczynę do skoku z mostu? 

 Abby nie kryła przerażenia. 

- Mam na myśli skok z bungee. Sto procent bezpie­

czeństwa. No i Dom, który będzie nagrodą za odwagę. 

- Chyba oszaleliście - Abby zamknęła oczy. 

- Jest silny, przystojny, prawdziwy mężczyzna. Nie jak 

te wymoczki, z którymi ją zwykle fotografują. Zawsze to 

będzie jakieś nowe doświadczenie w jej życiu. 

background image

52 SOPHIE WESTON 

Abby otworzyła oczy. 
- O tak, z pewnością. Najgorszemu wrogowi nie ży­

czyłabym takiego doświadczenia. 

- Zobaczysz, że dobrze jej to zrobi. Od czasu, kiedy 

Jemima Dare podpisała ten kontrakt, zupełnie przewróciło 

jej się w głowie. 

Jay smutno przytaknął. 

- Mówiąc szczerze, Abby, jest duża szansa, że twój 

brat trochę ją utemperuje. W zamian za to jestem gotowa 

osobiście pojechać z nim na tę wyprawę. Kup mi jakieś 

ciepłe buty. 

Abby pokręciła głową. 
- Nie znasz mojego brata. Mogę tylko powiedzieć, że 

współczuję Jemimie Dare. 

Tydzień, który nastąpił, był dla Izzy czasem wytężonej 

pracy. 

I całe szczęście. Za każdym razem, kiedy przypominała 

sobie nocną przygodę, pociła się ze wstydu. Co więcej, 

nie mogła zapomnieć gorących pocałunków, które, podo­

bnie jak czekoladowo brzmiący głos nieznajomego, nie 

były tylko wytworem jej wyobraźni. 

Im więcej o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się 

w przekonaniu, że musiała narzucić swoje towarzystwo 

temu mężczyźnie. I w dowód wdzięczności za to, że się 

nią zajął, uciekła z jego domu bez słowa wyjaśnienia. A na 

dodatek nie pamiętała nawet jego twarzy. 

Z ciężkim westchnieniem opadła na krzesło. 

Pepper podniosła wzrok znad biurka. 

- Jakiś problem? 
- Nic takiego - odparła, mając nadzieję, że zabrzmiało 

to przekonywająco. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 53 

- Jesteś pewna? Wyglądasz, jakby cię coś gryzło. 

- Kiedy kobieta z agencji PR powiedziała mi, że 

otwarcie sklepu to dopiero początek, nie wiedziałam, co 

ma na myśli. Teraz już wiem. Telefon nie przestaje dzwo­

nić przez cały dzień. I dobrze. 

- Tak, ale musimy cały czas trzymać rękę na pulsie. 

Co z tego, że mamy reklamę, jak katalog nie zostanie 

wydany, a ubrania uszyte na czas? Jeśli musisz, zatrudnij 

asystentkę, ale nie waż się czegokolwiek zawalić. 

Izzy zachichotała. 

- Tak jest, szefie. 

Kiedy więc Molly zadzwoniła, pytając o Jemimę, Izzy 

szybko odprawiła ją z kwitkiem. 

- Jest za granicą. Przyjeżdża na jakieś kilka godzin 

jutro rano, a potem jedzie dalej. 

- Powiedz jej, żeby koniecznie do mnie zadzwoniła. 

Mam dla niej dobre wiadomości. 

Izzy zapisała sobie to w kalendarzu. Rankiem jednak 

okazało się, że sypialnia Jemimy jest pusta. 

- Opóźniony lot? - spytała Pepper. 

Zapewne tak, pomyślała Izzy, choć czuła się dziwnie 

zaniepokojona. Kiedy jednak minął prawie cały dzień, 

a od siostry nie było żadnej wiadomości, sprawdziła w In­

ternecie, że samolot wylądował o czasie. 

Zadzwoniła do Jemimy na komórkę. Była wyłączona. 

Zadzwoniła do agencji, ale tam również niczego się nie 

dowiedziała. Zdenerwowana rzuciła słuchawkę na widełki. 

- Co się tu dzieje? - spytała, targana sprzecznymi 

uczuciami. 

Pepper odłożyła portfolio, które właśnie przeglądała, 

i spojrzała na przyjaciółkę. 

- Jakieś kłopoty? 

background image

54 

SOPHIE WESTON 

- Jemima wyjechała z Brazylii. W agencji powiedzia­

no mi, że jest w Wielkiej Brytanii, ale nikt nie chce mi 

powiedzieć, gdzie. 

- I co? 

- To nie w jej stylu. Nawet jeśli od razu jedzie do innej 

pracy, dzwoni. A przed wyjazdem była jakaś zdenerwowana. 

- Bardzo się o nią troszczysz. 

- Syndrom starszej siostry. 

- Nie gniewaj się, Izzy, ale Jemima to dorosła kobieta. 

Nie musi z nami uzgadniać, jeśli chce dokądś pojechać. 

Może poznała jakiegoś wspaniałego faceta i poszła z nim 

na randkę. - Uśmiechnęła się. 

- Może. 

Izzy zamknęła oczy. Och, Jemima, gdzie jesteś? Przy­

darzyło się coś złego, czuję to. 

- Nie rozumiesz mnie, Pepper. 

- Czego tu można nie rozumieć? Daj jej czas, a zoba­

czysz, że wkrótce się odezwie. 

- Nie znasz jej tak dobrze jak ja - Izzy nie przestawała 

się martwić. - To nie w jej stylu. 

- Sukces zmienia ludzi. 

- Nie aż tak - upierała się Izzy. 

Pepper poklepała ją po ramieniu. 

- Jesteś dobrą siostrą, Izzy. Czy dla dalszych kuzynów 

jesteś równie dobra? Mnie przydałby się ktoś, kto ufałby 

mi tak bezgranicznie, niezależnie od tego, jak postępuję. 

Izzy uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

- Masz to u mnie jak w banku. 

- Widzę, że naprawdę bardzo się przejmujesz. 

- Widziałam, że coś jest z nią nie tak. Nie miałyśmy 

czasu o tym porozmawiać, ale po prostu widziałam. Były­

śmy takie zajęte. Och, powinnam była znaleźć dla niej czas. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

55 

- Rozumiem. Masz złe przeczucia. W takim razie do­

wiemy się, gdzie teraz jest, i porozmawiasz z nią. 

- Tylko jak? 

- Zadzwonię do kilku osób. Wiesz, że mam w tej bran­

ży trochę znajomości. Na pewno dowiem się, gdzie ukry­

wa się twoja siostra. 

Pepper nie przeceniła swoich możliwości. Mniej więcej 

po trzech godzinach podała Izzy kartkę z adresem eksklu­

zywnego hotelu w Londynie. 

- Chyba miałaś rację - przyznała zawstydzona. 

Izzy spojrzała na kartkę. 

- Zatrzymała się w hotelu? Ale dlaczego? Nie rozu­

miem. Dlaczego milczy? 

- Cóż, nie jest tam sama. 

- No to co? Kto ja jestem? Jakaś wiktoriańska guwer-

nantka? Nie obchodzi mnie, z Mm jest. Chcę się tylko 

upewnić, czy wszystko w porządku. 

Pepper zrobiła głęboki wdech. 

- Zgodnie z moimi informacjami przybyła do hotelu 

skryta za ciemnymi okularami i do tej pory nie opuściła 

swojego pokoju. Ponadto zameldowała się pod fałszywym 

nazwiskiem. 

- Co? 

- Wygląda na to, że jest na życiowym zakręcie - po­

­iedziała miękko Pepper. - Chyba wstydzi się swojego 

postępowania i dlatego nie zadzwoniła. 

Zrobiła Izzy filiżankę kawy, a potem wróciła do pracy. 

Izzy, popijając kawę, starała się dojść do siebie po tym, 

co usłyszała. Zachowanie siostry było dla niej zupełnie 

niezrozumiałe. Uznała, że na razie nic z tym nie może 

zrobić, więc także wróciła do przerwanej pracy. 

Wiedziała, że gdyby Jemima potrzebowała jej pomocy, 

background image

56 SOPHIE WESTON 

zadzwoniłaby. Skoro tego nie zrobiła, to znaczy, że chciała 

sama uporać się ze swoimi problemami. 

Mimo to nie przestawała się martwić. 

W nocy miała trudności z zaśnięciem, a dodatkowo na­

chodziły ją wspomnienia z szalonego przyjęcia i myśli 

typu: „co by było, gdyby". Nadal nie mogła sobie przy­

pomnieć, jak wyglądał jej towarzysz, za to doskonale pa­

miętała jego siłę, śmiech i niezwykły, wzbudzający w niej 

dziwne doznania głos. 

- Gdyby tylko... - westchnęła w ciemności; 

Usiadła na łóżku, obejmując się za kolana: Pepper miała 

swojego Stevena, Jemima zapewne jakiegoś bogatego księ­

cia, który płacił za jej hotel, ona zaś musiała sama o siebie 

zadbać. Przez krótką chwilę zapragnęła wesprzeć się na czy­

imś silnym ramieniu i zawierzyć mu swoje troski. 

Nie przyznałaby się do swojej słabości nikomu na świe­

cie. Gdyby nie to, że była piąta rano, nie przyznałaby się 

do tego nawet przed sobą. Jednak w tej chwili miała tak 

silną potrzebę należenia do kogoś, zaufania komuś, że 

omal się nie rozpłakała. 

- A niech to - mruknęła, zła na siebie za tę chwilę 

słabości. 

Musi wziąć się w garść. Nie pozwoli, żeby jakieś ro­

mantyczne mrzonki zupełnie pozbawiły ją zdrowego roz­

sądku. Musi przestać marzyć o rycerzu na białym koniu, 

który po nią przyjedzie, a zamiast tego dojść ze sobą do 

ładu i zająć się ratowaniem siostry. Nawet jeśli oznacza­

łoby to wtargnięcie, do jej miłosnego gniazdka. 

Kiedy podjęła już decyzję, odetchnęła z ulgą i natych­

miast zapadła w sen. 

Jak się okazało, wprowadzenie tego zamiaru w czyn nie 

było wcale takie łatwe. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

57 

W hotelu zaprzeczyli, jakoby gościli w nim Jemimę 

Dare. Izzy była bezsilna. Dlaczego tylko ona dopatrywała 

się tutaj jakiegoś niebezpieczeństwa? Wszyscy inni sądzili, 

że wszystko jest w porządku. 

Stojący przed drzwiami hotelowy boy patrzył na nią 

podejrzliwie. Ona jednak nie mogła zdecydować się na 

powrót do domu. 

Po raz kolejny spróbowała zadzwonić na telefon ko­

mórkowy Jemimy. Niestety, nadal był wyłączony. Coś mó­

wiło jej, że siostra ma poważne kłopoty. 

A może się myli? Może Jemima nie chce dzielić się 

z nią wszystkim tak, jak dawniej? Może chce żyć na włas-

ny rachunek? Oby tak było. Oby jej obawy okazały się 

bezpodstawne. 

- Muszę się napić wody - powiedziała na głos. 

Kupiła butelkę w pobliskim sklepiku i poszła do parku. 

Dzieci bawiły się na trawie. Zakochane pary wygrzewały 

się w słońcu albo spacerowały po alejkach. Psy biegały. 

Nawet zapracowani biznesmeni zwalniali na chwilę, aby 

spojrzeć na kolorowe drzewa. Tylko Izzy była nieszczęś-

liwa. 

Czy robi z siebie idiotkę? Czy Jemima rzeczywiście aż 

tak się zmieniła, że nie chce rozmawiać z własną siostrą? 

Ta myśl sprawiała jej ból, ale była zupełnie prawdopodob-

na. Pepper tak myślała. Nawet rodzice nie martwili się tak, 

jak ona. 

Ona jednak wiedziała swoje. Kochała Jemimę od dnia, 

w którym się urodziła, i znała ją lepiej niż ona sama. 

Może jestem głupia, ale wchodzę tam. 

Nie było to łatwe. Hotel bardzo dbał o intymność swo­

ich klientów. Był niewielki i personel znał wszystkich 

aktualnych mieszkańców. Zwłaszcza że większość z nich 

background image

58 

SOPHIE WESTON 

to były osoby bardzo popularne. Jednak Izzy pokonywała 

już nie takie przeciwności. 

Określ swoje atuty i wykorzystaj je, powtarzała niczym 

mantrę. 

Wiedziała, że może pomóc siostrze, i tylko to się liczyło. 

Jej atuty... Cóż, była wysoka, mocno zbudowana. Mia­

ła uśmiech, któremu mało kto potrafił się oprzeć. Do tego 

dochodziły bujne rude włosy i długie nogi. No właśnie. 

Włosy! Takie same jak Jemimy! 

Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. 

Potrafiła naśladować sposób poruszania się siostry. Po­

trafiła też umalować się tak jak ona. Nie na darmo miesz­

kały razem przez te wszystkie lata. 

Efekt przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Recepcjo­

nista nie powinien mieć wątpliwości, że to Jemima wraca 

do swojego pokoju. 

Po kwadransie stała przed hotelem w pełnej gotowości. 

Makijaż zrobiła w toalecie kawiarni, podobnie jak fryzurę. 

Po raz ostatni spróbowała dodzwonić się do siostry, ale 

bez skutku. Nie miała wyboru. 

- Okay - powiedziała do siebie, prostując ramiona. 

- Zaczynamy. 

Zsunęła ramiączka bawełnianego topu, żeby jeszcze 

bardziej upodobnić się do siostry, której firmowym zna­

kiem była dziewczęca niewinność zaprawiona nutką ero­

tyzmu. Zrobiła odpowiednia minę i zdecydowanym kro­

kiem wkroczyła do hotelowego holu. 

Poszło łatwiej, niż się spodziewała. Recepcjonista był 

pochłonięty rozmową z jakąś parą i niemal nie zwrócił na 

nią uwagi. Portier przywitał ją słowami: „Dzień dobry, 

panno Blane", co oznaczało, że Jemima zameldowała się 

pod nazwiskiem swojego menedżera, Basila Blane'a. Izzy 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

59 

nie lubiła go i miała wrażenie, że siostra również nie pała 

do niego sympatią. 

Po chwili znalazła się przed drzwiami apartamentu na 

drugim piętrze. Zapukała. 

Cisza. Z pokoju nie dochodził żaden głos. Serce Izzy 

zaczęło bić w przyspieszonym tempie. Zapukała ponow­

nie, tym razem ich tajnym szyfrem, którego używały je­

szcze w dzieciństwie. Nadal brak odpowiedzi. Intensyw­

nie myślała. Użyć wejścia dla personelu? Drogi ewaku­

acyjnej? W tym momencie rozległ się dźwięk, jakby ktoś 

przewrócił się przez jakiś mebel i drzwi zostały szeroko 

otwarte. 

- Izzy? Izzy? 

Jemima w niczym nie przypominała modelki z pierw­

szych stron gazet. Miała zapadnięte policzki i obłęd 

w oczach. Ciężko dyszała, a jej ręce drżały. 

- Mój Boże, coś ty ze sobą zrobiła? - Izzy nie mogła 

powstrzymać okrzyku przerażenia. Nie myliła się. Sytu­

acja naprawdę wyglądała poważnie. Weszła do środka. 

- Jay Jay... 

Jemima rzuciła się siostrze w objęcia. 

- Bogu dzięki, że mnie odnalazłaś, Izzy. Musisz mi 

pomóc! Odchodzę od zmysłów! 

Minęło dobrych dziesięć minut, zanim Izzy zorientowała 

się w sytuacji. Było jeszcze gorzej, niż się spodziewała 

- Wynosimy się stąd. Natychmiast - powiedziała twar-

do do siostry. 

Jednak Jemima usiadła w kącie pokoju i nie chciała 

ruszyć się z miejsca. Łkała, zaklinając się, że nie może 

stąd wyjść. Basil na pewno ją odnajdzie. 

- I co z tego? - Izzy chciała, aby tak się stało. Nikt nie 

mógł bezkarnie krzywdzić jej siostry. 

background image

60 SOPHIE WESTON 

Jemima zakryła usta dłonią. 

- Podpisałam kontrakt. Jestem jego własnością. Ludzie 

z Belindy wsadzą mnie do więzienia. Nigdy więcej nie 

znajdę pracy - Jemima była na skraju histerii. 

Rozmowa z nią nie miała w tej chwili większego sensu. 

Izzy zrobiła to, co zwykła czynić w takich sytuacjach. 

Zaczęła do niej łagodnie przemawiać, a nawet lekko ją 

rozśmieszyła. 

- Pamiętasz swój pierwszy dzień w przedszkolu? 

- Pamiętam. Ale Basil to nie to samo. Życie to dżungla, 

nie poradzę sobie bez pomocy Basila. 

- To on chce, żebyś tak myślała - powiedziała Izzy 

zimno. - Nie potrzebujesz nikogo, żeby prowadził cię za 

rączkę. 

Ale Jemima tylko mocniej zaczęła się trząść. 

Izzy wyjęła telefon i zadzwoniła do Stevena. 

- Na pewno znasz jakichś dyskretnych lekarzy. Moja 

siostra siedzi w pokoju hotelowym i boi się z niego wyjść. 

- Co wzięła? - spytał rzeczowo Steven. 

- Wzięła? Jemima nie bierze prochów ani narkotyków. 

Nigdy nie brała. 

Jednak kiedy to mówiła, spojrzała na siostrę i rozsypa­

ne puzzle ułożyły się w jedną całość. 

- Zadzwonię do ciebie później. 

Usiadła na podłodze przed siostrą. 

- Powiedz mi prawdę. Zmuszał cię do przyjmowania 

jakichś środków? 

- Zaczęłam tyć. Basil powiedział, że kamera wyłapie 

każdy dodatkowy kilogram. 

A więc dlatego jej siostra wyglądała jak szkielet. 

- Co ci dawał? Tabletki? Zastrzyki? 

- Tabletki. Czuję się po nich okropnie. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

61 

- Widzę. Musimy natychmiast pójść do lekarza. 

Z ogromnym trudem wyciągnęła siostrę z pokoju i za­

wiozła do lekarza, którego adres dostały od Stevena. 

- Och, Izzy, jesteś taka silna. Co ja bym bez ciebie 

zrobiła? 

Izzy chrząknęła, przypominając sobie, jak niemal roz­

topiła się w ramionach nieznajomego. 

- Zobaczysz, że staniesz na własnych nogach. Pamię­

taj, że ty i ja możemy zrobić wszystko, czego tylko zaprag­

niemy. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Dom, jesteś niemożliwy! 

Dominik wystawił na chwilę głowę spod starego dżipa, 

po czym z powrotem ją schował. 

- Przykro mi, Abby. 

- Wcale ci nie przykro. Nawet o tym nie pomyślałeś. 

Proszę tylko o pół dnia. Tyle chyba możesz poświęcić? 

- Dlaczego miałbym to zrobić? 

- Bo to doskonała reklama. I ponieważ Molly zadała 

sobie dużo trudu, żeby to wszystko zorganizować. 

- Doskonale wie, z kim chciałbym się spotkać. 

- Ale przecież obiecałeś. 

Dominik powiedział coś niezbyt grzecznego, czego jed­

nak nie zrozumiała. Nie poprosiła, żeby powtórzył. 

- Wielu ludzi stara się zdobyć fundusze. Musisz się 

spośród nich wyróżnić, inaczej nic z twojej wyprawy nie 

wyjdzie. 

Dominik wysunął się spod samochodu i popatrzył na 

siostrę. 

- Znów chcesz zrobić ze mnie cyrkowego pajaca. 

- Powiedziałeś, że pójdziesz tam, jeśli C&C pojawi się 

z kobietą. Chcesz się teraz wycofać? 

Zmierzyli się wzrokiem. Dominik nie wytrzymał. 

- Nie cierpię kobiet, które się rządzą. 

- Nie cierpisz żadnej kobiety, która ośmiela się mieć 

własne zdanie. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

63 

- To nieprawda. 

- Zresztą, Jemima Dare nie lubi się rządzić. Jest... 

Pomyślała o określeniach, których użyła Molly. Ka­

pryśna, egocentryczna, zmienna. Nie, może nie będzie 

tego cytować Domowi. 

- Jest przerażona tym, że ma skoczyć z bungee. - Mo­

że jeśli uderzy do zmysłu opiekuńczego Dorna, uda jej się 

namówić go na to przedsięwzięcie. - Potrzebuje twojej 

pomocy. 

- Już widzę te nagłówki: „Dominik Templeton-Burke 

w roli niańki". 

Abby zaczęła tracić cierpliwość. 

- Ta dziewczyna jest wspaniała. I jest na topie. Obej­

mij ją. Wyglądaj jak macho. Będziesz miał doskonałe 

fotografie i nagłówki. 

- Macho? - Dominik sprawiał wrażenie obrażonego. 

- Daj spokój, Dom. Wiesz, o co mi chodzi. Mnóstwo 

mięśni, kilkudniowy zarost i pewna siebie mina. I postaraj 

się wyglądać szlachetnie. 

Dom zrobił minę, po czym roześmiał się. 

- Dobrze. Uratuję tego twojego ptaka; 

Siostra popatrzyła na niego podejrzliwie. 

- Masz wyglądać bardzo męsko i profesjonalnie. Żad­

nych trików, dowcipów. Masz sprawiać wrażenie mężczy­

zny, który jest w stanie uratować kobietę z każdej opresji. 

Mężczyzna marzeń. Prawdziwy bohater. 

- Rozumiem. Święty Jerzy dwudziestego pierwszego 

wieku. 

- Tylko żadnej zbroi ani miecza. 

- Nie masz za grosz poczucia humoru. Myślałem, że 

właśnie chodzi o to, aby udawać. 

Abby westchnęła. Niełatwo było wyczuć, co naprawdę 

background image

64 

SOPHIE WESTON 

myśli jej brat. Potrafił w trakcie rozmowy zamknąć się 

w sobie. Nawet Abby, z którą był blisko jak z nikim in­

nym, nie śmiała pytać go o pewne sprawy. Wielu ludzi 

w końcu zrażało się do niego, ale nie ona. Ona go kochała. 

- Oboje będziecie udawali, Dom - powiedziała bardzo 

miękko. 

- Tak jak Kelly, która chciała wzbudzić zazdrość star­

szego brata? - spytał twardo. 

- Dom, nie wszystkie kobiety są fałszywe. Wierz mi. 

Jego twarz była jak kamienna maska. 

- Na przykład ja nie jestem taka jak Kelly. Nie mogła­

bym udawać, że kogoś kocham, żeby użyć go w celu 

zdobycia innego faceta. 

- Ale ty jesteś wyjątkowa. Zawsze starasz się dostrzec 

w ludziach dobro. Uważam, że jesteś ostatnią uczciwą 

kobietą w Londynie. 

- Ale... 

- Powiedziałem, co o tym myślę. Nie dam umówić się 

z jakąś paniusią od mody. Nawet na długi weekend. 

- Nie miałam zamiaru... 

- Ależ miałaś - przerwał jej cicho. - Nie ma sprawy. 

To było dawno temu i mam to już za sobą. Co więcej, była 

to dla mnie bardzo cenna lekcja. 

- Mianowicie? - Abby zrobiła się ostrożna. 

- Nigdy nie ufaj kobiecie. One mają swoje cele i lo­

jalność nie jest ich najmocniejszą stroną. 

- Och, Dom! - serce Abby omal nie pękło. 

- Nie martw się tym tak bardzo - uśmiechnął się. - Po­

trafię z tym żyć. Jest wiele wspaniałych kobiet, które wca­

le nie oczekują, że im zaufam. 

- Jemima Dare na pewno do nich nie należy. 

- Dlaczego tak myślisz? 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

65 

Na jego twarzy pojawił się tak dobrze jej znany prze­

wrotny, krzywy uśmieszek. 

- Nie musisz się przed nią zbytnio popisywać. Już się 

poznaliście. 

- Tak? - Dom zmarszczył brwi. 

- Byliście razem na jakimś balu zorganizowanym na 

cele charytatywne, a poza tym spotkaliście się ostatnio na 

przyjęciu wydanym z okazji otwarcia „Prosto z Pod­

dasza". Macie nawet kilka wspólnych zdjęć: 

- Powiedz mi jeszcze raz, jak się nazywa? 

- Jemima Dare. Twarz Belindy. Musisz ją kojarzyć. Jej 

twarz jest na plakatach od Hyde Parku do Heathrow. 

- Nie przypominam sobie... - Nagle pstryknął palca­

mi. - Już wiem. Szczupła, rudowłosa, zbyt mocno umalo­

wana. Cały czas potykała się na wysokich obcasach. 

- I? 

- I co? - spytał niewinnie. 

- Podobała ci się? 

Wzruszył ramionami. 

- Miły dzieciak. 

- Nic więcej? Żadnej chemii? - Abby nie wiedziała, 

czy czuć ulgę, czy raczej rozczarowanie. 

Na samą myśl Dominik roześmiał się szczerze: 

- Ale pójdziesz jutro skoczyć z bungee? - naciskała 

go, przyglądając mu się z uwagą. 

- Pójdę. I będę się doskonale bawił. 

Abby wierzyła mu, co wcale nie poprawiło jej humoru. 

Pepper była wściekła. 

- Chcesz udawać, że jesteś Jemima? Daj spokój, Izzy, 

jak długo twoim zdaniem uda ci się oszukiwać ludzi? 

- Tyle, ile trzeba. 

background image

66 SOPHIE WESTON 

- I myślisz, że nikt się nie zorientuje? Fotografowie 

potrafią zauważyć, jak modelka przytyje pół kilograma. 

- Nie idę na sesję fotograficzną, tylko mam siedzieć 

w pokoju i odbierać telefony od Basila. Wiesz, że głosy 

mamy bardzo podobne. 

- Nie ma nic na dzisiaj zaplanowane? 

- Jutro powinna skoczyć z bungee na jakiś charytatyw­

ny cel. Dam sobie z tym radę. Potem, kiedy będzie już 

bezpieczna w klinice, nie będzie miało znaczenia, czy 

Basil ją odnajdzie, czy nie. 

- Jesteś naprawdę szalona. - Westchnęła. - Chyba nie 

mogę kazać ci wrócić do pracy. Ale mam nadzieję, że 

w poniedziałek będziesz do mojej dyspozycji. Nasz sklep 

potrzebuje cię. 

- Okay, szefie. 

Większość dnia spędziła, studiując portfolio Jemimy 

i jej makijaże. Z pewnym trudem wybrała z szafy siostry 

ubrania, które nadawały się na jutrzejszą imprezę. 

Jednak kiedy spojrzała na nie rano, nabrała wątpliwo­

ści. Skórzane spodnie były nieco za ciasne, a przezroczy­

sty top zbyt głęboko wycięty. Miała jednak nadzieję, że 

ludzie skoncentrują się na jej ubraniu i nie zauważą, jak 

bardzo różni się od siostry. 

- Postanowione - powiedziała do siebie i poszła umyć 

włosy szamponem siostry. Potem zaczęła pieczołowi­

cie nakręcać je na grube wałki, aż ręce mdlały jej z wy­

siłku. 

- Cholerne modelki. Cholerne włosy - mruknęła pod 

nosem. 

Jednak jej zabiegi przyniosły w końcu zamierzony 

efekt. Kiedy spojrzała na swoje odbicie w lustrze, ujrzała 

w nim Jay Jay. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

67 

- Istne szaleństwo. - Jedyna własna rzecz, jaką miała 

na sobie, to bielizna. Jednak efekt wart był jej wysiłku. 

- Jemima Dare Numer II pojawia się na scenie. Goto­

wa do działania - oznajmiła. 

Mimo to nie mogła się doczekać chwili, kiedy będzie 

już po wszystkim. Jak Jemima znosiła takie nudne życie? 

Całe godziny spędzane przed lustrem i kilka chwil na 

wybiegu. Koszmar. 

Cóż, przynajmniej skok z bungee nie będzie nudny. 

Mimo to, kiedy stawiła się na umówione spotkanie z czło­

wiekiem z C&C, nie mogła powstrzymać zdenerwowania. 

- Boisz się? - spytał troskliwie Josh, otwierając przed 

nią drzwi samochodu. 

Wzruszyła ramionami. Czy Jemima by się bała? Za­

pewne tak. Nie lubiła dużych wysokości. Izzy natomiast 

uwielbiała skoki spadochronowe. 

- Dam sobie radę - odparła, starając się przybrać ton 

głosu Jemimy. 

Josh zdawał się niczego nie zauważać. Nie starał się też 

nawiązać z nią rozmowy, co było jej na rękę. Uśmiechnęła 

się do niego czarująco, zastanawiając się, co na jej miejscu 

powiedziałaby Jemima. 

- To pierwszy raz, 

- Przynajmniej nie będziesz skakać sama. 

- To prawda. 

Samochód zajechał na miejsce. Na placu przed 

mostem zebrało się kilku gapiów, tłum fanów Jemimy i ja­

kiś tuzin fotografów. W pewnym oddaleniu od całej grupy 

stał on. 

Ramiona skrzyżował na szerokiej piersi i przyglądał się 

zebranym z ironicznym uśmiechem na ustach. Na jego 

widok Izzy odczuła nagłe zdenerwowanie. 

background image

68 

SOPHIE WESTON 

- Kto to jest? - spytała swoim głosem, zapominając 

z wrażenia o tym, że ma udawać siostrę. - Ten mężczyzna, 

który stoi pod tamtą ścianą. 

- Ach, to Dominik Templeton-Burke. - Josh uśmiech­

nął się. - To z nim jesteś umówiona na randkę. 

Nie wierzę własnym oczom. Jak zdołam udawać Jemi-

mę w tych warunkach i to przed obiektywami? 

- Randka? 

- Po ostatnich... nieporozumieniach w Culp & Chri-

stopher doszli do wniosku, że przydałaby ci się jakaś 

asekuracja. 

Izzy popatrzyła na niego przenikliwym wzrokiem. 

- To bardzo miło z ich strony. A teraz powiedz mi 

prawdę. 

- To jest prawda. 

- Nie wierzę ci. 

Nie było jednak czasu na rozmowy. Samochód za­

trzymał się tuż przed nieznajomym. Izzy miała wrażenie, 

że swoim przeszywającym, inteligentnym wzrokiem czy­

tał w jej myślach. 

Od razu pozna, że nie jestem Jemima, pomyślała spło­

szona. Powie im, 

- Nikt nie mówił mi o tym, że mam skakać z kimś. 

Dlaczego, do diabła... Kim on właściwie jest? 

- Dominik Templeton-Burke - powtórzył wyraźnie 

Josh, jakby zwracał się do dziecka. 

- To nazwisko nic mi nie mówi. 

- Tak? A ja myślałem, że jesteście w wielkiej przy­

jaźni. To znany podróżnik. 

Całe szczęście, że zajęty parkowaniem samochodu Josh 

nie patrzył na nią. Jemima zapewne nigdy nie pozwoliłaby 

sobie siedzieć z rozdziawioną ze zdumienia buzią. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

69 

Świetnie. Randka w ciemno, w dodatku z mężczyzną, 

którego Jemima zna. Pytanie tylko, jak dobrze. 

Jego nazwisko nic Izzy nie powiedziało. Nie przypo­

minała sobie, aby siostra cokolwiek wspominała o jakimś 

podróżniku. To mogło oznaczać jedno z dwojga: albo zna­

ła go tylko przelotnie, albo wręcz przeciwnie, tak dobrze, 

że nie chciała o nim mówić w rodzinnym gronie. 

Boże, powinnam domyśleć się, że to wszystko układa 

się zbyt pięknie. Nic w życiu nie jest takie proste. 

Josh wysiadł z samochodu. Izzy popatrzyła przez szybę 

na nieznajomego. 

Wyglądał, jakby wyszedł prosto z jakiegoś koszmarne­

go snu. Nie żeby nie był przystojny, wręcz przeciwnie. 

Miał ciemne, potargane włosy, wystające kości policzko­

we i mocno zarysowane usta. Bez wątpienia był też se­

ksowny. Mogła sobie wyobrazić, że Jemimie spodobałby 

się taki mężczyzna jak on. 

Jednak zdecydowanie nie był w jej typie. Był uosobie­

niem tego, od czego skóra cierpła jej ze strachu. Wysia­

dając z samochodu, poczuła, że ogarnia ją panika. 

- Wszystko w porządku? - Nawet Josh zauważył, że 

coś się z nią dzieje. 

Nie. Jestem śmiertelnie przerażona. I to nie dlatego, że 

mam skakać z jakiejś idiotycznej liny. 

- Tak. Tylko nagle uzmysłowiłam sobie, że to tak... 

wysoko. 

- W takim razie dobrze się składa, że masz Dominika, 

który będzie cię trzymał za rękę. 

- Jak to? 

- Będzie z tobą skakał. O to chodzi, żebyś miała eskor­

tę od samej góry, aż do wylądowania. 

- Och - powiedziała słabo Izzy. 

background image

70 

SOPHIE WESTON 

Dominik Templeton-Burke oderwał się od ściany i ru­

szył w ich kierunku. Izzy patrzyła na jego swobodne, pew­

ne kroki i serce omal przestało jej bić. To było gorsze niż 

koszmar senny. Widać było, że ma do czynienia z męż­

czyzną, który wszystkich, a zwłaszcza kobiety, traktuje 

jak istoty niższego rzędu. Z kimś takim absolutnie nie 

potrafiła walczyć. 

- Nie mam mowy, żebym z nim skoczyła - powiedzia­

ła twardo. 

- Ale przecież jesteście przyjaciółmi - Josh lekko się 

zaniepokoił. 

Izzy popatrzyła na zbliżające się w ich stronę zwierzę. 

- Bardzo wątpię. 

Ten człowiek mógł być kochankiem Jemimy, ale nie jej 

przyjacielem. Nie wątpiła, że siostra mogła nawet zako­

chać się w takim królu wszechświata. Na pewno jednak 

nie darzyła go przyjaźnią. 

Nie miała dużo czasu na roztrząsanie tej kwestii. Zawsze 

powtarzała Jemimie, że sama jest kowalem własnego losu. 

Teraz miała okazję przetestować w praktyce tę zasadę. 

Popatrzyła ponad ramieniem Josha prosto w kierunku, 

w którym za lustrzanymi okularami powinny znajdować 

się oczy Dominika Templetona-Burke'a. 

- Molly powiedziała mi, że zaproszono go tu, abyś 

poczuła się pewniej. Żebyś się nie denerwowała. 

- Dlaczego jest ubrany jak Rambo? - spytała, uznając, 

że atak jest najlepszą formą obrony. 

Oczywiście mężczyzna z nocnego koszmaru był na tyle 

blisko, że usłyszał jej pytanie. W jednej chwili sposób jego 

zachowania diametralnie się zmienił. Zatrzymał się, a 

szkła jego okularów zogniskowały się na jej oczach jak 

wiązki lasera. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 71 

- Kto to wie? - powiedział cicho Josh. - Nikt nie jest 

w stanie przewidzieć, co zrobi Dominik. 

- Doprawdy? - Izzy ponownie wcieliła się w rolę su-

permodelki, której nic nie jest w stanie zaskoczyć. Zmru­

żyła oczy. - W takim razie jest nas dwoje. 

Wyszła z limuzyny niczym królowa. 

- Nie sprzeciwiaj się mu - ostrzegł ją Josh. - Nie 

wiesz, ile się napracowaliśmy, żeby go tu ściągnąć. Jak 

coś mu się nie spodoba, pójdzie sobie. Nie przejmuje się 

tym, co powiedzą ludzie. 

W to akurat nie wątpiła. Mężczyzna stał przed nią ze 

skrzyżowanymi na piersiach ramionami, przyglądając się 

z zainteresowaniem temu, co jej top ledwo przykrywał. 

Seksistowska świnia, pomyślała, mając ochotę natych­

miast go uderzyć. 

Nie zrobiła tego. Uniosła podbródek jeszcze wyżej 

i spojrzała prosto w lustrzane okulary. 

Stał nieruchomo jak skała. 

Boże, zaraz się zacznie, pomyślała. 

Miała dziwne wrażenie, że stojący naprzeciw niej męż­

czyzna jest w szoku. Przełknęła ślinę, biorąc się w garść. 

W tej chwili stojąca jak skała postać znów przemieniła 

się w człowieka. 

- Zmieniłaś zdanie? - spytał na powitanie. 

Izzy nie wierzyła własnym uszom. Żadnego: „Kim jest 

ta kobieta?". Ani: „Gdzie jest Jemima?". Miała wrażenie, 

że dobrze się bawił. Tylko dlaczego brzmienie jego głosu 

wzbudziło w niej dziwny niepokój? 

- Jeśli pytasz, czy opuściła mnie odwaga, to nie. 

W jednej chwili pożałowała swoich słów. Przecież jako 

modelka miała prawo do odczuwania słabości. Josh i ten 

tygrys na pewno tego od niej oczekiwali. 

background image

72 

SOPHIE WESTON 

- Nie? 

Dominik ostentacyjnie popatrzył na zegarek. Duży, z wie­

loma gadżetami, błyszczący w słońcu. Ale to nie na zegarek 

patrzyła Izzy. Patrzyła na jego przedramię. Silne, opalone, 

muskularne. Przełknęła ślinę. Nie każdy silny mężczyzna 

jest brutalem. Nie można generalizować, osądzać wszyst­

kich na podstawie jednego złego doświadczenia. 

- Nie. Nigdy nie tracę panowania nad sobą. 

- Wierzę ci. 

- Nigdy - powtórzyła. 

- W takim razie chodźmy się zważyć i skończmy to 

przedstawienie. 

- Zważyć? 

- To konieczne. W zależności od wagi ustala się dłu­

gość liny. 

- Nikt mi nie powiedział, że będę musiała się zważyć. 

- To nie boli. 

- Ale... 

- Nic się nie martw. Nie mogą nikomu zdradzić, ile 

ważysz. To jest nawet zapisane w umowie - wyjaśnił Josh. 

Dominik wybuchnął śmiechem. Izzy z każdą minutą 

coraz mniej go lubiła. I to nie tylko dlatego, że się ubrał 

jak Rambo. 

- Nie ma się co śmiać. Staram się nie zapominać, że 

jestem w pracy. 

Wzruszył ramionami. 

- Czy twoja waga to zawodowy sekret? 

Odrzuciła do tyłu pachnące szamponem Jemimy włosy 

i uśmiechnęła się kusząco do Dominika. 

- Żadna kobieta nie lubi, kiedy podaje się jej wagę do 

publicznej wiadomości. 

- Idziemy czy nie? 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

73 

Gdyby to ode mnie zależało, nie. Najchętniej uciekła­

bym od twoich skrytych za szkłami oczu, muskularnych 

ramion i... 

Nie mogła tego zrobić. Zbyt wiele zależało od jej za­

chowania. Musiała myśleć o Jemimie, a nie swojej dumie. 

Nie miała wyboru. 

- Naturalnie - odparła, zadzierając wysoko głowę. 

- W takim razie chodźmy. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Dominik nie mógł w to uwierzyć. To była ona. 

Jego dziewczyna w czerwieni. Odnalazł ją! A już za­

czynał wątpić w to, czy jego strategia odniesie pożądany 

skutek. Już myślał, że będzie musiał spytać o nią Molly 

di Peretti, a tu proszę, ma ją przed sobą. 

Zachowywała się, jakby nigdy przedtem go nie spotka­

ła. Jakby z nim nie tańczyła i nie tuliła się do niego na­

miętnie. 

Popatrz na mnie, powiedział do niej w duchu. Kiedy 

spojrzy mu w oczy, będzie musiała przestać udawać. Bę­

dzie musiała przyznać, że to on. 

Ona jednak nie patrzyła na niego, a raczej patrzyła, ale 

jakby go nie dostrzegała. 

O co tu chodzi? 

- Ja tu na was zaczekam, Jemima - usłyszeli za pleca­

mi głos Josha. 

Jemima? 

Jego dziewczyna nie była Jemimą Dare! Znał Jemimę. 

Tańczył z nią na jakimś balu w zimie. A raczej kołysał się 

z nią w rytm muzyki, gdyż z powodu zbyt wysokich ob­

casów nie była w stanie robić nic więcej. 

To nie była Jemima Dare. Chyba że... 

Ludzie się zmieniają... 

- Nie! - powiedział stanowczo. 

Nie słyszała go. Albo nie chciała usłyszeć. Szła w stro-

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

75 

nę biura, jakby zupełnie nie pamiętała tego, co się między 

nimi wydarzyło. 

A przecież musiała pamiętać. 

Widział, jak jest zdenerwowana. Posłała mu wyzywa­

jące spojrzenie i weszła na wagę. Nawet nie popatrzyła na 

liczbę, którą kobieta zapisała markerem na wierzchu jej 

dłoni. To przekonało go ostatecznie. Żadna modelka by 

tak nie postąpiła. Kimkolwiek była, nie była Jemima Dare. 

Instynkt go nie zawiódł. 

- Prowadzisz bardzo ciekawe życie - zagaił. 

- Co? - Kobieta niebędąca Jemimą Dare popatrzyła na 

niego nieprzytomnie. 

- Tyle wrażeń - ciągnął gładko. -I tyle okazji do na­

wiązywania przelotnych znajomości. 

Ku jego rozczarowaniu, nie podjęła wyzwania. 

- Nie mam na to czasu. Zresztą nigdy mnie to nie 

pociągało. To moja siostra, Izzy, celuje w złym zacho­

waniu. 

- Naprawdę? Trudno mi w to uwierzyć. 

- Dlaczego myślisz, że nawet gdybym to robiła, mia­

łabym ochotę z tobą o tym rozmawiać? 

- Powinnaś skoncentrować się na tym, co mówi instru­

ktorka - powiedział z satysfakcją. - Ta uprząż jest bardzo 

ważna. Może uratować ci życie. 

W odpowiedzi zamruczała coś tylko pod nosem. Do­

minik zdusił uśmiech, starając się ze wszystkich sił prze­

obrazić w pilnego ucznia. Nie było to łatwe, gdyż kobieta, 

która nie była Jemima, zbyt mocno go fascynowała, 

a ponadto doskonale znał zasady, o których mówiła ich 

instruktorka. 

Izzy natomiast zamiast skupić się na jej słowach, my­

ślała o Dominiku. Choć wyglądał jak hollywoodzki boha-

background image

76 

SOPHIE WESTON 

ter, wcale się tak nie zachowywał. Przyglądał się jej, jakby 

była jakimś obiektem pod mikroskopem. Pod jego wzro­

kiem czuła się nieswojo. 

- Nie gap się na mnie, tylko słuchaj, co do nas mówią 

- powiedziała ostro. - Inaczej nie dowiesz się, czym ry­

zykujesz. 

Jego brwi uniosły się, a w kącikach oczu pojawiły się 

zmarszczki. Śmiał się z niej. 

Izzy ostentacyjnie zwróciła się w stronę instruktorki. 

- Nie, nie miałam urazu kręgosłupa. Moje ciśnienie 

jest prawidłowe i nie choruję na serce ani na padaczkę. 

Nie, nie jestem w ciąży. 

Usłyszała obok jakiś dźwięk. Spojrzała na Dominika 

Templetona-Burke'a, który zdjął wreszcie okulary. Miał 

szarozielone oczy, które patrzyły na nią z rozbawieniem. 

- Nie bądź niemądra, Sally - powiedział, nie spuszczając 

wzroku z Izzy. - Modelki, które aktualnie są na topie, nie 

zachodzą w ciążę. To mogłoby zaszkodzić ich karierze. 

Izzy omal się nie zakrztusiła. Z trudem udało jej się 

zachować kamienną twarz. 

- Widzę, że wiele wiesz o modelkach. 

- To chyba wszyscy wiedzą? 

- Ale nic nie wiesz o mnie — powiedziała, nie zastana­

wiając się nad swoimi słowami. W tych okolicznościach 

nie były one chyba najwłaściwsze. 

- Niech zgadnę. Odkąd ostatni raz trzymałem cię w ra­

mionach, przeszłaś na buddyzm. I teraz interesują cię tylko 

sprawy dotyczące ducha. 

- Odkąd ostatni raz trzymałeś mnie w ramionach? -

powtórzyła osłupiała. 

- A więc zapomniałaś - powiedział pełnym dramaty­

zmu głosem. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

77 

Izzy poczuła, że robi jej się niedobrze. A więc on i Je­

mima musieli być kochankami. Jak sobie z tym poradzi? 

Jedynym pocieszeniem był fakt, że jak dotąd nie zauwa­

żył, iż nie jest Jemima. 

Trzymaj się tego, Izzy. 

- Zapominam wielu mężczyzn - powiedziała chłodno. 

Ich instruktorka parsknęła śmiechem. Najwyraźniej 

dobrze znała Dominika. Może sama była kiedyś jego ko­

chanką? 

- Punkt dla niej, Dom - powiedziała ze śmiechem. 

On też się roześmiał, choć gdy popatrzył na Izzy, do­

strzegła w jego oczach zamyślenie. 

- Czy to wszystko? - spytała, celowo go ignorując. 

- Jeszcze tylko podpis - kobieta podała jej formularz. 

- A potem założycie uprząż i jazda do góry. 

Izzy podpisała się, cały czas czując na sobie wzrok 

Dominika Templetona-Burke'a. Och, Boże, czyżby mię­

dzy nim a Jemima były jakieś niedokończone sprawy? 

Jakaś kłótnia? Patrzył na nią jak świadek zbrodni, który 

próbuje wskazać podejrzanego pośród innych. 

Co jeszcze może ją spotkać? 

Odrzuciła do tyłu włosy. Swoje niezwykłe, połyskujące 

w słońcu, miękkie jak jedwab włosy. Wiedziała, że ludzie 

je pamiętają. Były to włosy renesansowej piękności, które 

dzisiejszego dnia błyszczały w pełnym słońcu jak rozto­

piona miedz. Może jeśli uda jej się przykuć jego uwagę 

do włosów, nie zauważy, że jest zbyt wysoka, zbyt ciężka 

i mocno zbudowana, by być Jemima. 

- Jestem gotowa - powiedziała, czując jak włosy opa­

dają jej na nagie ramiona. 

Patrzył na jej włosy. 

Stanął tuż za nią, położył rękę na jej plecach, a drugą 

background image

78 

SOPHIE WESTON 

zebrał włosy w garść. Dobrze. Tak długo, jak długo patrzy 

na nią przez pryzmat pożądania, nie będzie robił żadnych 

porównań. 

Problem polegał na czym innym. Nie tylko on odczu­

wał pożądanie. Nieoczekiwanie zadrżała pod wpływem 

jego dotyku. 

Niech to diabli! 

- Proponuję, abyś je związała. Jeśli zaplączą się 

w uprząż, możesz mieć poważne kłopoty - powiedział 

zimnym głosem. 

Wyciągnęła włosy z jego ręki i odsunęła się. 

- Dziękuję - odparła lodowato. 

- Masz rację, Dom - gdzieś z zaświatów dobiegł ją 

głos Sally. - Dać pani elastyczny bandaż? 

Dom ponownie parsknął śmiechem. Dlaczego ten facet 

tak ją irytuje? Jak śmie zachowywać się wobec niej, a ra­

czej Jemimy, protekcjonalnie? Nie cierpiała go. 

- Dziękuję, ale poradzę sobie. 

Miała w torebce długą spinkę, którą nosiła na własny 

użytek. Wyjęła ją teraz i upięła włosy w ciasny węzeł. 

Dom nie spuszczał z niej wzroku. Wiedział, że na nią 

patrzy. Czuła na sobie jego spojrzenie. 

- Od dawna wspierasz akcje dobroczynne? 

- Co? 

- Zapewne nawet nie wiesz, po co dziś skaczesz, mam 

rację? 

Nie mogła zaprzeczyć. 

- Co się z tobą stało, Jemmy? - spytał nagle. 

Jemmy? Powiedział do niej Jemmy? 

Popatrzyła na niego, marszcząc brwi. 

- Nie przypominam sobie, żebyś była tak żądna sławy, 

skarbie - dotknął lekko jej policzka. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

79 

Zabrakło jej powietrza w płucach i przez chwilę pomy­

ślała, że się udusi. 

Kto z kim zerwał? Czy chce mnie zrzucić z tego mostu 

w odwecie za coś, o czym nie mam pojęcia? 

A jeśli coś źle zrozumiałam, a oni wcale ze sobą nie 

zerwali? 

Pomocy! 

- Nie patrz tak na mnie, skarbie. Wszystko będzie 

dobrze. Ty będziesz krzyczeć, ja bezpiecznie sprowadzę 

cię na ziemię, zrobią nam fotografię i po sprawie. 

- A potem umrę ze wstydu - dodała. - W razie czego 

zawsze mogę uciec. 

- Bardzo praktyczne rozwiązanie. 

Już chciała powiedzieć, że zawsze jest praktyczna, ale 

w porę ugryzła się w język. Jeśli znał Jemimę, wiedział, że 

w całej Anglii nie ma bardziej beztroskiej kobiety od niej. 

- Chodźmy skakać - powiedziała po prostu. 

Ponownie ich zważono, zapięto uprząż, a Dominik nie 

omieszkał fachowym okiem sprawdzić lin i wszystkich 

elementów uprzęży. A potem objął Izzy za ramiona. 

Wydała z siebie okrzyk zaskoczenia. 

Popatrzył na nią lekko zdziwiony. 

- Uspokój się - powiedział, widząc, jak jest spięta. 

- Jestem spokojna. Jestem spokojna - powtarzała 

z determinacją, starając się przekonać samą siebie, że to 

prawda. 

Dominik najwyraźniej był tym rozbawiony. 

- Podczas skoku będziesz musiała na mnie wisieć. 

Równie dobrze możesz zacząć teraz. 

- Co takiego? 

Popatrzył na nią, a w jego szarych oczach dostrzegła 

diabelskie błyski. 

background image

80 

SOPHIE WESTON 

- Na tym polega skakanie w parze. Nie wyjaśnili ci 

tego? 

- N-nie. 

- Ktoś najwyraźniej pokpił sprawę. Zawsze możemy 

zrezygnować. Chcesz zjechać na dół? 

Pomysł był niezwykle kuszący. Jednak Izzy wiedziała, 

czym to groziło. Już widziała jutrzejsze nagłówki w prasie: 

„Zaginiona modelka odbywa kurację w jednej z klinik". Je­

mima bardzo by się ucieszyła z takiego obrotu sprawy. 

Jeszcze tylko kilka godzin, przekonywała się w duchu. 

Dokończ to i po wszystkim. Będziesz wolną kobietą. 

- Nie. Dokończymy to, co zaczęliśmy - powiedziała 

twardo. 

- Grzeczna dziewczynka. 

Klatka, którą jechali do góry, zatrzymała się i wyszli na 

otwartą platformę. Czekający tam na nich ludzie zwracali 

się do niej uprzejmie, ale nieco lekceważąco. Z Domem 

rozmawiali jak z równym sobie. Miała wrażenie, że jest 

zbędnym bagażem. 

Objęła się ramionami. Choć świeciło słońce, czuła, 

że cała drży. I nie miało to nic wspólnego z wysoko­

ścią, na jakiej się znalazła, choć Tamiza w dole wygląda­

ła jak wstążka. Izzy drżała na myśl, że Dominik Temple-

ton-Burke ma ją objąć i razem runą w przepaść. 

Przysłuchiwała się, jak rozmawiał o kierunku wiatru 

i ciśnieniu atmosferycznym. Był wspaniały. Był niebez­

pieczny. Był jak koszmar ze snu. 

To przez niego drżała jak dziewczynka. 

Świetnie. Ma przed sobą jedynego mężczyznę na świe­

cie, przed którym powinna postępować jak profesjona­

listka, a ona nie wie, jak się wobec niego zachować. 

A w dodatku jest podejrzliwy. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 81 

Będzie musiała udawać, że chodzi tylko o niepokój 

przed skokiem i zakłopotanie. Może to kupi. A jak skoń­

czą, będzie musiała uciec od niego z prędkością światła. 

- Gotowa? 

Nie. 

Zacisnęła zęby tak mocno, że aż zabolały ją szczęki. 

- Tak. 

Rozłożył szeroko ręce. 

- W takim razie chodź w moje ramiona. 

- Tylko nie to - jęknęła z prawdziwym przerażeniem 

w oczach. 

- Nie czas teraz na to, by się na mnie boczyć, kochanie 

- powiedział, a jego oczy się śmiały. 

- Nie jestem twoim kochaniem - mruknęła. 

- Ależ jesteś. Przynajmniej na dziś. Ci faceci na dole 

czekają na nasz miłosny uścisk. 

Wiedziała, że ma rację. Fotografowie zapewne wyce­

lowali już obiektywy w niebo, czekając, aż się pojawią. 

Zebrała się w sobie i z niejakim trudem uśmiechnęła się. 

- Jesteś taki romantyczny - powiedziała z sarkazmem 

w głosie. 

Pomachała ludziom na ziemi i przytuliła się do niego. 

Ciepło bijące od niego niemal ją poraziło. Z ogromnym 

wysiłkiem woli skupiła się na ostatnich instrukcjach, ja­

kich jej udzielano. Kiwała głową, mając wrażenie, że 

wszystko przytrafia się komuś innemu, nie jej. 

- Chciałaś poezji? Chodź, stań na samej krawędzi. 

Poezja. Poezja? Ramiona, które ją obejmowały, były 

takie silne i ciepłe. 

- O czym ty mówisz? - spytała podejrzliwie. 

- Wiesz, o czym mówię. Musisz się tylko chwilę za­

stanowić. 

background image

82 

SOPHIE WESTON 

Boże, to było więcej niż sekretny język kochanków. Była 

tak przerażona, że omal nie spadła z platformy. W mimowol­

nym odruchu przylgnęła do niego całym ciałem. 

- Tylko jeden zwariowany dzień. 

- Dopiero się zaczął. 

- Na pomoc! - krzyknęła, na samą myśl o tym, że ma 

spędzić z nim choćby jeszcze jedną chwilę. Dominik źle 

zrozumiał jej krzyk. 

- Nie bój się, to tylko tak źle wygląda. Zaufaj mi, a nic 

ci się nie stanie. 

Nie miała wyboru. Co za idiotka ze mnie, pomyślała 

po raz setny tego dnia. Co za cholerna idiotka. 

- Nie mogę tego zrobić. 

Nawet nie próbowała ukryć, że jest przerażona. 

- Ale ja mogę. 

Jęknęła. 

- Sama się w to wpakowałaś. Mogę cię wyciągnąć, ale 

za odpowiednią cenę. 

- Za jaką? 

- Porozmawiamy o tym później. A teraz po prostu 

zamknij oczy i zaufaj mi. 

- Mam inny wybór? 

Potrząsnął ze śmiechem głową. 

- Chodź ze mną latać. Potem kupię ci hamburgera 

i porozmawiamy o poezji. 

Uznała, że będzie go nienawidzić do końca życia. I to 

bez żadnych problemów. Nie pokaże mu jednak, do jakie­

go stanu ją doprowadził. Nic z tego. 

Podniosła głowę, promiennie się uśmiechając. 

- Nie mogę się doczekać - powiedziała, planując, że 

jak tylko dotknie ziemi, ucieknie od niego, gdzie pieprz 

rośnie. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

83 

- W takim razie zapraszam. 

Podeszli do brzegu platformy. Cały czas mocno ją obej­

mował. 

Nie pozwoli, żeby coś mi się stało. 

- Teraz! - krzyknął. 

- Jeszcze nie. Chcę... 

Ale on już się ruszył. Była zamknięta w jego uścisku. 

- Nie myśl o skoku. Myśl o mnie. 

I pocałował ją. 

Ziemia usunęła jej się spod nóg. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Splecieni w ciasnym uścisku lecieli w dół. 

Powinnam chyba zacząć krzyczeć, pomyślała. Jednak 

jego pocałunek pozbawił ją nie tylko zdolności mówienia, 

ale nawet zdolności jasnego rozumowania. 

To prawda, był mężczyzną z jej nocnych koszmarów. 

Ale był też mężczyzną z jej cudownej nocy. Jego pocału­

nek rozpoznałaby pośród tysiąca innych. 

Był realny. Był niebezpieczny. A przede wszystkim, 

prawie na pewno należał do Jemimy. 

W tej chwili jednak należał do niej. Całował jak nikt 

inny. Nawet tu, w powietrzu, odpowiedziała na jego po­

całunek z żarem. 

A niech to. 

- Było świetnie - oznajmił rozentuzjazmowany Josh, 

kiedy wylądowali na ziemi. 

Izzy nie odpowiedziała. Miała wrażenie, że jej nogi nie 

należą do niej i zapewne była biała jak prześcieradło. Mia­

ła nadzieję, że przypiszą to emocjom związanym z karko­

łomnym skokiem. 

- Niezłe ujęcie - przyznał jeden z fotoreporterów. -

Dobrze się znacie? 

- Teraz już tak - odparł za nich dwoje Dominik. 

- Jesteście ze sobą blisko? - nie dawał za wygraną 

reporter. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

85 

- Nie wcisnąłbyś między nas kartki papieru - odparł 

z powagą Dominik, 

Objął Izzy ramieniem, a ona, ku swemu zdziwieniu, 

pozwoliła mu na to bez sprzeciwu. 

- Chodź, skarbie, pozbędziemy się tej uprzęży. - Dom 

uścisnął ją po przyjacielsku i uśmiechnął się do niej. 

Skinęła głową. Pomachała na pożegnanie reporterom, 

starając się do końca nie wypaść z roli. 

- Nie mogę się w tym ruszyć - powiedziała, czując, że 

cała drży. 

- Jesteś zdezorientowana. Twoje nogi jeszcze się nie 

przyzwyczaiły do tego, że stąpają po twardej ziemi. 

Wprawnymi ruchami zdjął z niej wszystkie krępujące 

ją pasy i liny. 

- Dziękuję. 

Jego bliskość, zapach, ciepło zupełnie ją odurzyły. Od­

rzuciła do tyłu głowę, jakby uchylając się przed nadmia­

rem emocji; 

Przypomniała sobie, jak w taksówce potarła policzkiem 

o jego nadgarstek. Miał taki duży zegarek z mnóstwem 

tarcz i wskaźników. 

Dom, który odpinał właśnie pas w jej talii, podniósł 

nagle głowę, jakby coś powiedziała. 

To wystarczyło, aby rozpalić w niej ogień. 

Stała tak, patrząc na niego z góry. Miał szare oczy, 

przejrzyste jak dwa jeziora, a w ich głębi dostrzegła zie­

lone błyski. Patrzyły na nią z niewiarygodną wręcz na­

miętnością. Zdawały się sięgać jej duszy. 

Nagle nie mogła myśleć. Nie mogła oddychać. Przyło­

żyła rękę do gardła, ale nie była w stanie oderwać od niego 

wzroku. 

Dominik uśmiechnął się i wstał. 

background image

86 SOPHIE WESTON 

Położył rękę na jej ramieniu, a ona odruchowo rozchy­

liła usta. 

- Jesteś gotowa, Jemima? - usłyszała za plecami ostry 

głos Josha. 

Dominik cofnął się i położył rozłożoną dłoń na piersi, 

lekko się skłaniając. 

Prawie się roześmiała. Ten skok chyba zupełnie pozba­

wił ją zdolności racjonalnego rozumowania. 

- Ja ją odwiozę - powiedział Dom. 

- Czeka na nas limuzyna. Mam odwieźć Jemimę do 

hotelu. 

- Zmiana planów. 

- Nic mi nie powiedzieli. Jak zwykle. - Josh westchnął 

zrezygnowany. 

- To nie było zaplanowane. Mamy zamiar zjeść lunch 

gdzieś, gdzie reporterzy nas nie wypatrzą. 

- W takim razie może chcecie wziąć limuzynę? 

- Damy sobie radę. Możesz być pewien, że bezpiecz­

nie dostarczę Jemimę do domu. 

- Ale ja w ogóle nie mam ochoty na lunch - Izzy 

odzyskała głos. 

- Może nie. Ale chyba nie pozbawisz ich widoku nas 

odjeżdżających w siną dal? Jesteśmy głównym punktem 

dnia. To właśnie chcą zobaczyć. 

- W takim razie powiedz im, że nic z tego. 

- Jesteś pewna? - roześmiał się miękko. 

- Pójdę się tylko pożegnać - oznajmiła krótko i wyszła 

z kabiny. 

Dominik pokręcił głową. Miał przed sobą trudne zada­

nie. Nie sądził, żeby ta dziewczyna była chętna do dalszej 

współpracy. Zastanawiał się, czy zaryzykuje i przejdzie 

z nim ramię w ramię przed zgromadzoną widownią. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

87 

Ależ to będzie zabawa! 

Zastał ją rozmawiającą z ludźmi z organizacji charyta­

tywnej. Dostała pamiątkową koszulkę i certyfikat stwier­

dzający, że dokonała tego wyczynu. Popatrzyła na Domi­

nika i nawet się uśmiechnęła. 

Kiedy się śmiała, nie potrafił oderwać od niej wzroku. 

Jak w ogóle przyszło jej do głowy, że mógł nawiązać 

bliższą znajomość z tym dzieciakiem, z którym tańczył 

w lutym? I jak ten idiota z C&C mógł nie zauważyć, że 

stoi przed nim inna kobieta? 

Pod pewnymi względami były do siebie podobne, ale 

tylko na pierwszy rzut oka. No tak, ale Josh nie widział jej 

tańczącej na parkiecie w tyra mrocznym klubie. Nie trzymał 

jej w ramionach, kiedy mamrotała coś o poezji, wprawiając 

go w stan najwyższego podniecenia. Nie kładł jej też do 

łóżka, kiedy zasnęła. Nie miał z nią niedokończonych spraw. 

Dom oparł się o drzwi, przyglądając się otoczonej tłu­

mem fotoreporterów kobiecie. Jej oczy błyszczały, a nie­

sforne włosy wymykały się z koka. Policzki miała zaró­

żowione i nareszcie przestała wyglądać jak ubrana na wy­

stawę lalka. 

- Prawda, że wygląda dziś wyjątkowo? - w tonie głosu 

Josha dało się słyszeć dziwną nutę. 

- Na pewno nie wygląda tak, jak na fotografiach. 

- To normalne. Zdjęcie zawsze przekłamuje rzeczywi­

stość. Ale dziś jest w Jemimie coś innego. -

- Może zmienił ją strach? - podpowiedział Dom. 

- Chyba masz rację - Josh roześmiał się. 

- A może także i moja obecność. Nie spodziewała się 

mnie tu zastać. Słuchaj, Josh, mówiłem poważnie o tym 

lunchu. - Popatrzył na niego jak mężczyzna na mężczy­

znę. - Mamy kilka spraw do omówienia. 

background image

88 SOPHIE WESTON 

- Nie sprawiała wrażenia, jakby miała na to wielką 

ochotę. 

- Wiele spraw. 

- Rozumiem. W takim razie biorę limuzynę i zaraz się 

zbieram. 

- Dzięki, Josh. 

Patrzył za nim, jak wychodzi przez bramę, i uśmiechnął 

się do siebie. 

Śmiała się z czegoś, co powiedział jeden z mężczyzn. 

Dom uznał, że nadszedł czas, żeby oznajmić jej, że Josh 

zostawił ją pod jego opieką. 

Podszedł do niej i odezwał się niskim głosem, który 

zawsze robił na kobietach wrażenie. 

- Jesteś gotowa, skarbie? 

Podskoczyła, jakby ktoś przyłożył jej do pleców pisto­

let. Szybko się opanowała, ale jej oczy patrzyły na niego 

z niezwykłą ostrożnością. 

Zastanawiał się, jak by zareagowała, gdyby zapytał, ile 

pamięta ze wspólnie spędzonej nocy. 

Miał na to ogromną ochotę, ale uznał, że byłaby to 

przesada, zważywszy na to, że otaczał ich tłum fanów, 

reporterów i ludzi z agencji PR. 

- Nie ma potrzeby, byś... 

- Przynajmniej tyle należy ci się po tym, jak byłaś 

dzielna tam na górze. - Spojrzał na zebranych. - Musia­

łem jej obiecać hamburgera, żeby skoczyła. 

Zebrani wybuchnęli śmiechem. Nie - Jemima też się roze­

śmiała. Tylko Dom widział, ile wysiłku ją to kosztowało. 

- Czuję się dobrze. Nie potrzebuję już hamburgera. 

- Ale ja tak - powiedział miękko Dom. 

Ich spojrzenia spotkały się. Wiedział, że ona chce uciec 

od niego jak najszybciej. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 89 

Niech tylko spróbuje. Dom chętnie pobawi się z nią 

w kotka i myszkę. 

- Nie mogę tak po prostu iść na hamburgera. Fani są 

bezlitośni. 

Żadna kobieta nie starała się tak jak ona uniknąć jego 

towarzystwa. Prawie zrobiło mu się jej żal. 

- Zabiorę cię do miejsca, w którym nikt cię nie rozpo­

zna. Obiecuję ci. 

- Ale Josh na mnie czeka. 

- Nie czeka. Powiedziałem mu, że mamy wiele spraw 

do omówienia. 

- Rozumiem. - Jej podbródek uniósł się niebezpiecz­

nie. Najwyraźniej biła się z myślami. 

Wyjęła z włosów spinkę i pozwoliła, aby włosy luźno 

opadły jej płomienną falą na plecy. 

- Zgoda? - w jego głosie pojawiły się pieszczotliwe 

tony. 

- Zgoda. 

Uśmiechnęła się do niego promiennie, choć wiedział, 

że za tym uśmiechem kryje się zdenerwowanie. Nie spo­

dobało mu się to, że perspektywa spędzenia z nim czasu 

jest dla niej tak niepokojąca. 

- A więc idziemy? - spytał może nieco ostrzej, niż 

zamierzał. 

Wzruszyła ramionami, ale ruszyła posłusznie w stronę 

jego samochodu. Dom pracował nad nim kilka ostatnich 

dni i silnik działał bez zarzutu. Jednak na karoserii widać 

było ślady ostatniej wyprawy. Zaschnięte błoto i gruba 

warstwa kurzu nie wyglądały najlepiej. 

Wyraz twarzy Izzy był trudny do rozszyfrowania. 

- Wiem, że to znacznie poniżej twojego standardu, ale 

zapraszam do środka - otworzył przed nią drzwi. 

background image

90 SOPHIE WESTON 

Weszła, nie przyjmując jego wyciągniętej ręki. 

- Nie masz racji. Jestem tylko zdziwiona, że jeździsz 

czymś takim po mieście. Sądziłam, że podróżnik powinien 

bardziej dbać o ochronę środowiska naturalnego. 

Zamrugał zdziwiony jej uwagą. 

- Uważasz, że za mało przejmuję się ekologią? 

Uśmiechnęła się lekko. 

- Naśmiewasz się ze mnie! - stwierdził tonem od­

krywcy. 

- Mówię to, co myślę. 

Dom przeszedł na drugą stronę pojazdu i usiadł za kie­

rownicą. 

- Zapominasz o kilku rzeczach. - Włączył silnik. -

Nie mieszkam w Londynie. Teraz zatrzymałem się na jakiś 

czas u rodziny. Mam samochód z napędem na cztery koła, 

ponieważ zazwyczaj nie jeżdżę po asfaltowych drogach. 

Ten samochód służy mi od ośmiu lat i przejechałem nim 

pół świata. Jest w doskonałym stanie, ponieważ zajmuję 

się nim osobiście. I ma katalizator spalin. 

- Skoro tak twierdzisz - Izzy nadal była sceptyczna. 

Dominik był rozbawiony jej zachowaniem. Postanowił 

się z nią trochę podrażnić. 

- Wiesz, Jemima, bardzo się zmieniłaś. 

Przejechał obok fotografów i innych gapiów. Izzy po­

machała im. Trochę od niechcenia, pomyślał. 

- Masz dosyć fanów? - spytał sardonicznie. 

- To wszystko jest takie sztuczne. 

Jej wyznanie zabrzmiało bardzo prawdziwie. Poczuł się 

zaintrygowany. 

- To jakiś problem? 

- Przywykłam już do tego. Staram się nie zapominać 

o tym, że bez fanów nie zrobiłabym kariery. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 91 

Dom jechał wąskimi uliczkami na południe, oddalając 

się od rzeki. 

- Wzruszające - powiedział, nie odrywając oczu od 

drogi. - A kto wymyślił tę szopkę na moście? Culp & 

Christopher? 

- Jesteś cyniczny. 

- A ty sztuczna. Fotografowie nękali dziś Josha. Zu­

pełnie jakby chcieli zobaczyć metkę każdego fragmentu 

twojej garderoby. Nie wykluczając bielizny. 

Tym razem, ku radości Dorna, Izzy szczerze się roze­

śmiała. 

- Och, Boże. Nawet nie wiesz, jak bardzo masz rację. 

- Jak to? 

- To największy problem w świecie mody. Nosić strin-

gi, spodenki czy zwykłe majtki. Nieustannie o tym rozma­

wiamy. 

- Naprawdę? 

Choć nie wierzył jej ani przez chwilę, był zafascyno­

wany. Sprawiała wrażenie osoby, która wie, o czym mówi. 

Bez wątpienia znała kogoś, komu te tematy rzeczywiście 

były bardzo bliskie. Mógł się założyć, że tym kimś jest 

prawdziwa Jemima Dare. 

- Żebyś wiedział. Dla dziewczyn to szalenie istotnie 

sprawy. 

- Niemożliwe. 

Izzy poprawiła się na swoim fotelu. Najwyraźniej do­

brze się bawiła. 

- Nosisz stringi, to jesteś na topie. Duże majtki skre­

ślają cię w oczach innych. 

- Chyba nie muszę pytać, do którego obozu należysz? 

- Nie, jeśli nie chcesz ryzykować ciosu. 

- Tak naprawdę nie mam nic przeciw porządnym majt-

background image

92 

SOPHIE WESTON 

kom - powiedział prowokująco. - Najlepiej, jak są całe 

z koronki i sięgają kolan. Przynajmniej jest wtedy co zdej­

mować. Powoli. 

Uśmiech zniknął z twarzy Izzy. Chyba się zarumieniła. 

Nie mógł oderwać wzroku od drogi, żeby to sprawdzić, 

ale istniała maleńka szansa, że tak. 

- Kiedy ostatnio sama o sobie decydowałaś? A może 

lubisz, żeby wszystko zostało zorganizowane przez twoich 

menedżerów, stylistów i agencję PR? 

Zapadła krótka chwila milczenia, ale po chwili Izzy 

odzyskała rezon. 

- Zapomniałeś o fryzjerze. 
- Naprawdę się do tego przyznajesz? - Dom był za­

skoczony. 

- Nie ma sensu zaprzeczać, prawda? Tak właśnie żyją 

modelki. 

Miał ochotę spróbować jeszcze raz, choć wiedział, że 

tym razem go znokautowała. 

- Nawet znane modelki? 

- Zwłaszcza one - powiedziała zimno. 

Zaczął się zastanawiać, czy gra w szachy. 

W pewnym momencie droga gwałtownie skręciła i Do­

minik musiał dość ostro zahamować. 

- Przepraszam. Nic ci się nie stało? - spytał, zły na 

siebie. 

- Naturalnie, że nic. Tylko jeżdżenie tym samochodem 

po ulicach Londynu wcale nie jest zabawne. 

- Za bardzo cię rzuca? Przywykłaś do przytulnych 

wnętrz limuzyn, mam rację? 

- Nie. Martwię się tylko o boczne lusterka zaparkowa­

nych wzdłuż ulicy samochodów. 

- Jak dotąd nie dotknąłem żadnego. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

93 

- Może nie, ale mijasz je o włos. Pasażer widzi to 

dokładnie. 

Zdecydowanie grała w szachy. Świetnie!, 

- Zatrzymaj samochód i wypuść mnie. Sama wrócę do 

domu. 

- Nie ma mowy. 

- Dlaczego nie? 

- Są co najmniej cztery powody. Po pierwsze, jesteśmy 

zbyt daleko od metra. Taksówki też nie znajdziesz tu łatwo 

o tej porze dnia. Obiecałem, że zawiozę cię do domu, 

a zawsze dotrzymuję obietnic. No i jestem ci winien ham­

burgera. 

Jest jeszcze po piąte, pomyślał, ale nie powiedział tego 

na głos. Mam zamiar wziąć cię w ramiona i spić z ciebie 

całą słodycz. Będę cię pieścił tak długo, aż zaczniesz krzy­

czeć z rozkoszy. 

Zastanawiał się, czy już się domyśliła, kim jest. Czasami 

miał wrażenie, że zupełnie go nie kojarzy. Czyżby celowo 

go zwodziła? Czy naprawdę nie pamiętała nic z tamtej nocy? 

Jeśli tak, to on jej wszystko przypomni. 

- Zwalniam cię z danej obietnicy. 

- Nic z tego. Dotrzymuję każdej, nawet najmniejszej. 

- Cóż za perfekcjonizm! Musi ci być z tym trudno żyć. 

- Nie powiedziałbym tego. Po prostu nie robię żadnych 

głupich obietnic. 

Dom skręcił w jeszcze węższą uliczkę. Zaparkował na 

malutkim skrawku wolnego chodnika, wyłączył silnik 

i odwrócił się w jej stronę. 

Nadał miała na sobie więcej makijażu, niż potrzebowa­

ła i niż on lubił. Jej włosy w lekkim nieładzie spadały 

luźno na ramiona. 

Co by zrobiła, gdyby pozwolił dojść do głosu swoim 

background image

94 

SOPHIE WESTON 

najbardziej prymitywnym instynktom? Gdyby sięgnął rę­

ką i uwolnił kosmyk włosów, który zatknęła za ucho? 

Gdyby zanurzył w nich palce? 

- Na co się tak patrzysz? 

Może starała się sprawiać wrażenie spokojnej, ale głos 

ją zdradził. Znów była zdenerwowana. 

Dominik westchnął. Nie dotknął jej włosów, a zamiast 

tego podjął starą grę. 

- Minęło sporo czasu, odkąd razem siedzieliśmy przy 

stole. Pomyślałem, że moglibyśmy zjeść razem posiłek. 

Porozmawiać. - Wstrzymał oddech. W tym momencie 

powinna była powiedzieć, że nigdy razem nie jedli. Za­

tańczyli tylko razem-, nic więcej. 

Nie zrobiła tego. 

Co teraz? A jeżeli rzeczywiście była Jemima? 
- A może pozwalasz sobie tylko na kilka listków sałaty 

dziennie? - zadrwił. 

- Nie - powiedziała, niemal niegrzecznie. 

- To dobrze. W takim razie spodoba ci się tam, dokąd 

idziemy. Mają bardzo dobrą kuchnię i możemy zjeść na 

dworze. 

Izzy popatrzyła na niego uważnie. 
- Czy ty w ogóle przyjmujesz kiedykolwiek czyjąś od­

mowę? . . 

- Nigdy. Chyba że dotyczy nieistotnej sprawy. 

Dom mógł starać się powstrzymać swoje instynkty, ale 

nie był ze stali. Jej nagie ramiona aż prosiły się, żeby ich 
dotknął. 

Delikatnym ruchem przesunął po nich palcami. Izzy 

była tak zaskoczona, że w zasadzie na to nie zareagowała. 

Po jej minie widać jednak było, że ten dotyk nie pozostał 

jej obojętny. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 95 

Tak! 

Może sobie kłamać, ile chce. Jej ciało mówiło za nią. 

Izzy nie poruszyła się, nie odezwała. Była jak skamie­

niała. 

Wolno podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. 

Był na to zupełnie nieprzygotowany. 

To była gra. Jak szachy. Ruch jednego gracza, a potem 

ruch przeciwnika. Miłosne szachy. 

Nie-Jemima wyglądała w tej chwili, jakby na jej wąt­

łych ramionach spoczął cały ciężar świata. A ona nie mog­

ła go unieść. 

Uśmiech Dominika znikł. 

- Co się stało? Dlaczego tak wyglądasz? Powiedz mi. 

Ona jednak pokręciła głową, wysiadła z samochodu 

i ruszyła w stronę baru. 

Dom wybrał schowany między drzewami stolik w rogu 

placu. Nikt na nich nawet nie spojrzał. 

- Widzisz? Żadnych fanów. Jesteś bezpieczna. 

- Bezpieczna? Ach, rzeczywiście. 

- Czyżbyś się mnie bała? Traktujesz mnie, jakbym sta­

nowił dla ciebie jakieś zagrożenie. 

- Opowiadasz bzdury. 

- Też tak myślę. Dlatego będę wdzięczny, jeśli wytłu­

maczysz mi swoje zachowanie. 

Izzy tylko wzruszyła ramionami. Napięcie na jej twarzy 

było niemal namacalne. 

- Czego się boisz? - spytał miękko. 

Cisza. 

- Nie powiem nikomu, że cię pocałowałem, jeśli to cię 

martwi. 

Równie dobrze mógłby ją uderzyć. Jej twarz zrobiła się 

kredowobiała, pomimo mocnego makijażu. Wyglądała 

background image

96 

SOPHIE WESTON 

w tej chwili tak bezbronnie, że miał ochotę wziąć ją w ra­

miona i przytulić. 

Widział, że stara się zapanować nad nerwami, ale bez 

większego skutku. 

- Przepraszam, ale najwyraźniej ten skok wprowadził 

mnie w stan przygnębienia. 

- Skok? Czy może ja? 

- Dlaczego twoja obecność miałaby działać na mnie 

przygnębiająco? 

Dom popatrzył jej prosto w oczy. 

- Tylko ty możesz sobie odpowiedzieć na to pytanie. 

Izzy podjęła grę. Zdawała się ważyć każde wypowie­

dziane do niego słowo. 

- Pozwól w takim razie, że cię o coś spytam. Co miałeś 

dokładnie na myśli, mówiąc, że się zmieniłam? 

Dlaczego nie chce powiedzieć mu prawdy? Teraz, kie­

dy są tylko we dwoje, mogłaby się na to zdobyć. 

Jemima Dare wyjechała z żonatym mężczyzną na Se­

szele, a ja daję jej alibi. Albo: Jestem sobowtórem Jemimy 

Dare i często ją zastępuję. 

Jeśli sama mu tego nie powie, sprowokuje ją. 

- Odniosłem wrażenie, że wcale nie miałaś ochoty na 

ten skok. Zdziwiło mnie to tym bardziej, że ostatnim 

razem nie miałaś większych oporów przed schronieniem 

się w moich ramionach - powiedział ostrożnie. 

- Co? 

- Czułem się zaszczycony. Nie odstępowałaś mnie 

przez cały wieczór. 

Było w tym trochę prawdy. Jemima rzeczywiście tań­

czyła z nim dłuższy czas, choć ten taniec w niczym nie 

dał się porównać do tańca z dziewczyną w czerwieni. 

Gdybyż tylko zechciała to przyznać! 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

97 

- Nie mów mi, że zapomniałaś? 

- Oczywiście, że nie - odparła, nie patrząc na niego. 

- Wtedy się mnie nie bałaś. 

Izzy wyprostowała się i odłożyła sztućce. 

- Teraz też się ciebie nie boję! 

- Jesteś pewna? 

Popatrzyła na niego w sposób, który miał być dla niego 

obraźliwy. 

- Naturalnie, że tak. Dlaczego miałabym obawiać się 

jakiegoś tam Rambo? 

Starał się skupić na rozmowie, ale miał z tym spore 

trudności. Kiedy tak odsłaniała podbródek, ukazywała bia­

łą szyję, która aż się prosiła, by ją całować. 

- Nie lubisz wojskowego stylu? 

- Nie. Gdyby po świecie biegało mniej mężczyzn wy­

machujących swoimi pukawkami, żyłoby się znacznie 

szczęśliwiej. 

Starała się, aby zabrzmiało to jak żart, ale była w jej 

głosie jakaś zaciętość, która wskazywała na to, że nie są 

to żarty. 

- Naprawdę nie lubisz militariów? 

- Nie. Dlaczego tak cię to dziwi? Uważasz, że każ­

da kobieta powinna szaleć na punkcie uzbrojonej po zęby 

armii? Coś takiego... 

- Osobiście nie zaliczyłbym się do tej kategorii. 

- Pistolety, eksplozje i panterki. Niedobrze mi się robi, 

gdy na to patrzę. 

Rzeczywiście, nie wyglądała zdrowo. 

- Niech zgadnę. Miałaś jakieś nieprzyjemne doświad­

czenia z żołnierzem? 

Nie słuchała go. Machnęła ręką, jasno dając mu tym 

gestem do zrozumienia, co myśli o tym wszystkim. 

background image

98 

SOPHIE WESTON 

- Ubierze się taki w mundur i myśli, że ma prawo de­

cydować o życiu innych ludzi. To chore. Okrutne. I... 

Przerwała nagle. 

Dominik opadł na oparcie krzesła. 

- Tak jak powiedziałem, wygląda na to, że miałaś inte­

resujące życie. 

- Ja... 

- Bo to nie jest tylko kwestia wyobraźni, prawda? 

Izzy była tak wzburzona, że wstała od stołu i nie oglą­

dając się za siebie, wybiegła z restauracji. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Dominik miał rację. Nie mogła znaleźć taksówki. I całe 

szczęście. Idąc chodnikiem, miała przynajmniej okazję 

dać upust nagromadzonej frustracji i trochę ochłonąć. 

Jak mogła pozwolić mu się tak sprowokować? Przecież 

nic dla niej nie znaczył. Był tylko towarzyszem skoku 

Jemimy. 

Zatrzymała się i zaczęła myśleć o sytuacji, w jakiej się 

znalazła. Był piękny jesienny dzień. Mogła dotrzeć pie­

chotą do jednego z mostów, gdyby tylko wiedziała, w któ­

rym iść kierunku. Albo iść na piechotę do domu. Nie 

rozpoznawała ulic, ale wiedziała, że musi to być jakieś 

dwadzieścia minut szybkiego marszu stąd. 

Perspektywa gorącej czekolady we własnym łóżku 

omal jej do tego nie przekonała. 

Jednak podobnie jak Dominik Templeton-Burke do­

trzymywała obietnic. Westchnęła ciężko i zawróciła, aby 

dokończyć rozpoczęte przedsięwzięcie. 

Na szczęście po drodze do mostu Chelsea było dużo 

zielonych drzew, które jak zwykle dodały jej optymizmu. 

Kiedy do niego dotarła, była już spokojna. Rzeczywiście, 

dopiekł jej, ale ona też nie pozostała mu dłużna. 

Przeszła przez Tamizę, złapała autobus jadący na pół­

noc, nieustannie przypominając sobie zakończoną niedaw­

no rozmowę. Nie podejrzewał, że nie jest Jemima. Był 

background image

100 

SOPHIE WESTON 

tego pewien. No, może prawie pewien. A jej udało się 

sprawić, by przestał zachowywać się w stosunku do niej 

protekcjonalnie. Kiedy stanęła przed drzwiami hotelu, by­

ła przekonana, że całkiem dobrze dała sobie radę z Domi­

nikiem Templetonem-Burkiem. 

Chciała zadzwonić do Jemimy i powiedzieć jej, jak 

dobrze jej poszło, ale miała jedynie numer do jej lekarza, 

którego asystent oznajmił, że żadnego z nich nie ma w po­

bliżu. 

Cóż, mogła z czystym sumieniem pojechać do domu 

i przeobrazić się w Isabel Dare. Na samą myśl o tym z ra­

dości łzy napłynęły jej pod powieki. 

- Żegnaj, Jemimo numer dwa - powiedziała, z entu­

zjazmem, pakując do walizki rzeczy siostry. Robiąc to, 

zdała sobie sprawę, że większość z nich to wypożyczone 

od słynnych projektantów kreacje. Zawahała się, po czym 

wykręciła numer agencji Jemimy. 

Asystentka Basila najwyraźniej nie miała żadnych po­

dejrzeń. 

- Cześć, Jemima - przywitała Izzy. 

Izzy wyjaśniła, na czym polega jej problem. 

- Jasne, wyślemy kogoś po twoje rzeczy. Nie chcesz 

zostawić sobie nic na weekend? 

- Chyba nie, dzięki. Wyjeżdżam na wieś - dodała, 

zainspirowana nagłą myślą. 

- Basil chyba spodziewa się, że będziesz tam na niego 

czekać. 

Miała ochotę powiedzieć, że bardzo w to wątpi, ale 

zamiast tego zrobiła głęboki wdech i zakasłała. 

- Och, nie wiedziałam, że chce się ze mną widzieć. 

Teraz chyba już za późno, żebym zmieniła plany. 

- Nie będzie zadowolony - w głosie asystentki dało 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

101 

się słyszeć nutkę ostrzeżenia. - Pamiętasz, jak mówił, że­

byś nie angażowała się nadmiernie w interes Pepper? 

Izzy spojrzała na swoje odbicie w lustrze. To drań. Na 

samą myśl o tym, co zrobił jej bezbronnej siostrze, odru­

chowo zaciskała szczęki. Jeśli kiedykolwiek stanie z nim 

oko w oko... 

Teraz jednak miała co innego na głowie. 

- Żałuję, że nie wiedziałam wcześniej. - Udało jej się 

przybrać żałosny i niewolny od zdenerwowania ton. 

- Cóż, nic już się nie poradzi. Wyjeżdżasz z kimś miłym? 

- Fantastycznym. - W oczach stanęła jej sylwetka Do­

minika Templetona-Burke'a. - Wprost nie mogę się już 

doczekać, kiedy go zobaczę. 

- Czyżby jakiś nowy mężczyzna w twoim życiu? 

- Mam nadzieję... 

Może powinna jednak przestać fantazjować. Stanow­

czo za dużo myślała o tym szowiniście. 

- Kiedy Basil przyjeżdża? 

- Chyba w poniedziałek. Baw się dobrze. Nie powiem 

mu o niczym. Tylko nie zapomnij wyłączyć telefonu. 

Wiesz, co Basil myśli o twoich chłopakach. 

- Jasne - Izzy zaczynała mieć pojęcie, co Basil myślał 

o wszystkim, co dotyczyło stylu życia modelek. Zdaje się, 

że chciał kontrolować każdy jego aspekt. 

Miała nadzieję, że do poniedziałku Jemima stanie jakoś 

na nogi i osobiście oznajmi Basilowi, że zmienia agencję. 

Ponownie spróbowała dodzwonić się do Jemimy. Tym 

razem skutecznie. 

- Basil wrócił? 

- Nie, może przyjedzie w poniedziałek. Jay Jay, wi­

działam się z twoim przyjacielem, Dominikiem Templeto-

nem-Burkiem. Chyba sobie poradziłam, ale... 

background image

102 

SOPHIE WESTON 

- Poniedziałek. Boże, rozmawiałaś z nim? Myślisz, że 

coś podejrzewa? 

Izzy westchnęła. 

- Basil jest daleko. Dzwoniłam do agencji, gdzie nic 

nie podejrzewają. Jednak co do Dominika... 

- Jesteś pewna? 
- Myślą, że wyjechałaś z jakimś nowym wspaniałym 

facetem. 

- Izzy, Basil się na mnie wścieknie! 
- To już nie ma znaczenia. Odchodzisz od niego. 

Cisza. 

- Jemima? Jesteś tam? 

- Tak - ledwo słyszalny szept. 
- Będziesz miała nowego menedżera. Od przyszłego 

tygodnia. Zadowolona? 

Kolejna długa chwila ciszy. 
Izzy zapomniała o domu, gorącej czekoladzie, a nawet 

Dominiku. 

- Zaraz u ciebie będę. 

Kiedy dotarła do kliniki, czekała na nią wiadomość 

Lekarz jej siostry chciał się z nią widzieć. 

- To jest bardziej skomplikowane, niż sądziłem - po­

wiedział bez ogródek. - Ona panicznie boi się tego czło-

wieka, swojego menedżera. Nie wątpię, że to on dopro-

wadził ją do takiego stanu. 

- Mam ochotę wydrapać mu oczy. Ale... 

- Alę nie wie pani, w jakich relacjach pozostają. Wy 

daje mi się, że pani siostra powinna poradzić się dobrego 

prawnika. Macie takiego? 

- Nigdy nie potrzebowałyśmy prawnika. - Izzy bez 

radnie rozłożyła ręce. 

- W takim razie proszę poszukać jakiegoś godnego 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

103 

zaufania i wszystko mu opowiedzieć. Proszę go tu jak 

najszybciej sprowadzić. A tymczasem, mogłaby pani ciąg­

nąć tę grę do poniedziałku? 

- Czy to naprawdę konieczne? 

Lekarz zawahał się. 

- Muszę utrzymywać to w tajemnicy przed wszystkimi? 

- Czułaby się znacznie bezpieczniej. Obawiam się, że 

nic lepszego w tej chwili nie wymyślimy. 

- Dobrze. W takim razie jeszcze przez weekend - pod­

dała się. 

- Proszę pamiętać, że nie należy jej naciskać, żeby 

wzięła się w garść. Po przebudzeniu może sprawiać wra­

żenie całkiem zdrowej, ale nadal jest bardzo chwiejna. 

- Obiecuję, że będę obchodzić się z nią bardzo, bardzo 

delikatnie. 

Usiadła obok łóżka siostry, czekając, aż się obudzi. 

- Cześć - przywitała ją miękko. 

- Izzy, wiedziałam, że przyjdziesz. 

Izzy uznała, że najlepiej zrobi, jeśli będzie rozmawiać 

z siostrą tak, jakby nic nie zaszło. Zaczęła jej opowiadać 

o ubraniach, które wybrała dla niej stylistka, książce, którą 

ostatnio czytała, skoku z bungee. 

- Dodali mi jakiegoś gwiazdora. 

Jemima usiadła w łóżku, popijając wodę. 

- Kogo? 

- Twojego starego przyjaciela, jak mi powiedziano. 

Facet nazywa się Dominik Templeton-Burke. 

Jemima jakby przebudziła się z letargu. 

- Hej, hej! Przypominam sobie. Niezły samiec. 

A więc byli kochankami! Tak, jak się obawiała. 

- Szkoda, że wcześniej mi go nie przedstawiłaś. Nie 

mogłaś zaprosić go do nas na herbatę czy coś takiego? 

background image

104 

SOPHIE WESTON 

Jemima roześmiała się serdecznie. 

- Skarbie, naprawdę myślisz, że Dom to ten rodzaj 

faceta, który chciałby przyjść do kogoś na herbatkę? -

uśmiechnęła się tak, jakby sobie coś przypomniała, i Izzy 

miała ochotę dać jej klapa. 

- Cóż, nie wiedziałam, że wy... że się znacie. Musia­

łam się wszystkiego domyślać. 

- Założę się, że nieźle się bawiłaś. 

Izzy z jednej strony ucieszyła się, że siostra wraca do 

swojej normalnej kondycji, z drugiej zaś poczuła nieod­

partą ochotę, by nią potrząsnąć, aby spojrzała na całe 

wydarzenie realniej. 

- Wcale nie było zabawnie - powiedziała przez zaciś­

nięte zęby. -I wcale nie jestem pewna, czy udało mi się 

przekonać go, że jestem tobą. Z czego się śmiejesz? 

- Dom jest dla ciebie zbyt męski, mam rację? 

- Nie wiem, o co ci chodzi. 

- Spójrzmy prawdzie w oczy, Izzy. Wolisz mężczyzn 

nieco bardziej potulnych niż on. 

Izzy miała ochotę powiedzieć, że to bardzo śmiała opi­

nia jak na kogoś, kto drży ze strachu przed własnym 

menedżerem, ale nie zrobiła tego. Obiecała lekarzowi, że 

będzie ostrożna. 

- Co ci się nie podoba w moich mężczyznach? 

- Nic. To mili faceci. Jak ten biedny Adam, który nie 

może przebić się przez trzecią randkę.. A wszystko przez 

ciebie. Przyciągasz do siebie mężczyzn, którzy szukają w to­

bie oparcia. Kogoś, kto będzie za nich podejmował decyzje. 

- Domyślam się, że twoi dla odmiany decydują za 

siebie i za ciebie? - spytała ironicznie. 

Jemima sprawiała wrażenie osoby bardzo z siebie za­

dowolonej. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

105 

- Nic dziwnego, że Dominik Templeton-Burke był taki 

podejrzliwy - mruknęła Izzy. 

- Będziesz musiała mocniej się starać. 

- Co? Och, nie. Nic z tego. Nie możesz oczekiwać ode 

mnie, że jeszcze raz będę udawała ciebie przed tym czło­

wiekiem. 

- To łatwe. Tylko na niego patrz, nie przerywaj, gdy 

mówi i sprawiaj wrażenie zachwyconej jego towarzy­

stwem. - Otworzyła szeroko oczy, żeby zademonstrować 

jej, jak ma wyglądać. - Spróbuj. 

- Co ja jestem? Wiktoriańska dziewica? Nikt się tak 

nie uśmiecha! 

- Nie? 

- Jesteś okropna. A gdzie się podziało równouprawnienie? 

- Chcesz równouprawnienia? Ja wolałabym jakiegoś 

macho do szaleństwa we mnie zakochanego. 

- Może Dominik jest w tobie zakochany? - Izzy nie 

potrafiła się powstrzymać przed zadaniem tego pytania. 

Jemima uśmiechnęła się w odpowiedzi i Izzy odwróci­

ła wzrok. Może wcale nie chciała usłyszeć odpowiedzi na 

to pytanie? 

- Zresztą, nieważne. 

- Wszystko jest kwestią odpowiedniego spojrzenia. 

Pozwól, że ci zademonstruję. 

Ku zgorszeniu Izzy oparła się na poduszce, odrzuciła 

do tyłu głowę i spojrzała przeciągle w stronę drzwi. 

- Przestań. 

- To tylko język ciała. Patrzysz im prosto w oczy, przy­

trzymujesz na chwilę spojrzenie, żeby wiedzieli, że na nich 

patrzysz. Potem odwracasz wzrok na ich stopy. A potem 

powoli, bardzo powoli podnosisz wzrok na twarz. - Zade­

monstrowała. - Powinni czuć na sobie twoje spojrzenie. 

background image

106 

SOPHIE WESTON 

- Nie wątpię - skomentowała sucho Izzy. Była zain­

trygowana, ale nie chciała tego przyznać. 

- I tyle. Jeśli znów spotkasz Dominika, możesz to na 

nim wypróbować. 

To przynajmniej zabrzmiało tak, jakby Jemima wcale 

nie była w nim zakochana. 

- Nic z tego. Zrobiłam z nim wszystko, co mogłam. 

- Tylko tak myślisz. Pamiętaj, jeśli znów się zobaczy­

cie, za wszelką cenę musisz utrzymać go w przekonaniu, 

że ty to ja. 

Na jej policzkach pojawiły się niezdrowe rumieńce, 

a oczy zaczęły błyszczeć jak w gorączce. 

- Basil mógłby się dowiedzieć. Ma znajomych 

w agencji PR, w której pracuje siostra Dominika. Cały 

czas ze sobą rozmawiają. Proszę, Izzy. 

- Postaram się - powiedziała niechętnie. - Ale tylko 

pod jednym warunkiem. Masz załatwić tę sprawę osta­

tecznie. Ja też mam swoje życie, pracę i kuzynkę, która 

nie będzie zadowolona, jeżeli zawalę to, nad czym tak 

długo razem pracowałyśmy. Tylko ten weekend. I żadnych 

kontaktów z Dominikiem Templetonem-Burkiem. Po­

wstrzymam sforę wilków tak długo, jak się da, ale niektóre 

z nich po prostu są silniejsze ode mnie. 

- Nawet po mojej fachowej demonstracji? 

- Zwłaszcza po niej. - Wstała, zanim zobowiązała się 

do zrobienia czegoś, co przerastało jej możliwości. - Nie 

martw się, dam sobie radę nawet z tym bardzo złym 

wilkiem. A ty dbaj o siebie i zdrowiej. Będziemy w kon­

takcie. 

Dom nie wiedział, co robić, i bardzo mu się to nie 

podobało. Było to do niego zupełnie niepodobne. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 107 

Zapewne powinien zameldować, że jakaś kobieta pod­

szywa się pod Jemimę Dare. Jednak nie mógł tego zrobić, 

skoro kobieta ta była tak wspaniała, że na pewno nie 

działała ze złych pobudek. 

Prawdziwa Jemima mogła sobie przebywać na przykład 

na Seszelach, choć równie dobrze mogła być gdzieś prze­

trzymywana wbrew swojej woli. Powinien jednak zdema­

skować hochsztaplerkę i dopilnować, aby poniosła karę. 

Ale... 

Jego dama w czerwieni nie wyglądała na kidnaperkę. 

Było w niej coś niewinnego i uczciwego. I jeszcze zabaw­

nego, dzielnego, zmysłowego i... 

I prostu masz ochotę się z nią przespać, powiedział 

sobie, na poły rozbawiony, na poły zirytowany. Podoba ci 

się i nic na to nie poradzisz. Fakty nie mają znaczenia. 

Kłamie. Prawdziwa Jemima Dare zniknęła. A ty jesteś 

jedynym, który to zauważył. Nie masz wyboru. 

Dwie godziny później siedział na stylowym biurku Jo-

sha, zasypując go gradem pytań. 

- Chłopak Jemimy wyjechał z miasta? 

- Jemima nie ma chłopaka na stałe. Dlatego muszę ją 

eskortować. 

- Rozumiem. Mieszka sama? 

- Nie, mieszka z dwiema dziewczynami. Jedna z nich 

to Pepper Calhoun, którą poznałeś na przyjęciu z okazji 

promocji sklepu. Możliwe, że nawet dla niej coś będziemy 

robić. 

- Interesujące - powiedział znudzony Dom. Był zbyt 

sprytny, by spytać o adres. 

Pozwolił mężczyźnie mówić i dowiedział się na tyle 

dużo, by samemu odgadnąć adres, a przynajmniej okolicę, 

w której mieszkała. 

background image

108 SOPHIE WESTON 

Kupił bukiet kwiatów i pojechał na drugą stronę rzeki. 

Właściciel pierwszego mieszkania, do którego zadzwo­

nił, nie wiedział, gdzie dostarczyć kwiaty dla Pepper Cal­

houn. Z drugim poszło mu lepiej. 

- To chyba na końcu bloku. Na drzwiach jest tabliczka 

Dare, nie Calhoun. 

A więc był w domu. 

- Ależ jestem dobry - powiedział do siebie po raz 

drugi tego dnia. Zadzwonił pod wskazany adres, ale nikt 

nie otwierał. Pepper zapewne była w pracy. Wróci tu wie­

czorem. Kwiaty wręczył kobiecie w parku. 

Izzy była wykończona. Z trudem wspinała się po scho­

dach do domu. Był piątek wieczór i wszyscy z agencji 

jechali właśnie na przyjęcie. Nikogo z nich nie intereso­

wało, co przydarzyło się Jemimie Dare. Byleby tylko była 

gotowa do zdjęć! Nic więcej się nie liczyło. 

Rzuciła torbę na łóżko, zdjęła buty i poszła do kuchni. 

Pepper jeszcze nie było. Znalazła paczkę tacos i otworzy­

ła ją. 

- Nareszcie wolna - westchnęła błogo. 

Włączyła sekretarkę, aby przesłuchać nagrane wiadomo­

ści. Na szczęście żadna nie była pilna. Wyszła na balkon, 

wdychając głęboko wilgotne, jesienne powietrze. Może za­

dzwoni do Adama, żeby zabrał ją na jakąś elegancką kolację, 

aby wreszcie mieć za sobą tę trzecią randkę? 

Lubiła go, podobała mu się i wiedziała, że jest dobrym 

człowiekiem. 

Tylko że... 

Kiedy zamykała oczy, to nie jego twarz pojawiała się 

pod powiekami, a ciało wcale nie pragnęło bliskości jego 

ciała. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

109 

Kiedy całowała Adama, odczuwała przyjemność, ale 

nie miało to nic, ale to absolutnie nic wspólnego z uczu­

ciem, jakiego doznała, gdy całował ją Dom. 

- Przestań! - krzyknęła do siebie. Musi wreszcie prze­

stać o nim myśleć. I bez niego miała wystarczająco dużo 

kłopotów. 

Przecież nie cierpiała takich mężczyzn. Typ macho, 

który traktuje kobietę przedmiotowo, jak ten, przez które­

go nadal nawiedzają ją nocne koszmary. Nie pozwoli, aby 

to, z czym dawno już się uporała, powróciło, by zniszczyć 

jej życie. Będzie unikać Dominika jak ognia, a jego 

przenikliwe, szare oczy nie będą już czytać w niej jak 

w księdze. 

Wiedziała, że gdyby raz jeszcze go spotkała, najbar­

dziej ucierpiałaby na tym jej duma. Co więcej, cały system 

bezpieczeństwa, który zbudowała wokół siebie przez te 

lata, byłby poważnie zagrożony. 

Na samą myśl, czym mogłoby to się skończyć, cierpła 

jej skóra. 

Zegnaj, Dominiku. 

- Izzy? Jesteś tu? - Pepper zajrzała na balkon i mach­

nęła ręką na powitanie. - Jak poszło? 

- Zbyt dużo żelu do włosów i zbyt mało intymności. 

Ale chyba dałam sobie radę. 

- A jak się czuje Jemima? Steven mówił, że nie wy­

gląda najlepiej. 

- Rzeczywiście. 

- Jakie masz plany na weekend? Może pojechałabyś 

z nami do Oksfordu? 

- Dzięki, ale chyba jeszcze trochę poudąję Jemimę. 

Wszyscy myślą, że wyjechała, więc nie powinnam mieć 

tu niespodziewanych wizyt. 

background image

110 

SOPHIE WESTON 

- Cóż, jeśli tak wolisz... 

- Wolę. - Przejechała ręką przez włosy. - Nie wiem, 

jak Jemima znosi te wszystkie żele, pianki, nie wspomi­

nając już o tonach makijażu. Czułam się, jakbym miała na 

twarzy maskę. Muszę wziąć porządny prysznic i wszystko 

zmyć. Chyba że ty wolisz iść pierwsza? 

- Nie, zadzwonię do Stevena. 

Izzy cieszyła się, że jej kuzynka jest tak zakochana, ale 

nie potrafiła powstrzymać uczucia zazdrości. Patrząc na 

nich, czuła się samotna. 

Sama wybrałaś samotność, przypomniała sobie w du­

chu. Nie wzdychaj za czymś, co odrzucasz. Gdyby teraz 

zapukał do drzwi jakiś wspaniały mężczyzna i chciałby 

cię wziąć w ramiona, zapewne byś go odepchnęła. 

Niektórzy po prostu nie są stworzeni do życia w parze. 

To prawda, że Dominik Templeton-Burke bardzo jej się 

podobał, ale to nie znaczy, że chciałaby spędzać z nim 

wszystkie weekendy i dzwonić do niego wieczorem, żeby 

usłyszeć jego czekoladowy głos. 

Zakręciła wodę i wyszła spod prysznica. Usłyszała 

w korytarzu jakieś głosy i pomyślała, że to Jemima dostała 

przepustkę z kliniki. 

Owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki. 

- Co się stało? 

Zmartwiała. 

To nie była Jemima. Stał przed nią wysoki, przystojny 

mężczyzna, który ostatnio nieustannie nawiedzał jej myśli. 

W bezwiednym odruchu zacisnęła palce na zawiąza­

nym między piersiami ręczniku, który nagle wydał jej się 

kamizelką ratunkową. 

- Izzy, ten człowiek twierdzi, że jest przyjacielem Jay 

Jay. Nazywa się Dominik Templeton-Burke. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

111 

- A niech to diabli! - wyrwało się jej z głębi serca. 

Dominik miał ochotę krzyczeć i śmiać się z radości. 

W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewał się, że 

zastanie ją tutaj. Czuł się, jakby nagle ktoś podarował mu 

najwspanialszy prezent pod słońcem. 

Przyszedł tu, żeby powiedzieć rodzinie Jemimy, że jego 

zdaniem jest ona bezpieczna, że nic jej nie grozi, choć nie 

wie, gdzie ona jest. 

Tymczasem spotkał ją tu. Nie miał wątpliwości co do 

tego, że to jego dama w czerwieni. Poznałby ją na końcu 

świata. Jej kremową skórę, pełne wyrazu oczy, nieświado­

me swej zmysłowości usta. 

Z trudem powrócił myślami do rzeczywistości. 

- Cześć - wyciągnął na powitanie rękę. - Miło cię po­

znać... Lizzy? 

- Isabel - poprawiła, patrząc na niego wzrokiem pira­

nii. - Isabel Dare. Jestem siostrą Jemimy. 

Siostrą! Cóż, to wiele tłumaczy. Nie tylko podobień­

stwo fizyczne, ale również w zachowaniu. Przypomniał 

sobie to, co mówiono mu o Jemimie, i doszedł do wnios­

ku, że siostry musiały też być najlepszymi przyjaciółkami. 

A zatem instynkt mówiący mu, że Jemima jest bezpiecz­

na, nie oszukał go. Cóż za ulga. 

- Cześć, Izzy. Czy my się już kiedyś spotkaliśmy? 

- Nie - zaprzeczyła twardo. 

Rzucił szybkie spojrzenie jej kuzynce. 

- Naprawdę? - Dom zaczynał doskonale się bawić. 

- Jesteś pewna? Mógłbym przysiąc... 

- Jestem pewna - rzuciła przez zaciśnięte zęby zdener­

wowana Izzy. 

- Cóż, skoro tak twierdzisz. Choć zazwyczaj mam do­

brą pamięć do twarzy. 

background image

112 

SOPHIE WESTON 

- Nie tym razem - powiedziała krótko. Zabrzmiało to 

obraźliwie. 

Pepper popatrzyła na nią zdumiona. 

Izzy zauważyła jej spojrzenie i z ogromnym wysiłkiem 

wzięła się w garść. 

- Przepraszam. Nie zabrzmiało to najgrzeczniej. Pro­

szę to złożyć na karb zmęczenia i przerwanego prysznica. 

- Zdołała się nawet uśmiechnąć. 

- Ciężki dzień? - spytał niewinnie Dom. 

- Można tak powiedzieć - skinęła głową. 

Popatrzyła na niego podejrzliwie i, sądząc po jego 

uśmiechu, domyśliła się, że zna jej sekret. 

Westchnęła zrezygnowana i uniosła głowę. 

- Co mogę dla pana zrobić, panie Templeton-Burke? 

- Mów mi Dominik. Miałem nadzieję, że zastanę Je-

mimę. Umówiliśmy się na dziś wieczór. 

- To kłamstwo... - zaczęła, zanim zdała sobie sprawę 

z tego, co mówi. - To znaczy, chciałam powiedzieć... Je­

mima powiedziałaby mi o tym. 

- Umawiała się ze mną dziś rano. Może nie rozmawia­

łyście od tej pory? 

Izzy posłała mu zabójcze spojrzenie. 

- Żadna z nas nie widziała Jemimy od tygodnia -

wtrąciła się do rozmowy Pepper. 

A więc ona również jest wtajemniczona, pomyślał Do­

minik. O co tu chodzi? Nie miał zamiaru tego dociekać. 

Dobrze się bawił i nie chciał z tego rezygnować. 

- Rzeczywiście - mruknęła Izzy. 

Dom postanowił kuć żelazo, póki gorące. 

- Mieliśmy wyjechać na weekend - powiedział z nie­

winną miną. 

Izzy aż trzęsła się ze złości. Niemal czuł, jak bardzo ma 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 113 

ochotę wykrzyczeć mu w twarz, co o nim myśli. Jednak 

dopóki grał swoją rolę, nie mogła tego zrobić. 

- Doprawdy? 

- Tak. Znamy się długo - powiedział znaczącym to­

nem, dając jej do zrozumienia, że chodzi nie tylko o prze­

lotną znajomość. 

- Naprawdę? 

- Tak, tylko ostatnio nasze drogi się rozeszły. Dużo 

podróżowaliśmy, ale kiedy się dziś spotkaliśmy, okazało 

się, że magia wciąż trwa. Wprost nie mogliśmy nacieszyć 

się swoją obecnością. 

Popatrzył jej niewinnie w oczy. 

- Cóż, przykro mi, ale Jemimy nie ma. Nie sądzę zre­

sztą, żeby... 

- Nigdy nie wiemy, czego się można po niej spodzie­

wać - przerwała jej Pepper. - Ale może zostawisz wiado­

mość? Zadzwoni do ciebie, jak tylko wróci. 

- Poczekam. Mam dużo czasu. 

Udał, że nie zauważa przerażonych spojrzeń, jakie mię­

dzy sobą wymieniły. 

Są w impasie. Będą musiały powiedzieć mu prawdę. 

Jednak nie docenił inwencji kobiet. 

- Przykro mi - powiedziała Izzy ze szczerym żalem 

- ale obawiam się, że nie możesz. Pepper i ja mamy za 

chwilę spotkanie w interesach. Poufne spotkanie. Będzie­

my więc zmuszone poprosić cię, żebyś sobie poszedł. 

Pepper spojrzała na zegarek. 

- Za parę minut przyjdą nasi współpracownicy. 

Izzy złapała się za głowę. 

- To już tak późno? Nie zdążę się przygotować. 

Pepper zdecydowanym gestem ujęła Dominika pod 

ramię i odprowadziła do drzwi. 

background image

114 

SOPHIE WESTON 

- Miło było cię poznać, Dominiku. Mam nadzieję, że 

jeszcze się spotkamy. 

Dominik nie mógł uwierzyć, że tak go potraktowano. 

Chwycił się ostatniej szansy. 

- Ale powiecie Jemimie, żeby zadzwoniła? - spytał 

przez ramię. 

- Na pewno. - Pepper otworzyła drzwi. 

- Powiedz jej, że przyjadę po nią jutro rano. 

- Dobrze. To znaczy, co? 

Dom był górą i nawet nie usiłował ukryć zadowolenia, 

w jakie wprawił go ten fakt. 

- Będę o dziesiątej rano. Jedziemy na wieś. Nie musi 

się stroić - rzucił ze schodów. - Niech weźmie tylko jakąś 

sukienkę na sobotnie tańce. 

Pomachał ręką i zbiegł ze schodów, nie oglądając się 

za siebie. Dopiero siedząc w samochodzie, zaczął się tak 

głośno śmiać, aż po policzkach popłynęły mu łzy. 

Och, jego dama w czerwieni była wyśmienitym gra­

czem w szachy. Tyle tylko, że trafiła na lepszego od siebie. 

Przegra. 

1 oboje będą cieszyć się każdą minutą jej porażki. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Po wyjściu Dominika Izzy i Pepper stały, patrząc na 

siebie w milczeniu. 

- Nic z tego nie rozumiem - powiedziała w końcu 

Pepper. - Jak Jemima mogła powiedzieć, że z nim wyjeż­

dża? Nigdy nawet nie wspomniała jego imienia. 

- Nie słuchałaś uważnie, Pepper. Powiedział, że dziś 

umówili się na tę randkę. 

- Ale... 

- Właśnie. Dzisiaj to ja byłam Jemima. I z całą pew­

nością nie obiecałam mu, że razem gdzieś wyjedziemy. 

Okłamał nas. Ale nie mogę mu tego zarzucić bez zdradze­

nia całej prawdy. Urocze, prawda? 

- Co teraz zrobisz? 

- Nie mam pojęcia. 

- Chyba nie rozważasz możliwości wyjechania z nim? 

- Pepper sprawiała wrażenie mocno zaniepokojonej tą 

perspektywą. 

- Oczywiście, że nie. 

- Jak dotąd miałaś szczęście, ale myślę, że ten numer 

by nie przeszedł. Jeśli ten człowiek rzeczywiście jest przy­

jacielem Jemimy... 

- Dziś rano niczego nie zauważył. 

- No tak, ale co innego wspólny weekend... 

- Myślisz, że Jemima naprawdę była z nim w bliskich 

stosunkach? 

background image

116 

SOPHIE WESTON 

- Nie mam pojęcia. Pytałam ją o to, ale nie udzieliła 

mi konkretnej odpowiedzi. 

- To podejrzane. Dominik jest bardzo pociągający. 

Bardzo męski. Wcale bym się nie zdziwiła. 

Izzy nie odpowiedziała. 

- Przyznaj, że ten facet ma coś w sobie. Potrafi śmiać 

się jak nikt inny. 

- Nie interesują mnie nałogowi kłamcy. 

- I całe szczęście. 

- Dlaczego? 

- Jeśli zamierzasz dalej udawać siostrę, to nie masz 

żadnych szans na przeżycie z nim przygody jako Izzy. 

- Wcale tego nie chcę. 

- A więc jednak podoba ci się! 

- Nieprawda. Nie lubię tylko, jak mi się mówi, co mam 

robić, a czego nie. 

- W łóżku od razu poznałby, że nie jesteś Jemima. Tam 

nikogo nie da się oszukać. To nie jest typ faceta, który 

łatwo się poddaje. 

- Ja też nie. A Jemima na mnie liczy. Nie pozwolę, 

żeby Dominik Templeton-Burke stanął nam na drodze. 

- Dzielna jesteś - Pepper poklepała Izzy po ramieniu. 

Izzy poszła do swojej sypialni. Wcale nie czuła się 

dzielna. Czuła się głupio i nie wiedziała, co robić. 

Cóż, bywała już w gorszych opałach w życiu. Najpierw 

musi oszacować ryzyko. Musi dokładnie wybadać, jak 

blisko zaprzyjaźnieni byli Dominik i Jemima. Żadnych 

domysłów. Żadnych gier. Jemima musi dokładnie powie­

dzieć jej, co ją łączy z Dominikiem. 

Zadzwoniła do kliniki. Bezskutecznie. Pani Dare była pod 

wpływem leków usypiających. Potrzebowała odpoczynku. 

Nie można łączyć żadnych rozmów telefonicznych. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

117 

- Ale to ważne - nalegała Izzy. 

Pielęgniarka najwyraźniej nieraz już to słyszała. Była 

grzeczna, ale stanowcza. Zaproponowała, żeby Izzy za­

dzwoniła do lekarza i wytłumaczyła mu, że musi pilnie 

skontaktować się z siostrą. 

Izzy wolno odłożyła słuchawkę. Nie może zadzwonić 

do lekarza i powiedzieć mu, że chce spytać siostrę, czy 

była w łóżku z mężczyzną, z którym zamierzała wyjechać 

na weekend. 

Z mężczyzną, w którym się chyba zakochała. 

Skąd jej to przyszło do głowy? To jakiś absurd. Dlacze­

go miałaby zakochać się kimś, kto uważa ją za zupełnie 

inną osobę? 

Seks. To wszystko wina salsy. Z czasem jej przejdzie. 

Tylko dlaczego miała wrażenie, że wcale nie chce, aby 

jej to przechodziło? 

Rano Izzy czuła się jeszcze gorzej. Otworzyła szafę 

siostry, żeby wybrać stosowną garderobę. Spakowała wa­

lizki i usiadła na nich w korytarzu. Czuła się podle i wcale 

nie sprawiała wrażenia modelki, która odniosła sukces. 

- Jesteś szalona - powiedziała bez ogródek Pepper. 

- Wiem. 

- Nie musisz tego robić. Zejdź na dół i powiedz, że 

zmieniłaś zdanie. On przecież wie, co jest grane. 

- Ale może uda mi się przekonać go, żeby dotrzymał 

tajemnicy. 

Pepper popatrzyła na nią z niedowierzaniem i pokręciła 

głową. 

- W każdym razie, jak wszystko się rozsypie, zadzwoń 

do mnie. Będę w Oksfordzie, ale jeśli będzie trzeba, przy­

jadę ci na ratunek. A przy okazji, masz jakieś pieniądze na 

taksówkę? 

background image

118 

SOPHIE WESTON 

- Tak, mamusiu. Mam na taksówkę. 

- W takim razie życzę powodzenia. - Pepper uścisnęła 

ją serdecznie. 

W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Obie 

podskoczyły jak oparzone. 

Pepper podniosła słuchawkę domofonu. 

- Tak, Jemima już schodzi. 

Podała kuzynce skórzaną torbę i uśmiechnęła się. 

- Pamiętaj, myśl jak Kleopatra, poruszaj się jak bogini. 

- Dam sobie radę - powiedziała Izzy, bardziej do sie­

bie niż do Pepper. 

- Nie wątpię. Nie zapominaj, że jesteś gwiazdą. 

- Jestem idiotką, i to w dodatku upartą. 

Zarzuciła torbę na ramię i wyszła z mieszkania. Gdyby 

nie Jemima, nigdzie by nie pojechała. Nie z tym mężczy­

zną, który zachowywał się jak macho. 

Tylko dlaczego, pomimo że tak bardzo starała się za­

pomnieć o tamtej nocy, jej ciało nieustannie jej o tym 

przypominało? Łączyło ich coś więcej niż tylko salsa. 

Wystarczyło, że ten mężczyzna na nią spojrzał, a tempe­

ratura jej ciała podnosiła się o kilka stopni. 

- Cholera - mruknęła przez zaciśnięte zęby. - Niech 

to jasna cholera. 

Myśl jak Kleopatra, poruszaj się jak bogini! 

Drzyj jak nastolatka? Niedoczekanie jego! 

Nie zakocha się w tym mężczyźnie. Nic z tego. Ostat­

nie schody pokonała niczym modelka na wybiegu. 

Dominik czekał na dole. Jego imponujący samochód 

stał zaparkowany przy krawężniku. 

Bez słowa wziął od niej torbę, nie próbując pocałować 

jej na powitanie. 

Izzy była przygotowana na odparcie jego ewentualnych 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 119 

zalotów i fakt, że nawet nie spróbował się do niej zbliżyć, 

mocno ją zirytował. 

- Gratulacje. Jesteś na czas. 

- Zawsze jestem na czas - powiedziała Izzy, zbyt 

późno przypominając sobie, że Jemima notorycznie się 

wszędzie spóźniała. 

Och, jeszcze nie wsiedliśmy do samochodu, a już po­

pełniłam błąd. 

Jednak Dominik nie zareagował. Może on nigdy nie musiał 

czekać na Jemimę? Ta myśl nie bardzo ją pocieszyła. Och Jay 

Jay, czyżbyś naprawdę go lubiła? Sama myśl o tym napełniała 

ją smutkiem. Miała ochotę zawrócić i pobiec do domu. 

- Nie dość, że piękna, to jeszcze punktualna. Jesteś 

naprawdę wyjątkową kobietą - powiedział, uśmiechając 

się do niej czarująco. 

Izzy zmusiła się do uśmiechu. 

Do diabła, tego ranka wyglądał jeszcze lepiej niż ostat­

nio. Miał na sobie dżinsy i koszulę z podwiniętymi ręka­

wami, które odsłaniały muskularne ramiona. 

Może sobie udawać angielskiego dżentelmena, ale wi­

działa, że to mężczyzna, który potrafi utorować sobie dro­

gę przez dżunglę. I zapewne nie raz to robił. Nie wolno 

jej zapominać o tym, że w fizycznej konfrontacji nie mia­

łaby z nim szans. Tylko dlaczego ta ewentualność wcale 

jej nie przerażała? 

Udając, że nie zauważa jego wyciągniętej pomocnie 

ręki, wspięła się na siedzenie pasażera. 

- A więc dokąd jedziemy? 

Dominik nie odpowiedział, tylko stał, przyglądając się 

jej intensywnie. Powtórzyła pytanie. 

- Co? Ach, do Gloucestershire. Zostałem zaproszony 

na lokalną uroczystość. Mam być honorowym gościem. 

background image

120 

SOPHIE WESTON 

- To bardzo ekscytujące. 

- I kto to mówi? Ty zapewne nieustannie bywasz za­

praszana na takie imprezy. 

- To prawda. Ale to zupełnie co innego. - Rozpaczli­

wie szukała w głowie jakiegoś wytłumaczenia. - Gdy ja 

jestem honorowym gościem, wszyscy patrzą nie na mnie, 

tylko na to, w co jestem ubrana. 

Dominik z trudem powstrzymał śmiech, co tylko ją 

rozdrażniło. 

- Chyba nie masz racji - powiedział, patrząc na nią 

przeciągle. Izzy była na niego tak zła, że aż zapomniała, 

iż on też jej się podobał. 

- Możemy jechać? 

- Bardzo proszę. 

Izzy splotła dłonie na kolanach, zastanawiając się, jak 

w tej sytuacji zachowałaby się jej siostra. Na pewno nie 

siedziałaby jak kołek, gapiąc się na drogę. Zapewne od­

wróciłaby się do kierowcy i z zalotnym uśmiechem zaczę­

łaby zadawać mu pytania dotyczące jego życia. 

Postanowiła, że zrobi to samo. Dużą trudność sprawił 

jej zalotny uśmiech, ale w końcu zdołała ułożyć usta w coś 

na jego kształt. 

- Gloucestershire. Czy to nie nazbyt prowincjonalna 

mieścina jak na tak wielkiego podróżnika? 

- Możliwe, ale muszę to zrobić, ponieważ potrzebuję 

funduszy na kolejną wyprawę. To część planu mającego 

na celu ich zdobycie. 

Izzy wbrew samej sobie zainteresowała się. 

- Często musisz to robić? 

- Częściej, niż miałbym ochotę. Tym razem wyniknęły 

pewne problemy, których nie przewidziałem. 

- Duże problemy? 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

121 

- Nie takie, z którymi bym sobie nie poradził - uciął 

krótko. 

Trafiła na zakazany temat. Sama była zdziwiona tym, 

jak bardzo chciałaby dowiedzieć się czegoś więcej. 

- Czy zdobywanie funduszy jest trudne? 

- Nie, jeśli zabierzesz się do tego z odpowiednią ener­

gią. Osobiście nie jestem najlepszy w występach kabare­

towych. 

- Mówisz tak, jakbyś znał innych, którzy się w tym 

lubują. 

- To prawda. Do tej pory wyjeżdżałem w grupie. To 

inni pisali książki i chodzili na pogadanki. Tym razem 

zostałem na lodzie. 

- I wcale ci się to nie podoba - wydedukowała. 

- Żebyś wiedziała. Sam nie wiem, dlaczego. To było 

dobre dla Shackeltona. 

- Dla kogo? 

- Ernest Shackelton. Osobiście zdobył środki na swoją 

wyprawę na Antarktydę. 

- Wygląda na to, że to twój idol. 

- Bezwzględnie. To niezwykły człowiek. „Jeśli chcesz 

podróżować szybko, wybierz Amundsena. Jeśli interesują 

cię odkrycia naukowe, pojedź ze Scottem. Ale jeśli zdarzy 

się katastrofa i nie będzie już żadnej nadziei, padnij na 

kolana i módl się o Shackeltona". 

- Czyżby to był jakiś cytat? 

- Tak. Pristley, kolejny badacz Antarktydy. 

Izzy nie odezwała się, rozmyślając nad tym, co usły­

szała. W milczeniu dojechali do Cotswold. 

Rozejrzała się po opustoszałej ulicy, wzdłuż której pły­

nął strumyk. Stały przy niej domki jak z bajki, z dachami 

krytymi słomą i donicami z geranium przed oknami. 

background image

122 

- SOPHIE WESTON 

- Tu się urodziłeś? 

Dominik roześmiał się. 

- Nie, pochodzę z Yorku. Ten weekend spędzimy z ro­

dziną Blackthornów, dalekimi kuzynami mojej matki. 

- Muszą być bardzo szacowni, skoro kazałeś mi wziąć 

jakąś sukienkę na wieczorne tańce. 

- Jedna z córek zaręczyła się i z tej. okazji będzie za­

bawa. Mają tu najlepszą kubańską kapelę w kraju. Zoba­

czysz, że ci się. spodoba. 

Serce Izzy niemal przestało bić. Znów ta salsa. Czy to 

możliwe, żeby pamiętał? Żeby podejrzewał? 

- Mnie? Skąd ten pomysł? 

- Jesteś urodzoną tancerką - odparł lakonicznie. 

Czy w ten sposób chciał jej dać do zrozumienia, że wie, 

iż nie jest Jemima? Wiedziona nagłym impulsem, chciała 

wyznać mu prawdę, jednak w tej chwili samochód wjechał 

na wyboistą drogę i Izzy zmieniła zdanie. 

Nie może ryzykować. Musi poczekać, aż Jemima bę­

dzie bezpieczna. Jeszcze tylko dwa dni i po wszystkim. 

- Dziękuję - powiedziała zduszonym głosem. - Ale to 

moja siostra, Izzy, jest urodzoną tancerką. Sporo czasu 

spędziła w Ameryce Łacińskiej i tam się tego nauczyła. 

Ona zapewne doceniłaby twoją kapelę. 

Wstrzymała oddech. 

Dominik jednak był skoncentrowany na drodze, która 

gwałtownie schodziła w dół. Nie była nawet pewna, czy 

słyszał jej słowa. Prowadził w milczeniu, aż wyjechali 

z wioski i znaleźli się na środku ogromnej łąki pełnej 

szkarłatnych kwiatów. Izzy ze zdumieniem rozejrzała się 

wokół siebie. 

- Ależ tu pięknie - westchnęła. 

- Lubisz wieś? 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 123 

- Sama nie wiem. Nigdy nie wyjeżdżałyśmy na wieś. 

- Ale widziałaś już łąkę pełną polnych kwiatów? 

- Chyba tylko w książce. W każdym razie nigdy na 

żywo. Spójrz na ten błękitny kwiat. Wygląda jak kosz 

pełen gwiazd. Jak się nazywa? 

- Nie jestem botanikiem. Możesz spytać mnie o for­

macje skalne, nie kwiaty. 

- Zapomniałam. Wolisz dżungle, pustynie i lodowce, 

tak? - Spojrzała na niego, żeby zobaczyć, jak zareagował 

na jej słowa. 

- To prawda. Lubię być tam, gdzie jest niebezpiecznie. 

Angielskie łąki nie stanowią wielkiego wyzwania. 

Wierzyła mu. Był mężczyzną, który potrzebował mocnych 

wrażeń, żeby czuć, że żyje. Nie wiedzieć skąd pojawiła się 

w jej głowie inna myśl. Jemima była jak te łąki: słodka i czuła. 

Ale nie była dla niego wyzwaniem. Dom potrzebował kobiety, 

która będzie z nim walczyć, jeśli zajdzie taka potrzeba. 

Takiej jak ona. 

- Zatrzymaj - powiedziała nagle. 

- Co? 

- Zatrzymaj. Chcę wysiąść. - Nagle nie mogła już 

znieść jego bliskości i udawania, że jest kimś innym. -

Muszę odetchnąć. 

W jednej chwili zatrzymał samochód i wyłączył silnik. 

Otworzył okna, pozwalając, by świeże powietrze wtargnę­

ło do środka. 

Izzy wychyliła się, wciągając głęboko w płuca zapach 

łąki. Zapach wczesnej jesieni. Chmary owadów, szelest 

poruszanych wiatrem liści. 

Zakochała się w ostatnim człowieku na ziemi, w któ­

rym powinna. Tak bardzo pragnęła go dotknąć, że aż od­

czuwała ból. Ale nie mogła. 

background image

124 SOPHIE WESTON 

Chciała mu powiedzieć, kim jest i co czuje. Może nigdy 

nie będzie już miała takiej szansy. Może jeśli dowie się 

prawdy, nie będzie chciał jej więcej widzieć. 

Tuż przed jej twarzą przeleciał jakiś owad. 

- Jest po prostu bajecznie. Chcę zapamiętać tę chwilę 

na zawsze. 

- Zapamiętać na zawsze? Mówisz, jakbyś się żegnała. 

- Nic nie trwa wiecznie - stwierdziła ze smutkiem. 

- Popatrz, niemal można dotknąć promieni słońca. Posma­

kować ich. Jest taki wiersz o tym, jak ważne jest zapamię­

tywanie dobrych rzeczy, które nam się przydarzają. Musiał 

być napisany w dzień podobny do dzisiejszego. 

- Życie to coś więcej niż poezja - powiedział lekko 

poirytowany. 

- Naturalnie. Chodziło mi tylko o to, żeby wyryć sobie 

w pamięci piękno tego, co widzę. 

- Chcesz wysiąść? 

- Możemy? Stoimy na środku drogi. 

- Nikt tędy nie jeździ. To tylko polna droga. Jeśli moja 

pani chce się przejść, musi się przejść. 

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Czyżby sobie z niej 

drwił? A jeśli nie? Jeśli weźmie ją za rękę i zawierzy 

najtajniejsze sekrety? Niemożliwe. Żartuje sobie, a ona 

bierze jego słowa za dobrą monetę. 

Dominik lekko dotknął jej policzka. 

- Nie rób takiej zmartwionej miny. Jeśli ktoś będzie 

chciał przejechać, zatrąbi. 

- Naturalnie, nie pomyślałam o tym. 

- Chodźmy zatem. - Wysiadł z samochodu. - Masz 

ochotę rozpuścić włosy i biegać boso po trawie? Zrób to. 

Tym razem przyjęła jego dłoń. Mimo to zachwiała się, 

wysiadając i musiał ją podtrzymać. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

125 

- Spokojnie, nie musisz startować jak sprinter. Mamy 

czas. Wszystko zależy od nas. 

Powiedział to w taki sposób, że popatrzyła na niego 

podejrzliwie. 

- Mówisz o spacerze po łące? 

- Mówię o tym, o czym tylko zechcesz rozmawiać. 

Ewidentnie z nią flirtował. Musi być bardzo, bardzo 

ostrożna. 

- W takim razie zacznijmy naszą botaniczną wyprawę 

- powiedziała twardo. 

- Cokolwiek rozkażesz. 

Izzy rozejrzała się wokół siebie. W dole płynęła kręta 

rzeka, w której wodach przybrzeżne wierzby moczyły ga­

łęzie. Po drugiej stronie doliny widać było szachownicę 

uprawnych pól. Powietrze aż wibrowało życiem, choć wo­

kół panowała cisza. 

Izzy westchnęła z zadowoleniem. Cóż z tego, że nie 

znał prawdy? Był tu i tylko to się liczyło. 

- Jest naprawdę wspaniale. 

- W takim razie ciesz się tym - powiedział tak dobrze 

jej znanym niskim, czekoladowym głosem. 

Jak bardzo chciała się mu poddać, a nie udawać, że nie 

robi na niej żadnego wrażenia. Ból był nie do zniesienia. 

Wyciągnął do niej rękę, ale nie ujęła jej. Wkroczyłaby 

na zbyt niebezpieczny grunt. 

- Nie możemy tak prostu chodzić po czyimś polu. 

- Widzę, że jesteś bardzo praworządna, prawda? 

- Raczej robię to, co muszę robić. 

Nie wiedzieć czemu, z jej pamięci wyłoniło się wspo­

mnienie wioski w Andach i uzbrojonych rebeliantów, któ­

rych tam spotkała. I po raz pierwszy w życiu to wspo­

mnienie nie wzbudziło w niej strachu. 

background image

126 

SOPHIE WESTON 

Dominik uważnie się jej przyglądał. 

- Jakieś niemiłe wspomnienie, mam rację? 

W nagłym odruchu chciała zaprzeczyć, ale nie zrobiła 

tego. A gdyby tak opowiedziała o wszystkim Dominikowi? 

Może to pomogłoby przegonić demony raz na zawsze? 

Skrzyżował ramiona na piersiach i czekał. 

- Kiedyś musiałam... Sądziłam, że muszę... Po prostu 

postanowiłam... 

Nie, nie mogła tego zrobić. 

Dom myśli, że jest Jemima. Przywiózł ją tu, bo była 

częścią gry. Nie mogła odsłonić duszy przed kimś, kto 

prowadzi takie gierki. 

- Jesteś pewien, że samochód nikomu nie zagrodzi 

drogi? 

- W razie potrzeby zatrąbią. 

Odniosła wrażenie, że jest nią rozczarowany. 

- Widzę, że lubisz zamartwiać się drobiazgami. Założę 

się, że w szkole byłaś prymuską. 

Tak było lepiej. Z takimi żartami poradzi sobie bez 

trudu. Nerwy puszczały jej, gdy mówił do niej „moja pani" 

i używał tego przesłodzonego tonu. 

- Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że byłam pupilką 

nauczycieli, to się mylisz - odparła z godnością. - Wyrzu­

cono mnie raz z pracowni biologicznej za podłączanie 

napięcia do martwych zwierząt. 

- Jestem pod wrażeniem. A teraz powiedz mi, czy po­

dejdziesz tu do mnie, czy będziesz siedziała na tym murku 

do końca świata? 

Izzy była tak zaskoczona, że zapomniała uciec spojrze­

niem. Nie spuszczał z niej wzroku. 

- Możesz tu sobie siedzieć, ile chcesz - ciągnął pozba­

wionym emocji głosem. - Ale w końcu będziesz musiała 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 127 

podjąć decyzję. W przód albo w tył. Masz tylko dwie 

drogi. 

Wie! - pomyślała z nagłą pewnością. Wie, że nie je­

stem Jemima. 

- No więc? - ponaglił ją miękko. 

Pamiętaj o Jemimie, powtarzała sobie jak zaklęcie. Je­

śli teraz o niej zapomnisz, będziesz tego żałować. Jemima 

cię potrzebuje, a Dominik nie. 

A czego ja potrzebuję? 

Później, powiedziała sobie w duchu. Później. 

- Okay. Wiesz o tym miejscu znacznie więcej niż ja. 

Zaufam ci. Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. 

- Wielkie dzięki. - Wcale nie sprawiał wrażenia zado­

wolonego. - Schlebiasz mi. 

- Mówię tylko prawdę. 

Dominik bez słowa ruszył w górę. Był wzburzony. 

- Dlaczego nie możesz mi zaufać? Naprawdę zaufać? 

- spytał po dłuższej chwili. 

- Nie wiem, co masz na myśli. 

Machnął niecierpliwie ręką. 

- Ależ wiesz. Ważysz każde słowo, jakie do mnie mó­

wisz. Nie patrzysz na mnie. Udajesz, że jesteś swobodna, 

ale jak tylko cię dotknę, skaczesz pod niebo, jakby cię 

ukąsił wąż. 

- Nieprawda! 

- Dlaczego to robisz? - Spojrzał na nią z góry. 

Izzy biła się z myślami. 

- Lubisz łamać zasady, prawda? 

- Raczej je czasem naginać. Kto tego nie robi? 

Jemima. Izzy często miała jej to za złe. Ale teraz, kiedy 

chodziło o Dorna... 

- Ja staram się ich nie łamać - powiedziała powoli. 

background image

128 

SOPHIE WESTON 

- Więc? 

- Więc chcę ci powiedzieć, że mam tego dosyć. Od 

wczorajszego skoku nieustannie mnie do czegoś zmu­

szasz, naciskasz. Chcesz, żebym... - zawahała się. 

- Złamała zasady? 

- Tak. 

- O których konkretnie zasadach mówisz? 

Moich zasadach. 

Nie powie tego na głos. Spytałby ją o nie i musiałaby 

powiedzieć prawdę. A to oznaczałoby zdradę. Nie tylko 

Jemimy, ale również samej siebie. Otworzyłaby mu drzwi 

do swoich sekretów. Musiałaby mu zdradzić, co przeżyła 

w leżącej wysoko w Andach wiosce i dlaczego nie może 

być taka niewinna jak jej siostra. 

Patrzyła na niego, aż bolały ją oczy i nie wiedziała, co 

powiedzieć. 

Dominik wyciągnął rękę i ostrożnie, bardzo ostrożnie 

dotknął ręką pukla jej włosów. 

- Dobrze - powiedział cicho. - Rozegramy to po two­

jemu. Jestem bardzo cierpliwy. 

Mówił tak, jakby naprawdę mu na niej zależało. Poku­

sa, by rzucić mu się w ramiona i wszystko wyznać, była 

obezwładniająca. 

Pamiętaj o Jemimie. To dla Jemimy. Ona na ciebie 

liczy. 

- Mogę poczekać. Nadejdzie dzień, kiedy mi powiesz. 

- Ja... - zwilżyła językiem wargi. 

- Chodź, ty tajemnicza kobieto. Mamy przed sobą za­

danie do wykonania. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Ich praca zaczęła się, jak tylko dojechali do domu. Izzy 

z wdzięcznością przyjęła wszelkie obowiązki. Przynaj­

mniej mogła dzięki temu nie myśleć. 

- Tak jak się spodziewałam, prawdziwa wiejska rezy­

dencja! Trzy masywne skrzydła! Posągi na tarasie! Wy­

gląda jak plan filmowy. 

- Powinnaś zobaczyć go od frontu - Dominik był roz­

bawiony. 

- Mówiłeś, że jest ładny, ale nie wspomniałeś, że wy­

gląda jak królewska rezydencja. 

- Poczekaj, aż wejdziemy do środka. Rzuci się na cie­

bie irlandzki owczarek, który myśli, że jest pudlem, i kot, 

który uważa się za psa. 

- Wygląda na to, że dom przeżywa oblężenie. 

- To jest właśnie feta. Chyba zacznę rozpakowywać ba­

gaże. Jak będą mnie potrzebować, zapewne mnie znajdą. 

Zaparkował w cieniu wielkiego drzewa i wyłączył sil­

nik. Podeszła do nich wysoka, siwowłosa kobieta o oczach 

równie szarych, jak oczy Dominika. 

- Witaj, niedźwiedziu. Przywiozłeś ze sobą żebraczą 

miskę? 

- Witaj, ciociu Margaret. Przywiozłem prezent. Ma na 

imię... - zawahał się. - Jemima Dare. Jest jeszcze bar­

dziej sławna niż ja. 

- To nic trudnego. Miło cię poznać, Jemima. Musisz 

background image

130 

SOPHIE. WESTON 

się trzymać Dominika. Dom jest pełen ludzi, ale mam 

nadzieję, że do tego przywykniesz. 

- Witam - wykrztusiła zdumiona Izzy. 

- Moja ciotka jest mistrzynią w organizowaniu wszel­

kich uroczystości. 

- Ktoś musi to robić - odparła lakonicznie Margaret. 

- Przydzieliłam wam pokój numer cztery. Możecie tam 

zanieść swoje rzeczy. Dzieci zrobiły dla ciebie chorągiew­

ki. Mają się przebrać za Eskimosów i. sprzedawać je 

gościom. 

Dominik sprawiał wrażenie przejętego tą informacją. 

- Na Antarktydzie nie ma Eskimosów. 

- Nie chodzi o szczegóły, liczą się chęci. W każdym 

razie Flissy może pojawić się w stroju pingwina. Kłócili 

się o to przy śniadaniu. 

- Skoro tak, powiem im. że jest tam mnóstwo pingwi­

nów. A teraz idziemy się rozpakować. 

- Potem przyjdźcie pomóc ustawiać rusztowania. Po­

trzebna nam- dosłownie każda pomoc, jeśli w ogóle coś 

z tego ma wyjść! 

Zrobili tak, jak im powiedziano. 

Dom, choć wielki, był bardzo przytulny. Weszli przez 

boczne drzwi do ogromnej kuchni, pełnej rozmaitych lu­

dzi, którzy właśnie coś jedli albo pili kawę. Jedno z dzieci 

miało w rękach płetwy. 

- Po co ci one? 

- To będą stopy pingwina - oznajmił z powagą sie­

dmiolatek. - Wczoraj w nocy robiliśmy próby. 

- Nie wiem, czy to dla mnie najlepsza reklama - po­

wiedział Dominik, kiedy malec odszedł. 

- Dla ciebie liczy się tylko twój wizerunek, prawda? 

- Jeśli mam zdobyć fundusze na kolejną wyprawę, to 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 131 

tak. - Rozejrzał się po kuchni. - Jak na mój gust jest tu 

zbyt tłoczno. Chodźmy stąd. 

Poprowadził ją długimi korytarzami do schodów, któ­

rymi weszli na poddasze. Otworzył jakieś drzwi i wszedł 

do środka. 

- Chcesz się kąpać? - zapytała zdumiona Izzy, widząc, 

że znaleźli się w przestronnej łazience. 

- Na razie nie, ale z czasem na pewno. Ty zresztą też. 

Chciałem się tylko upewnić, czy nie zmienili niczego od 

czasu, kiedy ostatnio tu byłem. 

- Nie rozumiem. 

- To podstawowa zasada przebywania w każdym 

wiejskim domu. Trzeba znaleźć dziecięcą łazienkę i do­

brze jej pilnować. 

- Jesteś uzależniony od gumowych kaczuszek? 

- Jestem uzależniony od gorącej wody. Zbiornik z go­

rącą wodą jest zazwyczaj w łazience dla dzieci. Im dalej 

od niego jesteś, tym mniejszą masz szansę, że będzie 

gorąca. Ciotka Margaret zapewne zaproponuje, żebyś sko­

rzystała z jej łazienki. Jest pełna dobrych kosmetyków 

i ma wannę wielkości basenu, ale nie spodziewaj się nad­

miaru ciepłej wody. 

- Dzięki za ostrzeżenie. 

- Nie chcę, żebyś zamarzła. Nawet w tak ciepły wrze­

sień jest tu zimno. A ja nie cierpię w łóżku zimnych nóg. 

- A skoro o tym mowa... 

- Nie ma szans na oddzielne pokoje. Musisz spać 

w tym samym łóżku, co ja. Uwierz mi, to dużo lepsze niż 

wilgotny namiot w dżungli. Przeżyjesz. 

- Oczywiście, że tak. Nie o to chodzi. 

- No dobrze, obiecuję, że cię nie dotknę, jeśli ty obie­

casz mi to samo. 

background image

132 SOPH1E WESTON 

Izzy miała ochotę go uderzyć, zresztą już nie po raz 

pierwszy. 

- Umowa stoi? - wyciągnął rękę. 

- Stoi. - Podała mu rękę, a potem aż do końca dnia 

ani razu jej nie dotknął. 

Nie wiedziała, czy się tym martwić, czy cieszyć. Jednak 

po południu przekonała się, że była najwyraźniej w świe­

cie sfrustrowana. 

Dom umiał czarować. Na rozpoczęcie uroczystości wygło­

sił wspaniałe przemówienie, z namaszczeniem przeciął wstę­

gę, po czym usiadł pośród plakatów przedstawiających jego 

i towarzyszy podczas różnych wypraw. Rozmawiał z ludźmi, 

rozdawał autografy, odpowiadał na niezliczone pytania. Nie 

spieszył się. Jeśli dziesięciolatek pytał go, jak chodzić po lo­

dowych górach, wyjaśniał mu to w szczegółach. 

Izzy rozdawała zdjęcia z ekspedycji i sprzedawała 

książki, które Dom przywiózł ze sobą. Były tam pozycje 

opisujące poprzednie wojaże, ale także różne techniki 

przetrwania w ekstremalnych warunkach. 

- Widzę, że nie napisałeś żadnej z nich. Więc jednak 

jest w tobie jakieś poczucie skromności. 

- Moi koledzy lepiej to robią. Wdzięcznie opisują, ja­

kim to jestem draniem - powiedział żartobliwym tonem, 

ale jego oczy zachmurzyły się. 

Co takiego powiedziałam? Nie chciałam urazić jego 

uczuć! Tylko żartowałam. Dlaczego wszystko muszę ze­

psuć? To chyba przez to udawanie. Normalnie nie jestem 

taka beznadziejna, myślała strwożona Izzy. 

Nawet jeśli zraniła jego uczucia, nie pokazał tego po 

sobie. Był cierpliwy, odpowiadał na wszystkie pytania 

i był miły dla wszystkich, którzy do niego podchodzili. 

Izzy pakowała zakupy, zapisywała adresy chętnych 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 133 

subskrybentów i uśmiechała się do wszystkich. Tylko że 

Dominik nie dotknął jej ani razu. 

Przypomniała sobie, jak zobaczyła go czekającego na nią 

przed skokiem. Wojskowe ubranie wywołało w niej odru­

chowe skojarzenia z przeżyciami z przeszłości i zapewne 

dlatego nastawiła się do niego tak negatywnie. Podczas gdy 

w rzeczywistości Dominik nie sprawiał wrażenia człowieka, 

który może kogokolwiek straszyć po nocach. Wręcz prze­

ciwnie. Miał dużo uroku, jakiś niemal zwierzęcy magnetyzm, 

który przyciągał kobiety. 

Och tak, przeszli długą drogę od czasu pamiętnej nocy 

i skoku z bungee. 

A to przypomniało jej, że to jest ich trzecia randka! 

Randka seksu. Ta, od której zawsze uciekała. Zawsze, 

ale nie tym razem. Chciała, żeby... 

- Dlaczego nie napiszesz książki o sobie? - spytała 

jakaś blondynka, uśmiechając się przy tym zalotnie. 

- To nie moja działka. Wolę używać mięśni niż głowy. 

Izzy podskoczyła, jakby przeszył ją prąd. Znała ten ton 

głosu. Sama go używała, kiedy mówiła: „To nie ja byłam 

tą ładną", chcąc przez to powiedzieć, że żałuje, iż nie jest 

tak ładna jak siostra. Żałuje, że się tym przejmuje, dlatego 

ze wszystkich sił udaje, iż jest inaczej. 

Kiedy blondynka odeszła, popatrzyła na niego uważnie. 

- Rzeczywiście, dlaczego nie napisałeś własnej książ­

ki? Na pewno wielu wydawców ci to proponowało. 

- Dlaczego o to pytasz? - ton jego głosu nie był przy­

jazny. 

Ten ton też znała. Sama go używała, kiedy chciała powie­

dzieć: „Daj mi spokój" lub dosadniej: „Odczep się!". 

- Z ciekawości. Zapewne to rozwiązałoby twoje pro­

blemy z pieniędzmi. 

background image

1 3 4 SOPHIE WESTON 

Dom nie odpowiedział. Patrzył na tańczące na parkiecie 

dzieci i milczał. Czekała. 

- Nie potrafię - powiedział w końcu. 

- Co? 

- Nie potrafię pisać. 

Była tak zdumiona, że zapomniała o tym, że nie powin­

na go naciskać. 

- Nie potrafisz pisać? 

- Tylko proste wyrazy i to z wielkim trudem. Widzia­

łaś, że potrafię się podpisać. 

A więc dlatego tak długo rozmawiał z ludźmi, rozdając 

autografy! 

- Jestem dyslektykiem. Ciężkim, beznadziejnym przy­

padkiem dyslektyka. 

- Ja... 

- Och, potrafię robić tysiące innych rzeczy. Na przy­

kład świetnie gram w szachy. Jestem „zorientowanym na 

działanie przykładem ekstrawertyka". Najlepiej wychodzą 

mi rzeczy, które robi się na zasadzie odruchu. 

- Od jak dawna... 

- O tym wiem? Zupełnie od niedawna. W szkole uz­

nano mnie za debila, a w rodzinie za lenia. 

- Matka nie zdawała sobie sprawy, w czym tkwi problem? 

- Sama była chora, a potem umarła. 

Miała ochotę go przytulić. Wiedziała, że to zły pomysł. 

Niemal usiadła na rękach, by je unieruchomić. 

- Kiedy się dowiedziałeś? - spytała neutralnym głosem. 

Dom odsunął stolik z pamiątkami i książkami napisa­

nymi przez innych ludzi i wstał. Nie patrzył na nią. 

- Mam przyjaciela, arabskiego szejka. Człowiek o sze­

rokich horyzontach. Byliśmy razem na wyprawie na pu­

styni Gobi i którejś nocy pokazał mi jakiś napisany po 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 135 

arabsku tekst. Zdałem sobie sprawę, że jego odczytywanie 

sprawiło mi nie większą trudność, niż czytanie zwykłych 

liter. Powiedział, że to niezwykłe zjawisko i że powinie­

nem poddać się testom. Więc po powrocie to zrobiłem. 

- I? 

- I są różne terapie. Próbowałem ich i dzięki temu 

potrafię się podpisać i wypełnić na przykład zeznanie po­

datkowe. A nawet napisać notatkę, jeśli muszę. Ale nie 

napiszę ci wiersza. 

- A możesz dyktować? 

- Dyktować wiersz? Chyba nie. 

- Nie, mam na myśli książkę. Zapiski z bieguna połu­

dniowego czy coś w tym stylu. Nie mógłbyś ich po prostu 

podyktować? 

- Trudno dać wydawcy pudło taśm. 

- Rzeczywiście. 

- Ale dziękuję za troskę - powiedział miękko. 

Sądziła, że teraz właśnie jej dotknie, ale nic takiego się 

nie wydarzyło. Podobnie było przez resztę popołudnia 

i potem, gdy poszli do domu przygotować się do wieczor­

nej zabawy. 

Miała nadzieję, że przyjdzie do niej do łazienki, gdy się 

kąpała, ale tu też się zawiodła. 

Kiedy wróciła do ich wspólnego pokoju, był już ubrany 

w czarne spodnie i białą koszulę. Rozmawiał z nią 

o wszystkim i o niczym, podczas gdy ona malowała się 

i układała włosy w sposób, w jaki zazwyczaj robiła to 

Jemima. Był miły, zabawny i seksowny, ale ani przez 

chwilę nie pozwolił jej się do siebie zbliżyć. Nawet jej nie 

poprosił, żeby mu zawiązała krawat. 

Tak więc zeszła na dół w nie najlepszym nastroju. 

Przyjęcie rzeczywiście było urządzone z ogromnym 

background image

136 

SOPHIE WESTON 

rozmachem. Kobiety były ubrane w wieczorowe kreacje 

od znanych projektantów i niektórych z nich nawet roz­

poznała. Ona sama miała sukienkę od Delysa i pożyczoną 

biżuterię. 

Zawahała się na górze schodów, zerknęła na błyszczące 

w dole brylanty i spojrzała na Dominika. 

- Nie przywykłam do takiego przepychu. 

- Możesz zrobić, cokolwiek tylko będziesz musiała, 

pamiętasz? - spytał szorstko. 

- Ja tak powiedziałam? 

- Dziś po południu. Cały czas czekam, że mi to wy­

jaśnisz. 

- Może innego dnia. 

- Powiedziałem, że jestem cierpliwym człowiekiem, 

ale nawet moja cierpliwość ma swoje granice. 

Choć nie zabrzmiało to jak groźba, Izzy wiedziała, że 

mówi to na poważnie. 

- Jesteś bardzo zdeterminowany, prawda? - spytała wolno. 

- Naturalnie, że tak. To część mojego zadania. 

Roześmiał się i napięcie panujące między nimi nieco 

zelżało. 

- A to też jest część twojego zadania? - spytała, wska­

zując ręką na zgromadzonych ludzi. - Rodzina, przyjęcia 

zaręczynowe, dzieci przebrane za pingwiny i cała reszta. 

- Domyślam się, że pytasz mnie, jak udało mi się unik­

nąć pułapki małżeństwa. 

- Dlaczego od razu myślisz, że ktoś miałby zastawiać 

na ciebie pułapkę? 

- Ponieważ jestem czyściochem, mam poczucie humoru 

i umiem robić różne rzeczy w domu - odparł bez wahania. 

- W takim razie szkoda, że tak bardzo starasz się unik­

nąć tej pułapki. 

background image

ZAKOCHAMY PODRÓŻNIK 

137 

- I tu się mylisz. Czekam tylko na najlepszy kąsek. 

- Słucham? 

- Masz bardzo stereotypowe wyobrażenie na temat po­

dróżnika - powiedział drwiąco. 

- Nie sądzę. Nie mam stereotypowego wyobrażenia na 

temat kogokolwiek. 

- Ależ masz. Uważasz nas za barbarzyńców, zdolnych 

jedynie do tego, by wykorzystać kobietę, a potem ją po­

rzucić. 

Izzy skrzyżowała ramiona na piersiach i przechyliła 

głowę w bok. 

- Rzeczywiście. Tymczasem ty masz wrażliwą duszę 

i czekasz tylko na swoją pannę Właściwą! 

- Może nie będę musiał już dłużej czekać. 

Udała, że nie słyszy tych słów, choć zrobiło jej się od 

nich gorąco. 

- Mówiąc szczerze - powiedział, prowadząc ją w dół 

- jestem zadowolony, że rozpoczęłaś ten temat. 

- Jaki temat? Nic nie rozpoczynałam. Och, potrafisz 

być taki irytujący! 

- Bardzo chciałbym się ożenić. 

- Akurat w to uwierzę. 

-. Pozwól, że opowiem ci nieco o podróżnikach i mał­

żeństwie. 

- Zamieniam się w słuch. 

- Matthew Flinders. To on sporządził pierwszą mapę 

wybrzeży Australii. 

- Kolejny z twoich bohaterów? - spytała z czułym 

rozbawieniem. 

- Żebyś wiedziała. Ożenił się ze swoją miłością z dzie­

ciństwa. Nie mógł jej zabrać ze sobą. więc codziennie pisał 

listy. Prosił, żeby opisywała mu, w co jest ubrana, co jej 

background image

138 

SOPHIE WESTON 

się śniło i co robi. A kiedy wrócił do domu po dziesięciu 

latach, wciąż na niego czekała. - Powiedział to miękkim 

głosem, zupełnie poważnym. - Tego właśnie chcę. 

- W takim razie twoje oczekiwania nie są zbyt wygó­

rowane - zażartowała. 

- Kiedy miałem osiemnaście lat, chciałem się ożenić. 

Jednak gdy wyjechałem do Indonezji, moja wybranka 

przerzuciła się na mojego starszego brata. 

- Widać z tego, że w waszej rodzinie niezbyt dobrze 

znacie się na kobietach. 

- Masz rację. Powinnaś zobaczyć drugą żonę mojego 

ojca. To przez nią wyniknęło całe zamieszanie z pieniędz­

mi na wyprawę. Namówiła ojca, żeby wycofał udziały 

swojej firmy. 

- Nie jesteś z tego powodu wściekły? 

- Teraz już nie. Ale jak widać wszystko ma swój cel. 

Gdybym nie popadł w finansowe tarapaty, nie poznałbym 

ciebie. 

Patrzył na nią ciepło. Cieplej niż w ciągu całego dnia. 

1 wtedy jej dotknął. Uniósł ją i ścisnął tak mocno, że omal 

nie połamał jej żeber. Chciała, aby ten uścisk trwał wiecznie. 

Nie puszczał jej przez resztę wieczoru ani na chwilę. 

Jedli, trzymając się za ręce. Wznosili kolejne toasty, za­

glądając sobie w oczy. Tańczyli, jakby byli jedynymi 

ludźmi na parkiecie. Należeli do siebie i w całej wielkiej 

sali balowej nie było osoby, która by tego nie zauważyła. 

- Łóżko - powiedział w końcu, nie zadając sobie na­

wet trudu, by zniżyć głos. 

- Sądziłam, że już nigdy nie poprosisz - powiedziała 

ze śmiechem Izzy. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Teraz na pewno mi powie, pomyślał Dominik. Nie mo­

że mnie okłamywać, gdy będziemy się kochać. Powie mi, 

że pamięta nasz taniec i wszystko, co było potem. 

Zaczął ją całować jeszcze na korytarzu. Nie jej usta, ale 

powieki, nos, ramiona, szyję, rowek między piersiami. 

To nie może być prawda, myślała. Żadna współczesna 

kobieta nie może być zszokowana zwykłym pocałunkiem. 

Tyle tylko, że to nie był zwykły pocałunek. 

Nie odrywając od niej ust, Dom otworzył drzwi pokoju 

i lekko pchnął ją do środka. Izzy zaczęła gorączkowo roz­

pinać jego koszulę. Oczywiście nie mogła sobie poradzić 

z guzikami, ale nie miało to znaczenia. 

Ogarnięci pożądaniem rzucili się na łóżko. Usłyszał, 

jak zrzuciła buty. Izzy straciła zainteresowanie koszulą 

i zaczęła gładzić rysujące się pod cienkim materiałem 

mięśnie torsu. Dominik nie pozostał jej dłużny. Oboje 

sprawiali wrażenie, jakby chcieli jednocześnie dotknąć 

wszystkich fragmentów swych ciał, jakby nie mogli się 

nimi nacieszyć. 

Dominik ostro nabrał powietrza w płuca. 

- Ostrożnie. 

- Ale jego dama w czerwieni nie należała do ostroż­

nych kobiet. Ściągnęła mu koszulę przez głowę i zaczęła 

mocować się z zamkiem spodni. 

- Dlaczego w tych eleganckich spodniach muszą robić 

background image

140 

SOPHIE WESTON 

takie skomplikowane zamki? Nie wystarczyłby zwykły 

suwak? 

- Pozwól, że ci pomogę - zaśmiał się chrapliwie. 

Wkrótce jednak okazało się, że ona ma też na sobie 

zbyt wiele ubrań. Próbował uwolnić ją ze zwojów turku­

sowego materiału, który ją okrywał, ale drobne haftki 

okazały się być ponad jego możliwości. 

- Jak to działa? 

Izzy przewróciła się na plecy i podniosła ramiona. 

- Nie mam pojęcia. 

Usiadł ze śmiechem. 

- Dobrze, zrób to ty. 

- Sam sobie nie poradzisz? - spytała, mając na myśli 

nie tylko haftki. Dominik zrozumiał jej intencje. 

Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał jej w oczy. 

- Tak długo, jak będziesz tego chciała, poradzę sobie 

ze wszystkim. 

Przez moment patrzyła na niego, jakby nie wierzyła 

w to, co słyszy. Podobnie, jak nie mogła uwierzyć w to, 

że jest z nim w łóżku. 

- Kochaj mnie - szepnęła. - Kochaj mnie już. 

Chwileczkę, pomyślał Dom. Powinnaś mi chyba coś 

wyznać... 

Jednak patrząc, jak Izzy powoli uwalnia się z jedwabnej 

sukni, odsunął wszelkie wątpliwości na bok. Pomyślę 

o tym później. Znacznie później. 

W tej chwili świat przestał dla nich istnieć. 

Izzy zasnęła w chwilę po tym, jak przestali się kochać 

i spała tak dobrze, jak nigdy. Dom przyglądał jej się przez 

dłuższą chwilę, żałując, że nie zdradziła mu swego imienia. 

Naturalnie znał je. W końcu ich sobie przedstawiono, 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 141 

a dziś po południu powiedziała mu, jak się nazywa. Była 

to jednak zasługa kubańskiej muzyki, a nie miłości do 

Dominika Templetona-Burke'a. 

Odsunął kosmyk włosów, który opadł jej na czoło. Kie­

dy się kochali, niczego nie udawała. Oddała mu nie tylko 

swoje ciało, ale i duszę. Żadnego udawania, póz, żadnych 

gier. Tylko... 

Miłość? 

Wiedział, że tak. Pochylił się i pocałował ją w lekko 

uchylone usta. 

Zmarszczyła nos przez sen. Uśmiechnął się i położył 

obok niej, aby wreszcie spokojnie zasnąć. 

Był z siebie bardzo zadowolony. Jutro jej powie. Po­

wie, że są dla siebie stworzeni i że powinna do tej myśli 

przywyknąć. 

Kiedy się obudziła, nie wiedziała, która jest godzina. 

Niebo za oknem było szare, zaczynało świtać. Choć jesz­

cze było widać księżyc i jaśniejsze gwiazdy, wstawał no­

wy dzień. 

Objęła się ramionami. Była naga i czuła chłód. 

Obok niej spał mężczyzna, którego kochała. Mruknął 

coś przez sen. Może „skarbie". 

Rozejrzała się po pokoju, ale nie dostrzegła swoich 

ubrań. Podniosła z podłogi marynarkę Dorna i owinęła się 

nią. Pachniała drzewem sandałowym. Ten zapach do koń­

ca życia będzie go jej przypominał. 

- Kochanie - usłyszała zaspany głos Dominika. 

Kolejny bezpieczny, bezosobowy czuły termin! 

- Nie mów tak do mnie. 

Dominik w jednej chwili usiadł w łóżku wyprostowany 

jak struna. 

background image

142 

SOPHIE WESTON 

- Co się stało? 

Izzy nagle poczuła, że nie zniesie tego ani chwili dłużej. 

Zaczęła drżeć, przepełniona wstrętem do samej siebie. 

Dominik wyszedł z łóżka i klęknął obok niej. 

- Najdroższa, co się stało? Miałaś zły sen? Powiedz 

mi, proszę. 

Zły sen? Rzeczywiście, to był koszmar. Od chwili, 

w której ujrzała go ubranego w te wojskowe drelichy. 

Czyhał, by zabrać ją w ciemność, by ją w niej pogrążyć... 

Objął ją ramieniem. 

- Nie dotykaj mnie - powiedziała lodowatym tonem. 

Przerażony Dom cofnął rękę i odsunął się. 

- Co się stało? 

Wiedziała, że jej zachowanie jest irracjonalne. Zaczęła 

trząść się jak w febrze i powtarzać w kółko niezrozumiałe 

słowa, z których zdołał zrozumieć jedynie: „trzecia rand­

ka" i „cokolwiek będę musiała". 

Nie mógł tego znieść. 

Posadził ją na krześle, a potem wyjął z kredensu karaf­

kę z jakąś nalewką. 

- Madera wuja Geralda. Jest tu od wieków. Napij się. 

Izzy łyknęła, jakby to było lekarstwo. 

- Aż tak wstrętne? 

Potrząsnęła głową. Nie była w stanie się uśmiechnąć. 

W jej oczach dostrzegł niemal zwierzęcy strach. 

Przykrył jej ramiona kocem, uważając, aby nie dotknąć 

przy tym jej nagiego ciała. Sam owinął się drugim i usiadł 

u jej stóp po turecku. Patrzył czule w jej twarz. 

- Chcesz mi o tym opowiedzieć? 

Zobaczył, jak jej grdyka poruszyła się pod skórą szyi. 

Pospiesznie sięgnął po karafkę. 

- Jesteś dla mnie bardzo dobry - powiedziała cicho. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

143 

- Dobry? Ja? 

- Tak. Przykro mi, że nie byłam z tobą szczera. Tylko 

że myślałam, że tym razem... Nie sądziłam... 

Podniósł rękę. 

- Poczekaj. Możesz wrócić do tego fragmentu o szcze­

rości? Co dokładnie miałaś na myśli? 

Izzy kichnęła i poruszyła nosem, zupełnie jak jeden 

z wczorajszych pingwinów. Dom mimo woli uśmiechnął 

się i podał jej chusteczkę, którą wyjął z szuflady. 

Wytarła głośno nos, a potem chrząknęła, by oczyścić 

gardło. 

- Przepraszam. Zazwyczaj lepiej daję sobie radę. 

- Z czym? 

- Z samą sobą. - Machnęła ręką w kierunku łóżka. -

Z seksem. Z trzecią randką. Przepraszam. 

Nagle Doma opuściła wszelka ochota do śmiechu. 

Trzecia randka! 

- Rozumiesz: na pierwszej randce wymieniacie się nu­

merami telefonów, na drugiej idziecie do restauracji, a na 

trzeciej do łóżka - jej głos załamał się. 

- Lepiej będzie, jak mi to wyjaśnisz - powiedział gro­

bowym głosem. 

- Nie chodzi o ciebie. To wszystko moja wina. Tylko 

moja. 

- Chcesz powiedzieć, że z moją techniką jest wszystko 

w porządku? Tak na wypadek, gdybym miał kompleksy? 

- Tak. To znaczy nie. Przepraszam. 

- Wielkie dzięki. 

- Posłuchaj. Poszłam kiedyś do łóżka, to znaczy nie 

poszłam, ale myślałam, że będę musiała i... Niech to 

diabli! 

- Słucham? 

background image

144 

SOPHIE WESTON 

Izzy nigdy dotąd nikomu nie opowiadała o tym prze­

życiu. Nie była pewna, czy w ogóle może to zrobić. 

- Jeździłam po świecie autobusem. Wydawało mi się, 

że doskonale sobie radzę. Ale... Pewnego razu zatrzymała 

nas grupa rebeliantów w górach. Byli bardzo agresywni 

i nie można się było z nimi dogadać. Choć mój hiszpański 

jest całkiem niezły, oni jakby nie chcieli zrozumieć tego, 

co do nich mówię. 

- Ile was było? 

- Cały autobus. Rebelianci puścili miejscowych, a tu­

rystów zatrzymali. Powiedziałam ludziom, żeby nie sta­

wiali oporu i nie patrzyli im w oczy. 

- Postąpiłaś słusznie. 

- Wiem. Tylko że ich przywódca zginął i chyba nie 

bardzo wiedzieli, co dalej robić. Jeden z naszych zacho­

wywał się zbyt wyzywająco. Zaprowadzili nas do dżungli. 

Dominik zaczynał rozumieć. Ujął jej dłonie w swoje 

i mocno ścisnął. 

- Wyprowadziłaś was? 

- Nie, ale starałam się negocjować. 

- Rozumiem, że seks był jednym z argumentów, jakich 

użyłaś? 

Skinęła głową. Nie patrzyła na niego. Patrzyła na zmię-

toszoną chusteczkę, którą ściskała w palcach, jakby od 

tego zależało jej życie. 

- To szalone. W końcu nawet nie musiałam tego zro­

bić. Wpadli w panikę i uciekli, zostawiając nas samym 

sobie. Tylko że ja, skoro podjęłam już decyzję, to tak, 

jakbym to zrobiła. - Zamknęła oczy. - Nie potrafię o tym 

zapomnieć. 

- „Zrobię, co tylko będę musiała" - zacytował ją. 

- Tak. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

145 

- Jak dawno temu to było? 

- Prawie dwa lata. 

- I od tej pory nie miałaś żadnej trzeciej randki? 

- Nie. Umawiam się, ale nie mogę przekroczyć pewnej 

bariery. Stałam się całkiem niezła w udawaniu. 

- Nie rozumiem. 

- Widziałeś „Kiedy Harry poznał Sally"? Miała rację. 

Udawanie orgazmu nie jest wcale takie trudne. Wystarczy 

zamknąć oczy i na chwilę pozbawić się powietrza. 

- Rozumiem - powiedział po dłuższej chwili. - Tak 

właśnie robisz? 

Skinęła głową. 

Dominik wstał. 

- Dałaś wczoraj niezłe przedstawienie. A wystarczyło 

po prostu powiedzieć: dziękuję, ale nie mam ochoty. 

Izzy wstała, kurczowo zaciskając wokół siebie pachną­

cą drzewem sandałowym marynarkę. 

- Nie chciałam. 

- W porządku, rozumiem cię. 

- Nic nie rozumiesz - jej głos zabrzmiał piskliwie. 

- Wręcz przeciwnie. Nie chcesz się kochać, ale wczo­

raj spróbowałaś. Mam być ci wdzięczny? 

- Oczywiście, że nie. Nigdy nie chciałam... 

- Bo widzisz, ja nie chcę, żebyś próbowała. Chcę, że­

byś mnie kochała, a nie zamykała oczy i udawała, że 

wszystko jest w porządku, podczas gdy w rzeczywistości 

nie jest. Chcę prawdy. 

Izzy zwilżyła językiem wyschnięte wargi. 

- Nie rób tego - ostrzegł ją. 

- Przepraszam. Chciałam tylko, żebyś znał prawdę. 

Popatrzył na nią wzrokiem, którego zupełnie nie po­

trafiła odczytać. 

background image

146 SOPHIE WESTON 

- Całą prawdę? 

- Czego ode mnie oczekujesz? - krzyknęła, nagle po­

irytowana. - Nikomu o tym nie opowiadałam, nawet sio­

strze. Tylko tobie. Co jeszcze mogę zrobić? 

- Może powiedzieć mi o nocy, kiedy razem tańczyli­

śmy, a potem położyłem cię do łóżka? 

Izzy pobladła i usiadła na brzegu łóżka. 

- Ach, widzę, że jednak coś sobie przypominasz. 

- W takim razie wiesz, że nie jestem Jemima. Od jak 

dawna? 

- Od chwili, w której cię ujrzałem przed skokiem. -

Położył rękę na klamce. - To dziwne. Sądziłem, że kiedy 

powiesz mi, dlaczego podajesz się za swoją siostrę, 

wszystko się ułoży i odejdziemy w stronę wschodzącego 

słońca, trzymając się za ręce. Byłem pewien. Jednak jak 

sama słusznie zauważyłaś, w naszej rodzinie mamy słabe 

pojęcie o kobietach. 

Izzy milczała. 

Dominik otworzył drzwi i wyszedł bez słowa. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Izzy nie zasnęła już do rana. Myśli nieustannie kłębiły 

się jej w głowie. Dominik wiedział o wszystkim od same­

go początku. Czy wiedział również, że nazywała go w my­

ślach „swoim kochaniem"? 

Nie daj się ponieść, tłumaczyła sobie w duchu. To tylko 

mężczyzna. Nie jest jasnowidzem i nie potrafi czytać 

w myślach. Bądź realistką! 

Być może wiedział, że nie jest Jemima, ale nie mógł 

od razu pierwszego dnia rozpoznać w niej dziewczyny, 

z którą tańczył na otwarciu sklepu Pepper. 

A mimo to... 

Ona przecież go poznała. Nie wiedziała nawet dokład­

nie, jak wygląda, a mimo to rozpoznała go. Zapach drzewa 

sandałowego. Brzmienie głosu. Sposób poruszania się. 

Izzy ubrała się i usiadła w głębokim fotelu naprzeciw 

okna. Było zimno. Dominik powiedział, że w domach na 

angielskiej prowincji zawsze jest zimno. Podciągnęła ko­

lana pod brodę. 

Dlaczego miałbyś mnie chcieć, myślała. Żaden męż­

czyzna przy zdrowych zmysłach nie wybrałby mnie za­

miast Jemimy. Ponadto jesteś arystokratą, znaną osobisto­

ścią i wiesz, jak przetrwać w wiejskiej rezydencji. 

I okłamałam cię. 

- Jestem stracona - powiedziała na głos. - Osądził 

background image

148 

SOPHIE WESTON 

mnie, a ja nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Co ja 

teraz pocznę? 

Rano wyglądała okropnie. Miała podkrążone oczy, ale 

nikt zdawał się tego nie zauważać. 

Kuchnia była pełna ludzi, którzy jedli, rozmawiali, tele­

fonowali, wysyłali wiadomości i robili tysiąc innych 

rzeczy. 

- Poczęstuj się kawą, kochanie - zaprosiła ją ciotka 

Dominika. - Dom pojechał po Abby. 

- Abby? 

Ciotka spojrzała na nią z lekkim zdumieniem. 

- Jesteś nowym nabytkiem Dominika, prawda? 

Nabytkiem! Chciała powiedzieć, że już nim nie jest, że 

o piątej rano Dom z niej zrezygnował, ale nie zdążyła. 

- Po siostrę - lady Abigail. Jest u przyjaciół kilka mil 

stąd, ale ma przyjechać na uroczysty obiad. Nie ma wyj­

ścia. Musi zrobić pudding. 

- Och. Jakie to urocze - Izzy starała się być miła. 

Kawa była okropna. Wylała ją ukradkiem do zlewu. 

napiła się czystej wody i wyszła do ogrodu. Usiadła na 

trawie obok jakiejś wspaniałej odmiany późnej róży i za­

częła obmyślać plan działania. 

Po pierwsze, musi porozmawiać z Domem. Zraniła go 

i, zajęta obsesją niesienia pomocy Jemimie, była zbyt głu­

pia, żeby zauważyć, że traci coś znacznie istotniejszego. 

Musi mu to wytłumaczyć. Na pewno jej nie przebaczy, ale 

musi powiedzieć mu, że zdała sobie z tego sprawę. 

Po drugie, musi powiedzieć mu prawdę. Jest mu to 

winna. Zbyt długo już go okłamywała. 

Nic wiedziała, czy zechce jej wysłuchać, ale powinna 

przynajmniej spróbować. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

149 

Usłyszała na podjeździe silnik starego dżipa. Wstała, 

zrobiła głęboki wdech i ruszyła mu na spotkanie. 

Dom zaparkował przed kuchnią. Zaczął wyjmować 

z tyłu jakieś pudła. 

- Cześć - powiedziała cicho do jego spodni. 

- Staram się, Abby. Pięć minut nie zrobi wielkiej róż­

nicy. Na pewno nic się nie rozmroziło. 

Wyprostował się i kiedy zobaczył, kto do niego mówi, 

wyraz jego twarzy zmienił się w jednej chwili. Można 

w niej było dostrzec tylko śmiertelną powagę. 

- Witaj. Dobrze spałaś? 

Zaśmiała się z ironią. 

- W takim razie mamy o czym porozmawiać. 

- Bardzo bym chciała. 

- Dobrze. Zaniosę tylko te cholerne musy Abby i będę 

do twojej dyspozycji. 

Z domu wyszła kobieta, podobna do Dominika jak dwie 

krople wody, machając w jego stronę gazetą. 

- Dom, udało ci się! Ciotka Margaret powiedziała, że 

napisali o tym w niedzielnej gazecie. Operacja Panna Mo­

delka zakończona sukcesem. Jestem z ciebie taka dumna. 

Shackelton też byłby z ciebie dumny. Poczekaj, aż dosta­

niemy inne gazety... 

Izzy myślała, że nic nie jest w stanie jej zadziwić, ale 

myliła się. 

- Operacja Panna Modelka? 

- Och, przepraszam. To kryptonim, który wymyślił 

mój szef. Pracuję w agencji Culp & Christopher. Abby Diz 

- wyciągnęła rękę. 

- Isabel Dare - odparła mechanicznie. Uśmiechnęła 

się szeroko, nie patrząc na Dominika. - Agencja PR, tak? 

Nigdy dotąd nie miałam przyjemności dla takiej pracować. 

background image

150 

SOPHIE WESTON 

- Pracować? Nie rozumiem. - Abby spojrzała pytająco 

na brata. 

- Wyjaśnię później. A teraz bądź tak miła i znikaj, Abby. 

- Ale puddingi... 

- Bierz, są twoje. 

Ujął Izzy za łokieć i ruszył drogą w dół. 

- To ja chciałam ci wszystko wyznać, powiedzieć, że 

zawsze opiekowałam się Jemima i nie mogłam jej teraz 

zostawić w potrzebie, a dla ciebie liczyło się tylko zdoby­

cie pieniędzy na wyprawę, tak? Nieważne, kto stoi u twe­

go boku, byle tylko kamery to widziały. 

- Nie! 

- A ja chciałam cię przepraszać, podczas gdy tobie 

chodziło tylko o reklamę! 

- Nic - powiedział cicho. 

- Nienawidzę cię. 

Teraz to ona poczuła się zdradzona. Oszukana. 

Dominik zmusił ją, aby zatrzymała się za wysokim 

płotem. Nikt z domu nie mógł ich tu dostrzec. 

- Posłuchaj mnie, Izzy. Tak masz na imię, prawda? 

Skinęła głową. 

- Dobrze, przynajmniej to już ustaliliśmy. A teraz posłu­

chaj. Agencja C&C od dawna namawiała mnie na taką kam­

panię, ale konsekwentnie odmawiałem. I wtedy poznałem 

ciebie, i myślałem już tylko o tym, żeby cię odnaleźć. 

- W takim razie dlaczego tego nie zrobiłeś? 

- Bo w tej twojej maleńkiej torebce nie miałaś nawet 

karty kredytowej. Nikt na świecie nie potrafił mi pomóc, 

dlatego postanowiłem odszukać cię swoimi sposobami. 

I udało mi się. 

- Nie wierzę ci. 

- Wiem. I nie mam pojęcia, jak cię przekonać. Skąd, 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK  1 5 1 

twoim zdaniem, wiedziałem, że nie jesteś Jemima? Nikt 

inny się nie poznał. 

- Jesteście kochankami? - spytała ze łzami w oczach. 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Przecież się znacie. 

- Tak, kochanie. Siedziałem obok twojej siostry przez 

kilka godzin na jakimś charytatywnym balu. Jest słodkim 

dzieckiem, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby 

zabrać ją do taksówki i całować tak, jak całowałem ciebie. 

- Co? 

- Moje zachowanie się wobec ciebie jest tak nietypo­

we, że nikt z rodziny nie uwierzyłby, gdybym im o tym 

powiedział. Nie zrobiłbym tego dla Jemimy. Nie zrobił­

bym tego dla nikogo innego. Izzy... 

Może jednak powinna mu zaufać? Przekonać, żeby 

zaufał jej? 

- Wiedziałem o tym, jak tylko przytuliłaś się do mnie 

na tym parkiecie - powiedział po prostu. 

Izzy zarumieniła się. 

- Nie chodzi tylko o seks, Izzy. Kochałem się w życiu 

z wieloma kobietami, ale przy żadnej nie czułem tego 

ucisku w gardle i pragnienia, żeby spędzać z nią wszy­

stkie noce mojego życia. 

- Przestań! - Położyła dłonie na jego piersi. 

- Muszę ci to powiedzieć. Kocham cię i choć nie 

wiem, jak to się stało, wiem, że nic tego faktu nie zmieni. 

- Ale dlaczego mi nie powiedziałeś? 

- Dlaczego ty mi nie powiedziałaś? Miałaś tysiąc moż­

liwości, żeby mi wyznać, że nie jesteś Jemima. 

- To prawda - przyznała cicho. 

- Zaryzykowałem i wyznałem ci nawet mój najwięk­

szy sekret. Sądziłem, że może to cię ośmieli. Ale nic 

background image

152 SOPHIE WESTON 

z tego. Izzy, musisz wiedzieć, że nigdy nie chciałem cię 

wykorzystać. Jedynymi ludźmi, których wykorzystałem, 

byli pracownicy C&C. To była moja jedyna szansa, żeby 

cię odnaleźć. Zrobiłbym wszystko, żeby cię odszukać. Ro­

zumiesz? Wszystko. 

- Kocham cię - powiedziała cicho. -I chcę, żebyś na­

pisał swoją książkę o Antarktydzie. 

- Izzy... 

- Mógłbyś mi ją dyktować, a ja bym zapisywała. 

- Jeśli się uprzesz, mogę ci nawet podyktować ten 

cholerny wiersz. Bylebyś tylko mnie chciała. Wiem, że nie 

jestem typowym kandydatem na męża. Znikam na całe 

miesiące, wyjeżdżam w różne dziwne miejsca, nigdy 

w życiu nie przeczytałem sonetu, a moja rodzina przebiera 

się za pingwiny. Ale znam twój sekret, a ty znasz mój. 

Myślę, że jesteśmy sobie potrzebni. 

Powietrze przepełnione było zapachem róż.- Izzy czuła 

jednak tylko zapach sandałowego drzewa. Zapach szczęścia. 

- Chcesz powiedzieć, że mógłbyś się związać z dziew­

czyną, która nie jest nawet modelką? Co powiesz reporte­

rom? Że wpadłeś na mnie przez przypadek? 

- Powiem, że bardzo ciężko się napracowałem, żeby 

cię zdobyć. 

- „Dziewczyna z przypadku". Niezły tytuł - uśmiech­

nęła się. 

- Kiedy ja nie chcę mieć dziewczyny - powiedział 

z całkowitym przekonaniem. 

- Jak to? - Spojrzała na niego niepewnie. 

- Zmieniłem zdanie. Co byś powiedziała, gdybym za­

proponował ci małżeństwo? 

- Och. 

Cisza. 

background image

ZAKOCHANY PODRÓŻNIK 

153 

- Nie musisz decydować się od razu. Jeśli potrzebujesz 

czasu, zrozumiem to. Ja jestem pewien, ale ty chyba czu­

jesz się zaskoczona... - przerwał, przyglądając się jej ze 

zdziwieniem. - Co robisz? 

- Rozbieram się - powiedziała. - Skoro poszło nam 

tak dobrze minionej nocy, czemu nie mielibyśmy spróbo­

wać i teraz? 

Dominik znieruchomiał. 

- Nie musisz mi niczego udowadniać - powiedział ci­

cho. - Jeśli jest jakiś problem, rozwiążemy go wspólnie. 

- Zgoda. Ale jednego problemu na pewno nie mamy. 

Oczy Doma pociemniały. Izzy spojrzała na niego prze­

ciągle, tak jak nauczyła ją Jemima i sięgnęła ręką do su­

waka dżinsów. 

Jej czary najwyraźniej działały. Dominik odchylił gło­

wę i przymknął oczy. 

- Myślisz, że to może cię przekonać? - spytała. - Do 

tego, żebyś mnie poślubił. 

- Chcesz powiedzieć, że się zgadzasz? Nie muszę pisać 

wierszy, przechodzić okresu próbnego ani nic z tych rzeczy? 

- Nie. 

Nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. 

- Od dwudziestu czterech godzin nazywam cię w my­

ślach swoim kochaniem - powiedziała, patrząc mu 

w oczy. A ostatniej nocy nie mogłam się tobą nacieszyć. 

- Zastanawiałem się, czy to nie był wytwór mojej wy­

obraźni. 

- Absolutnie. Nie wiem tylko, czy jeszcze cokolwiek 

zostało do odkrycia. 

- Zaraz się przekonasz. Zdejmuj te dżinsy. Natychmiast. 

Izzy roześmiała się i z głębokim westchnieniem przy­

tuliła się do ukochanego. 

background image

154 

SOPHIE WESTON 

Kiedy wrócili do domu, ich ubrania były nieco zmięte, 

za to zapięte na wszystkie guziki. Izzy miała zamiar się 

przebrać, ale Domowi podobała się w tej koszuli i chciał, 

żeby w niej została. 

- Dobrze, jeśli to ma poprawić ci samopoczucie. Jak 

wyjaśnić twojej rodzinie, że nie jestem Jemima Dare? 

- Zostaw to mnie - powiedział z całkowitym przeko­

naniem. - Wiem, jak z nimi postępować. 

Nie powinna być zdziwiona, kiedy zastukał widelcem 

w kieliszek, aby skupić uwagę zebranych. 

- Trzy rzeczy - powiedział krótko. - Pierwsza: kobie­

ta, którą braliście za Jemimę, to jej siostra Izzy. Druga: 

kocham ją. Trzecia: mamy zamiar się pobrać. 

Przy stole zapadła cisza. 

- Czy to prawda? - odezwała się w końcu siostra Do­

rna, patrząc pytająco na Izzy. 

- Tak - odparła ta z przekonaniem. 

- Wszystko? 

- Wszystko - powiedziała miękko. 

Dom ujął jej dłoń i popatrzył na nią pełnym miłości 

wzrokiem. 

- To dobrze - powiedział, uśmiechając się. - Oba­

wiam się, Abby, że czeka cię gotowanie kolejnych pud-

dingów. Będziemy świętować drugie zaręczyny.