background image

Incipit Liber Secundus 

Wiedźma z Lasu 

 

 

Przybądź, śmierci, wieczny śnie, 

Z ojca win uwolnij mnie! 

Na mój grób rzuć głaz, nie kwiatki, 

Bym nie słyszał przekleństw matki! 

 

background image

 

ROZDZIAŁ I 

 

 

Była sobie okrągła wieża z blaszanym kurkiem na dachu. Kurek miał postać wrony 

ze  strzałą  w dziobie  do  wskazywania  kierunku  wiatru.  Na  szczycie  wieży  mieścił  się 

okrągły  pokój,  zadziwiająco  niewygodny.  Panowały  w nim  wieczne  przeciągi.  Od 

wschodu  sąsiadował  z komnatką,  która  miała  dziurę  w podłodze.  Dziura  zapewniała 

połączenie  z wejściami  do  wieży,  których  było  dwa:  podczas  oblężenia  ludzie  mogli 

zrzucać  tędy  kamienie  na  głowy  wroga.  Niestety,  przez  tę  samą  dziurę  wpadał  do 

środka wiatr, który następnie wydostawał się na zewnątrz przez nie osłonięte otwory 

strzelnicze albo przez komin – chyba że akurat wiał do góry nogami; wówczas spadał 

kominem  w dół.  Był  to  rodzaj  tunelu  powietrznego.  Na  domiar  złego  pokój  był  stale 

pełen  dymu  –  nie  z własnego  paleniska,  lecz  z tego,  które  płonęło  w komnacie  pod 

spodem.  Skomplikowany  system  przeciągów  wsysał  dym  z powrotem  do  komina. 

Kamienne  ściany  pociły  się  przy  wilgotnej  pogodzie.  Meble  też  były  niewygodne. 

Ściśle mówiąc, na urządzenie pokoju składały się kupy kamieni, trzymane pod ręką na 

wypadek,  gdyby  trzeba  było  bombardować  napastników  przez  dziury  w podłodze. 

Poza  tym  było  tam  kilka  przerdzewiałych  genueńskich  kusz  z bełtami  i stos  torfu  na 

i tak  nie  używane  palenisko.  Czwórka  dzieci  nie  miała  łóżka.  Gdyby  to  był  pokój 

kwadratowy, chłopcy mogliby sypiać w obalonej szafie; ponieważ jednak było inaczej, 

sypiali na podłodze, okryci jak popadło słomą i kocami. 

Dzieci  sporządziły  sobie  amatorski  namiot  z kocy  i właśnie  leżały  pod  nim,  zbite 

w ciasną  gromadkę,  opowiadając  pewną  historię.  Słyszały  matkę  krzątającą  się  przy 

palenisku  w komnacie  pod  spodem,  więc  mówiły  szeptem,  w obawie,  by  ich  nie 

usłyszała.  Szeptały  nie  ze  strachu  przed  laniem.  Uwielbiały  matkę  ślepo 

i bezkrytycznie,  ponieważ  miała  silniejszy  od  nich  charakter.  Rozmowy  w łóżku 

bynajmniej  nie  były  zabronione.  Problem  tkwił  raczej  w tym,  że  matka  czy  to  przez 

obojętność,  czy  przez  lenistwo,  czy  przez  okrutną  zaborczość  –  zaszczepiła  swoim 

czterem  synom  niedoskonałe  poczucie  dobra  i zła.  Skutkiem  tego  chłopcy  nigdy  nie 

mieli pewności, czy są grzeczni, czy niegrzeczni. 

Szeptali  po  celtycku,  a ściślej  mówiąc,  w języku  będącym  mieszanką  mowy 

celtyckiej i Dawnej Mowy Rycerskiej, której ich nauczono, gdyż miała im się przydać, 

kiedy  dorosną.  Angielski  znali  bardzo  słabo.  Po  latach,  gdy  już  zostali  sławnymi 

rycerzami  na  dworze  wielkiego  króla,  opanowali  angielski  do  perfekcji  –  wszyscy 

z wyjątkiem  Gawaine’a,  który  jako  głowa  klanu  uparcie  trzymał  się  dialektu 

szkockiego, demonstrując w ten sposób, że nie wstydzi się swojego urodzenia. 

Historię  opowiadał  Gawaine,  jako  najstarszy.  Leżeli  pokotem,  jak  cherlawe, 

background image

niewydarzone, ukryte przed światem żabki, ale po ich budowie można było poznać, że 

te  cztery  ciałka  zmężniałyby  w mig,  gdyby  im  tylko  zapewnić  należyte  wyżywienie. 

Wszyscy  czterej  byli  jasnowłosi.  Gawaine  miał  czuprynę  jaskra  worudą,  a Gareth 

bielszą  niż  pszenica.  Najmłodszy  z czwórki,  Gareth,  liczył  sobie  lat  dziesięć, 

a najstarszy  czternaście.  Gaheris  odznaczał  się  nieco  ociężałą  rozwagą.  Agravaine, 

drugi  co  do  starszeństwa  po  Gawainie,  był  domowym  tyranem  –  kapryśnym, 

skłonnym  do  płaczu  i panicznie  lękającym  się  bólu  fizycznego.  To  dlatego,  że  miał 

bujną wyobraźnię i myślał więcej niż bracia. 

– Dawno temu, moje zuchy – prawił Gawaine – zanim myśmy się urodzili i zanim 

w ogóle o nas pomyślano, była w naszym rodzie piękna babcia imieniem Igraine. 

– Księżna Kornwalii – wpadł mu w słowo Agravaine. 

– Nasza babcia, czyli Księżna Kornwalii – przyznał mu rację Gawaine. – I w niej 

to właśnie zakochał się okrutny Król Anglii. 

– Ten Król zwał się Uther Pendragon – uzupełnił Agravaine. 

– Kto w końcu opowiada? – zezłościł się Gareth. – Zamknij się. 

– Król Uther Pendragon posłał po Księcia i Księżną Kornwalii... 

– Po dziadka i babcię – uściślił Gaheris. 

– ...i obwieścił im, że muszą z nim zamieszkać w londyńskiej twierdzy Tower, czyli 

w jego domu. Kiedy tam przebywali, Król zaproponował babci, żeby została jego żoną 

i przestała  w ogóle  zadawać  się  z dziadkiem.  Lecz  szlachetna  i piękna  Księżna 

Kornwalii... 

– Babcia – wtrącił Gaheris. 

– A niech was liszka! – wrzasnął Gareth. – Przestańcie mu wreszcie przerywać! 

Potem  nastąpiła  stłumiona  namiotem  z kocy  wymiana  poglądów,  punktowana 

piskami, odgłosami ciał walących o ziemię oraz głośnymi skargami. 

–  Szlachetna  i piękna  Księżna  Kornwalii  –  podjął  opowieść  Gawaine  –  odtrąciła 

zaloty  Króla  Uthera  Pendragona  i opowiedziała  o wszystkim  dziadkowi.  Powiedziała 

mu tak: „Obawiam się, że sprowadzono nas tutaj, aby mnie pohańbić. Dlatego radzę, 

mężu, abyśmy bezzwłocznie opuścili to miejsce i jadąc konno całą noc dotarli o świcie 

do własnego zamku”. I w środku nocy opuścili oboje gościnę Króla... 

– Pod osłoną nocy – poprawił brata Gareth. 

–  ...upewniwszy  się,  że  wszyscy  mieszkańcy  królewskiego  domostwa  poszli  spać. 

W nikłym  blasku  latarni  osiodłali  swe  rącze,  ognistookie,  szybkonogie,  symetryczne, 

szerokouste,  wąskogłowe,  dumne  rumaki  i co  koń  wyskoczy  pogalopowali  do 

Kornwalii. 

– To była straszna jazda – wzdrygnął się Gaheris. 

– Aż konie pod nimi padły – dodał z satysfakcją Agravaine. 

–  Wcale  że  nie  –  sprzeciwił  się  Gareth.  –  Dziadek  i babcia  na  pewno  nie 

background image

zajeździliby koni na śmierć. 

– No to jak w końcu: padły te konie czy nie padły? – zniecierpliwił się Gaheris. 

– Nie padły – odparł Gawaine po chwili namysłu. – Ale mało brakowało. 

I opowiadał dalej. 

– Kiedy rankiem Król Uther Pendragon dowiedział się co zaszło, zakipiał ze złości. 

– Zawrzał z gniewu – poprawił go usłużnie Gareth. 

– Zakipiał ze złości – powtórzył twardo Gawaine. – Król Uther Pendragon zakipiał 

ze  złości.  Krzyczał  tak:  „Na  mój  królewski  majestat!  Głowę  tego  Księcia  Kornwalii 

podadzą mi w potrawce! Tutaj! Na ten stół!”. Potem wysłał do dziadka list, w którym 

kazał  mu  się  nafaszerować  i ugarnirować,  bo  za  czterdzieści  dni  najdalej  on,  Król 

Uther Pendragon, wyłuska go z najpotężniejszego zamku. Nie ma szans! 

–  Książę  Komwalii  posiadał  dwa  zamki  –  uzupełnił  Agravaine  tonem  znawcy.  – 

Zamek Tintagil i Zamek Terrabil. 

–  Więc  Książę  Kornwalii  umieścił  babcię  w Zamku  Tintagil,  sam  zamknął  się 

w Zamku Terrabil, a Król Uther Pendragon wziął oba zamki w oblężenie. 

–  I wtedy  –  wykrzyknął  Gareth,  nie  mogąc  się  opanować  –  Król  rozbił  wiele 

namiotów  i rozegrała  się  wielka  wojna,  i po  obu  stronach  padło  od  miecza  mrowie 

ludzi. 

– Tysiąc? – rzucił na próbę Gaheris. 

– Co najmniej dwa tysiące – stwierdził ze znawstwem Agravaine. – Nam, Celtom, 

nie opłaca się kłaść trupem mniej niż dwa tysiące żołnierza. Tak naprawdę to było ich 

pewnie z milion. 

–  Dziadek  i babcia  zwyciężali  w obu  oblężeniach,  ale  gdy  już  się  zanosiło  na 

ostateczną  klęskę  Króla  Uthera,  przypętał  się  do  niego  zły  czarownik  imieniem 

Merlin... 

– Od czarnej magii – sprecyzował Gareth. 

–  No  i wyobraźcie  sobie,  że  ten  czarownik  od  czarnej  magii  zdołał,  za  sprawą 

swych  piekielnych  sztuczek,  przenieść  zdradzieckiego  Uthera  Pendragona  do  zamku 

babci.  Dziadzio  natychmiast  opuścił  Zamek  Terrabil,  lecz  nie  dojechał  z odsieczą,  bo 

padł od miecza na polu chwały. 

– Od zdradzieckiego miecza. 

– A nieszczęsna Księżna Kornwalii... 

– Szlachetna i piękna Igraine... 

– Babcia... 

–  ...została  pojmana  przez  niecnego  Smoczego  Króla,  straszliwego  Anglika 

o czarnym sercu, i chociaż miała już wtedy trzy urodziwe córy... 

– Cudne Siostrzyce Kornwalijskie. 

– Ciocię Elaine. 

background image

– Ciocię Morganę. 

– I naszą mamusię. 

– Chociaż już miała te trzy piękne córy, Król Anglii zmusił ją, aby go poślubiła – 

jego, mordercę jej prawowitego małżonka! 

Przez  chwilę  wszyscy  czterej  w milczeniu  kontemplowali  bezmiar  angielskiej 

niegodziwości.  Historia,  którą  sobie  właśnie  opowiedzieli,  była  ulubioną  opowieścią 

ich  matki.  Matka  opowiadała  ją  chłopcom  przy  każdej  z owych  niezmiernie  rzadkich 

okazji,  gdy  zdobywała  się  na  wysiłek  opowiedzenia  im  czegokolwiek.  Chłopcy  znali 

historię  na  pamięć.  Na  zakończenie  Agravaine  zacytował  szeptem  celtyckie 

porzekadło, którego wyuczyła ich matka: 

–  Czterem  rzeczom  Lothianin  nigdy  nie  zaufa:  krowiemu  rogowi,  końskiemu 

kopytu, psim kłom i śmiechowi Anglika. 

Skulili  się  jeszcze  ciaśniej  na  posłaniu  ze  słomy,  wsłuchani  w tajemnicze  odgłosy 

z komnaty pod spodem. 

Komnatę  położoną  poniżej  naszych  bajarzy  oświetlała  pojedyncza  świeca 

i szafranowy  blask  torfowego  paleniska.  Jak  na  komnatę  królewską,  było  to 

pomieszczenie  dość  ubogie,  ale  przynajmniej  wyposażone  w łóżko,  a raczej  łoże, 

z czterema  kolumnami,  które  za  dnia  służyło  jako  tron.  Nad  paleniskiem  bulgotała 

zawartość  żeliwnego  kociołka  na  trójnogu.  Świeca  stała  przed  wypolerowaną 

mosiężną płytą, która pełniła rolę lustra. W pomieszczeniu znajdowały się dwie żywe 

istoty: Królowa i kot. Oboje mieli czarne włosy i niebieskie oczy. 

Czarny kot leżał na boku i w blasku ognia wyglądał jak nieżywy. Wrażenie to brało 

się stąd, że kot miał spętane łapy, jak świeżo upolowany rogacz, którego myśliwi mają 

zanieść  na  drągu  do  domu.  Nie  szarpał  się  już,  tylko  leżał  spokojnie,  wpatrzony 

w ogień skośnymi ślepiami, dziwnie zrezygnowany. Może był tylko wyczerpany walką 

– gdyż zwierzę dobrze wie, kiedy zbliża się jego koniec. Większości zwierząt dana jest 

godność umierania niedostępna istotom ludzkim. Ten kot, w którego skośnych oczach 

tańczyły  miniaturowe  odbicia  płomieni  paleniska,  dokonywał  teraz,  być  może, 

przeglądu swoich ośmiu minionych żywotów, z całym zwierzęcym stoicyzmem, który 

jest ponad nadzieję i lęk. 

Królowa uniosła kota. Zamierzała przećwiczyć pospolitą czarodziejską sztuczkę – 

ot,  tak  sobie,  dla  rozrywki,  albo  przynajmniej  dla  zabicia  czasu,  który  wszyscy 

mężczyźni  spędzali  na  wojnie.  Chodziło  o sposób  na  niewidzialność.  Królowa  nie 

zajmowała  się  czarami  na  poważnie,  jak  jej  siostra  Morgana  le  Fay  –  nazbyt  pstro 

miała  w głowie,  żeby  poświęcić  się  jakiejkolwiek  sztuce,  choćby  i Czarnej  Magii. 

Ćwiczyła  czary  jedynie  dlatego,  że  skłonność  do  pomniejszych  tricków  magicznych 

miała we krwi – jak wszystkie kobiety z jej rodu. 

Wrzucony  do  wrzątku,  kot  zrazu  okropnie  się  rzucał  i przeraźliwie  miauczał. 

background image

Prężył  się  do  skoku.  Próbował  pływać  ze  skrępowanymi  łapami.  Jego  mokra  sierść 

pod  wpływem  ukropu  skręcała  się  w loczki  i lśniła  jak  bok  przebitego  włócznią 

wieloryba.  Paskudnie  rozdziawiony  pysk  odsłaniał  różowe  wnętrze  gardzieli  i kocie 

ząbki,  ostre  i białe  jak  ciernie.  Po  pierwszym  potwornym  miauknięciu,  kot  nie  mógł 

już więcej wydobyć głosu, tylko prężył łapy. Po chwili skonał. 

Morgause,  Królowa  Lothian  i Orknejów,  siedziała  obok  gotującego  się  kota 

i czekała.  Od  czasu  do  czasu  mieszała  wywar  z kota  drewnianą  kopyścią.  Komnatę 

zaczął  wypełniał  smród  gotowanej  sierści.  Przypadkowy  obserwator  dostrzegłby 

niewątpliwie  w pochlebczym  blasku  torfowego  paleniska  nadzwyczajną  urodę,  jaką 

tego  wieczoru  odznaczała  się  Królowa  –  dość  wspomnieć  duże  oczy  o przepastnym 

spojrzeniu, połyskliwą czerń włosów, pełne kształty i owo subtelne skupienie, z jakim 

nasłuchiwała, czy z góry nie dobiegają aby jakieś szepty. 

– Zemsta! – obwieścił uroczyście Gawaine. 

– Babcia i dziadek nie zrobili Królowi Pendragonowi nic złego. 

– Prosili go tylko, żeby ich zostawił w spokoju. 

Garetha  bolała  przede  wszystkim  niesprawiedliwość  gwałtu  dokonanego  na 

kornwalijskiej babce. Nie było na wyspach człowieka, dla którego niewolenie słabych, 

niewinnych  istot  przez  nieokiełznaną  tyranię  Germanów  –  nie  byłoby  osobistą 

zniewagą.  Gareth  miał  czułe  serce.  Myśl  o triumfie  siły  nad  słabością  budziła  w nim 

nienawiść. Czuł wtedy, że serce mu nabrzmiewa i że się dusi. Gawaine, dla odmiany, 

złościł  się,  bo  rzecz  dotyczyła  jego  rodziny.  Gawaine  nie  uważał  triumfu  siły  za  zło 

samo w sobie, lecz za wielkie zło uważał każde działanie na szkodę jego klanu. Nie był 

ani  specjalnie  mądry,  ani  specjalnie  wrażliwy,  ale  za  to  był  lojalny.  Czasem 

demonstrował  lojalność  z niepotrzebnym  uporem,  a z  biegiem  lat  wręcz  irytująco 

i głupio.  Dla  Gawaine’a  już  od  dzieciństwa  liczyło  się  tylko  jedno:  „Górą  Orkneje. 

Niechby  i po  trupach!”.  Trzeciego  z braci,  Agravaine’a,  opowieść  o babce  poruszała, 

ponieważ  miała  związek  z jego  matką,  wobec  której  Agravaine  żywił  emocje 

gwałtowne,  acz  zachowywane  w sekrecie.  Co  się  tyczy  Gaherisa,  to  czuł  on 

i postępował tak samo jak bracia. 

Kot  w końcu  całkiem  się  rozgotował.  Mięso  odeszło  od  kości  w postaci  cienkich 

włókienek  i po  długim  warzeniu,  na  wierzchu  zebrała  się  gruba  warstwa  szumowin 

złożonych  z sierści,  tłuszczu  i flaczków.  Pod  spodem,  w wirach  bulgocącej  wody, 

kręciły się białe kostki; cięższe kości spoczęły nieruchomo na dnie, a lżejsze dryfowały 

wdzięcznie  jak  liście  na  jesiennym  wietrze.  Krzywiąc  się  nieco  od  przenikliwej  woni 

niesolonej zupy, królowa odcedziła płyn do drugiego garnka. Na flanelowym cedzaku 

pozostał  osad  kota:  mokra  masa  skłębionej  sierści  i mięsnych  włókien  oraz  kolekcja 

delikatnych  kości.  Królowa  podmuchała  na  osad  i zamieszała  go  końcem  łyżki,  żeby 

prędzej wystygł. Po chwili mogła zagłębić w nim palce. 

background image

Królowa  wiedziała,  że  każdy  nieskazitelnie  czarny  kot  ma  w sobie  kość,  która  – 

jeśli  ją  włożyć  do  ust  po  uprzednim  ugotowaniu  kota  żywcem  –  gwarantuje 

niewidzialność.  Ale  nawet  w tamtych  odległych  czasach  nikt  nie  wiedział  dokładnie, 

która  to  ma  być  kość.  Dlatego  czarów  należało  dokonywać  przed  lustrem,  aby 

praktyka mogła dać odpowiedź na pytanie. 

Morgause  nie  była  szczególną  entuzjastką  niewidzialności;  w gruncie  rzeczy 

gardziła  niewidzialnością,  ponieważ  była  piękna.  Ale  mężczyzn  na  razie  nie  było 

w pobliżu,  a uprawianie  czarów  stanowiło  przynajmniej  jakieś  zajęcie  dla  zabicia 

czasu. Nie mówiąc o tym, że dawało okazję do posiedzenia przed lustrem. 

Królowa zeskrobała wspomnienie po kocie na dwie kupki; jedną tworzył schludny 

stosik  ciepłych  kości,  a drugą  dymiąca  powoli  mieszanina  nieokreślonego  kształtu 

i gatunku.  Królowa  wybrała  jedną  kostkę  i,  odstawiając  mały  paluszek,  uniosła  ją  do 

swych  różanych  usteczek.  Delikatnie  chwyciwszy  kość  zębami,  ustawiła  się  przed 

wypolerowanym  mosiądzem  zwierciadła,  z senną  rozkoszą  lustrując  własną  postać. 

Cisnęła kość w palenisko i wzięła następną. 

Nikt  jej  nie  widział.  I dobrze,  bo  wyglądało  to  dosyć  dziwnie,  gdy  się  co  chwila 

odwracała,  to  do  lustra,  to  do  kupki  kości,  za  każdym  razem  biorąc  w zęby  nowy 

fragment kociego szkieletu, sprawdzając w lustrze, czy ją jeszcze widać i ciskając kość 

w płomienie.  Poruszała  się  z taką  gracją,  jakby  wykonywała  jakiś  taniec  albo  jakby 

przez cały czas ktoś na nią patrzył – albo też jakby wystarczało jej to w zupełności, że 

sama siebie widzi. 

Wreszcie, i to zanim sprawdziła wszystkie kości, znudziła się zabawą. Zirytowana, 

resztę  kości  cisnęła  na  ziemię,  a miazgę  wyrzuciła  za  okno,  nie  bacząc  na  to,  gdzie 

spadnie. Potem wygasiła ogień, wyciągnęła się dramatycznie na wielkim łożu i dłuższy 

czas przeleżała bezsennie w ciemności, wiercąc się z niezadowolenia. 

– I właśnie  dlatego, moje zuchy –  kończył opowieść Gawaine – my, potomkowie 

rodu  Kornwalii  i Orknejów,  musimy  zawsze  stawać  przeciwko  Królom  Anglii, 

a szczególnie przeciwko klanowi Mac Pendragon. 

–  I dlatego  nasz  tato  ruszył  na  wojnę  z Królem  Arturem  cośtam-cośtam,  bo  ten 

Artur, to jest Pendragon. Mama tak mówiła. 

–  Naszym  zadaniem  jest  dbać  o to,  by  nienawiść  i zemsta  była  wiecznie  żywa  – 

rzekł  Agravaine.  –  Bo  nasza  mama  jest  z rodu  Kornwalii.  Pani  Igraine  była  naszą 

babcią. 

– Musimy pomścić nasz ród. 

–  Bo  nasza  mama  jest  najpiękniejszą  damą  w całym  górzystym,  rozległym, 

mądrym i rozkosznym świecie. 

– I dlatego, że myją kochamy. 

Istotnie,  kochali  ją  bardzo.  Może  tak  zawsze  bywa,  że  człowiek  bezkrytycznie 

background image

oddaje  najlepszą  część  swojego  serca  komuś,  kto  nie  odpłaci  mu  za  to  nawet  ciepłą 

myślą. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ II 

 

 

Na blankach zamku Camelot, w krótkim okresie pokoju między dwiema wojnami, 

stał  sobie  młody  Król  Anglii  ze  swoim  nauczycielem  i obaj  podziwiali  liliowe 

pastwiska  wieczornego  nieba.  Łagodna  poświata  zalała  obszar,  na  który  spoglądali 

z góry, rzeka wiła się leniwie pomiędzy czcigodnym opactwem a szacownym zamkiem, 

a w  wodzie  rozpłomienionej  zachodzącym  słońcem  odbijały  się  wieże,  wieżyczki 

i iglice, zawieszone bez ruchu w spokojnym powietrzu. 

Świat  przedstawiał  się  naszym  dwóm  obserwatorom  jako  zabawka,  gdyż  stali  na 

wysokim wzniesieniu, górującym ponad okolicą. W dole widzieli porosły trawą  teren 

podzamcza  –  niesamowity,  gdy  się  tak  nań  patrzyło  z góry  –  i małego,  skróconego 

perspektywą  człowieczka  z parą  wiader  na  koromysłach,  drepczącego  w stronę 

menażerii. Dalej, przy wartowni, która  sprawiała nieco mniej niesamowite  wrażenie, 

gdyż  nie  leżała  dokładnie  pod  nimi,  zobaczyli  nocnego  strażnika,  który  właśnie 

przejmował  wartę  od  sierżanta.  Wartownicy  trzaskali  obcasami,  salutowali, 

prezentowali  broń  i wymieniali  hasła,  czyniąc  radosny  rwetes  podobny  dzwonom 

weselnym  –  ale  dla  naszych  widzów  spełniali  ceremoniał  w ciszy,  znajdowali  się 

bowiem  bardzo  daleko  w dole.  Wyglądali  jak  para  ołowianych  żołnierzyków, 

zbrojnych  na  modłę  irlandzką,  a ich  dziarskie  kroki  nie  mogły  odbić  się  echem 

o lśniącą,  wyskubaną  przez  owce  murawę.  Dalej,  za  murem,  słychać  było  głosy 

targujących  się  kumoszek,  krzyki  chuliganów,  wrzaski  kaprali,  pomieszane 

z beczeniem  nielicznych  kóz  i dzwonkami  dwóch  czy  trzech  trędowatych  w białych 

kapturach,  którzy  w ten  sposób  oznajmiali  swoje  nadejście;  i z  szelestem  habitów 

sióstr  zakonnych,  które  składały  wizyty  miłosierdzia  ubogim,  wędrując  do  nich 

równiutko,  parami;  i z  odgłosami  bójki  dżentelmenów,  których,  zdaje  się, 

interesowały  konie.  Na  drugim  brzegu  rzeki  płynącej  tuż  pod  zamkowym  murem, 

człowiek  orał  pole  pługiem  przytroczonym  do  końskiego  ogona.  Drewniany  pług 

poskrzypywał.  Nieopodal  drugi  człowiek  w ciszy  łowił  łososia  na  robaka  –  w owych 

dniach rzeki nie były zatrute – a jeszcze dalej osioł dawał koncert przed nadciągającą 

nocą.  Wszelkie  odgłosy  dochodziły  do  pary  widzów  na  wieży  pomniejszone,  jakby 

odbierane przez niewłaściwy koniec megafonu. 

Artur był młody, stał na progu życia. Miał jasne włosy, a na jego twarzy malowała 

się cielęca głupota, a przynajmniej kompletny brak cwaniactwa. Była to szczera twarz, 

o dobrych oczach, budząca zaufanie, jak twarz dobrego ucznia, który cieszy się z tego, 

że  żyje,  i nie  wierzy  w grzech  pierworodny.  Artura  nikt  nigdy  nie  potraktował 

niesprawiedliwie,  więc  dobroć  i wyrozumiałość  wobec  innych  były  dla  niego  stanem 

background image

naturalnym. 

Król miał na sobie aksamitny  płaszcz, który dawniej należał do jego ojca, Uthera 

Zdobywcy.  Płaszcz  oblamowany  był  brodami  czternastu  królów  pokonanych 

w dawnych  czasach.  Szkoda,  że  jedni  królowie  mieli  brody  ryże,  inni  czarne,  jeszcze 

inni  szpakowate,  a w  dodatku  każdy  innej  długości.  Oblamowanie  królewskiego 

płaszcza  przypominało  przez  to  boa  z ptasich  piór.  Wąsiska  świętej  pamięci 

monarchów pozatykano za guziki. 

Merlin nosił białą brodę do pasa, okulary w rogowej oprawie i spiczasty kapelusz. 

Ten  ostatni  przywdziewał  na  cześć  saskich  chłopów  pańszczyźnianych,  których 

tradycyjnymi  nakryciami  głowy  były:  czepek  kąpielowy,  czapka  frygijska  albo  taki 

właśnie stożek ze słomy. 

Z  rzadka,  między  długimi  okresami  wsłuchiwania  się  w wieczór,  zamieniali  po 

parę słów. 

–  Muszę  przyznać,  że  przyjemnie  jest  być  królem  –  stwierdził  Artur.  –  To  była 

wspaniała bitwa. 

– Tak uważasz? 

–  Oczywiście.  Wspaniała.  Przypomnij  sobie  tylko,  jak  Loth  z Orknejów  zmykał, 

gdy wydobyłem mój Ekskalibur. 

– Ale najpierw rozłożył cię na łopatki. 

–  Nieważne.  Udało  mu  się,  bo  to  było  zanim  wydobyłem  Ekskalibur.  Ledwie 

zobaczyli mój wierny miecz, podali tyły jak zające. 

– Wrócą, wrócą – uspokoił go czarodziej. – Cała szóstka. Powiem więcej: królowie 

Orknejów,  Garlothów,  Gore,  Szkocji,  Tower  i Stu  Rycerzy  już  zawiązali  Konfederację 

Celtycką.  Nie  zapominaj,  że  twoje  prawo  do  tronu  opiera  się  na  dość  wątpliwych 

podstawach. 

– Niech sobie wracają – odparł Król. – Ja się ich nie boję. Tym razem naprawdę 

dam im łupnia i zobaczą, kto tu jest panem. 

Staruszek  włożył  do  ust  koniec  brody  i zaczął  go  żuć,  co  robił  zawsze  w chwilach 

konsternacji.  Przegryzł  włos,  który  mu  utknął  między  zębami.  Spróbował  usunąć 

odgryziony  koniec  włosa  językiem,  a gdy  to  nie  poskutkowało,  wyjął  go  palcami. 

Potem zaczął oburącz skracać rozszczepiony koniec brody. 

– Nie tracę wiary, że kiedyś zrozumiesz – rzekł w końcu – ale Bóg jeden wie, jak 

morderczym wysiłkiem jest uczenie ciebie. Cały czas pod górkę. 

– Doprawdy? 

–  Doprawdy!  –  krzyknął  z pasją  Merlin.  –  Doprawdy?  Doprawdy?  Doprawdy? 

Tylko  tyle  potrafisz  powiedzieć?  Doprawdy,  doprawdy,  doprawdy?  Jak  smarkaty 

uczniak. 

– Uważaj, bo utnę ci brodę. 

background image

–  No  to  utnij.  Dobry  pomysł.  Przynajmniej  będę  miał  pretekst,  żeby  przestać  cię 

uczyć. 

Artur  przesunął  łokieć,  którym  się  wspierał o mur  i spojrzał  na swojego  leciwego 

druha. 

– Co się stało, Merlinie? Czy gdzieś popełniłem błąd? Jeżeli tak, to przepraszam. 

Czarodziej rozplatał brodę i wysmarkał nos. 

–  Nie  chodzi  o to,  co  robisz  –  powiedział.  –  Chodzi  o to,  jak  myślisz.  Jest  jedna 

jedyna rzecz, której naprawdę nie znoszę, a mianowicie głupota. Zawsze powtarzam, 

że głupota to Grzech Przeciwko Duchowi Świętemu. 

– Rzeczywiście, coś o tym wspominałeś. 

– Tylko bez ironii. 

Król objął Merlina za ramię i odwrócił twarzą do siebie. 

– Chcę wiedzieć, o co chodzi. Czy jesteś w złym humorze? Jeżeli popełniam jakieś 

głupstwo, powiedz mi, co to takiego. Nie złość się. 

Słowa te do reszty rozjuszyły starego czarownika. 

–  Powiedzieć  ci!  A co  będzie,  gdy  zabraknie  osoby,  która  by  ci  mówiła  o twoich 

błędach?  Nigdy  nie  zaczniesz  myśleć samodzielnie.  Co  będzie,  kiedy  ugrzęznę  w tym 

zakichanym kurhanie, no co, proszę szanownego pana? 

– O kurhanie jeszcze nie słyszałem. 

–  Daj  mi  spokój  ze  swoim  głupim  kurhanem!  Co  za  kurhan?  O czym  to  ja 

mówiłem? 

– O głupocie – przypomniał mu grzecznie Artur. – Zacząłeś od głupoty. 

– No właśnie. 

– Nie wystarczy powiedzieć „no właśnie”. Miałeś rozwinąć temat. 

– Już nie pamiętam, co chciałem powiedzieć. Ty z tymi swoimi uwagami potrafisz 

człowieka  doprowadzić  do szewskiej  pasji.  Po  dwóch  minutach  nikt  by  nie  pamiętał, 

o czym mowa. Od czego się zaczęło? 

– Od bitwy. 

– Aa, już pamiętam! Rzeczywiście zaczęło się od bitwy. 

– Powiedziałem, że to była dobra bitwa. 

– Przypominam sobie. 

–  No,  bo  to  była  dobra  bitwa  –  powtórzył  zaczepnie  Artur.  –  Bitwa  na  medal, 

którą wygrałem i z której miałem wielką frajdę. 

Oczy  czarodzieja  zamgliły  się  jak  oczy  sępa;  Merlin  wycofał  się  w głąb  własnych 

myśli. Przez kilka minut na blankach panowała cisza. Nad głowami króla i czarodzieja 

kołowała  wesoło  para  goniących  się  sokołów  wędrownych,  pokrzykując  „kik-kik-kik” 

i dzwoniąc dzwoneczkami u nóg. Merlin znów wyjrzał na świat przez własne oczy. 

–  Twoja  wygrana  w bitwie  dowodzi  wielkiej  mądrości  –  odezwał  się  uroczyście, 

background image

cedząc słowa. 

Artura  zawsze  uczono,  że  należy  być  skromnym,  a prostoduszność  nie  dała  mu 

zobaczyć, że sęp szykuje się do ataku. 

– Ee tam, bez przesady. Po prostu miałem szczęście. 

– Wielkiej mądrości – powtórzył z naciskiem Merlin. – Ilu twoich łyków padło na 

polu walki? 

– Nie pamiętam. 

– Nie pamiętasz. 

– Kay mówił... 

Król urwał zdanie w połowie i zajrzał czujnie w oczy czarownika. 

– No, rzeczywiście. To nie była taka znowu wielka frajda. Nie pomyślałem o tym. 

– Liczba zabitych  przekroczyła siedmiuset żołnierzy. Naturalnie, prostych łyków, 

więc nie ma o czym mówić. Spośród rycerzy żaden nie odniósł szwanku, jeśli nie liczyć 

tego, który złamał nogę spadając z konia. 

Widząc,  że  Artur  nie  kwapi  się  z odpowiedzią,  staruszek  ciągnął  wywód  tonem 

pełnym goryczy. 

– Przepraszam, zapomniałem, że ty sam byłeś nieźle poturbowany. 

Artur z wściekłą miną wpatrywał się w swoje paznokcie. 

– Nienawidzę cię, kiedy tak zrzędzisz. Merlin rozpromienił się z zachwytu. 

– To rozumiem! – pochwalił. – Oto właściwa postawa! I z radosnym uśmiechem 

ujął  króla  pod  ramię.  –  Pytanie  innych  o radę  to  fatalny  błąd.  Zwłaszcza,  że  już 

niedługo nie będzie mnie tutaj i przestanę ci udzielać rad. 

–  Co  ma  znaczyć  to  ciągłe  gadanie,  że  wkrótce  cię  tu  nie  będzie?  Co  to  za  jakieś 

kurhany? Wytłumacz mi. 

– Co tu tłumaczyć? Zakocham się niebawem w dziewczynie imieniem Nimue, ona 

wyuczy się moich czarów i uwięzi mnie na kilka stuleci w skalnej jaskini. To po prostu 

jedno ze zwykłych, nieuchronnych zdarzeń. 

– Ależ Merlinie! To straszne! Być przez wieki  uwięzionym  w jaskini, jak  ropucha 

w dołku? Nie możemy do tego dopuścić. 

– Nie gadaj głupstw – burknął czarodziej. – O czym to ja mówiłem? 

– O tej panience... 

– Mówiłem o dobrych radach. Jak to nigdy nie trzeba o nie prosić. Mimo to, dam 

ci  pewną  dobrą  radę.  Radzę,  abyś  zawsze  myślał  o bitwach  i o  swoim  królestwie 

Gramarii,  i o  wszystkich  innych  sprawach,  o których  powinien  myśleć  król.  Czy 

będziesz myślał? 

– Będę. Naturalnie, że będę. A ta dziewczyna, która się wyuczy twoich czarów...? 

–  To  są,  widzisz,  sprawy  ludzi,  a nie  królów.  Mówiąc,  że  bitwa  była  piękna, 

myślałeś jak twój ojciec. A ja chcę, żebyś myślał po swojemu; żebyś dawał świadectwo 

background image

edukacji,  której  ci  od  tylu  lat  udzielam  –  wtedy  gdy  ja  już  będę  starym  dziadkiem 

zamkniętym w skalnej dziurze. 

– Merlinie! 

– No,  cicho, cicho. Chciałem cię tylko  trochę wzruszyć. Nie  przejmuj się. Brałem 

cię  na  litość.  Prawdę  mówiąc,  to  z największą  rozkoszą  poodpoczywam  sobie  te 

kilkaset lat. A co się tyczy Nimue, to często i tkliwie ją wspominam. Nie to jest ważne. 

Ważne  jest  samodzielne  myślenie  i kwestia  bitew.  Czyś  ty,  na  przykład,  pomyślał 

chociaż  raz  na  serio  o sytuacji  w kraju,  czy  też  zamierzasz  przez  całe  życie  bimbać 

sobie na nią, jak Uther Pendragon? Jesteś, bądź co bądź, królem tego skrawka ziemi. 

– Za dużo nie myślałem. 

–  A widzisz.  Wobec  tego  pomyślmy  chwilę  razem.  Weźmy,  na  przykład,  pod 

uwagę twojego celtyckiego znajomka, Sir Bruce’a Sans Pitie. 

– Tego drania! 

– Właśnie jego. A czemuż to wyrażasz się o nim tak surowo? 

–  Bo  to  świnia.  Morduje  dziewice  na  prawo  i lewo,  ale  wystarczy,  żeby  rycerz 

z prawdziwego  zdarzenia  stanął  w obronie  niewinnej,  wieje  co  koń  wyskoczy.  Ma 

hodowlę specjalnych, szybkich koni, żeby go nikt nie mógł doścignąć. Poza tym zabija 

ciosem  w plecy.  To  zwykły  awanturnik  i łupieżca.  Zakatrupiłbym  go  na  miejscu, 

gdybym go tylko dopadł. 

–  A mnie  się  zdaje  –  rzekł  Merlin  –  że  on  się  niczym  szczególnym nie  wyróżnia. 

Czymże w końcu jest ów osławiony kodeks rycerski? Wszystko sprowadza się do tego, 

że  gościa  stać  na  własny  zamek  i zbroję,  a kto  ma  zamek  i zbroję,  ten  może  do  woli 

rozkazywać  ludowi  saskiemu.  Ryzykuje  najwyżej  paroma  szramami  w spotkaniu 

z drugim  rycerzem.  Przypomnij  sobie  pojedynek  Pellinore’a  z Grummorem,  który 

obserwowałeś,  będąc  dzieckiem.  Liczy  się  tylko  zbroja.  Baronowi  wolno  całymi 

dniami siekać ludzi w plasterki i dybać – z wzajemnością – na drugiego barona. A kraj 

od tego ginie. „Silny ma zawsze rację” – oto motto na dziś. Bruce Sans Pitie jest tylko 

uosobieniem  ogólnej  sytuacji.  Albo  weź  Lotha,  Neutresa,  Uriensa  i całą  resztę  tej 

celtyckiej  zgrai,  która  walczy  przeciwko  tobie  o królestwo.  Przyznaję:  wyciągnięcie 

miecza  z kamienia  nie  jest  prawnie  uznanym  dowodem  synostwa,  ale  królowie 

Pradawnych  nie  o to  przecież  mają  do  ciebie  pretensje.  Buntują  się  –  chociaż  jesteś 

ich feudalnym suwerenem – tylko dlatego, że twój tron się chwieje. U nas się zawsze 

mówiło,  że  kłopot  Anglii  to  szansa  dla  Irlandii.  Buntownicy  mają  teraz  okazję 

wyrównać  rodowe  porachunki,  upuścić  dla  rozrywki  nieco  krwi  i wzbogacić  się  na 

łupach. Ich samych to warcholstwo nie kosztuje nic a nic, bo są okuci w stal – i tobie 

też, jak widzę, ten sport się podoba. A popatrz na swój kraj; na popalone stodoły, na 

sterczące  z sadzawek  nogi  trupów,  na  wzdęte  zwłoki  końskie  przy  drogach,  na 

rozsypujące się młyny, na pieniądze zakopywane  w ziemi,  na to, że  nikt się nie waży 

background image

wyjść z domu, nosząc złote ozdoby na wierzchu. Oto masz swój kodeks rycerski. Oto, 

czego dokonał Uther Pendragon. A teraz ty mi mówisz, że bitwa to frajda! 

– Myślałem tylko o sobie. 

– Wiem, wiem. 

– Powinienem był myśleć o ludziach, którzy walczyli bez zbroi. 

– No właśnie. 

– Silny Nie Zawsze Ma Rację, tak, Merlinie? 

–  Aha!  –  uśmiechnął  się  szeroko  stary  czarodziej.  –  Aha!  Spryciarz  z ciebie, 

Arturku, ale nie nabierzesz tak łatwo swojego starego belfra. Próbujesz wciągnąć mnie 

w grę,  żebym  znów  myślał  za  ciebie.  Ale  ja  się  nie  dam  złapać.  Za  stary  ze  mnie  lis. 

Dalej musisz myśleć sam. Czy silny ma rację, czy nie ma – a jeśli nie ma, to dlaczego? 

Podaj  przyczyny  i przedstaw  plan  działania.  Ciekawe,  swoją  drogą,  jak  sobie  z tym 

poradzisz. 

–  Jak  ja...  –  zaczął  Król,  ale  zamilkł  na  widok  marsowej  miny  czarodzieja.  – 

Dobrze – rzekł po chwili z większą pewnością siebie. – Pomyślę nad tym. 

I  zabrał  się  do  myślenia,  pocierając  przy  tym  miejsce  na  wąsy,  powyżej  górnej 

wargi. 

Nim  zeszli  z punktu  obserwacyjnego,  wydarzył  się  drobny  „incydent.  Człowiek, 

który  zaniósł  dwa  kubły  z żarciem  do  menażerii,  wracał  tą  samą  drogą  z pustymi 

wiadrami.  Przechodził  dokładnie  pod  nimi:  mała  ruchoma  figurka  w drodze  do 

kuchni.  Artur,  który  od  paru  chwil  bawił  się  luźnym  kamieniem  wydłubanym 

z murów, zmęczył się myśleniem i wychynął przez mur, trzymając kamień w ręku. 

– Curselaine wydaje się stąd bardzo mały. 

– On jest mały. 

– Ciekawe, co by się stało, gdybym spuścił mu na głowę ten kamień. 

Merlin obliczył odległość. 

–  Przy  prędkości  trzydziestu  dwóch  stóp  na  sekundę  –  odpowiedział  –  zapewne 

zabiłby  go  na  miejscu.  Przyspieszenie  przy  takiej  prędkości  wystarczy, żeby  rozłupać 

czaszkę. 

– Jeszcze nigdy nikogo w ten sposób nie zabiłem – wyznał młodzieniec pytającym 

tonem. 

Merlin obserwował go z zaciekawieniem. 

– Jesteś Królem – powiedział. Po chwili dodał: 

– Nikt nie będzie miał do ciebie pretensji, jeżeli spróbujesz. 

Artur tkwił nieruchomy, wychylony, z kamieniem w ręce. Nie zmieniając postawy, 

zerknął w bok i jego oczy napotkały wzrok nauczyciela. 

Kamień zręcznie strącił kapelusz z głowy Merlina. Staruszek puścił się w pogoń za 

Królem, schodami w dół, wymachując różdżką z lignum vilae. 

background image

Artur  był  szczęśliwy.  Jak  pierwszy  człowiek  w Raju  przed  Upadkiem,  cieszył  się 

własną  niewinnością  i pomyślnym  losem.  Zamiast  być  prostym  giermkiem,  został 

królem.  Zamiast  być  opuszczonym  sierotą,  cieszył  się  miłością  wszystkich  ludzi 

z wyjątkiem Celtów i sam wzajemnie darzył wszystkich miłością. 

Żył tak, jakby na radosną, słodką powierzchnię lśniącego rosą świata jeszcze nigdy 

nie spadła ani drobinka smutku. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ III 

 

 

Sir Kay nieraz słyszał opowieści o Królowej Orknejów i był jej bardzo ciekaw. 

– Jaka ona właściwie jest, ta Królowa Morgause? – spytał kiedyś. – Podobno jest 

piękna. I o co właściwie ci Pradawni z nami wojują? A ten jej mąż, Król Loth, co to za 

jeden?  Jak  się  naprawdę  nazywa?  Podobno  niektórzy  nazywają  go  Królem  Lothian 

i Orknejów.  Gdzie  leży  ta  cała  Lothia?  Czy  nie  gdzieś  w okolicach  Brazylii?  Nie 

pojmuję,  o co  ta  cała  rewolucja.  Przecież  wszyscy  w tym  kraju  wiedzą,  że  ich 

prawowitym  feudalnym  władcą  jest  Król  Anglii.  Ona  podobno  ma  czterech  synów. 

Ciekawe, czy to prawda, że nie jest zbyt szczęśliwa w małżeństwie. 

Wracali  konno  z gór,  gdzie  spędzili  cały  dzień,  polując  z sokołami  na  głuszca. 

Merlin  wybrał  się  z nimi,  ale  tylko  aby  zażyć  przejażdżki.  Merlin  był  bowiem  od 

niedawna  wegetarianinem  –  programowym  wrogiem  rozlewu  krwi  –  chociaż 

w cielęcych  latach  bezmyślnej  młodości  żaden  z krwawych  sportów  nie  był  mu  obcy. 

Trzeba  przyznać,  że  nawet  jako  wegetarianin  z zachwytem  –  choć  ukradkiem  – 

obserwował  zwinne  sokoły.  Czatując  na  zdobycz,  zataczały  majestatyczne  kręgi 

wysoko  na  niebie,  gdzie  widać  je  było  jako  punkciki.  Zoczywszy  głuszca,  z głośnym 

furkotem  przypuszczały  na  niego  nagły  a cięty  atak,  po  którym  nieszczęsna  ofiara 

fikała  kozła  i jak  kamień  spadała  we  wrzosowisko.  Trup  na  miejscu.  Pantomima  ta 

była pokusą, której Merlin nie umiał się oprzeć, toteż patrzył, ale bardzo zawstydzony, 

w poczuciu grzechu. Na pociechę powtarzał sobie, że mięso głuszca potrzebne jest do 

nakarmienia ludzi, ale słabe to było usprawiedliwienie, skoro w konieczność jedzenia 

mięsa też się przestało wierzyć. 

Artur,  który  jechał  ostrożnie,  jak  na  rozważnego  młodego  monarchę  przystało, 

oderwał wzrok od skalnego pagórka, który w owych dniach anarchii mógł maskować 

zasadzkę,  i z  uniesioną  brwią  zerknął  ku  nauczycielowi.  Ciekaw  był  –  chociaż  nie 

przesadnie – na które z pytań Kaya czarodziej zdecyduje się udzielić odpowiedzi. Całą 

resztę królewskiej uwagi pochłaniały teoretyczne możliwości wykorzystania terenu do 

celów  militarnych.  Wiedział,  w jakiej  odległości  za  nimi  postępują  sokolnicy  – 

klatkowy, niosący na plecach kwadratową ramę z zakapturzonymi sokołami, a po jego 

bokach dwóch zbrojnych – i gdzie spodziewać się następnego miejsca, skąd wyfrunąć 

może podstępna strzała Williama Rufusa. 

Merlin wybrał pytanie numer dwa. 

– Wojny – rzekł – nigdy nie rozgrywają się z jednego prostego powodu. Składa się 

na nie wiele przyczyn, wzajemnie połączonych. Podobnie rewolucje. 

– Ale musi być przecież główna przyczyna – sprzeciwił się Kay. 

background image

– Niekoniecznie. 

–  Teraz  możemy  ruszyć  truchtem  –  zaproponował  Artur.  –  Za  tymi  skałkami 

mamy dwie mile otwartej drogi, a potem się zatrzymamy i poczekamy na ludzi. Konie 

wypoczną. 

Pęd  powietrza  zdmuchnął  Merlinowi  kapelusz.  Musieli  się  zatrzymać,  żeby  go 

podnieść. Po tym incydencie wiedli już konie statecznie, w jednym szeregu. 

–  Jednym  z powodów  –  mówił  czarodziej  –  jest  odwieczna  nienawiść  między 

Celtami  a Germanami.  Konfederacja  Celtycka  reprezentuje  dawne  rody,  wyparte 

z Anglii  przez  kilka  innych  rodów,  których  przedstawicielem  jesteś  ty,  Arturze. 

Zrozumiałe więc, że dokuczają ci, kiedy tylko mogą. 

– Nie mam głowy do historii – oświadczył Kay. – A już w tych rodach to w ogóle 

trudno się połapać. Tak czy owak, to wszystko łyki pańszczyźniane. 

Starzec spojrzał na niego z błyskiem rozbawienia w oku. 

–  Zdumiewającą  cechą  Normanów  –  zauważył  –  jest  to,  że  nie  mają  zielonego 

pojęcia  o innych  ludziach.  Wiedzą  tylko  o sobie.  Ty,  mój  Kayu,  jako  normański 

dżentelmen,  doprowadziłeś  tę  szczególną  cechę  do  perfekcji.  Ciekaw  jestem,  czy  ty 

w ogóle wiesz, kto to są Celtowie. 

–  Celt  jest  to  rodzaj  topora  bojowego  –  wtrącił  Artur,  a czarodziej  od  kilku 

dobrych  pokoleń  niczym  nie  zdumiał  się  tak  bardzo,  jak  tym  nagłym  przebłyskiem 

erudycji  ze  strony  ucznia.  Istotnie,  było  to  jedno  ze  znaczeń  słowa  „celt”,  z tym  że 

Artur nie miał prawa o tym wiedzieć. 

–  Chodzi  o innych  Celtów.  Mam  na  myśli  ludzi.  Nazwa  Celtowie  obejmuje 

Pradawnych zamieszkujących Brytanię, Kornwalię, Walię, Irlandię i Szkocję. Piktowie 

i inni. 

–  Piktowie?  –  wpadł  mu  w słowo  Kay.  –  Coś  słyszałem!  Piktusy  –  obrazki. 

Malowali się na niebiesko. 

– I to mają być owoce mojej pracy pedagogicznej! Król odezwał się z namysłem: 

–  Czy  mógłbyś  opowiedzieć  mi  więcej  o tych  starych  rodach,  Merlinie? 

Powinienem się orientować w sytuacji, skoro zanosi się na drugą wojnę. 

Tym razem to Kay miał zdumioną minę. 

–  Jaka  wojna?  Pierwsze  słyszę.  Myślałem,  że  stłumiliśmy  rewoltę  w ubiegłym 

roku. 

–  Tamci  zawiązali  nową  konfederację,  z pięcioma  nowymi  królami,  co  czyni  ich 

w sumie  jedenastu.  Nowi  też  są  potomkami  dawnej  krwi:  Clariance  z North 

Humberland,  Idres  z Kornwalii,  Cradelmas  z Północnej  Walii,  Brandegoris  ze 

Stranggore  i Anguish  z Irlandii.  Tym  razem,  obawiam  się,  czeka  nas  wojna 

z prawdziwego zdarzenia. 

– O głupie rody – skrzywił się przyrodni brat Króla. – Ale i tak zabawa może być 

background image

przednia. 

Król zignorował jego uwagę. 

– Mów dalej – zwrócił się do Merlina. – Czekam na objaśnienia. 

–  Tylko  bardzo  proszę  –  dodał  pospiesznie,  kiedy  czarodziej  już  otwierał  usta  – 

bez nadmiaru szczegółów. 

Merlin  jeszcze  dwukrotnie  otworzył  i zamknął  usta,  nim  przystąpił  do  wykładu 

dostosowanego do królewskich warunków. 

–  Około  trzech  tysięcy  lat  temu  –  zaczął  wreszcie  –  kraina,  po  której  właśnie 

podróżujemy, należała do plemienia walczącego miedzianymi toporkami. Dwa tysiące 

lat  temu  plemię  to  zostało  wyparte  na  zachód  przez  inne  plemię,  posługujące  się 

w walce  mieczami  z brązu.  Tysiąc  lat  temu  kolejna  inwazja  przywiodła  na  te  ziemie 

ludzi  z żelazną  bronią,  którzy  jednak  nie  opanowali  całych  Wysp  Piktyjskich, 

ponieważ  w trakcie  ich  inwazji  na  wyspie  pojawili  się  także  Rzymianie  i popsuli  im 

szyki.  Rzymianie  wynieśli  się  jakieś  sześćset  lat  temu,  a wkrótce  potem  inwazja 

teutońska – tym razem głównie ludów zwanych Sasami – przegnała całe towarzystwo, 

jak  zawsze,  na  zachód.  Ledwie  Sasi  zaczęli  się  osiedlać,  zjawił  się  twój  ojciec, 

Zdobywca,  z bandą  Normanów  –  i taki  właśnie  jest  stan  rzeczy  na  dzień  dzisiejszy. 

Robin Wood był saskim partyzantem. 

– Zawsze myślałem, że nasze wyspy nazywają się brytyjskie, a nie piktyjskie. 

– Masz słuszność. Ludzie mówili raz „b”, raz „p”. Niechlujna wymowa spółgłosek 

to specjalność Teutonów. W Irlandii po dziś dzień opowiadają o jakichś Fomorianach, 

którzy byli w istocie Pomorzanami, a znów... 

Artur przerwał ten wywód w krytycznym momencie. 

–  Krótko  mówiąc  –  podsumował  –  my,  Normanowie,  mamy  za  niewolników 

Sasów, którzy z kolei zniewolili podniewolników zwanych Celtami, czyli Pradawnych. 

W takim razie zupełnie nie rozumiem, dlaczego Konfederacja Celtycka wojuje ze mną, 

królem normańskim, skoro jej ród gnębili Sasi, i to w dodatku kilkaset lat temu. 

–  Przeceniasz  celtycką  pamięć,  mój  chłopcze.  Oni  was  nie  rozróżniają. 

Normanowie  to  rasa  teutońska,  tak  samo  jak  Sasi,  których  pokonał  twój  ojciec.  Dla 

potomków starożytnych Celtów oba wasze rody są gałęziami obcego szczepu, który ich 

wygnał na północ i na zachód. 

– Mam dość tej lekcji historii – oznajmił kategorycznie Kay. – Podobno jesteśmy 

już dorośli. A jak tak dalej pójdzie, będziemy za chwilę pisali dyktando. 

Artur  uśmiechnął  się  od  ucha  do  ucha  i wyśpiewał  pierwsze  słowa  inkantacji, 

którą obaj tak dobrze mieli w pamięci: Barabara Celarent Darii Ferioque Prioris, Kay 

dośpiewał antyfonicznie cztery następne wersy. 

– Przecież sami chcieliście – nadąsał się Merlin. 

– No i mamy, cośmy chcieli. 

background image

– Najważniejsze, że będzie wojna, bo Normanowie czy inni Sasi, jak ich zwał, tak 

ich zwał, dawno temu narazili się Celtom. 

– Bzdura! – zawołał czarodziej. – Nigdy nic podobnego nie mówiłem. 

Artur i Kay rozdziawili usta. 

–  Mówiłem,  że  wojna  wybuchnie  z dziesiątków  powodów,  a nie  z jednego.  Na 

przykład  niebagatelną  przyczyną  tej  akurat  wojny  będzie  fakt,  że  Królowa  Morgause 

rządzi się jakby chodziła w spodniach. Czy też raczej rzec powinienem: w pludrach. 

Artur z niemałym trudem sformułował kolejne pytanie: 

–  Chciałbym  mieć  jasność.  Najpierw  daje  mi  się  do  zrozumienia,  że  Loth  i cała 

reszta  buntują  się,  ponieważ  oni  są  Celtami,  a my  Germanami.  Teraz  z kolei 

dowiaduję się, że cała rzecz ma związek ze spodniami Królowej Orknejów.  Może byś 

się raz zdecydował? 

–  Istnieje  zadawniona  waśń  między  Celtami  a Germanami,  o której  mówiłem 

przed  chwilą,  ale  oprócz  niej  istnieją  i inne  waśnie.  Nie  zapomniałeś  chyba,  że  twój 

ojciec,  jeszcze  zanim  przyszedłeś  na  świat,  zamordował  Księcia  Kornwalii?  Królowa 

Morgause to jedna z jego córek. 

– Cudne Siostrzyce Kornwalijskie – przypomniał sobie Kay. 

–  No  właśnie.  Z drugą  siostrą  mieliście  przyjemność  spotkać  się  osobiście,  to 

królowa  Morgana  le  Fay.  Pamiętacie,  jak  poznaliście  Robina  Wooda  i znaleźliście  ją 

na łożu ze smalcu? Trzecia siostra ma na imię Elaine. Wszystkie trzy są czarownicami, 

większego czy mniejszego kalibru, ale tylko Morgana traktuje czary poważnie. 

– Skoro mój ojciec zabił ojca Królowej Orknejów – rzekł Król – to wydaje mi się 

całkiem usprawiedliwione, że Królowa pcha swego męża do buntu przeciwko mnie. 

– To osobista uraza. Osobiste urazy nie usprawiedliwiają wojen. 

–  Powiem  więcej  –  ciągnął  Król.  –  Jeżeli  mój  ród  zagarnął  ziemie  należące  do 

Celtów,  to  uważam,  że  poddani  Królowej  Orknejów  mają  wszelkie  powody,  aby  ze 

mną walczyć. 

Merlin  poskrobał  się  w przedziałek  w brodzie  tą  samą  dłonią,  w której  dzierżył 

cugle. Przez chwilę myślał i nie odzywał się. 

–  Uther  –  rzekł  wreszcie  –  twój  nieodżałowany  ojciec,  był  agresorem.  Podobnie 

jak  jego  poprzednicy,  Sasi,  którzy  wyparli  Pradawnych  z tych  ziem.  Ale  gdybyśmy 

zaczęli  tym  sposobem  żyć  wstecz,  przekonalibyśmy  się,  że  łańcuch  krzywd  nie  ma 

końca.  Pradawni  też  przecież  byli  agresorami  wobec  mieszkającego  tu  wcześniej 

plemienia miedzianych toporków. Ci z kolei podbili i wygnali żyjące tu jeszcze dawniej 

plemię  Eskimosów,  którzy  tworzyli  swe  narzędzia  głównie  z muszli.  Można  się  tak 

cofać i cofać, aż do Kaina i Abla. A rzecz w tym, że podbój saski powiódł się, tak samo 

jak  podbój  Sasów  przez  Normanów.  Twój  ojciec  przed  laty  usadził  Sasów,  mniejsza 

o to  jak  brutalnymi  metodami,  a po  upływie  wielu  lat  trzeba  umieć  zaakceptować 

background image

status  quo.  Chciałbym  ponadto  zauważyć,  że  podbój  normański  był  procesem 

jednoczenia, podczas gdy obecny bunt Konfederacji Celtyckiej jest procesem podziału. 

Konfederaci  pragną  rozbić  organizm,  który  możemy  dziś  nazwać  Zjednoczonym 

Królestwem, na szereg małych, nie znaczących państewek. Z tego punktu widzenia ich 

motywację  trudno  uznać  za  słuszną.  –  Merlin  znów  poskrobał  się  po  brodzie  i nagle 

zawrzał  gniewem.  –  Niedobrze  mi  się  robi  od  tych  nacjonalistów!  Przeznaczeniem 

człowieka jest jednoczyć, a nie dzielić! Ostatecznym owocem podziałów jest gromada 

małp, które siedzą każda na innym drzewie i obrzucają się nawzajem orzechami. 

– Ale z drugiej strony – powiedział Król – trudno zaprzeczyć, żeśmy się dopuścili 

grubej prowokacji. Może powinienem zaniechać walki? 

– I poddać się? – zapytał Kay, raczej ubawiony niż oburzony pomysłem Artura. 

– Mógłbym abdykować. 

Spojrzeli  obaj  na  Merlina,  który  jednak  unikał  ich  oczu.  Jechał  dalej,  zapatrzony 

przed siebie, skubiąc brodę. 

– Czy powinienem się poddać? 

–  Jesteś  Królem  –  odparł  starzec  z upartą  miną.  –  Jeżeli  abdykujesz,  nikt  ci  nic 

nie powie. 

Po chwili jednak Merlin zmienił ton na łagodniejszy. 

–  Czy  wiesz,  że  ja  sam  pochodzę  od  Pradawnych?  Mój  ojciec  był  podobno 

demonem,  ale  w żyłach  matki  płynęła  czysta  krew  celtycka.  Więc  cała  moja  ludzka 

krew to krew Pradawnych. Mimo to, z całą odpowiedzialnością za słowa, krytykuję ich 

nacjonalistyczne ciągoty – a więc w oczach ich polityków jestem zdrajcą. Oni chętnie 

używają obrazi i wych epitetów, bo dzięki nim zdobywają tanią popularność. I jeszcze 

jedno  ci  powiem,  Arturze:  człowiek  ma  w życiu  dość  kłopotów  bez  granic 

państwowych, wojen i honorowych waśni. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ IV 

 

 

Siano  zostało  zwiezione,  a zboże  potrzebowało  jeszcze  tygodnia,  żeby  dojrzeć. 

Siedzieli  w cieniu  na  skraju  pola  i patrzyli,  jak  ogorzałe  postacie  o białych  zębach 

uwijają  się  w pełnym  słońcu,  jak  klepią  kosy,  ostrzą  sierpy  i ogólnie  szykują  się  do 

zakończenia  żniw.  Na  ciągnących  się  tuż  pod  zamkiem  polach  panował  spokój  i nie 

trzeba  się  było  obawiać  zdradzieckich  strzał.  Przyglądając  się  żniwiarzom,  łuskali  na 

wpół  dojrzałe  kłosy  i z  lubością  wgryzali  się  w ziarna,  smakując  mleczną  delikatność 

pszenicy i twardszy, nie tak subtelny, miąższ owsa. Perlisty smak jęczmienia wydałby 

im się dziwny, gdyż ta odmiana zboża nie zdążyła jeszcze dotrzeć do Gramarii. Merlin 

kontynuował wykład. 

– Gdy byłem młody – prawił – panował powszechnie pogląd, że każda wojna jest 

złem. Wielu ludzi odmawiało udziału w walce, bez względu na jej cele. 

– Może słusznie – wtrącił Król. 

–  Niesłusznie.  W pewnych  okolicznościach  walka  jest  wskazana;  wtedy 

mianowicie,  gdy  ktoś  cię  zaatakuje.  Wojny,  mój  miły,  są  podłością  ludzi  podłych.  Są 

podłością,  którą  należy  zwalczać.  Jeżeli  masz  absolutną  pewność,  że  ktoś  rozpętał 

wojnę, stawienie mu oporu staje się wręcz twoim obowiązkiem. 

– Tylko że każda ze stron zawsze zwala winę na przeciwnika. 

–  To  całkiem  naturalne.  I należy  się  z tego  cieszyć,  gdyż  fakt  ten  dowodzi,  że 

w gruncie  rzeczy  każda  ze  stron  wie,  lub  przynajmniej  wyczuwa,  że  rzeczywista 

podłość wojny sprowadza się do tego, kto zaczął. 

– Ale mogą być różne sytuacje – drążył temat Artur. – Gdyby, na przykład, jedna 

strona  głodziła  drugą,  czyli  stosowała  do  jej  zniszczenia  środki  pokojowe, 

ekonomiczne,  a nie  militarne  –  wówczas  ta  druga  strona  miałaby  chyba  powód,  aby 

stanąć do walki o swoje prawa? Czy rozumiesz, o co mi chodzi? 

– Rozumiem, o co, zdaje ci się, że ci chodzi – odparł czarodziej. – Lecz mylisz się. 

Nic,  absolutnie  nic,  nie  usprawiedliwia  wojny.  Bez  względu  na  to,  jak  wielkiej 

niegodziwości  –  z wyjątkiem  wojny  –  dopuściłby  się  twój  naród  wobec  mojego 

narodu,  mój  naród  postąpiłby  źle,  gdyby  rozpoczął  wojnę,  aby  położyć  kres  tej 

niegodziwości.  Pomyśl:  mordercy  nie  uniewinnia  fakt,  że  jego  ofiara  była  bogata 

i gnębiła  go  –  więc  dlaczego  ten  sam  wzgląd  miałby  usprawiedliwiać  naród? 

Z niegodziwością trzeba walczyć rozumem, a nie siłą. 

Do dyskusji włączył się Kay. 

–  Przypuśćmy,  że  Loth,  Król  Orknejów,  obstawi  północną  granicę  swoim 

wojskiem. Czy nasz Król miałby  wówczas inne  wyjście niż  wysłać wojska na tę samą 

background image

granicę?  Dalej:  przypuśćmy,  że  wszyscy  ludzie  Lotha  dobędą  mieczy.  Czy  i my  nie 

powinniśmy wówczas dobyć broni? Sytuacja może się zresztą okazać o wiele bardziej 

skomplikowana. Wydaje mi się, że czasem trudno wskazać agresora. 

Merlina rozgniewało to rozumowanie. 

–  Trudno  jest  tylko  wtedy,  kiedy  się  szuka  trudności  –  zauważył  kąśliwie.  – 

Oczywiście, że w opisanej przez ciebie sytuacji agresorem byłby Loth, ponieważ to on 

zastosował demonstrację siły. Jasny umysł zawsze łatwo rozpozna łajdaka.  Gdy brak 

innych wyraźnych poszlak, łajdakiem jest zawsze ten, kto zadaje pierwszy cios. 

Kay nie zamierzał poddać się tak łatwo. 

–  Wyobraźmy  więc  sobie  dwóch  ludzi  zamiast  dwóch  armii  –  zaproponował.  – 

Stają na wprost siebie. Pod byle pretekstem obnażają miecze. I spacerują sobie jakby 

nigdy  nic,  przy  czym  każdy  próbuje  zajść  przeciwnika  od  najsłabszej  strony.  Może 

nawet od czasu od czasu pozorują ciosy, nie atakując naprawdę. Czy twoim zdaniem 

również w tej sytuacji agresorem będzie ten, który uderzy pierwszy? 

–  Owszem,  jeżeli  nie  występują  żadne  inne  czynniki  ułatwiające  ocenę.  Jednak 

w twojej  poprzedniej  sytuacji  winny  jest  bez  wątpienia  ten,  kto  pierwszy  wystawił 

armię na granicy. 

– Ta teoria pierwszego ciosu niczego nie wyjaśnia. Załóżmy, że obie strony zadają 

cios  równocześnie,  albo  że  nie  sposób  dostrzec,  kto  to  zrobił  pierwszy,  bo  po  obu 

stronach stoi mrowie ludzi? 

–  Ależ  zawsze  występują  dodatkowe  czynniki  oceny  –  zirytował  się  starzec.  – 

Ruszże  głową.  Przypatrz  się,  dla  przykładu,  tej  rewolcie  celtyckiej.  Czy  Król,  który 

siedzi  tu  obok  nas,  ma  jakiekolwiek  powody  do  agresji?  Przecież  on  już  jest 

najwyższym panem feudalnym. Bzdurą byłoby pomawiać go o to, że uderzył pierwszy. 

Przecież nikt nie napada na to, co do niego należy. 

–  Słowo  honoru,  że  ja  nie  zaczynałem  –  rzekł  Artur.  –  Nawet  nie  pomyślałem 

o tym,  że  coś  się  może  zacząć,  dopóki  się  nie  zaczęło.  To  na  pewno  dlatego,  że 

wychowałem się na wsi. 

–  W dziewięćdziesięciu  przypadkach  na  sto  –  kontynuował  wywód  nauczyciel, 

ignorując uwagę Artura – każdy zdrowo myślący człowiek potrafi z łatwością wskazać 

agresora.  Przede  wszystkim  widzi  wyraźnie,  która  ze  stron  może  odnieść  korzyść 

z wojny, a to już poważna poszlaka. Widzi, która strona pierwsza groziła użyciem siły 

albo  która  najpierw  zaczęła  się  zbroić.  I najczęściej  potrafi  wskazać  tego,  kto 

wymierzył pierwszy cios. 

–  Przypuśćmy  jednak  –  nie  ustępował  Kay  –  że  jedna  strona  czyniła  pogróżki, 

a pierwszy cios zadała druga. 

– Wypchaj się swoimi przypuszczeniami. Ja nie twierdzę, że każdą sytuację łatwo 

jest  ocenić.  Mówię  tylko,  i to  od  samego  początku,  że  w wielu  wojnach  agresor  jest 

background image

widoczny  jak  na  dłoni  i że  przynajmniej  w takich  wojnach  walka  ze  zbrodniarzem 

staje  się  obowiązkiem  każdego  przyzwoitego  człowieka.  Jeżeli  natomiast  nie  masz 

pewności  co  do  tego,  czy  gość  jest  zbrodniarzem,  czy  nie  –  a uczciwą  decyzję  w tej 

sprawie  musisz  każdorazowo  podjąć  sam,  w zgodzie  z własnym  sumieniem  –  to 

zostań  pacyfistą.  Sam,  pamiętam,  byłem  przez  jakiś  czas  zajadłym  pacyfistą.  Było  to 

podczas Wojny Burskiej, w Mafeking, kiedy pewna panienka zamachnęła się na mnie 

granatem. 

– Opowiedz o oblężeniu Mafeking – poprosił Kay. – Niedobrze mi się robi od tych 

ciągłych rozważań na temat dobra i zła. 

–  Mafeking...  –  zaczął  czarodziej,  zawsze  gotów  opowiedzieć  komukolwiek 

o czymkolwiek. 

Król przerwał mu jednak. 

–  Mów  raczej  o Locie.  Chcę  go  lepiej  poznać,  skoro  mam  z nim  walczyć.  Jeżeli 

o mnie chodzi, to temat dobra i zła zaczyna mnie wciągać. 

– Król Loth... – rozpoczął Merlin dokładnie tym samym tonem co poprzednio, ale 

tym razem przerwał mu Kay. 

–  Nie,  nie,  opowiedz  raczej  o Królowej.  Zdaje  się,  że  jest  znacznie  ciekawsza  od 

Króla. 

– Królowa Morgause... 

Artur  po  raz  pierwszy  w życiu  skorzystał  z prawa  veta.  Na  widok  jego  uniesionej 

brwi Merlin z niespodziewaną potulnością powrócił do tematu króla Orknejów. 

– Król Loth jest zwyczajnym arystokratą i posiadaczem ziemskim. To pionek. Nie 

trzeba się nim w ogóle przejmować. 

– Dlaczego? 

–  Po  pierwsze  dlatego,  że  jest  on,  jak  to  się  mówiło  w latach  mojej  młodości, 

Dżentelmenem  Mianowanym.  Jego  poddani  są  Celtami,  żona  też,  ale  on  sam  został 

importowany  z Północy.  Jest  więc  Germaninem,  tak  samo  jak  ty,  przedstawicielem 

klasy  panującej,  która  podbiła  Wyspy  dawno  temu.  To  z kolei  oznacza,  że  jego 

podejście do wojny jest dokładnie takie samo, jakie w tej sytuacji zademonstrowałby 

twój  ojciec.  Ma  głęboko  w nosie  i Celtów,  i Germanów,  a wojuje  z tych  samych 

powodów, dla których moi znajomi z epoki Królowej Wiktorii urządzali polowania na 

lisy albo na procenty bankowe. Poza tym żona mu każe wojować. 

– Czasami żałuję, że nie żyjesz do przodu jak normalni ludzie – westchnął Król. – 

Te czasy wiktoriańskie, te twoje Mafekingi... 

Merlin uniósł się honorem. 

– Porównanie normańskich wojen z wiktoriańskimi polowaniami na lisy uważam 

za  wyjątkowo  celne.  Zapomnij  na  chwilę  o ojcu  i o  Królu  Locie,  a przypatrz  się 

literaturze. Przypomnij sobie normańskie mity o legendarnych rycerzach Angevin. Od 

background image

Wilhelma  Zdobywcy  po  Henryka  III  rozgrywano  wojny  sezonowe.  Z nadejściem 

każdej  nowej  pory  roku  rycerze  potykali  się  ze  sobą  w świetnych  zbrojach,  które 

ryzyko  uszkodzenia  ciała  czyniły  równym  ryzyku  podczas  polowania  na  lisy. 

Przypomnijmy  sobie  rozstrzygającą  bitwę  pod  Brenneville,  w której  na  polu  walki 

stanęło dziewięciuset rycerzy, a poległo raptem trzech. Albo Henryk II: pożyczył forsę 

od  Stefana,  żeby  wypłacić  żołd  własnemu  wojsku,  które  skierował  przeciwko  temuż 

Stefanowi.  Dalej:  etykieta  wojenna  wymagała,  aby  Henryk  cofnął  się  z oblężenia 

z chwilą,  gdy  jego  wróg  Ludwik  przybył  na  odsiecz  obrońcom  grodu  –  ponieważ 

Ludwik był jego feudalnym zwierzchnikiem. Przypomnijcie sobie oblężenie góry Saint 

Michel:  zwycięstwo  uznano  za  niesportowe,  ponieważ  oblężonym  zabrakło  wody. 

Bitwę pod Malmesbury przerwano i nigdy jej nie dokończono z racji złej pogody. Oto 

tradycje  wojenne,  których  dziedzicem  jesteś,  mój  Arturze.  Jesteś  królem  państwa, 

w którym tani agitatorzy rozniecają waśnie rodowe, a szlachta wojuje dla zabawy, i w 

którym ani lokalny patriota, ani zakuty w zbroję możny pan nie pomyśli choćby przez 

chwilę  o losie  zwyczajnego  żołnierza,  który  jako  jedyny  zbiera  cięgi.  Jeśli  nie zdołasz 

zmienić  biegu  świata,  Mości  Królu,  twoje  panowanie  będzie  nie  kończącym  się 

pasmem  wojen  i wojenek,  prowadzonych  na  złość  komuś  albo  dla  sportu,  w których 

ginąć  będzie  zawsze  tylko  biedak.  Dlatego  tak  gorąco  proszę  cię,  abyś  myślał. 

Dlatego... 

– Zdaje mi się – przerwał mu Kay – że Dinadan macha do nas na znak, że obiad 

gotowy. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ V 

 

 

Dom  Matki  Morlan  na  Orkadach  niewiele  był  większy  od  psiej  budy  –  za  to 

wygodny  i pełen  ciekawych  drobiazgów.  Na  drzwiach  przybite  były  dwie  końskie 

podkowy,  wewnątrz  domu  zaś  znajdowało  się:  pięć  świętych  figur  kupionych  od 

pielgrzymów  i oplecionych  zużytymi  różańcami  –  paciorki  pękają  bowiem,  kiedy 

modlić się jak należy, kilka pęków płowego lnu na pokrywie solnicy, kilka szkaplerzy 

zawieszonych na pogrzebaczu, dwadzieścia flaszek górskiej rosy  – w tym tylko  jedna 

z zawartością,  blisko  buszel  suszonych  palemek  –  pamiątek  po  Niedzielach 

Palmowych z ostatnich siedemdziesięciu lat, oraz duży zapas wełnianych sznurków do 

wiązania  krowie  na  ogonie  gdy  się  cieli.  Znajdowało  się  tam  ponadto  wielkie  ostrze 

kosy, które staruszka miała nadzieję wypróbować pewnego dnia na złodzieju – gdyby 

znalazł się taki głupi, który by się zapędził w te okolice – w kominie natomiast wisiały 

skóry  węgorzy  i kolekcja  powiązanych  końskimi  rzemieniami  żeberek  z popielnika, 

które  nieboszczyk  mąż  Matki  Morlan  planował  przerobić  na  cepy.  Pod  skórami 

węgorzy  stała  ogromna  butla  ze  święconą  wodą,  a na  wprost  torfowego  paleniska 

siedział  jeden  z licznych  irlandzkich  świętych  zamieszkujących,  podobne  pszczelim 

gniazdom,  celki  na  tych  wyspach.  Święty  dzierżył  w dłoni  szklaneczkę  z wodą  życia. 

Był  to  święty,  który  zszedł  na  manowce,  uległ  bowiem  pelagiańskiej  herezji 

Celestiusza,  wedle  której  dusza  miała  być  zdolna  do  samozbawienia.  Tłumaczył  to 

właśnie Matce Morlan i szklance whisky. 

– Bóg z tobą i Maryja, Matko Morlan – rzekł na powitanie Gawaine. – Przyszliśmy 

posłuchać opowieści. 

– Bóg z tobą, i Maryja, i Andrzej takoż – huknęła w odpowiedzi czcigodna dama. 

–  Jak  śmiesz,  powsinogo,  żądać  opowieści! Nie  widzisz,  że  jego  świątobliwość siedzi 

tu w popiele? 

–  Dobry  wieczór,  Święty  Toirdealbhachu.  Nie  zauważyliśmy  świętego,  bo  już 

ciemno. 

– Niech wam Bóg błogosławi. 

– Nawzajem, nawzajem. 

–  Ale  musi  być  o morderstwach  –  postawił  warunek  Agravaine.  – 

O morderstwach i o krukach, które wyłupują ludziom oczy. 

–  O nie!  –  zaprotestował  Gareth.  To  ma  być  historia  tajemniczej  dziewczyny, 

która  poślubiła  pewnego  człowieka,  bo  on  ukradł  czarodziejskiego  konia  jednemu 

olbrzymowi. 

– Na litość boską – zauważył Święty Toirdealbhach. – To ci będzie historia, jak się 

background image

te wasze zachcianki skleci do kupy! 

– Święty Toirdealbhachu, najlepiej ty nam coś opowiedz. 

– Opowiedz nam o Irlandii. 

– Albo o Królowej Maeve, która się zakochała w byku. 

– Albo nam pokaż, jak się tańczy jig. 

– Panie, bądź miłościw nieszczęśnikom, którym się wydaje, że jego świątobliwość 

będzie tańczył jig! 

Czterej przedstawiciele arystokracji przysiedli gdzie popadło – w chacie były tylko 

dwa stołki – i zamarli w wyczekującym milczeniu, wpatrzeni w świętą osobę. 

– Czy życzycie sobie historii z morałem? 

– O nie, tylko nie z morałem. Najlepiej jak się biją. Święty Toirdealbhachu, proszę 

nam opowiedzieć, jak święty rozwalił łeb biskupowi! 

Święty pociągnął zdrowy łyk białej whisky i splunął w ogień. 

–  Dawno  temu  żył  sobie  król  –  rozpoczął,  a słuchacze  zaszurali  siedzeniami, 

moszcząc się wygodnie na swoich miejscach. 

–  Dawno  temu  żył  sobie  król  –  powtórzył  święty  Toirdealbhach  –  a zwał  się  on, 

można  wierzyć  lub  nie,  Conor  Mac  Nessa.  Był  to  kawał  chłopa,  istny  wieloryb, 

a mieszkał  ze  swoimi  krewniakami  w krainie  zwanej  Tara  Królewska.  Pewnego  razu 

przyszło  mu  ruszyć  na  wojnę  z krwiożerczą  bandą  O’Hare’ow  i w  bitwie  trafiła  go 

zaczarowana kulka. Trzeba wam wiedzieć, że dawni bohaterowie najchętniej wyrabiali 

kulki  z mózgów  swoich  wrogów:  mózg  dzieliło  się  na  kawałki,  z każdego  kawałka 

kręciło się między dłońmi kule, a potem te kulki suszyło się na słońcu. Strzelali nimi 

prawdopodobnie  z arkebuzów,  z proc  albo  z kuszy.  No  i właśnie  taka  kulka  trafiła 

starego Króla w skroń, przebiła czaszkę i umiejscowiła się tuż pod nią, w krytycznym 

punkcie. 

– Ładne rzeczy – powiedział na to Król i zaraz posłał po cyrulików, żeby przyszli 

na konsylium lekarskie. 

Pierwszy cyrulik rzecze: 

– Już po tobie, Królu Conorze. Kulka siedzi na skraju mózgu. 

To  samo  powiedzieli  wszyscy  inni  panowie  medycy,  bez  żadnej  czci  dla  osoby 

i wiary. 

– No i co ja mam robić? – lamentował Król Irlandzki. – Fortuna, jak widzę, wcale 

mi  nie  sprzyja.  Człowiek  nawet  chwilkę  nie  może  sobie  spokojnie  powalczyć,  żeby 

zaraz nie stanąć nad grobem! 

–  Tylko  bez  wrzasków  –  mówią  mu  na  to  medycy.  –  Jest  jeden  sposób  na 

przeżycie,  a mianowicie:  wystrzegać  się  wszelkich  nienaturalnych  wzruszeń,  i to  już, 

od zaraz. 

–  Zresztą  –  dodają  po  chwili  –  naturalnych  wzruszeń  tak  samo  należy  się 

background image

wystrzegać; inaczej kulka wywoła rupturę, ruptura spowoduje zaognienie, zaognienie 

przejdzie  w stan  zapalny,  a skutkiem  tego  procesu  będzie  całkowity  zanik  funkcji 

życiowych organizmu. Tylko spokój może cię uratować, Królu Conorze, w przeciwnym 

razie wylądujesz w ziemi i robaki się o ciebie zatroszczą. 

–  Sami  widzicie,  że  sytuacja  była  niewesoła.  Nieszczęsny  Conor  całymi  dniami 

przesiadywał  w zamku  i ani  się  nie  mógł  pośmiać,  ani  pofechtować,  ani  łyknąć  choć 

naparsteczka  wody  ze  spiritusem,  ani  spojrzeć  na  białogłowę,  żeby  mu  się 

przypadkiem mózgownica nie rozleciała na kawałki. Kulka tkwiła mu w skroni, pół na 

wierzchu, pół pod czaszką, i to był cały jego zakichany los. 

–  Niech  licho  porwie  te  dochtory!  –  skomentowała  opowieść  Matka  Morlan.  – 

Jeden gorszy drań od drugiego. 

-1  co  się  z nim  w końcu  stało?  –  zapytał  Gawaine.  –  Długo  jeszcze  żył  w tej 

separatce? 

–  Co  się  stało?  Właśnie  miałem  mówić.  Pewnego  dnia  rozszalała  się  straszna 

burza,  mury  zamku  trzęsły  się  jak  rybackie  sieci,  a dwie  potężne  baszty  runęły  jak 

ścięte. Takiej burzy nikt w tamtych stronach od dawna nie pamiętał, więc Król Conor, 

nie  bacząc  na  rozszalały  żywioł,  wybiegł  szukaćjakowejś  rady.  Natknąwszy  się  na 

jednego z cyrulików, zapytał go, co też to może oznaczać. Cyrulik był mężem uczonym 

i wytłumaczył  zjawisko  Królowi  Conorowi.  Powiedział  mu  mianowicie,  że  tegoż  dnia 

w państwie  żydowskim  zawisł  na  drzewie  Zbawiciel  i właśnie  dlatego  rozpętała  się 

burza.  A potem  jeszcze  opowiedział  Królowi  o Bożej  Ewangelii.  No  i wtedy,  jak  się 

zapewne  sami  domyślacie,  Conor,  Król  Irlandii,  zdjęty  słusznym  gniewem,  popędził 

do zamku po miecz i niepomny na burzę gnał dalej, na odsiecz swemu Zbawicielowi. 

I tak właśnie umarł. 

– Na śmierć? 

– Na śmierć. 

– Coś podobnego! 

– Piękny sposób – zachwycił się Gareth – niezbyt korzystny dla zdrowia, ale za to 

jaki szlachetny! 

Agravaine rzekł na to: 

– Gdyby mnie lekarz zalecił ostrożność, nie przejmowałbym się byle czym. Niech 

się dzieje co chce. 

–  Ale  Król  postąpił  po  rycersku,  prawda?  Gawaine  dłubał  nerwowo  przy  palcach 

u nóg. 

– Postąpił jak głupek – rzekł po namyśle. – Nikomu na nic się to nie przydało. 

– Jednak miał dobre intencje. 

–  Przecież  ta  sprawa  nie  dotyczyła  jego  rodziny  –  zauważył  Gawaine.  –  W ogóle 

nie rozumiem, dlaczego się tak przejął. 

background image

– Jak  to: nie  dotyczyła jego rodziny? Dotyczyła Boga, który  jest rodziną każdego 

człowieka. Król Conor stanął w obronie słusznej sprawy i oddał za nią życie. 

Agravaine  wiercił  się  niespokojnie  na  swoim  miejscu  w miękkim,  rudawym, 

torfowym  popielisku.  Nie  mógł  spokojnie  słuchać  bzdur,  które  wygadywał  Gareth. 

Aby zmienić temat, poprosił: 

– Opowiedz nam o stworzeniu świń. 

–  Albo  –  dorzucił  pospiesznie  Gawaine  –  o przesławnym  Conanie  wczarowanym 

w fotel. Jak  przyrósł do fotela i nie można go było stamtąd ruszyć. Oderwali go więc 

siłą,  a potem trzeba mu było  zaszczepić na zadku  płat skóry i przeszczepili mu skórę 

owcy, i od tamtego czasu skarpety klanu Fianna wyrabiano z wełny, która wyrosła na 

Conanie. 

–  Nie  zgadzam’  się  –  rzekł  Gareth.  –  Dosyć  bajek.  Lepiej  usiądźmy  kołem. 

Pomówmy o naszym ojcu, który toczy wojny w dalekich stronach. 

Święty Toirdealbhach pociągnął solidny łyk górskiej rosy i splunął w ogień. 

–  Czy  to  nie  piękna  rzecz:  wojna?  –  rozmarzył  się.  –  Sam  niegdyś  wiele  czasu 

spędzałem  na  wojnach,  zanim  mnie  uświęcili.  Ale  w końcu  zmęczyło  mnie  to 

wojowanie. 

Gawaine bardzo się zdziwił. 

– Nie rozumiem, jak można zmęczyć się wojaczką. Ja na pewno nigdy się nią nie 

zmęczę. Wojna to właściwe zajęcie dla dżentelmena. Zmęczyć się wojną to tak, jakby 

się zmęczyć polowaniem albo sokołami. 

– Wojna – zauważył Toirdealbhach – jest dobra, póki nie ma w niej za wielkiego 

tłoku.  Jak  wielu  walczy  naraz,  trudno  się  połapać,  o co  się  w ogóle  walczy.  W Starej 

Irlandii  bywały  piękne  wojny,  ale  zawsze  o byka  albo  coś  w tym  stylu,  więc  każdy 

walczył jak o swoje. 

– A czemu ciebie zmęczyło wojowanie? 

–  Bo  był  tłok  niemożebny  i okrutna  rzeź.  Jak  można  zabić  śmiertelnika  za  coś, 

czego on nie rozumie, albo w ogóle za nic? Zawsze wolałem pojedynki. 

– To musiało być dawno temu. 

–  Oj,  dawno!  –  westchnął  żałośnie  święty.  –  Na  te  kulki,  co  wam  mówiłem, 

nadawał się tylko mózg z pojedynku. To był cały ich sekret. 

–  Popieram  Toirdealbhacha  –  powiedział  Gareth.  –  Jaki  sens  mordować 

nieszczęsnych  łyków,  którzy  o niczym  nie  mają  pojęcia?  Niech  lepiej  ci,  co  mają  do 

siebie pretensje walczą sami między sobą, rycerz przeciwko rycerzowi. 

– W ten sposób w ogóle nie byłoby wojen! – zawołał Gaheris. 

– To absurd! – skrytykował ideę Gawaine. – W wojnie muszą być ludzie, mrowie 

ludzi. 

– W przeciwnym razie nie byłoby kogo zabijać – dokończył logicznie Agravaine. 

background image

Święty  dolał  sobie  whisky,  zanucił  parę  taktów  ballady  Twoje  zdrowie,  kochana 

Pijutko i zerknął z ukosa na Matkę Morlan. Wyraźnie czuł, że dopada go nowa herezja 

– być może pod  wpływem alkoholu –  tym razem mająca związek  z celibatem  księży. 

Święty  Toirdealbhach  dysponował  szerokim  wachlarzem  heretyckich  ciągot 

i poglądów, jak  to: kształt tonsury  na jego własnej głowie, klasyczna polemika wokół 

daty Wielkiej Nocy, pomysły pelagian, które gorliwie lansował – lecz ten nowy impuls 

był dość szczególnej natury i kazał świętemu zwątpić w sens obecności dzieci u Matki 

Morlan. 

–  Wojny,  wojny!  –  parsknął  pogardliwie.  –  Co  wy,  smarkacze,  możecie  wiedzieć 

o wojnach,  skoro  największy  z was  jest  wzrostu  siedzącej  kury?  Zmykajcie  stąd,  nim 

mnie weźmie ochota porachować wam kości. 

Nie ma nic gorszego niż  rozjuszony święty i Pradawni doskonale o tym wiedzieli, 

więc chłopcy nie zwlekając zerwali się na równe nogi. 

–  Za  przeproszeniem  Waszej  Świątobliwości,  nie  mieliśmy  złych  zamiarów  – 

tłumaczyli się na odchodnym. – Chodziło nam tylko o wymianę poglądów. 

–  Ja  wam  tu  zaraz  wymienię  poglądy! –  ryknął  święty,  chwytając  za  pogrzebacz. 

Lecz oni w mgnieniu oka znaleźli się po drugiej stronie niskich drzwi, na piaszczystej 

drodze, w promieniach zachodzącego słońca. Z ciemnego wnętrza chaty nadal ścigały 

ich klątwy, a może tylko zwyczajne pogróżki świętego. 

Na drodze dwa wyliniałe osły szukały chwastów w szczelinach kamiennego muru. 

Osły  stąpały  z trudem,  gdyż  nogi  miały spętane,  a ich  kopyta,  przerośnięte  do  granic 

okrucieństwa, przywodziły na myśl baranie rogi albo łyżwy z podwiniętymi  czubami. 

Chłopcy  zaraz  wzięli  osły  pod  swoją  komendę,  gdyż  widok  zwierząt  zrodził  w ich 

głowach  nowy  pomysł  i natychmiastową  gotowość  do  akcji.  Postanowili  dać  sobie 

spokój  z bajkami  i dyskusjami  o wojnie,  a za  to  pojechać  na  osłach  do  zatoczki  za 

wydmami,  gdzie  rybacy  na  łozinowych  łodziach  obciągniętych  nieprzemakalną 

tkaniną łowili ryby. Osły mogłyby się przydać do dźwigania ryb. 

Gawaine i Gareth ujeżdżali na zmianę grubszego osła. Gdy jeden z braci jechał na 

oklep,  drugi  popędzał  wierzchowca  witką.  Osioł  od  czasu  do  czasu  wykonywał  nagły 

skok, ale kategorycznie wzbraniał się przed truchtem. Agravaine i Gaheris dosiedli we 

dwóch  chudszego  osła.  Agravaine  jechał  zwrócony  twarzą  do  oślego  zadu  i wściekle 

chłostał tę część anatomii wierzchowca grubym warkoczem wodorostów. Bił tuż koło 

odbytu, żeby bardziej bolało. 

Zaiste,  dziwny  przedstawiała  widok  ta  grupa  ludzi  i zwierząt  zmierzających  ku 

morzu:  chude  dzieci,  każde  z gilem  u ostro  zarysowanego  nosa,  w przyciasnych 

kapotach, z rękawów których sterczały kościste rączyny, i dwa osły, które posuwały się 

naprzód zataczając małe kółeczka i podrywały się nerwowo, ilekroć na ich zady spadał 

kąśliwy bat. 

background image

Niesamowite  w tej  scenie  było  to,  że  nie  miała  żadnego  związku  z otaczającą  ją 

rzeczywistością,  a jej  uczestnikami  powodowała  jedna  obsesyjna  idea.  Byli  jak 

samoistny system słoneczny w próżni, gdzie nic poza nim nie istnieje. Zataczali coraz 

to  nowe  kręgi  wokół  wydm  i szorstkich  szuwarów  broniących  ujścia  rzeki.  Kto  wie, 

może każda planeta ma swoją obsesję, która ją gna po orbicie. 

Dzieci  z wielkim  zapamiętaniem  maltretowały  osły.  Nikt  im  nigdy  nie  mówił,  że 

okrucieństwem jest zadawać ból żywej istocie. Ale i osłom nikt o tym nie wspominał. 

Żyjąc na marginesie świata, chłopcy aż nadto oswoili się z okrucieństwem i nigdy mu 

się  nie  dziwili.  Miniaturowy  cyrk  stanowił  więc  zgraną  całość:  bestie  nie  chciały  iść, 

dzieci  z werwą  zmuszały  je  do  marszu,  a obie  strony  łączyło  ogniwo  cierpienia, 

akceptowane  przez  każdą  z nich  bez  cienia  wątpliwości.  Ból  był  w tym  układzie 

zjawiskiem  tak  oczywistym,  że  znikł  z obrazu,  jak  wartość  zniesiona  do  zera 

w równaniu  matematycznym.  Zwierzęta  nie  sprawiały  wrażenia  cierpiących,  a dzieci 

nie  wyglądały  na  rozradowanych  sadystów.  Jedyna  różnica  między  nimi  polegała  na 

tym, że chłopcy okazywali gwałtowne ożywienie, a osły na odwrót: skrajną apatię. 

W  tę  oto  rajską  scenę,  gdy  wspomnienie  o chacie  Matki  Morlan  tliło  się  jeszcze 

słabo  w ich  pamięci,  wpłynęła  czarodziejska  barka,  obita  białym  aksamitem, 

nierealna, nadzwyczajna, owiana cudną muzyką, którą wydawał jej kil tnący fale. Na 

pokładzie  znajdowali  się  trzej  rycerze  i gnębiona  morską  chorobą  suka  rasy 

myśliwskiej.  Trudno  sobie  wymarzyć  widok  bardziej  zgodny  z duchem  celtyckiej 

tradycji. 

–  Dalibóg  –  dobiegł  ich  głos  jednego  z rycerzy,  gdy  barka  była  jeszcze  daleko  od 

brzegu. – Widzę zamek, chyba żebym się mylił. I to całkiem niczego sobie zameczek! 

– Lepiej przestań bujać łodzią, dobrodzieju – poradził mu ktoś z towarzyszy – bo 

wszyscy się skąpiemy. 

Zbesztany  Król  Pellinorc  momentalnie  stracił  zapał  i do  reszty  zadziwił  i tak  już 

oniemiałe dzieci, wybuchając głośnym szlochem. Jego łkania mieszały się z chlupotem 

fal i muzyką przybliżającej się do brzegu łodzi. 

–  Ach,  morze!  –  łkał  Król  Pellinore.  –  Chciałbym  spocząć  na  twoim  dnie!  Z pięć 

sążni pod powierzchnią, słowo daję. O, biada mi, biada! 

–  Nie  ma  co  wołać  obiada,  dobrodzieju,  bo  obiad  będzie  najwcześniej,  jak 

dobijemy do brzegu. A kiedy dobijemy nie wiadomo, bo to jest łajba magiczna. 

– Ja nie wołam obiada – nadąsał się Król. – Ja wołam: O, biada! 

– No to ci przecież tłumaczę, że nie ma obiada. 

– Gwiżdżę na obiad! Mówiłem: O, biada! 

– No dobrze już, dobrze. Dostaniesz swojego obiada. 

W  tej  samej  chwili  czarodziejska  barka  przybiła  do  brzegu,  dokładnie  w miejscu, 

gdzie zazwyczaj cumowały łodzie rybaków. Trzej rycerze zeszli na ląd i okazało się, że 

background image

jeden  z nich  ma  czarną  skórę.  Był  to  uczony  poganin,  inaczej  mówiąc  Saracen, 

imieniem Sir Palomides. 

– Szczęśliwie jesteśmy na lądzie, do kroćset! – zauważył Sir Palomides. 

Ludzie ciągnęli zewsząd, milczący, jak w transie. Zbliżając się do rycerzy, zwalniali 

kroku,  ale  ci,  którzy  byli  jeszcze  daleko,  biegli  co  sił  w nogach.  Mężczyźni,  kobiety 

i dziatwa  zbiegali  z wydm  i z  zamkowego  wzgórza,  ale  im  byli  bliżej,  tym  wolniej 

stąpali.  O dwadzieścia  jardów  od  celu  zatrzymali  się  i stanęli  kołem,  milcząco 

wpatrzeni  w przybyszów,  jak  zwiedzający  przed  obrazami  w galerii  Uffizzich. 

Studiowali  postacie  w nabożnym  skupieniu.  Bez  pośpiechu,  bo  nie  musieli  zaraz 

pędzić  do  następnego  obrazu.  Innych  obrazów  nie  było  –  jeśli  nie  liczyć  pospolitych 

scen  z życia  Lothian,  znanych  im  aż  za  dobrze  od  urodzenia.  W ich  spojrzeniach  nie 

było  wrogości,  ale  nie  było  i życzliwości.  Obrazy  są  wszak  po  to,  żeby  im  się 

przyglądać. Lustracja zaczynała się od stóp – a było na co popatrzeć, gdyż  przybysze 

obuci  byli  niecodziennie,  jak  to  rycerze  w pełnym  rynsztunku.  Spojrzenia  gapiów 

rejestrowały  fakturę,  konstrukcję,  zastosowanie  i przypuszczalną  cenę  obcych  im 

kostiumów.  Od  stóp  posuwali  się  wzrokiem  ku  nagolennikom,  taszkom  i dalej  do 

góry.  Mniej  więcej  po  pół  godzinie  docierali  do  twarzy,  którym  się  przyglądali  na 

ostatku. 

Celtowie  z rozdziawionymi  gębami  otaczali  Germanów.  Tymczasem  wiejska 

dzieciarnia  rozgłaszała  nowinę  po  okolicy.  Nadbiegła  Matka  Morlan  w zatkniętej  za 

pasek  spódnicy,  a rybacy  na  pełnym  morzu  tęgo  machali  wiosłami,  gnając  łozinowe 

łodzie do domu. Młodzi książęta Lothian jak w transie pozsiadali z osłów i przyłączyli 

się  do  ludzkiego  kręgu.  Krąg  zaczął  napierać  do  przodu:  z wolna,  cicho, 

systematycznie,  jak  sekundnik  zegarka.  Chwilami  słychać  było  zduszone  okrzyki 

spóźnialskich, którzy milkli, gdy tylko dostali się w magiczny krąg. Krąg zaciskał się, 

gdyż chciał dotknął rycerzy – może nie tak zaraz, może nie w ciągu kilku najbliższych 

kwadransów, może dopiero po wnikliwej lustracji, a może nigdy. Lecz chęć dotknięcia 

przybyszów  była  silna,  a brała  się  częściowo  z potrzeby  sprawdzenia,  czy  są  to 

osobnicy  z krwi  i kości,  częściowo  zaś  z chęci  dokładniejszego  oszacowania  wartości 

ich strojów.  Na razie oceniano  je z daleka, a tymczasem zaczęły się dziać  trzy rzeczy. 

Matka Morlan i inne starsze kobiety jęły odmawiać różaniec, młode kobiety szczypały 

jedna  drugą  i chichotały,  mężczyźni  zaś,  zdjąwszy  czapki  przez  szacunek  dla 

modlitwy, wymieniali po celtycku uwagi w rodzaju: „Patrzcie no tego czarnego! Toż to 

skaranie  boskie!”,  albo:  „Jak  se  myślicie,  wyłazi  to-to  czasem  z tej  blaszanej  puszki? 

Goły  śpi,  czy  zakuty?”  Dzięki  takim  pytaniom  w umysły  wszystkich  obecnych,  bez 

względu  na  płeć,  wiek  i zamożność,  zakradła  się  wroga  nieufność  –  naczelny  rys 

celtyckiej  mentalności.  To  muszą  być  rycerze  sascy  –  uznali  ludzie.  Widać  to  było 

zresztą  po  zbrojach.  A więc  rycerze  tego  Króla  Artura,  przeciwko  któremu  ich  Król 

background image

zbuntował  się  niedawno  po  raz  drugi.  Czyżby  przybyli  z typowo  saskim  chytrym 

planem  przekabacenia  Króla  Lotha?  Czy  może  jako  delegacja  najwyższego  władcy 

feudalnego mają od wszystkich pościągać daninę? A może to piąta kolumna? A może 

w ogóle  cała  sprawa  jest  jeszcze  bardziej  skomplikowana,  bo  przecież  Sas  jest  za 

chytry, żeby przybywać gdziekolwiek w przebraniu Sasa – więc może przybysze wcale 

nie  reprezentują  Króla  Artura?  Czyżby,  knując  intrygę  ponad  wszelkie  ludzkie 

wyobrażenie, poprzebierali się za samych siebie? Gdzie kryje się podstęp? Bo przecież 

we wszystkim czai się jakiś podstęp. 

Krąg  gapiów  zacieśniał  się,  gęby  rozwierały  się  coraz  szerzej,  zgarbione  postacie 

przybrały  kształty  worków  i strachów  na  wróble,  małe  oczka  popatrywały  koso  ze 

straszną  podejrzliwością,  a wszystkie  twarze  oblekły  się  w wyraz  bydlęcej  głupoty 

i wyraźniejszej niż zwykle pustki myślowej. 

Rycerze  stanęli  razem  w odruchu  samoobrony.  Nie  mieli  pojęcia,  że  Anglia  jest 

w stanie  wojny  z Orknejami.  Zajęci  swoją  Misją,  pozostawali  odcięci  od  bieżących 

wiadomości. I nic nie wskazywało na to, aby lud Orknejów miał ich oświecić. 

–  Nie  patrzcie  zbyt  ostentacyjnie  w tamtą  stronę  –  poradził  towarzyszom  Król 

Pellinore.  –  Nie  wiem  jak  wy,  aleja  odnoszę  wrażenie,  że  przyglądają  nam  się  jacyś 

ludzie. Czy uważacie, że są nieszkodliwi? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VI 

 

 

Carlion przygotowania do drugiej kampanii osiągnęły punkt kulminacyjny. Merlin 

poczynił pewne sugestie co do zwycięskiej strategii, trzymano je jednak w tajemnicy, 

gdyż  chodziło  między  innymi  o zasadzkę  i sekretną  pomoc  z zewnątrz.  Nadciągająca 

powoli armia Lotha tak dalece przewyższała liczebnie siły Króla, że użycie fortelu stało 

się koniecznością. Plan strategiczny objęto więc ścisłą tajemnicą, znaną tylko czterem 

osobom. 

Zwykli  obywatele,  nie  wprowadzeni  w arkana  wielkiej  polityki,  mieli  i tak 

mnóstwo  zadań  do  wykonania.  Trzeba  było  ostrzyć  piki  na  żarnach,  toteż  wszystkie 

okoliczne  żarna  hurgotały  bez  przerwy,  dzień  i noc.  Trzeba  było  ubrać  strzały,  więc 

światła  w oknach  zajmujących  się  tym  majstrów  płonęły  o najdziwniejszych  porach 

nocy,  a nieszczęsne  gęsi  na  komunalnych  pastwiskach  nie  wiedziały,  gdzie  zmykać 

przed żądnymi ich piór wojakami. Pawie królewskie chodziły oskubane jak wysłużone 

miotły,  ponieważ  większość  łuczników  poczytywała  sobie  za  honor  szyć  z broni 

pociskami, które poeta Chaucer nazywał „pawie strzały”, gdyż te właśnie uchodziły za 

najbardziej stylowe. Smród gotowanego klajstru bił pod niebiosa. Płatnerze dźwięcząc 

młotami  o stal  wyrabiali  „puszki”  na  rycerzy  i nieraz  musieli  pracować  na  dwie 

zmiany.  Kowale  podkuwali  rącze  rumaki,  a zakonnice  bez  ustanku  dziergały  na 

drutach  onuce  dla  żołnierzy  i szykowały  bandaże  zwane  namiotami.  Król  Loth 

wyznaczył już był pole bitwy, pod Bedegraine. 

Król  Anglii z trudem  wspiął się  na  dwieście osiem  stopni  wiodących  do  komnaty 

Merlina  w wieży.  Zapukał  do  drzwi.  Czarodziej  był  u siebie,  zajęty  obliczaniem 

pierwiastka  kwadratowego  z liczby  minus  jeden.  Na  oparciu  jego  fotela  siedział 

Archimedes. Merlin ani rusz nie mógł sobie przypomnieć, jak się oblicza wspomniany 

pierwiastek. 

– Merlinie – wysapał Król. – Przyszedłem z tobą pomówić. 

Merlin zatrzasnął księgę, skoczył na równe nogi, porwał różdżkę i natarł z nią na 

Artura, jakby przepędzał kurę, która wlazła w szkodę. 

–  Wynoś  mi  się  stąd!  –  krzyczał.  –  Co  ty  tu  robisz?  Co  ty  sobie  myślisz?  Jesteś 

Królem  Anglii,  czy  nie  jesteś?  Precz  stąd  i poślij  po  mnie!  To  przekracza  ludzkie 

pojęcie! Już cię tu nie ma! Poślij po mnie! 

– Ale skoro już wszedłem... 

–  Wcale  nie  wszedłeś!  –  zawołał  starzec  z błyskawicznym  refleksem,  po  czym 

wypchnął Króla na schody i zatrzasnął mu drzwi przed nosem. 

– Trudna rada – westchnął Artur i poczłapał na dół po dwustu ośmiu schodach. 

background image

W  godzinę  później  Merlin  stawił  się  w Komnacie  Królewskiej,  wezwany  tam 

oficjalnie przez pazia. 

– To już lepiej – burknął, sadowiąc się na zarzuconej kobiercem skrzyni. 

– Wstań! – rozkazał Artur i klaśnięciem przywołał pazia, aby ten zabrał siedzisko 

z sali. 

Merlin posłusznie wstał, chociaż w głębi duszy kipiał z oburzenia. Zaciskał dłonie 

tak mocno, aż mu knykcie pobielały. 

– Nawiązując do naszej rozmowy o kodeksie rycerskim... – zaczął Król, jak gdyby 

nigdy nic. 

– Nie przypominam sobie podobnej rozmowy. 

– Czyżby? 

– Nigdy w życiu mnie tak nie znieważono! 

–  Wszak  jestem  Królem  –  zauważył  Artur.  –  Poddanemu  nie  godzi  się  siedzieć 

w obecności Króla. 

– Bzdura! 

Artur zaczął się śmiać, przesadnie głośno, a wtedy zza tronu wyszli: przyrodni brat 

Artura, Sir Kay, i stary opiekun Króla, Sir Ector. Kay zdjął Merlinowi kapelusz i włożył 

go na głowę Sir Ectora, a Sir Ector powiedział: 

– Święci Pańscy! Więc teraz ja będę czarodziejem! Hokus-pokus! 

I wszyscy bardzo się śmiali, nawet  Merlin, i zaraz posłano po siedziska dla gości, 

i otwarto butelki z winem, żeby spotkanie przypadkiem nie było oschłe. 

–  Widzicie?  –  zapytał  dumnie  Artur.  –  Zwołałem  radę!  Nastąpiła  chwila  ciszy, 

gdyż Artur miał pierwszy raz w życiu wygłosić mowę i zbierał myśli. 

–  Chodzi  o kodeks  rycerski  –  rzekł  w końcu  Król.  –  Chcę  o nim  z wami 

porozmawiać. 

Merlin  spojrzał  na  Artura,  jakby  go  bardzo  dawno  nie  widział.  Artretyczne  palce 

starego  czarodzieja  błądziły  niespokojnie  wśród  gwiazd  i tajemniczych  symboli  na 

opończy, gdyż chciał się on za wszelką cenę opanować i nie ułatwiać zadania mówcy. 

Można  rzec,  że  był  to  moment  krytyczny  w karierze  Medina:  chwila,  ku  której  od 

wielu stuleci zdążał, żyjąc wspak. Właśnie teraz miał się przekonać, czy żył na próżno, 

czy nie. 

– Przemyślałem – rzekł Artur – kwestie Siły i Racji. Uważam, że nie należy działać 

tylko dlatego, że można. Działać trzeba dopiero wówczas, gdy jest to konieczne. Złoto 

zawsze pozostanie złotem, niezależnie od tego, ile siły okaże się, by udowodnić, że tak 

właśnie jest lub nie jest. Czy wyrażam się dostatecznie jasno? 

Nikt nie odpowiedział. 

–  Nie  tak  dawno  rozmawialiśmy  z Merlinem  na  murach  obronnych  i Merlin 

zwrócił moją uwagę na fakt, że ostatnia bitwa – ta, w której padło siedmiuset ludzi – 

background image

wcale  nie  była  taką  doskonałą  zabawą,  za  jaką  ją  mieliśmy.  Słusznie.  Kiedy  się  nad 

tym  głębiej  zastanowić,  to  bitwy  wcale  nie  są  zabawne.  Chcę  przez  to  powiedzieć,  że 

nie powinno się zabijać ludzi. Lepiej pozwolić im żyć. 

– Ciekawe jednak – ciągnął po chwili Artur – że Merlin, mimo swoich poglądów, 

zawsze  pomagał  mi  wygrywać  bitwy.  I nadal  mi  pomaga,  i mamy  nadzieję  odnieść 

wspólne zwycięstwo w bitwie pod Bedegraine, kiedy już do niej dojdzie. 

– Zwyciężymy – upewnił go Sir Ector, jeden z grona dopuszczonych do sekretu. 

–  Widzę  tu  zasadniczą  sprzeczność.  Dlaczego  Merlin  dopomaga  mi  w wojnach, 

skoro wojny są złem? 

Znowu nie było odpowiedzi. Król ciągnął wywód z coraz większą zapalczywością. 

– Jedyne wyjaśnienie – tu się zaczerwienił – jedyne wyjaśnienie, jakie mi przyszło 

do  głowy  to  to,  że  ja...  że  on...  że  Merlin  ma  powód,  ażeby  mi  pomagać  w osiąganiu 

zwycięstw. 

Umilkł i spojrzał na Medina. Ten odwrócił głowę. 

–  A powodem  tym  jest  –  tak,  czy  nie?  –  powodem  tym  jest  pragnienie,  abym 

wygrawszy  te  dwie  bitwy  stał  się  panem  własnego  królestwa  i położył  kres  wojnom, 

i odmienił znaczenie pojęcia Siły. Czy zgadłem? Czy mam rację? 

Czarodziej nie odwrócił głowy, ale spokojnie złożył dłonie na kolanach. 

– Zgadłem! – uradował się Artur. 

I zaczął mówić tak szybko, że sam za sobą z trudem nadążał. 

–  Posłuchajcie.  Siła  to  nie  to  samo  co  Racja.  Po  świecie  pęta  się  mnóstwo  siły 

i trzeba z nią zrobić porządek. Ludzie są jak gdyby pół źli, pół dobrzy. Może nawet są 

więcej  niż  pół  źli,  i dlatego  pozostawieni  sami  sobie  dziczeją  do  reszty.  Weźmy 

typowego  barona  naszych  czasów  –  takiego,  powiedzmy,  Sir  Bruce’a  Sans  Pitie: 

grasuje sobie po całym kraju, okuty w stal od stóp do głów, i wyrabia co mu się żywnie 

podoba – ot tak, dla sportu.  Bo my, normalnie, uważamy, że wyższe klasy społeczne 

mają  monopol  na  władzę,  a sprawiedliwość  ich  nie  dotyczy.  To  zaś  sprawia,  że  zło 

bierze  górę  w człowieku,  zaczynają  się  grabieże,  gwałty,  łupiestwo  i okrucieństwo. 

Ludzie bydlęcieją. 

–  I dlatego  Merlin  pomaga  mi  zwyciężać:  żebym  ja  położył  temu  kres.  Merlin 

chce, żebym zrobił porządek. 

–  Loth,  Uriens,  Anguish  i reszta  –  to  stary  świat,  stary  porządek,  ludzie  nawykli 

do narzucania innym własnej woli. Muszę ich pokonać ich własną bronią – zmuszają 

mnie  do  tego,  gdyż  kierują  się  wyłącznie  siłą.  Potem  przystąpię  do  właściwej  pracy. 

Bitwa  pod  Bedegraine  będzie  zaledwie  wstępem.  Kiedy  Merlin  namawiał  mnie  do 

myślenia, chodziło mu o to, co zrobię po bitwie. 

Artur  znów  uczynił  pauzę,  czekając  na  komentarz  lub  zachętę,  ale  czarodziej 

uporczywie patrzył w inną stronę. Tylko siedzący obok Medina Sir Ector mógł widzieć 

background image

wyraz jego oczu. 

–  Mój  plan  –  oznajmił  Artur  –  bierze  się  z prostego  pytania:  czy  nie  da  się 

okiełznać  Siły  tak,  aby  działała  na  rzecz  Racji?  Wiem,  że  to  głupio  brzmi,  ale  sami 

przyznacie,  że  coś  w tym  jest.  Siła  tkwi  w złej  połowie  człowieka.  Nie  da  sięjej  po 

prostu  ignorować.  Nie  da  sięjej  także  usunąć,  wyciąć.  Ale  można  nią  pokierować  – 

ufam, że rozumiecie, o co mi chodzi – tak, aby stała się pomocą, nie przeszkodą. 

Słuchacze  okazali  zainteresowanie.  Pochylili  się,  nadstawiając  uszu  –  wszyscy 

oprócz Merlina. 

– Mój plan polega na tym, że jeśli uda nam się wygrać bitwę i zająć silną pozycję 

w kraju,  założę  coś  na  kształt  zakonu  rycerskiego.  Nie  będę  karał  zbuntowanych 

rycerzy,  nie  powieszę  Lotha,  tylko  wszystkich  spróbuję  przyciągnąć  do  naszego 

Przymierza.  Trzeba  je  będzie  tak  urządzić,  żeby  przynależność  była  wysokim 

zaszczytem i żeby zapanowała moda na  wstępowanie  do Przymierza.  Wszyscy muszą 

chcieć  do  niego  należeć.  Ułożę  tekst  przysięgi,  w którym  będzie  mowa  o tym,  że  Siły 

wolno  używać  tylko  w służbie  Dobra.  Rozumiecie?  Moi  rycerze  będą  wędrowali  po 

świecie, zakuci w stal tak jak teraz, będą groźnie potrząsali mieczami – w ten sposób 

dadzą  upust  potrzebie  wymachiwania  szabelką,  którą  Merlin  zwie  „instynktem 

myśliwego”  –  ale  wolno  im  będzie  atakować  tylko  w obronie  dobra,  w obronie 

niewinnych dziewic przed Sir Bruce’ami. Będą także obowiązani pomagać w naprawie 

dawnych  krzywd,  opiekować  się  uciśnionymi,  i tak  dalej.  Dobry  pomysł?  W ten 

sposób  będą  działać  Siłą,  zamiast  nią  wojować,  i zło  obrócą  w dobro.  To  wszystko, 

Merlinie,  nic  więcej  nie  wymyśliłem.  Myślałem  najsolidniej  jak  potrafię 

i podejrzewam, że się mylę – tak jak zwykle. Ale naprawdę dużo myślałem. Więcej nie 

umiem. Proszę cię, powiedz coś. 

Czarodziej  wstał,  wyciągnął  się  jak  struna,  rozpostarł  ręce,  obrócił  wzrok  w sufit 

i wyrecytował pierwsze słowa Nunc Dimittis. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VII 

 

 

Sytuacja  w Dunlothian  skomplikowała  się,  jak  każda  prawie  sytuacja  z Królem 

Pellinorem,  nawet  w najdzikszych  ostępach  Północy.  Przede  wszystkim  Król  był 

zakochany. Z tego właśnie powodu tak szlochał na łodzi. Prawdę tę wyjawił Królowej 

Morgause przy pierwszej sposobności: cierpiał na chorobę miłosną, a nie na chorobę 

morską.  A oto  co  zaszło.  Kilka  miesięcy  wcześniej  Król  tropił  Bestię  Dyżurną  na 

południowym  wybrzeżu  Gramarii.  Nagle  Bestia  puściła  się  na  morze.  Odpłynęła 

daleko:  jej  wężowaty  łeb  wił  się  na  horyzoncie  wód  niczym  żmija  w trawie.  Król 

zatrzymał  przepływający  statek,  który  wyglądał  mu  na  zmierzający  na  Krucjatę. 

Obecni na pokładzie Sir Grummore i Sir Palomides uprzejmie zmienili kurs w pogoni 

za  Bestią.  I tak  we  trzech  dobili  do  wybrzeży  Flandrii,  gdzie  Bestia  dała  nura  w las 

i gdzie,  przebywając  wraz  z kompanami  w gościnie  na  pewnym  zamku,  Pellinore 

zakochał  się  w córze  Królowej  Flandrii.  Z początku  wszystko  układało  się  idealnie. 

Królewska  wybranka  była  zapobiegliwą,  rozważną  niewiastą  w średnim  wieku, 

znającą się na kuchni, porządkach domowych i słaniu łóżek. Niestety, nadzieje obojga 

zniweczyło  pojawienie  się  czarodziejskiej  barki.  Wszyscy  trzej  rycerze  wsiedli  na  jej 

pokład,  ciekawi,  co  z tego  wyniknie,  gdyż  honor  nie  pozwalał  rycerzowi  unikać 

przygody.  Ledwie  stanęli  na  pokładzie,  barka  sama  z siebie  odbiła  od  brzegu, 

pozostawiając na nim córkę Królowej Flandrii, która gorliwie machała chusteczką do 

nosa.  Bestia  Dyżurna  na  chwilę  wytknęła  łeb  z lasu,  zrobiła  minę  jeszcze  bardziej 

zdziwioną  niż  ukochana  Króla  Pellinore’a  i zaraz  potem  rycerze  stracili  ląd  z oczu. 

Płynęli i płynęli, aż dopłynęli do wysp Orkadów, a im bardziej się oddalali od Flandrii, 

tym  bardziej  nasilała  się  choroba  miłosna  Króla  Pellinore’a,  co  czyniło  jego 

towarzystwo nieznośnym. Stale pisał wiersze i listy, których nie miał jak wysłać, albo 

opowiadał kompanom o Królewnie, którą najbliżsi zwali pieszczotliwie Piggy. 

Ten stan rzeczy byłby jeszcze ewentualnie do zniesienia w Anglii, gdzie trafiali się 

czasem  osobnicy  w stylu  Pellinore’a,  a otoczenie  darzyło  ich  nawet  swoistą 

wyrozumiałością.  Lecz  w kraju  Lothian  i Orknejów,  gdzie  każdy  Anglik  uchodził  za 

tyrana,  była  to  sytuacja  niedopuszczalna.  Tubylcy  ani  rusz  nie  mogli  pojąć,  w jakim 

celu  Król  Pellinore  chce  ich  oszukać,  udając  samego  siebie.  Na  wszelki  wypadek 

uznali,  że  roztropnie  i bezpiecznie  będzie  nie  informować  gości  o wojnie  z Arturem. 

Postanowili poczekać, aż rycerze i ich spisek zostaną zdemaskowani. 

W  związku  z przybyszami  pojawił  się  jeszcze  jeden  problem,  dotkliwy  zwłaszcza 

dla dzieci. Królowa Morgause była całkowicie pochłonięta gośćmi. 

–  Po  co  nasza  matka  udała  się  z rycerzami  w góry?  –  spytał  Gawaine,  gdy  dnia 

background image

pewnego zdążali do pustelni Świętego Toirdealbhacha. 

Zapadło kłopotliwe milczenie. Wreszcie Gaheris wydusił z siebie odpowiedź: 

– Polowali na jednorożca. 

– Jak to się robi? 

– Trzeba mieć dziewicę na przynętę. 

– Nasza matka – dodał obeznany ze szczegółami sprawy Agravaine – towarzyszyła 

rycerzom na polowaniu w roli dziewicy. 

Oświadczenie to złożył tonem dość niepewnym. 

–  Nie  wiedziałem,  że  ona  chce  mieć  jednorożca  –  zdumiał  się  Gareth.  –  Nigdy 

o tym nie wspominała. 

Agravaine spojrzał na niego z ukosa, chrząknął i rzekł sentencjonalnie: 

– Mądrej głowie dość dwie słowie. 

– A ty skąd wiedziałeś? – zainteresował się Gawaine. 

– Podsłuchaliśmy. 

Mieli  opracowaną  metodę  podsłuchiwania  na  kręconych  schodach  i stosowali  ją 

zawsze wtedy, gdy matka wykluczała ich z kręgu swojej uwagi. 

Nieśmiały z natury Gaheris rozgadał się z niezwykłą dla niego swobodą. 

– Mówiła do Sir Grummore’a, że choroba miłosna tamtego króla minie, kiedy go 

zajmą  polowaniem  w dawnym  stylu.  Podobno  tamten  król  zazwyczaj  tropi  jakąś 

bestię,  która  się  gdzieś  zawieruszyła.  Więc  mama  wymyśliła,  że  może  dla  odmiany 

potropić  jednorożca,  a ona  pójdzie  z nimi  wszystkimi  jako  dziewica.  Wyglądali  na 

trochę zdziwionych. 

Chłopcy  szli  jakiś  czas  w milczeniu.  Ciszę  przerwała  uwaga,  a właściwie  pytanie 

Gawaine’a: 

–  Słyszałem,  że  ten  król  się  kocha  w jednej  babie  z Flandrii,  Sir  Grummore  od 

dawna ma żonę, a ten Saracen jest czarny na gębie? 

Odpowiedzi nie było. 

– Długo trwało to polowanie – powiedział Gareth. – Słyszałem, że go nie złapali. 

– A tym rycerzom podobają się zabawy z naszą matką? Odpowiedzi znów udzielił 

Gareth, chłopiec z natury małomówny, lecz bez wątpienia bystry obserwator. 

– Mnie się wydaje, że oni nic z tego nie rozumieją. 

I poczłapali dalej, chroniąc w zanadrzach własne myśli. 

Pustelnia Świętego Toirdealbhacha wyglądała jak starodawny ul ze słomy, tyle że 

była większa i zbudowana z kamienia. Nie miała okien, a przez jedyne wejście trzeba 

się było wczołgiwać do środka. 

– Wasza świątobliwość – wołali chłopcy, kopiąc ciężkie, nieogładzone kamienie. – 

Wasza świątobliwość, przyszliśmy posłuchać opowieści. 

Święty  był  dla  chłopców  źródłem  strawy  duchowej.  Był  dla  nich  guru,  tak  jak 

background image

Merlin  dla  Artura.  Od  niego  pobierali  szczątkową  wiedzę  i kulturę,  która  miała  się 

stać  ich  udziałem.  Przybiegali  do  niego  po  ochłapy  mądrości,  jak  głodne  szczenięta 

porzucone przez matkę. To on nauczył ich czytać i pisać. 

–  A,  to  wy!  –  Święty  wytknął  głowę  przez  otwór  celi.  –  Szczęść  wam  Boże  od 

samego rana. 

– I wam daj Boże. 

– Co nowego? 

–  Nic  –  odpowiedział  Gawaine,  tając  sprawę  jednorożca.  Święty  Toirdealbhach 

westchnął z głębi serca. 

– To tak samo jak u mnie. 

– Opowiesz nam coś? 

–  Iii  tam,  opowiadania.  Co  z nich  za  pożytek?  Co  ja,  heretyk,  mogę  wam 

powiedzieć? Czterdzieści roków przeszło, jak walczyłem w bitwie, na białogłowę przez 

ten czas ani spojrzałem – to co ja wam mogę opowiadać? 

– Możesz nam opowiedzieć taką historię, w której nie ma bitwy ani białogłowy. 

– A na co komu takie opowieści? – oburzył się Święty i wylazł na słońce. 

– Może czułbyś się lepiej, gdybyś wiedział, że czeka cię walka – poddał Gawaine, 

taktownie przemilczając białogłowy. 

–  O,  ja  nieszczęsny!  –  jęknął  Toirdealbhach.  –  Co  mnie  podkusiło  zostawać 

świętym!  Co  bym  dał  za  to,  żeby  zadać  jeden  cios,  jedno  małe  puknięcie  moją 

poczciwą tarninową pałką! – Z tymi słowy, wydobył spod habitu straszne narzędzie. – 

Czyż to nie byłoby więcej warte niż wszyscy święci irlandzcy? 

– Opowiedz nam o swojej tarninowej pałce. 

Chłopcy uważnie przyglądali się narzędziu, a jego świątobliwość tłumaczył im, jak 

dobra pałka winna być wykonana. 

Można  ją  zrobić  tylko  z odrośli  od  korzenia,  gdyż  boczne  gałęzie  są  za  kruche. 

Nową pałkę należy wysmarować sadłem, grubo owinąć i zakopać w gnojówce – to jest 

sposób  na  jej  prostowanie.  Na  koniec  nasyca  sieją  czarnym  ołowiem  i tłuszczem. 

Święty wskazał chłopcom otwór, w który leje się ołów, zwrócił też ich uwagę na ćwieki 

w górnej  części  narzędzia  i pętle  przy  uchwycie,  oznaczające  liczbę  zakatrupionych 

danym  egzemplarzem  ofiar.  Następnie  z nabożną  czcią  ucałował  pałkę  i serdecznie 

wzdychając, ukrył ją na powrót pod habitem. Cały czas odgrywał przedstawienie, więc 

dbał o wymowę gestów. 

– Opowiedz nam teraz o czarnej ręce, która schodziła kominem. 

– Nie starczy mi odwagi – jęknął Święty. – Nie mam jej tyle co zając. Jakby ktoś 

rzucił na mnie straszne czary. 

– Nas też chyba ktoś zaczarował – powiedział Gareth. – Wszystko się sprzysięgło 

przeciwko nam. 

background image

–  Była  sobie  jedna  kobieta  –  zaczął  opowieść  Toirdealbhach.  –  Ta  kobieta  miała 

męża  i oboje  mieszkali  w Malainn  Vig.  I mieli  jedną,  jedyną  córeczkę.  Któregoś  dnia 

mąż poszedł na bagna wycinać torf, a kiedy przyszło południe, matka wysłała do niego 

córeczkę  z obiadem.  Ledwie  ojciec  zasiadł  do  posiłku,  dziewczynka  zawołała: 

„Popatrz,  ojcze,  czy  widzisz  taki  wielki  statek,  o tam,  pod  samym  horyzontem? 

Potrafię sprawić, żeby zaraz znalazł się przy brzegu”. „Niemożliwe”, powiedział ojciec. 

„Jestem  większy  od  ciebie,  a nawet  ja  nie  mógłbym  tego  sprawić”.  „No  to  popatrz”, 

odparła dziewczynka. Podeszła do pobliskiej studni i zmąciła wodę. Statek podpłynął 

do brzegu. 

– To była czarownica – domyślił się Gaheris. 

– Czarownicą była jej matka – poprawił go Święty i opowiadał dalej. 

–  „Mogłabym  sprawić,  że  statek  rozstrzaska  się  o brzeg”,  powiedziała 

dziewczynka.  „Niemożliwe”,  rzekł  ojciec.  „No  to  patrz”.  I dziewczynka  wskoczyła  do 

studni.  Morze  cisnęło  statkiem  o skały  i rozbiło  go  na  tysiąc  kawałków.  „Kto  ciebie 

tego nauczył?”, spytał ojciec dziewczynkę. „Mama. Kiedy ty chodzisz do pracy, mama 

uczy mnie na cebrzyku”. 

– Dlaczego ona wskoczyła do studni? – zapytał Agravaine. – Zamoczyła się? 

– Cicho bądź. 

– Mąż wrócił do domu, do żony, odstawił na bok łopatę do torfu i siadł na swoim 

miejscu.  Chwilę  siedział  i nic  nie  mówił,  a potem  zapytał:  „Czego  ty  uczysz  tę  małą? 

Nie  życzę  sobie  w swoim  domu  żadnych  hokus-pokus.  Nie  zostanę  tu  z wami  ani 

chwili dłużej”. I poszedł sobie z domu. Matka i córka nigdy go więcej nie widziały. Nie 

wiem, jak tam sobie dalej same radziły w życiu. 

– To musi być okropne mieć matkę czarownicę – powiedział Gareth. 

– Albo żonę czarownicę – powiedział Gawaine. 

–  Jeszcze  gorzej  jest  w ogóle  nie  mieć  żony  –  zauważył  Święty  i znikł  znienacka 

w swoim ulu, jak figurka w szwajcarskim barometrze, która chowa się w otwór, kiedy 

ma być ładnie. 

Oniemiali  ze  zdumienia  chłopcy  obsiedli  wyjście  w nadziei,  że  jeszcze  coś  się 

zdarzy.  Siedząc  tak,  rozważali  kwestie  studzien,  czarownic,  jednorożców  i dziwnych 

obyczajów matek. 

–  Moje  zuchy  –  powiedział  nagle  Gareth.  –  Proponuję,  abyśmy  sami  zapolowali 

na jednorożca. 

Bracia spojrzeli na niego. 

– Coś trzeba zrobić. Już cały tydzień nie widzieliśmy mamy. 

– Zapomniała o nas – rzekł z wyrzutem Agravaine. 

– Na pewno nie. Zabraniam ci mówić w ten sposób o naszej matce. 

– Kiedy to prawda. Nawet nie usługiwaliśmy przy stole. 

background image

– Bo mama musi okazać rycerzom gościnność. 

– Wcale nie dlatego. 

– No to dlaczego? 

– Nie powiem. 

–  Gdybyśmy  zapolowali  na  jednorożca  –  powiedział  Garem  –  i gdybyśmy  jej 

przynieśli  tego  jednorożca,  na  którym  tak  jej  zależy,  to  może  pozwoliłaby  nam 

usługiwać przy stole. 

Podchwycili ten pomysł z iskierką nadziei. 

–  Święty  Toirdealbhachu!  –  krzyknęli  chórem.  –  Wyjdź  jeszcze  raz!  Chcemy 

złapać jednorożca! 

Święty wytknął głowę przez otwór i popatrzył na nich podejrzliwie. 

–  Co  to  jest  jednorożec?  Jak  on  wygląda?  Jak  się  go  łapie?  –  wołali  jeden  przez 

drugiego. 

Święty z powagą pokiwał głową i znów zniknął w czeluści ula, skąd wyłonił się po 

kilku  chwilach  z uczoną  księgą,  jedynym  świeckim  dziełem,  jakie  posiadał  w swoim 

księgozbiorze.  Jak  większość  świętych,  Święty  Toirdealbhach  utrzymywał  się 

z kopiowania i ilustrowania manuskryptów. 

– Na przynętę potrzeba dziewicy – podpowiedzieli mu od razu chłopcy. 

–  Dziewic  mamy  zatrzęsienie  –  ucieszył  się  Gareth.  –  Weźmiemy  którąkolwiek 

pokojówkę albo kucharkę. 

– Żadna nie pójdzie. 

– To weźmiemy podkuchenną. Zmusimy ją. 

–  A jak  już  upolujemy  tego  jednorożca,  przyniesiemy  go  triumfalnie  do  domu 

i podarujemy mamie. Będziemy za to co wieczór usługiwać przy stole. 

– Mama się ucieszy. 

– Może nawet na nocnych przyjęciach. 

–  A Sir  Grummore  pasuje  nas  na  rycerzy.  Powie  tak:  „Na  mój  honor,  to 

najcnotliwszy czyn, z jakim się zetknąłem”. 

Święty  Toirdealbhach  złożył  cenną  księgę  na  trawie  przed  swoim  ulem.  Trawa 

rosła  na  piaszczystej  glebie  i pełno  w niej  było  pustych,  żółtawych  muszelek 

z fioletową żyłką. Święty otworzył księgę, a było to bestiarium zatytułowane Liher de 

Natura  Quorundam  Animalium,  i pokazał  chłopcom,  że  na  każdej  stronie  jest 

obrazek.  Niewzruszeni  urodą  woluminu  młodzieńcy  kazali  szybko  przewracać  karty, 

na których widniały imponujące Gryfy, Bonakony, Krokodyle, Modliszki, 

Hydry,  Cynomulgi,  Syreny,  Peridexiony,  Smoki  i Aspidochelony.  Na  próżno 

Antylopa  czochrała  misterne  poroże  o drzewo  tamaryszku,  plącząc  się  w nim  i stając 

się w ten sposób łatwym łupem dla myśliwych. Na próżno Bonakon wydzielał zabójczy 

odór na postrach wrogom. Peridexiony, siedzące w koronach drzew, gdzie nie mogły 

background image

dosięgnąć  ich  Smoki,  też  pozostały  niezauważone.  Pantera,  dysząca  ponętnym  dla 

ofiar  oddechem,  również  nie  obudziła  zainteresowania  chłopców.  Podobnie  jak 

Tygrys, którego można było łatwo zmylić ciskając mu pod nogi szklaną kulę: patrząc 

we własne odbicie myślał, że widzi swoje młode. Nie zaciekawił ich też Lew, który nie 

tyka leżących i uwięzionych, boi się białych kogutów i chwostem na ogonie zaciera za 

sobą ślady. Ani Kozica, która nie czyni sobie krzywdy skacząc po turniach, gdyż może 

bezpiecznie  opaść  na  zawinięte  rogi.  Ani  Niedźwiedzica,  która  nosi  młode  jako 

bezkształtne  grudki  i wylizuje  je  w dowolny  kształt.  Ani  ptak  Chaladrius,  który 

zwiastuje  śmierć,  kiedy  siądzie  na  poręczy  łóżka  przodem  do  człowieka.  Ani  Jeże, 

które  zbierają  winne  grona  dla  swych  pociech  turlając  się  po  owocach  i niosąje  do 

gniazda  na  kolcach.  Ani  nawet  Aspidochelon  –  potężne,  wielorybowate  stworzenie 

z siedmioma  płetwami  i potulną  miną,  do  którego  nieuważny  żeglarz  potrafi 

przycumować  łódź,  biorąc  je  za  wyspę  –  nawet  on  nie  przyciągnął  uwagi 

młodzieńców.  Uwaga  ich  skupiła  się  dopiero  na  Jednorożcu,  przez  Greków  zwanym 

Nosorożcem. 

Z  opisu  wynikało,  że  Jednorożec  jest  równie  szybki  i płochliwy  jak  Antylopa  i że 

pojmać  go  można  tylko  w jeden  sposób.  Konieczna  jest  dziewica  na  przynętę. 

Jednorożec,  ujrzawszy  dziewicę,  miał  bezzwłocznie  zbliżyć  się  do  niej  i złożyć  róg  na 

jej  łonie.  Opisowi  towarzyszył  obrazek,  na  którym  nie  budząca  zaufania  dziewica 

jedną  ręką  trzymała  nieszczęsne  stworzenie  za  róg,  a drugą  dawała  znaki 

oszczepnikom.  Przeciwwagę  dla  jej  fałszywej  miny  stanowił  wyraz  bezgranicznej 

ufności, z jaką Jednorożec wpatrywał się w jej oblicze. 

Zapoznawszy  się  z instrukcją  i obrazkiem,  Gawaine  pognał  co  sił  w nogach  po 

podkuchenną. 

– Zbieraj się – powiedział do dziewczyny. – Idziemy w góry łapać jednorożca. 

– Ojejku, paniczu Gawaine – przeraziło się dziewczę, któremu było Meg. 

– Bez gadania. Masz iść na przynętę i już. On podejdzie i złoży ci łeb na kolanach. 

Meg zaczęła pochlipywać. 

– Czego się boisz, głupia? 

–  Olaboga,  paniczu  Gawaine,  ja  nie  chcę  żadnego  jednorożca.  Słowo  daję,  ja 

jestem porządna dziewczyna, a ile mi tu jeszcze zostało do pozmywania – o! Jak pan 

Truelove  zdybie  mnie  na  wagarach,  kij  będzie  w robocie,  oj  będzie,  będzie,  paniczu 

Gawaine! 

Gawaine bez słowa złapał ją za warkocze i wyprowadził na dwór. 

W  ożywczym  bagiennym  wietrzyku  znad  wysokich  wzgórz  omawiano  szczegóły 

polowania.  Meg  nie  przestawała  się  mazać,  więc  prowadzili  ją  za  włosy,  żeby 

przypadkiem  nie  uciekła.  Trzymali  ją  na  zmianę,  w zależności  od  tego,  który 

z chłopców potrzebował akurat obydwu rąk do gestykulowania. 

background image

–  Pamiętajcie  –  powiedział  Gawaine  –  że  ja  jestem  dowódcą.  Jako  najstarszy 

muszę wami dowodzić. 

– Wiedziałem, że tak powiesz – stwierdził Gareth. 

– Kłopot w tym, że według instrukcji przynęta powinna zostać sama. 

– Zwieje. 

– Zwiejesz, Meg? 

– Tak proszę pana, paniczu Gawaine. 

– No widzicie. 

– W takim razie trzeba ją uwiązać. 

– Jak to, proszę pana, paniczu Gawaine, trzeba mnie uwiązać? 

– Zamknij się. Dziewczyny nie mają głosu. 

– Nie mamy czym jej związać. 

– Jako dowódca, moje zuchy, rozkazuję Garethowi polecieć do domu po sznurek. 

– Jeszcze czego. 

– Musisz polecieć po sznurek, bo inaczej popsujesz cały plan. 

– Nic nie muszę. Zastanawiałem się nad tym. 

– No to niech leci Agravaine. 

– Ja? Dlaczego ja? 

– No to Gaheris. 

– Nie pójdę. 

– Meg, ty wstręciucho, masz nie uciekać, rozumiesz? 

– Tak, paniczu Gawaine, tylko że, paniczu Gawaine... 

– Gdyby tak znaleźć mocny korzeń wrzośćca – powiedział Agravaine. 

– Przywiązalibyśmy ją do pnia za warkocze. 

– Dobra, tak zrobimy! 

– Olaboga! Olaboga! 

Przytwierdziwszy  dziewczynę  do  drzewa,  czterej  młodzieńcy  obstąpili  ją,  by 

omówić  następne  stadium  polowania.  Uzbrojeni  byli  należycie,  gdyż  wzięli  ze 

zbrojowni prawdziwe oszczepy na dzika. 

–  Ta  dziewczyna  –  rzekł  uroczyście  Agravaine  –  jest  moją  matką.  Dokładnie  to 

samo robiła wczoraj nasza mama. A ja będę Sir Grummorem. 

– A ja Pellinorem. 

– Niech sobie Agravaine będzie Grummorem, jak tak strasznie mu na tym zależy, 

ale przynętę trzeba zostawić samą. Tak jest w instrukcji. 

– Ojejku, paniczu Gawaine! Olaboga, paniczu Agravaine! 

– Przestań wyć. Spłoszysz jednorożca. 

–  Musimy  się  teraz  oddalić  i schować.  Nasza  mama  dlatego  nie  złapała 

jednorożca, że rycerze byli koło niej cały czas. 

background image

– Ja będę Finnem MacCoulem! 

– A ja Sir Palomidesem. 

– Paniczu Gawaine, błagam panicza, niech mnie panicz samej nie zostawia. 

– Pocałuj się w nos – odrzekł jej Gawaine. – Głupia gęś. 

Powinnaś być dumna, że zostałaś przynętą. Nasza mama też nią wczoraj była. 

–  Nie  martw  się,  Meg,  nie  płacz  –  pocieszał  dziewczynę  Gareth.  –  On  ci  nic  nie 

zrobi. Nie pozwolimy na to. 

– Co on ci zresztą może zrobić? Najwyżej cię zabije – dodał brutalnie Agravaine. 

Słysząc to, nieszczęsne dziewczę jęło szlochać jeszcze głośniej. 

–  Po  co  to  powiedziałeś?  –  zezłościł  się  Gawaine.  –  Ciągle  wszystkich  straszysz. 

Widzisz, jak ona teraz wyje? 

– Meg, posłuchaj – mówił Gareth. – Posłuchaj. Nie płacz. Biedna Meg. 

– Obiecuję ci, że jak wrócimy do domu, dam ci postrzelać z mojej katapulty. 

– Ojejej, paniczu Gareth. 

– No dobra, idziemy. Zostawcie ją. 

– Cicho, Meg. Cicho. 

– Ojejku! Ojejuńciu! 

– Meg – zwrócił się do niej Gawaine z bardzo srogą miną. – W tej chwili przestań 

wyć, bo będę zawsze tak na ciebie patrzył. 

Meg natychmiast otarła oczy. 

–  Teraz  uwaga  –  powiedział  Gawaine.  –  Jak  jednorożec  przyjdzie,  wszyscy 

wypadamy z kryjówki i wbijamy w niego oszczepy. Zrozumiano? 

– Czy koniecznie trzeba go zabić? 

– Tak, trzeba go zabić na śmierć. – Aha. 

– Mam nadzieję, że nie będzie go bolało – powiedział Gareth. 

– Taka głupia nadzieja jest jak najbardziej w twoim stylu – skrzywił się Agravaine. 

– Nadal nie rozumiem, dlaczego trzeba go zabić. 

– Dlatego, że musimy go zanieść mamie do domu, ty tumanie. 

–  A nie  moglibyśmy  go  złapać  i zaprowadzić  do  mamy?  –  upewnił  się  Gareth.  – 

Meg mogłaby go prowadzić, gdyby nie był zanadto narowisty. 

Gawaine i Gaheris zgodzili się z jego zdaniem. 

–  Jeżeli  nie  będzie  narowisty  –  uznali  –  to  nawet  może  lepiej  przyprowadzić  go 

żywego. To najwyższy kunszt Polowania na Grubego Zwierza. 

– Można go pędzić – uzupełnił Agravaine – okładając kijami. 

–  Meg  też  możemy  okładać  kijami  –  dorzucił  po  namyśle.  Potem  schowali  się 

w kryjówce, zachowując milczenie, tak jak sobie postanowili. 

Ciszę mącił jedynie lekki wiaterek, pszczoły nad wrzosowiskiem, bujające wysoko 

skowronki i coraz rzadsze pochlipywania Meg. 

background image

Spotkanie  z jednorożcem  przebiegało  inaczej  niż  oczekiwali.  Owo  nieopisanie 

szlachetne stworzenie było ucieleśnieniem piękna. Ktokolwiek je zobaczył, musiał ulec 

magii jego uroku. 

Jednorożec  był  biały,  miał  srebrne  kopytka  i wdzięcznie  skręcony  perłowy  róg. 

Stąpał po wrzosowisku tak lekko, że miało się wrażenie, iż wcale go nie dotyka, a jego 

długa,  jakby  świeżo  wyczesana  grzywa  falowała  na  wietrze.  Najwspanialsze  były 

jednak  oczy  jednorożca.  Po  obu  stronach  pyska  ciągnęły  się  od  nozdrzy  niebieskie 

bruzdy, które okalały oczy zwierzęcia nostalgicznym cieniem. Obramowane smutnym, 

pięknym odcieniem błękitu, oczy te wyrażały żal, samotność, nieskończoną łagodność 

i szlachetny tragizm, wobec których pierzchały wszelkie uczucia z wyjątkiem miłości. 

Jednorożec  zbliżył  się  do  podkuchennej  Meg  i skłonił  przed  nią  głowę.  Czyniąc 

skłon,  wygiął  szyję  w zachwycający  łuk,  perłowym  rogiem  wskazując  ziemię  pod 

stopami Meg, i na znak czci grzebnął parę razy srebrnym kopytkiem. Meg zapomniała 

o płaczu. W królewskim geście rozpoznania, wyciągnęła dłoń ku cudnemu stworzeniu. 

–  Pójdź,  jednorożcu  –  powiedziała.  –  Złóż  głowę  na  moim  łonie,  jeśli  taka  jest 

twoja wola. 

Jednorożec  zarżał  i pogrzebał  kopytkiem.  Potem,  z niezmierną  ostrożnością, 

opuścił się na jedno kolano, na drugie, i klęknął przed dziewczyną, pochylając głowę. 

Z tej  pozycji  obrócił  na  Meg  zamglone  spojrzenie  i na  koniec  wsparł  głowę  o jej 

kolano.  Patrząc  na  nią  błagalnie,  pocierał  płaski,  biały  policzek  o gładkość  jej 

sukienki.  Z rozkoszy  odsłaniał  górą  białka  oczu.  Pomału,  wstydliwie  złożył  na  ziemi 

zadnią  część  ciała  i zamarł  w bezruchu,  zapatrzony  w oblicze  podkuchennej. 

Spojrzenie jego przepełniała ufność. Uniósł przednią nogę, jak gdyby coś głaskał. Tym 

wymownym  gestem  dał  dziewczynie  do  zrozumienia:  „Zaopiekuj  się  mną.  Pokochaj 

mnie. Pogłaszcz moją grzywę”. 

Agravaine, dusząc okrzyk, wyskoczył z kryjówki i z oszczepem w ręku rzucił się na 

jednorożca. Reszta chłopców obserwowała go, siedząc w kucki. 

Agravaine  stanął  przy  jednorożcu  i jął  go  dźgać  oszczepem  w zad,  w szczupły 

brzuch  i pod  żebra.  Ciosom  towarzyszyły  piskliwe  okrzyki.  Jednorożec  z panicznym 

lękiem  popatrzył  na  Meg.  Skoczył  w popłochu  na  równe  nogi,  jego  wzrok  przybrał 

nagle  wyraz  wyrzutu,  lecz  Meg  mocno  trzymała  go  jedną  ręką  za  róg.  Była  jak 

w transie,  jakby  mimo  chęci  nie  mogła  dopomóc  zwierzęciu.  Jednorożec  też  zdawał 

się niezdolny do wyrwania rogu z uścisku panieńskiej dłoni. Krew, której sprawcą był 

Agravaine, trysnęła na śnieżnobłękitną sierść. 

Gareth wyskoczył z kryjówki. Gawaine deptał mu po piętach,  a na  końcu podążał 

ogłupiały Gaheris. 

– Przestań! – krzyczał Gareth. – Zostaw go! Przestań! Słyszysz? 

Gawaine dobiegł do drzewa w momencie, gdy oszczep Agravaine’a zagłębił się pod 

background image

piąte  żebro  jednorożca.  Jednorożec  zadrżał.  Dygocąc  na  całym  ciele,  wyprężył  w tył 

zadnie  nogi.  Wyprostował  je,  jakby  w najdłuższym  skoku  swego  życia.  Potem  zaczął 

drżeć  jeszcze  mocniej,  w przedśmiertnej  agonii.  Przez  cały’czas  nie  odrywał  oczu  od 

Meg i ona też wzajemnie patrzyła mu w oczy. 

– Co ty robisz? – wrzeszczał Gawaine. – Zostaw go. Jest niegroźny. 

– Ach, jednorożcu – wyszeptała Meg. 

Wyprężone  tylne  nogi  jednorożca  spoczywały  równolegle  na  ziemi,  a ciało 

przestało się trząść. Głowa stworzenia opadła na kolana Meg. Jednorożec rzucił się po 

raz  ostatni,  zesztywniał  i oczy  jego  zasnuły  się  do  połowy  błękitnymi  powiekami. 

Zamarł w bezruchu. 

– Coś ty zrobił? – złościł się na brata Gareth. – Zamordowałeś go. Był taki piękny. 

– Ta dziewczyna jest moją matką – zaperzył się Agravaine. – On złożył łeb na jej 

kolanach. Musiał zginąć. 

–  Umawialiśmy  się,  że  go  weźmiemy  żywego  –  pieklił  się  Gawaine.  –  Mieliśmy 

zaprowadzić go do domu i w nagrodę usługiwać przy kolacji. 

– Biedny jednorożec – powiedziała Meg. 

– Patrzcie – odezwał się Gaheris. – Mnie się zdaje, że on nie żyje. 

Gareth stanął odważnie przed trzy lata od niego starszym Agravainem, który mógł 

go rozłożyć jednym palcem. 

–  Po  coś  to  zrobił?  –  spytał  z groźną  miną.  –  Ty  morderco.  Taki  śliczny 

jednorożec. Dlaczego go zabiłeś? 

– Trzymał łeb na kolanach naszej matki. 

– Nic złego jej nie robił. Miał srebrne kopytka. 

– Musiałem go zabić, bo był jednorożcem. Meg też powinienem był zabić. 

–  Zdrajco  –  powiedział  Gawaine.  –  Mogliśmy  go  zaprowadzić  do  domu  i w 

nagrodę podawać do kolacji. 

– Trudno, stało się – rzekł Gaheris. – Jednorożec nie żyje. Meg zwiesiła głowę nad 

biały  lok  na  czole  jednorożca  i rozbeczała  się  na  nowo.  Gareth  głaskał  białą  głowę 

stworzenia, odwracając twarz, żeby ukryć łzy. Głaszcząc przekonał się, jak niezmiernie 

gładka i miękka jest sierść jednorożca. Lecz tragizm zdarzenia dotarł do niego w pełni 

dopiero  wówczas,  gdy  zajrzał  z bliska  w oko  jednorożca,  szybko  zachodzące  mgłą 

śmierci. 

– Widać, że nie żyje – zauważył po raz trzeci Gaheris. – Lepiej pomyślmy, jak go 

zabrać do domu. 

–  Patrzcie:  jednak  go  złapaliśmy!  –  do  Gawaine’a  powoli  docierała  niezwykłość 

tego faktu. 

– To była dzika bestia – rzekł Agravaine. 

– Złapaliśmy go! Sami! Bez pomocy! 

background image

– Sir Grummore nie upolował jednorożca. 

– A my tak! 

Gawaine zapomniał o współczuciu dla jednorożca. Puścił się w taniec wokół ciała, 

wymachując oszczepem i wznosząc przeraźliwe okrzyki. 

–  Trzeba  go  teraz  porządnie  oprawić  –  zawyrokował  Gaheris.  –  Wypatroszyć, 

przerzucić przez grzbiet kuca i zawieźć do zamku, tak jak to robią prawdziwi myśliwi. 

– Ale się mama ucieszy! 

– Na pewno powie: „Na piętę Pana Boga! Moi synowie to prawdziwe chwaty!”. 

–  Będziemy  jak  Sir  Grummore  i Król  Pellinore.  Całe  życie  odmieni  nam  się  na 

dobre. 

– No to jak z tym patroszeniem? 

– Wypruwa się flaki i koniec – wzruszył ramionami Agravaine. 

Gareth wstał i zaczął oddalać się w gąszcz. 

– Nie będę przy tym pomagał – rzekł na odchodnym. – A ty, Meg? 

Meg  nic  nie  powiedziała,  bo  było  jej  niedobrze.  Gareth  rozwiązał  jej  warkocze. 

Ledwie  to  uczynił,  dziewczę  puściło  się  pędem  do  zamku,  byle  dalej  od  miejsca 

zbrodni. Gareth gnał za nią, krzycząc: 

– Meg! Meg! Poczekaj na mnie! Nie uciekaj! 

Ale  Meg  pędziła  dalej  jak  rącza  gazela,  tylko  migały  za  nią  białe  pięty.  Gareth 

zaprzestał pogoni. Rzucił się we wrzosowisko i wybuchnął płaczem, sam nie wiedział 

dlaczego. 

Trzej  oprawcy  stali  nad  zdobyczą  wielce  zakłopotani.  Rozcięli  skórę  na  brzuchu 

zwierzęcia,  ale  nie  znając  się  na  tej  robocie  poprzebijali  jelita.  Widok  był  obrzydliwy 

i w  niczym  nie  przypominał  tak  pięknego  niedawno  zwierzęcia.  Każdy  z trzech 

chłopców  kochał  jednorożca  na  swój  sposób,  przy  czym  najbardziej  pokrętny  był 

sposób  Agravaine’a,  toteż  teraz  znienawidzili  swą  ofiarę,  czując  się  winnymi 

zniszczenia  jej  piękna.  Najsilniejszą  nienawiścią  do  trupa  zapałał  Gawaine. 

Nienawidził go za to, że jest martwy, że kiedyś był piękny, i że on sam z jego powodu 

czuł się jak zwierzę. Ponieważ kiedyś go kochał i przyczynił się do jego pojmania, więc 

teraz  nie  miał  innego  wyjścia,  jak  skierować  cały  wstyd  i wstręt  do  siebie  na  ofiarę. 

Bliski płaczu, dźgał i ranił martwe ciało. 

– Nigdy tego nie skończymy – sapali chłopcy. – A nawet jeśli go wypatroszymy, to 

jak zaniesiemy ciało do zamku? 

–  Musimy  go  jakoś  zanieść  –  zawziął  się  Gaheris.  –  Musimy.  Inaczej  całe 

polowanie na nic. Musimy donieść go do domu. 

– Donieść? Na pewno nie. 

– Konia nie mamy. 

– Myśliwi zawsze zarzucają zwierzynę na konia. 

background image

– Trzeba mu odciąć łeb – zawyrokował Agravaine. – Odciąć mu łeb i zabrać sam 

łeb. Łeb wystarczy. Możemy go nieść na zmianę. 

Wzięli się zatem do odrażającego dzieła odrąbywania łba swojej zdobyczy. 

Gareth wypłakał się wreszcie na wrzosowisku. Przewrócił się na plecy i ujrzał nad 

sobą  niebo.  Zakręciło  mu  się  w głowie  od  chmur  żeglujących  majestatycznie  po 

niezmierzonej  toni  błękitu.  Myślał:  ciekawe,  jak  daleko  może  być  stąd  do  tamtej 

chmury? Z milę? A do tej wyższej? Dwie mile? I jeszcze milę, i następną milę, i milion 

milionów mil niebieskiej pustki. A może ziemia obrócona jest do góry nogami, i zaraz 

z niej  spadnę,  i też  będę  żeglował  daleko,  daleko.  Po  drodze  będę  się  chciał  złapać 

chmury, ale żadnej nie zdołam się przytrzymać. Ciekawe, dokąd w końcu dotrę. 

Od tego myślenia Garethowi zrobiło się niedobrze. I bez tego czuł się fatalnie, bo 

wstyd mu było, że tak uciekł od trupa. W tej sytuacji miał tylko jedno wyjście: opuścić 

miejsce,  w którym  czuł  się  fatalnie,  w nadziei,  że  pozostawi  tam  złe  samopoczucie. 

Podniósł się i poszedł do braci. 

– Cześć – powitał go Gawaine. – Dogoniłeś ją? 

– Nie. Zwiała do zamku. 

– Miejmy nadzieję, że nie wygada – powiedział Gaheris. – Musimy zrobić mamie 

niespodziankę. Inaczej nic z tego. 

Trzej  rzeźnicy,  umazani  potem  i krwią,  przedstawiali  sobą  opłakany  widok. 

Agravaine  dwa  razy  zwymiotował.  Pracowali  jednak  dalej,  na  koniec  z pomocą 

Garetha. 

–  Teraz  już  nie  ma  sensu  przerywać  –  przekonywał  braci  Gawaine.  –  Pomyślcie, 

jak to będzie fajnie przynieść go mamie. 

–  Może  nawet  mama  przyjdzie  na  górę  powiedzieć  nam  dobranoc,  skoro  jej 

przyniesiemy to, o czym marzyła. 

–  Będzie  się  uśmiechała  i powie,  że  dzielni  z nas  myśliwi.  Odpiłowany  od 

zmaltretowanego  korpusu  łeb  jednorożca  okazał  się  dla  chłopców  za  ciężki.  Uświnili 

się  jeszcze  bardziej,  kiedy  próbowali  go  podnieść.  Gawaine  zaproponował,  żeby 

ciągnąć łeb na linie. Nie mieli liny. 

– Może ciągnąć za róg – poddał Gareth. – Dopóki będzie z górki, możemy ciągnąć 

i pchać jednocześnie. 

Za  róg  mogła  trzymać  tylko  jedna  osoba,  więc  chłopcy  holowali  łeb  na  zmianę, 

a pozostała  trójka  popychała  z tyłu,  kiedy  głowa  zaklinowała  się  we  wrzosach  albo 

w rowie.  Nawet  w ten  sposób  był  to  ciężki  ładunek,  toteż  zatrzymywali  się  mniej 

więcej co dwadzieścia jardów i zamieniali rolami. 

–  Jak  dojdziemy  do  zamku  –  sapał  Gawaine  –  postawimy  łeb  na  ławeczce 

w ogrodzie.  Mama  na  pewno  będzie  tamtędy  przechodziła,  odbywając  spacer  przed 

kolacją. Staniemy przed ławeczką wszyscy czterej, a jak mama dojdzie do tego miejsca 

background image

– rozstąpimy się, no i zobaczymy, co powie. 

– Zdziwi się – rzekł Gaheris. 

Ściągnąwszy  łeb  po  stoku  spadzistego  wzgórza,  napotkali  następną  przeszkodę: 

róg okazał się za słaby, aby zań ciągnąć łeb po płaskim terenie. 

Widząc,  że  sytuacja  jest  beznadziejna,  a pora  kolacji  bliska,  Gareth  na  ochotnika 

puścił się do domu po linę. Obwiązali nią to, co pozostało z głowy i wreszcie oślepiony, 

pokiereszowany,  ubłocony,  zakrwawiony  i zmierzwiony  eksponat  trafił  na  ostatnią 

stację  swojego  przeznaczenia,  czyli  do  ogrodu,  w którym  rosły  zioła.  Chłopcy 

dźwignęli go na ławkę i udrapowali jak mogli grzywę na tym, co pozostało. Zwłaszcza 

Gareth  starał  się  tak  ustawić  głowę,  żeby  dawała  choć  nikłe  wyobrażenie  o pięknie, 

które tak doskonale pamiętał. 

Królowa-czarownica  wyszła  na  przechadzkę  punktualnie,  konwersując  po  drodze 

z Sir  Grummorem,  a w  ślad  za  nią  podążały  ulubione  pieski:  Tycuś,  Bielanka 

i Słoneczko.  Królowa  nawet  nie  zauważyła  swoich  czterech  synów,  wyprężonych  na 

baczność  w szeregu  przed  ławeczką.  Chłopcy  byli  brudni,  rozemocjonowani  i pełni 

nadziei. 

– Już! – krzyknął Gawaine i bracia rozstąpili się. 

Królowa  Morgause  nie  zwróciła  uwagi  na  jednorożca.  Myślami  bujała  bowiem 

całkowicie  gdzie  indziej.  Oboje  z Sir  Grummorem  przeszli  obok  ławeczki  jak 

najobojętniej. 

–  Mamo!  –  zawołał  dziwnym  głosem  Gareth.  Skoczył  za  matką  i szarpnął  ją  za 

suknię. 

– No, co tam, mój białasku? Czego sobie życzysz? 

– Mamo, zobacz. Przynieśliśmy ci jednorożca. 

–  Słodkie  maleństwa,  nieprawdaż,  Sir  Grummore?  Pędźcie  zaraz  do  kuchni 

i powiedzcie, niech wam dadzą mleka. 

– Ale mamusiu... 

– Nie teraz, nie teraz – skarciła go półgębkiem Królowa. – Później zobaczę. 

I poszła dalej, milcząca i uduchowiona, w towarzystwie rycerza z Puszczy Dzikiej, 

który niczego z tej sytuacji nie rozumiał. Nie dostrzegła nawet, że ubrania jej dzieci są 

w strzępach; nawet ich za to nie zbeształa. Kiedy później, wieczorem, dowiedziała się 

o jednorożcu,  kazała  chłopców  wychłostać,  gdyż  dzień  spędzony  z angielskimi 

rycerzami nie przyniósł jej sukcesu. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VIII 

 

 

Równina  Bedegraine  porosła  lasem  namiotów  we  wszystkich  kolorach  tęczy. 

Niektóre  przypominały  staroświeckie  budki  kąpielowe  i miały  nawet  deseń  w paski 

jak te budki, ale większość namiotów była jednokolorowa: żółte, zielone i tak dalej. Na 

ścianach  namiotów  wytłoczono  lub  wymalowano  symbole  heraldyczne:  ogromne 

czarne  orły  –  najczęściej  dwugłowe,  skrzydlate  dwunożne  smoki,  lance,  dęby  albo 

obrazki kojarzące się  żartobliwie z imieniem lokatora namiotu. Sir  Kay,  na przykład, 

miał na swoim namiocie wizerunek czarnego klucza, gdyż klucz po angielsku zwie się 

„key”,  a Sir  Ulbawes  z obozu  przeciwnika  rezydował  w namiocie  ozdobionym  parą 

łokci w szerokich rękawach, ponieważ jego imię wymawiało się podobnie jak angielski 

łokieć:  „elbow”.  Prawidłowa  nazwa  przedstawionych  w emblemacie  rękawów  brzmi 

„mankiety”.  Na  szczytach  namiotów  łopotały  proporce,  a o  ściany  opierały  się  pęki 

włóczni.  Najwaleczniejsi  panowie  powystawiali  przed  namioty  tarcze  albo  sporych 

rozmiarów  miedziane  cebrzyki  i wystarczyło  uderzyć  w takie  urządzenie  klingą 

włóczni,  aby  baron  wyskoczył  ze  środka  jak  wściekła  pszczoła  z ula  i stoczył  ze 

śmiałkiem błyskawiczny pojedynek, trwający częstokroć nie dłużej niż pogłos samego 

gongu.  Sir  Dinadin,  znany  kawalarz,  wywiesił  w tym  celu  nocnik.  W namiotach 

i wokół  nich  kręcili  się  ludzie.  Kucharze  wykłócali  się  z psami,  które  właśnie  zeżarły 

baraninę, mali paziowie ukradkiem wypisywali  jeden  drugiemu na  plecach obelżywe 

słowa,  wytworni  minstrele  ze  smętnymi  minami  brzdąkali  na  lutniach  i śpiewali 

ballady,  a giermkowie,  którym  uczciwość  wprost  tryskała  z oczu,  próbowali  sobie 

wzajemnie sprzedawać okulałe konie. Kataryniarze zarabiali muzyką na miskę kaszy, 

Cyganie  wróżyli,  jak  się  komu  powiedzie  w bitwie,  rośli  rycerze,  z głowami 

poowijanymi  w nie  pierwszej  czystości  turbany,  grali  w szachy,  a na  kolanach 

niektórych z nich siedziały markietanki. Poza tym, dla uciechy wojska, pętali się tam 

trefnisie,  komedianci,  akrobaci,  harfiarze,  trubadurzy,  kuglarze,  minstrele,  tancerze 

z niedźwiedziem,  tancerze  z jajkiem,  tancerze  z drabiną,  baletmistrze  i baletnice, 

szarlatani, połykacze ognia i linoskoczkowie. Atmosfera była całkiem jak na odpuście 

albo  na  wielkich  wyścigach  konnych.  Nieprzebyta  Puszcza  Sherwood  roztaczała  się 

wokół lasu namiotów dalej niż okiem sięgnąć, a była to puszcza pełna dzików, jeleni, 

banitów,  smoków  i demonów.  W Puszczy  Sherwoodzkiej  kryła  się ponadto  zasadzka, 

o której nikt jeszcze nie wiedział. 

Król  Artur  nie  przejmował  się  bliską  bitwą.  Dni  mijały,  napięcie  rosło,  a on 

siedział z dala od oczu wojska w swoim namiocie i naradzał się z Sir Ectorem, Kayem 

albo Merlinem. Niżsi dowódcy cieszyli się, że ich Król odbywa tyle narad wojennych, 

background image

gdyż widzieli światło palące się do późna w noc w jedwabnym namiocie i ufali, że trwa 

tam  planowanie  nadzwyczajnej  kampanii.  W namiocie  Króla  naradzano  się  jednak 

nad innymi sprawami. 

–  Nie  unikniesz  zawiści  –  mówił  Kay.  –  Każdy  rycerz  twojego  sprzymierzenia 

będzie twierdził, że to on ma największe zasługi i w związku z tym powinien zasiadać 

u szczytu stołu. 

– W takim razie zrobimy okrągły stół, bez honorowych miejsc. 

–  Ale  pomyśl,  Arturze,  jak  posadzisz  przy  okrągłym  stole  stu  pięćdziesięciu 

rycerzy? To nie do zrobienia. 

Merlin,  który  ostatnimi  czasy  nie  zabierał  głosu  w dyskusji,  tylko  z promiennym 

uśmiechem,  z założonymi  rękami,  przysłuchiwał  się  z boku,  udzielił  Kayowi 

precyzyjnej odpowiedzi na trudne pytanie: 

– Średnica stołu powinna wynosić około pięćdziesięciu jardów. Obwód oblicza się 

według wzoru 2nv. 

–  No  dobrze.  Powiedzmy:  pięćdziesiąt  jardów  średnicy.  A co  z tą  wielką 

przestrzenią  pośrodku?  Taki  stół  będzie  oceanem  drewna,  okolonym  cienkim 

wianuszkiem istot ludzkich. Na takim stole nie można nawet ustawić posiłku, bo nikt 

by do niego nie sięgnął. 

– Więc zrobimy okrągły stół z dziurą w środku – zdecydował Artur. – To ma swoją 

nazwę...  nie  pamiętam.  Coś  jak  koło  u wozu.  Służba  mogłaby  obsługiwać  gości  od 

środka,  tam,  gdzie  normalnie  są  szprychy.  A przymierze  nosiłoby  nazwę  Rycerzy 

Okrągłego Stołu. 

– Brawo! Świetna nazwa! 

–  Najważniejsza  rzecz  –  ciągnął  Król,  który  im  dłużej  myślał,  tym  się  stawał 

mądrzejszy  –  najważniejsza  rzecz  to  ściągnąć  młodych.  Starzy  rycerze,  ci,  przeciwko 

którym  dzisiaj  walczymy,  są  już  straceni  dla  nauki.  Nawet  jeżeli  uda  nam  się  ich 

pozyskać  i skłonić  do  walki  po  stronie  dobra  –  a sądzę,  że  tak  będzie  –  to  nie 

zmienimy  głęboko  zakorzenionych  przyzwyczajeń  u takich  osobników  jak  Sir  Bruce. 

Grummore’a  i Pellinore’a  trzeba,  rzecz  jasna,  pozyskać  za  wszelką  cenę  –  ciekawe, 

swoją  drogą,  gdzie  oni  się  podziewają!  Grummore  i Pellinore  są  w porządku,  bo 

zawsze  odznaczali  się  dobrotliwym  usposobieniem.  Za  to  ludzie  Lotha  będą  się  bez 

wątpienia czuli nieswojo w naszym sprzysiężeniu. Dlatego powtarzam: trzeba zbierać 

młodzież.  Musimy  wychować  nowe  rycerskie  pokolenie  dla  przyszłości.  Trzeba  nam 

takich  ludzi  jak  mały  Lancelot,  który  tu  przybył  z Wiadomą  Osobą.  Tacy  jak  on 

stworzą prawdziwy Stół. 

– Co do Stołu – wtrącił Merlin – to nie muszę chyba taić przed tobą faktu, że Król 

Leodegrance  posiada  mebel  idealnie  się  nadający  do  wspomnianego  celu.  Skoro  tak 

czy owak masz poślubić jego córkę, powinieneś go namówić, żeby wam ofiarował ten 

background image

stół jako prezent ślubny. 

– Ja mam poślubić jego córkę? 

– Tak się składa. Na imię jej Ginewra. 

–  Słuchaj,  Merlinie.  Nie  lubię,  jak  mi  ktoś  przepowiada  przyszłość  i w  ogóle  nie 

wierzę w takie przepowiednie. 

–  O pewnych  sprawach  muszę  cię  uprzedzić  –  odparł  czarodziej.  –  I to  bez 

względu na to, czy mi uwierzysz, czy nie. Najgorsze, że ciągle mi się zdaje, że o czymś 

ważnym  zapomniałem  ci  powiedzieć.  Przypomnij  mi  kiedyś  przy  okazji,  że  mam  cię 

ostrzec przed tą Ginewrą. 

– Wszystkim się wszystko miesza od twojego gadania – jęknął Artur. – Ja sam co 

chwila tracę wątek. O czym to ja... 

–  Będziesz  musiał  wydawać  specjalne  uczty  –  zabrał  głos  Kay.  –  Na  Zielone 

Świątki, i tak dalej. Rycerze będą się wówczas gromadzili celem złożenia sprawozdań 

ze  swojej  działalności.  Polubią  wymyślony  przez  ciebie  nowy  rodzaj  wojaczki  pod 

warunkiem, że będą mogli o niej opowiadać. Merlin mógłby czarodziejskim sposobem 

umieścić imię każdego nad jego miejscem za stołem, a wyżej widniałyby herby wyryte 

w drewnie. To będzie fantastycznie wyglądało. 

Porywająca  wizja  Kaya  kazała  Królowi  zapomnieć  o pytaniu,  które  chciał  zadać. 

Obaj  młodzieńcy  natychmiast  zaczęli  szkicować  własne  herby,  chcąc  je  dać 

czarodziejowi,  żeby  przypadkiem  nie  pomylił  barw.  W połowie  rysowania  Kay 

podniósł wzrok, ukazując zarazem wysunięty w twórczym zapale czubek języka. 

– Coś mi się przypomniało – powiedział. – Pamiętasz, jak się kiedyś spieraliśmy 

o to, kto jest agresorem? Wymyśliłem bardzo dobry powód do wypowiedzenia wojny. 

Merlin zesztywniał ze zgrozy. 

– Ciekawym, co też to za powód – odezwał się z pozornym spokojem. 

– Najlepszym powodem do rozpętania wojny jest zdrowy rozsądek! Na przykład, 

gdyby  jakiś  król  wymyślił  nowy  sposób  życia  społecznego  –  taki,  wiecie,  który 

wszystkim przynosiłby korzyści, a może nawet taki, który miałby cały lud uchronić od 

zagłady – i gdyby społeczeństwo okazało się zdemoralizowane albo za głupie, żeby się 

na ten sposób zgodzić dobrowolnie, to taki król, moim zdaniem, miałby prawo zmusić 

swoich poddanych do posłuchu mieczem. W ich własnym interesie. 

Czarodziej  jął  nerwowo  zaciskać  pięści,  skręcać  poły  płaszcza  i dygotać  na  całym 

ciele. 

–  To  ciekawe,  co  mówisz  –  odezwał  się  drżącym  głosem.  –  Bardzo  ciekawe. 

W czasach  mojej  młodości  żył  taki  człowiek  –  pewien  Austriak,  który  wymyślił  dla 

ludzi  nową  drogę  życia  i uwierzył,  że  to  właśnie  on  jest  dobroczyńcą  ludzkości. 

Posługując  się  mieczem  dla  wcielenia  w życie  swoich  reform,  wtrącił  cywilizację 

w otchłań  rozpaczy  i chaosu.  Ów  dobroczyńca  ludzkości  przegapił bowiem,  moi  mili, 

background image

jeden  istotny  fakt:  ten  fakt  mianowicie,  że  już  ktoś  przed  nim  próbował  radykalnie 

odmienić  rodzaj  ludzki,  a ten  ktoś  nazywał  się  Jezus  Chrystus.  Załóżmy,  że  Jezus 

wiedział o zbawieniu ludzi tyle samo co Austriak, o którym wam opowiadam. Ciekawa 

jednak rzecz, że Jezus nie zamienił grupy swoich uczniów w bojówkę szturmową, nie 

spalił  świątyni  w Jerozolimie  i nie  zwalił  na  koniec  winy  za  wszystko  na  Poncjusza 

Piłata.  Przeciwnie:  Jezus  dowiódł,  że  zadaniem  filozofa  jest  objawiać  idee,  a nie 

narzucać je innym ludziom. 

Kay pobladł, ale uparcie trwał przy swoim. 

– To dlaczego Artur ma walczyć, żeby narzucić swoją ideę Królowi Lothowi? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ IX 

 

 

Polowanie na jednorożca według koncepcji Królowej nie przyniosło oczekiwanych 

rezultatów.  Tymczasem  choroba  miłosna  Króla  Pellinore’a  nasilała  się  i należało 

koniecznie  przedsięwziąć  środki  zaradcze.  Sir  Palomides  doznał  pewnego  dnia 

nagłego olśnienia. 

–  Królewską  melancholię  –  zawyrokował  –  odegnać  może  tylko  Bestia  Dyżurna. 

Ona  to  bowiem  jest  obiektem,  do  którego  wielmożnego  pana  przykuwa  wieloletni 

nawyk. Uniżony sługa waszej czcigodności mówił to już ze sto razy. 

–  Jeśli  o mnie  chodzi  –  skrzywił  się  sceptycznie  Sir  Grummore  –  to 

przypuszczam,  że  Bestia  Dyżurna  dawno  zdechła.  A poza  tym  przypominam 

szanownemu panu, że została we Flandrii. 

–  Więc  musimy  się  za  nią  przebrać  –  odparł  mu  nie  zrażony  Sir  Palomides.  – 

Odegramy rolę Bestii Dyżurnej i damy się Królowi potropić. 

–  Niemożliwe,  żebyśmy  się  przebrali  za  Bestię.  Saracen  dał  się  jednak  ponieść 

własnej fantazji. 

–  A to  dlaczego?  –  spytał.  –  Czemu  nie,  na  święte  imię  Jingo!  Trefnisie  przecież 

stroją  się  w zwierzęce  skóry,  czy  to  jelenia,  czy  innej,  za  przeproszeniem,  kozy,  i tak 

przebrani skaczą, kręcąc ucieszne piruety, przy dźwiękach tamburynu i bębenka. 

– Zgoda, Palomidesie, tylko że my nie jesteśmy trefnisiami. 

– Więc musimy się nimi stać! 

– Co? Trefnisiami? 

Trefniś, czy też komediant, był podrzędną odmianą minstrela. Dlatego pomysł Sir 

Palomidesa bynajmniej nie przypadł rycerzowi do gustu. 

–  Skąd  wzięlibyśmy  kostium  Bestii  Dyżurnej?  –  spytał  bez  entuzjazmu.  –  To 

potwornie skomplikowane zwierzę. 

– Opisz mi pan to zwierzę. 

–  Trudna  sprawa.  Ma  łeb  żmii,  korpus  lamparta,  lwi  zad  i charcie  łapy.  A w 

dodatku powiedz mi pan, jak podrobimy ten jazgot, który się wydobywa z jej brzucha, 

niczym trzydzieści par psów gończych w pościgu za zwierzyną. 

– Brzuch zostaw pan uprzejmie swojemu uniżonemu – skłonił się Sir Palomides. 

– A oto i odgłos. 

Sir Palomides zademonstrował koledze próbkę jodłowania. 

– Cicho! – oburzył się Sir Grummore. – Cały zamek postawisz pan na nogi. 

– A więc postanowione? 

– Coś pan? Jakie postanowione? Jak żyję nie słyszałem takiej bzdury. Nie mówiąc 

background image

o tym, że ona ma całkiem inny głos. O taki. 

I  Sir  Grummore  zagdakał  fałszywym  altem,  jak  wielotysięczne  stado  dzikich  gęsi 

na bagnach. 

– Ćśśś! – uciszył go Sir Palomides. 

–  Żadne  ćśśś.  Odgłos,  który  pan  dałeś,  przypomina  świnię.  Tu  dwaj  znawcy 

przyrody  jęli  na  wyścigi  pohukiwać,  chrząkać,  skrzeczeć,  piszczeć,  krakać,  muczeć, 

gruchać,  fukać,  kwakać,  warczeć  i miauczeć  –  aż  obaj  niebezpiecznie  poczerwienieli 

na licach. 

– Głowę  – przerwał  nagle popisy wokalne  Sir Grummore –  trzeba  będzie wyciąć 

z tektury. 

–  Albo  z płótna  –  rzekł  Sir  Palomides.  –  Miejscowa  ludność  rybacka  będzie 

zapewne w posiadaniu płótna. 

– Skórzane buty mogą od biedy robić za kopyta. 

– Na korpusie wymaluje się cętki. 

– Musi się zapinać pośrodku... 

– ...tam, gdzie się złączymy. 

–  Zgadzam  się  –  oznajmił  łaskawie  Sir  Palomides  –  żebyś  pan  był  tylną  częścią 

ciała i wydawał odgłos. Odgłos musi wszak dobywać się z głębi trzewi. 

Sir  Grummore  z wielkiej  radości  oblał  się  rumieńcem,  lecz  normańskim 

zwyczajem odpowiedział szorstko: 

– Dziękuję, Palomidesie. Trzeba przyznać, że zachowałeś się całkiem przyzwoicie. 

– Nie ma o czym mówić. 

Przez następny tydzień Król Pellinore prawie nie widywał swoich towarzyszy. 

– Idź pisać wiersze, Pellinore – radzili mu, ilekroć go spotkali. – Albo siądź sobie 

na  nadmorskiej  skale  i powzdychąj.  No,  idź  już,  idź,  słuchaj  kolegów,  jak  ci  dobrze 

radzą. 

Pellinore  snuł  się  więc  po  okolicy,  od  czasu  do  czasu  wykrzykując:  „Flandria 

Glandria!”,  albo  „córa  –  hura”,  ilekroć  przyszedł  mu  do  głowy  niezły  rym. 

Ciemnowłosa Królowa trzymała się ostatnio z dala od rycerzy. 

Tymczasem  w stale  zamkniętym  na  klucz  pokoju  Sir  Palomidesa  odbywało  się 

gorączkowe szycie, krojenie, malowanie i kłótnie, jakich nikt tam dotąd nie słyszał. 

– Szanowny kolego. Powtarzam, że lampart ma czarne cętki. 

– Furda – zbagatelizował uwagę Sir Palomides. 

– Co za furda? Żadnej furdy tu nie widzę. 

I co chwila mierzyli się rozognionymi twórczą weną spojrzeniami. 

– Przymierz głowę. 

– Uważaj! No tak, rozerwałeś. Mówiłem, że podrzesz. 

– Konstrukcja od początku była licha. 

background image

– Trzeba ją zrobić na nowo. 

Po dokonaniu rekonstrukcji, Poganin odstąpił o krok, podziwiając swoje dzieło. 

– Uważaj na cętki, Palomidesie! No, oczywiście, rozmazałeś! 

– Tysiąckrotnie przepraszam! 

– Trzeba uważać, gdzie się lezie. 

– Tak? A kto wdepnął pod żebro i zrobił dziurę na wylot? 

Następnego dnia mieli kłopoty z zadnią częścią ciała. 

– Te biodra są o wiele za ciasne. 

– To się nie schylaj. 

– Jak mam się nie schylać, skoro jestem zadkiem? 

– Nie pękną. 

– Pękną. 

– Powiadam ci, że nie pękną. 

– O, już pękły. 

–  Uważaj  na  mój  ogon  –  strofował  kolegę  Sir  Grummore  dnia  trzeciego.  – 

Depczesz mi po ogonie. 

– Nie ciągnij tak, Grummore. Skręcisz mi kark. 

– Nie widzisz? 

– Nic nie widzę. Skręciłeś mi kark. 

– No i już po ogonie. 

Chwilę trwała cisza, gdyż twórcy wyplątywali się z własnego dzieła. 

– Jeszcze raz. Tylko ostrożnie. Musimy iść w nogę. 

– Ty dyktuj tempo. 

– Lewa! Prawa! Lewa! Prawa! 

– Biodra mi się osuwają! 

– Jeżeli teraz puścisz w pasie swego uniżonego, rozerwiemy się na pół. 

– Ale inaczej zgubię biodra. 

– Guziki poszły. 

– A niech idą do diaska. 

– Twój uniżony ostrzegał cię, że pójdą. 

Czwartego dnia poprzyszywali na nowo guziki i zaczęli od początku. 

– Czy mogę poćwiczyć odgłos? 

– Najwyższy czas. 

– No i co powiesz o moim ujadaniu z głębi trzewi? 

–  Imponujące,  drogi  Grummorze.  Imponujące.  Dziwne  może  się  zdawać  jedynie 

to, że odgłos dobywa się z... drugiego końca, jeśli nadążasz za mym rozumowaniem. 

– Wydawało mi się, że odgłos jest stłumiony. 

– W pewnym sensie tak. 

background image

–  Więc  dla  słuchacza  z zewnątrz  będzie  w sam  raz.  Piątego  dnia  prace  były  już 

poważnie zaawansowane. 

–  Trzeba  poćwiczyć  galop.  Nie  możemy  przecież  ciągle  spacerować,  zwłaszcza 

kiedy on będzie nas ścigał. 

– Proszę uprzejmie. 

– Jak powiem „start”, ruszaj do biegu. Gotowi... start! 

– Uważaj, Grummore, trącasz mnie tyłkiem! 

– Tyłkiem? 

– Uwaga, łóżko! 

– Co mówisz? 

– O rety! 

– Niech ogień strawi to głupie łóżko. Au, moje łydki! 

– Znów oberwałeś guziki. 

– Pies trącał guziki. Rozwaliłem palec. 

– A twojemu uniżonemu odleciała głowa. 

– Widzę, że musimy poprzestać na spacerowaniu. 

–  Galopowanie  poszłoby  nam  łatwiej  –  rzekł  Sir  Grummore  szóstego  dnia  – 

gdybyśmy mieli podkład muzyczny. Coś dziarskiego. 

– Ale nie mamy. 

– A nie mógłbyś, Palomidesie, podśpiewywać z cicha, kiedy ja ujadam? 

– Twój uniżony z radością spróbuje. 

– No to siup. Zaczynamy. 

– Hopsasa, hopsasa, hopsasa! 

– Stój, do licha! 

–  Trzeba  będzie  wszystko  zrobić  od  nowa  –  orzekł  w sobotę  Sir  Palomides.  – 

Tylko kopyta są jeszcze w jakim takim stanie. 

– Mam nadzieję, że  w lesie upadek mniej boli niż tutaj, biorąc pod  uwagę mech, 

i tak dalej. 

– I może płótno nie będzie się tak darło. 

– Uszyjemy z podwójnego. 

– Dobra myśl. 

– Cieszę się, że kopyta nadają się do użytku. 

– Na Jowisza, mój Palomidesie, toż to istny potwór! 

– Tym razem pięknie nam wyszło. 

– Szkoda, że nie da się zrobić, żeby ział ogniem z paszczy, czy coś w tym rodzaju. 

– Istnieje niebezpieczeństwo zaprószenia ognia wewnątrz. 

– Spróbujemy jeszcze raz pogalopować, Palomidesie? 

– Ależ oczywiście. 

background image

– No to pchnij łoże w kąt pokoju. 

– Uwaga na guziki. 

– Jak zobaczysz, że na coś wpadamy, to się po prostu zatrzymaj, dobrze? 

– Dobrze. 

– Miej oko na wszystko, mój Palomidesku. 

– Tak jest, Grummorciu. 

– Gotów? 

– Gotów. 

– Ruszamy. 

– To był wspaniały zryw, Palomidesku – zachwycił się Rycerz z Puszczy Dzikiej. 

– Galop najwyższej klasy. 

– Czyś zauważył, że bez przerwy ujadałem? 

– Nie dało się nie zauważyć, Sir Grummorze. 

–  Już  nie  pamiętam,  kiedy  się  tak  świetnie  bawiłem.  Sapali  triumfalnie,  odziani 

w skórę potwora. 

– Widziałeś, Palomidesie, jak merdam ogonem? 

– Uroczo, Grummorze. A popatrz jak ja mrugam jednym okiem. 

–  Za  chwilę,  Palomidesie.  Najpierw  popatrz  na  ogon.  Musisz  zobaczyć  jak 

merdam ogonem. 

–  Skoro  ja  mam  patrzeć  na  twoje  merdanie,  to  ty  musisz  popatrzeć  na  moje 

mruganie. Tak będzie sprawiedliwie. 

– Przecież ja stąd, ze środka, nic nie widzę. 

– Więc przyjmij do wiadomości, Sir Grummorze, że twój uniżony też nie wykręci 

się tak, żeby móc podziwiać okolice dziurki w zadku. 

– No to trudno. Zróbmy jeszcze jedną próbę. Ja będę przez cały czas kręcił młynka 

ogonem i ujadał jak wściekły. Damy przerażające widowisko. 

– A twój uniżony będzie bez przerwy mrugał, to jednym okiem, to drugim. 

–  Jak  sądzisz,  Palomidesie,  czy  galopując  moglibyśmy  sobie  od  czasu  do  czasu 

bryknąć? Czyli wykonać gwałtowny wyskok? 

– Naturalniej będzie, jeżeli wyskok wykona tylko zadnia część ciała, solo. 

– Więc twoim zdaniem mogę brykać sam? 

– Moim zdaniem tak. 

–  To  więcej  niż  przyzwoicie  z twojej  strony,  mój  Palomidesie,  że  pozwalasz  mi 

brykać. 

–  Twój  uniżony  ufa,  że  brykanie  przebiegać  będzie  z zachowaniem  minimum 

ostrożności, a to celem uniknięcia naruszenia frontowych partii ciała przez zadnie. 

– Trafiłeś w sedno, mój Palomidesie. 

– Wszystko gotowe, Sir Grummore. 

background image

– Hej-ho, Sir Palomidesie! 

– Hopsasa, hopsasa, pojedziemy dać się ścigać do łasa! 

Królowa pogodziła się nareszcie z tym, że nic nie wskóra. Nawet jej chytry celtycki 

umysł  pojął,  że  nie  da  się  skrzyżować  osła  z wężem.  Popisywanie  się  urodą 

i zdolnościami  wobec  tych  pożałowania  godnych  rycerzy  nie  miało  najmniejszego 

sensu, tak samo jak próby złowienia ich na przynętę tego, co w mniemaniu Królowej 

uchodziło  za  miłość.  Wskutek  nagłej  odmiany  uczuć  Królowa  stwierdziła,  że 

nienawidzi rycerzy, którzy nie dość, że byli durniami, to jeszcze Sasami – podczas gdy 

ona sama była rozumna i święta. W tej nowej roli odkryła, że nie obchodzi ją nic poza 

ukochanymi synkami. Była najlepszą matką na świecie! Jej serce rwało się do dzieci, 

jej  macierzyńska  pierś  wzbierała  czułością.  Kiedy  Gareth  przyniósł  jej  do  komnaty 

białą gałązkę wrzośćca, żeby przeprosić za to, że został wychłostany, matka okryła go 

pocałunkami  –  przez  cały  czas  zerkając  w lustro.  Gareth  uciekł  z jej  objęć  i prędko 

osuszył  łzy,  po  części  wstydu,  po  części  radosnego  uniesienia.  Wrzosiec  wetknięty 

został dramatycznym gestem w kubek bez wody – Królowa była idealną gospodynią – 

i Gareth  usłyszał,  że  może  odejść.  Wypadł  z królewskiej  komnaty  i jak  grający  bąk 

sfrunął  po  kręconych  schodach,  niosąc  braciom  radosną  wieść  o przebaczeniu. 

Zamek,  w którym  mieszkali,  w niczym  nie  przypominał  zamku,  po  którym  jako 

dziecko buszował Król Artur. Normańskic oko poznałoby, że to zamek, tylko po wieży 

strażniczej.  Budowla  miała  o tysiąc  lat  więcej  niż  najstarsze  znane  Normanom 

konstrukcje. 

Zamek,  przez  który  mały  chłopiec  biegł  teraz  co  sił  w nogach,  żeby  zanieść 

braciom  dobrą  nowinę  o tym,  że  matka  ich  kocha,  miał  swój  początek  w mglistej 

przeszłości  i stanowił  jedną  z nierozszyfrowanych  symbolicznych  konstrukcji 

Pradawnych  –  rodzaj  wysuniętej  w morze  warowni.  Wyrzuceni  na  morze  przez 

wulkan  historii,  Pradawni  zawrócili  swe  łodzie  i wylądowali  na  najdalej  wysuniętym 

cyplu.  Tam,  na  wysokim,  skalistym  jęzorze  lądu  –  chociaż  morze  deptało  im  po 

piętach  –  wznieśli  pojedynczy  mur  u nasady  ziemnego  jęzora.  Morze,  które  stało  się 

ich  przekleństwem,  było  również  ostatnim  obrońcą  z trzech  pozostałych  stron.  Tam 

właśnie,  na  wysuniętym  cyplu,  pomalowani  na  niebiesko  kanibale,  wznieśli  godną 

cyklopa budowlę z nie ociosanych głazów, wysoką na czternaście stóp i na czternaście 

stóp szeroką, porytą z jednej strony tarasami, z których można było ciskać kamienie, 

a z  drugiej  najeżoną  tysiącami  ostrych  głazów,  osadzonych  szpicami  na  wierzch,  jak 

kolce  wystraszonego  jeża.  Za  tym  monumentalnym  murem  ludzie  kulili  się  nocą 

w drewnianych szałasach razem ze zwierzętami domowymi. Głowy wrogów ustawiano 

na palach dla dekoracji, a król owego ludu kazał sobie zbudować podziemny skarbiec, 

będący jednocześnie podziemnym tunelem i drogą ucieczki. Tunel prowadził za mury, 

toteż  nawet  w przypadku  szturmu  na  twierdzę  król  mógłby  się  wyczołgać  poza  tyły 

background image

wroga.  W tunelu  mieścił  się  na  szerokość  tylko  jeden  człowiek,  a w  pewnym  miejscu 

znajdowała  się  pułapka:  uciekający  mógł  się  tam  zaczaić  i za  pomocą  specjalnego 

urządzenia  strzaskać  łeb  osobie,  która  by  go  ścigała,  w chwili  gdy  ta  osoba 

zastanawiałaby  się,  jak  ominąć  przeszkodę.  Budowniczowie  podziemnego  przejścia 

zostali po robocie zgładzeni przez króla-kapłana osobiście,  aby nikt oprócz niego nie 

znał sekretu. 

Działo się to w odległym tysiącleciu. 

Dunlothianie nie posunęli zanadto do przodu cywilizacji Pradawnych. Po podboju 

Wikingów tu i ówdzie wyrósł drewniany barak; gdzieniegdzie wydłubano z mum stare 

głazy,  aby  zbudować  z nich  wieżę  dla  kapłanów  na  planie  koła,  a królewska  wieża, 

z oborą  pod  dwiema  komnatami  mieszkalnymi,  była  ostatnim  krzykiem 

architektonicznej mody tych okolic. 

Między  skleconymi  jak  bądź  wrakami  stuleci  gnał  Gareth,  szukając  braci.  Biegał 

pomiędzy  szałasami  i dobudówkami,  wzdłuż  tablic  ku  czci  dawno  zmarłego  Deaga, 

syna  No,  wmurowanych  w późniejszą  basztę  do  góry  nogami.  Wspiął  się  na  szczyt 

oskalpowanej  przez  wichry  Atlantyku  nadmorskiej  skały,  pod  którą  przycupnęła 

pośród wydm mała wioseczka rybacka. Zobaczył ciągnące się na tuzin mil kłębowisko 

fal,  a za  nimi  kilkusetmilowe  pole  cumulusów.  Wzdłuż  całej  linii  wybrzeża  święci 

i uczeni mężowie Eriu, rezydenci kamiennych uli, praktykowali święte okropieństwo: 

każdy  recytował  kolejno  pięćdziesiąt  psalmów  w ulu,  pięćdziesiąt  na  wolnym 

powietrzu  i pięćdziesiąt  zanurzony  po  szyję  w zimnej  wodzie  –  a wszystko 

z nienawiści  ku  tętniącemu  życiem  światu.  Święty  Toirdealbhach  nie  był  typowym 

przedstawicielem swojego gatunku. 

Gareth trafił na braci w spiżarni. 

Pachniało  tam  owsem,  szynką,  wędzonym  łososiem,  suszonym  dorszem,  cebulą, 

olejem  z rekina,  marynowanymi  śledziami  w beczkach,  konopiami,  kukurydzą, 

kurzym  pierzem,  płótnem  żeglarskim,  mlekiem  –  w czwartki  w tym  pomieszczeniu 

wyrabiano masło – sosnowym drewnem, jabłkami, suszonymi ziołami, rybim klejem 

i lakierem,  którego  używali  producenci  strzał,  zamorskimi  przyprawami,  zdechłym 

szczurem,  który  uwiązł  w pułapce,  dziczyzną,  wodorostami,  trocinami,  młodymi 

kociętami,  przeznaczonym  na  sprzedaż  runem  górskich  owiec  i ostro  wonnym 

dziegciem. 

Gawaine,  Agravaine  i Gaheris  siedzieli  na  owczym  runie  i zajadali  jabłka,  kłócąc 

się przy tym zajadle. 

– Nie wasz interes – upierał się Gawaine. 

– Jak to nie nasz interes? – oburzył się Agravaine. – A czyj, jak nie nasz? To nie 

jest w porządku. 

– Jak śmiesz twierdzić, że nasza matka nie ma racji? 

background image

– Bo nie ma. 

– Właśnie że ma. 

– No to udowodnij. 

– Oni są nawet całkiem porządni jak na Sasów – powiedział Gawaine. 

Sir Grummore wczoraj wieczorem dał mi ponosić hełm. 

– Co to ma do rzeczy? 

– Nie chce mi się o tym gadać – zamknął dyskusję Gawaine. – Takie gadanie jest 

podłe. 

– Niewiniątko! 

Stanąwszy  w drzwiach,  Gareth  ujrzał  spąsowiałą  z wściekłości  twarz  Gawaine’a 

pod  szopą  ryżych  włosów.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Gawaine  zaraz  dostanie 

kolejnego ataku szału – lecz Agravaine należał do tych nieszczęsnych intelektualistów, 

którym duma nie pozwala ulec brutalnej sile. Był z tych, których przeciwnik bez trudu 

powala  na  łopatki,  bo  nie  umieją  się  bronić  –  a oni  dalej  się  wykłócają  z pozycji 

leżącej, szydząc: „No, proszę, uderz jeszcze raz, pokaż jaki jesteś mądry!”. 

Gawaine na razie tylko piorunował Agravaine’a wzrokiem. 

– Zamknij się! 

– Ani mi się śni. 

– Pomóc ci? 

– Twoja pomoc w niczym nie zmieni mojego stanowiska. Gareth wmieszał się do 

dyskusji. 

– Cicho bądź, Agravaine. Gawaine, dajże mu spokój. Agravaine, ucisz się lepiej, bo 

on cię zabije. 

– No to niech mnie zabije. I tak mam rację. 

– Przestańcie jazgotać. 

–  Ja  nie  przestanę.  Uważam,  że  powinniśmy  wysłać  list  do  ojca  w sprawie  tych 

rycerzy. Powinniśmy napisać ojcu, co matka wyrabia i... 

Gawaine rzucił się na brata, nim ten skończył zdanie. 

–  Niech  cię  diabli!  –  wrzeszczał.  –  Zdrajco!  Co  robisz?!  Agravaine  uciekł  się 

bowiem  do  sposobu  dotąd  w sporach  rodzinnych  nie  stosowanego.  Był  słabszy  od 

brata i lękał się bólu. Powalony na ziemię, wyciągnął sztylet przeciwko bratu. 

– Uważaj, on ma broń! – krzyknął Gareth. Dwaj bracia tarzali się po skłębionym 

runie. 

–  Gaheris!  Złap  go  za  rękę!  Gawaine,  puść  go!  Agravaine,  rzuć  ten  sztylet! 

Agravaine, rzuć go, bo on cię zabije! Ty draniu! 

Chłopiec  był  siny  na  twarzy,  a sztyletu  nigdzie  nie  było  widać.  Gawaine  obiema 

rękami  dusił  Agravaine’a  za  gardło  i wściekle  walił  jego  głową  o podłogę.  Gareth 

złapał  Gawaine’a  za  koszulę  na  karku  i mocno  skręcił  materiał,  żeby  poddusić 

background image

napastnika. Tymczasem Gaheris krążył wokół walczących, polując na sztylet. 

–  Puszczaj  –  wysapał  Gawaine.  –  Puszczaj,  no  już.  Zakaszlał,  a raczej  zarzęził 

z głębi piersi, jak młody lew, zanim wyda ryk. 

Agravaine, któremu brat solidnie zgniótł grdykę, leżał bezwładnie z zamkniętymi 

oczami  i miał  czkawkę.  Wyglądał,  jakby  miał  zaraz  umrzeć.  Bracia  odciągnęli 

Gawaine’a  na  bok  i nie  puszczali  go,  bo  chciał  się  koniecznie  dorwać  z powrotem  do 

ofiary, żeby dokończyć dzieła. 

Gdy  Gawaine  wpadał  w szał,  zapominał  o ludzkich  uczuciach.  W późniejszym 

wieku zdarzało mu się w tym stanie mordować nawet niewiasty – czego potem zawsze 

gorzko żałował. 

Doprowadziwszy kostium Bestii do perfekcji, rycerze wynieśli go z zamku i ukryli 

w jaskini  u stóp  nadmorskiej  skały,  powyżej  poziomu  wody.  Dla  uczczenia  okazji 

napili się whisky i o zmroku ruszyli na poszukiwania króla. 

Znaleźli go w jego komnacie, przy gęsim piórze i karcie pergaminu. Na pergaminie 

nie  było  poezji,  tylko  obrazek,  w zamierzeniu  autora  przedstawiający  serce  przebite 

strzałą, z dwiema splecionymi literami P w środku. Król właśnie wycierał nos. 

–  Wybacz  nam  to  najście,  Pellinorze  –  rzekł  na  powitanie  Sir  Grummore  –  ale 

widzieliśmy coś na nadmorskich skałach. 

– Coś okropnego? 

– E, nie, niekoniecznie. 

– Szkoda. Miałem nadzieję, że coś okropnego. 

Sir  Grummore  błyskawicznie  przeanalizował  sytuację  i odciągnął  Saracena  na 

stronę. Wspólnie uznali, że sprawa wymaga wiele taktu. 

– O, widzę, że rysujesz, Pellinorze – zagadnął Sir Grummore jakby nigdy nic. – Co 

to takiego? 

– A jak ci się zdaje? 

– Mnie to wygląda na rysunek. 

–  Zgadłeś  –  rzekł  Król.  –  A teraz  wolałbym,  żebyście  już  sobie  poszli.  Czy  moja 

subtelna aluzja do was nie dociera? 

– Powinieneś o, tutaj, zrobić linię – pouczył go nie speszony Sir Grummore. 

– Gdzie? 

– Tu, gdzie ta świnia. 

– Przyjacielu, nie wiem, o czym mówisz. 

–  Wybacz,  jeśli  cię  obraziłem,  Pellinorze.  Myślałem,  że  rysujesz  świnię 

z zamkniętymi oczami. 

Sir Palomides uznał, że pora wkroczyć do akcji. 

–  Sir  Grummore  –  odezwał  się  nieśmiało  –  zaobserwował,  że  się  tak  wyrażę, 

pewne zjawisko. 

background image

– Zjawisko? 

– Pewną rzecz – uściślił Sir Grummore. 

– Jakiego rodzaju? – zapytał podejrzliwie Król. 

– Rodzaju, który chyba by ci się spodobał. 

– To coś ma cztery nogi – rozwinął temat Saracen. 

–  Czy  to  jest  zwierzę?  –  zainteresował  się  Król.  –  Czy  może  raczej  roślina  albo 

minerał? 

– Zwierzę. 

– Czy świnia? – pytał dalej Król czując, że koledzy do czegoś zmierzają. 

– Nie, nie, Pellinorze. To nie jest świnia. Świnie możesz sobie raz na zawsze wybić 

z głowy. Stworzenie, o którym mowa, wydaje głos podobny do ujadania sfory psów. 

– Jak sześćdziesiąt psów na raz – uściślił Sir Palomides. 

– Wieloryb! – ucieszył się Król. 

– No coś ty, Pellinorze. Przecież wieloryb nie ma nóg. 

– Ale wydaje taki odgłos. 

– Wieloryb? Naprawdę? 

–  Tak  naprawdę  to  nie  wiem,  szanowny  kolego.  Proszę  precyzyjniej  określić 

przedmiot zagadki. 

– Przedmiot zagadki? Ależ to cała menażeria! 

–  Słuchaj  no,  Pellinorze.  Myśmy  kogoś  widzieli.  Kogoś  kto  przeraźliwie  ujada 

i wyje. 

– Dajcie mi spokój – jęknął Król. – Albo przestańcie tyle gadać, albo sobie idźcie. 

Przez  te  wasze  wieloryby,  świnie  i ujadania  człowiek  kompletnie  traci  głowę.  Nie 

potraficie raz zostawić człowieka w spokoju, żeby mógł sobie porysować, kiedy ma na 

to ochotę? Czy może za wiele wymagam, proszę mi powiedzieć? 

–  Pellinorze  –  przerwał  mu  stanowczo  Sir  Grummore.  –  Natychmiast  weź  się 

w garść! Widzieliśmy Bestię Dyżurną! 

– Dlaczego? 

– Dlaczego? 

– No właśnie pytam: dlaczego? 

–  Mój  drogi  –  Sir  Grummore  mówił  do  Króla  jak  do  dziecka.  –  Należało  zadać 

pytanie: gdzie? Albo: kiedy? Ale dlaczego: dlaczego? 

– Pellinorze, czyżbyś zatracił resztki przyzwoitości? Powtarzam ci: widzieliśmy to 

stworzenie! Tu, niedaleko, na skałach nadbrzeżnych. Całkiem blisko. 

– To nie jest żadne stworzenie. To jest Ona. 

– Szanowny kolego, cóż to ma za znaczenie? Grunt, że widzieliśmy ją. 

– To ją sobie złapcie. 

– Łapanie jej nie do nas należy, Pellinorze, lecz do ciebie. Bądź co bądź, jest ona 

background image

twoją misją życiową – czy się mylę? 

– Jest głupia – stwierdził Król. 

– Może głupia, a może niegłupia – odparł Sir Grummore tonem nieco urażonym. 

– Rzecz w tym, że stanowi twoje magnum opus. 

–  Po  co  ja  mam  ją  łapać?  –  zamyślił  się  monarcha.  –  No  po  co?  Może  ona  jest 

teraz szczęśliwa tam, na tych nadbrzeżnych skałach? Nie rozumiem, o co tyle hałasu. 

– To bardzo smutne – westchnął Król po chwili – że człowiek nie może się ożenić 

kiedy  chce.  I co  mi  po  tym  zwierzęciu?  Ślubu  z nim  nie  brałem.  Więc  po  co  za  nim 

latam całe życie? To nielogiczne. 

–  Pellinorze.  Porządne  polowanie  na  pewno  dobrze  ci  zrobi.  Wyrwie  cię 

z melancholii. 

Odebrali mu pióro, a w zamian uraczyli kilkoma pod rząd szklaneczkami whisky, 

nie omieszkawszy i siebie przy okazji poczęstować. 

– Nie widzę innego wyjścia – stwierdził nagle Król. – Ostatecznie, tylko Pellinore 

może ją ucapić. 

– Oto słowa godne mężnego rycerza. 

– A jednak smutno mi czasami – ciągnął Król – z powodu córy Królowej Flandrii. 

Nie  była  ona  piękna,  mój  Grummorze,  ale  mnie  rozumiała.  Zdawało  mi  się,  że 

znajdujemy wspólny język, jeśli rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć. Ja specjalnie 

mądry  nie  jestem  i łatwo  wpadam  w tarapaty,  kiedy  nie  mam  nikogo  do  pomocy, 

a Piggy w każdej sytuacji wiedziała co robić. No i miał człowiek towarzystwo. Nie jest 

źle mieć kogoś do towarzystwa, szczególnie jak lata lecą, a przez całe życie ścigało się 

Bestię Dyżurną? W puszczy człowiek czuje się czasami nieco samotny. Fakt, że Bestia 

Dyżurna też była dla mnie na swój sposób towarzystwem – trzeba jej to przyznać – ale 

nie  dało  się  z nią  porozmawiać.  Gotować  też  nie  umiała.  Co  innego  z Piggy.  Sam  nie 

wiem,  koledzy,  po  co  was  zanudzam  tym  swoim  gadaniem,  ale  czasami  człowiekowi 

się  wydaje,  że  już  tak  dłużej  nie  wytrzyma.  Moja  Piggy,  widzicie  panowie,  to  nie  był 

taki  sobie  wakacyjny  romans.  Ja  ją  naprawdę  kochałem,  Grummorze.  Naprawdę. 

I dlatego byłoby milej, gdyby chociaż odpisywała mi na listy. 

– Biedny poczciwy Pellinore – wzruszyli się koledzy. – Widziałem dzisiaj siedem 

srok, Palomidesie. Leciały jedna za drugą, jak komplet patelni. 

–  Jedna  to  na  nieszczęście  –  objaśnił  Król.  –  Dwie,  los  ci  sprzyja.  Trzy,  będzie 

wesele. Cztery, syn się urodzi. W takim razie siedem oznaczałoby czterech synów, no 

nie? 

– Bezwarunkowo – zgodził się Sir Grummore. 

–  Mieli  się  nazywać:  Aglovale,  Percivale  i Lamorak,  a ten  czwarty  jakoś  tam 

śmiesznie... nie pamiętam. Wszystko przepadło. Ale przyznam wam się, że chciałbym 

mieć syna imieniem Dornar. 

background image

–  Posłuchaj,  Pellinorze.  Musisz  się  nauczyć,  że  nie  ma  co  płakać  nad  rozlanym 

mlekiem. W ten sposób tylko marnujesz energię. Lepiej zbierz siły i zapoluj na Bestię, 

co ty na to? 

– Przypuszczam, że nie mam innego wyjścia. 

– Otóż, to. Rozerwiesz się nieco. 

–  To  już  osiemnasty  rok,  jak  ją  ścigam  –  zamyślił  się  Król.  –  Nieźle  byłoby  ją 

dopaść dla odmiany. Ciekawe, gdzie się podziewa moja suka myśliwska? 

– Brawo, Pellinorze! To się nazywa rozsądne stanowisko! 

– To może by tak zaraz? Co na to nasz czcigodny monarcha? 

– Jak to, Palomidesie, na noc? Po ciemku? 

Sir Palomides dyskretnie wymierzył Sir Grummore’owi sójkę w bok. 

– Kuj żelazo póki gorące – szepnął. 

– Tak, tak, rzeczywiście. 

–  Ale  w końcu,  cóż  to  ma  za  znaczenie.  Wszystko  jest  przecież  bez  znaczenia  – 

zauważył filozoficznie Król. 

– No to świetnie – ucieszył się Sir Grummore, przejmując kontrolę nad sytuacją. 

– Oto mój plan. Jeszcze dziś w nocy umieścimy poczciwego Pellinore’a w kryjówce na 

jednym  końcu  skał,  a sami  będziemy  posuwać  się  ku  niemu  z drugiego  końca, 

metodycznie przeczesując teren. Bestia musi gdzieś tam siedzieć, skoro widzieliśmy ją 

nie dalej jak po południu. 

–  Nie  uważasz  –  spytał  Sir  Grummore  nieco  później,  kiedy  po  ciemku  nakładali 

kostium  –  że  sprytnie  umotywowałem  konieczność  pozostawienia  go  samego?  – 

Chodzi o ten pomysł z nagonką. 

– Genialnie – odparł Sir Palomides. – Prosto mam głowę? 

– Daruj, kolego, ale nic nie widzę. Głos Saracena stracił na pewności. 

– Ta ciemność – rzekł – jest prawie namacalna. 

–  Nie  szkodzi  –  zbagatelizował  sprawę  Sir  Grummore.  –  Tym  lepiej  zamaskuje 

drobne wady kostiumu. Może księżyc się pokaże? 

– Dzięki Bogu, że jego miecz bywa z reguły tępy. 

– Daj spokój, Palomidesie, masz pietra? Co do mnie, to nie wiem czemu, ale czuję 

się wyśmienicie. Może przez te sprężyste podeszwy. Zobaczysz, jak będę dzisiaj brykał 

i ujadał. 

– Przypinasz się do mnie, Sir Grummorze. Nie te guziki. 

– Najmocniej cię przepraszam, Palomidesie. 

– Czy nie wystarczyłoby, żebyś merdał ogonem, zamiast brykać? Brykanie naraża 

przednią część ciała na pewne niewygody. 

–  Merdać  też  mogę,  ale  z brykania  nie  zrezygnuję  –  oznajmił  stanowczo  Sir 

Grummore. 

background image

– Jak sobie życzysz. 

– Czy mógłbyś na momencik wziąć kopyto z mojego ogona, Palomidesie? 

– Może póki idziemy poniósłbyś ogon na ramieniu? 

– To sprzeczne z naturą. 

– No tak, rzeczywiście. 

–  Na  domiar  złego  –  zauważył  z goryczą  Sir  Palomides  –  zanosi  się  na  deszcz. 

Zauważyłeś, że tu prawie bez przerwy pada? 

Sir  Palomides  wytknął  czekoladową  dłoń  przez  gardziel  Bestii  i poczuł  na  skórze 

krople deszczu. W tej samej chwili deszcz zabębnił po płótnie kostiumu jak grad. 

– Szanowna przednia połowo ciała – zwrócił się do niego Sir Grummore, który był 

w świetnym nastroju, bo wypił sporo whisky. – Chcę ci, po pierwsze, przypomnieć, że 

to ty wymyśliłeś tę całą imprezę. Głowa do góry, pesymisto. Pomyśl, o ile gorzej czuje 

się  Pellinore  oczekujący  nas  w zasadzce.  Nie  ma  nawet,  biedaczek,  cętkowanego 

płótna, pod którym mógłby się ukryć. 

– Może przestanie padać. 

– Jasne, że przestanie. Trzeba być dobrej myśli, poganinie. No to jak, gotowy? 

– Gotowy. 

– Podaj tempo. 

– Lewa! Prawa! 

– Nie zapomnij hopsasać. 

– Lewa! Prawa! Hopsasa! Hopsasa! Co mówisz? 

– Nic, ja tylko ujadam. 

– Hopsasa! Hopsasa! 

– A teraz brykamy! 

– Litości, Sir Grummorze! 

– Pardon, Palomidesie. 

– Twój uniżony po tym zderzeniu chyba prędko nie usiądzie. 

Król Pellinore stał mężnie pod ociekającą skałą, sam twardy jak skała, i wpatrywał 

się w nieprzeniknione ciemności. Wiedziona na długim sznurku suka rasy myśliwskiej 

okręciła się wokół niego parę razy. Król miał na sobie pełną zbroję, jakkolwiek nieco 

przerdzewiałą  i przeciekającą  w pięciu  miejscach.  Woda  ściekała  Królowi  po  obu 

łydkach,  po  obu  przedramieniach,  ale  najbardziej  pod  przyłbicą.  Przyłbica  miała 

kształt  ryjka,  stwierdzono  bowiem,  że  im  paskudniejszy  hełm,  tym  skuteczniej 

odstrasza  wroga.  Król  Pellinore  wyglądał  w swoim  hełmie  jak  ciekawska  świnka. 

Niestety,  woda  dostawała  się  do  środka  przez  nozdrza  ryja  i spływała  równym 

strumyczkiem, łaskocząc Króla w pierś. Król myślał. 

Miał  nadzieję,  że  zgoda  na  nocną  eskapadę  na  jakiś  czas  uspokoi  towarzyszy. 

Impreza  nie  należała  do  przyjemnych,  zważywszy  na  późną  porę  i opady 

background image

atmosferyczne,  ale  czego  się  nie  robi  dla  kolegów.  Widział  przecież,  jak  im  zależało. 

Trudno wszak o poczciwszą duszę niż Grumcio, a i Palomidesowi nie można było nic 

zarzucić, choć poganin. Skoro powzięli chęć na taką zabawę, wypadało zadośćuczynić 

ich fantazji. Suka też od dawna nie była na porządnym spacerze. Co prawda stale się 

plącze, ale trudno: takie jest prawo natury. Co do zbroi, to Król pocieszał się myślą, że 

będzie miał nazajutrz cały dzień na wyczyszczenie jej. 

„Przynajmniej czymś się człowiek zajmie – myślał z goryczą. – Lepsze to niż pętać 

się  bez  celu  z sercem  zżeranym  nieustannym  smutkiem”.  –  I dalej  myślał  już  tylko 

o Piggy. 

Największą  zaletą  córy  Królowej  Flandrii  było  to,  że  nigdy  się  z niego  nie 

wyśmiewała.  Ludzie  najczęściej  wyśmiewają  się  z kogoś,  kto  ściga  –  w dodatku 

nieskutecznie – Bestię Dyżurną. Ale Piggy nigdy się nie śmiała. Przeciwnie, uważała, 

że  to  bardzo  ciekawe  zajęcie  i poczyniła  szereg  rozsądnych  sugestii  co  do  sposobu 

pojmania  Bestii.  Naturalnie,  Król  nie  zaczął  od  razu  udawać  mądrego,  nic  z tych 

rzeczy, ale przyjemnie było nie być wyśmiewanym. Wyżej nosa nie podskoczysz. 

A potem przyszedł ten fatalny dzień, w którym przeklęta łódź przybiła do brzegu. 

Wsiedli  na  jej  pokład,  gdyż  obowiązek  nakazuje  rycerzom  rzucać  się  bez  namysłu 

w objęcia  przygody,  a łódź  natychmiast  odpłynęła.  Jakże  gorliwie  machali  z pokładu 

do  Piggy!  Nawet  Bestia  wychyliła  łeb  z lasu  i wlazła  za  nimi  do  wody  z bardzo 

nieszczęśliwą miną. Lecz łódź płynęła i płynęła naprzód, a figurki na brzegu malały, aż 

w końcu ledwie było widać chusteczkę, którą wymachiwała Piggy. A później suka rasy 

myśliwskiej zapadła na morską chorobę. 

Pisał  do  ukochanej  z każdego  portu.  W każdym  porcie  zostawiał  listy 

marynarzom, a oni zaklinali się, że je dostarczą pod wskazany adres. Ona jednak nie 

napisała w odpowiedzi ani słówka. 

To  dlatego,  że  nie  jestem  jej  godzien  –  wyrzucał  sobie  Król.  Był  niezdarny, 

niespecjalnie  mądry  i ustawicznie  wpadał  w tarapaty.  Czemu  córa  Królowej  Flandrii 

miałaby  pisać  do  takiej  fajtłapy,  szczególnie  że  fajtłapa  bez  pożegnania  wsiadła  na 

pokład  czarodziejskiej  barki  i odpłynęła  w siną  dal?  Przecież  to  wyglądało  na 

klasyczne porzucenie. Piggy miała prawo czuć się dotknięta. Tymczasem deszcz padał 

i padał, woda ciurkała pod zbroję, a suka zaczęła kichać. Zbroja przerdzewieje do cna. 

Król zaczął też odczuwać przeciąg w okolicy karku, tam gdzie hełm był przyśrubowany 

do pancerza. Było ciemno i obrzydliwie. Ze skały kapało coś lepkiego. 

– Za przeproszeniem, Sir Grummorze, czy to ty sapiesz mi prosto w nos? 

–  Jakim  cudem,  kochany?  Idziemy,  idziemy.  Ja  tylko  ujadam  najlepiej  jak 

potrafię. 

–  Nie  chodzi  mi  o ujadanie,  Sir  Grummorze,  lecz  o sapanie,  z gatunku 

chrapliwych. 

background image

– Nie mam pojęcia, co to może być, jedyny odgłos, jaki ja tu słyszę, to skrzypienie, 

coś jak gdyby stary miech. 

– Twój uniżony odnosi wrażenie, że deszcz ustaje. Może i my staniemy? 

– No cóż, Palomidesie, skoro musisz stanąć, to stajemy. Ale tylko na chwileczkę, 

bo znów dostanę kolki. Właściwie to dlaczego chcesz się zatrzymać? 

– Wolałbym, żeby nie było tak ciemno. 

– Czyżbyś chciał się zatrzymać z powodu ciemności? 

– Nie, nie. Właściwie to nawet dobrze. 

– Wobec tego maszerujmy dalej. Lewa! Prawa! To rozumiem! 

– Wiesz co, Grummorze? – odezwał się po jakimś czasie Sir Palomides. – Znowu 

słyszę. 

– Co słyszysz? 

– To sapanie, Sir Grumorze. 

– Pewien jesteś, że to nie ja? 

–  Absolutnie.  Sapanie  owo  określiłbym  jako  natarczywe  bądź  lubieżne.  Słowo 

poganina, szczerze bym wolał, żeby nie było tak ciemno. 

–  Trudno,  nie  zawsze  jest  tak,  jak  człowiek  chce.  Idziemy,  idziemy,  mój 

Palomidesie. Nie trać ducha. Przed siebie. 

Po chwili Sir Grummore odezwał się grobowym głosem: 

– Daj spokój, stary, czy musisz mnie stale trącać w zadek? 

– Ależ ja cię w ogóle nie trącam, Sir Grummorze. 

– Więc kto trąca? 

– Twojego uniżonego nikt nie trąca. 

– A mnie trąca. Od tyłu. I to bez przerwy. 

– Czy to czasami nie twój ogon? 

– Nie, ogon zawinąłem wokół szyi. 

–  Tak  czy  siak,  byłoby  mi  dość  trudno  trącać  cię  od  tyłu,  bo  przednie  łapy  są 

z przodu. 

– No proszę! Znowu! 

– Co takiego? 

– Trąca! To napaść! Palomidesie, napadają na nas! 

– Wykluczone, Sir Grummorze. Coś ci się przywidziało. 

– Palomidesie, musimy się obrócić. 

– W jakim celu, Sir Grummorze? 

– Żeby sprawdzić, co mnie trąca w zadek. 

– Twój uniżony i tak niczego nie zobaczy, Sir Grummorze. Jest za ciemno. 

– Wysuń łapę przez pysk i powiedz, co wymacałeś. 

– Jakiś przedmiot. Okrągły. 

background image

– To ja, Sir Palomidesie. Tyle że od tyłu. 

– Najserdeczniej przepraszam, Sir Grummorze. 

– Nie ma za co, kochany, nie ma za co. Co tam jeszcze czujesz? 

Głos poczciwego Saracena począł zamierać ze zgrozy. 

– Coś zimnego – wyjąkał. – I... oślizłego. 

– Czy to się rusza, Palomidesie? 

– Owszem, rusza się. I... sapie! 

– Sapie? 

– Sapie! 

W tym momencie wyłonił się księżyc. 

–  Święte  potęgi!  –  wrzasnął  Sir  Palomides  cienkim  głosem,  kiedy  wyjrzał  na 

zewnątrz  przez  pysk  –  w nogi,  Grummorze,  w nogi!  Lewa,  prawa!  Marszobiegiem! 

Szybciej,  szybciej!  Tempo, tempo! Równaj  krok!  O, moje pięty! O, mój Boże!  O, mój 

kapelusz! 

–  Nie  ma  co  dłużej  czekać  –  uznał  Król.  –  Pewnie  zgubili  się  w lesie  albo  poszli 

poszukiwać lepszej rozrywki. 

Było  potwornie  mokro,  jak  prawie  zawsze  w kraju  Lothian.  Król  mógł  z czystym 

sumieniem  powiedzieć  sobie,  że  uczynił  wszystko,  by  dostosować  się  do  planu 

towarzyszy.  Za  to  oni  postąpili  jak  dranie  bez  serca  i zostawili  go  samego 

z uprzykrzoną suką, żeby zardzewiał na deszczu. Tak się nie robi. 

Z  pełną  dumy  determinacją  Król  udał  się  do  łóżka,  holując  za  sobą  sukę  rasy 

myśliwskiej. 

W  połowie  szczeliny  rozdzielającej  stromą  skałę  sztuczna  Bestia,  pozbawiona 

większości guzików, kłóciła się z własnym brzuchem. 

–  Szanowny  rycerzu,  jakże  twój  uniżony  miał  przewidzieć  podobny  kataklizm 

natury? 

–  Tyś  to  wszystko  wymyślił  –  wściekał  się  brzuch.  –  Kazałeś  mi  się  przebrać. 

Wszystko twoja wina. 

U  stóp  tej  samej  skały,  Bestia  Dyżurna  tkwiła  w pozie  sentymentalnej 

w romantycznym  blasku  księżyca,  oczekując  zejścia  ukochanego.  Za  jej  grzbietem 

rozciągało  się  srebrne  tło  morza,  w rozmaitych  zaś  punktach  krajobrazu 

kilkudziesięciu garbatych, koślawych Pradawnych czujnie śledziło sytuację z kryjówek 

w skałach,  wydmach,  kopcach  ziemnych,  kamiennych  budkach  itp.  Zachowanie 

Anglików wciąż pozostawało dla nich nierozszyfrowaną zagadką. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ X 

 

 

Pod  Bedegraine  trwała  ostatnia  noc  przed  bitwą.  Biskupi  po  obydwu  stronach 

błogosławili  armie,  wysłuchiwali  spowiedzi  i odprawiali  msze.  Ludzie  Artura 

traktowali obrządki religijne z należytą czcią, w przeciwieństwie do ludzi Króla Lotha 

– ci zachowywali się dokładnie tak, jak każda armia, która ma ponieść klęskę. Biskupi 

każdej  z armii  zapewniali,  że  ona  właśnie  zwycięży,  gdyż  Bóg  jest  po  jej  stronie,  ale 

żołnierze  Króla  Artura  doskonale  wiedzieli,  że  przeciwnik  przewyższa  ich  liczebnie 

w stosunku  trzy  do  jednego,  toteż  uznali  za  stosowne  wyspowiadać  się.  Żołnierze 

Króla  Lotha,  którzy  też  znali  statystykę,  spędzili  noc  na  tańcach,  popijawach,  grze 

w kości i sprośnych opowieściach. Tak przynajmniej podają kroniki. 

W  namiocie  Króla  Anglii  odbyła  się  ostatnia  narada  sztabowa,  po  której  Merlin 

został, chcąc porozmawiać z Królem w cztery oczy. Minę miał nietęgą. 

– Czym się martwisz, Merlinie? Czyżbyśmy jednak mieli przegrać bitwę? 

–  Nie,  nie.  Odniesiesz  walne  zwycięstwo.  Nie  ma  obawy.  Staniesz  na  wysokości 

zadania, będziesz bił się mężnie, a w stosownym momencie wezwiesz Wiadomo Kogo. 

Ponieważ  i tak  zwyciężysz,  ukrywanie  tego  faktu  przed  tobą  nie  miałoby  sensu.  Nie 

o to  chodzi.  Mam  inne  zmartwienie,  coś, o czym  powinienem  był  ci  powiedzieć  dużo 

wcześniej. 

– Co to takiego? 

– Wielkie nieba! Czy ja bym się zamartwiał, gdybym pamiętał, co to takiego? 

– Może chodzi ci o tę panienkę imieniem Nimue? 

– Nie, nie, nie, nie. To było coś całkiem innego. Coś takiego... czego nie pamiętam. 

Minęła chwila. Merlin wyjął z ust koniec brody i zaczął wyliczać na palcach. 

– O Ginewrze ci mówiłem, tak? 

– I tak nie wierzę. 

– Wszystko jedno. W każdym razie ostrzegałem cię przed nią i przed Lancelotem. 

– To ostrzeżenie – zauważył Król – było podłe bez względu na swoją prawdziwość. 

–  Powiedziałem  ci  też  coś  niecoś  o Ekskaliburze  i o  tym,  że  masz  bardzo  uważać 

na pochwę, w której go nosisz? 

– Owszem, wspominałeś. 

–  O ojcu  też  ci  mówiłem,  więc  nie  o niego chodzi.  I poczyniłem  aluzję  do  pewnej 

osoby...  Szlag  mnie  trafi!  –  wykrzyknął  zrozpaczony  czarodziej,  rwąc  kępy  włosów 

z brody.  –  Za  nic  nie  mogę  sobie  przypomnieć,  czy  to  było  w przeszłości,  czy 

w przyszłości! 

–  Nie  przejmuj  się  –  uspokoił  go  Artur.  –  Wiesz,  że  nie  lubię  wiedzieć,  co  mnie 

background image

czeka. Lepiej przestań się martwić, bo wtedy i ja się martwię. 

– Ale to miała być informacja najwyższej wagi. 

–  Przestań  o niej  myśleć  –  zaproponował  Król  –  to  może  sama  przyjdzie  ci  do 

głowy.  Powinieneś  wziąć  urlop.  Za  bardzo  ostatnimi  czasy  wytężałeś  głowę.  Te 

wszystkie ostrzeżenia, te plany bitewne... 

– Naturalnie, że wezmę urlop! – ożywił się Merlin. – Zaraz po bitwie zamierzam 

odbyć  rajd  pieszy  po  North  Humberlandii.  Mieszka  tam  pewien  Mistrz  imieniem 

Blcise  –  może  on  mi  przypomni,  czego  nie  pamiętam.  A potem  możemy  sobie  we 

dwóch popodglądać dzikie ptaki. Bleise to wielki miłośnik dzikiego ptactwa. 

–  Świetnie  –  powiedział  Artur.  –  Zrób  sobie  długie  wakacje.  A jak  wrócisz, 

spróbujemy wymyślić jakiś sposób na Nimue. 

Starzec przestał przebierać rozcapierzonymi palcami i zerknął bacznie na Króla. 

– Niewinny z ciebie młodzian, mój Arturze – zauważył. – A serce złote! 

– Dlaczego tak mówisz? 

–  Pamiętasz  jeszcze  coś  niecoś  z tych  czarów,  których  zakosztowałeś  jako  mały 

chłopiec? 

–  Nic  nie  pamiętam.  Naprawdę  były  jakieś  czary?  Pamiętam,  że  zawsze 

interesowały  mnie  ptaki  i inne  zwierzęta.  Dlatego  trzymam  menażerię  w Tower.  Ale 

czarów sobie nie przypominam. 

–  Człowiek  tak  łatwo  zapomina  –  westchnął  Merlin.  –  Przypowieści,  które  ci 

przytaczałem dla objaśnienia rozmaitych zjawisk, też pewnie nie pamiętasz? 

–  A właśnie  że  pamiętam.  Jedna  była  o Rabinie.  Opowiedziałeś  mi  ją,  kiedy 

chciałem,  żeby  Kay  gdzieś  mi  towarzyszył,  a ty  byłeś  temu  przeciwny.  Szczerze 

mówiąc, do dziś nie rozumiem, dlaczego krowa zdechła. 

– Chciałbym ci teraz opowiedzieć jeszcze jedną przypowieść. 

– Doskonale. Słucham. 

– W pewnym kraju na Wschodzie, może w tym samym, z którego pochodził Rabbi 

Jachanan,  pewien  człowiek,  przechodząc  przez  rynek  w Damaszku,  spotkał  się  oko 

w oko ze Śmiercią. Paskudne widmo zrobiło strasznie zdziwioną minę, ale minęli się 

bez  słowa.  Przerażony  człowiek  udał  się  do  mędrca  i spytał,  co  w takiej  sytuacji  ma 

czynić. Mędrzec objaśnił mu, że Śmierć przybyła do Damaszku zapewne po to, aby go 

zabrać  nazajutrz  rano.  Słysząc  to,  nieszczęśnik  przeraził  się  nie  na  żarty  i spytał 

mędrca, jak mógłby wymknąć się Śmierci. Po namyśle wspólnie doszli do wniosku, że 

ofiara powinna uciekać konno do Aleppo, jadąc bez przerwy całą noc. 

-1  człowiek  udał  się  konno  do  Aleppo.  Jazda była  mordercza;  nikt  przed  nim  nie 

przebył  tej  odległości  w jedną  noc.  Dotarłszy  do  celu,  człowiek  udał  się  na  rynek, 

winszując sobie w duchu udanej ucieczki przed Śmiercią. 

–  Nagle  Śmierć  zbliżyła  się  do  niego  i dotknęła  jego  ramienia.  „Wybacz”,  rzekła, 

background image

„ale  przyszłam  po  ciebie”.  „Jak  to?”,  wykrzyknął  przerażony  człowiek.  „Przecież 

widziałem  cię  wczoraj  w Damaszku!”.  „Zgadza  się”,  odparła  mu  na  to  Śmierć. 

„Właśnie dlatego tak się zdziwiłam na twój widok – mówiono mi bowiem, że spotkam 

cię dzisiaj w Aleppo”. 

Artur przez dłuższą chwilę próbował rozgryźć twardy orzech przypowieści. 

– Więc nie ma ucieczki przed Nimue? – spytał wreszcie. 

–  Nawet  gdybym  próbował  uciec  –  rzekł  Merlin  –  na  nic  by  się  to  zdało.  Czas 

i przestrzeń  rządzą  się  pewnym  prawem,  które  odkrył  filozof  Einstein.  Niektórzy 

ludzie zwą to prawo Przeznaczeniem. 

– Nie umiem się pogodzić z tą ideologią ślepego zaułka! 

– Człowiek  – powiedział Merlin – potrafi bardzo wiele poświęcić w imię miłości. 

Wówczas  nie  czuje  się  nieszczęśliwy  w ślepym  zaułku,  nie  bardziej  nieszczęśliwy  niż 

kiedy śpi. Będę miał czas rozważyć sobie spokojnie to i owo, zanim mnie wypuszczą. 

– Jak to: wypuszczą? 

– Powiem ci coś jeszcze, Królu, co może być dla ciebie niespodzianką. My tu obaj 

wrócimy  –  chociaż  upłynie  przedtem  wiele  setek  lat.  Czy  chcesz  wiedzieć,  co  będzie 

wypisane  na  twoim  grobowcu?  Hic  iacet  Arthurus  Rex  quondam  Rexque  futurus. 

Pamiętasz trochę łaciny? To znaczy „król, który był i będzie”. 

– Więc ja powrócę, i ty też? 

– Zdaniem niektórych, z doliny Avilion. 

Król  zamyślił  się.  Dokoła  panowała  głęboka  noc,  a rzęsiście  oświetlonym 

namiotem władała cisza. Nie zakłócali jej stąpający po trawie wartownicy. 

– Ciekawe – odezwał się Król – czy ludzie szybko zapomną o Okrągłym Stole? 

Merlin milczał, skłoniwszy czoło ku mlecznobiałej brodzie. Dłonie trzymał złożone 

między kolanami. 

–  Co  to  będą  za  ludzie,  Merlinie?  –  zawołał  w ciszę  młodzieniec,  z rozpaczą 

w głosie. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XI 

 

 

Królowa  Lothian  zamknęła  się  w swoich  komnatach,  odmawiając  gościom 

towarzystwa,  więc  Pellinore  śniadał  sam.  Po  śniadaniu  udał  się  na  spacer  plażą, 

podziwiając  po  drodze  mewy,  które  fruwały  wokół  niego  niczym  białe  pióra  do 

pisania, których końce usłużnie zanurzono w atramencie. Stare kormorany tkwiły na 

skałach niby krucyfiksy, susząc obwisłe skrzydła. Pellinore był smutny – jak zwykle – 

ale do tego jeszcze czuł się dziwnie nieswojo: czegoś mu brakowało i sam nie wiedział 

czego. Gdyby się nad tym głębiej zastanowił, stwierdziłby niechybnie, że brakuje mu 

Palomidesa i Grummore’a. 

Wtem usłyszał wołanie i poszedł sprawdzić, kto też to może być. 

– Hop-hop, Pellinorze! Tutaj jesteśmy, tutaj! 

– Czy to nie Grummore? – zainteresował się Król. – Co porabiasz tak wysoko na 

skale, mój Grummorze? 

– Nie widzisz Bestii, człowieku? Patrz, Bestia! 

– Coś podobnego! Złapaliście starą Glatisantę! 

– Przyjacielu, na litość boską, zrób coś! Siedzimy tu od wczoraj! 

–  A coś  ty  się  tak  dziwnie  ubrał,  Grummore?  Cały  jesteś  w cętki.  I co  ten 

Palomides ma na głowie? 

– Człowieku, nie czas na pogaduszki. 

– Zaraz, zaraz, Grummorze. Widzę, że ty masz ogon. Dynda ci tam z tyłu. 

–  To  chyba  oczywiste,  że  mam  ogon.  Może  wreszcie  przestaniesz  gadać  i coś 

zrobisz? 

Całą 

noc 

przesiedzieliśmy 

w tej 

zakichanej 

szczelinie. 

Padamy 

z wycieńczenia, do dzieła, Pellinore. Zabij czym prędzej tę swoją Bestię. 

– Co ja słyszę? A czemuż to miałbym ją zabijać? 

– Niebiosa, miejcie mnie w swojej opiece! Podobno marzysz o tym od osiemnastu 

lat!  Nie  wygłupiaj  się,  Pellinore,  bądź  kolegą,  zróbże  coś!  Jeżeli  zaraz  czegoś  nie 

zrobisz, pospadamy stąd jak gruszki. 

– Po pierwsze nie rozumiem, skąd wyście się w ogóle wzięli na tej skale. I dlaczego 

jesteście tak śmiesznie ubrani? Sami wyglądacie jak jakaś Bestia. A Bestia skąd się tu 

wzięła? To wszystko stało się zbyt nagle. 

– Pellinorze, pytam cię po raz ostatni: zabijesz Bestię, czy nie? 

– Ale za co? 

– Za to, że nas zagnała na tę skałę. 

–  To  nie  jest  w stylu  Bestii  –  zauważył  Król.  –  Bestia  nie  zajmuje  się  ludźmi  do 

tego stopnia. 

background image

– Palomides twierdzi – wykrztusił z wysiłkiem Sir Grummore – że ona się w nas 

zakochała. 

– Zakochała się w was? 

– No tak. Bo przebraliśmy się za Bestię. 

– Ciągnie swój do swego – wyjaśnił omdlewającym głosem Sir Palomides. 

Król  Pellinore  zaczął  się  śmiać  –  zrazu  niepewnie  –  po  raz  pierwszy  od  dnia 

przybycia do kraju Lothian. 

–  No  no  no!  Nie  do  wiary!  Słyszał  kto  coś  podobnego?  A na  jakiej  podstawie 

Palomides twierdzi, że ona się w nim kocha? 

–  Bestia  –  oznajmił  z godnością  Sir  Grummore  –  od  wczoraj  krąży  wokół  skały. 

Czochra  się  o nią  i rozkosznie  mruczy.  A od  czasu  do  czasu  wygina  szyję  i patrzy  na 

nas takim dziwnym wzrokiem. 

– Co znaczy „dziwnym”, Grummore? 

– Kochany, sam sobie zobacz – teraz! 

Bestia  Dyżurna,  która  nie  zwróciła  najmniejszej  uwagi  na  pojawienie  się  swego 

pana,  z najczulszym  oddaniem  wlepiała  wzrok  w Sir  Palomidesa.  Przywarła  szyją  do 

skały i tylko od czasu do czasu merdała ogonem, przesuwając go z głośnym szuraniem 

po  usłanej  kamykami  ziemi.  Chwilę  popiskiwała  z cicha  i skrobała  skałę,  ale  zaraz 

potem  –  czując,  że  staje  się  zbyt  nachalna  –  wygięła  wężową  szyję  i ukryła  łeb  pod 

brzuchem, wyzierając stamtąd wstydliwie okiem. 

– No i czego ty chcesz ode innie, Grummore? 

– Chcemy stąd zejść! – jęknął Grummore. 

–  To  rozumiem  –  rzekł  Król.  –  Uważam,  że  to  całkiem  rozsądny  pomyśl.  Co 

prawda nadal  nie do końca pojmuję, jak się tam znaleźliście, ale idea zejścia jest dla 

mnie oczywista, absolutnie. 

– Więc ją zabij, Pellinorze. Zabij to podłe stworzenie. 

– Podłe? – zdziwił się Król. – Pierwsze słyszę. Co ona wam zrobiła? Zakochani są 

ulubieńcami  świata.  Jak  mógłbym  zabić  biedną  bestyjkę  tylko  za  to,  że  jej  serce 

przeszyła  strzała  Amora?  Sam  jestem  zakochany,  wiem,  co  to  znaczy.  Odczuwam,  że 

tak powiem, pokrewieństwo dusz. 

–  Królu  Pellinorze  –  przemówił  stanowczym  tonem  Sir  Palomides.  –  Albo 

natychmiast poweźmiesz stosowne kroki, albo twój uniżony odda tu zaraz ducha jako 

męczennik. Świeć mi Panie. 

–  Zrozum,  drogi  Palomidesie,  że  nawet  gdybym  chciał,  nie  zdołałbym  uśmiercić 

poczciwej Bestii, ponieważ dysponuję tylko tępym mieczem. 

– Nawet tępym możesz ją skutecznie ogłuszyć, Pellinorze. Możesz ją rąbnąć w łeb 

z całej siły, a ona – co daj Boże! – dostanie wstrząsu mózgu. 

–  Dobrze  ci  mówić,  Grummore.  A jak  walnę,  ale  nie  ogłuszę?  Wiesz,  co  ze  mną 

background image

będzie,  jak  Bestia  straci  cierpliwość?  Szczerze  mówiąc,  nie  rozumiem,  czemuście  się 

tak uparli, żeby jej zrobić krzywdę. Przecież ona was kocha, sami mówiliście. 

–  Mniejsza  o motywy,  jakie  kierują  tym  zwierzęciem.  Ważne,  że  tkwimy  tu  na 

skale, i ledwo się trzymamy. 

– Nie widzę nic prostszego, jak zejść na dół. 

– Mój dobry człowieku, czy radzisz nam zejść prosto w paszczę potwora? 

– Przecież ta paszcza chce wam tylko dać buzi – zapewnił ich Król. – Ona się do 

was zaleca. Nie przypuszczam, żeby chciała zrobić krzywdę. Korona wam z głowy nie 

spadnie, jak dacie jej się odprowadzić do zamku. Moglibyście z nią nawet potlirtować. 

Każdy lubi czuć, że kocha z wzajemnością. 

–  Co  takiego?  –  zapytał  lodowatym  tonem  Sir  Grummore.  –  Namawiasz  nas  do 

flirtów z tą gadziną? 

– To by wam bardzo ułatwiło sprawę. Mam na myśli bezpieczny powrót do domu. 

– Jak sobie wyobrażasz taki flirt? 

– Na przykład Palomides mógłby co pewien czas spleść się z nią szyjami, podczas 

gdy ty merdałbyś ogonem. Gdyby jeszcze Palomides zechciał polizać ją w nos... ale nie 

sądzę. 

–  Pański  uniżony  –  jęknął  omdlewającym  głosem  Sir  Palomides  – na  pewno  nie 

będzie się splatał, nie mówiąc już o lizaniu. Szczerze mówiąc, pański uniżony właśnie 

spada na łeb. Adieu. 

Rzeczywiście,  nieszczęsny  poganin  puścił  występ  skalny,  którego  trzymał  się  był 

obiema  rękami  i zaczął  spadać  wprost  w paszczę  potwora,  lecz  Sir  Grummore  złapał 

go w samą porę, a resztka guzików pomogła im utrzymać się razem. 

–  No  widzisz!  –  zawołał  do  Króla  z wyrzutem  Sir  Grummore.  –  Widzisz  coś 

narobił? 

– Ależ szanowny kolego... 

–  Nie  jestem  żadnym  twoim  szanownym  kolegą.  Celowo  wystawiasz  nas  na 

zagładę. 

– Licz się pan ze słowami! 

–  Chcesz  naszej  zguby!  Człowieku  bez  serca!  Zakłopotany  Król  poskrobał  się  po 

głowie. 

– Mógłbym spróbować – odezwał się niepewnie – przytrzymać ją za ogon, gdy wy 

tymczasem sprintem pobiegniecie do zamku. 

–  No  to  trzymaj!  Trzymaj!  Trzeba  coś  zrobić,  bo  Palomides  lada  chwila  spadnie 

i rozlecimy się na pół. 

–  Jednak  wciąż  nie  rozumiem  –  zauważył  ze  smutkiem  Król  –  dlaczego 

musieliście się tak poprzebierać. Jest to dla mnie niewyjaśnioną zagadką. 

– Ha, trudno – westchnął, ujmując bestię za ogon. – Chodź, staruszko. W każdych 

background image

okolicznościach trzeba wybierać najmniej szkodliwe wyjście. No już, trzymam. Teraz 

uciekajcie. Szybciej, Grummore! Mam wrażenie, że Bestii się to nie podoba. Leżeć, ty 

brzydka!  Prędzej,  Grummore!  Ty  niedobra  Bestio!  A masz!  Ty  brzydka!  Brzydka 

Bestia!  Leżeć!  Tempo,  panowie,  tempo!  Chodź  no  tutaj!  Nie  rusz!  Do  nogi!  Ojej, 

wyrywa mi się! Do nogi, słyszałaś! Do nogi! Wróć! Ty paskudna bestyjo! Grummore, 

szybciej, szybciej! Siad! Siad! Bestia, leżeć! Głucha jesteś? Uwaga, panowie, zaraz mi 

się wyrwie! Taka jesteś? Poczekaj. A masz! Au! Ugryzła mnie! 

Błyskawicznie dopadli zwodzonego mostu, który zamknął się za nimi w mgnieniu 

oka. 

–  Fiu-fiu!  –  odetchnął  Sir  Grummore,  kiedy  już  porozpinał  guziki  zadniej  części 

ciała i wyprostował grzbiet, ocierając pot z czoła. 

– A sio! A kysz! – rozwrzeszczały się starsze przekupki, które przyszły pod zamek 

z jajami. 

Tylko nieliczna część ludności spoza  zamku  – w tym gronie Święty Toirdelbhach 

i Matka  Morlan  –  posługiwała  się  językiem,  który  można  było  od  biedy  uznać  za 

angielski. 

– Toż to owa straszna bestyja – zauważył człowiek obsługujący zwodzony most – 

co nam jaśnie rycerza do grobu wpędziła. 

– Olaboga! Olaboga! – zawyli chórem gapie. 

–  Dzielny  Sir  Palomides  –  odzywali  się  tu  i ówdzie  w tłumie  Pradawni,  którzy 

dobrze  wiedzieli  o nocnych  katuszach  rycerzy  na  skale,  ale  zgodnie  ze  swoim 

obyczajem nie przyznawali się do tego głośno. – Zaraz tu padnie i wyzionie ducha. 

Oczy  wszystkich  zwróciły  się  na  poganina.  Potwierdziło  się,  że  istotnie  Pradawni 

mają rację. Sir Palomides osunął się na kamienny schodek do wsiadania na koń i leżał 

tam, dysząc bardzo ciężko. Nawet nie zdjął głowy. Zdjęli mu ją dopiero dobrzy ludzie. 

Potem chlusnęli kubkiem zimnej wody we własne już oblicze Sir Palomidesa i jęli go 

energicznie wachlować fartuchami. 

– Ajaj, biedaczysko! – rozczulali się nad nim – Sasik, Dzikusek poczciwy. Czy on 

jeszcze roztworzy oczęta? Dajta jeszcze kubełeczek! Lu, na niego! 

Sir Palomides z wolna przychodził do siebie i wypuszczał nosem bańki. 

– Gdzie znajduje się pański uniżony? – zapytał wreszcie. 

– W bezpiecznym miejscu, stary. Udało się. Bestia została na zewnątrz. 

Spoza  murów,  jakby  na  potwierdzenie  słów  Sir  Grummore’a,  dobiegł  ich  żałosny 

skowyt, przypominający wycie do księżyca trzydziestu par psów naraz. Sir Palomides 

zadrżał. 

– Powinniśmy wyjrzeć, czy nie nadchodzi czasem Król Pellinore. 

–  Oczywiście,  Sir  Grummorze.  Dopraszam  się  jeszcze  tylko  sekundeczki  na 

rekonwalescencję. 

background image

– Bestia mogła mu zrobić krzywdę. 

– Nieszczęsny! 

– Jak się teraz czujesz? 

–  Niedyspozycja  ustępuje  –  odparł  Sir  Palomides,  bohatersko  przezwyciężając 

słabość. 

– Nie ma więc czasu do stracenia. Bardzo możliwe, że ona właśnie go zjada. 

– Prowadź więc – rzekł poganin, gramoląc się na nogi. – Naprzód, na mury! 

I  całe  towarzystwo  skierowało  się  ku  wąskim  schodkom  prowadzącym  na  wieżę 

obserwacyjną. 

Daleko w dole maleńka i widoczna z tej wysokości do góry nogami Bestia Dyżurna 

siedziała  w wąwozie,  który  z tej  strony  ograniczał  zamek.  Siedziała  na  kamieniu, 

moczyła  ogon  w strumieniu  i z  przekrzywioną  głową  gapiła  się  na  zwodzony  most. 

Siedziała tak bez ruchu, z wywieszonym jęzorem. Nigdzie natomiast nie było ani śladu 

Pellinore’a. 

– Więc jednak go nie zjada – zauważył Sir Grummore. 

– Może już zjadła. 

– Coś ty, stary, nie dałaby rady. Nie starczyłoby jej czasu. 

– No i chyba musiałaby zostawić chociaż parę kości. Albo przynajmniej zbroję. 

– Święte słowa. 

– Co twoim zdaniem powinniśmy uczynić? 

– Ciekawe pytanie. 

– Czy powinniśmy podjąć wycieczkę za mury? 

–  Sądzę,  że  i tu  można  dobrze  poczekać  na  rozwój  wydarzeń.  A jakie  jest  twoje 

danie, Palomidesie? 

– Co nagle, po diable – zgodził się sentencjonalnie Sir Palomides. 

Minęło pół godziny i frakcja Pradawnych, znudzona brakiem rozrywki, poczłapała 

schodkami  w dół  na  mury  obronne  i stamtąd  zaczęła  rzucać  kamieniami  w Bestię 

Dyżurną. Rycerze pozostali na posterunku. 

– Ładny bigos. 

– To prawda. 

– Jak się tak głębiej zastanowić... 

– Otóż to właśnie. 

– Z jednej strony Królowa Orknejów o coś się dąsa  – a sam przyznasz, że trudno 

było  nie  zauważyć,  że  w sprawie  jednorożca  zachowała  się  dość  dziwnie.  Z drugiej 

strony Pellinore wciąż pokazuje te swoje humory. Ty, jeśli dobrze pamiętam, kochasz 

się w Pięknej Izoldzie. A obu nas prześladuje Bestia. 

– Niezręczna sytuacja. 

–  Miłość  –  skonstatował  z zażenowaniem  Sir  Grummore  –  to  naprawdę  dosyć 

background image

potężne uczucie, kiedy się nad tym głębiej zastanowić. 

W  tej  samej  chwili,  jakby  na  potwierdzenie  opinii  Sir  Grummore’a,  na  ścieżce 

wiodącej granią nadmorskich skał pojawiły się dwie splecione uściskiem postacie. 

Zbliżały się do zamku, toteż już po chwili można było ustalić ich tożsamość. Jedną 

z postaci  był  król  Pellinore,  ramieniem  obejmujący  w talii  tęgą  damę  w średnim 

wieku,  ubraną  w suknię  do  konnej  jazdy.  Zażywne  oblicze  damy  i bez  wierzchowca 

miało  w sobie  coś  z konia.  W wolnej  ręce  dama  dzierżyła  szpicrutę.  Włosy  miała 

schludnie upięte w koczek. 

– To nikt inny tylko córka Królowej Flandrii! 

–  Hej,  wy  tam!  –  zawołał  z dala  król  Pellinore,  ledwie  ich  zobaczył  na  wieży.  – 

Widzicie?  No  i co?  Kto  by  to  pomyślał?  Kto  by  się  spodziewał?  Widzicie,  kogo 

znalazłem? 

–  Akurat!  –  huknęła  dama  gromkim  głosem,  klepiąc  go  pieszczotliwie  szpicrutą 

po policzku. – Kto kogo znalazł? 

– Tak, tak, oczywiście. To nie ja ją znalazłem, skąd znowu. To ona mnie znalazła! 

I co wy na to? 

– Wiecie co? – ciągnął rozradowany Król, wcale nie czekając na odpowiedź. – Na 

moje listy po prostu nie dało się odpisać! Nigdzie nie podałem naszego adresu! No bo 

my  przecież  nie  mamy  adresu.  Czułem,  że  z tymi  listami  jest  coś  nie  w porządku. 

A Piggy, imaginujcie sobie, skoczyła na koń i puściła się za mną galopem przez bagna, 

i spadła z siodła! Bestia Dyżurna bardzo jej pomogła – ona ma świetny węch – a i ta 

nasza  czarodziejska  łódź  nie  była  taka  znowu  głupia,  bo  widząc  jak  usycham 

z tęsknoty,  popłynęła  z powrotem  i przywiozła  mi  je  obie!  Kochana  łódeczka.  Trafiły 

na nią przechodząc przez rzekę. I oto są! 

–  No,  ale  co  my  tak  stoimy?  –  zreflektował  się  Król.  Był  tak  przejęty,  że  nikomu 

nie dawał dojść do głosu. – Chciałem powiedzieć: po co my tak wrzeszczymy? Czy to 

wypada?  Czy  nie  powinniście  raczej  zejść  na  dół  i powitać  nas  uroczyście  w murach 

zamku? Co się w ogóle dzieje ze zwodzonym mostem? Zepsuty? 

– Bestia, Pellinorze, Bestia! Siedzi w fosie! 

– Czego znowu chcecie od Bestii? 

– Trzyma zamek w oblężeniu. 

– Ano tak. Już sobie przypominam – rzekł Król. – Ugryzła mnie! 

– Ale wiecie co? – pomachał im radośnie obandażowaną ręką. – Piggy założyła mi 

taki śliczny opatrunek, z tego no, jak się nazywa... 

– Z damskiej halki! – huknęła gromko córka Królowej Flandrii. 

– Tak jest, z własnej halki. 

Króla tak to rozbawiło, że cały się trząsł ze śmiechu i nie mógł przestać. 

– Doskonale, Pellinorze, doskonale, ale co zamierzasz zrobić w kwestii Bestii? 

background image

Jego Wysokość, pijany szczęściem, zbagatelizował pytanie. 

– A tam, Bestia! Co za problem? Zaraz ją usadzę! 

– Już cię tu nie ma! – zawołał stając na skraju fosy i groźnie potrząsając mieczem. 

– Już cię nie ma! Won stąd! A sio! A sio! 

Bestia  Dyżurna  zwróciła  ku  niemu  powłóczyste  spojrzenie.  Na  znak,  że  poznaje 

Pellinore’a,  machnęła  nawet  niemrawo  ogonem,  ale  zaraz  znów  skupiła  całą  swoją 

uwagę na baszcie, gdzie siedzieli rycerze. Kamienie, którymi do czasu od czasu rzucali 

w nią  Pradawni,  chwytała  zręcznie  w locie  i połykała  –  dokładnie  w ten  sam 

denerwujący sposób, który stosują kury, kiedy próbuje sieje skądś odpędzić. 

– Opuścić zwodzony most! – rozkazał Król. – Ja ją tutaj przypilnuję. A sio! A sio! 

Most  zwodzony  opuszczał  się  z wyraźnym  wahaniem.  Bestia  natychmiast  dała 

krok w jego stronę. Na jej pysku malował się wyraz nadziei. 

– Uwaga! – komenderował Król. – Wskakuj prędko do środka! Ja osłaniam tyły! 

Piggy  wskoczyła  na  most  jeszcze  zanim  dotknął  ziemi.  Król  Pellinore  –  mniej 

zwinny  czy  też  bardziej  oszołomiony  miłością  –  zderzył  się  z ukochaną  w samej 

bramie. W tej samej chwili Bestia Dyżurna wpadła na nich od tylu i powaliła Króla na 

płask. 

–  Uwaga!  Uwaga!  –  podnieśli  wrzask  giermkowie,  handlarki  rybami,  sokolnicy, 

kowale  i brzechwiarze,  a także  wszyscy  inni  dobrzy  ludzie  zgromadzeni  wewnątrz 

zamkowych murów. 

Córa  królowej  Flandrii  rzuciła  się  na  Bestię  jak  tygrysica  stająca  w obronie 

młodych. 

–  Precz,  bezwstydnico!  –  krzyknęła  i dała  Bestii  szpicrutą  po  nosie.  Stworzenie 

cofnęło  się  zaskoczone,  łzy  stanęły  mu  w oczach,  a obsługujący  most  skrzętnie 

wykorzystali ten moment i krata bramy oddzieliła Bestię od uciekinierów. 

Wieczorem  stało  się  jasne,  że  sytuacja  znowu  jest  krytyczna.  Glatisanta 

najwyraźniej  postanowiła  oblegać  zamek  dopóty,  dopóki  nie  dostanie  ukochanego. 

W tej sytuacji Pradawni, którzy przybyli na targ z jajami, odmówili wyjścia za bramę 

bez eskorty. Konwój złożony z trzech rycerzy z obnażonymi mieczami odprowadził ich 

do stóp wzgórza. 

Wiejską  drogą  wędrował  obdarty  Sylen  –  Święty  Toirdealbhach,  z obstawą 

czterech  małych  chłopców.  Od  Świętego  zalatywało  whisky.  Był  on  tego  dnia 

w wyjątkowo buńczucznym nastroju, czemu dał wyraz wymachując maczugą. 

– Koniec z bajkami! – darł się Święty. – Albo to nie mam się żenić z Matką Morlan 

i pojedynkować z Duncanem, i nigdy więcej nie być Świętym? 

– Gratulacje! – wrzasnęli chórem chłopcy, po raz setny. 

–  Nam  też  ostatnio  los  sprzyja  –  powiedział  Gareth.  –  Codziennie  usługujemy 

przy kolacji. 

background image

– Chwała Bogu! Naprawdę codziennie? 

– Naprawdę. I mama chodzi z nami na spacery. 

– No widzicie. Dla chcącego nic trudnego. 

Święty dojrzał konwój z daleka i wydał okrzyk bojowy wodza Irokezów. 

– Do broni! 

–  Spokojnie,  spokojnie  –  powstrzymali  go  rycerze.  –  Niech  się  Święty  tak  nie 

gorączkuje. Te miecze nie zostały dobyte do walki. 

–  A do  czego?  – zaciekawił się  Święty, po czym podszedł do Króla  Pellinora, aby 

go ucałować i chuchnąć mu w nos. 

– Czy Święty istotnie się żeni? – zagadnął go Król. – Boja tak. Bardzo się Święty 

denerwuje? 

Zamiast  odpowiedzi,  świątobliwy  mąż  objął  Króla  za  szyję  i zaciągnął  go  do 

szałasu  Matki  Morlan.  Niespecjalnie zachwyciło  to  Pellinore’a,  który  miał  ochotę  jak 

najszybciej  wrócić  do  swojej  Piggy,  ale  tradycji  musiało  się  stać  zadość  i wieczór 

kawalerski był nieunikniony. Celtycka podejrzliwość ulotniła się nagle niby mgła – czy 

to  pod  wpływem  miłości,  czy  whisky,  czy  z jeszcze  innego  powodu  –  i trzej  waleczni 

południowcy zostali nareszcie powitani jak goście w samym sercu Północy. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XII 

 

 

Bitwa 

pod 

Bedegraine, 

w pobliżu 

miejscowości 

Sorhaute 

w Puszczy 

Sherwoodzkiej, rozegrała się w Zielone Świątki. Była to bitwa pamiętna o tyle, te pod 

pewnymi  względami  stanowiła  XII-wieczny  odpowiednik  współczesnej  wojny 

totalnej. 

Jedenastu królów chciało pokonać swego suwerena po normańsku – czyli metodą 

„polowania  na  lisa”,  którą  stosowali  w bitwach  Henryk  II  i jego  synowie,  a której 

główne cele były dwa: rozrywka i łupy. Najmniej liczyła się w tej taktyce sama walka. 

Królowie i wywodzący się z ich szlachty rycerze, którzy z wyglądu przypominali czołgi, 

chętnie  podjęli  sportowe  ryzyko.  Król  Loth  mógł  bez  przesady  stwierdzić,  że 

dowodzona  przez  niego  rebelia  przeciwko  Królowi  jest  jak  polowanie  na  lisy,  tyle  że 

bez wyrzutów sumienia i bez większego ryzyka. 

Ale  i ta  strategia  wymagała  ludzi.  Nawet  jeśli  rycerze  sami  nie  mieli  chęci 

wzajemnie  się  mordować,  to  przecież  nic  im  nie  przeszkadzało  rżnąć  łyków.  Cała 

zabawa  byłaby  dla  rycerzy  niewiele  warta,  jeżeli  po  bitwie,  o zachodzie  słońca,  nie 

mogliby zakosztować liczenia trupów na pobojowisku. 

Zgodnie  z życzeniem  zbuntowanych  baronów  była  to  więc  bitwa  podwójna; 

inaczej  mówiąc,  wojna  w wojnie.  Po  zewnętrznej  orbicie  maszerowało  sześćdziesiąt 

tysięcy chłopów i najemników. To kiepsko uzbrojone mięso bitewne Pradawnych ziało 

nienawiścią do liczącej dwadzieścia tysięcy ludzi saskiej piechoty Artura, a przyczyną 

nienawiści  były,  rzecz  jasna,  tragiczne  dzieje  Celtów.  Między  armiami  panował 

autentyczny  konflikt  rasowy.  Był  to  jednakże  konflikt  sterowany  z góry,  przez 

możnych  panów,  osobiście  nie  za  bardzo  spragnionych  krwi  nieprzyjaciela.  W tej 

sytuacji  armie  odgrywały  role  psich  sfor,  których  zmagania  obserwowali  myśliwi, 

traktujący wojnę jako emocjonujące igrzysko. Gdyby sfora Lotha się zbuntowała, Loth 

i jego  sojusznicy  bez  wahania  połączyliby  swe  siły  z Arturem  dla  zdławienia  ludowej 

rebelii. 

Szlachetni  panowie  z wewnętrznych  orbit  wojsk  po  obu  stronach  byli  na  ogół 

w znacznie lepszych stosunkach z sobą wzajemnie niż z własnymi armiami. Żołnierzy 

używali  wszak  tylko  do  celów  statystycznych  i widowiskowych.  Za  dobrą  wojnę 

uważali  taką,  w której  ręce,  nogi  i głowy  fruwają  w powietrzu,  a szczęk  oręża 

rozbrzmiewa  echem  po  wodach  i lasach.  Rzecz  jasna,  że fruwające  ręce,  nogi  i głowy 

miały pochodzić od prostaków, za to szczęk oręża – które na ogół nie sięgało zakutych 

w stal  torsów  i kończyn  –  od  żelaznej  szlachty.  Taka  opinia  o godziwej  wojnie 

panowała  w środowisku  dowódców  armii  Lotha.  Uważali  oni,  że  wystarczy  pozbawić 

background image

głów  odpowiednio  dużą  liczbę  łyków  i odpowiednio  zademonstrować  potęgę  oręża 

angielskim dowódcom, aby Artur dalszy opór uznał za bezcelowy i ogłosił kapitulację. 

Wówczas ustalono by finansowe warunki traktatu pokojowego – innymi słowy: czysty 

zysk  z okupu  –  i wszystko  zostałoby  mniej  więcej  po  staremu,  z tą  tylko  różnicą,  że 

zniosło by się umowne pojęcie feudalnego suwerena, które w końcu tak czy owak było 

czystą fikcją. 

Rozumie się samo  przez się,  że  wojna  w stylu  normańskim  obfitowała  w sztywne 

reguły  gry,  tak  jak  obfituje  w nie  polowanie  na  lisy.  Mogła  się  odbyć  tylko  na 

wyznaczonym polu, pod warunkiem sprzyjającej pogody, a walczyło się według norm 

ustalonych w poprzednich bitwach. 

Artur  przyjął  inną  koncepcję.  Jego  zdaniem  napuszczanie  na  siebie  nawzajem 

osiemdziesięciu tysięcy prostych ludzi, podczas gdy garstka opancerzonych jak czołgi 

facetów kombinowała jak pomnożyć łupy, było ze wszech miar niezgodne z zasadami 

sportu. Artur mierzył ręce, nogi i głowy miarą ich indywidualnych właścicieli – nawet 

jeśli właścicielami byli prości chłopi pańszczyźniani. To Merlin nauczył go nieufności 

wobec  logiki,  w myśl  której  można  było  plądrować  wsie,  rujnować  gospodarstwa 

i mordować  żołnierzy  po  to,  aby  samemu  zagarnąć  obfity  łup,  nie  gubiąc  włoska 

z głowy – tak jak to czynił legendarny Król Ryszard Lwie Serce. 

Król  Artur  zarządził,  że  w jego  bitwie  nie  wolno  brać  łupów.  Jego  rycerze  mieli 

walczyć  nie  z najemną  piechotą  wroga,  tylko  z rycerzami  Konfederacji  Celtyckiej. 

Piechota  –  jeśli  taka  jej  wola  –  niech  się  bije  z piechotą  strony  przeciwnej,  skoro 

chodzi im o coś więcej niż tylko o podział łupów. Niech walczą, jak potrafią. Co się zaś 

tyczy szlachty – ta miała atakować szlachtę buntowników całkiem serio, jakby to byli 

prości  żołnierze  i nic  więcej.  Rycerze  mieli  przykazane  nie  bawić  się  w żadne 

konwencje  i tańce  z szablami,  tylko  prowadzić  wojnę  z rzeczywistym  wrogiem,  aż 

wrogowi odechce się wojaczki, gdy zobaczy, czym ona rzeczywiście pachnie. 

A po wojnie – Król Artur był tego całkowicie pewien – zadaniem jego życia będzie 

rozprawić się z wszelką Siłą, która drwi sobie z przyzwoitości. 

Trudno  się  zatem  dziwić,  że  wojsko  Króla  Artura  dało  się  wyspowiadać  w noc 

przed  bitwą.  Coś  z młodzieńczej  wizji  monarchy  przeniknęło  jednak  sekretną  drogą 

do  serc  dowódców  i żołnierzy.  Jakby  nagle  pojęli,  że  idea  Okrągłego  Stołu  musi  się 

urzeczywistnić przez czyny niebezpieczne, a czasem niegodne, które jednak prowadzić 

mają  do  godnego  celu.  Wszyscy  czuli,  że  czeka  ich  bitwa  krwawa,  okrutna  i bez 

nagrody.  Bitwa,  za  którą  nie  dostaną  nic,  prócz  niewymiernej  w złocie  świadomości, 

że  uczynili,  co  do  nich  należało,  i pokonali  własny  strach.  Źli  ludzie  gardzą  tego 

rodzaju  satysfakcją,  nazywają  ją  „romantyczną  bohaterszczyzną”,  lecz  to  bynajmniej 

nie ujmuje chwały bohaterom. Ta idea przepełniała serca młodzieńców, którzy klękali 

przed  biskupami,  aby  przyjąć  z ich  rąk  Boże  Ciało.  Wiedzieli,  że  wróg  ma  nad  nimi 

background image

trzykrotną  przewagę;  że  ich  ciepłe,  młode  ciała  mogą  stygnąć  na  ziemi  o zachodzie 

słońca. 

Artur  zaczął  bitwę  od  karygodnego  pogwałcenia  reguł  gry  i w  miarę  rozwoju 

sytuacji dopuszczał się dalszych wykroczeń. Po pierwsze, nie odczekał do powszechnie 

przyjętej  pory  rozpoczynania  walk.  Obyczaj  nakazywał,  aby  Artur  dał  wojsku 

spokojnie  zjeść  śniadanie,  po  śniadaniu  przedefilował  z nim  przed  armią  Lotha 

i dopiero  gdzieś  około  południa,  gdy  linie  zostaną  prawidłowo  ustawione,  dał  sygnał 

do  rozpoczęcia  bitwy.  Na  ten  sygnał  rycerze  Artura  powinni  byli  rozpocząć  krwawą 

rzeź piechoty armii Lotha, a rycerze Lotha powinni byli zrobić to samo w odniesieniu 

do piechoty Króla Artura. Słowem powinna była nastąpić krwawa jatka. 

Tymczasem  Artur  zaatakował  nocą.  Po  ciemku,  z zaskoczenia  –  co  jest  metodą 

prymitywną i niegodną dżentelmena – spadł jak jastrząb na obóz buntowników. Krew 

pulsowała  mu  w nabrzmiałych  żyłach,  a Ekskalibur  opętańczo  śmigał  w dłoni.  Nie 

przeląkł  się  trzykrotnej  przewagi  liczebnej.  Jeśli  chodzi  o samych  rycerzy,  proporcje 

przedstawiały się jeszcze mniej korzystnie dla niego. Dość powiedzieć, że tylko jeden 

ze zbuntowanych królów – Król Stu Rycerzy – miał w swojej armii dwie trzecie całej 

liczby  rycerstwa,  które  zasiąść  miało  ostatecznie  przy  Okrągłym  Stole.  Trzeba 

pamiętać, że to nie Artur rozpętał wojnę, aby walczyć we własnym kraju, setki mil od 

najbliższej  granicy,  z agresorem,  którego  niczym  nie  sprowokował.  Padły  namioty, 

stanęły  pochodnie,  błysnęły  nagie  ostrza  i wrzask  bitewny  zmieszał  się  z jękiem 

zaskoczenia.  Zgiełk,  zjawy  katów  i zjawy  ofiar  na  tle  łuny  pożaru  –  oto  sceneria 

miejsca w Puszczy Sherwood, gdzie dzisiaj dęby tulą się do siebie. 

Początek  był  mistrzowski  i z  miejsca  przyniósł  przewagę  atakującym.  Jedenastu 

Królów i ich baronowie mieli już zbroje na sobie – ubieranie rycerza w zbroję trwało 

tak długo, że na ogół poświęcano na to całą noc przed bitwą. Gdyby nie to, zwycięstwo 

wojsk  Artura  byłoby  niemal  bezkrwawe.  Skoro  jednak  panowie  okazali  się  zakuci 

w stal,  Artur  przejął  inicjatywę  i nie  wypuszczał  jej  z garści.  Rycerze  Pradawnych 

wycinali  sobie  mieczami  drogę  z ruin  obozowiska,  walcząc  wręcz  z rycerzami  Króla 

Artura,  którzy  stawali  im  na  drodze.  Wreszcie  udało  im  się  skupić  w zbrojny  pułk  – 

i nawet  ten  pułk,  chociaż  niekompletny,  kilkakrotnie  przewyższał  liczebnie  zastęp 

zbrojnych,  którymi  dysponował  Król  Artur.  Lecz  pułk  Pradawnych,  chociaż 

stosunkowo liczny, nie nawykł do walki bez żywej tarczy piechoty. Nie było czasu, aby 

ustawić  wojsko  w szyku,  a większość  łyków,  którzy  kręcili  się  bliżej  szlachty,  była 

zdemoralizowana  i niekarna.  Artur  puścił  własną  piechotę  pod  wodzą  Merlina  do 

toczącej  się  na  obrzeżach  obozu  walki  z pieszymi  wroga,  sam  zaś,  wraz  z kawalerią, 

dalej  ostro  nacierał  na  rycerzy.  Zmusił  ich  do  ucieczki  i ścigał  bez  pardonu.  Rycerze 

byli skrajnie oburzeni zachowaniem Króla, które poczytali sobie za osobistą zniewagę 

i przejaw  bandytyzmu:  kto  to  widział,  rzucać  się  z bronią  na  barona,  jak  na  byle 

background image

bosego saskiego łyka? 

Lecz  prawdziwie  karygodnym  przewinieniem  Króla  było  to,  że  zaniedbał  tychże 

właśnie łyków. Wojnę plemienną – a był to konflikt rzeczywisty, nawet jeżeli niegodny 

–  pozostawił  do  rozegrania  plemiennej  piechocie  pod  dowództwem  Merlina, 

w dodatku na terenie obozu, z którego właśnie uciekała jazda. Na jednego Germanina 

przypadało trzech Celtów, na szczęście osłabionych siłą zaskoczenia. Artur nie życzył 

Celtom źle – jego nienawiść skupiła się na przywódcach buntu, którym woda sodowa 

uderzyła  do  głów  –  wiedział  jednak,  że  nie  obejdzie  się  bez  walki  prostych  ludzi. 

Naturalnie  miał  nadzieję,  że  walkę  tę  wygra  jego  lud.  Sam  jednak  całą  uwagę 

poświęcił  dowódcom  wroga.  Karygodny  błąd  tej  strategii  stawał  się  z każdą  chwilą 

bitwy coraz bardziej oczywisty. 

Jedenastu  Królom  udało  się  bowiem  sklecić  mur  piechoty,  za  którym  oczekiwali 

szarży  Artura.  Artur  powinien  był  szarżować  bez  pardonu  na  ten  kordon  trzęsących 

portkami  prostaków,  nikogo  nie  oszczędzając.  Lecz  tego  nie  uczynił.  Przegalopował 

przez pierścień piechoty nie tykając jej, jakby to  wcale nie byli jego wrogowie, a całe 

ostrze  szarży  skierował  na  zbrojne  centrum  formacji  nieprzyjaciela.  Piechota  Celtów 

z radością  powitała  ów  dowód  łaski.  Najwyraźniej  nie  poczytywali  sobie  za  wielki 

honor umrzeć za Lothian. Dyscypliny, jak to później ocenili generałowie rebeliantów, 

nie dało się nazwać iście piktyjską. 

Zaczęto szarżować. 

Może zdarzyło wam się na paradzie wojskowej widzieć szarżę kawalerii? Jeśli tak, 

to  sami  najlepiej  wiecie,  jak  nieodpowiednim  jest  tu  określenie  „widzieć”.  Szarżę 

bowiem przede wszystkim słychać. To grom, trzęsienie ziemi i wściekłe werble kopyt, 

spod  których  sypią  się  skry.  I to  nawet  w przypadku  lekkiej  jazdy  –  a co  dopiero 

ciężkiej! Wyobraźcie sobie szarżę, w której  uczestniczą konie dwa razy cięższe niż te, 

których  my  używamy  do  polowań,  a i  ludzie  na  nich  siedzący  są  dwa  razy  ciężsi  niż 

współcześni  jeźdźcy,  ponieważ  mają  na  sobie  zbroję  i dzierżą  potężne  tarcze.  Weźcie 

też  pod  uwagę,  że  efektu  akustycznego  dopełnia  piekielny  szczęk  i klangor 

krzyżowanej  broni.  Mundury  zastąpcie  w wyobraźni  zgrzytliwymi  pancerzami. 

Pancerze  niby  lustra  rażą  odbitym  słońcem,  a jeźdźcy,  zamiast  lekkich  pik  naszych 

lansjerów,  trzymają  w dłoniach  stalowe  włócznie.  Ostrza  włóczni  chylą  ku  ziemi. 

Szarża rusza z kopyta. Ziemia dudni. Za jazdą fruwają fontanny kamieni i opadają na 

zryte  kopytami  pole.  Przede  wszystkim  trzeba  się  bać  nie  ludzi,  nie  ich  mieczy,  ani 

nawet  włóczni, lecz końskich kopyt. To one  – transportery żelaznej falangi – panują 

nad  polem  walki  wzdłuż  i wszerz.  Nie  ma  przed  nimi  ucieczki.  Głośniejsze  niż 

wszystkie werble, wszystko zetrą w pył na twardo ubitej ziemi. 

Rycerze  konfederacji  walecznie  stawiali  czoła  bezczelnej  napaści.  Wytrzymali 

natarcie  i odpowiedzieli  atakiem  na  atak.  Jednak  nietypowość  sytuacji,  w której 

background image

przeciwnik  nie  uszanował  ich  rangi  społecznej,  a na  dodatek  natarł  arogancko  z siłą 

czterokrotnie  mniejszą-nie  mówiąc  już  o tym,  że  nacierał  raz  po  raz,  bez  chwili 

wytchnienia – wywarła pewien wpływ na morale rycerzy Lotha i jego sojuszników. Po 

jakimś  czasie  zaczęli  cofać  się  przed  szarżą,  chociaż  nadal  w ordynku,  i pozwolili  się 

pędzić  po  obrzeżu  rozległej  sherwoodzkiej  polany,  która  wyglądała  jak  ujście  rzeki 

traw, z obu stron obrośnięte drzewami. 

W  tej  fazie  walki  kilku  rycerzy  popisało  się  wyjątkową  dzielnością.  Król  Loth 

pokonał  osobiście  Sir  Meliota  de  la  Roche  i Sir  Clariance’a.  Następnie,  wysadzony 

z siodła  przez  Kaya,  zręcznie  dosiadł  rumaka  z powrotem,  jedynie  po  to,  aby 

podstawić ramię pod miecz samego Artura, który był wszędzie jednocześnie – młody, 

triumfujący, ogarnięty euforią walki. 

Jak na dowódcę, Loth miał w sobie zbyt wiele kapralskiej służbistości, nie mówiąc 

o tym,  że  był  raczej  tchórzliwy.  Trzeba  mu  jednak  przyznać  pewne  zdolności 

taktyczne.  Około  południa  zorientował  się,  że  narzucono  mu  oto  nową  formę  wojny, 

która wymaga zmiany taktyki obronnej. Demoniczna jazda Króla Artura zupełnie nie 

interesowała  się  łupami.  Wyglądało  raczej  na  to,  że  jest  gotowa  tak  długo  walić 

własnym  łbem  o mur  kawalerii  Lotha,  aż  go  przebije.  Król  Loth  postanowił  zmęczyć 

przeciwnika. Na pośpiesznej naradzie wojennej za linią frontu postanowiono, że Loth 

z czterema  innymi  królami  i połową  wojska  wycofa  się  w drugi  koniec  polany  i tam 

przygotuje  nowe  pozycje.  Pozostałych  sześciu  królów  mogło  całkiem  skutecznie 

zatrzymać  Anglików,  a w  tym  czasie  reszta,  która  oddali  się  po  wodzą  Lotha, 

odpocznie  i zreformuje  szyki.  Kiedy  już  obejmą  nowe  pozycje,  sześciu  królów 

awangardy wycofa swoje oddziały przez linię Lotha, którego  wypoczęte wojsko w ten 

sposób stanie na froncie. 

Rozdzielili się zgodnie z planem. 

Artur uznał moment podziału wojsk przeciwnika za sposobność, na którą właśnie 

czekał.  Zaraz  posłał  koniuszego  w głąb  lasu.  Zawarł  bowiem  układ  o wzajemnej 

pomocy  z dwoma  francuskimi  królami,  Banem  i Borsem,  którzy  przybyli  mu  na 

odsiecz  z Francji,  wiodąc  około  dziesięciu  tysięcy  żołnierzy.  Francuzi  siedzieli 

w puszczy  po  obu  stronach  polany  jako  wojskowe  rezerwy.  To  właśnie  na  nich  Król 

Artur  usiłował  naprowadzić  wroga.  Koniuszy  pogalopował  w las,  spomiędzy  gęstych 

dębów błysnęły pancerze – i Loth dał się złapać w pułapkę. Zauważył ukryte oddziały 

tylko  z jednej  strony,  tam,  gdzie  Bors  właśnie  rozwijał  szyki.  Nie  przyszło  mu  do 

głowy, że na przeciwległym skrzydle czai się Ban. 

W tej sytuacji Lothowi zaczęły wysiadać nerwy. Był ranny w ramię, otoczony przez 

wroga,  który  drwił  sobie  najwyraźniej  ze  śmierci  dżentelmena  na  polu  bitwy,  a teraz 

jeszcze  na  dodatek  wpadł  w pułapkę.  „Broń  nas,  Panie,  przed  śmiercią  i niecnym 

podstępem”, miał ponoć wówczas rzec, jak  notują kroniki, „bo widzę, że marny nasz 

background image

los”. 

Odłączył  od  swoich  wojsk  Króla  Caradosa  z mocnym  oddziałem,  aby  ten  stawił 

opór  Królowi  Borsowi,  a ledwie  to  uczynił,  ujrzał,  że  na  hasło  drugiego  posłańca 

Artura  z przeciwległej  ściany  lasu  wyrasta  armia  Króla  Bana.  Loth  nadal  miał,  co 

prawda,  przewagę  liczebną,  ale  na  ten  widok  nerwy  wysiadły  mu  z kretesem.  „Ha!”, 

przemówił  rzekomo  do  Księcia  Cambeneta:  „Klęska  nas  chyba  nie  minie”.  Podobno 

nawet zaszlochał „z wielkiej żałości i upokorzenia”. 

Carados  został  wysadzony  z siodła,  a oddział  jego  rozbity  przez  Króla  Borsa. 

Awangarda  sześciu  królów  ledwo  zipała  pod  ciosami  szarży  Artura.  Loth,  z dywizją 

Króla Morganore’a, zwrócił się frontem do Króla Bana, pragnąc odeprzeć jego atak. 

Gdyby  słońce  zaszło  o godzinę  później,  rebelia  zostałaby  stłumiona  jeszcze  tego 

samego dnia. Ale słońce zaszło tak jak miało zajść, przychodząc w sukurs Pradawnym, 

a księżyc  był  w tej  kwadrze  niewidoczny.  Artur  odwołał  wojska  z placu  boju, 

a stwierdziwszy – i słusznie – że armia przeciwnika jest kompletnie zdemoralizowana, 

pozwolił  ludziom  wyspać  się  aż  do  rana,  z bronią  u boku,  pod  ochroną  nielicznych, 

lecz za to czujnych wartowników. 

Wycieńczone  oddziały  wroga,  które  poprzednią  noc  miast  przespać  przegrały 

w kości,  tej  nocy  znów  nie  spały,  trwając  na  posterunkach  albo  na  naradach.  Jak 

wszystkie  armie,  które  kiedykolwiek  walczyły  przeciwko  Gramarii,  armie  Jedenastu 

nie miały do siebie wzajem za grosz zaufania. Poza tym wszyscy dowódcy spodziewali 

się powtórzenia nocnego ataku. Przygnębieni klęską rycerze nie mogli się pogodzić co 

do  kapitulacji  lub  dalszej  walki.  Dopiero  o pierwszym  brzasku  król  Loth  zdołał 

przeforsować swoje stanowisko. 

Resztki  piechoty  miały  być,  zgodnie  z planem  bojowym  Lotha,  puszczone  luzem 

jak  bydło  –  niech  każdy  ratuje  własny  zadek  jak  potrafi.  Rycerze  natomiast  mieli 

utworzyć jedną zwartą falangę i wspólnym frontem stawić opór szarżom, a ktokolwiek 

zbiegłby z pola walki, miał być na miejscu stracony za tchórzostwo. 

Artur uderzył na nich z samego rana, zanim zdążyli do końca uformować szyki. Na 

początek,  zgodnie  ze  swoją  taktyką,  wysłał  tylko  niewielki  oddziałek  czterdziestu 

włóczni.  Mężna  bojówka  szturmowa  ochoczo  podjęła  dzieło  poprzedniego  dnia. 

Galopem dopadli linii Lotha, wbijali się w nią lub ją nawet łamali i po błyskawicznym 

odwrocie,  reformując  szyk,  uderzali  na  nowo.  Żelazny  oddział  cofał  się  przed  ich 

kąśliwymi atakami, już całkiem pozbawiony ducha i wiary w zwycięstwo. 

W  południe  trzej  królowie  uderzyli  pełną  siłą,  zadając  decydujący  cios.  Huknęło, 

jakby  wielki,  przeciągły  grzmot  runął  na  pole  bitwy,  frunęły  w górę  połamane 

drzewce, konie stanęły dęba przed dzikim żywiołem, a puszcza zadrżała od wrzasków 

i jęków.  W chwilę  potem  nienaturalna  cisza  zaległa  nad  zdeptaną  murawą,  zrytą 

końskimi  kopytami  i usianą  resztkami  śmiercionośnych  narzędzi,  między  którymi 

background image

noga  za  nogą  człapały  konie  z milczącymi  jeźdźcami  na  grzbietach.  Po 

zorganizowanym rycerstwie celtyckim nie było ani śladu. 

Merlin spotkał Króla na drodze do Sorhaute. Czarodziej szedł pieszo i wyglądał na 

zmęczonego.  Miał  na  sobie  kolczugę  rycerza  piechoty,  w której  uparł  się  walczyć. 

Niósł wiadomość, że klany piesze gotowe są ogłosić kapitulację. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XIII 

 

 

W  blasku  wrześniowego  księżyca,  kilka  tygodni  później,  król  Pellinore  i jego 

narzeczona siedzieli na wysokiej skale i wpatrywali się w morze. 

Wkrótce mieli wyjechać do Anglii, aby tam wziąć ślub. 

Król  obejmował  narzeczoną  wpół  i przytulał  policzek  do  jej  głowy.  Świat  dokoła 

jakby dla nich nie istniał. 

– Ale Dornar to wyjątkowo śmieszne imię – mówił Król. – Skądże ci przyszło do 

głowy? 

– Nie mnie, lecz tobie, Pellinorze. To tyje wymyśliłeś. 

– Naprawdę? 

– Oczywiście, Aglovale, Percivale, Lamorak i Dornar. 

–  Moje  kochane  cherubinki!  –  wzruszył  się  Król.  –  Istne  cherubinki!  Co  to 

właściwie są te cherubinki? 

Za ich plecami wiekowe zamczysko wznosiło się złowieszczo na tle gwiaździstego 

nieba.  Stłumione  krzyki  dobiegały  od  Okrągłej  Wieży,  ze  szczytu  której  Grummore 

i Palomides kłócili się z Bestią Dyżurną. Bestia nadal pałała gorącą miłością do swojej 

atrapy  i twardo  kontynuowała  oblężenie  zamku,  przerwane  tylko  na  parę  godzin 

w dniu powrotu pokonanej armii Lotha. Angielscy rycerze ze zdumieniem dowiedzieli 

się,  że  przez  cały  czas  swojego  pobytu  na  wyspie  pozostawali  w stanie  wojny 

z Orknejami.  Niestety,  było  już  za  późno,  aby  się  do  tego  faktu  ustosunkować,  gdyż 

wojna  została  zakończona.  Wszyscy  znaleźli  się  wreszcie  na  terenie  zamku.  Mostu 

zwodzonego  od  wielu  dni  nie  opuszczano,  a Glatisanta  leżała  u stóp  wieży 

w księżycowym  blasku,  od  którego  jej  łeb  lśnił,  jakby  był  ze  srebra.  Pellinore 

kategorycznie zabronił ją zabijać. 

Któregoś  dnia  pod  zamkiem  pojawił  się  Merlin  z plecakiem  i w  ogromnych 

turystycznych  butach.  Zamek  leżał  na  szlaku  jego  północnej  wędrówki.  Gładki, 

śnieżnobiały  i połyskliwy,  Merlin  wyglądał  jak  węgorz  w ślubnej  podróży  na  Morze 

Sargassowe, a to dlatego, że zbliżała się pora Niume. Szedł zatopiony w myślach, gdyż 

cały  czas  usiłował  sobie  przypomnieć  tę  ważną  rzecz,  o której  miał  koniecznie 

powiedzieć  uczniowi,  dlatego  tak  niechętnie  rozmawiał  z rycerzami  o swoich 

kłopotach. 

–  Szanowny  panie!  –  zawołali  go  ze  szczytu  wieży.  –  Chodzi  o Bestię  Dyżurną! 

Królowa Lothian i Orknejów wpadła z jej powodu w wisielczy humor! 

– Pewni jesteście, że to z powodu Bestii? 

– Absolutnie pewni, dobrodzieju, Bestia trzyma nas w oblężeniu. 

background image

–  My  sami,  o czcigodny  –  biadolił  do  wtóru  Sir  Palomides  –  mieliśmy 

nieostrożność  przebrać  się  za  coś  w rodzaju  tej  Bestii.  Widziała,  jak  wchodzimy  do 

tego  zamku.  Stworzenie  owo  zdradza  –  ehem!  –  objawy  silnego  ku  nam  afektu.  Nie 

chce stąd odejść, przekonane, że ukochany jej pozostaje na terenie zamku. W związku 

z powyższym opuszczenie mostu grozi nieprzyjemnymi konsekwencjami. 

–  Powinniście  jej  samej  to  wszystko  powiedzieć.  Wyjdźcie  na  mury  i wyjaśnijcie 

stworzeniu pomyłkę. 

– Myślisz pan, że zrozumie? 

–  Bądź  co  bądź  –  rzekł  czarodziej  –  jest  to  bestia  magiczna.  Istnieje 

prawdopodobieństwo, że zrozumie. 

Niestety,  próba  wyjaśnienia  spaliła  na  panewce.  Bestia  patrzyła  na  nich  jak  na 

kłamców. 

– Hej, Merlinie! Proszę jeszcze nie odchodzić! 

–  Muszę  iść  –  odrzekł  pogrążony  w myślach  czarodziej.  –  Muszę  koniecznie  coś 

gdzieś zrobić, tylko nie pamiętam co.  Na razie idę dalej swoją trasą.  Mam spotkanie 

z mistrzem 

Bleise  w North  Humberlandii.  Mistrz  spisze  kronikę  bitwy,  potem  będziemy  we 

dwóch obserwowali dzikie gęsi, a potem... właśnie tego nie pamiętam. 

– Merlinie, słuchaj, Bestia nam nie wierzy! 

–  Trudno  –  odparł  czarodziej  głosem  zatroskanym.  –  Ja  nie  mogę  tu  zostać. 

Wybaczcie,  panowie.  Wytłumaczcie  mnie,  proszę,  przed  Królową  Morgause 

i przekażcie jej moje uszanowanie. 

To  rzekłszy,  Merlin  wspiął  się  na  palce  i zaczął  kręcić  piruety,  szykując  się  do 

zniknięcia. Tylko niewielką część trasy pokonywał pieszo. 

– Merlinie! Merlinie! Chwileczkę! 

Merlin,  który  już  zdążył  zniknąć,  pojawił  się  jeszcze  na  moment  i ze  złą  miną 

zapytał: 

– O co chodzi? 

– Bestia nie chce nam wierzyć. Co robić? Merlin zmarszczył brwi. 

– Poddajcie ją psychoanalizie – poradził po chwili namysłu i znowu zaczął kręcić 

się na palcach. 

– Czekaj, Merlinie! Powiedz jak to się robi? 

– Zwyczajnie. 

– Jak to zwyczajnie? – krzyknęli zrozpaczeni. 

Lecz Merlin zniknął na dobre i tylko jego glos pozostał jeszcze w powietrzu. 

– Wypytajcie ją o sny i tak dalej. Porozmawiajcie z nią o życiu. Byleby nie za dużo 

Freuda. 

Tak  poinstruowani,  Grummore  i Palomides  wzięli  się  do  dzieła  najlepiej  jak 

background image

umieli. Na króla Pellinore’a nie było co liczyć, gdyż miał ważniejsze sprawy. 

–  Więc  to  jest  tak  –  wrzeszczał  do  Bestii  z wieży  Sir  Grummore.  –  Kurka  składa 

jajko, a potem... 

Sir  Palomides  przerwał  mu  w pół  zdania,  aby  wygłosić  pogadankę  o kwiatkach 

i motylkach. 

W  głębi  zamku,  w królewskiej  komnacie,  Król  Loth  i jego  małżonka  spoczywali 

w małżeńskim  łożu.  Król  spał  głęboko,  strudzony  wysiłkiem  pisania  pamiętników 

z ostatniej wojny. Nie miał zresztą powodu do bezsenności. Co innego Morgause – ta 

nie zmrużyła oka. 

Nazajutrz  wybierała  się  do  Carlion,  na  ślub  Pellinore’a.  Wybierała  się  –  tak 

przynajmniej  tłumaczyła  mężowi  –  jedynie  po  to,  by  prosić  Króla  o łaskę.  Zabierała 

z sobą dzieci. 

Lothowi  nie  podobał  się  ten  projekt  i miał  ochotę  zabronić  rodzinie  wyjazdu,  ale 

Królowa umiała sobie radzić z zakazami męża. 

Zręcznie  zsunęła  się  z łoża  i podeszła  do  swojego  kufra.  Od  powrotu  armii  do 

zamku wiele słyszała o Arturze – o jego sile fizycznej, uroku, niewinności i łaskawości. 

Nawet pokonani wrogowie, mimo zawiści i podejrzliwości, musieli przyznać, że Artur 

jest  wspaniały.  Mówiono  też  o niejakiej  Lionorze,  córce  Księcia  Sanama,  z którą 

młody  władca  rzekomo  romansował.  Królowa  po  ciemku  otworzyła  kufer  i stanęła 

przy  snopie  księżycowego  blasku,  który  padał  z okna.  Wyjęła  z kufra  coś  bardzo 

długiego i podniosła do góry. Była to taśma. 

Czar  z taśmą  był  mniej  okrutny  niż  z czarnym  kotem,  za  to  groźniejszy 

w skutkach.  W fachowej  terminologii  nazywano  go  po  prostu  „sznurkiem”.  Niemało 

takich  „sznurków”  spoczywało  w tajemnych  kufrach  Pradawnych.  Czar  ten  należał 

raczej  do  gatunku  tricków,  a nie  magii  właściwej.  Morgause  uzyskała  taśmę  z ciała 

pewnego żołnierza, którego zwłoki jej małżonek przywiózł z wojny, celem pogrzebania 

ich na Orkadach. 

Taśmę  wycinało  się  z ludzkiej  skóry,  poczynając  od  prawego  ramienia.  Nóż  – 

podwójnym  nacięciem,  aby  powstał  równy  pas  –  wędrował  następnie  w dół  po 

zewnętrznej części prawej ręki, wokół kolejnych palców – jakby po szwie rękawiczki – 

i wewnętrzną  stroną  ręki  aż  pod  pachę.  Dalej  wzdłuż  boku  i nogi  ku  stopie, 

wewnętrzną stroną nogi w górę, i tak dalej, aż opasawszy całą sylwetkę dotarł do tego 

prawego ramienia, z którego zaczynał wycinanie „sznurka”. Taśma była długa. 

A  oto  jak  używało  się  „sznurka”.  Należało  zaskoczyć  ukochanego  we  śnie.  Nie 

budząc  go,  trzeba  mu  było  zarzucić  taśmę  na  głowę  i związać  w kokardę.  Jeśli 

przedmiot  zabiegów  obudził  się  w czasie  tej  czynności,  czekała  go  śmierć  przed 

upływem roku. Jeśli się nie obudził, zakochiwał się w wykonawczyni tricku. 

Królowa  Morgause  stała  w blasku  księżyca  i przeciągała  „sznurek”  między 

background image

palcami. 

Czterej  synowie  Królowej  również  nie  spali.  Nawet  nie  było  ich  w sypialni. 

Podczas gdy rodzice spożywali uroczystą kolację, chłopcy podsłuchiwali ze schodków 

i dowiedzieli się, że matka zabiera ich do Anglii. 

Znajdowali  się  w maleńkim  kościółku  Men,  a właściwie  kaplicy,  mierzącej  nie 

więcej niż dwadzieścia stóp kwadratowych, za to tak starej jak samo chrześcijaństwo 

na  wyspach.  Kościółek  zbudowany  był,  podobnie  jak  wielki  mur,  z nieociosanego 

kamienia,  a blask  księżyca  wpadał  przez  okno  bez  szyby  prosto  na  kamienny  ołtarz. 

Misa  na  wodę  święconą,  którą  oświetlał  księżyc,  była  po  prostu  wydrążonym 

kamieniem, osłoniętym cienką kamienną pokrywą. 

Dziatwa  Orknejów  przyklękła  w domu  przodków.  Modlili  się  o dochowanie 

wierności  matce  i pamięci świętej  kornwalijskiej  zemsty,  którą  im  matka  przekazała, 

a także  o to,  by  nigdy  nie  przyszło  im  zapomnieć  owianej  wieczną  mgłą  krainy 

Lothian, którą rządził ich ojciec. 

Za  oknem  chudy  księżyc  sterczał  na  sztorc  w przepastnym  czarnym  niebie  jak 

zakrzywiony  pazur  czarownicy,  a wiatrowskaz  w kształcie  wrony  ze  strzałą  w dziobie 

wskazywał południe. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XIV 

 

 

Na  szczęście  dla  Sir  Palomidesa  i Sir  Grummore’a,  Bestia  Dyżurna  dała  się 

przekonać  dosłownie  w ostatniej  chwili  przed  wyruszeniem  ślubnego  orszaku. 

W przeciwnym  razie  nasi  dwaj  rycerze  nie  mogliby  ruszyć  się  z zamku  Orknejów 

i wesele  przeszłoby  im  koło  nosa.  I tak  musieli  tam  siedzieć  aż  do  rana,  gdyż  Bestia, 

otrząsnąwszy się z szoku, skierowała swoje uczucia innym torem. Całą miłość przelała 

na  zdolniejszego  z dwóch  psychoanalityków  –  Sir  Palomidesa  –  jak  to  się  często 

zdarza  w psychoanalizie.  Kategorycznie  odmówiła  dalszego  związku  z poprzednim 

panem.  Wobec  powyższego  Król  Pellinore  –  acz  nie  bez  żalu  za  tym,  co  minęło  – 

scedował swoje prawa do ścigania Bestii na Saracena. Dlatego, chociaż autor Malory 

poucza nas niejednokrotnie w swoim dziele, że tylko członek rodu Pellinore’ow zdolny 

był  ująć  Bestię,  w końcowych  partiach  dziejów  Króla  Artura  ścigają  Sir  Palomides. 

Prawdę  mówiąc,  kwestia,  kto  ją  ma  łapać,  jest  bez  znaczenia,  bo  i tak  nikomu  się  to 

nigdy nie udało. 

Długi  marsz  na  południe,  do  Carlion,  z licznymi  bagażami  i konną  eskortą  pod 

łopocącymi chorągwiami, był dla wszystkich nie lada przeżyciem. Tabor sam w sobie 

był  interesujący.  Składał  się  z szeregu  zwykłych  wozów,  wyposażonych  w maszty 

flagowe,  między  którymi  rozpięto  hamaki.  Leżący  w takim  hamaku  nie  odczuwał 

podczas  jazdy  właściwie  żadnych  wstrząsów.  Nasi  dwaj  rycerze  jechali  konno  za 

królewskim orszakiem, zachwyceni, że udało im się  mimo przeciwności losu opuścić 

zamek  i uczestniczyć  w weselu.  Wśród  gości  nie  zabrakło  Świętego  Toirdealbhacha 

z Matką  Morlan;  zanosiło  się  na  podwójny  ślub.  Pochód  zamykała  Bestia  Dyżurna, 

która ani na moment  nie spuszczała z oka Sir Palomidesa, obawiając się ponownego 

zawodu. 

Wszyscy święci powyłazili z uli, żeby im pomachać. Machali Fomorianie, Fir Bołgi, 

Tuatha  de  Danaanowie,  Starowiny  i cała  reszta,  która  bez  obawy  wyległa  pod  skały, 

kurhany, góry, bagna i kopce. Jelenie i jednorożce ustawiły się szeregami na graniach, 

chcąc też pożegnać weselników. Rybołówki z rozszczepionymi ogonkami nadleciały od 

ujścia rzeki, skrzecząc rozgłośnie, jakby stanowiły podkład dźwiękowy sceny w porcie 

w słuchowisku radiowym; białorzytki i świergotki towarzyszyły orszakowi po bokach, 

polatując  od  skałki  do  skałki;  górą  krążyły  orły,  sokoły  wędrowne,  kruki  i smugi 

torfowego  dymu,  który  ich  ścigał  od  zamku,  jakby  chciał  koniecznie  po  raz  ostatni 

połaskotać ich nozdrza; rytualne ołtarze i starodawne wieże obserwacyjne pyszniły się 

w pełnym 

blasku 

słońca 

prehistorycznym 

kunsztem 

murarskim 

swoich 

budowniczych;  pstrągi  morskie  i łososie  wystawiały  z wody  lśniące  głowy;  polanki, 

background image

góry  i zarośnięte  wrzosem  stoki  najpiękniejszej  krainy  na  świecie  przyłączyły  się  do 

pochwalnego  chóru  i świat  galicki  z całej  duszy  śpiewał  chłopcom  donośny 

czarodziejski hymn: Nie zapomnijcie nas! 

Jeżeli  już  sam  marsz  budził  w dzieciach  nadzwyczajne  emocje,  to  wspaniałości 

stołecznego  Carlionu  dosłownie  zaparły  im  dech  w piersiach.  Dokoła  królewskiego 

zamku rozciągała się sieć ulic – nie, jak u nich w domu, pojedyncza ulica; przy ulicach 

zaś  stały  zamki  królewskich  wasali,  klasztory,  kaplice,  kościoły  katedry,  targowiska 

i domy  kupców.  Kręciły  się  tam  setki  ludzi,  strojnych  w błękity,  czerwienie,  zielenie 

i wszelkie  inne  jaskrawe  kolory.  Jedni  nieśli  na  ramionach  kosze  na  zakupy,  inni 

pędzili  przed  sobą  gęsi  albo  ubrani  w liberię  możnego  pana  spieszyli  załatwić 

polecenia  służbowe.  Dzwoniły  dzwony,  biły  zegary  na  wieżach,  łopotały  sztandary  – 

powietrze  nad  miastem  zdawało  się  żyć  własnym  życiem.  Pełno  było  psów,  osłów, 

koni  w czaprakach,  duchownych  i chłopskich  wozów,  których  koła  skrzypiały  jak 

nieszczęście,  i pełno  budek,  w których  sprzedawano  lukrowane  pierniki,  i sklepików, 

wystawiających  na  pokaz  rozmaite  części  uzbrojenia  w najmodniejszych  wzorach 

i kolorach. Kupcy handlowali jedwabiem, przyprawami korzennymi i klejnotami. Nad 

każdym  sklepem  wisiał  szyld  z wymalowanym  symbolem  cechu,  tak  jak  dziś  wiszą 

szyldy  nad  barami  i restauracjami.  Służba  krążyła  po  winiarniach,  stare  kumoszki 

targowały  się  o ceny  jaj,  wędrowni  ptasznicy  dźwigali  klatki  z sokołami  na  sprzedaż, 

stateczni  panowie  pysznili  się  złotymi  łańcuchami,  ogorzali  wieśniacy  pokazywali  na 

ogół gołe plecy, przesłonięte tu i ówdzie skrawkami zwierzęcych skórek, chartom stale 

plątały  się  smycze,  niezwykli  kupcy  ze  Wschodu  oferowali  na  sprzedaż  papugi, 

urodziwe  damy  spacerowały  w spiczastych,  jak  dla  pajaców,  kapeluszach, 

z powiewającymi  na  czubkach  welonami,  a czasem  przed  taką  damą  szedł  paź 

z książką do nabożeństwa, na znak, że pani udaje się do kościoła. 

Miasto Carlion okolone było warownym barbakanem: mur wokół tętniącej życiem 

scenerii  zdawał  się  nie  mieć  końca.  Co  dwieście  jardów  barbakan  miał  wieżę 

obserwacyjną,  a do  miasta  wejść  można  było  przez  jedną  z czterech  wielkich  bram. 

Kto  przybywał  do  Carlion  od  strony  równiny,  tego  z daleka  witał  widok  zamkowych 

i kościelnych  wież  w gęstym  szyku  wyrastających  z muru.  Wyglądało  to  jak  dorodny 

kwiat w doniczce. 

Król  Artur  z największą  radością  powitał  starych  przyjaciół  i wysłuchał  nowiny 

o zaręczynach Pellinore’a. Pellinore był pierwszym rycerzem, do którego młody Król, 

jeszcze  jako  chłopczyna,  w Puszczy  Dzikiej,  zapałał  sympatią,  toteż  teraz  postanowił 

wyprawić mu weselisko jakiego jeszcze nie było. Zarezerwowano na ten dzień katedrę 

w Carlion i nie szczędzono wysiłków dla zapewnienia wszystkim gościom wyśmienitej 

zabawy.  Uroczystą  mszę  weselną  koncelebrował  tak  wielki  zastęp  kardynałów, 

biskupów  i nuncjuszów,  że  w ogromnej  świątyni  zdawało  się  nie  być  ani  zakamarka 

background image

bez  purpury,  szkarłatów,  kadzideł  i ministrantów  dzwoniących  srebrnymi 

dzwoneczkami. Co chwila jakiś mały ministrant pędził do biskupa, gorliwie dzwoniąc 

dzwonkiem. Od czasu do czasu nuncjusz rzucał się na kardynała i okadzał go od stóp 

do  głów. Wszystko  razem przypominało wojnę kwiatów. Tysiące świec płonęło przed 

wspaniałymi  ołtarzami.  Gdzie  spojrzeć,  wprawne,  świątobliwe  dłonie  rozpościerały 

małe  obrusiki,  wznosiły  w górę  księgi,  błogosławiły  zawzięcie,  chlapały  wokoło 

święconą  wodą  lub  z namaszczeniem  prezentowały  publiczności  Boże  Ciało.  Muzyka 

była  niebiańska  i gregoriańska,  i ambrozjańska,  a kościół  pękał  w szwach  od  natłoku 

ludzi.  Obuci  w sandały  mnisi,  braciszkowie  i opaci  przeróżnych  zakonów  wymieszali 

się  w tłumie  z rycerzami,  których  zbroje  płonęły  w blasku  świec.  Zjawił  się  nawet 

biskup  franciszkański,  na  szaro,  w czerwonej  czapeczce.  Ornaty  i mitry  były  na  ogół 

szczerozłote,  wysadzane  brylantami,  a od  ich  zakładania  i zdejmowania  szeleściło 

donośnie  w całej  katedrze.  Co  się  tyczy  łaciny,  to  porozumiewano  się  w tym  języku 

z niezwykłą  sprawnością  i w  takim  tempie,  że  stropy  drżały  od  dopełniaczy  liczby 

mnogiej, a pasterskich pouczeń, pochwał i błogosławieństw krążyła w powietrzu taka 

masa, że cud iż wszyscy zgromadzeni nie poszli żywcem do nieba. Nawet sam Papież, 

któremu  jak  najbardziej  zależało  na  tym,  by  rzecz  nie  przeszła  bez  rozgłosu,  udzielił 

zaocznych odpustów bardzo wielu obecnym. 

Po  ślubie  odbyła  się  uczta  weselna.  Król  Pellinore  i Królowa  Małżonka,  którzy 

przez cały czas trwania poprzedniej ceremonii stali na baczność, trzymając się za ręce 

–  za  nimi  Święty  Toirdealbhach  z Matką  Morlan  –  oszołomieni  iluminacją  świec, 

wonią kadzideł i prysznicami święconej wody – zostali teraz usadzeni na honorowych 

miejscach.  Usługiwał  im  sam  król  Artur,  z każdym  podejściem  do  królewskiej  pary 

zginający  kolano.  Nie  macie  pojęcia,  jaka  oczarowana  była  Matka  Morlan.  Podano 

pawia  w cieście,  węgorze  w galarecie,  krem  Devonshire,  jeżozwierza  w sosie  curry, 

sałatkę  owocową  z lodem  i dwa  tysiące  przekąsek.  Biesiadzie  cały  czas  towarzyszyły 

przemówienia,  pieśni,  toasty  i trącanie  się  kielichami.  W pewnej  chwili  do  pana 

młodego 

przybył 

pędem 

kurier 

z North 

Humberlandii 

z telegramem: 

„Najserdeczniejsze  życzenia  od  Merlina.  Stop.  Prezent  pod  tronem.  Stop. 

Pozdrowienia dla Aglovale’a, Percivale’a, Lamoraka i Dornara”. 

Kiedy  ucichła  wrzawa  wokół  telegramu  i wygrzebano  spod  tronu  ślubny  prezent, 

młodzież  rozpoczęła  najrozmaitsze  gry  i zabawy.  Przewodził  im  młody  paź  ze  świty 

Króla Artura, syn Arturowego sojusznika spod Bedegraine, Bana, Króla Benwick. Na 

imię  miał  Lancelot.  Bawiono  się  w łowienie  jabłek  ustami,  w cymbergaja, 

w ciuciubabkę,  a także  wystawiono  sztukę  kukiełkową  pod  tytułem  Mac  i pasterze, 

która  wszystkich  bardzo  rozśmieszyła.  Święty  Toirdealbhach  skompromitował  się, 

niestety,  ogłuszając  pewnego  biskupa  swoją  słynną  pałką  w sporze  o byka  zwanego 

Laudabiliter.  Przyjęcie  skończyło  się  o bardzo  późnej  godzinie  uroczystym 

background image

odśpiewaniem pieśni Auld Lang Syne. Królowi Pellinore’owi było niedobrze. Królowa 

Pellinorowa położyła go do łóżka, tłumacząc, że to wszystko z nadmiaru emocji. 

W  dalekim  kraju  North  Humberlandii  Merlin  jak  oparzony  wyskoczył  z pościeli. 

Razem  z mistrzem  wstali  poprzedniego  dnia  o bladym  świcie,  by  obserwować  gęsi, 

więc Merlin kładł się spać bardzo zmęczony. A we śnie nagle przypomniało mu się – 

no oczywiście! W chaosie spraw zapomniał zdradzić Arturowi imię jego matki! Ględził 

bez  końca  o Utherze  Pendragonie,  o Okrągłych  Stołach,  o wojnach,  Ginewrach, 

pochwach na miecze, przeszłości i przyszłości – a zapomniał o rzeczy najważniejszej! 

Matką  Artura  była  Igraine  –  ta  sama  Igraine,  którą  zły  król  porwał  z zamku 

Tintagil;  ta,  o której  opowiadały  sobie  w Okrągłej  Wieży  na  początku  tej  opowieści 

dzieci  Orknejów.  Artur  został  poczęty  tej  samej  nocy,  której  Uther  Pendragon 

wtargnął do zamku Igraine. Ponieważ obyczaj nie pozwalał Utherowi poślubić wdowy 

przed końcem żałoby po pierwszym mężu, Artur przyszedł na świat za wcześnie – jego 

rodzice  jeszcze  nie  byli  małżeństwem.  Dlatego  oddano  go  na  wychowanie  do  Sir 

Ectora.  Nikt  o tym  nie  wiedział,  oprócz  Medina  i Uthera.  A Uther  już  nie  żył.  Nawet 

Igraine nie wiedziała, gdzie odesłano jej syna. 

Merlin  stał  boso  na  zimnej  posadzce  i kiwał  się  na  piętach.  Gdybyż  od  razu 

zakręcił  pirueta  i przeniósł  się  do  Carlion  nim  będzie  za  późno!  Niestety,  był 

zmęczony, oszołomiony nagłym przypomnieniem i pijany snem. Uznał, że wystarczy, 

jeśli uda się do Carlion nazajutrz z rana – sam dobrze nie pamiętał, czy ma się cofać 

w czasie, czy wybiegać naprzód. Wyciągnął ku pościeli żylastą dłoń. Postać Nimue już 

rysowała  się  w jego  sennej  wyobraźni.  Runął  na  łoże,  brodą  pod  kołdrę,  nosem 

w poduchę. Spał jak kamień. 

Król  Artur  rozsiadł  się  wygodnie  w pustej  sali  tronowej.  Jeszcze  przed  chwilą 

wychylał  szklaneczkę  na  dobranoc  w gronie  ulubionych  rycerzy,  a teraz  był  zupełnie 

sam.  Miał  za  sobą  męczący  dzień  mimo  że  cieszył  się  na  ogół  niespożytą  energią 

młodości  więc  złożył  głowę  na  oparciu  tronu,  rozpamiętując  ślubną  uroczystość.  Od 

dnia,  w którym  wyciągnął  miecz  z kamienia  i został  Królem,  bił  się  nieustannie, 

a ciągłe napięcie walk uczyniło zeń wspaniałego mężczyznę. Teraz nareszcie wszystko 

wskazywało  na  to,  że  będzie  mógł  zażyć  spokoju.  Rozmyślał  o urokach  spokojnego 

życia,  o tym,  że  kiedyś  się  ożeni,  jak  mu  to  przepowiadał  Merlin,  i że  założy  rodzinę. 

Myśląc  o tym,  wyobrażał  sobie  najpierw  Nimue,  a potem  jakąś  inną  piękną  kobietę. 

Usnął. 

Ocknął  się  z niepokojem  i ujrzał  przed  sobą  czarnowłosą,  niebieskooką  piękność 

w koronie  na  głowie.  Czwórka  nieokrzesanych  smarkaczy  z północy  stała  za  matką 

w pozach zarazem wstydliwych i wyzywających. Piękna dama zwijała długą taśmę. 

Królowa  Morgause  celowo  trzymała  się  z dala  od  biesiadnego  stołu.  Starannie 

wyliczyła  moment  ataku.  Młody  Król  zobaczył  ją  oto  po  raz  pierwszy  w życiu, 

background image

a wyglądała wyjątkowo ponętnie. 

Trudno powiedzieć, jak to się zaczyna. Może „sznurek” rzeczywiście działał cuda. 

A może fakt, że Królowa Morgause była dwa razy starsza od Artura dawał jej dwakroć 

więcej siły. 

A  może  wszystkiemu  winna  była  prostota  młodzieńca,  która  kazał  mu  widzieć 

bliźnich  tak,  jak  oni  sami  pragną  być  widziani.  Może  wreszcie  nie  znającemu  nigdy 

macierzyńskiej  miłości,  obraz  wzorowej  matki  w otoczeniu  gromadki  dzieci  zapadł 

w serce i wzbudził gwałtowne uczucie. 

Bez względu na to, którą interpretację przyjmiemy za słuszną, dość powiedzieć, że 

w dziewięć  miesięcy  później  Morgana  powiła  dzieciątko,  którego  ojcem  był  jej 

przyrodni  brat.  Chłopcu  dano  na  imię  Mordred.  A oto  drzewo  genealogiczne 

Mordreda, takie jak je po latach wyrysował Merlin: 

Książę Kornwalii = Igraine = Uther Pendragon 

Morgana le Fay Elaine 

Loth = Morgause = Artur 

Gawaine Agravaine Gaheris Gareth Mordred 

Powinniście  przestudiować  ten  schemat  co  najmniej  dwa  razy,  jak  zadaną  lekcję 

historii,  gdyż  właśnie powyższe  drzewo  genealogiczne  legło  u podstaw  tragedii  Króla 

Artura. Poeta Sir Thomas Malory swą bardzo długą  księgę o nim zatytułował Śmierć 

Artura.  Mimo  iż  dziewięć  dziesiątych  dzieła  traktuje  o turniejach  rycerskich, 

poszukiwaniu  świętego  Graala  i innych  równie  przyjemnych  rozrywkach,  to 

przedmiotem  całej  narracji  jest  dociekanie  przyczyn,  które  w końcu  zgotowały 

dzielnemu  młodzieńcowi  mamy  los.  Dzieje  Artura  są  klasyczną  tragedią  typu 

arystotelesowskiego:  historią  grzechu,  który  powraca  do  swoich  korzeni.  Dlatego 

musimy  zwrócić  szczególną  uwagę  na  pochodzenie  Mordreda,  syna  Króla  Artura, 

i pamiętać,  kiedy  przyjdą  po  temu  powody,  że  Król  dzielił  łoże  z rodzoną  siostrą.  On 

sam  nie  wiedział  o tym;  możliwe,  że  to  wszystko  wyłącznie  jej  wina  –  jednak 

w tragedii, jak uczy historia, niewinność nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem. 

EXPLICIT LIBER SECUNDUS