background image

Wernic Wiesław

Barry Bede  

                         

                            Spojrzenie tu przeszłość

Trawa.   Jak   daleko   sięgnąć   wzrokiem   —   trawa. 

Gdzieniegdzie   gęsta   i   wysoka   aż   po   końskie   brzuchy, 
gdzieniegdzie rzadka, zwiędła jakaś, jak gdyby zwiastująca 
koniec jesieni, a nie początek wiosny.

Równina   ciągnęła   się   bezkreśnie.   Tu  i   tam   wystrzelały 

ponad   nią   kępy   drzew   —   przerywniki   w   monotonii 
krajobrazu — a na dalekim zachodzie dźwigały się nagle ku 
niebu postrzępione szczyty Medicine Bow i Front Rangę, 
dwu   pasm   górskich,   które   musi   zauważyć   każdy 
przybywający w te strony z. Kansasu.

Jechaliśmy   powoli,   chociaż   dzień   szarzał.   Nic   nas   nie 

zmuszało do pośpiechu, a nocleg w jakimkolwiek miejscu 
tej   płaszczyzny   posiadałby   takie   same   zalety   co   wady. 
Drewna na opał nie brakowało, chodziło jedynie o wodę, 
lecz   Karol   zapewnił   mnie,   iż   najdalej   za   pół   godziny 
przetnie drogę rzeczka płynąca szerokim korytem.

— Nie mogę się mylić — twierdził — bawiłem tu przed 

rokiem. Przejazdem.

— Przejazdem   —   powtórzyłem   ironicznie.   —   No,   to 

rzeczywiście musisz świetnie orientować się w terenie.

Zerknął na mnie podejrzliwie.

— Ta rzeczka, Janie, dobrze utkwiła mi w pamięci.

Zaręczam. Spędziłem nad nią kilka godzin, chociaż całkiem 
zbytecznie.

background image

— Oczarował cię widok?
Wzruszył ramionami.
— Grzebałem   w   kamykach.   Leży   tam   mnóstwo   ka-

myków wyrzuconych na piaszczystą plażę.

— Szukałeś nuggetów? — spróbowałem zgadnąć.
— Nie mylisz się. Rzeczka wypływa z gór, bystry prąd 

mógł aż tu zanieść drobiny złota.

Eksplorerska wyprawa? — zdziwiłem się. — Nic mi o 

niej nie wspominałeś.

— Nie   warto   było   wspominać,   zresztą...   po   prostu 

zapomniałem. Lecz z tą eksplorerska wyprawą mocno się 
mylisz.   Dawno   z   tym   zerwałem.   To   był   po   prostu 
przypadek. I to przypadek bardzo dziwny.

— Tajemnicza historia? — zażartowałem.
— Istotnie. Po dziś dzień nie potrafię jej wytłumaczyć. 

Powiedz,   co   uczyniłbyś   na   widok   obcego   człowieka 
klęczącego na rzecznej wydmie  i zbierającego garściami 
kamienie?

Hm...   chyba   przyglądałbym   się,   próbując   odgadnąć 

cel tej pracy, a później zapytał dziwnego zbieracza, czego 
szuka.

Tamten człowiek nie zauważył mnie. Odjechał, zanim 

zdołałem   zawołać.   Po   prostu   ze   zdziwienia   zapomniałem 
języka w gębie. Rzeczka płynęła wśród wysokich brzegów i 
żeby dostać się do wody, należało najpierw zejść z wysokiej 
skarpy na piaszczystą łachę. Jechałem wówczas tak wolno, 
jak my teraz, a trawa głuszyła tętent kopyt. Rozluźniły mi 
się   popręgi,   zatrzymałem   konia,   naciągnąłem   paski   i 
ujrzałem   zieloną!   linię   krzewów.   Łatwo   odgadnąć,   że   za 
nimi   płynął   strumień.   Prowadząc   wierzchowca   za   uzdę, 
przystanąłem jak nakazywała  ostrożność.  W dole, poniżej 
trawiastej   skarpy,   na   piasku,   dostrzegłem   człowieka. 
Klęczał,   od-   wrócony   do   mnie   plecami.   W   lewej   dłoni 
dzierżył   spory,   na   pół   już   wypełniony   woreczek.   Prawą 
zbierał porozrzucane tu i ówdzie kamyki  i wpychał je do 
worka, bardzo pospiesznie. Cóż więc dziwnego, iż wziąłem 
go za eksplorera gromadzącego wyniesione wodą nuggety. 
Nie pomyślałbyś podobnie? Przytaknąłem.

— No,   widzisz.   Patrzałem   i   patrzałem,   ale   na   próżno 

usiłowałem   dostrzec   żółtawozielony   poblask   tak   cha-
rakterystyczny dla grudek złota. Doszedłem do wniosku, że 
to   zapewne   nie   złoto,   lecz   jakaś   odmiana   szlachetnych 
kamieni. Nie brak ich w różnych partiach Gór Skalistych. 
Postanowiłem czekać i sprawdzić. Nie trwało to długo.

— Ej, coś kręcisz, Karolu — przerwałem. — To wcale 

nie zdziwienie pozbawiło cię mowy.

— Najpierw zdziwienie, a później i zdziwienie, i obawa. 

Ostrożny zawsze wygrywa, Janie. Nie jest rzeczą bezpieczną 
zaskakiwać na pustkowiu człowieka, który znalazł skarb.

— Słusznie. I co dalej?
— Dalej? Tamten jegomość wypełnił woreczek, zawiązał 

go, wstał, otrzepał dłonie i ruszył ku krzakom, na prawo ode 
mnie.   Stamtąd   wyprowadził   konia,   wskoczył   na   siodło, 
przebył   rzeczkę   i   zniknął   mi   z   oczu   na   przeciwległym 
brzegu.   Postałem   jeszcze   chwilę,   a   później   zbiegłem   na 
łachę.  Możesz  się  śmiać  ze  mnie.   Przez  dwie  albo i  trzy 

background image

godziny kręciłem się po plaży tu i tam. Od ustawicznego 
schylania grzbiet mnie rozbolał.

— I co?

I   nic!   Cokolwiek   podniosłem,   było   tylko   bezwar-

tościowym, wygładzonym wodą kamykiem, jakich pełno w 
górach i w korytach podgórskich rzek. Powiedz mi, Janie: 
po co on to zbierał?

— Przyjrzałeś się uważnie kamykom?

background image

— Nie żartuj. Potrafię odróżnić grudkę złota od odprysku 

skały.

Pokręciłem głową.

— Może to geolog? Zbierał próbki.
— Nie wyglądał na geologa. 
Roześmiałem się.
— Z czego to wnioskujesz?
— Z jego stroju. Zupełny obszarpaniec.
— Kto wie, może powracał z dalekiej wyprawy w głąb 

gór? Geologowie prowadzą tam badania.

background image

— Pewno   masz   rację   —   zgodził   się   Karol   i   na   tym 

wyczerpaliśmy temat.

Jednak,   żeby   rzec   prawdę,   opowiadanie   Karola   mocno 

utkwiło mi  w pamięci. Nie bardzo pasował do wizerunku 
badacza ziemi samotny jeździec, pospiesznie uzupełniający 
swój bagaż rzecznym żwirem.

W   dwie   godziny   później   zapowiedziana   przez   Karola 

rzeczka   pojawiła   się   na   horyzoncie.   Zasygnalizował   ją   z 
daleka   widoczny,   ciemniejszy  od  zieleni   traw,   pas  zarośli. 
Ruszyliśmy galopem i zatrzymali się dopiero wśród gąszczu 
szeleszczących liści. Wszystko się zgadzało: porosła murawą 
skarpa,   a   niżej   —   piaszczysta   łacha,   pokryta   miejscami 
drobnym żwirem.

— To tu — stwierdził mój towarzysz. — Gdyby wiatr nie 

rozwiał i deszcz nie spłukał, znalazłbyś na tej plaży odciski 
stóp człowieka, o którym ci opowiadałem, a obok... moich 
butów.

— Lecz  chyba   nie  twierdzisz,  iż  celowo  doprowadziłeś 

mnie do tego miejsca?

— Nie   twierdzę   —   uśmiechnął   się.   —   Po   prostu 

przypadek.

Zmierzchało już na dobre, więc szybko napoiliśmy konie. 

Obozowisko   zostało   rozbite   poniżej   skarpy,   bo   chociaż 
ciągnęło wilgocią od wody, a piasek niezupełnie był suchy 
—   wysoki   brzeg   chronił   nas   przed   wiatrem   i   przed 
niepożądaną   obserwacją.   Bo   i   z   tym   należało   się   liczyć. 
Wysoki brzeg skrywał również blask ogniska, które mogło 
ściągnąć nam na karki nieproszonego gościa. Przebywaliśmy 
bezludne co prawda okolice Kolorado (bo znajdowaliśmy się 
właśnie   na   terenach   należących   do   stanu   Kolorado),   lecz 
wcale   niej   tak   bezpieczne.   Bezludna,   bo   jałowa,   na   pół 
pustynna ziemia nie nadawała się ani pod uprawę, ani na pa-
stwiska dla bydła. Natomiast dlatego właśnie mogła służyć 
za   kryjówkę   lub   dogodną   drogę   ucieczki   na   zachód   dla 
różnych ludzi, co to ani sieją, ani orzą, lecz żyją z oszustw, 
szwindli   lub   po   prostu   z   rabunków   dokonywanych   na 
samotnych   wędrowcach.   Z   leżącego   miedzę,   ludnego   i 
bogatego Kansasu na  pewno ciągnęli tu amatorzy łatwych 
zarobków,   kierując   się   ku   górom,   za   którymi   leżało 
terytorium   Utahu,   po   którym   krążyli   —   jak   słyszałem   — 
eksplorerzy szukający żył złota i serbra. Napady na nich, a 
raczej na transporty drogocennych metali, trafiały się zawsze 
tam, gdzie rozległe, nie zamieszkane obszary sprzyjały bu-
szowaniu rabusiów.

Oto dlaczego obozowaliśmy nie na wysokim, trawiastym 

brzegu, lecz w dole. Licho nie śpi!

Losowaliśmy  jak  zwykle   kolejność   nocnych  wart.   Mnie 

przypadł dyżur do północy, Karolowi od północy do świtu.

Tak   więc   mój   towarzysz,   gdy   pierwsze   gwiazdy   po-

znaczyły   niebo,   otulił   się   pledem,   siodło   podsunął   pod 
głowę,   a   nogi   wyciągnął   w   stronę   żarzących   się   węgli 
ogniska.   Moim   obowiązkiem   było   nie   dopuścić   do   cał-
kowitego wygaśnięcia drewien, ale i równocześnie nie dać 
buchnąć   płomieniowi   —   łuna   sygnalizowałaby   obecność 
człowieka.   Wiedziałem,   jak   mam   postępować,   a   stos 
zebranych gałęzi i wiklin powinien był wystarczyć na całą 
noc.

Wziąłem winczester, sprawdziłem naboje w magazynku i 

background image

ruszyłem   na   obchód.   Najpierw   pobrzeżem   łagodnie 
pluskającej wody — powstrzymywałem się przy tym, by nie 
podnieść choć paru kamyków, tak mnie korciło! — później 
wdrapałem się na skarpę i przemierzyłem półokrąg, którego 
centrum   stanowiło   ognisko,   wreszcie   zajrzałem   do   koni 
przywiązanych   u   samotnego   drzewa,   niedaleko   krawędzi 
skarpy.   Spały.   W   czasie   swego   strażowania   parokrotnie 
powtórzyłem   wędrówkę.   Z   dwu   powodów.   Pierwszy: 
bezpieczeństwo,   drugi:   senność.   Bałem   się,   że   siedząc   w 
cieple bijącym od żarzących się gałęzi i patyków, mógłbym 
zasnąć.   Co   prawda,   taki   hańbiący   westmana   przypadek 
wydarzył mi się tylko raz, podczas pierwszej z Karolem wę-
drówki, nigdy później. Wolałem jednak nie kusić losu.

Skracałem   czas   czuwania   wyobrażając   sobie   niespo-

dziewaną napaść, chyba tylko białych, bo ziemie jedynych w 
Kolorado   Indian   leżały   daleko   stąd,   na   południowo-
zachodnim   krańcu   stanu.   Wytężałem   wzrok   i   słuch.   Lecz 
żaden głos nie dobiega! z głębi nocnych ciemności, żadna 
sylwetka nie poruszyła się w mroku. Nawet kujoty (gdzież 
ich nie ma?) nie dawały znać o swej obecności. Preria spała 
pod   czarnym   namiotem   nieba   usianego   srebrnymi 
gwiazdami.

Tak   dotrwałem   do   północy,   a   gdy   wskazówki   mego 

zegarka   utworzyły   jedną   prostą   linię,   obudziłem   Karola. 
Zerwał  się  natychmiast.  A ja ułożyłem  się  na wygrzanym 
przez niego miejscu i wkrótce zapomniałem o całym świecie. 
Pod czujnym  okiem Karola mogłem spać tali bezpiecznie, 
jak   gdybym   znajdował   się   we   własnym   mieszkaniu,   w 
odległym Milwaukee nad jeziorem Michigan.

Cóż   więc   skłoniło   mnie   do   tłuczenia   się   po   wertepach 

Kolorado   i   do   zamienienia   wygodnego   łóżka   na   twarde 
legowisko w piachu? Co?

Ot, po prostu — nawyk, przyzwyczajenie. Od kilku już lat 

każdej   wiosny   lub   wczesnym   latem   ruszałem   poza   mury 
rodzinnego   Milwaukee,   na   zachód   lub   na   północ,   poza 
granicę Missisipi, tam gdzie jeszcze można było spotkać w 
pierwotnej   prerii   dzikie   zwierzęta,   a   z   rzadka   tylko   ludzi. 
Jakże   jednak   różnych   od   tych,   którzy   zamieszkiwali 
wschodnie stany Ameryki!

Zaczęło się to od przypadku.

Myślę jednak, że ten przypadek narodził się wiele, wiele 

lat   wcześniej,   nim   stałem   się   szanownym   i   wziętym 
lekarzem,     zastępcą     naczelnego     chirurga     szpitala   w 
Milwaukee.

Gdy pamięcią sięgnę wstecz — co nie jest takie trudne — 

dostrzegam  siebie   jako   małego   brzdąca,   kręcącego  się   po 
wielkim   mieszkaniu   rodziców,   po   pachnącym   żywicą 
parterowym   domu   na   przedmieściu   Milwaukee,   niedaleko 
jeziora   Michigan,   którego   połyskliwe   wody   widać   było 
poprzez sztachety parkanu ogradzającego nasz spory ogród.

Tam,   zdawało   się,   iż   w   zasięgu   wyciągniętej   ręki,   w 

podmuchach   ciepłego   wiatru   płynęły   wydęte   żagle   łodzi, 
niczym dzikie łabędzie, których również nie brakowało.

Zimą   kry   poczynały   piętrzyć   się   na   pokrytym   szronem 

brzegu,   a   gdy   temperatura   spadała   gwałtownie,   w   ciągu 
jednej zaledwie nocy ginęły rozbryzgi sztormowych fal pod 
lodową taflą, tak grubą, że mogły po niej jeździć parokonne 
wozy.   Ale   mnie   w   tamtych   czasach   nigdy,   ani   latem,   ani 

background image

zimą,   nie   wolno   było   opuszczać   ogrodu,   chyba   że   w 
towarzystwie   dorosłego   opiekuna.   Kiedy   nastawały   ciepłe 
dni, buszowałem po ogrodowych krzakach razem z dwoma 
lub   trzema   przyjaciółmi-równolatkami   z   sąsiedztwa. 
Stawiałem swoje pierwsze tipi i wigwamy, nie przeczuwając 
w   najśmielszych   marzeniach,   że   kiedyś   spać   będę   pod 
skórami   prawdziwego   tipi,   o   krok   od   czerwonoskórego 
wojownika i pod jego opieką.

Nie   przeczuwając,   bowiem   w   naszych   zabawach   i 

bieganinach   po   ogrodzie,   który  był   równocześnie   prerią   i 
dziewiczą   puszczą,   walczyliśmy   z   Indianami,   porywali 
jeńców   i   wyzwalali   „blade   twarze"   od   męczeństwa   przy 
palach śmierci. Niestety, ani ja, ani moi koledzy nie chcieli 
odgrywać roli miedzianotwarzych wojowników. Nie mogły 
nas   do   tego   zachęcić   nawet   pióra   kaczek   i   gęsi,   mające 
imitować   pióra   orle.   Zawsze   więc   byliśmy   traperami   lub 
oddziałem   federalnej   kawalerii,   kłusującym   na   odsiecz 
oblężonym   fortom   lub   otoczonemu   przez   wyjącą   hordę 
blokhauzowi któregoś z pograniczników.

Z   konieczności   więc   rola   Indian   przypadała   zaroślom, 

młodym   drzewkom,   wreszcie   zielsku   pod   płotem,   które 
mogliśmy   niszczyć   drewnianymi   szablami   bez   protestu   ze 
strony   moich   rodziców.   Dopiero   połamane   w   szale   walki 
krzewy   róż,   a   nawet   (o   zgrozo!)   młodziutka   jabłonka 
wywołały   protest,   i   to   dość   gwałtowny.   Później,   zrażeni 
takim   stanowiskiem   dorosłych,   przenieśliśmy   swe   prerie   i 
lasy do ogródka sąsiadów, lecz i tam spotkało nas całkowite 
niezrozumienie. Złamana gałąź owocującej gruszy stała się 
powodem   scysji,   w   której   przegraliśmy   oczywiście   my. 
Odtąd tylko chwasty mogły stanowić cel naszych ataków.

Takie pomniejszenie szeregów wroga, chociaż przykre, nie 

psuło   zabawy.   Lecz   deszczowa   jesień,   zlewając   strugami 
wody   całe   Milwaukee   i   okolice,   lub   trzaskająca   mrozem 
zima bezlitośnie zapędzały zmarźluchów w głąb domu, przed 
kominki, na których buzowały grube i pachnące bierwiona. 
Owszem,   płomień   kominka   ma   swe   uroki,   zwłaszcza   dla 
starszych, lecz jak długo tęskniący za ruchem malec może 
tkwić nieruchomo wpatrując się w skaczące płomyki?

Wprawdzie   dom   moich   rodziców   był   obszerny,   prze 

stronny,   lecz   nawet   największe   sale   są   niczym   w   po 
równaniu   z   najmniejszym   ogródkiem.   Wałki   z   Indianami 
prowadziliśmy   i   zimą,   jednak   daleko   im   było   dc   uroku 
buszowania wśród zarośli, w słońcu i cieple pogodnego dnia. 
Z kimże zresztą mieliśmy walczyć, skoro krzesła, otomany 
czy fotele — z uwagi na przewidywane konsekwencje — nie 
nadawały   się   do   odgrywania   roli   czerwonoskórych?   Tak 
więc, gdy mój ojciec wychodził z domu, wślizgiwaliśmy się 
do jego gabinetu i skradając się w cieniu wielkich, krytych 
skórą foteli wdychaliśmy dym cygar oraz dziwną atmosferę 
tego pokoju, pełnego tajemniczych spraw, które się w obrę-
bie jego ścian rozgrywały. Bo ojciec był prawnikiem, dość 
wziętym, co imponowało nie tylko mnie, lecz i moim małym 
przyjaciołom.   Niestety,   z   gabinetem   ojca   graniczyła 
kancelaria — pomieszczenie równie tajemnicze, 'lecz przez 
cały   dzień   pozostające   pod   pieczą   chudego   młodzieńca   o 
długim nosie, odbywającego swą pierwszą praktykę. Był to 
zresztą   sympatyczny   człowiek,   niekiedy   zawalony   robotą, 
niekiedy   aż   ziewający   z   nudów.   W   takich   chwilach 

background image

przywoływał   nas   i   opowiadał   historie   (wątpię,   czy 
prawdziwe)   o   podboju   Ameryki   przez   białych 
kolonizatorów.   Słuchaliśmy   z   zapartym   oddechem,   póki 
trzask   frontowych   drzwi   nie   oznajmiał   powrotu   ojca.   W 
bardzo   smętnym   nastroju   wracaliśmy   wówczas   do   pokoju 
gościnnego. Chudy młodzieniec nigdy jednak nie pozwalał 
nam   bawić   się   w   gabinecie,   a   że   słuch   miał   nad   podziw 
wyostrzony,   najcichsze   podchody   i   skradania   się   między 
meblami szybko bywały wykrywane.

Nigdy   tego   nie   zapomnę,   mimo   że   upłynęły   lata,   a 

pachnący   drzewem   dom   zniknął   w   przestrzeni   dawno 
minionego   czasu,   razem   z   tajemniczym   gabinetem, 
kancelarią, mnóstwem innych pokojów i ogrodem, który był 
dla   nas,   rozbieganych   i   rozwrzeszczanych   chłopaków,   to 
lasem   nieprzebytym,   to   skalistym   łańcuchem   gór,   to 
bezkresną prerią Dzikiego Zachodu.

Lecz wracam do sprawy drobnej na pozór, lecz w istocie 

swej bardzo ważnej. Oddającej bowiem atmosferę tamtych 
czasów   i   poglądy   olbrzymiej   większości   ludzi,   zwłaszcza 
tych,   którzy   osiedlili   się   lub   urodzili   w   miastach   na 
wschodzie.

Pytanie   wyda   się   naiwne:   czemu   to  żadne   z   dzieci   nie 

chciało brać udziału w zabawie jako czerwonoskóry? 

Odpowiedź okaże się wcale nie naiwna: dlatego, że dzieci 

znały Indian wyłącznie z opowiadań dorosłych,

background image

od których słyszały mrożące krew w żyłach historie Wiadomo 
— Indianie to podstępni mordercy, którzy napadają na białych i 
podpalają   chaty   spokojnych   farmerów,   to   leniwi,   brudni 
złodzieje, którzy kradną i rabują, nie chcąc się zabrać do żadnej 
uczciwej   pracy.   Słowem,   to   okrutne,   mściwe,   dzikie   bestie, 
gorsze  od kujota, budzące wstręt, pogardę i strach.  Któż by 
więc   chciał,   choćby  w  zabawie,   choćby  na   niby,   podjąć   się 
takiej roli?

Tak   oto   budziła   się   we   mnie   już   od   najmłodszych   lat 

wrogość w stosunku do czerwonoskórych, a 

wydarzenia,   które   nastąpiły   później,   jeszcze   tę   wrogość 
umocniły.

Tu muszę wspomnieć, że prawie każdego lata wyjeżdżałem 

na pewien czas do ciotki i wuja (brata matki), którzy trudnili 
się rolnictwem, gospodarując na farmie położonej nad rzeką 
Minnesota,   na   terenie   dzisiejszego  stanu  Minnesota.   Ileż   to 
radości   dawała   ml   każda   taka   wyprawa!   Wyruszaliśmy   we 
trójkę: matka ojciec i ja, pozostawiając na miesiąc dom pod 
opiekał gospodyni i chudego praktykanta.
A później? Toż dopiero była uciecha! Farmerski dom, 

farmerskie corrale i stodoły, wszystko tak różne od miejskich 
zabudowań, ileż dawały nowych wrażeń! Wujostwo mieli syna, 
starszego ode mnie o rok, i córkę, o rok młodszą. Już 
pierwszego dnia gnaliśmy na prawdziwą prerię, gdzie kończyły 
się grunta farmy, i tam budowaliśmy szałasy z trzciny i 
nadrzecznych sitowi Kilka kroków w bok płynęła cicha woda 
Minnesoty, a daleko ku zachodowi ciągnęły się dzikie łąki, 
nigdy] nie tknięte pługiem. Niezwykłość otoczenia podkreślał 
jeszcze fakt, iż w górze rzeki znajdował się rezerwat Indian. 
Zakazano nam udawać się w tamtym kierunkuj lecz sama 
świadomość niemal sąsiedztwa „dzikich” działała na mnie 
podniecająco. Ileż więc dodatkowego uroku miały dla mnie 
zabawy na takim terenie! Ba, moja kuzynka wcale nie wzdra-
gała się przed odgrywaniem roli indiańskiego wojownika (bo 
indiańską kobietą być nie chciała), przez co podchody i napady 
nabierały nowego smaku. Któregoś dnia zapytałem ją, czy nie 
wstydzi się być, chociażby tylko przez kilka godzin, „brudnym 
i cuchnącym" czerwonoskórym. Ku memu zdumieniu odparła, 
że Indianie to tacy sami ludzie jak my, a przeciętny kowboj 
„potrafi śmierdzieć" nie gorzej od miedzianolicego wojownika. 
Zaniemówiłem. Był to pogląd całkowicie sprzeczny z moim 
dotychczasowym mniemaniem. Jeszcze później dowiedziałem 
się od Daisy (właśnie mej kuzynki), że Indianie mogą być 
przyjaciółmi białych, że są dzielni, że nigdy nie kłamią, że 
zawsze dochowują danego słowa, że wreszcie... zostali 
skrzywdzeni przez nas! Oburzyłem się — co też ta dziewczyna 
plecie! Ale gdy Nicholas (mój kuzyn) potwierdził słowa 
siostry, w mojej głowie powstał nie byle jaki zamęt. Prawdo-
podobnie po powrocie do Milwaukee rozmyślałbym w wolnych 
chwilach nad usłyszanymi rewelacjami, może bym nawet 
znalazł kogoś z dorosłych o innym niż powszechny poglądzie 
na „kwestię indiańską", lecz po prostu... zapomniałem o tej 
rozmowie i dopiero przypomniało mi ją zdarzenie, które 
utrwaliło — i to na długie lata — mój pierwotny sąd o 
czerwonoskórych. Warto wspomnieć o tym zdarzeniu, bo dziś 
któż o nim pamięta? Lecz wówczas wieść przerażająca 
wstrząsnęła „białą" Ameryką. Rzecz wyglądała zupełnie 
nieprawdopodobnie. Uwierzyłem jednak, ponieważ jako 
jedenastoletni malec zawsze jeszcze wierzyłem dorosłym. Po 

background image

latach, ze zwykłej ciekawości, postanowiłem sprawdzić w 
dawnych opisach świadków i w dochodzeniach specjalnej 
komisji śledczej, jak to naprawdę wyglądało. I ku swemu 
zdumieniu stwierdziłem, że oficjalna, beznamiętna wersja nie 
różni się w niczym od tego, co już słyszałem na ten temat.

background image

Sprawa przeszła do historii wojen białych z Indianami, czy 

też   Indian   z   białymi,   pod   nazwą   masakry   w   Minnesocie. 
Dramat,   który   w   swym   przebiegu   przypominał   spadanie 
grudki śniegu po zboczu stromej góry.  Mała grudka, która 
nikomu   nie   może   wyrządzić   szkody,   tocząc   się   po 
zaśnieżonej   pochyłości,   przekształca   się   w   końcu   w 
śmiercionośną lawinę. Masakra! w Minnesocie tak właśnie 
wyglądała.

W roku 1862 nie pojechaliśmy na wakacje do wujostwa. 

Ojcu wypadła jakaś pilna sprawa sądowa, a matka nie 
zdecydowała się na daleką podróż z dzieckiem. Bardzo mnie 
zabolała ta decyzja. Popłakiwałem po kątach, a rodzicom 
ukazywałem swą mocno chmurną twarz. Na szczęście nie 
wzruszały ich moje dąsy. Dzięki temu mogę obecnie opisać 
historię masakry w Minnesocie.

Oto   17   sierpnia   1862   roku,   prawdopodobnie   nad   wie-

czorem i na pewno niedaleko biegu górnej Minnesoty (bo tam 
właśnie znajdował się indiański rezerwat), czterej wojownicy 
Dakotów (popularnie, choć niesłusznie zwanych  Siouxami) 
wracali   z   polowania   do   rezerwatu.   Ich   nazwiska,   a   raczej 
przydomki,   przeszły!   do   historii:   Zabijający   Duch, 
Rozpraszający,   Brązowej   Skrzydło   oraz   Uderza   Się   Gdy 
Czołga.   Dawniej   zawsze   śmieszyły   mnie   takie   przedziwne 
nazwania, później doi nich przywykłem. Lecz w tej historii 
nie istniało nici śmiesznego.

Otóż   wymienieni   czterej   wojownicy   natrafili   na   kilka 

kurzych jaj złożonych w gnieździe w pobliżu chaty  osadnika 
o nazwisku Robinson Jones. Gdy jeden z czerwonoskórych 
podniósł je z ziemi, drugi zwrócił mul uwagę, że nie trzeba 
jajek   ruszać,   bo   należą   do   białego   człowieka.   Wtedy   ten 
pierwszy jajka rozbił, a swego towarzysza nazwał tchórzem.

„Nie lękam się białych — miał odpowiedzieć —I ażeby 

tego dowieść, zabiję jednego z nich!"

background image

I   tak  się   stało.   Z  pewną   tylko   różnicą.   Nie   jeden  biały 

stracił życie, lecz zabitych zostało aż pięć osób: Robinson 
Jones, jego żona, jego córka oraz dwu sąsiadów. Zaskoczeni 
napadem, nie potrafili się obronić.

Kiedy   wojownicy   wrócili   na   skradzionych   w   farmie 

koniach do rezerwatu i opowiedzieli, co się stało, zwołano 
naradę   wodzów.   Przez   całą   noc   rozważano   całą   sprawę   i 
dalsze   konsekwencje.   Uznano,   że   istnieją   tylko   dwie 
możliwości:   wydać   morderców   w   ręce   białych   lub 
wypowiedzieć   bladym   twarzom   wojnę.   Mała   Wrona, 
najwybitniejszy   z   plemiennych   przywódców,   ostrzegał,   że 
nie ma żadnych szans pokonania białych. „Zabijesz jednego, 
dwu, dziesięciu, a zjawi się stu, aby ciebie zabić..."

Lecz jego słowa nie przekonały innych. Po paru godzinach 

narady   Mała   Wrona   uległ   argumentom   innych   wodzów   i 
rozkazał   przygotować   się   do   ataku   na   budynki   rządowej 
agencji   do   spraw   Indian,   wznoszące   się   w   pobliżu 
wodospadów rzeczki Redwood. Jednocześnie, jeszcze przed 
brzaskiem,   wyruszyły   grupy   wojowników,   by   zniszczyć 
okoliczne osiedla, a ich mieszkańców pozabijać. Zaskoczeni 
farmerzy stawiali słaby opór. Wprawdzie wojownicy wzięli 
kilku jeńców, a nawet oszczędzili kilku osadników, których 
uważali   za   przyjaciół,   na   ogół   jednak   prawie   każdego 
spotkanego białego mordowano na miejscu. W sumie zginęło 
czterystu pięćdziesięciu ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci, któ-
rych jedyną winą było to, że urodzili się białymi.

W cztery tygodnie później rebelia została .stłumiona przez 

oddziały regularnego wojska, którymi  dowodził pułkownik 
Henry   Sibley.   Spośród   dwu   tysięcy   Indian,   którzy   się 
poddali,   trzystu   dziewięćdziesięciu   dwóch   zostało 
postawionych przed sądem. Odwet był straszliwy. Wydano 
trzysta siedem wyroków śmierci.
  Pułkownik Sibley miał zamiar dokonać egzekucji 
natychrniast, ale sprzeciwił się temu biskup Minnesoty Henry 
B. Whipple. Udał się do Waszyngtonu błagać o łaskę dla 
skazanych. Był to czyn wymagający wielkiej odwagi, 
bowiem wśród białych osadników wzbudził powszechne 
oburzenie. Oburzałem się wówczas i ja — jedenastoletni 
malec, bo oburzali się wszyscy dorośli, z którymi stykałem 
się na co dzień.

Abraham Lincoln złagodził karę w większości zapadłych 

wyroków, utrzymał je natomiast w mocy w stosunku do 
oskarżonych, którym w pełni udowodniono gwałty i 
morderstwa.

W   grudniu   1862   roku,   w  dzień   po   Bożym   Narodzeniu, 

odbyła   się   publiczna   egzekucja   —   trzydziestu   ośmiu 
indiańskich wojowników powieszono.

Mała   Wrona,   przeciwnik   rozpoczynania   wojny,   zdołał 

uciec do północnej Dakoty.  Kiedy jednak po roku wrócił, 
został zastrzelony przez jednego z farmerów.

Dlaczego   o   tym   wspominam?   Z   czysto   osobistych   po-

wodów. W masakrze Minnesoty zginęli wszyscy krewni mej 
matki:   jej   brat,   a   mój   wuj,   jego   żona   i   dwoje   dzieci. 
Nietrudno   sobie   wyobrazić,   jaki   był   to   dla   mnie   szok. 
Rodzice pojechali na pogrzeb, mnie zostawiono w domu, w 
którym spędzałem czas płacząc i obmyślając srogą zemstę na 
czerwonoskórych,   gdy   tylko   dorosnę.   Po   powrocie   ojca   i 
matki   dowiedziałem   się,   że   gdyby   na   miejscu   napadu 

background image

znajdował   się   lekarz,   moi   krewniacy   zostaliby   uratowani. 
Poraniono ich, to prawda, lecz zmarli z upływu krwi.

W naszym domu pojawiali się wtedy tłumnie dalsi i bliżsi 

sąsiedzi,   spragnieni   nowin   z   odległej   Minnesoty.   Brałem 
udział w tych spotkaniach jako milczący słuchacz, skryty w 
którymś   z   kątów   ogromnego   salonu.   Wiele   razy 
wysłuchałem   opowiadania   ojca   i   komentarzy   matki 
kończących się niezmiennie słowami: gdyby tam był lekarz...

Aż pewnego dnia, gdy padły te zamykające relację słowa, 

krzyknąłem na cały pokój:

— Ja zostanę lekarzem!
I przestraszyłam się swej śmiałości. Bo uczyniło się nagle 

okropnie cicho i oczy iluś tam dorosłych, mężczyzn i kobiet, 
dostrzegły   mnie   stojącego   za   oparciem   fotela.   Pełnego 
skruchy za tak okropny nietakt.

— Zapewne   —   odezwał   się   pierwszy   pan   Jeremiah 

Rothery, miejscowy sędzia — zostaniesz nim, jeśli wytrwasz 
w postanowieniu, mój chłopcze. Piękny to zawód i potrzebny 
ludziom...

Wszyscy obecni uśmiechnęli się, ojciec pogłaskał mnie po 

głowie, matka przytuliła.

Przeminęły   lata,   mgła   niepamięci   przysłoniła   historię 

Minnesoty. Odpłynął w przeszłość rodzinny dom pachnący 
żywicą.

Jestem   lekarzem.   Nie,   wcale   nie   dlatego,   że   kiedyś   w 

chłopięcym   podnieceniu   wykrzyknąłem,   że   nim   zostanę. 
Rychło   o   tym   zapomniałem.   Lecz   później,   gdy   rozum 
mocniej   począł   kierować   mym   życiem,   doszedłem   do 
wniosku, że ten zawód najbardziej mi odpowiada.

I   wtedy   odnalazłem   w   pamięci   słowa   Jeremiaha 

Rothery'ego: „piękny to zawód i potrzebny ludziom..." Ba, 
cóż cenniejszego nad zdrowie lub życie!

Po szczeblach nauki i po szczeblach awansów wspinałem 

się na nie byle jaki szczyt. Jako zastępca naczelnego chirurga 
szpitala   w   Milwaukee,   osiągnąłem  dość   poczesną   pozycję 
wśród   grona   tamtejszych   lekarzy.   Na   pewno   niejeden   mi 
zazdrościł i marzył o zajęciu takiego stanowiska, lecz nigdy 
tego nie dano mi odczuć.

Zwycięsko przebrnąłem życiowe burze młodości, niczym 

fregata pod pełnymi żaglami, kierowana silną dłonią sternika, 
który wie, w jakim kierunku płynąć. I zawinąłem do portu. 
Wiodłem   spokojny,   ustatkowany,   może   nawet   nieco 
monotonny żywot w moim przestronnym mieszkaniu, wolny 
od   trosk   i   kłopotów,   pod   pieczą   wiernej   gospodyni   — 
rudowłosej   Irlandki   nieokreślonego   wieku,   która   miała   na 
imię   Katarzyna.   W   domu   spędzałem   połowę   mego   życia, 
drugą — w jeszcze bardziej przestronnym gmachu szpitala, 
gdzie   każdy   dzień,   niekiedy  każda   godzina   stawiały  mnie 
twarzą   w   twarz   z   ludzkim   nieszczęściem.   Ileż   tam   się 
nauczyłem... O chorobach, o ludziach i o ludzkim cierpieniu. 
O, szpital był dobrą szkołą! Jakże przydała mi  się później! 
Nie chcę się chwalić, lecz wiele razy wyrywałem kalectwu 
lub śmierci ludzi, zdawałoby siej beznadziejnie skazanych. I 
wiele   razy   zdarzało   mi   siej   widzieć   łzy   nie   smutku,   lecz 
radości.   Przeżywałem   to   jako   swój   największy   sukces. 
Powiem jeszcze jedno: widok cierpień, ciągłe zmagania się 
życia   ze   śmiercią]   nie   umniejszyły   w   niczym   mej 

background image

wrażliwości. Nie stałem; się oschłym, nieczułym wykonawcą 
swego zawodu, jakich dziś wielu. Zbyt wielu!

Lecz wszystko to widać nie zadowoliło losu, który kieruje 

mym życiem. I ten los postanowił dać mi mocnego kopniaka. 
Wyleciałem po nim jak z procy ze swego uregulowanego 
bytowania. Z letnich spacerów po okolicach Milwaukee i z 
zimowych   dumań   w   wygodnym   fotelu   obok   huczącego 
ogniem   kominka   w   moim   prywatnym   gabinecie.   Bo 
pacjentów nie przyjmowałem. Wystarczał mi szpital. Miałem 
więc mnóstwo czasu na czytanie książek i na rozmyślania w 
wonnym   dymku

;  

cygara,   tak   pięknie   pachnącym   w   cieple 

bijącym od płomieni.

Widać jednak los nie był zadowolony z mego drugo-; a 

może   nawet   trzecioplanowego   udziału   w   życiu   miasta. 
Zdecydował wysunąć mnie na plan pierwszy, postawić oko 
w   oko   z   trudnościami   nie   byle   jakimi.   Zupełnie   jakbym 
słyszał   rozkaz:   skończ   z   tym,   jeśli   nie   chcesz   stać   się   w 
swoim   własnym   mniemaniu   niedołęgą!   Do   roboty, 
piecuchu!

Piecuch nie bardzo się kwapił, więc został wypchnięty na 

życiową   scenę,   aby   odegrać   główną   rolę   w   trzyaktowym 
dramacie. Los pociągnął za sznury, kurtyna poszła w górę. 
Rozpoczął się akt pierwszy.

W lecie 1880 roku, w okresie urlopów, zostałem sam na 

oddziale   chirurgicznym   szpitala   w   Milwaukee,   ni«   licząc 
młodego     lekarza,     Jerzego     Davisa,     nad   którym 
sprawowałem opiekę, dwu sanitariuszy i kilku pielęgniarek. 
Mój   bezpośredni   przełożony,   naczelny   chirurg,   doktor 
Lindsay, uznał, że zasłużył na odpoczynek, i wyjechał na 
południe do krewnych.

W tym miejscu należy wspomnieć, że na cztery lata przed 

pamiętnym dla mnie rokiem 1880 w Montanie, nad rzeczką 
Little Bighorn, doszło do niezwykle krwawej batalii między 
oddziałem   federalnej   kawalerii   a   wojownikami   Dakotów 
(Siouxów).   Kawalerią   dowodził   generał   Jerzy   Armstrong 
Custer,   głośny   z   osobistego   męstwa,   jakim   wykazał   się 
jeszcze   podczas   wojny   domowej.   Indianami   dowodził 
Szalony Koń, a pieczę nad ich akcją sprawował nie mniej 
znany od Custera wódz i czarownik Dakotów, Sitting Buli 
(co stanowi odpowiednik dakockiego przezwania:   Tatanka-
Yotanka).

Custer   poległ,   poległo   wraz   z   nim   dwustu   piętnastu 

żołnierzy   i   oficerów,   zginęły   wszystkie   konie   tego   ka-
waleryjskiego oddziału, z wyjątkiem jednego, który nazywał 
się — cóż za zbieg okoliczności! — Komańcz.

Jak później się okazało, Custer poniósł klęskę z powodu 

swej pychy.  Gdyby poczekał dzień, nadciągnęłyby posiłki. 
Lecz   on   nie   chciał   z   nikim   dzielić   się   przewidywanym 
zwycięstwem.   Przegrał   również   dlatego,   że   zlekceważył 
odwagę i sprawność czerwonoskórych wojowników.

Klęska Custera narobiła sporo szumu wśród białych, lecz 

mną  nie wstrząsnęła tak, jak wstrząsnęła niegdyś  wieść o 
masakrze   w Minnesocie.  Ze  zrozumiałych   przyczyn.  Tym 
razem   uznałem,   że   nie   jest   to   moja   sprawa,   bo   mnie 
osobiście   nie   dotyczy.   Choć   oczywiście   śmierć   tylu 
żołnierzy utwierdziła mój wrogi stosunek do Indian.

background image

Bitwa   nad   Little   Bighorn   została   stoczona   25   czerwca 

1876 roku. Sam król Salomon, jakoby największy mędrzec 
świata, nie potrafiłby przewidzieć, iż w cztery lata później, 
w lipcu 1880 roku, uboczne skutki klęski

background image

Custera odmienia całkowicie moją sytuację, mój sposób 

życia i... myślenia. Lecz to fakt.

Otóż w początkach lipca, gdy pacjentów było mało, a za to 

nudy sporo, zawiadomiono mnie, iż zgłosił się 

nowy chory. Kazałem go wprowadzić do gabinetu. Wszedł 

mężczyzna, na oko tak pod trzydziestkę. Jego strój nie był 

strojem   mieszczucha,   raczej   trapera   uganiającego   się   po 

lasach i preriach za futerkowymi  zwierzętami. Twarz miał 

opaloną,   ale   spod   opalenizny   przebijała   dobrze   mi   znana 

bladość człowieka cierpiącego.

Powiem w dużym skrócie: przybysz był ranny w lewe 

udo, lecz była to jakaś zastarzała rana, która na nowo się 

otworzyła. Brud spowodował zaognienie ciała, wywiązała 

się infekcja.

  Zacząłem rozpytywać o przyczynę tej rany. Okazało się, że 
zadał ją grizzli, szary niedźwiedź Gór Skalistych. A więc nie 
omyliło mnie pierwsze przypuszczenie: nowy pacjent był 
traperem. Zbeształem go, że tak późno się do nas zgłosił. 
Uśmiechnął się — znad Saskatchewan daleka do Milwaukee 
droga, początkowo sprawa nie przedstawiała się groźnie, a 
on miał do załatwienia pewne interesy. Zabrzmiało to nieco 
tajemniczo: Saskatchewan to przecież rzeka płynąca przez 
północną Kanadę. Lecz nie do mnie należało badanie 
przeszłości przybysza.

Zajęliśmy się troskliwie rannym.  Wykąpany,  obłożony 

opatrunkami,   natychmiast   zapadł   w   głęboki   sen   na 
szpitalnym   łóżku.   Budził   się   w  ciągu  dnia   parokrotnie   i 
wydało   mi   się,   że   nie   zdaje   sobie   sprawy,   gdzie   się 
znajduje.   Zły   to   u   chorego   objaw.   Tymczasem   udo 
obrzękło, wokół rany wystąpił siny pas, a temperatura ciała 
skoczyła   do   niebezpiecznej   wysokości.   Nie   było   kogo 
poradzić   się,   sam   musiałem   zadecydować   o   życiu 
człowieka   (a   niełatwa   to   decyzja),   i   to   szybko.   Zwłoka 
groziła   śmiercią.     Ratunek   mógł  przynieść   tylko   nóż 
chirurgiczny,   jedynie   bowiem   amputacja   nogi   mogła 
uratować   ciało   przed   gangreną.   Ta   myśl   przejęła   mnie 
strachem.   Przecież   miałem   wypuścić   ze   szpitala 
zdrowego...   kalekę.   Kalekę   trapera!   Okropność!   Dlatego 
dopiero   czwartego   dnia   rankiem   zdecydowałem   się   na 
obcięcie nogi w pachwinie. Operacja miała  się odbyć  w 
godzinach   popołudniowych,   ale   ze   względu   na   groźbę 
śmierci wymagała zgody pacjenta.

Tkwiłem w swym gabinecie i myślałem o tym z goryczą 

w sercu i z prawdziwą złością na bezradność naszej wiedzy 
medycznej. Z posępnych rozważań wyrwał mnie jakiś hałas. 
W   obowiązkowej   ciszy   szpitalnego   budynku   było   to 
wydarzenie   niecodzienne.   Wyszedłem   zobaczyć,   co   się 
dzieje.

Tak oto zakończył się akt pierwszy dramatu, a zaczął akt 

drugi.

W   końcu   korytarza   dostrzegłem   grupę   osób:   młodego 

lekarza, pielęgniarkę i starszego sanitariusza oddziału. Lecz 
przecież nie ich widok pozbawił mnie  na chwilę  mowy i 
zdolności ruchu. Stanąłem jak sparaliżowany. Wśród trzech 
białych   fartuchów   ujrzałem   skórzane   bluzy   i   spodnie, 
najbardziej   autentyczne   leg-giny.   Nie,   to   nie   maskarada. 
Wystarczyło   popatrzeć   na   twarze   dwu   dziwnych   gości. 
Indianie!

— Co   to   ma   znaczyć?   —   zagadnąłem   nieco 

background image

bezsensownie.

—   Indianie,   panie   doktorze   —   odparł   Devis,   równie 

bezsensownie.

— To widzę. Czego chcą?
— Jeśli dobrze zrozumiałem, przyszli odwiedzić chorego 

z raną nogi.

— Ale   jak   tu   weszli?   —   wtrącił   się   pielęgniarz.   — 

Przecież portier nie mógł ich wpuścić.

— Pewnie   przez   płot   —   stwierdził   Davis   nieco   po-

gardliwym tonem. — Tacy potrafią...

background image

Omal głośno nie zakląłem. Czekała mnie trudna operacja i 

potrzebowałem   spokoju,   chociażby   przez   godzinkę.   A   tu 
taka heca! Prawdziwi czerwonoskórzy. Ujrzałem ich po raz 
pierwszy   w   życiu.   Dziwne?   Jednak   to   fakt.   Większość 
mieszkańców wschodu, tych młodszych, nigdy nie oglądała 
Indian, chyba na rysunkach. I ja znałem barwne pióropusze, 
skórzane   tarcze,   legginy   i   zdobne   paciorkami   mokasyny 
wyłącznie z kolorowych malowideł. Teraz stały przede mną 
żywe modele tych ilustracji.

W   cztery   lata   po   rzezi   oddziału   Custera   zjawili   się   w 

Milwaukee, ba! w szpitalu, bracia tamtych, a może nawet ci 
sami   wojownicy,   którzy   brali   udział   w   bitwie   nad   Little 
Bighorn.   Tu   muszę   dodać,   że   mimo   upływu   lat   pamięć 
klęski   nie   wygasła   wśród   osadników   zachodu,   żywa   była 
również   i   tu,   na   wschodzie,   a   przekazywana   w 
opowiadaniach, odpowiednio urabiała opinię. Ja sam, jak już 
wspominałem, kształtowałem swe poglądy pod presją takiej 
opinii, święcie przekonany o naszej misji cywilizacyjnej i o 
bezgranicznym   okrucieństwie   pierwotnych   gospodarzy   tej 
ziemi.

Jak   powinienem   był   teraz   postąpić?   Gdyby   nie 

współczucie   dla   mojego   pacjenta,   tak   ciężko   dotkniętego 
losem, kazałbym intruzów wyrzucić poza szpitalną bramę.

Nie będę mówił o szczegółach *. Pozwoliłem na wizytę. Z 

rozmowy   przeprowadzonej   w   moim   gabinecie   z 
czerwonoskórymi   dowiedziałem się,  iż  przybyli  do  swego 
„białego brata" przynosząc lek, który w sposób niezawodny i 
szybki wybawi go z ciężkiej dolegliwości. Wzruszyłem na to 
ramionami, a nie roześmiałem się tylko dlatego, że była to 
sprawa   zbyt   poważna.   Dowiedziałem   się   również,   iż 
pochodzą z plemienia

background image

Czarnych   Stóp,   osiadłego   po   obu   stronach   amerykańsko-
kanadyjskiej granicy, że byli świadkami wypadku, w którym 
„biały brat" odniósł ciężką ranę. Leczył się u nich, lecz zbyt 
krótko. Rana musiała się odnowić.

Zapytałem,   jakim   sposobem   tu   trafili,   i   otrzymałem 

odpowiedź, że dobry tropiciel śladów trafi wszędzie.

Zapytałem,   dlaczego  tak  się   troszczą   o  zdrowie   białego 

człowieka, a wtedy jeden z wojowników odparł:

— On mnie uratował.
Zapytałem więc, jakie to leki mają ocalić mego pacjenta.
Pokazali naczynie z tykwy i wiązkę jakichś ziół.
Poszliśmy   do   separatki,   w   której   leżał   chory.   Był 

przytomny. Uśmiechnął się na widok gości, później z nimi 
rozmawiał  w niezrozumiałym  dla  mnie  języku.  Na koniec 
oświadczył,   że   wie   doskonale   o   planowanej   przeze   mnie 
operacji   i...   nie   zgadza   się   na   nią.   Prosi   o   wypisanie   ze 
szpitala.

Chciałem krzyknąć: „pan oszalał!". Zamiast tego jednak 

tylko szepnąłem: „to oznacza śmierć".

Zaprzeczył.  Powiedział, iż nie chce żyć  jako kaleka, że 

gotów   pozostać   w   szpitalu   pod   warunkiem   zastosowania 
środków,   jakie   przynieśli   jego   „czerwoni   bracia"   (tak   ich 
nazwał).

Przyjacielu, który czytać będziesz te słowa, wyobraź sobie 

(jeśli   posiadasz   dość   wyobraźni!)   jak   się   poczułem 
usłyszawszy   o   takim   warunku?   Żaden   opis   tego   nie 
odtworzy,  więc  nie  silę się  na taki  opis. To był  koszmar. 
Jednak zdobyłem się w chaosie myśli na decyzję. Operacji 
nie mogę przeprowadzić wbrew woli operowanego — a to 
znaczy: śmierć. Jeśli go wypiszę ze szpitala — to również 
znaczy:   śmierć.   Cóż   pozostaje?   Tylko   ryzyko. 
Zdecydowałem, się na ryzyko. Huczało mi w głowie jak w 
młynie, a wewnętrzny głos ostrzegał: „Wylecisz jak z procy. 
Znachorskie praktyki w szpitalu? Odkąd istnieje Milwaukee 
nic podobnego jeszcze się nie wydarzyło!"

— Więc się wydarzy — szepnąłem w pasji sam do siebie 

i... wyraziłem zgodę.

Znowu pominę szczegóły. Po dwu dniach „znachorskich 

praktyk"   (Indianie   pojawili   się   i   następnego   po-   południa, 
drogą   przez   płot   czy   nie   przez   płot   —   nigdy   tego   nie 
sprawdzałem) pacjent poczuł się znacznie lepiej. Gorączka 
spadła.   Ziołowa   kuracja   indiańska   dokonała   rzeczy 
niemożliwej   do   osiągnięcia   przy   pomocy   leków,   jakimi 
dysponowaliśmy. Po trzech następnych dniach stan chorego 
tak   się   poprawił,   że   począł   wstawać   z   łóżka.   Najpierw 
spacerował   po   szpitalnym   korytarzu,   później   —   po 
szpitalnym  ogrodzie. Stał się cud! Cóż więc dziwnego, że 
zainteresowałem się tym nieprawdopodobnym przypadkiem i 
dziwnym   pacjentem.   W   miarę   jak   go   poznawałem   — 
zdziwienie   moje   rosło  niczym   dynia   posadzona   na   żyznej 
glebie.

Dotąd   sądziłem,   że   traper   świetnie   odczytuje   tropy 

zwierząt,   lecz   nie   przeczyta   książki.   Jako   analfabeta.   A 
okazało   się,   że   mój   pacjent   —   odtąd   nazywać   go   będę 
Karolem   Gordonem,   bo   takie   nazwisko   widniało   na   jego 
karcie  chorobowej  —  jest  człowiekiem  nieźle  oczytanym. 
Niejeden   raz   zawstydził   mnie   mówiąc   o   książkach,   o 

background image

których tylko słyszałem, a on je znał. Rozmawialiśmy coraz 
częściej, to o tym, to o owym, lecz przede wszystkim (cóż w 
tym   dziwnego?)   o   Dzikim   Zachodzie   i   pierwotnych   jego 
mieszkańcach: o zwierzętach i najczęściej o Indianach. Ba, 
podczas którejś z takich rozmów pokłóciłem się z nim nie na 
żarty   i   przez   kilka   dni   starałem   się   go   unikać.   Później 
doszliśmy   do   porozumienia.   Rzecz   poszła   o 
czerwonoskórych.   Gordon   reprezentował   poglądy,   które 
mnie podówczas oburzały. Zażarcie bronił Indian, usprawie-
dliwiał   ich   krwawe   wystąpienia,   a   winą   za   wszystko 
obciążał „blade twarze".     Mówił o Czarnych Stopach  i o 
tym, że od paru lat korzysta z ich gościny polując właśnie na 
ich łowieckich terenach.

— Zdumiewające — zauważyłem wówczas sceptycznie. 

—   Słyszałem,   że   czerwonoskórzy   nie   znoszą   obcych. 
Wybijają im zwierzynę, której i tak coraz mniej.

— Prawda. Pan, doktorze, w ich położeniu odczuwałby to 

samo. Lecz wrogi stosunek nie dotyczy wszystkich białych. 
Na   przykład...   mnie   —   dodał   po   chwili,   lekko   się 
uśmiechając.

— Dlaczego?
— Długo by mówić!... Ale powiem krótko. Ci dwaj moi 

goście   to   nie   zwykli   wojownicy.   Jeden   z   nich,   Długi 
Niedźwiedź,   jest   nieprzeciętną   w   plemieniu   osobistością. 
Człowiek   dzielny   i   doświadczony,   z   którym   pobratymcy 
bardzo   się   liczą.   Drugi   to   jeszcze   ważniejsza   postać,   coś 
jakby naczelny czarodziej. Nazywa się Czerwona Chmura. 
Przypadkiem   wyratowałem   go   z   pazurów   szarego 
niedźwiedzia.   Wówczas   to   odniosłem   tę   paskudną   ranę. 
Dlatego tu przybył. Indianie potrafią być wdzięczni.

— I dlatego pozwolili panu polować?
— Och,   nie.   Wyświadczyłem   im   pewne   usługi   dużo 

wcześniej.

Jakiego rodzaju były te usługi, dowiedziałem się dopiero 

po dłuższym czasie.

Innego z kolejnych dni Gordon -— podczas ogrodowego 

spaceru   —   zapytał   mnie,   czy   jazda   konna   zaszkodziłaby 
jego nodze?

Odparłem,   że   obecnie   bardzo   by   zaszkodziła.   Trzeba 

poczekać co najmniej jeszcze z tydzień.

— Cóż   panu   tak   pilno?   Preria   ciągnie,   co?   — 

zaryzykowałem pytanie.

Przyznał, że nie omyliłem się, a później opowiedział mi, 

jak z niby zagojoną raną uda wybrał, się nad rzekę Mleczną. 
Podczas tej wyprawy łowieckiej stracił konia w bagniskach i 
sam w nie wpadł. Im mocniej się

background image

szarpał, tym bardziej pogrążał w grząskim mule. Po godzinie 
takich prób zdrętwiał na kamień. Zapadł w półsen, czy też 
półomdlenie.   Tak   dotrwał   do   świtu   dnia   następnego. 
Odzyskał   przytomność   (żelazny  mieć   musiał   organizm!)   i 
dzięki temu, że przymrozek skuł lodem powierzchnię bagna, 
zdołał   zeń   się   wygrzebać.   Jednak   nie   potrafiłby   dojść   o 
własnych   siłach   do   jakiegokolwiek   osiedla,   gdyby   dwaj, 
przypadkowo   spot-kani   wojownicy   Czarnych   Stóp   nie 
zawiedli go do j swego obozowiska.

— I to wówczas odnowiła się rana?

Tak. Powinienem był poleżeć kilka dni, lecz sądziłem, 

że to samo się zagoi...

Takie były przyczyny,  z powodu których Karol Gordon 

znalazł   się   w  szpitalu.   I   fakt   ten,   można   by-   powiedzieć: 
przesądził   o   dalszych   kolejach   mego   życia.   Rozmowy   z 
Gordonem mocno podważyły mą niezachwianą dotąd opinię 
o Indianach i problemie indiańskim. Nie twierdzę, że stałem 
się   przyjacielem   „czerwonych   mężów",   zmiana   raz 
ustalonych poglądów nie następuje tak szybko, Wszakże nie 
miałem już tej pewności co przedtem. Zapewne cała historia 
skończyłaby   się   na   tej   tylko   drobnej   ewolucji   poglądów, 
gdyby.'.

Gdyby nie rozpoczął się trzeci akt mego dramatu.

Niespodziewanie powrócił naczelny chirurg, doktor 

Lindsay, na tydzień przed końcem swego urlopu. Uznałem 
ten fakt za niepokojący. I nie omyliłem się. Ktoś bardziej 
chyba złośliwy niż czuły o dobrą opinię szpitala wypichcił 
do mego szefa niewybredny anonim, w którym opisał — 
nieco mijając się z prawdą — historię wizyty Indian w 
szpitalu. Anonimowy informator zarzucał mi znachorskie 
praktyki, nieuctwo i brak należytej troski o pacjenta, którego 
o mało nie skazałem na śmierć.

Lindsay pokazał mi ten list, potem poprosił o wyjaśnienia. 
Z kolei zapragnął ujrzeć pacjenta. Gordon został 
dokładnie zbadany, a gdy odszedł, naczelny chirurg 
pokiwał głową.

— Zdumiewający   przypadek   —   stwierdził.   —   Ten 

człowiek jest zdrów jak przysłowiowa ryba. Mimo wszystko 
lękam się nieco o... pana.

— Dlaczego? — zdziwiłem się szczerze.
— Dlatego że nasz szpital jest fundacją i że w zarządzie 

tej fundacji zasiada niejaki Vincent. Słyszał pan o nim?

Rzecz   jasna,   słyszałem.   Vincent   był   właścicielem   kilku 

młynów   i   cegielni   w   Milwaukee.   Posiadał   duże   wpływy. 
Lecz co to mogło mieć wspólnego z Karolem Gordonem? 
Lindsay zaraz mi to wyjaśnił.

— Siostrzeniec   Vincenta   brał   udział   w   ekspedycji 

generała Custera i poległ. Od tamtej chwili Vincent
głosi   hasła   jakiejś   wyprawy   krzyżowej   przeciw 
czerwonoskórym. Niech się teraz dowie o wszystkim...

Następnego dnia opowiedziałem Gordonowi o anonimie. 

Nie przejął się tym zbytnio, co mnie nawet troszkę uraziło.

— Furda, doktorze! — zawołał. — Da sobie pan radę, nie 

tu, to gdzie indziej.

Kiepska to była pociecha.
W trzy dni po tej rozmowie Gordon został wypisany ze 

szpitala.   Przy   pożegnaniu   zapewnił,   że   będzie   mnie 
odwiedzał   i   że   nigdy   nie   zapomni   przysługi,   jaką   mu 

background image

oddałem zgadzając się na „czarodziejską" (jak to określił) 
kurację.

— Myślę,   że   pana   namówię   —  stwierdził   ściskając   mi 

dłoń.

— No co?

— Na krótką przejażdżkę w prerię. 
Roześmiałem się:
— To dopiero pomysł!

Pomysł   znakomity.   Będę   w   Milwaukee   za   trzy 

miesiące.  Proszę mi dać swój adres i zastanowić się nad tą 
propozycją.

Minął lipiec, minął sierpień. We wrześniu w miejscowym 

dzienniku   „Daily   Herald"   ukazał   się   artykuł   o   wizycie 
Indian w szpitalu. Sprawa stała się głośna i od tej chwili 
wypadki potoczyły się jak śnieżna lawina. Przesłuchiwała 
mnie   specjalna   komisja,   powołana   przez   kierownictwo 
szpitalnej   fundacji.   Rzecz   rozpatrywano   drobiazgowo, 
wprowadzając mnie w stan nerwowego rozstroju. Szybko, 
się zorientowałem, że wpływy pana Vincenta znaczą więcej 
niż   jakiekolwiek   argumenty,   więcej   niż   sprawiedliwość   i 
prawda. Nawet doktor Lindsay nie potrafił mnie  obronić. 
Panowie z komisji zapragnęli nie tylko wyrzucić mnie ze 
szpitala,   lecz   poprzez   sąd   państwowy   pozbawić   prawa 
wykonywania zawodu.

Wtedy właśnie przyjechał do Milwaukee Karol Gordon. 

Jemu   zawdzięczam,   że   nie   poniosłem   całkowitej   klęski. 
Karol   zgłosił   się   przed   komisję   jako   żywy   dowód 
skuteczności przeprowadzonej na nim kuracji. Ostatecznie 
uratowałem   prawo   do   praktyki   lekarskiej,   lecz   musiałem 
opuścić   szpital.   Jak   bardzo   byłem   tym   zgnębiony,   nie 
sposób   tego   opisać.   Początkowo   nawet   sądziłem,   że 
przyjdzie mi opuścić Milwaukee. Jakiż chory zgłosi się do 
lekarza tak napiętnowanego, jak ja? Pomyliłem się. Cała ta 
głośna historia okazała się najlepszą reklamą. Stałem się w 
oczach   innych   lekarzem-cudotwórcą,   który   wszystko 
potrafi!   Mój   prywatny   gabinet   pęczniał   od   pacjentów. 
Jednakże niewielka to była satysfakcja.

Tak minęła jesień 1880 roku. Karol Gordon ponownie 

wyruszył na traperską wędrówkę. Wrócił z końcem grudnia i 
zamieszkał na stałe w Milwaukee w nie byle jakim hotelu.  Z 
tego wyciągnąłem wniosek,  że, łowienie futerek jest nadal 
bardzo popłatnym zawodem. Widywaliśmy się co dzień, co 
drugi dzień. Wówczas to Karol (już mówiliśmy sobie po 
imieniu) przypomniał o swej propozycji i począł namawiać 
na wycieczkę w prerie południowo-zachodniej Kanady, wio-
sną następnego roku.

Nie mówiłem ani tak, ani nie, lecz wcale nie kwapiłem się 

na   taką   eskapadę.   Tymczasem   Karol   zajął   się 
przygotowaniem mnie do trudów wyprawy. Zgodziłem się. 
W   moim   osiadłym   trybie   życia   nieco   ruchu   nie   mogło 
zaszkodzić, wręcz przeciwnie.

Nieco później  przekonałem się,  na  czym  miała   polegać 

zaproponowana przez Karola zaprawa fizyczna. Wpadłem. 
Lecz   wstyd   było   się   wycofać.   Odbywałem   więc   dalekie 
piesze wycieczki, uczyłem się jeździć konno, na oklep i w 
siodle. Marzłem czołgając się w śniegu i odczytując tropy 
ludzi lub zwierząt. Później przyszła kolej na naukę strzelania 

background image

i   na   rzucanie   lassem.   Natomiast   pływania   w   przeręblu 
kategorycznie odmówiłem.

Mijały tygodnie, a ja powolutku począłem przywykać do 

myśli o dalekiej podróży. I przywykłem.

Nadeszła wiosna i któregoś majowego ranka wsiedliśmy 

w pociąg, który powiózł nas ku północnemu zachodowi, a 
wyrzucił podobnego ranka już na terytorium Kanady. Była 
to malutka stacyjka, obok której wznosiły się dwa drewniane 
domki, jakiś zajazd i... psia buda. Dalej, jak okiem sięgnąć, 
ciągnęła   się   rozległa   przestrzeń   jasnej   zieleni,   pusta, 
szumiąca wiatrem. Wyładowaliśmy konie (Karol nabył je w 
okolicach   Milwaukee,   przed   samym   naszym   wyjazdem), 
osiodłaliśmy   je,   przytroczyliśmy   derki   i   juki.   Parowóz 
zagwizdał,   kierownik   pociągu   pomachał   nam   ręką,   jakaś 
młoda podróżująca dama — chusteczką, wagony ruszyły i 
wkrótce   znikły   za   horyzontem.   Po   raz   pierwszy   w   życiu 
znalazłem się na „westmańskiej ścieżce". Bardzo to dumnie 
brzmi, lecz w tamtej chwili pożałowałem nagle przytulnego 
mieszkanka w Milwaukee,

background image

wygodnego   łóżka,   kominka   i   stołu   nakrytego   obrusem. 
Kiedyż ja znowu tam wrócę? I czy wrócę?

Podczas   tej   wyprawy   odwiedziliśmy   siedziby  plemienia 

Czarnych   Stóp,   znajdujące   się   w   kanadyjskiej   prowincji 
Alberta.   Przyznam,   że   byłem   zdumiony   przyjęciem 
zgotowanym   nam   przez   czerwonoskórych.   Tak   wypadło 
serdecznie   i   tak   kłóciło   się   z   moimi   dotychczasowymi 
poglądami   o   Indianach,   ich   życiu   i   obyczajach.   Jako 
nowicjusz,   po   prostu   greenhorn,   popełniłem   błąd   uznając 
gościnność,   jaką   mi   okazywano,   za   nieledwie   codzienne 
zjawisko wśród czerwonoskórych. Prawda leżała pośrodku.

Dopiero później zrozumiałem, że przyjmowano mnie tak 

serdecznie tylko dlatego, iż byłem „białym bratem białego 
brata", czyli Karola Gordona, którego zasługi wysoko sobie 
ceni to plemię  Czarnych Stóp. To przecież oni — jak się 
dowiedziałem — nadali Karolowi imię Wielkiego Bobra, a 
bóbr jest dla Indian symbolem mądrości, jak u nas sowa. Tak 
więc   wyłącznie   Karolowi   zawdzięczałem   tę   wersalską 
prawie uprzejmość ze strony nieco posępnych i nieco dzikich 
wojowników.   Lecz   —   właśnie   jako   greenhorn   —   nie 
potrafiłem   tego   zrozumieć.   Zrozumienie   przyszło   nieco 
później, a wraz z nim sprawiedliwy pogląd na „czerwonych" 
i na „blade twarze". Ocena wzajemnych krzywd i bezstronne 
spojrzenie na rzeczywistość. Teraz już wiem, że Indianie nie 
potrafią   być   serdeczni   ani   ufni   wobec   nie   znanej   „bladej 
twarzy",   dopóki   jej   dobrze   nie   poznają,   po   tygodniach, 
niekiedy   miesiącach   wzajemnych   kontaktów.   Zbyt   wielu 
krzywd doznali od białych, zbyt wielu oszustw i kradzieży. 
Oczywiście: kradzieży ziemi, która zawsze stanowiła wspól-
ną własność plemienia, nigdy — pojedynczego wojownika 
czy nawet rodziny.

Nadszedł   jednak   czas,   kiedy   „czerwoni   bracia"   poczęli 

mnie cenić na równi z Karolem, kiedy uzyskałem

background image

od nich zaszczytny przydomek: Orle Pióro (gdy upolowałem 
orła).   Tam,   w   Górach   Skalistych,   zabiłem   pierwszego   w 
swym życiu (i jak dotąd — ostatniego) szarego niedźwiedzia 
i   dzięki   temu   zdobyłem   prawo   noszenia   naszyjnika   z 
pazurów i zębów grizzli. Moja pozycja wśród wojowników 
plemienia umocniła się jeszcze bardziej, gdy nieoczekiwany 
splot okoliczności uwikłał nas (Karola i mnie) w przygodę 
pełną   prawdziwych   niebezpieczeństw.   Wówczas   nie 
zdawałem   sobie   jeszcze   sprawy   z   tego,   ile   razy   ryzykuję 
skórą, lecz widzieli to Indianie i potrafili ocenić.

Zdołałem przywyknąć do warunków życia na prerii dość 

szybko, przestał mnie razić specyficzny i nie każdemu miły 
zapach   potu   i   dymu,   jakim   są   przesiąknięte   indiańskie 
ubrania,   pod   skórzanym   dachem   tipi   sypiałem   równie 
wygodnie, jak we własnym pokoju w Milwaukee. Karol pół 
żartem,   pół   serio   stwierdził   po   kilku   tygodniach,   że   nie 
zawiódł się na mnie, a błędy, które popełniałem, popełniłby 
każdy inny znajdujący się w mej sytuacji... greenhorn. Była 
więc to nieco dwuznaczna pochwała. Ale, niech tam!

W następnym roku znowu odwiedziliśmy Czarne Stopy, a 

później   —   tak   mi   to   weszło   w   nawyk   —   każdej   wiosny 
wędrowałem   z   Karolem   w   inne   okolice,   a   każdej   jesieni 
powracałem   w   zakurzone   mury   miasta,   aby   zająć   się   na 
nowo   praktyką   lekarską.   Przy   tym   systemie   letniego 
odpoczynku zdołałem poznać spory szmat Arizony, Nowego 
Meksyku, Oklahomy, Montany, Teksasu, a nawet odwiedzić 
północną część Meksyku.

Jak twierdził żartobliwie Karol, stałem się w ten sposób 

pierwszym westmanem wśród lekarzy i pierwszym lekarzem 
wśród westmanów.

Na kolejną eskapadę, tym razem na terytorium Kolorado, 

namówił   mnie   jak   zwykle   Karol.   Piszę:   „jak   zwykle”, 
ponieważ to on właśnie wybierał kierunki naszych wędrówek 
i był tak uparty, iż żadne moje argumenty przeciw nigdy nie 
osiągały   zamierzonego   skutku.   Zresztą,   słabe   to   były 
argumenty.   Ja,   urodzony   mieszczuch,   nie   mogłem   nawet 
porównać swej znajomości kraju z tym,  co wiedział Karol 
Gordon i co widział podczas dalekich wypraw na północ, na 
południe, na zachód.

Z  wiosną   tego   roku   zaproponował   mi   wyjazd   do   stanu 

Kolorado   i   mówił   z   takim   entuzjazmem   o   przyrodzie, 
klimacie i faunie tej ziemi, aż mnie ubawił.

— Wyobraź   sobie   —   perorował   —   wysokie   góry,   po-

rośnięte na zboczach sosną, jodłą, osiką i świerkiem.
Tam   napotkasz   niedźwiedzie,   a   nad   brzegami   bagnistych 
strumyków łosie. Niżej preria, po której biegają
antylopy i jelenie, a maszerują stada indyków.

Karol wcale nie żartował. Istotnie dzikie indyki maszerują, 

bo   skrzydeł   używają   tylko   wtedy,   gdy   im   drogę   przetnie 
rzeka.   Niejeden   raz   obserwowałem   te   zabawne   ptaki,   jak 
zwartymi   kolumnami   kroczyły   poprzez   trawiaste 
płaszczyzny. Żeby było jeszcze śmieszniej — posuwały się 
w   dwu   grupach:   w   jednej   —   sami   przedstawiciele   płci 
męskiej, w drugiej — same indyczki.

— Jak widzisz — mówił dalej Karol — zwierzyny nam 

nie zabraknie. A klimat! Wspaniały. Suchy i zdrowy. Czyste 
powietrze,   dużo   słońca.   Wymarzony   zwłaszcza   dla   osób 
chorych na płuca.

background image

— A to skąd ta wiadomość? — zapytałem podejrzliwie.
— No...   pewien   człowiek   —   zmieszał   się.   —   Zresztą, 

zapytaj się lekarzy.

Parsknąłem śmiechem.

— Zapomniałeś,   Karolu,   że   i   ja   jestem   lekarzem,   a   na 

płuca   nigdy  nie   chorowałem.   Zresztą,   zgadzam   się.   Niech 
będzie Kolorado.

I na tym stanęło.

background image

Jak   z   powyższego   wynika,   ruszyliśmy   w   świat   bez 

żadnego   upatrzonego   celu.   Ot,   aby   się   nieco   powłóczyć. 
Wypróbowanym   sposobem   na   najnudniejszą   część   trasy 
wybraliśmy jako środek lokomocji — kolej. W ten sposób 
dość   szybko,   wraz   z   bronią,   bagażami   i   siodłami 
przebyliśmy przestrzeń dzielącą Milwaukee od Garden City 
nad rzeką Arkansas w Kansasie. Tam nabyliśmy dwa konie, 
które   przed   kupnem   Karol   poddał   bacznym   oględzinom. 
Wreszcie uprząż znalazła się na grzbietach wierzchowców, 
drobne ma-natki we wnętrzach juków, zrolowane koce z tyłu 
siodeł,   a   winczestery   w   skórzanych   kaburach   pod   prawą 
ręką.   Ruszyliśmy,   dokąd   oczy   poniosą,   ściśle   ku 
zachwalanemu przez mego towarzysza Kolorado.

Pogoda   sprzyjała:   niewiele   chmurek   na   niebie,   sporo 

słońca, lecz bez skwaru. Chłodził nas wiosenny wiatr, pełen 
woni ziół i kwiatów — zapach jakże dobrze mi znany. Co 
roku o tej porze wdychałem go pełną piersią i zaręczam, że 
nie istnieje  nic bardziej przyjemnego i radosnego,  niż ten 
wiatr dla płuc i ten widok dalekiego obszaru dla źrenic. Cóż 
za   rozkosz   czuć   pod   sobą   grzbiet   koński,   uzdę   w   dłoni, 
strzemiona   pod   podeszwą   butów!   I   móc   spoglądać   ponad 
łbem   wierzchowca,   wypatrując   stada   antylop,   jelenia   u 
źródła, kujota pomykającego ku nadrzecznym zaroślom.

Droga,   a   raczej   zupełne   bezdroże,   była   gładka   jak 

przysłowiowy stół, porośnięta niską, rzadką trawą. A dokoła 
pustka   i   cisza,   ani   ludzi,   ani   zwierząt.   Widoku   tych 
pierwszych  wcale  nie  pragnąłem,  co do tych  drugich mój 
przyjaciel zapewnił, iż rychło je ujrzymy.

Słowo   „rychło"   okazało   się   zbyt   optymistycznym 

twierdzeniem, jednak przepowiednia Karola sprawdziła się. 
Oczywiście znacznie, znacznie później. Lecz jakież to ma 
znaczenie   w   warunkach,   w   których   czas   się   nie   liczy, 
przestają   obowiązywać   wszelkie   terminy,   poza   porą 
rozpalenia wieczornego ogniska!

  Stary znajomy obudził mnie dość bezceremonialnie. Był przedświt. 
Jak zwykle oznaczający zakończenie nocnego odpoczynku. Nie 
spieszyliśmy się ku żadnemu celowi, nic nas nie gnało, czemu więc tak 
wcześnie zrywać się z dobrze wygrzanego legowiska? Ano, Karol miał 
taki zwyczaj. Traperski zwyczaj, gdy myśliwy czai się u brzegu rzeki 
na przychodzące do rannego wodopoju czworonogi. Zrozumiale. Lecz 
teraz? Dawniej, podczas naszych pierwszych wspólnych wypraw, 
podnosiłem bunt przeciw tego rodzaju praktyce. Starałem się wy-
tłumaczyć towarzyszowi, że dodatkowe dwie godziny snu nikomu z 
nas nie zaszkodzą, przeciwnie, pozwolą lepiej wypocząć po 
całodziennej włóczędze.

Równie   dobrze   mogłem   to   tłumaczyć   polnemu   ka-

mieniowi.   Mieszczuch,   jakim   jestem,   nigdy   nie   przekona 
westmana, co najwyżej narazi się na kpiny. Karol jednak nie 
kpił.   Poważnie   dowodził,   że   na   prerii   należy   wstawać 
najpóźniej ze świtem, aby nie dać się zaskoczyć.

— Nie   rozumiem   —   wyznałem.   —   Kto   ma   nas   za-

skoczyć? Drapieżnik?

— Ech, nie. Drapieżniki o świtaniu właśnie udają się na 

spoczynek.   Myślę   o   ludziach,   nie   zawsze   przyjacielsko 
usposobionych do innych wędrowców.

— Któż, na Boga, włóczy się o świcie?

background image

— Każdy — tu spojrzał na mnie nieco ironicznie i dodał 

po   chwili   wymownej   przerwy:   —   z   wyjątkiem 
greenhornów.

Nigdy więcej nie wracałem do tego tematu. Więc teraz 

podniosłem się  bez  słowa  skargi.  Mój  protest  wyraził  się 
jedynie w ziewaniu od ucha do ucha.

Wciągnąłem buty (zawsze zdejmowałem je na noc wbrew 

przestrogom Karola, iż „w razie czego" nie zdążę założyć) i 
poczłapałem ku wodzie. Z ręcznikiem i mydłem.  Co było 
często   powodem   drwin   Karola.   Pod   gołym   niebem   nie 
uznawał ani ręcznika, ani mydła.  Co innego — w hotelu. 
Hotele jednak trafiały się na naszych szlakach tak rzadko, że 
prawie... nigdy. Nie, Karol nie był brudasem, chociaż wśród 
podobnych   jemu   traperów   zdarzali   się   często  tacy,   którzy 
tylko wtedy czuli wodę na twarzy, gdy padał deszcz. Karol 
kąpał   się   przy   każdej   okazji,   jeśli   na   to   okoliczności 
pozwalały,   a   szorował   rzecznym   piaskiem.   Suszył   — 
biegając brzegiem strumyka lub jeziora.

Ciągle  jeszcze  ziewając  złożyłem  ręcznik  z  mydłem  na 

jakimś  mniej  wilgotnym  miejscu i... przypomniałem sobie 
dziwnego   zbieracza   kamyków.   Schyliłem   się,   podniosłem 
ich   garść.   Bacznie   się   przyjrzałem   w   szarości   wstającego 
dnia.   Niestety,   to   nie   złoto   ani   drogocenne   kamienie. 
Schyliłem się po raz drugi, po raz trzeci, po raz czwarty... Tę 
interesującą czynność przerwał śmiech Karola.

No i jak tam, Janie? Ile zebrałeś worków złota?

Dopiero teraz spostrzegłem, że bezwiednie przemierzyłem 
całą długość plaży.

— Do   licha!   —   odpowiedziałem.   —   Miałeś   rację.   To 

tylko żwir — i poszedłem się wykąpać.

Mydło   i   ręcznik   są   znakomitymi   wynalazkami   naszej 

cywilizacji.   Natychmiast   poczułem   się   czysty   i   rzeźwy, 
jakbym   całą   dobę   przespał,   a   przecież   dopiero   teraz 
zapłonęły na horyzoncie ranne zorze.

background image

Ogień już gorzał otaczając kręgiem niskich płomieni trzy 

płaskie   głazy,   na   których   Karol   umieścił   wielki   żelazny 
imbryk.  Nie rzekłem nic, uśmiechnąłem się, lecz tak, aby 
Karol mego uśmiechu nie zauważył. O ten przecież imbryk 
toczyłem, jeszcze w Milwaukee, długotrwałe boje. Jak dotąd 
bowiem   zabieraliśmy   na   wyprawy,   wraz   z   niezbędnym 
sprzętem,   ciężki   i   nieporęczny,   metalowy  garnek 
półgalonowej pojemności. Było to nasze jedyne naczynie do 
gotowania   wody   lub   kawy.   Nigdy   żadnych   zup   nie 
pitrasiliśmy,   zbyt   wiele   zachodu,   a   mięso   piekło   się   na 
zaimprowizowanym  rożnie lub patyku. Garnek po każdym 
użyciu płukało się od wewnątrz, a od zewnątrz szorowało 
piaskiem. Był więc garnek naczyniem bardzo użytecznym, 
chociaż równocześnie kłopotliwym  w użyciu. Po pierwsze 
dlatego, że należało stawiać go lub podnosić trzymając za 
oba uchwyty równocześnie. Po drugie — że woda bardzo 
długo się w nim gotowała, zwłaszcza gdy dmuchał wiatr i 
chłodził powierzchnię płynu, bo garnek nie miał pokrywki. 
Po trzecie — ponieważ do wnętrza garnka wpadał zarówno 
popiół, jak kurz, co w niczym nie polepszało smaku kawy. 
Nie wspominam już o owadach. Drobiazg? Zapewne, jednak 
łatwo tych niedogodności uniknąć.

Przed   naszą   obecną   wyprawą   zbuntowałem   się   przeciw 

niedogodnemu   naczyniu   i   zakupiłem   solidny   imbryk   z 
nieodzowną pokrywką. Nie wspomniałem o tym Karolowi. 
Dopiero gdy zabraliśmy się do pakowania tłumoczków, mój 
przyjaciel zauważył nowy nabytek.

— A to co?

— No... imbryk, albo czajnik.

— Chyba nie masz zamiaru tego taskać?
— Dlaczego nie?

Bo   jest   nieporęczny   w   drodze.     Wystający   dziobek 

będzie   zawadzał.   Do   wnętrza   nic   nie   upchasz.   To   zły 

pomysł.

— Nie   kłopocz   się.   Doskonale   go   zapakuję.   Przecież 

imbryk jest wygodniejszy w użyciu, ma tylko jeden
pałąk, stawiasz go i podnosisz jedną ręką, a pokrywka chroni 
przed zapiaszczeniem.

Karol tylko wzruszył ramionami. Chwilowo dałem więc 

spokój   tej   śmiesznej   sprawie.   Wróciłem   do   niej,   niby 
mimochodem, dnia następnego.

— Imbryk   bardzo   trudno   umyć   od   wewnątrz   — 

argumentował Karol — ma wąski otwór.

— A   po   czym   to   mamy   go   w   środku   szorować?   Po 

wodzie czy po kawie? Wystarczy wypłukać w strumieniu.

— Przykrywka zaraz zginie.
— Przywiążę ją sznurkiem.

— Nigdy żaden traper nie używał imbryka.
Zaśmiałem się. Więc o to chodziło? Imbryk psuł fason 
traperskiego sposobu życia.

— Nie   wiem,   czy  nie   używał   —   odparłem.   —   A   jeśli 

nawet nie używał, ten zwyczaj nie dotyczy mnie, nie jestem 
traperem.

— Ciekawe, jak go upakujesz na koniu?
— Przywiążę do koca, za siodłem.
— Przykrywka pocznie rzegotać i płoszyć wierzchowca.
— Nie   martw   się,   umieszczę   ją   tak,   że   nawet   nie 

background image

dźwięknie.

Znów wzruszył   ramionami,   lecz  tym   razem  był  to  gest 

rezygnacji.

— Niech tam, ja palcem nie tknę tego żelastwa.
Czcza pogróżka! Właśnie tknął, a nim zdążyłem wciągnąć 
spodnie, pokrywka poczęła wesoło podskakiwać. I oto po 
raz pierwszy na bezludziu piłem kawę bez piasku 
trzeszczącego w zębach, bez popiołu i bez

background image

utopionych much. Nie warto o tym wspominać? Ja jednak 
wciąż jestem dumny ze swego usprawnienia.

Po   śniadaniu   zająłem   się   imbrykiem.   Wyczyściłem   go 

piachem, że błyszczał jak księżyc. Odtąd stale miałem nad 
nim pieczę, a wdzięczny imbryk nigdy mnie nie zawiódł. Bo 
Karol dostrzegał imbryk dopiero wówczas, gdy nadchodziła 
pora posiłku.

Spakowaliśmy manatki, zaleli ognisko wodą, oporządzili 

konie i wskoczyli na siodła. Dopalały się ostatnie łuny świtu, 
za chwilę słoneczny krąg miał się ukazać nad horyzontem.

— Dokąd teraz? — zagadnąłem.
— W górę rzeczki. Przecież trafimy wreszcie na jakieś 

interesujące tropy.

Powiedziawszy   to   skierował   wierzchowca   w   wodę. 

Sądziłem, że chce przedostać się na przeciwległy brzeg, lecz 
omyliłem   się.   Karol   skręcił   raptownie   i   ruszył   samym 
środkiem koryta.

— Po co to?! — zawołałem.
— Cóż ci to szkodzi, Janie? Woda tu płytka, a końskie 

kopyta nie zostawią śladów.

— Obawiasz się czego, Karolu?
— Nie. Zwykły środek ostrożności, więc czemu go nie 

zastosować, skoro nie wymaga żadnego trudu?

Pewnie!

Po przebyciu pół mili Karol skierował się na prawy brzeg i 

odtąd   poruszaliśmy   się   znacznie   szybciej.   Słońce   zdążyło 
wgramolić się ponad linię horyzontu i jego ukośne promienie 
grzały nam plecy. Przyjąłem to z zadowoleniem, ranek był 
nieco   chłodny.   Jednak   w   dwie   godziny   później   z   tym 
słońcem poczęły się dziać dziwne rzeczy.  Zamiast świecić 
złociście i coraz mocniej — poczęło różowieć, dosłownie: 
różowieć!   Popędziłem   konia   i   zrównałem   się   z   Karolem. 
Spojrzał na mnie pytająco, a ja tylko ruchem ręki wskazałem 
naszą dzienną gwiazdę. Kiwnął głową.

background image

— Zauważyłem   to   —   odparł.   —   Liczę,   że   gdzieś   w 

pobliżu   trafimy   na   zaciszną   dolinkę   albo   że   wiatr   zmieni 
kierunek. W konie, Janie!

— Jaki wiatr? Nie czuję żadnego wiatru.
— Tam   w   górze   —   wyjaśnił.   —   Musi   dąć   jak   sto 

diabłów. Słońce poróżowiało, bo wicher przyniósł  tumany 
kurzu, czerwonego pyłu chyba aż z Arizony. Burza nadciąga. 
To są jej pierwsze sygnały.

Pognaliśmy   galopem   i   tak   pędzili,   aż   wierzchowce 

poczęły chrapać. Ba, to nie mustangi, chude koniki mogące 
biec pół dnia bez przerwy.  Tak więc musieliśmy zwolnić. 
Tymczasem słońce z różowego stało się ceglastoczerwone, 
preria nabrała jakichś ponurych odcieni, łagodny wietrzyk, 
dmuchający   od   świtu,   ustał.   Nagle   zrobiło   się   duszno   i 
gorąco.   W   chwilę   później   na   horyzoncie,   który   począł 
zagadkowo   pobłyskiwać,   jak   gdyby   ktoś   zapalał   i   gasił 
morską   latarnię,   ukazała   się   czarna   linia.   Minęło   pół 
godziny,   a   linia   zamieniła   się   w   grubą   krechę.   Rosła   w 
oczach. Popędziliśmy znów galopem, aż Karol (nie pojmuję, 
w jaki sposób) dostrzegł na przeciwległym brzegu niewielkie 
zagłębienie gruntu.

— Tam!   —   krzyknął   i   wjechał   koniem   w   wodę.   Ru-

szyłem za nim. Fontanna bryzgów zmoczyła mnie od stóp do 
głów. Jeszcze parę jardów i zjechaliśmy w dół do kotlinki 
tak płytkiej, że jej zaokrąglone krawędzie sięgały zaledwie 
końskich   piersi.   Karol   zeskoczył   z   siodła,   jak   gdyby   go 
zmiotła huraganowa wichura.

— Rozkulbacz   zwierzę!   Szybko,   szybko!   I   spętaj   mu 

nogi. Widzisz, co tam się wyrabia?

Zerknąłem za siebie. To już nie była gruba krecha, lecz 

ściana nieprzeniknionej czerni. Pędziła ku nam i nabierała 
wysokości.

Słońce   jeszcze   świeciło   purpurowym   ogniem,   gdy 

zdejmowałem   juki,   siodło,   uzdę   i   wszystko   ciskałem   na 
ziemię.

background image

— Nie tu, na zbocze! — krzyknął Karol.
Nie   zgadłem,   dlaczego   na   zbocze,   lecz   natychmiast 

przeniosłem cały bagaż nieco wyżej. Konie zostały spętane. 
Zauważyłem, iż drżą, kręcą się, zamiast szczypać trawę.

— Czego się spodziewasz? — zapytałem osuwając się na 

ziemię obok siodła, juków, kłębowiska rzemieni
i winczestera wydobytego z kabury.

Karol, który spoczywał obok mnie, między zrolowanym 

kocem   a   moim   cennym   imbrykiem,   wydobył   lornetkę   i 
długo   spoglądał   ku   południowi.   I   ja   przyłożyłem   szła   do 
oczu. To, co ujrzałem, mogło zaniepokoić każdego. Już nie 
linia, nie krecha, nawet nie ściana, lecz pół nieba ciemności 
wisiało nad prerią.

— Co to jest?
— Huragan,   może   trąba   powietrzna,   może   tornado. 

Wszystko,   co   najgorsze.   Zaraz   zacznie   dąć   jak   tysiąc 
kowalskich miechów,  a jeśli  nas stąd nie  zwieje,  to tylko 
dlatego, że dobre duchy wykopały kiedyś tę dolinkę, a teraz 
nas do niej przywiodły...

Spojrzał za siebie.

— Popatrz, konie się pokładły. Są bardziej doświadczone, 

niż sądziłem.

Zwierzęta leżały w ten sposób, że głowy miały zwrócone 

w kierunku odwrotnym od nadciągającej chmury ciemności. 
Czy   był   to   tylko   wrodzony   instynkt,   czy   też   nasze 
wierzchowce już kiedyś zetknęły się z taką zawieruchą?

Jedno mnie tylko martwi — odezwał się Karol — że 

znajdujemy   się   tak   blisko   rzeczki.   Jak   zacznie   mocno 
dmuchać,   a   na   pewno   będzie   mocno   dmuchać,   wychlusta 
całą wodę na nas. Już czuję, jak przemokniemy.

— Niejeden raz mokliśmy — westchnąłem z rezygnacją.

— Ale nie w tak przykry sposób. Zobaczysz!

background image

Zobaczyłem.

Pociemniało.   Czarna   opona   zakryła   słońce.   Wówczas 

poczułem   uderzenie   wiatru.   Mój   kapelusz   pofrunął   w 
nieznane. Nawet nie zdążyłem się za nim obejrzeć. Nastała 
chwila ciszy i powtórne uderzenie, które zaparło mi dech w 
piersiach.   Myślałem,   że   płuca   mi   pękną   nie   wytrzymując 
ciśnienia   powietrza.   Przywarłem   ustami   do   ziemi   i   w   ten 
sposób uniknąłem uduszenia, równocześnie nieco zsunąłem 
się   po   zboczu.   Teraz   wiatr   przelatywał   nade   mną,   wyjąc, 
świszcząc i usiłując zerwać z mego ciała całą odzież. Lecz 
najgorsze   dopiero   nastąpiło.   Lunął   wodospad.   To   nie   był 
deszcz   milionów  kropel,  lecz   fala  płynąca   w  podmuchach 
wiatru. Czyżby istotnie huragan wychlustał na nas wodę z 
rzeczki?   Nie   spostrzegłem,   że   to   powódź   spadająca   z 
wysokości nieba.

Jak to długo trwało? Sprawdziłem później, gdy piekielne 

zjawisko atmosferyczne przegnało nad nami i popędziło siać 
zniszczenie   w   innej   stronie   świata.   Otóż   przez   półtorej 
godziny (według zegarka) dusił nas wiatr i zlewały kaskady 
potopu.   Później   wszystko   uspokoiło   się,   znikły   chmury, 
słońce   przybrało   znów   złocistą   barwę   i   zaraz   cała   preria 
poczęła dymić parującą wilgocią.

— Klimat   suchy  i   zdrowy,   wymarzony   dla   chorych   na 

płuca — powiedziałem bardzo głośno, dźwigając się z ziemi. 
— Twoi informatorzy, Karolu, znają Kolorado pewnie tylko 
z mapy.

Oczywiście, zaprzeczył.

— To wyjątkowy przypadek — zaznaczył  — huragany 

nigdy nie nawiedzają tej części kraju, a opadów jest bardzo 
mało.

Odparłem zgryźliwie, że jeden taki starczy na kilka lat, po 

czym zająłem się końmi. Już się podniosły, a woda zebrana 
na dnie dolinki sięgała im zaledwie pęcin.  Był to dziw nad 
dziwy!  Logicznie rozumując

background image

powinniśmy   byli   utopić   się   wraz   ze   zwierzętami   w   tej 
zapadlinie.   Widocznie   jednak   bardzo   sucha   i   bardzo 
porowata gleba wchłonęła lawinę wody jak gąbka.

Wytarłem konia rękawem, bez efektu zresztą, bo raczej go 

bardziej jeszcze zmoczyłem. Cała moja odzież przypominała 
ścierkę długo leżącą w wodzie. Zrzuciłem z siebie wszystko. 
Wyżąłem spodnie, koszulę, kamizelkę. Wylałem z kieszeni 
kurty całe dzbanki deszczówki, a z butów — całe wiadra. W 
końcu rozłożyłem to wszystko na wilgotnym stoku dolinki. 
Począłem się kręcić w kółko i dla rozgrzewki podskakiwać, 
naśladując   Karola,   i   tak   oto,   na   bezludnej   prerii   dwu 
nagusów   wykonywało   przez   kilkanaście   minut   pozornie 
bezsensowne   skoki.   Gdyby   ktokolwiek   nas   dostrzegł, 
pognałby   z   pewnością   do   najbliższego   miasteczka,   by   w 
najbliższym   saloonie   opowiedzieć   o  dwu   niebezpiecznych 
wariatach goniących się nago po prerii.

Jednak   nikt   nas   nie   śledził,   a   podskoki   i   biegi   do-

prowadziły   temperaturę   ciała   do   właściwego   stopnia   — 
przestaliśmy   dygotać   i   szczękać   zębami.   Niestety,   ciąg 
dalszy   układał   się   niepomyślnie.   Z   mokrych   gałęzi 
krzewów,   nawet   z   tych,   które   już   dawn9   uschły,   nie 
potrafiliśmy   rozpalić   ogniska.   Po   nieudanej   próbie 
przestałem   wierzyć   w   legendy   o   ludziach,   którzy   umieją 
wydrzeć płomień ociekającym wodą gałęziom.

— Chyba ruszymy, Janie — smętnie zauważył Karol. — 

Może gdzieś dalej znajdziemy suchszy opał. Marzę o kubku 
wrzącej kawy.

Ja   również   marzyłem.   Porwałem   więc   leżącą   na   trawie 

odzież   i   zadrżałem   na   samą   myśl,   że   mam   ją   na   siebie 
włożyć.   Wprawdzie   woda   spłynęła   strumykami,   ale   nadal 
wszystko było nieprzyjemnie wilgotne. A buty? Och, z nimi 
jeszcze   gorzej!   W   ich   wnętrzu   nie   znalazłem   ani   śladu 
osuszającej działalności słońca. Grzało teraz wcale nieźle, 
widać jednak jego promienie nie sięgnęły w głąb cholewek.

background image

— Na co czekasz? — zapytał Karol.

Stał ode mnie o krok, tak samo nagi, z flanelową koszulą 

w rękach. Nie mógł się zdecydować na wciągnięcie jej na 
grzbiet.

— Jak założymy, szybciej wyschnie — pocieszył

mnie, lecz słaba to była pociecha.

Dopiero   teraz   ocknąłem   się.   Szybko   ukląkłem   przy 

jukach, sięgnąłem w wilgotną głąb (i tam dotarła woda!), 
wydobyłem dwa cynowe kubki i smukłą butelkę z grubego 
szkła. Jak mogłem o niej zapomnieć?!

— Trzymaj — rozkazałem wręczając Karolowi naczynia.

Odkorkowałem   butelkę   i   napełniłem   kubki   do   połowy. 

Należało już dawno tak postąpić. Spojrzeliśmy na siebie z 
uśmiechem. Przytknąłem kubek do warg i nie odjąłem, póki 
nie ukazał dna. Od razu zrobiło mi się gorąco, a świat dokoła 
poweselał.

Założyłem   koszulę,   kamizelkę,   wciągnąłem   spodnie, 

następnie buty, w których stopa poczuła się jak w lepkim, 
bagnie, lecz porcja whisky pozwoliła bohatersko wytrzymać 
obrzydliwe   uczucie.   Konie   zostały   okulbaczone,   sikające 
wodą   koce   przywiązane   do   siodeł.   Desperackim   ruchem 
zarzuciłem   na   wilgotną   koszulę   znacznie   jeszcze 
wilgotniejszą kurtkę. Wskoczyliśmy na siodła. Jeszcze raz 
rozejrzałem się dokoła w nadziei, że może cud nie pozwolił 
memu   kapeluszowi   pofrunąć   daleko.   Cud   się   nie   zdarzył, 
nakrycie  głowy powędrowało na skrzydłach  wiatru gdzieś 
tam, hen.

Ruszyliśmy prawym brzegiem rzeczki, która nadal toczyła 

swe wody raz wśród wysokich, raz wśród niskich brzegów.

Słońce ogrzewało coraz mocniej nasze plecy, a whisky — 

nasze żołądki. Nikt z nas nawet nie złapał kataru. Kto wie, 
może Karol miał rację twierdząc, że klimat Kolorado działa 
zbawiennie na drogi oddechowe?

background image

Ubranie   na   mnie   schło,   czułem   to   świetnie,   jedynie 

obuwie okazało się odporne na słoneczną operację. Dlatego 
marzyłem o ognisku, przy którym mógłbym tę ważną część 
ubioru   doprowadzić   do   właściwego   stanu.   Pilnie 
rozglądałem   się   po  okolicy,   wypatrując   drzew,   wysokich, 
starych drzew szpilkowych, bardziej odpornych na wilgoć, a 
mniej   na   płomień   zapałki.   I   znalazłem!   Całą   kępę, 
rozpoznałem sosny. Pokazałem Karolowi. Bez słowa skręcił 
w   ich   kierunku.   W   ten   sposób   nieco   oddaliliśmy   się   od 
rzeki.

— Jedno   drzewo   jest   zwalone   —   stwierdził   mój 

przyjaciel.

— Tym lepiej! — wykrzyknąłem radośnie. — Rozpalimy 

potężne ognisko. Ale... patrz, coś tam jeszcze leży obok. Kto 
wie   —   fantazjowałem   —   może   czeka   na   nas   mięso 
antylopy?

Karol mruknął, że jeśli się nie mylę, to może być tylko 

niejadalna padlina, i zmusił konia do galopu, wyprzedzając 
mnie   w   sekundę.   Dotarł   do   drzewa,   zeskoczył   z   siodła   i 
ukląkł   przy   tym   czymś,   co   obok   pnia   spoczywało. 
Znalazłem się przy nim, szybko stwierdzając, że nie była to 
antylopa. Z twarzą skrytą wśród traw, spoczywał człowiek. 
Dokoła   ani   śladu   jakiegokolwiek   obozowiska,   ani   śladu 
bagaży, brak konia. Zagadka. Nieruchomość ciała pozwalała 
przypuszczać najgorsze.

Ściągnąłem   cugle,   jeszcze   w   biegu   ześliznąłem   się   z 

siodła,   dwoma   skokami   dopadłem   bezwładnego   nie-
szczęśnika.   Ujrzałem   plecy   przykryte   całkowicie   prze-
moczoną kurtą i tył głowy z nasuniętym kapeluszem.

— Nieprzytomny?

Karol wzruszył ramionami.

— Pomóż odwrócić biedaka.

Delikatnie dokonaliśmy tego zabiegu. Ukazała się twarz 

mocno   opalona.   Lecz  przez   opaleniznę   przebijała  bladość 
charakterystyczna   dla   osób   cierpiących.   Spojrzałem   na   tę 
twarz. Zdumienie zaparło mi dech w piersiach.

— Wielkie   nieba!   —   ledwie   zdołałem   wyszeptać.   — 

Barry Bede!

— Barry   Bede...   —   powtórzył   nie   mniej   zaskoczony 

Karol. — Co go tu przygnało?

— Dowiemy   się   o   tym   później,   jeśli   w   ogóle...   się 

dowiemy. Przynieś apteczkę, szybko.

Rozpiąłem skórzaną  kurtę,  rozpiąłem kamizelkę, prawie 

rozdarłem koszulę — wszystko było okropnie mokre — i 
przyłożyłem   ucho   do   piersi.   Nigdy   dotąd   z   taką 
niecierpliwością i z takim niepokojem nie doszukiwałem się 
śladów bicia serca, lekkiego szmeru dającego nadzieję, że 
pomoc lekarska nie będzie spóźniona.

Karol   już   klęczał   obok   mnie   ze   skórzaną   płaską   torbą, 

jaką   zawsze   zabierałem   na   nasze   wyprawy   i   z   której 
zawartości   parokrotnie   korzystałem   ku   zadowoleniu 
własnemu i tych uratowanych.

Karol klęczał i milczał. W takich wypadkach stawał się 

wzorowym pomocnikiem, czymś w rodzaju sanitariusza.

— Żyje — powiedziałem podnosząc głowę. — Omdlenie. 

Prawdopodobnie   trwa   już   dość   długo.   Zdaje   się,   że 
przybyliśmy w samą porę. Pomóż, Karolu, ściągnąć te mokre 
łachy. Muszę znaleźć przyczynę zemdlenia.

background image

Zabraliśmy się szybko i zręcznie do dzieła. Gdy już Bede 

był   nagi,   jak   go   matka   urodziła,   zbadałem   piersi,   plecy, 
brzuch,   nogi.   Nigdzie   nawet   śladu   obrażeń.   Lecz   kiedy 
zdjąłem   kapelusz,   ujrzałem   gąszcz   włosów   pozlepianych 
krwią.

— Wody — rozkazałem.
Karol-sanitariusz uwinął się tak prędko, jakby pod ręką 

miał   lśniący   kurek   szpitalnej   umywalki.   Chlusnąłem,   a 
później mokrą szmatką  ostrożnie zmyłem czerwone ślady. 
Odkryłem   ranę,   jak   gdyby   zasklepioną   na   szczycie 
potężnego guza.

background image

— Kto go tak urządził? — szepnąłem.
— Kto? Łatwo odgadnąć: gruby konar, kawał oderwanej 

kory lub walący się pień. Szukał schronienia pod drzewem, a 
w czasie takiej wichury...

Wyjąłem   z   apteczki   płyn   dezynfekcyjny   i   zlałem   nim 

ranę. Wówczas Bede dał znak życia: jęknął.

— Butelkę, Karolu.
Wiedział,   o   jaką   mi   butelkę   chodzi.   Migiem   przyniósł, 

odkorkował, napełnił połowę kubka.

— Unieś go. Ostrożnie.
Wykonał   to   z   wprawą   zawodowego   pielęgniarza.   Do-

prawdy,  Karol był  godny podziwu. Skąd w tym  surowym 
traperze brało się tyle delikatności, gdy tego było potrzeba?

Przytknąłem krawędź kubka do warg rannego. Nie byłem 
pewien: pociągnie czy nie pociągnie? Przełknął. Raz, 
drugi, trzeci. Otworzył oczy.

— Dżentelmeni — odezwał się jękliwym głosem.
Gdyby nawet nie twarz dobrze nam obu znana, po tym 
jednym słowie natychmiast odgadlibyśmy, kim jest ten 
człowiek. Tak często tego słowa używał podczas naszej 
niekrótkiej znajomości.

— Dżentelmeni — powtórzył spoglądając na nas niezbyt 

przytomnym   wzrokiem,   po   czym   znowu   przymknął 
powieki i znieruchomiał.

Chwyciłem go za przegub ręki. Puls bił, chociaż słabo.

— Co z nim? — zaniepokoił się Karol. — Znowu ze-

mdlał?

Potrząsnąłem przecząco głową.

— Jest bardzo osłabiony,  a poza tym  mokry jak ryba. 

Musimy natychmiast rozpalić ognisko.

— Siedź przy nim, ja się tym zajmę.

Nie wiem, jak tego dokonał (byłem zajęty rozcieraniem 

rąk, nóg i piersi Bedego), bo drewno na pewno było jeszcze 
wilgotne, dość że najpierw poczułem dym, a później ciepło 
płomienia. Odwróciłem się. Gorzało ognisko jak się patrzy, 
a Karol umiejętnie dokładał doń grubsze gałęzie.

— Wysusz koce — zakomenderowałem. — I to szybko, 

bo nasz pacjent gotów złapać zapalenie płuc.   

Mimo cudownego klimatu Kolorado.

Nic   na   to   nie   odparł,   lecz   jednym   okiem   (bo   drugie 

miałem   utkwione   w   leżącym)   dostrzegłem,   jak   pozdej-
mował z siodeł nasze derki, jak spętał konie, jak trzymał 
rozpostarte derki tak blisko ogniska, iż wydawało się, że 
płomień przerzuci się na materiał. Lecz Karol uważał, więc 
tylko para buchała kłębami.

— Już — powiedział podszedłszy. — Co teraz?

— Teraz pomóż mi owinąć go. Ot tak, doskonale.
Podciągnęliśmy  Bedego  jeszcze  bliżej  ogniska. Na 
pewno nadal nie zdawał sobie sprawy z sytuacji, w 

jakiej się znajduje, bo nie otworzył oczu i nie odezwał się. 
Bardzo mnie to zaniepokoiło. Podejrzewałem wstrząs 
mózgu, a warunki uniemożliwiały jakiekolwiek leczenie. 
Raz jeszcze obejrzałem ranę głowy, raz jeszcze ją 
przemyłem i zabandażowałem. To było wszystko, co 
mogłem uczynić.

Nieco zgnębiony i ponury przyjąłem z rąk Karola kubek 

gorącej  kawy.  Jednak  tą  kawą  należało  przede  wszystkim 

background image

napoić rannego. Lecz w jaki sposób?

Wrzącym  płynem  wprost z kubka mogłem go poparzyć 

(tylko tego brakowało!), a łyżki nie mieliśmy. Któż zabiera 
łyżki na taką jak nasza wyprawę? Poradziłem sobie inaczej. 
Wydobyłem   czystą   szmatkę   z   apteczki,   zanurzyłem   ją   w 
kubku   i   wyciskałem   z   niej   krople   wprost   między   wargi 
rannego.   Połykał,   chyba   odruchowo.   Trwało   to   bardzo 
długo,   wreszcie   ujrzałem  dno   naczynia   i   puste   zwróciłem 
Karolowi.

Mój   imbryk   okazał   się   raz   jeszcze   wynalazkiem   do-

skonałym.   Otrzymałem   drugą   porcję   kawy,   już   tylko   dla 
siebie. Po paru łykach poczułem się lepiej. Słońce grzało, nie 
było wilgoci ani na moich plecach, ani na piersiach, jedynie 
wnętrze butów pozostawiało sporo do życzenia.

— Co dalej? — zapytał Karol.
— Nic   —   odparłem.   —   Niech   śpi,   może   to   najlepsze 

lekarstwo, jakiego mu potrzeba.

— Rana chyba nie przedstawia się groźnie. Widywałem 

ciężej poranionych, którzy dziś nawet o tym nie pamiętają.

Zapewne,   zapewne.   Jednak   wiele   zależy   od   orga-

nizmu.   Człowiek   to   nie   maszyna,   mój   drogi,   w   której 

uszkodzona   część   łatwo   da   się   wymienić   i   wszystko   w 

porządku.   Rana   nie   przedstawia   się   groźnie,   ale   groźne 

mogą   być   inne   skutki   uderzenia.   Bede   kości  ma   całe, 

natomiast nie wiem, jak wygląda wnętrze jego głowy. I nie 

mogę się dowiedzieć. Ot kłopot.

— No... nigdy nie był chuchrem.
— Na pewno — potwierdziłem. — W tym cała nadzieja.
— Więc   aż   tak   kiepsko...   —   mruknął   zawiedzionym 

tonem.

— Nie mylisz się, niestety.

Machnął ręką, odszedł od ogniska, począł krążyć wokół 

pnia i porozrzucanych szczątków strzaskanego drzewa. Po 
coś tam schylił się i ruszył ku mnie.

— Oto — powiedział — twój kapelusz, Janie. Zdrowo 

musiał się biedaczek nafruwać, lecz przecież nie
opuścił cię.

To rzekłszy wręczył mi nakrycie głowy, mokre i pokryte 

błotem, jednak całe.

— Gdzieżeś go znalazł?
— Pod  jednym   z   grubszych   konarów.   Kapelusz   musiał 

się tu zjawić na sekundę przed trzaśnięciem drzewa. Konar 
się odłamał i zmusił twą zgubę do pozostania na miejscu.

— Cóż za dziwna historia.
— Pewnie,   że   dziwna.   Niestety,   drugiej   zguby   nie 

odnalazłem, musiała pognać z wiatrem w zawody.

— Druga zguba? O czym myślisz?
— Koń, koń, mój kochany. Czy przypuszczasz, iż Bede 

wędrował   piechotą?   Bez   prowiantu   i   długiej   broni? 
Zaręczam   ci,   że   w   pobliżu   nie   istnieje   żadna   farma   ani 
miasteczko. Zresztą, odkryłem końskie ślady. Wierzchowiec 
uciekł   pewnie   w   tej   samej   chwili,   w   której   Bede   stracił 
przytomność.

— Masz rację. Tak musiało być.
— A on — wskazał na leżącego — nadal śpi?
— Nadal. I nie należy go niepokoić.
— No,   to  i   ja   się   prześpię.   Jak   poczujesz   głód,   obudź 

mnie.

background image

— Na pewno — obiecałem.
Kiwnął głową, potem położył się w cieniu sąsiedniej sosny 

i nasunął kapelusz na oczy.

Przyjrzałem  się  bacznie   rannemu,  znowu  zbadałem puls, 

był mocniejszy. Uspokojony, dokładnie obejrzałem rozłożoną 
obok odzież Bedego. Już nieco podeschła.

Dorzuciłem kilka gałęzi do dogasającego ognia, ściągnąłem 

z nóg buty i ułożyłem je cholewkami zwróconymi w stronę 
płomienia.   Następnie   odnalazłem   swą   fajkę   i   puszkę   z 
tytoniem. Ku mej radości okazała się szczelna. Nabiłem fajkę, 
zapaliłem węgielkiem i pykając obłoczkami dymu,  objąłem 
dzienną straż nad snem obu towarzyszy.

Spoglądając na daleki, jasny i pusty horyzont dumałem nad 

przyczyną,   która   skłoniła   Bedego   do   zapuszczenia   się   w 
bezludne   ziemie   Kolorado.   Przyjrzałem   się   dokładnie   jego 
odzieży  i   obuwiu.   Wszystko   było   prawie   nowiuteńkie   i   w 
najlepszym   gatunku.   Więc   chyba   nie   nędza   zmusiła   tego 
dziwnego   człowieka   do   odbycia   dalekiej   podróży.   Czyżby 
przed kimś uciekał? Czy znowu wplątał się w niebezpieczną 
awanturę? A może kogoś gonił?

W   ten   sposób   mogłem   zadawać   sobie   setki   pytań,   lecz 

odpowiedzieć   na   nie   potrafiłby  tylko   sam  Bede.   Kim  był? 
Ach, warto o tym wspomnieć.

Spotkaliśmy się po raz pierwszy prawie przed dwoma laty 

w El  Paso.  To miasteczko o hiszpańskiej  nazwie  leży nad 
graniczną rzeką Rio Grandę del Norte, zwaną również Rio 
Bravo.   Znowu   hiszpańskie   nazwy.   El   Paso   —   po   prostu 
znaczy   przejście.   Rio   Grandę   del   Norte   —   wielka   rzeka 
północy.   Rio   Bravo   —   rzeka   dzielnych.   Dumna   i   nieco 
pompatyczna nazwa. Nie wyjaśniająca jednak, na którym jej 
brzegu znajdują się ci „dzielni".  Tym bardziej  że przez wiele 
setek   lat   nie  istniała   polityczna   różnica   między   prawym   a 
lewym brzegiem. Najpierw oba (i hen, hen, na północ, i na 
południe) należały do Hiszpanii, a po zrzuceniu jej jarzma — 
do wolnego już Meksyku. Dopiero w roku 1845 Rio Grandę 
stała   się   w   swym   środkowym   i   dolnym   biegu   granicą 
państwową,   gdy   Teksas,   Arizona   i   Nowy   Meksyk 
przyłączono   do   Stanów   Zjednoczonych.   Stare   hiszpańskie 
nazwy   pozostały,   a   El   Paso   poczęło   od   tamtego   roku 
odgrywać   rolę   punktu   granicznego,   położone   przy 
najdogodniejszym   trakcie,   jaki   łączy   północ   Meksyku   z 
południem Stanów.

Wczesną wiosną 1888 roku znaleźliśmy się — Karol i ja 

— właśnie w El Paso, w drodze do Meksyku.  Po co tam 
Jechaliśmy na końskich grzbietach? Po to aby złożyć wizytę 
Pedro Gonzalesowi, hacjenderowi meksykańskiemu, którego 
poznaliśmy w Arizonie podczas jednej z naszych wypraw. 
Posiadłość   Gonzalesa   leżała   we   wschodnim   Meksyku,   w 
stanie   Chihuahua,   w   rejonie   rzeki   Conchos,   dopływu   Rio 
Grandę.

W   El   Paso,   zakurzeni,   zmęczeni,   brudni   i   głodni, 

znaleźliśmy jakiś saloon-hotel czy też hotel-saloon, którego 
nazwy nawet nie zapamiętałem. Budynek dość obskurny, z 
jeszcze   obskurniejszą   klientelą,   złożoną   z   na   pół   dzikich 
vaqueros (czyli po prostu: kowbojów), niewiele różniących 
się   od   nich   rancheros   (to   znaczy:   drobnych   rolników), 

background image

wreszcie — stałych mieszkańców El Paso (raczej tych spod 
ciemnej gwiazdy!): Metysów, Hiszpanów i Amerykanów.

Mimo że szynkwas oblepiony był rzędami spragnionych, 

Karol zdołał sforsować przejście. Natychmiast otrzymaliśmy 
nie tylko po szklaneczce whisky (o co wcale nie prosiłem), 
ale również jedyne gorące danie o nazwie „guisantes en salsa 
dulce", co okazało się grochem w słodkim sosie, tak hojnie 
potraktowanym papryką, że smakował jak cukier zmieszany 
z potłuczonym szkłem.

background image

Whisky,   a   później   piwo   pomogły   nam   w   spożyciu   tej 

jakoby narodowej  meksykańskiej potrawy. W tym saloonie 
zdołaliśmy otrzymać pokój hotelowy, bo tylko w ten sposób 
można było skorzystać z miednicy,  wody i ręcznika, a na 
dodatek   z   lustra.   Do   tego   pokoju   poprowadził   nas   jakiś 
malec po schodach przypominających drabinę.

Wkrótce okazało się, iż godny pochwały zwyczaj mycia 

się,   stosowania   mydła   i   ręcznika   może   —   w   pewnych 
warunkach — sprawić czyściochowi sporo kłopotów. W El 
Paso należało nam zrezygnować z miednicy, nawet gdyby 
przyszło   cuchnąć   potem   i   brudem   przez   następnych   kilka 
dni. Zresztą, niezbyt daleko od saloonu płynęła Rio Grandę i 
w jej nurtach mogliśmy od biedy się obmyć.

Miednica i nieco zbyt gwałtowne zachowanie Karola — 

oto,   co   wpędziło   nas   w   tarapaty.   Bo   gdy   chłopaczek 
otworzył   zbite   z   tarcic   drzwi   i   wkroczyliśmy   do   pokoju, 
okazało się, że był już zajęty przez jakiegoś lokatora. Pijany 
jak cała beczka okowity, spał w ubraniu na jednym z dwu 
łóżek. Wnioskując z niedbałości stroju, musiał to być któryś 
z przedstawicieli bandy, z jaką zetknęliśmy się na parterze.

Sądziłem,  że wynajęto nam niewłaściwe pomieszczenie, 

chłopak   zapewnił   jednak,   że   nie   ma   mowy   o  pomyłce,   a 
intruza należy po prostu wyrzucić. Zaraz też usiłował tego 
dokonać,   rzecz   jasna   —  bezskutecznie.   Uczynił   to   Karol, 
bardzo   sprawnie   i   szybko.   Chwycił   śpiącego   za   kołnierz 
koszuli i ściągnął z łóżka na podłogę. Nie na wiele się to 
zdało, bowiem intruz nadal tkwił w pijackim zamroczeniu i 
nie rozumiał, o co nam chodzi. W tym stanie rzeczy żadne 
perswazje nie mogły osiągnąć pomyślnego dla nas skutku. 
Nie   pozostało   nic   innego,   jak   wyprowadzić   pijaka   na 
korytarz  aż do schodów. Kiedy zamykałem drzwi dobiegł 
mych   uszu  rumor   świadczący  chyba   tylko   o  szybkości,   z 
jaką bezwładne ciało osunęło się po stopniach aż na sam dół, 
pod drzwi do bufetu.

Po jakimś czasie na polecenie Karola miałem zajrzeć do 

naszych koni, wciąż jeszcze stojących przy słupach werandy. 
I   z   tego   wynikła   zupełnie   paskudna   historia.   Wyrzucony 
przez nas pijak okazał się jednak dość trzeźwy, by rozpoznać 
mnie, gdy przeciskałem się ku wyjściu poprzez tłum gości. 
Łapsko   wielkie   jak   łopata   spadło   mi   na   ramię   i 
unieruchomiło.

— Gringo! — usłyszałem pijany bełkot.

Warto wyjaśnić, że słowo „gringo", chociaż to znaczy w 

języku   hiszpańskim:   cudzoziemiec,   jest   określeniem 
obelżywym.   Grzeczne   brzmi:   extranjero.   Dobrze   o   tym 
wiedziałem,   lecz   chciałem   uniknąć   awantury.   Strąciłem 
łapsko z ramienia, szepnąłem: pardoneme — przepraszam, i 
w ten sposób usiłowałem pozbyć się natręta. Daremnie. Pijak 
począł   wrzeszczeć,   że   został   przeze   mnie   napadnięty. 
Pominę szczegóły. Doszło do bójki, w której wzięło udział 
chyba jeszcze kilku przyjaciół napastnika. Szybko bym uległ 
takiej przewadze, gdyby Karol, zaalarmowany wrzawą, nie 
skoczył mi na pomoc. Lecz i we dwu nie dalibyśmy rady. 
Uratowała nas nieoczekiwana pomoc. Nieznajomy mężczy-
zna, na pewno nietutejszy, bo bardzo różnił się od innych 
strojem,   zdołał   nas   oswobodzić,   wyciągnąć   na   dwór   i 
doprowadzić   do   koni.   Wskoczyliśmy   na   siodła,   galopem 
przebyli   koryto   Rio   Grandę   i   zatrzymali   się   dopiero 

background image

wówczas,   gdy   piniowy   lasek   skrył   nas   przed   oczami 
przeciwników. Nasz wybawca, jak się okazało, podążał za 
nami   krok   w   krok.   W   zrozumiałym   pośpiechu   ucieczki 
nawet   nie   zauważyłem,   gdzie   i   kiedy   dosiadł   swego 
wierzchowca.

Podziękowaliśmy mu za pomoc. Wyglądał dość 
sympatycznie. Miał szczerą, uśmiechniętą twarz, jasne 
oczy 

i gładko ogolone policzki. Kurta z jelonkowej skóry 
świadczyła dobitnie o tym, że nasz wybawiciel nie zaliczał 
się do stałych mieszkańców El Paso. Oni się tak nie ubierali. 
Kim jednak był? Może traperem, może kowbojem, może 
wędrującym tu i tam westmanem? Zapytać — nie wypadało. 
Dlaczego? — zagadnie zdziwiony greenhorn, po raz 
pierwszy oglądający środkowoamerykańską prerię. 
Wyjaśnię, bo nigdy nie wiadomo, czy komu nie przyda się 
taka informacja.

Otóż   w   niepisanym   kodeksie   dobrych   obyczajów 

Dzikiego Zachodu powiedziane zostało wyraźnie: nie pytaj 
nieznajomego   o   nazwisko   ani   skąd   przybywa.   Nie   tylko 
dlatego, że w ten sposób łatwo go skłonisz do kłamstwa, lecz 
również dlatego, że może nadejść taki kłopotliwy dla ciebie 
dzień,   w   którym   nie   będzie   ci   na   rękę   udzielanie   obcym 
szczegółowych o sobie informacji.

Dziki   Zachód   nie   bawił   się   w   grzecznościowe   kon-

wenanse   i   omówienia,   lecz   wyjaśnia!   sprawę   prosto,   nie 
zostawiając   miejsca   na   żadne   wątpliwości.   Dziś   mnie   — 
jutro   tobie.   Szanuj   zwyczaje   i   tajemnice   innych.   We 
własnym interesie.

Nauczyłem się od Karola tych praw Zachodu, więc ani mi 

w głowie postało brać na spytki nieznajomego wybawcę.

Pogawędziliśmy   chwilkę   na   temat   niedawnej   bójki. 

Cudownym   zbiegiem   okoliczności   nikt   z   nas   trzech   nie 
odniósł  poważniejszego obrażenia.  Mnie  bolał  tylko   kark, 
Karol miał lekkie zatarcie skóry na dłoni, a nieznajomy — 
rysę na policzku. I to wszystko.

—   No,   dżentelmeni   —   powiedział   obcy   —   pora   mi 

wracać do El Paso, mam tam pewne sprawy do załatwienia. 
A wy?

Oświadczyłem,   że   nie   potrzebujemy   odwiedzać   po   raz 

drugi miasteczka.

background image

— Szczęśliwej drogi! — krzyknął. Uderzył konia i po paru 
skokach osiągnął brzeg rzeki. W chwilę później skryły go 
przed naszymi oczami srebrne bryzgi wody.

Przyznam   szczerze,   bardzo   mnie   to   ucieszyło.   Nie 

dlatego,   iżbym   nie   poczuwał   się   do   wdzięczności.   Po-
czuwałem się, ale...

Ale tereny rozciągające się po obu brzegach Rio Grandę, 

zwłaszcza w jej środkowym biegu, nie są ani śródmiejskim 
ogrodem, ani miejscem dla zabaw dzieci. Niebezpieczna to 
kraina, właśnie dlatego, że stanowi pogranicze amerykańsko-
meksykańskie, prawie bezludny obszar wyznaczający trasę 
wędrówek i ucieczek na południe tym wszystkim, których na 
północy   ściga   prawo.   Najłatwiej   zbiec   przed   nim   tędy,   a 
później ukryć się po drugiej stronie płytkich rozlewisk rzeki, 
w   kraju,   do   którego   nie   sięgnie   nawet   najdłuższa   ręka 
szeryfa.

Czy nasz nowy znajomy nie należał do kategorii takich 

chroniących   się   na   dzikim   pograniczu   przestępców?   Co 
prawda przeczył temu jego szybki powrót do El Paso, lecz 
ten fakt nie był jeszcze żadnym dowodem zaprzeczającym 
moim podejrzeniom.

Ruszyliśmy w głąb Meksyku i jechali ze dwie godziny, 

gdy za  nami,  daleko,  daleko ukazał  się  kłąb kurzu,  coraz 
większy,   coraz   wyraźniejszy.   Ten   kurz   wzbijały   końskie 
kopyta, a na końskim grzbiecie tkwił... kto? Nasz wybawca z 
El Paso.

— Witajcie, dżentelmeni! — zakrzyknął na nasz widok.

Był to zwrot, od którego zaczynał prawie każdą rozmowę. 

Zdobyłem się na uśmiech podobny uśmiechowi człowieka 
po wypiciu szklanki cytrynowego soku.

Teraz   dowiedzieliśmy   się,   że   nieznajomego   spotkało 

niezbyt  gościnne przyjęcie w miasteczku.  Gdy prze-

background image

jeżdżał — jak twierdził — obok saloonu, gapie podnieśli 
wrzask, a kilku skoczyło, by go zatrzymać. Uciekał więc co 
sił w nogach swego wierzchowca, aż zgubił prześladowców 
i postanowił nas odszukać.

— Myślę   —   zakończył   swą   relację   —   iż   powinienem 

kilka dni przeczekać po tej stronie granicy. Chyba nie będę 
wam zawadzał?

— Oczywiście, że nie — odpowiedzieliśmy.
Czy można było udzielić innej odpowiedzi człowiekowi, 

który  narażał   swe   życie   wyciągając   nas  z   opresji?   Tylko 
skończony gałgan i gbur postąpiłby inaczej.

Ba, uczyniliśmy zadość honorowi i grzeczności, lecz na 

pewno   nie   rozwadze.   Za   dwa   dni   mieliśmy   dotrzeć   do 
granic hacjendy don Gonzalesa. I co wówczas? Jeśli nasz 
wybawca   nie   zechce   przedtem   poszukać   swej   własnej 
ścieżki? Wprowadzić pod dach gościnnego i ufającego nam 
plantatora człowieka, nie tylko o nie znanym nam nazwisku 
(chociaż   to   najmniejszy   szkopuł,   bo   w   tamtych   stronach 
można było przybrać sobie nazwisko, jakie kto chciał), lecz 
o którym nie wiedzieliśmy dosłownie nic!

Ruszyliśmy   teraz   już   w   trójkę   ku   dalekiemu   celowi   i 

muszę   bezstronnie   przyznać,   że   nieproszony   towarzysz 
wcale   nam   nie   przeszkadzał.   Wprost   przeciwnie   — 
pomagał. A ta pomoc zaiste nie dała się niczym zastąpić. 
Pierwszy nasz nocleg na terytorium Meksyku wypadł obok 
opuszczonej chaty, tak okropnie brudnej, że woleliśmy spać 
na dworze. W budzie tej (bo trudno by nazwać to inaczej) 
koczował   półdziki   meksykański   kaboklo,   który   w   środku 
nocy   tajemniczo   znikł.   Zapewne   to   on   ściągnął   na   nas 
bandę, jedną z rozbójniczych watah, jakich wiele wówczas 
krążyło w tych stronach. Przecież były to niespokojne dla 
Meksyku czasy rządów generała Porfirio Diaza, obfitujące 
w   zbrojne   starcia   między   zwolennikami   a   przeciwnikami 
generała.   Bardzo   często   pod   jednych   i   pod   drugich 
podszywały   się   grupy   najzwyklejszych   rabusiów.   Jestem 
pewien,   iż   z   takimi   przyszło   nam   mieć   wówczas   do 
czynienia. Że nie staliśmy się ofiarami napadu — to przede 
wszystkim

1

  zasługa   naszego   towarzysza.   Po   raz   drugi 

wyciągnął nas z biedy. I to jak! Dynamitem. Zdumiewający 
był   to   sposób,   lecz   bardzo   skuteczny.   Nieznajomy,   który 
wiózł w jukach swego siodła kilka ładunków wybuchowego 
materiału,   pod-kradł   się   do   napastników   i   zapaliwszy 
detonatory spowodował fajerwerk, jakiego nigdy jeszcze nie 
oglądałem.   Zbóje   uciekli   pozostawiając   kilka   martwych 
koni.   Skąd   nasz   wybawca   miał   dynamit?   Powiedział,   że 
otrzymał   go   od   znajomych   górników,   trasujących   drogę 
przez   Góry   Skaliste.   Lecz   po   co   woził   z   sobą   tak 
niebezpieczny oręż? Czy czasem nie zamierzał spróbować 
rozsadzenia   pancernej   kasy   w   którymś   z   miasteczek 
Dzikiego Zachodu? Bo podejrzewałem go o różne sprawki, 
a   podejrzenie   jeszcze   przybrało   na   sile,   gdy   podczas 
rozpalania   ogniska   użył   skrawka   papieru   od-dartego   od 
większego arkusza, jaki wyjął z kieszeni. Zgubił ten arkusz, 
a ja przypadkowo go znalazłem. Łatwo sobie wyobrazić mój 
niepokój, gdy stwierdziłem, że jest to list gończy sławnej 
Agencji   Pinkertona.   Poszukiwała   ona   niejakiego   Reubena 
Houstona Burrowsa, alias Rube Burrowsa, współuczestnika 
napadu na pociąg i zabójcy człowieka, który pomagał  go 

background image

ująć. Powiedziałem o tym Karolowi, lecz ten dość sceptycz-
nie   odniósł  się   do mych  przypuszczeń   twierdząc,  że  opis 
fizyczny   mordercy   da   się   zastosować   do   bardzo   wielu 
mężczyzn,   jednak   zgodził   się   ze   mną,   iż   rzecz   wygląda 
tajemniczo i należy zachować ostrożność. Nie było okazji 
pozbycia   się   przygodnego   towarzysza.   Pełen   złości   na 
samego   siebie   i   na   przewrotny   los,   jechałem   strzemię   w 
strzemię   z   Barrym   Bede   (bo   wreszcie   uznał   za   słuszne 
przedstawić   się)   i   łamałem   sobie   głowę   nad   tym,   w   jaki 
sposób delikatnie dać do zrozumienia Gonzalesowi, iż ani 
ja, ani Karol nie ponosimy odpowiedzialności za przyszłe 
postępki   Bedego.   Los   pokrzyżował   moje   zamierzenia,   bo 
oto w trakcie pobytu na hacjendzie Bede zastrzelił dowódcę 
zbrojnej   watahy   oraz   jego   dwu   zastępców,   czym   tak 
przeraził   napastników   dybiących   na   pieniądze   (i   konie) 
Gonzalesa,   iż   część   uciekła,   część   poddała   się.   Bez 
wątpienia Bede ocalił życie  hacjenderowi i jego rodzinie, 
czym zjednał sobie dozgonną wdzięczność gospodarza. W 
tym   stanie   rzeczy   musiałem   milczeć.   Ale   to   jeszcze   nie 
wszystko.   Podczas   dalekiej   wyprawy   całej   rodziny 
Gonzalesów w meksykańskie pasmo gór, w której i nasza 
trójka   wzięła   udział,   Bede   z   kolei   mnie   uratował   życie, 
kładąc trupem trzech groźnych napastników.

Zdumiewała mnie łatwość, z jaką strzelał i zabijał ludzi. 

Łatwość   zaiste   niepokojąca.   Nie   mogłem   mu   odmówić 
odwagi, celnego oka i sprawnej ręki. Z tego tytułu można by 
go  uznać   za   westmana,   tropiciela   śladów,  zwiadowcę  lub 
trapera.   Lecz   przeczyła   temu   całkowita   niezaradność   w 
takich sprawach, jak rozbijanie biwaku, rozpalanie ogniska 
lub pitraszenie strawy. Na tropach zwierzęcych w ogóle się 
nie   znał.   W   odczytywaniu   stron   świata   na   podstawie 
położenia   słońca   lub   gwiazdy   polarnej   był   zupełnym 
analfabetą.   A   poza   tym   —   bardzo   miłym   kompanem, 
chociaż   zasób   jego   wiadomości   o   świecie   i   ludziach   z 
konieczności bardzo ograniczał tematykę pogawędek, jakie 
z nim od czasu do czasu prowadziłem.

W tym miejscu warto wyjaśnić, czemu to Bede, zamiast 

wracać   do   El   Paso,   po   długiej   gościnie   w   hacjendzie 
Gonzalesa przyłączył się do wędrówki w góry, która jeszcze 
bardziej oddalała go od granicznej Rio Grandę.

Wyprawa została zorganizowana z inicjatywy Gonzalesa i 

jego   żony.   Mieliśmy   zapolować   (Bede   nie   był   dobrym 
myśliwym — jeszcze jeden charakterystyczny jego rys), ale 
nie to było głównym powodem wyprawy, tylko pragnienie 
odnalezienia   w   paśmie   Sierra   Mądre   Occidental   ukrytych 
skarbów, na które składały się cenne dzieła sztuki dawnych 
władców   Meksyku.   Skarb,   po   wielu   przygodach, 
odnaleźliśmy.   Później   żona   Gonzalesa   przekazała   go   do 
jednego z muzeów.

Bede, jak mi wyznał, liczył na to, iż znalezisko (a 
obfitowało ono w przedmioty wykute w srebrze i złocie, 

zdobne drogimi kamieniami) podzielimy między 
uczestników wyprawy. Dlatego i tylko dlatego zrezygnował 
z powrotu do El Paso. Spotkał go bolesny zawód. Myślę, że 
właśnie ten zawód skłonił go do szukania rady u mnie, do 
zwierzenia się ze swych kłopotów i ze swego... życia. 
Wreszcie dowiedziałem się, kim naprawdę był nasz 
wybawca. Ani przestępcą ściganym prawem, ani 

background image

westmanem, traperem czy agentem Pinkertona. Więc czym 
się trudnił?

Łapaniem   przestępców.   Dziwny   zaiste   zawód   i   jak   mi 

wiadomo, istniejący przez pewien czas jedynie w Północnej 
Ameryce,   w   jej   środkowej   i   zachodniej   części.   Krótko 
powiedziawszy — Bede był „łapaczem". Na wielkich, słabo 
zaludnionych   obszarach,   zapewnienie   bezpieczeństwa 
osiadłej   ludności   stanowiło   trudny   problem.   Szeryfowie 
rzadko   kiedy  dawali   sobie   z   tym   radę,   potrzebna   była   w 
nagłych   wypadkach   pomoc   wszystkich   odważnych   i 
chętnych. W tym celu stworzono bodziec materialny — listy 
gończe.   Podawały   one   nie   tylko   przyczynę   ścigania 
wymienionego z nazwiska przestępcy (napad rabunkowy na 
pociąg, dyliżans lub bank, zabójstwo) oraz jego możliwie 
najbardziej dokładny rysopis, lecz również wysokość nagro-
dy   pieniężnej   za   oddanie   przestępcy   w   ręce   szeryfa, 
„martwego lub żywego",  jak najczęściej głosił tekst listu. 
Nagrody   pieniężne   fundowali   poszkodowani   lub   władze 
państwowe.   Wahały się  one  od  paruset  dolarów  do  kilku 
nawet   tysięcy.     Za   głośnego   przywódcę   gangu 
rozbójniczego, Jessie Jamesa (zabity w kwietniu 1882 roku), 
wyznaczona   początkowo   nagroda   w   wysokości   pięciuset 
dolarów została podniesiona do piętnastu tysięcy, a później 
nawet do dwudziestu pięciu tysięcy dolarów.

„Łapacze"   nie   cieszyli   się   uznaniem   spokojnych   mie-

szkańców.   Tolerowano   ich,   lecz   nie   lubiano.   Rzecz 
przedziwna, że niekiedy śmiałe do szaleństwa, lecz przecież 
sprzeciwiające   się   prawu   czyny   rabusiów   były   bardziej 
popularne niż zgodne z prawem i nie mniej odważne akcje 
„łapaczów". O tych pierwszych pisano nawet ballady, tych 
drugich pomijano milczeniem.

Tak   więc,   jak   już   powiedziałem,   Bede   trudnił   się 

poszukiwaniem   zbiegłych   przestępców.   Dlatego   właśnie 
nosił ze sobą list gończy, ścigając Burrowsa. Kiedy jednak 
wysłuchałem dokładnej relacji, włosy — jak to się określa 
— stanęły mi dęba na głowie. Oto Bede dostarczył szeryfom 
aż   dwunastu   przestępców.   Wszystkich...   martwych! 
Zwierzył mi  się — a nawet przez chwilę nie wątpiłem w 
szczerość tych zwierzeń — że każdemu ze ściganych „dawał 
szansę". To znaczy ujawniał swój zamiar i czekał, aż tamten 
wyciągnie broń. Wówczas i on wydobywał z kabury swego 
colta, a ponieważ był szybszy i posiadał lepsze oko, zawsze 
w pojedynku wygrywał.

Mówił mi o tym z takim spokojem i z tak niewinną miną, 

jakby sprawa dotyczyła trofeów myśliwskich lub łowienia 
ryb!   Wcale   nie   dostrzegał   paskudnej   strony   tego   rodzaju 
pomocy

 

udzielanej

 

oficjalnemu

 

wymiarowi 

sprawiedliwości.

Do   El   Paso   przybył   tropiąc   kolejnego   trzynastego 

bandytę.   Jednak   udzieliwszy   nam   pomocy   w   saloonowej 
bójce musiał zrezygnować z przyobiecanej listem gończym 
nagrody   siedmiuset   dolarów   za   dostarczenie   przestępcy 
„martwego   lub   żywego".   Jestem   pewien,   że   i   tym   razem 
byłby to przestępca martwy.

background image

Jeśli sposób, w jaki Bede służył  prawu, można  nazwać 

zaskakującym   (dla   mnie   był   przerażający),   to   życiowa 
ścieżka,   która   go   doprowadziła   do   takiej   działalności, 
wydaje się wręcz niewiarygodna. Był  farmerskim synem i 
tylko przypadek uczynił zeń łapacza. Myślę jednak, że ten 
przypadek to prawdziwy symbol tamtych dni oraz wcale nie 
przebrzmiałych   tęsknot   chłopców   w   pewnym   wieku, 
marzących   o   wielkiej   przygodzie.   Czy   tylko   chłopców? 
Przecież   i   mnie   skusiła   nieskończoność   prerii,   głusza 
pierwotnych lasów i tajemnica górskich dolin. Dziki Zachód 
jest i pozostanie po wsze czasy (nawet gdy już nie będzie 
istnieć!) krainą marzeń jakże wielu. Ktoś, nie pamiętam już 
kto — człowiek chyba  bardzo rozumny — powiedział, że 
dopóki   w   piersiach   ludzkich   biją   młode   serca,   dopóty 
dzielny   kowboj,   dopóty   zarośnięty   huncwot   w   czarnym, 
wielkim kapeluszu na głowie i bandyta rabujący bogatych 
tylko   po   to,   aby   pomagać   biednym,   będą   wiecznie 
galopować poprzez równiny Zachodu.

Wiele przyczyn  złożyło się na taki właśnie obraz — w 

rzeczywistości i w marzeniach — Dzikiego Zachodu, który 
niekiedy zwano „krwawym", tyle ofiar pochłonął, a zawsze 
—   sprawdzianem   ludzkiej   wytrzymałości   na   trudy   i 
niebezpieczeństwa   życia   tak   odmiennego   od   życia   w 
wielkich miastach wschodu.

Na   tle   wydarzeń   rozgrywających   się   w   górach   i   na 

bezkresnej, zdawałoby się, prerii rodziła się legenda. Z ust 
do   ust,   zwłaszcza   osadników   wędrujących   na   nowe, 
dziewicze   ziemie,   podawano sobie  informacje  o  ostatnich 
wydarzeniach.   Przekręcane,   wyolbrzymiane,   tworzyły 
przecież żywą historię, z której dopiero dociekliwy badacz 
potrafiłby oddzielić fantazję od prawdy.

Barry Bede opuścił rodzinny dom jako młody chłopiec, 

pozbawiony minimum koniecznego rozsądku, lecz

background image

za to obdarzony silnym pragnieniem wypróbowania swych 
sił, doświadczenia swej męskości.

Mógł   zostać   rabusiem.   Jakże   wielu   wkroczyło   na   tę 

niebezpieczną   i   zawsze   tragicznie   kończącą   się   drogę. 
Został łapaczem. Widać nauki rodzicielskie tkwiły w nim 
mocno, a poczucie sprawiedliwości nie pozwoliło na czyny 
krzywdzące  innych. Zapisałem mu to na wielki plus. Tak 
wielki,   że   przesłonił   inne   wady   Bedego:   lekkomyślność, 
niezdolność   przewidywania,   całkowite   nie   liczenie   się   z 
rzeczywistością,   jakąś   prowizorkę   i   powierzchowność 
pędzonego   życia.   Musiał   mieć   już   pod   trzydziestkę,   a 
niekiedy   swym   rozumowaniem   sprawiał   wrażenie 
rozbisurmanionego chłopaka. Wyznam, że na pierwszy rzut 
oka   wszystkie   te   cechy   czyniły   zeń   przyjemnego 
towarzysza,   lecz   gdy   zastanawiałem   się   głębiej   nad   tym, 
ogarniało   mnie   przerażenie.   Jakim   sposobem   tak 
nierozważny   człowiek,   parający   się   jakże   ryzykownym 
„zawodem", zdołał przez tyle lat uniknąć śmierci? Całe jego 
postępowanie   przypominało   zabawę   ciągnięcia   za   ogon 
rozwścieczonej pumy! Polubiłem naszego wybawiciela i nie 
życzyłem mu tragicznego zakończenia ziemskiej wędrówki. 
Zdaje się, że i na niego przyszła chwila zastanowienia. To 
ona   była   przyczyną,   dla  której   zwierzył   mi   się  ze  swego 
życia i prosił o radę. Bo tym zakończył swą spowiedź.

Z  własnego  doświadczenia   wiem,   iż   ludzie   proszący  o 

radę   najczęściej   nie   stosują   się   do   niej.   Po   prostu   nie 
odpowiada im. Pragnąłem ocalić Bedego i lękałem się, że 
bądź   przez   przekorę,   bądź   z   wrodzonej   lekkomyślności 
zbagatelizuje moje ostrzeżenia i wskazówki.

Zagadnąłem go, jak długo jeszcze ma zamiar prowadzić 

dotychczasowy   tryb   życia   i   czy   nie   przewiduje,   że   w 
którymś   tam   zbrojnym   spotkaniu   przeciwnik   okaże   się 
szybszy?

Trafiłem w sedno rzeczy. Zastanowił się i przyznał mi 
rację. Po chwili dodał, że ma już powyżej uszu swej 

ustawicznej włóczęgi. Lecz wracać nie ma dokąd. To 
prawda. Wiedziałem już, że rodzice, których Bede tak 
lekkomyślnie opuścił, sprzedali farmę i przenieśli się... nie 
wiadomo dokąd. Bede nie wyuczył się żadnego zawodu. Na 
pewno znał się nieco na rolnictwie (z czasów kiedy pomagał 
gospodarować ojcu), nie miał jednak ziemi. Cóż mu mogłem 
zaproponować w zamian za dotychczasowe polowanie na 
ludzi? A nie miałem serca odprawić go z kwitkiem. 
Wówczas pomyślałem o Gonzalesie. Była to sprawa 
delikatna. Oświadczyłem Bedemu, iż zastanowię się nad 
jego położeniem i najprawdopodobniej coś wymyślę.

Jeszcze  przed  powrotem do hacjendy,   podczas  podróży 

przez ostatnie doliny i wzniesienia Sierra Mądre Occidental, 
znalazłem   okazję   do   pogadania   z   Gonzalesem   w   cztery 
oczy. Mogłem go poprosić o danie Bedemu jakiejś pracy, 
Gonzales   na   pewno   nie   odmówiłby   takiej   przysługi,   bez 
względu na to, czy zatrudnienie byłego łapacza dawałoby 
jakiekolwiek korzyści hacjendzie. Ale tego właśnie należało 
uniknąć.

— Nie   sądzi   pan,   seńor   Gonzales  —  zagadnąłem   ni   z 

tego, ni z owego — że pańskie gospodarstwo nie jest
zbyt bezpiecznym miejscem?

Wytrzeszczył na mnie oczy.

background image

— O czym pan myśli, doktorze?
— O napadach — odparłem zwięźle. — Nie tak dawno o 

mało nie padł pan ofiarą jednego z nich.

Roześmiał się, chyba niezbyt szczerze.

— Przyzwyczaiłem się do niebezpieczeństw.
— Nie wątpię, iż jest pan dzielnym człowiekiem. Lecz... 

pańska żona, pańska córka...

— Moja żona włada bronią nie gorzej ode mnie, a co się 

tyczy córki, wychowałem ją prawie na chłopca. Zresztą Inez 
uczy się w mieście i w hacjendzie bywa tylko jako gość.

background image

— A jednak... — upierałem się.
Spojrzał na mnie przenikliwie.

— Czyżby pan proponował, abym  się  przeniósł  w inne 

strony, doktorze? Chętnie słucham rad przyjaciół,
a za jednego z nich uważam właśnie pana, lecz do takiej 
rady nie zastosuję się. Czasy przeżywamy nie
spokojne, to prawda, jednak w otoczeniu wiernych mi ludzi 
potrafię doczekać dni, w których sprawiedliwość
odniesie triumf.

Powiedział   to   nieco   pompatycznym   tonem,   w   który 

popadał,   gdy   przychodziło   do   jakichś   zasadniczych   de-
klaracji.   Zabawnie   brzmiały,   już   przywykłem   do   nich, 
wiedziałem,   że   nie   są   wyrazem   samochwalstwa,   lecz 
manierą   przekazywaną   z   pokolenia   w   pokolenie   tych 
dawnych   potomków   hiszpańskich   konkwistadorów.   Więc 
nawet   nie   uśmiechnąłem   się.   Gonzales   nie   zasługiwał   na 
kpiny.

— Ależ nie — odparłem szybko. — Nie namawiam pana 

do opuszczenia hacjendy. Nie ośmieliłbym się
podsuwać   panu   podobnego   rozwiązania.   Na   pewno   ko-
sztowało pana wiele trudu doprowadzenie gospodarstwa do 
tak   kwitnącego   stanu.   Któż   by   chciał   je   dobrowolnie 
porzucić?

Rozpromienił się. Bardzo był czuły na pochwały.

— Słucham pilnie, doktorze, chociaż nadal nie wiem, do 

czego pan zmierza.

— Do   tego,   że   pańscy   vaqueros   (taką   nazwę   nosili 

meksykańscy   kowboje),   wprawdzie   dzielności   im   nie 
odmawiam,   mogą   nie   sprostać   przewadze   dobrze   uzbro-
jonych napastników. Przydałby się panu ktoś, kto bardziej... 
hm... zawodowo obeznany jest ze sztuką walki.

Przyznaję,   zabrzmiało   to   nieco   głupio   nie   potrafiłem 

wyrazić swych myśli prościej. Lecz Gonzales pojął mnie w 
lot.

— Ależ tak! — wykrzyknął. —  Myślałem o tym niejeden 
raz. Czyżby... — tu zawahał się — seńor Gordon gotów 
był objąć w mym gospodarstwie taką funkcję? Bo... chyba 
nie pan, doktorze?

— Ani Gordon, ani ja. Obu nas wzywają pilne obowiązki 

i niestety wkrótce się rozstaniemy.

— To przykre — westchnął.
— Lecz nieuniknione. Natomiast naszego towarzysza, jak 

mi wiadomo, nic w tej chwili nie ciągnie na północ.

— Seńor   Bede?   Wspaniale!   Jest   pan   pewien,   że   się 

zgodzi?

— Porozmawiam z nim — odparłem chytrze.
— Świetnie.   To   znakomity   strzelec   i   śmiałek,   jakiego 

rzadko można znaleźć.

Oczywiście   zgodę   Bedego   uzyskałem   natychmiast. 

Dosłownie osłupiał ze szczęścia, a Gonzales był nie mniej 
zadowolony. Ja również. I tak to się zakończyło.

Wróciliśmy na północ, Bede został na południu. Minęły 

prawie   dwa   lata,   odkąd   widzieliśmy   się   po   raz   ostatni. 
Przypuszczałem,   że   Bede   zadomowi   się   u   Gonzalesa   na 
długo, a później, gdy zaoszczędzi sporo pieniędzy (których 
w hacjendzie nie miał na co wydać), kupi kawał gruntu i 
zajmie się hodowlą bydła. Sam mi o tym wspominał.

Czyżby dorobił się tak szybko i osiedlił w Kolorado? Nie 

background image

wyglądało   to   prawdopodobnie.   Gonzales   na   pewno   płacił 
dobrze swemu pracownikowi, lecz nie tak dobrze, aby po 
dwu zaledwie latach mógł odłożyć sumę potrzebną na kupno 
farmy.  Więc nasze spotkanie stanowiło dla mnie zagadkę, 
którą   rozwikłać   potrafił   tylko   sam   Bede.   Czekałem   z 
niecierpliwością,   aż   ocknie   się   wreszcie   z   niepokojącego 
bezwładu.

background image

Wyprawa

Karol   spał,   Bede   spał,   ja   czuwałem   przy   rannym,   co 

pewien czas podnosząc się i przez lornetkę badając dokoła 
rozległy teren. Nadal było pusto i cicho. Za którymś  tam 
razem dostrzegłem, hen daleko, drobne punkciki biegnące 
szybko po prerii. Wkrótce zniknęły. Prawdopodobnie stadko 
antylop.

Gdy słońce przemierzać poczęło zachodnią półkulę nieba, 

obudził się mój  przyjaciel. Natychmiast  usiadł i rozejrzał 
się.

— Co nowego? — zapytał.

Sytuacja bez zmian — odparłem. — Ani dwunogów, 

ani czworonogów. Możesz drzemać dalej.

— A Bede?

Śpi jak suseł,

— To chyba dobrze. Nie jesteś głodny?
Przyznałem, iż chętnie zjadłbym co nieco.

— Zajmę się obiadem — oświadczył, po czym na

nowo rozpalił ognisko.

—- Co byś  sobie życzył?  — zagadnął, jakby miał pod 

ręką spiżarnię pełną wiktuałów.

— Na   pierwsze   danie   —  odparłem  —   pieczone   ziem-

niaki, na drugie zielony groszek, na trzecie porcja szpinaku i 
kalafior. Zgoda?

Nic  z  tego.   Odłóż  swoje  menu,   aż  wrócisz  do 

Milwaukee.  Skąd z  ciebie  taki jarosz? Dostaniesz  boczek 
przysmażany na sucharze.

— A gdyby tak na przykład rybkę? — zaproponowałem 

pół żartem, pół serio.

Spojrzał na mnie uważnie.

— A wiesz? To jest myśl. Popilnuj ognia.
Wszedł   między   kępę   drzew.   Odgadłem,   w   jakim   celu. 

Karol   był   nie   tylko   zawołanym   myśliwym,   lecz   również 
znakomitym rybakiem. Nie wiem, czy stosował jakieś czary, 
czy   też   posiadał   wyjątkowe   szczęście.   Faktem   jest,   iż 
parokrotnie widziałem, jak wyciągał z wody trzepoczące się 
ryby,   schwytane  na  wędkę  zmajstrowaną  z  giętkiej  witki, 
sznurka i... zagiętej agrafki zamiast haczyka. Tłumaczył mi, 
że w dziewiczych strumieniach ryby łapie się na byle co, w 
przeciwieństwie   do   wód   odwiedzanych   stałe   przez 
wędkarzy.   Zapytałem,   dlaczego   tak   się   dzieje,   czyżby 
złowione   ryby   przestrzegały   rybi   naród   przed   konsek-
wencjami połknięcia robaka nadzianego na haczyk. Odparł, 
że raczej w to wątpi. Dlaczego jednak ryba  w rzece „nie 
łowionej"   jest   mniej   ostrożna   od   swej   krewnej   w   rzece 
„łowionej" — nie ma pojęcia.

Karol   wychynął   spośród   drzew   z   długim   patykiem   w 

dłoni,   klęknął   przy   siodle   i   począł   grzebać   w   jukach. 
Wiedziałem,   czego   szuka.   Na   obecną   wyprawę   zabrał 
komplet prawdziwych haczyków różnej wielkości, cieniutki, 
lecz   bardzo   mocny   sznurek   do   wędziska   oraz   jakieś 
przedziwne   przynęty   w   kształcie   much   lub   małych 
srebrnych rybek. Tego właśnie szukał w głębi juku. A kiedy 

background image

znalazł,   pomaszerował   nad   rzeczkę.   Nie   wątpiłem,   iż   coś 
tam przyniesie, chyba... że w rzece w ogóle nie byłoby ryb. 
Ale to było nieprawdopodobne. Więc z góry cieszyłem się 
na nową potrawę. Wędzony boczek już mi  się przejadł, a 
żadna   czworonożna   pieczeń  jak  dotąd  nie   pojawiła   się   w 
zasięgu naszych sztucerów.

background image

Przy okazji  muszę  stwierdzić,  że  nawet  najznakomiciej 

przyrządzona pieczeń, jeśli się ją spożywa dwa lub trzy razy 
dziennie,   staje   się   potrawą   obrzydliwą.   Ba,   nadmiar 
zjadanego   mięsa   w   ten   sposób   powoduje   nadkwasotę 
żołądka,   objawiającą   się   tak   zwaną   zgagą.   Przypadłość 
przykra,   a   nawet   niebezpieczna   dla   zdrowia,   jeśli   trwa 
długo.

Opowiadali mi traperzy i eksplorerzy, żyjący miesiącami 

tylko   z   polowań,   iż   marzyli   o   ziemniakach,   kapuście, 
ogórkach,   pomidorach.   Organizm   domagał   się   warzyw   i 
owoców. Indianie dobrze o tym wiedzą i wzbogacają swój 
jadłospis   leśnymi   jagodami,   kukurydzą,   dzikimi 
ziemniakami   i   dzikim   ryżem   obficie   rosnącym   w   rejonie 
wielkich jezior, na północy kraju.

Ja   sam,   po   trzech   miesiącach   wędrówki   po   prerii   lub 

wśród   gór,   wróciwszy   do   Milwaukee   stawałem   się 
wegeterianinem   na   wiele   tygodni.   Moje   żądanie   ziem-
niaków,   szpinaku   czy   kalafiora   było   oczywiście   żartem. 
Zresztą   dopiero   co   rozpoczęliśmy   wędrówkę   i   jeszcze 
pamiętałem smak warzyw i owoców. Jednak po miesiącu na 
pewno pocznę śnić o ogórkach, fasoli i innych tego rodzaju 
przysmakach, których nie sposób z sobą wozić, a nie można 
nabyć wśród głuszy i pustkowia.

Karol   wrócił  nadspodziewanie  szybko.  W  jednym   ręku 

dzierżył swą zaimprowizowaną wędkę, w drugim — jakiś 
tobół sporządzony z własnej kurtki.

— Schwytałeś wieloryba?

Lepiej! — krzyknął triumfalnie. — Popatrz. Złożył 

tobół na trawie, rozplatał go. Spojrzałem. Wewnątrz leżał 
stos ryb i to wcale nie małych.

— Co to?
—   Pstrągi.   Ta   rzeczka   wypływa   przecież   z   gór,   więc 

mamy górskie pstrągi.

— Pstrągi! — zachwyciłem się. — Ależ to wspaniale!

background image

— Złapałem na podrywkę — wyjaśnił Karol.   

Nie masz pojęcia, ile ich tu jest. Co pół minuty wyciągałem 
nowego. To fantastyczna rzeka.  Zajmę się tym.

— Bardzo dobrze — pochwaliłem.

Nie   lubię   patroszenia   ryb.   Karol   rączo   przystąpił   do 

dzieła.   Odsunął   od   ognia   nieco   żaru,   a   później,   gdy 
zakończył  oczyszczanie swej zdobyczy,  zagrzebał ryby w 
gorącym popiele.

Kto   nie   jadł   smażonego   pstrąga,   polanego   świeżym 

masłem — ten nie zna największego przysmaku świata, lecz 
ryba upieczona w drzewnym popiele wcale nie jest gorsza. 
Karol   podał   mi   dwie   wielkie   sztuki   na   kawałku   suchara 
zamiast talerza.

— A on? — zapytał wskazując na opatulonego kocami 

Bedego. — Umrze z głodu, jeśli tak dalej będzie

spał.

Potrząsnąłem przecząco głową.

— Dla niego sen jest najlepszym lekarstwem. Obudzi się, 

gdy będziemy go wieczorem ubierać.

Było to zgodne ze zwyczajem praktykowanym na Dzikim 

Zachodzie.   W   dzień,   podczas   ciepłych   dni   wiosny   lub 
upałów lata, zrzucało się z siebie tyle odzieży, ile można. Na 
noc jednak każdy wędrowiec ubierał się dokładnie i grubo. 
Po   pierwsze   dlatego,   że   po   zachodzie   słońca   temperatura 
spada o kilka, nawet kilkanaście stopni (z wyjątkiem terenów 
leżących na samym południu kraju), po drugie — że zawsze 
należało być  przygotowanym  na nocne odwiedziny niepro-
szonych   dwunożnych   gości:   czerwonych   lub   białych,   a   w 
takiej sytuacji nie starczyłoby czasu na ubieranie się.

Zjadłem, a raczej pożarłem cztery pstrągi, popiłem kawą, 

a   na   deser   zapaliłem   fajkę.   Później   nudziliśmy   się   do 
zmierzchu, przerywając od czasu do czasu tę nudę spacerem 
wokół obozowiska. Ani przed rzeką, ani za

background image

rzeką, ani w jakiejkolwiek innej stronie świata nie działo się 
nic godnego uwagi. Kraina wyglądała na wymarłą, a może 
taką była w rzeczywistości?

Zagadnąłem   o   to   Karola.   Przyznał,   że   ludzi   nie   jest   tu 

wiele, bo gdy przejeżdżał tędy przed rokiem poza małymi 
osadami nie napotkał nigdzie ani farmerów, ani hodowców 
bydła. Ale bardziej na południu, w żyznych dolinach rzek, 
kwitną rolnictwo i hodowla.

— Zresztą   —   dodał   —   nie   przybyliśmy   tutaj   dla 

zawierania   znajomości,   a   że   dotychczas   nie   spotkaliśmy 
nikogo poza Bedem, tym lepiej.

Gdy   nadeszła   godzina   przedwieczornej   szarówki,   we-

zwałem   do   pomocy   Karola.   Należało   bardzo   ostrożnie 
obchodzić  się  z  rannym.   Zaledwie  jednak ściągnąłem  zeń 
koc, Bede poruszył się, otworzył oczy i niespodziewanie dla 
nas — siadł.

— Dżentelmeni... — przemówił z trudem i umilkł.

— Jak się pan czuje? — zapytałem.
Znowu na mnie spojrzał.

— We łbie mi huczy jak w ulu. Gdzie ja jestem?

No   me   siento   bien   —   dodał   po   hiszpańsku.   Pobyt   w 
Meksyku zostawił wyraźne ślady.

Popatrzał  na Karola, popatrzał na  mnie.  Chyba  dopiero 

teraz wróciła mu pełna świadomość.

Que suerte! — wykrzyknął. — Doktor! Pan Gordon! A 

mnie tak łeb boli! Kto mnie tak zaprawił?

— Konar drzewa, potężny konar — wyjaśnił Karol. — 

Złamany przez huragan.

— Ach   tak?   Musiałem   stracić   przytomność.   Dlaczego 

jestem nagi? — zapytał z komicznym przerażeniem.

— Wyglądał pan jak mokra ścierka — wytłumaczyłem. 

— Zdjęliśmy szatki, żeby przeschły. Co się już dokonało i 
teraz można je wdziać.

background image

Nadal jeszcze nie bardzo orientował się w sytuacji, więc 

opowiedziałem,   jak   i   w   jakim   stanie   znaleźliśmy   go. 

Mówiłem   powoli   i   dokładnie,   jak   gdybym   tłumaczył 

małemu dziecku zawikłaną zagadkę.  Zrozumiał.

— Więc to tak było? A mój koń?
— Konia nie zastaliśmy, pewnie pogalopował z wiatrem 

w zawody.

— Niech to licho... — jęknął.
— Poniósł pan dużą stratę?
— Ech, głupstwo. Siodło i trochę żywności. Pieniądze na 

szczęście   miałem   w   ubraniu.   Gdzie   moja   kurta?   — 

zaniepokoił się.

Podałem.  Pogrzebał  w licznych  kieszeniach.

— W porządku — stwierdził. — Ale koń! Cóż pocznę 

bez konia?

— Znajdziemy na to radę, a teraz proszę się ubrać.
Wdział spodnie i buty, na siedząco, lecz kiedy wstał, 
musiałem go podtrzymać.
— W głowie mi się kręci — poskarżył się żałośnie.

Kazałem mu spocząć.

— To skutki uderzenia — wyjaśniłem. — Rana nie jest 

wielka, gorsze jest samo uderzenie. Pamięta pan, jak to się 

odbyło?

— Coś tam pamiętam. Jechałem. Ani prędko, ani wolno, 

ot,   byle   dalej   i   byle   zwierzęcia   nie   zmęczyć.   I   nagle,   w 

czasie  najpiękniejszego  ranka   gdzieś od  tyłu  przygnała   ta 

piekielna wichura. Wyście jej uniknęli?

— Gdzie tam!
— Ale konie macie.
— Skryliśmy się w małej dolince — wyjaśnił Karol — a 

zwierzętom spętali nogi. Należało uczynić podobnie.

Bede lekko wzruszył ramionami.

— Pewnie, gdybym  tylko zdążył. Jak dmuchnęło drugi 

raz,     dostrzegłem     tę     kępę     drzew.     Podjechałem, 
zeskoczyłem i wówczas lunął na mnie wodospad z nieba. 
Co działo się dalej, nie wiem. Musiało mnie wtedy rąbnąć w 
głowę,   Ach,   doktorze,   pan   jest   wspaniałym   lekarzem   i 
zjawia   się,   gdy   potrzeba!   To   płótno   na   mym   łbie   to   na 
pewno pańskie dzieło. Po prostu... wędrujący szpital.

Uśmiechnąłem się na takie pochwały.

— Ratowaliśmy pana obaj. Jeden jako lekarz, drugi jako 

pielęgniarz.

— No, nie mówiłem? Szpital na prerii.
— Proszę się położyć  — rozkazałem. — Nie czuje pan 

głodu?

— Jeszcze jak! — wyznał z humorem.
— Zaraz coś przygotujemy.

Razem   z   Karolem   zajęliśmy   się   przyrządzaniem   po-

zostałych pstrągów, a było ich jeszcze tyle, że starczyło na 
trzech.   Bede   nie   dał   się   prosić.   Za   jednym   zamachem 
pochłonął pół tuzina.

— Uff! — odsapnął. — Teraz czuję się znacznie lepiej.

Otrzymał  kawę do popicia, a później leżał nieruchomo, 

wpatrzony   w   znikający   za   horyzontem   czerwony   krąg 
słońca.

Bardzo   byłem   ciekawy,   skąd   Bede   pojawił   się   w   tych 

stronach i czego tu szukał, jednak nie pytałem.  Mówienie 
mogło męczyć rannego.

background image

— Jak ja pojadę? — zatroskał się nagle.
— Pomyślimy o tym jutro — uspokoiłem go. — Teraz 

proszę odpoczywać, a najlepiej zasnąć.

— Przecież przespałem cały dzień!
— Widać organizm tego wymaga.

Daliśmy   Bedemu   jeden   z   naszych   koców   i   siodło   pod 

głowę.   Karol   i   ja   musieliśmy   czuwać   na   przemian, 
wystarczyło więc jedno posłanie.

Noc   minęła   bez   niespodzianek.   Karol   trzymał   straż 

pierwszy, ja — drugi, toteż na mnie spadł obowiązek

background image

rozniecenia   porannego   ogniska.   Przedświt   był   cichy   i 
piękny. Złotopurpurowe kolumny zorzy wsparły firmament i 
zapowiadały pogodny dzień. Rzeczka, do której udałem się z 
czajnikiem, toczyła swe wody, lekko pluszcząc drobniutkimi 
falami. Jej nurt mienił się i błyskał niczym wypolerowana 
srebrna taca. Od czasu do czasu tworzyły się kręgi na jej 
powierzchni — to ryby dawały znać o swej obecności.

Postawiwszy   imbryk   przy   ognisku,   wróciłem   na   brzeg. 

Ranek był jednak tak chłodny, iż tylko zamaczałem dłonie i 
przetarłem   twarz   wilgotnym   ręcznikiem.   Na   więcej   nie 
starczyło mi odwagi.

Przy   ogniu   wziąłem   się   do   kucharzenia.   Niestety, 

pstrągów   już   nie   mieliśmy,   pozostał   jedynie   ten   okropny 
wędzony   boczek.   Zaparzyłem   kawę,   obudziłem   Karola. 
Zerwał   się   jak   zwykle   natychmiast   i   jak   zwykle   kładąc 
prawą dłoń na leżącym obok winczesterze. Był to odruch, 
który obserwowałem wielokrotnie, wyrywając przyjaciela ze 
snu,   nawyk   setek   nocy   spędzonych   wśród   nie   zawsze 
bezpiecznego pustkowia.

Dostrzegłszy   tylko   mnie,   a   nie   hordę   napastników, 

ziewnął, rzekł „dzień dobry" i powlókł się do rzeki. Bedego 
musiało zbudzić moje krzątanie. Gdy doń podszedłem, oczy 
miał otwarte.

Piękny dzionek, doktorze — powitał mnie  rzeźwym 

głosem.

— Jak się pan czuje?

Znakomicie.  Nawet głowa już mniej dokucza.

— Jeśli tak, to proszę przysunąć się do ogniska.
Wręczyłem mu kubek z kawą, przysmażony boczek na 
patyku i jeden suchar. Karol sam się obsłużył.
— Nie   dziwicie   się   z   naszego   spotkania?   —   zagadnął 

Bede obcierając usta rękawem koszuli.

— Bardzo   się   dziwimy   —   przyznałem   —   lecz   na 

wyjaśnienie tej sprawy możemy jeszcze poczekać do czasu, 
aż poczuje się pan silniejszy.

background image

— Ten czas już nadszedł — oświadczył  gryząc  ostatni 

kęs suchara i wycierając tłuste dłonie o spodnie.

— Co z Gonzalesem? — nie wytrzymałem. — Czemu go 

pan opuścił?

— Gonzales   żyje   sobie   świetnie   i   nadal   gospodarzy. 

Przynajmniej tak wyglądała sytuacja, gdy rozstawaliśmy się. 
To znaczy prawie przed półtora rokiem.

Przed półtora rokiem! — wykrzyknąłem. — Niedługo 

zagrzał   pan   miejsca   w   hacjendzie   —   rzekłem   z   lekkim 
wyrzutem w głosie. Przecież to ja właśnie naraiłem Bedemu 
nową pracę, w nadziei iż do niej przywyknie.

— Ba!   Mimo   najlepszych   chęci   jakoś   nie   potrafiłem 

zapuścić tam korzeni. Nudno. Przez cały czas mego pobytu 
nie przydarzył się nawet najlichszy napad.

Było   to   zaskakujące   spostrzeżenie,   lecz   pasowało   do 

Bedego, jakim go znałem, a znałem chyba nieźle.

— Pokłóciliście się?
— Nic podobnego. Rozstanie nastąpiło co prawda już po 

sześciu miesiącach, lecz w braterskiej zgodzie.

— Ależ... z jakiego powodu?
— Powiedziałem:   było   nudno   nie   do   wytrzymania.   To 

jedyny   powód.   Bo   Gonzales   nieźle   mnie   wynagradzał   i 
zaoszczędziłem pokaźną sumkę.

— I  teraz  wędruje  pan,   aby nabyć  małe   gospodarstwo. 

Wspominał pan o tym jeszcze w Meksyku.

— Wspominałem,   prawda,   lecz   nie   mam   już   tamtych 

pieniędzy i chociaż nie powiem, że jestem bez centa, co to, 
to nie, na kupno farmy nie wystarczy. Zresztą... zajmowałem 
się ostatnio młynarstwem.

— Czym? — zapytałem nie wierząc własnym uszom.
— Młynarstwem.

  Spojrzałem   na   Karola   i   równocześnie   parsknęliśmy 

śmiechem.

— Śmiejcie   się,   ale   to   prawda.   Byłem   kierownikiem 

młyna.

background image

— Doskonale — opanowałem wesołość — lecz gdzie się 

pan tego zawodu nauczył?

Jestem   pojętnym   człowiekiem,   doktorze.   Przez   rok 

dokładnie   przyglądałem   się   pracy   młynarza   fachowca. 
Nadzorowałem   go   i   już   wiem   niemało   o   tym   pięknym 
zawodzie.

— A teraz go pan rzucił — usiłowałem odgadnąć.
— Coś w  tym  rodzaju,   chociaż  sam jeszcze  nie  jestem 

pewien. To brzmi nieco dziwnie i chyba opowiem wszystko 
od samiutkiego początku.

— Od tego należało zacząć — mruknął Karol.
— Powinienem był posiedzieć u Gonzalesa nieco dłużej. 

Zebrałbym na piękną farmę i uniknął późniejszych kłopotów. 
Ano, stało się. Oglądałem ładne gospodarstwo w Teksasie, 
akurat na sprzedaż. Bardzo mi przypadło do serca, lecz ciut 
za drogie.

— Należało wrócić do Gonzalesa.
— Wstydziłem się, a poza tym... te nudy! Gonzales zrobił 

mnie  czymś  w rodzaju szeryfa  albo oficera nie istniejącej 
armii. Miałem dowodzić jego ludźmi na wypadek napadu, 
jednak   żaden   napad   się   nie   wydarzył.   Nie   narzekam   na 
hacjendera, bodaj się tacy na kamieniu rodzili! Honorował 
mnie,   jak   mógł   najlepiej,   i   wyróżniał   spośród   reszty 
pracowników.   Siadałem   do   stołu   razem   z   nim   i   z   jego 
rodziną. Wiecie, jak tam celebruje się posiłki. Człowiek musi 
siedzieć sztywno jak drąg, cedzić słodkie słówka obu paniom 
(miał   tu  na   myśli   żonę   hacjendera   i   jego  córkę),   uważać, 
żeby nie poplamić obrusu, nie skrobać łyżką po talerzu, nie 
upuścić   widelca,   nie   wycierać   dłoni   o   spodnie...   Zacni 
ludzie,   lecz   wszystko   to   nie   dla   mnie.   Postanowiłem 
poszukać szczęścia gdzie indziej.

Uśmiechnąłem   się.   Bede   rozumował   jak   dziecko.   Gdy 

przestał   go   bawić   pobyt   na   hacjendzie,   ruszył   w   po-
szukiwaniu innej zabawki.

— W ten sposób przybył pan do Kolorado.

background image

— O, nie tak od razu. Rzecz odbyła się etapami.

Najpierw dotarłem do granic Teksasu. Wyobraźcie sobie, iż 
wracałem przez El Paso! Ba, odwiedziłem tę samą knajpę, w 
której tak gracko uwinęliśmy się z pijaną bandą. I nikt mnie 
nie   poznał.   Jednak   w   El   Paso   nie   zabawiłem   długo. 
Ostrożność przede wszystkim.

Znowu się uśmiechnąłem. Bede był zadziwiającym typem 

człowieka. Jego ostrożność przypominała  ciągnięcie pumy 
za ogon. Uda się albo nie. Pchać się do saloonu, który przed 
pół rokiem był terenem bijatyki, o jakiej na pewno gadano w 
całym  miasteczku, a może  i w jego okolicach — to było 
duże   ryzyko.   Nie   wyjawiłem   głośno   swych   myśli,   tylko 
zagadnąłem:

— A później?

Później ruszyłem na wschód, ku rzece Pecos, a po jej 

przebyciu dalej w tym samym  kierunku. Ale pewna dobra 
dusza przestrzegła mnie przed tego rodzaju marszrutą. Jakiś 
wędrowny handlarz nagadał mi tyle o okropnościach Liano 
Estacado,   że   skręciłem   nieco   na   południe,   omijając 
niegościnną jakoby krainę.

— I słusznie pan postąpił — wtrącił Karol.
— Tak tam okropnie?
— Jechać samotnie, i to po raz pierwszy, przez Liano to 

znacznie   gorzej   niż   pchać   się   do   saloonu   pełnego 
strzelających pijaków. Zapewne nigdy nie dotarłby pan do 
krańca tej pustyni i umarł z pragnienia.

— Ha, skoro rzecz w ten sposób wygląda, rację miał 

tamten jegomość i już nie żałuję nadłożonego szmatu 

drogi. Przez Teksas posuwałem się wolniutko, raz w prawo, 

raz   w   lewo.   Szukałem   odpowiedniej   dla   siebie   farmy. 

Przyjemnie  tak wędrować mając  pełną kieszeń i mnóstwo 

wolnego czasu. Przypomniałem sobie dawne lata.

— Chyba nie tak bardzo dawne — sprostowałem.

— Pół   roku   na   hacjendzie,   w   jednym   miejscu,   to   dla 

mnie całe lata.

— Mam nadzieję, że nie wrócił pan do starego zawodu? 

— zaniepokoiłem się.

— O, nie! Przy oglądaniu co ładniejszej farmy, gdy jej 

cena nie pasowała do mojej  kieszeni, przyznam,  iż kusiło 
mnie,   aby  w dawny sposób  co  nieco sobie  dorobić.  Lecz 
przezwyciężyłem tę chętkę. Skąd jednak miałem wyciągnąć 
brakujące kilkaset dolarów? A właściciel gospodarstwa, co 
za   pech!...   zawsze   okazywał   się   wyrachowanym, 
nieustępliwym sprzedawcą.

— Nie trafiło się nic tańszego?

Owszem.   Czemu   więc   nie   kupiłem?   To   wina 

Gonzalesa.

— Zbyt mało płacił?
— O nie! Tylko że pokazał mi rzeczy, jakich dotąd nie 

oglądałem. Chociażby wnętrze budynku hacjendy. Te sale, 

pokoje, łazienki. Ta gorąca woda ciurkająca ze srebrnego 

kranu, ech...

— I zapragnął pan mieć coś podobnego.

Taki głupi to ja nie jestem. Skąd bym wydobył  tyle 

pieniędzy? Lecz pomyślałem, że jak już mam coś kupić, to 
nie chałupę zbitą z pniaków, z jedną izbą i okienkiem, przez 
które   mucha   z   trudem   się   prze-ciśnie.   Stałem   się 
wymagający.   Zapragnąłem  domku   z  pokojami,   z  podłogą, 

background image

nie klepiskiem, z małą werandką i kolumienkami. A dokoła 
ogródek, a za ogródkiem stajnia i corral. Są takie farmy w 
Teksasie,   lecz   piekielnie   drogie.   Zwłaszcza   jedna   bardzo 
przypadła   mi   do   serca,   niedaleko   Abilene.   Biały   domek 
obrośnięty dzikim winem.  I zabudowania gospodarcze  jak 
się   patrzy.   Na   mój   gust   to   było   to,   o   czym   marzyłem. 
Dziwiłem się,  że   sprzedają  takie   cacko  i  zacząłem  podej-
rzewać jakiś szwindel. Wiecie, dżentelmeni, że znam się na 
farmerce   i   gdyby   nie   przeciwności   losu,   byłbym   od   lat 
rolnikiem.

Wiedzieliśmy o tym, a z pewnością Bede historii swego 

życia   nie   upiększył.   Opowiadał   ją   podczas   pobytu   w 
Meksyku. Jego ojciec był farmerem. Więc tylko kiwnąłem 
głową na znak potwierdzenia.

—   Obejrzałem   dokładnie   zabudowania   oraz   zwierzęta: 

stadko   krów,   dwa   konie   i   jednego   muła.   Na   mój   rozum 
wszystko   było   w   porządku.   Dopiero   później   zagadka   się 
wyjaśniła.   Otóż   farmer   miał   dwu   synów   w   Kalifornii. 
Żonatych   i   dzieciatych.   Obaj   dorobili   się   setek   hektarów 
ziemi,   a  teraz  wzywali  ojca  do  siebie.  Farmer   był   starym 
człowiekiem, jego żona również posunięta w latach, a pomoc 
jednego parobka na pewno nie wystarczała. Przestałem się 
dziwić. Musiałem przypaść do serca gospodarzowi, bo gdy 
odjeżdżałem,   obiecał,   że   jeszcze   poczeka   ze   sprzedażą   z 
roczek.   Ruszyłem   dalej.   Przyznaję,   że   wówczas,   właśnie 
wówczas, począłem przemyśliwać, czyby choć ze dwa razy 
nie zabawić się na nowo w łapacza.

Wędrowałem od miasteczka do miasteczka, od osady do 

osady. Lecz nie znalazłem ani jednego listu gończego. Świat 
nagle strasznie zuczciwiał. Może to był  mój pech, a może 
właśnie w ten sposób los ocalił mnie od kuli szybszego niż ja 
strzelca?

Przemyśliwałem,   w   jaki   inny   sposób   zebrać   brakujące 

pieniądze.   Nawet   próbowałem   zaciągnąć   się   w   służbę 
któregoś  z   farmerów,   lecz   płacili   tak  mało,   iż   musiałbym 
chyba  ze sto lat  harować, by zdobyć  potrzebne  dolary.  A 
tymczasem to, co mi dał Gonzales, coraz bardziej topniało. 
Prawda, iż niczego sobie nie odmawiałem,  że sypiałem w 
łóżkach hotelowych, a nie na prerii z siodłem pod głową, że 
jadłem   w   saloonach   z   talerzy,   a   nie   przy   obozowych 
ogniskach z patyka.

background image

Chociaż   te  rybki   wczorajsze   były   znakomite.     Jak   je 
złapaliście?

— Na wędkę — wyjaśnił Karol. — Żadna to sztuka.
— A jednak sztuka. Myślę, że na pustkowiu umarłbym z 

głodu — wyznał szczerze.

Nie żywiłem co do tego żadnych wątpliwości, Barry Bede 

—   najpierw   początkujący   rolnik,   później   łapacz,   chociaż 
przez długi czas przemierzał ziemie Dzikiego Zachodu, nie 
miał   w   sobie   nic   z   westmana.   Ścigając   przestępców 
wędrował od miasteczka do miasteczka, od osady do osady i 
z   farmy   do   farmy,   aby   zasięgnąć   wiadomości,   i 
przypuszczam,  że samotnie nie spędził pod gołym  niebem 
ani jednej nocy. Posiadał celne oko i szybką rękę, lecz — 
rzecz   przedziwna   —   był,   jak   to   zdołałem   stwierdzić   w 
Meksyku, bardzo kiepskim myśliwym. Krótką bronią władał 
bardzo sprawnie, z długą mu to nie wychodziło.

Pomilczeliśmy chwilę. Bede westchnął, pewnie do swych 

wspomnień.

— Nie nudzę was? — zapytał.
Zaprzeczyliśmy.
— To dobrze — stwierdził. — Później poproszę o radę, 

lecz musicie wysłuchać mnie do samiuteńkiego
końca. W przedziwne bowiem wpadłem tarapaty. Że was tu 
spotkałem, to cud prawdziwy i chyba moja
szczęśliwa gwiazda ciągle jeszcze świeci na niebie. Na czym 
to ja stanąłem? Aha, pieniędzy posiadałem coraz
mniej, lecz któregoś dnia spotkałem Freda Clarka.
  W samym Amarillo, bo i tam trafiłem szukając wymarzonej 
farmy,   to   znaczy   ładnej   i   taniej.   Tamtej,   w   okolicach 
Abilene, musiałem się przecież wyrzec, nie jestem fantastą.

Usłyszawszy   te   słowa   pomyślałem   coś   wręcz   prze-

ciwnego.   Bede   był   właśnie   fantastą,   niebezpiecznym   dla 
samego siebie.

background image

— To stało się w knajpie — opowiadał. — Tkwiliśmy 

stołek przy stołku, wcale się nie znając. Takie już
zrządzenie   losu.   Knajpa   elegancka,   ani   słowa.   Szynkwas 
błyszczał   jak   srebro,   przy   szynkwasie   rząd   wysokich 
stołków. Nie ma potrzeby opierać się o blat, odpoczywasz 
wygodnie, a barman podsuwa ci, czego tylko zapragniesz. 
Łapserdaków do takiego lokalu nie wpuszczają. Broń należy 
oddawać   facetowi   przy   wejściu,   za   numerkiem.   Dziwny 
zwyczaj,   ale   chyba   rozsądny.   Na   szczęście   ubranie,   które 
otrzymałem w prezencie od Gonzalesa (bodaj mu się zawsze 
dobrze   wiodło!),   wyglądało   doskonale,   co   mój   sąsiad, 
właśnie Fred Clark, musiał zauważyć.

Zjadłem, co należy, opróżniłem kufelek, ciągle dumając o 

swej   farmie.   Zerknąłem   na   sąsiada.   Po   stroju   trudno 
odgadnąć, kim kto jest. Chociaż trapera zawsze się pozna. 
Lecz   na   trapera   ten   człowiek   nie   wyglądał.   Na   farmera 
również   nie.   Zerkam   raz   i   drugi.   Zauważył   to,   bo   się 
odezwał nagle:

„Pan nietutejszy, prawda?"
„A nietutejszy" — przyznałem.

„Przejazdem?"

„Przejazdem".

„W interesie?"
„Owszem, szukam pewnego interesu".

„Może   potrafię   pomóc,   znam   to   miasto   jak   własną 

kieszeń".

Wyjaśniłem, o co mi chodzi.
„Farma? — zastanowił się. — Hm, jest tu w okolicy sporo 

gospodarstw.   Na   pewno   któreś   na   sprzedaż,   trzeba   się 
popytać".

Wypiliśmy   na   znajomość,   raz   i   drugi,   i   umówili   na 

następny dzień. Okazało się, że mieszkamy w tym samym 
hotelu. Następnego ranka już gadaliśmy sobie po imieniu, 
jak starzy znajomi.

— Prędko poszło — mruknął Karol.

background image

Uśmiechnąłem się w duchu. Tak, mój przyjaciel w swym 

barwnym   życiu   zdobył   sporo   doświadczeń,   często 
przykrych,   ale   właśnie   na   takich   człowiek   rozumny 
najszybciej się uczy. Karol nie był odludkiem, nie stronił od 
ludzi,   lecz   z   zawieraniem   nowych   znajomości   bardzo   był 
ostrożny. Zwłaszcza wśród wędrówek po Dzikim Zachodzie. 
Jakże   więc   musiał   potępiać   Bedego   za   wręcz   dziecinną 
lekkomyślność.

— Dużo   wtedy   miał   pan   pieniędzy?   —   zagadnąłem 

niedoszłego farmera.

— No...   —   zająknął   się   —   chciałem   przecież   nabyć 

gospodarstwo.

Widać jakoś było mu niezręcznie wyjawić sumę. Pewnie 

wstydził się, że tyle przetracił, więc nie nalegałem.

— Mniejsza   z   tym.   Jednak   to   była   nieostrożność   z 

pańskiej strony zaprzyjaźnić się z obcym człowiekiem.

— Święte słowa, doktorze! Święte słowa, lecz proszę nie 

myśleć,  że Clark mnie  okradł,  oszukał lub ograł  w karty. 
Albo że zaciągnął pożyczkę. Taki on nie był i nie jest. Nie 
zgrzeszyłem   ostrożnością,   prawda,   jednak   moja 
nieostrożność polegała na czymś innym.

Zabrzmiało to zagadkowo. W jakąż kabałę znowu wplątał 

się   Bede?   Już  zacząłem  przypuszczać,  że  nabył  farmę  od 
osoby, która nie była jej właścicielem. Omyliłem się. Bede 
nie   został   rolnikiem,   lecz   —   jak   sam   twierdził   — 
młynarzem. W jaki jednak sposób?

Z   tym   jakimś   Clarkiem   objeżdżał   okolice   Amarillo. 

Znaleźli kilka gospodarstw na sprzedaż, lecz te, dostępne dla 
kieszeni, leżały w całkowitej ruinie i wymagały potężnego 
wkładu   pieniędzy,   by   doprowadzić   je   do   jakiej   takiej 
użyteczności.   Natomiast   za   inne,   kwitnące,   domagano   się 
zapłaty przerastającej możliwości Bedego.

— Nie wiedziałem,  co  począć,  bo i pieniędzy,  jak 
domyślacie się, dżentelmeni, wcale mi nie przybywało. 

  Zwierzyłem się z tego Clarkowi. Oświadczył, iż w takim 
razie nie ma co marzyć o farmie, chociaż... byłby sposób na 
podreperowanie funduszów, ale on nie chce mnie do niczego 
namawiać. Myślałem, że w ten sposób zachęca do 
spróbowania szczęścia w kartach, i od razu odmówiłem. 
Lecz Clarkowi nie to było w głowie. Powiedział, że sporo 
wędrował po Górach Skalistych i niejeden raz napotykał 
ludzi szukających złota. Podobno wielu z nich doszło do 
majątku. Zaproponował więc, abyśmy razem wyruszyli na 
wyprawę. Dowodził, iż życie w górach na pewno wypadnie 
taniej niż w miejskich saloonach i hotelach. Co racja, to 
racja. Rada w radę zadecydowaliśmy udać się w pasmo San 
Juan, właśnie tu, w Kolorado. Z Amarillo do San Juan to 
szmat drogi, tylko że ja wówczas o tym jeszcze nie 
wiedziałem. Gdy zaproponowałem część trasy przebyć 
koleją, wyśmiał mnie. Twierdził, iż cena biletów oraz opłata 
za transport koni wielokrotnie przewyższą koszty wędrówki 
na siodle. Uwierzyłem. Później się okazało, dlaczego tak 
twierdził: bo sam był bez jednego centa. Więc gdy przyszło 
do zakupu żywności na drogę, amunicji do broni, kilofów i 
łopat, musiałem za wszystko zapłacić. Clark bardzo mi 
dziękował i przyrzekł zwrócić, gdy tylko odkryjemy chociaż 
najmniejszą żyłkę złota.

Wreszcie opuściliśmy Amarillo w wesołych humorach, bo 

background image

czegóż   nam   brakowało   do   szczęścia?   Jak   wiecie, 
dżentelmeni,   nie   lubię   długo   tkwić   w   jednym   miejscu. 
Kocham ruch, a wtedy wyobrażałem sobie, iż czekają mnie 
w górach całe pola nuggetów, wielkich jak orzechy, za które 
kupię farmę jak się patrzy!

— Chociaż   nie   lubi   pan   tkwić   w   jednym   miejscu   — 

zauważyłem nieco złośliwie. — Jak to pogodzić?

Da się pogodzić, doktorze. Przy pracy na roli nie ma 

czasu   na   nudę,   a   to   właśnie   nuda   podsuwa   wariackie 
pomysły. Gdybym miał własny kawał gruntu... ho, ho!

— Więc   powędrowaliście   w   kierunku   San   Juan   — 

przypomniał   Karol,   którego   rozwlekła   gadanina   widać 
poczęła nużyć.

— Oczywiście. I dotarliśmy tam.
— Nie   słyszałem,   aby   w   tamtym   paśmie   znaleziono 

chociaż drobinę złota.

— Ech, nie jest aż tak źle. Tylko że ja się nic a nic na tym 

nie znałem.

— A Clark?

Raczej zajmował się wszystkim innym niż szukaniem 

bonanzy.

— Toście się świetnie dobrali — stwierdził Karol.
Bede pominął milczeniem uszczypliwą uwagę, a ja 
spojrzałem z wyrzutem na przyjaciela. Nie miał zwyczaju 
naigrywać się z pokonanych, a w tym wypadku 
pokonanym był właśnie Bede, łatwo przecież odgadnąć. 
Domyślałem się, iż wyprawa w San Juan nie ziściła 
nadziei. Później Karol usprawiedliwiał się przede mną. 
Oburzyła go tak bezgraniczna lekkomyślność, wręcz 
głupota nie do darowania.
— Ten   człowiek   ma   nadzwyczajne   szczęście   w   swych 

nieszczęściach   —   dodał.   —   Inny,   znacznie   mądrzejszy   i 
roztropniejszy,   doświadczywszy   połowy   niepowodzeń 
Bedego, albo żyłby w nędzy, albo zginął. A ten, skądkolwiek 
zleci, zawsze spada na cztery łapy jak kot.
Powiedz, Janie, czy to sprawiedliwe?

Bardzo mnie ubawił takim pytaniem.

Wracam   do   opowieści   Bedego   o   tej   idiotycznej,   nie 

przemyślanej   eskapadzie   w   dzikie,   nieznane   góry,   o   lek-
komyślności   ludzi,   którzy  nie   mieli   pojęcia,   gdzie   szukać 
złota   i   jak  je   wydobywać.   Zaopatrzeni   w   kilofy,   łopaty  i 
patelnie, ruszyli.

background image

— Najpierw — gadał Bede — szło nam zupełnie nieźle. Z 

Amarillo   skierowaliśmy   się   na   północny   zachód, 
przeprawiając się przez południowy, później przez północny 
Canadian   w   Oklahomie,   z   kolei   przez   Cimarron,   aż 
znaleźliśmy się w Kolorado. Do tego miejsca Clark świetnie 
mnie prowadził. Każdej nocy mieliśmy dach nad głową, a 
konie pełne żłoby w stajni. Niekiedy zatrzymywaliśmy się u 
farmerów, którzy za nocleg ani za strawę nie chcieli przyjąć 
nawet   centa.   Tę   gościnność   wyrównaliśmy   z   nawiązką   w 
saloonach   i   hotelach.   Zwłaszcza   w   Trinidad,   na   południu 
Kolorado,   zdarto   z   nas   dziesiątą   skórę.   Ściślej,   zdarto   ze 
mnie, bo Clark, jak już wspominałem, nie miał pieniędzy. 
Odkąd jednak skręciliśmy na zachód, poczęło się nam gorzej 
wieść.   Farmy   poznikały,   miasteczek   coraz   mniej.   Dobre 
drogi zamieniły się w kiepskie, wreszcie całkowicie znikły. 
Żeby   dotrzeć   do   San   Juan,   wiecie   o   tym   na   pewno, 
dżentelmeni,   należy   najpierw   sforsować   wyżyny   pasma 
Sangre de Christo. Oj, to nie była zabawa, lecz ciężka praca, 
zwłaszcza   dla   naszych   koni.   Wyżej   i   coraz   wyżej!   Już 
myślałem, że tym sposobem trafimy żywcem do nieba. Na 
koniec skały się rozstąpiły i ujrzałem kraj leżący po drugiej 
stronie,   wcale   nie   piękniejszy  od  tego,   który  opuściliśmy. 
Drogę  przeciął   nam  strumień,   więc  wędrując   wzdłuż   tego 
strumienia   doszliśmy   do   większej   rzeczki   i   odtąd   jechali 
wzdłuż jej koryta. Clark twierdził, że to Rio Grandę, która 
wypływa  z San Juan, wobec czego dotarliśmy do celu. A 
teraz   pozostaje   tylko   szukać   i   śmiałym   niech   szczęście 
sprzyja!

I tak oto w pewnej dolinie zanurzyliśmy po raz pierwszy 

nasze patelnie w piasku bezimiennego strumyka.

Nie   wiedziałem,   że   to   aż   taka   sztuka   bełtać   wodę   na 

patelni,  żeby błoto wyleciało,   a  pozostały ciężkie  ziarnka 
metalu.  Clarkowi  od  razu  udawało  się,  ale i ja wkrótce 
nauczyłem się tej sztuki. I cóż powiecie, dżentelmeni? Złote 
punkciki poczęły błyskać na dnach naszych patelni. Co za 
traf!   Już   widziałem   siebie   hacjenderem   na   wymarzonej 
farmie!   Uścisnęliśmy   sobie   dłonie,   a   później   napoczęli 
butelczynę, jaką na ten cel przywiozłem. I dalej do roboty!

Babraliśmy się w wodzie i piachu, póki mrok nie ogarnął 

dolinki   i   uniemożliwił   wyszukiwanie   złotych   ziarnek,   nie 
większych od główki szpilki.

Pierwszy nocleg w górach wypadł jak najgorzej. Zajęci 

szukaniem złota zapomnieliśmy o bożym świecie, a przede 
wszystkim o przygotowaniu obozowiska. Gdy zapadła noc, 
na   łapu-capu   poczęliśmy   szukać   opału   i   nie   znaleźli   nic, 
poza   zbutwiałym   kawałem   drewna,   wyrzuconym   przez 
wodę. Pożytku żadnego, nie chciał się palić.

Coś tam przegryźliśmy na sucho i napoili konie. Teraz 

okazało się, iż w dolince nie rośnie nawet najmizerniejsza 
trawa. Nie mieliśmy czym nakarmić wierzchowców.

Tej nocy spałem okropnie, budząc się co pewien czas i 

szczękając zębami z zimna. Gdzieś z wysokości spadł na nas 
lodowaty   wiatr,   więc   przemarzliśmy   do   szpiku   kości.   To 
było okropne. Na długo przed świtem poczęliśmy biegać dla 
rozgrzewki   tam  i   z   powrotem.   Tak  zastał   nas  dzień,   lecz 
jeszcze wcale nie pocieplało. Wytłumaczyłem Clarkowi, że 
nie możemy tu pozostać ani godziny dłużej. W dolince nie 
rosną drzewa, nie rośnie żaden krzak zdatny na rozpałkę ani 

background image

trawa. Zamarzniemy na śmierć, a konie padną z głodu.

Trochę się upierał, żeby jeszcze pogrzebać w korycie, lecz 

wkrótce ustąpił. Ruszyliśmy dalej w górę rzeczki, a dolinka 
raz się rozszerzała, raz zwężała do rozmiarów wąwozu. W 
ten sposób przewędrowaliśmy dobre dwie mile. Nie jestem 
piechurem,   więcej   czasu   spędziłem   na   siodle   niż   na 
podeszwach   własnych   butów,   a   tę   dwumilową   drogę 
odbyliśmy pieszo wiodąc konie za uzdy. Clark twierdził, że 
w   ten   sposób   nie   przeoczymy   żadnej   bonanzy.   Dobrze 
czułem w kościach spacerek.

Wszystko   ma   swój   kres,   niekiedy   dobry,   niekiedy   zły. 

Nagle ujrzeliśmy pionową skałę zamykającą drogę, jednak 
woda płynęła nadal, tak samo spokojnie jak przedtem. Był to 
bowiem   tylko   nagły   zakręt   wąwozu,   a   za   tym   zakrętem, 
kilka jardów zaledwie, rozstąpiły się skały tworząc kolistą 
łączkę.   Przez   jej   środek   mknął   nurt   strumienia.   Zbocza 
porastały drzewa, a dalej, w głębi, walił z wysokości stromej 
iglicy wodospad.

Tak   oto   dotarliśmy   do   źródeł   naszej   rzeczki.   Migiem 

rozpaliłem ogień, nastawiłem wodę w garnku, Clark zajął 
się   rozkulbaczeniem   koni.   Później...   ach,   cóż   to   była   za 
uczta!

Byłem piekielnie zmęczony, Clark również. Przecież nie 

wytrzymał.   Ledwie   połknął   ostatni   kęs,   porwał   patelnię   i 
pognał do rzeczki. Położyłem się z siodłem pod głową. Nie 
upłynęło i kilka minut, a mój kompan przygnał z patelnią.

„Popatrz! — wrzasnął. — Popatrz, Barry, i bierz się żywo 

do roboty!"

Siadłem,   spojrzałem   i,   porwałem   się   na   nogi.   Patelnia 

Clarka   lśniła   od   złotych   punkcików,   było   ich   znacznie 
więcej niż wówczas, za pierwszym razem. Nie zasnąłbym po 
takim widoku.

Cały   dzień   taplaliśmy   się   w   wodzie   i   w   piachu.   Za-

pomnieliśmy  o  obiedzie,   zapomnieliśmy  o  całym  świecie, 
dopiero zmrok oderwał nas od roboty. Wtedy poczułem, co 
to   znaczy  płukać   złoto.   Grzbiet   mnie   bolał,   nogi   miałem 
zdrętwiałe   od   lodowatej   wody.   Chyba   Clark   czuł   się 
podobnie,   bo   ledwie   dowlókł   się   do   obozowiska.   Obaj 
osunęliśmy się na ziemię, ciężko dysząc. Nigdy dawniej nie 
przypuszczałem, że to piekielne złoto tyle wymaga zachodu. 
Ileż   wysiłku   kosztowało   mnie   wtedy   rozpalenie   ognia   i 
zagotowanie wody!

Do   ranką   zmęczenie   minęło,   więc   z   nowym   zapałem 

pognaliśmy do naszej bonanzy. Po drugim dniu pracy dno 
woreczka pokryło się żółtym pyłem.  Jednak nie było tego 
wiele.   Skalkulowałem,   że   jeśli   nadal   tylko   tyle   będziemy 
zbierać,   i   roku   nie   starczy,   abym   uciułał   na   swą   farmę. 
Powiedziałem o tym Clarkowi, przyznał mi rację.

„Musimy   przenieść   się   pod   tamten   wodospad   —   zde-

cydował. — Coś mi się wydaje, że woda wypłukuje złoto z 
wnętrza skały".

Nazajutrz powędrowaliśmy z pół mili i znowu na skraju 

puszczy rozbili obóz. I natychmiast... do roboty!

Clark dobrze poradził. Im bliżej wodospadu, tym więcej 

złota leżało w korycie  rzeczki. Ba, znalazłem nawet dwie 
małe grudki, a mój kompan aż trzy. Podeszliśmy do miejsca, 
gdzie z szumem spadała z góry spieniona woda. Był to dołek 
głęboki na pół chłopa. Zrzuciliśmy odzież i buch, do dołka! 

background image

Dzień był gorący, a przecież gdym zanurzył się w wodę, aż 
mną zatrzęsło. Dłużej jak pięć minut nie sposób było tu usie-
dzieć.

Odtąd pracowaliśmy na zmianę: jeden grzał się w słońcu, 

drugi,   drżąc   na   całym   ciele,   uwijał   się   jak   szatan   w 
lodowatej kąpieli. Opłaciło się. Pod koniec dnia mieliśmy ze 
cztery garście złotych orzeszków. Byłem słaby jak mucha, a 
Clark jak komar. To pewnie od tej wody, albo z głodu, bo 
obiadów nie jadaliśmy, żeby nie tracić czasu.

— Iz jednego, i z drugiego — zauważył Karol. — Ludzie 

nazywają to gorączką złota. Trudno się od niej ustrzec nawet 
starym wygom, a cóż dopiero początkującym greenhornom. 
Sam  widziałem,   jak  tacy  poszukiwacze   ograniczali   się   do 
jednego   posiłku   dziennie,   a   później   marli   ni   z   tego,   ni   z 
owego.

background image

    — To znaczy, że postępowaliśmy głupio?

— Bardzo głupio — bezlitośnie stwierdził Karol.
Spostrzegłem, iż Bede nie wziął do serca tak ostrej

oceny. Machnął tylko ręką i wrócił do przerwanej opo-
wieści.

— Po   kilku   następnych   dniach   posiadaliśmy   pół   wo-

reczka samych nuggetów, ale już nic więcej nie znaleźliśmy 
w   naszej   dziurze.   Należało   poszukać   wyżej,   to   znaczy  w 
skale,   z   której   walił   wodospad.   Ba,   łatwo   postanowić, 
trudniej wykonać. Clark twierdził, iż w miejscu, z którego 
woda wypływa, musi istnieć złota żyła. Lecz jak się do tej 
żyły dostać? Próbowaliśmy oskardami powybijać stopnie w 
skale. Nic z tego. Wiecznie mokra ściana nie dawała oparcia 
ani nogom, ani rękom. Więc tylko wyłamywaliśmy okruchy 
skały, oglądali każdy chyba ze sto razy, lecz na żadnym z 
nich nie było nawet śladu złota.

— Kto wie — mruknął  Karol — złoto mogło tkwić w 

środku, lecz żeby je wydostać, należało zemleć kamień na 
proszek.

— Pewnie ma pan rację. Nam to nie przyszło do głowy, 

zresztą...   skąd   mieliśmy   wziąć   taki   młyn?   Wróciliśmy   do 
przemywania piasku z rzeczki. To trwało ze dwa tygodnie. 
Wyniki   były   coraz   gorsze.   Na   dobitkę   kończyła   nam   się 
żywność. Należało poszukać czworonogiej pieczeni. Droga 
wiodła   przez   las,   na   szczęście   rzadki,   porastający  niezbyt 
strome   zbocze,   i   bez   większego   wysiłku   osiągnęliśmy 
kopulasty szczyt. Za nim widniała następna dolinka, tyle że 
bezwodna. Powędrowaliśmy dalej, raz pieszo, raz konno, aż 
wieczorem   trafiliśmy   na   górski   potoczek.   Tam 
zanocowaliśmy.   Kiepsko   wypadł   wieczorny   posiłek. 
Przypomniał nam, że jeśli sprawy nadal tak się będą toczyć, 
przyjdzie zginąć z głodu. Więc mimo  zmęczenia o świcie 
zaczailiśmy się nad strumykiem. Los się do nas uśmiechnął. 
Clark ustrzelił łosia, ja paskudnie spudłowałem.

background image

Lecz   to   był   ostatni   uśmiech   losu.   Złota   nigdzie   nie 
odkryliśmy,   nawet   tyle,   żeby   wypełnić   nim   naparstek. 
Dalsza   włóczęga,   raz   tu.   raz   tam,   nie   dała   żadnych   re-
zultatów, poza jeleniem (to znowu zasługa Clarka) i kilkoma 
indykami.   Lecz   trafiały  się   dni,   kiedy   tylko   leśne   jagody 
zaspokajały nasz głód. Miałem już tego dosyć. Rada w radę, 
należało wracać do naszej pierwszej dolinki. Ba, ale podczas 
tak   długiej   wędrówki   wszystko   nam   się   pokręciło.   Nie 
potrafiliśmy odszukać drogi powrotu. Najgorsze nastąpiło w 
dwa dni później: napadnięto nas!

Wieczorem w bardzo zacisznym  miejscu, gdzie, jak się 

zdawało,   nigdy   nie   stąpnęła   noga   człowieka.   Nawet   nie 
zdążyłem wyplątać się z koca. Gdybym zdążył! Mój pas z 
coltami   spoczywał   na   długość   ręki,   ale   tej   ręki   już   nie 
zdążyłem wyciągnąć. Pierwszy raz tak mi się przydarzyło, 
że przeciwnik okazał się szybszy. Ja jeszcze leżałem, gdy on 
stał nade mną. I nadal musiałem tkwić na ziemi naprzeciw 
lufy skierowanej pro-ściutko w mą pierś. A jak zachował się 
Clark?

O, wcale nie lepiej. I trudno mieć do niego pretensję. Nad 

nim   sterczał   drugi   drab   z   rewolwerem   w   łapie.   Księżyc 
błyszczał,   gwiazdy   świeciły,   było   widno,   prawie   jak   w 
dzień. Dobrze widziałem zarośnięte gęby napastników. Ech, 
gdybym się na nich natknął mając pas z coltami na sobie! 
Nic z tego.

Clark   milczał,   bandziory   milczały.   Uznałem,   że   należy 

przerwać   tę   ciszę.   Jeszcze   się   łudziłem,   że   to   jakieś 
nieporozumienie.

„Dżentelmeni — pytam — o co chodzi?"
„Zaraz   się   dowiesz.   Rozwiń   koc   i   obróć   się   plecami. 

Tylko nie próbuj żadnych sztuczek".

Ani mi to było w głowie!

Uczyniłem, co mi polecił, a później pozwoliłem związać 

sobie ręce i nogi, zupełnie jak cielak przed cechowaniem. 
Leżałem   z   nosem   w   ziemi,   zerkając   na   prawo   i   lewo. 
Dlatego   dostrzegłem,   jak   skrępowano   Clarka.   W   ten   sam 
sposób. Nawet nie mruknął, i słusznie.

Później te dwa draby (było ich tylko dwu, ale i tak o dwu 

za   dużo!)   zajęły   się   przetrząsaniem   naszych   bagaży. 
Najbardziej   interesowały   ich   wnętrza   juków.   Oczywiście 
znaleźli   woreczek  ze   złotem,  a   z  kolei   moje  pieniądze  w 
kieszeni kurty. Nie zdradzę, ile tego było i nie pytajcie, bo 
mnie krew zaleje. Mogłem przecież, idiota, przed wyprawą 
złożyć je w jakimkolwiek banku. Czemu tak nie postąpiłem?

Jaki był dalszy ciąg? Odeszli na stronę i coś tam między 

sobą   szeptali,   a   co   z   tego   szeptania   wynikło,   zaraz   się 
dowiedziałem  „Słuchajcie,   greenhorny —  rzekł  ten,   który 
mnie skrępował. — Żadnej krzywdy wam nie wyrządzimy. 
Zostawiamy   broń,   konie   i   dobrą   radę   na   przyszłość:   jak 
jeden   śpi,   to   drugi   powinien   czuwać.   Żeby   wam   to   w 
głowach mocno utkwiło, zabieramy złotko i pieniążki".

Tak to pieszczotliwie określił, a ja tylko zęby zacisnąłem i 

połknąłem całą złość. Tamten jeszcze dodał: „więzów nie 
możemy   zdjąć,   chyba   rozumiecie,   dlaczego?   Ale 
okrutnikami nie jesteśmy. Trochę się je rozluźni i do rana się 
wyswobodzicie".

I   tak   nas   zostawili.   Lecz   przed   odejściem   bandzior 

położył mi przed nosem trzy spore nuggety.

background image

„Na pamiątkę" — zaśmiał się.

I jeszcze dołożył dwie, moje własne, pięciodolarówki.

„Na   nową   drogę   życia"   —   dodał,   a   mną   zatrzęsło   z 

oburzenia i wściekłości.

Okazało się, że Clark również otrzymał trzy nuggety, lecz 

ani centa. Słyszałem, jak odchodzili, jak zastukały kopyta po 
kamieniach.  Gdzieś  blisko  ukryli   konie.  Później  wszystko 
ucichło,   a   my   zaczęliśmy   się   mozolić   z   rzemieniami   na 
rękach i nogach. Co przy tym wygadywaliśmy na zbójów, 
nie będę powtarzał.  Możecie się domyślić.

Chociaż   nam   pęta   rzeczywiście   rozluźnili,   dopiero   po 

kilku   godzinach   zdołaliśmy   je   zdjąć.   Rankiem   wsko-
czyliśmy na siodła i w drogę, byle dalej od miejsca naszej 
klęski. Gdyby przydarzyła się na równinie prerii, pierwszy 
pognałbym   za   rabusiami,   lecz   jakże   ich   doścignąć   w 
labiryncie gór i dolin?

Później   długo   jeszcze   szukaliśmy   złota.   Bez   rezultatu. 

Nadeszła   jesień.   Czas   było   wracać   w   ludzkie   strony.   Po 
górach wędrowaliśmy razem, gdy zaczęły się płaszczyzny, 
postanowiliśmy się  rozdzielić.  Dlaczego?

Wyglądaliśmy jak dwa głodomory i dwaj obszarpańcy, 

bo   ubrania   nasze   znajdowały   się   w   stanie   żałosnym. 
Naszego obuwia nie podjąłby się wylatać nawet najbardziej 
biedujący szewc. Tylko konie kwitły zdrowiem, odpasły się 
na   górskich   halach.   Tym   gorzej   dla   nas!   Wcale   nie 
pasowały do właścicieli i mogły budzić podejrzenie, że są 
kradzione.

Clark twierdził, że widok takich dwu, jak my, wystarczy, 

aby każdy farmer, wbrew zasadom gościnności, zatrzasnął 
nam   drzwi   przed   nosem,   a   szeryf   miasteczka   kazał   się 
wynosić   tam,   gdzie   diabeł   pacierze   odmawia.   Jednego 
oberwańca to jeszcze ludzie jakoś ścierpią, lecz dwu zaczną 
się lękać.

Przyznałem mu rację. I tak doszło do rozstania.

„Barry   —   poradził   mi   Clark   —   kieruj   się   prosto   na 

południe. Trafisz na rzeczkę. Niegłęboka. Przejdź na drugi 
brzeg i znowu prościutko. Nie będzie więcej niż dwie mile, 
jak ujrzysz  domostwa.  Miasteczko nazywa  się  Goodyear. 
Może dla ciebie znajdzie się tam jakiś dobry rok? Jest w 
tym miasteczku hotel i saloon równocześnie, Lucky Saloon. 
Ano, świetnie pasuje do Goodyear. Pracowałem tam przez 
pewien czas. Właściciel, Martin Harper, sympatyczny facet. 
Spróbuj   zaczepić   się   u   niego,   ale   na   mnie   lepiej   się   nie 
powołuj. No, trzymaj się stary!"

Po tych słowach uścisnęliśmy sobie dłonie. On ruszył na 

północ,   ja   na   południe.   Miałem   pięknego   konia,   niezłą 
uprząż,   dwa   colty,   winczestera,   dziury   w   butach,   podarte 
portki,   a   w   kieszeni   trzy  grudki   złota   i   pięć   dolarów,   bo 
drugą   piątkę   dałem   Clarkowi...   To   było   na   jesieni,   przed 
rokiem.   Teraz   wyglądam   jak   bogacz.   Ale   pech   mnie 
prześladuje...   znowu   wpadłem   w   kłopoty,   z   których   nie 
wiem, jak się wywikłać. Bo na tamtej wyprawie w góry moja 
przygoda wcale się nie skończyła.

background image

Wielki plan

Był  sam i  w bardzo  kiepskim humorze.   Nie  z  powodu 

samotności.   Tej   się   nie   lękał.   Posiadał   przecież   broń, 
ścigłego   wierzchowca,   celne   oko   i   szybką   rękę.   Żadne 
spotkanie na tym pustkowiu nie wydawało mu się groźne. 
Zresztą, gdzieś niezbyt daleko leżało miasteczko o śmiesznej 
nazwie Goodyear, w którym na pewno sprawiedliwy szeryf 
pilnował ładu i przepisów prawa.

Zły humor wynikał z tego, że z całego majątku zostało mu 

pięć   dolarów  i  trzy grudki   złota  i  że   był   tak  głodny,  jak 
nigdy w swym pełnym przygód życiu.

Rozglądał   się   dokoła,   jadąc   lekkim   kłusem,   czy   nie 

dostrzeże gdzieś łatwej do strzału zwierzyny,  najlepiej — 
indyków,  bo o upolowaniu płochliwej antylopy nawet nie 
marzył.

Lecz   płaszczyzna   porosła   przekwitłą   już   szałwią   wy-

glądała tak, jakby nigdy nie biegało tu nic, co można by przy 
ognisku   zamienić   w   pachnącą   dymem   i   mięsem   pieczeń. 
Ujrzał przed sobą gęsty pas wysokich zarośli, ciągnący się 
ze wschodu, na zachód. Odgadł, że jest to zapowiedziana 
przez Clarka rzeczka, a dwie mile za rzeczką, miał leżeć ów 
Goodyear, w którym na pewno można się najeść po uszy, 
wstąpiwszy do „Lucky Saloon".

Zmusił konia do galopu, ale przed zaroślami zatrzymał 
zwierzę. Ponad czubkami krzewów ujrzał piasz-

czystą plażę i szerokie koryto płytkiej wody. Dokoła pusto 
— na prawo, na lewo, na tamtym brzegu. Zeskoczył z siodła, 
ujął wierzchowca za cugle i rozgarnąwszy obrośnięte liśćmi 
witki, sprowadził go z pochyłej skarpy na łachę pokrytą 
gdzieniegdzie błyszczącymi w słońcu, oszlifowanymi przez 
wodę drobniutkimi kamykami. Koń stanął na granicy rzeczki 
i lądu, pochylił głowę, pił powoli i długo, od czasu do czasu 
podnosząc łeb i strząsając z warg kropelki.

Barry  Bede   spoglądał   dokoła   czujnym   wzrokiem  Starał 

się nie myśleć ani o kawie, ani o wędzonym boczku, ani o 
jajecznicy z dziesięciu jaj; której to ilości wcale nie uważał 
za przesadną. Ostatni raz jadł wieczorem poprzedniego dnia, 
jeszcze z Clarkiem. Jadł! Ale cóż to było za jedzenie, pożal 
się   Boże!   A   kawa,   którą   popili   ten   niby-posiłek?   Lekko 
brązowa woda, tyle że gorąca.

Poczuł skurcz żołądka. Przez sekundę zastanawiał się, czy 

nie rozpalić ogniska i nie zagotować wrzątku, może w ten 
sposób   oszuka   głód?   Lecz   wizja   saloonu   w   niedalekim 
miasteczku kazała mu zaniechać takiej przerwy w podróży. 
Byle  tylko dotrzeć do drzwi gospody,  zasiąść za stołem i 
najeść   się   do   syta.   A   płacić?   —   zreflektował   się.   Pięć 
dolarów pewnie starczy na jeden posiłek, lecz co później? 
Sprzedać konia? Sprzedać broń? Wierzchowca nie sprzeda. 
Nigdy!   Przecież   nie   zostanie   w   tym   Goodyear   do   końca 
życia. Popatrzał na swe buty, na swe złachmanione spodnie i 
westchnął. Ma trzy grudki złota, ach, gdyby ich miał pełen 
woreczek!   Gdyby   jego   odzież   prezentowała   się   lepiej. 
Człowiek   dobrze   ubrany   budzi   zaufanie,   może   uzyskać 
kredyt,   nikt   od   niego   nie   żąda   zapłaty   z   góry.   Takiemu 

background image

wynajmuje  się   pokój   w  hotelu bez   mrugnięcia  okiem.  Po 
kilku   dniach   Bede   znalazłby   jakąś   tymczasową   robotę   i 
spłacił dług. Był tego pewien.

background image

Co   prawda,   wędrowcy   wracający   z   gór   mają   zawsze 

zniszczone ubrania, lecz za to woreczki pełne nuggetów. I 
mogą   tylko   potrząsnąć   takim   woreczkiem   przed   oczyma 
szynkarza,   aby   otrzymać   wszystko,   czego   się   zażąda. 
Wystarczyłoby wyjąć z woreczka dwie, trzy samorodki — 
tyle właśnie, ile ich miał — aby zdobyć zaufanie i opinię 
człowieka   majętnego.   Bede   zabrał   aż   dwa   woreczki   w 
przewidywaniu   złotodajnych   plonów.   Ten   pełny   został 
zrabowany. W głębi juków spoczywał tylko pusty.

Spojrzał ponurym wzrokiem na piasek plaży, na kamyki 

hojnie   po   nim   rozsypane,   zerknął   ku   niebu,   jakby  wśród 
białych obłoczków szukał natchnienia, i klepnął się dłonią w 
czoło.

— To jest myśl — powiedział do siebie. — To jest myśl! 

Czemu nie spróbować?

Chwycił konia za uzdę, uwiązał go w krzakach. Wydobył 

z juku woreczek i wrócił na plażę. Ukląkł, począł zbierać 
kamyczki   i   wsypywać   je   do'   woreczka.   Spieszył   się.   Nie 
tylko dlatego, że był głodny, ale że lękał się, by go kto nie 
podpatrzył   przy  tak   dziwnym   zajęciu.   Bo   gdyby   ten   ktoś 
również   podążał   do   Goodyear,   cały   plan,   wielki   plan 
Bedego, straciłby wszelką wartość.

Gdy  woreczek  wypełnił   się   po  rąbek,   Bede   związał   go 

rzemykiem, schował do juku, otrzepał dłonie, wskoczył na 
siodło  i   wielce   zadowolony  z   siebie   ruszył   przez   rzeczkę 
wśród rozbryzgów wody. Na brzegu zmusił konia do galopu.

Gdzieś, niezbyt daleko, w prostej przed nim linii, leżało 

nieznane Goodyear  z wyśnioną kawą, wołową pieczenia i 
jajecznicą z dziesięciu jajek.

Jednakże   Clark   mógł   się   mylić   co   do   odległości,   a   z 

prostej   linii   łatwo   zboczyć   jadąc   nagą   płaszczyzną   bez 
żadnych   punktów   orientacyjnych.   Dlatego   Bede   wytężył 
wzrok, spoglądał w lewo i w prawo, usiłując dojrzeć szczyty 
domostw   lub   smugę   dymu.   Ale   nie   budynki   stały   się 
zwiastunem zamieszkałych stron, lecz kolejowy nasyp, a na 
nim lśniące w słońcu szyny. Biegły ze wschodu na zachód. 
Bede zatrzymał wierzchowca. Clark nic a nic nie wspominał 
o   kolei,   nie   mówił,   że   w   Goodyear   jest   stacja.   Może 
zapomniał?   Może   gdy   bawił   w   miasteczku,   pędziły   tędy 
tylko   dyliżanse?   Ba,   cóż   można   wiedzieć.   Albo   te   tory 
wiodą do Goodyear, albo je omijają.

Bede   nie   mógł   się   zdecydować,   w   jakim   kierunku 

powinien   teraz   ruszyć.   Wspomniał   jednak   słowa   Clarka: 
„przejedź na drugi brzeg i znowu prościutko, nie więcej niż 
dwie mile, a ujrzysz domostwa".

Jak   prościutko,   to   prościutko.   Zeskoczył   z   siodła, 

przeprowadził   czworonoga   przez   nasyp,   dosiadł   konia   i 
pojechał prosto przed siebie, nie zważając już na kierunek 
torów. I oto kolejowy szlak, chociaż najpierw zniknął mu z 
oczu,   znowu   się   ukazał,   dalekim   łukiem   skręcając   ku 
południowi. Na końcu tego łuku Bede zauważył zielone kępy 
drzew, a nad nimi szczyty dachów. Tam leżało Goodyear. A 
jeśli   nie   Goodyear   —  to  inne   miasteczko,   gdzie   gościnne 
saloony   zapraszają   do   swych   wnętrz   spragnionych   i 
zgłodniałych wędrowców.

Pognał   galopem.   Drzewa   i   dachy   ogromniały   w   miarę 

przebywanej przestrzeni. Ani się spostrzegł, jak wjechał na 

background image

prymitywny trakt, szeroką niby-drogę, oznaczoną koleinami 
wozów i wydeptaną przez pieszych. Przystanął. Wydobył z 
juku   woreczek   ze   żwirem,   rozwiązał   go   i   na   samym 
wierzchu położył  trzy wyjęte z kieszeni nuggety.  Zasupłał 
rzemyki,  schował woreczek i ruszył  dalej. Teraz już tylko 
truchtem.

Przejechał   drewniany,  lecz   solidny mostek,  przerzucony 

zapewne nad tą samą rzeczką, jaką napotkał poprzednio, i 
ujrzał   pierwsze   corrale   dla   koni,   zagrody  dla   bydła   — 
oczywiste oznaki zamożności mieszkańców.

Dalej   minął   pas   zieleniejącej   jeszcze   łąki,   za   nim   —

świeżo   zaorane   rżyska,   sad   pełen   jabłek,   znowu   corral, 
powtórne   rżyska,   aż   na   koniec   zwarta   linia   zabudowań 
ograniczyła   drogę   z   obu   jej   stron.   Dostrzegł   poprzeczną 
deskę, przybitą do pala na skraju drogi, która w tym miejscu 
stawała   się   ulicą.   Napis   głosił:   „Goodyear.   Mieszkańców 
984". Więc trafił do celu.

Właśnie   kilku   z   tych   984   mieszkańców   stało   przed 

piętrowym   budynkiem   ze   sztuczną,   podwyższającą   fasadą 
oraz informacją  na niej, że tu się mieści  „General storę", 
paru innych przed sąsiednią budą z szyldem „Dry goods" i 
przed dziwacznego kształtu jakąś remizą z czerwonej cegły, 
opatrzoną napisem-reklamą: „General outfitting storę. M. G. 
Hoover".

Spotkał na swej drodze wysoki  wóz farmerski, którego 

woźnica   drzemał   na   koźle,   a   konie   tkwiły   w   miejscu   z 
opuszczonymi łbami. Pewnie również drzemały. Lecz gdzie, 
u licha, ten „Lucky Saloon"?

Znowu głód dał o sobie znać. Bede postanowił wstąpić do 

pierwszego   napotkanego   saloonu,   bez   względu   na   to,   czy 
będzie   to   „Lucky",   czy   nie.   I   właśnie   w   tym'   samym 
momencie ujrzał poszukiwany lokal, budowlę wielce różną 
od  poprzednich:  szeroki  drewniany dom,  z  długą  werandą 
zajmującą   cały   front.   Przed   tą   werandą   wbito   pale 
konowiązów. Stało przy nich kilka gniadoszy i jeden piękny 
karosz, z siodłem błyszczącym srebrnymi okuciami.

Bede   uwiązał   tam   i   swego   wierzchowca,   wyjął   z   juku 

woreczek i wspiął się po stopniach werandy.

„Albo się uda, albo się nie uda — myślał desperacko. — 
Ostatecznie, mam pięć dolarów i trzy grudki złota, więc 
mnie nie oddadzą w łapy szeryfa".
Przybrał pewną siebie minę i pchnął drzwi.
Ujrzał   przestronną   salę,   stoliki,   krzesła,   bufet.   Poczuł 

znajomy zapach tytoniowego dymu, piwa, whisky i jakiejś 
potrawy,  co spowodowało ucisk w dołku, napływ śliny do 
ust i prawie mdłości.

W saloonie było nieomal pusto. Zaledwie kilku mężczyzn 

piło piwo przy stolikach, a długi szynkwas podpierało dwu 
innych,   chyba   kowbojów,   sądząc   z   ubrań,   i   chyba 
młodzieniaszków, sądząc z wyglądu twarzy. Tylko oni, jak 
zdążył   się   zorientować,   pociągali   ze   szklanek   coś 
mocniejszego od piwa.

Siadł przy pustym  stoliku, woreczek położył  pod prawą 

ręką   i   czekał,   pełen   niecierpliwości.   Młodziki   przy 
szynkwasie klepali się po ramionach, gaworzyli bełkotliwie i 
bardzo   głośno,   a   co   pewien   czas   wybuchali   śmiechem 
przypominającym   rżenie   koni.   Pewnie   mieli   dobrze   w 
czubach.   Bede   niejeden   raz   oglądał   takie   scenki   w 

background image

przydrożnych oberżach małych miasteczek, więc nie widział 
w   tym   nic   interesującego.   Jego   uwagę   przykuł   natomiast 
drobny człowieczek nieokreślonego wieku, odziany w czarne 
spodnie,   czarną  kamizelkę   i  białą  koszulę   z  podwiniętymi 
rękawami ze ścierką w ręce. Dostrzegł on nowego gościa i 
skierował   się   ku   niemu.   Zatrzymawszy   się   przy   stoliku, 
długo   wycierał   blat,   chociaż   zaiste   nic   tam   nie   było   do 
wytarcia. Ukończywszy tę pracę wyprostował się i wlepił w 
twarz Bedego wybladłe oczy.

— Co podać? — zagadnął zwięźle. — Piwo?
— Niech   będzie   piwo,   lecz   przede   wszystkim   coś   do 

jedzenia.

Wydało   się   Bedemu,   iż   kelner   (wyglądał   na   kelnera) 

spojrzał   nań  podejrzliwym   wzrokiem  i   jakby  się   zawahał. 
Ba,   obdartus   zawsze   budzi   wątpliwości:   zapłaci  czy   nie 
zapłaci?   Jednak   wiara   w   wypłacalność   Bedego   musiała 
zwyciężyć, bo kelner znowu zapytał:

— Potrawka z królika czy schab?

Schab i dużo chleba — zarządził Bede.

— Zaraz przyniosę.

Pobiegł   drobnym   truchtem   w   kierunku   bufetu.   Tym-

czasem krzykliwi młodzieńcy, zarykując się śmiechem, bili 
pięściami   w   blaszany   blat.   Bede,   przez   miesiące 
przyzwyczajony   do   ciszy,   aż   drgnął.   Nagle,   nie   wiadomo 
skąd, pojawiła się kobieta. Stanęła przy wesołkach, coś tam 
im przykazała. Umilkli. Bede ujrzał, jak wyciągają pieniądze 
z kieszeni, jak płacą, jak nasuwają na głowy szerokoskrzydłe 
kapelusze i opuszczają lokal nieco chwiejnym krokiem.

— A   to   heca!   —   mruknął.   —   Matka,   nie   matka?   — 

zastanowił się, patrząc na znikającą za szynkwasem kobiecą 
postać. Bo kogóż by tak potulnie usłuchali?
A   może   to   właścicielka   saloonu?   Wprawdzie   Clark 
wspominał o karczmarzu, nie o karczmarce.

Kres   tym   wątpliwościom   położył   kelner,   a   ściślej: 

przecudowny zapach mięsa i parującej kapusty oraz widok 
talerza, noża, kufla bursztynowego płynu i bochenka chleba 
o złocistej skórce.

Zabrał się do dzieła, zapominając o świecie. Mogły teraz 

bić gromy, dąć huragany, mogli rewolwerowcy strzelać do 
siebie o krok od stolika — Bede nie zwróciłby na to uwagi.

Odsapnął, gdy talerz był już pusty, a z bochenka pozostała 

mizerna skibka. Sięgnął po piwo gestem człowieka sytego i 
nieco ociężałego po obfitym posiłku. Usłyszał daleki gwizd 
parowozu i przyszło mu  na myśl,  że nawet po sprzedaży 
konia   (co  uznał  za   ostateczność)   nie   czekałaby  go piesza 
wędrówka, lecz podróż wagonem.

Znowu   zabrzmiał   gwizd,   tym   razem   znacznie   bliższy, 

pomieszany z turkotem wagonów toczących się po szynach. 
W kilkanaście minut później do wnętrza saloonu wtargnęli 
nowi przybysze. Z walizkami, torbami i tobołkami. Cicha 
dotąd salka rozbrzęczała gwarem głosów i tupotem nóg po 
deskach.   Podróżni   obsiedli   stoły,   a   kelner   w   czarnej 
kamizelce zwijał się jak rak w ukropie.

— Przepraszam...
Bede drgnął.

— Przepraszam,   widzę,   że   jest   pan   sam,   a   wszystkie 

miejsca zajęte.

background image

Te słowa wypowiedział  wysoki, szczupły mężczyzna  w 

czarnym  kapeluszu i czarnym  płaszczu. Na przyzwalający 
gest   postawił   na   podłodze   skórzany   sakwojaż   i   zdjął 
wierzchnie okrycie. Jego garnitur był również ciemny.

„Na   pewno   urzędnik   —   pomyślał   Bede   —   albo   ko-

miwojażer".

Przybysz   przewiesił   płaszcz   przez   oparcie   krzesła, 

kapelusz złożył na sąsiednim i usiadł.

— To okropne — jęknął.

Bede zerknął na gładko ogoloną twarz, szpakowate włosy 

i wyraźną siwiznę na skroniach.

„Starszy   facet   —   doszedł   do   łatwego   wniosku.   —   Na 

pewno wędrowny agent handlowy. W jego wieku to może 
być męczące".

— Okropne — powtórzył sąsiad i umilkł, jakby czekając 

na pytanie o rodzaj okropności.

Lecz Bede nie podjął tej próby. Sączył piwo i pogrążał się 

coraz głębiej w stan obojętności na sprawy tego świata.

— Niech   pan   sobie   wyobrazi,   że   jechałem   pociągiem 

przez   ostatnie   dwanaście   godzin.   W   nocy  było   piekielnie 
zimno,   a   w   dzień  upał   i   duchota   od   kłębów   dymu.   Cały 
wagon kopcił fajki.

— A pan nie znosi palaczy — zdobył się Bede na leniwą 

uwagę.

background image

— Wręcz   przeciwnie,   wręcz   przeciwnie.   Sam   jestem 

palaczem, jednak gdy czterdziestu ludzi równocześnie
zamienia   funty   tytoniu   na   czarną   mgłę,   i   to   we   wnętrzu 
małego wagonu, przy zamkniętych oknach, to, rozumie pan...

Bede nie usłyszał, co ma zrozumieć, ko kelner przerwał 

opowieść propozycją potrawki z królika lub schabu.

Potrawka   z   królika?   Oczywiście!   Pieczywo   i   szkla-

neczkę whisky. A może... — zwrócił się do Bedego — może 
i pan pozwoli? Proszę nie odmawiać. Tak? Więc dwa razy 
whisky — a gdy kelner odszedł, dodał półgłosem: — zawsze 
używam alkoholu jako odtrutki, pojmuje pan?

— Odtrutki? Przeciw czemu?
— Ach, drogi panie, kto mi zagwarantuje, że potrawa jest 

świeża?   Może   ten   królik   jest   sprzed   dwu   dni?   Jadł   pan 
królika?

— Nie, schab z kapustą.
— No,   to   i   panu   dobrze   zrobi   szklaneczka   czegoś 

mocniejszego.   Schab   jest   ciężkostrawny.   To   okropne 
stołować   się   w   saloonach,   zawsze   człowiek   ryzykuje 
chorobą żołądka.

— Może   weźmie   pan   schab?   —   zaproponował   Bede, 

nieco ubawiony uwagami nieznajomego.

— Och, w żadnym wypadku. Królik ma mięso znacznie 

delikatniejsze i jeśli tylko... — przerwał w połowie zdania, 
jakby zastanawiając   się  nad  propozycją   Bede-go.   — Tak, 
proszę pana — dodał po chwili — oto, na co człowiek się 
naraża   wędrując   z   dala   od   rodzinnego   domu   i   jedząc   co 
popadnie   i   gdzie   popadnie.   Chociaż...   „Lucky   Saloon" 
posiada   nie   najgorszą   kuchnię,   właściciel   nie   truje   gości. 
Jednak... któż może za to ręczyć?

— Pan jest komiwojażerem?
— Ach, nie! Księgowym.

background image

Bede wytrzeszczył oczy.

__ przecież zawód księgowego nie wymaga wyjazdów.

— I ja tak sądziłem,  drogi panie. Jestem księgowym  w 

firmie „Simpson i Spółka", słyszał pan o niej?

— Nigdy.
— Jak to możliwe? — szczerze zdumiał się nieznajomy. 

— Nigdy nie korzystał pan z kredytu ani nie lokował swych 
oszczędności w bankach?

— Istotnie, nigdy.
— To pewnie widział pan ogłoszenia w gazetach. Zawsze 

zaczynają się nagłówkiem: „Jesteśmy Pinker-tonem Twoich 
oszczędności". Agencja Pinkertona zgodziła się na taki tekst. 
Dla nich to także reklama.

— To znaczy, ,że pracuje pan w banku.
— Oczywiście.   „Simpson   i   Spółka"   to   sieć   kas 

oszczędnościowych   i   pożyczkowych,   -istniejąca   we 
wszystkich   miastach   południa   i   zachodu.   Nasza   centrala 
mieści się w Topeka, w Kansas.

Wygłosiwszy   to   wszystko   jednym   tchem,   księgowy 

spojrzał   z   dumą   na   sąsiada.   Zjawił   się   kelner,   przyniósł 
zamówioną   potrawkę,   pieczywo   i   dwie   porcje   whisky. 
Opróżnili   szklaneczki.   Bede   poczuł   się   jeszcze   lepiej   niż 
przed chwilą.

— Cóż   pańska   praca   w   banku   ma   wspólnego   z   wy-

jazdami? — zapytał.

— Wszystko   przez   awans.   Nie   ma   nic   gorszego   od 

niespodziewanego awansu.

Bede uśmiechnął się.

— To   wcale   nie   zabawne,   drogi   panie.   Dopóki   byłem 

zwykłym   księgowym,   siedziałem   w   centrali   jak   Adam   w 
raju. Lecz widać zbyt dobrze pracowałem i ukarano mnie za 
pychę.   Po   kilku   latach   podwyższono   mi   wynagrodzenie   i 
mianowano księgowym do specjalnych zadań. Jakże byłem 
dumny.   Wkrótce   się   okazało,   że   moje   specjalne   zadania 
polegają   na   kontrolowaniu   naszych  filii.   Stale   muszę 
wędrować.   Co   za   złośliwość   losu...   Bo   ja   nie   znoszę 
wędrówek!

— Nie może pan zmienić pracodawcy?
— Ba,   gdzie   by   mi   tak   dobrze   płacili?   Gdybym   był 

kawalerem! Lecz ja mam żonę i czworo dzieci.

Bede parsknął śmiechem.

— Przepraszam — usprawiedliwił się. — Pomyślałem, że 

pańska posada wcale nie jest zła i nie ma na co narzekać. 
Ach, gdybym ja na taką trafił!

— Lubi pan wędrować?
— Szalenie!   Próbowałem posiedzieć  w  jednym  miejscu 

dłużej niż pół roku i nie wytrzymałem.

— Może pan również jest księgowym?
— Nic się na tym nie znam.

Szkoda. Właśnie nam potrzeba zastępcy księgowego, 

tutaj, w Goodyear.

— Macie tu filię? — zainteresował się Bede, w którym 

nagle począł dojrzewać nowy genialny pomysł.

— Od wielu już lat. Ja sam po raz czwarty tu goszczę.

Czy  te   pańskie   kasy  oszczędnościowe   przyjmują   na 

przechowanie wartościowe przedmioty?

— Myśli   pan   o   depozycie?   Oczywiście,   przyjmujemy 

złoto, srebro, cenne kamienie. Posiadamy nowoczesne kasy 

background image

pancerne, drogi panie. To nasza chluba.

— Az tym depozytem to jak?
— Określa się w przybliżeniu rynkową cenę przedmiotu, 

a  srebro lub  złoto  waży.  Od  tej  ceny i  od  czasu,  na  jaki 
przyjmujemy   depozyt,   liczymy   opłatę.   Klient   nigdy   nie 
ponosi   żadnej   straty.   Gdyby   depozyt   przepadł,   co  jeszcze 
nigdy się nie zdarzyło, wypłacamy pełną wartość.

Bede zasępił się.

— Nie, to mi nie odpowiada — stwierdził melancholijnie. 

— A nie można by takiego przedmiotu nie
wyceniać?

background image

     — Widzę, że pan słabo orientuje się w tych sprawach. 
Jeśli   nie   oznaczymy   wartości   depozytu,   to  w   jaki   sposób 
wynagrodzić   klientowi   ewentualną   stratę?   Bo   przecież 
przewidywać   należy   wszystkie   możliwości.   Wyceniamy 
depozyt w interesie klienta. To chyba jasne?

— No, tak, lecz to mi nie odpowiada — powtórzył Bede. 

— Czy nie można by po prostu przechować u was jakiegoś 
przedmiotu nie wyceniając go i nie oglądając? Przypuśćmy, 
że wasz klient pragnie utrzymać w tajemnicy to, co posiada, 
czy to sprzeczne z bankowymi przepisami?

— Ależ   nie!   Tylko,   że   w   takim   wypadku,   gdyby   coś 

zaszło, klient nie uzyska żadnego odszkodowania.

— Właśnie o to mi chodzi — uradował się Bede.
— O to panu chodzi? — zdziwił się księgowy.
— Chyba źle się wyraziłem. Po prostu zależy mi na tym, 

żeby nikt, absolutnie nikt nie wiedział, co przechowuję w 
banku. Czy to możliwe?

— Nasz klient, nasz pan. Całkowicie możliwe. Wolno w 

ten sposób na przykład chronić przed kradzieżą jakieś cenne 
dla klienta listy lub cokolwiek innego, byle oczywiście nie 
był to przedmiot zbyt wielkich rozmiarów.

Niewielkich — stwierdził Bede. — O, ten pakuneczek 

— tu dotknął palcami woreczka.

Chyba   księgowy   dopiero   teraz   zauważył   zniszczoną 

odzież sąsiada, jego kurtę pełną śladów biwakowania przy 
ognisku i oblicze spalone górskim słońcem.

— Czyżby pan był eksplorerem?
— Parałem się tym przez kilka miesięcy.
— Domyślam się, że z dobrym rezultatem.

Bede   skinął   głową.   Nie   dodał   jednak,   że   ten   rezultat 

znalazł się w kieszeniach rabusiów.

— Mieszka   pan   w   Goodyear?   Nigdy   dotąd   pana   nie 

spotkałem.

background image

— Jestem tu po raz pierwszy,  lecz chcę pozostać nieco 

dłużej.

— W hotelu?
— Tak.
— Dlatego   pragnie   pan   zabezpieczyć   swój   skarb   nie 

nadając temu rozgłosu. To bardzo słuszne. Proszę odwiedzić 
naszą filię. Może się jeszcze spotkamy, a teraz... dziękuję za 
towarzystwo  i  przepraszam.  Pragnę nieco odpocząć,  jazda 
koleją zawsze mnie wyczerpuje.

Odsunął krzesło, wstał, założył płaszcz i kapelusz, zabrał 

walizeczkę. Bede widział, jak podszedł do bufetu, z kimś 
tam   rozmawiał,   a   później   zniknął   za   bocznymi   drzwiami 
sali. Zjawił się kelner, by posprzątać naczynia.

— Chcę   porozmawiać   z   gospodarzem   —   odezwał   się 

Bede. — Jeśli bardzo zajęty, poczekam.

Człowiek   w   kamizelce   podejrzliwie   zerknął   na   nędznie 

ubranego gościa. W „Lucky Saloon" zdarzały się niekiedy 
wypadki, że klient po to tylko wzywał gospodarza, aby mu 
oświadczyć, że nie może zapłacić za posiłek, bo nie ma centa 
w kieszeni.

— Dobrze, proszę pana. Zaraz go zawiadomię.
Minęło kilkanaście minut, zanim do stolika podszedł tęgi 
mężczyzna, szpakowaty brunet z ogorzałą twarzą, odziany 
w czyściutki biały kitel.
— Słucham pana.

— Pan   jest   właścicielem   „Lucky   Saloon"?   —   chciał 

upewnić się Bede.

— Jestem. O co chodzi?
— O   to,   że   nie   mam   akurat   pieniędzy.   Nie,   nie   — 

zaprzeczył   natychmiast   widząc,   jak   pogodne   oblicze   go-
spodarza nagle pochmurnieje. — Mam czym zapłacić, lecz 
nie pieniędzmi.

Rozwiązał rzemyki  woreczka, lecz tak, by stojący obok 

mężczyzna nie mógł zajrzeć do wnętrza. Sięgnął dłonią w 
głąb i bez trudu namacał trzy złote grudki,

background image

które   miały   powierzchnię   bardziej   chropowatą   niż   wy-
szlifowane  wodą  kamyki.  Wyciągnął  rękę i  położył  je na 
stoliku. Po czym szybko zasznurował woreczek.

— Czy mogę tym zapłacić?
Karczmarz cicho gwizdnął.

— Ho,   ho   —   zauważył   półgłosem.   —   Oczywiście,   że 

może pan.

Sięgnął do kieszeni spodni, wydobył składany scyzoryk i 

jego ostrzem naciął jedną grudkę.

— Prawdziwy nugget — stwierdził. — Lecz to zbyt wiele 

jak   na   jedną   porcję   schabu   —   zaśmiał   się.   —   Zważę   i 
wydam resztę.

— Nie.   Proszę   zapisać   na   mój   rachunek.   Mam   zamiar 

spędzić tu kilka dni.

— Doskonale.
— I chcę otrzymać pokój jednoosobowy.
— Oczywiście.
— I   —   mówił   dalej   Bede   —   proszę   zaopiekować   się 

moim koniem, stoi przed werandą.

— Może   być   pan   spokojny.   „Lucky   Saloon"   posiada 

własną stajnię. Za chwilę przyślę chłopca. Wskaże pokój i 
odprowadzi konia. Życzę panu dobrego odpoczynku.

Skłonił   się   lekko   i   odszedł   unosząc   jeden   z   nuggetów. 

Dwa pozostałe Bede schował do kieszeni, bardzo z siebie 
zadowolony.   Jego   plan   zdawał   egzamin.   Gapił   się   na 
szynkwas,   przy   którym   zebrała   się   grupka   mężczyzn. 
Pewnie gospodarz pokazywał im otrzymaną zapłatę, bo raz 
po   raz   jakiś   ciekawski   odwracał   się   i   spoglądał   na 
nieznanego przybysza. Tym lepiej!

Zapowiedziany   chłopak   przybył   po   kilku   minutach,   z 

potężnym   kluczem   w   dłoni,   i   zaprowadził   gościa   na 
pięterko, pod drzwi oznaczone numerem siódmym, co Bede 
uznał   za   dobrą   wróżbę,   bowiem   —   jak   powszechnie 
wiadomo — siódemka przynosi szczęście, a kto nie wierzy, 
ten kiep i greenhorn.

background image

Bede rozejrzał się po pokoju, dotknął łóżka, czy miękkie, 

zajrzał do dzbanka z wodą, do szuflady stolika, do szafy na 
ubrania. Jako bywalec hoteli wiedział, iż roztargnieni goście 
zostawiają w szufladach i szafach hotelowych pomieszczeń 
przeróżne   drobiazgi,   nawet   części   garderoby,   a   później 
posądzają   swych   następców   o   kradzież,   jeśli   przedmiot 
tajemniczo zginie. Lecz szuflada była pusta, szafa również. 
Bede   zawahał   się   sekundę,   włożył   swój   woreczek   do 
szuflady, przekręcił w niej klucz i wsunął do kieszeni. Nie 
było   to   najlepsze   zabezpieczenie   rzekomego   skarbu,   lecz 
przecież nie zamierzał opuszczać pokoju na dłużej.

— Chodźmy — zwrócił się do chłopca — pokażę ci mego 

konia.

Zeszli  po  schodach,  minęli   gwarną  salę,  znaleźli  się  na 

werandzie.   Wierzchowiec   stał   spokojnie,   uwiązany.   Bede 
wyciągnął z kabury winczester.

— Chce pan obejrzeć stajnię? To zaraz obok, na tyłach 

domu.

Stajnię wypadało obejrzeć, chociażby z troski o zwierzę, 

lecz   gdyby   przez   ten   czas   jakiś   złodziej   lub   ciekawski 
włamał się do szuflady stolika — cały plan Bedego, jak to 
się mówi, wziąłby w łeb!

— Nie — odparł. — Zajrzę tam później.
— A uprząż i rzeczy? Zostawić w stajni czy przynieść do 

pokoju?

— Przynieś — rozkazał krótko i czym" prędze j pobiegł 

na   piętro.   Szuflada   była   zamknięta,   woreczek,   sprawdził, 
leżał nie tknięty.

Postawił broń w kącie pokoju i rozciągnął się na łóżku. W 

kilka minut  później przyszedł chłopiec z uprzężą, kilofem, 
patelnią i zrolowanym kocem. Złożył to wszystko pod ścianą 
i   objaśnił,   że   wystarczy   stajennemu   pokazać   klucz   z 
numerem pokoju, a wyda konia na każde żądanie.

Bede nadal leżał, odpoczywał i myślał nader intensywnie. 
Miał zapewniony dach nad głową i wyżywienie co 

najmniej na dwa tygodnie. Dlaczego właśnie na dwa? Bo 
uważał, że jest to okres czasu ani długi, ani krótki, w sam raz 
równy zaufaniu, jakie wzbudziła w gospodarzu grudka 
rodzimego złota. No i woreczek. Uznał, że przez dwa 
tygodnie nikt ani piśnie o uregulowaniu rachunku. Tak więc 
pierwszy etap ryzykownego planu miał poza sobą. Nie musi 
teraz sprzedawać konia, bez którego straciłby swobodę 
ruchu. Lecz co dalej? Nie groziła mu ani śmierć z głodu, ani 
nocleg pod gołym niebem. Lecz co dalej?

Usiadł, zdjął kurtkę i kamizelkę. Obejrzał je krytycznym 

wzrokiem.   Jakże   nędznie   wyglądała   ta   odzież.   Dziury   od 
iskier iluż ognisk! Dziury od ostrych krawędzi skał. Tłuste 
plamy, oczywiście od boczku smażonego na patyku. Popiół 
drzewny   i   kurz   wbiły  się   tak   głęboko   w   materiał,   że   nie 
usunęłoby ich nawet najenergiczniejsze pranie.

Pokiwał smętnie głową nad rozdartym rękawem koszuli, 

nad   nogawkami   spodni   wyglądającymi   jeszcze   gorzej   niż 
kurtka,   nad   rozklapanymi   buciorami,   w   których   obcasy 
zostały tak starte, że i śladu po nich nie było widać.

— Wyglądam jak obdartus — szepnął do siebie z goryczą.
Nie   mylił   się.   Wolno   przybyć   do   Goodyear   w   tak 

pożałowania godnym stroju. Wiadomo, eksplorer nie wraca z 
wyprawy   w   ubranku   przypominającym   garnitur   świeżo 

background image

uszyty   przez   krawca.   Lecz   nie   wypada   człowiekowi 
posiadającemu worek... nuggetów zbyt długo pokazywać się 
w   łachmanach.   Zdziwiłoby   to   licznych   obserwatorów   i 
mogłoby w ich umysłach zasiać ziarna wątpliwości.

Bede   zerknął   na   winczester   i   powziął   decyzję.   Długiej 

broni   nie   potrzebował   obecnie.   Wystarczy   colt.   Należało 
znaleźć rusznikarza, sprzedać winczester, a później załatwić 
umieszczenie   w  bezpiecznym   miejscu  woreczka,   który  im 
dłużej znajdował się w posiadaniu Bedego, tym bardziej go 
niepokoił.

Wstał,   winczester   przewiesił   przez   ramię,   woreczek 

wpakował pod kurtę i ruszył w drogę. Zaczepił pierwszego 
napotkanego   przechodnia   i   zagadnął   o   rusznikarza.   W 
Goodyear było ich dwu, a oba warsztaty mieściły się przy tej 
samej ulicy, łatwe do odnalezienia, zwłaszcza że, jak Bede 
słusznie   przypuszczał,   podobnie   jak   w   tysiącach   innych 
małych miasteczek, istniała tu tylko jedna ulica.

Bez trudu odnalazł sklepik, z daleka już dostrzegłszy nad 

drzwiami strzelbę wykrojoną z kawałka blachy. Wszedł do 
wnętrza i po długim targu pozbył się broni.

Szeleszcząc   zielonkawymi   papierkami   banknotów   po-

wędrował   załatwić   następną   transakcję   handlową.   Tym 
razem w domu towarowym. Znalazł to, czego szukał: wybór 
ubrań   różnej   wielkości,   różnego   gatunku   i   różnej   ceny. 
Długo gmerał w stosach gotowej odzieży, a później kłócił 
się ząb za ząb ze sprzedawcą o wartość każdej sztuki, zanim 
wreszcie opuścił sklep. Jakże inaczej teraz wyglądał! Jedyną 
starą rzeczą, jaką obecnie miał na sobie, był pas z coltami. 
Reszta, od kapelusza po buty, lśniła niepokalaną świeżością.

Z   nieodstępnym   woreczkiem   pod   pachą   wrócił   do 

saloonu. Bo chociaż o informację dotyczącą banku czy kasy 
oszczędności, o której mówił księgowy, mógł się zwrócić do 
każdego   przechodnia,   uważał,   że   dla   dobra   swego 
genialnego   planu   powinien   zapytać   właśnie   gospodarza 
saloonu. I tak też uczynił.

Kasa oszczędności? — powtórzył pytanie Harper. — 

Oczywiście, „Simpson i Spółka", stara solidna firma. Chce 
pan sprzedać im złoto? To może i ja...

— Nie, nie... — zaprzeczył  energicznie Bede. — Chcę 

tylko oddać swój woreczek w depozyt.

background image

__  I   słusznie   pan  uczyni.   Co  prawda,   nigdy  jeszcze   w 
moim lokalu nikogo nie okradziono, lecz, jak to się mówi, 
okazja stwarza złodzieja.
Wyprowadził gościa za próg i wskazał mu kierunek.

— Piętrowy budyneczek z czerwonej cegły, z kratami w 

oknach. Łatwo zauważyć.

Bede   podziękował.   Teraz   już   był   pewien,   że   wieść   o 

złotym   depozycie   rozejdzie   się   wśród   gości   saloonu,   a 
poprzez nich — po całym miasteczku. To jasne, karczmarz 
pochwali się znajomkom, że zamieszkał u niego „prawdziwy 
eksplorer" i do tego „szczęśliwy eksplorer".

Filia   „Simpsona   i   Spółki"   mieściła   się   istotnie   w 

czerwonym budynku, którego okna wyposażono w solidne 
kraty. Nad wejściem widniał elegancki, mosiężny szyldzik: 
„Savings Bank". Musiano go chyba codziennie pucować, bo 
lśnił jak złoty.

Bede  pchnął  drzwi,  za  nimi   ujrzał  następne,  oszklone  i 

dwuskrzydłowe.   Znalazł   się   w   salce   przegrodzonej   w 
poprzek   ścianką   nie   sięgającą   sufitu.   W   ściance   widniały 
dwa okienka. Przed jednym sterczał siwowłosy i siwobrody 
mężczyzna, rozmawiający przyciszonym głosem z ukrytą za 
okienkiem osobą. Drugie było wolne. W jego obramowaniu 
Bede   zauważył   pochyloną   głowę.   Podszedł.   Natychmiast 
został zauważony.

— Słucham pana — odezwał się urzędnik.

— Chciałbym to złożyć na przechowanie — powiedział 

Bede kładąc woreczek na desce przed okienkiem.

— Jaka wartość?
— Bardzo dla mnie cenna.
Urzędnik uśmiechnął się.

— Na   pewno   cenna   —   odparł   —   lecz   przyjmując 

przedmiot w depozyt, musimy znać jego wartość.

background image

— Słyszałem, że można przechowywać w banku niektóre 

drobiazgi bez takich formalności.

— Dla   nas   to   wcale   nie   formalność.   Przecież   odpo-

wiadamy finansowo za depozyt. Nie ma tu sejfów. Pojmuje 
pan?

Bede nie pojął, ponieważ nie wiedział, co to: „sejf".

— To,   proszę   pana,   pancerna   skrytka,   jaką   bank 

wynajmuje   klientowi..   Wręcza   mu   kluczyk   do   takiej 
skrzynki, a co w niej przechowuje klient, to już tylko jego 
sprawa. Niestety, jak już powiedziałem, nie rozporządzamy 
sejfami.   Dlatego   nie   możemy   odpowiadać   za   całość 
przechowywanego   przedmiotu   i   nie   wypłacamy 
odszkodowania.

Bele   pomarkotniał.   Realizacja   „genialnego   planu" 

natrafiła na nieprzewidzianą przeszkodę.

— Czy jest obecnie u was ten kontroler z Topeka?
— Pan Marshall?

Bede   potwierdził.   Jakkolwiek   nazywał   się   znajomy   od 

stolika, tylko on mógł być kontrolerem z Topeka.

— Owszem, jest.
— Pragnę z nim zamienić kilka słów.
— Proszę chwilę poczekać.

Urzędnik podniósł się zza stołu i zginął w głębi lokalu. 

Istotnie tylko na chwilę, bo prawie natychmiast ukazał się w 
towarzystwie poznanego w saloonie starszego jegomościa.

— Ach, to pan! — ucieszył się księgowy. — Bardzo się 

zdziwiłem,   że   ktoś   pyta   o   mnie.   Raczej   nie   mam   tu 
znajomych. Czym mogę panu służyć?

Bede powtórzył swe życzenie.

— Och, to głupstwo. Sprawa do załatwienia. Nie widzę 

żadnych przeszkód.

— Lecz — wtrącił się urzędnik — nie wolno ubezpieczać 

depozytu nie znając jego wartości.

— A czy pan żąda ubezpieczenia?
— Nie — odparł Bede.

background image

__  Więc...   o   cóż   jeszcze   chodzi?   Należy   wypisać   po-

kwitowanie i przyjąć paczkę. Jest pan zadowolony? —
zwrócił się do klienta.

 Bardzo dziękuję za pomoc, tylko... proszę obwiązać mój 

pakunek mocnym sznurem i opieczętować.
Pragnę mieć pewność, że nikt nie będzie zaglądać...

  Zrozumiałe. Panie Hastings, zechce się pan zastosować 

do tego życzenia, a teraz — zwrócił się do Bedego— pan 
wybaczy, mam mnóstwo roboty. Liczą, że wieczorem znów 
się spotkamy. Będzie mi bardzo przyjemnie.

Skłonił się i odszedł.

Woreczek   został   skrępowany   grubym   szpagatem, 

opieczętowany czterokrotnie lakiem. Piąta pieczęć spoczęła 
na   węźle   łączącym   oba   końce   sznura.   Z   kolei   urzędnik 
sporządził pokwitowanie na dwu arkuszach. Opisał w nich 
wygląd   przedmiotu   oddanego   na   przechowanie,   nazwisko 
właściciela   i   miejsce   zamieszkania   (oczywiście   „Lucky 
Saloon'" w Goodyear). Nazwisko i adres zostały wypisane 
tuszem   również   na   woreczku.   W   końcu   pokwitowanie 
zaopatrzono uwagą, że przedmiot nie jest ubezpieczony, a 
zawartość   —   nieznana.   Dlatego,   gdyby   z   przyczyn 
niezależnych   od   banku   uległ   zniszczeniu   lub   zgubie, 
okaziciel   kwitu   nie   może   rościć   żadnych   pretensji 
finansowych.

Bede   uśmiechnął   się.   Słowo   „zguba"   nie   oznaczało 

przecież nic innego, jak „kradzież", jednak bank nie chciał 
sugerować klientowi, by taka możliwość mogła zaistnieć.

Bede  podpisał jeden arkusz  pokwitowania,  urzędnik — 

drugi. Arkusze wymieniono.

—   Czy  pragnie   pan  zapłacić   z   góry,   czy  dopiero   przy 

odbiorze?

Bede   zapłacił   z   góry   za   miesiąc,   licząc,   że   dłużej   niż 

miesiąc nie będzie w Goodyear przebywał i że wydobędzie 
się   jakimś   sposobem   z   finansowych   tarapatów.   Wówczas 
zapłaci   za   pobyt   w   „Lucky   Saloon",   odbierze   woreczek, 
wskoczy   na   konia   i   ruszy.   Dokąd?   Ba,   tego   jeszcze   nie 
wiedział.

Nowy   klient   banku   „Simpson   i   Spółka"   opuścił   lokal, 

pogwizdując  lekko, wielce  zadowolony,  że  wszystkie swe 
zamierzenia realizuje tak łatwo.

„Mam głowę na karku" — pomyślał i poszedł zwiedzać 

miasteczko   w   nastroju   turysty   posiadającego   książeczkę 
czekową i plik banknotów na drobne wydatki. I zaraz rzucił 
mu   się   w   oczy   szyld   fryzjera.   Przystanął,   dotknął   dłonią 
karku   i   stwierdził,   że   włosy   sięgają   pleców,   stanowiąc 
dowód, że i ich właściciel przebywał w stronach, w których 
nożyczki i brzytwa należą raczej do przedmiotów zbędnych. 
Taki   dowód   nie   był   mu   już   potrzebny.   Otworzył   drzwi   i 
wkroczył do wnętrza.

Dwa   puste   fotele,   dwa   lustra,   i   człowiek   w   białym 

fartuchu. Skłonił się gościowi, wskazał miejsce.

Bede osunął się na obite skórą oparcie.

— Strzyżenie?
— Strzyżenie i  golenie — odparł.
— Pan pierwszy raz u nas? — zagadnął człowiek w kitlu, 

szczękając nożycami.

— Pierwszy raz.
— Zapewne   z   dalekiej   drogi,   włosy  szanownemu   panu 

background image

wyrosły nadmiernie, jeśli tak wolno rzecz określić.

— Pół roku wędrowałem po górach San Juan.
— Ho, ho! — wyraził swój podziw fryzjer. — Czy na 

karku przyciąć krótko?

— Jak najkrócej.
— Pan tam polował?
— Hm, trochę.
— Na futra?
— Nie  parałem się traperstwem.  Raczej... grzebałem w 

piasku.

background image

— O! I znalazł coś pan szanowny?
— Owszem,   niewiele   tego,   zawsze   jednak...   pełen   wo-

reczek.

— To pogratulować. Nie każdy ma takie szczęście. A z 

przodu jak obciąć? Nad czołem?

— Nad czołem — zgodził się Bede.

Chwilę   milczeli.   Fryzjer,   ponieważ   musiał   uważać,  aby 

wymagania   klienta   zostały  jak   najlepiej   spełnione;   klient, 
ponieważ   zastanawiał   się   nad   tym,   co   by   tu   jeszcze 
powiedzieć   o   rzekomych   sukcesach   swoich   tak,   aby 
zabrzmiało to wiarygodnie i sensacyjnie zarazem, aby wieść 
o nich pofrunęła na skrzydłach plotki. Wiedział bowiem, że 
nie   ma   większych   gadułów   nad   fryzjerów   zabawiających 
rozmową swych gości.

— Miałem szczęście — powtórzył jakby sam do siebie. 

— W małej dolince, przy strumyku... Złota żyła przecinała 
skałę, z której wypływał wodospad. Wyczyściłem ja...

— To niebywałe! I nic tam nie zostało?
— Nic a nic.
— A   nie   wie   szanowny   pan,   jak   się   nazywa   tamten 

strumień i dolinka?

— Nie   wiem   —   odparł   Bede   poważnym   tonem.   — 

Sądzę, że nie mają jeszcze żadnej nazwy. Zresztą... to był 
przypadek.   Dziś,   nawet   gdybym   chciał,   nie   trafiłbym   na 
tamto miejsce. Lecz i tak nic tam już nie ma.

— Jaka szkoda — westchnął fryzjer.

Czy żal wynikł z faktu nieustalenia miejsca bonanzy, czy 

z   wyczerpania   złotodajnej   żyły   —   Bede   nie   odgadł. 
Namydlony   po   czubki   uszu,   w   milczeniu   poddawał   się 
operacji   lśniącej   brzytwy.   Gdy   dobiegła   końca   i   twarz 
obtarto mu wilgotnym ręcznikiem, zapłacił pięć dolarów nie 
żądając   reszty.   Ten   gest   został   skwitowany   głębokim 
ukłonem.

background image

— Zamieszka   pan   w   Goodyear?   —   zapytał   jeszcze 

fryzjer.

   — Nie. Lecz pobędę jeszcze z tydzień łub dwa. „Lucky 

Saloon" to chyba porządny lokal?

— Bardzo dobry.
— Wynająłem tam pokój.
— Słusznie pan postąpił. Myślę, że po takiej wędrówce 

należy się panu odpoczynek.

Bede powiedział „do widzenia" i wyszedł.
„Jestem kiep —  pomyślał  —  jeśli   jutro pół  miasta  nie 

będzie gadać o milionerze, który przybył do Goodyear".

Wrócił  do  swego  pokoju,  legł  na  łóżku.  Wypoczywał  i 

rozmyślał. Ze sprzedaży winczestera uzyskał sporą sumkę, 
ale równocześnie niemało wydał na ubranie i buty. Dziesięć 
dolarów   zostawił   w   banku   jako   miesięczną   opłatę   za 
przechowanie woreczka, pięć dał fryzjerowi.

Nie podnosząc się począł grzebać w kieszeniach spodni. 

Wyciągnął garść monet, policzył. Dwadzieścia dwa dolary i 
siedemdziesiąt pięć centów. Więcej niż posiadał wjeżdżając 
w opłotki Goodyear, jednak również niewiele. Do tego — 
dwie grudki złota, bo jedną dał Harperowi. Jak długo można 
żyć za taką sumę?

Westchnął, lecz  natychmiast  wrodzony optymizm  wziął 

górę. Na pewno znajdzie jakąś robotę, choćby tymczasową.

„Jutro pójdę do szeryfa" — zdecydował w myślach. Może 

będzie   jakiś   list   gończy?   Ba,   lecz   wyjeżdżając   w   pościg 
trzeba najpierw uregulować rachunki w „Lucky Saloon". Za 
dwa   dni   pobytu   chyba   wystarczy  pieniędzy?   A   jeśli   listu 
gończego   nie   będzie?   I   czy   nie   wzbudzi   podejrzeń,   że 
eksplorer z workiem złota angażuje się na łapacza? Byle nie 
wpaść w jakąś kabałę — zaniepokoił się.

Nie  wiedział, kiedy zasnął.  Otworzył oczy, gdy za 
oknem wisiał szary zmrok. Wstał, przygładził włosy 

przed lustrem, obejrzał nowiutki garnitur i zeszedł na dół.

Drobny   człowieczek   w   czarnej   kamizelce   i   koszuli   z 

podwiniętymi   rękawami   właśnie   zapalał   naftowe   lampy 
siadł za stołem. W miarę rozbłyskiwania żółtawych świateł 
pusty   dotąd   lokal   począł   się   zapełniać.   Blask   lamp 
przyciągał   ludzi   jak   ćmy.   Oto   pojawił   się   pan   Marshall, 
wędrowny   księgowy,   który   tak   nie   znosił   wędrówek. 
Pomachał   z   daleka   ręką   i   natychmiast   skierował   się   do 
stolika Bedego.

Pracowity   dzień   —   stwierdził   zajmując   bezcere-

monialnie puste krzesło. — Miałem mnóstwo roboty,  lecz 
sprawy  poszły  szybko.   Już   jutro   opuszczam   Goodyear   — 
powiedział smutno.

— Chyba   się   pan   z   tego   cieszy?   Goodyear   musi   być 

okropnie nudną dziurą.

Ba, pewnie bym się cieszył, gdyby nie fakt, że znowu 

czeka mnie męcząca droga. Przy dłuższej kontroli mógłbym 
tu nieco odpocząć. Niech pan mi wierzy, Goodyear nie jest 
najgorszym miejscem świata, zbyt pochopnie pan je ocenił. 
Proszę   się   nieco   rozejrzeć,   można   spotkać   tu   ciekawych 
ludzi. Przepraszam, nie chciałem pana dotknąć.

Bede odparł, że wcale nie czuje się dotknięty, po czym 

zagadnął:

— Dlaczego nie zabawi pan tu dłużej?
— Och, kochany panie, firma płaci mi za pracę, nie za 

background image

odpoczynek.

Roześmieli się obaj.

— A   pan   —   ciągnął   dalej   księgowy   —   załatwił   swój 

interes w naszym banku i chyba jest zadowolony?

— Bardzo   dziękuję   za   pomoc.   Tamten   urzędnik   nie 

bardzo się kwapił...

background image

— Głupstwo. To młody człowiek i jeszcze słabo orientuje 

się w bankowych  przepisach. Co pan zamierza dalej, jeśli 
wolno spytać?

— Nie wiem — szczerze odparł Bede.
Już chciał dodać, iż rozgląda się za jakąkolwiek pracą. W 

porę   ugryzł   się   w   język.   Takie   oświadczenie   w   ustach 
człowieka, który przed paru godzinami zdeponował w banku 
cenną paczkę musiałoby zdumieć księgowego. Więc zmienił 
odpowiedź.

Rozglądam się za jakimś interesem w tej  nudnej 

dziurze?  — zażartował  Marshall.
— No... może w okolicy?

Zjawił się kelner. Tym razem proponował, zamiast schabu 

i królika, comber barani lub parówki. Bede wybrał parówki, 
przewidując,   że   będą   tańsze.   Jego   wielki   plan   zdawał 
egzamin,   lecz   nie   należało   zbyt   szybko   pogrążać   się   w 
długach.

Księgowy   również   poprzestał   na   parówkach,   stwier-

dziwszy, że baranina mu szkodzi. Dodatkowo zamówili dwa 
wielkie kufle piwa i czekali cierpliwie.

— Musiał   pan   zwiedzić   kawał   świata   —   zauważył 

Marshall.

— Tyle,   ile   da   się   przejechać   na   końskim   grzbiecie. 

Pociągiem na pewno więcej.

— Wiem   coś   o   tym,   przecież   stałem   się   niewolnikiem 

pociągów.   Czyż   można   poznać   kraj   będąc   uwięzionym   w 
hałaśliwym  pudełku z  oknami?  Zazdroszczę każdemu,  kto 
jedzie   wierzchem   lub   bryczką.   W   każdej   chwili   potrafi 
zeskoczyć   z   siodła,   zatrzymać   bryczkę,   lec   w   trawie   lub 
zaszyć się w lesie. Toż to jest przyjemność!

— Dobra   w   lecie   —   mruknął   Bede.   Podczas   licznych 

wędrówek nigdy nie przyszło mu do głowy,  by przerywać 
podróż dla jakiegoś tam wylegiwania się w trawie. — Ale 
zimą? Czy pan sobie wyobraża, jak się marznie siedząc bez 
ruchu na końskim grzbiecie?

background image

Gdy   dmie   przenikliwy   wiatr   albo   gdy   jesienny   deszcz 
spływa po kapeluszu, po grzbiecie, po nogach?

— Prawda.   Nie   pomyślałem   o   tym.   Lecz   przecież 

wędrując na południe uniknie się tych niedogodności.
Nawet tu, w Kolorado, zim prawie nie ma, a deszcze należą 
do rzadkości.

Dalszy   ciąg   uwag   na   temat   aury   Kolorado   przerwało 

pojawienie   się   kelnera   z   zamówionymi   potrawami   i 
bochenkiem chleba.

Jedli,   popijając   piwem,   a   w   miarę   jak   opróżniały   się 

talerze, zapełniała się sala. Lekki szmer głosów przeszedł w 
gwar, smugi dymu z fajek i cygar poczęły kondensować się 
w siną mgiełkę wokół kloszów lamp.

— Harper   ma   głowę   na   karku   —   stwierdził   nieocze-

kiwanie Marshall, gdy ostatni kęs parówki zniknął w jego 
ustach.

— Co za Harper? — zdziwił się Bede.
— No... Martin  Harper, właściciel tego lokalu.
— Ach, ten. Rozmawiałem z nim wszystkiego dwa razy, i 

bardzo krótko. Więc go nie znam.

— Proszę sobie wyobrazić, iż zaczął od małego kra-miku 

z   warzywami.   Później   miał   sklepik,   ciemną   dziurkę   z 
pieczywem, masłem, mlekiem i jajkami. Sklepik był ciasny, 
lecz towar pierwszorzędny i tańszy niż u konkurentów.

— Był pan klientem tego sklepiku?
— Och,   nie.   Wtedy   nawet   nie   wiedziałem   o   istnieniu 

Goodyear.   Dzieje  Harpera   znam  z  opowiadań.   Jako  firma 
bankowa interesujemy się rozwojem handlu i przemysłu. A 
przede   wszystkim   ludźmi,   którzy   są   pionierami   tego 
rozwoju.

— A Harper się do nich zalicza?
— Na pewno. Oczywiście w skali Goodyear. W biednym 

miasteczku bank nie posiada żadnych szans istnienia, więc 
cieszy   nas   wszelki   rozwój,   rozbudowa,   inwestycje, 
zamożność  mieszkańców.  Otóż po  paru  la-

background image

tach   Harper   przystąpił   do   stawiania   tego   domu.   Gdy 
podciągnął   go   pod   dach,   zwrócił   się   do  mej   firmy   o   po-
życzkę. Uzyskał ją i spłacił co do centa. Pracowity i mądry 
człowiek, ale myślę, że nie dokonałby tego bez pomocy swej 
żony.   To   nadzwyczajna   kobieta,   proszę   pana.   Ile   razy 
przybywam   do   Goodyear,   zawsze   tutaj   się   zatrzymuję, 
chociaż   w   Goodyear   istnieje   drugi   hotel.   Jak   pan   sądzi, 
dlaczego tak postępuję?

Bede pokręcił głową na znak całkowitej niewiedzy.

— Dlatego, drogi panie, że tu mogę spokojnie zjeść. W 

tym   saloonie   nikt   nie   ośmieli   się   strzelać   na   wiwat, 
przeklinać   i   wrzeszczeć,   a   jeśli   spróbuje,   szybko   musi 
opuścić lokal.

— Tak się boją gospodarza?
— Tak się boją gospodyni.

—- O, do licha! Ona pewnie jest z gatunku tych siłaczek, 

które   uspokajają   awanturników   pięścią   lub   rewolwerem. 
Dobrze, że pan mnie przestrzegł.

— Ależ nic podobnego! Osoba cicha i spokojna. Gdyby 

pan ją zobaczył...

— Zaraz   —   przypomniał   sobie   Bede   —   czy   to   nie   ta 

szaro ubrana kobieta, średniego wzrostu i w średnim wieku?

— Czy szaro, nie wiem.  Różnie się ubiera, lecz średni 

wzrost zgadza się.

Taką   panią   widziałem   tutaj.   Wyszła   zza   bufetu. 

Sterczało   przy   nim   dwu   młodzików,   nieco   podpitych. 
Okropnie hałasowali, ledwie mogłem wytrzymać. I wówczas 
właśnie ta pani podeszła do nich, coś im powiedziała, a oni 
natychmiast   się   uspokoili   i   grzeczniutko   opuścili   lokal. 
Sądziłem, że to ich matka.

Księgowy roześmiał się.

— To   ona,   oczywiście,   że   ona!   Harperowie   nie   mają 

synów, tylko córkę, jedynaczkę. Nieraz zastanawiałem
się,   dlaczego pani   Adełina   (bo   na   imię   jej   Adelina) 
Harper   potrafi   tak   uspokajająco   wpływać   na   mężczyzn. 
Dlaczego jej wszyscy słuchają?

— I do jakiego wniosku pan doszedł?
— Do żadnego. W tej kobiecie tkwi coś, co zmusza do 

posłuchu. Zupełne czary. Może dlatego, że pani Harper tak 
dobrze   zna   mieszkańców   Goodyear?   Lecz   w   jaki   sposób 
zbiera o nich wiadomości? Nie wiem.

— Przecież   nie   zna   wszystkich   dziewięciuset   mie-

szkańców — roześmiał się Bede.

— Nie jestem pewien, drogi panie, nie jestem pewien i 

nie założyłbym się o to. O... proszę spojrzeć. Jest. Idzie tu. 
Coś musiało  się  jej   nie   spodobać.  Miał  pan  rację,  dzisiaj 
ubrana   jest   na   szaro.   Proszę   się   jej   nie   przyglądać   tak 
natarczywie. Ona to natychmiast zauważy.

Bede dostrzegł panią Harper, jak szła przez salę, a tłum 

gości   rozstępował   się   przed   nią,   uchylano   kapeluszy, 
skłaniano głowy. Widać otaczał ją powszechny szacunek.

— Idzie ku nam — szepnął Marshall.

Nie mylił się. Podeszła do znajdującego się obok stolika. 

Siedziała przy nim czwórka mężczyzn przy butelce whisky, 
rozprawiająca nieco hałaśliwie. Na jej widok zamilkli jak na 
komendę.

— Kapitanie   Powder   —   usłyszał   Bede   i   dostrzegł,   jak 

jeden z siedzących zerwał się z krzesła. — Dochodzi ósma. 

background image

O ósmej obiecał pan żonie wrócić do domu.

— Tak, pani Harper. Oczywiście... już idę. Dobranoc.

— Dobranoc — odpowiedziała.

Jegomość nazwany kapitanem natychmiast skierował się 

ku drzwiom. Lecz pani Harper jeszcze nie odeszła.

— Ben, jutro o świcie rozpoczynasz pracę w tartaku. Jeśli 

będziesz tyle pił, zamiast kloca utniesz własną
rękę. Musisz się wyspać.

background image

Bede osłupiał na widok rosłego mężczyzny wstającego ze 

stołka z takim pośpiechem, z jakim to czyni uczniak karcony 
przez   nauczyciela.   Mężczyzna   coś   tam   wybąkał   i 
natychmiast   oddalił   się.   Pozostało   jeszcze   dwu.   Bede 
dostrzegł ich twarze, mocno zaniepokojone, zupełnie jak u 
dzieci, które nie są pewne, czy czegoś nie przeskrobały,  i 
przysłonił   dłonią   usta,     aby   skryć  uśmiech.   Czegoś 
podobnego nigdy w żadnym saloonie nie oglądał.

„Ciekawe, czy ich wyrzuci?" — pomyślał.

Lecz   surowa   gospodyni   tylko   skinęła   głową   i   powę-

drowała dalej.

— I co pan na to? — szepnął Marshall.
— Niezbyt przyjemna osoba z tej pani Harper.
— Ciii!   —   Marshall   ostrzegawczo   położył   palec   na 

wargach. — Niech pan zachowa ten pogląd dla siebie.

Dlaczego?

— Wszyscy ci ludzie daliby się posiekać w kawałki za 

Adelinę Harper.

— Że ich wyrzuca z saloonu?
— Wiedzą, że czyni to dla ich dobra.
— Przypuśćmy. Jednak nie mogę pojąć, jak oficer dał się 

wyprosić w tak niegrzeczny sposób?

— Jaki oficer?
— No ten, tu obok...

Ach,   Powder.   Kochany   panie,   to   jest   z   zawodu 

bednarz.

— Przecież kapitan!

Kapitan   ochotniczej   milicji   w   Goodyear.   Kapitanem 

został chyba z powodu swego nazwiska. Zabawne, co?

Bede roześmiał się.

— Pan tu musi znać spore ludzi.
— Zna się trochę...
— Ale... — zauważył Bede — czy bednarz, czy kapitan, 

to   wstyd   dla   dorosłego   mężczyzny   zostać   skarconym   jak 
uczniak.

— Ręczę panu, że się nie obraził. A w zaufaniu powiem, 

iż Powder nie stroni od kieliszka, co jest powodem awantur 
jego żony. Dzięki pani Harper nie wróci do domu pijany.

background image

— O ile nie wstąpi do innego saloonu.
— Gotów jestem założyć się, że zmierza najkrótszą drogą 

w domowe pielesze.

— Skąd taka pewność?
— Stąd, że jutro pani Harper wiedziałaby o wszystkim.
— I cóż z tego?

Tylko   tyle,   że   jutro   zostałby  wyproszony   z   „Lucky 

Saloon".

— Czyż nie ma tu innych saloonów? Tak samo dobrych?
— Otóż   to   właśnie!   Widać,   że   pan   pierwszy   raz   w 

Goodyear. Nie każdy saloon jest tak samo dobry, powiem: 
każdy jest gorszy od tego. Przede wszystkim tutaj ceny są 
niższe, whisky nie fałszuje się wodą, a potrawy podają w 
większych porcjach. Po drugie: nigdy w „Lucky Saloon" nie 
wydarzyła się żadna strzelanina ani bójka. Można tu zabawić 
się bezpiecznie. Na pewno zwiedził pan niejeden saloon i 
wie, jak te sprawy wyglądają.

— Wiem   —   przytaknął   Bede   —   ale   pan   opowiada 

zdumiewające rzeczy.

— I prawdziwe, kochany panie, i prawdziwe. Pani Harper 

potrafi   przejrzeć   na   wylot   każdego,   nie   wpuści   żadnego 
łapserdaka czy rewolwerowca.

A jeśli łapserdak lub rewolwerowiec uprze się.

To w obronie pani Harper stanie cała sala nie mówiąc 

już, że jej małżonek brał udział w wojnie domowej   i był 
najlepszym strzelcem w pułku, a dziś najlepszym w całym 
Goodyear.   Na   dorocznych   zawodach   strzeleckich   zawsze 
zdobywa   pierwszą   nagrodę.   Wszyscy   o   tym   wiedzą.   Być 
może i ten fakt odgrywa jakąś rolę.

background image

— Na   pewno   —   pospiesznie   przytaknął   Bede.   —   To 

wiele tłumaczy.

— Lecz  nie  wszystko,   drogi  panie.  Pan  Harper  jeszcze 

nigdy   nie   potrzebował   interweniować.   Pani   Adelina   daje 
sobie świetnie radę.

— Ależ to okropna kobieta!
— Iw tym  się pan myli.  Ile ludzi wyciągnęła  z biedy? 

Mówiono mi o takich sprawach wielokrotnie. Ona cieszy się 
szacunkiem i chyba w Goodyear jest nie byle jaką personą.

— Wnioskując ze sposobu jej mówienia, wydaje się być 

osobą oschłą.

— Zbyt   pochopnie   ocenia   pan   ludzi.   Jej   oschłość   jest 

pozorna. Sądzę, że stanowi dla niej rodzaj tarczy chroniącej 
przed   zbytnim   pobłażaniem  wobec   tych,   którzy  na   to   nie 
zasługują.   Być   może   jej   niełatwa   młodość   jest   tego 
przyczyną. Wyznam panu — tu ściszył głos — iż Adelina 
Harper przeżyła kiedyś wielką tragedię.

— W Goodyear?
— Och,   nie.   Daleko   stąd.   Nie   nosiła   jeszcze   nazwiska 

Harper. Jej ojciec, którego bardzo kochała, był  farmerem, 
ani lepszym, ani gorszym od tysięcy innych. Doszedłszy do 
pewnego wieku zaczął nadmiernie gustować w trunkach, co 
nie tylko odbiło się ujemnie na gospodarstwie, ale pośrednio 
stało   się   przyczyną   jego   śmierci.   Zginął   w   bójce   w 
miejscowym   saloonie.   Adelina   została   na   farmie   razem   z 
matką.   Nieco   później   sprzedały   gospodarstwo   i 
powędrowały   na   zachód.   Zdaje   się,   że   wówczas   Adelina 
poznała Martina Harpera, ale to już nieważny szczegół.

— No, no — pokiwał głową Bede. — Pan jest prawdziwą 

kopalnią wiadomości o tutejszych ludziach. Czy o każdym 
miasteczku,   które   pan   odwiedza,   posiada   takie   mnóstwo 
informacji?

W pewnym stopniu, tylko w pewnym stopniu. Jak już 

wspomniałem, moją firmę interesują niektóre

background image

aspekty   życia   osób,   które   są   lub   mogą   zostać   naszymi 
klientami.   Dodam   jeszcze   —   mówił   Marshall   —   że   pani 
Adelina świetnie jeździ konno i ma głowę do interesów. A 
teraz, tylko dla pań wiadomości — tu znów ściszył głos — 
ona namawia męża do śmiałego przedsięwzięcia. Do tej pory 
nie było tu młyna, rolnicy sprzedają ziarno. Na codzienny 
użytek   mielą   je   w   domowych   żarnach.   Domyśla   się   pan 
chyba,   jaka   z   tego   jest   mąka.   Kto   pragnie   mieć   lepszą, 
kupuje w sklepie lub wiezie zboże na przemiał  wiele mil 
stąd. Może to pana zainteresuje?

— Dlaczego? — szczerze zdziwił się Bede.
— Bo   to   znakomita   lokata   kapitału.   Pański   woreczek 

spoczywa bezpiecznie w naszym banku i może tam leżeć do 
końca świata, lecz nie będzie procentował, nie przysporzy 
żadnego zysku. Rozumie pan?

— Rozumiem — odparł Bede, który wiedział lepiej od 

Marshalla,   iż   woreczek   żwiru   nigdy   nie   przysporzy   mu 
majątku. — Lecz co to ma wspólnego z młynem?

Widzi pan, taka budowa to kosztowna rzecz. Harper 

nie posiada tyle gotówki.

— Jak   nie   posiada,   to   na   pewno   pożyczy   w   waszym 

banku.

— I tak, i nie. Gdyby miał godnego zaufania wspólnika, 

udzielilibyśmy   kredytu.   Samego   Harpera   bardzo   by   to 
obciążyło, mogłyby z tego wyniknąć kłopoty. Niech pan to 
sobie rozważy. Oczywiście, ja do niczego nie namawiam. Po 
prostu tak mi zaświtało w głowie.

Bede   przestraszył   się   tej   propozycji.   Groziła   nie   prze-

widzianymi   komplikacjami,   mogącymi   doprowadzić   do 
publicznego   ujawnienia   zawartości   woreczka.   To   dopiero 
byłby skandal! Odparł szybko:

— Nic   się   nie   znam   na   młynarstwie,   a   poza   tym   nie 

pragnę tak ostatecznie wiązać się z Goodyear.

— Jak pan uważa, drogi panie. Jak pan uważa. To była z 

mej strony jedynie sugestia. Nie mówmy o tym

background image

więcej. Wie pan... myślę o pani Harper, przypomina mi nieco 

inną,   równie   dzielną   kobietę,   którą   poznałem   i   o   której 

zadziwiających przygodach bardzo szczegółowo opowiadała 

moja bliska krewna. Pana, jako amatora wędrówek, powinna 

zainteresować historia jej życia. Ona również nie potrafiła 

długo usiedzieć w jednym miejscu.

— Kobiety raczej są domatorkami — zauważył Bede — 

nawet takie, które w młodych latach uciekają
z rodzicielskiego domu. Później im to przechodzi.

— Całkowicie się z tym  zgadzam.  Moja znajoma  była 

dziwnym wyjątkiem.

Widocznie   należała   do   pewnej,   nielicznej   zresztą, 

kategorii pań zjawiających się w co elegantszych saloonach, 
zwłaszcza   w   okolicach,   gdzie   odkryto   złoto.   Lecz   i   takie 
najczęściej kończą na małżeństwie.

— Wiem, wiem. Jednak ta, o której wspomniałem, była i 

jest osobą jak najbardziej zasługującą na szacunek. Dbała aż 
do przesady o swe dobre imię. Chce pan o niej posłuchać? 
Godzina jeszcze wczesna...

— Chętnie.
— Wobec   tego...   —   pomachał   ręką   kelnerowi   krzą-

tającemu się w pobliżu. — Dwie podwójne whisky i dwie 
flaszki wody. Ale nie tu. Niech pan przyśle chłopca do mego 
pokoju i zapisze na rachunek.

— Oczywiście — skłonił się kelner. — Pana również na 

rachunek — zwrócił się do Bedego. — Szef mi tak polecił.

— Doskonale.

Marshall podniósł się zza stołu.

— Zapraszam pana do siebie — powiedział. — Zbyt tu 

gwarno i zbyt dużo dymu. Chodźmy.

Przecisnęli się przez rozbawiony, rozgadany tłum gości aż 

ku schodom. Pusto tu było i półmroczno. Półmrok panował 
w słabo oświetlonym korytarzu, zupełna ciemność w pokoju 
Marshalla.  Bede zatrzymał

background image

się na progu, póki gospodarz nie zapalił naftowej lampy. W 
smugach   jej   żółtego   blasku   dostrzegł   wnętrze   pokoju 
bliźniaczo podobne do tego, który sam zajmował. Różnica 
polegała jedynie  na dwu wielkich, obitych  skórą fotelach. 
Nie było ich w pokoju Bedego.

  Proszę się rozgościć. Za chwilę chłopak przyniesie nam 

wszystko   co   potrzebne   dla   miłego   spędzenia   wieczoru,   a 
tymczasem...

Marshall sięgnął do szufladki nocnego stolika i wydobył 

brązowe   drewniane   pudełko.   Otworzył   i   postawił   przed 
gościem.

—- Niech pan spróbuje. Uważam, że są niezłe. A może 

pan nie pali cygar? Pali pan? To świetnie. Ja przepadam za 
cygarami.   Proszę   nie   obgryzać,   tu   leżą   nożyczki,   a   tu 
popielniczka.

Rozsiadł się w sąsiednim fotelu.

— Przyjemnie tak odpoczywać w ciszy. Ustawiczny gwar 

bardzo mnie męczy, pewnie dlatego, że tyle godzin spędzam 
w zatłoczonych wagonach. O ile przyjemniejszą musi być 
podróż   na   końskim   grzbiecie!   Domyślam   się,   że   pan   ma 
konia.   Ja,   niestety,   nie   mogę   korzystać   z   takiego   środka 
lokomocji, podróż trwałaby
zbyt długo. Zresztą, kiepski ze mnie jeździec.

Zapukano do drzwi, ukazał się chłopak z tacą, dwiema 

szklankami i aż trzema butelkami.

— Ależ — zdenerwował się Marshall — prosiłem tylko o 

dwie porcje, nie o całą butelkę.

— Szef kazał przynieść butelkę. Powiedział, że policzy 

tylko za to, co zostanie wypite.

Księgowy roześmiał się cicho.

— Twój szef jest dobrym handlowcem. A teraz zmykaj!

Gdy drzwi się zamknęły, dodał:

— Harper   przewiduje,   że   jak   przyśle   pełną   butelkę,   to 

zwrócimy pustą. Chyba się zawiedzie, jak pan sądzi?

background image

— Na   pewno   się   zawiedzie.   Nie   lubię   przesadzać   z 

alkoholem.

— Słuszny   zwyczaj,   kochany   panie,   lecz   szklaneczka 

whisky nikomu nie zaszkodzi. Dolać wody?

— Proszę.

Bede posmakował, kiwnął głową z aprobatą, sięgnął po 

cygaro i zapalił.

— No i jak?
— Dawno takiego nie miałem w ustach — pochwalił.
— Kupuję   w   Topeka   u   znajomka   —   poinformował 

Marshall. — Lecz nie o tym mieliśmy mówić, a o pewnej 
pani,   która   przed   laty  wędrowała   po   Kolorado,   od   samej 
północy prawie po samo południe tego kraju. Piękny to kraj.

Bede   nie   potrafił   powstrzymać   się   od   niechętnego 

pomruku. Dla niego nie mógł być pięknym kraj, w którym 
stracił i to, co z sobą przywiózł, i to, co tu znalazł.

— Nie   uważa   pan,   że   Kolorado   obfituje   we   wspaniałe 

krajobrazy?

— Spędziłem tu kilka miesięcy na ciężkiej harówce i na 

podziwianie przyrody nie miałem ani czasu, ani chęci.

— Bywa i tak, bywa i tak — zgodził się księgowy. — 

Praca   może   być   przyjemnością,   ale   równocześnie   iluż   to 
wrażeń   nas   pozbawia?   No,   ale   to   tylko   takie   teoretyczne 
rozważania,   przejdźmy   do   spraw   mojej   dziwnej 
podróżniczki.

background image

Izabela Bird

Niech   pan   sobie   wyobrazi   osobę,   której   wzrost   nie 

przekraczał pięciu stóp, raczej przysadzistą niż szczupłą, o 
twarzy   nie   większej   od   pięści   dorosłego   mężczyzny,   o 
wielkich, smutnych oczach. Tak ją ujrzałem po raz pierwszy 
i równocześnie po raz ostatni, ale wrażenie przetrwało po 
dziś,   a   obraz   nie   zatarł   się   w   mej   pamięci.   Chociaż   to 
wydarzyło się aż siedemnaście lat temu. W innych czasach, 
wśród  innych   ludzi.   Ileż   to  przemian   zaszło,   drogi   panie! 
Pamięta pan? Taki na przykład Jessie James, przemierzający 
prerie.   Kto   dziś   go   wspomina?   Dziwny   typ,   rabujący 
bogatych,   aby   rozdawać   pieniądze   biednym.   Na   pewno 
słyszał pan o nim.

— Przepraszam   —   wtrącił   się   Bede,   w   którym   nagle 

obudził się dawny łapacz. — Jessie został zastrzelony przed 
ośmiu laty. Rzeczywiście, słyszałem o tej historii, lecz nic o 
rozdawaniu pieniędzy biednym.  Jessie James  był  wodzem 
gangu,   krwawym   zbrodniarzem   i   złodziejem.   Skąd   ta 
legenda?

— Nie   będziemy   się   spierać,   drogi   panie.   Może   to 

legenda, może nie legenda. Ludzie opowiadali...

— Czy   spotkał   pan   chociaż   jednego,   któremu   Jessie 

napełnił kieszenie?

background image

— Hm... istotnie nie spotkałem.
— Ano, właśnie. Dziwi mnie jak pan, urzędnik bankowy, 

może czuć sentyment do człowieka mającego na sumieniu 
tyle   napadów   na   banki?   Ale   przecież   on   się   do   tego   nie 
ograniczał.   Rabował   także   podróżnych   dyliżansów   i 
pociągów, wcale nie czyniąc  różnicy między bogaczami  a 
biednymi.

— Mogło   się   tak   zdarzyć   —   odparł   księgowy   tonem 

świadczącym, że słowa Bedego wcale go nie przekonały. — 
Nie   sprzeczajmy   się,   drogi   panie,   bo   i   tak   nikt   nie 
rozstrzygnie   naszego   sporu.   Wracam   do   mej   znajomej. 
Nazywała   się   Izabela   Lucy   Bird.   Przybyła   do   Stanów   w 
1873   roku   ze   Szkocji,   gdzie   stale   mieszkała   i   stale 
chorowała. Na bóle krzyża, na bóle głowy, na bezsenność, 
słowem, na całą furę przypadłości, które mogą zatruć życie 
każdemu.   Panna   Bird   jakoby   nabawiła   się   tych   chorób 
mieszkając  w  bardzo  niezdrowej  okolicy  szkockiej   wyspy 
Muli. Pan wie, gdzie leży wyspa Muli?

— Nie mam pojęcia.
— Sprawdzałem na mapie, tak mnie zainteresował gość 

mej ciotki. Panna Bird była u niej przez kilka dni zaledwie, 
lecz   później   pisywała   listy.   Z   nich   dowiedziałem   się 
mnóstwa  szczegółów o osobie, która więcej zwiedziła niż 
niejeden najzdrowszy mężczyzna.  Proszę sobie wyobrazić, 
że   panna   Bird   przybyła   do   San   Francisco   zawadzając   po 
drodze o Nową Zelandię, a później o Hawaje. Toż to prawie 
podróż dokoła świata! Podobno taką poradził jej lekarz. A 
wyspa Mul, drogi panie, znajduje się przy zachodnich brze-
gach Szkocji, na północy, prawie na tej samej wysokości, co 
u nas Labrador. Nic dziwnego, że jej klimat nie zalicza się 
do najzdrowszych.

— Ta   Szkotka   musiała   pana   bardzo   interesować   — 

zauważył Bede przymrużając nieco lewe oko. — Chyba się 
nie mylę?

background image

— I   myli   się   pan,   i   nie   myli   równocześnie   —   odparł 

poważnym   tonem   księgowy.   —   Między   mną   a   nią   jest 
prawie dwadzieścia lat różnicy.  A poza tym...  pannę Bird 
trudno zaliczyć do osób zgrabnych i ładnych. To nie wykręt 
z mej strony, lecz szczera prawda. Moje zainteresowanie dla 
niej   zrodziło   się   znacznie   później.   Dopiero   wówczas   gdy 
ciotka w przystępie dobrego humoru zaczęła mi opowiadać 
o przygodach Izabeli Bird w czasie wędrówki po Kolorado. 
Bardzo lubię słuchać o przygodach, siedząc w fotelu i paląc 
cygaro. Jak już powiedziałem, panna Bird, przybyła do San 
Francisco w sierpniu 1873 roku. Wsiadła do pociągu i udała 
się najpierw do Cheyenne w Wyomingu, później do Greeley 
w Kolorado.

— Czegóż tu szukała?
— Myślę,   że   po   prostu   jedynie   przygody,   najpraw-

dziwszej   przygody.   Opowiadano   jej   cuda   o   przyrodzie   i 
klimacie Estes Park. Słyszał pan o Estes Park?

— Nigdy.
— Gdzież pan się do tej pory obracał?
— Pół swego życia spędziłem na południu, do Kolorado 

trafiłem po raz pierwszy.

Rozumiem. Estes Park to piękna dolina o powierzchni 

kilku tysięcy hektarów, położona na wschód od Greeley lub 
na północo-wschód od Denver. Pierwszym gospodarzem tej 
doliny był  niejaki Joel Estes, który w połowie 1860 roku 
gdzieś wy wędrował i więcej o nim nie słyszano. W roku 
1873   w   Estes   Park   gospodarzył   Griffith   Evans,   emigrant 
przybyły aż z Walii. Przez Estes Park przepływa  rzeczka 
Big   Thompson,   lecz   jej   głęboki   kanion   jest   nie   do 
przebycia.   Jedyna   droga   wiedzie   przez   parów   Mugginsa. 
Tam zbudował sobie ranczo Jim Nugent, przezwany Gór-
skim   Jimem,   człowiek   cieszący   się   okropną   opinią. 
Mówiono o nim, że co pewien czas dostaje ataków szału, 
przyjeżdża   do   Denver   i   rozrabia.   Pannę   Bird 
poinformowano   o   tym   wszystkim.   Inna   kobieta   w   takiej 
sytuacji na pewno zrezygnowałaby z przejażdżki, ona wręcz 
przeciwnie.   Postanowiła   poznać   Jima   Nugenta.   Teraz   już 
wie pan tyle samo, co i ja.

— Odważna osoba z tej panny Bird albo może...

rozpaskudzona   życiem   i   szukająca   tak  zwanych   mocnych 
wrażeń?

Marshall lekko wzruszył ramionami.

— Sam się nad tym wielokrotnie zastanawiałem.

Rozpaskudzona życiem to ona raczej nie była, lecz odwagi 
istotnie jej nie brakowało. Nigdy nie czuła strachu wobec 
ludzi cieszących się złą opinią. Wiem, bo sam widziałem, że 
w fałdach sukni nosiła wielostrzałowego colta, i ręczę panu, 
że nie mdlała, jak inne panie, na huk broni palnej.

Do Greeley panna Bird przyjechała z listem polecającym 

od   byłego   gubernatora   terytorium   Kolorado,   pana   Hunta, 
otrzymanym  jeszcze w Cheyenne. Wówczas to poznała ją 
moja ciotka, no i ja, bo akurat przez kilka tygodni u ciotki 
mieszkałem. Pamiętam, że panna Bird narzekała na upał, na 
czarne   muchy   i   na   pluskwy,   które   nie   dały   jej   spać   w 
pensjonacie pani Graham. Greeley było w tamtych czasach 
okropną   dziurą,   za   to   okolica...   Gdy   się   spojrzało   ku 
zachodowi,   wzrok   napotykał   bezkresne   płaszczyzny, 
prawdziwe morze falujących traw. W czystym jak kryształ 

background image

powietrzu ostro rysowały się wyniosłe grzbiety najbliższego 
pasma   Gór   Skalistych,   zwanego   Front   Rangę,   a   za   nim 
jeszcze wyższy szczyt Longs Peak.

Panna  Bird  kochała  się  w koniach,  lubiła  jeździć,  lecz 

jazda sposobem damskim przyprawiała ją o dotkliwe bóle 
krzyża. Nabyła więc tureckie szarawary, aby móc siedzieć 
okrakiem.   Na   tych   szarawarach,   spadających   na   buty 
śmiesznymi falbankami, nosiła spódnicę, aby nie razić ani 
męskich,   ani   kobiecych   oczu.   W   Greeley   jednak   próżno 
usiłowała nabyć wierzchowca. Ruszyła, więc na północny 
zachód,   do   Collins,   wozem   przypadkowo   wracającym   w 
tamte   strony.   Z   Collins,   jak   pisała   do   mej   ciotki, 
„melancholijny młodzian" zawiózł ją powozikiem poprzez 
prerię   do   Namaqua   i   dalej,   aż   do   kanionu   rzeki   Big 
Thompson.   Tam   przekazał   ją   Tomaszowi   Chalmers, 
mieszkającemu w pobliżu. Panna Bird pisała z oburzeniem 
do mej ciotki, że Chalmers nawet nie zaprosił jej do swej 
chaty,   lecz   na   nocleg   przeznaczył   otwarty   szałas.   Na 
szczęście noc była ciepła. Chalmers twierdził, że świetnie 
zna drogę do Estes Park, wiodącą dokoła północnej strony 
kanionu. Następnego dnia pożyczył  pannie Bird konia tak 
chudego,   że   przypominał   szkielet,   i   powiódł   ją   ku   Estes 
Park. Po trzech dobach włóczęgi straszliwymi bezdrożami 
wrócili   nie   osiągnąwszy   celu.   Chalmers   okazał   się 
samochwałem   nie   mającym   pojęcia,   w   jaki   sposób   tam 
dotrzeć. Rozzłoszczona panna Bird (trudno się jej dziwić) 
następnego dnia skorzystała z napotkanego wozu jadącego 
do   Longmont.   Dwudziestodwumilowa   podróż   przez 
rozgrzaną   słońcem   prerię,   bez   skrawka   cienia,   do   reszty 
zużyła   siły   podróżniczki.   Po   przybyciu   do   Longmont 
zatrzymała się w miejscowym hotelu. Wróciły jej wszystkie 
przypadłości,   na   jakie   cierpiała   w   Szkocji:   bóle   głowy, 
zapalenie oczu i uczucie krańcowego wyczerpania.

Przy   kolacji   oświadczyła   właścicielowi   hotelu,   że 

rankiem musi w jakikolwiek sposób dostać się do Denver, 
aby zdążyć na pociąg jadący do Nowego Jorku. Miała już 
zupełnie   dosyć   podróży   po   Ameryce.   Opowiedziała 
również, jak Chalmers pobłądził, jak ona sama źle się czuje 
w tym nie do zniesienia klimacie. Właściciel oburzył  się, 
stwierdził, że klimat tutejszy jest idealny i wszyscy się nim 
zachwycają. Dodał jeszcze, że Estes Park to raj na ziemi i 
byłoby   wstyd   stracić   taką   okazję.   Po  czym   odszedł,   lecz 
wrócił po paru minutach zawiadamiając, iż dwu młodych 
ludzi przed chwilą przybyło do Longmont, że jutro ruszają 
do Estes Park i chętnie ją zabiorą.

Panna   Bird   noc   spędziła   bezsennie,   niepokojona   ner-

wobólami, lecz rankiem jakoś to jej przeszło. Zdecydowała 
się jechać.

— Skąd pan o tym tak dokładnie wie? Wygląda na to, jak 

gdyby towarzyszył pan tej damie.

— Cóż   znowu!   Po   prostu   ciotka   pokazywała   mi   listy 

panny Bird. Wszystko w nich zostało opisane z zadziwiającą 
drobiazgowością, aż do przesady...

Bede tylko pokiwał głową, co mogło oznaczać zarówno 

wiarę,   jak   i   niewiarę   w   słowa   Marshalla,   lecz   nic   nie 
powiedział.

— Izabela   Bird   wynajęła   konia,   a   gdy   wskoczyła   na 

siodło, zaraz poczuła się lepiej. Zabrała z sobą pa- kuneczek 

background image

z   niezbędnymi   przedmiotami,   a   nawet   parasolkę,   którą 
powiesiła na łęku siodła.

Trójka   wędrowców,   przejechawszy   spieczoną   słońcem 

prerię, opuściła się w głąb cienistego kanionu rzeczki Vrain. 
Stamtąd   ruszyła   ku   strumieniowi   Little   Thompson,   a 
późnym   popołudniem  dotarła   do parowu  Mugginsa,   gdzie 
mieszkał Jim Nugent.

Ujrzeli prymitywną, poczerniałą chatę, stojącą na polanie, 

między krzakami dębiny. Poprzedzany przez szczekającego 
psa ukazał się jej właściciel. Izabela Bird opisała go bardzo 
dokładnie.   Był   tęgim   mężczyzną   średniego   wzrostu.   Na 
głowie nosił zniszczoną czapkę, a jego szary myśliwski strój 
wisiał   prawie  w  strzępach.   Za  szarfą,   którą   się  przepasał, 
tkwił myśliwski nóż w pochwie, a z kieszeni kurty sterczał 
rewolwer. Na nogach miał prymitywne mokasyny z końskiej 
skóry.

Panna   Bird   oceniła   jego   wiek   na   czterdzieści   pięć   lat. 

Pisała,   że   sądząc   z   rysów   twarzy,   musiał   być   niegdyś 
wyjątkowo przystojny. Zwróciła uwagę na gładko ogolone, 
oblicze,   na   wąsy,   na   brązowe   włosy   w   zaniedbanych 
puklach spadające spod czapki aż na kark.

Podszedł, ukłonił się i zapytał grzecznym  tonem,  czym 

może służyć.

Poprosiła go o wodę. Przyniósł ją w pogiętym blaszanym 

kubku   przepraszając,   że   nie   może   podać   ładniejszego 
naczynia. Panna Bird stwierdziła wówczas, że Jim Nugent 
wysławia się poprawnie, że jego maniery są eleganckie i że 
to wszystko razem jakoś nie pasuje do opinii, z jakiej słynął 
w okolicy. Podczas rozmowy z samotnikiem dostrzegła kilka 
łapek bobrzych,  które  suszyły  się przed chatą. Zagadnęła, 
gdzie je zdobył. Natychmiast poprosił o ich przyjęcie. Na 
pamiątkę spotkania. Ponieważ słońce chyliło się ku zacho-
dowi,   ruszyli   dalej.   Jim   Nugent   jakoby   krzyknął   za 
odjeżdżającymi:   „Pani   nie   jest   Amerykanką,   tylko   moją 
rodaczką. Poznałem po głosie. Mam nadzieję, że pani nie 
odmówi mi przyjemności złożenia jej wizyty".

Przejechawszy parów Mugginsa wędrowcy ujrzeli leżącą 

niżej dolinę. Tworzyła  ją nieregularna niecka, przez którą 
przepływał strumień. Dokoła dźwigały się górskie szczyty o 
fantastycznych  kształtach, a wśród nich najwyższy,  Longs 
Peak. W zachodzącym  słońcu woda w strumieniu mieniła 
się krwawo, a szczyt gorzał purpurą.

Izabela   Bird  napisała   do mej   ciotki,   iż  nigdy  i  nigdzie 

dotąd nie oglądała czegoś równie pięknego.

Nasyciwszy   oczy   widokiem,   ruszyli   szybko   i   po   przy-

byciu   prawie   mili   wjechali   do   Estes   Park.   Gospodarstwo 
Griffith Evansa leżało tuż przy małym, niebieskim jeziorku. 
Rozmiar   posiadłości   zadziwił   Izabelę.   Ujrzała   bowiem 
cztery pięknie się prezentujące chaty, otaczające w dużym 
promieniu dom centralny, największy. Dalej znajdowały się 
dwa   corrale   dla   koni,   budynek   mleczarni,   gromada   krów 
czekających   na   udój   oraz   w   odległości   chyba   mili,   setki 
sztuk bydła.

background image

W tej głuszy i dziczy widok tak dostatniego gospodarstwa 
zaskakiwał każdego przybysza.

Griffith Evans wybiegł ze środkowego budynku powitać 

gości. Powiedział pannie Bird, iż może zamieszkać w chacie 
stojącej   najbliżej   jeziorka,   za   opłatą   ośmiu   dolarów 
tygodniowo,   łącznie   z   wyżywieniem   i   prawem   używania 
koni   do   spacerów.   Nieco   później   Izabela   poinformowała 
moją ciotkę, że Evans spodobał się jej pomimo mocnej woni 
bourbona, bijącej z jego krzaczastej brody. Po kilku dniach 
dowiedziała   się   od   gospodarza,   że   nabył   on   wszystkie 
budynki za niewielką sumę w roku 1867, na rok wcześniej 
nim Jim Nugent wzniósł swą chałupę w parowie Mugginsa. 
Ja osobiście uważam to za bajkę. Estes zniknął z doliny w 
roku 1860, komu  więc płacił Evans? Najprawdopodobniej 
objął   w   posiadanie   budynki   będące   własnością   niczyją.   I 
Evans,   i   Nugent   byli   hodowcami   bydła.   Nie   cierpieli   się 
wzajemnie.   Trochę   dlatego,   że   współzawodniczyli   z   sobą 
jako przewodnicy turystów,  częściowo dlatego (jak Evans 
wyznał   pannie   Bird),   że   Nugent   jakoby   czynił   jego 
siedemnastoletniej córce nieprzystojne propozycje.

Izabela Bird napisała w jednym z listów, iż kiedyś nocą 

słyszała, jak Evans wrzeszczał w swej chacie: „Jim, ja cię 
zastrzelę!"

Izabela Bird zamieszkała nad jeziorkiem i starała się na 

swój   sposób   być   użyteczna.   Zaopatrzona   w   podręczną 
apteczkę, wydzielała Evansowi porcje lekarstwa mającego 
neutralizować skutki pijaństwa, pomagała gotować posiłki, a 
wieczorami,   dla   rozrywki   innych   (u   Evansa   przebywało 
wówczas   dziewięć   osób)   grywała   na   fujarce   zrobionej   z 
trzciny.   Ranki   upływały   jej   na   nauce   karmienia   bydła,   a 
lekcji udzielali dwaj pastusi Evansa. Poza tym przyjmowała 
codzienne wizyty Jima Nugenta. Pisała, że jest on wesołym i 
dowcipnym   towarzyszem,   na   pewno   wykształconym,   zna-
jącym światową literaturę. Nugent wtajemniczył  ją w swą 
przeszłość. Wspomniał o swym urodzeniu w Montrealu, o 
ojcu-Irlandczyku,   który  służy jako wysoki   rangą  oficer  w 
brytyjskiej armii. Zwierzył się również ze starego romansu z 
siedemnastoletnią   dziewczyną,   który  to   romans   zakończył 
się ponuro i wpędził go w pijaństwo.

— Cóż to takiego było? — zainteresował się Bede.
— Nie   wiem.   Panna   Bird   nic   więcej   na   ten   temat   nie 

napisała. Albo Nugent nie powiedział jej wszystkiego, albo 
też zachowała dyskrecję.

— Szkoda   —   westchnął   Bede,   którego   rozwlekła 

opowieść Marshalla poczynała nieco nużyć.

Potrafię tylko tyle powiedzieć, iż ten Jim Nugent, jeśli 

to   prawdziwe   nazwisko,   pracował   w   Kanadzie   jako 

nauczyciel.   Później   rzucił   nauczanie   i   został   traperem   na 

usługach   Hudson's   Bay   Company.   Szybko   mu   się   to 

znudziło,   więc   powędrował   do   Stanów,   zaciągnął   się   do 

armii jako wywiadowca. Brał udział w walkach z Indianami. 

Wyjątkowo niespokojny typ, jak sądzę, albo też... miał coś 

na   sumieniu,   co   go   zmuszało   do   ciągłej   zmiany   miejsca 

pobytu.   Tak   podejrzewam.   No   i   wreszcie   ukrył   się   w 

parowie Mugginsa, jak to się mówi: na końcu świata. Był na 

pewno człowiekiem wykształconym, panna Bird nie 'mogła 

się   mylić,   zbyt   jest   na   to   inteligentna.   Zresztą   pisała,   że 

Nugent   deklamował   jej   swoje   wiersze,   przeważnie   po-

święcone dawnej miłości. Innego znowu dnia odtworzył swe 

spotkanie   z   szarą   niedźwiedzicą.   Bardzo   obrazowo 

background image

opowiadał, jak to pies wypłoszył z groty grizzli z  małymi, 

jak   później,   przerażony,     uciekł   do   swego  Hudson's   Bay 

Company   —   Kompania   Handlowa   Zatoki   Hudsona, 

działająca na terenie Kanady poprzez sieć swych faktorii i 

agentów.

background image

pana,   a   rozwścieczone   zwierzę   pognało   za   nim.   Nugent 
zdążył   aż   czterokrotnie   strzelić,   lecz   nie   powstrzymał 
napastnika.   Niedźwiedzica   dopadła   strzelca,   pogryzła   mu 
lewą   rękę,   urwała   jeden   palec,   podrapała   szyję   i   twarz. 
Nugent   wówczas   zemdlał.   Chyba   to   właśnie   go   ocaliło. 
Podobno   niedźwiedzie   nie   ruszają   ludzkich   zwłok,   a   Jim 
wyglądał jak trup. Słyszał pan o tym?

— Nic a nic. Nie jestem myśliwym.
— Jednak   tak   się   zdarzyło.   Gdy   ranny   odzyskał 

przytomność,   spostrzegł,   że   leży   w   kałuży   krwi.   Nie-
dźwiedzicy nie było. Wówczas zdołał wspiąć się na grzbiet 
swego   muła   i   przejechać   aż   osiem   mil.   Na   swe   szczęście 
przypadkowo spotkał lekarza.

— Nie wie pan, jak ten lekarz się nazywał?
— Nie.
— Pytam,   bowiem   i   ja   niedawno   spotkałem   takiego 

wędrującego lekarza, może to ten sam?

— Leczył pana?
— Nie było potrzeby.
— Z Jimem była potrzeba. Proszę sobie wyobrazić, że ten 

doktor   zeszył   mu   aż   pięćdziesiąt   ran.   Trzeba   końskiego 
zdrowia,  aby coś  takiego  wytrzymać.   Jednak  Jim miał  tak 
pociętą skórę na twarzy, że na prawe oko zaniewidział. Pannę 
Bird bardzo wzruszyło to opowiadanie.

Innego   dnia   zaczął   ją   namawiać   na   wspinaczkę   wy-

sokogórską na Longs Peak. Ten szczyt  widać było z Estes 
Park i Izabela poczęła marzyć  o wycieczce we dwójkę. Po 
wielu   rozważaniach   doszła   do   wniosku,   że   jednak   będzie 
stosowniej powędrować większym gronem.

Namówiła   na   wyprawę   obu   młodzieńców,   z   którymi 

przyjechała. W końcu września cała czwórka, zaopatrzywszy 
się w żywność i derki, ruszyła konno w daleką drogę. Widział 
pan kiedy Longs Peak?

— Może tak, może nie — odparł flegmatycznie Bede. — 
Oglądałem tyle już szczytów, że wszystko mi się pokręciło 
w głowie.
— Szkoda.   To   piękna   góra.   Bardzo   wysoka,   ponad 

czternaście tysięcy stóp. Wyobraża pan sobie taki ogrom?

Bede coś tam mruknął, co od biedy można było uznać za 

odpowiedź twierdzącą.

— Do   wysokości   jedenastu   tysięcy   stóp   —   mówił 

Marshall — zbocza porasta pierwotny las, powyżej jest już 
tylko   nagi   granit,   porznięty   przepaścistymi   rozpadlinami, 
skalnymi   półkami   i   rumowiskiem   potężnych   głazów. 
Podobno   znajdują   się   tam   liczne   jeziorka,   wiecznie 
zamarznięte   bagna   i   zasypane   śniegiem   wąwozy. 
Rozrzedzone powietrze bardzo utrudnia oddychanie.

— Pan tam był? — zdumiał się Bede.
— Nie,   nigdy.   Ale,   jak   już   wspomniałem,   listy,   które 

przesyłała   Izabela   Bird   do   mej   ciotki,   były   niesłychanie 
szczegółowe   w   opisach,   powiem:   precyzyjne,   to   najlepsze 
określenie.   Czytałem   je   jak   najciekawszą   książkę   o 
przygodach podróżników, czytałem po kilka razy, a pamięć 
mam, nie chwaląc się, znakomitą.

— Wyznam, iż nie pojmuję, po co ludzie gramolą się na 

górskie szczyty? Po to, żeby z nich schodzić?

— Ha,   natura   ludzka   jest   wielce   skomplikowana. 

Niektórzy szukają przygód i niebezpieczeństw. Czy pan wie, 

background image

iż   do   tej   pory  dwadzieścia   jeden   osób   przypłaciło   życiem 
próbę zdobycia wierzchołka Longs Peak? Lecz innych to nie 
odstrasza. Sądzę, że i pan, gdyby mu zaproponowano...

— Co   to,   to   nie!   —   wykrzyknął   Bede.   —   To   nie   ma 

żadnego sensu.

Jednak panna Bird uznała, że ma to jakiś sens. Już o 

zmroku cała czwórka, ciągle konno, osiągnęła 

granicę lasów. Obozowali w sosnowym, zagajniku. Nazajutrz 
wstali ze wschodem słońca, a po śniadaniu ruszyli dalej. Po 
osiągnięciu   dwunastu   tysięcy   stóp   wysokości   pozostawili 
konie.   Z   wielkim   trudem   dobrnęli   do   miejsca,   w   którym 
nierówna,   naturalna   ścieżka   ciągnęła   się   na   przestrzeni 
kilkuset   stóp   między   skalnymi   zwaliskami,   aż   do   granicy 
głębokiego   parowu.   Odtąd   należało   wędrować   wąziutką 
półką skalną, biegnącą tuż nad przepaścią. Izabela Bird była 
już   niezdolna   do   dalszego   marszu.   Wtedy   Jim   Nugent 
przywiązał ją do siebie liną i ciągnął. Ślizgając się, chwiejąc 
na   nogach,   dysząc   z   wyczerpania   i   z   braku   powietrza,   z 
bijącym   sercem   i   bolącymi   płucami   (jak   to   sama   opisała) 
dobrnęła   do  bezpieczniejszego  miejsca.   Stamtąd   już   widać 
było sam czubek góry.

Teraz   czwórka   wędrowców,   pełznąc,   czołgając   się, 

przystawała co chwila dla nabrania oddechu. Ta wspinaczka 
trwała ponad godzinę. Wreszcie osiągnęli szczyt na pół żywi 
ze   zmęczenia.   Była   to   akrowej   powierzchni   płaszczyzna 
kamieni,  otoczona  urwistymi  zboczami.  Miejsce  ponure, z 
którego  szybko   się   wycofali.   Lecz   zejście   wcale   nie   było 
łatwiejsze. Panna Bird przewróciła się parokrotnie, a przez 
część   drogi   Jim   po   prostu   niósł   ją   na   plecach.   W   końcu 
dobrnęli do postoju koni, wskoczyli na siodła i już szybko 
dojechali do poprzedniego obozowiska w sosnowym lasku. 
Rozpalono ognisko, spożyto wieczerzę.

Gdy dwaj młodzi uczestnicy wyprawy, bardzo utrudzeni, 

zasnęli,   Izabela   długo  jeszcze   gawędziła   z   Nu-gentem.   W 
jednym   z   listów   wspomniała,   iż   Jim   opowiadał   jej   dzieje 
swej młodości, śpiewał ballady, a później się jej oświadczył. 
Izabela Bird napisała, iż tylko przez pięć minut wierzyła w 
szczerość   tego   wyznania,   lecz   swą   wiarę   uznała   za 
zarozumiałość niewybaczalną kobiecie w jej wieku. Jednak 
według opinii mej ciotki, a kobiety na tych sprawach znają 
się   lepiej   od   mężczyzn,   panna   Bird   zupełnie   poważnie 
myślała o poślubieniu Jima Nugenta, lecz zdecydować się na 
taki krok nie potrafiła. Jej opinia o Nugencie zmieniała się 
chyba   co   parę   dni.   Raz   nazywała   go   w   swych   listach 
człowiekiem budzącym strach, nawet łotrem, kiedy indziej 
dżentelmenem.

W   kilka   dni   po   powrocie   do   Estes   Park,   miotana 

sprzecznymi  uczuciami, nagle zdecydowała się na wyjazd. 
W towarzystwie jednego z turystów opuściła Park i przybyła 
do  Longmont,   gdzie   zatrzymała   się   w   hotelu   „St.   Vrain". 
Nazajutrz   wczesnym   rankiem   samotnie   ruszyła   konno   na 
południe, szlakiem wiodącym przez pustą prerię, do Denver. 
Trzeba przyznać, iż odwagi jej nie brakło. Wątpię, czy nawet 
dziś, gdy bezpieczniej już jest w tym kraju i po drogach nie 
krążą   bandyci   czyhający   na   samotnych   podróżnych, 
jakakolwiek   kobieta   zdecydowałaby   się   na   przebycie 
trzydziestu   mil   pustkowi,   z   koniem   jako   jedynym   to-
warzyszem.

background image

Jednak do Denver dotarła bez przeszkód i pierwszą noc 

spędziła   u   krewnych   Gryffitha   Evansa.   Moja   ciotka 
podejrzewa, że Izabela udała się do Denver, aby zasięgnąć 
języka o Jimie. Dlatego właśnie tam nocowała, lecz chyba tą 
drogą   nie   dowiedziała   się   nic   dobrego   o   Nugencie. 
Oczywiście, to tylko przypuszczenia.

Już nazajutrz śniadanie jadła w towarzystwie pana Hunta, 

byłego   gubernatora   terytorium   Kolorado.   Miała   zamiar 
wybrać   się  pociągiem do miejscowości  Colorado  Springs, 
lecz Hunt zapewnił ją, iż jest to bardzo łatwa wycieczka, a z 
wyżyn   końskiego   grzbietu   lepiej   można   podziwiać 
krajobrazy.

Szlak   z   Denver   do   Colorado   Springs   liczy   sobie 

osiemdziesiąt mil, a był wówczas tak źle oznakowany,

background image

że   panna   Bird   dwukrotnie   zmyliła   drogę.   Korzystając   z 

gościny poleconych jej przez Hunta ranczerów i farmerów, 

dotarła wreszcie w ciągu pięciu dni do Colorado Springs.

Początkowo   miała   zamiar   pobyć   tu   dłużej,   lecz   (jak 

wzmiankowała   w   kolejnym   liście)   dręczył   ją   niepokój   o 
pozostawionych   w   Estes   Park   znajomych,   no   i...   Jima 
Nugenta. Zdaje się, że to ostatnie zadecydowało o powrocie. 
Wybrała się do Denver nieco inną trasą i znacznie dłuższą od 
poprzedniej,   chyba   o   kilkadziesiąt   mil,   jeśli   nie   więcej. 
Proszę pomyśleć, drogi panie, osoba bawiąca po raz pierwszy 
w tym kraju, nie ciesząca się mocnym  zdrowiem, ryzykuje 
samotną, daleką wędrówkę! Przyzna pan, iż taka osoba jest 
godna podziwu.

— Być  może  — przytaknął  Bede dość wstrzemięźliwie. 

— Ona świetnie pasowała do tego Jima Nugenta.
Ja za skarby świata nie chciałbym mieć żony szukającej guza 
po   jakichś   diabelskich   pustkowiach.   Pewnie   się   z   tym 
Nugentem dogadała? Nie?

Marshall uśmiechnął się i pokiwał głową.

— Można dolać? — zapytał.
Bede podsunął pustą szklankę.
— Jest pan bliski prawdy — powiedział księgowy — ale 

tylko... bliski. Bo prawdą jest, że Izabela Bird, spiesząc do 
Estes   Park,   zastanawiała   się,   czy   byłaby   dobrą   żoną   dla 
człowieka, który przez czterdzieści dwa lata żył na odludziu 
zupełnie   sam,   niezależny.   Tak   pisała.   Oczywiście,   to 
przesada. Oczywiście, w swym  dziecięcym  okresie Nugent 
musiał mieć jakichś opiekunów, więc nie sposób mówić aż o 
czterdziestu dwu latach jego niezależności. Lecz mniejsza z 
tym.

W połowie października panna Bird po raz drugi zawitała 

do parowu Mugginsa. Już zmierzchało, a w oknach chaty nie 
zauważyła   światła.   Pomyślała,   że   Nugent   stąd   odszedł   na 
zawsze. Jednak w kilka minut później usłyszała szczekanie 
psa, a w chwilę potem ukazał się jego pan na koniu. Podobno 
szalał z radości na jej widok. Odprowadził ją do granic Estes 
Park,   w   którym   Izabela   zajęła   swój   dawny   domek.   Odtąd 
widywała się z Jimem codziennie. Po tygodniu udali się we 
dwójkę obejrzeć żeremia bobrów. Jim  jakoś  stracił  humor. 
Jechał     w     posępnym   milczeniu,   bijąc   często   swego 
wierzchowca   i   zmuszając   go   do   wariackiego   galopu. 
Wreszcie   podjechał   do   swej   towarzyszki   i   nieoczekiwanie 
oświadczył,  iż  jest  ona pierwszą  od wielu lat  osobą, która 
traktuje   go   jak   człowieka.   Powiedział   również,   że   kiedy 
odjechała,   zdał   sobie   sprawę,   jak   bardzo   się   do   niej 
przywiązał, i ta myśl go zabija.

Takie wyznanie bardzo przeraziło słuchaczkę. Napisała do 

mej   ciotki,   że   Jim   jest   mężczyzną,   którego   każda   kobieta 
może pokochać, lecz żadna zdrowa na umyśle nie poślubi.

Chyba   miała   rację   —   wtrącił   Bede.   —   Ten   Nugent 

wygląda  na kiepskiego wariata. Ale  ona  — zastanowił  się 
chwilę — wcale nie lepsza. Nie potrafiła zdecydować się.

Prawda, drogi panie, lecz trudno się temu dziwić. Jim 

był   niezłą   partią,   jak  to   się   potocznie   mówi.   Miał   ziemię, 
czterdzieści sztuk bydła  i corocznie zdobywał  kilkadziesiąt 
sztuk   cennych   futer.   Lecz   równocześnie   jakby   ostrzegał 
pannę   Bird   przed   zbyt   pochopną   decyzją.   Sam   o   sobie 
twierdził, że jest potworem, i prosił, aby nie próbowała go 

background image

zmienić.   Tak  więc  zamiast   rozmowy o małżeństwie  panna 
Bird   usłyszała   o   rzeczach   okropnych.   W   zdenerwowaniu 
oświadczyła, że dość ma tego. Rozstali się bez słowa. Lecz 
już następnego dnia Jim przybył do Estes Park, nieco pijany, i 
zaprosił pannę Bird na wycieczkę.

— Odmówiła?

Gdzie tam. Pojechali! Podobno przez cały czas Jim był 

lodowato   grzeczny,   co   wcale   nie   spodobało   się   jego 
towarzyszce.   Przez   następne   dwa   dni   Jim   nie   odwiedzał 
Izabeli.   Rozżalona,   poczęła   się   szykować   do   ostatecznego 
odjazdu.   Tę   decyzję   umocniła   informacja   udzielona   przez 
przebywających na miejscu turystów, że widzieli Jima, jak 
tamtędy przejeżdżał. A więc umyślnie jej  unikał. To stało się 
przysłowiową   kroplą,   jaka   przepełniła   dzban   goryczy.   W 
porywie   gniewu   napisała   krótki   liścik  do  Jima,   w   którym 
zawiadamiała, że nie życzy sobie dalszej znajomości. I co 
później nastąpiło, jak pan sądzi?

— Och,   to   jasne.   Poprosiła   Evansa   lub   kogokolwiek 

innego, aby doręczył list adresatowi.

— Nie zgadł pan, chociaż rozumuje logicznie. Panna Bird 

osiodłała konia i pogalopowała do parowu Mug-ginsa, aby 
swe pismo wręczyć osobiście.

Bede, który akurat pociągnął ze szklaneczki głębszy łyk, 

aż się zakrztusił.

— Widać   —   zauważył   wesoło,   pokasłując   jeszcze   — 

wcale z nim nie chciała skończyć.

— Na   pewno.   Proszę   sobie   wyobrazić,   że   w   drodze 

spotkała Jima. Wręczyła mu list. Podziękował i nie czytając 
schował   pismo   do   kieszeni.   Później,   jakby  nic   nie   zaszło, 
mówił,   że   się   przeziębił,   ale   gdy   poczuje   się   lepiej, 
przyjedzie. Przyjechał już następnego dnia, a o liście nie było 
mowy. O rozstaniu również

— Przedziwna historia — mruknął Bede.

Bardzo zawikłana — dodał Marshall. — Sądzić wolno, 

iż ta dziwna para jakoś się pogodziła, bo panna Bird nabrała 
humoru i chęci do życia. W Dzień Dziękczynienia upiekła 
parofuntowy placek dla gości w Estes Park, a później zajęła 
się   opisaniem   swej   wyprawy   na   Longs   Peak,   w   czym 
pomagał jej Jim. Taka sielanka trwała jednak tylko tydzień. 
Coś tam musiało zajść między nimi, o czym Izabela Bird już 
nie   wspomniała,   bo   nagle   zdecydowała   się   wyjechać.   I 
decyzji swej już nie zmieniła.

Do chaty Jima  odprowadził ją Evans, do Namaqua  sam 

Jim Nugent.  O czym ze sobą w drodze rozmawiali, historia 
milczy.   W   Namaqua   rozstali   się   ostatecznie.   Izabela   Bird 
wsiadła do dyliżansu, dotarła szczęśliwie do Greeley, gdzie 
złapała   pociąg   zdążający   do   Nowego   Jorku.   I   tak   się   to 
skończyło,   drogi   panie.   Dodam   jeszcze,   że   panna   Bird   w 
roku 1879 wydała książkę pod tytułem „Życie pani w Górach 
Skalistych". Czytałem ją. O Jimie Nugencie niewiele w niej, 
nawet nie ma połowy tego, co opowiadała mi ciotka.

— A co z tym Jimem? Nie wie pan?

—-   To   jednak   dramatyczna   historia.   Słyszałem,   że   w 

czerwcu   1874   roku   został   postrzelony  z   dubeltówki   przez 
Evansa.  Jakoby Evans  działał  w  obronie  własnej  i sąd go 
uniewinnił.   Jim   Nugent,   ciężko   ranny,   przewieziony   do 
szpitala w Fort Collins, zmarł po trzech miesiącach.

A ona? Dowiedziała się o tym?

background image

— Tak. Bawiła wówczas w Europie, w Szwajcarii. Pisała 

do mej ciotki, kto chce niech w to wierzy, że w hotelu ukazał 
się   jej   duch   Jima.   Ukłonił   się,   powiedział:   „żegnaj",   i 
zniknął.

— Brrr   —   wstrząsnął   się   Bede.   —   Proszę   mi   jeszcze 

dolać. Cóż za ponura historia.

— Na   pewno   niewesoła.   Co   pan   sądzi   o   tej   dziwnej 

kobiecie?

Bede lekko wzruszył ramionami:

— Byłoby lepiej dla niej i dla innych, gdyby urodziła się 

mężczyzną. Pewnie została starą panną do końca życia.

Otóż   nie!  Pisała   do mej   ciotki   najpierw  z  Japonii,  a 

później ze Szkocji donosząc, iż wyszła  za mąż. I to była 

ostatnia   od   niej   wiadomość.   Co   robiła   dalej,   nie  wiem. 

Wspominam ją często jako dzielnego człowieka i jedynego 

westmana w spódnicy.

— Być   może.   Co   do   mnie,   nie   chciałbym   spotkać 

podobnej kobiety.

— Dlaczego?
— Dlatego,   że   nie   potrafiłbym   przewidzieć   jej   po-

stępowania. Takie osoby są zwykle niebezpieczne. Uważam, 
że Jim Nugent przez nią zginął.

— Cóż znowu?!
— A tak. Gdyby z nim została, nie włóczyłby się, lecz 

siedział w chałupie.

— Lecz   Evans   zastrzelił   przecież   Jima   dlatego,   że 

przyszedł się zalecać do jego córki. Tak mi opowiadano.

— Właśnie!   —   wykrzyknął   Bede.   —   Gdyby   Jim   miał 

żonę...

— Nie   będziemy   się   spierać,   co   byłoby,   gdyby...   No, 

wypijmy za naszą znajomość. Szkoda, że taka krótka. Jutro 
o świcie ruszam stąd.

— Kiedy się pan znowu pojawi w Goodyear?

— Któż odgadnie? Za pół roku, za rok...
Opróżnili szklaneczki,   uścisnęli  dłonie,  powiedzieli:

„do   zobaczenia",   nie   wierząc   ani   przez   sekundę,   że   się 
kiedykolwiek spotkają.

Bede wrócił do swego pokoju z lekkim szumem w głowie. 

Spał   niespokojnie,   budził   się   parokrotnie,   spocony   z 
przerażenia.   Śniła   mu   się   Izabela   Bird   wymachująca 
potężnym coltem i grożąca śmiercią, jeśli natychmiast się z 
nią nie ożeni. Później ujrzał ducha Nugenta, okropną postać 
jednookiego ślepca.

Dopiero   nad   ranem,   gdy   wyparowała   z   niego   resztka 

whisky, Bede zapadł w ciężki jak kamień sen.

background image

Wymarły dom

Obudził się późno. Słońce świeciło wprost w okno jego 

pokoju. Zerwał się z łóżka, ubrał, umył, ogolił i pognał na 
dół.

Senną ciszę saloonu mąciło tylko podreptywanie kelnera. 

Kto   miał   wypić   lub   zjeść,   uczynił   to   już   wcześniej,   a 
następnych   gości   należało   się   spodziewać   dopiero   w 
późnych, popołudniowych godzinach.

Bede   usiadł   przy   stoliku,   a   gdy   kelner   podbiegł 

truchcikiem, zapytał:

— Czy pan Marshall wyjechał?
— Tak proszę pana. Dziś rano o szóstej, pociągiem do 

Denver.

— Szkoda   —   westchnął   Bede,   nie   wiadomo   dlaczego 

miał nadzieję, że księgowy odłoży swój wyjazd.

Pomyślał,   iż   odtąd   nawet   nie   będzie   miał   z   kim   po-

rozmawiać w tej przeklętej dziurze.

— Co mam podać? Może jajka na szynce?
— Nie, nie chcę mięsa. Dzbanek kawy,  mleko, chleb i 

masło.

— Tak jest, proszę pana. Natychmiast przyniosę.
Bede pogrążył się w posępnej zadumie. Nie zauważył, że 

przy   sąsiednim   stoliku   zasiadł   spóźniony   gość   w   szarej 
kapocie i wytłuszczonym kapeluszu na głowie. Myślał. Czy 
ma zwrócić się do szeryfa z zapytaniem o listy gończe? Lecz 
istniał   powszechny   zwyczaj   wywieszania   takich 
zawiadomień   w   miejscach   uczęszczanych   przez 
mieszkańców.   Na   przykład   na   budynkach   szeryfówek,   na 
stacjach kolejowych... Trzeba sprawdzić. Jeśli jednak listów 
nie będzie... To co? Jaka szkoda, że Marshall wyjechał! On 
miał w jednym palcu wszystkie informacje o ludziach tego 
miasteczka   i   o   ich   interesach.   Należało   go   o   to   wczoraj 
zapytać, zamiast wysłuchiwać niesamowicie długiej historii 
życia jakiejś starej panny. A Jim Nugent... zdobył ziemię, 
chałupę i czterdzieści sztuk bydła!

„I   ja   mógłbym   posiadać   to   samo...   Wystarczyło   pobyć 

nieco dłużej w Meksyku, a nie włóczyć się po górach San 
Juan. Żebym ja ich jeszcze kiedyś spotkał... — pomyślał o 
bandziorach ze złotodajnej dolinki. — Dobrze zapamiętałem 
te gęby".

— Tu kawa, a tu mleczko. Chleb i masełko.
— Świetnie   —   mruknął   Bede   wracając   do   rzeczy-

wistości.

Kawa   okazała   się   znakomita,   mleko   bez   zrzutu,   chleb 

jeszcze ciepły, Bede wspomniał swą głodówkę sprzed dwu 
dni   i   zaraz   mu   wrócił   humor.   Przynajmniej   teraz   nic 
podobnego   mu   nie   groziło.   Przez   kilka   lub   nawet 
kilkanaście dni. Martwienie się na zapas nie ma sensu.

Więc jadł i pił w ciszy prawie pustej sali. Dopiero jakieś 

dziwne odgłosy skłoniły go do przerwania posiłku. Zerknął 
na sąsiedni stolik.

Kelner   zwijał   się   jak   w   ukropie,   więc   samotny   gość, 

siedzący   w   pobliżu,   już   pokrzepiał   się   mięsem,   piwem   i 
whisky. Mlaskał przy tym (zupełnie jak świnia!) i siorbał w 

background image

sposób tak obrzydliwy, iż Bedego opuściła połowa ochoty 
do   jedzenia.   Widział,   jak   tamten,   nie   uznając   widelca, 
pakował   do   ust   kawały   wołowiny   przy   pomocy   noża,   a 
później   wciągał   w   siebie   piwo   z   okropnym   gulgotem, 
zupełnie  jak słoń,   którego kiedyś  Bede   oglądał   na  arenie 
wędrownego cyrku.   Teraz przypomniał sobie, jak bardzo 
musiał   uważać   siedząc   przy   stole   seńora   Gonzalesa   w 
dalekim Meksyku. Lecz nigdy, nawet gdy był sam, nie jadł 
nożem ani nie mlaskał tak obrzydliwie.

„A cóż to za dziki człowiek! — pomyślał. — Zwrócić mu 

uwagę czy przesiąść się dalej?"

Nagle   dostrzegł   panią   Harper.   Dzisiaj   ubrana   była   na 

niebiesko.   Tkwiła   za   bufetem   i   wydało   się   Bede-mu,   iż 
spogląda   na   niego.   Jednak   pomylił   się.   Gdy   po   kilku 
minutach   opuściła   swój   posterunek,   skierowała   swe   kroki 
wcale nie do Bedego, lecz do głośnego sąsiada.

— Panie   Pond   —   powiedziała   —   pociąg   do   Colorado 

Springs odjeżdża o jedenastej. Ma pan zaledwie pół godziny 
czasu.

— Ach... nie przypuszczałem, że jest tak późno. Bardzo 

dziękuję, pani Harper.

Kiwnęła mu głową i podeszła do Bedego.

— Jest pan zadowolony z obsługi?

Głos   miała   przyjemny,   lecz   ton   tego   głosu   był   za-

dziwiający.   Bowiem   pytanie   zabrzmiało   tak   jak   stwier-
dzenie, i to stwierdzenie nie znoszące sprzeciwu.

— Bardzo jestem zadowolony.
— Cieszę się z tego.

Wygląd jej twarzy nie świadczył jednak o jakiejkolwiek 

radości.   Raczej   o   tym,   iż   zła   czy  dobra   obsługa   mało   ją 
obchodzi. Spojrzała na Bedego wzrokiem, który — jak mu 
się wydało — przewiercił go na wylot, i odeszła.

Tymczasem człowiek w szarej kapocie i wytłuszczonym 

kapeluszu pospiesznie ładował do ust kawały mięsa, a gdy 
uporał się z ostatnim, już na stojąco wlał w siebie resztkę 
piwa i wybiegł z lokalu.

„Co ją u licha, obchodzi, czy on zdąży na pociąg, czy nie? 

— zastanawiał się Bede. — A może ma jej

background image

załatwić jakiś sprawunek? Lecz wczoraj wieczorem kazała 

temu kapitanowi o śmiesznym nazwisku wyjść o ósmej, bo 

obiecał żonie..."

Postanowił   być   ostrożny   i   trzymać   język   za   zębami. 

Przecież ta dziwna kobieta z powodu byle głupstwa gotowa 
mu   wymówić   pokój,   zanim   zdobędzie   pieniądze   na   jego 
opłacenie.   Doszedłszy   do   takiego   wniosku,   czym   prędzej 
opuścił „Lucky Saloon".

Powałęsał   się   wzdłuż   głównej   ulicy,   odnalazł   malutki 

domeczek   z   napisem   informującym,   iż   w   nim   mieści   się 
biuro szeryfa. Niestety, na drewnianej tablicy ogłoszeń nie 
dostrzegł   ani   jednego   listu   gończego.   Z   wejścia   do   biura 
zrezygnował.   Postanowił   jeszcze   sprawdzić   w   budynku 
stacyjnym.  Zupełnie przypadkowo zauważył,, że Goodyear 
posiada drugą ulicę, raczej uliczkę, prostopadłą do głównej. 
Była znacznie krótsza i zabudowana tylko po jednej stronie. 
Nosiła nazwę, która zorientowała Bedego równie dobrze, jak 
ustna   informacja.   Na   narożnym   budynku   widniał   koślawy 
nieco napis, wymalowany białą farbą: „Ulica Kolejowa".

Skoro Kolejowa, na pewno prowadzi do kolei. Ruszył  więc 

odkrytym   przez   siebie   szlakiem.   Z   lewej strony domki, 
z prawej — pola i ugory porosłe niską trawą,  krzakami, 
kępkami drzew.  Zaniedbany wygon ciągnął się bez przerwy 
aż do zrytego koleinami wozów,   gliniastego   placyku,   przy 
którym   wznosił   się drewniany   budyneczek.   Zaraz   za 
nim   biegła   prosta linia   lśniących    torów.   Budyneczek, 
jak  prawidłowo, odgadł Bede, był stacją. Od strony podjazdu 
dworzec kolejowy został wyposażony w schodki i  drzwi, lecz 
każdy, kto wkroczył do  wnętrza, mógł stwierdzić, że jest to 
tylko  weranda  o trzech  ścianach,  schronienie przed 
deszczem, a nie poczekalnia z kasami,  bufetem i biurem 
dyżurnego ruchu.

Zadeptana podłoga, brudne ściany, na których wisiał jeden 

tylko, ręcznie  wymalowany i popstrzony przez

background image

muchy afisz — robiły wrażenie ponurego zaniedbania. Afisz 
nie   był   zresztą   listem   gończym,   lecz   zawiadomieniem   o 
zebraniu   organizacyjnym   Armii   Zbawienia,   oddziału   w 
Goodyear.

Zawiadomienie nosiło datę sprzed dwu miesięcy, co było 

zresztą   dla   Bedego   sprawą   całkowicie   obojętną.   Obszedł 
stację-werandę  dokoła,  lecz  i  na  zewnątrz  nie  znalazł  nic 
godnego uwagi. Natomiast w odległości nie większej niż pół 
mili dostrzegł migocącą w słońcu rzeczkę i postanowił się 
wykąpać.

Ruszył   poprzez   chaszcze   i   wkrótce   trafił   na   ledwo 

widoczną dróżkę, zapewne od dawna nie używaną. Zawiodła 
go   nieoczekiwanie   do   zmurszałego,   walącego,   się   płotu, 
oplecionego   dziką   winoroślą,   tak   że   z   daleka   zlewał   się 
kolorytem z łąką, krzewami i kępami drzew. Bede zerknął 
przez   szparę   w   płocie.   Ujrzał   zarośnięty   ogród,   a   dalej 
drewnianą,   szeroką   fasadę   domu.   Cisza   panująca   dokoła, 
pustka,   na   głucho   zawarte   okiennice   —   wszystko   to 
świadczyło, iż nikt tu nie mieszka, i to od dłuższego czasu. 
Bede   okrążył   parkan   i   znalazł   się   nad   brzegiem   wody. 
Pluskała wśród szafirowych łąk, płynąc w tym miejscu ostro 
skręcającym korytem, co tworzyło miniaturowy półwysep o 
stromych brzegach nad piaszczystym osypiskiem. Na cyplu 
tego półwyspu Bede zauważył samotnego człowieka. Postą-
pił jeszcze kilka kroków i zatrzymał się. Wędzisko śmignęło 
w górę,  a  na  końcu  linki  ukazał  się  srebrny  kształt  ryby. 
Bede   nigdy   nie   parał   się   wędkarstwem,   lecz   jak   każdy 
przeciętny mężczyzna lubił popatrzeć na pływak raptownie 
pogrążający się w wodzie, a później wyskakujący w nagłym 
szarpnięciu,   aby   ukazać   zdobycz   iskrzącą   się   w   słońcu 
świeżą wilgocią.

Obok rybaka stał kubeł, w którym już miotała się spora 

sztuka.

— Jak idzie? — zagadnął Bede.   

Nieznajomy odczepił z haczyka rybę, cisnął ją do wiadra.

— Nieźle — odparł siadając na krawędzi skarpy, tuż

nad wodą. — Na dziś wystarczy.

Wydobył kopciuch i fajeczkę.

— Palicie?
— Nie mam fajki.
— To może cygarko?
— Chętnie.
Wędkarz pogrzebał w licznych  kieszeniach swej kurtki, 

wreszcie wydobył  szukany przedmiot, nieco pokruszony z 
jednego   końca,   i   wręczył   go  Bedemu.   Przez   pewien   czas 
obaj delektowali się dymem.

— Tamten dom — Bede wskazał palcem za siebie — od 

dawna tak stoi pusty?

— Będzie trzeci rok — pyknął fajeczką. — Widać, żeście 

nietutejsi.

— Nie ma właściciela?
— A jakże, jest właściciel.
— Więc dlaczego tu nie mieszka? Żal patrzeć, jak taka 

chałupa marnuje się, a i ogród zapuszczony.

— Widzieliście?
— Aha...
— Tu  nikt   nie   chce   mieszkać.   Stary  Ramsey   nabył   go 

wraz   z   kawałkiem   gruntu   od   poprzedniego   posiadacza,   a 

background image

teraz   w   brodę   sobie   pluje.   Gdyby   kupił   furę   kamieni, 
zrobiłby lepszy interes.

— Ależ... dlaczego? — zdziwił się Bede. 
Wędkarz znowu pyknął dymem.
— To złe miejsce — odparł zwięźle.
— Zagadka? — skrzywił się Bede.

background image

Cygaro było ohydne. Im dłużej palił, tym bardziej pragnął 

cisnąć je do wody, lecz wrodzona grzeczność na to mu nie 
pozwoliła.

— Nie będziecie się ze mnie śmieli?
— Cóż znowu!
— Bo widzicie, ludzie mówią, że tam straszy. Bede 
spojrzał podejrzliwie na wędkarza, czy aby nie

kpi. Lecz nie, mówił to z całą powagą.

— A co tam takiego straszy? — zapytał Bede spokojnie, 

chociaż   to,   co   usłyszał,   wydało   mu   się   wręcz 
humorystyczne.

— Albo ja wiem?
— Nie rozumiem — wyznał Bede powstrzymując się od 

śmiechu.

— A   co   tu   jest   do   zrozumienia?   Ludzie   gadają,   że   w 

dawnym domu Allena dzieją się niedobre rzeczy.

— Mówiliście, że ten budynek przecież jest własnością 

Ramseya.

— Jest. Lecz przed laty miał go Allen. I mieszkał w nim.
— I co z tym Allenem? Wyprowadził się?
— A jakże! Z tego świata. Powiesił się.
— O, do licha! I od tamtego czasu straszy?
— Właśnie   tak.   Niektórzy   widzieli,   jak   nocą   poprzez 

szpary w okiennicach błyskało światło.

— Może ktoś się wprowadził na jedną noc?
— Ale   tam!   Zbyt   często   się   to   powtarzało.   Chłopcy 

Grahama   poszli   kiedyś   wieczorem   narwać   owoców,   bo 
dokoła domu rośnie sad, i wieli stamtąd, że mało portek nie 
pogubili. Pokazał się im upiór wysoki jak sosna.

— Chłopcy różne bajki potrafią wymyślić.
— Pewnie, że potrafią, lecz w ten sposób przyznali się do 

kradzieży i oberwali od ojca tęgie lanie. Od tamtego czasu 
po zapadnięciu zmroku nikt tędy nie chodzi, ludzie się boją.

background image

Postukał główką fajeczki o obcas buta, wytrząsnął resztkę 

popiołu i wstał.

— Czas   na   mnie.   Dobrze   się   nam   pogadało.   Jeśli   was 

ciekawi historia tego domu, zapytajcie Harpera. To
właściciel „Lucky Saloon". On wie więcej ode mnie.

Zarzucił wędkę na ramię, dźwignął wiadro i ruszył wolno 

w kierunku stacji.

— A to ci dopiero heca! — szepnął Bede. — Jak można 

wierzyć w takie bzdury?

Zrzucił z siebie ubranie i plusnął w wodę. Popływał tu i 

tam,   wyszedł   i   położył   się   na   trawie.   Słońce   grzało 
przyjemnie, chociaż to była już druga połowa jesieni.

„Jednak coś w tym musi być — rozmyślał przymknąwszy 

oczy.   —   Oczywiście,   nie   żadne   duchy.   Gdybym   był 
szeryfem, zająłbym się tą sprawą. Ani chybi, że w chałupie 
ktoś się ukrywa i płoszy ciekawskich. Może jakiś bandzior? 
Muszę pogadać z Harperem" — postanowił.

Wstał, ubrał się i poszedł ku stacji. Po drodze przystanął i 

raz jeszcze popatrzył przez szparę rozpadającego się płotu. 
Bardzo   go   korciło,   by   wtargnąć   do   środka.   Obszedł 
ogrodzenie, znalazł bramę i furtkę, lecz zamknięte na kłódki. 
Uznał,   że   nie   wypada   przełazić   przez   płot,   i   wrócił   do 
miasta.

W saloonie zastał pustkę. Ani jeden stolik nie był zajęty. 

Za   bufetem   podrzemywał   kelner.   Ciszę   wczesnego 
popołudnia mąciło jedynie bzykanie much. Bede oparł się o 
mosiężną   balustradę,   chroniącą   szynkwas   przed   zbytnim 
naporem   co   bardziej   niecierpliwych   gości,   i   postukał 
zgiętym   palcem   w   metal.   Kelner   drgnął,   otworzył   oczy, 
spojrzał   niezbyt   przytomnym   wzrokiem,   wreszcie, 
poznawszy go, uśmiechnął się i zerwał ze stołka.

— Czym   mogę   służyć?   —   zapytał   powstrzymując 

ziewanie.

— Jedna mała whisky. Z wodą.

background image

Pił wolno, czekając, czy gdzieś w głębi nie wyjrzy głowa 

Harpera.   Na   próżno.   A   nie   wypadało   przywoływać 
gospodarza do tak błahej sprawy.

— Byłem   nad   rzeką   —   powiadomił   kelnera,   który   tę 

informację pokwitował sztucznym uśmiechem.

— Woda musi być ciepła, proszę pana. Pogoda dopisuje.
— Bardzo ciepła. Kąpałem się.
— I   ryb   tu   mnóstwo   —   zauważył   kelner.   —   Piękna 

rzeczka, górska rzeczka. Można w niej łowić pstrągi.

— Zapewne. Ale, ale... co to za dom tam stoi? Wygląda 

na opuszczony, aż przykro patrzeć.

Kelner od razu się ożywił.

Ma pan na myśli wymarły dom?

— Nie wiem, jak go nazywają, dość że pusty i na głucho 

zamknięty.

— Ten   sam,   ten   sam!   Ludzie   go   nazwali   wymarłym 

domem. Tam podobno straszy.

Jak gdyby dla zaakcentowania swych słów pacnął ścierką 

muchę spacerującą po lśniącej ladzie bufetu.

Bede roześmiał  się. Ze słów kelnera nie wynikało, czy 

wierzy plotkom, czy nie. Postanowił go sprowokować.

— Ależ to bzdura! — wykrzyknął.

Ach, proszę pana, nie jestem tego pewien. Przyznam 

— tu ściszył głos — że wolałbym ujrzeć grzechotnika niż 
żywego   upiora.   Tfu!   Co   ja   gadam!   Upiory   są   przecież 
martwe.

— Był pan w środku?
— Nie, nigdy. Po co?
— Przez ciekawość.
— Nie, nie. Po co mam pchać palce w sprawy, które do 

mnie nie należą?

Szkoda   —   zauważył   Bede.   —   Chciałbym   poroz-

mawiać z człowiekiem, który obejrzał ten dom od wewnątrz 
i widział ducha.

background image

— Niech pan zapyta szefa, on zna takich.
— Oczywiście, że zapytam.
— O   —   wykrzyknął   kelner.   —   Zupełnie   mi   z   głowy 

wyparowało!   Kiedyś   dwaj   synowie   Grahama,   dzieciaki,   z 
czystej łobuzerki, wybrali się na owoce do sadu przy tamtym 
domu.   Uciekli   przerażeni   i   opowiedzieli   ojcu   o   swej 
przygodzie.

— Ujrzeli ducha?
— Dokładnie   tak.   Mówili,   że   był   wysoki   jak  kościelna 

wieża.

— Któż to był taki wysoki? O kim ty mówisz, Henry?

Martin   Harper   ukazał   się   w   półotwartych   drzwiach   i 

ujrzawszy Bedego kiwnął mu głową.

— Właśnie... pan mnie pytał o wymarły dom.
— To nasza ciekawostka — roześmiał się karczmarz. — 

Czego   ludzie   nie   plotą?   Wieczny   temat   w   Goodyear. 
Interesuje pana?

— Byłem   dziś   przy   tym   domu   —   wyjaśnił   Bede.   — 

Nieznajomy wędkarz opowiedział mi jakieś dziwne historie.

— A nie poczęstował pana cygarem?
— Skąd pan wie?
— Tylko   jeden   człowiek   z   całego   miasteczka   łowi   w 

tamtym   miejscu.   To   Andy   Duffus.   Wszystkich   częstuje 
cygarami, chociaż, a może właśnie dlatego, sam ich nie pali. 
Są okropne.

— Zgadza się — wesoło przytaknął Bede. — Lecz czemu 

kupuje takie okropieństwo?

— Nie   stać   go   na   lepsze,   a   równocześnie   uważa,   że 

częstowanie cygarami należy do obowiązków dżentelmena. 
Cóż on panu nagadał?

Bede powtórzył szczegóły rozmowy.

— Tak   więc   skierował   pana   po   dalsze   informacje   do 

mnie. Proszę bardzo. Henry, podaj dwie butelki piwa.
Siądziemy gdzieś w kąciku.

background image

Powiódł gościa w głąb sali.

— Ot, tu będzie najwygodniej. O duchach najlepiej bajać 

o północy,  wrażenie jest najmocniejsze — zażartował. — 
Lecz nie będziemy sprawy odkładać.

Kelner przyniósł butelki, napełnił dwa kufle i wrócił na 

swe stare miejsce za bufetem.

Prawie równocześnie podnieśli naczynia do ust, a Bede 

stwierdził,   że   to  piwo  jest   dużo  lepsze   od  nalewanego   z 
kranu.

— Ta   chałupa,   zwana   wymarłym   domem   —   zaczął 

Harper   —   ma   bardzo   smutną   historię.   I   oczywiście 
prawdziwą, w przeciwieństwie do bredni o duchach.

Przepraszam, że przerywam — wtrącił się Bede. — 

Co to było z synami Grahama?

— Ach,   proszę   pana,   mali   chłopcy   potrafią   dostrzec 

różne   rzeczy,   gdy   sami   mają   duszę   na   ramieniu.   Poszli 
wieczorem   nakraść   owoców.   Na   pewno   trzęśli   się   ze 
strachu, żeby ich kto nie zauważył.

— Ten wędkarz, jak mu tam... Andy Duffus twierdził, iż 

widywano światło w szparach okiennic.

— To pan wierzy w duchy? — zdziwił się karczmarz.
— Ani przez sekundę. Jednak... niekiedy często fizyczne 

zjawiska   tłumaczone   są   opacznie,   zwłaszcza   przez   osoby 
zabobonne lub głupców.

— Hm... nie mogę panu odmówić racji. Bo na przykład 

światło w oknach widzieli, cóż za zbieg okoliczności, ludzie 
wracający   do   domów   z   saloonu.   Nikt   inny,   tylko   tacy 
właśnie. A teraz proszę sobie wyobrazić zachodzące słońce, 
którego różowe promienie padają na okienną szybę. Czyż to 
nie   stwarza   złudzenia,   że   źródło   blasku   znajduje   się 
wewnątrz domu?

— A okiennice...

W   okiennicach   są   duże   szpary,   drzewo   się 

porozsychało. Przecież ten dom wzniesiono bodajże przed 
trzydziestu laty.  Jeszcze mnie  tutaj nie było.  Postawił  go 
Beniamin   Allen,   rolnik   i   hodowca,   który   gdzieś   tam   na 
wschodzie miał kawałek gruntu. Sprzedał go, jak zresztą w 
tamtych czasach czyniło bardzo wielu, aby nabyć większy 
majątek. W naszych stronach ziemia była wówczas niczyja, 
a   częściowo   w   posiadaniu   przedsiębiorstw   kolejowych, 
które odstępowały ją za bezcen. Chyba Allen skorzystał z 
takiej   okazji.   Przywędrował   tu   z   karawaną   wozów 
ciągnących na zachód i tu się zatrzymał. Goodyear istniało 
jako malutka  osada, lecz tuż obok rozpoczęto trasowanie 
nowej   linii   kolei.   Allen   kupił   spory   kawałek   ziemi   nad 
rzeczką   i   w   pobliżu   przyszłych   torów.   W   rok   później 
wzniósł dom i zabudowania gospodarcze, zatrudniając przy 
budowie   chyba   z   połowę   mieszkańców   ówczesnego 
Goodyear.   Dobrze   mu   się   powodziło.   Nawet   w   okresie 
wojny * uniknął strat, ba, wzbogacił się na dostawach bydła 
dla wojska. Później dotknęło go nieszczęście: dwaj synowie 
w 1864 zgłosili się do służby w armii Unii i obaj polegli. W 
sześć   lat   później   jedyna   córka   uciekła   z   jakimś   zde-
mobilizowanym oficerem i nie wiadomo, co się z nią stało. 
Allen jeszcze wówczas gospodarzył,  lecz już nie z takim 
zapałem,   jak   dawniej.   Dziwaczał   coraz   bardziej,   a   gdy 
zmarła  mu  żona, rozpuścił całą  służbę i żył  już tylko  ze 
stopniowej sprzedaży gruntów. Na koniec pozostał mu sad, 

background image

dom i spłachetek łąki graniczącej z rzeką. Przed trzema laty 
Allen sprzedał wszystko Ramsey'owi, właścicielowi składu 
towarowego w naszym  mieście, zastrzegając sobie prawo 
do   bezpłatnego   mieszkania   przez   rok   w   swym   dawnym 
domu. I oto zdarzył się wypadek, którego nikt nie potrafi 
wytłumaczyć. Nazajutrz po dokonaniu sprzedaży Allen po-
wiesił   się.   Sporo   było   na   ten   temat   plotek   i   domysłów. 
Sprawą   zajął   się   szeryf,   lecz   niczego   się   nie   doszukał. 
Nawet pieniędzy, które Allen otrzymał za swą posiadłość. 
Przepadły jak kamień w wodzie. Początkowo myśleliśmy, 
że  Ramsey jeszcze  mu  nie  zapłacił, ale  pokazał nam akt 
kupna-sprzedaży,   pokwitowanie   odbioru   pieniędzy   oraz 
podał dwu świadków obecnych przy zawieraniu transakcji. I 
co pan na to?

Podejrzana historia. Chyba Allena okradziono?

— I ja tak przypuszczam. W tamtym czasie pracował u 

mnie   niejaki   Clark,   miał   dozór   nad   końmi   klientów. 
Próżniak i gałgan, z nadmierną skłonnością do whisky i kart. 
W moim lokalu nie grywa się, ale on włóczył się po innych 
saloonach. Kto wie, może to on okradł Allena? Dowodów 
nie było żadnych, jednak wolałem tego szaławiłę zwolnić z 
pracy.   Natychmiast   wyjechał   z   Goodyear.   To   również 
podejrzane.   Ale   cóż?   Nasz   szeryf   miał   wówczas 
dwadzieścia dwa lata i żadnego doświadczenia.

— Czemu wybraliście tak młodego?
— Z   trzech   powodów.   Po   pierwsze:   dawny   szeryf 

ustąpił.   Nie   protestowaliśmy,   bo   był   to   człowiek   w   po-
deszłym już wieku i o ograniczonej sprawności fizycznej. 
Po drugie:  wynagrodzenie  szeryfa  jest  u nas niskie,  więc 
nikt się nie pcha na takie stanowisko. Po trzecie: jedynym 
kandydatem był właśnie Dan Douglas, od pół roku wówczas 
pomocnik szeryfa. No, więc go wybrano.

— I sądzi pan — zapytał Bede — że Allen powiesił się z 

powodu kradzieży?

O,   nie.   Co   do   tego   nie   mam   pewności.   Allen   był 

starym, zgorzkniałym człowiekiem. Odludkiem, który od lat 
nie udzielał się nikomu. Po prostu obrzydł mu świat i ludzie. 
I   ten   fakt   mógł   być   przyczyną   samobójstwa.   A   kradzież 
pieniędzy nastąpiła później. Nieszczęśnika znalazł w domu 
Ramsey, zupełnie przypadkiem, gdy poszedł dorabiać klucz 
do   drzwi   wejściowych.   Allen   wisiał   na   haku   od   lampy. 
Szeryf   przeprowadził   rewizję   w   całym   mieszkaniu,   lecz 
pieniędzy nie znalazł.

— Wielce tajemniczy wypadek — zauważył  Bede — i 

nie bardzo to rozumiem. Bo... jegomość sprzedaje chałupę i 
grunt,   bierze   pieniądze   do   ręki   i   w   kilka   godzin   później 
wiesza się? Z jakiego powodu? Ja bym tak nie zrobił.

— Och, wierzę — zaśmiał się Harper. — Pan jest w pełni 

sił, zdrowym człowiekiem; Allen to była ruina pod każdym 
względem, fizycznym i umysłowym.

— Powiedzmy...   lecz   przecież   przy   sprzedaży   Allen 

zastrzegł   sobie   prawo   darmowego   mieszkania   przez   rok. 
Czy tak postępuje człowiek myślący o samobójstwie? Jakoś 
mi się to nie widzi.

— Nie wiem. Allen nie wyglądał na normalnego.
— I co było dalej?
— Ramsey sądził, że zrobił dobry interes. Miał zamiar 

background image

nieco   poczekać,   później   sprzedać   lub   wydzierżawić   dom. 
Nie   przewidział,   że   w   domu   samobójcy   ludzie   nie   będą 
chcieli mieszkać.

— Zrozumiałe. Żadna to frajda.
— I   ja   tak   myślę.   Ramsey   liczył   na   to,   że   po   kilku 

miesiącach wszystko pójdzie w niepamięć. Może by i tak się 
stało, gdyby nie... duchy! To, co panu opowiadano: światła 
w   oknach,   jakieś   zjawy  w   sadzie,   a   na   dobitkę   ktoś  tam 
dostrzegł dym nad kominem. Ktoś inny przysięgał, iż słyszał 
odgłos kroków dobiegający z wnętrza budynku. Cała fura 
nie   sprawdzonych   faktów.   Na   pewno   wie   pan,   jak  to   się 
dzieje w małych miasteczkach. Wiadomość rozchodzi się z 
szybkością   błyskawicy,   a   rośnie   z   szybkością   ciasta   na 
drożdżach. Każdy coś doda i w końcu nie wiadomo, ile w 
tym prawdy.

— Co na to szeryf?
— Douglas   oświadczył,   że   nie   jest   od   zwalczania   du-

chów. Wyśmiał plotkarzy, a w sprawie zjawisk nad-

background image

przyrodzonych   radził   zwrócić   się   do  pastora.   Chyba   miał 
rację,   chociaż   w  ten  sposób  bardzo  się   naraził   niektórym 
obywatelom Goodyear.

— I miał rację, i nie miał racji — zauważył Bede. — Nie 

ma dymu bez ognia, jak głosi przysłowie.
Przecież ktoś tam dostrzegł dym nad kominem. Na miejscu 
szeryfa zainteresowałbym się tym, a nie kładł
wszystkiego   między   bajki.   Podejrzewam,   że   albo 
opuszczona chałupa jest zamieszkana, i to od dawna, albo
też komuś zależy na tym, aby dom stał pustką. Może w ten 
sposób chce zmusić właściciela do sprzedania
nieruchomości za niską cenę?

Harper podrapał się po głowie.

— Nie   przyszło   mi   to   na   myśl.   Ale   rzecz   wygląda 

prawdopodobnie. Chociaż... nie słyszałem dotąd o żadnym 
amatorze   na  ten dom.   — Umilkł,  zastanowił  się   chwilę   i 
niespodziewanie   wykrzyknął.   —   Do   licha!   Oby   tylko 
Ramsey nie doszedł do podobnego wniosku, co pan.

— Dlaczego?
— Mógłby podejrzewać mnie.
— Pana?!
— Jak   dotąd   jestem   jedynym   człowiekiem   gotowym 

nabyć wymarły dom. I Ramsey dobrze o tym wie. Ale daję 
słowo,   iż   nie   mam   nic   wspólnego   z   żadnymi   duchami. 
Pomysł nabycia powziąłem dopiero przed kilku miesiącami, 
a heca ze strachami trwa już prawie trzy lata.

Bede parsknął śmiechem:

— Nawet   przez   sekundę   nie   posądziłbym   pana.   I   ten 

Ramsey zgadza się na sprzedaż?

— Zbyt  wiele chce zarobić, więc jeszcze nie doszliśmy 

do porozumienia.

— A co on myśli o przyczynie tych dziwnych zjawisk?
— Początkowo odwiedzał swój  nabytek codziennie,

background image

raz nawet spędził w nim noc. Zupełnie spokojnie. Z tego 
wysnuł   wniosek,   że   duchy   wylęgły   się   w   głowach   kilku 
pijanych głupców.

— Czy ja — Bede zawahał się — mógłbym obejrzeć dom 

od wewnątrz?

— Bez zgody właściciela? Wykluczone.
— Oczywiście, że za zgodą. Jeśli pan mnie poprze...
— Bardzo   mi   przykro,   że   muszę   odmówić.   Ramsey   to 

raptus, a obecnie na samą wzmiankę o duchach ogarnia go 
wściekłość. Nie chcę mu się narazić, bo mam nadzieję, że w 
końcu  obniży  cenę,   aby  pozbyć   się   kłopotliwego   obiektu. 
Chyba wkrótce to już nastąpi i jeśli pan jeszcze nieco u nas 
zabawi, nadejdzie dzień, w którym sam pana zaprowadzę do 
tej rudery.

— Przepraszam,   czy   można   wiedzieć,   po   co   panu   ten 

budynek?

— Po to, żeby go rozebrać od dachu po fundamenty. W 

ten sposób pozbędę się duchów lub ludzi, którzy się pod nie 
podszywają.  Mnie   sam  dom  nie   interesuje,  tylko  plac,  na 
którym   stoi.  Nawet  proponowałem Ramseyowi,  aby  sobie 
zabrał chałupę. Rozłościł się, że ledwie go udobruchałem.

— No   —   przyznał   Bede   —   ma   pan   rzeczywiście 

znakomity sposób na duchy.  Nigdy nie wpadłbym  na taki 
pomysł.

— Ba, jak już powiedziałem, dom nie jest mi potrzebny, a 

dobre pomysły rodzi potrzeba.

— To największa prawda, jaką kiedykolwiek usłyszałem 

— przyznał Bede, jako że jego obecna sytuacja była również 
wynikiem pomysłu zrodzonego przez potrzebę.

Dopili piwa i tak rozstali się, bowiem Harpera, jak sam 

oświadczył, czekała jakaś pilna robota. Karczmarz udał się w 
głąb lokalu, a Bede — powłóczyć się po miasteczku. Skoro 
listy gończe zawiodły, należało szukać innej okazji zarobku. 
Kto wie, może sprawa duchów

background image

w wymarłym domu stanie się taką okazją? Bede był pewien, 
iż   ludzkie   bajędy   stanowią   jedynie   skorupę,   we   wnętrzu 
której   tkwi   ziarno   prawdy.   Oczywiście,   nie   mającej   nic 
wspólnego z rzekomo nadprzyrodzonymi zjawiskami. Była 
to   na   pewno   działalność   osoby   lub   osób   pragnących   coś 
ukryć przed wzrokiem ciekawskich.

Bede   zajrzał   do   stajni.   Wielkopańskim   gestem   wcisnął 

pięciodolarówkę   w   dłoń   stajennego   i   dokładnie   obejrzał 
swego konia.

Tylko go nie przekarm — pouczył chłopaka. — Jak ci 

na imię?

— Jim, proszę pana. Jim Nugent.
— Jak?! — wykrzyknął zdumiony Bede.
— Jim   Nugent   —   powtórzył   stajenny,   nieco   prze-

straszony okrzykiem.

— Urodziłeś   się   w   północnym   Kolorado?   A   może   w 

Kanadzie?

— Nie, proszę pana. Pięć mil stąd, na ojcowej farmie.
— A twój ojciec jak ma na imię?
— Nikodem.

Bede parsknął śmiechem.

— Co też mi do głowy przyszło — powiedział wesoło. — 

Nugent   musi   być   bardzo  popularnym   nazwiskiem   w   tych 
okolicach.

— W Goodeyar nie ma ani jednego Nugenta poza mną — 

zaprzeczył chłopiec.

— Hm,   widać...   zbieg   okoliczności.   A   znasz   ty   pana 

Marshalla?

— Nie.

—   Przecież   bawił   tu   kilkakrotnie   i   za   każdym   razem 

mieszkał w „Lucky Saloon".

— Nie   znam   go,   pewnie   nie   miał   konia.   Czy   to   coś 

ważnego?

background image

— Et, głupstwo. Opiekuj się moim wierzchowcem.

Kiwnął   głową   i   wyszedł,   rozmyślając   nad   zaiste 

przedziwnym   zbiegiem   okoliczności.   No,   bo   żeby   po 
wysłuchaniu   historii   życia   Jima   Nugenta   już   następnego 
dnia spotkać drugiego Jima Nugenta...

Przez   chwilę   podejrzewał,   że   Marshall   zmyślił   ro-

mantyczną   bajeczkę,   lecz   odrzucił   takie   przypuszczenie. 
Wszystkowiedzący księgowy wyglądał na zbyt poważnego 
człowieka.

Cóż   za   dziwne   osoby  zamieszkują   Goodyear.   Marshall 

nie   mylił   się   mówiąc   o   ciekawych   ludziach.   No,   bo 
chociażby sama pani Harper! Albo ten wędkarz rozdający 
cygara,   sam   paląc   tylko   fajkę.   A   chłopiec   stajenny,   Jim 
Nugent?   Żaden   przecież   krewniak   straceńca   z   parowu 
Mugginsa. Marshall... również interesujący typ. A ja sam? Z 
woreczkiem   kamyków   zamkniętym   w   pancernej   szafie 
banku? Skąd mi to przyszło do głowy? Może tutejszy klimat 
tak działa na człowieka? Do tego jeszcze wymarły dom, w 
którym nie wiadomo, co naprawdę się wyrabia. Dziwne!

Minęły   kolejne   dwa   dni,   podczas   których   Bede   pędził 

żywot unormowany i nudny. Zjadał trzy posiłki dziennie o 
ustalonych porach, korzystał do woli z kąpieli w rzeczce, 
wylegiwał   się   na   trawie,   przyglądał   zniszczonemu 
parkanowi   opuszczonej   budowli   i   rozmyślał   nad   swą 
sytuacją. Jednak nie odkrył żadnego sposobu, aby wycofać 
się z honorem (i z... woreczkiem kamyków!) z drogi, która 
w   niedalekiej   przyszłości   mogła   go   doprowadzić   do 
kompromitacji.   I   chociaż   cały   plan   z   punktu   widzenia 
najsurowszego   nawet   szeryfa   nie   był   przestępstwem 
(każdemu   przecież   wolno   zdeponować   w   banku   choćby 
kupkę   śmieci!),   to   musiałby   budzić   wiele   wątpliwości   i 
podejrzeń.   A Będę wcale nie pragnął, aby przylgnęła doń 
opinia oszusta czy wydrwigrosza.

Któregoś   dnia   rankiem   w   pokoju   Bedego   zjawił   się 

Martin   Harper.   Ta   niespodziewana   wizyta   zaniepokoiła 
lokatora.   Pomyślał,   że   gospodarzowi   pewnie   chodzi   o 
uregulowanie   rachunków.   Pierwsze   słowa   karczmarza 
rozwiały te obawy.

— Ma pan chwilę czasu? — zapytał.

Bede, którego wolny czas obejmował równo dwadzieścia 

cztery godziny na dobę, odparł twierdząco.

— Świetnie! Spełnię pańskie pragnienie.
— Moje pragnienie?
— Wyraził   pan   chęć   obejrzenia   wymarłego   domu   od 

wewnątrz. Możemy tam iść.

— Ramsey zgodził się?
— Ramsey nie ma już nic do gadania w tej sprawie. Od 

wczorajszego   wieczoru   ja   jestem   właścicielem   parceli   i 
domu,   ze   wszystkim,   co   znajduje   się   w   jego   po-
mieszczeniach, od piwnic do strychu. Chodźmy.

Pomaszerowali   prościutko   ku   stacji,   a   później   w   bok, 

zarośniętą   ścieżką,   znaną   Bedemu   z   jego   wędrówek   do 
rzeczki.

Harper   najpierw   otworzył   i   zdjął   kłódkę   ze   skobla 

ogrodowej   furtki.   Czynność   tę   powtórzył   przy   wrotach 

background image

domu,   na   koniec   wetknął   wielki   klucz   w   otwór   zamka, 
przekręcił, nacisnął klamkę.

Bede poczuł stęchły zapach. Wkroczyli w głąb ciemnego 

korytarza.   Na   prawo   i   na   lewo   po   dwoje   drzwi   lekko 
uchylonych,   przez   które   widać   było   mroczne   wnętrza 
pokojów, Przez szpary okienne tu i tam padały wąskie smugi 
światła z wirującymi drobinkami kurzu.

Weszli do pierwszej izby. Harper otworzył okno, pchnął 

obie   połowy   okiennic.   Blask   poranka   rozświetlił   ponure 
wnętrze.   Bede   ujrzał   stół,   krzesła,   fotel   na   biegunach   i 
czarną   głębię   ceglastego   kominka.   Na   blacie   stołu,   na 
oparciach   krzeseł,   na   deskach   podłogi   spoczywała   gruba 
warstwa pyłu.

— Fe!   Aż   w   nosie   kręci   —   zauważył   karczmarz.   — 

Proszę spojrzeć na podłogę. Nie ma tu żadnych śladów stóp, 
jedynie nasze. Tędy od lat nikt nie chodził.

— Na   to   wygląda   —   potwierdził   Bede.   —   Popatrzmy 

dalej.

Następny pokój był zapewne sypialnią, świadczyły o tym 

dwa drewniane łóżka, ukazujące goliznę desek, szafa, dwa 
krzesła i naftowa lampa na stole, tak przysypana kurzem, że 
jej szklany klosz miał ciemnoszarą barwę. Bede zajrzał do 
szafy, była pusta.

— Chyba po zmarłym zostały jakieś ubrania?
— Owszem. Ramsey za radę szeryfa początkowo ich nie 

ruszał.   Po   kilku   miesiącach   zebrał   wszystko   razem   i 
przekazał   pastorowi,   by   rozdał   biedakom.   Pamiętam,   bo 
moja żona sporządzała listę obdarowanych.

— Czy odzież przejrzano?
— Tak.   Szeryf   szukał   pieniędzy,   które   tajemniczo 

zniknęły. Bez rezultatu.

Minęli dwa dalsze, puste i podobnie zakurzone pokoje, aż 

trafili   do   kuchni   wyposażonej   w   potężny   piec,   stół   i 
taborety. Bede zatrzymał się na progu.

— Niech pan przyjrzy się podłodze.
Harper cicho gwizdnął.

— Siady — powiedział zniżając głos do szeptu. — Siady 

stóp.

— Ano, właśnie. Ot, i mamy nasze duchy zostawiające 

odciski   butów.   Ciekawe,   w   jakim   celu   tu   przychodzą?   I 
którędy się dostają? Zbadajmy.

Odemknęli okna, rozwarli okiennice.

— Zagadka   rozwiązana   —   zauważył   Bede   dotykając 

palcami parapetu. Duchy gramolą się przez okno. Jest
tylko przymknięte. I mnóstwo odcisków.

Karczmarz pokiwał głową:

— Rzeczywiście... lecz w jakim celu?

background image

— Być może jakaś grupa włóczęgów urządziła tu sobie 

bezpłatny hotel.

— Od   trzech   lat?   Nieprawdopodobne.   W   końcu   ktoś 

musiałby   tych   obcych   zauważyć.   Goodyear   jest   małym 
miasteczkiem   i   wszyscy   dobrze   się   znają.   Dodam,   że 
Goodyear należy do najspokojniejszych okręgów w całym 
Kolorado.   I   to   jest   przyczyną,   dla   której   nasz   szeryf   tak 
lekko sobie traktuje sprawę wymarłego domu. Jak już panu 
wspominałem, mam zamiar rozebrać budynek i duchy będą 
musiały zmienić lokal. Ten dziwaczny problem przestanie 
istnieć.

Bede   nic   na   to   nie   odpowiedział.   Zajrzał   do   wnętrza 

pieca, pogrzebał w popiele patykiem, potem zainteresował 
się stołem przytykającym do ściany.

— Co to może być? — zagadnął karczmarza, podnosząc 

ze stołu prostokątny blok szarego metalu.

Harper   wyciągnął   rękę,   zważył   na   dłoni   podany 

przedmiot.

— Wygląda na ołów — odparł.
— Czyżby Beniamin Allen parał się odlewaniem figurek 

z ołowiu?

— Nic o tym nie wiem.
— W popiele paleniska znalazłem drobiny tego samego 

metalu. W jakim celu topiono ołów?

— Może   reperowano   dach?   Dom   kryty   jest   blachą, 

ołowiem zalewa się dziury. Zapytam Ramseya.

— Chyba nic więcej tu nie znajdziemy. Teraz.
— Teraz? O czym pan myśli?
— O odwiedzeniu tego przybytku duchów nocą.
—> Ależ... kochany panie, przepraszam, lecz to nie ma 

sensu. Na co pan liczy?

— Na   zaskoczenie   ludzi,   którzy   gospodarują   tu   po 

zapadnięciu zmroku.

To   może   być   niebezpieczne.   Zgodziłem   już   robot-

ników i za trzy dni przystąpią do rozbiórki tej rudery. Duchy 
się   wyniosą,   a   my,   kto   wie,   może   trafimy   na   ich   ślady? 
Szczerze panu radzę zrezygnować z tego pomysłu.

— Ba, ją mam taką dociekliwą naturę. Gdy czegoś nie 

rozumiem, muszę zbadać.

W   słowach   tych   tkwiła   tylko   część   prawdy.   Bedego, 

dawnego łapacza, bardzo korciło poznanie tajemnicy,  lecz 
równocześnie   kierował   się   pragnieniem   zdemaskowania 
przestępcy lub przestępców ukrywających się w wymarłym 
domu. Mimo stwierdzenia Harpera o braku poważniejszych 
przestępstw   w   Goodyear,   był   pewien,   że   pod   bokiem 
spokojnego   miasteczka   kryła   się   grupa   ludzi   żyjących   na 
bakier   z   prawem.   Że   nie   działali   na   terenie   Goodyear? 
Sprytny   złodziejaszek   czy   rabuś   obiera   za   teren   swej 
działalności   zawsze   dalej   położone   od   miejsca   swego 
zamieszkania okolice. Kto wie, czy w wymarłym domu nie 
ukrywa się człowiek poszukiwany listami gończymi? A jeśli 
list gończy — rozumował — to i pewna nagroda pieniężna! 
Jakże przydałaby się teraz!

Opuścili budynek. Harper dokładnie pozamykał  drzwi i 

ogrodową furtkę.

— Gdzieś tu musi być dziura w płocie — zauważył Bede. 

—   Nie   wierzę,   aby   duchy   dorobiły   klucze,   a   przez 
ogrodzenie zbyt trudno przeskoczyć. Chodźmy poszukać.

background image

— Czy warto?
— Oczywiście.   Bo   i   ja   w   ten   sposób   będę   mógł 

przedostać się do sadu.

— Ale się pan uparł! No dobrze.

Obeszli  dokoła  calutkie  ogrodzenie,  lecz  poza  licznymi 

szparami w spojeniach desek nie odkryli nic więcej. Stracili 
prawie godzinę czasu, nim Bede, wiedziony chyba  jakimś 
tropicielskim instynktem, uderzył pięścią w deskę pozornie 
nie różniącą się od innych, ale gdy poruszyła się, wyjął ją 
bardzo łatwo.

— Oto i brama duchów — stwierdził z  zadowoleniem. 
— Siódma, licząc od rogu. Trafię tu nawet w 
najciemniejszą noc.

Wrócili   do   miasteczka,   a   w   drodze   Bede   tak   długo 

molestował   Harpera,   aż   znudzony   i   trochę   rozbawiony 
karczmarz akceptował nocną wyprawę. Lecz swego udziału 
w tym przedsięwzięciu odmówił.

— Muszę pilnować gości — wytłumaczył. — Największy 

ruch   mam   wieczorem.   Ostatni   wychodzą   dopiero   koło 
północy, a pan powinien być w wymarłym domu znacznie 
wcześniej.

Bede   uznał   słuszność   takiego   rozumowania   i   przed 

jedenastą   wymknął   się   z   rozgadanego,   rozwrzeszczanego 
saloonu.

Było   ciemno,   tak   ciemno,   że   musiał   chwilę   postać   na 

skraju drogi-ulicy, aby przyzwyczaić wzrok do otaczającej 
go   czerni.   Gdy   wreszcie   począł   rozróżniać   kontury 
domostw, wolniutko ruszył wzdłuż ścian. Goodyear spało, a 
garstka amatorów nocnej zabawy musiała być niezbyt liczna 
czy   może   pora   zbyt   wczesna,   bo   Bede   nie   napotkał   ani 
jednego przechodnia.

Tak   dotarł   do   ulicy   Kolejowej,   zabudowanej   z   jednej 

tylko   strony,   więc   było   nieco   widniej.   Wiatr   musiał 
przepędzić chmury, bo na niebie ukazały się gwiazdy, a ich 
słaby blask trochę rozjaśnił szlak wędrówki. Wkrótce Bede 
dostrzegł czarniejszy od nocy kontur budynku stacyjnego, 
skręcił w prawo i ruszył  poprzez dziką łąkę. Posuwał się 
wolno i prawie bezszelestnie, przystając co kilka kroków i 
nasłuchując.   Wiatr   ucichł.   Wysokie   łodygi   traw   sterczały 
prosto i sztywno,  a na rzadko rosnących  tu drzewach nie 
zadrgał   ani   jeden   listek.   Była   to   okoliczność   wielce 
niepomyślna, bo szmer niósł się bardzo daleko. Ukazała się 
ciemna plama sadu i wystrzelający ponad nią dach budowli. 
Bede dotarł do niezarośniętego pasma ścieżki, gdzie mógł 
posuwać się szybciej.

Po paru minutach znalazł się przy narożniku płotu.

background image

Policzył deski. Siódma od rogu, jak przewidywał, ustąpiła 
pod naciskiem ręki. Ostrożnie prześliznął się przez otwór. 
Przykucnął po drugiej stronie, wytrzeszczył oczy i nastawił 
uszu.   Nic,   zupełnie   nic.   Najcichszy   nawet   dźwięk   nie 
zakłócił spokoju nocy. Lecz spostrzegł coś, co natychmiast 
zaostrzyło   jego   czujność:   w   szparach   okiennicy   migotał 
żółtawy blask. Zastanowił się

background image

chwilę nad rozkładem wnętrza domu i doszedł do wniosku, 
że   światełko   wydostawało   się   z   głębi   kuchni.   Zgięty   w 
kabłąk, ruszył ku ścianie pełen nadziei, że przez szparę uda 
mu   się   zobaczyć   tajemniczych   gospodarzy   opuszczonego 
domu.

Plan,   łatwy   w   wykonaniu,   na   pewno   by   się   powiódł, 

gdyby   nie   zdradziecki   korzeń   w   gąszczu   traw.   Doświad-
czony   westman,   tropiciel   śladów,   umiejący   czołgać   się 
poprzez   zarośla,   wyczułby   przeszkodę.   Bede   nie   był 
tropicielem śladów i zawadziwszy czubkiem buta o korzeń, 
runął z szumem i trzaskiem między krzewy.

Nie podniósł się, lecz bez poruszenia leżał wśród pachnącej 

wilgością gęstwiny, przeklinając w myślach swą niezdarność. 
Czekał,   co   się   teraz   stanie.   Nie   doczekał   się,   więc   wstał 
ostrożnie i zerknął w kierunku oświetlonej okiennicy.  Tym 
razem nie zauważył najmniejszego nawet błysku. Cała ściana 
domu   wyglądała   jednolicie   czarno.   Pomyślał,   że   źródło 
światła przesunęło się w głąb budynku, co mogło mu ułatwić 
wtargnięcie do wnętrza kuchni. Wolniutko począł się zbliżać 
ku oknu. Wtedy ujrzał na tle ściany kształt przedziwny, coś, 
co   przypominało   w   zarysach   postać   ludzką,   jednak   było 
znacznie większe i wyższe od największego i najwyższego 
człowieka. Bede znieruchomiał. Kształt świecił lekkim, jak 
gdyby księżycowym blaskiem. Dziecko, a nawet niejeden z 
dorosłych obywateli Goodyear, wzięłoby nogi za pas na tak 
niesamowity   widok.   Bede   nie   należał   do   tego   typu   ludzi. 
Dziwne   zjawisko   bardziej   go   zdumiało   niż   przeraziło. 
Zastanawiał się, czemu ta kukła o człowieczych kształtach, a 
może   przebrany   mężczyzna,   jest   tak   wysoka   i   dlaczego 
błyszczy.  

 

Postanowił   sprawdzić.   Nurknął   między   krzewy, 

aby podejść ją niepostrzeżenie. Ale już po chwili zaalarmo-
wał   go   trzask   gwałtownie   roztrącanych   gałęzi.   Skoczył   w 
bok  i  ten  ruch  uchronił  go  przed   ciosem,   który

background image

w   najlepszym   wypadku   pozbawiłby   go   przytomności.   W 
najgorszym — życia.

Gruby i ciężki drąg wysunął się z czarnego gąszczu, lecz 

zamiast spaść na głowę, uderzył w lewe ramię Bedego tak 
silnie, że zdrętwiało po czubki palców, niezdolne do ruchu. 
Bede odwrócił się, wyszarpując colta z kabury i dwukrotnie 
pociągnął za spust. W ciszy nocy dwie grzmiące eksplozje 
stopiły  się  w  jeden  przeciągły huk.  Nastała  cisza,  jeszcze 
bardziej przejmująca niż przedtem. Bede niczego nie dojrzał, 
niczego   nie   usłyszał.   Nieznany   napastnik   nie   dał   znaku 
życia, a świetlista figura nagle zniknęła.

Z rewolwerem w ręku, nie zważając na nic, przedarł się 

ku ogrodzeniu.

Nie   tracąc   czasu   na   szukanie   odpowiedniej   deski, 

wgramolił   się   na   płot   i   skoczył.   Odwrót   uznał   za   jedyne 
rozsądne   wyjście   z   tak   niebezpiecznej   sytuacji.   Któż 
bowiem   odgadnie,   ile   jeszcze   duchów   zaopatrzonych   w 
śmiercionośne drągi ukryło się w głębi ogrodu? Szanse były 
nierówne, zbyt nierówne dla takiego nawet śmiałka, jak były 
rewolwerowiec.

Bede pospieszył  do „Lucky Saloon" i przekroczył  próg 

karczmy, kiedy z lokalu wychodził ostatni z nocnych gości.

Już? — zdziwił się Harper. — Co się stało?

Bede klapnął na krzesło i zdyszanym głosem poprosił o 
szklaneczkę whisky.

— Bez wody — dodał. — Jestem nieco zdenerwowany...
— Ho,   ho   —   mruknął   karczmarz   i   pognał   wykonać 

polecenie.

Bede duszkiem opróżnił szklankę i odetchnął.

— Niech to licho porwie! Duchy lekko mnie zaprawiły... 

Do diabła! Proszę posłuchać...

Opowiedział dokładnie o całym przebiegu wyprawy.

background image

Musiałem wiać — zakończył swą relacje. — Następny 

cios mógł mnie zwalić z nóg.

/

— Słusznie pan postąpił. Rankiem zaalarmujemy szeryfa. 

Niechże wreszcie coś przedsięweźmie, a teraz proszę zdjąć 
kurtkę. Może pan ruszać ręką?   

Bede wykonał kilka ruchów w przód i w tył. Odrętwienie 

minęło, natomiast poczuł dotkliwy ból. Karczmarz pomógł 
mu się rozebrać. Obmacał ramię.

— Kości całe — zawyrokował. — To najważniejsze.

Zrobię panu okład ziołowy. Proszę chwilkę poczekać.

Chwilka  przedłużyła  się  do kilkunastu minut.  A gdy w 

końcu zbieg został przeprowadzony i Bede przywlókł się do 
swego   pokoju,   zegary  i   zegarki   w   Goodyear   wskazywały 
kilka minut po pierwszej.

Bede   położył   się   na   prawym   boku.   Nie   mógł   zasnąć. 

Męczył   go   pulsujący  ból   lewej   ręki,   dręczyła   myśl   o   tak 
haniebnej   porażce   i   pragnienie   odwetu   na   nieznanym   po-
siadaczu drąga. Wreszcie zmęczenie wzięło górę.

Obudził   się   wcześnie,   popędzany   myślą   o   jak   naj-

szybszym   powrocie   do   wymarłego   domu,   już   w   towa-
rzystwie szeryfa. Zeszedł po schodach i na progu jadalnej 
sali   natknął   się   na   Harpera.   Karczmarz   powitał   go   dość 
kwaśną miną.

— Już   po   naszym   kłopocie   —   oświadczył   —   chociaż 

przyznam, że wolałbym inne zakończenie sprawy.

Bede wytrzeszczył oczy:

— O co chodzi?
— Chałupa się spaliła, o czwartej nad ranem.
— Jaka chałupa?
— No... ten cały dom duchów.
— Niemożliwe!
— Możliwe,   możliwe.   Zaalarmowano   mnie   o   świtaniu. 

Sam widziałem pożar. Gasili, jak mogli, lecz nie na wiele się 
to zdało. Płakać z tego powodu nie będę, chociaż  szkoda  mi 
tych  belek  i  desek,  które  poszły

background image

z dymem.     Z   drugiej   jednak strony...     zaoszczędzę   na 
kosztach rozbiórki.

— Czemu mnie pan nie obudził?
— A po co? Pańska obecność nie uratowałaby budynku.
— Szeryf był?
— Był.   Grzebie   teraz   w   pogorzeliskach.   Czego   tam 

szuka, nie wiem. Uważa, że dom podpalono, ale taki mądry 
to i ja jestem.

Bede westchnął. Jego marzenie o wykryciu przestępczej 

bandy uleciało z dymem pożaru.

— Widzę, że pan bardziej się martwi niż ja. Dajmy

temu spokój. Jak tam pańskie ramię?

Bede   obnażył   się   do   pasa.   Oberżysta   zdjął   opatrunek, 

obmacał całe ramię, od karku po czubki palców.

— Boli?

Bede   odparł,   że   prawie   nic,   na   dowód   czego   wykonał 

kilka szybkich ruchów.

Świetnie! Nie przypuszczałem, że mój lek odniesie tak 

błyskawiczny   skutek.   Musi   pan   być   zdrowy   jak 
przysłowiowa ryba. Proszę przez kilka dni nie forsować ręki, 
a teraz chodźmy na śniadanie. Dzielny z pana chłop, bardzo 
żałuję, że przystałem na tę nocną wyprawę.

Ja   również   żałuję   —   wyznał   Bede.   —   Spłoszyłem 

łobuzów, dlatego spalili chałupę. Strasznie mi przykro.

— Ani słowa więcej! Co się stało, to się stało i żadnym 

gadaniem sprawy nie odkręcimy.

Klepnął   Bedego   po   zdrowym   ramieniu   i   udał   się   do 

bufetu, aby wybrać stosowne potrawy. Śniadanie zjedli we 
dwójkę w pustej sali, jako że pora była wczesna i żaden z 
gości nie zdążył jeszcze odwiedzić saloonu.

Od tej chwili aż do ukończenia posiłku ani Harper, ani 

Bede nie zahaczyli nawet słówkiem o sprawę pożaru. Potem 
Bede udał się na górę odespać stracone

background image

nocą   godziny   i   dopiero   dobrze   po   południu   obudził   go 
Harper.

— Nie   zgadnie   pan,   czym   zajmowały   się   nasze   duchy 

przez   tyle   lat.   Właśnie   był   u   mnie   szeryf.   Znalazł   w 
pogorzelisku kilka interesujących przedmiotów. Proszę sobie 
wyobrazić,  że   są   to  różnej  wielkości  formy  do odlewania 
pieniędzy.   Nasze   duchy   widać   pomagały   państwowej 
mennicy!

— A więc do tego potrzebny był im ołów! — wykrzyknął 

Bede. — Że też od razu o tym nie pomyślałem! Lecz oni 
musieli przecież srebrzyć  monety,  inaczej każdy poznałby 
fałszerstwo natychmiast. Srebra szeryf nie znalazł?

— Nie.   Zastanawia   mnie   —   powiedział   karczmarz   — 

gdzie puszczali w obieg swe wyroby.  Bo w Goodyear  na 
pewno nie. W okresie ostatnich lat w swej kasie znalazłem 
tylko   trzy  sztuki   podrobione.   I   nikt   nigdy  nie   skarżył   się 
szeryfowi w tej sprawie.

— Ba,   spryciarze!   Wywozili   swą   produkcję   znacznie 

dalej. I co na to wasz stróż prawa?

Harper zawahał się.

— Prosił mnie o zachowanie tajemnicy, lecz uważam... że 

panu powinienem ją zdradzić.

— Będę milczał jak głaz — przyrzekł Bede.
— Otóż szeryf zamierza zbadać, czy fałszerzami nie byli 

jacyś mieszkańcy Goodyear. Moim zdaniem szeryf podąża 
fałszywym  tropem.  Jeśli od prawie trzech lat straszyło,  to 
znaczy,   że   od   trzech   lat   wymarły   dom   odgrywał   rolę 
prywatnej   mennicy.   Goodyear   jest   jednak   malutkim 
miasteczkiem   i   wszyscy   się   tu   znają.   Dlatego   szybko 
wydałoby   się,   gdyby   kilku   ludzi   nie   spędzało   nocy   we 
własnych mieszkaniach. To musieli być obcy przybysze.

— Lecz   w   jaki   sposób   dowiedzieli   się   o   opuszczonym 

domu.

Och, przecież wieść o samobójstwie Allena była  taką 

sensacją,   iż   rozniosła   się   bardzo   daleko.   Gotów   jestem 
założyć  się o każdą sumę, że nasz szeryf nigdy nie odkryje 
ani fałszerzy, ani podpalaczy.

Bede   się   nie   założył.   I   słusznie.   Mijały   dni,   tygodnie, 

miesiące,   a   śledztwo   nie   posunęło   się   ani   o   krok,   aż   na 
koniec szeryf machnął na wszystko ręką.

Jednak   zanim   ostatecznie   zagadka   wymarłego   domu 

poszła w zapomnienie, w dość monotonnym życiu Bedego 
dokonała się zasadnicza zmiana.

background image

                                                  Uśmiech 
losu

— Jutro   przystępuję   do   oczyszczania   placu   —   za-

powiedział któregoś dnia karczmarz.

Bede akurat pokrzepiał się kuflem piwa i porcją duszonej 

baraniny.   Przyjął   tę   wiadomość   obojętnie.   Rozmyślał 
ponuro, iż z każdym łykiem i każdym kęsem wzrasta jego 
zadłużenie u Harpera, a szanse na wyrównanie długu nadal 
równe są zeru. W takiej sytuacji cóż mogło go obchodzić 
usuwanie resztek pogorzeliska? Więc tylko przez grzeczność 
zagadnął:

— I co pan zrobi z placem?
— Proszę   zauważyć,   iż   rzeczka   w   tamtym   miejscu 

gwałtownie skręca, tworząc coś w rodzaju małego półwyspu.

— Tak — potwierdził Bede — widziałem.
— Więc   właśnie!   Przekopię   półwysep,   zmontuję   jaz   i 

spiętrzę wodę. Zgaduje pan, w jakim celu?

— Młyn   —   powiedział   Bede   przypomniawszy   sobie 

słowa księgowego Marshalla.

— Oczywiście. Proszę sobie wyobrazić, że w okolicy nie 

istnieje ani jeden młyn.  Mieszkańcy Goodyear i farmerzy, 
żeby zemleć ziarno, muszą je wozić prawie dwadzieścia mil. 
Tam   i   z   powrotem.   To   strata   całego   dnia.   Dlatego   wielu 
korzysta z domowych żarn. Lecz co to za przemiał! Więcej 
plew   niż   mąki.   Tak,   kochany   panie,   młyn   w   takich 
warunkach to doskonały interes.

background image

Tylko w tym celu nabyłem wymarły dom wraz z kawałkiem 
gruntu, bo samego gruntu Ramsey nie chciał sprzedać. Pan 
jest pierwszą osobą, która dowiaduje się o moim pomyśle.

Bede   opanował   wesołość.   O   młynie,   kropka   w   kropkę, 

mówił to samo wszechwiedzący Marshall.

— A   teraz   —   zwierzył   się   Harper   —   chcę   panu   za 

proponować... korzystną współpracę.

Bede nastawił uszu. Czyżby rodziła się okazja, o której 

marzył od szeregu dni? Płatna praca? Z górą wiedział, że ją 
przyjmie, jeśli tylko nie będzie to związane z koniecznością 
ujawnienia   zawartości   zdeponowanego   woreczka.   Nie 
pokazał   jednak   radości.   Zapytał   uprzejmie   obojętnym 
tonem:

— O co chodzi?

O to, że nie potrafię równocześnie prowadzić saloonu 

i nadzorować robót przy wznoszeniu młyna. Żona poradziła 
mi zwrócić się do pana. Ona świetnie zna się na ludziach. 
Twierdzi, że pan znakomicie nadaje się do tego celu.

— Do jakiego celu?
— Do   nadzorowania   robót   przy   oczyszczaniu   placu,   a 

później do pilnowania budowy.

— Ależ   ja   się   na   tym   nic   nie   znam!   —   wykrzyknął 

rozczarowany Bede.

— Drogi   panie,   czy  robotnicy  muszą   o   tym   wiedzieć? 

Wystarczy, jeśli będzie pan miał na nich oko.

— Nie   potrafię   budować   młyna   ani   montować   jazu  — 

Bede był szczerze zmartwiony.

Karczmarz roześmiał się.

— Wszystko furda!  Nie ma  się  czym przejmować.

1 młyn,  i   jaz  budować   mają  fachowcy,   lecz  pańska  stała 
obecność   na   pewno   skłoni   ich   do   rzetelniejszej   pracy. 
Bardzo proszę nie odmawiać. Będę panu płacił pięć dolarów 
dniówki, a za pobyt w moim hotelu nie policzę przez ten 
czas ani centa. Zgoda?

background image

Propozycja wyglądała wprost olśniewająco. Lecz Bede nie 

podskoczył z radości na krześle. Oświadczył, że do wieczora 
rozważy ofertę, która go zaskoczyła. Uznał bowiem, że nie 
wolno   mu   postąpić   inaczej.   Posiadacz   pękatego   woreczka 
złota   nie   powinien   zbyt   pospiesznie   decydować   się   na 
przyjęcie pracy. Dopiero więc w kilka godzin późnej wyraził 
karczmarzowi swą zgodę. Dodając — niby mimochodem — 
że w tej chwili nic go nie zmusza do wyjazdu.

— Bardzo   się   cieszę,   kochany   panie   —   uradował   się 

Harper.   —   Spadła   mi   z   głowy   połowa   kłopotów.   A   teraz 
zapraszam do siebie. Moja żona pragnie bliżej pana poznać. 
Bo z widzenia to chyba już się znacie?

— Znamy — odparł lakonicznie Bede.
Wspomniał na charakterystykę pani Adeliny Harper, jaką 

mu  sprezentował  księgowy Marshall,   i  zaniepokoił   się.  Ta 
dociekliwa (jak twierdził przecież Marshall) kobieta potrafiła 
wzbudzić lęk nawet w tych, którzy sumienie mieli zupełnie 
czyste, a sumienie Bedego... szkoda mówić! Ponieważ jednak 
żaden   wykręt   nie   przyszedł   mu   do   głowy,   a   wizyta   w 
mieszkaniu   Harperów   prędzej   czy   później   wydawała   się 
nieunikniona, postanowił wziąć byka za rogi i podziękował 
uprzejmie za zaproszenie.

Ustalono godzinę i o siódmej wieczorem gość i gospodarz 

przekroczyli, próg tej części „Lucky Saloon", do której prawo 
wstępu   mieli   tylko   prywatni   znajomi   i   przyjaciele   rodziny 
karczmarza. Na pewno istniało jakieś inne, wiodące wprost z 
ulicy   wejście   do   zacisza   domowego   Harperów,   lecz   Bede 
został   tam   wprowadzony   przez   wąskie   drzwiczki   za 
szynkwasem.

Znalazł się w ciasnym korytarzyku — następne drzwi, a za 

nimi mały hol. Bede poczuł dość miły zapach, zdradzający 
bliskie sąsiedztwo kuchni.

— Tędy, kochany panie, tędy...
Harper pchnął jeszcze jedne drzwi. Pośrodku dużego, 
widnego pokoju stał długi stół nakryty białym 

obrusem. Dwa pięcioramienne świeczniki gorzały złotym 
blaskiem zapalonych świec, których migotliwe płomyki 
odbijały się na powierzchni talerzy i sztućców. Ten widok 
nieco stropił Bedego. Przypomniał mu ceremoniał 
towarzyszący posiłkom w meksykańskiej hacjendzie don 
Pedro Gonzalesa, przy których musiał naginać swe zwyczaje 
do jaśniepańskich (jak je w myśli nazywał) manier 
gospodarza. Nie spodziewał się, że w mieszkaniu skromnego, 
zdawałoby się, właściciela saloonu ujrzy takie wspaniałości. 
Bo na talerzach i sztućcach sprawa się nie kończyła. 
Wyściełane krzesła przy stole, oszklony kredens ze stojącym 
na nim metalowym zegarem, firanki w oknach — wszystko to 
świadczyło o zamożności Harperów.

Na dwu ścianach rozpięto skóry czworonogich władców 

gór i podgórzy. Na lewej — futro szarego niedźwiedzia, na 
prawej — pumy. Lecz ten widok nie zaskoczył przybysza. W 
swych   wędrówkach   po   kraju   niejeden   raz   w   chałupach 
ubogich   farmerów   widział   podobne   eksponaty   tutejszej 
fauny.

— Panie za chwilę przyjdą — oznajmił karczmarz.
— Panie? — zdziwił się Bede.
— Tak. Pozna pan moją córkę.

Gość   na   chwilę   sposępniał.   Taka   sytuacja   znowu 

background image

przypomniała mu rodzinę Gonzalesa: jeden mężczyzna i dwie 
kobiety   ze   swą   błyskotliwą   gadaniną,   której   Bede   mimo 
wysiłków nie potrafił sprostać. W tamtych czasach wstawał 
od   stołu   z   cichym   westchnieniem   ulgi,   spocony   jak   po 
parowej łaźni. Czyżby rzecz miała się powtórzyć?

Znajdujące   się   w   głębi   pokoju   drzwi   cicho   skrzypnęły. 

Bede   odzyskał   humor   —   strój   pani   Adeliny   Har-per   w 
niczym   nie   przypominał   kosztownych   fatałaszków   seńory 
Gonzales. Żona karczmarza ukazała się odziana   w tę samą 
suknię,   w   której     widział   ją   rankiem.   Uznał   więc,   że   ten 
drobny   szczegół   oddała   niebezpieczeństwo   nudnego 
ceremoniału.

Za   panią   Adeliną   wkroczyła,   a   raczej   wsunęła   się   do 

pokoju   dziewczyna   nieco   niższa   od   matki,   ubrana   na 
niebiesko.   Bedemu   wydała   się   cicha,   nieśmiała,   jakby 
zastraszona.

— Oto, moja droga — zwrócił się karczmarz do żony — 

pan Barry Bede, o którym ci opowiadałem, a którego znasz z 
widzenia.

— Nie tylko, Martin. Z panem Bede już rozmawiałam, co 

prawda  przelotnie i krótko,, lecz teraz trafia się okazja do 
dłuższej pogawędki. Oto moja  córka, Katarzyna.  Przywitaj 
się, Kasiu.

Dziewczyna   uśmiechnęła   się   blado,   powiedziała   „dobry 

wieczór",   a   Bede   skłonił   się,   jak   umiał   najlepiej,   czując 
równocześnie, że wykonuje to jak najgorzej.

— Siadajmy — powiedziała pani Adelina.

W jej ustach słowo to zabrzmiało raczej rozkazująco niż 

zapraszająco.   Bede   przypomniał   sobie   opowiadanie 
księgowego  i   postanowił   mieć   się   na   baczności.   Siadł   na 
krześle   sztywno,   jakby  drąg  połknął,   pełen  wewnętrznego 
napięcia.   Korpulentna   Murzynka   wniosła   dymiącą   wazę, 
pani Adelina rozlała zupę do talerzy i w ten sposób zaczęła 
się wieczorna biesiada.

— Obserwowałam   pana   od   chwili   jego   przybycia   — 

zagaiła rozmowę gospodyni. — To ja poradziłam Martinowi, 
by zwrócił się do pana o pomoc.

— I miałaś rację, moja droga. Miałaś rację — wtrącił się 

Harper. — To jest właściwy człowiek...

— Ależ... dlaczego? — zapytał Bede nieco zdumiony, a 

równocześnie mile połaskotany w swej ambicji.

— Przez   nasz   saloon   —   odpowiedziała   gospodyni   — 

przewija   się   wiele   ludzi.   Miejscowych   znam   wszystkich. 
Jedni   są   interesujący,   inni   mniej.   Najbardziej   jednak 
ciekawią mnie nowi przybysze, tacy właśnie jak pan.

background image

W  tym  momencie  utkwiła  w Bedem baczne spojrzenie. 

Było  w nim coś tak natarczywego,  że gość poczuł się na 
wylot   przewiercony   niby   świdrem.   Nie   można   by   tego 
nazwać przyjemnym uczuciem.

— Tak,   tak   —   monologowała   pani   Adelina.   —   Wi-

działam, i to niejeden raz, w „Lucky Saloon" poszukiwaczy 
złota   wracających   z   dalekich   wypraw.   Różnych,   bardzo 
różnych.   Jak   to   się   mówi:   galeria   typów.   Najbardziej 
przypadli mi do smaku ci, którzy wracali bez sukcesów.

— Dlaczego? — zdziwił się Bede.

Znowu poczuł niepokój. Przecież to on właśnie wrócił bez 

sukcesu.

— Odpowiedź   jest   prosta:   eksplorerzy   to   najczęściej 

nieokrzesane typy.  Gdy mają  pieniądze, trudno znieść ich 
obecność. Uważają bowiem, że cały świat do nich należy.

— Tylko proszę nie brać tego do siebie, drogi panie — 

wtrącił się Harper.

Ach,   oczywiście!   Otóż   eksplorer,   któremu   się   nie 

powiodło,   jest   skromny   i   cichy   w   przeciwieństwie   do 
takiego, który się wzbogacił. Zawsze mieliśmy z nimi sporo 
kłopotu. Jak pan zapewne zauważył, nikt z nas nie gra w 
karty i nie tolerujemy żadnych innych gier hazardowych. I o 
to   były   sprzeczki,   bo   posiadacze   złota   gonią   za 
niewybrednymi   rozrywkami,   mimo   że   te   rozrywki 
najczęściej ich "rujnują. Hazard to okropna rzecz. Dlatego 
właśnie   obserwowałam   pana   od   samego   początku. 
Przyznam, zostałam przyjemnie zaskoczona. Nie gra pan w 
karty, nie nadużywa whisky i nie stara się pokazać innym, że 
góruje nad nimi bogactwem. („O kobieto! — pomyślał Bede 
—  gdybyś  wiedziała,   jak  wygląda   moje  bogactwo!").  Nie 
jest pan również próżniakiem,  bo zgodził się na przyjęcie 
pracy, bez której przecież mógłby się obyć. („Bez której nie 
mógłbym   się  obyć   —  zaprotestował  Bede  w myślach.   — 
Chyba   jednak   Marshall   nieco   przesadził   chwaląc   do-
myślność pani Adeliny!"). Gdyby moja córka miała wyjść za 
mąż, a przecież ją to kiedyś czeka — mówiła gospodyni — 
chciałabym,   aby   jej   przyszły   chociaż   trochę   przypominał 
pana.

Bede nieśmiało zaprotestował, co spowodowało przyjazne 

uśmiechy   na   twarzach   gospodarzy.   Katarzyna   lekko   się 
zarumieniła.   Rozmowę   przerwało   kolejne   pojawienie   się 
Murzynki niosącej potężny półmisek.

— Zapewne   ta   potrawa   —   zauważył   nieco   pompa-

tycznym tonem karczmarz — przypomni panu jego dalekie 
wędrówki: pieczeń z antylopy!

— To pańskie trofeum?
— Ach, nie. Gdzieżbym miał czas na polowanie? Zresztą 

kiepski ze mnie strzelec.

—- I ze mnie kiepski — wyznał Bede. — Niejeden raz 

przyszło mi z tego powodu głodować.

— Lecz teraz nam to nie grozi — zażartował Harper. — 

Antylopę kupiłem od przejezdnego trapera.
Mam nadzieję, że będzie panu smakować nie gorzej od tych 
pieczonych przy obozowym ognisku.

Bede grzecznie przytaknął.

Pani   Adelina   obdarzyła   każdego   odpowiednią   porcją. 

Podano   piwo.   Rozmowę   zastąpiło   na   chwilę   delikatne 
szczękanie noży i widelcy.

background image

— Z   pewnością   musiał   pan   przeżyć   wiele   przygód   — 

przerwała milczenie gospodyni".

— O, tak — odparł szczerze.
— A może, przy okazji, coś pan o nich opowie? Dawno 

trudni się pan eksplorerstwem?

Bede   zawahał   się.   Czy   miał   powiedzieć,   że   była   to 

pierwsza w jego życiu eksplorerska wyprawa? Że przedtem, 
przez   szereg   lat   parał   się   wyłącznie   ściganiem   zbiegłych 
przestępców tropionych listami gończymi? Że żył z nagród 
wypłacanych   za   schwytanie   (żywych   lub   martwych) 
poszukiwanych?     Wiedział  przecież,   jak   złą   sławą   wśród 
spokojnych farmerów cieszyli się, tylko nieliczni podziwiali 
ich   ryzykanckie   życie.   Cóż   by   się   stało   z   jego   opinią 
„solidnego" człowieka, gdyby zdradził Harperowi właściwy 
zawód?   Czy   po   takim   wyznaniu   nie   cofnąłby   swej 
propozycji?

— To   była   moja   pierwsza   wyprawa   zakończona   takim 

sukcesem — odparł opanowując zdenerwowanie.

— A inne?
— Różnie bywało — odpowiedział wymijająco, czując, 

że stąpa po coraz bardziej grząskim gruncie historii swego 
życia.

— Przepraszam,   że   tak   nagabuję   —   zaatakowała   go 

ponownie   pani   Adelina.   —   Ciekawość   to   moja   choroba. 
Czym się zajmują pańscy rodzice?

— Byli rolnikami.
— Byli?
— Nie żyją.
— Och...   bardzo   mi   przykro.   Czemu   nie   został   pan 

farmerem?

„Uwaga!   —   pomyślał   Bede.   —   Ona   jest   bardzo   nie-

bezpieczna".

Wyjaśnił, że farma podupadła i została sprzedana, a on po 

to zabawił się w eksplortera, aby zebrać pieniądze na kupno 
nowego gospodarstwa.

Przed   dalszym   kłopotliwym   nagabywaniem   wybawił   go 

Harper,  przepraszając  gościa,  że   musi  zajrzeć   do saloonu, 
zbliża się bowiem pora, w której strumień odwiedzających 
„Lucky   Saloon"   gwałtownie   przybiera.   Bede   skorzystał   z 
okazji,   aby   również   wstać   od   stołu,   mimo   protestów 
gospodarzy,   a   nawet   milczącej   4otąd   jak   głaz   panny 
Katarzyny.

Oświadczył, że powinien dokładnie obejrzeć pogorzelisko 

wymarłego domu, aby zorientować się w rozmiarach prac, 
jakie ma nadzorować.

Pożegnał się elegancko i odszedł przekonany, iż jednym 

strzałem   ubił   dwie   zwierzyny:   przerwał   ciąg   natrętnych 
pytań i wzmocnił o sobie opinię „solidnego człowieka". Tak 
przypuszczając — wcale się nie mylił.

Pognał   w   kierunku   budynku   stacji,   jakby   go   ścigał 

rozwścieczony grizzli. Bał się, że pani Adelina zechce mu 
towarzyszyć. Przed stacją skręcił w znajomą ścieżkę i dotarł 
nią do miejsca, gdzie jeszcze niedawno stał duży budynek 
otoczony   sadem.   Zdumiał   go   widok   ogromu   zniszczeń. 
Parkan nie istniał, został doszczętnie rozwalony, zapewne w 
wyniku akcji ratowniczej. Owocowe drzewka, te rosnące w 
pobliżu domu, sterczały osmolonymi  i opalonymi kikutami 
pni bez liści, a nawet i bez gałęzi. Po budynku został tylko 

background image

stos   porozrzucanych,   na   pół   zwęglonych   belek   wśród   pa-
górków szarego popiołu. W tym popiele widniały wyraźnie 
odbite   liczne   odciski   butów.   Zapewne   Harpera,   szeryfa   i 
innych   ciekawskich,   którzy   widocznie,   nie   bojąc   się   już 
duchów,   nabrali   odwagi   do   przetrząsania   resztek 
pogorzeliska,   szukając   zapewne   ukrytych   skarbów   lub 
jakichś fragmentów budowli nadających się do użytku.

Bede   powałęsał   się   tu   i   tam,   o   mało   nie   wpadł   do 

prostokątnej   głębokiej   dziury —  prawdopodobnie   piwnicy 
domostwa.   Doszedł   do   wniosku,   że   podpalacze   musieli 
obficie   zlać   naftą   całą   budowlę,   skoro   spaliła   się   tak 
doszczętnie   mimo   prób   ugaszenia   ognia.   Kim   byli?   Nie 
warto tym zaprzątać sobie głowy. Bedego czekały bardziej 
istotne sprawy do rozwiązania.

Zaszył  się w najodleglejszym,  nie tkniętym przez ogień 

kącie   sadu   i   pogrążył   w   rozważaniach   swej   życiowej 
sytuacji.

Nieoczekiwana   propozycja   Harpera   wybawiała   go   z 

finansowych   kłopotów,   lecz   równocześnie   mogła   kryć   w 
sobie   zdradzieckie   zasadzki.   Wiązała   się   przecież   z 
częstszymi niż dotychczas spotkaniami z panią Adelina. Był 
pewien,   że   ta   zbyt   ciekawa   kobieta   nie   zaniecha 
podchwytliwych   pytań,   na   które   coraz   trudniej   przyjdzie 
odpowiadać.   Stwierdził   to   przecież   podczas   pierwszej 
rozmowy  przy  kolacji.  Wybrnął   z  niej  zwycięsko,  lecz   w 
przyszłości mógł tak się zaplątać w swym skomplikowanym 
życiorysie, iż chytra gospodyni gotowa dostrzec kłamstwo.

Bo na przykład historia z rodzicami: powiedział, że nie 

żyją. Powiedział z drżeniem serca, bo wcale tego sobie nie 
życzył.   Lecz   któż   wie,   jak   wygląda   prawda?   Barry  Bede 
miał nadzieję, iż zarówno matka, jak ojciec i rodzeństwo — 
wszyscy   cieszą   się   dobrym   zdrowiem   i   gospodarują   na 
jakiejś farmie, w jakimś tam zakątku wielkiego kraju. Ale 
gdzie?   Tego   mimo   usilnych   poszukiwań   nie   zdołał 
stwierdzić. Nawet już przyzwyczaił się do myśli, iż stał się 
okropnym zrządzeniem losu — sierotą, który nie jest sierotą, 
co na jedno wychodziło. Gdy jednak sięgał wspomnieniami 
do   tamtych   lat,   serce   poczynało   mu   bić   mocniej,   czuł 
suchość   w   gardle   i   gorycz   w   ustach.   Czy   o   nim   jeszcze 
pamiętają ci najbliżsi? Czy też wyrzucili go ze swych serc 
jako   marnotrawnego   syna   i   brata,   lekkomyślnego 
włóczykija,   myślącego   tylko   o   sobie,   a   nie   o   kłopotach   i 
udrękach   rodziców?   Jakże   podle   się   im   za   wszystko 
odpłacił! A najgorsze, że nie mógł niczego naprawić mimo 
wysiłków, jakie czynił. Cóż za los przeklęty!

Jego obecna sytuacja wynikła z grzechu młodości. Nie był 

to   jednak   wielki   grzech,   a   w   kodeksie   obowiązującego 
prawa   w   ogóle   się   nie   liczył.   Lecz   często   się   zdarza,   iż 
nierozważny   postępek,   ot,   po   prostu   głupstwo   niewarte 
chwili  zastanowienia,  pociąga  za  sobą  groźne  skutki.  Coś 
jakby   malutki   kamyczek   strącony   ze   zbocza   góry, 
zamieniający się w potworną lawinę skał, ziemi, wyrwanych 
drzew. Któż potrafi przewidzieć?

Barry  Bede urodził  się  w  domu  swych  rodziców,

background image

w farmerskim gospodarstwie w stanie Missouri, w pobliżu 
miasteczka o zabawnej nazwie Sunday. Zgodnie z tą nazwą 
słońce   powinno   było   stale   świecić   nad   okolicą   i 
rozpromieniać jej mieszkańcom życiowe ścieżki. Jednak dla 
Barry'ego   w   pewnym   fatalnym   dniu   —   zgasło.   Lecz   nie 
uprzedzajmy wypadków.

Od   farmy   do   miasteczka   nie   było   daleko,   więc   w   nim 

właśnie   dokonywano   zakupów   dóbr,   jakich   nie   mogła 
wyprodukować farma. Barry jeździł niekiedy z rodzicami do 
tego miasteczka  i  podziwiał  murowane,  piętrowe  domy o 
spadzistych   dachach,   obserwował   uliczny   ruch,   który 
mieszkańcowi samotnej chaty wydawał się

background image

być czymś nadzwyczajnym. Tam właśnie, w Sunday, ujrzał 
po raz pierwszy kowbojów, tych legendarnych  pastuchów 
bydła   —   znakomitych   jeźdźców   i   pełnych   temperamentu 
młodzieńców,   którzy   potrafili   w   chwilach   niezbyt 
wybrednej uciechy wyrwać ze snu wszystkich mieszkańców 
Sunday przy pomocy  nie  kończących  się  serii  strzałów z 
potężnych coltów. Tam też pewnego dnia osłupiał na widok 
człowieka   o   obrośniętej   twarzy,   odzianego   w   dziwaczne 
skóry,   w   krymce   ozdobionej   ogonem   grzechotnika,   jak 
kupował amunicję w kramiku miejscowego rusznikarza. Od 
ojca dowiedział się, że jest to traper polujący hen, w górach, 
na niedźwiedzie. Lecz najbardziej utkwiło mu w pamięci, 
gdy stopniały ostatnie śniegi i wiosenne słońce grzało coraz 
mocniej,   spotkanie   z   dwoma   ludźmi   o   kamiennych 
obliczach, brązowej cerze i czarnych włosach spadających 
na   ramiona.   Dostrzegł   ich   na   ulicy,   gdy   maszerował   z 
ojcem.

— Kto to? — zaszeptał trwożnie.
Ojciec zaśmiał się cicho.

— Nigdy ich nie widziałeś? Indianie, synku. Niektórzy 

się ich boją, niektórzy nawet lubią. Ja jednak
myślę, że nie bardzo można dowierzać czerwonoskórym.

Nieco później Barry dowiedział się z ust ojca, dlaczego 

nie bardzo można dowierzać Indianom. Była to jednak dość 
jednostronna   informacja.   Daleka   od   prawdy,   która   — 
podobnie jak medal czy pieniądz — dwie posiada strony. 
Lecz ludzie zaślepieni nienawiścią dostrzegają tylko jedną. 
Najwygodniejszą dla nich.

Indianie   zniknęli   we   wnętrzu   hurtowego   magazynu,   a 

ojciec Barry'ego na prośbę syna zgodził się zaczekać na ich 
powrót.   Więc   Barry   raz   jeszcze   ujrzał   posępne   oblicza 
wojowników,   gdy   odjeżdżali   na   chudych,   grzywiastych 
konikach.  Pozostała  po  nich  przez  chwilę  smuga   dziwnej 
woni: zapach końskiego potu, zjełczałego tłuszczu, szałwii, 
a   nade   wszystko   —   dymu   obozowych   ognisk.   Ta 
mieszanina dla delikatnego powonienia nie mogła być miłą, 
lecz   dla   chłopca   stała   się   odkryciem,   progiem   jakiegoś 
innego świata istniejącego daleko, daleko od ulic Sunday i 
od ścian rodzinnej chaty. Tajemniczego świata.

Po   powrocie   na   farmę   Barry   z   przejęciem   opowiadał 

swemu   rodzeństwu,   a   później   matce   o   Indianach,   kow-
bojach   i   półdzikim   traperze.   Z   kolei   usłyszał   od   ojca   o 
dawnych   dziejach   krainy,   w   której   zamieszkali.   Tak 
narodziła  się  w  malcu   tęsknota  za  jakąś wielką,  życiową 
przygodą.

Później nastąpiły szkolne lata. Dzień w dzień maszerował 

Barry   Bede   do   Sunday,   aby   nasiąkać   wiedzą,   jak   gąbka 
wodą. Lecz obok tej szkolnej wiedzy zdobywał jeszcze inną. 
Od   kolegów,   niekiedy   nauczycieli,   niekiedy   od 
przechodniów w wesołym nastroju opuszczających wnętrza 
saloonów, którzy lubili gawędzić z malcami. Nasłuchał się 
wówczas Barry opowieści prawdziwych i nieprawdziwych. 
Wszystko   wyolbrzymione,   aż   nieprawdopodobne.   Uszy 
chłopca chłonęły takie informacje z ufnością, ani na chwilę 
nie posądzając dorosłych o zwykłe łgarstwo. I jakże często 
sami   dorośli   święcie   wierzyli   w   opowiadane   przez   siebie 
banialuki.   Przecież   nie   wszystko   było   banialuką.   Odtąd 
Barry   miał   głowę   nabitą   sylwetkami   nieulękłych 

background image

westmanów, bystrych tropicieli śladów, traperów przemie-
rzających   głusze   rozległych   przestrzeni,   eksplorerow 
odkrywających   złote   żyły   w   ustronnych   dolinach   gór,   na 
koniec — okrutnych wojowników z piórami w czuprynach, 
napadających   wczesnym   świtem   osiedla   bladych   twarzy. 
Jakież wspaniałe życie musieli wieść ci wszyscy ludzie!

Barry   po   raz   pierwszy   wyjrzał   myślą   poza   domowe 

opłotki. A do tych wszystkich prawd-nieprawd dochodziły 
jeszcze   legendarne   opowieści   rówieśników   i   dorosłych   o 
tajemniczych   jeźdźcach   prerii,   rabujących   złych   bogaczy 
tylko  po to, aby zdobytymi  pieniędzmi  obdarzać dobrych 
biedaków.   A   później,   którejś   wiosny,   przeznaczenie 
uchyliło przed oczami chłopca skrawka swej kurtyny.

Pewnego wiosennego dnia, gdy Barry wracał ze szkoły do 

domu, jak zwykle piechotą, spadł ulewny deszcz. Że akurat 
znajdował   się   przed   saloonem   „Pod   Złotym   Słońcem", 
którego właściciel przyjaźnił się z ojcem, szybko wbiegł do 
lokalu.   Dodam,   że   wnętrze   każdego   saloonu   było   dla 
Barry'ego   tajemniczym   światem   dorosłych,   gdzie   wstępu 
dzieciom   surowo   zakazywały   niepisane   prawa.   Jednak 
deszcz zbyt  dokuczliwie atakował chłopca. Karczmarz nie 
wyprosił niespodziewanego gościa. Może dlatego, że dobrze 
znał jego ojca, może dlatego, że ulitował się nad zmoknię-
tym,   a   najprawdopodobniej   —   ponieważ   nudził   się   jak 
przysłowiowy   mops.   Ba,   nawet   poczęstował   Barry'ego 
szklaneczką   piwa.   Chłopak   siadł   przy   stoliku,   pociągał 
bursztynowy płyn ze szklanki i spoglądał w okno zasnute 
spływającymi po szkle smugami wody. Było pusto i cicho. 
O tej godzinie ludzie pracowali i rzadko który z nich wpadał 
na kufelek lub na coś mocniejszego. Okazało się po chwili, 
iż poza Barrym i karczmarzem w przestronnej sali znajduje 
się   jeszcze   jeden   człowiek.   Tkwił   za   stolikiem   o   kilka 
kroków   dalej,   a   chłopiec   dokonawszy   tego   odkrycia 
wytrzeszczał oczy na nieznajomego. Musiał to być jeden z 
westmanów, o których tyle się nasłuchał. Świadczył o tym 
chociażby   ubiór:   kurta   z   łosiowej   skóry,   spodnie   zdobne 
wszywanymi   frędzlami,   buty   o   wysokich   obcasach,   przy 
których tkwiły lśniące ostrogi. Nade wszystko jednak uwagę 
zwracał   szeroki   pas   ze   złocistą   klamrą   i   dwie   kabury  na 
rewolwery.   Serce   zabiło   w   chłopaku,   gdy   nieznajomy 
przysiadł   się   do   jego   stolika,   gdy   wyjął   błękitnie 
polśniewające colty i pozwolił mu dokładnie

background image

obejrzeć broń. Deszcz przestał padać. Barry podziękował za 
piwo i wyszedł na dwór z pewnym jednak ociąganiem. Żal 
mu   było   tracić   z   oczu   westmana.   Jednak   szczęście 
przedłużyło się nieco. Nieznajomy zaproponował chłopcu, 
iż podwiezie go pod dom. Posadził Barry'ego przed sobą na 
końskim grzbiecie i wiózł tak długo, aż ukazały się szczyty 
dachów farmy.  W tym miejscu rozstali się, chociaż Barry 
zdobył   się   na   odwagę   i   zaprosił   westmana,   by  odwiedził 
rodziców. Nieznajomy odmówił grzecznie, lecz stanowczo.

Ileż   teraz   było   do   opowiadania!   Słuchała   chłopca   cała 

rodzina, a ojciec zastanawiał się, kim może  być  grzeczny 
jeździec z coltami? Zastanawiał się, ale nie odgadł. Dopiero 
po kilku dniach, z okazji wizyty w Sunday i „Pod Złotym 
Słońcem",   prawda   wyszła   na   jaw.   Rzekomego   westmana 
nikt nie znał, karczmarz widział go po raz pierwszy. Więc 
ojciec przestrzegł syna, aby w przyszłości nie wdawał się w 
rozmowy   z   ludźmi   nieznanymi,   przybywającymi   nie 
wiadomo   skąd.   Z   takich   znajomości   zwykle   rodzą   się 
kłopoty.

Minęło parę lat. Barry ukończył swą szkolną edukację i 

zajął   się   gospodarstwem.   Za   dobre   postępy   w   nauce 
otrzymał od ojca kowbojski pas (o którym marzył), lecz bez 
futerałów na rewolwery, no i oczywiście bez rewolwerów. 
Trochę go to rozczarowało.

—   Po   co   ci   broń?   —   zdumiał   się   ojciec.   —   Syn   po-

rządnego   gospodarza   nie   potrzebuje   śmiercionośnych 
pukawek. To nie są żadne zabawki, a poza tym okolica tu 
spokojna. Nie, nie, mój kochany! Nie chcę, abyś wyrósł na 
rewolwerowca. Czy wiesz, co to znaczy zabić człowieka? 
Zastanów się!

Po kilku zaledwie tygodniach Barry dowiedział się, co to 

znaczy zabić człowieka, tymczasem jednak nie molestował 
dłużej   ojca   o   kupno   błękitnych   coltów.

Odtąd wypadki poczęły się toczyć niczym koła wagonów 

pospiesznego pociągu. Pewnego dnia cała rodzi-

background image

na   udała   się   wozem  do  Sunday  po  zakupy  i   dla   złożenia 
wizyt   znajomym.   Mieli   wrócić   dopiero   następnego   dnia 
rankiem.   Na   gospodarstwie   został   Barry.   Wtedy   to, 
przypadkowo, w lasku rosnącym  na granicy farmy spotkał 
znajomego   z   saloonu   „Pod   Złotym   Słońcem".   Spoczywał 
pod drzewem, z ręką przewiązaną jakimś gałganem.  Jakże 
inny, jakże zmieniony, jakże mało podobny do eleganckiego 
gościa   z   saloonu.   Ubranie   miał   brudne   i  podarte,   policzki 
wpadnięte   jak   u   głodomora,   twarz   zarośniętą   niczym 
niedźwiedź. Przybysz nie poznał Barry'ego, a i Barry nie od 
razu zorientował się, z kim ma do czynienia. Zwłaszcza gdy 
oberwaniec   sięgnął   błyskawicznie   po   rewolwer   i   czarny 
otwór lufy znalazł się na wprost piersi chłopaka.

— Kto ty jesteś? — zagadnął ochrypłym szeptem ranny.

Barry,   z   duszą   na   ramieniu,   przedstawił   się,   jak   mógł 

najdokładniej.

— Barry Bede... — mruknął tamten. — Barry... Do licha, 

ja ciebie chyba znam? Jakież to stare dzieje.
Byłeś wówczas pędrakiem, a teraz...  Pamiętasz?

Zapytany wybałuszył oczy i milczał.

— Przypomnij sobie deszczowy dzień w Sunday i piwo w 

saloonie „Pod Złotym Słońcem"!

— Ach, to pan? Poznaję, oczywiście, że poznaję.
— Nareszcie. Mówiłeś, że to farma twoich rodziców.

Tak.

— Słuchaj, potrzebuję bandaża.  Miałem wypadek...
— Proszę iść ze mną. Pomogę.

Nieznajomy   kategorycznie   odmówił.   Jednak   gdy   Bede 

poinformował go, że cała rodzina bawi w Sunday, dźwignął 
się ciężko i prowadząc konia poczłapał za chłopcem. Nie był 
to już ten sam koń, na którego grzbiecie odbył  przed laty 
przejażdżkę młody uczeń szkoły w Sunday. Nie kary, lecz 
srokacz.

Barry nakarmił gościa, nagotował wrzątku do mycia, 
znalazł czyściutkie płótno, a nawet pilnował wejścia 

chaty, gdy nieznajomy szorował się w misce. Czynił tak, 
ponieważ miał nadzieję, że tajemniczy westman (jak go w 
myślach nazywał) przedłuży swój pobyt aż do dnia 
następnego i opowie o swych przygodach na Dzikim 
Zachodzie.

Nic z tej kalkulacji nie wyszło.
Na   pierwsze   słowo   zapraszające   do   noclegu   przybysz 

wzdrygnął się, jak gdyby ujrzał grzechotnika.

— Dziękuję,   Barry   —   odparł   ostro   —   dobry   z   ciebie 

chłopak, lecz ja zaraz muszę ruszać. Daleka droga, bardzo 
daleka droga przede mną.

Zamyślił się.

— Wiesz! — zawołał nagle, już łagodniejszym tonem. — 

Mam   pomysł.   Odprowadź   mnie   kawałek.   Bardzo   mi 
zbrzydła samotna jazda. Chyba masz konia?

Zapytany   oświadczył,   że   istotnie   rozporządza   wierz-

chowcem,   lecz   jakże   może   zostawić   gospodarstwo   bez 
opieki?

— Nawet   na   godzinkę?   Na   pewno   nudzisz   się   w   tej 

samotności.

To była prawda, Barry nudził się. Jednak... chata, bydło, 

konie. A jeśli wybuchnie pożar? A jeśli złodzieje dobiorą się 
do krów? Lecz godzina — to przecież niewiele. Kto tam się 

background image

spostrzeże, że gospodarstwo stoi pustką!

Osiodłał konia. Ruszyli  razem, strzemię  w strzemię, jak 

starzy towarzysze dalekich dróg.

Oklepane powiedzonko brzmi: miłe złego początki, lecz 

koniec żałosny. Sprawdziło się na dalszych losach Barry'ego 
co do kropki. Sprawdziło się aż nazbyt okrutnie. Tymczasem 
jednak tajemniczemu westmanowi usta się nie zamykały, a 
Barry słuchał jak urzeczony.

Przed wiejskim chłopakiem nagle otworzyły się szerokie 

wrota, przez które wiodła ścieżka ku zielonym preriom, ku 
dzikim   górom   pełnym   zwierzyny.   Tajemniczy   westman 
gadał   o   stadach   bizonów,   jakie   ongiś   tędy   wędrowały,   o 
polowaniu na antylopy, na jelenie, które można spotkać na 
bezdrożach. Mówił o grizzlim— szarym niedźwiedziu, który 
potrafi   w   biegu   prześcignąć   konia   i   którego   pazury 
mocniejsze są od żelaza. Mówił o pumie,  zwanej również 
potocznie   lwem   amerykańskim   lub   kuguarem,   że   nie 
zaczepiona nie atakuje człowieka, lecz biada nieostrożnemu, 
gdy natknie się na samicę z małymi!

Był to świat dziwów i Barry poczuł nagle żal do ojca, że 

go trzymał   z  daleka   od takich  cudów,   że  nie   nauczył   go 
strzelać, że nigdy nie próbował zapolować.

Minęła   godzina,   minęła   druga,   aż   chłopiec   spostrzegł 

tabliczkę   z   napisem   „Greenhill".   Nigdy   tu   nie   był,   więc 
poczuł lęk.

— Muszę już wracać — powiedział niezbyt pewnie.
— Wracać? Ależ tak, oczywiście. Przykro mi, Barry, że 

cię daleko odciągnąłem od domu. Lecz da się to naprawić — 
tu roześmiał się. — Patrz, to jest miasteczko, gdzie mieszka 
mój   przyjaciel.   Kłopot   z   tym,   iż   nie   wiem,   czy  mogę   go 
odwiedzić.

— Jak to?
— Ano   tak,   gdyż   mieszka   tu   również   paru   moich 

wrogów. Złych ludzi, którzy na mnie czyhają. Nie myśl, że 
się ich lękam, o nie, mój chłopcze, lecz nie lubię strzelaniny. 
Czy mogę cię o coś poprosić?

— Na pewno!
— Więc   posłuchaj:   jak   wjedziesz   do   Greenhill,   zau-

ważysz po prawej stronie piętrowy dom z napisem: „Skład 
zaopatrzenia". Wejdź do środka i zapytaj o pana Ratha. Gdy 
się zjawi, powiedz mu, że Niebieski Bill chce gó odwiedzić.

— A kto to jest Niebieski Bill?
— Nie bądź taki ciekawy, chłopcze. Jednak zdradzę ci: ja 

noszę   przezwisko   Niebieski   Bill.   A   teraz   jedź   i   szybko 
wracaj. Będę tu czekał.

background image

Barry   wykonał   polecenie,   migiem   wrócił   i   teraz,   już 

razem, udali się do składu. Tam Niebieski Bill sprawił sobie 
nowy   strój,   a   dla   Barry'ego   nabył   wspaniały   pas   i   dwa 
nowiutkie colty. I oto spełniło się marzenie nigdy dotąd nie 
zaspokojone   przez   ojca.   Chłopak   był   wniebowzięty,   a   za 
swego towarzysza dałby się teraz w kawałki porąbać.

Ze składu udali się w kierunku miejscowego saloonu, aby 

wypić  na pożegnanie  kufel piwa  i ostatecznie rozstać  się. 
Ten kufel nigdy jednak nie został wypity, a Barry mimo woli 
przekroczył zaklęty krąg wielkiej przygody, lecz na pewno 
nie była ona taka, o jakiej marzył.

Tuż przy budynku saloonu miejscowy szeryf kazał im obu 

zatrzymać   się.   Niebieski   Bill   wspiął   konia,   o   mało   nie 
tratując   przedstawiciela   prawa,   i   pognał   uliczką.   Barry 
naśladował   go.   Dlaczego?   Ze   strachu   czy   z   poczucia 
solidarności?   Później   wiele   razy   rozmyślał   nad 
nierozważnym postępkiem, jednak nie potrafił go uzasadnić.

Gonieni   okrzykami   szeryfa   i   przypadkowych   prze-

chodniów,   przegnali   galopem   poprzez   główną   ulicę 
miasteczka, później szerokim szlakiem rozjeżdżonym przez 
ciężkie wozy, a potem bezdrożem prerii, aż na koniec skrył 
ich   szczęśliwie   napotkany   gęsty   las.   Zeskoczyli   z   koni   i 
wędrowali poprzez zarośla, między pniami potężnych drzew, 
aż   trafili   na   malutką   polankę   i   strumyk   szemrzący   wśród 
traw. Kończył się dzień i mroczne cienie powoli wypełniały 
bór.

— Tu zostaniemy aż do rana — zadecydował Niebieski 

Bill.   —   Nie   możesz   teraz   wracać   i   w   ogóle   nie   możesz 
wracać przez Greenhill, ale jutro wskażę ci bezpieczniejszą 
drogę.

— Co to było? — wyjąkał chłopak.

Dyszał ze zmęczenia i ledwie trzymał się na nogach.

— Głupstwo! Zwykła pomyłka. Już ci mówiłem, że mam 
w Greenhill paru wrogów. To oni napuścili na nas szeryfa. 
Na pewno sprawa wyjaśniłaby się, lecz przedtem 
posiedzielibyśmy ze trzy dni w areszcie. Kiepska to 
przyjemność, więc lepiej było zwiać. Nie uważasz?

Barry   niezbyt   pewnym   głosem   przyznał,   że   istotnie 

lepiej... A następnego ranka okazało się, że Niebieski Bill 
zmienił decyzję.

— Rozmyślałem w nocy — oświadczył po przebudzeniu 

się — i doszedłem do wniosku, że nie mogę puszczać cię w 
samotną   podróż.   Ci   głupcy   z   Greenhill   na   pewno   krążą 
jeszcze dokoła.

— Przecież   nie   jestem   niczemu   winien   —   nieśmiało 

sprzeciwił się chłopiec.

— To   jasne.   Ani   ty,   ani   ja.   Lecz   pewnie   chcieliby 

sprawdzić i posłali umyślnego do rodziców, a ty przez ten 
czas tkwiłbyś za kratami. Odpowiada ci to?

Barry odparł, że wcale mu nie odpowiada. Co za wstyd 

siedzieć w więzieniu!

Więc powędrowali dalej w głuszę i tkwili w niej ponad 

tydzień. Nie był to wcale nudny dla Barry'ego okres. Nawet 
wyrzuty   sumienia   z   powodu   samowolnego   opuszczenia 
farmy przestały go dręczyć. Niebieski Bill nie lubił siedzieć 
bezczynnie.   Z   braku   innego   zajęcia   zajął   się   edukacją 
swego   towarzysza.   Barry'emu   niesłychanie   przypadła   do 
smaku.   Polegała   na   nauce   strzelania.   Najpierw   do 

background image

nieruchomego celu, później do rzucanej w górę monety. Już 
po   pierwszych   dwu   dniach     nauki     Niebieskiego     Billa 
ogarnęło  zdumienie.

— Nigdy dotąd nie strzelałeś? — zagadnął chłopca.
— Nigdy nie miałem broni w ręku.

Zdumiewające!   Wobec   tego   posiadasz   niezwykłe 

wrodzone zdolności.

Wrodzone zdolności objawiły się w tym, że Barry rzadko 

chybiał,   że   potrafił   strzelać   z   dwu   rewolwerów 
jednocześnie,   co   jest   sztuką   wymagającą 
wielotygodniowych   niekiedy   wielomiesięcznych   ćwiczeń. 
Na dodatek okazał się człowiekiem o celnym oku i szybkiej 
a   pewnej   dłoni.   Z   bronią   długą   —   wypadło   gorzej. 
Niebieski Bill posiadał remingtona, broń jak cacko, lecz w 
rękach   Barry'ego   zamieniała   się   w   zbytecznie   huczący 
patyk,   który  tylko   płoszył   zwierzynę.   Tak  więc   stało  się 
rzeczą   pewną,   że   chłopiec   nigdy   nie   będzie   traperem, 
natomiast   posiada   zadatki   na   niebezpiecznego 
rewolwerowca, ale wówczas nic o tym jeszcze nie wiedział.

Czas minął jak z bicza trząsł i Niebieski Bill doszedł do 

wniosku,   że   można   już   bezpiecznie   wychynąć   z   głuszy   i 
wrócić do łudzi. Opuścili bór i ruszyli traktem, lecz nie w 
stronę   Greenhill.   Wszelako   Bill   obiecał   chłopcu,   iż   go 
wkrótce   doprowadzi   do   właściwego   szlaku,   skąd   trafi 
prościutko   pod   rodzinną   strzechę.   Żeby   odbyć   tę   ostatnią 
podróż,   należało   zaopatrzyć   się   w   żywność.   Poszukali 
najbliższego osiedla. Zwało się Helldock. Po zakupy udał się 
jednak tylko Barry (Bill wytłumaczył mu, iż dwu jeźdźców 
bardziej   zwraca   na   siebie   uwagę   niż   jeden,   a   sprawa   z 
Greenhill   może   niezupełnie   przyschła).   Barry   otrzymał 
kilkanaście   złotych   monet   i   tak   wyposażony   przekroczył 
próg napotkanego sklepiku. Załatwił, co miał załatwić, lecz 
nie zdążył już wyrównać rachunku, bo w chwili obliczania 
należności   gdzieś   z   głębi   ulicy  huknął   strzał.   Sprzedawca 
przerwał   swe   zajęcie,   przeprosił   i   wybiegł   na   dwór.   Bede 
wolniutko podążył za nim. Spojrzał w kierunku, w którym 
zostawił   swego   towarzysza,   i   strach   z   jeżył   mu   włosy  na 
głowie. Zamiast Niebieskiego Billa dostrzegł teraz gromadkę 
ludzi. Poszedł tam. Nie zwiodło go złe przeczucie: w kręgu 
gapiów   stał   koń   Niebieskiego   Billa,   a   jego   właściciel, 
skrwawiony   i   nieruchomy,   spoczywał   w   pyle   drogi. 
Człowiek   z   gwiazdą   szeryfa   na   piersiach   obwieszczał 
właśnie gapiom, iż oto zabity został William Fagin, zwany 
Niebieskim   Billem.   Przestępca   poszukiwany   za   napad   na 
pociąg  linii   Union  Pacific,   dokonany  w  miejscowości   Big 
Springs przed dwoma  miesiącami. Fagin zabił konduktora, 
konwojenta wagonu pocztowego i ranił maszynistę. Zrabo-
wał   dziesięć   tysięcy   dolarów   w   samych   złotych 
dwudziestodolarówkach.

Pod Barrym  zatrzęsły się nogi.  Zdobył  się  jeszcze  na 

tyle   spokoju,   że   wolniutko   odszedł   w   chwili,   gdy   ktoś 
usłużnie   poinformował   szeryfa,   iż   bandycie   towarzyszył 
młody chłopak!

Przez   następne   dni   Barry   był   chory   ze   strachu. 

Zdoławszy niepostrzeżenie opuścić Helldock, krył się po 

pustkowiach,   unikał   farm   i   osad,   a   nawet   pojedynczych 
wędrowców. Dopiero teraz pojął, komu towarzyszył przez 
tyle czasu. Należało po prostu zgłosić się do najbliższego 

background image

szeryfa i wyznać prawdę. Przecież nawet najbardziej tępy 
szeryf,   po   zasięgnięciu   informacji   o   Barrym   w   Sunday, 
zwolniłby   go   od   winy   i   kary.   Ktoś   starszy   i   bardziej 
życiowo   doświadczony nie  wahałby się  ani  chwili  w ten 
sposób postąpić.

Barry Bede znacznie, znacznie później — kiedy sprawa 

przestała być ważna — wymyślał sam sobie swą 

młodzieńczą głupotę, lecz teraz kluczył mało uczęszczanymi 
ścieżkami,   póki   głód   nie   zmusił   go   do   szukania 
jakiegokolwiek sklepiku w jakimkolwiek miasteczku. Miał 
przecież   złote   monety   otrzymane   od   Fagina   na   kupno 
żywności. Co prawda, wiedział już, że pieniądze te pochodzą 
z rabunku i że powinien je oddać najbliższemu szeryfowi. 
Lecz wzdragał się na samą myśl o takiej wizycie i sprawę 
odłożył do powrotu do domu. Ojciec najlepiej mu poradzi.

Natrafił na malutką osadę, w osadzie — na sklepik, w 

sklepiku — na suchary, chleb, kaszę, cukier, kawę i 

różne inne towary. Kupił mały garnczek i nieco produktów 
spożywczych.   Zapłacił   złotymi   monetami,   co   zwróciło 
uwagę   paru   klientów.   Najprawdopodobniej   stało   się   to 
przyczyną   kolejnego   dramatu   Barry'ego.   Daleko   za 
miasteczkiem   został   napadnięty   przez   zamaskowanego 
jeźdźca, a podczas wzajemnej szarpaniny rewolwer trzymany 
przez bandytę wystrzelił i położył trupem jego posiadacza. 
Barry   doprawdy   nic   temu   nie   był   winien,   zresztą,   gdyby 
nawet... Przecież działał w obronie własnej! Jednak chłopak 
ubrdał   sobie,   że   może   zostać   posądzony   o   morderstwo. 
Uznał, iż w takiej sytuacji nie wolno wracać do Sunday, lecz 
nadal należy się ukrywać. Wędrował długo, aż dotarł na po-
łudnie, na ziemie  Teksasu. Poczuł się bezpieczny,  ale bez 
środków do życia. Złote dolary Fagina wyczerpały się. Na 
szczęście znalazł zatrudnienie w farmie. Nie na długo, bo na 
trzy   miesiące   wszystkiego.   Gospodarz   nie   potrzebował 
dodatkowego   parobka   na   okres   zimy.   Grzecznie 
podziękował, nieźle, zapłacił i obiecał, iż z wiosną gotów jest 
na nowo go zatrudnić.

Dalsza życiowa ścieżka zawiodła błędnego wędrowca w 

mury miasta Little Rock. Tkwił w tych murach całą zimę 
pracując jako niewykwalifikowany robotnik w mechanicznej 
kuźni. Sprzedał konia. Przez cały ten okres żył  niezwykle 
oszczędnie   a   z   wiosną   kupił   innego   wierzchowca   i   z 
pieniędzmi w kieszeni ruszył prościutko do Sunday, pewien, 
iż teraz nic nie zagraża jego wolności. W drodze zawadził o 
osadę   Janesboro,   wkroczył   do   miejscowego   saloonu 
zaspokoić głód i pragnienie.

Co   za   pech,   co   za   okropny   pech   go   ścigał!   Przy 

szynkwasie   pijany   włóczęga   wszczął   z   Bedem   kłótnię,   w 
wyniku której doszło do pojedynku. I wydarzyła  się rzecz 
przedziwna: Barry,  nawet nie mierząc, okazał się lepszym 
strzelcem od tamtego. A tamten — jak rychło się wyjaśniło 
—   był   głośnym   rewolwerowcem   postrachem   Janesboro, 
ściganym listami gończymi. I oto Barry otrzymał nagrodę w 
wysokości pięciuset dolarów i     gratulacje     miejscowego 
szeryfa,   któremu   kamień spadł z serca. Nie każdy bowiem 
szeryf jest pozbawiony uczucia lęku, nie każdy umie szybko 
i celnie strzelać, wreszcie nie każdy z ochotą naraża się na 
śmierć.

Barry, trochę przerażony, a trochę uradowany sukcesem, 

background image

odjechał.   Niezbyt   daleko.   Prawdopodobnie   zabity 
rewolwerowiec miał godnych siebie przyjaciół, bo Barry, nie 
ujechawszy   nawet   dwu   mil   padł   ofiarą   podstępnego 
zamachu.   Otrzymał   niebezpieczny   postrzał,   gdy   mijał 
przydrożną kępę drzew. Stracił przytomność  i zwalił się z 
konia.   Po   godzinie   odnalazł   go   przypadkowo   pewien 
mieszkaniec   Jonesboro   i   rozpoznawszy   w   rannym 
„oswobodziciela"   miasteczka   odwiózł   go   natychmiast   do 
lekarza. Kuracja trwała prawie dwa miesiące. Gdy wreszcie 
wrócił   do  zdrowia,   stwierdził,   iż   został   nie   tylko   raniony, 
lecz   również...   okradziony.   Z   nagrody   jaką   otrzymał,   nie 
zostało śladu. Ocalały tylko  te pieniądze, które przezornie 
trzymał   schowane  w  woreczku zawieszonym  na   szyi,   pod 
koszulą.   Szeryf   wcale   nie   okazał   się   skłonnym   do 
wyrównania   straty.   Nie   mógł   przecież   wypłacić   drugiej 
nagrody za ten sam czyn. Tak więc Barry odjechał uboższy o 
pięćset   dolarów,   a   równocześnie   bogatszy   o   życiowe 
doświadczenie. Bardzo go to rozgoryczyło.

Wtedy   to   po   raz   pierwszy   począł   rozmyślać   nad   wa-

runkami   bezpieczeństwa   kraju.   Czemu   to   grasowali 
bezkarnie   po   zapylonych   szlakach   bandyci   żyjący   z   ra-
bunku?   Utożsamił   wówczas   własną   krzywdę   z   krzywdą 
innych   ograbionych   ludzi   i   poczuł   nienawiść   do 
przestępców. Na koniec znalazł wytłumaczenie istniejącego 
stanu   rzeczy:   mieszkańcy   małych   miasteczek   lękają   się 
czynnie   występować   przeciw   gwałcicielom   prawa.   Każdy 
bowiem ludzi się nadzieją, że jego ominie napad rabunkowy. 
Zdaje się, iż ten wniosek doprowadził Barry'ego (chociaż nie 
był   tego   pewien)   do   zupełnie   już   świadomej,   a   nie 
przypadkowej akcji.

Po całym dniu jazdy dotarł do osady, której nazwa jakoś 
nie utkwiła mu w pamięci, chociaż ta właśnie 

osada zapoczątkowała jego karierę łapacza. Wlokąc się 
uliczką, jedyną chyba w tym małym skupisku ludzkim, 
dostrzegł na ścianie mijanej szeryfówki przybity list gończy. 
Poszukiwano Abrahama Quin, którego prawo ścigało za 
rozliczne rabunki i morderstwa. Nagroda wynosiła osiemset 
dolarów za dostarczenie przestępcy najbliższemu szeryfowi, 
„żywego lub martwego", jak nieodmiennie głosiła ustalona 
formuła każdego z gończych listów. W Barrym obudziła się 
żyłka hazardu, postanowił zaryzykować, a poza tym uznał, iż 
schwytanie przestępcy będzie jakąś rekompensatą za rabu-
nek, którego sam padł ofiarą.

Dziwnym   losu   zrządzeniem   Abraham   Quin   postąpił 

bardzo nierozważnie prosząc o gościnę farmera, u którego 
Barry zatrzymał się godzinę wcześniej. Oczywiście Abraham 
Quin   nic   o   tym   nie   mógł   wiedzieć,   jednak   powinien   był 
unikać   ludzi.   W   wyniku   takiego   błędu   —   przegrał 
ostatecznie. W rewolwerowym pojedynku Barry okazał się 
szybszy i Abraham został skreślony z listy żywych.

Zmitrężywszy nieco czasu na podjęcie nagrody, ruszył do 

Sunday   i   nie   zatrzymując   się   zawitał   wreszcie   w   progi 
ojcowego   domu.   Tu   spotkała   go   klęska.   Rodzina 
wyprowadziła się stąd przed pół rokiem, sprzedawszy całe 
gospodarstwo. Nowy posiadacz nie potrafił poinformować o 
obecnym adresie państwa Bede, słyszał, iż mieli wyjechać do 
Wyomingu i tam nabyć większą farmę.

Chłopca ogarnęła rozpacz. Pognał do Sunday,  prosto do 

background image

saloonu   „Pod   Złotym   Słońcem".   Karczmarz   poznał   go 
natychmiast,  a przypadkowi  goście  powitali  przybysza  jak 
zmartwychwstałego. Musiał odpowiadać na setki pytań, dość 
kłopotliwych, bo nie chciał przyznać się do głupstwa, jakie 
popełnił.   Wykręcił   się   półprawdą   o   rannym   wędrowcu, 
jakiego   musiał   dość   daleko   odprowadzić   i   o   napadzie, 
którego padł ofiarą. Ciężko ranny przeleżał wiele miesięcy w 
szpitalu. Jakoś w to uwierzyli. Natomiast wieści o rodzicach 
wypadły gorzej niż skromnie.

Twierdzono   zgodnie,   iż   wyjechali   do   Wyomingu.   I   to 

wszystko. Wyoming jest stanem olbrzymim, więc uzyskana 
wiadomość równała się praktycznie zeru. Jednak postanowił 
rodziców   odnaleźć.   Ruszył   ku   północnemu   zachodowi. 
Konno, bo sądził, że w ten sposób łatwiej trafi na ślad swej 
rodziny. Lecz tego śladu nigdy nie odnalazł.

Gdy   wydał   ostatnie   centy   w   tej   wędrówce   bezkresnej, 

znalazł się w sytuacji wielce kłopotliwej. Nie mógł przyjąć 
żadnej stałej pracy zmuszającej do przerwania poszukiwań. 
Zachęcony dwoma poprzednimi sukcesami, został łapaczem. 
Na samym obszarze Wyomingu ujął w myśl zaleceń listów 
gończych:   „żywych"   lub   martwych",   czterech 
poszukiwanych   przestępców,   wszystkich   właśnie... 
martwych!   Uzyskane   nagrody   pozwoliły   mu   na   dalsze 
poszukiwanie   przez   kolejne   pół   roku.   Gdy   znowu 
wyczerpały się fundusze, zapędzi! się na teren Utahu, a z 
Utahu   do   Arizony,   gdzie   odniósł   kolejny   sukces:   piąty 
przestępca zabity!

Bede dźwignął się ciężko z ziemi, spojrzał raz jeszcze na 

zgliszcza i mruknął:

—   Do   diabła!   Przecież   nie   mogę   o   tym   wszystkim 

opowiedzieć...

Nie   mógł   opowiedzieć,   zwłaszcza   iż   następną,   szóstą 

nagrodę   wypłacono   mu   za   unieszkodliwienie   (raz   na 
zawsze)   niejakiego   Billy   Harpera.   Czy   był   to   zbieg 
okoliczności, czy też Billy wywodził się z rodziny Martina 
Harpera?   Lepiej   nie   badać.   Zabicia   przestępcy   ściganego 
listami   gończymi,   mimo   wszystko,   nie   pogratulowałby 
Barryemu żaden z krewnych ofiary. 

background image

— Tfu,   do   licha!   Muszę   coś   wymyślić,   a   przede 

wszystkim trzymać język na wodzy — postanowił.

Minęły dwa dni, trzeciego, wczesnym rankiem, Bede wraz 

z Harperem udali się na pogorzelisko. Tam czekało już na 
nich  sześciu  ludzi  z   bosakami,  kilofami,  łopatami.  Harper 
przedstawił   im   swego   zastępcę   —   jak   oświadczył   —   i 
poprosił Bedego, aby zwracał uwagę na drzewka owocowe 
te,   które   nie   ucierpiały   od   ognia,   i   odszedł   do   „Lucky 
Saloon".

Zaczęła   się   robota   w   tumanach   czarnego   pyłu,   a   Bede 

wszedł całkowicie w swą rolę nadzorcy. W porze obiadowej, 
podczas przerwy udał się do saloonu czarny jak kominiarz, 
zjadł   obiad   i   czym   prędzej   powrócił   na   swe   stanowisko. 
Pracowano do zmierzchu i tak dobrze, iż dokonano połowy 
dzieła.   Następnego   dnia   przed   wieczorem   zadanie 
wypełniono. Harper nie ukrywał radości z obrotu sprawy i 
zaprosił Bedego na wspólny rodzinny posiłek. Ten jednak 
zdołał się wykręcić od zaproszenia oświadczając, że czuje 
się bardzo zmęczony. Nazajutrz, ponieważ czekano na przy-
jazd   technika   mającego   zająć   się   konstrukcją   przyszłego 
młyna, a bez jego porady karczmarz nie chciał ryzykować 
rozpoczęcia   robót   ciesielskich   —   Bede   miał   pół   dnia 
wolnego   i   spędził   je   nad   rzeką,   unikając   w   ten   sposób 
spotkania   z   panią   Adeliną.   Po   południu   natomiast 
nadzorował   zwózki   budulca:   potężnych   bali   i   desek 
zakontraktowanych   już   dawniej   w   miejscowym   tartaku. 
Harper musiał być pewien swego, bo umowę na dostarczenie 
budulca   zawarł   jeszcze   na   kilka   dni   przed   kupnem 
wymarłego domu.

Nazajutrz   karczmarz   i   Bede   asystowali   przy  zakładaniu 

węgłów   nowego   budynku,   a   wieczorem   odbyli   rozmowę, 
której   skutki,   jak   mogło   się   wydawać,   powinny   były   na 
długie lata ustabilizować ruchliwy dotąd i burzliwy żywot 
Bedego.

— Mam dla pana pewną propozycję — oświadczył 
Harper bez żadnego wstępu, podchodząc do stolika, przy 
którym Bede tkwił nad talerzem parującej baraniny.

Sala szumiała gwarem rozmów, wokół świecących lamp 

kłębiły   się   chmurki   tytoniowego   dymu,   a   od   strony 
szynkwasu dobiegał szczęk szkła i stukot kufli do piwa.

— Zbyt tu hałaśliwie — mówił dalej karczmarz — więc 

pójdziemy omówić sprawę w bardziej zaciszne
miejsce. Ale proszę się nie spieszyć. Poczekam.

Ta prośba na nic się zdała. Bede na samą  wzmiankę  o 

„pewnej propozycji" o mało się nie udławił jedzeniem, tak 
pilno było mu zaspokoić ciekawość. Co też Harper wymyślił 
nowego?   Oczyścił   talerz   z   szybkością   podróżnego   w 
dworcowej   restauracji,   dostrzegającego   nadjeżdżający 
pociąg.

Jestem gotów — oświadczył przełykając ostatni kęs i 

zrywając się od stołu. — Idziemy do mnie?

— A może wpadnie pan do nas? Żona bardzo się ucieszy.

Bede grzecznie zaprotestował.

— Nie   chcę   sprawiać   państwu   kłopotu,   zresztą...   mój 

pokój jest chyba bardziej odpowiedni, nikt nam nie
przeszkodzi.

Udali się więc na piętro.

— Rzecz   w   tym   —   zagaił   Harper   —   że   nieco   prze-

background image

liczyłem się z groszem. Nie moja to wina, tylko majstra od 
ciesielskich robót. Podniósł cenę. Twierdzi, że pomylił się w 
obliczeniach. Nie wierzę takiej bajeczce, lecz muszę ustąpić. 
Lepszego fachowca nie znajdę w Goodyear ani w okolicy.

Przerwał i spojrzał na Bedego.

— I   co   <pan   zamierza?   —   zagadnął   zaniepokojony 

słuchacz. — Zaniechać roboty?

Ani mi to w głowie. Rozważyłem dobrze całą sprawę. 

Mógłbym pożyczyć w banku, lecz wówczas koszty wzrosną, 
bo trzeba będzie płacić procenty. Pomyślałem, że przecież 
rozporządza pan nielichym majątkiem, jak sądzę... Co?

Bede   zmartwiał.   Niebezpieczeństwo   pojawiło   się   z 

najmniej oczekiwanej strony.

O c z y w i ś c i e   —   odparł   celowo   przeciągając 

sylaby. Niech Harper zrozumie, iż wcale mu niespieszno ze 
sprzedażą złota. — Mam tam coś niecoś. Myślę o kupnie 
farmy.

— Bardzo   dobry   pomysł,   nie   będę   pana   od   niego 

odwodził, lecz mój  chytry majster wcale nie żąda zapłaty 
natychmiast,   gotów   jest   poczekać   pół   roku,   jednak   żąda 
gwarancji.

— Jakich?
— Zobowiązania na piśmie i zastawu.
— Więc o co chodzi?
— O to, kochany panie, iż memu majstrowi nie wystarcza 

mój podpis, chce dwu gwarantów.

— Nie   rozumiem   —   wyznał   Bede.   —   Mam   za   pana 

poręczyć?

— Właśnie!   Stał   się   pan   w   Goodyear   znaną   osobą, 

wszyscy wiedzą o pańskim depozycie w banku. Trafia się 
okazja do zrobienia niezłego interesu.

— Cóż to za interes? — przestraszył się Bede.
— Ano   taki,   iż   za   poręczenie   proponuję   panu   jedną 

trzecią dochodów z młyna tak długo, jak długo będzie pan 
mieszkał   w   Goodyear.   Pod   warunkiem,   że   zajmie   się 
pilnowaniem ludzi w moim młynie. Zgoda?

— Ależ... ja nic nie znam się na młynarstwie!
— Już   mi   pan   o   tym   wspomniał.   Lecz,   drogi   panie, 

sprowadzę   młynarza.   Techniczne   sprawy   on   będzie   za-
łatwiał. Zwracam się do pana nie tylko dlatego, że pańskie 
poręczenie będzie uznane za dobre. Również dlatego że, co 
tu dużo gadać, przypadł mi pan do serca. Moja żona poparła 
mnie w tym projekcie, a ona zna się na ludziach.

background image

Clark na widowni

Bede przerwał na chwilę swą opowieść. Skorzystałem z 

tego i wtrąciłem:

— No,   to   znalazł   się   pan   wreszcie   na   dobrej   drodze. 

Teraz   radzę   chwilę   odpocząć.   Jak   na   człowieka   ledwie 

przywróconego do przytomności wysiłek jest zbyt wielki.

— To było wczoraj, doktorze. Dziś czuję się znakomicie, 

chociaż jeszcze trochę szumi mi w głowie. Zresztą, zależy 

mi na czasie.

Po co ten pośpiech? — zapytał Karol.

Jak   skończę,   będziecie   wiedzieli.   Powiem   krótko; 

stałem się wspólnikiem Harpera. Przyznam, nie bez strachu. 
Bałem się, że jeśli młyn nie będzie dawać dochodów, zanim 
nadejdzie   termin   zapłaty   za   jego   budowę,   wszystko   się 
wyda,   a   do   mnie   przylgnie   opinia   oszusta.   Och,   co   ja 
przeżyłem,   'dżentelmeni!   Jednak   karczmarz   ma   głowę   do 
interesów   i   wszystko   świetnie   przewidział.   Nim   pół   roku 
minęło,   majster   otrzymał   wszystko,   co   mu   się   należało. 
Rolnicy, nawet z dalszych okolic, zaczęli zwozić do młyna 
wory ziarna. Początkowo nadawałem się tylko do liczenia 
tych worów i pobierania opłaty za przemiał, ale teraz! Ho, 
ho! Dobrze spenetrowałem, na czym polega praca w młynie 
i pewnie sam potrafiłbym nim .kierować, tylko... po co mi 
to? Nadal marzę o farmie, a nie o zawodzie młynarza. Lecz 
teraz wszystko diabli wzięli! Wyobraźcie sobie, odezwał się 
Clark! Ten facet, z którym odbyłem wyprawę eksplorerską. 
Skąd się o mnie dowiedział, nie mam pojęcia. Któregoś dnia 
poczta dostarczyła mi list. Możecie sobie wyobrazić, jak się 
zdumiałem! List! Któż mógł go napisać. Przez sekundę po-
dejrzewałem, że odnaleźli się moi rodzice i teraz dają znać o 
sobie.   Niestety,   nie.   Mam   ten   list.   Proszę   go   przeczytać, 
doktorze.

Zaczął grzebać po kieszeniach kurty, aż wydobył papier 

mocno   pognieciony,   ze   śladami   wilgoci   i   częściowo 
pozamazywanymi   literami.   Piszę   „literami",   w   rze-
czywistości były to okropne kulfony ręki nie przywykłej do 
pisania. Do spółki z Karolem zdołaliśmy jakoś odcyfrować 
bazgraninę.   List   ten,   nieco   później,   wręczył   mi   Bede. 
Niepozorną   kartkę   zachowałem   na   pamiątkę   tamtego 
zdarzenia i przechowuję ją w szufladzie biurka w rodzinnym 
Milwaukee.   Jej   tekst   przytaczam   wiernie,   zachowując 
wszystkie błędy językowe i ortograficzne.

„Bede, stary kumplu! W p i r s z y c h  słowach tego listu 

zawiadamiam, iż jestem cały i zdrowy, c h o c i a b i d n y 
jak mysz polna w zimie. Chybaś o mnie nie zapomniał, stary 
przyjacielu. W i m,  że się t o b i powodzi i wyrosłeś na 
bogacza u tego Harpera. Ale to paskudnie, żeś_ ukrył przede 
mną tyle złota, co go knysisz w banku. Jakeś to zrobił, nie w 
i m. Ja nie taki głupek, jak ci się zdaje. W i m o wszystkim. 
Ja tu czekam, że się zjawisz i sprawiedliwie podzielisz. Bo 
inaczej sam przyjadę do Goodyear, c h o c i a mi to nie na r e 
n k e, i swoje odbiorę. Tak się nie robi, Bede! Ja mieszkam 
w La Junta, to od ciebie niedaleko. Znajdź mnie pod «Złotą 
Sową». Tam p r a c u j e .   Czekam dwa tygodnie, w i e n c 

background image

nie rób zawodu. Twój Fred Clark".

Starannie złożyłem list i zwróciłem go Bedemu.

background image

— I co pan na to, doktorze?
— Oto skutki zabawy z kamyczkami — zauważyłem. — 

Clark   jest   pewien,   że   został   pozbawiony   złota,   które 
wspólnie zbieraliście. Podejrzewa, że bandyci nie zrabowali 
wszystkiego,   i   nigdy   nie   uwierzy,   by   ktoś   mógł 
bezwartościowy żwir przechowywać w banku.

Karol parsknął śmiechem:

— Ej, Barry, Barry! Znowu musiałeś się wkopać w nie 

byle jaką dziurę.

— Takie już moje pieskie szczęście — mruknął Bede.
— I jak pan postąpił? — zapytałem.

Powiedziałem   Harperowi,   że   to   list   od   przyjaciół 

zapraszających   na   spotkanie   i   że   wobec   tego   muszę   na 
tydzień — dwa wyjechać. Zgodził się. Wsiadłem na konia i 
ruszyłem w drogę.

— Do La Junta? — zainteresował się Karol.
— Gdzież   tam!   Jak   najdalej   od   tamtej   miejscowości. 

Zabrałem nieco pieniędzy, więc powinienem dać sobie radę, 
lecz ta przeklęta burza pozbawiła mnie wierzchowca.

— I oczywiście nie ma pan zamiaru wracać do Goodyear 

— stwierdziłem.

— A... nie mam.
— Nie pomyślał pan, co sobie wyobrazi Harper po dwu 

tygodniach czekania?

— Hm... cóż może sobie wyobrazić?
— Bardzo   wiele.   Że   na   przykład   spotkał   pana   nie-

szczęśliwy   wypadek   i   rozpocznie   poszukiwania   poprzez 
szeryfów.

— O,   do   licha!   Mam   nadzieję,   iż   nie   wykaże   tyle 

troskliwości.

Przypuśćmy. Więc dojdzie do wniosku, że pan uciekł 

z   jakichś   podejrzanych   powodów.   Mieszkańcy   Goodyear 
zaczną plotkować, iż karczmarz związał się z nieuczciwym 
przybłędą. Pana nie przemyślany krok popsuje  mu  opinię. 
Kiepska    to    oznaka    wdzięczności  dla  człowieka,  który 
pomógł   panu   wydobyć   się   z   kłopotów   —   powiedziałem 
ostro.

— Pomógł, bo miał w tym interes, a o moich kłopotach 

nie wiedział.

Rozłościł mnie taką argumentacją i już miałem na języku 

cierpką uwagę, gdy Karol mnie uprzedził.

— Co z kamykami? — zapytał.
— Zostały   w   banku.   Nie   mogłem   ich   zabrać.   Zaraz 

rozeszłaby się pogłoska, że wyjeżdżam raz na zawsze.

— Nowe krętactwo — szepnąłem.
— Jeszcze   jedno   głupstwo.   Przecież   człowiek   nie 

powracający po to, aby odebrać złoty depozyt, już przez to 
samo staje się podejrzany — powiedział mój przyjaciel. — 
Jednak   los   czuwał   nad   panem   i   zesłał   burzę,   która 
zapobiegła doprowadzeniu głupstwa do najgłupszego końca.

Nikt tyle mi nie nagadał — zabawnie jęknął Bede.

— A szkoda — wtrąciłem.
— Lecz co mam począć teraz? Poradźcie, dżentelmeni!

Karol spojrzał na niego uważnie.

— No...   dobrze   —   powiedział.   —   Faktem   jest,   że 

ucieczka z Goodyear nie udała się. Pozostaje więc powrót do 
Goodyear.   Tyle   już   się   pan  nakłamał,   że   jedno  kłamstwo 
więcej   niewiele   zaszkodzi.   Załóżmy,   że   spotkał   pan 

background image

oczekiwanych przyjaciół w drodze, podczas burzy, i zaprosił 
ich do „Lucky Saloon". Czy przypadkiem nie zdradził pan 
Harperowi jakichś szczegółów o tych „przyjaciołach", które 
nie pasowałyby do nas? Na przykład: gdzie mieszkają lub 
kim są?

— Nic   a   nic.   Harper   nie   pytał,   a   spotkania   z   panią 

Adeliną zdołałem uniknąć.

— Dobre   i   to.   Uchroni   nas,   Janie,   od   powiększania 

bogatej kolekcji krętactw naszego towarzysza.

Na   liście   widniała   pieczęć   poczty   w   La   Junta   — 

poinformował smętnie Bede. — Harper mógł ją zauważyć.

— Ano...   —   stwierdził   wesoło   Karol   —   bawiąc   w   La 

Junta wysłaliśmy list do pana. Zapamiętaj to sobie, Janie.

— Nigdy nie byłem w La Junta i jak karczmarz zapyta o 

wygląd miasteczka, jeszcze strzelę jakieś głupstwo.

— Bawiliśmy przejazdem, nie starczyło czasu na lepsze 

poznanie...

— Znakomicie, Karolu! A w jakim hotelu nocowaliśmy?
— W...   zupełnie   wyleciało   mi   to   z   głowy  —  odparł   z 

takim   przekonaniem,   jak   gdyby   przed   chwilą   przybył 
właśnie z La Junta.

— Może   jednak   Harper   nie   zauważył   pieczęci?   — 

powiedział   Bede.   —   Więc   lepiej   z   tym   La   Junta   nie 
wyjeżdżać zbyt wcześnie...

— Ot, i początek trudności — zauważyłem. — Jeśli pani 

Adelina   jest   osobą   tak   przenikliwą,   jak   z   opowiadania 
Bedego wynika, zyskamy sobie opinię niezłych łgarzy.

— Nie bądź pesymistą, Janie.
— A może... ja sam powrócę do Goodyear? — wyjąkał 

Bede. — Po co mam was znów wplątywać w swoje kłopoty?

Powiedział   to   z   tak   widocznym   przygnębieniem,   że 

uleciała ze mnie resztka złości na niego.

— I   co   dalej?!   —   zawołałem.   —   Za   dwa   tygodnie 

przyjedzie Clark.

— Mam pieniądze, kupię drugiego konia...
— Więc znowu ucieczka!
— Ano... ucieczka.

Bede   —   powiedziałem   spokojnie   —   w   Meksyku 

wyciągnął pan nas z różnych tarapatów i myśmy o tym nie 
zapomnieli. Dlatego postaramy się panu pomóc.

background image

— Pan jest wspaniały, doktorze!

Bede przeszedł z krańcowego pesymizmu do niczym nie 

uzasadnionej radości.

— Ale   jak   powstrzymać   Clarka   od   przybycia   do 

Goodyear? Jak wytłumaczyć temu idiocie, że go nie
skrzywdziłem?

Wzruszyłem ramionami.

— Jeszcze nie wiem — odparłem — a ty, Karolu?
— Przede   wszystkim   musimy   zlikwidować   oszukańczy 

woreczek.

— Jak to? — zdziwił się Bede.
— Odbierze   go   pan   z   banku   i   przekaże   nam.   Przy 

najbliższej   okazji   wyrzucę   to   świństwo   w   miejscu 
ustronnym i bez świadków.

— Lecz jak ja to wytłumaczę Harperowi?
— Cóż   za   skrupuły?!   —   wykrzyknąłem.   —   Czy   pan 

tłumaczył mu się z każdego wydanego dolara?

— No...   nie.   Jednak   Harper,   kto   wie,   może   myśli   o 

powiększeniu   wspólnego   interesu   przy   pomocy   mojego 
złota?

— To   niech   nie   myśli   —   odparłem   zgryźliwie.   — 

Woreczek pomógł karczmarzowi w uzyskaniu kredytu, drugi 
raz takiej sztuczki nie radzę próbować. Masz rację, Karolu. 
Trzeba zniszczyć woreczek. To bomba, która nie wiadomo 
kiedy   wybuchnie.   Ale   likwidacja   woreczka   jeszcze   nie 
załatwia sprawy.

— Nie załatwia — przyznał Karol. — Chyba będziemy 

musieli odwiedzić La Junta. Oczywiście, nie teraz. Najpierw 
pojedziemy do Goodyear.

— W   La   Junta   czeka   nas   niełatwa   rozmowa   z   tym 

Clarkiem.

— Zapewne.   Przede   wszystkim   jednak   musimy 

sprawdzić,   co   to   za   człowiek.   Bo   z   opowieści   naszego 
towarzysza niewiele wynika. Na przykład, czym się trudnił 
przed tą nieszczęsną wyprawą po złoto? Wie pan?

background image

— Nie  wiem  —  mruknął   Bede.   — Nigdy  go o  to  nie 

pytałem.   Ech   —   westchnął   —   zmarnujecie   przeze   mnie 
mnóstwo czasu...

— Mamy   mnóstwo   czasu   —   odparłem   —   i   żadnych 

innych spraw do załatwienia, czy nie tak, Karolu?

— Oczywiście.   Okazja   do   zapolowania   (bo   przecież 

tylko po to przybyliśmy w te strony) trafi się niejeden raz w 
drodze.   No   —   spojrzał   w   niebo   —   chyba   pora   coś 
przegryźć.   Napełnij   wodą,   Janie,   swój   cudowny   imbryk. 
Rozpalę ogień.

— Tylko bez pstrągów — zastrzegłem się. — Chwilowo 

mam ich dosyć.

— Zgoda.   Otworzę   puszkę   z   wołowiną.   W   Goodyear 

będziemy mogli uzupełnić zapasy.

Podczas   posiłku   Bede,   któremu   poprawił   się   humor, 

wrócił   do   paru   szczegółów,   mało   zresztą   ważnych,   swej 
ostatniej   wędrówki,   a   później   opowiedział   historyjkę--
dowcip tak świetnie charakteryzujący pewne kategorie ludzi 
i   zwyczaje   naprawdę   Dzikiego   Zachodu,   iż   warto   go 
przytoczyć.

Otóż   w   pewnym   saloonie   nie   określonej   bliżej   miej-

scowości spotkało się przy szynkwasie  dwu obcych  sobie 
wędrowców.  Mieli  już  dobrze  w  czubie,  a że  przyszli  do 
lokalu   w   usposobieniu   ponurym   i   zaczepnym,   whisky, 
zamiast wprowadzić ich w pogodny nastrój, tylko wzmogła 
ich agresywność. Doszło do kłótni, w wyniku której jeden z 
przybyszów   wyzwał   drugiego   na   pojedynek.   Saloon 
natychmiast   opustoszał,   a   garstka   odważniejszych   usunęła 
się   pod   ściany.   I   oto   stanęli   twarzą   w   twarz   dwaj 
przeciwnicy w jednakowych kowbojskich strojach, z coltami 
tkwiącymi  w kaburach pasów. Pierwszy,  ten wyzywający, 
był   bardzo   szczupły   i   niski,   drugi   —   wysoki   i   tęgi, 
prawdziwy olbrzym. On właśnie, gdy już mieli sięgnąć po 
broń, krzyknął:

„Dżentelmeni! To niesprawiedliwe! Szanse są  nierówne. 
Jaki ja stanowię wspaniały cel, a jaki... tamten 

wywłoka?"

Gromadka widzów po chwili namysłu orzekła, iż szanse 

rzeczywiście są nierówne, bo chudemu i niskiemu łatwiej 
będzie trafić do celu.

Chudy   i   niski   oburzył   się,   lecz   nie   mógł   odmówić 

oczywistym racjom.

„Zgoda! — wrzasnął. — Barman! Weź kredę i nary-ruj 

na nim — tu wskazał palcem przeciwnika — mój kontur. 
Jeżeli   trafię   poza   linię   kredy,   taki   strzał   nie   będzie   się 
liczył!"

Mimo że do zmierzchu pozostało dużo czasu i Bede zaraz 

chciał ruszać, sprzeciwiłem się.

—   Jeden   dzień   wcześniej   czy   jeden   dzień   później   — 

powiedziałem — cóż za różnica? Lepiej poczekać do jutra, 
większa pewność, że głowa zupełnie wydobrzeje.

Karol   mnie   poparł   dodając,   że   znacznie   wygodniej   i 

bezpieczniej wjeżdżać do nieznanego miasteczka rano niż 
wieczorem.

Tak więc spędziliśmy jeszcze jedną noc nad pstrągową 

rzeczką.   Opukałem   i   ostukałem   Bedego,   raz   jeszcze 
zmieniłem mu opatrunek, a rankiem w ogóle go zdjąłem, 
gdy   pacjent   oświadczył,   że   nie   chce   się   pokazywać   w 

background image

Goodyear jako inwalida. No i ruszyliśmy. Jak? Bede siadł 
za plecami Karola. Trzeba było zwolnić tempo, lecz i tak 
Goodyear osiągnęliśmy przed południem.

Przed pierwszym  domostwem Bede zeskoczył  z konia i 

poprowadził nas prościutko ku budynkowi „Lucky Saloon". 
Zauważyłem, że na tej krótkiej drodze wielu przechodniów i 
podpierających   ściany   gapiów   "uchylało   kapeluszy   lub 
czapek   na   widok   naszego   towarzysza.   Stał   się   widocznie 
znaną   w   miasteczku   osobistością.   Dopieroż   wybuchłby 
skandal, gdyby znikł tajemniczo!

Ulica,  nie wiadomo po co tak szeroka,  oraz 
zabudowania — wszystko to zgodne było z opisem 
Bedego. I 

mostek nad rzeczką, i zagrody dla bydła, i składy towarowe, 
i siedziba „Lucky Saloon": szeroki, drewniany dom z długą 
werandą, ciągnącą się wzdłuż całej fasady.

Przywiązaliśmy  konie   do  palików,   wspięli   się   po 

stopniach werandy, a Bede otworzył przed nami szerokie 
drzwi z gestem, którego nigdy dawniej u niego nie 
zauważyłem: zamaszysty ruch ręki gospodarza za-
praszającego gości do własnej siedziby. Myślę, że mimo 
wszystkich kłopotów czuł się pewny siebie, jak nigdy dotąd 
podczas włóczęgowskiego życia.

— Dżentelmeni! — powiedział. — Witam was w „Lucky 

Saloon"!

Jakże podobnie pozdrowił nas na progu swej luksusowej 

hacjendy don Pedro Gonzales w dalekim Meksyku!

Uśmiechnąłem   się.   Wkroczyliśmy   na   salę,   pustą   o   tej 

porze.

— Siadajcie,   dżentelmeni!   Natychmiast   przywołam 

chłopaka, żeby się zajął waszymi końmi.

Odszedł, a ja szepnąłem do Karola:

— Bede zapuścił korzenie.
Kiwnął głową:

— Jeśli   zdołamy   przeszkodzić   przybyciu   Clarka,   Bede 

wkrótce stanie się solidnym obywatelem Goodyear. Kto wie, 
może go wybiorą szeryfem?

Wszystko,   tylko   nie   to!   —   zaprotestowałem.   — 

Zacznie na nowo pięknie uśmiercać ludzi. Już lepiej, gdyby 
uzyskał godność burmistrza. Mam jednak nadzieję, iż Harper 
nie zgodzi się, aby jego wspólnik zajmował się czymkolwiek 
innym niż prowadzeniem młyna.

Bede pojawił się dopiero po kilku minutach. Nie sam. W 

asyście   średniego  wzrostu  mężczyzny   z   ogorzałą   twarzą   i 
lekko  szpakowatymi   włosami   na   skroniach.   Miał   wysokie 
czoło,   prosty   nos   oraz   mocno   zarysowany   podbródek,   co 
jakoby charakteryzuje ludzi energicznych. Spojrzał na mnie i 
wyciągnął rękę.

— Pan Martin Harper — przedstawił gospodarza Bede.

Barry   już   mi   zdążył   opowiedzieć   o   panach.   Co   za 

szczęśliwe spotkanie, i w samą porę. Witam panów

background image

serdecznie.  Na pewno jesteście  głodni i   spragnieni. Zaraz 
zarządzę.

Uściskawszy nam dłonie karczmarz  wrócił do bufetu, a 

Bede usiadł przy nas.

— Podoba   mi   się   ten   człowiek   —   zauważyłem.   — 

Pozostajecie chyba w zażyłych stosunkach?

— Ano... od roku przecież prowadzimy wspólny interes.
— I pan chciał stąd uciec! Cóż za nierozważny pomysł.
— Ale Clark...
— Ciii! — szepnął ostrzegawczo Karol. — Na ten temat 

porozmawiamy oddzielnie i w bardziej ustronnym miejscu. 
Lepiej popatrz, Janie, na ten napis. Jeszcze z czymś takim 
nie spotkałem się.

— Napis? Gdzie?
— No tam, na prawo, na ścianie.
Spojrzałem i parsknąłem śmiechem.
Do   desek   ściany   przypięto   mocno   wyblakły   karton   z 

napisem   wykaligrafowanym   wielkimi,   czarnymi   literami: 
„Nie   zapomnij   napisać   do   matki!   Ona   myśli   o   Tobie. 
Zaopatrujemy   w   papier   i   koperty   bezpłatnie   i   mamy 
najlepszą whisky w mieście"..

— To chyba dzieło pani Adeliny — zauważyłem wesoło.
— Być może, lecz zakończenie tego wezwania jest chyba 

pomysłem karczmarza. Ciekawe, czy wielu gości stosuje się 
do pierwszej części apelu?

— Zdarza się — odparł Bede. — Lecz tutejsi mieszkają z 

rodzinami, a przybysze najczęściej potrafią tylko czytać, z 
pisaniem   gorzej.   Natomiast   whisky...   Napijecie   się, 
dżentelmeni?

Kelner, który wyglądał kropka w kropkę tak, jak go opisał 

Bede,   przywędrował   do   nas   z   tacą   uginającą   się   pod 
ciężarem   talerzy   i   półmisków.   Chyba   Harper   chciał   nam 
zaimponować możliwościami swej kuchni.

background image

Bowiem   poza   normalną   dla   wszystkich   saloonów   świata 
potrawą, pieczenia wołową, na tacy widniały różowe płaty 
wędzonego   łososia,   sardynki   i   —   cuda   nad   cudami!   — 
ostrygi! Bede nie chciał spróbować, ja zjadłem kilka sztuk, a 
Karol zajął się resztą, i to ze znakomitym wynikiem.

Poza butelką whisky kelner ulokował na środku stołu trzy 

butelki piwa i trzy wysokie szklanice wypełnione płynem o 
ceglastej barwie. Domyśliłem się, co to jest, chociaż napój 
ten — o świetnie pasującej do Dzikiego Zachodu nazwie: 
„krwawa   Mary"   '—   rzadko   można   uzyskać   w   saloonach 
Zachodu.   Z   braku   pomidorów.   Bo   „krwawa   Mary"   to  po 
prostu   mieszanina   pół   na   pół   mocnej   wódki   i   soku 
pomidorowego.

Gdybym  chciał wypić  przypadającą na mnie  część tych 

wszystkich   trunków,   na   pewno   nie   wstałbym   od   stołu   o 
własnych siłach, a u surowej pani Adeliny zyskał złą notę z 
zachowania się. Poprzestałem więc na „krwawej Mary" tak, 
jak i moi współbiesiadnicy. Z obfitości jedzenia skorzystał 
najbardziej   Karol.   Nie   dlatego,   by   był   żarłokiem   —   po 
prostu obudził   się   w  nim stary  nawyk  traperskiego  życia: 
jeść na zapas.

Niejeden raz w saloonach lub przy obozowych ogniskach 

spotykałem   się   z   zadziwiającymi   przykładami   apetytu. 
Kiedyś   ze   zdumieniem   zauważyłem,   jak   kościsty,   chudy 
niczym   szczapa   poszukiwacz   złota   bez   żądnego   wysiłku 
zjadł   płat   pieczeni   wagi   chyba   dwu   funtów.   Gdy   go 
grzecznie zapytałem, czy zaspokoił głód, odparł; że zjadłby 
jeszcze, ale już nic nie zostało...

Tacy   właśnie   ludzie,   pozornie   wyglądający   na   obżar-

tuchów, potrafią w innych okolicznościach głodować przez 
dzień lub dwa, jeśli zapasy prowiantu się wyczerpią lub gdy 
pośpiech   nie   pozwala   na   przyrządzenie   najlichszej   nawet 
strawy.  I  po  takich  dwu dniach postu  czują  się  tak samo 
sprawni fizycznie, jak poprzednio. Ciągły ruch, a więc spory 
wysiłek   fizyczny,   jest   jednym   z   powodów   tego   apetytu. 
Innym   powodem   jest   jednostronny   i   monotonny   zestaw 
potraw. Organizm ludzki potrzebuje stale sporej ilości białka 
—  źródła  energii,   substancji  nieodzownej   dla   normalnego 
rozwoju  i utrzymania  życia,   znajdującej  się  w roślinach  i 
mięsie. Otóż potrawy roślinne są dla westmana rzadko do-
stępne.   Głód   białka   musi   zostać   wyrównany   spożyciem 
mięsa w ilościach, które — przy normalnym odżywianiu się 
—   byłyby   nawet   szkodliwe.   „Białkowego   głodu"   miałem 
okazję doświadczać niejeden raz podczas kilkumiesięcznych 
wędrówek   z   dala   od   miast.   Przejawiał   się   on   w   moich 
marzeniach o rzekach mleka, górach jaj i masła oraz kotłach 
grochówki.   Wracając   do   rodzinnego   Milwaukee   przez 
pierwsze   dni   pochłaniałem   nieprawdopodobne   ilości 
pieczywa, nabiału, grochu, fasoli... Lecz dosyć na ten temat.

Po obfitym posiłku czułem się nieco ociężałe. Na prerii 

rozciągnąłbym   się   przy   obozowym   ognisku,   lecz   nie 
znajdowałem   się   na   prerii.   Na   szczęście   Bede   zaraz 
zaprowadził nas na pięterko.

— Oto, dżentelmeni — oświadczył otwierając któreś tam 

drzwi — pokój przeznaczony dla was. Ze
wszystkimi wygodami. Ja, niestety, muszę zajrzeć do młyna. 
Chłopiec zaraz przyniesie uprząż i broń. Wrócę
za jakieś trzy godziny.

background image

To powiedziawszy wyszedł. Położyłem się na jednym z 

dwu łóżek. Karol pokręcił się po pokoju, wreszcie poszedł w 
moje   ślady.   Zapowiedziany   chłopak   wkrótce   się   zjawił, 
objuczony niczym wielbłąd siodłami i bronią.

— Pan gospodarz pyta, czy panom czego nie potrzeba.
Podziękowaliśmy. Chłopak znikł jak duch, a ja zapadłem 

w lekką drzemkę, podczas której majaczyły mi na przemian 
fantastyczne postaci podejrzliwej pani Adeliny, nieznanego 
Clarka,   rzucającego   we   mnie   garściami   żwiru,   i   Harpera, 
który z pistoletem w dłoni domagał się uregulowania długów 
Bedego. Wszystko to nie miało żadnego sensu, lecz było tak 
przykre   i   realistyczne   równocześnie,   że   obudziłem   się   z 
bijącym sercem i mokry od potu. Karol nadal spoczywał na 
sąsiednim łóżku, ćmiąc fajeczkę. Zauważył, że nie śpię.

— Idziemy? — zagadnął.
— Dokąd? — stęknąłem nie mogąc jeszcze otrząsnąć się 

z półsennych majaków.

— Na   spacer.   Spacer   dobrze   nam   zrobi.   Zwiedzimy 

miasteczko.   Duszno   tu   jak   w   piekle.   Widziałem,   jak 
rzucałeś się na łóżku niczym szczupak wyjęty z wody.

Opowiedziałem o swym śnie.

— To   wszystko   przez   „krwawą   Mary"   —   stwierdził 

tonem znawcy. — Wszelkie mieszaniny są szkodliwe.
Piłem kiedyś koktajl zwany francuskim. Pięknie wyglądał, 
ani słowa, trzykolorowe pasma: białe, niebieskie i czerwone. 
Lecz później łeb mnie bolał przez cały dzień. Chodź.

Westchnąłem i podniosłem się. Zeszliśmy z pięterka. Sala 

nadal świeciła pustką. Za jej drzwiami trwała martwa cisza 
popołudnia   i   podobna   duchota.   Z   rozgrzanych   ścian 
domostw parowało gorąco. Mijający nas wóz zaprzężony w 
parę   koni   wzbił   tuman   szarego   kurzu,   który   natychmiast 
poczułem   w   ustach,   w   nosie   i   w   oczach.   Na   wozie 
spoczywały   białe,   pękate   worki.   Ich   widok   nasunął   mi 
pewien pomysł.

— Chodźmy do młyna odwiedzić Bedego. Młyn jest za 

miastem, a tu nie ma czym oddychać. Fu!

— Zgoda. Młyn musi stać nad rzeczką, to pewnie tam — 

Karol wskazał ręką.

Trafiliśmy   bezbłędnie.   Na   niewielkim   placyku,   roz-

ciągającym   się   między   sadem   a   frontową   ścianą   młyna, 
stały cztery wozy:  jeden pusty, trzy wyładowane pękatymi 
worami. Jak na tę porę roku (wczesną wiosnę, a więc nie 
sezon młynarski) interes rzeczywiście musiał prosperować 
znakomicie. Zdaje się, iż tym razem Barry Bede — jak to 
się   określa   —   trafił   w   sedno   rzeczy.   Choć   raczej   dzięki 
pomyślnemu   zrządzeniu   losu   niż   swym   staraniom.   Tym 
stwierdzeniem podzieliłem się z Karolem. Kiwnął głową i 
dodał:

— Niewiele brakowało, a znalazłby się znowu na szlaku 

beznadziejnej   wędrówki.   Siądźmy   tu   —   zaproponował 
wskazując na wysoki drewniany pomost, biegnący przez całą 
szerokość ściany.

Budynek   zdawał   się   drgać   od   bezustannego   łomotu 

dobiegającego   z   wnętrza.   Pachniało   ziarnem   i   mąką. 
Wyciągnąłem fajeczkę, lecz Karol natychmiast  rozkazał ją 
schować.

— W młynie  się nie pali — zauważył.  — Opowiadano 

background image

mi, że mączny pył wiszący w powietrzu jest bardzo podatny 
na ogień, niczym nafta. Czasem iskra powoduje wybuch.

Nie wiedziałem (i po dziś nie wiem), czy miał rację, czy 

nie. Wolałem jednak nie sprawdzać. I tak oto czekaliśmy na 
pojawienie się Bedego.

Słońce   grzało,   konie   parskały   i   dzwoniły   uprzężą,   a 

woźnice   spoczywali   na   workach,   przykrywszy   twarze 
okropnie   brudnymi   kapeluszami.   Oparłem   się   plecami   o 
ścianę.   Ciepło   popołudnia,   pomrukiwanie   młyna   niby 
wielkiego  kota,   bezruch,   a   najprawdopodobniej   zmęczenie 
po podróży — wszystko to spowodowało, że zapadłem w 
jakiś półsen, z którego wyrwał mnie tupot butów po deskach 
i donośny okrzyk:

— Longville! Teraz na was kolej, ruszcie się!
Drgnąłem i  o  mało nie  spadłem z  pomostu.  Dwa kroki 
od siebie dostrzegłem nogi Bedego, on sam jeszcze nas nie 
zauważył. Na zawołanie „Longville" (nigdy się nie 
dowiedziałem, czy było to nazwisko, czy nazwa farmy,  a 
może  jakiejś  osady) leżący na najbliższym wozie 
człowiek dźwignął się, siadł, zeskoczył i wrzasnął w 
kierunku owocowych drzew:
— Chris!

W   odpowiedzi   wysunął   się   z   zielonego   gąszczu   roz-

czochrany   wyrostek   w   połatanych   portkach   i   rozpiętej 
koszuli, ziewnął i złapał konia za kantar. Zgrzytnęły osie i 
ciężki wehikuł podjechał pod samą rampę (razem z Karolem 
natychmiast   odsunęliśmy   się   nieco   w   bok).   Dopiero   teraz 
Bede spojrzał w naszym kierunku.

— Dżentelmeni!   —   wykrzyknął   swoim   zwyczajem.   — 

Jak to dobrze, żeście przyszli! — zawołał i nagle ściszył głos. 
— Idzie tu pani Adelina z córką. Porozmawiajcie z nią, ja 
tymczasem...

Nie dokończył i zniknął w głębi młyna. Wypadło to tak 

zabawnie, iż z trudem powstrzymałem śmiech.

— Zdaje się — zauważyłem — że na widok żony Harpera 

Bede wpada w popłoch.

— Ciągle lęka się kłopotliwych pytań.
— Przecież to już rok minął! Z czym się mógł wygadać, z 

tym się wygadał i chyba zaspokoił ciekawość tej kobiety.

— Ba, przypomnij sobie, Janie, co Bede o niej opowiadał. 

To musi być bardzo wścibska osoba. Przygotujmy się na to.

— Może lepiej odejść? — zaproponowałem.

Nie. Chwytajmy byka za rogi. Ta rozmowa czeka nas 

nieuchronnie. Wygodniej ją odbyć tu niż w jadalni państwa 
Harperów.   Tam   trudniej   będzie   o   okazję   do   przerwania 
podchwytliwych  pytań.  Tylko uważaj, Janie. Mów dużo o 
niczym, a jak najmniej o Bedem.

— A jeśli zagadnie, gdzie go poznaliśmy?
— No, to odpowiedź zostaw mnie.
Kiwnąłem   głową   z   zadowoleniem.   Tymczasem   przez 

drzwi wiodące na pomost wyciągano z głębi budynku białe, 
wypchane worki. Dwu nie znanych mi ludzi przekazywało je 
właścicielowi   wozu,   który   do   spółki   z   piegowatym 
wyrostkiem   układał   worki   na   platformie   pojazdu. 
Przyglądałem się przez chwila tej monotonnej robocie, póki 
dwie kobiety w długich sukniach, z odkrytymi głowami, nie 
ukazały się na tle drzew sadu, zmierzając prosto w naszym 
kierunku.   Jedna   była   niższa   i   na   pewno   młodsza,   jak 

background image

zdążyłem zauważyć mimo sporej jeszcze odległości. A więc 
— córka Harperów, Katarzyna. Kto wie — zaświtało mi w 
głowie — może przyszła żona Bedego? Skoro bowiem kar-
czmarz   tak   zachwyca   się   naszym   znajomkiem,   a   jego 
podejrzliwa   małżonka   nie   odkryła   żadnej   plamy   na 
przeszłości Bedego, mogą skojarzyć tę parę.

Udałem, że patrzę na załadunek worków, lecz kątem oka 

obserwowałem zbliżające się panie. Były ubrane jednakowo 
w skromne, szare suknie. Barwa ich włosów również było 
podobna, tyle że matka wyglądała na ciemną szatynkę, córka 
—   na   jasną   szatynkę.   Widziałem,   jak   podeszły   do   wozu 
czekającego swej kolejki, ominęły go i zatrzymały się tuż 
przed   nami.   Równocześnie   zeskoczyliśmy   z   pomostu   i 
elegancko uchylili kapeluszy.

— Pani Harper? — zagaił Karol. — Chyba się nie mylę? 

Bede opisał nam panią bardzo dokładnie.

Po   co   się   tak   zgrywał?   Czyżby   to   miał   być   sposób 

„chwytania byka za rogi"?

— Tak,   to   ja   —   odpowiedziała   uśmiechając   się,   a 

równocześnie utkwiła we mnie swe czarne oczy. Bede się 
nie mylił,  w jej natarczywym  spojrzeniu było istotnie coś 
świdrującego człowieka na wylot.

— A to moja  córka, Katarzyna.  Barry opowiadał  mi  o 

panach, jednak niezbyt wiele, bardzo się spieszył. Skryty z 
niego  człowiek,   przez   cały  rok  nie   wspomniał   o  was  ani 
słowem, dopiero dzisiaj... Barry jest tutaj?

Potwierdziliśmy,   że   jest,   lecz   mocno   zajęty.   Wcale   nie 

pragnąłem,   aby   pierwsza   rozmowa   odbyła   się

background image

w   obecności   Bedego.   Mógł   się   zdradzić   z   niepotrzebnymi 
szczegółami o naszej znajomości.

—   Ach   tak...   Nie   będziemy   mu   przeszkadzać.   Barry   jest 

niesłychanie obowiązkowy. Chciałabym mieć takiego zięcia.

Zauważyłem, jak panna Katarzyna lekko się zaczerwieniła. 
Więc moje dalekosiężne przypuszczenie nie 

bardzo odbiegało od prawdy. Jednak pominąłem uwagę 
milczeniem. Nie miałem najmniejszego zamiaru zajmować się 
sercowymi sprawami naszego towarzysza, dość kłopotu 
sprawiły nam inne jego problemy.

W   jakim   celu   pani   Adelina   zaznajomiła   nas   z   swymi 

pragnieniami?  Nie wiedziałem,  co jej Bede nagadał. Może 
przedstawił nas jako zaufanych przyjaciół i żona karczmarza 
chciała sprawdzić, jakie to na nas 

wywrze wrażenie? Jeśli tak — zawiodła się. Ani Karol, ani ja 
nie mruknęliśmy na ten temat nawet pół słowa.

—   No,   to   tylko   takie   żarty   —   dorzuciła   po   paro-

sekundowej   przerwie.   —   Strasznie   hałasuje   ten   młyn   — 
zmieniła nagle temat. — Jeśli panowie nie macie nic innego 
do roboty, chodźmy nad rzeczkę.

Nie znalazłem żadnego rozsądnego powodu odmowy, zresztą 
Karol radził przecież „chwycić byka za rogi". Całą czwórką 
ruszyliśmy poprzez placyk i łączkę ku pluszczącej wodzie, z 
której turkocące koło młyńskie unosiło mgiełkę wilgoci, a 
później brzegiem tak daleko, że warkot koła  i plusk 
przelewającego się  nad nim rwącego  nurtu słychać  już  było 
tylko jako łagodny szmer. Siedliśmy na zboczu kopulastego 
pagórka, wśród drzew rzucających drgające cienie na ziemię i 
wodę. Nie będę przytaczał treści całej rozmowy, jaka odbyła się 
na pagórku, zajęłoby to zbyt wiele miejsca i okazałoby się 
nudne. Wspomnę tylko, że pani Adelina nie ustawała  w 
pytaniach,  na  które  odpowiadaliśmy (Karol  i  ja)  bądź 
krócej,   bądź  dłużej,   bardziej   lub mniej szczegółowo, lecz 
zawsze tak, aby w niczym nie zaszkodzić Bedemu przez 
ujawnienie jego przeszłości. O sobie mówiliśmy najwięcej. 
Zdaje  się,  że  nasza słuchaczka  (chodzi  o panią  Adelinę,  bo 
jej  milcząca córka zdawała się myślami błądzić gdzieś bardzo 
daleko) została zaskoczona faktem, iż żaden z nas dwu nie był 
farmerem (co prawda Karol nim był, lecz dość dawno, i zerwał 
z tym zawodem). Być może przypuszczała, że byliśmy 
sąsiadami rodziców Bedego i potrafimy opowiedzieć o jego 
młodzieńczych latach. Dostrzegłem na jej twarzy 
rozczarowanie, a później zdziwienie, gdy oświadczyłem, że 
jestem lekarzem, a Karol traperem.

— Pan jest lekarzem? — zdumiała się i przewierciła mnie 

wzrokiem. — Przybył pan do Goodyear na stałe?
Przydałby się nam dobry chirurg.

Zaprzeczyłem,   a   później,   bawiąc   się   jej   rozczarowaniem, 

wyjaśniłem,   jak   doszło   do   mej   znajomości   z   Karolem   i   do 
wypraw w nieznane, przedsiębranych każdej wiosny.

— Lecz   tym   razem   —   spojrzała   na   mnie   podejrzliwie   — 

przybyliście odwiedzić Barry'ego.

— Oczywiście   —   potwierdziłem,   co   było   tylko   pół-

kłamstwem, jako że ostatecznie odwiedziliśmy go.

— A dawno go znacie?

Poczułem,   że   odpowiedź   na   takie   pytanie   może   mnie 

wprowadzić na dość grząski grunt, na szczęście uprzedził mnie 

background image

Karol.

-   Przed   trzema   bodajże   laty.   Uczestniczyliśmy   wspólnie   w 

pewnej   wyprawie   eksplorerskiej,   jednak   nie   przyniosła 
spodziewanych rezultatów. Mimo nie byle jakich osiągnięć.

(Nawiasem powiedziawszy, czas podany przez Karola nieco 

odbiegał   od   rzeczywistości   i   on   sam   dobrze   musiał   o   tym 
wiedzieć.   Czemu   więc   poinformował   panią   Adelinę   tak 
nieściśle? Może chciał w ten sposób zaznaczyć,  że Bede jest 
naszym starym znajomym?)

Pani Harper pokręciła głową.

Coś tu się nie zgadza. Barry twierdził, że swą pierwszą 

wyprawę odbył przed samym przybyciem do Goodyear, a teraz 
się okazuje...

 To  nieporozumienie — przerwał  jej  Karol.  — Bede 

zapewne miał na myśli pierwszą udaną wyprawę.

— A tamta, o której wspomniał pan tak dziwnie?

— Okazała się udaną i nieudaną równocześnie. 

Znowu pokręciła głową:
— Nie rozumiem.

— Proszę sobie wyobrazić — cierpliwie tłumaczył Karol 

— że znaleźliśmy skarb, który nas wcale nie

wzbogacił.   Składały   się   nań   najróżniejsze   przedmioty   i 

narzędzia wykonane z złota i srebra. Wartość tego

znaleziska znacznie przekraczała wartość samego me

talu.

— Czemu więc was nie wzbogaciło?

Dlatego że znalezione przedmioty były bardzo stare, 

wykonane   przed   wiekami   przez   ówczesnych   mieszkańców 

Meksyku i stanowiły jakby część historii tego kraju. Czy w 

takiej   okoliczności   mogliśmy   skarb   sprzedać?   Żeby   go 

zwykły handlarz przetopił na metal? Otóż za pośrednictwem 

pewnego hacjendera przekazaliśmy wszystko do muzeum w 

mieście Chichuahua.

— Za darmo?
— Za darmo. Nie wypadało nam brać zapłaty.
— A Bede?
— Podczas   wyprawy   w   Sierra   Mądre   (bo   tam   szuka-

liśmy)   spisywał   się   bardzo   dzielnie.   A   później   wspólnie 
postanowiliśmy, by skarb przekazać na cele nauki.

Wzdrygnąłem się. Karol w swej chęci umocnienia dobrej 

opinii   o  Bedem  grubo  przesadził.   W   rzeczywistości   Bede 

liczył, że przypadnie mu odpowiednia część znaleziska.

Pani   Adelina   znowu   obrzuciła   nas   badawczym   spoj-

rzeniem.   Pewnie   chciała   w   ten   sposób   odgadnąć,   ile   w 

słowach Karola tkwi prawdy. Badanie musiało wypaść dla 

nas   dodatnio,   bo   po   chwili   milczenia   stwierdziła   nieco 

egzaltowanym głosem:

background image

— Jakże to szlachetnie z panów strony! Widzę, iż  Bede 

znalazł godnych siebie przyjaciół.

Znowu drgnąłem. Takie porównanie, a raczej zrównanie, 

nie   bardzo   przypadło   mi   do   smaku.   Widać   jasnowidztwo 
pani   Adeliny   od   czasu   do   czasu   zakładało   jej   na   oczy 
nieprzenikliwe   okulary.   Podniosła   się.   Jak   na   razie   jej 
ciekawość została zaspokojona. Podnieśliśmy się również.

— Muszę już wracać, czeka mnie mnóstwo roboty.

Lecz bardzo proszę odwiedzić nas, dzisiaj o piątej.

Skłoniła   się   i   odeszła   razem   ze   swą   milczącą   córką. 

Siedliśmy z powrotem.

— Hm...   —   zauważyłem.   —   Ona   nie   miała   żadnego 

interesu do Bedego. Chodziło jej o nas. Ciekawe, skąd
wiedziała, że poszliśmy do młyna?

Karol wzruszył ramionami.

— Czy   to   ważne?   Ale   przyznaj,   Janie,   że   dobrze   się 

spisałem.

— Aż za dobrze.

Karol cicho roześmiał się.

— To   leży   w   naszym   wspólnym   interesie.   Czynię 

wszystko, co można, aby nigdy już więcej nie spotkać
Bedego jako włóczęgi bez dachu nad głową. I któremu w 
imię jego meksykańskich zasług musimy pomagać.
Umieściłeś   go   u   Gonzalesa   i   wytrwał   zaledwie   pół   roku. 
Teraz staram się, aby w Goodyear ugrzązł na
zawsze   i   przestał   straszyć   samotnych   wędrowców   na 
preriach. W gruncie rzeczy to niezły chłopak. A im
lepszą będzie miał opinię u Harperów, przede wszystkim u 
pani Adeliny, tym prędzej zostanie mężem Katarzyny. I to 
go na dobre tutaj zakotwiczy. Wreszcie się ustatkuje. O to 
mi chodzi.

Z kolei ja się roześmiałem.

— No dobrze, Karolu, tylko zbytnio się nie zagalopuj.
Ruszyliśmy szukać Bedego.

background image

Właśnie   odjeżdżał   ostatni   wóz,   a   Bede   tkwił   na   po-

moście, obsypany mącznym  pyłem,  i wyglądał  jak anioł, 
tyle że bez skrzydeł. Ucieszył się na nasz widok. Udaliśmy 
się w cień sadu, gdzie Karol powtórzył dokładnie wszystko, 
o   co   pytała   nas   żona   karczmarza.   Udzielił   przy   tym 
Bedemu szeregu rad, moim zdaniem zbytecznych, bo Bede 
był   spryciarzem   nie   lada,   jeśli   po   rocznym   pobycie   w 
Goodyear umiał poinformować panią Adelinę tylko o tych 
fragmentach swego życia, o których chciał poinformować, 
chociaż   nadal   lękał   się   dociekliwej   niewiasty.   Gdy   mu 
powiedziałem o zaproszeniu na godzinę piątą, skrzywił się 
zabawnie.

— Obiad — zawyrokował zwięźle. — Znowu zacznie 

się   gadanina   o   wszystkim   i   o   niczym,   przeplatana   do-
ciekliwymi   pytaniami   gospodyni.   Myślę,   że   teraz   was 
weźmie na patelnię.

— Już wzięła — stwierdziłem ze śmiechem — lecz nie 

mamy nic do ukrycia.

— Na pewno zacznie domagać się szczegółów wyprawy 

do Meksyku. I zagadnie, w jaki sposób poznaliśmy się.

Powiemy prawdę — odparłem. — Ku pańskiej 

chwale.

— Pięknie, lecz skąd ja się wziąłem w El Paso?

— Och, po prostu szukał pan złota w górach Guadelupy. 

To właśnie w tamtych stronach — wtrącił się
Karol.   —   Zresztą   da   sobie   pan   radę   z   odpowiedzią, 
wnioskując z dotychczasowego pobytu w Goodyear.

Na   tym   temat   został   wyczerpany.   Bede   pokazał   nam 

wnętrze i urządzenia młyna, przebrał się i oprowadził 

po   miasteczku.   Nie   zauważyłem   nic   godnego   uwagi. 
Typowa   zabudowa   świeżo   powstałych   osiedli   Dalekiego 
Zachodu,   paskudna   i   tandetna   mieszanina   drewnianych 
domostw, wznoszonych byle jak, byle szybciej. Wróciłem z 
przechadzki okropnie znudzony i do godziny piątej nudziłem 
się   jeszcze   bardziej   wraz   z   Karolem.   Oświadczyłem 
przyjacielowi, że dłużej niż trzy dni nie wytrzymam tutaj, że 
jeśli mam przebywać w mieście, to już wolę Milwaukee od 
takiej zakazanej dziury.

— Podziwiam   Bedego,   że   potrafił   tyle   czasu   tu   wy-

siedzieć! — zakończyłem swe utyskiwania.

Mój okrzyk Karol przyjął z humorem.

— Tylko mu o tym nie wspominaj. Jeszcze gotów rzucić 

młyn. A że mógł rok tu przebyć? Po prostu musiał. Tak się 
uwikłał swym  woreczkiem żwiru i tym,  że żył  na kredyt. 
Może ktoś inny, włóczący się hultaj, drapnąłby po tygodniu, 
nie płacąc ani centa, lecz Bede jest na to zbyt uczciwy. Jego 
szczęście.   W   przeciwnym   wypadku   nie   kiwnąłbym   nawet 
palcem, by mu pomóc.

— Oczywiście   —   zgodziłem   się.   —   Ale   kiedy   stąd 

ruszymy?

— Cierpliwości, Janie. Jeszcze nie wymyśliłem żadnego 

planu w sprawie Clarka. A możeś ty coś wymyślił?

Zaprzeczyłem,   lecz   natychmiast   dodałem,   iż   taki   plan 

świetnie dałby się ustalić już w drodze do La Junta.

— Przypuśćmy   —   zgodził   się.   —   Ale   po   pierwsze, 

dopiero   dzisiaj   tu   przybyliśmy   i   czeka   nas   wizyta   u 
Harperów. Jutro musimy iść z Bedem do banku i odebrać te 

background image

nieszczęsne   kamyki.   Z   kolei   należy   poinformować 
karczmarza, ot tak, mimochodem, że w zimie wyruszam na 
północ,   aby   skupywać   skóry   i   w   tym   celu   pożyczam 
pieniądze od Bedego. Po drugie, wszelki pośpiech jest cechą 
ludzi nierozważnych, zwłaszcza gdy nie jest uzasadniony.

— No, no — pokiwałem głową. — Co za filozof zrobił 

się   z   ciebie,   Karolu!   Nieźle   to   wszystko   wymyśliłeś. 
Uprzedź Bedego z tym skupem skór. Byle tylko Harper nie 
zechciał uczestniczyć finansowo w twoim przedsięwzięciu.

background image

— Nie sądzę. Ledwie spłacił kredyty za młyn,  więc na 

pewno  nie  rozporządza  większą  gotówką.  Zresztą...   jakoś 
się z tego wykręcę.

— Innymi słowy, odjeżdżamy pojutrze.
— O,   nie.   Najwcześniej   czwartego  dnia.   Zastanów   się, 

proszę. Przyjeżdżamy do dawno nie widzianego przyjaciela 
i   gościmy   u   niego   zaledwie   dwie   doby?   Jak   by   to 
wyglądało?

Wzruszyłem ramionami.

— Niech tam — odparłem. — Jakoś wytrzymam.

Byle nie dłużej.

Kilka minut przed piątą zgłosił się do nas Bede, z kwaśną 

miną,   i   powiódł   nas   zakamarkami   budynku   do   jadalni 
państwa Harper.

Przebieg   obiadu   i   sam   obiad   bardzo   przypominały 

przyjęcie, o którym opowiadał nam Bede, więc rezygnuję z 
opisu   ogólnego,   warto   jednak   wspomnieć   o   kilku 
szczegółach.   Otóż   Karol   wykazał   niezwykłe   zdolności 
dyplomatyczne.   Kiedy   i   gdzie   tego   się   nauczył?   Chyba 
podczas   swych   kontaktów   z   Indianami.   Stwierdziłem,   że 
można z kimś zjeść przysłowiowy worek soli, a jednak nie 
poznać się na człowieku.

Otóż Karol, gdy go pani Adelina zagadnęła o myśliwskie 

przygody,   rozwinął   swój   kunszt   krasomówczy,   nie   dając 
przyjść gospodyni do głosu. A o to właśnie chodziło. Gdy 
zdawało   się,   iż   temat   został   całkowicie   wyczerpany,   mój 
przyjaciel wciągnął w rozmowę Harpera. Niezbyt, jak sądzę, 
wygadany karczmarz tym razem sięgnął do swych dawnych 
wspomnień   i   tak   się   tym   podniecił,   iż   przez   cały   czas 
trwania   posiłku   słychać   było   prawie   tylko   tych   dwu 
biesiadników. Od czasu do czasu zerkałem w stronę pani 
Adeliny,   która   musiała   zdobyć   się   na   spory  wysiłek,   aby 
ukryć   zdenerwowanie.   A   przecież   dostrzegłem   je.   Jestem 
pewien, że pragnęła wykorzystać wspólny obiad do zebrania 
dokładniejszych   wiadomości   o   nas.   Pomyślałem+,   że 
towarzystwo   przyszłej   teściowej   mogłoby   się   okazać,   na 
dłuższy okres, nieco uciążliwe dla Bedego, lecz gdy klamka 
zapadnie,   to   znaczy,   gdy   Katarzyna   zostanie   jego   żoną, 
nawet   ujawnienie   przeszłości   łapacza   niczego   już   nie 
zmieni. Ale do rzeczy!

Otóż Karol, opowiadając o swych  polowaniach, począł 

utyskiwać   na   malejącą   z   roku   na   rok   ilość   łownej 
zwierzyny.   Wspomniał   o   całkowitym   prawie   zniknięciu 
bizonów,   którym   —   w   wyniku   już   nie   polowania,   lecz 
faktycznej  rzezi, i to dla cennych  skór, nie dla mięsa  — 
grozi ostateczna zagłada.

Tak, tak — potwierdził Harper — już dziś na prerii 

nikt   nie   dostrzeże   tego,   co   można   było   oglądać   jeszcze 
przed kilku laty. Wyobraźcie sobie, panowie — zwrócił się 
do nas dwu, jakby zapomniawszy o reszcie towarzystwa — 
że   w   1871   roku,   podczas   przepędu   bydła   z   Teksasu   na 
północ,   przewodnik   musiał   zatrzymać   stado.   Patrzałem 
wówczas, nie wierząc własnym oczom, jak drogę przecięła 
olbrzymia, zdawałoby się nie mająca końca kolumna tysięcy 
bizonów,   mustangów,   łosi,   jeleni,   antylop,   zdziczałego 
bydła domowego i wilków. Wszystko to biegło pomieszane, 
a   ja   czułem,   jak   ziemia   drży.   Sądziliśmy,   że   gdzieś   tam 
płonie   preria   i   zwierzęta   uciekają   przed   ogniem.   Na 

background image

szczęście   dla   nas   i   dla   naszych   krów   nic   takiego  się   nie 
wydarzyło.

— Cóż więc mogło być powodem tej dziwnej wędrówki? 

— zapytałem.

— Nie   wiem.   Dziś,   gdy   opowiadam   o   tym   zjawisku, 

słuchacze   śmieją   się   jak   z   najlepszego   żartu   i   nie   chcą 
wierzyć.

Ja   wierzę   —   wtrącił   Karol.   —   Sam   obserwowałem 

parokrotnie   coś   podobnego.   Że   wilki   biegną   przy   takim 
stadzie, to zrozumiałe. Czekają, aż któraś ze słabszych sztuk 
padnie   lub   odłączy   się.   Że   zdziczałe   bydło   domowe 
przyłącza się do bizonów, również zrozumiałe, jako że to są 
bliscy   krewni.   Jednak   nie   potrafię   wytłumaczyć,   czemu 
czynią to mustangi i łosie albo znacznie szybsze od bizonów 
antylopy. To prawdziwa tajemnica prerii.

Umilkł, lecz zanim pani Adelina zdołała otworzyć usta, ja 

zadałem pytanie.

— Brał pan udział w przepędach bydła?
Harper uśmiechnął się.

— To była nie najgorsza część mego życia — odparł. — 

Może dlatego, iż młodość dodawała mi wówczas skrzydeł. 
Przez   trzy   kolejne   lata   gnałem   wraz   z   setkami   innych 
kowbojów   długorogie   teksaskie   krowy   z   Houston,   z   San 
Antonio, z Bronsville, wszystko w południowym Teksasie, 
aż do Abilene lub Dodge City w Kansas, lub jeszcze dalej, 
do Laramie na ówczesnym terytorium Wyomingu, do Miles 
City w Montanie... Cztery miesiące trwała taka wędrówka, 
od maja do końca sierpnia. W Kansas ładowaliśmy bydło do 
kolejowych   wagonów,   które   wiozły   je   do   wielkich   miast 
wschodu. W Wyomingu i Montanie sprzedawaliśmy stada 
miejscowym   hodowcom.   Praca   była   wyczerpująca   i 
niebezpieczna,   a   wynagrodzenie   wcale   nie   wysokie. 
Przeciętnie kowboj otrzymywał za miesiąc dwadzieścia pięć 
dolarów.   Wyobraźcie   sobie,   panowie,   że   wówczas   tyleż 
kosztowała para eleganckich kowbojskich spodni. Więc nie 
chęć zarobku gnała tylu młodych ludzi na daleki szlak, lecz 
pragnienie przeżycia niezapomnianej przygody. Wszystko to 
już dawno się skończyło.     Najpierw władze stanu Kansas 
zakazały   przepędu   teksaskiego   bydła   przez   swe   ziemie, 
ponieważ   zdarzały  się   wypadki   przenoszenia   przez   bydło 
zaraźliwych   chorób.   Później,   a   może   równocześnie, 
farmerzy poczęli grodzić swe pola kolczastym drutem, aby 
przeszkodzić tratowaniu przez krowy ich uprawnych pół, na 
koniec przedłużono linie kolejowe daleko na południe, aż do 
brzegów   Zatoki   Meksykańskiej.   Przepędy   stały   się 
niemożliwe   i   niepotrzebne.   Teraz   można   sprzedać   stado 
handlarzowi,   na   przykład   w   San   Antonio.   Towarzystwo 
kolejowe  podstawi wagony i krowy szybciutko  pojadą  na 
północ lub na zachód.

— Napatrzył się pan świata — zauważyłem.

O   tak,   doktorze   —   rozpromienił   się   (równocześnie 

pani   Adelina   wyraźnie   pomarkotniała).   —   Wędrowałem 
dwa razy szlakiem Chisholm, raz trasą Goodnight-Loving. 
Jak zapewne panowie wiecie...

— Wiemy   —   wtrącił   się   Karol.   —   Istniało   kilka   naj-

wygodniejszych   dróg  przepędu  z  południa   na   północ.   Ich 
nazwy pochodzą albo od nazwisk ludzi, którzy je pierwszy 
raz przetarli, jak na przykład Charles Good-night i 01iver 

background image

Loving lub Jesse Chisholm, albo od kierunku, na przykład 
szlak Zachodni.

— Świetnie się pan orientuje. Czyżby również...
— Nie,   nie   —   szybko   zaprzeczył   mój   przyjaciel.   — 

Nigdy nie brałem udziału w takich przedsięwzięciach.

— A przez Goodyear wiodła jakaś droga przepędu? — 

zapytałem.

Karczmarz przecząco potrząsnął głową i dodał:
— Na szczęście!
— Dlaczego: na szczęście?
— Dlatego,   doktorze,   iż   żywot   osady   czy   miasteczka 

wyrosłego   na   szlaku   zawsze   był   kruchy   i   niepewny. 
Błyskawiczny   wzrost,   a   później   katastrofalny   upadek. 
Pamiętam   miasto   Newton   w   Kansas.   Powstało   przy 
kolejowej linii „Atchinson, Topeka i Santa Fe", jako punkt 
spędu i załadunku bydła do wagonów.

background image

W   maju   1871  roku  w   Newton  istniała   tylko   kuźnia,   skład 
towarowy i zaledwie około tuzina domostw mieszkalnych. W 
trzydzieści   dni   później   było   to   już   spore   miasto,   samych 
saloonów   naliczyłem   wówczas   dwadzieścia   siedem.   Lecz 
budowle   wyglądały   niechlujnie   i   tandetnie.   Ze   wszystkich 
nowych domów jedynie stacja kolejowa posiadała tynkowane 
ściany,  pozostałe wzniesiono z nagich desek, gdzieniegdzie 
stały namioty lub nawet szałasy. Gdy do Newton przygnano 
pierwsze krowy, na ulicach rosła jeszcze trawa, a wśród tej 
trawy,   nie   uwierzycie,   ukazywały   się   głowy   preriowych 
piesków.   Dodam,   iż   woda   ciekła   jedynie   z   dwu   źródeł 
znajdujących się na głównej ulicy. Ale za to jaki ruch, jaki 
gwar   i   tłumy   ciekawskich   gapiące   się   przy   każdym 
przepędzie bydła. Wzdłuż torów kolei stały obszerne corrale, 
z   których   specjalnymi   pochylniami   zaganiano   krowy   do 
podstawionych   wagonów.  Tak to  trwało  do  końca  sierpnia 
1871 roku. Później miasto poczęło się wyludniać. Najpierw 
opuścili je kowboje i przewodnicy szlaków. Wyjechali kupcy 
i właściciele saloonów, znikły różne typy włóczęgów i ludzi 
niewiadomego   zawodu,   pozamykano   sklepy   i   hotele,   a 
następnej wiosny punkt spędu i załadunku został przeniesiony 
do dalszej miejscowości. Dlaczego tak się stało, nie wiem. 
Nie zdziwiłbym się wcale na wiadomość, iż Newton przestało 
istnieć. Co innego nasze Goodyear. Jego żywot opiera się na 
solidnych fundamentach. Rozwija się powoli, lecz stale, jest 
ośrodkiem przemysłowym  chociaż na małą  skalę i handlo-
wym   dla   okolicznych   farmerów.   Nie   grozi   nam   ucieczka 
mieszkańców, bo nie ma tu ludzi zatrudnionych sezonowo. 
Tak, tak, moi panowie, można tylko cieszyć się, że Goodyear 
nie wyrosło na żadnym szlaku.

— Och — zdołała wreszcie wtrącić się pani Adelina — 

nigdy   nie   zamieszkałabym   w   żadnym   z   takich   bydlęcych 
miast!   Pijani  kowboje,  tłumy  włóczęgów, strzelanina na 
ulicach i wrzask przez całą noc, że oka nie można zmrużyć. 
Nigdy!

— Przesadzasz,   moja   droga   —   nieśmiało   zaprotestował 

Harper. — Niekiedy dochodziło tam do pewnych wykroczeń, 
no ale przy tak gwałtownym, okresowym wzroście ludności 
było   to   zło   nie   do   uniknięcia.   Jednak   plotki   wszystko 
wyolbrzymiały.

— Och,   Martin!   Przestań!   Nasłuchałam  się   dość   na   ten 

temat. Wiem, iż w tym twoim Newton, bodaj się pod ziemię 
zapadło jako siedlisko zła, w jednym roku zabito w bójkach 
dziesięciu ludzi, a pięćdziesięciu raniono.

— Nie zaprzeczam, moja droga, chociaż wszystkie takie 

obliczenia są mocno wątpliwe. Zresztą... osiedliliśmy się w 
Goodyear, a przepędy bydła dawno się skończyły. Czy warto 
spierać się o to, co minęło bezpowrotnie? Lecz — tu zawahał 
się   —   niekiedy   żałuję   tamtych   lat.   I   zazdroszczę   panom 
chwil   swobody,   jakie  wam  daje  wyprawa   w  nieznane.   Na 
szczęście w naszym wielkim kraju sporo jeszcze jest miejsc, 
gdzie łatwiej o jelenia czy kozicę niż o człowieka, chociaż, 
jak   słusznie   zauważył   pan   Gordon,   zwierzyny   jest   coraz 
mniej.

Wydawało się, iż na tym dyskusja na temat „bydlęcych" 

miast dobiegła kresu. Jednak panią Adelinę, niezadowoloną 
z   przebiegu   dotychczasowej   rozmowy,   musiało   jeszcze 
bardziej podrażnić mimowolne wyznanie jej małżonka, bo 

background image

zapytała   tonem,   w   którym   poczułem   zapowiedź   nie   lada 
rodzinnej sprzeczki:

— Czyżbyś chciał, Martin, opuścić Goodyear?
— Tylko z tobą, tylko z tobą, moja droga — zażartował 

karczmarz. — Cóż bym począł bez ciebie?

Prychnęła jak rozgniewany kocur:

— Tego się po mnie nie spodziewaj!
— Więc   też   nigdy   nie   będę   cię   namawiał   na   żadną 

wyprawę.

background image

— Bardzo dobrze — stwierdziła nieco udobruchana.
Być   może   dopiero  teraz   spostrzegła   niestosowność 
małżeńskiego sporu, toczonego wobec zupełnie 

obcych ludzi, więc zapytała już spokojniejszym głosem:

— A   pan,   panie   Barry,   bardzo   tęskni   za   swymi   wę-

drówkami?

Zaniepokoiłem się, lecz Bede znalazł się na poziomie.

— Nigdy,   szanowna   pani.   Jestem   szczęśliwy,   że   mam 

dach nad głową i stałą pracę.

Wrócił jej dobry humor, roześmiała się.

— Brawo,   Barry!   Wiedziałam,   iż   się   na   panu   nie 

zawiodę. Słyszysz, Martin?

— Jestem tego samego zdania — przytaknął karczmarz.

Miałem  poprzednio  zamiar   zagadnąć   Harpera   o  szcze-

góły przepędu bydła, lecz zaniechałem pytań. Zdaje się, że 
pani Adelina nie lubiła, gdy małżonek sięgał pamięcią do 
przeszłości. Kto wie, może przypominała sobie przeszłość 
własną, niewartą wspomnień? Tak to sobie wytłumaczyłem, 
i chyba z sensem.

Dalsza rozmowa, na pewno ku zadowoleniu wszystkich, 

potoczyła   się   w   innym   kierunku.   Nadał   go   Karol, 
opowiadając o naszym pobycie w Meksyku, o wyprawie w 
Sierra   Mądre   Occidental,   co   przywróciło   dobry   humor 
naszej gospodyni. Nareszcie doszła do głosu, wy-pytając o 
szczegóły, zwłaszcza o te, w których główną rolę odgrywał 
Barry   Bede.   W   opowiadaniu   Karola   —   Bede   wyrósł   na 
bohatera, co było lekką przesadą, chociaż nigdy nie mogłem 
odmówić   Bedemu   odwagi.   On   sam   zresztą,   słuchając 
opowieści o swych czynach,, wiercił się i kręcił niespokojnie 
na   krześle,   jak   oskarżony   w   krzyżowym   ogniu   pytań 
sędziego. Bede nie lubił się przechwalać, to fakt, więc nie 
bardzo przypadła mu do gustu relacja mego przyjaciela.

Za to pani Adelina! Widziałem, iż rośnie jak na 
drożdżach. Przecież wszystko to, co teraz słyszała, po-
twierdzało jej opinię o Bedem, a równocześnie jej nie-
omylność w rozpoznawaniu ludzkich charakterów.

Nawet   nie   spostrzegliśmy   się,   jak   zapadł   zmierzch. 

Karczmarz   przeprosił,   że   musi   odejść   do   saloonu.   Sko-
rzystaliśmy   z   tej   okazji   i   we   trzech   (z   Bedem)   opuścili 
jadalnię   gospodarzy.   Tak   więc   niepotrzebnie   lękałem   się 
podchwytliwych pytań pani Adeliny. Wszystko wypadło jak 
najlepiej dla nas, a przede wszystkim dla Bedego.

background image

Nieznajomi

Nareszcie!   

Mamy już za sobą Goodyear. Budynki miasteczka zostały 

kilka mil  na południowym  zachodzie. Udajemy się do La 
Junta   zakończyć   ostatecznie   sprawę   Bedego.   Zakończyć 
pomyślnie, takie jest nasze niezłomne zamierzenie. Lecz od 
zamierzenia   do   wykonania   droga   niekiedy   bywa   bardzo 
długa.   I   to  mnie   niepokoi.   Karol   jak   dotąd  jakoś   nic   nie 
wymyślił   i   doprawdy   nie   wiem,   w   jaki   sposób   zamierza 
postąpić   z   Fredem   Clarkiem,   gdy   przekroczymy   progi 
saloonu „Pod Złotą Sową"?

Zabraliśmy   list   Clarka   jako   dowód,   że   przybywamy   z 

polecenia adresata, lecz to niczego jeszcze nie załatwia. Jadę 
więc nieco markotny i jakoś wcale mi nie-spieszno do La 
Junta.

Dokoła bezdrzewna płaszczyzna, raz porosła trawą, kiedy 

indziej   krzewami   szałwi   lub   naga,   spalona   słońcem, 
ciemnoczerwonej   barwy   gleba.   „Pstrągowa"   rzeczka   już 
nam   nie   towarzyszy.   Karol   oświadczył,   że   wędrówka   jej 
biegiem zaprowadziłaby nas zbyt  daleko na wschód, a La 
Junta, jak mu wiadomo, leży bardziej na północy, nad górną 
Arkansas. Co prawda, nigdy nie był w La Junta, lecz koryto 
Arkansasu   musi   nam   przeciąć   drogę,   a   skoro   do   niego 
dotrzemy, reszta — to fraszka.

background image

Ktoś   inny   pewnie   parsknąłby   śmiechem   na   taką 

przechwałkę, ja — nie. Zbyt  dobrze znałem Karola i jego 
zdumiewający   instynkt   w   szukaniu   właściwego   kierunku. 
Zaleta, którą zdobywa się latami wędrówek po bezdrożach. 
Orientowanie się w terenie, oznaczanie godzin dnia i nocy 
według położenia słońca i gwiazd — to były podstawowe 
umiejętności wszystkich prawdziwych westmanów, a Karol 
był właśnie jednym z nich. Nawet uczył mnie odczytywania 
„zegara przyrody", lecz czego nauczył w lecie, zapominałem 
zimą   wśród   miejskich  murów.   Jeszcze   za   dnia,   zwłaszcza 
gdy był słoneczny, orientowałem się jako tako w godzinach, 
gorzej   wypadało   to   wśród   mrocznych   leśnych   ostępów, 
jeszcze gorzej w nocy. Co prawda wiedziałem, że gdy stanie 
się twarzą ku Gwieździe Północnej, zwanej również Polarną, 
a   Wielka   Niedźwiedzica   (lub   Wielki   Wóz,   jak   kto   woli) 
znajdować się będzie na północnym  zachodzie — zegarek 
wskaże   godzinę   dziesiątą   wieczór.   Gdy   Wielka 
Niedźwiedzica   przesunie   się   na   południe   i   zabłyśnie 
dokładnie   na   zachód   od   Gwiazdy   —   oznacza   to   północ. 
Natomiast   o   godzinie   drugiej   po   północy   Niedźwiedzica 
przesunie się ku południowemu zachodowi, a o czwartej nad 
ranem   —   ku   południowi.   Łatwo   to   zapamiętać,   znacznie 
trudniej   odczytać   z   najbardziej   nawet   rozgwieżdżonego 
nieba.   A   cóż   dopiero,   gdy   pokryte   jest   chmurami!   Lecz 
wówczas   najdoskonalszy   nawet   znawca   nieba   nic   nie 
poradzi.

Ja orientowałem się nieco, pełen dumy z tego powodu, aż 

do chwili, w której Karol przeegzaminował  mnie  z moich 
umiejętności. Pierwsza próba wypadła  fatalnie, lecz i przy 
następnych   zawsze   myliłem   się,   mniej   więcej   o   godzinę. 
Dziesiąta wieczór stawała się dla mnie jedenastą i odwrotnie 
— często jedenastą uznawałem za środek nocy. Wiedziałem, 
że   w   dawnych   latach,   a   nawet   później,   już   w   okresie 
przepędów bydła, wędrowcy, jadący z południa na północ, 
przed  udaniem się na spoczynek ustawiali dyszel wozu lub 
po prostu pochylony ku Gwieździe drąg, aby wytyczyć swą 
dzienną   drogę.   Taki   mądry   to   i   ja   byłem,   lecz   poza   tym 
wolałem posługiwać się własnym zegarkiem.

A teraz wracam do bardziej interesującego tematu — do 

woreczka żwiru. Postąpiliśmy tak, jak Karol zaproponował. 
Odbiór depozytu z banku nie zajął nam wiele czasu. Pękaty, 
oplatany   sznurem   pakunek,   zalakowany   na   wszystkich 
rogach i w samym środku, został ukradkiem przeniesiony do 
naszego   pokoju   w   „Lucky   Saloon".   Dlaczego   ukradkiem, 
skoro zależało nam na tym, aby Harper właśnie dowiedział 
się, że Bede przekazuje nam swe złoto?

Ba, owszem, zależało, ale nie w taki sposób, aby sprawa 

stała się powszechnie znana. Mieliśmy pobyć  w Goodyear 
jeszcze jedną dobę, a złodziejów nigdzie nie brak. I chociaż 
złodziej nie obłowiłby się naszym skarbem, gdyby rozgadał, 
co   kryje   wnętrze   woreczka,   kariera   Bedego   w   Goodyear 
byłaby   raz   na   zawsze   skończona,   a   my   dwaj   (Karol   i  ja) 
uzyskalibyśmy   mało   pochlebną   opinię   przyjaciół   oszusta, 
czyli   —   współ-oszustów.   Oto   dlaczego   na   myśl,   iż 
ktokolwiek niepowołany mógłby odkryć tajemnicę pakunku, 
zimne ciarki przebiegały mi po krzyżu. Karol wykazał więk-
sze   opanowanie,   jednak   długo   zastanawialiśmy   się   po 
powrocie   z   banku,   gdzie   na   kilkanaście   godzin   ukryć 

background image

kompromitujący skarb.

Bede zaproponował, że przechowa woreczek we własnej 

szafie,   ukryty   między   różnymi   rupieciami,   był   to   pomysł 
najgorszy   z   najgorszych,   bo   jeśli   kto   szukałby   złota,   to 
przede wszystkim u jego właściciela.

—   Chodźmy   do   Harpera   —   zaproponowałem.   —   Za 

jednym zamachem załatwimy dwie sprawy: zabezpieczymy 
woreczek,   bo   karczmarz   na   pewno   rozporządza   solidnym 
schowkiem, a równocześnie trafi się okazja poinformowania 
go o twej pożyczce.

I tak też postąpiliśmy.

Harper usłyszawszy, o co chodzi, zdziwił się. Gdy jednak 

Karol wyjaśnił mu przyczynę, dla której Bede odebrał złoto 
z depozytu, nie zmartwił się ani trochę, wprost przeciwnie 
— życzył powodzenia w zamierzonym skupie skór. Wynika 
z   tego,   że   nie   przewidywał   zamiaru   ponownego   użycia 
skarbu   do   rozbudowania   wspólnego   interesu   handlowego. 
(Nawiasem powiedziawszy, bardzo byłem ciekaw, jak Bede 
wytłumaczy się swemu wspólnikowi, gdy tamten zauważy, 
że   Karol   nie   zwraca   długu?   Coś   tam   będzie   musiał 
wymyślić).

Opuszczaliśmy   Goodyear   z   woreczkiem   bezpiecznie 

umieszczonym w juku Karolowego siodła. Gdy dotarliśmy 
w   odludne   miejsce   i   przebywali   raz   jeszcze   pstrągową 
rzeczkę, mój  przyjaciel  zatrzymał  konia w samym  środku 
płytkiego   nurtu,   wyciągnął   woreczek,   myśliwskim   nożem 
rozpruł go i całą zawartość wysypał do wody. Uczyniwszy 
to   —   trzymał   nadal   w   dłoni   płócienną   szmatę,   jakby  się 
zastanawiał, co ma z nią począć.

— Nie — powiedział w końcu — lepiej tego tutaj nie 

zostawiać. Lakowe pieczęcie zbyt rzucają się w oczy.

— Daj mnie — zaproponowałem.
— I co z tym zrobisz?

— Zawiozę do Milwaukee, na pamiątkę.
Roześmiał się i wręczył mi zawiniątko. Mam je po dziś 
dzień, razem z listem Clarka.

A więc pozbyliśmy się oszukańczego pakunku, który tak 

ważną   rolę   odegrał   w   życiowej   karierze   Bedego.   Zaiste, 
rzecz   nie   do   wiary,   że   kilka   garści   kamyków   potrafiło 
zapewnić  Harperowi  kredyt  na  budowę  młyna,  a Bedemu 
najpierw   stworzyć   dach   nad   głową,   a     później 
współuczestnictwo  i   współudział   w  dochodach. Jednak 
wiara   w   bogactwo,   jakie   rzekomo   zawierał   woreczek, 
nikomu nie wyrządziła szkody i chyba przejdzie do legendy 
wśród mieszkańców Goodyear, bo jestem pewien, iż Bede 
nigdy nie zdradzi, jak wyglądała prawda.

Nad   wieczorem,   posuwając   się   przez   bezludne, 

bezdrzewne   i   nieco   ponure   pustkowie,   natrafiliśmy   nie-
oczekiwanie   na   prawdziwą   oazę   zieleni:   okrągłe   jeziorko, 
częściowo   zarośnięte   szuwarami,   otoczone   koliskiem 
krzaków, nad którymi nawet wybujały pnie dwu sosen. Był 
to zaiste dziw nad dziwy, lecz dla nas — wspaniały skład 
opału   w   postaci   stosu   uschłych   gałęzi,   których   zapewne 
dotąd   nikt   nie   zbierał.   Świeża   trawa   porastała   najbliższe 
sąsiedztwo   jeziorka   —   nasze   konie   mogły   się   posilić. 
Oczywiście, tu rozbiliśmy obozowisko. Nim mrok zapadł i 
pochłodniało,   siedzieliśmy   przy   wesołym   ogniu   popijając 

background image

chleb   i   boczek   pachnącą   kawą,   a   później   ćmiąc   fajeczki. 
Spętane   wierzchowce   tupotały   cicho   w   naszym   pobliżu, 
dalekie   głosy   kujotów   niosły   się   po   równinie   z   wolna 
pogrążającej się w ciemnościach i nocnym odpoczynku.

Poczęliśmy   mościć   sobie   legowiska.   Ogień   przygasł,   a 

równocześnie   na   niebie   zajaśniał   księżyc   i   uczyniło   się 
widno   prawie   jak   w   dzień.   I   wówczas   się   zaczęło.   Co? 
Ruszyły na nas całe pułki, nie! — armie drobnych, boleśnie 
kłujących  owadów.  Chmury moskitów  wyleciały jak spod 
ziemi.  Próbowaliśmy różnych  sposobów,  aby je przegnać. 
Niewiele   pomógł   dym   z   polewanego   wodą   ogniska   ani 
zapalone fajki. Owinąłem się szczelnie kocem,  zarzuciłem 
go sobie na głowę, lecz pod tak grubym okryciem trudno 
było oddychać. Gdy więc wpadłem w drzemkę, odruchowo 
odsuwałem   rąbek   koca.   To   wystarczało.   Budziłem   się 
natychmiast pod wpływem bólu od ukłuć tysięcy drobnych 
szpileczek,   z   twarzą   prawie   mokrą   od   krwi,   gdy   dłonią 
ścierałem zdradliwych napastników. Karol podobnie walczył 
ze skrzydlatymi rojami. O śnie nie było mowy. Czuwaliśmy 
do świtu nad kopcącym ogniskiem, oganiali witkami nasze 
konie, których ogony okazały się niewystarczającą bronią. Z 
pierwszą   zorzą   moskity   znikły.   Mieliśmy   popuchnięte 
twarze, szyje, napięstki rąk. Zleliśmy chłodną wodą nasze 
nieszczęśliwe czworonogi, postanawiając przedłużyć tu swój 
pobyt o kilka godzin, aby nieco odespać niespokojną noc i 
dopiero po dziesiątej rozpoczęła się nasza dalsza podróż.

Przewidujący Karol zaopatrzył się w skórzany worek na 

wodę i napełniał go przy każdej okazji. Uczynił to również 
przed   opuszczeniem   moskitowego   jeziorka.   Dobrze   jest 
jechać przy boku towarzysza pamiętającego o sprawach, na 
które   mieszkaniec   miasta   nawet   uwagi   nie   zwraca, 
przywykły   do   ich   codziennej   obecności.   Na   przykład   — 
woda. Odkręcasz kran i płynie nieprzerwanym strumieniem. 
Jednak   na   prerii   nie   ma   kranów   ani   pomp,   ani   nawet 
studzien.   Nie   wysychające   rzeki   płyną   w   dość   znacznych 
odległościach jedna od drugiej. Natomiast spośród przypad-
kowo   napotykanych   innych   zbiorników   —   malutkich 
stawów   lub   gliniastych   dziur   —   sporo   zawiera   wodę,   w 
której rozpuściły się alkaliczne, trujące związki zawarte w 
glebie.   Już   sam   smak   takiego   płynu   stanowi   ostrzeżenie. 
Żadne zwierzę go nie tknie, chociaż zdarzały się wypadki, iż 
nękane   pragnieniem   stada   domowego   bydła   korzystały   z 
takich   wodopojów,   co   zwykle   kończyło   się   tragicznie. 
Natknęliśmy się na tego rodzaju zbiornik o wodzie gorzko-
słonej, od którego nasze konie, mimo upału i parogodzinnej 
jazdy, odwracały głowy. W drugiej połowie dnia poratowała 
nas   część   zawartości   bukłaka.   Niestety,   do   wieczora   nie 
ukazał   się   na   naszym   szlaku   nawet   ślad   wilgoci.   Na 
wieczorny posiłek wydzieliliśmy sobie po pół kubka wody, 
koniom   oczywiście   więcej,   tak   że   worek   został   prawie 
całkowicie   opróżniony.   Rankiem   mój   towarzysz  wydzielił 
mnie   i  sobie   po ćwierć   kubka,   resztę   dał   koniom  bo,   jak 
wiadomo, w takich warunkach podróży dbać należy przede 
wszystkim o zwierzę. Kto nie przestrzega tej zasady, często 
traci   swego   czworonoga   i...   ginie.   Piesza   wędrówka   po 
bezwodnych   i   pustych   przestrzeniach   nawet   dla 
zahartowanego   westmana   jest   wysiłkiem,   któremu   rzadko 
kto potrafi podołać.

background image

Co   oznacza   pragnienie,   miałem   możność   przekonać   się 

niejeden raz, zwłaszcza podczas włóczęgi po południowych 
obszarach kraju. Dlatego nie lękałem się chwilowego braku 
płynu, którego nic nie potrafi zastąpić. Gdy słońce osiągnęło 
szczyt nieba, spocona koszula przylepiła mi się do pleców, 
w gardle zaschło, a język z trudem poruszał się w ustach. 
Nie oznaczało to zresztą zbyt wielkiego niebezpieczeństwa. 
Sytuacja staje się groźna dopiero wtedy, gdy ciało przestaje 
wydzielać   pot   —   sygnał   odwodnienia   organizmu.   Tym 
razem nie pisano nam zaznać większej udręki. Gdzieś około 
drugiej   konie   poczęły   parskać   i   bez   przynaglania   przy-
spieszyły biegu. Spojrzeliśmy na siebie w milczeniu, lecz z 
uśmiechem — zwierzęta poczuły wilgoć. Taki przedziwny 
węch (czy instynkt?) — wielokrotnie ratował jeźdźców. Z 
jak dużej odległości potrafi zwierzę wyczuć  wodę?  Różni 
różnie na ten temat się wypowiadali. Ja słyszałem o stadzie 
bydła pędzonego przez wschodnie tereny Nowego Meksyku, 
że   poczuło   wilgoć   rzeki   Pecos   na   dziesięć   mil   przed   jej 
osiągnięciem.

Pozwoliliśmy naszym wierzchowcom biec aż do chwili, w 

której ujrzeliśmy błyszczące szyny linii kolejowej, ciągnące 
się   ze   wschodu   na   zachód,   za   nimi   —   spłacheć 
szmaragdowej   łąki,   a   jeszcze   dalej   —  srebrny  nurt   rzeki. 
Szyny spoczywały na nasypie, więc zeskoczyliśmy z siodeł i 
konie, chociaż wciąż rwały się do pędu, przeprowadziliśmy 
przez tory.

background image

— Trzymaj, Janie, trzymaj mocno — ostrzegł Karol.

Odgadłem, o co mu chodzi: nie wolno puścić zwierząt do 

wody samopas. Na początek należy dać odmierzoną porcję 
życiodajnego płynu, a dopiero po jakiejś półgodzinie dalej 
poić.   Zwierzęciu   cierpiącemu   na   pragnienie   od   dłuższego 
czasu, wodę należy dozować, w przeciwnym  wypadku — 
padnie. Wysuszony organizm, a przede wszystkim serce — 
nie wytrzymają. To samo zresztą dotyczy człowieka. Lecz 
wracam do sprawy.

Niełatwo utrzymać  wyrywającego się wierzchowca, gdy 

czuje   lub   widzi   rzekę.   Dłoń   mi   ścierpła   i   mimo   wysiłku 
zbliżaliśmy   się   (ja   i   wierzchowiec)   krok   po   kroku   do 
szumiącego nurtu. Doprawdy nie wiem,  jak dałbym  sobie 
radę z upartym zwierzęciem, gdybym  niespodziewanie nie 
zauważył, prosto przed sobą, w połowie drogi do rzeki, dwu 
zrośniętych   z   sobą   sosen.   Tam   chytrze   podprowadziłem 
wierzchowca,  błyskawicznie zdjąłem linkę  wiszącą u łęku 
siodła, pętlę zarzuciłem na szyję zwierzęcia, a drugi koniec 
oplatałem wokół pnia. Pętla zacisnęła się, gdy poczuwszy 
luz   w   cuglach   koń  skoczył   do  przodu.   Omal   nie   padł   na 
przednie kolana, ale zaraz się podniósł chrapiąc i drżąc na 
całym ciele. Odwróciłem się. W samą porę. Za mną Karol 
zmagał   się   ze   swym   rumakiem,   który   walił   kopytami   w 
ziemię i usiłował stanąć dęba. We dwu zdołaliśmy opanować 
koński bunt i drugie zwierzę również uwiązać u pnia. Teraz 
należało   je   napoić.   Po   raz   pierwszy  pożałowałem,   że   nie 
mieliśmy kociołka, mój znakomity czajnik nie nadawał się 
do takich celów. Chyba w tym momencie straciłem głowę, 
bo sięgnąłem po patelnię.  Bądź co bądź to też naczynie.

— Co   robisz?!   —   wrzasnął   Karol.   —   Przecież   mamy 

worek!

Roześmiałem się. Pognaliśmy do rzeki, napełnili bukłak i 

wrócili również biegiem. Konie wyskoczyły na

background image

całą   długość   linek,   chrapiąc   i   kładąc   uszy  po   sobie.   Oba 
rwały się do wody i gdy pierwszy wepchnął wreszcie łeb do 
worka, drugi chwycił bukłak zębami i gdyby nie Karol, na 
pewno   rozszarpałby   skórę.   Pognaliśmy   do   rzeki   po   raz 
drugi,   by   zaspokoić   przynajmniej   pierwsze   pragnienie 
naszych wierzchowców.

Dopiero   teraz,   nieźle   zmęczeni,   sami   zaczęliśmy   pić 

chciwie wodę wprost z Arkansasu, a potem ciężko dysząc, 
odwróciliśmy się na wznak. Upał zelżał, bo słońce wisiało 
już   nad   horyzontem,   lecz   rozgrzana   ziemia   jeszcze 
promieniowała ciepłem niczym stygnący piec.

— To Arkansas — niepotrzebnie stwierdził Karol. — Już 

nam   nie   zabraknie   wody   do   samego   La   Junta.   Cały   czas 
będziemy jechać wzdłuż rzeki. Te szyny biegną na zachód do 
Pueblo, na wschód — do Hutchinson, już w Kansas. Jasne, 
że ruszymy na wschód.

— Bardzo ładnie — potwierdziłem i usiadłem. — Karolu, 

dom! — krzyknąłem.

Natychmiast się podniósł.

— Rzeczywiście!   Gdzież   się   dotąd   podziewały   nasze 

oczy? Ale to świetnie. Oszczędzi nam pitraszenia przy
ognisku.

Budynek stał między torami a rzeką, nie dalej niż pół mili 

od   nas.   Nie   spieszyliśmy   się.   Dopiero   po   godzinie 
szczypiące   dotąd   trawę   konie   zostały   zaprowadzone   do 
wodopoju. Odeszły parskając i machając ogonami na znak 
pełnego zadowolenia.

— Mam nadzieję, że nie ma tu moskitów — zauważyłem.
— Trzy razy obozowałem nad Arkansasem i nigdy nie 

dostrzegłem nawet komara.

— Bodaj   było   to   prawdą   —   westchnąłem.   —   Jeszcze 

swędzą mnie policzki po tej makabrycznej nocy. Jedziemy?

— Jedziemy.

background image

Wskoczyliśmy,   na   siodła.   Domek,   do   którego   zmie-

rzaliśmy,  wydawał się tym mniejszy,  im mniejsza dzieliła 
nas   od   niego   odległość.   Zjawisko   sprzeczne   zgoła   z 
zasadami optyki. Pewnie wynikło z tego, że dom wznosił się 
na   wyniosłym   płaskowzgórzu,   podczas   gdy   my 
znajdowaliśmy   się   na   nizinie,   stopniowo   dźwigającej   się 
ponad   koryto   Arkansasu.   W   miarę   jak   ją   przebywaliśmy, 
imponująca   budowla   jakby   zapadała   się   coraz   niżej, 
wreszcie przypominała już tylko sporą... psią budę. Lecz to 
również okazało się złudzeniem.

Przed nami wyrósł długi rząd kołków wbitych w ziemię, 

między   którymi   rozciągały   się   dwa   pasma   drutów 
kolczastych.   Karol   zatrzymał   wierzchowca.

—   Wkrótce   cały   kraj   zostanie   zapaskudzony   tym 

świństwem — zauważył gniewnie.

Jak   każdy   westman   nie   znosił   sztucznych   przeszkód, 

zmuszających   do   nadkładania   drogi,   a   niekiedy   wręcz 
uniemożliwiających dalszą jazdę. Drut kolczasty był — jak 
słyszałem — wynalazkiem niejakiego Józefa Gid-dena i od 
roku 1874 stosowano go coraz częściej. Początkowo drutu 
używali farmerzy,  by chronić pola uprawne przed stadami 
bydła   pędzonego   z   południa   na   północ.   Później   wielkie 
przedsiębiorstwa   hodowlane   poczęły   w   ten   sam   sposób 
ogradzać   pastwiska,   a   nawet   zbiorniki   wody,   niekiedy 
jedyne   na   całe   okolicę.   Trafiało   się,   że   druty   kolczaste 
możnych sąsiadów blokowały przejazd farmerskim wozom. 
Do walki z tym oczywistym bezprawiem wystąpili właśnie 
ci drobni farmerzy, ranczerzy oraz wszyscy, którzy uznawali 
i praktykowali niczym nie skrępowaną swobodę wędrówki 
dla jeźdźca i jego konia. Zaczęto niszczyć  pale, przecinać 
druty.

Opowiadano mi, że gdy przed kilku laty pewien hodowca 

bydła   w   Teksasie,   R.   A.   Davis,   ogrodził   poczwórnym 
pasmem   drutów   swe   tysiącakrowe   pastwisko,   w   dwa   dni 
później stwierdził, że nieznani spraw-

background image

cy   poprzecinali   druty   w   trzech   i   pół   tysiąca   miejscach. 
Dziennik   „Galveston   News"   (w   Teksasie)   w   roku   1883 
doniósł, iż druty kolczaste, rozpięte na długości dwudziestu 
mil   na   granicy   posiadłości   przedsiębiorstwa   hodowlanego 
„Hickey Pasture Company",  zostały całkowicie zniszczone, 
ponieważ  uniemożliwiały sąsiadom korzystanie  z  jedynego 
źródła wody na tym terenie.

Nie   mieliśmy   zamiaru   naśladować   rozgoryczonych 

farmerów. Po prostu objechaliśmy przeszkodę aż do miejsca, 
gdzie znajdowała się furtka.

— Hej!  Jest  tam  kto?  —  zawołał Karol, zgodnie z 
wymaganiami przepisów grzeczności obowiązującymi 

na Dzikim Zachodzie. Kto bowiem bez opowiedzenia się 
wkracza na teren stanowiący prywatną własność osadnika, 
może się spotkać z grubiaństwem, niekiedy z... kulą. 
Natomiast gość, który poprosi o pozwolenie wejścia do 
zagrody, zawsze przyjęty będzie z otwartymi ramionami, 
kimkolwiek by był, jeśli oczywiście nie okaże wrogich 
zamiarów. Gościnność stanowi bowiem niepisane prawo 
Zachodu i kto go nie przestrzega, zyskuje złą sławę w całej 
okolicy, a ludzie stronią od niego. Bolesna to kara. Farmy 
leżą na ogół w odległości dwudziestu, trzydziestu, a nawet 
więcej mil jedna od drugiej, każda więc nowa ludzka twarz to 
zapowiedź miłych chwil rozrywki w monotonnym życiu 
wśród pustkowi. A cóż dopiero gdy ranczer czy rolnik jest 
człowiekiem samotnym i może rozmawiać co najwyżej ze 
swym koniem lub psem. Ciężkie schorzenia nerwowe 
nierzadko bywają konsekwencją takiego trybu życia.

— Hej! — powtórzył Karol. — Jest tam kto?

Odczekaliśmy chwilę, zeskoczyli z siodeł i wprowadzili 

zwierzęta w obręb ogrodzenia, przed sam dom. Zbyt wielkie 
to   jednak   słowo   dla   określenia   budowli,   przed   którą 
stanęliśmy. Był to solidny barak, coś w rodzaju obronnego 
blokhauzu wzniesionego z nie okorowanych bali drzewnych. 
Od   prawdziwego   blokhauzu   różnił   się   tym,   że   zamiast 
strzelnic posiadał okna, a w oknach szyby, i że nad dachem 
sterczał komin, nie metalowa rura od przenośnego piecyka. 
Drzwi, sporządzone z nie heblowanych desek, były zawarte. 
Na   tych   drzwiach   ujrzałem   białą   kartkę   przybitą 
gwoździami.

„Witaj, gościu! Nie zapomnij sprzątnąć po sobie, a przed 

odjazdem nakarm kury. Będę za dwa dni".

Brakowało   podpisu   i   daty,   lecz   papier   był   świeży. 

Gospodarz musiał wyjechać przed niewielu godzinami.

background image

Uśmiechnąłem się na tak eleganckie zaproszenie, pchnąłem 

drzwi i weszliśmy.

Wbrew   zewnętrznym,   nieco   odstręczającym   pozorom 

wnętrze   przedstawiało   się   schludnie   i   wesoło.   Podłoga   z 
desek  czystych  i  równiutko ułożonych,  normalny  piec,   co 
prawda wzniesiony z cegieł, nie z kafli, za to nakryty żelazną 
płytą z fajerkami, stół, ława, krzesła i metalowe łóżko pod 
ścianą   —   wszystko   sprawiało   wrażenie   przedmiotów 
nowych,   niezbyt   dawno   nabytych   w   którymś   tam   z 
miasteczkowych   magazynów.   Nad   piecem,   na   hakach 
wbitych w belkę, wisiały dwa metalowe kociołki i patelnia, 
tak wypucowane, że lśniły niczym srebrne.

— Gospodyni kocha czystość — zauważyłem.
— Gospodarz — sprzeciwił się Karol. — Ten dom jest 

własnością   kawalera   lub   wdowca,   który   mieszka   tu 
samotnie.   Niech cię  nie  wprowadza  w błąd  czystość.   Nie 
wszyscy mężczyźni są flejtuchami, jak nie wszystkie kobiety 
przepadają za szorowaniem podłóg i naczyń kuchennych.

— No   proszę   —   zauważyłem   ironicznie   —   jaki   to 

znawca   z   ciebie.   A   ja   jestem   pewien,   że   gospodaruje   tu 
młode małżeństwo na dorobku. Dlatego mają jedno łóżko.

Parsknął śmiechem.

— Mogę   udowodnić,   że   się   mylisz.   Po   pierwsze,   na-

pisano: „będę za dwa dni", a nie: „będziemy".

— Zgoda   —  odparłem   —   lecz   kury!   Jakiż   mężczyzna 

troszczy się o kury?

— Zabawny jesteś, Janie, i wyłazi z ciebie niepoprawny 

mieszczuch.   O   kury   troszczy   się   każdy   farmer,   samotny 
również. Po drugie: gdyby tu mieszkało małżeństwo, jedno z 
nich najpewniej zostałoby, by pilnować gospodarstwa.

Żona mogła zachorować — wyraziłem wątpliwość — 

albo spodziewa się dziecka.

background image

- W takim przypadku autor napisu nie zapewniałby, że 

wróci za dwa dni. Poza tym... brak daty.

— I cóż z tego?

T

—  Ano to, że kobiety są zazwyczaj bardziej dokładne, 

zwłaszcza w szczegółach, i gdyby tu mieszkała kobieta, nie 

zapomniałaby o dacie.

Spojrzałem   na   Karola.   Przypomniała   mi   się   moja 

pedantyczna gospodyni w Milwaukee.

— Przekonałeś mnie — rzekłem. — Ten argument jest 

nie do odparcia.

— No, widzisz. Właściwe  wnioski sprowadzają  nas na 

właściwe tropy.

— Proszę,   proszę!   Jaki   filozof   z   ciebie!   Ale   popatrz, 

pełna   sterta   drewienek.   Ciekawe,   z   jakiego   to   lasu 
zaopatruje się w opał nasz gospodarz?

— Mniejsza   z   tym.   Rozpal   ogień,   marzę   o   kawie. 

Zobacz,   czy   nie   ma   tu   gdzie   chleba.   Suchary   nieco   mi 

zbrzydły. Ja pójdę zbadać obejście.

— Po co?
— Ostrożność nie zaszkodzi — powiedział już na progu.

Rozpaliłem   ogień,   wziąłem   puste   wiadro   i   również 

opuściłem   chatę.   Przed   domem,   co   już   poprzednio   za-
uważyłem, znajdowała się studnia. Zaczepiłem kabłąk kubła 
o   zakrzywiony   hak,   przybity   na   końcu   długiego   drąga   i 
zaczerpnąłem wody. Wróciłem, nalałem wody do kociołka, 
który  postawiłem na   płycie   pieca   i  do potężnej  miednicy 
umieszczonej na wysokim stołku. Obok zauważyłem mydło 
i ręcznik. Ściągnąłem kurtę, kamizelkę, koszulę i umyłem 
się   do   pasa.   Znowu   zerknąłem   na   ręcznik.   Był   biały  jak 
śnieg, chyba nigdy nie używany. Zawahałem się. Lecz skoro 
gospodarz powiesił nowiutki ręcznik, liczył widać na to, że 
skorzysta   z   niego   nieznany   gość...   Potem   wychlusnąłem 
przez   okno   pełną   mydlin   wodę   —   jestem   pewien,   że 
gospodarz   postępował   w   ten   sam   sposób.   Gdzie   jednak 
wyrzucał   śmiecie?   Podwórko   za   domem   wyglądało   tak 
samo schludnie jak wnętrze izby, jak spłacheć ziemi przed 
domem.

Zachęcony   przez   Karola,   rozpocząłem   poszukiwanie 

żywności.   Znalazłem   w   szafce   pół   bochenka   chleba   do-
mowego   wypieku   (farmer   musiał   być   chyba   geniuszem 
albo... byłym piekarzem) wprawdzie nieco czerstwego, lecz 
na pewno smaczniejszego od sucharów. Odkryłem również 
spory worek pszenicy (pewnie dla kur) i również spory — 
fasoli. Postanowiłem ugotować zupę fasolową. Pierwszy raz 
w życiu. Uznałem jednak, że z dodatkiem naszego boczku 
okaże się daniem znakomitym. Podczas naszych wędrówek 
nie  gotowaliśmy  zup — zbyt   wiele  z  tym  kłopotu.  Teraz 
trafiła się świetna okazja. Napełniłem wodą drugi kociołek, 
wrzuciłem kilka garści fasoli. Potem siadłem za stołem i za-
paliłem fajkę.

Karol wrócił, zajrzał do obu garnków i pokiwał głową z 

aprobatą.

— Za   domem   jest   kurnik   —   poinformował.   —   Kury 

również. Aż dziwne, że nie znalazłem strzępków piór.
Czyżby w okolicy nie było lisów i kujotów? Jest również 
stajenka. Farmer ma dwa konie i wóz. Pewnie
pojechał na zakupy.

— Zaprowadziłeś wierzchowce do stajni? 

background image

Uśmiechnął się ironicznie.

— A gdyby tak nagle zniknęły, podczas gdy my tu sobie 

gwarzymy? Wolę je mieć na oku.

— Przez całą noc?
— Będziemy spali w stajni, razem z końmi. A do tej zupy 

przydałby się kawałek boczku.

Począł myszkować w szafce z prowiantami.

— Chleb, mąka, kasza, fasola — wyliczał. — Niewiele 

tego. O, pszenica! Jak będziesz szedł po boczek,
nakarm   przy   okazji   ptactwo.   Jutro   możemy   o   tym 
zapomnieć. Przypilnuję ognia.

background image

Nasypałem parę garści  ziarna  do swego kapelusza i 

wyszedłem. Za domem, od strony rzeki, wznosiły się 

dwie budowle: jedna większa — zapewne stajnia, druga 
malutka, otoczona drewnianym płotkiem, za którym gdakały 
śnieżnobiałe   kokoszki,   a   wspaniały   kogut, z ogonem jak 
wachlarz, dumnie kroczył wzdłuż ogrodzenia. Opróżniłem 
zawartość kapelusza, a gdy ptactwo rzuciło się hurmem na 
pokarm, uchyliłem furteczki i wkroczyłem do środka. Niski 
kurnik z pochyłym daszkiem zajmował jedną trzecią całej 
przestrzeni. Ukląkłem i zajrzałem do wnętrza. Na grzędach 
było pusto, lecz na ziemi, na rozłożonym sianie,  ujrzałem trzy 
bielutkie jajka. Zgarnąłem je, płosząc odętą kokosz siedzącą w 
rogu. Dostrzegłem dalsze cztery jaja, a w chwilę później 
jeszcze dwa. Wszystkie włożyłem do kapelusza i stanąłem na 
progu domu dumny jak paw.

— Przyniosłeś boczek? — zapytał Karol pochylony nad 

garnkami.

— Zaraz przyniosę, ale popatrz!
Odwrócił się i gwizdnął.

— Ho, ho, spisałeś się, Janie. Jajecznica będzie na drugie 

danie.

Zupa   wypadła   znakomicie,   jajecznica   świetnie,   kawa 

wspaniale. Wydało mi się, że nawet w „Lucky Saloon" nie 
jadałem nic podobnie smacznego.  Ba, ale też  od rana nie 
miałem   nic   w   ustach,   a   i   śniadanie   z   niedostatku   wody 
wypadło gorzej niż skromnie.

Jeszcze   było   widno,   gdy   wyszorowaliśmy   naczynia 

piaskiem i wypłukali wodą tak, że błyszczały nie gorzej niż 
przed   użyciem.   Farmer,   gdy   wróci,   powinien   być 
zadowolony.

— Otóż i on! — zawołałem stając na progu chaty.

Z południa, poprzez nagą płaszczyznę, zbliżał się ku nam 

samotny jeździec. Karol spojrzał i pokręcił głową.

background image

— Mylisz się. Farmer wyruszył wozem z parą koni.

Lepiej chwyć za strzelbę, Janie. Nie wiemy, kogo nam tu los 
zsyła.

Uwzględniłem tę radę. Tamten galopował prosto na nas, 

później gwałtownie zmienił kierunek, prawdopodobnie trafił 
na   druty,   potem   znowu-pojechał   prosto.   Zwolnił   biegu, 
zdołał   przecisnąć   się   przez   furtkę,   otworzywszy   ją 
kopnięciem   buta   i   zatrzymał   się   tuż   przed   nami. 
Zachowywał   się   bardzo  bezceremonialnie   i   bardzo  by  się 
naraził   na   gniew   farmera,   chyba   że   był   jego   dobrym 
znajomym.

— Gdzie jest gospodarz? — zawołał.
Głos miał donośny.

— Nie   ma   gospodarza?   Widzę   kartkę   na   drzwiach, 

pewnie wyjechał, lecz pozwolicie, że również skorzystam z 
gościny, bo chyba nie jesteście przyjaciółmi farmera, raczej 
wędrowcami szukającymi noclegu, nie mylę się, a jeśli się 
mylę, możecie sprostować...

Gadał   tak   bez   sekundy   przerwy,   a   mnie   dosłownie 

zatkało.   Jeśli   ten   człowiek   potrafi   pisać   (a   wyglądał   na 
takiego), na pewno nigdy nie używał  kropek. Bezstronnie 
muszę   dodać,   iż   w   tej   galopującej   czy   też   kłusującej 
wymowie   nie   tkwiło   nic   przykrego,   była   grzeczna,   tylko 
nieco   zbyt...   wartka.   Najpierw   ogłuszyła   mnie,   później 
zaczęła   bawić,   jednak   powstrzymałem   się   od   śmiechu, 
byłaby to obraza.

Przybysz, nie przerywając wodospadu słów, zeskoczył z 

siodła,   zdjął   kapelusz,   otrzepał   go   o   własne   spodnie, 
rękawem kurtki starł kurz z piersi i ramion. Widać dbał o 
schludność swego odzienia.

— Wolno chyba wejść do środka, o proszę (utkwił wzrok 

w kartce) „witaj, gościu, nie zapomnij sprzątnąć po sobie..." 
terę fere kuku, muszę chwilkę spocząć na ławie, siodło już 
mi całkowicie zbrzydło, miesiąc w drodze, a wy?

— Krócej — odparłem.

background image

Wkroczył do izby pierwszy i ciężko osunął się na krzesło. 

Pociągnął nosem.

— Pachnie — zauważył — piec jeszcze ciepły, to znaczy, 

że jedliście, nic nie zostało?

— Bardzo   nam   przykro   —   odparłem   półżartem.   —   W 

spiżarce jest nieco zapasów.

Nieznajomy   nadal   tkwił   w   krześle,   spoglądał   na   nas 

bystro, i uśmiechał się. Miał czarne włosy, krótko obcięte, 
jakby przed kilku dniami odwiedził zakład fryzjerski. Co tu 
robił,   czego   szukał?   Ba,   byłoby   niegrzecznością   pytać, 
pogwałceniem   niepisanych,   lecz   ostro   przestrzeganych 
przepisów zachowania się na ziemiach Dalekiego Zachodu. 
Tylko   nieświadomy   rzeczy   greenhorn   pyta   spotkanego 
wędrowca, skąd i dokąd jedzie. Lecz naraża się wtedy na 
odpowiedź,   która   nie   jest   żadną   informacją,   a   kpiną   lub 
grubiaństwem, w zależności od tego, w jakim usposobieniu 
znajduje się zapytywany.  Nie miałem zamiaru naśladować 
greenhor-nów.

Po sekundach ciszy przybysz  znowu zalał nas potokiem 

wymowy.

— Pierwszy raz jestem tutaj, a wy przede mną, ale chyba 

starczy miejsca na trzech w tej izbie, a może
wybieracie stajnię, jest tu stajenka...

Wolimy stajnię — wpadł mu w słowo Karol.

Odezwał się nareszcie, wyglądał na bardzo niezado-
wolonego.

— To świetnie, zostanę w chałupie, jest łóżko, prześpię 

się znakomicie, kawał drogi mam za sobą, jadę
z Dodge City, pozwolicie, że napoję konia...

Podniósł się i wyszedł.

— Coś takiego! — mruknąłem. 
Karol tylko machnął ręką.

Chodźmy do stajenki, Janie, zapada zmrok. 

Opuściliśmy izbę. Nieznajomy ciągnął wiadro z głębi studni.

background image

— Już   —   zdziwił   się.   —   A   tak   się   nam   przyjemnie 

gadało.

Albo   kpił   z   nas,   albo   brakowało   mu   jednej   klepki   w 

głowie.

— Kiedy odjeżdżacie?
— Rankiem — odparłem ujmując wierzchowca za cugle.
— To dobrej nocy i nie przerywajcie sobie snu na dźwięk 

kopyt, może stąd wyruszę wcześniej, właściwie nie miałem 
zamiaru tu pozostać, lecz wydaje się, że mój wierzchowiec 
nadwerężył ścięgno.

— Do zobaczenia — odparłem, żeby wreszcie przerwać 

ten monolog.

Miałem nadzieję, że się więcej nie zobaczymy. Jakże się 

myliłem!

Powiedliśmy zwierzęta za kurniczy wybieg, przy którym 

wznosiła się stajenka.

Słońce   już   tylko   czerwonym   rąbkiem   wisiało   nad 

horyzontem i mrok ogarnął pół nieba.

Wprowadziliśmy   wierzchowca   poprzez   dwuskrzydłowe 

drzwi.   Pachniało  sianem  i   słomą.   Wnętrze   było   tak  samo 
czysto wysprzątane jak izba w domu. Gdy wzrok mój oswoił 
się z ciemnością, dostrzegłem dwa boksy, dwa żłoby, a poza 
nimi   sporo   miejsca,   pewnie   przeznaczonego   dla   wozu. 
Zdjęliśmy   uprząż,   napełnili   żłoby   sianem,   którego   wielki 
stos spoczywał pod ścianą, potem zająłem się moszczeniem 
legowiska   na   noc.   Karol   natomiast   z   dziwnym 
zainteresowaniem oglądał drzwi, minę miał przy tym nieco 
frasobliwą.

— O co chodzi? — zapytałem.
— O   to,   iż   brama   zamyka   się   tylko   z   zewnątrz.   Wo-

lałbym,   aby   żaden   nocny   gość   nie   wtargnął   tu,   gdy 
będziemy spali.

— Jaki gość? Ten zabawny wędrowiec?
— Nie podoba mi się ten zabawny wędrowiec.
— Z powodu galopującej mowy?

background image

— Ten facet łże jak z nut. W jakim celu?

— A to coś nowego! — wykrzyknąłem.  — Z czego 

taki wniosek?

— Z tego, że on już tu był, może nawet niejeden

raz, a zapewnia, że po raz pierwszy.

— Jak na to wpadłeś?

— Zastanów się chwilkę. Przypuśćmy, że przybywasz 

do znajomej zagrody i dostrzegasz przed nią dwu
obcych ci ludzi, czy nie zapytasz o gospodarza?

— Oczywiście, że zapytam.

— Tak  właśnie  uczynił  ten  przybysz.  Lecz gdyby nie 

znał  farmera,  jego  pytanie   brzmiałoby  zupełnie

inaczej, na przykład „który z was jest gospodarzem?", I 

chyba jasne?

Zastanowiłem się chwilę.

— Coś w tym jest — odparłem — jednak widząc nas 

przy komach mógł odgadnąć, że przybyliśmy, jak on, przed 

chwilą, jako goście.

Tak?   No, to przypomnę ci jego dalsze słowa: „chyba 

nie jesteście znajomymi farmera?" Skąd taka I pewność? 

Tylko z tego, że nie pierwszy raz tu zawitał i miał już okazję 

poznać wszystkich znajomków roiriika.

O, przepraszam — zaprotestowałem. — On powiedział 

„chyba", a „chyba" to tylko przypuszczenie, nie pewność. 
Nie przekonałeś mnie, Karolu.

— Czy   przekonałem,   czy   nie,   wolę   jakoś   zabaryka-

dować   wejście.   Jak   tego,   u   licha,   dokonać?   Podeprzeć 
drągami nie mogę, bo otwierają się na zewnątrz.

— Hm...   —  mruknąłem   i   podszedłem   do  uchylonych 

wrót.

Znakomity pomysł zaświtał w mej głowie.

— Masz drąg?
— Pod ścianą leży ich kilka.
— Daj mi.
Przyniósł cztery, różnej grubości.  Zamknąłem obie połowy 
bramy. Nie przylegały ściśle do futryn, między zawiasami 
widniała pionowa szpara. Wepchnąłem w nią drąg. 
Podobnie postąpiłem z drugą połową wejścia.

— No — zaproponowałem — spróbuj.

Karol pchnął wrota, ustąpiły tylko malutki kawałek. Moje 

kliny tkwiące między futrynami zdały egzamin.

— Znakomicie! — pochwalił mnie Karol. — Najwyżej 

szczur się przeciśnie.

Położyliśmy się na sianie. Było miękko, ciepło, zacisznie. 

Ani się spostrzegłem, jak zasnąłem. Obudził mnie  łomot, 
ktoś walił pięścią w deski. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem 
za ramię Karola.

— Nie śpię — powiedział szeptem, a głośno zapytał: — 

Kto tam?

Pomyślałem,   że   to   farmer   wrócił,   lecz   głos,   który 

odpowiedział na pytanie Karola, wyprowadził mnie z błędu.

— Przepraszam,   nie   mogę   sobie   dać   rady,   w   izbie 

ciemno   jak   w   norze   borsuka,   czy   nie   wiecie,   gdzie   jest 
lampa, bo mój wierzchowiec chyba naprawdę okulał...

— Co   za   niedołęga!   —   mruknąłem   wściekły,   że   wy-

rwano mnie ze snu.

Karol podniósł się:

— Idę! — zawołał, a do mnie: — Nie śpij i trzymaj broń 

background image

pod ręką.

Gdy wyszedł,  siadłem na progu z winczesterem.  Sierp 

księżyca błyszczał na niebie, gwiazdy mrugały. Przy takim 
oświetleniu   nawet   we   wnętrzu   chaty   nie   mogło   być 
całkowicie ciemno. Nasz nieznajomy nie był człowiekiem 
zaradnym.

Poszukałem   fajki,   wydobyłem   kopciuch,   nakładłem 

tytoniu i zapaliłem uważając pilnie, by żadna iskierka nie 
padła w głąb stajni.

Czas   mijał,   ciągnąłem   dym   z   cybucha,   aż   wreszcie 

przeszła mi senność. Wśród ciszy panującej dokoła nagle 
wydało mi się, że słyszę rżenie konia. Prawdopodobnie był 
to   koń   nieznajomego,   więc   nie   fatygowałem   się,   by 
sprawdzić.

Minuta  goniła  minutę,  a  ja ćmiłem  fajkę  niecierpliwiąc 

się, że Karol nie wraca. Skończyłem palenie, wyczyściłem 
główkę fajki, wstałem trzymając broń w garści. Skrzypiący 
odgłos   kroków   dobiegł   mych   uszu.   Zza   węgła   wyjrzała 
sylwetka ludzka.

— To ja.   Pański   przyjaciel  pana  prosi,  bo  we   dwu nie 

możemy dać sobie rady...

— Z czym? — zdumiałem się.
— Chodźmy, szkoda czasu.

Nie   była   to   żadna   odpowiedź,   lecz   skoro   Karol   mnie 

wzywa...   Obeszliśmy   dom,   w   oknach   było   ciemno.   Nie 
znaleźli lampy?

— Zechce pan wejść...
Pchnąłem drzwi. Trudno mi opisać dokładnie to, co się ze 

mną stało, gdy przekroczyłem próg izby. Zarzucono mi coś 
na głowę, wytrącając równocześnie broń z dłoni. To „coś" 
musiało być wielkim workiem, bo opadło na mnie, sięgając 
niżej   pasa,   unieruchamiając   obie   ręce.   Nie   zdążyłem 
krzyknąć, tak mnie zaskoczył ten napad. Czułem, jak mnie 
oplatają   sznurem   czy   też   rzemieniem.   Później   zostałem 
uniesiony przez kilka par rąk i położony (przyznać muszę, 
dość delikatnie) na podłodze. Wszystko to rozegrało się w 
zupełnej ciszy.

— Co to znaczy?! — wrzasnąłem uczuwszy pod plecami 

twarde deski.

— Nic a nic — odparł znajomy głos. — Nie trzeba się 

niepokoić, nic wam się nie stanie ani waszym koniom, po 
prostu...   godzina   unieruchomienia   i   odpoczynku   nikomu 
jeszcze nie zaszkodziła, proszę nie krzyczeć, nie pomoże...

Usłyszałem, jak ktoś się roześmiał.

— Ciii. Bez hałasu — zganił go ten sam głos — dajcie im 

pooddychać...

background image

O co chodziło, zaraz się przekonałem. Na wysokości nosa 

poczułem czyjeś palce, a później duszna, cuchnąca tkanina 
worka   została   rozpruta.   Odetchnąłem   pełną   piersią   i 
wytrzeszczyłem oczy.  W izbie było  ciemno,  jeśli nie brać 
pod  uwagę  księżycowego  blasku.  W  tym   blasku zdołałem 
dostrzec   czterech   ludzi.   Jednym   z   nich   był   nasz   nowy 
znajomek,   pozostała   trójka,   co   było   wystarczająco 
podejrzane, miała twarze zasłonięte chustkami do wysokości 
oczu i kapelusze mocno  wciśnięte na  czoło.  Po prostu — 
bandyci.

Na kogo tu czyhali? Na nieobecnego farmera? Nie wydało 

mi   się   to   prawdopodobne.   Przecież   gadatliwy   jegomość 
dowiedział   się,   iż   odjeżdżamy   jutro   rano,   a   farmer 
zawiadomił o swej dwudniowej nieobecności, po cóż więc 
nas zatrzymywał? Widać w grę musiał wchodzić ktoś inny, 
lub   coś   innego.   A   może   w   tej   chacie   ukryto   pieniądze? 
Odrzuciłem   i   to   podejrzenie.   Po   pierwsze   dlatego,   że 
skromny rolnik nie mógł posiadać sumy mogącej zadowolić 
aż czterech ludzi, po drugie — że farmer pojechał po zakupy, 
a więc zabrał z sobą swe oszczędności.

A oto, co nastąpiło dalej: mimo że zostałem skrępowany 

jak   niemowlę   w   beciku,   jeszcze   dodatkowo   związano   mi 
nogi   w   kostkach.   Na   tym   nie   koniec.   Któryś   z   drabów 
chwycił mnie za nos, a gdy otworzyłem usta, wpakował w 
nie gruby gałgan. Teraz potrafiłem co najwyżej chrząkać, a 
oddychanie przychodziło z trudem.

— Tylko na chwilę — zagadnął znajomy głos — na małą 

godzinkę, może dwie, najpewniejszy, chociaż może przykry 
sposób zapewnienia ciszy, pański przyjaciel cały i zdrowy 
spoczywa   wygodniej,   bo   na   łóżku,   niestety,   jest   tu   tylko 
jedno łóżko, był  pierwszy,  a  kto pierwszy,  ten lepszy,  do 
zobaczenia i nie próbujcie żadnych głupstw, idziemy!

Gadanina  urwała  się  raptownie. Usłyszałem tupot nóg, 
drzwi trzasnęły, gdzieś tam, na zewnątrz, 

zatętniły kopyta i ogarnęła mnie cisza. Leżałem nieruchomo, 
ale po chwili zacząłem pracować... językiem. Chciałem 
wypchnąć szmatę z ust. Powodowała drętwienie szczęk i 
ohydnie cuchnęła. Męczyłem się, krztusiłem i robiłem 
przerwy, aby złapać oddech. Minuty upływały za minutami, 
a moje wysiłki nie dawały żadnego rezultatu. Usłyszałem, 
jak coś poruszyło się na łóżku. Pewnie Karol usiłował się 
oswobodzić.

Księżyc   przepłynął   po  niebie   i   teraz   zaglądał   prosto   w 

okna. Srebrny pas legł na podłodze, w izbie pojaśniało. W 
tym blasku zauważyłem skrawek gałgana wystający z moich 
szeroko rozwartych ust.

Odpoczywałem rozmyślając równocześnie, w jaki sposób 

pozbyć się knebla. Gdybym tak potrafił wystający strzępek 
zaczepić o coś, na przykład o gwóźdź. Lecz jak tu szukać 
wystających   z   podłogi   gwoździ?   Wstać   nie   mogłem,   co 
najwyżej   potoczyć   się   jak   źle   ociosany   bal.   Z   lekkim 
wysiłkiem odwróciłem się na piersi. W tej pozycji, kręcąc 
głową i szyją, zamiotłem deskę zwisającym z ust skrawkiem 
materiału. Nie zaczepił o nic. Znowu przewróciłem się na 
wznak i jeszcze raz na piersi. Ruch głową, w prawo, w lewo. 
Skrawek materiału ślizga się bezszelestnie. Próbuję po raz 
trzeci. Natrafiłem na lekki opór, czuję, jak materiał zaczepia 
się o jakąś drzazgę w podłodze. Odchylam głowę, aż mi kark 

background image

drętwieje.   Dostrzegam   w   blasku   księżyca,   że   zwisający 
skrawek   napręża   się,   wydłuża   cal   po   calu,   pomagam 
językiem wypchnąć kłąb. Udało się!

Leżę chwilę bez ruchu i głęboko oddycham. Co za ulga!
—   Karolu   —   odzywam   się   nieco   bełkotliwym   głosem, 

język mam zdrętwiały.

W   odpowiedzi   słyszę   coś   w   rodzaju   chrząkania.   Mój 

przyjaciel nie zdołał pozbyć się knebla.

background image

— Karolu — powtórzyłem półgłosem — spróbuj stoczyć 

się z łóżka.

Bezkształtny   kłąb   worka   i   rzemieni   drgnął.   Mego 

przyjaciela spętano w taki sam sposób, jak i mnie. Łóżko 
skrzypnęło, Karol upadł na deski podłogi. Teraz ja obróciłem 
się trzy razy, aż głowa moja znalazła się tuż przy kolanach 
Karola. Źle. Zgiąłem nogi, wsparłem się obcasami, usiłując 
w   ten   sposób   posunąć   się   w   kierunku   głowy   mego 
towarzysza niedoli. Deski były gładkie, obcasy obsuwały się 
po drzewie, a szorstki worek stawiał opór. Jednak powolutku 
zmierzałem   do   celu.   Jak   to   długo   trwało?   Chyba   z   pół 
godziny. Wreszcie moja głowa zrównała się z głową Karola.

— Odwróć się — rozkazałem. — Doskonale.

Ujrzałem biały kłąb sterczący z szeroko rozdziawionych 

ust. Szarpnąłem zań zębami i wyciągnąłem płótno.

— Jak się czujesz? — zagadnąłem.
— Ohydnie   —   odetchnął   ciężko.   —   Lecz   teraz   już 

znacznie lepiej. Próbowałeś się uwolnić?

— Nic z tego, a ty?
— Czuję się jak niemowlę w powijakach.
— Wymyśl coś, Karolu. Sądzisz, że oni tu wrócą?
— Prawdopodobnie, lecz kiedy? Jednak, trzeba przyznać, 

obeszli   się   z   nami   dość   łagodnie.   Paskudnie   wpadliśmy. 
Będzie lepiej, jeśli nikomu nie wspomnisz o tej haniebnej 
przygodzie.

Roześmiałem się cicho.

— Na pewno — przyrzekłem — lecz co teraz?
Milczał przez chwilę.
— Jest pewien sposób na rzemienie, bo ze sznurem, rzecz 

byłaby nie do przeprowadzenia.

— Nie rozumiem.
— Rzemień można przegryźć. Spróbuję.
Gdzieś   zza   okna   dobiegł   mych   uszu   charakterystyczny 

stukot.

background image

— Pociąg — zauważyłem.
— Mniejsza z tym. Przysuń się nieco, Janie. Tak, żebym 

mógł   oprzeć   głowę   na   twoim   brzuchu.   W   tym   miejscu 
rzemień wydaje mi się najcieńszy.

Spełniłem   jego   prośbę.   Daleki   turkot   wagonów   powoli 

ucichł,   lecz   jeszcze   nie   umilkł   całkowicie,   gdy   ozwał   się 
donośny  gwizd   parowozu.   Nie   było   w   tym   nic   dziwnego, 
więc   nie   zwróciłem   na   to  uwagi,   a   Karol   począł   obrabiać 
zębami   mój   rzemień.   Nie   bardzo  mu   to  szło,   lecz   była   to 
jedyna   droga   wiodąca   do  wolności.    Przerwanie   rzemienia 
natychmiast   mnie   uwalniało,   bowiem   zostałem   okręcony 
jednym   rzemieniem,   a   tylko   kostki   nóg   skrępowano   mi 
oddzielnie.

Gdzieś   w   głębinach   nocy   ozwał   się   gromki   głos   wy-

strzału, po sekundzie ciszy — następny i jeszcze następny, 
aż na koniec pojedyncze huki zlały się w jedną nieustającą 
palbę.

—- Co to jest? — Karol przerwał swą żmudną robotę. I 

zaraz sam sobie odpowiedział: — Napad na pociąg. Robota 
tego gadatliwego herszta i jego bandy. Napręż pęta, może 
lepiej mi pójdzie. Tfu! Ta skóra ma wstrętny smak.

Spróbowałem,   a   on   na   nowo   zabrał   się   do   dzieła. 

Tymczasem   grzmiało   i   huczało,   jakby   przy   torach   roz-
grywała się regularna bitwa, nie dalej niż o pół mili od nas. 
Dokonano skoku na pociąg, to było pewne, lecz atakujący 
musieli natrafić na niespodziewany opór.

Cała ta pukanina trwała chyba z piętnaście minut, później 

ozwało   się   już   tylko   kilka   pojedynczych   strzałów   i   nagle 
wszystko   ucichło.   Triumfowali   zwycięzcy,   lecz   kim   oni 
byli? Obsadą pociągu czy grupą napastników?

— Jak tam, Karolu? — zdenerwowałem się.
— Fu! Najadłem się nieco worka. Rzemień trochę puścił, 

ale szczęka mnie rozbolała. Muszę odpocząć.

— Obawiam się, że nie zdążysz, zanim tamci wrócą.

background image

— Jacy tamci?
— Bandyci.
— Nie wrócą.
— Skąd taka pewność?
— Zauważyłeś, jakie było natężenie strzałów? Ilu mogło 

być   napastników?   Widzieliśmy   w   izbie   czterech, 
przypuśćmy,   że   jeszcze   czterech  stało na  zewnątrz   domu, 
razem ośmiu. A palba huczała tak, jakby strzelało pół setki 
ludzi.   Przypuszczam,   iż   tym   pociągiem   jechał   oddział 
wojska, jaką więc szansę mogli mieć napastnicy?

— Napastników   mogło   być   równie   dobrze   ośmiu,   jak 

osiemdziesięciu.

— Nie. Niejeden raz słyszałem o napadach na pociągi i 

nigdy liczba atakujących nie przekraczała tuzina. Większa 
gromada   ludzi   zawsze   musi   zwrócić   uwagę   w   tak 
bezludnych stronach i wzbudzi podejrzenie. Sądzę, że oni 
obrali tę chatę za punkt zborny, że wiedzieli o nieobecności 
farmera. Czy słyszałeś rżenie koni i tupot licznych stóp? Bo 
ja   nie.   Ani   wówczas   gdy   zarzucono   mi   na   głowę   ten 
piekielny worek, ani wówczas gdy odchodzili.

— To prawda — przyznałem — tylko jeden koń zarżał, 

lecz mogli zwierzęta trzymać gdzieś dalej.

Karol nic nie odpowiedział. Na nowo jął się przegryzania 

moich więzów. Przerwał tę czynność bardzo szybko.

— Ktoś tu idzie — szepnął.

Natężyłem   słuch.   Karol   się   nie   mylił.   Wyraźne   skrzy-

pienie piachu pod podeszwami butów. Tych butów musiało 
być więcej niż jedna para. Odgłos kroków zbliżał się. Ucichł 
na   chwilę,   pisnęły   drzwi.   W   ich   czarnym   obramowaniu 
ujrzałem migotliwe światło latarki.

— Jest tu kto? — zapytał gruby głos.
— Jesteśmy — odparłem za nas dwu.

background image

— Nie ruszać się — rozkazał ten sam glos. — Rączki do 

góry! Dom jest otoczony.

— Nie   możemy   się   ruszać   —   zauważył   Karol   lekko 

kpiącym tonem — a o rękach do góry... mowy nie ma.

— Co takiego? Poświećcie.
Latarka wzniosła się. Nieco blasku padło na podłogę i na 

ściany. Zauważyłem trzech mężczyzn: dwu w wojskowych 
mundurach, jednego w kolejarskim szynelu. To on właśnie 
świecił latarką.

—- O... — zdziwił się gruby głos. — Farmerzy? Kto was 

tak urządził?

— Do   licha!   —   oburzył   się   Karol.   —   Uwolnijcie   nas 

wreszcie! Na rozmowę potem będzie czas.

Latarka   zbliżyła   się   do   mnie   na   odległość   cala,   dwie 

głowy pochyliły się.

— Związani na amen — stwierdził kolejarz. — To żaden 

z tamtych. Naprawdę są związani.

— Nie, na żarty... — mruknąłem czując, że mnie gniew 

ponosi. Ci ludzie uważali nas za bandytów.

— Spokojnie,   spokojnie!   Sprawdzimy.   Harry!   Obejrzyj 

ich — rozkazał gruby głos.

Zostałem obrócony na piersi i znowu na wznak. Podobnie 

postąpiono z Karolem.

-—   Niemożliwe,   aby   powiązali   się   wzajemnie,   panie 

poruczniku.

— W porządku. Uwolnij ich.

Myśliwskim nożem rozcięto rzemienie. Podniosłem się i o 

mało   natychmiast   nie   runąłem   z   powrotem,   tak   mi 
zdrętwiały nogi.

— Usiądźmy — zaproponowałem — ledwie potrafię stać.
— Nie   mamy   czasu   na   pogawędkę.   Który   z   was   jest 

właścicielem farmy?

— Żaden — odparłem.
— Więc goście? A gdzie farmer?

background image

—   Wyjechał   —   wyjaśnił   Karol   —  zostawił   kartkę   na 

drzwiach, że wróci za dwa dni.

— Aha, nie zauważyłem. Znacie gospodarza?
— Nie znamy.

Rozumiem, przygodna wizyta. Kto was związał?

Karol opowiedział krótko o naszym paskudnym wypadku.

— Poznalibyście napastników?
— Nosili chusty na twarzach — wyjaśniłem. — Tylko 

ten gadający herszt nie był zamaskowany. Tamci nawet ust 
nie otworzyli.

Spotkaliście go dawniej? 

— Nigdy.

— Dokąd jedziecie?
Pytania padały szybko, jedno za drugim, zupełnie jak w 

śledztwie. No, ale trudno było się dziwić.

— Do La Junta — tym  razem odpowiedział Karol. — 

Lecz, co się wydarzyło?

— Napad   na   pociąg.   Nieudany.   Jechałem   z   oddziałem 

żołnierzy i tak gościnnie przyjęliśmy tę bandę, że czterech 
leży obok toru i nigdy już się nie podniesie. Trzech zdołało 
uciec,   pewnie   ranni,   lecz   nimi   niech   się   zajmie   szeryf. 
Przypuszczaliśmy, że schronili się do tej chałupy, jednak to 
pomyłka...

— I nam się tak wydaje — zauważyłem nieco złośliwie.

Oficer   (bo   to   on   nas   cały   czas   przesłuchiwał)   nie 

zareagował na moje powiedzenie.

Jeśli   wędrujecie   do   La   Junta,   możecie   zabrać   się 

pociągiem.

Mamy konie — odparłem.

— Gdzie one?
— W stajni.

Harry — rozkazał oficer — sprawdź. Tylko biegiem! 

Straciliśmy mnóstwo czasu. Paskudna historia — zwrócił 
się do nas — mam trzech ludzi rannych, a w całym pociągu 
nie znalazł się nawet sanitariusz, nie mówiąc już o lekarzu.

— Tu jest lekarz — spokojnie zauważył Karol.
— Tu? Gdzie?

Mój przyjaciel bez słowa wskazał na mnie palcem.

— Pan jest lekarzem?
— Nawet chirurgiem — wzruszyłem ramionami.
— Przepraszam... ale raczej nie zdarza się na prerii 

spotkać lekarza.

— A jednak się zdarzyło — mruknął Karol.

background image

Odni

osłem 
wrażen
ie,   że   i 
jemu 
postać 
oficera 
me 
wydała 
się 
sympat
yczną.

— W

ybaczci
e, 
panowi

(nagle 
staliśm
y   się 
„pana-
mi"!), 
przepra
szam 
jeszcze 
raz, 
doktorz
e, 
gdyby 
pan 
zechcia
ł 
pofatyg
ować 
się...

— O
czyw
iście 
— 
odpar
łem.

Nie 

podoba
ł mi się 
ten 
prostac
ki 
oficere
k,   nie 
po-
dobało 
mi się i 
to,   że 
tak 
nagle 
zmienił 
ton 
dowie-

dziawszy   się,   kim   jestem,   jednak   nie   miałem   prawa 
odmówić. Trzasnęły drzwi.

—- No i jak tam, Harry?

— Dwa konie, panie poruczniku, siodła również. 
Odetchnąłem z ulgą.

Chodźmy — zaproponowałem. — A ty, Karolu? — 

Zostanę pilnować wierzchowców.
— Słusznie — przytaknął oficer. — Harry,  poczekaj 

tu, póki doktor nie wróci. No, w drogę.

Wyszliśmy   we   trójkę.   Wiódł   nas   kolejarz,   świecąc 

latarką, a oficer zamykał ten krótki pochód. Księżyc nadal 
błyszczał   na   niebie,   więc   bez   trudu   zdołaliśmy   ominąć 
kolczaste   przeszkody.   Na   nasypie   migotały   żółto   okna 
wagonów, a znad komina parowozu wystrzelał raz po raz 
snop   wiśniowych   iskier.   Piękna   sceneria   do   ponurej 
przygody.

— Kto tam? — zabrzmiał z ciemności głos.

Swoi! — odkrzyknął oficer. — Pozwoli pan, dok-

torze, bardziej w lewo, żołnierze zajmują pierwszy wagon 
po pocztowym. Tamci dranie zatrzymali nas rozpaliwszy 
ognisko na torach, ale dostali nauczkę. Tędy, tędy.

Wdarliśmy się na nasyp i ruszyli wzdłuż wagonów. We 

wszystkich   okna   zostały   opuszczone,   ale   tu   i   ówdzie 
wychylały   się   głowy   pasażerów.   Przy   szynach   grupki 
osób głośno dyskutowały.  Mimo  kiepskiego oświetlenia 
rozpoznałem   wśród   nich   kilka   kolejarskich   płaszczy   i 
sporo najrozmaitszego kroju ubrań podróżnych. W miarę 
jak przechodziliśmy,  rozmowy milkły.  Czułem,  że oczy 
wszystkich zwracają się ku naszej trójce, a najpewniej ku 
mnie. Ciekawe, za kogo mnie brano? Za tropiciela śladów, 
za   szeryfa,   a   może   za   podejrzanego   o   współudział   w 
napadzie?

Panie poruczniku, można ruszać? Jesteśmy bardzo 

spóźnieni.

Jeszcze   nie.   Sprowadziłem   lekarza.   Myślę,   że   za 

jakieś piętnaście minut, lecz nie wcześniej niż dam znak. 
To   kierownik   pociągu   —   wyjaśnił   półgłosem.   — 
Niecierpliwi się. Tutaj, doktorze.

Chwyciłem   za   poręcz   schodków   i   wspiąłem   się   na 

platformę. We wnętrzu wagonu, dość widnym, kilkunastu 
żołnierzy  obsiadło   ławki,   a   kilku   stało   pochylonych,   w 
najodleglejszym   krańcu   wozu.   Rozstąpili   się   na   nasz 
widok.  Tam  właśnie  spoczywali   ranni.  Było  ich  trzech, 
tak, jak wspominał oficer.

— Gdzie apteczka? — zapytałem.

Okazało   się,   że   nie   posiadali   żadnych   środków   opa-

trunkowych. Poprosiłem porucznika, aby wysłał któregoś 
ze   swych   podwładnych   do   chaty   po   moją   apteczkę 
podręczną. Wynikła z tego pewna zwłoka. Na szczęście 
rany   okazały   się   raczej   powierzchownej   natury: 
przestrzelone przedramię,  lecz kula nie naruszyła  kości, 
drobny   postrzał   w   lewe   udo   oraz   —   co   mogło   być 
najniebezpieczniejsze — otarcie skóry na skroni. Gdyby 
kąt   padania   pocisku   zmienił   się   o   ułamek   cala,   moja 
pomoc na nic by się zdała.

Zdjąłem   szmaty,   jakimi   obwiązano   rany,   a   gdy   od-

chodziłem,   moi   przypadkowi   pacjenci,   prawidłowo 
obandażowani, wyglądali tak, jakby przed chwilą opuścili 

background image

wojsko
wy 
lazaret. 
Jeszcze 
raz 
okazało 
się, 
wbrew 
prawdo
podobie
ństwu, 
że   i   na 
prerii 
lekarz 
może 
znaleźć 
pacjent
ów.

Doktor
ze   — 
zwrócił 
się   do 
mnie 
oficer 
—   w 
jaki 
sposób 
mógłby
m   się 
panu 
odwdzi
ęczyć?

background image

Wzruszyłem ramionami.

— W   żaden.   Przecież   tylko   spełniłem   swój   lekarski 

obowiązek.

— Może potrzebuje pan żywności?
Podziękowałem.

— To chociaż proszę mi powiedzieć, co pan robi w tych 

bezludnych stronach.

Wyjaśniłem,   że   odpoczywam   wraz   z   przyjacielem   na 

myśliwskiej wycieczce.

— Ach   tak.   Gdyby   więc   znalazł   się   pan   w   okolicach 

Grand Junction, proszę mnie odwiedzić. Odwożę żołnierzy 
do Kansas City i zaraz" wracam.

Znowu podziękowałem. Grand Junctio leżało na dalekim 

zachodzie   Kolorado,   od   którego   dzieliły   nas   trudne   do 
przebycia pasma górskie.

— Jestem   porucznikiem   trzeciego   batalionu,   117   pułku 

strzelców, moje nazwisko: Karmer.

Uścisnął mi dłoń i sprowadził ze schodów wagonu.

— A tamci? — zapytałem zatrzymując się na nasypie.
— Tamci? Ach, myśli pan o napastnikach. Kazałem ich 

ciała umieścić w wozie towarowym, niech się im przyjrzy 
szeryf w La Junta, może kogoś pozna.

— Można tam wejść?

— Oczywiście, lecz im już nic nie pomoże.
Zaprowadził mnie na koniec pociągu. Sprawdziłem, oficer 
się nie mylił. Dodam jeszcze, iż wśród zabitych 

nie znalazłem oblicza gadatliwego jegomościa, który nas tak 
pięknie urządził. Ano, zdołał zbiec. Bezstronnie muszę 
przyznać, że gdyby nie porucznik Karmer, długo leżelibyśmy 
na podłodze chaty. Przegryzienie rzemienia to niełatwa 
sprawa.

Przed rozstaniem się zapytałem jeszcze:

— Czego tu oni szukali?
— Skrzynek   z   pieniędzmi   wiezionych   w   pocztowym 

wagonie.

background image

Wróciłem do zagrody. Karol wraz z żołnierzem sterczeli 

na progu stajenki.

— Wszystko załatwione — poinformowałem — a na was 

czeka porucznik.

Ruszył natychmiast w kierunku torów, tak szybko, jakby 

się za nim preria paliła. Pewnie bal się, że pociąg odjedzie 
bez   niego.   Minęło   jeszcze   kilkanaście   minut,   nim 
usłyszeliśmy gwizd parowozu i turkot kół po szynach.

— Och — westchnąłem — która to godzina? 
Karol popatrzał w niebo.
— Dobrze po północy — stwierdził.
— No, to jeszcze zdążymy się wyspać.

Wątpię. —i 

Dlaczego?
— Musimy natychmiast opuścić to miejsce.

— Spodziewasz się drugiego napadu? — zażartowałem.
— Kto wie? Skoro kilku bandytów zdołało uciec, mogą 

kręcić   się   po   okolicy.   A   jeśli   zapragną   powetować   sobie 
na .nas nieudany rabunek pociągu? Konie już osiodłałem, 
włóż swą apteczkę do juku i ruszajmy.

— Niech to licho... —- mruknąłem.

Ostrożność   Karola   była   uzasadniona,   więc   wyprowa-

dziłem wierzchowca ze stajni.

Opuściliśmy   gościnny   farmerski   dom,   który   zbiegiem 

okoliczności okazał się dla nas tak niegościnny, i zagłębili w 
mrok nocy.

Marna   to   była   jazda,   raczej   —   włóczęga,   bo   chociaż 

księżyc   rzucał   nieco   światła   na   ziemię,   roztropność 
nakazywała ograniczenie szybkości. Wróg każdego jeźdźca 
— piesek preriowy — kopał swe nory w najróżniejszych 
stronach   tego   kraju.   Stanowiły   one   pułapkę   dla   końskich 
nóg.

Powolna   wędrówka   przeciągnęła   się   do   drugiej   nad 

ranem. Dopiero wówczas Karol zgodził się na postój

background image

na   skrawku   lądu   oblewanego   z   trzech   stron   przez   wody 
Arkansasu. Kiepski to był postój, kiepskie obozowisko, bo 
mój towarzysz nie zgodził się na rozpalenie ogniska, a od 
rzeki dmuchało wilgocią i chłodem. Z trudem doczekałem 
świtu i pierwszych blasków zorzy.

background image

La Junta

Do   La   Junta   dotarliśmy   nad   wieczorem.   Nie   będę 

opisywał  miasteczka o zabudowie typowej  dla wszystkich 
osiedli   miejskich   Dalekiego   Zachodu.   Jednakowe   domy, 
jednakowe   ulice   i   podobne   typy   ludzkie   łatwo   było   w 
tamtych   latach  napotkać   wszędzie   na   terenie   olbrzymiego 
kraju,   ograniczonego   na   wschodzie   doliną   Missisipi,   a   na 
zachodzie grzbietami Gór Skalistych.

Gdzie znajduje się saloon „Pod Złotą Sową", powiedział 

nam   pierwszy   napotkany   przechodzień,   a   trafić   nie   było 
trudno.   Słońce   zachodziło   czerwono   i   wszystkie   domy, 
domki, baraki i budy polśniewały różowo, co kryło szpetotę 
brudnych ścian i rzadko kiedy mytych szyb w oknach.

„Złota Sowa", mimo iż zmierzch przyozdobił ją wesołym 

kolorem,   już   na   pierwszy   rzut   oka   nie   wytrzymywała 
porównania ze wspaniałością „Lucky Saloon".

„Złota   Sowa"   była   piętrową,   wąską   budowlą,   z   równie 

wąskim   malutkim   ganeczkiem,   u   stropu   którego   wisiała 
latarnia,   z   jedną   jedyną   świecą   rozsiewającą   mdły   blask 
dokoła. We wnętrzu było widniej dzięki naftowym lampom, 
lecz   właśnie   ich   światło   demaskowało   cały   prymityw 
wyposażenia: zamiast  krzeseł i stolików — nie malowane 
ławy   i   stoły,   zamiast   lśniącego   niklem   bufetu   —   zbity   z 
desek szynkwas.

background image

Zatrzymaliśmy się zaraz za progiem. Kilku gości obsiadło 

ławy, kilku innych tkwiło przy szynkwasie.

— Okropna   nora   —  szepnąłem.   —  Chodźmy   poszukać 

przyjemniejszego lokalu. O Clarka można się zapytać równie 
dobrze jutro rano.

— Chyba masz rację. Wątpię, czy tu są pokoje do spania, 

a stajni na pewno nie ma. Ten Clark musiał być w wielkiej 
potrzebie, skoro przyjął pracę w tak obskurnej knajpie.

Niewiele   brakowało,   a   wyszlibyśmy   na   ulicę,   jednak 

właśnie zabrakło kilkunastu sekund.

Nie wiem skąd się ten człowiek przed nami  ukazał tak 

nagle,   jakby   wyskoczył   spod   podłogi.   Nosił   biały   kitel 
sięgający   kolan.   Nietrudno   było   odgadnąć,   że   to   ktoś   z 
personelu.

— Proszę bardzo, proszę bardzo — zagadał. — Mnóstwo 

miejsca, znakomite potrawy i napoje. Szybka
obsługa.   Siadajcie,   panowie,   a   za   chwilkę   sami   się 
przekonacie.

Ani   mi   na   myśl   przyszło   posłuchać   zaproszenia,   lecz 

Karol   jakby   się   zawahał.   Popatrzał   na   nieznajomego, 
nieznajomy   popatrzał   na   mego   towarzysza,   podskoczył   i 
wrzasnął:

— Karol! Co tu robisz? Co za spotkanie?!
— Derek Carty! Oczom nie wierzę.
— Ten sam, ten sam. Witaj, stary druhu!

         Objął Karola ramionami i mocno go uściskał. Wydało 
mi się, że Karol nie jest zbytnio uradowany nieoczekiwanym 
spotkaniem.

— Prędzej spodziewałbym się ujrzeć tu żywą złotą sowę 

niż ciebie — powiedział uwalniając się z objęć Carty'ego.

— Ale ujrzałeś. I teraz nigdzie nie pójdziesz.
— Musimy umieścić konie w stajni — szepnąłem — a 

tu...

Człowiek w kitlu miał pewnie znakomity słuch.

background image

— Jest stajnia! — wykrzyknął. — Trzymam w niej muła, 

innych nie przyjmuję, ale dla ciebie, Karolu,
wszystko!   Siadajcie   —  wskazał   pustą   ławę.   —  Wrócę   za 
chwilę.

To powiedziawszy odszedł, a my usiedliśmy.

— Kto  to  jest?   —  zapytałem.   —   Widzę,   że   łączą   was 

zażyłe stosunki.

— To jest, jeśli się nie mylę, właściciel saloonu.
— Prawdopodobnie. Skąd go znasz? Przecież nigdy nie 

byłeś w La Junta.

— Nigdy,   lecz   moja   znajomość   z   tym   człowiekiem 

wywodzi się z zupełnie innej miejscowości i sięga odległych 
lat. Pytasz, kto to jest? Trochę złodziej koni, trochę szuler, a 
poza tym... nic o nim więcej nie wiem. Zdumiewa mnie, iż 
został karczmarzem, i nie potrafię odgadnąć, w jaki sposób 
do tego doszedł.

— No,   to   powinszować   znajomości   —   zauważyłem 

zgryźliwie, lecz Karol ani nie oburzył się, ani nie obrócił w 
żart moich słów.

— Masz   krótką   pamięć,   Janie   —   odparł   poważnym 

tonem. Opowiadałem ci dość dokładnie o moim pobycie w 
Czarnych Górach. Wówczas jeszcze nie znaliśmy się. Och, 
jak ten czas leci, niczym na skrzydłach huraganu. Ileż to lat 
minęło?   Czternaście   czy   piętnaście?   Zabawne,   lecz   nie 
jestem tego pewien.

— Widać i ciebie pamięć zawodzi..
— W liczbach nigdy nie byłem mocny, mniejsza z tym. 

Derek Carty uratował mi życie, to raz. Wybawił z nie byle 
jakiego   kłopotu,   to   dwa.   A   przydarzyło   się   to   w 
miejscowości... w miejscowości — zamyślił się chwilę — w 
Blowy   Garden,   gdzieś   w   okolicach   Północnej   Platte,   w 
Nebrasco. Zostałem posądzony o napad na pociąg i rabunek 
złota.   Bagatela!   Miałem   istotnie   sporo   złota   przy   sobie   i 
gdyby   nie   Derek   Carty...   Kimkolwiek   byłby   teraz,   nie 
podniosę na niego nawet palca, a twoja złośliwość, Janie, 
jest akurat nie w porę.

background image

Tak   skarcony,   nie   rzekłem   ani   słowa   w   swej   obronie. 

Gdzieś   tam   w   zakamarkach   mego   mózgu   odemknęła   się 
właściwa komórka pamięci.

Derek Carty — szepnąłem — istotnie opowiadałeś o 

nim.   To   się   wydarzyło   na   rok   przed   klęską   Cu-stera. 
Spotkałeś go później?

Nigdy.   Ostatni   raz   właśnie   w   Błowy   Garden.   Mam 

nadzieję,   że   stara   znajomość   ułatwi   nam   zasięgnięcie 
informacji o Clarku, Carty niczego przede  mną  nie ukryje. 
Ale oto i on.

— Już, już, Karolu! Wszystko załatwione, konie w stajni.
— A siodła i broń?
— Nie   martw   się,   wszystko   przeniesiono   do   moich 

własnych apartamentów.

— Pięknie,   lecz   czy   przypadkiem   nie   pomyliłeś 

wierzchowców?

— Jakże   mogłem   pomylić,   skoro   tylko   dwa   zostały 

uwiązane u wrót mej posiadłości? A teraz chodźcie ze mną. 
W tej izbie nie jest tak bardzo przyjemnie.

— Mój   przyjaciel  —  przedstawił  mnie  Karol.
— Przyjaciele   naszych   przyjaciół   są   naszymi   przy-

jaciółmi — stwierdził sentencjonalnie.

Nie byłem zachwycony tym wyróżnieniem.

— Poprowadzę was.

Ruszył   pierwszy,   my   za   nim.   Przeszliśmy   wzdłuż   salę, 

minęli jakąś sionkę i dopiero za nią Carty uchylił drzwi.

— Sprezentuję was mojej żonie — oświadczył.

Jak   zauważyłem,   wyrażał   się   chwilami   nieco   pompa-

tycznie, lecz żartobliwym tonem, jak człowiek, który

background image

świetnie   zdaje  sobie   sprawę   z   komizmu   takiego   sposobu 
mówienia. Zanotowałem mu to na plus.

— Ho,   ho!   —   zdziwił   się   Karol.   —   Widzę,   żeś   się 

ustatkował.

Ba,   przecież   jestem   właścicielem   „Złotej   Sowy". 

Wejdźcie, proszę. Elso, oto zapowiedziani goście.

Pani   domu   okazała   się   niską,   szczupłą   osóbką   o   ka-

sztanowatych włosach, brązowych oczach, twarzy okrągłej i 
świeżej   niczym   jabłko   przed  chwilą   zerwane   z   gałęzi   i   o 
niesłychanie   —   jak   się   później   okazało   —   żywym 
usposobieniu.

— Witajcie,   panowie   —   powiedziała   dźwięcznym   gło-

sikiem. — Derek nie zdążył mi wszystkiego wytłumaczyć, 
lecz z którymś z panów podobno przeżył wiele przygód.

— To ze mną — przyznał się Karol.
— Ach,   jakże   się   cieszę!   Więc   pan   jest   tym   sławnym 

myśliwym   i   odkrywcą   złotych   żył,   pogromcą   bandytów   i 
opiekunem słabych!

— Ależ... — zaprotestował Karol.
— Nie zaprzeczaj — wtrącił się Carty, a zwracając się do 

żony: — Karol zawsze był człowiekiem skromnym i widać 
takim pozostał.

— Tym większa moja radość. W La Junta życie upływa 

nieco   monotonnie   i   każdy   gość   z   dalekiego   świata   jest 
prawie jak złoto, którego szukaliście w Czarnych Górach.

Uśmiechnąłem się. Ciekawe, co Carty naplótł swej żonie?

— Przepraszam cię, moja droga — wtrącił się karczmarz 

— muszę rzec słówko memu przyjacielowi.

Powiódł Karola w kąt i coś mu tam naszeptał, po czym 

całą   czwórką   wkroczyliśmy   do   następnego   pokoju,   gdzie 
powitał   nas   stół   nakryty   obrusem,   zastawiony   talerzami   i 
mnóstwem   półmisków.   Kiedyż   to   pani   Elsa   zdążyła 
przygotować, skoro nie minęło jeszcze dwadzieścia minut od 
naszego przybycia pod dach „Złotej Sowy"?

Gdy   siadaliśmy   do   stołu,   Carty   poinformował   nas,   że 

„apartament"   gościnny  już   czeka   i   że   nas  sam  do  niego 

zaprowadzi   w   odpowiedniej   chwili.   To   rzekłszy,   z   nie-

zwykłą wprawą napełnił szklaneczki złotawym płynem.

— Wasze zdrowie,  przyjaciele. A teraz  wybaczcie,  że 

was na chwilę opuszczę, interesy zawodowe wymagają mej 

obecności na sali.

Zostaliśmy   we   trójkę,   co   w   niczym   nie   umniejszyło 

przyjemności   biesiadowania.   Pani   Elsa   —   jak   to   się 
potocznie określa — dwoiła się i troiła, a chłopak, wyrostek 
zjawiał   się   kilka   razy,   aby   zmieniać   talerze   i   przynosić 
wciąż   nowe   potrawy   (nawiasem   powiedziawszy, 
zauważyłem,   że   w   każdym   saloonie   znajduje   się   zawsze 
jakiś chłopiec do posług, widać taka już jest specyfika tych 
przedsiębiorstw   gastronomicznych).   Nim   po.   raz   trzeci 
zmieniono talerze, byłem najedzony po dziurki w nosie. Na 
szczęście   strumień   dań   wysechł   i   mogłem   zaprzestać 
powtarzania   słowa   „dziękuję"   przy   każdym   podsuwanym 
przez gospodynię półmisku. Co do Karola... użył sobie za 
wszystkie czasy.

— Jak   to   ładnie   ze   strony   panów,   że   przybyliście 

odwiedzić Derka.

— Żeby   rzec   prawdę   —   odparł   Karol   —   są   to   nie 

background image

zamierzone   odwiedziny,   po   prostu   nieoczekiwane   spot-' 
kanie. Nie miałem pojęcia, że pani mąż osiedlił się tutaj. 
Rozstaliśmy się tak dawno.

— Wiem, wiem, Derek mi mówił. Więc to przypadek, 

że zawitał pan do La Junta?

No,   niezupełnie.   Przybyliśmy   do   La   Junta   w 

określonym   celu,   szukając   właśnie   saloonu   „Pod   Złotą 
Sową", ale nie przypuszczałem, że jego właścicielem jest 
ktoś, z kim przeżyłem sporo wesołych  i smutnych chwil i 
któremu zawdzięczam to, że nadal żyję.

— Ach tak — uradowała się — Derek mi mówił. — A 

pan? — zwróciła się do mnie. — Również bawił
w Czarnych Górach?

Zaprzeczyłem.

— W   tamtych   czasach   jeszcze   nie   znałem   mego   to-

warzysza.   Nasze   spotkanie   wydarzyło   się   w   innych 
okolicznościach i w zupełnie innym miejscu.

— W szpitalu — wtrącił Karol. — W Milwaukee.
— Razem chorowaliście?

Och, nie. To tylko ja chorowałem, on mnie kurował. 

To jest, proszę pani, lekarz.

— Lekarz!   —   wykrzyknęła   i   aż   klasnęła   w   dłonie.   — 

Przybył pan tu do pacjenta?

Wyprowadziłem ją z błędu.

— Nie,   bawimy   w   tych   stronach,   żeby   poznać   kraj   i 

trochę popolować.

Karol   znowu   włączył   się   do   rozmowy   i   nawet   opo-

wiedział   o   początkach   naszej   znajomości   i   o   wspólnych 
wyprawach w nieznane tereny.

— Ależ to cudownie! — ucieszyła się znowu. — Móc tak 

spacerować po kraju.

— No, trudno to nazwać spacerem — zaprotestowałem. 

— Niekiedy podczas takich wędrówek przydarzały się nam 
niezbyt miłe spotkania i dość ryzykowne przygody.  Ma to 
jednak swój  urok,  dodaje   smaku,  jak  sól,  pieprz   czy  ocet 
użyte do potraw.

Karol   zerknął   w   mą   stronę,   przymrużywszy   lewe   oko. 

Miałem nadzieję, że gospodyni tego nie zauważyła, bowiem 
wszystko,   co   przed   chwilą   powiedziałem,   było   czystym 
samochwalstwem, lecz któż jest od niego całkowicie wolny? 
Jeszcze   teraz   ciarki   przechodziły   mi   po   plecach   na 
wspomnienie samotnej chaty,  gadatliwego herszta bandy i 
worka, w który mnie ubrano. Pięknie dziękuję za taką sól, 
pieprz czy ocet!

background image

— Ach — westchnęła — chciałabym kiedyś powędrować 

przez   prerię   w   towarzystwie   prawdziwych   westmanów, 
takich jak wy obaj!

— Na   pewno   pani   pojedzie   —   pocieszył   ją   Karol.   — 

Derek ma  głowę nie od parady i na pewno coś wymyśli. 
Może zorganizuje wycieczkę w liczniejszym towarzystwie.

— Podróżować w gromadzie? To żadna przyjemność.
— Za to chroni przed nieprzewidzianymi wypadkami — 

stwierdziłem.

— Indianie? — zainteresowała się.
— Ci nie są najgorsi — wyjaśnił Karol. — Przeważnie 

siedzą   w   rezerwatach.   Za   to   nie   brak   bladych   twarzy 
okrutnych i nienasyconych w chciwości.

— Kogo ma pan na myśli?
— Między   innymi   takich   właśnie   drabów,   z   którymi 

zetknęliśmy się nie dalej jak wczoraj.

— Przygoda? Lecz wyszliście z niej cało. Chyba się nie 

mylę?

— Wyszliśmy cało dzięki przypadkowi.
— O, proszę opowiedzieć.

Karol, na przekór temu, o co prosił mnie jeszcze w chacie, 

aby nie chwalić się ośmieszającą nas wpadką, teraz szeroko 
się   nad   nią   rozwiódł.   (Gdy   w   parę   godzin   później 
przypomniałem mu o tym, odparł, że ani Derek Carty, ani 
jego żona nie należą do ludzi, przed którymi powinniśmy się 
wstydzić, na pewno nikomu nie potworzą, zresztą La Junta 
jest taką dziurą...)

Warto   było   przypatrzeć   się   słuchaczce.   Ileż   wrażeń 

odczytałem   na   jej   twarzy,   jak   żywo   reagowała   na   opis 
groźnych chwil, jakie przeżyliśmy, mimo że Karol wcale nie 
dramatyzował   zdarzeń,   opowiadał   raczej   żartobliwym 
tonem. Właśnie skończył, gdy zjawił się Carty.

background image

— Słyszałeś, Derek? Wczoraj napadnięto na pociąg. To 

niesłychane! Panowie byli świadkami.

Byliście   świadkami?   —   zdumiał   się   karczmarz.   — 

Przed chwilą jeden z gości opowiadał mi o tym wydarzeniu, 
lecz że  był  po kilku szklaneczkach, nie  bardzo dałem mu 
wiarę. Gadaj, Karolu, bo ze skóry wyskoczę!

Nalał   nam   whisky,   a   mój   przyjaciel,   chcąc   nie   chcąc, 

musiał   powtórzyć   wszystko,   od   samego   początku   do 
samiuteńkiego   końca.   Nie   obeszło   się   przy   tym   bez 
przerywań karczmarza, w rodzaju:

— Wpakowali   was   do   worków?   I   ciebie,   Karolu, 

pierwszego? Świetny kawał! Jakże mogłeś tak nie.-ostrożnie 
pchać się do ciemnej izby?

— Nie   widzę   w   tym   nic   świetnego   —   pokiwał   głową 

Karol.   —   Czy   tobie   zawsze   wszystko   się   udawało? 
Chociażby tam, w Dakocie?

Carty spoważniał.

— Oczywiście, nie wszystko, lecz ja nie z tego się śmieję, 

lecz   z   radości,   że   wszystko   dobiegło  szczęśliwego  końca. 
Niepotrzebnie   się   chmurzysz.   Powiadasz,   że   widzieliście 
twarz herszta, nie zawiadomisz o tym szeryfa? Rysopis to 
rzecz ważna.

— I   bardzo   często   wprowadzająca   w   błąd.   Zastanowię 

się.

Karol skończył opowiadanie, a ja dodałem kilka słów o 

swej wizycie w pociągu.

— Jest pan policjantem? — zainteresował się Carty.
— Ależ Derek! — oburzyła się pani Elsa. — To lekarz!
— Lekarz? Ho, ho! Czyżbyś, Karolu, aż tak bardzo dbał 

o swe zdrowie?

Roześmieliśmy się, a Karol wyjaśnił, jak sprawa istotnie 

wygląda.

— No,   to   co   innego.   Przyznam,   że   pierwszy   raz 

spotykam lekarza uganiającego się po preriach. Lecz co

background image

z tobą działo się, Karolu, odkąd rozstaliśmy się w Blowy 
Garden? Zniknąłeś wówczas bardzo tajemniczo.

— Widzisz... doszła mych uszu wiadomość o karawanie 

osadniczej,   więc   nie   tracąc   chwili   czasu   pognałem   na   jej 
spotkanie.

— I spotkałeś?
— I spotkałem. A później przez kilka lat byłem farmerem 

na własnej zagrodzie.

— Patrzcie państwo! No, no... I nadal gospodarujesz?

(Pomyślałem,   że   z   tą   osadniczą   karawaną   było   nieco 

inaczej. Wiedziałem jednak, że „prawdziwej prawdy" Karol 
nie mógł Carty’emu zdradzić.)

— Już   nie   gospodaruję.   Po   trzech   latach   suszy 

sprzedałem   ziemię,   aby   przedzierzgnąć   się   w   trapera,   i 
wcale tego nie żałuję.

— Handlujesz skórami? Niezły to interes, lecz teraz nie 

pora na nie.

— Wiem  o  tym.   W   te   okolice   przyjechaliśmy,   aby  się 

nieco powałęsać, a przy okazji zapolować na antylopy.

— No, to masz mnóstwo czasu. Chyba posiedzicie u mnie 

kilka dni?

— Może tak, może nie. To zależy.
— Od czego? Cóżeś taki tajemniczy?
— Słuchaj, czy u ciebie pracuje Fred Clark?
— Znasz go?
— Nigdy nie widziałem.
— Owszem, pracuje u mnie.
— Co to za człowiek?
— Mnie się nie podoba — wtrąciła pani Elsa. — Czuję w 

nim jakiś fałsz.

— Przesadzasz, moja droga. Clark przybył do mnie przed 

pół rokiem,  może  nieco wcześniej. Szukał jakiegokolwiek 
zatrudnienia. Zlitowałem się nad nim i przyjąłem. Pytasz, co 
to za człowiek? Bardzo przeciętny,

background image

niczym się nie wyróżnia. Obsługuje gości, jak umie, stara 
się.   Jedno,   co   mam   mu   do   zarzucenia:   zbytni   pociąg   do 
wódki i do kart.

Stłumiłem uśmiech. Z tego, co mi Karol opowiadał, Derek 

Car ty sam był karciarzem! No, ale mógł się zmienić.

— Więc Clark jest kelnerem — stwierdził mój przyjaciel. 

— Czy znajdował się na sali, kiedyśmy przybyli?

— Nie. Nie ma go od dwu dni.
— Co to znaczy?
— Prosił   o   trzydniowy   urlop,   chciał   odwiedzić   ciotkę. 

Podobno mieszka w okolicy. Powinien jutro wrócić, a jak 
nie wróci, płakać po nim nie będę.

O mało nie podskoczyłem na krześle na taką wiadomość. 

Czyżby Clark pojechał do Goodyear? Mimo że obiecywał 
zjawić   się   dopiero   za   dwa   tygodnie?   Karol   musiał 
rozumować podobnie, bo powiedział do karczmarza:

— Jeśli jutro Clark się nie zjawi, opuszczamy La Junta.
— Cóż   to   za   dowcip?   —   zaniepokoił   się   Carty.   — 

Pragniesz sprawić mi przykrość?

— Na pewno nie. Może zresztą jeszcze tu wrócimy...
— Rozumiem. Ścigacie Clarka.
— No... niezupełnie. Pragniemy z nim porozmawiać.
— Przecież go nie znasz?
— Nie znam, lecz Clark szantażuje naszego znajomka i 

może mu narobić sporo kłopotów.

— Czyżby ten znajomek coś przeskrobał?
— Nic takiego, czym mógłby zainteresować się szeryf lub 

sędzia.

— Nie   chodzi   tu   o   kobietę?   —   chytrze   zagadnął 

karczmarz.

Teraz   jesteś   bliższy  prawdy.       Clark   potrafi   zepsuć 

pięknie zapowiadające się małżeństwo, ale proszę, nie pytaj 
więcej,   nie   jest   to   tylko   moja   tajemnica.   I   nie   mów 
Clarkowi, że mamy do niego interes.

— Będę milczał jak głaz. Dla ciebie, Karolu, wszystko!

Po   takim   przyrzeczeniu   zmieniliśmy   temat   rozmowy. 

Carty coś niecoś opowiedział o sobie. Wynikło z tego, że 
dopiero od trzech lat jest właścicielem saloonu, a od dwu lat 
mężem   pani   Elsy.   Zaoszczędził   okrągłe   sumkę   jako 
wędrowny   agent   handlowy   kilku   przedsiębiorstw   i   kupił 
podupadły   zakład   od   poprzedniego   posiadacza,   który 
zapragnął wycofać  się z interesu ze względu na podeszły 
wiek.   Brzmiało   to   prawdopodobnie,   lecz   nie   bardzo 
dawałem   temu   wiarę,   mając   w   pamięci   dawne   wyczyny 
Carty'ego.

— Jeśli   wolno  zapytać   —  zagadnął   nieoczekiwanie   — 

czy nie jesteście zmęczeni?

Nie   odpowiedziałem,   udając   zucha,   jednak   Karol   nie 

krępował się. Przyznał, że ostatnią noc raczej przeleżeliśmy, 
przejechali i przegadali.

— Tak też sobie myślałem. Zaprowadzę was do pokoju.

Rzekliśmy   „dobranoc"   pani   Elsie   i   udali   się   za   go-

spodarzem.

— Nad saloonem mam dwie sypialnie — poinformował 

—   lecz   to   nie   dla   was.   Tam   sypia   po   kilka   osób.   Na 
szczęście   jest   tu   wolny   pokój   gościnny   dla   domowych 
przyjaciół. Spójrzcie! — otworzył któreś tam drzwi. — Jak 
wam się podoba?

background image

— Piękny — odparł Karol.
— No, to dobrej nocy.

To powiedziawszy odszedł.
Pokój,   jaki   otrzymaliśmy,   na   pewno   nie   grzeszył 

pięknością, lecz był czysty i schludny. Posiadał dwa świeżo 
zasłane łóżka, okrągły stół, firanki w oknie oraz

background image

miednicę i wiadro z wodą. Naftowa lampa na stole mżyła 
dokoła żółtym światłem. Czegóż nam więcej było potrzeba?

— Karolu — zagadnąłem — co ci Carty naszeptał tam w 

kącie?

— Prosił,   abym   raczej   nie   opowiadał   o   naszych   spo-

tkaniach w Czarnych Górach, do czego się zastosowałem. 
Przypuszczam, że naplótł swej żonie o różnych przygodach, 
które  nigdy się  nie  wydarzyły,  i   lękał   się,  że  mimo   woli 
zdemaskuję jego kłamstwa.

Szybko znalazłem się pod pledami, na miękkim materacu, 

z   głową   na   poduszce.   Karol   dmuchnął   w   klosz   lampy, 
ogarnęła nas ciemność, a po niej — sen.

Nadeszła więc teraz odpowiednia pora wyjaśnić, w jaki 

sposób   doszło   do   znajomości,   a   nawet   zażyłości   między 
Karolem a Derkiem Carty.

Stara   to   historia,   lecz   przez   to   wcale   nie   mniej   in-

teresująca.   Zaczęła   się   na   gdzieś   koło   roku   1874,   żeby 
głębiej   nie   sięgać   w   przeszłość.   Wówczas   Karol   Gordon 
pracował   na   farmie   Jamesa   Bootha,   piętnaście   mil   od 
Chicago.   Był   kowbojem,   raczej   nietypowym   kowbojem, 
jako że podówczas olbrzymia większość ludzi tego zawodu 
nie umiała ani czytać, ani pisać. Za to Karol Gordon zaraził 
się, nie wiadomo kiedy i od kogo, szlachetnym zwyczajem 
czytania   książek.  W  godzinach wolnych   od  pracy,   wbrew 
nawykom   współtowarzyszy   spędzających   sporo   czasu   w 
saloonach chicagowskich przedmieść, Karol siadał na konia 
i   gnał   do   centrum   miasta,   gdzie   kupował   książki. 
Początkowo   —   jak   popadło.   Stąd   narodziła   się   zabawna 
mieszanina dobrych i złych utworów, pochłanianych przez 
żarliwego czytelnika w cieniu samotnego wiązu, gdzie mu 
nikt nie przeszkadzał. Do uszu pana Bootha doszły wieści o 
niecodziennych   zwyczajach   jego   pracownika,   a   ponieważ 
farmer  znał ongiś nie żyjącego już ojca Karola, słabiutkie 
więzy znajomości skłoniły go do większego za-

background image

interesowania się chłopcem. Tu należy zauważyć, iż James 
Booth   nie   należał   do   grupy   tych   prymitywnych, 
nieokrzesanych rolników i hodowców, którzy poza własną 
ziemią   niczego   nie   dostrzegają,   a   których   cała   mądrość 
sprowadza   się   do   umiejętnej   uprawy  roli   i   troski   o  stada 
krów.

James   Booth   przewędrował   kawałek   świata,   lubił 

drukowane nowinki, a przede wszystkim chciał róż- I nić się 
od owych ciemnych  jak tabaka w rogu sąsiadów. Marzył w 
cichości   serca,   że   nadejdzie   dzień,   w   którym   ta   jego 
odmienność zostanie w pełni oceniona przez współobywateli, 
a   on   doczeka   się   stanowiska   sędziego   lub   jakiejś   innej 
obieralnej godności.

Wezwał   do   siebie   Karola,   przejrzał   nabyte   i   przeczytane 

książki, rozdzielił je na dwie nierówne kupki. Jedną bardzo 
pochwalił,   drugą   polecił   Karolowi   wrzucić   do   ognia,   jako 
bezwartościowe piśmidła, zaśmiecające — jak to określił — 
serce i głowę czytelnika. Karol nie od razu pojął, na czym 
polega różnica między „dobrą" a „złą" książką, ale kilka uwag, 
jakie na ten temat wypowiedział farmer, zapamiętał bardzo do-
kładnie.   Na   tym   sprawa   się   nie   zakończyła.   Booth   udzielił 
Gordonowi   prawa   korzystania   ze   swej   biblioteki,   wcale 
okazałej,   i   od   ręki   wybrał   kilkanaście   tomów,   grubych   i 
cienkich, które — jak twierdził — I należy poznać. Czy ten 
wybór   był   słuszny?   Na   pewno   daleki   od   ideału.   Niemniej 
James Booth znał się na rzeczy znacznie lepiej od młodego 
kowboja.

Karol   zabrał   się   energicznie   do   lektury.   Najbardziej 

spodobały mu  się   powieści  traktujące   o życiu   pierwszych 
białych   osadników   Północnej   Ameryki.   „Pięcioksiąg 
Sokolego Oka" — słynny cykl napisany przez J. F. Coopera 
— dosłownie pochłonął, chociaż miejscami narracja wydała 
mu się rozwlekła i nudna. Ale później trafił na powieści z 
czasów   nowszych,   te   lepsze   spośród   wielkiej   gromady 
książek opisujących prerie

background image

i  Dziki   Zachód.   Powoli   zaczął  rozróżniać.  Coraz   częściej 
wykrywał   fałsz   lub   wręcz   niepodobieństwa   świadczące 
chyba,   że   autorzy   mówią   o   tym,   o   czym   sami   niewiele 
wiedzą.   Z   czytania   takich   książek:   złych   i   dobrych, 
ciekawych  i nudnych,  wyrosła  tęsknota za nie zbadanymi 
ziemiami, za innymi ludźmi, za przygodą.

W   roku   1874   rozeszła   się   wieść   o   odkryciu   złota   w 

Czarnych   Górach   w   odległej   Południowej   Dakocie.   To 
zdecydowało.   Mimo   przestróg   Bootha   Karol   Gordon 
wyruszył w nieznane.

Piękny,   majowy   poranek   1875   roku   powitał   Karola   na 

stacji kolejowej w Cheyenne, mieście leżącym na samiutkim 
południowym krańcu terytorium Wyoming. Tu kończyła się 
podróż   koleją   dla   tych   wszystkich,   którzy   wędrowali   na 
północ. Skończyła się dla Karola, bo i on tam dążył. Stąd ku 
Czarnym Górom można było dotrzeć już tylko na końskim 
grzbiecie,   dyliżansem,   własnym   wozem   lub   na   piechotę. 
Karol konia nie posiadał, nie miał również pieniędzy na jego 
kupno. Jako typowy greenhorn nabył przed wyprawą piękne 
traperskie ubranie, torbę, winczester i w kieszeni pozostało 
mu   niewiele   dolarów,   zaledwie   wystarczyło   na   opłacenie 
noclegu,   skromnego   posiłku   i   na   podróż   dyliżansem   do 
Custer City, w samym sercu Czarnych Gór. Lecz amatorów 
podróży   dyliżansem   było   zbyt   wielu,   aby   mógł   ich 
pomieścić   jeden   wehikuł,   a   na   następny   należało   czekać 
cztery do pięciu dni. Przez ten czas mieszkać i żywić się w 
Cheyenne.   I   tak   oto   Karol   znalazł   się   w   paskudnym 
położeniu.   Na   szczęście   los   mu   sprzyjał.   Spotkał   w 
Cheyenne  wędrującą ku północy własnym  wozem rodzinę 
Heartów:   dziadka,   syna   z   żoną,   wnuka.   Z   przypadkowej 
rozmowy wynikło, że chętnie widzieliby w swym towarzy-
stwie jeszcze jedną dobrą strzelbę, jako że droga do Custer 
City nie była bezpieczna. Trafiali się na niej

background image

Indianie,   trafiali   biali   rozbójnicy   rabujący   podróżnych. 
Karol został zaproszony do odbycia wspólnej wędrówki.

Okazało się, że poza mułami ciągnącymi wóz Heartowie 

posiadają dwa konie. Na jednym jechał syn starego Hearta 
— Abel, drugiego wraz z siodłem wypożyczono Karolowi. 
Jeszcze   tego   samego   dnia   piątka   wędrowców   ruszyła   w 
podróż.

Czwartego   dnia   dotarli   do   Laramie,   byłej   faktorii 

handlowej,   obecnie   fortu   obsadzonego   wojskową   załogą. 
Tam spotkała Karola Gordona przygoda, która raz na zawsze 
zjednała mu serca wszystkich członków rodziny. Jack Heart, 
mały chłopczyk, nie potrafił długo tkwić w jednym miejscu. 
Korzystając,   że   wszyscy   zajęci   byli   rozbijaniem 
obozowiska, oddalił się od starszych. Trafił na grzechotnika, 
nie zdając sobie sprawy, czym grozi takie spotkanie. Gdyby 
nie celny strzał Karola, padłby ofiarą zabójczego jadu. Karol 
nie był wówczas dobrym strzelcem i gdy później opowiadał 
mi o tym zdarzeniu, przyznał, że trzy razy pociągnął za spust 
winczestera i prawdziwym cudem było, że raz trafił, i to w 
sam   środek   obrzydliwej   głowy   gada.   Lecz   o   tym   nie 
wiedzieli Heartowie i uznali swego gościa za znakomitego 
myśliwca,   którego   opatrzność   zesłała   im   w   odpowiedniej 
chwili.

Tegoż dnia nad wieczorem Karol Gordon spotkał się z 

Derkiem   Cartym   po   raz   pierwszy.   Carty   zawitał   do 
obozowiska   Heartów,   dźwigając   upolowaną   przez   siebie 
antylopę. Przedstawił się i poprosił o miejsce przy ognisku. 
Nie   odmówiono   mu,   tym   bardziej   że   pieczeń   z   antylopy 
stała   się   dla   wszystkich   przyjemną   odmianą   codziennego 
posiłku.   Gdy   przyszło   do   omawiania   kolejności   nocnych 
wart (bo ktoś musiał pilnować dobytku), Carty nie uchylił 
się   od  obowiązku   i   wypełnił   go  bez   zarzutu.   Następnego 
ranka   oświadczył,   że   chętnie   przyłączyłby   się   do 
towarzystwa na pewien czas.

background image

Jedna   strzelba   więcej   (Carty   posiadał   długą   broń)   była 
przedmiotem nie do pogardzenia w tych dzikich stronach. 
Carty   nie   miał   jednak   wierzchowca.   Ustalono,   że   będzie 
jechał w tyle wozu.

Karol   nie   okazał   zachwytu   tą   decyzją.   Nie   istniały 

powody do nieufności, jednak przybysz nie bardzo przypadł 
mu   do   gustu.   Dlaczego?   Nie   potrafił   tego   nawet   sobie 
wyjaśnić.   Po   prostu   wydało   mu   się,   że   w   słowach 
nieznajomego tkwi jakiś fałsz.

Derek   Carty   opowiadał,   że   jest   myśliwym,   a   złoto 

Czarnych Gór nic a nic go nie obchodzi. Na uwagę Karola, 
iż   w   wiosennym   sezonie   futra   upolowanych   zwierząt   są 
liche   i   handlarze   nie   chcą   ich  nabywać,   Carty  odparł,   że 
obecnie   poluje   wyłącznie   na   grzechotniki.   Słuchacze 
roześmieli   się   sądząc,   że   to   żart.   Carty   z   niezmąconą 
powagą   wyjaśnił,   że   skóra   grzechotników   jest   mocna   i 
trwała, bez względu na porę roku i nadaje się świetnie do 
wyrobu   nieprzemakalnych   czapek,   pokrowców,   a   nawet 
obuwia.   Ile   było   w   tym   wszystkim   prawdy   —   nikt   nie 
wiedział, ani Heartowie, ani Karol Gordon.

Podróżowano   przez   cały   dzień,   z   krótką   południową 

przerwą. Jeszcze daleko było do zmroku, gdy trafili na małe 
jeziorko, a raczej dziurę wypełnioną wodą. Dziadek Heart 
chciał jechać dalej, lecz Carty zaprotestował mówiąc, że od 
tego miejsca  rozciąga  się  kraj pustynny,  i radził  napełnić 
wszystkie   naczynia   życiodajnym   płynem.   Jak   się   później 
okazało, mówił prawdę.

Rozbito więc obóz, zjedzono resztę antylopy i ciągnięto 

losy mające  wyznaczyć  kolejność nocnej warty.  Karolowi 
przypadł   najwcześniejszy   dyżur.   Najkrótszy   patyczek   (bo 
losowano   przy   pomocy   różnej   długości   patyczków), 
oznaczający   wartę   przedranną,   wyciągnął   Carty.   (Karol 
twierdził później, że to wcale nie był przypadek, ale jak tego 
dowieść?)

background image

Rankiem Karol obudził się pierwszy. Gdy otworzył oczy, 

stwierdził ze zdumieniem, że słońce swą tarczą już zdążyło 
wyjrzeć zza horyzontu. Jego towarzysze jednak spali nadal. 
Dlaczego Carty ich nie obudził?

Sprawa   wyjaśniła   się   bardzo   szybko.   Oto   Derek   Carty 

zniknął wraz z dwoma końmi, pozostawił tylko muły. Lecz 
dla   dwu   pozbawionych   wierzchowców   osób   nie   było 
miejsca w wozie. Jeden musiałby wędrować pieszo. Karol 
postanowił złapać złodzieja, był dobrym jeźdźcem i wierzył, 
że mu się to uda.

Na   szczęście   koniokrad   zabrał   tylko   jedno   siodło. 

Pozostałe założono na grzbiet muła.  Karol przytroczył  do 
łęku lasso i ruszył w drogę. Siad uciekającego — ślad dwu 
koni   —   był   bardzo   wyraźny.   Po   kilku   godzinach   dopadł 
Carty’ego, przy pomocy lassa ściągnął go z wierzchowca, a 
następnie zmusił  do powrotu. W obozowisku powitała go 
radosnymi okrzykami cała rodzina.

Z koniokradem obeszli się bardzo po ludzku, tyle że go 

dokładnie   związano.   Co   mieli   dalej   począć   z   tym 
człowiekiem,   nikt   nie   wiedział.   Po   długiej   naradzie 
zdecydowano się, na wniosek Karola, odstawić Carty'ego do 
Laramie i oddać w ręce szeryfa.

Tegoż dnia zawitali do nich niespodziewani goście: dwaj 

hodowcy   bydła   (ojciec   i   syn)   z   okolic   Cheyenne. 
Poszukiwali niejakiego Derka Carty'ego,  który przed paru 
tygodniami został przez nich przyjęty do pracy, a po paru 
tygodniach sprzedał stado bydła przygodnemu handlarzowi i 
uciekł z pieniędzmi. Ruszyli natychmiast w pościg i dopadli 
złodzieja   w   Goodwill   w   Nebrasce.   Siedział   spokojnie   w 
miejscowym saloonie i grał w karty. Wcale się nie przeraził 
na widok oszukanych. Wstał od stołu, elegancko przeprosił 
resztę towarzystwa, a przybyłym oświadczył, że musi im coś 
wyjaśnić w cztery oczy. Zabrali go do hotelowego pokoiku. 
Tam Carty wytłumaczył, że sprzedaż bydła była

background image

nadzwyczajną okazją, że takiej ceny nie sposób uzyskać, po 
czym   pokazał   zaskoczonym   hodowcom   plik   banknotów, 
które następnie wręczył poszkodowanym. Na pytanie, czemu 
tego nie uczynił wcześniej, odparł dość mętnie, że w drodze 
powrotnej   coś   go   „napadło"   i   postanowił   odwiedzić 
Goodwill,   w   którym   rzekomo   chował   się   od   maleńkości. 
Naiwni,   dobroduszni   farmerzy   uwierzyli.   Zanocowano   we 
trójkę we wspólnym pokoju, a rankiem okazało się, że Carty 
uciekł: z pieniędzmi i na jednym z farmerskich koni.

Znowu   ruszyli   w   pogoń   i   dotarli   aż   tutaj,   ani   przez 

sekundę   nie   przypuszczając,   że   poszukiwany  znajduje   się 
obecnie o kilka kroków od nich. Zaprowadzeni przez Karola 
do   miejsca,   na   które   ciśnięto   Carty'ego,   rozpoznali 
złodziejaszka i zażądali zrewidowania go.

Za   zgodą   rodziny   Heartów   Karol   dokonał   tej   operacji. 

Najpierw przetrząśnięto manatki i w jednym z woreczków 
odkryto   prawdziwy   skarb:   grudki   rodzimego   złota.   Na 
pytanie, skąd je ma, Carty z humorem oświadczył, iż wygrał 
w   najuczciwszej   grze   od   przypadkowych   znajomków. 
Rewizja osobista pozwoliła zajrzeć do portfela. Nie było w 
nim   nic   poza   pokaźną   paczką   banknotów.   Przeliczono: 
wypadło   trzysta   dwadzieścia   dolarów.   Ponieważ   farmerzy 
oceniali   swą   stratę   na   dwieście   dolarów,   a   skradzionego 
konia   na   trzydzieści   dolarów   (co   Carty   uczynił   z   tym 
koniem, zanim pieszo przybył do Heartów, nie sposób było 
ustalić, najprawdopodobniej sprzedał wraz z uprzężą), stary 
Heart wypłacił żądaną sumę, a resztę schował z powrotem 
do   portfela.   Portfel   umieszczono   na   nowo   w   kieszeni 
właściciela. Było  to najbardziej uczciwe  wyrównanie strat 
osobom   poszkodowanym.   Jednak   farmerów   takie 
zakończenie   sprawy   jeszcze   nie   zadowoliło.   Pragnęli 
doraźnego ukarania złodzieja.

Warto zauważyć, iż na Dzikim Zachodzie kradzież nawet 

kilku sztuk bydła była traktowana, jako przestępstwo mniej 
szkodliwe   od   kradzieży   jednego   tylko   konia.   Po   prostu 
dlatego,   że   bez   krowy   można   się   obejść,   lecz   zabranie 
komuś   wierzchowca   często   skazywało   okradzionego   na 
śmierć   z   głodu   lub   pragnienia   wśród   niegościnnych 
pustkowi.

Farmerzy   domagali   się   natychmiastowego   postawienia 

złodzieja przed sądem preriowym,  czyli sądem Lyn-cha, a 
ponieważ   wyrok   skazujący   był   przesądzony,   Carty'emu 
groziło powieszenie na gałęzi najbliższego drzewa.

Karol   wystąpił   w   obronie   złodzieja.   Uczynił   to   bardzo 

chytrze.   Stwierdziwszy   na   początku,   że   nikt   nie   poniósł 
straty,  zauważył  następnie, że w sądzie preriowym  muszą 
brać   udział   ludzie   niezaangażowani.   Poszkodowany   może 
być tylko świadkiem. Tymczasem zarówno Heartowie, jak 
obaj   farmerzy   byli   właśnie   poszkodowanymi.   W   takiej 
sytuacji   za   bezstronnego   sędziego   uchodzić   mógł   tylko 
Karol. Lecz sąd prerii wymaga co najmniej trzech sędziów.

Karol gardłował tak długo, aż poparł go stary Heart, a po 

nim jego syn. Farmerzy ustąpili. Zdecydowano, że wezmą ze 
sobą złodzieja do Laramie i tam przekażą go w ręce szeryfa. 
Lecz   Karol   nie   bardzo   ufał   obcym.   Za   zgodą   Heartów 
również eskortował Carty'ego do Laramie i odjechał dopiero 
wówczas,   gdy   koniokrada   zamknięto   w   miejscowym 
areszcie.   Jest   rzeczą   pewną,   iż   Carty   słyszał   cały   spór 

background image

"(bardzo głośną prowadzony) o swą skórę i świetnie pojął, 
kto   ocalił   go   od   stryczka.   Ten   fakt   nie   pozostał   bez 
znaczenia w przyszłości.

Piątka   wędrowców   dotarła   wreszcie   do   Custer   City,   a 

Karol   stał   się   jakby   przybranym   członkiem   rodziny 
Heartów. Postanowiono nie rozłączać się.

Zajęli   wspólnie   działkę   eksploatacyjną   nad   małym 

potoczkiem o nazwie French Creek. Grzebanie się w piachu, 
ziemi   i   żwirze   początkowo   kiepskie   dało   wyniki.     Złota 
znaleziono tyle, co kot napłakał.  Lecz

background image

nowicjuszami   zainteresował   się   przypadkowo   poznany   w 
tamtejszym saloonie doświadczony eksplorer, Clive Tess. To 
on,   nie   wiadomo   czym   powodowany,   wskazał   Heartom 
właściwe miejsce poszukiwań, a rezultaty nie dały na siebie 
długo czekać. Gdy pokopali doły na zboczu pagórka, nad 
strumieniem, trafili na prawdziwą złotą żyłę.

Którejś nocy Karol, obudziwszy się, zauważył, że konie 

czymś się niepokoją. Zaalarmował starego Hearta i z bronią 
w ręku ruszył, by zbadać tego przyczynę. Niespodziewanie 
usłyszał głos strzału. Młodzieńcza ciekawość przywiodła go 
aż na główną ulicę-drogę osiedla. Huk strzelby ponowił się. 
Ulica była pusta i cicha. Wędrując ostrożnie wzdłuż ścian 
baraków,   bud   i   szałasów,   Karol   natknął   się   na   Tessa. 
Eksplorer   został   napadnięty,   gdy   wracał   z   saloonu.   Zbyt 
głośno   chwalił   się   tam   swym   bogactwem,   zbyt   wielu 
pokazywał   woreczek   wypchany   nuggetami.   I   oto   pięciu 
mężczyzn zaskoczyło go na pustej drodze. Bronił się oparty 
plecami o ścianę jakiejś budowli lecz nie mógł uciec, było to 
zbyt wielkie ryzyko.

W chwilę po przybyciu Karola Tess zdołał trafić jednego 

z   napastników,   lecz   sam   również   odniósł   ciężką   ranę.   Z 
kolei  Karol  wziął  udział  w obronie  i  postrzelił  jednego  z 
bandytów, chyba śmiertelnie, bo człowiek ten upadł w piach 
drogi i nawet nie usiłował podnieść się.

Nagle Tess osunął się na ziemię, a Karolowi, który ukląkł 

przy nim, wręczył woreczek z nuggetami.

— Co mam z tym począć?
— Zabierz dla siebie, przyda ci się. Zabierz... mnie już...
— Co?

Karol nie otrzymał odpowiedzi. Poczuł pod palcami ciało 

rannego dziwnie zwiotczałe i ogarnął go strach.

background image

— Tess!   —   zawołał   półgłosem,   lecz   nie   uzyskał 

odpowiedzi.

Wepchnął   woreczek   do   kieszeni,   oparł   się   o   ścianę   i 

czekał.   Minęła   chyba   minuta,   może   więcej,   gdy   znowu 
ozwała się palna broń z przeciwległej strony ulicy. Usłyszał 
chrobot   za   swymi   plecami.   Później   coś   lekko   trzasnęło. 
Zerknął za siebie i zobaczył w ścianie podłużny, prostokątny 
otwór.

— Nie   strzelaj!   —   ostrzegł   szepczący   głos,   dziwnie 

znajomy. — Chodź do mnie, szybko. Te draby zabiją cię.

— Kto ty?
— Chodź, bo zginiesz.
— A Tess?
— Zabieraj go. Ranny?
— On nie żyje.
— O, do diabła! To był porządny facet.
— Ktoś ty? — powtórzył Karol pytanie.
— Zgłupiałeś? Chodźże wreszcie.

Z ciemności wysunęła się dłoń i chwyciła go za rękaw 

kurty.

— No, szybciej!

Karol wkroczył w ciemność. Zbawcza ręka powiodła go 

poprzez   nieznane   wnętrze,   wypełnione   nieprzenikliwa 
czernią. Na krańcach tej czerni błysnęło światło księżyca. 
Ujrzał twarz wybawcy.

— Derek Carty — powiedział zdumiony.
— Ten sam. Szybciej! Za chwilę poczną nas ścigać.

Lecz Karol zawahał się. Zrozumiały odruch. Złodziej koni 

i sprzedawca cudzego bydła nie zasługiwał na zaufanie.

Carty chyba wyczuł, bo powiedział bardzo szybko:

— Możesz mnie uważać za złodzieja, ale ani mor

dercą, ani rabusiem nigdy nie byłem i nie będę. Ru
szaj, bo ci zdejmą skórę z pleców, a przy okazji i mnie!

background image

Gdzieś z tyłu za nimi trzasnęły sucho dwa strzały. Karol 

przestał się opierać.

I   tak   wyglądał   początek  drugiego  spotkania   z   Derkiem 

Carty.   Karol   nigdy   nie   dowiedział   się,   jakim   sposobem 
człowiek osadzony w areszcie w odległej Laramie po dwu 
tygodniach   znalazł   się   w   Custer   City,   natomiast   usłyszał, 
czemu zawdzięcza pomoc.

— Nie pamiętasz, jakeś gardłował w mej sprawie?

Tamci farmerzy chcieli mnie powiesić i gdyby nie ty...

Ta noc — we wspomnieniach Karola —- przedstawiała 

się jak jeden wielki koszmar, z którego usiłował się wyrwać. 
Zapragnął natychmiast wrócić do Heartów, lecz Carty na to 
nie zezwolił.

— Będą się szukać, trafią do Heartów, bo i to możliwe. 

Gdzież się wówczas ukryjesz? Ściągniesz tylko
kłopot na głowy swych przyjaciół.

Było w tym sporo racji, więc Karol, prawie bezwolny, dał 

się zaprowadzić na jakieś puste podwórko, gdzie stały dwa 
konie.   Wskoczyli   na   siodła   i   pognali   poza   ostatnie 
zabudowania Custer City. Carty wywiódł swego towarzysza 
między   daleką   linię   wzgórz,   do   zielonej,   porosłej   trawą 
dolinki. Widać świetnie orientował się w terenie. W kilka 
godzin   później   odjechał   do   Custer,   aby   wtajemniczyć 
Heartów w całą historię. I tak rzeczywiście postąpił. Karol 
dowiedział się o tym po paru dniach, gdy odważył się tam 
wrócić.   Nie   na   długo   jednak,   bowiem   jacyś   podejrzani 
osobnicy  kręcili   się   wokół   obozowiska   Heartów,   a   nawet 
wypytywali   o   „młodego   człowieka",   który   „miał 
winczester". Prawdopodobnie tamtej nocy, mimo ciemności, 
potrafili   dobrze   przypatrzeć   się   Karolowi.   Wobec   tego 
postanowił wracać do Laramie. Carty gdzieś zniknął.

Znacznie,   znacznie   później   spotkał   go   jadącego   dy-

liżansem   na   południe,   lecz   mimo   namów   nie   przystał   na 
wspólną podróż. Tak wyglądało trzecie spotkanie z Cartym.

background image

Czwarte   wypadło   w   Blowy   Garden,   w   Nebrasce. 

Znajdował się tam mały banczek, w którym Karol postanowił 
zamienić   na   banknoty   złoto   otrzymane   od   Tessa.   Na 
nieszczęście   w   okolicy   dokonano   napadu   na   pociąg   i 
zrabowano spory transport złota. Nieznany przybysz  wydał 
się   właścicielom   banczku   osobą   wielce   podejrzaną. 
Sprowadzili szeryfa. Niewiele brakowało. ą Karol znalazłby 
się   w   areszcie.   I   tu,   niespodziewanie,   znowu   wkroczył   na 
widownię   Derek   Carty.   Zaiste,   stał   się   dla   Karola 
opatrznościowym człowiekiem!

Co Carty'ego przygnało do Blowy Garden? W jakim I celu 

tu   zawitał?   Pozostało   to   tajemnicą.   W   ogóle   Carty  i  miał 
przedziwną   zdolność   mówienia   o   niczym,   pomijania   zbyt 
dociekliwych   pytań   i   to   w   sposób,   który   j   zbijał   z   tropu 
pytającego. Teraz okazało się, iż jest j przyjacielem szeryfa. 
Zaręczył za Karola, a później zaprowadził go do saloonu. Po 
obfitym posiłku zagadnął:

— Co teraz zamierzasz, Karolu?

Marzę o kawałku ziemi, na której mógłbym 

gospodarować. Już mi się znudziła włóczęga.

Carty zastanowił się chwilę.

— A wiesz, to dobry pomysł. Pojadę z tobą.

Karol zdrętwiał na takie słowa.  Ani mu w głowie powstało 

wędrować razem z koniokradem, szulerem i Bóg wie z kim 
jeszcze.

Trzeba   mieć   nieco   centów   —   odparł   wykrętnie.   — 

Ziarno na siew, materiał na budowę domu, na

rzędzia rolnicze. No i sama ziemia, wszystko to kosztuje.

Nie martw się o mnie.  A może lepiej kupić gotową 

farmę?

— Nie.   Chcę   się   przyłączyć   do   jakiejś   karawany 

osadniczej i zagospodarować dziewicze tereny. Tak wy
padnie   taniej,   a   poza   tym   liczę,   że   w   gromadzie   znajdę 
sąsiedzką pomoc.

background image

— Świetnie! Bardzo mi to odpowiada.
Karol   z   coraz   większym   trudem   ukrywał   niepokój. 

Stowarzyszenie   się   z   Cartym   uważał   za   największe 
głupstwo, jakie mógłby popełnić. Lecz jak z tego wybrnąć? 
Ten  sympatyczny  mimo   wszystko   koniokrad  uratował   mu 
życie w Custer City,  a przed chwilą wybawił z wielkiego 
kłopotu.

— Wyruszamy   jutro   —   mówił   Carty.   —   Najpóźniej 

pojutrze. Wcześniej nie mogę. Mam tu pewne zobowiązania.

— Zobowiązania? — zdziwił się Karol.
— Tak,   rewanż.   Widzisz...   zbiera   się   tu   co   wieczór 

gromadka moich znajomych i skracamy nudę grą. Wczoraj 
karta poszła mi nadzwyczajnie, obiecałem, że dam im dzisiaj 
możność odegrania się. Chyba rozumiesz?

— Oczywiście,   czyś   ty   w   ogóle   cokolwiek   do   nich 

przegrał?

— No, w sumie to raczej nie...
— Rozumiem — odparł Karol i wpadł w jeszcze bardziej 

ponury nastrój, ponieważ już od dawna podejrzewał swego 
towarzysza   o   niezbyt   dżentelmeńskie   sposoby   gry.   Niech 
teraz przyłapią  Carty'ego na oszustwie, szeryf  zmieni  swą 
decyzję i wpakuje Karola za kratki. Jaką bowiem wartość 
przedstawia poręka szulera?

— No  i co, Karolu, zgadzasz się?
— To wymaga zastanowienia.
— Więc zastanawiaj się. Ja idę do szeryfa. Czekaj tu na 

mnie.   Jak   będziesz   się   nudził,   zamów   cokolwiek   na   mój 
rachunek. Do zobaczenia!

Karol odczekał kilka minut, potem zapłacił wszystko co 

do centa, chociaż karczmarz początkowo nie chciał przyjąć 
pieniędzy („Jeszcze się pan Carty na mnie obrazi, jak mu o 
tym powiem"). Opuszczając lokal, za-trzymał się na progu i 
rzucił w stronę właściciela saloonu:

— Jakby pan Carty mnie szukał, proszę powiedzieć, że 

musiałem   szybko   opuścić   Blowy   Garden.   Będzie   pan 
pamiętał?

Wziął konia za uzdę i poprowadził go skrajem drogi aż do 

miejsca, gdzie kończyły się ostatnie zabudowania. Wówczas 
przystanął i obejrzał się, cały spocony z wrażenia. Nigdzie 
jednak nie zauważył znajomej sylwetki Carty'ego. Wskoczył 
na   siodło   i   najpierw   kłusem,   później   galopem   ruszył   na 
południe.

Tak się zakończyło czwarte spotkanie z Derkiem Carty. 

Któż mógł przewidzieć, że po latach nastąpi piąte?

Carty musiał dobrze poznać Karola Gordona, skoro tak 

radośnie go powitał i przedstawił swej żonie. Był pewien, iż 
Karol, przez pamięć dawnych wydarzeń w Custer City, nie 
ujawni pewnych szczegółów z jego przeszłości.

Obudziłem   się,   gdy  promień   słońca   uderzył   w   okienną 

szybę, przebił się przez ażurową firankę i padł mi na twarz. 
Siadłem   na   łóżku   wypoczęty   i   beztroski,   póki   nie 
przypomniałem sobie, że dziś czeka nas rozmowa z Fredem 
Clarkiem. Natychmiast wyparowała ze mnie cała radość, bo 
wyniki tej rozmowy jakże wątpliwie się przedstawiały.

background image

— Hej — krzyknąłem — wstawaj.
Karol podniósł się.
— No, Janie — powiedział ziewając — za kilka godzin 

rozstrzygnie się nasza najbliższa przyszłość. Albo
powędrujemy   truchcikiem   na   wiosenne   polowanie,   albo 
pognamy   galopem   na   złamanie   karku   do   Goodyear. 
Chciałbym już wiedzieć, co nas czeka.

background image

— Ułożyłeś sobie rozmowę z Clarkiem?
— Tak.   Jeśli   prawda   nie   znajdzie   sobie   drogi   do   jego 

mózgu, spróbuję go nastraszyć. Myślę, że pierwszą rozmowę 
przeprowadzę w cztery oczy.

— To znaczy, że mam zniknąć — powiedziałem nie bez 

goryczy.

— Nie denerwuj się. Tak będzie lepiej. Za to przy drugiej 

pogawędce staniesz się nieodzowny.

— To ile tego ma być?
— Na dwóch się skończy, a może nawet na jednej? Gdy 

pójdę do Clarka,  będziesz mógł  swój czas poświęcić pani 
Elsie. Ona bardzo jest spragniona nowin z dalekiego świata, 
tylko nie daj się wciągnąć w rozmowę o przeszłości Derka, 
zbyt   wiele   o   nim   wiesz   —   mrugnął   do   mnie 
porozumiewawczo.

Ogoliliśmy się, umyli i wyszli z pokoju.

— Jestem głodny jak wilk — zauważył mój przyjaciel. — 

Przed tak ważną rozmową muszę dobrze podjeść.

— Zazdroszczę ci. Na myśl, że czeka nas może jazda do 

Goodyear, tracę apetyt. Ale chodźmy.

Nie   bardzo   wiedzieliśmy,   które   drzwi   mają   nas   do-

prowadzić   do   celu,   w   tym   korytarzu   znajdowały   się   aż 
cztery.

— To te — pokazałem palcem.
— Nie, tamte...

Wówczas uchyliły się zupełnie inne, a na progu stanęła 

Elsa Carty.

— O! — krzyknęła wesoło — właśnie szłam po panów. 

Proszę,   śniadanie   czeka.   Najlepsze,   jakie   potrafiłam 
wymyślić.

Poprowadziła nas prosto do nakrytego stołu.

A gdzie Derek? — zapytał Karol. — W saloonie?

— Ach, nie. Przyszedł posłaniec od szeryfa i prosił, żeby 

Derek natychmiast przybył. Jakaś pilna sprawa.

background image

Szeryf   często  radzi  się  Derka.  Bo  —  dodała  z  odcieniem 
dumy w głosie — bardzo się tu liczą z opinią mego męża.

Zabraliśmy się do jedzenia. Karol dał dobry przykład, ale 

mnie jakoś nie szło. Na myśl o Clarku, o Goodyear — każdy 
kęs   zamieniał   się   w   kamień.   Zbliżała   się   chwila   mająca 
rozstrzygnąć   o   dalszych   losach   Bedego.   Rzecz   dziwna, 
bardzo   mnie   one   obchodziły,   zupełnie   jakby  to   dotyczyło 
mojej własnej przyszłości.

Pani   Elsa   zabawiała   nas   rozmową,   a   czyniła   to   z 

wrodzonym talentem, i tak interesująco, że na pewien czas 
nawet zapomniałem o dręczących mnie niepokojach. Jednak 
gdy uchyliły się drzwi i do jadalni wkroczył Derek Carty, 
znowu ogarnęły mnie ponure myśli.

— Witajcie! — zawołał. — Jak się czujesz, Karolu?

A pan, doktorze?

Odparliśmy, że znakomicie, chociaż z mej strony było to 

kłamstwo.

— To świetnie! Dzień zapowiada się pięknie, ani jednej 

chmurki na niebie.

— Czego chciał od ciebie szeryf?

Carty pomarkotniał. Zauważyłem to natychmiast. Czyżby 

wyszły na jaw jakieś stare sprawki naszego gospodarza?

— Ponura historia — odparł siadając za stołem.
— Co się stało? — zaniepokoiła się pani Elsa.
— Nic   takiego,   co   by   dotyczyło   nas   bezpośrednio. 

Opowiem o tym  za chwilę. Po co mącić  wesołą biesiadę. 
Jedźcie i pijcie.

Rozejrzał się po stole.

— Czy nie masz gdzie whisky pod ręką, moja droga?
— Tak   wcześnie?   —   zapytała   z   akcentem   nagany   w 

głosie.

background image

— Wyjątkowo   —   odparł.   —   Wracam   z   dość   maka-

brycznego widowiska.

— Derek! Zaraz mów, czego chciał szeryf.
— No   dobrze,   lecz   najpierw   przynieś   whisky   i   szkla-

neczki.

Wyszła z pokoju.

— A   co   z   Clarkiem?   —   zagadnął   Karol.   —   Wrócił 

wreszcie?

Ech — odparł karczmarz z wyraźnym ociąganiem — 

wrócił i nie wrócił równocześnie.

Cały zamieniłem się w słuch.

— Powiedz wyraźnie.
— Powiem, że jeśli miałeś zamiar z nim rozmawiać, nic z 

tego nie wyjdzie.

— Uciekł!   —   nie   wytrzymałem   i   aż   się   zawstydziłem 

tego okrzyku.

Carty przecząco pokręcił głową.

— Wyobraźcie   sobie,   szeryf   mnie   wezwał   do   rozpo-

znania zwłok. Tak, tak. Przywieziono tych czterech
z bandy, jaka napadła na pociąg. Trzech nie znam, lecz w 
czwartym   rozpoznałem Freda  Clarka.  Martwego.  Możecie 
sobie   wyobrazić,   jak   mnie   to   zaskoczyło.   Nigdy   nie 
podejrzewałem, że z niego był taki niebezpieczny ptaszek. 
O, jesteś, moja droga!

Napełnił szklaneczki. Wypiliśmy.  Jakoś mi to pozwoliło 

wrócić do równowagi.

Na   tym   wypada   zakończyć   historię  Bedego i  woreczka 

żwiru. Wszystko, co działo się potem, nie ma już żadnego 
związku z tą sprawą. Jednak dla całkowitego wyczerpania 
tematu dodam, że w godzinę później napisałem do Bedego 
list i natychmiast zaniosłem na pocztę.

Pisząc   go   wziąłem   pod   uwagę   nienasyconą   ciekawość 

pani Adeliny Harper. Kto wie, co jej przyjdzie do głowy? 
Może   domagać   się   będzie,   aby  Bede   głośno  odczytał   mą 
epistołę? Dlatego zdobyłem się na niezwykły (nie chwaląc 
się!) dyplomatyczny wybieg. Poza pozdrowieniami dla całej 
rodziny Harperów, donosiłem, że bawimy w La Junta, skąd 
ruszamy na polowanie.

„Niedaleko   La   Junta   —   napisałem   dalej   —   dokonano 

napadu   na   pociąg.   Bandyci   zostali   rozproszeni,   czterech 
poległo. Trzech z nich nie rozpoznano, czwartym jest niejaki 
Fred Clark, od pół roku zatrudniony jako kelner w saloonie 
Pod Złotą Sową  w La Junta. Wspominam o tym, ponieważ 
jest  to chyba  ten sam człowiek,  którego kiedyś  zatrudniał 
pan Harper. Jeszcze raz pozdrawiam Cię, Barry, w imieniu 
Karola Gordona i własnym. Oby ci się jak najlepiej wiodło. 
Kto wie, może kiedyś znowu wpadniemy do Goodyear?"

Zakończywszy   na   tym,   podpisałem   się   zamaszyście   i 

postawiłem   datę.   A   po  chwili   namysłu   dopisałem  jeszcze 
swój  adres w  Milwaukee.  Mam nadzieję,  że  Bede  raz  na 
zawsze wybrnął z kłopotów, lecz któż odgadnie przyszłość... 
polubiłem tego człowieka.

„BodzioKB”