background image

Wernic Wiesław

Barry Bede  

                         

                            

Spojrzenie tu przeszłość

Trawa. Jak daleko sięgnąć wzrokiem — trawa. Gdzieniegdzie gęsta i wysoka aŜ po 

końskie brzuchy, gdzieniegdzie rzadka, zwiędła jakaś, jak gdyby zwiastująca koniec jesieni, 
a nie początek wiosny.

Równina ciągnęła się bezkreśnie. Tu i tam wystrzelały ponad nią kępy drzew — 

przerywniki w monotonii krajobrazu — a na dalekim zachodzie dźwigały się nagle ku niebu 
postrzępione szczyty Medicine Bow i Front Rangę, dwu pasm górskich, które musi zauwaŜyć 
kaŜdy przybywający w te strony z. Kansasu.

Jechaliśmy powoli, chociaŜ dzień szarzał. Nic nas nie zmuszało do pośpiechu, a nocleg w 

jakimkolwiek miejscu tej płaszczyzny posiadałby takie same zalety co wady. Drewna na opał 
nie brakowało, chodziło jedynie o wodę, lecz Karol zapewnił mnie, iŜ najdalej za pół godziny 
przetnie drogę rzeczka płynąca szerokim korytem.

— Nie mogę się mylić — twierdził — bawiłem tu przed rokiem. Przejazdem.
— Przejazdem — powtórzyłem ironicznie. — No, to rzeczywiście musisz świetnie 
orientować się w terenie.

Zerknął na mnie podejrzliwie.

— Ta rzeczka, Janie, dobrze utkwiła mi w pamięci.

Zaręczam. Spędziłem nad nią kilka godzin, chociaŜ całkiem zbytecznie.

— Oczarował cię widok?
Wzruszył ramionami.
— Grzebałem w kamykach. LeŜy tam mnóstwo kamyków wyrzuconych na piaszczystą 
plaŜę.
— Szukałeś nuggetów? — spróbowałem zgadnąć.
— Nie mylisz się. Rzeczka wypływa z gór, bystry prąd mógł aŜ tu zanieść drobiny złota.

Eksplorerska wyprawa? — zdziwiłem się. — Nic mi o niej nie wspominałeś.

— Nie warto było wspominać, zresztą... po prostu zapomniałem. Lecz z tą eksplorerska 
wyprawą mocno się mylisz. Dawno z tym zerwałem. To był po prostu przypadek. I to 
przypadek bardzo dziwny.

— Tajemnicza historia? — zaŜartowałem.
— Istotnie. Po dziś dzień nie potrafię jej wytłumaczyć. Powiedz, co uczyniłbyś na widok 
obcego człowieka klęczącego na rzecznej wydmie i zbierającego garściami kamienie?

Hm... chyba przyglądałbym się, próbując odgadnąć cel tej pracy, a później zapytał 

dziwnego zbieracza, czego szuka.

Tamten człowiek nie zauwaŜył mnie. Odjechał, zanim zdołałem zawołać. Po prostu ze 

zdziwienia zapomniałem języka w gębie. Rzeczka płynęła wśród wysokich brzegów i Ŝeby 
dostać się do wody, naleŜało najpierw zejść z wysokiej skarpy na piaszczystą łachę. 
Jechałem wówczas tak wolno, jak my teraz, a trawa głuszyła tętent kopyt. Rozluźniły mi 
się popręgi, zatrzymałem konia, naciągnąłem paski i ujrzałem zieloną! linię krzewów. 
Łatwo odgadnąć, Ŝe za nimi płynął strumień. Prowadząc wierzchowca za uzdę, 
przystanąłem jak nakazywała ostroŜność. W dole, poniŜej trawiastej skarpy, na piasku, 
dostrzegłem człowieka. Klęczał, od- wrócony do mnie plecami. W lewej dłoni dzierŜył 
spory, na pół juŜ wypełniony woreczek. Prawą zbierał porozrzucane tu i ówdzie kamyki i 
wpychał je do worka, bardzo pospiesznie. CóŜ więc dziwnego, iŜ wziąłem go za eksplorera 
gromadzącego wyniesione wodą nuggety. Nie pomyślałbyś podobnie? Przytaknąłem.

— No, widzisz. Patrzałem i patrzałem, ale na próŜno usiłowałem dostrzec Ŝółtawozielony 
poblask tak charakterystyczny dla grudek złota. Doszedłem do wniosku, Ŝe to zapewne nie 

background image

złoto, lecz jakaś odmiana szlachetnych kamieni. Nie brak ich w róŜnych partiach Gór 
Skalistych. Postanowiłem czekać i sprawdzić. Nie trwało to długo.
— Ej, coś kręcisz, Karolu — przerwałem. — To wcale nie zdziwienie pozbawiło cię 
mowy.
— Najpierw zdziwienie, a później i zdziwienie, i obawa. OstroŜny zawsze wygrywa, 
Janie. Nie jest rzeczą bezpieczną zaskakiwać na pustkowiu człowieka, który znalazł skarb.
— Słusznie. I co dalej?
— Dalej? Tamten jegomość wypełnił woreczek, zawiązał go, wstał, otrzepał dłonie i 
ruszył ku krzakom, na prawo ode mnie. Stamtąd wyprowadził konia, wskoczył na siodło, 
przebył rzeczkę i zniknął mi z oczu na przeciwległym brzegu. Postałem jeszcze chwilę, a 
później zbiegłem na łachę. MoŜesz się śmiać ze mnie. Przez dwie albo i trzy godziny 
kręciłem się po plaŜy tu i tam. Od ustawicznego schylania grzbiet mnie rozbolał.
— I co?

I nic! Cokolwiek podniosłem, było tylko bezwartościowym, wygładzonym wodą 

kamykiem, jakich pełno w górach i w korytach podgórskich rzek. Powiedz mi, Janie: po co 
on to zbierał?
— Przyjrzałeś się uwaŜnie kamykom?

Nie Ŝartuj. Potrafię odróŜnić grudkę złota od odprysku skały.

Pokręciłem głową.

MoŜe to geolog? Zbierał próbki.

Nie wyglądał na geologa. Roześmiałem się.

Z czego to wnioskujesz?

Z jego stroju. Zupełny obszarpaniec.

Kto wie, moŜe powracał z dalekiej wyprawy w głąb gór? Geologowie prowadzą tam 

badania.

Pewno masz rację — zgodził się Karol i na tym wyczerpaliśmy temat.

Jednak, Ŝeby rzec prawdę, opowiadanie Karola mocno utkwiło mi w pamięci. Nie bardzo 

pasował do wizerunku badacza ziemi samotny jeździec, pospiesznie uzupełniający swój 
bagaŜ rzecznym Ŝwirem.

W dwie godziny później zapowiedziana przez Karola rzeczka pojawiła się na horyzoncie. 

Zasygnalizował ją z daleka widoczny, ciemniejszy od zieleni traw, pas zarośli. Ruszyliśmy 
galopem i zatrzymali się dopiero wśród gąszczu szeleszczących liści. Wszystko się zgadzało: 
porosła murawą skarpa, a niŜej — piaszczysta łacha, pokryta miejscami drobnym Ŝwirem.

— To tu — stwierdził mój towarzysz. — Gdyby wiatr nie rozwiał i deszcz nie spłukał, 
znalazłbyś na tej plaŜy odciski stóp człowieka, o którym ci opowiadałem, a obok... moich 
butów.
— Lecz chyba nie twierdzisz, iŜ celowo doprowadziłeś mnie do tego miejsca?
— Nie twierdzę — uśmiechnął się. — Po prostu przypadek.

 Zmierzchało juŜ na dobre, więc szybko napoiliśmy konie. Obozowisko zostało rozbite 

poniŜej skarpy, bo chociaŜ ciągnęło wilgocią od wody, a piasek niezupełnie był suchy — 
wysoki brzeg chronił nas przed wiatrem i przed niepoŜądaną obserwacją. Bo i z tym naleŜało 
się liczyć. Wysoki brzeg skrywał równieŜ blask ogniska, które mogło ściągnąć nam na karki 
nieproszonego gościa. Przebywaliśmy bezludne co prawda okolice Kolorado (bo 
znajdowaliśmy się właśnie na terenach naleŜących do stanu Kolorado), lecz wcale niej tak 
bezpieczne. Bezludna, bo jałowa, na pół pustynna ziemia nie nadawała się ani pod uprawę, 
ani na pastwiska dla bydła. Natomiast dlatego właśnie mogła słuŜyć za kryjówkę lub 
dogodną drogę ucieczki na zachód dla róŜnych ludzi, co to ani sieją, ani orzą, lecz Ŝyją z 
oszustw, szwindli lub po prostu z rabunków dokonywanych na samotnych wędrowcach. Z 
leŜącego miedzę, ludnego i bogatego Kansasu na pewno ciągnęli tu amatorzy łatwych 
zarobków, kierując się ku górom, za którymi leŜało terytorium Utahu, po którym krąŜyli — 
jak słyszałem — eksplorerzy szukający Ŝył złota i serbra. Napady na nich, a raczej na trans-
porty drogocennych metali, trafiały się zawsze tam, gdzie rozległe, nie zamieszkane obszary 
sprzyjały buszowaniu rabusiów.

Oto dlaczego obozowaliśmy nie na wysokim, trawiastym brzegu, lecz w dole. Licho nie 

ś

pi!

background image

Losowaliśmy jak zwykle kolejność nocnych wart. Mnie przypadł dyŜur do północy, 

Karolowi od północy do świtu.

Tak więc mój towarzysz, gdy pierwsze gwiazdy poznaczyły niebo, otulił się pledem, 

siodło podsunął pod głowę, a nogi wyciągnął w stronę Ŝarzących się węgli ogniska. Moim 
obowiązkiem było nie dopuścić do całkowitego wygaśnięcia drewien, ale i równocześnie nie 
dać buchnąć płomieniowi — łuna sygnalizowałaby obecność człowieka. Wiedziałem, jak 
mam postępować, a stos zebranych gałęzi i wiklin powinien był wystarczyć na całą noc.

Wziąłem winczester, sprawdziłem naboje w magazynku i ruszyłem na obchód. Najpierw 

pobrzeŜem łagodnie pluskającej wody — powstrzymywałem się przy tym, by nie podnieść 
choć paru kamyków, tak mnie korciło! — później wdrapałem się na skarpę i przemierzyłem 
półokrąg, którego centrum stanowiło ognisko, wreszcie zajrzałem do koni przywiązanych u 
samotnego drzewa, niedaleko krawędzi skarpy. Spały. W czasie swego straŜowania 
parokrotnie powtórzyłem wędrówkę. Z dwu powodów. Pierwszy: bezpieczeństwo, drugi: 
senność. Bałem się, Ŝe siedząc w cieple bijącym od Ŝarzących się gałęzi i patyków, mógłbym 
zasnąć. Co prawda, taki hańbiący westmana przypadek wydarzył mi się tylko raz, podczas 
pierwszej z Karolem wędrówki, nigdy później. Wolałem jednak nie kusić losu.

Skracałem czas czuwania wyobraŜając sobie niespodziewaną napaść, chyba tylko białych, 

bo ziemie jedynych w Kolorado Indian leŜały daleko stąd, na południowo-zachodnim krańcu 
stanu. WytęŜałem wzrok i słuch. Lecz Ŝaden głos nie dobiega! z głębi nocnych ciemności, 
Ŝ

adna sylwetka nie poruszyła się w mroku. Nawet kujoty (gdzieŜ ich nie ma?) nie dawały 

znać o swej obecności. Preria spała pod czarnym namiotem nieba usianego srebrnymi 
gwiazdami.

Tak dotrwałem do północy, a gdy wskazówki mego zegarka utworzyły jedną prostą linię, 

obudziłem Karola. Zerwał się natychmiast. A ja ułoŜyłem się na wygrzanym przez niego 
miejscu i wkrótce zapomniałem o całym świecie. Pod czujnym okiem Karola mogłem spać 
tali bezpiecznie, jak gdybym znajdował się we własnym mieszkaniu, w odległym Milwaukee 
nad jeziorem Michigan.

CóŜ więc skłoniło mnie do tłuczenia się po wertepach Kolorado i do zamienienia 

wygodnego łóŜka na twarde legowisko w piachu? Co?

Ot, po prostu — nawyk, przyzwyczajenie. Od kilku juŜ lat kaŜdej wiosny lub wczesnym 

latem ruszałem poza mury rodzinnego Milwaukee, na zachód lub na północ, poza granicę 
Missisipi, tam gdzie jeszcze moŜna było spotkać w pierwotnej prerii dzikie zwierzęta, a z 
rzadka tylko ludzi. JakŜe jednak róŜnych od tych, którzy zamieszkiwali wschodnie stany 
Ameryki!

Zaczęło się to od przypadku.

Myślę jednak, Ŝe ten przypadek narodził się wiele, wiele lat wcześniej, nim stałem się 

szanownym i wziętym  lekarzem,  zastępcą  naczelnego  chirurga  szpitala w Milwaukee.

Gdy pamięcią sięgnę wstecz — co nie jest takie trudne — dostrzegam siebie jako małego 

brzdąca, kręcącego się po wielkim mieszkaniu rodziców, po pachnącym Ŝywicą parterowym 
domu na przedmieściu Milwaukee, niedaleko jeziora Michigan, którego połyskliwe wody 
widać było poprzez sztachety parkanu ogradzającego nasz spory ogród.

Tam, zdawało się, iŜ w zasięgu wyciągniętej ręki, w podmuchach ciepłego wiatru płynęły 

wydęte Ŝagle łodzi, niczym dzikie łabędzie, których równieŜ nie brakowało.

Zimą kry poczynały piętrzyć się na pokrytym szronem brzegu, a gdy temperatura spadała 

gwałtownie, w ciągu jednej zaledwie nocy ginęły rozbryzgi sztormowych fal pod lodową 
taflą, tak grubą, Ŝe mogły po niej jeździć parokonne wozy. Ale mnie w tamtych czasach 
nigdy, ani latem, ani zimą, nie wolno było opuszczać ogrodu, chyba Ŝe w towarzystwie 
dorosłego opiekuna. Kiedy nastawały ciepłe dni, buszowałem po ogrodowych krzakach 
razem z dwoma lub trzema przyjaciółmi-równolatkami z sąsiedztwa. Stawiałem swoje 
pierwsze tipi i wigwamy, nie przeczuwając w najśmielszych marzeniach, Ŝe kiedyś spać będę 
pod skórami prawdziwego tipi, o krok od czerwonoskórego wojownika i pod jego opieką.

 Nie przeczuwając, bowiem w naszych zabawach i bieganinach po ogrodzie, który był 

równocześnie prerią i dziewiczą puszczą, walczyliśmy z Indianami, porywali jeńców i 
wyzwalali „blade twarze" od męczeństwa przy palach śmierci. Niestety, ani ja, ani moi 
koledzy nie chcieli odgrywać roli miedzianotwarzych wojowników. Nie mogły nas do tego 

background image

zachęcić nawet pióra kaczek i gęsi, mające imitować pióra orle. Zawsze więc byliśmy 
traperami lub oddziałem federalnej kawalerii, kłusującym na odsiecz oblęŜonym fortom lub 
otoczonemu przez wyjącą hordę blokhauzowi któregoś z pograniczników.

Z konieczności więc rola Indian przypadała zaroślom, młodym drzewkom, wreszcie 

zielsku pod płotem, które mogliśmy niszczyć drewnianymi szablami bez protestu ze strony 
moich rodziców. Dopiero połamane w szale walki krzewy róŜ, a nawet (o zgrozo!) 
młodziutka jabłonka wywołały protest, i to dość gwałtowny. Później, zraŜeni takim 
stanowiskiem dorosłych, przenieśliśmy swe prerie i lasy do ogródka sąsiadów, lecz i tam 
spotkało nas całkowite niezrozumienie. Złamana gałąź owocującej gruszy stała się powodem 
scysji, w której przegraliśmy oczywiście my. Odtąd tylko chwasty mogły stanowić cel 
naszych ataków.

Takie pomniejszenie szeregów wroga, chociaŜ przykre, nie psuło zabawy. Lecz deszczowa 

jesień, zlewając strugami wody całe Milwaukee i okolice, lub trzaskająca mrozem zima 
bezlitośnie zapędzały zmarźluchów w głąb domu, przed kominki, na których buzowały grube 
i pachnące bierwiona. Owszem, płomień kominka ma swe uroki, zwłaszcza dla starszych, 
lecz jak długo tęskniący za ruchem malec moŜe tkwić nieruchomo wpatrując się w skaczące 
płomyki?

Wprawdzie dom moich rodziców był obszerny, prze stronny, lecz nawet największe sale 

są niczym w po równaniu z najmniejszym ogródkiem. Wałki z Indianami prowadziliśmy i 
zimą, jednak daleko im było dc uroku buszowania wśród zarośli, w słońcu i cieple 
pogodnego dnia. Z kimŜe zresztą mieliśmy walczyć, skoro krzesła, otomany czy fotele — z 
uwagi na przewidywane konsekwencje — nie nadawały się do odgrywania roli 
czerwonoskórych? Tak więc, gdy mój ojciec wychodził z domu, wślizgiwaliśmy się do jego 
gabinetu i skradając się w cieniu wielkich, krytych skórą foteli wdychaliśmy dym cygar oraz 
dziwną atmosferę tego pokoju, pełnego tajemniczych spraw, które się w obrębie jego ścian 
rozgrywały. Bo ojciec był prawnikiem, dość wziętym, co imponowało nie tylko mnie, lecz i 
moim małym przyjaciołom. Niestety, z gabinetem ojca graniczyła kancelaria — 
pomieszczenie równie tajemnicze, 'lecz przez cały dzień pozostające pod pieczą chudego 
młodzieńca o długim nosie, odbywającego swą pierwszą praktykę. Był to zresztą 
sympatyczny człowiek, niekiedy zawalony robotą, niekiedy aŜ ziewający z nudów. W takich 
chwilach przywoływał nas i opowiadał historie (wątpię, czy prawdziwe) o podboju Ameryki 
przez białych kolonizatorów. Słuchaliśmy z zapartym oddechem, póki trzask frontowych 
drzwi nie oznajmiał powrotu ojca. W bardzo smętnym nastroju wracaliśmy wówczas do 
pokoju gościnnego. Chudy młodzieniec nigdy jednak nie pozwalał nam bawić się w 
gabinecie, a Ŝe słuch miał nad podziw wyostrzony, najcichsze podchody i skradania się 
między meblami szybko bywały wykrywane.

Nigdy tego nie zapomnę, mimo Ŝe upłynęły lata, a pachnący drzewem dom zniknął w 

przestrzeni dawno minionego czasu, razem z tajemniczym gabinetem, kancelarią, mnóstwem 
innych pokojów i ogrodem, który był dla nas, rozbieganych i rozwrzeszczanych chłopaków, 
to lasem nieprzebytym, to skalistym łańcuchem gór, to bezkresną prerią Dzikiego Zachodu.

Lecz wracam do sprawy drobnej na pozór, lecz w istocie swej bardzo waŜnej. Oddającej 

bowiem atmosferę tamtych czasów i poglądy olbrzymiej większości ludzi, zwłaszcza tych, 
którzy osiedlili się lub urodzili w miastach na wschodzie.

 Pytanie wyda się naiwne: czemu to Ŝadne z dzieci nie chciało brać udziału w zabawie 

jako czerwonoskóry?                

Odpowiedź okaŜe się wcale nie naiwna: dlatego, Ŝe dzieci znały Indian wyłącznie z 

opowiadań dorosłych,
od których słyszały mroŜące krew w Ŝyłach historie Wiadomo — Indianie to podstępni 
mordercy, którzy napadają na białych i podpalają chaty spokojnych farmerów, to leniwi, 
brudni złodzieje, którzy kradną i rabują, nie chcąc się zabrać do Ŝadnej uczciwej pracy. 
Słowem, to okrutne, mściwe, dzikie bestie, gorsze od kujota, budzące wstręt, pogardę i 
strach. KtóŜ by więc chciał, choćby w zabawie, choćby na niby, podjąć się takiej roli?

Tak oto budziła się we mnie juŜ od najmłodszych lat wrogość w stosunku do 

czerwonoskórych, a 

wydarzenia, które nastąpiły później, jeszcze tę wrogość umocniły.

background image

Tu muszę wspomnieć, Ŝe prawie kaŜdego lata wyjeŜdŜałem na pewien czas do ciotki i 

wuja (brata matki), którzy trudnili się rolnictwem, gospodarując na farmie połoŜonej nad 
rzeką Minnesota, na terenie dzisiejszego stanu Minnesota. IleŜ to radości dawała ml kaŜda 
taka wyprawa! Wyruszaliśmy we trójkę: matka ojciec i ja, pozostawiając na miesiąc dom 
pod opiekał gospodyni i chudego praktykanta.
A później? ToŜ dopiero była uciecha! Farmerski dom, farmerskie corrale i stodoły, wszystko 

tak róŜne od miejskich zabudowań, ileŜ dawały nowych wraŜeń! Wujostwo mieli syna, 
starszego ode mnie o rok, i córkę, o rok młodszą. JuŜ pierwszego dnia gnaliśmy na 
prawdziwą prerię, gdzie kończyły się grunta farmy, i tam budowaliśmy szałasy z trzciny i 
nadrzecznych sitowi Kilka kroków w bok płynęła cicha woda Minnesoty, a daleko ku 
zachodowi ciągnęły się dzikie łąki, nigdy] nie tknięte pługiem. Niezwykłość otoczenia 
podkreślał jeszcze fakt, iŜ w górze rzeki znajdował się rezerwat Indian. Zakazano nam 
udawać się w tamtym kierunkuj lecz sama świadomość niemal sąsiedztwa „dzikich” działała 
na mnie podniecająco. IleŜ więc dodatkowego uroku miały dla mnie zabawy na takim terenie!
Ba, moja kuzynka wcale nie wzdragała się przed odgrywaniem roli indiańskiego wojownika 
(bo indiańską kobietą być nie chciała), przez co podchody i napady nabierały nowego smaku. 
Któregoś dnia zapytałem ją, czy nie wstydzi się być, chociaŜby tylko przez kilka godzin, 
„brudnym i cuchnącym" czerwonoskórym. Ku memu zdumieniu odparła, Ŝe Indianie to tacy 
sami ludzie jak my, a przeciętny kowboj „potrafi śmierdzieć" nie gorzej od miedzianolicego 
wojownika. Zaniemówiłem. Był to pogląd całkowicie sprzeczny z moim dotychczasowym 
mniemaniem. Jeszcze później dowiedziałem się od Daisy (właśnie mej kuzynki), Ŝe Indianie 
mogą być przyjaciółmi białych, Ŝe są dzielni, Ŝe nigdy nie kłamią, Ŝe zawsze dochowują 
danego słowa, Ŝe wreszcie... zostali skrzywdzeni przez nas! Oburzyłem się — co teŜ ta 
dziewczyna plecie! Ale gdy Nicholas (mój kuzyn) potwierdził słowa siostry, w mojej głowie 
powstał nie byle jaki zamęt. Prawdopodobnie po powrocie do Milwaukee rozmyślałbym w 
wolnych chwilach nad usłyszanymi rewelacjami, moŜe bym nawet znalazł kogoś z dorosłych 
o innym niŜ powszechny poglądzie na „kwestię indiańską", lecz po prostu... zapomniałem o 
tej rozmowie i dopiero przypomniało mi ją zdarzenie, które utrwaliło — i to na długie lata — 
mój pierwotny sąd o czerwonoskórych. Warto wspomnieć o tym zdarzeniu, bo dziś któŜ o 
nim pamięta? Lecz wówczas wieść przeraŜająca wstrząsnęła „białą" Ameryką. Rzecz 
wyglądała zupełnie nieprawdopodobnie. Uwierzyłem jednak, poniewaŜ jako jedenastoletni 
malec zawsze jeszcze wierzyłem dorosłym. Po latach, ze zwykłej ciekawości, postanowiłem 
sprawdzić w dawnych opisach świadków i w dochodzeniach specjalnej komisji śledczej, jak 
to naprawdę wyglądało. I ku swemu zdumieniu stwierdziłem, Ŝe oficjalna, beznamiętna 
wersja nie róŜni się w niczym od tego, co juŜ słyszałem na ten temat.

Sprawa przeszła do historii wojen białych z Indianami, czy teŜ Indian z białymi, pod 

nazwą masakry w Minnesocie. Dramat, który w swym przebiegu przypominał spadanie 
grudki śniegu po zboczu stromej góry. Mała grudka, która nikomu nie moŜe wyrządzić 
szkody, tocząc się po zaśnieŜonej pochyłości, przekształca się w końcu w śmiercionośną 
lawinę. Masakra! w Minnesocie tak właśnie wyglądała.

W roku 1862 nie pojechaliśmy na wakacje do wujostwa. Ojcu wypadła jakaś pilna sprawa 

sądowa, a matka nie zdecydowała się na daleką podróŜ z dzieckiem. Bardzo mnie zabolała ta 
decyzja. Popłakiwałem po kątach, a rodzicom ukazywałem swą mocno chmurną twarz. Na 
szczęście nie wzruszały ich moje dąsy. Dzięki temu mogę obecnie opisać historię masakry w 
Minnesocie.

Oto 17 sierpnia 1862 roku, prawdopodobnie nad wieczorem i na pewno niedaleko biegu 

górnej Minnesoty (bo tam właśnie znajdował się indiański rezerwat), czterej wojownicy 
Dakotów (popularnie, choć niesłusznie zwanych Siouxami) wracali z polowania do 
rezerwatu. Ich nazwiska, a raczej przydomki, przeszły! do historii: Zabijający Duch, 
Rozpraszający, Brązowej Skrzydło oraz Uderza Się Gdy Czołga. Dawniej zawsze śmieszyły 
mnie takie przedziwne nazwania, później doi nich przywykłem. Lecz w tej historii nie 
istniało nici śmiesznego.

OtóŜ wymienieni czterej wojownicy natrafili na kilka kurzych jaj złoŜonych w gnieździe w 

pobliŜu chaty  osadnika o nazwisku Robinson Jones. Gdy jeden z czerwonoskórych podniósł 
je z ziemi, drugi zwrócił mul uwagę, Ŝe nie trzeba jajek ruszać, bo naleŜą do białego 
człowieka. Wtedy ten pierwszy jajka rozbił, a swego towarzysza nazwał tchórzem.

background image

„Nie lękam się białych — miał odpowiedzieć —I aŜeby tego dowieść, zabiję jednego z 

nich!"

I tak się stało. Z pewną tylko róŜnicą. Nie jeden biały stracił Ŝycie, lecz zabitych zostało aŜ 

pięć osób: Robinson Jones, jego Ŝona, jego córka oraz dwu sąsiadów. Zaskoczeni napadem, 
nie potrafili się obronić.

Kiedy wojownicy wrócili na skradzionych w farmie koniach do rezerwatu i opowiedzieli, 

co się stało, zwołano naradę wodzów. Przez całą noc rozwaŜano całą sprawę i dalsze 
konsekwencje. Uznano, Ŝe istnieją tylko dwie moŜliwości: wydać morderców w ręce białych 
lub wypowiedzieć bladym twarzom wojnę. Mała Wrona, najwybitniejszy z plemiennych 
przywódców, ostrzegał, Ŝe nie ma Ŝadnych szans pokonania białych. „Zabijesz jednego, dwu, 
dziesięciu, a zjawi się stu, aby ciebie zabić..."

Lecz jego słowa nie przekonały innych. Po paru godzinach narady Mała Wrona uległ 

argumentom innych wodzów i rozkazał przygotować się do ataku na budynki rządowej 
agencji do spraw Indian, wznoszące się w pobliŜu wodospadów rzeczki Redwood. 
Jednocześnie, jeszcze przed brzaskiem, wyruszyły grupy wojowników, by zniszczyć 
okoliczne osiedla, a ich mieszkańców pozabijać. Zaskoczeni farmerzy stawiali słaby opór. 
Wprawdzie wojownicy wzięli kilku jeńców, a nawet oszczędzili kilku osadników, których 
uwaŜali za przyjaciół, na ogół jednak prawie kaŜdego spotkanego białego mordowano na 
miejscu. W sumie zginęło czterystu pięćdziesięciu ludzi, męŜczyzn, kobiet i dzieci, których 
jedyną winą było to, Ŝe urodzili się białymi.

W cztery tygodnie później rebelia została .stłumiona przez oddziały regularnego wojska, 

którymi dowodził pułkownik Henry Sibley. Spośród dwu tysięcy Indian, którzy się poddali, 
trzystu dziewięćdziesięciu dwóch zostało postawionych przed sądem. Odwet był straszliwy. 
Wydano trzysta siedem wyroków śmierci.

  

Pułkownik Sibley miał zamiar dokonać egzekucji natychrniast, ale sprzeciwił się temu 

biskup Minnesoty Henry B. Whipple. Udał się do Waszyngtonu błagać o łaskę dla 
skazanych. Był to czyn wymagający wielkiej odwagi, bowiem wśród białych osadników 
wzbudził powszechne oburzenie. Oburzałem się wówczas i ja — jedenastoletni malec, bo 
oburzali się wszyscy dorośli, z którymi stykałem się na co dzień.

 Abraham Lincoln złagodził karę w większości zapadłych wyroków, utrzymał je natomiast 

w mocy w stosunku do oskarŜonych, którym w pełni udowodniono gwałty i morderstwa.

W grudniu 1862 roku, w dzień po BoŜym Narodzeniu, odbyła się publiczna egzekucja — 

trzydziestu ośmiu indiańskich wojowników powieszono.

Mała Wrona, przeciwnik rozpoczynania wojny, zdołał uciec do północnej Dakoty. Kiedy 

jednak po roku wrócił, został zastrzelony przez jednego z farmerów.

Dlaczego o tym wspominam? Z czysto osobistych powodów. W masakrze Minnesoty 

zginęli wszyscy krewni mej matki: jej brat, a mój wuj, jego Ŝona i dwoje dzieci. Nietrudno 
sobie wyobrazić, jaki był to dla mnie szok. Rodzice pojechali na pogrzeb, mnie zostawiono w 
domu, w którym spędzałem czas płacząc i obmyślając srogą zemstę na czerwonoskórych, gdy 
tylko dorosnę. Po powrocie ojca i matki dowiedziałem się, Ŝe gdyby na miejscu napadu 
znajdował się lekarz, moi krewniacy zostaliby uratowani. Poraniono ich, to prawda, lecz 
zmarli z upływu krwi.

W naszym domu pojawiali się wtedy tłumnie dalsi i bliŜsi sąsiedzi, spragnieni nowin z 

odległej Minnesoty. Brałem udział w tych spotkaniach jako milczący słuchacz, skryty w 
którymś z kątów ogromnego salonu. Wiele razy wysłuchałem opowiadania ojca i komentarzy 
matki kończących się niezmiennie słowami: gdyby tam był lekarz...

AŜ pewnego dnia, gdy padły te zamykające relację słowa, krzyknąłem na cały pokój:

Ja zostanę lekarzem!

I przestraszyłam się swej śmiałości. Bo uczyniło się nagle okropnie cicho i oczy iluś tam 

dorosłych, męŜczyzn i kobiet, dostrzegły mnie stojącego za oparciem fotela. Pełnego skruchy 
za tak okropny nietakt.

Zapewne — odezwał się pierwszy pan Jeremiah Rothery, miejscowy sędzia — 

zostaniesz nim, jeśli wytrwasz w postanowieniu, mój chłopcze. Piękny to zawód i potrzebny 
ludziom...

background image

Wszyscy obecni uśmiechnęli się, ojciec pogłaskał mnie po głowie, matka przytuliła.

Przeminęły lata, mgła niepamięci przysłoniła historię Minnesoty. Odpłynął w przeszłość 

rodzinny dom pachnący Ŝywicą.

Jestem lekarzem. Nie, wcale nie dlatego, Ŝe kiedyś w chłopięcym podnieceniu 

wykrzyknąłem, Ŝe nim zostanę. Rychło o tym zapomniałem. Lecz później, gdy rozum 
mocniej począł kierować mym Ŝyciem, doszedłem do wniosku, Ŝe ten zawód najbardziej mi 
odpowiada.

I wtedy odnalazłem w pamięci słowa Jeremiaha Rothery'ego: „piękny to zawód i 

potrzebny ludziom..." Ba, cóŜ cenniejszego nad zdrowie lub Ŝycie!

Po szczeblach nauki i po szczeblach awansów wspinałem się na nie byle jaki szczyt. Jako 

zastępca naczelnego chirurga szpitala w Milwaukee, osiągnąłem dość poczesną pozycję 
wśród grona tamtejszych lekarzy. Na pewno niejeden mi zazdrościł i marzył o zajęciu takie-
go stanowiska, lecz nigdy tego nie dano mi odczuć.

 Zwycięsko przebrnąłem Ŝyciowe burze młodości, niczym fregata pod pełnymi Ŝaglami, 

kierowana silną dłonią sternika, który wie, w jakim kierunku płynąć. I zawinąłem do portu. 
Wiodłem spokojny, ustatkowany, moŜe nawet nieco monotonny Ŝywot w moim prze-
stronnym mieszkaniu, wolny od trosk i kłopotów, pod pieczą wiernej gospodyni — 
rudowłosej Irlandki nieokreślonego wieku, która miała na imię Katarzyna. W domu 
spędzałem połowę mego Ŝycia, drugą — w jeszcze bardziej przestronnym gmachu szpitala, 
gdzie kaŜdy dzień, niekiedy kaŜda godzina stawiały mnie twarzą w twarz z ludzkim 
nieszczęściem. IleŜ tam się nauczyłem... O chorobach, o ludziach i o ludzkim cierpieniu. O, 
szpital był dobrą szkołą! JakŜe przydała mi się później! Nie chcę się chwalić, lecz wiele razy 
wyrywałem kalectwu lub śmierci ludzi, zdawałoby siej beznadziejnie skazanych. I wiele razy 
zdarzało mi siej widzieć łzy nie smutku, lecz radości. PrzeŜywałem to jako swój największy 
sukces. Powiem jeszcze jedno: widok cierpień, ciągłe zmagania się Ŝycia ze śmiercią] nie 
umniejszyły w niczym mej wraŜliwości. Nie stałem; się oschłym, nieczułym wykonawcą 
swego zawodu, jakich dziś wielu. Zbyt wielu!

Lecz wszystko to widać nie zadowoliło losu, który kieruje mym Ŝyciem. I ten los 

postanowił dać mi mocnego kopniaka. Wyleciałem po nim jak z procy ze swego 
uregulowanego bytowania. Z letnich spacerów po okolicach Milwaukee i z zimowych dumań 
w wygodnym fotelu obok huczącego ogniem kominka w moim prywatnym gabinecie. Bo 
pacjentów nie przyjmowałem. Wystarczał mi szpital. Miałem więc mnóstwo czasu na 
czytanie ksiąŜek i na rozmyślania w wonnym dymku; cygara, tak pięknie pachnącym w 

cieple bijącym od płomieni.

Widać jednak los nie był zadowolony z mego drugo-; a moŜe nawet trzecioplanowego 

udziału w Ŝyciu miasta. Zdecydował wysunąć mnie na plan pierwszy, postawić oko w oko z 
trudnościami nie byle jakimi. Zupełnie jakbym słyszał rozkaz: skończ z tym, jeśli nie chcesz 
stać się w swoim własnym mniemaniu niedołęgą! Do roboty, piecuchu!

Piecuch nie bardzo się kwapił, więc został wypchnięty na Ŝyciową scenę, aby odegrać 

główną rolę w trzyaktowym dramacie. Los pociągnął za sznury, kurtyna poszła w górę. 
Rozpoczął się akt pierwszy.

W lecie 1880 roku, w okresie urlopów, zostałem sam na oddziale chirurgicznym szpitala 

w Milwaukee, ni« licząc  młodego  lekarza,  Jerzego  Davisa,  nad którym sprawowałem 
opiekę, dwu sanitariuszy i kilku pielęgniarek. Mój bezpośredni przełoŜony, naczelny 
chirurg, doktor Lindsay, uznał, Ŝe zasłuŜył na odpoczynek, i wyjechał na południe do 
krewnych.

W tym miejscu naleŜy wspomnieć, Ŝe na cztery lata przed pamiętnym dla mnie rokiem 

1880 w Montanie, nad rzeczką Little Bighorn, doszło do niezwykle krwawej batalii między 
oddziałem federalnej kawalerii a wojownikami Dakotów (Siouxów). Kawalerią dowodził 
generał Jerzy Armstrong Custer, głośny z osobistego męstwa, jakim wykazał się jeszcze 
podczas wojny domowej. Indianami dowodził Szalony Koń, a pieczę nad ich akcją 
sprawował nie mniej znany od Custera wódz i czarownik Dakotów, Sitting Buli (co stanowi 
odpowiednik dakockiego przezwania:   Tatanka-Yotanka).

background image

Custer poległ, poległo wraz z nim dwustu piętnastu Ŝołnierzy i oficerów, zginęły 

wszystkie konie tego kawaleryjskiego oddziału, z wyjątkiem jednego, który nazywał się — 
cóŜ za zbieg okoliczności! — Komańcz.

Jak później się okazało, Custer poniósł klęskę z powodu swej pychy. Gdyby poczekał 

dzień, nadciągnęłyby posiłki. Lecz on nie chciał z nikim dzielić się przewidywanym 
zwycięstwem. Przegrał równieŜ dlatego, Ŝe zlekcewaŜył odwagę i sprawność 
czerwonoskórych wojowników.

Klęska Custera narobiła sporo szumu wśród białych, lecz mną nie wstrząsnęła tak, jak 

wstrząsnęła niegdyś wieść o masakrze w Minnesocie. Ze zrozumiałych przyczyn. Tym razem 
uznałem, Ŝe nie jest to moja sprawa, bo mnie osobiście nie dotyczy. Choć oczywiście śmierć 
tylu Ŝołnierzy utwierdziła mój wrogi stosunek do Indian.

Bitwa nad Little Bighorn została stoczona 25 czerwca 1876 roku. Sam król Salomon, 

jakoby największy mędrzec świata, nie potrafiłby przewidzieć, iŜ w cztery lata później, w 
lipcu 1880 roku, uboczne skutki klęski

Custera odmienia całkowicie moją sytuację, mój sposób Ŝycia i... myślenia. Lecz to fakt.

OtóŜ w początkach lipca, gdy pacjentów było mało, a za to nudy sporo, zawiadomiono 
mnie, iŜ zgłosił się 

nowy chory. Kazałem go wprowadzić do gabinetu. Wszedł męŜczyzna, na oko tak pod 
trzydziestkę. Jego strój nie był strojem mieszczucha, raczej trapera uganiającego się po 
lasach i preriach za futerkowymi zwierzętami. Twarz miał opaloną, ale spod opalenizny 
przebijała dobrze mi znana bladość człowieka cierpiącego.

Powiem w duŜym skrócie: przybysz był ranny w lewe udo, lecz była to jakaś zastarzała 

rana, która na nowo się otworzyła. Brud spowodował zaognienie ciała, wywiązała się 
infekcja.

  

Zacząłem rozpytywać o przyczynę tej rany. Okazało się, Ŝe zadał ją grizzli, szary 

niedźwiedź Gór Skalistych. A więc nie omyliło mnie pierwsze przypuszczenie: nowy pacjent 
był traperem. Zbeształem go, Ŝe tak późno się do nas zgłosił. Uśmiechnął się — znad 
Saskatchewan daleka do Milwaukee droga, początkowo sprawa nie przedstawiała się groźnie, 
a on miał do załatwienia pewne interesy. Zabrzmiało to nieco tajemniczo: Saskatchewan to 
przecieŜ rzeka płynąca przez północną Kanadę. Lecz nie do mnie naleŜało badanie 
przeszłości przybysza.

 Zajęliśmy się troskliwie rannym. Wykąpany, obłoŜony opatrunkami, natychmiast zapadł 

w głęboki sen na szpitalnym łóŜku. Budził się w ciągu dnia parokrotnie i wydało mi się, Ŝe 
nie zdaje sobie sprawy, gdzie się znajduje. Zły to u chorego objaw. Tymczasem udo 
obrzękło, wokół rany wystąpił siny pas, a temperatura ciała skoczyła do niebezpiecznej wy-
sokości. Nie było kogo poradzić się, sam musiałem zadecydować o Ŝyciu człowieka (a 
niełatwa to decyzja), i to szybko. Zwłoka groziła śmiercią.  Ratunek mógł przynieść tylko 
nóŜ chirurgiczny, jedynie bowiem amputacja nogi mogła uratować ciało przed gangreną. Ta 
myśl przejęła mnie strachem. PrzecieŜ miałem wypuścić ze szpitala zdrowego... kalekę. 
Kalekę trapera! Okropność! Dlatego dopiero czwartego dnia rankiem zdecydowałem się na 
obcięcie nogi w pachwinie. Operacja miała się odbyć w godzinach popołudniowych, ale ze 
względu na groźbę śmierci wymagała zgody pacjenta.

Tkwiłem w swym gabinecie i myślałem o tym z goryczą w sercu i z prawdziwą złością na 

bezradność naszej wiedzy medycznej. Z posępnych rozwaŜań wyrwał mnie jakiś hałas. W 
obowiązkowej ciszy szpitalnego budynku było to wydarzenie niecodzienne. Wyszedłem 
zobaczyć, co się dzieje.

Tak oto zakończył się akt pierwszy dramatu, a zaczął akt drugi.

W końcu korytarza dostrzegłem grupę osób: młodego lekarza, pielęgniarkę i starszego 

sanitariusza oddziału. Lecz przecieŜ nie ich widok pozbawił mnie na chwilę mowy i 
zdolności ruchu. Stanąłem jak sparaliŜowany. Wśród trzech białych fartuchów ujrzałem 
skórzane bluzy i spodnie, najbardziej autentyczne leg-giny. Nie, to nie maskarada. 
Wystarczyło popatrzeć na twarze dwu dziwnych gości. Indianie!

Co to ma znaczyć? — zagadnąłem nieco bezsensownie.

— 

Indianie, panie doktorze — odparł Devis, równie bezsensownie.

To widzę. Czego chcą?

Jeśli dobrze zrozumiałem, przyszli odwiedzić chorego z raną nogi.

background image

Ale jak tu weszli? — wtrącił się pielęgniarz. — PrzecieŜ portier nie mógł ich wpuścić.

Pewnie przez płot — stwierdził Davis nieco pogardliwym tonem. — Tacy potrafią...

Omal głośno nie zakląłem. Czekała mnie trudna operacja i potrzebowałem spokoju, 

chociaŜby przez godzinkę. A tu taka heca! Prawdziwi czerwonoskórzy. Ujrzałem ich po raz 
pierwszy w Ŝyciu. Dziwne? Jednak to fakt. Większość mieszkańców wschodu, tych 
młodszych, nigdy nie oglądała Indian, chyba na rysunkach. I ja znałem barwne pióropusze, 
skórzane tarcze, legginy i zdobne paciorkami mokasyny wyłącznie z kolorowych malowideł. 
Teraz stały przede mną Ŝywe modele tych ilustracji.

W cztery lata po rzezi oddziału Custera zjawili się w Milwaukee, ba! w szpitalu, bracia 

tamtych, a moŜe nawet ci sami wojownicy, którzy brali udział w bitwie nad Little Bighorn. 
Tu muszę dodać, Ŝe mimo upływu lat pamięć klęski nie wygasła wśród osadników zachodu, 
Ŝ

ywa była równieŜ i tu, na wschodzie, a przekazywana w opowiadaniach, odpowiednio 

urabiała opinię. Ja sam, jak juŜ wspominałem, kształtowałem swe poglądy pod presją takiej 
opinii, święcie przekonany o naszej misji cywilizacyjnej i o bezgranicznym okrucieństwie 
pierwotnych gospodarzy tej ziemi.

Jak powinienem był teraz postąpić? Gdyby nie współczucie dla mojego pacjenta, tak 

cięŜko dotkniętego losem, kazałbym intruzów wyrzucić poza szpitalną bramę.

Nie będę mówił o szczegółach *. Pozwoliłem na wizytę. Z rozmowy przeprowadzonej w 

moim gabinecie z czerwonoskórymi dowiedziałem się, iŜ przybyli do swego „białego brata" 
przynosząc lek, który w sposób niezawodny i szybki wybawi go z cięŜkiej dolegliwości. 
Wzruszyłem na to ramionami, a nie roześmiałem się tylko dlatego, Ŝe była to sprawa zbyt 
powaŜna. Dowiedziałem się równieŜ, iŜ pochodzą z plemienia
Czarnych Stóp, osiadłego po obu stronach amerykańsko-kanadyjskiej granicy, Ŝe byli 
ś

wiadkami wypadku, w którym „biały brat" odniósł cięŜką ranę. Leczył się u nich, lecz zbyt 

krótko. Rana musiała się odnowić.

Zapytałem, jakim sposobem tu trafili, i otrzymałem odpowiedź, Ŝe dobry tropiciel śladów 

trafi wszędzie.

Zapytałem, dlaczego tak się troszczą o zdrowie białego człowieka, a wtedy jeden z 

wojowników odparł:

— 

On mnie uratował.

Zapytałem więc, jakie to leki mają ocalić mego pacjenta.
Pokazali naczynie z tykwy i wiązkę jakichś ziół.
Poszliśmy do separatki, w której leŜał chory. Był przytomny. Uśmiechnął się na widok 

gości, później z nimi rozmawiał w niezrozumiałym dla mnie języku. Na koniec oświadczył, 
Ŝ

e wie doskonale o planowanej przeze mnie operacji i... nie zgadza się na nią. Prosi o 

wypisanie ze szpitala.

Chciałem krzyknąć: „pan oszalał!". Zamiast tego jednak tylko szepnąłem: „to oznacza 

ś

mierć".

Zaprzeczył. Powiedział, iŜ nie chce Ŝyć jako kaleka, Ŝe gotów pozostać w szpitalu pod 

warunkiem zastosowania środków, jakie przynieśli jego „czerwoni bracia" (tak ich nazwał).

Przyjacielu, który czytać będziesz te słowa, wyobraź sobie (jeśli posiadasz dość 

wyobraźni!) jak się poczułem usłyszawszy o takim warunku? śaden opis tego nie odtworzy, 
więc nie silę się na taki opis. To był koszmar. Jednak zdobyłem się w chaosie myśli na 
decyzję. Operacji nie mogę przeprowadzić wbrew woli operowanego — a to znaczy: śmierć. 
Jeśli go wypiszę ze szpitala — to równieŜ znaczy: śmierć. CóŜ pozostaje? Tylko ryzyko. 
Zdecydowałem, się na ryzyko. Huczało mi w głowie jak w młynie, a wewnętrzny głos 
ostrzegał: „Wylecisz jak z procy. Znachorskie praktyki w szpitalu? Odkąd istnieje 
Milwaukee nic podobnego jeszcze się nie wydarzyło!"

— 

Więc się wydarzy — szepnąłem w pasji sam do siebie i... wyraziłem zgodę.

Znowu pominę szczegóły. Po dwu dniach „znachorskich praktyk" (Indianie pojawili się i 

następnego po- południa, drogą przez płot czy nie przez płot — nigdy tego nie sprawdzałem) 
pacjent poczuł się znacznie lepiej. Gorączka spadła. Ziołowa kuracja indiańska dokonała 
rzeczy niemoŜliwej do osiągnięcia przy pomocy leków, jakimi dysponowaliśmy. Po trzech 
następnych dniach stan chorego tak się poprawił, Ŝe począł wstawać z łóŜka. Najpierw 

background image

spacerował po szpitalnym korytarzu, później — po szpitalnym ogrodzie. Stał się cud! CóŜ 
więc dziwnego, Ŝe zainteresowałem się tym nieprawdopodobnym przypadkiem i dziwnym 
pacjentem. W miarę jak go poznawałem — zdziwienie moje rosło niczym dynia posadzona 
na Ŝyznej glebie.

Dotąd sądziłem, Ŝe traper świetnie odczytuje tropy zwierząt, lecz nie przeczyta ksiąŜki. 

Jako analfabeta. A okazało się, Ŝe mój pacjent — odtąd nazywać go będę Karolem 
Gordonem, bo takie nazwisko widniało na jego karcie chorobowej — jest człowiekiem 
nieźle oczytanym. Niejeden raz zawstydził mnie mówiąc o ksiąŜkach, o których tylko 
słyszałem, a on je znał. Rozmawialiśmy coraz częściej, to o tym, to o owym, lecz przede 
wszystkim (cóŜ w tym dziwnego?) o Dzikim Zachodzie i pierwotnych jego mieszkańcach: o 
zwierzętach i najczęściej o Indianach. Ba, podczas którejś z takich rozmów pokłóciłem się z 
nim nie na Ŝarty i przez kilka dni starałem się go unikać. Później doszliśmy do porozumienia. 
Rzecz poszła o czerwonoskórych. Gordon reprezentował poglądy, które mnie podówczas 
oburzały. ZaŜarcie bronił Indian, usprawiedliwiał ich krwawe wystąpienia, a winą za 
wszystko obciąŜał „blade twarze".   Mówił o Czarnych Stopach i o tym, Ŝe od paru lat 
korzysta z ich gościny polując właśnie na ich łowieckich terenach.

— Zdumiewające — zauwaŜyłem wówczas sceptycznie. — Słyszałem, Ŝe 
czerwonoskórzy nie znoszą obcych. Wybijają im zwierzynę, której i tak coraz mniej.
— Prawda. Pan, doktorze, w ich połoŜeniu odczuwałby to samo. Lecz wrogi stosunek nie 
dotyczy wszystkich białych. Na przykład... mnie — dodał po chwili, lekko się 
uśmiechając.
— Dlaczego?
— Długo by mówić!... Ale powiem krótko. Ci dwaj moi goście to nie zwykli wojownicy. 
Jeden z nich, Długi Niedźwiedź, jest nieprzeciętną w plemieniu osobistością. Człowiek 
dzielny i doświadczony, z którym pobratymcy bardzo się liczą. Drugi to jeszcze waŜ-
niejsza postać, coś jakby naczelny czarodziej. Nazywa się Czerwona Chmura. 
Przypadkiem wyratowałem go z pazurów szarego niedźwiedzia. Wówczas to odniosłem tę 
paskudną ranę. Dlatego tu przybył. Indianie potrafią być wdzięczni.
— I dlatego pozwolili panu polować?
— Och, nie. Wyświadczyłem im pewne usługi duŜo wcześniej.

Jakiego rodzaju były te usługi, dowiedziałem się dopiero po dłuŜszym czasie.

Innego z kolejnych dni Gordon -— podczas ogrodowego spaceru — zapytał mnie, czy 

jazda konna zaszkodziłaby jego nodze?

Odparłem, Ŝe obecnie bardzo by zaszkodziła. Trzeba poczekać co najmniej jeszcze z 

tydzień.

— CóŜ panu tak pilno? Preria ciągnie, co? — zaryzykowałem pytanie.
Przyznał, Ŝe nie omyliłem się, a później opowiedział mi, jak z niby zagojoną raną uda 

wybrał, się nad rzekę Mleczną. Podczas tej wyprawy łowieckiej stracił konia w bagniskach i 
sam w nie wpadł. Im mocniej się
szarpał, tym bardziej pogrąŜał w grząskim mule. Po godzinie takich prób zdrętwiał na 
kamień. Zapadł w półsen, czy teŜ półomdlenie. Tak dotrwał do świtu dnia następnego. 
Odzyskał przytomność (Ŝelazny mieć musiał organizm!) i dzięki temu, Ŝe przymrozek skuł 
lodem powierzchnię bagna, zdołał zeń się wygrzebać. Jednak nie potrafiłby dojść o własnych 
siłach do jakiegokolwiek osiedla, gdyby dwaj, przypadkowo spot-kani wojownicy Czarnych 
Stóp nie zawiedli go do j swego obozowiska.

I to wówczas odnowiła się rana?

Tak. Powinienem był poleŜeć kilka dni, lecz sądziłem, Ŝe to samo się zagoi...

Takie były przyczyny, z powodu których Karol Gordon znalazł się w szpitalu. I fakt ten, 

moŜna by- powiedzieć: przesądził o dalszych kolejach mego Ŝycia. Rozmowy z Gordonem 
mocno podwaŜyły mą niezachwianą dotąd opinię o Indianach i problemie indiańskim. Nie 
twierdzę, Ŝe stałem się przyjacielem „czerwonych męŜów", zmiana raz ustalonych poglądów 
nie następuje tak szybko, WszakŜe nie miałem juŜ tej pewności co przedtem. Zapewne cała 
historia skończyłaby się na tej tylko drobnej ewolucji poglądów, gdyby.'.

Gdyby nie rozpoczął się trzeci akt mego dramatu.

Niespodziewanie powrócił naczelny chirurg, doktor Lindsay, na tydzień przed końcem 

background image

swego urlopu. Uznałem ten fakt za niepokojący. I nie omyliłem się. Ktoś bardziej chyba 
złośliwy niŜ czuły o dobrą opinię szpitala wypichcił do mego szefa niewybredny anonim, w 
którym opisał — nieco mijając się z prawdą — historię wizyty Indian w szpitalu. 
Anonimowy informator zarzucał mi znachorskie praktyki, nieuctwo i brak naleŜytej troski o 
pacjenta, którego o mało nie skazałem na śmierć.

Lindsay pokazał mi ten list, potem poprosił o wyjaśnienia. Z kolei zapragnął ujrzeć 
pacjenta. Gordon został dokładnie zbadany, a gdy odszedł, naczelny chirurg pokiwał 
głową.

— Zdumiewający przypadek — stwierdził. — Ten człowiek jest zdrów jak przysłowiowa 
ryba. Mimo wszystko lękam się nieco o... pana.
— Dlaczego? — zdziwiłem się szczerze.
— Dlatego Ŝe nasz szpital jest fundacją i Ŝe w zarządzie tej fundacji zasiada niejaki 
Vincent. Słyszał pan o nim?

Rzecz jasna, słyszałem. Vincent był właścicielem kilku młynów i cegielni w Milwaukee. 

Posiadał duŜe wpływy. Lecz co to mogło mieć wspólnego z Karolem Gordonem? Lindsay 
zaraz mi to wyjaśnił.

Siostrzeniec Vincenta brał udział w ekspedycji generała Custera i poległ. Od tamtej 

chwili Vincent
głosi hasła jakiejś wyprawy krzyŜowej przeciw czerwonoskórym. Niech się teraz dowie o 
wszystkim...

Następnego dnia opowiedziałem Gordonowi o anonimie. Nie przejął się tym zbytnio, co 

mnie nawet troszkę uraziło.

Furda, doktorze! — zawołał. — Da sobie pan radę, nie tu, to gdzie indziej.

Kiepska to była pociecha.
W trzy dni po tej rozmowie Gordon został wypisany ze szpitala. Przy poŜegnaniu 

zapewnił, Ŝe będzie mnie odwiedzał i Ŝe nigdy nie zapomni przysługi, jaką mu oddałem 
zgadzając się na „czarodziejską" (jak to określił) kurację.

— Myślę, Ŝe pana namówię — stwierdził ściskając mi dłoń.
— No co?

— Na krótką przejaŜdŜkę w prerię. Roześmiałem się:
— To dopiero pomysł!

Pomysł znakomity. Będę w Milwaukee za trzy miesiące.  Proszę mi dać swój adres i 

zastanowić się nad tą propozycją.

Minął lipiec, minął sierpień. We wrześniu w miejscowym dzienniku „Daily Herald" 

ukazał się artykuł o wizycie Indian w szpitalu. Sprawa stała się głośna i od tej chwili 
wypadki potoczyły się jak śnieŜna lawina. Przesłuchiwała mnie specjalna komisja, powołana 
przez kierownictwo szpitalnej fundacji. Rzecz rozpatrywano drobiazgowo, wprowadzając 
mnie w stan nerwowego rozstroju. Szybko, się zorientowałem, Ŝe wpływy pana Vincenta 
znaczą więcej niŜ jakiekolwiek argumenty, więcej niŜ sprawiedliwość i prawda. Nawet 
doktor Lindsay nie potrafił mnie obronić. Panowie z komisji zapragnęli nie tylko wyrzucić 
mnie ze szpitala, lecz poprzez sąd państwowy pozbawić prawa wykonywania zawodu.

Wtedy właśnie przyjechał do Milwaukee Karol Gordon. Jemu zawdzięczam, Ŝe nie 

poniosłem całkowitej klęski. Karol zgłosił się przed komisję jako Ŝywy dowód skuteczności 
przeprowadzonej na nim kuracji. Ostatecznie uratowałem prawo do praktyki lekarskiej, lecz 
musiałem opuścić szpital. Jak bardzo byłem tym zgnębiony, nie sposób tego opisać. 
Początkowo nawet sądziłem, Ŝe przyjdzie mi opuścić Milwaukee. JakiŜ chory zgłosi się do 
lekarza tak napiętnowanego, jak ja? Pomyliłem się. Cała ta głośna historia okazała się 
najlepszą reklamą. Stałem się w oczach innych lekarzem-cudotwórcą, który wszystko 
potrafi! Mój prywatny gabinet pęczniał od pacjentów. JednakŜe niewielka to była 
satysfakcja.

Tak minęła jesień 1880 roku. Karol Gordon ponownie wyruszył na traperską wędrówkę. 

Wrócił z końcem grudnia i zamieszkał na stałe w Milwaukee w nie byle jakim hotelu.  Z tego 
wyciągnąłem wniosek,  Ŝe, łowienie futerek jest nadal bardzo popłatnym zawodem. 
Widywaliśmy się co dzień, co drugi dzień. Wówczas to Karol (juŜ mówiliśmy sobie po 

background image

imieniu) przypomniał o swej propozycji i począł namawiać na wycieczkę w prerie 
południowo-zachodniej Kanady, wiosną następnego roku.

Nie mówiłem ani tak, ani nie, lecz wcale nie kwapiłem się na taką eskapadę. Tymczasem 

Karol zajął się przygotowaniem mnie do trudów wyprawy. Zgodziłem się. W moim osiadłym 
trybie Ŝycia nieco ruchu nie mogło zaszkodzić, wręcz przeciwnie.

Nieco później przekonałem się, na czym miała polegać zaproponowana przez Karola 

zaprawa fizyczna. Wpadłem. Lecz wstyd było się wycofać. Odbywałem więc dalekie piesze 
wycieczki, uczyłem się jeździć konno, na oklep i w siodle. Marzłem czołgając się w śniegu i 
odczytując tropy ludzi lub zwierząt. Później przyszła kolej na naukę strzelania i na rzucanie 
lassem. Natomiast pływania w przeręblu kategorycznie odmówiłem.

Mijały tygodnie, a ja powolutku począłem przywykać do myśli o dalekiej podróŜy. I 

przywykłem.

Nadeszła wiosna i któregoś majowego ranka wsiedliśmy w pociąg, który powiózł nas ku 

północnemu zachodowi, a wyrzucił podobnego ranka juŜ na terytorium Kanady. Była to 
malutka stacyjka, obok której wznosiły się dwa drewniane domki, jakiś zajazd i... psia buda. 
Dalej, jak okiem sięgnąć, ciągnęła się rozległa przestrzeń jasnej zieleni, pusta, szumiąca wia-
trem. Wyładowaliśmy konie (Karol nabył je w okolicach Milwaukee, przed samym naszym 
wyjazdem), osiodłaliśmy je, przytroczyliśmy derki i juki. Parowóz zagwizdał, kierownik 
pociągu pomachał nam ręką, jakaś młoda podróŜująca dama — chusteczką, wagony ruszyły i 
wkrótce znikły za horyzontem. Po raz pierwszy w Ŝyciu znalazłem się na „westmańskiej 
ś

cieŜce". Bardzo to dumnie brzmi, lecz w tamtej chwili poŜałowałem nagle przytulnego 

mieszkanka w Milwaukee,

wygodnego łóŜka, kominka i stołu nakrytego obrusem. KiedyŜ ja znowu tam wrócę? I czy 
wrócę?

Podczas tej wyprawy odwiedziliśmy siedziby plemienia Czarnych Stóp, znajdujące się w 

kanadyjskiej prowincji Alberta. Przyznam, Ŝe byłem zdumiony przyjęciem zgotowanym nam 
przez czerwonoskórych. Tak wypadło serdecznie i tak kłóciło się z moimi dotychczasowymi 
poglądami o Indianach, ich Ŝyciu i obyczajach. Jako nowicjusz, po prostu greenhorn, popeł-
niłem błąd uznając gościnność, jaką mi okazywano, za nieledwie codzienne zjawisko wśród 
czerwonoskórych. Prawda leŜała pośrodku.

Dopiero później zrozumiałem, Ŝe przyjmowano mnie tak serdecznie tylko dlatego, iŜ 

byłem „białym bratem białego brata", czyli Karola Gordona, którego zasługi wysoko sobie 
ceni to plemię Czarnych Stóp. To przecieŜ oni — jak się dowiedziałem — nadali Karolowi 
imię Wielkiego Bobra, a bóbr jest dla Indian symbolem mądrości, jak u nas sowa. Tak więc 
wyłącznie Karolowi zawdzięczałem tę wersalską prawie uprzejmość ze strony nieco 
posępnych i nieco dzikich wojowników. Lecz — właśnie jako greenhorn — nie potrafiłem 
tego zrozumieć. Zrozumienie przyszło nieco później, a wraz z nim sprawiedliwy pogląd na 
„czerwonych" i na „blade twarze". Ocena wzajemnych krzywd i bezstronne spojrzenie na 
rzeczywistość. Teraz juŜ wiem, Ŝe Indianie nie potrafią być serdeczni ani ufni wobec nie 
znanej „bladej twarzy", dopóki jej dobrze nie poznają, po tygodniach, niekiedy miesiącach 
wzajemnych kontaktów. Zbyt wielu krzywd doznali od białych, zbyt wielu oszustw i 
kradzieŜy. Oczywiście: kradzieŜy ziemi, która zawsze stanowiła wspólną własność 
plemienia, nigdy — pojedynczego wojownika czy nawet rodziny.

Nadszedł jednak czas, kiedy „czerwoni bracia" poczęli mnie cenić na równi z Karolem, 

kiedy uzyskałem

od nich zaszczytny przydomek: Orle Pióro (gdy upolowałem orła). Tam, w Górach 
Skalistych, zabiłem pierwszego w swym Ŝyciu (i jak dotąd — ostatniego) szarego 
niedźwiedzia i dzięki temu zdobyłem prawo noszenia naszyjnika z pazurów i zębów grizzli. 
Moja pozycja wśród wojowników plemienia umocniła się jeszcze bardziej, gdy 
nieoczekiwany splot okoliczności uwikłał nas (Karola i mnie) w przygodę pełną praw-
dziwych niebezpieczeństw. Wówczas nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, ile razy 
ryzykuję skórą, lecz widzieli to Indianie i potrafili ocenić.

Zdołałem przywyknąć do warunków Ŝycia na prerii dość szybko, przestał mnie razić 

specyficzny i nie kaŜdemu miły zapach potu i dymu, jakim są przesiąknięte indiańskie 
ubrania, pod skórzanym dachem tipi sypiałem równie wygodnie, jak we własnym pokoju w 

background image

Milwaukee. Karol pół Ŝartem, pół serio stwierdził po kilku tygodniach, Ŝe nie zawiódł się na 
mnie, a błędy, które popełniałem, popełniłby kaŜdy inny znajdujący się w mej sytuacji... 
greenhorn. Była więc to nieco dwuznaczna pochwała. Ale, niech tam!

W następnym roku znowu odwiedziliśmy Czarne Stopy, a później — tak mi to weszło w 

nawyk — kaŜdej wiosny wędrowałem z Karolem w inne okolice, a kaŜdej jesieni 
powracałem w zakurzone mury miasta, aby zająć się na nowo praktyką lekarską. Przy tym 
systemie letniego odpoczynku zdołałem poznać spory szmat Arizony, Nowego Meksyku, 
Oklahomy, Montany, Teksasu, a nawet odwiedzić północną część Meksyku.

Jak twierdził Ŝartobliwie Karol, stałem się w ten sposób pierwszym westmanem wśród 

lekarzy i pierwszym lekarzem wśród westmanów.

Na kolejną eskapadę, tym razem na terytorium Kolorado, namówił mnie jak zwykle Karol. 

Piszę: „jak zwykle”, poniewaŜ to on właśnie wybierał kierunki naszych wędrówek i był tak 
uparty, iŜ Ŝadne moje argumenty przeciw nigdy nie osiągały zamierzonego skutku. Zresztą, 
słabe to były argumenty. Ja, urodzony mieszczuch, nie mogłem nawet porównać swej zna-
jomości kraju z tym, co wiedział Karol Gordon i co widział podczas dalekich wypraw na 
północ, na południe, na zachód.

Z wiosną tego roku zaproponował mi wyjazd do stanu Kolorado i mówił z takim 

entuzjazmem o przyrodzie, klimacie i faunie tej ziemi, aŜ mnie ubawił.

— Wyobraź sobie — perorował — wysokie góry, porośnięte na zboczach sosną, jodłą, 

osiką i świerkiem.
Tam napotkasz niedźwiedzie, a nad brzegami bagnistych strumyków łosie. NiŜej preria, po 
której biegają
antylopy i jelenie, a maszerują stada indyków.

Karol wcale nie Ŝartował. Istotnie dzikie indyki maszerują, bo skrzydeł uŜywają tylko 

wtedy, gdy im drogę przetnie rzeka. Niejeden raz obserwowałem te zabawne ptaki, jak 
zwartymi kolumnami kroczyły poprzez trawiaste płaszczyzny. śeby było jeszcze śmieszniej 
— posuwały się w dwu grupach: w jednej — sami przedstawiciele płci męskiej, w drugiej 
— same indyczki.

— Jak widzisz — mówił dalej Karol — zwierzyny nam nie zabraknie. A klimat! 
Wspaniały. Suchy i zdrowy. Czyste powietrze, duŜo słońca. Wymarzony zwłaszcza dla 
osób chorych na płuca.
— A to skąd ta wiadomość? — zapytałem podejrzliwie.
— No... pewien człowiek — zmieszał się. — Zresztą, zapytaj się lekarzy.

Parsknąłem śmiechem.

Zapomniałeś, Karolu, Ŝe i ja jestem lekarzem, a na płuca nigdy nie chorowałem. 

Zresztą, zgadzam się. Niech będzie Kolorado.

I na tym stanęło.

Jak z powyŜszego wynika, ruszyliśmy w świat bez Ŝadnego upatrzonego celu. Ot, aby się 

nieco powłóczyć. Wypróbowanym sposobem na najnudniejszą część trasy wybraliśmy jako 
ś

rodek lokomocji — kolej. W ten sposób dość szybko, wraz z bronią, bagaŜami i siodłami 

przebyliśmy przestrzeń dzielącą Milwaukee od Garden City nad rzeką Arkansas w Kansasie. 
Tam nabyliśmy dwa konie, które przed kupnem Karol poddał bacznym oględzinom. 
Wreszcie uprząŜ znalazła się na grzbietach wierzchowców, drobne ma-natki we wnętrzach 
juków, zrolowane koce z tyłu siodeł, a winczestery w skórzanych kaburach pod prawą ręką. 
Ruszyliśmy, dokąd oczy poniosą, ściśle ku zachwalanemu przez mego towarzysza Kolorado.

Pogoda sprzyjała: niewiele chmurek na niebie, sporo słońca, lecz bez skwaru. Chłodził nas 

wiosenny wiatr, pełen woni ziół i kwiatów — zapach jakŜe dobrze mi znany. Co roku o tej 
porze wdychałem go pełną piersią i zaręczam, Ŝe nie istnieje nic bardziej przyjemnego i 
radosnego, niŜ ten wiatr dla płuc i ten widok dalekiego obszaru dla źrenic. CóŜ za rozkosz 
czuć pod sobą grzbiet koński, uzdę w dłoni, strzemiona pod podeszwą butów! I móc 
spoglądać ponad łbem wierzchowca, wypatrując stada antylop, jelenia u źródła, kujota 
pomykającego ku nadrzecznym zaroślom.

Droga, a raczej zupełne bezdroŜe, była gładka jak przysłowiowy stół, porośnięta niską, 

rzadką trawą. A dokoła pustka i cisza, ani ludzi, ani zwierząt. Widoku tych pierwszych wcale 
nie pragnąłem, co do tych drugich mój przyjaciel zapewnił, iŜ rychło je ujrzymy.

background image

Słowo „rychło" okazało się zbyt optymistycznym twierdzeniem, jednak przepowiednia 

Karola sprawdziła się. Oczywiście znacznie, znacznie później. Lecz jakieŜ to ma znaczenie w 
warunkach, w których czas się nie liczy, przestają obowiązywać wszelkie terminy, poza porą 
rozpalenia wieczornego ogniska!

  

Stary znajomy obudził mnie dość bezceremonialnie. Był przedświt. Jak zwykle oznaczający 

zakończenie nocnego odpoczynku. Nie spieszyliśmy się ku Ŝadnemu celowi, nic nas nie 
gnało, czemu więc tak wcześnie zrywać się z dobrze wygrzanego legowiska? Ano, Karol miał
taki zwyczaj. Traperski zwyczaj, gdy myśliwy czai się u brzegu rzeki na przychodzące do 
rannego wodopoju czworonogi. Zrozumiale. Lecz teraz? Dawniej, podczas naszych 
pierwszych wspólnych wypraw, podnosiłem bunt przeciw tego rodzaju praktyce. Starałem się 
wytłumaczyć towarzyszowi, Ŝe dodatkowe dwie godziny snu nikomu z nas nie zaszkodzą, 
przeciwnie, pozwolą lepiej wypocząć po całodziennej włóczędze.

Równie dobrze mogłem to tłumaczyć polnemu kamieniowi. Mieszczuch, jakim 

jestem, nigdy nie przekona westmana, co najwyŜej narazi się na kpiny. Karol 
jednak nie kpił. PowaŜnie dowodził, Ŝe na prerii naleŜy wstawać najpóźniej ze 
ś

witem, aby nie dać się zaskoczyć.

Nie rozumiem — wyznałem. — Kto ma nas zaskoczyć? DrapieŜnik?

Ech, nie. DrapieŜniki o świtaniu właśnie udają się na spoczynek. Myślę o 

ludziach, nie zawsze przyjacielsko usposobionych do innych wędrowców.

KtóŜ, na Boga, włóczy się o świcie?

— 

KaŜdy — tu spojrzał na mnie nieco ironicznie i dodał po chwili wymownej przerwy: 

— z wyjątkiem greenhornów.

Nigdy więcej nie wracałem do tego tematu. Więc teraz podniosłem się bez słowa skargi. 

Mój protest wyraził się jedynie w ziewaniu od ucha do ucha.

Wciągnąłem buty (zawsze zdejmowałem je na noc wbrew przestrogom Karola, iŜ „w razie 

czego" nie zdąŜę załoŜyć) i poczłapałem ku wodzie. Z ręcznikiem i mydłem. Co było często 
powodem drwin Karola. Pod gołym niebem nie uznawał ani ręcznika, ani mydła. Co innego 
— w hotelu. Hotele jednak trafiały się na naszych szlakach tak rzadko, Ŝe prawie... nigdy. 
Nie, Karol nie był brudasem, chociaŜ wśród podobnych jemu traperów zdarzali się często 
tacy, którzy tylko wtedy czuli wodę na twarzy, gdy padał deszcz. Karol kąpał się przy kaŜdej 
okazji, jeśli na to okoliczności pozwalały, a szorował rzecznym piaskiem. Suszył — biegając 
brzegiem strumyka lub jeziora.

Ciągle jeszcze ziewając złoŜyłem ręcznik z mydłem na jakimś mniej wilgotnym miejscu 

i... przypomniałem sobie dziwnego zbieracza kamyków. Schyliłem się, podniosłem ich 
garść. Bacznie się przyjrzałem w szarości wstającego dnia. Niestety, to nie złoto ani dro-
gocenne kamienie. Schyliłem się po raz drugi, po raz trzeci, po raz czwarty... Tę interesującą 
czynność przerwał śmiech Karola.

No i jak tam, Janie? Ile zebrałeś worków złota?

Dopiero teraz spostrzegłem, Ŝe bezwiednie przemierzyłem całą długość plaŜy.

Do licha! — odpowiedziałem. — Miałeś rację. To tylko Ŝwir — i poszedłem się 

wykąpać.

Mydło i ręcznik są znakomitymi wynalazkami naszej cywilizacji. Natychmiast poczułem 

się czysty i rzeźwy, jakbym całą dobę przespał, a przecieŜ dopiero teraz zapłonęły na 
horyzoncie ranne zorze.

Ogień juŜ gorzał otaczając kręgiem niskich płomieni trzy płaskie głazy, na których Karol 

umieścił wielki Ŝelazny imbryk. Nie rzekłem nic, uśmiechnąłem się, lecz tak, aby Karol mego 
uśmiechu nie zauwaŜył. O ten przecieŜ imbryk toczyłem, jeszcze w Milwaukee, długotrwałe 
boje. Jak dotąd bowiem zabieraliśmy na wyprawy, wraz z niezbędnym sprzętem, cięŜki i nie-
poręczny, metalowy garnek półgalonowej pojemności. Było to nasze jedyne naczynie do 
gotowania wody lub kawy. Nigdy Ŝadnych zup nie pitrasiliśmy, zbyt wiele zachodu, a mięso 
piekło się na zaimprowizowanym roŜnie lub patyku. Garnek po kaŜdym uŜyciu płukało się od 
wewnątrz, a od zewnątrz szorowało piaskiem. Był więc garnek naczyniem bardzo 
uŜytecznym, chociaŜ równocześnie kłopotliwym w uŜyciu. Po pierwsze dlatego, Ŝe naleŜało 
stawiać go lub podnosić trzymając za oba uchwyty równocześnie. Po drugie — Ŝe woda 
bardzo długo się w nim gotowała, zwłaszcza gdy dmuchał wiatr i chłodził powierzchnię 

background image

płynu, bo garnek nie miał pokrywki. Po trzecie — poniewaŜ do wnętrza garnka wpadał 
zarówno popiół, jak kurz, co w niczym nie polepszało smaku kawy. Nie wspominam juŜ o 
owadach. Drobiazg? Zapewne, jednak łatwo tych niedogodności uniknąć.

Przed naszą obecną wyprawą zbuntowałem się przeciw niedogodnemu naczyniu i 

zakupiłem solidny imbryk z nieodzowną pokrywką. Nie wspomniałem o tym Karolowi. 
Dopiero gdy zabraliśmy się do pakowania tłumoczków, mój przyjaciel zauwaŜył nowy 
nabytek.

— A to co?

— 

No... imbryk, albo czajnik.

— Chyba nie masz zamiaru tego taskać?
— Dlaczego nie?

Bo jest nieporęczny w drodze.  Wystający dziobek będzie zawadzał. Do wnętrza nic 

nie upchasz. To zły pomysł.

Nie kłopocz się. Doskonale go zapakuję. PrzecieŜ imbryk jest wygodniejszy w uŜyciu, 

ma tylko jeden
pałąk, stawiasz go i podnosisz jedną ręką, a pokrywka chroni przed zapiaszczeniem.

Karol tylko wzruszył ramionami. Chwilowo dałem więc spokój tej śmiesznej sprawie. 

Wróciłem do niej, niby mimochodem, dnia następnego.

— Imbryk bardzo trudno umyć od wewnątrz — argumentował Karol — ma wąski otwór.
— A po czym to mamy go w środku szorować? Po wodzie czy po kawie? Wystarczy 
wypłukać w strumieniu.
— Przykrywka zaraz zginie.
— PrzywiąŜę ją sznurkiem.

Nigdy Ŝaden traper nie uŜywał imbryka.

Zaśmiałem się. Więc o to chodziło? Imbryk psuł fason traperskiego sposobu Ŝycia.
— Nie wiem, czy nie uŜywał — odparłem. — A jeśli nawet nie uŜywał, ten zwyczaj nie 
dotyczy mnie, nie jestem traperem.
— Ciekawe, jak go upakujesz na koniu?
— PrzywiąŜę do koca, za siodłem.
— Przykrywka pocznie rzegotać i płoszyć wierzchowca.
— Nie martw się, umieszczę ją tak, Ŝe nawet nie dźwięknie.

Znów wzruszył ramionami, lecz tym razem był to gest rezygnacji.

Niech tam, ja palcem nie tknę tego Ŝelastwa.

Czcza pogróŜka! Właśnie tknął, a nim zdąŜyłem wciągnąć spodnie, pokrywka poczęła 
wesoło podskakiwać. I oto po raz pierwszy na bezludziu piłem kawę bez piasku 
trzeszczącego w zębach, bez popiołu i bez

utopionych much. Nie warto o tym wspominać? Ja jednak wciąŜ jestem dumny ze swego 
usprawnienia.

Po śniadaniu zająłem się imbrykiem. Wyczyściłem go piachem, Ŝe błyszczał jak księŜyc. 

Odtąd stale miałem nad nim pieczę, a wdzięczny imbryk nigdy mnie nie zawiódł. Bo Karol 
dostrzegał imbryk dopiero wówczas, gdy nadchodziła pora posiłku.

Spakowaliśmy manatki, zaleli ognisko wodą, oporządzili konie i wskoczyli na siodła. 

Dopalały się ostatnie łuny świtu, za chwilę słoneczny krąg miał się ukazać nad horyzontem.

— Dokąd teraz? — zagadnąłem.
— W górę rzeczki. PrzecieŜ trafimy wreszcie na jakieś interesujące tropy.
Powiedziawszy to skierował wierzchowca w wodę. Sądziłem, Ŝe chce przedostać się na 

przeciwległy brzeg, lecz omyliłem się. Karol skręcił raptownie i ruszył samym środkiem 
koryta.

— Po co to?! — zawołałem.
— CóŜ ci to szkodzi, Janie? Woda tu płytka, a końskie kopyta nie zostawią śladów.
— Obawiasz się czego, Karolu?
— Nie. Zwykły środek ostroŜności, więc czemu go nie zastosować, skoro nie wymaga 
Ŝ

adnego trudu?

Pewnie!

background image

Po przebyciu pół mili Karol skierował się na prawy brzeg i odtąd poruszaliśmy się 

znacznie szybciej. Słońce zdąŜyło wgramolić się ponad linię horyzontu i jego ukośne 
promienie grzały nam plecy. Przyjąłem to z zadowoleniem, ranek był nieco chłodny. Jednak 
w dwie godziny później z tym słońcem poczęły się dziać dziwne rzeczy. Zamiast świecić 
złociście i coraz mocniej — poczęło róŜowieć, dosłownie: róŜowieć! Popędziłem konia i 
zrównałem się z Karolem. Spojrzał na mnie pytająco, a ja tylko ruchem ręki wskazałem naszą
dzienną gwiazdę. Kiwnął głową.

— ZauwaŜyłem to — odparł. — Liczę, Ŝe gdzieś w pobliŜu trafimy na zaciszną dolinkę 
albo Ŝe wiatr zmieni kierunek. W konie, Janie!
— Jaki wiatr? Nie czuję Ŝadnego wiatru.
— Tam w górze — wyjaśnił. — Musi dąć jak sto diabłów. Słońce poróŜowiało, bo wicher 
przyniósł tumany kurzu, czerwonego pyłu chyba aŜ z Arizony. Burza nadciąga. To są jej 
pierwsze sygnały.
Pognaliśmy galopem i tak pędzili, aŜ wierzchowce poczęły chrapać. Ba, to nie mustangi, 

chude koniki mogące biec pół dnia bez przerwy. Tak więc musieliśmy zwolnić. Tymczasem 
słońce z róŜowego stało się ceglastoczerwone, preria nabrała jakichś ponurych odcieni, 
łagodny wietrzyk, dmuchający od świtu, ustał. Nagle zrobiło się duszno i gorąco. W chwilę 
później na horyzoncie, który począł zagadkowo pobłyskiwać, jak gdyby ktoś zapalał i gasił 
morską latarnię, ukazała się czarna linia. Minęło pół godziny, a linia zamieniła się w grubą 
krechę. Rosła w oczach. Popędziliśmy znów galopem, aŜ Karol (nie pojmuję, w jaki sposób) 
dostrzegł na przeciwległym brzegu niewielkie zagłębienie gruntu.

— Tam! — krzyknął i wjechał koniem w wodę. Ruszyłem za nim. Fontanna bryzgów 
zmoczyła mnie od stóp do głów. Jeszcze parę jardów i zjechaliśmy w dół do kotlinki tak 
płytkiej, Ŝe jej zaokrąglone krawędzie sięgały zaledwie końskich piersi. Karol zeskoczył z 
siodła, jak gdyby go zmiotła huraganowa wichura.
— Rozkulbacz zwierzę! Szybko, szybko! I spętaj mu nogi. Widzisz, co tam się wyrabia?

Zerknąłem za siebie. To juŜ nie była gruba krecha, lecz ściana nieprzeniknionej czerni. 

Pędziła ku nam i nabierała wysokości.

Słońce jeszcze świeciło purpurowym ogniem, gdy zdejmowałem juki, siodło, uzdę i 

wszystko ciskałem na ziemię.

— Nie tu, na zbocze! — krzyknął Karol.
Nie zgadłem, dlaczego na zbocze, lecz natychmiast przeniosłem cały bagaŜ nieco wyŜej. 

Konie zostały spętane. ZauwaŜyłem, iŜ drŜą, kręcą się, zamiast szczypać trawę.

Czego się spodziewasz? — zapytałem osuwając się na ziemię obok siodła, juków, 

kłębowiska rzemieni
i winczestera wydobytego z kabury.

Karol, który spoczywał obok mnie, między zrolowanym kocem a moim cennym 

imbrykiem, wydobył lornetkę i długo spoglądał ku południowi. I ja przyłoŜyłem szła do 
oczu. To, co ujrzałem, mogło zaniepokoić kaŜdego. JuŜ nie linia, nie krecha, nawet nie ścia-
na, lecz pół nieba ciemności wisiało nad prerią.

— Co to jest?
— Huragan, moŜe trąba powietrzna, moŜe tornado. Wszystko, co najgorsze. Zaraz zacznie 
dąć jak tysiąc kowalskich miechów, a jeśli nas stąd nie zwieje, to tylko dlatego, Ŝe dobre 
duchy wykopały kiedyś tę dolinkę, a teraz nas do niej przywiodły...

Spojrzał za siebie.

— Popatrz, konie się pokładły. Są bardziej doświadczone, niŜ sądziłem.

Zwierzęta leŜały w ten sposób, Ŝe głowy miały zwrócone w kierunku odwrotnym od 

nadciągającej chmury ciemności. Czy był to tylko wrodzony instynkt, czy teŜ nasze 
wierzchowce juŜ kiedyś zetknęły się z taką zawieruchą?

Jedno mnie tylko martwi — odezwał się Karol — Ŝe znajdujemy się tak blisko rzeczki. 

Jak zacznie mocno dmuchać, a na pewno będzie mocno dmuchać, wychlusta całą wodę na 
nas. JuŜ czuję, jak przemokniemy.
— Niejeden raz mokliśmy — westchnąłem z rezygnacją.

Ale nie w tak przykry sposób. Zobaczysz!

Zobaczyłem.

background image

Pociemniało. Czarna opona zakryła słońce. Wówczas poczułem uderzenie wiatru. Mój 

kapelusz pofrunął w nieznane. Nawet nie zdąŜyłem się za nim obejrzeć. Nastała chwila ciszy 
i powtórne uderzenie, które zaparło mi dech w piersiach. Myślałem, Ŝe płuca mi pękną nie 
wytrzymując ciśnienia powietrza. Przywarłem ustami do ziemi i w ten sposób uniknąłem 
uduszenia, równocześnie nieco zsunąłem się po zboczu. Teraz wiatr przelatywał nade mną, 
wyjąc, świszcząc i usiłując zerwać z mego ciała całą odzieŜ. Lecz najgorsze dopiero 
nastąpiło. Lunął wodospad. To nie był deszcz milionów kropel, lecz fala płynąca w 
podmuchach wiatru. CzyŜby istotnie huragan wychlustał na nas wodę z rzeczki? Nie 
spostrzegłem, Ŝe to powódź spadająca z wysokości nieba.

Jak to długo trwało? Sprawdziłem później, gdy piekielne zjawisko atmosferyczne 

przegnało nad nami i popędziło siać zniszczenie w innej stronie świata. OtóŜ przez półtorej 
godziny (według zegarka) dusił nas wiatr i zlewały kaskady potopu. Później wszystko 
uspokoiło się, znikły chmury, słońce przybrało znów złocistą barwę i zaraz cała preria 
poczęła dymić parującą wilgocią.

Klimat suchy i zdrowy, wymarzony dla chorych na płuca — powiedziałem bardzo 

głośno, dźwigając się z ziemi. — Twoi informatorzy, Karolu, znają Kolorado pewnie tylko z 
mapy.

Oczywiście, zaprzeczył.

To wyjątkowy przypadek — zaznaczył — huragany nigdy nie nawiedzają tej części 

kraju, a opadów jest bardzo mało.

Odparłem zgryźliwie, Ŝe jeden taki starczy na kilka lat, po czym zająłem się końmi. JuŜ 

się podniosły, a woda zebrana na dnie dolinki sięgała im zaledwie pęcin.  Był to dziw nad 
dziwy!  Logicznie rozumując

powinniśmy byli utopić się wraz ze zwierzętami w tej zapadlinie. Widocznie jednak bardzo 
sucha i bardzo porowata gleba wchłonęła lawinę wody jak gąbka.

Wytarłem konia rękawem, bez efektu zresztą, bo raczej go bardziej jeszcze zmoczyłem. 

Cała moja odzieŜ przypominała ścierkę długo leŜącą w wodzie. Zrzuciłem z siebie wszystko. 
WyŜąłem spodnie, koszulę, kamizelkę. Wylałem z kieszeni kurty całe dzbanki deszczówki, a 
z butów — całe wiadra. W końcu rozłoŜyłem to wszystko na wilgotnym stoku dolinki. 
Począłem się kręcić w kółko i dla rozgrzewki podskakiwać, naśladując Karola, i tak oto, na 
bezludnej prerii dwu nagusów wykonywało przez kilkanaście minut pozornie bezsensowne 
skoki. Gdyby ktokolwiek nas dostrzegł, pognałby z pewnością do najbliŜszego miasteczka, 
by w najbliŜszym saloonie opowiedzieć o dwu niebezpiecznych wariatach goniących się 
nago po prerii.

Jednak nikt nas nie śledził, a podskoki i biegi doprowadziły temperaturę ciała do 

właściwego stopnia — przestaliśmy dygotać i szczękać zębami. Niestety, ciąg dalszy układał 
się niepomyślnie. Z mokrych gałęzi krzewów, nawet z tych, które juŜ dawn9 uschły, nie 
potrafiliśmy rozpalić ogniska. Po nieudanej próbie przestałem wierzyć w legendy o ludziach, 
którzy umieją wydrzeć płomień ociekającym wodą gałęziom.

— Chyba ruszymy, Janie — smętnie zauwaŜył Karol. — MoŜe gdzieś dalej znajdziemy 

suchszy opał. Marzę o kubku wrzącej kawy.

Ja równieŜ marzyłem. Porwałem więc leŜącą na trawie odzieŜ i zadrŜałem na samą myśl, 

Ŝ

e mam ją na siebie włoŜyć. Wprawdzie woda spłynęła strumykami, ale nadal wszystko było 

nieprzyjemnie wilgotne. A buty? Och, z nimi jeszcze gorzej! W ich wnętrzu nie znalazłem 
ani śladu osuszającej działalności słońca. Grzało teraz wcale nieźle, widać jednak jego pro-
mienie nie sięgnęły w głąb cholewek.

Na co czekasz? — zapytał Karol.

Stał ode mnie o krok, tak samo nagi, z flanelową koszulą w rękach. Nie mógł się 

zdecydować na wciągnięcie jej na grzbiet.

Jak załoŜymy, szybciej wyschnie — pocieszył

mnie, lecz słaba to była pociecha.

Dopiero teraz ocknąłem się. Szybko ukląkłem przy jukach, sięgnąłem w wilgotną głąb (i 

tam dotarła woda!), wydobyłem dwa cynowe kubki i smukłą butelkę z grubego szkła. Jak 
mogłem o niej zapomnieć?!

Trzymaj — rozkazałem wręczając Karolowi naczynia.

background image

Odkorkowałem butelkę i napełniłem kubki do połowy. NaleŜało juŜ dawno tak postąpić. 

Spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem. Przytknąłem kubek do warg i nie odjąłem, póki nie 
ukazał dna. Od razu zrobiło mi się gorąco, a świat dokoła poweselał.

ZałoŜyłem koszulę, kamizelkę, wciągnąłem spodnie, następnie buty, w których stopa 

poczuła się jak w lepkim, bagnie, lecz porcja whisky pozwoliła bohatersko wytrzymać 
obrzydliwe uczucie. Konie zostały okulbaczone, sikające wodą koce przywiązane do siodeł. 
Desperackim ruchem zarzuciłem na wilgotną koszulę znacznie jeszcze wilgotniejszą kurtkę. 
Wskoczyliśmy na siodła. Jeszcze raz rozejrzałem się dokoła w nadziei, Ŝe moŜe cud nie 
pozwolił memu kapeluszowi pofrunąć daleko. Cud się nie zdarzył, nakrycie głowy powędro-
wało na skrzydłach wiatru gdzieś tam, hen.

Ruszyliśmy prawym brzegiem rzeczki, która nadal toczyła swe wody raz wśród wysokich, 

raz wśród niskich brzegów.

Słońce ogrzewało coraz mocniej nasze plecy, a whisky — nasze Ŝołądki. Nikt z nas nawet 

nie złapał kataru. Kto wie, moŜe Karol miał rację twierdząc, Ŝe klimat Kolorado działa 
zbawiennie na drogi oddechowe?

Ubranie na mnie schło, czułem to świetnie, jedynie obuwie okazało się odporne na 

słoneczną operację. Dlatego marzyłem o ognisku, przy którym mógłbym tę waŜną część 
ubioru doprowadzić do właściwego stanu. Pilnie rozglądałem się po okolicy, wypatrując 
drzew, wysokich, starych drzew szpilkowych, bardziej odpornych na wilgoć, a mniej na 
płomień zapałki. I znalazłem! Całą kępę, rozpoznałem sosny. Pokazałem Karolowi. Bez 
słowa skręcił w ich kierunku. W ten sposób nieco oddaliliśmy się od rzeki.

Jedno drzewo jest zwalone — stwierdził mój przyjaciel.

Tym lepiej! — wykrzyknąłem radośnie. — Rozpalimy potęŜne ognisko. Ale... patrz, 

coś tam jeszcze leŜy obok. Kto wie — fantazjowałem — moŜe czeka na nas mięso 
antylopy?

Karol mruknął, Ŝe jeśli się nie mylę, to moŜe być tylko niejadalna padlina, i zmusił konia 

do galopu, wyprzedzając mnie w sekundę. Dotarł do drzewa, zeskoczył z siodła i ukląkł przy 
tym czymś, co obok pnia spoczywało. Znalazłem się przy nim, szybko stwierdzając, Ŝe nie 
była to antylopa. Z twarzą skrytą wśród traw, spoczywał człowiek. Dokoła ani śladu ja-
kiegokolwiek obozowiska, ani śladu bagaŜy, brak konia. Zagadka. Nieruchomość ciała 
pozwalała przypuszczać najgorsze.

Ś

ciągnąłem cugle, jeszcze w biegu ześliznąłem się z siodła, dwoma skokami dopadłem 

bezwładnego nieszczęśnika. Ujrzałem plecy przykryte całkowicie przemoczoną kurtą i tył 
głowy z nasuniętym kapeluszem.

Nieprzytomny?

Karol wzruszył ramionami.

PomóŜ odwrócić biedaka.

Delikatnie dokonaliśmy tego zabiegu. Ukazała się twarz mocno opalona. Lecz przez 

opaleniznę przebijała bladość charakterystyczna dla osób cierpiących. Spojrzałem na tę 
twarz. Zdumienie zaparło mi dech w piersiach.

— Wielkie nieba! — ledwie zdołałem wyszeptać. — Barry Bede!
— Barry Bede... — powtórzył nie mniej zaskoczony Karol. — Co go tu przygnało?
— Dowiemy się o tym później, jeśli w ogóle... się dowiemy. Przynieś apteczkę, szybko.

Rozpiąłem skórzaną kurtę, rozpiąłem kamizelkę, prawie rozdarłem koszulę — wszystko 

było okropnie mokre — i przyłoŜyłem ucho do piersi. Nigdy dotąd z taką niecierpliwością i z 
takim niepokojem nie doszukiwałem się śladów bicia serca, lekkiego szmeru dającego 
nadzieję, Ŝe pomoc lekarska nie będzie spóźniona.

Karol juŜ klęczał obok mnie ze skórzaną płaską torbą, jaką zawsze zabierałem na nasze 

wyprawy i z której zawartości parokrotnie korzystałem ku zadowoleniu własnemu i tych 
uratowanych.

Karol klęczał i milczał. W takich wypadkach stawał się wzorowym pomocnikiem, czymś 

w rodzaju sanitariusza.

ś

yje — powiedziałem podnosząc głowę. — Omdlenie. Prawdopodobnie trwa juŜ dość 

długo. Zdaje się, Ŝe przybyliśmy w samą porę. PomóŜ, Karolu, ściągnąć te mokre łachy. 
Muszę znaleźć przyczynę zemdlenia.

background image

Zabraliśmy się szybko i zręcznie do dzieła. Gdy juŜ Bede był nagi, jak go matka urodziła, 

zbadałem piersi, plecy, brzuch, nogi. Nigdzie nawet śladu obraŜeń. Lecz kiedy zdjąłem 
kapelusz, ujrzałem gąszcz włosów pozlepianych krwią.

— Wody — rozkazałem.
Karol-sanitariusz uwinął się tak prędko, jakby pod ręką miał lśniący kurek szpitalnej 

umywalki. Chlusnąłem, a później mokrą szmatką ostroŜnie zmyłem czerwone ślady. 
Odkryłem ranę, jak gdyby zasklepioną na szczycie potęŜnego guza.

— Kto go tak urządził? — szepnąłem.
— Kto? Łatwo odgadnąć: gruby konar, kawał oderwanej kory lub walący się pień. Szukał 
schronienia pod drzewem, a w czasie takiej wichury...
Wyjąłem z apteczki płyn dezynfekcyjny i zlałem nim ranę. Wówczas Bede dał znak Ŝycia: 

jęknął.

— Butelkę, Karolu.
Wiedział, o jaką mi butelkę chodzi. Migiem przyniósł, odkorkował, napełnił połowę 

kubka.

— Unieś go. OstroŜnie.
Wykonał to z wprawą zawodowego pielęgniarza. Doprawdy, Karol był godny podziwu. 

Skąd w tym surowym traperze brało się tyle delikatności, gdy tego było potrzeba?

Przytknąłem krawędź kubka do warg rannego. Nie byłem pewien: pociągnie czy nie 
pociągnie? Przełknął. Raz, drugi, trzeci. Otworzył oczy.

DŜentelmeni — odezwał się jękliwym głosem.

Gdyby nawet nie twarz dobrze nam obu znana, po tym jednym słowie natychmiast 
odgadlibyśmy, kim jest ten człowiek. Tak często tego słowa uŜywał podczas naszej 
niekrótkiej znajomości.

DŜentelmeni — powtórzył spoglądając na nas niezbyt przytomnym wzrokiem, po 

czym znowu przymknął powieki i znieruchomiał.

Chwyciłem go za przegub ręki. Puls bił, chociaŜ słabo.

— Co z nim? — zaniepokoił się Karol. — Znowu zemdlał?

Potrząsnąłem przecząco głową.

— Jest bardzo osłabiony, a poza tym mokry jak ryba. Musimy natychmiast rozpalić 
ognisko.
— Siedź przy nim, ja się tym zajmę.

Nie wiem, jak tego dokonał (byłem zajęty rozcieraniem rąk, nóg i piersi Bedego), bo 

drewno na pewno było jeszcze wilgotne, dość Ŝe najpierw poczułem dym, a później ciepło 
płomienia. Odwróciłem się. Gorzało ognisko jak się patrzy, a Karol umiejętnie dokładał doń 
grubsze gałęzie.

Wysusz koce — zakomenderowałem. — I to szybko, bo nasz pacjent gotów złapać 

zapalenie płuc.   

Mimo cudownego klimatu Kolorado.

Nic na to nie odparł, lecz jednym okiem (bo drugie miałem utkwione w leŜącym) 

dostrzegłem, jak pozdejmował z siodeł nasze derki, jak spętał konie, jak trzymał rozpostarte 
derki tak blisko ogniska, iŜ wydawało się, Ŝe płomień przerzuci się na materiał. Lecz Karol 
uwaŜał, więc tylko para buchała kłębami.

— JuŜ — powiedział podszedłszy. — Co teraz?

Teraz pomóŜ mi owinąć go. Ot tak, doskonale.

Podciągnęliśmy  Bedego  jeszcze  bliŜej  ogniska. Na pewno nadal nie zdawał sobie 
sprawy z sytuacji, w 

jakiej się znajduje, bo nie otworzył oczu i nie odezwał się. Bardzo mnie to zaniepokoiło. 
Podejrzewałem wstrząs mózgu, a warunki uniemoŜliwiały jakiekolwiek leczenie. Raz jeszcze 
obejrzałem ranę głowy, raz jeszcze ją przemyłem i zabandaŜowałem. To było wszystko, co 
mogłem uczynić.

Nieco zgnębiony i ponury przyjąłem z rąk Karola kubek gorącej kawy. Jednak tą kawą 

naleŜało przede wszystkim napoić rannego. Lecz w jaki sposób?

Wrzącym płynem wprost z kubka mogłem go poparzyć (tylko tego brakowało!), a łyŜki nie 

background image

mieliśmy. KtóŜ zabiera łyŜki na taką jak nasza wyprawę? Poradziłem sobie inaczej. 
Wydobyłem czystą szmatkę z apteczki, zanurzyłem ją w kubku i wyciskałem z niej krople 
wprost między wargi rannego. Połykał, chyba odruchowo. Trwało to bardzo długo, wreszcie 
ujrzałem dno naczynia i puste zwróciłem Karolowi.

Mój imbryk okazał się raz jeszcze wynalazkiem doskonałym. Otrzymałem drugą porcję 

kawy, juŜ tylko dla siebie. Po paru łykach poczułem się lepiej. Słońce grzało, nie było 
wilgoci ani na moich plecach, ani na piersiach, jedynie wnętrze butów pozostawiało sporo do 
Ŝ

yczenia.

Co dalej? — zapytał Karol.

Nic — odparłem. — Niech śpi, moŜe to najlepsze lekarstwo, jakiego mu potrzeba.

Rana chyba nie przedstawia się groźnie. Widywałem cięŜej poranionych, którzy dziś 

nawet o tym nie pamiętają.

Zapewne, zapewne. Jednak wiele zaleŜy od organizmu. Człowiek to nie maszyna, mój 

drogi, w której uszkodzona część łatwo da się wymienić i wszystko w porządku. Rana nie 
przedstawia się groźnie, ale groźne mogą być inne skutki uderzenia. Bede kości ma całe, 
natomiast nie wiem, jak wygląda wnętrze jego głowy. I nie mogę się dowiedzieć. Ot 
kłopot.

— No... nigdy nie był chuchrem.
— Na pewno — potwierdziłem. — W tym cała nadzieja.
— Więc aŜ tak kiepsko... — mruknął zawiedzionym tonem.
— Nie mylisz się, niestety.

Machnął ręką, odszedł od ogniska, począł krąŜyć wokół pnia i porozrzucanych szczątków 

strzaskanego drzewa. Po coś tam schylił się i ruszył ku mnie.

— Oto — powiedział — twój kapelusz, Janie. Zdrowo musiał się biedaczek nafruwać, 

lecz przecieŜ nie
opuścił cię.

To rzekłszy wręczył mi nakrycie głowy, mokre i pokryte błotem, jednak całe.

— GdzieŜeś go znalazł?
— Pod jednym z grubszych konarów. Kapelusz musiał się tu zjawić na sekundę przed 
trzaśnięciem drzewa. Konar się odłamał i zmusił twą zgubę do pozostania na miejscu.
— CóŜ za dziwna historia.
— Pewnie, Ŝe dziwna. Niestety, drugiej zguby nie odnalazłem, musiała pognać z wiatrem 
w zawody.
— Druga zguba? O czym myślisz?
— Koń, koń, mój kochany. Czy przypuszczasz, iŜ Bede wędrował piechotą? Bez 
prowiantu i długiej broni? Zaręczam ci, Ŝe w pobliŜu nie istnieje Ŝadna farma ani 
miasteczko. Zresztą, odkryłem końskie ślady. Wierzchowiec uciekł pewnie w tej samej 
chwili, w której Bede stracił przytomność.
— Masz rację. Tak musiało być.
— A on — wskazał na leŜącego — nadal śpi?
— Nadal. I nie naleŜy go niepokoić.
— No, to i ja się prześpię. Jak poczujesz głód, obudź mnie.

— Na pewno — obiecałem.
Kiwnął głową, potem połoŜył się w cieniu sąsiedniej sosny i nasunął kapelusz na oczy.

Przyjrzałem się bacznie rannemu, znowu zbadałem puls, był mocniejszy. Uspokojony, 

dokładnie obejrzałem rozłoŜoną obok odzieŜ Bedego. JuŜ nieco podeschła.

Dorzuciłem kilka gałęzi do dogasającego ognia, ściągnąłem z nóg buty i ułoŜyłem je 

cholewkami zwróconymi w stronę płomienia. Następnie odnalazłem swą fajkę i puszkę z 
tytoniem. Ku mej radości okazała się szczelna. Nabiłem fajkę, zapaliłem węgielkiem i py-
kając obłoczkami dymu, objąłem dzienną straŜ nad snem obu towarzyszy.

Spoglądając na daleki, jasny i pusty horyzont dumałem nad przyczyną, która skłoniła 

Bedego do zapuszczenia się w bezludne ziemie Kolorado. Przyjrzałem się dokładnie jego 
odzieŜy i obuwiu. Wszystko było prawie nowiuteńkie i w najlepszym gatunku. Więc chyba 
nie nędza zmusiła tego dziwnego człowieka do odbycia dalekiej podróŜy. CzyŜby przed kimś 
uciekał? Czy znowu wplątał się w niebezpieczną awanturę? A moŜe kogoś gonił?

background image

W ten sposób mogłem zadawać sobie setki pytań, lecz odpowiedzieć na nie potrafiłby 

tylko sam Bede. Kim był? Ach, warto o tym wspomnieć.

 Spotkaliśmy się po raz pierwszy prawie przed dwoma laty w El Paso. To miasteczko o 

hiszpańskiej nazwie leŜy nad graniczną rzeką Rio Grandę del Norte, zwaną równieŜ Rio 
Bravo. Znowu hiszpańskie nazwy. El Paso — po prostu znaczy przejście. Rio Grandę del 
Norte — wielka rzeka północy. Rio Bravo — rzeka dzielnych. Dumna i nieco pompatyczna 
nazwa. Nie wyjaśniająca jednak, na którym jej brzegu znajdują się ci „dzielni".  Tym 
bardziej  Ŝe przez wiele setek lat nie istniała polityczna róŜnica między prawym a lewym 
brzegiem. Najpierw oba (i hen, hen, na północ, i na południe) naleŜały do Hiszpanii, a po 
zrzuceniu jej jarzma — do wolnego juŜ Meksyku. Dopiero w roku 1845 Rio Grandę stała się 
w swym środkowym i dolnym biegu granicą państwową, gdy Teksas, Arizona i Nowy 
Meksyk przyłączono do Stanów Zjednoczonych. Stare hiszpańskie nazwy pozostały, a El 
Paso poczęło od tamtego roku odgrywać rolę punktu granicznego, połoŜone przy 
najdogodniejszym trakcie, jaki łączy północ Meksyku z południem Stanów.

Wczesną wiosną 1888 roku znaleźliśmy się — Karol i ja — właśnie w El Paso, w drodze 

do Meksyku. Po co tam Jechaliśmy na końskich grzbietach? Po to aby złoŜyć wizytę Pedro 
Gonzalesowi, hacjenderowi meksykańskiemu, którego poznaliśmy w Arizonie podczas 
jednej z naszych wypraw. Posiadłość Gonzalesa leŜała we wschodnim Meksyku, w stanie 
Chihuahua, w rejonie rzeki Conchos, dopływu Rio Grandę.

W El Paso, zakurzeni, zmęczeni, brudni i głodni, znaleźliśmy jakiś saloon-hotel czy teŜ 

hotel-saloon, którego nazwy nawet nie zapamiętałem. Budynek dość obskurny, z jeszcze 
obskurniejszą klientelą, złoŜoną z na pół dzikich vaqueros (czyli po prostu: kowbojów), nie-
wiele róŜniących się od nich rancheros (to znaczy: drobnych rolników), wreszcie — stałych 
mieszkańców El Paso (raczej tych spod ciemnej gwiazdy!): Metysów, Hiszpanów i 
Amerykanów.

Mimo Ŝe szynkwas oblepiony był rzędami spragnionych, Karol zdołał sforsować 

przejście. Natychmiast otrzymaliśmy nie tylko po szklaneczce whisky (o co wcale nie 
prosiłem), ale równieŜ jedyne gorące danie o nazwie „guisantes en salsa dulce", co okazało 
się grochem w słodkim sosie, tak hojnie potraktowanym papryką, Ŝe smakował jak cukier 
zmieszany z potłuczonym szkłem.

Whisky, a później piwo pomogły nam w spoŜyciu tej jakoby narodowej meksykańskiej 

potrawy. W tym saloonie zdołaliśmy otrzymać pokój hotelowy, bo tylko w ten sposób moŜna 
było skorzystać z miednicy, wody i ręcznika, a na dodatek z lustra. Do tego pokoju po-
prowadził nas jakiś malec po schodach przypominających drabinę.

Wkrótce okazało się, iŜ godny pochwały zwyczaj mycia się, stosowania mydła i ręcznika 

moŜe — w pewnych warunkach — sprawić czyściochowi sporo kłopotów. W El Paso 
naleŜało nam zrezygnować z miednicy, nawet gdyby przyszło cuchnąć potem i brudem przez 
następnych kilka dni. Zresztą, niezbyt daleko od saloonu płynęła Rio Grandę i w jej nurtach 
mogliśmy od biedy się obmyć.

Miednica i nieco zbyt gwałtowne zachowanie Karola — oto, co wpędziło nas w tarapaty. 

Bo gdy chłopaczek otworzył zbite z tarcic drzwi i wkroczyliśmy do pokoju, okazało się, Ŝe 
był juŜ zajęty przez jakiegoś lokatora. Pijany jak cała beczka okowity, spał w ubraniu na 
jednym z dwu łóŜek. Wnioskując z niedbałości stroju, musiał to być któryś z przedstawicieli 
bandy, z jaką zetknęliśmy się na parterze.

Sądziłem, Ŝe wynajęto nam niewłaściwe pomieszczenie, chłopak zapewnił jednak, Ŝe nie 

ma mowy o pomyłce, a intruza naleŜy po prostu wyrzucić. Zaraz teŜ usiłował tego dokonać, 
rzecz jasna — bezskutecznie. Uczynił to Karol, bardzo sprawnie i szybko. Chwycił śpiącego 
za kołnierz koszuli i ściągnął z łóŜka na podłogę. Nie na wiele się to zdało, bowiem intruz 
nadal tkwił w pijackim zamroczeniu i nie rozumiał, o co nam chodzi. W tym stanie rzeczy 
Ŝ

adne perswazje nie mogły osiągnąć pomyślnego dla nas skutku. Nie pozostało nic innego, 

jak wyprowadzić pijaka na korytarz aŜ do schodów. Kiedy zamykałem drzwi dobiegł mych 
uszu rumor świadczący chyba tylko o szybkości, z jaką bezwładne ciało osunęło się po 
stopniach aŜ na sam dół, pod drzwi do bufetu.

background image

Po jakimś czasie na polecenie Karola miałem zajrzeć do naszych koni, wciąŜ jeszcze 

stojących przy słupach werandy. I z tego wynikła zupełnie paskudna historia. Wyrzucony 
przez nas pijak okazał się jednak dość trzeźwy, by rozpoznać mnie, gdy przeciskałem się ku 
wyjściu poprzez tłum gości. Łapsko wielkie jak łopata spadło mi na ramię i unieruchomiło.

— Gringo! — usłyszałem pijany bełkot.

Warto wyjaśnić, Ŝe słowo „gringo", chociaŜ to znaczy w języku hiszpańskim: 

cudzoziemiec, jest określeniem obelŜywym. Grzeczne brzmi: extranjero. Dobrze o tym 
wiedziałem, lecz chciałem uniknąć awantury. Strąciłem łapsko z ramienia, szepnąłem: 
pardoneme — przepraszam, i w ten sposób usiłowałem pozbyć się natręta. Daremnie. Pijak 
począł wrzeszczeć, Ŝe został przeze mnie napadnięty. Pominę szczegóły. Doszło do bójki, w 
której wzięło udział chyba jeszcze kilku przyjaciół napastnika. Szybko bym uległ takiej 
przewadze, gdyby Karol, zaalarmowany wrzawą, nie skoczył mi na pomoc. Lecz i we dwu 
nie dalibyśmy rady. Uratowała nas nieoczekiwana pomoc. Nieznajomy męŜczyzna, na pewno 
nietutejszy, bo bardzo róŜnił się od innych strojem, zdołał nas oswobodzić, wyciągnąć na 
dwór i doprowadzić do koni. Wskoczyliśmy na siodła, galopem przebyli koryto Rio Grandę i 
zatrzymali się dopiero wówczas, gdy piniowy lasek skrył nas przed oczami przeciwników. 
Nasz wybawca, jak się okazało, podąŜał za nami krok w krok. W zrozumiałym pośpiechu 
ucieczki nawet nie zauwaŜyłem, gdzie i kiedy dosiadł swego wierzchowca.

 Podziękowaliśmy mu za pomoc. Wyglądał dość sympatycznie. Miał szczerą, uśmiechniętą 
twarz, jasne oczy 

i gładko ogolone policzki. Kurta z jelonkowej skóry świadczyła dobitnie o tym, Ŝe nasz 
wybawiciel nie zaliczał się do stałych mieszkańców El Paso. Oni się tak nie ubierali. Kim 
jednak był? MoŜe traperem, moŜe kowbojem, moŜe wędrującym tu i tam westmanem? 
Zapytać — nie wypadało. Dlaczego? — zagadnie zdziwiony greenhorn, po raz pierwszy 
oglądający środkowoamerykańską prerię. Wyjaśnię, bo nigdy nie wiadomo, czy komu nie 
przyda się taka informacja.

OtóŜ w niepisanym kodeksie dobrych obyczajów Dzikiego Zachodu powiedziane zostało 

wyraźnie: nie pytaj nieznajomego o nazwisko ani skąd przybywa. Nie tylko dlatego, Ŝe w ten 
sposób łatwo go skłonisz do kłamstwa, lecz równieŜ dlatego, Ŝe moŜe nadejść taki kłopotliwy 
dla ciebie dzień, w którym nie będzie ci na rękę udzielanie obcym szczegółowych o sobie in-
formacji.

Dziki Zachód nie bawił się w grzecznościowe konwenanse i omówienia, lecz wyjaśnia! 

sprawę prosto, nie zostawiając miejsca na Ŝadne wątpliwości. Dziś mnie — jutro tobie. 
Szanuj zwyczaje i tajemnice innych. We własnym interesie.

Nauczyłem się od Karola tych praw Zachodu, więc ani mi w głowie postało brać na spytki 

nieznajomego wybawcę.

Pogawędziliśmy chwilkę na temat niedawnej bójki. Cudownym zbiegiem okoliczności nikt 

z nas trzech nie odniósł powaŜniejszego obraŜenia. Mnie bolał tylko kark, Karol miał lekkie 
zatarcie skóry na dłoni, a nieznajomy — rysę na policzku. I to wszystko.

— 

No, dŜentelmeni — powiedział obcy — pora mi wracać do El Paso, mam tam pewne 

sprawy do załatwienia. A wy?

Oświadczyłem, Ŝe nie potrzebujemy odwiedzać po raz drugi miasteczka.

— Szczęśliwej drogi! — krzyknął. Uderzył konia i po paru skokach osiągnął brzeg rzeki. W 
chwilę później skryły go przed naszymi oczami srebrne bryzgi wody.

Przyznam szczerze, bardzo mnie to ucieszyło. Nie dlatego, iŜbym nie poczuwał się do 

wdzięczności. Poczuwałem się, ale...

Ale tereny rozciągające się po obu brzegach Rio Grandę, zwłaszcza w jej środkowym 

biegu, nie są ani śródmiejskim ogrodem, ani miejscem dla zabaw dzieci. Niebezpieczna to 
kraina, właśnie dlatego, Ŝe stanowi pogranicze amerykańsko-meksykańskie, prawie bez-
ludny obszar wyznaczający trasę wędrówek i ucieczek na południe tym wszystkim, których 
na północy ściga prawo. Najłatwiej zbiec przed nim tędy, a później ukryć się po drugiej 
stronie płytkich rozlewisk rzeki, w kraju, do którego nie sięgnie nawet najdłuŜsza ręka 
szeryfa.

Czy nasz nowy znajomy nie naleŜał do kategorii takich chroniących się na dzikim 

pograniczu przestępców? Co prawda przeczył temu jego szybki powrót do El Paso, lecz ten 

background image

fakt nie był jeszcze Ŝadnym dowodem zaprzeczającym moim podejrzeniom.

Ruszyliśmy w głąb Meksyku i jechali ze dwie godziny, gdy za nami, daleko, daleko 

ukazał się kłąb kurzu, coraz większy, coraz wyraźniejszy. Ten kurz wzbijały końskie 
kopyta, a na końskim grzbiecie tkwił... kto? Nasz wybawca z El Paso.

— Witajcie, dŜentelmeni! — zakrzyknął na nasz widok.

Był to zwrot, od którego zaczynał prawie kaŜdą rozmowę. Zdobyłem się na uśmiech 

podobny uśmiechowi człowieka po wypiciu szklanki cytrynowego soku.

Teraz dowiedzieliśmy się, Ŝe nieznajomego spotkało niezbyt  gościnne przyjęcie w 

miasteczku.  Gdy prze-

jeŜdŜał — jak twierdził — obok saloonu, gapie podnieśli wrzask, a kilku skoczyło, by go 
zatrzymać. Uciekał więc co sił w nogach swego wierzchowca, aŜ zgubił prześladowców i 
postanowił nas odszukać.

Myślę — zakończył swą relację — iŜ powinienem kilka dni przeczekać po tej stronie 

granicy. Chyba nie będę wam zawadzał?

Oczywiście, Ŝe nie — odpowiedzieliśmy.

Czy moŜna było udzielić innej odpowiedzi człowiekowi, który naraŜał swe Ŝycie 

wyciągając nas z opresji? Tylko skończony gałgan i gbur postąpiłby inaczej.

Ba, uczyniliśmy zadość honorowi i grzeczności, lecz na pewno nie rozwadze. Za dwa dni 

mieliśmy dotrzeć do granic hacjendy don Gonzalesa. I co wówczas? Jeśli nasz wybawca nie 
zechce przedtem poszukać swej własnej ścieŜki? Wprowadzić pod dach gościnnego i 
ufającego nam plantatora człowieka, nie tylko o nie znanym nam nazwisku (chociaŜ to 
najmniejszy szkopuł, bo w tamtych stronach moŜna było przybrać sobie nazwisko, jakie kto 
chciał), lecz o którym nie wiedzieliśmy dosłownie nic!

Ruszyliśmy teraz juŜ w trójkę ku dalekiemu celowi i muszę bezstronnie przyznać, Ŝe 

nieproszony towarzysz wcale nam nie przeszkadzał. Wprost przeciwnie — pomagał. A ta 
pomoc zaiste nie dała się niczym zastąpić. Pierwszy nasz nocleg na terytorium Meksyku 
wypadł obok opuszczonej chaty, tak okropnie brudnej, Ŝe woleliśmy spać na dworze. W 
budzie tej (bo trudno by nazwać to inaczej) koczował półdziki meksykański kaboklo, który w 
ś

rodku nocy tajemniczo znikł. Zapewne to on ściągnął na nas bandę, jedną z rozbójniczych 

watah, jakich wiele wówczas krąŜyło w tych stronach. PrzecieŜ były to niespokojne dla 
Meksyku czasy rządów generała Porfirio Diaza, obfitujące w zbrojne starcia między 
zwolennikami a przeciwnikami generała. Bardzo często pod jednych i pod drugich 
podszywały się grupy najzwyklejszych rabusiów. Jestem pewien, iŜ z takimi przyszło nam 
mieć wówczas do czynienia. śe nie staliśmy się ofiarami napadu — to przede wszystkim1 
zasługa naszego towarzysza. Po raz drugi wyciągnął nas z biedy. I to jak! Dynamitem. 
Zdumiewający był to sposób, lecz bardzo skuteczny. Nieznajomy, który wiózł w jukach 
swego siodła kilka ładunków wybuchowego materiału, pod-kradł się do napastników i 
zapaliwszy detonatory spowodował fajerwerk, jakiego nigdy jeszcze nie oglądałem. Zbóje 
uciekli pozostawiając kilka martwych koni. Skąd nasz wybawca miał dynamit? Powiedział, 
Ŝ

e otrzymał go od znajomych górników, trasujących drogę przez Góry Skaliste. Lecz po co 

woził z sobą tak niebezpieczny oręŜ? Czy czasem nie zamierzał spróbować rozsadzenia 
pancernej kasy w którymś z miasteczek Dzikiego Zachodu? Bo podejrzewałem go o róŜne 
sprawki, a podejrzenie jeszcze przybrało na sile, gdy podczas rozpalania ogniska uŜył 
skrawka papieru od-dartego od większego arkusza, jaki wyjął z kieszeni. Zgubił ten arkusz, a 
ja przypadkowo go znalazłem. Łatwo sobie wyobrazić mój niepokój, gdy stwierdziłem, Ŝe 
jest to list gończy sławnej Agencji Pinkertona. Poszukiwała ona niejakiego Reubena 
Houstona Burrowsa, alias Rube Burrowsa, współuczestnika napadu na pociąg i zabójcy 
człowieka, który pomagał go ująć. Powiedziałem o tym Karolowi, lecz ten dość sceptycznie 
odniósł się do mych przypuszczeń twierdząc, Ŝe opis fizyczny mordercy da się zastosować do 
bardzo wielu męŜczyzn, jednak zgodził się ze mną, iŜ rzecz wygląda tajemniczo i naleŜy 
zachować ostroŜność. Nie było okazji pozbycia się przygodnego towarzysza. Pełen złości na 
samego siebie i na przewrotny los, jechałem strzemię w strzemię z Barrym Bede (bo 
wreszcie uznał za słuszne przedstawić się) i łamałem sobie głowę nad tym, w jaki sposób 
delikatnie dać do zrozumienia Gonzalesowi, iŜ ani ja, ani Karol nie ponosimy 
odpowiedzialności za przyszłe postępki Bedego. Los pokrzyŜował moje zamierzenia, bo oto 

background image

w trakcie pobytu na hacjendzie Bede zastrzelił dowódcę zbrojnej watahy oraz jego dwu 
zastępców, czym tak przeraził napastników dybiących na pieniądze (i konie) Gonzalesa, iŜ 
część uciekła, część poddała się. Bez wątpienia Bede ocalił Ŝycie hacjenderowi i jego 
rodzinie, czym zjednał sobie dozgonną wdzięczność gospodarza. W tym stanie rzeczy 
musiałem milczeć. Ale to jeszcze nie wszystko. Podczas dalekiej wyprawy całej rodziny 
Gonzalesów w meksykańskie pasmo gór, w której i nasza trójka wzięła udział, Bede z kolei 
mnie uratował Ŝycie, kładąc trupem trzech groźnych napastników.

Zdumiewała mnie łatwość, z jaką strzelał i zabijał ludzi. Łatwość zaiste niepokojąca. Nie 

mogłem mu odmówić odwagi, celnego oka i sprawnej ręki. Z tego tytułu moŜna by go uznać 
za westmana, tropiciela śladów, zwiadowcę lub trapera. Lecz przeczyła temu całkowita 
niezaradność w takich sprawach, jak rozbijanie biwaku, rozpalanie ogniska lub pitraszenie 
strawy. Na tropach zwierzęcych w ogóle się nie znał. W odczytywaniu stron świata na 
podstawie połoŜenia słońca lub gwiazdy polarnej był zupełnym analfabetą. A poza tym — 
bardzo miłym kompanem, chociaŜ zasób jego wiadomości o świecie i ludziach z koniecz-
ności bardzo ograniczał tematykę pogawędek, jakie z nim od czasu do czasu prowadziłem.

W tym miejscu warto wyjaśnić, czemu to Bede, zamiast wracać do El Paso, po długiej 

gościnie w hacjendzie Gonzalesa przyłączył się do wędrówki w góry, która jeszcze bardziej 
oddalała go od granicznej Rio Grandę.

Wyprawa została zorganizowana z inicjatywy Gonzalesa i jego Ŝony. Mieliśmy zapolować 

(Bede nie był dobrym myśliwym — jeszcze jeden charakterystyczny jego rys), ale nie to było 
głównym powodem wyprawy, tylko pragnienie odnalezienia w paśmie Sierra Mądre 
Occidental ukrytych skarbów, na które składały się cenne dzieła sztuki dawnych władców 
Meksyku. Skarb, po wielu przygodach, odnaleźliśmy. Później Ŝona Gonzalesa przekazała go 
do jednego z muzeów.

Bede, jak mi wyznał, liczył na to, iŜ znalezisko (a obfitowało ono w przedmioty wykute w 
srebrze i złocie, 

zdobne drogimi kamieniami) podzielimy między uczestników wyprawy. Dlatego i tylko 
dlatego zrezygnował z powrotu do El Paso. Spotkał go bolesny zawód. Myślę, Ŝe właśnie ten 
zawód skłonił go do szukania rady u mnie, do zwierzenia się ze swych kłopotów i ze swego... 
Ŝ

ycia. Wreszcie dowiedziałem się, kim naprawdę był nasz wybawca. Ani przestępcą ści-

ganym prawem, ani westmanem, traperem czy agentem Pinkertona. Więc czym się trudnił?

Łapaniem przestępców. Dziwny zaiste zawód i jak mi wiadomo, istniejący przez pewien 

czas jedynie w Północnej Ameryce, w jej środkowej i zachodniej części. Krótko 
powiedziawszy — Bede był „łapaczem". Na wielkich, słabo zaludnionych obszarach, 
zapewnienie bezpieczeństwa osiadłej ludności stanowiło trudny problem. Szeryfowie rzadko 
kiedy dawali sobie z tym radę, potrzebna była w nagłych wypadkach pomoc wszystkich 
odwaŜnych i chętnych. W tym celu stworzono bodziec materialny — listy gończe. Podawały 
one nie tylko przyczynę ścigania wymienionego z nazwiska przestępcy (napad rabunkowy na 
pociąg, dyliŜans lub bank, zabójstwo) oraz jego moŜliwie najbardziej dokładny rysopis, lecz 
równieŜ wysokość nagrody pienięŜnej za oddanie przestępcy w ręce szeryfa, „martwego lub 
Ŝ

ywego", jak najczęściej głosił tekst listu. Nagrody pienięŜne fundowali poszkodowani lub 

władze państwowe. Wahały się one od paruset dolarów do kilku  nawet tysięcy.  Za głośnego 
przywódcę gangu rozbójniczego, Jessie Jamesa (zabity w kwietniu 1882 roku), wyznaczona 
początkowo nagroda w wysokości pięciuset dolarów została podniesiona do piętnastu 
tysięcy, a później nawet do dwudziestu pięciu tysięcy dolarów.

„Łapacze" nie cieszyli się uznaniem spokojnych mieszkańców. Tolerowano ich, lecz nie 

lubiano. Rzecz przedziwna, Ŝe niekiedy śmiałe do szaleństwa, lecz przecieŜ sprzeciwiające 
się prawu czyny rabusiów były bardziej popularne niŜ zgodne z prawem i nie mniej odwaŜne 
akcje „łapaczów". O tych pierwszych pisano nawet ballady, tych drugich pomijano 
milczeniem.

Tak więc, jak juŜ powiedziałem, Bede trudnił się poszukiwaniem zbiegłych przestępców. 

Dlatego właśnie nosił ze sobą list gończy, ścigając Burrowsa. Kiedy jednak wysłuchałem 
dokładnej relacji, włosy — jak to się określa — stanęły mi dęba na głowie. Oto Bede 
dostarczył szeryfom aŜ dwunastu przestępców. Wszystkich... martwych! Zwierzył mi się — a 
nawet przez chwilę nie wątpiłem w szczerość tych zwierzeń — Ŝe kaŜdemu ze ściganych 

background image

„dawał szansę". To znaczy ujawniał swój zamiar i czekał, aŜ tamten wyciągnie broń. 
Wówczas i on wydobywał z kabury swego colta, a poniewaŜ był szybszy i posiadał lepsze 
oko, zawsze w pojedynku wygrywał.

Mówił mi o tym z takim spokojem i z tak niewinną miną, jakby sprawa dotyczyła trofeów 

myśliwskich lub łowienia ryb! Wcale nie dostrzegał paskudnej strony tego rodzaju pomocy 
udzielanej oficjalnemu wymiarowi sprawiedliwości.

Do El Paso przybył tropiąc kolejnego trzynastego bandytę. Jednak udzieliwszy nam 

pomocy w saloonowej bójce musiał zrezygnować z przyobiecanej listem gończym nagrody 
siedmiuset dolarów za dostarczenie przestępcy „martwego lub Ŝywego". Jestem pewien, Ŝe i 
tym razem byłby to przestępca martwy.

Jeśli sposób, w jaki Bede słuŜył prawu, moŜna nazwać zaskakującym (dla mnie był 

przeraŜający), to Ŝyciowa ścieŜka, która go doprowadziła do takiej działalności, wydaje się 
wręcz niewiarygodna. Był farmerskim synem i tylko przypadek uczynił zeń łapacza. Myślę 
jednak, Ŝe ten przypadek to prawdziwy symbol tamtych dni oraz wcale nie przebrzmiałych 
tęsknot chłopców w pewnym wieku, marzących o wielkiej przygodzie. Czy tylko chłopców? 
PrzecieŜ i mnie skusiła nieskończoność prerii, głusza pierwotnych lasów i tajemnica 
górskich dolin. Dziki Zachód jest i pozostanie po wsze czasy (nawet gdy juŜ nie będzie 
istnieć!) krainą marzeń jakŜe wielu. Ktoś, nie pamiętam juŜ kto — człowiek chyba bardzo 
rozumny — powiedział, Ŝe dopóki w piersiach ludzkich biją młode serca, dopóty dzielny 
kowboj, dopóty zarośnięty huncwot w czarnym, wielkim kapeluszu na głowie i bandyta 
rabujący bogatych tylko po to, aby pomagać biednym, będą wiecznie galopować poprzez 
równiny Zachodu.

Wiele przyczyn złoŜyło się na taki właśnie obraz — w rzeczywistości i w marzeniach — 

Dzikiego Zachodu, który niekiedy zwano „krwawym", tyle ofiar pochłonął, a zawsze — 
sprawdzianem ludzkiej wytrzymałości na trudy i niebezpieczeństwa Ŝycia tak odmiennego 
od Ŝycia w wielkich miastach wschodu.

Na tle wydarzeń rozgrywających się w górach i na bezkresnej, zdawałoby się, prerii 

rodziła się legenda. Z ust do ust, zwłaszcza osadników wędrujących na nowe, dziewicze 
ziemie, podawano sobie informacje o ostatnich wydarzeniach. Przekręcane, wyolbrzymiane, 
tworzyły przecieŜ Ŝywą historię, z której dopiero dociekliwy badacz potrafiłby oddzielić 
fantazję od prawdy.

Barry Bede opuścił rodzinny dom jako młody chłopiec, pozbawiony minimum 

koniecznego rozsądku, lecz

za to obdarzony silnym pragnieniem wypróbowania swych sił, doświadczenia swej 
męskości.

Mógł zostać rabusiem. JakŜe wielu wkroczyło na tę niebezpieczną i zawsze tragicznie 

kończącą się drogę. Został łapaczem. Widać nauki rodzicielskie tkwiły w nim mocno, a 
poczucie sprawiedliwości nie pozwoliło na czyny krzywdzące innych. Zapisałem mu to na 
wielki plus. Tak wielki, Ŝe przesłonił inne wady Bedego: lekkomyślność, niezdolność 
przewidywania, całkowite nie liczenie się z rzeczywistością, jakąś prowizorkę i 
powierzchowność pędzonego Ŝycia. Musiał mieć juŜ pod trzydziestkę, a niekiedy swym 
rozumowaniem sprawiał wraŜenie rozbisurmanionego chłopaka. Wyznam, Ŝe na pierwszy 
rzut oka wszystkie te cechy czyniły zeń przyjemnego towarzysza, lecz gdy zastanawiałem się 
głębiej nad tym, ogarniało mnie przeraŜenie. Jakim sposobem tak nierozwaŜny człowiek, 
parający się jakŜe ryzykownym „zawodem", zdołał przez tyle lat uniknąć śmierci? Całe jego 
postępowanie przypominało zabawę ciągnięcia za ogon rozwścieczonej pumy! Polubiłem 
naszego wybawiciela i nie Ŝyczyłem mu tragicznego zakończenia ziemskiej wędrówki. Zdaje 
się, Ŝe i na niego przyszła chwila zastanowienia. To ona była przyczyną, dla której zwierzył 
mi się ze swego Ŝycia i prosił o radę. Bo tym zakończył swą spowiedź.

Z własnego doświadczenia wiem, iŜ ludzie proszący o radę najczęściej nie stosują się do 

niej. Po prostu nie odpowiada im. Pragnąłem ocalić Bedego i lękałem się, Ŝe bądź przez 
przekorę, bądź z wrodzonej lekkomyślności zbagatelizuje moje ostrzeŜenia i wskazówki.

Zagadnąłem go, jak długo jeszcze ma zamiar prowadzić dotychczasowy tryb Ŝycia i czy 

nie przewiduje, Ŝe w którymś tam zbrojnym spotkaniu przeciwnik okaŜe się szybszy?

Trafiłem w sedno rzeczy. Zastanowił się i przyznał mi rację. Po chwili dodał, Ŝe ma juŜ 

background image

powyŜej uszu swej 

ustawicznej włóczęgi. Lecz wracać nie ma dokąd. To prawda. Wiedziałem juŜ, Ŝe rodzice, 
których Bede tak lekkomyślnie opuścił, sprzedali farmę i przenieśli się... nie wiadomo dokąd. 
Bede nie wyuczył się Ŝadnego zawodu. Na pewno znał się nieco na rolnictwie (z czasów 
kiedy pomagał gospodarować ojcu), nie miał jednak ziemi. CóŜ mu mogłem zaproponować w 
zamian za dotychczasowe polowanie na ludzi? A nie miałem serca odprawić go z kwitkiem. 
Wówczas pomyślałem o Gonzalesie. Była to sprawa delikatna. Oświadczyłem Bedemu, iŜ 
zastanowię się nad jego połoŜeniem i najprawdopodobniej coś wymyślę.

Jeszcze przed powrotem do hacjendy, podczas podróŜy przez ostatnie doliny i wzniesienia 

Sierra Mądre Occidental, znalazłem okazję do pogadania z Gonzalesem w cztery oczy. 
Mogłem go poprosić o danie Bedemu jakiejś pracy, Gonzales na pewno nie odmówiłby takiej 
przysługi, bez względu na to, czy zatrudnienie byłego łapacza dawałoby jakiekolwiek 
korzyści hacjendzie. Ale tego właśnie naleŜało uniknąć.

Nie sądzi pan, seńor Gonzales — zagadnąłem ni z tego, ni z owego — Ŝe pańskie 

gospodarstwo nie jest
zbyt bezpiecznym miejscem?

Wytrzeszczył na mnie oczy.

O czym pan myśli, doktorze?

O napadach — odparłem zwięźle. — Nie tak dawno o mało nie padł pan ofiarą jednego 

z nich.

Roześmiał się, chyba niezbyt szczerze.

Przyzwyczaiłem się do niebezpieczeństw.

Nie wątpię, iŜ jest pan dzielnym człowiekiem. Lecz... pańska Ŝona, pańska córka...

Moja Ŝona włada bronią nie gorzej ode mnie, a co się tyczy córki, wychowałem ją 

prawie na chłopca. Zresztą Inez uczy się w mieście i w hacjendzie bywa tylko jako gość.

A jednak... — upierałem się.

Spojrzał na mnie przenikliwie.

CzyŜby pan proponował, abym się przeniósł w inne strony, doktorze? Chętnie słucham 

rad przyjaciół,
a za jednego z nich uwaŜam właśnie pana, lecz do takiej rady nie zastosuję się. Czasy 
przeŜywamy nie
spokojne, to prawda, jednak w otoczeniu wiernych mi ludzi potrafię doczekać dni, w których 
sprawiedliwość
odniesie triumf.

Powiedział to nieco pompatycznym tonem, w który popadał, gdy przychodziło do jakichś 

zasadniczych deklaracji. Zabawnie brzmiały, juŜ przywykłem do nich, wiedziałem, Ŝe nie są 
wyrazem samochwalstwa, lecz manierą przekazywaną z pokolenia w pokolenie tych 
dawnych potomków hiszpańskich konkwistadorów. Więc nawet nie uśmiechnąłem się. 
Gonzales nie zasługiwał na kpiny.

AleŜ nie — odparłem szybko. — Nie namawiam pana do opuszczenia hacjendy. Nie 

ośmieliłbym się
podsuwać panu podobnego rozwiązania. Na pewno kosztowało pana wiele trudu 
doprowadzenie gospodarstwa do tak kwitnącego stanu. KtóŜ by chciał je dobrowolnie 
porzucić?

Rozpromienił się. Bardzo był czuły na pochwały.

Słucham pilnie, doktorze, chociaŜ nadal nie wiem, do czego pan zmierza.

Do tego, Ŝe pańscy vaqueros (taką nazwę nosili meksykańscy kowboje), wprawdzie 

dzielności im nie odmawiam, mogą nie sprostać przewadze dobrze uzbrojonych 
napastników. Przydałby się panu ktoś, kto bardziej... hm... zawodowo obeznany jest ze 
sztuką walki.

Przyznaję, zabrzmiało to nieco głupio nie potrafiłem wyrazić swych myśli prościej. Lecz 

Gonzales pojął mnie w lot.

AleŜ tak! — wykrzyknął. —  Myślałem o tym niejeden raz. CzyŜby... — tu zawahał się 

— seńor Gordon gotów był objąć w mym gospodarstwie taką funkcję? Bo... chyba nie pan, 
doktorze?

background image

— Ani Gordon, ani ja. Obu nas wzywają pilne obowiązki i niestety wkrótce się 
rozstaniemy.
— To przykre — westchnął.
— Lecz nieuniknione. Natomiast naszego towarzysza, jak mi wiadomo, nic w tej chwili 
nie ciągnie na północ.
— Seńor Bede? Wspaniale! Jest pan pewien, Ŝe się zgodzi?
— Porozmawiam z nim — odparłem chytrze.
— Świetnie. To znakomity strzelec i śmiałek, jakiego rzadko moŜna znaleźć.
Oczywiście zgodę Bedego uzyskałem natychmiast. Dosłownie osłupiał ze szczęścia, a 

Gonzales był nie mniej zadowolony. Ja równieŜ. I tak to się zakończyło.

Wróciliśmy na północ, Bede został na południu. Minęły prawie dwa lata, odkąd 

widzieliśmy się po raz ostatni. Przypuszczałem, Ŝe Bede zadomowi się u Gonzalesa na długo, 
a później, gdy zaoszczędzi sporo pieniędzy (których w hacjendzie nie miał na co wydać), 
kupi kawał gruntu i zajmie się hodowlą bydła. Sam mi o tym wspominał.

CzyŜby dorobił się tak szybko i osiedlił w Kolorado? Nie wyglądało to prawdopodobnie. 

Gonzales na pewno płacił dobrze swemu pracownikowi, lecz nie tak dobrze, aby po dwu 
zaledwie latach mógł odłoŜyć sumę potrzebną na kupno farmy. Więc nasze spotkanie sta-
nowiło dla mnie zagadkę, którą rozwikłać potrafił tylko sam Bede. Czekałem z 
niecierpliwością, aŜ ocknie się wreszcie z niepokojącego bezwładu.

Wyprawa

Karol spał, Bede spał, ja czuwałem przy rannym, co pewien czas podnosząc się i przez 

lornetkę badając dokoła rozległy teren. Nadal było pusto i cicho. Za którymś tam razem 
dostrzegłem, hen daleko, drobne punkciki biegnące szybko po prerii. Wkrótce zniknęły. 
Prawdopodobnie stadko antylop.

Gdy słońce przemierzać poczęło zachodnią półkulę nieba, obudził się mój przyjaciel. 

Natychmiast usiadł i rozejrzał się.

— Co nowego? — zapytał.

Sytuacja bez zmian — odparłem. — Ani dwunogów, ani czworonogów. MoŜesz 

drzemać dalej.
— A Bede?

Ś

pi jak suseł,

— To chyba dobrze. Nie jesteś głodny?
Przyznałem, iŜ chętnie zjadłbym co nieco.

— Zajmę się obiadem — oświadczył, po czym na

nowo rozpalił ognisko.

—- Co byś sobie Ŝyczył? — zagadnął, jakby miał pod ręką spiŜarnię pełną wiktuałów.

— Na pierwsze danie — odparłem — pieczone ziemniaki, na drugie zielony groszek, na 
trzecie porcja szpinaku i kalafior. Zgoda?

 Nic  z  tego.   OdłóŜ  swoje  menu,   aŜ  wrócisz  do Milwaukee. Skąd z ciebie taki 

jarosz? Dostaniesz boczek przysmaŜany na sucharze.

A gdyby tak na przykład rybkę? — zaproponowałem pół Ŝartem, pół serio.

Spojrzał na mnie uwaŜnie.

A wiesz? To jest myśl. Popilnuj ognia.

Wszedł między kępę drzew. Odgadłem, w jakim celu. Karol był nie tylko zawołanym 

myśliwym, lecz równieŜ znakomitym rybakiem. Nie wiem, czy stosował jakieś czary, czy teŜ 
posiadał wyjątkowe szczęście. Faktem jest, iŜ parokrotnie widziałem, jak wyciągał z wody 
trzepoczące się ryby, schwytane na wędkę zmajstrowaną z giętkiej witki, sznurka i... zagiętej 
agrafki zamiast haczyka. Tłumaczył mi, Ŝe w dziewiczych strumieniach ryby łapie się na byle 
co, w przeciwieństwie do wód odwiedzanych stałe przez wędkarzy. Zapytałem, dlaczego tak 
się dzieje, czyŜby złowione ryby przestrzegały rybi naród przed konsekwencjami połknięcia 

background image

robaka nadzianego na haczyk. Odparł, Ŝe raczej w to wątpi. Dlaczego jednak ryba w rzece 
„nie łowionej" jest mniej ostroŜna od swej krewnej w rzece „łowionej" — nie ma pojęcia.

Karol wychynął spośród drzew z długim patykiem w dłoni, klęknął przy siodle i począł 

grzebać w jukach. Wiedziałem, czego szuka. Na obecną wyprawę zabrał komplet 
prawdziwych haczyków róŜnej wielkości, cieniutki, lecz bardzo mocny sznurek do wędziska 
oraz jakieś przedziwne przynęty w kształcie much lub małych srebrnych rybek. Tego właśnie 
szukał w głębi juku. A kiedy znalazł, pomaszerował nad rzeczkę. Nie wątpiłem, iŜ coś tam 
przyniesie, chyba... Ŝe w rzece w ogóle nie byłoby ryb. Ale to było nieprawdopodobne. Więc 
z góry cieszyłem się na nową potrawę. Wędzony boczek juŜ mi się przejadł, a Ŝadna 
czworonoŜna pieczeń jak dotąd nie pojawiła się w zasięgu naszych sztucerów.

Przy okazji muszę stwierdzić, Ŝe nawet najznakomiciej przyrządzona pieczeń, jeśli się ją 

spoŜywa dwa lub trzy razy dziennie, staje się potrawą obrzydliwą. Ba, nadmiar zjadanego 
mięsa w ten sposób powoduje nadkwasotę Ŝołądka, objawiającą się tak zwaną zgagą. 
Przypadłość przykra, a nawet niebezpieczna dla zdrowia, jeśli trwa długo.

Opowiadali mi traperzy i eksplorerzy, Ŝyjący miesiącami tylko z polowań, iŜ marzyli o 

ziemniakach, kapuście, ogórkach, pomidorach. Organizm domagał się warzyw i owoców. 
Indianie dobrze o tym wiedzą i wzbogacają swój jadłospis leśnymi jagodami, kukurydzą, 
dzikimi ziemniakami i dzikim ryŜem obficie rosnącym w rejonie wielkich jezior, na północy 
kraju.

Ja sam, po trzech miesiącach wędrówki po prerii lub wśród gór, wróciwszy do Milwaukee 

stawałem się wegeterianinem na wiele tygodni. Moje Ŝądanie ziemniaków, szpinaku czy 
kalafiora było oczywiście Ŝartem. Zresztą dopiero co rozpoczęliśmy wędrówkę i jeszcze 
pamiętałem smak warzyw i owoców. Jednak po miesiącu na pewno pocznę śnić o ogórkach, 
fasoli i innych tego rodzaju przysmakach, których nie sposób z sobą wozić, a nie moŜna 
nabyć wśród głuszy i pustkowia.

Karol wrócił nadspodziewanie szybko. W jednym ręku dzierŜył swą zaimprowizowaną 

wędkę, w drugim — jakiś tobół sporządzony z własnej kurtki.

Schwytałeś wieloryba?

Lepiej! — krzyknął triumfalnie. — Popatrz. ZłoŜył tobół na trawie, rozplatał go. 

Spojrzałem. Wewnątrz leŜał stos ryb i to wcale nie małych.

Co to?

— 

Pstrągi. Ta rzeczka wypływa przecieŜ z gór, więc mamy górskie pstrągi.

Pstrągi! — zachwyciłem się. — AleŜ to wspaniale!

Złapałem na podrywkę — wyjaśnił Karol.   

Nie masz pojęcia, ile ich tu jest. Co pół minuty wyciągałem nowego. To fantastyczna rzeka.  
Zajmę się tym.

— Bardzo dobrze — pochwaliłem.

Nie lubię patroszenia ryb. Karol rączo przystąpił do dzieła. Odsunął od ognia nieco Ŝaru, 

a później, gdy zakończył oczyszczanie swej zdobyczy, zagrzebał ryby w gorącym popiele.

Kto nie jadł smaŜonego pstrąga, polanego świeŜym masłem — ten nie zna największego 

przysmaku świata, lecz ryba upieczona w drzewnym popiele wcale nie jest gorsza. Karol 
podał mi dwie wielkie sztuki na kawałku suchara zamiast talerza.

— A on? — zapytał wskazując na opatulonego kocami Bedego. — Umrze z głodu, jeśli 

tak dalej będzie

spał.

Potrząsnąłem przecząco głową.

— Dla niego sen jest najlepszym lekarstwem. Obudzi się, gdy będziemy go wieczorem 

ubierać.

Było to zgodne ze zwyczajem praktykowanym na Dzikim Zachodzie. W dzień, podczas 

ciepłych dni wiosny lub upałów lata, zrzucało się z siebie tyle odzieŜy, ile moŜna. Na noc 
jednak kaŜdy wędrowiec ubierał się dokładnie i grubo. Po pierwsze dlatego, Ŝe po zachodzie 
słońca temperatura spada o kilka, nawet kilkanaście stopni (z wyjątkiem terenów leŜących 
na samym południu kraju), po drugie — Ŝe zawsze naleŜało być przygotowanym na nocne 
odwiedziny nieproszonych dwunoŜnych gości: czerwonych lub białych, a w takiej sytuacji 
nie starczyłoby czasu na ubieranie się.

background image

Zjadłem, a raczej poŜarłem cztery pstrągi, popiłem kawą, a na deser zapaliłem fajkę. 

Później nudziliśmy się do zmierzchu, przerywając od czasu do czasu tę nudę spacerem 
wokół obozowiska. Ani przed rzeką, ani za

rzeką, ani w jakiejkolwiek innej stronie świata nie działo się nic godnego uwagi. Kraina 
wyglądała na wymarłą, a moŜe taką była w rzeczywistości?

Zagadnąłem o to Karola. Przyznał, Ŝe ludzi nie jest tu wiele, bo gdy przejeŜdŜał tędy przed 

rokiem poza małymi osadami nie napotkał nigdzie ani farmerów, ani hodowców bydła. Ale 
bardziej na południu, w Ŝyznych dolinach rzek, kwitną rolnictwo i hodowla.

Zresztą — dodał — nie przybyliśmy tutaj dla zawierania znajomości, a Ŝe dotychczas 

nie spotkaliśmy nikogo poza Bedem, tym lepiej.

Gdy nadeszła godzina przedwieczornej szarówki, wezwałem do pomocy Karola. NaleŜało 

bardzo ostroŜnie obchodzić się z rannym. Zaledwie jednak ściągnąłem zeń koc, Bede 
poruszył się, otworzył oczy i niespodziewanie dla nas — siadł.

— DŜentelmeni... — przemówił z trudem i umilkł.

— Jak się pan czuje? — zapytałem.
Znowu na mnie spojrzał.

We łbie mi huczy jak w ulu. Gdzie ja jestem?

No me siento bien — dodał po hiszpańsku. Pobyt w Meksyku zostawił wyraźne ślady.

Popatrzał na Karola, popatrzał na mnie. Chyba dopiero teraz wróciła mu pełna 

ś

wiadomość.

Que suerte! — wykrzyknął. — Doktor! Pan Gordon! A mnie tak łeb boli! Kto mnie tak 

zaprawił?
— Konar drzewa, potęŜny konar — wyjaśnił Karol. — Złamany przez huragan.
— Ach tak? Musiałem stracić przytomność. Dlaczego jestem nagi? — zapytał z 
komicznym przeraŜeniem.
— Wyglądał pan jak mokra ścierka — wytłumaczyłem. — Zdjęliśmy szatki, Ŝeby 
przeschły. Co się juŜ dokonało i teraz moŜna je wdziać.

Nadal jeszcze nie bardzo orientował się w sytuacji, więc opowiedziałem, jak i w jakim 

stanie znaleźliśmy go. Mówiłem powoli i dokładnie, jak gdybym tłumaczył małemu dziecku 
zawikłaną zagadkę.  Zrozumiał.

— Więc to tak było? A mój koń?
— Konia nie zastaliśmy, pewnie pogalopował z wiatrem w zawody.
— Niech to licho... — jęknął.
— Poniósł pan duŜą stratę?
— Ech, głupstwo. Siodło i trochę Ŝywności. Pieniądze na szczęście miałem w ubraniu. 
Gdzie moja kurta? — zaniepokoił się.
Podałem.  Pogrzebał  w licznych  kieszeniach.
— W porządku — stwierdził. — Ale koń! CóŜ pocznę bez konia?

Znajdziemy na to radę, a teraz proszę się ubrać.

Wdział spodnie i buty, na siedząco, lecz kiedy wstał, musiałem go podtrzymać.
— W głowie mi się kręci — poskarŜył się Ŝałośnie.
Kazałem mu spocząć.

— To skutki uderzenia — wyjaśniłem. — Rana nie jest wielka, gorsze jest samo 
uderzenie. Pamięta pan, jak to się odbyło?
— Coś tam pamiętam. Jechałem. Ani prędko, ani wolno, ot, byle dalej i byle zwierzęcia 
nie zmęczyć. I nagle, w czasie najpiękniejszego ranka gdzieś od tyłu przygnała ta 
piekielna wichura. Wyście jej uniknęli?
— Gdzie tam!
— Ale konie macie.
— Skryliśmy się w małej dolince — wyjaśnił Karol — a zwierzętom spętali nogi. 
NaleŜało uczynić podobnie.

Bede lekko wzruszył ramionami.

Pewnie, gdybym tylko zdąŜył. Jak dmuchnęło drugi raz,  dostrzegłem  tę  kępę  drzew.  

Podjechałem, zeskoczyłem i wówczas lunął na mnie wodospad z nieba. Co działo się dalej, 
nie wiem. Musiało mnie wtedy rąbnąć w głowę, Ach, doktorze, pan jest wspaniałym 

background image

lekarzem i zjawia się, gdy potrzeba! To płótno na mym łbie to na pewno pańskie dzieło. Po 
prostu... wędrujący szpital.

Uśmiechnąłem się na takie pochwały.

— Ratowaliśmy pana obaj. Jeden jako lekarz, drugi jako pielęgniarz.
— No, nie mówiłem? Szpital na prerii.
— Proszę się połoŜyć — rozkazałem. — Nie czuje pan głodu?
— Jeszcze jak! — wyznał z humorem.
— Zaraz coś przygotujemy.

Razem z Karolem zajęliśmy się przyrządzaniem pozostałych pstrągów, a było ich jeszcze 

tyle, Ŝe starczyło na trzech. Bede nie dał się prosić. Za jednym zamachem pochłonął pół 
tuzina.

— Uff! — odsapnął. — Teraz czuję się znacznie lepiej.

Otrzymał kawę do popicia, a później leŜał nieruchomo, wpatrzony w znikający za 

horyzontem czerwony krąg słońca.

Bardzo byłem ciekawy, skąd Bede pojawił się w tych stronach i czego tu szukał, jednak 

nie pytałem. Mówienie mogło męczyć rannego.

— Jak ja pojadę? — zatroskał się nagle.
— Pomyślimy o tym jutro — uspokoiłem go. — Teraz proszę odpoczywać, a najlepiej 
zasnąć.
— PrzecieŜ przespałem cały dzień!
— Widać organizm tego wymaga.

Daliśmy Bedemu jeden z naszych koców i siodło pod głowę. Karol i ja musieliśmy 

czuwać na przemian, wystarczyło więc jedno posłanie.

Noc minęła bez niespodzianek. Karol trzymał straŜ pierwszy, ja — drugi, toteŜ na mnie 

spadł obowiązek
rozniecenia porannego ogniska. Przedświt był cichy i piękny. Złotopurpurowe kolumny zorzy 
wsparły firmament i zapowiadały pogodny dzień. Rzeczka, do której udałem się z 
czajnikiem, toczyła swe wody, lekko pluszcząc drobniutkimi falami. Jej nurt mienił się i 
błyskał niczym wypolerowana srebrna taca. Od czasu do czasu tworzyły się kręgi na jej 
powierzchni — to ryby dawały znać o swej obecności.

Postawiwszy imbryk przy ognisku, wróciłem na brzeg. Ranek był jednak tak chłodny, iŜ 

tylko zamaczałem dłonie i przetarłem twarz wilgotnym ręcznikiem. Na więcej nie starczyło 
mi odwagi.

Przy ogniu wziąłem się do kucharzenia. Niestety, pstrągów juŜ nie mieliśmy, pozostał 

jedynie ten okropny wędzony boczek. Zaparzyłem kawę, obudziłem Karola. Zerwał się jak 
zwykle natychmiast i jak zwykle kładąc prawą dłoń na leŜącym obok winczesterze. Był to 
odruch, który obserwowałem wielokrotnie, wyrywając przyjaciela ze snu, nawyk setek nocy 
spędzonych wśród nie zawsze bezpiecznego pustkowia.

Dostrzegłszy tylko mnie, a nie hordę napastników, ziewnął, rzekł „dzień dobry" i powlókł 

się do rzeki. Bedego musiało zbudzić moje krzątanie. Gdy doń podszedłem, oczy miał 
otwarte.

Piękny dzionek, doktorze — powitał mnie rzeźwym głosem.

Jak się pan czuje?

Znakomicie.  Nawet głowa juŜ mniej dokucza.

Jeśli tak, to proszę przysunąć się do ogniska.

Wręczyłem mu kubek z kawą, przysmaŜony boczek na patyku i jeden suchar. Karol sam 
się obsłuŜył.

Nie dziwicie się z naszego spotkania? — zagadnął Bede obcierając usta rękawem 

koszuli.

Bardzo się dziwimy — przyznałem — lecz na wyjaśnienie tej sprawy moŜemy jeszcze 

poczekać do czasu, aŜ poczuje się pan silniejszy.
— Ten czas juŜ nadszedł — oświadczył gryząc ostatni kęs suchara i wycierając tłuste 
dłonie o spodnie.
— Co z Gonzalesem? — nie wytrzymałem. — Czemu go pan opuścił?
— Gonzales Ŝyje sobie świetnie i nadal gospodarzy. Przynajmniej tak wyglądała sytuacja, 

background image

gdy rozstawaliśmy się. To znaczy prawie przed półtora rokiem.

Przed półtora rokiem! — wykrzyknąłem. — Niedługo zagrzał pan miejsca w 

hacjendzie — rzekłem z lekkim wyrzutem w głosie. PrzecieŜ to ja właśnie naraiłem 
Bedemu nową pracę, w nadziei iŜ do niej przywyknie.
— Ba! Mimo najlepszych chęci jakoś nie potrafiłem zapuścić tam korzeni. Nudno. Przez 
cały czas mego pobytu nie przydarzył się nawet najlichszy napad.

Było to zaskakujące spostrzeŜenie, lecz pasowało do Bedego, jakim go znałem, a znałem 

chyba nieźle.

— Pokłóciliście się?
— Nic podobnego. Rozstanie nastąpiło co prawda juŜ po sześciu miesiącach, lecz w 
braterskiej zgodzie.
— AleŜ... z jakiego powodu?
— Powiedziałem: było nudno nie do wytrzymania. To jedyny powód. Bo Gonzales nieźle 
mnie wynagradzał i zaoszczędziłem pokaźną sumkę.
— I teraz wędruje pan, aby nabyć małe gospodarstwo. Wspominał pan o tym jeszcze w 
Meksyku.
— Wspominałem, prawda, lecz nie mam juŜ tamtych pieniędzy i chociaŜ nie powiem, Ŝe 
jestem bez centa, co to, to nie, na kupno farmy nie wystarczy. Zresztą... zajmowałem się 
ostatnio młynarstwem.
— Czym? — zapytałem nie wierząc własnym uszom.
— Młynarstwem.

 Spojrzałem na Karola i równocześnie parsknęliśmy śmiechem.

Ś

miejcie się, ale to prawda. Byłem kierownikiem młyna.

— Doskonale — opanowałem wesołość — lecz gdzie się pan tego zawodu nauczył?

Jestem pojętnym człowiekiem, doktorze. Przez rok dokładnie przyglądałem się pracy 

młynarza fachowca. Nadzorowałem go i juŜ wiem niemało o tym pięknym zawodzie.
— A teraz go pan rzucił — usiłowałem odgadnąć.
— Coś w tym rodzaju, chociaŜ sam jeszcze nie jestem pewien. To brzmi nieco dziwnie i 
chyba opowiem wszystko od samiutkiego początku.
— Od tego naleŜało zacząć — mruknął Karol.
— Powinienem był posiedzieć u Gonzalesa nieco dłuŜej. Zebrałbym na piękną farmę i 
uniknął późniejszych kłopotów. Ano, stało się. Oglądałem ładne gospodarstwo w Teksasie, 
akurat na sprzedaŜ. Bardzo mi przypadło do serca, lecz ciut za drogie.
— NaleŜało wrócić do Gonzalesa.
— Wstydziłem się, a poza tym... te nudy! Gonzales zrobił mnie czymś w rodzaju szeryfa 
albo oficera nie istniejącej armii. Miałem dowodzić jego ludźmi na wypadek napadu, 
jednak Ŝaden napad się nie wydarzył. Nie narzekam na hacjendera, bodaj się tacy na 
kamieniu rodzili! Honorował mnie, jak mógł najlepiej, i wyróŜniał spośród reszty 
pracowników. Siadałem do stołu razem z nim i z jego rodziną. Wiecie, jak tam celebruje 
się posiłki. Człowiek musi siedzieć sztywno jak drąg, cedzić słodkie słówka obu paniom 
(miał tu na myśli Ŝonę hacjendera i jego córkę), uwaŜać, Ŝeby nie poplamić obrusu, nie 
skrobać łyŜką po talerzu, nie upuścić widelca, nie wycierać dłoni o spodnie... Zacni ludzie, 
lecz wszystko to nie dla mnie. Postanowiłem poszukać szczęścia gdzie indziej.

Uśmiechnąłem się. Bede rozumował jak dziecko. Gdy przestał go bawić pobyt na 

hacjendzie, ruszył w poszukiwaniu innej zabawki.

— W ten sposób przybył pan do Kolorado.

O, nie tak od razu. Rzecz odbyła się etapami.

Najpierw dotarłem do granic Teksasu. Wyobraźcie sobie, iŜ wracałem przez El Paso! Ba, 
odwiedziłem tę samą knajpę, w której tak gracko uwinęliśmy się z pijaną bandą. I nikt mnie 
nie poznał. Jednak w El Paso nie zabawiłem długo. OstroŜność przede wszystkim.

Znowu się uśmiechnąłem. Bede był zadziwiającym typem człowieka. Jego ostroŜność 

przypominała ciągnięcie pumy za ogon. Uda się albo nie. Pchać się do saloonu, który przed 
pół rokiem był terenem bijatyki, o jakiej na pewno gadano w całym miasteczku, a moŜe i w 
jego okolicach — to było duŜe ryzyko. Nie wyjawiłem głośno swych myśli, tylko 
zagadnąłem:

background image

— A później?

Później ruszyłem na wschód, ku rzece Pecos, a po jej przebyciu dalej w tym samym 

kierunku. Ale pewna dobra dusza przestrzegła mnie przed tego rodzaju marszrutą. Jakiś 
wędrowny handlarz nagadał mi tyle o okropnościach Liano Estacado, Ŝe skręciłem nieco 
na południe, omijając niegościnną jakoby krainę.
— I słusznie pan postąpił — wtrącił Karol.
— Tak tam okropnie?
— Jechać samotnie, i to po raz pierwszy, przez Liano to znacznie gorzej niŜ pchać się do 
saloonu pełnego strzelających pijaków. Zapewne nigdy nie dotarłby pan do krańca tej 
pustyni i umarł z pragnienia.

— Ha, skoro rzecz w ten sposób wygląda, rację miał tamten jegomość i juŜ nie Ŝałuję 
nadłoŜonego szmatu 

drogi. Przez Teksas posuwałem się wolniutko, raz w prawo, raz w lewo. Szukałem 
odpowiedniej dla siebie farmy. Przyjemnie tak wędrować mając pełną kieszeń i mnóstwo 
wolnego czasu. Przypomniałem sobie dawne lata.

— Chyba nie tak bardzo dawne — sprostowałem.

Pół roku na hacjendzie, w jednym miejscu, to dla mnie całe lata.

— Mam nadzieję, Ŝe nie wrócił pan do starego zawodu? — zaniepokoiłem się.

— O, nie! Przy oglądaniu co ładniejszej farmy, gdy jej cena nie pasowała do mojej 
kieszeni, przyznam, iŜ kusiło mnie, aby w dawny sposób co nieco sobie dorobić. Lecz 
przezwycięŜyłem tę chętkę. Skąd jednak miałem wyciągnąć brakujące kilkaset dolarów? A 
właściciel gospodarstwa, co za pech!... zawsze okazywał się wyrachowanym, 
nieustępliwym sprzedawcą.
— Nie trafiło się nic tańszego?

Owszem. Czemu więc nie kupiłem? To wina Gonzalesa.

— Zbyt mało płacił?
— O nie! Tylko Ŝe pokazał mi rzeczy, jakich dotąd nie oglądałem. ChociaŜby wnętrze 
budynku hacjendy. Te sale, pokoje, łazienki. Ta gorąca woda ciurkająca ze srebrnego 
kranu, ech...
— I zapragnął pan mieć coś podobnego.

Taki głupi to ja nie jestem. Skąd bym wydobył tyle pieniędzy? Lecz pomyślałem, Ŝe 

jak juŜ mam coś kupić, to nie chałupę zbitą z pniaków, z jedną izbą i okienkiem, przez 
które mucha z trudem się prze-ciśnie. Stałem się wymagający. Zapragnąłem domku z 
pokojami, z podłogą, nie klepiskiem, z małą werandką i kolumienkami. A dokoła ogródek, 
a za ogródkiem stajnia i corral. Są takie farmy w Teksasie, lecz piekielnie drogie. 
Zwłaszcza jedna bardzo przypadła mi do serca, niedaleko Abilene. Biały domek 
obrośnięty dzikim winem. I zabudowania gospodarcze jak się patrzy. Na mój gust to było 
to, o czym marzyłem. Dziwiłem się, Ŝe sprzedają takie cacko i zacząłem podejrzewać jakiś 
szwindel. Wiecie, dŜentelmeni, Ŝe znam się na farmerce i gdyby nie przeciwności losu, 
byłbym od lat rolnikiem.

Wiedzieliśmy o tym, a z pewnością Bede historii swego Ŝycia nie upiększył. Opowiadał ją 

podczas pobytu w Meksyku. Jego ojciec był farmerem. Więc tylko kiwnąłem głową na znak 
potwierdzenia.

— Obejrzałem dokładnie zabudowania oraz zwierzęta: stadko krów, dwa konie i jednego 

muła. Na mój rozum wszystko było w porządku. Dopiero później zagadka się wyjaśniła. OtóŜ 
farmer miał dwu synów w Kalifornii. śonatych i dzieciatych. Obaj dorobili się setek 
hektarów ziemi, a teraz wzywali ojca do siebie. Farmer był starym człowiekiem, jego Ŝona 
równieŜ posunięta w latach, a pomoc jednego parobka na pewno nie wystarczała. Przestałem 
się dziwić. Musiałem przypaść do serca gospodarzowi, bo gdy odjeŜdŜałem, obiecał, Ŝe 
jeszcze poczeka ze sprzedaŜą z roczek. Ruszyłem dalej. Przyznaję, Ŝe wówczas, właśnie 
wówczas, począłem przemyśliwać, czyby choć ze dwa razy nie zabawić się na nowo w 
łapacza.

Wędrowałem od miasteczka do miasteczka, od osady do osady. Lecz nie znalazłem ani 

jednego listu gończego. Świat nagle strasznie zuczciwiał. MoŜe to był mój pech, a moŜe 
właśnie w ten sposób los ocalił mnie od kuli szybszego niŜ ja strzelca?

background image

Przemyśliwałem, w jaki inny sposób zebrać brakujące pieniądze. Nawet próbowałem 

zaciągnąć się w słuŜbę któregoś z farmerów, lecz płacili tak mało, iŜ musiałbym chyba ze sto 
lat harować, by zdobyć potrzebne dolary. A tymczasem to, co mi dał Gonzales, coraz 
bardziej topniało. Prawda, iŜ niczego sobie nie odmawiałem, Ŝe sypiałem w łóŜkach 
hotelowych, a nie na prerii z siodłem pod głową, Ŝe jadłem w saloonach z talerzy, a nie przy 
obozowych ogniskach z patyka.
ChociaŜ te rybki wczorajsze były znakomite.  Jak je złapaliście?

Na wędkę — wyjaśnił Karol. — śadna to sztuka.

A jednak sztuka. Myślę, Ŝe na pustkowiu umarłbym z głodu — wyznał szczerze.

Nie Ŝywiłem co do tego Ŝadnych wątpliwości, Barry Bede — najpierw początkujący 

rolnik, później łapacz, chociaŜ przez długi czas przemierzał ziemie Dzikiego Zachodu, nie 
miał w sobie nic z westmana. Ścigając przestępców wędrował od miasteczka do miasteczka, 
od osady do osady i z farmy do farmy, aby zasięgnąć wiadomości, i przypuszczam, Ŝe 
samotnie nie spędził pod gołym niebem ani jednej nocy. Posiadał celne oko i szybką rękę, 
lecz — rzecz przedziwna — był, jak to zdołałem stwierdzić w Meksyku, bardzo kiepskim 
myśliwym. Krótką bronią władał bardzo sprawnie, z długą mu to nie wychodziło.

Pomilczeliśmy chwilę. Bede westchnął, pewnie do swych wspomnień.

Nie nudzę was? — zapytał.

Zaprzeczyliśmy.

To dobrze — stwierdził. — Później poproszę o radę, lecz musicie wysłuchać mnie do 

samiuteńkiego
końca. W przedziwne bowiem wpadłem tarapaty. śe was tu spotkałem, to cud prawdziwy i 
chyba moja
szczęśliwa gwiazda ciągle jeszcze świeci na niebie. Na czym to ja stanąłem? Aha, pieniędzy 
posiadałem coraz
mniej, lecz któregoś dnia spotkałem Freda Clarka.
  W samym Amarillo, bo i tam trafiłem szukając wymarzonej farmy, to znaczy ładnej i taniej. 
Tamtej, w okolicach Abilene, musiałem się przecieŜ wyrzec, nie jestem fantastą.

Usłyszawszy te słowa pomyślałem coś wręcz przeciwnego. Bede był właśnie fantastą, 

niebezpiecznym dla samego siebie.

To stało się w knajpie — opowiadał. — Tkwiliśmy stołek przy stołku, wcale się nie 

znając. Takie juŜ
zrządzenie losu. Knajpa elegancka, ani słowa. Szynkwas błyszczał jak srebro, przy 
szynkwasie rząd wysokich stołków. Nie ma potrzeby opierać się o blat, odpoczywasz 
wygodnie, a barman podsuwa ci, czego tylko zapragniesz. Łapserdaków do takiego lokalu nie 
wpuszczają. Broń naleŜy oddawać facetowi przy wejściu, za numerkiem. Dziwny zwyczaj, 
ale chyba rozsądny. Na szczęście ubranie, które otrzymałem w prezencie od Gonzalesa 
(bodaj mu się zawsze dobrze wiodło!), wyglądało doskonale, co mój sąsiad, właśnie Fred 
Clark, musiał zauwaŜyć.

Zjadłem, co naleŜy, opróŜniłem kufelek, ciągle dumając o swej farmie. Zerknąłem na 

sąsiada. Po stroju trudno odgadnąć, kim kto jest. ChociaŜ trapera zawsze się pozna. Lecz na 
trapera ten człowiek nie wyglądał. Na farmera równieŜ nie. Zerkam raz i drugi. ZauwaŜył to, 
bo się odezwał nagle:

Pan nietutejszy, prawda?"

A nietutejszy" — przyznałem.

Przejazdem?"

Przejazdem".

W interesie?"

Owszem, szukam pewnego interesu".

MoŜe potrafię pomóc, znam to miasto jak własną kieszeń".

Wyjaśniłem, o co mi chodzi.

Farma? — zastanowił się. — Hm, jest tu w okolicy sporo gospodarstw. Na pewno któreś 

na sprzedaŜ, trzeba się popytać".

Wypiliśmy na znajomość, raz i drugi, i umówili na następny dzień. Okazało się, Ŝe 

mieszkamy w tym samym hotelu. Następnego ranka juŜ gadaliśmy sobie po imieniu, jak 

background image

starzy znajomi.

Prędko poszło — mruknął Karol.

Uśmiechnąłem się w duchu. Tak, mój przyjaciel w swym barwnym Ŝyciu zdobył sporo 

doświadczeń, często przykrych, ale właśnie na takich człowiek rozumny najszybciej się uczy. 
Karol nie był odludkiem, nie stronił od ludzi, lecz z zawieraniem nowych znajomości bardzo 
był ostroŜny. Zwłaszcza wśród wędrówek po Dzikim Zachodzie. JakŜe więc musiał potępiać 
Bedego za wręcz dziecinną lekkomyślność.

DuŜo wtedy miał pan pieniędzy? — zagadnąłem niedoszłego farmera.

No... — zająknął się — chciałem przecieŜ nabyć gospodarstwo.

Widać jakoś było mu niezręcznie wyjawić sumę. Pewnie wstydził się, Ŝe tyle przetracił, 

więc nie nalegałem.

Mniejsza z tym. Jednak to była nieostroŜność z pańskiej strony zaprzyjaźnić się z 

obcym człowiekiem.

Ś

więte słowa, doktorze! Święte słowa, lecz proszę nie myśleć, Ŝe Clark mnie okradł, 

oszukał lub ograł w karty. Albo Ŝe zaciągnął poŜyczkę. Taki on nie był i nie jest. Nie 
zgrzeszyłem ostroŜnością, prawda, jednak moja nieostroŜność polegała na czymś innym.
Zabrzmiało to zagadkowo. W jakąŜ kabałę znowu wplątał się Bede? JuŜ zacząłem 

przypuszczać, Ŝe nabył farmę od osoby, która nie była jej właścicielem. Omyliłem się. Bede 
nie został rolnikiem, lecz — jak sam twierdził — młynarzem. W jaki jednak sposób?

Z tym jakimś Clarkiem objeŜdŜał okolice Amarillo. Znaleźli kilka gospodarstw na 

sprzedaŜ, lecz te, dostępne dla kieszeni, leŜały w całkowitej ruinie i wymagały potęŜnego 
wkładu pieniędzy, by doprowadzić je do jakiej takiej uŜyteczności. Natomiast za inne, 
kwitnące, domagano się zapłaty przerastającej moŜliwości Bedego.

Nie wiedziałem,  co  począć,  bo i pieniędzy,  jak domyślacie się, dŜentelmeni, wcale 

mi nie przybywało. 

  

Zwierzyłem się z tego Clarkowi. Oświadczył, iŜ w takim razie nie ma co marzyć o farmie, 

chociaŜ... byłby sposób na podreperowanie funduszów, ale on nie chce mnie do niczego 
namawiać. Myślałem, Ŝe w ten sposób zachęca do spróbowania szczęścia w kartach, i od razu 
odmówiłem. Lecz Clarkowi nie to było w głowie. Powiedział, Ŝe sporo wędrował po Górach 
Skalistych i niejeden raz napotykał ludzi szukających złota. Podobno wielu z nich doszło do 
majątku. Zaproponował więc, abyśmy razem wyruszyli na wyprawę. Dowodził, iŜ Ŝycie w 
górach na pewno wypadnie taniej niŜ w miejskich saloonach i hotelach. Co racja, to racja. 
Rada w radę zadecydowaliśmy udać się w pasmo San Juan, właśnie tu, w Kolorado. Z 
Amarillo do San Juan to szmat drogi, tylko Ŝe ja wówczas o tym jeszcze nie wiedziałem. Gdy 
zaproponowałem część trasy przebyć koleją, wyśmiał mnie. Twierdził, iŜ cena biletów oraz 
opłata za transport koni wielokrotnie przewyŜszą koszty wędrówki na siodle. Uwierzyłem. 
Później się okazało, dlaczego tak twierdził: bo sam był bez jednego centa. Więc gdy przyszło 
do zakupu Ŝywności na drogę, amunicji do broni, kilofów i łopat, musiałem za wszystko 
zapłacić. Clark bardzo mi dziękował i przyrzekł zwrócić, gdy tylko odkryjemy chociaŜ 
najmniejszą Ŝyłkę złota.

Wreszcie opuściliśmy Amarillo w wesołych humorach, bo czegóŜ nam brakowało do 

szczęścia? Jak wiecie, dŜentelmeni, nie lubię długo tkwić w jednym miejscu. Kocham ruch, a 
wtedy wyobraŜałem sobie, iŜ czekają mnie w górach całe pola nuggetów, wielkich jak 
orzechy, za które kupię farmę jak się patrzy!

— ChociaŜ nie lubi pan tkwić w jednym miejscu — zauwaŜyłem nieco złośliwie. — Jak 
to pogodzić?

Da się pogodzić, doktorze. Przy pracy na roli nie ma czasu na nudę, a to właśnie nuda 

podsuwa wariackie pomysły. Gdybym miał własny kawał gruntu... ho, ho!

— Więc powędrowaliście w kierunku San Juan — przypomniał Karol, którego rozwlekła 
gadanina widać poczęła nuŜyć.
— Oczywiście. I dotarliśmy tam.
— Nie słyszałem, aby w tamtym paśmie znaleziono chociaŜ drobinę złota.
— Ech, nie jest aŜ tak źle. Tylko Ŝe ja się nic a nic na tym nie znałem.
— A Clark?

Raczej zajmował się wszystkim innym niŜ szukaniem bonanzy.

background image

Toście się świetnie dobrali — stwierdził Karol.

Bede pominął milczeniem uszczypliwą uwagę, a ja spojrzałem z wyrzutem na przyjaciela. 
Nie miał zwyczaju naigrywać się z pokonanych, a w tym wypadku pokonanym był właśnie 
Bede, łatwo przecieŜ odgadnąć. Domyślałem się, iŜ wyprawa w San Juan nie ziściła 
nadziei. Później Karol usprawiedliwiał się przede mną. Oburzyła go tak bezgraniczna 
lekkomyślność, wręcz głupota nie do darowania.

Ten człowiek ma nadzwyczajne szczęście w swych nieszczęściach — dodał. — Inny, 

znacznie mądrzejszy i roztropniejszy, doświadczywszy połowy niepowodzeń Bedego, albo 
Ŝ

yłby w nędzy, albo zginął. A ten, skądkolwiek zleci, zawsze spada na cztery łapy jak kot.

Powiedz, Janie, czy to sprawiedliwe?

Bardzo mnie ubawił takim pytaniem.

Wracam do opowieści Bedego o tej idiotycznej, nie przemyślanej eskapadzie w dzikie, 

nieznane góry, o lekkomyślności ludzi, którzy nie mieli pojęcia, gdzie szukać złota i jak je 
wydobywać. Zaopatrzeni w kilofy, łopaty i patelnie, ruszyli.

— 

Najpierw — gadał Bede — szło nam zupełnie nieźle. Z Amarillo skierowaliśmy się na 

północny zachód, przeprawiając się przez południowy, później przez północny Canadian w 
Oklahomie, z kolei przez Cimarron, aŜ znaleźliśmy się w Kolorado. Do tego miejsca Clark 
ś

wietnie mnie prowadził. KaŜdej nocy mieliśmy dach nad głową, a konie pełne Ŝłoby w 

stajni. Niekiedy zatrzymywaliśmy się u farmerów, którzy za nocleg ani za strawę nie chcieli 
przyjąć nawet centa. Tę gościnność wyrównaliśmy z nawiązką w saloonach i hotelach. 
Zwłaszcza w Trinidad, na południu Kolorado, zdarto z nas dziesiątą skórę. Ściślej, zdarto ze 
mnie, bo Clark, jak juŜ wspominałem, nie miał pieniędzy. Odkąd jednak skręciliśmy na 
zachód, poczęło się nam gorzej wieść. Farmy poznikały, miasteczek coraz mniej. Dobre drogi 
zamieniły się w kiepskie, wreszcie całkowicie znikły. śeby dotrzeć do San Juan, wiecie o 
tym na pewno, dŜentelmeni, naleŜy najpierw sforsować wyŜyny pasma Sangre de Christo. Oj, 
to nie była zabawa, lecz cięŜka praca, zwłaszcza dla naszych koni. WyŜej i coraz wyŜej! JuŜ 
myślałem, Ŝe tym sposobem trafimy Ŝywcem do nieba. Na koniec skały się rozstąpiły i 
ujrzałem kraj leŜący po drugiej stronie, wcale nie piękniejszy od tego, który opuściliśmy. 
Drogę przeciął nam strumień, więc wędrując wzdłuŜ tego strumienia doszliśmy do większej 
rzeczki i odtąd jechali wzdłuŜ jej koryta. Clark twierdził, Ŝe to Rio Grandę, która wypływa z 
San Juan, wobec czego dotarliśmy do celu. A teraz pozostaje tylko szukać i śmiałym niech 
szczęście sprzyja!

I tak oto w pewnej dolinie zanurzyliśmy po raz pierwszy nasze patelnie w piasku 

bezimiennego strumyka.

Nie wiedziałem, Ŝe to aŜ taka sztuka bełtać wodę na patelni, Ŝeby błoto wyleciało, a 

pozostały cięŜkie ziarnka  metalu.  Clarkowi  od  razu  udawało  się,  ale i ja wkrótce 
nauczyłem się tej sztuki. I cóŜ powiecie, dŜentelmeni? Złote punkciki poczęły błyskać na 
dnach naszych patelni. Co za traf! JuŜ widziałem siebie hacjenderem na wymarzonej farmie! 
Uścisnęliśmy sobie dłonie, a później napoczęli butelczynę, jaką na ten cel przywiozłem. I 
dalej do roboty!

Babraliśmy się w wodzie i piachu, póki mrok nie ogarnął dolinki i uniemoŜliwił 

wyszukiwanie złotych ziarnek, nie większych od główki szpilki.

Pierwszy nocleg w górach wypadł jak najgorzej. Zajęci szukaniem złota zapomnieliśmy o 

boŜym świecie, a przede wszystkim o przygotowaniu obozowiska. Gdy zapadła noc, na łapu-
capu poczęliśmy szukać opału i nie znaleźli nic, poza zbutwiałym kawałem drewna, 
wyrzuconym przez wodę. PoŜytku Ŝadnego, nie chciał się palić.

Coś tam przegryźliśmy na sucho i napoili konie. Teraz okazało się, iŜ w dolince nie rośnie 

nawet najmizerniejsza trawa. Nie mieliśmy czym nakarmić wierzchowców.

Tej nocy spałem okropnie, budząc się co pewien czas i szczękając zębami z zimna. Gdzieś 

z wysokości spadł na nas lodowaty wiatr, więc przemarzliśmy do szpiku kości. To było 
okropne. Na długo przed świtem poczęliśmy biegać dla rozgrzewki tam i z powrotem. Tak 
zastał nas dzień, lecz jeszcze wcale nie pocieplało. Wytłumaczyłem Clarkowi, Ŝe nie 
moŜemy tu pozostać ani godziny dłuŜej. W dolince nie rosną drzewa, nie rośnie Ŝaden krzak 
zdatny na rozpałkę ani trawa. Zamarzniemy na śmierć, a konie padną z głodu.

Trochę się upierał, Ŝeby jeszcze pogrzebać w korycie, lecz wkrótce ustąpił. Ruszyliśmy 

background image

dalej w górę rzeczki, a dolinka raz się rozszerzała, raz zwęŜała do rozmiarów wąwozu. W ten 
sposób przewędrowaliśmy dobre dwie mile. Nie jestem piechurem, więcej czasu spędziłem 
na siodle niŜ na podeszwach własnych butów, a tę dwumilową drogę odbyliśmy pieszo 
wiodąc konie za uzdy. Clark twierdził, Ŝe w ten sposób nie przeoczymy Ŝadnej bonanzy. 
Dobrze czułem w kościach spacerek.

Wszystko ma swój kres, niekiedy dobry, niekiedy zły. Nagle ujrzeliśmy pionową skałę 

zamykającą drogę, jednak woda płynęła nadal, tak samo spokojnie jak przedtem. Był to 
bowiem tylko nagły zakręt wąwozu, a za tym zakrętem, kilka jardów zaledwie, rozstąpiły się 
skały tworząc kolistą łączkę. Przez jej środek mknął nurt strumienia. Zbocza porastały 
drzewa, a dalej, w głębi, walił z wysokości stromej iglicy wodospad.

Tak oto dotarliśmy do źródeł naszej rzeczki. Migiem rozpaliłem ogień, nastawiłem wodę 

w garnku, Clark zajął się rozkulbaczeniem koni. Później... ach, cóŜ to była za uczta!

Byłem piekielnie zmęczony, Clark równieŜ. PrzecieŜ nie wytrzymał. Ledwie połknął 

ostatni kęs, porwał patelnię i pognał do rzeczki. PołoŜyłem się z siodłem pod głową. Nie 
upłynęło i kilka minut, a mój kompan przygnał z patelnią.

Popatrz! — wrzasnął. — Popatrz, Barry, i bierz się Ŝywo do roboty!"

Siadłem, spojrzałem i, porwałem się na nogi. Patelnia Clarka lśniła od złotych punkcików, 

było ich znacznie więcej niŜ wówczas, za pierwszym razem. Nie zasnąłbym po takim 
widoku.

Cały dzień taplaliśmy się w wodzie i w piachu. Zapomnieliśmy o obiedzie, zapomnieliśmy 

o całym świecie, dopiero zmrok oderwał nas od roboty. Wtedy poczułem, co to znaczy 
płukać złoto. Grzbiet mnie bolał, nogi miałem zdrętwiałe od lodowatej wody. Chyba Clark 
czuł się podobnie, bo ledwie dowlókł się do obozowiska. Obaj osunęliśmy się na ziemię, 
cięŜko dysząc. Nigdy dawniej nie przypuszczałem, Ŝe to piekielne złoto tyle wymaga 
zachodu. IleŜ wysiłku kosztowało mnie wtedy rozpalenie ognia i zagotowanie wody!

Do ranką zmęczenie minęło, więc z nowym zapałem pognaliśmy do naszej bonanzy. Po 

drugim dniu pracy dno woreczka pokryło się Ŝółtym pyłem. Jednak nie było tego wiele. 
Skalkulowałem, Ŝe jeśli nadal tylko tyle będziemy zbierać, i roku nie starczy, abym uciułał 
na swą farmę. Powiedziałem o tym Clarkowi, przyznał mi rację.

„Musimy przenieść się pod tamten wodospad — zdecydował. — Coś mi się wydaje, Ŝe 

woda wypłukuje złoto z wnętrza skały".

Nazajutrz powędrowaliśmy z pół mili i znowu na skraju puszczy rozbili obóz. I 

natychmiast... do roboty!

Clark dobrze poradził. Im bliŜej wodospadu, tym więcej złota leŜało w korycie rzeczki. Ba, 

znalazłem nawet dwie małe grudki, a mój kompan aŜ trzy. Podeszliśmy do miejsca, gdzie z 
szumem spadała z góry spieniona woda. Był to dołek głęboki na pół chłopa. Zrzuciliśmy 
odzieŜ i buch, do dołka! Dzień był gorący, a przecieŜ gdym zanurzył się w wodę, aŜ mną 
zatrzęsło. DłuŜej jak pięć minut nie sposób było tu usiedzieć.

Odtąd pracowaliśmy na zmianę: jeden grzał się w słońcu, drugi, drŜąc na całym ciele, 

uwijał się jak szatan w lodowatej kąpieli. Opłaciło się. Pod koniec dnia mieliśmy ze cztery 
garście złotych orzeszków. Byłem słaby jak mucha, a Clark jak komar. To pewnie od tej 
wody, albo z głodu, bo obiadów nie jadaliśmy, Ŝeby nie tracić czasu.

— Iz jednego, i z drugiego — zauwaŜył Karol. — Ludzie nazywają to gorączką złota. 

Trudno się od niej ustrzec nawet starym wygom, a cóŜ dopiero początkującym greenhornom. 
Sam widziałem, jak tacy poszukiwacze ograniczali się do jednego posiłku dziennie, a później 
marli ni z tego, ni z owego.

    — 

To znaczy, Ŝe postępowaliśmy głupio?

Bardzo głupio — bezlitośnie stwierdził Karol.

Spostrzegłem, iŜ Bede nie wziął do serca tak ostrej

oceny. Machnął tylko ręką i wrócił do przerwanej opowieści.

Po kilku następnych dniach posiadaliśmy pół woreczka samych nuggetów, ale juŜ nic 

więcej nie znaleźliśmy w naszej dziurze. NaleŜało poszukać wyŜej, to znaczy w skale, z 
której walił wodospad. Ba, łatwo postanowić, trudniej wykonać. Clark twierdził, iŜ w 
miejscu, z którego woda wypływa, musi istnieć złota Ŝyła. Lecz jak się do tej Ŝyły dostać? 
Próbowaliśmy oskardami powybijać stopnie w skale. Nic z tego. Wiecznie mokra ściana 

background image

nie dawała oparcia ani nogom, ani rękom. Więc tylko wyłamywaliśmy okruchy skały, 
oglądali kaŜdy chyba ze sto razy, lecz na Ŝadnym z nich nie było nawet śladu złota.

Kto wie — mruknął Karol — złoto mogło tkwić w środku, lecz Ŝeby je wydostać, 

naleŜało zemleć kamień na proszek.

— 

Pewnie ma pan rację. Nam to nie przyszło do głowy, zresztą... skąd mieliśmy wziąć taki 

młyn? Wróciliśmy do przemywania piasku z rzeczki. To trwało ze dwa tygodnie. Wyniki 
były coraz gorsze. Na dobitkę kończyła nam się Ŝywność. NaleŜało poszukać czworonogiej 
pieczeni. Droga wiodła przez las, na szczęście rzadki, porastający niezbyt strome zbocze, i 
bez większego wysiłku osiągnęliśmy kopulasty szczyt. Za nim widniała następna dolinka, 
tyle Ŝe bezwodna. Powędrowaliśmy dalej, raz pieszo, raz konno, aŜ wieczorem trafiliśmy na 
górski potoczek. Tam zanocowaliśmy. Kiepsko wypadł wieczorny posiłek. Przypomniał nam, 
Ŝ

e jeśli sprawy nadal tak się będą toczyć, przyjdzie zginąć z głodu. Więc mimo zmęczenia o 

ś

wicie zaczailiśmy się nad strumykiem. Los się do nas uśmiechnął. Clark ustrzelił łosia, ja 

paskudnie spudłowałem.

Lecz to był ostatni uśmiech losu. Złota nigdzie nie odkryliśmy, nawet tyle, Ŝeby wypełnić 
nim naparstek. Dalsza włóczęga, raz tu. raz tam, nie dała Ŝadnych rezultatów, poza jeleniem 
(to znowu zasługa Clarka) i kilkoma indykami. Lecz trafiały się dni, kiedy tylko leśne jagody 
zaspokajały nasz głód. Miałem juŜ tego dosyć. Rada w radę, naleŜało wracać do naszej 
pierwszej dolinki. Ba, ale podczas tak długiej wędrówki wszystko nam się pokręciło. Nie 
potrafiliśmy odszukać drogi powrotu. Najgorsze nastąpiło w dwa dni później: napadnięto 
nas!

Wieczorem w bardzo zacisznym miejscu, gdzie, jak się zdawało, nigdy nie stąpnęła noga 

człowieka. Nawet nie zdąŜyłem wyplątać się z koca. Gdybym zdąŜył! Mój pas z coltami 
spoczywał na długość ręki, ale tej ręki juŜ nie zdąŜyłem wyciągnąć. Pierwszy raz tak mi się 
przydarzyło, Ŝe przeciwnik okazał się szybszy. Ja jeszcze leŜałem, gdy on stał nade mną. I 
nadal musiałem tkwić na ziemi naprzeciw lufy skierowanej pro-ściutko w mą pierś. A jak 
zachował się Clark?

O, wcale nie lepiej. I trudno mieć do niego pretensję. Nad nim sterczał drugi drab z 

rewolwerem w łapie. KsięŜyc błyszczał, gwiazdy świeciły, było widno, prawie jak w dzień. 
Dobrze widziałem zarośnięte gęby napastników. Ech, gdybym się na nich natknął mając pas 
z coltami na sobie! Nic z tego.

Clark milczał, bandziory milczały. Uznałem, Ŝe naleŜy przerwać tę ciszę. Jeszcze się 

łudziłem, Ŝe to jakieś nieporozumienie.

DŜentelmeni — pytam — o co chodzi?"

Zaraz się dowiesz. Rozwiń koc i obróć się plecami. Tylko nie próbuj Ŝadnych sztuczek".

Ani mi to było w głowie!

Uczyniłem, co mi polecił, a później pozwoliłem związać sobie ręce i nogi, zupełnie jak 

cielak przed cechowaniem. LeŜałem z nosem w ziemi, zerkając na prawo i lewo. Dlatego 
dostrzegłem, jak skrępowano Clarka. W ten sam sposób. Nawet nie mruknął, i słusznie.

Później te dwa draby (było ich tylko dwu, ale i tak o dwu za duŜo!) zajęły się 

przetrząsaniem naszych bagaŜy. Najbardziej interesowały ich wnętrza juków. Oczywiście 
znaleźli woreczek ze złotem, a z kolei moje pieniądze w kieszeni kurty. Nie zdradzę, ile tego 
było i nie pytajcie, bo mnie krew zaleje. Mogłem przecieŜ, idiota, przed wyprawą złoŜyć je w 
jakimkolwiek banku. Czemu tak nie postąpiłem?

Jaki był dalszy ciąg? Odeszli na stronę i coś tam między sobą szeptali, a co z tego 

szeptania wynikło, zaraz się dowiedziałem „Słuchajcie, greenhorny — rzekł ten, który mnie 
skrępował. — śadnej krzywdy wam nie wyrządzimy. Zostawiamy broń, konie i dobrą radę 
na przyszłość: jak jeden śpi, to drugi powinien czuwać. śeby wam to w głowach mocno 
utkwiło, zabieramy złotko i pieniąŜki".

Tak to pieszczotliwie określił, a ja tylko zęby zacisnąłem i połknąłem całą złość. Tamten 

jeszcze dodał: „więzów nie moŜemy zdjąć, chyba rozumiecie, dlaczego? Ale okrutnikami nie 
jesteśmy. Trochę się je rozluźni i do rana się wyswobodzicie".

I tak nas zostawili. Lecz przed odejściem bandzior połoŜył mi przed nosem trzy spore 

nuggety.

Na pamiątkę" — zaśmiał się.

background image

I jeszcze dołoŜył dwie, moje własne, pięciodolarówki.

Na nową drogę Ŝycia" — dodał, a mną zatrzęsło z oburzenia i wściekłości.

Okazało się, Ŝe Clark równieŜ otrzymał trzy nuggety, lecz ani centa. Słyszałem, jak 

odchodzili, jak zastukały kopyta po kamieniach. Gdzieś blisko ukryli konie. Później 
wszystko ucichło, a my zaczęliśmy się mozolić z rzemieniami na rękach i nogach. Co przy 
tym wygadywaliśmy na zbójów, nie będę powtarzał.  MoŜecie się domyślić.

ChociaŜ nam pęta rzeczywiście rozluźnili, dopiero po kilku godzinach zdołaliśmy je 

zdjąć. Rankiem wskoczyliśmy na siodła i w drogę, byle dalej od miejsca naszej klęski. 
Gdyby przydarzyła się na równinie prerii, pierwszy pognałbym za rabusiami, lecz jakŜe ich 
doścignąć w labiryncie gór i dolin?

Później długo jeszcze szukaliśmy złota. Bez rezultatu. Nadeszła jesień. Czas było wracać 

w ludzkie strony. Po górach wędrowaliśmy razem, gdy zaczęły się płaszczyzny,  
postanowiliśmy się  rozdzielić.  Dlaczego?

Wyglądaliśmy jak dwa głodomory i dwaj obszarpańcy, bo ubrania nasze znajdowały się 

w stanie Ŝałosnym. Naszego obuwia nie podjąłby się wylatać nawet najbardziej biedujący 
szewc. Tylko konie kwitły zdrowiem, odpasły się na górskich halach. Tym gorzej dla nas! 
Wcale nie pasowały do właścicieli i mogły budzić podejrzenie, Ŝe są kradzione.

Clark twierdził, Ŝe widok takich dwu, jak my, wystarczy, aby kaŜdy farmer, wbrew 

zasadom gościnności, zatrzasnął nam drzwi przed nosem, a szeryf miasteczka kazał się 
wynosić tam, gdzie diabeł pacierze odmawia. Jednego oberwańca to jeszcze ludzie jakoś 
ś

cierpią, lecz dwu zaczną się lękać.

Przyznałem mu rację. I tak doszło do rozstania.

Barry — poradził mi Clark — kieruj się prosto na południe. Trafisz na rzeczkę. 

Niegłęboka. Przejdź na drugi brzeg i znowu prościutko. Nie będzie więcej niŜ dwie mile, jak 
ujrzysz domostwa. Miasteczko nazywa się Goodyear. MoŜe dla ciebie znajdzie się tam jakiś 
dobry rok? Jest w tym miasteczku hotel i saloon równocześnie, Lucky Saloon. Ano, świetnie 
pasuje do Goodyear. Pracowałem tam przez pewien czas. Właściciel, Martin Harper, 
sympatyczny facet. Spróbuj zaczepić się u niego, ale na mnie lepiej się nie powołuj. No, 
trzymaj się stary!"

Po tych słowach uścisnęliśmy sobie dłonie. On ruszył na północ, ja na południe. Miałem 

pięknego konia, niezłą uprząŜ, dwa colty, winczestera, dziury w butach, podarte portki, a w 
kieszeni trzy grudki złota i pięć dolarów, bo drugą piątkę dałem Clarkowi... To było na 
jesieni, przed rokiem. Teraz wyglądam jak bogacz. Ale pech mnie prześladuje... znowu 
wpadłem w kłopoty, z których nie wiem, jak się wywikłać. Bo na tamtej wyprawie w góry 
moja przygoda wcale się nie skończyła.

Wielki plan

Był sam i w bardzo kiepskim humorze. Nie z powodu samotności. Tej się nie lękał. 

Posiadał przecieŜ broń, ścigłego wierzchowca, celne oko i szybką rękę. śadne spotkanie na 
tym pustkowiu nie wydawało mu się groźne. Zresztą, gdzieś niezbyt daleko leŜało mia-
steczko o śmiesznej nazwie Goodyear, w którym na pewno sprawiedliwy szeryf pilnował 
ładu i przepisów prawa.

Zły humor wynikał z tego, Ŝe z całego majątku zostało mu pięć dolarów i trzy grudki złota 

i Ŝe był tak głodny, jak nigdy w swym pełnym przygód Ŝyciu.

Rozglądał się dokoła, jadąc lekkim kłusem, czy nie dostrzeŜe gdzieś łatwej do strzału 

zwierzyny, najlepiej — indyków, bo o upolowaniu płochliwej antylopy nawet nie marzył.

Lecz płaszczyzna porosła przekwitłą juŜ szałwią wyglądała tak, jakby nigdy nie biegało tu 

nic, co moŜna by przy ognisku zamienić w pachnącą dymem i mięsem pieczeń. Ujrzał przed 
sobą gęsty pas wysokich zarośli, ciągnący się ze wschodu, na zachód. Odgadł, Ŝe jest to 
zapowiedziana przez Clarka rzeczka, a dwie mile za rzeczką, miał leŜeć ów Goodyear, w 
którym na pewno moŜna się najeść po uszy, wstąpiwszy do „Lucky Saloon".

Zmusił konia do galopu, ale przed zaroślami zatrzymał zwierzę. Ponad czubkami krzewów 

background image

ujrzał piasz-

czystą plaŜę i szerokie koryto płytkiej wody. Dokoła pusto — na prawo, na lewo, na tamtym 
brzegu. Zeskoczył z siodła, ujął wierzchowca za cugle i rozgarnąwszy obrośnięte liśćmi 
witki, sprowadził go z pochyłej skarpy na łachę pokrytą gdzieniegdzie błyszczącymi w 
słońcu, oszlifowanymi przez wodę drobniutkimi kamykami. Koń stanął na granicy rzeczki i 
lądu, pochylił głowę, pił powoli i długo, od czasu do czasu podnosząc łeb i strząsając z warg 
kropelki.

Barry Bede spoglądał dokoła czujnym wzrokiem Starał się nie myśleć ani o kawie, ani o 

wędzonym boczku, ani o jajecznicy z dziesięciu jaj; której to ilości wcale nie uwaŜał za 
przesadną. Ostatni raz jadł wieczorem poprzedniego dnia, jeszcze z Clarkiem. Jadł! Ale cóŜ 
to było za jedzenie, poŜal się BoŜe! A kawa, którą popili ten niby-posiłek? Lekko brązowa 
woda, tyle Ŝe gorąca.

Poczuł skurcz Ŝołądka. Przez sekundę zastanawiał się, czy nie rozpalić ogniska i nie 

zagotować wrzątku, moŜe w ten sposób oszuka głód? Lecz wizja saloonu w niedalekim 
miasteczku kazała mu zaniechać takiej przerwy w podróŜy. Byle tylko dotrzeć do drzwi go-
spody, zasiąść za stołem i najeść się do syta. A płacić? — zreflektował się. Pięć dolarów 
pewnie starczy na jeden posiłek, lecz co później? Sprzedać konia? Sprzedać broń? 
Wierzchowca nie sprzeda. Nigdy! PrzecieŜ nie zostanie w tym Goodyear do końca Ŝycia. Po-
patrzał na swe buty, na swe złachmanione spodnie i westchnął. Ma trzy grudki złota, ach, 
gdyby ich miał pełen woreczek! Gdyby jego odzieŜ prezentowała się lepiej. Człowiek dobrze 
ubrany budzi zaufanie, moŜe uzyskać kredyt, nikt od niego nie Ŝąda zapłaty z góry. Takiemu 
wynajmuje się pokój w hotelu bez mrugnięcia okiem. Po kilku dniach Bede znalazłby jakąś 
tymczasową robotę i spłacił dług. Był tego pewien.

Co prawda, wędrowcy wracający z gór mają zawsze zniszczone ubrania, lecz za to 

woreczki pełne nuggetów. I mogą tylko potrząsnąć takim woreczkiem przed oczyma 
szynkarza, aby otrzymać wszystko, czego się zaŜąda. Wystarczyłoby wyjąć z woreczka dwie, 
trzy samorodki — tyle właśnie, ile ich miał — aby zdobyć zaufanie i opinię człowieka 
majętnego. Bede zabrał aŜ dwa woreczki w przewidywaniu złotodajnych plonów. Ten pełny 
został zrabowany. W głębi juków spoczywał tylko pusty.

Spojrzał ponurym wzrokiem na piasek plaŜy, na kamyki hojnie po nim rozsypane, zerknął 

ku niebu, jakby wśród białych obłoczków szukał natchnienia, i klepnął się dłonią w czoło.

— To jest myśl — powiedział do siebie. — To jest myśl! Czemu nie spróbować?
Chwycił konia za uzdę, uwiązał go w krzakach. Wydobył z juku woreczek i wrócił na 

plaŜę. Ukląkł, począł zbierać kamyczki i wsypywać je do' woreczka. Spieszył się. Nie tylko 
dlatego, Ŝe był głodny, ale Ŝe lękał się, by go kto nie podpatrzył przy tak dziwnym zajęciu. 
Bo gdyby ten ktoś równieŜ podąŜał do Goodyear, cały plan, wielki plan Bedego, straciłby 
wszelką wartość.

Gdy woreczek wypełnił się po rąbek, Bede związał go rzemykiem, schował do juku, 

otrzepał dłonie, wskoczył na siodło i wielce zadowolony z siebie ruszył przez rzeczkę wśród 
rozbryzgów wody. Na brzegu zmusił konia do galopu.

Gdzieś, niezbyt daleko, w prostej przed nim linii, leŜało nieznane Goodyear z wyśnioną 

kawą, wołową pieczenia i jajecznicą z dziesięciu jajek.

JednakŜe Clark mógł się mylić co do odległości, a z prostej linii łatwo zboczyć jadąc nagą 

płaszczyzną bez Ŝadnych punktów orientacyjnych. Dlatego Bede wytęŜył wzrok, spoglądał w 
lewo i w prawo, usiłując dojrzeć szczyty domostw lub smugę dymu. Ale nie budynki stały 
się zwiastunem zamieszkałych stron, lecz kolejowy nasyp, a na nim lśniące w słońcu szyny. 
Biegły ze wschodu na zachód. Bede zatrzymał wierzchowca. Clark nic a nic nie wspominał o 
kolei, nie mówił, Ŝe w Goodyear jest stacja. MoŜe zapomniał? MoŜe gdy bawił w 
miasteczku, pędziły tędy tylko dyliŜanse? Ba, cóŜ moŜna wiedzieć. Albo te tory wiodą do 
Goodyear, albo je omijają.

Bede nie mógł się zdecydować, w jakim kierunku powinien teraz ruszyć. Wspomniał 

jednak słowa Clarka: „przejedź na drugi brzeg i znowu prościutko, nie więcej niŜ dwie mile, 
a ujrzysz domostwa".

Jak prościutko, to prościutko. Zeskoczył z siodła, przeprowadził czworonoga przez nasyp, 

background image

dosiadł konia i pojechał prosto przed siebie, nie zwaŜając juŜ na kierunek torów. I oto 
kolejowy szlak, chociaŜ najpierw zniknął mu z oczu, znowu się ukazał, dalekim łukiem 
skręcając ku południowi. Na końcu tego łuku Bede zauwaŜył zielone kępy drzew, a nad nimi 
szczyty dachów. Tam leŜało Goodyear. A jeśli nie Goodyear — to inne miasteczko, gdzie 
gościnne saloony zapraszają do swych wnętrz spragnionych i zgłodniałych wędrowców.

Pognał galopem. Drzewa i dachy ogromniały w miarę przebywanej przestrzeni. Ani się 

spostrzegł, jak wjechał na prymitywny trakt, szeroką niby-drogę, oznaczoną koleinami 
wozów i wydeptaną przez pieszych. Przystanął. Wydobył z juku woreczek ze Ŝwirem, roz-
wiązał go i na samym wierzchu połoŜył trzy wyjęte z kieszeni nuggety. Zasupłał rzemyki, 
schował woreczek i ruszył dalej. Teraz juŜ tylko truchtem.

 Przejechał drewniany, lecz solidny mostek, przerzucony zapewne nad tą samą rzeczką, 

jaką napotkał poprzednio, i ujrzał pierwsze corrale dla koni, zagrody dla bydła — oczywiste 
oznaki zamoŜności mieszkańców.

Dalej minął pas zieleniejącej jeszcze łąki, za nim —świeŜo zaorane rŜyska, sad pełen 

jabłek, znowu corral, powtórne rŜyska, aŜ na koniec zwarta linia zabudowań ograniczyła 
drogę z obu jej stron. Dostrzegł poprzeczną deskę, przybitą do pala na skraju drogi, która w 
tym miejscu stawała się ulicą. Napis głosił: „Goodyear. Mieszkańców 984". Więc trafił do 
celu.

Właśnie kilku z tych 984 mieszkańców stało przed piętrowym budynkiem ze sztuczną, 

podwyŜszającą fasadą oraz informacją na niej, Ŝe tu się mieści „General storę", paru innych 
przed sąsiednią budą z szyldem „Dry goods" i przed dziwacznego kształtu jakąś remizą z 
czerwonej cegły, opatrzoną napisem-reklamą: „General outfitting storę. M. G. Hoover".

Spotkał na swej drodze wysoki wóz farmerski, którego woźnica drzemał na koźle, a konie 

tkwiły w miejscu z opuszczonymi łbami. Pewnie równieŜ drzemały. Lecz gdzie, u licha, ten 
„Lucky Saloon"?

Znowu głód dał o sobie znać. Bede postanowił wstąpić do pierwszego napotkanego 

saloonu, bez względu na to, czy będzie to „Lucky", czy nie. I właśnie w tym' samym 
momencie ujrzał poszukiwany lokal, budowlę wielce róŜną od poprzednich: szeroki 
drewniany dom, z długą werandą zajmującą cały front. Przed tą werandą wbito pale 
konowiązów. Stało przy nich kilka gniadoszy i jeden piękny karosz, z siodłem błyszczącym 
srebrnymi okuciami.

Bede uwiązał tam i swego wierzchowca, wyjął z juku woreczek i wspiął się po stopniach 

werandy.

Albo się uda, albo się nie uda — myślał desperacko. — Ostatecznie, mam pięć dolarów i 

trzy grudki złota, więc mnie nie oddadzą w łapy szeryfa".

Przybrał pewną siebie minę i pchnął drzwi.
Ujrzał przestronną salę, stoliki, krzesła, bufet. Poczuł znajomy zapach tytoniowego dymu, 

piwa, whisky i jakiejś potrawy, co spowodowało ucisk w dołku, napływ śliny do ust i prawie 
mdłości.

W saloonie było nieomal pusto. Zaledwie kilku męŜczyzn piło piwo przy stolikach, a długi 

szynkwas podpierało dwu innych, chyba kowbojów, sądząc z ubrań, i chyba 
młodzieniaszków, sądząc z wyglądu twarzy. Tylko oni, jak zdąŜył się zorientować, pociągali 
ze szklanek coś mocniejszego od piwa.

Siadł przy pustym stoliku, woreczek połoŜył pod prawą ręką i czekał, pełen 

niecierpliwości. Młodziki przy szynkwasie klepali się po ramionach, gaworzyli bełkotliwie i 
bardzo głośno, a co pewien czas wybuchali śmiechem przypominającym rŜenie koni. Pewnie 
mieli dobrze w czubach. Bede niejeden raz oglądał takie scenki w przydroŜnych oberŜach 
małych miasteczek, więc nie widział w tym nic interesującego. Jego uwagę przykuł natomiast 
drobny człowieczek nieokreślonego wieku, odziany w czarne spodnie, czarną kamizelkę i 
białą koszulę z podwiniętymi rękawami ze ścierką w ręce. Dostrzegł on nowego gościa i 
skierował się ku niemu. Zatrzymawszy się przy stoliku, długo wycierał blat, chociaŜ zaiste 
nic tam nie było do wytarcia. Ukończywszy tę pracę wyprostował się i wlepił w twarz 
Bedego wybladłe oczy.

Co podać? — zagadnął zwięźle. — Piwo?

background image

Niech będzie piwo, lecz przede wszystkim coś do jedzenia.

Wydało się Bedemu, iŜ kelner (wyglądał na kelnera) spojrzał nań podejrzliwym wzrokiem 

i jakby się zawahał. Ba, obdartus zawsze budzi wątpliwości: zapłaci czy nie zapłaci? Jednak 
wiara w wypłacalność Bedego musiała zwycięŜyć, bo kelner znowu zapytał:

— Potrawka z królika czy schab?

Schab i duŜo chleba — zarządził Bede.

— Zaraz przyniosę.

Pobiegł drobnym truchtem w kierunku bufetu. Tymczasem krzykliwi młodzieńcy, 

zarykując się śmiechem, bili pięściami w blaszany blat. Bede, przez miesiące 
przyzwyczajony do ciszy, aŜ drgnął. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się kobieta. Stanęła 
przy wesołkach, coś tam im przykazała. Umilkli. Bede ujrzał, jak wyciągają pieniądze z 
kieszeni, jak płacą, jak nasuwają na głowy szerokoskrzydłe kapelusze i opuszczają lokal 
nieco chwiejnym krokiem.

A to heca! — mruknął. — Matka, nie matka? — zastanowił się, patrząc na znikającą 

za szynkwasem kobiecą postać. Bo kogóŜ by tak potulnie usłuchali?
A moŜe to właścicielka saloonu? Wprawdzie Clark wspominał o karczmarzu, nie o 
karczmarce.

Kres tym wątpliwościom połoŜył kelner, a ściślej: przecudowny zapach mięsa i parującej 

kapusty oraz widok talerza, noŜa, kufla bursztynowego płynu i bochenka chleba o złocistej 
skórce.

Zabrał się do dzieła, zapominając o świecie. Mogły teraz bić gromy, dąć huragany, mogli 

rewolwerowcy strzelać do siebie o krok od stolika — Bede nie zwróciłby na to uwagi.

Odsapnął, gdy talerz był juŜ pusty, a z bochenka pozostała mizerna skibka. Sięgnął po 

piwo gestem człowieka sytego i nieco ocięŜałego po obfitym posiłku. Usłyszał daleki gwizd 
parowozu i przyszło mu na myśl, Ŝe nawet po sprzedaŜy konia (co uznał za ostateczność) nie 
czekałaby go piesza wędrówka, lecz podróŜ wagonem.

Znowu zabrzmiał gwizd, tym razem znacznie bliŜszy, pomieszany z turkotem wagonów 

toczących się po szynach. W kilkanaście minut później do wnętrza saloonu wtargnęli nowi 
przybysze. Z walizkami, torbami i tobołkami. Cicha dotąd salka rozbrzęczała gwarem 
głosów i tupotem nóg po deskach. PodróŜni obsiedli stoły, a kelner w czarnej kamizelce 
zwijał się jak rak w ukropie.

— Przepraszam...
Bede drgnął.

Przepraszam, widzę, Ŝe jest pan sam, a wszystkie miejsca zajęte.

Te słowa wypowiedział wysoki, szczupły męŜczyzna w czarnym kapeluszu i czarnym 

płaszczu. Na przyzwalający gest postawił na podłodze skórzany sakwojaŜ i zdjął wierzchnie 
okrycie. Jego garnitur był równieŜ ciemny.

„Na pewno urzędnik — pomyślał Bede — albo komiwojaŜer".

Przybysz przewiesił płaszcz przez oparcie krzesła, kapelusz złoŜył na sąsiednim i usiadł.

— To okropne — jęknął.

Bede zerknął na gładko ogoloną twarz, szpakowate włosy i wyraźną siwiznę na skroniach.
„Starszy facet — doszedł do łatwego wniosku. — Na pewno wędrowny agent handlowy. 

W jego wieku to moŜe być męczące".

— 

Okropne — powtórzył sąsiad i umilkł, jakby czekając na pytanie o rodzaj okropności.

Lecz Bede nie podjął tej próby. Sączył piwo i pogrąŜał się coraz głębiej w stan 

obojętności na sprawy tego świata.

— Niech pan sobie wyobrazi, Ŝe jechałem pociągiem przez ostatnie dwanaście godzin. W 
nocy było piekielnie zimno, a w dzień upał i duchota od kłębów dymu. Cały wagon kopcił 
fajki.
— A pan nie znosi palaczy — zdobył się Bede na leniwą uwagę.

Wręcz przeciwnie, wręcz przeciwnie. Sam jestem palaczem, jednak gdy czterdziestu 

ludzi równocześnie
zamienia funty tytoniu na czarną mgłę, i to we wnętrzu małego wagonu, przy zamkniętych 
oknach, to, rozumie pan...

Bede nie usłyszał, co ma zrozumieć, ko kelner przerwał opowieść propozycją potrawki z 

background image

królika lub schabu.

Potrawka z królika? Oczywiście! Pieczywo i szklaneczkę whisky. A moŜe... — zwrócił 

się do Bedego — moŜe i pan pozwoli? Proszę nie odmawiać. Tak? Więc dwa razy whisky 
— a gdy kelner odszedł, dodał półgłosem: — zawsze uŜywam alkoholu jako odtrutki, 
pojmuje pan?
— Odtrutki? Przeciw czemu?
— Ach, drogi panie, kto mi zagwarantuje, Ŝe potrawa jest świeŜa? MoŜe ten królik jest 
sprzed dwu dni? Jadł pan królika?
— Nie, schab z kapustą.
— No, to i panu dobrze zrobi szklaneczka czegoś mocniejszego. Schab jest 
cięŜkostrawny. To okropne stołować się w saloonach, zawsze człowiek ryzykuje chorobą 
Ŝ

ołądka.

— MoŜe weźmie pan schab? — zaproponował Bede, nieco ubawiony uwagami 
nieznajomego.
— Och, w Ŝadnym wypadku. Królik ma mięso znacznie delikatniejsze i jeśli tylko... — 
przerwał w połowie zdania, jakby zastanawiając się nad propozycją Bede-go. — Tak, 
proszę pana — dodał po chwili — oto, na co człowiek się naraŜa wędrując z dala od 
rodzinnego domu i jedząc co popadnie i gdzie popadnie. ChociaŜ... „Lucky Saloon" 
posiada nie najgorszą kuchnię, właściciel nie truje gości. Jednak... któŜ moŜe za to 
ręczyć?
— Pan jest komiwojaŜerem?
— Ach, nie! Księgowym.

Bede wytrzeszczył oczy.

 przecieŜ zawód księgowego nie wymaga wyjazdów.

— I ja tak sądziłem, drogi panie. Jestem księgowym w firmie „Simpson i Spółka", słyszał 
pan o niej?
— Nigdy.
— Jak to moŜliwe? — szczerze zdumiał się nieznajomy. — Nigdy nie korzystał pan z 
kredytu ani nie lokował swych oszczędności w bankach?
— Istotnie, nigdy.
— To pewnie widział pan ogłoszenia w gazetach. Zawsze zaczynają się nagłówkiem: 
„Jesteśmy Pinker-tonem Twoich oszczędności". Agencja Pinkertona zgodziła się na taki 
tekst. Dla nich to takŜe reklama.
— To znaczy, ,Ŝe pracuje pan w banku.
— Oczywiście. „Simpson i Spółka" to sieć kas oszczędnościowych i poŜyczkowych, -
istniejąca we wszystkich miastach południa i zachodu. Nasza centrala mieści się w 
Topeka, w Kansas.

Wygłosiwszy to wszystko jednym tchem, księgowy spojrzał z dumą na sąsiada. Zjawił się 

kelner, przyniósł zamówioną potrawkę, pieczywo i dwie porcje whisky. OpróŜnili 
szklaneczki. Bede poczuł się jeszcze lepiej niŜ przed chwilą.

— CóŜ pańska praca w banku ma wspólnego z wyjazdami? — zapytał.
— Wszystko przez awans. Nie ma nic gorszego od niespodziewanego awansu.

Bede uśmiechnął się.

To wcale nie zabawne, drogi panie. Dopóki byłem zwykłym księgowym, siedziałem w 

centrali jak Adam w raju. Lecz widać zbyt dobrze pracowałem i ukarano mnie za pychę. Po 
kilku latach podwyŜszono mi wynagrodzenie i mianowano księgowym do specjalnych zadań. 
JakŜe byłem dumny. Wkrótce się okazało, Ŝe moje specjalne zadania polegają na 
kontrolowaniu naszych filii. Stale muszę wędrować. Co za złośliwość losu... Bo ja nie znoszę 
wędrówek!

— Nie moŜe pan zmienić pracodawcy?
— Ba, gdzie by mi tak dobrze płacili? Gdybym był kawalerem! Lecz ja mam Ŝonę i 
czworo dzieci.

Bede parsknął śmiechem.

— Przepraszam — usprawiedliwił się. — Pomyślałem, Ŝe pańska posada wcale nie jest 
zła i nie ma na co narzekać. Ach, gdybym ja na taką trafił!

background image

— Lubi pan wędrować?
— Szalenie! Próbowałem posiedzieć w jednym miejscu dłuŜej niŜ pół roku i nie 
wytrzymałem.
— MoŜe pan równieŜ jest księgowym?
— Nic się na tym nie znam.

Szkoda. Właśnie nam potrzeba zastępcy księgowego, tutaj, w Goodyear.

— Macie tu filię? — zainteresował się Bede, w którym nagle począł dojrzewać nowy 
genialny pomysł.
— Od wielu juŜ lat. Ja sam po raz czwarty tu goszczę.

Czy te pańskie kasy oszczędnościowe przyjmują na przechowanie wartościowe 

przedmioty?
— Myśli pan o depozycie? Oczywiście, przyjmujemy złoto, srebro, cenne kamienie. 
Posiadamy nowoczesne kasy pancerne, drogi panie. To nasza chluba.
— Az tym depozytem to jak?
— Określa się w przybliŜeniu rynkową cenę przedmiotu, a srebro lub złoto waŜy. Od tej 
ceny i od czasu, na jaki przyjmujemy depozyt, liczymy opłatę. Klient nigdy nie ponosi 
Ŝ

adnej straty. Gdyby depozyt przepadł, co jeszcze nigdy się nie zdarzyło, wypłacamy 

pełną wartość.

Bede zasępił się.

— Nie, to mi nie odpowiada — stwierdził melancholijnie. — A nie moŜna by takiego 

przedmiotu nie
wyceniać?

   — 

Widzę, Ŝe pan słabo orientuje się w tych sprawach. Jeśli nie oznaczymy wartości 

depozytu, to w jaki sposób wynagrodzić klientowi ewentualną stratę? Bo przecieŜ 
przewidywać naleŜy wszystkie moŜliwości. Wyceniamy depozyt w interesie klienta. To 
chyba jasne?

— No, tak, lecz to mi nie odpowiada — powtórzył Bede. — Czy nie moŜna by po prostu 
przechować u was jakiegoś przedmiotu nie wyceniając go i nie oglądając? Przypuśćmy, Ŝe 
wasz klient pragnie utrzymać w tajemnicy to, co posiada, czy to sprzeczne z bankowymi 
przepisami?
— AleŜ nie! Tylko, Ŝe w takim wypadku, gdyby coś zaszło, klient nie uzyska Ŝadnego 
odszkodowania.
— Właśnie o to mi chodzi — uradował się Bede.
— O to panu chodzi? — zdziwił się księgowy.
— Chyba źle się wyraziłem. Po prostu zaleŜy mi na tym, Ŝeby nikt, absolutnie nikt nie 
wiedział, co przechowuję w banku. Czy to moŜliwe?
— Nasz klient, nasz pan. Całkowicie moŜliwe. Wolno w ten sposób na przykład chronić 
przed kradzieŜą jakieś cenne dla klienta listy lub cokolwiek innego, byle oczywiście nie 
był to przedmiot zbyt wielkich rozmiarów.

Niewielkich — stwierdził Bede. — O, ten pakuneczek — tu dotknął palcami woreczka.

Chyba księgowy dopiero teraz zauwaŜył zniszczoną odzieŜ sąsiada, jego kurtę pełną 

ś

ladów biwakowania przy ognisku i oblicze spalone górskim słońcem.

— CzyŜby pan był eksplorerem?
— Parałem się tym przez kilka miesięcy.
— Domyślam się, Ŝe z dobrym rezultatem.

Bede skinął głową. Nie dodał jednak, Ŝe ten rezultat znalazł się w kieszeniach rabusiów.

Mieszka pan w Goodyear? Nigdy dotąd pana nie spotkałem.

Jestem tu po raz pierwszy, lecz chcę pozostać nieco dłuŜej.

W hotelu?

Tak.

Dlatego pragnie pan zabezpieczyć swój skarb nie nadając temu rozgłosu. To bardzo 

słuszne. Proszę odwiedzić naszą filię. MoŜe się jeszcze spotkamy, a teraz... dziękuję za 
towarzystwo i przepraszam. Pragnę nieco odpocząć, jazda koleją zawsze mnie 
wyczerpuje.

Odsunął krzesło, wstał, załoŜył płaszcz i kapelusz, zabrał walizeczkę. Bede widział, jak 

background image

podszedł do bufetu, z kimś tam rozmawiał, a później zniknął za bocznymi drzwiami sali. 
Zjawił się kelner, by posprzątać naczynia.

Chcę porozmawiać z gospodarzem — odezwał się Bede. — Jeśli bardzo zajęty, 

poczekam.

Człowiek w kamizelce podejrzliwie zerknął na nędznie ubranego gościa. W „Lucky 

Saloon" zdarzały się niekiedy wypadki, Ŝe klient po to tylko wzywał gospodarza, aby mu 
oświadczyć, Ŝe nie moŜe zapłacić za posiłek, bo nie ma centa w kieszeni.

Dobrze, proszę pana. Zaraz go zawiadomię.

Minęło kilkanaście minut, zanim do stolika podszedł tęgi męŜczyzna, szpakowaty brunet z 
ogorzałą twarzą, odziany w czyściutki biały kitel.

Słucham pana.

Pan jest właścicielem „Lucky Saloon"? — chciał upewnić się Bede.

Jestem. O co chodzi?

O to, Ŝe nie mam akurat pieniędzy. Nie, nie — zaprzeczył natychmiast widząc, jak 

pogodne oblicze gospodarza nagle pochmurnieje. — Mam czym zapłacić, lecz nie 
pieniędzmi.

Rozwiązał rzemyki woreczka, lecz tak, by stojący obok męŜczyzna nie mógł zajrzeć do 

wnętrza. Sięgnął dłonią w głąb i bez trudu namacał trzy złote grudki,

które miały powierzchnię bardziej chropowatą niŜ wy-szlifowane wodą kamyki. Wyciągnął 
rękę i połoŜył je na stoliku. Po czym szybko zasznurował woreczek.

— Czy mogę tym zapłacić?
Karczmarz cicho gwizdnął.

Ho, ho — zauwaŜył półgłosem. — Oczywiście, Ŝe moŜe pan.

Sięgnął do kieszeni spodni, wydobył składany scyzoryk i jego ostrzem naciął jedną 

grudkę.

— Prawdziwy nugget — stwierdził. — Lecz to zbyt wiele jak na jedną porcję schabu — 
zaśmiał się. — ZwaŜę i wydam resztę.
— Nie. Proszę zapisać na mój rachunek. Mam zamiar spędzić tu kilka dni.
— Doskonale.
— I chcę otrzymać pokój jednoosobowy.
— Oczywiście.
— I — mówił dalej Bede — proszę zaopiekować się moim koniem, stoi przed werandą.
— MoŜe być pan spokojny. „Lucky Saloon" posiada własną stajnię. Za chwilę przyślę 
chłopca. WskaŜe pokój i odprowadzi konia. śyczę panu dobrego odpoczynku.

Skłonił się lekko i odszedł unosząc jeden z nuggetów. Dwa pozostałe Bede schował do 

kieszeni, bardzo z siebie zadowolony. Jego plan zdawał egzamin. Gapił się na szynkwas, 
przy którym zebrała się grupka męŜczyzn. Pewnie gospodarz pokazywał im otrzymaną za-
płatę, bo raz po raz jakiś ciekawski odwracał się i spoglądał na nieznanego przybysza. Tym 
lepiej!

Zapowiedziany chłopak przybył po kilku minutach, z potęŜnym kluczem w dłoni, i 

zaprowadził gościa na pięterko, pod drzwi oznaczone numerem siódmym, co Bede uznał za 
dobrą wróŜbę, bowiem — jak powszechnie wiadomo — siódemka przynosi szczęście, a kto 
nie wierzy, ten kiep i greenhorn.

Bede rozejrzał się po pokoju, dotknął łóŜka, czy miękkie, zajrzał do dzbanka z wodą, do 

szuflady stolika, do szafy na ubrania. Jako bywalec hoteli wiedział, iŜ roztargnieni goście 
zostawiają w szufladach i szafach hotelowych pomieszczeń przeróŜne drobiazgi, nawet 
części garderoby, a później posądzają swych następców o kradzieŜ, jeśli przedmiot 
tajemniczo zginie. Lecz szuflada była pusta, szafa równieŜ. Bede zawahał się sekundę, 
włoŜył swój woreczek do szuflady, przekręcił w niej klucz i wsunął do kieszeni. Nie było to 
najlepsze zabezpieczenie rzekomego skarbu, lecz przecieŜ nie zamierzał opuszczać pokoju na 
dłuŜej.

Chodźmy — zwrócił się do chłopca — pokaŜę ci mego konia.

Zeszli po schodach, minęli gwarną salę, znaleźli się na werandzie. Wierzchowiec stał 

spokojnie, uwiązany. Bede wyciągnął z kabury winczester.

Chce pan obejrzeć stajnię? To zaraz obok, na tyłach domu.

background image

Stajnię wypadało obejrzeć, chociaŜby z troski o zwierzę, lecz gdyby przez ten czas jakiś 

złodziej lub ciekawski włamał się do szuflady stolika — cały plan Bedego, jak to się mówi, 
wziąłby w łeb!

— Nie — odparł. — Zajrzę tam później.
— A uprząŜ i rzeczy? Zostawić w stajni czy przynieść do pokoju?
— Przynieś — rozkazał krótko i czym" prędze j pobiegł na piętro. Szuflada była 
zamknięta, woreczek, sprawdził, leŜał nie tknięty.
Postawił broń w kącie pokoju i rozciągnął się na łóŜku. W kilka minut później przyszedł 

chłopiec z uprzęŜą, kilofem, patelnią i zrolowanym kocem. ZłoŜył to wszystko pod ścianą i 
objaśnił, Ŝe wystarczy stajennemu pokazać klucz z numerem pokoju, a wyda konia na kaŜde 
Ŝą

danie.

Bede nadal leŜał, odpoczywał i myślał nader intensywnie. Miał zapewniony dach nad 
głową i wyŜywienie co 

najmniej na dwa tygodnie. Dlaczego właśnie na dwa? Bo uwaŜał, Ŝe jest to okres czasu ani 
długi, ani krótki, w sam raz równy zaufaniu, jakie wzbudziła w gospodarzu grudka rodzimego 
złota. No i woreczek. Uznał, Ŝe przez dwa tygodnie nikt ani piśnie o uregulowaniu rachunku. 
Tak więc pierwszy etap ryzykownego planu miał poza sobą. Nie musi teraz sprzedawać 
konia, bez którego straciłby swobodę ruchu. Lecz co dalej? Nie groziła mu ani śmierć z 
głodu, ani nocleg pod gołym niebem. Lecz co dalej?

Usiadł, zdjął kurtkę i kamizelkę. Obejrzał je krytycznym wzrokiem. JakŜe nędznie 

wyglądała ta odzieŜ. Dziury od iskier iluŜ ognisk! Dziury od ostrych krawędzi skał. Tłuste 
plamy, oczywiście od boczku smaŜonego na patyku. Popiół drzewny i kurz wbiły się tak 
głęboko w materiał, Ŝe nie usunęłoby ich nawet najenergiczniejsze pranie.

Pokiwał smętnie głową nad rozdartym rękawem koszuli, nad nogawkami spodni 

wyglądającymi jeszcze gorzej niŜ kurtka, nad rozklapanymi buciorami, w których obcasy 
zostały tak starte, Ŝe i śladu po nich nie było widać.

— Wyglądam jak obdartus — szepnął do siebie z goryczą.
Nie mylił się. Wolno przybyć do Goodyear w tak poŜałowania godnym stroju. Wiadomo, 

eksplorer nie wraca z wyprawy w ubranku przypominającym garnitur świeŜo uszyty przez 
krawca. Lecz nie wypada człowiekowi posiadającemu worek... nuggetów zbyt długo 
pokazywać się w łachmanach. Zdziwiłoby to licznych obserwatorów i mogłoby w ich 
umysłach zasiać ziarna wątpliwości.

Bede zerknął na winczester i powziął decyzję. Długiej broni nie potrzebował obecnie. 

Wystarczy colt. NaleŜało znaleźć rusznikarza, sprzedać winczester, a później załatwić 
umieszczenie w bezpiecznym miejscu woreczka, który im dłuŜej znajdował się w posiadaniu 
Bedego, tym bardziej go niepokoił.

Wstał, winczester przewiesił przez ramię, woreczek wpakował pod kurtę i ruszył w drogę. 

Zaczepił pierwszego napotkanego przechodnia i zagadnął o rusznikarza. W Goodyear było 
ich dwu, a oba warsztaty mieściły się przy tej samej ulicy, łatwe do odnalezienia, zwłaszcza 
Ŝ

e, jak Bede słusznie przypuszczał, podobnie jak w tysiącach innych małych miasteczek, 

istniała tu tylko jedna ulica.

Bez trudu odnalazł sklepik, z daleka juŜ dostrzegłszy nad drzwiami strzelbę wykrojoną z 

kawałka blachy. Wszedł do wnętrza i po długim targu pozbył się broni.

Szeleszcząc zielonkawymi papierkami banknotów powędrował załatwić następną 

transakcję handlową. Tym razem w domu towarowym. Znalazł to, czego szukał: wybór 
ubrań róŜnej wielkości, róŜnego gatunku i róŜnej ceny. Długo gmerał w stosach gotowej 
odzieŜy, a później kłócił się ząb za ząb ze sprzedawcą o wartość kaŜdej sztuki, zanim 
wreszcie opuścił sklep. JakŜe inaczej teraz wyglądał! Jedyną starą rzeczą, jaką obecnie miał 
na sobie, był pas z coltami. Reszta, od kapelusza po buty, lśniła niepokalaną świeŜością.

Z nieodstępnym woreczkiem pod pachą wrócił do saloonu. Bo chociaŜ o informację 

dotyczącą banku czy kasy oszczędności, o której mówił księgowy, mógł się zwrócić do 
kaŜdego przechodnia, uwaŜał, Ŝe dla dobra swego genialnego planu powinien zapytać 
właśnie gospodarza saloonu. I tak teŜ uczynił.

Kasa oszczędności? — powtórzył pytanie Harper. — Oczywiście, „Simpson i Spółka", 

stara solidna firma. Chce pan sprzedać im złoto? To moŜe i ja...

background image

— Nie, nie... — zaprzeczył energicznie Bede. — Chcę tylko oddać swój woreczek w 
depozyt.

 I słusznie pan uczyni. Co prawda, nigdy jeszcze w moim lokalu nikogo nie okradziono, 

lecz, jak to się mówi, okazja stwarza złodzieja.
Wyprowadził gościa za próg i wskazał mu kierunek.

— Piętrowy budyneczek z czerwonej cegły, z kratami w oknach. Łatwo zauwaŜyć.

Bede podziękował. Teraz juŜ był pewien, Ŝe wieść o złotym depozycie rozejdzie się wśród 

gości saloonu, a poprzez nich — po całym miasteczku. To jasne, karczmarz pochwali się 
znajomkom, Ŝe zamieszkał u niego „prawdziwy eksplorer" i do tego „szczęśliwy eksplorer".

Filia „Simpsona i Spółki" mieściła się istotnie w czerwonym budynku, którego okna 

wyposaŜono w solidne kraty. Nad wejściem widniał elegancki, mosięŜny szyldzik: „Savings 
Bank". Musiano go chyba codziennie pucować, bo lśnił jak złoty.

Bede pchnął drzwi, za nimi ujrzał następne, oszklone i dwuskrzydłowe. Znalazł się w 

salce przegrodzonej w poprzek ścianką nie sięgającą sufitu. W ściance widniały dwa 
okienka. Przed jednym sterczał siwowłosy i siwobrody męŜczyzna, rozmawiający przyci-
szonym głosem z ukrytą za okienkiem osobą. Drugie było wolne. W jego obramowaniu Bede 
zauwaŜył pochyloną głowę. Podszedł. Natychmiast został zauwaŜony.

— Słucham pana — odezwał się urzędnik.

— Chciałbym to złoŜyć na przechowanie — powiedział Bede kładąc woreczek na desce 
przed okienkiem.
— Jaka wartość?
— Bardzo dla mnie cenna.
Urzędnik uśmiechnął się.

Na pewno cenna — odparł — lecz przyjmując przedmiot w depozyt, musimy znać 

jego wartość.

— Słyszałem, Ŝe moŜna przechowywać w banku niektóre drobiazgi bez takich 
formalności.
— Dla nas to wcale nie formalność. PrzecieŜ odpowiadamy finansowo za depozyt. Nie ma 
tu sejfów. Pojmuje pan?
Bede nie pojął, poniewaŜ nie wiedział, co to: „sejf".

To, proszę pana, pancerna skrytka, jaką bank wynajmuje klientowi.. Wręcza mu 

kluczyk do takiej skrzynki, a co w niej przechowuje klient, to juŜ tylko jego sprawa. 
Niestety, jak juŜ powiedziałem, nie rozporządzamy sejfami. Dlatego nie moŜemy 
odpowiadać za całość przechowywanego przedmiotu i nie wypłacamy odszkodowania.

Bele pomarkotniał. Realizacja „genialnego planu" natrafiła na nieprzewidzianą 

przeszkodę.

— Czy jest obecnie u was ten kontroler z Topeka?
— Pan Marshall?

Bede potwierdził. Jakkolwiek nazywał się znajomy od stolika, tylko on mógł być 

kontrolerem z Topeka.

— Owszem, jest.
— Pragnę z nim zamienić kilka słów.
— Proszę chwilę poczekać.

Urzędnik podniósł się zza stołu i zginął w głębi lokalu. Istotnie tylko na chwilę, bo prawie 

natychmiast ukazał się w towarzystwie poznanego w saloonie starszego jegomościa.

— 

Ach, to pan! — ucieszył się księgowy. — Bardzo się zdziwiłem, Ŝe ktoś pyta o mnie. 

Raczej nie mam tu znajomych. Czym mogę panu słuŜyć?

Bede powtórzył swe Ŝyczenie.

— Och, to głupstwo. Sprawa do załatwienia. Nie widzę Ŝadnych przeszkód.
— Lecz — wtrącił się urzędnik — nie wolno ubezpieczać depozytu nie znając jego 
wartości.
— A czy pan Ŝąda ubezpieczenia?
— Nie — odparł Bede.

 Więc... o cóŜ jeszcze chodzi? NaleŜy wypisać pokwitowanie i przyjąć paczkę. Jest pan 

zadowolony? —

background image

zwrócił się do klienta.

 Bardzo dziękuję za pomoc, tylko... proszę obwiązać mój pakunek mocnym sznurem i 

opieczętować.
Pragnę mieć pewność, Ŝe nikt nie będzie zaglądać...

 

Zrozumiałe. Panie Hastings, zechce się pan zastosować do tego Ŝyczenia, a teraz — 

zwrócił się do Bedego— pan wybaczy, mam mnóstwo roboty. Liczą, Ŝe wieczorem znów się 
spotkamy. Będzie mi bardzo przyjemnie.

Skłonił się i odszedł.

Woreczek został skrępowany grubym szpagatem, opieczętowany czterokrotnie lakiem. 

Piąta pieczęć spoczęła na węźle łączącym oba końce sznura. Z kolei urzędnik sporządził 
pokwitowanie na dwu arkuszach. Opisał w nich wygląd przedmiotu oddanego na prze-
chowanie, nazwisko właściciela i miejsce zamieszkania (oczywiście „Lucky Saloon'" w 
Goodyear). Nazwisko i adres zostały wypisane tuszem równieŜ na woreczku. W końcu 
pokwitowanie zaopatrzono uwagą, Ŝe przedmiot nie jest ubezpieczony, a zawartość — 
nieznana. Dlatego, gdyby z przyczyn niezaleŜnych od banku uległ zniszczeniu lub zgubie, 
okaziciel kwitu nie moŜe rościć Ŝadnych pretensji finansowych.

Bede uśmiechnął się. Słowo „zguba" nie oznaczało przecieŜ nic innego, jak „kradzieŜ", 

jednak bank nie chciał sugerować klientowi, by taka moŜliwość mogła zaistnieć.

Bede podpisał jeden arkusz pokwitowania, urzędnik — drugi. Arkusze wymieniono.
— Czy pragnie pan zapłacić z góry, czy dopiero przy odbiorze?

Bede zapłacił z góry za miesiąc, licząc, Ŝe dłuŜej niŜ miesiąc nie będzie w Goodyear 

przebywał i Ŝe wydobędzie się jakimś sposobem z finansowych tarapatów. Wówczas zapłaci 
za pobyt w „Lucky Saloon", odbierze woreczek, wskoczy na konia i ruszy. Dokąd? Ba, tego 
jeszcze nie wiedział.

Nowy klient banku „Simpson i Spółka" opuścił lokal, pogwizdując lekko, wielce 

zadowolony, Ŝe wszystkie swe zamierzenia realizuje tak łatwo.

„Mam głowę na karku" — pomyślał i poszedł zwiedzać miasteczko w nastroju turysty 

posiadającego ksiąŜeczkę czekową i plik banknotów na drobne wydatki. I zaraz rzucił mu się 
w oczy szyld fryzjera. Przystanął, dotknął dłonią karku i stwierdził, Ŝe włosy sięgają pleców, 
stanowiąc dowód, Ŝe i ich właściciel przebywał w stronach, w których noŜyczki i brzytwa 
naleŜą raczej do przedmiotów zbędnych. Taki dowód nie był mu juŜ potrzebny. Otworzył 
drzwi i wkroczył do wnętrza.

Dwa puste fotele, dwa lustra, i człowiek w białym fartuchu. Skłonił się gościowi, wskazał 

miejsce.

Bede osunął się na obite skórą oparcie.

— StrzyŜenie?
— StrzyŜenie i  golenie — odparł.
— Pan pierwszy raz u nas? — zagadnął człowiek w kitlu, szczękając noŜycami.
— Pierwszy raz.
— Zapewne z dalekiej drogi, włosy szanownemu panu wyrosły nadmiernie, jeśli tak 
wolno rzecz określić.
— Pół roku wędrowałem po górach San Juan.
— Ho, ho! — wyraził swój podziw fryzjer. — Czy na karku przyciąć krótko?
— Jak najkrócej.
— Pan tam polował?
— Hm, trochę.
— Na futra?
— Nie parałem się traperstwem. Raczej... grzebałem w piasku.

— O! I znalazł coś pan szanowny?
— Owszem, niewiele tego, zawsze jednak... pełen woreczek.
— To pogratulować. Nie kaŜdy ma takie szczęście. A z przodu jak obciąć? Nad czołem?
— Nad czołem — zgodził się Bede.

Chwilę milczeli. Fryzjer, poniewaŜ musiał uwaŜać, aby wymagania klienta zostały jak 

najlepiej spełnione; klient, poniewaŜ zastanawiał się nad tym, co by tu jeszcze powiedzieć o 
rzekomych sukcesach swoich tak, aby zabrzmiało to wiarygodnie i sensacyjnie zarazem, aby 

background image

wieść o nich pofrunęła na skrzydłach plotki. Wiedział bowiem, Ŝe nie ma większych 
gadułów nad fryzjerów zabawiających rozmową swych gości.

— Miałem szczęście — powtórzył jakby sam do siebie. — W małej dolince, przy 
strumyku... Złota Ŝyła przecinała skałę, z której wypływał wodospad. Wyczyściłem ja...
— To niebywałe! I nic tam nie zostało?
— Nic a nic.
— A nie wie szanowny pan, jak się nazywa tamten strumień i dolinka?
— Nie wiem — odparł Bede powaŜnym tonem. — Sądzę, Ŝe nie mają jeszcze Ŝadnej 
nazwy. Zresztą... to był przypadek. Dziś, nawet gdybym chciał, nie trafiłbym na tamto 
miejsce. Lecz i tak nic tam juŜ nie ma.
— Jaka szkoda — westchnął fryzjer.

Czy Ŝal wynikł z faktu nieustalenia miejsca bonanzy, czy z wyczerpania złotodajnej Ŝyły 

— Bede nie odgadł. Namydlony po czubki uszu, w milczeniu poddawał się operacji lśniącej 
brzytwy. Gdy dobiegła końca i twarz obtarto mu wilgotnym ręcznikiem, zapłacił pięć 
dolarów nie Ŝądając reszty. Ten gest został skwitowany głębokim ukłonem.

Zamieszka pan w Goodyear? — zapytał jeszcze fryzjer.

  — 

Nie. Lecz pobędę jeszcze z tydzień łub dwa. „Lucky Saloon" to chyba porządny lokal?

Bardzo dobry.

Wynająłem tam pokój.

Słusznie pan postąpił. Myślę, Ŝe po takiej wędrówce naleŜy się panu odpoczynek.

Bede powiedział „do widzenia" i wyszedł.

Jestem kiep — pomyślał — jeśli jutro pół miasta nie będzie gadać o milionerze, który 

przybył do Goodyear".

Wrócił do swego pokoju, legł na łóŜku. Wypoczywał i rozmyślał. Ze sprzedaŜy 

winczestera uzyskał sporą sumkę, ale równocześnie niemało wydał na ubranie i buty. 
Dziesięć dolarów zostawił w banku jako miesięczną opłatę za przechowanie woreczka, pięć 
dał fryzjerowi.

Nie podnosząc się począł grzebać w kieszeniach spodni. Wyciągnął garść monet, policzył. 

Dwadzieścia dwa dolary i siedemdziesiąt pięć centów. Więcej niŜ posiadał wjeŜdŜając w 
opłotki Goodyear, jednak równieŜ niewiele. Do tego — dwie grudki złota, bo jedną dał 
Harperowi. Jak długo moŜna Ŝyć za taką sumę?

Westchnął, lecz natychmiast wrodzony optymizm wziął górę. Na pewno znajdzie jakąś 

robotę, choćby tymczasową.

Jutro pójdę do szeryfa" — zdecydował w myślach. MoŜe będzie jakiś list gończy? Ba, 

lecz wyjeŜdŜając w pościg trzeba najpierw uregulować rachunki w „Lucky Saloon". Za dwa 
dni pobytu chyba wystarczy pieniędzy? A jeśli listu gończego nie będzie? I czy nie wzbudzi 
podejrzeń, Ŝe eksplorer z workiem złota angaŜuje się na łapacza? Byle nie wpaść w jakąś 
kabałę — zaniepokoił się.

Nie  wiedział, kiedy zasnął.  Otworzył oczy, gdy za oknem wisiał szary zmrok. Wstał, 
przygładził włosy 

przed lustrem, obejrzał nowiutki garnitur i zeszedł na dół.

Drobny człowieczek w czarnej kamizelce i koszuli z podwiniętymi rękawami właśnie 

zapalał naftowe lampy siadł za stołem. W miarę rozbłyskiwania Ŝółtawych świateł pusty 
dotąd lokal począł się zapełniać. Blask lamp przyciągał ludzi jak ćmy. Oto pojawił się pan 
Marshall, wędrowny księgowy, który tak nie znosił wędrówek. Pomachał z daleka ręką i 
natychmiast skierował się do stolika Bedego.

Pracowity dzień — stwierdził zajmując bezceremonialnie puste krzesło. — Miałem 

mnóstwo roboty, lecz sprawy poszły szybko. JuŜ jutro opuszczam Goodyear — powiedział 
smutno.

Chyba się pan z tego cieszy? Goodyear musi być okropnie nudną dziurą.

Ba, pewnie bym się cieszył, gdyby nie fakt, Ŝe znowu czeka mnie męcząca droga. Przy 

dłuŜszej kontroli mógłbym tu nieco odpocząć. Niech pan mi wierzy, Goodyear nie jest 
najgorszym miejscem świata, zbyt pochopnie pan je ocenił. Proszę się nieco rozejrzeć, 
moŜna spotkać tu ciekawych ludzi. Przepraszam, nie chciałem pana dotknąć.

Bede odparł, Ŝe wcale nie czuje się dotknięty, po czym zagadnął:

background image

Dlaczego nie zabawi pan tu dłuŜej?

Och, kochany panie, firma płaci mi za pracę, nie za odpoczynek.

Roześmieli się obaj.

A pan — ciągnął dalej księgowy — załatwił swój interes w naszym banku i chyba jest 

zadowolony?

Bardzo dziękuję za pomoc. Tamten urzędnik nie bardzo się kwapił...

— Głupstwo. To młody człowiek i jeszcze słabo orientuje się w bankowych przepisach. 
Co pan zamierza dalej, jeśli wolno spytać?
— Nie wiem — szczerze odparł Bede.
JuŜ chciał dodać, iŜ rozgląda się za jakąkolwiek pracą. W porę ugryzł się w język. Takie 

oświadczenie w ustach człowieka, który przed paru godzinami zdeponował w banku cenną 
paczkę musiałoby zdumieć księgowego. Więc zmienił odpowiedź.

Rozglądam się za jakimś interesem w tej  nudnej  dziurze?  — zaŜartował  Marshall.

— No... moŜe w okolicy?

Zjawił się kelner. Tym razem proponował, zamiast schabu i królika, comber barani lub 

parówki. Bede wybrał parówki, przewidując, Ŝe będą tańsze. Jego wielki plan zdawał 
egzamin, lecz nie naleŜało zbyt szybko pogrąŜać się w długach.

Księgowy równieŜ poprzestał na parówkach, stwierdziwszy, Ŝe baranina mu szkodzi. 

Dodatkowo zamówili dwa wielkie kufle piwa i czekali cierpliwie.

— Musiał pan zwiedzić kawał świata — zauwaŜył Marshall.
— Tyle, ile da się przejechać na końskim grzbiecie. Pociągiem na pewno więcej.
— Wiem coś o tym, przecieŜ stałem się niewolnikiem pociągów. CzyŜ moŜna poznać kraj 
będąc uwięzionym w hałaśliwym pudełku z oknami? Zazdroszczę kaŜdemu, kto jedzie 
wierzchem lub bryczką. W kaŜdej chwili potrafi zeskoczyć z siodła, zatrzymać bryczkę, 
lec w trawie lub zaszyć się w lesie. ToŜ to jest przyjemność!
— Dobra w lecie — mruknął Bede. Podczas licznych wędrówek nigdy nie przyszło mu do 
głowy, by przerywać podróŜ dla jakiegoś tam wylegiwania się w trawie. — Ale zimą? Czy 
pan sobie wyobraŜa, jak się marznie siedząc bez ruchu na końskim grzbiecie?

Gdy dmie przenikliwy wiatr albo gdy jesienny deszcz spływa po kapeluszu, po grzbiecie, po 
nogach?

Prawda. Nie pomyślałem o tym. Lecz przecieŜ wędrując na południe uniknie się tych 

niedogodności.
Nawet tu, w Kolorado, zim prawie nie ma, a deszcze naleŜą do rzadkości.

Dalszy ciąg uwag na temat aury Kolorado przerwało pojawienie się kelnera z 

zamówionymi potrawami i bochenkiem chleba.

Jedli, popijając piwem, a w miarę jak opróŜniały się talerze, zapełniała się sala. Lekki 

szmer głosów przeszedł w gwar, smugi dymu z fajek i cygar poczęły kondensować się w siną 
mgiełkę wokół kloszów lamp.

Harper ma głowę na karku — stwierdził nieoczekiwanie Marshall, gdy ostatni kęs 

parówki zniknął w jego ustach.

Co za Harper? — zdziwił się Bede.

No... Martin  Harper, właściciel tego lokalu.

Ach, ten. Rozmawiałem z nim wszystkiego dwa razy, i bardzo krótko. Więc go nie 

znam.

Proszę sobie wyobrazić, iŜ zaczął od małego kra-miku z warzywami. Później miał 

sklepik, ciemną dziurkę z pieczywem, masłem, mlekiem i jajkami. Sklepik był ciasny, lecz 
towar pierwszorzędny i tańszy niŜ u konkurentów.

Był pan klientem tego sklepiku?

Och, nie. Wtedy nawet nie wiedziałem o istnieniu Goodyear. Dzieje Harpera znam z 

opowiadań. Jako firma bankowa interesujemy się rozwojem handlu i przemysłu. A przede 
wszystkim ludźmi, którzy są pionierami tego rozwoju.

A Harper się do nich zalicza?

Na pewno. Oczywiście w skali Goodyear. W biednym miasteczku bank nie posiada 

Ŝ

adnych szans istnienia, więc cieszy nas wszelki rozwój, rozbudowa, inwestycje,  

zamoŜność  mieszkańców.  OtóŜ po  paru  la-

background image

tach Harper przystąpił do stawiania tego domu. Gdy podciągnął go pod dach, zwrócił się do 
mej firmy o poŜyczkę. Uzyskał ją i spłacił co do centa. Pracowity i mądry człowiek, ale 
myślę, Ŝe nie dokonałby tego bez pomocy swej Ŝony. To nadzwyczajna kobieta, proszę pana. 
Ile razy przybywam do Goodyear, zawsze tutaj się zatrzymuję, chociaŜ w Goodyear istnieje 
drugi hotel. Jak pan sądzi, dlaczego tak postępuję?

Bede pokręcił głową na znak całkowitej niewiedzy.

Dlatego, drogi panie, Ŝe tu mogę spokojnie zjeść. W tym saloonie nikt nie ośmieli się 

strzelać na wiwat, przeklinać i wrzeszczeć, a jeśli spróbuje, szybko musi opuścić lokal.

Tak się boją gospodarza?

Tak się boją gospodyni.

- O, do licha! Ona pewnie jest z gatunku tych siłaczek, które uspokajają awanturników 

pięścią lub rewolwerem. Dobrze, Ŝe pan mnie przestrzegł.

AleŜ nic podobnego! Osoba cicha i spokojna. Gdyby pan ją zobaczył...

Zaraz — przypomniał sobie Bede — czy to nie ta szaro ubrana kobieta, średniego 

wzrostu i w średnim wieku?

Czy szaro, nie wiem. RóŜnie się ubiera, lecz średni wzrost zgadza się.

Taką panią widziałem tutaj. Wyszła zza bufetu. Sterczało przy nim dwu młodzików, 

nieco podpitych. Okropnie hałasowali, ledwie mogłem wytrzymać. I wówczas właśnie ta 
pani podeszła do nich, coś im powiedziała, a oni natychmiast się uspokoili i grzeczniutko 
opuścili lokal. Sądziłem, Ŝe to ich matka.

Księgowy roześmiał się.

To ona, oczywiście, Ŝe ona! Harperowie nie mają synów, tylko córkę, jedynaczkę. 

Nieraz zastanawiałem
się,  dlaczego pani  Adełina  (bo  na  imię  jej  Adelina) Harper potrafi tak uspokajająco 
wpływać na męŜczyzn. Dlaczego jej wszyscy słuchają?

I do jakiego wniosku pan doszedł?

Do Ŝadnego. W tej kobiecie tkwi coś, co zmusza do posłuchu. Zupełne czary. MoŜe 

dlatego, Ŝe pani Harper tak dobrze zna mieszkańców Goodyear? Lecz w jaki sposób zbiera 
o nich wiadomości? Nie wiem.

PrzecieŜ nie zna wszystkich dziewięciuset mieszkańców — roześmiał się Bede.

Nie jestem pewien, drogi panie, nie jestem pewien i nie załoŜyłbym się o to. O... 

proszę spojrzeć. Jest. Idzie tu. Coś musiało się jej nie spodobać. Miał pan rację, dzisiaj 
ubrana jest na szaro. Proszę się jej nie przyglądać tak natarczywie. Ona to natychmiast 
zauwaŜy.

Bede dostrzegł panią Harper, jak szła przez salę, a tłum gości rozstępował się przed nią, 

uchylano kapeluszy, skłaniano głowy. Widać otaczał ją powszechny szacunek.

Idzie ku nam — szepnął Marshall.

Nie mylił się. Podeszła do znajdującego się obok stolika. Siedziała przy nim czwórka 

męŜczyzn przy butelce whisky, rozprawiająca nieco hałaśliwie. Na jej widok zamilkli jak na 
komendę.

Kapitanie Powder — usłyszał Bede i dostrzegł, jak jeden z siedzących zerwał się z 

krzesła. — Dochodzi ósma. O ósmej obiecał pan Ŝonie wrócić do domu.

Tak, pani Harper. Oczywiście... juŜ idę. Dobranoc.

Dobranoc — odpowiedziała.

Jegomość nazwany kapitanem natychmiast skierował się ku drzwiom. Lecz pani Harper 

jeszcze nie odeszła.

Ben, jutro o świcie rozpoczynasz pracę w tartaku. Jeśli będziesz tyle pił, zamiast kloca 

utniesz własną
rękę. Musisz się wyspać.

Bede osłupiał na widok rosłego męŜczyzny wstającego ze stołka z takim pośpiechem, z 

jakim to czyni uczniak karcony przez nauczyciela. MęŜczyzna coś tam wybąkał i natychmiast 
oddalił się. Pozostało jeszcze dwu. Bede dostrzegł ich twarze, mocno zaniepokojone, 
zupełnie jak u dzieci, które nie są pewne, czy czegoś nie przeskrobały, i przysłonił dłonią 
usta,  aby skryć uśmiech. Czegoś podobnego nigdy w Ŝadnym saloonie nie oglądał.

„Ciekawe, czy ich wyrzuci?" — pomyślał.

background image

Lecz surowa gospodyni tylko skinęła głową i powędrowała dalej.
— I co pan na to? — szepnął Marshall.
— Niezbyt przyjemna osoba z tej pani Harper.
— Ciii! — Marshall ostrzegawczo połoŜył palec na wargach. — Niech pan zachowa ten 
pogląd dla siebie.

Dlaczego?

— Wszyscy ci ludzie daliby się posiekać w kawałki za Adelinę Harper.
— śe ich wyrzuca z saloonu?
— Wiedzą, Ŝe czyni to dla ich dobra.
— Przypuśćmy. Jednak nie mogę pojąć, jak oficer dał się wyprosić w tak niegrzeczny 
sposób?
— Jaki oficer?
— No ten, tu obok...

Ach, Powder. Kochany panie, to jest z zawodu bednarz.

— PrzecieŜ kapitan!

Kapitan ochotniczej milicji w Goodyear. Kapitanem został chyba z powodu swego 

nazwiska. Zabawne, co?

Bede roześmiał się.

— Pan tu musi znać spore ludzi.
— Zna się trochę...
— Ale... — zauwaŜył Bede — czy bednarz, czy kapitan, to wstyd dla dorosłego 
męŜczyzny zostać skarconym jak uczniak.
— Ręczę panu, Ŝe się nie obraził. A w zaufaniu powiem, iŜ Powder nie stroni od kieliszka, 
co jest powodem awantur jego Ŝony. Dzięki pani Harper nie wróci do domu pijany.

O ile nie wstąpi do innego saloonu.

Gotów jestem załoŜyć się, Ŝe zmierza najkrótszą drogą w domowe pielesze.

Skąd taka pewność?

Stąd, Ŝe jutro pani Harper wiedziałaby o wszystkim.

I cóŜ z tego?

Tylko tyle, Ŝe jutro zostałby wyproszony z „Lucky Saloon".

CzyŜ nie ma tu innych saloonów? Tak samo dobrych?

OtóŜ to właśnie! Widać, Ŝe pan pierwszy raz w Goodyear. Nie kaŜdy saloon jest tak 

samo dobry, powiem: kaŜdy jest gorszy od tego. Przede wszystkim tutaj ceny są niŜsze, 
whisky nie fałszuje się wodą, a potrawy podają w większych porcjach. Po drugie: nigdy w 
„Lucky Saloon" nie wydarzyła się Ŝadna strzelanina ani bójka. MoŜna tu zabawić się 
bezpiecznie. Na pewno zwiedził pan niejeden saloon i wie, jak te sprawy wyglądają.

Wiem — przytaknął Bede — ale pan opowiada zdumiewające rzeczy.

I prawdziwe, kochany panie, i prawdziwe. Pani Harper potrafi przejrzeć na wylot 

kaŜdego, nie wpuści Ŝadnego łapserdaka czy rewolwerowca.

A jeśli łapserdak lub rewolwerowiec uprze się.

To w obronie pani Harper stanie cała sala nie mówiąc juŜ, Ŝe jej małŜonek brał udział 

w wojnie domowej  i był najlepszym strzelcem w pułku, a dziś najlepszym w całym 
Goodyear. Na dorocznych zawodach strzeleckich zawsze zdobywa pierwszą nagrodę. 
Wszyscy o tym wiedzą. Być moŜe i ten fakt odgrywa jakąś rolę.

Na pewno — pospiesznie przytaknął Bede. — To wiele tłumaczy.

Lecz nie wszystko, drogi panie. Pan Harper jeszcze nigdy nie potrzebował 

interweniować. Pani Adelina daje sobie świetnie radę.

AleŜ to okropna kobieta!

Iw tym się pan myli. Ile ludzi wyciągnęła z biedy? Mówiono mi o takich sprawach 

wielokrotnie. Ona cieszy się szacunkiem i chyba w Goodyear jest nie byle jaką personą.

Wnioskując ze sposobu jej mówienia, wydaje się być osobą oschłą.

Zbyt pochopnie ocenia pan ludzi. Jej oschłość jest pozorna. Sądzę, Ŝe stanowi dla niej 

rodzaj tarczy chroniącej przed zbytnim pobłaŜaniem wobec tych, którzy na to nie 
zasługują. Być moŜe jej niełatwa młodość jest tego przyczyną. Wyznam panu — tu ściszył 
głos — iŜ Adelina Harper przeŜyła kiedyś wielką tragedię.

background image

W Goodyear?

Och, nie. Daleko stąd. Nie nosiła jeszcze nazwiska Harper. Jej ojciec, którego bardzo 

kochała, był farmerem, ani lepszym, ani gorszym od tysięcy innych. Doszedłszy do 
pewnego wieku zaczął nadmiernie gustować w trunkach, co nie tylko odbiło się ujemnie na 
gospodarstwie, ale pośrednio stało się przyczyną jego śmierci. Zginął w bójce w 
miejscowym saloonie. Adelina została na farmie razem z matką. Nieco później sprzedały 
gospodarstwo i powędrowały na zachód. Zdaje się, Ŝe wówczas Adelina poznała Martina 
Harpera, ale to juŜ niewaŜny szczegół.

No, no — pokiwał głową Bede. — Pan jest prawdziwą kopalnią wiadomości o 

tutejszych ludziach. Czy o kaŜdym miasteczku, które pan odwiedza, posiada takie 
mnóstwo informacji?

W pewnym stopniu, tylko w pewnym stopniu. Jak juŜ wspomniałem, moją firmę 

interesują niektóre

aspekty Ŝycia osób, które są lub mogą zostać naszymi klientami. Dodam jeszcze — mówił 
Marshall — Ŝe pani Adelina świetnie jeździ konno i ma głowę do interesów. A teraz, tylko 
dla pań wiadomości — tu znów ściszył głos — ona namawia męŜa do śmiałego przed-
sięwzięcia. Do tej pory nie było tu młyna, rolnicy sprzedają ziarno. Na codzienny uŜytek 
mielą je w domowych Ŝarnach. Domyśla się pan chyba, jaka z tego jest mąka. Kto pragnie 
mieć lepszą, kupuje w sklepie lub wiezie zboŜe na przemiał wiele mil stąd. MoŜe to pana 
zainteresuje?

— Dlaczego? — szczerze zdziwił się Bede.
— Bo to znakomita lokata kapitału. Pański woreczek spoczywa bezpiecznie w naszym 
banku i moŜe tam leŜeć do końca świata, lecz nie będzie procentował, nie przysporzy 
Ŝ

adnego zysku. Rozumie pan?

— Rozumiem — odparł Bede, który wiedział lepiej od Marshalla, iŜ woreczek Ŝwiru 
nigdy nie przysporzy mu majątku. — Lecz co to ma wspólnego z młynem?

Widzi pan, taka budowa to kosztowna rzecz. Harper nie posiada tyle gotówki.

— Jak nie posiada, to na pewno poŜyczy w waszym banku.
— I tak, i nie. Gdyby miał godnego zaufania wspólnika, udzielilibyśmy kredytu. Samego 
Harpera bardzo by to obciąŜyło, mogłyby z tego wyniknąć kłopoty. Niech pan to sobie 
rozwaŜy. Oczywiście, ja do niczego nie namawiam. Po prostu tak mi zaświtało w głowie.
Bede przestraszył się tej propozycji. Groziła nie przewidzianymi komplikacjami, 

mogącymi doprowadzić do publicznego ujawnienia zawartości woreczka. To dopiero byłby 
skandal! Odparł szybko:

— Nic się nie znam na młynarstwie, a poza tym nie pragnę tak ostatecznie wiązać się z 
Goodyear.
— Jak pan uwaŜa, drogi panie. Jak pan uwaŜa. To była z mej strony jedynie sugestia. Nie 
mówmy o tym

więcej. Wie pan... myślę o pani Harper, przypomina mi nieco inną, równie dzielną kobietę, 
którą poznałem i o której zadziwiających przygodach bardzo szczegółowo opowiadała 
moja bliska krewna. Pana, jako amatora wędrówek, powinna zainteresować historia jej 
Ŝ

ycia. Ona równieŜ nie potrafiła długo usiedzieć w jednym miejscu.

Kobiety raczej są domatorkami — zauwaŜył Bede — nawet takie, które w młodych 

latach uciekają
z rodzicielskiego domu. Później im to przechodzi.

Całkowicie się z tym zgadzam. Moja znajoma była dziwnym wyjątkiem.

Widocznie naleŜała do pewnej, nielicznej zresztą, kategorii pań zjawiających się w co 

elegantszych saloonach, zwłaszcza w okolicach, gdzie odkryto złoto. Lecz i takie 
najczęściej kończą na małŜeństwie.

Wiem, wiem. Jednak ta, o której wspomniałem, była i jest osobą jak najbardziej 

zasługującą na szacunek. Dbała aŜ do przesady o swe dobre imię. Chce pan o niej 
posłuchać? Godzina jeszcze wczesna...

Chętnie.

Wobec tego... — pomachał ręką kelnerowi krzątającemu się w pobliŜu. — Dwie 

podwójne whisky i dwie flaszki wody. Ale nie tu. Niech pan przyśle chłopca do mego 

background image

pokoju i zapisze na rachunek.

Oczywiście — skłonił się kelner. — Pana równieŜ na rachunek — zwrócił się do 

Bedego. — Szef mi tak polecił.

Doskonale.

Marshall podniósł się zza stołu.

Zapraszam pana do siebie — powiedział. — Zbyt tu gwarno i zbyt duŜo dymu. 

Chodźmy.

Przecisnęli się przez rozbawiony, rozgadany tłum gości aŜ ku schodom. Pusto tu było i 

półmroczno. Półmrok panował w słabo oświetlonym korytarzu, zupełna ciemność w 
pokoju  Marshalla.  Bede zatrzymał
się na progu, póki gospodarz nie zapalił naftowej lampy. W smugach jej Ŝółtego blasku 
dostrzegł wnętrze pokoju bliźniaczo podobne do tego, który sam zajmował. RóŜnica polegała 
jedynie na dwu wielkich, obitych skórą fotelach. Nie było ich w pokoju Bedego.

 

Proszę się rozgościć. Za chwilę chłopak przyniesie nam wszystko co potrzebne dla miłego 

spędzenia wieczoru, a tymczasem...

Marshall sięgnął do szufladki nocnego stolika i wydobył brązowe drewniane pudełko. 

Otworzył i postawił przed gościem.

—- Niech pan spróbuje. UwaŜam, Ŝe są niezłe. A moŜe pan nie pali cygar? Pali pan? To 

ś

wietnie. Ja przepadam za cygarami. Proszę nie obgryzać, tu leŜą noŜyczki, a tu popielniczka.

Rozsiadł się w sąsiednim fotelu.

Przyjemnie tak odpoczywać w ciszy. Ustawiczny gwar bardzo mnie męczy, pewnie 

dlatego, Ŝe tyle godzin spędzam w zatłoczonych wagonach. O ile przyjemniejszą musi być 
podróŜ na końskim grzbiecie! Domyślam się, Ŝe pan ma konia. Ja, niestety, nie mogę 
korzystać z takiego środka lokomocji, podróŜ trwałaby
zbyt długo. Zresztą, kiepski ze mnie jeździec.

Zapukano do drzwi, ukazał się chłopak z tacą, dwiema szklankami i aŜ trzema butelkami.

— AleŜ — zdenerwował się Marshall — prosiłem tylko o dwie porcje, nie o całą butelkę.
— Szef kazał przynieść butelkę. Powiedział, Ŝe policzy tylko za to, co zostanie wypite.

Księgowy roześmiał się cicho.

— Twój szef jest dobrym handlowcem. A teraz zmykaj!

Gdy drzwi się zamknęły, dodał:

Harper przewiduje, Ŝe jak przyśle pełną butelkę, to zwrócimy pustą. Chyba się 

zawiedzie, jak pan sądzi?

— Na pewno się zawiedzie. Nie lubię przesadzać z alkoholem.
— Słuszny zwyczaj, kochany panie, lecz szklaneczka whisky nikomu nie zaszkodzi. Dolać 
wody?
— Proszę.

Bede posmakował, kiwnął głową z aprobatą, sięgnął po cygaro i zapalił.

— No i jak?
— Dawno takiego nie miałem w ustach — pochwalił.
— Kupuję w Topeka u znajomka — poinformował Marshall. — Lecz nie o tym mieliśmy 
mówić, a o pewnej pani, która przed laty wędrowała po Kolorado, od samej północy 
prawie po samo południe tego kraju. Piękny to kraj.

Bede nie potrafił powstrzymać się od niechętnego pomruku. Dla niego nie mógł być 

pięknym kraj, w którym stracił i to, co z sobą przywiózł, i to, co tu znalazł.

— Nie uwaŜa pan, Ŝe Kolorado obfituje we wspaniałe krajobrazy?
— Spędziłem tu kilka miesięcy na cięŜkiej harówce i na podziwianie przyrody nie miałem 
ani czasu, ani chęci.
— Bywa i tak, bywa i tak — zgodził się księgowy. — Praca moŜe być przyjemnością, ale 
równocześnie iluŜ to wraŜeń nas pozbawia? No, ale to tylko takie teoretyczne rozwaŜania, 
przejdźmy do spraw mojej dziwnej podróŜniczki.

Izabela Bird

background image

Niech pan sobie wyobrazi osobę, której wzrost nie przekraczał pięciu stóp, raczej 

przysadzistą niŜ szczupłą, o twarzy nie większej od pięści dorosłego męŜczyzny, o 
wielkich, smutnych oczach. Tak ją ujrzałem po raz pierwszy i równocześnie po raz ostatni, 
ale wraŜenie przetrwało po dziś, a obraz nie zatarł się w mej pamięci. ChociaŜ to 
wydarzyło się aŜ siedemnaście lat temu. W innych czasach, wśród innych ludzi. IleŜ to 
przemian zaszło, drogi panie! Pamięta pan? Taki na przykład Jessie James, przemierzający 
prerie. Kto dziś go wspomina? Dziwny typ, rabujący bogatych, aby rozdawać pieniądze 
biednym. Na pewno słyszał pan o nim.
— Przepraszam — wtrącił się Bede, w którym nagle obudził się dawny łapacz. — Jessie 
został zastrzelony przed ośmiu laty. Rzeczywiście, słyszałem o tej historii, lecz nic o 
rozdawaniu pieniędzy biednym. Jessie James był wodzem gangu, krwawym zbrodniarzem i 
złodziejem. Skąd ta legenda?
— Nie będziemy się spierać, drogi panie. MoŜe to legenda, moŜe nie legenda. Ludzie 
opowiadali...
— Czy spotkał pan chociaŜ jednego, któremu Jessie napełnił kieszenie?

— Hm... istotnie nie spotkałem.
— Ano, właśnie. Dziwi mnie jak pan, urzędnik bankowy, moŜe czuć sentyment do 
człowieka mającego na sumieniu tyle napadów na banki? Ale przecieŜ on się do tego nie 
ograniczał. Rabował takŜe podróŜnych dyliŜansów i pociągów, wcale nie czyniąc róŜnicy 
między bogaczami a biednymi.
— Mogło się tak zdarzyć — odparł księgowy tonem świadczącym, Ŝe słowa Bedego wcale 
go nie przekonały. — Nie sprzeczajmy się, drogi panie, bo i tak nikt nie rozstrzygnie 
naszego sporu. Wracam do mej znajomej. Nazywała się Izabela Lucy Bird. Przybyła do 
Stanów w 1873 roku ze Szkocji, gdzie stale mieszkała i stale chorowała. Na bóle krzyŜa, 
na bóle głowy, na bezsenność, słowem, na całą furę przypadłości, które mogą zatruć Ŝycie 
kaŜdemu. Panna Bird jakoby nabawiła się tych chorób mieszkając w bardzo niezdrowej 
okolicy szkockiej wyspy Muli. Pan wie, gdzie leŜy wyspa Muli?
— Nie mam pojęcia.
— Sprawdzałem na mapie, tak mnie zainteresował gość mej ciotki. Panna Bird była u niej 
przez kilka dni zaledwie, lecz później pisywała listy. Z nich dowiedziałem się mnóstwa 
szczegółów o osobie, która więcej zwiedziła niŜ niejeden najzdrowszy męŜczyzna. Proszę 
sobie wyobrazić, Ŝe panna Bird przybyła do San Francisco zawadzając po drodze o Nową 
Zelandię, a później o Hawaje. ToŜ to prawie podróŜ dokoła świata! Podobno taką poradził 
jej lekarz. A wyspa Mul, drogi panie, znajduje się przy zachodnich brzegach Szkocji, na 
północy, prawie na tej samej wysokości, co u nas Labrador. Nic dziwnego, Ŝe jej klimat 
nie zalicza się do najzdrowszych.
— Ta Szkotka musiała pana bardzo interesować — zauwaŜył Bede przymruŜając nieco 
lewe oko. — Chyba się nie mylę?
— I myli się pan, i nie myli równocześnie — odparł powaŜnym tonem księgowy. — 
Między mną a nią jest prawie dwadzieścia lat róŜnicy. A poza tym... pannę Bird trudno 
zaliczyć do osób zgrabnych i ładnych. To nie wykręt z mej strony, lecz szczera prawda. 
Moje zainteresowanie dla niej zrodziło się znacznie później. Dopiero wówczas gdy ciotka 
w przystępie dobrego humoru zaczęła mi opowiadać o przygodach Izabeli Bird w czasie 
wędrówki po Kolorado. Bardzo lubię słuchać o przygodach, siedząc w fotelu i paląc 
cygaro. Jak juŜ powiedziałem, panna Bird, przybyła do San Francisco w sierpniu 1873 
roku. Wsiadła do pociągu i udała się najpierw do Cheyenne w Wyomingu, później do 
Greeley w Kolorado.
— CzegóŜ tu szukała?
— Myślę, Ŝe po prostu jedynie przygody, najprawdziwszej przygody. Opowiadano jej 
cuda o przyrodzie i klimacie Estes Park. Słyszał pan o Estes Park?
— Nigdy.
— GdzieŜ pan się do tej pory obracał?
— Pół swego Ŝycia spędziłem na południu, do Kolorado trafiłem po raz pierwszy.

background image

Rozumiem. Estes Park to piękna dolina o powierzchni kilku tysięcy hektarów, 

połoŜona na wschód od Greeley lub na północo-wschód od Denver. Pierwszym 
gospodarzem tej doliny był niejaki Joel Estes, który w połowie 1860 roku gdzieś wy 
wędrował i więcej o nim nie słyszano. W roku 1873 w Estes Park gospodarzył Griffith 
Evans, emigrant przybyły aŜ z Walii. Przez Estes Park przepływa rzeczka Big Thompson, 
lecz jej głęboki kanion jest nie do przebycia. Jedyna droga wiedzie przez parów 
Mugginsa. Tam zbudował sobie ranczo Jim Nugent, przezwany Górskim Jimem, człowiek 
cieszący się okropną opinią. Mówiono o nim, Ŝe co pewien czas dostaje ataków szału, 
przyjeŜdŜa do Denver i rozrabia. Pannę Bird poinformowano o tym wszystkim. Inna 
kobieta w takiej sytuacji na pewno zrezygnowałaby z przejaŜdŜki, ona wręcz przeciwnie. 
Postanowiła poznać Jima Nugenta. Teraz juŜ wie pan tyle samo, co i ja.

— OdwaŜna osoba z tej panny Bird albo moŜe...

rozpaskudzona Ŝyciem i szukająca tak zwanych mocnych wraŜeń?

Marshall lekko wzruszył ramionami.

Sam się nad tym wielokrotnie zastanawiałem.

Rozpaskudzona Ŝyciem to ona raczej nie była, lecz odwagi istotnie jej nie brakowało. Nigdy 
nie czuła strachu wobec ludzi cieszących się złą opinią. Wiem, bo sam widziałem, Ŝe w 
fałdach sukni nosiła wielostrzałowego colta, i ręczę panu, Ŝe nie mdlała, jak inne panie, na 
huk broni palnej.

Do Greeley panna Bird przyjechała z listem polecającym od byłego gubernatora 

terytorium Kolorado, pana Hunta, otrzymanym jeszcze w Cheyenne. Wówczas to poznała ją 
moja ciotka, no i ja, bo akurat przez kilka tygodni u ciotki mieszkałem. Pamiętam, Ŝe panna 
Bird narzekała na upał, na czarne muchy i na pluskwy, które nie dały jej spać w pensjonacie 
pani Graham. Greeley było w tamtych czasach okropną dziurą, za to okolica... Gdy się 
spojrzało ku zachodowi, wzrok napotykał bezkresne płaszczyzny, prawdziwe morze 
falujących traw. W czystym jak kryształ powietrzu ostro rysowały się wyniosłe grzbiety naj-
bliŜszego pasma Gór Skalistych, zwanego Front Rangę, a za nim jeszcze wyŜszy szczyt 
Longs Peak.

Panna Bird kochała się w koniach, lubiła jeździć, lecz jazda sposobem damskim 

przyprawiała ją o dotkliwe bóle krzyŜa. Nabyła więc tureckie szarawary, aby móc siedzieć 
okrakiem. Na tych szarawarach, spadających na buty śmiesznymi falbankami, nosiła spód-
nicę, aby nie razić ani męskich, ani kobiecych oczu. W Greeley jednak próŜno usiłowała 
nabyć wierzchowca. Ruszyła, więc na północny zachód, do Collins, wozem przypadkowo 
wracającym w tamte strony. Z Collins, jak pisała do mej ciotki, „melancholijny młodzian" 
zawiózł ją powozikiem poprzez prerię do Namaqua i dalej, aŜ do kanionu rzeki Big 
Thompson. Tam przekazał ją Tomaszowi Chalmers, mieszkającemu w pobliŜu. Panna Bird 
pisała z oburzeniem do mej ciotki, Ŝe Chalmers nawet nie zaprosił jej do swej chaty, lecz na 
nocleg przeznaczył otwarty szałas. Na szczęście noc była ciepła. Chalmers twierdził, Ŝe 
ś

wietnie zna drogę do Estes Park, wiodącą dokoła północnej strony kanionu. Następnego 

dnia poŜyczył pannie Bird konia tak chudego, Ŝe przypominał szkielet, i powiódł ją ku Estes 
Park. Po trzech dobach włóczęgi straszliwymi bezdroŜami wrócili nie osiągnąwszy celu. 
Chalmers okazał się samochwałem nie mającym pojęcia, w jaki sposób tam dotrzeć. 
Rozzłoszczona panna Bird (trudno się jej dziwić) następnego dnia skorzystała z napotkanego 
wozu jadącego do Longmont. Dwudziestodwumilowa podróŜ przez rozgrzaną słońcem 
prerię, bez skrawka cienia, do reszty zuŜyła siły podróŜniczki. Po przybyciu do Longmont 
zatrzymała się w miejscowym hotelu. Wróciły jej wszystkie przypadłości, na jakie cierpiała 
w Szkocji: bóle głowy, zapalenie oczu i uczucie krańcowego wyczerpania.

Przy kolacji oświadczyła właścicielowi hotelu, Ŝe rankiem musi w jakikolwiek sposób 

dostać się do Denver, aby zdąŜyć na pociąg jadący do Nowego Jorku. Miała juŜ zupełnie 
dosyć podróŜy po Ameryce. Opowiedziała równieŜ, jak Chalmers pobłądził, jak ona sama 
ź

le się czuje w tym nie do zniesienia klimacie. Właściciel oburzył się, stwierdził, Ŝe klimat 

tutejszy jest idealny i wszyscy się nim zachwycają. Dodał jeszcze, Ŝe Estes Park to raj na 
ziemi i byłoby wstyd stracić taką okazję. Po czym odszedł, lecz wrócił po paru minutach 
zawiadamiając, iŜ dwu młodych ludzi przed chwilą przybyło do Longmont, Ŝe jutro ruszają 
do Estes Park i chętnie ją zabiorą.

background image

Panna Bird noc spędziła bezsennie, niepokojona nerwobólami, lecz rankiem jakoś to jej 

przeszło. Zdecydowała się jechać.

— Skąd pan o tym tak dokładnie wie? Wygląda na to, jak gdyby towarzyszył pan tej 
damie.
— CóŜ znowu! Po prostu ciotka pokazywała mi listy panny Bird. Wszystko w nich zostało 
opisane z zadziwiającą drobiazgowością, aŜ do przesady...

Bede tylko pokiwał głową, co mogło oznaczać zarówno wiarę, jak i niewiarę w słowa 

Marshalla, lecz nic nie powiedział.

Izabela Bird wynajęła konia, a gdy wskoczyła na siodło, zaraz poczuła się lepiej. 

Zabrała z sobą pa- kuneczek z niezbędnymi przedmiotami, a nawet parasolkę, którą powiesiła 
na łęku siodła.

Trójka wędrowców, przejechawszy spieczoną słońcem prerię, opuściła się w głąb 

cienistego kanionu rzeczki Vrain. Stamtąd ruszyła ku strumieniowi Little Thompson, a 
późnym popołudniem dotarła do parowu Mugginsa, gdzie mieszkał Jim Nugent.

Ujrzeli prymitywną, poczerniałą chatę, stojącą na polanie, między krzakami dębiny. 

Poprzedzany przez szczekającego psa ukazał się jej właściciel. Izabela Bird opisała go 
bardzo dokładnie. Był tęgim męŜczyzną średniego wzrostu. Na głowie nosił zniszczoną 
czapkę, a jego szary myśliwski strój wisiał prawie w strzępach. Za szarfą, którą się przepasał, 
tkwił myśliwski nóŜ w pochwie, a z kieszeni kurty sterczał rewolwer. Na nogach miał 
prymitywne mokasyny z końskiej skóry.

Panna Bird oceniła jego wiek na czterdzieści pięć lat. Pisała, Ŝe sądząc z rysów twarzy, 

musiał być niegdyś wyjątkowo przystojny. Zwróciła uwagę na gładko ogolone, oblicze, na 
wąsy, na brązowe włosy w zaniedbanych puklach spadające spod czapki aŜ na kark.

Podszedł, ukłonił się i zapytał grzecznym tonem, czym moŜe słuŜyć.
Poprosiła go o wodę. Przyniósł ją w pogiętym blaszanym kubku przepraszając, Ŝe nie 

moŜe podać ładniejszego naczynia. Panna Bird stwierdziła wówczas, Ŝe Jim Nugent 
wysławia się poprawnie, Ŝe jego maniery są eleganckie i Ŝe to wszystko razem jakoś nie pa-
suje do opinii, z jakiej słynął w okolicy. Podczas rozmowy z samotnikiem dostrzegła kilka 
łapek bobrzych, które suszyły się przed chatą. Zagadnęła, gdzie je zdobył. Natychmiast 
poprosił o ich przyjęcie. Na pamiątkę spotkania. PoniewaŜ słońce chyliło się ku zachodowi, 
ruszyli dalej. Jim Nugent jakoby krzyknął za odjeŜdŜającymi: „Pani nie jest Amerykanką, 
tylko moją rodaczką. Poznałem po głosie. Mam nadzieję, Ŝe pani nie odmówi mi 
przyjemności złoŜenia jej wizyty".

Przejechawszy parów Mugginsa wędrowcy ujrzeli leŜącą niŜej dolinę. Tworzyła ją 

nieregularna niecka, przez którą przepływał strumień. Dokoła dźwigały się górskie szczyty o 
fantastycznych kształtach, a wśród nich najwyŜszy, Longs Peak. W zachodzącym słońcu 
woda w strumieniu mieniła się krwawo, a szczyt gorzał purpurą.

Izabela Bird napisała do mej ciotki, iŜ nigdy i nigdzie dotąd nie oglądała czegoś równie 

pięknego.

Nasyciwszy oczy widokiem, ruszyli szybko i po przybyciu prawie mili wjechali do Estes 

Park. Gospodarstwo Griffith Evansa leŜało tuŜ przy małym, niebieskim jeziorku. Rozmiar 
posiadłości zadziwił Izabelę. Ujrzała bowiem cztery pięknie się prezentujące chaty, 
otaczające w duŜym promieniu dom centralny, największy. Dalej znajdowały się dwa corrale 
dla koni, budynek mleczarni, gromada krów czekających na udój oraz w odległości chyba 
mili, setki sztuk bydła.

W tej głuszy i dziczy widok tak dostatniego gospodarstwa zaskakiwał kaŜdego przybysza.

Griffith Evans wybiegł ze środkowego budynku powitać gości. Powiedział pannie Bird, iŜ 

moŜe zamieszkać w chacie stojącej najbliŜej jeziorka, za opłatą ośmiu dolarów tygodniowo, 
łącznie z wyŜywieniem i prawem uŜywania koni do spacerów. Nieco później Izabela 
poinformowała moją ciotkę, Ŝe Evans spodobał się jej pomimo mocnej woni bourbona, 
bijącej z jego krzaczastej brody. Po kilku dniach dowiedziała się od gospodarza, Ŝe nabył on 
wszystkie budynki za niewielką sumę w roku 1867, na rok wcześniej nim Jim Nugent 
wzniósł swą chałupę w parowie Mugginsa. Ja osobiście uwaŜam to za bajkę. Estes zniknął z 
doliny w roku 1860, komu więc płacił Evans? Najprawdopodobniej objął w posiadanie 
budynki będące własnością niczyją. I Evans, i Nugent byli hodowcami bydła. Nie cierpieli 

background image

się wzajemnie. Trochę dlatego, Ŝe współzawodniczyli z sobą jako przewodnicy turystów, 
częściowo dlatego (jak Evans wyznał pannie Bird), Ŝe Nugent jakoby czynił jego 
siedemnastoletniej córce nieprzystojne propozycje.

Izabela Bird napisała w jednym z listów, iŜ kiedyś nocą słyszała, jak Evans wrzeszczał w 

swej chacie: „Jim, ja cię zastrzelę!"

Izabela Bird zamieszkała nad jeziorkiem i starała się na swój sposób być uŜyteczna. 

Zaopatrzona w podręczną apteczkę, wydzielała Evansowi porcje lekarstwa mającego 
neutralizować skutki pijaństwa, pomagała gotować posiłki, a wieczorami, dla rozrywki 
innych (u Evansa przebywało wówczas dziewięć osób) grywała na fujarce zrobionej z 
trzciny. Ranki upływały jej na nauce karmienia bydła, a lekcji udzielali dwaj pastusi Evansa. 
Poza tym przyjmowała codzienne wizyty Jima Nugenta. Pisała, Ŝe jest on wesołym i dow-
cipnym towarzyszem, na pewno wykształconym, znającym światową literaturę. Nugent 
wtajemniczył ją w swą przeszłość. Wspomniał o swym urodzeniu w Montrealu, o ojcu-
Irlandczyku, który słuŜy jako wysoki rangą oficer w brytyjskiej armii. Zwierzył się równieŜ 
ze starego romansu z siedemnastoletnią dziewczyną, który to romans zakończył się ponuro i 
wpędził go w pijaństwo.

— CóŜ to takiego było? — zainteresował się Bede.
— Nie wiem. Panna Bird nic więcej na ten temat nie napisała. Albo Nugent nie 
powiedział jej wszystkiego, albo teŜ zachowała dyskrecję.
— Szkoda — westchnął Bede, którego rozwlekła opowieść Marshalla poczynała nieco 
nuŜyć.

 Potrafię tylko tyle powiedzieć, iŜ ten Jim Nugent, jeśli to prawdziwe nazwisko, 

pracował w Kanadzie jako nauczyciel. Później rzucił nauczanie i został traperem na 
usługach Hudson's Bay Company. Szybko mu się to znudziło, więc powędrował do 
Stanów, zaciągnął się do armii jako wywiadowca. Brał udział w walkach z Indianami. 
Wyjątkowo niespokojny typ, jak sądzę, albo teŜ... miał coś na sumieniu, co go zmuszało 
do ciągłej zmiany miejsca pobytu. Tak podejrzewam. No i wreszcie ukrył się w parowie 
Mugginsa, jak to się mówi: na końcu świata. Był na pewno człowiekiem wykształconym, 
panna Bird nie 'mogła się mylić, zbyt jest na to inteligentna. Zresztą pisała, Ŝe Nugent 
deklamował jej swoje wiersze, przewaŜnie poświęcone dawnej miłości. Innego znowu 
dnia odtworzył swe spotkanie z szarą niedźwiedzicą. Bardzo obrazowo opowiadał, jak to 
pies wypłoszył z groty grizzli z  małymi,  jak później, przeraŜony,  uciekł do swego  
Hudson's Bay Company — Kompania Handlowa Zatoki Hudsona, działająca na terenie 
Kanady poprzez sieć swych faktorii i agentów.

pana, a rozwścieczone zwierzę pognało za nim. Nugent zdąŜył aŜ czterokrotnie strzelić, lecz 
nie powstrzymał napastnika. Niedźwiedzica dopadła strzelca, pogryzła mu lewą rękę, urwała 
jeden palec, podrapała szyję i twarz. Nugent wówczas zemdlał. Chyba to właśnie go ocaliło. 
Podobno niedźwiedzie nie ruszają ludzkich zwłok, a Jim wyglądał jak trup. Słyszał pan o 
tym?

— Nic a nic. Nie jestem myśliwym.
— Jednak tak się zdarzyło. Gdy ranny odzyskał przytomność, spostrzegł, Ŝe leŜy w kałuŜy 
krwi. Niedźwiedzicy nie było. Wówczas zdołał wspiąć się na grzbiet swego muła i 
przejechać aŜ osiem mil. Na swe szczęście przypadkowo spotkał lekarza.
— Nie wie pan, jak ten lekarz się nazywał?
— Nie.
— Pytam, bowiem i ja niedawno spotkałem takiego wędrującego lekarza, moŜe to ten 
sam?
— Leczył pana?
— Nie było potrzeby.
— Z Jimem była potrzeba. Proszę sobie wyobrazić, Ŝe ten doktor zeszył mu aŜ 
pięćdziesiąt ran. Trzeba końskiego zdrowia, aby coś takiego wytrzymać. Jednak Jim miał 
tak pociętą skórę na twarzy, Ŝe na prawe oko zaniewidział. Pannę Bird bardzo wzruszyło to 
opowiadanie.

Innego dnia zaczął ją namawiać na wspinaczkę wysokogórską na Longs Peak. Ten szczyt 

widać było z Estes Park i Izabela poczęła marzyć o wycieczce we dwójkę. Po wielu 
rozwaŜaniach doszła do wniosku, Ŝe jednak będzie stosowniej powędrować większym 
gronem.

background image

Namówiła na wyprawę obu młodzieńców, z którymi przyjechała. W końcu września cała 

czwórka, zaopatrzywszy się w Ŝywność i derki, ruszyła konno w daleką drogę. Widział pan 
kiedy Longs Peak?

MoŜe tak, moŜe nie — odparł flegmatycznie Bede. — Oglądałem tyle juŜ szczytów, Ŝe 

wszystko mi się pokręciło w głowie.

Szkoda. To piękna góra. Bardzo wysoka, ponad czternaście tysięcy stóp. WyobraŜa pan 

sobie taki ogrom?

Bede coś tam mruknął, co od biedy moŜna było uznać za odpowiedź twierdzącą.

— Do wysokości jedenastu tysięcy stóp — mówił Marshall — zbocza porasta pierwotny 
las, powyŜej jest juŜ tylko nagi granit, porznięty przepaścistymi rozpadlinami, skalnymi 
półkami i rumowiskiem potęŜnych głazów. Podobno znajdują się tam liczne jeziorka, 
wiecznie zamarznięte bagna i zasypane śniegiem wąwozy. Rozrzedzone powietrze bardzo 
utrudnia oddychanie.
— Pan tam był? — zdumiał się Bede.
— Nie, nigdy. Ale, jak juŜ wspomniałem, listy, które przesyłała Izabela Bird do mej 
ciotki, były niesłychanie szczegółowe w opisach, powiem: precyzyjne, to najlepsze 
określenie. Czytałem je jak najciekawszą ksiąŜkę o przygodach podróŜników, czytałem po 
kilka razy, a pamięć mam, nie chwaląc się, znakomitą.
— Wyznam, iŜ nie pojmuję, po co ludzie gramolą się na górskie szczyty? Po to, Ŝeby z 
nich schodzić?
— Ha, natura ludzka jest wielce skomplikowana. Niektórzy szukają przygód i 
niebezpieczeństw. Czy pan wie, iŜ do tej pory dwadzieścia jeden osób przypłaciło Ŝyciem 
próbę zdobycia wierzchołka Longs Peak? Lecz innych to nie odstrasza. Sądzę, Ŝe i pan, 
gdyby mu zaproponowano...
— Co to, to nie! — wykrzyknął Bede. — To nie ma Ŝadnego sensu.

Jednak panna Bird uznała, Ŝe ma to jakiś sens. JuŜ o zmroku cała czwórka, ciągle 

konno, osiągnęła 

granicę lasów. Obozowali w sosnowym, zagajniku. Nazajutrz wstali ze wschodem słońca, a 
po śniadaniu ruszyli dalej. Po osiągnięciu dwunastu tysięcy stóp wysokości pozostawili 
konie. Z wielkim trudem dobrnęli do miejsca, w którym nierówna, naturalna ścieŜka ciągnęła 
się na przestrzeni kilkuset stóp między skalnymi zwaliskami, aŜ do granicy głębokiego paro-
wu. Odtąd naleŜało wędrować wąziutką półką skalną, biegnącą tuŜ nad przepaścią. Izabela 
Bird była juŜ niezdolna do dalszego marszu. Wtedy Jim Nugent przywiązał ją do siebie liną i 
ciągnął. Ślizgając się, chwiejąc na nogach, dysząc z wyczerpania i z braku powietrza, z 
bijącym sercem i bolącymi płucami (jak to sama opisała) dobrnęła do bezpieczniejszego 
miejsca. Stamtąd juŜ widać było sam czubek góry.

Teraz czwórka wędrowców, pełznąc, czołgając się, przystawała co chwila dla nabrania 

oddechu. Ta wspinaczka trwała ponad godzinę. Wreszcie osiągnęli szczyt na pół Ŝywi ze 
zmęczenia. Była to akrowej powierzchni płaszczyzna kamieni, otoczona urwistymi 
zboczami. Miejsce ponure, z którego szybko się wycofali. Lecz zejście wcale nie było 
łatwiejsze. Panna Bird przewróciła się parokrotnie, a przez część drogi Jim po prostu niósł ją 
na plecach. W końcu dobrnęli do postoju koni, wskoczyli na siodła i juŜ szybko dojechali do 
poprzedniego obozowiska w sosnowym lasku. Rozpalono ognisko, spoŜyto wieczerzę.

Gdy dwaj młodzi uczestnicy wyprawy, bardzo utrudzeni, zasnęli, Izabela długo jeszcze 

gawędziła z Nu-gentem. W jednym z listów wspomniała, iŜ Jim opowiadał jej dzieje swej 
młodości, śpiewał ballady, a później się jej oświadczył. Izabela Bird napisała, iŜ tylko przez 
pięć minut wierzyła w szczerość tego wyznania, lecz swą wiarę uznała za zarozumiałość 
niewybaczalną kobiecie w jej wieku. Jednak według opinii mej ciotki, a kobiety na tych 
sprawach znają się lepiej od męŜczyzn, panna Bird zupełnie powaŜnie myślała o poślubieniu 
Jima Nugenta, lecz zdecydować się na taki krok nie potrafiła. Jej opinia o Nugencie 
zmieniała się chyba co parę dni. Raz nazywała go w swych listach człowiekiem budzącym 
strach, nawet łotrem, kiedy indziej dŜentelmenem.

W kilka dni po powrocie do Estes Park, miotana sprzecznymi uczuciami, nagle 

zdecydowała się na wyjazd. W towarzystwie jednego z turystów opuściła Park i przybyła do 
Longmont, gdzie zatrzymała się w hotelu „St. Vrain". Nazajutrz wczesnym rankiem 

background image

samotnie ruszyła konno na południe, szlakiem wiodącym przez pustą prerię, do Denver. 
Trzeba przyznać, iŜ odwagi jej nie brakło. Wątpię, czy nawet dziś, gdy bezpieczniej juŜ jest 
w tym kraju i po drogach nie krąŜą bandyci czyhający na samotnych podróŜnych, 
jakakolwiek kobieta zdecydowałaby się na przebycie trzydziestu mil pustkowi, z koniem 
jako jedynym towarzyszem.

Jednak do Denver dotarła bez przeszkód i pierwszą noc spędziła u krewnych Gryffitha 

Evansa. Moja ciotka podejrzewa, Ŝe Izabela udała się do Denver, aby zasięgnąć języka o 
Jimie. Dlatego właśnie tam nocowała, lecz chyba tą drogą nie dowiedziała się nic dobrego o 
Nugencie. Oczywiście, to tylko przypuszczenia.

JuŜ nazajutrz śniadanie jadła w towarzystwie pana Hunta, byłego gubernatora terytorium 

Kolorado. Miała zamiar wybrać się pociągiem do miejscowości Colorado Springs, lecz Hunt 
zapewnił ją, iŜ jest to bardzo łatwa wycieczka, a z wyŜyn końskiego grzbietu lepiej moŜna 
podziwiać krajobrazy.

Szlak z Denver do Colorado Springs liczy sobie osiemdziesiąt mil, a był wówczas tak źle 

oznakowany,
Ŝ

e panna Bird dwukrotnie zmyliła drogę. Korzystając z gościny poleconych jej przez Hunta 

ranczerów i farmerów, dotarła wreszcie w ciągu pięciu dni do Colorado Springs.

Początkowo miała zamiar pobyć tu dłuŜej, lecz (jak wzmiankowała w kolejnym liście) 

dręczył ją niepokój o pozostawionych w Estes Park znajomych, no i... Jima Nugenta. Zdaje 
się, Ŝe to ostatnie zadecydowało o powrocie. Wybrała się do Denver nieco inną trasą i znacz-
nie dłuŜszą od poprzedniej, chyba o kilkadziesiąt mil, jeśli nie więcej. Proszę pomyśleć, 
drogi panie, osoba bawiąca po raz pierwszy w tym kraju, nie ciesząca się mocnym zdrowiem, 
ryzykuje samotną, daleką wędrówkę! Przyzna pan, iŜ taka osoba jest godna podziwu.

Być moŜe — przytaknął Bede dość wstrzemięźliwie. — Ona świetnie pasowała do 

tego Jima Nugenta.
Ja za skarby świata nie chciałbym mieć Ŝony szukającej guza po jakichś diabelskich 
pustkowiach. Pewnie się z tym Nugentem dogadała? Nie?

Marshall uśmiechnął się i pokiwał głową.

— MoŜna dolać? — zapytał.
Bede podsunął pustą szklankę.

Jest pan bliski prawdy — powiedział księgowy — ale tylko... bliski. Bo prawdą jest, Ŝe 

Izabela Bird, spiesząc do Estes Park, zastanawiała się, czy byłaby dobrą Ŝoną dla człowieka, 
który przez czterdzieści dwa lata Ŝył na odludziu zupełnie sam, niezaleŜny. Tak pisała. 
Oczywiście, to przesada. Oczywiście, w swym dziecięcym okresie Nugent musiał mieć 
jakichś opiekunów, więc nie sposób mówić aŜ o czterdziestu dwu latach jego niezaleŜności. 
Lecz mniejsza z tym.

W połowie października panna Bird po raz drugi zawitała do parowu Mugginsa. JuŜ 

zmierzchało, a w oknach chaty nie zauwaŜyła światła. Pomyślała, Ŝe Nugent stąd odszedł na 
zawsze. Jednak w kilka minut później usłyszała szczekanie psa, a w chwilę potem ukazał się 
jego pan na koniu. Podobno szalał z radości na jej widok. Odprowadził ją do granic Estes 
Park, w którym Izabela zajęła swój dawny domek. Odtąd widywała się z Jimem codziennie. 
Po tygodniu udali się we dwójkę obejrzeć Ŝeremia bobrów. Jim  jakoś  stracił  humor.   
Jechał  w  posępnym milczeniu, bijąc często swego wierzchowca i zmuszając go do 
wariackiego galopu. Wreszcie podjechał do swej towarzyszki i nieoczekiwanie oświadczył, 
iŜ jest ona pierwszą od wielu lat osobą, która traktuje go jak człowieka. Powiedział równieŜ, 
Ŝ

e kiedy odjechała, zdał sobie sprawę, jak bardzo się do niej przywiązał, i ta myśl go zabija.

Takie wyznanie bardzo przeraziło słuchaczkę. Napisała do mej ciotki, Ŝe Jim jest 

męŜczyzną, którego kaŜda kobieta moŜe pokochać, lecz Ŝadna zdrowa na umyśle nie poślubi.

Chyba miała rację — wtrącił Bede. — Ten Nugent wygląda na kiepskiego wariata. Ale 

ona — zastanowił się chwilę — wcale nie lepsza. Nie potrafiła zdecydować się.

Prawda, drogi panie, lecz trudno się temu dziwić. Jim był niezłą partią, jak to się 

potocznie mówi. Miał ziemię, czterdzieści sztuk bydła i corocznie zdobywał kilkadziesiąt 
sztuk cennych futer. Lecz równocześnie jakby ostrzegał pannę Bird przed zbyt pochopną 
decyzją. Sam o sobie twierdził, Ŝe jest potworem, i prosił, aby nie próbowała go zmienić. 
Tak więc zamiast rozmowy o małŜeństwie panna Bird usłyszała o rzeczach okropnych. W 

background image

zdenerwowaniu oświadczyła, Ŝe dość ma tego. Rozstali się bez słowa. Lecz juŜ następnego 
dnia Jim przybył do Estes Park, nieco pijany, i zaprosił pannę Bird na wycieczkę.
— Odmówiła?

 Gdzie tam. Pojechali! Podobno przez cały czas Jim był lodowato grzeczny, co wcale 

nie spodobało się jego towarzyszce. Przez następne dwa dni Jim nie odwiedzał Izabeli. 
RozŜalona, poczęła się szykować do ostatecznego odjazdu. Tę decyzję umocniła 
informacja udzielona przez przebywających na miejscu turystów, Ŝe widzieli Jima, jak 
tamtędy przejeŜdŜał. A więc umyślnie jej  unikał. To stało się przysłowiową kroplą, jaka 
przepełniła dzban goryczy. W porywie gniewu napisała krótki liścik do Jima, w którym 
zawiadamiała, Ŝe nie Ŝyczy sobie dalszej znajomości. I co później nastąpiło, jak pan sądzi?

Och, to jasne. Poprosiła Evansa lub kogokolwiek innego, aby doręczył list adresatowi.

Nie zgadł pan, chociaŜ rozumuje logicznie. Panna Bird osiodłała konia i pogalopowała 

do parowu Mug-ginsa, aby swe pismo wręczyć osobiście.

Bede, który akurat pociągnął ze szklaneczki głębszy łyk, aŜ się zakrztusił.

Widać — zauwaŜył wesoło, pokasłując jeszcze — wcale z nim nie chciała skończyć.

Na pewno. Proszę sobie wyobrazić, Ŝe w drodze spotkała Jima. Wręczyła mu list. 

Podziękował i nie czytając schował pismo do kieszeni. Później, jakby nic nie zaszło, 
mówił, Ŝe się przeziębił, ale gdy poczuje się lepiej, przyjedzie. Przyjechał juŜ następnego 
dnia, a o liście nie było mowy. O rozstaniu równieŜ

Przedziwna historia — mruknął Bede.

Bardzo zawikłana — dodał Marshall. — Sądzić wolno, iŜ ta dziwna para jakoś się 

pogodziła, bo panna Bird nabrała humoru i chęci do Ŝycia. W Dzień Dziękczynienia 
upiekła parofuntowy placek dla gości w Estes Park, a później zajęła się opisaniem swej 
wyprawy na Longs Peak, w czym pomagał jej Jim. Taka sielanka trwała jednak tylko 
tydzień. Coś tam musiało zajść między nimi, o czym Izabela Bird juŜ nie wspomniała, bo 
nagle zdecydowała się wyjechać. I decyzji swej juŜ nie zmieniła.

Do chaty Jima odprowadził ją Evans, do Namaqua sam Jim Nugent.  O czym ze sobą w 

drodze rozmawiali, historia milczy. W Namaqua rozstali się ostatecznie. Izabela Bird 
wsiadła do dyliŜansu, dotarła szczęśliwie do Greeley, gdzie złapała pociąg zdąŜający do 
Nowego Jorku. I tak się to skończyło, drogi panie. Dodam jeszcze, Ŝe panna Bird w roku 
1879 wydała ksiąŜkę pod tytułem „śycie pani w Górach Skalistych". Czytałem ją. O Jimie 
Nugencie niewiele w niej, nawet nie ma połowy tego, co opowiadała mi ciotka.

— A co z tym Jimem? Nie wie pan?

—- To jednak dramatyczna historia. Słyszałem, Ŝe w czerwcu 1874 roku został 

postrzelony z dubeltówki przez Evansa. Jakoby Evans działał w obronie własnej i sąd go 
uniewinnił. Jim Nugent, cięŜko ranny, przewieziony do szpitala w Fort Collins, zmarł po 
trzech miesiącach.

A ona? Dowiedziała się o tym?

— Tak. Bawiła wówczas w Europie, w Szwajcarii. Pisała do mej ciotki, kto chce niech w 
to wierzy, Ŝe w hotelu ukazał się jej duch Jima. Ukłonił się, powiedział: „Ŝegnaj", i 
zniknął.
— Brrr — wstrząsnął się Bede. — Proszę mi jeszcze dolać. CóŜ za ponura historia.
— Na pewno niewesoła. Co pan sądzi o tej dziwnej kobiecie?

Bede lekko wzruszył ramionami:

— Byłoby lepiej dla niej i dla innych, gdyby urodziła się męŜczyzną. Pewnie została starą 
panną do końca Ŝycia.

 OtóŜ nie! Pisała do mej ciotki najpierw z Japonii, a później ze Szkocji donosząc, iŜ 

wyszła za mąŜ. I to była ostatnia od niej wiadomość. Co robiła dalej, nie wiem. 
Wspominam ją często jako dzielnego człowieka i jedynego westmana w spódnicy.

Być moŜe. Co do mnie, nie chciałbym spotkać podobnej kobiety.

Dlaczego?

Dlatego, Ŝe nie potrafiłbym przewidzieć jej postępowania. Takie osoby są zwykle 

niebezpieczne. UwaŜam, Ŝe Jim Nugent przez nią zginął.

CóŜ znowu?!

A tak. Gdyby z nim została, nie włóczyłby się, lecz siedział w chałupie.

background image

Lecz Evans zastrzelił przecieŜ Jima dlatego, Ŝe przyszedł się zalecać do jego córki. 

Tak mi opowiadano.

Właśnie! — wykrzyknął Bede. — Gdyby Jim miał Ŝonę...

Nie będziemy się spierać, co byłoby, gdyby... No, wypijmy za naszą znajomość. 

Szkoda, Ŝe taka krótka. Jutro o świcie ruszam stąd.

Kiedy się pan znowu pojawi w Goodyear?

KtóŜ odgadnie? Za pół roku, za rok...

OpróŜnili szklaneczki,   uścisnęli  dłonie,  powiedzieli:

do zobaczenia", nie wierząc ani przez sekundę, Ŝe się kiedykolwiek spotkają.

Bede wrócił do swego pokoju z lekkim szumem w głowie. Spał niespokojnie, budził się 

parokrotnie, spocony z przeraŜenia. Śniła mu się Izabela Bird wymachująca potęŜnym 
coltem i groŜąca śmiercią, jeśli natychmiast się z nią nie oŜeni. Później ujrzał ducha 
Nugenta, okropną postać jednookiego ślepca.

Dopiero nad ranem, gdy wyparowała z niego resztka whisky, Bede zapadł w cięŜki jak 

kamień sen.

Wymarły dom

Obudził się późno. Słońce świeciło wprost w okno jego pokoju. Zerwał się z łóŜka, ubrał, 

umył, ogolił i pognał na dół.

Senną ciszę saloonu mąciło tylko podreptywanie kelnera. Kto miał wypić lub zjeść, 

uczynił to juŜ wcześniej, a następnych gości naleŜało się spodziewać dopiero w późnych, 
popołudniowych godzinach.

Bede usiadł przy stoliku, a gdy kelner podbiegł truchcikiem, zapytał:

Czy pan Marshall wyjechał?

Tak proszę pana. Dziś rano o szóstej, pociągiem do Denver.

Szkoda — westchnął Bede, nie wiadomo dlaczego miał nadzieję, Ŝe księgowy odłoŜy 

swój wyjazd.

Pomyślał, iŜ odtąd nawet nie będzie miał z kim porozmawiać w tej przeklętej dziurze.

Co mam podać? MoŜe jajka na szynce?

Nie, nie chcę mięsa. Dzbanek kawy, mleko, chleb i masło.

Tak jest, proszę pana. Natychmiast przyniosę.

Bede pogrąŜył się w posępnej zadumie. Nie zauwaŜył, Ŝe przy sąsiednim stoliku zasiadł 

spóźniony gość w szarej kapocie i wytłuszczonym kapeluszu na głowie. Myślał. Czy ma 
zwrócić się do szeryfa z zapytaniem o listy gończe? Lecz istniał powszechny zwyczaj 
wywieszania takich zawiadomień w miejscach uczęszczanych przez mieszkańców. Na 
przykład na budynkach szeryfówek, na stacjach kolejowych... Trzeba sprawdzić. Jeśli jednak 
listów nie będzie... To co? Jaka szkoda, Ŝe Marshall wyjechał! On miał w jednym palcu 
wszystkie informacje o ludziach tego miasteczka i o ich interesach. NaleŜało go o to wczoraj 
zapytać, zamiast wysłuchiwać niesamowicie długiej historii Ŝycia jakiejś starej panny. A Jim 
Nugent... zdobył ziemię, chałupę i czterdzieści sztuk bydła!

I ja mógłbym posiadać to samo... Wystarczyło pobyć nieco dłuŜej w Meksyku, a nie 

włóczyć się po górach San Juan. śebym ja ich jeszcze kiedyś spotkał... — pomyślał o 
bandziorach ze złotodajnej dolinki. — Dobrze zapamiętałem te gęby".

Tu kawa, a tu mleczko. Chleb i masełko.

Ś

wietnie — mruknął Bede wracając do rzeczywistości.

Kawa okazała się znakomita, mleko bez zrzutu, chleb jeszcze ciepły, Bede wspomniał swą 

głodówkę sprzed dwu dni i zaraz mu wrócił humor. Przynajmniej teraz nic podobnego mu 
nie groziło. Przez kilka lub nawet kilkanaście dni. Martwienie się na zapas nie ma sensu.

Więc jadł i pił w ciszy prawie pustej sali. Dopiero jakieś dziwne odgłosy skłoniły go do 

przerwania posiłku. Zerknął na sąsiedni stolik.

Kelner zwijał się jak w ukropie, więc samotny gość, siedzący w pobliŜu, juŜ pokrzepiał się 

mięsem, piwem i whisky. Mlaskał przy tym (zupełnie jak świnia!) i siorbał w sposób tak 

background image

obrzydliwy, iŜ Bedego opuściła połowa ochoty do jedzenia. Widział, jak tamten, nie uznając 
widelca, pakował do ust kawały wołowiny przy pomocy noŜa, a później wciągał w siebie 
piwo z okropnym gulgotem, zupełnie jak słoń, którego kiedyś Bede oglądał na arenie 
wędrownego cyrku.  Teraz przypomniał sobie, jak bardzo musiał uwaŜać siedząc przy stole 
seńora Gonzalesa w dalekim Meksyku. Lecz nigdy, nawet gdy był sam, nie jadł noŜem ani 
nie mlaskał tak obrzydliwie.

„A cóŜ to za dziki człowiek! — pomyślał. — Zwrócić mu uwagę czy przesiąść się dalej?"

Nagle dostrzegł panią Harper. Dzisiaj ubrana była na niebiesko. Tkwiła za bufetem i 

wydało się Bede-mu, iŜ spogląda na niego. Jednak pomylił się. Gdy po kilku minutach 
opuściła swój posterunek, skierowała swe kroki wcale nie do Bedego, lecz do głośnego są-
siada.

— Panie Pond — powiedziała — pociąg do Colorado Springs odjeŜdŜa o jedenastej. Ma 
pan zaledwie pół godziny czasu.
— Ach... nie przypuszczałem, Ŝe jest tak późno. Bardzo dziękuję, pani Harper.

Kiwnęła mu głową i podeszła do Bedego.

— Jest pan zadowolony z obsługi?

Głos miała przyjemny, lecz ton tego głosu był zadziwiający. Bowiem pytanie zabrzmiało 

tak jak stwierdzenie, i to stwierdzenie nie znoszące sprzeciwu.

— Bardzo jestem zadowolony.
— Cieszę się z tego.
Wygląd jej twarzy nie świadczył jednak o jakiejkolwiek radości. Raczej o tym, iŜ zła czy 

dobra obsługa mało ją obchodzi. Spojrzała na Bedego wzrokiem, który — jak mu się wydało 
— przewiercił go na wylot, i odeszła.

Tymczasem człowiek w szarej kapocie i wytłuszczonym kapeluszu pospiesznie ładował do 

ust kawały mięsa, a gdy uporał się z ostatnim, juŜ na stojąco wlał w siebie resztkę piwa i 
wybiegł z lokalu.

Co ją u licha, obchodzi, czy on zdąŜy na pociąg, czy nie? — zastanawiał się Bede. — A 

moŜe ma jej

załatwić jakiś sprawunek? Lecz wczoraj wieczorem kazała temu kapitanowi o śmiesznym 
nazwisku wyjść o ósmej, bo obiecał Ŝonie..."

Postanowił być ostroŜny i trzymać język za zębami. PrzecieŜ ta dziwna kobieta z powodu 

byle głupstwa gotowa mu wymówić pokój, zanim zdobędzie pieniądze na jego opłacenie. 
Doszedłszy do takiego wniosku, czym prędzej opuścił „Lucky Saloon".

Powałęsał się wzdłuŜ głównej ulicy, odnalazł malutki domeczek z napisem 

informującym, iŜ w nim mieści się biuro szeryfa. Niestety, na drewnianej tablicy ogłoszeń 
nie dostrzegł ani jednego listu gończego. Z wejścia do biura zrezygnował. Postanowił 
jeszcze sprawdzić w budynku stacyjnym. Zupełnie przypadkowo zauwaŜył,, Ŝe Goodyear 
posiada drugą ulicę, raczej uliczkę, prostopadłą do głównej. Była znacznie krótsza i za-
budowana tylko po jednej stronie. Nosiła nazwę, która zorientowała Bedego równie dobrze, 
jak ustna informacja. Na naroŜnym budynku widniał koślawy nieco napis, wymalowany 
białą farbą: „Ulica Kolejowa".

Skoro Kolejowa, na pewno prowadzi do kolei. Ruszył  więc   odkrytym   przez   siebie   

szlakiem.   Z   lewej strony domki, z prawej — pola i ugory porosłe niską trawą,  krzakami, 
kępkami drzew.  Zaniedbany wygon ciągnął się bez przerwy aŜ do zrytego koleinami wozów, 
gliniastego   placyku,   przy   którym   wznosił   się drewniany   budyneczek.   Zaraz   za   nim 
biegła   prosta linia   lśniących    torów.   Budyneczek,   jak  prawidłowo, odgadł Bede, był 
stacją. Od strony podjazdu dworzec kolejowy został wyposaŜony w schodki i  drzwi, lecz 
kaŜdy, kto wkroczył do  wnętrza, mógł stwierdzić, Ŝe jest to tylko  weranda  o trzech  
ś

cianach,  schronienie przed deszczem, a nie poczekalnia z kasami,  bufetem i biurem 

dyŜurnego ruchu.

Zadeptana podłoga, brudne ściany, na których wisiał jeden tylko, ręcznie  wymalowany i 

popstrzony przez

muchy afisz — robiły wraŜenie ponurego zaniedbania. Afisz nie był zresztą listem gończym, 
lecz zawiadomieniem o zebraniu organizacyjnym Armii Zbawienia, oddziału w Goodyear.

background image

Zawiadomienie nosiło datę sprzed dwu miesięcy, co było zresztą dla Bedego sprawą 

całkowicie obojętną. Obszedł stację-werandę dokoła, lecz i na zewnątrz nie znalazł nic 
godnego uwagi. Natomiast w odległości nie większej niŜ pół mili dostrzegł migocącą w 
słońcu rzeczkę i postanowił się wykąpać.

Ruszył poprzez chaszcze i wkrótce trafił na ledwo widoczną dróŜkę, zapewne od dawna 

nie uŜywaną. Zawiodła go nieoczekiwanie do zmurszałego, walącego, się płotu, oplecionego 
dziką winoroślą, tak Ŝe z daleka zlewał się kolorytem z łąką, krzewami i kępami drzew. Bede 
zerknął przez szparę w płocie. Ujrzał zarośnięty ogród, a dalej drewnianą, szeroką fasadę 
domu. Cisza panująca dokoła, pustka, na głucho zawarte okiennice — wszystko to 
ś

wiadczyło, iŜ nikt tu nie mieszka, i to od dłuŜszego czasu. Bede okrąŜył parkan i znalazł się 

nad brzegiem wody. Pluskała wśród szafirowych łąk, płynąc w tym miejscu ostro 
skręcającym korytem, co tworzyło miniaturowy półwysep o stromych brzegach nad 
piaszczystym osypiskiem. Na cyplu tego półwyspu Bede zauwaŜył samotnego człowieka. 
Postąpił jeszcze kilka kroków i zatrzymał się. Wędzisko śmignęło w górę, a na końcu linki 
ukazał się srebrny kształt ryby. Bede nigdy nie parał się wędkarstwem, lecz jak kaŜdy 
przeciętny męŜczyzna lubił popatrzeć na pływak raptownie pogrąŜający się w wodzie, a 
później wyskakujący w nagłym szarpnięciu, aby ukazać zdobycz iskrzącą się w słońcu 
ś

wieŜą wilgocią.

Obok rybaka stał kubeł, w którym juŜ miotała się spora sztuka.

Jak idzie? — zagadnął Bede.   

Nieznajomy odczepił z haczyka rybę, cisnął ją do wiadra.

Nieźle — odparł siadając na krawędzi skarpy, tuŜ

nad wodą. — Na dziś wystarczy.

Wydobył kopciuch i fajeczkę.

Palicie?

Nie mam fajki.

To moŜe cygarko?

Chętnie.

Wędkarz pogrzebał w licznych kieszeniach swej kurtki, wreszcie wydobył szukany 

przedmiot, nieco pokruszony z jednego końca, i wręczył go Bedemu. Przez pewien czas obaj 
delektowali się dymem.

Tamten dom — Bede wskazał palcem za siebie — od dawna tak stoi pusty?

Będzie trzeci rok — pyknął fajeczką. — Widać, Ŝeście nietutejsi.

Nie ma właściciela?

A jakŜe, jest właściciel.

Więc dlaczego tu nie mieszka? śal patrzeć, jak taka chałupa marnuje się, a i ogród 

zapuszczony.

Widzieliście?

Aha...

Tu nikt nie chce mieszkać. Stary Ramsey nabył go wraz z kawałkiem gruntu od 

poprzedniego posiadacza, a teraz w brodę sobie pluje. Gdyby kupił furę kamieni, zrobiłby 
lepszy interes.

AleŜ... dlaczego? — zdziwił się Bede. Wędkarz znowu pyknął dymem.

To złe miejsce — odparł zwięźle.

Zagadka? — skrzywił się Bede.

Cygaro było ohydne. Im dłuŜej palił, tym bardziej pragnął cisnąć je do wody, lecz 

wrodzona grzeczność na to mu nie pozwoliła.

Nie będziecie się ze mnie śmieli?

CóŜ znowu!

Bo widzicie, ludzie mówią, Ŝe tam straszy. Bede spojrzał podejrzliwie na wędkarza, 

czy aby nie

kpi. Lecz nie, mówił to z całą powagą.

A co tam takiego straszy? — zapytał Bede spokojnie, chociaŜ to, co usłyszał, wydało 

mu się wręcz humorystyczne.

background image

Albo ja wiem?

Nie rozumiem — wyznał Bede powstrzymując się od śmiechu.

A co tu jest do zrozumienia? Ludzie gadają, Ŝe w dawnym domu Allena dzieją się 

niedobre rzeczy.

— 

Mówiliście, Ŝe ten budynek przecieŜ jest własnością Ramseya.

Jest. Lecz przed laty miał go Allen. I mieszkał w nim.

I co z tym Allenem? Wyprowadził się?

A jakŜe! Z tego świata. Powiesił się.

O, do licha! I od tamtego czasu straszy?

Właśnie tak. Niektórzy widzieli, jak nocą poprzez szpary w okiennicach błyskało 

ś

wiatło.

MoŜe ktoś się wprowadził na jedną noc?

Ale tam! Zbyt często się to powtarzało. Chłopcy Grahama poszli kiedyś wieczorem 

narwać owoców, bo dokoła domu rośnie sad, i wieli stamtąd, Ŝe mało portek nie pogubili. 
Pokazał się im upiór wysoki jak sosna.

Chłopcy róŜne bajki potrafią wymyślić.

Pewnie, Ŝe potrafią, lecz w ten sposób przyznali się do kradzieŜy i oberwali od ojca 

tęgie lanie. Od tamtego czasu po zapadnięciu zmroku nikt tędy nie chodzi, ludzie się boją.

Postukał główką fajeczki o obcas buta, wytrząsnął resztkę popiołu i wstał.

Czas na mnie. Dobrze się nam pogadało. Jeśli was ciekawi historia tego domu, 

zapytajcie Harpera. To
właściciel „Lucky Saloon". On wie więcej ode mnie.

Zarzucił wędkę na ramię, dźwignął wiadro i ruszył wolno w kierunku stacji.

A to ci dopiero heca! — szepnął Bede. — Jak moŜna wierzyć w takie bzdury?

Zrzucił z siebie ubranie i plusnął w wodę. Popływał tu i tam, wyszedł i połoŜył się na 

trawie. Słońce grzało przyjemnie, chociaŜ to była juŜ druga połowa jesieni.

„Jednak coś w tym musi być — rozmyślał przymknąwszy oczy. — Oczywiście, nie Ŝadne 

duchy. Gdybym był szeryfem, zająłbym się tą sprawą. Ani chybi, Ŝe w chałupie ktoś się 
ukrywa i płoszy ciekawskich. MoŜe jakiś bandzior? Muszę pogadać z Harperem" — 
postanowił.

Wstał, ubrał się i poszedł ku stacji. Po drodze przystanął i raz jeszcze popatrzył przez 

szparę rozpadającego się płotu. Bardzo go korciło, by wtargnąć do środka. Obszedł 
ogrodzenie, znalazł bramę i furtkę, lecz zamknięte na kłódki. Uznał, Ŝe nie wypada przełazić 
przez płot, i wrócił do miasta.

W saloonie zastał pustkę. Ani jeden stolik nie był zajęty. Za bufetem podrzemywał kelner. 

Ciszę wczesnego popołudnia mąciło jedynie bzykanie much. Bede oparł się o mosięŜną 
balustradę, chroniącą szynkwas przed zbytnim naporem co bardziej niecierpliwych gości, i 
postukał zgiętym palcem w metal. Kelner drgnął, otworzył oczy, spojrzał niezbyt 
przytomnym wzrokiem, wreszcie, poznawszy go, uśmiechnął się i zerwał ze stołka.

— Czym mogę słuŜyć? — zapytał powstrzymując ziewanie.
— Jedna mała whisky. Z wodą.

Pił wolno, czekając, czy gdzieś w głębi nie wyjrzy głowa Harpera. Na próŜno. A nie 

wypadało przywoływać gospodarza do tak błahej sprawy.

— Byłem nad rzeką — powiadomił kelnera, który tę informację pokwitował sztucznym 
uśmiechem.
— Woda musi być ciepła, proszę pana. Pogoda dopisuje.
— Bardzo ciepła. Kąpałem się.
— I ryb tu mnóstwo — zauwaŜył kelner. — Piękna rzeczka, górska rzeczka. MoŜna w niej 
łowić pstrągi.
— Zapewne. Ale, ale... co to za dom tam stoi? Wygląda na opuszczony, aŜ przykro 
patrzeć.

Kelner od razu się oŜywił.

Ma pan na myśli wymarły dom?

— Nie wiem, jak go nazywają, dość Ŝe pusty i na głucho zamknięty.
— Ten sam, ten sam! Ludzie go nazwali wymarłym domem. Tam podobno straszy.

background image

Jak gdyby dla zaakcentowania swych słów pacnął ścierką muchę spacerującą po lśniącej 

ladzie bufetu.

Bede roześmiał się. Ze słów kelnera nie wynikało, czy wierzy plotkom, czy nie. 

Postanowił go sprowokować.

— AleŜ to bzdura! — wykrzyknął.

Ach, proszę pana, nie jestem tego pewien. Przyznam — tu ściszył głos — Ŝe wolałbym 

ujrzeć grzechotnika niŜ Ŝywego upiora. Tfu! Co ja gadam! Upiory są przecieŜ martwe.
— Był pan w środku?
— Nie, nigdy. Po co?
— Przez ciekawość.
— Nie, nie. Po co mam pchać palce w sprawy, które do mnie nie naleŜą?

Szkoda — zauwaŜył Bede. — Chciałbym porozmawiać z człowiekiem, który obejrzał 

ten dom od wewnątrz i widział ducha.

Niech pan zapyta szefa, on zna takich.

Oczywiście, Ŝe zapytam.

O — wykrzyknął kelner. — Zupełnie mi z głowy wyparowało! Kiedyś dwaj synowie 

Grahama, dzieciaki, z czystej łobuzerki, wybrali się na owoce do sadu przy tamtym domu. 
Uciekli przeraŜeni i opowiedzieli ojcu o swej przygodzie.

Ujrzeli ducha?

Dokładnie tak. Mówili, Ŝe był wysoki jak kościelna wieŜa.

KtóŜ to był taki wysoki? O kim ty mówisz, Henry?

Martin Harper ukazał się w półotwartych drzwiach i ujrzawszy Bedego kiwnął mu głową.

Właśnie... pan mnie pytał o wymarły dom.

To nasza ciekawostka — roześmiał się karczmarz. — Czego ludzie nie plotą? Wieczny 

temat w Goodyear. Interesuje pana?

Byłem dziś przy tym domu — wyjaśnił Bede. — Nieznajomy wędkarz opowiedział mi 

jakieś dziwne historie.

A nie poczęstował pana cygarem?

Skąd pan wie?

Tylko jeden człowiek z całego miasteczka łowi w tamtym miejscu. To Andy Duffus. 

Wszystkich częstuje cygarami, chociaŜ, a moŜe właśnie dlatego, sam ich nie pali. Są 
okropne.

Zgadza się — wesoło przytaknął Bede. — Lecz czemu kupuje takie okropieństwo?

Nie stać go na lepsze, a równocześnie uwaŜa, Ŝe częstowanie cygarami naleŜy do 

obowiązków dŜentelmena. CóŜ on panu nagadał?

Bede powtórzył szczegóły rozmowy.

Tak więc skierował pana po dalsze informacje do mnie. Proszę bardzo. Henry, podaj 

dwie butelki piwa.
Siądziemy gdzieś w kąciku.

Powiódł gościa w głąb sali.

Ot, tu będzie najwygodniej. O duchach najlepiej bajać o północy, wraŜenie jest 

najmocniejsze — zaŜartował. — Lecz nie będziemy sprawy odkładać.

Kelner przyniósł butelki, napełnił dwa kufle i wrócił na swe stare miejsce za bufetem.
Prawie równocześnie podnieśli naczynia do ust, a Bede stwierdził, Ŝe to piwo jest duŜo 

lepsze od nalewanego z kranu.

Ta chałupa, zwana wymarłym domem — zaczął Harper — ma bardzo smutną historię. 

I oczywiście prawdziwą, w przeciwieństwie do bredni o duchach.

Przepraszam, Ŝe przerywam — wtrącił się Bede. — Co to było z synami Grahama?

Ach, proszę pana, mali chłopcy potrafią dostrzec róŜne rzeczy, gdy sami mają duszę na 

ramieniu. Poszli wieczorem nakraść owoców. Na pewno trzęśli się ze strachu, Ŝeby ich kto 
nie zauwaŜył.

Ten wędkarz, jak mu tam... Andy Duffus twierdził, iŜ widywano światło w szparach 

okiennic.

To pan wierzy w duchy? — zdziwił się karczmarz.

Ani przez sekundę. Jednak... niekiedy często fizyczne zjawiska tłumaczone są 

background image

opacznie, zwłaszcza przez osoby zabobonne lub głupców.

Hm... nie mogę panu odmówić racji. Bo na przykład światło w oknach widzieli, cóŜ za 

zbieg okoliczności, ludzie wracający do domów z saloonu. Nikt inny, tylko tacy właśnie. 
A teraz proszę sobie wyobrazić zachodzące słońce, którego róŜowe promienie padają na 
okienną szybę. CzyŜ to nie stwarza złudzenia, Ŝe źródło blasku znajduje się wewnątrz 
domu?

A okiennice...

W okiennicach są duŜe szpary, drzewo się porozsychało. PrzecieŜ ten dom wzniesiono 

bodajŜe przed trzydziestu laty. Jeszcze mnie tutaj nie było. Postawił go Beniamin Allen, 
rolnik i hodowca, który gdzieś tam na wschodzie miał kawałek gruntu. Sprzedał go, jak 
zresztą w tamtych czasach czyniło bardzo wielu, aby nabyć większy majątek. W naszych 
stronach ziemia była wówczas niczyja, a częściowo w posiadaniu przedsiębiorstw 
kolejowych, które odstępowały ją za bezcen. Chyba Allen skorzystał z takiej okazji. 
Przywędrował tu z karawaną wozów ciągnących na zachód i tu się zatrzymał. Goodyear 
istniało jako malutka osada, lecz tuŜ obok rozpoczęto trasowanie nowej linii kolei. Allen 
kupił spory kawałek ziemi nad rzeczką i w pobliŜu przyszłych torów. W rok później 
wzniósł dom i zabudowania gospodarcze, zatrudniając przy budowie chyba z połowę 
mieszkańców ówczesnego Goodyear. Dobrze mu się powodziło. Nawet w okresie wojny * 
uniknął strat, ba, wzbogacił się na dostawach bydła dla wojska. Później dotknęło go 
nieszczęście: dwaj synowie w 1864 zgłosili się do słuŜby w armii Unii i obaj polegli. W 
sześć lat później jedyna córka uciekła z jakimś zdemobilizowanym oficerem i nie 
wiadomo, co się z nią stało. Allen jeszcze wówczas gospodarzył, lecz juŜ nie z takim 
zapałem, jak dawniej. Dziwaczał coraz bardziej, a gdy zmarła mu Ŝona, rozpuścił całą 
słuŜbę i Ŝył juŜ tylko ze stopniowej sprzedaŜy gruntów. Na koniec pozostał mu sad, dom i 
spłachetek łąki graniczącej z rzeką. Przed trzema laty Allen sprzedał wszystko 
Ramsey'owi, właścicielowi składu towarowego w naszym mieście, zastrzegając sobie 
prawo do bezpłatnego mieszkania przez rok w swym dawnym domu. I oto zdarzył się 
wypadek, którego nikt nie potrafi wytłumaczyć. Nazajutrz po dokonaniu sprzedaŜy Allen 
powiesił się. Sporo było na ten temat plotek i domysłów. Sprawą zajął się szeryf, lecz 
niczego się nie doszukał. Nawet pieniędzy, które Allen otrzymał za swą posiadłość. 
Przepadły jak kamień w wodzie. Początkowo myśleliśmy, Ŝe Ramsey jeszcze mu nie 
zapłacił, ale pokazał nam akt kupna-sprzedaŜy, pokwitowanie odbioru pieniędzy oraz 
podał dwu świadków obecnych przy zawieraniu transakcji. I co pan na to?

Podejrzana historia. Chyba Allena okradziono?

— I ja tak przypuszczam. W tamtym czasie pracował u mnie niejaki Clark, miał dozór nad 
końmi klientów. PróŜniak i gałgan, z nadmierną skłonnością do whisky i kart. W moim 
lokalu nie grywa się, ale on włóczył się po innych saloonach. Kto wie, moŜe to on okradł 
Allena? Dowodów nie było Ŝadnych, jednak wolałem tego szaławiłę zwolnić z pracy. 
Natychmiast wyjechał z Goodyear. To równieŜ podejrzane. Ale cóŜ? Nasz szeryf miał 
wówczas dwadzieścia dwa lata i Ŝadnego doświadczenia.
— Czemu wybraliście tak młodego?
— Z trzech powodów. Po pierwsze: dawny szeryf ustąpił. Nie protestowaliśmy, bo był to 
człowiek w podeszłym juŜ wieku i o ograniczonej sprawności fizycznej. Po drugie: 
wynagrodzenie szeryfa jest u nas niskie, więc nikt się nie pcha na takie stanowisko. Po 
trzecie: jedynym kandydatem był właśnie Dan Douglas, od pół roku wówczas pomocnik 
szeryfa. No, więc go wybrano.
— I sądzi pan — zapytał Bede — Ŝe Allen powiesił się z powodu kradzieŜy?

 O, nie. Co do tego nie mam pewności. Allen był starym, zgorzkniałym człowiekiem. 

Odludkiem, który od lat nie udzielał się nikomu. Po prostu obrzydł mu świat i ludzie. I ten 
fakt mógł być przyczyną samobójstwa. A kradzieŜ pieniędzy nastąpiła później. Nie-
szczęśnika znalazł w domu Ramsey, zupełnie przypadkiem, gdy poszedł dorabiać klucz do 
drzwi wejściowych. Allen wisiał na haku od lampy. Szeryf przeprowadził rewizję w całym 
mieszkaniu, lecz pieniędzy nie znalazł.

Wielce tajemniczy wypadek — zauwaŜył Bede — i nie bardzo to rozumiem. Bo... 

background image

jegomość sprzedaje chałupę i grunt, bierze pieniądze do ręki i w kilka godzin później 
wiesza się? Z jakiego powodu? Ja bym tak nie zrobił.

Och, wierzę — zaśmiał się Harper. — Pan jest w pełni sił, zdrowym człowiekiem; 

Allen to była ruina pod kaŜdym względem, fizycznym i umysłowym.

Powiedzmy... lecz przecieŜ przy sprzedaŜy Allen zastrzegł sobie prawo darmowego 

mieszkania przez rok. Czy tak postępuje człowiek myślący o samobójstwie? Jakoś mi się to 
nie widzi.

Nie wiem. Allen nie wyglądał na normalnego.

I co było dalej?

Ramsey sądził, Ŝe zrobił dobry interes. Miał zamiar nieco poczekać, później sprzedać 

lub wydzierŜawić dom. Nie przewidział, Ŝe w domu samobójcy ludzie nie będą chcieli 
mieszkać.

Zrozumiałe. śadna to frajda.

I ja tak myślę. Ramsey liczył na to, Ŝe po kilku miesiącach wszystko pójdzie w 

niepamięć. MoŜe by i tak się stało, gdyby nie... duchy! To, co panu opowiadano: światła w 
oknach, jakieś zjawy w sadzie, a na dobitkę ktoś tam dostrzegł dym nad kominem. Ktoś 
inny przysięgał, iŜ słyszał odgłos kroków dobiegający z wnętrza budynku. Cała fura nie 
sprawdzonych faktów. Na pewno wie pan, jak to się dzieje w małych miasteczkach. 
Wiadomość rozchodzi się z szybkością błyskawicy, a rośnie z szybkością ciasta na 
droŜdŜach. KaŜdy coś doda i w końcu nie wiadomo, ile w tym prawdy.

Co na to szeryf?

Douglas oświadczył, Ŝe nie jest od zwalczania duchów. Wyśmiał plotkarzy, a w 

sprawie zjawisk nad-

przyrodzonych radził zwrócić się do pastora. Chyba miał rację, chociaŜ w ten sposób bardzo 
się naraził niektórym obywatelom Goodyear.

I miał rację, i nie miał racji — zauwaŜył Bede. — Nie ma dymu bez ognia, jak głosi 

przysłowie.
PrzecieŜ ktoś tam dostrzegł dym nad kominem. Na miejscu szeryfa zainteresowałbym się 
tym, a nie kładł
wszystkiego między bajki. Podejrzewam, Ŝe albo opuszczona chałupa jest zamieszkana, i to 
od dawna, albo
teŜ komuś zaleŜy na tym, aby dom stał pustką. MoŜe w ten sposób chce zmusić właściciela 
do sprzedania
nieruchomości za niską cenę?

Harper podrapał się po głowie.

Nie przyszło mi to na myśl. Ale rzecz wygląda prawdopodobnie. ChociaŜ... nie 

słyszałem dotąd o Ŝadnym amatorze na ten dom. — Umilkł, zastanowił się chwilę i 
niespodziewanie wykrzyknął. — Do licha! Oby tylko Ramsey nie doszedł do podobnego 
wniosku, co pan.

Dlaczego?

Mógłby podejrzewać mnie.

Pana?!

Jak dotąd jestem jedynym człowiekiem gotowym nabyć wymarły dom. I Ramsey 

dobrze o tym wie. Ale daję słowo, iŜ nie mam nic wspólnego z Ŝadnymi duchami. Pomysł 
nabycia powziąłem dopiero przed kilku miesiącami, a heca ze strachami trwa juŜ prawie 
trzy lata.

Bede parsknął śmiechem:

Nawet przez sekundę nie posądziłbym pana. I ten Ramsey zgadza się na sprzedaŜ?

Zbyt wiele chce zarobić, więc jeszcze nie doszliśmy do porozumienia.

A co on myśli o przyczynie tych dziwnych zjawisk?

Początkowo odwiedzał swój  nabytek codziennie,

raz nawet spędził w nim noc. Zupełnie spokojnie. Z tego wysnuł wniosek, Ŝe duchy wylęgły 
się w głowach kilku pijanych głupców.

Czy ja — Bede zawahał się — mógłbym obejrzeć dom od wewnątrz?

Bez zgody właściciela? Wykluczone.

background image

Oczywiście, Ŝe za zgodą. Jeśli pan mnie poprze...

Bardzo mi przykro, Ŝe muszę odmówić. Ramsey to raptus, a obecnie na samą 

wzmiankę o duchach ogarnia go wściekłość. Nie chcę mu się narazić, bo mam nadzieję, Ŝe 
w końcu obniŜy cenę, aby pozbyć się kłopotliwego obiektu. Chyba wkrótce to juŜ nastąpi i 
jeśli pan jeszcze nieco u nas zabawi, nadejdzie dzień, w którym sam pana zaprowadzę do 
tej rudery.

Przepraszam, czy moŜna wiedzieć, po co panu ten budynek?

Po to, Ŝeby go rozebrać od dachu po fundamenty. W ten sposób pozbędę się duchów 

lub ludzi, którzy się pod nie podszywają. Mnie sam dom nie interesuje, tylko plac, na 
którym stoi. Nawet proponowałem Ramseyowi, aby sobie zabrał chałupę. Rozłościł się, Ŝe 
ledwie go udobruchałem.

No — przyznał Bede — ma pan rzeczywiście znakomity sposób na duchy. Nigdy nie 

wpadłbym na taki pomysł.

Ba, jak juŜ powiedziałem, dom nie jest mi potrzebny, a dobre pomysły rodzi potrzeba.

To największa prawda, jaką kiedykolwiek usłyszałem — przyznał Bede, jako Ŝe jego 

obecna sytuacja była równieŜ wynikiem pomysłu zrodzonego przez potrzebę.
Dopili piwa i tak rozstali się, bowiem Harpera, jak sam oświadczył, czekała jakaś pilna 

robota. Karczmarz udał się w głąb lokalu, a Bede — powłóczyć się po miasteczku. Skoro 
listy gończe zawiodły, naleŜało szukać innej okazji zarobku. Kto wie, moŜe sprawa duchów

w wymarłym domu stanie się taką okazją? Bede był pewien, iŜ ludzkie bajędy stanowią 
jedynie skorupę, we wnętrzu której tkwi ziarno prawdy. Oczywiście, nie mającej nic 
wspólnego z rzekomo nadprzyrodzonymi zjawiskami. Była to na pewno działalność osoby 
lub osób pragnących coś ukryć przed wzrokiem ciekawskich.

Bede zajrzał do stajni. Wielkopańskim gestem wcisnął pięciodolarówkę w dłoń stajennego 

i dokładnie obejrzał swego konia.

Tylko go nie przekarm — pouczył chłopaka. — Jak ci na imię?

Jim, proszę pana. Jim Nugent.

Jak?! — wykrzyknął zdumiony Bede.

Jim Nugent — powtórzył stajenny, nieco przestraszony okrzykiem.

Urodziłeś się w północnym Kolorado? A moŜe w Kanadzie?

Nie, proszę pana. Pięć mil stąd, na ojcowej farmie.

A twój ojciec jak ma na imię?

Nikodem.

Bede parsknął śmiechem.

Co teŜ mi do głowy przyszło — powiedział wesoło. — Nugent musi być bardzo 

popularnym nazwiskiem w tych okolicach.

W Goodeyar nie ma ani jednego Nugenta poza mną — zaprzeczył chłopiec.

Hm, widać... zbieg okoliczności. A znasz ty pana Marshalla?

Nie.

— 

PrzecieŜ bawił tu kilkakrotnie i za kaŜdym razem mieszkał w „Lucky Saloon".

Nie znam go, pewnie nie miał konia. Czy to coś waŜnego?

— 

Et, głupstwo. Opiekuj się moim wierzchowcem.

Kiwnął głową i wyszedł, rozmyślając nad zaiste przedziwnym zbiegiem okoliczności. No, 

bo Ŝeby po wysłuchaniu historii Ŝycia Jima Nugenta juŜ następnego dnia spotkać drugiego 
Jima Nugenta...

Przez chwilę podejrzewał, Ŝe Marshall zmyślił romantyczną bajeczkę, lecz odrzucił takie 

przypuszczenie. Wszystkowiedzący księgowy wyglądał na zbyt powaŜnego człowieka.

CóŜ za dziwne osoby zamieszkują Goodyear. Marshall nie mylił się mówiąc o ciekawych 

ludziach. No, bo chociaŜby sama pani Harper! Albo ten wędkarz rozdający cygara, sam 
paląc tylko fajkę. A chłopiec stajenny, Jim Nugent? śaden przecieŜ krewniak straceńca z 
parowu Mugginsa. Marshall... równieŜ interesujący typ. A ja sam? Z woreczkiem kamyków 
zamkniętym w pancernej szafie banku? Skąd mi to przyszło do głowy? MoŜe tutejszy klimat 
tak działa na człowieka? Do tego jeszcze wymarły dom, w którym nie wiadomo, co 
naprawdę się wyrabia. Dziwne!

background image

Minęły kolejne dwa dni, podczas których Bede pędził Ŝywot unormowany i nudny. Zjadał 

trzy posiłki dziennie o ustalonych porach, korzystał do woli z kąpieli w rzeczce, wylegiwał 
się na trawie, przyglądał zniszczonemu parkanowi opuszczonej budowli i rozmyślał nad swą 
sytuacją. Jednak nie odkrył Ŝadnego sposobu, aby wycofać się z honorem (i z... woreczkiem 
kamyków!) z drogi, która w niedalekiej przyszłości mogła go doprowadzić do 
kompromitacji. I chociaŜ cały plan z punktu widzenia najsurowszego nawet szeryfa nie był 
przestępstwem (kaŜdemu przecieŜ wolno zdeponować w banku choćby kupkę śmieci!), to 
musiałby budzić wiele wątpliwości i podejrzeń.  A Będę wcale nie pragnął, aby przylgnęła 
doń opinia oszusta czy wydrwigrosza.

Któregoś dnia rankiem w pokoju Bedego zjawił się Martin Harper. Ta niespodziewana 

wizyta zaniepokoiła lokatora. Pomyślał, Ŝe gospodarzowi pewnie chodzi o uregulowanie 
rachunków. Pierwsze słowa karczmarza rozwiały te obawy.

Ma pan chwilę czasu? — zapytał.

Bede, którego wolny czas obejmował równo dwadzieścia cztery godziny na dobę, odparł 

twierdząco.

Ś

wietnie! Spełnię pańskie pragnienie.

Moje pragnienie?

Wyraził pan chęć obejrzenia wymarłego domu od wewnątrz. MoŜemy tam iść.

Ramsey zgodził się?

Ramsey nie ma juŜ nic do gadania w tej sprawie. Od wczorajszego wieczoru ja jestem 

właścicielem parceli i domu, ze wszystkim, co znajduje się w jego pomieszczeniach, od 
piwnic do strychu. Chodźmy.

Pomaszerowali prościutko ku stacji, a później w bok, zarośniętą ścieŜką, znaną Bedemu z 

jego wędrówek do rzeczki.

Harper najpierw otworzył i zdjął kłódkę ze skobla ogrodowej furtki. Czynność tę 

powtórzył przy wrotach domu, na koniec wetknął wielki klucz w otwór zamka, przekręcił, 
nacisnął klamkę.

Bede poczuł stęchły zapach. Wkroczyli w głąb ciemnego korytarza. Na prawo i na lewo po 

dwoje drzwi lekko uchylonych, przez które widać było mroczne wnętrza pokojów, Przez 
szpary okienne tu i tam padały wąskie smugi światła z wirującymi drobinkami kurzu.

Weszli do pierwszej izby. Harper otworzył okno, pchnął obie połowy okiennic. Blask 

poranka rozświetlił ponure wnętrze. Bede ujrzał stół, krzesła, fotel na biegunach i czarną 
głębię ceglastego kominka. Na blacie stołu, na oparciach krzeseł, na deskach podłogi spo-
czywała gruba warstwa pyłu.

Fe! AŜ w nosie kręci — zauwaŜył karczmarz. — Proszę spojrzeć na podłogę. Nie ma tu 

Ŝ

adnych śladów stóp, jedynie nasze. Tędy od lat nikt nie chodził.

Na to wygląda — potwierdził Bede. — Popatrzmy dalej.

Następny pokój był zapewne sypialnią, świadczyły o tym dwa drewniane łóŜka, ukazujące 

goliznę desek, szafa, dwa krzesła i naftowa lampa na stole, tak przysypana kurzem, Ŝe jej 
szklany klosz miał ciemnoszarą barwę. Bede zajrzał do szafy, była pusta.

Chyba po zmarłym zostały jakieś ubrania?

Owszem. Ramsey za radę szeryfa początkowo ich nie ruszał. Po kilku miesiącach 

zebrał wszystko razem i przekazał pastorowi, by rozdał biedakom. Pamiętam, bo moja 
Ŝ

ona sporządzała listę obdarowanych.

Czy odzieŜ przejrzano?

Tak. Szeryf szukał pieniędzy, które tajemniczo zniknęły. Bez rezultatu.

Minęli dwa dalsze, puste i podobnie zakurzone pokoje, aŜ trafili do kuchni wyposaŜonej w 

potęŜny piec, stół i taborety. Bede zatrzymał się na progu.

Niech pan przyjrzy się podłodze.

Harper cicho gwizdnął.

Siady — powiedział zniŜając głos do szeptu. — Siady stóp.

Ano, właśnie. Ot, i mamy nasze duchy zostawiające odciski butów. Ciekawe, w jakim 

background image

celu tu przychodzą? I którędy się dostają? Zbadajmy.

Odemknęli okna, rozwarli okiennice.

Zagadka rozwiązana — zauwaŜył Bede dotykając palcami parapetu. Duchy gramolą się 

przez okno. Jest
tylko przymknięte. I mnóstwo odcisków.

Karczmarz pokiwał głową:

Rzeczywiście... lecz w jakim celu?

Być moŜe jakaś grupa włóczęgów urządziła tu sobie bezpłatny hotel.

Od trzech lat? Nieprawdopodobne. W końcu ktoś musiałby tych obcych zauwaŜyć. 

Goodyear jest małym miasteczkiem i wszyscy dobrze się znają. Dodam, Ŝe Goodyear 
naleŜy do najspokojniejszych okręgów w całym Kolorado. I to jest przyczyną, dla której 
nasz szeryf tak lekko sobie traktuje sprawę wymarłego domu. Jak juŜ panu wspominałem, 
mam zamiar rozebrać budynek i duchy będą musiały zmienić lokal. Ten dziwaczny 
problem przestanie istnieć.

Bede nic na to nie odpowiedział. Zajrzał do wnętrza pieca, pogrzebał w popiele patykiem, 

potem zainteresował się stołem przytykającym do ściany.

Co to moŜe być? — zagadnął karczmarza, podnosząc ze stołu prostokątny blok szarego 

metalu.

Harper wyciągnął rękę, zwaŜył na dłoni podany przedmiot.

Wygląda na ołów — odparł.

CzyŜby Beniamin Allen parał się odlewaniem figurek z ołowiu?

Nic o tym nie wiem.

W popiele paleniska znalazłem drobiny tego samego metalu. W jakim celu topiono 

ołów?

MoŜe reperowano dach? Dom kryty jest blachą, ołowiem zalewa się dziury. Zapytam 

Ramseya.

Chyba nic więcej tu nie znajdziemy. Teraz.

Teraz? O czym pan myśli?

O odwiedzeniu tego przybytku duchów nocą.

> AleŜ... kochany panie, przepraszam, lecz to nie ma sensu. Na co pan liczy?

Na zaskoczenie ludzi, którzy gospodarują tu po zapadnięciu zmroku.

To moŜe być niebezpieczne. Zgodziłem juŜ robotników i za trzy dni przystąpią do 

rozbiórki tej rudery. Duchy się wyniosą, a my, kto wie, moŜe trafimy na ich ślady? 
Szczerze panu radzę zrezygnować z tego pomysłu.

Ba, ją mam taką dociekliwą naturę. Gdy czegoś nie rozumiem, muszę zbadać.

W słowach tych tkwiła tylko część prawdy. Bedego, dawnego łapacza, bardzo korciło 

poznanie tajemnicy, lecz równocześnie kierował się pragnieniem zdemaskowania przestępcy 
lub przestępców ukrywających się w wymarłym domu. Mimo stwierdzenia Harpera o braku 
powaŜniejszych przestępstw w Goodyear, był pewien, Ŝe pod bokiem spokojnego miasteczka 
kryła się grupa ludzi Ŝyjących na bakier z prawem. śe nie działali na terenie Goodyear? 
Sprytny złodziejaszek czy rabuś obiera za teren swej działalności zawsze dalej połoŜone od 
miejsca swego zamieszkania okolice. Kto wie, czy w wymarłym domu nie ukrywa się czło-
wiek poszukiwany listami gończymi? A jeśli list gończy — rozumował — to i pewna 
nagroda pienięŜna! JakŜe przydałaby się teraz!

Opuścili budynek. Harper dokładnie pozamykał drzwi i ogrodową furtkę.

Gdzieś tu musi być dziura w płocie — zauwaŜył Bede. — Nie wierzę, aby duchy 

dorobiły klucze, a przez ogrodzenie zbyt trudno przeskoczyć. Chodźmy poszukać.

Czy warto?

Oczywiście. Bo i ja w ten sposób będę mógł przedostać się do sadu.

Ale się pan uparł! No dobrze.

Obeszli dokoła calutkie ogrodzenie, lecz poza licznymi szparami w spojeniach desek nie 

odkryli nic więcej. Stracili prawie godzinę czasu, nim Bede, wiedziony chyba jakimś 
tropicielskim instynktem, uderzył pięścią w deskę pozornie nie róŜniącą się od innych, ale 
gdy poruszyła się, wyjął ją bardzo łatwo.

Oto i brama duchów — stwierdził z  zadowoleniem. — Siódma, licząc od rogu. Trafię 

background image

tu nawet w najciemniejszą noc.

Wrócili do miasteczka, a w drodze Bede tak długo molestował Harpera, aŜ znudzony i 

trochę rozbawiony karczmarz akceptował nocną wyprawę. Lecz swego udziału w tym 
przedsięwzięciu odmówił.

— 

Muszę pilnować gości — wytłumaczył. — Największy ruch mam wieczorem. Ostatni 

wychodzą dopiero koło północy, a pan powinien być w wymarłym domu znacznie wcześniej.

Bede uznał słuszność takiego rozumowania i przed jedenastą wymknął się z rozgadanego, 

rozwrzeszczanego saloonu.

Było ciemno, tak ciemno, Ŝe musiał chwilę postać na skraju drogi-ulicy, aby przyzwyczaić 

wzrok do otaczającej go czerni. Gdy wreszcie począł rozróŜniać kontury domostw, wolniutko 
ruszył wzdłuŜ ścian. Goodyear spało, a garstka amatorów nocnej zabawy musiała być niezbyt 
liczna czy moŜe pora zbyt wczesna, bo Bede nie napotkał ani jednego przechodnia.

Tak dotarł do ulicy Kolejowej, zabudowanej z jednej tylko strony, więc było nieco 

widniej. Wiatr musiał przepędzić chmury, bo na niebie ukazały się gwiazdy, a ich słaby blask 
trochę rozjaśnił szlak wędrówki. Wkrótce Bede dostrzegł czarniejszy od nocy kontur bu-
dynku stacyjnego, skręcił w prawo i ruszył poprzez dziką łąkę. Posuwał się wolno i prawie 
bezszelestnie, przystając co kilka kroków i nasłuchując. Wiatr ucichł. Wysokie łodygi traw 
sterczały prosto i sztywno, a na rzadko rosnących tu drzewach nie zadrgał ani jeden listek. 
Była to okoliczność wielce niepomyślna, bo szmer niósł się bardzo daleko. Ukazała się 
ciemna plama sadu i wystrzelający ponad nią dach budowli. Bede dotarł do niezarośniętego 
pasma ścieŜki, gdzie mógł posuwać się szybciej.

Po paru minutach znalazł się przy naroŜniku płotu.

Policzył deski. Siódma od rogu, jak przewidywał, ustąpiła pod naciskiem ręki. OstroŜnie 
prześliznął się przez otwór. Przykucnął po drugiej stronie, wytrzeszczył oczy i nastawił uszu. 
Nic, zupełnie nic. Najcichszy nawet dźwięk nie zakłócił spokoju nocy. Lecz spostrzegł coś, 
co natychmiast zaostrzyło jego czujność: w szparach okiennicy migotał Ŝółtawy blask. 
Zastanowił się

chwilę nad rozkładem wnętrza domu i doszedł do wniosku, Ŝe światełko wydostawało się z 
głębi kuchni. Zgięty w kabłąk, ruszył ku ścianie pełen nadziei, Ŝe przez szparę uda mu się 
zobaczyć tajemniczych gospodarzy opuszczonego domu.

Plan, łatwy w wykonaniu, na pewno by się powiódł, gdyby nie zdradziecki korzeń w 

gąszczu traw. Doświadczony westman, tropiciel śladów, umiejący czołgać się poprzez 
zarośla, wyczułby przeszkodę. Bede nie był tropicielem śladów i zawadziwszy czubkiem bu-
ta o korzeń, runął z szumem i trzaskiem między krzewy.

Nie podniósł się, lecz bez poruszenia leŜał wśród pachnącej wilgością gęstwiny, 

przeklinając w myślach swą niezdarność. Czekał, co się teraz stanie. Nie doczekał się, więc 
wstał ostroŜnie i zerknął w kierunku oświetlonej okiennicy. Tym razem nie zauwaŜył naj-
mniejszego nawet błysku. Cała ściana domu wyglądała jednolicie czarno. Pomyślał, Ŝe źródło 
ś

wiatła przesunęło się w głąb budynku, co mogło mu ułatwić wtargnięcie do wnętrza kuchni. 

Wolniutko począł się zbliŜać ku oknu. Wtedy ujrzał na tle ściany kształt przedziwny, coś, co 
przypominało w zarysach postać ludzką, jednak było znacznie większe i wyŜsze od 
największego i najwyŜszego człowieka. Bede znieruchomiał. Kształt świecił lekkim, jak 
gdyby księŜycowym blaskiem. Dziecko, a nawet niejeden z dorosłych obywateli Goodyear, 
wzięłoby nogi za pas na tak niesamowity widok. Bede nie naleŜał do tego typu ludzi. Dziwne 
zjawisko bardziej go zdumiało niŜ przeraziło. Zastanawiał się, czemu ta kukła o 
człowieczych kształtach, a moŜe przebrany męŜczyzna, jest tak wysoka i dlaczego błyszczy.  
Postanowił sprawdzić. Nurknął między krzewy, aby podejść ją niepostrzeŜenie. Ale juŜ po 
chwili zaalarmował go trzask gwałtownie roztrącanych gałęzi. Skoczył w  bok  i  ten  ruch  
uchronił  go  przed   ciosem,   który

w najlepszym wypadku pozbawiłby go przytomności. W najgorszym — Ŝycia.

Gruby i cięŜki drąg wysunął się z czarnego gąszczu, lecz zamiast spaść na głowę, uderzył 

w lewe ramię Bedego tak silnie, Ŝe zdrętwiało po czubki palców, niezdolne do ruchu. Bede 
odwrócił się, wyszarpując colta z kabury i dwukrotnie pociągnął za spust. W ciszy nocy dwie 
grzmiące eksplozje stopiły się w jeden przeciągły huk. Nastała cisza, jeszcze bardziej 
przejmująca niŜ przedtem. Bede niczego nie dojrzał, niczego nie usłyszał. Nieznany 

background image

napastnik nie dał znaku Ŝycia, a świetlista figura nagle zniknęła.

Z rewolwerem w ręku, nie zwaŜając na nic, przedarł się ku ogrodzeniu.

Nie tracąc czasu na szukanie odpowiedniej deski, wgramolił się na płot i skoczył. Odwrót 

uznał za jedyne rozsądne wyjście z tak niebezpiecznej sytuacji. KtóŜ bowiem odgadnie, ile 
jeszcze duchów zaopatrzonych w śmiercionośne drągi ukryło się w głębi ogrodu? Szanse 
były nierówne, zbyt nierówne dla takiego nawet śmiałka, jak były rewolwerowiec.

Bede pospieszył do „Lucky Saloon" i przekroczył próg karczmy, kiedy z lokalu wychodził 

ostatni z nocnych gości.

JuŜ? — zdziwił się Harper. — Co się stało?

Bede klapnął na krzesło i zdyszanym głosem poprosił o szklaneczkę whisky.

— Bez wody — dodał. — Jestem nieco zdenerwowany...
— Ho, ho — mruknął karczmarz i pognał wykonać polecenie.

Bede duszkiem opróŜnił szklankę i odetchnął.

— Niech to licho porwie! Duchy lekko mnie zaprawiły... Do diabła! Proszę posłuchać...

Opowiedział dokładnie o całym przebiegu wyprawy.

Musiałem wiać — zakończył swą relacje. — Następny cios mógł mnie zwalić z nóg.
/

Słusznie pan postąpił. Rankiem zaalarmujemy szeryfa. NiechŜe wreszcie coś 

przedsięweźmie, a teraz proszę zdjąć kurtkę. MoŜe pan ruszać ręką?   

Bede wykonał kilka ruchów w przód i w tył. Odrętwienie minęło, natomiast poczuł 

dotkliwy ból. Karczmarz pomógł mu się rozebrać. Obmacał ramię.

Kości całe — zawyrokował. — To najwaŜniejsze.

Zrobię panu okład ziołowy. Proszę chwilkę poczekać.

Chwilka przedłuŜyła się do kilkunastu minut. A gdy w końcu zbieg został 

przeprowadzony i Bede przywlókł się do swego pokoju, zegary i zegarki w Goodyear 
wskazywały kilka minut po pierwszej.

Bede połoŜył się na prawym boku. Nie mógł zasnąć. Męczył go pulsujący ból lewej ręki, 

dręczyła myśl o tak haniebnej poraŜce i pragnienie odwetu na nieznanym posiadaczu drąga. 
Wreszcie zmęczenie wzięło górę.

Obudził się wcześnie, popędzany myślą o jak najszybszym powrocie do wymarłego domu, 

juŜ w towarzystwie szeryfa. Zeszedł po schodach i na progu jadalnej sali natknął się na 
Harpera. Karczmarz powitał go dość kwaśną miną.

JuŜ po naszym kłopocie — oświadczył — chociaŜ przyznam, Ŝe wolałbym inne 

zakończenie sprawy.

Bede wytrzeszczył oczy:

O co chodzi?

Chałupa się spaliła, o czwartej nad ranem.

Jaka chałupa?

No... ten cały dom duchów.

NiemoŜliwe!

MoŜliwe, moŜliwe. Zaalarmowano mnie o świtaniu. Sam widziałem poŜar. Gasili, jak 

mogli, lecz nie na wiele się to zdało. Płakać z tego powodu nie będę, chociaŜ  szkoda  mi 
tych  belek  i  desek,  które  poszły

z dymem.   Z  drugiej  jednak strony...   zaoszczędzę  na kosztach rozbiórki.

Czemu mnie pan nie obudził?

A po co? Pańska obecność nie uratowałaby budynku.

Szeryf był?

Był. Grzebie teraz w pogorzeliskach. Czego tam szuka, nie wiem. UwaŜa, Ŝe dom 

podpalono, ale taki mądry to i ja jestem.

Bede westchnął. Jego marzenie o wykryciu przestępczej bandy uleciało z dymem poŜaru.

Widzę, Ŝe pan bardziej się martwi niŜ ja. Dajmy

temu spokój. Jak tam pańskie ramię?

Bede obnaŜył się do pasa. OberŜysta zdjął opatrunek, obmacał całe ramię, od karku po 

czubki palców.

background image

Boli?

Bede odparł, Ŝe prawie nic, na dowód czego wykonał kilka szybkich ruchów.

Ś

wietnie! Nie przypuszczałem, Ŝe mój lek odniesie tak błyskawiczny skutek. Musi pan 

być zdrowy jak przysłowiowa ryba. Proszę przez kilka dni nie forsować ręki, a teraz 
chodźmy na śniadanie. Dzielny z pana chłop, bardzo Ŝałuję, Ŝe przystałem na tę nocną wy-
prawę.

Ja równieŜ Ŝałuję — wyznał Bede. — Spłoszyłem łobuzów, dlatego spalili chałupę. 

Strasznie mi przykro.

Ani słowa więcej! Co się stało, to się stało i Ŝadnym gadaniem sprawy nie odkręcimy.

Klepnął Bedego po zdrowym ramieniu i udał się do bufetu, aby wybrać stosowne potrawy. 

Ś

niadanie zjedli we dwójkę w pustej sali, jako Ŝe pora była wczesna i Ŝaden z gości nie 

zdąŜył jeszcze odwiedzić saloonu.

Od tej chwili aŜ do ukończenia posiłku ani Harper, ani Bede nie zahaczyli nawet słówkiem 

o sprawę poŜaru. Potem Bede udał się na górę odespać stracone

nocą godziny i dopiero dobrze po południu obudził go Harper.

Nie zgadnie pan, czym zajmowały się nasze duchy przez tyle lat. Właśnie był u mnie 

szeryf. Znalazł w pogorzelisku kilka interesujących przedmiotów. Proszę sobie wyobrazić, 
Ŝ

e są to róŜnej wielkości formy do odlewania pieniędzy. Nasze duchy widać pomagały 

państwowej mennicy!

A więc do tego potrzebny był im ołów! — wykrzyknął Bede. — śe teŜ od razu o tym 

nie pomyślałem! Lecz oni musieli przecieŜ srebrzyć monety, inaczej kaŜdy poznałby 
fałszerstwo natychmiast. Srebra szeryf nie znalazł?

Nie. Zastanawia mnie — powiedział karczmarz — gdzie puszczali w obieg swe 

wyroby. Bo w Goodyear na pewno nie. W okresie ostatnich lat w swej kasie znalazłem 
tylko trzy sztuki podrobione. I nikt nigdy nie skarŜył się szeryfowi w tej sprawie.

Ba, spryciarze! Wywozili swą produkcję znacznie dalej. I co na to wasz stróŜ prawa?

Harper zawahał się.

Prosił mnie o zachowanie tajemnicy, lecz uwaŜam... Ŝe panu powinienem ją zdradzić.

Będę milczał jak głaz — przyrzekł Bede.

OtóŜ szeryf zamierza zbadać, czy fałszerzami nie byli jacyś mieszkańcy Goodyear. 

Moim zdaniem szeryf podąŜa fałszywym tropem. Jeśli od prawie trzech lat straszyło, to 
znaczy, Ŝe od trzech lat wymarły dom odgrywał rolę prywatnej mennicy. Goodyear jest 
jednak malutkim miasteczkiem i wszyscy się tu znają. Dlatego szybko wydałoby się, gdyby 
kilku ludzi nie spędzało nocy we własnych mieszkaniach. To musieli być obcy przybysze.

Lecz w jaki sposób dowiedzieli się o opuszczonym domu.

Och, przecieŜ wieść o samobójstwie Allena była taką sensacją, iŜ rozniosła się bardzo 

daleko. Gotów jestem załoŜyć się o kaŜdą sumę, Ŝe nasz szeryf nigdy nie odkryje ani 
fałszerzy, ani podpalaczy.

Bede się nie załoŜył. I słusznie. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a śledztwo nie posunęło się 

ani o krok, aŜ na koniec szeryf machnął na wszystko ręką.

Jednak zanim ostatecznie zagadka wymarłego domu poszła w zapomnienie, w dość 

monotonnym Ŝyciu Bedego dokonała się zasadnicza zmiana.

                                                  

Uśmiech losu

Jutro przystępuję do oczyszczania placu — zapowiedział któregoś dnia karczmarz.

Bede akurat pokrzepiał się kuflem piwa i porcją duszonej baraniny. Przyjął tę wiadomość 

obojętnie. Rozmyślał ponuro, iŜ z kaŜdym łykiem i kaŜdym kęsem wzrasta jego zadłuŜenie u 
Harpera, a szanse na wyrównanie długu nadal równe są zeru. W takiej sytuacji cóŜ mogło go 
obchodzić usuwanie resztek pogorzeliska? Więc tylko przez grzeczność zagadnął:

I co pan zrobi z placem?

Proszę zauwaŜyć, iŜ rzeczka w tamtym miejscu gwałtownie skręca, tworząc coś w 

rodzaju małego półwyspu.

background image

Tak — potwierdził Bede — widziałem.

Więc właśnie! Przekopię półwysep, zmontuję jaz i spiętrzę wodę. Zgaduje pan, w 

jakim celu?

Młyn — powiedział Bede przypomniawszy sobie słowa księgowego Marshalla.

Oczywiście. Proszę sobie wyobrazić, Ŝe w okolicy nie istnieje ani jeden młyn. 

Mieszkańcy Goodyear i farmerzy, Ŝeby zemleć ziarno, muszą je wozić prawie dwadzieścia 
mil. Tam i z powrotem. To strata całego dnia. Dlatego wielu korzysta z domowych Ŝarn. 
Lecz co to za przemiał! Więcej plew niŜ mąki. Tak, kochany panie, młyn w takich 
warunkach to doskonały interes.

Tylko w tym celu nabyłem wymarły dom wraz z kawałkiem gruntu, bo samego gruntu 
Ramsey nie chciał sprzedać. Pan jest pierwszą osobą, która dowiaduje się o moim pomyśle.

Bede opanował wesołość. O młynie, kropka w kropkę, mówił to samo wszechwiedzący 

Marshall.

A teraz — zwierzył się Harper — chcę panu za proponować... korzystną współpracę.

Bede nastawił uszu. CzyŜby rodziła się okazja, o której marzył od szeregu dni? Płatna 

praca? Z górą wiedział, Ŝe ją przyjmie, jeśli tylko nie będzie to związane z koniecznością 
ujawnienia zawartości zdeponowanego woreczka. Nie pokazał jednak radości. Zapytał 
uprzejmie obojętnym tonem:

O co chodzi?

O to, Ŝe nie potrafię równocześnie prowadzić saloonu i nadzorować robót przy 

wznoszeniu młyna. śona poradziła mi zwrócić się do pana. Ona świetnie zna się na 
ludziach. Twierdzi, Ŝe pan znakomicie nadaje się do tego celu.

Do jakiego celu?

Do nadzorowania robót przy oczyszczaniu placu, a później do pilnowania budowy.

AleŜ ja się na tym nic nie znam! — wykrzyknął rozczarowany Bede.

Drogi panie, czy robotnicy muszą o tym wiedzieć? Wystarczy, jeśli będzie pan miał na 

nich oko.

Nie potrafię budować młyna ani montować jazu — Bede był szczerze zmartwiony.

Karczmarz roześmiał się.

Wszystko furda!  Nie ma  się  czym przejmować.

1 młyn, i jaz budować mają fachowcy, lecz pańska stała obecność na pewno skłoni ich do 
rzetelniejszej pracy. Bardzo proszę nie odmawiać. Będę panu płacił pięć dolarów dniówki, a 
za pobyt w moim hotelu nie policzę przez ten czas ani centa. Zgoda?

Propozycja wyglądała wprost olśniewająco. Lecz Bede nie podskoczył z radości na 

krześle. Oświadczył, Ŝe do wieczora rozwaŜy ofertę, która go zaskoczyła. Uznał bowiem, Ŝe 
nie wolno mu postąpić inaczej. Posiadacz pękatego woreczka złota nie powinien zbyt 
pospiesznie decydować się na przyjęcie pracy. Dopiero więc w kilka godzin późnej wyraził 
karczmarzowi swą zgodę. Dodając — niby mimochodem — Ŝe w tej chwili nic go nie 
zmusza do wyjazdu.

Bardzo się cieszę, kochany panie — uradował się Harper. — Spadła mi z głowy 

połowa kłopotów. A teraz zapraszam do siebie. Moja Ŝona pragnie bliŜej pana poznać. Bo 
z widzenia to chyba juŜ się znacie?

Znamy — odparł lakonicznie Bede.

Wspomniał na charakterystykę pani Adeliny Harper, jaką mu sprezentował księgowy 

Marshall, i zaniepokoił się. Ta dociekliwa (jak twierdził przecieŜ Marshall) kobieta potrafiła 
wzbudzić lęk nawet w tych, którzy sumienie mieli zupełnie czyste, a sumienie Bedego... 
szkoda mówić! PoniewaŜ jednak Ŝaden wykręt nie przyszedł mu do głowy, a wizyta w 
mieszkaniu Harperów prędzej czy później wydawała się nieunikniona, postanowił wziąć 
byka za rogi i podziękował uprzejmie za zaproszenie.

Ustalono godzinę i o siódmej wieczorem gość i gospodarz przekroczyli, próg tej części 

„Lucky Saloon", do której prawo wstępu mieli tylko prywatni znajomi i przyjaciele rodziny 
karczmarza. Na pewno istniało jakieś inne, wiodące wprost z ulicy wejście do zacisza 
domowego Harperów, lecz Bede został tam wprowadzony przez wąskie drzwiczki za 
szynkwasem.

Znalazł się w ciasnym korytarzyku — następne drzwi, a za nimi mały hol. Bede poczuł 

background image

dość miły zapach, zdradzający bliskie sąsiedztwo kuchni.

Tędy, kochany panie, tędy...

Harper pchnął jeszcze jedne drzwi. Pośrodku duŜego, widnego pokoju stał długi stół 
nakryty białym 

obrusem. Dwa pięcioramienne świeczniki gorzały złotym blaskiem zapalonych świec, 
których migotliwe płomyki odbijały się na powierzchni talerzy i sztućców. Ten widok nieco 
stropił Bedego. Przypomniał mu ceremoniał towarzyszący posiłkom w meksykańskiej 
hacjendzie don Pedro Gonzalesa, przy których musiał naginać swe zwyczaje do 
jaśniepańskich (jak je w myśli nazywał) manier gospodarza. Nie spodziewał się, Ŝe w 
mieszkaniu skromnego, zdawałoby się, właściciela saloonu ujrzy takie wspaniałości. Bo na 
talerzach i sztućcach sprawa się nie kończyła. Wyściełane krzesła przy stole, oszklony 
kredens ze stojącym na nim metalowym zegarem, firanki w oknach — wszystko to 
ś

wiadczyło o zamoŜności Harperów.

Na dwu ścianach rozpięto skóry czworonogich władców gór i podgórzy. Na lewej — futro 

szarego niedźwiedzia, na prawej — pumy. Lecz ten widok nie zaskoczył przybysza. W 
swych wędrówkach po kraju niejeden raz w chałupach ubogich farmerów widział podobne 
eksponaty tutejszej fauny.

Panie za chwilę przyjdą — oznajmił karczmarz.

Panie? — zdziwił się Bede.

Tak. Pozna pan moją córkę.

Gość na chwilę sposępniał. Taka sytuacja znowu przypomniała mu rodzinę Gonzalesa: 

jeden męŜczyzna i dwie kobiety ze swą błyskotliwą gadaniną, której Bede mimo wysiłków 
nie potrafił sprostać. W tamtych czasach wstawał od stołu z cichym westchnieniem ulgi, 
spocony jak po parowej łaźni. CzyŜby rzecz miała się powtórzyć?

Znajdujące się w głębi pokoju drzwi cicho skrzypnęły. Bede odzyskał humor — strój pani 

Adeliny Har-per w niczym nie przypominał kosztownych fatałaszków seńory Gonzales. śona 
karczmarza ukazała się odziana  w tę samą suknię, w której  widział ją rankiem. Uznał więc, 
Ŝ

e ten drobny szczegół oddała niebezpieczeństwo nudnego ceremoniału.

Za panią Adeliną wkroczyła, a raczej wsunęła się do pokoju dziewczyna nieco niŜsza od 

matki, ubrana na niebiesko. Bedemu wydała się cicha, nieśmiała, jakby zastraszona.

Oto, moja droga — zwrócił się karczmarz do Ŝony — pan Barry Bede, o którym ci 

opowiadałem, a którego znasz z widzenia.

Nie tylko, Martin. Z panem Bede juŜ rozmawiałam, co prawda przelotnie i krótko,, 

lecz teraz trafia się okazja do dłuŜszej pogawędki. Oto moja córka, Katarzyna. Przywitaj 
się, Kasiu.

Dziewczyna uśmiechnęła się blado, powiedziała „dobry wieczór", a Bede skłonił się, jak 

umiał najlepiej, czując równocześnie, Ŝe wykonuje to jak najgorzej.

Siadajmy — powiedziała pani Adelina.

W jej ustach słowo to zabrzmiało raczej rozkazująco niŜ zapraszająco. Bede przypomniał 

sobie opowiadanie księgowego i postanowił mieć się na baczności. Siadł na krześle 
sztywno, jakby drąg połknął, pełen wewnętrznego napięcia. Korpulentna Murzynka wniosła 
dymiącą wazę, pani Adelina rozlała zupę do talerzy i w ten sposób zaczęła się wieczorna 
biesiada.

Obserwowałam pana od chwili jego przybycia — zagaiła rozmowę gospodyni. — To 

ja poradziłam Martinowi, by zwrócił się do pana o pomoc.

I miałaś rację, moja droga. Miałaś rację — wtrącił się Harper. — To jest właściwy 

człowiek...

AleŜ... dlaczego? — zapytał Bede nieco zdumiony, a równocześnie mile połaskotany 

w swej ambicji.

Przez nasz saloon — odpowiedziała gospodyni — przewija się wiele ludzi. 

Miejscowych znam wszystkich. Jedni są interesujący, inni mniej. Najbardziej jednak 
ciekawią mnie nowi przybysze, tacy właśnie jak pan.
W tym momencie utkwiła w Bedem baczne spojrzenie. Było w nim coś tak natarczywego, 

Ŝ

e gość poczuł się na wylot przewiercony niby świdrem. Nie moŜna by tego nazwać 

przyjemnym uczuciem.

background image

Tak, tak — monologowała pani Adelina. — Widziałam, i to niejeden raz, w „Lucky 

Saloon" poszukiwaczy złota wracających z dalekich wypraw. RóŜnych, bardzo róŜnych. 
Jak to się mówi: galeria typów. Najbardziej przypadli mi do smaku ci, którzy wracali bez 
sukcesów.

Dlaczego? — zdziwił się Bede.

Znowu poczuł niepokój. PrzecieŜ to on właśnie wrócił bez sukcesu.

Odpowiedź jest prosta: eksplorerzy to najczęściej nieokrzesane typy. Gdy mają 

pieniądze, trudno znieść ich obecność. UwaŜają bowiem, Ŝe cały świat do nich naleŜy.

Tylko proszę nie brać tego do siebie, drogi panie — wtrącił się Harper.

Ach, oczywiście! OtóŜ eksplorer, któremu się nie powiodło, jest skromny i cichy w 

przeciwieństwie do takiego, który się wzbogacił. Zawsze mieliśmy z nimi sporo kłopotu. 
Jak pan zapewne zauwaŜył, nikt z nas nie gra w karty i nie tolerujemy Ŝadnych innych gier 
hazardowych. I o to były sprzeczki, bo posiadacze złota gonią za niewybrednymi 
rozrywkami, mimo Ŝe te rozrywki najczęściej ich "rujnują. Hazard to okropna rzecz. 
Dlatego właśnie obserwowałam pana od samego początku. Przyznam, zostałam przyjemnie 
zaskoczona. Nie gra pan w karty, nie naduŜywa whisky i nie stara się pokazać innym, Ŝe 
góruje nad nimi bogactwem. („O kobieto! — pomyślał Bede — gdybyś wiedziała, jak 
wygląda moje bogactwo!"). Nie jest pan równieŜ próŜniakiem, bo zgodził się na przyjęcie 
pracy, bez której przecieŜ mógłby się obyć. („Bez której nie mógłbym się obyć — 
zaprotestował Bede w myślach. — Chyba jednak Marshall nieco przesadził chwaląc do-
myślność pani Adeliny!"). Gdyby moja córka miała wyjść za mąŜ, a przecieŜ ją to kiedyś 
czeka — mówiła gospodyni — chciałabym, aby jej przyszły chociaŜ trochę przypominał 
pana.

Bede nieśmiało zaprotestował, co spowodowało przyjazne uśmiechy na twarzach 

gospodarzy. Katarzyna lekko się zarumieniła. Rozmowę przerwało kolejne pojawienie się 
Murzynki niosącej potęŜny półmisek.

Zapewne ta potrawa — zauwaŜył nieco pompatycznym tonem karczmarz — przypomni 

panu jego dalekie wędrówki: pieczeń z antylopy!

To pańskie trofeum?

Ach, nie. GdzieŜbym miał czas na polowanie? Zresztą kiepski ze mnie strzelec.

- I ze mnie kiepski — wyznał Bede. — Niejeden raz przyszło mi z tego powodu 

głodować.

Lecz teraz nam to nie grozi — zaŜartował Harper. — Antylopę kupiłem od 

przejezdnego trapera.
Mam nadzieję, Ŝe będzie panu smakować nie gorzej od tych pieczonych przy obozowym 
ognisku.

Bede grzecznie przytaknął.

Pani Adelina obdarzyła kaŜdego odpowiednią porcją. Podano piwo. Rozmowę zastąpiło na 

chwilę delikatne szczękanie noŜy i widelcy.

Z pewnością musiał pan przeŜyć wiele przygód — przerwała milczenie gospodyni".

O, tak — odparł szczerze.

A moŜe, przy okazji, coś pan o nich opowie? Dawno trudni się pan eksplorerstwem?

Bede zawahał się. Czy miał powiedzieć, Ŝe była to pierwsza w jego Ŝyciu eksplorerska 

wyprawa? śe przedtem, przez szereg lat parał się wyłącznie ściganiem zbiegłych 
przestępców tropionych listami gończymi? śe Ŝył z nagród wypłacanych za schwytanie 
(Ŝywych lub martwych) poszukiwanych?  Wiedział przecieŜ, jak złą sławą wśród spokojnych 
farmerów cieszyli się, tylko nieliczni podziwiali ich ryzykanckie Ŝycie. CóŜ by się stało z 
jego opinią „solidnego" człowieka, gdyby zdradził Harperowi właściwy zawód? Czy po 
takim wyznaniu nie cofnąłby swej propozycji?

— To była moja pierwsza wyprawa zakończona takim sukcesem — odparł opanowując 
zdenerwowanie.
— A inne?
— RóŜnie bywało — odpowiedział wymijająco, czując, Ŝe stąpa po coraz bardziej 
grząskim gruncie historii swego Ŝycia.
— Przepraszam, Ŝe tak nagabuję — zaatakowała go ponownie pani Adelina. — 

background image

Ciekawość to moja choroba. Czym się zajmują pańscy rodzice?
— Byli rolnikami.
— Byli?
— Nie Ŝyją.
— Och... bardzo mi przykro. Czemu nie został pan farmerem?

„Uwaga! — pomyślał Bede. — Ona jest bardzo niebezpieczna".

Wyjaśnił, Ŝe farma podupadła i została sprzedana, a on po to zabawił się w eksplortera, 

aby zebrać pieniądze na kupno nowego gospodarstwa.

Przed dalszym kłopotliwym nagabywaniem wybawił go Harper, przepraszając gościa, Ŝe 

musi zajrzeć do saloonu, zbliŜa się bowiem pora, w której strumień odwiedzających „Lucky 
Saloon" gwałtownie przybiera. Bede skorzystał z okazji, aby równieŜ wstać od stołu, mimo 
protestów gospodarzy, a nawet milczącej 4otąd jak głaz panny Katarzyny.

Oświadczył, Ŝe powinien dokładnie obejrzeć pogorzelisko wymarłego domu, aby 

zorientować się w rozmiarach prac, jakie ma nadzorować.

 PoŜegnał się elegancko i odszedł przekonany, iŜ jednym strzałem ubił dwie zwierzyny: 

przerwał ciąg natrętnych pytań i wzmocnił o sobie opinię „solidnego człowieka". Tak 
przypuszczając — wcale się nie mylił.

Pognał w kierunku budynku stacji, jakby go ścigał rozwścieczony grizzli. Bał się, Ŝe pani 

Adelina zechce mu towarzyszyć. Przed stacją skręcił w znajomą ścieŜkę i dotarł nią do 
miejsca, gdzie jeszcze niedawno stał duŜy budynek otoczony sadem. Zdumiał go widok 
ogromu zniszczeń. Parkan nie istniał, został doszczętnie rozwalony, zapewne w wyniku akcji 
ratowniczej. Owocowe drzewka, te rosnące w pobliŜu domu, sterczały osmolonymi i 
opalonymi kikutami pni bez liści, a nawet i bez gałęzi. Po budynku został tylko stos 
porozrzucanych, na pół zwęglonych belek wśród pagórków szarego popiołu. W tym popiele 
widniały wyraźnie odbite liczne odciski butów. Zapewne Harpera, szeryfa i innych 
ciekawskich, którzy widocznie, nie bojąc się juŜ duchów, nabrali odwagi do przetrząsania 
resztek pogorzeliska, szukając zapewne ukrytych skarbów lub jakichś fragmentów budowli 
nadających się do uŜytku.

Bede powałęsał się tu i tam, o mało nie wpadł do prostokątnej głębokiej dziury — 

prawdopodobnie piwnicy domostwa. Doszedł do wniosku, Ŝe podpalacze musieli obficie zlać 
naftą całą budowlę, skoro spaliła się tak doszczętnie mimo prób ugaszenia ognia. Kim byli? 
Nie warto tym zaprzątać sobie głowy. Bedego czekały bardziej istotne sprawy do 
rozwiązania.

Zaszył się w najodleglejszym, nie tkniętym przez ogień kącie sadu i pogrąŜył w 

rozwaŜaniach swej Ŝyciowej sytuacji.

Nieoczekiwana propozycja Harpera wybawiała go z finansowych kłopotów, lecz 

równocześnie mogła kryć w sobie zdradzieckie zasadzki. Wiązała się przecieŜ z częstszymi 
niŜ dotychczas spotkaniami z panią Adelina. Był pewien, Ŝe ta zbyt ciekawa kobieta nie 
zaniecha podchwytliwych pytań, na które coraz trudniej przyjdzie odpowiadać. Stwierdził to 
przecieŜ podczas pierwszej rozmowy przy kolacji. Wybrnął z niej zwycięsko, lecz w 
przyszłości mógł tak się zaplątać w swym skomplikowanym Ŝyciorysie, iŜ chytra gospodyni 
gotowa dostrzec kłamstwo.

Bo na przykład historia z rodzicami: powiedział, Ŝe nie Ŝyją. Powiedział z drŜeniem serca, 

bo wcale tego sobie nie Ŝyczył. Lecz któŜ wie, jak wygląda prawda? Barry Bede miał 
nadzieję, iŜ zarówno matka, jak ojciec i rodzeństwo — wszyscy cieszą się dobrym zdrowiem 
i gospodarują na jakiejś farmie, w jakimś tam zakątku wielkiego kraju. Ale gdzie? Tego 
mimo usilnych poszukiwań nie zdołał stwierdzić. Nawet juŜ przyzwyczaił się do myśli, iŜ 
stał się okropnym zrządzeniem losu — sierotą, który nie jest sierotą, co na jedno wychodziło. 
Gdy jednak sięgał wspomnieniami do tamtych lat, serce poczynało mu bić mocniej, czuł 
suchość w gardle i gorycz w ustach. Czy o nim jeszcze pamiętają ci najbliŜsi? Czy teŜ 
wyrzucili go ze swych serc jako marnotrawnego syna i brata, lekkomyślnego włóczykija, 
myślącego tylko o sobie, a nie o kłopotach i udrękach rodziców? JakŜe podle się im za 
wszystko odpłacił! A najgorsze, Ŝe nie mógł niczego naprawić mimo wysiłków, jakie czynił. 
CóŜ za los przeklęty!

Jego obecna sytuacja wynikła z grzechu młodości. Nie był to jednak wielki grzech, a w 

background image

kodeksie obowiązującego prawa w ogóle się nie liczył. Lecz często się zdarza, iŜ 
nierozwaŜny postępek, ot, po prostu głupstwo niewarte chwili zastanowienia, pociąga za 
sobą groźne skutki. Coś jakby malutki kamyczek strącony ze zbocza góry, zamieniający się 
w potworną lawinę skał, ziemi, wyrwanych drzew. KtóŜ potrafi przewidzieć?

Barry  Bede urodził  się  w  domu  swych  rodziców,

w farmerskim gospodarstwie w stanie Missouri, w pobliŜu miasteczka o zabawnej nazwie 
Sunday. Zgodnie z tą nazwą słońce powinno było stale świecić nad okolicą i rozpromieniać 
jej mieszkańcom Ŝyciowe ścieŜki. Jednak dla Barry'ego w pewnym fatalnym dniu — zgasło. 
Lecz nie uprzedzajmy wypadków.

Od farmy do miasteczka nie było daleko, więc w nim właśnie dokonywano zakupów dóbr, 

jakich nie mogła wyprodukować farma. Barry jeździł niekiedy z rodzicami do tego 
miasteczka i podziwiał murowane, piętrowe domy o spadzistych dachach, obserwował 
uliczny ruch, który mieszkańcowi samotnej chaty wydawał się

być czymś nadzwyczajnym. Tam właśnie, w Sunday, ujrzał po raz pierwszy kowbojów, tych 
legendarnych pastuchów bydła — znakomitych jeźdźców i pełnych temperamentu 
młodzieńców, którzy potrafili w chwilach niezbyt wybrednej uciechy wyrwać ze snu wszy-
stkich mieszkańców Sunday przy pomocy nie kończących się serii strzałów z potęŜnych 
coltów. Tam teŜ pewnego dnia osłupiał na widok człowieka o obrośniętej twarzy, odzianego 
w dziwaczne skóry, w krymce ozdobionej ogonem grzechotnika, jak kupował amunicję w 
kramiku miejscowego rusznikarza. Od ojca dowiedział się, Ŝe jest to traper polujący hen, w 
górach, na niedźwiedzie. Lecz najbardziej utkwiło mu w pamięci, gdy stopniały ostatnie 
ś

niegi i wiosenne słońce grzało coraz mocniej, spotkanie z dwoma ludźmi o kamiennych 

obliczach, brązowej cerze i czarnych włosach spadających na ramiona. Dostrzegł ich na uli-
cy, gdy maszerował z ojcem.

Kto to? — zaszeptał trwoŜnie.

Ojciec zaśmiał się cicho.

Nigdy ich nie widziałeś? Indianie, synku. Niektórzy się ich boją, niektórzy nawet 

lubią. Ja jednak
myślę, Ŝe nie bardzo moŜna dowierzać czerwonoskórym.

Nieco później Barry dowiedział się z ust ojca, dlaczego nie bardzo moŜna dowierzać 

Indianom. Była to jednak dość jednostronna informacja. Daleka od prawdy, która — 
podobnie jak medal czy pieniądz — dwie posiada strony. Lecz ludzie zaślepieni nienawiścią 
dostrzegają tylko jedną. Najwygodniejszą dla nich.

Indianie zniknęli we wnętrzu hurtowego magazynu, a ojciec Barry'ego na prośbę syna 

zgodził się zaczekać na ich powrót. Więc Barry raz jeszcze ujrzał posępne oblicza 
wojowników, gdy odjeŜdŜali na chudych, grzywiastych konikach. Pozostała po nich przez 
chwilę smuga dziwnej woni: zapach końskiego potu, zjełczałego tłuszczu, szałwii, a nade 
wszystko — dymu obozowych ognisk. Ta mieszanina dla delikatnego powonienia nie mogła 
być miłą, lecz dla chłopca stała się odkryciem, progiem jakiegoś innego świata istniejącego 
daleko, daleko od ulic Sunday i od ścian rodzinnej chaty. Tajemniczego świata.

Po powrocie na farmę Barry z przejęciem opowiadał swemu rodzeństwu, a później matce 

o Indianach, kowbojach i półdzikim traperze. Z kolei usłyszał od ojca o dawnych dziejach 
krainy, w której zamieszkali. Tak narodziła się w malcu tęsknota za jakąś wielką, Ŝyciową 
przygodą.

Później nastąpiły szkolne lata. Dzień w dzień maszerował Barry Bede do Sunday, aby 

nasiąkać wiedzą, jak gąbka wodą. Lecz obok tej szkolnej wiedzy zdobywał jeszcze inną. Od 
kolegów, niekiedy nauczycieli, niekiedy od przechodniów w wesołym nastroju opusz-
czających wnętrza saloonów, którzy lubili gawędzić z malcami. Nasłuchał się wówczas 
Barry opowieści prawdziwych i nieprawdziwych. Wszystko wyolbrzymione, aŜ 
nieprawdopodobne. Uszy chłopca chłonęły takie informacje z ufnością, ani na chwilę nie 
posądzając dorosłych o zwykłe łgarstwo. I jakŜe często sami dorośli święcie wierzyli w 
opowiadane przez siebie banialuki. PrzecieŜ nie wszystko było banialuką. Odtąd Barry miał 
głowę nabitą sylwetkami nieulękłych westmanów, bystrych tropicieli śladów, traperów 
przemierzających głusze rozległych przestrzeni, eksplorerow odkrywających złote Ŝyły w 
ustronnych dolinach gór, na koniec — okrutnych wojowników z piórami w czuprynach, 

background image

napadających wczesnym świtem osiedla bladych twarzy. JakieŜ wspaniałe Ŝycie musieli 
wieść ci wszyscy ludzie!

Barry po raz pierwszy wyjrzał myślą poza domowe opłotki. A do tych wszystkich prawd-

nieprawd dochodziły jeszcze legendarne opowieści rówieśników i dorosłych o tajemniczych 
jeźdźcach prerii, rabujących złych bogaczy tylko po to, aby zdobytymi pieniędzmi obdarzać 
dobrych biedaków. A później, którejś wiosny, przeznaczenie uchyliło przed oczami chłopca 
skrawka swej kurtyny.

Pewnego wiosennego dnia, gdy Barry wracał ze szkoły do domu, jak zwykle piechotą, 

spadł ulewny deszcz. śe akurat znajdował się przed saloonem „Pod Złotym Słońcem", 
którego właściciel przyjaźnił się z ojcem, szybko wbiegł do lokalu. Dodam, Ŝe wnętrze 
kaŜdego saloonu było dla Barry'ego tajemniczym światem dorosłych, gdzie wstępu dzieciom 
surowo zakazywały niepisane prawa. Jednak deszcz zbyt dokuczliwie atakował chłopca. 
Karczmarz nie wyprosił niespodziewanego gościa. MoŜe dlatego, Ŝe dobrze znał jego ojca, 
moŜe dlatego, Ŝe ulitował się nad zmokniętym, a najprawdopodobniej — poniewaŜ nudził się 
jak przysłowiowy mops. Ba, nawet poczęstował Barry'ego szklaneczką piwa. Chłopak siadł 
przy stoliku, pociągał bursztynowy płyn ze szklanki i spoglądał w okno zasnute 
spływającymi po szkle smugami wody. Było pusto i cicho. O tej godzinie ludzie pracowali i 
rzadko który z nich wpadał na kufelek lub na coś mocniejszego. Okazało się po chwili, iŜ 
poza Barrym i karczmarzem w przestronnej sali znajduje się jeszcze jeden człowiek. Tkwił 
za stolikiem o kilka kroków dalej, a chłopiec dokonawszy tego odkrycia wytrzeszczał oczy na
nieznajomego. Musiał to być jeden z westmanów, o których tyle się nasłuchał. Świadczył o 
tym chociaŜby ubiór: kurta z łosiowej skóry, spodnie zdobne wszywanymi frędzlami, buty o 
wysokich obcasach, przy których tkwiły lśniące ostrogi. Nade wszystko jednak uwagę 
zwracał szeroki pas ze złocistą klamrą i dwie kabury na rewolwery. Serce zabiło w chłopaku, 
gdy nieznajomy przysiadł się do jego stolika, gdy wyjął błękitnie polśniewające colty i 
pozwolił mu dokładnie

obejrzeć broń. Deszcz przestał padać. Barry podziękował za piwo i wyszedł na dwór z 
pewnym jednak ociąganiem. śal mu było tracić z oczu westmana. Jednak szczęście 
przedłuŜyło się nieco. Nieznajomy zaproponował chłopcu, iŜ podwiezie go pod dom. 
Posadził Barry'ego przed sobą na końskim grzbiecie i wiózł tak długo, aŜ ukazały się szczyty 
dachów farmy. W tym miejscu rozstali się, chociaŜ Barry zdobył się na odwagę i zaprosił 
westmana, by odwiedził rodziców. Nieznajomy odmówił grzecznie, lecz stanowczo.

IleŜ teraz było do opowiadania! Słuchała chłopca cała rodzina, a ojciec zastanawiał się, 

kim moŜe być grzeczny jeździec z coltami? Zastanawiał się, ale nie odgadł. Dopiero po kilku 
dniach, z okazji wizyty w Sunday i „Pod Złotym Słońcem", prawda wyszła na jaw. 
Rzekomego westmana nikt nie znał, karczmarz widział go po raz pierwszy. Więc ojciec 
przestrzegł syna, aby w przyszłości nie wdawał się w rozmowy z ludźmi nieznanymi, 
przybywającymi nie wiadomo skąd. Z takich znajomości zwykle rodzą się kłopoty.

Minęło parę lat. Barry ukończył swą szkolną edukację i zajął się gospodarstwem. Za dobre 

postępy w nauce otrzymał od ojca kowbojski pas (o którym marzył), lecz bez futerałów na 
rewolwery, no i oczywiście bez rewolwerów. Trochę go to rozczarowało.

— 

Po co ci broń? — zdumiał się ojciec. — Syn porządnego gospodarza nie potrzebuje 

ś

miercionośnych pukawek. To nie są Ŝadne zabawki, a poza tym okolica tu spokojna. Nie, 

nie, mój kochany! Nie chcę, abyś wyrósł na rewolwerowca. Czy wiesz, co to znaczy zabić 
człowieka? Zastanów się!

Po kilku zaledwie tygodniach Barry dowiedział się, co to znaczy zabić człowieka, 

tymczasem jednak nie molestował dłuŜej   ojca   o   kupno   błękitnych   coltów.

Odtąd wypadki poczęły się toczyć niczym koła wagonów pospiesznego pociągu. Pewnego 

dnia cała rodzi-

na udała się wozem do Sunday po zakupy i dla złoŜenia wizyt znajomym. Mieli wrócić 
dopiero następnego dnia rankiem. Na gospodarstwie został Barry. Wtedy to, przypadkowo, w 
lasku rosnącym na granicy farmy spotkał znajomego z saloonu „Pod Złotym Słońcem". 
Spoczywał pod drzewem, z ręką przewiązaną jakimś gałganem. JakŜe inny, jakŜe zmieniony, 
jakŜe mało podobny do eleganckiego gościa z saloonu. Ubranie miał brudne i podarte, 
policzki wpadnięte jak u głodomora, twarz zarośniętą niczym niedźwiedź. Przybysz nie po-

background image

znał Barry'ego, a i Barry nie od razu zorientował się, z kim ma do czynienia. Zwłaszcza gdy 
oberwaniec sięgnął błyskawicznie po rewolwer i czarny otwór lufy znalazł się na wprost 
piersi chłopaka.

Kto ty jesteś? — zagadnął ochrypłym szeptem ranny.

Barry, z duszą na ramieniu, przedstawił się, jak mógł najdokładniej.

Barry Bede... — mruknął tamten. — Barry... Do licha, ja ciebie chyba znam? JakieŜ to 

stare dzieje.
Byłeś wówczas pędrakiem, a teraz...  Pamiętasz?

Zapytany wybałuszył oczy i milczał.

Przypomnij sobie deszczowy dzień w Sunday i piwo w saloonie „Pod Złotym 

Słońcem"!

Ach, to pan? Poznaję, oczywiście, Ŝe poznaję.

Nareszcie. Mówiłeś, Ŝe to farma twoich rodziców.

Tak.

Słuchaj, potrzebuję bandaŜa.  Miałem wypadek...

Proszę iść ze mną. Pomogę.

Nieznajomy kategorycznie odmówił. Jednak gdy Bede poinformował go, Ŝe cała rodzina 

bawi w Sunday, dźwignął się cięŜko i prowadząc konia poczłapał za chłopcem. Nie był to juŜ 
ten sam koń, na którego grzbiecie odbył przed laty przejaŜdŜkę młody uczeń szkoły w 
Sunday. Nie kary, lecz srokacz.

Barry nakarmił gościa, nagotował wrzątku do mycia, znalazł czyściutkie płótno, a nawet 
pilnował wejścia 

chaty, gdy nieznajomy szorował się w misce. Czynił tak, poniewaŜ miał nadzieję, Ŝe 
tajemniczy westman (jak go w myślach nazywał) przedłuŜy swój pobyt aŜ do dnia 
następnego i opowie o swych przygodach na Dzikim Zachodzie.

Nic z tej kalkulacji nie wyszło.
Na pierwsze słowo zapraszające do noclegu przybysz wzdrygnął się, jak gdyby ujrzał 

grzechotnika.

Dziękuję, Barry — odparł ostro — dobry z ciebie chłopak, lecz ja zaraz muszę ruszać. 

Daleka droga, bardzo daleka droga przede mną.

Zamyślił się.

Wiesz! — zawołał nagle, juŜ łagodniejszym tonem. — Mam pomysł. Odprowadź mnie 

kawałek. Bardzo mi zbrzydła samotna jazda. Chyba masz konia?

Zapytany oświadczył, Ŝe istotnie rozporządza wierzchowcem, lecz jakŜe moŜe zostawić 

gospodarstwo bez opieki?

Nawet na godzinkę? Na pewno nudzisz się w tej samotności.

To była prawda, Barry nudził się. Jednak... chata, bydło, konie. A jeśli wybuchnie poŜar? 

A jeśli złodzieje dobiorą się do krów? Lecz godzina — to przecieŜ niewiele. Kto tam się 
spostrzeŜe, Ŝe gospodarstwo stoi pustką!

Osiodłał konia. Ruszyli razem, strzemię w strzemię, jak starzy towarzysze dalekich dróg.
Oklepane powiedzonko brzmi: miłe złego początki, lecz koniec Ŝałosny. Sprawdziło się na 

dalszych losach Barry'ego co do kropki. Sprawdziło się aŜ nazbyt okrutnie. Tymczasem 
jednak tajemniczemu westmanowi usta się nie zamykały, a Barry słuchał jak urzeczony.

Przed wiejskim chłopakiem nagle otworzyły się szerokie wrota, przez które wiodła ścieŜka 

ku zielonym preriom, ku dzikim górom pełnym zwierzyny. Tajemniczy westman gadał o 
stadach bizonów, jakie ongiś tędy wędrowały, o polowaniu na antylopy, na jelenie, które 
moŜna spotkać na bezdroŜach. Mówił o grizzlim— szarym niedźwiedziu, który potrafi w 
biegu prześcignąć konia i którego pazury mocniejsze są od Ŝelaza. Mówił o pumie, zwanej 
równieŜ potocznie lwem amerykańskim lub kuguarem, Ŝe nie zaczepiona nie atakuje 
człowieka, lecz biada nieostroŜnemu, gdy natknie się na samicę z małymi!

Był to świat dziwów i Barry poczuł nagle Ŝal do ojca, Ŝe go trzymał z daleka od takich 

cudów, Ŝe nie nauczył go strzelać, Ŝe nigdy nie próbował zapolować.

Minęła godzina, minęła druga, aŜ chłopiec spostrzegł tabliczkę z napisem „Greenhill". 

Nigdy tu nie był, więc poczuł lęk.

Muszę juŜ wracać — powiedział niezbyt pewnie.

background image

Wracać? AleŜ tak, oczywiście. Przykro mi, Barry, Ŝe cię daleko odciągnąłem od domu. 

Lecz da się to naprawić — tu roześmiał się. — Patrz, to jest miasteczko, gdzie mieszka 
mój przyjaciel. Kłopot z tym, iŜ nie wiem, czy mogę go odwiedzić.

Jak to?

Ano tak, gdyŜ mieszka tu równieŜ paru moich wrogów. Złych ludzi, którzy na mnie 

czyhają. Nie myśl, Ŝe się ich lękam, o nie, mój chłopcze, lecz nie lubię strzelaniny. Czy 
mogę cię o coś poprosić?

Na pewno!

Więc posłuchaj: jak wjedziesz do Greenhill, zauwaŜysz po prawej stronie piętrowy 

dom z napisem: „Skład zaopatrzenia". Wejdź do środka i zapytaj o pana Ratha. Gdy się 
zjawi, powiedz mu, Ŝe Niebieski Bill chce gó odwiedzić.

A kto to jest Niebieski Bill?

Nie bądź taki ciekawy, chłopcze. Jednak zdradzę ci: ja noszę przezwisko Niebieski 

Bill. A teraz jedź i szybko wracaj. Będę tu czekał.
Barry wykonał polecenie, migiem wrócił i teraz, juŜ razem, udali się do składu. Tam 

Niebieski Bill sprawił sobie nowy strój, a dla Barry'ego nabył wspaniały pas i dwa nowiutkie 
colty. I oto spełniło się marzenie nigdy dotąd nie zaspokojone przez ojca. Chłopak był 
wniebowzięty, a za swego towarzysza dałby się teraz w kawałki porąbać.

Ze składu udali się w kierunku miejscowego saloonu, aby wypić na poŜegnanie kufel piwa 

i ostatecznie rozstać się. Ten kufel nigdy jednak nie został wypity, a Barry mimo woli 
przekroczył zaklęty krąg wielkiej przygody, lecz na pewno nie była ona taka, o jakiej marzył.

TuŜ przy budynku saloonu miejscowy szeryf kazał im obu zatrzymać się. Niebieski Bill 

wspiął konia, o mało nie tratując przedstawiciela prawa, i pognał uliczką. Barry naśladował 
go. Dlaczego? Ze strachu czy z poczucia solidarności? Później wiele razy rozmyślał nad 
nierozwaŜnym postępkiem, jednak nie potrafił go uzasadnić.

Gonieni okrzykami szeryfa i przypadkowych przechodniów, przegnali galopem poprzez 

główną ulicę miasteczka, później szerokim szlakiem rozjeŜdŜonym przez cięŜkie wozy, a 
potem bezdroŜem prerii, aŜ na koniec skrył ich szczęśliwie napotkany gęsty las. Zeskoczyli z 
koni i wędrowali poprzez zarośla, między pniami potęŜnych drzew, aŜ trafili na malutką 
polankę i strumyk szemrzący wśród traw. Kończył się dzień i mroczne cienie powoli 
wypełniały bór.

Tu zostaniemy aŜ do rana — zadecydował Niebieski Bill. — Nie moŜesz teraz wracać i 

w ogóle nie moŜesz wracać przez Greenhill, ale jutro wskaŜę ci bezpieczniejszą drogę.

Co to było? — wyjąkał chłopak.

Dyszał ze zmęczenia i ledwie trzymał się na nogach.

Głupstwo! Zwykła pomyłka. JuŜ ci mówiłem, Ŝe mam w Greenhill paru wrogów. To 

oni napuścili na nas szeryfa. Na pewno sprawa wyjaśniłaby się, lecz przedtem 
posiedzielibyśmy ze trzy dni w areszcie. Kiepska to przyjemność, więc lepiej było zwiać. 
Nie uwaŜasz?

Barry niezbyt pewnym głosem przyznał, Ŝe istotnie lepiej... A następnego ranka okazało 

się, Ŝe Niebieski Bill zmienił decyzję.

Rozmyślałem w nocy — oświadczył po przebudzeniu się — i doszedłem do wniosku, 

Ŝ

e nie mogę puszczać cię w samotną podróŜ. Ci głupcy z Greenhill na pewno krąŜą 

jeszcze dokoła.

PrzecieŜ nie jestem niczemu winien — nieśmiało sprzeciwił się chłopiec.

To jasne. Ani ty, ani ja. Lecz pewnie chcieliby sprawdzić i posłali umyślnego do 

rodziców, a ty przez ten czas tkwiłbyś za kratami. Odpowiada ci to?

Barry odparł, Ŝe wcale mu nie odpowiada. Co za wstyd siedzieć w więzieniu!

Więc powędrowali dalej w głuszę i tkwili w niej ponad tydzień. Nie był to wcale nudny 

dla Barry'ego okres. Nawet wyrzuty sumienia z powodu samowolnego opuszczenia farmy 
przestały go dręczyć. Niebieski Bill nie lubił siedzieć bezczynnie. Z braku innego zajęcia 
zajął się edukacją swego towarzysza. Barry'emu niesłychanie przypadła do smaku. Polegała 
na nauce strzelania. Najpierw do nieruchomego celu, później do rzucanej w górę monety. 
JuŜ po pierwszych dwu dniach  nauki  Niebieskiego  Billa  ogarnęło  zdumienie.

Nigdy dotąd nie strzelałeś? — zagadnął chłopca.

background image

Nigdy nie miałem broni w ręku.

Zdumiewające! Wobec tego posiadasz niezwykłe wrodzone zdolności.

Wrodzone zdolności objawiły się w tym, Ŝe Barry rzadko chybiał, Ŝe potrafił strzelać z 

dwu rewolwerów jednocześnie, co jest sztuką wymagającą wielotygodniowych niekiedy 
wielomiesięcznych ćwiczeń. Na dodatek okazał się człowiekiem o celnym oku i szybkiej a 
pewnej dłoni. Z bronią długą — wypadło gorzej. Niebieski Bill posiadał remingtona, broń 
jak cacko, lecz w rękach Barry'ego zamieniała się w zbytecznie huczący patyk, który tylko 
płoszył zwierzynę. Tak więc stało się rzeczą pewną, Ŝe chłopiec nigdy nie będzie traperem, 
natomiast posiada zadatki na niebezpiecznego rewolwerowca, ale wówczas nic o tym 
jeszcze nie wiedział.

Czas minął jak z bicza trząsł i Niebieski Bill doszedł do wniosku, Ŝe moŜna juŜ 

bezpiecznie wychynąć z głuszy i wrócić do łudzi. Opuścili bór i ruszyli traktem, lecz nie w 
stronę Greenhill. Wszelako Bill obiecał chłopcu, iŜ go wkrótce doprowadzi do właściwego 
szlaku, skąd trafi prościutko pod rodzinną strzechę. śeby odbyć tę ostatnią podróŜ, naleŜało 
zaopatrzyć się w Ŝywność. Poszukali najbliŜszego osiedla. Zwało się Helldock. Po zakupy 
udał się jednak tylko Barry (Bill wytłumaczył mu, iŜ dwu jeźdźców bardziej zwraca na siebie 
uwagę niŜ jeden, a sprawa z Greenhill moŜe niezupełnie przyschła). Barry otrzymał 
kilkanaście złotych monet i tak wyposaŜony przekroczył próg napotkanego sklepiku. 
Załatwił, co miał załatwić, lecz nie zdąŜył juŜ wyrównać rachunku, bo w chwili obliczania 
naleŜności gdzieś z głębi ulicy huknął strzał. Sprzedawca przerwał swe zajęcie, przeprosił i 
wybiegł na dwór. Bede wolniutko podąŜył za nim. Spojrzał w kierunku, w którym zostawił 
swego towarzysza, i strach z jeŜył mu włosy na głowie. Zamiast Niebieskiego Billa dostrzegł 
teraz gromadkę ludzi. Poszedł tam. Nie zwiodło go złe przeczucie: w kręgu gapiów stał koń 
Niebieskiego Billa, a jego właściciel, skrwawiony i nieruchomy, spoczywał w pyle drogi. 
Człowiek z gwiazdą szeryfa na piersiach obwieszczał właśnie gapiom, iŜ oto zabity został 
William Fagin, zwany Niebieskim Billem. Przestępca poszukiwany za napad na pociąg linii 
Union Pacific, dokonany w miejscowości Big Springs przed dwoma miesiącami. Fagin zabił 
konduktora, konwojenta wagonu pocztowego i ranił maszynistę. Zrabował dziesięć tysięcy 
dolarów w samych złotych dwudziestodolarówkach.

Pod Barrym zatrzęsły się nogi. Zdobył się jeszcze na tyle spokoju, Ŝe wolniutko odszedł 

w chwili, gdy ktoś usłuŜnie poinformował szeryfa, iŜ bandycie towarzyszył młody chłopak!

Przez następne dni Barry był chory ze strachu. Zdoławszy niepostrzeŜenie opuścić 

Helldock, krył się po 

pustkowiach, unikał farm i osad, a nawet pojedynczych wędrowców. Dopiero teraz pojął, 
komu towarzyszył przez tyle czasu. NaleŜało po prostu zgłosić się do najbliŜszego szeryfa i 
wyznać prawdę. PrzecieŜ nawet najbardziej tępy szeryf, po zasięgnięciu informacji o 
Barrym w Sunday, zwolniłby go od winy i kary. Ktoś starszy i bardziej Ŝyciowo 
doświadczony nie wahałby się ani chwili w ten sposób postąpić.

Barry Bede znacznie, znacznie później — kiedy sprawa przestała być waŜna — 

wymyślał sam sobie swą 

młodzieńczą głupotę, lecz teraz kluczył mało uczęszczanymi ścieŜkami, póki głód nie zmusił 
go do szukania jakiegokolwiek sklepiku w jakimkolwiek miasteczku. Miał przecieŜ złote 
monety otrzymane od Fagina na kupno Ŝywności. Co prawda, wiedział juŜ, Ŝe pieniądze te 
pochodzą z rabunku i Ŝe powinien je oddać najbliŜszemu szeryfowi. Lecz wzdragał się na 
samą myśl o takiej wizycie i sprawę odłoŜył do powrotu do domu. Ojciec najlepiej mu 
poradzi.

Natrafił na malutką osadę, w osadzie — na sklepik, w sklepiku — na suchary, chleb, 

kaszę, cukier, kawę i 

róŜne inne towary. Kupił mały garnczek i nieco produktów spoŜywczych. Zapłacił złotymi 
monetami, co zwróciło uwagę paru klientów. Najprawdopodobniej stało się to przyczyną 
kolejnego dramatu Barry'ego. Daleko za miasteczkiem został napadnięty przez zama-
skowanego jeźdźca, a podczas wzajemnej szarpaniny rewolwer trzymany przez bandytę 
wystrzelił i połoŜył trupem jego posiadacza. Barry doprawdy nic temu nie był winien, 
zresztą, gdyby nawet... PrzecieŜ działał w obronie własnej! Jednak chłopak ubrdał sobie, Ŝe 
moŜe zostać posądzony o morderstwo. Uznał, iŜ w takiej sytuacji nie wolno wracać do 

background image

Sunday, lecz nadal naleŜy się ukrywać. Wędrował długo, aŜ dotarł na południe, na ziemie 
Teksasu. Poczuł się bezpieczny, ale bez środków do Ŝycia. Złote dolary Fagina wyczerpały 
się. Na szczęście znalazł zatrudnienie w farmie. Nie na długo, bo na trzy miesiące 
wszystkiego. Gospodarz nie potrzebował dodatkowego parobka na okres zimy. Grzecznie 
podziękował, nieźle, zapłacił i obiecał, iŜ z wiosną gotów jest na nowo go zatrudnić.

Dalsza Ŝyciowa ścieŜka zawiodła błędnego wędrowca w mury miasta Little Rock. Tkwił w 

tych murach całą zimę pracując jako niewykwalifikowany robotnik w mechanicznej kuźni. 
Sprzedał konia. Przez cały ten okres Ŝył niezwykle oszczędnie a z wiosną kupił innego 
wierzchowca i z pieniędzmi w kieszeni ruszył prościutko do Sunday, pewien, iŜ teraz nic nie 
zagraŜa jego wolności. W drodze zawadził o osadę Janesboro, wkroczył do miejscowego 
saloonu zaspokoić głód i pragnienie.

Co za pech, co za okropny pech go ścigał! Przy szynkwasie pijany włóczęga wszczął z 

Bedem kłótnię, w wyniku której doszło do pojedynku. I wydarzyła się rzecz przedziwna: 
Barry, nawet nie mierząc, okazał się lepszym strzelcem od tamtego. A tamten — jak rychło 
się wyjaśniło — był głośnym rewolwerowcem postrachem Janesboro, ściganym listami 
gończymi. I oto Barry otrzymał nagrodę w wysokości pięciuset dolarów i   gratulacje   
miejscowego   szeryfa,   któremu   kamień spadł z serca. Nie kaŜdy bowiem szeryf jest 
pozbawiony uczucia lęku, nie kaŜdy umie szybko i celnie strzelać, wreszcie nie kaŜdy z 
ochotą naraŜa się na śmierć.

Barry, trochę przeraŜony, a trochę uradowany sukcesem, odjechał. Niezbyt daleko. 

Prawdopodobnie zabity rewolwerowiec miał godnych siebie przyjaciół, bo Barry, nie 
ujechawszy nawet dwu mil padł ofiarą podstępnego zamachu. Otrzymał niebezpieczny 
postrzał, gdy mijał przydroŜną kępę drzew. Stracił przytomność i zwalił się z konia. Po 
godzinie odnalazł go przypadkowo pewien mieszkaniec Jonesboro i rozpoznawszy w rannym 
„oswobodziciela" miasteczka odwiózł go natychmiast do lekarza. Kuracja trwała prawie dwa 
miesiące. Gdy wreszcie wrócił do zdrowia, stwierdził, iŜ został nie tylko raniony, lecz 
równieŜ... okradziony. Z nagrody jaką otrzymał, nie zostało śladu. Ocalały tylko te pieniądze, 
które przezornie trzymał schowane w woreczku zawieszonym na szyi, pod koszulą. Szeryf 
wcale nie okazał się skłonnym do wyrównania straty. Nie mógł przecieŜ wypłacić drugiej 
nagrody za ten sam czyn. Tak więc Barry odjechał uboŜszy o pięćset dolarów, a 
równocześnie bogatszy o Ŝyciowe doświadczenie. Bardzo go to rozgoryczyło.

Wtedy to po raz pierwszy począł rozmyślać nad warunkami bezpieczeństwa kraju. Czemu 

to grasowali bezkarnie po zapylonych szlakach bandyci Ŝyjący z rabunku? UtoŜsamił 
wówczas własną krzywdę z krzywdą innych ograbionych ludzi i poczuł nienawiść do 
przestępców. Na koniec znalazł wytłumaczenie istniejącego stanu rzeczy: mieszkańcy 
małych miasteczek lękają się czynnie występować przeciw gwałcicielom prawa. KaŜdy 
bowiem ludzi się nadzieją, Ŝe jego ominie napad rabunkowy. Zdaje się, iŜ ten wniosek do-
prowadził Barry'ego (chociaŜ nie był tego pewien) do zupełnie juŜ świadomej, a nie 
przypadkowej akcji.

Po całym dniu jazdy dotarł do osady, której nazwa jakoś nie utkwiła mu w pamięci, 
chociaŜ ta właśnie 

osada zapoczątkowała jego karierę łapacza. Wlokąc się uliczką, jedyną chyba w tym małym 
skupisku ludzkim, dostrzegł na ścianie mijanej szeryfówki przybity list gończy. Poszukiwano 
Abrahama Quin, którego prawo ścigało za rozliczne rabunki i morderstwa. Nagroda wynosiła 
osiemset dolarów za dostarczenie przestępcy najbliŜszemu szeryfowi, „Ŝywego lub 
martwego", jak nieodmiennie głosiła ustalona formuła kaŜdego z gończych listów. W Barrym 
obudziła się Ŝyłka hazardu, postanowił zaryzykować, a poza tym uznał, iŜ schwytanie 
przestępcy będzie jakąś rekompensatą za rabunek, którego sam padł ofiarą.

Dziwnym losu zrządzeniem Abraham Quin postąpił bardzo nierozwaŜnie prosząc o 

gościnę farmera, u którego Barry zatrzymał się godzinę wcześniej. Oczywiście Abraham 
Quin nic o tym nie mógł wiedzieć, jednak powinien był unikać ludzi. W wyniku takiego błę-
du — przegrał ostatecznie. W rewolwerowym pojedynku Barry okazał się szybszy i Abraham 
został skreślony z listy Ŝywych.

ZmitręŜywszy nieco czasu na podjęcie nagrody, ruszył do Sunday i nie zatrzymując się 

zawitał wreszcie w progi ojcowego domu. Tu spotkała go klęska. Rodzina wyprowadziła się 

background image

stąd przed pół rokiem, sprzedawszy całe gospodarstwo. Nowy posiadacz nie potrafił 
poinformować o obecnym adresie państwa Bede, słyszał, iŜ mieli wyjechać do Wyomingu i 
tam nabyć większą farmę.

 Chłopca ogarnęła rozpacz. Pognał do Sunday, prosto do saloonu „Pod Złotym Słońcem". 

Karczmarz poznał go natychmiast, a przypadkowi goście powitali przybysza jak 
zmartwychwstałego. Musiał odpowiadać na setki pytań, dość kłopotliwych, bo nie chciał 
przyznać się do głupstwa, jakie popełnił. Wykręcił się półprawdą o rannym wędrowcu, 
jakiego musiał dość daleko odprowadzić i o napadzie, którego padł ofiarą. CięŜko ranny 
przeleŜał wiele miesięcy w szpitalu. Jakoś w to uwierzyli. Natomiast wieści o rodzicach 
wypadły gorzej niŜ skromnie.

Twierdzono zgodnie, iŜ wyjechali do Wyomingu. I to wszystko. Wyoming jest stanem 

olbrzymim, więc uzyskana wiadomość równała się praktycznie zeru. Jednak postanowił 
rodziców odnaleźć. Ruszył ku północnemu zachodowi. Konno, bo sądził, Ŝe w ten sposób 
łatwiej trafi na ślad swej rodziny. Lecz tego śladu nigdy nie odnalazł.

Gdy wydał ostatnie centy w tej wędrówce bezkresnej, znalazł się w sytuacji wielce 

kłopotliwej. Nie mógł przyjąć Ŝadnej stałej pracy zmuszającej do przerwania poszukiwań. 
Zachęcony dwoma poprzednimi sukcesami, został łapaczem. Na samym obszarze Wyomingu 
ujął w myśl zaleceń listów gończych: „Ŝywych" lub martwych", czterech poszukiwanych 
przestępców, wszystkich właśnie... martwych! Uzyskane nagrody pozwoliły mu na dalsze 
poszukiwanie przez kolejne pół roku. Gdy znowu wyczerpały się fundusze, zapędzi! się na 
teren Utahu, a z Utahu do Arizony, gdzie odniósł kolejny sukces: piąty przestępca zabity!

Bede dźwignął się cięŜko z ziemi, spojrzał raz jeszcze na zgliszcza i mruknął:

— 

Do diabła! PrzecieŜ nie mogę o tym wszystkim opowiedzieć...

Nie mógł opowiedzieć, zwłaszcza iŜ następną, szóstą nagrodę wypłacono mu za 

unieszkodliwienie (raz na zawsze) niejakiego Billy Harpera. Czy był to zbieg okoliczności, 
czy teŜ Billy wywodził się z rodziny Martina Harpera? Lepiej nie badać. Zabicia przestępcy 
ś

ciganego listami gończymi, mimo wszystko, nie pogratulowałby Barryemu Ŝaden z 

krewnych ofiary. 

Tfu, do licha! Muszę coś wymyślić, a przede wszystkim trzymać język na wodzy — 

postanowił.

Minęły dwa dni, trzeciego, wczesnym rankiem, Bede wraz z Harperem udali się na 

pogorzelisko. Tam czekało juŜ na nich sześciu ludzi z bosakami, kilofami, łopatami. Harper 
przedstawił im swego zastępcę — jak oświadczył — i poprosił Bedego, aby zwracał uwagę 
na drzewka owocowe te, które nie ucierpiały od ognia, i odszedł do „Lucky Saloon".

Zaczęła się robota w tumanach czarnego pyłu, a Bede wszedł całkowicie w swą rolę 

nadzorcy. W porze obiadowej, podczas przerwy udał się do saloonu czarny jak kominiarz, 
zjadł obiad i czym prędzej powrócił na swe stanowisko. Pracowano do zmierzchu i tak do-
brze, iŜ dokonano połowy dzieła. Następnego dnia przed wieczorem zadanie wypełniono. 
Harper nie ukrywał radości z obrotu sprawy i zaprosił Bedego na wspólny rodzinny posiłek. 
Ten jednak zdołał się wykręcić od zaproszenia oświadczając, Ŝe czuje się bardzo zmęczony. 
Nazajutrz, poniewaŜ czekano na przyjazd technika mającego zająć się konstrukcją przyszłego 
młyna, a bez jego porady karczmarz nie chciał ryzykować rozpoczęcia robót ciesielskich — 
Bede miał pół dnia wolnego i spędził je nad rzeką, unikając w ten sposób spotkania z panią 
Adeliną. Po południu natomiast nadzorował zwózki budulca: potęŜnych bali i desek 
zakontraktowanych juŜ dawniej w miejscowym tartaku. Harper musiał być pewien swego, bo 
umowę na dostarczenie budulca zawarł jeszcze na kilka dni przed kupnem wymarłego domu.

Nazajutrz karczmarz i Bede asystowali przy zakładaniu węgłów nowego budynku, a 

wieczorem odbyli rozmowę, której skutki, jak mogło się wydawać, powinny były na długie 
lata ustabilizować ruchliwy dotąd i burzliwy Ŝywot Bedego.

Mam dla pana pewną propozycję — oświadczył Harper bez Ŝadnego wstępu, 

podchodząc do stolika, przy którym Bede tkwił nad talerzem parującej baraniny.

Sala szumiała gwarem rozmów, wokół świecących lamp kłębiły się chmurki tytoniowego 

dymu, a od strony szynkwasu dobiegał szczęk szkła i stukot kufli do piwa.

background image

Zbyt tu hałaśliwie — mówił dalej karczmarz — więc pójdziemy omówić sprawę w 

bardziej zaciszne
miejsce. Ale proszę się nie spieszyć. Poczekam.

Ta prośba na nic się zdała. Bede na samą wzmiankę o „pewnej propozycji" o mało się nie 

udławił jedzeniem, tak pilno było mu zaspokoić ciekawość. Co teŜ Harper wymyślił 
nowego? Oczyścił talerz z szybkością podróŜnego w dworcowej restauracji, dostrzegającego 
nadjeŜdŜający pociąg.

Jestem gotów — oświadczył przełykając ostatni kęs i zrywając się od stołu. — Idziemy 

do mnie?

A moŜe wpadnie pan do nas? śona bardzo się ucieszy.

Bede grzecznie zaprotestował.

Nie chcę sprawiać państwu kłopotu, zresztą... mój pokój jest chyba bardziej 

odpowiedni, nikt nam nie
przeszkodzi.

Udali się więc na piętro.

Rzecz w tym — zagaił Harper — Ŝe nieco przeliczyłem się z groszem. Nie moja to 

wina, tylko majstra od ciesielskich robót. Podniósł cenę. Twierdzi, Ŝe pomylił się w 
obliczeniach. Nie wierzę takiej bajeczce, lecz muszę ustąpić. Lepszego fachowca nie znajdę 
w Goodyear ani w okolicy.

Przerwał i spojrzał na Bedego.

I co <pan zamierza? — zagadnął zaniepokojony słuchacz. — Zaniechać roboty?

Ani mi to w głowie. RozwaŜyłem dobrze całą sprawę. Mógłbym poŜyczyć w banku, 

lecz wówczas koszty wzrosną, bo trzeba będzie płacić procenty. Pomyślałem, Ŝe przecieŜ 
rozporządza pan nielichym majątkiem, jak sądzę... Co?

Bede zmartwiał. Niebezpieczeństwo pojawiło się z najmniej oczekiwanej strony.

 Oczywiście — odparł celowo przeciągając sylaby. Niech Harper zrozumie, iŜ wcale 

mu niespieszno ze sprzedaŜą złota. — Mam tam coś niecoś. Myślę o kupnie farmy.
— Bardzo dobry pomysł, nie będę pana od niego odwodził, lecz mój chytry majster wcale 
nie Ŝąda zapłaty natychmiast, gotów jest poczekać pół roku, jednak Ŝąda gwarancji.
— Jakich?
— Zobowiązania na piśmie i zastawu.
— Więc o co chodzi?
— O to, kochany panie, iŜ memu majstrowi nie wystarcza mój podpis, chce dwu 
gwarantów.
— Nie rozumiem — wyznał Bede. — Mam za pana poręczyć?
— Właśnie! Stał się pan w Goodyear znaną osobą, wszyscy wiedzą o pańskim depozycie 
w banku. Trafia się okazja do zrobienia niezłego interesu.
— CóŜ to za interes? — przestraszył się Bede.
— Ano taki, iŜ za poręczenie proponuję panu jedną trzecią dochodów z młyna tak długo, 
jak długo będzie pan mieszkał w Goodyear. Pod warunkiem, Ŝe zajmie się pilnowaniem 
ludzi w moim młynie. Zgoda?
— AleŜ... ja nic nie znam się na młynarstwie!
— JuŜ mi pan o tym wspomniał. Lecz, drogi panie, sprowadzę młynarza. Techniczne 
sprawy on będzie załatwiał. Zwracam się do pana nie tylko dlatego, Ŝe pańskie poręczenie 
będzie uznane za dobre. RównieŜ dlatego Ŝe, co tu duŜo gadać, przypadł mi pan do serca. 
Moja Ŝona poparła mnie w tym projekcie, a ona zna się na ludziach.

Clark na widowni

Bede przerwał na chwilę swą opowieść. Skorzystałem z tego i wtrąciłem:

No, to znalazł się pan wreszcie na dobrej drodze. Teraz radzę chwilę odpocząć. Jak na 

człowieka ledwie przywróconego do przytomności wysiłek jest zbyt wielki.

To było wczoraj, doktorze. Dziś czuję się znakomicie, chociaŜ jeszcze trochę szumi mi 

background image

w głowie. Zresztą, zaleŜy mi na czasie.

Po co ten pośpiech? — zapytał Karol.

Jak skończę, będziecie wiedzieli. Powiem krótko; stałem się wspólnikiem Harpera. 

Przyznam, nie bez strachu. Bałem się, Ŝe jeśli młyn nie będzie dawać dochodów, zanim 
nadejdzie termin zapłaty za jego budowę, wszystko się wyda, a do mnie przylgnie opinia 
oszusta. Och, co ja przeŜyłem, 'dŜentelmeni! Jednak karczmarz ma głowę do interesów i 
wszystko świetnie przewidział. Nim pół roku minęło, majster otrzymał wszystko, co mu 
się naleŜało. Rolnicy, nawet z dalszych okolic, zaczęli zwozić do młyna wory ziarna. 
Początkowo nadawałem się tylko do liczenia tych worów i pobierania opłaty za przemiał, 
ale teraz! Ho, ho! Dobrze spenetrowałem, na czym polega praca w młynie i pewnie sam 
potrafiłbym nim .kierować, tylko... po co mi to? Nadal marzę o farmie, a nie o zawodzie 
młynarza. Lecz teraz wszystko diabli wzięli! Wyobraźcie sobie, odezwał się Clark! Ten 
facet, z którym odbyłem wyprawę eksplorerską. Skąd się o mnie dowiedział, nie mam 
pojęcia. Któregoś dnia poczta dostarczyła mi list. MoŜecie sobie wyobrazić, jak się 
zdumiałem! List! KtóŜ mógł go napisać. Przez sekundę podejrzewałem, Ŝe odnaleźli się 
moi rodzice i teraz dają znać o sobie. Niestety, nie. Mam ten list. Proszę go przeczytać, 
doktorze.

Zaczął grzebać po kieszeniach kurty, aŜ wydobył papier mocno pognieciony, ze śladami 

wilgoci i częściowo pozamazywanymi literami. Piszę „literami", w rzeczywistości były to 
okropne kulfony ręki nie przywykłej do pisania. Do spółki z Karolem zdołaliśmy jakoś 
odcyfrować bazgraninę. List ten, nieco później, wręczył mi Bede. Niepozorną kartkę 
zachowałem na pamiątkę tamtego zdarzenia i przechowuję ją w szufladzie biurka w 
rodzinnym Milwaukee. Jej tekst przytaczam wiernie, zachowując wszystkie błędy językowe i 
ortograficzne.

Bede, stary kumplu! W pirszych słowach tego listu zawiadamiam, iŜ jestem cały i 

zdrowy, c h o c i a b i d n y jak mysz polna w zimie. Chybaś o mnie nie zapomniał, stary 
przyjacielu. W i m, Ŝe się t o b i powodzi i wyrosłeś na bogacza u tego Harpera. Ale to 
paskudnie, Ŝeś_ ukrył przede mną tyle złota, co go knysisz w banku. Jakeś to zrobił, nie w i 
m. Ja nie taki głupek, jak ci się zdaje. W i m o wszystkim. Ja tu czekam, Ŝe się zjawisz i 
sprawiedliwie podzielisz. Bo inaczej sam przyjadę do Goodyear, c h o c i a mi to nie na r e n 
k e, i swoje odbiorę. Tak się nie robi, Bede! Ja mieszkam w La Junta, to od ciebie niedaleko. 
Znajdź mnie pod «Złotą Sową». Tam pracuje. Czekam dwa tygodnie, w i e n c nie rób 
zawodu. Twój Fred Clark".

Starannie złoŜyłem list i zwróciłem go Bedemu.

— I co pan na to, doktorze?
— Oto skutki zabawy z kamyczkami — zauwaŜyłem. — Clark jest pewien, Ŝe został 
pozbawiony złota, które wspólnie zbieraliście. Podejrzewa, Ŝe bandyci nie zrabowali 
wszystkiego, i nigdy nie uwierzy, by ktoś mógł bezwartościowy Ŝwir przechowywać w 
banku.

Karol parsknął śmiechem:

— Ej, Barry, Barry! Znowu musiałeś się wkopać w nie byle jaką dziurę.
— Takie juŜ moje pieskie szczęście — mruknął Bede.
— I jak pan postąpił? — zapytałem.

Powiedziałem Harperowi, Ŝe to list od przyjaciół zapraszających na spotkanie i Ŝe 

wobec tego muszę na tydzień — dwa wyjechać. Zgodził się. Wsiadłem na konia i ruszyłem 
w drogę.
— Do La Junta? — zainteresował się Karol.
— GdzieŜ tam! Jak najdalej od tamtej miejscowości. Zabrałem nieco pieniędzy, więc 
powinienem dać sobie radę, lecz ta przeklęta burza pozbawiła mnie wierzchowca.
— I oczywiście nie ma pan zamiaru wracać do Goodyear — stwierdziłem.
— A... nie mam.
— Nie pomyślał pan, co sobie wyobrazi Harper po dwu tygodniach czekania?
— Hm... cóŜ moŜe sobie wyobrazić?
— Bardzo wiele. śe na przykład spotkał pana nieszczęśliwy wypadek i rozpocznie 
poszukiwania poprzez szeryfów.

background image

— O, do licha! Mam nadzieję, iŜ nie wykaŜe tyle troskliwości.

Przypuśćmy. Więc dojdzie do wniosku, Ŝe pan uciekł z jakichś podejrzanych 

powodów. Mieszkańcy Goodyear zaczną plotkować, iŜ karczmarz związał się z 
nieuczciwym przybłędą. Pana nie przemyślany krok popsuje  mu  opinię.  Kiepska  to  
oznaka  wdzięczności dla człowieka, który pomógł panu wydobyć się z kłopotów — 
powiedziałem ostro.

— Pomógł, bo miał w tym interes, a o moich kłopotach nie wiedział.

Rozłościł mnie taką argumentacją i juŜ miałem na języku cierpką uwagę, gdy Karol mnie 

uprzedził.

— Co z kamykami? — zapytał.
— Zostały w banku. Nie mogłem ich zabrać. Zaraz rozeszłaby się pogłoska, Ŝe wyjeŜdŜam 
raz na zawsze.
— Nowe krętactwo — szepnąłem.
— Jeszcze jedno głupstwo. PrzecieŜ człowiek nie powracający po to, aby odebrać złoty 
depozyt, juŜ przez to samo staje się podejrzany — powiedział mój przyjaciel. — Jednak 
los czuwał nad panem i zesłał burzę, która zapobiegła doprowadzeniu głupstwa do 
najgłupszego końca.

Nikt tyle mi nie nagadał — zabawnie jęknął Bede.

— A szkoda — wtrąciłem.
— Lecz co mam począć teraz? Poradźcie, dŜentelmeni!

Karol spojrzał na niego uwaŜnie.

— No... dobrze — powiedział. — Faktem jest, Ŝe ucieczka z Goodyear nie udała się. 
Pozostaje więc powrót do Goodyear. Tyle juŜ się pan nakłamał, Ŝe jedno kłamstwo więcej 
niewiele zaszkodzi. ZałóŜmy, Ŝe spotkał pan oczekiwanych przyjaciół w drodze, podczas 
burzy, i zaprosił ich do „Lucky Saloon". Czy przypadkiem nie zdradził pan Harperowi 
jakichś szczegółów o tych „przyjaciołach", które nie pasowałyby do nas? Na przykład: 
gdzie mieszkają lub kim są?
— Nic a nic. Harper nie pytał, a spotkania z panią Adeliną zdołałem uniknąć.
— Dobre i to. Uchroni nas, Janie, od powiększania bogatej kolekcji krętactw naszego 
towarzysza.

 Na liście widniała pieczęć poczty w La Junta — poinformował smętnie Bede. — 

Harper mógł ją zauwaŜyć.

Ano... — stwierdził wesoło Karol — bawiąc w La Junta wysłaliśmy list do pana. 

Zapamiętaj to sobie, Janie.

Nigdy nie byłem w La Junta i jak karczmarz zapyta o wygląd miasteczka, jeszcze 

strzelę jakieś głupstwo.

Bawiliśmy przejazdem, nie starczyło czasu na lepsze poznanie...

Znakomicie, Karolu! A w jakim hotelu nocowaliśmy?

W... zupełnie wyleciało mi to z głowy — odparł z takim przekonaniem, jak gdyby 

przed chwilą przybył właśnie z La Junta.

MoŜe jednak Harper nie zauwaŜył pieczęci? — powiedział Bede. — Więc lepiej z tym 

La Junta nie wyjeŜdŜać zbyt wcześnie...

Ot, i początek trudności — zauwaŜyłem. — Jeśli pani Adelina jest osobą tak 

przenikliwą, jak z opowiadania Bedego wynika, zyskamy sobie opinię niezłych łgarzy.

Nie bądź pesymistą, Janie.

A moŜe... ja sam powrócę do Goodyear? — wyjąkał Bede. — Po co mam was znów 

wplątywać w swoje kłopoty?
Powiedział to z tak widocznym przygnębieniem, Ŝe uleciała ze mnie resztka złości na 

niego.

I co dalej?! — zawołałem. — Za dwa tygodnie przyjedzie Clark.

Mam pieniądze, kupię drugiego konia...

Więc znowu ucieczka!

Ano... ucieczka.

Bede — powiedziałem spokojnie — w Meksyku wyciągnął pan nas z róŜnych 

tarapatów i myśmy o tym nie zapomnieli. Dlatego postaramy się panu pomóc.

background image

Pan jest wspaniały, doktorze!

Bede przeszedł z krańcowego pesymizmu do niczym nie uzasadnionej radości.

Ale jak powstrzymać Clarka od przybycia do Goodyear? Jak wytłumaczyć temu 

idiocie, Ŝe go nie
skrzywdziłem?

Wzruszyłem ramionami.

Jeszcze nie wiem — odparłem — a ty, Karolu?

Przede wszystkim musimy zlikwidować oszukańczy woreczek.

Jak to? — zdziwił się Bede.

Odbierze go pan z banku i przekaŜe nam. Przy najbliŜszej okazji wyrzucę to świństwo 

w miejscu ustronnym i bez świadków.

Lecz jak ja to wytłumaczę Harperowi?

CóŜ za skrupuły?! — wykrzyknąłem. — Czy pan tłumaczył mu się z kaŜdego 

wydanego dolara?

No... nie. Jednak Harper, kto wie, moŜe myśli o powiększeniu wspólnego interesu przy 

pomocy mojego złota?

To niech nie myśli — odparłem zgryźliwie. — Woreczek pomógł karczmarzowi w 

uzyskaniu kredytu, drugi raz takiej sztuczki nie radzę próbować. Masz rację, Karolu. 
Trzeba zniszczyć woreczek. To bomba, która nie wiadomo kiedy wybuchnie. Ale 
likwidacja woreczka jeszcze nie załatwia sprawy.

Nie załatwia — przyznał Karol. — Chyba będziemy musieli odwiedzić La Junta. 

Oczywiście, nie teraz. Najpierw pojedziemy do Goodyear.

W La Junta czeka nas niełatwa rozmowa z tym Clarkiem.

Zapewne. Przede wszystkim jednak musimy sprawdzić, co to za człowiek. Bo z 

opowieści naszego towarzysza niewiele wynika. Na przykład, czym się trudnił przed tą 
nieszczęsną wyprawą po złoto? Wie pan?

— Nie wiem — mruknął Bede. — Nigdy go o to nie pytałem. Ech — westchnął — 
zmarnujecie przeze mnie mnóstwo czasu...
— Mamy mnóstwo czasu — odparłem — i Ŝadnych innych spraw do załatwienia, czy nie 
tak, Karolu?
— Oczywiście. Okazja do zapolowania (bo przecieŜ tylko po to przybyliśmy w te strony) 
trafi się niejeden raz w drodze. No — spojrzał w niebo — chyba pora coś przegryźć. 
Napełnij wodą, Janie, swój cudowny imbryk. Rozpalę ogień.
— Tylko bez pstrągów — zastrzegłem się. — Chwilowo mam ich dosyć.
— Zgoda. Otworzę puszkę z wołowiną. W Goodyear będziemy mogli uzupełnić zapasy.
Podczas posiłku Bede, któremu poprawił się humor, wrócił do paru szczegółów, mało 

zresztą waŜnych, swej ostatniej wędrówki, a później opowiedział historyjkę--dowcip tak 
ś

wietnie charakteryzujący pewne kategorie ludzi i zwyczaje naprawdę Dzikiego Zachodu, iŜ 

warto go przytoczyć.

OtóŜ w pewnym saloonie nie określonej bliŜej miejscowości spotkało się przy szynkwasie 

dwu obcych sobie wędrowców. Mieli juŜ dobrze w czubie, a Ŝe przyszli do lokalu w 
usposobieniu ponurym i zaczepnym, whisky, zamiast wprowadzić ich w pogodny nastrój, 
tylko wzmogła ich agresywność. Doszło do kłótni, w wyniku której jeden z przybyszów 
wyzwał drugiego na pojedynek. Saloon natychmiast opustoszał, a garstka odwaŜniejszych 
usunęła się pod ściany. I oto stanęli twarzą w twarz dwaj przeciwnicy w jednakowych 
kowbojskich strojach, z coltami tkwiącymi w kaburach pasów. Pierwszy, ten wyzywający, 
był bardzo szczupły i niski, drugi — wysoki i tęgi, prawdziwy olbrzym. On właśnie, gdy juŜ 
mieli sięgnąć po broń, krzyknął:

DŜentelmeni! To niesprawiedliwe! Szanse są  nierówne. Jaki ja stanowię wspaniały cel, a 

jaki... tamten 

wywłoka?"

Gromadka widzów po chwili namysłu orzekła, iŜ szanse rzeczywiście są nierówne, bo 

chudemu i niskiemu łatwiej będzie trafić do celu.

Chudy i niski oburzył się, lecz nie mógł odmówić oczywistym racjom.

Zgoda! — wrzasnął. — Barman! Weź kredę i nary-ruj na nim — tu wskazał palcem 

background image

przeciwnika — mój kontur. JeŜeli trafię poza linię kredy, taki strzał nie będzie się liczył!"

Mimo Ŝe do zmierzchu pozostało duŜo czasu i Bede zaraz chciał ruszać, sprzeciwiłem się.

— Jeden dzień wcześniej czy jeden dzień później — powiedziałem — cóŜ za róŜnica? 

Lepiej poczekać do jutra, większa pewność, Ŝe głowa zupełnie wydobrzeje.

Karol mnie poparł dodając, Ŝe znacznie wygodniej i bezpieczniej wjeŜdŜać do nieznanego 

miasteczka rano niŜ wieczorem.

Tak więc spędziliśmy jeszcze jedną noc nad pstrągową rzeczką. Opukałem i ostukałem 

Bedego, raz jeszcze zmieniłem mu opatrunek, a rankiem w ogóle go zdjąłem, gdy pacjent 
oświadczył, Ŝe nie chce się pokazywać w Goodyear jako inwalida. No i ruszyliśmy. Jak? 
Bede siadł za plecami Karola. Trzeba było zwolnić tempo, lecz i tak Goodyear osiągnęliśmy 
przed południem.

Przed pierwszym domostwem Bede zeskoczył z konia i poprowadził nas prościutko ku 

budynkowi „Lucky Saloon". ZauwaŜyłem, Ŝe na tej krótkiej drodze wielu przechodniów i 
podpierających ściany gapiów "uchylało kapeluszy lub czapek na widok naszego towarzysza. 
Stał się widocznie znaną w miasteczku osobistością. DopieroŜ wybuchłby skandal, gdyby 
znikł tajemniczo!

Ulica,  nie wiadomo po co tak szeroka,  oraz  zabudowania — wszystko to zgodne było z 
opisem Bedego. I 

mostek nad rzeczką, i zagrody dla bydła, i składy towarowe, i siedziba „Lucky Saloon": 
szeroki, drewniany dom z długą werandą, ciągnącą się wzdłuŜ całej fasady.

 Przywiązaliśmy  konie   do  palików,   wspięli   się   po stopniach werandy, a Bede 

otworzył przed nami szerokie drzwi z gestem, którego nigdy dawniej u niego nie 
zauwaŜyłem: zamaszysty ruch ręki gospodarza zapraszającego gości do własnej siedziby. 
Myślę, Ŝe mimo wszystkich kłopotów czuł się pewny siebie, jak nigdy dotąd podczas 
włóczęgowskiego Ŝycia.

DŜentelmeni! — powiedział. — Witam was w „Lucky Saloon"!

JakŜe podobnie pozdrowił nas na progu swej luksusowej hacjendy don Pedro Gonzales w 

dalekim Meksyku!

Uśmiechnąłem się. Wkroczyliśmy na salę, pustą o tej porze.

Siadajcie, dŜentelmeni! Natychmiast przywołam chłopaka, Ŝeby się zajął waszymi 

końmi.

Odszedł, a ja szepnąłem do Karola:
— Bede zapuścił korzenie.
Kiwnął głową:

— Jeśli zdołamy przeszkodzić przybyciu Clarka, Bede wkrótce stanie się solidnym 
obywatelem Goodyear. Kto wie, moŜe go wybiorą szeryfem?

Wszystko, tylko nie to! — zaprotestowałem. — Zacznie na nowo pięknie uśmiercać 

ludzi. JuŜ lepiej, gdyby uzyskał godność burmistrza. Mam jednak nadzieję, iŜ Harper nie 
zgodzi się, aby jego wspólnik zajmował się czymkolwiek innym niŜ prowadzeniem młyna.

Bede pojawił się dopiero po kilku minutach. Nie sam. W asyście średniego wzrostu 

męŜczyzny z ogorzałą twarzą i lekko szpakowatymi włosami na skroniach. Miał wysokie 
czoło, prosty nos oraz mocno zarysowany podbródek, co jakoby charakteryzuje ludzi ener-
gicznych. Spojrzał na mnie i wyciągnął rękę.

— Pan Martin Harper — przedstawił gospodarza Bede.

Barry juŜ mi zdąŜył opowiedzieć o panach. Co za szczęśliwe spotkanie, i w samą porę. 

Witam panów

serdecznie.  Na pewno jesteście  głodni i   spragnieni. Zaraz zarządzę.

Uściskawszy nam dłonie karczmarz wrócił do bufetu, a Bede usiadł przy nas.

— Podoba mi się ten człowiek — zauwaŜyłem. — Pozostajecie chyba w zaŜyłych 
stosunkach?
— Ano... od roku przecieŜ prowadzimy wspólny interes.
— I pan chciał stąd uciec! CóŜ za nierozwaŜny pomysł.
— Ale Clark...
— Ciii! — szepnął ostrzegawczo Karol. — Na ten temat porozmawiamy oddzielnie i w 
bardziej ustronnym miejscu. Lepiej popatrz, Janie, na ten napis. Jeszcze z czymś takim nie 

background image

spotkałem się.
— Napis? Gdzie?
— No tam, na prawo, na ścianie.
Spojrzałem i parsknąłem śmiechem.
Do desek ściany przypięto mocno wyblakły karton z napisem wykaligrafowanym 

wielkimi, czarnymi literami: „Nie zapomnij napisać do matki! Ona myśli o Tobie. 
Zaopatrujemy w papier i koperty bezpłatnie i mamy najlepszą whisky w mieście"..

— To chyba dzieło pani Adeliny — zauwaŜyłem wesoło.
— Być moŜe, lecz zakończenie tego wezwania jest chyba pomysłem karczmarza. 
Ciekawe, czy wielu gości stosuje się do pierwszej części apelu?
— Zdarza się — odparł Bede. — Lecz tutejsi mieszkają z rodzinami, a przybysze 
najczęściej potrafią tylko czytać, z pisaniem gorzej. Natomiast whisky... Napijecie się, 
dŜentelmeni?
Kelner, który wyglądał kropka w kropkę tak, jak go opisał Bede, przywędrował do nas z 

tacą uginającą się pod cięŜarem talerzy i półmisków. Chyba Harper chciał nam zaimponować 
moŜliwościami swej kuchni.
Bowiem poza normalną dla wszystkich saloonów świata potrawą, pieczenia wołową, na tacy 
widniały róŜowe płaty wędzonego łososia, sardynki i — cuda nad cudami! — ostrygi! Bede 
nie chciał spróbować, ja zjadłem kilka sztuk, a Karol zajął się resztą, i to ze znakomitym 
wynikiem.

Poza butelką whisky kelner ulokował na środku stołu trzy butelki piwa i trzy wysokie 

szklanice wypełnione płynem o ceglastej barwie. Domyśliłem się, co to jest, chociaŜ napój 
ten — o świetnie pasującej do Dzikiego Zachodu nazwie: „krwawa Mary" '— rzadko moŜna 
uzyskać w saloonach Zachodu. Z braku pomidorów. Bo „krwawa Mary" to po prostu 
mieszanina pół na pół mocnej wódki i soku pomidorowego.

Gdybym chciał wypić przypadającą na mnie część tych wszystkich trunków, na pewno nie 

wstałbym od stołu o własnych siłach, a u surowej pani Adeliny zyskał złą notę z zachowania 
się. Poprzestałem więc na „krwawej Mary" tak, jak i moi współbiesiadnicy. Z obfitości 
jedzenia skorzystał najbardziej Karol. Nie dlatego, by był Ŝarłokiem — po prostu obudził się 
w nim stary nawyk traperskiego Ŝycia: jeść na zapas.

Niejeden raz w saloonach lub przy obozowych ogniskach spotykałem się z 

zadziwiającymi przykładami apetytu. Kiedyś ze zdumieniem zauwaŜyłem, jak kościsty, 
chudy niczym szczapa poszukiwacz złota bez Ŝądnego wysiłku zjadł płat pieczeni wagi 
chyba dwu funtów. Gdy go grzecznie zapytałem, czy zaspokoił głód, odparł; Ŝe zjadłby 
jeszcze, ale juŜ nic nie zostało...

Tacy właśnie ludzie, pozornie wyglądający na obŜartuchów, potrafią w innych 

okolicznościach głodować przez dzień lub dwa, jeśli zapasy prowiantu się wyczerpią lub gdy 
pośpiech nie pozwala na przyrządzenie najlichszej nawet strawy. I po takich dwu dniach 
postu czują się tak samo sprawni fizycznie, jak poprzednio. Ciągły ruch, a więc spory 
wysiłek fizyczny, jest jednym z powodów tego apetytu. Innym powodem jest jednostronny i 
monotonny zestaw potraw. Organizm ludzki potrzebuje stale sporej ilości białka — źródła 
energii, substancji nieodzownej dla normalnego rozwoju i utrzymania Ŝycia, znajdującej się 
w roślinach i mięsie. OtóŜ potrawy roślinne są dla westmana rzadko dostępne. Głód białka 
musi zostać wyrównany spoŜyciem mięsa w ilościach, które — przy normalnym odŜywianiu 
się — byłyby nawet szkodliwe. „Białkowego głodu" miałem okazję doświadczać niejeden 
raz podczas kilkumiesięcznych wędrówek z dala od miast. Przejawiał się on w moich 
marzeniach o rzekach mleka, górach jaj i masła oraz kotłach grochówki. Wracając do 
rodzinnego Milwaukee przez pierwsze dni pochłaniałem nieprawdopodobne ilości pieczywa, 
nabiału, grochu, fasoli... Lecz dosyć na ten temat.

Po obfitym posiłku czułem się nieco ocięŜałe. Na prerii rozciągnąłbym się przy obozowym 

ognisku, lecz nie znajdowałem się na prerii. Na szczęście Bede zaraz zaprowadził nas na 
pięterko.

Oto, dŜentelmeni — oświadczył otwierając któreś tam drzwi — pokój przeznaczony 

dla was. Ze
wszystkimi wygodami. Ja, niestety, muszę zajrzeć do młyna. Chłopiec zaraz przyniesie 

background image

uprząŜ i broń. Wrócę
za jakieś trzy godziny.

To powiedziawszy wyszedł. PołoŜyłem się na jednym z dwu łóŜek. Karol pokręcił się po 

pokoju, wreszcie poszedł w moje ślady. Zapowiedziany chłopak wkrótce się zjawił, 
objuczony niczym wielbłąd siodłami i bronią.

Pan gospodarz pyta, czy panom czego nie potrzeba.

Podziękowaliśmy. Chłopak znikł jak duch, a ja zapadłem w lekką drzemkę, podczas której 

majaczyły mi na przemian fantastyczne postaci podejrzliwej pani Adeliny, nieznanego 
Clarka, rzucającego we mnie garściami Ŝwiru, i Harpera, który z pistoletem w dłoni domagał 
się uregulowania długów Bedego. Wszystko to nie miało Ŝadnego sensu, lecz było tak 
przykre i realistyczne równocześnie, Ŝe obudziłem się z bijącym sercem i mokry od potu. 
Karol nadal spoczywał na sąsiednim łóŜku, ćmiąc fajeczkę. ZauwaŜył, Ŝe nie śpię.

— Idziemy? — zagadnął.
— Dokąd? — stęknąłem nie mogąc jeszcze otrząsnąć się z półsennych majaków.
— Na spacer. Spacer dobrze nam zrobi. Zwiedzimy miasteczko. Duszno tu jak w piekle. 
Widziałem, jak rzucałeś się na łóŜku niczym szczupak wyjęty z wody.

Opowiedziałem o swym śnie.

To wszystko przez „krwawą Mary" — stwierdził tonem znawcy. — Wszelkie 

mieszaniny są szkodliwe.
Piłem kiedyś koktajl zwany francuskim. Pięknie wyglądał, ani słowa, trzykolorowe pasma: 
białe, niebieskie i czerwone. Lecz później łeb mnie bolał przez cały dzień. Chodź.

Westchnąłem i podniosłem się. Zeszliśmy z pięterka. Sala nadal świeciła pustką. Za jej 

drzwiami trwała martwa cisza popołudnia i podobna duchota. Z rozgrzanych ścian domostw 
parowało gorąco. Mijający nas wóz zaprzęŜony w parę koni wzbił tuman szarego kurzu, 
który natychmiast poczułem w ustach, w nosie i w oczach. Na wozie spoczywały białe, 
pękate worki. Ich widok nasunął mi pewien pomysł.

— Chodźmy do młyna odwiedzić Bedego. Młyn jest za miastem, a tu nie ma czym 
oddychać. Fu!
— Zgoda. Młyn musi stać nad rzeczką, to pewnie tam — Karol wskazał ręką.

Trafiliśmy bezbłędnie. Na niewielkim placyku, rozciągającym się między sadem a 

frontową ścianą młyna, stały cztery wozy:  jeden pusty, trzy wyładowane pękatymi worami. 
Jak na tę porę roku (wczesną wiosnę, a więc nie sezon młynarski) interes rzeczywiście 
musiał prosperować znakomicie. Zdaje się, iŜ tym razem Barry Bede — jak to się określa — 
trafił w sedno rzeczy. Choć raczej dzięki pomyślnemu zrządzeniu losu niŜ swym staraniom. 
Tym stwierdzeniem podzieliłem się z Karolem. Kiwnął głową i dodał:

Niewiele brakowało, a znalazłby się znowu na szlaku beznadziejnej wędrówki. 

Siądźmy tu — zaproponował wskazując na wysoki drewniany pomost, biegnący przez całą 
szerokość ściany.

Budynek zdawał się drgać od bezustannego łomotu dobiegającego z wnętrza. Pachniało 

ziarnem i mąką. Wyciągnąłem fajeczkę, lecz Karol natychmiast rozkazał ją schować.

— W młynie się nie pali — zauwaŜył. — Opowiadano mi, Ŝe mączny pył wiszący w 

powietrzu jest bardzo podatny na ogień, niczym nafta. Czasem iskra powoduje wybuch.

Nie wiedziałem (i po dziś nie wiem), czy miał rację, czy nie. Wolałem jednak nie 

sprawdzać. I tak oto czekaliśmy na pojawienie się Bedego.

Słońce grzało, konie parskały i dzwoniły uprzęŜą, a woźnice spoczywali na workach, 

przykrywszy twarze okropnie brudnymi kapeluszami. Oparłem się plecami o ścianę. Ciepło 
popołudnia, pomrukiwanie młyna niby wielkiego kota, bezruch, a najprawdopodobniej zmę-
czenie po podróŜy — wszystko to spowodowało, Ŝe zapadłem w jakiś półsen, z którego 
wyrwał mnie tupot butów po deskach i donośny okrzyk:

Longville! Teraz na was kolej, ruszcie się!

Drgnąłem i  o  mało nie  spadłem z  pomostu.  Dwa kroki od siebie dostrzegłem nogi 
Bedego, on sam jeszcze nas nie zauwaŜył. Na zawołanie „Longville" (nigdy się nie 
dowiedziałem, czy było to nazwisko, czy nazwa farmy,  a moŜe  jakiejś  osady) leŜący na 
najbliŜszym wozie człowiek dźwignął się, siadł, zeskoczył i wrzasnął w kierunku 
owocowych drzew:

background image

— Chris!

W odpowiedzi wysunął się z zielonego gąszczu rozczochrany wyrostek w połatanych 

portkach i rozpiętej koszuli, ziewnął i złapał konia za kantar. Zgrzytnęły osie i cięŜki wehikuł 
podjechał pod samą rampę (razem z Karolem natychmiast odsunęliśmy się nieco w bok). 
Dopiero teraz Bede spojrzał w naszym kierunku.

DŜentelmeni! — wykrzyknął swoim zwyczajem. — Jak to dobrze, Ŝeście przyszli! — 

zawołał i nagle ściszył głos. — Idzie tu pani Adelina z córką. Porozmawiajcie z nią, ja 
tymczasem...

Nie dokończył i zniknął w głębi młyna. Wypadło to tak zabawnie, iŜ z trudem 

powstrzymałem śmiech.

— Zdaje się — zauwaŜyłem — Ŝe na widok Ŝony Harpera Bede wpada w popłoch.
— Ciągle lęka się kłopotliwych pytań.
— PrzecieŜ to juŜ rok minął! Z czym się mógł wygadać, z tym się wygadał i chyba 
zaspokoił ciekawość tej kobiety.
— Ba, przypomnij sobie, Janie, co Bede o niej opowiadał. To musi być bardzo wścibska 
osoba. Przygotujmy się na to.
— MoŜe lepiej odejść? — zaproponowałem.

Nie. Chwytajmy byka za rogi. Ta rozmowa czeka nas nieuchronnie. Wygodniej ją 

odbyć tu niŜ w jadalni państwa Harperów. Tam trudniej będzie o okazję do przerwania 
podchwytliwych pytań. Tylko uwaŜaj, Janie. Mów duŜo o niczym, a jak najmniej o 
Bedem.
— A jeśli zagadnie, gdzie go poznaliśmy?
— No, to odpowiedź zostaw mnie.
Kiwnąłem głową z zadowoleniem. Tymczasem przez drzwi wiodące na pomost wyciągano 

z głębi budynku białe, wypchane worki. Dwu nie znanych mi ludzi przekazywało je 
właścicielowi wozu, który do spółki z piegowatym wyrostkiem układał worki na platformie 
pojazdu. Przyglądałem się przez chwila tej monotonnej robocie, póki dwie kobiety w długich 
sukniach, z odkrytymi głowami, nie ukazały się na tle drzew sadu, zmierzając prosto w 
naszym kierunku. Jedna była niŜsza i na pewno młodsza, jak zdąŜyłem zauwaŜyć mimo 
sporej jeszcze odległości. A więc — córka Harperów, Katarzyna. Kto wie — zaświtało mi w 
głowie — moŜe przyszła Ŝona Bedego? Skoro bowiem karczmarz tak zachwyca się naszym 
znajomkiem, a jego podejrzliwa małŜonka nie odkryła Ŝadnej plamy na przeszłości Bedego, 
mogą skojarzyć tę parę.

Udałem, Ŝe patrzę na załadunek worków, lecz kątem oka obserwowałem zbliŜające się 

panie. Były ubrane jednakowo w skromne, szare suknie. Barwa ich włosów równieŜ było 
podobna, tyle Ŝe matka wyglądała na ciemną szatynkę, córka — na jasną szatynkę. 
Widziałem, jak podeszły do wozu czekającego swej kolejki, ominęły go i zatrzymały się tuŜ 
przed nami. Równocześnie zeskoczyliśmy z pomostu i elegancko uchylili kapeluszy.

Pani Harper? — zagaił Karol. — Chyba się nie mylę? Bede opisał nam panią bardzo 

dokładnie.

Po co się tak zgrywał? CzyŜby to miał być sposób „chwytania byka za rogi"?

— Tak, to ja — odpowiedziała uśmiechając się, a równocześnie utkwiła we mnie swe 
czarne oczy. Bede się nie mylił, w jej natarczywym spojrzeniu było istotnie coś 
ś

widrującego człowieka na wylot.

— A to moja córka, Katarzyna. Barry opowiadał mi o panach, jednak niezbyt wiele, 
bardzo się spieszył. Skryty z niego człowiek, przez cały rok nie wspomniał o was ani 
słowem, dopiero dzisiaj... Barry jest tutaj?
Potwierdziliśmy, Ŝe jest, lecz mocno zajęty. Wcale nie   pragnąłem,   aby   pierwsza   

rozmowa   odbyła   się

w obecności Bedego. Mógł się zdradzić z niepotrzebnymi szczegółami o naszej znajomości.

— Ach tak... Nie będziemy mu przeszkadzać. Barry jest niesłychanie obowiązkowy. 

Chciałabym mieć takiego zięcia.

ZauwaŜyłem, jak panna Katarzyna lekko się zaczerwieniła. Więc moje dalekosięŜne 
przypuszczenie nie 

bardzo odbiegało od prawdy. Jednak pominąłem uwagę milczeniem. Nie miałem 

background image

najmniejszego zamiaru zajmować się sercowymi sprawami naszego towarzysza, dość kłopotu 
sprawiły nam inne jego problemy.

W jakim celu pani Adelina zaznajomiła nas z swymi pragnieniami? Nie wiedziałem, co 

jej Bede nagadał. MoŜe przedstawił nas jako zaufanych przyjaciół i Ŝona karczmarza 
chciała sprawdzić, jakie to na nas 

wywrze wraŜenie? Jeśli tak — zawiodła się. Ani Karol, ani ja nie mruknęliśmy na ten temat 
nawet pół słowa.

— No, to tylko takie Ŝarty — dorzuciła po paro-sekundowej przerwie. — Strasznie 

hałasuje ten młyn — zmieniła nagle temat. — Jeśli panowie nie macie nic innego do 
roboty, chodźmy nad rzeczkę.

Nie znalazłem Ŝadnego rozsądnego powodu odmowy, zresztą Karol radził przecieŜ „chwycić 
byka za rogi". Całą czwórką ruszyliśmy poprzez placyk i łączkę ku pluszczącej wodzie, z 
której turkocące koło młyńskie unosiło mgiełkę wilgoci, a później brzegiem tak daleko, Ŝe 
warkot koła  i plusk przelewającego się  nad nim rwącego  nurtu słychać  juŜ  było  tylko jako 
łagodny szmer. Siedliśmy na zboczu kopulastego pagórka, wśród drzew rzucających drgające 
cienie na ziemię i wodę. Nie będę przytaczał treści całej rozmowy, jaka odbyła się na 
pagórku, zajęłoby to zbyt wiele miejsca i okazałoby się nudne. Wspomnę tylko, Ŝe pani 
Adelina nie ustawała  w pytaniach,  na  które  odpowiadaliśmy (Karol  i  ja)  bądź  krócej,   
bądź  dłuŜej,   bardziej   lub mniej szczegółowo, lecz zawsze tak, aby w niczym nie 
zaszkodzić Bedemu przez ujawnienie jego przeszłości. O sobie mówiliśmy najwięcej.  Zdaje  
się,  Ŝe  nasza słuchaczka  (chodzi  o panią  Adelinę,  bo jej  milcząca córka zdawała się 
myślami błądzić gdzieś bardzo daleko) została zaskoczona faktem, iŜ Ŝaden z nas dwu nie był 
farmerem (co prawda Karol nim był, lecz dość dawno, i zerwał z tym zawodem). Być moŜe 
przypuszczała, Ŝe byliśmy sąsiadami rodziców Bedego i potrafimy opowiedzieć o jego 
młodzieńczych latach. Dostrzegłem na jej twarzy rozczarowanie, a później zdziwienie, gdy 
oświadczyłem, Ŝe jestem lekarzem, a Karol traperem.

Pan jest lekarzem? — zdumiała się i przewierciła mnie wzrokiem. — Przybył pan do 

Goodyear na stałe?
Przydałby się nam dobry chirurg.

Zaprzeczyłem, a później, bawiąc się jej rozczarowaniem, wyjaśniłem, jak doszło do mej 

znajomości z Karolem i do wypraw w nieznane, przedsiębranych kaŜdej wiosny.

— Lecz tym razem — spojrzała na mnie podejrzliwie — przybyliście odwiedzić 
Barry'ego.
— Oczywiście — potwierdziłem, co było tylko pół-kłamstwem, jako Ŝe ostatecznie 
odwiedziliśmy go.
— A dawno go znacie?

Poczułem, Ŝe odpowiedź na takie pytanie moŜe mnie wprowadzić na dość grząski grunt, na 

szczęście uprzedził mnie Karol.

- Przed trzema bodajŜe laty. Uczestniczyliśmy wspólnie w pewnej wyprawie 

eksplorerskiej, jednak nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Mimo nie byle jakich 
osiągnięć.

(Nawiasem powiedziawszy, czas podany przez Karola nieco odbiegał od rzeczywistości i 

on sam dobrze musiał o tym wiedzieć. Czemu więc poinformował panią Adelinę tak 
nieściśle? MoŜe chciał w ten sposób zaznaczyć, Ŝe Bede jest naszym starym znajomym?)

Pani Harper pokręciła głową.

Coś tu się nie zgadza. Barry twierdził, Ŝe swą pierwszą wyprawę odbył przed samym 

przybyciem do Goodyear, a teraz się okazuje...

 

To  nieporozumienie — przerwał  jej  Karol.  — Bede zapewne miał na myśli pierwszą 

udaną wyprawę.

— A tamta, o której wspomniał pan tak dziwnie?
— Okazała się udaną i nieudaną równocześnie. Znowu pokręciła głową:
— Nie rozumiem.

Proszę sobie wyobrazić — cierpliwie tłumaczył Karol — Ŝe znaleźliśmy skarb, 

który nas wcale nie
wzbogacił. Składały się nań najróŜniejsze przedmioty i narzędzia wykonane z złota i 

background image

srebra. Wartość tego
znaleziska znacznie przekraczała wartość samego me
talu.

— Czemu więc was nie wzbogaciło?

Dlatego Ŝe znalezione przedmioty były bardzo stare, wykonane przed wiekami 

przez ówczesnych mieszkańców Meksyku i stanowiły jakby część historii tego kraju. 
Czy w takiej okoliczności mogliśmy skarb sprzedać? śeby go zwykły handlarz 
przetopił na metal? OtóŜ za pośrednictwem pewnego hacjendera przekazaliśmy 
wszystko do muzeum w mieście Chichuahua.

— Za darmo?
— Za darmo. Nie wypadało nam brać zapłaty.
— A Bede?
— Podczas wyprawy w Sierra Mądre (bo tam szukaliśmy) spisywał się bardzo 
dzielnie. A później wspólnie postanowiliśmy, by skarb przekazać na cele nauki.

Wzdrygnąłem się. Karol w swej chęci umocnienia dobrej opinii o Bedem grubo 

przesadził. W rzeczywistości Bede liczył, Ŝe przypadnie mu odpowiednia część 
znaleziska.

Pani Adelina znowu obrzuciła nas badawczym spojrzeniem. Pewnie chciała w ten 

sposób odgadnąć, ile w słowach Karola tkwi prawdy. Badanie musiało wypaść dla nas 
dodatnio, bo po chwili milczenia stwierdziła nieco egzaltowanym głosem:

JakŜe to szlachetnie z panów strony! Widzę, iŜ Bede znalazł godnych siebie przyjaciół.

Znowu drgnąłem. Takie porównanie, a raczej zrównanie, nie bardzo przypadło mi do 

smaku. Widać jasnowidztwo pani Adeliny od czasu do czasu zakładało jej na oczy 
nieprzenikliwe okulary. Podniosła się. Jak na razie jej ciekawość została zaspokojona. 
Podnieśliśmy się równieŜ.

Muszę juŜ wracać, czeka mnie mnóstwo roboty.

Lecz bardzo proszę odwiedzić nas, dzisiaj o piątej.

Skłoniła się i odeszła razem ze swą milczącą córką. Siedliśmy z powrotem.

Hm... — zauwaŜyłem. — Ona nie miała Ŝadnego interesu do Bedego. Chodziło jej o 

nas. Ciekawe, skąd
wiedziała, Ŝe poszliśmy do młyna?

Karol wzruszył ramionami.

— Czy to waŜne? Ale przyznaj, Janie, Ŝe dobrze się spisałem.
— AŜ za dobrze.

Karol cicho roześmiał się.

To leŜy w naszym wspólnym interesie. Czynię wszystko, co moŜna, aby nigdy juŜ 

więcej nie spotkać
Bedego jako włóczęgi bez dachu nad głową. I któremu w imię jego meksykańskich zasług 
musimy pomagać.
Umieściłeś go u Gonzalesa i wytrwał zaledwie pół roku. Teraz staram się, aby w Goodyear 
ugrzązł na
zawsze i przestał straszyć samotnych wędrowców na preriach. W gruncie rzeczy to niezły 
chłopak. A im
lepszą będzie miał opinię u Harperów, przede wszystkim u pani Adeliny, tym prędzej 
zostanie męŜem Katarzyny. I to go na dobre tutaj zakotwiczy. Wreszcie się ustatkuje. O to 
mi chodzi.

Z kolei ja się roześmiałem.

— No dobrze, Karolu, tylko zbytnio się nie zagalopuj.
Ruszyliśmy szukać Bedego.
Właśnie odjeŜdŜał ostatni wóz, a Bede tkwił na pomoście, obsypany mącznym pyłem, i 

wyglądał jak anioł, tyle Ŝe bez skrzydeł. Ucieszył się na nasz widok. Udaliśmy się w cień 
sadu, gdzie Karol powtórzył dokładnie wszystko, o co pytała nas Ŝona karczmarza. Udzielił 
przy tym Bedemu szeregu rad, moim zdaniem zbytecznych, bo Bede był spryciarzem nie 
lada, jeśli po rocznym pobycie w Goodyear umiał poinformować panią Adelinę tylko o tych 

background image

fragmentach swego Ŝycia, o których chciał poinformować, chociaŜ nadal lękał się 
dociekliwej niewiasty. Gdy mu powiedziałem o zaproszeniu na godzinę piątą, skrzywił się 
zabawnie.

— Obiad — zawyrokował zwięźle. — Znowu zacznie się gadanina o wszystkim i o 
niczym, przeplatana dociekliwymi pytaniami gospodyni. Myślę, Ŝe teraz was weźmie na 
patelnię.
— JuŜ wzięła — stwierdziłem ze śmiechem — lecz nie mamy nic do ukrycia.
— Na pewno zacznie domagać się szczegółów wyprawy do Meksyku. I zagadnie, w jaki 
sposób poznaliśmy się.

Powiemy prawdę — odparłem. — Ku pańskiej chwale.

— Pięknie, lecz skąd ja się wziąłem w El Paso?

Och, po prostu szukał pan złota w górach Guadelupy. To właśnie w tamtych stronach 

— wtrącił się
Karol. — Zresztą da sobie pan radę z odpowiedzią, wnioskując z dotychczasowego pobytu 
w Goodyear.

Na tym temat został wyczerpany. Bede pokazał nam wnętrze i urządzenia młyna, przebrał 

się i oprowadził 

po miasteczku. Nie zauwaŜyłem nic godnego uwagi. Typowa zabudowa świeŜo powstałych 
osiedli Dalekiego Zachodu, paskudna i tandetna mieszanina drewnianych domostw, 
wznoszonych byle jak, byle szybciej. Wróciłem z przechadzki okropnie znudzony i do 
godziny piątej nudziłem się jeszcze bardziej wraz z Karolem. Oświadczyłem przyjacielowi, 
Ŝ

e dłuŜej niŜ trzy dni nie wytrzymam tutaj, Ŝe jeśli mam przebywać w mieście, to juŜ wolę 

Milwaukee od takiej zakazanej dziury.

— Podziwiam Bedego, Ŝe potrafił tyle czasu tu wysiedzieć! — zakończyłem swe 

utyskiwania.

Mój okrzyk Karol przyjął z humorem.

— Tylko mu o tym nie wspominaj. Jeszcze gotów rzucić młyn. A Ŝe mógł rok tu przebyć? 
Po prostu musiał. Tak się uwikłał swym woreczkiem Ŝwiru i tym, Ŝe Ŝył na kredyt. MoŜe 
ktoś inny, włóczący się hultaj, drapnąłby po tygodniu, nie płacąc ani centa, lecz Bede jest 
na to zbyt uczciwy. Jego szczęście. W przeciwnym wypadku nie kiwnąłbym nawet palcem, 
by mu pomóc.
— Oczywiście — zgodziłem się. — Ale kiedy stąd ruszymy?
— Cierpliwości, Janie. Jeszcze nie wymyśliłem Ŝadnego planu w sprawie Clarka. A 
moŜeś ty coś wymyślił?

Zaprzeczyłem, lecz natychmiast dodałem, iŜ taki plan świetnie dałby się ustalić juŜ w 

drodze do La Junta.

— Przypuśćmy — zgodził się. — Ale po pierwsze, dopiero dzisiaj tu przybyliśmy i czeka 
nas wizyta u Harperów. Jutro musimy iść z Bedem do banku i odebrać te nieszczęsne 
kamyki. Z kolei naleŜy poinformować karczmarza, ot tak, mimochodem, Ŝe w zimie 
wyruszam na północ, aby skupywać skóry i w tym celu poŜyczam pieniądze od Bedego. Po 
drugie, wszelki pośpiech jest cechą ludzi nierozwaŜnych, zwłaszcza gdy nie jest 
uzasadniony.
— No, no — pokiwałem głową. — Co za filozof zrobił się z ciebie, Karolu! Nieźle to 
wszystko wymyśliłeś. Uprzedź Bedego z tym skupem skór. Byle tylko Harper nie zechciał 
uczestniczyć finansowo w twoim przedsięwzięciu.

Nie sądzę. Ledwie spłacił kredyty za młyn, więc na pewno nie rozporządza większą 

gotówką. Zresztą... jakoś się z tego wykręcę.

Innymi słowy, odjeŜdŜamy pojutrze.

O, nie. Najwcześniej czwartego dnia. Zastanów się, proszę. PrzyjeŜdŜamy do dawno 

nie widzianego przyjaciela i gościmy u niego zaledwie dwie doby? Jak by to wyglądało?

Wzruszyłem ramionami.

Niech tam — odparłem. — Jakoś wytrzymam.

Byle nie dłuŜej.

Kilka minut przed piątą zgłosił się do nas Bede, z kwaśną miną, i powiódł nas 

zakamarkami budynku do jadalni państwa Harper.

background image

Przebieg obiadu i sam obiad bardzo przypominały przyjęcie, o którym opowiadał nam 

Bede, więc rezygnuję z opisu ogólnego, warto jednak wspomnieć o kilku szczegółach. OtóŜ 
Karol wykazał niezwykłe zdolności dyplomatyczne. Kiedy i gdzie tego się nauczył? Chyba 
podczas swych kontaktów z Indianami. Stwierdziłem, Ŝe moŜna z kimś zjeść przysłowiowy 
worek soli, a jednak nie poznać się na człowieku.

OtóŜ Karol, gdy go pani Adelina zagadnęła o myśliwskie przygody, rozwinął swój kunszt 

krasomówczy, nie dając przyjść gospodyni do głosu. A o to właśnie chodziło. Gdy zdawało 
się, iŜ temat został całkowicie wyczerpany, mój przyjaciel wciągnął w rozmowę Harpera. 
Niezbyt, jak sądzę, wygadany karczmarz tym razem sięgnął do swych dawnych wspomnień i 
tak się tym podniecił, iŜ przez cały czas trwania posiłku słychać było prawie tylko tych dwu 
biesiadników. Od czasu do czasu zerkałem w stronę pani Adeliny, która musiała zdobyć się 
na spory wysiłek, aby ukryć zdenerwowanie. A przecieŜ dostrzegłem je. Jestem pewien, Ŝe 
pragnęła wykorzystać wspólny obiad do zebrania dokładniejszych wiadomości o nas. 
Pomyślałem+, Ŝe towarzystwo przyszłej teściowej mogłoby się okazać, na dłuŜszy okres, 
nieco uciąŜliwe dla Bedego, lecz gdy klamka zapadnie, to znaczy, gdy Katarzyna zostanie 
jego Ŝoną, nawet ujawnienie przeszłości łapacza niczego juŜ nie zmieni. Ale do rzeczy!

OtóŜ Karol, opowiadając o swych polowaniach, począł utyskiwać na malejącą z roku na 

rok ilość łownej zwierzyny. Wspomniał o całkowitym prawie zniknięciu bizonów, którym 
— w wyniku juŜ nie polowania, lecz faktycznej rzezi, i to dla cennych skór, nie dla mięsa — 
grozi ostateczna zagłada.

Tak, tak — potwierdził Harper — juŜ dziś na prerii nikt nie dostrzeŜe tego, co moŜna 

było oglądać jeszcze przed kilku laty. Wyobraźcie sobie, panowie — zwrócił się do nas 
dwu, jakby zapomniawszy o reszcie towarzystwa — Ŝe w 1871 roku, podczas przepędu by-
dła z Teksasu na północ, przewodnik musiał zatrzymać stado. Patrzałem wówczas, nie 
wierząc własnym oczom, jak drogę przecięła olbrzymia, zdawałoby się nie mająca końca 
kolumna tysięcy bizonów, mustangów, łosi, jeleni, antylop, zdziczałego bydła domowego i 
wilków. Wszystko to biegło pomieszane, a ja czułem, jak ziemia drŜy. Sądziliśmy, Ŝe 
gdzieś tam płonie preria i zwierzęta uciekają przed ogniem. Na szczęście dla nas i dla 
naszych krów nic takiego się nie wydarzyło.

CóŜ więc mogło być powodem tej dziwnej wędrówki? — zapytałem.

Nie wiem. Dziś, gdy opowiadam o tym zjawisku, słuchacze śmieją się jak z 

najlepszego Ŝartu i nie chcą wierzyć.

Ja wierzę — wtrącił Karol. — Sam obserwowałem parokrotnie coś podobnego. śe 

wilki biegną przy takim stadzie, to zrozumiałe. Czekają, aŜ któraś ze słabszych sztuk padnie 
lub odłączy się. śe zdziczałe bydło domowe przyłącza się do bizonów, równieŜ zrozumiałe, 
jako Ŝe to są bliscy krewni. Jednak nie potrafię wytłumaczyć, czemu czynią to mustangi i 
łosie albo znacznie szybsze od bizonów antylopy. To prawdziwa tajemnica prerii.

Umilkł, lecz zanim pani Adelina zdołała otworzyć usta, ja zadałem pytanie.
— Brał pan udział w przepędach bydła?
Harper uśmiechnął się.

To była nie najgorsza część mego Ŝycia — odparł. — MoŜe dlatego, iŜ młodość 

dodawała mi wówczas skrzydeł. Przez trzy kolejne lata gnałem wraz z setkami innych 
kowbojów długorogie teksaskie krowy z Houston, z San Antonio, z Bronsville, wszystko w 
południowym Teksasie, aŜ do Abilene lub Dodge City w Kansas, lub jeszcze dalej, do 
Laramie na ówczesnym terytorium Wyomingu, do Miles City w Montanie... Cztery miesiące 
trwała taka wędrówka, od maja do końca sierpnia. W Kansas ładowaliśmy bydło do 
kolejowych wagonów, które wiozły je do wielkich miast wschodu. W Wyomingu i Montanie 
sprzedawaliśmy stada miejscowym hodowcom. Praca była wyczerpująca i niebezpieczna, a 
wynagrodzenie wcale nie wysokie. Przeciętnie kowboj otrzymywał za miesiąc dwadzieścia 
pięć dolarów. Wyobraźcie sobie, panowie, Ŝe wówczas tyleŜ kosztowała para eleganckich 
kowbojskich spodni. Więc nie chęć zarobku gnała tylu młodych ludzi na daleki szlak, lecz 
pragnienie przeŜycia niezapomnianej przygody. Wszystko to juŜ dawno się skończyło.   
Najpierw władze stanu Kansas zakazały przepędu teksaskiego bydła przez swe ziemie, 
poniewaŜ zdarzały się wypadki przenoszenia przez bydło zaraźliwych chorób. Później, a 
moŜe równocześnie, farmerzy poczęli grodzić swe pola kolczastym drutem, aby przeszkodzić 

background image

tratowaniu przez krowy ich uprawnych pół, na koniec przedłuŜono linie kolejowe daleko na 
południe, aŜ do brzegów Zatoki Meksykańskiej. Przepędy stały się niemoŜliwe i 
niepotrzebne. Teraz moŜna sprzedać stado handlarzowi, na przykład w San Antonio. 
Towarzystwo kolejowe podstawi wagony i krowy szybciutko pojadą na północ lub na 
zachód.

— Napatrzył się pan świata — zauwaŜyłem.

O tak, doktorze — rozpromienił się (równocześnie pani Adelina wyraźnie 

pomarkotniała). — Wędrowałem dwa razy szlakiem Chisholm, raz trasą Goodnight-
Loving. Jak zapewne panowie wiecie...
— Wiemy — wtrącił się Karol. — Istniało kilka najwygodniejszych dróg przepędu z 
południa na północ. Ich nazwy pochodzą albo od nazwisk ludzi, którzy je pierwszy raz 
przetarli, jak na przykład Charles Good-night i 01iver Loving lub Jesse Chisholm, albo od 
kierunku, na przykład szlak Zachodni.
— Świetnie się pan orientuje. CzyŜby równieŜ...
— Nie, nie — szybko zaprzeczył mój przyjaciel. — Nigdy nie brałem udziału w takich 
przedsięwzięciach.
— A przez Goodyear wiodła jakaś droga przepędu? — zapytałem.
Karczmarz przecząco potrząsnął głową i dodał:
— Na szczęście!
— Dlaczego: na szczęście?
— Dlatego, doktorze, iŜ Ŝywot osady czy miasteczka wyrosłego na szlaku zawsze był 
kruchy i niepewny. Błyskawiczny wzrost, a później katastrofalny upadek. Pamiętam miasto 
Newton w Kansas. Powstało przy kolejowej linii „Atchinson, Topeka i Santa Fe", jako 
punkt spędu i załadunku bydła do wagonów.

W maju 1871 roku w Newton istniała tylko kuźnia, skład towarowy i zaledwie około tuzina 
domostw mieszkalnych. W trzydzieści dni później było to juŜ spore miasto, samych 
saloonów naliczyłem wówczas dwadzieścia siedem. Lecz budowle wyglądały niechlujnie i 
tandetnie. Ze wszystkich nowych domów jedynie stacja kolejowa posiadała tynkowane 
ś

ciany, pozostałe wzniesiono z nagich desek, gdzieniegdzie stały namioty lub nawet szałasy. 

Gdy do Newton przygnano pierwsze krowy, na ulicach rosła jeszcze trawa, a wśród tej trawy, 
nie uwierzycie, ukazywały się głowy preriowych piesków. Dodam, iŜ woda ciekła jedynie z 
dwu źródeł znajdujących się na głównej ulicy. Ale za to jaki ruch, jaki gwar i tłumy 
ciekawskich gapiące się przy kaŜdym przepędzie bydła. WzdłuŜ torów kolei stały obszerne 
corrale, z których specjalnymi pochylniami zaganiano krowy do podstawionych wagonów. 
Tak to trwało do końca sierpnia 1871 roku. Później miasto poczęło się wyludniać. Najpierw 
opuścili je kowboje i przewodnicy szlaków. Wyjechali kupcy i właściciele saloonów, znikły 
róŜne typy włóczęgów i ludzi niewiadomego zawodu, pozamykano sklepy i hotele, a 
następnej wiosny punkt spędu i załadunku został przeniesiony do dalszej miejscowości. 
Dlaczego tak się stało, nie wiem. Nie zdziwiłbym się wcale na wiadomość, iŜ Newton 
przestało istnieć. Co innego nasze Goodyear. Jego Ŝywot opiera się na solidnych funda-
mentach. Rozwija się powoli, lecz stale, jest ośrodkiem przemysłowym chociaŜ na małą skalę 
i handlowym dla okolicznych farmerów. Nie grozi nam ucieczka mieszkańców, bo nie ma tu 
ludzi zatrudnionych sezonowo. Tak, tak, moi panowie, moŜna tylko cieszyć się, Ŝe Goodyear 
nie wyrosło na Ŝadnym szlaku.

— 

Och — zdołała wreszcie wtrącić się pani Adelina — nigdy nie zamieszkałabym w 

Ŝ

adnym z takich bydlęcych miast!   Pijani  kowboje,  tłumy  włóczęgów, strzelanina na 

ulicach i wrzask przez całą noc, Ŝe oka nie moŜna zmruŜyć. Nigdy!

— Przesadzasz, moja droga — nieśmiało zaprotestował Harper. — Niekiedy dochodziło 
tam do pewnych wykroczeń, no ale przy tak gwałtownym, okresowym wzroście ludności 
było to zło nie do uniknięcia. Jednak plotki wszystko wyolbrzymiały.
— Och, Martin! Przestań! Nasłuchałam się dość na ten temat. Wiem, iŜ w tym twoim 
Newton, bodaj się pod ziemię zapadło jako siedlisko zła, w jednym roku zabito w bójkach 
dziesięciu ludzi, a pięćdziesięciu raniono.
— Nie zaprzeczam, moja droga, chociaŜ wszystkie takie obliczenia są mocno wątpliwe. 
Zresztą... osiedliliśmy się w Goodyear, a przepędy bydła dawno się skończyły. Czy warto 

background image

spierać się o to, co minęło bezpowrotnie? Lecz — tu zawahał się — niekiedy Ŝałuję 
tamtych lat. I zazdroszczę panom chwil swobody, jakie wam daje wyprawa w nieznane. 
Na szczęście w naszym wielkim kraju sporo jeszcze jest miejsc, gdzie łatwiej o jelenia czy 
kozicę niŜ o człowieka, chociaŜ, jak słusznie zauwaŜył pan Gordon, zwierzyny jest coraz 
mniej.

Wydawało się, iŜ na tym dyskusja na temat „bydlęcych" miast dobiegła kresu. Jednak 

panią Adelinę, niezadowoloną z przebiegu dotychczasowej rozmowy, musiało jeszcze 
bardziej podraŜnić mimowolne wyznanie jej małŜonka, bo zapytała tonem, w którym 
poczułem zapowiedź nie lada rodzinnej sprzeczki:

— CzyŜbyś chciał, Martin, opuścić Goodyear?
— Tylko z tobą, tylko z tobą, moja droga — zaŜartował karczmarz. — CóŜ bym począł 
bez ciebie?

Prychnęła jak rozgniewany kocur:

— Tego się po mnie nie spodziewaj!
— Więc teŜ nigdy nie będę cię namawiał na Ŝadną wyprawę.

Bardzo dobrze — stwierdziła nieco udobruchana.

Być   moŜe   dopiero  teraz   spostrzegła   niestosowność małŜeńskiego sporu, toczonego 
wobec zupełnie 

obcych ludzi, więc zapytała juŜ spokojniejszym głosem:

A pan, panie Barry, bardzo tęskni za swymi wędrówkami?

Zaniepokoiłem się, lecz Bede znalazł się na poziomie.

Nigdy, szanowna pani. Jestem szczęśliwy, Ŝe mam dach nad głową i stałą pracę.

Wrócił jej dobry humor, roześmiała się.

Brawo, Barry! Wiedziałam, iŜ się na panu nie zawiodę. Słyszysz, Martin?

Jestem tego samego zdania — przytaknął karczmarz.

Miałem poprzednio zamiar zagadnąć Harpera o szczegóły przepędu bydła, lecz 

zaniechałem pytań. Zdaje się, Ŝe pani Adelina nie lubiła, gdy małŜonek sięgał pamięcią do 
przeszłości. Kto wie, moŜe przypominała sobie przeszłość własną, niewartą wspomnień? 
Tak to sobie wytłumaczyłem, i chyba z sensem.

Dalsza rozmowa, na pewno ku zadowoleniu wszystkich, potoczyła się w innym kierunku. 

Nadał go Karol, opowiadając o naszym pobycie w Meksyku, o wyprawie w Sierra Mądre 
Occidental, co przywróciło dobry humor naszej gospodyni. Nareszcie doszła do głosu, wy-
pytając o szczegóły, zwłaszcza o te, w których główną rolę odgrywał Barry Bede. W 
opowiadaniu Karola — Bede wyrósł na bohatera, co było lekką przesadą, chociaŜ nigdy nie 
mogłem odmówić Bedemu odwagi. On sam zresztą, słuchając opowieści o swych czynach,, 
wiercił się i kręcił niespokojnie na krześle, jak oskarŜony w krzyŜowym ogniu pytań 
sędziego. Bede nie lubił się przechwalać, to fakt, więc nie bardzo przypadła mu do gustu 
relacja mego przyjaciela.

Za to pani Adelina! Widziałem, iŜ rośnie jak na droŜdŜach. PrzecieŜ wszystko to, co teraz 
słyszała, potwierdzało jej opinię o Bedem, a równocześnie jej nieomylność w 
rozpoznawaniu ludzkich charakterów.

Nawet nie spostrzegliśmy się, jak zapadł zmierzch. Karczmarz przeprosił, Ŝe musi odejść 

do saloonu. Skorzystaliśmy z tej okazji i we trzech (z Bedem) opuścili jadalnię gospodarzy. 
Tak więc niepotrzebnie lękałem się podchwytliwych pytań pani Adeliny. Wszystko wypadło 
jak najlepiej dla nas, a przede wszystkim dla Bedego.

Nieznajomi

Nareszcie!   

Mamy juŜ za sobą Goodyear. Budynki miasteczka zostały kilka mil na południowym 

zachodzie. Udajemy się do La Junta zakończyć ostatecznie sprawę Bedego. Zakończyć 
pomyślnie, takie jest nasze niezłomne zamierzenie. Lecz od zamierzenia do wykonania droga 
niekiedy bywa bardzo długa. I to mnie niepokoi. Karol jak dotąd jakoś nic nie wymyślił i 

background image

doprawdy nie wiem, w jaki sposób zamierza postąpić z Fredem Clarkiem, gdy przekroczymy 
progi saloonu „Pod Złotą Sową"?

Zabraliśmy list Clarka jako dowód, Ŝe przybywamy z polecenia adresata, lecz to niczego 

jeszcze nie załatwia. Jadę więc nieco markotny i jakoś wcale mi nie-spieszno do La Junta.

Dokoła bezdrzewna płaszczyzna, raz porosła trawą, kiedy indziej krzewami szałwi lub 

naga, spalona słońcem, ciemnoczerwonej barwy gleba. „Pstrągowa" rzeczka juŜ nam nie 
towarzyszy. Karol oświadczył, Ŝe wędrówka jej biegiem zaprowadziłaby nas zbyt daleko na 
wschód, a La Junta, jak mu wiadomo, leŜy bardziej na północy, nad górną Arkansas. Co 
prawda, nigdy nie był w La Junta, lecz koryto Arkansasu musi nam przeciąć drogę, a skoro 
do niego dotrzemy, reszta — to fraszka.

Ktoś inny pewnie parsknąłby śmiechem na taką przechwałkę, ja — nie. Zbyt dobrze 

znałem Karola i jego zdumiewający instynkt w szukaniu właściwego kierunku. Zaleta, którą 
zdobywa się latami wędrówek po bezdroŜach. Orientowanie się w terenie, oznaczanie godzin 
dnia i nocy według połoŜenia słońca i gwiazd — to były podstawowe umiejętności 
wszystkich prawdziwych westmanów, a Karol był właśnie jednym z nich. Nawet uczył mnie 
odczytywania „zegara przyrody", lecz czego nauczył w lecie, zapominałem zimą wśród 
miejskich murów. Jeszcze za dnia, zwłaszcza gdy był słoneczny, orientowałem się jako tako 
w godzinach, gorzej wypadało to wśród mrocznych leśnych ostępów, jeszcze gorzej w nocy. 
Co prawda wiedziałem, Ŝe gdy stanie się twarzą ku Gwieździe Północnej, zwanej równieŜ 
Polarną, a Wielka Niedźwiedzica (lub Wielki Wóz, jak kto woli) znajdować się będzie na 
północnym zachodzie — zegarek wskaŜe godzinę dziesiątą wieczór. Gdy Wielka 
Niedźwiedzica przesunie się na południe i zabłyśnie dokładnie na zachód od Gwiazdy — 
oznacza to północ. Natomiast o godzinie drugiej po północy Niedźwiedzica przesunie się ku 
południowemu zachodowi, a o czwartej nad ranem — ku południowi. Łatwo to zapamiętać, 
znacznie trudniej odczytać z najbardziej nawet rozgwieŜdŜonego nieba. A cóŜ dopiero, gdy 
pokryte jest chmurami! Lecz wówczas najdoskonalszy nawet znawca nieba nic nie poradzi.

 Ja orientowałem się nieco, pełen dumy z tego powodu, aŜ do chwili, w której Karol 

przeegzaminował mnie z moich umiejętności. Pierwsza próba wypadła fatalnie, lecz i przy 
następnych zawsze myliłem się, mniej więcej o godzinę. Dziesiąta wieczór stawała się dla 
mnie jedenastą i odwrotnie — często jedenastą uznawałem za środek nocy. Wiedziałem, Ŝe w 
dawnych latach, a nawet później, juŜ w okresie przepędów bydła, wędrowcy, jadący z 
południa na północ, przed udaniem się na spoczynek ustawiali dyszel wozu lub po prostu 
pochylony ku Gwieździe drąg, aby wytyczyć swą dzienną drogę. Taki mądry to i ja byłem, 
lecz poza tym wolałem posługiwać się własnym zegarkiem.

A teraz wracam do bardziej interesującego tematu — do woreczka Ŝwiru. Postąpiliśmy 

tak, jak Karol zaproponował. Odbiór depozytu z banku nie zajął nam wiele czasu. Pękaty, 
oplatany sznurem pakunek, zalakowany na wszystkich rogach i w samym środku, został 
ukradkiem przeniesiony do naszego pokoju w „Lucky Saloon". Dlaczego ukradkiem, skoro 
zaleŜało nam na tym, aby Harper właśnie dowiedział się, Ŝe Bede przekazuje nam swe złoto?

Ba, owszem, zaleŜało, ale nie w taki sposób, aby sprawa stała się powszechnie znana. 

Mieliśmy pobyć w Goodyear jeszcze jedną dobę, a złodziejów nigdzie nie brak. I chociaŜ 
złodziej nie obłowiłby się naszym skarbem, gdyby rozgadał, co kryje wnętrze woreczka, 
kariera Bedego w Goodyear byłaby raz na zawsze skończona, a my dwaj (Karol i ja) 
uzyskalibyśmy mało pochlebną opinię przyjaciół oszusta, czyli — współ-oszustów. Oto 
dlaczego na myśl, iŜ ktokolwiek niepowołany mógłby odkryć tajemnicę pakunku, zimne 
ciarki przebiegały mi po krzyŜu. Karol wykazał większe opanowanie, jednak długo 
zastanawialiśmy się po powrocie z banku, gdzie na kilkanaście godzin ukryć kompromitujący 
skarb.

Bede zaproponował, Ŝe przechowa woreczek we własnej szafie, ukryty między róŜnymi 

rupieciami, był to pomysł najgorszy z najgorszych, bo jeśli kto szukałby złota, to przede 
wszystkim u jego właściciela.

— 

Chodźmy do Harpera — zaproponowałem. — Za jednym zamachem załatwimy dwie 

sprawy: zabezpieczymy woreczek, bo karczmarz na pewno rozporządza solidnym 
schowkiem, a równocześnie trafi się okazja poinformowania go o twej poŜyczce.

I tak teŜ postąpiliśmy.

background image

Harper usłyszawszy, o co chodzi, zdziwił się. Gdy jednak Karol wyjaśnił mu przyczynę, 

dla której Bede odebrał złoto z depozytu, nie zmartwił się ani trochę, wprost przeciwnie — 
Ŝ

yczył powodzenia w zamierzonym skupie skór. Wynika z tego, Ŝe nie przewidywał zamiaru 

ponownego uŜycia skarbu do rozbudowania wspólnego interesu handlowego. (Nawiasem 
powiedziawszy, bardzo byłem ciekaw, jak Bede wytłumaczy się swemu wspólnikowi, gdy 
tamten zauwaŜy, Ŝe Karol nie zwraca długu? Coś tam będzie musiał wymyślić).

Opuszczaliśmy Goodyear z woreczkiem bezpiecznie umieszczonym w juku Karolowego 

siodła. Gdy dotarliśmy w odludne miejsce i przebywali raz jeszcze pstrągową rzeczkę, mój 
przyjaciel zatrzymał konia w samym środku płytkiego nurtu, wyciągnął woreczek, 
myśliwskim noŜem rozpruł go i całą zawartość wysypał do wody. Uczyniwszy to — trzymał 
nadal w dłoni płócienną szmatę, jakby się zastanawiał, co ma z nią począć.

Nie — powiedział w końcu — lepiej tego tutaj nie zostawiać. Lakowe pieczęcie zbyt 

rzucają się w oczy.

Daj mnie — zaproponowałem.

I co z tym zrobisz?

Zawiozę do Milwaukee, na pamiątkę.

Roześmiał się i wręczył mi zawiniątko. Mam je po dziś dzień, razem z listem Clarka.

A więc pozbyliśmy się oszukańczego pakunku, który tak waŜną rolę odegrał w Ŝyciowej 

karierze Bedego. Zaiste, rzecz nie do wiary, Ŝe kilka garści kamyków potrafiło zapewnić 
Harperowi kredyt na budowę młyna, a Bedemu najpierw stworzyć dach nad głową, a  
później   współuczestnictwo  i   współudział   w  dochodach. Jednak wiara w bogactwo, jakie 
rzekomo zawierał woreczek, nikomu nie wyrządziła szkody i chyba przejdzie do legendy 
wśród mieszkańców Goodyear, bo jestem pewien, iŜ Bede nigdy nie zdradzi, jak wyglądała 
prawda.

Nad wieczorem, posuwając się przez bezludne, bezdrzewne i nieco ponure pustkowie, 

natrafiliśmy nieoczekiwanie na prawdziwą oazę zieleni: okrągłe jeziorko, częściowo 
zarośnięte szuwarami, otoczone koliskiem krzaków, nad którymi nawet wybujały pnie dwu 
sosen. Był to zaiste dziw nad dziwy, lecz dla nas — wspaniały skład opału w postaci stosu 
uschłych gałęzi, których zapewne dotąd nikt nie zbierał. ŚwieŜa trawa porastała najbliŜsze 
sąsiedztwo jeziorka — nasze konie mogły się posilić. Oczywiście, tu rozbiliśmy obozowisko. 
Nim mrok zapadł i pochłodniało, siedzieliśmy przy wesołym ogniu popijając chleb i boczek 
pachnącą kawą, a później ćmiąc fajeczki. Spętane wierzchowce tupotały cicho w naszym 
pobliŜu, dalekie głosy kujotów niosły się po równinie z wolna pogrąŜającej się w ciem-
nościach i nocnym odpoczynku.

Poczęliśmy mościć sobie legowiska. Ogień przygasł, a równocześnie na niebie zajaśniał 

księŜyc i uczyniło się widno prawie jak w dzień. I wówczas się zaczęło. Co? Ruszyły na nas 
całe pułki, nie! — armie drobnych, boleśnie kłujących owadów. Chmury moskitów wyle-
ciały jak spod ziemi. Próbowaliśmy róŜnych sposobów, aby je przegnać. Niewiele pomógł 
dym z polewanego wodą ogniska ani zapalone fajki. Owinąłem się szczelnie kocem, 
zarzuciłem go sobie na głowę, lecz pod tak grubym okryciem trudno było oddychać. Gdy 
więc wpadłem w drzemkę, odruchowo odsuwałem rąbek koca. To wystarczało. Budziłem się 
natychmiast pod wpływem bólu od ukłuć tysięcy drobnych szpileczek, z twarzą prawie 
mokrą od krwi, gdy dłonią ścierałem zdradliwych napastników. Karol podobnie walczył ze 
skrzydlatymi rojami. O śnie nie było mowy. Czuwaliśmy do świtu nad kopcącym ogniskiem, 
oganiali witkami nasze konie, których ogony okazały się niewystarczającą bronią. Z 
pierwszą zorzą moskity znikły. Mieliśmy popuchnięte twarze, szyje, napięstki rąk. Zleliśmy 
chłodną wodą nasze nieszczęśliwe czworonogi, postanawiając przedłuŜyć tu swój pobyt o 
kilka godzin, aby nieco odespać niespokojną noc i dopiero po dziesiątej rozpoczęła się nasza 
dalsza podróŜ.

 Przewidujący Karol zaopatrzył się w skórzany worek na wodę i napełniał go przy kaŜdej 

okazji. Uczynił to równieŜ przed opuszczeniem moskitowego jeziorka. Dobrze jest jechać 
przy boku towarzysza pamiętającego o sprawach, na które mieszkaniec miasta nawet uwagi 
nie zwraca, przywykły do ich codziennej obecności. Na przykład — woda. Odkręcasz kran i 
płynie nieprzerwanym strumieniem. Jednak na prerii nie ma kranów ani pomp, ani nawet 
studzien. Nie wysychające rzeki płyną w dość znacznych odległościach jedna od drugiej. 

background image

Natomiast spośród przypadkowo napotykanych innych zbiorników — malutkich stawów lub 
gliniastych dziur — sporo zawiera wodę, w której rozpuściły się alkaliczne, trujące związki 
zawarte w glebie. JuŜ sam smak takiego płynu stanowi ostrzeŜenie. śadne zwierzę go nie 
tknie, chociaŜ zdarzały się wypadki, iŜ nękane pragnieniem stada domowego bydła 
korzystały z takich wodopojów, co zwykle kończyło się tragicznie. Natknęliśmy się na tego 
rodzaju zbiornik o wodzie gorzko-słonej, od którego nasze konie, mimo upału i 
parogodzinnej jazdy, odwracały głowy. W drugiej połowie dnia poratowała nas część 
zawartości bukłaka. Niestety, do wieczora nie ukazał się na naszym szlaku nawet ślad 
wilgoci. Na wieczorny posiłek wydzieliliśmy sobie po pół kubka wody, koniom oczywiście 
więcej, tak Ŝe worek został prawie całkowicie opróŜniony. Rankiem mój towarzysz wydzielił 
mnie i sobie po ćwierć kubka, resztę dał koniom bo, jak wiadomo, w takich warunkach 
podróŜy dbać naleŜy przede wszystkim o zwierzę. Kto nie przestrzega tej zasady, często traci 
swego czworonoga i... ginie. Piesza wędrówka po bezwodnych i pustych przestrzeniach 
nawet dla zahartowanego westmana jest wysiłkiem, któremu rzadko kto potrafi podołać.

Co oznacza pragnienie, miałem moŜność przekonać się niejeden raz, zwłaszcza podczas 

włóczęgi po południowych obszarach kraju. Dlatego nie lękałem się chwilowego braku 
płynu, którego nic nie potrafi zastąpić. Gdy słońce osiągnęło szczyt nieba, spocona koszula 
przylepiła mi się do pleców, w gardle zaschło, a język z trudem poruszał się w ustach. Nie 
oznaczało to zresztą zbyt wielkiego niebezpieczeństwa. Sytuacja staje się groźna dopiero 
wtedy, gdy ciało przestaje wydzielać pot — sygnał odwodnienia organizmu. Tym razem nie 
pisano nam zaznać większej udręki. Gdzieś około drugiej konie poczęły parskać i bez 
przynaglania przyspieszyły biegu. Spojrzeliśmy na siebie w milczeniu, lecz z uśmiechem — 
zwierzęta poczuły wilgoć. Taki przedziwny węch (czy instynkt?) — wielokrotnie ratował 
jeźdźców. Z jak duŜej odległości potrafi zwierzę wyczuć wodę? RóŜni róŜnie na ten temat 
się wypowiadali. Ja słyszałem o stadzie bydła pędzonego przez wschodnie tereny Nowego 
Meksyku, Ŝe poczuło wilgoć rzeki Pecos na dziesięć mil przed jej osiągnięciem.

Pozwoliliśmy naszym wierzchowcom biec aŜ do chwili, w której ujrzeliśmy błyszczące 

szyny linii kolejowej, ciągnące się ze wschodu na zachód, za nimi — spłacheć szmaragdowej 
łąki, a jeszcze dalej — srebrny nurt rzeki. Szyny spoczywały na nasypie, więc zeskoczyliśmy 
z siodeł i konie, chociaŜ wciąŜ rwały się do pędu, przeprowadziliśmy przez tory.

Trzymaj, Janie, trzymaj mocno — ostrzegł Karol.

Odgadłem, o co mu chodzi: nie wolno puścić zwierząt do wody samopas. Na początek 

naleŜy dać odmierzoną porcję Ŝyciodajnego płynu, a dopiero po jakiejś półgodzinie dalej 
poić. Zwierzęciu cierpiącemu na pragnienie od dłuŜszego czasu, wodę naleŜy dozować, w 
przeciwnym wypadku — padnie. Wysuszony organizm, a przede wszystkim serce — nie 
wytrzymają. To samo zresztą dotyczy człowieka. Lecz wracam do sprawy.

Niełatwo utrzymać wyrywającego się wierzchowca, gdy czuje lub widzi rzekę. Dłoń mi 

ś

cierpła i mimo wysiłku zbliŜaliśmy się (ja i wierzchowiec) krok po kroku do szumiącego 

nurtu. Doprawdy nie wiem, jak dałbym sobie radę z upartym zwierzęciem, gdybym 
niespodziewanie nie zauwaŜył, prosto przed sobą, w połowie drogi do rzeki, dwu zrośniętych 
z sobą sosen. Tam chytrze podprowadziłem wierzchowca, błyskawicznie zdjąłem linkę 
wiszącą u łęku siodła, pętlę zarzuciłem na szyję zwierzęcia, a drugi koniec oplatałem wokół 
pnia. Pętla zacisnęła się, gdy poczuwszy luz w cuglach koń skoczył do przodu. Omal nie padł 
na przednie kolana, ale zaraz się podniósł chrapiąc i drŜąc na całym ciele. Odwróciłem się. 
W samą porę. Za mną Karol zmagał się ze swym rumakiem, który walił kopytami w ziemię i 
usiłował stanąć dęba. We dwu zdołaliśmy opanować koński bunt i drugie zwierzę równieŜ 
uwiązać u pnia. Teraz naleŜało je napoić. Po raz pierwszy poŜałowałem, Ŝe nie mieliśmy 
kociołka, mój znakomity czajnik nie nadawał się do takich celów. Chyba w tym momencie 
straciłem głowę, bo sięgnąłem po patelnię.  Bądź co bądź to teŜ naczynie.

Co robisz?! — wrzasnął Karol. — PrzecieŜ mamy worek!

Roześmiałem się. Pognaliśmy do rzeki, napełnili bukłak i wrócili równieŜ biegiem. Konie 

wyskoczyły na

całą długość linek, chrapiąc i kładąc uszy po sobie. Oba rwały się do wody i gdy pierwszy 
wepchnął wreszcie łeb do worka, drugi chwycił bukłak zębami i gdyby nie Karol, na pewno 
rozszarpałby skórę. Pognaliśmy do rzeki po raz drugi, by zaspokoić przynajmniej pierwsze 

background image

pragnienie naszych wierzchowców.

Dopiero teraz, nieźle zmęczeni, sami zaczęliśmy pić chciwie wodę wprost z Arkansasu, a 

potem cięŜko dysząc, odwróciliśmy się na wznak. Upał zelŜał, bo słońce wisiało juŜ nad 
horyzontem, lecz rozgrzana ziemia jeszcze promieniowała ciepłem niczym stygnący piec.

— To Arkansas — niepotrzebnie stwierdził Karol. — JuŜ nam nie zabraknie wody do 
samego La Junta. Cały czas będziemy jechać wzdłuŜ rzeki. Te szyny biegną na zachód do 
Pueblo, na wschód — do Hutchinson, juŜ w Kansas. Jasne, Ŝe ruszymy na wschód.
— Bardzo ładnie — potwierdziłem i usiadłem. — Karolu, dom! — krzyknąłem.

Natychmiast się podniósł.

Rzeczywiście! GdzieŜ się dotąd podziewały nasze oczy? Ale to świetnie. Oszczędzi 

nam pitraszenia przy
ognisku.

Budynek stał między torami a rzeką, nie dalej niŜ pół mili od nas. Nie spieszyliśmy się. 

Dopiero po godzinie szczypiące dotąd trawę konie zostały zaprowadzone do wodopoju. 
Odeszły parskając i machając ogonami na znak pełnego zadowolenia.

— 

Mam nadzieję, Ŝe nie ma tu moskitów — zauwaŜyłem.

— Trzy razy obozowałem nad Arkansasem i nigdy nie dostrzegłem nawet komara.
— Bodaj było to prawdą — westchnąłem. — Jeszcze swędzą mnie policzki po tej 
makabrycznej nocy. Jedziemy?
— Jedziemy.

Wskoczyliśmy, na siodła. Domek, do którego zmierzaliśmy, wydawał się tym mniejszy, im 

mniejsza dzieliła nas od niego odległość. Zjawisko sprzeczne zgoła z zasadami optyki. 
Pewnie wynikło z tego, Ŝe dom wznosił się na wyniosłym płaskowzgórzu, podczas gdy my 
znajdowaliśmy się na nizinie, stopniowo dźwigającej się ponad koryto Arkansasu. W miarę 
jak ją przebywaliśmy, imponująca budowla jakby zapadała się coraz niŜej, wreszcie 
przypominała juŜ tylko sporą... psią budę. Lecz to równieŜ okazało się złudzeniem.

Przed nami wyrósł długi rząd kołków wbitych w ziemię, między którymi rozciągały się 

dwa pasma drutów   kolczastych.   Karol   zatrzymał   wierzchowca.

— Wkrótce cały kraj zostanie zapaskudzony tym świństwem — zauwaŜył gniewnie.
Jak kaŜdy westman nie znosił sztucznych przeszkód, zmuszających do nadkładania drogi, a 

niekiedy wręcz uniemoŜliwiających dalszą jazdę. Drut kolczasty był — jak słyszałem — 
wynalazkiem niejakiego Józefa Gid-dena i od roku 1874 stosowano go coraz częściej. Po-
czątkowo drutu uŜywali farmerzy, by chronić pola uprawne przed stadami bydła pędzonego z 
południa na północ. Później wielkie przedsiębiorstwa hodowlane poczęły w ten sam sposób 
ogradzać pastwiska, a nawet zbiorniki wody, niekiedy jedyne na całe okolicę. Trafiało się, Ŝe 
druty kolczaste moŜnych sąsiadów blokowały przejazd farmerskim wozom. Do walki z tym 
oczywistym bezprawiem wystąpili właśnie ci drobni farmerzy, ranczerzy oraz wszyscy, 
którzy uznawali i praktykowali niczym nie skrępowaną swobodę wędrówki dla jeźdźca i jego 
konia. Zaczęto niszczyć pale, przecinać druty.

Opowiadano mi, Ŝe gdy przed kilku laty pewien hodowca bydła w Teksasie, R. A. Davis, 

ogrodził poczwórnym pasmem drutów swe tysiącakrowe pastwisko, w dwa dni później 
stwierdził, Ŝe nieznani spraw-
cy poprzecinali druty w trzech i pół tysiąca miejscach. Dziennik „Galveston News" (w 
Teksasie) w roku 1883 doniósł, iŜ druty kolczaste, rozpięte na długości dwudziestu mil na 
granicy posiadłości przedsiębiorstwa hodowlanego „Hickey Pasture Company", zostały cał-
kowicie zniszczone, poniewaŜ uniemoŜliwiały sąsiadom korzystanie z jedynego źródła wody 
na tym terenie.

Nie mieliśmy zamiaru naśladować rozgoryczonych farmerów. Po prostu objechaliśmy 

przeszkodę aŜ do miejsca, gdzie znajdowała się furtka.

— 

Hej!  Jest  tam  kto?  —  zawołał Karol, zgodnie z wymaganiami przepisów grzeczności 

obowiązującymi 

na Dzikim Zachodzie. Kto bowiem bez opowiedzenia się wkracza na teren stanowiący 
prywatną własność osadnika, moŜe się spotkać z grubiaństwem, niekiedy z... kulą. Natomiast 
gość, który poprosi o pozwolenie wejścia do zagrody, zawsze przyjęty będzie z otwartymi 
ramionami, kimkolwiek by był, jeśli oczywiście nie okaŜe wrogich zamiarów. Gościnność 

background image

stanowi bowiem niepisane prawo Zachodu i kto go nie przestrzega, zyskuje złą sławę w całej 
okolicy, a ludzie stronią od niego. Bolesna to kara. Farmy leŜą na ogół w odległości 
dwudziestu, trzydziestu, a nawet więcej mil jedna od drugiej, kaŜda więc nowa ludzka twarz 
to zapowiedź miłych chwil rozrywki w monotonnym Ŝyciu wśród pustkowi. A cóŜ dopiero 
gdy ranczer czy rolnik jest człowiekiem samotnym i moŜe rozmawiać co najwyŜej ze swym 
koniem lub psem. CięŜkie schorzenia nerwowe nierzadko bywają konsekwencją takiego try-
bu Ŝycia.

— Hej! — powtórzył Karol. — Jest tam kto?

Odczekaliśmy chwilę, zeskoczyli z siodeł i wprowadzili zwierzęta w obręb ogrodzenia, 

przed sam dom. Zbyt wielkie to jednak słowo dla określenia budowli, przed którą 
stanęliśmy. Był to solidny barak, coś w rodzaju obronnego blokhauzu wzniesionego z nie 
okorowanych bali drzewnych. Od prawdziwego blokhauzu róŜnił się tym, Ŝe zamiast 
strzelnic posiadał okna, a w oknach szyby, i Ŝe nad dachem sterczał komin, nie metalowa 
rura od przenośnego piecyka. Drzwi, sporządzone z nie heblowanych desek, były zawarte. 
Na tych drzwiach ujrzałem białą kartkę przybitą gwoździami.

„Witaj, gościu! Nie zapomnij sprzątnąć po sobie, a przed odjazdem nakarm kury. Będę za 

dwa dni".

Brakowało podpisu i daty, lecz papier był świeŜy. Gospodarz musiał wyjechać przed 

niewielu godzinami.

Uśmiechnąłem się na tak eleganckie zaproszenie, pchnąłem drzwi i weszliśmy.

Wbrew zewnętrznym, nieco odstręczającym pozorom wnętrze przedstawiało się schludnie 

i wesoło. Podłoga z desek czystych i równiutko ułoŜonych, normalny piec, co prawda 
wzniesiony z cegieł, nie z kafli, za to nakryty Ŝelazną płytą z fajerkami, stół, ława, krzesła i 
metalowe łóŜko pod ścianą — wszystko sprawiało wraŜenie przedmiotów nowych, niezbyt 
dawno nabytych w którymś tam z miasteczkowych magazynów. Nad piecem, na hakach 
wbitych w belkę, wisiały dwa metalowe kociołki i patelnia, tak wypucowane, Ŝe lśniły 
niczym srebrne.

— Gospodyni kocha czystość — zauwaŜyłem.
— Gospodarz — sprzeciwił się Karol. — Ten dom jest własnością kawalera lub wdowca, 
który mieszka tu samotnie. Niech cię nie wprowadza w błąd czystość. Nie wszyscy 
męŜczyźni są flejtuchami, jak nie wszystkie kobiety przepadają za szorowaniem podłóg i 
naczyń kuchennych.
— No proszę — zauwaŜyłem ironicznie — jaki to znawca z ciebie. A ja jestem pewien, Ŝe 
gospodaruje tu młode małŜeństwo na dorobku. Dlatego mają jedno łóŜko.

Parsknął śmiechem.

— Mogę udowodnić, Ŝe się mylisz. Po pierwsze, napisano: „będę za dwa dni", a nie: 
„będziemy".
— Zgoda — odparłem — lecz kury! JakiŜ męŜczyzna troszczy się o kury?
— Zabawny jesteś, Janie, i wyłazi z ciebie niepoprawny mieszczuch. O kury troszczy się 
kaŜdy farmer, samotny równieŜ. Po drugie: gdyby tu mieszkało małŜeństwo, jedno z nich 
najpewniej zostałoby, by pilnować gospodarstwa.

ś

ona mogła zachorować — wyraziłem wątpliwość — albo spodziewa się dziecka.

- W takim przypadku autor napisu nie zapewniałby, Ŝe wróci za dwa dni. Poza tym... 

brak daty.

I cóŜ z tego?

t— Ano to, Ŝe kobiety są zazwyczaj bardziej dokładne, zwłaszcza w szczegółach, i gdyby 

tu mieszkała kobieta, nie zapomniałaby o dacie.

Spojrzałem na Karola. Przypomniała mi się moja pedantyczna gospodyni w Milwaukee.

Przekonałeś mnie — rzekłem. — Ten argument jest nie do odparcia.

No, widzisz. Właściwe wnioski sprowadzają nas na właściwe tropy.

Proszę, proszę! Jaki filozof z ciebie! Ale popatrz, pełna sterta drewienek. Ciekawe, z 

jakiego to lasu zaopatruje się w opał nasz gospodarz?

Mniejsza z tym. Rozpal ogień, marzę o kawie. Zobacz, czy nie ma tu gdzie chleba. 

Suchary nieco mi zbrzydły. Ja pójdę zbadać obejście.

Po co?

background image

OstroŜność nie zaszkodzi — powiedział juŜ na progu.

Rozpaliłem ogień, wziąłem puste wiadro i równieŜ opuściłem chatę. Przed domem, co juŜ 

poprzednio zauwaŜyłem, znajdowała się studnia. Zaczepiłem kabłąk kubła o zakrzywiony 
hak, przybity na końcu długiego drąga i zaczerpnąłem wody. Wróciłem, nalałem wody do 
kociołka, który postawiłem na płycie pieca i do potęŜnej miednicy umieszczonej na wysokim 
stołku. Obok zauwaŜyłem mydło i ręcznik. Ściągnąłem kurtę, kamizelkę, koszulę i umyłem 
się do pasa. Znowu zerknąłem na ręcznik. Był biały jak śnieg, chyba nigdy nie uŜywany. 
Zawahałem się. Lecz skoro gospodarz powiesił nowiutki ręcznik, liczył widać na to, Ŝe sko-
rzysta z niego nieznany gość... Potem wychlusnąłem przez okno pełną mydlin wodę — 
jestem pewien, Ŝe gospodarz postępował w ten sam sposób. Gdzie jednak wyrzucał śmiecie? 
Podwórko za domem wyglądało tak samo schludnie jak wnętrze izby, jak spłacheć ziemi 
przed domem.

Zachęcony przez Karola, rozpocząłem poszukiwanie Ŝywności. Znalazłem w szafce pół 

bochenka chleba domowego wypieku (farmer musiał być chyba geniuszem albo... byłym 
piekarzem) wprawdzie nieco czerstwego, lecz na pewno smaczniejszego od sucharów. 
Odkryłem równieŜ spory worek pszenicy (pewnie dla kur) i równieŜ spory — fasoli. 
Postanowiłem ugotować zupę fasolową. Pierwszy raz w Ŝyciu. Uznałem jednak, Ŝe z 
dodatkiem naszego boczku okaŜe się daniem znakomitym. Podczas naszych wędrówek nie 
gotowaliśmy zup — zbyt wiele z tym kłopotu. Teraz trafiła się świetna okazja. Napełniłem 
wodą drugi kociołek, wrzuciłem kilka garści fasoli. Potem siadłem za stołem i zapaliłem 
fajkę.

Karol wrócił, zajrzał do obu garnków i pokiwał głową z aprobatą.

Za domem jest kurnik — poinformował. — Kury równieŜ. AŜ dziwne, Ŝe nie 

znalazłem strzępków piór.
CzyŜby w okolicy nie było lisów i kujotów? Jest równieŜ stajenka. Farmer ma dwa konie i 
wóz. Pewnie
pojechał na zakupy.

— 

Zaprowadziłeś wierzchowce do stajni? Uśmiechnął się ironicznie.

A gdyby tak nagle zniknęły, podczas gdy my tu sobie gwarzymy? Wolę je mieć na oku.

Przez całą noc?

Będziemy spali w stajni, razem z końmi. A do tej zupy przydałby się kawałek boczku.

Począł myszkować w szafce z prowiantami.

Chleb, mąka, kasza, fasola — wyliczał. — Niewiele tego. O, pszenica! Jak będziesz 

szedł po boczek,
nakarm przy okazji ptactwo. Jutro moŜemy o tym zapomnieć. Przypilnuję ognia.

Nasypałem parę garści  ziarna  do swego kapelusza i wyszedłem. Za domem, od strony 

rzeki, wznosiły się 

dwie budowle: jedna większa — zapewne stajnia, druga malutka, otoczona drewnianym 
płotkiem, za którym gdakały   śnieŜnobiałe   kokoszki,   a   wspaniały   kogut, z ogonem jak 
wachlarz, dumnie kroczył wzdłuŜ ogrodzenia. OpróŜniłem zawartość kapelusza, a gdy ptac-
two rzuciło się hurmem na pokarm, uchyliłem furteczki i wkroczyłem do środka. Niski kurnik
z pochyłym daszkiem zajmował jedną trzecią całej przestrzeni. Ukląkłem i zajrzałem do 
wnętrza. Na grzędach  było pusto, lecz na ziemi, na rozłoŜonym sianie,  ujrzałem trzy 
bielutkie jajka. Zgarnąłem je, płosząc odętą kokosz siedzącą w rogu. Dostrzegłem dalsze 
cztery jaja, a w chwilę później jeszcze dwa. Wszystkie włoŜyłem do kapelusza i stanąłem na 
progu domu dumny jak paw.

Przyniosłeś boczek? — zapytał Karol pochylony nad garnkami.

— Zaraz przyniosę, ale popatrz!
Odwrócił się i gwizdnął.

Ho, ho, spisałeś się, Janie. Jajecznica będzie na drugie danie.

Zupa wypadła znakomicie, jajecznica świetnie, kawa wspaniale. Wydało mi się, Ŝe nawet 

w „Lucky Saloon" nie jadałem nic podobnie smacznego. Ba, ale teŜ od rana nie miałem nic 
w ustach, a i śniadanie z niedostatku wody wypadło gorzej niŜ skromnie.

Jeszcze było widno, gdy wyszorowaliśmy naczynia piaskiem i wypłukali wodą tak, Ŝe 

błyszczały nie gorzej niŜ przed uŜyciem. Farmer, gdy wróci, powinien być zadowolony.

background image

— OtóŜ i on! — zawołałem stając na progu chaty.
Z południa, poprzez nagą płaszczyznę, zbliŜał się ku nam samotny jeździec. Karol 

spojrzał i pokręcił głową.

Mylisz się. Farmer wyruszył wozem z parą koni.

Lepiej chwyć za strzelbę, Janie. Nie wiemy, kogo nam tu los zsyła.

Uwzględniłem tę radę. Tamten galopował prosto na nas, później gwałtownie zmienił 

kierunek, prawdopodobnie trafił na druty, potem znowu-pojechał prosto. Zwolnił biegu, 
zdołał przecisnąć się przez furtkę, otworzywszy ją kopnięciem buta i zatrzymał się tuŜ przed 
nami. Zachowywał się bardzo bezceremonialnie i bardzo by się naraził na gniew farmera, 
chyba Ŝe był jego dobrym znajomym.

Gdzie jest gospodarz? — zawołał.

Głos miał donośny.

Nie ma gospodarza? Widzę kartkę na drzwiach, pewnie wyjechał, lecz pozwolicie, Ŝe 

równieŜ skorzystam z gościny, bo chyba nie jesteście przyjaciółmi farmera, raczej 
wędrowcami szukającymi noclegu, nie mylę się, a jeśli się mylę, moŜecie sprostować...

Gadał tak bez sekundy przerwy, a mnie dosłownie zatkało. Jeśli ten człowiek potrafi pisać 

(a wyglądał na takiego), na pewno nigdy nie uŜywał kropek. Bezstronnie muszę dodać, iŜ w 
tej galopującej czy teŜ kłusującej wymowie nie tkwiło nic przykrego, była grzeczna, tylko 
nieco zbyt... wartka. Najpierw ogłuszyła mnie, później zaczęła bawić, jednak powstrzyma-
łem się od śmiechu, byłaby to obraza.

Przybysz, nie przerywając wodospadu słów, zeskoczył z siodła, zdjął kapelusz, otrzepał 

go o własne spodnie, rękawem kurtki starł kurz z piersi i ramion. Widać dbał o schludność 
swego odzienia.

Wolno chyba wejść do środka, o proszę (utkwił wzrok w kartce) „witaj, gościu, nie 

zapomnij sprzątnąć po sobie..." terę fere kuku, muszę chwilkę spocząć na ławie, siodło juŜ 
mi całkowicie zbrzydło, miesiąc w drodze, a wy?

Krócej — odparłem.

Wkroczył do izby pierwszy i cięŜko osunął się na krzesło. Pociągnął nosem.

Pachnie — zauwaŜył — piec jeszcze ciepły, to znaczy, Ŝe jedliście, nic nie zostało?

Bardzo nam przykro — odparłem półŜartem. — W spiŜarce jest nieco zapasów.

Nieznajomy nadal tkwił w krześle, spoglądał na nas bystro, i uśmiechał się. Miał czarne 

włosy, krótko obcięte, jakby przed kilku dniami odwiedził zakład fryzjerski. Co tu robił, 
czego szukał? Ba, byłoby niegrzecznością pytać, pogwałceniem niepisanych, lecz ostro 
przestrzeganych przepisów zachowania się na ziemiach Dalekiego Zachodu. Tylko 
nieświadomy rzeczy greenhorn pyta spotkanego wędrowca, skąd i dokąd jedzie. Lecz naraŜa 
się wtedy na odpowiedź, która nie jest Ŝadną informacją, a kpiną lub grubiaństwem, w zaleŜ-
ności od tego, w jakim usposobieniu znajduje się zapytywany. Nie miałem zamiaru 
naśladować greenhor-nów.

Po sekundach ciszy przybysz znowu zalał nas potokiem wymowy.

Pierwszy raz jestem tutaj, a wy przede mną, ale chyba starczy miejsca na trzech w tej 

izbie, a moŜe
wybieracie stajnię, jest tu stajenka...

Wolimy stajnię — wpadł mu w słowo Karol.

Odezwał się nareszcie, wyglądał na bardzo niezadowolonego.

To świetnie, zostanę w chałupie, jest łóŜko, prześpię się znakomicie, kawał drogi mam 

za sobą, jadę
z Dodge City, pozwolicie, Ŝe napoję konia...

Podniósł się i wyszedł.

Coś takiego! — mruknąłem. Karol tylko machnął ręką.

Chodźmy do stajenki, Janie, zapada zmrok. Opuściliśmy izbę. Nieznajomy ciągnął 

wiadro z głębi studni.

JuŜ — zdziwił się. — A tak się nam przyjemnie gadało.

Albo kpił z nas, albo brakowało mu jednej klepki w głowie.

— Kiedy odjeŜdŜacie?
— Rankiem — odparłem ujmując wierzchowca za cugle.

background image

— To dobrej nocy i nie przerywajcie sobie snu na dźwięk kopyt, moŜe stąd wyruszę 
wcześniej, właściwie nie miałem zamiaru tu pozostać, lecz wydaje się, Ŝe mój 
wierzchowiec nadweręŜył ścięgno.
— Do zobaczenia — odparłem, Ŝeby wreszcie przerwać ten monolog.

Miałem nadzieję, Ŝe się więcej nie zobaczymy. JakŜe się myliłem!
Powiedliśmy zwierzęta za kurniczy wybieg, przy którym wznosiła się stajenka.

Słońce juŜ tylko czerwonym rąbkiem wisiało nad horyzontem i mrok ogarnął pół nieba.
Wprowadziliśmy wierzchowca poprzez dwuskrzydłowe drzwi. Pachniało sianem i słomą. 

Wnętrze było tak samo czysto wysprzątane jak izba w domu. Gdy wzrok mój oswoił się z 
ciemnością, dostrzegłem dwa boksy, dwa Ŝłoby, a poza nimi sporo miejsca, pewnie 
przeznaczonego dla wozu. Zdjęliśmy uprząŜ, napełnili Ŝłoby sianem, którego wielki stos 
spoczywał pod ścianą, potem zająłem się moszczeniem legowiska na noc. Karol natomiast z 
dziwnym zainteresowaniem oglądał drzwi, minę miał przy tym nieco frasobliwą.

— O co chodzi? — zapytałem.
— O to, iŜ brama zamyka się tylko z zewnątrz. Wolałbym, aby Ŝaden nocny gość nie 
wtargnął tu, gdy będziemy spali.
— Jaki gość? Ten zabawny wędrowiec?
— Nie podoba mi się ten zabawny wędrowiec.
— Z powodu galopującej mowy?

Ten facet łŜe jak z nut. W jakim celu?

A to coś nowego! — wykrzyknąłem. — Z czego taki wniosek?

Z tego, Ŝe on juŜ tu był, moŜe nawet niejeden

raz, a zapewnia, Ŝe po raz pierwszy.

Jak na to wpadłeś?

Zastanów się chwilkę. Przypuśćmy, Ŝe przybywasz do znajomej zagrody i 

dostrzegasz przed nią dwu
obcych ci ludzi, czy nie zapytasz o gospodarza?

Oczywiście, Ŝe zapytam.

Tak  właśnie  uczynił  ten  przybysz.  Lecz gdyby nie  znał  farmera,  jego  pytanie   

brzmiałoby  zupełnie
inaczej, na przykład „który z was jest gospodarzem?", I chyba jasne?

Zastanowiłem się chwilę.

Coś w tym jest — odparłem — jednak widząc nas przy komach mógł odgadnąć, Ŝe 

przybyliśmy, jak on, przed chwilą, jako goście.

Tak?   No, to przypomnę ci jego dalsze słowa: „chyba nie jesteście znajomymi 

farmera?" Skąd taka I pewność? Tylko z tego, Ŝe nie pierwszy raz tu zawitał i miał juŜ 
okazję poznać wszystkich znajomków roiriika.

O, przepraszam — zaprotestowałem. — On powiedział „chyba", a „chyba" to tylko 

przypuszczenie, nie pewność. Nie przekonałeś mnie, Karolu.

Czy przekonałem, czy nie, wolę jakoś zabarykadować wejście. Jak tego, u licha, 

dokonać? Podeprzeć drągami nie mogę, bo otwierają się na zewnątrz.

Hm... — mruknąłem i podszedłem do uchylonych wrót.

Znakomity pomysł zaświtał w mej głowie.

Masz drąg?

Pod ścianą leŜy ich kilka.

Daj mi.

Przyniósł cztery, róŜnej grubości.  Zamknąłem obie połowy bramy. Nie przylegały ściśle do 
futryn, między zawiasami widniała pionowa szpara. Wepchnąłem w nią drąg. Podobnie 
postąpiłem z drugą połową wejścia.

No — zaproponowałem — spróbuj.

Karol pchnął wrota, ustąpiły tylko malutki kawałek. Moje kliny tkwiące między 

futrynami zdały egzamin.

Znakomicie! — pochwalił mnie Karol. — NajwyŜej szczur się przeciśnie.

PołoŜyliśmy się na sianie. Było miękko, ciepło, zacisznie. Ani się spostrzegłem, jak 

zasnąłem. Obudził mnie łomot, ktoś walił pięścią w deski. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem 

background image

za ramię Karola.

Nie śpię — powiedział szeptem, a głośno zapytał: — Kto tam?

Pomyślałem, Ŝe to farmer wrócił, lecz głos, który odpowiedział na pytanie Karola, 

wyprowadził mnie z błędu.

Przepraszam, nie mogę sobie dać rady, w izbie ciemno jak w norze borsuka, czy nie 

wiecie, gdzie jest lampa, bo mój wierzchowiec chyba naprawdę okulał...

Co za niedołęga! — mruknąłem wściekły, Ŝe wyrwano mnie ze snu.

Karol podniósł się:

Idę! — zawołał, a do mnie: — Nie śpij i trzymaj broń pod ręką.

Gdy wyszedł, siadłem na progu z winczesterem. Sierp księŜyca błyszczał na niebie, 

gwiazdy mrugały. Przy takim oświetleniu nawet we wnętrzu chaty nie mogło być 
całkowicie ciemno. Nasz nieznajomy nie był człowiekiem zaradnym.

Poszukałem fajki, wydobyłem kopciuch, nakładłem tytoniu i zapaliłem uwaŜając pilnie, 

by Ŝadna iskierka nie padła w głąb stajni.

Czas mijał, ciągnąłem dym z cybucha, aŜ wreszcie przeszła mi senność. Wśród ciszy 

panującej dokoła nagle wydało mi się, Ŝe słyszę rŜenie konia. Prawdopodobnie był to koń 
nieznajomego, więc nie fatygowałem się, by sprawdzić.

Minuta goniła minutę, a ja ćmiłem fajkę niecierpliwiąc się, Ŝe Karol nie wraca. 

Skończyłem palenie, wyczyściłem główkę fajki, wstałem trzymając broń w garści. 
Skrzypiący odgłos kroków dobiegł mych uszu. Zza węgła wyjrzała sylwetka ludzka.

— To ja. Pański przyjaciel pana prosi, bo we dwu nie moŜemy dać sobie rady...
— Z czym? — zdumiałem się.
— Chodźmy, szkoda czasu.

Nie była to Ŝadna odpowiedź, lecz skoro Karol mnie wzywa... Obeszliśmy dom, w oknach 

było ciemno. Nie znaleźli lampy?

— Zechce pan wejść...
Pchnąłem drzwi. Trudno mi opisać dokładnie to, co się ze mną stało, gdy przekroczyłem 

próg izby. Zarzucono mi coś na głowę, wytrącając równocześnie broń z dłoni. To „coś" 
musiało być wielkim workiem, bo opadło na mnie, sięgając niŜej pasa, unieruchamiając obie 
ręce. Nie zdąŜyłem krzyknąć, tak mnie zaskoczył ten napad. Czułem, jak mnie oplatają 
sznurem czy teŜ rzemieniem. Później zostałem uniesiony przez kilka par rąk i połoŜony 
(przyznać muszę, dość delikatnie) na podłodze. Wszystko to rozegrało się w zupełnej ciszy.

— Co to znaczy?! — wrzasnąłem uczuwszy pod plecami twarde deski.
— Nic a nic — odparł znajomy głos. — Nie trzeba się niepokoić, nic wam się nie stanie 
ani waszym koniom, po prostu... godzina unieruchomienia i odpoczynku nikomu jeszcze 
nie zaszkodziła, proszę nie krzyczeć, nie pomoŜe...

Usłyszałem, jak ktoś się roześmiał.

Ciii. Bez hałasu — zganił go ten sam głos — dajcie im pooddychać...

O co chodziło, zaraz się przekonałem. Na wysokości nosa poczułem czyjeś palce, a później 

duszna, cuchnąca tkanina worka została rozpruta. Odetchnąłem pełną piersią i 
wytrzeszczyłem oczy. W izbie było ciemno, jeśli nie brać pod uwagę księŜycowego blasku. 
W tym blasku zdołałem dostrzec czterech ludzi. Jednym z nich był nasz nowy znajomek, 
pozostała trójka, co było wystarczająco podejrzane, miała twarze zasłonięte chustkami do 
wysokości oczu i kapelusze mocno wciśnięte na czoło. Po prostu — bandyci.

Na kogo tu czyhali? Na nieobecnego farmera? Nie wydało mi się to prawdopodobne. 

PrzecieŜ gadatliwy jegomość dowiedział się, iŜ odjeŜdŜamy jutro rano, a farmer zawiadomił 
o swej dwudniowej nieobecności, po cóŜ więc nas zatrzymywał? Widać w grę musiał 
wchodzić ktoś inny, lub coś innego. A moŜe w tej chacie ukryto pieniądze? Odrzuciłem i to 
podejrzenie. Po pierwsze dlatego, Ŝe skromny rolnik nie mógł posiadać sumy mogącej 
zadowolić aŜ czterech ludzi, po drugie — Ŝe farmer pojechał po zakupy, a więc zabrał z sobą 
swe oszczędności.

A oto, co nastąpiło dalej: mimo Ŝe zostałem skrępowany jak niemowlę w beciku, jeszcze 

dodatkowo związano mi nogi w kostkach. Na tym nie koniec. Któryś z drabów chwycił mnie 
za nos, a gdy otworzyłem usta, wpakował w nie gruby gałgan. Teraz potrafiłem co najwyŜej 
chrząkać, a oddychanie przychodziło z trudem.

background image

— Tylko na chwilę — zagadnął znajomy głos — na małą godzinkę, moŜe dwie, 

najpewniejszy, chociaŜ moŜe przykry sposób zapewnienia ciszy, pański przyjaciel cały i 
zdrowy spoczywa wygodniej, bo na łóŜku, niestety, jest tu tylko jedno łóŜko, był pierwszy, a 
kto pierwszy, ten lepszy, do zobaczenia i nie próbujcie Ŝadnych głupstw, idziemy!

 Gadanina  urwała  się  raptownie. Usłyszałem tupot nóg, drzwi trzasnęły, gdzieś tam, na 
zewnątrz, 

zatętniły kopyta i ogarnęła mnie cisza. LeŜałem nieruchomo, ale po chwili zacząłem 
pracować... językiem. Chciałem wypchnąć szmatę z ust. Powodowała drętwienie szczęk i 
ohydnie cuchnęła. Męczyłem się, krztusiłem i robiłem przerwy, aby złapać oddech. Minuty 
upływały za minutami, a moje wysiłki nie dawały Ŝadnego rezultatu. Usłyszałem, jak coś 
poruszyło się na łóŜku. Pewnie Karol usiłował się oswobodzić.

KsięŜyc przepłynął po niebie i teraz zaglądał prosto w okna. Srebrny pas legł na podłodze, 

w izbie pojaśniało. W tym blasku zauwaŜyłem skrawek gałgana wystający z moich szeroko 
rozwartych ust.

Odpoczywałem rozmyślając równocześnie, w jaki sposób pozbyć się knebla. Gdybym tak 

potrafił wystający strzępek zaczepić o coś, na przykład o gwóźdź. Lecz jak tu szukać 
wystających z podłogi gwoździ? Wstać nie mogłem, co najwyŜej potoczyć się jak źle 
ociosany bal. Z lekkim wysiłkiem odwróciłem się na piersi. W tej pozycji, kręcąc głową i 
szyją, zamiotłem deskę zwisającym z ust skrawkiem materiału. Nie zaczepił o nic. Znowu 
przewróciłem się na wznak i jeszcze raz na piersi. Ruch głową, w prawo, w lewo. Skrawek 
materiału ślizga się bezszelestnie. Próbuję po raz trzeci. Natrafiłem na lekki opór, czuję, jak 
materiał zaczepia się o jakąś drzazgę w podłodze. Odchylam głowę, aŜ mi kark drętwieje. 
Dostrzegam w blasku księŜyca, Ŝe zwisający skrawek napręŜa się, wydłuŜa cal po calu, 
pomagam językiem wypchnąć kłąb. Udało się!

LeŜę chwilę bez ruchu i głęboko oddycham. Co za ulga!

— 

Karolu — odzywam się nieco bełkotliwym głosem, język mam zdrętwiały.

W odpowiedzi słyszę coś w rodzaju chrząkania. Mój przyjaciel nie zdołał pozbyć się 

knebla.

Karolu — powtórzyłem półgłosem — spróbuj stoczyć się z łóŜka.

Bezkształtny kłąb worka i rzemieni drgnął. Mego przyjaciela spętano w taki sam sposób, 

jak i mnie. ŁóŜko skrzypnęło, Karol upadł na deski podłogi. Teraz ja obróciłem się trzy razy, 
aŜ głowa moja znalazła się tuŜ przy kolanach Karola. Źle. Zgiąłem nogi, wsparłem się 
obcasami, usiłując w ten sposób posunąć się w kierunku głowy mego towarzysza niedoli. 
Deski były gładkie, obcasy obsuwały się po drzewie, a szorstki worek stawiał opór. Jednak 
powolutku zmierzałem do celu. Jak to długo trwało? Chyba z pół godziny. Wreszcie moja 
głowa zrównała się z głową Karola.

— Odwróć się — rozkazałem. — Doskonale.

Ujrzałem biały kłąb sterczący z szeroko rozdziawionych ust. Szarpnąłem zań zębami i 

wyciągnąłem płótno.

— Jak się czujesz? — zagadnąłem.
— Ohydnie — odetchnął cięŜko. — Lecz teraz juŜ znacznie lepiej. Próbowałeś się 
uwolnić?
— Nic z tego, a ty?
— Czuję się jak niemowlę w powijakach.
— Wymyśl coś, Karolu. Sądzisz, Ŝe oni tu wrócą?
— Prawdopodobnie, lecz kiedy? Jednak, trzeba przyznać, obeszli się z nami dość 
łagodnie. Paskudnie wpadliśmy. Będzie lepiej, jeśli nikomu nie wspomnisz o tej haniebnej 
przygodzie.

Roześmiałem się cicho.

— Na pewno — przyrzekłem — lecz co teraz?
Milczał przez chwilę.
— Jest pewien sposób na rzemienie, bo ze sznurem, rzecz byłaby nie do przeprowadzenia.
— Nie rozumiem.
— Rzemień moŜna przegryźć. Spróbuję.
Gdzieś zza okna dobiegł mych uszu charakterystyczny stukot.

background image

Pociąg — zauwaŜyłem.

Mniejsza z tym. Przysuń się nieco, Janie. Tak, Ŝebym mógł oprzeć głowę na twoim 

brzuchu. W tym miejscu rzemień wydaje mi się najcieńszy.

Spełniłem jego prośbę. Daleki turkot wagonów powoli ucichł, lecz jeszcze nie umilkł 

całkowicie, gdy ozwał się donośny gwizd parowozu. Nie było w tym nic dziwnego, więc nie 
zwróciłem na to uwagi, a Karol począł obrabiać zębami mój rzemień. Nie bardzo mu to szło, 
lecz była to jedyna droga wiodąca do wolności.  Przerwanie rzemienia natychmiast mnie 
uwalniało, bowiem zostałem okręcony jednym rzemieniem, a tylko kostki nóg skrępowano 
mi oddzielnie.

Gdzieś w głębinach nocy ozwał się gromki głos wystrzału, po sekundzie ciszy — 

następny i jeszcze następny, aŜ na koniec pojedyncze huki zlały się w jedną nieustającą 
palbę.

- Co to jest? — Karol przerwał swą Ŝmudną robotę. I zaraz sam sobie odpowiedział: — 

Napad na pociąg. Robota tego gadatliwego herszta i jego bandy. NapręŜ pęta, moŜe lepiej 
mi pójdzie. Tfu! Ta skóra ma wstrętny smak.

Spróbowałem, a on na nowo zabrał się do dzieła. Tymczasem grzmiało i huczało, jakby 

przy torach rozgrywała się regularna bitwa, nie dalej niŜ o pół mili od nas. Dokonano skoku 
na pociąg, to było pewne, lecz atakujący musieli natrafić na niespodziewany opór.

Cała ta pukanina trwała chyba z piętnaście minut, później ozwało się juŜ tylko kilka 

pojedynczych strzałów i nagle wszystko ucichło. Triumfowali zwycięzcy, lecz kim oni byli? 
Obsadą pociągu czy grupą napastników?

Jak tam, Karolu? — zdenerwowałem się.

Fu! Najadłem się nieco worka. Rzemień trochę puścił, ale szczęka mnie rozbolała. 

Muszę odpocząć.

Obawiam się, Ŝe nie zdąŜysz, zanim tamci wrócą.

— Jacy tamci?
— Bandyci.
— Nie wrócą.
— Skąd taka pewność?
— ZauwaŜyłeś, jakie było natęŜenie strzałów? Ilu mogło być napastników? Widzieliśmy 
w izbie czterech, przypuśćmy, Ŝe jeszcze czterech stało na zewnątrz domu, razem ośmiu. A 
palba huczała tak, jakby strzelało pół setki ludzi. Przypuszczam, iŜ tym pociągiem jechał 
oddział wojska, jaką więc szansę mogli mieć napastnicy?
— Napastników mogło być równie dobrze ośmiu, jak osiemdziesięciu.
— Nie. Niejeden raz słyszałem o napadach na pociągi i nigdy liczba atakujących nie 
przekraczała tuzina. Większa gromada ludzi zawsze musi zwrócić uwagę w tak bezludnych 
stronach i wzbudzi podejrzenie. Sądzę, Ŝe oni obrali tę chatę za punkt zborny, Ŝe wiedzieli 
o nieobecności farmera. Czy słyszałeś rŜenie koni i tupot licznych stóp? Bo ja nie. Ani 
wówczas gdy zarzucono mi na głowę ten piekielny worek, ani wówczas gdy odchodzili.
— To prawda — przyznałem — tylko jeden koń zarŜał, lecz mogli zwierzęta trzymać 
gdzieś dalej.
Karol nic nie odpowiedział. Na nowo jął się przegryzania moich więzów. Przerwał tę 

czynność bardzo szybko.

— Ktoś tu idzie — szepnął.

NatęŜyłem słuch. Karol się nie mylił. Wyraźne skrzypienie piachu pod podeszwami butów. 

Tych butów musiało być więcej niŜ jedna para. Odgłos kroków zbliŜał się. Ucichł na chwilę, 
pisnęły drzwi. W ich czarnym obramowaniu ujrzałem migotliwe światło latarki.

— Jest tu kto? — zapytał gruby głos.
— Jesteśmy — odparłem za nas dwu.

Nie ruszać się — rozkazał ten sam glos. — Rączki do góry! Dom jest otoczony.

Nie moŜemy się ruszać — zauwaŜył Karol lekko kpiącym tonem — a o rękach do 

góry... mowy nie ma.

Co takiego? Poświećcie.

Latarka wzniosła się. Nieco blasku padło na podłogę i na ściany. ZauwaŜyłem trzech 

background image

męŜczyzn: dwu w wojskowych mundurach, jednego w kolejarskim szynelu. To on właśnie 
ś

wiecił latarką.

 - O... — zdziwił się gruby głos. — Farmerzy? Kto was tak urządził?

Do licha! — oburzył się Karol. — Uwolnijcie nas wreszcie! Na rozmowę potem będzie 

czas.

Latarka zbliŜyła się do mnie na odległość cala, dwie głowy pochyliły się.

Związani na amen — stwierdził kolejarz. — To Ŝaden z tamtych. Naprawdę są 

związani.

Nie, na Ŝarty... — mruknąłem czując, Ŝe mnie gniew ponosi. Ci ludzie uwaŜali nas za 

bandytów.

Spokojnie, spokojnie! Sprawdzimy. Harry! Obejrzyj ich — rozkazał gruby głos.

Zostałem obrócony na piersi i znowu na wznak. Podobnie postąpiono z Karolem.
-— NiemoŜliwe, aby powiązali się wzajemnie, panie poruczniku.

W porządku. Uwolnij ich.

Myśliwskim noŜem rozcięto rzemienie. Podniosłem się i o mało natychmiast nie runąłem z 

powrotem, tak mi zdrętwiały nogi.

Usiądźmy — zaproponowałem — ledwie potrafię stać.

Nie mamy czasu na pogawędkę. Który z was jest właścicielem farmy?

ś

aden — odparłem.

Więc goście? A gdzie farmer?

— 

Wyjechał — wyjaśnił Karol — zostawił kartkę na drzwiach, Ŝe wróci za dwa dni.

Aha, nie zauwaŜyłem. Znacie gospodarza?

Nie znamy.

Rozumiem, przygodna wizyta. Kto was związał?

Karol opowiedział krótko o naszym paskudnym wypadku.

Poznalibyście napastników?

Nosili chusty na twarzach — wyjaśniłem. — Tylko ten gadający herszt nie był 

zamaskowany. Tamci nawet ust nie otworzyli.

Spotkaliście go dawniej? — Nigdy.

Dokąd jedziecie?

Pytania padały szybko, jedno za drugim, zupełnie jak w śledztwie. No, ale trudno było się 

dziwić.

Do La Junta — tym razem odpowiedział Karol. — Lecz, co się wydarzyło?

Napad na pociąg. Nieudany. Jechałem z oddziałem Ŝołnierzy i tak gościnnie 

przyjęliśmy tę bandę, Ŝe czterech leŜy obok toru i nigdy juŜ się nie podniesie. Trzech 
zdołało uciec, pewnie ranni, lecz nimi niech się zajmie szeryf. Przypuszczaliśmy, Ŝe 
schronili się do tej chałupy, jednak to pomyłka...

I nam się tak wydaje — zauwaŜyłem nieco złośliwie.

Oficer (bo to on nas cały czas przesłuchiwał) nie zareagował na moje powiedzenie.

Jeśli wędrujecie do La Junta, moŜecie zabrać się pociągiem.

Mamy konie — odparłem.

Gdzie one?

W stajni.

Harry — rozkazał oficer — sprawdź. Tylko biegiem! Straciliśmy mnóstwo czasu. 

Paskudna historia — zwrócił się do nas — mam trzech ludzi rannych, a w całym pociągu 
nie znalazł się nawet sanitariusz, nie mówiąc juŜ o lekarzu.

— Tu jest lekarz — spokojnie zauwaŜył Karol.
— Tu? Gdzie?

Mój przyjaciel bez słowa wskazał na mnie palcem.

— Pan jest lekarzem?
— Nawet chirurgiem — wzruszyłem ramionami.
— Przepraszam... ale raczej nie zdarza się na prerii spotkać lekarza.
— A jednak się zdarzyło — mruknął Karol.

background image

Odniosłem wraŜenie, Ŝe i jemu postać oficera me wydała się sympatyczną.

Wybaczcie, panowie (nagle staliśmy się „panami"!), przepraszam jeszcze raz, 

doktorze, gdyby pan zechciał pofatygować się...

Oczywiście — odparłem.

Nie podobał mi się ten prostacki oficerek, nie podobało mi się i to, Ŝe tak nagle zmienił ton 

dowiedziawszy się, kim jestem, jednak nie miałem prawa odmówić. Trzasnęły drzwi.

- No i jak tam, Harry?

Dwa konie, panie poruczniku, siodła równieŜ. Odetchnąłem z ulgą.

Chodźmy — zaproponowałem. — A ty, Karolu? — Zostanę pilnować wierzchowców.

Słusznie — przytaknął oficer. — Harry, poczekaj tu, póki doktor nie wróci. No, w 

drogę.

Wyszliśmy we trójkę. Wiódł nas kolejarz, świecąc latarką, a oficer zamykał ten krótki 

pochód. KsięŜyc nadal błyszczał na niebie, więc bez trudu zdołaliśmy ominąć kolczaste 
przeszkody. Na nasypie migotały Ŝółto okna wagonów, a znad komina parowozu wystrzelał 
raz po raz snop wiśniowych iskier. Piękna sceneria do ponurej przygody.

Kto tam? — zabrzmiał z ciemności głos.

Swoi! — odkrzyknął oficer. — Pozwoli pan, doktorze, bardziej w lewo, Ŝołnierze 

zajmują pierwszy wagon po pocztowym. Tamci dranie zatrzymali nas rozpaliwszy ognisko 
na torach, ale dostali nauczkę. Tędy, tędy.
Wdarliśmy się na nasyp i ruszyli wzdłuŜ wagonów. We wszystkich okna zostały 

opuszczone, ale tu i ówdzie wychylały się głowy pasaŜerów. Przy szynach grupki osób 
głośno dyskutowały. Mimo kiepskiego oświetlenia rozpoznałem wśród nich kilka 
kolejarskich płaszczy i sporo najrozmaitszego kroju ubrań podróŜnych. W miarę jak 
przechodziliśmy, rozmowy milkły. Czułem, Ŝe oczy wszystkich zwracają się ku naszej trójce, 
a najpewniej ku mnie. Ciekawe, za kogo mnie brano? Za tropiciela śladów, za szeryfa, a 
moŜe za podejrzanego o współudział w napadzie?

Panie poruczniku, moŜna ruszać? Jesteśmy bardzo spóźnieni.

Jeszcze nie. Sprowadziłem lekarza. Myślę, Ŝe za jakieś piętnaście minut, lecz nie 

wcześniej niŜ dam znak. To kierownik pociągu — wyjaśnił półgłosem. — Niecierpliwi się. 
Tutaj, doktorze.

Chwyciłem za poręcz schodków i wspiąłem się na platformę. We wnętrzu wagonu, dość 

widnym, kilkunastu Ŝołnierzy obsiadło ławki, a kilku stało pochylonych, w najodleglejszym 
krańcu wozu. Rozstąpili się na nasz widok. Tam właśnie spoczywali ranni. Było ich trzech, 
tak, jak wspominał oficer.

Gdzie apteczka? — zapytałem.

Okazało się, Ŝe nie posiadali Ŝadnych środków opatrunkowych. Poprosiłem porucznika, 

aby wysłał któregoś ze swych podwładnych do chaty po moją apteczkę podręczną. Wynikła z 
tego pewna zwłoka. Na szczęście rany okazały się raczej powierzchownej natury: 
przestrzelone przedramię, lecz kula nie naruszyła kości, drobny postrzał w lewe udo oraz — 
co mogło być najniebezpieczniejsze — otarcie skóry na skroni. Gdyby kąt padania pocisku 
zmienił się o ułamek cala, moja pomoc na nic by się zdała.

Zdjąłem szmaty, jakimi obwiązano rany, a gdy odchodziłem, moi przypadkowi pacjenci, 

prawidłowo obandaŜowani, wyglądali tak, jakby przed chwilą opuścili wojskowy lazaret. 
Jeszcze raz okazało się, wbrew prawdopodobieństwu, Ŝe i na prerii lekarz moŜe znaleźć 
pacjentów.

Doktorze — zwrócił się do mnie oficer — w jaki sposób mógłbym się panu 

odwdzięczyć?

Wzruszyłem ramionami.

W Ŝaden. PrzecieŜ tylko spełniłem swój lekarski obowiązek.

MoŜe potrzebuje pan Ŝywności?

Podziękowałem.

To chociaŜ proszę mi powiedzieć, co pan robi w tych bezludnych stronach.

Wyjaśniłem, Ŝe odpoczywam wraz z przyjacielem na myśliwskiej wycieczce.

Ach tak. Gdyby więc znalazł się pan w okolicach Grand Junction, proszę mnie 

odwiedzić. OdwoŜę Ŝołnierzy do Kansas City i zaraz" wracam.

background image

Znowu podziękowałem. Grand Junctio leŜało na dalekim zachodzie Kolorado, od którego 

dzieliły nas trudne do przebycia pasma górskie.

Jestem porucznikiem trzeciego batalionu, 117 pułku strzelców, moje nazwisko: 

Karmer.

Uścisnął mi dłoń i sprowadził ze schodów wagonu.

A tamci? — zapytałem zatrzymując się na nasypie.

Tamci? Ach, myśli pan o napastnikach. Kazałem ich ciała umieścić w wozie 

towarowym, niech się im przyjrzy szeryf w La Junta, moŜe kogoś pozna.

MoŜna tam wejść?

Oczywiście, lecz im juŜ nic nie pomoŜe.

Zaprowadził mnie na koniec pociągu. Sprawdziłem, oficer się nie mylił. Dodam jeszcze, iŜ 
wśród zabitych 

nie znalazłem oblicza gadatliwego jegomościa, który nas tak pięknie urządził. Ano, zdołał 
zbiec. Bezstronnie muszę przyznać, Ŝe gdyby nie porucznik Karmer, długo leŜelibyśmy na 
podłodze chaty. Przegryzienie rzemienia to niełatwa sprawa.

Przed rozstaniem się zapytałem jeszcze:

Czego tu oni szukali?

Skrzynek z pieniędzmi wiezionych w pocztowym wagonie.

Wróciłem do zagrody. Karol wraz z Ŝołnierzem sterczeli na progu stajenki.

Wszystko załatwione — poinformowałem — a na was czeka porucznik.

Ruszył natychmiast w kierunku torów, tak szybko, jakby się za nim preria paliła. Pewnie 

bal się, Ŝe pociąg odjedzie bez niego. Minęło jeszcze kilkanaście minut, nim usłyszeliśmy 
gwizd parowozu i turkot kół po szynach.

— Och — westchnąłem — która to godzina? Karol popatrzał w niebo.
— Dobrze po północy — stwierdził.
— No, to jeszcze zdąŜymy się wyspać.

Wątpię. —i Dlaczego?

— Musimy natychmiast opuścić to miejsce.

— Spodziewasz się drugiego napadu? — zaŜartowałem.
— Kto wie? Skoro kilku bandytów zdołało uciec, mogą kręcić się po okolicy. A jeśli 
zapragną powetować sobie na .nas nieudany rabunek pociągu? Konie juŜ osiodłałem, włóŜ 
swą apteczkę do juku i ruszajmy.
— Niech to licho... —- mruknąłem.
OstroŜność Karola była uzasadniona, więc wyprowadziłem wierzchowca ze stajni.

Opuściliśmy gościnny farmerski dom, który zbiegiem okoliczności okazał się dla nas tak 

niegościnny, i zagłębili w mrok nocy.

Marna to była jazda, raczej — włóczęga, bo chociaŜ księŜyc rzucał nieco światła na 

ziemię, roztropność nakazywała ograniczenie szybkości. Wróg kaŜdego jeźdźca — piesek 
preriowy — kopał swe nory w najróŜniejszych stronach tego kraju. Stanowiły one pułapkę 
dla końskich nóg.

Powolna wędrówka przeciągnęła się do drugiej nad ranem. Dopiero wówczas Karol 

zgodził się na postój

na skrawku lądu oblewanego z trzech stron przez wody Arkansasu. Kiepski to był postój, 
kiepskie obozowisko, bo mój towarzysz nie zgodził się na rozpalenie ogniska, a od rzeki 
dmuchało wilgocią i chłodem. Z trudem doczekałem świtu i pierwszych blasków zorzy.

La Junta

Do La Junta dotarliśmy nad wieczorem. Nie będę opisywał miasteczka o zabudowie 

typowej dla wszystkich osiedli miejskich Dalekiego Zachodu. Jednakowe domy, jednakowe 
ulice i podobne typy ludzkie łatwo było w tamtych latach napotkać wszędzie na terenie 
olbrzymiego kraju, ograniczonego na wschodzie doliną Missisipi, a na zachodzie grzbietami 

background image

Gór Skalistych.

Gdzie znajduje się saloon „Pod Złotą Sową", powiedział nam pierwszy napotkany 

przechodzień, a trafić nie było trudno. Słońce zachodziło czerwono i wszystkie domy, domki, 
baraki i budy polśniewały róŜowo, co kryło szpetotę brudnych ścian i rzadko kiedy mytych 
szyb w oknach.

Złota Sowa", mimo iŜ zmierzch przyozdobił ją wesołym kolorem, juŜ na pierwszy rzut 

oka nie wytrzymywała porównania ze wspaniałością „Lucky Saloon".

Złota Sowa" była piętrową, wąską budowlą, z równie wąskim malutkim ganeczkiem, u 

stropu którego wisiała latarnia, z jedną jedyną świecą rozsiewającą mdły blask dokoła. We 
wnętrzu było widniej dzięki naftowym lampom, lecz właśnie ich światło demaskowało cały 
prymityw wyposaŜenia: zamiast krzeseł i stolików — nie malowane ławy i stoły, zamiast 
lśniącego niklem bufetu — zbity z desek szynkwas.

Zatrzymaliśmy się zaraz za progiem. Kilku gości obsiadło ławy, kilku innych tkwiło przy 

szynkwasie.

Okropna nora — szepnąłem. — Chodźmy poszukać przyjemniejszego lokalu. O 

Clarka moŜna się zapytać równie dobrze jutro rano.

Chyba masz rację. Wątpię, czy tu są pokoje do spania, a stajni na pewno nie ma. Ten 

Clark musiał być w wielkiej potrzebie, skoro przyjął pracę w tak obskurnej knajpie.

Niewiele brakowało, a wyszlibyśmy na ulicę, jednak właśnie zabrakło kilkunastu sekund.

Nie wiem skąd się ten człowiek przed nami ukazał tak nagle, jakby wyskoczył spod 

podłogi. Nosił biały kitel sięgający kolan. Nietrudno było odgadnąć, Ŝe to ktoś z personelu.

Proszę bardzo, proszę bardzo — zagadał. — Mnóstwo miejsca, znakomite potrawy i 

napoje. Szybka
obsługa. Siadajcie, panowie, a za chwilkę sami się przekonacie.

Ani mi na myśl przyszło posłuchać zaproszenia, lecz Karol jakby się zawahał. Popatrzał 

na nieznajomego, nieznajomy popatrzał na mego towarzysza, podskoczył i wrzasnął:

Karol! Co tu robisz? Co za spotkanie?!

Derek Carty! Oczom nie wierzę.

Ten sam, ten sam. Witaj, stary druhu!

         

Objął Karola ramionami i mocno go uściskał. Wydało mi się, Ŝe Karol nie jest zbytnio 

uradowany nieoczekiwanym spotkaniem.

Prędzej spodziewałbym się ujrzeć tu Ŝywą złotą sowę niŜ ciebie — powiedział 

uwalniając się z objęć Carty'ego.

Ale ujrzałeś. I teraz nigdzie nie pójdziesz.

Musimy umieścić konie w stajni — szepnąłem — a tu...

Człowiek w kitlu miał pewnie znakomity słuch.

Jest stajnia! — wykrzyknął. — Trzymam w niej muła, innych nie przyjmuję, ale dla 

ciebie, Karolu,
wszystko! Siadajcie — wskazał pustą ławę. — Wrócę za chwilę.

To powiedziawszy odszedł, a my usiedliśmy.

Kto to jest? — zapytałem. — Widzę, Ŝe łączą was zaŜyłe stosunki.

To jest, jeśli się nie mylę, właściciel saloonu.

Prawdopodobnie. Skąd go znasz? PrzecieŜ nigdy nie byłeś w La Junta.

Nigdy, lecz moja znajomość z tym człowiekiem wywodzi się z zupełnie innej 

miejscowości i sięga odległych lat. Pytasz, kto to jest? Trochę złodziej koni, trochę szuler, 
a poza tym... nic o nim więcej nie wiem. Zdumiewa mnie, iŜ został karczmarzem, i nie 
potrafię odgadnąć, w jaki sposób do tego doszedł.

No, to powinszować znajomości — zauwaŜyłem zgryźliwie, lecz Karol ani nie oburzył 

się, ani nie obrócił w Ŝart moich słów.

Masz krótką pamięć, Janie — odparł powaŜnym tonem. Opowiadałem ci dość 

dokładnie o moim pobycie w Czarnych Górach. Wówczas jeszcze nie znaliśmy się. Och, 
jak ten czas leci, niczym na skrzydłach huraganu. IleŜ to lat minęło? Czternaście czy 
piętnaście? Zabawne, lecz nie jestem tego pewien.

Widać i ciebie pamięć zawodzi..

W liczbach nigdy nie byłem mocny, mniejsza z tym. Derek Carty uratował mi Ŝycie, to 

background image

raz. Wybawił z nie byle jakiego kłopotu, to dwa. A przydarzyło się to w miejscowości... w 
miejscowości — zamyślił się chwilę — w Blowy Garden, gdzieś w okolicach Północnej 
Platte, w Nebrasco. Zostałem posądzony o napad na pociąg i rabunek złota. Bagatela! 
Miałem istotnie sporo złota przy sobie i gdyby nie Derek Carty... Kimkolwiek byłby teraz, 
nie podniosę na niego nawet palca, a twoja złośliwość, Janie, jest akurat nie w porę.

Tak skarcony, nie rzekłem ani słowa w swej obronie. Gdzieś tam w zakamarkach mego 

mózgu odemknęła się właściwa komórka pamięci.

Derek Carty — szepnąłem — istotnie opowiadałeś o nim. To się wydarzyło na rok 

przed klęską Cu-stera. Spotkałeś go później?

Nigdy. Ostatni raz właśnie w Błowy Garden. Mam nadzieję, Ŝe stara znajomość ułatwi 

nam zasięgnięcie informacji o Clarku, Carty niczego przede mną nie ukryje. Ale oto i on.

JuŜ, juŜ, Karolu! Wszystko załatwione, konie w stajni.

A siodła i broń?

Nie martw się, wszystko przeniesiono do moich własnych apartamentów.

Pięknie, lecz czy przypadkiem nie pomyliłeś wierzchowców?

JakŜe mogłem pomylić, skoro tylko dwa zostały uwiązane u wrót mej posiadłości? A 

teraz chodźcie ze mną. W tej izbie nie jest tak bardzo przyjemnie.

Mój   przyjaciel  —  przedstawił  mnie  Karol.

Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi — stwierdził sentencjonalnie.

Nie byłem zachwycony tym wyróŜnieniem.

Poprowadzę was.

Ruszył pierwszy, my za nim. Przeszliśmy wzdłuŜ salę, minęli jakąś sionkę i dopiero za nią 

Carty uchylił drzwi.

Sprezentuję was mojej Ŝonie — oświadczył.

Jak zauwaŜyłem, wyraŜał się chwilami nieco pompatycznie, lecz Ŝartobliwym tonem, jak 

człowiek, który

ś

wietnie zdaje sobie sprawę z komizmu takiego sposobu mówienia. Zanotowałem mu to na 

plus.

Ho, ho! — zdziwił się Karol. — Widzę, Ŝeś się ustatkował.

Ba, przecieŜ jestem właścicielem „Złotej Sowy". Wejdźcie, proszę. Elso, oto 

zapowiedziani goście.

Pani domu okazała się niską, szczupłą osóbką o kasztanowatych włosach, brązowych 

oczach, twarzy okrągłej i świeŜej niczym jabłko przed chwilą zerwane z gałęzi i o 
niesłychanie — jak się później okazało — Ŝywym usposobieniu.

Witajcie, panowie — powiedziała dźwięcznym głosikiem. — Derek nie zdąŜył mi 

wszystkiego wytłumaczyć, lecz z którymś z panów podobno przeŜył wiele przygód.

To ze mną — przyznał się Karol.

Ach, jakŜe się cieszę! Więc pan jest tym sławnym myśliwym i odkrywcą złotych Ŝył, 

pogromcą bandytów i opiekunem słabych!

AleŜ... — zaprotestował Karol.

Nie zaprzeczaj — wtrącił się Carty, a zwracając się do Ŝony: — Karol zawsze był 

człowiekiem skromnym i widać takim pozostał.

Tym większa moja radość. W La Junta Ŝycie upływa nieco monotonnie i kaŜdy gość z 

dalekiego świata jest prawie jak złoto, którego szukaliście w Czarnych Górach.

Uśmiechnąłem się. Ciekawe, co Carty naplótł swej Ŝonie?

Przepraszam cię, moja droga — wtrącił się karczmarz — muszę rzec słówko memu 

przyjacielowi.

Powiódł Karola w kąt i coś mu tam naszeptał, po czym całą czwórką wkroczyliśmy do 

następnego pokoju, gdzie powitał nas stół nakryty obrusem, zastawiony talerzami i 
mnóstwem półmisków. KiedyŜ to pani Elsa zdąŜyła przygotować, skoro nie minęło jeszcze 
dwadzieścia minut od naszego przybycia pod dach „Złotej Sowy"?

Gdy siadaliśmy do stołu, Carty poinformował nas, Ŝe „apartament" gościnny juŜ czeka i 

Ŝ

e nas sam do niego zaprowadzi w odpowiedniej chwili. To rzekłszy, z niezwykłą wprawą 

napełnił szklaneczki złotawym płynem.

background image

— 

Wasze zdrowie, przyjaciele. A teraz wybaczcie, Ŝe was na chwilę opuszczę, interesy 

zawodowe wymagają mej obecności na sali.

Zostaliśmy we trójkę, co w niczym nie umniejszyło przyjemności biesiadowania. Pani 

Elsa — jak to się potocznie określa — dwoiła się i troiła, a chłopak, wyrostek zjawiał się 
kilka razy, aby zmieniać talerze i przynosić wciąŜ nowe potrawy (nawiasem powiedziawszy, 
zauwaŜyłem, Ŝe w kaŜdym saloonie znajduje się zawsze jakiś chłopiec do posług, widać 
taka juŜ jest specyfika tych przedsiębiorstw gastronomicznych). Nim po. raz trzeci 
zmieniono talerze, byłem najedzony po dziurki w nosie. Na szczęście strumień dań wysechł 
i mogłem zaprzestać powtarzania słowa „dziękuję" przy kaŜdym podsuwanym przez 
gospodynię półmisku. Co do Karola... uŜył sobie za wszystkie czasy.

Jak to ładnie ze strony panów, Ŝe przybyliście odwiedzić Derka.

ś

eby rzec prawdę — odparł Karol — są to nie zamierzone odwiedziny, po prostu 

nieoczekiwane spot-' kanie. Nie miałem pojęcia, Ŝe pani mąŜ osiedlił się tutaj. 
Rozstaliśmy się tak dawno.

Wiem, wiem, Derek mi mówił. Więc to przypadek, Ŝe zawitał pan do La Junta?

No, niezupełnie. Przybyliśmy do La Junta w określonym celu, szukając właśnie 

saloonu „Pod Złotą Sową", ale nie przypuszczałem, Ŝe jego właścicielem jest ktoś, z kim 
przeŜyłem sporo wesołych i smutnych chwil i któremu zawdzięczam to, Ŝe nadal Ŝyję.

Ach tak — uradowała się — Derek mi mówił. — A pan? — zwróciła się do mnie. — 

RównieŜ bawił
w Czarnych Górach?

Zaprzeczyłem.

— W tamtych czasach jeszcze nie znałem mego towarzysza. Nasze spotkanie wydarzyło 
się w innych okolicznościach i w zupełnie innym miejscu.
— W szpitalu — wtrącił Karol. — W Milwaukee.
— Razem chorowaliście?

Och, nie. To tylko ja chorowałem, on mnie kurował. To jest, proszę pani, lekarz.

— Lekarz! — wykrzyknęła i aŜ klasnęła w dłonie. — Przybył pan tu do pacjenta?

Wyprowadziłem ją z błędu.

Nie, bawimy w tych stronach, Ŝeby poznać kraj i trochę popolować.

Karol znowu włączył się do rozmowy i nawet opowiedział o początkach naszej 

znajomości i o wspólnych wyprawach w nieznane tereny.

— AleŜ to cudownie! — ucieszyła się znowu. — Móc tak spacerować po kraju.
— No, trudno to nazwać spacerem — zaprotestowałem. — Niekiedy podczas takich 
wędrówek przydarzały się nam niezbyt miłe spotkania i dość ryzykowne przygody. Ma to 
jednak swój urok, dodaje smaku, jak sól, pieprz czy ocet uŜyte do potraw.

Karol zerknął w mą stronę, przymruŜywszy lewe oko. Miałem nadzieję, Ŝe gospodyni tego 

nie zauwaŜyła, bowiem wszystko, co przed chwilą powiedziałem, było czystym 
samochwalstwem, lecz któŜ jest od niego całkowicie wolny? Jeszcze teraz ciarki 
przechodziły mi po plecach na wspomnienie samotnej chaty, gadatliwego herszta bandy i 
worka, w który mnie ubrano. Pięknie dziękuję za taką sól, pieprz czy ocet!

Ach — westchnęła — chciałabym kiedyś powędrować przez prerię w towarzystwie 

prawdziwych westmanów, takich jak wy obaj!

Na pewno pani pojedzie — pocieszył ją Karol. — Derek ma głowę nie od parady i na 

pewno coś wymyśli. MoŜe zorganizuje wycieczkę w liczniejszym towarzystwie.

PodróŜować w gromadzie? To Ŝadna przyjemność.

Za to chroni przed nieprzewidzianymi wypadkami — stwierdziłem.

Indianie? — zainteresowała się.

Ci nie są najgorsi — wyjaśnił Karol. — PrzewaŜnie siedzą w rezerwatach. Za to nie 

brak bladych twarzy okrutnych i nienasyconych w chciwości.

Kogo ma pan na myśli?

Między innymi takich właśnie drabów, z którymi zetknęliśmy się nie dalej jak wczoraj.

Przygoda? Lecz wyszliście z niej cało. Chyba się nie mylę?

Wyszliśmy cało dzięki przypadkowi.

O, proszę opowiedzieć.

background image

Karol, na przekór temu, o co prosił mnie jeszcze w chacie, aby nie chwalić się 

ośmieszającą nas wpadką, teraz szeroko się nad nią rozwiódł. (Gdy w parę godzin później 
przypomniałem mu o tym, odparł, Ŝe ani Derek Carty, ani jego Ŝona nie naleŜą do ludzi, 
przed którymi powinniśmy się wstydzić, na pewno nikomu nie potworzą, zresztą La Junta 
jest taką dziurą...)

Warto było przypatrzeć się słuchaczce. IleŜ wraŜeń odczytałem na jej twarzy, jak Ŝywo 

reagowała na opis groźnych chwil, jakie przeŜyliśmy, mimo Ŝe Karol wcale nie 
dramatyzował zdarzeń, opowiadał raczej Ŝartobliwym tonem. Właśnie skończył, gdy zjawił 
się Carty.

— Słyszałeś, Derek? Wczoraj napadnięto na pociąg. To niesłychane! Panowie byli 
ś

wiadkami.

Byliście świadkami? — zdumiał się karczmarz. — Przed chwilą jeden z gości 

opowiadał mi o tym wydarzeniu, lecz Ŝe był po kilku szklaneczkach, nie bardzo dałem mu 
wiarę. Gadaj, Karolu, bo ze skóry wyskoczę!

Nalał nam whisky, a mój przyjaciel, chcąc nie chcąc, musiał powtórzyć wszystko, od 

samego początku do samiuteńkiego końca. Nie obeszło się przy tym bez przerywań 
karczmarza, w rodzaju:

— Wpakowali was do worków? I ciebie, Karolu, pierwszego? Świetny kawał! JakŜe 
mogłeś tak nie.-ostroŜnie pchać się do ciemnej izby?
— Nie widzę w tym nic świetnego — pokiwał głową Karol. — Czy tobie zawsze 
wszystko się udawało? ChociaŜby tam, w Dakocie?

Carty spowaŜniał.

— Oczywiście, nie wszystko, lecz ja nie z tego się śmieję, lecz z radości, Ŝe wszystko 
dobiegło szczęśliwego końca. Niepotrzebnie się chmurzysz. Powiadasz, Ŝe widzieliście 
twarz herszta, nie zawiadomisz o tym szeryfa? Rysopis to rzecz waŜna.
— I bardzo często wprowadzająca w błąd. Zastanowię się.

Karol skończył opowiadanie, a ja dodałem kilka słów o swej wizycie w pociągu.

— Jest pan policjantem? — zainteresował się Carty.
— AleŜ Derek! — oburzyła się pani Elsa. — To lekarz!
— Lekarz? Ho, ho! CzyŜbyś, Karolu, aŜ tak bardzo dbał o swe zdrowie?
Roześmieliśmy się, a Karol wyjaśnił, jak sprawa istotnie wygląda.
— No, to co innego. Przyznam, Ŝe pierwszy raz spotykam lekarza uganiającego się po 

preriach. Lecz co
z tobą działo się, Karolu, odkąd rozstaliśmy się w Blowy Garden? Zniknąłeś wówczas bardzo 
tajemniczo.

— Widzisz... doszła mych uszu wiadomość o karawanie osadniczej, więc nie tracąc chwili 
czasu pognałem na jej spotkanie.
— I spotkałeś?
— I spotkałem. A później przez kilka lat byłem farmerem na własnej zagrodzie.
— Patrzcie państwo! No, no... I nadal gospodarujesz?

(Pomyślałem, Ŝe z tą osadniczą karawaną było nieco inaczej. Wiedziałem jednak, Ŝe 

„prawdziwej prawdy" Karol nie mógł Carty’emu zdradzić.)

— JuŜ nie gospodaruję. Po trzech latach suszy sprzedałem ziemię, aby przedzierzgnąć się 
w trapera, i wcale tego nie Ŝałuję.
— Handlujesz skórami? Niezły to interes, lecz teraz nie pora na nie.
— Wiem o tym. W te okolice przyjechaliśmy, aby się nieco powałęsać, a przy okazji 
zapolować na antylopy.
— No, to masz mnóstwo czasu. Chyba posiedzicie u mnie kilka dni?
— MoŜe tak, moŜe nie. To zaleŜy.
— Od czego? CóŜeś taki tajemniczy?
— Słuchaj, czy u ciebie pracuje Fred Clark?
— Znasz go?
— Nigdy nie widziałem.
— Owszem, pracuje u mnie.
— Co to za człowiek?

background image

— Mnie się nie podoba — wtrąciła pani Elsa. — Czuję w nim jakiś fałsz.
— Przesadzasz, moja droga. Clark przybył do mnie przed pół rokiem, moŜe nieco 
wcześniej. Szukał jakiegokolwiek zatrudnienia. Zlitowałem się nad nim i przyjąłem. 
Pytasz, co to za człowiek? Bardzo przeciętny,

niczym się nie wyróŜnia. Obsługuje gości, jak umie, stara się. Jedno, co mam mu do 
zarzucenia: zbytni pociąg do wódki i do kart.

Stłumiłem uśmiech. Z tego, co mi Karol opowiadał, Derek Car ty sam był karciarzem! No, 

ale mógł się zmienić.

Więc Clark jest kelnerem — stwierdził mój przyjaciel. — Czy znajdował się na sali, 

kiedyśmy przybyli?

Nie. Nie ma go od dwu dni.

Co to znaczy?

Prosił o trzydniowy urlop, chciał odwiedzić ciotkę. Podobno mieszka w okolicy. 

Powinien jutro wrócić, a jak nie wróci, płakać po nim nie będę.

O mało nie podskoczyłem na krześle na taką wiadomość. CzyŜby Clark pojechał do 

Goodyear? Mimo Ŝe obiecywał zjawić się dopiero za dwa tygodnie? Karol musiał 
rozumować podobnie, bo powiedział do karczmarza:

Jeśli jutro Clark się nie zjawi, opuszczamy La Junta.

CóŜ to za dowcip? — zaniepokoił się Carty. — Pragniesz sprawić mi przykrość?

Na pewno nie. MoŜe zresztą jeszcze tu wrócimy...

Rozumiem. Ścigacie Clarka.

No... niezupełnie. Pragniemy z nim porozmawiać.

PrzecieŜ go nie znasz?

Nie znam, lecz Clark szantaŜuje naszego znajomka i moŜe mu narobić sporo kłopotów.

CzyŜby ten znajomek coś przeskrobał?

Nic takiego, czym mógłby zainteresować się szeryf lub sędzia.

Nie chodzi tu o kobietę? — chytrze zagadnął karczmarz.

Teraz jesteś bliŜszy prawdy.   Clark potrafi zepsuć pięknie zapowiadające się 

małŜeństwo, ale proszę, nie pytaj więcej, nie jest to tylko moja tajemnica. I nie mów 
Clarkowi, Ŝe mamy do niego interes.

— Będę milczał jak głaz. Dla ciebie, Karolu, wszystko!

Po takim przyrzeczeniu zmieniliśmy temat rozmowy. Carty coś niecoś opowiedział o 

sobie. Wynikło z tego, Ŝe dopiero od trzech lat jest właścicielem saloonu, a od dwu lat 
męŜem pani Elsy. Zaoszczędził okrągłe sumkę jako wędrowny agent handlowy kilku 
przedsiębiorstw i kupił podupadły zakład od poprzedniego posiadacza, który zapragnął 
wycofać się z interesu ze względu na podeszły wiek. Brzmiało to prawdopodobnie, lecz nie 
bardzo dawałem temu wiarę, mając w pamięci dawne wyczyny Carty'ego.

— Jeśli wolno zapytać — zagadnął nieoczekiwanie — czy nie jesteście zmęczeni?

Nie odpowiedziałem, udając zucha, jednak Karol nie krępował się. Przyznał, Ŝe ostatnią 

noc raczej przeleŜeliśmy, przejechali i przegadali.

— Tak teŜ sobie myślałem. Zaprowadzę was do pokoju.

Rzekliśmy „dobranoc" pani Elsie i udali się za gospodarzem.

— Nad saloonem mam dwie sypialnie — poinformował — lecz to nie dla was. Tam sypia 
po kilka osób. Na szczęście jest tu wolny pokój gościnny dla domowych przyjaciół. 
Spójrzcie! — otworzył któreś tam drzwi. — Jak wam się podoba?

— Piękny — odparł Karol.
— No, to dobrej nocy.

To powiedziawszy odszedł.
Pokój, jaki otrzymaliśmy, na pewno nie grzeszył pięknością, lecz był czysty i schludny. 

Posiadał dwa świeŜo zasłane łóŜka, okrągły stół, firanki w oknie oraz

miednicę i wiadro z wodą. Naftowa lampa na stole mŜyła dokoła Ŝółtym światłem. CzegóŜ 
nam więcej było potrzeba?

Karolu — zagadnąłem — co ci Carty naszeptał tam w kącie?

Prosił, abym raczej nie opowiadał o naszych spotkaniach w Czarnych Górach, do 

background image

czego się zastosowałem. Przypuszczam, Ŝe naplótł swej Ŝonie o róŜnych przygodach, które 
nigdy się nie wydarzyły, i lękał się, Ŝe mimo woli zdemaskuję jego kłamstwa.

Szybko znalazłem się pod pledami, na miękkim materacu, z głową na poduszce. Karol 

dmuchnął w klosz lampy, ogarnęła nas ciemność, a po niej — sen.

Nadeszła więc teraz odpowiednia pora wyjaśnić, w jaki sposób doszło do znajomości, a 

nawet zaŜyłości między Karolem a Derkiem Carty.

Stara to historia, lecz przez to wcale nie mniej interesująca. Zaczęła się na gdzieś koło 

roku 1874, Ŝeby głębiej nie sięgać w przeszłość. Wówczas Karol Gordon pracował na farmie 
Jamesa Bootha, piętnaście mil od Chicago. Był kowbojem, raczej nietypowym kowbojem, 
jako Ŝe podówczas olbrzymia większość ludzi tego zawodu nie umiała ani czytać, ani pisać. 
Za to Karol Gordon zaraził się, nie wiadomo kiedy i od kogo, szlachetnym zwyczajem 
czytania ksiąŜek. W godzinach wolnych od pracy, wbrew nawykom współtowarzyszy 
spędzających sporo czasu w saloonach chicagowskich przedmieść, Karol siadał na konia i 
gnał do centrum miasta, gdzie kupował ksiąŜki. Początkowo — jak popadło. Stąd narodziła 
się zabawna mieszanina dobrych i złych utworów, pochłanianych przez Ŝarliwego czytelnika 
w cieniu samotnego wiązu, gdzie mu nikt nie przeszkadzał. Do uszu pana Bootha doszły 
wieści o niecodziennych zwyczajach jego pracownika, a poniewaŜ farmer znał ongiś nie 
Ŝ

yjącego juŜ ojca Karola, słabiutkie więzy znajomości skłoniły go do większego za-

interesowania się chłopcem. Tu naleŜy zauwaŜyć, iŜ James Booth nie naleŜał do grupy 
tych prymitywnych, nieokrzesanych rolników i hodowców, którzy poza własną ziemią 
niczego nie dostrzegają, a których cała mądrość sprowadza się do umiejętnej uprawy roli i 
troski o stada krów.

James Booth przewędrował kawałek świata, lubił drukowane nowinki, a przede wszystkim 

chciał róŜ- I nić się od owych ciemnych jak tabaka w rogu sąsiadów. Marzył w cichości 
serca, Ŝe nadejdzie dzień, w którym ta jego odmienność zostanie w pełni oceniona przez 
współobywateli, a on doczeka się stanowiska sędziego lub jakiejś innej obieralnej godności.

Wezwał do siebie Karola, przejrzał nabyte i przeczytane ksiąŜki, rozdzielił je na dwie 

nierówne kupki. Jedną bardzo pochwalił, drugą polecił Karolowi wrzucić do ognia, jako 
bezwartościowe piśmidła, zaśmiecające — jak to określił — serce i głowę czytelnika. Karol 
nie od razu pojął, na czym polega róŜnica między „dobrą" a „złą" ksiąŜką, ale kilka uwag, 
jakie na ten temat wypowiedział farmer, zapamiętał bardzo dokładnie. Na tym sprawa się nie 
zakończyła. Booth udzielił Gordonowi prawa korzystania ze swej biblioteki, wcale okazałej, 
i od ręki wybrał kilkanaście tomów, grubych i cienkich, które — jak twierdził — I naleŜy 
poznać. Czy ten wybór był słuszny? Na pewno daleki od ideału. Niemniej James Booth znał 
się na rzeczy znacznie lepiej od młodego kowboja.

Karol zabrał się energicznie do lektury. Najbardziej spodobały mu się powieści 

traktujące o Ŝyciu pierwszych białych osadników Północnej Ameryki. „Pięcioksiąg 
Sokolego Oka" — słynny cykl napisany przez J. F. Coopera — dosłownie pochłonął, 
chociaŜ miejscami narracja wydała mu się rozwlekła i nudna. Ale później trafił na 
powieści z czasów nowszych, te lepsze spośród wielkiej gromady ksiąŜek opisujących 
prerie
i Dziki Zachód. Powoli zaczął rozróŜniać. Coraz częściej wykrywał fałsz lub wręcz 
niepodobieństwa świadczące chyba, Ŝe autorzy mówią o tym, o czym sami niewiele wiedzą. 
Z czytania takich ksiąŜek: złych i dobrych, ciekawych i nudnych, wyrosła tęsknota za nie 
zbadanymi ziemiami, za innymi ludźmi, za przygodą.

W roku 1874 rozeszła się wieść o odkryciu złota w Czarnych Górach w odległej 

Południowej Dakocie. To zdecydowało. Mimo przestróg Bootha Karol Gordon wyruszył w 
nieznane.

Piękny, majowy poranek 1875 roku powitał Karola na stacji kolejowej w Cheyenne, 

mieście leŜącym na samiutkim południowym krańcu terytorium Wyoming. Tu kończyła się 
podróŜ koleją dla tych wszystkich, którzy wędrowali na północ. Skończyła się dla Karola, bo 
i on tam dąŜył. Stąd ku Czarnym Górom moŜna było dotrzeć juŜ tylko na końskim grzbiecie, 
dyliŜansem, własnym wozem lub na piechotę. Karol konia nie posiadał, nie miał równieŜ 
pieniędzy na jego kupno. Jako typowy greenhorn nabył przed wyprawą piękne traperskie 
ubranie, torbę, winczester i w kieszeni pozostało mu niewiele dolarów, zaledwie wystarczyło 

background image

na opłacenie noclegu, skromnego posiłku i na podróŜ dyliŜansem do Custer City, w samym 
sercu Czarnych Gór. Lecz amatorów podróŜy dyliŜansem było zbyt wielu, aby mógł ich 
pomieścić jeden wehikuł, a na następny naleŜało czekać cztery do pięciu dni. Przez ten czas 
mieszkać i Ŝywić się w Cheyenne. I tak oto Karol znalazł się w paskudnym połoŜeniu. Na 
szczęście los mu sprzyjał. Spotkał w Cheyenne wędrującą ku północy własnym wozem 
rodzinę Heartów: dziadka, syna z Ŝoną, wnuka. Z przypadkowej rozmowy wynikło, Ŝe 
chętnie widzieliby w swym towarzystwie jeszcze jedną dobrą strzelbę, jako Ŝe droga do 
Custer City nie była bezpieczna. Trafiali się na niej

Indianie, trafiali biali rozbójnicy rabujący podróŜnych. Karol został zaproszony do odbycia 
wspólnej wędrówki.

Okazało się, Ŝe poza mułami ciągnącymi wóz Heartowie posiadają dwa konie. Na jednym 

jechał syn starego Hearta — Abel, drugiego wraz z siodłem wypoŜyczono Karolowi. Jeszcze 
tego samego dnia piątka wędrowców ruszyła w podróŜ.

Czwartego dnia dotarli do Laramie, byłej faktorii handlowej, obecnie fortu obsadzonego 

wojskową załogą. Tam spotkała Karola Gordona przygoda, która raz na zawsze zjednała mu 
serca wszystkich członków rodziny. Jack Heart, mały chłopczyk, nie potrafił długo tkwić w 
jednym miejscu. Korzystając, Ŝe wszyscy zajęci byli rozbijaniem obozowiska, oddalił się od 
starszych. Trafił na grzechotnika, nie zdając sobie sprawy, czym grozi takie spotkanie. 
Gdyby nie celny strzał Karola, padłby ofiarą zabójczego jadu. Karol nie był wówczas 
dobrym strzelcem i gdy później opowiadał mi o tym zdarzeniu, przyznał, Ŝe trzy razy 
pociągnął za spust winczestera i prawdziwym cudem było, Ŝe raz trafił, i to w sam środek 
obrzydliwej głowy gada. Lecz o tym nie wiedzieli Heartowie i uznali swego gościa za 
znakomitego myśliwca, którego opatrzność zesłała im w odpowiedniej chwili.

TegoŜ dnia nad wieczorem Karol Gordon spotkał się z Derkiem Cartym po raz pierwszy. 

Carty zawitał do obozowiska Heartów, dźwigając upolowaną przez siebie antylopę. 
Przedstawił się i poprosił o miejsce przy ognisku. Nie odmówiono mu, tym bardziej Ŝe 
pieczeń z antylopy stała się dla wszystkich przyjemną odmianą codziennego posiłku. Gdy 
przyszło do omawiania kolejności nocnych wart (bo ktoś musiał pilnować dobytku), Carty 
nie uchylił się od obowiązku i wypełnił go bez zarzutu. Następnego ranka oświadczył, Ŝe 
chętnie przyłączyłby się do towarzystwa na pewien czas.

Jedna strzelba więcej (Carty posiadał długą broń) była przedmiotem nie do pogardzenia w 
tych dzikich stronach. Carty nie miał jednak wierzchowca. Ustalono, Ŝe będzie jechał w tyle 
wozu.

Karol nie okazał zachwytu tą decyzją. Nie istniały powody do nieufności, jednak przybysz 

nie bardzo przypadł mu do gustu. Dlaczego? Nie potrafił tego nawet sobie wyjaśnić. Po 
prostu wydało mu się, Ŝe w słowach nieznajomego tkwi jakiś fałsz.

Derek Carty opowiadał, Ŝe jest myśliwym, a złoto Czarnych Gór nic a nic go nie obchodzi. 

Na uwagę Karola, iŜ w wiosennym sezonie futra upolowanych zwierząt są liche i handlarze 
nie chcą ich nabywać, Carty odparł, Ŝe obecnie poluje wyłącznie na grzechotniki. Słuchacze 
roześmieli się sądząc, Ŝe to Ŝart. Carty z niezmąconą powagą wyjaśnił, Ŝe skóra 
grzechotników jest mocna i trwała, bez względu na porę roku i nadaje się świetnie do 
wyrobu nieprzemakalnych czapek, pokrowców, a nawet obuwia. Ile było w tym wszystkim 
prawdy — nikt nie wiedział, ani Heartowie, ani Karol Gordon.

PodróŜowano przez cały dzień, z krótką południową przerwą. Jeszcze daleko było do 

zmroku, gdy trafili na małe jeziorko, a raczej dziurę wypełnioną wodą. Dziadek Heart chciał 
jechać dalej, lecz Carty zaprotestował mówiąc, Ŝe od tego miejsca rozciąga się kraj pustynny, 
i radził napełnić wszystkie naczynia Ŝyciodajnym płynem. Jak się później okazało, mówił 
prawdę.

Rozbito więc obóz, zjedzono resztę antylopy i ciągnięto losy mające wyznaczyć kolejność 

nocnej warty. Karolowi przypadł najwcześniejszy dyŜur. Najkrótszy patyczek (bo losowano 
przy pomocy róŜnej długości patyczków), oznaczający wartę przedranną, wyciągnął Carty. 
(Karol twierdził później, Ŝe to wcale nie był przypadek, ale jak tego dowieść?)

Rankiem Karol obudził się pierwszy. Gdy otworzył oczy, stwierdził ze zdumieniem, Ŝe 

słońce swą tarczą juŜ zdąŜyło wyjrzeć zza horyzontu. Jego towarzysze jednak spali nadal. 
Dlaczego Carty ich nie obudził?

background image

Sprawa wyjaśniła się bardzo szybko. Oto Derek Carty zniknął wraz z dwoma końmi, 

pozostawił tylko muły. Lecz dla dwu pozbawionych wierzchowców osób nie było miejsca w 
wozie. Jeden musiałby wędrować pieszo. Karol postanowił złapać złodzieja, był dobrym 
jeźdźcem i wierzył, Ŝe mu się to uda.

Na szczęście koniokrad zabrał tylko jedno siodło. Pozostałe załoŜono na grzbiet muła. 

Karol przytroczył do łęku lasso i ruszył w drogę. Siad uciekającego — ślad dwu koni — był 
bardzo wyraźny. Po kilku godzinach dopadł Carty’ego, przy pomocy lassa ściągnął go z 
wierzchowca, a następnie zmusił do powrotu. W obozowisku powitała go radosnymi 
okrzykami cała rodzina.

Z koniokradem obeszli się bardzo po ludzku, tyle Ŝe go dokładnie związano. Co mieli dalej 

począć z tym człowiekiem, nikt nie wiedział. Po długiej naradzie zdecydowano się, na 
wniosek Karola, odstawić Carty'ego do Laramie i oddać w ręce szeryfa.

TegoŜ dnia zawitali do nich niespodziewani goście: dwaj hodowcy bydła (ojciec i syn) z 

okolic Cheyenne. Poszukiwali niejakiego Derka Carty'ego, który przed paru tygodniami 
został przez nich przyjęty do pracy, a po paru tygodniach sprzedał stado bydła przygodnemu 
handlarzowi i uciekł z pieniędzmi. Ruszyli natychmiast w pościg i dopadli złodzieja w 
Goodwill w Nebrasce. Siedział spokojnie w miejscowym saloonie i grał w karty. Wcale się 
nie przeraził na widok oszukanych. Wstał od stołu, elegancko przeprosił resztę towarzystwa, 
a przybyłym oświadczył, Ŝe musi im coś wyjaśnić w cztery oczy. Zabrali go do hotelowego 
pokoiku. Tam Carty wytłumaczył, Ŝe sprzedaŜ bydła była
nadzwyczajną okazją, Ŝe takiej ceny nie sposób uzyskać, po czym pokazał zaskoczonym 
hodowcom plik banknotów, które następnie wręczył poszkodowanym. Na pytanie, czemu 
tego nie uczynił wcześniej, odparł dość mętnie, Ŝe w drodze powrotnej coś go „napadło" i 
postanowił odwiedzić Goodwill, w którym rzekomo chował się od maleńkości. Naiwni, 
dobroduszni farmerzy uwierzyli. Zanocowano we trójkę we wspólnym pokoju, a rankiem 
okazało się, Ŝe Carty uciekł: z pieniędzmi i na jednym z farmerskich koni.

Znowu ruszyli w pogoń i dotarli aŜ tutaj, ani przez sekundę nie przypuszczając, Ŝe 

poszukiwany znajduje się obecnie o kilka kroków od nich. Zaprowadzeni przez Karola do 
miejsca, na które ciśnięto Carty'ego, rozpoznali złodziejaszka i zaŜądali zrewidowania go.

Za zgodą rodziny Heartów Karol dokonał tej operacji. Najpierw przetrząśnięto manatki i w 

jednym z woreczków odkryto prawdziwy skarb: grudki rodzimego złota. Na pytanie, skąd je 
ma, Carty z humorem oświadczył, iŜ wygrał w najuczciwszej grze od przypadkowych 
znajomków. Rewizja osobista pozwoliła zajrzeć do portfela. Nie było w nim nic poza 
pokaźną paczką banknotów. Przeliczono: wypadło trzysta dwadzieścia dolarów. PoniewaŜ 
farmerzy oceniali swą stratę na dwieście dolarów, a skradzionego konia na trzydzieści 
dolarów (co Carty uczynił z tym koniem, zanim pieszo przybył do Heartów, nie sposób było 
ustalić, najprawdopodobniej sprzedał wraz z uprzęŜą), stary Heart wypłacił Ŝądaną sumę, a 
resztę schował z powrotem do portfela. Portfel umieszczono na nowo w kieszeni właściciela. 
Było to najbardziej uczciwe wyrównanie strat osobom poszkodowanym. Jednak farmerów 
takie zakończenie sprawy jeszcze nie zadowoliło. Pragnęli doraźnego ukarania złodzieja.

 Warto zauwaŜyć, iŜ na Dzikim Zachodzie kradzieŜ nawet kilku sztuk bydła była 

traktowana, jako przestępstwo mniej szkodliwe od kradzieŜy jednego tylko konia. Po prostu 
dlatego, Ŝe bez krowy moŜna się obejść, lecz zabranie komuś wierzchowca często skazywało 
okradzionego na śmierć z głodu lub pragnienia wśród niegościnnych pustkowi.

Farmerzy domagali się natychmiastowego postawienia złodzieja przed sądem preriowym, 

czyli sądem Lyn-cha, a poniewaŜ wyrok skazujący był przesądzony, Carty'emu groziło 
powieszenie na gałęzi najbliŜszego drzewa.

Karol wystąpił w obronie złodzieja. Uczynił to bardzo chytrze. Stwierdziwszy na 

początku, Ŝe nikt nie poniósł straty, zauwaŜył następnie, Ŝe w sądzie preriowym muszą brać 
udział ludzie niezaangaŜowani. Poszkodowany moŜe być tylko świadkiem. Tymczasem 
zarówno Heartowie, jak obaj farmerzy byli właśnie poszkodowanymi. W takiej sytuacji za 
bezstronnego sędziego uchodzić mógł tylko Karol. Lecz sąd prerii wymaga co najmniej 
trzech sędziów.

Karol gardłował tak długo, aŜ poparł go stary Heart, a po nim jego syn. Farmerzy ustąpili. 

Zdecydowano, Ŝe wezmą ze sobą złodzieja do Laramie i tam przekaŜą go w ręce szeryfa. 

background image

Lecz Karol nie bardzo ufał obcym. Za zgodą Heartów równieŜ eskortował Carty'ego do 
Laramie i odjechał dopiero wówczas, gdy koniokrada zamknięto w miejscowym areszcie. 
Jest rzeczą pewną, iŜ Carty słyszał cały spór "(bardzo głośną prowadzony) o swą skórę i 
ś

wietnie pojął, kto ocalił go od stryczka. Ten fakt nie pozostał bez znaczenia w przyszłości.

Piątka wędrowców dotarła wreszcie do Custer City, a Karol stał się jakby przybranym 

członkiem rodziny Heartów. Postanowiono nie rozłączać się.

Zajęli wspólnie działkę eksploatacyjną nad małym potoczkiem o nazwie French Creek. 

Grzebanie się w piachu, ziemi i Ŝwirze początkowo kiepskie dało wyniki.  Złota  znaleziono 
tyle, co kot napłakał.  Lecz
nowicjuszami zainteresował się przypadkowo poznany w tamtejszym saloonie doświadczony 
eksplorer, Clive Tess. To on, nie wiadomo czym powodowany, wskazał Heartom właściwe 
miejsce poszukiwań, a rezultaty nie dały na siebie długo czekać. Gdy pokopali doły na 
zboczu pagórka, nad strumieniem, trafili na prawdziwą złotą Ŝyłę.

Którejś nocy Karol, obudziwszy się, zauwaŜył, Ŝe konie czymś się niepokoją. Zaalarmował 

starego Hearta i z bronią w ręku ruszył, by zbadać tego przyczynę. Niespodziewanie usłyszał 
głos strzału. Młodzieńcza ciekawość przywiodła go aŜ na główną ulicę-drogę osiedla. Huk 
strzelby ponowił się. Ulica była pusta i cicha. Wędrując ostroŜnie wzdłuŜ ścian baraków, bud 
i szałasów, Karol natknął się na Tessa. Eksplorer został napadnięty, gdy wracał z saloonu. 
Zbyt głośno chwalił się tam swym bogactwem, zbyt wielu pokazywał woreczek wypchany 
nuggetami. I oto pięciu męŜczyzn zaskoczyło go na pustej drodze. Bronił się oparty plecami 
o ścianę jakiejś budowli lecz nie mógł uciec, było to zbyt wielkie ryzyko.

W chwilę po przybyciu Karola Tess zdołał trafić jednego z napastników, lecz sam równieŜ 

odniósł cięŜką ranę. Z kolei Karol wziął udział w obronie i postrzelił jednego z bandytów, 
chyba śmiertelnie, bo człowiek ten upadł w piach drogi i nawet nie usiłował podnieść się.

Nagle Tess osunął się na ziemię, a Karolowi, który ukląkł przy nim, wręczył woreczek z 

nuggetami.

Co mam z tym począć?

Zabierz dla siebie, przyda ci się. Zabierz... mnie juŜ...

Co?

Karol nie otrzymał odpowiedzi. Poczuł pod palcami ciało rannego dziwnie zwiotczałe i 

ogarnął go strach.

Tess! — zawołał półgłosem, lecz nie uzyskał odpowiedzi.

Wepchnął woreczek do kieszeni, oparł się o ścianę i czekał. Minęła chyba minuta, moŜe 

więcej, gdy znowu ozwała się palna broń z przeciwległej strony ulicy. Usłyszał chrobot za 
swymi plecami. Później coś lekko trzasnęło. Zerknął za siebie i zobaczył w ścianie podłuŜny, 
prostokątny otwór.

Nie strzelaj! — ostrzegł szepczący głos, dziwnie znajomy. — Chodź do mnie, szybko. 

Te draby zabiją cię.

Kto ty?

Chodź, bo zginiesz.

A Tess?

Zabieraj go. Ranny?

On nie Ŝyje.

O, do diabła! To był porządny facet.

Ktoś ty? — powtórzył Karol pytanie.

Zgłupiałeś? ChodźŜe wreszcie.

Z ciemności wysunęła się dłoń i chwyciła go za rękaw kurty.

No, szybciej!

Karol wkroczył w ciemność. Zbawcza ręka powiodła go poprzez nieznane wnętrze, 

wypełnione nieprzenikliwa czernią. Na krańcach tej czerni błysnęło światło księŜyca. Ujrzał 
twarz wybawcy.

Derek Carty — powiedział zdumiony.

Ten sam. Szybciej! Za chwilę poczną nas ścigać.

Lecz Karol zawahał się. Zrozumiały odruch. Złodziej koni i sprzedawca cudzego bydła nie 

background image

zasługiwał na zaufanie.

Carty chyba wyczuł, bo powiedział bardzo szybko:

MoŜesz mnie uwaŜać za złodzieja, ale ani mor

dercą, ani rabusiem nigdy nie byłem i nie będę. Ru
szaj, bo ci zdejmą skórę z pleców, a przy okazji i mnie!

Gdzieś z tyłu za nimi trzasnęły sucho dwa strzały. Karol przestał się opierać.

I tak wyglądał początek drugiego spotkania z Derkiem Carty. Karol nigdy nie dowiedział 

się, jakim sposobem człowiek osadzony w areszcie w odległej Laramie po dwu tygodniach 
znalazł się w Custer City, natomiast usłyszał, czemu zawdzięcza pomoc.

— Nie pamiętasz, jakeś gardłował w mej sprawie?

Tamci farmerzy chcieli mnie powiesić i gdyby nie ty...

Ta noc — we wspomnieniach Karola —- przedstawiała się jak jeden wielki koszmar, z 

którego usiłował się wyrwać. Zapragnął natychmiast wrócić do Heartów, lecz Carty na to nie 
zezwolił.

— Będą się szukać, trafią do Heartów, bo i to moŜliwe. GdzieŜ się wówczas ukryjesz? 

Ś

ciągniesz tylko

kłopot na głowy swych przyjaciół.

Było w tym sporo racji, więc Karol, prawie bezwolny, dał się zaprowadzić na jakieś puste 

podwórko, gdzie stały dwa konie. Wskoczyli na siodła i pognali poza ostatnie zabudowania 
Custer City. Carty wywiódł swego towarzysza między daleką linię wzgórz, do zielonej, 
porosłej trawą dolinki. Widać świetnie orientował się w terenie. W kilka godzin później 
odjechał do Custer, aby wtajemniczyć Heartów w całą historię. I tak rzeczywiście postąpił. 
Karol dowiedział się o tym po paru dniach, gdy odwaŜył się tam wrócić. Nie na długo 
jednak, bowiem jacyś podejrzani osobnicy kręcili się wokół obozowiska Heartów, a nawet 
wypytywali o „młodego człowieka", który „miał winczester". Prawdopodobnie tamtej nocy, 
mimo ciemności, potrafili dobrze przypatrzeć się Karolowi. Wobec tego postanowił wracać 
do Laramie. Carty gdzieś zniknął.

Znacznie, znacznie później spotkał go jadącego dyliŜansem na południe, lecz mimo 

namów nie przystał na wspólną podróŜ. Tak wyglądało trzecie spotkanie z Cartym.

Czwarte wypadło w Blowy Garden, w Nebrasce. Znajdował się tam mały banczek, w 

którym Karol postanowił zamienić na banknoty złoto otrzymane od Tessa. Na 
nieszczęście w okolicy dokonano napadu na pociąg i zrabowano spory transport złota. 
Nieznany przybysz wydał się właścicielom banczku osobą wielce podejrzaną. Sprowadzili 
szeryfa. Niewiele brakowało. ą Karol znalazłby się w areszcie. I tu, niespodziewanie, 
znowu wkroczył na widownię Derek Carty. Zaiste, stał się dla Karola opatrznościowym 
człowiekiem!

Co Carty'ego przygnało do Blowy Garden? W jakim I celu tu zawitał? Pozostało to 

tajemnicą. W ogóle Carty i miał przedziwną zdolność mówienia o niczym, pomijania zbyt 
dociekliwych pytań i to w sposób, który j zbijał z tropu pytającego. Teraz okazało się, iŜ jest 
j przyjacielem szeryfa. Zaręczył za Karola, a później zaprowadził go do saloonu. Po obfitym 
posiłku zagadnął:

Co teraz zamierzasz, Karolu?

Marzę o kawałku ziemi, na której mógłbym gospodarować. JuŜ mi się znudziła 

włóczęga.

Carty zastanowił się chwilę.

A wiesz, to dobry pomysł. Pojadę z tobą.

Karol zdrętwiał na takie słowa.  Ani mu w głowie powstało wędrować razem z 

koniokradem, szulerem i Bóg wie z kim jeszcze.

Trzeba mieć nieco centów — odparł wykrętnie. — Ziarno na siew, materiał na 

budowę domu, na

rzędzia rolnicze. No i sama ziemia, wszystko to kosztuje.

Nie martw się o mnie.  A moŜe lepiej kupić gotową farmę?

Nie. Chcę się przyłączyć do jakiejś karawany osadniczej i zagospodarować 

dziewicze tereny. Tak wy

background image

padnie taniej, a poza tym liczę, Ŝe w gromadzie znajdę sąsiedzką pomoc.

Ś

wietnie! Bardzo mi to odpowiada.

Karol z coraz większym trudem ukrywał niepokój. Stowarzyszenie się z Cartym uwaŜał za 

największe głupstwo, jakie mógłby popełnić. Lecz jak z tego wybrnąć? Ten sympatyczny 
mimo wszystko koniokrad uratował mu Ŝycie w Custer City, a przed chwilą wybawił z 
wielkiego kłopotu.

Wyruszamy jutro — mówił Carty. — Najpóźniej pojutrze. Wcześniej nie mogę. Mam 

tu pewne zobowiązania.

Zobowiązania? — zdziwił się Karol.

Tak, rewanŜ. Widzisz... zbiera się tu co wieczór gromadka moich znajomych i 

skracamy nudę grą. Wczoraj karta poszła mi nadzwyczajnie, obiecałem, Ŝe dam im dzisiaj 
moŜność odegrania się. Chyba rozumiesz?

Oczywiście, czyś ty w ogóle cokolwiek do nich przegrał?

No, w sumie to raczej nie...

Rozumiem — odparł Karol i wpadł w jeszcze bardziej ponury nastrój, poniewaŜ juŜ od 

dawna podejrzewał swego towarzysza o niezbyt dŜentelmeńskie sposoby gry. Niech teraz 
przyłapią Carty'ego na oszustwie, szeryf zmieni swą decyzję i wpakuje Karola za kratki. 
Jaką bowiem wartość przedstawia poręka szulera?

No  i co, Karolu, zgadzasz się?

To wymaga zastanowienia.

Więc zastanawiaj się. Ja idę do szeryfa. Czekaj tu na mnie. Jak będziesz się nudził, 

zamów cokolwiek na mój rachunek. Do zobaczenia!

Karol odczekał kilka minut, potem zapłacił wszystko co do centa, chociaŜ karczmarz 

początkowo nie chciał przyjąć pieniędzy („Jeszcze się pan Carty na mnie obrazi, jak mu o 
tym powiem"). Opuszczając lokal, za-trzymał się na progu i rzucił w stronę właściciela 
saloonu:

— Jakby pan Carty mnie szukał, proszę powiedzieć, Ŝe musiałem szybko opuścić Blowy 

Garden. Będzie pan pamiętał?

Wziął konia za uzdę i poprowadził go skrajem drogi aŜ do miejsca, gdzie kończyły się 

ostatnie zabudowania. Wówczas przystanął i obejrzał się, cały spocony z wraŜenia. Nigdzie 
jednak nie zauwaŜył znajomej sylwetki Carty'ego. Wskoczył na siodło i najpierw kłusem, 
później galopem ruszył na południe.

Tak się zakończyło czwarte spotkanie z Derkiem Carty. KtóŜ mógł przewidzieć, Ŝe po 

latach nastąpi piąte?

Carty musiał dobrze poznać Karola Gordona, skoro tak radośnie go powitał i przedstawił 

swej Ŝonie. Był pewien, iŜ Karol, przez pamięć dawnych wydarzeń w Custer City, nie ujawni 
pewnych szczegółów z jego przeszłości.

Obudziłem się, gdy promień słońca uderzył w okienną szybę, przebił się przez aŜurową 

firankę i padł mi na twarz. Siadłem na łóŜku wypoczęty i beztroski, póki nie przypomniałem 
sobie, Ŝe dziś czeka nas rozmowa z Fredem Clarkiem. Natychmiast wyparowała ze mnie cała 
radość, bo wyniki tej rozmowy jakŜe wątpliwie się przedstawiały.

Hej — krzyknąłem — wstawaj.

Karol podniósł się.

No, Janie — powiedział ziewając — za kilka godzin rozstrzygnie się nasza najbliŜsza 

przyszłość. Albo
powędrujemy truchcikiem na wiosenne polowanie, albo pognamy galopem na złamanie 
karku do Goodyear. Chciałbym juŜ wiedzieć, co nas czeka.

UłoŜyłeś sobie rozmowę z Clarkiem?

Tak. Jeśli prawda nie znajdzie sobie drogi do jego mózgu, spróbuję go nastraszyć. 

Myślę, Ŝe pierwszą rozmowę przeprowadzę w cztery oczy.

To znaczy, Ŝe mam zniknąć — powiedziałem nie bez goryczy.

background image

Nie denerwuj się. Tak będzie lepiej. Za to przy drugiej pogawędce staniesz się 

nieodzowny.

To ile tego ma być?

Na dwóch się skończy, a moŜe nawet na jednej? Gdy pójdę do Clarka, będziesz mógł 

swój czas poświęcić pani Elsie. Ona bardzo jest spragniona nowin z dalekiego świata, 
tylko nie daj się wciągnąć w rozmowę o przeszłości Derka, zbyt wiele o nim wiesz — 
mrugnął do mnie porozumiewawczo.

Ogoliliśmy się, umyli i wyszli z pokoju.

Jestem głodny jak wilk — zauwaŜył mój przyjaciel. — Przed tak waŜną rozmową 

muszę dobrze podjeść.

Zazdroszczę ci. Na myśl, Ŝe czeka nas moŜe jazda do Goodyear, tracę apetyt. Ale 

chodźmy.

Nie bardzo wiedzieliśmy, które drzwi mają nas doprowadzić do celu, w tym korytarzu 

znajdowały się aŜ cztery.

To te — pokazałem palcem.

Nie, tamte...

Wówczas uchyliły się zupełnie inne, a na progu stanęła Elsa Carty.

O! — krzyknęła wesoło — właśnie szłam po panów. Proszę, śniadanie czeka. 

Najlepsze, jakie potrafiłam wymyślić.

Poprowadziła nas prosto do nakrytego stołu.

A gdzie Derek? — zapytał Karol. — W saloonie?

Ach, nie. Przyszedł posłaniec od szeryfa i prosił, Ŝeby Derek natychmiast przybył. 

Jakaś pilna sprawa.

Szeryf często radzi się Derka. Bo — dodała z odcieniem dumy w głosie — bardzo się tu 
liczą z opinią mego męŜa.

Zabraliśmy się do jedzenia. Karol dał dobry przykład, ale mnie jakoś nie szło. Na myśl o 

Clarku, o Goodyear — kaŜdy kęs zamieniał się w kamień. ZbliŜała się chwila mająca 
rozstrzygnąć o dalszych losach Bedego. Rzecz dziwna, bardzo mnie one obchodziły, zu-
pełnie jakby to dotyczyło mojej własnej przyszłości.

Pani Elsa zabawiała nas rozmową, a czyniła to z wrodzonym talentem, i tak interesująco, 

Ŝ

e na pewien czas nawet zapomniałem o dręczących mnie niepokojach. Jednak gdy uchyliły 

się drzwi i do jadalni wkroczył Derek Carty, znowu ogarnęły mnie ponure myśli.

Witajcie! — zawołał. — Jak się czujesz, Karolu?

A pan, doktorze?

Odparliśmy, Ŝe znakomicie, chociaŜ z mej strony było to kłamstwo.

To świetnie! Dzień zapowiada się pięknie, ani jednej chmurki na niebie.

Czego chciał od ciebie szeryf?

Carty pomarkotniał. ZauwaŜyłem to natychmiast. CzyŜby wyszły na jaw jakieś stare 

sprawki naszego gospodarza?

Ponura historia — odparł siadając za stołem.

Co się stało? — zaniepokoiła się pani Elsa.

Nic takiego, co by dotyczyło nas bezpośrednio. Opowiem o tym za chwilę. Po co 

mącić wesołą biesiadę. Jedźcie i pijcie.

Rozejrzał się po stole.

Czy nie masz gdzie whisky pod ręką, moja droga?

Tak wcześnie? — zapytała z akcentem nagany w głosie.

Wyjątkowo — odparł. — Wracam z dość makabrycznego widowiska.

Derek! Zaraz mów, czego chciał szeryf.

No dobrze, lecz najpierw przynieś whisky i szklaneczki.

Wyszła z pokoju.

A co z Clarkiem? — zagadnął Karol. — Wrócił wreszcie?

Ech — odparł karczmarz z wyraźnym ociąganiem — wrócił i nie wrócił równocześnie.

Cały zamieniłem się w słuch.

Powiedz wyraźnie.

background image

Powiem, Ŝe jeśli miałeś zamiar z nim rozmawiać, nic z tego nie wyjdzie.

Uciekł! — nie wytrzymałem i aŜ się zawstydziłem tego okrzyku.

Carty przecząco pokręcił głową.

Wyobraźcie sobie, szeryf mnie wezwał do rozpoznania zwłok. Tak, tak. Przywieziono 

tych czterech
z bandy, jaka napadła na pociąg. Trzech nie znam, lecz w czwartym rozpoznałem Freda 
Clarka. Martwego. MoŜecie sobie wyobrazić, jak mnie to zaskoczyło. Nigdy nie 
podejrzewałem, Ŝe z niego był taki niebezpieczny ptaszek. O, jesteś, moja droga!

Napełnił szklaneczki. Wypiliśmy. Jakoś mi to pozwoliło wrócić do równowagi.

Na tym wypada zakończyć historię Bedego i woreczka Ŝwiru. Wszystko, co działo się 

potem, nie ma juŜ Ŝadnego związku z tą sprawą. Jednak dla całkowitego wyczerpania tematu 
dodam, Ŝe w godzinę później napisałem do Bedego list i natychmiast zaniosłem na pocztę.

Pisząc go wziąłem pod uwagę nienasyconą ciekawość pani Adeliny Harper. Kto wie, co 

jej przyjdzie do głowy? MoŜe domagać się będzie, aby Bede głośno odczytał mą epistołę? 
Dlatego zdobyłem się na niezwykły (nie chwaląc się!) dyplomatyczny wybieg. Poza 
pozdrowieniami dla całej rodziny Harperów, donosiłem, Ŝe bawimy w La Junta, skąd 
ruszamy na polowanie.

Niedaleko La Junta — napisałem dalej — dokonano napadu na pociąg. Bandyci zostali 

rozproszeni, czterech poległo. Trzech z nich nie rozpoznano, czwartym jest niejaki Fred 
Clark, od pół roku zatrudniony jako kelner w saloonie Pod Złotą Sową w La Junta. 
Wspominam o tym, poniewaŜ jest to chyba ten sam człowiek, którego kiedyś zatrudniał pan 
Harper. Jeszcze raz pozdrawiam Cię, Barry, w imieniu Karola Gordona i własnym. Oby ci się 
jak najlepiej wiodło. Kto wie, moŜe kiedyś znowu wpadniemy do Goodyear?"

Zakończywszy na tym, podpisałem się zamaszyście i postawiłem datę. A po chwili 

namysłu dopisałem jeszcze swój adres w Milwaukee. Mam nadzieję, Ŝe Bede raz na zawsze 
wybrnął z kłopotów, lecz któŜ odgadnie przyszłość... polubiłem tego człowieka.

BodzioKB”