background image

T. H. White 

 

Świeca na wietrze 

 

 

 

Pomyślał chwilę i rzekł: 

Stwierdziłem, że na wielu pacjentów korzystnie wpływają ogrody zoologiczne. 

Panu Pontifexowi zaleciłbym dawkę wielkich ssaków. 

Niech się tylko nie dowie, że to dla zdrowia... 

 

background image

 

ROZDZIAŁ I 

 

 

Czas nie był łaskawy dla Agravaine’a, który już koło czterdziestki wyglądał na swoje 

obecne  pięćdziesiąt  pięć  lat.  Rzadko  bywał  trzeźwy.  Za  to  zimny  chudzielec  Mordred 

sprawiał  wrażenie  człowieka  bez  wieku.  Jego  lata,  tak  samo  jak  głębia  jego  niebieskich 

oczu i śpiewna modulacja głosu, nie zdradzały żadnej treści. 

Agravaine  i Mordred  stali  pod  arkadami  zamku  Orknejów  w Camelocie,  obserwując 

ptaki,  które  ze  szlachetną  obojętnością  tkwiły  na  postumentach,  rozstawionych  wśród 

zalanej  słońcem  murawy  dziedzińca.  W oprawie  modnych,  fantazyjnych  łuków  arkad, 

niczym w ozdobnych ramach, widniały: samica białozora, jastrząb-gołębiarz, sokolica ze 

swoim samcem oraz cztery młode drzemliki, które zatrzymano na zimę w zamku, a mimo 

to przeżyły. Postumenty lśniły czystością – myśliwi w owych czasach uważali bowiem, że 

kto  oddaje  się  krwawym  sportom,  powinien  skrupulatnie  tuszować  ślady  bestialstwa. 

Każdy  klocek  był  z lubością  ozdobiony  czerwoną  hiszpańską  skórką  i złotymi  okuciami. 

Smycze sokołów wyplatano zazwyczaj z białej końskiej skóry, ale na śnieżnobiałą smycz 

i opaski  nożne  białozora  użyto  gwarantowanej  skóry  jednorożca,  sprowadzonej 

specjalnie aż z Islandii. Był to – skromny, ale zawsze – wyraz hołdu dla przedstawicielki 

ptasiej arystokracji. 

–  Na  litość  boską!  –  rzekł  Mordred  z błazeńskim  uśmiechem.  –  Chodźmy  stąd. 

Śmierdzi nie do wytrzymania. 

Na  dźwięk  jego  głosu  ptaki  poruszyły  się  nieznacznie,  oznajmiając  to  cichym 

brzękiem  przywiązanych  do  nóg  dzwoneczków.  Dzwoneczki  sprowadzano  z Indii,  nie 

licząc  się  z kosztami;  białozór  nosił  srebrne.  Olbrzymi  puchacz,  zatrudniany  niekiedy 

jako  wabik,  lecz  chwilowo  pogrążony  w drzemce  na  grzędzie  w cieniu  arkady,  na  brzęk 

dzwonków  otworzył  oczy.  Przedtem  wyglądał  jak  wypchane  pierzaste  czupiradło.  Gdy 

rozwarł ślepia – przeistoczył się w ptaszysko z utworów Edgara Allana Poego. Nie był to 

miły  widok.  Ślepia  puchacza  –  krwawe,  mordercze,  straszne  –  zdawały  się  emanować 

światłem; wyglądały jak dwa rubiny wypełnione żywym ogniem. Puchacz wabił się Wielki 

Książę. 

Agravaine nieufnie pociągnął nosem. 

– Nic nie czuję. 

Biedak, całkiem stracił smak i węch. W dodatku bolała go głowa. 

–  Śmierdzi  walką  –  skrzywił  się  ironicznie  Mordred.  –  Walką,  przeszłością 

i najlepszymi z nas, którzy polegli. Chodźmy lepiej do ogrodu. 

background image

Agravaine ostrożnie nawiązał do tematu wcześniejszej dyskusji. 

–  Nie  ma  sensu  rozdmuchiwać  sprawy.  Tylko  my  jedni  znamy  rachunek  praw 

i krzywd. Nikt nie będzie nas słuchał. 

– Ależ będą, muszą! 

Drobne  cętki  w tęczówkach  Mordreda  rozbłysły  turkusowym  blaskiem:  jego  oczy 

zalśniły  jak  ślepia  sowy.  W jednej  chwili  Mordred  przeistoczył  się  z garbatego, 

zrzędliwego  dandysa  w symbol  Sprawy.  Był  przeciwieństwem  Artura  –  niezwyciężonym 

Celtem, potomkiem desperackich ras, starszych i przebieglej szych niż Arturowa. Wobec 

rozpalającego  Mordreda  ognia  walki  o Sprawę,  Sprawiedliwość  Artura  wydawała  się 

„burżuazyjna”  i ugrzeczniona.  Zakrawała  na  nudny  kompromis  w zderzeniu  z dzikością 

i szatańskim  sprytem  Pikta.  Kiedy  Mordred  pomstował  na  Artura,  w jego  rysach 

odżywali  liczni  przodkowie  ze  strony  matki  –  ludzie  wychowani,  podobnie  jak  sam 

Mordred,  w matriarchacie,  którzy  dosiadali  konia  na  oklep,  szarżowali  na  rydwanach, 

walczyli  podstępem,  a swe  ponure  twierdze  ozdabiali  głowami  wrogów.  Maszerowali 

długowłosi,  żądni  walki  –  jak  nas  poucza  starożytny  pisarz  –  „z  mieczem  w dłoni, 

przeciwko  rzekom  wezbranym  i wzburzonym  morzom”.  Ta  rasa  –  reprezentowana  dziś 

raczej przez Irlandzką Armię Republikańską niż przez Szkockich Nacjonalistów – zawsze 

chętnie  rżnęła  panów,  wołając,  że  sami  sobie  winni.  Ta  rasa  zdolna  była  uczynić 

bohaterem  narodowym  Lynchahauna  –  tylko  za  to,  że  odgryzł  nos  kobiecie  z plemienia 

Sasów.  Ta  rasa,  wyrzucona  przez  wulkan  historii  na  peryferia  świata,  po  dziś  dzień,  ze 

zjadliwym  rozgoryczeniem  dowodzącym  kompleksu  niższości,  głosi  swoją  odwieczną 

megalomanię.  Z tej  rasy  wywodzili  się  katolicy,  skłonni  skakać  do  oczu  papieżom 

i świętym  –  Adrianowi,  Aleksandrowi,  Hieronimowi  –  gdy  nie  zadowalała  ich  polityka 

Kościoła;  z niej  pochodzili  histerycznie  drażliwi,  rozżaleni  nad  sobą  desperaci  – 

orędownicy  bezpowrotnej  przeszłości.  Przed  wiekami  tę  barbarzyńską,  podstępną, 

waleczną rasę zniewolili obcy najeźdźcy, z rodu których wywodził się i Artur. Fakt ten był 

jednym z filarów muru dzielącego ojca i syna. 

–  Chciałbym  z tobą  pogadać,  Mordredzie  –  rzekł  Agravaine.  –  Nie  bardzo  jest  na 

czym usiąść... Siadaj tu, a ja tutaj. Nikt nas nie usłyszy. 

–  Niech  słuchają!  Przecież  właśnie  o to  nam  chodzi.  Trzeba  mówić  prawdę  na  głos, 

a nie szeptać po kątach. 

–  Szepty  i tak  w końcu  dotrą,  gdzie  trzeba.  –  Nieprawda.  Właśnie  tu  się  mylisz.  On 

nie chce znać prawdy, a dopóki szepczemy, zawsze może udawać, że nic nie słyszał. Nie 

na próżno było się tyle lat królem Anglii: to najlepsza szkoła hipokryzji. 

Agravaine  był  wyraźnie  nieswój.  W odróżnieniu  od  Mordreda,  nie  czuł  obsesyjnej 

nienawiści  do  Artura;  właściwie  nie  żywił  osobistej  urazy  do  nikogo,  oprócz  Lancelota. 

background image

Pałał raczej nieukierunkowaną chęcią czynienia zła. 

–  Moim  zdaniem,  nie  ma  sensu  wywlekać  dawnych  krzywd  –  rzekł  ponuro.  –  Nie 

możemy oczekiwać, że ludzie poprą nas w sprawie tak zawiłej i zadawnionej. 

–  Może  i zadawnionej,  ale  nie  zmienia  to  faktu,  że  Artur  jest  moim  ojcem,  a gdy 

byłem niemowlęciem, rzucił mnie w dryfującej łodzi na pastwę morza. 

–  To  ważne  dla  ciebie,  ale  być  może  nie  dla  innych  –  odparł  Agravaine.  –  Ludzie 

obojętnieją  wobec  spraw  zbyt  zawiłych.  Nie  możesz  żądać,  aby  przeciętny  człowiek 

pamiętał  o cudzych  dziadkach,  przyrodnich  siostrach  i tak  dalej.  Zresztą,  dziś  już  nie 

rusza  się  na  wojnę  w imię  prywatnej  urazy.  Potrzeba  sprawy  narodowej,  politycznej, 

społecznie nabrzmiałej. Należy wykorzystywać narzędzia, które są pod ręką. Weź Johna 

Balia,  który  wierzy  w komunizm:  ma  tysiące  zwolenników,  gotowych  w każdej  chwili 

wzniecić  zamieszki  –  w poczuciu,  że  bronią  własnej  sprawy.  Albo  Sasi  –  też  dobry 

przykład.  Opowiedzmy  się  głośno  za  ruchem  narodowym.  Nazwijmy  go  „narodowym 

komunizmem”  –  wtedy  mamy  szansę  zjednoczyć  wszystkich.  Hasła  powinny  być 

uniwersalne  i chwytliwe,  przemawiające  do  każdego.  Powinny  godzić  w wielkie  grupy 

etniczne  –  w Żydów  na  przykład,  w Normanów  albo  w Sasów  –  tak,  żeby  w każdym 

z „naszych”  obudzić  nienawiść.  Albo  ogłośmy  się  wodzami  Pradawnych  w walce 

wyzwoleńczej  przeciwko  Sasom,  ewentualnie  –  wodzami  Sasów  przeciwko  Normanom, 

lub też stańmy na czele powstania niewolników. Potrzebny będzie sztandar i, rzecz jasna, 

godło.  Czemu  nie  swastyka?  Komunizm,  nacjonalizm  –  proszę  bardzo.  Ale  prywatny 

rokosz przeciwko staremu – to się nie uda. Choćby dlatego, że samo wyłuszczenie sprawy 

ludowi zajęłoby ci dobre pół godziny. 

– Rozgłoszę, że moja matka była jego siostrą, a on za to próbował mnie utopić! 

– Jak chcesz – skwitował Agravaine. 

Zanim  puchacz  się  zbudził,  rozmawiali  o dawnych  krzywdach,  których  doświadczył 

ich  ród:  o babce  Igraine,  którą  zhańbił  ojciec  Artura,  o zadawnionej  wzajemnej 

nienawiści Celtów i Sasów, którą wpajała im matka w starej Szkocji. 

Mniej  krewki  od  brata  Agravaine  uważał  te  sprawy  za  zbyt  przedawnione 

i skomplikowane,  aby  mogły  posłużyć  za  broń  przeciwko  Królowi.  Lecz  na  koniec 

w rozmowie  wypłynął  wątek  świeższy:  grzeszny  związek  Artura  z przyrodnią  siostrą 

i próba  zamordowania  bastarda,  który  był  owocem  tego  związku.  Byłaby  to  zaiste 

potężna  broń,  gdyby  nie  pewien  szkopuł:  wspomnianym  bastardem  był  sam  Mordred. 

Pojął on w lot, co oznacza tchórzliwa reakcja brata: nie wypada, aby syn czynił sztandar 

ze swego nieprawego pochodzenia i pod tym sztandarem atakował ojca. Poza tym Artur 

dawno zatuszował całą sprawę, a Mordred wydawał się – z politycznego punktu widzenia 

– najmniej właściwym człowiekiem do jej odgrzebywania. 

background image

Siedzieli  bez  słowa,  patrząc  w ziemię.  Agravaine  nie  wyglądał  najlepiej,  miał 

podkrążone  oczy.  Za  to  Mordred  jak  zawsze  prezentował  się  nienagannie,  szczupły 

i wystrojony według najnowszej mody. Ekstrawagancki krój kaftana zręcznie kamuflował 

kalekie ramię. 

– Ja się tym nie szczycę – rzekł Mordred, przerywając ciszę. 

Spojrzał  na  przyrodniego  brata  z ciężkim  wyrzutem,  którego  głębi  Agravaine  nie 

umiał  pojąć.  „Spójrz  na  mój  garb”,  mówił  mu  wzrok  Mordreda.  „Czy  garbus  może 

szczycić się swym urodzeniem?” 

Agravaine zerwał się z miejsca, zniecierpliwiony. 

–  Tak  czy  siak,  muszę  się  napić!  –  oznajmił,  klaszcząc  w ręce  na  pazia.  Drżącymi 

palcami  przetarł  powieki  i zastygł  w pozie  znużonej,  z tępym  obrzydzeniem  wpatrzony 

w puchacza.  Mordred  przyglądał  się  bratu  z głęboką  pogardą,  dopóki  paź  nie  wrócił 

z gąsiorkiem. 

– Kto grzebie w gnoju, ten się musi ubabrać  – zauważył sentencjonalnie Agravaine, 

któremu  wino korzenne  przywróciło  wigor.  –  Pamiętaj,  że  nie  jesteśmy  w Szkocji,  tylko 

w Anglii Artura, którego Anglicy kochają. Albo nie dadzą ci wiary, albo – jeśli uwierzą – 

całą  winę  zwalą  na  ciebie  jako  głosiciela  złej  nowiny.  Jestem  przekonany,  że  do  rebelii 

pod tym hasłem nie przystanie ani jeden człowiek. 

Mordred  spojrzał  mu  w oczy.  Nienawidził  Agravaine’a  –  jak  puchacza  –  za  nędzne 

tchórzostwo.  Nie  mogąc  się  pogodzić  z utratą  snów  o zemście,  całą  niechęć  przelał  na 

Agravaine’a, nazywając go w duchu opojem i zdrajcą klanu. 

Agravaine pojął to w lot i, udobruchany już połową gąsiorka, zaśmiał się Mordredowi 

w twarz, klepiąc go przy tym po zdrowym ramieniu i zmuszając do napełnienia szklanicy. 

– Napij się, bracie! – czknął czule. Mordred ledwo umoczył usta. 

– Słyszałeś może – ciągnął Agravaine – o wielkim świętym imieniem Lancelot? 

Tu mrugnął podkrążonym okiem, zrobił zeza i uśmiechnął się jowialnie. – Mów dalej. 

– Z twej odpowiedzi wnioskuję, że słyszałeś o naszym preux chevalier. 

– Oczywiście, że znam Sir Lancelota. 

–  Jeśli  mnie  pamięć  nie  myli,  ten  wzór  cnót  wszelakich  obydwu  nas  powalił  na 

ziemię, i to nie raz? 

– Pierwszy raz Lancelot strącił mnie z siodła tak dawno, że już nawet nie pamiętam, 

kiedy. Ale to nic nie szkodzi – rzekł Mordred. – Fakt, że ktoś strąca cię z konia drągiem, 

nie oznacza jeszcze, że ten ktoś jest lepszym człowiekiem od ciebie. 

Zabawne: odkąd rozmowa zeszła na Sir Lancelota, Mordred wyraźnie zobojętniał. Za 

to Agravaine, tak przedtem wstrzemięźliwy, dał się ponieść emocjom. 

–  Otóż  to  właśnie!  –  podchwycił.  –  Nasz  zacny  rycerz  jest  od  lat  kochankiem 

background image

Królowej Anglii! 

–  Wszyscy  wiedzą,  że  Giną  od  niepamiętnych  czasów  jest  nałożnicą  Lancelota.  Cóż 

z tego? Król też wie. Doniesiono mu o tym co najmniej trzy razy. Moim zdaniem, nic tu 

po nas. 

Agravaine pijackim gestem przekrzywił palcem koniec nosa, po czym pogroził bratu. 

–  Owszem  –  rzekł  –  donoszono  o tym  Królowi,  ale  zawsze  poufnie.  Przysyłano  mu 

aluzyjne podarki: tarcze z dwuznacznymi zawołaniami albo rogi, z których pić może tylko 

wierna  żona  –  ale  nikt  nie  wygarnął  mu  prawdy  przy  świadkach,  prosto  w oczy. 

Meliagrance zdobył się tylko na ogólnikowe oskarżenie, i to jeszcze w czasach, gdy takie 

sprawy  rozstrzygano  przez  pojedynek.  A gdybyśmy  tak  my  dwaj  oskarżyli  Sir  Lancelota 

imiennie, zmuszając Króla – w świetle nowego kodeksu – do przeprowadzenia śledztwa? 

Oczy Mordreda rozbłysły jak ślepia puchacza. 

-1 co dalej? 

–  Rozłam.  Nie  widzę  innej  możliwości.  Artur  polega  na  Lancelocie  jako  dowódcy 

armii, armia zaś jest filarem władzy Artura, który bez niej nie miałby szans przeciwstawić 

się  dzikiej  przemocy.  Gdyby  jednak  udało  nam  się  namieszać  między  Arturem 

a Lancelotem,  wykorzystując  do  tego  Królową,  rozłam  władzy  stałby  się  nieuchronny. 

I wtedy  przyjdzie  czas  na  politykę,  na  tych  wszystkich  malkontentów,  lollardów, 

komunistów, nacjonalistów i inne bandy. Czas twojej wymarzonej zemsty. 

– Poróżnia się, a my tylko dopełnimy dzieła. 

– O, nie! Znacznie więcej. 

– Kornwalowie wyrównaliby rachunki za dziadka, a ja za matkę... 

– ...i to nie siłą pięści, a siłą rozumu. 

-1  dokonałbym  zemsty  na  człowieku,  który  chciał  mnie  utopić,  gdy  byłem 

niemowlęciem... 

– ...wpierw chowając się sprytnie za plecami osiłka, a potem działając rozważnie. 

– Za plecami naszego słynnego świętoszka... 

– Sir Lancelota! 

Przypomnijmy po raz ostatni, że ojciec Artura zabił Księcia Kornwalii. Uczynił to, by 

posiąść  jego  żonę.  Tejże  nocy  w łonie  nieszczęsnej  Księżnej  poczęty  został  Artur. 

Ponieważ chłopiec urodził się wcześniej, niż to dopuszczały konwencje związane z żałobą, 

ślubem,  i tak  dalej  –  oddano  go  na  wychowanie  do  Sir  Ectora  z Puszczy  Dzikiej.  Artur 

dorastał  tam,  nieświadom  swego  pochodzenia.  Gdy  liczył  sobie  dziewiętnaście  wiosen, 

los zetknął go z Morgause: Artur nie wiedział, że Morgause jest jedną z jego przyrodnich 

sióstr – cór Księżnej Kornwalii i zaszlachtowanego Księcia. Dwa razy starsza od młodego 

Króla (była już matką Gawaine’a, Agravaine’a, Gaherisa i Garetha) uwiodła go bez trudu. 

background image

Owocem  tego  związku  był  Mordred,  którego  matka  wychowała  sama  na  barbarzyńskim 

odludziu  Orkadów.  Mordred  dorastał  bez  towarzystwa,  gdyż  był  znacznie  młodszy  od 

braci.  Czterej  pozostali  podążyli  na  dwór  Króla  Artura,  gnani  ambicją  –  był  to  bowiem 

najsłynniejszy dwór w Europie – albo chęcią ucieczki od matki. Został jej tylko Mordred, 

którego  całkiem  opanowała,  zaszczepiając  mu  wszystkie  swoje  rodowe  i osobiste 

pretensje wobec Króla – gdyż, co prawda, udało jej się uwieść nieletniego Artura, ale ten 

niebawem  uciekł  od  niej  i związał  z Ginewrą.  Pozostawiona  na  Północy,  sam  na  sam 

z czarnymi  myślami,  Morgause  całą  swą  macierzyńską  władzę  skupiła  na  ostatnim, 

kalekim  synu.  Okazywała  mu,  na  przemian,  to  czułość,  to  obojętność  –  wiecznie 

nienasycona,  karmiła  sic  bowiem  miłością  swoich  psów,  dzieci  i kochanków.  Skończyła 

marnie:  rodzony  syn  ściął  jej  głowę  w szale  zazdrości,  zastawszy  siedemdziesięcioletnią 

matkę  w łożu  z młodym  Sir  Lamorakiem.  Mordred  –  rozdarty  między  miłością 

i nienawiścią  do  rodzinnego  gniazda  –  dołączył  wówczas  do  grupy  zamachowców.  Gdy 

trafił na dwór ojca, który taktownie zatuszował dzieje jego narodzin, przyjęto go tam jako 

prawowitego  brata  Gawaine’a,  Agravaine’a,  Gaherisa  i Garetha.  Król-ojciec,  którego 

Mordred szczerze nienawidził, bo tak nauczyła go matka, okazał mu wielką serdeczność. 

Kaleki,  inteligentny,  niezależny  w opiniach  młodzian,  znalazł  się  nagle  w otoczeniu 

cywilizacji  zbyt  prostodusznej  na  czysto  intelektualną  krytykę.  Mordred  odkrył  w sobie 

dziedzica kultury Północy, jakże innej od prostackich morałów Południa. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ II 

 

 

W drzwiach galerii ukazał się ten sam paź, który niedawno przyniósł wino korzenne 

dla  Sir  Agravaine’a.  Skłoniwszy  się  dwukrotnie  –  z przesadną  dwornością,  której 

wymagano  od  pazia,  zanim  został  giermkiem,  aby  móc  potem  dalej  awansować  na 

rycerza – chłopiec oznajmił: 

–  Sir  Gawaine,  Sir  Gaheris,  Sir  Gareth.  Weszli  trzej  bracia,  rozochoceni  świeżym 

powietrzem  i zabawą.  Klan  Orknejów  był  oto  w komplecie.  Wszyscy  oprócz  Mordreda 

mieli gdzieś tam żony, których jednak nigdy nie widywano. Za to sami bracia niezmiernie 

rzadko rozstawali się na dłużej. Gdy byli razem, zachowywali się jak mali chłopcy, co było 

raczej wzruszające niż irytujące. Może wszyscy paladyni Artura mieli w sobie coś z dzieci 

– jeśli prostoduszność uznamy za cechę dziecięcą. 

Gawaine, głowa rodu, szedł pierwszy, niosąc na dłoni młodego, sądząc po upierzeniu, 

sokoła.  Rudą  czuprynę  krzepkiego  osiłka  znaczyły  gęsto  srebrne  nitki  siwizny.  Kępki 

włosów  nad  uszami  spłowiały  jak  futro  łasiczki  i widać  było,  że  wkrótce  pobieleją. 

Gaheris  był  podobny  do  Gawaine’a,  w każdym  razie  bardziej  niż  pozostali  bracia. 

Stanowił jednak jego złagodzony wariant: nie tak płomiennie rudy, nie taki silny, nie taki 

uparty.  Prawdę  mówiąc,  Gaheris  był  nieco  tępawy.  Jedynie  Gareth,  najmłodszy  z braci 

pełnej krwi, zachował jeszcze ślady młodości. Kroczył sprężyście, jak ktoś, kto cieszy się 

życiem. 

–  Ohoho!  –  zadudnił  w podcieniach  chrypliwy  głos  Gawaine’a.  –  Już  pijemy?  Od 

rana? 

Gawaine  pielęgnował  północny  akcent  na  znak  protestu  przeciwko  oficjalnej 

angielszczyźnie,  ale  już  dawno  przestał  myśleć  po  celtycku,  więc  mimo  woli  mówił  po 

angielsku coraz lepiej. To również dowodziło, że się starzeje. 

–  Czołem,  czołem,  Gawaine!  –  Agravaine  dobrze  wiedział,  że  jego  przedpołudniowe 

„naparsteczki”  nie  budzą  zachwytu  w rodzinie,  zagadnął  więc  uprzejmie:  –  Jak  tam 

poszło? 

– Można wytrzymać. 

–  Poszło  nadzwyczajnie!  –  wtrącił  rozentuzjazmowany  Gareth.  –  Najpierw,  kiedy  ją 

puściliśmy  na  haut  vollay  z passagerem  Lancelota,  widać  było,  że  jest  kompletnie 

skołowana.  Myślałem,  że  bez  wabia  sobie  nie  poradzi.  Ale  Gawaine  prowadził  ją 

przepięknie.  Pikowała  bez  sekundy  wahania,  jakby  przez  całe  życie  polowała  na  czaple, 

zatoczyła  piękny  krąg  wokół  świeżych  stogów  przy  zamku  Blanc  –  i dopędziła  go  przy 

background image

pielgrzymim szlaku, po stronie Ganis. Potem... 

–  Szkoda  gadać  –  przerwał  bratu  Gawaine,  widząc,  że  Mordred  ziewa 

demonstracyjnie. 

–  To  była  piękna  walka  –  podsumował  speszony  Gaheris.  –  Ponieważ  debiutantka 

przyniosła zwierzynę, postanowiliśmy nadać jej imię. 

– Ciekawe jakie? – zainteresowali się łaskawie Mordred i Agravaine. 

–  Pochodzi  z Lundy,  więc  powinna  nazywać  się  na  „L”.  Spodobał  nam  się  pomysł, 

żeby nazwać ją na cześć Lancelota – na przykład Lancelotta, czy coś takiego. Będzie z niej 

sokół pierwsza klasa! 

Agravaine spojrzał wilkiem na Garehta i wycedził: 

– To już lepiej od razu nazwijcie ją Giną. 

Właśnie  w tej  chwili  Gawaine  powrócił  z dziedzińca,  gdzie  umieszczał  dzielną 

sokoliczkę na postumencie. 

– Dajcie lepiej spokój – poradził braciom. 

– Bardzo mi przykro, ale tu chodzi o prawdę. 

– Gwiżdżę na prawdę. Jeszcze raz ci mówię: ugryź się w język. 

–  Gawaine  –  rzekł  Mordred,  patrząc  w dal  –  jako  wzorowy  rycerz  nie  dopuszcza 

krytyki.  Kto  go  nie  słucha,  może  mieć  nieprzyjemności.  Gawaine  jest,  jak  wiadomo, 

bardzo silny – i we wszystkim małpuje wielkiego Lancelota. 

Rudzielec godnie zwrócił się ku niemu. 

–  Nie  jestem,  bracie,  okazem  tężyzny  i nie  na  siłę  stawiam.  Chodzi  mi  tylko 

o przyzwoitość rodziny. 

– A przyzwoitość – wpadł mu w słowo Agravaine – pozwala byle komu sypiać z żoną 

Króla, którego przodek zniszczył nasz ród – Króla, który z naszą rodzoną matką spłodził 

syna, po czym próbował go utopić. 

–  Artur  zawsze  był  dla  nas  dobry  –  zaprotestował  Gaheris.  –  Przestańcie  wreszcie 

zrzędzić. 

– Jest dobry, bo się nas boi. 

–  Nie  bardzo  widzę,  czemu  miałby  się  bać  –  zabrał  głos  Gareth  –  dopóki  ma  przy 

sobie  Lancelota.  Wszyscy  wiemy,  że  Lancelot  to  najlepszy  rycerz  na  świecie,  zdolny 

pokonać każdego przeciwnika. Prawda, Gawaine? 

– Osobiście wolę się na ten temat nie wypowiadać. Wyniosły ton Gawaine’a rozjuszył 

Mordreda. 

– A ja mam ochotę się wypowiadać! Może przegrywam w pojedynkach na kopie, ale 

mam  odwagę  stanąć  w obronie  rodziny  i prawa.  Nie  jestem  hipokrytą.  Wszyscy  na  tym 

dworze  wiedzą,  że  Królowa  ma  romans  z Wodzem  Naczelnym  –  ale  my,  nieskalani 

background image

rycerze, obrońcy niewiast, mamy oczywiście rozmawiać wyłącznie o tak zwanym Świętym 

Graalu!  Agravaine  i ja  postanowiliśmy  pójść  niezwłocznie  do  Króla  i przy  świadkach 

wypytać go o Królową i Lancelota. 

– Mordredzie! – żachnął się senior klanu. – Zabraniam ci! To grzech! 

–  On  i tak  pójdzie  –  oświadczył  Agravaine.  –  A ja  z nim.  Gareth  miotał  się  między 

przerażeniem a zachwytem. 

– Oni nie żartują – zauważył. 

Korzystając  z ogólnej  konsternacji,  Gawaine  na  nowo  objął  przywództwo  rodu 

i przypuścił atak. 

– Agravainie, jako głowa klanu, zabraniam ci! – Zabraniasz mi! 

– Zabraniam. Jeśli to zrobisz, będziesz skończonym durniem. 

– Szlachetny Gawaine – wyjaśnił Mordred – uważa cię za skończonego durnia. 

Na te słowa olbrzym podskoczył jak rumak dźgnięty ostrogą. 

–  Dość  tego!  –  krzyknął.  –  Myślisz,  że  nie  uderzę  cię,  bo  jesteś  kaleką,  i korzystasz 

z tego! Ale oberwiesz, smarkaczu, jeśli nie przestaniesz szydzić! 

–  Mój  Gawainie  –  wycedził  zimno  Mordred,  słysząc  własny  głos  niczym  echo 

z oddali. – Zdumiewasz mnie. Udało ci się sformułować myśl. 

Olbrzym dał krok ku niemu. 

– No, proszę. Uderz – zabrzmiał ten sam metaliczny głos. – Wykaż się odwagą. 

–  Och,  przestań,  Mordredzie!  –  zawołał  błagalnie  Gareth.Musisz  stale  kogoś 

zaczepiać? 

– Mordred nie zaczepia – sprostował Agravaine – dopóki ktoś go nie sprowokuje. 

Gawaine wybuchnął gniewem z siłą armaty. Odskoczył od Mordreda jak raniony byk 

i wrzasnął na obydwu: 

–  Niech  mnie  diabli!  Spokój,  albo  wynocha  stąd!  Czy  w tej  rodzinie  nigdy  nie  może 

być  zgody?  Zamknijcie  wreszcie  paszcze,  na  litość  boską,  i skończcie  pleść  te  brednie 

o Sir Lancelocie! 

– Po pierwsze: nie brednie – poprawił go Mordred. – Po drugie: nie skończymy. 

Wstał z miejsca. 

– Więc jak, Agravainie, idziemy do Króla? Kto jeszcze z nami? 

Gawaine zagrodził im drogę. 

– Mordredzie, ani kroku! 

– Kto mnie powstrzyma? – Ja. 

–  Oto  śmiałek!  –  zabrzmiał  ponownie  zimny,  metaliczny  głos  i garbus  postąpił  do 

przodu. 

Gawaine  odepchnął  go  czerwonym  łapskiem,  porośniętym  złotawymi  włoskami. 

background image

W tej samej chwili białe, pulchne paluchy Agravaine’a zacisnęły się na rękojeści miecza. 

– Stój, Gawainie! Mam miecz! 

– Ty zawsze masz miecz! – krzyknął Gareth. – Ty diable! 

Najmłodszy  z czterech  braci  pojął  nagle,  co  go  prześladowało  całe  życie: 

zamordowana  matka  –  jednorożec  –  chłopiec  z ukrytym  sztyletem  podczas  bójki 

w spiżarni – a teraz ten tłuścioch dobywający miecza. Dlatego krzyknął. 

–  W porządku,  Gareth  –  wyszczerzył  się  złowieszczo  Agravaine,  blady  jak  ściana.  – 

Zrozumiałem. A teraz dobywam miecza. 

Sytuacja  wymknęła  się  spod  wszelkiej  kontroli:  bracia  zachowywali  się  jak 

marionetki,  które  już  nieraz  odgrywały  podobną  scenę  –  i było  to  wrażenie  jak 

najbardziej słuszne. Gawaine na widok stali wpadł w amok. W jednej chwili odskoczył od 

Mordreda, bluznął potokiem słów, chwycił nóż myśliwski, gdyż nie miał przy sobie innej 

broni, i natarł z furią na Agravaine’a. Tłuścioch, nagle zepchnięty do defensywy, cofał się 

przed nim pod osłoną miecza w drżącej dłoni. 

– Rzeźniku! – dyszał Gawaine. – O, tak! Ty świetnie zrozumiałeś, o co mu chodziło. 

Chwytasz  za  miecz  przeciwko  rodzonemu  bratu,  bo  mordowanie  bezbronnych  to  twoja 

specjalność! Na kir żałobny, obyś był przeklęty! Unieś miecz, łotrze! Wyżej! Czego chcesz 

jeszcze?  Nie  dość  ci,  że  zaszlachtowałeś  matkę?  Do  diaska,  Agravaine,  rzućże  ten  miecz 

na ziemię albo stawaj do walki, bo inaczej... 

W  cieniu,  za  plecami  Gawaine’a,  skradał  się  Mordred  ze  sztyletem  w dłoni.  Nagły 

błysk  stali  odbił  się  w ślepiach  puchacza  –  i w  jednej  chwili  Gareth  skoczył  na  ratunek 

bratu. Chwycił Mordreda za nadgarjjjejc krzycząc: 

– Zdrada! Gaheris, uważaj na tamtych! 

– Agravaine, odłóż miecz! – rozkazał Gaheris. – Gawaine, zostaw go! 

– Z drogi! – ryknął Gawaine. – Sam nauczę kundla moresu! 

– Agravaine, odłóż miecz natychmiast, bo on cię zabije! Szybciej, człowieku! Nie bądź 

głupi! Gawaine, zostaw go! On nie mówił poważnie! Gawaine! Agravaine! 

Niestety,  Agravaine  zamierzył  się  niezdarnie  na  głowę  klanu.  Gawaine  –  leciwy 

olbrzym ze spłowiała grzywą – z nonszalancką pogardą odparował cios nożem, doskoczył 

do  Agravaine’a  i założył  mu  kleszczowy  chwyt  w pasie.  Miecz  z brzękiem  opadł  na 

posadzkę.  Agravaine  runął  plecami  na  stół  z winem,  przygnieciony  przez  Gawaine’a. 

Morderczy sztylet już wzniósł się w górę, aby dokończyć dzieła, gdy Gaheris pochwycił od 

tyłu  rękę  brata.  Zastygli  tak  w doskonałym  bezruchu  i ciszy.  Gareth  trzymał  Mordreda. 

Agravaine, wolną ręką osłaniając oczy, uchylał się przed sztyletem. Gaheris więził w dłoni 

mściwe ramię Gawaine’a. 

W  tej  kłopotliwej  chwili  drzwi  galerii  otwarły  się  ponownie  i dworny  paź  oznajmił 

background image

tonem niewzruszonym: 

– Jego Wysokość Król Anglii! 

Na te słowa wszyscy zareagowali jak na hasło „spocznij”: zwolnili uściski i odzyskali 

zdolność  ruchu.  Agravaine  usiadł,  dysząc  ciężko.  Gawaine  odwrócił  się  od  niego  i otarł 

czoło wierzchem dłoni. 

– O mój Boże! – wymamrotał. – Czemu ja muszę być taki w gorącej wodzie kąpany! 

Król już stał w progu. Wkroczył na galerię. 

Ten  skromny  starzec  przez  całe  swoje  życie  chciał  jak  najlepiej.  Lat  miał  już  sporo, 

a wyglądał na więcej. W mgnieniu oka ocenił sytuację, lecz nie dał tego po sobie poznać. 

Podszedł do Mordreda, by powitać go czułym pocałunkiem, a do pozostałych uśmiechnął 

się łagodnie. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ III 

 

 

Lancelot i Ginewra siedzieli przy oknie wieży. Dzisiejszy obserwator, znający legendę 

arturiańską tylko z poezji Tennysona i jemu podobnych, zdziwiłby się zapewne, że słynni 

kochankowie  nie  są  już  pierwszej  młodości.  Dziś  bowiem  miłość  kojarzy  się  głównie 

z młodzieńczym romansem Romea i Julii; dlatego przeniesieni w Średniowiecze, kiedy to 

– jak chce autor poezji rycerskiej – mężczyzna miał en ciel un dieu, par terre une deesse 

–  przeżylibyśmy  nie  lada  szok.  Kochankowie  nie  rekrutowali  się  wówczas  spośród 

dziatwy  i dorastającej  młodzieży:  byli  to  ludzie  dojrzali,  którzy  wiedzą,  czego  chcą. 

Zakochiwano  się  na  całe  życie,  nie  było  bowiem  jeszcze  takich  wygód  jak  rozwód 

i psychiatra.  Mężczyzna  miał  –  jako  się  rzekło  –  „w  niebie  Boga,  a na  ziemi  boginkę”, 

a ponieważ  każdy  wyznawca  dobiera  sobie  bóstwo  ze  staranną  rozwagą,  średniowieczni 

kochankowie kierowali się w swych wyborach nie tylko względami ciała, nie porzucali też 

beztrosko obiektu uczuć, gdy powaby cielesne przygasły. 

Lancelot  i Ginewra  siedzieli,  jako  się  rzekło,  w oknie  wieży,  przed  nimi  zaś, 

w ukośnych promieniach zachodzącego słońca, rozpościerała się Arturowa Anglia. 

Tę Gramarię epoki Średniowiecza – zwanej niekiedy Ciemnowieczem – stworzył Król 

Artur. Kiedy jako młodzieniec zasiadł na tronie, Anglią rządzili zbrojni baronowie, głód 

i wojna.  Spory  prawne  rozstrzygano  w oparciu  o „sądy  boże”  (najczęściej  próbę  ognia 

z użyciem  rozpalonego  żelaza),  prawo  senioralne  i kościelne.  Wzdłuż  wybrzeży  Anglii, 

wszędzie  tam,  gdzie  dotrzeć  zdołały  łodzie  najeźdźców,  nie  pozostał  ani  jeden  zwierz 

w lesie, ani jeden owoc na drzewie. Na bagnach i w leśnych ostępach ostatni Sasi bronili 

się  przed  terrorem  rozpętanym  przez  Uthera  Zdobywcę.  Słowa  „Normanin”  i „baron” 

znaczyły tyle, co „sahib” w kolonialnych Indiach. Głowa walijskiego bohatera Llewellyna 

ap  Griffitha,  przystrojona  tradycyjnym  wieńcem  z bluszczu,  gniła  wbita  na  iglicę  jednej 

z wież  Tower.  Jadąc  traktem,  mijało  się  okaleczonych  żebraków,  częstokroć  niosących 

w lewej ręce uciętą prawą dłoń, a przy nich oswojone psy – także okaleczone amputacją 

jednego palca – aby ni człek, ni pies nie ważył się nigdy więcej polować w pańskim lesie. 

Gdy  Artur  objął  tron,  wieśniacy  co  wieczór  barykadowali  się  w chatach,  jak  przed 

oblężeniem,  i wznosili  modły  do  Boga  o spokojną  noc:  głowa  rodziny  recytowała 

modlitwę,  odmawianą  zazwyczaj  na  morzu  przed  sztormem,  zakończoną  błaganiem 

„Panie,  błogosław  nam  i wspieraj  nas”  –  a reszta  domowników  odpowiadała  „Amen”. 

W zamczyskach  baronów  nadal  torturowano  biednych  łyków:  wybebeszano  żywcem, 

wnętrzności  paląc  przed  ofiarą,  rozcinano  żołądki,  by  sprawdzić,  czy  delikwent  nie 

background image

połknął  złota,  duszono  żelaznymi  pętlami,  wieszano  głową  w dół  nad  paleniskiem, 

wrzucano  w doły  pełne  żmij,  ściskano  głowy  skórzanymi  obręczami  albo  gruchotano 

kości,  zamknąwszy  więźnia  w pełnej  kamieni  skrzyni.  Dość  sięgnąć  do  literatury  tamtej 

epoki opisującej legendarne dzieje rodów Plantagenetów i Kapetyngów, aby zorientować 

się,  w jakim  położeniu  był  kraj.  Król  Jan,  jak  głosi  legenda,  miał  zwyczaj  codziennie 

przed obiadem wieszać dwudziestu ośmiu zakładników; Króla Filipa dzień i noc strzegli 

„maczugowi”  –  brutalna  bojówka  szturmowa,  której  zadaniem  było  bronić  monarchy; 

Ludwik  natomiast  skracał  wrogów  o głowę  na  szafocie,  pod  którym  w czasie  egzekucji 

stać musiały dzieci ofiary. Tak nas przynajmniej informował Ingulf z Croyland, póki nie 

dowiedziono,  że  jest  on  mistyfikacją  literacką.  W początkach  władzy  Artura  niejeden 

arcybiskup  nosił  przydomek  „łapiducha”,  kościoły  zamieniano  w fortece,  z okopami  na 

cmentarzach  wśród  rozrzuconych  kości,  na  morderców  nakładano  grzywny  według 

cennika,  nie  pogrzebane  trupy  ekskomunikowanych  walały  się  gdzie  bądź, 

a przymierający głodem wieśniacy jadali trawę, korę z drzew lub siebie nawzajem (jeden 

zjadł  podobno  czterdziestu  ośmiu  sąsiadów).  Heretycy  smażyli  się  w ogniu  –  tak 

pewnego  dnia  spłonęło  na  stosie  czterdziestu  pięciu  templariuszy  –  a głowami  jeńców 

ostrzeliwano  z katapulty  oblężone  warownie.  Tu  zakuty  w łańcuchy  przywódca  Żakierii 

wił  się  w mękach,  koronowany  rozpalonym  do  czerwoności  trójnogiem,  ówdzie  błagał 

o litość papież porwany dla okupu, tam znów inny papież, otruty, konał w męczarniach. 

Skarby, w postaci sztab złota, kazano zamurowywać w ścianach zamków, a murarzy zaraz 

potem  ścinano.  Paryskie  dzieci  bawiły  się  na  ulicy  trupem  konstabla,  kiedy  ich 

rówieśnicy, z tłumem starców płci obojga, konali z głodu pod murami oblężonego miasta, 

zdani na pastwę wroga. Hus i Hieronim, ubrani w mitry apostatów, skwierczeli na stosie. 

Okulawieni idioci z Jumieges dryfowali z nurtem Sekwany. U Idziego z Retzu znaleziono 

co najmniej tonę wysuszonych kości: były to szczątki dzieci, które pan ów mordował na 

zamku  przez  dziewięć  lat,  po  dwieście  czterdzieścioro  rocznie.  Książę  Berry  natomiast 

stracił  respekt  poddanych,  a wraz  z nim  koronę,  za  użalanie  się  nad  losem  ośmiuset 

piechurów  padłych  w bitwie  na  polu  walki.  Młodego  księcia  Saint  Pol  uczono  sztuki 

wojennej,  dając  mu  do  zaszlachtowania  dwudziestu  czterech  jeńców  –  każdego  w inny 

sposób. Ludwik XI – jeszcze jeden król owiany legendą – trzymał krnąbrnych biskupów 

w kosztownych  klatkach.  Książę  Robert,  przez  arystokrację  zwany  Wspaniałym,  wśród 

ludu znany był powszechnie jako Robert Diabeł. Całymi latami, aż do czasów Artura, lud 

prosty  –  którego  czternastu  przedstawicieli  w jednym  tylko  mieście  w ciągu  tygodnia 

pożarły  wilki,  i którego  jedną  trzecią  pochłonęła  Czarna  Śmierć,  a ich  trupy  upychano 

w dołach  „jak  bekon”  –  ów  lud,  który  schronienia  na  noc  szukał  często  po  lasach, 

bagnach  i jaskiniach,  dla  którego  na  siedemdziesiąt  lat  życia  przypadało  czterdzieści 

background image

osiem  lat  głodu  –  ten  lud  prosty  spoglądał  z lękiem  na  szlachtę  feudalną,  nazywając  ją 

panami  nieba  i ziemi,  i –  chłostany  przez  swoich  biskupów,  którym  nie  wolno  było 

przelewać  krwi,  więc  łoili  żelaznymi  pałkami  –  wołał  w niebo,  że  Chrystus  i jego  święci 

śpią i niczego nie widzą. 

– Pourquoi... – śpiewali uciśnieni we Francji. 

Pourquoi nous laisser faire dommage? Nous sommes hommes comme ils sont. 

Taki świat odziedziczył w spadku Artur. Lecz nie na taki spoglądali z okna wieży nasi 

kochankowie:  bezpieczna  w blaskach  zachodzącego  słońca,  roztaczała  się  przed  nimi 

osławiona  pieśnią  i legendą  Wesoła  Anglia  epoki  Średniowiecza,  które  przestało  być 

Ciemnowieczem. Lancelot i Ginewra byli świadkami Epoki Indywidualności. 

Czasy  rycerskie  –  cóż  za  wspaniałe  czasy!  Każdy  człowiek  był  sobą,  każdy  śmiało 

i ochoczo  podążał  za  głosem  natury.  W krajobrazie,  który  roztaczał  się  przed  oczami 

kochanków,  tyle  było  wyszukanego  smaku,  takie  mnóstwo  zaskakujących  postaci 

i zdarzeń, że wprost nie wiadomo, od czego zacząć jego opis. 

Ciemnowiecze – Średniowiecze! Wiek dziewiętnasty beztrosko szafował etykietkami. 

A w  Gramarii  Króla  Artura  słońce  rozpalało  setki  klejnotów  barwionego  szkła 

w klasztornych  witrażach,  tańczyło  po  błyszczących  wieżach  katedr  i zamków.  Ówcześni 

architekci  kochali  się  w wieżach  i świetle;  budowali  z radosną  pasją  –  stąd  czułe  nazwy 

nadawane częstokroć fortecom. Wesoła Twierdza Lancelota nie była pod tym względem 

wyjątkiem  w czasach,  które  pozostawiły  nam  Ślicznotkę,  Rozkosz  –  ale  i Złego  Sąsiada, 

nazwanego  tak  na  postrach  wrogom.  Nawet  taki  tępy,  pryszczaty  osiłek  jak  legendarny 

Ryszard  Lwie  Serce,  potrafił  ochrzcić  swoje  zamczysko  Podwika  i mówić  o nim  „moja 

śliczna  jednoroczna  córeczka”.  Nawet  sławetny  łotr  Wilhelm  Zdobywca  zasłużył  na 

przydomek  Wielkiego  Budowniczego.  Weźmy  choćby  samo  szkło  witrażowe  w pięciu 

olśniewających kolorach, choć nie tak gładkie jak dzisiejsze, grubsze i oprawiane w ołów 

mniejszymi  tafelkami.  Ówcześni  uwielbiali  je  nie  mniej  niż  same  budowle:  Villars  de 

Honnecourt,  na  przykład,  urzeczony  urodą  pewnego  witrażu,  przerwał  podróż,  aby  go 

naszkicować. Rycinę opatrzył objaśnieniem: „Spiesząc na wezwanie do państwa Węgrów, 

naszkicowałem  rzeczone  okno,  gdyż  żadne  dotąd  tak  mnie  nie  zachwyciło”.  Wyobraźcie 

sobie  wnętrza  ówczesnych  kościołów:  nie  szare,  przytłaczające,  do  jakich  przywykliśmy 

obecnie,  lecz  roziskrzone  barwami  witraży,  obwieszone  falującymi  arrasami 

i złotogłowiem z Bagdadu, pełne fresków, na których wszystkie postacie stoją na palcach. 

Podobnie wyglądały wnętrza zamków widocznych z okna Ginewry. Nie były to już ponure 

zamczyska  z czasów koronacji Artura: teraz w komnatach pyszniły się meble, wykonane 

nie  przez  cieśli,  lecz  przez  stolarzy,  a ściany  mieniły  się  przepychem  arrasów,  takich 

choćby  jak  tapiseria  obrazująca  Turniej  Świętego  Dionizego,  którą  –  choć  zajmowała 

background image

powierzchnię  ponad  czterystu  jardów  kwadratowych  –  utkano  w niespełna  trzy  lata,  co 

najlepiej  świadczy  o powszechnym  zapale  do  pracy  twórczej.  Gdy,  zwiedzając  dzisiaj 

ruiny  zamków,  rozejrzycie  się  uważnie,  dojrzycie  gdzieniegdzie  haki  w murze,  służące 

niegdyś  do  zawieszania  owych  przepysznych  tkanin.  Wspomnijmy  też  złotników 

z Lotaryngii, wyrabiających relikwiarze w kształcie miniaturowych  kościołów, z nawami, 

figurami,  transeptami,  i tak  dalej  –  niczym  domki  dla  lalek;  wspomnijmy  emalierów 

z Limoges i misterną technikę champleve, polegającą na wypełnianiu emalią rowkowych 

żłobień  w metalu,  a także  niemieckie  rzeźby  z kości  słoniowej  i drogocenne  granaty 

oprawiane  w irlandzki  metal.  A chcąc  sobie  do  końca  uzmysłowić  twórczy  ferment 

ożywiający  rzekome  Ciemnowiecze,  odrzućmy  tezę,  że  słowo  pisane  dotarło  do  Europy 

dopiero  po  upadku  Konstantynopola.  Każdy  średniowieczny  mnich-kopista  był  bowiem 

człowiekiem obeznanym z kulturą – wymagał tego jego zawód. „Każda napisana litera” – 

zwykł mawiać pewien średniowieczny opat – „to cios zadany diabłu”. Biblioteka w Saint 

Piquier  już  w dziewiątym  wieku  liczyła  dwieście  pięćdziesiąt  sześć  woluminów,  w tym 

dzieła  Wergilego,  Cycerona,  Terencjusza  i Makrobiusza.  Księgozbiór  Karola  V liczył  zaś 

ni  mniej,  ni  więcej  tylko  dziewięćset  dziesięć  tytułów  –  tyle  samo  mniej  więcej,  co 

niemała współczesna biblioteka. 

Widać też było z okien zamku samych ludzi – wielobarwne zbiorowisko oryginałów, 

przekonanych  o tym,  że  człowiek  ma  duszę,  a nie  tylko  ciało,  i dających  temu  wyraz  na 

różne  zaskakujące  sposoby.  W osobie  Sylwestra  II  na  tronie  papieskim  zasiadł  słynny 

mag  –  choć  potomni  zapamiętali  go  głównie  jako  wynalazcę  zegara  wahadłowego. 

Osławiony król Francji imieniem Robert, który miał nieszczęście być ekskomunikowany, 

przeżywał  przykre  kłopoty  domowe,  gdyż  w końcu  nikt  nie  chciał  dla  niego  gotować, 

a dwie  ostatnie  służące,  które  udało  się  do  tego  nakłonić,  po  każdym  posiłku  pana 

wrzucały 

wszystkie 

naczynia 

w ogień. 

Pewien 

arcybiskup 

Canterbury, 

ekskomunikowawszy  w przypływie  gniewu  wszystkich  prebendarzy  od  Świętego  Pawła, 

pognał  następnie  do  klasztoru  św.  Bartłomieja  i tam,  na  środku  kaplicy,  znokautował 

zastępcę  przeora  –  na  co  wzburzeni  zakonnicy  zdarli  zeń  biskupie  szaty,  odsłaniając 

ukrytą pod spodem zbroję: skompromitowany prałat musiał salwować się ucieczką łodzią 

do  Lambeth.  Księżna  Anjou  miała  dziwny  zwyczaj  znikania  przez  okno  podczas  Mszy 

Świętej  w momencie  Podniesienia.  Pani  Trote  de  Salerno  używała  własnych  uszu  jako 

chustki do nosa, a brwi zarzucała na plecy jak warkocze. Jeden z biskupów Bath z czasów 

owianego  legendą  Króla  Edwarda  I został  po  długich  debatach  uznany  za  niegodnego 

zaszczytu arcybiskupstwa, ponieważ miał z a dużo dzieci z nieprawego łoża. Lecz biskup 

Bath  to  pestka  w porównaniu  z Księżną  Hennebergu,  która  wydała  na  świat  trzysta 

sześćdziesięcioro pięcioro potomstwa – i to w jednym połogu. 

background image

Była to epoka pełni życia, epoka angażowania się bez reszty w każde dzieło. Być może 

Artur  narzucił  ten  styl  światu  chrześcijańskiemu,  powodowany  własnym  głębokim 

i wszechstronnym wykształceniem pod okiem Merlina. 

Król  Artur  –  tak  przynajmniej  chce  Malory  –  był  bowiem  świętym  patronem 

rycerstwa.  Nie  sfrustrowanym  Brytem  z piątego  stulecia,  paradującym  w konopnym 

gieźle,  ani  też  nowobogackim  modnisiem,  jakich  nie  brakowało  zapewne  pod  koniec 

życia samego Malory’ego. Artur był z duszy serca królem rycerstwa, które swą świetność 

osiągnęło  jakieś  dwa  wieki  przed  przystąpieniem  do  pracy  naszego  kronikarza.  Był 

symbolem i twórcą wszystkiego, co dobre w Średniowieczu. 

W  ujęciu  Malory’ego,  Artur  Król  Anglii  stworzył  cywilizację,  której  obraz  wypaczają 

podręczniki  historii.  Ów  niewolnik  ideału  rycerstwa  nie  był  epigonem  przeszłości  bez 

perspektyw.  Przeciwnie:  miał  do  dyspozycji  co  najmniej  trzy  filary,  na  których  mógł 

budować  swoją  potęgę  –  a najmocniejszym  z nich  był  Kościół  Katolicki.  Dzięki  polityce 

Artura,  ten  Kościół  –  po  dziś  dzień  najliczniejsza  korporacja  uczonych  mężów  całego 

świata  –  otworzył  się  również  dla  maluczkich.  Saski  wieśniak  został  w nim  papieżem 

Adrianem  IV,  syn  cieśli  –  papieżem  Grzegorzem  VII.  W tak  dzisiaj  pogardzanych 

Wiekach  Średnich  można  było  dojść  do  najwyższych  urzędów,  jeśli  tylko  miało  się 

wykształcenie.  I błędne  jest  przekonanie,  że  Arturowa  cywilizacja  szwankowała 

w dziedzinie tak ukochanej przez nas nauki. Ówcześni naukowcy – przez współczesnych 

sobie zwani magami – byli autorami wynalazków nie mniej szokujących niż nasze, tyle że 

dziś  przywykliśmy  już  do  nich,  więc  nas  nie  dziwią.  Najwięksi  magowie  –  jak  Albert 

Wielki,  brat  Bacon,  Raymond  Lully  –  znali  kilka  kluczowych  sekretów  bytu,  dziś  już 

zapomnianych, a przy okazji eksperymentów alchemicznych odkryli substancję, na którą 

popyt  świata  cywilizowanego  nigdy  nie  maleje:  proch  strzelniczy.  Za  swą  uczoność  byli 

hojnie  nagradzani;  Albert  Wielki  –  nawet  godnością  biskupią.  Niejaki  oaptista  Porta, 

który również zaliczał się do tego grona, wynalazł, zdaje się, kinematograf – miał jednak 

dość rozsądku, aby w porę zarzucić prace nad doskonaleniem urządzenia. 

Co  do  pojazdów  latających,  to  żył  w dziesiątym  wieku  mnich  imieniem  Aethelmaer, 

który  z takowymi  eksperymentował  i byłby  może  nawet  odniósł  sukces,  gdyby  nie 

wypadek spowodowany wadliwym zamocowaniem części ogonowej pojazdu. Aethelmaer 

rozbił się – jak pisze Wilhelm z Malmesbury – quod caudam in posteriori parte oblitus 

fuerat adaptare. 

Nawet  w sferze  obyczajowej  Ciemne  Wieki  mają  z nami  wiele  wspólnego  –  weźmy 

choćby  nazwy  co  mocniejszych  ówczesnych  koktajli:  Czapka  Niewidka,  Wściekły  Pies, 

Ojciec Łobuz, Pastwa Aniołów, Smocze Mleko, Skazaniec, Kaczy Chód i Powsinoga. 

Z okna roztaczał się więc widok rozkoszny, jakkolwiek miejscami nieco dziwny. Tam, 

background image

gdzie dziś spotykamy  parki i pola uprawne grodzone  żywopłotami,  stały wiejskie osady, 

pośród grząskich bagnisk i puszcz nie do przebycia. Las Sherwood rozciągał się na setki 

mil,  od  Nottingham  po  środek  hrabstwa  York.  Kogo  ciekawią  obrazki  z życia  tej 

pracowitej  wyspy  –  pszczelarstwo,  odstraszanie  gawronów,  orka  wołami  –  niech  zajrzy 

do  Psałterza  Luttrella,  gdzie  wszystko  to  zostało  pięknie  wyrysowane.  Gdybyście  żyli 

wówczas  i lubili  niecodzienne  widoki,  zapewne  mielibyście  szczęście  ujrzeć  przez  okno 

rycerza w pełnej zbroi. Zauważylibyście, że jego wysoko podgoloną głowę wieńczy bujny 

czub,  jak  u japońskiej  lalki,  nadając  całej  czaszce  kształt  chałki.  Czub  pod  hełmem 

znakomicie  amortyzował  ciosy.  Za  rycerzem  pod  waszym  oknem  przedefilowałby, 

zapewne  na  osiołku,  klasztorny  skryba  –  ten,  w przeciwieństwie  do  rycerza,  właśnie  na 

czubku głowy byłby całkiem łysy. Młody kleryk, udający się na święcenia do biskupa, brał 

bowiem z sobą przede wszystkim nożyce, aby zwierzchnik mógł mu wystrzyc tonsurę. Za 

mnichem,  w defiladzie  oryginałów,  pojawiłby  się  uczestnik  krucjaty,  który  ślubował 

bronić  Grobu  Pańskiego.  Krzyż  na  jego  tunice  to  rzecz  oczywista,  lecz  mogłoby  was 

zdziwić, że, szczerze przejęty i rozochocony misją, nasz krzyżowiec umieścił symbol Męki 

Pańskiej gdzie się tylko dało. Niczym skaut świeżo przyjęty do drużyny, oznaczył krzyżem 

wszystko:  tarczę,  opończę,  hełm,  siodło,  nawet  końską  uzdę.  Dalej  jechać  mógłby 

braciszek  z zakonu  cystersów:  tego  z racji  stroju  wzięlibyście  pewnie  za  mędrca  –  lecz 

niesłusznie,  gdyż  ex  officio  był  analfabetą.  Jego  rolą  było  pieczętować  ołowiem  bulle 

papieskie, a tym samym strzec pilnie papieskich sekretów, których sam również nie miał 

prawa  znać  –  dlatego  pilnowano,  aby  nie  umiał  czytać  ani  słowa.  Owdzie  pojawiłby  się 

Sas,  brodaty,  w czapce  kształtem  zbliżonej  do  frygijskiej  –  a to  na  znak  oporu  przeciw 

władzy;  gdzie  indziej  znów  rycerz  z Marches,  znad  północnej  granicy  Królestwa.  Ten 

ostatni,  ponieważ  żył  z nocnych  napadów  i grabieży,  nosił  na  lazurowej  pelerynie  znaki 

gwiazd  i księżyca.  Dymek  wznoszący  się  na  horyzoncie  mógłby  dobywać  się  z miechów 

alchemika, usiłującego – całkiem zasadnie – przetopić ołów w złoto: nam dotychczas nie 

udało  się  dokonać  tej  sztuki,  lecz  reakcja  jądrowa  coraz  bardziej  zbliża  nas  do  sukcesu. 

W oddali,  za  murami  klasztoru,  ujrzelibyście  może  procesję  rozsierdzonych  mnichów, 

krążących  na  bosaka  po  dziedzińcu:  jeśliby  szli  pod  słońce,  to  znak,  że  robią  na  złość 

opatowi, z którym się pokłócili. Nieopodal dostrzeglibyście winnicę ogrodzoną parkanem 

z kości: we wczesnych latach panowania Artura odkryto, że kości świetnie nadają się na 

ogrodzenia  winnic,  cmentarzy,  a nawet  fortów.  Odwróciwszy  głowę,  ujrzelibyście  wrota 

zamku,  przypominające  ścianę  leśniczówki,  z poprzybijanymi  gęsto,  jeden  przy  drugim, 

łbami wilków, niedźwiedzi, jeleni, i tak dalej. W oddali, na lewo, rozgrywano by właśnie 

turniej  rycerski,  według  zasad  ustalonych  przez  Geoffreya  de  Preully:  heroldzi,  z uwagą 

godną  sędziów  bokserskich,  sprawdzaliby  zawodników,  czy  przypadkiem  nie  są 

background image

przytroczeni  do  siodeł.  Za  czasów  Króla  Edwarda  III,  sędziowie  pojedynku 

rozstrzygającego  spór  prawny  między  Hrabią  Salisbury  a Biskupem  Salisbury, 

stwierdzili,  że  zawodnik  Biskupa  jest  pod  zbroją  gęsto  wytapetowany  modlitwami 

i zaklęciami – straszne przewinienie: to tak, jakby w rękawicy boksera znaleziono przed 

meczem końską podkowę. Tuż pod oknem przeczłapaliby może smętnie dwaj nuncjusze 

papiescy,  wracający  do  Rzymu  z objawami  ciężkiego  zaparcia.  Zdarzyło  się  bowiem,  że 

takich  dwóch  wysłano  z ekskomuniką  do  Barnaby  Viscontiego,  ten  zaś  kazał 

nieszczęsnym  posłom  zjeść  bulle  –  nie  tylko sam  pergamin,  ale  także  sznury  i ołowiane 

pieczęcie. Za nimi dreptać mógłby zawodowy pielgrzym, podpierający się tęgim, sękatym 

kosturem,  podkutym  jak  ciupaga  i obwieszonym  święconymi  medalikami,  relikwiami, 

muszelkami,  chustami  świętej  Weroniki,  i tak  dalej.  Przedstawiałby  się  jako  „palmer”  – 

ten,  co  niesie  gałąź  palmową  z Ziemi  Świętej  –  a jeśli  byłby  weteranem  w swoim  fachu, 

wśród  relikwii,  które  zachwalał,  znaleźć  by  się  mogły:  pióro  ze  skrzydła  Archanioła 

Gabriela,  garść  węgli  z paleniska,  na  którym  upieczono  świętego  Wawrzyńca,  „cały 

i nietknięty”  palec  Ducha  Świętego,  fiolka  potu,  który  święty  Michał  uronił,  walcząc 

z diabłem,  gałązka  „krzaka,  z którego  Pan  Bóg  przemówił  do  Mojżesza”,  podkoszulek 

świętego  Piotra  i kropla  mleka  Najświętszej  Panienki,  pasteryzowanego  w Walsingham. 

Za pielgrzymem skradałby się zapewne typek spod ciemnej gwiazdy – jeden z tych, co to 

„śpią  za  dnia,  w noc  czuwają,  jedzą  i piją  stale,  chociaż  nic  nie  mają”.  To  banita,  do 

którego odnosiło się następujące zalecenie: 

Kto  by  schwytał  banitę,  niech  go  zwiąże  w pytę,  I powiesi  przy  drodze,  łotrom  ku 

przestrodze. 

Zanim jednak banita zadyndał przy drodze łotrom ku przestrodze, cieszył się pełnią 

wolności. Nieodłączna i wierna towarzyszka życia szła za nim krok w krok – za jej głowę 

(zazwyczaj ogoloną przed ucieczką do lasu) również wyznaczono cenę. Idąc, oglądała się 

często za siebie i czujnie nasłuchiwała odgłosów obławy. 

Z  przeciwnej  strony  nadszedłby  zapewne  możny  baron,  z nabożną  ostrożnością 

dźwigając przed sobą parujący placek: raz do roku miał bowiem obowiązek przynieść taki 

placek  Królowi  Arturowi  i dać  mu  go  powąchać,  tytułem  spłaty  lenna.  Minąłby  go 

galopem inny baron, zapamiętale ścigający smoka – i nagle BUM! – baron leży jak długi, 

a koń,  zadowolony,  pomyka  do  lasu.  Lecz  bez  obawy:  któryś  z giermków  barona 

natychmiast  ustępuje  panu  własnego  rumaka  –  tak  jak  my  dziś  na  polowaniu 

oddalibyśmy w takiej sytuacji konia łowczemu – tak bowiem stanowiło prawo feudalne. 

Daleko na północ, pod gasnącym słońcem, dojrzelibyście może światełko w oknie chaty, 

w której  krząta  się  pracowita  czarownica:  lepi  z wosku  podobiznę  osoby,  która  jej  się 

naraziła – lecz nim zacznie wbijać w nią szpilki, trzeba dokonać ceremonii chrztu figurki, 

background image

gdyż to tylko gwarantuje skuteczność czarów. Mszę żałobną w intencji śmierci wybranej 

osoby z chęcią odprawi jeden  z zaprzyjaźnionych  z czarownicą księży, którzy przeszli na 

stronę  Księcia  Ciemności.  Z całą  powagą  wygłosi  formułę:  Requiem  aeternum  dona  ei, 

Domine, chociaż delikwent jeszcze żyje. Równie daleko, lecz patrząc na zachód, pod tym 

samym  gasnącym  słońcem,  można  by  dostrzec  postać  Enguerranda  de  Marigny,  który 

wzniósł gigantyczną szubienicę w Mountfalcon, po czym sam zawisł na niej, gdy uznano 

go winnym uprawiania Czarnej Magii. Nieco bliżej, traktem truchtaliby beztrosko Książę 

Berry  i Książę  Brittany  –  dwaj  poczciwcy  w atłasowych  strojach,  imitujących  stalowe 

pancerze.  Doszli  oni  do  wniosku,  że  nie  ma  sensu  męczyć  się  w zbroi,  skoro  atłas  jest 

lżejszy  i bardziej  przewiewny  –  trudno  zaprzeczyć,  że  taka  filozofia  wymagała  sporej 

odwagi. Niewielu umiałoby się na nią zdobyć – może Lancelot. Na przydrożnym pagórku 

nie  dostrzeżony  przez  rycerzy,  siedziałby  sobie  Joly  Joly  Wat,  z nieodłącznym 

garnczkiem  dziegciu  pod  ręką.  Był  to  człek  sławny  w całej  Gramarii,  on  to  bowiem 

odkrył,  że  dziegieć  jest  doskonałym  środkiem  antyseptycznym  dla  owiec.  Gdyby  mu 

dzisiaj  zacytować  popularne  powiedzonko:  „Nie  żałuj  dziegciu,  gdy  nie  chcesz  stracić 

statku”  –  przytaknąłby  z ochotą,  przekonany,  że  tylko  lekko  się  przesłyszał  (sam  był 

bowiem autorem owego porzekadła), bo przecież zamiast „statku” powinno być „stadka”. 

Dalej,  pośród  rojnego  targowiska,  jakiś  bankrut  poddawałby  się  z zapałem  karze 

chłosty  –  nie  przez  nienawiść  ku  sobie,  lecz  w nadziei,  że  rozpaczliwym  wrzaskiem 

obudzi  litość  w sercach  obecnych  na  rynku  krewnych  i znajomych,  skłaniając  ich  do 

spłaty  swoich  długów.  Bardziej  na  południe,  ku  basenowi  Morza  Śródziemnego,  można 

by obserwować marynarza, ponoszącego karę za uprawianie hazardu. Zgodnie z prawem 

ustanowionym  przez  Ryszarda  Lwie  Serce,  kara  polegała  na  trzykrotnym  strąceniu 

winowajcy w morze ze szczytu głównego masztu, przy donośnych wiwatach reszty załogi. 

Jeszcze  inny  wymyślny  rodzaj  kary  zaobserwowalibyście  na  placu  targowym  tuż  pod 

oknem:  widać  tam,  jak  zakutego  w dyby  handlarza  kiepskiego  wina  poją  do 

nieprzytomności  jego  własnym  trunkiem,  resztę  wylewając  mu  na  głowę.  Ależ  będzie 

miał  biedak  kaca  jutro  rano!  Nieopodal  oko  osoby  wykształconej  wyłowi  z tłumu 

fertyczną  Alison,  która  pełnym  uznania  okrzykiem  „Ho,  ho!”  skwitowała  pewien 

nietypowy pocałunek, o którym opowiada nam Chaucer. Obok zaś krewki młynarz wraz 

z rodziną  próbuje  opanować  skutki  zamieszania,  które  wynikło  minionej  nocy  wskutek 

przestawienia  kołyski  –  co  w opowieści  swej  ze  szczegółami  relacjonuje  szeryf. 

Tymczasem  młody  żaczek,  który  miał  szczęście  i fantazję  ustrzelić  Księcia  Salisbury 

z nowoczesnego  wynalazku  zwanego  armatą,  odbierałby  gratulacje  od  kolegów  na 

dziedzińcu  pobliskiej  szkoły  przyklasztornej.  A rosnące  na  skraju  dziedzińca  śliwy  – 

drzewa  sprowadzone  do  Anglii  równie  niedawno  jak  ukochana  przez  Merlina  morwa  – 

background image

roniłyby  kwiecie  w łagodnym  świetle  zmierzchu.  W tym  samym  czasie  czteroletni  Król 

Szkocji niechętnie wręczałby swej piastunce edykt, przyznający jej prawo do wymierzenia 

klapsa  Jego  Królewskiej  Mości,  nawet  za  przewinienie  mniejsze  niż  zdrada  stanu. 

Zdemoralizowane  wojsko,  nauczone  władać  jednym  tylko  narzędziem  –  mieczem  – 

wałęsałoby  się  od  drzwi  do  drzwi,  żebrząc  chleba,  co  jest  zajęciem  godnym  polecenia 

każdej  armii.  Przestępca,  który  znalazł  azyl  w kościele,  straciłby  nagle  nogę,  którą  mu 

ucięto,  bo  nieopatrznie  wystawił  ją  za  drzwi.  Wewnątrz  świątyni  kłębiłby  się  tłum 

oszustów,  rabusiów,  morderców  i dłużników,  knujących  nowe  zbrodnie  lub  ostrzących 

noże  na  nocne  rozboje,  w bezpiecznym  azylu  za  progiem  kościoła,  gdzie  nie  wolno  było 

nikogo  aresztować.  Najgorszą  karą,  jaka  mogła  dotknąć  korzystających  z azylu,  była 

banicja.  Wyjęci  spod  prawa  mieli  obowiązek  bezzwłocznie  po  wyroku  ruszyć  do  portu 

Dover, koniecznie środkiem drogi, przez cały czas ściskając w rękach krucyfiks – jeśli go 

bowiem choć na chwilę odłożyli, każdy mógł ich zaatakować i zabić. Gdy zaś w Dover nie 

od  razu  trafili  na  odpływający  statek  i przyszło  im  czekać,  prawo  wymagało,  aby  w tym 

czasie  codziennie  wchodzili  do  wody  po  szyję,  dowodząc  w ten  sposób,  że  naprawdę 

starają się opuścić ziemię, z której ich wygnano. 

Czy  wiecie,  że  widoczny  z okna  Ginewry  świat  Ciemnowiecza  tak  dalece  cenił  sobie 

Honor,  że  przestrzegał  ogłoszonej  przez  Kościół  Katolicki  przerwy  w walkach  –  zwanej 

Pokojem  Bożym  –  która  trwała  od  każdej  środy  wieczór  do  poniedziałku  rano,  a także 

przez cały Adwent i Wielki Post? Czy zdaje wam się, że ludzie Średniowiecza, ze swoimi 

Bitwami,  Głodem,  Czarną  Śmiercią  i Niewolnictwem,  byli  gorsi  od  nas,  z naszymi 

Wojnami,  Blokadami,  Grypą  i Powszechnym  Obowiązkiem  Służby  Wojskowej?  Nawet 

jeśli  w swojej  niewiedzy  uważali  Ziemię  za  pępek  Wszechświata  –  to  czy  my  sami 

jesteśmy  dużo  mądrzejsi,  utrzymując,  że  Człowiek  jest  królem  Stworzenia?  Skoro  rybie 

potrzeba  milionów  lat,  aby  przeistoczyć  się  w płaza  –  to  jak  możliwe,  aby  Człowiek 

w ciągu paru stuleci zmienił się nie do poznania? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ IV 

 

 

Lancelot  i Ginewra  patrzyli  z okna  wieży  na  zmierzch  epoki  rycerskiej.  Ich  sylwetki 

odcinały  się  dwoma  ciemnymi  profilami  od  tła  wieczornego  nieba.  Profil  brzydala 

Lancelota  przypominał  łeb  maszkarona  z wybudowanej  niedawno  w Paryżu  katedry 

Notre  Dame.  Mimo  to  przyznać  trzeba,  że  szkaradna  twarz  Lancelota  z latami  nieco 

wyszlachetniała: rysy brzydoty utrwaliły się w niej jako cechy męstwa. Niczym buldog – 

pies najbardziej ze wszystkich psich ras zdradzony przez naturę – Lancelot miał oblicze 

budzące w ludziach zaufanie. 

Lancelot i Ginewra śpiewali – i było to wzruszające. Ich głosy, nie tak już dźwięczne 

jak w młodości, wciąż bezbłędnie trafiały w ton. Brzmiały słabo, lecz czysto, wzmacniając 

się nawzajem. 

Gdy  słodki  miesiąc  maj  (śpiewał  Lancelot)  Nadchodzi  i gaj  Słoneczny  złoci  zdrój 

Niestraszny mi bój. 

A gdy się kończy dzień (wtórowała mu Ginewra) I blask słońca lśnień Utraci swoją 

moc Niestraszna mi noc. 

Lecz  ach!  I noc,  i dzień  (śpiewali  razem)  I moc  serca  drgnień  Pożegnać  przyjdzie 

czas Nie będzie nas. 

Zakończyli pieśń wdzięcznym trelem w przedostatnim takcie. 

– Masz wciąż piękny głos – powiedział Lancelot. – Mój, niestety, trochę rdzewieje. 

– Nie trzeba pić alkoholu. 

–  No  wiesz!  To  niesprawiedliwe.  Przecież  od  czasu  Graala  jestem  prawie 

abstynentem. 

– Miałam na myśli właśnie owo „prawie”. 

–  W takim  razie  nie  będę  pił  w ogóle.  Nawet  wody.  Skonam  z pragnienia  u twych 

stóp, Artur wyprawi mi wspaniały pogrzeb, a tobie nigdy nie wybaczy, że byłaś dla mnie 

tak surowa. 

–  Wówczas  ja  pójdę  do  klasztoru  pokutować  za  grzechy  i będę  tam  żyć  długo 

i szczęśliwie. Co jeszcze zaśpiewamy? 

– Nic – odparł Lancelot. – Nie chcę śpiewać. Chodź, Jenny, siądź przy mnie blisko. 

– Czy coś cię trapi? 

– Nie. Nigdy jeszcze nie byłem równie szczęśliwy. I chyba nigdy już nie będę. 

– Skąd to szczęście? 

–  Sam  nie  wiem.  Przyszła  w końcu  wiosna,  przed  nami  lato,  znów  opalisz  się  na 

background image

ramionach – o tu, leciutko – i zaróżowią ci się łokcie. Chyba najbardziej kocham w tobie 

te miejsca, gdzie się zginasz, na przykład zgięcie łokcia. 

Zażenowana uroczym komplementem, Ginewra zmieniła temat. 

– Ciekawe, co w tej chwili porabia Artur? 

– Artur przebywa z wizytą u Gawaine’ow, a ja mówiłem o twoich łokciach. 

– Słyszałam. 

– Zdradzę ci, Jenny, co mnie tak uszczęśliwiło: twoja reprymenda. Oto cała prawda. 

Twoje wymówki, że za dużo piję. Uwielbiam, kiedy troszczysz się o mnie i mówisz mi, co 

mam robić. 

– Zdaje się, że to ci jest potrzebne. 

–  Jeszcze  jak!  Mogę  przyjść  do  ciebie  dziś  w nocy?  –  spytał  nagle,  zaskakując  tym 

nawet samego siebie. 

– Nie możesz. 

– Czemu? 

– Lance, proszę cię, nie pytaj. Wiesz, że Artur jest w domu; to zbyt niebezpieczne. 

– Artur się nie pogniewa. 

– Wiesz doskonale, że gdyby przyłapał nas na gorącym uczynku, musiałby nas zabić. 

Lancelot zaprzeczył. 

–  Artur  przecież  i tak  wszystko  wie.  Merlin  przed  laty  ostrzegł  go,  że  tak  będzie, 

Morgana  le  Fay  dwukrotnie  pozwoliła  sobie  na  gmbiańskie  aluzje,  mieliśmy  też  słynną 

drakę  z Sir  Meliagrance’em.  Artur  pragnie  za  wszelką  cenę  uniknąć  skandalu.  Nie 

przyłapie nas nigdy, o ile nie zostanie do tego zmuszony. 

–  Lancelocie!  –  przerwała  mu  gniewnie  Ginewra.  –  Zabraniam  ci  mówić  o moim 

mężu jak o rajfurze! 

– Wcale tak o nim nie mówię. Był moim pierwszym w życiu przyjacielem i kocham go 

bardzo. 

– W takim razie to mnie twoje słowa przedstawiają w jak najgorszym świetle. 

– A twoje zachowanie w tej chwili potwierdza ich słuszność. 

– Skoro tak, to powiedzmy sobie do widzenia. 

– Żebyś mogła pójść spać z Arturem? 

– Lancelocie! 

– Och, Jenny! – Lancelot podskoczył jak młodzik i chwycił ją w ramiona. – Nie złość 

się! Przepraszam, jeśli cię uraziłem. 

– Odejdź! Zostaw mnie! 

On jednak trzymał ją mocno w objęciach, jak płochliwe dzikie zwierzątko, które rwie 

się do ucieczki. 

background image

– Nie gniewaj się. Przepraszam. Wiesz, że nie chciałem. 

– Jesteś podły. 

–  Nie,  Jenny,  nie  jestem  podły,  ty  także  nie.  Nie  puszczę  cię,  aż  przestaniesz  się 

złościć. Powiedziałem to tylko z rozpaczy. 

– Przecież sam przed chwilą mówiłeś, że jesteś szczęśliwy – mruknęła żałośnie. 

–  To  nieprawda,  Jenny.  Jestem  bardzo  nieszczęśliwy.  Jestem  zrozpaczony  i zły  na 

cały świat. – Nie ty jeden. 

–  Wiem.  I dlatego  przepraszam  cię  za  to,  co  powiedziałem.  Skrzywdziłem  tym  sam 

siebie. Błagam cię, bądź kochana i nie pognębiaj mnie do końca! 

Ginewra uległa. Lata stępiły, jak widać, ogniste temperamenty obojga. 

– No dobrze. 

Lecz jej uśmiech i wybaczenie roznamiętniły Lancelota na nowo. 

– Wyjedź ze mną, Jenny! 

– Znów zaczynasz? 

–  Nic  na  to  nie  poradzę  –  rzekł  z rozpaczą.  –  Sam  nie  wiem,  co  robić.  Mój  Boże, 

męczymy  się  z tym  całe  życie,  ale  na  wiosnę  zawsze  jest  najgorzej.  Czemu  nie  chcesz 

wyjechać ze mną do Wesołej Twierdzy i raz na zawsze zakończyć całej sprawy? 

– Lance, puść mnie i opamiętaj się. Siadaj. Zaśpiewajmy coś jeszcze. 

– Nie chcę śpiewać. 

– A ja nie chcę prowadzić dalej tej rozmowy. 

– Gdybyś wyjechała ze mną do Wesołej Twierdzy, nie rozmawialibyśmy o tym nigdy 

więcej.  Przeżylibyśmy  spokojnie  i szczęśliwie  chociaż  starość,  nie  oszukując  codziennie 

nikogo, i umarlibyśmy w spokoju. 

– Przecież sam mówiłeś, że Artur wie o wszystkim i wcale go nie oszukujemy. 

– To co  innego. Ja kocham  Artura. Kiedy patrzę mu w oczy i wiem, że on wie  – nie 

mogę tego znieść. Artur kocha nas oboje. 

– Ależ Lance, skoro go tak kochasz, to jak możesz planować ucieczkę z jego żoną? 

– Chcę postawić sprawę otwarcie. Przynajmniej na koniec. 

– A ja sobie tego nie życzę – rzekła Ginewra. 

–  Bo  ty  –  rozsierdził  się  na  nowo  Lancelot  –  tak  naprawdę  chciałabyś  mieć  dwóch 

mężów! Wszystkie kobiety są nienasycone! 

Ginewra przyjęła zarzut ze spokojem. 

– Nie pragnę dwóch mężów. Obecny stan rzeczy dokucza mi nie mniej niż tobie, ale 

co da stawianie sprawy otwarcie? Nasza obecna sytuacja jest okropna, lecz przynajmniej 

pozwala  Arturowi  zachować  przykrą  wiedzę  dla  siebie,  a nam  –  kochać  się  i nie  drżeć 

o życie.  Nasza  ucieczka  wszystko  by  popsuła.  Artur  musiałby  wypowiedzieć  ci  wojnę 

background image

i wziąć  Wesołą  Twierdzę  w oblężenie,  jeden  z was  padłby  w walce  –  o ile  nie  obaj  –  nie 

licząc  setek  niewinnych  żołnierzy.  Kto  by  na  tym  zyskał?  A poza  tym,  ja  nie  chcę 

opuszczać  Artura.  W dniu  ślubu  przysięgałam  zostać  z nim  do  śmierci,  zawsze  był  dla 

mnie  dobry,  jesteśmy  bardzo  zżyci.  Chcę  ofiarować  mu  przynajmniej  ciepło  domowego 

ogniska  i pomoc  –  chociaż  jednocześnie  kocham  ciebie.  Nie  widzę  sensu  w stawianiu 

sprawy otwarcie. Po co publicznie poniżać Artura? 

W  gęstniejącym  mroku  żadne  z nich  nie  zauważyło  pojawienia  się  Króla  w trakcie 

monologu  Ginewry.  Od  strony  okna  pokój  zdawał  się  zupełnie  ciemny.  Artur  nadszedł, 

zaprzątnięty  myślami  o Orknejach  i sprawach  stanu.  Blada  dłoń,  połyskując  w mroku 

królewskim  sygnetem,  uniosła  kotarę  u wejścia  –  lecz  natychmiast  pozwoliła  jej  opaść 

z powrotem.  Król  nie  podsłuchiwał  –  oddalił  się  tylko  w poszukiwaniu  pazia,  który 

mógłby go zaanonsować. 

–  Jest  tylko  jedno  przyzwoite  wyjście  –  rzekł  Lancelot,  zaciskając  nerwowo  dłonie 

między kolanami. – Powinienem odjechać sam, raz na zawsze. Jak wiesz, moje nerwy nie 

zniosły tego przy pierwszej próbie. 

–  Biedny  Lance!  Jaka  szkoda,  że  przestaliśmy  śpiewać!  Zdenerwowałeś  się  i zaraz 

znów dostaniesz ataku. Zostawmy tę sprawę, niech się nią zajmie twój ukochany Bóg. Nie 

ma sensu kierować się w myśleniu i działaniu zasadami dobra i zła. Ja nie wiem, co jest 

dobre,  a co  złe.  Czy  nie  lepiej  zaufać  sobie  i rozwojowi  zdarzeń,  mając  nadzieję,  że 

wszystko jakoś się ułoży? 

– Ty jesteś jego żoną, ja jestem jego przyjacielem. 

– A kto kazał nam się w sobie zakochać? 

– Nie wiem, co robić, Jenny. 

– Więc nie rób nic. Chodź tu, pocałuj mnie, a Bóg zatroszczy się o nas oboje. 

– Moje ty słoneczko! 

Paź  hałaśliwie  gramolił  się  po  schodach,  zwyczajem  wszystkich  paziów,  niosąc 

zapowiedź wizyty i światło. Artur kazał zapalić wszystkie świece. 

Komnata ożyła kolorami. Kochankowie błyskawicznie odskoczyli od siebie. W miarę 

jak  paź  zapalał  knot  za  knotem,  ujawniał  się  przepych  arrasów  na  wszystkich  czterech 

ścianach  sali:  kwieciste  łąki,  splecione  girlandy  ptaków  i owoców.  Kurtyna  u wejścia 

uniosła się ponownie: wszedł Król. 

Wyglądał  staro,  starzej  niż  Lancelot  i Ginewra,  lecz  zarazem  szlachetnie  i dumnie. 

Spotyka  się  niekiedy  starszych  panów  prostych  jak  trzcina,  o czuprynie  nietkniętej 

siwizną:  Artur  zaliczał  się  do  tej  kategorii.  Lancelot  –  widać  to  było  wyraźnie  w blasku 

świec – był chodzącym sumieniem, fanatykiem odpowiedzialności. Ginewra – co mogło 

zdziwić  kogoś,  kto  znał  ją  w latach  jej  burzliwej  młodości  –  emanowała  ujmującą 

background image

słodyczą.  Nadal  ładna,  mogła  wręcz  budzić  instynkty  opiekuńcze.  Najbardziej  jednak 

wzruszał  Artur:  skromny  w stroju  i upodobaniach,  łagodny  i cierpliwy.  Często  się 

zdarzało, że gdy Królowa bawiła gości w wielkiej sali biesiadnej, Lancelot zastawał Króla 

samotnego  w komnatce,  przy  cerowaniu  pończoch.  Teraz,  ubrany  w błękitną  szatę 

domową – błękitną, gdyż ten kolor, z uwagi na zawrotną cenę barwnika, zarezerwowany 

był nawet w malarstwie dla królów, świętych i aniołów – Artur stał w progu rozjarzonej 

blaskiem świec komnaty i uśmiechał się. 

– Witaj, Lance. Witaj, Gino. 

Ginewra, wciąż lekko zdyszana z przejęcia, odwzajemniła pozdrowienie. 

– Witaj, Arturze. Zaskoczyłeś nas. 

– Przepraszam. Właśnie wróciłem. 

– Co tam słychać u Gawaine’ow? – zagadnął Lancelot, siląc się bezskutecznie na ton 

naturalny. 

– Kłócą się. 

–  Jak  zwykle!  –  wykrzyknęli  równocześnie  Lancelot  z Ginewra.  –  Ale  o co?  Mówże 

zaraz!  –  nalegali  z udanym  przejęciem,  jakby  chodziło  o sprawę  życia  i śmierci. 

Skonsternowani, fałszowali coraz bardziej. 

Król uśmiechał się ze stoickim spokojem. 

– Nie pytałem. 

– Bez wątpienia znów poszło o sprawy rodzinne – zgadła Królowa. 

– Bez wątpienia. 

– Mam nadzieję, że nikt nie został ranny. 

– Nikt nie został ranny. 

– Dzięki Bogu! – wykrzyknęła Królowa z przesadną ulgą, która nawet dla niej samej 

zabrzmiała komicznie. – Więc wszystko dobrze się skończyło! 

– Tak, wszystko dobrze się skończyło. 

Ginewra  i Lancelot  dostrzegli  hamowane  drżenie  w kącikach  królewskich  oczu. 

Odetchnęli z ulgą: znów bawił się ich zażenowaniem – czyli wszystko po staremu. 

– Jak długo jeszcze  mamy rozprawiać o Gawaine’ach? – uśmiechnął się Król. –  Czy 

doczekam się wreszcie powitalnego pocałunku od żony? 

– Mój ty kochany! 

Ginewra  ujęła  w obie  dłonie  jego  głowę,  przyciągnęła  do  siebie  i czule  ucałowała 

w czoło, jak łeb starego, wiernego, poczciwego misia. 

Lancelot podniósł się z miejsca. 

– Ja już chyba pójdę. 

–  Ależ  zostań,  Lance.  Tak  rzadko  mamy  okazję  widzieć  się  prywatnie.  Siądź  przy 

background image

ogniu i zaśpiewaj nam coś. Niedługo będzie można przestać palić w piecach. 

– To prawda – przytaknęła Ginewra. – Nie do wiary, że wkrótce przyjdzie lato. 

– A jednak miło jest siąść przy kominku we własnym domu. 

– To zależy od domu – wtrącił zagadkowo Lancelot. – Tobie miło. 

– A tobie? 

– Ja nie mam domu. 

–  Nie  martw  się,  Lance,  za  wcześnie  jeszcze  na  to.  Poczekaj,  aż  będziesz  w moim 

wieku. 

– O ile dobrze pamiętam – dodała Ginewra – niejedna dama uganiała się za tobą. 

– Z siekierą – uzupełnił Artur. 

– Co druga chciała się za ciebie wydać. 

-1  ty  masz  czelność  skarżyć  się  na  brak  domu!  Śmiech  Lancelota  rozproszył  resztki 

napięcia. 

– Sam powiedz: czy poślubiłbyś kobietę, która goni cię z siekierą? 

Król zamyślił się z poważną miną, po czym odparł: 

– To niemożliwe. Jestem już żonaty. 

– Z Giną – dokończył Lancelot. 

Z ich rozmową działo  się coś dziwnego: przekazywali sobie myśli  całkiem oderwane 

od wypowiadanych słów. Komunikowali się bezpośrednio – jak mrówki. 

– Z Królową Ginewra – poprawił go Król. 

– Zwaną Jenny? – podsunęła Królowa. 

– Owszem – przyznał Artur, choć dopiero po dłuższej pauzie. – Zwaną Jenny. 

Zapadło głębokie milczenie. Wreszcie Lancelot podniósł się po raz drugi. 

– Naprawdę muszę iść. 

Artur położył mu dłoń na ramieniu. 

– Jeszcze chwilę, Lance. Chcę, żebyś posłuchał tego, co zaraz powiem Ginewrze. Tak 

długo  się  przyjaźnimy.  Muszę  coś  wyznać  wam  obojgu  –  tobie  także,  jak  członkowi 

rodziny. 

Lancelot usiadł z powrotem. 

–  Dziękuję  ci,  Lance.  A teraz  podajcie  mi  ręce,  oboje.  Siądę  między  wami.  Z jednej 

strony  moja  Królowa,  z drugiej  –  mój  Lance.  Nie  obwiniajcie  mnie  za  to,  co  za  chwilę 

usłyszycie. 

– Nam nie godzi się obwiniać nikogo, Królu – rzekł z goryczą Lancelot. 

–  Nie  godzi  się?  Nie  bardzo  rozumiem.  Mniejsza  z tym:  chcę  powiedzieć  wam 

o czymś, co uczyniłem w młodości. Stało się  to zanim poślubiłem Ginewrę, grubo przed 

twoim pasowaniem na rycerza. Czy zgadzacie się mnie wysłuchać? 

background image

– Naturalnie, że się zgadzamy. 

– Chociaż nie wierzymy, że mogłeś uczynić coś złego. 

–  Historia  ta  ma  swój  początek  właściwie  jeszcze  przed  moim  narodzeniem,  gdy 

ojciec  mój  zakochał  się  w Księżnej  Kornwalii  i aby  ją  zdobyć,  zgładził  Księcia,  jej 

małżonka. Moją matką była Księżna Kornwalii – tyle już wiecie. 

– Owszem – potwierdzili. 

–  Lecz  może  nie  wiecie,  że  data  mych  narodzin  była  dość  niefortunna:  zbyt  mało 

czasu  dzieliło  ją  od  dnia  ślubu  moich  rodziców.  Z tego  powodu  utrzymali  rzecz 

w tajemnicy,  a mnie,  w powijakach,  posłali  na  wychowanie  do  Sir  Ectora.  Dostarczył 

mnie tam Merlin. 

– A po śmierci ojca –  dokończył wesoło Lancelot – przywieziono cię z powrotem na 

jego  dwór,  wyciągnąłeś  magiczny  miecz  z kamienia,  czym  dowiodłeś,  żeś  jest 

prawowitym  Królem  Anglii,  i żyłeś  długo  i szczęśliwie.  Koniec,  kropka.  Całkiem  niezła 

historia. 

– Niestety, to nie koniec. 

– Jak to? 

– Trzeba wam wiedzieć, moi złoci, że matka, od której wzięto mnie tuż po urodzeniu, 

nie miała pojęcia, gdzie przebywam. Ja zaś nie wiedziałem, kto jest moją matką. Prawdę 

znali jedynie Uther Pendragon i Merlin. Po latach, będąc już królem, poznałem rodzinę 

matki,  nieświadom,  że  też  do  niej  należę.  Uther  już  nie  żył,  a Merlinowi  jak  zwykle 

poplątała  się  chronologia  i zapomniał  mi  powiedzieć  –  więc  pewien  byłem,  że  mam  do 

czynienia z obcymi osobami. Jedna z tych osób wydała mi się mądra i piękna. 

– Chodzi o słynne Siostrzyce Kornwalijskie – uściśliła chłodno Królowa. 

–  Słusznie,  najmilsza:  słynne  Siostrzyce  Kornwalijskie.  Zamordowany  Książę  miał 

trzy córy, które – o czym wówczas nie wiedziałem – były moimi przyrodnimi siostrami. 

Nazywały  się:  Morgana  le  Fay,  Elaine  i Morgause.  Uchodziły  za  najpiękniejsze  kobiety 

w Brytanii. 

Król zamilkł, lecz po chwili pewnym, choć cichym głosem podjął wątek. 

– Zakochałem się w Morgause. Miałem z nią dziecko. 

Jeśli nawet któreś ze słuchaczy poczuło na te słowa zdumienie, niechęć, współczucie 

czy  zazdrość  –  nie  okazali  niczego.  Najbardziej  ich  zdziwiło,  że  Artur  zdołał  tak  długo 

utrzymać  rzecz  w tajemnicy.  Milczeli  jednak,  gdyż  po  jego  głosie  poznali,  że  cierpi 

i pragnie, aby mu nie przerywano i pozwolono wyspowiadać się do końca. 

Cisza  przeciągała  się.  Wszyscy  troje  patrzyli  w ogień.  Wreszcie  Artur  wzruszył 

ramionami. 

– Krótko mówiąc – rzekł dobitnie – jestem ojcem Mordreda. Gawaine i tamci trzej są 

background image

moimi siostrzeńcami, ale Mordred – synem. 

Lancelot poznał po oczach Artura, że wolno mu zabrać głos. 

– Nadal uważam, że nic strasznego się nie stało. Nie wiedziałeś przecież, że to twoja 

przyrodnia  siostra.  Nie  znałeś  jeszcze  Giny.  A wiedząc  to  i owo  o Morgause,  śmiem 

twierdzić, że to wszystko jej wina. Ta baba była diablicą. 

– Była moją siostrą. I matką mojego syna. Ginewra pogłaskała go po dłoni. 

– Biedaczek. 

– A poza tym – dokończył Artur – była niezwykle piękna. 

– Morgause... – wtrącił Lancelot. 

– Morgause zapłaciła za wszystko własną głową, więc dajmy jej spokój. 

– Głowę ściął jej rodzony syn, zastawszy matkę w łożnicy z Sir Lamorakiem. 

– Proszę cię, Lancelocie, oszczędź nam szczegółów. 

– Przepraszam. 

–  Nadal  nie  widzę  w tym  wszystkim  twojej  winy,  Arturze  –  powiedziała  Ginewra.  – 

Przecież nie wiedziałeś, że to twoja przyrodnia siostra? 

Król nabrał głęboko tchu i wyznał mężnie: 

– Nie powiedziałem wam najgorszego. 

– Czyli? 

–  Pamiętajcie,  że  byłem  wówczas  bardzo  młody.  Miałem  dziewiętnaście  lat.  Merlin 

spóźnił  się  ze  swym  ostrzeżeniem.  Wszyscy  powtarzali  mi  tylko,  że  popełniłem  grzech 

śmiertelny,  że  wynikną  z niego  same  nieszczęścia,  że  jeśli  dziecko  się  urodzi  –  będzie 

potworem.  Straszyli  mnie  okrutnymi  przepowiedniami.  Wpadłem  w popłoch  i zrobiłem 

coś, co po dziś dzień nie daje mi spać po nocach. Ciężarna Morgause zniknęła w ukryciu, 

gdy tylko sprawa wyszła na jaw. 

– A ty? 

– A ja wydałem edykt, mocą którego wszystkie dzieci urodzone w określonym czasie 

miały  zostać  umieszczone  na  wielkim  statku  i zepchnięte  na  morze.  Chciałem  zniszczyć 

Mordreda, dla jego własnego dobra, a nie wiedziałem przecież, gdzie się urodzi. 

– Czy edykt wykonano? 

– Tak, zepchnięto statek na fale. Mordred był na pokładzie, statek rozbił się o brzeg 

pewnej  wyspy.  Większość  nieszczęsnych  dziatek  utonęła,  lecz  Mordreda  Bóg  uratował 

i oddał mi z powrotem na pohańbienie. Morgause odzyskała syna i przysłała go do mnie 

po  latach.  Przed  ludźmi  jednak  zawsze  utrzymywała  wersję,  że  Mordred  jest  prawym 

synem Lotha, jak Gawaine i pozostali. To oczywiste, że wolała nie chwalić się prawdą, tak 

samo jak jej synowie. 

– Cóż... – odezwała się Ginewra. – Skoro prawdę znają oprócz nas tylko Orknejowie, 

background image

a Mordred żyje i ma się niezgorzej... 

– Nie zapominaj o innych niemowlętach na statku – jęknął głucho Król. – Śnią mi się 

po nocach. 

– Czemu dopiero teraz nam to mówisz? 

– Wstydziłem się. 

Tym razem Lancelot nie wytrzymał. 

–  Arturze!  –  ryknął.  –  Ty  się  nie  masz  czego  wstydzić!  Zrobiłeś  tylko  to,  co  tobie 

samemu  uczyniono,  gdy  byłeś  słabym,  nierozumnym  pacholęciem.  Chciałbym  dostać 

w swe  ręce  tych  łobuzów,  którzy  straszą  dzieci  opowieściami  o grzechu  śmiertelnym, 

porachowałbym im kości! Pomyśl – co za pożytek z tego ich gadania? Tylko niepotrzebne 

cierpienie. Biedne, niewinne dziatki! 

– Wszystkie utonęły. 

Znów  siedzieli  w milczeniu,  wpatrzeni  w ogień.  W końcu  Ginewra  zwróciła  się  do 

męża. 

– Arturze – zapytała – dlaczego opowiedziałeś nam to wszystko właśnie dzisiaj? 

Artur przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, dobierał słowa. 

–  Dlatego  –  odparł  w końcu  –  że  Mordred,  biedny  chłopak,  ma  chyba  do  mnie  żal, 

i całkiem słusznie. 

– Knuje zdradę stanu? – spytał czujnie głównodowodzący. 

– Może nie aż tak poważnie, Lance – ale wyczuwam jego niezadowolenie. 

– Więc skróć chłystka o głowę, i po kłopocie. 

–  Nie  wiesz,  co  mówisz!  Nie  zapominaj,  że  Mordred  jest  moim  synem.  Kocham  go. 

Wyrządziłem  mu  wielką  krzywdę.  Mój  ród  od  wieków  prześladował  Celtów,  nie  chcę 

wydłużać listy krzywd. Poza tym, jestem jego ojcem: widzę w Mordredzie własne odbicie. 

– Podobieństwo nie jest uderzające. 

– Ależ tak. Mordred jest ambitny i honorowy, tak jak ja. 

Niestety,  ułomność  cielesna  nie  pozwala  mu  celować  w naszych  sportach,  przez  co 

stał  się  rozgoryczony  –  ze  mną,  jak  sądzę,  byłoby  identycznie,  gdyby  nie  to,  że  mam 

szczęście być zdrów.  Mordred jest także na  swój sposób odważny  i lojalny wobec swego 

ludu. Musisz zrozumieć, że  matka buntowała go przeciwko mnie –  co zrozumiałe – i że 

w jego pojęciu ucieleśniam wszystko, co najgorsze. Jest rzeczą niemal pewną, że w końcu 

przyczyni się do mojej śmierci. 

– I to, serio, uważasz za powód do darowania mu życia? Na obliczu Króla odmalował 

się  wyraz  zdziwienia,  wręcz  zgorszenia.  Jeszcze  przed  chwilą  siedział  załamany 

i nieszczęśliwy  między  dwojgiem  najbliższych  sobie  ludzi  –  lecz  nagle  wyprostował  się 

i dumnie spojrzał Lancelotowi w oczy. 

background image

–  Nie  zapominaj,  że  jestem  Królem  Anglii.  Nie  godzi  się  Królowi  ścinać  poddanych 

dla  własnej  fantazji.  Król  jest  głową  swojego  ludu,  ma  świecić  mu  przykładem  i pełnić 

jego wolę. 

Widząc  stropioną  minę  Lancelota,  wybaczył  mu  natychmiast  i z  powrotem  ujął  jego 

dłoń. 

–  Sam  się  z czasem  przekonasz  –  wyjaśnił  –  że  tam,  gdzie  król  jest  tyranem 

i zwolennikiem  przemocy,  tam  i ludzie  stają  się  tyranami.  Jeśli  chcę,  aby  moi  poddani 

przestrzegali  prawa,  muszę  wpierw  sam  go  przestrzegać.  A ja  bardzo  chcę  przekonać 

ludzi  do  nowego  prawa,  bo  dzięki  niemu  będzie  im  się  lepiej  wiodło,  więc  i mnie 

w rezultacie będzie lepiej. 

Ginewra  i Lancelot  wpatrywali  się  w oczy  Króla,  nie  bardzo  rozumiejąc,  do  czego 

zmierza. Artur odwzajemniał ich spojrzenia, w nadziei, że tą drogą przekaże więcej treści. 

–  Zrozum,  Lance,  ja  muszę  być  niezłomnie  sprawiedliwy.  Mam  na  sumieniu  tamte 

niemowlęta  i nie  chcę  mieć  niczego  więcej.  Tylko  prawo  może  mnie  ustrzec  przed 

pułapką  przemocy.  Dobry  król  nie  uśmierca  wroga,  za  to  gotów  jest  w razie  potrzeby 

uśmiercić przyjaciela. 

– I żonę? – spytała Ginewra. 

– I żonę – potwierdził Król posępnie. 

Lancelot zaczął się wiercić; nieudolnie spróbował obrócić sprawę w żart. 

– Mam nadzieję, że data egzekucji Królowej nie została jeszcze wyznaczona? 

Król wciąż trzymał jego dłoń i patrzył mu w oczy. 

–  Gdyby  Ginewrze,  albo  tobie,  Lancelocie,  udowodniono  działanie  na  szkodę 

królestwa, musiałbym ściąć wam głowy. 

–  Wielkie  nieba!  –  wykrzyknęła  Królowa.  –  Mam  nadzieję,  że  nikt  tego  nie 

udowodni. 

– I ja mam taką nadzieję – rzekł Artur. 

– A Mordred? – spytał Lancelot po krótkiej pauzie. 

–  Mordred  jest  sfrustrowanym  młodym  człowiekiem  i obawiam  się,  że  skorzysta 

z każdej okazji,  aby  zrobić mi na złość. Jestem pewien, że gdyby stwierdził,  że  może się 

w tym  celu  posłużyć  tobą,  mój  drogi,  albo  Giną  –  na  pewno  by  to  uczynił.  Czy  mnie 

rozumiesz? 

– Rozumiem. 

– Gdyby się zatem zdarzyło, że któreś z was może dać mu... jak by to rzec... broń do 

ręki – miejcie mnie na względzie i bardzo uważajcie. Jestem w waszych rękach, kochani. 

– Ależ to niedorzeczność... – uniosła się Ginewra. 

–  Odkąd  przybył  na  dwór,  jesteś  przecież  dla  niego  taki  dobry  –  zaprotestował 

background image

Lancelot. – Czemu miałby nastawać... 

Król skrzyżował ręce na piersi i patrzył w ogień spod półprzymkniętych powiek. 

–  Pamiętajcie  –  rzekł  łagodnie  –  że  nigdy  nie  dałem  Ginie  syna.  Po  mojej  śmierci 

Królem Anglii może zostać Mordred. 

–  Jeśli  się  dowiem,  że  szykuje  zamach  stanu  –  zacisnął  pięści  Lancelot  –  zabiję  go 

osobiście. 

Żylasta dłoń natychmiast przygwoździła jego ramię. 

– To jedyna rzecz, której nigdy nie wolno ci zrobić, Lance. Czegokolwiek dopuściłby 

się  Mordred  –  mam  na  myśli  nawet  zamach  na  moje  życie  –  obiecaj,  że  będziesz 

pamiętał, iż jest on naturalnym dziedzicem naszej krwi. Byłem złym człowiekiem... 

–  Arturze!  –  przerwała  mu  Ginewra.  –  Nie  wolno  ci  tak  mówić.  To  śmieszne.  Mnie 

samej wstyd tego słuchać. 

–  Jak  to?  Więc  nie  nazwałabyś  mnie  złym  człowiekiem?  –  zdumiał  się  Artur 

niepomiernie. 

– Oczywiście, że nie. 

– Myślałem, że po tej historii z niemowlętami... 

– Nikomu przez myśl by nie przeszło nazwać ciebie złym człowiekiem! – zaperzył się 

Lancelot. 

Król stanął na tle ognia. Minę miał zaskoczoną, ale i zadowoloną. Zapewnienie, że nie 

jest  złym  człowiekiem,  wydało  mu  się  śmieszne  –  ale  wdzięczny  był  Ginewrze 

i Lancelotowi za to, że go kochają. 

–  W każdym  razie  –  rzekł  –  już  nigdy  nie  zamierzam  być  złym  człowiekiem. 

Obowiązkiem króla jest w miarę możności zapobiegać rozlewowi krwi, a nie prowokować 

go. 

Raz jeszcze spojrzał spod oka na swych rozmówców. 

–  A teraz,  moi  złoci  –  zakończył  wesoło  –  pędzę  do  Sądu  Apelacyjnego,  zadbać 

o naszą  słynną  sprawiedliwość.  Ty  zaś,  Lance,  oddaj  mi  przysługę  i dotrzymaj 

towarzystwa Ginusi – zabaw ją czymś po moich tragicznych opowieściach. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ V 

 

 

Mówiąc, że idzie „zadbać o naszą słynną sprawiedliwość”, Artur nie oznajmiał, że za 

chwilę  wystąpi  osobiście  w roli  sędziego  –  choć  nie  byłoby  to  niczym  niezwykłym,  gdyż 

średniowieczni królowie sprawowali tę godność aż do czasów Henryka IV, który zasiadał 

podobno i w ławie Lorda Skarbnika, i w ławie królewskiej. Rzecz w tym, że pora była zbyt 

późna  na  rozprawy.  Artur  spieszył  do  lektury  petycji  na  dzień  następny:  obyczaju  tego 

przestrzegał  z wielką  sumiennością.  Prawo  stało  się  obiektem  jego  szczególnych 

zainteresowań, ostatnim szańcem w walce z Przemocą. 

Za  czasów  Uthera  Pendragona  prawo  w zasadzie  nie  istniało,  jeśli  nie  liczyć 

napuszonej etykiety, zarezerwowanej dla klas wyższych. A nawet jeszcze w czasach Króla 

Artura,  który  sprzyjał  idei  Sprawiedliwości  jako  wędzidła  dla  szalejącej  Siły  Pięści, 

obowiązywały  aż  trzy  kodeksy  –  stosowanie  ich  było  nie  lada  gimnastyką.  Król  Artur 

usiłował  połączyć  Prawo  Zwyczajowe,  Kanoniczne  i Rzymskie  w jeden  kodeks,  dla 

którego  miał  już  nawet  nazwę:  Kodeks  Cywilny.  Właśnie  to  zadanie,  połączone 

z obowiązkiem  lektury  petycji  na  dzień  następny,  kazało  mu  co  wieczór  mozolić  się 

w cichym odosobnieniu Sali Sprawiedliwości. 

Sala  Sprawiedliwości  mieściła  się  w przeciwległym  końcu  pałacu.  Wbrew 

spodziewaniom Artura, nie była jednak pusta. 

Czekało w niej ńa Króla pięć osób – lecz współczesnego gościa zaskoczyłaby nie tyle 

obecność petentów, co sama sala. Szczelnie obwieszona kobiercami, stanowiła zamknięty 

sześcian:  okna  były  zasłonięte  z uwagi  na  noc,  a drzwi  nigdy  nie  odsłaniano.  Człowiek 

czuł  się  tam  jak  zamknięty  w pudełku:  miał  niepokojące  poczucie  ograniczenia 

symetryczną  przestrzenią,  znane  zapewne  motylom  uśmiercanym  w słoikach.  Dziwiło, 

w jaki sposób owych pięciu petentów dostało się do środka – istna chińska łamigłówka. 

Wzdłuż  wszystkich  ścian  ciągnęły  się  podwójnym  rzędem  haftowane  opowieści 

o Dawidzie i Batszebie oraz o Zuzannie i starcach, mieniące się żywymi, nie spłowiałymi 

jeszcze  kolorami.  Wyblakłe  arrasy,  które  oglądamy  dzisiaj,  niewiele  mają  wspólnego 

z barwną  tapiserią,  która  Salę  Sprawiedliwości  upodabniała  do  wnętrza  malowanej 

szkatułki.  Pięciu  petentów  też  lśniło  w blasku  świec.  Rzucali  się  w oczy  tym  bardziej,  że 

umeblowanie sali było nader skąpe: długi stół z pergaminami wyłożonymi do wglądu dla 

Króla,  królewskie  krzesło  z wysokim  oparciem,  a w  rogu,  na  podwyższeniu,  pulpit 

z ławeczką.  Kolorowe  były  tylko  ściany  i ludzie.  Każdy  z nich  miał  na  sobie  jedwabną 

tunikę  z naszytym  szewronem  i trzema  ostami  oraz  stosownymi  do  starszeństwa 

background image

emblematami stopnia spokrewnienia z głową rodu – wyglądali przez to jak sekwens kart 

do gry. Byli to, naturalnie, Gawaine i jego bracia. Jak zwykle się kłócili. 

– Ostatni raz ci powtarzam, Agravaine, trzymaj język za zębami – mówił Gawaine. – 

Ja nie chcę mieć z tą sprawą nic wspólnego. 

– Ja też nie – dorzucił pospiesznie Gareth. 

– Ani ja – dodał Gaheris. 

–  Jeśli  będziesz  się  upierał,  doprowadzisz  do  rozłamu  klanu.  Ostrzegłem  cię 

wyraźnie, że żaden z nas ci nie pomoże. Zostaniesz sam jak palec. 

Mordred, który dotąd tylko słuchał z szyderczą cierpliwością, oświadczył: 

–  Jestem  po  stronie  Agravaine’a.  Lancelot  i ciotka  hańbią  nas  wszystkich.  Jeśli  nikt 

więcej  nie  chce  przyjąć  na  siebie  odpowiedzialności,  uczynimy  to  we  dwóch 

z Agravaine’em. 

Gareth spiorunował go wściekłym wzrokiem. 

– Obydwaj świetnie nadajecie się do brudnej roboty. 

– Dzięki za uznanie. 

Gawaine  próbował  godzić  zwaśnionych.  Że  jednak  nie  był  urodzonym  mediatorem, 

jego wysiłki przywodziły na myśl interwencje sił natury – nawałnice lub trzęsienia ziemi. 

–  Mordredzie!  –  zaapelował.  –  Miejże,  na  litość  boską,  trochę  rozumu.  Chcesz 

porywać się z motyką na słońce? Jestem najstarszy z was, wiem, co z tego wyniknie. 

– Cokolwiek wyniknie, ja idę do Króla. 

– Ależ Agravaine, zrozum, że to oznacza wojnę. Artur i Lancelot będą musieli stanąć 

przeciwko sobie, a wtedy połowa królów Brytanii weźmie stronę Lancelota, przez wzgląd 

na jego rycerską reputację. Wybuchnie wojna domowa, nie widzisz tego? 

Przywódca  klanu  zbliżył  się  do  Agravaine’a,  jak  wielki,  poczciwy  zwierz, 

demonstrujący panu ucieszną sztuczkę, i poklepał go ciężką łapą po ramieniu. 

– No, stary. Nie gniewaj się na mnie o ten prztyczek z rana. Każdemu czasem puszczą 

nerwy,  ale  przecież  jesteśmy  braćmi,  i tylko  to  się  liczy.  Nie  rozumiem,  jak  możesz 

nastawać na Sir Lancelota po tym wszystkim, co dla nas zrobił. Nie pamiętasz już, jak cię 

ratował  –  Mordreda  zresztą  też  –  przed  Sir  Turquine’em?  Obydwaj  zawdzięczacie  mu 

życie. Ja też: wyrwał mnie z łap Sir Caradosa w Wieży Rozpaczy. 

– Uczynił to dla własnej chwały. Słysząc to, Gareth zaatakował Mordreda: 

–  Mów  sobie  przy  nas  co  chcesz  o Lancelocie  i Ginewrze,  bo  niestety  wszystko  to 

prawda, ale nie pozwalam ci z niego szydzić! Gdy przyszedłem na  dwór Artura jako paź 

kuchenny, on jeden potraktował mnie po ludzku. Nie miał zielonego pojęcia, kim jestem, 

ale  dawał  mi  napiwki,  żartował  ze  mną  i bronił  przed  Kayem.  To  on  pasował  mnie  na 

rycerza. Wszyscy wiedzą, że Sir Lancelot nigdy w życiu nie postąpił podle. 

background image

–  Gdy  jako  młody  rycerz  wdałem  się  nieraz  w zaciętą  potyczkę  –  dodał  Gawaine  – 

bywało,  Boże  przebacz,  że  nerwy  mnie  poniosły  i zabiłem  oponenta,  chociaż  już  się 

poddał.  Gorzej:  kiedyś  zabiłem  nawet  pannę.  A Lancelot  nigdy  nie  skrzywdziłby  istoty 

słabszej od siebie. 

– Sprzyja młodym rycerzom – zawtórował braciom Gaheris – i pomaga im zdobywać 

ostrogi. Nie wiem, o co się go czepiacie. 

Mordred wzruszył ramionami i udał, że ziewa, zasłaniając usta rękawem. 

–  Lancelot  to  sprawa  Agravaine’a  –  stwierdził  krótko.  –  Ja  mam  porachunki 

z naszym miłym monarchą. 

– Lancelot żyje ponad stan – burknął Agravaine. – Nieprawda – zaprzeczył Gareth. – 

To najskromniejszy człowiek, jakiego znam. 

– Nie podzielam twojej szczeniackiej fascynacji. 

Skrzypnęły zawiasy ukrytych za arrasem drzwi. Zgrzytnęła zasuwa. 

– Ucisz się, Agravaine – mruknął Gawaine. – Nie brzęcz tyle. 

– Właśnie, że będę. 

Dłoń Artura uniosła zasłonę. 

– Mordredzie, błagam cię! – szepnął Gareth. Król był już w sali. 

–  Najwyższy  czas  –  rzekł  Mordred  podniesionym  głosem,  który  dotrzeć  musiał  do 

uszu wszystkich – aby przy naszym Okrągłym Stole zapanowała sprawiedliwość. 

Agravaine  odpowiedział  mu  równie  głośno,  udając,  że  też  nie  zauważył  niczyjego 

wejścia: 

– Czas najwyższy, aby ktoś głośno powiedział całą prawdę. 

– Zamilcz, Mordredzie! 

– I tylko prawdę! – dokończył garbus triumfalnym tonem. Artur, który jeszcze przed 

chwilą  dreptał  po  kamiennej  posadzce  korytarza,  pochłonięty  myślami  o czekającej  go 

pracy,  stanął  wyczekująco  w drzwiach.  Nie  zdziwił  się.  Rycerze  spod  znaku  szewronu 

i ostu odwrócili ku niemu oczy: oglądali starego monarchę w ostatnich chwilach chwały. 

Kilka  uderzeń  serca  odmierzyło  ciszę,  w której  Gareth  doznał  bolesnego  olśnienia: 

ujrzał  prawdziwe  oblicze  Króla.  Nie  bohatera  rycerskich  romansów,  lecz  zwykłego 

człowieka,  który  zawsze  starał  się  jak  najlepiej;  i nie  wodza  rycerstwa,  lecz  pilnego 

ucznia, który – wierny naukom osobliwego mistrza, maga – ani na chwilę nie przestawał 

myśleć;  i nie  Artura  Władcę  Anglii,  lecz  starego,  osamotnionego  człowieka,  który  przez 

pół życia nosił koronę, opierając się mężnie podłościom losu. 

Gareth z impetem przyklęknął na jedno kolano. 

– My nie mamy z tym nic wspólnego! 

Zwalisty Gawaine z trudem poszedł za przykładem brata. 

background image

–  Panie,  czyniłem  wszystko,  by  powstrzymać  braci,  ale  są  uparci.  Nie  chcę  słuchać 

tego, co ci powiedzą. 

Ostatni  przyklęknął  Gaheris.  –  Pozwól  nam,  panie,  wyjść,  zanim  przemówią.  Artur 

dał krok w głąb komnaty i troskliwym gestem podniósł Gawaine’a z klęczek. 

–  Oczywiście,  że  możecie  odejść,  moi  drodzy,  jeśli  taka  wasza  wola  –  powiedział.  – 

Mam nadzieję, że nie stanę się przyczyną waśni rodzinnej? 

Gawaine z ponurą miną popatrzył na braci. 

– Zaprawdę – rzekł proroczo, otulając się przezacną mową rycerską jak opończą – ta 

waśń  ściągnie  zagładę  na  kwiat  rycerstwa  całej  ziemi  i zburzy  nasze  szlachetne 

przymierze, a wszystko za przyczyną dwóch nędzników! 

Gdy Gawaine, pełen urazy, wymaszerował z komnaty, popychając przodem Gaherisa, 

za  sobą  zaś  wiodąc  skonsternowanego  Garetha,  Król  w milczeniu  podszedł  do  tronu. 

Zdjął z niego dwie poduszki i położył na stopniach. 

– Proszę, siostrzeńcy – rzekł zwyczajnym tonem. – Siadajcie i mówcie, o co chodzi. 

– Wolimy stać. 

– Czyńcie więc zadość własnej woli. Agravaine’owi nie podobały się te wstępy. 

–  Dajże  pokój,  Mordredzie!  –  zaprotestował.  –  Nie  przyszliśmy  tu,  żeby  się  kłócić 

z naszym Królem. Uchowaj Boże! 

– Ja będę stał. 

Agravaine pokornie przycupnął na jednej z poduszek. 

– Nie chcesz drugiej? 

– Nie, panie, dziękuję. 

Starzec obserwował sytuację i czekał – jak skazaniec pod szubienicą, który nie opiera 

się katu, ale też nie zamierza pomagać mu w wiązaniu pętli. Ze znużoną ironią przyglądał 

się gościom, im samym pozostawiając działanie. 

– Może byłoby mądrzej – wydukał z wyraźnym trudem Agravaine – dać sobie spokój 

z całą tą rozmową... 

– Może – przytaknął Król. 

– Dość tej komedii! – huknął Mordred, brutalnie wkraczając do akcji. – Przyszliśmy 

tutaj, aby powiedzieć coś wujowi. Wuj ma prawo znać prawdę. 

– To nieprzyjemna prawda. 

– W takim razie, moi drodzy chłopcy, jeśli wolicie, nie rozwijajmy tematu. Wiosenne 

noce  są  zbyt  piękne,  aby  zadręczać  się  przykrościami,  czy  nie  lepiej  pójść  i pogodzić  się 

z Gawaine’em?  Może  wypożyczyłby  wam  na  jutro  swojego  niezawodnego  gołębiarza? 

Królowa wspomniała właśnie, że z przyjemnością zjadłaby na obiad młodego zajączka. 

Bronił  tylko  Ginewry  –  czy  może  ich  wszystkich?  Mordred  przeszył  ojca  wzrokiem 

background image

bazyliszka i oświadczył bez ogródek: 

–  Przyszliśmy  oznajmić  ci  coś,  o czym  od  dawna  wie  cały  twój  dwór.  Królowa 

Ginewra jest kochanką Lancelota i nawet się z tym nie kryje. 

Starzec pochylił się i poprawił fałdy płaszcza, otulając jego skrajem zziębnięte stopy. 

Prostując się, spojrzał śmiało w oczy rozmówców. 

– Czy jesteście gotowi udowodnić swoje oskarżenie? 

– Jesteśmy gotowi. 

– Wiecie zapewne, że podobny zarzut już stawiano? 

– Nic dziwnego. 

–  Ostatnio  plotki  na  ten  temat  rozsiewał  niejaki  Sir  Meliagrance.  Ponieważ  nie  był 

w stanie  przedstawić  żadnych  dowodów,  rozstrzygnięcie  sprawy  pozostawiono 

pojedynkowi.  Sir  Meliagrance  zarzucił  Królowej  wiarołomstwo  i zgłosił  gotowość  walki 

w obronie swych racji. Na szczęście stronę Jej Wysokości wziął w pojedynku Sir Lancelot, 

czyniąc nam tym wielką uprzejmość. Wynik, jak mniemam, pamiętacie. 

– Pamiętamy doskonale. 

– Ledwie rozpoczęto walkę, Sir Meliagrance legł na plecach, wołając, że się poddaje. 

Nie  pomogły  żadne  namowy:  nie  chciał  wstać,  póki  Sir  Lancelot  nie  zaproponował,  że 

zdejmie  hełm  i lewą  część  zbroi,  a jedną  dłoń  da  sobie  przywiązać  za  plecami.  Tę  ofertę 

Sir Meliagrance przyjął, i skończył poszatkowany na kawałki. 

–  To  znana  sprawa  –  zirytował  się  Mordred.  –  Pojedynek  niczego  nie  rozwiązuje. 

I nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Zawsze wygra silniejszy osiłek. 

Artur z ciężkim westchnieniem splótł dłonie. 

– Jesteś jeszcze bardzo młody, Mordredzie  – rzekł cicho; od początku rozmowy ani 

na  chwilę  nie  podniósł  głosu.  –  Doświadczenie  nauczy  cię,  że  prawie  każdy  sposób 

wymierzania  sprawiedliwości  jest  po  swojemu  niesprawiedliwy.  Jeśli  możesz 

zaproponować  inną  niż  pojedynek  formę  rozstrzygania  spornych  kwestii  –  chętnie  ją 

wypróbuję. 

–  To,  że  Lancelot  jest  najsilniejszym  z rycerzy  i zawsze  broni  Królowej,  nie  oznacza 

jeszcze, że Królowa zawsze ma rację. 

–  Zgadza  się.  Jednak  musimy  jakoś  rozstrzygać  kwestie  sporne,  gdy  zostajemy  do 

tego  zmuszeni.  Jeśli  nie  da  się  udowodnić  oskarżenia,  trzeba  szukać  innych  metod 

rozsądzenia sprawy, a niemal każda metoda okaże się wobec kogoś niesprawiedliwa. Ty, 

Mordredzie,  nie  musiałbyś  przecież  osobiście  stawać  do  pojedynku  przeciwko  obrońcy 

Królowej:  jako  niezdolny  do  wałki,  mógłbyś  wynająć  w tym  celu  najsilniejszego  ze 

znanych  ci  rycerzy.  Królowa,  rozumie  się,  też  wynajęłaby  najsilniejszego.  To  tak  samo, 

jakbyście  oboje  wynajęli  najsprawniejszych  adwokatów  do  obrony  swoich  racji.  Koniec 

background image

końców  i tak  zawsze  wygra  najbogatszy  –  czy  wynajmie  najdroższego  oratora,  czy 

szermierza – więc nie łudźmy się, że o wyniku przesądza tylko brutalna siła. 

–  Chwileczkę,  Agravainie  –  Artur  ubiegł  siostrzeńca,  który  właśnie  chciał  coś 

powiedzieć. – Na razie mi nie przerywaj. Chcę do końca objaśnić istotę próby pojedynku. 

Moim  zdaniem  decyduje  tu  bogactwo:  bogactwo  i łut  szczęścia,  no  i naturalnie  wola 

Boża.  Jeśli  strony  są  równie  bogate,  możemy  uznać,  że  zwycięży  ten,  kto  ma  więcej 

szczęścia,  jak  przy  rzucie  monetą:  orzeł  –  reszka.  Pytam  was  więc:  czy  zarzucając 

Królowej wiarołomstwo, jesteście pewni, że los sprzyja wam bardziej niż jej? 

Agravaine  włączył  się  do  rozmowy  z udanym  animuszem.  Przed  spotkaniem  zażył 

stosowną dawkę alkoholu i ręce już mu się nie trzęsły. 

–  Za  pozwoleniem,  wuju,  ja  właśnie  w tej  kwestii.  Mamy  nadzieję  rozstrzygnąć 

sprawę bez próby pojedynku. 

Artur spojrzał na niego z niepokojem. 

– Wiesz doskonale, że sądy boże zostały zakazane, a co się tyczy próby oczyszczenia – 

trudno  będzie  znaleźć  odpowiednią  liczbę  kompurgatorów  równych  urodzeniem 

Królowej. 

Agravaine uśmiechnął się na to. 

– Nie jesteśmy znawcami prawa – rzekł skromnie. – Pomyśleliśmy jednak, że gdyby 

udało  się  udowodnić  zarzut  przed  którymś  z twoich  nowo  powołanych  sądów,  wówczas 

próba pojedynku okazałaby się zbyteczna. Naturalnie, możemy się mylić. 

–  Niech  werdykt  wyda  Ława  Przysięgłych!  –  wyrecytował  szyderczo  Sir  Mordred.  – 

Czy nie tak właśnie nazwałeś swoje sądy? Nowomodne fanaberie. 

„Pobijemy go jego własną bronią!” – zachwycił się w duchu Agravaine. 

Król zabębnił palcami po oparciu tronu. Przeciwnicy nacierali, osaczali go, zapędzali 

w kozi róg. 

– Sporo wiecie na temat prawa – rzekł powoli. 

–  Gdyby,  wuju,  dajmy  na  to,  znaleziono  Lancelota  w łóżku  Ginewry,  na  oczach 

świadków – wówczas pojedynek nie byłby konieczny, prawda? 

–  Za  pozwoleniem,  Agravainie,  wolałbym,  abyś  o swojej  ciotce  mówił,  używając  jej 

tytułu, przynajmniej w mojej obecności. Nawet w takiej sprawie. 

– Ciocia Jenny – podpowiedział Mordred. 

– Tak, chyba słyszałem, jak Sir Lancelot właśnie tym imieniem się do niej zwracał. 

-”Ciocia Jenny!” „Sir Lancelot!” „Za pozwoleniem!” A oni pewnie teraz się całują. 

– Mordredzie, albo wyrażaj się w sposób cywilizowany, albo opuść komnatę. 

–  Mordred  nie  chciał  cię  urazić,  wuju.  On  tylko  cierpi  z powodu  plamy  na  twojej 

nieposzlakowanej opinii. Domagamy się sprawiedliwości. Mordredowi tak bardzo leży na 

background image

sercu dobro... rodu. Nieprawdaż, Mordredzie? 

– Gwiżdżę na dobro rodu. 

Król, wyraźnie już przygnębiony, westchnął ciężko, lecz zachował zimną krew. 

–  No  cóż,  Mordredzie  –  rzekł.  –  Nie  wdawajmy  się  w drobiazgi.  Walka  o nie 

przekracza  moje  siły.  Twierdzisz,  że  moja  żona  jest  kochanką  mojego  najlepszego 

przyjaciela,  co  zamierzasz  naocznie  udowodnić  przy  świadkach  –  trzymajmy  się  tego. 

Rozumiem, że tryb procedury sądowej jest ci znany. 

– Nie jest mi znany. 

– W każdym razie Agravaine wie coś na ten temat. Procedura jest następująca. Skoro 

upieracie  się  przy  powództwie  cywilnym,  zamiast  oddać  sprawę  pod  Sąd  Honorowy, 

proces  potoczy  się  według  zasad  kodeksu  cywilnego.  Jeżeli  dowiedziecie  słuszności 

oskarżenia,  człowiek,  który  obydwu  was  ocalił  przed  Sir  Turquine’em,  zostano  ścięty, 

natomiast  moja  żona,  którą  bardzo  kocham,  będzie  musiała  spłonąć  na  stosie  za 

wiarołomstwo.  Jeśli  natomiast  nie  zdołacie  przedstawić  dowodów,  wówczas  ostrzegam, 

że ciebie, Mordredzie, czeka banicja – a więc i utrata wszelkiej nadziei na objęcie tronu, 

Agravaine’a zaś – stos, gdyż zarzucając zdradę Królowej, sam dopuściłby się zdrady. 

– Nawet dziecko wie, że bez trudu znajdziemy dowody. 

– Proszę bardzo, Agravainie. Jako znawcy i gorliwemu obrońcy prawa nie muszę ci, 

naturalnie, przypominać o istnieniu takiego zjawiska jak akt łaski? 

–  Akt  łaski  –  wpadł  mu  w słowo  Mordred  –  na  mocy  którego  spycha  się  łodzie 

z niemowlętami na pełne morze? 

– Dziękuję ci, Mordredzie. Byłbym zapomniał. 

– Nie chcemy łaski – rzekł twardo Agravaine. – Chcemy sprawiedliwości. 

– Rozumiem. 

Artur  wsparł  łokcie  na  kolanach  i ukrył  twarz  w dłoniach.  Siedział  tak  chwilę, 

mobilizując  wszelkie  siły  poczucia  obowiązku  i własnej  godności.  Wreszcie  przemówił, 

nie odsłaniając oblicza: 

– Jak chcecie ich podejść? 

Zwalisty Agravaine stał się nagle uosobieniem grzeczności. 

–  Gdybyś  zgodził  się,  wuju,  wyjechać  z zamku  na  jedną  noc,  skrzykniemy  zbrojną 

drużynę  i przyłapiemy  Lancelota  w komnacie  Królowej.  Musisz  wyjechać,  bo  inaczej  on 

tam nie pójdzie. 

–  Daruj,  Agravaine,  ale  nie  zamierzam  zastawiać  pułapki  na  własną  żonę.  Zdobycie 

dowodów  należy  tylko  do  was  –  to  chyba  uczciwe  postawienie  sprawy.  Tak,  jestem 

pewien,  że  uczciwe.  Mam  chyba  prawo  odmówić...  nazwijmy  rzecz  po  imieniu: 

wspólnictwa.  Nie  poczuwam  się  do  obowiązku  wspomagania  waszego  planu  wyjazdem. 

background image

Powiem więcej – odmawiam, z czystym sumieniem. 

– Twoja odmowa nie może jednak trwać wiecznie. Nie spędzisz przecież reszty życia 

przykuty do Królowej, tylko po to, żeby nie dopuścić do niej Lancelota. Co z planowanym 

na  przyszły  tydzień  polowaniem?  Jeśli  z niego  zrezygnujesz,  będzie  to  oznaczało,  że 

zmieniasz plany, aby udaremnić działanie sprawiedliwości. 

– Nikt nie jest w stanie udaremnić działania sprawiedliwości, Agravainie. 

–  A zatem,  wuju  Arturze,  weźmiesz  udział  w polowaniu?  A nam  dasz  pozwolenie  na 

wtargnięcie do komnaty Królowej, jeżeli będzie tam przebywał Lancelot? 

Jego radosne podniecenie obudziło niesmak nawet w Mordredzie. Król wstał i owinął 

się płaszczem, jak przed chłodem. 

– Weźmiemy udział w polowaniu. 

– Ale ich nie uprzedzisz? – bełkotał rozemocjonowany Agravaine. – Nie powiesz im, 

że wnieśliśmy oskarżenie? To byłoby nieuczciwe! 

– Troszczysz się o uczciwość? – spytał Król. 

Patrzył  na  nich  jakby  z bardzo  daleka,  ważąc  w umyśle  prawdę,  sprawiedliwość,  zło 

i los człowieka. 

– Udzielam pozwolenia. 

Nagle wzrok jego oprzytomniał i Artur spojrzał na przeciwników z czujnością sokoła. 

–  Ale  coś  wam  powiem  prywatnie,  Mordredzie  i Agravainie:  moja  jedyna  nadzieja 

w tym,  że  Lancelot  ukatrupi  was  obu  i wszystkich  świadków.  Taki  wyczyn  –  co 

stwierdzam  z dumą  –  nie  przerasta  bynajmniej  jego  możliwości.  Jako  najwyższy 

zwierzchnik  Wymiaru  Sprawiedliwości  dodam  jeszcze,  że  wystarczy  najmniejsze 

uchybienie  w akcie  oskarżenia,  a będę  was  obu  ścigał  bez  litości,  z całą  surowością 

machiny prawa, którą oto wprawiliście w ruch. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VI 

 

 

Wiedząc,  że  Król  udał  się  na  polowanie  do  Nowego  Lasu,  Lancelot  nie  wątpił,  że 

Królowa przyśle po niego. Ubrany w szlafrok, z głową owiniętą turbanem, chodził w tę i z 

powrotem po sypialni, której mrok rozpraszała jedynie lampka przed świętym obrazem. 

Pod szlafrokiem w wesoły deseń Lancelot był gotów do łóżka – czyli nagi. 

Wystrój komnaty był surowy, żadnych luksusów: nagie ściany, wąska, twarda prycza 

bez  baldachimu,  okna  bez  szyb,  zasłonięte  jedynie  sztywno  napiętym,  natłuszczonym 

płótnem.  Wielcy  dowódcy  na  ogół  lubią  taki  polowy  styl  (podobno  Książę  Wellington 

sypiał  w zamku  Walmer  wyłącznie  na  pryczy):  poza  łóżkiem  tolerują  w pokoju  najwyżej 

jedno krzesło albo stary kufer. Lancelot też miał kufer, okuty, w kształcie trumny. Innych 

mebli  w komnacie  nie  było  –  tylko  pod  ścianą  stał  wielki  miecz  Lancelota,  w pochwie 

z dyndającymi rzemieniami. 

Na kufrze leżał hełm garnczkowy. Lancelot sięgnął po niego i podszedł do  światełka 

pod obrazem: tam, ze zdziwioną miną chłopca sprzed wielu lat, zapatrzył się we własne 

odbicie w wypukłej stali. Odłożył hełm i podjął marsz od ściany do ściany. 

Gdy  usłyszał  pukanie  do  drzwi,  pewien  był,  że  to  oczekiwany  sygnał.  Jedną  ręką 

sięgnął po miecz, a drugą do rygla, lecz nim otworzył, drzwi uchyliły się same. W progu 

stał Gareth. 

– Wolno wejść? 

– Gareth! – zdumiał się Lancelot, bez wielkiego entuzjazmu. – Wejdź, proszę. Co za 

miła niespodzianka. 

– Lancelocie, przychodzę cię ostrzec. 

Podstarzały rycerz spojrzał gościowi w oczy i uśmiechnął się od ucha do ucha. 

– Na Boga! To chyba nic poważnego? 

– Owszem, coś poważnego. 

– Wejdźże wreszcie i zamknij drzwi. 

– Lancelocie, chodzi o Królową. Nie wiem, jak zacząć. 

– Więc nie zaczynaj. 

Lancelot ujął gościa za ramiona i zaczął go popychać z powrotem ku drzwiom. 

– Jestem ci bardzo wdzięczny za ostrzeżenie, ale nie sądzę, abyś mógł mi powiedzieć 

coś nowego. 

– Och, Lancelocie, wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko. Nie wiem, co uczynią ze 

mną pozostali, kiedy dowiedzą się, że byłem u ciebie, ale musiałem przyjść! 

background image

– O co chodzi? – Lancelot przestał popychać gościa i przyjrzał mu się ponownie. 

–  O Agravaine’a  i Mordreda.  Nienawidzą  cię,  przynajmniej  Agravaine.  On  ci 

zazdrości.  Mordred  bardziej  nie  cierpi  Artura.  Zrobiliśmy  wszystko,  żeby  ich 

powstrzymać,  ale  na  nic.  Gawaine  nie  chce  się  mieszać  do  sprawy  po  żadnej  stronie, 

Gaheris  jak  zwykle  nie  może  się  zdecydować  –  więc  musiałem  przyjść  sam.  Musiałem, 

nawet jeśli działam przeciwko braciom i klanowi. Bo ja wszystko zawdzięczam tobie i nie 

mogę dopuścić do tragedii! 

– Mój biedny Gareth! Co się z tobą dzieje? 

–  Byli  u Króla  i powiedzieli  mu  wprost,  że  ty...  bywasz  w sypialni  Królowej. 

Chcieliśmy ich powstrzymać, wyszliśmy, żeby nie słuchać, ale oni powiedzieli. 

Lancelot puścił ramiona Garetha i przeszedł się po komnacie. 

–  Nie  martw  się  –  powiedział  po  chwili.  –  Wielu  już  to  mówiło  i nic  się  nic  stało. 

Rozejdzie się po kościach. 

– Nie tym razem. Mam przeczucie, że nie. 

– Bzdura. 

– To nie bzdura, Lancelocie. Oni cię nienawidzą. Nie dążą do pojedynku, bo wiedzą, 

jak skończył Meliagrance. Są sprytniejsi: zastawią na ciebie pułapkę. Zajdą cię od tyłu. 

Stary wiarus z pobłażliwym uśmiechem poklepał go po plecach. 

– Zdaje  ci się. Idź  do łóżka, przyjacielu, i zapomnij o tym. Miło było cię widzieć,  ale 

pędź już do domu i śpij dobrze. Nie martw się. Gdyby Król miał zamiar rozpętać skandal, 

nie wyjeżdżałby na polowanie. 

Gareth nerwowo obgryzał paznokcie. Wreszcie zdobył się na odwagę i rzekł wprost: 

– Proszę cię, nie chodź dzisiaj do Królowej. 

Lancelot  uniósł  gniewnie  jedną  ze  swoich  nadzwyczajnych  brwi,  ale  opuścił  ją  po 

namyśle. 

– Dlaczego? 

–  Jestem  pewien,  że  to  pułapka.  Król  specjalnie  wyjechał  na  noc,  żebyś  poszedł  do 

Królowej, a Agravaine zaczai się tam i cię złapie. 

– Artur nigdy by tego nie zrobił! 

– A jednak zrobił. 

–  Bzdura!  Znam  go  od  czasów,  kiedy  ty  koszulę  w zębach  nosiłeś!  Wiem,  że  nie 

zrobiłby tego! 

– Ryzyko istnieje. 

– I bardzo dobrze. Lubię ryzykować. 

– Błagam! 

Tym razem Lancelot bezceremonialnie wziął Garetha za kark i popchnął ku drzwiom. 

background image

–  Posłuchaj  no,  mój  drogi  paziu  kuchenny.  Po  pierwsze:  znam  Artura.  Po  drugie: 

znam Agravaine’a. Uważasz, że powinienem się go bać? 

– Ale podstęp... 

– Gdy byłem młody, spotkałem kiedyś damę goniącą za sokołem wędrownym, który 

zerwał  się  ze  smyczy.  Koniec  smyczy  uciekiniera  zaplątał  się  w gałęzie  i sokół  zawisł  na 

drzewie  głową  w dół.  Dama  namówiła  mnie,  żebym  wlazł  na  drzewo  i zdjął  jej  ptaka. 

Nigdy  nie  byłem  mocny  we  wspinaczce.  W końcu  jednak  wgramoliłem  się  na  czubek 

drzewa  i uwolniłem  sokoła.  Tymczasem  w dole  pojawił  się  mąż  tej  damy,  w pełnym 

rynsztunku, i oznajmił, że zetnie mi głowę. Cała ta heca z sokołem była pułapką: chodziło 

o to,  żebym  zdjął  zbroję  i znalazł  się  na  łasce  łajdaka.  Na  drzewo  wlazłem  bowiem 

w samej koszuli, nawet bez sztyletu. 

– No i co? 

– Dałem mu w łeb konarem. A był to rycerz, do którego nasz biedny, stary Agravaine 

nawet się nie umywa. Od tamtych pięknych czasów nabawiłem się nieco reumatyzmu, ale 

jeszcze nie jest ze mną tak źle. 

– Wiem, że poradzisz sobie z samym Agravaine’em, ale co będzie, jeśli zaatakuje cię 

ze zbrojną bandą? 

– Nic nie wskóra. 

– Owszem, wskóra. 

Ktoś  zaskrobał  i lekko  zabębnił  w drzwi.  Mogła  to  być  mysz,  ale  Lancelot  nagle  do 

końca stracił zainteresowanie rozmową. 

– No to trudna rada. Będę walczył z bandą. To zresztą czysta fantazja. 

– Czy jednak nie mógłbyś się powstrzymać, tylko dzisiaj? Byli już przy drzwiach. 

– Słuchaj no – rzekł dowódca królewskich oddziałów. – Przyjmij do wiadomości, że 

Królowa mnie wzywa. Nie godzi się wszak odmówić zaproszeniu Królowej, prawda? 

– Więc na próżno zdradziłem Pradawnych! 

–  Wcale  nie  na  próżno.  Każdy,  kto  by  się  o tym  dowiedział,  podziwiałby  twoją 

odwagę. Lecz, na szczęście, możemy ufać Arturowi. 

– Więc mimo wszystko pójdziesz? 

– Tak, paziu, i to zaraz. Na litość boską, po co ta tragiczna mina? Wiesz, jakim jestem 

doświadczonym zabijaką. Idź spać! 

– To znaczy: żegnaj. 

– Bzdura: to znaczy dobranoc. Królowa czeka. 

Stary  wiarus  zamaszystym  ruchem  dwudziestolatka  zarzucił  płaszcz  na  ramiona. 

Uniósł  klamrę  zasuwy,  lecz  zawahał  się  w drzwiach:  miał  wrażenie,  że  o czymś 

zapomniał. 

background image

– Ach, gdybym mógł cię powstrzymać! 

– Niestety, nie możesz. 

Lancelot dał nura w ciemną czeluść korytarza. Czegoś jednak zapomniał: miecza. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VII 

 

 

Ginewra  oczekiwała  Lancelota  w blasku  świec,  podnoszącym  przepych  sypialni. 

Szczotkowała  siwe  włosy.  Wyglądała  prześlicznie  –  nie  jak  gwiazda  filmowa,  lecz  jak 

kobieta,  która  wyhodowała  w sobie  duszę.  Śpiewała  cicho  –  i to  nie  byle  co,  bo  piękny 

hymn „Veni, Sancte Spiritus”, ułożony podobno przez papieża. 

Blask  równo  płonących  świec  igrał  w złotych  emblematach  potrójnych  lwów,  gęsto 

zdobiących  szafirową  kapę  łoża.  Grzebienie  i szczotki  lśniły  fajansowymi  ozdobami. 

Ogromną  skrzynię  z polerowanego  drewna  zdobiły  panele  z emaliowanymi  figurami 

świętych  i aniołów.  Po  ścianach  spływały  w miękkich  fałdach  brokatowe  zasłony,  a na 

podłodze pysznił się naganny zbytek luksusu: autentyczny dywan. Goście zawsze stąpali 

po  nim  z nabożną  czcią,  gdyż  kobierce  nie  były  pierwotnie  przeznaczone  na  podłogi. 

Artur obchodził go dokoła. 

Niski, ciepły głos Ginewry czeszącej włosy dobrze współgrał z niewzruszoną jasnością 

świec.  Wtem  drzwi  otwarły  się  cicho.  Dowódca  rzucił  czarny  płaszcz  na  skrzynię, 

przeszedł  po  dywanie  i stanął  za  plecami  Ginewry.  Popatrzyła  na  niego  w lustrze  bez 

zdziwienia. 

– Czy mogę cię wyręczyć? 

– Jeśli chcesz. 

Wyjął  szczotkę  z jej  dłoni  i jął  z wielką  wprawą  rozczesywać  srebrzystą  kaskadę, 

nurzając w niej palce. Królowa przymknęła oczy. 

Po dłuższej chwili milczenie przerwał Lancelot. 

–  Twoje  włosy  są  jak...  jak  nie  wiem  co.  Nie  jak  jedwab.  Raczej  jak  woda,  chociaż 

mają  też  w sobie  coś  z chmury.  Przecież  chmura  utworzona  jest  z wody,  prawda?  Więc 

czym  są:  bladą  mgiełką  czy  zimowym  morzem,  czy  wodospadem,  czy  kopą  siana  na 

mrozie? Tak, kopą siana! Przepastną, miękką, wonną... 

– Dla mnie są jednym wielkim kłopotem. 

– Są morzem, w którym się narodziłem – oświadczył solennie Lancelot. 

Królowa otworzyła oczy. 

– Przyszedłeś bezpiecznie? 

– Nikt nie widział. 

– Artur mówił, że wraca jutro. 

– Tak? O, ten włosek jest całkiem biały. 

– Wyrwij go. 

background image

– Biedny włosek. Taki delikatny. Skąd ty masz takie piękne włosy, Jenny? Mój jeden 

włos jest gruby jak pół tuzina twoich razem. Naprawdę mam go wyrwać? 

– Tak, wyrwij. 

– Bolało? 

– Nic a nic. 

– Jak to nie? Kiedy byłem mały i szarpałem się z siostrami za włosy, bolało jak licho. 

Czyżbyśmy z wiekiem zatracali wrażliwość na ból i szczęście? 

– Nie – uspokoiła go Ginewra. – To dlatego, że wyrwałeś tylko jeden. Szarpnij pukiel, 

a zobaczysz, jak zaboli. Sam się przekonaj. 

Lancelot pochylił głowę, a Ginewra, nie odwracając się, uniosła białe ramię i owinęła 

sobie lok znad jego czoła wokół palca. Szarpnęła, aż się skrzywił. 

– Boli! Całe szczęście! 

– Tak cię szarpały siostry? 

– Właśnie tak. Ale ja je o wiele mocniej. Na mój widok każda łapała się za warkocze 

i gromiła mnie wzrokiem. Ginewra parsknęła śmiechem. 

– Cieszę się, że nie jestem twoją siostrą. 

– No wiesz! Ciebie nigdy nie szarpałbym za włosy. Są zbyt piękne. Zrobiłbym z nimi 

coś całkiem innego. 

– Co na przykład? 

–  Na  przykład...  zagrzebałbym  się  w nich  i zwinął  w kłębek  jak  kocur  i zasnął  błogo. 

Właśnie teraz mam na to ochotę. 

– Skończ najpierw szczotkowanie. 

– Jenny? – spytał nagle. – Myślisz, że to jeszcze potrwa? 

– Czemu pytasz? 

– Właśnie był u mnie Gareth, z ostrzeżeniem, że Artur wyjechał celowo, by zastawić 

na nas pułapkę. Agravaine z Mordredem chcą przyłapać nas na gorącym uczynku. 

– Artur nigdy by tego nie zrobił. 

– Tak też powiedziałem Garethowi. 

– Chyba, że zostałby zmuszony – dodała Ginewra. 

– Nie wiem, kto i jak miałby go zmusić. Królowa zmieniła temat. 

– To szlachetnie ze strony Garetha, że wystąpił przeciwko braciom. 

–  Zawsze  uważałem  go  za  jednego  z najsympatyczniejszych  dworzan.  Gawaine  też 

jest porządny, ale porywczy i raczej zawzięty. 

– Jest lojalny. 

– To prawda. Artur mawia o Orknejach, że dla obcych są katem, a dla swoich bratem. 

Żrą się między sobą jak psy, ale w gruncie rzeczy kochają się gorąco. Klanowa natura. 

background image

Królowa nagle nawiązała do poprzedniego wątku. 

– Lance, czy twoim zdaniem oni mogli przymusić Króla do działania? 

W jej głosie zabrzmiał lęk. 

– Co masz na myśli? 

– Artur jest fanatykiem sprawiedliwości. – Nie bardzo rozumiem... 

–  Pamiętasz  tę  rozmowę  w zeszłym  tygodniu?  Może  próbował  nas  ostrzec?  Cicho! 

Słyszałeś coś? 

– Nie. 

– Zdawało mi się, że ktoś jest za drzwiami. 

– Pójdę sprawdzić. 

Uchylił drzwi, lecz nie było za nimi nikogo. 

– Fałszywy alarm. 

– Zarygluj drzwi. 

Lancelot  wsunął  koniec  poprzecznej  dębowej  belki,  grubej  na  dobre  pięć  cali, 

w głęboką niszę kamiennej framugi. Powrócił w krąg światła, rozdzielił lśniące włosy na 

dwie  kaskady  i jął  je  wprawnie  splatać  w warkocze.  Jego  dłonie  śmigały  jak  czółenka 

tkackie. 

–  Nie  ma  sensu  się  denerwować  –  powiedział.  Ginewra  jednak  nadal  roztrząsała 

problem. 

– Pamiętasz Tristana i Izoldę? 

– Naturalnie. 

– Tristan sypiał z małżonką Króla Marka i Król go za to zamordował. 

– Tristan był łobuzem. 

– Tak? A ja myślałam, że szlachetnym rycerzem. 

–  Takie  stwarzał  pozory.  Ale  sama  powiedz:  co  to  za  rycerz,  z Konwalii?  Cała  reszta 

nie lepsza – też stamtąd. 

– Przecież zawsze wymieniano go jako drugiego rycerza na świecie: Sir Lancelot, Sir 

Tristan, Sir Lamorak... 

– Tristanowe baju-baju. 

– Ale dlaczego nazywasz go łobuzem? 

–  To  dłuższa  historia.  Nie  pamiętasz  rycerstwa  sprzed  epoki  Okrągłego  Stołu,  więc 

nie  wiesz  nawet,  jakiego  geniusza  poślubiłaś.  Dla  ciebie  pewnie  nie  ma  zasadniczej 

różnicy między Tristanem a takim, weźmy, Garethem. 

– A jest różnica? 

–  Dawniej  każdy  rycerz  walczył  za  siebie.  Starzy  weterani,  tacy  na  przykład  jak  Sir 

Bruce  Saunce  Pitie,  byli  zwykłymi  bandziorami.  Wiedzieli,  że  póki  są  w zbroi,  nikt  im 

background image

krzywdy nie zrobi, więc używali sobie do woli. To były czasy jednej wielkiej jatki i gwałtu. 

Kiedy  Artur  wstąpił  na  tron,  baronowie  byli  wściekli.  Bo  Artur  wierzył  w Prawo 

i Sprawiedliwość. 

– Nadal wierzy. 

–  Na  szczęście,  oprócz  wielkiej  idei,  miał  i upór.  Zabrało  mu  to  dobre  pięć  lat,  ale 

w końcu  wpoił  ludziom  potrzebę  szlachetności.  Byłem  chyba  jednym  z pierwszych 

rycerzy,  którzy  przejęli  od  niego  tę  ideę,  a że  poznałem  ją  za  młodu,  ukształtowała  cały 

mój  charakter.  Mówią  o mnie,  że  jestem  wzorem  szlachetnego  rycerza,  ale  to  nie  moja 

zasługa.  To  idea  Artura.  On  ją  wpoił  całej  młodej  generacji,  również  Garethowi. 

Szlachetność weszła w modę. Z niej zrodziła się Misja Świętego Graala. 

– Ale czemu nazwałeś Tristana łobuzem? 

– Bo nim był. Artur mówił o nim „bufon”. Tristan mieszkał w Kornwalii, nigdy nie był 

wychowankiem  Artura,  ale  spodobała  mu  się  nowa  moda.  Coś  tam  słyszał,  że  wielki 

rycerz powinien być szlachetny, więc na prawo i lewo puszył się pozorami, nie pojmując, 

ani  nie  podzielając  całej  filozofii.  Papugował  nowe  obyczaje,  lecz  w gruncie  rzeczy  nie 

miał  w sobie  za  grosz  szlachetności.  Pomiatał  żoną,  gardził  publicznie  starym 

Palomidesem  za  jego  czarną  skórę,  a Króla  Marka  potraktował  haniebnie.  Rycerze 

z Kornwalii to Pradawni, w głębi  duszy zawsze odnosili  się wrogo  do idei Artura, nawet 

gdy coś tam z niej przejęli. 

– Tak jak Agravaine. 

–  Właśnie.  Matka  Agravaine’a  pochodziła  z Kornwalii.  On  zaś  nienawidzi  mnie 

właśnie  dlatego,  że  jestem  wierny  idei  szlachetności.  Ciekawe,  że  do  wszystkich  trzech 

rycerzy  uznanych  przez  pospólstwo  za  najświetniejszych  –  mam  na  myśli  Lamoraka, 

Tristana  i siebie  –  Pradawni  odnosili  się  zawsze  z nienawiścią.  Kiedy  zamordowano 

Tristana,  radowali  się,  bo  Tristan  naśladował  nową  modę.  A Sir  Lamorak  zginął, 

zgładzony podstępnie przez ród Gawaine’a. 

– Mnie się jednak zdaje – powiedziała Ginewra – że Agravaine nie cierpi cię z czystej 

zawiści. Nie obchodzą go żadne idee, za to zazdrości każdemu, kto bije się lepiej od niego. 

Tristana  znienawidził  za  to,  że  ten  dał  mu  łupnia  w drodze  do  Wesołej  Twierdzy,  a do 

morderstwa  Lamoraka  przyłożył  rękę,  bo  dzielny  chłopiec  pokonał  go  w turnieju. 

Ciekawe, ile razy ty sam mu się naraziłeś? 

– Nie pamiętam. 

– Pomyśl, Lance: dwaj pozostali znienawidzeni przezeń rycerze już nie żyją. 

– Każdy kiedyś musi umrzeć. 

Królowa wyszarpnęła nagle warkocze z jego rąk. Obróciła się gwałtownie na stołku i, 

jedną dłonią przytrzymując sploty, musnęła Lancelota spłoszonym spojrzeniem. 

background image

–  Gareth  mówił  prawdę!  Oni  chcą  nas  zdybać  dziś  w nocy!  Skoczyła  na  równe  nogi 

i jęła popychać Lancelota ku drzwiom. 

– Wyjdź stąd. Odejdź, póki czas. 

– Ależ Jenny... 

– Żadnego ale. Jestem pewna, że to prawda. Czuję to. Twój płaszcz. Och, błagam cię, 

Lance, spiesz się. Sir Lamoraka zadźgali ciosem w plecy. 

– Daj spokój, Jenny, nie przejmuj się bez powodu. To czysta fantazja... 

– To nie fantazja. Słuchaj. Słuchaj. 

– Nic nie słyszę. 

– Popatrz na drzwi. 

Klamra zasuwy – kawał kutego żelaza w kształcie podkowy – przesuwała się z wolna 

w lewo, chwiejnym ruchem kraba. 

– Zamknięte. O co chodzi? 

– Spójrz na rygiel! 

Zamarli  oboje,  nie  odrywając  oczu  od  żelaznej  klamry,  która  chytrze,  ostrożnymi, 

krótkimi ruchami, po omacku szukała drogi. 

– Boże! – szepnęła Ginewra. – Już za późno! 

Klamra  opadła  na  miejsce,  lecz  w tej  samej  chwili  rozległo  się  donośne  walenie 

w drzwi  żelaznym  przedmiotem.  Drzwi  były  masywne,  podwójne,  belki  jednej  warstwy 

szły w poprzek belek drugiej. Agravaine walił w nie żelazną rękawicą, a z czeluści hełmu 

niósł się echem jego potężny głos: 

– Otwierać, w imieniu Króla! 

– Koniec z nami – wyszeptała Ginewra. 

–  Zdradziecki  rycerzu!  –  dudnił  głos,  przekrzykując  łomotanie  w drzwi.  –  Sir 

Lancelocie, zostałeś pojmany! 

Zawtórował mu chór innych głosów i brzęk uzbrojenia, śmiało trącającego kamienne 

schody,  skoro  wymóg  ciszy  i ostrożności  przestał  obowiązywać.  Drzwi  naparły  na 

blokującą je od środka belkę. 

Lancelot bezwiednie przybrał styl przezacnej mowy rycerskiej. 

–  Czy  jest  w komnacie  zbroja,  którą  bym  mógł  ochronić  ciało  moje?  –  spytał 

Ginewrę. 

– Nie ma nic. Nawet miecza. 

Lancelot  patrzył  w drzwi  z rzeczową  miną  człowieka  rozwiązującego  zadanie 

matematyczne  i obgryzał  paznokcie.  Drzwi  dygotały  pod  gradem  kilku  pięści,  a wrzaski 

napastników brzmiały jak ujadanie sfory psów myśliwskich. 

–  Nie  masz  czym  walczyć,  Lancelocie,  i jesteś  prawie  nagi.  A ich  jest  wielu,  i są 

background image

uzbrojeni. Zabiją cię, a mnie spalą na stosie – oto gorzki kres naszej miłości. 

Lancelot złościł się, że nie umie rozwiązać problemu. 

–  Gdybym  tylko  miał  zbroję!  –  utyskiwał.  –  To  śmieszne,  dać  się  tak  złapać,  niby 

szczur w pułapkę. 

Rozejrzał się po komnacie, przeklinając w duchu własne zapominalstwo. 

– Zdrajco! – zadudnił głos. – Wyłaź z komnaty Królowej! Zawtórował mu iąny głos; 

spokojny i ugrzeczniony: – Wiedz, że jest nas czternastu, pod bronią. Nie masz ucieczki. 

Był to głos Mordreda. Walenie w drzwi nasilało się. 

– Do licha z nimi! – zaklął Lancelot. – Dość tych hałasów! Muszę wyjść, bo pobudzą 

cały zamek! 

Odwrócił się do Królowej i wziął ją w ramiona. 

– Jenny, ogłoszę cię moją najszlachetniejszą Panią, chlubą Chrześcijaństwa. Będziesz 

mężna? 

– Przecież wiesz, kochany. 

– Moja słodka staruszko, daj buzi! Pamiętaj, że zawsze byłaś jedyną damą mego serca 

i zawsze dotąd jakoś nam się udawało. Teraz też się nie lękaj. Jeśli mnie zabiją – wezwij 

Sir  Borsa.  Zresztą,  każdy  z moich  braci  i bratanków  zatroszczy  się  o ciebie.  Powiadom 

Borsa  albo  Demarisa:  obaj  w razie  potrzeby  pospieszą  ci  na  ratunek.  Przewiozą  cię 

bezpiecznie do Wesołej Twierdzy, a tam, na mojej ziemi, żyć będziesz jak królowa – którą 

wszak jesteś. Zrozumiałaś? 

– Jeśli ciebie zabiją, nie będę chciała ratunku. 

–  Ależ  tak!  Musisz!  To  bardzo  ważne,  aby  przeżył  ktoś,  kto  przedstawi  całą  historię 

z naszej strony. Czeka cię trudne zadanie, lecz konieczne. A poza tym – chciałbym, abyś 

się za mnie modliła. 

–  Znajdź  sobie  kogoś  innego  do  modlitwy.  Jeżeli  cię  zabiją,  niech  mnie  spalą  na 

stosie. Przyjmę śmierć z pokorą, jak przystało na chrześcijańską królową. 

Ucałował ją czule i nakłonił, aby usiadła. 

–  Nie  czas  na  kłótnie  –  rzekł.  –  Wiem,  że  ty  zawsze  pozostaniesz  sobą,  Jenny, 

cokolwiek  się  zdarzy,  a zatem  ja  muszę  pozostać  Lancelotem.  –  Wciąż  rozglądał  się 

niespokojnie po komnacie. – W mojej sprawie – dodał z roztargnieniem – nie zmieni to 

niczego, lecz popełnili błąd, wciągając w to ciebie. 

Ginewra obserwowała go, hamując łzy. 

–  Dałbym  sobie  nogę  uciąć  –  zżymał  się  Lancelot  –  za  kawałek  zbroi,  niechby  sam 

miecz, żeby mnie popamiętali! 

– Lance, gdyby mnie zabili, a oszczędzili ciebie, byłabym bardzo szczęśliwa. 

– A ja bardzo nieszczęśliwy – odparł, wpadając nagle w świetny humor. – Do dzieła! 

background image

Trzeba  zrobić,  co  się  da.  W kościach  mi  łupie,  ale,  dalibóg,  czuję,  że  szykuje  się  niezła 

zabawa! 

Przestawił  wszystkie  świece  na  kufer  z Limoges,  tak  aby  oświetlały  go  od  tyłu,  gdy 

otworzy drzwi. Swój czarny płaszcz poskładał wzdłuż, we czworo, i owinął nim lewą rękę 

aż  po  ramię,  czyniąc  z niego  osłonę.  W prawą  rękę  ujął  taboret  spod  łóżka  i,  ważąc  go 

w dłoni,  raz  jeszcze  omiótł  pokój  spojrzeniem.  Rejwach  za  drzwiami  nasilał  się:  dwaj 

napastnicy wyraźnie próbowali przerąbać się do środka toporami – szczęściem, krzyżowy 

układ  belek  podwójnych  drzwi  skutecznie  chłodził  ich  zapały.  Lancelot  zbliżył  się  do 

progu i huknął donośnie: 

– Zacni panowie! – harmider za drzwiami ucichł momentalnie. – Dość tych krzyków 

i hałasów! Otwieram drzwi, a wy postąpcie ze mną wedle własnej woli. 

–  No  to  już!  Otwieraj!  –  rozległy  się  nieskładne  wołania.  –  Dalej!  Na  nic  twój  opór 

przeciwko nam wszystkim! Puszczaj do komnaty! Stań przed Królem Arturem, a ocalisz 

życie! 

Napierając ramieniem na wstrząsane łomotem drzwi, Lancelot powoli odsunął rygiel, 

chowając  go  w ścianę.  Następnie,  wciąż  podpierając  drzwi  ramieniem  (napastnicy 

tymczasem poniechali ataków, czując, że coś się szykuje), mocno wsparł prawą stopę na 

posadzce,  o dobre  pół  metra  od  progu  –  i nagle  przeniósł  na  nią  ciężar  ciała.  Drzwi 

rozwarły  się  z impetem,  lecz  stopa  Lancelota  zatrzymała  je  w porę,  półprzymknięte,  tak 

że  do  środka  wtoczył  się  bezwładnie,  niczym  posłuszna  sznurkom  marionetka,  tylko 

jeden  opancerzony  rycerz.  Lancelot  zatrzasnął  za  nim  drzwi,  błyskawicznie  zasunął 

rygiel,  owiniętą  ręką  złapał  miecz  przeciwnika  za  rękojeść,  szarpnął  do  przodu,  tamten 

potknął się, a gdy padał, Lancelot grzmotnął go w łeb taboretem – i w mgnieniu oka, bez 

śladu  zadyszki,  siedział  na  opancerzonej  piersi  pokonanego.  Dokonał  tego  z taką 

łatwością  i nonszalancją,  jakby  to  zbrojny  rycerz  był  w starciu  stroną  bezbronną.  Ten 

bowiem  –  choć  wtargnął  do  komnaty  niczym  wielka  żelazna  wieża,  zrazu  butnie 

wypatrując  Lancelota  przez  szczelinę  hełmu  –  sprawiał  wrażenie,  jakby  dobrowolnie 

oddał  Lancelotowi  miecz,  i z  własnej  chęci  rzucił  się  na  ziemię.  Leżał  niczym  masywny 

żelazny kadłub, a bosonogi adwersarz dźgał go końcem miecza przez otwór wentylacyjny 

przyłbicy. Każde dźgnięcie dobywało z kadłuba jęk protestu. 

Lancelot wstał i wytarł dłonie w szlafrok. 

– Żałuję, że musiałem go zabić. 

Uniósł przyłbicę i zajrzał do środka hełmu. 

– Agravaine z rodu Orknejów! 

Zza  drzwi  dobiegło  dzikie  wycie,  łomot,  walenie  toporami  i przekleństwa.  Lancelot 

odwrócił się do Królowej. 

background image

–  Pomóż  mi  zdjąć  zbroję  –  polecił  krótko.  Usłuchała  natychmiast.  Nawet  się  nie 

wzdrygnęła, gdy, klęcząc przy trupie, obdzierali go wspólnie z bojowej osłony. 

–  Teraz  mamy  szansę  –  rzekł  Lancelot,  nie  przerywając  pracy.  –  Jeżeli  zdołam  ich 

odeprzeć, wrócę tu po ciebie i uciekniemy do Wesołej Twierdzy. 

–  Nie,  Lance.  Dość  już  wyrządziliśmy  szkody.  Jeśli  zdołasz  uciec,  trzymaj  się  z dala 

od  zamku,  póki  sprawa  nie  ucichnie.  Ja  zostanę.  Jeżeli  Artur  mi  wybaczy,  a skandal  da 

się zatuszować, będziesz mógł kiedyś wrócić. Jeśli nie wybaczy – możesz przybyć mi na 

ratunek. Co zrobić z tym żelastwem? 

– Podaj mi. 

– Tutaj mam drugie takie samo. 

– O wiele lepiej zrobisz, jadąc ze mną – nalegał Lancelot, wbijając się w kolczugę, jak 

futbolista w klubową koszulkę. 

–  Nie.  Wyjeżdżając,  przekreśliłabym  wszystko  raz  na  zawsze.  A zostając,  mogę 

próbować coś naprawić. W razie potrzeby będziesz mnie ratował. 

– Nie chcę cię zostawiać. 

–  Jeśli  mnie  skażą,  a ty  mnie  uratujesz,  przyrzekam  jechać  z tobą  do  Wesołej 

Twierdzy. 

– Ajeśli nie? 

–  Przetrzyj  hełm  skrajem  płaszcza  –  poradziła.  –  Jeśli  nie,  to  wrócisz  po  jakimś 

czasie i wszystko będzie tak jak dawniej. 

–  Tyle  wystarczy.  Bez  reszty  się  obejdę.  Wyprostował  się,  z okrwawionym  mieczem 

w dłoni, i zmierzył wzrokiem zwłoki matkobójcy. 

–  Brat  Garetha...  –  zadumał  się.  –  Może  był  pijany?  Niech  z Bogiem  spoczywa, 

chociaż dziwnie tak o nim mówić. 

Dama uniosła ku niemu postarzałą twarz. 

– A więc żegnaj – szepnęła. – Na krótko. 

– Żegnaj. 

– Nie pocałujesz mnie? 

Ucałował  jej  dłoń,  gdyż  był  pod  bronią,  zakuty  w stal  i umazany  krwią.  Oboje 

pomyśleli o trzynastu czekających za drzwiami. 

–  Chciałabym  dać  ci  coś  na  pamiątkę,  Lance,  i dostać  coś  od  ciebie.  Wymienimy 

pierścienie? 

Uczynili to. 

–  Niechaj  Bóg  mieszka  w tym  pierścieniu,  jako  ja  w nim  mieszkam  –  powiedziała 

Ginewra. 

Lancelot odwrócił się i skierował ku drzwiom, zza których dobiegały wrzaski. 

background image

– Wyłaź  z komnaty Królowej! Zdrajca Króla! Otwieraj! Napastnicy  donośną wrzawą 

rozgłaszali  skandal.  Lancelot  stanął  twarzą  do  drzwi,  w rozkroku,  i przemówił  w stylu 

rycerskim: 

–  Ucisz  się,  Sir  Mordredzie,  i posłuchaj  rady.  Odstąpcie  od  drzwi  komnaty,  nie 

wzniecajcie  wrzawy  i awantury.  Jeśli  odstąpicie  w pokoju,  przyrzekam,  że  jutro  z rana 

stawię się przed Królem, a wówczas przekonamy się, kto z was i spośród innych zarzuca 

mi  zdradę.  Odpowiem  wam  jak  rycerz,  żem  nie  przybył  tutaj  w zdrożnym  celu  – 

i dowiodę tego, a jeśli trzeba, potwierdzę czynem. 

–  Biada  zdrajcy!  –  rozległ  się  głos  Mordreda.  –  Prędzej  skrócimy  cię  o głowę 

i poćwiartujemy, niźli będziemy słuchać! 

–  Wiedz  –  wtórował  mu  inny  –  że  Król  Artur  dał  nam  wolną  rękę:  możemy 

oszczędzić cię, lub zgładzić! 

Lancelot  opuścił  przyłbicę  i pchnął  rygiel  w bok  końcem  miecza.  Masywne  drzwi 

rozwarły się z hukiem, ukazując przesmyk zatłoczony zbrojnymi z pochodniami. 

– Cóż, moi panowie – rzekł posępnie. – Skoro nie starcza wam honoru – brońcie się! 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VIII 

 

 

Minął  tydzień.  Klan  Gawaine’a  zebrał  się  w Sali  Sprawiedliwości.  Za  dnia  sala  ta 

wyglądała  inaczej  niż  w nocy,  gdyż  okna  zostały  odsłonięte.  Nie  była  już  pudełkiem, 

ograniczonym  niepokojącą,  podstępną  ślepotą  czterech  ścian  –  pułapką  z arrasów,  taką 

jak  tamta,  co  skusiła  Hamleta  do  polowania  po  omacku  z rapierem  na  szczury. 

Popołudniowe  słońce  lało  się  do  wnętrza,  wprost  na  misternie  utkaną  Batszebę, 

odsłaniającą  jędrne  piersi  nad  skrajem  cebrzyka,  który  stał  na  blankach  zamczyska, 

zbudowanego jakby z dziecinnych klocków – i na Dawida, brodatego, w koronie, z harfą 

w dłoni, który przyglądał się Batszebie z dachu sąsiedniej budowli. Słoneczne promienie 

ślizgały się po grzywach setek koni, po najeżonych karnie pikach, po hełmach i zbrojach 

sceny bitewnej obrazującej śmierć Uriasza. Sam Uriasz spadał właśnie z rumaka w pozie 

niedoświadczonego  nurka,  powalony  przez  adwersarza  ciosem  w okolice  przepony. 

Ostrze  miecza  częściowo  przekroiło  go  pasie,  więc  spadał,  biedak,  w dwóch  kawałkach, 

a z  rany  wypełzała  gromada  realistycznie  odwzorowanych  ceglastych  robali,  mających 

w zamierzeniu artysty przedstawiać jelita. 

Gawaine  z ponurą  miną  siedział  na  samym  końcu  jednej  z ław  bocznych 

przeznaczonych  dla  strony  skarżącej:  zaplótł  ręce  na  piersi,  a głowę  wsparł  o wiszący 

z tyłu arras. Gaheris przycupnął na skraju długiego stołu i bawił się trokami skórzanego 

kaptura  dla  jastrzębia:  próbował  wzmocnić  wiązanie,  a że  splot  troków  był  wielce 

skomplikowany,  poplątał  je  dokumentnie.  Stojący  obok  Gareth  aż  dygotał  z chęci 

przejęcia kaptura w swoje ręce, był bowiem pewien, że potrafi rozsupłać węzeł. Mordred, 

blady,  z ręką  na  temblaku,  wyglądał  przez  okno,  wsparty  o framugę.  Ból  wciąż  mu 

dokuczał. 

– Ten idzie pod rozcięciem – podpowiadał bratu Gareth. 

– Wiem, wiem, ale chcę najpierw przełożyć ten drugi. 

– Daj mi spróbować. 

– Zaraz, zaraz. Już prawie mam. 

– Kat gotów do dzieła – oznajmił od okna Mordred. – Uch. 

–  To  będzie  okrutna  śmierć  –  ciągnął  Mordred.  –  Drewno  jest  suche,  dymu  prawie 

nie będzie, skazana nie udusi się więc, zanim spłonie. 

– Tak uważasz? – syknął jadowicie Gawaine. 

– Biedna stara kobieta – pokiwał głową Mordred. – Doprawdy, można jej współczuć. 

Gareth zaatakował go z wściekłością: 

background image

– Trzeba było wcześniej żałować! 

– Teraz górny – mruknął Gaheris. 

–  O ile  wiem  –  kontynuował  swój  monolog  nie  zrażony  Mordred  –  przepisy 

wymagają, aby nasz pan i władca osobiście nadzorował z okna przebieg egzekucji. 

Gareth stracił resztki cierpliwości. 

–  Nie  mógłbyś  zamknąć  się  chociaż  na  chwilę?  Myślałby  kto,  że  lubisz  widok  ludzi 

płonących na stosie. 

Mordred skrzywił się pogardliwie. 

– A ty to nie? Uważasz tylko, że nie wypada się do tego przyznawać. Spalają w samej 

koszuli. 

– Na litość boską, bądź cicho! 

– A mnie się zdaje – zabrzmiał flegmatyczny jak zawsze głos Gaherisa – że nie ma się 

o co bać. 

Mordred, wściekły, doskoczył do niego. 

– Jak to: nie ma się o co bać? 

– Tak to – odpowiedział mu kąśliwie Gawaine. – Myślisz, 

■ że Lancelot nie pospieszy jej na ratunek? Akurat o n na pewno nie jest tchórzem. 
Mordred  myślał  intensywnie.  Z posągowej  figury  w oknie  przeistoczył  się  w kłębek 

nerwów. 

–  Jeśli  tak,  to  nie  obejdzie  się  bez  walki.  Król  Artur  będzie  musiał  bić  się 

z Lancelotem. 

– Król Artur będzie obserwował wszystko stąd. 

–  Ależ  to  oburzające!  –  szalał  Mordred.  –  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  Lancelot 

najspokojniej w świecie wymknie się z Królową, i to na naszych oczach? 

– Nic dodać, nic ująć. 

– Czyli żadne nie poniesie kary! 

–  Zlitujże  się,  człowieku!  –  krzyknął  Gareth.  –  Czy  ty  naprawdę  tak  bardzo  chcesz 

widzieć, jak ona skwierczy na stosie? 

–  Tak,  chcę!  Chcę!  Gawaine,  czy  zamierzasz  tu  siedzieć  z założonymi  rękami 

i pozwolić na takie bezeceństwo? Twój brat zginął! 

– Ostrzegałem Agravaine’a. 

–  Tchórze!  Gareth!  Gaheris!  Przekonajcie  go!  Nie  wolno  wam  puścić  tego  płazem! 

Ten człowiek zamordował Agravaine’a, waszego brata! 

–  W wersji,  która  do  mnie  dotarła,  Mordredzie,  Agravaine  wraz  z trzynastoma 

innymi rycerzami w pełnej zbroi próbował zgładzić Lancelota, gdy ten nie miał na sobie 

nic oprócz szlafroka. Skutek tego był taki, że i Agravaine, i reszta rycerzy postradała życie 

background image

– wszyscy poza jednym, który uciekł. 

– Nie uciekłem. 

– Ale jakoś żyjesz. 

– Przysięgam, Gawaine, że nie uciekłem. Walczyłem z nim najlepiej jak umiałem, ale 

kiedy  złamał  mi  rękę  –  nie  miałem  szans.  Na  mój  honor,  Gawaine,  wierz  mi,  że 

walczyłem! – Mordred prawie płakał. – Nie jestem tchórzem! 

–  Skoro  twierdzisz,  że  nie  uciekłeś  –  wtrącił  się  Gaheris  –  to  jak  to  się  stało,  że 

Lancelot  puścił  cię  wolno,  chociaż  zabił  wszystkich  innych?  Przecież  zgładzenie 

wszystkich było w jego interesie, gdyż wówczas nie miałby świadków. 

– Złamał mi rękę. 

– Owszem, ale cię nie zabił. 

– Mówię prawdę. 

– A jednak cię nie zabił. 

Bezsilna wściekłość i ból ręki zwyciężyły: Mordred rozbeczał się jak dziecko. 

–  Zdrajcy!  Zawsze  to  samo!  Jednoczycie  się  przeciwko  mnie,  bo  jestem  najsłabszy. 

Trzymacie  stronę  tępych  osiłków,  a mnie  nie  wierzycie.  Agravaine  zabity  –  opłakaliście 

go i ani myślicie ścigać mordercę! Zdrajcy, zdrajcy! Nic się przez was nie zmieni! 

Wejście Króla zamknęło mu usta. Artur wyglądał na zmęczonego. Podszedł wolno do 

tronu  i zasiadł  na  nim.  Dał  znak  zebranym,  którzy  wstali  przez  uszanowanie,  aby  na 

powrót  zajęli  swoje  miejsca.  Gawaine  opuścił  się  ciężko  na  ławę,  lecz  Gareth  i Gaheris 

stali nadal, z serdecznym żalem przyglądając się Królowi. Ciszę mącił jedynie stłumiony 

szloch Mordreda. 

Artur przeciągnął dłonią po czole. 

– Czemu on płacze? 

–  Próbował  nam  wyjaśnić  –  odparł  Gawaine  –  dlaczego  Lancelot,  uśmierciwszy 

trzynastu rycerzy, zreflektował się i postanowił oszczędzić naszego kochanego Mordreda. 

Widocznie zadzierzgnęła się między nimi nić sympatii. 

–  Zdaje  się,  że  ja  znam  odpowiedź.  Widzicie,  panowie,  przed  dziesięciu  dniami 

prosiłem Sir Lancelota, aby nie zabijał mojego syna. 

– Wielkie dzięki za nic – skrzywił się Mordred. – Nie mnie dziękuj, Mordredzie, lecz 

Lancelotowi. 

– Szkoda, że mnie nie zabił. 

– Mnie nie szkoda. Zdobądźże się na odrobinę wyrozumiałości, mój synu, w tej jakże 

trudnej  dla  nas  sytuacji.  Pamiętaj,  że  jestem  twoim  ojcem.  Wraz  z tobą  straciłbym  całe 

potomstwo. 

– Żałuję, że się urodziłem. 

background image

– Ja też tego żałuję, mój biedny chłopcze. Lecz skoro się już stało, wykorzystajmy ten 

fakt jak najlepiej. 

Mordred  prawie  podbiegł  do  tronu;  na  jego  twarzy  malował  się  wyraz  fałszywej 

skromności. 

– Ojcze! – zwrócił się do Artura. – Czy wiesz, że Lancelot ma przybyć jej na ratunek? 

– Spodziewałem się tego. 

– Więc wystawiłeś na drogach rycerzy, aby go zatrzymali? Wzmocniłeś straże? 

– Moich straży nie da się już wzmocnić, Mordredzie. Staram się działać uczciwie. 

– Ojcze!  – nalegał Mordred. – Poślij Gawaine’a i tych  dwóch, aby  wzmocnili straże. 

Ja  na  twoim  miejscu  uważałbym  za  nieuczciwe  wystawienie  słabej  straży  w obliczu 

groźby ataku Lancelota: byłaby to zdrada własnych żołnierzy. Świadome wydanie ich na 

śmierć. 

–  Za  pozwoleniem  Waszej  Wysokości,  ja,  tak  czy  siak,  nie  pójdę.  Uprzedzałem  tych 

dwóch  od  samego  początku,  że  nie  chcę  mieć  z tą  hecą  nic  wspólnego.  Nie  mam 

przyjemności oglądać Królowej Ginewry na stosie, na który oby nigdy nie trafiła, a już na 

pewno nie będę go podpalał. Ostatnie moje słowo. 

– Cuchnie zdradą – syknął Mordred. 

– Niech sobie cuchnie czym chce, a ja lubię Królową, i tyle! 

– Ja też lubię Królową, Gawaine. Ożeniłem się z nią przecież. Lecz gdy w grę wchodzi 

sprawiedliwość powszechna, trzeba oddalić pospolite uczucia. 

– Ja tam chyba nie umiem swoich oddalić. Król zwrócił się ku pozostałym. 

–  Gareth?  Gaheris?  Czy  zechcecie  uczynić  mi  tę  grzeczność,  przywdziać  zbroje 

i wzmocnić straże? 

– Nie proś nas o to, wuju! 

– Wiesz, że niełatwo mi was prosić, Gareth. 

–  Wiem,  lecz  nie  zmuszaj  nas,  błagam!  Lancelot  jest  moim  przyjacielem,  jakżebym 

mógł z nim walczyć? 

Król dotknął jego dłoni. 

–  Lancelot  oczekiwałby  tego  od  ciebie,  mój  drogi,  bez  względu  na  to,  kto  jest  po 

drugiej stronie. Lancelot także wierzy w sprawiedliwość. 

–  Nie  podniosę  na  niego  miecza,  wuju.  On  mnie  pasował  na  rycerza.  Pójdę,  jeżeli 

każesz, ale bez zbroi. I tak czuję, że popełniam zdradę. 

– Ja jestem gotów iść w zbroi – zgłosił się Mordred. – Nawet ze złamaną ręką. 

–  Patrzcie  go,  bohatera!  –  zadrwił  Gawaine.  –  Wielkie  mi  ryzyko,  jak  Król  prosił 

Lancelota, żeby cię nie zabijał. 

– Zdrajco! 

background image

– A ty, Gaheris? – spytał Król. 

– Pójdę tak jak Gareth, bez zbroi. 

– Chyba nic więcej nie wskóramy. Mam nadzieję, że uczyniłem wszystko, co należy. 

Gawaine podniósł się z ławy i podszedł do Króla w niezdarnym odruchu współczucia. 

– Uczyniłeś o wiele więcej, niż należy – zapewnił go serdecznie, ujmując wielką łapą 

żylastą  dłoń  Artura.  –  Miejmy  nadzieję,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Pozwól  iść  moim 

braciom bez zbroi. On nie zrobi im krzywdy, gdy ich pozna. A ja zostanę tu z tobą. 

– Idźcie. 

– Czy mam dać katu rozkaz rozpoczęcia? 

–  Tak,  Mordredzie,  skoro  musisz.  Wręcz  katu  mój  pierścień  i odbierz  nakaz 

aresztowania od Sir Bedivere’a. 

– Dzięki, ojcze. Dzięki. Zaraz wracam. 

Blada twarz Mordreda płonęła entuzjazmem i, o dziwo, nagle szczerą wdzięcznością. 

Kiedy  wypadł  z komnaty  w ślad  za  braćmi  oddelegowanymi  do  wzmocnienia  straży, 

wzrok  jego  pałał,  a w  kąciku  ust  drgał  silny  tik.  Stary  Król,  pozostawiony  sam  na  sam 

z Gawaine’em, opuścił skołataną głowę, kryjąc twarz w dłoniach. 

– Mógł zachować chociaż pozory przyzwoitości. Mógł postarać się ukryć zadowolenie. 

Gawaine położył dłoń na przygarbionym ramieniu monarchy. 

–  Nic  się  nie  bój,  wuju.  Wszystko  będzie  dobrze.  Lancelot  na  pewno  zdąży  ją 

uratować i nikomu nie stanie się najmniejsza krzywda. 

– Zawsze usiłowałem spełniać swoje obowiązki. 

– I zawsze budziłeś tym powszechny podziw. 

– Skazałem ją, bo tak wymaga prawo. Zrobiłem wszystko, co trzeba, aby wyrok mógł 

zostać wykonany. 

– Ale nie zostanie wykonany, bo Lancelot ją uratuje. 

– Gawainie, nie powinieneś myśleć, że liczę na jej uratowanie. Jako Najwyższy Sędzia 

Anglii stwierdzam, że mamy obowiązek spalić ją na stosie, bez litości. 

–  Jasne,  wuju,  jasne,  wszyscy  wiedzą,  jak  się  starałeś.  Ale  to  nie  zmienia  faktu,  że 

w głębi duszy obaj życzymy jej ocalenia. 

– Och, Gawainie! – westchnął żałośnie Artur. – Tyle lat była moją żoną! 

Gawaine podszedł do okna. 

– Nie zadręczaj się, wuju. Wszystko będzie dobrze. 

–  Co  znaczy  „dobrze”?  –  krzyknął  rozpaczliwie  starzec.  –  Co  znaczy  „źle”?  Jeżeli 

Lancelot przybędzie jej na ratunek, może zabić niewinnych strażników, których posłałem 

do pilnowania stosu. A oni mi ufają. Postawiłem ich tam dla powstrzymania Lancelota – 

bo tak chce prawo. Jeśli Lancelot ma ocalić Ginę – musi ich zabić. Jeśli ich nie zabije – 

background image

ona  spłonie.  Spłonie  na  śmierć,  Gawainie,  w okrutnych  męczarniach  –  moja  ukochana 

Ginusia! 

– Nie myśl o tym, wuju. Tak się nie stanie. Król był już jednak na skraju załamania. 

– Więc dlaczego go jeszcze nie ma? Na co czeka? Gawaine tłumaczył spokojnie: 

–  Musi  przecież  poczekać,  aż  ją  wyprowadzana  plac;  inaczej  musiałby  wziąć  zamek 

szturmem. 

–  Ostrzegałem  ich,  Gawainie.  Parę  dni  wcześniej  dałem  im  do  zrozumienia,  co  się 

szykuje.  Ale  pewnych  rzeczy  nie  da  się  powiedzieć  delikatnie.  Ja  sam  też  byłem  głupi  – 

wolałem  nie  wiedzieć,  miałem  nadzieję,  że  dopóki  nic  nie  wiem  oficjalnie,  wszystko 

w końcu  jakoś  się  ułoży.  Uważasz,  że  to  moja  wina?  Uważasz,  że  mogłem  ich  ocalić, 

gdybym tylko postąpił inaczej? 

– Postąpiłeś najlepiej jak można. 

–  Za  młodu  dopuściłem  się  niegodziwości,  z której  wynikły  wszystkie  nieszczęścia 

mego  życia.  Czy  twoim  zdaniem  można  przekreślić  zły  czyn,  spełniając  później  dobre 

uczynki?  Bo  ja  w to  nie  wierzę.  Od  tamtego  czasu  ciągle  staram  się  spełniać  dobre 

uczynki,  ale  moje  zło  trwa  i zatacza  coraz  szersze  kręgi.  Nie  daje  się  powstrzymać.  Czy 

sądzisz, że i to jest jego przejaw? 

– Nie znam się na tym. 

–  Straszne  to  czekanie!  –  rozpaczał  Król.  –  O ileż  straszniejsze  musi  być  dla  Giny! 

Czemu nie wyprowadzą jej od razu i nie skończą z tym? 

– Jeszcze chwila. 

–  To  nie  jej  wina.  A więc  moja?  Czy  popełniłem  błąd,  przyjmując  oskarżenie 

Mordreda?  Może  należało  oddalić  sprawę?  Uniewinnić  Królową?  Przymknąć  oko  na 

moje własne nowe prawa? Czy tak właśnie powinienem był postąpić? 

– Mogłeś to zrobić. 

– Mogę robić, co mi się podoba. 

– No właśnie. 

–  Tylko  co  by  się  wówczas  stało  ze  sprawiedliwością?  Jakie  byłyby  konsekwencje 

mojego  bezprawia?  Niesprawiedliwość,  podłość,  utopione  niemowlęta!  Widziałem  je 

wokół siebie przez całą wczorajszą noc. 

Gawaine przemówił cichym, zmienionym głosem: 

– Nie wolno teraz myśleć o takich rzeczach. Trzeba mężnie stawić czoło trudnościom. 

Stać cię na to? 

Król kurczowo zacisnął dłonie na oparciach tronu. 

– Tak. 

– Chyba musisz podejść do okna. Właśnie ją wyprowadzają. 

background image

Starzec ani drgnął, tylko jego palce zacisnęły się mocniej na drewnianych oparciach. 

Patrzył  przed  siebie  nieobecnym  wzrokiem.  Nagle  dźwignął  się,  przenosząc  ciężar  ciała 

na  dłonie,  i ruszył  na  zew  obowiązku.  Jego  obecność  przy  egzekucji  była  niezbędnym 

warunkiem legalności ponurej operacji. 

– Ubrali ją w białe giezło. 

Zrazu obserwowali scenę w drętwym milczeniu, jak ludzie, którzy muszą wystrzegać 

się  wzruszeń.  Lecz  hamowana  rozpacz  wprawiła  ich  w rodzaj  zobojętnienia,  w którym 

stali się zdolni do zdawkowej konwersacji. 

– Tak, widzę. 

– Co robią? 

– Trudno powiedzieć. 

– Pewnie się modlą. 

– No tak. Tam z przodu stoi biskup. Chwilę patrzyli na modlących się. 

– Jak dziwnie wyglądają. 

– Czemu dziwnie? Zwyczajnie. 

–  Myślisz,  że  mogę  już  usiąść?  –  spytał  Król,  jak  małe  dziecko.  –  Przecież  się 

pokazałem. 

– Musisz zostać. 

– Chyba nie wytrzymam. 

– Musisz. 

– A jeśli ona spojrzy w górę? 

– Musisz zostać, aby uczynić zadość prawu. 

Pod  oknem,  na  skróconym  perspektywą  placu  targowym,  śpiewano  hymn.  Z góry 

trudno  było  rozróżnić  słowa  i melodię.  Widać  było  tylko  księży  krzątających  się  przy 

przedśmiertnych  obrzędach,  nieruchomych  rycerzy  w lśniących  zbrojach  i mrowie 

ludzkich  głów  –  jak  gruby  wieniec  z orzechów  kokosowych  –  okalające  cały  plac. 

Niełatwo było dostrzec w tym tłumie Królową: porwał ją nurt ceremoniału. To oblegała ją 

grupka  urzędników,  to  spowiedników,  to  przedstawiano  ją  katu,  to  skłaniano,  aby 

uklękła i modliła się, to znów kazano wstawać i przemawiać, to miotano na nią kalumnie, 

to  wciskano  w dłonie  gromnice,  to  jej  wybaczano  i błagano  o wybaczenie  –  a wszystko 

razem wiodło do nieuchronnego końca, do wygnania jej z życia z należnym zachowaniem 

dystynkcji  i honoru.  Średniowieczne  morderstwo  w majestacie  prawa  odbywało  się 

z pompą i paradą. 

– Ani śladu odsieczy? – spytał Król. 

– Nie widzę. 

– Spóźnia się. 

background image

Śpiew za oknem umilkł, pozostawiając po sobie przykrą ciszę. 

– Jak długo jeszcze? 

– Parę chwil. 

– Pozwolą jej się wyspowiadać? 

– Oczywiście. 

– Może i my się pomodlimy? – spytał nagle starzec. 

– Jeśli taka twoja wola. 

– Uklękniemy? 

– Wszystko jedno. 

– Jak mamy się modlić? 

– Nie wiem. 

– Może zmówimy Ojcze Nasz? Nic więcej nie pamiętam. 

– Ojcze Nasz w zupełności wystarczy. 

– Głośno? Razem? 

– Jeśli taka twoja wola. 

– Gawaine, ja chyba muszę uklęknąć. 

– Ja postoję – rzekł potomek Orknejów. 

– Zacznijmy więc... 

Ledwie  wypowiedzieli  pierwsze  słowa  swych  niewprawnych  błagań,  z oddali,  spoza 

placu, zabrzmiał nikły głos trąbki. 

– Czuj duch, wuju! Modlitwa zamarła w pół słowa. 

– Jacyś żołnierze. Konni, jak się zdaje! Artur już zerwał się na nogi, już był w oknie. 

– Gdzie? 

– Słuchaj! Hejnał! 

Czysty, przenikliwy, radosny śpiew trąbki wdarł się już do komnaty. Król uczepił się 

łokcia Gawaine’a i szarpał z całej siły, wołając drżącym głosem: 

– To mój Lancelot! Wiedziałem, że nie zawiedzie! 

Gawaine  przecisnął  bary  przez  wąską  framugę.  Król  napierał  na  niego  –  też  chciał 

widzieć. 

– Tak, to Lancelot! 

– Cały w srebrze! 

– Czerwony skos na srebrnym tle! 

– To ci chwat! 

– Patrz, co się dzieje! 

A było na co patrzeć. Na placu podniósł się tumult jak w filmie z Dzikiego Zachodu. 

Pospólstwo  pierzchało  na  wszystkie  strony.  Strażnicy  próbowali  w pośpiechu  dosiąść 

background image

koni:  każdy  zjedna  nogą  w strzemieniu  skakał  przy  kręcącym  się  w kółko  rumaku. 

Ministranci  ciskali  kadzielnicami.  Księża  łokciami  przepychali  się  przez  tłum.  Biskup, 

który  chciał  mężnie  wytrwać  na  posterunku,  został  bezceremonialnie  porwany 

i uniesiony  w stronę  kościoła,  a w  ślad  za  nim  fale  tłumu  pruł  pastorał,  wzniesiony 

niczym  sztandar  bojowy  ręką  wiernego  diakona.  Baldachim,  który  jeszcze  przed  chwilą 

dzierżono nad kimś, albo nad czymś, tonął w tumulcie z przekrzywionymi drzewcami, jak 

„Titanic”  na  Atlantyku.  Olśniewająca  fala  kawalerii  zalała  plac,  z brzękiem  metalu 

i zgiełkiem  trąb:  kity  na  hełmach  powiewały  jak  indiańskie  pióropusze,  miecze  śmigały 

unisono, niczym tryby osobliwej maszynerii. Opuszczona przez garstkę kapłaństwa, które 

w pośpiechu  dopełniło  obrzędów,  Ginewra  w białym  gieźle  stała  na  stosie  z mężnie 

uniesioną  głową.  Trwała  jak  posąg,  przywiązana  do  wysokiego  pala.  Górowała  nad  całą 

sceną. U jej stóp kotłował się walczący tłum. 

– Ależ szarżują, ależ bodą konie ostrogami! 

– W szarży i tak żaden ci nie dorówna. 

– Ach, nieszczęsny strażnik! Artur załamał ręce. 

– Ktoś spadł z konia – zauważył Gawaine. 

– To Segwarides. – Ale bigos! 

– Nikt się dotąd nie oparł szarży Segwaridesa, nigdy! – gorączkował się Artur. – Co 

za cios! 

– Już po Sir Pertilopie. 

– Nie, nie, to Perimones, jego brat. 

– Patrz, jak miecze łyskają w słońcu! Patrz na te kolory! Niesamowite, co? Brawo, Sir 

Gillimerze, świetny cios! 

–  Patrz  lepiej  na  Lancelota!  –  skarcił  go  Król.  –  Miota  się  jak  w ukropie.  Bach! 

Aglovale spadł z konia! Lancelot pędzi do Królowej! 

– Priam go zatrzyma. 

– Priam? Nonsens! Wygramy, Gawaine, powiadam ci: wygramy! 

Wielkolud obrócił się ku niemu, wyszczerzony od ucha do ucha. 

– Jacy „my”? 

– No dobrze, niech ci będzie, kapuściana głowo. Sir Lancelot wygra. O, już zbliża się 

do Królowej! Patrz! Podaje jej suknię i płaszcz! 

– Rzeczywiście. 

– Mój Lancelot nigdy by nie pozwolił, aby moją Ginewrę widziano w koszuli. 

– Wiadomo. – Patrz, ubierają. 

– Ona się uśmiecha. 

– Kochane stworzenia, niech im Bóg błogosławi. Lecz cóż tam za rzeź w piechocie! 

background image

– Z przeproszeniem, już kończą. 

– Lancelot nie uśmierca bez potrzeby. W tym względzie możemy mu ufać, prawda? 

– Święta prawda. 

– Kto tam leży pod koniem? Damas? 

– Tak. Damas zawsze nosił czerwony pióropusz. Chyba szykują się do odwrotu. Ależ 

się uwinęli! 

– Ginewra już siedzi w siodle. 

Znów rozległ się sygnał trąbki – lecz inny. 

– Trąbią do odwrotu. O, Panie, Panie, zlituj się nad tym bałaganem! 

– Mam nadzieję, że nie ma wielu rannych – niepokoił się Król. – Widzisz stąd? Może 

należało posłać im pomoc? 

– Paru na pewno trafi do parku sztywnych – odparł rzeczowo Gawaine. 

– Mój wierny strażnik... 

– Pewnie kilkunastu. 

– Moi dzielni żołnierze! Wszystko to moja wina! 

–  Nie  zauważyłem  tu  czyjejś  szczególnej  winy,  a jeśli  nawet,  to  najwyżej  mojego 

brata,  ten  zaś  jest  już  martwy.  To  już  ostatni  –  wskazał  znikającego  z placu  rycerza.  – 

Spójrz, widać jeszcze biały płaszcz Królowej! 

– Myślisz, że mogę jej pomachać? – Nie. 

– Myślisz, że nie wypada? – Tak. 

– W takim razie nie pomacham. Chociaż tak bym chciał... Ona odjeżdża... 

Gawaine nie krył serdecznego wzruszenia. 

–  Wuju  Arturze!  Jesteś  wspaniałym  człowiekiem.  Widzisz,  mówiłem  ci,  że  wszystko 

dobrze się skończy. 

– Ty też jesteś wspaniałym człowiekiem, Gawaine. I porządnym. I dobrym. 

Ucałowali się po dawnemu, serdecznie, w oba policzki. 

– No, stary... – mruczeli przy tym. – No, stary... 

– Co teraz? – spytał Król. 

– To już od ciebie zależy. 

Stary  Król  rozejrzał  się  wokół,  jakby  istotnie  poszukiwał  zajęcia.  Wszelkie  oznaki 

starości  i niedołęstwa  nagle  go  opuściły:  Artur  wyprostował  się,  policzki  mu  się 

zaróżowiły,  a zmarszczki  na  skroniach  utworzyły  gęste  wachlarzyki  –  skutek  wesołego 

uśmiechu. 

– Na początek proponuję gigantyczny toast. 

– Świetna myśl! – pochwalił Gawaine. – Wołajmy pazia. 

–  Paziu!  Paziu!  –  wołał  Artur  od  drzwi.  –  Gdzież,  u licha,  on  się  podziewa?  Paziu! 

background image

Chodź  no  tutaj,  niecnoto,  daj  nam  wina!  Gdzieżeś  łaził?  Oglądać  swoją  panią,  jak  się 

smaży na stosie? Ładny mi widok dla dzieci! 

Rozbawiony młodzik pisnął wesoło i pognał z powrotem w dół po schodach, na które 

był się już wgramolił do połowy. 

– A po toaście? – spytał Gawaine. 

Artur wrócił od drzwi zadowolony, zacierając ręce. 

– Jeszcze o tym nie myślałem. Coś się zawsze zdarzy. Może namówimy Lancelota na 

przeprosiny lub inną formę ugody – mógłby wówczas do nas wrócić. Podsunęłoby mu się 

jakieś alibi: że, na przykład, stawił się w komnacie Królowej na jej wyraźny rozkaz, celem 

ostatecznego wyjaśnienia sprawy Meliagrance’a, o której Królowa nie chciała rozmawiać 

publicznie.  A potem,  naturalnie,  musiał  ocalić  Ginewrę,  wiedząc,  że  jest  niewinna. 

Jestem  pewien,  że  da  się  to  jakoś  załatwić.  Z tym,  że  w przyszłości  musieliby  się 

prowadzić wzorowo. 

Gawaine pierwszy ochłonął z entuzjazmu. 

– Wątpię... – wycedził wolno, patrząc w ziemię. Król spojrzał na niego pytająco. 

– Wątpię, czy uda się cokolwiek załatwić, dopóki Mordred żyje. 

W  tej  samej  chwili  blada  dłoń  uniosła  zasłonę  w drzwiach  i ukazała  się  upiorna 

postać w pół-zbroi, z obnażoną ręką na temblaku. 

–  Nigdy  –  zabrzmiał  głos  wytrawnego  aktora,  który  bezbłędnie  trafia  w kwestię  – 

dopóki Mordred żyje. 

Artur  odwrócił  się,  zaskoczony.  Spojrzał  w płonące  dziką  gorączką  oczy  syna  i z 

troską ruszył ku niemu. 

– Mordred, co za niespodzianka! 

– Artur, co za niespodzianka. 

– Jak śmiesz w ten sposób odzywać się do Króla! – zaprotestował Gawaine. 

– Jak śmiesz w ogóle odzywać się do mnie. 

Zimny, beznamiętny ton Mordreda zatrzymał Króla w pół drogi. Pierwszy szok zaraz 

minął i Artur wziął się w garść. 

– Spokojnie – łagodził. – To była straszna jatka, wiemy o tym. Widzieliśmy wszystko 

z okna. Jednak sam chyba przyznasz, że dobrze się stało: twoja ciotka jest cała i zdrowa, 

a jednocześnie wszystkim wymogom sprawiedliwości stało się zadość. 

– To była straszna jatka. 

Głos  Mordreda  brzmiał  mechanicznie,  ale  słowa  były  brzemienne  znaczeniem.  – 

Piechota... 

– W drobny mak. 

Gawaine niczym wielka machina natarł na przyrodniego brata całym ciałem. 

background image

– Mordredzie – bełkotał. – Mordredzie, gdzie zostawiłeś Sir Garetha? 

– Chyba: gdzie zostawiłem obu? Rudowłosy olbrzym bełkotał coraz szybciej: 

– Nie małpuj mnie! Nie papuguj mnie! Gadaj, gdzie oni są! 

– Sam ich sobie poszukaj, Gawaine, wśród żołnierzy na placu. 

– Gareth i Gaheris... – zaczął Artur. 

– Leżą na placu – dokończył Mordred. – Trudno ich było poznać, tyle krwi. 

– Ale sami nie są chyba ranni? Byli bez broni. Mów: czy są ranni? 

– Są martwi. 

– Bredzisz, Mordred. 

– Bredzisz, Gawaine. 

– Przecież byli bez zbroi – powiedział Król. 

– Byli bez zbroi. 

– Mordredzie – rzekł Gawaine strasznym głosem – jeżeli kłamiesz... 

– ...to szlachetny Gawaine posieka na kawałki swojego ostatniego brata. 

– Mordredzie! 

– Arturze – Mordred z kamienną twarzą wytrzymał wzrok ojca; w jego oczach kłębiła 

się szaleńcza mieszanka nienawiści, bezczelności i rozpaczy. 

–  Jeśli  to  prawda,  to  straszna  prawda.  Kto  miał  sumienie  zabić  Garetha,  w dodatku 

nie uzbrojonego? 

– Ciekawe, kto? 

–  Przecież  oni  dwaj  w ogóle  nie  mieli  się  bić.  Stali  z boku,  bo  tak  im  kazałem.  A do 

tego  Lancelot  jest  serdecznym  przyjacielem  Garetha,  chłopiec  żył  w przyjaźni  z całym 

rodem Banów. To, co sugerujesz, jest niemożliwe. Jesteś pewien, że się nie pomyliłeś? 

Głos Gawaine’a wypełnił nagle całą komnatę: 

– Mordredzie! Kto zabił moich braci? 

– Spróbuj sam zgadnąć. 

Wściekły olbrzym podskoczył do garbusa. Trząsł się z oburzenia. 

– Kto, jak nie Sir Lancelot, mój krzepki przyjacielu. 

– Łżesz! Muszę  się przekonać na własne oczy. Gawaine wypadł  z komnaty, niesiony 

tym samym impetem, który go przed chwilą rzucił w stronę brata. 

– Czy jesteś pewien, Mordredzie, że obaj nie żyją? 

–  Gareth  ma  odcięty  czubek  głowy  –  odparł  obojętnie  Mordred  –  i lekko  zdziwiony 

wyraz  twarzy.  Gaheris  natomiast  nie  ma  żadnego  wyrazu  twarzy,  gdyż  rozłupano  mu 

głowę na pół. 

Król był tym bardziej zdziwiony, niż zgorszony. 

– Ależ Lance nie mógł tego zrobić... – rzekł ze smutnym niedowierzaniem. – Znał ich 

background image

przecież...  Kochał  ich.  Byli  bez  hełmów,  więc  mógł  rozpoznać  ich  twarze.  Garetha 

osobiście pasował na rycerza. Nigdy nie zrobiłby czegoś podobnego, nigdy! 

– Naturalnie, że nie. 

– Jak to? Przecież sam przed chwilą mówiłeś, że zrobił. 

– Bo twierdzę, że zrobił. 

– To na pewno pomyłka. 

– To na pewno pomyłka. 

– Co masz na myśli? 

–  Mam  na  myśli  to,  że  szlachetny  i nieustraszony  Rycerz  z Jeziora,  który  za  twoim 

przyzwoleniem  przyprawił  ci  rogi  i uprowadził  żonę,  na  odjezdnym  nie  odmówił  sobie 

przyjemności  zamordowania  moich  dwóch  braci,  nie  uzbrojonych  i miłujących  go 

z całego serca. 

Artur przysiadł na ławie. Mały paź, który właśnie przyniósł Królowi zamówione wino, 

skłonił się przed nim dwornie. 

– Wino dla Waszej Królewskiej Mości. 

– Zabierz je z powrotem. 

– Sir Lucan, majordomus Waszej Królewskiej Mości, pyta, czy mógłby dostać pomoc 

do wnoszenia rannych i jakieś płótno na bandaże? 

– Idź z tym do Sir Bedivere’a. 

– Tak jest, Wasza Królewska Mość. 

– Paziu! – zawołał Król za odchodzącym chłopcem. 

– Słucham, panie? 

– Ilu zabitych? 

– Mówią, że dwudziestu rycerzy zginęło: Sir Belliance, Sir Segwarides, Sir Griflet, Sir 

Brandiles,  Sir  Aglovale,  Sir  Tor,  Sir  Gauter,  Sir  Gillimer,  trzej  bracia  Sir  Reynolda,  Sir 

Damas,  Sir  Priam,  Sir  Kay  Cudzoziemiec,  Sir  Driant,  Sir  Lambegus,  Sir  Herminde  i Sir 

Pertilope. 

– A Gareth i Gaheris? 

–  O nich  nic  nie  słyszałem,  Wasza  Królewska  Mość.  Zasapany,  bełkoczący,  czewony 

na twarzy Gawaine wbiegł z powrotem do komnaty. Popędził jak małe dziecko wprost do 

Artura. 

–  To  prawda!  –  szlochał.  –  To  prawda!  Znalazłem  świadka.  Biedny  Gaheris  i nasz 

malutki braciszek Gareth, obu ich zaszlachtował, bezbronnych, bez zbroi! 

Gawaine padł na kolana i wtulił rudosiwą głowę w fałdy królewskiego płaszcza. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ IX 

 

 

Minęło  pół  roku.  Rześki,  zimowy  poranek  zastał  Wesołą  Twierdzę  spowitą  w biel. 

Słońce  świeciło  z prawa  pod  północny  wiatr,  nie  tykając  szronu  na  wschodniej  ścianie 

barbakanu. Na dookolnych łąkach szpaki i siewki pilnie przeszukiwały zwarzone mrozem 

trawy.  Szkielety  drzew  wyglądały  jak  modele  układu  nerwowego.  Gdy  się  przypadkiem 

kopnęło krowi placek – dudnił jak deska. Wszystko miało kolor zimy: odcień spłowiałej, 

omszałej  zieleni  –  jak  we  lwetowy  jasiek,  który  latami  leżał  na  słońcu.  Nagie  konary 

drzew  przywdziały  śnieżne  szale,  a pociemniałe  żałobnie  chojaki  –  białe  opończe.  Lód 

trzaskał  na  kałużach  i zamarzniętej  fosie.  A nad  wszystkim,  w promieniach  bezsilnego 

zimowego słonka, górowała Wesoła Twierdza; piękny widok. 

Zamek  Lancelota  nie  onieśmielał  niedostępnością.  Staroświeckie  fortece,  tak 

powszechne  w czasach  koronacji  Artura,  coraz  częściej  ustępowały  miejsca  budowlom 

fantazyjnym  i wesołym  –  choć  może  trudno  nam  w to  uwierzyć,  gdy  dziś  zwiedzamy 

szare, zwaliste, kruszące się kamienne ruiny. W owym czasie nowoczesne warownie były 

gipsowane,  a domieszka  chromu  nadawała  murom  odcień  lekko  złotawy.  Kryte  gontem 

wieże  –  okrągłe,  na  modłę  francuską  –  obrastały  gęsto  w wymyślne  dobudówki 

i ornamenty. Były wśród nich małe, kryte, bajeczne mostki, łączące, dajmy na to, kaplicę 

z wieżą – jak Most Westchnień w Cambridge. Były schody zewnętrzne, wiodące Bóg wie 

dokąd – może do nieba. Spomiędzy machikułów ni stąd ni zowąd wyłaniały się strzeliste 

kominy. Na bezpiecznej wysokości, tam gdzie niegdyś byłaby ślepa ściana, widniały okna 

z barwnymi  witrażami.  Sztandary,  krucyfiksy,  maszkarony,  wodotryski,  kurki-

wiatrowskazy,  wieżyczki  i dzwonnice  tłoczyły  się  na  wieńczących  mury  spadzistych 

dachach, krytych czerwoną dachówką, omszałym kamieniem lub gontem. Całość nie była 

już  właściwie  zamkiem,  ale  miastem.  Z daleka  przywodziła  na  myśl  francuską  bagietkę, 

a nie przaśny, zakalcowaty chleb celtyckich Szkotów. 

Tę wesołą fortecę okalało obozowisko wroga, który trzymał ją w oblężeniu. Królowie 

w owych  czasach  wozili  z sobą  na  wojenne  kampanie  domowe  arrasy,  których  przepych 

świadczył  o randze  szturmującego  obozu.  Namioty  oblegających  były  czerwone,  zielone, 

w szachownicę i w pasy. Niektóre miały obicie z jedwabiu. W takim to właśnie labiryncie 

kolorów,  lin  i mocujących  je  śledzi  namiotowych,  najeżonych  włóczni,  wśród  ślęczących 

nad  szachownicami  graczy  i kręcących  się  wszędzie  markietanek,  w przepychu 

obwieszonych  arrasami  wnętrz,  pełnych  złotej  zastawy,  zasiadł  Artur  Król  Anglii, 

zdecydowany wziąć przyjaciela głodem. 

background image

Lancelot i Ginewra stali w paradnej komnacie przy kominku. Ognia nie rozpalano już 

pośrodku sali, skąd dym uchodził jak mógł, przez otwory latarni. Lancelot miał kominek 

co  się  zowie,  bogato  rzeźbiony  w herby  i podpory  tarczowe  rodu  Benwick,  zdolny 

pomieścić  dobre  pół  drzewa  –  tyleż  właśnie  żarzyło  się  oto  w palenisku.  Gołoledź  na 

dworze  przerwała  wojnę:  konie  za  bardzo  się  ślizgały.  Był  to  więc  dzień  nieformalnego 

zawieszenia broni. 

– Nie mieści mi się w głowie, że mogłeś to zrobić – mówiła Ginewra. 

– Ani mnie, Jenny. Więcej: ja w ogóle nie pamiętam takiej sceny, ale skoro wszyscy 

tak mówią... 

– Naprawdę nic nie pamiętasz? 

–  Widocznie  wciągnął  mnie  wir  walki,  bałem  się  o ciebie,  a tu  wokoło  kupa  ludzi 

wymachuje  bronią,  rycerze  tarasują  przejście  –  musiałem  wyrąbywać  sobie  drogę 

mieczem. 

– To nie w twoim stylu. 

–  Chyba  nie  myślisz,  że  zrobiłem  to  celowo?  –  spytał  z wyrzutem.  –  Gareth  kochał 

mnie bardziej niż rodzonych braci. Byłem dla niego jak przybrany ojciec. Na litość boską, 

dajmy temu spokój! 

–  Masz  rację.  Może  to  i lepiej  dla  niego,  że  już  nie  musi  brać  w tym  wszystkim 

udziału. Biedaczek... 

Lancelot,  wsparty  ramieniem  o gzyms  kominka,  w zamyśleniu  trącał  czubkiem  buta 

tlącą się kłodę i patrzył w żar rozświetlający spopielałe drewno. 

– Miał niebieskie oczy. 

Zamilkł, jakby ujrzał te oczy w ogniu paleniska. 

– Kiedy przyszedł na dwór Artura, nie chciał podać imion rodziców. Głównie dlatego, 

że  musiał  uciekać  z domu,  żeby  się  do  nas  dostać.  Jego  matkę  i Artura  dzieliła 

zadawniona waśń, dlatego stara za nic nie chciała go puścić. A jego ciągnęło do rycerskiej 

romantyki,  do  honoru.  Uciekł  więc  do  nas  i nie  przyznawał  się,  kim  jest.  Nie  zabiegał 

o pasowanie na rycerza. Wystarczało mu, że  znalazł się w centrum  rycerskiego świata – 

czekał na okazję popisania się siłą. 

Lancelot wepchnął głębiej wystającą z kominka gałąź. 

– Kay posłał go do pracy w kuchni i nadał mu przydomek Pańska Skórka. Kay zawsze 

lubił wyżywać się na słabszych. A potem... jak to było dawno... 

Zamyślili  się  oboje,  każde  wsparte  łokciem  o gzyms  kominka,  z jedną  stopą 

odwróconą ku palenisku, w którym nieważki popiół prószył jak śnieg. 

– Czasem dałem mu napiwek, żeby sobie kupił jakiś drobiazg... Paź kuchenny Pańska 

Skórka... Jakoś tak przylgnął do mnie... Tymi rękami pasowałem go na rycerza... 

background image

Spojrzał na własne dłonie, z takim zdziwieniem, jakby je widział po raz pierwszy. 

– Potem walczył z Zielonym Rycerzem i wszyscy zobaczyli, co z niego za mistrz... 

– Poczciwy Gareth... – ciągnął po chwili tonem niedowierzania. – Zamordowałem go 

tymi  samymi  rękami,  bo  odmówił  wystąpienia  przeciwko  mnie  w zbroi...  Jakim 

potworem jest człowiek! Idzie przez łąkę, widzi kwiat, ścina go kijem – tak właśnie zginął 

Gareth. 

Ginewra z czułym smutkiem ujęła dłoń winowajcy. 

– Nic nie mogłeś na to poradzić. 

– Owszem, mogłem. – Lancelot już wpadł w typowy dla siebie ton nabożnej skruchy. 

– Cała wina spada na mnie. Słusznie zauważyłaś, że zbrodnia nie jest w moim stylu. To 

moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina! Ciąłem na oślep – to był błąd. 

– Musiałeś mnie ratować. 

– Tak, ale mogłem walczyć tylko z ciężkozbrojnymi rycerzami. A ciąłem jak popadło 

półzbrojnych piechurów, którzy nie mieli żadnych szans. Ja byłem w pełnym rynsztunku, 

a oni mieli tylko skórzane kaftany i piki. Mimo to rżnąłem bez litości, i Bóg nas pokarał. 

Kazał mi zabić Garetha i Gaherisa, za to, że splamiłem honor rycerza. 

– Lance! – przywołała go do porządku Ginewra. Lancelot nie słuchał. 

–  A teraz  tkwimy  w tym  piekle...  –  ciągnął  w żałobnym  uniesieniu.  –  Przyszło  mi 

walczyć  z własnym  Królem,  który  uczynił  mnie  rycerzem  i nauczył  wszystkiego,  co 

potrafię! Jakże ja mam z nim walczyć? Albo choćby z Gawaine’em? Zabiłem trzech jego 

braci, czy to nie dość? Ale Gawaine nigdy mi nie da spokoju, nie daruje. Rozumiem go. 

Artur  by  darował,  ale  Gawaine  mu  na  to  nie  pozwoli.  Muszę  sterczeć  jak  tchórz  w tym 

oblężeniu,  chociaż  nikt  poza  Gawaine’em  nfe  chce  się  bić,  i słuchać,  jak  wyśpiewują 

z fanfarami: 

Zdrajca, zbój! Chodź na bój! Hej! Hej! Hej! 

– Nie przejmuj się ich wrzaskami. Przecież wiadomo, że nie jesteś tchórzem, to tylko 

głupie hasła. 

–  Niestety,  moi  właśni  ludzie  też  zaczynają  we  mnie  wątpić.  Bors,  Blamore, 

Bleoberis,  Lionel  –  ciągle  mnie  namawiają,  żebym  wyszedł  się  bić.  A co  będzie,  gdy 

wyjdę? 

–  Pewnie  to  samo,  co  zwykle  –  odrzekła  Królowa.  –  Pobijesz  ich,  a potem  puścisz 

wolno,  błagając,  aby  odjechali  do  domu.  Wszyscy  są  pełni  podziwu  dla  twej 

szlachetności. 

Lancelot ukrył twarz w zagłębieniu łokcia. 

– Wiesz, co się stało w ostatniej bitwie? Bors starł się z samym Królem i powalił go na 

ziemię.  Zeskoczył  z konia  i stanął  nad  Arturem  z dobytym  mieczem.  Zauważyłem  to 

background image

i puściłem  się  ku  nim  galopem.  „Czy  mam  zakończyć  tę  wojnę?”  –  spytał  Bors.  „Hola, 

hola!”  –  zawołałem.  –  „Bo  przypłacisz  to  głową!”.  Wsadziliśmy  Artura  z powrotem  na 

konia  i błagałem  go  –  błagałem  na  kolanach  –  żeby  odjechał.  Artur  płakał.  Patrzył  na 

mnie  oczyma  pełnymi  łez  i nic  nie  mówił.  Bardzo  się  postarzał.  On  nie  chce  z nami 

walczyć  –  to  Gawaine...  Gawaine  dawniej  nam  sprzyjał,  ale  odkąd  ja  w swej  podłości 

zamordowałem jego braci... 

– Nie mieszaj w to własnej podłości. Wszystko przez porywczość Gawaine’a i podstęp 

Mordreda. 

– Gdybyż chodziło tylko o Gawaine’a! – lamentował Lancelot. – Można by wówczas 

żywić  nadzieję  na  pokój.  Gawaine  to  w sumie  poczciwa  dusza,  zacny  człowiek.  Ale 

Mordred  nie  odstępuje  go  na  krok,  wciąż  judzi,  wciąż  go  roznamiętnia.  Na  odwieczną 

nienawiść  Celtów  i Sasów  nakłada  się  Nowy  Zakon  Mordreda.  Już  wiem,  czym  to  się 

skończy. 

Królowa po raz setny zadała sakramentalne pytanie: 

– Czy nie byłoby lepiej, gdybym wróciła do Artura i zdała się na jego łaskę? 

– Proponowaliśmy im to – odmówili. Nie ma sensu się napraszać. Prawdopodobnie 

w końcu i tak by cię spalili. 

Ginewra odsunęła się od kominka i wdzięcznym krokiem przeszła do głębokiej niszy 

okiennej. W dole widać było pomniejszony perspektywą wał oblężniczy. Na zamarzniętej 

sadzawce kilku miniaturowych żołnierzy wroga bawiło się beztrosko w „gęsi i lisa”. Salwy 

śmiechu  dolatywały  aż  do  okna  Lancelota,  na  przemian  z wywołującymi  je  głuchymi 

odgłosami upadku. 

–  Póki  wojna  trwa  –  odezwała  się  Ginewra  –  wciąż  giną  piechurzy,  prości  ludzie, 

którzy nie są rycerzami. Tylko nikt nie zwraca na to uwagi. 

– Wciąż giną ludzie. 

Ginewra, nie odwracając się od okna, oznajmiła: 

–  Chyba  jednak  pójdę  tam,  mój  kochany.  Zaryzykuję.  Nawet  jeśli  mnie  spalą  na 

stosie – lepszy taki koniec niż te męczarnie. 

Lancelot podszedł za nią do okna. 

–  Chętnie  poszedłbym  z tobą,  Jenny.  Niechby  obojgu  nam  ścięli  głowy,  gdyby  to 

miało  położyć  kres  wojnie.  Ale  za  późno:  wszyscy  oszaleli.  Nawet  jeżeli  my  dwoje  się 

poddamy – nawet jeśli nas zabiją – taki Bors czy Ector, czy ktokolwiek inny, będzie dalej 

podjudzał  nienawiść.  Już  jest  do  niej  o sto  więcej  powodów  –  za  tych,  których 

wyrżnęliśmy na rynku i na schodach, za całe pół stulecia rządów Artura. A i ja długo nie 

powstrzymam  moich  ludzi:  Hebes  le  Renoumes,  Villiers  Waleczny,  Urre  Węgierski  – 

wszyscy zechcą nas pomścić, i zrobi się jeszcze gorzej. Urre jest mi morderczo oddany. 

background image

– Czy nasz cywilizowany świat całkiem oszalał? 

–  Tak,  oszalał,  i samiśmy  się  do  tego  przyczynili.  Bors,  Lionel  i Gawaine  leżą  ranni, 

a wszyscy inni pałają żądzą krwi. Wiesz, jak to jest: zmuszają mnie, żebym wiódł ich do 

boju, ja markuję atak, wtedy Artur, chcąc nie chcąc, staje przeciwko mnie, albo Gawaine 

naciera – ja osłaniam się tarczą, bronię własnej skóry, ale nie oddaję ciosów – moi ludzie 

to  dostrzegają  i zarzucają  mi  potem,  że  celowo  przedłużam  wojnę,  działając  tym  na  ich 

szkodę... 

– Bo to prawda. 

– Oczywiście, że prawda. Przecież inaczej musiałbym zabić Artura i Gawaine’a, a tego 

nie  uczynię.  Gdybyż  tak  Artur  przyjął  cię  z powrotem  i odjechał  do  domu!  Jak 

uprościłoby to sprawę! 

Dwadzieścia  lat  wcześniej  Ginewra  oburzyłaby  się  na  taki  nietakt,  lecz  teraz  tylko 

uśmiechnęła się, rozbawiona – oto jak starość łagodzi obyczaje. 

– Strasznie tak mówić, Jenny, ale to prawda. 

– Oczywiście, że prawda. 

– Traktujemy cię jak marionetkę. 

– Wszyscy jesteśmy marionetkami. 

Niepocieszony  Lancelot  oparł  głowę  na  zimnym  kamieniu  framugi.  Ginewra  po 

chwili ujęła go za rękę. 

– Nie myśl za dużo. Siedź w zamku i czekaj cierpliwie. Może Pan Bóg zlituje się nad 

nami. 

– Już to kiedyś mówiłaś. 

– Owszem, tydzień przed zasadzką. 

–  Jeśli  Bóg  znów  odmówi  –  rzekł  z gorzką  drwiną  Lancelot  –  możemy  zawsze 

zaapelować do Papieża. 

– Do Papieża! – powtórzyła Ginewra z nadzieją. Lancelot podniósł na nią oczy. 

– Co masz na myśli? 

–  Sam  przecież  powiedziałeś...  Załóżmy,  że  Papież  wysłałby  bulle  obu  stronom, 

grożąc ekskomuniką, jeśli nie dojdziemy do zgody? Jeżeli wystąpimy o sąd papieski, Bors 

i reszta nie będą mieli wyjścia, jak tylko uznać werdykt. A wtedy... 

Lancelot chłonął każde, starannie dobrane, słowo Ginewry. 

–  Papież  mógłby  powierzyć  Biskupowi  Rochesteru  pieczę  nad  przestrzeganiem 

warunków pokoju. 

– Ale jakie to będą warunki? 

Ginewra, pochłonięta własną ideą, nie dawała się zbić z pantałyku. 

–  Jakiekolwiek  będą,  my  dwoje,  Lance,  musimy  je  przyjąć.  Nawet  gdyby  miało  to 

background image

oznaczać...  nawet  gdyby  okazały  się  dla  nas  niekorzystne  –  ludziom  przyniosą  pokój. 

A nasi wojowniczy rycerze  stracą usprawiedliwienie dla  dalszych awantur: będą musieli 

usłuchać Kościoła. 

Lancelota zamurowało. 

– No więc? 

Twarz  Ginewry  wyrażała  pewność,  ulgę  i kontrolę  nad  sytuacją  –  z taką  samą  miną 

kobiety  karmią  niemowlęta  lub  oddają  się  innym  zajęciom  wymagającym  szczególnych 

kwalifikacji, płci. Lancelot nadal nie znajdował słów. 

– Posłaniec mógłby wyruszyć jutro. 

– Jenny! 

Nie mógł znieść myśli, że ona – już niemłoda – tak spokojnie pozwala przekazywać 

się  z rąk  do  rąk,  że  może  odjechać  na  zawsze  –  albo  zostać...  Po  męskich  przygodach, 

miłości  i dawnych  ideałach  został  mu  tylko  wstyd.  Ginewra  to  dostrzegła,  chciała  jakoś 

pomóc. Czule ucałowała swego rycerza. Chór pod oknem jął na nowo skandować: 

Zdrajca, zbój! Chodź na bój! Hej! Hej! Hej! 

– Nie słuchaj tych głupstw – rzekła Ginewra, mierzwiąc siwą czuprynę Lancelota. – 

Mój Lancelot zostanie teraz grzecznie w zamku i wszystko zakończy się szczęśliwie. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ X 

 

 

–  Więc  Jego  Świątobliwość  szykuje  im  pokój?  –  pieklił  się  Mordred.  –  Otóż  to  – 

potwierdził  Gawaine.  Znajdowali  się  w Sali  Sprawiedliwości.  Czekali  na  zakończenie 

negocjacji.  Obaj  byli  na  czarno,  z tą  tylko  różnicą,  że  Mordred  prezentował  się 

imponująco – jak drugi Hamlet – a Gawaine dosyć marnie, raczej jak grabarz. Mordred 

zaczął  się  nosić  z ową  dramatyczną,  żałobną  prostotą,  odkąd  stanął  na  czele  partii 

ludowej.  Partia  ta  miała  program  nacjonalistyczny,  głosiła  autonomię  celtycką  i zagładę 

Żydów, w odwecie za  męczeństwo legendarnego świętego, niejakiego Hugona z Lincoln. 

Miała  już  tysiące  zwolenników  w całym  kraju,  występujących  pod  sztandarem  ze 

szkarłatną  pięścią  dzierżącą  bat,  a zwących  się  Młockarzami.  Co  do  Gawaine’a,  który 

przywdział partyjny mundur jedynie dla przypodobania się młodszemu bratu – wyglądał 

jak spowity w zgrzebny kir szczerej rozpaczy i żałoby. 

–  Doprawdy  –  ciągnął  Mordred  –  powinniśmy  być  wdzięczni  Papieżowi.  Bez  niego 

nigdy  nie  obejrzelibyśmy  tej  wzruszającej  procesji  z gałązkami  oliwnymi  i niewinnymi 

kochankami na biało. 

– To była procesja pokutna. 

Gawaine  nie  był  mistrzem  w wyczuwaniu  ironii,  więc  przyjął  słowa  brata  za  dobrą 

monetę. 

– Świetnie wyreżyserowana. 

Starszy  z braci  zaczął  się nagle wiercić, jakby mu było niewygodnie, lecz ostatecznie 

nie zmienił pozycji. 

Przemówił tonem wielce niepewnym, wręcz błagalnym: 

– Lancelot oświadcza  w liście, że zabił naszego Garetha przez pomyłkę. Podobno go 

nie widział... 

–  Naturalnie,  przecież  Lancelot  słynie  z tego,  że  tnie  na  oślep  bezbronne  ofiary,  nie 

patrząc, kto zacz. Wszyscy świetnie o tym wiedzą. 

Tym razem ironia była tak gryząca, że poczuł ją nawet Gawaine. 

– Faktycznie, to nie za bardzo w jego stylu. 

– Nie za bardzo? Ani trochę! Przecież Lancelot zawsze miał sławę rycerza bez skazy, 

który nie zabija słabszego od siebie. Na tym wyrosła jego popularność. Uważasz, że nagle 

machnął ręką na opinię i zaczął bez opamiętania szatkowac bezbronnych? 

Gawaine jeszcze jednym desperackim wysiłkiem spróbował zachować bezstronność: 

– Przecież nie miał żadnego powodu, żeby ich zabijać. 

background image

– Nie miał powodu? Czy Gareth nie był naszym bratem? Zabił go przez zemstę, za to, 

że nasz klan przyłapał go z Królową. 

-1 za to – dodał chytrze – że Artur bardzo ciebie lubi: był zazdrosny o twoje wpływy. 

Sprytnie to sobie zaplanował: chciał osłabić cały klan Orknejów. 

– Ale osłabił tylko siebie. 

– Samemu Garethowi też zresztą zazdrościł. Bał się, że nasz brat zajmie jego miejsce: 

Gareth go przecież naśladował, co wcale nie było w smak naszemu bohaterowi. Nie może 

być przecież dwóch naraz rycerzy bez skazy. 

Salę  Sprawiedliwości  przygotowano  już  na  końcowe  widowisko.  Obecność  tylko 

dwóch  postaci  podkreślała  jej  ogrom  i pustkę.  Mordred  i Gawaine  siedzieli,  jeden  za 

drugim,  na  stopniach  wiodących  do  tronu  –  co  oznacza,  że  rozmawiając,  nie  patrzyli 

sobie w oczy. Mordred widział przed sobą tył głowy Gawaine’a, a Gawaine – posadzkę. 

–  Gareth  był  z nas  najlepszy  –  rzekł  zduszonym  głosem  starszy  z braci.  Gdyby  się 

wówczas  odwrócił,  zdumiałaby  go  intensywność,  z jaką  obserwował  go  brat.  Wyraz 

twarzy  Mordreda  nie  miał  nic  wspólnego  z muzyką  jego  głosu.  Baczny  obserwator 

dostrzegłby, że przez ostatnie pół roku Mordred jeszcze bardziej zdziwaczał. 

–  Pomyśl,  chłopie  –  rzekł  z udanym  rozżaleniem.  –  Zginąć  z ręki  człowieka,  do 

którego miało się ślepe zaufanie! 

– To mnie nauczy nie ufać południowcom. 

Mordred powtórzył za nim, zręcznie zmieniając zaimek: 

– To nas nauczy nigdy im nie ufać. 

Gawaine odwrócił się gwałtownie, chwycił brata za bladą dłoń i wybuchnął potokiem 

słów: 

–  Zawsze  myślałem,  że  Agravaine  i ty  jesteście  w błędzie.  Że  uprzedziliście  się 

niesłusznie do Sir Lancelota. Dziś wstydzę się tego poglądu. 

– Krew nie woda. 

–  Otóż  to,  Mordredzie,  otóż  to!  Można  sobie  ględzić  o ideałach,  co  dobro,  co  zło, 

i takie tam trele-morele, ale jak przyjdzie co do czego, liczy się tylko rodzina. Pamiętasz, 

jak Gareth chodził do księdza na gruszki, tam za górkę?... 

Głos mu się urwał, ale Mordred podchwycił wątek: 

– Miał prawie białe włosy, jak był mały, jaśniutkie jak len. 

– Kay mówił na niego Pańska Skórka. 

– Chciał mu dopiec. 

– To fakt, ale przy okazji mówił prawdę: Gareth miał piękną cerę. 

– A teraz leży w grobie. 

Gawaine spurpurowiał na twarzy i żyły wystąpiły mu na skroniach. 

background image

– Niech ich Pan Bóg skarze! Nie chcę żadnego pokoju! Nie daruję! Czemu Król Artur 

próbuje załagodzić sprawę? Co ma do tego Papież? To nie jego brata zaszlachtowali, tylko 

mojego – a ja go pomszczę, tak mi dopomóż Bóg! 

– Lancelot wymknie nam się z rąk. To śliski węgorz. 

–  Nie  wyślizgnie  się.  Tym  razem  go  przytrzymamy.  Za  dużo  zniewag  Kornwalowie 

puścili w niepamięć. 

Mordred wstał. 

–  Myślałeś  kiedyś,  ile  złego  Okrągły  Stół  wyrządził  Kornwalom  i Orknejom?  Ojciec 

Artura  zamordował  naszego  dziadka.  Artur  uwiódł  naszą  matkę.  Lancelot  zabił  trzech 

naszych  braci,  nie  licząc  kuzynów,  Florence’a  i Lovela.  A my  tu  sobie  siedzimy,  kupcząc 

własnym honorem, żeby pojednać dwóch Anglików? To zakrawa na tchórzostwo! 

–  O tchórzostwie  nie  ma  mowy.  Papież  może  zmusić  Króla  do  przyjęcia  Królowej 

z powrotem,  ale  w jego  bullach  nie  ma  słowa  o Sir  Lancelocie.  Gwarantowaliśmy  mu 

nietykalność,  aby  mógł  przywieźć  tę  kobietę.  Damy  mu  też  bezpiecznie  odjechać.  Ale 

później... 

– Dlaczego mielibyśmy puszczać go wolno, nawet teraz? 

– Bo chroni go immunitet. Bój się Boga, Mordredzie, jesteśmy w końcu rycerzami! 

– Immunitet to niecny wybieg wroga. Chcesz mu być posłuszny? 

–  Racja!  Niech  zwierz  ucieka,  zagonimy  na  śmierć!  Artur  jest  słaby,  ulegnie  naszej 

woli. 

–  Żal  patrzeć  –  westchnął  Sir  Mordred  –  jak  biednemu  Królowi  wszystko  nagle 

wymyka się z rąk. Nie tak było na początku. 

– Oj, żal. Ale wciąż potrafi odróżnić dobro od zła. 

– Przykra to dlań odmiana. 

– Masz na myśli upadek władzy? 

– Wszystko w lot pojmujesz. 

Mordred jawnie naigrawał się z brata jak ulicznik z bezradnego ślepca. 

– Za dużo chciał naraz. Nie trzeba było bronić zdrajcy. 

– Ani żenić się z Giną. 

– Sami są wszystkiemu winni. My nie szukaliśmy zwady. 

– Święta prawda. 

–  Król  ma  bronić  sprawiedliwości.  Jego  Świątobliwość  może  nakazać  mu  wziąć  tę 

kobietę  z powrotem  do  łoża,  ale  my  mamy  swoje  prawo  do  Lancelota.  Dopuścił  się 

haniebnej  zdrady,  po  pierwsze  –  porywając  Królową,  po  drugie  –  mordując  naszych 

braci. 

– Prawo jest po naszej stronie. 

background image

Tęgi osiłek znów ujął w swoją szorstką łapę bladą, delikatną dłoń kaleki. 

–  Dzięki  Bogu,  że  człowiek  nie  został  sam  jak  palec...  –  wykrztusił,  z trudem 

pokonując wzruszenie. 

– Mieliśmy jedną matkę, Gawaine... 

– Ma się rozumieć! 

– ...która była również matką Garetha... 

– Król idzie. 

Ceremoniał  pojednania  wszedł  w fazę  kulminacyjną.  Przy  dźwiękach  fanfar 

z dziedzińca długi sznur dygnitarzy Kościoła i Państwa piął się po schodach na górę. Szli 

statecznie,  gawędząc  po  drodze  –  dworzanie,  biskupi,  heroldowie,  paziowie,  sędziowie 

i publiczność.  Pusty  jeszcze  przed  chwilą  sześcian  z arrasów  zapełniał  się  stopniowo 

barwnym  tłumem.  Jego  ozdobą  były  woskowate  twarze  dam,  zwieńczone  nakryciami 

głowy w kształcie półksiężyców i stożków, lub niewiarygodnie nastroszonymi koafiurami 

w stylu  Księżnej  z Alicji  w Krainie  Czarów.  W długich  sukniach  o powłóczystych 

rękawach  i wysokich,  opiętych  stanikach  –  sukniach  z kosztownych  jedwabi,  tafty 

i adamaszku – delikatne owe stworzenia sunęły lekko ku upatrzonym miejscom, owiane 

aromatami mirry i miodu, którymi to specyfikami zwykły płukać zęby. Ich kawalerowie – 

młodzi  giermkowie  w najmodniejszych  strojach,  wielu  z emblematami  Mordredowych 

Młockarzy  –  szli  boso,  a paziowie  nieśli  za  nimi  trzewiki  o zawijastych  noskach,  nie 

przystosowane  bynajmniej  do  wchodzenia  po  schodach.  Patrząc  na  tych  młodzieńców, 

widziało  się  głównie  nogi  w pończochach  –  wyszedł  nawet  stosowny  edykt,  regulujący 

długość tunik męskich, tak aby okrywały przynajmniej pośladki. Dalej kroczyli szacowni 

radni  w osobliwych  kapeluszach,  przypominających  kształtem  ocieplacze  na  imbryki, 

turbany, rozpostarte ptasie skrzydła lub mufki. Szaty tych panów, plisowane i watowane, 

miały  wysokie,  suto  marszczone  kryzy,  epolety  i pasy  naszywane  klejnotami.  Szli  także 

zakonnicy  w schludnych  piuskach  na  tonsurkach:  ci,  w odróżnieniu  od  osób  świeckich, 

nosili  się  nader  skromnie.  Był  też  –  gościnnie  –  kardynał  w pięknym  kapeluszu 

z kutasikami,  dokładnie  takim,  jakiego  wizerunek  po  dziś  dzień  zdobi  papeterię 

oksfordzkiego Collegium Wolseya. Uwagę zwracał wielki przepych najrozmaitszych futer 

–  również  kombinowanych,  z białych  i czarnych  baranków,  połączonych  w skośną 

szachownicę. Gwar rozmów brzmiał z daleka jak wiec szpaków. 

Tak wyglądał początek ceremonii. Drugi akt obwieściły fanfary. Na ich dźwięk do sali 

wkroczyła  grupa  cystersów,  sekretarzy,  diakonów  i innych  osób  duchownych, 

objuczonych  butlami  atramentu  (otrzymywanego  z wywaru  tarniny),  zwojami 

pergaminu,  piaskowniczkami,  bullami,  piórami  do  pisania  i przyborami  o wyglądzie 

scyzoryka,  które  skrybowie  przy  pisaniu  zawsze  dzierżyli  w lewej  ręce.  Nieśli  też 

background image

karbowane kije i protokoły ostatnich posiedzeń. 

W  trzecim  akcie  obrzędu  wystąpił  Biskup  Rochesteru,  mianowany  niedawno 

nuncjuszem  papieskim.  Przybył  z całym  sztafażem  nuncjusza  –  ornatem,  pastorałem, 

albą  i pierścieniem  –  tylko  baldachim  zostawił  na  dole.  Był  to  staruszek,  siwy  jak 

gołąbek, dworny, uczony i biegły w sprawach duchowych. 

Wreszcie  fanfary  podeszły  pod  same  drzwi,  obwieszczając  wejście  Króla  Anglii. 

W ciężkich gronostajach, okrywających suto plecy i lewe ramię, a prawe węższym pasem, 

w błękitnym  aksamitnym  płaszczu  i wielkiej  koronie,  przytłoczony  brzemieniem 

majestatu  i wspierany  –  niemal  dosłownie  –  przez  oficerów  przybocznych,  Król  kroczył 

w asyście  do  tronu  stojącego  na  podwyższeniu,  pod  złotym  baldachimem,  wyszywanym 

w czerwone  szarżujące  smoki.  Tłum  rozstąpił  się,  odsłaniając  siedzących  na  stopniach 

Gawaine’a  i Mordreda.  Król  z pomocą  asysty  zasiadł  na  tronie.  Na  wprost  niego,  na 

drugim  tronie,  pod  baldachimem  w barwach  bieli  i złota,  usadowił  się  stojący  dotąd 

nuncjusz. Szmer rozmów ucichł. 

– Czy możemy zaczynać? 

Kaznodziejski głos Rochestera rozładował napięcie. 

– Kościół gotowy. 

– Korona takoż – to Gawaine włączył się, tonem z lekka obraźliwym. 

– Czy należy wyjaśnić coś przed rozpoczęciem? 

– Nie, wszystko jasne. 

Rochester spojrzał z góry na Lorda Orkneja. 

– Dziękujemy uprzejmie Sir Gawaine’owi. 

– Nie ma za co. 

– W takim razie – rzekł Król – polecamy oznajmić Sir Lancelotowi, że Sąd czeka na 

jego przybycie. 

– Bedivere, mój dobry człowieku, poślijcie no tam kogo po więźniów. 

Trudno było nie zauważyć, że Gawaine wydaje rozkazy spod tronu, a Artur mu na to 

pozwala. Nuncjusz nie był jednak tak uległy. 

– Chwileczkę, Sir Gawaine. Pragnę zaznaczyć, że Kościół nie uważa wiadomych osób 

za  więźniów.  Celem  interwencji  Jego  Świątobliwości,  którego  tutaj  reprezentuję,  jest 

pokój, a nie zemsta. 

– Kościół może sobie uważać więźniów za co chce. My też jesteśmy za tym samym co 

Kościół, tylko metody mamy inne, skromniejsze. Wprowadzić więźniów. 

– Sir Gawaine... 

– Trąbić na Jej Wysokość. Sąd czeka. 

Fanfarom  z sali  odpowiedziały  fanfary  z zewnątrz  i wszystkie  oczy  zwróciły  się  ku 

background image

drzwiom. 

Rozległ  się  szelest  jedwabi  i futer.  Publiczność,  szurając  nogami,  pospiesznie 

utworzyła  przejście.  W łuku  framugi,  teraz  odsłoniętym,  Lancelot  i Ginewra  czekali  na 

sygnał do wejścia. 

W  ich  dostojeństwie  czaił  się  jakiś  żałosny  patos,  wyglądali  jak  para  aktorów 

z całkiem  innego  przedstawienia.  Oboje  mieli  na  sobie  białe  giezła,  przetykane  złotą 

nitką,  a Królowa  –  niemłoda  już,  i niepiękna  –  bez  wdzięku  dzierżyła  w dłoni  gałąź 

oliwną. Onieśmieleni, ruszyli szpalerem gapiów, jak para aktorów, którzy starają się jak 

mogą, chociaż wiadomo, że brak im talentu. Uklękli przed tronem. 

– Najczcigodniejszy Królu mój i panie! 

Mordred natychmiast dostrzegł błysk współczucia w oczach Króla. 

– Uroczy obrazek! – skomentował szyderczo. Lancelot skłonił się starszemu z braci. 

– Sir Gawaine. 

Orknej pokazał mu plecy. 

Klęczący rycerz zwrócił się zatem do reprezentanta Kościoła. 

– Wasza Wielebność. 

– Witam cię, mój synu. 

– Na rozkaz Króla i Papieża przyprowadzam Królową Ginewrę. 

Po tym oświadczeniu zapadła niewygodna cisza, której nikt nie kwapił się przerwać. 

– Skoro nikt nie zabiera głosu – rzekł po chwili Lancelot – moim  obowiązkiem  jest 

zaświadczyć o niewinności Królowej Anglii. 

– Kłamca! 

–  Ręczę  głową,  że  Królowa  jest  uczciwą,  wierną,  dobrą  i czystą  małżonką  Króla 

Artura,  i jestem  gotów  w obronie  tej  prawdy  stanąć  do  walki  z każdym,  wyłączając 

jedynie Króla i Sir Gawaine’a. Gotowość tę poczytuję sobie za obowiązek wobec Królowej. 

– Z nakazu Ojca Świętego, przyjmujemy twe oświadczenie, Lancelocie. 

Frakcja Orknejów po raz drugi zakłóciła gęstniejący patos sytuacji. 

–  Biada  pyszałkowi!  –  wrzasnął  Gawaine.  –  Co  do  Królowej,  niechaj  błaga  o łaskę 

i uzyska  przebaczenie.  Lecz  ty,  niecny,  tchórzliwy  rycerzu  –  jaki  miałeś  powód,  aby 

uśmiercić brata megp, który cię miłował goręcej niźli własną rodzinę? 

Obaj mocarze niepostrzeżenie wpadli w ton zacnej  mowy rycerskiej, ze wszech miar 

stosowny do miejsca i okoliczności. 

–  Bóg  świadkiem,  że  lepiej  mi  nie  szukać  wymówki,  Sir  Gawainie.  Wolałbym  był 

zabić  rodzonego  mego  siostrzeńca,  Sir  Borsa!  Lecz  ja  ich  nie  widziałem,  Gawaine, 

i gorzkom za to zapłacił! 

– Uczyniłeś to z nienawiści do mnie i całego klanu Orknejów! 

background image

– Jakże mnie boli twoje pomówienie, Sir Gawainie; wszak wiem, że dopóki ty jesteś 

przeciwko mnie, nie mogę liczyć na pojednanie z moim Królem. 

– Trafiłeś w sedno, Lancelocie. Przybyłeś tutaj pod ochroną immunitetu i azylu, aby 

oddać Królową – ale odjedziesz jako morderca, którym jesteś! 

–  Jeśli  jestem  mordercą  –  niech  mi  to  Bóg  wybaczy,  łaskawy  panie.  Lecz  to  jedno 

wiedz, że nigdy nikogo nie zgładziłem podstępnie. 

Zapewnienie to, wygłoszone w najlepszej wierze, zostało jednak fałszywie odczytane. 

–  Wiem,  do  czego  pijesz!  –  zaperzył  się  Gawaine,  chwytając  za  rękojeść  sztyletu.  – 

Chodzi o Sir Lamoraka... 

Biskup Rochester uniósł rękawiczkę. 

–  Gawainie,  przełóżmy  te  zapasy  na  inną  okazję.  Dziś  zajmuje  nas  sprawa 

przywrócenia  do  łask  Królowej.  Nie  wątpię,  iż  Sir  Lancelot  zechce  złożyć  stosowne 

wyjaśnienie, które usprawiedliwi pojednawczą misję Kościoła. 

– Dziękuję, Wasza Wielebność. 

Gawaine  toczył  wokoło  wzrokiem  bazyliszka,  póki  nie  rozległ  się  zmęczony  głos 

Króla, oznajmiający dalszy ciąg procedury. Sprawa posuwała się niemrawo, zrywami. 

– Zastano cię u Królowej. 

–  Tak,  Wasza  Wielebność.  Otrzymałem  wezwanie  od  Królowej,  lecz  nie  wiem, 

w jakiej sprawie, bo ledwie tam wszedłem, Sir Agravaine i Sir Mordred zaczęli dobijać się 

do drzwi, nazywając mnie zdrajcą i tchórzem. 

– I mieli rację. 

–  Za  pozwoleniem,  Sir  Gawainie,  sama  ich  napastliwość  świadczyła  o braku  racji. 

Przemawiam tu w imieniu Królowej, nie dla własnej chwały. 

– Prosimy dalej, Sir Lancelocie. 

Rycerz  spod  Ciemnej  Gwiazdy  skierował  wzrok  na  swego  najstarszego  przyjaciela, 

pierwszego  człowieka,  którego  ukochał  i wiernie  naśladował.  Porzucając  dworny  styl, 

rzekł po prostu: 

–  Czy  nie  możesz  nam  wybaczyć,  Arturze?  Czy  nie  możemy  być  z powrotem 

przyjaciółmi?  Przychodzimy  oto  dobrowolnie  błagać  cię  o łaskę.  Czy  pamiętasz  dawne 

dobre  czasy  wspólnej  walki  i koleżeństwa?  Przy  odrobinie  dobrej  woli  ze  strony  Sir 

Gawaine’a, twój akt łaski oddali w niepamięć całe zło. 

–  Król  jest  od  wymierzania  sprawiedliwości  –  przypomniał  mu  Gawaine.  –  Czy  ty 

zastosowałeś prawo łaski wobec moich braci? 

– Stosowałem je nieraz, wobec was wszystkich, Sir Gawainie. Nie chwaląc się, widzę 

na  tej  sali  wiele  osób,  które  mi  zawdzięczają  wolność,  a nawet  życie.  Broniłem  już 

Królowej  w cudzych  sporach,  więc  czemuż  nie  mam  jej  bronić  we  własnym  imieniu? 

background image

O twoje życie też walczyłem, Sir Gawainie: uchroniłem cię od haniebnej śmierci. 

– A jednak, mimo całej twojej dobroci – wtrącił Mordred – na świecie pozostało tylko 

dwóch Orknejów. 

Gawaine buńczucznie potrząsnął głową. 

– Niech Król postąpi wedle własnej woli. Ja przestałem się wahać, gdy sześć miesięcy 

temu ujrzałem nie uzbrojonego Garetha – we krwi. 

–  Bóg  mi  świadkiem  –  żałuję,  że  nie  był  uzbrojony,  gdyż  wówczas  mógłby  mi  się 

oprzeć. Mógłby mnie nawet zabić, kładąc kres męczarniom nas wszystkich. 

– Szlachetne słowa. 

Stary rycerz wydał dziki, rozpaczliwy okrzyk: 

– Jak mogliście uwierzyć, że zabiłem ich świadomie? Pasowałem Garetha na rycerza. 

Kochałem  go.  Kiedy  mi  doniesiono,  że  nie  żyje,  natychmiast  pojąłem,  że  nigdy  mi  nie 

wybaczycie.  Wiedziałem,  że  oznacza  to  kres  nadziei.  Naprawdę  nie  widzicie,  że  śmierć 

Garetha była wbrew moim interesom? 

-1 wbrew naszym sercom – szepnął dramatycznie Mordred. 

Lancelot uczynił ostatni wysiłek perswazji. 

– Przebacz mi, Gawaine. Mnie samemu serce pęka na myśl o tym, co uczyniłem. Tym 

bardziej,  wiem,  musicie  cierpieć  wy.  Dajcie  pokój  krajowi,  a ja  za  to  wykonam  surową 

pokutę.  Nie  każcie  mi  walczyć  o życie,  lecz  pozwólcie,  abym  udał  się  na  pielgrzymkę  za 

duszę  Garetha.  Wyruszę  z Sandwich,  w samej  tylko  koszuli,  i przejdę  boso  do  Carlisle, 

a po drodze co dziesięć mil złożę ofiarę w kaplicy. 

– Krew Garetha – odparł na to Mordred – nie da się okupić datkami, jakkolwiek mile 

brzmi ta propozycja dla uszu Jego Wielebności Biskupa Rochesteru. 

Cierpliwość Lancelota wyczerpała się. 

– Licz się ze słowami! 

Gawaine, jakby tylko na to czekał, odparował: 

– Wolnego, morderco, bo zadźgamy cię jak psa u stóp Jego Królewskiej Mości! 

– Nie tacy jak ty... 

W tym miejsu nuncjusz interweniował po raz drugi. 

–  Za  pozwoleniem,  Sir  Lancelocie.  Niech  przynajmniej  niektórzy  z nas  zachowają 

stosowną powagę. Gawaine, siadaj. Ofiarowano zadośćuczynienie za krew Garetha, które 

położyć może kres obecnej wojnie. Czekamy na odpowiedź. 

W brzemiennej oczekiwaniem ciszy znów zabrzmiał podniosły głos Gawaine’a: 

–  Słyszałem  mowę  Sir  Lancelota  i jego  szlachetną  propozycję,  jednak  to  on 

zamordował  moich  braci.  Tej  zbrodni  darować  mu  nie  mogę,  a zwłaszcza  zdrady,  jakiej 

się dopuścił wobec Sir Garetha. Za pozwoleniem mego wuja, Króla Artura, jeśli taka jego 

background image

wola,  niechaj  zwolni  ze  służby  mnie  i wszystkich  Celtów.  Słowa  niczego  tu  nie  zmienią, 

wszyscy znamy prawdę. Ten człowiek jest zdrajcą – zdradził Króla i mnie. 

– Nie ma wśród żywych człowieka, Gawaine, który śmiałby mnie nazwać zdrajcą. Co 

do Królowej – wyjaśniłem sprawę. 

– Z tym skończyliśmy. Nie wypowiadam się na temat tej kobiety, skoro uznano, że to 

nie przystoi. Chodzi mi tylko o werdykt w twojej sprawie. 

– Jeśli to werdykt Króla, przyjmę go z pokorą. 

– Król już się ze mną zgodził, przed twoim nadejściem. – Arturze... 

– Proszę zwracać się do Króla z użyciem tytułu. 

– Panie, czy to prawda? 

Stary monarcha tylko skinął głową. 

– Chciałbym to jednak usłyszeć z ust Króla! 

– Przemów, ojcze – zażądał Mordred. 

Król,  nie  podnosząc  oczu,  z niezdarnym  uporem  pokręcił  głową,  jak  zaszczuty 

niedźwiedź na łańcuchu. 

– Przemów. 

– Lancelocie – zabrzmiał ledwo słyszalny głos. – Wiesz, jak ta prawda nas podzieliła. 

Mój  Stół  rozbity,  moi  rycerze  poróżnieni,  wiela  poległo.  Nigdy  nie  szukałem  zwady 

z tobą, Lancelocie, ani ty ze mną, wiem. 

– Więc połóżmy temu kres! 

– Gawaine twierdzi... – głos Króla słabł. – Gawaine! 

– Sprawiedliwość... 

Gawaine podniósł się – wielki, przebiegły, zacięty. 

–  Królu  mój,  panie  i wuju!  Czy  jest  wolą  sądu,  abym  ogłosił  wyrok  na  tego  oto 

tchórzliwego zdrajcę? 

Odpowiedziała mu martwa cisza. 

–  Ogłaszam  zatem  wszystkim  tu  obecnym  orzeczenie  Króla.  Królowa  powróci  do 

niego w pełni dawnych przywilejów, nie narażając się na groźbę kary za czyny zarzucane 

jej do dnia dzisiejszego. Taka jest wola Papieża. Ty jednak, Sir Lancelocie, zostajesz, jako 

zbrodniarz, skazany na banicję i opuszczenie królestwa w ciągu piętnastu dni, po którym 

to terminie będziemy – tak nam dopomóż Bóg – ścigać cię bez litości i choćbyś skrył się 

w najpotężniejszej warowni we Francji – ściągniemy ci na głowę jej mury! 

– Gawainie – rzekł z wielkim bólem w głosie Sir Lancelot – nie ścigajcie mnie. Wyrok 

banicji  przyjmuję.  Przeniosę  się  do  Francji.  Lecz  nie  ścigajcie  mnie,  Gawaine.  Nie 

przedłużajcie wojny w nieskończoność. 

– Decyzję w tej kwestii pozostaw lepszym od siebie. To są sprawy Króla. 

background image

–  Jeśli  mnie  chcecie  prześladować,  Gawaine,  to  nie  wyzywajcie  mnie  do  walki.  Nie 

każcie  Arturowi  stawać  przeciw  mnie.  Nie  mogę  walczyć  z przyjaciółmi,  Gawaine,  na 

litość Boską, nie zmuszaj nas do tego! 

– Za dużo gadasz. Oddawaj Królową i wynoś się czym prędzej z tego zamku. 

Lancelot z rozpaczliwą determinacją wziął się w garść. Spojrzał na Króla, spojrzał na 

swego  prześladowcę,  wreszcie  powoli  zwrócił  oczy  ku  Królowej,  która  dotąd  nie 

przemówiła. Ujrzał komiczną gałąź oliwną, żałosną pozę, śmieszny strój. Uniósł dumnie 

głowę i przywrócił tragedii ton szlachetnej powagi: 

– Cóż, pani, przyjdzie nam się rozstać. 

Ująwszy  Ginewrę  za  rękę,  poprowadził  ją  na  środek  komnaty  –  od  tej  chwili  miała 

pozostać panią jego wspomnień. Uścisk jego dłoni, pewny krok i śmiały głos sprawiły, że 

Ginewra  –  w tej  ich  ostatniej  wspólnej  chwili  –  rozkwitła  na  nowo  w Różę  Anglii,  jak 

w owych pierwszych, niemal zapomnianych, dniach zalotów. Dumny maszkaron wiódł ją 

na środek sali niczym w tany. Tam ją zostawił, spłonioną. Obrzęd dobiegł końca. Po raz 

ostatni Sir Lancelot, Król Artur i Królowa Ginewra byli razem. 

–  Królu  mój,  i wy  wszyscy  starzy  przyjaciele,  pozwólcie  mi  rzec  słowo,  nim  odejdę. 

Wyrok nakazuje mi porzucić Stowarzyszenie, któremu służyłem wiernie całe życie. Mam 

opuścić  wasz  kraj,  ścigany  wojną.  Po  raz  ostatni  zatem  staję  tu  przed  wami  jako  rycerz 

Królowej.  Chcę  was  zapewnić,  panie  i panowie,  że  gdyby  wam  w przyszłości  zagroziło 

jakiekolwiek niebezpieczeństwo, niegodny obrońca natychmiast z Francji pospieszy wam 

z pomocą – pamiętajcie o tym. 

Ucałowawszy  z namaszczeniem  palce  Królowej,  Lancelot  odwrócił  się  i sztywnym 

krokiem, wśród martwej ciszy, ruszył ku jakże odległemu wyjściu z komnaty. Przeszłość 

zamykała się za jego plecami. 

Przestępcy korzystającemu z opieki Kościoła przysługiwało piętnaście dni na podróż 

do Dover. Musiał ją odbyć „nie przepasany, nie obuty, bez czapki, w samej tylko koszuli, 

jakby go wywieszono na szubienicy”. Prawo nakazywało mu iść przez cały czas środkiem 

traktu,  dzierżąc  w dłoniach  niewielki  krucyfiks  –  symbol  ochrony  Kościoła  Świętego. 

Bardzo prawdopodobne było, że Gawaine i jego ludzie będą śledzili Lancelota z ukrycia, 

czyhając na moment, gdy odłoży talizman – wówczas bowiem mogli go zaatakować. Lecz 

Lancelot  –  czy  w gieźle,  czy  w kolczudze  –  pozostanie  ich  dawnym  Dowódcą.  Będzie 

szedł  pewnym  krokiem,  bez  pośpiechu,  patrząc  śmiało  przed  siebie.  Gdy  mijał  próg 

komnaty,  w jego  oczach  płonął  już  ogień  wytrwałości.  Po  wyjściu  Lancelota  publika 

w Sali  Sprawiedliwości  poczuła  się  nieswojo:  wielu,  kątem  oka,  z tajonym  lękiem 

popatrywało na szkarłatne pejcze siepaczy. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XI 

 

 

Ginewra  siedziała  w komnacie  królowej  na  zamku  Carlisle.  Olbrzymie  łoże 

przerobiono  na  otomanę,  tak  schludną  i kanciastą,  że  strach  było  usiąść  pod  jej 

baldachimem.  Nieopodal  kominka,  przy  którym  grzał  się  nieduży  garnuszek,  stało 

wysokie  karło  i pulpit  do  czytania.  Była  i książka  –  może  dzieło  Galeotta,  o którym 

wspomina  Dante.  Zapłacono  za  nią  cenę  dziewięćdziesięciu  wołów,  jednak  po 

siedmiokrotnej  lekturze  nie  zachwycała  już  Ginewry  tak  jak  niegdyś.  Spóźniony  śnieg, 

który pokrył okolicę, odbijał blask wieczoru w górę, prosto w okno, kierując go na sufit, 

zamiast  na  podłogę,  przez  co  zmieniła  się  uroda  cieni  w komnacie:  były  niebieskie 

i padały  nie  tam,  gdzie  zazwyczaj.  Szlachetna  pani,  usadowiona  sztywno  na  wysokim 

krześle,  z książką  u boku,  trudniła  się  wyszywaniem.  To  samo  zajęcie  pochłaniało 

dworkę, siedzącą na schodkach łoża. 

Pracując  z mechaniczną  wprawą  wytrawnej  hafciarki,  Ginewra  rozmyślała  o swych 

kłopotach. Martwiło ją, że przebywa w Carlisle – zbyt blisko północy, krainy Mordreda, 

za daleko od bezpiecznych obszarów cywilizacji. Wolałaby być, dajmy na to, w Londynie, 

w Tower. Wolałaby – miast patrzeć na budzący grozę bezmiar śniegu – wyglądać z okien 

Tower  na  tętniącą  życiem  i radością  metropolię,  a zwłaszcza  jej  najbliższy  fragment  – 

Most  Londyński,  dziś  zwany  Mostem  Tower,  obudowany  wzdłuż  po  obu  stronach 

chwiejnymi domami, które co rusz waliły się do rzeki. Pamiętała ów most z czasów jego 

świetności,  gdy  wśród  o wiele  solidniejszych  domów  sterczały  wbite  na  pale  głowy 

rebeliantów,  a Sir  David  toczył  ceremonialny  pojedynek  na  kopie  z Lordem  Wellesem. 

Piwnice domostw mieściły się w filarach mostu, który miał nawet własną kaplicę i wieżę 

obronną – stanowił więc kompletną miniaturę miasta. Gospodynie wychylały się z okien, 

spuszczając  do  rzeki  wiadra  na  długich  linach,  wylewając  nieczystości,  rozwieszając 

pranie albo krzykiem ostrzegając dzieciarnię, że most zwodzony zaraz się podniesie. 

Nawet  w samym  zamczysku  Tower  byłoby  przyjemniej  niż  tu,  w Carlisle,  gdzie 

panował  bezruch  bliski  śmierci.  Wokół  twierdzy  Wilhelma  Zdobywcy  nieustanna 

krzątanina  londyńczyków  ożywiała  zimowy  zastój.  Już  sama  menażeria,  którą  Artur  od 

jakiegoś  czasu  trzymał  w Tower,  krzepiłaby  ducha  swoją  witalnością  i mieszanką 

dosadnych  woni.  Najnowszym  jej  mieszkańcem  był  dorosły  słoń,  ofiarowany  Arturowi 

przez  Króla  Francji  i zaraz  po  przybyciu  do  Tower  wiernie  sportretowany  w annałach 

przez niezmordowanego łowcę nowinek, Mateusza Parisa. 

Myśląc  o słoniu,  Ginewra  odłożyła  robótkę  i zaczęła  rozcierać  zdrętwiałe  z zimna 

background image

dłonie. Nie rozgrzewały się już tak szybko jak dawniej. 

– Agnieszko, czyś wysypała ptakom okruszki? 

–  Tak,  proszę  jaśnie  pani.  Rudzik  był  dzisiaj  wyjątkowo  zadziorny.  Gdy  jeden  ze 

szpaków okazywał zbytnią zachłanność, odśpiewał przeciw niemu gniewną tyradę. 

– Biedne stworzonka. Mam nadzieję, że za parę tygodni wszystkie zaczną śpiewać. 

–  Czas  tak  się  dłuży.  Zdaje  się,  że  rycerze  wyjechali  już  bardzo  dawno  temu...  – 

westchnęła Agnieszka. – Nasz dwór jest teraz jak te ptaszki: niemy i struchlały. 

– Oni wrócą, Agnieszko, na pewno. 

– Tak, proszę jaśnie pani. 

Królowa znów ujęła w palce igłę i starannie wbiła ją w robótkę. 

– Podobno Sir Lancelot wsławił się dzielnością. 

– Sir Lancelot zawsze był dzielnym rycerzem. 

–  W ostatnim  liście  donoszą  nam,  że  Gawaine  zmusił  go  do  pojedynku.  To  musiało 

być bardzo przykre dla Sir Lancelota. 

–  Całkiem  nie  pojmuję  –  oburzyła  się  Agnieszka  –  dlaczego  Król  trzyma  z tym  Sir 

Gawainem  przeciwko  swemu  najlepszemu  druhowi.  Przecież  widać,  że  Sir  Gawainem 

rządzi  ślepa  nienawiść.  Jak  można  pozwolić,  żeby  pustoszył  całą  Francję  na  złość 

jednemu  Sir  Lancelotowi,  mordując  tyle  ludzi?  1  czemu  Młockarzom  wolno  głosić  te 

okropne hasła? Nic dobrego z tego nie wyniknie. Po co, ja się pytam, wciąż rozgrzebywać 

te stare historie? 

– Myślę, że Król popiera Sir Gawaine’a, gdyż chce być wierny sprawiedliwości. Jego 

zdaniem Orknejowie mają prawo żądać zadośćuczynienia za śmierć Garetha – ja też tak 

uważam. A poza tym, gdyby Król zerwał teraz z Sir Gawaine’em – zostałby całkiem sam. 

Okrągły Stół, z którego był tak dumny, rozpada się; Król nie chce stracić ostatnich ludzi. 

– Więc Stół miałby się trzymać na wrogości do Sir Lancelota? Marna to podstawa – 

zauważyła Agnieszka. 

–  Sir  Gawaine  ma  prawo  domagać  się  sprawiedliwości.  Tak  wszyscy  mówią.  Co  zaś 

do  Króla  –  nie  jest  on  całkiem  wolny  w swych  wyborach.  Działa  pod  presją  możnych, 

których kuszą francuskie podboje i mierzi to, że dzięki Królowi od tylu lat panuje pokój. 

Pragną  oni  zaszczytów  wojskowych,  chcą  krwi  w odwecie  za  poległych  na  placu 

targowym.  Oprócz  nich  mamy  młodych  rycerzy  z partii  Mordreda,  zwolenników 

nacjonalizmu, którym wpojono przekonanie, że mój małżonek to stetryczały mięczak. Są 

też krewni rycerzy, którzy padli w awanturze na schodach, i klanu Orknejów, od pokoleń 

karmionego  nienawiścią.  Wojna,  Agnieszko,  jest  jak  pożar:  by  ją  rozniecić,  wystarczy 

jeden  człowiek,  ale  rozprzestrzenia  się  błyskawicznie.  I nigdy  nie  chodzi  w niej  o jedną 

konkretną rzecz. 

background image

–  Ach,  pani,  nie  nam,  biednym  niewiastom,  ogarniać  sprawy  tak  wzniosłe  i zawiłe! 

Proszę mi raczej zdradzić, co jest w owym liście. 

Ginewra  przez  dłuższą  chwilę  wpatrywała  się  w list  nieobecnym  wzrokiem,  gdyż  jej 

myśli błądziły wokół spraw małżonka. 

–  Król  –  odezwała  się  wreszcie,  jak  w transie  –  kocha  Lancelota  tak  bardzo,  że 

niekiedy  czuje  się  zmuszony  traktować  go  niesprawiedliwie,  a to  z obawy  przed 

niesprawiedliwością wobec innych. 

– Tak, proszę jaśnie pani. 

–  Donoszą  nam  –  ocknęła  się  Królowa,  jakby  zdziwiona  widokiem  listu  we  własnej 

dłoni – że Sir Gawaine dzień w dzień podjeżdżał pod zamek i wznosił obraźliwe okrzyki, 

nazywając  Lancelota  tchórzem  i zdrajcą.  Rozgniewani  rycerze  Lancelota  kolejno  stawali 

z nim  do  walki,  lecz  wszystkich  pokonał,  niektórych  ciężko  raniąc.  Bors  i Lionel  ledwo 

uszli  śmierci.  Wreszcie  wystąpić  musiał  sam  Sir  Lancelot  –  zmusili  go  do  tego  ludzie 

z zamku.  Oświadczył  Sir  Gawaine’owi,  że  staje  do  walki  pod  przymusem,  jak  zaszczute 

zwierzę. 

– Co na to Sir Gawaine? 

–  Sir  Gawaine  krzyknął:  „Dosyć  biadolenia,  złaź  tutaj  i ulżyjmy  wreszcie  naszym 

sercom!”. 

-1 tak się stało? 

–  Tak  się  stało.  Odbyli  pojedynek  przed  zamkiem,  ale  najpierw  oddziały  obu  stron 

złożyły  przysięgę,  że  nie  będą  interweniować.  Rozpoczęli  o dziewiątej  z rana.  Jak 

zapewne  pamiętasz,  Sir  Gawaine  bywa  rankiem  w najlepszej  formie  –  stąd  tak  wczesna 

pora. 

–  Biedny  Sir  Lancelot!  To  tak  jakby  miał  przeciwko  sobie  trzech  mężów!  Słyszałam 

bowiem,  pani,  że  w żyłach  Pradawnych  płynie  krew  elfów  –  to  przez  te  rude  włosy  – 

i dlatego pan Gawaine bywa z rana taki silny, bo słońce walczy za niego! 

– Tak, Agnieszko, to musiało być straszne. Mimo to Sir Lancelot dał oponentowi fory, 

duma nie pozwoliła mu postąpić inaczej. 

– To cud, że nie zginął. 

– Mało brakowało. Osłonięty tarczą, pewnie parował ciosy i ustępował pola. Donoszą 

nam,  że  odniósł  liczne  rany,  lecz  bronił  się  dzielnie  aż  do  południa.  Potem,  naturalnie, 

gdy  czarodziejska  moc  opuściła  przeciwnika,  ruszył  do  ofensywy  i ciosem  w głowę 

powalił Gawaine’a na ziemię. Gawaine nie mógł wstać. 

– Biedny Sir Gawaine! 

– Owszem. Sir Lancelot mógł go tam dobić jednym ciosem. 

– Ale nie zrobił tego? 

background image

– Nie. Sir Lancelot odstąpił od rywala i wsparł się na mieczu. Gawaine błagał, aby go 

dobił. Szalał z wściekłości. „Na co czekasz? – wrzeszczał. – Dalej! Zabij i mnie, rzeźniku! 

Nie poddam się nigdy! Zabij mnie, póki masz okazję, bo jeśli mnie oszczędzisz, nie dam 

ci spokoju!” Płakał rzewnymi łzami. 

–  Lecz  możemy  być  pewni  –  dokończyła  rezolutnie  Agnieszka  –  że  Sir  Lancelot 

odmówił zgładzenia leżącego rycerza. 

– Tak, tego możemy być pewni – potwierdziła Królowa. 

– Zawsze był bowiem panem dobrym i szlachetnym, choć nie odznaczał się urodą. 

– Nikt mu nie dorównał. 

Umilkły, zawstydzone własnym uniesieniem, i zabrały się pilnie za robótki. Po jakimś 

czasie Królowa rzekła: 

– Światło słabnie, Agnieszko. Nie uważasz, że pora zapalić knoty? 

– Tak, pani. Właśnie sama o tym pomyślałam. 

Jęła  odpalać  od  ognia,  jedną  po  drugiej,  wiązki  sitowia,  zrzędząc  na  zacofanie 

północnych dzikusów, którzy nie znają nawet świec. Królowa tymczasem nuciła coś pod 

nosem.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  tę  samą  melodię  śpiewała  kiedyś  w duecie 

z Lancelotem, i urwała raptownie. 

– Gotowe, proszę jaśnie pani. Jakże te dni się wloką... – Niedługo przyjdzie wiosna. 

Zasiadłszy  z powrotem  do  robótki  przy  marnym  świetle  kopcących  knotów, 

Agnieszka podjęła swoje dociekania. 

– No dobrze, a co na to wszystko Jego Wysokość? 

–  Król  zapłakał  na  widok  ułaskawionego  Gawaine’a.  Przypomniały  mu  się  dawne 

dzieje i tak się tym przejął, że legł chory w łożnicy. 

– Czy to się czasem nie nazywa połamanie nerwowe, proszę jaśnie pani? 

–  Mniej  więcej  tak,  Agnieszko.  Król  zachorzał  z utrapienia,  a Gawaine  doznał 

wstrząsu mózgu, więc obaj są poszkodowani. Rycerze jednak nie odstępują od oblężenia. 

– A więc niewesoły to list, prawda, proszę jaśnie pani? 

– Niewesoły. 

– Ja też kiedyś dostałam list... Mówią, że złe wieści podróżują najszybciej. 

–  Listy  to  teraz  całe  nasze  życie,  odkąd  dwór  opustoszał,  świat  podzieliły  waśnie 

i został nam tylko Lord Protektor. 

– O, właśnie, jeszcze ten Sir Mordred! Nie lubię takich typów. Czego on chce, że tak 

stale  przemawia  do  ludzi  i macha  czapką,  żeby  mu  wiwatowali?  Nie  mógłby  się  ubierać 

trochę  weselej,  zamiast  wciąż  paradować  na  czarno,  jak,  nie  przymierzając,  jaki  Sąd 

Ostateczny? Chyba się tego nauczył od Sir Gawaine’a, niech mu Pan Bóg da zdrowie. 

– Podobno nosi ten uniform na znak żałoby po Garecie. 

background image

– Przecież on nigdy nie dbał o Sir Garetha! Mnie się zdaje, że on nie dba o nikogo. 

– Dbał o matkę, Agnieszko. 

–  Wiem,  wiem,  aż  jej  poderżnęli  gardło,  bo  była...  jaka  była.  Cała  ta  banda  jakaś 

dziwna. 

–  Królowa  Morgause  –  zamyśliła  się  Ginewra  –  musiała  rzeczywiście  być  dziwną 

osobą.  Skoro  już  wiadomo,  że  Mordred  został  Lordem  Protektorem,  nie  ma  sensu 

ukrywać  prawdy.  Musiała  mieć  coś  w sobie,  skoro  uwiodła  naszego  Króla,  mając  już 

czterech  odchowanych  synów.  Ale  to  jeszcze  nic:  Lamoraka  uwiodła,  będąc  babką! 

O tym, jak straszny miała wpływ na synów, świadczy fakt, że jeden z nich zamordował ją 

w szale  zazdrości.  Dobiegała  wówczas  siedemdziesiątki.  Z Mordredem,  przypuszczam, 

poradziła sobie bez trudu, jak pająk z muchą. 

–  Starzy  ludzie  powiadali,  że  Siostry  Kornwalijskie  to  czarownice.  Najgorsza  była 

podobno Morgana le Fay. Ale ta cała Morgause niewiele lepsza. 

– Można doprawdy współczuć Mordredowi. 

– Niech jaśnie pani lepiej zachowa współczucie dla siebie, bo od Mordreda go jaśnie 

pani nie uświadczy. 

– Odkąd sprawuje nad nami kuratelę, jest całkiem uprzejmy. 

– Cicha woda brzegi rwie. 

Zaintrygowana Ginewra uniosła robótkę pod światło i oglądała ją bacznie, rozważając 

ostatnie słowa dworki. 

– Nie sądzisz chyba, Agnieszko, że Sir Mordred coś knuje przeciwko nam? 

– To ciemny typ. 

–  Chyba  jednak  nie  dopuściłby  się  przestępstwa  w sytuacji,  gdy  Król  powierzył  mu 

pieczę nad krajem i nad nami osobiście? 

–  Ten  nasz  Król  to,  z przeproszeniem  jaśnie  pani,  już  w ogóle  przechodzi  ludzkie 

pojęcie.  Nie  dość,  że  jedzie  wojować  z najlepszym  przyjacielem,  bo  tak  mu  kazał  Sir 

Gawaine,  to  jeszcze  najzawziętszego  wroga  mianuje  Lordem  Protektorem!  Czy  on  jest 

ślepy, czy co? 

– Mordred nigdy jeszcze nie złamał prawa. 

– Bo jest na to za chytry. 

– Król uznał, że ponieważ Mordred siłą rzeczy zostanie następcą tronu, a prawo nie 

zezwala,  aby  król  i następca  tronu  opuszczali  kraj  w jednym  czasie  –  Mordred  musi 

pozostać w Anglii jako Lord Protektor. To brzmi logicznie. 

– Ta logika, proszę jaśnie pani, do niczego dobrego nie doprowadzi. 

Chwilę wyszywały w milczeniu. 

– Skoro takie jest prawo – przerwała ciszę  Agnieszka – to Król powinien był  zostać 

background image

w kraju, a na wojnę posłać Mordreda. 

– Ileż bym za to dała! – westchnęła Ginewra, lecz zaraz wyjaśniła: – Król chciał tam 

być na podorędziu, mając nadzieję na odegranie roli mediatora, gdyby szczęśliwie doszło 

do negocjacji. 

Nagle  obydwie  poczuły  się  nieswojo,  lecz  dzielnie  wyszywały  dalej.  Igły  śmigały  po 

ciemnej materii z przeciągłym błyskiem spadających gwiazd. 

– Lękasz się Sir Mordreda, Agnieszko? 

– Tak, pani. 

–  Ja  również.  On  ostatnio  tak  dziwnie  chodzi...  właściwie  skrada  się  na  palcach... 

I tak  dziwnie  patrzy...  A te  jego  przemówienia  o Celtach,  Sasach  i Żydach,  te  wrzaski,  te 

histerie...  W ubiegłym  tygodniu  słyszałam,  jak  śmiał  się  głośno  sam  do  siebie.  To  było 

potworne! 

– Mordred to chytry lis. Kto wie, czy i w tej chwili nas nie podsłuchuje. 

– Agnieszko! 

Ginewra,  jak  rażona  gromem,  wypuściła  igłę  z dłoni.  –  Ależ  Wasza  Wysokość!  Nie 

trzeba się tak przejmować. Żartowałam. 

Nie uspokoiło to zesztywniałej z grozy Królowej. 

– Podejdź do drzwi, Agnieszko, i sprawdź. Zdaje mi się, że masz rację. 

– Och, błagam jaśnie panią, tylko nie to! 

– Otwórz drzwi, Agnieszko, natychmiast! 

– Pani, a jeśli on tam jest! 

Trwoga  Królowej  udzieliła  się  dworce.  Knoty  z sitowia  dawały  beznadziejnie  mało 

światła.  Mordred  mógł  nawet  być  w komnacie,  w ciemnym  kącie.  Agnieszka  zgarnęła 

spódnice  i zerwała  się,  jak  przepiórka  przed  nadlatującym  jastrzębiem.  Obu  kobietom 

zamek wydał się nagle zbyt mroczny, zbyt pusty, zbyt bezludny, wysunięty za daleko na 

północ, przepełniony nocą i zimą. 

– Gdy otworzysz drzwi, on ucieknie. 

– Lepiej dajmy mu na to trochę czasu. 

Mocowały  się  ze  słabością  własnych  głosów,  jak  przygniecione  wielkim  czarnym 

skrzydłem. 

– Więc stań przy drzwiach i przemów głośno, nim otworzysz. 

– Ale co mam powiedzieć, proszę jaśnie pani? 

–  Spytaj:  „Czy  mam  otworzyć  drzwi?”.  Wówczas  ja  odpowiem:  „Tak,  czas  już  chyba 

udać się na spoczynek”. 

– Tak, czas już chyba udać się na spoczynek – powtórzyła z nabożeństwem struchlała 

Agnieszka. 

background image

– Idź do drzwi. 

– Jużjestem. Mam zaczynać? 

– Tak, na co czekasz? 

– Nie wiem, czy potrafię... 

– Och, Agnieszko, pospiesz się! 

–  Już,  proszę  jaśnie  pani.  Chyba  już  potrafię.  Wpatrzona  w drzwi,  jakby  się  zaraz 

miały na nią rzucić, 

Agnieszka wrzasnęła: 

– Zaraz otworzę drzwi! 

– Czas na spoczynek! I nic. Cisza. 

– A teraz otwórz – poleciła Królowa. 

Agnieszka  posłusznie  uniosła  klamrę,  odsunęła  rygiel  i pchnęła  drzwi,  odsłaniając 

uśmiechniętą twarz Mordreda. 

– Dobry wieczór, Agnieszko. 

– Och, wielmożny panie! 

Przerażona  dworka  dygnęła  pospiesznie  i,  przyciskając  dłonią  stanik  na  piersi, 

pognała  ku  schodom.  Mordred  dwornie  przepuścił  ją  w przejściu.  Gdy  Agnieszka 

zniknęła,  wszedł  do  komnaty.  W czarnych  aksamitach,  ozdobionych  tylko  niedużym 

czerwonym  emblematem  z pojedynczym  diamentem,  który  w świetle  płonącego  sitowia 

siał zimne błyski – prezentował się zaiste imponująco. Każdy, kto nie widział Mordreda 

od miesiąca lub dwóch, poznałby zaraz, że trawi go szaleństwo – lecz obłęd postępował 

tak  powoli,  że  dla  obcujących  z nim  na  co  dzień  nie  było  to  wcale  oczywiste.  W ślad  za 

panem  dreptał  jego  ulubieniec  –  czarny  mopsik  o bystrym,  zalotnym  spojrzeniu, 

z zakręconym w grajcarek ogonkiem. 

– Nasza Agnieszka, widzę, bardzo czymś przejęta – zagaił Mordred. – Dobry wieczór, 

Ginewro. 

– Dobry wieczór, Mordredzie. 

– Cóż to – ozdobne hafty? Spodziewałem się raczej zastać cię na dzierganiu skarpet 

dla żołnierzy. 

– Co cię sprowadza? 

– Zwykły wieczorny obchód. Wybacz mały teatr. 

– Zawsze czaisz się pod drzwiami? 

–  Jakoś  wejść  trzeba.  A drzwiami  wygodniej  niż  oknem  –  choć,  jak  wiem,  są  tacy, 

którzy wolą tę drugą drogę. 

– Dość tego. Usiądziesz? 

Mordred  zasiadł  z ceremonialną  starannością;  mops  natychmiast  wskoczył  mu  na 

background image

kolana. Czarny rycerz był w pewnym sensie postacią tragiczną: upodobnił się bowiem do 

matki – tak jak ona, umiał już tylko grać, przestał być autentycznym człowiekiem. 

Ileż  to  napisano  tragedii  o złotowłosych  femmes  fatales,  które  przywiodły  do  ruiny 

mężów  i kochanków  –  o tych  wszystkich  Kresydach,  Kleopatrach,  Dalilach;  nawet 

o krnąbrnych  córkach,  które,  jak  Jessica,  ściągnęły  zgubę  na  nieszczęsnych  adoratorów 

i rodziców  –  a przecież  nie  to  jest  osią  wielkiej  tragedii.  Tej  szukać  należy  w mrocznych 

zakamarkach ludzkiej duszy. Cóż z tego, że Antoniusz rzucił się na miecz? Umarł, i tyle. 

To nie żądza kochanki zatruwa umysł młodzieńca, lecz żądza jego matki. Ona to skazuje 

tragiczną  postać  chłopca  na  śmierć  za  życia.  To  Jokasta,  nie  Julia,  mieszka  w sekretnej 

komnacie. To Gertruda, nie głupiutka Ofelia, doprowadza Hamleta do obłędu. Kradzież, 

uszczerbek  –  nie  prowadzą  do  tragedii.  Byle  podfruwajka  potrafi  skraść  męskie  serce. 

Tragedia rodzi się z nadmiaru, z dodania, z kamuflażu, z zaduszenia bez użycia poduszki. 

Odarta  z życia  i honoru  Desdemona  nie  może  równać  się  z odartym  z siebie  samego 

Mordredem:  wykradziono  mu  duszę,  aby  ją  przebrać,  urobić,  przerobić,  a rodzona 

matka, która tej potworności dokonała – pozornie nieświadoma, niby w najlepszej wierze 

–  omotała  go  na  dodatek  ciasnym  kokonem  złej  miłości.  Mordred  był  jedynym 

Orknejem, który się nigdy nie ożenił. Gdy bracia pouciekali do Anglii, został sam na sam 

z matką  na  dwadzieścia  lat  –  aby  miała  na  kim  pasożytować.  Odkąd  umarła  –  był  jej 

chodzącym  grobem.  Istniała  w nim  jak  wampir.  Każdy  ruch  Mordreda,  nawet 

najbanalniejszy,  był  jej  gestem.  Gdy  Mordred  zaczynał  grać,  całkowicie  tracił  kontakt 

z rzeczywistością – tak samo jak jego matka, gdy odgrywała dziewicę przed jednorożcem. 

Lubował  się  w tej  samej  okrutnej  magii.  Zaczął  nawet,  wzorem  matki,  hodować  psy 

pokojowe  –  chociaż  tych,  które  ona  trzymała,  nienawidził  z tą  samą  gorzką  zazdrością, 

z jaką nienawidził jej kochanków. 

– Czy nie mylę się, stwierdzając tu dzisiaj wyjątkowy chłód? 

– Chłody w lutym to nic dziwnego. 

– Miałem raczej na myśli subtelną aurę naszych wzajemnych stosunków. 

– Lord Protektor z nakazu Króla może zawsze liczyć na życzliwe przyjęcie Królowej. 

–  Co  innego  królewski  bastard,  nieprawdaż?  Królowa  odłożyła  igłę  i spojrzała  mu 

w oczy. 

– Nie rozumiem tego najścia. Nie wiem, czego sobie życzysz. 

Nie chciała być nieuprzejma: to Mordred sprowokował ją do gniewu. Ginewra nigdy 

nikogo się nie bała. 

– Chciałem tylko zamienić dwa słowa o sytuacji politycznej, dwa słowa, nie więcej. 

Ginewra  czuła,  że  sytuacja  jest  krytyczna.  Zrobiło  jej  się  słabo.  Była  za  stara  na 

szarpaninę  z wariatem  –  chociaż  sama  nie  miała  jeszcze  podejrzeń  co  do  stanu 

background image

poczytalności  Mordreda.  Czuła  tylko,  że  teatralna  maniera  Mordreda  odrealnia  i ją:  nie 

była w stanie wysławiać się naturalnie. Lecz ulec nie zamierzała. 

– Twoich opinii wysłucham z ciekawością. 

– Dzięki za tę łaskawość... Jenny. 

Oburzyła się: jakim prawem traktuje ją jak swój prywatny wymysł, zamiast mówić jak 

do żywej osoby? 

–  Bądź  łaskaw,  Mordredzie  –  rzekła  tonem  urażonej  dumy  –  zwracać  się  do  mnie 

z użyciem tytułu królewskiego. 

– Naturalnie, Wasza Wysokość. Proszę darować, że nadużyłem przywileju Lancelota. 

Drwina w jego głosie otrzeźwiła Ginewrę, przywracając jej godność damy, wyniosłość 

królowej,  dumę  starej  arystokratki,  na  której  artretycznych  palcach  połyskują  rodowe 

pierścienie – tej, która przez pięćdziesiąt lat miała świat u swych stóp. 

– Taki wyczyn – odparowała bez namysłu – przekracza, obawiam się, twoje skromne 

możliwości. 

– Brawo! Sam sobie chciałem, nie zgłaszam pretensji. Zawsze miałaś, jak to się mówi, 

niewyparzony język, co... Królowo Jenny? 

–  Sir  Mordredzie,  skoro  nie  potrafisz  zachowywać  się  jak  przystało  na  szlachcica, 

muszę cię opuścić. 

– A dokąd to się wybieramy? 

– Dokądkolwiek, gdzie dama, która mogłaby być twoją matką, poczuje się bezpieczna 

od podobnych impertynencji. 

– Oto jest pytanie... – zauważył filozoficznie Mordred. – Gdzie ty możesz poczuć się 

bezpieczna?  Jeśli  wziąć  pod  uwagę,  że  wszyscy  wyjechali  do  Francji,  a jedynym  władcą 

królestwa jestem ja – to kto wie, czy twój plan nie spali na panewce? Naturalnie, możesz 

jechać do Francji... jeśli znajdziesz sposób. 

Ginewra zaczynała pojmować. 

– Nie rozumiem – powiedziała. 

– W takim razie zastanów się jeszcze raz. 

– Za pozwoleniem – podniosła się z miejsca – wezwę dworkę. 

– Ależ proszę. Chociaż pewnie będę ją musiał odesłać. 

– Agnieszka słucha tylko moich rozkazów. 

– Wątpię. Ale spróbujmy. 

– Mordredzie, czy zechcesz zostawić mnie samą? 

–  Nie,  Jenny.  Mam  ochotę  tu  zostać.  Usiądź  na  chwilę  i posłuchaj  mnie  spokojnie, 

a obiecam  zachowywać  się  nienagannie  –  powiem  więcej:  jak  najszlachetniejszy  ze 

szlachetnych rycerzy. Zgoda? 

background image

– Nie dajesz mi wyboru. 

– To prawda. 

– Czego chcesz? 

Usiadła, splatając dłonie na podołku. Z dawna przywykła do życia w zagrożeniu. 

– Hola, hola! – zaśmiał się Mordred, nagle w świetnym humorze, zachwycony tą grą 

w kotka  i myszkę.  –  Po  co  tak  ostro?  Do  rozmowy  przystępować  należy  w nastroju 

swobodnym, inaczej staje się wymuszona. 

– Słucham. 

–  Ależ  nie  tym  tonem!  Proszę  cię,  mów  mi  Mordy,  albo  znajdź  jakieś  inne 

pieszczotliwe imię – tak będzie naturalniej, skoro ja nazywam cię Jenny. Zobaczysz, jak 

się zaraz zrobi przyjemnie. 

Ginewra milczała. 

– Ginewro, czy zdajesz sobie sprawę z pozycji, w jakiej się znalazłaś? 

– Zajmuję pozycję Królowej Anglii, tak jak ty zajmujesz pozycję Lorda Protektora. 

– Póki Artur i Lancelot walczą we Francji. 

– Naturalnie. 

–  Przypuśćmy  jednak  –  cedził  słowa  Sir  Mordred,  głaszcząc  mopsa  –  że  dziś  rano 

otrzymałem list z wiadomością, że Artur i Lancelot nie żyją? 

– Nie wierzę. 

– Pozabijali się nawzajem w pojedynku. 

– To kłamstwo – rzekła z cichym uporem. 

– Rzeczywiście, to kłamstwo. Skąd wiedziałaś? 

– Jak mogłeś pozwolić sobie na tak okrutny żart? 

– Wielu uwierzyłoby w niego, Jenny. Spodziewam się, że wielu uwierzy. 

– Czemuż to? – zapytała, lecz natychmiast pojęła myśl Mordreda. Zamurowało ją. Po 

raz pierwszy poczuła lęk: bała się o Artura. 

– Nie chcesz chyba powiedzieć... 

–  Ależ  chcę,  chcę!  –  zawołał  wesoło.  -1  mówię!  Jak  sądzisz:  co  by  się  stało,  gdybym 

dziś ogłosił śmierć naszego biednego Artura? 

–  Nie  zrobisz  tego,  Mordredzie!  Przecież  oni  żyją...  Wszystko  zawdzięczasz...  Król 

mianował cię swoim namiestnikiem... Twoja przysięga wasalska... Przecież to kłamstwo! 

Artur zawsze traktował cię sprawiedliwie... 

Mordred miał zimne oczy. 

–  Nigdy  nie  prosiłem  o sprawiedliwe  traktowanie.  Sprawiedliwość  Artura  to  chwyt 

pod publiczkę, a dla niego samego rozrywka. 

– To twój ojciec! 

background image

–  Trudno  zaprzeczyć.  Ja  się  na  świat  nie  prosiłem.  Pewnie  i mnie  zrobił  sobie  dla 

rozrywki. 

– Ach tak... 

Ginewra nerwowo mięła w palcach robótkę, usiłując zebrać myśli. 

– Za co tak nienawidzisz mego męża? – spytała wreszcie, z nutą szczerego zdumienia. 

– Ja go nie nienawidzę. Ja nim gardzę. 

– Przecież nie wiedział – perswadowała łagodnie – że twoja matka jest jego siostrą. 

Prawdę poznał za późno. 

–  A o  tym,  że  ja  jestem  jego  synem,  też  nie  wiedział,  gdy  wyrzucał  niemowlęta  na 

morze? 

–  Miał  dziewiętnaście  lat,  Mordredzie.  Nastraszyli  go  proroctwami,  zrobił,  co  mu 

kazali. 

– Moja matka była porządną kobietą, zanim spotkała Króla Artura. Jako przykładna 

żona Lotha Króla na Orkadach, urodziła mu czterech dorodnych synów. A co potem? 

– Przecież ona była dwa razy starsza od Artura! Kobieta w tym wieku... 

Mordred przerwał jej uniesieniem ręki. 

– Mówisz o mojej matce. 

– Przepraszam cię, Mordredzie, ale doprawdy... 

– Kochałem moją matkę. 

– Mordredzie... 

–  Król  Artur  uwiódł  ją  jako  wierną  mężatkę,  a porzucił  jako  wynędzniałą  kokotę. 

Dokonała  żywota,  cudzołożąc  nago  z Sir  Lamorakiem,  słusznie  ukatrupiona  przez 

rodzone dziecko. 

– Mordredzie, wiem, że nie warto przekonywać cię o tym, w co nie wierzysz... o tym, 

że  Artur  jest  dobry  i żałuje  przeszłości...  Ale  on  cię  naprawdę  kocha.  Mówił  o tym  nie 

dalej jak dzień, dwa przed tym całym nieszczęściem... 

– Niech się wypcha swoją miłością. 

– Zawsze był wobec ciebie szczery. 

– Wiem, wiem, nasz szlachetny, sprawiedliwy Król! Łatwo być szczerym po fakcie. To 

jest właśnie najśmieszniejsze. Sprawiedliwość! Nią też może się wypchać! 

Mordred uśmiechnął się z dziką rozkoszą. 

– Nie wierzę własnym uszom – szepnęła ze zgrozą Ginewra, skubiąc robótkę. 

Wyczerpała już wszystkie metody. Przemknęło jej przez myśl, że gdyby się przed nim 

ukorzyła, padła na kolana i błagała o łaskę – może dałby się ułagodzić. Ale w głębi duszy 

wiedziała, że to na nic. Mordred konsekwentnie realizował swój scenariusz. Nawet to, co 

mówił, było wystudiowaną rolą, a nie próbą nawiązania dialogu. 

background image

– Mordredzie – zaapelowała żałośnie – miejże chociaż litość dla nieszczęsnego ludu, 

skoro nie masz jej ani dla Artura, ani dla mnie. 

Mordred  zepchnął  mopsa  z kolan,  wstał  i uśmiechnął  się  do  Ginewry  z szatańską 

satysfakcją, prężąc tors i mierząc ją z góry szklanym wzrokiem. 

– Arturowi – nigdy. Ale tobie mógłbym, rzecz jasna, okazać litość. 

– Co masz na myśli? 

– Prostą symetrię zdarzeń, Jenny, nic więcej. Wpatrywała się w niego bez słów. 

–  Nie  rozumiesz?  Mój  ojciec  popełnił  kazirodztwo  z moją  matką.  Czy  nie  byłoby  to 

dopełnieniem  schematu,  moja  droga  Jenny,  gdybym  ja  w rewanżu  poślubił  małżonkę 

ojca? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XII 

 

 

W namiocie Gawaine’a panował mrok, rozświetlony nieznacznie tylko dołem, od żaru 

węgla drzewnego, który dopalał się na płaskiej blasze. Sam namiot był ubogi i zgrzebny 

w porównaniu  z wystawnymi  pawilonami  rycerzy  angielskich.  Twardą  pryczę  zaścielało 

kilka  tartanowych  pledów  w barwach  Orknejów,  a za  ozdobę  wnętrza  służyły  tylko  dwa 

przedmioty:  ołowiana  butelka  wody  święconej  do  celów  leczniczych,  opatrzona 

inskrypcją  „Optimus  egrorum,  medicus  fit  Thomas  bonorum”,  oraz  wiązka  zwiędłych 

wrzosów, przywiązana do masztu namiotu. Były to bóstwa domowe Sir Gawaine’a. 

Gawaine leżał plackiem na pryczy, twarzą w dół. Płakał cicho, żałośnie. Siedzący obok 

Artur  gładził  jego  dłoń.  Rana  musiała  osłabić  morale  Gawaine’a,  inaczej  nie  pozwoliłby 

sobie na łzy. Stary Król usiłował dodać mu otuchy. 

– Nie gryź się tak, Gawaine – perswadował. – Przecież dałeś z siebie wszystko. 

– Po raz drugi darował mi życie; dwa razy w ciągu miesiąca. 

– Lancelot zawsze słynął z wielkiej siły. I jakoś, widać, nie traci jej z wiekiem. 

– To czemu mnie nie zabił? Błagałem go o to. Uprzedzałem, że jeśli mnie oszczędzi, 

ruszę  na  niego  z powrotem,  jak  tylko  się  wyliżę.  O mój  Boże!  –  jęknął  płaczliwie.  –  Jak 

mnie strasznie boli głowa! 

Artur westchnął ze współczuciem. 

– To dlatego, że otrzymałeś dwa ciosy w to samo miejsce. Pech tak chciał. 

– Człowiek wolałby się spalić ze wstydu. 

– Więc nie myśl o tym. Leż spokojnie, bo znów dostaniesz gorączki i jeszcze długo nie 

będziesz mógł walczyć. A co my wtedy zrobimy? Kto stanie na czele wojska? Przecież nie 

damy sobie rady bez Gawaine’a. 

–  Jestem  słabym  człowiekiem,  Arturze.  Gdy  mnie  nerwy  poniosą,  szarżuję  jak  byk, 

ale nie mogę zabić Lancelota. 

–  Najwięcej  wart  jest  ten,  kto  źle  mówi  o sobie.  Ale  zmieńmy  temat  i pogadajmy 

o czymś przyjemniejszym. Na przykład o Anglii. 

– Nie ujrzymy już Anglii. 

–  Bzdura!  Będziemy  tam  na  wiosnę.  A wiosna  tuż-tuż.  Idę  o zakład,  że  przebiśniegi 

już zakwitły, a Ginewra na pewno zdąży wyhodować na nasz przyjazd pierwsze krokusy. 

Ma wyjątkową rękę do kwiatów. 

– Ginewra zawsze była dla mnie dobra. 

– Moja Ginusia jest dobra dla wszystkich – oświadczył z dumą stary Król. – Ciekawe, 

background image

co  też  porabia  w tej  chwili?  Pewnie  kładzie  się  spać.  A może  do  późna  w nocy  gawędzi 

z twoim  bratem?  Przyjemnie  pomyśleć,  że  akurat  w tej  chwili  mogą  mówić  o nas  – 

pewnie wychwalają męstwo Gawaine’a albo Ginewra wzdycha, że jej stary tak długo nie 

wraca... 

Gawaine wiercił się niespokojnie na pryczy. 

– Coraz bardziej mnie ciągnie do domu – wymamrotał. – Gdyby Lancelot naprawdę 

nienawidził klanu Orknejow, tak jak mówi Mordred, to po co by oszczędzał głowę rodu? 

Może on rzeczywiście zabił Garetha przez pomyłkę? 

–  Ależ  jestem  pewien,  że  to  był  nieszczęśliwy  wypadek!  Z twoim  poparciem, 

Gawainie, bardzo  szybko położymy kres wojnie. Przecież toczymy ją w twojej sprawie – 

gdy poniechasz walki, reszta rycerzy będzie musiała uznać twoje racje i uczynić to samo. 

Jeśli  zatem  wyrażasz  zgodę  na  pojednanie,  wiedz,  że  nikogo  nie  uradujesz  tym  bardziej 

niż mnie. 

– Szkopuł w tym, że przysięgałem walczyć z nim do śmierci. 

– I dwa razy uczciwie próbowałeś dotrzymać słowa. 

– Za każdym razem biorąc tęgie lanie – dokończył z goryczą Gawaine. – To on miał 

szanse  dwukrotnie  zakończyć  wojnę.  Nie!  Gdybym  uległ  teraz,  wyglądałoby  to  na 

tchórzostwo. 

–  Najodważniejszy  jest  ten,  kto  nie  obawia  się  wyglądać  na  tchórza.  Pamiętasz,  jak 

Lancelot  chował  się  miesiącami  w Wesołej  Twierdzy,  a my  wyśpiewywaliśmy  mu  pod 

oknem obraźliwe piosenki? 

– Lepiej pamiętam twarz Garetha. 

– Jego śmierć zasmuciła nas wszystkich. 

Gawaine myślał: czynił to z wysiłkiem, nie miał bowiem w tej sztuce wielkiej wprawy. 

A owej  nocy  w ciemnym  namiocie  myślało  mu  się  podwójnie  trudno,  z powodu  bólu 

głowy. Bóle głowy nękały go często od czasu wypraw po Świętego Graala, kiedy to przeżył 

wstrząs  mózgu  po  ciosie  Galahada.  Złośliwy  los  chciał,  że  Lancelot  w obu  pojedynkach 

trafił go mieczem dokładnie w to samo miejsce. 

–  Czemu  miałbym  mu  ulec?  Bo  mnie  pokonał?  Przecież  to  tak,  jakbym  przed  nim 

uciekał.  Co  innego,  gdybym  to  ja  jego  powalił  na  ziemię  w następnym  pojedynku  – 

i darował mu życie. Wtedy bylibyśmy kwita. 

–  Na  łąkach  Anglii  wnet  rozkwitną  jaskry  i stokrotki...  –  zamyślił  się  Król.  – 

Przyjemnie byłoby ogłosić pokój... 

–  I ruszyć  na  wiosenne  polowanie  z jastrzębiami...  Rozmarzony  Gawaine  chciał  się 

podnieść, lecz ostry ból pod czaszką przygwoździł go z powrotem do pryczy. 

– Boże Ojcze Wszechmogący! Ależ mi dudni we łbie! 

background image

– Może podać ci chłodny kompres albo kubek mleka? 

– Szkoda zachodu. I tak nic nie pomoże. 

– Biedny Gawaine. Mam nadzieję, że nie doszło do jakiegoś złamania? 

– Złamany został tylko mój duch. Pogadajmy lepiej o czymś innym. 

– Nie dość na dzisiaj? – zaniepokoił się Król. – Powinieneś się raczej przespać,  a ja 

już pójdę. 

– Nie! Nie zostawiaj mnie samego! Wariuję w samotności! 

– Ale doktor mówił... 

–  Do  diabła  tam  z doktorem!  Jeszcze  chwileczkę.  Potrzymaj  mnie  za  rękę.  Mów  mi 

o Anglii. 

–  Jutro  powinni  przywieźć  pocztę,  a wówczas  poczytamy  sobie  nowiny  z kraju. 

Spodziewam się też listu od panicza Mordreda, a może i Giną skreśli do mnie słówko... 

– Listy Mordreda to raczej średnia przyjemność. Artur natychmiast stanął w obronie 

syna. 

– Biedak, miał takie nieszczęśliwe życie. Ale to złote serce, wierz mi, Gawainie. Gwen 

zawsze powtarza, że Mordred całe swoje ciepło ofiarował matce. 

– Uwielbiał naszą matkę. 

– A nie kochał się w niej przypadkiem? 

–  To  by  wyjaśniało,  dlaczego  jest  o ciebie  taki  zazdrosny!  Gawaine  sam  się  zdumiał 

tym nagłym odkryciem. 

-1 może właśnie dlatego – ciągnął Król – pozwolił Agravaine’owi zabić ją, kiedy miała 

romans z Lamorakiem... Biedny chłopak, świat rzeczywiście nie był dla niego łaskawy. 

– To mój jedyny żyjący brat. 

– Tak, wiem. Wszystko przez ten nieszczęsny wypadek Lancelota. 

Gawaine, zniecierpliwiony, szarpnął bandaż. 

–  To  nie  mógł  być  wypadek!  Co  innego,  gdyby  nosili  hełmy,  ale  oni  przecież  mieli 

twarze odkryte. Musiał ich rozpoznać. 

– Omawialiśmy ten temat już sto razy. 

– Właśnie, szkoda gadać. 

Stary Król zdobył się na dramatyczną szczerość: 

–  Czy  nie  stać  cię,  Gawainie,  na  to,  aby  wybaczyć  Lancelotowi  bez  względu  na 

okoliczności  zdarzenia?  Wiesz,  że  nie  uchylam  się  od  obowiązku,  lecz  jeśli  można  łaską 

stępić ostrze sprawiedliwości... 

– Stępię je, kiedy to on będzie na mojej łasce; nie wcześniej. 

– Decyzja należy wyłącznie do ciebie. O, ktoś idzie! – pewnie doktor, zbesztać mnie, 

że tak się zasiedziałem. Wejdź doktorze, wejdź. 

background image

Nie był to jednak doktor, lecz Biskup Rochesteru, zaaferowany, z pakietem pism pod 

pachą i żelazną latarnią w dłoni. 

– Ach, to ty, Rochester! Wzięliśmy cię za doktora. 

– Dobry wieczór, Wasza Wysokość. Dobry wieczór i wam, Sir Gawaine. 

– Dobry wieczór. 

– Jak tam głowa? 

– Coraz lepiej, dziękuję Waszej Wielebności. 

–  To  pomyślna  wiadomość.  Ja  również  –  dodał  Biskup  z filuternym  uśmieszkiem  – 

niosę dobre wieści. Poczta przyszła dziś wcześnie! 

– Listy! 

– Ten do Waszej Wysokości – podał list Królowi. – Długi. 

– A do mnie? 

– Niestety, w tym tygodniu nic. Następnym razem będzie lepiej. 

Artur podszedł z listem do latarni i złamał pieczęć. 

– Darujcie, panowie, ale chciałbym zaraz przeczytać. 

–  Ależ  naturalnie.  Nie  czas  na  ceregiele,  gdy  przychodzą  wieści  z Anglii.  Jak  to  los 

figle  płata,  Sir  Gawainie...  –  Rochester  taktownie  zmienił  rozmówcę  –  Nigdy  nie 

przypuszczałem, że przyjdzie mi na starość pielgrzymować po obcych krajach... 

Paplanina  Biskupa  przestała  docierać  do  uszu  Króla.  Artur  znieruchomiał.  Nie 

spąsowiał,  nie  pobladł,  nie  upuścił  listu,  nie  spojrzał  przed  siebie  ze  zgrozą.  Czytał 

w milczeniu.  A mimo  to  Rochester  urwał  w pół  zdania;  nawet  Gawaine  uniósł  się  na 

jednym łokciu. Obaj spojrzeli na Króla, który z otwartymi ustami studiował pismo. 

– Wasza Wysokość... 

– Nic, nic – zbył ich machnięciem ręki. – Darujcie. To tylko ten list. 

– Mam nadzieję... 

–  Proszę,  dajcie  mi  skończyć.  Niech  Wasza  Wielebność  porozmawia  jeszcze  chwilę 

z Sir Gawaine’em. 

– Złe wieści? – włączył się Gawaine. – Mogę spojrzeć? 

– Nie teraz. Za chwilę. 

– Mordred? 

–  Nie.  Przecież  mówię,  że  nic.  Doktor  twierdzi...  Rochester,  czy  możemy  zamienić 

słówko na zewnątrz? 

Gawaine sadowił się na pryczy z największym trudem. 

– Mam prawo wiedzieć. 

– Ależ nic się nie stało. Leż spokojnie. Zaraz wrócimy. 

– Jeśli mi nie powiecie, pójdę za wami! 

background image

– Przecież nie ma o czym mówić. Uważaj na głowę. 

– Co się stało? – Nic. Tylko... 

– Tylko co? 

–  Tylko  to,  mój  Gawainie  –  poddał  się  nagle  Król  –  że  Mordred  ogłosił  się  Królem 

Anglii, na mocy swojej doktryny Nowego Ładu. 

– Mordred! 

–  Wmówił  swoim  Młockarzom,  że  my  obaj  polegliśmy  w walce...  –  Artur  tłumaczył 

cierpliwie, jak bakałarz lekcję – ...no a potem... 

– Mordred głosi, że my nie żyjemy? 

– Tak, ogłosił, że nie żyjemy, a teraz... Arturowi zabrakło słów. 

– Co teraz? 

– Teraz chce poślubić Ginewrę. 

Zapadła  martwa  cisza,  w której  Biskup  sięgnął  machinalnie  do  krzyża  na  piersi, 

a Gawaine kurczowo zacisnął pięść na fałdzie koca. Odezwali się obaj równocześnie: 

– Lord Protektor... 

–  Nie,  nie...  –  ciągnął  z niedowierzaniem  Gawaine.  –  To  nieprawda.  To  jakiś  żart. 

Mój brat nie posunąłby się do czegoś takiego. 

– Niestety, to prawda – rzekł Król tonem świętej cierpliwości. – List pisała Ginewra. 

Bóg wie, jakim cudem udało jej się go przemycić. 

– Ależ w wieku Królowej... 

–  Mordred  oświadczył  jej  się  zaraz  po  proklamacji.  Nie  miała  nikogo  do  obrony. 

Przyjęła oświadczyny. 

– Przyjęła Mordreda! 

Gawaine z wrażenia spuścił nogi z łóżka. 

– Pokaż mi ten list, Wuju. 

Wyjął  pismo  z wiotkiej  dłoni  starca,  która  automatycznie  rozluźniła  chwyt,  i jął 

czytać, przekrzywiając stronicę pod światło. 

Artur dalej objaśniał rzecz Biskupowi: 

–  Ginewra  przyjęła  oświadczyny  i poprosiła  Mordreda  o pozwolenie  na  wyjazd  do 

Londynu  po  swój  posag.  Dojechawszy  do  Tower  z garstką  tych,  co  pozostali  jej  wierni, 

zamknęła  się  w zamku  i zatrzasnęła  bramy.  Londyńska  Tower  to,  Bogu  dzięki,  silna 

forteca. Mordred trzyma ją teraz w oblężeniu i ostrzeliwuje z broni palnej. 

– Z broni palnej? – powtórzył ze zgrozą Biskup Rochesteru. 

– Z armat – uściślił Artur. 

To już przekraczało pojęcie starego Biskupa. 

–  Nie  do  wiary!  –  rozsierdził  się.  –  Ogłasza  śmierć  Króla,  chce  żenić  się  z Królową, 

background image

a teraz jeszcze armaty?! 

– Użycie armat – rzekł Artur – oznacza koniec Okrągłego Stołu. Musimy spieszyć do 

kraju. 

– Strzelać z armat do ludzi! – Rochester nie mógł dojść do siebie. 

– Trzeba natychmiast ruszać z odsieczą, Wasza Wielebność. Gawaine zostanie tutaj... 

Ale Lord Orknejów już był na nogach. 

– Gawaine! Co ty wyprawiasz? Kładź się zaraz. 

– Jadę z tobą. 

– Kładź się, pókim dobry. Rochester, pomóż mi. 

– Mój brat złamał wasalską przysięgę. – Gawaine... 

– A Lancelot... O Boże, moja głowa! 

Ranny  olbrzym  chwiał  się  w wątłym  świetle,  oburącz  przytrzymując  bandaż  na 

głowie, a jego cień pląsał w groteskowym tańcu wokół masztu namiotu. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XIII 

 

 

Anguishowi  z Irlandii  przyśnił  się  kiedyś  wicher,  który  zmiótł  z powierzchni  ziemi 

wszystkie tamtejsze zamki i grody. Wiatr, który teraz szalał wokół zamku Benwick, groził 

spełnieniem  owego  proroctwa.  Wył  na  wszystkie  tony  piekielnych  organów,  jakby 

wściekła  siła  ciągnęła  przez  korony  drzew  masy  jedwabiu  –  jakby  tabuny  piachu  waliły 

się  na  ziemię  z niebotycznych  wysokości  –  jakby  ktoś  darł  na  pasy  gigantyczne 

prześcieradła;  wicher  grzmiał  niczym  werble  dalekiej  bitwy  –  świszczał  jak  stumilowy 

wąż  mknący  w obłędzie  przez  pełne  drzew  i domostw  poszycie  świata  –  pobrzmiewał 

westchnieniami  starców,  jękiem  kobiet,  wyciem  wilków.  Gwizdał,  mruczał,  chrobotał, 

huczał  w kominach.  Jego  głos  był  głosem  żywej  istoty  –  potwora,  syna  żywiołów, 

wyjącego  na  potępienie.  Był  to  wicher  Dantego,  porywający  straconych  kochanków 

i żurawie. Niezmordowany Szatan dwoił się i troił, pełniąc swe niszczycielskie dzieło. 

Na  zachodzie  sztorm  burzył  spokojną  taflę  oceanu,  odrywając  wodę  od  wody 

i unosząc  ją  z sobą  w postaci  piany.  Na  lądzie  giął  do  ziemi  dumne  drzewa.  Gruzłowata 

tarnina  o podwójnym  pniu  skrzypiała  żałośnie,  trąc  jednym  pniem  o drugi.  Spośród 

smaganych wichrem, łamiących się gałęzi, wyfruwały ptaki, pod wiatr, płasko nad ziemią, 

prężąc  do  tyłu  szpony  jak  kotwice.  Sokoły  wędrowne  trwały  w pozach  stoickich  na 

urwistych brzegach, chociaż ich sute czarne wąsy ociekały deszczem, a piórka na głowach 

zlepiały  się  w czuby.  Dzikie  gęsi,  spieszące  na  nocleg  o zmierzchu,  z trudem  –  w tempie 

najwyżej  jarda  na  minutę  –  pokonywały  wartki  pęd  powietrza;  wicher  porywał  ich 

przeraźliwe  krzyki,  tak  że  słychać  je  było  dopiero  chwilę  po  przelocie  –  chociaż  gęsi 

frunęły  nisko,  parę  stóp  nad  ziemią.  Kaczki  krzyżówki  i świstunki,  gnane  nawałnicą, 

przemykały bez śladu, nim się jeszcze na dobre pojawiły. 

Na zamku przejmujące podmuchy wciskały się przez szczeliny pod drzwiami i targały 

zaściełające  podłogi  sitowie.  Wiatr  buczał  szyderczo  w sztolniach  spiralnych  schodów, 

kłapał  drewnianymi  okiennicami,  zawodził  piskliwie  w szparach  witrażowych  okien, 

wprawiał  w nieustanne  falowanie  wyziębłe  arrasy,  dobierał  się  do  krzyża  zziębniętym 

mieszkańcom. Kamienne wieże drżały niczym basowe struny instrumentów muzycznych. 

Zerwane  z dachu  gonty  fruwały  w powietrzu  i z  suchym  trzaskiem  rozpryskiwały  się 

o bruk dziedzińca. 

Bors  z Bleoberisem  siedzieli  w kucki  nad  jasnym  paleniskiem,  które  za  sprawą 

złośliwego  wichru  świeciło,  lecz  nie  grzało.  Nawet  ogień  wydawał  się  skostniały,  jak 

namalowany. Wściekły żywioł niepokoił i mącił myśli. 

background image

– Ale czemu odjechali tak nagle? – spytał z wyrzutem Bors. – Jak żyję, nie widziałem 

takiego końca oblężenia. Zniknęli z dnia na dzień. Jakby ich wymiotło. 

– Musieli dostać złe wieści. Na pewno w Anglii coś się stało. 

– Może i masz rację. 

– Gdyby postanowili wybaczyć Lancelotowi, przysłaliby posłańców. 

– To faktycznie dziwne: tak odpłynąć ni stąd, ni zowąd, bez słowa. 

– Myślisz, że gdzieś mogła wybuchnąć rebelia – w Kornwalii, w Walii albo w Irlandii? 

– Pradawni stale mącą – pokiwał głową Bleoberis. 

–  Ja  nie  wierzę  w możliwość  rebelii.  Przypuszczam  raczej,  że  Król  się  rozchorował 

i musieli  go  natychmiast  odwieźć  do  domu.  Może  ten  cios,  który  mu  zadał  Lancelot  za 

drugim razem, spowodował pęknięcie czaszki? 

– Może być. 

Bors dźgnął palenisko. 

– Tak odjechać, bez słowa! 

– Ale dlaczego Lancelot nic nie robi? 

– A co miałby robić? 

– Nie wiem. 

– Król skazał go na banicję. 

– Wiem. 

– Więc nic nie może zrobić. 

– A jednak – upierał się Bleoberis – powinien coś przedsięwziąć. 

Drzwi  na  dole  wieży  rozwarły  się  z hukiem.  Arrasy  załopotały,  ściółka  z sitowia 

podniosła się na sztorc, podmuch przydusił ogień, a w kłębach dymu zabrzmiał tłumiony 

wiatrem okrzyk Lancelota. 

– Bors! Bleoberis! Demaris! 

– Tutaj! 

– Gdzie? 

– Na górze! 

Odległe  drzwi  zatrzasnęły  się  i cisza  znów  zaległa  komnatę.  Sitowie  pokładło  się  na 

ziemi,  a na  kamiennych  schodach,  skąd  jeszcze  przed  chwilą  ledwie  słychać  było  głos 

Lancelota, rozległy się wyraźnie jego kroki. Wbiegł prawie, z listem w dłoni. 

– Borsie. Bleoberisie. Szukałem was. Rycerze wstali. 

–  Otrzymałem  list  z Anglii.  Posłańców  zwiało  pięć  mil  na  północ.  Trzeba  jechać, 

natychmiast! 

– Do Anglii? 

– Tak, tak. Oczywiście, że do Anglii. Zleciłem już Lionelowi zająć się transportem. Ty, 

background image

Borsie, zadbaj o paszę dla koni. Poczekamy tylko, aż sztorm przycichnie. 

– Po co jedziemy? – spytał Bors. 

– Powinieneś przekazać nam nowiny... 

–  Nowiny?  –  zawahał  się  Lancelot.  –  Nie  ma  na  to  czasu.  Powiem  wam  po  drodze. 

A zresztą, masz, czytaj sam. 

Wręczył list Borsowi i wybiegł, zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć. 

– Ładne rzeczy! 

– Czytaj list! 

– Nawet nie wiadomo, od kogo. 

– Czytaj, może się okaże. 

Lancelot powrócił, ledwie zdążyli odcyfrować datę. 

– Bleoberisie! – rzekł. – Byłbym zapomniał: ty zajmiesz się końmi. Dajcie no ten list. 

Będziecie go sylabizować całą noc. 

– Ale co tam piszą? 

–  Najważniejsza  część  wiadomości  i tak  przyszła  ustnie.  Podobno  Mordred 

zorganizował  bunt  przeciwko  Arturowi,  ogłosił  się  Wodzem  Anglii  i poprosił  Ginewrę 

o rękę. 

– Przecież ona jest mężatką! – oburzył się Bleoberis. 

–  Dlatego  właśnie  Artur  przerwał  oblężenie.  Dowiedziawszy  się  o tym,  Mordred 

zwołał  w Kencie  armię,  która  miała  udaremnić  powrót  Króla.  Wcześniej  bowiem 

rozgłosił,  że  Artur  poległ.  Jednocześnie  jego  oddziały  oblegają  Królową  w Tower, 

z użyciem armat. 

– Armat! 

– Mordred czekał na Artura w Dover, chcąc mu uniemożliwić zejście na ląd. Stoczyli 

zaciętą  bitwę  morsko-lądową.  Wygrał  Król,  choć  z trudem.  Wywalczył  sobie  prawo 

powrotu do kraju. 

– Kto napisał ten list? Lancelot niespodziewanie usiadł. 

– To list od Gawaine’a. Biedny Gawaine. Nie żyje. 

– Gawaine nie żyje?! 

– W takim razie, jak mógł napisać... – myślał głośno Bleoberis. 

–  To  wstrząsający  list.  Gawaine  był  dobrym  człowiekiem.  Pchaliście  mnie  do  walki 

z nim, bo nikt z wąs nie poznał się na jego złotym sercu. 

– Czytaj wreszcie! – zirytował się Bors. 

–  Zdaje  się,  że  rana  na  głowie,  którą  ode  mnie  otrzymał,  była  dość  niebezpieczna. 

Gawaine  nie  powinien  był  podróżować.  Czuł  się  jednak  samotny,  nieszczęśliwy 

i zdradzony.  Jego  ostatni  żyjący  brat  okazał  się  zdrajcą.  Gawaine  uparł  się  towarzyszyć 

background image

Królowi,  a potem  walczyć  w bitwie  o zejście  na  ląd.  Niestety,  otrzymał  cios  maczugą 

w starą ranę i po kilku godzinach zmarł. 

– Mimo to nie rozumiem, co cię tak zaniepokoiło. 

– Posłuchajcie listu. 

Lancelot  podszedł  z listem  do  okna  i przez  chwilę  w milczeniu  kontemplował 

charakter  pisma  –  jakże  wzruszająco  inny  od  charakteru  osoby  autora.  Gawaine  nie 

należał  do  ludzi,  których  można  by  posądzić  o zamiłowania  pisarskie.  Już  prędzej 

sprawiał  wrażenie  analfabety  –  jak  zresztą  większość  klanu  Orknejów.  Tymczasem  list, 

miast  nowomodnym  spiczastym  gotykiem,  pisany  był  prześliczną  celtycką  minuskułą, 

tak  samo  schludną,  krągłą  i drobniutką,  jak  literki,  które  mały  Gawaine  stawiał  pod 

okiem  sędziwego  świętego  męża  gdzieś  na  mglistych  rubieżach  krainy  Szkotów.  Od 

tamtej  pory  pisywał  tak  rzadko,  że  jego  szkolna  kaligrafia  zachowała  nietkniętą  urodę. 

Tak pisać mogła albo stara panna, albo chłopiec z dawnych czasów, który stopy zahaczył 

o nogi  stołka  i z  wielkiej  gorliwości  bezwiednie  wystawił  język  do  pomocy  niepewnej 

dłoni.  Gawaine  –  z pozoru  prostak  i grubianin  –  zachował  ową  dziecinną  gorliwość, 

widoczną  w idealnych  krzywiznach  literek,  aż  po  wiek  dojrzały.  Z czarnej  zbroi 

wychynęło  znienacka  bystre  chłopię:  z gilem  u nosa,  boso  –  chciaż  stopy  posiniały  mu 

z zimna  –  w palcach,  cienkich  i czerwonych  jak  młode  marchewki,  mnące  koniec 

długiego warkocza wodorostów. 

„Do  Sir  Lancelota,  najszlachetniejszego  z szlachetnych  rycerzy,  jakich  znałem 

osobiście lub ze słyszenia za dni swoich. Ja, Sir Gawaine, syn Lotha Króla Orknejów, syn 

siostry  rodzonej  szlachetnego  Króla  Artura,  ślę  Ci  pozdrowienie.  Jest  mym  życzeniem, 

aby  świat  się  dowiedział,  że  ja,  Sir  Gawaine,  Rycerz  Okrągłego  Stołu,  szukałem  śmierci 

z Twojej  ręki  –  i to  nie  z Twej  przyczyny,  ale  z własnej  woli.  Za  czym  upraszam  Cię,  Sir 

Lancelocie,  abyś  powrócił  w granice  Królestwa,  tam  zaś  odwiedził  grób  mój  i odmówił 

nad nim modlitwę za mą duszę. 

W dniu, w którym piszę niniejsze, otrzymałem śmiertelny cios w tę samą ranę, którą 

otwarła mi była Twoja ręka, Sir Lancelocie – honor to prawdziwy być pozbawionym życia 

przez  męża  tak  niezrównanej  szlachetności.  Pomnij,  Sir  Lancelocie,  na  dawną  przyjaźń, 

jaka nas łączyła...” Lancelot urwał i cisnął pismo na stół. 

–  Czytajcie  sami  –  rzekł.  –  Ja  dalej  nie  mogę.  Gawaine  nagli  mnie  do  pośpiechu: 

chce, abym wsparł Króla przeciwko jego bratu – ostatniemu z żyjących krewnych. On tak 

bardzo kochał rodzinę, mój Borsie, a stracił ich wszystkich. Mimo to, wybacza mi w liście. 

Całą winę bierze na siebie. Bóg świadkiem, że był dobrym bratem dla swych braci. 

– Ale co z Królem? 

–  Musimy  jak  najprędzej  dotrzeć  do  Anglii.  Mordred  wycofał  się  do  Canterbury, 

background image

szykować  nową  bitwę.  Może  nawet  już  się  ona  odbyła.  Sztorm  opóźnia  wszak  przekaz 

wieści. Trzeba się spieszyć. 

– Pójdę zająć się końmi – powiedział Bleoberis. – Kiedy wypływamy? 

– Jutro. Dziś wieczór. Zaraz. Gdy tylko wiatr ustanie. Spiesz się. 

– Rozkaz. 

– Ty, Borsie, szykuj paszę. 

– Tak jest. 

Lancelot już wychodził za Bleoberisem, lecz odwrócił się w drzwiach. 

– Królowa w oblężeniu – rzekł krótko. – Musimy ją wydostać. 

– Tak jest. 

Pozostawiony sam na  sam z wichurą,  Bors  z ciekawości podniósł list. Obrócił pismo 

ku  słabnącemu  światłu  i przez  chwilę  w zachwycie  kontemplował  zygzakowate  „g”, 

skulone  „b”,  i „t”  wygięte  niczym  lemiesz  pługa.  Każda  drobna  linijka  przypominała 

świeżo wyoraną bruzdę, pachnącą młodą ziemią. Tylko ostatnia szła nieco krzywo, w dół. 

Bors starannie, ze wszystkich stron, obejrzał brunatnej barwy podpis pod listem. Potem 

z trudem,  bezgłośnie  poruszając  ustami,  przesylabizował  ostatnie  zdanie.  Sitowie 

szeleściło,  dym  buchał,  wicher  wył  –  a Bors  czytał  ostatnie  słowa  Sir  Gawaine’a:  „List 

niniejszy  pisałem  ledwie  dwie  i pół  godziny  przed  śmiercią,  własnoręcznie,  o czym 

zaświadczam pieczętując się krwią serdeczną Gawaine z rodu Orknejów” 

Bors  przesylabizował  podpis  dwukrotnie  i postukał  się  paznokciem  w zęby. 

Gawaine... 

– Pewnie na północy – zamyślił się głośno – wymawiają jego imię Cuchullain. W tych 

starożytnych językach wszystko jest możliwe. 

Odłożył list, podszedł do smaganego wiatrem okna i zanucił melodię pieśni „Brume, 

brume on hil”, której pierwotne słowa przepadły w oceanie czasu. Może podobne były do 

tych śpiewanych dzisiaj: 

Lecz  krew  gorąca  wciąż,  a serce  w Górach,  I wciąż  po  nocach  Hebrydy  nam  się 

śnią. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XIV 

 

 

Ten sam wicher smutku targał królewskim namiotem pod Salisbury. Zawierucha nie 

sięgała  jednak  do  środka,  gdzie  panowały  cisza  i spokój.  Iście  królewski  przepych 

wnętrza  podkreślały  arrasy  –  wśród  nich  i ten  z Uriaszem  przerzynanym  na  pół  –  futra 

grubo  zaścielające  kanapę,  i migotliwe  świece.  Był  to  raczej  wystawny  pawilon  niż 

namiot.  Z tyłu,  na  wieszaku,  połyskiwała  smętnie  królewska  kolczuga.  Niesforny  sokół, 

który uwielbiał wrzeszczeć bez powodu, sterczał zakapturzony na przenośnej grzędzie, na 

jakiej  zwykle  sadza  się  papugi,  pogrążony  w koszmarnych  wizjach  zbrodni  przodków. 

Chart barwy kości słoniowej leżał w pozie wdzięcznej, z ogonem po charciemu zagiętym 

w kościsty  sierp,  i żałosnym,  współczującym  spojrzeniem  wpatrywał  się  w starego  pana. 

Na  stołku  przy  łożu  stała  wspaniała,  emaliowana  szachownica,  a na  niej  piony  i figury, 

wykonane z jaspisu i kryształu, tworzyły układ szach-mat. Wszędzie piętrzyły się papiery: 

na  stole  sekretarza,  na  pulpicie,  na  zydlach.  Były  to  owe  nudne  dokumenty  rządowe, 

których  Król  nie  poniechał  nawet  w dobie  wojny  –  projekty  ustaw  o milicji  i wojsku, 

rozkazy  dzienne,  orzeczenia  sądowe.  Wielki  rejestr  leżał  otwarty  na  wzmiance 

o nikczemnym  maruderze,  niejakim  Wilhelmie  z Lane,  skazanym  na  powieszenie  za 

łupiestwo.  Na  marginesie  schludna  ręka  sekretarza  dopisała  lakoniczne  –  zgodnie 

z duchem tragedii – epitafium po łacinie: „suspendatur”. Pulpit przywalały stosy petycji 

i memoriałów,  zaopiniowanych  i sygnowanych  przez  Króla.  Te,  które  Król  aprobował, 

nosiły  starannie  wykaligrafowaną  adnotację:  „Le  roy  le  veult”.  Te  zaś,  które  odrzucił, 

opatrzone  były  dyplomatyczną  formułą  od  lat  stosowaną  przez  monarchów:  „Le  roy 

s’advisera”.  Pulpit  i ławka  stanowiły  całość  –  i właśnie  przy  pulpicie  siedział  oto  Król 

Artur.  Wsparł  czoło  o blat,  roztrącając  papiery.  Wyglądał  jak  nieżywy  –  co  nie  było 

zresztą bardzo dalekie od prawdy. 

Artur był śmiertelnie zmęczony. Wycieńczyły go dwie już stoczone bitwy – pod Dover 

i pod  Barham  Down.  Jego  małżonka  siedziała  uwięziona  w Tower.  Najserdeczniejszy 

druh  został  banitą.  Rodzony  syn  usiłował  go  zabić.  Gawaine  spoczął  w ciemnej  mogile. 

Okrągły  Stół  właściwie  przestał  istnieć.  Kraj  pogrążył  się  w wojnie.  Lecz  wszystkie  te 

przeciwności  dałyby  się  jakoś  pokonać,  gdyby  opoka  ducha  Artura  pozostała 

niewzruszona.  Przed  laty,  kiedy  duch  ten  należał  do  zwinnego  urwisa  imieniem  Wart, 

kształtowało go leciwe, siwobrode wcielenie dobroci. Merlin wpoił Arturowi przekonanie, 

że  człowiek  może  stać  się  doskonały  –  że  w gruncie  rzeczy  jest  bardziej  aniołem  niż 

bestią,  że  dobro  warte  jest  wysiłku,  że  coś  takiego  jak  grzech  pierworodny  nie  istnieje. 

background image

Merlin  hartował  Artura  niczym  oręż  na  odsiecz  ludzkości,  w ogniu  wiary  w dobroć 

człowieka.  Zaślepiony  stary  bakałarz  wychował  ucznia  na  prototyp  Ludwika  Pasteura, 

Marii  Skłodowskiej-Curie  czy  cierpliwego  odkrywcy  insuliny.  Powołaniem  Artura  było 

pokonać Przemoc – tę chorobę umysłową rodzaju ludzkiego. Okrągły Stół, Etos Rycerski, 

misja Świętego Graala, krzewienie Sprawiedliwości – były to kolejne szczeble wiodące ku 

realizacji  powołania,  które  zaszczepił  mu  Merlin.  Artur  przypominał  naukowca,  który 

całe  życie  poświęcił  badaniu  przyczyn  choroby  nowotworowej.  Pragnął  położyć  kres 

Przemocy,  by  uszczęśliwić  ludzkość.  Jednak  cały  jego  program  działania  opierał  się  na 

tym jednym fundamentalnym założeniu: że człowiek jest istotą z gruntu przyzwoitą. 

Teraz,  patrząc  wstecz  na  swe  życie,  dochodził  do  wniosku,  że  zawsze  walczył 

z powodzią rozrywającą tamę: ledwie zdołał powstrzymać falę w jednym miejscu, żywioł 

wdzierał się drugą szczeliną, i tak bez końca. Żywiołem tym była Siła Pięści. Na początku, 

jeszcze przed ślubem, Artur próbował zwyciężyć siłę siłą, walcząc zaciekle z Konfederacją 

Celtycką  –  aż  przekonał  się,  że  zło  dodane  do  zła  nie  czyni  dobra.  A jednak  zdołał 

skutecznie  udaremnić  feudalne  sny  o wojnie.  Później,  przy  Okrągłym  Stole,  próbował 

łagodniejszymi metodami okiełznać Tyranię, kierując jej energię ku celom chwalebnym: 

zwolenników  Siły  wysyłał  na  odsiecz  skrzywdzonym  i uciśnionym,  przeciwko 

samowolnym  baronom  –  tak  jak  sam  stawał  niegdyś  przeciwko  celtyckim  królom, 

krusząc  ich  potęgę.  Rycerze  wypełniali  zadania  z ochotą  –  aż  w końcu  cel  został 

osiągnięty,  lecz  ich  własna  Siła  była  po  dawnemu  nieposkromiona.  Wówczas  wymyślił 

Artur nowe dla niej ujście  i posłał swych rycerzy na  misję Bożą: poszukiwanie Świętego 

Graala.  I to  się  nie  powiodło,  gdyż  ci,  którzy  misję  spełnili,  osiągnęli  doskonałość 

i straceni zostali dla świata – ci zaś, którym się nie powiodło, wrócili z wyprawy nie lepsi 

niż  byli  dawniej.  Na  koniec  spróbował  Artur  stworzyć  swego  rodzaju  mapę  Siły,  by 

następnie  ująć  ją  w karby  Prawa.  Chciał  spisać  kodeks  indywidualnych  nadużyć  Siły 

i każdemu  występkowi  nałożyć  wędzidło  bezstronnej,  wymierzanej  przez  państwo 

Sprawiedliwości.  Dla  tej  idei  gotów  był  poświęcić  żonę  i najlepszego  przyjaciela.  Lecz 

właśnie kiedy samowola jednostki zdawała się poskromiona, Przemoc zaskoczyła Artura 

w nowej zgoła formie: w postaci siły zorganizowanej, bandyckiej wspólnoty, przestępczej 

armii,  której  nie  imają  się  prawa  dotyczące  pojedynczego  obywatela.  Artur  ograniczył 

bezkarność  jednostki,  lecz  nie  przewidział,  że  przestępczą  działalność  podejmą  grupy. 

Ograniczył pojedyncze zabójstwa, lecz stanął w obliczu wojny. A wobec wojny Prawo jest 

bezsilne. 

Dawne  bitwy  Artura,  z czasu  konfliktów  z Lothem  i despotycznym  Rzymem,  miały 

obalić  feudalną  koncepcję  wojny  jako  męskiej  rozrywki  –  czegoś  pośredniego  między 

polowaniem  na  lisy  a grą  w kości  o życie.  W tym  celu  Artur  zainicjował  wojnę 

background image

powszechną.  Na  starość  stwierdzał,  że  jego  wojna  powszechna  przekształciła  się 

w powszechną nienawiść – całkiem nowe zjawisko społeczne. 

Artur  ukrył  twarz  w papierach  i przymknął  oczy,  usiłując  odegnać  pewną  straszną 

myśl.  Jeśli  bowiem  grzech  pierworodny  jednak  istnieje,  jeśli  człowiek  jest  z natury  zły, 

a Biblia słusznie twierdzi, iż nie masz na tym świecie rzeczy zdradliwszej i podlejszej nad 

ludzkie  serce  –  to  cel  jego  życia  był  od  początku  chybiony.  Honor  rycerski 

i sprawiedliwość  to  dziecinne  mrzonki,  jeśli  człowiek  mający  wcielać  w życie  owe  ideały 

był Młockarzem – z gatunku homo ferox, a nie homo sapiens. 

Za tą myślą czaiła się druga, jeszcze gorsza, z którą Artur nawet nie śmiał się borykać. 

Może  człowiek  nie  jest  ani  dobry,  ani  zły,  może  jest  jedynie  maszyną  w bezdusznym 

wszechświecie, a jego odwaga – niczym więcej niż odruchową reakcją na zagrożenie, jak 

mimowolny  podskok  na  ukłucie  szpilką.  Może  w ogóle  nie  ma  czegoś  takiego  jak  cnota 

charakteru  –  chyba  że  za  cnotę  uznamy  podskok  wywołany  ukłuciem  –  a mechaniczny 

osioł ludzkości drepcze potulnie, wabiony żelazną marchewką miłości, w bezsensownym 

kieracie reprodukcji.  Może Przemoc jest prawem Natury, niezbędnym do podtrzymania 

kondycji tych, którzy przetrwali. A więc i jego, Artura. 

Nie  mógł  dalej  śledzić  tej  myśli.  Czuł  ostatnio  jakąś  dziwną  pustkę  w głowie,  ściślej 

mówiąc  –  między  oczami,  około  nasady  nosa.  Źle  sypiał,  a gdy  zasnął,  śniły  mu  się 

koszmary.  Nazajutrz  miała  rozegrać  się  walna  bitwa.  Tymczasem  jednak  należało 

przeczytać i podpisać resztę papierów. Artur nie miał siły. Nie był w stanie unieść głowy 

znad pulpitu. 

Dlaczego ludzie walczą między sobą? 

Stary Król był od dziecka myślicielem pilnym, lecz nigdy lotnym. Jego myśli zaczęły 

gonić w piętkę – jak zwykle, gdy był przemęczony: posuwały się wydeptanym torem osła 

w kieracie – mozolnie, lecz w kółko. 

Czy  to  źli  przywódcy  wiodą  na  rzeź  niewinne  narody  – 

CTJ 

też  złe  narody  wybierają 

sobie wodzów na własną miarę? Zdawałoby się, że to niemożliwe, aby jeden wódz skłonił 

milion  Anglików  do  działania  wbrew  ich  własnej  woli.  Gdyby  Mordred,  dajmy  na  to, 

namawiał  Anglików  do  noszenia  spódniczek,  albo  do  chodzenia  na  rękach  –  wątpliwe, 

czy  przystąpiliby  do  jego  partii,  choćby  nie  wiem  jak  ich  wabił  perswazją,  podstępem, 

nawet  terrorem.  A więc  wódz,  aby  porwać  ludzi  za  sobą,  musi  zaproponować  im  coś, 

z czym  się  zgadzają.  Innymi  słowy:  przywódca  ludu  zadaje  decydujące  pchnięcie 

walącemu  się  gmachowi  –  lecz  gmach  ten  już  wcześniej  musiał  drżeć  w posadach. 

A zatem to nieprawda, że wojna jest kataklizmem, w który podłe jednostki wciągają bogu 

ducha winne masy. Wojny to zrywy społeczne, o podłożu głębszym  i bardziej złożonym. 

Artur wcale nie miał poczucia, że to on sam, czy nawet Mordred, wciągnęli kraj w obecne 

background image

nieszczęście.  Skoro  jednak  tak  łatwo  powieść  naród  w dowolną  stronę  –  jak,  nie 

przymierzając,  wieprzka  do  rzeźni  –  to  czemu  nie  udało  się  doprowadzić  go  do 

poszanowania  ideałów  rycerskich,  sprawiedliwości  i pokoju?  Artur  przecież  tak  bardzo 

się starał! 

No tak, ale – tu zaczynał się, niczym w Piekle, drugi krąg myśli – jeśli nie Artur i nie 

Mordred, to kto był sprawcą obecnego kataklizmu? Co jest motorem wojny jako takiej? 

Przecież  każda  następna  wojna  wydaje  się  głęboko  zakorzeniona  w swoich 

poprzedniczkach.  Od  Mordreda  trop  wiódł  do  Morgause,  dalej  do  Uthera  Pendragona, 

i jeszcze  dalej,  do  przodków  Uthera.  Kain  zabił  Abla,  zajmując  jego  ziemie,  a synowie 

Abla nigdy nie ustaną w walce o odzyskanie panowania. Człowiek od zarania, stulecie po 

stuleciu,  złem  odpłaca  za  zło,  rzezią  za  rzeź.  Nikt  na  tym  nie  korzysta,  zawsze  cierpią 

obydwie  strony  –  lecz  człowiek  jest  nieprzejednany.  Za  obecną  wojnę  można  było 

obwiniać Mordreda –  albo Artura. Ale również miliony Młockarzy,  Lancelota, Ginewrę, 

Gawaine’a  –  wszystkich  bez  wyjątku.  Kto  mieczem  wojuje,  musi  od  miecza  zginąć. 

Wyglądało  na  to,  że  póki  człowiek  nie  chce  zapomnieć  o przeszłości,  poty  los  ludzkości 

zmierzać  będzie  do  smutnego  końca.  Zbrodnie  Uthera  i Kaina  mogły  zostać  zmazane 

jedynie błogosławieństwem zapomnienia. 

Siostry,  matki,  babki  –  wszystko  zakorzenione  jest  w przeszłości.  Każdy  postępek 

jednego  pokolenia  może  spowodować  nieobliczalne  konsekwencje  w życiu  przyszłych 

generacji – czasem nawet głupie kichnięcie jest jak wrzucony do sadzawki kamyk, który 

wzbudza  falę,  zdolną  zalać  najdalsze  brzegi.  A więc  w jednym  tylko  nadzieja  –  nie 

działać, w żadnej sprawie nie dobywać miecza, trwać nieruchomo, jak kamyk na brzegu? 

Ależ to wstrętne! 

Co  jest  Dobrem,  a co  Złem?  Czym  się  różni  Działanie  od  Niedziałania?  Gdybym  tak 

mógł  urodzić  się  na  nowo  –  dumał  Król  –  zagrzebałbym  się  gdzieś  w klasztorze, 

w strachu przed Działaniem, które zawsze grozi nieszczęściem. 

Błogosławieństwo  zapomnienia:  tak,  to  najważniejsze.  Skoro  nasza  przeszłość, 

i przeszłość naszych ojców, to nie kończący się ciąg Działań nieuchronnie wywołujących 

krwawe skutki – trzeba wymazać przeszłość i zacząć od nowa. Człowiek musi powiedzieć 

sobie:  tak,  to  prawda,  że  od  czasów  Kaina  żyjemy  w niesprawiedliwości,  ale  jedyny 

sposób  wyjścia  z tego  impasu  to  raz  zaakceptować  status  quo.  Spustoszono  wiele  ziem, 

zgładzono  wielu  ludzi,  wiele  narodów  upokorzono.  Lecz  zacznijmy  od  nowa,  bez  żalu 

o przeszłość,  zamiast  żyć  jednocześnie  do  przodu  i wstecz.  Nie  zbudujemy  przyszłości, 

mszcząc się za to, co minęło. Podajmy sobie ręce jak bracia i ogłośmy Pokój Boży. 

Niestety, kolejne wojny są dowodem na to, że ludzie nie umieją sobie tak powiedzieć. 

Stale  tylko  powtarzają,  że  obecna  wojna  jest  ostatnią,  a potem  będzie  jak  w raju. 

background image

Powstanie  nowy  świat,  jakiego  jeszcze  nie  widziano.  Zawsze  jednak  zwycięża  głupota. 

Ludzie  są  jak  dzieci,  wykrzykujące,  że  zbudują  piękny  dom  –  a gdy  przychodzi  do 

budowania,  okazuje  się,  że  brak  im  umiejętności.  Nie  potrafią  dobrać  właściwych 

materiałów. 

Myśli starca krążyły z mozołem, nie przywodząc go do żadnych konkluzji: powtarzały 

po wielekroć ten sam jałowy bieg – Artur jednak tak do nich przywykł, że nie umiał ich 

powstrzymać. Wiodły go w następny błędny krąg rozumowania. 

Może  główną  przyczyną  wojen  jest  zachłanność;  może  rację  miał  średniowieczny 

komunista John Bali, który głosił: „Ach, zacni moi ludzie, źle się rzeczy mają w Anglii, a i 

poprawie  nie  ulegną,  póki  wszystko  wspólne  nie  będzie,  póki  nie  stanie  ni  chłopów,  ni 

panów”.  Może  wojny  wybuchają  dlatego,  że  ludzie  mówią:  moje  królestwo,  moja  żona, 

mój  ukochany,  mój  majątek.  Tak  przecież  rozumował  i sam  Artur,  i Lancelot,  i inni 

rycerze.  Może  dopóki  ludzie  chcą  posiadać  na  własność  cokolwiek  –  choćby  honor 

i duszę  –  nie  będzie  kresu  wojnom.  Wygłodniały  wilk  zawsze  przecież  zaatakuje  tłustą 

łanię,  biedak  zawsze  obrabuje  bankiera,  niewolnik  zbuntuje  się  przeciwko  panu, 

a zubożały kraj napadnie na kraj bogaty. Może wojny zdarzają się tylko pomiędzy tymi, 

co  mają,  a tymi,  co  nie  mają.  Z tym  że  nikt  nie  jest  w stanie  określić  pojęcia  „mieć”. 

Rycerz w srebrnej zbroi bez wahania nazwie się nędzarzem, gdy napotka rycerza w złotej 

zbroi. 

A  jednak  –  myślał  dalej  Artur  –  przyjmijmy,  że  to  „własność”,  jakkolwiek  ją 

zdefinujemy, jest osią problemu. 

Ja  „mam”,  a Mordred  „nie  ma”.  Natychmiast  jednak  sam  sobie  zaprzeczył: 

nieuczciwie jest stawiać sprawę tak, jakbyśmy to my dwaj – wszystko jedno, Mordred czy 

ja – byli sprawcami całej zawieruchy. Nie jesteśmy wszak niczym innym jak galionami na 

dziobach  dwóch  potężnych  okrętów,  pchanych  przeciwko  sobie  jakimś  przemożnym, 

tajemniczym  impulsem.  Czyżby  społeczeństwo  z natury  swojej  podlegało  takim 

impulsom?  Mordred  stał  się  bezwolny  –  działa  w tej  chwili  pod  presją  ogromnej  rzeszy 

ludzi,  którzy,  wyznając  poglądy  Johna  Balia,  pragną  podporządkować  sobie  bliźnich 

w myśl  zasady,  że  wszyscy  rodzimy  się  równi,  oraz  takich,  którzy  chętnie  skorzystają 

z każdej rewolty, aby potwierdzić własną siłę. Presja wyraźnie idzie od dołu: zwolennicy 

Balia  i ludzie  Mordreda  to  pokrzywdzeni,  którzy  chcą  się  odegrać,  albo  rycerze,  którzy 

nie zasłynęli przy Okrągłym Stole i dlatego znienawidzili go, jak również biedni pragnący 

bogactwa  i zniewoleni,  którym  marzy  się  władza.  A moi  ludzie,  dla  których  jestem  dziś 

nie więcej niż sztandarem lub talizmanem, to sam kwiat rycerstwa – to właśnie ci bogaci, 

broniący swych majątków, i możni, nieskorzy do wypuszczenia władzy z rąk. Ścierają się 

zatem  siły  tych,  co  „mają”  z tymi,  co  „nie  mają”  –  a nie  tylko  ich  przywódcy.  Lecz 

background image

mniejsza  z tym.  Przyjmijmy  ogólnie,  że  „własność”  prowadzi  do  wojny.  W takim  razie 

rzeczą  wskazaną  byłaby  całkowita  rezygnacja  z własności.  Tak  zresztą  –  co 

niejednokrotnie cytował Biskup Rochesteru – radził ludziom Bóg: straszył bogacza wizją 

Ucha  Igielnego  i piętnował  lichwiarzy.  Dlatego  Kościół,  zdaniem  Rochestera,  nie  może 

wtrącać  się  zanadto  w smutne  sprawy  tego  świata,  w którym  narody,  klasy  społeczne 

i jednostki wrzeszczą „moje, moje!” tam, gdzie Kościół ma polecenie mówić „nasze”. 

Jeśli tak, to nie wystarczy podział dóbr materialnych: trzeba by uspołecznić wszystko 

– nawet myśli, uczucia, samo życie. Bóg zapowiedział ludziom, że mają przestać żyć jako 

niezależne jednostki, a w zamian za to włączyć się we wspólny nurt życia, niczym kropla 

wpadająca do rzeki. Bóg zaznaczył, że tylko ludzie, którzy wyrzekną się siebie, płochego 

indywidualizmu,  radości  i smutku,  umrą  w pokoju  i wstąpią  w krąg  Wybranych.  A kto 

pragnie zachować swoje życie, straci je. 

Lecz  coś  w białej,  skołatanej  głowie  Artura  buntowało  się  przeciwko  Bożej  wizji. 

Naturalnie,  że  można  uchronić  się  przed  rakiem  piersi,  nie  mając  piersi.  Środkami 

drastycznymi  można  usunąć  wszystko,  z życiem  włącznie.  Rada  doskonała,  lecz 

niezgodna z naturą człowieka – czyli żadna rada. Cóż ma ziemia za pożytek z rad nieba? 

Myśli Artura weszły w kolejny krąg. Może wojna bierze się z lęku i niepewności. Póki 

powszechnie nie zapanuje prawda, póki ludzie nie mówią sobie tylko prawdy, jednostka 

będzie zawsze czuła się zagrożona. Człowiek zna własną prawdę, ale co do bliźniego – nie 

ma  już  tej  pewności.  Narastająca  niepewność  musi  w końcu  sprawić,  że  człowiek 

dostrzeże  w bliźnim  zagrożenie.  Tak  przynajmniej  genezę  wojen  tłumaczył  Lancelot. 

Zawsze  powtarzał,  że  najcenniejszym  majątkiem  człowieka  jest  Słowo  Honoru.  Biedny 

Lance: w końcu złamał własne słowo – ale i tak niewielu dorównało mu rzetelnością. 

Może  przyczyną  wojen  jest  globalny  brak  wiary  w Słowo  Honoru.  Narody  obawiają 

się  siebie,  więc  walczą.  Narody  są  przecież  jak  ludzie:  miewają  kompleksy  niższości  lub 

wyższości, kierują się żądzą odwetu lub lękiem. Słuszna jest organiczna wizja narodu. 

Podejrzliwość  i lęk,  zaborczość  i chciwość,  żądza  zemsty  za  krzywdy  przodków  – 

wszystko  to,  zdaniem  Artura,  leżało  u podstaw  wojny,  lecz  i tak  nie  wyjaśniało  jej  do 

końca.  Zagadka  pozostała.  Artur  był  stary,  zmęczony  i nieszczęśliwy  –  mąciło  mu  się 

w głowie.  On  sam  miał  zawsze  tylko  dobre  intencje  –  do  filozofowania  zmusił  go 

ekscentryczny  czarownik,  zdradzający  dziwną  słabość  do  rodzaju  ludzkiego. 

Sprawiedliwość  była  ostatnią  próbą  Artura  –  chciał  być  wierny  idei  Sprawiedliwości. 

Lecz  i ta  próba  zakończyła  się  fiaskiem.  Okazało  się,  że  niekiedy  sprawiedliwość  bywa 

zbyt bolesna. Król został pokonany własną bronią. 

A jednak nie do końca – na dowód tego stary monarcha uniósł głowę. Było w nim coś 

niezwyciężonego  –  niezłomna  wielkość  szczerego  serca.  Wyprostował  się  dumnie 

background image

i sięgnął po żelazny dzwonek. 

– Paziu – rzekł do chłopca, który wszedł, trąc pięściami zaspane oczy. 

– Słucham, panie. 

Król przyjrzał mu się bacznie. Własne nieszczęście nie zamknęło mu oczu i serca na 

bliźnich, zwłaszcza tych niewinnych i poczciwych. Gdy pocieszał w namiocie załamanego 

Gawaine’a, sam bardziej od niego potrzebował pomocy. 

–  Moje  biedne  dziecko.  Powinieneś  być  w łóżku.  Przypatrywał  się  chłopcu 

z wytężoną,  bolesną  uwagą.  Od  dawna  nie  oglądał  istot  młodych,  niewinnych 

i prostodusznych. 

– Zaniesiesz to pismo Biskupowi – rzekł po chwili. – Ale nie budź go, jeśli śpi. 

– Tak, panie. 

– Dziękują ci. 

Gdy chłopię było już u wyjścia, przywołał je z powrotem. 

– Jeszcze chwilę, paziu! 

– Tak, panie? 

– Jak ci na imię? 

– Tom, panie – odparł grzecznie paź. 

– A gdzie mieszkasz? 

– Niedaleko Warwick, panie. – Niedaleko Warwick... 

Starzec  zamyślił  się  błogo,  jakby  ujrzał  w wyobraźni  ziemski  raj  albo  cudną  krainę 

opisywaną przez Mandeville’a. 

– Tak, osada nazywa się Newbold Revell. Ładnie tam. 

– A ile masz lat? 

– W listopadzie skończę trzynaście, panie. 

– A ja cię trzymam na nogach całą noc! 

– Nie, panie. Spałem sobie na siodle, całkiem długo. 

–  Tom  z Newbold  Revell...  –  pokiwał  głową  Król.  –  Kogóż  to  nie  wciągnęliśmy 

w swoje sprawy... Powiedz no mi, Tom, co myślisz robić jutro? 

– Bić się, panie! Mam dobry łuk. 

– A zabiłbyś człowieka z tego łuku? 

– Tak, panie. Mam nadzieję, że wielu. 

– A jakby tak ktoś ciebie zabił, Tom? 

– To bym nie żył, panie. 

– No tak. 

– Czy mam już zanieść pismo, panie? 

– Nie, jeszcze chwila. Muszę z kimś pogadać. Myśli mi się mącą. 

background image

– Może przynieść wina, panie? 

–  Nie,  Tom.  Siadaj  i słuchaj.  O,  tu,  na  tym  stołku  –  zdejmij  szachownicę.  Czy 

rozumiesz, Tom, kiedy ktoś coś ci tłumaczy? 

– Tak, panie. Ja dużo rozumiem. 

– A jeśli cię poproszę, żebyś się jutro nie bił – czy to zrozumiesz? 

– Kiedy ja chcę się bić! 

– Każdy chce się bić, Tom, tylko nikt nie wie, po co. Przypuśćmy, że poprosiłbym cię 

o poniechanie walki na specjalne życzenie Króla – czy usłuchasz? 

– Zawsze jestem posłuszny. 

–  W takim  razie  posiedź  tu  jeszcze,  a ja  coś  ci  opowiem.  Jestem  już  bardzo  stary, 

Tom. Ty jesteś młody. Kiedy się zestarzejesz, będziesz mógł opowiedzieć ludziom to, co 

dziś  w nocy  usłyszysz  ode  mnie.  Chcę,  żebyś  to  zrobił.  Czy  rozumiesz,  o co  cię  proszę, 

Tom? 

– Tak, panie. Tak mi się zdaje. 

– Zaczniesz w te słowa: Dawno, dawno temu był sobie król imieniem Artur. (To ja). 

Gdy  wstąpił  na  tron  Anglii,  zauważył,  że  wszyscy  lokalni  królowie  i baronowie  walczą 

między  sobą  jak  szaleni,  a ponieważ  było  ich  stać  na  kosztowne,  bezpieczne  zbroje, 

zdawało  się,  że  nic  nigdy  nie  powstrzyma  awanturniczej  samowoli.  Dopuścili  się  wielu 

podłości, gdyż jedynym ich prawem było Prawo Pięści. Król Artur zadał sobie pytanie: co 

by  było,  gdyby  użyć  siły  –  skoro  nie  można  się  jej  pozbyć  –  nie  dla  niej  samej,  lecz  dla 

sprawiedliwości?  Słuchaj  pilnie,  młodzieńcze.  Król  Artur  pomyślał,  że  jeśli  uda  mu  się 

skłonić  baronów  do  walki  w imię  prawdy,  do  pomocy  słabym  i naprawy  krzywd  – 

wówczas  siła  przestanie  być  dla  świata  przekleństwem.  Zebrał  więc  wszystkich  znanych 

sobie uczciwych ludzi, odział ich w zbroje, pasował na rycerzy, wpoił im swą ideę i usadził 

całą  kompanię  przy  Okrągłym  Stole.  Było  ich  w owych  czasach  świetności  stu 

pięćdziesięciu, a Król Artur miłował swój Stół całym sercem. Był z niego bardziej dumny 

niż  z drogiej  małżonki.  Przez  wiele  lat  rycerze  Okrągłego  Stołu  zabijali  olbrzymów, 

ratowali damy z opresji, wyzwalali więźniów i ogólnie zaprowadzali porządek na świecie. 

Wszystko zgodnie z ideą Króla. 

– Myślę, że to była dobra idea, panie. 

– 1 tak, i nie – westchnął Artur. – Bóg raczy wiedzieć. 

– A co się stało z Królem? – spytał chłopiec, ciekaw dalszego ciągu opowieści. 

–  Nie  wiedzieć  czemu,  nagle  wszystko  się  popsuło.  Okrągły  Stół  podzielił  się  na 

frakcje, rozpętała się straszna wojna i wszyscy zginęli. 

Chłopiec był innego zdania. 

–  O,  nie!  –  przerwał  Królowi  z przekonaniem.  –  Nie  ma  mowy.  Król  wygrał  wojnę. 

background image

Na pewno wygramy. 

Artur  uśmiechnął  się  smutno  i pokręcił  głową.  Prawda  nade  wszystko  –  nie  szukał 

złudzeń. 

– Wszyscy zginęli... – powtórzył – ...z wyjątkiem pewnego pazia. Wiem, co mówię. 

– Panie? 

– Pazia imieniem Tom z Newbold Revell koło Warwick. Stary Król odprawił go z pola 

walki tuż przed bitwą, pod groźbą dożywotniej niełaski. Pragnął bowiem, by ocalał ktoś, 

kto  by  pamiętał  jego  słynną  Ideę  Rycerską.  Pragnął  gorąco,  aby  Tom,  zdrów  i cały, 

powrócił do Newbold Revell w hrabstwie Warwickshire i tam w pokoju dożył swoich dni. 

I aby  wszystkim,  którzy  zechcą  go  słuchać,  opowiadał  o dawnych  ideałach,  które  obaj 

z Królem uznali za piękne. Czy zrobisz to, Tomaszu, aby ucieszyć swego Króla? 

Chłopiec zwrócił na niego oczy pełne najczystszej prawdy i rzekł uroczyście: 

– Dla Króla Artura uczynię wszystko. 

– Zuch z ciebie, stary. Tylko żebyś mi nie pomylił legendarnych postaci. Pamiętaj, że 

to ja osobiście przekazuję ci moją ideę. To ja rozkazuję ci w tej chwili dosiąść konia i gnać 

do  Warwickshire,  abyś  nie  mógł  jutro  stanąć  z łukiem  na  placu  boju.  Czy  dobrze 

zrozumiałeś? 

– Tak jest, Królu Arturze. 

–  I obiecujesz  zawsze  na  siebie  uważać?  Pamiętaj,  że  jesteś  naczyniem,  w którym 

moja idea ma się zachować dla potomnych, na ciężkie czasy. Cała nasza nadzieja w tym, 

że przeżyjesz. 

– Będę uważał. 

– Może to samolubne, tak cię wykorzystywać... 

– Wielki to honor dla skromnego pazia, mój dobry panie. 

–  Wiesz,  Tomaszu,  cała  moja  Idea  Rycerska  była  jak  ta  świeca:  niosłem  ją  latami, 

osłaniając ręką od wiatru. Płomień nieraz chwiał się i przygasał. Przekazuję ci tę świecę – 

czy przyrzekasz jej strzec? 

– Będzie płonęła. 

– To dobrze, Tom. Mój latarniku. Ileż to wiosen sobie liczysz? Zapomniałem... 

– Trzynaście bez mała. 

– A więc jeszcze z sześćdziesiąt lat życia przed tobą. Dobre pół wieku. 

– Oddam je ludziom, Królu. Oddam je Anglikom. 

-1  powiesz  swoim  ziomkom  w Warwickshire:  On  sam  był  jak  ta  najprzedniejsza 

świeca? 

– Tak właśnie powiem, panie. 

–  A zatem,  Tom  –  bo  czas  nagli:  weź  najlepszego  wierzchowca,  jakiego  znajdziesz 

background image

i pędź galopem do Warwickshire. 

– Już pędzę, panie, aby świeca nie zgasła. 

–  Dobry  z ciebie  chłopak,  Tom.  Szczęść  ci  Boże.  A po  drodze  nie  zapomnij  zostawić 

pisma Biskupowi Rochesteru. 

Paź  przykląkł,  aby  ucałować  królewską  dłoń.  Na  jego  nowiuteńkiej  tunice  widniał 

herb rodu Malorych. 

– Żegnaj, panie mój, Królu Anglii. 

Artur delikatnie podniósł go z klęczek i ucałował w ramię. 

– Żegnaj, Sir Tomaszu Warwick. Chłopiec wybiegł z namiotu. 

Została  pustka,  półmrok  i przepych.  Wiatr  wył,  świece  się  dopalały.  Stary  Król 

siedział  przy  pulpicie  i czekał  na  Biskupa.  Oparł  czoło  na  stercie  papierów.  Czujna 

charcica  nie  spuszczała  zeń  ślepi,  w których  igrały  blaski  świec,  rozpalając  je  widmowo, 

niczym  dwie  bursztynowe  czary  dzikiego  blasku.  Na  dworze  zagrzmiały  pierwsze  salwy 

kanonady, którą Mordred miał kontynuować przez całą noc, aż do porannej bitwy. Król 

poczuł, że nie ma już sił opierać się rozpaczy. Ciche łzy, jedna po drugiej, spływały mu po 

nosie i kapały na pergamin z regularnością tykającego zegara. Kiedy ręka gościa uniosła 

klapę  namiotu,  Artur  odwrócił  głowę,  nie  chcąc,  by  dostrzeżono  jego  słabość  –  bo  nie 

zdołał  jej  opanować.  Klapa  opadła,  a w  namiocie  stanęła  dziwna  postać  w pelerynie  do 

ziemi i spiczastym kapeluszu. 

– Merlin? 

Nie, nie było nikogo. To musiał być majak ze starczej drzemki. 

Merlin... 

Nagle  Król  Artur  odzyskał  jasność  myśli.  Przypomniał  sobie  starego  czarodzieja, 

który  uczył  go  życia,  korzystając  z pomocy  zwierząt.  Na  Ziemi,  jak  pamiętał,  żyje  około 

pół  miliona  gatunków  –  człowiek  jest  tylko  jednym  z nich.  Oczywiście,  że  człowiek  jest 

zwierzęciem – przecież nie rośliną ani minerałem. Merlin nauczył Artura, że obserwując 

jeden  gatunek  stworzeń,  można  poznać  problemy  tysięcy  innych.  Stary  Król  pamiętał 

wojownicze  mrówki,  fanatycznie  broniące  granic  swego  terytorium,  i gęsi-pacyfistki, 

które żadnych granic nie uznają; pamiętał nauki borsuka; pamiętał Lyo-Lyok i wyspę na 

trasie  wędrówki  dzikich  gęsi,  gdzie  żyły  w przykładnej  zgodzie  maskonury, 

brzytwodzioby,  nurzyki  i gawie  trójpalczaste,  krzewiąc  swoją  cywilizację  bez  wojen  – 

dzięki temu właśnie, że nie znały pojęcia granic. Nagle Artur dostrzegł sedno problemu, 

który  tak  go  dręczył:  osobliwością  wojny  był  brak  przyczyny  –  jakiejkolwiek  przyczyny. 

Granice to wszak tylko linie umowne. Nie ma w naturze linii, która oddzielałaby Szkocję 

od  Anglii  –  a przecież  Flodden  z Bannockburnem  o nią  właśnie  walczyli.  A więc  winna 

jest  geografia  –  geografia  polityczna.  Nic  innego.  Narodom  wcale  nie  potrzeba  jednej 

background image

wspólnej cywilizacji i jednego wodza – tak jak nie potrzeba ich maskonurom czy gawiom 

trójpalczastym. Dopóki zapewniają sobie nawzajem wolność handlu i dostępu do świata 

–  niechaj  krzewią  własne  cywilizacje,  jak  Eskimosi  albo  Hotentoci.  Przestaną  wówczas 

istnieć  państwa  –  zostaną  regiony,  z których  każdy  będzie  miał  własną  kulturę  i prawa. 

Wystarczy zapomnieć o wymyślonych liniach podziału ziemi. Ptaki ignorują je w sposób 

naturalny.  Dla  Lyo-Lyok  pojęcie  granic  było  absurdem  –  i byłoby  nim  również  dla 

Człowieka, gdyby nauczył się fruwać. 

Stary Król poczuł się odświeżony, wypoczęty, gotów do nowych zadań. 

„Przyjdzie  kiedyś  –  myślał  –  przyjdzie  na  pewno  dzień  powrotu  do  Gramarii  i do 

nowego  Okrągłego  Stołu,  przy  którym,  niczym  na  okręgu  Ziemi  bez  granic,  zasiądą 

narody  do  wspólnej  uczty.  Nadzieja  na  stworzenie  takiej  wspólnoty  leżała  w Kulturze. 

Gdyby  udało  się  przekonać  ludzi  do  czytania  i pisania  –  a nie  tylko  do  jedzenia,  picia 

i płodzenia dzieci – może zdołaliby się opamiętać”. 

Lecz  dla  Artura  było  już  za  późno  na  podjęcie  takiej  próby.  Tym  razem  jego 

przeznaczeniem  było  umrzeć  –  lub,  jak  wolą  niektórzy,  zostać  przeniesionym  na 

cudowną wyspę Avalon, aby tam oczekiwać lepszych dni. Z wyroku losu Lancelot został 

zakonnikiem,  a Ginewra  mniszką,  Mordred  zaś  poległ  od  miecza.  Dzieje  pojedynczych 

ludzi  to  mniej  niż  krople  –  choćby  i tęczowe  –  w turkusowym  bezmiarze  olśnionego 

słońcem oceanu. 

Huk  wrażych  armat  płoszył  blady  świt,  gdy  Jego  Wysokość  Artur  Król  Anglii, 

z podniesioną głową i lekkim sercem ruszył na spotkanie przyszłości. 

EXPLICIT LIBER REGIS QUONDAM REGISQUE FUTURI