background image

T. H. White 

 

Księga Merlina 

 

(The once and future King) 

Przełożyła Jolanta Kozak 

 

background image

ROZDZIAŁ I 

 

 

Nie był to Biskup Rochesteru. Król siedział z odwróconą głową, nieciekaw tożsamości 

przybysza. Wstydził się łez spływających wolno po obwisłych policzkach i nie chciał, aby 

widziano  go  w tym  stanie,  a dojmujące  poczucie  klęski  nie  dawało  powstrzymać  płaczu. 

Niezdolny  uczynić  nic  więcej,  uparcie  odwracał  się  więc  od  światła,  bez  nadziei  na 

ukrycie starczej rozpaczy. 

Merlin  siadł  obok  i ujął  pomarszczoną  dłoń  Artura,  czym  wywołał  gwałtowny 

przypływ  nowych  łez.  Poklepywał  delikatnie  wierzch  dłoni  i czarodziejskim  kciukiem 

badał sine żyły, czekając, aż powróci w nie życie. 

– Merlin? – spytał Król. 

Wcale nie wydawał się zdziwiony. 

– Śnisz mi się? – pytał dalej. – Wczoraj w nocy przyśnił mi się Gawaine z orszakiem 

nadobnych dam. Mówił, że pozwolono im przyjść razem z nim, gdyż są to damy, które za 

życia wybawił z opresji: przybyli ostrzec nas, że nazajutrz wszyscy zginiemy. Potem śniło 

mi się, że siedzę na tronie przytroczonym do okręgu koła, koło obraca się, a ja wpadam 

w dół pełen żmij. 

– Koło zatoczyło pełny obrót: jestem przy tobie. 

– Czy jesteś złym snem? Jeśli tak, to błagam, nie dręcz mnie. 

Merlin nie puszczał jego dłoni. Gładził nabrzmiałe żyły, aby zagłębiły się w ciało. Koił 

spierzchłą  skórę,  siłą  tajemnej  koncentracji  sącząc  w nią  życie  i sprężystość.  Opuszkami 

palców  pobudzał  do  działania  mięśnie  i obieg  krwi,  przywracał  giętkość  obrzękłym 

stawom. Milczał. 

– Jesteś dobrym snem – zgadł Artur. – Obyś trwał jak najdłużej. 

– Nie jestem żadnym snem. Znasz mnie doskonale. 

–  Och,  Merlinie!  Ileż  złego  zdarzyło  się,  odkąd  mnie  opuściłeś.  Wszystko,  co 

z pomocą  twoją  stworzyłem,  okazało  się  niesłuszne.  Całe  twoje  nauczanie  było  ułudą. 

Daremny trud. Pójdziemy obaj w zapomnienie, jakby nas nigdy nie było. 

–  W zapomnienie?  –  powtórzył  czarodziej  i z  uśmiechem  popatrzył  po  namiocie, 

jakby  się  upewniał,  że  nie  brak  w nim  futer,  połyskującej  w blasku  świec  kolczugi, 

arrasów i pergaminów. 

–  Był  sobie  Król  –  ciągnął  po  chwili  –  o którym  pisali  Neniusz  i Geoffrey 

z Monmouth.  Przedstawiano  go  rozmaicie:  nawet  jako  Archidiakona  Oksfordu,  albo 

uciesznego  głupka,  Geralda  Walijczyka.  Taki  Brut,  Layamon  i inni  bajarze  pletli,  co  im 

ślina  na  język  przyniosła.  Według  jednych  –  Artur  był  Brytem  i malował  się  cały  na 

background image

niebiesko;  według  innych  –  paradował  w kolczudze,  bo  tak  chcieli  normańscy  autorzy 

rycerskich  romansów.  Gruboskórni  Germanie  odziewali  go  w paradne  stroje  i kazali 

walczyć  ze  swoimi  nudnymi  Zygfrydami.  Byli  tacy  –  przykładem  Tomasz  z Hutton 

Coniers  –  co  zamieniali  biedaka  w święty  obrazek,  i tacy  (zwłaszcza  elżbietański 

romantyk  nazwiskiem  Hughes),  których  pasjonowały  jego  ekstraordynaryjne  problemy 

miłosne.  Pewien  poeta  –  ślepiec,  który  chciał  objaśnić  ludziom  plan  Boży,  porównywał 

Artura  z Adamem,  zastanawiając  się,  który  z nich  był  ważniejszy.  Pojawili  się  też 

mistrzowie  muzyki,  jak  Henry  Purcell,  nie  mówiąc  już  o takich  tytanach  wyobraźni  jak 

Romantycy – ci ani na chwilę nie przestawali marzyć o naszym Królu. Stroili go w zbroje 

jak  z liści  bluszczu  i wraz  z towarzyszami  ustawiali  wśród  ruin,  gdzie  oplatały  ich 

cierniste krzewy, a usta muskał melancholijny wiatr. Głos w sprawie Artura zabrał nawet 

pewien lord – nadworny poeta królowej Wiktorii. A malarz Aubrey Beardsley (kto by się 

spodziewał?)  ilustrował  Arturowe  dzieje.  Potem  nastała  chwila  przerwy  –  i odezwał  się 

stary  naiwniak  White,  którego  zdaniem  my  dwaj  ucieleśniamy  ideał  rycerstwa.  White 

twierdził,  że  naszą  najważniejszą  zaletą  była  uczciwość,  czyli  opór  przeciwko 

krwiożerczym  instynktom  człowieka.  Poczciwy  staroświecki  mędrek!  Wyobraź  sobie,  że 

zaczyna  opowieść  w czasach  Wilhelma  Zdobywcy,  a kończy  w okresie  Wojny  Dwóch 

Róż...  Opowiadano  już  Mor  te  d’Arthur  za  pośrednictwem  mistycznych  fal  eteru,  a na 

dziś  jeszcze  nie  odkrytej  półkuli  Ziemi  znaleźli  się  tacy,  co  ożywili  Artura  i Medina 

w ruchomych obrazach. Król Artur a Sprawa Brytyjska! Masz rację, Arturze, że poszliśmy 

w zapomnienie,  jeśli  miarą  zapomnienia  uczynić  okres  lat  tysiąca,  lub  dwóch,  trzech 

tysięcy... 

– Co to za jakiś Łajt? 

–  Taki  jeden...  –  odparł  czarodziej  z roztargnieniem.  –  Posłuchaj  lepiej  kawałka 

z Kiplinga. 

Po czym z uczuciem wyrecytował słynny fragment książki Puk z Pukowej Górki: 

„Widziałem ci ja Sir Huona, jak z drużyną wyruszył z zamczyska Tintagel w kierunku 

Górnej  Brazylii,  w samą  paszczę  południowo-zachodniej  wichury...  gdy  piana 

obryzgiwała cały kasztel, a Rumaki Wzgórza stawały dęba z przerażenia. W chwilach gdy 

cichła  wichura,  wydostawali  się  na  pełne  morze,  wrzeszcząc  jak  rybitwy,  a potem  cofali 

się na pięć mil w głąb lądu, zanim zdołali znów stawić czoło wiatrowi. Ładne mi motyle 

skrzydełka!  Była  to  prawdziwa  sztuka  czarnoksięska...  najczarniejsza,  na  jaką  mógł 

zdobyć  się  czarnoksiężnik  Merlin...  Czarne  głębiny  morskie  lśniły  zielonawą  poświatą 

i białą  pianą,  wśród  której  wiły  się  śpiewające  wodnice...  a Rumaki  Wzgórza  torowały 

sobie  drogę  z fali  na  falę  przy  oślepiającym  blasku  błyskawic!  Tak  to  bywało  drzewiej... 

dawniejszymi czasy!”*. 

background image

* tłum. Józef Birkenmajer 

– To się nazywa opis przyrody! – podsumował Merlin, zakończywszy recytację. – To 

się nazywa proza! Nic dziwnego, że Dan na koniec krzyknął: „Wspaniałe!”. A wszystko to 

o nas i o naszych przyjaciołach. 

–  Daruj,  Mistrzu,  lecz  nie  rozumiem,  do  czego  zmierzasz.  Czarnoksiężnik  wstał  i, 

strapiony,  popatrzył  na  leciwego  ucznia.  Nerwowo  skręcił  brodę  w kilka  mysich 

ogonków, których końce wetknął sobie do ust, podwinął wąsa, zaplótł dłonie i wywinął je, 

strzelając  knykciami.  Był  przerażony,  widząc,  co  zrobił  Królowi:  czuł  się  jak  ratownik, 

walczący  o życie  topielca,  którego  już  prawie  pochłonęła  śmierć.  Ale  nie  wstydził  się. 

Prawdziwy naukowiec musi bezwzględnie dążyć do jedynej ważnej rzeczy na świecie: do 

Prawdy. 

– Wart? – zawołał po chwili z cicha, jak na śpiącego. Odpowiedzi nie było. 

– Królu? 

– Le roy s ‘advisera – odparł Artur z gorzką ironią. 

Było  gorzej,  niż  Merlin  się  spodziewał.  Siadł  z powrotem,  znów  ujął  wiotką  dłoń 

i postanowił zadziałać perswazją. 

– Ostatnia próba, dobrze? To jeszcze nie koniec. 

– Po co w ogóle próbować? 

– Wszyscy ludzie próbują. 

– Więc wszyscy ludzie to durnie. 

–  Zgadza  się  –  odparł  stary  niag.  –  Ludzie  to  durnie,  na  dodatek  podli.  Właśnie 

dlatego tak ciekawie jest ich doskonalić. 

Jego ofiara uchyliła powieki, które jednak, znużone, zaraz opadły. 

– To, Królu, o czym myślałeś przed moim przyjściem, jest prawdą. Chodzi mi o homo 

ferox. Ale i sokoły są ferae naturae: to właśnie czyni je tak ciekawymi. 

Oczy pozostały zamknięte. 

– Natomiast to, co myślałeś o ludziach jako maszynach – to nieprawda. A jeśli nawet 

prawda  –  to  bez  znaczenia.  Jeśli  bowiem  wszyscy  jesteśmy  maszynami,  to  nie  ma  się 

czym przejmować. 

– Rozumiem. 

O dziwo – rzeczywiście zrozumiał. Oczy mu się otworzyły i pozostały otwarte. 

–  Czy  pamiętasz  biblijnego  anioła,  który  gotów  był  oszczędzić  skazane  na  zagładę 

miasta, pod warunkiem, że znajdzie się w nich jeden sprawiedliwy? Czy znalazł się tylko 

jeden? Ta przypowieść, Arturze, również dzisiaj odnosi się do homo ferox. 

Oczy Artura przytomniały z chwili na chwilę. 

–  Zbyt  dosłownie  brałeś,  Królu,  moje  nauki.  Nie  wierzyć  w grzech  pierworodny,  nie 

background image

oznacza  wierzyć  w pierworodną  cnotę.  Oznacza  to  jedynie,  że  nie  trzeba  myśleć,  iż 

człowiek  jest  doszczętnie  zły.  Człowiek  bywa  zły,  nawet  bardzo,  ale  nigdy  doszczętnie. 

W przeciwnym razie zgodziłbym się z tobą, że nie ma sensu próbować. 

Artur uśmiechnął się miło, po dawnemu: 

– To dobry sen. Oby trwał jak najdłużej. 

Nauczyciel  Artura  wydobył  okulary,  przetarł  szkła,  usadził  je  na  nosie  i przyjrzał  się 

uważnie staremu monarsze. W ukrytym za szkłem oku mignął błysk satysfakcji. 

– Twoja wiedza byłaby niczym, gdybyś jej nie doświadczył. Wiedza sprawdza się tylko 

w doświadczeniu. Jak się masz? 

– Dziękuję, względnie dobrze. A ty? 

– Dziękuję, świetnie. 

Podali sobie dłonie, jakby dopiero co się zobaczyli. 

– Zostaniesz dłużej? 

–  Szczerze  mówiąc...  –  odrzekł  mag  i energicznie  wysiąkał  nos,  chcąc  zamaskować 

ukontentowanie (a może skruchę) – ...Szczerze mówiąc, nie zostanę właściwie ani chwili. 

Przysłano mnie z zaproszeniem. 

Poskładał chusteczkę i schował ją na powrót pod czapkę. 

–  Masz  tam  jakąś  mysz?  –  Król  po  raz  pierwszy  od  początku  rozmowy  zdradził 

przebłysk humoru. Twarz jego drgnęła, skóra policzków napięła się i na ułamek sekundy 

mignęło piegowate, zadartonose oblicze chłopca oczarowanego popisami Archimedesa. 

Merlin z urażoną miną zdjął myckę i zajrzał do jej wnętrza. 

– Tylko jedną – rzekł smutno. – Co prawda zeschła się porządnie, ale zdaje mi się, że 

to  była  mysz.  A tu,  widzę,  żaba,  którą  znalazłem  latem.  Biedaczka,  coś  ją  przejechało 

w czasie suszy. Idealna sylwetka. 

Przyjrzał się żabie z satysfakcją, zanim odłożył ją na miejsce, po czym z tą samą miną 

spojrzał na rozmówcę, zarzuciwszy nogę na nogę i splótłszy dłonie na kolanie. 

–  Wróćmy  do  zaproszenia  –  zaproponował.  –  Spodziewamy  się,  że  zechcesz  złożyć 

nam wizytę. Jutrzejsza bitwa da sobie radę bez ciebie, nie sądzisz? 

– We śnie wszystko jest możliwe. 

Odpowiedź ta wyraźnie zirytowała Merlina, bo aż podniósł głos: 

–  Dałbyś  wreszcie  spokój  z tymi  snami!  Byłoby  ci  miło,  gdybym  to  ja  ciebie  nazwał 

snem? Trzeba się trochę liczyć z ludźmi. 

– Przepraszam. 

–  No  więc:  zaproszenie.  Zapraszam  cię  w odwiedziny  do  groty,  w której  mnie 

uwięziła panna Nimue. Pamiętasz Nimue? Oczekuje cię tam grono przyjaciół. 

– To piękna propozycja. 

background image

– Bitwa, o ile wiem, została zaplanowana, a ty i tak nie zasnąłbyś dziś w nocy ani na 

chwilę. Może wizyta u nas pokrzepi twe serce. 

– Nic nie zostało zaplanowane – odparł Król. – Lecz sny planują się same. 

Na te słowa wiekowy czarodziej zerwał się gwałtownie i złapał za głowę, jakby go ktoś 

postrzelił prosto w czoło. 

–  O święta  cierpliwości!  –  krzyknął,  wymachując  pod  niebiosa  różdżką  z lignum 

vitae. – Znowu sny! 

Opanował się, godnym ruchem zdjął z głowy spiczastą czapkę, spiorunował wzrokiem 

smutnego brodacza, który wyglądał na jego rówieśnika, i na znak niemej rozpaczy rąbnął 

się  w ciemię  czarodziejską  różdżką.  Po  czym  siadł,  z lekka  ogłuszony,  gdyż  nieco 

przesadził z impetem. 

Stary Król obserwował go z rosnącą życzliwością. Ten jakże realistyczny sen pozwolił 

mu  zrozumieć,  czemu  Merlin  zawsze  błaznował:  była  to  jego  metoda  dydaktyczna  – 

uczmy  się  na  wesoło.  Artur  poczuł,  że  wzbiera  w nim  wielka  miłość  do  dziwnego 

bakałarza – miłość pomieszana z lękiem – za jego niezłomną odwagę, za szaleńczą wiarę 

w możliwość naprawy świata, pomimo stuleci przeciwnych doświadczeń. Świadomość, że 

taka wiara i dzielność istnieją, ulżyła strapionemu sercu. Artur uśmiechnął się, zamknął 

oczy i zasnął na dobre. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ II 

 

 

Gdy na nowo otworzył oczy, było wciąż ciemno. Merlin nie zniknął. Z melancholijną 

miną  skrobał  charcicę  za  uchem  i coś  tam  sobie  mruczał.  Nie  raz  wyleczył  ze  smutku 

małego Warta zdrową reprymendą, lecz teraz wiedział, że stara sztuczka nie poskutkuje, 

gdyż  siedzący  przed  nim  nieszczęsny  starzec  zbyt  wiele  w życiu  wycierpiał.  Postanowił 

więc odwrócić uwagę Króla od czarnych myśli i w sposób znany wszystkim czarodziejom 

zabrał  się  do  dzieła,  ledwie  Artur  uchylił  powieki.  Czarnoksiężnik  potrafi  niejedno 

wmówić swej ofierze pod pozorem niewinnej paplaniny. 

– Zakończmy raz na zawsze temat snów – rzekł bez ogródek. – Pomijając oburzającą 

zniewagę  wobec  osobnika,  którego  nazywa  się  majakiem  sennym,  podważając  tym 

samym  jego  realność,  takie  pomówienie  mąci  w głowach  osobom  postronnym.  Czy  to 

ładnie  wobec  uczonych  czytelników?  I jakże  umniejsza  nas  samych!  Gdy  byłem 

trzeciorzędnym  bakałarzem  w dwudziestym...  a może  dziewiętnastym  wieku,  nie  było 

w klasie chłopca, który by nie napisał wypracowania, zakończonego słowami: „I wtedy się 

obudził”.  Nawet  weterani  oślej  ławki  uprawiali  przynajmniej  tę  jedną  konwencję 

literacką: konwencję snu. A ty chcesz mieszać w to nas – Sól Ziemi Brytyjskiej? Co na to 

powiedzą  onirokrytycy?  A psychologowie?  Moim  skromnym  zdaniem,  jeśli  „jesteśmy 

surowcem, z którego sny się wyrabia”, to surowiec ten nie jest wart flinta kłaków. 

– Masz słuszność – przyznał potulnie Król. 

– Czy ja wyglądam jak senny majak? 

– Owszem. 

Merlin żachnął  się, jakby miał pęknąć ze złości, ale poprzestał na wpakowaniu całej 

brody do ust. Potem wysiąkał nos, oddalił się w kąt namiotu i tam, odwrócony twarzą do 

ściany, urażonym tonem wygłosił monolog: 

–  Wciąż  szykany!  Wciąż  kalumnie!  I jak  ma  szanujący  się  czarodziej  udowodnić,  że 

nie jest przywidzeniem, kiedy go o to pomawiają? Duch dowodzi swej realności, dając się 

uszczypnąć – ale nie, z przeproszeniem Najświętszej Panienki, majak senny! Przecież, do 

kroćset,  i szczypanie  potrafi  się  przyśnić!  Ha!  Mam!  Istnieje  jedna  metoda:  ten,  co  śni, 

musi sam uszczypnąć się w udo! 

– Arturze! – polecił, wirując jak bąk. – Bądź tak dobry i uszczypnij się. – Już. 

– Czy eksperyment dowiódł, że nie śnisz? 

– Szczerze wątpię. 

Majak senny przyjrzał mu się ze smutną rezygnacją. 

background image

– Obawiałem się tego... – rzekł, po czym wrócił do kąta i jął recytować zawile pasaże 

z dzieł Burtona, Junga, Hipokratesa i Sir Thomasa Browne’a. 

Po  pięciu  minutach  uderzył  pięścią  w otwartą  dłoń  drugiej  ręki  i dziarsko  wkroczył 

z powrotem w krąg światła świec, zainspirowany wspomnieniem łoża Kleopatry. 

– Powiedz no mi – rzekł do Artura – czy śnił ci się kiedy zapach? 

– Czy śnił mi się zapach? 

– Nie powtarzaj, tylko odpowiadaj. 

– Musiałbym chwilę... 

– Nie marudź, nie marudź. Śniło ci się, że coś widzisz, prawda? I że coś odczuwasz – 

to  śni  się  każdemu.  Może  nawet  śnił  ci  się  jakiś  smak.  Pamiętam,  raz,  kiedy  na  dwa 

tygodnie zapomniałem o jedzeniu, przyśnił mi się czekoladowy pudding, którego we śnie 

bez wątpienia skosztowałem, zanim sprzątnięto mi go sprzed nosa. Lecz ponawiam moje 

pytanie: czy kiedykolwiek przyśnił ci się zapach? 

– Nie sądzę... chyba nie tak, żebym coś poczuł... 

–  Musisz  być  pewien  odpowiedzi.  Nie  gap  się  na  mnie  jak  sroka  w gnat,  tylko  skup 

się: czy śniłeś kiedy nosem? 

– Nigdy. Nie przypominam sobie snu z zapachem. 

– Na pewno? 

– Na pewno. 

–  No  to  powąchaj!  –  zakrzyknął  mag  triumfalnie,  podstawiając  Arturowi  pod  nos 

ściągniętą z głowy myckę, pełną myszy, żab i zapomnianych krewetek, które dawno temu 

miały służyć za przynętę na łososie. 

– Afe! 

– I jak tam: śnię ci się, czy nie? 

– Sądząc z zapachu, raczej nie. – Nareszcie... 

– Merlinie – rzekł Król. – Dopóki tu jesteś, nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czyś 

jest snem, czy jawą. Usiądź, proszę, i zdobądź się na odrobinę cierpliwości. Podaj powód 

swojej  wizyty.  Mów  do  mnie.  Powiedz,  że  przybyłeś,  aby  uchronić  nas  od  tej  strasznej 

wojny. 

Widząc,  że  zabiegi  reanimacyjne  odniosły  skutek,  stary  czarodziej  rozsiadł  się 

wygodnie: sprawa była na dobrej drodze. 

–  Nic  z tego  –  powiedział.  –  Człowieka  przed  niczym  nie  uda  się  uchronić,  jeśli  nie 

uchroni  się  sam.  Działanie  dla  dobra  ludzi  jest  misją  beznadziejną  –  w ogóle  wszelkie 

działanie  często bywa niebezpieczne  – a jedyne, co warto czynić dla rasy  człowieczej, to 

pomnażać  jej  zasoby  idei.  Im  większy  udostępnimy  ludziom  arsenał  idei,  tym  większą 

damy  im swobodę wyboru. Dzieło to daje ludziom  szansę  doskonalenia się, którą mogą 

background image

przyjąć lub odrzucić, i kryje w sobie cień nadziei na postęp ludzkości w ciągu następnych 

tysiącleci.  Oto  zadanie  filozofa:  dostarczać  idei.  Nie  jest  jednak  zadaniem  filozofa 

narzucanie idei. 

– Nigdy przedtem mi tego nie mówiłeś. 

– Jak to nie? 

–  Zawsze  mnie  namawiałeś  do  działania.  Czy  nie  po  to  kazałeś  mi  stworzyć  etos 

rycerski i Okrągły Stół, żeby ratować ludzkość właśnie przez działanie? 

– Podsuwałem ci idee – odparł kategorycznie filozof. – Czyste idee. Wszelka myśl we 

wczesnych swoich stadiach poczyna się jako działanie. Działania, przez które brnąłeś tak 

mozolnie,  były  nieporadnymi  pierwocinami  idei,  lecz  bez  nich  niemożliwe  byłoby 

poważne  myślenie  –  to  fundamenty.  Nauczyłeś  człowieka  działać  z rozmysłem.  Teraz 

pora na samo myślenie. 

– Jak to, Mistrzu? Więc mój Okrągły Stół nie był porażką? 

–  Oczywiście,  że  nie.  Był  eksperymentem.  Eksperymenty  prowadzą  do  dalszych 

eksperymentów – i dlatego właśnie przychodzę zaprosić cię do naszej nory. 

– Jestem gotów – oświadczył Artur, zaskoczony rozpierającą go radością. 

–  Wysoka  Komisja  doszła  do  wniosku,  że  w twojej  edukacji  wystąpiły  pewne  luki  – 

konkretnie  mówiąc:  dwie  –  które  należy  zapełnić,  celem  skutecznego  zamknięcia 

aktywnego stadium rozwoju Idei. 

– Wysoka Komisja? To brzmi jak raport z mojej działalności. 

–  Bo  sporządziliśmy  raport.  A Komisję  poznasz  niebawem  w jaskini.  Tylko, 

z przeproszeniem, musimy przed wyruszeniem załatwić pewną sprawę. 

Merlin urwał i z uważnym powątpiewaniem przyjrzał się własnym stopom. 

–  Mózg  ludzki  –  podjął  po  chwili  –  z wiekiem,  że  tak  powiem,  kostnieje:  jego 

powierzchnia robi się sparciała, jak stara skóra, i przestaje żywo reagować na bodźce. Nie 

zauważyłeś czegoś takiego u siebie? 

– Owszem, odczuwam jakby zesztywnienie umysłu. 

– A widzisz! – uradował się czarodziej, po czym ciągnął z lubością, jakby rozprawiał 

o kanapkach  z kawiorem.  –  Mózg  dziecka  natomiast  jest  podatny,  plastyczny,  na 

wszelkie  bodźce  reaguje  błyskawicznie.  Weźmy  naukę  języka:  w młodości  to  dosłownie 

dziecinna zabawa, lecz gdy minie wiek średni – istne piekło. 

– Tak powiadają. 

–  W związku  z powyższym,  Wysoka  Komisja  jest  zdania,  że  skoro  masz  nauczyć  się 

pewnych  rzeczy,  powinieneś  być  małym  chłopcem.  Wysoka  Komisja  wyposażyła  mnie 

w specyfik  umożliwiający  taką  przemianę.  Żeby  nie  było  wątpliwości:  będziesz 

z powrotem Wartem. 

background image

– Jeśli to oznacza, że miałbym przeżyć całe życie jeszcze raz, to nie, dziękuję bardzo – 

odparł beznamiętnie stary Król. 

Spojrzeli  na  siebie,  jakby  się  obaj  przeglądali  w lustrze:  u jednego  i u  drugiego 

zewnętrzne kąciki oczu opadały skośnie w dół pod brzemiennymi starością powiekami. 

– Tylko na dzisiaj wieczór – wyjaśnił Merlin. 

– Czy to Eliksir Życia? 

– Zgadłeś. Pomyśl, ilu ludzi szukało go bezskutecznie. 

– Gdybym to ja go znalazł, wyrzuciłbym bez wahania. 

– Mam nadzieję – odparł na to Merlin, popatrując dokoła z roztargnieniem – że nie 

nabrałeś  jakichś  głupich  przesądów  na  temat  dzieci?  Bo  co  do  powtórnych  narodzin, 

dysponujemy  świadectwem  poważnych  autorytetów  w osobach  krasnoludków. 

Zauważyłem, że wśród dorosłych zapanował ostatnio brzydki zwyczaj tuszowania własnej 

demoralizacji  stwierdzeniem,  że  dzieci  są  dziecinne.  Mam  nadzieję,  że  nie  uległeś  tej 

modzie? 

– Wiadomo przecież, że dzieci są inteligentniejsze od swoich rodziców. 

– To wiadomo tobie i mnie, ale nie ludziom, którzy będą czytali tę książkę. 

– Nasi przyszli czytelnicy – ciągnął ponuro mag – mają w swoich makówkach raptem 

trzy idee. Pierwsza: że rodzaj ludzki przewyższa wszystkie inne rodzaje fauny. Druga: że 

wiek  dwudziesty  przewyższa  wszystkie  inne  stulecia.  Trzecia:  że  w dwudziestym  wieku 

osobnik  dorosły  przewyższa  swoje  młode.  Iluzje  te  noszą  wspólną  etykietkę:  Postęp, 

a każdy, kto ośmiela się je zakwestionować, naraża się na miano smarkacza, reakcjonisty, 

lub eskapisty. Oto, pożal się Boże, Wielki Pochód Rozumu. 

–  Jest  jeszcze  czwarty  element  –  dodał  po  chwili  namysłu.  –  Bełkot  naukowy  i jego 

ukochany  termin:  antropomorfizm.  Nawet  dzieci  uchodzą  za  istoty  wyższe  od  zwierząt, 

w związku  z czym  nie  godzi  się  wymieniać  ich  jednym  tchem.  W odpowiedzi  na  każdą 

próbę  opisu  człowieka  jako  gatunku  zwierzęcia,  obrońcy  godności  ludzkiej  odwracają 

kota ogonem, krzycząc z oburzeniem, że oto usiłuje się zwierzęta przedstawiać jako ludzi, 

co  w ich  mniemaniu  jest  grzechem  gorszym  od  bigamii.  Może  i naukowiec  –  szydzą  – 

miałby być zwierzęciem? Baju-baju! Trele-morele! 

– Napomknąłeś o czytelnikach: co to za jedni? 

– Ci, którzy przeczytają tę książkę. 

– Jaką książkę? 

– Tę, w której występujemy. 

– Więc my występujemy w książce? 

– Szkoda czasu, bierzmy się lepiej do roboty – zmienił temat Merlin. 

Ujął  w dłoń  czarodziejską  różdżkę,  zakasał  rękawy  i zmierzył  pacjenta  przenikliwym 

background image

wzrokiem. 

– Zgoda? – spytał zdawkowo. Lecz stary Król powstrzymał go. 

– Nie! – rzekł tonem przepraszającym, lecz stanowczym. – Moje obecne ciało i umysł 

są  owocem  wielu  lat  żmudnych  trudów.  Postąpiłbym  niegodnie,  wyrzekając  się  ich.  To 

nie duma, Merlinie, przeszkadza mi stać się na powrót dzieckiem – to starość. Gdybym 

miał odzyskać młodość jedynie ciałem, jakże niestosownym byłoby zachowanie starczego 

umysłu. Gdybyś zaś miał odmłodzić i ciało, i umysł – wówczas cały wieloletni trud życia 

poszedłby na marne. Nie, Mistrzu: to moje ostatnie słowo. Trzeba nam wytrwać w takiej 

życiowej postaci, do jakiej spodobało się Bogu nas doprowadzić. 

Czarodziej opuścił różdżkę i zaczął biadolić: 

– Przecież twój mózg jest teraz jak zwietrzała gąbka! Nie chciałbyś być znów młody, 

skakać,  frygać  i nie  czuć  strzykania  w kolanach?  Być  młodym  to  być  szczęśliwym, 

pamiętasz? Chcieliśmy sprawić ci przyjemność... 

– Byłaby to zaiste ogromna przyjemność, i dzięki wam za życzliwe zamiary. Ale mnie 

się zdaje, że życie nie służy przyjemności, tylko czemuś całkiem innemu. 

Merlin z namysłem żuł koniec różdżki. 

–  Masz  słuszność  –  orzekł  w końcu.  –  Osobiście  od  początku  byłem  przeciwny  tej 

propozycji. Jednak trzeba jakoś ożywić twój intelekt, bo inaczej za nic nie pojmiesz nowej 

idei. Masaż mózgu – zakładając, że się uda – nie budzi, mam nadzieję, twoich obiekcji? 

Musiałbym tylko sięgnąć po galwanizator, nadczerwienie i ultrafiolety, francuską kredę, 

szczyptę tego i owego, kroplę adrenaliny i jeden niuch czosnku. Znasz ten zabieg? 

– Nie, lecz skoro go polecasz... 

Merlin  wprawnym  ruchem  wyciągnął  dłoń  w eter  i aparatura  jęła  się  posłusznie 

materializować – jak zwykle w stanie kompletnego bałaganu. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ III 

 

 

Zabieg  był  nieprzyjemny.  Przypominał  energiczne  czesanie  pod  włos  albo 

nastawianie skręconej kostki przez brutalnego chirurga, który stale powtarza: „proszę się 

rozluźnić”. Król trzymał się kurczowo tronu, zaciskał powieki, zgrzytał zębami i pocił się 

jak ruda mysz. Gdy otworzył oczy po raz drugi owego wieczoru, ujrzał inny świat. 

–  Boże  Święty!  –  wykrzyknął,  zrywając  się  na  równe  nogi  (nie  przeniósł  przy  tym 

ciężaru ciała na nadgarstki, jak to czynią starcy, wstając z fotela, lecz na dłonie i palce). – 

Widzisz, jakie ten pies ma przepaściste oczy? Świece odbijają się nie na powierzchni, a w 

samym  ich  dnie  –  jak  na  dnie  filiżanki.  Ciekawe,  czemu  nigdy  dotąd  tego  nie 

zauważyłem?  Ojej,  spójrz:  widzisz  dziurę  w cebrzyku  Batszeby?  Trzeba  ją  będzie 

koniecznie  zacerować.  A cóż  to  za  wpis  w księdze:  Susp.ll  Jakimż  to  podstępem 

nakłoniono  nas  do  wieszania  poddanych?  Nikt  nie  zasługuje  na  karę  śmierci!  Merlinie, 

dlaczego  twoje  oczy  nie  odbijają  blasku  świec?  Czemu  dotąd  o tym  nie  pomyślałem? 

W lisich  ślepiach  blask  odbija  się  na  czerwono,  w kocich  –  na  zielono,  w końskich  –  na 

żółto,  w psich  –  na  pomarańczowo...  Spójrz  na  dziób  tego  sokoła:  ma  wewnątrz  ząb 

wyszczerbiony  jak  piła!  Gołębiarze  i krogulce  nie  mają  czegoś  podobnego:  to  musi  być 

cecha gatunku falco. Cóż to za nadzwyczajna konstrukcja – namiot! Jedną połową prze 

do góry, a drugą ciągnie w dół. Ex nihilo res fit – coś z niczego. Popatrz na szachownicę: 

ani chybi szach! Niedoczekanie, musimy cofnąć ostatni ruch... 

Wyobraźmy  sobie  zardzewiały  rygiel  u ogrodowej  furtki:  od  początku  założony  był 

krzywo,  albo  furtka  z latami  opuściła  się  na  zawiasach  i nieszczęsny  rygiel  od 

niepamiętnych  czasów  nie  trafiał  w klamrę:  trzeba  go  było  walić  młotkiem,  albo,  lekko 

uniósłszy  furtkę,  wciskać  siłą  na  miejsce.  A teraz  wyobraźmy  sobie,  że  się  go  zdjęło, 

przetarło  szmerglem,  wymyło  w nafcie,  przeszlifowało  drobnym  papierem  ściernym, 

naoliwiło  jak  należy  i powierzyło  zręcznemu  majstrowi,  który  przykręcił  go  z powrotem 

tak umiejętnie, że dość lekko tknąć palcem, a zasuwka zamyka się i otwiera – zda się, że 

wystarczyłoby musnąć ją piórkiem albo tylko dmuchnąć. Jakże się czuje taki naoliwiony 

rygiel?  Zapewne  tak,  jak  rekonwalescent  po  długiej  gorączce.  Zachwycony  rozkosznym 

doznaniem  skutecznego  ruchu,  marzy  tylko  o tym,  aby  go  ktoś  bez  końca  zasuwał 

i odsuwał. 

Szczęście  jest  bowiem  tylko  produktem  ubocznym  sprawnego  działania,  tak  jak 

światło  –  produktem  ubocznym  przepływu  prądu  w przewodach.  Gdy  prąd  płynąć  nie 

może  –  światło  nie  rozbłyska.  Dlatego  nie  znajduje  szczęścia  ten,  kto  szuka  samej 

background image

przyjemności. Człowiek musi dążyć do tego, aby być jak ten rygiel dobrze naoliwiony, jak 

niezakłócony dopływ prądu, jak rekonwalescent, którego oczy, do niedawna przyćmione 

bólem i gorączką tak, że otwarcie ich było istną torturą, śmigają oto bystro na wszystkie 

strony,  jak  młode  rybki  w najczystszej  krynicy.  Oczy  działają,  prąd  działa,  rygiel  działa. 

Dlatego świeci światło. Oto czym jest szczęście: sprawnym działaniem. 

– Dalej, nie krępuj się – rzekł Merlin. – Pociąg nam nie ucieknie. 

– Pociąg? – zdziwił się Artur. 

–  O,  przepraszam!  Nieważne.  To  tylko  takie  powiedzonko;  mój  znajomy  kwitował 

nim pochwały postępu ludzkości. Ale, ale – wyglądasz mi znacznie lepiej, czy możemy już 

ruszać do jaskini? 

– W każdej chwili. 

Nie  zwlekając,  unieśli  klapę  namiotu  i ulotnili  się,  pozostawiając  śpiącą  charcicę  na 

straży  zakapturzonego  sokoła.  Szelest  ciężkiej  materii  zaniepokoił  ptaka,  który  jął 

skrzeczeć przenikliwie, pragnąc zwrócić na siebie czyjąkolwiek uwagę. 

Wyprawa  dała  się  we  znaki  obu  wędrowcom.  Porywisty  wiatr,  tym  bardziej 

dokuczliwy  w szybkim  marszu,  co  chwila  zarzucał  im  brody  na  plecy,  to  z lewa,  to 

z prawa, zależnie od tego, w którą stronę się zwrócili, a szarpał tak, jakby nakręcał je na 

ciasne  papiloty.  Pognali  przez  równiny  Salisbury,  mijając  tajemniczy  kamienny  krąg 

Stonehenge,  gdzie  Merlin  w przelocie  rzucił  donośne  pozdrowienie  niewidzialnym  dla 

Artura starożytnym bogom – Cromowi, Beleusowi i reszcie. Przemknęli ponad Wiltshire, 

dostojnie przemaszerowali skrajem Dorset, jednym szusem przesadzili Devon. Zostawili 

za  sobą  równiny,  płaskowyże,  lasy,  bagna  i pagórki.  Połyskliwe  rzeki  śmigały  obok 

niczym  szprychy  rozkręconego  koła.  Zatrzymali  się  dopiero  w Kornwalii,  przy 

starożytnym  kurhanie,  podobnym  do  wielkiego  kretowiska:  z boku  czernił  się  otwór 

wejścia. 

– Zapraszamy. Artur stał jak wryty. 

– Ja tu już kiedyś byłem... 

– Owszem. 

– Ale kiedy? 

– Sam sobie przypomnij. 

Król  usilnie  grzebał  w pamięci,  czuł  jednak,  że  odpowiedź  czai  się  gdzieś  głęboko 

w sercu. 

– Nie wiem – poddał się wreszcie. – Nie pamiętam. 

– Wejdźmy, to sobie przypomnisz. 

Wkroczyli  w labirynt  korytarzy;  szli,  mijając  boczne  odnogi,  wiodące  do  sypialni, 

śmietników, spiżarni i pomieszczeń, do których chodzi się umyć ręce. Król zatrzymał się 

background image

wreszcie i, kładąc dłoń na ryglu drzwi w samym końcu korytarza, obwieścił: 

– Wiem, gdzie jestem. 

Merlin obserwował go bez słowa. 

– To borsucza nora, którą zwiedziłem, będąc dzieckiem. 

– Brawo! 

–  Merlinie,  ty  potworze!  To  ja  cię  przez  pół  życia  opłakiwałem,  pewien,  że  tkwisz 

uwięziony w jakiejś dziurze niczym, nie przymierzając, rozlazła ropucha – a ty przez cały 

ten czas siedziałeś sobie w Sali Kombinacyjnej, jak u Pana Boga za piecem, rozprawiając 

z borsukami! 

– Otwórz drzwi i zajrzyj do środka. 

Artur  usłuchał.  Ujrzał  znajomą  komnatę:  na  ścianach  wizerunki  dawno  zmarłych 

bobrów,  słynących  zaletami  ducha  i umysłu,  robaczki  świętojańskie,  mahoniowe 

wachlarze  i uchylny  pulpit,  dzięki  któremu  karafki  krążyć  mogły  z łap  do  łap.  Te  same 

nadjedzone  przez  mole  togi,  te  same  krzesła  obite  kurdybanem.  A co  najważniejsze:  ci 

sami starzy przyjaciele – cała przezacna, przekomiczna kompania. 

Wszyscy,  jak  jeden  mąż,  unieśli  się  z miejsc  na  powitanie  Króla,  mocno 

skonfundowani  –  po  części  tak  nagle  spełnioną,  a długo  oczekiwaną  niespodzianką,  po 

części zaś tym, że nigdy jeszcze nie oglądali prawdziwego monarchy: bali się, czy to nadal 

ten sam dawny Artur. Mimo to, postanowili przyjąć go godnie. Ustalili, że najstosowniej 

będzie  wstać  na  powitanie  i skłonić  się  uprzejmie,  z dyskretnym  uśmiechem.  Odbyli  też 

pospieszną  konsultację  w sprawie  tytułowania  gościa:  czy  mówić  do  niego  „Wasza 

Wysokość”, czy po prostu „Panie”, i czy całować w rękę. Ciekawi byli bardzo, czy znacznie 

się zmienił, a także – o, poczciwiny! – czy w ogóle ich pamięta. 

Stanęli  półkolem  na  wprost  paleniska:  borsuk,  unosząc  się  dumnie,  spuścił  z kolan 

prosto  do  popielnika  istną  lawinę  papierów;  zaskroniec  rozwinął  się  i mlasnął 

hebanowym  językiem,  którym  zamierzał  w razie  konieczności  polizać  królewską  dłoń; 

Archimedes  podskakiwał  w miejscu  z niecierpliwości  i ukontentowania,  rozpościerając 

do  połowy  skrzydła  i furkocząc  nimi,  jak  zgłodniały  pisklak  domagający  się  karmienia; 

Balin  po  raz  pierwszy  w życiu  wyglądał  na  załamanego,  lękał  się  bowiem,  że  został 

zapomniany;  Kawałła  do  tego  stopnia  zmogła  nawałnica  uczuć,  że  oddalił  się  w kąt 

i zwymiotował; koza, wiedziona intuicją, od dawna trwała w pozie cesarskiego powitania; 

jeż  stał  w pozie  lojalnej  i wyprostowanej  na  dalekim  skraju,  kazano  mu  się  bowiem 

odsunąć  od  reszty  towarzystwa  z powodu  pcheł  –  mimo  to  nie  tracił  nadziei,  że  jego 

szczery patriotyzm i gorliwość zostaną dostrzeżone. Nawet olbrzymi wypchany szczupak 

(którego wcześniej tu nie było), wiszący nad kominkiem poniżej Ojca Założyciela, zdawał 

się spoglądać na Artura błagalnym okiem. 

background image

– Ludkowie moi! – zawołał wzruszony Król. 

Na to wszyscy spiekli raka i zaszurali łapami, mrucząc  coś tam o za niskich progach 

na  królewskie  nogi,  i „Pokornie  Witamy  Waszą  Wysokość”,  i „Miał  być  transparent,  ale 

gdzieś  się  zawieruszył”,  i „Czy  aby  Wasza  Miłość  nie  przemoczył  nóg?”,  i „Do  usług 

Waszej  Miłości”,  i „Och,  jak  to  dobrze  zobaczyć  się  znów  po  tylu  latach!”  A jeż 

zasalutował służbiście i huknął gromko: „Wiwat Brytania!”. 

Już  po  chwili  odmłodzony  Artur  potrząsał  serdecznie  prawicami  zebranych,  całując 

każdego w oba policzki i klepiąc po grzbiecie, aż łzy stawały w ślepiach. 

– Nie przypuszczaliśmy... – mruczał bóbr, siąkając nosem. 

– Baliśmy się, że o nas zapomniałeś... 

– Jak się powinno mówić: Wasza Wysokość czy Panie? Na to ostatnie Artur chętnie 

odpowiedział: 

– Wasza Wysokość mówi się do cesarza; do zwyczajnego króla wystarczy Panie. 

Od tej chwili stał się dla nich z powrotem Wartem. Koniec ceregieli. 

Gdy emocje nieco opadły, Merlin zamknął drzwi sali i objął kontrolę nad sytuacją. 

–  Proszę  o ciszę!  –  zarządził.  –  Oto  stoi  przed  nami  wielkie  zadanie,  a czas  nagli. 

Spocznij, Królu; zasiądź na honorowym miejscu, ty bowiem jesteś naszym wodzem, tym, 

który  dźwiga  najcięższe  trudy  i znosi  cierpienia.  A ty,  jeżu,  będziesz  nam  dzisiaj 

Ganimedesem: pędź no duchem do piwniczki po maderę, a spiesz się! Rozdaj wszystkim 

wielkie puchary i zaczynajmy posiedzenie. 

Pierwszy puchar jeż podał Arturowi, usługując mu, jak przystało, z ugiętym kolanem 

(nic  to,  że  jeden  brudny  paluch  wsadził  do  szklanicy).  Potem  podchodził  do  kolejnych 

uczestników kręgu, a tymczasem Wart miał okazję rozejrzeć się po komnacie. 

Sala  Kombinacyjna  zmieniła  się  jednak  nieco  od  czasu  jego  ostatniej  wizyty, 

a wszystkie  zmiany  nosiły  silne  piętno  osobowości  Merlina.  Po  pierwsze:  na  każdym 

wolnym  krześle,  na  podłodze  i na  stołach  leżały  księgi  –  tysiące  rozlicznych  ksiąg, 

pootwieranych  na  ważnych  cytatach  i zapomnianych  natychmiast  po  otwarciu,  o czym 

świadczyły pokrywające je warstewki kurzu. Były to dzieła tak znamienitych autorów jak: 

Thierry,  Pinnow,  Gibbon,  Sigismondi,  Duruy,  Prescott,  Parkman,  Jusserand,  d’Alton, 

Tacyt,  Smith,  Trevelyan,  Herodot,  Dean  Millman,  MacAllister,  Geoffrey  z Monmouth, 

Wells,  Clausewitz,  Giraldus  Cambrensis  (również  zaginione  tomy  dotyczące  Anglii 

i Szkocji).  Także  Wojna  i pokój  Tołstoja,  Komiczna  historia  Anglii,  tudzież  Kronika 

Saska,  i Czterej  Mistrzowie.  Także  Zoologia  kręgowców  Beera,  Rozprawy  o ewolucji 

człowieka  Elliotta-Smitha,  Zmysły  owadów  Eltringhama,  Pospolite  omyłki  Browne’a. 

Jak  również  Aldrovandus,  Matthew  Paris,  Bestiariusz  Fizjologusa,  pełne  wydanie 

Frazera,  a nawet  Zeus  A.B.  Cooka.  Ponadto  encyklopedie,  tablice  anatomiczne  ciał 

background image

ludzkich  i innych,  leksykony  (np.  Witherby)  dotyczące  wszelkich  gatunków  zwierząt, 

słowniki,  tablice  logarytmiczne  oraz  wielotomowy  Narodowy  Słownik  Biograficzny.  Na 

jednej  ze  ścian  widniała  tabela  porównawcza,  której  rubryki,  wypełnione  kaligrafią 

Merlina,  dowodziły  podobieństwa  dziejów  ras  ludzkich  na  przestrzeni  ostatnich 

dziesięciu  tysięcy  lat.  Asyryjczycy,  Sumerowie,  Mongołowie,  Aztekowie,  i tak  dalej, 

różnili się między sobą barwą atramentu, a lata – p.n.e. lub n.e. – wypisano wzdłuż linii 

pionowej po lewej stronie tabeli. Na innej znów ścianie wisiał wykres jeszcze ciekawszy – 

obrazujący  triumf  i upadek  ras  zwierzęcych  na  przestrzeni  ostatniego  miliarda  lat.  Gdy 

wyznaczona na diagramie krzywa rozwoju gatunku sięgała poziomej asymptoty, gatunek 

ów  znikał  z wykresu  –  co  oznaczało,  że  wyginął.  Do  najpóźniej  wymarłych  należał  łoś 

irlandzki. Sporządzona dla zabawy mapa obrazowała rozmieszczenie gniazd miejscowego 

ptactwa  z ubiegłej  wiosny.  W kącie  sali,  z dala  od  ognia,  stał  stół  z mikroskopem, 

nastawionym  na  umieszczony  pod  szkiełkiem  wzorcowy  mikropreparat  układu 

nerwowego  mrówki.  Na  tym  samym  stole  leżały  czaszki  ludzi,  małp  człekokształtnych, 

ryb  i dzikich  gęsi,  również  spreparowane,  aby  unaocznić  stosunek  objętościowy 

mózgoczaszki  do  trzewioczaszki  u poszczególnych  gatunków.  W innym  kącie  urządzono 

rodzaj laboratorium: w nieopisanym wprost bałaganie tłoczyły się tam retorty, probówki, 

centryfugi,  hodowle  bakterii,  zlewki  oraz  flaszki  oznaczone  etykietkami:  Melatonina, 

Adrenalina,  Politura,  Curry,  Gin.  Na  ostatniej  etykietce  widniał  ołówkowy  dopisek: 

„Uwaga!  Poziom  płynu  w tej  butelce  został  ZAZNACZONY!”.  W gablotach  widać  było 

żywe  modliszki,  szarańcze  i inne  owady,  a dokoła  po  całej  podłodze  walały  się 

wspomnienia  po  chwilowych  pasjach  Merlina:  kije  do  krykieta,  druty  do  dziergania, 

plakatówki, rylce linorytnicze, latawce, bumerangi, kleje, skrzynki po cygarach, domowej 

produkcji  instrumenty  dęte  drewniane,  książki  kucharskie,  warkotka,  luneta,  puszka 

mazi do szczepienia drzew oraz kosz na bieliznę, z nadrukiem na spodzie: „Fortnum and 

Mason’s”. 

Stary  Król  wydał  głębokie  westchnienie  ulgi:  porzucona  rzeczywistość  ulotniła  się 

z jego pamięci. 

–  Szanowny  borsuku  –  ozwał  się  Merlin  władczym  tonem  ważniaka.  –  Zechciej  mi 

podać protokół ostatniego zebrania. 

– Nie spisano protokołu. Zabrakło atramentu. 

– Mniejsza z tym. Niech będą zapiski o Bezprzykładnym Wiktoriańskim Zadufaniu. 

– Użyto ich na podpałkę. 

– A niech to kaczki zdepczą! Dawaj Przepowiednie. 

– Służę najuprzejmiej – rzekł z dumą borsuk i schylił się, aby zgarnąć do kupy lawinę 

papierzysk, które spadły w popielnik, gdy wstawał na powitanie Artura. – Trzymałem je 

background image

w pogotowiu – dodał. – Na wszelki wypadek. 

Niestety, ogień dosięgnął dokumentów: nim borsuk zdmuchnął płomień i podał plik 

czarodziejowi, wszystkie stronice były do połowy nadpalone. 

– Tego już za wiele! – zirytował się Merlin. – Coście uczynili z Traktatem o Człowieku 

i Rozprawą o Przemocy? 

– Jeszcze przed chwilą miałem je pod łapą... 

Nieszczęsny  borsuk,  który  pełnił  w zgromadzeniu  rolę  sekretarza,  lecz  nie  najlepiej 

się z niej wywiązywał, jął gorączkowo grzebać pośród bumerangów, bez skutku wytężając 

krótkowzroczne oczy. Był bardzo zawstydzony i zdenerwowany. 

Głos zabrał Archimedes: 

– Sądzę, Mistrzu, że łatwiej załatwimy sprawę bez dokumentów; omówmy ją raczej. 

Merlin zgromił go wzrokiem bazyliszka. 

–  Wystarczy  rzecz  wyłuszczyć  –  dodał  zaskroniec.  Merlin  i jemu  posłał  mordercze 

spojrzenie. 

–  Tak  czy  owak  –  poparł  przedmówców  Balin  –  musimy  w końcu  dojść  do 

omówienia. 

Merlin przestał gromić dyskutantów wzrokiem i zaczął się dąsać. 

Kawałł  zbliżył  się  chyłkiem  do  Króla  i,  zerkając  nań  błagalnie,  wślizgnął  się  na 

dostojne kolana – czego mu nie wzbroniono. Koza wpatrywała się w ogień błyszczącymi 

klejnotami  oczu.  Borsuk  wrócił  na  miejsce  z miną  winowajcy.  Nieoczekiwanie  dla 

wszystkich,  ciszę  przerwał  jeż,  siedzący  w swoim  kącie,  z dala  od  towarzystwa, 

w przykładnej pozie wzorowego ucznia, z łapkami złożonymi na podołku. 

– Powiedzcie mu – rzekł śmiało. 

Wszyscy spojrzeli nań zdumieni, ale jeż nie dał się zbić z pantałyku. Wiedział, czemu 

stronią od niego, ale w końcu każdy ma prawo głosu. 

– Powiedzcie mu – powtórzył. 

– Bardzo chciałbym się dowiedzieć – powiedział  Król. – Na razie nie rozumiem nic 

a nic;  wiem  tylko  tyle,  że  sprowadzono  mnie  tutaj  dla  zapełnienia  luk  w dość 

niecodziennym  wykształceniu,  które  odebrałem  w dzieciństwie.  Czy  mógłbym  prosić 

o bliższe wyjaśnienia? 

– Rzecz w tym – rzekł Archimedes – że nie wiadomo, od czego zacząć. 

– W takim razie zacznijmy od komisji: czemu powstała i czym się zajmuje? 

–  Można  nas  nazwać  Komisją  Badania  Przemocy  Rodzaju  Ludzkiego.  Próbujemy 

rozwikłać waszą zagadkę. 

–  To  Komisja  Królewska!  –  uzupełnił  dumnie  borsuk.  –  Uznaliśmy,  że  mieszany 

skład zwierząt zagwarantuje nam fachowe doradztwo w różnych dziedzinach... 

background image

Merlin nie wytrzymał: dąsy dąsami, ale nie umiał milczeć, gdy inni gadają. 

– Proszę o głos – przerwał borsukowi. – Ja wiem, od czego zacząć, i zaraz to uczynię. 

Cisza na sali i słuchać! 

–  Mój  drogi  Warciu  –  podjął  po  chwili,  w której  jeż  zdążył  zawołać:  „Uwaga! 

Uwaga!”,  a zaraz  potem:  „Cisza!  Cisza!”.  –  Na  wstępie  muszę  cię  prosić,  abyś  sięgnął 

myślą do początków swej edukacji pod moim kierunkiem. Pamiętasz, jak to było? 

– Miałem dużo do czynienia ze zwierzętami. 

– Ano właśnie. A przyszło ci kiedyś do głowy, że nie dzieje się to dla czystej frajdy? 

– Miałem frajdę co się zowie... 

–  No  tak,  ale  po  co,  zapytujemy  cię  uprzejmie,  zadawałeś  się  z tymi  wszystkimi 

zwierzakami? 

– Lepiej sam mi powiedz. 

Merlin założył nogę na nogę, zaplótł ręce i marsowo zmarszczył brwi. 

–  Na  świecie  –  rzekł  z powagą  –  żyje  dwieście  pięćdziesiąt  tysięcy  gatunków 

stworzeń,  z czego  co  najmniej  dwa  tysiące  osiemset  pięćdziesiąt  gatunków  stanowią 

ssaki, do których zalicza się i człowiek. Każdy gatunek uprawia jakąś formę polityki (mój 

serdeczny  druh  Arystoteles  popełnił  jedyny  błąd,  definiując  człowieka  jako  „zwierzę 

polityczne”),  a jednak  człowiek  –  ta  niewiele  znacząca  mizerota  wśród  dwustu 

czterdziestu dziewięciu tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu innych istot – 

z uporem drepcze w kółko swą tragiczną polityczną koleiną, nie bacząc na otaczające go 

ćwierć  miliona  innych  zgoła  przykładów.  Co  jeszcze  dziwniejsze:  człowiek  pozostał 

parweniuszem wśród całej reszty, która w większości zdołała, lepiej lub gorzej, rozwiązać 

swoje  problemy  polityczne  na  tysiące  lat  przed  jego  stworzeniem.  Wśród  wysokiej 

komisji rozległy się pomruki aprobaty, a zaskroniec wtrącił grzecznie: 

–  Właśnie  dlatego,  Królu,  nauczyciel  zapoznał  cię  z naturą:  abyś,  gdy  przyjdzie  ci 

samemu zmagać się z ludzką zagadką, rozejrzał się po świecie. 

–  Polityka  wszystkich  zwierząt  –  dodał  borsuk  –  ma  na  celu  powstrzymanie 

Przemocy. 

– Nie zauważyłem... – zaczął Artur, lecz Merlin przerwał mu w pół słowa. 

–  Oczywiście,  że  nie  zauważyłeś.  Chciałeś  powiedzieć,  że  zwierzęta  nie  uprawiają 

polityki. Posłuchaj mojej rady i przemyśl to jeszcze raz. 

– Czyżby ją uprawiały? 

–  Naturalnie,  i to  na  ogół  z doskonałym  skutkiem.  Jedne  –  jak  liczne  mrówki  –  są 

komunistami lub faszystami; inne – jak dzikie gęsi – anarchistami. Są także socjaliści – 

to  niektóre  pszczoły.  A pośród  trzech  tysięcy  rodzin  mrówek  trafiają  się  wyznawcy 

ideologii innych niż faszyzm. Nie wszyscy są zwolennikami niewolnictwa i wojny. Mamy 

background image

też  wśród  zwierząt  bankierów  –  to  wiewiórka  i niedźwiedź,  hibernujący  na  uciułanym 

tłuszczu. Każde gniazdo, nora i żerowisko stanowią własność prywatną: czy uważasz,  że 

wrony,  króliki,  płotki  i inne  stworzenia  stadne  byłyby  zdolne  żyć  obok  siebie,  gdyby  nie 

uporały się jakoś z zagadnieniami Demokracji i Siły? 

Był  to  widocznie  oklepany  temat,  bo  Artur  nie  zdążył  nawet  otworzyć  ust,  a już 

borsuk pospieszył z zastrzeżeniem: 

–  Jeszcze  nigdy  nie  dałeś  nam  przykładu  na  istnienie  w naturze  kapitalizmu.  Idę 

o zakład, że go tam nie znajdziesz! 

Merlin skrzywił się żałośnie. 

– A skoro nie ma przykładu, to znaczy, że kapitalizm jest ustrojem nienaturalnym! – 

podsumował triumfalnie borsuk. 

Wypada tu wspomnieć, że borsuk zdradzał proradzieckie ciągotki. Po kilku stuleciach 

nieustannych  dyskusji  z Merlinem,  on  sam  i pozostali  swobodnie  operowali 

czarodziejskimi  zaklęciami  w rodzaju  „bolszewizm”  czy  „faszyzm”,  niczym  urodzeni 

rewolucjoniści. 

Merlin  natomiast  był  zatwardziałym  konserwatystą  (co,  zważywszy,  że  żył  pod  prąd 

czasu,  czyni  go  osobnikiem  postępowym),  lecz,  niestety,  nie  miał  zbyt  mocnych 

argumentów. 

– Pasożytnictwo – zaczął – istnieje w przyrodzie od czasów najdawniejszych, weźmy 

choćby kukułkę i pchłę. 

–  Nie  mówimy  o pasożytnictwie.  Przedmiotem  dyskusji  jest  kapitalizm,  który  ma 

ściśle ustaloną definicję. Czy możesz podać choćby jeden przykład gatunku – wyłączając 

człowieka – którego przedstawiciele wyzyskują pracę swych pobratymców? Nawet pchły 

nie wyzyskują pcheł. 

–  Pewien  gatunek  małp  człekokształtnych  –  odparł  Merlin  –  wymaga  w niewoli 

nieustannego  nadzoru.  Gdy  nie  są  pilnowane,  osobniki  dominujące  pozbawiają 

towarzyszy jadła, zmuszając ich wręcz do zwracania tego, co już przełknęli, a tym samym 

skazując na głodówkę. 

– Przykład niezbyt przekonujący. 

Merlin założył ręce i skrzywił się najżałośniej jak umiał. Po dłuższej chwili zebrał się 

na odwagę, zaczerpnął głęboko tchu i śmiało stawił czoło prawdzie. 

–  Istotnie,  przykład  jest  marny.  Nie  potrafię  wskazać  występowania  kapitalizmu 

w przyrodzie. 

Ledwie  wyrzekł  te  słowa,  ręce  same  mu  się  rozplotły,  a pięść  jednej  uderzyła 

triumfalnie w otwartą dłoń drugiej. 

–  Mam!  –  krzyknął  Merlin.  –  Wiedziałem,  że  mam  słuszność  co  do  kapitalizmu! 

background image

Patrzyliśmy na problem od złej strony! 

– Jak zwykle. 

– Główna specjalizacja każdego gatunku zwierząt wydaje się nienaturalna wszystkim 

innym  gatunkom.  Fakt,  że  przyroda  nie  dostarcza  przykładów  kapitalizmu  nie  oznacza, 

że  kapitalizm  jest  nienaturalny  w odniesieniu  do  człowieka  –  że  jest  wbrew  naturze. 

Równie dobrze moglibyśmy bowiem powiedzieć, że żyrafa zachowuje się wbrew naturze, 

ogryzając  z liści  czubki  drzew  –  skoro  żadna  inna  antylopa  nie  posiada  równie  długiej 

szyi. Albo, że wbrew naturze było wyjście z wody pierwszych  zwierząt wodno-lądowych, 

ponieważ  w owym  czasie  nie  było  na  świecie  więcej  takich  stworzeń.  Kapitalizm  to 

specjalność  człowieka,  tak  jak  szare  komórki.  Natura  nie  zna  drugiego  stworzenia 

obdarzonego  mózgiem  podobnym  do  ludzkiego  –  a to  przecież  nie  znaczy,  że  mózg 

człowieka  jest  nienaturalny.  Przeciwnie:  cecha  ta  wyróżnia  nas  w przyrodzie.  To  samo 

z kapitalizmem: jest on typowo ludzką specjalnością – ludzkim klejnotem w koronie! Kto 

wie,  czy  kapitalizm  nie  jest  naturalną  konsekwencją  działania  wysoce  rozwiniętego 

mózgowia? Czemuż by bowiem inaczej jedyny znany nam z natury przykład kapitalizmu 

– mam na myśli wspomniane wcześniej małpy człekokształtne – dotyczył antropoidów, 

których  mózgi  są  pokrewne  mózgowi  ludzkiemu?  Tak,  tak,  zawsze  czułem,  że  słusznie 

pozostaję  drobnym  kapitalistą.  Wiedziałem,  że  z jakiegoś  powodu  Rosjanie  z czasów 

mojej młodości zbłądzili ideologicznie. Fakt, że jakieś zjawisko jest unikalne, nie znaczy, 

że jest ono złe: przeciwnie – znaczy, że jest dobre. Dobre, naturalnie, dla człowieka, a nie 

dla innych zwierząt. Oznacza bowiem... 

–  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  –  przerwał  mu  Archimedes  –  że  publiczność  od  paru 

minut nie rozumie z twojej tyrady ani słowa? 

Stropiony Merlin spojrzał na ucznia, który śledził był jego wywód głównie wzrokiem; 

potem popatrzył po kolei na resztę słuchaczy. 

– Najmocniej was przepraszam. 

Nagle rozległ się głos Króla, dziwnie senny i nieobecny, jakby Artur przemawiał sam 

do siebie: 

– A więc byłem głupcem? Bo nie zważałem na zwierzęta? 

–  Głupcem!  –  powtórzył  Merlin  jak  triumfalne  echo,  wciąż  był  bowiem  radośnie 

oszołomiony wiekopomnym odkryciem istoty kapitalizmu. – Nareszcie doczekaliśmy się 

ziarna prawdy w ustach reprezentanta rodu ludzkiego! Nunc dimittis! 

W ten sposób dosiadł ulubionego konika: krytyki ludzkiej próżności. 

–  Próżność  ludzka  nie  zna  granic!  Weźmy  wszechświat:  myślą  go  nie  ogarnie,  ale 

człowiek  bez  najmniejszej  żenady  kurczy  go  w swym  pojęciu  do  maleństwa,  jakim  jest 

Układ  Słoneczny.  Idźmy  dalej:  przypatrzmy  się  satelicie  Słońca  zwanemu  Ziemią 

background image

i miriadom  alg,  czy  jak  im  tam,  zamieszkujących  akweny  morskie,  tudzież  bytującym 

w naszych  własnych  ciałach  mikrobom,  których  liczba  sięga  w nieskończoność.  Rzućmy 

okiem  na  wspomniane  już  ćwierć  miliona  gatunków  istot  żywych  i na  szmat  czasu, 

w którym rodziły się i umierały ich pokolenia. A teraz spójrzmy na człowieka – dwunoga, 

który,  z punktu  widzenia  historii  naturalnej,  jest  jak  nowo  narodzony  ślepy  szczeniak. 

Spójrzmy  na  to...  na  to  czupiradło!  –  Merlin  tak  się  zaperzył,  że  nie  nadążał 

z odpowiednimi epitetami. – I pomyśleć, że to-to ma czelność mienić się homo sapiens] 

Mało  tego:  że  śmie  ogłaszać  się  panem  stworzenia,  całkiem  jak  ten,  nie  przymierzając, 

pajac  Napoleon,  gdy  sam  sobie  nakładał  koronę!  A jak  się  to-to  wywyższa  nad  inne 

zwierzęta, jak się puszy (Panie, miej w opiece moją duszę i ciało!) nawet przed własnymi 

przodkami!  Oto  skutki  Wielkiego  Wiktoriańskiego  Zadufania  –  owej  zdumiewającej, 

niepojętej  herezji  dziewiętnastego  stulecia!  Przypatrzcie  się  powieściom  historycznym 

Waltera Scotta: ich bohaterowie to albo sztywniacy, albo ciepłe kluchy – tylko dlatego, że 

żyli  kilkaset  lat  temu.  A oto  wiek  dwudziesty:  co  robi  nasz  człowiek,  ten  zakochany 

w sobie zarozumialec? 

Trąbi  o „postępie  ludzkości”,  który  miał  się  niby  dokonać  w minionym  tysiącleciu 

(będącym,  jak  wiadomo,  pasmem  nieszczęść),  a jednocześnie  z entuzjazmem  morduje 

własnych  współbraci.  Kiedyż  wreszcie  pojmie,  że  na  to,  aby  zmienić  jedno  piórko 

ptasiego  puchu  potrzeba  miliona  lat  –  gdy  jemu  się  wydaje,  że  zmienił  wszystko  na 

świecie,  konstruując  silnik  spalinowy?  Zadziera  tak  nosa  od  czasów  Darwina,  odkąd 

usłyszał o ewolucji gatunków. I nie obchodzi go, że cykl ewolucji trwa w przyrodzie około 

miliona lat: on jest pewien, że ewoluował od epoki Średniowiecza! W takim tempie może 

ewoluować  silnik  spalinowy  –  ale  nie  człowiek!  Poczytajcie  sobie  Jankesa  na  Dworze 

Króla  Artura  –  wściec  się  można!  Jak  to-to  patrzy  z góry  na  własnych  antenatów,  nie 

mówiąc już o innych zwierzętach! Ręce opadają! I jeszcze ma czelność tworzyć Pana Boga 

na obraz i podobieństwo swoje! Wierzcie mi, że tak zwane „rasy prymitywne”, oddające 

cześć  boską  zwierzętom,  wcale  nie  były  głupsze  od  nas.  A przynajmniej  cechowała  je 

pokora.  Czemuż  to  Pan  Bóg  nie  miałby  przybrać  na  tej  ziemi  postaci  dżdżownicy? 

Dżdżownic  jest,  bądź  co  bądź,  o wiele  więcej  niż  ludzi,  a i  ziemia  ma  z nich  pożytek 

znacznie większy niż z człowieka. No bo czym tu się chwalić? W czym się niby przejawia 

owa  cudowna  wyższość  Dwudziestego  Wieku  nad  Średniowieczem,  Średniowiecza  nad 

epoką  kamienia  łupanego,  a tej  z kolei  nad  światem  sprzed  narodzin  człowieka?  Czy 

człowiek lepiej od innych istot panuje nad własną Przemocą, Agresją i Własnością? I cóż 

on  takiego  chwalebnego  czyni?  Morduje  osobniki  własnego  gatunku!  Obliczono,  że 

w okresie  między  rokiem  1100  a 1900  Anglicy  toczyli  wojny  przez  lat  czterysta 

dziewiętnaście,  a Francuzi  –  przez  trzysta  siedemdziesiąt  trzy;  słyszeliście  o tym?  Albo 

background image

o badaniach  Lapouge’a,  z których  wynika,  że  co  stulecie  ginie  w Europie  dziewiętnaście 

milionów ludzi? Ich krew zdolna byłaby zasilić fontannę, pompującą siedemset litrów na 

godzinę,  od  początku  historii  rodu  ludzkiego!  I jeszcze  jedno,  łaskawy  panie:  zjawisko 

Wojny  jest  w Naturze  –  pomijając,  rzecz  jasna,  człowieka  –  taką  rzadkością,  że 

praktycznie  nie  istnieje.  Spośród  wszystkich  wspomnianych  dwustu  pięćdziesięciu 

tysięcy  gatunków  zwierząt,  wojny  toczy  może  z dziesięć.  Gdyby  Natura  raczyła  kiedyś 

zwrócić  uwagę  na  to  nieznośne  małe  paskudztwo  zwane  człowiekiem  –  oszalałaby  ze 

zgrozy. 

–  Już  kończę  –  zapewnił,  spuszczając  nieco  z tonu.  –  Dajmy  na  chwilę  pokój 

moralności  i zastanówmy  się,  czy  owo  haniebne  stworzenie  wpływa  może  znacząco  na 

swój świat w sensie materialnym? Czy dla obiektywnego oka Natury jest lepiej widoczne 

niż  bakteria  lub  koralowiec,  z racji  zmian,  jakie  swą  działalnością  wprowadza  na 

powierzchni ziemi? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ IV 

 

 

Oszołomiony  tyradą  Król  odparł  uprzejmie:  –  Oczywiście,  że  tak.  Oczywiście,  że 

nasza działalność jest ważna dla natury. 

– Dowody! – zażądał krótko srogi preceptor. 

–  Dość  spojrzeć  na  budowle,  które  człowiek  wzniósł  na  ziemi,  na  miasta,  na  pola 

uprawne... 

–  Dość  spojrzeć  na  Wielką  Rafę  Koralową...  –  wpadł  mu  w słowo  Archimedes, 

zerkając  w sufit  z miną  niewiniątka.  –  Budowla  ta  mierzy  dwa  tysiące  kilometrów 

długości, a jej konstruktorami są jamochłony. 

– Przecież to tylko rafa! 

Merlin swoim zwyczajem cisnął czapką o ziemię. 

–  Kiedyż  ty  się  oduczysz  myśleć  jak  człowiek!  Wiesz,  co  by  ci  mógł  na  to 

odpowiedzieć koralowiec? Że Londyn to przecież tylko miasto! 

– No tak, ale gdyby ustawić jedno przy drugim wszystkie miasta świata... 

–  Spróbuj  –  rzekł  Archimedes.  –  A ja  wtedy  ustawię  jedna  przy  drugiej  wszystkie 

wyspy koralowe świata i atole. Potem je dokładnie zważymy i zobaczymy, co zobaczymy. 

–  Zgoda  –  rzekł  na  to  Artur.  –  Gotów  jestem  przyznać,  że  jamochłon  odgrywa 

w przyrodzie rolę znaczniejszą niż człowiek. Ale to tylko jeden gatunek stworzenia... 

–  O ile  pamiętam  –  wtrąciła  skromnie  koza  –  Komisja  nasza  dysponuje  notatką  na 

temat bobra, z której wynika, że dziełem tego zwierzęcia są całe morza i kontynenty... 

–  Ptaki  –  dorzucił  Balin  z wystudiowaną  nonszalancją  –  roznosząc  w swych 

odchodach  nasiona  drzew,  wyhodowały  ponoć  lasy  i puszcze  tak  wielkie,  jak  na 

przykład... 

– A króliki – przerwał mu jeż – o mały włos nie wyludniły całej Australii! 

– Otwornice, których wapienne skorupki utworzyły słynne białe klify Dover... 

– Szarańcza... 

Merlin uniesieniem ręki zarządził ciszę. 

– Wystarczy jeden przykład – rzekł z godnością. – Opowiedzcie mu o dżdżownicy. 

Zebrani jęli na to deklamować chórem: 

–  Słynny  przyrodnik  Darwin  obliczył,  że  w każdym  akrze  ziemi  uprawnej  żyje  około 

dwudziestu  pięciu  tysięcy  dżdżownic,  które  w samej  Anglii  przewracają  rocznie  trzysta 

dwadzieścia  milionów  ton  gleby.  Dżdżownice  spotykane  są  na  całym  prawie  świecie. 

W ciągu  trzydziestu  lat  zdolne  byłyby  przekopać  powierzchnię  całej  kuli  ziemskiej  na 

background image

głębokość  siedmiu  cali.  „Ziemia  bez  dżdżownic  –  jak  powiedział  nieśmiertelnej  pamięci 

Gilbert  White  –  w krótkim  czasie  stałaby  się  zimna,  twarda,  pozbawiona  fermentacji, 

a co za tym idzie-jałowa”. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ V 

 

 

Coś  mi  się  zdaje...  –  rzekł  Król  wesoło,  gdyż  wzniosłe  rozważania  oderwały  go 

całkowicie  od  spraw  Mordreda  i Lancelota,  daleko  od  świata,  w którym  –  jak  to  mówią 

w Królu  Lirze  –  ludzkość  zżera  się  sama,  niczym  potwory  z głębin;  Artur  przeniósł  się 

w świat pokoju, gdzie ludzie rozmyślają, dyskutują i kochają się, w świat wolny od nędzy 

działania. 

–  Coś  mi  się  zdaje  –  jeśli  prawdą  jest  to,  co  mówicie  –  że  moim  bliźnim  dobrze  by 

zrobiła mała lekcja pokory. Gdyby tak można było nauczyć ich patrzenia na siebie jak na 

każdy  inny  gatunek  ssaka...  Nowość  tego  doznania  działa  jak  balsam.  Powiedzcie  mi, 

proszę,  do  jakich  wniosków  doszła  Wysoka  Komisja  w kwestii  zwierzęcia  zwanego 

człowiekiem – nie wątpię, że debatowaliście na jego temat? 

– Zacznijmy od kłopotów z imieniem. 

– Czyim imieniem? 

–  Ludzkim  –  wyjaśnił  zaskroniec.  –  Przymiotnik  sapiens  w imieniu  homo  sapiens 

wydał nam się niedorzeczny, lecz nie wiadomo było, czym go zastąpić. 

– Pamiętasz, jak ci Merlin tłumaczył, dlaczego zięba nosi przydomek coelebsl Dobry 

przymiotnik winien, jak sama nazwa wskazuje, definiować przymioty danego osobnika. 

–  Pierwsza  propozycja  brzmiała,  oczywiście,  ferox,  gdyż  nie  ma  wśród  zwierząt 

większego gwałtownika niż człowiek. 

– Ciekawe, że właśnie  ferox: i mnie to słowo przyszło do głowy jakąś godzinę temu. 

Ale  przyznaj  się,  że  nieco  przesadzasz,  nazywając  człowieka  większym  gwałtownikiem 

niż, dajmy na to, tygrysa. 

– Uważasz, że przesadzam? 

– Z moich obserwacji wynika, że ludzie są na ogół przyzwoici... 

Merlin  zdjął  okulary,  westchnął  ciężko,  przetarł  szkła,  umieścił  je  z powrotem  na 

nosie  i przyjrzał  się  uczniowi  z wielkim  zaciekawieniem  –  jakby  sprawdzał,  czy  mu  nie 

rosną ośle uszy. 

– Spróbuj sobie przypomnieć ostatni spacer – polecił tonem łagodnej perswazji. 

– Spacer? 

–  W rzeczy  samej.  Najlepiej  po  angielskich  łąkach.  Idzie  sobie  beztrosko  homo 

sapiens,  delektuje  się  chłodem  wieczoru.  Wyobraź  to  sobie.  W krzakach  poświstuje 

szpak.  Czy  milknie  na  widok  człowieka  i odfruwa  z przekleństwem  na  dziobie?  Skądże 

znowu!  Wyśpiewuje  jeszcze  głośniej;  mało  tego  –  podlatuje  i siada  wędrowcowi  na 

background image

ramieniu.  A tam  dalej  zajączek  skubie  rżysko.  Czy  zmyka  w popłochu  do  nory?  A gdzie 

tam! Pędzi w podskokach  do naszego  człowieka. Za nim mysz polna, zaskroniec, lis, jeż 

i borsuk. Nie chowają się, lecz radośnie witają człowieka... 

– Biada! – wykrzyknął nagle ze świętym oburzeniem. – Nie ma w Anglii stworzenia, 

które, widząc cień człowieka, nie pierzchałoby jak dobra dusza z czyśćca. Czy to ssak, czy 

ptak,  czy  ryba  –  wszystko  przed  nim  zmyka.  A gdy  nasz  spacerowicz  zapędzi  się  nad 

rzekę, nawet ryby czmychają w głębinę... Zaprawdę, wiele zła trzeba wyrządzić, aby stać 

się postrachem istot wszystkich trzech żywiołów! 

– A nie myśl sobie – dodał pospiesznie, dotykając oburącz Arturowego kolana – że te 

stworzenia uciekają również przed sobą nawzajem. Może gdyby na ścieżce pokazał się lis, 

zając dałby nura w zarośla – ale ptak na drzewie i cała reszta przyjęłyby nadejście lisa ze 

spokojem.  Gdyby  górą  przemknął  jastrząb,  kos  skuliłby  się  w gnieździe,  ale  na  lisie  nie 

zrobiłoby  to  najmniejszego  wrażenia.  Jedynie  człowiek,  wierny  członek  Towarzystwa 

Pastwienia się nad Zwierzętami, sieje postrach wśród wszystkiego, co żywe. 

–  Chwileczkę  –  przerwał  mu  Artur.  –  Nie  te  stworzenia  mamy  zwykle  na  myśli, 

mówiąc „dzikie zwierzęta”; a taki tygrys? 

Merlin uciszył go uniesieniem ręki. 

–  Proszę  bardzo:  przenieśmy  nasz  spacer  w indyjską  dżunglę.  Nie  znajdziesz  tam 

tygrysa, kobry ani słonia, które by nie zmykały przed człowiekiem. W najgorszym razie – 

choć  niezmiernie  rzadko  –  zaatakuje  go  tygrys  oszalały  z bólu  zębów  albo  kobra, 

zmuszona do samoobrony. Lecz gdy na ścieżce w dżungli spotka się zdrowy człowiek ze 

zdrowym tygrysem – zawsze ten drugi ustępuje z drogi. Nie umykają przed człowiekiem 

tylko  te  stworzenia,  które  go  nigdy  nie  widziały:  foki,  pingwiny,  ptaki  dodo  i wieloryby 

mórz  arktycznych  –  ufność  wobec  człowieka  przywiodła  te  gatunki  na  skraj  zagłady. 

Nawet  komar  i pchła,  które  pasożytują  na  człowieku,  lękają  się  panicznie  swego 

gospodarza i starają się trzymać poza zasięgiem jego ciężkiej ręki. 

–  Homo  ferox  –  ciągnął  Merlin  –  to  rzadki  dziw  natury:  zwierzę,  które  zabija  dla 

przyjemności! Nie ma na tej sali stworzenia, które by się nie wzdragało przed zabijaniem 

–  chyba  że  z głodu.  Człowiek  natomiast  z demonstracyjnym  niesmakiem  spogląda  na 

dzierzbę, która trzyma w dziupli ślimaki i inne mięsne zapasy, ponabijane na kolce – ale 

nie  wzrusza  go  bynajmniej,  że  wokół  jego  własnej  zasobnej  spiżarni  biega  na  uwięzi 

dorodny  byczek  i stado  owieczek  o inteligentnych,  wrażliwych  pyszczkach,  a cała  ta 

gromada  hodowana  jest  tylko  po  to,  aby  u progu  dojrzałości  pójść  pod  nóż  i zaspokoić 

apetyt  swego  mięsożernego  gospodarza,  który  nie  ma  nawet  zębów  typowych  dla 

mięsożercy!  Powinieneś  koniecznie  przeczytać  list  Lamba  do  Southeya:  wspomina  się 

tam  o pieczeniu  żywych  kretów,  uciesznych  zabawach  z chrabąszczami,  uwiązywaniu 

background image

kotom pęcherzy do ogonów, kurczeniu mięsa żywych flader przez ich nacinanie, a także 

o wędkarzach  –  owych  „poczciwych  sprawcach  nieznośnych  boleści”.  Oto  cały  homo 

ferox – Pomysłodawca Pastwienia się nad Zwierzętami, gotów poświęcić bajońskie sumy 

na  hodowlę  bażantów  dla  samej  przyjemności  ich  zabijania,  tresować  jedne  gatunki 

stworzeń do mordowania innych, podpalać żywe szczury – co na własne oczy widziałem 

w Irlandii  –  aby  ich  przeraźliwe  piski  odstraszyły  inne  okoliczne  gryzonie,  rozmyślnie 

rujnować  wątroby  udomowionych  gęsi  na  swoje  ulubione  pasztety,  odpiłowywać  bydłu 

rogi celem usprawnienia jego transportu do rzeźni, wykluwać oczy szczygłom, by zmusić 

je  do  śpiewu,  gotować  żywcem  homary  i krewetki,  słuchając  ich  żałosnych  popiskiwań, 

wypowiadać  wojny  własnemu  gatunkowi,  wyrzynając  w każdym  stuleciu  dziewiętnaście 

milionów  osobników,  dokonywać  publicznych  egzekucji  na  bliźnich  uznanych  za 

winnych  przestępstwa,  własne  potomstwo  torturować  za  pomocą  kija  lub  zamykać 

w obozach  koncentracyjnych  zwanych  szkołami,  gdzie  zadawanie  tortur  można  zlecić 

pośrednikom... Tak, tak, słusznie wątpisz, czy godzi się nadać człowiekowi miano ferox, 

gdyż  w świecie  szanujących  się  zwierząt  przydomek  ów,  właściwy  stworzeniom 

bytującym dziko w przyrodzie, żadną miarą nie pasowałby do tak wynaturzonej istoty. 

– O mój Boże! – jęknął Król. – Nie zostawiłeś na nas suchej nitki. 

Stary czarodziej jeszcze nie miał dość. 

–  Nasze  wątpliwości  co  do  przymiotnika  ferox  zrodziły  się,  gdy  Archimedes  jako 

bardziej odpowiedni przydomek zaproponował stultus. 

– Stultus? Głupi? Dlaczego, przecież jesteśmy rasą inteligentną? 

– Podczas jednej z koszmarnych wojen toczonych za moich młodych lat – odparł mu 

na  to  Merlin  –  trzeba  było  wprowadzić  w Anglii  system  racjonowania  żywności. 

W związku z tym wydawano obywatelom specjalne kartki, które przed zakupami należało 

wypełnić odręcznie, w jednej rubryce wypisując numer, w drugiej – swoje nazwisko, a w 

trzeciej  –  nazwisko  właściciela  sklepu.  Jedna  liczba  i dwa  nazwiska  –  zaiste  ambitne 

zadanie  intelektualne:  kto  go  nie  wykonał,  nie  otrzymywał  jedzenia,  a tym  samym 

narażał  się  na  śmierć  głodową.  I co  się  okazało?  Jak  dowiodły  późniejsze  badania,  dwie 

trzecie  społeczeństwa  nie  umiało  prawidłowo  wypełnić  kartek.  Przypominam:  mówimy 

o istotach obdarzonych – jak nas poucza Kościół Katolicki – duszą nieśmiertelną! 

– Czy te dane są pewne? – spytał borsuk z niedowierzaniem. 

Merlin spiekł raka; widać ruszyło go sumienie. 

–  Cóż,  nie  zanotowałem  ich  wówczas  –  przyznał  szczerze  –  ale  odzwierciedlają 

prawdę w istocie, nawet jeśli nie całkiem w szczegółach. Z tej samej wojny przypominam 

sobie  pewną  niewiastę:  stała  wytrwale  w kolejce  po  karmę  dla  ptaków,  których  –  jak 

wynikło  z przygodnej  rozmowy  –  wcale  nie  miała:  widać  przywykła  stawać  w każdym 

background image

ogonku. 

-1  czegóż  to  dowodzi,  że  ludzie  nie  potrafili  wypełnić  trzech  rubryk?  –  obruszył  się 

Artur. – Gdyby na miejscu ludzi znalazły się inne zwierzęta, nie napisałyby w ogóle nic! 

Stary filozof odparł bez wahania: 

–  Dam  ci  na  to  najkrótszą  odpowiedź:  pokaż  mi  człowieka,  zdolnego  wyborować 

nosem otwór w żołędziu. 

– Chyba nie rozumiem. 

–  To  proste:  owad  zwany  balaninus  elephas  potrafi  w opisany  sposób  wywiercić 

otwór w żołędziu, chociaż nie umie pisać. Człowiek umie pisać, ale nie potrafi przewiercić 

żołędzia.  Zasadnicza  różnica  polega  jednak  na  tym,  że  balaninus  boruje  swoje  dziurki 

z nieomylną  zręcznością,  człowiek  zaś,  jak  przed  chwilą  wykazałem,  wielkiej  zręczności 

w swych umiejętnościach nie posiada. I dlatego twierdzę, że jest on w świecie zwierzęcym 

gatunkiem  najbardziej  stultus.  Trudno  się  zresztą  temu  dziwić:  człowiek  gości  na  ziemi 

od tak niedawna, że nie zdążył jeszcze zbyt wiele się nauczyć. 

Król zaczął tracić dobry humor. 

– Czy żadne inne przydomki dla człowieka nie przyszły wam do głowy? 

– Owszem, był trzeci projekt, wysunął go borsuk. Uradowany borsuk zaszurał łapami 

i kątem  oka  zerknął  zza  okularów  na  resztę  towarzystwa,  po  czym  jął  się  z uwagą 

przyglądać własnym pazurom, znacznej zaiste długości. 

–  Impoliticus  –  rzekł  dobitnie  Merlin.  –  Homo  impoliticus.  Pamiętasz  zapewne,  że 

Arystoteles zdefiniował człowieka jako zwierzę polityczne. Borsuk zaproponował rewizję 

tej definicji. Po przeanalizowaniu polityki człowieka, doszliśmy do wniosku, że trudno go 

nazwać inaczej niż niepolitycznym, impoliticus. 

– Mów dalej; zniosę wszystko. 

–  Homoferox  zna  dwa  rodzaje  polityki:  politykę  siły  i politykę  perswazji.  Ludzie-

mrówki  z twojej  przyszłości  wierzą  w siłę  pięści:  ich  zdaniem,  najlepszą  metodą 

przekonania  oponenta  o tym,  że  dwa  razy  dwa  równa  się  cztery,  jest  palnąć  go  w łeb. 

Z kolei demokraci – zwolennicy siły perswazji – uważają, że każdy człowiek ma prawo do 

własnej opinii, gdyż ludzie rodzą się równi. A zauważyłeś może, kto najgłośniej krzyczy: 

„Nie jestem gorszy od ciebie!”? Tylko ci, którzy czują się gorsi. 

–  Skoro  nie  pochwalasz  ani  przemocy,  ani  perswazji,  to  już  nie  wiem,  czego  się 

trzymać – rzekł smętnie Artur. 

– Ani przemoc, ani perswazja, ani własne zdanie – odparł poważnie Merlin – nie są 

jeszcze  myśleniem.  Działanie  perswazją  to  tylko  popis  giętkości  umysłu  –  szermierka 

intelektualna,  w której  chodzi  o zwycięstwo  na  punkty,  a nie  o prawdę.  Opinie  zaś  to 

często  ślepe  uliczki  ludzi  leniwych  i głupich,  którym  nie  chce  się  myśleć.  Obiektywne 

background image

wnioski wnikliwego polityka uzna nawet homo stultus. Ale tak zwane własne zdanie jest 

niczym wobec prawdy. Mimo to, dzisiejszy homo politicus woli walczyć na opinie lub na 

pięści, zamiast tropić prawdę we własnej głowie. Trzeba jeszcze co najmniej miliona lat, 

zanim człowiek zasłuży na miano zwierzęcia politycznego. 

– Więc czym teraz jesteśmy? 

–  Według  ustaleń  naszej  komisji,  rasa  ludzka  jest  dziś  politycznie  zróżnicowana 

w następujących  proporcjach:  jeden  mędrzec,  dziewięciu  łotrów  i dziewięćdziesięciu 

głupców  na  stu.  To  jest  wersja  optymistyczna.  Wspomnianych  dziewięciu  łotrów  zbiera 

się pod sztandarem najpodlejszego i ogłasza „politykami”; mędrzec stoi z boku, gdyż zna 

przytłaczającą  przewagę  liczebną  pozostałych,  i poświęca  się  poezji,  matematyce  lub 

filozofii;  a dziewięćdziesięciu  głupców  drepcze  bezmyślnie  pod  sztandarami  dziewięciu 

łotrów  i wedle  ich  zachcianek,  po  labiryntach  intrygi,  zemsty  i wojny.  Przyjemnie  jest 

sprawować komendę choćby nad stadem baranów – jak zauważył Sancho Pansa: dlatego 

nigdy nie brakuje polityków z szumnymi sztandarami. Baranom zresztą wszystko jedno, 

co  jest  wypisane  na  owych  sztandarach.  Jeżeli  „demokracja”  –  to  dziewięciu  łotrów 

zasiądzie  w parlamencie;  jeżeli  „faszyzm”  –  mianują  się  wodzami  partii;  jeśli 

„komunizm”  –  będą  komisarzami.  Zmieni  się  tylko  nazwa,  nic  poza  tym.  Głupcy 

pozostaną  głupcami,  łotry  –  łotrami,  a wyzysk  człowieka  przez  człowieka  trwać  będzie 

wiecznie. Co do mędrca – i jego los będzie ten sam bez względu na ideologię. Demokracja 

wyznaczy mu miejsce w wysokiej wieży, gdzie umrze śmiercią głodową; faszyzm zamknie 

go  w obozie  koncentracyjnym;  komunizm  zlikwiduje  go  bez  wyroku.  Oto,  jak  rzekłem, 

optymistyczny, aczkolwiek nie w pełni naukowy wykład o obyczajach homo impoliticusa. 

Król był załamany. 

–  Strasznie  mi  przykro.  Powinienem  chyba  pójść  się  utopić.  Jestem  agresywnym, 

głupim,  niepolitycznym  nicponiem  i pyszałkiem.  Moje  dalsze  życie  właściwie  nie  ma 

sensu. 

Słysząc  to,  zwierzęta  bardzo  się  stropiły.  Jak  jeden  mąż  wstały  z miejsc  i otoczyły 

Artura kołem, wachlując go i częstując napojami. 

– Ależ nie! – zapewniały przy tym. – Nie chcieliśmy cię przecież urazić; chcemy tylko 

pomóc.  No,  no,  nie  bierz  sobie  wszystkiego  tak  bardzo  do  serca.  Na  pewno  mnóstwo 

ludzi  jest  sapiens  i ani  trochę  ferox.  Przedstawiliśmy  ci  tylko w skrócie  sytuację  ogólną, 

abyś w oparciu o nią mógł z czasem rozwiązać swoją zagadkę. No, rozchmurz się! Łyknij 

madery  i przestań  myśleć  o głupstwach.  W gruncie  rzeczy  uważamy,  że  człowiek  jest 

fantastyczny, najlepszy z wszystkich zwierząt, jak słowo honoru! 

W końcu wszystkie żale skrupiły się na Merlinie. 

– Widzisz, coś narobił! – wołano. – Po co było tyle mędrkować? Biedny Król teraz nie 

background image

wie, gdzie oczy podziać – a dlaczego? Bo ty, oczywiście, musisz się popisywać i tokować 

jak cietrzew! 

Gdy pretensje umilkły, Merlin rzekł ze stoickim spokojem: 

–  Nawet  grecki  przydomek  anthropos  –  „ten,  który  patrzy  w górę”  –  jest 

niewłaściwy: człowiek dorosły rzadko spogląda ponad własny poziom. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VI 

 

 

Nowy  Artur  –  naoliwiony  rygiel  –  szybko  odzyskał  dobry  humor,  lecz  cóż  z tego, 

skoro zaraz strzelił gafę, poruszając na nowo bolesny temat. 

–  A jednak  są  w człowieku  rzeczy  zasługujące  na  szacunek:  życzliwość,  miłość, 

heroizm, cierpliwość... 

Merlin, nie zrażony połajanką, z radością podjął rękawicę. 

–  Sądzisz  zatem  –  spytał  podchwytliwie  –  że  inne  zwierzęta  nie  odznaczają  się 

heroizmem, cierpliwością, a nade wszystko: umiejętnością życzliwej współpracy? A życie 

miłosne  kruków?  A bohaterstwo  stada  łasic?  A cierpliwość  drobnych  ptasząt, 

wychowujących  w gnieździe  kukułczego  podrzutka?  A życzliwa  współpraca  pszczół? 

Wiedz, że wszystkie te cnoty występują w naturze w stopniu znacznie doskonalszym niż 

u człowieka. 

–  A jednak  niemożliwe,  aby  człowiek  nie  miał  ani  jednej  pozytywnej  cechy  –  bronił 

się Artur. 

Czarodziej złagodniał nieco na te słowa. 

–  Gotów  jestem  uwierzyć,  że  jedną  ma.  Może  drobną  i nieistotną,  ale  –  niech  sobie 

Chalmers-Mitchell wypisuje, co chce – ja twierdzę, że o człowieku dobrze świadczy jego 

stosunek do psów i kotów. Są przecież psy, które nie nadają się ani do polowania, ani do 

pilnowania  domu;  są  koty,  które  za  nic  nie  chcą  łowić  myszy  –  a jednak  nawet  takie 

nygusy człowiek potrafi trzymać pod swoim dachem, darząc je szczerym afektem, choć są 

bezużyteczne, a nawet kłopotliwe. Plato& niczna miłość, która nie żąda niczego w zamian 

– to coś nadzwyczajnego. Znałem kiedyś osła, który żył na jednym  pastwisku z koniem. 

Bardzo  się  do  siebie  przywiązali,  choć  żaden  nie  miał  z tej  przyjaźni  najmniejszej 

korzyści.  Podobną  relację  obserwuję  niekiedy  między  homo  ferox  a jego  psem.  Lecz 

występuje ona także wśród mrówek, więc nie cieszmy się zanadto. 

– Pasożyty! – beknęła półgębkiem koza. 

Na to Kawałł zeskoczył z kolan pana i sztywnym krokiem zbliżył się do kozy. Król za 

nim. Po raz pierwszy i ostatni w swym długim życiu Kawałł przemówił ludzkim głosem, 

wtórując Arturowi. Głos ten zadudnił jak przez wielką tubę. 

–  Pasożyty?  –  spytali  unisono  pan  i pies.  –  Powtórz  to  jeszcze  raz,  a palniemy  cię 

w łeb! 

Koza spojrzała na nich z rozbawieniem; bynajmniej nie szukała guza. 

– A palnijcie sobie! – odparła. – Nadziejecie się na rogi. Poza tym, cofam pasożyta. 

background image

Pan  i pies  wrócili  na  miejsce:  Król  gratulował  sobie  w duchu,  że  ma  jednak  jakąś 

zaletę, a Kawałł chyba myślał podobnie, bo polizał go w nos. 

–  Nie  rozumiem  tylko  jednego  –  podjął  wątek  Artur.  –  Po  co  wy  wszyscy  zadajecie 

sobie trud debatowania nad człowiekiem i jego problemami, po co powołaliście specjalną 

komisję,  skoro  jedyną  dobrą  rzeczą,  jaką  można  powiedzieć  o człowieku,  jest  to,  że 

przychylnie traktuje psa i kota. Dlaczego raczej nie poczekacie spokojnie, aż się ludzkość 

nawzajem wyniszczy? 

To  pytanie  najwyraźniej  zabiło  klina  Wysokiej  Komisji,  gdyż  trawiła  je  w milczeniu, 

uniósłszy  mahoniowe  wachlarze  dla  osłony  od  żaru  z kominka,  którego  płomienie 

odbijały się do góry nogami w dymnym brązie wypełniającej szklanice madery. 

– Dlatego, że cię kochamy, Królu – rzekł w końcu Archimedes. 

Był to dla Artura najwspanialszy komplement w życiu. 

–  Dlatego,  że  człowiek  jest  dopiero  początkującym  stworzeniem  –  dodała  koza.  – 

Stworzenia młode i bezbronne zawsze budzą instynkty opiekuńcze. 

– Dlatego, że dobrze jest pomagać innym – odezwał się zaskroniec. 

–  Dlatego,  że  w człowieku  jest  coś  ważnego  –  powiedział  Balin.  –  Tylko  jeszcze  nie 

wiem dokładnie, co. 

– Dlatego, że gry i zagadki logiczne są pasjonujące – rzekł Merlin. 

Najlepszy powód podał jeż: 

– A coby nie? 

Wszyscy umilkli i zapatrzyli się w ogień. 

– Może odmalowałem zbyt ciemny obraz ludzkości? – zreflektował się Merlin. – Nie 

jest  on  jeszcze  całkiem  czarny,  ale  mógłby  być  ciut  jaśniejszy.  Zrobiłem  to  specjalnie, 

żebyś zrozumiał, jak trzeba patrzeć na zwierzęta. Żebyś nie myślał, że wzorowanie się na 

zwierzętach  jest  poniżej  ludzkiej  godności.  Wieloletnie  doświadczenia  z ludzką  rasą 

nauczyły  mnie,  że  człowiekowi  można  cokolwiek  wytłumaczyć  tylko  metodą 

łopatologiczną. 

– A więc chcesz, abym nauczył się czegoś od zwierząt. 

–  Tak.  W ten  sposób  zbliżyliśmy  się  do  celu  twych  odwiedzin.  Są  dwa  stworzenia, 

które co prawda widziałeś w dzieciństwie, ale powinieneś odwiedzić jeszcze raz. Dopóki 

ich nie zobaczysz, nie posuniemy się ani o krok dalej. 

– Zgadzam się na wszystko. 

–  Mam  na  myśli  Mrówkę  i Dziką  Gęś.  Chcemy,  abyś  poznał  je  dziś  wieczór.  Co  do 

mrówki  –  będzie  to  przedstawicielka  jednego  z wieluset  gatunków,  ale  za  to  takiego, 

który powinieneś zobaczyć. 

– Proszę bardzo – rzekł Król. – Jestem gotów. 

background image

–  Borsuku,  czy  masz  gdzieś  pod  ręką  Czar  Sangwiniusza?  Nieborak  borsuk  jął 

gorączkowo  wiercić  się  w fotelu,  szperać  pod  obiciem,  uniósł  nawet  skraj  dywanu, 

i zewsząd  wyciągał  karteczki,  zapisane  wprost,  wspak,  z góry  na  dół  albo  z dołu  do  góry 

ręką Medina. 

Karteczka  pierwsza  nosiła  nagłówek:  „Wiktoriańskie  Zadufanie  Przekracza  Ludzkie 

Pojęcie”,  a pod  nim  treść  następującą:  „Dr  Jan  z Gaddesden,  nadworny  cyrulik  Króla 

Edwarda  II,  utrzymywał,  jakoby  wyleczył  syna  królewskiego  z ospy,  owijając  go 

w czerwone  sukno,  zawieszając  na  oknach  czerwone  zasłony,  a wszystkie  meble 

w komnacie zarzucając tejże barwy pokrowcami. Wiktorianie pękali ze śmiechu, cytując 

to jako skrajny przejaw średniowiecznej ciemnoty – dopóki dr Niels Finsen z Kopenhagi 

nie  stwierdził  w dwudziestym  wieku,  że  promienie  czerwone  i podczerwone  istotnie 

łagodzą  występującą  przy  ospie  wysypkę,  a nawet  bywają  pomocne  w leczeniu  samej 

choroby”. 

Drugi świstek informował lakonicznie: „paw jak się puszył szlachcic każdy A”. 

Na  trzecim,  pachnącym  mocno  perfumami,  czyjaś  ręka  (tym  razem  nie  Merlina) 

nagryzmoliła:  „Pomnik  Królowej  Filipy,  Charing  Cross,  siódma  trzydzieści,  pod  iglicą”. 

Pod  spodem  widniał  gęsty  rząd  krzyżyków,  czyli  całusów,  a na  odwrocie  –  szkice  do 

wiersza  dedykowanego  nadawczyni  karteczki  (te  pisał  już  Merlin),  treści  następującej: 

„Kochanie? Pranie? Śledź w śmietanie?”. Sam wiersz, rozpoczynający się tak: 

Czułe 

Nimue – został wytarty gumką. 

Kolejna  karteczka  zatytułowana  była:  „Obce  Rasy,  czyli  O Pogardzie  Wiktorian  dla 

Tychże, jako też dla Własnych Przodków, Zwierząt, etc”. Tekst głosił: „Pułkownik Wood-

Martin,  z zawodu  antykwariusz,  pisze  z rozbawieniem  w roku  1895,  iż  »jedna 

z najbardziej  zdeprawowanych  ras  na  ziemi,  wymarli  już  dziś  mieszkańcy  Tasmanii, 

wierzyła,  że  kamienie  –  a zwłaszcza  pewne  odmiany  kryształów  kwarcowych  –  mogą 

służyć  jako  medium,  czyli  środek  porozumiewania  się  z...  żywymi  osobami  na  znaczną 

odległość!«.  W kilka  lat  po  opublikowaniu  tej  notatki,  na  półkulę  zachodnią  dotarł 

radioodbiornik.  Pragnę  zauważyć,  że  owa  zdeprawowana  rasa  wyprzedziła  pułkownika 

na  wyboistej  drodze  życia  o dobry  milion  lat,  a wymarła,  gdyż  za  dużo  słuchała  swingu 

przez swoje kryształowe odbiorniki”. 

–  Coś  tu  mam!  –  ucieszył  się  borsuk.  –  Chyba  to!  Wręczył  Merlinowi  świstek 

z napisem: „Formica est exempio magni łaboris. Podać cel w celowniku”. 

Zaklęcie nie zadziałało. 

Wówczas  wszyscy  dostali  rozkaz  wstać  i szukać  –  po  fotelach,  po  kieszeniach,  gdzie 

się  da.  Jeż  podniósł  do  góry  zmięty,  ubłocony,  usiany  okruchami  zeschłych  liści  papier, 

background image

na którym dotąd siedział, i spytał: 

– To nie ten przypadkiem? 

Po  rozprostowaniu,  otrzepaniu  i przetarciu  kartki  dało  się  odczytać:  „Einawlabyt, 

ikwórm odźdi”, i Merlin oświadczył, że tego właśnie szukali. 

Natychmiast  wydobyto  z gabloty  dwa  mrówcze  gniazda,  przechowywane  tam 

w salaterkach  z wodą.  Preparaty  ustawiono  pośrodku  pokoju,  a zwierzęta  obsiadły  je 

kołem,  aby  śledzić  życie  owadów  wewnątrz,  co  umożliwiały  czerwone  szkiełka 

obserwacyjne.  Arturowi  polecono  siąść  na  stole,  obok  większego  mrowiska,  nakreślono 

pentagram i Merlin uroczyście wygłosił zaklęcie. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VII 

 

 

Artur czuł się za stary na ponowną wizytę u mrówek. „Może ten sen to tylko starcze 

zdziecinnienie?”  –  pomyślał  zawstydzony.  Lecz  zarazem  odżyły  w nim  wszystkie 

wspomnienia  prawdziwego  dzieciństwa  –  szczęsnych  chwil  pluskania  się  w fosie 

z rybami i fruwania z Archimedesem – i Artur pojął, że od tamtych czasów utracił pewną 

bardzo  ważną  umiejętność:  umiejętność  dziwienia  się  światu.  W dzieciństwie  zachwyt 

jego  nie  znał  granic,  a ciekawość  –  czy  ją  nazwiemy  poczuciem  piękna,  czy  jakkolwiek 

inaczej – ciągnęła go ku wszystkiemu, co osobliwe. Bywało, że Archimedes wykładał mu 

zasady ptasiego lotu, a tymczasem on sam podziwiał, jak kępki puchu między szponami 

Archimedesa  osłaniają  pochwyconą  mysz.  Albo  szanowny  Pan  S.  wygłaszał  pogadankę 

o Dyktaturze, a Artur, zdjęty uniesieniem odkrywcy, widział tylko jego straszne zębiska. 

Cudna  zdolność  dziwienia  się  opuściła  Artura  na  starość  i nic  tu  nie  pomogły 

Melinowe  masaże  mózgu.  Zastąpiła  ją  (tak  Król  podejrzewał)  zdolność  selekcjonowania 

wrażeń.  Teraz  słuchałby  Archimedesa,  lub  Pana  S.,  nie  zwracając  uwagi  na  ptasi  puch 

i pożółkłe zębiska szczupaka. Nie był dumny z tej zamiany. 

Starzec ziewnął – mrówki bowiem także ziewają i przeciągają się, całkiem jak ludzie, 

po  dobrej  drzemce  –  i z  wysiłkiem  skupił  myśli  na  czekającym  go  zadaniu.  Dawniej 

uradowałby się niezmiernie, że jest mrówką, lecz teraz pomyślał sobie tylko: trudna rada, 

trzeba się brać do roboty. Od czego by tu zacząć? 

Mrowiska  doświadczalne  mieściły  się  w cienkich,  niespełna  półcalowych  warstwach 

ziemi,  na  stoliczkach  przypominających  podnóżki.  Każde  przykryte  było  szkłem 

i zarzucone szmatką dla zaciemnienia wylęgarni. Po zdjęciu szmatki widać było przekrój 

całej  konstrukcji,  zwykle  ukrytej  pod  ziemią,  nawet  okrągłą  komnatę  wylęgarni  larw  – 

całkiem jakby zajrzeć z góry do szklarni. 

Mrowiska  właściwe  mieściły  się  na  samych  końcach  stoliczków,  a przykrywające  je 

szkiełka nie sięgały nawet połowy długości blatu. Otwartą przestrzeń pokrywała ziemia, 

a na  samiutkim  końcu,  za  mrowiskiem,  tkwiły  menzurki  z zapasami  syropu.  Mrowiska 

nie  miały  żadnego  połączenia:  stołki  stały,  co  prawda,  jeden  obok  drugiego,  ale  nie 

stykały się, a nogami tkwiły w salaterkach z wodą. 

Z  perspektywy  Artura  wyglądało  to  zgoła  inaczej.  Znalazł  się  na  rozległym  polu 

usianym  głazami.  W dali  stała  płaska  forteca.  Do  fortecy  wchodziło  się  tunelami,  a nad 

wejściem do każdego tunelu widniała tablica z informacją: 

WSZYSTKO, CO NIE JEST ZABRONIONE, 

background image

JEST OBOWIĄZKOWE 

NA MOCY NOWYCH ZARZĄDZEŃ 

Arturowi wcale się to nie spodobało, chociaż właściwie nie zrozumiał treści. Pomyślał 

sobie tak: zanim wejdę do środka, rozejrzę się nieco po okolicy. Wywieszka nad włazem 

do  tunelu  zniechęciła  go  –  nie  wiedzieć  czemu  –  do  wejścia,  a sam  tunel  wydał  mu  się 

nagle złowieszczy. 

Ostrożnie poruszył czułkami, zastanawiając się nad treścią wywieszki, a jednocześnie 

sprawdzając działanie nowych zmysłów i badając własne możliwości w owadzim świecie. 

Potem długo czyścił czułki przednimi odnóżami: muskał je i gładził, a wyglądał przy tym 

jak  czarny  charakter  z epoki  królowej  Wiktorii,  podkręcający  wąsa.  Wtem  uświadomił 

sobie  coś,  co  już  od  jakiegoś  czasu  domagało  się  jego  uwagi:  wyraźny  i naglący  odgłos 

wewnątrz  czaszki.  Zresztą,  może  nie  był  to  odgłos,  tylko  specyficzny  zapach  – 

a najprościej  będzie  przyrównać  zjawisko  do  transmisji  radiowej.  Przekaźnikiem  były 

czułki. 

Muzyka  (nazwijmy  ją  tak  dla  uproszczenia),  którą  słyszał  Artur,  miała  rytm 

monotonny  jak  puls,  a towarzyszyły  jej  słowa  takie  jak:  wtorek  –  worek  –  korek  – 

stworek, albo: mamcia – mamcia – mamcia, albo: taki – siaki – owaki, albo: ty – my – 

bzy. Z początku nawet mu się to podobało (zwłaszcza luba – gruba – zguba), dopóki nie 

odkrył,  że  teksty  powtarzają  się  w kółko  i po  skończeniu  każdej  serii  zaczyna  się  druga, 

identyczna. Po godzinie, a tym bardziej po dwóch, miał ochotę zawyć z rozpaczy. 

W jego głowie – podczas przerw w monotonnej muzyce – rozbrzmiewał jeszcze inny 

głos:  wygłaszał  on  komunikaty.  Na  przykład:  „Wszyscy  dwudniowi  zostaną 

przemieszczeni  do  Nawy  Zachodniej”,  albo:  „Numer  210  397/WD  zgłosi  się  do  plutonu 

syropowego  na  miejsce  333  105/WD,  który  wpadł  z gniazda”.  Głos  był  aksamitny,  ale 

dziwnie  bezosobowy:  cały  jego  urok  był  wyraźnie  wystudiowany,  niczym  kuglarska 

sztuczka. Martwy głos automatu. 

Król,  a raczej  mrówek,  oddalił  się  od  fortecy,  postanawiając  mimo  wszystko  podjąć 

planowany  rekonesans.  Niepewnie  badał  usianą  głazami  pustynię,  bojąc  się  trafić  tam, 

skąd  padały  rozkazy,  a zarazem  nudząc  się  śmiertelnie  ograniczonym  polem  widzenia. 

Między  głazami  wiodły  ścieżynki  –  kręte  dróżki,  zarazem  celowe  i pozbawione  celu: 

niektóre  wiodły  do  magazynów  syropu,  a inne  w kierunku  niemożliwym  do  ustalenia. 

Jedna  ze  ścieżek  kończyła  się  grudą,  osłaniającą  naturalne  zagłębienie.  W zagłębieniu 

tym,  stwarzającym  znajome  już  Arturowi  wrażenie  bezcelowej  celowości,  leżały  dwa 

mrówcze trupki. Ciała złożone były porządnie i niechlujnie zarazem, tak jakby przyniósł 

je  na  to  miejsce  ktoś  bardzo  porządny,  ale  przyniósłszy  –  zapomniał  nagle,  po  co  to 

zrobił. Martwe mrówki leżały skulone i nie wydawały się ani zachwycone, ani zasmucone 

background image

własną śmiercią. Leżały i już – jak dwa krzesła. 

Gdy  Król  stał  i przyglądał  się  zwłokom,  ścieżką  nadeszła  żywa  mrówka,  niosąc 

kolejnego trupka. 

– Witaj, Sangwiniuszu! – pozdrowiła Artura. 

Król grzecznie odwzajemnił powitanie. 

Pod  pewnym  względem  (o  czym  nawet  nie  wiedział)  miał  szczęście:  Merlin  nie 

zapomniał  obdarzyć  go  zapachem  właściwym  temu  mrowisku.  Gdyby  pachniał  innym 

gniazdem, tutejsze mrówki uśmierciłyby go bez pardonu. Szkoda, że panna Edith Cavell 

nie była mrówką bo mogliby wyryć na jej pomniku sentencję: 

ZAPACH TO JESZCZE NIE WSZYSTKO. 

Nowo przybyła mrówka byle jak rzuciła zwłoki na ziemię i zajęła się odciąganiem na 

bok  starych  nieboszczyków.  Najwyraźniej  głowiła  się,  jak  ich  wszystkich  rozmieścić. 

Wiedziała,  że  należy  ułożyć  ciała  w pewnej  konfiguracji,  ale  nie  miała  pojęcia,  w jakiej. 

Zachowywała  się  jak  człowiek,  który  w jednej  ręce  trzyma  filiżankę  z herbatą,  w drugiej 

kanapkę,  a chciałby  jeszcze  zapalić  zapałką  papierosa.  Tyle,  że  znajdujący  się  w tej 

sytuacji  człowiek  wpadłby  w końcu  na  światły  pomysł  odstawienia  filiżanki  i odłożenia 

kanapki,  zanim  wziąłby  do  rąk  papierosa  i zapałki  –  mrówka  natomiast  położyłaby 

kanapkę,  podniosła  zapałkę,  położyła  zapałkę,  wzięła  papierosa,  podniosła  kanapkę, 

odstawiła  filiżankę,  wzięła  papierosa,  aż  wreszcie  –  przypadkiem  –  odłożyłaby  kanapkę 

i wzięła  zapałkę.  Działała  w myśl  zasady,  że  jeśli  długo  próbować,  to  może  w końcu  coś 

z tego  wyjdzie.  Była  cierpliwa.  Nie  myślała  w ogóle.  Tak  długo  zmieniała  konfigurację 

trupków,  aż  wreszcie  wszystkie  trzy  spadły  pod  grudę  –  i właśnie  na  tym  polegało 

zadanie grabarza: aby się tam znalazły. 

Król  obserwował  poczynania  mrówki  ze  zdumieniem,  które  pomału  przerodziło  się 

w irytację,  a na  koniec  w odrazę.  Miał  ochotę  spytać  ją,  czemu  choć  chwilę  nie  pomyśli, 

zanim  się  weźmie  do  dzieła  –  to  typowy  odruch  człowieka  obserwującego  partacką 

robotę. Cisnęły mu się na język i inne pytania, na przykład: „Czy lubisz pracę grabarza?”, 

„Czy jesteś niewolnikiem?”, a nawet: „Czy jesteś szczęśliwy?”. 

Ale  –  dziwna  rzecz  –  nie  był  w stanie  zadać  żadnego  z tych  pytań.  Aby  je  zadać, 

musiałby przełożyć słowa na język mrówek i przekazać treść za pośrednictwem czułków. 

Usiłując tego dokonać, stwierdził z rozpaczą, że język mrówek w ogóle nie zawiera słów, 

potrzebnych  mu  do  wyrażenia  tego,  co  chciał  wyrazić.  Nie  było  w tym  języku  słowa 

„szczęście”,  nie  było  słowa  „wolność”,  ani  nawet  „lubić”.  Nie  było  też  antonimów 

wymienionych  słów.  Artur  poczuł  się  jak  niemowa,  który  próbuje  krzyknąć:  „Pali  się!”. 

W języku  mrówek  najbliższe  pojęciom  Dobra  i Zła  były  określenia  Dozwolone 

i Niedozwolone. 

background image

Mrówka-grabarz,  zakończywszy  przerzucanie  zwłok,  odwróciła  się  i podreptała 

z powrotem wąską dróżką, pozostawiając nieboszczyków w nieładzie. Nagle zorientowała 

się,  że  Artur  stoi  na  jej  drodze,  więc  się  zatrzymała  i wycelowała  weń  czułki,  niby  lufy 

czołgu.  Trzeba  przyznać,  że  ze  swym  niemym,  opancerzonym  obliczem,  włochatym 

torsem  i wyrostkami  w kształcie  ostróg  na  przednich  odnóżach  przypominała  nie  tyle 

czołg, co zakutego w zbroję rycerza lub pancernego konia – a najbardziej obydwu razem: 

wyglądała jak włochaty, opancerzony centaur. 

– Witaj, Sangwiniuszu! – odezwała się ponownie. – Witaj. 

– Czym się trudnisz? 

– Nie trudnię się niczym – odpowiedział Król, zgodnie z prawdą. 

Mrówkę  na  parę  sekund  zatkało,  tak  jak  niewątpliwie  zatkałoby  was,  gdyby  Albert 

Einstein  osobiście  wyłożył  wam  swoje  poglądy  na  temat  kosmosu.  Następnie  mrówka 

wyprężyła  wszystkie  dwanaście  segmentów  swoich  anten  i nadała  w eter  taki  oto 

komunikat: 

– Tu 105 978/UDC. Zgłaszam się z kwadratu piątego. 

W kwadracie piątym przebywa mrówka niespełna rozumu. Odbiór. 

Osobnika  niespełna  rozumu  określiła  słowem  „niedozwolony”.  Artur  upewnił  się 

z czasem,  że  język  mrówek  rzeczywiście  zna  tylko  te  dwa  określenia  –  dozwolone 

i niedozwolone  –  na  ocenę  wszelkich  zjawisk.  Jeżeli  syrop,  którym  Merlin  karmił 

mrówki,  był  odpowiednio  słodki  –  nazywały  go  „dozwolonym”;  natomiast  syrop 

skwaśniały był „niedozwolony”. Prosta sprawa. „Wtorki”, „mamcie” i „lube” z transmisji 

melodycznych  również  uzyskiwały  kompletną  charakterystykę  za  pomocą  skromnego 

słówka „dozwolone” lub jego przeciwieństwa. 

Transmisja  muzyczna  została  właśnie  na  chwilę  przerwana  i odezwał  się  aksamitny 

głos: 

– Kwatera Główna do 105 978/UDC. Podaj jego numer. Odbiór. 

– Podaj swój numer – rozkazała Królowi mrówka-grabarz. 

– Nie znam. 

Po  otrzymaniu  tej  informacji,  Kwatera  Główna  poleciła  grabarzowi  zapytać 

nieznajomego,  czy  może  się  wytłumaczyć.  Grabarz  przekazał  pytanie.  Przekazał  je 

wiernie:  nie  tylko  słowami,  ale  nawet  głosem  Kwatery  Głównej.  Artur  poczuł  się 

zagrożony i zły, a były to dwa uczucia, których nie cierpiał. 

–  Owszem,  mogę  –  odparł  z przekąsem,  gdyż  było  dlań  oczywiste,  że  mrówka  i tak 

nie pozna się na ironii. – Upadłem na głowę i wszystko zapomniałem. 

–  Tu  105  978/UDC.  Niedozwolona  mrówka  cierpi  na  zanik  pamięci,  spowodowany 

wypadnięciem z gniazda. Odbiór. 

background image

–  Tu  Kwatera  Główna  do  105  978/UDC.  Niedozwolona  mrówka  ma  numer  42 

436/WD.  To  ona  wypadła  z gniazda  dziś  rano  podczas  prac  oddziału  syropowego.  Jeśli 

jest  w stanie  podjąć  obowiązki  („jest  w stanie  podjąć  obowiązki”  w mowie  mrówek 

brzmiało  o wiele  prościej  –  „dozwolone”,  jak  wszystko,  co  nie  było  „niedozwolone”,  ale 

dość  już  tych  dywagacji  językowych),  należy  zlecić  42  436/WD  natychmiastowy  powrót 

do  szwadronu  syropowego,  gdzie  zwolni  ze  służby  210  021/WD,  posłanego  tam  na 

zastępstwo. Odbiór. 

– Zrozumiano? – spytał grabarz Artura. 

Okazało  się,  że  Król  –  nawet  gdyby  nie  wiem  jak  się  wysilał  –  nie  mógł  sobie 

wymyślić  lepszego  usprawiedliwienia  niż  upadek  na  głowę,  gdyż  mrówkom  istotnie 

zdarzały  się  wypadnięcia  z gniazda,  a wówczas  Merlin  –  jeśli  akurat  był  w pobliżu 

i dostrzegł tragedię – przenosił je z powrotem do mrowiska na czubku ołówka. 

– Tak jest. 

Grabarz  w jednej  chwili  stracił  zainteresowanie  Arturem  i ruszył  ścieżką  na 

poszukiwanie nowego trupa albo innego obiektu nadającego się do przemieszczenia. 

Artur zaś udał się w przeciwnym kierunku, do oddziału syropowego, przepowiadając 

sobie po drodze własny numer, a także numer osobnika, którego miał zwolnić ze służby. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ VIII 

 

 

Oddział  syropowy  stał  na  baczność  wokół  szklanej  płytki  osłaniającej  preparat: 

wyglądał  jak  krąg  modlitewny.  Artur  zajął  w nim  miejsce,  ogłaszając,  że  numer  210 

021/WD  ma  wracać  do  gniazda.  Następnie  jął,  za  przykładem  innych,  napychać  się 

słodką  miazgą.  Z początku  jadł  łapczywie,  gdyż  pokarm  był  pyszny,  ale  już  po  paru 

sekundach  miał  dość,  chociaż  wcale  nie  rozumiał,  dlaczego.  Żuł  i połykał  rytmicznie,  za 

przykładem  reszty  oddziału,  ale  przypominało  to  jedzenie  na  niby  albo  scenę  teatralną. 

A z  drugiej  strony,  było  jak  koszmarny  sen,  w którym  człowiek  pochłania  niesamowite 

ilości kitu i nie może przestać. 

Wokół  szkiełka  trwała  ciągła  rotacja.  Mrówki,  które  już  napełniły  swoje  wola  po 

brzegi,  oddalały  się  w stronę  fortecy,  a ich  miejsca  zajmowały  mrówki  puste, 

nadchodzące nieprzerwanie z tegoż kierunku. Z tym, że była to wciąż ta sama dwunastka, 

krążąca w tę i z powrotem – i tak przez całe życie. 

Artur pojął nagle, że pokarm, który połyka, wcale nie trafia mu do żołądka. Tylko na 

samym  początku  pracy  maleńka  porcja  zasiliła  jego  prywatny  organizm.  Cała  reszta 

pożywienia  lądowała  w górnym  żołądku,  zwanym  wolem,  skąd  można  ją  było  usunąć. 

Gdy  to  pojął,  olśniła  go  kolejna  myśl:  że  oto  zaraz  uda  się  na  zachód  z grupką 

napełnionych, aby pozbyć się ładunku w jakiejś spiżarni. 

Oddział syropowy plotkował swobodnie podczas pracy. 

Król uznał to z początku za dobry znak i nadstawił ucha, łowiąc pilnie każde słowo. 

– Ajajaj! – odezwała się jedna mrówka. – Znowu nadają „Mamcia-mamcia-mamcia”! 

Uważam, że piosenka „Mamcia-mamcia-mamcia” jest fantastyczna („dozwolona”). Klasa 

(„dozwolona”)! 

Inna mrówka mówiła: 

–  Uważam,  że  nasza  Ukochana  Przywódczyni  jest  cudowna,  a wy,  jak  sądzicie? 

Mówią,  że  podczas  ostatniej  wojny  odniosła  trzysta  ukłuć  i została  odznaczona 

Mrówczym Krzyżem Walecznych. 

–  Jakie  to  szczęście,  że  należymy  do  rodu  Sangwinii,  nie  sądzicie?  A nie  do  tych 

okropnych formicae fuscae, prawda? 

–  Pamiętacie  310  099/WD,  który  odmówił  zwrócenia  syropu?  Oczywiście,  został 

stracony na miejscu, na specjalny rozkaz naszej Ukochanej Przywódczyni. 

– Ajajaj! Znowu nadają „Mamcia-mamcia-mamcia”. Uważam, że piosenka... 

Artur  z pełnym  wolem  oddalił  się  w głąb  mrowiska.  Darował  sobie  wysłuchanie 

background image

kolejnej rundy wypowiedzi. Te mrówki nie miały nic do powiedzenia: żadnych nowinek, 

żadnych  sensacji  –  kompletnie  nic.  Nigdy  nic  im  się  nie  zdarzało.  Nawet  uwagi 

o egzekucji  zamknięte  były  w formułki  i zmieniano  jedynie  numer  ewidencyjny 

przestępcy.  Zaczynało  się  od  „Mamcia-mamcia-mamcia”;  potem  następowała  pochwała 

Ukochanej  Przywódczyni;  dalej  uwaga  o tych  okropnych  fuscae;  a na  koniec  wzmianka 

o egzekucji. I tak w kółko. A do tego wszystko, co „fantastyczne”, „ukochane”, „cudowne”, 

„wspaniałe”, itepe, określane było jednym słowem: „dozwolone”, a wszystko, co nieładne 

– drugim słowem: „niedozwolone”. 

Król  znalazł  się  w wielkiej  hali  fortecy,  gdzie  setki  mrówek  wylizywało  i karmiło 

oseski, 

upychało 

w niszach 

rozmaite 

śmieci 

dla 

wyrównania 

temperatury 

w pomieszczeniu,  otwierało  i zamykało  kanały  wentylacyjne.  Pośrodku  siedziała 

Doskonale  Spokojna  Przywódczyni:  składała  jaja,  wysłuchiwała  transmisji,  wydawała 

rozkazy, zarządzała egzekucje. Otaczało ją morze uwielbienia. (Artur z czasem dowiedział 

się  od  Merlina,  że  u różnych  gatunków  mrówek  obowiązują  różne  reguły  sukcesji 

królowej.  Gatunek  bothriomyrmex,  na  przykład,  załatwia  to  tak:  ambitna  głosicielka 

Nowego  Porządku  napada  na  gniazdo  gatunku  tapinoma,  wskakuje  na  grzbiet  starej 

tyranicy  i,  osłonięta  jak  tarczą  zapachem  swej  ofiary,  powoli  odgryza  jej  głowę, 

a dokonawszy dzieła – zostaje prawowitą przywódczynią). 

Okazało  się,  że  nie  ma  żadnej  spiżarni  na  przeżutą  ciapaję.  Król  stał  się  po  prostu 

chodzącym bufetem: kto był głodny, ten go zatrzymywał, kazał otwierać gębę i pożywiał 

się wprost z jego wola. O czymś takim, jak poszanowanie godności jednostki, nigdy tu nie 

słyszano.  Mrówki  nie  znają  poczucia  własnej  odrębności.  Artur  zrozumiał,  że  nawet 

własny żołądek do niego nie należy. 

Mniejsza z tym; nie zajmujmy się mrówkami zbyt szczegółowo, nie jest to miły temat. 

Dość  powiedzieć,  że  Artur  żył  wśród  nich  cierpliwie,  podporządkowując  się  obyczajom 

mrowiska,  obserwując  je  i starając  się  jak  najwięcej  zrozumieć.  Niestety,  nie  mógł 

zadawać  mrówkom  żadnych  pytań:  nie  tylko  dlatego,  że  w mowie  mrówek  brakowało 

słów  potrzebnych  do  nazwania  tego,  co  najbardziej  interesuje  człowieka  –  a więc  Życia, 

Wolności  i Szczęścia  –  ale  również  dlatego,  że  w świecie  mrówek  niebezpiecznie  było 

pytać  o cokolwiek.  Każdego,  kto  zadawał  pytania,  uważano  za  osobnika  niespełna 

rozumu.  Mrówki  bowiem  nie  znają  pytań,  a jedynie  polecenia.  Król  dreptał  więc 

pokornie  od  fortecy  po  syrop  i z  powrotem,  zachwycał  się  piosenką  „Mamcia-

mamciamamcia”,  na  komendę  zwracał  zawartość  wola  –  i usilnie  próbował  wszystko  to 

zrozumieć. 

Był  już  u kresu  wytrzymałości  nerwowej,  gdy  w górze  ukazała  się  gigantyczna  ręka. 

Ręka trzymała słomkę. Ręka umieściła słomkę między dwoma oddzielonymi dotychczas 

background image

mrowiskami, tworząc most. Potem ręka cofnęła się. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ IX 

 

 

W  późnych  godzinach  popołudniowych  jakaś  żądna  przygód  mrówka  przeszła  po 

nowym  moście  na  drugą  stronę.  Była  to  przedstawicielka  nieszczęsnych  fuscae  –  rasy 

dość poczciwej i walczącej wyłącznie w samoobronie. Ciekawska mrówka natknęła się na 

sprzątaczkę, która zakatrupiła ją na miejscu. 

Ledwie doniesiono o tym incydencie do Kwatery Głównej, treść komunikatów uległa 

zmianie.  Szczególnie  gdy  szpiedzy  potwierdzili,  iż  gniazdo  fuscae  również  dysponuje 

zapasami syropu. 

„Mamcia-mamcia-mamcia” 

zniknęła 

z anteny, 

a jej 

miejsce 

zajęła 

pieśń 

„Mrówkolandia  ponad  wszystko!”.  Ciągi  poleceń  przerywano  na  rzecz  pogadanek 

o wojnie,  patriotyzmie  i sytuacji  gospodarczej.  Aksamitny  głos  obwieścił,  że  wokół 

Ukochanej Ojczyzny zaciska się pierścień znienawidzonych fuscae, a chór odśpiewał: 

Gdy wraża krew po ostrzu płynie, To, bracie, wszystko gra! 

Potem  nastąpiła  pogadanka  o Mrówce-Ojcu,  który  w niezgłębionej  mądrości  swojej 

ustanowił,  że  czarne  mrówki  mają  być  po  wsze  czasy  niewolnicami  czerwonych. 

Ukochana Ojczyzna – mówiono – cierpi obecnie na brak niewolników, czemu należy jak 

najprędzej  zaradzić,  aby  nie  wyginęła  dumna  rasa  panów.  Dalej  informowano  o tym,  że 

zagrożony  został  majątek  narodowy  Sangwinii:  jej  syrop  jest  regularnie  wykradany, 

a zwierzęta  gospodarskie,  czyli  żuki,  są  niecnie  uprowadzane  przez  wrogów,  co  grozi 

zagłodzeniem  zbiorowego  organizmu.  Dwóch  audycji  Król  wysłuchał  ze  szczególną 

uwagą, chcąc je jak najlepiej zapamiętać. 

Audycja pierwsza oparta była na następujących przesłankach: 

A. Głodujemy, bo jest nas za dużo. 

B. 

W związku 

z tym 

należy 

zachęcać 

rodziny 

wielodzietne 

do 

jeszcze 

intensywniejszego rozmnażania się, żeby było nas jeszcze więcej i żebyśmy tym bardziej 

głodowali. 

C.  Kiedy  będzie  nas  już  naprawdę  mnóstwo  i wszyscy  będą  stale  chodzić  głodni, 

wówczas stanie się rzeczą oczywistą, że mamy prawo do syropu innych nacji. Zwłaszcza, 

że dysponować będziemy liczną i solidnie wygłodzoną armią. 

Logiczny  ów  wywód  niezwłocznie  wcielono  w życie,  produkcja  osesków  potroiła  się 

(Merlin  tymczasem  dostarczał  mrówkom  pod  dostatkiem  syropu.  Głodujące  narody 

nigdy nie głodują do tego stopnia, aby nie mogły sobie pozwolić na kosztowne zbrojenia) 

– a wówczas zaczęto nadawać audycję numer dwa. 

background image

Audycja numer dwa brzmiała tak: 

A. Jest nas więcej niż ich, a zatem mamy prawo do ich syropu. 

B. Jest ich więcej niż nas, a zatem chcą nas podstępnie pozbawić naszego syropu. 

C.  Jesteśmy  rasą  waleczną,  a zatem  mamy  naturalne  prawo  do  podporządkowania 

sobie tych mięczaków. 

D.  Oni  są  rasą  wojowniczą,  która,  stosując  niedozwolone  środki,  chce  sobie 

podporządkować nasz pokój miłujący naród. 

E. Musimy atakować w obronie własnej. 

F. Skoro oni się bronią, to znaczy, że nas atakują. 

G. Jeżeli my nie zaatakujemy ich dziś, to oni zaatakują nas jutro. 

H.  A w  ogóle,  to  my  ich  wcale  nie  atakujemy,  tylko  niesiemy  im  nieocenione 

dobrodziejstwa cywilizacji. 

Po  audycji  numer  dwa  zaczęły  się  ceremonie  religijne.  Te  zaś,  jak  zorientował  się 

Artur,  datowały  się  z legendarnej  przeszłości,  tak  odległej,  że  trudno  im  było  przypisać 

jakiekolwiek  daty:  z epoki  poprzedzającej  nastanie  socjalizmu  w świecie  mrówek. 

W owych  czasach  mrówki  żyły  podobnie  jak  ludzie,  a niektóre  ich  obrzędy  były  zaiste 

imponujące. 

Śpiewano,  na  przykład,  psalm  (z  uwzględnieniem,  naturalnie,  różnic  językowych), 

rozpoczynający  się  od  dobrze  znanych  nam  słów:  „Ziemią  włada  Miecz  i wszystko,  co 

z Miecza pochodzi, i kompas bombowca, i ci, co z nieba bombardują”. Psalm kończył się 

mrożącą  krew  w żyłach  konkluzją:  „O,  wy,  Bramy!  Wysadźcie  się  w powietrze!  Wy, 

Wieczne  Odrzwia, pęknijcie z wielkim hukiem, by wkroczyć mógł Król Chwały! A kimże 

jest Król Chwały? Pan, Władca wszystkich duchów – On jest Królem Chwały!”. 

Przeciętna mrówka – o dziwo – ani nie wzruszała się pieśniami, ani nie interesowała 

pogadankami. Przeciętna mrówka wszystko akceptowała bez szemrania. Dla przeciętnej 

mrówki  wszystko  stanowiło  część  tego  samego  rytuału,  do  którego  należały  piosenki 

o Mamci-mamci  i pochwały  Ukochanej  Przywódczyni.  Przeciętna  mrówka  nie  oceniała 

rytuału  w kategoriach  dobre  –  złe,  emocjonujące,  rozsądne  czy  też  okropne.  Przeciętna 

mrówka w ogóle nie oceniała rytuału, tylko akceptowała go jako „dozwolony”. 

Przyszła  pora  mobilizacji.  Naprawiono  umocnienia,  wyszkolono  żołnierzy,  a na 

wszystkich  murach  pojawiły  się  hasła  patriotyczne:  „Syrop  albo  krew!”  oraz  „Wierni 

swojemu  zapachowi!”.  Artur  stracił  wszelką  nadzieję.  Te  stworzenia  były  gorsze  niż 

ludzie.  Kiedy  na  nie  patrzył,  robiło  mu  się  niedobrze  z obrzydzenia.  Głosy,  które 

bezustannie  gadały  w jego  głowie  i których  nie  dawało  się  wyłączyć;  zakaz  życia 

prywatnego,  który  pozwalał  jednym  żywić  się  wprost  z jego  żołądka,  a innym 

wyśpiewywać  pod  jego  czaszką;  bezbarwna  obojętność,  zastępująca  wszelkie  inne 

background image

uczucia;  system  wartości  oparty  na  dwóch  pojęciach;  śmiertelna  monotonia,  gorsza  niż 

samo  zło  –  wszystko  to  zabijało  radość  życia,  którą  obdarował  go  Merlin  na  początku 

nocnego  spotkania.  Artur  poczuł  się  znów  tak  samo  nieszczęśliwy,  jak  w chwili,  gdy 

czarodziej  zastał  go  szlochającego  w namiocie.  Gdy  Armia  Czerwonych  wreszcie  ruszyła 

na  wojnę,  zdesperowany  Król  stanął  z nią  oko  w oko  pośrodku  mostu-słomki,  jakby 

mówił: „po moim trupie!”. Istny szaleniec! 

 

background image

 

ROZDZIAŁ X 

 

 

–  Rany  boskie!  –  Merlin  otarł  chustką  pot  z czoła.  –  Masz  ty,  bracie,  talent  do 

pakowania  sig  w kłopoty!  Ledwo  zdążyłem!  Zwierzaki  oglądały  Artura  na  wszystkie 

strony, zaniepokojone, czy aby nie połamał sobie kości. 

– Nic ci nie jest? – Nic a nic. 

Był tylko wściekle głodny. I zły, aż mu się ręce trzęsły. 

– A to dranie! – wykrzykiwał. – A to dranie! 

– Fakt, nie są one sympatyczne. 

–  Żeby  chociaż  były  złośliwe!  –  zżymał  się  Artur.  –  Żeby  z jakichś  powodów  chciały 

robić  innym  na  złość,  niechby  i dla  głupiej  zabawy  –  jakoś  łatwiej  byłoby  je  znieść.  Ale 

one niczego nie chcą, nic nie wiedzą. One... one w ogóle nie żyją! 

– Siądź sobie – poradził borsuk – i odsapnij chwilkę. 

–  To  potwory!  Człowiek  czuje  się,  jakby  rozmawiał  z chodzącym  kamieniem, 

posągiem,  maszyną!  Wydasz  prawidłową  komendę  –  mechanizm  działa;  powiesz 

cokolwiek  innego  –  brak  reakcji,  martwa  cisza,  nic.  Och,  Merlinie,  jakie  to  obrzydliwe! 

Chodzące trupy! Kiedy one umarły? Czy dawniej coś czuły? Bo teraz nie czują nic. Są jak 

te  wrota  z baśni,  które  otwierały  się  tylko  na  hasło  „Sezam”.  Znają  może  z tuzin  słów 

i zwrotów. Za pomocą tych dwunastu haseł można je skłonić do zrobienia wszystkiego, co 

potrafią, a potem... zacząć jeszcze raz od początku. I jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze sto 

razy! To istne piekło – a one nawet nie wiedzą, że są w piekle. One nic nie wiedzą. Są jak 

perpetuum  mobile:  czy  może  być  coś  gorszego,  niż  tak  stale  pracować,  pracować, 

pracować, bezmyślnie, bez sensu, bez końca? 

– Racja – rzekł Merlin z uznaniem. – Mrówka to j e s t perpetuum mobile. Ciekawe, 

że sam na to nie wpadłem. 

– Najgorsze jest w nich to, że są tak bardzo podobne do ludzi; nie ludzkie, ale właśnie 

podobne do ludzi, jak w krzywym zwierciadle. 

–  Nic  w tym  dziwnego.  Mrówki  w odległej  przeszłości  przyjęły  politykę,  do  której 

człowiek  dopiero  dziś  nieśmiało  się  przymierza.  Trzydzieści  milionów  lat  temu 

doprowadziły  ją  do  perfekcji  i od  tamtego  czasu  nie  znają  zmian.  Ewolucja  mrówek 

dobiegła  kresu  jakieś  trzydzieści  milionów  lat  przed  narodzinami  Chrystusa.  Osiągnęły 

wówczas ideał państwa komuni stycznego. 

Tu Merlin przerwał, z nabożną miną wzniósł oczy do nieba i westchnął: 

–  Mój  stary  kumpel  Marks  był  pierwszej  klasy  ekonomistą,  ale,  świeć  mu  Panie,  na 

background image

przyrodzie nie znał się ani w ząb. 

Borsuk,  tak  zazwyczaj  dla  wszystkich  życzliwy,  nawet  dla  Karola  Marksa,  który,  gdy 

idzie o porządek w papierach, był jego bratnią duszą, zauważył lojalnie: 

–  Czy  na  pewno  mówimy  o komunizmie?  Moim  zdaniem,  mrówki  mają  więcej 

wspólnego z faszystami Mordreda niż z komunistami Johna Balia... 

–  Faszyzm  i komunizm  to  jedna  para  kaloszy.  W postaci  doskonałej  niczym  się  nie 

różnią. 

– Jednak w ustroju komunistycznym... 

– Lepiej nalejcie Królowi wina – przerwał mu Merlin. – Jeżu, do ciebie mówię! Co się 

tak zamyśliłeś? 

Jeż  podreptał  truchcikiem  po  karafkę  i puchar.  Nachylił  się  do  królewskiego  ucha, 

trącając je mokrym nochalem i, ziejąc mocną wonią cebuli, wyszeptał ochryple: 

– Cały czas mieliśmy cię na oku. Dobra robota. Dałbyś im łupnia jak ta lala, szkoda 

gadać. Tfu, zaraza! 

Kiwał  przy  tym  głową  i wymachiwał  buńczucznie  karafką  i pucharem,  rozlewając 

wino na prawo i lewo. 

–  Zdrowie  Jego  Wysokości,  niech  żyje,  niech  żyje!  –  wzniósł  gromki  toast.  –  Pora 

zrobić z nimi porządek, sam chętnie pomogę. Już bym pomógł, trzask-prask i po krzyku, 

tylko nie pozwolili. 

Borsuk nie dawał za wygraną. Poczekał, aż Królowi naleją wina i podjął wątek. 

– Mrówki wojują, a więc nie są komunistami. W świecie komunistycznym nie będzie 

wojen,  gdyż  świat  ten  stanie  się  jednością.  Musicie  pamiętać  o tym,  że  prawdziwy 

komunizm  zapanuje  dopiero  wówczas,  gdy  wszystkie  narody  świata  przyjmą  ustrój 

komunistyczny  i zjednoczą  się  jako  Związek  Socjalistycznych  Republik  Radzieckich. 

Mrowiska nie’jednoczą się, a więc nie są w pełni komunistyczne – dlatego mrówki toczą 

wojny. 

–  Nie  jednoczą  się  –  wpadł  mu  w słowo  rozdrażniony  Merlin  –  tylko  z powodu 

znikomych  rozmiarów  mrowiska  wobec  powierzchni  świata  oraz  istnienia  naturalnych 

barier  komunikacyjnych,  takich  jak  na  przykład  rzeki,  nie  do  pokonania  dla  zwierząt 

wielkości mrówki. Ale skoro się upierasz, to niech ci będzie: mrówki to faszyści, którym 

geografia i anatomia nie pozwoliły stać się komunistami. 

– W takim razie odwołaj krytykę Karola Marksa. 

– Co? Ja miałbym odwołać krytykę Marksa? – zgorszył się Merlin. 

–  Oczywiście.  To  Marks  rozwiązał  Arturową  zagadkę  wojny,  postulując  Związek 

Socjalistycznych Republik Radzieckich. 

Merlin  posiniał  z gniewu,  odgryzł  spory  kosmyk  brody,  wyrwał  parę  garści  włosów 

background image

z głowy,  pomodlił  się  głośno  o świętą  cierpliwość,  usiadł  koło  bobra,  ujął  go  za  łapę 

i spojrzał mu błagalnie prosto w okulary. 

–  Zrozum  –  zaapelował  żarliwie  –  że  każdy  związek  światowy  rozwiązałby  problem 

wojny.  W żadnej  unii  nie  będziesz  miał  wojen,  bo  do  wszczęcia  wojny  niezbędne  są 

podziały.  Gdyby  świat  składał  się  tylko  ze  zjednoczonych  kotletów  baranich,  też  nie 

byłoby w nim wojen. Czy to oznacza, że mamy wszyscy dobrowolnie dać się posiekać na 

kotlety baranie? 

– Zdaje mi się – rzekł po namyśle borsuk – że ty nie nazywasz mrówek faszystami czy 

komunistami za to, że wojują, tylko za to, że... 

– Całą tę bandę wrzucam do jednego worka, bo przyświeca im jedna wspólna zasada: 

pogarda dla praw jednostki. 

– Rozumiem. 

–  Wyznają  doktrynę  totalitarną,  w myśl  której  człowiek,  bądź  też  mrówka,  istnieje 

wyłącznie dla dobra państwa lub świata, nigdy na odwrót. 

– A czemu twierdzisz, że Marks był słaby z biologii? 

–  Charakterystyka  poglądów  mojego  starego  kumpla  Karola  –  odparł  Merlin  –  nie 

mieści  się  w ramach  zainteresowań  Wysokiej  Komisji.  Przypominam,  że  nie  zebraliśmy 

się  tutaj,  aby  debatować  o komunizmie,  tylko  o problemie  zbrodni  w majestacie  prawa, 

jaką  jest  wojna.  Komunizm  interesuje  nas  tylko  o tyle,  o ile  ma  związek  z wojną.  Z tym 

zastrzeżeniem  odpowiadam  na  twoje  pytanie:  Marks  był  słaby  z biologii,  ponieważ,  po 

pierwsze – przeoczył, że człowiek wśród innych części ciała posiada też głowę, po drugie 

– nigdy nie przyjrzał się dzikim gęsiom, a po trzecie – poparł fałszywą teorię Równości, 

która  jest  absolutnie  przeciwna  naturze.  Ludzie  są  mniej  więcej  tak  samo  równi  pod 

względem  zasług  i zdolności,  jak  pod  względem  urody  i tuszy.  Na  tej  samej  zasadzie 

można  by  się  uprzeć,  aby  cała  ludzkość  nosiła  jeden  rozmiar  butów.  Właśnie  tę 

niedorzeczną  doktrynę  równości  przyjęły  mrówki,  trzysta  milionów  lat  temu:  uwierzyły 

w nią, dzięki czemu zdołały ją urzeczywistnić. No i widzicie, w co się wpakowały. 

– Wolność, Równość, Braterstwo... – wyrecytował borsuk. 

–  Wolność,  Przemoc,  Szalbierstwo  –  zawtórował  mu  Merlin.  –  Spróbuj  najpierw 

przeżyć  dowolną  rewolucję,  która  szczyci  się  tymi  wzniosłymi  hasłami.  Najpierw  się  je 

głosi;  potem  likwiduje  się  wrogów  rewolucji  –  zawsze,  rzecz  jasna,  z ważkich  pobudek 

moralnych:  dla  oczyszczenia  szeregów  partii,  dla  ochrony  komuny  przed  zgnilizną,  dla 

stworzenia  bezpiecznych  podstaw  demokracji;  a zaraz  potem  zaczyna  się  masowy  gwałt 

i rzeź, krzyżowanie i torturowanie metodami, o których lepiej nie wspomnę – a wszystko 

bardziej  z bezsilnej  rozpaczy  niż  ze  złości.  Trzeba  było  zakosztować  hiszpańskiej  wojny 

domowej.  Oto  prawdziwa  równość:  rżnij  każdego,  kto  jest  lepszy  od  ciebie,  a wkrótce 

background image

wszyscy będziemy równi. Wszyscy równo martwi. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XI 

 

 

Ciszę  przerwał  zaskroniec.  –  Wy,  ludzie  –  rzekł  –  nie  macie  zielonego  pojęcia 

o Wieczności, o której tyle rozprawiacie, mieszając w to swoje dusze, czyśćce, i tak dalej. 

Gdyby  choć  jeden  z was  potrafił  ogarnąć  myślą  Wieczność,  lub  choćby  tylko  bardzo 

wielki  szmat  Czasu,  zmienilibyście  poglądy  na  temat  równości.  Trudno  wyobrazić  sobie 

coś  bardziej  przerażającego,  niż  Wieczność  pełną  identycznych  osobników.  Jeśli 

cokolwiek  czyniło  i czyni  życie  świata  znośnym,  to  właśnie  tylko  zróżnicowanie 

zamieszkujących  go  stworzeń.  Gdybyśmy  byli  równi  i wszyscy  jednakowi,  już  dawno 

modlilibyśmy  się  o eutanazję.  Szczęściem,  natura  nie  zna  zjawiska  równości  uzdolnień, 

zasług,  szans,  ani  też  nagród.  Każde  żywe  stworzenie  –  wyłączając  dziwadła  w rodzaju 

mrówek – jest, dzięki Bogu, indywidualistą. W przeciwnym razie skonalibyśmy z nudów, 

albo  zmienili  się  w automaty.  Nawet  koluszki,  które,  na  pierwszy  rzut  oka,  wydają  się 

wszystkie  identyczne,  mają  swoich  geniuszy  i tępaków:  wszystkie  współzawodniczą 

o jeden  kęs  jadła,  lecz  zdobywają  go  tylko  geniusze.  Pewien  hodowca  karmił  swoje 

koluszki,  wstawiając  słoik  z pożywieniem  do  akwarium:  jedne  rybki  po  trzech,  czterech 

podejściach znajdowały drogę do  środka, podczas gdy inne – o ile  mi wiadomo  – wciąż 

bezskutecznie próbują. Gdyby nie ten fakt, Wieczność byłaby wizją przerażającą brakiem 

różnicy, brakiem jakiejkolwiek zmiany. 

– To nie ma nic do rzeczy. Mówimy o wojnie. 

– Jak uważasz. 

–  Królu  –  spytał  Merlin  –  czy  jesteś  gotów  odwiedzić  dzikie  gęsi,  czy  też  chciałbyś 

jeszcze chwilę odpocząć? 

–  Niemożliwe  przecież  –  mruknął  sam  do  siebie  –  aby  wyrobił  sobie  racjonalny 

pogląd, nie znając faktów. 

Stary Król odrzekł na to: 

– Jeszcze chwilę. Nie jestem już młodzieńcem, mimo twoich masaży, a wymagasz ode 

mnie nauczenia się bardzo wielu rzeczy w nader krótkim czasie. Możemy wstrzymać się 

jeszcze parę minut? 

–  Naturalnie.  Cała  noc  przed  nami.  Jeżu,  zamocz  chusteczkę  w occie  i przyłóż 

Królowi  kompres  na  głowę.  Tak,  dobrze;  teraz  jeszcze  nogi  do  góry,  na  stołeczek, 

i zamykamy oczy. O, tak. Wszyscy cisza. Dajmy mu odetchnąć. 

Siedzieli  cicho  jak  trusie,  a gdy  tylko  ktoś  zakaszlał,  dostawał  kuksańca  w bok.  Król 

z ulgą i wdzięcznością pogrążył się we własnych rozmyślaniach. 

background image

Myśli  kłębiły  mu  się  w głowie.  Jedna  noc  na  naukę  to  mało:  był  w końcu  tylko 

człowiekiem, i to starym. 

Może  znękany  starzec,  przeniesiony  w środku  nocy  z namiotu  pod  Salisbury  do 

borsuczej  nory,  był  od  samego  początku  wielką  pomyłką  Merlina?  Jako  dziecko  niczym 

się  przecież  nie  wyróżniał  –  najwyżej  dobrym  sercem  –  a i  dziś  daleko  mu  było  do 

geniusza.  Może  cała  jego  długa  biografia  to  historia  poczciwca,  który  na  stare  lata 

powinien raczej zajmować się krykietem lub chórem parafialnym, w jakimś Cranford czy 

Badger’s Green? 

Miał  o czym  myśleć.  Jego  sterane  oblicze  dawno  przestało  przypominać  rumianą 

buzię  dziarskiego  chłopczyka.  Wyglądał  mizernie  –  ale  nadal  był  królem,  budzącym 

respekt, obawę i... współczucie. 

Zwierzęta chciały dobrze, wiedział o tym. Cenił sobie ich respekt. Lecz ich problemy 

nie były problemami ludzi. Rozwiązawszy kwestie społeczne na długo przed człowiekiem, 

mogły  teraz  spokojnie  mędrkować  na  temat  Życia  i wzajemnie  okazywać  sobie 

życzliwość, wspomaganą winem, ogniskiem i poczuciem zażyłości. Było to łatwiejsze niż 

smutna misja człowieczego króla, którego uczyniły swoim narzędziem. 

Nie  otwierając  oczu,  Artur  powrócił  myślą  w świat  realny,  z którego  tu  przybył: 

małżonka uwięziona,  najlepszy druh wygnany, siostrzeńcy wymordowani, syn  chce jego 

śmierci.  A najgorsze,  że  cierpiana  tym  niewinni  obcy  ludzie.  Zwierzęta  mająrację: 

człowiek jest krwiożerczy. Łatwo im jednak dowodzić tego dialektycznie, nie bez swoistej 

naukowej satysfakcji – trudniej znieść prawdę namacalną i żyć, tak jak on, Artur, wśród 

barbarzyńców  z krwi  i kości.  Zwłaszcza,  że  sam  był  jednym  z nich:  nie  mniej  niż  inni 

głupim i okrutnym, złączonym z nimi osobliwymi więzami człowieczej świadomości. Był 

Anglikiem, a w Anglii trwała wojna. Jakkolwiek jej nienawidził i nie chciał prowadzić, nie 

mógł  wyrwać  się  z odmętów  rzeczywistego,  choć  nie  namacalnego,  morza  emocji 

społecznych swego narodu, nad którymi zapanować nie był w stanie. Czuł, że nie ma już 

siły płynąć pod prąd, walczyć z tym żywiołem. 

A  przecież  tak  się  starał  całe  życie.  Wiedział,  że  nie  jest  mędrcem.  Idąc  za  głosem 

sumienia,  które  w nim  obudził  stary  perceptor  –  rzeźbiarz  jego  młodzieńczej  duszy  – 

objuczony jak Sindbad Żeglarz brzemieniem misji, wykradziony samemu sobie i skazany 

na  służbę  abstrakcyjnej  idei,  śmiało  stawiał  czoło  przeciwnościom  i trudził  się  dla  swej 

Gramarii, odkąd tylko sięgał pamięcią. Nie pojmował nawet swej misji do końca: był jak 

wół  roboczy,  wytrwale  dźwigający  jarzmo.  Ale  –  widział  to  teraz  dopiero  –  na  każdym 

kroku  miał  za  sobą  niepoprawnego  marzyciela  Merlina,  a przed  sobą  –  człowieka: 

krwiożerczego, głupiego, niepolitycznego. 

Pojął,  że  zwierzęta  chcą  go  posłać  z powrotem  do  pracy,  jeszcze  cięższej  i jeszcze 

background image

większej. Ledwie się poddał, ledwie zdążył opłakać swoją klęskę, ledwie sterany wół padł 

pod  jarzmem  –  kazały  mu  wstawać  i iść  dalej.  Postanowiły  dać  mu  jeszcze  jedną  lekcję 

i wysłać na praktyki. 

A on nigdy  nie  zaznał  osobistego szczęścia, nigdy nie miał siebie dla siebie – nigdy, 

od  lat  chłopięcych  w Puszczy  Dzikiej.  To  niesprawiedliwe,  tak  pozbawić  człowieka 

wszystkiego. Postąpili z nim tak, jak człowiek ze szczygłem w klatce: oślepili, aby śpiewał 

światu tym piękniej, na zawsze ślepy. A tak się oburzali na bestialstwo człowieka! 

Nagle,  sztucznie  odmłodzony  przez  Merlina,  poczuł  dotkliwie  całe  piękno  świata, 

którego  został  nieodwracalnie  pozbawiony.  Pragnął  żyć:  chciał  leżeć  na  łące  i wąchać 

ziemię,  chciał  patrzeć  w niebo  jak  anthropos  i zagubić  się  w chmurach.  Był  pewien,  że 

nikt, nawet mieszkaniec najbardziej odciętej od świata skalistej wysepki na oceanie, nie 

ma  prawa  uskarżać  się  na  nudę  krajobrazu,  skoro  może  spoglądać  w niebo.  Krajobrazy 

nieba zmieniają się co chwila, wciąż nowe światy odbijają się w górskich stawach. Artur 

uznał, że zasłużył na wakacje, na życie! Nie, nie da się z powrotem zaprząc w jarzmo, nie 

będzie dreptał w kieracie ze spuszczonym wzrokiem. Jeszcze nie jest za stary – niechby 

nawet zostało mu marne dziesięć lat życia, ale życia w słońcu, bez jarzma, wśród śpiewu 

ptaków,  które  –  nie  wątpił  w to  –  śpiewały  zawsze,  chociaż  nie  słyszał  tego,  póki  mu 

zwierzęta nie przypomniały, do czego służą uszy. 

Po co miałby wracać do homo feroxl Żeby zginąć z rąk tych, dla których pragnął tylko 

dobra?  Lub  zgnić  w okowach?  Może  przecież  abdykować,  scedować  brzemię  władzy  na 

następcę.  Może  teraz,  zaraz,  wyjść  z kurhanu  gdzie  go  oczy  poniosą  –  i tyle  go  widzieli. 

Pustelnicy,  pierwsi  święci  –  ci  szczęśliwcy  uciekli  od  ludzi  w świat  przyrody,  w świat 

wiecznego  pokoju.  On  również  jednej  tylko  rzeczy  pożądał  nade  wszystko:  pokoju. 

Świętego spokoju. Jeszcze parę godzin temu pragnął śmierci, gotów był ją przyjąć – ale 

nie teraz, gdy dano mu na nowo zakosztować życia, dawnego szczęścia i wszystkiego, co 

kochał. Merlin wskrzesił – jakże okrutnie – jego dzieciństwo. Artur chciał teraz wyrwać 

się  na  wolność,  uciec,  jak  uczniak,  na  wagary,  zaszyć  się  gdzieś  w klasztorze,  znaleźć 

spokój dla starego, skołatanego serca. 

Niestety: obudzili go z marzeń, dźgając bezlitosną, zimną jak stal bronią słów: 

– Hej tam, Królu! Pora odwiedzić gęsi, bo noc się skończy. 

– Lepiej się miewasz? 

– Gdzie zaklęcie? Widział je kto? 

– Nie wyglądasz najlepiej. 

– Łyknij wina przed podróżą. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XII 

 

 

Artur  znalazł  się  na  terenie  zupełnie  płaskim.  W świecie  rzadko  mamy  do  czynienia 

z płaszczyzną:  drzewa,  domy  i żywopłoty  nadają  naszemu  krajobrazowi  sylwetkę 

strzępiastą. Nawet gęsta szczecina trawy zakłóca wrażenie doskonałej równiny. Ale tam, 

gdzie  znalazł  się  Artur,  w samym  brzuchu  nocy,  nieograniczona,  płaska,  mokra  połać 

błota pozbawiona była jakichkolwiek urozmaiceń. Nic nie potrafi być równie gładkie jak 

błoto  –  nawet  mokry piach  pokrywają  zawsze  drobne  zmarszczki,  niby  falki,  czyniąc  go 

podobnym do powierzchni ludzkiego podniebienia. 

Na tej olbrzymiej płaszczyźnie istniał tylko jeden żywioł: wiatr. A był to żywioł co się 

zowie. Dodatkowy wymiar świata. Potęga ciemności. W świecie ludzi wiatr zawsze skądś 

przybywa i dokądś zdąża, i to zdąża zawsze poprzez coś – czy to będą drzewa, czy ulice, 

czy  szpalery  żywopłotów.  Ten  wicher  przybywał  znikąd.  Dął  przez  obszary  nicości  – 

donikąd. Poziomy, niemy właściwie – gdyż objawiał się tylko monotonnym buczeniem – 

namacalny,  bezkresny,  parł  przez  błotną  pustynię  z niespotykaną  siłą  i okrutną 

determinacją.  Jego  niezachwiany  tor  dałoby  się  wymierzyć  ekierką.  Miało  się  wrażenie, 

że na jego niezłomnie solidnym strumieniu można by spokojnie zawiesić parasol. 

Stojąc twarzą pod wiatr, Król czuł, że powoli wyzbywa się istnienia. Zawisł w nicości 

– jedynie pod zaopatrzonymi w błony pławne stopami czuł gładkie, mokre oparcie błota 

–  w litej  nicości:  w chaosie.  Czuł  się  jak  punkt  geometryczny  –  punkt  stanowiący 

najkrótszą odległość między dwoma sąsiednimi punktami. Albo jak prosta odwzorowana 

na  płaszczyźnie,  która  ma  długość  i szerokość,  lecz  nie  ma  określonej  powierzchni.  Jest 

sama  w sobie  siłą,  prądem,  mocą,  kierunkiem  –  zamrożonym  krwiobiegiem  życia  bez 

pulsu. 

A  jednak  ten  przerażający  czyściec  miał  swoje  granice.  Daleko  na  wschód  –  może 

w odległości  mili  –  rozciągał  się  nieprzebyty  mur  dźwięku.  Zdawał się  lekko  falować,  to 

pęczniał, to się kurczył – a mimo to pozostawał nieprzebyty. I groźny zarazem, złakniony 

ofiar. Było to bowiem wielkie, bezlitosne morze. 

O  dwie  mile  na  zachód  widniały  trzy  światła,  tworzące  trójkąt.  Były  to  mizerne 

światełka  rybackich  chat,  w których  mężczyźni  wstawali  przed  świtem,  chcąc  zdążyć 

przed  przypływem  w kręte  strumienie  słonego  bagniska.  Więcej  śladów  życia  w tym 

świecie  nie  było:  tylko  odgłos  morza  i trzy  nikłe  światełka,  a poza  tym  mrok  i równina, 

i wilgoć, i przestrzeń, i chłoszczący bicz wichru w zatoce nocy. 

Z  pierwszym  zwiastunem  świtu  Król  stwierdził,  a raczej  przeczuł,  że  stoi  w tłumie 

background image

podobnych mu osobników. Siedzieli na błocie, na które już wślizgiwał się złośliwy cienki 

jęzor  powracającego  morza.  Część  z nich  już  unosiła  się  na  wodzie,  obudzona 

przypływem, bezpieczna od rozbryzgującej się fali. Te, które nadal siedziały na tafli błota, 

przypominały  sporych  rozmiarów  czajniki  z dzióbkami  ukrytymi  pod  skrzydłem.  Te, 

które  płynęły,  od  czasu  do  czasu  zanurzały  łebki  i otrząsały  je  energicznie  po  wyjęciu 

z wody.  Coraz  więcej  siedzących  na  błocie  budziło  się,  wstawało  i gimnastykowało 

skrzydła.  Solenną  ciszę  nocy  zastąpił  powszechny  jazgot  około  czterystu  urodziwych 

stworzeń  –  gęsi  białoczelnych  –  których  nie  sposób  zapomnieć,  jeśli  choć  raz  widziało 

sieje z bliska. 

Szykowały  się  do  lotu  na  długo  przed  wschodem  słońca.  Zeszłoroczne  rodziny 

zbierały  się  w grupki,  te  z kolei  łączyły  się  z innymi  grupkami  rodzinnymi,  a na  czele 

całości  stawał  dziadek,  pradziadek  albo  inny  szacowny  przywódca  w podeszłym  wieku. 

Z chwilą zakończenia werbunku w głosach gęsi zabrzmiała nowa nuta podniecenia. Ptaki 

nerwowo  kręciły  głowami.  Potem  całe  stado  ustawiło  się  pod  wiatr  i nagle,  jak  na 

komendę, wszystkie gęsi uniosły się w powietrze – czy było ich w grupie czternaście, czy 

czterdzieści, uczyniły to unisono. 

Szerokimi skrzydłami zagarniały czerń nocy, wykrzykując triumfalnie na całe gardło. 

Zataczały krąg, błyskawicznie szybowały w górę i znikały z oczu obserwatora stojącego na 

ziemi.  W zalegającej  nad  horyzontem  ciemności  stawały  się  niewidoczne  już  na 

wysokości  dwudziestu  jardów.  Najwcześniejsze  odloty  przebiegały  jednak  bezgłośnie. 

Dopiero  słońce  ośmieliło  gęsi,  które  po  ciemku  zachowywały  się  nader  wstrzemięźliwie 

i odzywały  rzadko,  pojedynczymi  uwagami  lub  ostrzeżeniami,  i to  tylko  wtedy,  gdy 

dostrzegły jakieś niebezpieczeństwo – wówczas wszystkie, jak jeden mąż, podrywały się 

błyskawicznie pionowo w górę. 

Artura  ogarnął  niepokój.  Wokół  niego  co  minutę  odrywał  się  od  ziemi  kolejny 

szwadron  niewidocznych  w mroku  gęsi.  Król  miał  ochotę  pójść  za  ich  przykładem,  lecz 

wstydził się i bał, że każda rodzina uzna go za intruza. Z drugiej strony, nie chciał zostać 

sam. Pragnął przyłączyć się do innych, zaznać gimnastyki porannego lotu, który, sądząc 

po  zachowaniu  gęsi,  musiał  być  bardzo  przyjemny.  Gęsią  społeczność  cechował  klimat 

koleżeństwa i niewymuszonej dyscypliny oraz wielka radość życia. 

Gęś  stojąca  tuż  obok  Artura  rozpostarła  skrzydła  i podskoczyła  do  góry.  Król 

automatycznie  uczynił  to  samo.  Przed  chwilą  osiem  otaczających  go  ptaków  kręciło 

dziobami  –  wówczas  również  bezwiednie  je  naśladował;  teraz  tę  samą  ósemkę  spotkał 

w powietrzu.  Ledwie  się  odbił  od  ziemi,  wiatr  ustał,  jakby  ktoś  przeciął  nożem  jego 

brutalną bezwzględność. Artur zgrał się z wiatrem, był z nim teraz całkowicie pogodzony. 

Ósemka  gęsi  uformowała  w locie  klucz,  zachowując  równe  odstępy.  Artur  zamykał 

background image

tyły.  Kierowały  się  na  wschód,  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  połyskiwały  blade  światełka 

rybackich chat, a teraz – dokładnie na wprost szybujących ptaków – dumne słońce pięło 

się  po  nieboskłonie.  Czarna  zasłona  chmur  w oddali  pękła,  a w  szczelinie  rozbłysło 

pomarańczowoczerwone  światło.  Chwała  słońca  rosła:  słone  bagna  w dole  wyłaniały  się 

z mroku.  Król  patrzył  w dół  na  monotonną  równinę,  która  dziwnie  upodobniła  się  do 

morza: wrzosy, które nadal wyglądały jak wrzosy, pomieszały się z wodorostami, tworząc 

mokre  kępy  z oślizłym  wąsiskiem.  Zamiast  zwykle  orzących  wrzosowisko  strumyków, 

równinę  znaczyły  smugi  sinawego  szlamu.  Tu  i ówdzie  na  tyczkach  porozpinano  długie 

sieci  –  pułapki  na  nieostrożne  gęsi.  Artur  zorientował  się,  że  właśnie  tych  pułapek 

dotyczyły ostrzegawcze nawoływania lecących przodem ptaków. W jedną sieć złapały się 

dwa czy trzy świstuny; od wschodu człapał już po błocie człowiek, z dala przypominający 

muchę, wyraźnie ciekaw zawartości pułapki. 

Wschodzące słońce zabarwiło ogniście srebrne strumyki, a nawet śliski szlam. Kulik, 

który  na  długo  przed  świtem  rozpoczął  swoje  gorzkie  żale,  odfrunął  z obrzeży  bagniska. 

Śpiący  na  wodzie  świstun  obudził  się  i zaraz  jął  wygwizdywać  swe  podwójne  tony,  jak 

mały parowozik. Od strony lądu, pod wiatr, dreptała kaczka krzyżówka. Brodźce krzątały 

się i penetrowały teren niczym skrzętne myszy. Chmara malutkich biegusów, podobnych 

do  szpaków,  tylko  bardziej  krępych,  przeleciała  koło  nich  z furkotem  rozpędzonego 

pociągu. Z koron sosen na wydmach wyfrunęła czarna gwardia wron, wznosząc ku niebu 

chrypliwe  wiwaty.  Wszelkie  ptactwo  nadmorskie  tłoczyło  się  na  linii  przypływu,  równie 

piękne, jak zaaferowane. 

Świt, wschód słońca nad morzem i wzorowa organizacja lotu, miały w sobie tak wiele 

uroku, że Artur poczuł nieodpartą ochotę do śpiewu. Ponure myśli o człowieku i żałosne 

marzenia  o pokoju,  które  go  przywiodły  u schyłku  życia  do  Sali  Kombinacyjnej, 

rozpłynęły się bez śladu w radości, którą dają skrzydła. Artur miał chęć wyśpiewać hymn 

na cześć życia 

– a że otaczało go w powietrzu tysiąc gęsi, nie musiał długo czekać na okazję. Klucze 

dzikich gęsi, wijące się po niebie jak smużki dymu dążące prosto w słońce, podzwaniały 

muzyką  i śmiechem.  Każdy  klucz  śpiewał  na  inną  nutę:  te  figlarnie,  tamte  triumfalnie, 

tamte  znów  sentymentalnie.  Kaplicę  świtu  wypełnili  wdzięczni  heroldowie,  a wszyscy 

śpiewali tę oto pieśń: 

Kręć się, świecie obrotny, kręć pod nasze skrzydła, Wynieś sędziwe słonko, bo noc 

nam  obrzydła.  Każdą  pierś  zdobią  dumne  purpury,  czerwienie,  Każda  gardziel 

w fanfary,  w dzwony  się  przemienia,  Niebo  znaczą  wędrowne  czarne  bataliony: 

Trębacz, ogar, myśliwy i rumak spieniony. Wolność! Wolność i przestrzeń! Skrzydłami 

powiewa, Ciągnie Anser albifrons, i szumi, i śpiewa! 

background image

 

background image

 

ROZDZIAŁ XIII 

 

 

W  pełni  dnia  gęsi  stanęły  na  dzikim  polu.  Wokół  Artura  paśli  się  towarzysze 

i towarzyszki  lotu,  boczną  stroną  krótkich,  miękkich  dziobów  szczypiąc  trawę  i, 

w odróżnieniu od wdzięcznych łabędzi, czyniąc przy tym wyjątkowo pokraczne wygibasy. 

Kiedy  stado  się  pasło,  jedna  gęś  zawsze  pełniła  wartę,  stojąc  na  baczność,  z szyją 

wyciągniętą na podobieństwo węża. Zimą gęsi dobrały się w pary (niektóre pary datowały 

się  z poprzednich  zim),  więc  teraz  najchętniej  pasły  się  stadłami,  w rodzinach 

i oddziałach,  do  których  przynależały  podczas  lotu.  Młoda  samiczka,  która  nocą  na 

bagnie  stała  tuż  obok  Artura,  nie  miała  jeszcze  swego  towarzysza.  Cały  czas  zerkała  na 

Króla z wielką ciekawością. 

W  starym  Arturze,  który  też  ukradkiem  ją  obserwował,  odżyły  lata  młodości.  Gąska 

była  bowiem  wyjątkowo  urodziwa.  Jej  porośnięta  delikatnym  puchem  pierś,  pulchne 

ciałko  i subtelne  prążki  na  szyi  budziły  czułość.  Prążki  te,  jak  ukradkiem  zauważył, 

powstały  z różnobarwnego  upierzenia  gęsiej  szyjki.  Porastające  ją  piórka  były  wklęsłe, 

dzięki  czemu  każde  leżało  oddzielnie,  tworząc  różnobarwne  żłobienia  –  niewątpliwie 

nader wdzięczną ozdobę. 

Wtem  młoda  gąska  wymierzyła  Arturowi  dziobem  kuksańca  w bok.  Do  tej  chwili  to 

ona stała na warcie. 

– Twoja kolej – rzekła. 

Nie  czekając  odpowiedzi,  spuściła  głowę  i zaczęła  się  paść.  Skubiąc  trawę,  odsuwała 

się coraz dalej. 

Król  stanął  na  straży.  Nie  wiedział,  czego  ma  wypatrywać,  i nie  znał  wroga  gęsi, 

a wokół widział tylko kity traw i cierpliwie skubiących murawę towarzyszy. Ale nie miał 

im  za  złe,  że  postawili  go  na  czatach.  Ku  własnemu  zdziwieniu,  ta  męska  rola  nawet  go 

radowała,  gdy  pomyślał,  że  mógłby  stać  się  obiektem  zaciekawienia  damy.  Mimo 

podeszłych lat, był zbyt naiwny, aby wiedzieć, że już się nim stał. 

– Co ty wyrabiasz? – spytała Ona, mijając go pół godziny później. 

– Stoję na warcie. 

– No wiesz! – zachichotała-zagęgała. – Ale z ciebie frajer! 

– Dlaczego? 

– Nie udawaj! 

– Słowo daję, że nie wiem. Czy robię coś nie tak, jak należy? Nie rozumiem. 

– Dziobnij następnego. Odstałeś już co najmniej dwie warty pod rząd. 

background image

Postąpił za jej radą, kolejny strażnik zajął jego miejsce, a Król poszedł się paść obok 

nowej znajomej. Równo szczypali trawkę, zerkając ku sobie ukradkiem koralikami oczu. 

W końcu Artur podjął męską decyzję. 

– Uważasz mnie za durnia – rzekł nieśmiało, decydując się po raz pierwszy ujawnić 

drugiemu zwierzęciu prawdę o swoim pochodzeniu. – Ale to tylko dlatego, że nie jestem 

gęsią. Urodziłem się człowiekiem. Pierwszy raz w życiu lecę z dzikimi gęśmi. 

Nie zdziwiła się zanadto. 

–  Ciekawe  powiedziała  tylko.  –  Ludzie  najchętniej  zamieniają  się  w łabędzie. 

Ostatnio mieliśmy u siebie Dzieci Lira. Zresztą, tak czy owak, należymy razem do rodziny 

anseriformes. 

– Słyszałem coś o Dzieciach Lira. 

–  Nie  podobało  im  się  u nas.  To  beznadziejni  nacjonaliści  i dewoci.  Stale  kręcili  się 

koło jakiejś kaplicy w Irlandii. Na łabędzie prawie w ogóle nie zwracali uwagi. 

– Mnie się u was podoba. 

– Takie też odniosłam wrażenie. Po co cię tu przysłano? 

– Po naukę. 

Przez  chwilę  paśli  się  w milczeniu,  aż  własne  słowa  przypomniały  Królowi  o misji, 

z którą przybył. 

– Dlaczego wystawiacie warty? – zapytał. – Czy prowadzimy wojnę? 

Gąska nie zrozumiała. 

– Wojnę? 

– Czy walczymy z ludźmi? 

–  Walczymy?  –  powtórzyła  niepewnie.  –  Nasi  chłopcy  biją  się  czasami  o żonę,  to 

wszystko. Oczywiście, nie dochodzi do rozlewu krwi, idzie wyłącznie o ustalenie, kto jest 

lepszym samcem. Czy to miałeś na myśli? 

– Nie. Miałem na myśli walkę jednej gęsiej armii przeciwko drugiej. 

Jego rozmówczynię wyraźnie to ubawiło. 

–  Co  za  śmieszny  pomysł!  Żeby  dużo  gąsiorów  siłowało  się  równocześnie?  To  by 

nawet było zabawne widowisko. 

Zdumiał go jej lekki ton. 

– Zabawne widowisko? Patrzeć, jak się mordują? 

– Mordują? Armie gęsi mordujące się nawzajem? 

Gąska  z wolna,  niepewnie,  zaczynała  pojmować  myśl  Artura.  Na  jej  obliczu 

odmalowała się odraza. Gdy pojęła na dobre, odwróciła się i w milczeniu podreptała ku 

innej części pastwiska. Król poszedł za nią, ale pokazała mu plecy. Zaszedł z boku, zajrzał 

jej  w oczy  i ze  smutkiem  dostrzegł  w nich  wyraz  zgorszenia  –  jakby  wyrwało  mu  się 

background image

nieprzyzwoite słowo. 

– Przepraszam cię – wydukał. – Teraz ty nie rozumiesz. 

– Nie ma o czym mówić. 

– Przepraszam. 

A po chwili, nieco zniecierpliwiony, dodał: 

–  Chyba  wolno  czasem  o coś  zapytać?  Skoro  są  strażnicy,  to  moje  pytanie  było 

w pełni uzasadnione. 

Gąska rozgniewała się nie na żarty. 

–  Nie  chcę  więcej  o tym  słyszeć!  Jaki  ty  musisz  być  zepsuty!  Nie  masz  prawa  tak 

mówić.  Oczywiście,  że  wystawiamy  warty.  Nie  słyszałeś  o jastrzębiach?  O sokołach 

wędrownych?  O lisach,  łasicach  i ludziach,  którzy  zastawiają  na  nas  sieci?  To  są  nasi 

naturalni  wrogowie.  Nie  chcesz  mi  chyba  powiedzieć,  że  istnieją  na  świecie  stworzenia 

tak podłe, aby organizować bandy do mordowania własnych braci? 

„Jaka  szkoda  –  pomyślał  Artur  –  że  nie  ma  wielkich  zwierząt  polujących  na  ludzi! 

Gdyby  na  ziemi  rozmnożyły  się  smoki  i latające  potwory,  może  cała  agresja  ludzkości 

zwróciłaby się przeciwko nim. Ale niestety: na ludzkość dybie tylko mikrob – przeciwnik 

zbyt mały, aby traktować go z szacunkiem”. 

Głośno natomiast powiedział: 

– Chciałem się tylko dowiedzieć. 

Gąska  postanowiła  być  uprzejma.  Jako  sawantka  chciała  pokazać,  że  ma  szerokie 

horyzonty myślowe. 

– Musisz się jeszcze sporo nauczyć. 

–  Więc  bądź  moją  nauczycielką.  Opowiedz  mi  o gęsim  narodzie.  Rozjaśnij  mi 

w głowie. 

Widać  było,  że  jest  trochę  nieufna,  gdyż  przestraszył  ją  nie  na  żarty,  ale  dała  się 

ułagodzić. Jak wszystkie gęsi, była łagodna z natury i łatwo zapominała urazę. Niebawem 

znów byli przyjaciółmi. 

– Co chciałbyś wiedzieć? 

W  ciągu  następnych  kilku  dni  spędzili  razem  sporo  czasu  i Artur  przekonał  się,  że 

Lyo-lyok  jest  uroczą  osóbką.  Przedstawiła  mu  się  na  samym  początku  znajomości, 

doradzając, aby i on przybrał jakieś stosowne imię. Wspólnie zdecydowali się na Ki-kwa, 

szlachetne imię zapożyczone od rzadkiego gatunku gęsi z czerwonym podgardlem, które 

Lyo-lyok poznała na Syberii. Nadawszy Arturowi gęsie imię, Lyo-lyok przystąpiła mężnie 

do jego edukacji. 

Nie  tylko flirty  były  jej  w głowie.  Interesowała  się  mądrze  szerokim  światem,  a choć 

Artur  często  zaskakiwał  ją  głupimi  pytaniami,  starała  się  nie  okazywać  mu  niechęci. 

background image

Większość  pytań  Artura  wynikała  bowiem  z jego  doświadczeń  z mrówkami  –  te 

najbardziej dziwiły gąskę. 

Artur  wypytywał  o nacjonalizm,  o nadzór  państwowy,  o swobody  obywatelskie, 

o prawo  własności,  i tak  dalej  –  a więc  o to  wszystko,  co  omawiało  się  w Sali 

Kombinacyjnej  lub  obserwowało  w mrowisku.  Ponieważ  większość  tych  kwestii  była 

gąsce  obca  i wymagała  objaśnień,  zanim  Lyo-lyok  mogła  udzielić  odpowiedzi,  rozmowy 

stały  się  nadzwyczaj  interesujące.  W miłej  atmosferze  edukacja  Artura  postępowała 

błyskawicznie,  a przy  tym  stary  Król,  ku  własnemu  zdumieniu,  czuł  rosnącą  sympatię 

i pokorę wobec gęsiego rodu – uczucia dość podobne do tych, których doznawał Guliwer 

w świecie koni. 

–  Nie  –  odpowiadała  Lyo-lyok  –  gęsi  nie  znają  nadzoru  państwowego.  Nie  mają 

wspólnej  własności  ani  nie  uzurpują  sobie  prawa  do  żadnej  części  świata.  Cudny  glob 

ziemski  nie  może,  ich  zdaniem,  należeć  do  nikogo,  tylko  do  siebie  samego:  gęsiom 

wystarczy  dostęp  do  jego  surowców.  Poszczególne  ptaki  nie  podlegają  też  żadnej 

odgórnej dyscyplinie. 

– Opowieść o mrówce skazanej na śmierć za to, że ośmieliła się odmówić zwrócenia 

jadła, przyprawiła gąskę o mdłości. 

–  Wśród  gęsi  –  powiedziała  Lyo-lyok  –  każdemu  wolno  zjeść  tyle,  ile  sam  znajdzie, 

a intruz,  który  chciałby  skorzystać  ze  znalezionej  przez  kogoś  innego  soczystej  trawy, 

najpewniej  oberwie  dziobem,  i dobrze  mu  tak.  Owszem,  można  mieć  coś  własnego 

oprócz  jedzenia:  na  przykład  gęsie  stadła  wracają  rokrocznie  do  tych  samych  gniazd, 

pokonując  po  drodze  tysiące  mil.  Gniazdo  i rodzina  to  sprawy  ściśle  prywatne.  Gęsi  nie 

są  rozwiązłe,  chyba  że  w młodości,  co  Lyo-lyok  osobiście  uważała  za  naturalne.  Gdy  już 

łączą się w pary, to na całe życie. Jeśli koniecznie trzeba określić ich ustrój polityczny, to 

byłby to zapewne indywidualizm patriarchalny, oparty na zasadzie wolnego wyboru. No 

i naturalnie, gęsi nie toczą wojen. 

Artur ciekaw był, kto i jak zostaje przywódcą stada. 

–  To  proste  –  wyjaśniła  Lyo-lyok.  –  Gęsi  po  prostu  czują,  kto  jest  ich  wodzem. 

Najczęściej zostaje nim starzec o mocno pstrej piersi. Wódz zawsze leci na czele stada. 

–  Pamiętając  mrówki,  które,  niczym  ród  Borgiów,  mordowały  się  nawzajem  bez 

pardonu  w walce  o władzę,  Król  domagał  się  jednak  szczegółów  procedury  wyboru 

przywódcy. 

Dowiedział  się,  że  taka  procedura  nie  istnieje  –  przynajmniej  nie  w sensie 

formalnym. Przywódcą się po prostu zostaje, i już. 

Zamiast odpowiadać na dalsze drobiazgowe pytania, Lyo-lyok streściła mu pokrótce 

dzieje migracji dzikich gęsi: 

background image

–  Pierwszy  gąsior,  który  przeleciał  z Syberii  do  Lincolnshire  i z  powrotem, 

prawdopodobnie  założył  rodzinę  właśnie  na  Syberii.  Gdy  przyszła  zima  i zabrakło 

pożywienia,  ruszył  na  zachód  sobie  tylko  znaną  trasą.  Podążała  za  nim  rodzina, 

powiększająca się z roku na rok – on sam zaś pełnił rolę pilota i admirała. Po jego śmierci 

rolę  tę  objęli  najstarsi  synowie,  gdyż  to  oni  zdążyli  najwięcej  razy  przebyć  trasę 

wędrówki.  Młodsi  bracia,  niepewni  drogi,  chętnie  dawali  się  prowadzić  tym,  którzy  ją 

znali.  Ale  i wśród  pierworodnych  zdarzają  się  nicponie,  do  których  rodzina  nie  ma  za 

grosz zaufania. 

– A teraz – mówiła dalej – posłuchaj, jak dochodzi do wyboru admirała. Powiedzmy, 

że  na  jesieni  Wiiik-Wink  odwiedzi  naszą  rodzinę  i spyta:  czy  przypadkiem  nie  macie 

między  sobą  godnego  zaufania  pilota?  Dziadunio,  staruszek,  zmarł  w sezonie 

malinowym,  a Wujo-wujo  jakoś  nam  się  nie  sprawdza.  Rozglądamy  się  za 

przewodnikiem.  Wówczas  my  mu  odpowiemy:  stryjeczny  dziadek  będzie  zachwycony, 

jeśli  się  przyłączycie  do  naszego  stada.  Z góry  jednak  zaznaczamy,  że  nie  bierzemy 

odpowiedzialności  za  ewentualne  niepowodzenia.  Serdeczne  dzięki,  powie  na  to  on. 

Wasz  stryjeczny  dziadek  jest  osobnikiem  ze  wszech  miar  godnym  zaufania.  Czy 

pozwolicie,  że  poinformuję  Honków  o sposobie  rozwiązania  naszego  problemu?  Wiem, 

że i oni cierpią na podobne kłopoty. Prosimy uprzejmie, odpowiemy mu. 

–  I w  ten  to  sposób  –  podsumowała  Lyo-lyok  –  nasz  stryjeczny  dziadunio  został 

admirałem. 

– Niezła metoda. 

– Spójrz na jego dystynkcje – szepnęła z szacunkiem Lyo-lyok i oboje zwrócili wzrok 

ku  dostojnemu  patriarsze,  którego  pierś  zdobiły  czarne  pasy,  biegnące  w krąg,  właśnie 

jak złote obręcze na mankietach munduru admirała. 

Innym razem Artur spytał Lyo-lyok o upodobania i ambicje dzikich gęsi, uprzedzając 

ją z góry, że wśród ludzi życie bez dóbr materialnych i wojen uchodzi często za nudne. 

–  Ludzie  –  wyjaśnił  –  gromadzą  wielkie  ilości  ozdób  i przedmiotów  zbytku.  Widzą 

w tym  cel  życia.  Niektórzy  powiadają,  że  ta  sama  skłonność  pcha  ich  ku  wojnom  – 

jajednak  obawiam  się,  że  gdyby  stan  posiadania  człowieka  zredukować  do  minimum, 

jakim zadowalacie się wy, dzikie gęsi, człowiek byłby nieszczęśliwy. 

–  Oczywiście  –  zgodziła  się  Lyo-lyok.  –  Wasza  świadomość  ukształtowana  jest 

przecież zupełnie inaczej niż nasza. Ludzie zmuszeni do życia po gęsiemu byliby równie 

nieszczęśliwi jak gęsi zmuszone do życia po ludzku. Nie znaczy to jednak, że nie możemy 

się wiele od siebie nauczyć. 

– Wątpię, czy gęsi mogą się wiele nauczyć od człowieka. 

–  Żyjemy  na  ziemi  dobre  parę  milionów  lat  dłużej  niż  wy,  biedactwa,  więc  trudno 

background image

mieć do was pretensje. 

– Mniejsza o to. Opowiedz mi, proszę, o gęsich marzeniach, ambicjach, planach, czy 

jakkolwiek tam je nazwać. Domyślam się, że nie są zbyt wygórowane? 

Lyo-lyok parsknęła śmiechem. 

–  Celem  naszego  życia  jest  żyć  –  odparła  krótko.  –  Zdaje  się,  że  wy,  ludzie, 

zapomnieliście  o tej  ambicji.  Co  zaś  do  naszych  marzeń  –  wcale  nie  są  tak  ubogie,  jak 

sądzisz,  w porównaniu  z ludzkimi  świecidełkami  i zbytkami.  Mamy  nawet  pieśń  na  ten 

temat, zatytułowaną „Sens życia”. 

– Zaśpiewaj, proszę. 

– Zaraz. Chcę tylko powiedzieć, że zawsze żałowałam, iż pominięto w tej pieśni jedną 

niezmiernie  ważną  rzecz.  Różne  głosy  spierają  się  tam  o to,  co  daje  dzikim  gęsiom 

największą  radość,  lecz  żaden  nie  wymienia  wędrówki.  Co  za  niedopatrzenie! 

Podróżujemy  przecież  sto  razy  dalej  niż  ludzie,  oglądamy  wciąż  nowe  cuda  –  jak  poeta 

mógł  o tym  zapomnieć?  Moja  babka  była  w Micklegarth,  jeden  z wujów  –  w Birmie, 

a pradziadek chwalił się zawsze że odwiedził Kubę. 

Artur był pod wrażeniem – zwłaszcza, że o Birmie słyszał tylko od zaskrońca, a Kuby 

w ogóle  jeszcze  nie  odkryto.  Tylko  nazwa  Micklegarth  była  mu  znajoma:  tak 

w Skandynawii zwano Konstantynopol. 

– To musi być wspaniała rzecz – powiedział – tak wędrować po całym świecie. 

Pomyślał  przy  tym  o cudzie,  jakim  są  skrzydła,  o podniebnym  śpiewaniu,  o świecie, 

który toczy się dołem, wciąż inny, wciąż nowy. 

– Posłuchaj – rzekła Lyo-lyok i bez dalszych wstępów zaśpiewała wdzięcznie, na gęsią 

nutę: 

Pierwszy przemówił Ky-yow: 

Sednem życia jest zdrowie. 

Do wiosłonogich, do strzelistopiórych, do zwinnych i sokolookich należy cały świat. 

Drugi przemówił Ank-Starzec: 

Sednem życia jest honor. 

Do tropicieli, żywicieli ludu, strategów i mędrców należy cały świat. 

Trzecia mówiła Lyo-lyok: Sednem życia jest miłość. Do miękkopuchych, do gniazda 

wijących, do tych, co chodzą parami należy cały świat. 

Czwarty przemówił A-ang: 

Sednem życia jest żarcie. 

Do lasujących, do trawę skubiących, do sytych i do tłustych należy cały świat. 

Piąty  przemówił  Wink  –  Wink:  Sednem  życia  jest  przyjaźń.  Do  koleżeńskich 

i niesamolubnych, do wolnych, lecz mądrze uległych należy cały świat. 

background image

A  ja  wybieram  muzykę.  Długo  dźwięczące  echa,  buńczuczne  rogi,  wesołe  piosnki, 

poezja są odbiciem świata. Tak mówi śpiewak Lyow. 

Piękna  to  była  pieśń,  wzruszająca  i poważna.  Artur  spróbował  liczyć  na  palcach 

jednej stopy nazwane w niej uroki życia, a że palce miał tylko trzy – nie licząc wyrostka 

z tyłu  –  musiał  każdego  użyć  po  dwa  razy.  Zdrowie,  honor,  miłość,  jedzenie,  przyjaźń, 

muzyka  i poezja,  i wędrówka  –  a przede  wszystkim,  jak  słusznie  zauważyła  Lyo-lyok: 

samo życie. 

Rzeczywiście,  nie  była  to  lista  uboga  w swej  skromności,  zwłaszcza  że  można  by 

dopisać do niej: Mądrość. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XIV 

 

 

W  stadzie  narastało  podniecenie.  Młodzież  flirtowała  bezwstydnie  albo,  zbita 

w gromadki,  oplotkowywała  pilotów.  Grano  też  w rozmaite  gry,  jak  to  robią  dzieci 

podekscytowane  mającym  się  niebawem  odbyć  przyjęciem.  Jedna  z zabaw  polegała  na 

tym,  że  wszyscy  stawali  kołem,  a młode  gąsiory,  jeden  po  drugim,  kroczyły  w środek 

kręgu,  prężąc  szyje  i sycząc  z udawaną  złością.  Na  środku  puszczały  się  biegiem, 

z szumnym trzepotem skrzydeł, demonstrując w ten sposób swoją odwagę i kwalifikacje 

na  przyszłych  amirałów.  Coraz  też  więcej  gęsi  kręciło  dziobami,  co  zazwyczaj  czyniły 

przed  odlotem.  Niepokój  udzielił  się  nawet  starszyznie  –  mędrcom,  którzy  na  pamięć 

znali trasy przelotów. Śledzili oni formacje chmur, oceniali kierunek i siłę wiatru, a także 

próbowali odgadnąć, skąd wieje. Dźwigający odpowiedzialność za całe stado admirałowie 

ciężkim krokiem przemierzali w tę i z powrotem mostki kapitańskie. 

– Dlaczego jestem niespokojny? – pytał sam siebie Artur. – Czuję coś we krwi. Skąd 

to się bierze? 

–  Poczekaj,  sam  się  przekonasz  –  odparła  tajemniczo  Lyo-lyok,  gdy  zadał  jej  to 

pytanie. – Może już jutro, może pojutrze... 

Kiedy  wreszcie  nadszedł  t e  n dzień,  słone  bagna  i błotna  równina  wyglądały  jakoś 

inaczej.  Człowiek-mrówka,  który  codziennie  o świcie  obchodził  cierpliwie  swoje  sidła, 

a pory  przypływów  znał  na  pamięć,  gdyż  błąd  w tej  mierze  oznaczałby  dlań  pewną 

śmierć,  usłyszał  nagle  z wysoka  odległy  dźwięk,  przypominający  głos  trąbki-hejnałówki. 

Na  błotnistych  polach  nie  było  ani  jednego  ptaka.  Człowiek  nie  spotkał  też  żadnego  na 

pastwisku,  przez  które  przechodził.  Był  to,  w gruncie  rzeczy,  dobry  człowiek:  przystanął 

i w  uroczystej  ciszy,  z nabożeństwem  zdjął  czapkę  z głowy.  Wykonywał  ten  gest  każdej 

wiosny,  kiedy  gęsi  go  opuszczały,  i każdej  jesieni,  kiedy  dostrzegł  pierwsze  powracające 

stado. 

Na  przeprawę  przez  Morze  Północne  parowcem  potrzeba  jakichś  dwóch,  trzech  dni 

i tyluż  nocy,  zmagań  z opornymi  falami.  Lecz  nie  gęsiom  –  żeglarzom  napowietrznym, 

żywym,  rączym  strzałom,  bezlitośnie  prującym  chmury;  nie  podniebnym  śpiewakom, 

uchodzącym  przed  sztormem  z prędkością  siedemdziesięciu  mil  na  godzinę;  nie 

geografom, nie wiedzieć skąd czerpiącym nieomylną wiedzę, żeglującym bezbłędnie trzy 

mile nad ziemią, po cumulusach zamiast morskich wód. Cóż to bowiem dla nich? Tylko 

radość, nic więcej. 

Król  nie  widział  ich  jeszcze  w tak  świetnych  humorach.  Pieśni,  które  wyśpiewywały 

background image

całymi godzinami, tryskały radością życia. Niektóre były sprośne – te zostawimy sobie na 

inną  okazję,  inne  w miarę  żartobliwe,  a jeszcze  inne  –  wzniosłe  lub  sentymentalne. 

Artura ubawiła szczególnie ta: 

Po  niebie  szybujem,  szu-szu,  szum-szum,  Na  ziemi  lądujem,  pac-pac,  plum-plum, 

Gę-gę Ga-ga Gą-gą. 

I  szyje  zginamy  w ucieszny  hak  Jak  rura  od  zlewu,  o –  tak,  o –  tak  Ga-ga  Gą-gą 

Gę-gę. 

I w zgodnym szeregu pasiemy się, Nasz ród bokiem dziobów murawę rwie. Gą-gą 

Gę-gę Ga-ga. 

Czy  Gę,  czy  Gą,  raduje  nas  Lot,  Czy  Gą,  czy  Gę,  raduje  nas  Żer,  Czy  Gę,  czy  Ga, 

podoba się nam Gę-gę Gą-gą Ga-ga. 

Pieśń sentymentalna brzmiała tak: 

Sunie niebem gęsi klucz, Wróć, gąsiorku, do mnie wróć! 

Pewnego  razu,  gdy  przefruwali  nad  skalną  wysepką  zaludnioną  przez  gęsi  bernikle, 

które  w czarnych  skórkowych  trzewiczkach,  szarych  toczkach  i białych  kołnierzykach 

wyglądają jak stare panny, cały szwadron huknął szyderczo wielkim głosem: 

Ciotka Bernikla w tłustym błocie tapla się 

Ciotka Bernikla w tłustym błocie tapla się 

Ciotka Bernikla w tłustym błocie tapla się 

Nie poleci z nami, nie! 

Alleluja, górą nasi! 

Alleluja, górą nasi! 

Alleluja, górą nasi! 

Na Północny Biegun, hej! 

Nie  da  się  opowiedzieć  całego  piękna  ich  wędrówki.  Najpiękniejsze  było  w niej 

bowiem samo życie – a to trzeba przeżyć na własnej skórze. 

Nieraz  musieli  obniżać  lot  z poziomu  chmur  pierzastych,  żeby  złapać  lepszy  wiatr, 

a wówczas  wpadali  w stada  cumulusów  –  puchowych  piramid,  zbudowanych  z kłębów 

pary  wodnej,  białych  jak  wielkie  pranie  i gęstych  jak  krem  na  torcie.  Zdarzało  się,  że 

w odległości  kilku  mil  dostrzegli  taką  piramidę  –  śnieżnobiałą  kupę  gigantycznego 

Pegaza. Wówczas kierowali się wprost na nią, ona zaś rosła, cicho, niepostrzeżenie, bez 

najmniejszego  wysiłku  –  a gdy  była  tuż-tuż  i zdawało  się,  że  zaraz  zderzą  się  dziobami 

z pozornie litym masywem białej ściany – słońce nagle traciło blask. Każdą gęś oplatały 

znienacka  wilgotne  macki  przenikliwego  chłodu.  Otaczała  je  szara  wilgoć,  a słońce  – 

blady miedziak – uciekało hen, coraz dalej. Znikały widoczne obok jeszcze przed chwilą 

skrzydła  towarzyszy  i towarzyszek  i każdy  ptak  stawał  się  oto  samotną  nutą  w zimnym 

background image

niebycie  –  spóźnionym  świadkiem  końca  świata.  Wisiał  tak  w bladej  nicości  bez 

wymiarów – bez lewa, prawa, dołu, góry; bez ruchu, zda się – aż wtem błyskał przez mgłę 

słoneczny miedziak i węże chłodu na nowo poczynały wić się w powietrzu. Po chwili gęsi 

bujały  z powrotem  w roziskrzonym  świecie  barw:  w dole  mienił  się  turkus  morza, 

a dookoła  pyszniły  się  nowe,  śnieżnobiałe  pałace  nieba,  na  których  nie  obeschła  jeszcze 

rosa Rajskiego Ogrodu. 

Jednym z najważniejszych punktów wędrówki był przelot nad skalistą wyspą. Co nie 

znaczy, że brakowało innych ważnych zdarzeń – dość wspomnieć spotkanie na przecięciu 

szlaków z kluczem lecących do Abisco łabędzi czarnodziobych, które wydawały odgłos do 

złudzenia  przypominający  poszczekiwanie  małych  piesków  przez  chusteczki  do  nosa. 

Albo  wyścig  z sową  czubatą,  wiosłującą  z mozołem  pod  prąd  powietrza  (mówią,  że 

w ciepłym  puchu  na  grzbiecie  tej  sowy  podróżuje  zwykle  na  gapę  maleńki  strzyżyk). 

A jednak najciekawsza była samotna kamienna wyspa. 

Wyspa  należała  w całości  do  ptaków.  Ptaki  wysiadywały  tam  jaja  i kłóciły  się  bez 

przerwy, ale w tonie przyjacielskim. Na szczycie skały, porosłym szczeciną darni, tłoczyły 

się  zaaferowane  maskonury.  Poniżej,  w Uliczce  Brzytwodzioba,  lokatorzy  siedzieli  gęsto 

na  tak  wąskich  półkach  skalnych,  że  musieli  się  kurczowo  czepiać  szponami  podłoża, 

dziobami  odwróceni  ku  falom.  Jeszcze  niżej,  w Uliczce  Nurzyków,  siedziały  nurzyki, 

wznosząc ku niebu spiczaste, pajacowate oblicza, tak jak to robią drozdy, kiedy wysiadują 

jaja.  Najniżej  położone  były  Slumsy  Gawii  Trójpalczastej.  Wszystkie  wspomniane  ptaki, 

które,  podobnie  jak  ludzie,  z reguły  wydają  na  świat  pojedynczego  potomka,  siedziały 

stłoczone tak gęsto, że stykały się głowami, a ilekroć ktoś nowy lądował na przepełnionej 

półce, ktoś inny nieuchronnie fikał kozła w dół. Mimo to humory dopisywały, śmiechom, 

żarcikom  i wzajemnym  docinkom  nie  było  końca.  Ptasi  tłum  przypominał  przekupki  na 

największym  targu  rybnym  świata,  gdzie  co  chwila  wybuchają  sprzeczki:  wszystkie 

kobiety  jedzą  coś  stale  z papierowych  torebek,  wszystkie  naraz  dochodzą  swoich  racji, 

wyśpiewują  przaśne  piosenki,  krzyczą  na  dzieciaki,  narzekają  na  mężów.  „Posuńcie  no 

się,  ciotko!”,  „Z  drogi,  babuniu!”,  „Głupia  flądra,  znów  mi  usiadła  na  krewetkach!”, 

„Synuś, schowaj no tego lizaka do kieszeni i wysmarkaj nos!”, „Patrzcie, patrzcie, czy to 

czasem nie wujo Albert? Wiezie piwo!”, „Zmieszczę się tutaj koło was?”, „No to pa, ciociu 

Emmo...  poleciała,  szkoda”,  „Czy  nie  przekrzywił  mi  się  kapelusz?”,  „Uspokój  się, 

łobuzie!” 

W zasadzie trzymały się gatunkami, ale – nieliczne zresztą – odstępstwa od tej reguły 

nikomu nie wadziły. W Uliczce Nurzyków siedziała tu i ówdzie uparta gawia i ani myślała 

ustępować komukolwiek miejsca. Wszystkich ptaków mogło tam być w sumie z dziesięć 

tysięcy, a rejwach czyniły ogłuszający. 

background image

„Ciekawe  –  pomyślał  Król  –  jak  radziłoby  sobie  w takim  ścisku  ludzkie  miasto 

zamieszkane przez wiele ras?” 

Potem gęsi przelatywały nad fiordami i wyspami Norwegii. Właśnie tam rozgrywa się 

akcja  prawdziwej  opowieści  o gęsiach,  którą  opisał  wielki  W.H.  Hudson,  a która  winna 

dać ludziom sporo do myślenia. Był sobie pewien gospodarz, który mieszkał na wybrzeżu 

wyspy  gnębionej  straszliwą  plagą  lisów.  Któregoś  dnia  gospodarz  zastawił  wnyki. 

Nazajutrz, gdy przyszedł je sprawdzić, stwierdził, że we wnyki złapała się dzika gęś – i to 

najwyraźniej  Wielki  Admirał,  co  można  było  łatwo  poznać  po  masywnej  sylwetce 

i dystynkcjach na piersi. Gospodarz zabrał gęś do domu, zaopiekował się nią, opatrzył jej 

nogę,  a potem  puścił  między  własne  kaczki  i kury.  Z uwagi  na  lisa  musiał  co  wieczór 

zamykać  kurnik  na  noc.  Zaganiał  drób  do  środka  i zamykał  drzwiczki  na  kłódkę.  Po 

jakimś  czasie  zauważył  dziwną  rzecz:  kury,  które  dotychczas  zawsze  uciekały  przed 

wieczorną  łapanką,  teraz  same  zbiegały  się  do  kurnika  i czekały  na  zamknięcie. 

Zaciekawiony  gospodarz  podpatrzył  kiedyś  o zmierzchu  swoje  ptactwo:  nie  było 

wątpliwości,  że  szlachetny  jeniec  przejął  na  siebie  obowiązki  człowieka,  które 

zaobserwował  dzięki  nieprzeciętnej  inteligencji.  Pod  wieczór,  gdy  zbliżała  się  pora 

zamykania  kurnika,  mądry  stary  Admirał  zaganiał  towarzystwo  we  właściwe  miejsce  – 

tak  jakby  doskonale  rozumiał  celowość  tego  zabiegu.  A dzikie  gęsi,  którymi  dawniej 

dowodził, już nigdy więcej nie osiadły na wyspie, gdzie straciły przywódcę. 

Aż  wreszcie,  pośród  wysp,  nasze  gęsi  wypatrzyły  lądowisko  –  cel  pierwszego  dnia 

podróży.  Ach,  te  odgłosy  zachwytu!  Te  wzajemne  gratulacje!  Uradowane  ptaki  niczym 

grad pocisków spadały z nieba, popisując się  po drodze kaskaderskimi sztuczkami. Były 

dumne z siebie i ze swojego pilota, podniecone bliskimi uciechami życia rodzinnego. 

Ostatni  odcinek  w dół  przepikowały  ze  zwiniętymi  pod  brzuchy  skrzydłami.  Tuż 

przed  lądowaniem  rozpostarły  je,  nabrały  wiatru,  zatrzepotały  gwałtownie,  a potem  – 

klap!  –  i już  siedziały  na  ziemi.  Chwilę  trzymały  skrzydła  uniesione  wysoko  do  góry,  po 

czym  złożyły  je  jednym  zręcznym,  starannym  i wdzięcznym  ruchem.  Przeleciały  nad 

Morzem Północnym! 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XV 

 

 

Wielkie  bagna  syberyjskie,  do  których  dotarły  w kilka  dni  później,  wyglądały  z góry 

jak  misa  pełna  słońca.  Okalające  je  szczyty  wciąż  wieńczyła  koronka  śniegu,  który, 

topniejąc,  spływał  z gór  wąskimi  strumykami  barwy  ciemnego  piwa.  Nad  błyszczącymi 

taflami stawów unosiły się chmary komarów, a pośród nagich brzóz porastających brzegi 

błądziły  wdzięcznie  ciekawskie  renifery,  wtykając  czujne  nosy  w gęsie  legowiska,  na  co 

gęsi odpowiadały gniewnym sykiem. 

Lyo-lyok,  choć  niezamężna,  bezzwłocznie  przystąpiła  do  budowy  gniazda,  Król  miał 

więc wolny czas na rozmyślania. Z natury prostoduszny i poczciwy, dopiero teraz z wolna 

pojmował  ogrom  zdrady,  jaką  mu  zgotowała  własna  rasa.  Nareszcie  zrozumiał,  że 

zdradzili  go  wszyscy,  nawet  własna  żona  i najbliższy  przyjaciel.  A ostatnim  z plejady 

zdrajców  był  jego  rodzony  syn.  Rycerze  Okrągłego  Stołu  –  przynajmniej  połowa  – 

odwrócili się od Artura, nie inaczej zresztą niż połowa poddanych, którym poświęcił całe 

swoje życie. I oto żądano od Króla, aby powrócił do służby zdrajcom, on zaś pojął, po raz 

pierwszy  w życiu,  że  taki  powrót  oznacza  jego  koniec.  Na  cóż  mógł  bowiem  liczyć  ze 

strony  ludzi,  którzy  od  czasów  Sokratesa  systematycznie  mordowali  każdego,  kto 

próbował  przemówić  im  do  rozumu?  Zamordowali  nawet  swego  Boga.  Każdy  głosiciel 

prawdy  stawał  się  obiektem  ludzkiej  zdrady  i zbrodni.  A więc  Merlin  wydał  na  niego 

wyrok śmierci? 

Pośród  gęsi,  którym  wstrętne  były  zabójstwo  i zdrada,  czuł  się  bezpieczny 

i szczęśliwy.  „Oto  –  myślał  –  właściwie  miejsce  dla  kogoś,  kto  ma  serce.  Zmęczony 

życiem  człowiek,  jeśli  czuje  powołanie  zakonne,  zatęskni  nieraz  do  klasztoru  –  do 

miejsca,  gdzie  mógłby  w ciszy  hodować  własną  duszę  jak  kwiat  i wzrastać  ku  Bogu, 

jakimkolwiek  Go  pojmuje”.  Taka  tęsknota  obudziła  się  nagle  w starym  Arturze:  jego 

upragnionym  klasztorem  były  zalane  słońcem  bagna.  Nie  chciał  wracać  do  ludzi;  chciał 

zostać tutaj. 

Czemu  nie  miałby  założyć  gniazda  z Lyo-lyok?  Nie  najgorsze  to  wyjście  dla 

udręczonego  ducha.  Porównując  Lyo-lyok  ze  znanymi  kobietami,  dostrzegł  w niej  wiele 

zalet:  była  zdrowsza  niż  przeciętna  dama,  nie  cierpiała  na  migreny,  wapory,  histerie. 

Zdrowiem,  krzepą  i siłą  skrzydeł  dorównywała  Arturowi.  Cokolwiek  on  potrafił,  umiała 

i ona  –  a więc  ich  stadło  opierałoby  się  na  równowadze  sił.  Lyo-lyok  była  ustępliwa, 

rozważna, wierna i niegłupia. Co się tyczy czystości, przewyższała większość kobiet, gdyż 

pół  dnia  spędzała  na  czyszczeniu  piórek,  a drugie  pół  –  na  pławieniu  się  w wodzie.  Jej 

background image

rysów  nie  mąciły  barwinka  ani  róż.  Raz  poślubiona,  nigdy  nie  znajdzie  sobie  nowego 

kochanka.  Figurę  miała  naturalną,  nie  sztucznie  stworzoną,  a więc  piękniejszą  niż 

przeciętna  kobieta.  Stąpała  wdzięcznie,  nie  kolebiąc  się,  jak  wszystkie  dzikie  gęsi.  Artur 

przywykł już nawet do jej upierzenia i docenił jego urodę. Był pewien, że Lyo-lyok będzie 

kochającą matką. 

Miał  dla  niej  wiele  czułości,  choć  niewiele  miłosnej  pasji.  Podziwiał  jej  mocne  nogi 

z kulką  stawu  na  granicy  uda,  elegancki  wykrój  dzioba  o zębatej  krawędzi  od  spodu 

i duży  język,  wypełniający  szczelnie  cały  dziób.  A najbardziej  podobało  mu  się,  że  Lyo-

lyok nigdy się nie spieszy. 

Budowa gniazda dostarczała jej wiele  emocji, co Artur obserwował  z przyjemnością. 

Dzieło  Lyo-lyok  nie  było  majstersztykiem  architektury,  ale  spełniało  swoje  zadanie. 

Długo  wybierała  wyściółkę  do  wilgotnego  zagłębienia  o fakturze  przywodzącej  na  myśl 

zmiętą  bibułę  nasączoną  brunatnym  płynem  albo  płachtę  na  cyrkowej  arenie:  wreszcie 

wymościła je pędami wrzośca, mchem, porostami i puchem z własnej piersi, mięciutkim 

jak pajęczyna. Król osobiście przyniósł jej w prezencie kilka wiązek trawy, które, niestety, 

okazały się nieprzydatne ze względu na niewłaściwy kształt. Ale rwąc trawę, Artur odkrył 

przypadkiem cudny świat bagien – wszechświat w miniaturze. 

Japończycy  budują  takie  światy  w szklanych  słojach.  Ale  żaden  Japończyk  nie 

umiałby  wyhodować  drzewka  bonsai  będącego  tak  wierną  miniaturą  wielkiego  drzewa, 

jaką  jest  pęd  wrzośca,  z sęczkami  regularnymi  jak  dziurki  od  guzików.  U stóp  Artura 

rozciągała się istna puszcza, z polankami i uroczyskami. Najniżej rosnący mech stanowił 

poszycie  lasu,  rolę  krzewów  pełniły  porosty.  Tu  i ówdzie  słaniały  się  malowniczo  pnie 

zmurszałych  drzew.  Wrzoścowa  puszcza  miała  nawet  swoje  kwiatki:  szkarłatne, 

woskowate  kuleczki  na  suchych,  szorstkich,  szarozielonych  łodyżkach.  Były  tam  też 

miniaturowe grzybki, psiaki, o kapeluszach wywiniętych do góry, na kształt kieliszków do 

jajek.  A po  chaszczach  grasowały  żuki  w czarnych,  lśniących  pancerzykach,  merdając 

spiczastymi  ogonkami,  kiedy  chciały  sobie  poprawić  skrzydełka.  Odgrywały  w tym 

zaklętym  świecie  rolę  raczej  smoków  niż  lisów  i zajęcy.  Roiło  się  tam  i od  innych 

stworzeń:  zielonych  chrabąszczyków  błyszczących  jak  klejnoty,  pajączków  wielkości 

główki  od  szpilki,  biedronek,  które  wyglądały  jak  świeżo  polakierowane.  W miejscach 

podmokłych  i grząskich  gromadziła  się  brunatna  woda,  zamieszkana  przez  morskie 

smoki:  kijanki  i grzbietopławki.  Mchy  rosły  tu  wyjątkowo  bujnie,  i to  najrozmaitsze: 

jeden  gatunek  miał  cieniutkie  czerwone  łodyżki  z zielonymi  łebkami  i wyglądał  jak 

egzotyczne  zboże  z krainy  Liliputów.  Gdzieniegdzie  widać  było  ślady  pożaru, 

wznieconego naturalnie, przez słońce prześwietlające kroplę rosy niby soczewkę – a nie 

ręką  człowieka,  który  z własnej  woli  wypala  łąki  na  wiosnę,  gdy  pełno  na  nich 

background image

gnieżdżących  się  ptaków.  Na  wrzoścowym  pogorzelisku,  wśród  poczerniałych  kikutów 

minidrzew, widniały rozrzucone, wybielone ogniem skorupki maleńkich ślimaków – nie 

większych niż ziarnko pieprzu – i wyschłe gąbki szarożółtych porostów, które kruszyły się 

pod lada dotknięciem. 

Wrzoścowy  bór  zadziwiał  miniaturowym  ogromem:  tu  unosiły  się  wonie  bagienne, 

ówdzie  –  powiewy  krystalicznie  czystego  powietrza,  które  na  mokradłach  ma  smak 

niepowtarzalny. Żarliwe słońce przytłaczało wprost ten bogaty świat, który zasypiał tylko 

na parę nocnych godzin. A co tam było komarów! 

Artur  myślał  nieraz,  jak  nudno  musi  być  ptakowi  wysiadywać  jaja.  Teraz  pojął,  że 

siedząc  na  gnieździe,  Lyo-lyok  będzie  mogła  podziwiać  cały  oddzielny,  tętniący  życiem 

mały świat, który roztaczał się tuż pod jej dziobem. 

Oświadczył  się  któregoś  popołudnia  na  roziskrzonym  w słońcu  jeziorze  –  bez 

wielkich słów, bo już za dobrze znał życie, ale wytwornie i z nadzieją. Obrzeżone brązem 

bezlistnych  drzew,  wody  jeziora  odbijały  niebo  tym  błękitniej,  przybierając  odcień 

jajeczka  kosa,  chociaż  bez  cętek.  Król  podpłynął  do  Lyo-lyok  z dumnie  uniesionym 

ogonem, wyciągając płasko szyję i głowę, na podobieństwo żmii wodnej. Wyznał jej swoje 

smutki,  grzechy  i uczucia.  Nie  taił,  że  biorąc  ją  za  żonę,  ma  nadzieję  uciec  przed 

Merlinem  i światem.  Lyo-lyok,  jak  zwykle,  nie  okazała  zdziwienia.  Z tak  samo  nisko 

wyciągniętą  szyją  podpłynęła  ku  Arturowi.  Słodycz  jej  spojrzenia  napełniła  go  wielką 

radością. 

Niestety – co łatwo zgadnąć – w tej samej chwili porwała Króla w górę czarna ręka. 

Artur  poczuł,  że  wraca  –  nie  na  skrzydłach,  nie  jak  gęsi  wędrowne  –  w dawny  świat, 

obmierzłym  tunelem  czarów.  Zdążył  tylko  pochwycić  z powierzchni  jeziora  samotne 

piórko – i Lyo-lyok zniknęła mu z oczu. Raz na zawsze. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XVI 

 

 

– Dobra nasza! – wykrzyknął Merlin, zanim jeszcze Artur zdążył się zmaterializować. 

– Możemy wrócić do tematu głównego. Uczeń zaczyna dostrzegać światełko w tunelu. 

– Dajże mu spokój – poprosiła koza. – Patrz, jaką ma nieszczęśliwą minę. 

–  Nieszczęśliwą?  –  fuknął  Merlin.  –  Bzdura!  Nic  mu  nie  jest.  Jak  już  mówiłem, 

możemy wrócić do tematu... 

–  A więc  komunizm...  –  zaczął  krótkowzroczny  borsuk,  któremu  tylko  jedno  było 

w głowie. 

– Nie, nie, kolego! Z bolszewikami już skończyliśmy. Nasz uczeń uzyskał pewne dane 

ilustrujące  zagadnienie  Przemocy.  Musi  z nich  sam  wyciągnąć  wnioski.  Królu,  wybierz 

sobie dowolne zwierzę, a ja ci wyjaśnię, dlaczego toczy ono wojny albo nie. 

– Zapewniam – dodał przymilnym tonem sklepikarza, wciskającego towar klientowi 

–  że  nie  ma  w tym  żadnego  podstępu.  Wybierz,  które  chcesz:  żmiję,  amebę,  antylopę, 

małpę człekokształtną, osła, salamandrę... 

– ...mrówkę, dziką gęś... – wtrącił usłużnie borsuk. 

–  Nie,  nie,  tylko  nie  gęsi.  Gęsi  są  za  łatwe.  Zresztą,  nie  podpowiadajmy  mu,  niech 

sam wybiera. Może być gawron? 

–  Świetnie  –  zgodził  się  borsuk.  –  A więc:  gawrony.  Merlin  rozsiadł  się  wygodnie, 

zetknął czubki palców obu dłoni i głośno odchrząknął. 

–  Po  pierwsze  –  rzekł  –  nim  przystąpimy  do  rozważania  przykładów,  ustalmy 

dokładnie  definicję  pojęcia.  Czym  jest  Wojna?  Wojnę,  jak  mniemam,  możemy 

zdefiniować  jako  zbiorowe,  agresywne  użycie  przemocy  przeciwko  społecznościom  tego 

samego  gatunku.  Podkreślam:  społecznościom,  inaczej  bowiem  możemy  mówić  jedynie 

o bandytyzmie i chuligaństwie. Atak pojedynczego wilka na sforę wilków nie jest jeszcze 

wojną.  A więc:  przemoc  zbiorowa  w obrębie  jednego  gatunku.  Nasza  definicja  nie 

obejmuje  ptactwa  polującego  na  szarańczę,  kotów  łowiących  myszy,  tuńczyków 

żerujących  na  śledziach  ani  ryb  drapieżnych  żywiących  się  innymi  rybami.  Zjawisko 

wojny  musi  bowiem  spełniać  dwa  warunki:  po  pierwsze  –  wspólnota  gatunkowa,  po 

drugie  –  życie  stadne.  Rozważając  przykłady  wojny  występującej  w przyrodzie,  mamy 

więc  do  dyspozycji  tysiące  gatunków  zwierząt,  jak  to:  szpaki,  płotki,  króliki,  pszczoły, 

itepe. Wobec tej mnogości zdumiewa skąpa liczba gatunków wojowniczych. 

–  Jak  ci  się  wydaje  –  zwrócił  się  do  Artura  –  ile  spośród  nich  podejmuje 

zorganizowane działania agresywne przeciwko grupom własnego gatunku? 

background image

Wysłuchawszy odpowiedzi, ciągnął wykład. 

– Masz rację. Wymieniłeś parę owadów, człowieka, pewne mikroby, niektóre krwinki 

(jeśli można je zaliczyć do wspólnego gatunku) – i na tym koniec. Dowodzi to, że, jak już 

kiedyś wspomniałem, z gruntu niemoralne zjawisko wojny jest rzadką anomalią natury. 

A teraz,  uwolniwszy  się  od  nadmiaru  niestosownych  przykładów,  przystąpmy  do 

rozważania szczególnych cech tych gatunków, które podejmują działania agresywne. Co 

stwierdzamy?  Czy  potwierdza  się  zaczerpnięta  od  komunistów  teza  bobra,  iż  wojny 

wywołują gatunki uznające własność prywatną? Przeciwnie: okazuje się, że jest to cecha 

tych  zwierzęcych  społeczności,  które  usiłują  ze  wszech  miar  ograniczyć  własność 

prywatną.  Cecha  mrówek  i pszczół,  które  mają  komunalne  żołądki  i terytoria,  cecha 

człowieka,  który  tworzy  własność  państwową  kosztem  tępienia  swoich  współziomków. 

Tymczasem  ptaki,  które  mają  prywatne  żony,  gniazda  i żerowiska;  króliki  posiadające 

własne  żołądki  i nory;  płotki  zamieszkujące  oddzielne  schronienia,  czy  altanniki 

budujące  własne  skarbce  i ozdobne  tereny  igraszek  –  wszystkie  one  żyją  w pokoju. 

Powiesz może, że gniazdo lub żerowisko to wątpliwy obiekt własności prywatnej? Mylisz 

się:  dla  zwierzęcia  są  one  tym  samym,  czym  dom  i majątek  dla  człowieka.  Ważne,  że 

stanowią  własność  prywatną.  W przyrodzie  posiadacze  własności  prywatnej  żyją 

pokojowo. Wojny toczą wyłącznie ci, co wymyślili własność społeczną. Zauważ, że to, co 

powiedziałem, przeczy doktrynie totalitarnej. 

–  Naturalnie  –  ciągnął  –  właściciele  prywatni  bywają  nieraz  zmuszeni  bronić  swej 

własności  przed  rabusiami  i pasożytami.  Rzadko  doprowadza  to  jednak  do  większego 

rozlewu  krwi,  a wśród  ludzi  sprawa  została  właściwie  rozwiązana,  odkąd  nasz  Król 

przekonał ich do powołania policji. 

– Wiem, wiem, powiesz zaraz, że to nie nacjonalizm spaja wojownicze społeczności, 

że  wojują  one  z innych  powodów  –  na  przykład  dlatego,  iż  wszystkie  są  wytwórcami 

jednego  produktu  albo  wszystkie  są  hodowcami,  albo  rolnikami,  albo,  jak  mrówki, 

gromadzą zapasy  żywności. Nie będę cię  zanudzał omawianiem wszystkich przykładów, 

musisz  je  przeanalizować  sam.  Weźmy  jednak  pierwszy  z brzegu:  pająki.  Są 

największymi  w przyrodzie  wytwórcami  –  a jednak  nie  wojują.  Natomiast  wiele 

wojowniczych gatunków mrówek nie gromadzi żywności. Poszukując, jak w matematyce, 

wspólnego  mianownika,  musisz  w końcu  dojść  do  wniosku,  który  przed  chwilą 

wygłosiłem,  gdyż  jest  on  oczywisty:  główną  przyczyną  wojen  jest  własność  społeczna  – 

zalecana  dziś  powszechnie  przez  wszystkich  demagogów  spod  znaku  tak  zwanego 

Nowego Porządku Świata. 

–  Ale  niepotrzebnie  wybiegam  naprzód,  Wróćmy  do  konkretnych  przykładów. 

Przypatrzmy się, jak żyją gawrony. 

background image

–  Gawron,  podobnie  jak  mrówka,  jest  zwierzęciem  stadnym.  Skrzydlate  osobniki 

łączą się w podniebne społeczności. 

Nacjonalizm  gawronów  ogranicza  się  do  brutalnego  niekiedy  odpędzania  członków 

innych  stad,  jeśli  usiłują  budować  gniazda  na  ich  drzewach.  Nie  zdradzają  jednak 

gawrony  najmniejszej  skłonności  do  traktowania  swych  żerowisk  jako  własności 

społecznej. Każde bogate w ziarno i pędraki pole nawiedzane jest nie tylko przez gawrony 

różnych  stad,  ale  również  przez  okoliczne  kawki  i gołębie,  i nikt  się  o nie  z nikim  nie 

wadzi. Poczucie wspólnej własności ogranicza się u gawronów do gniazdowiska – dlatego 

nie  toczą  wojen.  Uważają  za  naturalne,  że  dostęp  do  surowców  i żywności  reguluje 

zasada prywatnej konkurencji. 

– Wróćmy na chwilę do gęsi. To jedna z najstarszych ras na ziemi, wysoce kulturalna 

i najlepiej zaawansowana pod względem mowy. Gęsi to muzykanci i poeci. Od milionów 

lat  panują  w powietrzu,  choć  nigdy  nie  zrzuciły  ani  jednej  bomby.  Są  monogamiczne, 

zdyscyplinowane,  inteligentne,  uczciwe  i odpowiedzialne.  Choć  żyją  w stadach,  nie 

przyszłoby im do głowy, że którekolwiek stadło lub plemię może rościć sobie pretensję do 

naturalnych  dóbr  tego  świata.  Na  dobrym  rżysku  albo  wrzosowisku  pomieści  się  i dwa, 

i dziesięć  tysięcy  gęsi.  W kluczu  gęsi  zdążających  z żerowiska  na  miejsce  noclegu 

zobaczymy  i białoczelne,  i gęgawe,  i zbożowe,  i bernikle.  Świat  jest  dla  wszystkich. 

A przecież  jak  daleko  gęsiom  do  komunistów!  Niech  no  sąsiad  spróbuje  zagarnąć 

nadgniły  ziemniak  –  zaraz  oberwie  dziobem,  nie  mówiąc  już  o nienaruszalnej 

prywatności  małżonki  i gniazda.  Gęsi,  przeciwnie  niż  mrówki,  nie  wyznają  bowiem 

zasady  wspólnego  żołądka.  Te  przepiękne  stworzenia,  bujające  swobodnie  nad  całą 

powierzchnią  globu,  nie  roszcząc  sobie  doń  najmniejszych  pretensji,  nie  wiedzą,  co  to 

wojna. 

– Przekleństwem człowieka – ciągnął Merlin – jest nacjonalizm: uzurpowanie sobie 

praw  do  coraz  większych  połaci  wolnej  ziemi  jako  do  własności  społecznej.  Wrogowie 

człowieka  to  zagorzali  adwokaci  nacjonalizmu  w Irlandii,  w Polsce,  nawet  w Anglii  –  ci, 

którzy toczą wojny w obronie tak zwanych „praw małych narodów do samostanowienia”: 

owe  grupki  naiwnych  idiotów,  wiedzione  na  pasku  otumanionych  łotrów.  A zresztą,  nie 

zwalajmy  całej  winy  na  Anglików,  Irlandczyków  i Polaków:  wszystkich  nas  to  dotyczy. 

Homo impoliticus jest, w masie swojej, gatunkiem durniów. Pragnę z góry zaznaczyć, że 

mam  prawo  wypowiadać  się  o Anglikach,  gdyż  żyłem  wśród  nich  dobre  parę  stuleci. 

Nawet  jeśli  nie  są  do  końca  zidiociałymi  łotrami,  to  na  pewno  można  ich  nazwać 

otumanionymi  naiwniakami  –  co,  mimo  wszystko,  stawia  ich  w moich  oczach  wyżej  od 

cynicznych  i głupich  tyranów  pokroju  Hunów,  którzy  dziś  właśnie  z nimi  walczą.  Co  do 

tego nie ma dwóch zdań. 

background image

–  Przepraszam  –  wtrącił  się  grzecznie  borsuk.  –  A jak  wygląda  praktyczne 

rozwiązanie tej sprawy? 

– Najprościej w świecie. Należy znieść bariery celne, paszporty i prawa imigracyjne, 

przekształcając ludzkość w federację jednostek. Trzeba unieważnić narody i państwa oraz 

wszystkie  ciała  społeczne  poza  rodziną.  Być  może  niezbędne  stanie  się  globalne 

ograniczenie  wysokości  dochodów,  aby  najbogatsi  nie  stworzyli  z czasem  świata 

w świecie. W każdym razie, na pewno nie zalecam komunizmu, który jest wbrew naturze. 

W ciągu  tysiąca  lat,  jeśli  szczęście  nam  dopisze,  ludzkość  wykształci  wspólny  język,  ale 

najważniejsze,  aby  mieszkaniec  Stonehenge  mógł  w każdej  chwili  spakować  manatki 

i wyruszyć szukać szczęścia w Timbuktu. 

–  Człowiek  stanie  się  zwierzęciem  wędrownym  –  podsumował,  sam  zdziwiony  taką 

konkluzją. 

–  Ależ  to  będzie  katastrofa!  –  zgorszył  się  borsuk.  –  Co  się  stanie  z japońską  siłą 

roboczą? Handel upadnie! 

– Tere-fere-kuku. Wszyscy ludzie mają dwie ręce, dwie nogi i żołądek. Jeśli japoński 

kulis rujnuje cię, zjadając miskę ryżu dziennie, to lepiej sam jedź do Japonii po swój ryż. 

Zrujnujesz wówczas kulisa, który będzie się tymczasem rozbijał po Londynie twoim rolls-

royce’em. 

– To, co proponujesz, jest zamachem na cywilizację! Stopa życiowa spadnie... 

–  Banialuki.  Zauważ,  jak  podniesie  się  stopa  życiowa  kulisa.  Jeśli  okaże  się  on 

zdolnym  człowiekiem  i wejdzie  z tobą  w równą  konkurencję,  to  trzeba  mu  tylko  życzyć 

szczęścia. Takich nam potrzeba. Co zaś do cywilizacji, której tak bronisz – spójrz na nią. 

– Dojdzie do rewolucji gospodarczej! 

– Wolisz koniec świata? Każda zdobycz kosztuje, mój borsuku. 

– Rzeczywiście – spotulniał nagle borsuk. – Nic innego ludziom nie pozostaje. 

– A widzisz. Zresztą, zostaw na chwilę człowieka i jego drobne kłopoty, a przyjrzyj się 

sobie  i dwustu  pięćdziesięciu  tysiącom  innych  gatunków  zwierząt.  Wszystkie  mają  jakiś 

tam zmysł polityczny. Wybór jest prosty: mrówka czy dzika gęś? Nasz Król będzie musiał 

po powrocie w świat ludzi jasno określić swoje stanowisko. 

Borsuk, wróg wszelkiej przesady, ostro przeciw temu zaprotestował: 

–  Jak  to?  Człowiek  miałby  wybierać  między  mrówką  a gęsią?  Chyba  się 

zagalopowałeś. Po pierwsze, człowiek nigdy nie będzie ani mrówką, ani gęsią, a po wtóre 

– wiemy przecież, że mrówki nie skarżą się na swój los. 

Merlin ripostował natychmiast: 

–  Drobne  wyjaśnienie.  Użyłem  metafory.  Chodzi  o to,  że  przed  każdym  gatunkiem 

stoi  tylko  jedna  alternatywa:  rozwój  własną  drogą  ewolucyjną  albo  zagłada.  Mrówki 

background image

miały do wyboru: pozostać mrówkami lub zginąć. To samo gęsi. Nie uważam, że mrówki 

się mylą, a gęsi mają rację. Cechą mrówki jest mrówkość, a cechą gęsi – gęsiość. W myśl 

tej  samej  teorii,  człowiek  ma  do  wyboru:  zginąć  lub  być  człowiekiem.  Wybór 

człowieczeństwa  zasadza  się  w znacznej  mierze  na  inteligentnym  rozwiązaniu  kwestii 

wojny  i przemocy,  które  badaliśmy  dotąd  na  przykładach  innych  gatunków  stworzeń. 

Oto, co Król winien zakomunikować swoim współbraciom. 

Archimedes chrząknął znacząco. 

–  Jeśli  łaska,  Mistrzu,  czy  widzisz  dzisiaj  w przyszłość  dość  wyraźnie,  aby  nam 

zdradzić, czy Królowi się powiedzie? 

Merlin poskrobał się po głowie i przetarł okulary. 

–  W końcu  kiedyś  mu  się  powiedzie  –  rzekł  z ociąganiem.  –  Na  pewno. 

W przeciwnym  razie  jego  rasa  wymrze  jak  amerykańskie  dzikie  gołębie,  których,  nota 

bene,  było  swego  czasu  o wiele  więcej  niż  ludzi,  a jednak  wystarczyło  jakieś  dziesięć  lat 

pod sam koniec dziewiętnastego wieku, by wymarły do cna. Czy się jednak powiedzie tym 

razem,  czy  następnym  –  to,  wybaczcie,  jest  dla  mnie  niejasne.  Gdy  się  żyje  wstecz, 

a myśli do przodu, teraźniejszość okropnie się mąci. Dlatego taki ktoś jak ja woli uciekać 

w dziedzinę abstrakcji. 

Merlin  zaplótł  dłonie  na  brzuchu,  wyciągnął  nogi  do  ognia  i,  wzdychając  nad  swoją 

dziwną sytuacją w Czasie, wyrecytował fragment z ulubionej książki: 

„Przed  moimi  oczami  rozgrywały  się  dzieje  śmiertelnych  najrozmaitszych  ras... 

Królowie i królowe, cesarzowie i republikanie, patrycjusze i plebejusze defilowali tłumnie 

pod  prąd  czasu...  Czas  pędził  wstecz,  ukazując  zawrotne  panoramy.  Wielcy  tego  świata 

umierali,  zanim  zyskali  sławę.  Królowie  pozbawiani  byli  tronów  przed  koronacją.  Nero, 

ród  Borgiów,  Cromwell,  Asquith  i jezuici  stopniowo  tracili  fatalną  reputację.  Moja 

ojczyzna  przemieniała  się  z wolna  w barbarzyńską  Brytanię,  Bizancjum  cofnęło  się 

w Rzym, Wenecja – w Henetian Altino, a Hellada pogrążyła się w migracyjnym chaosie. 

Krew się lała, zanim zadano cios”. 

Porywający  cytat  uczczono  chwilą  milczenia,  po  czym  koza  podjęła  wcześniejszy 

temat: 

– Mów sobie, co chcesz, a ja twierdzę, że on ma bardzo nieszczęśliwą minę. 

Wszyscy  bacznie  przyjrzeli  się  Królowi  po  raz  pierwszy  od  jego  powrotu  z krainy 

czarów – i słowa uwięzły im w gardłach. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XVII 

 

 

Artur  też  na  nich  patrzył.  W dłoni  trzymał  piórko  –  wspomnienie  pięknych  chwil. 

Wyciągnął je bezwiednie przed siebie jak miecz, jakby się bronił przed zwierzętami. 

–  Nie  wracam  –  oświadczył.  –  Znajdźcie  sobie  nowego  wołu  do  kieratu.  Po  coście 

mnie tu w ogóle sprowadzili? Czemu miałbym umierać za Człowieka, skoro wy sami tak 

źle  o nim  mówicie?  Bo  wrócić  tam  –  znaczy  umrzeć,  to  wiadomo.  Macie  zupełną  rację: 

ludzie są podli i głupi. Zadali mi już wszystkie ciosy, oprócz śmiertelnego. Czemu głupcy 

mieliby  nagle  posłuchać  głosu  rozsądku  i złożyć  broń?  Nie  zrobią  tego:  ukatrupią  mnie 

i koniec, jak mrówki albinosa. 

–  A ja,  Merlinie  –  podniósł  głos  do  krzyku  –  boję  się  śmierci!  Ja  nie  chcę  umierać, 

ponieważ jeszcze nie żyłem! Nigdy nie miałem własnego życia, nigdy nie miałem czasu na 

odkrywanie piękna, teraz je odkrywam. To ty, Merlinie, ukazujesz mi piękno, a potem je 

odbierasz! Traktujesz  mnie jak pionka na szachownicy! Kto ci dał  prawo dysponowania 

moją duszą, okradania mnie z własnych myśli? 

–  Ach,  drogie  zwierzęta!  –  ciągnął  z rozpaczą.  –  Zawiodłem  was,  wiem.  Lecz, 

wybaczcie, nie zniosę już jarzma, gdyż dźwigałem je zbyt długo. Czemu miałbym zostawić 

Lyo-lyok? Jak dobrze wiecie, nigdy nie wyróżniałem się mądrością, jedynie cierpliwością, 

ale nawet cierpliwość ma swoje granice. 

Nikt  nie  śmiał  odpowiedzieć,  nikt  nie  znalazł  słów.  Artur  szalał,  bronił  się 

rozpaczliwie, targany poczuciem winy i niespełnionej miłości. 

–  Wy,  to  co  innego,  wy  jesteście  mądre.  Znacie  długie  słowa  i umiecie  nimi 

żonglować.  Bawi  was  układanie  pięknych  zdań.  Lecz  czy  pamiętacie,  że  przedmiotem 

waszej  radosnej  paplaniny  jest  ludzka  dusza  –  moja  dusza,  jedyna,  jaką  mam?  A wy  ją 

przekreślacie  jednym  słowem.  Lyo-lyok  także  ma  duszę.  Kto  wam  dał  boskie  prawo 

igrania  z przeznaczeniem;  kto  wam  dał  władzę  nad  sercem  drugiej  istoty,  że  je  możecie 

przywołać  lub  odwołać?  Ani  myślę  babrać  się  dłużej  w waszych  brudnych  sprawkach. 

Dość  mam  waszych  obmierzłych  planów.  Odchodzę  do  dzikich  gęsi,  tam  umrę 

spokojnie... 

Głos Króla załamał się żałośnie, jak prośba żebraka. Artur osunął się na oparcie fotela 

i ukrył twarz w dłoniach. 

Pośrodku  komnaty  stał  jeż.  Mały,  bojowy,  grubiański,  zapchlony  jeż:  zacisnął 

w piąstki  fioletowe  łapki,  zadarł  buńczucznie  spiczasty  nos  i,  sapiąc  wściekle,  strasząc 

igły pełne najrozmaitszych śmieci, natarł na Wysoką Komisję: 

background image

–  A dajta  wy  mu  wreszcie  spokój,  co?  Zajmijta  sie  swoimi  sprawami.  Co  sie  chłopa 

czepiacie! 

To rzekłszy, stanął między swoim idolem a resztą towarzystwa, gotów bronić Artura 

przed każdym, kto chciałby się doń zbliżyć. 

– Patrzcie no ich! – szydził. – Prokuratory od siedmiu boleści! Ponckie Piłaty! Bedom 

sońdzić  Człowieka!  Parle-parle,  sucho  w garle!  Niech  no  sie  który  ruszy,  to  jak  go 

zamaluje w ten głupi łeb... 

Merlin spróbował łagodzić sytuację. 

– Ależ nikt tu nie chce nikogo do niczego zmuszać... 

Jeż podszedł do niego, wystawił wilgotny, rozdygotany nochal, dotykając nim prawie 

okularów czarodzieja, i fuknął z całej siły! Merlin cofnął się z obrzydzeniem. 

– Jasne! – szydził jeż. – Nik nikogo nie zmusza. Tylko sie jakoś nie pamienta, że gość 

też ma prawo cóś chcieć! 

Odwrócił  się  do  zrozpaczonego  Króla  i ruszył  ku  niemu,  lecz  ze  względu  na  swoje 

pchły zatrzymał się w bezpiecznej odległości. 

–  Mistrz  ma  racje.  Dosyć  tego.  Niech  mistrz  lepiej  idzie  w świat  z brzydkim  jeżem. 

Nawdycha  sie  Mistrz  świeżego  powietrza,  poleży  Mistrz  na  gołej  ziemi...  Niech  Mistrz 

wcale nie słucha tych mondralów. Niech sie same uczom, aż im sie znudzi. A my sobie we 

dwóch pójdziem w pole, popatrzym sie w niebo... 

Artur  wyciągnął  dłoń  do  jeża,  który  przyjął  ją  z nabożną  czcią,  wytarłszy  wpierw 

własną łapę o kolce na grzbiecie. 

– Jestem zwierze parszywe – obwieścił z dumą – ale ućciwe. 

Jeż i Król, ręka w rękę, ruszyli do wyjścia. W progu jeż odwrócił się i spojrzał po sali. 

– Orewuar! – skłonił się Wysokiej Komisji z ironiczną pogardą. – Żebyście tylko nie 

zdemolowali świata, zanim sie wrócim! I nie urzońdzili nowego! 

Zgnębionemu Merlinowi złożył oddzielny błazeński ukłon: 

– Żegnamy boga ojca! 

-1 syna bożego! – krzyknął do Archimedesa, który, wyprężony jak struna, przymknął 

oczy i odwrócił głowę. 

– I ducha świentego tyż! – rzucił na odchodnym nieszczęsnemu borsukowi. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XVIII 

 

 

Cóż może być przyjemniejszego, niż znaleźć się na wsi wiosenną nocą, a jeszcze lepiej 

tuż  przed  pierwszym  brzaskiem  –  i do  tego  samemu?  Słyszeć  wiatr  buszujący  po 

krzakach, mlaskanie pasących się krów (ale to dopiero, gdy się na którąś niemal wpadnie 

po ciemku), tajemnicze szelesty liści, dziwne chrobotania i odgłosy skubania trawy, szum 

krwi we własnych żyłach; widzieć w mroku groźne zarysy drzew i pagórków, a na niebie 

gwiazdy,  sunące  gładko  po  dobrze  naoliwionych  orbitach;  gdy  w oddali  rozbłyśnie 

samotne  światełko  jakiejś  chaty,  oznajmiając  czyjąś  chorobę  lub  wczesną  pobudkę  do 

niewiadomych  zajęć;  gdy  rozlegnie  się  stukot  końskich  kopyt  i zaskrzypi  stary  wóz 

drabiniasty, zdążający na targ, choć woźnica drzemie jeszcze na koźle, zakutany w worki; 

gdy zabrzęczą łańcuchy psów gospodarskich, lisica szczeknie krótko na pożegnanie nocy, 

a sowy umilkną – wtedy, bracie, najlepiej jest żyć i mieć oczy i uszy otwarte, chociaż inni 

ludkowie chrapią smacznie w ciepłych pieleszach, zdani na łaskę snu. 

Wiatr  ustał.  Gwiezdny  pył  rozproszył  się  po  nieboskłonie  niczym  nuty  w bezgłośnej 

muzyce.  Majestatyczne  wzgórze,  na  które  wspinali  się  człowiek  i jeż,  wznosiło  się  przed 

nimi jak horyzont. 

Mały  jeż  dreptał  mozolnie,  potykając  się  o kępy  traw,  klnąc  pod  nosem,  ilekroć 

wdepnął  w kałużę,  i z  ciężkim  sapaniem  pokonując  niewinne  kopczyki.  Znużony  Król 

pomagał  mu  na  najtrudniejszych  odcinkach,  przenosił  na  twardszy  grunt  lub  popychał 

z tyłu, rozczulony widokiem miękkich, bezbronnych łapek towarzysza. 

– Wielkie dzieńki – sapał za każdym razem jeż. – Stokrotne dzieńki. 

Doszli wreszcie na szczyt i usiedli: jeż łapał oddech, a stary Król podziwiał panoramę. 

W  dole,  pod  zachodzącym  księżycem  w trzeciej  kwadrze,  z wolna  wyłaniała  się 

z mroku  jego  Anglia  –  królestwo  Gramarii.  Sięgało  ono  aż  po  krańce  północy,  aż  po 

legendarne  Hebrydy.  Anglia.  Ojczyzna  Króla  Artura.  W blasku  księżyca  cienie  drzew 

przerastały  same  drzewa,  ciche  wstążeczki  rzek  lśniły  rtęciowo,  pomniejszone 

perspektywą pastwiska były gładkie jak aksamit, a nad wszystkim wisiała lekka, poranna 

mgła.  Artur  czuł,  że  rozpoznałby  ten  pejzaż  nawet  po  ciemku.  Wiedział,  że  tam  płynie 

rzeka Severn, tam morze wdziera się w głąb lądu, a tam są góry – chwilowo niewidoczne, 

ale  zawsze  obecne,  ojczyste.  Na  tamtym  polu  z pewnością  pasie  się  biały  koń,  a na 

okalającym je żywopłocie schnie pranie. Tak było zawsze, więc tak musiało być. 

Ogarnęło go jakieś dziwne, rzewne zachwycenie samym życiem – byciem, i pomyślał: 

nieważne,  co  jest  dobre,  a co  złe,  bo  najwyższym  prawem  istot  żywych  jest  życie.  Nagle 

background image

zatęsknił do świata w dole, nie dlatego, że świat ten był dobry albo zły, lecz dlatego, że po 

prostu był – a w nim cienie kopiastych stogów siana o zachodzie słońca; dzwonki owiec 

i śmieszne  ogonki  jagniątek;  chmury  chroniące  za  dnia  przed  żarem  słońca;  stada 

zielonozłotych  siewek,  buszujących  po  pastwiskach  za  robakami  i znienacka,  jak  na 

komendę,  wzlatujących  prosto  pod  wiatr;  staropanieńskie  czaple,  o których  David 

Garnett  mówi,  że  spinają  koki  rybią  ością  –  ptaki  tak  płochliwe,  że  mdleją,  gdy  się 

podkraść  i krzyknąć  „bum!”;  i niebieskawe  smugi  dymów  z chat,  szybujące  prosto 

w niebo;  i gwiazdy,  jeszcze  jaśniejsze,  gdy  odbijają  się  w kałuży;  i same  kałuże, 

i rynsztoki,  i śmietniska,  na  których  wyrastają  dzikie  maki;  i łososie  baraszkujące 

w strumieniach;  i świeczki  kasztanowców,  które  z pierwszym  balsamicznym  tchnieniem 

wiosny wyskakują z pąków jak diabełek z tabakierki, rozczapierzając na postrach wiotkie 

płatki; i kawki budujące gniazda – bo zawieszona w powietrzu kawka z gałązką w dziobie 

jest stokroć piękniejsza nawet od gołębicy niosącej gałązkę oliwną  do Arki Noego;  i jest 

jeszcze dar snu pod srebrnym księżycem – najcudniejsze błogosławieństwo, którego Pan 

Bóg co dzień udziela światu. 

Pojął, że kocha tę ziemię – bardziej niż Ginewrę, bardziej niż Lancelota, bardziej niż 

Lyo-lyok. Była ona jego matką – i córką. Znał mowę jej ludu. Znał na pamięć jej geografię 

–  dobrze  wiedział,  jak  zmieniałby  się  pod  nim  krajobraz,  gdyby  mógł  przefrunąć 

błyskawicznie  jak  dzika  gęś  (wszak  był  nią  niedawno)  z Walii  do  Szkocji.  Znał  sposób 

myślenia  prostych  ludzi:  umiał  przewidzieć,  co  odpowiedzą  na  to  lub  owo,  nim  jeszcze 

zadał im pytanie. Był ich królem. A oni – jego ludem. Czuł się za nich odpowiedzialny – 

i za stultus, i zaferox – tak jak wzięty w niewolę gęsi admirał czuł się odpowiedzialny za 

ptactwo w kurniku. Nocą ludzie nie byli krwiożerczy: nocą ludzie spali. 

Anglia leżała u stóp starego Króla niczym śpiące dziecko. Gdy wstanie, znowu zacznie 

wrzeszczeć,  tupać,  psuć  wszystko  dookoła,  zabijać  motyle,  ciągnąć  koty  za  ogony  i na 

wszelkie  inne  sposoby  demonstrować,  kto  tu  jest  panem.  Ale  we  śnie  jej  dyktatorskie 

zapędy  gdzieś  się  ulatniały.  Leżała  cicha,  bezbronna  –  właśnie  jak  małe  dziecko,  ufne 

w to, że świat pozwoli mu spać spokojnie. 

Artur  dostrzegł  nagle  całe  piękno  ludzi,  a nie  ich  ohydę.  Pomyślał  o zastępach 

męczenników  –  młodych  mężczyzn,  niejednokrotnie  tuż  po  ślubie,  którzy  na  ochotnika 

szli  ginąć  za  cudzą  sprawę  na  błotnistych  polach  bitewnych,  pod  Bedegraine  i gdzie 

indziej. Szli, bo wierzyli w słuszność sprawy. Szli, nienawidząc wojny. Może istotnie byli 

młodzi i głupi, może sprawa, za którą oddali życie, nie była tego warta – lecz ich głupota 

wynikała  z niewinności.  Z głupiej  niewinności  dokonywali  czynów  bohaterskich,  nie  na 

własną chwałę. 

Pomyślał o tych wszystkich, którzy się dobrowolnie poświęcali: o uczonych ginących 

background image

za  prawdę  śmiercią  głodową,  o poetach  gardzących  łatwym  poklaskiem,  o rodzicach  za 

wszelką cenę ratujących życie dzieci, o lekarzach i świętych mężach, którzy umarli, niosąc 

pomoc  innym,  o milionach  uczestników  wypraw  krzyżowych,  którzy  szli  na  krucjatę 

z głupoty i ginęli z głupoty – ale mieli dobre intencje. 

Tak,  liczą  się  tylko  dobre  intencje!  Ta  nadzwyczajna,  rzadka,  osobliwa  cecha 

człowieka: bezinteresowny upór, który każe pisarzom i naukowcom głosić prawdę nawet 

za cenę śmierci. Epur si muove – powiedział Galileusz – a jednak się kręci! Gotowi byli 

spalić go na stosie za uporczywe głoszenie nonsensownej tezy, że Ziemia kręci się wokół 

Słońca  –  a jednak  nie  zamilkł,  gdyż  prawdę  cenił  wyżej  niż  własne  życie.  Prawda. 

Dociekanie  tego,  co  Jest.  Oto  właśnie  zadanie  na  miarę  człowieka,  na  miarę  Anglików, 

tych  jego  ukochanych,  śpiących,  bezbronnych  Anglików.  Może  i byli  głupi,  agresywni, 

niepolityczni,  niepoprawni  –  lecz  w tej  ciemnej  masie  zdarzały  się  jednostki  –  jakże 

nieliczne, za to jakże wspaniałe – które się nie ulękły tortur, kata, zagłady, stając śmiało 

w obronie sprawy większej niż życie. Czymże jest prawda? – pytał drwiąco Piłat. A jednak 

od tysięcy lat młodzi głupcy giną w imię prawdy, i ginąć będą dalej, przez następne tysiąc 

lat.  Ich  prawda  nie  zawsze  musi  być  słuszna,  tak  jak  słuszną  okazała  się  prawda 

Galileusza.  Ważne,  że  ci  nieliczni  męczennicy  ginący  w imię  prawdy  tworzą  wielkość 

człowieka – rzecz cenniejszą niż wszystkie inne skarby pod słońcem. 

Lecz  zaraz  ogarnęła  Artura  nowa  fala  smutku,  na  myśl  o przebudzeniu  uśpionego 

dziecka  –  owej  okrutnej,  bezmyślnej  większości,  w której  męczennicy  za  prawdę 

stanowią  tak  rzadkie  wyjątki.  A jednak  się  kręci!  Jak  mało,  jak  żałośnie  mało  jest  tych, 

którzy gotowi są bronić tego stanowiska. 

Miał  ochotę  zapłakać  nad  małością  świata,  nad  jego  potwornością,  tak  przecież 

żałosną. 

– Przyjemne miejsce, no nie? – zauważył jeż. 

– Szkoda ludzisków – westchnął Artur. – Ale co ja mogę dla nich zrobić? Nic... 

–  Jak  to  nic,  Mistrzu?  Odwaliłeś  robótkę  pierwsza  klasa.  W dolinie  obudziła  się 

pierwsza chata. Łypnęła światłem z okna. Artur wyobraził sobie człowieka, który zapalił 

łuczywo:  pewnie  to  kłusownik,  ślamazarny,  niezdarny  i cierpliwy  jak  borsuk;  wzuwa 

właśnie ciężkie buciory. 

– Waszamość Królu? – zagadnął jeż. 

– Mówi się waszmość, a nie waszamość. 

– Waszmość Królu? 

– Czego tam znowu? 

– Pamięta waszamość, jakeśmy sobie drzewiej do spółki śpiewali? 

– Jakżeby nie! „Mosteczek”, „Genowefę” i tego, no, jak mu tam... 

background image

– „Dom, mój dom”. Król nagle posmutniał. 

– Zaśpiewajmy sobie jak dawniej, co, waszamość? Król kiwnął głową. 

Jeż  wstał  dziarsko  i w  blasku  księżyca  przyjął  godną  pozę  śpiewaka:  na  baczność, 

przednie  łapki  splecione  na  brzuszku,  wzrok  wbity  w przestrzeń.  Tak  przygotowany, 

czystym, choć nie szkolonym tenorem, odśpiewał Królowi Anglii „Dom, mój dom”. 

Banalna  melodyjka  odleciała  w przestrzeń  –  a jednak  w blasku  księżyca,  na  szczycie 

góry  z widokiem  na  całe  królestwo,  wcale  nie  brzmiała  banalnie.  Jeż  szurał  łapkami, 

pochrząkiwał i wyraźnie miał chęć na dalsze występy. Król jednak milczał. 

– Za pozwoleniem... – bąknął nieśmiało jeż – znam jeszcze jednom... 

Odpowiedzi nie było. 

– Jakem się dowiedział, że waszamość przyjeżdża, wyuczyłem się nowej pioseneczki. 

Niby, na powitanie. Ten tam, Marian, mnie nauczył. 

– Śpiewaj – poddał się Król. Wyciągnął się na murawie. Było mu wszystko jedno. 

A  jeż  stanął  na  szczycie  Anglii,  uniósł  dumnie  miecz  ułamanej  gałązki  i z  wzorową 

dykcją 

(której 

wyuczył 

się 

pilnie 

od 

Merlina), 

do 

muzyki 

przyszłości 

(dziewiętnastowiecznej melodii Parry’ego), jął wznosić śpiewem (za Williamem Blakiem) 

Nowe Jeruzalem: 

Dajcie mi łuk mój z płomiennego złota. Dajcie mi strzały rącze pożądaniem. Dajcie 

mi  włócznię  moją.  Precz,  ciemnota!  Niech  na  ognistym  wzniosą  się  rydwanie.  Bo 

w walce  mojej  myślnej  nie  ustanę  Miecz  mój  nie  spocznie  –  aż  w onej  godzinie  Gdy 

wybuduję Nowe Jeruzalem W zielonej Anglii, w tej cudnej krainie. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XIX 

 

 

Blade twarze skupionej przy kominku Wysokiej Komisji jak na komendę zwróciły się 

ku drzwiom i sześć par zawstydzonych oczu  spojrzało na Artura. Lecz w progu stał ktoś 

inny: Król Anglii. 

Obyło się bez słów: wszystko zdołali wyczytać z jego twarzy. 

Wstali, jeden po drugim, zbliżyli się pokornie i obstąpili go kołem. Merlin – o dziwo 

–  był  teraz  zgrzybiałym  staruszkiem  z drżącymi  rękami.  Co  chwila  smarkał  w myckę, 

spod  której  sypały  się  zasuszone  myszy  i żaby.  Borsuk  szlochał  gorzko,  bezwiednie 

zlizując  łzy  z koniuszka  nosa.  Archimedes  ze  wstydu  odwrócił  głowę  o całe  sto 

osiemdziesiąt  stopni.  Kawałł  miał  minę  udręczoną.  Zaskroniec  złożył  zasmarkany 

pyszczek na królewskim bucie. A Balin mrugał okiem z szybkością telegrafu. 

– Boże chroń Króla! – zawołali chórem. 

– Możecie siadać. 

Poczekali  z szacunkiem,  aż  Król  zajmie  honorowe  miejsce  i obsiedli  go  z obu  stron, 

jako Rada Przyboczna. 

–  Wkrótce  wracamy  do  kraju  –  oznajmił  Król.  –  Zanim  to  jednak  nastąpi,  mamy 

kilka pytań. Po pierwsze: uprzedzano nas,  że w Anglii zacznie niebawem działać niejaki 

John Bali, głoszący niesłuszny podobno w świetle wiedzy przyrodniczej pogląd, iż ludzie 

powinni żyć jak mrówki. Chcielibyśmy wiedzieć, czemu ów pogląd jest niesłuszny? 

Merlin powstał. Zdjął kapelusz. 

–  To  kwestia  moralności  gatunku,  Wasza  Wysokość.  Komisja  jest  zdania,  że  każdy 

gatunek  zwierząt  winien  kierować  się  zasadami  własnej  specjalizacji.  Słoń  ma  dbać 

o trąbę,  a żyrafa,  inaczej  mówiąc  kameleopard  –  o szyję.  Niemoralnym  byłoby  żądać  od 

słonia, aby latał, gdyż nie ma on skrzydeł. Specjalnością człowieka – cechą wykształconą 

u niego  jak  szyja  u żyrafy  –  jest  neopallium.  Jest  to  ta  część  mózgu,  która  nie  rządzi 

instynktami,  lecz  pamięcią,  dedukcją  i myśleniem  abstrakcyjnym:  dzięki  niej  człowiek 

jest świadom samego siebie i własnej odrębności od innych istot. U zwierząt i osobników 

prymitywnych  cecha  ta  występuje  niezmiernie  rzadko.  Stąd  wniosek,  że  wszelkie  formy 

kolektywizmu są sprzeczne ze specjalizacją gatunkową człowieka. 

–  Z tego  właśnie  powodu  –  ciągnął  wolno  stary  czarodziej,  przymykając  znużone, 

jasnowidzące,  sępie  oczy  –  żyjąc  wstecz  na  przestrzeni  niewesołych  wieków,  toczę 

nieustannie  swoją  małą  prywatną  wojnę  z przemocą  we  wszystkich  jej  postaciach  i, 

słusznie  czy  niesłusznie,  wciągam  w nią  inne  osoby.  Dlatego  swego  czasu  nauczyłem 

background image

Waszą  Wysokość  gardzić  żądnymi  burdy  awanturnikami,  przeciwstawiać  się  Sile  Pięści 

Siłą  Rozumu,  ufać  potędze  Sprawiedliwości  i usilnie  dążyć  –  co  czyniliśmy  wspólnie 

dzisiejszej nocy – do zrozumienia przyczyn naszej krucjaty. Wojna jest bowiem w świecie 

żywiołem nieposkromionym. Siła fizyczna sama w sobie nie jest złem. Taki boa-dusiciel, 

będący  jednym  wielkim  potężnym  mięśniem,  powie  przecież,  że  Siła  jest  dobrem. 

Mrówka,  zgodnie  z własną  naturą,  stwierdzi  słusznie,  że  Jednostka  jest  niczym  wobec 

Państwa. 

Człowiek 

natomiast, 

wyspecjalizowany 

przez 

swe 

szare 

komórki 

w samoświadomości,  nie  gorzej  niż  wspomniany  boa-dusiciel  w sile  mięśni,  będzie  miał 

słuszność  mówiąc,  że  najważniejsza  jest  Prawda  i Uczciwość,  a nie  Siła;  że  Jednostka 

ważniejsza jest zatem od Państwa – tak dalece ważniejsza, że może obejść się bez niego. 

Niech  się  boa-dusiciel  napawa  swą  siłą:  zapasy,  walka,  przemoc  –  to  jego  naturalny 

żywioł.  Zostawmy  mrówkom  głoszenie  chwały  państwa  totalitarnego  –  to  ich  słuszne 

prawo.  A człowiek  niech  się  specjalizuje  w człowieczeństwie  –  i to  nie  z powodu 

wątpliwych definicji Dobra i Zła, lecz z nakazu natury, aby każdy gatunek rozwijał własne 

cechy. Komisja jest zdania, że Przemoc w świecie ludzi nigdy nie jest słuszna, że Państwo 

w żadnych  warunkach  nie  przewyższa  Jednostki,  a przyszłością  ludzkości  jest 

indywidualizm. 

– Czy mógłbyś powiedzieć mi coś więcej na temat mózgu? 

–  Oczywiście,  Wasza  Wysokość.  W tej  starej  puszce  dzieją  się  cuda  niezliczone,  lecz 

my  ograniczymy  się  tylko  do  dwóch  obszarów  kresomózgowia:  kory  nowej  i ciała 

prążkowanego.  To  drugie,  mówiąc  najprościej,  zawiaduje  instynktem  i funkcjami 

motorycznymi. Kora nowa natomiast jest siedliskiem rozumu, na cześć którego gatunek 

nasz  nazwano  sapiens.  Posłużę  się  metaforą,  choć  to  często  upraszcza  sprawę  i wiedzie 

na  manowce.  Ciało  prążkowane  działa  jak  pojedyncze  lustro,  a sterowane  przezeń 

instynktowne  reakcje  są  jak  lustrzane  odbicia  obiektu  wysyłającego  bodźce.  Kora  nowa 

natomiast działa jak zespół dwóch luster, które odbijają się w sobie wzajemnie, a dzięki 

temu  wiedzą  nawzajem  o swoim  istnieniu.  Człowieku,  poznaj  sam  siebie!  –  jak 

powiedział ktoś mądry, nie pamiętam kto, a poeta powtórzył za nim: „Sam człowiek jest 

właściwą  nauką  człowieka”*.  A to  wszystko  dzięki  szarym  komórkom.  U innych 

obdarzonych  mózgiem  zwierząt,  ciało  prążkowane  ma  zdecydowaną  przewagę 

objętościową nad korą mózgową. Poza człowiekiem, tylko nieliczne stworzenia zdolne są 

do  samoświadomości.  A nawet  u ludów  prymitywnych  rozróżnienie  między  sobą 

a otoczeniem  nastręcza  jednostce  spore  trudności:  dziki  Indianin,  jak  może  słyszałeś, 

czuje się tak dalece częścią przyrody, że gdy chce skłonić chmury do spuszczenia deszczu 

–  pluje  na  ziemię.  System  nerwowy  mrówki  jest  systemem,  że  posłużę  się  naszą 

metaforą, „jednolustrzanym”: dlatego mrówce 

background image

*  Aleksander  Pope,  Wiersz  o człowieku,  tłum.  Ludwik  Kamiński  przystoi  być 

komunistą,  zagubić  się  w tłumie.  Jednak  umysł  człowieka  cywilizowanego  to  podwójne 

lustro,  wzajemnie  się  w sobie  przeglądające,  i dlatego  człowiek  cywilizowany  nigdy  nie 

zdoła do końca wyrzec się siebie i wtopić w masy proletariatu. Musi zachować własne j a 

i wszystkie  jego  atrybuty,  w tym  egoizm  i własność  prywatną.  Proszę  łaskawie  darować 

porównanie z mrówką, jeśli Wasza Wysokość uznał je za niestosowne. 

– Czy gęś ma korę mózgową? 

Merlin wstał na nowo, bo zdążył już usiąść. 

–  Owszem,  nawet  dość  dobrze  rozwiniętą,  jak  na  ptaka.  Mrówki  natomiast  mają 

w mózgu tylko ciało prążkowane i całkiem inny układ nerwowy. 

–  Moje  drugie  pytanie  dotyczy  wojny.  Na  tym  forum  wiele  mówiło  się  o tym,  że 

wojnom należy położyć kres, ale nie wysłuchaliśmy, że tak powiem, zdania samej wojny: 

może dałoby się coś powiedzieć na jej korzyść? Chcielibyśmy to usłyszeć. 

Merlin postawił na ziemi swą spiczastą czapkę i szepnął coś na ucho borsukowi, który 

bezzwłocznie  podreptał  do  stosu  akt  i –  ku  zdumieniu  wszystkich  –  wrócił  zaraz, 

z właściwym dokumentem. 

–  Wasza  Wysokość  –  podjął  Merlin.  –  Kwestia  ta  od  dawna  zajmuje  uwagę  naszej 

Komisji. Pozwoliliśmy sobie sporządzić niniejszą tabelę plusów i minusów wojny. Wasza 

Wysokość pozwoli, że zacytuję. 

Odchrząknął i uroczyście oznajmił: 

– Plusy. 

– Wojny, rzecz jasna – dodał usłużnie borsuk. 

–  Punkt  pierwszy  –  czytał  Merlin.  –  Wojna  sprzyja  literaturze  i romansom.  Bez 

wojny nie byłoby ani Rolanda, ani Machabeuszy, ani Lawrence’a z Arabii. Bez wojny nie 

mielibyśmy  Krzyża  Wiktorii  ani  innych  orderów  za  odwagę.  Wojna  jest  kuźnią  tak 

zwanych  męskich  cnót,  jak  bohaterstwo  i solidarność.  Trudno  całkowicie  odmówić 

wojnie romantyzmu. Bez wojny, powtarzam, nie powstałaby połowa światowej literatury. 

Sztuki Szekspira, jak doskonale wiemy, są naszpikowane wojną. 

–  Po  drugie  –  ciągnął  –  wojna  reguluje  przyrost  naturalny,  choć  jest  regulatorem 

brutalnym  i w  gruncie  rzeczy  mało  skutecznym.  Tenże  Szekspir,  który  miał  poglądy  na 

wojnę  bliskie  Niemcom  i ich  czołowemu  apologecie,  Nietzschemu,  powiada  w jednej  ze 

swych  sztuk,  że  wojna  leczy  krwią  chorą  ziemię  i oczyszcza  świat  z nadmiaru  ludzkości. 

Z całym szacunkiem, nasz wieszcz dziwnie ciepło traktował wojnę. Dla mnie Król Henryk 

Kto  najobrzydliwsza  sztuka  w dziejach  dramatu,  a sam  Henryk  budzi  moje  skrajne 

obrzydzenie. 

–  Po  trzecie:  wojna  to  wentyl  dla  ludzkiej  gwałtowności,  a ponieważ  człowiek 

background image

w gruncie  rzeczy  jest  jeszcze  dzikusem,  wentyl  taki  bywa  mu  niezbędny.  Komisja  na 

podstawie wnikliwych badań historycznych ustaliła, że gdy człowiekowi zabronić jednych 

form  okrucieństwa  –  natychmiast  znajdzie  sobie  inne.  W wieku  osiemnastym 

i dziewiętnastym,  gdy  udział  w wojnach  ograniczał  się  do  zawodowych  armii, 

rekrutowanych  spośród  kryminalistów,  reszta  społeczeństwa  znajdowała  pociechę 

w publicznych  egzekucjach,  rwaniu  zębów  bez  znieczulenia,  krwawych  sportach  i biciu 

dzieci. W dwudziestym wieku, gdy nastały wojny powszechne – wieszanie, ćwiartowanie, 

walki kogutów i bicie potomstwa jakoś wyszły z mody. 

–  Po  czwarte  –  wyliczał  dalej  –  Komisja  nasza  zajmuje  się  obecnie  skomplikowaną 

analizą  potrzeb  fizycznych  i psychicznych  człowieka.  Na  dzień  dzisiejszy  nie  jesteśmy 

jeszcze  w stanie  przedstawić  w tej  kwestii  wiążącego  raportu,  jednak  w oparciu 

o dotychczasowe  ustalenia  stwierdzamy,  iż  wojna  zaspokaja  jakąś  realną  potrzebę 

człowieka  –  być  może  wspomnianą  w Artykule  Trzecim  potrzebę  rozładowania  agresji. 

Zaznaczam jednak, że możemy się mylić. Wiele wskazuje na to, że już po trwającym przez 

jedno  pokolenie  okresie  pokoju,  ludzie  zaczynają  popadać  w nerwice  i frustracje.  Nasz 

nieśmiertelny  i chyba  nieomylny  Łabędź  Avonu  wysuwa  tezę,  iż  pokój  wywołuje 

w ludziach  chorobę,  która  narasta  jak  wrzód,  by  w końcu  pęknąć  i rozlać  się  w postaci 

wojny.  Wojna  –  twierdzi  on  –  jest  to,  powstały  z nadmiaru  dobrobytu  i pokoju  wrzód, 

który pęka, nie ujawniając na zewnątrz przyczyny śmierci człowieka. W takim ujęciu, to 

pokój  byłby  przewlekłą  chorobą,  natomiast  pęknięcie  wrzodu  –  czyli  wojna  –  byłoby 

raczej  zjawiskiem  pozytywnym,  bo  oczyszczającym.  Komisja  dostrzega  dwa  potencjalne 

rodzaje destruktywnego wpływu nieobecności wojny na rodzaj ludzki: zniewieścienie lub 

otępienie  wywołane  zaburzeniami  hormonalnymi.  Co  do  pierwszego,  zauważmy,  że 

każda  wojna  podwaja  przyrost  naturalny.  Kobiety  tolerują  wojnę  tylko  dlatego,  że 

pobudza ona męskość ich samców. 

– Po piąte, i ostatnie: każde chyba zwierzę na ziemi, z wyjątkiem człowieka, przyzna, 

że  niezaprzeczalną  zaletą  wojen  jest  to,  iż  ukazują  szanse  na  szczęśliwy  i niezakłócony 

rozkwit  przyrody:  za  każdym  bowiem  razem  jest  nadzieja,  że  dojdzie  do  eksterminacji 

całej ludzkiej rasy. 

– Minusy – obwieścił czarodziej po krótkiej pauzie. Król przerwał mu jednak: 

–  Minusy  znamy.  Zatrzymajmy  się  chwilę  przy  temacie  użyteczności  wojny.  Skoro 

użycie Siły miewa uzasadnienie, czemu Komisja jest jej tak przeciwna? 

–  Komisja,  Wasza  Wysokość,  usiłuje  ustalić  fizjologiczne  źródło  agresji,  związane 

zapewne  z systemem  hormonalnym.  Możliwe,  że  organizm  człowieka  wymaga  dla 

prawidłowego funkcjonowania okresowych dawek adrenaliny. (Japończycy regulują swój 

układ  hormonalny,  spożywając  znaczne  ilości  ryb:  jod  zawarty  w rybach  powiększa  ich 

background image

tarczyce i sprawia, że stają się drażliwi). Do czasu zakończenia badań kwestia pozostaje 

niejasna,  jednak  Komisja  już  teraz  pragnie  zauważyć,  że  wspomnianą  potrzebę 

fizjologiczną,  bez  względu  na  jej  źródło,  można  starać  się  zaspokoić  na  inne  sposoby. 

Wojna, jak wielokrotnie wykazano, jest pozornym regulatorem przyrostu ludności; może 

więc  okazać  się  równie  wątpliwym  stymulatorem  gruczołów  nadnercza,  które  pobudza, 

jak wiadomo, przez uczucie strachu. 

– Jakie inne sposoby masz na myśli? 

– Za czasów Imperium Rzymskiego substytutem wojny były krwawe pokazy cyrkowe, 

przynoszące publiczności efekt katharsis – oczyszczenia – o którym wspomina w swych 

pismach  Arystoteles.  Można  by  poszukać  czegoś  w tym  rodzaju.  Nauka  proponuje 

bardziej  radykalne  metody  wyrównywania  niedoborów  hormonalnych:  okresowe 

szczepienia  ludzkości  adrenaliną  czy  też  innym  potrzebnym  hormonem,  albo 

odpowiednie  zabiegi  chirurgiczne.  Może  przyczynę  wojny  da  się  zwyczajnie  wyciąć 

skalpelem, jak wyrostek robaczkowy. 

–  Wcześniej  słyszeliśmy,  że  przyczyną  wojen  jest  własność  społeczna;  teraz 

dowiadujemy się, że wszystkiemu winne gruczoły – jak to właściwie jest? 

– Jedno z drugim ma  wiele wspólnego, Wasza Wysokość. Załóżmy, że wojny byłyby 

tylko  wynikiem  zbiorowej  zachłanności:  wówczas  toczyłyby  się  tak  długo,  jak  długo 

istnieje  jakakolwiek  własność  społeczna  –  a więc  bez  końca.  Widzimy  jednak,  że 

następują  między  wojnami  okresy  uśpienia,  zwane  pokojem.  W tych  okresach  rasa 

ludzka,  jako  się  rzekło,  niewieścieje  i tępieje,  aż  osiąga  punkt  krytyczny  niedoboru 

adrenaliny  i szuka  na  gwałt  pierwszej  lepszej  okazji  do  napędzenia  sobie  strachu.  Taką 

okazjąjest  zawsze  chęć  pomnożenia  społecznej  własności.  Chęć  ta  przyświeca  nawet  tak 

zwanym  wojnom  religijnym,  krucjatom  przeciwko  Saladynowi,  albigensom  czy 

Montezumie. Komu by się chciało nieść Dobrą Nowinę do kraju Montezumy, gdyby nie 

obietnica złotych sandałów – ale, pytajmy dalej: komu by się chciało nadstawiać karku za 

garść złota, gdyby nie niedobór adrenaliny w organizmie? 

– Wspomniałeś o cyrku rzymskim jako terapii hormonalnej. Mówiłeś poważnie? 

Archimedes zachichotał niespodzianie. 

– 

Merlin, 

Wasza 

Wysokość, 

planuje 

założenie 

w jakimś 

rezerwacie 

międzynarodowego  wesołego  miasteczka,  z mnóstwem  karuzeli,  diabelskich  kół 

i błyskawicznych  kolejek  wąskotorowych.  Wszystko  to  miałoby  być  troszkę 

niebezpieczne: powiedzmy, że co setny klient powinien się zabić. Wstęp wolny – Merlin 

jest  bowiem  zdania,  że  przymusowy  pobór  do  wojska  jest  gorszy  niż  sama  wojna.  Jego 

zdaniem, ludzie będą walić do wesołego miasteczka z własnej woli: przygna ich tam nuda 

albo,  jak  kto  woli,  niedostatek  adrenaliny.  Zdaniem  Merlina,  dotyczy  to  większości 

background image

osobników  między  dwudziestym  piątym  a czterdziestym  piątym  rokiem  życia.  Wesołe 

miasteczko  stanie  się  sławne  i modne.  Każdy,  kto  je  odwiedzi,  otrzyma  pamiątkowy 

medal; ci, co przyjdą pięćdziesiąt razy – Srebrny Krzyż Zasługi, a ci, co przyjdą sto razy – 

Złoty Krzyż Zasługi. 

Merlin, bardzo zmieszany, wyłamywał palce. 

– To był pomysł czysto teoretyczny – bąknął. – Nic konkretnego. 

–  Rzeczywiście,  jakby  nie  z tej  epoki  –  przyznał  Król.  –  A nie  masz  czegoś  na 

dzisiejsze czasy? 

–  Komisja  zaproponowała  pewne  antidotum,  mogące  przynieść  chwilowy  efekt,  jak 

soda przy nadkwasocie żołądka. Choroby nie uleczy, ale złagodzi objawy. Innymi słowy: 

może ocalić parę milionów istnień ludzkich w ciągu stulecia. 

– Cóż to za antidotum? 

–  Jak  zapewne  Wasza  Wysokość  sam  zauważył,  osoby  odpowiedzialne  za 

wszczynanie  wojen  i ogólną  ich  strategię,  nie  mają  skłonności  do  narażania  się  na 

największe  trudy  walki.  Wasza  Wysokość  miał  okazję  obserwować  to  zjawisko  w batalii 

pod Bedegraine: królowie i dowódcy mają szczególny talent do unikania śmierci na polu 

bitwy. W związku z tym Komisja proponuje, aby po każdej wojnie wszystkich dowódców 

strony pokonanej – od pułkownika wzwyż – karać bezwarunkową śmiercią, bez względu 

na  stopień  obciążenia  zbrodnią  wojny.  Na  pewno  nie  uniknie  się  przy  tym  pewnej  dozy 

niesprawiedliwości, ale za to świadomość, że za przegraną wojnę dowódcy płacą życiem, 

podziała  odstraszająco  na  nowych  podżegaczy,  zapobiegając  w rezultacie  paru  wojnom 

i oszczędzając  życie  paru  milionom  prostych  ludzi.  Nawet  taki  fiihrer  jak  Mordred 

zastanowi się dwa razy, zanim wypowie wojnę, gdy będzie wiedział, że za klęskę czeka go 

egzekucja. 

– Brzmi to całkiem dorzecznie. 

– Niestety, nie jest tak dorzeczne, jak brzmi, choćby dlatego, że wojnom winni są nie 

tylko wodzowie. Wodza wybiera przecież lud; lud sam decyduje, czy pójdzie za wodzem, 

czy nie. Ta hydra o nieprzeliczonej masie głów nie jest wcale taka niewinna, jaką udaje. 

Wybierając wodza, bierze przecież na siebie moralną odpowiedzialność za ten wybór. 

–  Mimo  wszystko  uważam,  że  propozycja  Komisji  nauczyłaby  wodzów  ostrożności: 

trudniej byłoby pchnąć takiego wodza do wojny, a to już coś. 

– Tak, to już coś. Jednak wyłaniają się pewne trudności. Po pierwsze: jak przekonać 

rządzących  i dowódców  do  przyjęcia  takiej  zasady?  A po  wtóre:  zawsze  znajdzie  się 

maniak,  żądny  sławy  i władzy  choćby  za  cenę  życia  –  takiego  perspektywa  męczeńskiej 

śmierci nie odstraszy, a wprost przeciwnie: przyciągnie. W mitologii irlandzkiej królowie 

mieli  obowiązek  występować  w bitwie  na  czele  armii,  co  powodowało  znaczną 

background image

śmiertelność  koronowanych  głów  –  a mimo  to  nigdy  w dziejach  Zielonej  Wyspy  nie 

zabrakło królów gotowych poprowadzić wojsko do boju. 

–  A co  z tym  nowomodnym  Prawem,  które  wymyślił  nasz  Król?  –  spytała  koza.  – 

Skoro  można  odpowiednim  paragrafem  odstraszyć  pojedynczego  człowieka  od 

popełnienia  zbrodni,  to  czemu  nie  stworzyć  prawa  międzynarodowego,  które  by 

odstraszało narody od wszczynania wojen? Może ten czy ów agresywny naród wybrałby 

pokój, wiedząc, że jeśli dopuści się agresji na inny naród, sąd międzynarodowy skaże go, 

powiedzmy, na rozproszenie przez deportację obywateli do różnych krajów. 

–  Dwa  zastrzeżenia.  Po  pierwsze:  jest  to  pomysł  na  leczenie  choroby,  a nie 

zapobieganie.  Po  drugie:  wiemy  z doświadczenia,  że  kara  śmierci  nie  wyeliminowała 

morderstw. Niemniej jednak, byłby to jakiś doraźny krok we właściwym kierunku. 

Merlin  gestem  Chińczyka  założył  ręce  ukryte  w szerokich  rękawach  szaty  i potulnie 

popatrzył  po  zgromadzeniu,  oczekując  dalszych  pytań.  W jego  oczach  czaiło  się  pewne 

roztargnienie. 

–  Merlin  pisze  książkę  pod  tytułem  Libellus  Merlini:  Proroctwa  Merlina  –  rzekł 

ironicznym  tonem  Archimedes,  widząc,  że  poprzedni  temat  został  zamknięty.  –  Na 

pewno chciałby przeczytać Waszej Wysokości parę ustępów. 

– Chętnie posłuchamy. Merlin załamał ręce. 

–  Ależ  Wasza  Wysokość!  To  tylko  głupie  wróżby,  cygańskie  sztuczki.  Przepadali  za 

tym  w dwunastym  wieku,  więc  napisałem,  potem  długo  był  spokój,  aż  w dwudziestym 

wieku moda wróciła. Zapewniam Waszą Wysokość, że to zwykła salonowa zabawa, z całą 

pewnością nie warta łaskawej uwagi Waszej Wysokości. 

– A jednak chciałbym usłyszeć jakiś fragment. 

Zgnębiony  mędrzec,  który  w ciągu  minionej  godziny  stracił  gdzieś  cały  koncept 

i kontenans,  sięgnął  do  paleniska  po  nadpalony  manuskrypt  i rozdał  wkoło  w miarę 

jeszcze  czytelne  kawałki  –  rzeczywiście  przypominało  to  grę  we  flirt  towarzyski. 

Zwierzęta odczytywały kolejno sentencje ze świstków: 

– Pan Bóg dopuści, dodo nie wypuści. 

– Poty niedźwiedź wodę nosi, póki mu się ucho nie urwie. 

–  Lew  legnie  z orłem  i powie:  nareszcie  wszystkie  zwierzęta  są  braćmi!  Ale  diabeł 

zamieszka w szczegółach. 

– Gwiazdy, co nauczyły słońce wstawać, za dnia muszą mu ustąpić, bo zbledną. 

– Dziecię stanie na Broadwayu i krzynie: Mamo, popatrz – człowiek! 

– Nie od razu Jerozolimę zbudowano – powie pająk, plotąc sieć na parterze Empire 

State Building. 

– Kto się w życiu rozpycha, temu ciaśniej w trumnie – powiedział żuk. 

background image

– Siła rodzi siłę. 

–  Wojny  plemienne,  gminne,  regionalne,  domowe,  narodowe,  religijne, 

kontynentalne, rasowe. Potem kara Boska. A może przedtem? 

– Imitacja (uiunaic) przed akcją – zbawieniem ludzkości. 

– Rogi przerosły łosia, padł niebożę. 

– Nie trzeba było zderzenia z Księżycem, żeby wyginęły mamuty. 

– Na szczęście, przeznaczeniem wszystkich gatunków jest zagłada. 

Po ostatniej sentencji zapadła cisza: słuchacze pogrążyli się w rozmyślaniach. 

–  Co  właściwie  znaczy  to  zdanie  z greckim  słowem?  –  Ma  ono  bardzo  wiele 

interpretacji, Wasza Wysokość. 

Między  innymi  tę:  nadzieja  rasy  ludzkiej  leży  w nauce  bez  przymusu.  Konfucjusz 

ujmuje to nieco inaczej: 

Kto chce pouczać świat, niech nauczy się najpierw rządzić własnym krajem. 

Kto  chce  rządzić  własnym  krajem,  niech  nauczy  się  najpierw  rządzić  własną 

rodziną. 

Kto chce rządzić własną rodziną, niech nauczy się najpierw panować nad własnym 

ciałem przez poranne ćwiczenia. 

Kto  chce  panować  nad  własnym  ciałem,  niech  najpierw  zapanuje  nad  własnym 

umysłem. 

Kto  chce  zapanować  nad  własnym  umysłem,  musi  być  najpierw  szczery  w swych 

zamiarach. 

Kto chce być szczery w swych zamiarach, musi najpierw poszerzyć swoją wiedzę. 

– Rozumiem – rzekł Król. – Czy pozostałe sentencje są równie znaczące? 

– Funta kłaków nie warte – odparł Merlin. 

–  W takim  razie,  ostatnie  pytanie.  Mówiłeś  kiedyś,  że  polityka  to  gra  nie  warta 

świeczki, ale nie można jej całkiem lekceważyć, bo ma za wiele wspólnego z wojną. Sam 

przedstawiałeś się jako zwolennik kapitalizmu. Czy podtrzymujesz swoje poglądy? 

–  Przesadziłem,  Wasza  Wysokość.  Borsuk  mnie  zdenerwował  swoją  komunistyczną 

agitacją, więc uznałem za stosowne odpowiedzieć mu jako kapitalista. W gruncie rzeczy 

jestem  anarchistą,  jak  każdy  rozsądny  człowiek.  Jeszcze  parę  stuleci,  a kapitaliści 

i komuniści zmienią się tak, że będą nie do rozróżnienia: wtedy zacznie się ich wszystkich 

nazywać  demokratami.  Faszyści,  niestety,  też  zmienią  się  nie  do  poznania.  Jednak  bez 

względu  na  to,  jakie  formy  przybiorą  te  trzy  główne  odmiany  kolektywizmu,  i przez  ile 

jeszcze  stuleci będą się wyrzynać nawzajem  z czystej głupoty i złośliwości – faktem jest, 

że  dla  istoty  obdarzonej  korą  mózgową  każda  forma  kolektywizmu  jest  niewłaściwa. 

Przeznaczenie człowieka ma wymiar jednostkowy, i w tym tylko sensie mogłem wyrażać 

background image

pochwałę  kapitalizmu  –  jeśli  takową  wyrażałem.  Pogardzani  kapitaliści  ery 

wiktoriańskiej, którzy przynajmniej przyznawali jednostce prawo do zabawy, byli o wiele 

bardziej  postępowi  niż  ci  wszyscy  dwudziestowieczni  fanatycy  Nowych  Porządków. 

Wiktoriański  kapitalista  jest  człowiekiem  przyszłości,  gdyż  wierzy  w indywidualizm  – 

a indywidualizm  to  przyszłość  człowieka.  Jakże  staroświeccy  są  przy  nim  faszyści 

i komuniści!  Ale  i on  jest,  obiektywnie  rzecz  biorąc,  zacofany  wobec  anarchisty,  za 

którego  osobiście  się  uważam.  Pamiętaj,  że  dzikie  gęsi  to  też  anarchiści.  Wiedzą,  że 

źródła moralności tkwią wewnątrz, a nie na zewnątrz. 

–  Miałem  wrażenie  –  wtrącił  żałośnie  borsuk  –  że  komunizm  to  właśnie  krok 

w stronę  anarchii.  Myślałem,  że  gdy  uda  się  zbudować  prawdziwy  komunizm,  państwo 

obumrze w sposób naturalny... 

–  Słyszałem  takie  teorie,  ale  w nie  nie  wierzę.  Nie  wyobrażam  sobie,  jak  będziecie 

emancypować jednostkę, skoro najpierw tworzycie wszechwładne państwo. W przyrodzie 

państwa  nie  istnieją  –  chyba  że  wśród  takich  potworów  jak  mrówki.  Mam  wrażenie,  że 

twórcy  państw  –  na  przykład  Mordred  ze  swymi  Młockarzami  –  sami  nieuchronnie 

wpadają  we  własne  sidła.  Ale  kto  wie,  może  to  ty  masz  rację.  Obyś  ją  miał.  Na  razie 

jednak  zostawmy  politykę  nędznym  tyranom,  którzy  ją  uprawiają.  Może  za  jakieś 

dziesięć  tysięcy  lat  zajmą  się  nią  naukowcy,  na  razie  jednak  jest  na  to  za  wcześnie: 

ludzkość musi dojrzeć. Poprzestańmy na wnioskach z dzisiejszych rozważań dotyczących 

problemu  przemocy:  wojna  jest  wynikiem  tworzenia  własności  społecznej  i działania 

pewnych hormonów. Koniec, kropka i amen. 

Czarodziej  drżącą  ręką  zgarnął  notatki.  Niedawne  docinki  jeża  szczerze  go  uraziły, 

gdyż  w głębi  serca  bardzo  kochał  swego  ucznia.  Gdy  koronowany  bohater  powrócił 

zwycięsko  z wyprawy  po  słuszny  wybór  drogi  działania,  Merlin  zrozumiał,  że  tu  się 

kończy jego rola preceptora: dalej Artur musi kształcić się sam. Nigdy więcej nie będzie 

małym  Wartem  –  Merlin  pamiętał,  że  już  kiedyś  mu  to  mówił,  jednak  dopiero  teraz 

poczuł,  że  to  prawda.  On  sam  również  porzucił  dawną  rolę,  schodząc  z piedestału 

autorytetu  i wyroczni.  Sporo  go  ta  abdykacja  kosztowała:  stracił  cały  swój  słynny 

magiczny  wdzięk.  Koniec  z kalamburami,  rebusami,  zagadkami,  koniec  z efektownym 

rozpościeraniem  czarodziejskiego  płaszcza.  Merlin  nie  myślał  już,  że  zjadł  wszystkie 

rozumy świata: czuł się tylko stary jak świat i skonfundowany. 

Stary  Król,  który  oto  pożegnał  resztki  dzieciństwa,  bawił  się  machinalnie  karteczką 

porzuconą  na  stole.  Zawsze  gdy  nad  czymś  rozmyślał,  przyglądał  się  swoim  dłoniom. 

Bezwiednie,  starannie  składał  papierek  w różne  strony,  rozkładał,  i tak  w kółko.  Była  to 

jedna  z licznych  fiszek  Medina  –  cytat  z pism  historycznych  Brata  Clynna,  który  zmarł 

w roku 1348. Zakonnik ów, mianowany klasztornym kronikarzem, czując, że zbliża się po 

background image

niego Czarna Śmierć – mordercza epidemia, która już pochłonęła jedną trzecią ludności 

Europy  i groziła  unicestwieniem  reszty  –  pozostawił  na  piśmie  takie  oto  przesłanie: 

„Patrząc  na  ogrom  zła  i cały  świat  pogrążający  się  w malignie,  oczekując  pośród 

umarłych,  aż  śmierć  przyjdzie  i mnie  zabierze,  spisuję  to,  com  usłyszał  i zbadał,  samą 

prawdę. Na wypadek zaś, gdyby pisma moje zginąć miały wraz z pisarzem – dzieło wraz 

z rzemieślnikiem  –  pozostawiam  czyste  stronice  pergaminu  dla  innego  pióra,  by  mogło 

podjąć  moje  dzieło,  jeśli  tak  się  szczęśliwie  zdarzy,  że  choć  jeden  człowiek  na  ziemi 

ocaleje, że choć jeden potomek Adama uniknie tej zarazy, aby kontynuować dzieło, które 

ja  kiedyś  rozpocząłem”.  Napisał  to  po  łacinie,  istotnie  zostawiając  kilka  czystych  kart 

pergaminu w księdze, której nie dane mu było zapisać do końca. 

Król  poskładał  papierek  starannie  i położył  na  stole.  Wszyscy  w napięciu  czekali, 

kiedy wstanie, aby bezzwłocznie pójść za jego przykładem. 

–  Zrozumieliśmy  zagadkę  –  powiedział  Król.  Postukał  papierkiem  w blat  i podniósł 

się z miejsca. 

– Trzeba nam wrócić przed świtem. 

Zwierzęta również powstały. Odprowadziły Króla do drzwi, gdzie każde z szacunkiem 

ucałowało  jego  dłoń,  życząc  szczęśliwej  podróży.  Emerytowany  preceptor,  który  miał 

odprowadzić  Artura  do  domu,  pełnił  honory  odźwiernego.  Jego  postać  –  czy  była  jawą, 

czy  snem  –  zamazywała  się  stopniowo,  podobnie  jak  postaci  pozostałych  stworzeń. 

Słychać było tylko głosy: 

– Powodzenia, Wasza Wysokość! Oby misja nie trwała zbyt długo! 

Artur odpowiedział z poważnym uśmiechem: 

– Mam nadzieję, że nie potrwa długo. 

Wszyscy zrozumieli, że czyni aluzję do własnej śmierci. 

– Klęska nie będzie ostateczna, Wasza Wysokość – zapewnił go zaskroniec. – Proszę 

przypomnieć  sobie  historię  świętego  Jerzego.  Homo  sapiens  nie  zmienił  się  jeszcze. 

Wasza  Wysokość  przegra  tym  razem,  gdyż  jest  w naturze  człowieka  zabijać  bliźnich, 

z głupoty lub ze złości. Lecz klęska rodzi sukces, a natura ludzka z wolna ulega zmianie. 

Przykład szlachetnego człowieka oświeca głupców i stępia ostrze ich złości. Dzieje się to 

powoli,  przez  stulecia,  lecz  w końcu  duch  osiągnie  harmonię.  A zatem  –  odwagi,  Wasza 

Wysokość! I pogody ducha! 

Artur skłonił się temu, który wiedział wszystko, i przekroczył próg. 

W ostatniej chwili ktoś go szarpnął za rękaw. Zapomniał o jeżu! Podniósł go z ziemi 

oburącz; spojrzeli sobie w oczy. 

–  Bywaj,  stary  –  rzekł  Król.  –  Stokrotne  dzięki.  Bywaj  i śpiewaj  dalej,  niech  ci  się 

wiedzie. 

background image

Jeż  gwałtownie  przebierał  w powietrzu  łapkami,  jak  dziarski  rowerzysta,  domagając 

się  powrotu  na  ziemię.  Znalazłszy  się  tam,  znów  pociągnął  Króla  za  rękaw.  Stary 

monarcha zniżył sędziwą głowę i nadstawił ucha na szept jeża. 

– Tak nie wolno – wychrypiał jeż, patrząc mu poważnie w oczy i ściskając kurczowo 

królewską dłoń. – Nie mówi sie bywaj. Mówi sie orewuar. Orewuar. 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XX 

 

 

I  tak  oto  nasza  kręta  opowieść  dobiega  końca.  Artur  Król  Anglii  powrócił  na  ten 

świat,  aby  dopełnić  swoich  obowiązków.  Zawarł  pokój  z Mordredem  za  cenę  połowy 

królestwa.  Prawdę  mówiąc,  gotów  był  w razie  potrzeby  oddać  całe  państwo:  jemu  było 

już na nic, skoro ponad wszystkie królestwa świata cenił sobie pokój. Wiedział jednak, że 

jeśli  się  uda,  powinien  zatrzymać  sobie  przynajmniej  połowę  –  a to  z tego  choćby 

powodu, że mając do dyspozycji pół świata, mógł na tym obszarze zasiać ziarno zdrowego 

rozsądku, przyniesione od dzikich gęsi i innych zwierząt. 

Rozpoczęła  się  ceremonia  zawarcia  pokoju.  Zwaśnione  armie  stanęły  w szyku 

naprzeciwko siebie, każda pod dumnym sztandarem na wysokim drzewcu z okrętowego 

masztu, wiezionym na kółkach – drzewcu zwieńczonym szkatułką z poświęconą Hostią. 

Na jednym ze sztandarów widniał Smok, na drugim – Oset Górski. Mordredowi rycerze 

nosili  czarne  zbroje  i czarne  pióropusze,  a na  ramionach  –  emblematy  ze  szkarłatnym 

pejczem, podobnym do krwawej pręgi: symbol partii Mordreda. Ich wygląd był zapewne 

groźniejszy  niż  oni  sami.  Żołnierze  mieli  rozkaz  trzymać  miecze  w pochwach 

i powstrzymać się od wszelkich wrogich manifestacji. Tylko na wypadek zdrady – jeśliby 

w dłoni którejś z układających się stron błysnął miecz – mieli szarżować bez pardonu. 

Artur ze swym sztabem wystąpił na środek pola rozdzielającego armie. Z przeciwnej 

strony  nadszedł  Mordred  z czarną  świtą.  Wymienili  powitania.  Król  po  raz  pierwszy  od 

dawna spojrzał w twarz syna, wynędzniałą i udręczoną. Nieszczęsny Mordred także miał 

za sobą podróż poza granice Rozpaczy i Samotności, w krainę Kennaquhair, lecz zbłądził 

po drodze, gdyż wędrował bez przewodnika. 

Uzgodnienie  warunków  traktatu  poszło  łatwiej,  niż  się  Artur  spodziewał.  Pół 

królestwa zostało pod jego władzą. Na chwilę zapanowała radość i harmonia. 

Niestety,  tylko  na  ułamek  sekundy.  Oto  bowiem  samobójczy  Adam  odrodził  się 

w nowej  postaci.  Cóż,  że  Artur  dał  radę  wojnom  feudalnym,  sobiepaństwu  baronów, 

zbrodni  i rewolucji,  skoro  teraz  pokonać  go  miał  banalny  epizod,  dowodzący,  że 

w człowieku drzemie instynkt mordercy. 

Oto w trawie, pod stopami jednego z oficerów Mordreda, śmignął zaskroniec. Oficer 

odruchowo  szarpnął  rękojeść  miecza  –  stalowe  ostrze  błysnęło  w słońcu,  kierując  się 

przeciwko  nieszkodliwemu  wężowi.  To  wystarczyło.  Armie  przecież  tylko  czekały  na 

oznakę  zdrady.  Las  kopii  po  obu  stronach  skłonił  się  do  ataku.  Siwy  Król  Artur 

z rozwianym  włosem  już  pędził  ku  swym  oddziałom,  powstrzymując  je  gestem 

background image

wyciągniętych  ramion,  jakby  chciał  być  ostatnią,  żywą  tamą  tej  straszliwej  powodzi 

Przemocy,  z którą  walczył  przez  całe  życie,  ledwie  bowiem  poprawił  umocnienia 

w jednym  miejscu,  żywioł  wdzierał  się  gdzie  indziej.  Wrzawa  rosła,  rogi  grały  hejnał  do 

boju; fale nienawiści spotkały się nad głową Artura. 

Lancelot przybył za późno. Gnał co koń wyskoczy, ale nie zdążył. Pozostało mu tylko 

uspokoić wzburzonych i pogrzebać poległych. Przywróciwszy pozory ładu, pospieszył do 

Ginewry.  Spodziewał  sieją  zastać  w Tower,  skoro  twierdza  nie  uległa  oblężeniu 

Mordreda. 

Lecz Ginewra znikła bez śladu. 

W  owych  czasach  reguły  klasztorne  nie  były  tak  surowe,  jak  dziś.  Klasztory  pełniły 

częstokroć  rolę  modlitewnych  pensjonatów  dla  osób  szlachetnie  urodzonych.  Ginewra 

przywdziała welon zakonny w opactwie Amesbury. 

Nie chciała widzieć dawnego kochanka. Uznała, że zbyt wiele oboje wycierpieli, i zbyt 

wiele cierpienia przysporzyli innym. Oświadczyła, że pragnie pogodzić się z Bogiem. 

Było  to  jawne  kłamstwo,  gdyż  Ginewra  nigdy  nie  dbała  o Boga.  Znała  się  trochę  na 

teologii,  ale  cóż  to  miało  wspólnego  z religią?  Po  prostu,  jako  stara  i mądra  kobieta 

rozumowała  słusznie,  że  skoro  Lancelot  jest  tak  szczerze  oddany  Bogu,  ona  również 

powinna zwrócić się w tym kierunku. Zrobiła to dla niego, aby ułatwić mu decyzję. Był to 

gest iście królewski, przekreśliła nim bowiem wszystko, o co walczyła całe życie. Królowa 

dała przykład. Jej decyzja była nieodwołalna. Usunęła się ze sceny świata. 

Lancelot  w znacznej  mierze  domyślał  się  prawdy,  toteż  na  wieść,  że  Ginewra 

odmawia spotkania, wspiął się po murze do jej okna, nie bacząc na swój podeszły wiek. 

Niepoprawny  stary  romantyk.  Błagał,  by  porzuciła  klasztor,  ona  jednak  pozostała 

nieugięta.  Incydent  z Mordredem  odebrał  jej  apetyt  na  życie.  Rozstali  się  więc,  by  już 

nigdy nie spotkać się na tej ziemi. 

Ginewra z czasem została przeoryszą. Władcza i światła, miała klarowną wizję swego 

klasztoru  i zarządzała  nim  wielce  umiejętnie.  W przyklasztornej  szkole  wychowywano 

małe  uczenniczki  na  wielkie  szlachcianki,  wierne  starym,  dobrym  tradycjom.  Siostry 

podglądały  Ginewrę,  gdy  spacerowała  po  ogrodzie,  dumna,  nieprzystępna,  z dłońmi 

mieniącymi się klejnotami, w cienkiej, kosztownej bieliźnie pod habitem i, wbrew regule, 

woniejąca  pachnidłami.  Nowicjuszki  uwielbiały  ją  bezkrytycznie,  jak  to  pensjonarki, 

i nieustannie  plotkowały  o jej  przeszłości.  Ginewra  zestarzała  się  jak  wielka  dama.  Gdy 

umarła,  zasuszony  i siwy  jak  gołąbek  staruszek  Lancelot  przyjechał  po  jej  ciało,  by  je 

pochować  obok  małżonka.  Królowa  Ginewra  spoczęła  więc  w słynnym  grobowcu  Króla 

Artura. Jej spokojne, dostojne oblicze przykryła ziemia. 

A  Lancelot?  Lancelot  został  pustelnikiem.  Wraz  z siedmioma  innymi  rycerzami 

background image

wstąpił do klasztoru nieopodal Glastonbury, by tam poświęcić się modlitwie i medytacji. 

Nie miał już Artura, Ginewry ani Elaine, lecz kochał ich duchy. Modlił się za nie dwa razy 

dziennie  z właściwą  sobie  żarliwością  i pogodnie  znosił  trudy  życia  z dala  od  ludzi. 

Nauczył się rozróżniać w lesie głosy ptaków i wreszcie znalazł czas na to wszystko, czego 

odmawiał mu w dzieciństwie wujaszek Dap. Z czasem zasłynął jako doskonały ogrodnik. 

Mówiono o nim „święty”. 

Jest taki średniowieczny wiersz, opiewający  krzyżowca, który, jak Lancelot, porzucił 

życie świeckie, choć był wielkim panem: 

Ipse post militiae cursum temporalis, 

Illustratus gratia doni spiritualis, 

Esse Christi cupiens miles specialis, 

In hac domo monachus/actus est claustralis. 

On  to,  poznawszy  świata  hałaśliwe  boje,  Łaską  Bożą  oświecon,  poczuł  powołanie, 

By  w służbę  Chrystusowi  życie  oddać  swoje  I w  klasztorze  tutejszym  odnaleźć 

mieszkanie. 

Cichy  i ustępliwy,  serca  łagodnego,  A z  racji  lat  podeszłych  –  jako  łabędź  biały, 

Uczynny i serdeczny, że nie masz milszego: Tak się w jego osobie łaski Ducha zlały. 

Zawszeć on Kościół Święty najpilniej nawiedzał, I do Mszy Świętej służył z radością 

bezmierną,  Chwałę  Bogu  oddając,  czy  klęczał,  czy  siedział,  I śpiewem  swoim  głosząc 

miłość Panu wierną. 

Miłe z nim były modły, miłe rozhowory, Gawędy ku nauce, lubo ku przestrodze; Od 

wszystkich miłowany dla wielkiej pokory, Bo ani się wywyższał, ani gniewał srodze. 

Nieraz się po krużgankach przechadzał z brewiarzem, Kłaniając się braciszkom, to 

jednym,  to  drugim,  I głową  wygoloną  łyskał  raz  za  razem,  Dwa  razy  pozdrawiając, 

których więcej lubił. 

Hic  per  cłaustrum  ąuotiens  transiens  meavit,  Hinc  et  hinc  ad  monachos  caput 

inclinavit, Et sic nutu capitis eos salutavit, Quos affectu intimo plurimum amavit. 

W  godzinie  śmierci  Lancelota  wielu  braci  miało  senne  widzenia.  Staremu  opatowi 

przyśniły się rozśpiewane dzwony i roześmiani aniołowie, unoszący Lancelota prosto do 

nieba.  On tymczasem leżał już martwy w celi. Umierając, dokonał trzeciego i ostatniego 

ze  swych  cudów:  otoczył  się  Wonią  Świętości.  Gdy  święci  umierają,  ich  ciała  wydzielają 

przecudny zapach – kwiatów, świeżego siana, morskiej bryzy – różnie to bywa. 

Mowę  nad  grobem,  wyjątkowo  piękną  i wzruszającą,  wygłosił  brat  zmarłego,  Ector. 

Mówił tak: 

– O, Lancelocie! Nie dorównał ci nigdy żaden z chrześcijańskich rycerzy. A oto leżysz 

martwy  –  ty,  Sir  Lancelocie!  Ty,  któremu  nie  sprostał  żaden  król  na  ziemi!  Swą 

background image

galanterią  przewyższałeś  wszystkich,  chlubiących  się  tarczą  i mieczem.  Nie  miałeś 

równych  sobie  w przyjaźni  ani  w miłości,  tyleż  grzesznej,  co  szczerej.  Najłagodniejszy 

z władających mieczem. Najpobożniejszy z całego rycerstwa. Najdworniejszy wobec dam. 

Najlitościwszy dla wrogów. Żegnaj, Lancelocie! 

Okrągły Stół został dawno rozbity w proch pod Salisbury, a jego niedobitki stopniowo 

wymierały. W końcu zostało ich tylko czterech: mizogin Bors, Bleoberis, Ector i Demaris. 

Wszyscy  czterej  udali  się  na  pielgrzymkę  do  Ziemi  Świętej,  w intencji  poległych 

towarzyszy. Tam też zmarli, w Wielki Piątek, na chwałę Bożą. Ostatni rycerze Okrągłego 

Stołu. Zostali nam tylko rycerze Orderu Łaźni i Podwiązki. 

Co  do  śmierci  Artura  Króla  Anglii,  po  dziś  dzień  spowija  ją  mgła  tajemnicy.  Jedni 

uważają,  że  Artur  i Mordred  zabili  się  nawzajem  w ostatniej  walce.  Robert  z Thornton 

opisuje  badanie  rannego  Króla  przez  medyka  z Salerno,  który  miał  stwierdzić,  że 

o powrocie  do  zdrowia  nie  ma  mowy,  na  co  Król  westchnął  ponoć:  „In  manus...  „– 

i skonał.  Zwolennicy  tej  wersji  utrzymują,  że  Artur  pochowany  został  pod  Glastonbury, 

pod  kamieniem  noszącym  inskrypcję:  HIC  IACET  ARTURUS  REX  QUONDAM  REX 

QUE  FUTURUS,  a ciało  jego  ekshumował  król  Henryk  II  na  złość  walijskim 

nacjonalistom,  którzy  głosili,  że  Artur  w ogóle  nie  umarł  i wkrótce  wróci,  aby  stanąć  na 

ich czele w walce o wolność. Kwestionowali przy tym narodowość Artura. Z kolei niejaki 

Adam z Domerham pisze, że ekshumacja, owszem, była, ale miała miejsce za Edwarda I, 

czego  on,  Adam,  był  naocznym  świadkiem.  Grobu  Króla  Artura  poszukiwano 

bezskutecznie  także  za  króla  Edwarda  III,  który,  nota  bene,  w roku  1344  wskrzesił 

tradycje Okrągłego Stołu w solennym ceremoniale przyznawania Orderu Podwiązki. Tak 

czy  owak,  wszyscy  wypowiadający  się  na  temat  ekshumacji  są  zgodni  co  do  tego,  że 

szkielet nieboszczyka był gigantycznych rozmiarów, a Ginewra wciąż miała złote włosy. 

Według  innej  mocno  rozpowszechnionej  wersji,  nasz  bohater  został  przeniesiony 

magiczną łodzią na wyspę Avalon, w asyście pięknych dam. Podobno wzięły go do siebie, 

za rzekę Severn, aby uleczyć z ran. 

Włosi też mają swojego Artura: w ich legendzie, niejaki Arturo Magno, przeniesiony 

został  po  śmierci  na  wulkan  Etna,  gdzie  po  dziś  dzień  można  go  od  czasu  do  czasu 

oglądać.  A Don  Kichot  –  ten  słynny  uczony  Hiszpan,  któremu  z nadmiaru  wiedzy 

poplątało  się  w głowie  –  utrzymuje,  że  był  kiedyś  zamieniony  w kruka:  czy  nie 

przypomina  to  w niczym  naszej  opowieści  o Królu  Arturze?  Irlandczycy  utożsamiają  go 

ze swoim FitzGeraldem z Londonderry, a Szkoci upierają się, że Artur zasiada na tronie 

w Edynburgu i śpiewają o nim tak: 

Jedzie Artur, jedzie Noc przed nim na przedzie Błyska miecz stalowy Parska rumak 

płowy. 

background image

Bretończycy też podobno słyszeli dźwięk Arturowego rogu i widzieli jego zbroję: więc 

i oni  czekają  na  powrót  bohatera.  Z kolei  w dziele  pt.  Wzniosła  Historia  Świętego 

Graala,  przełożonym  na  język  angielski  przez  niezmordowanego  szkolarza,  doktora 

Sebastiana  Evansa,  wyczytać  można,  iż  Artur  pochowany  został  skromnie  w pewnej 

świątyni.  Co  innego  twierdzi  panna  Jessie  L.  Weston,  powołując  się  na  tajemniczy 

rękopis,  któremu  nadała  kryptonim  1533,  potwierdzający  informacje  zawarte  w dziele 

Malory’ego:  podobno  damą,  która  uniosła  Artura  na  zaczarowaną  wyspę  Avalon  była 

sama Morgana le Fay – jego przyrodnia siostra. Doktor Sommer twierdzi, że to bzdury. 

Uczony  chaos  skutecznie  pogłębiają  rozmaici  profesorowie  Wolframowie,  von 

Eschenbachowie,  Ulrichowie  von  Zatzikhoven,  Wechsslerowie,  Zimmerowie,  itepe. 

Chaucer,  Spenser,  Szekspir,  Milton,  Wordsworth,  Tennyson  i paru  innych  autorów, 

którym można ufać, twierdzą, że Artur jest wciąż na ziemi – przy czym Milton skłania się 

raczej  ku  tezie,  że  leży  gdzieś  pogrzebany  (Arthurumque  etiam  sub  terris  bełla 

moventem),  natomiast  Tennyson  przewiduje  jego  powrót  pod  postacią  wykwintnego 

dżentelmena w typie Księcia Małżonka. Szekspir każe Falstaffowi po śmierci złożyć głowę 

nie na łonie Abrahama, lecz na łonie Artura. 

Legendy  prostego  ludu  są  zaś  piękne,  osobliwe  i optymistyczne.  Gerwazy  z Tilbury 

pisał  w roku  1212  o lasach  Brytanii:  „leśnicy  powiadają,  że  co  pewien  czas,  w samo 

południe  albo  o północy  przy  pełni  księżyca,  spotkać  można  w lesie  grupę  zbrojnych, 

którzy  na  pytanie,  kim  są,  przedstawiają  się  jako  rycerze  Artura”.  Zapewne  byli  to 

zwyczajni  sascy  kłusownicy,  podobni  do  tych  z bandy  Robin  Hooda,  którzy  przywódcę 

swego  gangu  ochrzcili  na  cześć  słynnego  Króla.  Wieśniący  z Devon  pokazują  letnikom 

„karło i palenisko” Artura: dwa z wielu głazów na skalistym wybrzeżu. Leland wspomina, 

iż  w hrabstwie  Somersetshire  jest  wiele  miejscowości  noszących  nazwę  Wschodni  lub 

Zachodni Camel(ot): ich mieszkańcy opowiadają legendy o królu w złotej koronie. W tym 

samym  hrabstwie  płynie  rzeka  Ivel,  z której,  według  Draytona,  wzięła  się  cała  dzielność 

i odwaga  Króla;  tamże  mieści  się  parafia  South  Cadbury,  w której,  jak  relacjonuje 

proboszcz, „ludzie powiadają, że przy pełni księżyca Król Artur i rycerze galopują dokoła 

wzgórza, a gdy je objadą, idą poić konie w źródełku, które ponoć spełnia życzenia”. Jest 

wreszcie  mała  wioska  Bodmin  w Kornwalii:  tamtejsi  mieszkańcy  są  przekonani,  że  Król 

Artur mieszka w pobliskim kurhanie. W roku 1113 pobili nawet, i to – rzecz niesłychana 

–  w świątyni!,  grupę  zakonników  z Bretanii,  którzy  ośmielili  się  podać  tę  legendę 

w wątpliwość.  Chronologia  arturiańska  jest,  jak  widać  z powyższego,  mocno  powikłana: 

nawet  największy  w tej  dziedzinie  autorytet  –  Thomas  Malory  –  traktuje  daty 

powściągliwie. 

Co  do  mnie  –  przyznam  się,  że  wciąż  nie  dają  mi  spokoju  pożegnalne  słowa  jeża, 

background image

wzmianka Don Kichota o krukach, i Miltonowska wizja świata podziemi. To, oczywiście, 

tylko  czysta  spekulacja,  ale  gdyby  tak  okazało  się,  że  wspomniany  kurhan 

w kornwalijskiej  wsi  Bodmin  przypomina  olbrzymie  kretowisko  i ma  z boku  otwór 

ciemnego  korytarza  –  i gdyby  jeszcze  w pobliżu  udało  się  wytropić  ślady  bobrów  – 

wówczas wnioski narzucałyby się same. Wierzę bowiem głęboko, że mój ukochany Artur 

przyszłości  zasiada  w tej  właśnie  chwili  w Sali  Kombinacyjnej,  otoczony  mędrcami 

z Kolegium Życia, i wspólnie obmyślają ratunek dla naszego osobliwego gatunku. I mam 

nadzieję,  że  pewnego  dnia,  kiedy  nie  tylko  Anglia,  ale  cały  świat  zechce  usłuchać  głosu 

rozsądku – głos ten dobędzie się z wnętrza kurhanu, dźwięczny i radosny. Może Wysoka 

Komisja  przywróci  nam  szczęśliwy  świat  rycerstwa  i średniowiecznej  prostoty  ludzi, 

którzy  przynajmniej  próbowali  położyć  kres  odwiecznym  krwawym  zakusom  Atylli, 

wodza Hunów. 

Explicit  liber  Regis  Quondam,  graviter  et  laboriose  scriptus  inter  annos 

MDCCCCXXXVI  et  MDCCCCXLII,  nationibus  in  dim  bello  certantibus.  Hic  etiam 

incipit, si forte in futuro homo superstes pestilenciam possit evadere et opus continuare 

inceptum, spec Regis Futuri. Ora pro Thoma Malory Equite, discipuloque humili eius, 

qui nunc sua sponte libros deponit utpro specie pugnet. 

Tu kończy się księga o Królu Przeszłości, spisana z wielkim bólem i mozołem w latach 

1936-1942, gdy narody pogrążyły się w wielkiej wojnie feudalnej. Tu się także zaczyna – 

jeśli choć jeden człowiek przetrwa obecną plagę i podejmie rozpoczęte dzieło – nadzieja 

na  opowieść  o Królu  Przyszłości.  Módlmy  się  za  Tomasza  Malory’ego,  Rycerza,  i jego 

pokornego  ucznia,  który  oto  dobrowolnie  składa  na  bok  niniejszą  księgę,  aby  bronić 

swoich współbraci. 

background image

POSŁOWIE 

 

 

Ten sen, tak jak poprzedni, trwał około pół godziny. Ostatnie trzy minuty wypełniła 

gonitwa  ryb,  smoków  i innych  morskich  stworów.  Smok  połknął  kamyk,  ale  zaraz  go 

wypluł. 

W  końcowym  ułamku  sekundy  –  okresie  krótszym  niż  odcinek  milimetra  na 

dwumetrowej  linii  –  pojawił  się  człowiek.  Człowiek  rozszczepił  ostatni  kamyk  pozostały 

z wielkiej góry. Uczynił z niego grot strzały i zabił swego brata. 

Miecz dla króla  

background image

 

ROZDZIAŁ XVIII; wersja oryginalna 

„Ojciec  zbudował  dla  mnie  drewniany  zamek,  tak  duży,  że  mieściłem  się  w środku; 

a w  otworach  strzelniczych  osadził  lufy  prawdziwych  pistoletów,  aby  w dniu  moich 

urodzin  wystrzelić  na  wiwat.  Była  noc  –  czarna  indyjska  noc  –  kiedy  kazał  mi  usiąść 

przed  zamkiem  i przyjąć  salut,  ja  zaś,  pewien,  że  mam  zostać  rozstrzelany,  rozpłakałem 

się”. 

Lęk towarzyszył White’owi przez całe życie; miewał źródła zewnętrzne – agresywna, 

psychopatyczna  matka,  „potrząsający  rózeczką”  nauczyciele  w Cheltenham  College, 

ubóstwo, gruźlica, opinia publiczna; miewał też źródła wewnętrzne – lęk przed uczuciem 

strachu, lęk przed porażką, lęk przed kompromitacją. White bał się śmierci i ciemności. 

Bał  się  własnych,  w powszechnej  opinii  nagannych,  skłonności  do  alkoholu,  młodych 

chłopców  i sadyzmu.  Co  znamienne  –  nie  bał  się  Boga,  lecz  generalnie  odczuwał  lęk 

przed rasą ludzką. Przez całe życie toczył walkę z lękiem, broniąc się przed nim odwagą, 

lekkomyślnością,  sardonicznym  dowcipem  i przedsiębiorczością.  Zawsze  pełen  planów, 

nigdy nie miał dość nauki, zwłaszcza że wysoko oceniał własne zdolności. 

Ocenę  tę  podzielali  profesorowie  z Uniwersytetu  Cambridge.  Gdy  gruźlica  zmusiła 

White’a  do  przerwania  nauki  na  drugim  roku  studiów,  grupa  wykładowców  złożyła  się, 

aby  sfinansować  jego  roczny  pobyt  zdrowotny  we  Włoszech.  White  poczuł  się  we 

Włoszech  jak  ryba  w wodzie,  nauczył  się  języka,  nawiązał  przyjaźnie  z ludźmi  niskiego 

stanu,  poznał  życie  ubogiego  żaka  –  i napisał  swą  pierwszą  powieść,  They  Winter 

Abroad.  Pomysłodawca  profesorskiej  składki  wspominał  po  latach:  „...wrócił 

w doskonałej  formie,  z silnym  postanowieniem,  że  rzuci  profesorów  na  kolana  – 

i rzeczywiście:  w 1929  uzyskał  w brawurowym  stylu  dyplom  Pierwszej  Klasy 

z Wyróżnieniem”. 

W  roku  1932,  dzięki  rekomendacji  Cambridge,  mianowany  został  dyrektorem 

katedry anglistyki gimnazjum w Stowe. 

Była  to  funkcja  wysoka,  a światły  dyrektor  szkoły  pozostawił  White’owi  znaczną 

swobodę działania. Uczniowie pamiętają go do dziś: jedni za pasję pedagogiczną, inni za 

zjadliwy krytycyzm, jeszcze inni za pozalekcyjne wyprawy na zaskrońce. Aby pokonać lęk 

wysokości, ukończył kurs szybownictwa, a spotkania z farmerami w miejscowej karczmie 

złagodziły  nieco  jego  pogląd  na  rasę  ludzką.  Jednak  po  paru  latach  Stowe  znudziło  go: 

zaczął  bezpodstawnie  zarzucać  dyrektorowi  szkoły,  iż  chce  się  go  pozbyć.  Z lęku  przed 

ubóstwem napisał w pośpiechu dwa czytadła i zaplanował trzecie. Przypadkowe wakacje 

wielkanocne,  które  spędził  samotnie,  w strugach  deszczu,  nad  rzeką  w Szkocji, 

uświadomiły  mu,  czego  naprawdę  pragnie:  być  wolnym  i pisać,  złowić  w sobie  własną 

background image

książkę, jak łososia w strumieniu. 

W środku lata 1936 rzucił posadę w szkole i wynajął leśniczówkę w Stowe Ridings, na 

terenie  majątku  Stowe.  Druga  książeczka  –  kompilacja  wyimków  z dziennika, 

poświęconych  wędkarstwu,  myślistwu,  strzelectwu  i szybownictwu  –  ukazała  się  pod 

tytułem  England  Have  My  Bones  i stała  się  takim  bestsellerem,  że  wydawca 

zaproponował White’owi roczną pensję w wysokości dwustu funtów, pod warunkiem, że 

napisze co rok nową książkę. 

Leśniczówka  –  solidny,  lecz  pozbawiony  wygód  wiktoriański  domeczek  –  stała 

w sercu puszczy. Pewnego wieczoru, przy świetle lampy naftowej, White sięgnął na półkę 

po  stary  egzemplarz  Morte  d’Arthur  Malory’ego,  z którego  swego  czasu  pisał  pracę 

semestralną  z literatury  angielskiej.  Wówczas  chciał  przede  wszystkim  olśnić 

egzaminatorów; teraz czytał dzieło Malory’ego dla własnej przyjemności. 

Dyplom  Pierwszej  Klasy  z Wyróżnieniem  potwierdzał,  że  White  potrafi  wnikliwie 

czytać  literaturę.  Przestudiował  Morte  d’Arthur  z drobiazgową  sumiennością.  Notatka 

podsumowująca te studia może uchodzić za wstępny szkic do wieloksięgu Był sobie raz 

na zawsze król. Oto jej treść: 

„Cała  legenda  arturiańska  rozwija  się  według  greckiego  schematu  klątwy,  patrz 

historia Orestesa. 

Uther zapoczątkował zło wyrządzone rodowi  księcia Kornwalii; potomek tegoż rodu 

dopełnił za to zemsty  na Arturze. Ojcowie  –  amatorzy kwaśnych jabłek, itd. Artur musi 

zapłacić  za  zbrodnię  ojca;  dla  podkreślenia  zasady  sprawiedliwości  losu,  i jemu 

przychodzi  jednak  popełnić  zbrodnię  (na  Kornwalach):  w ten  sposób  dopełnia  się  jego 

identyfikacja z obiektem potępienia. 

Kolejność zdarzeń: 

Książę  Kornwalii  poślubił  Igraine  i miał  z nią  trzy  córki:  Morganę  le  Fay,  Elaine 

i Morgause. 

Uther Pendragon zakochał się w Igraine i, aby ją zdobyć, zabił w bitwie jej małżonka. 

Z Igraine  począł  Artura:  Artur  jest  więc  bratem  przyrodnim  trzech  wspomnianych 

panien. Wychowywał się jednak oddzielnie. 

Panny  poślubiły,  kolejno,  Uriensa,  Nentresa  i Lotha;  wszyscy  trzej  to  królowie. 

Zrozumiałe, że odczuwały niechęć do Uthera i wszystkich osób z nim związanych. 

Po  śmierci  Uthera  Artur  w tajemniczych  okolicznościach  przejął  jego  tron  –  a wraz 

z nim  odium  zemsty.  Panny  namówiły  swych  mężów,  aby  stanęli  na  czele  rewolty 

jedenastu królów. 

Artur  dowiedział  się,  że  Uther  był  jego  ojcem,  lecz  wiązał  z nim  tylko  wyobrażenie 

krewkiego  starca;  Merlin  bardzo  głupio  zapomniał  poinformować  Artura,  kim  była  jego 

background image

matka. 

Po wielkiej bitwie, w której jedenastu królów poniosło klęskę, Morgause, żona króla 

Lotha,  przybyła  do  Artura  z poselstwem.  Żadne  z nich  nie  wiedziało  wówczas,  że  są 

spokrewnieni.  Spodobali  się  sobie,  poszli  do  łóżka,  a owocem  romansu  był  Mordred. 

Mordred jest zatem owocem kazirodztwa (jego ojciec był przyrodnim bratem jego matki) 

i to właśnie on ściągnie w końcu potępienie na głowę Artura. Grzechem jest kazirodztwo, 

karą – Ginewra, a instrumentem kary – Mordred, owoc grzechu. To Mordred upiera się 

przy  ujawnieniu  romansu  Lancelota  z Ginewrą,  podczas  gdy  Artur  wolałby  przymknąć 

oko na całą sprawę i nie nazywać głośno rzeczy po imieniu”. 

En trentiesme annee de mon age 

Quand toutes mes hontesj’ai bues... 

White  miał  lat  trzydzieści,  gdy  wynajął  leśniczówkę.  Zerwawszy  z przeszłością,  żył 

w zgodzie  z sobą  samym,  był  wolny.  W samotności  towarzyszyły  mu,  jeden  po  drugim, 

liczne  sokoły,  a także  uratowany  od  śmierci  puszczyk  i suka  setera,  która  stała  się 

głównym  obiektem  jego  niespełnionej  miłości.  Legenda  arturianska  pozwoliła  mu 

zrealizować  inną  niespełnioną  potrzebę  –  potrzebę  uwielbienia  –  a przy  okazji 

wykorzystać  bogaty  bagaż  wiedzy  oraz  znajomość  przyrody  i dzieła  Malory’ego. 

Potraktował  temat  całkiem  na  nowo,  z pasją  nowicjusza.  W przeciwieństwie  do 

eleganckiej,  kuglarskiej  wręcz  zręczności  stylistycznej  wcześniejszych  „chałtur”,  Miecz 

dla  króla  odznacza  się  niefrasobliwą  pasją,  typową  dla  utworów  debiutanckich.  Tchnie 

poezją,  farsą,  obrazoburstwem,  a nade  wszystko  –  pochwałą  młodości,  widoczną 

w portretowaniu młodego Artura. Powieść ukazała się rychło po obu stronach Atlantyku, 

a w  Stanach  Zjednoczonych  nominowana  była  (z  powodzeniem)  do  Klubu  Książki 

Miesiąca.  Był  to  jednak  rok  1938  –  rok  Monachium:  lufy  pistoletów  w miniaturowym 

forcie  miały  wkrótce  zagrzmieć  bynajmniej  nie  na  wiwat.  Lęk  przed  wojną  sparaliżował 

White’a,  gdy  przydzielono  mu,  jak  wszystkim,  maskę  gazową;  lęk  ten  przygasł  nieco  – 

gdy Chamberlain przyjął pokój na warunkach Hitlera – lecz nie ulotnił się do końca. 

Filozofia  White’a  była  typowa  dla  ery  tuż  powojennej:  wojna  to  niszczycielskie 

szaleństwo – tłamsi prawo, zabija poetów, wynosi pyszałków, napycha kabzy chciwcom, 

poniża  cichych  i pokornych;  nie  przynosi  żadnych  korzyści;  jest  niedopuszczalnym 

archaizmem.  Nikt  nie  chce  wojny.  (Niestety,  nikt  nie  palił  się  też  zanadto  do  Ligi 

Narodów).  White  postanowił  sobie,  że  jeśli  –  wbrew  wszelkiej  logice  i zdrowemu 

rozsądkowi – dojdzie jednak do wybuchu nowej wojny, on zadeklaruje się jako pacyfista. 

Mimo to, w pierwszym samobójczym odruchu chciał zgłosić się do wojska na ochotnika – 

o czym wspomniał w liście do Davida Garnetta: „Pisałem już do Siegfrieda Sassoona i do 

dyrektora  w Stowe  (na  tym  kończy  się  moja  żałosna  lista  osób  wpływowych)  z prośbą 

background image

o znalezienie dla mnie jakiejś sensownej posady na wypadek tej przeklętej wojny, jeśli do 

niej  dojdzie.  Oto  moje  ultimatum:  jeśli  któryś  z was  nie  załatwi  mi  wcześniej  godziwej 

pracy, zapowiadam, że w ciągu miesiąca od dnia rozpoczęcia działań wojennych zaciągnę 

się do armii jako szeregowiec”. 

Chamberlain  skapitulował,  kryzys  minął,  a White  zabrał  się  do  pisania  Wiedźmy 

z lasu (drugiej części Był sobie raz na zawsze król), jednak przerwał ją wkrótce dla innej, 

nigdy  nie  ukończonej  powieści  –  Grief  for  the  Grey  Geese.  Był  to  dlań  okres  wielkiej 

aktywności  fizycznej.  Zamieszkał  sam  na  onieśmielającej  bezkresem  równinie  Wash 

i oddał  się  realizacji  dawnego  marzenia,  które  łączyło  w sobie  ambicje  sportowe  i żyłkę 

sadystyczną:  ustrzelić  dziką  gęś  w locie.  Znamienna  to  ambicja.  W opowieści  White’a 

myśliwi  wypowiadają  wojnę  gęsiom.  Jednak  w gronie  myśliwych  znajduje  się  zdrajca, 

który  staje  po  stronie  ptaków  i kieruje  ich  lot  w bezpieczną  stronę.  White,  który  sam 

marzył o ustrzeleniu dzikiej gęsi, w powieści wyraźnie utożsamia się z owym zdrajcą. 

W  styczniu  1939  pisał  do  Garnetta,  który  zapraszał  go  do  Irlandii  na  połów  łososi: 

„Będę  szczęśliwy,  mogąc  jakimkolwiek  sposobem  wyrwać  się  z tego  przeklętego  kraju 

przed  ostateczną  katastrofą.  Dwa  lata  bolesnych  rozmyślań  na  ten  temat  przekonały 

mnie,  że  powinienem  ratować  własną  skórę  i że  mam  do  tego  prawo.  Drugim  wyjściem 

jest palnąć sobie w łeb w momencie wybuchu konfliktu. Nie lubię wojny, nie chcę wojny, 

nie ja ją rozpętałem. Wydaje mi się, że mógłbym od biedy żyć w roli tchórza, ale nigdy nie 

zniósłbym życia w roli bohatera”. 

W  miesiąc  później  był  już  w Irlandii,  mieszkał  na  farmie  Doolistown,  w hrabstwie 

Meath.  Zapowiadał,  że  zostanie  tam  tak  długo,  aż  ukończy  Wiedźmę  z lasu  (wydaną 

niebawem) i złowi łososia. Wbrew tym deklaracjom, Doolistown stało się jego domem na 

całe sześć i pół roku, z czego przez sześć lat mowy angielskiej nie słyszał White w ogóle, 

a „kulturalną”  mowę  irlandzką  –  niezmiernie  rzadko.  Irlandzka  prowincja  wciągnęła  go 

jak bagno. 

Uciekł  ze  swojej  „przeklętej”  ojczyzny,  ale  nie  mógł  całkiem  odciąć  się  od 

napływających z Anglii wieści. 

Dziennik, 26 kwietnia 1939 

W  Anglii  na  serio  mówi  się  o mobilizacji  i wszyscy  żyją  od  jednego  przemówienia 

Hitlera do drugiego. Przeglądam wstecz te notatki, śledząc własne błazeńskie decyzje, 

które kolejno usiłowałem podejmować pod naciskiem Bestii: zostać pacyfistą, walczyć, 

znaleźć  jakieś  konstruktywne  zatrudnienie  na  czas  wojny,  łączące  w sobie  możliwości 

pracy twórczej i służby ojczyźnie. Cóż za żałosne, paniczne szusy z jednej ślepej uliczki 

w drugą. 

Przez  chwilę  usiłował  bronić  równowagi  ducha  kolejnym  szusem,  w nową  zgoła 

background image

stronę.  Mieszkając  w domu  katolickim,  gdzie  traktowano  go  jak  członka  rodziny,  zaczął 

rozważać możliwość przejścia na katolicyzm. Ponieważ kaprys losu zdarzył, że ojciec jego 

przyszedł  na  świat  w Irlandii,  White  zaczął  się  na  siłę  doszukiwać  irlandzkich  korzeni. 

Zaczytywał  się  w historii  Irlandii,  z naukową  pasją  studiując  pisma  zwolenników  obu 

stron  zadawnionego  konfliktu  z Anglią;  usiłował  uczyć  się  Erse  –  rdzennej  mowy 

irlandzkiej – uczęszczając raz w tygodniu na lekcje do nauczyciela miejscowej szkoły i „co 

rano odrabiając ćwiczenia”; wynajął nowy dom, Sheskin Lodge, w hrabstwie Mayo, gdzie 

mógł  swobodnie  polować;  w późniejszym  okresie  zajmował  się  owianym  legendą 

Godstone  (Kamieniem  Bożym)  na  wyspie  Inniskea.  Jednak  najbardziej  –  zgoła 

niespodziewanie  –  zauroczyła  go  posępna  uroda  wyludnionego  przylądka  Erris  –  tej 

części hrabstwa Mayo, która leży między łańcuchem górskim Nephin Beg a oceanem. 

Właśnie  w otoczonej  bagnami  gajówce  Sheskin  Lodge,  tonącej  w fuksjach 

i rododendronach,  usłyszał  White  ostatnie  angielskie  słowa.  Były  to  słowa  pożegnania. 

Wojna została wypowiedziana; przebywający u niego w gościnie Garnettowie wracali do 

Anglii. 

Gdy upłynął termin wynajmu Sheskin, White powrócił do Doolistown. Pilnie śledził 

doniesienia z kraju. 

 

20 października 1939 

Jak  się  wydaje,  nie  ma  jeszcze  zbyt  wielu  ofiar,  nie  doszło  do  haniebnych  ataków 

z użyciem gazu i bakterii. 

Ale kończą się zapasy prawdy. 

Zamiast gazu dusi nas propaganda, zabijając pomału szare komórki. 

 

23 października 

Ta  wojna,  nadawana  przez  radio,  jest  straszliwsza  niż  wszystko, co  wyobrażałem 

sobie  dotąd  na  temat  śmierci.  Śmierć,  myślę  teraz,  musi  być  wzniosłą,  przejmującą 

tajemnicą,  bez  względu  na  religię,  którą  się  wyznaje,  i okoliczności.  Jest  ona  bowiem 

rzeczą  naturalną.  To  zaś,  co  słychać  przez  radio,  nie  jest  naturalne.  Te  nosowe  głosy, 

wyśpiewujące o Hitlerze i śmierci, pobrzmiewają szyderstwem i wisielczym humorem. 

Tak śpiewać muszą diabli w piekle. 

Pisząc  te  słowa,  White  szykował  się  do  podjęcia  pracy  nad  Rycerzem  spod  Ciemnej 

Gwiazdy  (pół  roku  wcześniej  wydawca  odesłał  autorowi  Wiedźmę  z lasu,  sugerując 

znaczne  zmiany),  w związku  z czym  pilnie  studiował  postać  Sir  Lancelota  w dziele 

Malory’ego.  Znajdował  w tej  postaci  wiele  własnych  cech:  „Prawdopodobnie  typ 

sadystyczny, inaczej nie dbałby tak strasznie o to, żeby nikogo nie skrzywdzić... Lubi być 

background image

sam”. 

Postać  Ginewry  mógł  analizować  tylko  teoretycznie,  gdyż  w kwestii  kobiet  nie  miał 

osobistych  doświadczeń;  usilnie  starał  się  przy  tym  pohamować  organiczną  awersję  do 

płci żeńskiej. „Ginewra nie była pozbawiona zalet. Umiała wybrać najlepszego kochanka 

i miała  dość  odwagi,  aby  wdać  się  z nim  w romans”.  „Trudno  zaliczyć  Ginewrę  do 

ulubionych postaci Malory’ego, cokolwiek na ten temat sądzi Tennyson”. 

Tak  programowe  i metodyczne  podejście  do  tematu  było  nowością  w pisarstwie 

White’a. W Rycerzu spod Ciemnej Gwiazdy, gdzie pętla klątwy zaciska się wokół Artura, 

a Lancelot  staje  się  jej  ślepym  narzędziem  przez  swą  miłość  do  Ginewry,  nie  ma  żadnej 

łatwizny narracyjnej. 

White  pisał  tę  księgę  w prowincjonalnym  hoteliku  w Belmullet  na  przylądku  Erris, 

w przerwach  odbywając  wyprawy  badawcze  do  Godstone,  wyczekując  mroźnym  świtem 

na przelot dzikich gęsi, gwarząc z sąsiadami i od czasu do czasu pijąc na umór (po czym 

zawsze barykadował się w swoim hotelowym pokoju, w panicznym strachu przed IRA). 

 

1  października,  ukończywszy  Rycerza  spod  Ciemnej  Gwiazdy,  White  powrócił  do 

Doolistown,  by  tam  pisać  Świecę  na  wietrze.  Miał  już  wówczas  szkicową  wersję 

sceniczną  ostatniej  księgi  Morte  d’Arthur,  w której  główny  bohater  stopniowo  pogrąża 

się  w klęsce.  White  nie  umiał  pisać  powoli.  Jesienią  szkic  dramatyczny  uzyskał 

ostateczną  formę  powieściową,  a autor  zastanawiał  się  nad  tytułem  całej  tetralogii: 

Odwieczne zło?... Artur Pendragonl... 

 

14 listopada 1940 

Pendragona  da  się  jeszcze  zbawić  i wynieść  na  piedestał  chwały,  trzeba  tylko 

zmienić  finał  Księgi  IV  i odesłać  Artura  z powrotem  do  zwierząt.  Przedłużyć  legendę 

o jego  zejście  pod  ziemię,  do  borsuczej  nory,  gdzie  czekają  na  niego  borsuk,  jeż,  wąż, 

szczupak (wypchany w gablocie) i reszta towarzystwa. Muszą oni, z udziałem Merlina, 

omówić  kwestię  wojny  z punktu  widzenia  przyrodnika,  tak  jak  ja  to  od  niedawna 

czynię  w niniejszych  zapiskach.  Muszą  gruntownie  –  korzystając  z długiej  wizyty 

Artura pod ziemią – przeanalizować Człowieka na tle innych zwierząt: jest nadzieja, że 

pozwoli to ujrzeć go w nowym świetle. Taki zresztą byl od początku cel Merlina: stąd 

pomysł  zaznajomienia  Artura  ze  zwierzętami.  Czego  zatem  możemy  nauczyć  się  od 

zwierząt, jeśli idzie o zaniechanie wojen? 

„Pendragona da się jeszcze zbawić” – White myślał tak i o sobie. 

Przybył  do  Belmullet  przekonany,  że  Irlandia  jest  jego  domem.  Wyjeżdżał  stamtąd 

jako  Anglik  na  wygnaniu.  W Irlandii  przyjęto  go  jak  atrakcyjną  nowinkę,  lecz  nigdy  nie 

background image

zaakceptowano.  Na  przeszkodzie  stanęło  właśnie  Odwieczne  Zło:  przepaść  między  rasą 

znienawidzoną  a rasą  nienawidzącą.  Podejrzewano  White’a  o szpiegostwo  (chodziły 

plotki  o inwazji  Anglików  i prawie  całe  Belmullet  nie  spało  po  nocach);  śledzono  każdy 

jego krok; składano donosy na policję; zakazano mu opuszczać stały ląd, a gdy wstąpił do 

oddziału  samoobrony  –  poproszono  go,  aby  nie  uczestniczył  w defiladach.  Śladów  jego 

rozczarowania  takim  przyjęciem  można  się  doszukać  w Świecy  na  wietrze,  gdzie  dobra 

wola  Artura  pozostaje  nie  doceniona  przez  jego  odwiecznych  wrogów.  White’a  czekała 

oto  kolejna  zima:  zima  intelektualnej  samotności,  w której  mógł  konsultować  się  tylko 

z sobą  i tylko  siebie  słuchać.  Miał  dach  nad  głową,  własny  pokój,  regularne  posiłki 

i pocięte liniami żywopłotów pola hrabstwa Meath, po których mógł spacerować z psem. 

Nie było się na co skarżyć – nie było czym się cieszyć. Wojna uwięziła go w miękkiej celi. 

Mówiąc o Pendragonie, miał na myśli własne zbawienie. 

6  grudnia  pisał  do  LJ.  Pottsa,  dawnego  profesora  z Cambridge,  który  na  zawsze 

pozostał  jego  korespondencyjnym  spowiednikiem:  „Następny  tom  będzie  nosił  tytuł 

Świeca na wietrze (dziś należałoby dodać „z Bożej łaski”)... Zakończy się opisem nocy po 

ostatniej bitwie, kiedy Artur jest w skrajnej rozpaczy. Potem zamierzam dodać Księgę V, 

w której Artur zstąpi za Merlinem w podziemia (do bosruczej nory z Księgi I); jeszcze raz 

pojawią  się  zwierzęta,  przede  wszystkim  mrówki  i dzikie  gęsi.  Nie  krzyw  się.  To 

natchnienie  zesłane  przez  Boga.  Nagle  odkryłem,  że:  (1)  centralnym  tematem  Morte 

d ‘Arthur jest poszukiwanie antidotum na wojnę, (2) najlepszą metodą badania poczynań 

człowieka  jest  obserwować  go,  za  Arystotelesem,  jako  zwierzę  polityczne.  Nie  chcę  się 

teraz wdawać w szczegóły, aby nie popsuć Ci świeżego odbioru przyszłej książki, dodam 

więc  tylko,  że,  wzorem  Sama  Butlera,  sporo  rozmyślałem  ostatnio  o człowieku  jako 

zwierzęciu między zwierzętami – o mózgu ludzkim, itd. Uważam, że mam coś istotnego 

do  powiedzenia  na  temat  wszystkich  napuszonych  izmów  (komunizmu,  faszyzmu, 

konserwatyzmu,  itd.)  –  wystarczy  dać  krok  wstecz  w realny  świat,  gdzie  człowiek  jest 

tylko jednym z niezliczonych gatunków stworzeń. Szkicując zatem mój »morał« (którego 

tu  nie  sformułuję):  dostrzegłem  wyśmienitą  możliwość  domknięcia  całego  cyklu 

i zakończenia  go  motywem  zwierzęcym,  od  którego  się  rozpoczął.  To  uczyni  mój  epos 

owocem doskonałym, »krągłym, rumianym i skończonym. 

Tego  samego  dnia  pisał  do  Garnetta,  pytając  o tytuł  książki,  w której  Garnett  miał 

rzekomo wyczytać o bandyckim napadzie Malory’ego na klasztor. W dalszym ciągu listu 

wywodzi:  „Zanosi  się  na  to,  że  mój  tom  piąty  poświęcony  będzie  w całości  anatomii 

mózgu. Może to dziwić w odniesieniu do Artura, ale tak jest. Czy nie wiesz przypadkiem 

o jakiejś książce, która w sposób przystępny, lecz gruntowny, traktuje o anatomii mózgu 

u zwierząt,  ryb,  owadów,  itd.?  Chciałbym  poznać  różnice  między  mózgiem  mrówki 

background image

a dzikiej gęsi. Wiem, że zwracam się z tym pytaniem do właściwej osoby”. 

Mimo  iż  w liście  do  Pottsa  White  używa  czasu  przyszłego,  trudno  uwierzyć,  aby 

czekał  z rozpoczęciem  Księgi  Merlina  od  14  listopada  do  6  grudnia.  Księga  V z  takim 

wigorem podejmuje wątek urwany w Księdze IV, że nie mogła ich dzielić wielka przepaść 

czasu. Artur wciąż siedzi sam w namiocie pod Salisbury, oczekując ostatniej bitwy: stracił 

resztki  nadziei,  szlocha  pogrążony  w starczej  bezsilności.  Merlin  wkracza  do  akcji, 

pragnie odnowić dawną relację mistrz-uczeń, lecz widząc ogrom rozpaczy Artura, wątpi, 

czy  aby  nie  jest  na  to  za  późno.  Jego  zapewnienie,  iż  Artur  i Okrągły  Stół  żyć  będą 

w legendzie, choć historia położy im kres, nie wywołuje żadnego odzewu ze strony Króla. 

Merlin  przywołuje  więc  wspomnienie  przeszłości.  Lecz  okazuje  się,  że  uczeń  przerósł 

mistrza.  Artur  zbywa  go  krótkim:  Le  roi  s ‘advisera.  W żadnej  z czterech  poprzednich 

ksiąg  nie  uczynił  White  Artura  tak  władczym,  tak  królewskim,  jak  w owej  scenie 

ostatecznej  porażki.  W napisanej  w latach  trzydziestych  powieści  Farewell  Victoria, 

White  ukuł  frazę  „nieśmiertelni  generałowie  klęski”.  W pierwszym  rozdziale  Księgi 

Merlina zobrazował to powiedzenie. 

Treścią  Księgi  V jest  zstąpienie  Artura  w podziemia,  gdzie  zwierzęta  z Księgi 

I wciągną go w dysputę, a Merlin udostępni mu fragmenty zapisków z notatnika samego 

White’a, z których wynika, czego człowiek może nauczyć się od zwierząt w kwestii wojny. 

Ponieważ zwierzęta na ogół nie wojują w obrębie własnego gatunku, jest to wdzięczny 

temat do rozważań. 

Niestety,  Merlin  od  początku  wypacza  obiektywizm  dyskusji,  dowodząc  niższości 

człowieka  wobec  innych  stworzeń.  Liber  scriptus  proferetur...  Merlin  kartkuje  notes 

White’a  i znajduje  w nim  żałośnie  mało  argumentów  przemawiających  za  słusznością 

włączenia  człowieka  w grono  dwóch  tysięcy  ośmiuset  pięćdziesięciu  innych  gatunków 

ssaków  zamieszkujących  ziemię.  Wszystkie  one  potrafią  żyć  stosownie,  bez  wojen 

i podbojów.  Człowiek  –  przeciwnie.  Merlin  osłabia  jednak  ostrze  swojej  krytyki, 

nazywając człowieka parweniuszem – a więc nie równym partnerem pozostałych. 

W  tym  punkcie  dysputy  nikt  nie  ośmiela  się  sugerować,  że  człowiek  może  się 

poprawić następnym razem. 

Artur,  przedstawiciel  parweniuszy  świata  zwierzęcego,  broni  człowieka,  cytując 

przykłady  jego  pozytywnych  działań,  takich  jak  budowa  miast  i uprawa  roli. 

W odpowiedzi  zostaje  zasypany  informacjami  o osiągnięciach  twórczych  koralowców, 

bobrów,  ptaków  roznoszących  nasiona  drzew  oraz  tak  cenionej  przez  Darwina 

dżdżownicy.  Nie  porusza  się  przy  tym  tematu  świadomości  twórczej,  lecz  dyskusja 

natychmiast  zbacza  na  zagadnienie  nomenklatury:  czy  homo  winien  nosić  przydomek 

ferox {sapiens w ogóle nie wchodzi w rachubę), czy stultus, czy też może impoliticus. Ta 

background image

ostatnia nazwa sugerowałaby, że człowiek dopóty pozostanie dzikusem i głupcem, dopóki 

nie nauczy się, wzorem innych zwierząt, żyć w pokoju. 

Nietrudno dostrzec luki w argumentacji White’a. Księga Medina powstała z nagłego 

impulsu  twórczego.  Jest  inteligentna,  chwilami  niepokojąca,  zaskakująca,  błyskotliwa, 

wzruszająca i pouczająca. Niestety, główny idelog tej księgi – Merlin – przemawia tonem 

rozgoryczenia,  a jest  to  rozgoryczenie  samego  White’a.  Wojna  odnowiła  w nim, 

pokonany  zdawało  się,  lęk  przed  rasą  ludzką;  lęk  ten  przerodził  się  w furię,  a obiektem 

furii stała się ludzkość, która nie tylko toczy wojny, lecz je gloryfikuje. 

Ani  cienia  tych  uczuć  nie  znajdziemy  w osobie  Artura.  Ilekroć  niepoprawny  gaduła 

Merlin dopuszcza go do głosu, staje przed nami człowiek poczciwy, nieskory do gniewu, 

chętny do nauki i niegłupi. Artur jest żywotny jak trawa i gotowy słuchać każdego, kto ma 

coś  ciekawego  do  powiedzenia.  Gdy  Merlin  każe  mu  dla  kontynuacji  nauki  zostać 

mrówką, Artur godzi się na to bez szemrania. Zamieniony w mrówkę robotnicę, wkracza 

do  mrowiska,  które  Merlin  trzyma  w laboratorium  do  celów  doświadczalnych.  Znajduje 

tam  państwo  totalitarne,  tak  jak  je  sobie  wyobrażał  White.  Połączenie  służalczej 

bezmyślności  i wojowniczości  charakteryzujące  mrówki  oburza  Artura  tak  dalece,  że 

przeciwstawia  się  on,  sam  jeden,  zorganizowanej  armii  –  Merlin  musi  interweniować, 

porywając buntownika z mrowiska. 

Na  ostatnią  lekcję  wysyła  White  swego  bohatera  tam,  gdzie  sam  doświadczył 

nieopisanego szczęścia, polując na gęsi zimą 1938 roku. 

O tym, jak bogate i intensywne było życie White’a świadczy fakt, że powieści Grief for 

the  Grey  Geese  i Księga  Merlina  powstały  w odstępie  niewiele  ponad  dwóch  lat.  Jadąc 

na ryby do Irlandii, White zabrał z sobą książkę o gęsiach:  

 rozdział  XII  Księgi  Medina  otwiera  opis  bezkresnej,  ciemnej  równiny  Lincolnshire 

Wash, smaganej nieustannie horyzontalnym wiatrem. A oto i Artur: zamieniony w dziką 

gęś,  wyciąga  dziób  pod  wiatr,  czuje  grzęzawisko  pod  zaopatrzonymi  w błony  pławne 

stopami,  ale  nie  jest  jeszcze  do  końca  ptakiem:  jeszcze  nie  latał.  Dopiero  kiedy  gęsi 

odlecą o świcie, wzbije się w powietrze razem z nimi. 

A jednak nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Zimą dwa lata wcześniej White 

był u szczytu formy fizycznej i psychicznej.  W tym okresie niebywałej spostrzegawczości 

i wzlotów wyobraźni pisał do Sydneya Cockerella: „Jestem tak zdrów fizycznie, że wprost 

rozpiera  mnie  morskie  powietrze  i lodowce,  i świty,  i noce,  i zachody  słońca;  tak  głodny 

i trzeźwy, tak bogaty i mądry, że mój intelekt pogrążył się w letargu”. 

W  Dooliston  było  zupełnie  inaczej:  White  cierpiał  na  bezsenność,  był  rozdrażniony 

i pełen pretensji do świata. Przez kilka stron sceny, w której Artur obserwuje gęsi, zdołał 

jeszcze  zachować  pozory  dawnej  witalności  –  ale  już  w rozdziale  XIII  popada  w ton 

background image

moralizatorski  i nie  porzuci  go  do  końca  książki,  z krótką  przerwą  na  opis  wycieczki 

Artura  z jeżem  na  szczyt  góry,  skąd  Król  patrzy  na  uśpione  pod  księżycem  królestwo 

i wybacza  złym  przez  wzgląd  na  dobrych.  Poza  tym  fragmentem,  czytelnik  jest 

bombardowany  analizami,  dowodami,  kazaniami,  przykładami,  objaśnieniami, 

nawiązaniami do historii, parabolami ze świata przyrody – nawet jeż za dużo gada. 

A  przecież  temat  był  dobry,  i na  czasie;  White,  na  szczęście,  nie  traci  z oka  swoich 

bohaterów,  zabarwiając  ich  stylem  poszczególne  wywody  i nie  żałując  przy  tym  języka 

potocznego.  Maszynopis  Księgi  Merlina  dowodzi,  jak  bardzo  sam  autor  świadom  był 

potrzeby  takiego  zabiegu:  większość  korekt  stylistycznych  poczyniona  została  przezeń 

odręcznie.  Tam,  gdzie  White’owi  udało  się  ujść  przed  programowym  dydaktyzmem  we 

właściwą  domenę  narracji,  Księga  Merlina  potwierdza  jego  niepośledni  talent  pisarski. 

Ma się wręcz wrażenie, że tę książkę pisały dwie osoby: uroczy gawędziarz i pedantyczny 

mądrala z notesem w garści, który usiłuje zakrzyczeć tego pierwszego. 

Może White zbłądził na pustyni słów i opinii, bo zabrakło mu dawnego przewodnika? 

Malory powraca w ostatnim rozdziale, aby White mógł pod jego kierunkiem opowiedzieć 

o tym,  jak  Artur  poległ  w bitwie,  a Ginewra  i Lancelot  –  dostojna  przeorysza  i pokorny 

pustelnik  –  w swoim  czasie  spokojnie  dokonali  żywota.  To  jedne  z najpiękniejszych 

stronic w całej prozie White’a. Żadnego mędrkowania, żadnych popisów erudycyjnych – 

nie miejsce dla nich tu, gdzie domyka się koło legendy, a White i Malory mówią sobie do 

widzenia po długiej wspólnej podróży, rozpoczętej w leśniczówce w Stowe Ridings. 

Powinien to być ostatni  

 rozdział pięcioksięgu Był sobie raz na zawsze król. Niestety. „Nagle odkryłem, że... 

centralnym  tematem  Morte  d ‘Arthur  jest  poszukiwanie  antidotum  na  wojnę”.  Aby 

uprzedzić nieco tę rewelację, która znalazła pełny wyraz w Księdze  V, White postanowił 

włączyć  niektóre  fragmenty  Księgi  Merlina  do  wcześniejszych,  już  opublikowanych, 

trzech tomów. W listopadzie 1941 wysłał je, wraz ze Świecą na wietrze i Księgą Merlina, 

do  wydawcy  w Londynie,  domagając  się  opublikowania  dzieła  w całości.  Wydawca  – 

Collins – był zaskoczony. Odpisał, że propozycja wymaga zastanowienia. Na tak obszerne 

dzieło  potrzeba  było  znacznej  ilości  papieru,  którego  zasoby  wojna  poważnie 

nadszarpnęła, gdyż masowo drukowano formularze, rozporządzenia, raporty, instrukcje 

dla  ludności  cywilnej,  lekkie  czytadła  dla  żołnierzy,  itd.  Mimo  to  White  upierał  się  przy 

wydaniu całości. Pochłonięty przeciągającymi się negocjacjami, nie upomniał się (wbrew 

niezłomnemu  dotychczas  obyczajowi)  o korektę  Księgi  Merlina  –  wielka  szkoda,  gdyż 

zawsze  twierdził,  że  dopiero  w druku  ujawniają  się  wszystkie  niedomówienia 

i przegadania. Pięcioksiąg ostatecznie trafił na półkę. 

Był  sobie  raz  na  zawsze  król  ukazał  się  dopiero  w roku  1958.  Dzieło  opublikowano 

background image

jako tetralogię. Księga Merlina – próba znalezienia antidotum na wojnę – podzieliła los 

ofiar wojennych. 

Sylwia Townsend Warner