background image

NORA ROBERTS

GOŚCINNE WYSTĘPY

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To nie była jej pierwsza wizyta w Cordinie. Pierwszy raz gościła tu prawie siedem lat 

temu; miała wtedy wrażenie, jakby znalazła się w trójwymiarowej bajce. Teraz była starsza, 

choć niekoniecznie mądrzejsza. I w bajki już nie wierzyła. To dobre dla młodych i naiwnych. 

Lub dla szczęśliwców, dodała w myślach.

Pałac, w którym mieszkała książęca rodzina, wciąż zapierał dech w piersiach. Eve 

Hamilton   przyglądała   mu   się   z   zafascynowaniem   i   podziwem.   Stara,   potężna   budowla 

połyskiwała bielą na szczycie wzgórza; rozpościerał się z niej wspaniały widok zarówno na 

morze, jak i na miasto.

Białe wieże zdawały się przebijać błękit nieba. Baszty i mury z blankami świadczyły o 

obronnym charakterze budowli. Dawną fosę zlikwidowano; miejsce wody zajęły nowoczesne 

kamery oraz systemy alarmowe. Promienie słońca odbijały się w oknach.

Podobnie jak gdzie indziej  na świecie, tu również zdarzały się triumfy i tragedie, 

intrygi i wielkie miłości. Wciąż nie mogła uwierzyć, że w niektórych tych wydarzeniach ona. 

Eve Hamilton, brała udział!

Podczas   swojej   pierwszej   wizyty   w   pałacu   wyszła   z   księciem   na   taras   i   całkiem 

nieoczekiwanie przyczyniła się do uratowania mu szycia. Dziwny bywa los, pomyślała, nie 

odrywając oczu od szyby. Samochód, którym jechała z lotniska, minął wysoką żelazną bramę 

oraz   strażników   w   czerwonych   uniformach.   Raz   nam   sprzyja,   kiedy   indziej   się   od   nas 

odwraca.

Siedem lat temu przyleciała do maleńkiego księstwa razem ze swoją siostrą, Chris, 

która była przyjaciółką szkolną księżniczki Gabrielli. Tak się akurat złożyło, że to ją książę 

Bennett   zaprosił   na   taras.   Równie   dobrze   mógł   wyjść   z   inną   kobietą,   lecz   wówczas   nie 

poznałaby go i nie stała się częścią politycznej intrygi, która od dawna prześladowała jego 

rodzinę.

Gdyby   nie   incydent   na   tarasie,   może   nie   miałaby   okazji   zamieszkać   w   pięknym, 

bajkowym pałacu. Może odleciałaby do Ameryki i zapomniała o Cordinie. A ona wracała tu 

raz po raz. Tym razem jednak nie przybyła w celach turystycznych czy towarzyskich. Została 

wezwana, a rodzime panującej się nie odmawia. Żałowała jedynie, że zaproszenie wyszło od 

jedynego członka książęcej rodziny, który ją irytował.

Od księcia Aleksandra, najstarszego syna i spadkobiercy tronu. Jego Książęcej Mości 

Aleksandra Roberta Armanda de Cordina. Nawet nie pamiętała, skąd zna jego pełne imię.

Z   okien   samochodu   patrzyła,   jak   drzewa   pełne   różowych   pąków   kołyszą   się   na 

background image

wietrze.   Szkoda,   że  Aleksander   tak   bardzo   różni   się   od   swego   brata.   Na   samą   myśl   o 

Bennetcie Eve uśmiechnęła się szeroko. Miło będzie się z nim znów zobaczyć. Bennett jest 

czarującym i niezwykle serdecznym człowiekiem - w przeciwieństwie do Aleksandra, który 

dwadzieścia cztery godziny na dobę nosi na głowie koronę, wprawdzie niewidoczną, ale... 

Tak, Aleksander jest jak jego ojciec; myśli wyłącznie o obowiązkach, o ojczyźnie i rodzime. 

Nie zostawia mu to wiele czasu na przyjemności.

W porządku,  bądź  co  bądź  ona  też  nie  przyjechała  do Cordiny dla  przyjemności. 

Przyjechała w interesach, na rozmowę z Aleksandrem. Nie była już młodą, łatwo rumieniącą 

się dziewczyną, którą peszy obecność monarchy i boli jego dezaprobata. Zresztą Aleksander 

nigdy nikogo wprost nie krytykował, był na to zbyt dobrze wychowany, ale jak mało kto 

potrafił wyrazić dezaprobatę samym spojrzeniem. Gdyby nie to, że miała ochotę spędzić kilka 

dni   w   Cordinie,   nalegałaby,   aby  sam   przyleciał   do   Houston.   Zawsze   wolała   podpisywać 

umowę na swoim gruncie i na swoich warunkach.

Z uśmiechem na ustach wysiadła z samochodu. Podpisywać umowy na swoim gruncie 

nie   będzie,   to   jasne,   ale   jeśli   chodzi   o   warunki,   nie   zamierzała   iść   na   żadne   ustępstwa. 

Zwycięstwo w pojedynku z Aleksandrem sprawi jej autentyczną satysfakcję.

Wspinała się po szerokich kamiennych schodach, kiedy nagle otworzyły się drzwi 

pałacu. Zatrzymała się w pół kroku, po czym z figlarnym błyskiem w oczach dygnęła.

- Wasza Wysokość.

- Eve!

Wybuchnąwszy radosnym śmiechem, Bennett zbiegł na dół. Oho, pomyślała, kiedy 

pochwycił ją w ramiona: przed chwilą wyszedł ze stajni. Pachniał bowiem sianem i końmi. 

Kiedy   poznała   go   siedem   lat   temu,   był   przystojnym,   wrażliwym   na   kobiece   wdzięki 

młodzieńcem uwielbiającym dobrą zabawę.

Oswobodziła się, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Troszkę się postarzał, ale poza tym 

niewiele się zmienił.

-   Jak   cudownie   cię   znów   widzieć.   -   Ponownie   zgarnął   ją   w   ramiona   i   przywarł 

wargami do jej ust, ale był to czysto przyjacielski pocałunek. - Zbyt rzadko nas odwiedzasz, 

maleńka. Od twojej ostatniej wizyty minęły już dwa lata.

- Jestem kobietą pracującą - odparła, ściskając go za rękę. - Jak się miewasz, Bennett? 

Sądząc   po   twoim   wyglądzie,   wiedziesz   szczęśliwy   żywot.  A  sądząc   po   tym,   co   piszą 

brukowce, należysz do bardzo zajętych ludzi.

- Zgadza się. - Błysnął w uśmiechu zębami. - I jedno, i drugie. Chodźmy do środka, 

zrobię ci coś do picia... Wiesz co? Nikt nie potrafił udzielić mi informacji, na jak długo 

background image

przyjechałaś.

- Bo sama tego nie wiem. To zależy.

Weszli   razem   do   pałacu.   Wewnątrz   panował   miły   chłód.   Na   prawo   od   wejścia 

znajdowały się szerokie schody prowadzące łukiem na piętro. Lubiła to miejsce; stare mury i 

antyczne meble stwarzały poczucie stałości, bezpieczeństwa. Na ścianach wisiały wspaniałe 

gobeliny, gdzieniegdzie połyskiwały skrzyżowane ostrza szabli i szpad. Na stoliku z okresu 

panowania Ludwika XIV stała posrebrzana misa wypełniona po brzegi pachnącym jaśminem.

- Jak minęła podróż?

-   Dobrze.   -   Z   holu   skręcili   do   elegancko   urządzonego,   jasnego   salonu.   Spłowiałe 

zasłony i obicia świadczyły o tym, że promienie słońca często wpadały tu przez okna. W 

kilku kryształowych wazonach stały ogromne bukiety róż. Eve usiadła i wciągnęła w nozdrza 

ich upojny aromat. - Ale zdecydowanie wolę mieć ziemię pod nogami. Powiedz mi, Ben, co u 

was słychać.

Jak się czuje twoja siostra?

-   Brie?   Świetnie.   Zamierzała   wyjechać   po   ciebie   na   lotnisko,   ale   jej   najmłodsza 

pociecha zaczęła trochę pociągać nosem...

Wyjął z barku dwie szklanki, do każdej wrzucił po dwie kostki lodu, po czym zalał je 

wytrawnym wermutem. Między innymi na tym polega jego urok, pomyślała Eve; Ben, jak 

mało który mężczyzna, doskonale znał gusty zaprzyjaźnionych z nim pań i zawsze pamiętał 

ich preferencje.

- To śmieszne - dodał po chwili - ale wciąż nie mogę uwierzyć, że moja siostra jest 

matką, w dodatku czwórki małych rozrabiaków.

- To prawda. Mam dla niej list od Chris. Obiecałam, że wręczę go osobiście, a po 

powrocie zdam Chris szczegółowe sprawozdanie na temat jej chrześniaczki.

- Która to? Camilla? Straszna diablica! Doprowadza swoich braci do białej gorączki.

- I słusznie. Od czego są siostry? - Uśmiechając się, przyjęła szklankę z wermutem. - 

A jak Reeve?

- W porządku, choć pewnie byłby szczęśliwszy, gdyby przez okrągły rok mieszkał z 

rodziną   na   farmie   w   Ameryce.   Ponieważ   jednak   Brie   ma   sporo   obowiązków 

reprezentacyjnych, nie mogą na stałe wyjechać z Cordiny. Myślę, że Reeve w skrytości ducha 

marzy o tym, żeby Aleks wreszcie się ożenił. Wtedy jego żona przejęłaby na siebie część 

obowiązków, które teraz spoczywają na Brie.

Eve pociągnęła łyk wermutu.

- No a ty? - spytała. - Twoje małżeństwo też by odciążyło Brie.

background image

- Kocham swoją siostrę, ale nie do tego stopnia, żeby się dla niej żenić. - Usiadł na 

sąsiedniej kanapie.

- Więc nie ma źdźbła prawdy w plotkach o tobie i lady Alice Winthrop? Chociaż nie. 

zdaje się, że ostatnio pokazywałeś się z hrabianką Jessicą Mansfieid?

- Sympatyczne dziewczyny - oznajmił. - Widzę, że taktownie pominęłaś milczeniem 

księżną Milano?

- Jest dziesięć lat od ciebie starsza - rzekła Eve tonem pełnym dezaprobaty, po czym 

wybuchnęła śmiechem. - A taktowna bywam zawsze.

- Powiedz lepiej, co u ciebie? - Gdy nie chciał mówić na jakiś temat, po mistrzowsku 

potrafił robić uniki.

- Wyjaśnij mi, dlaczego osoba tak urodziwa wciąż jest samotna? Jak opędzasz się 

przed adoratorami?

- Mam czarny pas w karate. Siódmy stopień dań.

- Faktycznie. Zapomniałem.

- To dziwne, skoro dwa razy z tobą wygrałam.

-   Nie   dwa,   tylko   raz.   -   Rozparł   się   wygodnie   na   poduszkach.   Sprawiał   wrażenie 

odprężonego, pewnego siebie. I taki był. - W dodatku dałem ci fory.

- Dwa razy cię powaliłam. - Pociągnęła łyk wermutu. - I nie dałeś mi żadnych forów. 

Byłeś wściekły, że przegrałeś.

- Po prostu sprzyjało ci szczęście. Poza tym jako dżentelmen nie mógłbym skrzywdzić 

kobiety.

- Pieprzysz.

-   Moja   droga,   sto   lat   temu   za   tak   lekceważący   stosunek   do   rodziny   panującej 

mogłabyś stracić swoją śliczną główkę.

- Pieprzysz - powtórzyła, posyłając mu kokieteryjny uśmiech. - Z chwilą gdy Wasza 

Książęca   Mość   przy   stępuje   do   walki,   natychmiast   przestaje   być   dżentelmenem.   Gdyby 

Wasza Książęca Mość mógł pierwszy rzucić mnie na matę, na pewno by się nie zawahał.

Przyznał jej w duchu rację.

- Masz ochotę znów spróbować? - spytał.

Zawsze była gotowa stawić czoło wyzwaniu. Dopiwszy do końca wermut, podniosła 

się z kanapy.

- Oczywiście.

Bennett również wstał, po czym jedną nogą odsunął na bok stół. Odgarnął ręką włosy, 

zmrużył oczy.

background image

- Hm, jak to było? Jeśli dobrze pamiętam, chwyciłem cię od tyłu... o tak! - Zacisnął 

ramię wokół jej talii.

- A potem...

Nie dane mu było dokończyć. Jednym sprawnym ruchem podcięła mu nogę. Po chwili 

leżał na wznak.

- No właśnie. - Przyglądając mu się z góry, otrzepała ręce. - Dobrze pamiętasz.

- To niesprawiedliwe - zaprotestował. - Nie byłem jeszcze gotów. - Podparł się na 

łokciu.

- W miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone - rzekła ze śmiechem, po 

czym kucnęła obok na podłodze. - Nie ucierpiałeś?

- Ja nie, tylko mój honor - mruknął pod nosem i po ciągnął ją za kosmyk włosów.

Gdy Aleksander  wszedł  do  salonu,   zobaczył  leżącego   na  dywanie  brata  z  ręką   w 

ciemnej czuprynie Eve. Ich uśmiechnięte twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów.

- Wybaczcie, że wam przeszkadzam - rzekł szorstkim tonem następca tronu.

Na dźwięk jego głosu Bennett obejrzał się leniwie, Eve zaś poczuła, jak serce jej 

łomocze. Aleksander wyglądał dokładnie tak, jak go pamiętała: wysoki, przystojny, o gęstych 

ciemnych   włosach   zakrywających   uszy.   Twarz   miał   srogą,   nieprzeniknioną;   rzadko   się 

uśmiechał.   Emanował   siłą,   władzą.   Podobny   był   do   swoich   przodków,   których   portrety 

wisiały w pałacowej galerii: wysokie kości policzkowe, śniada cera, oczy piwne, niemal tak 

czarne jak włosy, usta pięknie wykrojone, lecz gniewnie zaciśnięte. Jak zawsze, był elegancko 

ubrany. W przeciwieństwie do niego ona sama była brudna, potargana, zmęczona po podróży.

- Eve dała mi kolejną lekcję w sztuce walk Wschodu - oznajmił Bennett. Zmieniwszy 

pozycję horyzontalną na pionową, ujął Eve za rękę i podciągnął ją na nogi.

- Pokonała mnie. Po raz któryś z rzędu.

-   Widzę.   -   Spoglądając   na   Eve,  Aleksander   skinął   na   powitanie   głową.   -   Panno 

Hamilton...

Dygnęła; w jej oczach nie było ani figlarnego błysku. ani w ogóle żadnego.

- Wasza Książęca Mość.

- Przepraszam, że nie mogłem osobiście odebrać pani z lotniska. Mam nadzieję, że 

miała pani przyjemny lot?

- Bardzo.

- Może chce się pani odświeżyć, zanim wyjaśnię, po co panią wezwałem?

Tak   jak   się   spodziewał,   uniosła   dumnie   głowę,   poczym   sięgnęła   po   małą   czarną 

torebkę, leżącą na kanapie.

background image

- Wolałabym od razu przejść do rzeczy.

- Jak pani sobie życzy. Zapraszam na górę, do moje go gabinetu. Bennett, czy to nie 

dziś masz wygłosić przemówienie w klubie jeździeckim?

- Tak,   ale   dopiero   za   dwie   godziny.   -   Odwróciwszy  się,  Bennett   cmoknął   Eve   w 

czubek nosa i mrugnął do niej porozumiewawczo. - Do zobaczenia na kolacji. Włóż jakąś 

szałową kreację, dobrze?

- No jasne - obiecała. Uśmiech znikł jej z twarzy, kiedy popatrzyła na Aleksandra. - 

Wasza Wysokość...

Skinieniem głowy wskazał drzwi. Szli po schodach w milczeniu. Eve wyczuwała jego 

złość, lecz nie rozumiała jej przyczyny. Chociaż minęły dwa lata, odkąd widzieli się po raz 

ostatni, miała wraże nie, że Aleksander wciąż odnosi się do niej krytycznie, z dezaprobatą. 

Zastanawiała się, jaki może być tego powód. To, że jest Amerykanką? Chyba nie. Reeve 

MacGee też urodził się i wychował w Ameryce, a nikt nie sprzeciwił się jego małżeństwu z 

Brie. Może to, że pracuje w teatrze?

Uśmiechnęła się w duchu. Tak, to by pasowało do Aleksandra: lekceważący stosunek 

do   ludzi   teatru.   Wprawdzie   Cordina   mogła   pochwalić   się   wspaniałym   Centrum   Sztuk 

Pięknych, w którym mieścił się najlepszy ośrodek teatralny na świecie, ale to o niczym nie 

świadczyło.

Pierwsza przestąpiła próg gabinetu.

- Kawy?

- Nie, dziękuję.

- Proszę, niech pani usiądzie.

Gabinet, urządzony ze staromodną elegancją, stano wił odzwierciedlenie osobowości 

księcia. Nie było tu żadnych przedmiotów dekoracyjnych, żadnych ozdóbek czy bibelotów, 

tylko solidne antyczne meble, a na podłodze gruby dywan, nieco spłowiały ze starości. W 

powietrzu unosił się zapach skóry i kawy. Wysokie szklane drzwi prowadziły na balkon, ale 

były zamknięte, jakby gospodarz nie chciał wpuścić do środka szumu oceanu ani zapachów z 

ogrodu.

Widoczne wszędzie oznaki bogactwa bynajmniej jej nie onieśmielały. Sama również 

pochodziła z zamożne go domu, a odkąd się usamodzielniła, potrafiła całkiem nieźle zarobić 

na swoje utrzymanie. Była spięta nie z powodu różnicy w hierarchii społecznej między sobą a 

Aleksandrem, lecz z powodu jego urzędowego stylu bycia.

- Jak się miewa pani siostra? - spytał. Wyjął papie rosa, po czym spojrzał na Eve 

wyczekująco.

background image

Skinęła głową; dym jej nie przeszkadzał.

- Dobrze - odparła, kiedy potarł zapałkę. - Zamierza odwiedzić Gabriellę, kiedy ta z 

rodziną wróci do Stanów. Bennett wspomniał, że jedno z dzieci jest chore...

-   Dorian.   Biedaczek   przeziębił   się.   -   Rysy   jego   twarzy   złagodniały.   Spośród 

wszystkich dzieci Brie mały Dorian najmocniej przypadł mu do serca. - Niełatwo go zmusić 

do leżenia w łóżku.

- Chciałabym zobaczyć dzieciaki, zanim wyjadę. Nie widziałam ich od czasu chrzcin 

Doriana.

- To już dwa lata... - Pamiętał. Aż za dobrze. - My ślę, że uda nam się zaaranżować 

wizytę na farmie. - Po chwili miejsce troskliwego wujka ponownie zajął suro wy następca 

tronu. - Mój ojciec musiał wyjechać. Prosił, żeby panią serdecznie pozdrowić, jeżeli nie zdąży 

wrócić przed pani wyjazdem.

- Czytałam, że jest w Paryżu.

- Tak. - Na moment zamilkł. - Cieszę się, że ze chciała pani przylecieć do Cordiny. 

Tym bardziej że sam nie miałbym czasu na podróż do Stanów. Czy mój sekretarz przedstawił 

pani moją propozycję?

- W ogólnych zarysach - rzekła. Powitanie zakończone, pora przejść do interesów. - 

Wasza Wysokość chce, abym wraz ze swoim teatrem przyjechała na miesiąc do Cordiny i dała 

cztery przedstawienia w Centrum i Sztuk Pięknych. Dochód z przedstawień wspomógłby 

Fundusz Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym.

- Tak.

-   Proszę   mi   wybaczyć,   książę,   ale...   sądziłam,   że   to   księżniczka   Gabriella 

przewodniczy tej fundacji?

- Owszem, a ja jestem prezesem Centrum Sztuk Pięknych. Podczas pobytu w Stanach 

Gabriella widziała kilka pani przedstawień. Była zachwycona. I uznała, że skoro Cordinę 

łączą silne więzy z Ameryką, to występy teatru amerykańskiego w Cordinie pomogą zebrać 

tak bardzo potrzebne pieniądze dla fundacji.

- Czyli był to pomysł Gabrielli?

- Na który ja, po namyśle, postanowiłem przystać.

- Rozumiem. - Jednym starannie wypielęgnowanym  paznokciem zaczęła stukać w 

oparcie krzesła. - To znaczy, że Wasza Wysokość się wahał?

- Nigdy nie byłem na żadnym pani przedstawieniu.

-   Zaciągnął   się   papierosem,   po   czym   wypuścił   z   ust   kłęby   dymu.   -   Oczywiście 

miewaliśmy w przeszłości artystów z Ameryki, ale po pierwsze, nie gościliśmy ich tyle czasu, 

background image

a po drugie, ich występy nie były, że tak powiem, preludium do wielkiego balu, który również 

ma wspomóc finansowo Fundusz Pomocy Dzieciom.

- Może Wasza Wysokość chciałby zobaczyć próbkę naszych możliwości?

Na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.

- Przyznam się, że przemknęło mi to przez myśl.

-   Naprawdę?   -  Wstała.   Z   satysfakcją   zauważyła,   że   dobre   maniery  nie   pozwoliły 

Aleksandrowi pozostać w pozycji siedzącej. - W ciągu zaledwie pięciu lat aktorzy Teatru 

Hamilton zdobyli szacunek krytyki i sympatię publiczności. Cieszą się zasłużonym uznaniem. 

Nie widzę najmniejszej potrzeby, żeby musieli dawać jakiekolwiek próbki. Ani w Cordinie, 

ani gdziekolwiek indziej. Jeżeli zgodzę się przyjechać tu z zespołem, zrobię to wyłącznie ze 

względu na Gabriellę i fundację, której przewodniczy.

Bacznie ją obserwował. W trakcie tych siedmiu lat, odkąd zobaczył ją po raz pierwszy, 

przeobraziła się z młodej naiwnej dziewczyny w pewną siebie, atrakcyjną kobietę. W dodatku 

znacznie piękniejszą niż dawniej. Miała jasną, idealnie gładką cerę, leciutko zaróżowioną na 

policzkach, twarz owalną o regularnych rysach, usta pełne, nabrzmiałe, wielkie błękitne oczy 

oraz burzę gęstych czarnych włosów, nieco potarganych, które sięgały jej do połowy pleców.

Była szczupła, drobnej budowy. Wielokrotnie zastanawiał się nad tym, jak by się czuł, 

trzymając ją w objęciach. Nawet gdy się złościła, gdy z trudem panowała nad emocjami, 

mówiła wolno, z typowym akcentem teksańskim. Aleksandra przejął dreszcz. Jej głos omywał 

go niczym letni wiaterek, przyprawiał o gęsią skórkę. Sta rając się niczego po sobie nie 

okazać, zgniótł w popielniczce papierosa.

- Skończyła pani, panno Hamilton?

- Rany boskie! Mam na imię Eve. Proszę tak się do mnie zwracać. Znamy się już tyle 

lat.

Zniecierpliwiona, podeszła do drzwi balkonowych i otworzyła je na oścież. Ponieważ 

stała tyłem do pokoju, nie zauważyła, jak Aleksander, zaskoczony jej bezceremonialnością, 

uśmiecha się pod nosem.

-   Dobrze.  A  więc   Eve...   -   Na   moment   zamilkł.   -   Odnoszę   wrażenie,   że   się   nie 

zrozumieliśmy. Nie kryty kuję twojego teatru. Nie śmiałbym, skoro, jak już mówiłem, nie 

widziałem ani jednego z waszych przedstawień.

- Jak tak dalej pójdzie, pewnie tak zostanie.

- Och, wtedy naraziłbym się na gniew Brie. A tego wolałbym uniknąć. Usiądź, Eve.

Odwróciła się, lecz nie ruszyła się z miejsca.

- Proszę cię - dodał, wskazując ręką krzesło.

background image

Posłuchała, balkon jednak pozostawiła otwarty. Do środka wdzierał się szum fal oraz 

zapach róż i wanilii.

- W porządku. Siedzę - oznajmiła po chwili, zakładając nogę na nogę. Nie podobał mu 

się jej ostry, wojowniczy ton, ale podziwiał jej odwagę i niezależność. Sam nie był pewien, 

jak można jednocześnie odczuwać podziw i dezaprobatę. Eve Hamilton zawsze wzbudzała w 

nim sprzeczne emocje.

Usiadł naprzeciwko i popatrzył jej w oczy.

- Jako członek rodziny książęcej i prezes Centrum Sztuk Pięknych muszę bacznie 

uważać, kogo zapraszam na występy do Cordiny. W tym wypadku całkowicie polegam na 

opinii Gabrielu. Chciałbym, żebyś przyjechała do nas ze swoim zespołem. Czy sądzisz, że 

będzie to możliwe?

- Nie wiem. - Była kobietą interesu. Nigdy nie po zwalała, aby subiektywne oceny 

wpływały na jej zawodowe poczynania. Teraz też nie zamierzała na to pozwolić. - Zanim 

podejmę   decyzję,   chciałabym   ponownie   obejrzeć   teatr.   Poza   tym   musiałabym   mieć 

zapewnioną   w   kontrakcie   pełną   swobodę   artystyczną   oraz   odpowiednie   warunki 

mieszkaniowe dla siebie i zespołu na czas pobytu w Cordinie. Ponieważ dochód ze sprzedaży 

biletów   ma   być   przeznaczony   na   cele   dobroczynne,   jestem   gotowa   przyjąć   niższe   niż 

zazwyczaj wynagrodzenie. Natomiast w sprawach artystycznych decydujący głos należy do 

mnie i moje postanowienia nie podlegają dyskusji.

-   Przypilnuję,   aby   ktoś   oprowadził   cię   po   Centrum.   Kontraktem   niech   się   zajmą 

prawnicy, twoi i nasi. Jeśli chodzi o sprawy artystyczne... - Położył dłonie na biur ku i splótł 

palce. - To oczywiście twoja domena. Chętnie wysłucham twoich propozycji, ale nie mogę ci 

z góry zagwarantować pełnej swobody. Pomysł jest taki, aby zespół dał cztery przedstawienia. 

Jedno na tydzień. Sztuki, które wybierzesz, powinnaś jednak przedstawić nam wcześniej do 

akceptacji.

- A konkretnie komu, książę? - spytała Eve. - Tobie?

- Zgadłaś. - Wzruszył niedbale ramionami.

Nie kryła niezadowolenia.

- Przepraszam, ale jakie Wasza Wysokość ma kwalifikacje?

- Słucham?

- Co wie o teatrze? Przecież książę jest politykiem.

- Powiedziała to z lekką pogardą w głosie. - Mam ciągnąć aktorów tysiące kilometrów, 

żeby zagrali to,  co Wasza  Wysokość dla  nich wybierze?  W dodatku  za ułamek  tego, ile 

zazwyczaj zarabiają? A niby dlaczego?

background image

Niełatwo było Aleksandra wyprowadzić z równowagi. Lata pracy,  silna wola oraz 

ogromna determinacja sprawiły, że nauczył się panować nad sobą. Nie odrywając oczu od 

twarzy Eve, oznajmił z niezmąconym spokojem:

- Dlatego, że występy gościnne w Cordinie mogą być ważnym krokiem w twojej 

karierze.   Tylko   bardzo   głupia   i   niedoświadczona   osoba   odrzuciłaby   takie   zaproszenie.   - 

Pochylił się do przodu. - A ty, Eve, nie jesteś chyba głupia.

- Chyba nie. - Podniosła się z krzesła. Po chwili Aleksander również wstał. - Najpierw 

chciałabym obejrzeć teatr i wszystko przemyśleć. Kiedy już sama będę wiedziała, czego chcę, 

przedyskutuję sprawę przyjazdu z aktorami.

- To twój zespół. Nie mylę się, prawda?

Odgarnęła z oczu kosmyk włosów.

- Prawda, Wasza Wysokość. Ale zapominasz, że w Ameryce panuje demokracja. Ja 

nikomu nie chcę i nie mogę niczego narzucać ani kazać. Jeżeli po obejrzeniu Centrum uznam, 

że   odpowiada   mi   tutejsza   scena,   i   jeżeli   zespół   wyrazi   ochotę   na   przyjazd,   wówczas 

omówimy warunki kontraktu. A teraz przepraszam, ale chciałabym się przebrać do kolacji.

- Zaraz poproszę, aby odprowadzono cię do twojego apartamentu.

- Znam drogę. - Przystanąwszy w drzwiach, wykonała niedbałą namiastkę dygnięcia. - 

Wasza Wysokość.

Wyszła z wysoko uniesioną głową.

-   Witaj   w   Cordinie,   Eve   -   szepnął  Aleksander,   spoglądając   na   jej   oddalającą   się 

sylwetkę.

Nie była osobą źle wychowaną. Powtarzała to sobie w myślach, wybierając strój na 

wieczór. Prawdę mówiąc, wszyscy mieli o niej jak najlepsze zdanie.

Owszem, w interesach bywała twarda i nieustępliwa, ale co innego odmowa pójścia na 

kompromis, a co innego arogancja czy nieuprzejmość w kontaktach z ludźmi.

Sam   się   o   to   prosił,   uznała,   wkładając   obcisłą   jedwabną   suknię   bez   rękawów. 

Potraktował ją chłodno, z rezerwą, w dodatku protekcjonalnie. Nie zamierza tego tolerować. 

On  co  prawda  jest  księciem,  ale  ona  nie  jest   żebraczką.  Nie  musi   wstydzić  się  swojego 

pochodzenia. Rodzice posyłali ją do najlepszych szkół. Nie czuła się tam dobrze, nie lubiła 

większości   lekcji,   ale   nie   w   tym   rzecz.   Od   dziecka   stykała   się   z   ludźmi   bogatymi   i 

wpływowymi,   jednakże   sukces   osiągnęła   nie   dzięki   rodzinie   czy   znajomym,   lecz   dzięki 

własnym umiejętnościom i pracowitości.

Dość wcześnie zorientowała się, że nie zostanie wybitną aktorką, o czym marzyła od 

lat, ale jej miłość do teatru nie wygasła. Nieco później okazało się, że ma wrodzony talent do 

background image

interesów   i   ogromne   zdolności   organizacyjne.   Postanowiła   założyć   własny   zespół.   Teatr 

Hamilton zdobywał coraz większą popularność w Stanach. Występował zarówno w Lincoln 

Center, jak i w Kennedy Center, i zbierał same pochlebne recenzje.

Dlatego   zezłościło   ją   podejście   Aleksandra,   który   zachowywał   się   tak,   jakby 

wyświadczał   jej   wielką   przysługę.   Całe   życie   ciężko   pracowała,   starała   się   pozyskać   do 

zespołu najzdolniejszych ludzi, dbała o nich, hołubiła młode talenty,  a on, wielki książę, 

rozmawia z nią jak z podwładną! Marszcząc gniewnie czoło, zapięła wokół szyi złotą obrożę. 

Teatr Hamilton doskonale sobie radzi. Odnosi zasłużone sukcesy i nie potrzebuje aprobaty 

księcia Aleksandra. Ona też jej nie potrzebuje. I nie zamierza o nią zabiegać. Może unieść się 

honorem i...

Z drugiej strony wiedziała, że rzeczywiście byłaby głupia, odmawiając przyjazdu na 

występy   do   Cordiny.   Podniosła   z   toaletki   szczotkę   i   przeciągnęła   ją   po   włosach.   Nagle 

spostrzegła, że tylko w jednym uchu ma kolczyk. Boże, przez tego aroganta i zarozumialca 

nawet   nie   potrafi   się   do   końca   ubrać!   Po   chwili   wyjęła   z   pudełeczka   nieduży   szafir   w 

kształcie łezki.

Dlaczego to Ben nie może być prezesem Centrum Sztuk Pięknych? Albo dlaczego 

Brie, skoro jest przewodniczącą Fundacji, sama o wszystkim nie decyduje?

Z Benem lub Brie czułaby się odprężona, inaczej by z nimi rozmawiała. Też chciałaby 

najpierw obejrzeć scenę i porozumieć się ze swoim zespołem, ale przynajmniej oszczędziłaby 

sobie nerwów.

Wpięła drugi kolczyk i przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Dokładnie pamiętała 

chwilę, kiedy ujrzała Aleksandra po raz pierwszy. Miała dwadzieścia lat; on, choć niewiele od 

niej starszy, wydał jej się taki dorosły i nieprzystępny. Tańczyła na balu z Bennettem, ale 

kątem oka nieustannie obserwowała jego brata. W owym czasie lubiła bujać w obłokach; 

wyobrażała   sobie   Aleksandra   jako   dzielnego   rycerza,   który   wybawia   z   opresji   piękne 

dziewice i zabija mieczem smoki. Tamtego wieczoru miał u boku szablę, ale była to część 

stroju, a nie narzędzie służące do odparcia ataku.

Na szczęście fascynacja przystojnym księciem szybko jej minęła. Może miała zbyt 

bogatą wyobraźnię, ale, jak zauważył Aleksander, nie była głupia. Kobiety rzadko marzą o 

tym, by znaleźć się w ramionach mężczyzny, który traktuje je wyniośle i z pogardą. Ponownie 

skierowała uwagę na Bennetta.

Jaka szkoda, przemknęło jej przez myśl, że się wtedy w sobie nie zakochali. Księżna 

Eve. Roześmiawszy się cicho, odłożyła szczotkę na toaletkę. Nie, jakoś tytuł księżnej nie 

pasuje do niej. Chyba więc dobrze się stało, że zamiast więzów miłości połączyły ich, ją i 

background image

Bennetta, więzy przyjaźni.

Poza   tym   ma   swój   zespół.   Prowadzenie   teatru   było   dla   niej   czymś   więcej   niż 

zaspokojeniem   ambicji;   było   sensem   życia.   Obserwowała   przyjaciół,   którzy   stawali   na 

ślubnym   kobiercu,   potem   się   rozwodzili   i   znów   żenili   albo   zmieniali   partnerów   jak 

rękawiczki. Najczęściej powodem tego była nuda. Co jak co, ale akurat jej nuda nie groziła. 

Gdyby   tylko   chciała,   mogłaby   pracować   dwadzieścia   cztery   godziny   na   dobę.   I   czasem 

musiała, bez względu na to. czy miała ochotę, czy nie. Kiedy z rzadka się zapominała i 

ulegała fascynacji jakimś mężczyzną, praca oraz własna przezorność sprawiały, że szybko się 

opamiętywała. Tak więc w sprawach sercowych nie traciła głowy i nie popełniała błędów. 

Przynajmniej dotąd...

Wyjąwszy z kosmetyczki flakonik perfum, skierowała pachnący strumyk na szyję i 

ramiona,   i   opuściła   pokój.   Miała   nadzieję,   że   Bennett   skończył   przemawiać   w   klubie 

jeździeckim i wrócił już do pałacu. W jego towarzystwie nie irytowała się. nie siedziała 

spięta. Swoim wesołym usposobieniem potrafił rozproszyć najczarniejsze chmury, rozjaśnić 

najbardziej ponure oblicza. Uwielbiała go za jego pogodę ducha, ciepło i optymizm.

Schodziła na dół, trzymając się gładkiej poręczy schodów. Ciekawe, ile par nóg tędy 

stąpało, ile rąk gładziło drewnianą poręcz. Przebywając w pałacu, Eve nigdy nie zapominała o 

tym, że jest to stara siedziba panującego rodu. Może nie rozumiała Aleksandra, ale rozumiała 

jego poczucie dumy. Pierwszą osobą, jaką ujrzała po wejściu do salonu, był  właśnie on. 

Przystając w progu, rozejrzała się nerwowo, szukając oczami Bennetta.

Boże, ależ ona jest piękna! Kiedy na dźwięk kroków odwrócił się twarzą do drzwi, 

uroda Eve dosłownie go poraziła. Uroda, a nie strój czy klejnoty. Mogłaby mieć na sobie 

jutowy   wór,   a   niczego   by   to   nie   zmieniło.   Ciemnowłosa,   niebieskooka,   promieniała 

zmysłowością. Żaden mężczyzna nie byłby w stanie się jej oprzeć.

Widząc,   jak   rozgląda   się   po   salonie,   zacisnął   zęby.   Dobrze   wiedział,   kogo   miała 

nadzieję zastać na dole. Bennetta.

- Mojego brata zatrzymały na mieście obowiązki - wyjaśnił. - Kolację zjemy dziś we 

dwoje.

Nie ruszyła się z miejsca, zupełnie jakby wykonanie jednego kroku i minięcie progu 

było ponad jej siły.

- Wasza Wysokość nie musi sobie zawracać mną głowy. Jeśli ma pan inne plany na 

wieczór, chętnie zjem sama w swoim pokoju.

- Jesteś moim gościem, Eve. I nie mam innych planów. - Podszedł do barku. - Śmiało, 

wejdź. Przyrzekam, że nie położę cię na łopatki; nie znam żadnych chwytów zapaśniczych.

background image

-   Nie   wątpię   -   rzekła.   -  A  dla   ścisłości,   to   nie   były  zapasy,   lecz   karate.   I   nie   ja 

wylądowałam na łopatkach, tylko Bennett.

Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Była wiotka jak trzcina i ledwie sięgała mu do 

ramion. Jak to możliwe, by osoba tak drobna i szczupła mogła pokonać Bennetta, mężczyznę 

silnego i sprawnego fizycznie?

- Czyżby? W takim razie postaram się być grzeczny i nie denerwować cię - rzekł z 

uśmiechem.

Nastała cisza. Eve pierwsza ją przerwała.

- Z tego, co pamiętam, książę, dawniej rzadko bywał pan wieczorami w domu. Na 

pewno nie wzywają pana żadne obowiązki?

Ponownie powiódł po niej wzrokiem. W panującym w salonie półmroku jej skóra 

wydawała się gładka jak jedwab. Przypuszczalnie taka też była w dotyku.

-   Na   pewno.   Ale   jeśli   wolisz,   dzisiejszą   kolację   mogę   potraktować   jak   miły 

obowiązek.

- Doskonale. - Przyjrzała mu się uważnie. - A więc co Wasza Wysokość proponuje? 

Uprzejmą, zdawkową rozmowę o błahostkach czy dyskusję o polityce światowej?

- Polityka nie sprzyja jedzeniu. Zwłaszcza gdy dyskutanci w wielu sprawach mają 

odmienne zdania.

- To prawda, rzadko się ze sobą zgadzamy. Zatem pozostaje uprzejma, zdawkowa 

rozmowa. - Podobnie jak on, uczyła się w szkole sztuki konwersacji. Podszedłszy do wazonu 

z różami, pogładziła czerwone płatki. - Czytałam, że Wasza Wysokość spędził zimą kilka 

tygodni w Szwajcarii. Mam nadzieję, że warunki narciarskie były dobre?

- Bardzo dobre - potwierdził. Nie wyjaśnił prawdziwego powodu swojej wizyty w 

Szwajcarii, nie wspomniał o godzinach spędzonych na naradach i dyskusjach. Starał się nie 

patrzeć na długie palce Eve gładzące jedwabiste płatki róż. - A ty jeździsz na nartach?

- Tak, chociaż rzadko.  I głównie w Kolorado. - Wzruszyła  ramionami.  Nie miała 

zamiaru   mu   tłumaczyć,   że   należy   do   osób   zapracowanych,   którym   nie   starcza   czasu   na 

przyjemności i rozrywki. - W Szwajcarii nie byłam od ukończenia szkoły. Jako rodowita 

mieszkanka Houston wolę letnie sporty.

- Na przykład?

- Pływanie.

- W takim razie korzystaj z basenu. Kiedy tylko zechcesz.

- Dziękuję.

Znów zapadło milczenie. Im dłużej trwało, tym bardziej Eve stawała się spięta.

background image

-   Kończą   nam   się   bezpieczne   tematy,   a   jeszcze   nie   zasiedliśmy   do   kolacji   - 

powiedziała wreszcie. - Przejdźmy więc do stołu. - Podał jej ramię. Eve zawahała się, po 

czym   skinęła   głową.   -   Kucharz   pamiętał,   że   ostatnim   razem   bardzo   ci   smakowała   jego 

poisson bonnefemme.

-   Pamiętał?   -   ucieszyła   się.   -   Jak   miło.   Robił   też   świetny   mus   czekoladowy.   Po 

powrocie do domu tak długo zamęczałam naszą biedną kucharkę, aż w końcu przyrządziła 

coś w miarę podobnego. Ale oczywiście daleko temu było do oryginału.

- Myślę, że dzisiejszy deser cię usatysfakcjonuje.

- Deser pewnie tak, kalorie nie. - Przystanęła w progu jadalni. - Zawsze podobał mi się 

ten pokój - oznajmiła cicho. - Jego ponadczasowy charakter.

Przez   chwilę   rozglądała   się   wkoło,   najdłużej   zatrzymując   wzrok   na   dwóch 

fantazyjnych żyrandolach; rzucały blask na ogromny drewniany stół, który - jak podejrzewała 

- mógł śmiało pomieścić ze sto osób.

Zazwyczaj   wolała   mniejsze,   bardziej   przytulne   wnętrza,   ale   jadalnia   w  książęcym 

pałacu miała w sobie coś magicznego. Była urzekająca nie tylko ze względu na swój wiek, ale 

również pewną tajemniczość. Eve zawsze odnosiła wrażenie, że wystarczy stanąć w niej bez 

ruchu, cichutko, zamknąć oczy i mocno się skupić, aby słyszeć rozmowy, jakie toczyły się tu 

na przestrzeni dziejów.

- Kiedy pierwszy raz zaproszono mnie do pałacu na kolację, trzęsłam się jak liść osiki.

- Naprawdę? - zdziwił się Aleksander. - Wydawałaś mi się wyjątkowo opanowana.

- To tylko pozory. Maska. Bo wewnątrz byłam przerażona. Ale to chyba zrozumiałe? 

Młoda dziewczyna, świeżo upieczona maturzystka, przybywa do pałacu książęcego...

- A teraz? Też się trzęsiesz?

Sama nie wiedziała dlaczego, ale na wszelki wypadek cofnęła rękę. Może aby nie 

wyczuł jej drżenia?

- Od matury minęło już wiele lat - odparła.

Na   stole   stały   dwa   nakrycia,   obok   nich   świeczniki   oraz   wazon   z   kwiatami.   Eve 

usiadła, zostawiając Aleksandrowi miejsce u szczytu stołu.

- Jakie to dziwne - powiedziała, kiedy służący nalał Im wino do kieliszków. - Ilekroć 

wcześniej tu gościłam, paląc tętnił życiem. Słychać było śmiech, głosy...

- Tak, teraz zrobiło się cicho - przyznał. - Gabriella z Reeve'em i dziećmi rzadko tu 

nocują, odkąd zamieszkali na farmie. A raczej na dwóch farmach. Bo połowę czasu spędzają 

na wsi w Cordinie, a potowe na ranczu Reeve'a w Stanach.

- Czy są szczęśliwi?

background image

Aleksander uniósł brwi.

- Szczęśliwi?

- Tak, szczęśliwi. Wiem, że Wasza Wysokość na pierwszym miejscu stawia obowiązki 

i powinności, ale dla nas, zwykłych śmiertelników, najbardziej liczy się w życiu szczęście, 

zdrowie, miłość.

Czekał w milczeniu, aż kelner postawi na stole półmisek z homarami. Eve oczywiście 

ma rację. Nawet gdyby chciał, nie mógłby szczęścia przedkładać nad obowiązki.

- Siostra nigdy mi się nie skarżyła. Kocha swojego męża, dzieci i ojczyznę.

- Wiem. Nie o to pytam.

-   Rodzina   stara   się   ją   maksymalnie   odciążyć.   Przejąć   na   siebie   większość   jej 

zobowiązań.

- Czy to nie wspaniałe, że po tym koszmarze, który przeżyła, wszystko się tak dobrze 

ułożyło?

Aleksander   ścisnął   widelec   z   taką   siłą,   że   kłykcie   mu   zbielały.   Widząc   to,   Eve 

odruchowo sięgnęła po jego dłoń.

- Przepraszam. Mimo że minęło już tyle czasu, wspomnienia tamtych dni na pewno 

wciąż są bolesne.

Przez  chwilę  bez   słowa   wpatrywał  się  w  drobną  rękę.   Jej   dotyk  działał  na  niego 

kojąco. Tego się nie spodziewał.

- Nigdy nie zapomnę, że to ty uratowałaś moją siostrę i brata - oznajmił wreszcie.

- Ja tylko pobiegłam po pomoc.

- Zachowałaś zimną krew. Gdybyś wpadła w panikę, zmarliby. Oboje.

- Tak, ja też często o tym myślę. - Uświadomiwszy sobie, że wciąż dotyka księcia, 

cofnęła dłoń i zacisnęła ją na kieliszku. - Do dziś pamiętam twarz tej kobiety.

- Kochanki Deboque'a. - W głosie Aleksandra zabrzmiała ledwo skrywana furia.

Eve poczuła, jak przechodzi ją dreszcz.

- Pamiętam wyraz jej oczu, kiedy stała z bronią wycelowaną w Brie. Właśnie wtedy 

mój dziecięcy świat legł w gruzach. Przestałam wierzyć w bajki. Na szczęście wszyscy troje, 

kobieta, Loubet i Deboque, trafili do więzienia.

- I długo tam posiedzą. Kłopot w tym, że Deboque bywa niebezpieczny nawet wtedy, 

gdy tkwi za kratkami.

- Znów coś próbował? Rozmawiałam z Bennettem...

- Mój brat to straszna papla.

Wstrzymała się z odpowiedzią, dopóki kelner nie zabrał brudnych talerzy i nie podał 

background image

następnego dania.

-   Nie   zdradził   mi   żadnych   tajemnic   państwowych   -   oznajmiła   z   irytacją.   - 

Wspominaliśmy stare czasy, rozmowa zeszła na temat Deboque'a, który nie ruszając się z 

więzienia, zorganizował porwanie Brie. Bennett powiedział wtedy, że nie zazna spokoju, póki 

ten drań żyje. Stwierdziłam, że chyba przesadza, ale może się myliłam.

- Spokój osób znanych, żyjących na świeczniku, często bywa zakłócany - rzeki książę. 

Starał się zapomnieć o własnej bezradności, kiedy patrzył na cierpienia siostry. - Bissetowie 

od wieków rządzą Cordiną. Póki jesteśmy u władzy, poty mamy wrogów. Ale nie sposób ich 

wszystkich osadzić w więzieniu. Czuła, że to nie wszystko, że Deboque musiał znów dać o 

sobie znać, ale nie chciała ciągnąć Aleksandra za język. Zresztą niczego by nie wskórała. 

Wiedziała też, że jeśli zacznie zżerać ją ciekawość, zawsze może porozmawiać z Bennettem.

- Wygląda na to, że lepiej być prostym człowiekiem niż członkiem panującego rodu - 

powiedziała cicho.

- O wiele lepiej - odparł ze smutnym uśmiechem i sięgnął po widelec.

Kolacja minęła w przyjaznej atmosferze, znacznie bardziej przyjemnej, niż to się Eve 

wydawało   możliwe.   Jednakże   przez   cały   czas   Aleksander   był   spięty.   Zachowywał   się 

nienagannie, ale nie potrafił się rozluźnić. Eve starała się temu zaradzić, sprawić, by się 

odprężył, lecz jej próby zakończyły się niepowodzeniem. No cóż, wiedziała, że Aleksander 

nie jest człowiekiem, który chętnie przyjmuje pomoc od obcych.

Pewnego   dnia   zasiądzie   na   tronie   Cordiny.   To   jego   powinność   i   przeznaczenie. 

Cordiną była małym, uroczym księstwem, niemal bajkową krainą, ale tak jak w bajkach, tu 

też prowadzono intrygi. Aleksander poważnie podchodził do życia i obowiązków. Spokój oraz 

bezpieczeństwo ludności w znacznej mierze zależało od jego poczynań. Eve, jako osoba z 

zewnątrz,   nie   potrafiła   zrozumieć   wszystkich   zawiłości;   często   widziała   tylko   to,   co 

dostrzegalne było gołym okiem: maskę, powierzchowność, zewnętrzną warstwę.

Przynajmniej  się  nie  pokłócili,  pomyślała  z satysfakcją,  delektując  się  deserem.  Z 

drugiej strony z księciem Aleksandrem trudno się było tak naprawdę pokłócić. Przybierał 

kamienny wyraz twarzy, a jego rozmówca kipiał z furii i walił głową w mur.

- To było przepyszne. - Oblizała się ze smakiem.

- Nie wiem, jak to możliwe, ale z każdym rokiem tutejszy kucharz staje się lepszy.

- Przekażę mu twoje słowa, na pewno się ucieszy.

Chciał, żeby została dłużej; pragnął kontynuować rozmowę o rzeczach sympatycznych 

i błahych, nie dotyczących spraw państwa. W trakcie ostatniej godziny prawie udało mu się 

zapomnieć   o   presji,   pod   jaką   działał,   o   napięciu,   w   jakim   żył,   o   kłopotach   i   licznych 

background image

obowiązkach.  Wzdrygnął   się   na   myśl   o  tym,   że   miałby  teraz   wstać   od   stołu,   wrócić   do 

gabinetu i zasiąść do pracy.

- Eve, jeśli nie jesteś za bardzo zmęczona...

I w tym momencie do jadalni wkroczył Bennett.

- Wszystko zjedliście, łasuchy jedne? Nic mi nie zostawiliście? - Wysunął krzesło i 

usiadł koło Eve. - Nie będziesz tego kończyć? - Popatrzył na talerzyk z deserem, po czym nie 

czekając na odpowiedź, zabrał się do konsumpcji. - Boże. żebyście wiedzieli, czym nas tam 

uraczono! Kurczakami o smaku gumy! Żując toto, wyobrażałem sobie, jak tu siedzicie i 

zajadacie się pysznościami.

- Nie wyglądasz na zabiedzonego. - Eve roześmiała się wesoło. - A nasza kolacja 

rzeczywiście była wyśmienita. Kucharz przeszedł samego siebie.

- Och, nie dobijaj mnie! Słuchaj, jak zjem, może wyszlibyśmy na dwór, co? Po paru 

godzinach nudnego zebrania dobrze mi zrobi spacer w towarzystwie pięknej kobiety.

- W takim razie zostawiam was samych. - Aleksander wstał od stołu.

- Nie wygłupiaj się, Aleks - zaoponował brat. - Przejdź się z nami po ogrodzie. Tylko 

najpierw daj mi dokończyć swój mus czekoladowy.

- Mam dziś jeszcze sporo pracy.

- Jak zwykle - mruknął Bennett, sięgając po talerzyk.

Eve   zerknęła   przez   ramię   i   odprowadziła   księcia   wzrokiem.   Ku   własnemu 

zaskoczeniu,   nagle   poczuła   silną   pokusę,   aby   wybiec   za   nim.   Stłumiwszy   ją,   przeniosła 

spojrzenie na Bennetta i uśmiechnęła się promiennie.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Kiedy Aleksander obiecał, że ktoś mnie oprowadzi po Centrum nie sądziłam, że tym 

kimś będziesz ty.

Jej   Wysokość   księżniczka   Gabriella   de   Cordina   roześmiała   się   wesoło,   po   czym 

pchnęła drzwi do teatru.

- To miejsce jest naszą chlubą - powiedziała. - A co do przewodnika, podejrzewam, że 

Aleksander sam chętnie by cię oprowadził, gdyby nie miał wcześniejszych zobowiązań.

Eve   puściła   to   mimo   uszu;   nie   chciała   tłumaczyć   przyjaciółce,   że   się   myli,   że 

Aleksander na pewno wolałby spędzić cały dzień na nudnych zebraniach niż godzinę w jej 

towarzystwie.

- Nie lubię się powtarzać, Brie, ale naprawdę wyglądasz świetnie.

- Och, powtarzaj się, powtarzaj. Nawet nie wiesz, jakie to miłe. Po urodzeniu dzieci 

kobieta łaknie komplementów.

W eleganckim białym kostiumie, z włosami gładko zaczesanymi i upiętymi w prosty 

kok, wyglądała niezwykle dostojnie. Jednak patrząc na jej gładką twarz i młodzieńczą figurę, 

trudno było uwierzyć, że wydała na świat czwórkę dzieci. Przez moment Brie w milczeniu 

obserwowała siostrę swojej najbliższej przyjaciółki.

-   Pamiętam,   kiedy   pierwszy   raz   cię   zobaczyłam.   Pomyślałam   sobie:   jaka   śliczna 

dziewczynka.   Teraz   ta   śliczna   dziewczynka   dorosła   i   przeistoczyła   się   w   olśniewającą 

kobietę. Powiedz, czy Chris przestała się w końcu o ciebie martwić?

- Boże, jak ja tego nienawidziłam, tej nadopiekuńczości. - Eve uśmiechnęła się na 

wspomnienie zbuntowanej nastolatki, która nieustannie toczyła walkę ze swoją starszą siostrą. 

- Oczywiście teraz, kiedy wyrosłam z okresu młodzieńczego buntu, mam nadzieję, że Chris 

nigdy nie przestanie się o mnie troszczyć. Świadomość, że komuś na nas zależy, podnosi 

człowieka na duchu. To dziwne, ale im się jest starszym, tym bardziej docenia się rodzinę.

- To prawda. Nie wiem, co bym zrobiła bez mojej. Tych parę miesięcy, kiedy straciłam 

pamięć, kiedy niczego i nikogo nie pamiętałam... - Gabriella potrząsnęła głową. - To mnie 

nauczyło,   że   trzeba   cieszyć   się   każdym   dniem.   No   dobrze.   -  Wziąwszy  głęboki   oddech, 

rozejrzała się wkoło. - Od czego zaczynamy?

-   Od   kulis.   Bez   dobrego   zaplecza,   czyli   odpowiedniego   oświetlenia,   wygodnej 

garderoby i paru innych rzeczy nawet najlepsze przedstawienie pozostawia wiele do życzenia. 

Sam talent to nie wszystko.

- Znasz się na swojej pracy...

background image

- Mam nadzieję.

Spędziły w teatrze godzinę. Eve wchodziła po schodach, zaglądała do magazynów, 

sprawdzała sprzęt. Tak jak się spodziewała, wszystko było w doskonałym stanie i najwyższej 

jakości.   Centrum   Sztuk   Pięknych   zbudowano,   by   uczcić   pamięć   matki   Gabrielli.   Nic 

dziwnego,   że   było   chlubą   rodziny.   Dzięki   Bissetom,   ich   pieniądzom   i   zaangażowaniu, 

mieszczący się tu kompleks teatralny uważano za jeden z najlepszych w świecie.

Eve czuła narastające podniecenie. Miała świadomość, że występy w takim miejscu, 

przed   międzynarodową   widownią,   przebiłyby   wszystkie   dotychczasowe   osiągnięcia   jej 

zespołu. Wybiegając myślą naprzód, zaczęta się zastanawiać nad wyborem sztuk. Hm, cztery 

przedstawienia.   Najlepiej   byłoby   pokazać   sztuki   czterech   różnych   amerykańskich 

dramaturgów. Tennessee Williamsa, Neila Simona, Arthura Millera, jeszcze kogoś, Na brak 

nazwisk   nie   mogła   narzekać.   Oczywiście   będzie   nalegała   na   własnych   akustyków, 

elektryków, maszynistów, na własne charakteryzatorki, garderobiane, rekwizytorów.

-   Słychać,   jak   w   twojej   głowie   obracają   się   tryby   -   powiedziała   z   rozbawieniem 

Gabriella.

Eve postała jej uśmiech, po czym wyszła na scenę. Stanęła na środku i, maksymalnie 

skupiona,   zaczęła   się   rozglądać   po   widowni.   To   było   niesamowite.   W   pustym   teatrze 

wyczuwała   wibracje,   zapach   farby,   potu,   widziała   twarze,   słyszała   brawa.   Tak,   to   była 

wymarzona scena. Scena, na jakiej pragnie się znaleźć każdy aktor. Wznoszące się rzędy 

wygodnych   siedzeń,   pomiędzy   nimi   trzy   szerokie   przejścia,   podłoga   wyłożona   miękką 

granatowa wykładziną. Ogromne kryształowe żyrandole zawieszone na pokrytym freskami 

suficie. Na wprost sceny balkon. Nawet z tej odległości widziała lśniące, piękne rzeźbione 

poręcze. Ale nie to ją najbardziej cieszyło, nie dywany, poręcze czy żyrandole, lecz fakt, że z 

każdego miejsca na widowni idealnie było widać, co się dzieje na scenie.

-   Dziś...   dziś   już   koniec,   tragiczny   finał.   Cokolwiek   uczyniliśmy,   cokolwiek 

osiągnęliśmy, przestaje się liczyć. Jutro wszystko zacznie się od nowa, tyle że bez nas. Bo nas 

już nie ma.

Głos niósł się daleko, po ostatnie rzędy. Brzmiał głośno i wyraźnie. Eve uśmiechnęła 

się zadowolona.

- Fantastycznie. - Popatrzyła na Brie. - Nie wiem, kim jest wasz architekt, ale spisał 

się na medal.

- Zasugeruję ojcu. aby mu przyznał jakiś medal, Eve, ten tekst, który przed chwilą 

recytowałaś... Nie kojarzę go.

-   Nic   dziwnego.   To   fragment   sztuki   początkującego   dramaturga   -   odparła   ze 

background image

wzruszeniem ramion, nie przyznając się, że tym początkującym dramaturgiem jest ona sama. 

-   Brie,   kochanie,   takiego   teatru   każdy   mógłby   wam   pozazdrościć.   Kiedyś   w   przyszłości 

chętnie przygotuję coś na małą scenę. Ale do naszych obecnych celów duża jest absolutnie 

wymarzona.

- To dobrze. Miałam nadzieję, że ci się spodoba.

- Stukając obcasami o podłogę, Gabriella podeszła do Eve. - Odkąd wpadliśmy z 

Aleksem na pomysł wspomożenia fundacji, z niecierpliwością czekałam na twoją reakcję. A 

więc? Przyjmujesz nasze zaproszenie?

-   Jeżeli   dogadamy   się   co   do   koncepcji   i   szczegółów,   obejrzycie   cztery   genialne 

spektakle.

- Cudownie.

Eve jeszcze raz rozejrzała się dookoła. Ona sama nie wystąpi na deskach teatru w 

Cordinie, ale może kiedyś w przyszłości któraś z jej sztuk zostanie tu wystawiona? No cóż, 

nie szkodzi pofantazjować.

- W takim razie powinnam jak najszybciej wrócić do domu i brać się do pracy.

- Wykluczone.   Po  prostu   nie  zgadzam  się   i  już.  Na  jutro  zaplanowałam  rodzinny 

obiad. U siebie na farmie. - Brie wzięła przyjaciółkę pod rękę. - Słuchaj, jedź do pałacu, 

poopalaj się, odpocznij. Potem naprawdę nie będziesz miała na to czasu.

- To rozkaz?

- Absolutnie.

- W takim razie muszę go wykonać, prawda?

Nie było to wcale takie bolesne. Przeciwnie, leżąc nad basenem i patrząc, jak liście 

palm kołyszą się leniwie na wietrze, uznała, że jest to całkiem miła forma spędzania czasu. W 

młodości specjalizowała się w nicnierobieniu. Teraz, jako osobie dorosłej, trudno jej było 

uwierzyć,   że   smażenie   się   na   słońcu   czy   snucie   bez   celu   mogło   ją   kiedykolwiek 

satysfakcjonować. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że człowiek lubi sobie odpocząć, 

pomyślała, odchylając w tył oparcie leżaka. Odrobina lenistwa nikomu nie zaszkodziła. Tyle 

że szkoda poświęcać na nie całe życie.

Niewiele brakowało, aby tak się stało w jej wypadku. Pochodziła z bogatego domu. 

Miała wszystko. Wystarczyło wyrazić życzenie, a inni je spełniali. Może dalej by tak żyta, 

zbijając   bąki,   gdyby   nie   odkryła   teatru.   Zaczęła   od   najniższego   szczebla.   Uczyła   się, 

zdobywała doświadczenie. Okazało się, że ma talent. Odnosiła sukcesy dzięki własnej pracy i 

talentowi, a nie pomocy ojca. Ale nie występowała na scenie; jej związek ze sceną miał 

całkiem inny charakter.

background image

Teatr otworzył przed nią nowy świat, pozwolił poznać samą siebie. Przekonała się, że 

jest inteligentna, zaradna i ma umiejętności organizacyjne, o jakie nigdy siebie wcześniej nie 

podejrzewała. Założyła własny zespół, doskonale sprawdzała się w roli producentki. Nauczyła 

się podejmować ryzyko. Nie oszczędzała się. Wiedziała, że od tego, co postanowi, zależy 

kariera   i   egzystencja   wielu   ludzi.   Poczucie   odpowiedzialności   za   innych   sprawiło,   że   z 

bogatej, rozpieszczonej dziewczyny przeobraziła się w myślącą, zapracowaną młodą kobietę.

Teraz   stała   przed   olbrzymią   szansą.   Międzynarodowa   sława   -   na   coś   takiego   nie 

liczyła w najśmielszych snach. Hm, musiałaby tylko podjąć właściwą decyzję, wybrać cztery 

sztuki, wyprodukować je, zamówić odpowiednie kostiumy, rekwizyty, scenografię. Musiałaby 

też naradzić się z prawnikami, załatwić transport, być na każde zawołanie czterech reżyserów 

oraz siedemdziesięciu kilku aktorów oraz pracowników technicznych.

A także księcia Aleksandra.

Poprawiła na nosie okulary przeciwsłoneczne i westchnęła cicho. Życie bez wyzwań 

byłoby strasznie nudne.

Nie powinien był tu przychodzić. Spojrzał na zegarek. Tak, równo za dwadzieścia 

minut ma  spotkanie.  Powinien siedzieć w gabinecie  i przygotowywać się  do rozmowy z 

sekretarzem stanu. Co mu strzeliło do głowy, żeby pytać służącego, czy panna Hamilton już 

wróciła? Gdyby nie wiedział, że leży teraz nad basenem, udałby się na górę i zajął pracą. A 

tak...

Sprawiała wrażenie, jakby spała. Miała na sobie skąpe czerwone bikini, które ledwo 

cokolwiek zakrywało. Żeby równo i ładnie się opalić, zsunęła ramiączka; stanik utrzymywał 

się w miejscu tylko dlatego, że leżała bez ruchu. Ciemne okulary zasłaniały jej oczy; gdyby 

były otwarte, na pewno zareagowałaby na jego obecność.

Mógł się napatrzeć do woli. Posmarowana olejkiem skóra lśniła w słońcu. Jej zapach 

mieszał się z zapachem rosnących w ogrodzie kwiatów. Ciemne włosy lepiły się do twarzy; 

oznaczało to, że Eve korzystała z basenu.

Kiedy się nad nią pochylił, zatrzepotała rzęsami i otworzyła powieki.

- Powinnaś uważać. Słońce silnie operuje.

Zasłaniał   jej   głową   słońce;   wyglądało   to   niemal   tak,   jakby  otaczała   go   świetlista 

aureola. Eve zamrugała oczami i przez chwilę milczała, niepewna, czy to jawa, czy sen. 

Pamiętała, że śnił się jej smok, którego zabija rycerz w srebrnej zbroi. Jednakże bardziej niż 

ze średniowiecznym rycerzem Aleksander kojarzył się jej z greckim bogiem.

- Sądziłam, że Wasza Wysokość wyszedł.

Zapominając o rozpiętym staniku, oparła się na łokciu. Raptem poczuła, że stanik się 

background image

osuwa.   Przeklinając   głośno,   przytrzymała   go   ręką.  Aleksander   obserwował   ją   bez   słowa, 

kiedy usiłując zachować resztki skromności, wiązała na szyi ramiączka.

- Bo wyszedłem. Ale wróciłem. Masz bardzo jasną karnację. Spieczesz się na raka.

Przemknęło jej przez myśl, że zgodnie z etykieta dworską powinna wstać i dygnąć. 

Uznała jednak, że dyganie w bikini byłoby po prostu śmieszne.

-   Po   pierwsze,   wtarłam   w   siebie   pół   butelki   mleczka   z   filtrem,   po   drugie,   nie 

zamierzam   tu   długo   siedzieć,   a   po   trzecie,   kiedy  się   mieszka   w   Houston,   skóra   nabiera 

odporności.

- Objawiającej się lekkim zaróżowieniem? - Przysunął sobie krzesło i usiadł. - Byłaś w 

Centrum?

- Tak. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Rodzinie Bissetów należą się gratulacje.

- To przyjedziesz z zespołem?

- Wszystko zależy od warunków umowy. - Podniosła oparcie leżaka. - Scena jest 

pierwszorzędna, zaplecze wspaniałe. Jeżeli uda nam się porozumieć co do szczegółów, myślę, 

że oboje będziemy zadowoleni.

- Szczegółami niech się zajmują prawnicy i księgowi - rzekł. - Pytanie brzmi: czy 

zgadzasz się na przyjazd?

- Zgodę uzależniam od informacji, jakie uzyskam od prawników i księgowych.

- Chyba stałaś się prawdziwą kobietą interesu.

- Owszem. Wasza Wysokość nie pochwala kobiet prowadzących interesy?

- Cordina jest nowoczesnym księstwem. Nie oceniamy tu ludzi na podstawie ich płci.

- Królewskie „my”? Istotnie, świadczy to o nowoczesności i postępowym sposobie 

myślenia - zauważyła z ironią. - Nie za ciepło Waszej Wysokości w tej marynarce?

- Jest lekki wiatr.

- Czy zdarza się Waszej Wysokości zrzucić koronę? Biegać na bosaka?

- Słucham?

- Mówiłam w przenośni. - Wzięła ze stolika szklankę soku pomarańczowego. Kostki 

lodu dawno się roztopiły, ale napój i tak był orzeźwiający. - Często Wasza Wysokość pływa?

- Niestety, mało mam czasu na rozrywki.

- Jest takie powiedzenie: praca lata skraca.

- Obiło mi się o uszy.

Zdobiący jego dłoń złoty pierścień z rubinem błysnął w słońcu.

- Ale nie dotyczy ono książąt?

- Dotyczy. Żałuję, że nie mogę poświęcić d więcej czasu.

background image

- Wcale tego nie oczekuję. - Wstała. Aleksander również. - Na miłość boską, proszę 

siadać,   książę!   -   fuknęła.   -   Przecież   nikogo   tu   poza   nami   nie   ma.   Nawet   sobie   Wasza 

Wysokość nie wyobraża, jakie to irytujące, kiedy się wstaje, a siedzący obok mężczyzna 

natychmiast podrywa się na nogi.

- Naprawdę? - spytał z rozbawieniem, posłusznie siadając z powrotem na krześle.

- Tak, naprawdę. Powinien książę spędzić trochę czasu w Ameryce. Tam można się 

pozbyć sztywności, wyluzować.

- Wyluzować? Nie bardzo mogę sobie pozwolić na luz - oznajmił cicho.

Złość jej minęła.

- W porządku, ale nie rozumiem, dlaczego książę musi się tak oficjalnie zachowywać 

w moim towarzystwie. Jestem blisko zaprzyjaźniona z waszą rodziną, a poza tym nienawidzę 

zbędnej etykiety.

- Tak? To dlaczego nie mówisz do mnie po imieniu?

Zarumieniła się. Jego słowa wprawiły ją w zakłopotanie.

- Sama powiedziałaś, że znamy się od lat...

- Myliłam się - rzekła wolno, wyczuwając jakieś niewidoczne prądy. - W ogóle się nie 

znamy.

- Do innych zwracasz się po imieniu...

Zaschło jej w gardle. Pomógłby łyk soku. Ale szklanka stała na stoliku, a stolik obok 

krzesła, na którym siedział Aleksander.

- To prawda - przyznała.

- Zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje. Ale może powinienem ciebie o to spytać. 

Powiedz, Eve, dlaczego nie mówisz do mnie per ty?

- Nie wiem. Jakoś wydaje mi się to niestosowne.

Zadrżała. Czyżby była zdenerwowana? Zaintrygowany, przysunął się bliżej.

- Czy kiedykolwiek byłem wobec ciebie niemiły?

- Tak. Nie.

Cofnęła się o krok.

- Zdecyduj się.

- Nie, książę. Aleksandrze - poprawiła się, widząc jego karcące spojrzenie. - Jesteś 

zawsze niezwykle uprzejmy. Mimo swojej niechęci do mnie...

- Niechęci? Takie odniosłaś wrażenie? Że jestem do ciebie niechętnie nastawiony?

Nie zauważyła, kiedy podszedł bliżej; teraz dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. 

Eve postanowiła zastosować jedyną skuteczną metodę obrony, jaką znała: atak.

background image

- Zdecydowanie tak.

- Należą ci się więc przeprosiny.

Ujął jej rękę i podniósł ją do ust. Choć niebo było błękitne, bez chmur, Eve wydawało 

się, że powietrze drży od wyładowań elektrycznych.

- Przestań być taki czarujący.

Usiłowała zabrać rękę, lecz trzymał ją mocno. Uśmiech, który rozjaśnił jego twarz, był 

równie nieoczekiwany jak muśnięcie warg o jej dłoń. Nie miał już żadnych wątpliwości: Eve 

była zdenerwowana. Nie wiedzieć czemu, bardzo go to wzruszyło.

- Wolałabyś, żebym był zgryźliwy i cyniczny?

- Nie, wolałabym, żebyś był sobą. Nie lubię niespodzianek.

- Ja też nie.

Dojrzała coś w jego oczach. Czyżby wyzwanie? Nie zamierzała żadnego podejmować.

- Ale czasem są miłe i urozmaicają życie - dodał po chwili.

- Jednym urozmaicają, innych wprawiają w zakłopotanie.

Jego uśmiech pogłębił się. Po raz pierwszy w życiu zauważyła dołeczek w prawym 

policzku Aleksandra.

Nie mogła oderwać od niego wzroku.

- Czy to znaczy, że ja cię wprawiam w zakłopotanie?

- Tego nie powiedziałam - rzekła.

Utkwiła spojrzenie w jego oczach. Ale tak też było źle.

- Czerwienisz się - szepnął, gładząc palcem jej brodę.

- To od ciepła. - Nogi miała jak z waty.

- Tak, faktycznie jest gorąco. - On też czuł niepokój i drgania powietrza, jakby gdzieś 

nieopodal szalała burza. - Chyba powinniśmy się ochłodzić.

- Tak. Zresztą muszę się przebrać. Obiecałam Bennettowi, że przed kolacją wybiorę 

się z nim do stajni.

Błysk, który widziała w jego oczach, natychmiast zgasł. Usta zacisnęły się, dołeczek 

w policzku znikł.

- Więc nie zatrzymuję cię. Aha, na kolacji będzie ambasador Francji z żoną.

- Postaram się nie siorbać.

- Stroisz żarty ze mnie? - spytał gniewnie. - Czy z siebie?

- Z nas obojga.

- Nie siedź za długo na słońcu, bo się spieczesz.

Po tych słowach odwrócił się na pięcie i sprężystym krokiem ruszył do pałacu. Eve 

background image

odprowadziła go wzrokiem, po czym zamknęła oczy i skoczyła na głowę do basenu. Okazało 

się, że na kolację z ambasadorem zostali również zaproszeni Brie z Reeve'em. Eve siedziała 

między mężem Gabrielli a ambasadorem Francji, zadowolona, że w trakcie posiłku nie musi 

prowadzić rozmowy z Aleksandrem, który jako gospodarz i następca tronu siedział u szczytu 

stołu. Miejsce po jego prawej ręce zajmowała siostra, po lewej żona ambasadora.

Wbrew   obawom   Eve,   kolacja   upłynęła   w   całkiem   sympatycznej   atmosferze. 

Ambasador znał mnóstwo ciekawych anegdot, którymi sypał jak z rękawa. Eve słuchała z 

przyjemnością,   co   chwila   wybuchając   śmiechem.   Potem   mile   zaskoczyła   gościa,   kiedy 

zaczęła konwersować z nim po francusku. Chociaż od lat nie mówiła w tym języku, lata nauki 

w szkole w Szwajcarii nie poszły na marne.

- Jestem pod wrażeniem - powiedział Reeve, kiedy popatrzyła na niego z uśmiechem.

Niewiele   się   zmienił   od   czasu   ślubu   z   Gabriellą,   pomyślała.   Może   na   skroniach 

przybyło   mu   kilka   siwych   włosów,   ale   to   wszystko.   Chociaż   nie,   nieprawda.   Sprawiał 

wrażenie   bardziej   odprężonego   niż   dawniej.   Wyglądało   na   to,   że   szczęście   i   radość   to 

najlepsze eliksiry młodości.

- A tobie jak idzie nauka francuskiego? - spytała Eve.

- Kiepsko.

Dźgnął widelcem kawałek kaczki w pysznym, aromatycznym sosie. O ileż bardziej 

wolałby   zjeść   krwisty   stek   prosto   z   rusztu!   Nagle   dźwięczny   śmiech   Brie   wzbił   się   w 

powietrze. Spoglądając na żonę, Reeve pomyślał sobie, że ofiary, jakie musiał ponieść, aby 

być z tą nadzwyczajną kobietą, są niczym w porównaniu z tym, co zyskał w zamian.

- Gabriellą mówi, że uparłem się pozostać ignorantem.

- I co?

- Chyba ma rację.

Roześmiawszy się wesoło, Eve podniosła kieliszek.

- Wiesz, nie mogę się doczekać jutra, żeby wreszcie zobaczyć waszą farmę. Chris 

mówiła, że macie śliczny dom. Podobno macie też konie?

- Tak. Wszystkie dzieciaki jeżdżą konno. Nawet Dorian, tyle że on na kucyku. - Reeve 

odsunął się, pozwalając służącemu zabrać talerz. - W głowie się nie mieści, jak one się szybko 

wszystkiego uczą.

- Powiedz, jak się tu czujesz?  - Nie  była pewna dlaczego,  ale  koniecznie chciała 

usłyszeć   odpowiedź;   pytanie   wydało   jej   się   szalenie   ważne.   -   To   znaczy,   mieszkając   w 

Cordinie, zapuszczając nowe korzenie, poznając nowe obyczaje...?

Mógł wzruszyć ramionami albo dać jakąś zabawną, lecz wymijającą odpowiedź. Ale 

background image

Reeve nigdy nie uciekał od prawdy.

- Z początku było dość ciężko, zresztą dla nas obojga. A teraz traktuję Cordinę jak 

drugą ojczyznę. Jeden dom mamy tu, drugi w Wirginii. Oczywiście ucieszę się, kiedy Aleks 

się ożeni i Brie będzie miała mniej obowiązków, ale co robić? Zakochałem się w kobiecie, 

która akurat jest księżniczką.

- A z tytułem wiąże się masa obowiązków, prawda?

Całkiem nieświadomie skierowała wzrok na Aleksandra.

- O tak - potwierdził Reeve, po czym widząc, na kogo Eve spogląda, dodał cicho: - 

Rzecz jasna, on ma ich najwięcej.

Czym prędzej skupiła uwagę na swoim rozmówcy.

- Nic dziwnego. Któregoś dnia zasiądzie na tronie.

-   Jest   stworzony   do   rządzenia.   Sądzę,   że   od   chwili,   gdy   przyszedł   na   świat, 

przygotowywano go do tej funkcji.

I nagle pomyślał, że chyba instynkt nie mylił Gabrielli. Chyba istotnie coś się działo 

między Eve a Aleksandrem. Jakoś nigdy wcześniej nie zwrócił na to uwagi, wydawało mu się, 

że Brie przesadza, ale dziś nie był tego taki pewien. Jeżeli Brie ma rację, Eve nie będzie miała 

łatwego życia.

Przez chwilę Reeve wpatrywał się w kieliszek wina, po czym, nie podnosząc głosu, 

dodał:

- Jednego się nauczyłem, odkąd jestem z Brie. Ze niektórzy nie mają wyboru. Dla nich 

i dla tych, którzy ich kochają, obowiązek to rzecz święta.

Jeżeli miała jakiekolwiek wątpliwości, słowa Reeve’a do reszty je rozwiały.

- No tak, oczywiście - szepnęła, po czym, chcąc rozładować napięcie, odwróciła się w 

stronę ambasadora francuskiego i opowiedziała mu jakiś dowcip.

Na kawę i koniak przeszli do salonu. Po paru minutach, gdy inni zajęci byli rozmową, 

Bennett ujął Eve za rękę.

- Powietrza! - szepnął jej do ucha. - Wymknijmy się do ogrodu.

- Nie wypada.

- Wypada. Oni tu będą jeszcze co najmniej godzinę.

A ja mam prawo, wręcz obowiązek przypilnować, aby wszyscy goście się dobrze 

bawili. Więc ty też. Wyjdźmy chociaż na taras, co?

Trudno było oprzeć się pokusie. Obejrzawszy się, Eve zobaczyła, że Aleksander stoi 

pochłonięty rozmową z ambasadorem francuskim, a Brie i Reeve konwersują z jego żoną.

- No dobrze - zgodziła się. - Ale tylko na chwilę.

background image

Nie przerywając wypowiedzi, Aleksander dojrzał kątem oka, jak Eve kieruje się z 

Bennettem w stronę drzwi na taras.

- Bosko - stwierdził Bennett, wciągając głęboko powietrze. - Znacznie milej niż w 

środku.

- Nie narzekaj. Było całkiem sympatycznie.

- Owszem, ale wolałbym wybrać się z przyjaciółmi na pizzę i piwo. - Podszedł do 

krawędzi tarasu i oparł się o balustradę. - Im jestem starszy, tym mniej mam czasu na zwykłe 

przyjemności.

- Niełatwo ci, prawda?

- Co?

- Być tym, kim jesteś.

Objął ją ręką w pasie.

- Są też i plusy.

- Zawsze to robisz - powiedziała z wyrzutem. - Wykręcasz się od odpowiedzi.

Cofnęła się pół kroku, żeby mu się lepiej  przyjrzeć. Był przystojny i silny. Silny 

fizycznie i psychicznie.

-   Naprawdę   chcesz   wiedzieć?   -   Wsunął   ręce   do   kieszeni.   -   To   trudne   pytanie. 

Urodziłem się w tej rodzinie, nie znam innego życia. Ale masz rację; czasem bywa piekielnie 

ciężko.   Człowiek   nigdy   nie   jest   sam.   Wszędzie   towarzyszy   mu   ochrona,   śledzą   go 

przedstawiciele prasy. Staram się nie zwracać na to uwagi, inaczej bym zwariował. Ale ja i 

Brie jeszcze nie mamy najgorzej. Żadne z nas nie zasiądzie na tronie.

- Żałujesz?

- No co ty! - powiedział to z takim oburzeniem, że Eve uśmiechnęła się w ciemności.

- Obce jest ci uczucie zazdrości, prawda, Ben?

- Aleksowi nie ma czego zazdrościć. Odkąd pamiętam, biedak musiał lepiej się uczyć, 

więcej pracować, być silniejszy, mądrzejszy, rozsądniejszy. Za nic w świecie nie zamieniłbym 

się z nim na miejsca. Dlaczego pytasz?

- Sama nie  wiem.  Może  dlatego,  że jak wszystkich Amerykanów, fascynuje  mnie 

arystokracja.

- Zbyt długo nas znasz, aby być nami zafascynowana.

- Tylko niektórych z was znam. - Potrząsnęła głową, jakby sobie coś przypomniała. - 

Pamiętasz ten wieczór, wtedy na balu, kiedy wyszliśmy na balkon?

- Trudno, żebym o nim zapomniał.

- Myślałam, że będziesz chciał mnie pocałować.

background image

Uśmiechnął się i zawinął wokół palca kosmyk jej włosów.

- Nie zdążyłem.

- Tak. Zamiast tego zostałeś postrzelony. Byłeś taki dzielny.

- Bardzo dzielny. - Obiema rękami objął ją w pasie.

- Wiesz, gdybym cię teraz pocałował, czułbym się tak, jakbym dobierał się do swojej 

młodszej siostry.

- Wiem. - Położyła głowę na jego ramieniu. - Cieszę się, że jesteśmy przyjaciółmi.

- Nie masz przypadkiem siostry stryjecznej, kuzynki czy jakiejś młodej ciotki, która 

wygląda tak jak ty?

- Niestety. - Podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy.

- Szkoda.

- Bennett.

Na dźwięk głosu Aleksandra Eve podskoczyła jak dziecko przyłapane na kradzieży 

cukierka. Przeklinając w duchu, odwróciła się i zacisnęła dłonie w pięści.

-  Wybaczcie,   że   wam   przeszkadzam.   -   Stał   tuż   za   drzwiami,   gdzie   nie   docierało 

światło księżyca. - Ale pan ambasador szykuje się do wyjścia.

- Co, już? - Nie przejmując się chłodem w głosie brata, Bennett ścisnął Eve za ramię. - 

W porządku, chodźmy się pożegnać.

- Dobrze - powiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca. Miała nadzieję, że Aleksander 

wejdzie za Bennettem do salonu, a ona zostanie chwilę sama.

- Zapraszam, Eve, do środka. Z tobą również pan ambasador chciałby się pożegnać. 

Oczarowałaś go.

- Już idę. - Podeszła do drzwi, ale nie mogła przejść; zagradzał jej drogę. - Coś jeszcze 

chcesz mi powiedzieć?

- Tak. - Zacisnął palce na jej brodzie, zaskakując tym gestem zarówno siebie, jak i ją. - 

Bennett jest szlachetnym, wspaniałomyślnym człowiekiem, ale bywa niestały w uczuciach. 

Uważaj na siebie, żebyś nie cierpiała. Gdyby ktokolwiek inny to powiedział, roześmiałaby się 

i tyle. Ale kiedy tak stała, patrząc w oczy Aleksandra, nie było jej do śmiechu.

- Ostrzegasz mnie dziś po raz drugi. Wcześniej, żebym się nie spaliła na słońcu, teraz, 

żebym miała się na baczności przed Bennettem. Oba razy niepotrzebnie, Wasza Książęca 

Mość - dodała lodowatym tonem. - Jestem Amerykanką, Amerykanki zaś potrafią same się o 

siebie troszczyć.

- Nie miałem najmniejszego zamiaru troszczyć się o ciebie - oznajmił uszczypliwie.

Zabolałoby ją to, gdyby nie była taka wściekła.

background image

- Całe szczęście!

- Jeżeli jesteś zakochana w Bennetcie...

- Słucham? - spytała oburzona. - Jakim prawem zadajesz mi takie pytanie? - Nie 

rozumiała, co ją rozsierdziło, ale z każdym słowem czuła, jak narasta w niej złość. - To, czy 

jestem zakochana, czy nie, to wyłącznie moja sprawa. Ciebie to nie powinno obchodzić.

- Zapominasz, że Bennett jest moim bratem.

- No właśnie, bratem. Nie poddanym. Nie rządzisz nim, a już na pewno nie rządzisz 

mną. Moje uczucia względem Bennetta czy kogokolwiek innego nie powinny cię interesować.

- Mylisz się. Interesuje mnie wszystko, co się dzieje w moim domu i dotyczy mojej 

rodziny.

- Aleks - powiedziała cicho Brie, która nagle pojawiła się na tarasie. Jej szept wyraźnie 

kontrastował z ich podniesionymi głosami. - Ambasador czeka.

Nie patrząc na Eve, Aleksander skierował się do salonu.

- Twój brat to idiota - mruknęła pod nosem Eve.

- Owszem, pod wieloma względami - zgodziła się, Brie, uściskiem próbując dodać 

przyjaciółce otuchy. - A teraz weź głęboki oddech i chodź pożegnać się z naszymi gośćmi. 

Potem możesz pójść do siebie i skopać krzesło czy rzucić czymś w ścianę. Ja tak robię, kiedy 

jestem wściekła.

Eve wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Kochana jesteś. Dzięki za radę.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

ROMANS KSIĘCIA BENNETTA Z AMERYKAŃSKĄ DZIEDZICZKĄ

Popijając poranną kawę, Eve przeczytała nagłówek w gazecie i aż się zakrztusiła. Po 

chwili, przełknąwszy kawałek rogalika, który miała w ustach, ponownie spojrzała na tytuł i 

tym razem zaczęła chichotać. Biedny Ben, przemknęło jej przez myśl; wystarczy, że spojrzy 

na kobietę, a już mu przypisują romans. Odłożyła rogalik na talerz i przystąpiła do lektury.

W trakcie swojego pobytu w Cordinie Eve Hamilton, córka milionera T.G. Hamiltona, 

zamieszkała w książęcym pałacu. Bliska przyjaźń łącząca księcia Bennetta Z panną Hamilton 

została zawiązana siedem lat temu, kiedy...

Dalej następował opis wydarzeń, które miały miejsce w pałacu podczas nieudanego 

porwania księżniczki, oraz dokładne wyszczególnienie ran odniesionych przez Bennetta. Eve 

uśmiechnęła się pod nosem, czytając mocno przesadzoną relację o własnym bohaterstwie. 

Według gazety, w ciągu tych siedmiu lat mieli z Bennettem kilka sekretnych schadzek.

Sekretne   schadzki?   Hm.   Owszem,   Bennett   przyjechał   do   Houston   na   przyjęcie   z 

okazji jej dwudziestych pierwszych urodzin. Właśnie wtedy zakochała się w nim po uszy jej 

najlepsza   przyjaciółka.   Parę   lat   później   poproszono   Eve,   aby   pokazała   Bennettowi 

Waszyngton.   Kilka   razy   odwiedziła   Cordinę   wraz   ze   swoją   siostrą.   A   raz,   zupełnym 

przypadkiem, wpadła na Bennetta w Paryżu. Trudno nazwać sekretną schadzką obiad, jaki 

zjedli razem w jednej z paryskich restauracji, ale widocznie dziennikarze nie mieli o czym 

pisać, więc...

Artykuł   kończył   się   pytaniem:   Czy   kolejny   członek   królewskiej   rodziny   poślubi 

Amerykankę?

Nie poślubi, odparła w myślach Eve i odłożyła na bok gazetę. Ciekawe, o czym prasa 

będzie   pisać,   kiedy   w   końcu   Bennett   naprawdę   się   zakocha   i   ustatkuje?   Kręcąc   z 

rozbawieniem głową, podniosła z talerzyka stygnący rogalik. Oj, długo trzeba będzie na to 

czekać. Kto wie. Czy do tego czasu dzieci Brie nie założą już własnych rodzin?

- Interesująca lektura?

Zerknęła   przez   ramię   w   stronę   drzwi.   Powinna   była   wiedzieć,   że  Aleksander   nie 

pozwoli jej zjeść w spokoju śniadania.

- Śmieszą mnie te artykuły - odparła.

- Uważasz, że są zabawne?

-   Tak,   chociaż   wyobrażam   sobie,   że   Bena   mogą   denerwować.   Bo   jest   to   trochę 

irytujące: ilekroć spojrzy na jakąś kobietę, dziennikarze zaraz umieszczają ją na liście jego 

background image

potencjalnych kandydatek na żonę.

- Ben nic sobie nie robi z takich plotek. Nawet lubi drobne skandale.

Ponieważ powiedział to bez oburzenia czy pretensji w głosie, Eve uśmiechnęła się. 

Jeżeli chciał puścić w niepamięć ich wczorajszą sprzeczkę, nie miała nic przeciwko temu.

- A kto nie lubi? - zażartowała.

Przyjrzała mu  się uważniej. Aleksander  sprawiał wrażenie spiętego i zmęczonego. 

Zrobiło się jej go żal.

- Jadłeś śniadanie? Mogę ci zaproponować kawę i ciepłe rogaliki.

- Za rogaliki dziękuję, ale kawy chętnie się napiję.

Wstawszy od stołu, wyjęła z kredensu czystą filiżankę.

- Dopiero dziesiąta, a wyglądasz tak, jakbyś miał za sobą długi, męczący dzień.

Przez   chwilę   nie   odzywał   się.   Przywykł   do   tego,   że   niektóre   informacje   należy 

zachowywać w tajemnicy. Ale potem zmienił zdanie. Niedługo cały świat się o wszystkim 

dowie.

- Z samego rana otrzymałem wiadomość z Paryża. W naszej ambasadzie podłożono 

bombę.

Odruchowo zacisnęła palce na uchwycie dzbanka.

- O Boże. Twój ojciec...?

- Na szczęście nic mu się nie stało. Drobne obrażenia odniósł jego sekretarz. - Na 

moment książę zamilkł.

- Zginął Seward, asystent ministra - dokończył cicho, ale głos nawet mu nie zadrżał.

- Tak strasznie mi przykro. - Odstawiwszy dzbanek, Eve położyła rękę na ramieniu 

Aleksandra. - Czy wiadomo, kto to zrobił?

-   Na   razie   nikt   się   nie   przyznał.   Domyślamy   się,   czyja   to   robota,   ale   nie   mamy 

żadnych dowodów.

- Czy książę Armand wróci teraz do domu?

Aleks popatrzył przez okno na błękitne niebo i kwitnące w ogrodzie kwiaty. Chciał, 

żeby ojciec czym prędzej wyjechał z Francji, lecz wiedział, że to niemożliwe; życie monarchy 

wymagało wielu poświęceń.

- Ma jeszcze parę spraw do załatwienia w Paryżu.

- Ale...

- Wróci, kiedy będzie mógł. - Podniósł do ust parującą filiżankę czarnego napoju. - 

Podobnie   jak   większość   państw   na   świecie,   Cordina   zdecydowanie   sprzeciwia   się 

terroryzmowi. Winni zostaną znalezieni i ukarani.

background image

-   Oby.   -   Eve   odsunęła   talerzyk   z   rogalikiem   na   gazetę.   Artykuł   o   romansie   z 

Bennettem już jej nie bawił.

- Dlaczego niewinni ludzie muszą płacić za poglądy polityczne garstki fanatyków?

Zacisnął palce na uszku filiżanki.

- Polityka i terroryzm nie mają z sobą nic wspólnego - oświadczył, tłumiąc gniew.

- To prawda. - Wielu rzeczy nie rozumiała, na wielu się nie znała, lecz wiedziała, że 

chowanie głowy w piasek nie przynosi żadnego pożytku. - Oczywiście masz rację.

- Seward pozostawił żonę z trójką dzieci.

- To okropne. Czy już ich powiadomiono?

- Nie. Właśnie się do nich wybieram.

- Może mogłabym jakoś pomóc? Chcesz, żebym z tobą pojechała?

- To nie twoja sprawa, Eve.

Postanowiła się nie narzucać. Powtarzała sobie, że jest głupia, czując się urażona jego 

odmową. Kiedy wstał od stołu, wbiła wzrok w pustą filiżankę po kawie. Zastanawiał się, po 

jakie licho tu przyszedł. Ale znał odpowiedź. Chciał poinformować Eve o tragedii, podzielić 

się z nią swoim smutkiem, frustracją, złością.

Człowiek   rządzący   państwem   nie   powinien   szukać   współczucia,   pocieszenia   czy 

wsparcia emocjonalnego. Całe życie uczono go, żeby polegał wyłącznie na sobie. Mimo to 

przyszedł do niej. Potrzebował jej bliskości.

- Eve... - zaczął. Zwykła prośba z trudem przechodziła mu przez usta; męczył się, 

jakby toczył z sobą walkę. - Czułbym się raźniej, gdybyś wybrała się ze mną. Myślę, że żonie  

Sewarda może się przydać obecność kobiety.

- Tylko wezmę torebkę - powiedziała, zrywając się od stołu.

Sewardowie mieszkali w ładnym murowanym domku z małym, starannie utrzymanym 

ogródkiem. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do drzwi rosły białe kwiaty. Na podjeździe przed 

garażem stał czerwony rower. Eve poczuła ostre kłucie w sercu. Wiedziała, co to znaczy 

stracić rodzica; znała ból i cierpienie, które towarzyszą takiej stracie - ból, z którego człowiek 

nigdy tak do końca się nie otrząsa.

Aleksander pierwszy wysiadł z samochodu, po czym podał Eve rękę. Przyjęła ją z 

wdzięcznością.

- Jeżeli zmieniłaś zdanie i wolałabyś...

- Absolutnie nie.

Ruszyli razem do drzwi. Eve czuła na sobie spojrzenie kierowcy, który pozostał na 

miejscu, nie zdawała sobie jednak sprawy z obecności ochroniarzy rozstawionych wzdłuż 

background image

ulicy.

Drzwi   otworzyła   Atena   Seward,   pulchna   kobieta   w   średnim   wieku   o   ciemnych 

włosach,   pięknych   dużych   oczach   i   potarganych   włosach.   Najwyraźniej   była   w   trakcie 

sprzątania. Na widok następcy tronu na jej twarzy odmalowało się zdumienie, szybko jednak 

wzięła się w garść.

- Wasza Wysokość...

- Proszę nam wybaczyć tę niespodziewaną wizytę, madame Seward. Czy możemy 

wejść?

- Oczywiście. - Zerknęła przez ramię na meble, których nie zdążyła jeszcze odkurzyć, 

i rozrzucone po podłodze zabawki. - Czy Wasza Wysokość napije się kawy?

- Nie, dziękuję. Pani pozwoli, że przedstawię jej pannę Eve Hamilton.

- Bardzo mi miło. - Atena Seward wyciągnęła na powitanie dłoń. - Proszę, niech 

państwo usiądą.

Wiedząc, że gospodyni będzie stała, dopóki on nie usiądzie, Aleksander spoczął na 

najbliższym krześle.

- Madame Seward, nadeszła dziś przykra wiadomość z Paryża.

Eve, która siedziała na tej samej kanapie co Atena Seward, poczuła, jak kobieta nagle 

sztywnieje.

- Słucham...

- W naszej ambasadzie podłożono dwie bomby. Zanim je znaleziono, jedna wybuchła. 

- Wiedział z doświadczenia, że nawet najgorszą wiadomość powinno się podać szybko, bez 

długich wstępów. - Pani mąż zginął.

- Maurice? - Nieświadoma tego, że chwyciła Eve za rękę, z całej siły zacisnęła palce 

na jej dłoni. - Maurice nie żyje?

-   Tak,   madame.   Poniósł   śmierć   na   miejscu.   Mój   ojciec   przesyła   pani   najgłębsze 

wyrazy współczucia. Ja i reszta rodziny również pragniemy złożyć pani szczere kondolencje.

- Nie ma mowy o żadnej pomyłce? - Nie płakała; oczy miała suche, ale jej palce 

wpijały się w rękę Eve.

Najbardziej w świecie nienawidził uczucia bezradności. Nie mógł pomóc Atenie ani 

oferować jej nadziei, a słowa otuchy tak niewiele znaczyły.

- Niestety, madame. W chwili detonacji pani mąż był sam w gabinecie.

- Koniak - wtrąciła nagle Eve. - Madame Seward, gdzie trzyma pani koniak?

- Co? - Gospodyni popatrzyła na nią nieprzytomnym wzrokiem. - Na półce w kuchni.

Eve przeniosła spojrzenie na Aleksandra. To wystarczyło; bez słowa wstał i wyszedł.

background image

-   Jeszcze   wczoraj   z   nim   rozmawiałam   -   szepnęła  Atena.   -   Był   zmęczony,   ale   to 

zrozumiałe. Te spotkania zawsze ciągną się godzinami. Kupił dla naszej córki broszkę, W 

przyszłym miesiącu są jej urodziny. - Głos jej zadrżał. - Musiała nastąpić jakaś pomyłka. 

Prawda, mademoiselle?

I nagle z oczu Ateny trysnął strumień łez.

Eve   uczyniła   jedyną   rzecz,   jaka   w   tym   momencie   przyszła   jej   do   głowy:   objęła 

zrozpaczoną kobietę. Kiedy Aleksander wrócił do pokoju, Atena siedziała z twarzą wtuloną w 

pierś Eve, ta zaś z oczami lśniącymi od leź gładziła ją po włosach.

Nie bacząc na protokół i nie zastanawiając się nad tym, co jemu jako następcy tronu 

wypada robić, a czego nie wypada, Aleksander kucnął obok zapłakanych kobiet i wcisnął 

wdowie do ręki kieliszek koniaku.

- Madame, o ile się orientuję, ma pani siostrę - rzekł łagodnie. - Czy chciałaby pani, 

żebym do niej zadzwonił?

- Moje dzieci...

- Poślę po nie kierowcę.

Atena Seward pociągnęła łyk koniaku.

- Gdyby Wasza Wysokość mógł zadzwonić do mojej siostry...

- Gdzie jest telefon?

- Na końcu korytarza. W gabinecie Maurice'a - rzekła, kładąc głowę na ramieniu Eve. 

Po chwili zaniosła się szlochem.

-   Zachowałaś   się   wspaniałomyślnie   -   powiedział   Aleksander,   kiedy   wrócili   do 

samochodu.

Eve oparła głowę o tył siedzenia i zacisnęła powieki.

- Moja szlachetność czy wspaniałomyślność nic jej nie pomoże - szepnęła.

Nie   odpowiedział.   Sam   czuł   dokładnie   to   samo.   Mimo   władzy,   jaką   dzierżył,   był 

bezradny wobec aktów przemocy.

- Co z nią teraz będzie? - spytała Eve.

- Wsparcie finansowe na pewno otrzyma. Tyle dla niej i jej dzieci możemy zrobić. - 

Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. - Niestety rany... rany tylko czas może zagoić.

Słyszała w jego głosie mieszaninę goryczy i frustracji.

- Chcesz tego drania ukarać, prawda?

Zapalił papierosa. Zauważył, że Eve nie spuszcza z niego oczu.

- Nie tylko chcę, ale i ukarzę.

Przebiegły ją ciarki. Aleksander nie żartował. Był władny ukarać winowajcę, władny 

background image

bynajmniej nie z racji tytułu czy urodzenia; gdyby przyszedł na świat w rodzime skromnego 

wieśniaka, też byłby w stanie to zrobić. Miał w sobie jakąś niezwykłą siłę. która ją przerażała, 

a zarazem fascynowała.

- Kiedy udałeś się do telefonu, Atena spytała, kto podłożył bombę. Odparłam, że nie 

wiem. Kiedy minie jej pierwszy szok. na pewno przyjdzie z tym pytaniem do ciebie.

- Kiedy mija szok, nastaje pragnienie zemsty.

- Chcesz się mścić?

- To mógł być mój ojciec!

Po raz pierwszy w życiu Eve widziała, jak Aleksander traci panowanie nad sobą. Jego 

oczy płonęły wściekłością, po chwili jednak wziął się w garść.

-   Jesteśmy  odpowiedzialni   za   to,   co   spotyka   nasze   księstwo   i   naszych   obywateli. 

Śmierci Sewarda nie puścimy płazem.

- Myślisz, że ładunek przeznaczony był dla twojego ojca? - Ujęła go za rękę. - Że to 

on miał zginąć?

-   Bombę   podłożono   w   jego   gabinecie.   Tak   się   akurat   złożyło,   że   chwilę   przed 

wybuchem ojciec wyszedł do innego pokoju. Gdyby nie wyszedł, zginęliby obydwaj.

- Więc tym bardziej powinien wrócić do Cordiny.

- Tym bardziej powinien zostać. Władca nie może okazywać strachu. Strach władcy 

świadczy o słabości jego państwa.

- Do jasnej cholery! Przecież to twój ojciec!

- Owszem, ale to również książę Armand, władca Cordiny.

- Ależ  nie  wygaduj   bzdur! Liczy  się  człowiek,  nie  funkcja!  - Nie  potrafiła  ukryć 

zdenerwowania. - Jeżeli sądzisz, że twojemu ojcu cokolwiek zagraża, powinieneś przekonać 

go, aby natychmiast wrócił do domu.

- Gdyby ojciec pytał mnie o zdanie, powiedziałbym mu, że jeśli wróci do Cordiny, nie 

zakończywszy interesów w Paryżu, popełni duży błąd.

Cofnęła rękę.

- Bennett mówił, że jesteś surowy i nieugięty. Ze musisz taki być. Ale nie miałam 

pojęcia,   że   aż   do   tego   stopnia.   -   Kiedy   samochód   zatrzymał   się   przed   schodami 

prowadzącymi do pałacu, Eve pierwsza wysiadła.

-   Przez   chwilę,   zanim   wyjechaliśmy   do   Ateny   Seward,   wydawało   mi   się,   że 

dostrzegam   w   tobie   ciepło,   jakieś   oznaki   człowieczeństwa.  Ale   się   pomyliłam.   Trudno 

wymagać uczuć od kogoś, kto ma kamień zamiast serca.

Chwycił ją za ramię, zanim doszła do drzwi.

background image

- Nic nie rozumiesz. A ja nie mam obowiązku tłumaczyć ci się z czegokolwiek. - 

Obowiązku nie miał, ale czuł potrzebę. Nie chciał, aby Eve go potępiała.

-   Zginął   człowiek.   Porządny,   dobry,   uczciwy   człowiek,   z   którym   jeździłem   na 

polowania i z którym od czasu do czasu uprawiałem hazard. Zostawił pogrążoną w rozpaczy 

żonę, osierocił trójkę dzieci, a ja nic na to nie mogę poradzić. Nic.

Puścił jej ramię, po czym odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach. Przyglądała mu 

się, dopóki nie skręcił do ogrodu i nie zniknął jej z pola widzenia.

Stała   bez   ruchu,   oddychając   ciężko.   Oczy   piekły   ją   od   łez.   Wciągnęła   głęboko 

powietrze, raz, drugi, trzeci, po czym ruszyła za księciem do ogrodu.

Psiakość! Eve Hamilton sprawiała, że zapominał o tym, kim jest i co do niego należy. 

Różnił   się   od   innych   ludzi;   musiał   utrzymywać   wyraźny   dystans   pomiędzy   uczuciem   a 

obowiązkiem, pomiędzy tym, o czym marzy, a tym, co mu wolno. W końcu był księciem, 

następcą tronu. W gronie rodzinnym mógł zachowywać się swobodnie, ale już w obecności 

przyjaciół   wiedział,   że   musi   mieć   się   na   baczności.   Ktoś.   kto   poważnie   traktuje   swoje 

powinności i na kim ciąży odpowiedzialność za losy państwa, nie może pozwolić sobie nawet 

na chwilę beztroski i nieuwagi. Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło w Paryżu.

Stracił   wiernego   przyjaciela.   Dlaczego?   Bo   członek   jakiejś   bezimiennej   grupy 

terrorystycznej podłożył ładunek wybuchowy? Nie. Z rosnącego nieopodal krzaka Aleksander 

zerwał barwny pąk. Człowiek nie jest źdźbłem trawy czy łodygą, którą łamie się bezmyślnie, 

od niechcenia. Terrorystom nie chodziło o Sewarda. Seward zginął przez pomyłkę.

Celem ataku był jego ojciec. On, Aleksander, nie miał co do tego wątpliwości. A siłą 

sprawczą był Deboque.

- Wasza Wysokość...

Odwróciwszy się, ujrzał Eve. Dookoła niej rosła bujna, tropikalna roślinność. Eve... 

Pasuje do niej to imię, a ona pasuje do ogrodu. Tyle że w wypadku jej słynnej imienniczki, 

biblijnej Ewy, zakazanym owocem było jabłko, a nie ona sama.

- Chciałam cię przeprosić - oznajmiła szybko. Zawsze  wolała przemilczać  własne 

błędy, niż się do nich głośno przyznawać. - Czasem postępuję bezmyślnie; mówię, co mi ślina 

na język przyniesie. Wierz mi, czuję się bardzo niezręcznie.

- Wierzę, Eve. Wierzę też, że powiedziałaś to, co uważałaś za słuszne.

Otworzyła usta, żeby zaprotestować, potem jednak się rozmyśliła.

- To prawda - przyznała. - Ale ty też.

Obserwował   ją   z   zaciekawieniem.   Wciąż   była   zła   z   powodu   ich   wcześniejszej 

wymiany zdań, a także z powodu wyrzutów sumienia. Jak dobrze znał to uczucie! Ileż to razy 

background image

sam miał ochotę wygarnąć komuś prawdę i ileż to razy musiał nad tym zapanować!

- Na znak zgody - rzekł, wręczając jej zerwany z krzaka pąk. - Jesteś moim gościem. 

Nie wypada, żebym się na ciebie gniewał.

Przyjęła kwiat i przysunąwszy go do nosa, wciągnęła w nozdrza lekko waniliowy 

zapach.

- A gdybym nie była gościem? Wtedy mógłbyś się gniewać?

- Jesteś bardzo dociekliwa. I nie masz zwyczaju niczego owijać w bawełnę.

- Lubię wiedzieć, na czym stoję. - Wetknęła kwiat we włosy. - Całe szczęście, że nie 

jestem jedną z twoich poddanych.

- To prawda.

Podniósł głowę. Niebo miało odcień błękitu, jaki widuje się jedynie na fotografiach. 

Eve ponownie dostrzegła w oczach księcia smutek i napięcie, i ponownie wyciągnęła do 

niego rękę.

- Czy dworska etykieta zezwala ci cierpieć wyłącznie w samotności?

Skierował na nią wzrok. Widział w jej twarzy współczucie, serdeczność, przyjaźń. Tak 

długo   się   wzbraniał,   nawet   przed   bezinteresownie   okazywaną   przyjaźnią.  Ale   dłużej   nie 

potrafił. Uginał się pod brzemieniem odpowiedzialności. Zamknął oczy i w odpowiedzi na 

pytanie Eve pokręcił głową.

- Chociaż dzieliła nas duża różnica wieku, Maurice Seward był jednym z niewielu 

ludzi, z którymi mogłem swobodnie rozmawiać. Rzadko spotka się kogoś tak szlachetnego, 

tak uczciwego, pozbawionego cienia zawiści.

- Był twoim przyjacielem. - Podeszła krok bliżej i zanim zorientował się, co zamierza, 

objęła go mocno w pasie. - Źle cię zrozumiałam. Przepraszam.

Ofiarowała mu serce, dobroć, czułość, podczas gdy on potrzebował czegoś więcej. 

Powoli   obrócił   ją   twarzą   do   siebie.   Zapach   jej   włosów   i   skóry   atakował   jego   zmysły; 

poddawał mu się bez oporów.

Przyzwyczajony był do czynu, do walki oraz obrony, teraz jednak stał bez ruchu, 

bezwolny i bezbronny. Dookoła rosły krzewy, które zasłaniały go niczym kurtyna. Ale nie... 

to  nie wchodzi  w rachubę. Po prostu nie wyobrażał sobie, aby mógł pożądać kogoś lub 

czegoś, co należy do jego brata.

Nie   było   to   łatwe.   Bo   mimo   książęcego   tytułu   i   władzy,   jaką   posiadał,   był   tylko 

człowiekiem,   mężczyzną   z   krwi   i   kości.   Rzadko   odczuwał   tak   wielki   ból   jak   teraz,   gdy 

trzymał w objęciach Eve. Ból mieszał się ze smutkiem i złością.

Powoli   tracił   nad   sobą   kontrolę,   a   tego   się   najbardziej   obawiał.   Miał   bowiem 

background image

świadomość, że uczucia tłumione prędzej można zignorować niż te, którym dało się upust.

Gwałtownym ruchem odsunął od siebie Eve.

-   Wybacz,   ale   czeka   mnie   mnóstwo   obowiązków   -   rzekł.   Spojrzenie   miał   harde, 

pochmurne, a wewnętrzna walka, jaką toczył, nadała jego głosowi nieprzyjemne, szorstkie 

brzmienie. - Sprawdzę, czy Bennett nie mógłby ci dotrzymać towarzystwa podczas lunchu.

Energicznym krokiem skierował się do drzwi pałacu. Eve bez słowa wpatrywała się w 

jego oddalającą się sylwetkę, dopóki nie znikł za gęstwiną krzewów.

Pogrążyła   się   w   zadumie.   Czy   naprawdę   nic   poza   pracą   go   nie   obchodzi?   Czy 

naprawdę jest pozbawiony normalnych ludzkich odruchów? Czy śmierć przyjaciela w ogóle 

nim nie wstrząsnęła? Przez moment wydawało jej się, że tak, że czuł to samo co ona. Nie 

bądź głupia, skarciła się w myślach.

Parę metrów dalej spostrzegła kamienną ławkę. Usiadła. Kolana tak bardzo jej drżały, 

że   nie   była   w   stanie   iść   dalej.   Kiedy   objęła  Aleksandra   w   pasie,   po   prostu   chciała   go 

pocieszyć. Jednakże z chwilą, gdy poczuła bijące od niego ciepło, wszystko się zmieniło. 

Miała ochotę stać tak w nieskończoność, z zamkniętymi oczami, z policzkiem przytkniętym 

do jego piersi. Ale jemu najwyraźniej przeszkadzał jej dotyk.

Wolał trzymać się od niej na dystans. I dzięki Bogu; powinna się z tego tylko cieszyć. 

Wiele kobiet nie miałoby nic przeciwko zostaniu księżną, lecz większość z nich pewnie nie 

zdawała   sobie   sprawy,   że   oznaczałoby   to   utratę   prywatności,   ograniczoną   swobodę, 

konieczność podporządkowania się sztywnym regułom i etykiecie. Zresztą Aleksander chyba 

nie był człowiekiem łatwym we współżyciu. Cechował go upór, niecierpliwość, dążenie do 

perfekcji. Denerwowały wady i słabości innych.

Mimo   to   pragnęła   go.   Na   krótką   szaloną   chwilę   przeniosła   się   w   inny   świat. 

Zapomniała, że Aleks jest następcą tronu; marzyła o tym, aby ją obejmował, tulił, kochał. 

Chciała   sprawić,   by   z   jego   twarzy   znikło   zmęczenie   i   napięcie,   a   na   wargach   zagościł 

uśmiech.

To minie, pocieszała się. Była osobą zbyt praktyczną, zbyt trzeźwo patrzącą na życie, 

aby fantazjować o rzeczach niemożliwych. Poza wszystkim innym, nie miała czasu bujać w 

obłokach. Czekało ją sporo pracy; musiała przecież wyprodukować cztery przedstawienia, a 

potem zorganizować wyjazd licznego zespołu.

Jutro   z   samego   rana   wylatywała   z   Cordiny.   Zanim   ponownie   tu   zawita,   będzie 

skupiona na czymś innym. Aleksander nie będzie zaprzątał jej myśli.

Nie do końca przekonana, czy zdoła wybić go sobie z głowy, podniosła się z ławki. 

Postanowiła odnaleźć Bennetta. On na pewno poprawi jej nastrój.

background image

- Ale tu się zmieniło, Brie. Wprost nie do wiary!

Odpoczywając na dużej, ocienionej werandzie, Eve patrzyła na idealnie utrzymane 

trawniki, na padoki, na ciągnące się za nimi wzgórza i pagórki. Najmłodsze dziecko Gabrieli! 

i Reeve'a siedziało na schodach, głaszcząc małego kotka.

- Tak, czasem ja też nie wierzę własnym oczom - oznajmiła Brie, spoglądając na swoje 

starsze pociechy bawiące się piłką. - Całe życie o marzyłam o takim domu, ale nigdy nie 

sądziłam, że moje marzenia się spełnią. Byłam w ciąży z Krisrian, kiedy kupiliśmy tę ziemię. 

Prosto ze szpitala przyjechaliśmy już tu. Od tej pory minęło pięć lat.

- Zaledwie pięć? Boże, ten dom wygląda tak, jakby stał tu od zawsze.

- Dzieci faktycznie nie znają innego. One...

Nagle rozległ się przeraźliwy pisk.

- Dorian, kochanie! - zawołała Brie. - Trochę delikatniej! Nie można tak tarmosić 

kotka.

Chłopiec, miniatura ojca, wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu.

- Mruczy - oznajmił, nie przerywając głaskania.

- Tak, ale jak będziesz ciągał go za uszy, to cię podrapie.

- Ależ tu cudownie. - Eve westchnęła błogo. - Czy to miejsce choć trochę przypomina 

waszą farmę w Wirginii?

- Dom w Wirginii jest znacznie starszy. - Oderwawszy oczy od syna, Brie przeniosła 

spojrzenie na męża i braci krążących wokół stodoły. Wiedziała, o czym rozmawiają. Wybuch 

bomby w ambasadzie w Paryżu nikomu nie dawał spokoju. - ciągle coś w nim reperujemy. A 

to dach, a to okna. Reeve chciałby spędzać tam więcej czasu, ale na razie to niemożliwe.

- Brie, złotko, naprawdę nie musisz zabawiać mnie rozmową. Wiem, że boisz się o 

ojca i martwisz ostatnimi wydarzeniami w Paryżu.

- Żyjemy w niespokojnych czasach. - Brie ponownie skierowała wzrok na dzieci. Były 

całym jej światem. - Ale tak już jest. Musimy zaciskać zęby i robić, co do nas należy. Mój 

ojciec bezustannie myśli o Cordinie.

- Powinien myśleć również o sobie.

- On i Cordina to jedno. - Na moment blask w oczach Gabrielli przygasł, starała się 

jednak robić dobrą minę do złej gry. - Tak samo jak Aleks. Obcym najtrudniej właśnie to 

zrozumieć. Aleks nie jest ci obojętny, prawda. Eve?

- Oczywiście, że nie.

- Oczywiście, że nie - powtórzyła za nią Brie, po czym pochwyciła z ziemi syna. 

zanim w pogoni za kotem zdążył wczołgać się pod werandę. Kiedy niezadowolony zaczął się 

background image

wiercić, pocałowała go w policzek i usadowiła sobie na biodrze. - Tyle że ja mam co inne go 

na myśli. W każdym razie, jeżeli kiedykolwiek dojrzejesz do tego uczucia, czeka cię wiele 

pułapek. A jeże li będziesz chciała pogadać, pamiętaj, że zawsze możesz przyjść do mnie. 

Hej, brudasku! - zawołała ze śmiechem, kiedy Dorian pociągnął ją za włosy. - Trzeba cię 

wypucować przed kolacją.

- Zajmij się małym - powiedziała Eve. - A ja przyprowadzę resztę.

Nie ruszyła się jednak z miejsca. Jeżeli kiedykolwiek dojrzeje do tego uczucia? Do 

jakiego uczucia? Lubiła Aleksandra, tak jak lubiła jego brata, siostrę i ojca. Byli dla niej 

niczym   druga   rodzina.   Nie   ukrywała,   że  Aleksander   ją   pociąga.  Ale   nic   dziwnego,   inne 

kobiety też, łypały na niego pożądliwym okiem. No dobrze, może czasem fascynacja nim 

stawała się zbyt intensywna. Ale kto by się tym przejmował.

Żadnych pułapek sobie nie życzyła. Do tej pory udawało jej się zgrabnieje omijać. 

Zwłaszcza w sprawach sercowych wystrzegała się kłopotów i komplikacji. Dla tego tak długo 

z nikim nie była związana. Rzecz jasna, spotykała interesujących mężczyzn, ale...

Zawsze było jakieś „ale”. Zamiast jednak przemyśleć, sytuację, zastanowić się, co jej 

nie odpowiada, wycofywała się, tłumacząc sobie, że i tak nie ma czasu na romanse.

Krzyki dzieci wyrwały ją z zadumy. Poderwawszy się na nogi, zbiegła ze schodów i 

skierowała   w   stronę   rozbrykanej   grupki.   Dzieciaki   zaczęły  protestować,   wcale   nie   miały 

ochoty iść do domu i myć się przed kolacją. Zgodziły się, kiedy Eve obiecała, że po jedzeniu 

pomoże im zorganizować wielki mecz piłkarski.

Nastała cudowna cisza. Eve zrobiło się żal, że nie, może się nią rozkoszować - ale 

musiała   iść   do   pomieszczeń   gospodarczych   po   resztę   domowników.   Szkoda,   chętnie 

posiedziałaby sobie na werandzie, zamknęła oczy, opróżniła umysł z wszelkich myśli, skupiła 

się   na   rozbrzmiewającej   wkoło   ciszy.   Oczywiście   takie   słodkie   lenistwo   byłoby   nie   do 

zniesienia na co dzień, byłoby nie do wytrzymania nawet przez jeden dzień w tygodniu, ale 

raz w miesiącu...

Lubiła pośpiech, zabieganie. Potrafiła rzucić się w wir pracy, nie dosypiać, nie dojadać 

i nie czuć zmęczenia. Ale raz czy dwa razy w roku miło byłoby posiedzieć na wsi, nic nie 

robić, wsłuchiwać się jedynie w śpiew ptaków.

Roześmiawszy się w duchu, skierowała się do stajni. Po chwili weszła do środka. 

Zmrużywszy oczy, czekała, aż wzrok przywyknie do panującego wewnątrz półmroku.

- Bennett, czy...

Ale to nie był Bennett. Postać, która stała przed boksem, była trochę wyższa i szersza 

w ramionach.

background image

- Och, przepraszam. - Natychmiast się spięła. - Myślałam, że to Bennett.

- Nie. - Aleksander ponownie odwrócił się twarzą do stojącego w boksie konia. - 

Bennett poszedł z Reeve'em obejrzeć nowego byka.

- Kolacja jest prawie gotowa. Obiecałam twojej siostrze, że... O Boże, jaka śliczna. - 

Eve podeszła bliżej, żeby pogłaskać klacz po czole. - Kiedy Brie skończyła oprowadzać mnie 

po domu, zapomniałam, że została mi jeszcze do zwiedzenia stajnia. Tak, ślicznotko, masz 

piękne ślepia. - Przeciągnęła dłonią po końskiej grzywie. - Jak się nazywa? - Popatrzyła 

pytająco na Aleksa.

- Kleks.

Wybuchnęła śmiechem.

- Dziwne imię dla konia.

- Podarowałem go Adrienne na urodziny. Małej spodobał się Kleks. - Podrapał konia 

po uszach. - Uznaliśmy, że ma prawo ochrzcić zwierzę jak chce.

- Tak czy inaczej klacz jest wspaniała. Ja swojego pierwszego konia nazwałam Sir 

Lancelot. Widocznie miałam trochę bujniejszą wyobraźnię.

Chociaż oboje głaskali konia po pysku, ich palce ani razu się nie zetknęły.

- Nie sądziłem, że przepadasz za rycerzami w lśniących zbrojach.

- Sześcioletnie dziewczynki lubią takie... - Urwała, bo nagle koń trącił ją łbem w ramię 

i pchnął na Aleksandra. - Ojej, Wasza Wysokość! Przepraszam.

-   Przestań   z   tą   Waszą   Wysokością.   -   Odruchowo   zacisnął   wokół   niej   ramiona.   - 

Czasem niespodziewanie ci się wyrywa.

Świat zawirował jej przed oczami, nogi się pod nią ugięły. Wiedziała, że powinna 

zrobić krok do tyłu, czym prędzej uwolnić się z objęć Aleksa. A ona stała bez ruchu, czuła 

bicie jego serca, wsłuchiwała się w otaczającą ich ciszę i marzyła...

Wsunął palce w jej włosy.

- Czy naprawdę tak trudno ci widzieć we mnie mężczyznę z krwi i kości?

- Nie. Tak, Nie. - Nie mogła złapać tchu. Powietrze w stajni było duszne, nagrzane. - 

Muszę poszukać Bennetta.

- Nic puszczę cię - przytulił ją mocniej - dopóki nic wypowiesz mojego imienia.

W jego źrenicach dostrzegła złote punkciki. Nigdy ich wcześniej nie widziała. Teraz 

zaś nie mogła oderwać od nich wzroku.

- Aleksander - szepnęła.

- Powtórz - poprosił zmienionym głosem.

- Aleksander - powiedziała, po czym przywarła ustami do jego ust.

background image

Było tak, jak sobie wymarzyła. Zarzuciła mu ręce na szyję, a ziemia zadrżała jej pod 

nogami. Odwzajemniał pocałunki z taką pasją, jakby czekał na nią całe życie. Zapomniał o 

tym, kim jest, jaką sprawuje funkcję. Myślał tylko o kobiecie, którą trzymał w ramionach. 

Oboje płonęli; trawił ich ogień pożądania.

Ona była jak afrodyzjak, a on rozkoszował się jej smakiem, zapachem, dotykiem.

- Eve?

Nagle drzwi stajni zaskrzypiały; do środka wpadł cienki strumień światła.

- Eve, jesteś tam? Nie zgubiłaś się w ciemnościach?

Przez chwilę dyszała ciężko.

- Nie, Bennett, nie zgubiłam się. Już idziemy.

Zacisnęła rękę na szyi.

- Pośpiesz się. Umieram z głodu.

Drzwi się zamknęły. Stajnia znów utonęła w mroku. Aleksander otrząsnął się. Tak 

niewiele brakowało pomyślał. Jakim prawem ona się tak zachowuje? Jakim prawem wzbudza 

w nim żądzę? Teraz stoi oparta o ścianę boksu, piękna i milcząca. Wygląda niewinnie, jakby 

grzech nie odcisnął na niej najmniejszego piętna.

- Łatwo zmieniasz upodobania, Eve.

Zdziwiona, otworzyła usta. W pierwszej chwili nie rozumiała, co Aleks ma na myśli. 

Potem przemknął ją ból. Ale zanim odebrał jej siły, wysunęła rękę i z furią wymierzyła mu 

policzek. Głośne plaśnięcie rozeszło się echem po stajni.

- Przypuszczam, że możesz mnie za to deportować z Cordiny - oznajmiła lodowatym 

tonem. - Jeżeli zdecydujesz się na takie posunięcie, pamiętaj, że sam jesteś sobie winien. W 

pełni na to zasłużyłeś.

Miała ochotę odwrócić się na pięcie i puścić biegiem, lecz oparła się pokusie i ruszyła 

do drzwi wolnym, dostojnym krokiem.

Pozwolił jej odejść. Nie pobiegł za nią, chociaż bardzo go korciło. Tak, pragnął ją 

ukarać. Nie, nie za to, że go uderzyła, ale za to, co powiedziała i jak na niego patrzyła. 

Dlaczego uważała, że zasłużył na jej gniew? Że powinien mieć wyrzuty sumienia? Przecież to 

ona, bez najmniejszych skrupułów, gotowa jest zamienić jednego brata na drugiego.

A jednak jej pożądał. Pragnął kobiety, z którą związany był jego brat Pragnął od lat, 

odkąd ujrzał ją po raz pierwszy. Huknął pięścią w ścianę. Konie zarżały nerwowo.

Dotychczas tłumił swoje uczucia do Eve. Jakoś mu się udawało. Obiecał sobie, że 

nadal będzie to robił. Nie ma wyboru. Nie może skrzywdzić Bennetta. Psiakrew!

Wyszedł ze stajni. Niech szlag trafi miłość!

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Ciągle gdzieś latasz. Nie sposób zastać cię w domu.

Eve schowała do walizki swój ukochany dres, po czym spojrzała na siostrę.

- Pracowałam bez wytchnienia. Istne szaleństwo. I na razie nie zanosi się na to, żebym 

mogła odpocząć.

- Wróciłaś z Cordiny dwa miesiące temu, a częściej rozmawiałam z twoją sekretarką 

automatyczną niż z tobą.

Przysiadłszy na brzegu łóżka, Chris popatrzyła na przygniecioną dresem jedwabną 

bluzkę. Już chciała zaproponować, by ją przełożyć na wierzch lub przynajmniej owinąć w 

cienki papier, ale ugryzła się w język.

Jej malutka Eve jest teraz dorosłą kobietą. Obie siostry miały gęste, ciemne włosy, o 

ile   jednak   Eve   lubiła   swoje   splatać   w   warkocz,   Chris   wolała   swobodniejszą   fryzurę; 

najchętniej zostawiała włosy rozpuszczone, opadające na ramiona. Podobieństwo rodzinne 

widoczne było w wystających kościach policzkowych, w gładkiej, mlecznej cerze. Siostry nie 

tyle dzieliła różnica wieku, co styl.

Chris, która od lat zajmowała się rynkiem sztuki i kontaktowała z ludźmi o dość 

wypchanych portfelach, cechowała chłodna elegancja. Eve zaś, bez względu na to, w co była 

ubrana,   promieniała   zmysłowością.   Kiedyś   taki   stan   rzeczy   napawał   jej   starszą   siostrę 

nieustanną troską. Dziś Chris wiedziała, że Eve potrafi dać sobie radę w życiu.

- A teraz znów wyjeżdżasz. Zęby się z tobą zobaczyć. pewnie będę musiała odwiedzić 

cię w Cordinie.

- Miło by było. - Eve wsunęła do torby podręcznej małą skórzaną kosmetyczkę, - 

Przydałoby mi się wsparcie moralne.

- Denerwujesz się? - Chris podciągnęła kolana do brody i objęła je rękami. - Ty?

- Tak, ja. Jeszcze nigdy w życiu nie robiłam czegoś na tak dużą skalę. - Po raz trzeci 

sprawdziła zawartość torby podręcznej. - Ciągnę do Europy aktorów, techników, asystentów, 

krawcowe i kupę innych ludzi. Przed międzynarodową publicznością będziemy wystawiać 

cztery  sztuki,   udawać,   że   reprezentujemy  teatr   amerykański.   -   Zerknęła   do   notesu,   który 

wyjęła z torby. Po chwili skinęła głową i schowała go na miejsce. - Trzeba mieć niezły tupet.

- Nie przesadzaj. - Chris odgarnęła włosy z czoła.

- Zresztą Teatr Hamilton jest amerykańskim teatrem, prawda?

- No tak, ale...

- I gra sztuki amerykańskich dramaturgów?

background image

- Owszem, ale...

-   Żadnych   ale.   -   Chris   machnęła   ręką,   oddalając   zastrzeżenia   siostry.   -   Po   prostu 

reprezentujecie teatr amerykański i już. I dacie cztery wspaniałe przedstawienia.

- Widzisz? - Eve pochylała się nad walizką i cmoknęła siostrę w policzek. - Dlatego 

cię potrzebuję.

- Postaram się przylecieć na pierwsze przedstawienie. Chociaż będziesz pewnie tak 

zajęta, że nawet nie zamienisz ze mną słowa.

-   Zamienię.   Obiecuję.   -   Umieściła   w   walizce   spodnie,   które   wcześniej   starannie 

złożyła. - Najgorsze są przygotowania, cała ta robota papierkowa.

- Poradzisz sobie. Jesteś doskonale zorganizowana - powiedziała Chris, mimo to miała 

ochotę spytać Eve, czy przypadkiem nie zostawiła w szufladzie paszportu.

- Zobaczysz, wszystko pójdzie jak z płatka.

Czy spakowała czerwony kostium? Eve wsunęła rękę do walizki, po chwili jednak 

wyprostowała się. Na pewno. Ile razy można sprawdzać?

-   Szkoda,   że   nie   lecimy  razem.   Mogłabyś   mi   codziennie   powtarzać,   że   wszystko 

będzie dobrze.

- Bissetowie ci ufają. Inaczej by cię nie zaprosili. Pamiętaj, że zawsze możesz Uczyć 

na Brie, Aleksa i Bennetta.

Eve zaciągnęła suwak.

- Na Brie i Bena tak. Z Aleksem... wolałabym go jak najrzadziej widywać.

- Nadepnął ci na odcisk?

- Niby nie. Ale... sama nie wiem. Na widok Brie czy Bena jakoś nigdy mnie nie korci, 

żeby dygnąć i pokazać im język. A kiedy pojawia się Aleks...

- Oj, nie radziłabym! - Chris parsknęła śmiechem.

- On bardzo poważnie traktuje swoją funkcję. Zresztą słusznie.

- Może.

- Eve, nie rozumiesz, co to znaczy być pierworodnym synem następcy tronu. Ja do 

pewnego stopnia potrafię wczuć się w jego położenie. Wprawdzie Hamiltonowie nie rządzą 

żadnym księstwem, ale mają własne miniimperium. - Westchnęła cicho, wiedząc, że wybory, 

jakich dokonywała w życiu, nigdy nie zadowalały jej ojca. - Ponieważ rodzice nie doczekali 

się potomka płci męskiej, ojciec uparł się, żebym to ja, jako najstarsza, przejęła rodzinne 

interesy. Kiedy uświadomił sobie, że nic z tego nie będzie, zaczął na gwałt szukać mi męża z 

żyłką do interesów. Pewnie dlatego nigdy nie wyszłam za mąż.

- Nie wiedziałam...

background image

- Z tobą było inaczej.

- Istotnie. Żadnej presji, żadnych nacisków. - Oparłszy się o komodę. Eve rozejrzała 

się   po   pokoju,   który   opuszczała   na   wiele   miesięcy.   -   Oczywiście   posyłano   mnie   do 

najlepszych szkół, liczono, że będę się dobrze uczyła i zachowywała tak, żeby nie przynieść 

rodzinie wstydu, ale to wszystko. Gdybym później, po maturze, chciała wylegiwać się nad 

basenem, nikt nie miałby nic przeciwko temu.

- Dość długo skrywałaś fakt, że posiadasz inteligencję.

- Prawda? Przed sobą również. - Eve błysnęła zębami w uśmiechu. - Kiedy to odkryto, 

miałam już własny teatr. Ojciec wiedział, że nie rzucę wszystkiego, aby pomagać mu w 

interesach. Masz rację, Chris. Nie wiem, jak to jest być pierworodnym dzieckiem, które tylko 

w niewielkim stopniu może decydować o swoim losie. Mimo to jakoś nie umiem współczuć 

Aleksandrowi.

- Nie musisz. Myślę, że on akurat chętnie poddał się woli swojego ojca. Sprawowanie 

władzy leży w jego naturze. - Z wazonika na komodzie wyjęła białą stokrotkę i wsunęła ją 

siostrze w dziurkę od guzika. - Szkoda, że stosunki między wami są takie napięte. Skoro 

jednak będziecie współpracować, lepiej, żebyście na siebie nie warczeli z byle powodu.

Eve wyjęła z wazonu pozostałe kwiaty; owinęła chustką ociekające wodą łodygi i 

podała siostrze bukiet.

- Nie sądzę, abyśmy mieli współpracować.

- To Aleks nie jest prezesem Centrum?

- Jest. Ale przecież nie zajmuje się wszystkim osobiście. - Zajrzała do torebki, żeby 

upewnić się, czy nie zapomniała biletów lotniczych. - Wierz mi, ani jemu nie zależy na 

bliskiej współpracy ze mną, ani mnie z nim. - Zamknęła z trzaskiem torebkę. - Podejrzewam, 

że jego niechęć do mnie jest nawet większa niż moja do niego.

-  Czy  coś  się   stało,   kiedy  byłaś   tam   ostatnim  razem?   -  Wstawszy  z   łóżka,   Chris 

położyła dłoń na ramieniu siostry. - Po powrocie z Cordiny zachowywałaś się niespokojnie, 

jakby coś cię dręczyło. Uznałam, że to skutek przepracowania, ale teraz myślę, że...

-   Lepiej   nie   myśl   -   przerwała   jej   lekkim   tonem   Eve.   -   Nic   się   nie   stało,   jedynie 

potwierdziły się moje przypuszczenia, że Aleksander Bisset to zarozumiały, arogancki gbur. 

Gdyby całe to przedsięwzięcie nie było tak ważne, chętnie machnęłabym na nie ręką. Boże, 

na samo wspomnienie Aleksa ogarnia mnie złość.

- Widzę. - Chris postanowiła jak najszybciej napisać do Gabrielli i o wszystko ją 

dokładnie wypytać. - Miejmy nadzieję, że wasze kontakty będą sporadyczne.

- Bardzo na to liczę - oznajmiła Eve.

background image

Słysząc zawziętość w jej głosie, Chris uznała, że list za długo będzie szedł. Mądrzej 

będzie porozumieć się z Brie telefonicznie.

- No dobra, jestem już spakowana. To co, nic rozmyśliłaś się? Odwieziesz mnie na 

lotnisko?

- Jasne. Teraz potrzeba nam z pięciu rosłych tragarzy. żeby znieśli twój bagaż do 

samochodu.

Aleksander przyzwyczajony był nie tylko do stałej obecności ochroniarzy, ale również 

fotoreporterów. Towarzyszyli mu niemal na każdym kroku. Dlatego starał się stać spokojnie, 

nie   krążyć   od   ściany  do   ściany  niczym   lew   w   klatce.   Na   widok   lądującego   bezpiecznie 

samolotu odetchnął z ulgą. Spóźnienie wynosiło dwadzieścia minut.

Od   tygodni   nie   rozmawiał   z   Eve.   Wszelkie   plany   ustalenia   dokonywane   były 

pisemnie, w dodatku poprzez sekretarki oraz asystentów. Chociaż od jej wyjazdu z Cordiny 

minęły ponad dwa miesiące, ich ostatnie spotkanie w stajni na farmie Brie utknęło mu w 

pamięci tak wyraźnie, jakby miało miejsce zaledwie dzień czy dwa temu. W nocy budził go 

zapach skóry Eve; w ciągu dnia, gdy popadał w zadumę, widział przed oczami jej twarz.

Nie powinien o niej myśleć, ale nie umiał się powstrzymać. Bo jak miał zapomnieć o 

gorącej   fali   namiętności,   która   go   zalała,   kiedy   trzymał   Eve   w   ramionach?   Jak   miał 

zapomnieć o żądzy i tęsknocie, która zżerała go niemal codziennie od tamtej pory?

Próbował znaleźć ukojenie w pracy. Nie pomogło. Obowiązki nie zdołały przysłonić 

mu obrazu Eve. Ojciec wrócił do Cordiny. Odbył się pogrzeb Sewarda. Sprawcy wybuchu 

pozostawali nieznani,  a przynajmniej  nikomu  nie udowodniono winy.  Księstwu zagrażała 

destabilizacja, a on wciąż rozmyślał o kobiecie, której nie miał prawa pożądać.

Gdy   wysiadła   z   samolotu,   zapragnął   jej   z   podwójną   siłą.   Musiała   być   zmęczona 

podróżą, mimo to tryskała energią. Włosy, zaplecione w warkocz, miała upięte na czubku 

głowy, okulary przeciwsłoneczne zasłaniały pół twarzy. Idąc, mówiła coś do towarzyszących 

jej osób, a jednocześnie usiłowała włożyć jaskrawoczerwony żakiet. W prawej ręce trzymała 

aktówkę, przez lewe ramię przewiesiła sobie torbę podręczną. W ciągu tych dziesięciu czy 

piętnastu sekund, jakie upłynęły, odkąd pojawiła się w hali przylotów miejscowego lotniska, 

Aleksander zauważył każdy szczegół jej wyglądu.

Szminkę   miała   startą,   policzki   lekko   zaróżowione.   Czerwony  żakiet   zdobiły  złote 

guziki. Kosmyk włosów wysunął się z warkocza i opadał luźno nad lewym uchem. Przy lewej 

piersi, w dziurce od guzika, tkwiła biała stokrotka - mocno zwiędła. Ciekaw był, kto ją tam 

umieścił; kto odprowadził Eve na lotnisko i patrzył, jak jej samolot odrywa się od ziemi.

Nagle go spostrzegła. Kolor odpłynął jej z twarzy, i w ruchach pojawiło się napięcie. 

background image

Nie spodziewała się, że przyjedzie po nią na lotnisko. Wiedziała, że będzie jakieś oficjalne 

powitanie, ale nie przyszło jej do głowy, że Aleksander osobiście się pofatyguje. Zupełnie 

inaczej wyobrażała sobie ich pierwsze spotkanie. Miała być wypoczęta, wykąpana, ubrana w 

długą wieczorową suknię, którą kupiła specjalnie w tym celu. A do niego, następcy tronu, 

zamierzała odnosić się uprzejmie, lecz z chłodną rezerwą.

Teraz myślała tylko o jednym: jak wspaniale się prezentuje. Był wysoki, przystojny, 

dobrze  zbudowany Oczy miał czarne, spojrzenie nieprzeniknione;  natychmiast  zapragnęła 

poznać wszystkie jego tajemnice. Chciała uśmiechnąć się szeroko, rzucić mu się na szyję, 

wyrazić radość ze spotkania. Powstrzymała jednak ten odruch.

- Wasza Wysokość... - Dygnęła.

Nie widział błysków fleszy ani tłumu dziennikarzy. Skupiony był na niej - na jej lekko 

wydętych ustach i oczach, w których czaiło się wyzwanie.

- Panno Hamilton. - Wyciągnął rękę. Po chwili wahania podała mu swoją. Gdyby nie 

to wahanie, po prostu by ją uścisnął, a tak złożył na niej pocałunek. Usłyszał, jak Eve wciąga 

powietrze. - Serdecznie witam w Cordinie.

- Dziękuję, Wasza Wysokość.

Usiłowała uwolnić rękę, lecz trzymał ją zbyt mocno.

- O bagaż proszę się nie martwić, właśnie trwa rozładunek. - Uśmiechnął się; od czasu 

jej wyjazdu nie czuł się tak szczęśliwy. - Dwaj moi pracownicy odwiozą pani zespół do hotelu 

i przypilnują, żeby nikomu niczego nie brakowało.

Wbiła mu w dłoń paznokcie.

- Książę jest bardzo miły.

Słyszał drwinę i złość w jej głosie.

- Wszyscy pragniemy,  aby jak najlepiej  wspominała  pani swój  pobyt  w Cordinie. 

Żadnych pytań! - oznajmił, zwracając się do napierających dziennikarzy. - Panna Hamilton 

musi   odpocząć   po   męczącym   locie.   Na   jutrzejszej   konferencji   prasowej   udzieli   wam 

wyczerpujących odpowiedzi.

Widząc, że kilku przedstawicieli prasy nie zamierza ustąpić, wziął Eve za łokieć i 

skierował się do wyjścia.

Zaprotestowała:

- Rozsądniej będzie, jeśli zostanę z aktorami.

- Masz asystentkę?

- Oczywiście.

Musiała przyśpieszyć kroku, żeby dotrzymać mu tempa.

background image

- Ona cię we wszystkim wyręczy. - Z dala od mikrofonów i błysków fleszy mówił do 

Eve   po   imieniu.   -   A   ciebie,   moja   miła,   zabieram   do   pałacu,   inaczej   wpadniesz   w 

dziennikarskie sidła.

- Dam sobie radę - rzekła. - Zresztą do kolacji, w pałacu zostało kilka ładnych godzin.

- Ale nie masz powodu jechać do hotelu. - Pod czujnym okiem ochrony wyszli z 

lotniska   bocznym   wyjściem   i   ruszyli   do   czekającej   przy   krawężniku   limuzyny.   -   Twoja 

asystentka i moi pracownicy wszystkiego dopilnują.

- Tak, ale... - wsiadła do samochodu - chciałabym się odświeżyć, rozpakować. Chyba z 

rozmową o sprawach urzędowych możemy się wstrzymać parę godzin?

- Oczywiście, że tak.

Aleksander usiadł naprzeciwko Eve i skinął do kierowcy.

- W takim razie po co masz odwozić mnie do hotelu, skoro mogę zabrać się z resztą 

zespołu?

- Nie mieszkasz w hotelu, tylko w pałacu.

- Nie zgadzam się. Chcę być tam, gdzie moi ludzie.

- To zły pomysł. - Pochylił się i wcisnął jakiś przycisk. Oczom Eve ukazał się nieduży 

barek. - Co ci można zaproponować?

- Nic - warknęła. - Stanowczo żądam wyjaśnienia, dlaczego mnie porywasz.

Nie pamiętał, że potrafi być taka zabawna. Nalawszy sobie szklankę wody, uśmiechnął 

się.

-   Ostre   słowa,   Eve.   Mój   ojciec   zdziwiłby  się,   gdyby  wiedział,   że   zaproszenie   do 

pałacu nazywasz kidnapingiem.

- To nie ma nic wspólnego z twoim ojcem.

- Zaproszenie wyszło od niego. Oczywiście w hotelu też wzmocniono ochronę.

- Dlaczego?

- Żyjemy w niespokojnych czasach.

- To samo przed paroma miesiącami mówiła mi twoja siostra. Posłuchaj, Aleks, jeżeli 

istnieje jakiekolwiek niebezpieczeństwo, wolałabym być z moim zespołem.

- Rozumiem. - Postawił szklankę na blacie. - Hotel jest bezpieczny, Eve. Nikomu z 

zespołu nic nie grozi. Natomiast z uwagi na twoje powiązania z naszą rodziną... Po prostu 

lepiej, abyś zamieszkała w pałacu. Unikniesz dziennikarzy, którzy przez kilka najbliższych 

tygodni   będą   koczować   w   holu,   no   i   sprawisz   radość   mojemu   ojcu,   który   darzy   cię 

autentyczną sympatią.

- Tak to ująłeś, że byłabym niewdzięcznicą, gdybym postawiła na swoim.

background image

Uśmiechnął się i ponownie sięgnął po szklankę.

- No dobrze, przyjmuję zaproszenie. I poproszę o coś do picia, najchętniej z dużą 

zawartością kofeiny.

- Zmęczyła cię podróż?

- Owszem - przyznała, patrząc, jak Aleks wrzuca do szklanki dwie kostki lodu. - I 

podróż, i trwające kilka tygodni przygotowania. Zebrania, dyskusje, castingi, próby. Spałam 

najwyżej   po   pięć   godzin   na   dobę.   -   Potarła   palcami   białe   płatki   stokrotki   wystającej   z 

kieszonki   w   żakiecie.   -   No   i   ta   koszmarna   biurokracja.   Nie   sądziłam,   że   będziemy   tak 

dokładnie sprawdzani, zanim dostaniemy pozwolenie na wjazd do Cordiny. W ostatniej chwili 

przyjęłam do zespołu dwie nowe osoby. Bałam się, że nie zdążymy załatwić formalności. No 

cóż, mam nadzieję, że trud się opłaci.

Wypiła łyk coli, marząc o tym, aby kofeina wreszcie zadziałała.

- Wątpisz w to?

- Tylko z dziesięć razy na dzień. - Całkiem nieświadomie wysunęła stopy z butów. 

Powoli zaczęła się odprężać. - Z dwójki nowych aktorów jestem bardzo zadowolona. Ona jest 

świeżo po studiach, ale ma ogromny potencjał. Zamierzam ją wykorzystać do ewentualnego 

zastępstwa   w   sztuce   Neila   Simona.   Z   kolei   Russ   Talbot   to   prawdziwy   zawodowiec. 

Występował w wielu teatrach. U mnie będzie grał Bricka w „Kotce na gorącym dachu”. 

Sztuka Williamsa idzie na pierwszy ogień.

Pociągnęła kolejny łyk. Nie była pewna, czy nie popełnia błędu. „Kotka” to sztuka 

pełna   żaru   i   namiętności.   Przez   kilka   tygodni   Eve   biła   się   z   myślami,   czy   jednak   jako 

pierwszej nie wystawić komedii. Ale instynkt podpowiadał jej, aby pozostała przy Tennessee 

Williamsie.

- Wysłałam na adres Centrum kopie wszystkich sztuk wraz ze swoim komentarzem. 

Przypuszczam, że ktoś je przeczytał.

-  Tak,   zostały   przeczytane   -   oznajmił  Aleksander.   Nie   dodał,   że   przez   niego.   -   I 

wstępnie zaaprobowane.

- Wstępnie... - Był to jeden z warunków umowy, na który przystała wbrew sobie. - Nie 

rozumiem, dlaczego nalegałeś na możliwość podmiany. Zarówno z artystycznego, jak i z 

czysto praktycznego punktu widzenia jest to duże utrudnienie. Bądź co bądź zaczynamy za 

trzy tygodnie.

- To dość czasu, aby dokonać zmiany, jeśli któraś z przygotowanych przez ciebie 

produkcji okaże się nie do przyjęcia.

- Nie do przyjęcia? Przez kogo? Niby kto o tym będzie decydował? Ty?

background image

Przez chwilę wpatrywał się bez słowa w szklankę wody. Poza członkami najbliższej 

rodziny nikt nie śmiałby mówić do niego takim tonem. Eve wystawiała jego cierpliwość na 

ciężką próbę. Zastanawiał się, czy zuchwałość i bezceremonialność są cechami wszystkich 

Amerykanów, czy też Eve należy do wyjątków.

- Jako prezes w każdej sprawie mam decydujący głos.

-   Świetnie.   -   Znów   podniosła   szklankę   do   ust.   -   Widzę,   że   sporo   się   jeszcze   tu 

namęczę. Posłuchaj, wybrałam akurat te cztery...

-   Jutro   mi   wszystko   wyjaśnisz.   Mamy   wyznaczone   spotkanie   o   dziewiątej   rano. 

Poznasz Comeliusa Mandersona, kierownika Centrum. Przyjdzie również Gabriella.

- Całe szczęście. Ona nie wytnie mi jakiegoś głupiego numeru.

- Eve, dlaczego jesteś tak bojowo nastawiona?

- Uczono mnie tego w harcerstwie.

- Czego?

- Tego, że zawsze trzeba być przygotowanym. Atakować, zanim wróg zaatakuje. - 

Uśmiechnęła się speszona. - W porządku, dziś zaniecham walki. Ale jutro... Jutro będę twardo 

broniła swoich racji. Przekonasz się, że niełatwo mnie pokonać.

- Już teraz to wiem. - Ciekaw był jutrzejszego dnia.

-   Eve,   postarajmy  się,   żeby  nasze   kontakty  służbowe   nie   rzucały  cienia   na   nasze 

relacje osobiste.

Wyjrzała   przez   okno.   Ilekroć   wcześniej   przekraczała   bramy   pałacu,   ogarniało   ją 

uczucie spokoju. Tym razem tak nie było.

- Relacje osobiste? Żadne nas nie łączą.

- Jesteś pewna?

Zdziwiła się. widząc jego rozbawione spojrzenie. Trocheja to zbiło z tropu. Chyba 

wolała marsy i grymasy od uśmiechów; przynajmniej wiedziała, jak na nie reagować.

- Absolutnie. To, co się wydarzyło ostatnim razem, nie... nie... - Zamilkła, nie potrafiąc 

znaleźć właściwych słów.

- Nie powinno się było w ogóle wydarzyć - dokończył za nią Aleks, po czym wyjął jej 

z ręki pustą szklankę i odstawił na bok. - A przynajmniej nie w taki sposób. Chcesz, żebym 

cię przeprosił?

- Wolałabym nie.

- Dlaczego?

- Bo wtedy musiałabym przyjąć twoje przeprosiny.

- Popatrzyła mu prosto w twarz. - Póki ich nie przyjmę, mogę dalej się na ciebie 

background image

złościć. Tak długo jak mnie irytujesz, tamta sytuacja się nie powtórzy.

- W twoim rozumowaniu jest pewien brak logiki.

Samochód zatrzymał się przed schodami wiodącymi do pałacu. Nawet gdy kierowca 

otworzył mu drzwi, Aleksander nie ruszył się z miejsca. Nie spuszczał oczu z Eve.

- Większość czasu cię irytuję, a jednak zdarzyło nam się na parę minut zapomnieć o 

otaczającym nas świecie.

Wysiadł z samochodu i podał jej rękę. Nie miała wyboru - musiała ją przyjąć.

- Punkt dla ciebie, książę. Nie sądziłam, że lubisz gry.

- Ależ lubię.

- Tak; szachy, szermierkę, polo. - Wzruszyła ramionami. - Ja mówię o czymś innym. O 

graniu na ludzkich uczuciach.

Wciągnął  nozdrzami   jej   zapach.   Pachniała  tak   samo  jak  wtedy,  gdy trzymał   ją  w 

objęciach. Właśnie ta delikatna woń budziła go w nocy, gdy Eve była po drugiej stronie 

Atlantyku, tysiące kilometrów od Cordiny.

- Nazwałaś mnie politykiem. A czyż politycy nie grają na uczuciach wyborców?

Wielkie solidne drzwi pałacu otworzyły się bezgłośnie. Eve weszła do środka.

-   Mój   ojciec   pragnie   się   z   tobą   zobaczyć   -   oznajmił   po   chwili   Aleksander.   - 

Zaprowadzę cię do niego. Twój bagaż powinien niedługo dotrzeć.

Ruszyła po schodach na górę.

- Jak się czuje książę Armand? - spytała. - Czy...

- Dobrze.

Nie pozwolił jej zadać kolejnego pytania. Sprawa wybuchu w ambasadzie w Paryżu 

nie została jeszcze wyjaśniona; nie chciał rozmawiać na ten temat.

- Innymi słowy, lepiej, żebym w jego obecności nie wspominała o tym, co się stało we 

Francji, tak?

- Nie ma najmniejszego powodu.

- Oczywiście. - Poczuła się urażona. - W końcu co mnie to obchodzi?

Przyśpieszyła   kroku,   zostawiając  Aleksa   w   tyle.   Potem   jednak   musiała   na   niego 

poczekać, albowiem drzwi do gabinetu księcia Armanda były zamknięte.

- Łatwo wpadasz w złość  - zauważył  Aleks. Ponieważ sam od lat  tłumił emocje, 

zazdrościł Eve swobody w okazywaniu uczuć. - Nie chciałem cię obrazić.

- Robisz to nawet wtedy, kiedy nie chcesz.

- Przykro mi.

- Mnie też, ale z innego powodu. Nie rozumiesz, że ja naprawdę lubię księcia? Że 

background image

przejmuję się tym, co go spotyka? - Skrzyżowała ręce na piersiach. - Nie zapukasz?

Nie   zapukał.   Następca   tronu   nie   powinien   się   mylić.  A  jeżeli   się   myli,   powinien 

przyznać się do błędu.

- Ojciec schudł. Wygląda nie najlepiej. Incydent w Paryżu odcisnął na nim piętno. - 

Popatrzył na zamknięte drzwi gabinetu; były niczym barykada, za którą kiedyś i on będzie się 

chował. - Ostatnimi czasy kiepsko sypia.

- Co mam zrobić?

- Nic. - Miał ochotę położyć głowę na jej ramieniu, poczuć jej ciepło i siłę. - Być sobą. 

To wystarczy.

Zastukał do drzwi.

- Entrez.

- Ojcze. - Aleksander odsunął się na bok. - Przyprowadziłem ci gościa.

Książę Armand wstał z fotela. Wysoki, przystojny, prosty jak trzcina. Kiedy po raz 

pierwszy go spotkała, włosy miał poprzetykane siwymi nitkami. Teraz były stalowoszare, w 

tym samym odcieniu co jego oczy. Na widok Eve rozciągnął usta w uśmiechu; rysy z miejsca 

mu złagodniały.

- W dodatku niezwykle urodziwego - ucieszył się.

Poczytała   sobie   za   wyraz   sympatii,   kiedy   okrążył   biurko   i   w   przyjaznym   geście 

wyciągnął do niej ręce. Dygnęła. Ale po chwili, nie zważając na etykietę dworską, wspięła się 

na palce i pocałowała staruszka w oba policzki.

- Miło znów być w Cordinie.

-   To   nam,   kochanie,   miło   znów   cię   tu   gościć.   Aleksandrze,   dlaczego   mi   nie 

powiedziałeś, że Eve jest jeszcze piękniejsza niż dawniej?

- Pewnie nie zauważył. - Eve obejrzała się przez ramię.

-   Przeciwnie.   Po   prostu   uznałem,   że   nie   ma   sensu   mówić   ojcu   o   czymś,   co   sam 

zobaczy na własne oczy.

- Urodzony z niego dyplomata! - Stary książę wybuchnął śmiechem. - Aleks, zadzwoń 

do kuchni i poproś, żeby przyniesiono nam tu herbatę. Nacieszmy się Eve, zanim rzuci się w 

wir pracy. - Wysunął dla niej krzesło. - Czyli co, kochanie? Założyłaś własny zespół teatralny, 

który zadziwi nas swoim kunsztem?

- Mam nadzieję.

- Mój syn twierdzi, że wszystkie cztery spektakle będziemy oglądać z zapartym tchem. 

Że Teatr Hamilton zdobywa w Stanach coraz większe uznanie i możemy być dumni, że wasz 

pierwszy zagraniczny występ odbędzie się właśnie w Cordinie.

background image

Eve uśmiechnęła się nieśmiało.

- Bennett to pochlebca.

- Zgadza się. - Armand wyjął papierosa. - Ale opinię tę wygłosił Aleks, nie Bennett.

- Aleks? - Zaskoczona popatrzyła na następcę tronu, który usiadł na sąsiednim krześle.

- Eve nie oczekuje ode mnie komplementów, ojcze.

- Aleksander podał ojcu ogień. - Spodziewa się raczej krytyki.

- Nic dziwnego,  skoro od siedmiu lat nieustannie mnie... - Urwała  w pół  zdania, 

zreflektowawszy się, że to nie miejsce na spory.  - Przepraszam, Wasza Książęca Mość - 

zwróciła się do władcy Cordiny.

- Ależ nie masz za co, kochanie. Moje dzieci ciągle się spierają; przywykłem do tego. - 

Zerknął na drzwi, w których pojawiła się służąca. - A oto i herbata. Nalejesz nam, Eve?

- Oczywiście.

Służąca postawiła tacę na stoliku obok gościa. Książę Armand odchylił się w fotelu, 

wyraźnie rozluźniony.

-  Aleksander   mówił   mi,   że   wybrałaś   cztery   bardzo   interesujące   sztuki.   Podobno 

pierwsza jest pełna... jakich to słów użyłeś, Aleks?

- Żaru i namiętności.

- No właśnie. Pełna żaru i namiętności opowieść o rodzinie mieszkającej na południu 

Stanów...

- Tak, Wasza Wysokość. - Eve podała mu filiżankę. - Autor w niezwykle ciekawy 

sposób pokazuje  walkę  o władzę,  pieniądze,  miłość.  Walkę  toczącą  się  pomiędzy ojcem, 

człowiekiem bogatym i despotycznym, dwoma braćmi, z których jeden jest czarną owcą, a 

drugi   potulnym   słabeuszem,   i   ich   przebiegłymi   żonami.   To   opowieść   nie   tylko   o 

namiętnościach,   jakie   targają   ludźmi,   ale   również   o   ich   potrzebach,   dążeniach   i 

rozczarowaniu.

- Innymi słowy, historia uniwersalna, zrozumiała na całym świecie, bez względu na 

kulturę, wiarę, pochodzenie.

- Na to liczę. - Unikając wzroku Aleksandra, wręczyła mu filiżankę aromatycznego 

złocistego napoju. - Wybrane przeze mnie sztuki koncentrują się na opisie ludzkich emocji, 

chociaż dwie komedie pokazują je od nieco lżejszej strony. W każdym razie cały zespół jest 

bardzo   przejęty   szansą   zaprezentowania   się   w   Cordinie.   Chciałam,   książę,   serdecznie 

podziękować za stworzenie nam takiej możliwości.

- To Aleks o wszystkim zadecydował i to on przekonał radę Centrum. Z tego, co mi 

wiadomo, niektórzy członkowie rady nadzorczej to zatwardziali konserwatyści.

background image

Jego syn wzruszył ramionami.

- Wystarczyło im przemówić do rozsądku.

Eve zdumiała się. Po chwili jednak uzmysłowiła sobie. że przecież nie zrobił tego z 

mysią o niej; chodziło mu o fundację, którą miał wspomóc dochód ze sprzedanych biletów.

- Tak czy inaczej, jestem ogromnie wdzięczna. Postaram się nie zawieść publiczności.

- Jestem pewien, że nie zawiedziesz - rzekł książę Armand. - Jak rozumiem, resztę 

zespołu poznam wieczorem podczas kolacji?

- Tak, Wasza Książęca Mość. - Eve wstała, domyśliwszy się. że spotkanie dobiegło 

końca. - A teraz, jeśli można, chciałabym się rozpakować... - Kierując się impulsem, schyliła 

się i znów pocałowała księcia w policzek. - Bardzo się cieszę, że mogłam tu wrócić.

Wprawdzie bagaże jeszcze nie dotarły z lotniska, ale pokój czekał na nią od rana. 

Zsunęła buty, zdjęła żakiet i rozejrzała się wkoło. Stojący na stole bukiet świeżych kwiatów 

wydzielał   intensywną   woń,   a   wpadający   przez   otwarte   okno   wiaterek   wydymał   zasłony. 

Odciągnęła je na bok.

Widok zapierał dech w piersiach. Tak było za każdym razem: najpierw patrzyła ze 

zdumieniem, nie wierząc. że istnieje na świecie coś tak pięknego, potem ogarniała ją radość, 

że to jednak jawa, a nie sen. W dole rozciągał się bajeczny ogród pełen barwnych kwiatów, 

które ku jej uciesze rosły gdzie popadnie, pojedynczo, w kępach, trochę tu, trochę tam, nie zaś 

w równych rzędach. Na końcu ogrodu znajdował się omywany wodą kamienisty falochron, na 

którym   mewy   i   inne   ptaki   budowały   gniazda.   A  dalej   było   morze,   czyste,   bezkresne, 

szmaragdowe.

Zobaczyła   ścigającą   się   z   wiatrem   łódź   o   czerwonych   żaglach   oraz   ogromny, 

luksusowy jacht leniwie przecinający fale. Ktoś pruł na nartach wodnych. Zmrużyła oczy, 

usiłując dostrzec, czy to mężczyzna, czy kobieta, ale z tej odległości nie była w stanie poznać. 

Zachwycona, usiadła na ławie pod oknem, podparta brodę na dłoni i obserwowała toczące się 

w oddali życie.

Z zadumy wyrwało ją pukanie do drzwi. Pewnie bagaże, pomyślała.

Entrez, s'il vous pidit - rzuciła przez ramię, nie wstając z miejsca.

- Przyszedłem ci powiedzieć, że będziesz miała własną pokojówkę.

Słysząc   głos   Aleksandra,   podskoczyła   tak   gwałtownie,   że   o   mało   nie   straciła 

równowagi.

- Dziękuję, ale to nie jest konieczne.

Aleksander polecił służącej zostawić bagaż przy drzwiach.

-   Kiedy   po   nią   zadzwonisz,   wróci,   żeby   rozpakować   twoje   rzeczy.   Ma   na   imię 

background image

Collette. Nie będzie ci przeszkadzała.

- Dobrze. Dziękuję.

- Sprawiasz wrażenie zmęczonej. - Bez żakietu wydawała mu się bardziej krucha i 

przystępna. Miał ochotę pogładzić ją po włosach. - Może powinnaś się położyć, zdrzemnąć...

- Nie jestem zmęczona. Po prostu podziwiam widok.

Czekała, aby opuścił pokój, on jednak podszedł bliżej i jeszcze bardziej odciągnął 

zasłony.

- U siebie w pokoju mam identyczny.

- Więc jesteś przyzwyczajony. Ja mogłabym go oglądać godzinami.

- Tuż po świcie wypływają z portu kutry rybackie. - Oparł dłoń na parapecie. Na palcu 

połyskiwał mu sygnet rodowy. - Wyglądają jak małe łupinki. Codziennie wieczorem wracają, 

żeby nazajutrz znów wypłynąć.

Fascynowały ją jego dłonie. Pamiętała, jak jej dotykały, pieściły. Była w nich siła 

dająca poczucie bezpieczeństwa, a zarazem wzbudzająca strach. W tym momencie nie czuła 

strachu.

- Kiepski ze mnie żeglarz - powiedziała cicho - ale lubię patrzeć na wodę. Kiedy 

byłam mała, ojciec miał żaglówkę. Bez przerwy plątały mi się liny albo bom walił mnie w 

głowę.   Po   pewnym   czasie   ojciec   uznał,   że   to   nie   ma   sensu,   i   kupił   motorówkę.  Wtedy 

postanowiłam nauczyć się jeździć na nartach wodnych.

- Lepiej ci szło?

- Nie bardzo. - Zmrużyła oczy, szukając śmigającego po wodzie narciarza. Akurat gdy 

go wypatrzyła, wywinął kozła. Śmiejąc się, wskazała palcem na pechowca. - Mniej więcej 

tak.

- Czyli co? Wolisz pływać?

- Zdecydowanie tak. Lubię mieć kontrolę. Dlatego zaczęłam ćwiczyć karate. W karate 

wszystko zależy ode mnie; nie muszę walczyć z wiatrem, nartą czy liną.

- Żeglując, człowiek nie walczy z wiatrem; korzysta z jego siły, czasem stara się go 

przechytrzyć.

- Może ty, nie ja.

- Mógłbym ci pokazać, jak to się robi.

Zdziwiona, nie, raczej zaskoczona, podniosła wzrok. Wyobraziła sobie, jak pływają 

razem: na niebie świeci słońce, wiatr lekko dmie w żagle, wysmarowane oliwką ciało Aleksa 

lśni zapraszająco...

- Szkoda twojego czasu. Mój ojciec stwierdził, że zupełnie się do tego nie nadaję.

background image

- Wtedy byłaś dzieckiem. Teraz nim nie jesteś.

- To prawda. - Zbita z tropu, ponownie wyjrzała przez okno. - Nie sądzę jednak, aby 

podczas mojego pobytu w Cordinie którekolwiek z nas miało czas na lekcje żeglarstwa. Od 

jutra ruszam z pracą.

- A dziś?

Serce   podskoczyło   jej   do   gardła.   Była   osobą   twardo   stąpającą   po   ziemi,   rzadko 

miewała huśtawkę nastrojów. Postanowiła czym prędzej wziąć się w garść.

- Nie wiem, czego ode mnie chcesz - rzekła. - Nie... - Urwała, gdy przysunął rękę i 

delikatnie odgarnął jej z policzka kosmyk włosów.

- Myślę, że wiesz.

- Nie. - Najwyższym wysiłkiem woli potrząsnęła głową. - To niemożliwe.

- Też to sobie mówiłem - powiedział, a ona nagle dostrzegła w jego oczach to, co sama 

czuła: pożądanie i tęsknotę. - A jednak...

Ujął ją za brodę.

- Aleks. nie powinniśmy, nie wypada...

- Do diabła z wypada!

Porwał ją w ramiona i zaczął całować. Od pierwszej chwili gdy ją ujrzał, wiedział, co 

go czeka. Ze będzie toczył walkę z góry skazaną na porażkę.

Ona też wiedziała, że nie ma sensu się oszukiwać. Pragnęła Aleksa z całego serca. 

Marzyła o tym, by zjednoczyć się z nim psychicznie i fizycznie.

Jej ciało drżało z podniecenia. On również ledwo nad sobą panował. I nagle... Nagle 

pojął, że musi natychmiast zdusić ogień pożądania, inaczej oboje ulegną namiętności, zedrą z 

siebie ubranie i... Nie, nie może na to pozwolić. Nie tu i nie teraz. Przeklinając cicho, odsunął 

Eve od siebie.

- Musisz dokonać wyboru - powiedział ochryple. - I to niezwłocznie.

Drżącą ręką potarła policzek.

- Nie rozumiem - szepnęła.

-   Nie   zamierzam   przegrywać.   -   Na   moment   zamilkł.   -   Nie   przeprosiłem   cię   za 

pocałunek w stajni i za ten też nie przeproszę.

Odwróciwszy się na pięcie, wyszedł z pokoju.

Eve osunęła się na ławę pod oknem; kręciło się jej w głowie, jakby wypiła za dużo 

wina albo siedziała zbyt długo na słońcu. Musiała się skupić, dokładnie wszystko przemyśleć. 

Kłopot w tym, że nie wiedziała, od czego zacząć.

Wzdychając głęboko, przytknęła palce do oczu.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

W teatrze czuła się jak ryba w wodzie; cieszyła się z przygotowanego dla niej gabinetu 

i z tego, że całe dnie będzie spędzała poza pałacem. Z dala od Aleksandra.

Była kobietą interesu, która kochała swoją pracę i odnosiła w niej  sukcesy.  Teraz 

czekało ją największe wyzwanie w jej dotychczasowej karierze. Miała dyrygować zespołem 

złożonym niemal ze stu osób, podejmować za nich decyzje, wydawać im polecenia. Nie 

mogła nocami ciskać się z boku na bok, usiłując rozgryźć Aleksa. Po prostu obowiązki jej na 

to nie pozwalały.

Ale kiedy się całowali w otwartym oknie sypialni, czując, jak do środka wkrada się 

słonawy  zapach   morza...  Trudno   jej   było   wyrzucić   to   z   pamięci,   podobnie   zresztą   jak   i 

pierwszy pocałunek. Stojąc w objęciach Aleksandra, zrozumiała, że pragnie go całą sobą, 

fizycznie i psychicznie. Nie pragnęła jakiegoś mężczyzny, jakiegoś kochanka czy przyjaciela 

- pragnęła konkretnie tego jednego: Aleksandra Bisseta. To z nim chciała kochać się przed 

otwartym oknem, od czasu do czasu zerkając na urokliwy błękit morza i nieba.

Kochać? Przyciskając palce do oczu, pokręciła głową. Nie, to byłby seks, czysty seks. 

A tego nie chciała. Zależało jej na czymś więcej.

Dochodziła   druga   po   południu.   Poranne   zebranie   przebiegło   bez   niespodzianek. 

Aleksander był taki, jak zwykle: chłodny, rzeczowy, stanowczy. Z takim Aleksem dotychczas 

się stykała i wiedziała, jak się z nim obchodzić. Natomiast zupełnie nie umiała sobie radzić z 

człowiekiem, jakim był wczoraj, pełnym żaru, którego sam dotyk sprawiał, że świat wirował 

jej przed oczami.

Wieczorem podczas kolacji zachowywał się jak idealny gospodarz. Może był odrobinę 

za   sztywny,   ale   na   członkach   jej   zespołu   wywarł   duże   wrażenie.   Zwłaszcza   na   kilku 

aktorkach. No cóż, będzie musiała pilnować dyscypliny. W ciągu najbliższych paru tygodni 

nie zamierzała tolerować żadnych romansów. Cudzych ani swoich. Przedsięwzięcie, którego 

się podjęła, wymaga najwyższego skupienia.

Zaczęła sprawdzać listę rzeczy, którymi  należy się zająć. Uroki teatru, pomyślała, 

pocierając   szyję.   Psiakość,   ile   zapakowali   na   drogę   tubek   podkładu?   I   gdzie   one   są,   do 

cholery? A skrzynia z kablami? Wysłana z Houston, dotarła do Nowego Jorku, lecz nie do 

Cordiny. Jeżeli do czwartej nie zadzwonią z lotniska, że się znalazła...

Zmęczona, podniosła głowę.

- Wejdź, Russ. Tylko błagam, nie mów mi, że już są jakieś problemy. Swoją drogą, co 

tu robisz? Zespół do jutra ma przecież wolne.

background image

- Wiem, ale chciałem obejrzeć teatr. A problem niestety mamy.

Russ   miał   trzydzieści   kilka   lat,   choć   wyglądał   na   dziesięć   mniej.   Był   mężczyzną 

dobrze zbudowanym, o mocno zarysowanej, lekko wystającej szczęce. Podobał się Eve od 

samego początku, mimo to trzykrotnie wzywała go na przesłuchanie. Falujące jasne włosy i 

niebieskie oczy stanowiły niewątpliwy atut, ona jednak szukała głębi. Gdyby jej nie znalazła, 

na pewno nie powierzyłaby mu roli Bricka.

- No dobrze. - Westchnęła głośno. - Jaki?

- Mistrzowi oświetlenia coś nie pasuje. Postanowił poeksperymentować, ale gdzieś się 

zapodziała skrzynia z reflektorami.

- W porządku, zaraz do niego zejdę. A teraz wyjaśnij mi, dlaczego nie korzystasz z 

plaży i słońca, póki masz okazję? - Uśmiechając się, wsunęła za ucho ołówek. - Nikt ci nie 

mówił, jakim jestem strasznym tyranem? Każdego, kto pojawia się w teatrze, natychmiast 

zaganiam do pracy.

- Właśnie na to liczyłem - odparł.

Akcent miał niemal idealny, ale chciała, żeby jeszcze poćwiczył. Brick mówił wolno, 

w sposób typowy dla mieszkańców Południa, leniwie przeciągając słowa.

- To miejsce - zatoczył ręką łuk, jakby próbował objąć cały budynek - zwala z nóg. 

Rozglądam się wkoło i nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Plażę i słońce mam wszędzie, a taki 

teatr...   Nie   wiem,   może   mi   odbiło,   ale   rwę   się   do   roboty.   Może   bym   chociaż   pomógł 

rozpakowywać pudła?

-   Rzeczywiście   ci   odbiło   -   przyznała   ze   śmiechem,   po   czym   wstała   od   biurka.   - 

Chętnie jednak skorzystam z oferty pomocy. Pudeł i skrzyń jest od groma, więc...

Tym razem nie było pukania. Drzwi otworzyły się na oścież.

- Powiedziano mi, że tu cię znajdę - rzekł Bennett szczerząc zęby od ucha do ucha. - 

Zapracowaną i warcząca.

- Nie warczę. Jeszcze nie. - Uścisnęła przyjaciela.

- Poznajcie się. Russ Talbot, książę Bennett.

Russ zawahał się, niepewny, co ma robić: wyciągnąć rękę, skłonić się wpół, skinąć 

głową.

- Nigdy nie wiem, jak się człowiek powinien witać z członkami rodu książęcego - 

przyznał.

- Wystarczy zwykłe dzień dobry - wyjaśnił Bennett, po czym zwrócił się do Eve. - 

Przykro mi, że nie mogłem być wczoraj na kolacji.

- Oj, żałuj. - Podniosła z biurka notes. - Nawet nie wiesz, ile przyjechało pięknych 

background image

aktorek, z którymi mógłbyś sobie poflirtować.

- A ile? - Puścił oko do Russa.

- Dużo - odparła Eve.

- Cudownie! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Co ty na to, żebym porwał cię na 

spacer?

- Dobrze. - Zerknęła do notatek. - Ale nie teraz. Za kilka godzin.

- Dwie?

- Lepiej trzy.

- Zapracujesz się na śmierć.

-  Tak   myślisz?   -   Ze   śmiechem   wypchnęła   go   z   gabinetu.   -   Ja   nawet   jeszcze   nie 

zaczęłam pracy. Ale spacer dobrze mi zrobi. To co? - Spojrzała na zegarek. - O wpół do 

szóstej?

- W porządku. Chyba że...

- Chyba że wolisz zostać z nami. Właśnie idziemy rozpakowywać skrzynie.

- Wrócę o wpół do szóstej. - Cmoknął ją w policzek. - Miło mi było pana poznać, 

panie Talbot.

Po chwili znikł bez śladu.

- Pewnie ma ciekawsze rzeczy do roboty. - Russ zaśmiał się pod nosem.

- Uwielbiam Bennetta - powiedziała Eve. - Ale tylko by nam przeszkadzał.

- Różni się od swojego brata, prawda?

- Kto? Ben? Zdecydowanie.

- Często trafia do gazet.

Eve nie umiała powstrzymać się od śmiechu.

- W dodatku lubi się chwalić, że to, co o nim wypisują dziennikarze, to wszystko 

prawda.

- A tak nie jest?

Spojrzała ukosem na Russa.

- Nie wiem - odparła chłodniejszym tonem.

- Przepraszam. - Aktor wsunął ręce do kieszeni spodni. - Nie chciałem być wścibski. 

Po   prostu...   każdy   czyta   plotki   o   osobach   znanych   i   sławnych.   Ja   też.   Tam,   gdzie   się 

wychowałem, nie było żadnych książąt czy arystokracji.

-  To   tacy  samy  ludzie   jak   my.   -   Zatrzymała   się   przy  drzwiach   prowadzących   do 

jednego   z   magazynów.   -   Może   nie   całkiem   tacy   jak   my,   ale   naprawdę   są   bardzo   mili. 

Przekonasz się.

background image

Otworzywszy drzwi, cofnęła się z cichym jękiem. Russ zajrzał do środka.

- Oj, przydałoby nam się z dziesięć par rąk - powiedział na widok stosów pudeł.

- Dobra, ty idź wezwać wojsko - Eve podciągnęła rękawy - a ja biorę się do roboty.

Po   trzech   godzinach   wreszcie   zapanował   jako   taki   porządek.   Z   pomocą   Russa, 

magazyniera i maszynisty część skrzyń została rozpakowana, a część ustawiona pod ścianą, 

gdzie miała czekać, aż ich zawartość będzie potrzebna. Eve nie oszczędzała się; przesuwała, 

podnosiła, dyszała i stękała z wysiłku tak samo jak mężczyźni. Mniej więcej po dwudziestu 

minutach Russ przestał ją zanudzać, żeby tego nie ruszała, a tamtego nie dźwigała. Przekonał 

się, że ani jemu, ani pozostałym mężczyznom nie ustępuje wytrwałością i siłą.

O piątej była brudna, spocona, potargana, ale zadowolona.

- Russ, wracaj do hotelu.

Marzyła o czymś zimnym do picia.

- A ty?

- Mną się nie przejmuj. No, zmykaj. Nie chcę, żebyś jutro podczas prób był zmęczony. 

- Wierzchem dłoni przetarta czoło. - Dzięki za pomoc.

Przytknął rękaw do twarzy, żeby osuszyć pot, po czym z rozbawieniem i podziwem w 

oczach popatrzył na Eve.

- Nie znałem dotąd producentów o brudnych nosach.

Eve zerknęła na swoje ręce i skrzywiła się, widząc, jakie są czarne.

-   Jednego   poznałeś.   No   dobra,   zaczynamy   jutro   o   dziesiątej.   Przyjdź   świeży, 

wypoczęty i wyspany.

- Tak jest, psze pani. Przekazać coś reszcie grupy?

- Żeby miło spędzili wieczór, ale jak jutro ktoś będzie miał kaca, niech nie liczy na 

taryfę ulgową.

- Powtórzę. I sam zapamiętam. Nie pracuj za ciężko.

Odprowadziła go wzrokiem do drzwi, po czym wsparłszy ręce na biodrach, rozejrzała 

się po magazynie.

- Łatwo powiedzieć - szepnęła.

Chyba istotnie dość się już dziś napracowała. Najwyższa pora przestać. Jeszcze tylko 

jedno pudło. Opierając się o nie plecami, zaczęła pchać je pod ścianę. Słysząc na korytarzu 

jakiś szmer, wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy.

- Daj to Gary'emu, dobrze? Inaczej biedak się tu jutro nie dostanie. - Zajęta pchaniem 

pudła, nawet nie obejrzała się za siebie.

- Chętnie spełniłbym twoją prośbę, gdybym tylko wiedział, kim jest Gary i gdzie go 

background image

szukać.

Skierowała   oczy   tam,   skąd   dochodził   głos.  Aleks   miał   na   sobie   beżowy   sweter, 

spodnie bez najmniejszej plamki brudu, buty lśniące czystością, włosy starannie uczesane. 

Poczuła się jak kocmołuch.

- Myślałam, że to jeden z maszynistów.

- Nie, to ja. - Kiedy wyprostowała się, oddał jej klucze. - Eve, co ty najlepszego 

wyrabiasz?

- Rozpakowuję skrzynie... - Schowała za siebie brudne ręce. - Przygotowuję rzeczy, 

które będą nam jutro potrzebne.

- Przesuwasz wielkie pudła, zbyt ciężkie dla kobiety.

- Zbyt ciężkie dla kobiety?

- W porządku, zbyt ciężkie dla osoby twojego wzrostu i budowy.

Nie zaprotestowała tylko dlatego, że bolały ją plecy.

- Miałam paru pomocników - wyjaśniła.

- Jeśli będziesz potrzebowała więcej, wystarczy powiedzieć.

- Dzięki, ale poradzimy sobie. Zresztą najgorsze mamy za sobą. - Usiłowała przetrzeć 

ręce. - Myślałam, że już dawno wróciłeś do pałacu. Czy... czyżbyśmy o czymś zapomnieli 

podczas dzisiejszego zebrania?

Wszedł   głębiej   do   pomieszczenia   służącego   za   magazyn.   Eve   wciąż   stała   oparta 

plecami o pudło.

- Nie przywiodły mnie interesy.

- Aha. - Odruchowo zwilżyła wargi. - Muszę zanieść Gary'emu klucze i przebrać się, 

zanim przyjdzie po mnie Bennett.

Wykonała krok do przodu. Aleks zagrodził jej drogę.

- Benetta zatrzymały na mieście obowiązki. Ja cię odwiozę do pałacu.

- Niepotrzebnie się fatygowałeś. - Odsunęła się w bok. - Przyjechałabym taksówką. - 

Ponieważ również postąpił krok w lewo, cofnęła się. - Zresztą na czas pobytu w Cordinie 

zamierzam wynająć auto.

Pachniała jak świeżo wypieczona bułeczka czekająca na schrupanie.

- Masz coś przeciwko mnie i mojemu samochodowi?

- Oczywiście, że nie. - Doszła do kufra; dalej nie mogła się cofnąć. - Zagradzasz mi 

przejście.

-   Owszem,   zagradzam.   -   Czubkiem   palca   delikatnie   obrysował   jej   policzek.   Z 

satysfakcją poczuł, że Eve drży. - Jesteś brudna.

background image

- Wiem. I chciałabym się umyć, więc jeśli ci się spieszy, pojadę taksówką.

- Poczekam. To niesamowite, że twoja uroda przebija spod warstwy brudu. Jesteś 

piękna. - Potarł palcem jej wargi. - Pociągająca.

- Aleks, dlaczego... dlaczego się tak zachowujesz?

Przesunął rękę niżej, wzdłuż jej szyi.

- Nie rób tego - powiedziała.

- Czego?

- Nie próbuj mnie uwieść.

- Nie zamierzam wcale próbować. Zamierzam osiągnąć cel.

- To śmieszne. - Usiłowała wykonać krok do przodu, ale znów zagrodził jej drogę. - 

Przecież nawet mnie nie lubisz, a ja... - Oczy miał ciemne, hipnotyzujące, ale migotały w nich 

wesołe iskierki. - Ja... Zawsze wydawało mi się, że...

- Nigdy dotąd się nie jąkałaś.

Przeczesała ręką włosy.

- Denerwuję się przez ciebie.

- Wiem. I bardzo mi się to podoba.

- A mnie nie. Oj, nie! - jęknęła cicho, kiedy zbliżył wargi do jej ust.

Tym razem pocałunek był delikatny i czuły. Nie imała siły protestować. Stała bez 

ruchu, nie dotykając Aleksa, rozkoszując się smakiem jego warg.

Powinien   był   triumfować.   Udało   się.   Mógł   z   nią   robić,   co   chciał.   Była   uległa, 

całkowicie bezwolna, gotowa spełnić wszystkie jego życzenia. Ale zamiast radości poczuł 

dojmujący smutek.

- Idź i umyj twarz - rzekł ochryple, odsuwając się na bok.

Wybiegła z magazynu ile sił w nogach.

Przez chwilę stała bez ruchu, przyglądając się sobie w lustrze. Tak być nie może; nie 

będzie dłużej robić z siebie idiotki. Z jakiegoś powodu Aleksander postanowił się zabawić; 

prowadził  grę. której   reguły  znał  tylko  on.  Nie  musi  iść  mu  na  rękę  ani  tolerować  jego 

zachowania. Wiele rzeczy potrafiła znieść, ale nie to, gdy ktoś z niej kpił czy ją poniżał. Była 

dumna z tego, kim jest i do czego doszła w życiu. Nie zamierzała skakać z radości tylko 

dlatego, że Aleksander nagle dojrzał w niej świetny materiał na kochankę.

Przełknęła ślinę. Dawno temu marzyła, by Aleks zwrócił na nią uwagę. Cierpiała z 

powodu jego cichej dezaprobaty.

Umyła ręce - po raz trzeci. Problem chyba polegał na tym, że zaczęła myśleć o nim 

jako o mężczyźnie. Gdyby widziała w nim księcia, pełnego rezerwy, dumnego następcę tronu, 

background image

oszczędziłaby sobie cierpień.

Dlaczego to robił? Schowała szczotkę do torebki. To całkiem nie w jego stylu. Gdyby 

napisała sztukę, której bohaterem byłby mężczyzna pokroju Aleksa, i gdyby umieściła go w 

takiej sytuacji, jaka przed chwilą miała miejsce, krytycy nie zostawiliby na niej suchej nitki.

Może... Tak, spyta Aleksa wprost. Zażąda odpowiedzi, a potem będzie patrzeć, jak on 

się rumieni, jąka, szuka właściwych słów.

Wyszła z łazienki.

- Zdecydowanie lepiej - oznajmił, biorąc ją pod ramię.

- Musimy porozmawiać.

- W porządku. - Wyprowadził ją z budynku. - Możemy udać się na przejażdżkę.

- Po co? Rozmowa aż tyle nam nie zajmie.

-  Ale   świeże   powietrze   dobrze   ci   zrobi.   Zwłaszcza   po   całym   dniu   spędzonym   w 

dusznym magazynie.

Otworzył drzwi stalowoszarego mercedesa.

- Co to? - spytała Eve.

- Mój samochód.

- A gdzie kierowca?

- Chcesz obejrzeć moje prawo jazdy? - Widząc wahanie w jej oczach, uśmiechnął się. 

- Chyba nie boisz się być ze mną sam na sam?

- Oczywiście, że nie - oburzyła się, ale zerknęła niepewnie za siebie. Parę metrów 

dalej  stało dwóch potężnie zbudowanych  ochroniarzy.  - Zresztą i tak nigdy nie  jesteśmy 

całkiem sami.

Skierował spojrzenie tam, gdzie ona patrzyła.

- Niestety - powiedział cicho.

- Nienawidzisz tej stałej ochrony, prawda?

Zaskoczyło go, że wyczytała w jego oczach coś, co tak starannie ukrywał.

-   Jest   konieczna   -   odparł,   zapraszającym   gestem   wskazując   siedzenie.   Kiedy  Eve 

zajęła miejsce, zatrzasnął drzwi i okrążył samochód. Na ochroniarzy nawet nie spojrzał. - 

Zapnij się - mruknął, przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Co? A, chodzi ci o pas? - Posłusznie wykonała polecenie. - Uwielbiam jazdę po 

Cordinie.

Bądź miła i przyjazna, powtarzała sobie w myślach. Do ataku przystąp, kiedy on się 

tego najmniej będzie spodziewał.

- To takie cudne miasto. Niska zabudowa, żadnych drapaczy chmur czy wymyślnych 

background image

konstrukcji...

- Tak, nie przepadamy za nowoczesnością. - Zatrzymał się na czerwonym świetle. - Od 

czasu do czasu jakaś sieć hotelowa stara się o pozwolenie na budowę wielkiego ośrodka 

wypoczynkowego.   Oczywiście,   miałoby   to   niewątpliwe   korzyści:   wzrost   zatrudnienia, 

napływ tury stów...

- Nie. - Pokręciła głową. - Rozwój turystyki nie jest tego wart.

- I to mówi córka przedsiębiorcy budowlanego?

- Tata buduje inne obiekty i w całkiem innych miejscach. Obiekty, które nie szkodzą 

architekturze miasta. Houston... Houston różni się od Cordiny. Jako miasto dopiero się rodzi.

- U nas w radzie miejskiej są osoby, które uważają, że trzeba iść z duchem czasu. Że 

nie wolno opierać się zmianom.

- Nie mają racji. Twój ojciec słusznie postępuje, nie zgadzając się na zmiany. A ty co 

zrobisz, gdy przejmiesz władzę? Pozwolisz, żeby w Cordinie wyrosły wieżowce?

- Nie. - Skręcił w drogę biegnącą wzdłuż morza.

- Najwyższą budowlą w księstwie jest książęcy pałac. I tak pozostanie, póki mieszka 

w nim choć jeden Bisset.

- Przemawia przez ciebie duma?

- Dziedzictwo.

-   Jesteśmy   tacy   inni   -   powiedziała   cicho.   -   Tobie   dziedzictwo   kojarzy   się   z 

odpowiedzialnością  i   setkami   lat   tradycji.  Mnie  z   przedsiębiorstwem  mojego   ojca   albo  z 

kryształową misą mojej mamy. Dla większości Amerykanów dziedzictwo to rzecz konkretna, 

namacalna. Z kolei dla ciebie to coś tajemniczego i nieokreślonego, coś, przed czym nie ma 

ucieczki.

Przez chwilę milczał, a ona nawet nie zdawała sobie sprawy, jak głęboko poruszyły go 

jej słowa.

- Rozumiesz to znacznie lepiej, niż sądziłem.

Odwróciła wzrok. Nie chciała ulegać emocjom.

- Dlaczego to robisz?

- Co?

- Dlaczego wieziesz mnie malowniczą drogą wzdłuż morza? Dlaczego przyszedłeś do 

teatru? Dlaczego mnie pocałowałeś?

Wypatrywał jakiegoś ustronnego miejsca przy falochronie.

- To chyba oczywiste - rzekł. - Bo naszła mnie ochota.

- Nigdy wcześniej cię nie nachodziła.

background image

- Kobiety wcale nie są tak spostrzegawcze, za jakie się uważają. - Zatrzymawszy 

samochód,   zgasił   silnik,   po   czym   wsunął   kluczyki   do   kieszeni   spodni.   -   Chciałem   cię 

pocałować, odkąd cię tylko zobaczyłem. Przejdziemy się?

Oszołomiona,   nie   ruszyła   się   z   miejsca.  Aleksander   obszedł   samochód   i   otworzył 

drzwi od strony pasażera.

- Musisz odpiąć pas.

- Nieprawda.

- Inaczej trudno ci będzie wysiąść.

Odpięła pas i wyskoczyła z auta.

-   Mówiąc   „nieprawda”,   miałam   na   myśli   to,   co   powiedziałeś.   Podczas   naszego 

pierwszego spotkania w ogóle na mnie nie patrzyłeś. A jeśli już, to z niechęcią.

- Nie mogłem oderwać od ciebie oczu. - Ujął ją za rękę i ruszył w stronę piaszczystego 

brzegu. - Wolę plażę wieczorem, kiedy turyści wracają do hoteli na kolację.

- To śmieszne.

- Ze wolę pustą plażę? - spytał z czarującym uśmiechem.

- Przestań wszystko przekręcać. - Wyrwała rękę i zwolniła kroku. - Nie wiem, w co się 

ze mną bawisz.

- A w co chciałabyś się bawić? - Z przyjemnością obserwował jej zmieszanie.

-  Aleks,   wtedy   przed   laty   wcale   mi   się   nie   przyglądałeś.   Wiem,   bo...   -   Urwała. 

Owszem, wodziła za nim rozmiłowanym wzrokiem, ale przecież nie musiała mu tego mówić.

- Bo?

- Po prostu wiem i już. - Skierowała się w stronę wody. - Nie rozumiem, dlaczego 

nagle uznałeś, że jestem wolna i atrakcyjna.

- Ze jesteś atrakcyjna, wiem od dawna.

Położył rękę na jej ramieniu. Eve odwróciła się. Słonce chyliło się ku zachodowi, 

powlekając krajobraz ciepłym, złocistym blaskiem.

- A to, czy jesteś wolna, nie ma znaczenia - kontynuował. - Pragnę cię. I tylko to się 

liczy.

Skrzyżowała ręce na piersiach. Jej oczy, niebieskie jak morze, ciskały pioruny.

- A ponieważ jesteś księciem, uważasz, że możesz mieć wszystko, czego zapragniesz?

Zapomniał o plaży, o zachodzie słońca, o ochroniarzach stojących na chodniku.

-   Ponieważ   jestem   księciem,   znacznie   trudniej   mi   zaspokoić   moje   pragnienia. 

Zwłaszcza gdy dotyczą one kobiety.

- W dodatku Amerykanki. - Oddech miała szybki, urywany. O ileż prościej byłoby o 

background image

nic nie pytać, pomyślała. Nie pytać, nie kwestionować, nie roztrząsać, lecz przysunąć się 

bliżej, przytulić,  pocałować.  - Amerykanki  zafascynowanej   teatrem,  która  nie  pochodzi  z 

żadnej utytułowanej rodziny. Innymi słowy, lepiej byłoby, żeby członek książęcej rodziny 

miał romans z jakąś europejską arystokratką, prawda?

- Prawda - przyznał; nie chciał jej oszukiwać. - Wielu przedstawicieli rady oraz wielu 

wysoko   postawionych   urzędników   państwowych   wolałoby,   żebym   związał   się   z   kobietą 

należącą do arystokracji.

- Oczywiście... Czyli byłoby wskazane, żebym zgodziła się na pokątny romans?

Uśmiech znikł z jego warg, rysy twarzy stały się napięte, spojrzenie nieprzeniknione.

- O nic takiego cię nie prosiłem.

- Ale poprosiłbyś. To tylko kwestia czasu. - Czuła się upokorzona. Tylko dzięki złości, 

jaka w niej narastała, nie wybuchnęła płaczem. - Wasza Wysokość pozwoli, że nie skorzystam 

z jego wspaniałomyślnej oferty? Kiedy kocham się z mężczyzną, robię to bez wstydu. Będąc 

z kimś, nie widzę powodu, żeby ukrywać się przed światem.

- Mam tego świadomość.

Zamierzała odejść, ale coś w jego tonie sprawiło, że zawahała się.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Znajomości z moim bratem przed nikim nie ukrywasz - rzekł chłodno. - Bez wstydu 

okazujesz mu uczucie.

Zamiast skulić się z bólu, z furią przystąpiła do ataku.

- Więc o to chodzi, tak? O jakąś kretyńską rywalizację? Jakim prawem brat coś może, 

a ja nie? Uznałeś, że nie jesteś gorszy? Że też chcesz spróbować?

- Licz się ze słowami, Eve.

- Szlag by cię trafił, Aleks! - Nie była w stanie pohamować złości. - Może jesteś 

arystokratą, księciem, władcą, ale to tylko powłoka. W środku jesteś takim samym durniem 

jak większość mężczyzn. A ja się przed durniami nie tłumaczę. Jeśli chodzi o Bennetta, sporo 

mógłbyś się od niego nauczyć. Ma wielkie serce i autentycznie kocha kobiety. Nie traktuje ich 

jak przedmiot...

- Skończyłaś?

- Skończyłam.

- Moje uczucia do ciebie nie mają z Bennettem nic wspólnego. A zarazem są z nim 

ściśle powiązane. Odwiozę cię do pałacu.

Odwrócił się na pięcie i ruszył do mercedesa. Dwaj ochroniarze, którzy dyskretnie 

obserwowali scenę na plaży, wsiedli do drugiego samochodu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

- Ethel, potrzebna będzie biała halka do „Kotki”.

Z notatnikiem w ręku przeglądała stroje do czterech przedstawień.

- W porządku. Biała halka. Rozmiar trzydzieści cztery.

- Z niezbyt dużym dekoltem. Zależy mi na subtelności.

- W porządku. Subtelna biała halka. Rozmiar trzydzieści cztery.

Eve roześmiała się pod nosem.

-   Pamiętaj,   że   musimy   trzymać   się   ustalonego   budżetu.   Halka   może   więc   być 

nylonowa, byleby wyglądała jak z jedwabiu.

- Szefowa chce, żebym dokonywała cudów! - Krawcowa wzniosła oczy do nieba.

- To prawda - przyznała Eve. - Aha, marynarki ojca trzeba poszerzyć. I wszyć poduchy 

w ramiona.

Przeżuwając miętową gumę, Ethel zapisywała polecenia. Od dwudziestu dwóch lat 

pracowała w teatrze jako krawcowa i garderobiana. Gdyby zaszła taka potrzeba, w ciągu 

godziny byłaby w stanie uszyć prawie wszystko.

- Jeśli aktorzy codziennie będą jadać takie porcje jak podczas wczorajszej kolacji, 

nikomu nie trzeba będzie wszywać żadnych poduch.

- Wiem. I zamierzam mieć ich na oku.

Ethel przesunęła okulary na czubek nosa i popatrzyła na Eve znad oprawek.

- Ciebie, złotko, też powinno się mieć na oku. Chyba w ogóle nie sypiasz?

-  Sypiam,   ale   krótko.   -  Krytycznym   wzrokiem   przyjrzała   się   kostiumom  dzieci.   - 

Niewykluczone, że trzeba będzie dokonać tu jakichś drobnych poprawek. Jutro odbywają się 

przesłuchania   do   ról   dwóch   małych   potworów.   Mam   nadzieję,   że   uda   nam   się   znaleźć 

odpowiednich kandydatów.

- Mogę ci pożyczyć moją dwójkę - oznajmiła ze śmiechem Gabriella, wchodząc do 

garderoby.

- Brie! Jak to miło, że przyszłaś! - Eve uścisnęła przyjaciółkę.

-   Chciałam   przyjść   wczoraj,   ale   miałam   cztery  wizyty  u   dentysty,   dwie   wizyty  u 

fryzjera   i   spotkanie   z   członkami   komisji   budżetowej,   którzy   bardzo   nie   lubią   wydawać 

pieniędzy.

- Innymi słowy, leniłaś się cały dzień. Przedstawiam ci pannę Ethel Cohen, która za 

pomocą igły i nici potrafi wyczarować prawdziwe cuda. Ethel, poznaj księżniczkę Gabriellę.

Krawcowa, wyraźnie przejęta, dygnęła niezdarnie.

background image

Gabriella wyciągnęła na powitanie dłoń.

- Boże, ile tu kostiumów. - Rozejrzała się po zastawionym wieszakami pomieszczeniu. 

Obok, na podłodze i stolikach walały się pudła pełne butów, rękawiczek, apaszek. - I pani 

potrafi się w tym wszystkim połapać?

- Tak. Mam specjalny system, który mi pomaga. To znaczy pomaga, dopóki inni nie 

zaczną czegoś dotykać i przekładać. - Zmrużywszy oczy, popatrzyła znacząco na Eve.

- Ja tylko sprawdzam. Niczego nie dotykam - zaprotestowała Eve.

- I bardzo dobrze.

- Czy mnie się wydawało, czy ktoś tu mówił, że trzeba mieć naszą Eve na oku? - 

spytała Brie.

- O tak. Wasza Wysokość, zdecydowanie trzeba. Wygląda jak truposz. Chodzi spięta i 

niewyspana. I tylko mi przeszkadza.

- Widzisz, Brie, jakim szacunkiem mnie tu darzą?

- Widzę, że panna Cohen troszczy się o ciebie. Eve, kochanie, zrób sobie przerwę. 

Mam dwadzieścia minut czasu. Napijemy się kawy, pogadamy...

- Oj, Brie, nie mogę.

- Księżniczkom się nie odmawia. A dwadzieścia minut cię nie zbawi.

Eve westchnęła.

- No dobrze. Ale tylko kwadrans. I u mnie w gabinecie.

- Świetnie. - Brie objęła przyjaciółkę w pasie i skierowała się do wyjścia. W drzwiach 

obejrzała się przez ramię i mrugnęła do Ethel. Dwadzieścia minut, szepnęła bezgłośnie.

- Jak to możliwe, że masz wolną chwilę w ciągu dnia? - spytała Eve.

-   Dopisało   mi   szczęście.   Dzieci   zostały   z   nianią   na   farmie,   Reeve   pojechał   na 

spotkanie z ojcem i Aleksem, a osobę, z którą byłam umówiona dziś po południu, powaliła 

grypa.

- Nie wydajesz się tym faktem zasmucona.

- Jestem wniebowzięta! Nie cierpię siedzieć przy stole, zmuszając się do jedzenia 

jakichś ohydnych kanapek, i z kobietą, która ma więcej zadęcia niż wyobraźni czy rozumu, 

planować wielką imprezę charytatywną. Mam nadzieję, że grypa potrwa jeszcze z pięć dni i 

że wszystko zdołam zaplanować sama.

Eve otworzyła drzwi do gabinetu i zapraszającym gestem wskazała przyjaciółce fotel.

- Całkiem tu miło - oceniła Brie. - Ale przydałyby się świeże kwiaty i coś na ścianę 

zamiast tego paskudnego malowidła.

- Nawet go nie zauważam. - Eve włączyła ekspres.

background image

- Kawa zaraz będzie gotowa.

Położywszy torebkę na biurku, Brie podeszła do okna.

- Szkoda, że nie masz ładniejszego widoku.

- Nie żartuj. W Cordinie nie ma brzydkich widoków.

-   Wiesz,   Eve,   zajrzałam   na   moment   do   pałacu.  Aleksander   chodzi   z   taką   samą 

zasępioną miną jak ty.

- Pewnie też ma mnóstwo spraw na głowie - odparła Eve, wyjmując filiżanki.

-   Nie   wątpię.   Podejrzewam   jednak,   że   trapią   go   nie   tylko   ważne   kwestie   natury 

politycznej. Powiedz: pokłóciliście się?

- Mieliśmy drobną sprzeczkę. Czarną czy z mlekiem?

- Czarną. - Wyciągnęła rękę po filiżankę. - Chcesz o tym pogadać?

- Nie będziesz obiektywna. To twój brat.

- A ty jesteś moją przyjaciółką. - Brie odstawiła kawę na biurko. - Myślę, że stać mnie 

na bezstronność. Więc co? Bardzo ci się naraził?

- Bardzo.

- To w jego stylu. - Brie uśmiechnęła się w duchu.

- Czasem Aleks bywa koszmarnie irytujący. Co takiego zrobił?

Eve wypiła kawę do dna, po czym wstała, żeby nalać sobie drugą filiżankę.

- Pocałował mnie.

Brie na moment zadumała się.

- To takie straszne? - spytała wreszcie.

- Och, przestań, Brie! - fuknęła Eve. - Mówimy o księciu Aleksandrze, następcy tronu. 

A poza tym - dodała, chcąc usprawiedliwić swój wybuch - nie tylko pocałował mnie, ale też 

próbował uwieść!

-   Muszę   przyznać,   że   zajęło   mu   to   dużo   czasu.   -   Widząc   zdumienie   na   twarzy 

przyjaciółki, Brie kontynuowała pośpiesznie: - Może Aleks jest sztywniakiem, ale nie jest 

ślepcem czy idiotą. Nie rozumiem twojego zdziwienia.

- Zdziwienia? Byłam zszokowana! - Eve westchnęła głęboko. - No dobrze, może to za 

dużo powiedziane. Ale na pewno się czegoś takiego nie spodziewałam.

- Odwzajemniłaś pocałunek?

Gdyby nie chodziło o Aleksandra, Eve parsknęłaby śmiechem.

- To nieważne, Brie.

- Ważne, mała, ważne. Ale oczywiście powinnam pilnować własnego nosa.

- Niczego takiego nie powiedziałam.

background image

- Wiem. - Gabriella przysunęła filiżankę do ust. - Jeżeli zwykły pocałunek wzbudza w 

tobie takie emocje, to znaczy, że coś więcej musi się za tym kryć.

Eve zaczęła krążyć po pokoju.

- Pocałował mnie wyłącznie z powodu Bennetta.

- Wybacz, kochanie, ale nie bardzo rozumiem, co ma Bennett do ciebie i Aleksa?

- To takie typowe - mruknęła pod nosem Eve. Obiecała sobie, że nie będzie myślała o 

tym, co zaszło podczas wczorajszego spaceru po plaży. A przynajmniej że nie będzie się 

irytować. Obiecanki, cacanki. - Zupełnie jak dziecko, które chce mieć wielką czerwoną piłkę 

tylko dlatego, że kolega ma taką. A ja, cholera, nie jestem żadną piłką. - Odstawiła filiżankę 

na spodek.

- Nie jestem niczyją własnością.

Gabriella wolno pokiwała głową.

- Chyba zaczynam kapować. Przerwij mi, jeśli się mylę. Uważasz, że Aleks próbował 

cię uwieść, bo wydaje mu się, że Bennett już tego dokonał.

- No właśnie.

- To absurd.

- Też tak sądzę. I to samo mu powiedziałam, ale bardziej dosadnie.

- Nie, nie rozumiesz. Absurdem jest myśleć, że Aleks i Ben z sobą rywalizują. Nigdy 

tego nie robili.

Nie na taką reakcję Eve liczyła. Wprawdzie bracia i siostry często stają po tej samej 

stronie, ale Gabriella była kobietą. Powinna przyjąć kobiecy punkt widzenia.

- Tak? To dlatego powiedział, że spałam z Benem?

- Kto? Aleks?

- Tak. A może myślisz, że kłamię?

- Nie, kochanie. Ale może ci się coś przywidziało? Może coś niewłaściwie odczytałaś? 

Może...

- Niczego źle nie odczytałam - przerwała jej Eve. - Aleks uważa, że Ben i ja... - Na 

moment zamilkła. - Zresztą może wszyscy tak myślą?

- Każdy, kto ma oczy, wie, że ciebie i Bena łączy jedynie przyjaźń - powiedziała Brie. 

Kąciki jej ust zadrgały. - Przynajmniej każdy, kto ma dobry wzrok.

- Wybacz, ale to mnie wcale nie bawi.

- A ja się cieszę, że Aleks związał się osobą, która kocham i szanuję.

- Nie związał się.

- Hm.

background image

- Przestań z tym „hm”. Przypominasz mi Chris.

- To dobrze. Jeśli będziesz traktować mnie jak starszą siostrę, może zastosujesz się do 

moich rad.

Tym razem Eve nie zdołała powstrzymać uśmiechu.

- Chris pierwsza by ci powiedziała, że rzadko słucham czyichkolwiek rad.

-   Zrób   dla   mnie   wyjątek.   Bo   ja   naprawdę   wiem,   jak   to   jest   pałać   uczuciem   do 

człowieka, który wydaje się całkiem nieodpowiedni dla ciebie.

- Nie pałam żadnym uczuciem do Aleksa - oznajmiła wolno Eve. - Ale nawet gdyby, 

to... on nie nadaje się dla mnie, a ja dla niego. Mam pracę, którą uwielbiam, pochodzę z 

innego kraju, lubię zachowywać się naturalnie, nie zastanawiając się, jak to inni odbiorą. 

Nienawidzę zakazów i nakazów, czemu niejednokrotnie dawałam wyraz w szkole. Aleksander 

zaś nie może żyć spontanicznie, musi przestrzegać ustalonych reguł, nie łamać wpajanych mu 

od dzieciństwa zasad...

- To prawda. - Gabriella skinęła głową. - Twoim argumentom nic nie można zarzucić.

- Nic? - W głosie Eve zabrzmiała nuta żalu. - No widzisz?

- Widzę, kochanie. Ze mną było dokładnie tak samo.

Eve nalała sobie trzecią filiżankę kawy.

- I co zrobiłaś?

- Poślubiłam Reeve'a.

-   No   tak.   -   Eve   przysiadła   na   brzegu   biurka.   -   Innymi   słowy,   świat   należy   do 

odważnych?

Gabriella odstawiła pustą filiżankę. Zauważyła, że Eve pije już trzecią kawę. Kofeina 

zaś nerwów nie koiła.

- Kochasz Aleksa? - spytała cicho.

Tak   łatwo   byłoby   zaprzeczyć.   Uczciwość   wymagała   znacznie   więcej   wysiłku   niż 

kłamstwo. Eve jednak uznała, że Brie zasługuje na prawdę.

- Staram się o tym nie myśleć.

- Albo kochasz, albo nie. Myślenie nie ma tu nic do rzeczy. Ale nie będę cię zadręczać.

Eve ujęła przyjaciółkę za rękę.

- Nie zadręczasz.

- Bo się powstrzymuję. - Na moment zamilkła. - Eve, pamiętaj o jednym. Każdy kraj 

potrzebuje   silnego,   bezstronnego   władcy.  Aleksa   od   dziecka   uczono,   żeby   nie   okazywał 

emocji. Nie zawsze było mu łatwo.

- Wiem. - Eve westchnęła ciężko. Bała się zajrzeć w głąb swojej duszy, przekonać się, 

background image

co w niej tkwi. Bała się, że gdy raz otworzy drzwi, zaleje ją silna fala uczuć, którym nie 

będzie umiała sprostać. - Posłuchaj, Brie. Ty i twoja rodzina jesteście mi bardzo bliscy. Ale 

nie   mogłabym   się   związać   z   kimś,   kto   na   pierwszym   miejscu   stawia   obowiązki,   honor, 

ojczyznę. Może brzmi to strasznie samolubnie...

- Wcale nie. To całkiem zrozumiałe.

- Kochana jesteś. Wiesz, gdyby...

Nagle zadzwonił telefon. Gabriella wstała.

- Poczekaj, nie odchodź - poprosiła ją Eve, podnosząc słuchawkę. - Halo?

- Eve Hamilton?

- Tak.

- Jesteś bliską znajomą książęcej rodziny. Jeżeli leży ci na sercu ich dobro, przekaż im 

ostrzeżenie.

Ten głos, zimny, mechaniczny, bezpłciowy, przejął ją nie mniejszym przerażeniem niż 

słowa, które wypowiedział.

- Kto dzwoni?

- Ktoś, kto pragnie sprawiedliwości. A teraz słuchaj. Albo Francois Deboque zostanie 

w   ciągu   czterdziestu   ośmiu   godzin   wypuszczony   z   więzienia,   albo   zginie   jeden   z 

mieszkańców książęcego pałacu.

Przez moment Eve siedziała bez ruchu. Jeden z mieszkańców pałacu... To byli jej 

przyjaciele, jej rodzina! Ten drań kieruje groźbę przeciw konkretnym ludziom, w dodatku 

takim, których ona kocha. Zaciskając rękę na słuchawce, wzięła głęboki oddech.

- Tylko tchórz ucieka się do szantażu.

-   To   jest   ostrzeżenie   -   poprawił   ją   głos   -   którego   nie   radzę   lekceważyć.   Więcej 

ostrzeżeń nie będzie. Powtarzam: czterdzieści osiem godzin.

Połączenie zostało przerwane.

Wyczuwając strach przyjaciółki, Gabriella objęta ją ramieniem.

- Co się stało?

Niepokój wyzierający z oczu Brie sprawił, że Eve wzięła się w garść.

- Gdzie są twoi ochroniarze? - spytała.

- Na korytarzu.

- A samochód?

- Przed budynkiem.

- Przyjechałaś z kierowcą?

- Nie, sama.

background image

- Musimy natychmiast udać się do pałacu. Niech jeden ochroniarz jedzie z nami. 

Wyjaśnię ci wszystko po drodze.

W gabinecie księcia Armanda trzej mężczyźni siedzieli pogrążeni w rozmowie. W 

powietrzu wisiał dym papierosowy; mieszał się z zapachem obitych skórą mebli i stojących w 

wazonach kwiatów. Niekiedy uważa się, że gabinet człowieka odzwierciedla jego osobowość. 

W gabinecie starego księcia wyczuwało się nastrój powagi i dostojeństwa. Decyzje, które tu 

zapadały, musiały być dokładnie przemyślane, podjęte na chłodno, a nie pod wpływem złości 

czy wzburzenia.

Książę Armand z uwagą wpatrywał się w swojego zięcia, człowieka, któremu ufał i 

którego szanował. Reeve MacGee był przyjacielem, członkiem rodziny oraz - jako że kiedyś 

służył w siłach specjalnych - doradcą w sprawach bezpieczeństwa.

- Nic więcej nie można zrobić, inaczej pałac zamieni się w twierdzę.

- Nie, na to się nie zgadzam. - Armand Bisset przekładał z ręki do ręki gładki biały 

kamień. - A co z ambasadą?

- Oczywiście wzmocniono środki bezpieczeństwa. Ale moim zdaniem, póki ty jesteś w 

Cordinie o ambasadę w Paryżu możemy być spokojni.

Armand pokiwał głową. Wiedział, że to on był celem terrorystów w Paryżu i teraz 

musi żyć ze świadomością, że inny człowiek zginął zamiast niego.

- Mów dalej.

- Więzienie jest silnie strzeżone, ale żadna ilość krat nie przeszkodzi Deboque'owi w 

wydawaniu rozkazów. Rzecz jasna, czytamy jego pocztę, facet jest jednak zbyt inteligentny, 

żeby cokolwiek umieszczać na piśmie. A prawa do widzeń nie można mu zabrać.

- Czyli zgadzamy się, że wybuch w Paryżu i parę wcześniejszych incydentów, na 

szczęście mniej tragicznych w skutkach, to jego robota?

-   Zdecydowanie   tak.   I   podłożenie   bomby   w   ambasadzie,   i   zuchwała   kradzież 

brylantów   z   muzeum   przed   dwoma   laty.   Zza   więziennych   krat   Deboque   wciąż   kieruje 

przemytem   narkotyków.   Za   trzy   lata   wyjdzie   na   wolność.  A  nawet   dwa,   jeśli   zostanie 

przedterminowo zwolniony.

- A jeśli udowodnimy, że Seward zginął z jego rozkazu?

- Wtedy posiedzi dłużej. Ale trudno będzie zdobyć dowody.

- Rozmawiamy o wzmożonych środkach bezpieczeństwa. O skuteczniejszej ochronie. 

- Aleksander zgniótł w popielniczce papierosa. - Może zamiast się bronić, powinniśmy sami 

przystąpić do działania?

Armand odłożył biały kamień na biurko. Lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał swojego 

background image

najstarszego potomka; często widział, jak hamuje furię czy tłumi gniew.

Dumny  był  z  syna,  a   jednocześnie  bardzo   mu   współczuł;   rola  następcy tronu  nie 

należała do łatwych.

- Masz jakąś sugestię, Aleks?

- Im dłużej nic nie robimy, tym więcej on ma czasu na planowanie kolejnych posunięć. 

Zgodnie z prawem, mogą go odwiedzać różni ludzie. Każdy, kto przychodzi do niego do 

więzienia, jest z nim jakoś powiązany. Przypuszczam, że Reeve ma informacje o wszystkich, 

którzy   pojawili   się   u   Deboque'a   w   ciągu   ostatnich   siedmiu   lat.   -   Popatrzył   pytająco   na 

szwagra; ten skinął głową.

- Wiemy, co to za ludzie i czym się zajmują. Może czas najwyższy, żebyśmy coś z tym 

zrobili?

- Robimy. Przyjaciele Deboque'a są pod stałym nadzorem.

- Nadzór na niewiele się zdaje. Infiltracja, ojcze. To jedyne wyjście.

- Aleksander ma rację - poparł go Reeve, wydmuchując w powietrze kłęby dymu. - 

Też się nad tym zastanawiałem. Trzeba znaleźć odpowiedniego człowieka, który zdobędzie 

zaufanie Deboque'a. Tyle że ta infiltracja może zająć ładnych kilka miesięcy. Ale nieważne. 

Teraz chodzi o to, aby ktoś zeznał pod przysięgą, że Deboque nie tylko o wszystkim wie, ale 

że sam ustala szczegóły i wydaje rozkazy.

Aleksander nie mógł usiedzieć w miejscu; poderwał się na nogi i zaczął przemierzać 

gabinet. Rozum mówił mu, że Reeve zna się na swojej robocie. Ze pokonanie Deboque'a 

będzie wymagało czasu i cierpliwości.

Ale... Nie chciał czekać. Pragnął tego drania jak najszybciej zniszczyć. Niestety, nie 

miał wyjścia. Jak zawsze, racja stanu była ważniejsza od jego marzeń i preferencji.

- Znasz odpowiedniego człowieka?

Reeve strząsnął popiół do popielniczki.

- Muszę się rozejrzeć. Potrzebuję mniej więcej tygodnia.

- A tymczasem?

- Tymczasem musimy mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Bo Deboque na pewno nie 

próżnuje. - Mówiąc to, Reeve popatrzył na Armanda.

Stary książę pokiwał głową.

- Skontaktuj się z Jermaine w ambasadzie w Paryżu. I porozum z Unnotem w kwestii 

środków bezpieczeństwa w pałacu.

- Dobrze.

- A teraz skończmy wreszcie ten ponury temat. Powiedz mi lepiej, jak się mają moje 

background image

wnuki.

- Świetnie. Strasznie rozrabiają. Damien powyrywał kwiaty w ogrodzie.

Książę Armand roześmiał się cicho.

- Obyśmy nie mieli większych zmartwień.

Zdziwił się, słysząc głośne pukanie. Na ogół nikt im nie przerywał, kiedy odbywali 

naradę rodzinną. Skinął na Aleksa, by otworzył drzwi.

Aleksander   natychmiast   zauważył   bladość   powlekającą   twarz   Eve   i   przerażenie 

wyzierające z jej oczu.

- Aleks! - Padła mu w objęcia. Dzięki Bogu, jest cały i zdrowy. Ale strach wciąż 

ściskał ją za gardło.

Gabriella położyła rękę na jej ramieniu.

- Musimy porozmawiać z ojcem - wyjaśniła bratu.

- Gdzie jest Bennett?

- W Hawrze. Wraca jutro.

O nic nie musiał pytać. Wystarczyło spojrzeć na kobiety. Bez słowa odsunął się na 

bok, aby mogły wejść do środka.

Eve zapomniała o obowiązującej etykiecie; me witając się, podbiegła do biurka księcia 

Armanda.

-   Wasza   Wysokość,   parę   minut   temu   odebrałam   w   Centrum   telefon.   W   ciągu 

czterdziestu ośmiu godzin musicie zwolnić Deboque'a z więzienia.

Książę dźwignął się z fotela.

- To prośba czy żądanie?

Zanim Eve zdołała odpowiedzieć, Gabriella ponownie położyła rękę na jej ramieniu.

-   Ostrzeżenie.   Przekazane   Eve   przez   telefon.   Człowiek,   który   do   niej   zadzwonił, 

powiedział, że jeżeli nie wypuścimy Deboque'a, zginie ktoś z książęcej rodziny.

Eve nie odrywała oczu od księcia. Nie mogła się nadziwić, że władca Cordiny stoi z 

kamienną miną. Dlaczego się nie boi o siebie, o swoją rodzinę? Po chwili wskazał jej krzesło.

- Aleksandrze, myślę, że Eve dobrze by zrobił kieliszek koniaku.

- Oj, Wasza Wysokość, mną się proszę nie przejmować. Mnie nic nie grozi.

- Usiądź, moje dziecko. Jesteś bardzo blada.

- Ale ja nie... - Urwała. Starając się opanować zdenerwowanie, kilkakrotnie głęboko 

odetchnęła. - Wasza Wysokość, nie sądzę, żeby to były czcze pogróżki. Myślę, że jeżeli 

Deboque nie zostanie wypuszczony, dojdzie do próby zamachu na kogoś z rodziny Bissetów.

Aleks  wsunął   jej   do   dłoni   kieliszek.   Podniosła   wzrok   i   na  moment   zapomniała   o 

background image

innych osobach w pokoju. To możesz być ty! - pomyślała z przerażeniem. Gdyby zginął, 

umarłaby z rozpaczy.

Uzmysłowiwszy to sobie, poczuła straszliwy ból. Mimo że była blada jak trup, zbladła 

jeszcze   bardziej.   Utkwiła   oczy  w   blacie   biurka.   Kochała  Aleksa,   kochała   go   od   samego 

początku. Przedtem jednak skutecznie wypierała ten fakt ze swej świadomości. Teraz, gdy 

groziło   mu   śmiertelne   niebezpieczeństwo,   nie   miała   siły  ani   ochoty  czegokolwiek   dłużej 

ukrywać.

- Eve?

Przytknęła palce do skroni; czekała, aż przestanie się jej kręcić w głowie.

- Przepraszam, zamyśliłam się - rzekła po chwili.

- Postaraj się przypomnieć sobie jego dokładne słowa. - Głos Reeve'a brzmiał ciepło i 

spokojnie. - Jeśli możesz, opowiedz nam przebieg całej rozmowy.

- Dobrze. - Upiła niewielki tyk. - Najpierw upewnił się, czy mówi z Eve Hamilton.

- Jesteś przekonana, że to był mężczyzna?

Skinęła energicznie głową, po czym zawahała się.

- Nie, właściwie to nie. Głos wydał mi się dziwny, jakby mechaniczny. W każdym 

razie rozmówca stwierdził, że wie, że jestem bliską znajomą książęcej rodziny, i chce, żebym 

przekazała ostrzeżenie. Albo Francois Deboque zostanie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin 

wypuszczony,   albo   zginie   jeden   z   mieszkańców   książęcego   pałacu.   Kiedy   spytałam,   kto 

mówi, odparł: „Ktoś, kto pragnie sprawiedliwości”. I dodał, że więcej ostrzeżeń nie będzie. - 

Zacisnęła gniewnie wargi, po czym upiła kolejny łyk koniaku. - Powiedziałam mu, że tylko 

tchórz ucieka się do szantażu.

Nie   zauważyła   pochwały   w   spojrzeniu  Aleksandra.   Trzymał   rękę   na   oparciu   jej 

krzesła, leciutko gładząc ją po włosach; chociaż nie czuła jego dotyku, ogarnął ją spokój.

- Jaki miał akcent? - spytał Reeve. - Nie wiesz, czy był Amerykaninem? Czy może 

pochodził z Europy?

Zacisnąwszy powieki, usiłowała się skupić.

- Mówił bez obcego akcentu. Wolno. Dość płaskim, metalicznym głosem.

- Czy dzwonił przez centralę?

- Nie mam pojęcia - odparła.

- Sprawdzimy. Skoro raz się Eve posłużył, może to zrobić ponownie. Trzeba założyć 

podsłuch w jej gabinecie i przydzielić jej ochronę.

- Po co? - oburzyła się. - Mnie mc nie grozi. To o Waszą Wysokość się boję. O całą 

rodzinę. Chciałaby m pomóc...

background image

Książę Armand obszedł biurko i położywszy ręce na ramionach Eve, pocałował ją w 

oba policzki.

- Twoja troska wzrusza mnie, moje dziecko. Pozwól mi jednak odwzajemnić się tym 

samym.

-   Jeżeli   przydzielenie   mi   ochrony   sprawi,   że   książę   będzie   spokojniejszy,   to 

oczywiście zgadzam się.

Stary książę uśmiechnął się pod nosem. Eve Hamilton nie była głupia ani tchórzliwa; 

była tak samo silna, uparta i nieustraszona jak jego własne dzieci.

- Dziękuję.

Jeśli wyczuła lekką ironię w jego głosie, nic dała tego po sobie poznać.

- Co Wasza Wysokość zrobi? - spytała.

- To, co należy.

- Deboque pozostanie za kratkami?

- Absolutnie.

Tego   się   spodziewała.   Uleganie   szantażowi   nie   powstrzymuje   szantażysty   przed 

kolejnymi żądaniami.

- Ale...  -   Powiodła   wzrokiem  po   twarzach   osób  zebranych   w  gabinecie   księcia.   - 

Będziecie na siebie uważać? Podejmiecie jakieś dodatkowe środki ostrożności?

Przez moment nie spuszczała oczu z Aleksandra. A on miał wrażenie, że widzi w jej 

spojrzeniu coś więcej niż zwykłą troskę. Pragnął zapomnieć o bożym świecie, o groźbach i 

szantażu,  porwać  ją  w  ramiona,  przytulić,  rozkoszować  jej   ciepłem. Ale  nie  ruszył   się  z 

miejsca.

- Nie po raz pierwszy, i zapewne nie po raz ostatni grożono naszej rodzinie.

Eve odwróciła się do Brie, jakby szukała u niej wsparcia.

- Gabriello...

- To prawda, Eve. Nie możemy ulegać groźbom. Ciąży na nas odpowiedzialność za 

kraj, za jego obywateli.

- Zrozum, petite. - Stary książę ujął ją za ręce. - Mury pałacu są po to, żeby ich bronić, 

a nie po to, żeby się za nimi chować.

- Ależ Wasza Wysokość nie może żyć tak, jakby nic się nie stało. Jakby nie było tego 

telefonu z ostrzeżeniem.

-   Uczynimy   co   w   naszej   mocy,   aby   zapewnić   sobie   bezpieczeństwo   -   rzekł 

stanowczym tonem książę Armand. - Nie zamierzam niepotrzebnie narażać siebie ani moich 

bliskich.

background image

Stanowili   jedność.   Armand,   Aleksander,   Gabriella.   Nawet   Reeve   popierał   we 

wszystkim   księcia.   Eve   pomyślała   o   Benie,   wesołym   i   beztroskim.  Wiedziała,   że   on   też 

sprzeciwiłby się uwolnieniu Deboque'a.

- A więc życie toczy się dalej?

- Tak, kochanie. - Armand pocałował jej dłoń. - Traktuję cię jak córkę. Jako ojciec i 

przyjaciel proszę cię, abyś mi zaufała.

- Dobrze. Pod warunkiem, że wolno mi będzie martwić się o was.

- Masz moje pozwolenie.

Nic więcej nie mogła zrobić, do niczego nie mogła Bissetów zmusić. Owszem, darzyli 

j ą przy jaźni ą, traktowali jak członka rodziny, ale nie była z nimi spokrewniona.

- Muszę wrócić do teatru. - Podniósłszy torebkę, popatrzyła na Reeve'a. - Opiekuj się 

nimi.

Dygnęła, po czym pośpiesznie opuściła gabinet. Była prawie na parterze, kiedy nagle 

uświadomiła sobie, że nie ma samochodu. Zacisnęła dłoń w pięść. Miała ochotę się rozpłakać. 

Zwolniwszy kroku, wzięła trzy głębokie oddechy. Niewiele pomogły. Po chwili uznała, że 

nadmiar energii spożytkuje na spacer. Przejdzie do teatru na piechotę.

- Eve. Przecież nie masz czym jechać.

Obejrzała   się   za   siebie.   Stała   na   najniższym   stopniu,   Aleksander   na   półpiętrze. 

Emanowała z niego siła, pewność siebie. Wyglądał jak wojownik, który chętniej przystępuje 

do ataku niż obrony; jak król, który prędzej karze niż wybacza; jak mężczyzna, który raczej 

żąda niż prosi.

Obserwując   go,   jak   schodzi   na   dół,   jak   z   każdym   krokiem   się   do   niej   przybliża, 

zrozumiała, że tego mu zazdrości. Tej siły, opanowania, może nawet arogancji.

- Nie chcę, żeby cokolwiek złego cię spotkało. - Słowa same wymknęły się jej z ust.

Nawet nie zdawała sobie sprawy, jakie wywarły na nim wrażenie. Jej obawy, strach, 

troska były jak ciepła pierzyna chroniąca ciało przed zmarznięciem.

- To ojciec pozwolił ci się o nas martwić. Nie ja.

Ogień w jej oczach zamienił się w lód.

- W takim razie rób, co chcesz. Daj się zabić, jeśli ci na tym zależy.

- Potrafisz w ciągu sekundy z cukiereczka przeobrazić się w zołzę. Ale na tym polega 

twój urok.

- Idź do diabła.

-   Zrozum,   nie   chcę   twojej   troski   ani   współczucia   -   szepnął,   jeszcze   bardziej 

zmniejszając dzielący ich dystans. - Chcę czegoś więcej.

background image

- Ode mnie? Nie dostaniesz. - Stała wciśnięta pomiędzy Aleksa a poręcz schodów.

- Dostanę. - Ujął w dłonie jej twarz. Właśnie to mu było potrzebne: od czasu do czasu 

dotknąć Eve, podrażnić się z nią, rzucić jej wyzwanie, nie myśleć o świecie, który istnieje 

poza murami pałacu. - Twoje oczy i usta nie zawsze mówią to samo.

Czyżby tak łatwo było ją rozszyfrować? Sama do końca nie rozumiała tego, co się z 

nią dzieje. Postanowiła się bronić.

- Zapomniałeś o Bennetcie?

Opuścił ręce, a po chwili zacisnął palce na jej ramieniu.

- A ty?   Pamiętałaś   o  nim,  kiedy  trzymałem  cię   w objęciach?  Nie.   I  nie  będziesz 

pamiętała, kiedy pójdziesz ze mną do łóżka.

Jakoś   podświadomie   czuła,   że   w   łóżku  Aleksa   mogłaby   znaleźć   wszystko,   czego 

kiedykolwiek pragnęła. Ale nie zamierzała mu ulegać.

- Nie pójdę, Aleks. - Oswobodziła ramię z jego uścisku. - Tobie nie zależy na mnie, 

tobie zależy na uwiedzeniu kochanki brata. - Głos jej drżał, ale mówiła dalej: - W historii, w 

legendach i w literaturze znane są takie przypadki, ale na ogół wszystkie się źle kończą.

Zabolały go jej słowa. Z coraz większym trudem przychodziło mu tłumienie złości. 

Eve Hamilton jest silnym i krnąbrnym przeciwnikiem.

- Ale ty mnie pragniesz - oznajmił cicho. - Widzę to. Czuję to.

- Owszem - potwierdziła. Wpatrywała się w niego z wyzwaniem w oczach. - Ale 

podobnie jak ty, na pierwszym miejscu stawiam obowiązek, honor i odpowiedzialność, a na 

drugim   własne   chęci   i   marzenia.   Może   któregoś   dnia   przyjdziesz   do   mnie   jako   zwykły 

mężczyzna, a nie władca. Może usłyszę, czego pragniesz z głębi serca, a nie czego żądasz. - 

Odwróciwszy  się,   ruszyła   w   stronę   drzwi.   -   Za   propozycję   podwiezienia   mnie   do   teatru 

dziękuję, ale nie skorzystam.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Szlag by ją trafił! - pomyślał Aleksander nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich dwóch 

dni. Przez nią czuł się jak kretyn. Ba, zachowywał się jak kretyn.

Zawsze   pogardzał   mężczyznami,   którzy   wykorzystywali   swoją   siłę   fizyczną,   aby 

zastraszyć kobietę lub zmusić ją do uległości. Jego zdaniem świadczyło to o braku inteligencji 

i podłym charakterze. A teraz sam tak postępuje. Nie do wiary! Ta kobieta sprawia, że on robi 

to, przeciwko czemu wewnętrznie się buntuje.

Czy kiedykolwiek wcześniej tak się zachowywał? Nie. Czy kiedykolwiek wcześniej 

korciło go, aby zaciągnąć kobietę do łóżka, nie bacząc na jej zgodę lub sprzeciw? Nie. Czy 

kiedykolwiek tak bardzo którejś pragnął, że nie był w stanie na niczym innym się skupić? 

Nie.

Wszystko zaczęło się od Eve. A zatem ona za wszystko ponosi winę.

Ponieważ   jednak   był   człowiekiem   logicznie   myślącym,   widział   błąd   w   swoim 

rozumowaniu.   Eve   nie   wykręca   mu   ręki,   do   niczego   go   nie   zmusza.   Czyli   jednak   wina 

spoczywa na nim.

Szlag by ją trafił!

Widząc   ironiczny   uśmiech   na   twarzy   swego   pana,   Gilchrist,   wieloletni   lokaj 

Aleksandra, odetchnął z ulgą. W trakcie dziesięciu lat służby w pałacu nauczył się, kiedy 

może mówić, a kiedy powinien milczeć. Teraz postanowił przemówić.

-   Jeśli   wolno   mi   coś   powiedzieć...   Od   pewnego   czasu   źle   się   Wasza   Wysokość 

odżywia. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie prosić krawca o zwężenie ubrań.

Aleksander chciał zbyć tę uwagę wzruszeniem ramion, ale zawahał się. Po chwili 

wsunął kciuk za pasek od spodni. Faktycznie, miał tam sporo luzu.

Psiakrew! Wszystko przez tę babę!

W porządku, koniec, obiecał sobie. Nie da się zwariować.

-   Postaram   się   coś   z   tym   zrobić,   Gilchrist.   Nie   możemy   przysparzać   krawcowi 

dodatkowej roboty, prawda?

- Mnie chodzi o zdrowie Waszej Wysokości, a nie o rozmiar jego ubrań.

- Wiem, wiem - rzekł książę, po czym słysząc pukanie, skinął na lokaja, aby otworzył 

drzwi.

W progu  stanął  Henri  Blachami,  który od  dwudziestu  lat  wiernie  służył  książęcej 

rodzinie; od ośmiu lat pełnił funkcję osobistego sekretarza następcy tronu, wcześniej zaś był 

sekretarzem księcia Armanda.

background image

- Bonjour, Henri. Powiedz mi, proszę, co mnie jutro czeka.

- Niestety, Wasza Wysokość, dzień dość pracowity.

Aleksander   wiedział,   że   staruszek   będzie   stał,   dopóki   on   pierwszy   nie   spocznie. 

Przysiadł więc na oparciu fotela.

- Usiądź, Henri. Ten terminarz, który trzymasz w ręku pewnie waży z tonę - Henri 

posłusznie zajął miejsce, przez chwilę wiercił się, jakby mościł sobie gniazdo, po czym z 

kieszeni kamizelki wydobył nieduże okulary i przystąpił do rytuału nasadzania ich na nos. To 

podsuwał je wyżej, to zsuwał niżej, a wszystko razem trwało bez końca. Gdyby robił to 

ktokolwiek inny, Aleksander dawno straciłby cierpliwość, ale staruszka darzył autentyczną 

sympatią. Ich znajomość zaczęła się dwadzieścia lat temu, kiedy Henri, wiedząc o długim 

wykładzie, jakiego młody książę musiał wysłuchać na temat zasad dobrego wychowania, dał 

mu na pocieszenie kawałek czekolady.

- Wasza Wysokość pamięta, oczywiście, o dzisiejszej kolacji u państwa Cabotów? 

Atrakcją wieczoru będzie występ mademoiselle Cabot, która zagra na fortepianie.

- Dość wątpliwa to atrakcja, Henri.

- Jak Wasza Wysokość uważa. - Oczy staruszka zalśniły wesoło, ale jego głos pozostał 

neutralny.   -   Wśród   zaproszonych   gości   będzie   członek   rady,   monsieur   Trouchet. 

Przypuszczalnie zechce omówić z Waszą Wysokością projekt nowej ustawy zdrowotnej.

- Dzięki za ostrzeżenie, Henn.

Aleks   zastanawiał   się,   czy   zdoła   wytrzymać   na   przyjęciu   i   nie   umrzeć   z   nudów. 

Podejrzewał, że czcigodna madame Cabot posadzi go pomiędzy sobą a swoją szkaradną, 

mówiącą piskliwym głosem niezamężną córką.

Wiele by dał, aby móc zostać w domu, a wieczorem, w blasku księżyca, przejść się po 

ogrodzie. Z Eve, która pachniałaby piękniej niż porastające ogród kwiaty. Której skóra byłaby 

bardziej   jedwabista   od   płatków   jaśminu.   Która   patrzyłaby   na   niego   swoimi   wielkimi, 

niebieskimi oczami, kusiła go spojrzeniem, uśmiechem, szeptem. Która powoli wyciągnęłaby 

ręce i zarzuciła mu je na szyję. Która...

Szlag by ją trafił!

- A jutro? Co mnie czeka? - Aleksander wstał z fotela i podszedłszy do okna, utkwił 

wzrok w rozciągającej się za ogrodem gładkiej tafli morza.

Henri natychmiast poderwał się na nogi.

-   O   ósmej   Wasza   Wysokość   zje   śniadanie   z   prezesem   firmy   spedycyjnej   Dynab 

Shipping - powiedział, zerkając do terminarza. - O dziesiątej piętnaście pojawi się na otwarciu 

Muzeum Morskiego w Hawrze. O wpół do drugiej wygłosi krótkie przemówienie podczas 

background image

uroczystego lunchu, z którego dochód będzie przeznaczony na szpital St. Alban. O trzeciej 

czterdzieści pięć...

Aleksander westchnął; resztę jutrzejszych planów puścił mimo uszu. Przynajmniej jest 

u   siebie,   w   Cordinie,   pocieszał   się.   Zimą   wyruszy   z   oficjalną   wizytą   do   kilku   państw 

europejskich; już teraz czynione są przygotowania.

Kiedyś   odwiedzi   wrzosowiska   w   Kornwalii   i   winnice   we   Francji   niejako 

przedstawiciel Cordiny, lecz jako zwykły turysta. Kiedyś obejrzy zabytki oraz porozmawia z 

ludźmi o ich życiu i marzeniach - on, Aleks, a nie Aleksander Bisset, następca tronu. Kiedyś 

to zrobi. Ale nie dziś i nie jutro.

- Dziękuję, Henri - rzekł i, niezadowolony, zaklął cicho. Henri w niczym nie zawinił. 

Wina   leży   wyłącznie   po   jego,  Aleksa,   stronie.   Gdyby   nagle   nie   ogarnęło   go   to   dziwne 

pragnienie wolności...

Odwrócił   się   od   okna   i   z   uśmiechem   popatrzył,   jak   starzec   zdejmuje   okulary,   a 

zdejmował je z równym namaszczeniem, jak wkładał.

- Powiedz, Henri, jak się miewa twoja najmłodsza wnuczka?

-   Dobrze,   Wasza   Wysokość.   Urocze   z   niej   stworzenie!   -   W   głosie   staruszka 

pobrzmiewała duma.

- Niech no sobie przypomnę... Pewnie ma ze trzy miesiące, prawda?

- Tak. Jutro będzie równe trzy. - Radość rozjaśniła twarz Henriego.

Aleksander wiedział, że takie drobne rzeczy - pytanie o zdrowie, prośba o przekazania 

pozdrowień - często sprawiały ludziom największą przyjemność.

-   Podejrzewam,   że   nosisz   przy   sobie   zdjęcie...   Annabella,   tak?   Zdjęcie   małej 

Annabelli?

- Oczywiście, Wasza Wysokość.

Starzec, rumieniąc się jak panna, z kieszeni na piersi wyciągnął portfel. Po chwili 

podał Aleksowi zdjęcie łysej, pyzatej dziewczynki. Nie była pięknością, ale na widok jej 

wytrzeszczonych oczu i bezzębnego uśmiechu Aleksandrowi zrobiło się wesoło.

-   Jesteś   prawdziwym   szczęściarzem,   Henn.   Nie   każdy   może   pochwalić   się   tak 

wspaniałą wnuczką.

- Dziękuję, Wasza Wysokość. A ta koronkowa sukienka, którą Annabella ma na sobie, 

to prezent od księżniczki Gabrielu; przedtem należała do młodej księżniczki Louisy.

-  Aż   dziw,   że   przetrwała.   Louisa   wszystko   potrafi   zniszczyć   -   powiedział  Aleks, 

wzruszony gestem siostry. - Przekaż swojej rodzinie najlepsze życzenia ode mnie, dobrze, 

Henri?

background image

-   Nie   omieszkam,   Wasza   Wysokość.   A   na   razie   wszyscy   z   niecierpliwością 

oczekujemy, kiedy Wasza Wysokość podaruje Cordinie potomka. To będzie wielki dzień.

Aleksander   oddał   starcowi   zdjęcie   wnuczki   i   zadumał   się.   Tak,   naród   czeka   na 

potomka. Jego syn, od dnia narodzin, będzie następcą tronu, przyszłym władcą Cordiny. Tego 

nic nie zmieni. Matka dziecka - lub dzieci - musiałaby zaakceptować reguły, które zostały 

ustalone przed wiekami. Od swojej żony on, Aleksander, wymagałby nie mniej niż od siebie. 

Gdyby się pomylił, dokonał niewłaściwego wyboru, cierpiałby do końca życia. Albowiem 

jako władca Cordiny nie mógłby wziąć rozwodu.

W wieku trzydziestu lat Aleksander był najstarszym nieżonatym następcą tronu w 

historii Cordiny, o którym to fakcie dziennikarze bez przerwy mu przypominali. Jednakże 

małżeństwo nigdy go dotąd nie kusiło.

Henri chrząknął, chcąc przywołać swego pana do rzeczywistości.

- O wpół do szóstej przychodzi trener szermierki.

A kolacja u Cabotów zaczyna się o wpół do dziewiątej.

- Nie zapomnę.

Dziesięć minut później zszedł z góry ubrany w białe spodnie i białą bluzę. Napięcie, 

które towarzyszyło mu od kilku dni, nie chciało zelżeć. Nie pomagały żadne argumenty ani 

wywody,   którymi   usiłował   przekonać   samego   siebie.  Toczyła   się   w  nim   zacięta   walka   - 

obowiązek kontra przyjemność, odpowiedzialność kontra pokusa.

Był na parterze, kiedy drzwi wejściowe otworzyły się. Stanął w pół kroku, pewien, że 

za moment ujrzy Eve. Zamiast niej ujrzał młodą zgrabną dziewczynę o burzy rudych włosów, 

trzymającą pod rękę Bennetta.

- Nawet nie wiesz, jaka to dla mnie frajda! - szczebiotała podniecona. - Książęcy 

pałac!

Aleks z miejsca rozpoznał jedną z aktorek.

- Jesteś pewien, że nam wolno?

- Ależ, kotku, ja tu mieszkam - stwierdził z rozbawieniem Bennett, głaszcząc swoją 

nową przyjaciółkę po ramieniu.

-   No   tak,   faktycznie.   -   Roześmiała   się   nerwowo.   -   Ciągle   zapominam,   że   jesteś 

księciem.

- To dobrze. Nawet wolę, żebyś myślała o mnie jak o normalnym... Cześć, Aleks. - 

Bennett odsunął się od kobiety i wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiech. - Znasz Doreen? 

Eve przyjęła ją do zespołu tuż przed samym wyjazdem ze Stanów.

- Tak. Poznaliśmy się na przyjęciu w zeszłym tygodniu. Miło mi panią znów widzieć.

background image

- Mnie pana też, Wasza Wysokość.

Zgodnie z panującym zwyczajem, dygnęła. A Bennettowi przemknęło przez myśl, że 

w Aleksie jego czarująca przyjaciółka natychmiast wyczuła księcia.

-   Pański   brat,   to   znaczy   książę   Bennett,   obiecał   pokazać   mi   pałac.   -   Posłała 

Bennettowi płomienne spojrzenie.

- To wspaniale - rzekł Aleks. Oczywiście nikt poza Benem nie umiałby wychwycić 

ironii w jego głosie.

- Może zechciałaby pani najpierw zwiedzić salon? - Nie zważając na zdumioną minę 

brata,   wziął   aktorkę   pod   rękę.   -   Jest   ciekawie   urządzony,   wiele   mebli   pochodzi   z 

siedemnastego wieku... Nie będzie się pani nudziła, prawda? Ben zaraz do pani dołączy, tylko 

zamienię z nim słowo.

- Ależ proszę się nie spieszyć. Wasza Wysokość.

Przystanąwszy w progu, Doreen rozejrzała się po salonie, po czym ruszyła w stronę 

kominka, nad którym stały piękne ceramiczne naczynia ze słynnej angielskiej manufaktury 

Wedgwooda.

-   Bardzo   sprytnie   -   powiedział   Bennett,   patrząc   na   brata.   -  A  teraz   wyjaśnij,   cóż 

takiego chciałeś mi zakomunikować? - I nagle przestraszył go grymas, który pojawił się na 

twarzy Aleksandra. - Mów! Co się stało? Ojciec...?

- Nie. - Kiedy indziej Aleks starałby się zapewnić brata, że ojcu nic nie dolega, tym 

razem jednak co innego zaprzątało jego uwagę. - Jak mogłeś ją tu przyprowadzić?

- Co? - Bennett odetchnął z ulgą; przez chwilę stał skonfundowany, po czym ryknął 

głośnym, zaraźliwym śmiechem. - Chodzi ci o Doreen? Aleks, przyrzekam ci, że nie uwiodę 

jej w galerii portretów.

- To uwiedziesz gdzie indziej. Przy pierwszej okazji, jaka się nadarzy.

Bennett spoważniał. Tolerował bzdury wypisywane przez dziennikarzy. Gotów był 

przyznać,  że  swoim zachowaniem może  faktycznie  zasłużył  na  tytuł,  jakim go  ochrzcili: 

Książę Playboy. Ale nie zamierzał tolerować uwag Aleksa na temat tego, z kim się spotyka.

-   Kiedy,   gdzie   i   kogo   uwodzę   to   wyłącznie   moja   sprawa,  Aleks.   W   przyszłości 

będziesz rządził krajem, ale mną nie będziesz ani w przyszłości, ani teraz.

- Nie interesuje mnie, z kim się zadajesz - rzekł z ledwo tłumioną wściekłością starszy 

z braci. - Jeśli chcesz, możesz nawet zalecać się do pokojówki, bylebyś to robił dyskretnie.

Bennett nie odpowiedział.

- Nic cię nie obchodzą jej uczucia? - kontynuował Aleks. - Naprawdę musisz zabawiać 

się z inną tuż pod jej nosem? W dodatku z jedną z jej aktorek? Nie sądziłem, że potrafisz być 

background image

okrutny, Bennett. Bezczelny? Owszem. Nierozważny? Tak. Ale okrutny?

- Poczekaj. - Bennett potarł ręką twarz, po czym przeczesał włosy. - Czegoś tu nie 

rozumiem.   Mówisz   o   Eve?   Uważasz,   że   będzie   niepocieszona,   bo...   bo   flirtuję   z   jej 

pracownicą?

Mając   najpiękniejszy   brylant,   człowiek   nie   powinien   rozglądać   się   za   pospolitym 

agatem, pomyślał Aleks.

-   Nie   mógłbyś   przynajmniej   dochować   jej   wierności,   póki   mieszka   pod   naszym 

dachem?

- Wierności? - Bennett potrząsnął głową. - Pogubiłem się. Komu mam być wiemy? Bo 

chyba... - Nagle urwał. Zrozumiał, dlaczego brat się go czepia. Po chwili nie wytrzymał i 

ryknął   tubalnym   śmiechem.   -   Myślisz,   że   ja   i   Eve...   -   Rechocząc   wesoło,   oparł   się   o 

trzystupięćdziesięcioletnią rzeźbioną balustradę zakończoną gałką w kształcie kociego łba. - 

Nie do wiary! Oj, braciszku, kto jak kto, ale ty powinieneś być mądrzejszy i nie wierzyć w te 

wszystkie bzdury, jakie wypisują brukowce.

Aleksander stał bez ruchu, z trudem panując nad wściekłością.

- Mam oczy - oznajmił chłodno. - Wierzę w to, co sam widzę.

-   Masz   kiepski   wzrok,   ot   co.   Naprawdę   myślisz,   że...   jak   by   to   ująć?   -   Bennett 

ponownie potarł twarz, ale uśmiechu nie zdołał wymazać. - Że między mną a Eve doszło do 

zbliżenia?

- Więc twierdzisz, że nie jesteście kochankami?

- Kochankami? Dobry Boże! Nigdy w życiu jej nie dotknąłem. Jakżebym mógł? - W 

jego głosie pobrzmiewało autentyczne zdumienie. - Ona niemal należy do rodziny. Traktuję ją 

jak siostrę.

Aleks poczuł, jak wstępuje w niego nadzieja.

- Ale widziałem, jak spacerowaliście razem po ogrodzie i szeptaliście sobie coś do 

ucha.

Wtem Bennett doznał olśnienia i uśmiech znikł z jego twarzy. Zrozumiał bowiem, co 

się stało. Aleksander zakochał się w Eve i cierpiał, ponieważ chciał być lojalny wobec brata.

- Eve jest jednym z moich najlepszych przyjaciół.

To wszystko, Aleks. - Podszedł krok bliżej. Zastanawiał się, od jak dawna jego dumny, 

uparty brat przeżywa katusze. - Gdybyś wcześniej mnie spytał, powiedziałbym ci.

Aleks westchnął. Napięcie powoli go opuszczało.

- Może ty traktujesz ją jak siostrę - rzekł. - Ale skąd wiesz, że ona ciebie nie kocha?

Uśmiech ponownie zawitał na twarzy Bennetta.

background image

- Bo wiem. Akurat na kobietach to ja się znam. Ale jeśli mi nie wierzysz, porozmawiaj 

z Eve.

- Rozmawiałem. I nie zaprzeczyła.

- Chciała zrobić ci na złość. Pewnie nie spodobał się jej twój ton albo sposób, w jaki 

zadałeś pytanie.

Aleks przypomniał sobie tamtą scenę, swoje wymówki, pretensje, gniew. Nie, Eve nie 

zaprzeczyła. Ale i nie potwierdziła; pozwoliła mu wyciągnąć błędne wnioski. Czy mógł ją o 

to winić?

Spoglądając   na   brata,   domyślił   się,   że   Ben   odgadł   jego   tajemnicę.   W   młodości 

mnóstwo   ich   łączyło:   poczucie   humoru,   gust,   upodobania.   Na   szczęście   nie   musieli 

konkurować o kobiety; każdemu podobały się inne.

- Jak możesz jej nie pragnąć?

Bennett   słuchał   z   niedowierzaniem.   Nareszcie   komuś   udało   się   przebić   twardy 

pancerz, za którym Aleks się chował.

- Pragnąłem. Na samym początku. Kiedy ją pierwszy raz ujrzałem, pomyślałem sobie, 

że w życiu nie widziałem tak urodziwego stworzenia. Tylko nie wyzywaj mnie na pojedynek - 

dodał ze Śmiechem, widząc, jak Aleks mruży oczy. - Zresztą, gdybyś wyzwał, wybór broni 

należałby do mnie. A jestem lepszym strzelcem od ciebie.

- Dlaczego cię to tak bawi?

- Bo cię kocham, braciszku. I rzadko się zdarza, żebym widział cię zachowującego się 

zwyczajnie, jak normalny facet. Myślę, że ta odrobina zazdrości dobrze ci zrobi.

-  Nie  jestem  zazdrosny  -  oznajmił  z   irytacją  następca  tronu.   -  Po  prostu   od  paru 

miesięcy źle sypiam.

- Bardzo dobrze ci zrobi - kontynuował Bennett, jakby nie słyszał wtrętu Aleksa. - Ale 

żeby dokończyć temat Eve, przyznam ci się, że owszem, wpadła mi w oko, ja jej chyba też, 

ale zanim do czegokolwiek między nami doszło, wylądowałem w szpitalu. Odwiedzała mnie 

codziennie.

- Pamiętam.

- Krzątała się wokół mnie, poprawiała mi poduszki, gderała mi nad głową, pilnowała, 

żebym jadł te ohydne papki, którymi mnie karmiono. Wzajemna fascynacja minęła. Kiedy 

wyzdrowiałem, byliśmy już kumplami. I tak zostało do dziś. - Ze stojącego nieopodal wazonu 

Bennett wyjął różę, zamierzając podarować ją Doreen.

- Jeśli nie masz więcej pytań, pozwolisz, że cię opuszczę? W salonie czeka na mnie 

dziewczę o nogach do szyi. - Ruszył przed siebie żwawym krokiem, ale przystanął, zanim 

background image

doszedł do drzwi. - Chociaż wiem, że ich nie cierpisz, to jednak dam ci dobrą radę. Jeżeli 

zależy ci  na  Eve,  bądź  szczery i  bezpośredni.  Ona  nie  lubi  żadnych  gierek,  podchodów, 

flirtów.

Jeśli ktokolwiek znał się na kobietach, rozumiał ich psychikę, wiedział, jak działa ich 

umysł, był to Bennett. Po raz pierwszy od początku rozmowy Aleksander uśmiechnął się.

- Postaram się to zapamiętać.

Po chwili Bennett znikł za drzwiami salonu; sekundę później rozległ się tam perlisty 

śmiech. Aleks zadumał się, próbując uporządkować sobie wszystko w głowie. A zatem Eve 

nie jest kochanką Bena. I nigdy nią nie była. Łączy ich przyjaźń. Doskonale. Mógł więc z 

czystym sumieniem przystąpić do działania.

Miała za sobą koszmarny dzień. Zmęczona, wściekła na cały świat, weszła do pałacu 

wschodnim   wejściem.   Tylko   rodzina   i   przyjaciele   używali   bocznego   wejścia   od   strony 

ogrodu.   Zazwyczaj   wchodziła   głównymi   drzwiami,   ale   dziś   chciała   być   sama;   nie   miała 

ochoty z nikim rozmawiać, nikogo widzieć.

Reżyser   od   rana   był   podminowany,   na   wszystkich   warczał.   Aktorom   stopniowo 

udzielał się jego zły humor. Atmosfera stawała się nie do wytrzymania. Doszło do tego, że 

kiedy ktoś zapominał kwestię albo się mylił, reszta natychmiast na niego naskakiwała.

Jako producent Eve nie musiała uczestniczyć w próbach. Ale to był jej teatr; ona go 

wymyśliła, założyła i jak troskliwa matka dbała, aby jej „dziecku” nie działa się krzywda.

Dlatego ostatnie dwie godziny spędziła na zwołanym przez siebie zebraniu, na którym 

zarówno personel techniczny, jak i aktorzy mogli wykrzyczeć swoje pretensje, wypowiedzieć 

żale, wyładować złość.

Pomogło. Po zebraniu wszyscy prócz niej rozeszli się do swoich zajęć w lepszych 

humorach, spokojniejsi.

W drodze do pałacu uświadomiła sobie, że napięcie, które towarzyszy jej od paru 

tygodni,   nie   ma   nic   wspólnego   z   pracą.   To  Aleks   doprowadzał   ją   do   stanu   skrajnego 

wyczerpania. Podczas gdy ona wierciła się w nocy z boku na bok, a w ciągu dnia nie mogła 

na niczym skupić, on zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Jakby nie było telefonu z 

pogróżką.

Czterdzieści osiem godzin zbliżało się do końca. Deboque nadal tkwił w więzieniu. A 

Bissetowie nie zamierzali ulegać szantażowi. Zastanawiała się, kiedy spełni się przekazane za 

jej pośrednictwem ostrzeżenie.

Wciąż miała przed oczami widok Bennetta leżącego w kałuży krwi na kamiennym 

tarasie. Nie musiała zbytnio wysilać wyobraźni, aby na miejscu Bennetta ujrzeć Aleksa.

background image

Bała się, że na zawsze go straci. W porządku, może jej nie kochać, może jej nie 

szanować, może nie mieć do niej zaufania, ale chciała, by żył, by nie spotkała go najmniejsza 

krzywda.

Może to była czcza pogróżka? Nie mając siły dalej iść, Eve oparła się o chłodne 

drewniane   drzwi   i   zacisnęła   powieki.   Bissetowie   nie   potraktowali   szantażysty   poważnie. 

Gdyby mu uwierzyli, chyba widziałaby przy bramie więcej strażników, a na terenie pałacu 

jakieś   wzmożone   środki   bezpieczeństwa?   Niczego   takiego   nie   zauważyła,   wiedziała 

natomiast,   że   żaden   z   członków   książęcej   rodziny   niczego   nie   zmienił   w   swoim 

harmonogramie   zajęć.   Wszyscy   sumiennie   wykonywali   swoje   obowiązki.   Zarówno 

zawodowe, jak i prywatne.

A termin podany przez szantażystę mija dziś po południu.

Może faktycznie nic się nie zdarzy? Z drugiej strony... Dlaczego tylko ona jedna ma 

nerwy napięte do granicy wytrzymałości?

Książęta!   Czy   wydaje   im   się,   że   skoro   w   ich   żyłach   płynie   błękitna   krew,   są 

niezniszczalni? Czy myślą, że książęcy tytuł działa niczym niewidzialna tarcza, która ochrom 

ich przed kulą? Nawet Bennett nie chciał jej słuchać. Ba, nawet nie chciał z nią rozmawiać o 

jakimkolwiek zagrożeniu. Jakby się zmówili!

Wiedziała, że musi wziąć - się w garść, przestać się zadręczać. Ma inne sprawy na 

głowie, teatr, aktorów, przygotowania do premiery.

Nagle usłyszała kroki, szepty. Zamarła.

W pierwszym odruchu niemal rzuciła się do ucieczki. W drugim przyjęła pozycję 

obronną.

Oddychając głęboko, stanęła w rozkroku, na lekko ugiętych kolanach. Wolno uniosła 

ręce.  Wojownicy  od   wieków   przyjmowali   tę   pozycję,   kiedy  w  walce   z   wrogiem   musieli 

polegać wyłącznie na swojej inteligencji i sile mięśni.

Kiedy szepty zaczęły się przybliżać, odciągnęła do tyłu prawą rękę. Ramiona miała 

idealnie   proste.   Wydając   z   siebie   gniewny   okrzyk,   wyskoczyła   zza   rogu,   gotowa   zadać 

śmiertelny cios. Zatrzymała rękę dosłownie centymetr przed zgrabnym, arystokratycznym 

nosem Bennetta.

- Boże, Eve! Nie sądziłem, że aż tak cię zezłości i moja randka zjedna z twoich 

aktorek.

- Ben! - Osunęła się bezsilnie na ścianę. Krew odpłynęła jej z twarzy. - Mogłam 

wyrządzić ci straszną krzywdę.

Męska duma nie pozwoliła Benowi potulnie zaakceptować tego faktu.

background image

- Wątpię - rzekł. - Swoją drogą, co tu robisz? Dlaczego się tak skradasz?

-   Nie   skradam   się.   Przed   chwilą   weszłam.   -   Przeniosła   wzrok   na   rudowłosą 

towarzyszkę Bennetta. No tak. Powinna była się domyślić, że w tłumie aktorek Ben wypatrzy 

akurat tę. - Cześć. Doreen.

- Dzień dobry, panno Hamilton.

Chcąc pokryć zmieszanie, Eve strzepnęła z dżinsów niewidoczny pyłek.

- Ben, gdybym przeprowadziła  cios do końca,  złamałabym  ci  szczękę.  Na miłość 

boską, czego tu szukasz?

- Niczego. Ja... - Urwał. Tego brakowało, żeby zaczął się tłumaczyć, czego szuka we 

własnym domu.

Pokręcił   z   niedowierzaniem   głową:   jak   to   możliwe,   że   widząc   go   razem   z   Eve, 

Aleksander uznał, iż coś ich łączy? - Przed kolacją postanowiłem oprowadzić Doreen po 

pałacu. A szczęki na szczęście mi nie zgruchotałaś.

- Na szczęście. - Zacisnęła ręce. - Wszyscy są już w domu?

- Tak. - Wzruszony jej troską, pociągnął Eve za kosmyk włosów. - Wszyscy są na 

miejscu. Aleksander z nosem na kwintę, ale...

- Co się stało? - Chwyciła go za koszulę. - Czy... ?

- Uspokój się. Nic mu nie jest. I uważaj, bo mi oderwiesz guziki. - Jeżeli wcześniej 

miał jakiekolwiek wątpliwości, co Eve czuje wobec Aleksa, teraz nie miał już żadnych. - 

Widziałem go niecałą godzinę temu - dodał, próbując ratować swoją nową jedwabną koszulę. 

- Skarcił mnie za to, że... hm, paraduję z lilią, kiedy mogę wąchać różę, jeśli wiesz, co mam 

na myśli.

Wiedziała.

- Idiota - burknęła.

-   Zgadza   się.   W   każdym   razie   wyprowadziłem   go   z   błędu.   Problem   został   więc 

rozwiązany,   ku   zadowoleniu   wszystkich   zainteresowanych.   -   Uśmiechnął   się   czarująco, 

zadowolony, że mógł się przysłużyć bratu i przyjaciółce.

- Wyprowadziłeś z błędu, tak? - Eve zmrużyła gniewnie oczy. - Uważasz, że masz 

prawo wypowiadać się w moim imieniu?

- Wypowiadałem się w swoim - sprostował. - Najzwyczajniej w świecie wyjaśniłem 

mu, że... - nagle przypomniał sobie o stojącej obok, zasłuchanej Doreen - że nigdy nic... że do 

niczego nie doszło. Wydawał się tym usatysfakcjonowany.

- Tak? Ogromnie się cieszę. - Eve wsunęła ręce do kieszeni spodni. - Ale pozwolisz, że 

w przyszłości sama będę za siebie mówiła. - W jej głosie pobrzmiewała słodycz doprawiona 

background image

nutką goryczy. - Nie wiesz, dokąd się udał?

Rad, że Eve zamierza na kimś innym wyładować swą furię, Bennett błysnął zębami w 

uśmiechu. Żałował jedynie, że nie dane mu będzie obejrzeć tej fascynującej rozgrywki.

- Ponieważ był ubrany w strój do szermierki, sądzę, że jest w sali gimnastycznej.

- Dobra. - Energicznym krokiem skierowała się w stronę schodów. Po chwili, nie 

doszedłszy do nich, rzuciła przez ramię: - Próbę zaczynamy punktualnie o dziewiątej, Doreen. 

Masz być wypoczęta.

Może dlatego, że sama była osobą wysportowaną, doceniała to, że całe wschodnie 

skrzydło pałacu Bissetowie przerobili na pomieszczenia sportowe. Podobał się jej kontrast 

pomiędzy starymi ścianami i wysokim sufitem pokrytym stiukami a nowoczesną aparaturą do 

ćwiczeń:   bieżnią,   rowerem,   maszyną   do   wiosłowania,   atlasem,   hantlami.   Nie   docierał   tu 

zapach morza, nie stały wazony ze świeżo ściętymi kwiatami, za to można było podziwiać 

przepiękne stare witraże w oknach.

Minęła solarium, saunę i basen. Kiedy indziej z przyjemnością wskoczyłaby do wody i 

pozbyła się napięcia, ale nie dziś. Zza kolejnych drzwi dolatywał metaliczny brzęk.

Wsunęła głowę do środka. Zobaczyła salę bez okien, o drewnianej posadzce, na której 

leżała   plansza   szermiercza.   Jedna   ze   ścian   składała   się   z   lustra,   wzdłuż   którego   biegł 

kilkumetrowej   długości   drążek.   W   lustrze   odbijały   się   dwie   ubrane   na   biało   postaci 

wykonujące dziwny taniec.

Obaj szermierze byli wysocy, szczupli i ciemnowłosi. Obaj mieli twarze zasłonięte 

maskami   ochronnymi.   Eve   jednak   bez   problemu   rozpoznała  Aleksandra.   Rozpoznała   po 

ruchach.

W   milczeniu   przyglądała   się   walce.   Mężczyźni   nie   odstawali   od   siebie 

umiejętnościami. Wiedziała, że Aleksander nigdy nie wybrałby na przeciwnika kogoś, kogo z 

łatwością mógłby pokonać. Uwielbiał wyzwania.

Gdyby żył w innych czasach, wywijałby w walce szablą lub mieczem, dzielnie broniąc 

przed wrogiem swojego kraju i dziedzictwa.

Teraz też wywijał. Częściej był w ataku niż w obronie. Kilka razy zauważyła, jak 

odsłania się i wykonuje działania zaczepne. Zastanawiała się, czy walczyłby tak brawurowo, 

gdyby broń zakończona była ostrym szpikulcem.

Znała odpowiedź na to pytanie.

Tak, w sporcie pozwalał sobie na ryzyko i brawurę, której wystrzegał się w życiu 

codziennym, kiedy zajmował się sprawami dotyczącymi państwa. Nagromadzonego napięcia 

pozbywał się na planszy, bieżni lub w basenie.

background image

-   Świetnie!   Gratuluję   zwycięstwa,   Wasza   Wysokość   -   oznajmił   jego   przeciwnik, 

zdejmując z twarzy maskę.

Był to przystojny mężczyzna z zawadiackim uśmiechem i ciemnym wąsem. Ponad 

ramieniem Aleksa napotkał wzrok Eve. - Mamy publiczność, Wasza Wysokość.

Aleksander obrócił się i poprzez drucianą siatkę w masce zobaczył stojącą na końcu 

sali   Eve.   Zaintrygowany,   odsłonił   twarz.  W  oczach   Eve   dojrzał   wściekłość,   ale   również 

podniecenie. I pożądanie.

- Dzięki za pojedynek, Jermaine - powiedział, nie odrywając wzroku od Eve.

-   Cała   przyjemność   po   mojej   strome.   -   Jermaine   był   Francuzem;   na   odległość 

wyczuwał, gdy między dwojgiem ludzi coś iskrzyło. Bez najmniejszych oporów zrezygnował 

więc ze zwyczajowego kieliszka wina, jaki wypijał po meczu ze swym uczniem, a zarazem 

przyjacielem. - Do zobaczenia za tydzień.

- Dobrze. - Aleksander nawet na niego nie spojrzał.

Starając się zachować powagę, Jermaine odłożył szablę i maskę na miejsce, po czym 

ruszył do drzwi.

- Bon soir, mademoiselle.

-  Bon soir. - Eve zwilżyła wargi.  Kiedy drzwi się zamknęły, skinęła lekko głową. - 

Wasza Wysokość jest w doskonałej formie.

Nie dał się zwieść komplementowi. Była zła jak osa. W geście pozdrowienia uniósł 

szablę.

- Mademoiselle również.

- Dziękuję, ale nie przyszłam tu, żeby słuchać pochlebstw.

- Tak sądziłem.

- Spotkałam przed chwilą Bennetta. - Obiecała sobie, że nie straci panowania, że 

pokona  Aleksa   spokojem,   rozsądkiem,   sensownymi   argumentami.   -   Podobno   odbyliście 

rozmowę. - Postąpiła parę kroków naprzód. - Na mój temat.

- Rozmowę, do której nie musiałoby dojść, gdybyś była ze mną szczera.

- Szczera? - Niemal zakrztusiła się z oburzenia. - Nigdy cię nie okłamałam.

-   Pozwoliłaś   mi   wierzyć,   i   z   tego   powodu   cierpieć,   że   ty   i   mój   brat   jesteście 

kochankami.

- Sam sobie to ubzdurałeś. - Cierpiał z tego powodu? Chyba się nie przesłyszała. Bała 

się jednak spytać o wyjaśnienie. - A ja postanowiłam niczemu nie zaprzeczać, bo uznałam, i 

nadal uważam, że to nie twój interes.

- Nie mój interes? Przecież wiem, co czułaś, kiedy trzymałem cię w ramionach. - Wbił 

background image

wzrok w czubek szabli. - Śnię o tobie każdej nocy, a każdego ranka nienawidzę się za to, że 

pożądam czegoś, co należy do mojego brata.

- Czegoś? - Złość, która zaczęła jej przechodzić po jego pierwszych słowach, wróciła 

ze zdwojoną siłą. - Nawet nie kogoś, tylko czegoś? Sądziłeś, że jestem własnością Bena, a 

kiedy odkryłeś prawdę, uznałeś, że będę twoją?

- Będziesz moja, Eve.

Po plecach przebiegły jej dreszcze.

- Mylisz się. Do nikogo nie należałam i nie będę należeć. - Ze stojaka na sprzęt 

wyciągnęła szablę. - Uważasz się za lepszego, bo jesteś mężczyzną, w dodatku z książęcego 

rodu?

Przypomniała   sobie   te   dwa   lub   trzy  razy,   kiedy  trzymał   ją   w   objęciach,   a   potem 

wycofywał się, zanim do czegokolwiek więcej pomiędzy nimi doszło. Wycofywał się, bo był 

pewien, że coś j ą łączy z jego bratem. Ani razu nie pomyślał o niej, nie spytał, co ona czuje, o 

czym marzy, czego pragnie.

-   W  Ameryce   traktujemy   ludzi   jak   ludzi,   nie   jak   przedmioty.   -   Przecięła   szablą 

powietrze, testując jej ciężar. - Gdybym chciała się z tobą przespać, dawno bym to zrobiła. - 

Rozległ się kolejny świst: szabla znów przecięła powietrze. - Wasza Wysokość... - Wykonała 

gest, jaki szermierze wykonują na powitanie.

Ogarnęła go fala pożądania. Eve, ubrana na czarno, z włosami ściągniętymi do tyłu, z 

lśniącą szablą w prawej ręce, rzucała mu wyzwanie.

- Nie zapraszałem cię do mojego łóżka.

Po raz pierwszy od wejścia uśmiech rozjaśnił jej twarz.

- Nie potrzebuję zaproszenia. Gdybym chciała, mogłabym sprawić, że na kolanach 

błagałbyś mnie o chwilę czułości.

Zmrużył oczy. W tym, co mówiła, tkwiło jakieś ziarno prawdy.

- Gdybym uznał, że nadeszła odpowiednia pora, na pewno bym nie klęczał. - Zbliżył 

się do niej na odległość szabli. - A ty drżałabyś na całym ciele.

Wiedziała, że faktycznie tak by było.

- Kłopot w tym - rzekła - że za często zadajesz się z uległymi kobietami. - Niewiele się 

zastanawiając,   sięgnęła   po   maskę   oraz   kamizelkę   ochronną.   -   A   nie   dość   często   - 

kontynuowała - z kobietami równymi sobie. Może nie wygram, ale nie pozwolę się łatwo 

pokonać. - Włożywszy maskę i kamizelkę, podeszła do planszy i zajęła pozycję. - To co, nie 

boisz się przegrać z kobietą?

Zafascynowany, podszedł bliżej.

background image

- Eve, uprawiam szermierkę od lat.

- Podczas ostatniej Olimpiady zdobyłeś nawet srebrny medal. - Poczuła niesamowity 

przypływ adrenaliny. - To powinien być bardzo interesujący mecz. En garde!

Widział, że Eve nie żartuje. Nasunął maskę na twarz. Był sporo od niej wyższy, miał o 

połowę dłuższy zasięg ramion.

- Co chcesz udowodnić, Eve?

- Że jesteśmy sobie równi. Tu, na planszy, i poza nią.

Wyciągnęła ramię; czubki ich szabli się zetknęły. Przez chwilę stali bez ruchu, po 

czym przystąpili do walki. Aleks był wyższy i silniejszy, ona jednak miała drobną przewagę - 

a   był   nią   element   zaskoczenia.  Widziała   przed   laty,   jak  Aleks   walczy.   Z   szablą   w   ręku 

wyglądał wspaniale. Oczywiście prędzej dałaby sobie język uciąć, niż przyznała się do tego, 

że to pod jego wpływem nauczyła się szermierki. Podczas każdej lekcji, a potem każdego 

meczu, zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie miała okazję spotkać się z Aleksem na 

planszy. Okazja wreszcie się nadarzyła.

Chociaż serce waliło jej mocno, była skupiona i opanowana. Wiedziała, że Aleks woli 

natarcia. W porządku; postanowiła zadowolić się obroną.

Obserwował ją z przyjemnością i podziwem. Doskonale się poruszała, robiła świetne 

wypady. Była naprawdę groźnym i godnym szacunku przeciwnikiem.

Zwarli się. Przez moment przyglądali się sobie przez druciane siatki w maskach.

Aleks dostrzegł w oczach Eve ten sam żar, który w nim płonął. Pragnął jej. Chciał się 

z nią kochać tu i teraz.

Ona dostrzegła w jego spojrzeniu nieokiełznaną żądzę, która poruszyła w niej głęboko 

skrywane marzenia i tęsknoty. Miała ochotę ściągnąć z twarzy maskę, odrzucić na bok szablę 

i ulec namiętnościom, które targały nimi obojgiem. Czy to by oznaczało jego zwycięstwo, jej 

porażkę? Chyba nie. Ale niepewność kazała jej dalej walczyć.

Rezygnując z taktyki obronnej, przystąpiła do natarcia. Aleks, zaskoczony, cofnął się o 

krok. I poczuł trafienie.

- Miałaś dobrego nauczyciela.

- Byłam dobrą uczennicą.

Roześmiał   się   wesoło.   Ze   smutkiem   zdała   sobie   sprawę,   że   jest   to   dźwięk,   który 

stanowczo zbyt rzadko daje się słyszeć.

- En garde, cherie.

Zademonstrował jej, co naprawdę potrafi. Ucieszyła się. Nie chciała żadnych forów 

ani łagodnego traktowania.

background image

Raz   po   raz   rozlegał   się   metaliczny  brzęk.  W  ogromnym   lustrze   widać   było   dwie 

pojedynkujące się postaci, jedną w czerni, drugą w bieli. Mężczyznę i kobietę. Oddechy mieli 

szybkie, urywane. Nacierali na siebie, cofali się, niczym w jakimś dziwnym rytualnym tańcu.

Nagle Aleks wykonał ruch, który ją zdumiał. Zdjął maskę - i upuścił z brzękiem na 

podłogę. Pot spływał mu z twarzy, włosy lepiły się do czoła. Następnie skierował szablę 

końcem   do   dołu.   To   samo   zrobił   z   jej   szablą.   Po   chwili   jej   maska   też   wylądowała   na 

podłodze.

Kiedy objął ją w pasie, zesztywniała, ale nie cofnęła się. Wciąż patrzyli na siebie z 

wyzwaniem w oczach. Wreszcie ich wargi się zetknęły. Jej namiętność dorównywała jego 

namiętności. Tak bardzo go pragnęła.

Lecz   nie   potrafiła   zdecydować   się   na   ten   krok.   Najwyższym   wysiłkiem   woli 

oswobodziła się z jego objęć.

- Eve...

- Nie. - Potarta ręką twarz. - Tu nie ma zwycięzców i pokonanych, Aleks. Ale... po 

prostu tak nie umiem.

- Wystarczy zamknąć oczy...

- I co? Marzyć? Ja wiem, czego pragnę. I wiem, jak to osiągnąć. Lecz krótka chwila 

szczęścia mnie nie interesuje.

- Powiedz, czego oczekujesz? Na co liczysz?

Zacisnęła powieki i wzięła głęboki oddech.

-   Skoro   pytasz,   to   znaczy,   że   nie   jesteś   gotów   mi   tego   dać.   Nie!   Proszę   cię   - 

zaprotestowała, kiedy usiłował ją objąć. - Chcę być sama. Muszę wszystko na spokojnie 

przemyśleć.

Skierowała się pośpiesznie do wyjścia, bojąc się, że jeszcze chwila, a ulegnie.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nie była w stanie zasnąć. Długo wpatrywała się w wielki srebrzysty księżyc, który 

zaglądał do okna, w odciągnięte na bok firanki, które tańczyły na wietrze.

Praca   nie   pomogła.   Papierowe   teczki   walały   się   na   stole,   kanapie,   podłodze.   Nie 

potrafiła   się   skupić   na   kostiumach,   biletach   czy   przepalonych   żarówkach;   cały   czas 

rozmyślała o Aleksie.

Bała się o niego. Niepotrzebnie przebywał w miejscach publicznych, narażając się na 

niebezpieczeństwo. Dziś, na przykład, udał się na proszoną kolację. Co za głupota! Krążąc po 

pokoju w krótkim niebieskim szlafroku, przeczesała ręką włosy.

Po   kolacji,   popijając   kawę   czy   koniak,   pewnie   prowadził   z   kimś   uprzejmą,   choć 

zdawkową rozmowę, podczas gdy ona, Eve, ze zdenerwowania ani nie mogła nic przełknąć, 

ani zasnąć.

Wyszedł   z   pałacu,   nie   bacząc   na   konsekwencje.   Nie   bacząc   na   nic.   Ona   po   tym 

pocałunku   wciąż   nie   mogła   dojść   do   równowagi.  A  on,   jak   gdyby   nigdy   nic,   siedział 

pomiędzy ludźmi, jedząc i gawędząc.

Boże, co się z nią dzieje? Przetarła oczy. Najpierw była wściekła na Aleksa, że chce 

rywalizować z bratem. Potem że odtrąca ją wbrew własnym pragnieniom, bo uważa, że spała 

z Bennettem. Jeszcze później, że nadal jej pragnie, mimo iż zna już prawdę. A teraz że może 

wcale nie pała do niej żadnym gorącym uczuciem.

A ona? Czego pragnęła? W jednej chwili gotowa była oddać wszystko, by znaleźć się 

w jego ramionach, w następnej wręcz odwrotnie, chciała trzymać się od niego na dystans, 

wiedziała   bowiem,   że   nie   ma   co   marzyć   o   wspólnej   przyszłości.  Aleksander   powinien 

spłodzić potomka, kolejnego następcę tronu. Za żonę powinien pojąć kobietę należącą do 

europejskiej arystokracji.

Potrząsnęła głową. Znała mężczyzn, ich psychikę. Wiedziała, jak z nimi postępować. 

Dlaczego   więc   Aleks   pozostaje   dla   niej   zagadką?   Tyle   godzin   spędziła   na   szukaniu 

odpowiedzi, na próbach znalezienia jakiegoś klucza. Klucza do Aleksa nie znalazła. Zajrzała 

jednak w głąb samej siebie.

Kochała go. I bała się tej miłości.

Żyła pod kloszem, chroniona przez wyrozumiałego ojca i troskliwą siostrę. Kilka lat 

temu postanowiła się usamodzielnić. Założyła teatr. Przestała liczyć na rodzinę. Powodzenie 

lub   porażka   zależały   wyłącznie   od   niej.   Dzięki   ciężkiej   pracy,   uporowi   i   zdolnościom 

odniosła   sukces.   Wiedziała   jednak,   że   jeśli   noga   się   jej   powinie,   rodzina   na   pewno   ją 

background image

wspomoże.

Z  Aleksandrem   sprawa   jest   znacznie   bardziej   skomplikowana.  W  razie   potknięcia 

może się porządnie poturbować. Ryzyko było ogromne, ale pokusa też.

Rozum mówił jej jedno, serce co innego. Niepewna, co robić, podeszła do okna i 

usiadła na ławie, pozwalając, by chłodne morskie powietrze ostudziło jej rozognioną twarz.

Bał   się,   że   nie   wytrzyma   kolejnej   nocy.   Boso,   z   gołym   torsem,   chodził   tam   i   z 

powrotem po sypialni, próbując uporządkować myśli i zapanować nad emocjami. Wiszące na 

ścianach  pejzaże  morskie  zazwyczaj   potrafiły  natchnąć  go spokojem,  dziś...  Dziś nic  nie 

pomagało.

Wsunął ręce do kieszeni spodni. Kolacja dłużyła się niemiłosiernie, ale przecież nie 

mógł wyjść w trakcie drugiego dania. Na szczęście był już z powrotem w pałacu, ale... Tak, 

bał się, że nie wytrzyma kolejnej nocy.

Eve   mieszka   tuż   obok,   zaledwie   kilka   pokoi   dalej.   Dziesiątki   razy   pokonywał   w 

myślach ten dystans. Pewnie śpi. Wkrótce zegar wybije północ. O północy ludzie już śpią.

Ona śpi, a on cierpi. Żadna szkoła, żaden trening, żadne rady ojca czy matki nie 

przygotowały go na tak wielki ból.

Ból, który narastał stopniowo przez lata.

Czasem wydawało mu się, że już jej nie pragnie. Oszukiwał się, może nawet w to 

wierzył? W każdym razie ból ustępował. Zdarzało się, że całymi miesiącami nie widywał 

Eve. To znaczy nie widywał w rzeczywistości, bo w marzeniach i snach stale mu się jawiła. 

Ale   wtedy   panował   nad   sytuacją.  Tłumaczył   sobie,   że   wyobraźnia   płata   mu   figla,   a   on 

przecież ma ważniejsze sprawy na głowie.

Kiedy jednak Eve była na wyciągnięcie ręki, nie potrafił się okłamywać. Nie potrafił 

stłumić pożądania, tęsknoty, udawać, że nic nie czuje, że jest mu obojętna.

Co miał jej do zaoferowania? Albo potajemne schadzki, ułudę, fałsz, albo życie pełne 

zobowiązań i poświęceń. Gdyby została jego kochanką... Nie, gdyby została jego żoną...

Potarł   skronie.   Jakżeby  mógł   poprosić   ją   o   rękę?   Żona   musiałaby  bezwarunkowo 

zaakceptować jego styl życia. Czy osoba tak silna i niezależna jak Eve potrafiłaby pogodzić 

się z ograniczeniami, jakie pociągałby za sobą tytuł księżnej? Czy potrafiłaby zrezygnować z 

kariery,  z   prywatności,  z  ojczyzny?   Czy  umiałaby żyć   w  złotej  klatce?  Tej,  w  której   on 

przyszedł na świat? Czy zdołałaby pokochać jego kraj, być dumną z jego tradycji, kultury, 

osiągnięć naukowych?

Czy on, Aleks, ma prawo ją o to prosić?

Nie. Ale może ją poprosić o jedną noc. Gdyby się zgodziła, może to by wystarczyło.

background image

Wyjrzał przez okno, to, z którego widać było ten sam skrawek nieba, ten sam fragment 

ogrodu i morza, co z okna Eve. Jedna noc, pomyślał; wtedy kolejne zdoła przetrwać.

Nie   zapukał.   Drzwi   otworzyły   się   bezgłośnie.   Chociaż   siedziała   zwrócona   tyłem, 

natychmiast wyczuła jego obecność.

Nie   wstała;   wolno   odwróciła   głowę.   Kiedy   tak   siedziała   w   oknie,   obserwując 

roziskrzone gwiazdami niebo, domyśliła się, że tej nocy Aleks do niej przyjdzie. Że dziś 

spełni się to, czego oboje pragnęli, z czym walczyli i czego się bali.

- Pozwolisz, że się nie ukłonię - rzekła.

Uniósł brwi; nie była pewna, czy ze zdziwieniem, czy z rozbawieniem.

- A ty, że nie padnę na kolana.

Dreszcz podniecenia przebiegł jej po plecach. Spojrzała na swoje dłonie, po czym 

skierowała   wzrok   na  Aleksa.  Tak   wiele   o   nim   wie   i   tak   wiele   wciąż   pozostaje   dla   niej 

tajemnicą. Z każdym uderzeniem serce biło jej mocniej. Tak bardzo chciała wstać, podejść 

bliżej, zarzucić Aleksowi ręce na szyję. Ale nie ruszyła się z miejsca.

- Może byś mi wyjaśnił, po co przyszedłeś...

- Po co? Bo cię pragnę. I potrzebuję.

Zapadła cisza. Oboje w milczeniu trawili te słowa. Widział w jej oczach zdumienie, 

potem radość i przyzwolenie.

Wyciągnęła do niego rękę. Ujął ją.

Dotyk   zastąpił   słowa.  Aleks   przysunął   złączone   dłonie   do   ust.   W   pokoju   nadal 

panowała cisza. Gdzieś w oddali zegar wybił północ. Emocje, tak długo tłumione i skrywane, 

wreszcie znalazły ujście. Tama pękła. Swobodnie, bez skrępowania wyrażali swoje pragnienia 

- ustami, językiem, dłońmi.

Nie odrywając od niej warg, gładził ją po ramionach, po plecach. Próbował sobie 

wyobrazić, co się kryje pod jedwabnym szlafrokiem. Tyle razy widział ją nagą, tyle razy tulił i 

obejmował we śnie. Rzeczywistość okazała się o wiele wspanialsza.

Gdyby był poetą, opiewałby Eve w wierszach. Gdyby był muzykiem, komponowałby 

dla niej pieśni. On jednak był zwykłym księciem zauroczonym piękną kobietą skąpaną w 

srebrzystym blasku księżyca.

Nie potrzebowała wierszy ani pieśni. Wystarczył jej zachwyt w jego oczach.

Po chwili oboje byli nadzy.

Wziął ją na ręce. Materac ugiął się, pościel cichutko zaszeleściła. Powoli, niespiesznie, 

rozkoszując się swoją bliskością, poznawali się nawzajem. Badali się dotykiem, węchem, 

odkrywali tajemnice swych ciał. On instynktownie wyczuwał, czego ona pragnie; był czuły, 

background image

delikatny, cierpliwy. Odwzajemniała się tym samym. Na tę chwilę czekali siedem lat. Oboje 

wiedzieli, że czas na dziką namiętność nadejdzie później.

Skończyli   razem.   Cicho,   cudownie,   jednocześnie.   Księżyc   wciąż   wisiał   na   niebie, 

firanki powiewały na wietrze. Jakby nic się nie zmieniło, a przecież zmieniło się tak wiele.

Leżała z głową na ramieniu Aleksa i czuła się tak, jakby tu było jej miejsce. Istniała 

między nimi idealna harmonia.

- Siedem lat - powiedziała, przerywając ciszę. - Pragnęłam tego od siedmiu lat.

W milczeniu gładził palcami jej twarz.

- Od początku? - spytał cicho.

Uśmiechnęła się, słysząc niepewność w jego głosie.

- Miałeś na sobie szykowny mundur. W sali było pełno pięknych kobiet i przystojnych 

mężczyzn. Ale ja widziałam tylko ciebie. - Zalała ją fala wspomnień. - Czułam się jak we 

śnie. Pamiętam kwiaty, mnóstwo kwiatów. Świeży wiosenny zapach wypełniał powietrze. 

Pamiętam też wspaniałe żyrandole, srebrne tace, kryształowe kieliszki, skrzypce. No i szablę 

u   twojego   boku.   Marzyłam   o   tym,   żebyś   poprosił   mnie   do   tańca.   Żebyś   chociaż   mnie 

zauważył.

- Zauważyłem - szepnął, całując ją w czoło.

- Faktycznie. Zmierzyłeś mnie gniewnym wzrokiem. - Zmieniła pozycję i oparła się na 

łokciu. - Cały czas tańczyłeś ze śliczną blondynką o brzoskwiniowej cerze. Natychmiast ją 

znienawidziłam.

Czubkiem palca przesunął po jej wardze. Po raz pierwszy od dawna czuł się w pełni 

odprężony.

- Nawet jej nie pamiętam.

- To była...

- Pamiętam za to, że ty miałaś na sobie czerwoną suknię bez rękawów, z dekoltem na 

plecach. - Zbliżył usta do jej nadgarstka. - A tu, na ręku, miałaś bransoletę. Szeroką, ze złota, 

wysadzaną rubinami. Uznałem, że to prezent od kochanka.

- Od ojca - rzekła, zaskoczona jego wyznaniem. - Podarował mi ją, kiedy zdałam 

maturę. - Potrząsnęła z niedowierzaniem głową. - Więc naprawdę mnie zauważyłeś.

-  Tak   -   Cieszył   się,   że   nie   musi   dłużej   siebie   oszukiwać.   -   I   od   tamtej   pory  nie 

przestałem o tobie myśleć.

Chciała mu wierzyć. Ale jeśli nawet przesadził, nie miało to większego znaczenia.

- Nie poprosiłeś mnie do tańca...

- Całkiem świadomie. - Pociągnął ją za kosmyk włosów. - Bałem się, że zwariuję, jeśli 

background image

wezmę cię w ramiona. A potem zobaczyłam, jak razem z Bennettem opuszczasz salę balową.

- Byłeś zazdrosny? - Przygryzła wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

- Zazdrość to takie brzydkie, a zarazem pospolite uczucie. - Na moment zamilkł. - 

Pożerała mnie.

Dźwięczny, radosny śmiech wypełnił sypialnię.

- Och, Aleks, nawet nie wiesz, jak się cieszę!

- Chciałem za wami wyjść. Ale uznałem, że tylko bym się wygłupił. Gdybym jednak 

nie posłuchał głosu rozsądku...

- Nie. - Przyłożyła palce do jego ust. - Nie wiadomo, czym by się to skończyło.

Delikatnie odsunął jej rękę.

-   Zobaczyłem,   jak   wracasz.   Sama,   przeraźliwie   blada.   I   drżąca   na   całym   ciele. 

Pomyślałem,   że   Bennett   musiał   cię   czymś   urazić.   Kiedy   do   ciebie   podszedłem,   akurat 

opowiadałaś Reevelowi i mojemu ojcu o tym, co się wydarzyło na tarasie. Chociaż byłaś 

bliska omdlenia, zaprowadziłaś nas do nich.

- Boże, ile tam było krwi! - Na samo wspomnienie przeniknął ją dreszcz. - Ben leżał  

na podłodze... Byłam pewna, że nie żyje. - Zamknęła oczy. Pamiętała wszystko tak wyraźnie, 

jakby to się zdarzyło zaledwie wczoraj. Po chwili otworzyła je i wpatrując się w srebrzystą 

tarczę księżyca, ciągnęła: - Kiedy aresztowano Janet Smithers i Loubeta, sądziłam, że to 

koniec. Że odtąd wszyscy będą bezpieczni. A teraz znów...

- Wszyscy są bezpieczni.

- Nieprawda. - Potrząsnęła gniewnie głową. - Nie traktuj mnie jak kogoś obcego, 

Aleks. Szantażysta zadzwonił do mnie. Mnie kazał przekazać wam ostrzeżenie. Wiem, co 

Deboque potrafi zdziałać zza więziennych krat Byłam tu siedem lat temu. I jestem dziś.

- Nie myśl o Deboque'u.

- Przestań! Uważasz, że kobietę powinno się traktować jak dziecko?

Nie umiał powstrzymać uśmiechu.

- Nawet jeśli kiedyś uważałem, Gabriella dawno wybiła mi to z głowy - powiedział. - 

Chodzi mi wyłącznie o to, że zamartwianie się nic nie da. A Deboque'owi nie pomogą żadne 

szantaże. - Czubkiem palca obrysował jej twarz. - Jeśli to cię uspokoi, zdradzę ci, że Reeve 

próbuje znaleźć rozwiązanie.

- Za każdym razem, kiedy mijasz bramę, boję się, że coś złego ci się przydarzy.

Ma belle, przecież nie mogę tkwić w pałacu, czekając, aż Deboque umrze. - Widząc 

jej przerażoną minę, wiedział, że musi wyjaśnić Eve sytuację. - Sądzisz, że to się kiedyś 

skończy? Nie, kochanie. Deboque został osadzony w więzieniu w Cordinie. Dopóki nie wyda 

background image

z siebie ostatniego tchu, będzie szukał zemsty.

- Więc przenieście go do więzienia gdzie indziej.

- To niczego nie zmieni. On dobrze wie, że to mój ojciec wsadził go za kratki.

- Reeve mówił, że Interpol.

- Tak, ale bez pomocy ojca, bez informacji zebranych przez naszą policję, może wciąż 

byłby   na   wolności.   Zrozum,   Eve,   nie   możemy   ulegać   szantażom,   pozwalać,   aby   strach 

kierował naszym życiem.

Wtuliła się w jego ramiona.

- Nie zniosłabym, gdyby coś ci się stało.

- Nie stanie się. Wierz mi. A teraz powiedz mi, cherie, gdzie nauczyłaś się szermierki?

Próbował zmienić temat, odwrócić jej myśli od ponurych spraw. Słusznie. Kochali się, 

byli szczęśliwi. Dlaczego Deboque miał im to zepsuć?

- W Houston.

- Nie sądziłem, że w Stanach sztuka władania białą bronią stoi na wysokim poziomie.

Rozbawiły ją jego słowa.

- A co, Ameryka bardziej kojarzy się z kowbojami niż z szermierzami? Zaręczam ci, 

że szermierzy też mamy niezłych. Nie musisz się wstydzić, że ze mną przegrałeś.

- Nie przegrałem. - Przewrócił ją na wznak. - Przerwaliśmy mecz.

- Było jedno trafienie. Moje. Ale jeśli wolisz, możemy zachować to w tajemnicy.

- Zdaje się, że powinniśmy zakończyć, co rozpoczęliśmy.

-   Koniecznie   -   szepnęła.   Oczy   lśniły   jej   gorączkowo,   a   po   wargach   błąkał   się 

szelmowski uśmiech.

Ciszę rozdań przeraźliwy terkot budzika. Eve półprzytomna wyciągnęła rękę. Przez 

chwilę szukała na oślep przycisku; wreszcie znalazła - w sypialni znów nastała cisza. Raz 

mogę   się   spóźnić,   pomyślała   sennie.   Niech   zaczną   beze   mnie.   Przewróciła   się   na   bok, 

zamierzając przytulić się do Aleksandra.

Jego jednak nie było.

Odgarniając   włosy  z   oczu,   usiadła.   Firanki   wciąż   poruszały  się   na   wietrze,   przez 

uchylone okno wciąż wpadał słonawy zapach morza, ale na zewnątrz świeciło już słońce.

Szlafrok, który wcześniej leżał na podłodze, teraz leżał w nogach łóżka. Rozejrzała się 

dookoła. Po Aleksie nie było najmniejszego śladu.

Znikł.   Bez   słowa.   Nawet   nie   wiedziała,   kiedy   ją   opuścił.   Nie   żeby   to   miało 

jakiekolwiek znaczenie. Wciągnąwszy szlafrok, podeszła do okna.

Kutry wypłynęły już w morze. Duży biały jacht stał zacumowany w porcie; nikt się 

background image

nie   kręcił   po   pokładzie.   Plaża   była   pusta,   jeśli   nie   Uczyć   mew   i   krabów,   których   z   tej 

odległości i tak nie widziała. Tuż pod jej oknem ogrodnik, pogwizdując cicho, podlewał 

rośliny.   Trzy   motyle   o   jasnożółtych   skrzydłach   wzbiły   się   w   powietrze,   uciekając   przed 

strumieniem wody. Wilgotne liście lśniły w promieniach słońca, a zapach kwiatów niemal 

przyprawiał o zawrót głowy.

Nie   żałowała   tego,   co   się   stało.   Spełniły   się   jej   marzenia:   spędziła   z   Aleksem 

cudowną, zaczarowaną noc. Ujrzała jego inną twarz, przekonała się, jakim jest wspaniałym 

człowiekiem. Przez kilka godzin liczyli się tylko ni. Teraz, gdy noc minęła, oboje musieli 

zająć się czym innym, wrócić do obowiązków.

Dla Aleksa była to rzecz święta. Obowiązków nie zamierzał zaniedbywać dla nikogo, 

ani dla niej, ani dla Deboque'a. Skoro go kochała, czy mogła tego nie akceptować?

Nie. Mimo to szkoda jej było, że nie mogą razem podziwiać budzącego się do życia 

dnia.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Z pomostu nad sceną Eve śledziła przebieg próby. Co pewien czas zapisywała coś w 

notesie.   Mijała   szósta   godzina   pracy,   a   doszło   tylko   do   dwóch   krótkich   scysji.   Czyli 

wczorajsze zebranie wszystkim wyszło na dobre.

Miała rację co do obsady, pomyślała z satysfakcją, patrząc na Russa i Linde grających 

role Bricka i Maggie. Bez przerwy wyczuwało się między nimi napięcie seksualne. Kiedy 

pojawiali się na scenie, temperatura rosła o kilka stopni. Maggie jako tytułowa Kotka była 

pełna temperamentu, Brick zaś z pozoru wydawał się chłodny, lecz w rzeczywistości targały 

nim namiętności. Aktorzy grający drugorzędne role, postaci stale z sobą walczące, też byli 

znakomici.

W dodatku wyglądało na to, że budżet nie zostanie przekroczony.

Reżyser poprosił, by cofnęli się o dwa akty.  Linda po raz piąty w ciągu godziny 

powtórzyła swą kwestię; po raz piąty ona i Russ odegrali tę samą scenę. Eve podziwiała 

aktorów za ich anielską cierpliwość. I pomyśleć, że kiedyś chciała być aktorką! Znacznie 

lepiej sprawdzała się w roli producentki.

Spoglądała na dekoracje, kiedy nagle coś ją tknęło. Hm, wszystko jest lśniące, nowe. 

Zmrużyła oczy, próbując sobie wyobrazić, jak ma wyglądać pokój, w którym toczy się akcja. 

Powinien   być   brzydszy,   brudniejszy.   Jeden   element   powinien   przykuwać   wzrok.   Czuła 

narastające podniecenie. Coś dużego i kiczowatego. Wielki wazon w jaskrawym kolorze. 

Umieszczą w nim kwiaty, których Matka będzie dotykać i wąchać, żeby tylko nie patrzeć na 

dezintegrację swej rodziny.

Ledwo Eve zapisała to w notesie, kiedy reżyser ogłosił przerwę. Ostrożnie, żeby nie 

przewrócić się o liny, krętymi schodami ruszyła w dół.

-   Pete   -   zwróciła   się   do   rekwizytora,   zanim   ten   zdążył   zapalić   papierosa.   -   Chcę 

wprowadzić kilka zmian.

- Koniecznie, panno Hamilton?

-   Drobnych   -   pocieszyła   go.   Wyszli   razem   na   środek   sceny.   -   Trzeba   wszystko 

postarzyć.

Pete podrapał się z namysłem po brodzie.

- O ile?

- O jakieś dziesięć lat W końcu rodzina mieszka tu nie od dziś, a meble wyglądają tak, 

jakby kupiono je przed chwilą. Gdyby kanapa była trochę bardziej wyblakła...

- Wyblakła?

background image

- Tak, Pete. Tkaniny mają to do siebie, że z czasem płowieją. Gdybyś zdjął obicia i dał 

je do kilkakrotnego prania... powinno wystarczyć. Warto by też przyciemnić te złocone ramy, 

żeby tak nie lśniły. I jeszcze... - Nagle doznała olśnienia. - Serwetki. Koronkowe serwetki.

- I ja mam je zdobyć?

- Kiedyś chwaliłeś się, że nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych.

- W porządku, szefowo - mruknął pod nosem. - Spłowiałe obicia, zaśniedziałe ramy, 

koronkowe serwetki. Coś jeszcze?

- Tak, wazon. - Przebiegła wzrokiem po scenie. Najlepiej, żeby stał... - O, tu. Tu go 

postawimy. - Wskazała stolik obok fotela. - Ma być duży i wzorzysty. Nie za ładny. Chętnie 

czerwony, żeby rzucał się w oczy.

Pete ponownie podrapał się po brodzie.

- Pani tu rządzi.

- Wierz mi, będzie dobrze. Aha, postaraj się nie przekroczyć trzydziestu dolarów.

- Zrobi się, szefowo.

-  Wiedziałam,   że   mogę   na   ciebie   liczyć.  Teraz,   jeśli   chodzi   o   sypialnię   Bricka   i 

Maggie... Wydaje mi się, że na toaletce powinna leżeć jakaś krzykliwa biżuteria.

- Już tam stoją buteleczki, flakoniki, pojemnik z pudrem.

- Lepsza będzie biżuteria. Może garderobiana znajdzie coś w naszych kufrach, a jak 

nie,   to   kupimy   jakieś   świecidełka.   Pogadaj   z   Ethel   i   daj   mi   znać.   Przez   najbliższych 

dwadzieścia minut będę u siebie w gabinecie.

- Panno Hamilton...?

- Słucham, Pete.

- Prawdę mówiąc, nigdy nie lubiłem za dużo pracować. - Włożył do ust papierosa. - 

Ale praca dla pani to... to co innego. Pani się zna na swojej robocie.

- Dziękuję, Pete.

- Więc zdobędę te serwetki. - Potarł zapałkę. - Rozejrzę się po sklepach, ale potem 

poproszę którąś z kobiet, żeby je kupiła.

- Przedsiębiorczy z ciebie mężczyzna, Pete. Zawsze takich podziwiałam - rzekła z 

poważną miną.

Roześmiała   się   dopiero   wtedy,   gdy   była   poza   zasięgiem   jego   słuchu.   Zawsze   ją 

fascynowało, skąd taki człowiek jak Pete wziął się w teatrze. Bardziej wyglądał na kowboja 

przeganiającego   bydło   przez   prerie   czy   ranczera.  A  jednak   pracował   w   teatrze,   dbał   o 

rekwizyty jak o największe skarby, pamiętał, w której sztuce dana rzecz występuje.

Otworzywszy drzwi do swego gabinetu, wyciągnęła z włosów klamerki. Potrząsnęła 

background image

głową, pozwalając włosom opaść na ramiona, a klamerki schowała do kieszeni. Następnie 

włączyła ekspres do kawy. Wiedząc, że musi odbyć kilka rozmów telefonicznych, z lewego 

ucha usunęła klips i wrzuciła do tej samej kieszeni, w której przed chwilą umieściła klamerki. 

Zanim jednak zdążyła podnieść słuchawkę, telefon sam zabrzęczał.

- Halo?

- Książęca rodzina popełniła duży błąd.

Natychmiast rozpoznała ten głos. Odruchowo zacisnęła rękę w pięść.

- Książęca rodzina nie ulega szantażowi - oznajmiła.

Rozmowa była nagrywana. Mimo że strach dławił ją za krtań, Eve wiedziała, że musi 

zrobić wszystko, aby dzwoniący jak najdłużej nie przerywał połączenia.

- Powiedz swojemu szefowi, żeby nie liczył na zwolnienie; odsiedzi karę do końca.

- Sprawiedliwości stanie się zadość. Książęca rodzina i ludzie im bliscy zapłacą za 

nasze krzywdy.

- Już ci mówiłam: tylko tchórz występuje anonimowo, a trudno bać się tchórza. - A 

jednak się bała.

- Raz poplątałaś nam szyki. Drugi raz ci się nie uda.

- Ja też nie ulegam szantażowi. - Dłonie miała wilgotne ze zdenerwowania.

- Nikt nie znajdzie bomby. Może ciebie też nie znajdą.

Usłyszała   ciągły   sygnał.   Rozmówca   rozłączył   się.   Bomba?   W   Paryżu   podłożono 

bombę. Drżącą ręką Eve odłożyła słuchawkę. Nie, draniowi nie chodziło o tamtą bombę. Miał 

na myśli nowy wybuch. Dziś. W Cordinie. Aleksander!

Zamierzała wybiec, by go ostrzec, kiedy nagle coś sobie uprzytomniła. „Drugi raz ci 

się nie uda.... Może ciebie też nie znajdą”.

Teatr! To tu, w teatrze, podłożono ładunek wybuchowy! Serce podskoczyło jej do 

gardła. Otworzyła drzwi gabinetu i jak strzała wypadła na zewnątrz. Pierwszą osobą, jaką 

ujrzała, była Doreen, która chwaliła się przed kolegami nową bransoletą.

- Wychodźcie stąd! Wszyscy wracajcie do hotelu! Pędem!

- Ale za parę minut przerwa się kończy i...

- Nie będzie żadnej próby. Macie natychmiast opuścić budynek i wrócić do hotelu. - 

Wiedziała, że na wieść o bombie wpadną w panikę. Chciała tego uniknąć, dlatego ograniczyła 

się do wydawania suchych poleceń. - Gary - zwróciła się do kierownika sceny. - Przypilnuj, 

żeby nikt tu nie został. Wszyscy mają wrócić do hotelu. Aktorzy, pracownicy techniczni, 

garderobiane, oświetleniowcy. Wszyscy bez wyjątku.

- Ale, Eve...

background image

-   Żadnych   ale!   -   Minąwszy  go,   wbiegła   na   scenę.   -   Uwaga,   uwaga!   -   krzyknęła 

najgłośniej jak potrafiła.

- Proszę natychmiast opuścić teatr, udać się do hotelu i zaczekać tam na mnie. Nie 

zdejmujcie, kostiumów.

- Spojrzała na zegarek. Kiedy nastąpi eksplozja? Czy ją usłyszy? - Macie równo dwie 

minuty!

Umiała wzbudzić posłuch. Słyszała pomruki niezadowolenia, widziała zdziwienie w 

oczach,   jednakże   wszyscy   posłusznie   skierowali   się   do   wyjścia.   Na   wszelki   wypadek 

postanowiła sprawdzić magazyny, garderoby i inne pomieszczenia; może ktoś tam był i nie 

słyszał co mówiła?

Zobaczyła Pete'a; zamykał na klucz pokój, w którym trzymał swe cenne rekwizyty.

-   Powiedziałam:   dwie   minuty.   -   Chwyciwszy   go   za   koszulę,   pociągnęła   w   stronę 

wyjścia. - Zostaw to.

- Ale za wszystkie te rzeczy jestem odpowiedzialny. Nie chcę, żeby coś zginęło.

- Masz dziesięć sekund. Jeśli natychmiast nie wyjdziesz, wywalę cię z pracy.

Wiedział,   że   Eve   Hamilton   nie   rzuca   słów   na   wiatr.   W   pierwszej   chwili   chciał 

zaprotestować, ale potem uznał - i słusznie - że nie ma sensu się kłócić.

- Jak coś ukradną, sama będzie pani sobie winna - burknął, oddalając się korytarzem.

W  jednej   z   garderób   znalazła   aktora,   który  drzemał.   Potrząsnęła   nim  gwałtownie. 

Kiedy otworzył oczy, wypchnęła go za drzwi. Zaspany i zdezorientowany, poczłapał boso 

przed budynek.

W środku chyba już nikogo nie było. Ale czy na pewno? Słyszała w głowie tykanie 

zegara. Ile jeszcze ma czasu? Może pięć minut, a może pięć sekund. Trudno, musi sprawdzić. 

Zamierzała pobiec schodami na górę, kiedy nagle ktoś położył rękę na jej ramieniu.

Krzyknęła wystraszona. Chociaż kolana miała jak z waty, obróciła się z uniesionymi 

rękami, gotowa do obrony.

- Spokojnie. - Russ cofnął się o krok. - Chciałem się tylko dowiedzieć, co się dzieje.

- Dlaczego nie jesteś na zewnątrz? Kazałam wszystkim opuścić budynek.

- Wiem. Waśnie wróciłem z przerwy i widzę, że drzwiami wylewa się strumień ludzi. 

W dodatku nikt nic nie wie. Co się stało, Eve? Gdzieś wybuchł pożar czy co?

- Idź do hotelu, Russ, i tam czekaj.

- Ale o co chodzi? Nie spodobała ci się dzisiejsza próba i postanowiłaś...

- Nie wygłupiaj się! - Nie dała rady dłużej panować nad emocjami. Kropelki potu 

wystąpiły jej na czole, ściekały po plecach. - Miałam telefon z pogróżką. Chyba podłożono tu 

background image

bombę. Rozumiesz?

Przez moment tkwił jak skamieniały. Ocknął się dopiero wtedy, gdy Eve ruszyła po 

schodach na górę.

- Bomba? Tu, w teatrze? Do diabła, Eve, dokąd...

Musimy uciekać!

- Nie, muszę sprawdzić, czy wszyscy wyszli.

- Cholera jasna! - Pognał za nią na piętro. - Już dawno wyszli! Eve, wracajmy na dół! 

Trzeba zadzwonić na policję, do straży pożarnej, gdzieś.

- Zadzwonię, ale najpierw chcę się upewnić...

Sprawdziła   wszystkie   pokoje.   Kiedy  ochrypła   od   krzyku   nabrała   pewności,   że   na 

górze nikogo nie ma, zaczął ją ogarniać śmiertelny lęk. Chwyciła Russa za rękę i ile sił w 

nogach rzucili się schodami na dół. Byli przy samych drzwiach, kiedy budynkiem wstrząsnął 

wybuch.

- Monsieur Trouchet... dziękuję, że zechciał pan tu przyjść.

-   Zawsze   jestem   do   usług   Waszej   Wysokości.   -   Trouchet   usiadł   naprzeciwko 

Aleksandra, w fotelu przeznaczonym dla gości. - Miło było spotkać pana wczoraj u Cabotów, 

książę,  ale   jak  sam  pan  powiedział,  takie   towarzyskie  okazje  nie   sprzyjają  rozmowom  o 

interesach.

- No właśnie, a ponieważ do ustawy zdrowotnej przywiązuję duże znaczenie, chciałem 

omówić ją w skupieniu i bez pośpiechu.

Aleksander zapalił papierosa. Wiedział, że Trouchet jest przeciwny wielu punktom 

ustawy i jeżeli zechce, może przekonać członków rady, aby ją odrzucili.

-  Cenię   pański  czas,  monsieur,   więc   od  razu   przejdę   do  sedna.   Mamy  tylko   dwa 

nowoczesne szpitale. Wielu ludzi mieszkających na wsi lub w portach rybackich korzysta z 

małych prywatnych klinik. Kliniki jednak nic przynoszą zysku, w ciągu ostatnich pięciu lat 

wiele z nich zbankrutowało...

- Wiem. Dlatego uważam, że powinno je przejąć państwo.

- A ja uważam, że ratunkiem dla klinik, a mówiąc o klinikach, mam na myśli zarówno 

lekarzy, jak pacjentów, byłaby pomoc państwa. Subwencje.

Trouchet skrzyżował ręce na piersi.

- Takie rozwiązanie jest dość niebezpieczne.

- Zdaję sobie z tego sprawę - oznajmił Aleksander.

- Ale myślę, że wspólnymi siłami zdołamy ominąć wszelkie...

Urwał   i   popatrzył   zirytowany   na   Bennetta,   który   bez   pukania   wtargnął   do   jego 

background image

gabinetu.

- Aleks. - Bennett nawet nie zauważył siedzącego po drugiej stronie biurka Troucheta. 

- Przed chwilą dzwonił Reeve. Doszło do wybuchu...

Aleksander poderwał się z fotela.

- Ojciec...?

- Nie. W teatrze.

Widząc, jak bratu krew odpływa z twarzy, Bennett podszedł bliżej, żeby w razie czego 

go podtrzymać.

Aleks podniósł dłoń i zadał jedno jedyne pytanie:

- Eve?

-   Reeve   nic   nie   wie.   Proszę   nam   wybaczyć,   monsieur   -   Bennett   zwrócił   się   do 

Troucheta. - Książę Aleksander i ja musimy natychmiast udać się do Centrum.

Zanim Trouchet się podniósł, obaj byli już za drzwiami.

- Jak to się stało? - spytał Aleks, pędząc do samochodu.

W pierwszej  chwili chciał się sprzeciwić, kiedy Bennett usiadł za kierownicą, ale 

potem uznał, że brat słusznie zrobił. On sam pewnie by ich pozabijał.

- Rozmawiałem z Reeve'em dosłownie przez minutę. - Bennett ruszył z piskiem opon, 

za nim ochroniarze.

- Podobno szantażysta znów zadzwonił. Wspomniał coś o bombie, że nikt jej nie 

znajdzie i... - Zamilkł. Nie był w stanie mówić dalej, widząc trupią bladość powlekającą twarz 

Aleksa.

- I co?

- Domyślili się, że bombę podłożono w teatrze. Policja dotarta na miejsce w ciągu 

paru minut. Pięciu, góra siedmiu. Byli w drodze, kiedy rozległ się wybuch.

- Gdzie była bomba? Gdzie dokładnie?

- W gabinecie Eve. Ale jej tam nie było. Jest zbyt inteligentna, żeby...

- Martwiła się o mnie, o nas - przerwał mu Aleks. - Ale nie o siebie. Boże, dlaczego 

nie pomyślałem o tym, że jej też może grozić niebezpieczeństwo?

- Nikomu z nas to nie przyszło do głowy - stwierdził ponuro Bennett. - Po co ktoś 

miałby wciągać Eve w nasze sprawy? To bez sensu, Aleks. Totalnie bez sensu.

- Sam powiedziałeś, że traktujesz ją jak członka rodziny.

Od   Centrum   Sztuk   Pięknych   dzieliła   ich   jedna   przecznica.  Aleksander   czuł,   jak 

wszystkie   mięśnie   mu   drżą.   Zimny   strach   przenikał   go   do   szpiku   kości.   Wyskoczył   z 

samochodu,   zanim   jeszcze   Bennett   zdążył   zaciągnąć   hamulec.   Reeve,   który   stał   przy 

background image

głównym wejściu, rozmawiając z ludźmi z ochrony, zagrodził mu drogę.

- Jej tu nie ma, Aleks. Jest w ogrodzie na tyłach teatru. Cała i zdrowa. - Widząc, że do 

Aleksa nic nie dociera, powtórzył: - Aleks, Eve żyje. W chwili wybuchu nie było jej w 

gabinecie; była już prawie na dworze...

Słowa szwagra nie uspokoiły go. Musiał zobaczyć na własne oczy. Ruszył pędem 

wokół budynku. Nagle ujrzał potężną dziurę w ścianie, a w dole na trawie setki odłamków 

szkła. Coś, co kiedyś było lampą, a teraz poskręcaną kupą metalu, leżało na środku ścieżki 

prowadzącej do ogrodu.

Gdyby  zajrzał  do  środka  przez  wybitą  w  ścianie  dziurę  Jego  oczom ukazałby  się 

ogrom zniszczeń. Nie zrobił tego jednak. Nerwowo rozglądał się, szukając Eve.

Siedziała na ławce, pochylona, z głową wspartą na dłoniach. Tuż za nią stali strażnicy, 

obok siedział jakiś mężczyzna. Aleksander odetchnął z ulgą. Żyła! Była cała i zdrowa.

Usłyszała go, choć wymówił jej imię tylko w myślach. Podniosła wzrok, po czym 

rzuciła mu się w ramiona.

- Och, Aleks, z początku myślałam, że chodziło mu o ciebie, a potem...

- Nic ci nie jest? Nie jesteś ranna? Nic cię nie boli?

- Nie. Tylko nogi mam jak z waty, a serce wali mi jak oszalałe.

- Bałem się, że...

Nie był w stanie dokończyć. Przywarł ustami do jej warg i całował ją, jakby od tego 

zależało jego życie.

Strażnicy i ochrona starali się nie dopuszczać bliżej dziennikarzy, ale nazajutrz zdjęcie 

przytulonej pary i tak trafiło na pierwsze strony gazet.

- Nic mi nie jest - powtarzała szeptem raz po raz, aż wreszcie sama w to uwierzyła. - 

Drżysz tak samo jak ja...

- Powiedziano mi, że był wybuch. W teatrze. W twoim gabinecie...

-   Och,   Aleks.   -   Przytuliła   się   jeszcze   mocniej.   Wyobraziła   sobie   koszmar,   jaki 

przeżywałaby,  gdyby  była  na  jego  miejscu. - W chwili  wybuchu  wychodziliśmy  tylnymi 

drzwiami. Policjanci weszli głównym wejściem. Dopiero po paru minutach znaleźli nas na 

dworze.

Tak mocno ściskał ją za ramiona, że aż czuła ból. Ale nie próbowała się uwolnić.

- A reszta zespołu? Nikt nie zginął?

- Nie. Natychmiast po telefonie zarządziłam ewakuację. Budynek opuścili wszyscy 

poza Russem... - Zerknęła za siebie na bladego, wystraszonego aktora. - Szłam na górę, żeby 

upewnić się, czy nikt nie został, kiedy Russ...

background image

- Co?! - przerwał jej. - Szłaś na górę?!

Skrzywiła się z bólu. Zrozumiał i rozluźnił uścisk.

- Czyś ty zwariowała? Przecież bomba mogła być gdziekolwiek. Mogło ich być kilka. 

Przeczesywanie budynku należy do policji...

- Tak, ale tam pracowali moi ludzie. Musiałam być pewna, że wszyscy są bezpieczni. 

Pete'a, na przykład, wyciągnęłam siłą, a....

- Mogłaś zginąć.

Przeraziła ją wściekłość i gorycz w jego głosie.

- Mogłam, Aleks. Ale równie dobrze mógł zginąć ktoś z moich współpracowników. 

Czuję się za nich odpowiedzialna. Ty chyba najlepiej wiesz, co to znaczy, prawda?

- Nie powinnaś była...

- Powinnam. A ty powinieneś mnie zrozumieć.

- Cholera, to przez moją rodzinę zostałaś narażona... - Urwał. - Znów cała drżysz.

-   Jest   w   szoku   -   wyjaśnił   Reeve,   który   nadszedł   od   strony   budynku.   Zdjąwszy 

marynarkę, narzucił ją Eve na ramiona. - I ją, i Talbota, należałoby zawieźć do szpitala.

Aleksander, zły na siebie, że sam o tym nie pomyślał, otworzył usta, aby poprzeć 

Reeve'a, lecz zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Eve zaprotestowała:

- Nie chcę. Wystarczy, jak przez kilka minut posiedzę sobie na ławce. - Zęby głośno 

jej dzwoniły.

- Akurat w tej kwestii nie masz nic do gadania.

Skinął na jednego z ochroniarzy, aby pomógł Russowi dojść do samochodu.

- Aleks, gdybyś dał mi kieliszek koniaku....

- Dam ci litr, ale najpierw zawiozę cię do doktora Franca. - Wziął ją na ręce, żeby nie 

zaczęła się wyrywać.

- Co robisz? Jestem silna jak koń. - Po chwili z wdzięcznością oparta głowę na jego 

ramieniu.

-   Uwierzę,   jak   to   potwierdzi   doktor   Franco.  Albo   jakiś   weterynarz.   -   Zerknął   na 

Reeve'a. - Zobaczymy się później?

- Tak. Za godzinę lub dwie przyjadę do pałacu.

Leżała   niezadowolona   na   białym   szpitalnym   łóżku,   poddając   się   oględzinom 

lekarskim.

- Po co to wszystko? - mruknęła, kiedy doktor Franco poświecił jej w lewe oko małą 

latareczką.

- To ty nie wiesz, kochanie, że my, lekarze, uwielbiamy dręczyć pacjentów? - odparł 

background image

lekarz, kierując strumień światła w prawe oko.

Po chwili zgasił latarkę i zmierzył Eve puls. Dotyk miał delikatny, spojrzenie łagodne.

- Nie szkoda panu czasu na badanie kogoś, komu nic nie dolega?

-   Nie,   to   miła   odmiana.   -   Przysłonięte   siwym   wąsem   wargi   rozciągnęły   się   w 

uśmiechu. - A kiedy już upewnię się, że faktycznie nic ci nie dolega, będę mógł uspokoić 

księcia. Chyba nie chcesz, żeby się zamartwiał?

- Oczywiście, że nie - Westchnęła, patrząc, jak lekarz nakłada jej rękaw do mierzenia 

ciśnienia. - Po prostu nie lubię szpitali. Kiedy moja mama umierała, przez wiele godzin nie 

ruszaliśmy się z poczekalni szpitalnej. To był powolny i bolesny proces. Dla nas wszystkich.

- Tak to już jest. Zarówno w wypadku śmierci, jak i choroby, najtrudniej jest nie tym, 

co chorują lub umierają, lecz ich bliskim. - Doskonale rozumiał jej niechęć do szpitali, ale 

pamiętał też, że kiedy książę Bennett trafił tu po zamachu, Eve odwiedzała go codziennie.

- Doznałaś szoku, ale na szczęście masz młody i silny organizm. Dlatego z czystym 

sumieniem mogę cię puścić do domu.

- Świetnie. - Z radości usiadła na łóżku.

- Ale chcę coś w zamian.

- To szantaż. - Uśmiechnęła się słabo. - No dobrze, niech panu będzie. Hm, może 

darmowe bilety w pierwszym rzędzie na każdą z czterech premier?

-   Nie   odmówiłbym.   -   Ciśnienie   miała   w   normie,   ale   nie   podobała   mu   się   jej 

przeraźliwa   bladość.   -   Wolałbym   jednak   co   innego.   Przyrzeczenie,   że   przez   następne 

dwadzieścia cztery godziny będziesz odpoczywała.

- Odpoczywała? Przez dwadzieścia cztery godziny? Ależ muszę jutro...

- Dwadzieścia cztery godziny - powtórzył łagodnie lekarz. - Albo mi to obiecasz, albo 

powiem księciu, że muszę cię zatrzymać na obserwacji do rana.

- Więc co? Mam leżeć w łóżku? Cały boży dzień?

- Niekoniecznie. Możesz się przejść po ogrodzie, wybrać na przejażdżkę nad morzem. 

Ale żadnej pracy, żadnych stresów.

Zadumała się. Chyba warto przyjąć tę propozycję. W sypialni ma telefon, natomiast 

gabinet w teatrze jest zdewastowany; minie kilka dni, zanim będzie mogła do niego wejść.

- W porządku. Dwadzieścia cztery godziny. - Usiadła na łóżku i wyciągnęła rękę na 

znak zgody.

- Doskonale. Ubierz się i zaraz wyjdziemy. Tam na korytarzu czeka pewien bardzo 

niecierpliwy człowiek.

Faktycznie, Aleks chodził tam i z powrotem niczym lew w klatce. Bennett stał oparty 

background image

o ścianę, wpatrując się w drzwi pokoju lekarskiego. Kiedy się otworzyły, obaj mężczyźni 

natychmiast podeszli bliżej. Aleksander wziął Eve za rękę, wzrok jednak utkwił w twarzy 

lekarza.

- Doktorze...?

- Pacjentka oczywiście przeżyła szok, ale jej ogólny stan zdrowia jest zadowalający.

- Widzisz, Aleks? A nie mówiłam?

- Jednakże zaleciłem jej dwadzieścia cztery godziny odpoczynku.

- Niekoniecznie w łóżku - dodała szybko Eve.

-   Nie,   niekoniecznie   -   przyznał   z   uśmiechem   doktor   Franco.   -   Ma   unikać 

jakichkolwiek silniejszych wzruszeń, wysiłku, stresu. Powinna teraz coś zjeść, no i odpocząć.

- A leki? - spytał Aleksander.

- Żadnych nie potrzebuje. Wystarczy spokój i odpoczynek. Aha, radziłbym usunąć z 

jej pokoju telefon. Choćby na jeden dzień. - Kiedy Eve zaskoczona otworzyła usta, żeby się 

sprzeciwić, poklepał ją łagodnie po ramieniu. - Ależ, dziecko moje, nie możemy pozwolić, 

aby jakiś drań znów cię nękał.

Po chwili oddalił się korytarzem.

- Cwana bestia - mruknęła pod nosem Eve. Była zbyt zmęczona, aby protestować. 

Nagle rozejrzała się dookoła. - Gdzie Russ?

- Jeden z ochroniarzy odwiózł go do hotelu - odparł Bennett. - Jest roztrzęsiony, ale 

poza tym nic mu nie dolega. Dostał środki uspokajające.

- No dobrze, zabieramy cię do domu - powiedział Aleksander, przytrzymując ją za 

łokieć. - Cała rodzina chce się przekonać na własne oczy, że jesteś cała i zdrowa.

Nadszedł   czas   na   odpoczynek.   Stara   niania,   która   najpierw   zajmowała   się   matką 

Aleksandra, potem nim, jego bratem i siostrą, a teraz trzecim pokoleniem Bissetów, pomogła 

Eve się rozebrać. Rękami poskręcanymi od reumatyzmu, o skórze cienkiej jak pergamin i 

pokrytej   starczymi   plamami,   odpięła   kilka   guzików,   ściągnęła   z   Eve   ubranie,   podała   jej 

piżamę, poprawiła poduszki.

- Kiedy gosposia przyniesie posiłek, zjesz wszystko.

- Tak, nianiu - zgodziła się potulnie Eve, podciągając kołdrę po brodę.

Staruszka usiadła na krawędzi łóżka i podała Eve filiżankę złocistego płynu.

- Wypij. Do dna. To moja własna mikstura. Zobaczysz, zaraz odzyskasz rumieńce. 

Daję to moim dzieciom, kiedy są chore.

- Dobrze, nianiu.

Nawet książę Armand nie wzbudzał w Eve takiego strachu jak ta siwowłosa, ubrana na 

background image

czarno   staruszka   mówiąca   z   silnym   słowiańskim   akcentem.   Podniosła   filiżankę   do   ust, 

spodziewając się jakiegoś paskudztwa. Orzechowo - herbaciany smak mile ją zaskoczył.

- No widzisz? - Niania pokiwała głową, bardzo z siebie zadowolona. - Dzieciom leki 

zawsze kojarzą się z czymś gorzkim i niesmacznym, więc wymyślają różne sztuczki, żeby 

tylko ich nie brać. A ja wymyślam własne sztuczki, żeby poprawić smak leków. Dorian, kiedy 

tylko mu coś dolega, zaraz prosi o moją herbatkę. Pamiętam, kiedy dziesięcioletni Aleksander 

wrócił od doktora Franco po wycięciu migdałków. Chciałam dać mu lody, ale wolał mój 

magiczny napój.

Eve   usiłowała   sobie   wyobrazić   małego   Aleksandra,   ale   nie   potrafiła;   widziała 

dorosłego mężczyznę, wysokiego, o dumnym spojrzeniu.

- Nianiu, jaki on był w dzieciństwie?

-   Odważny,   pełen   temperamentu.   -   Staruszka   uśmiechnęła   się;   zmarszczki   na   jej 

twarzy jeszcze bardziej się pogłębiły. - Ale i odpowiedzialny. Poczucie odpowiedzialności 

wyssał z mlekiem matki. Chyba już jako brzdąc wiedział, że zawsze będzie miał więcej od 

innych,   a  zarazem  mniej.  - Wstała   z  łóżka   i  nie   przerywając  monologu,   zaczęła   składać 

ubrania   Eve.   -   Był   posłusznym   dzieckiem.   Chociaż   w   jego   oczach   czasem   pojawiał   się 

sprzeciw,   to   jednak   nigdy   się   nie   buntował.   W   szkole   uczył   się   dobrze.   Różnił   się   od 

Bennetta; mieli całkiem inne usposobienia i oczywiście, jak to bracia, bezustannie toczyli z 

sobą wojnę. Ale lubili się, a z wiekiem ich wzajemna sympatia się umacnia.

Zerknąwszy na Eve, z satysfakcją zauważyła, że filiżanka jest niemal pusta.

- Cechuje go ogromna powaga. Większa niż Armanda. No, ale stary książę miał żonę, 

piękną Elizabeth, która potrafiła sprowadzić uśmiech na jego twarz. Aleksandrowi też by się 

przydał ktoś taki.

Staruszka popatrzyła znacząco na swoją pacjentkę.

- To zależy od niego - rzekła cicho Eve.

- Kobieta, którą wybierze - kontynuowała niania, zabierając pustą filiżankę - powinna 

być silna i gotowa dzielić z nim nie tylko radości, ale i obowiązki. Najbardziej jednak bym 

chciała, żeby był z nią szczęśliwy. Żeby częściej się śmiał.

- Uwielbiam, jak się śmieje - szepnęła Eve, zamykając oczy. - Czy to widać, nianiu? 

Ze tak bardzo go kocham?

- Mam stare oczy. - Staruszka wygładziła kołdrę, po czym przyciemniła lampę. - A 

stare oczy widzą znacznie więcej niż młode. Śpij, maleńka. On przyjedzie do ciebie, nim noc 

dobiegnie końca. Znam swoje dzieci.

I   faktycznie,   dobrze   je   znała.   Kiedy  Eve   uniosła   powieki,  Aleksander   siedział   na 

background image

brzegu łóżka, trzymając ją za rękę.

- Niania dała mi magiczny napój...

Przysunął jej dłoń do ust.

- Który przywrócił twoim policzkom kolor. - Uśmiechnął się. - Wyspałaś się? Niania 

powiedziała, że wkrótce się obudzisz i będziesz głodna.

- Jestem. - Oparła się o wezgłowie. - Jak wilk.

W nogach łóżka stała taca.

- Sama przygotowała ci posiłek. Cóż tu mamy? - Zaczął kolejno unosić pokrywki. - 

Rosół z kury, chudy stek wołowy, sałatka, ziemniaki posypane tartym serem...

- Och, przestań mnie torturować. - Eve pogładziła się po brzuchu. - Od śniadania nie 

miałam nic w ustach.

- Dobrze, zaczniemy od rosołku.

- Pachnie wspaniale. - Chwyciła łyżkę.

Obserwował   ją   w   milczeniu.   Ze   wstępnego   raportu,   jaki   przekazał   mu   Reeve. 

wynikało, że ładunek podłożony w teatrze był tego samego rodzaju co bomba, która wybuchła 

w   ambasadzie   w   Paryżu.   Gdyby   ktoś   akurat   był   w   gabinecie   czy   nawet   przechodził   za 

drzwiami, skończyłoby się to dla niego tragicznie.

Policja   uważała,   że   szantażyście   nie   zależało   na   śmierci   Eve.   Stąd   wcześniejsze 

ostrzeżenie. Wybuch był aktem terroru, który miał wprowadzić zamęt i wzbudzić strach. Ale 

gdyby Eve tak sprawnie nie zarządziła ewakuacji...

Aleksander wolał o tym nie myśleć.

Na szczęście mc się jej me stało. Była cała i zdrowa, a on zamierzał uczynić wszystko, 

aby taka pozostała. Kiedy skończyła zupę. podał jej drugie danie. Przekroiła mięso. Było 

idealnie wysmażone, w środku lekko zaróżowione.

- Miło, że cała rodzina przyszła mnie odwiedzić. zobaczyć, jak się czuję. Nawet twój 

ojciec.

- Ojciec darzy cię wielką sympatią - oznajmił Aleks. - Podobnie jak my wszyscy.

Po tym, jak mocno trzymał ją w ramionach, kiedy odnalazł ją w ogrodzie, wiedziała, 

że mu na niej zależy. Ale o nic nie chciała pytać. Lepiej skupić się na czym innym, pomyślała.

-  Wiesz,  Aleks,   naprawdę   czuję   się   świetnie.   Może   więc   nie   ma   sensu   wyłączać 

telefonu...

- Za późno. - Wyjął z kubełka butelkę wina i napełnił dwa kieliszki. - Zresztą nie 

musisz   jutro   nigdzie   dzwonić.   Brie   z   rodziną   wprowadza   się   na   jakiś   czas   do   pałacu. 

Dzieciaki nie pozwolą ci się nudzić.

background image

-  Aleks,   bądź   rozsądny.   Muszę   porozumieć   się   z   zespołem.   Biedacy   na   pewno 

odchodzą od zmysłów. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo aktorzy wszystko przeżywają. 

Poza tym doprowadzenie gabinetu do stanu używalności zajmie trochę czasu...

- Masz wrócić do Houston.

Wolno odłożyła na tacę nóż i widelec.

- Co takiego?

- Chcę, żebyście wszyscy wrócili do Stanów. Odwołuję wasze przedstawienia.

Ogarnęła ją wściekłość.

- Tylko spróbuj, a podam cię do sądu za złamanie kontraktu.

- Eve, proszę cię. To, co się dziś wydarzyło...

- Nie ma nic wspólnego z moim zespołem i bardzo niewiele ze mną. Oboje doskonale 

to wiemy. Gdyby komuś zależało na mojej śmierci, w Houston też nie byłabym bezpieczna.

- Zrozum, Eve. Nie chcę cię tu.

Zabolały ją jego słowa.

- Nic z tego, Aleks. Wyjadę dopiero wtedy, gdy mój zespół zagra cztery spektakle. Tak 

jak jest w kontrakcie.

Wstał z łóżka i przeklinając po francusku, zaczął przemierzać pokój. Eve uśmiechnęła 

się pod nosem. W szkole w Szwajcarii, nie tyle na lekcjach, co w internacie, dostatecznie 

dobrze poznała francuski, by wiedzieć, co Aleks mówi.

-   Niania   wspomniała,   że   zawsze   miałeś   dość   wybuchowy   temperament   -   rzekła, 

zbliżając widelec do ust.

Całkiem   jej   się   podobało,   że   on,   taki   zrównoważony   i   opanowany,   wreszcie   nie 

wytrzymał. Postanowiła, że sama zachowa stoicki spokój. - Jakie wspaniałe wino. Usiądź, 

Aleks, i skosztuj.

- Merde! - Odwrócił się do niej  twarzą. Miał ochotę chwycić tacę i cisnąć nią o 

podłogę. - Czy wiesz, co czułem, myśląc, że możesz nie żyć? Ze w chwili wybuchu mogłaś 

być w gabinecie?

Ponownie odłożyła sztućce i popatrzyła mu głęboko w oczy.

- Tak, Aleks, chyba wiem. Ja to samo czuję, ilekroć wychodzisz z pałacu. Dziś rano 

długo stałam w oknie i myślałam o tobie. Wyszedłeś bez słowa...

- Nie chciałem cię budzić.

- Nie czynię ci wyrzutów. - Odsunęła na bok tacę. - Po prostu tłumaczę, co czułam. 

Spoglądałam w morze i wiedziałam, że jesteś gdzieś daleko, gdzie nie mogę ci pomóc. Mimo 

że   cały   czas   towarzyszył   mi   strach   o   twoje   bezpieczeństwo,   bo   właśnie   upłynął   termin 

background image

ultimatum, musiałam się ubrać i zająć własnymi sprawami.

- Eve, nigdzie nie ruszam się sam. A od czasu wybuchu w Paryżu każdemu z nas 

podwojono ochronę.

- To ma mnie uspokoić? - Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuowała: - Chcesz, 

żebym uciekła z Cordiny. Uciekniesz ze mną?

- Wiesz, że nie mogę. To moja ojczyzna.

- A ja przyjechałam tu z moim teatrem na gościnne występy. Proszę cię. nie każ mi 

wracać do Stanów.

- Wyciągnęła do niego rękę. Po chwili wahania podszedł bliżej. - Jeśli koniecznie 

chcesz być na mnie zły, poczekaj do jutra. A dziś zostań ze mną. Przytul mnie.

- Potrzebujesz odpoczynku - powiedział, przygarniając ją do siebie.

- Później odpocznę.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Pokój, który służył jej za gabinet, wyglądał jak pobojowisko. Mimo że wiedziała, co 

się stało, bo przecież sama omal nie zginęła, mimo że słyszała opowieści innych i czytała 

relację w prasie, była zaskoczona widokiem, jaki ujrzała.

Dotrzymała przyrzeczenia i przez dwadzieścia cztery godziny nie ruszała się z pałacu - 

głównie dlatego, że jej pilnowano. Teraz stała w progu gabinetu i rozglądała się wkoło. Gruzu 

i śmieci jeszcze nie usunięto. Przez cały poprzedni dzień i całą noc policjanci dokładnie 

przeszukiwali teren. Na dziś rano zamówiono ekipę remontową.

Eve specjalnie przyjechała wcześniej, żeby zobaczyć skalę zniszczeń.

Wbrew   temu,   czego   się   spodziewała,   nie   czuła   strachu.   Jego   miejsce   zajęła 

wściekłość, dzika, niepohamowana, o dziwnie uzdrawiającej mocy.

Wszystkie notatki uległy zniszczeniu. Weszła do pokoju i kopnęła leżący na podłodze 

kawałek sufitu. Tygodnie, miesiące, nawet lata pracy obrócone w popiół.

Niektóre rzeczy były do odtworzenia, inne przepadły na zawsze.

Między innymi wybuch zniszczył jej ulubione zdjęcie, na którym była z Chris. A także 

dramat, który kiedyś napisała, oraz sztukę, nad którą pracowała obecnie.

Do oczu podeszły jej łzy - gniewu, nie smutku. Może nie miała talentu, może obie 

sztuki cechowała naiwność i chropowatość, ale co z tego? Jakim prawem ktoś je zniszczył? 

Jakim prawem zniszczył jej marzenia i o mało nie zabił jej samej?

Stojąc pośród gruzu, podjęła decyzję: nie ujdzie to tym draniom bezkarnie. Już ona się 

o to postara.

- Eve...

Wierzchem dłoni otarła łzy.

- Chris?!

W  jednej  sekundzie   przeistoczyła   się  z  dorosłej   kobiety,   producentki  teatralnej,  w 

młodszą siostrę. Potykając się o śmieci, rzuciła się Chris w ramiona.

- Przyjechałaś? Jak dobrze, że jesteś!

-   Oczywiście,   że   przyjechałam.   Wsiadłam   w   samolot,   kiedy   tylko   usłyszałam   tę 

wiadomość. - Napięcie, jakie towarzyszyło jej przez całą podróż, powoli znikało. - Najpierw 

udałam się do pałacu. Nigdy nie widziałam tam takiej ochrony. Gdyby nie Bennett, pewnie 

wciąż przekonywałabym strażników, żeby wpuścili mnie do środka. Na miłość boską, Eve, co 

się tu dzieje?

- Wszystko zniszczyli, wiesz? To nasze wspólne zdjęcie zrobione przed moją pierwszą 

background image

premierą.   Stało   na   biurku.   Małego   porcelanowego   kotka,   którego   mama   mi   dała,   kiedy 

miałam dziesięć lat. Wszędzie go z sobą zabierałam. Nic nie zostało, Chris. Nic.

-   Ciii,   maleńka.   -   Powiodła   wzrokiem   po   pokoju.   Na   myśl   o   tym,   jak   niewiele 

brakowało,   by  straciła  siostrę,  poczuła   dreszcz  przerażenia.  -  Najważniejsze,   że  żyjesz.   - 

Odsunęła Eve od siebie i uważnie się jej przyjrzała. - Na pewno nic ci nie jest?

- Na pewno. W chwili wybuchu byłam już prawie na dworze. Reeve mówił, że to była 

nieduża bomba o niedużej sile rażenia.

- Nieduża bomba - powtórzyła cicho Chris, jeszcze mocniej tuląc siostrę do siebie. - 

Taka malutka. - Potrząsnęła gniewnie Eve za ramiona. - Boże, wiesz, jak się czułam, kiedy 

usłyszałam wiadomość w radiu?

- Przepraszam, Chris. Wszystko stało się tak nagle... Powinnam była zadzwonić do 

ciebie.

- A powinnaś była, powinnaś! - Urwała. Wiedziała, że bez sensu w takiej chwili czynić 

siostrze wyrzuty. - Brie do mnie zatelefonowała. A książę Armand zadzwonił osobiście do 

taty. Ojciec oczywiście natychmiast chciał wsiąść w pierwszy samolot i przywieźć cię do 

domu.

- Jezu!

- Przekonałam go, że prędzej posłuchasz mnie niż Jego.

- Zadzwonię do taty. Słowo honoru, nie sądziłam, że wiadomość tak szybko dotrze do 

Stanów.

- Masz mi opowiedzieć wszystko od początku do końca. Dokładnie, ze szczegółami. - 

Odkąd Eve skończyła piętnaście lat, głos Chris dość często przybierał stanowcze, matczyne 

brzmienie. - A teraz jedziemy do pałacu, żebyś się spakowała i...

- Nie wracam, Chris.

- Posłuchaj... - Cofnęła się o krok i odgarnęła włosy z czoła.

- Kocham cię - przerwała jej Eve. - Rozumiem, jak musisz się czuć, kiedy widzisz to 

wszystko. - Ponownie rozejrzała się po rumowisku. I ponownie wstąpiła w nią wściekłość. - 

Ale  nie zamierzam uciekać.  Przyjechałam tu, żeby wystawić  cztery sztuki, i  nie wyjadę, 

dopóki tego nie zrobię.

Chris z trudem powstrzymała się, by nie podnieść głosu. Wiedziała, że krzykiem nic 

nie osiągnie.

- Żabko, szanuję twoją pracę, ale sama doskonale wiesz, że nie jest tu bezpiecznie. Nie 

warto dla paru spektakli narażać życia.

- Ta bomba nie była przeznaczona dla mnie. Chciano nastraszyć Bissetów. - Zacisnęła 

background image

rękę na ramieniu starszej siostry. - Nie mogę wyjechać, Chris. Zrozumiesz, jak ci wszystko 

wytłumaczę.

- Wątpię. Ale słucham...

- Nie tu. - Eve cmoknęła Chris w policzek. - W pokoju kierownika.

Wychodząc na korytarz, zerknęła ukradkiem na zegarek. Najdalej w ciągu godziny 

zamierzała wrócić do pracy.

Dwadzieścia minut później siedziały na kanapie. Obie piły już drugą filiżankę kawy.

- Deboque... - powiedziała Chris, drżącą ręką odstawiając filiżankę na talerzyk. - Tyle 

lat minęło, a on wciąż usiłuje ich skrzywdzić.

- Aleks twierdzi, że nie przestanie, póki żyją - dodała Eve. Nigdy nie sądziła, że 

mogłaby komuś życzyć śmierci, a Deboque'owi życzyła jej z całego serca. - Pojęcia nie mam. 

co to za człowiek. Na pewno zły, na pewno ogarnięty jakąś obsesją. Facet, który do mnie 

zadzwonił,   mówił   o   sprawiedliwości.   Oni   uważają,   że   sprawiedliwości   stanie   się   zadość, 

kiedy książę Armand zginie. Zdaniem Reeve'a wybuch w teatrze stanowił taki mały pokaz 

siły.  Ale...   nie   wiem,   skąd   to   wiem,   ale   wiem...   następnym   celem   ataku   będzie   ktoś   z 

Bissetów.

- Zacisnęła mocno usta. - Dorosły, dziecko, Deboque'owi nie robi to różnicy. Dlatego 

Reeve z Brie i dzieciakami mieszkają na razie w pałacu.

Przez chwilę Chris toczyła w myślach walkę z samą sobą, wreszcie westchnęła głośno.

-   Eve,   wiesz,   co   czuję   do   Bissetów.   Są   moją   drugą   rodziną.  Ale   ciebie   kocham 

bardziej. Chcę. żeby ś wróciła ze mną do Stanów. Nie możesz tu zostać.

- Muszę, Chris. Z dwóch powodów. Jeden z nich to mój teatr. Nie, nic nie mów. 

Wysłuchaj mnie. - Nie pozwoliła sobie przerwać. Kiedy Chris skinęła głową, że gotowa jest 

słuchać,   Eve   wstała   i   zaczęła   krążyć   po   pokoju.   -   Wreszcie   mam   szansę   wykazać   się. 

Udowodnić wszystkim, sobie, tobie, ojcu, ludziom z branży, że coś potrafię.

- Ależ, złotko, mnie nie musisz nic udowadniać.

- Muszę. Bo wiele ci zawdzięczam. - Na moment wzruszenie ścisnęło ją za serce. - 

Jesteś tylko pięć lat starsza ode mnie, ale kiedy mama umarła, robiłaś wszystko, abym jak 

najmniej cierpiała. Starałaś mi się ją zastąpić. Może nie zawsze to doceniałam, ale teraz... 

Chcę ci pokazać, że twoje poświęcenie nie poszło na mamę.

Łzy nabiegły Chris do oczu.

- Eve, po prostu byłam dla ciebie starszą siostrą.

- Byłaś kimś znacznie więcej. Byłaś przyjaciółką. - Kucnąwszy przed Chris, wzięła ją 

za ręce. - Nawet jeśli moje poczynania nie spotykały się z twoim uznaniem, zawsze mogłam 

background image

na   ciebie   liczyć.  To   mi   dawało   siłę.   Dlatego   zależy   mi   na   tym,   żeby   odnieść   sukces   w 

Cordinie. To byłby mój sukces, ale i twój.

- Złotko, nie wiem, co powiedzieć...

- Nic. Po prostu słuchaj. Kiedy założyłam teatr, prawie nikt nie traktował mnie serio. 

Ludzie uważali, że rozpieszczona dziedziczka nudzi się, więc znalazła sobie nową zabawkę. 

Rzeczywiście nudziłam się. Wszystko, co wcześniej robiłam, było... miałkie i bez sensu.

- Przesadzasz.

- Ani trochę. - Nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy. - W szkole nie przykładałam się 

do   nauki.   Podczas   letnich   wakacji   wylegiwałam   się   nad   basenem.   Czytałam   pisma 

ilustrowane, a w przerwach patrzyłam, jak ojciec haruje, a ty z zapałem rozbudowujesz swoją 

galerię. Dopiero w teatrze uzmysłowiłam sobie, że dotąd brakowało mi celu w życiu. Kiedy 

po   raz   pierwszy   stanęłam   na   scenie,   doznałam   olśnienia.   Zrozumiałam,   że   tu   jest   moje 

miejsce - może nie na scenie, może w kulisach, ale na pewno w teatrze. Założyłam zespół. Po 

paru latach ludzie przestali się ze mnie śmiać. Teraz stanęłam przed szansą, której po prostu 

nie mogę zmarnować.

- Wierz mi, żabko, jestem z ciebie dumna. - Chris pogładziła siostrę po policzku. - Na 

pewno odniesiesz wielki sukces. Warto do niego dążyć, lecz nie za wszelką cenę. Wstrzymaj 

się pół roku, może rok, a kiedy sytuacja się unormuje, wrócisz tu i...

- Nie wyjadę, Chris. Nawet gdyby rozebrano teatr, nawet gdyby aktorzy odlecieli do 

Stanów, ja zostanę. - Wzięła głęboki oddech. - Mówiłam, że chcę zostać z dwóch powodów. 

Drugi to Aleksander. Kocham go.

Chris zaniemówiła.

-   Muszę   być   z   nim,   zwłaszcza   teraz.   Kiedyś   wydawało   mi   się,   że   teatr   jest 

najważniejszy. Owszem, jest ważny, ale Aleksa kocham bardziej. - Na moment zamilkła. - 

Wiem, że na dłuższą metę nic z tego nie będzie, ale na razie nie mogę wyjechać.

- Kiedyś wydawało mi się, że może ty i Bennett... Wyobrażałam sobie was razem. Ale 

ty i Aleksander?

-   Wiem.   -   Eve   ponownie   zaczęła   krążyć   po   pokoju.   -   Dziedzic.   Następca   tronu. 

Najśmieszniejsze jest to, że kocham go od lat, tylko sama przed sobą to ukrywałam.

- Wiesz,   kiedy  po  wstępnej   rozmowie   w   Cordinie   wróciłaś   do   Stanów,  nawet   się 

zastanawiałam, czy się przypadkiem nie zadurzyłaś.

- Zakochałam się, nie zadurzyłam. To zasadnicza różnica.

- Masz rację. - Chris westchnęła. - Czy on wie?

- Jest inteligentnym człowiekiem, więc chyba tak.

background image

- A on, Eve? Co czuje do ciebie?

- Nie jestem pewna. Trudno go rozszyfrować. Od dziecka stara się nie uzewnętrzniać 

emocji. - Wzruszyła ramionami. - Zresztą to nie ma znaczenia.

- Jak to?

- Bo nie ma. - Zawsze uważała się za realistkę. - Jak ci mówiłam, wiem, że na dłuższą 

metę nic z tego nie będzie. Jestem kobietą pracującą. Praca zajmuje mi mnóstwo czasu i 

energii.   Nawet   gdyby   Aleks   był   zwykłym   facetem,   a   nie   następcą   tronu,   wątpię,   czy 

stworzylibyśmy udany związek. Małżeństwo i rodzina wymagają poświęcenia. Mnie na to nie 

stać.

- Nie przekonałaś mnie, złotko. Ani siebie.

- Nie wszystkim kobietom małżeństwo jest potrzebne do szczęścia. - Boże, ileż to razy 

w ciągu ostatniego tygodnia odbywała z sobą tę rozmowę! - Choćby tobie.

- Tak, choćby mnie. - Chris roześmiała się smutno.

- Posłuchaj, Eve. Tylko dlatego nie mam męża i pół tuzina dzieci, bo nie spotkałam 

mężczyzny, który byłby dla mnie ważniejszy od pracy. Ty spotkałaś.

- Tak, ale to nieważne. Zrozum, Chris, nie żyjemy w próżni. Muszę brać pod uwagę 

rzeczywistość. Jeśli tego nie zrobię, przegram. A nie chcę stracić Aleksa. Chcę z nim być 

najdłużej, jak mogę. - Przeczesała ręką włosy. - Któregoś dnia Aleks ożeni się, założy rodzinę. 

Spełni swój obowiązek wobec kraju. Ale do tego czasu chcę dzielić z nim życie.

- Tak bardzo go kochasz? - spytała Chris. - Sama nie wiem, czy cieszyć się, czy 

płakać.

- Cieszyć. Jest zbyt wiele innych powodów do płaczu.

- Dobrze. - Chris wstała z kanapy i objęła siostrę. - A zatem cieszę się wraz z tobą. 

Słuchaj... może byś zrobiła sobie dziś wolne i polatała ze mną po sklepach?

- Nie mogę. Mam dziesiątki spraw do załatwienia. Powinnam być na próbie, żeby 

uspokoić   zespół.   No   i   muszę   zorganizować   sobie   jakiś   prowizoryczny   gabinet.   -   Nagle 

urwała. - A co chcesz kupić?

- Różne rzeczy. Niczego z sobą nie zabrałam. - Podniosła z podłogi niedużą skórzaną 

torbę, która stanowiła cały jej bagaż. - Byłam pewna, że jeszcze dziś wrócimy razem do 

Stanów.   A   teraz...   muszę   znaleźć   jakąś   szałową   kreację,   w   której   wystąpię   na   twojej 

premierze.

- Zostajesz...

- No pewnie. Myślisz, że znajdzie się dla mnie pokój w pałacu?

Eve uścisnęła siostrę.

background image

- Wstawię się za tobą.

Wiele godzin później siedziała w swoim pokoju, pochylona nad maszyną do pisania. 

Dzień zleciał jej błyskawicznie, ale wieczór potwornie się dłużył.

Aleks nie wrócił na kolację. Reeve i książę Armand też byli nieobecni. Bennett, choć 

starał się rozweselić resztę towarzystwa, nie potrafił ukryć zdenerwowania. Natychmiast po 

deserze przeprosił panie i gdzieś znikł.

Eve udała się do siebie na górę, gdzie czekało ją sporo pracy, a Chris postanowiła 

pomóc Gabrielu ułożyć dzieciaki do snu.

Teksty czterech sztuk, pełne uwag na marginesach, uległy zniszczeniu, ale już przed 

południem dostarczono Eve nowe egzemplarze. Nie musiała ich przeglądać.

Znała na pamięć wszystkie kwestie, didaskalia, wskazówki reżysera. Gdyby zaszła 

konieczność, mogłaby zastąpić każdego z aktorów.

Do premiery pierwszej sztuki zostało kilka dni. Chociaż wszyscy byli zdenerwowani 

niedawnym wybuchem, popołudniowa próba przebiegła całkiem sprawnie. Praca nad drugą 

sztuką   też   szła   pełną   parą.   Próby   do   trzeciej   miały   się   rozpocząć   za   tydzień.   Bilety   na 

pierwsze trzy spektakle zostały już wyprzedane, na czwarty były jeszcze wolne miejsca, ale z 

każdym dniem ich ubywało.

Kiedy po kolacji Eve wróciła do swojego pokoju, pomyślała sobie, że warto jeszcze 

raz sprawdzić budżet, ale zupełnie nie miała na to ochoty. Napuściła wody do wanny i wzięła 

kąpiel. Dochodziła dziesiąta, kiedy wyciągnęła maszynę do pisania. Aleksowi nic nie jest, 

przekonywała się w duchu; po długim, męczącym dniu pewnie zwalił się do łóżka i śpi.

Zamiast   się   zadręczać,   postanowiła   chwilę   popracować.   Jej   własną   twórczość 

zniszczył wybuch. Powinna była zrobić kopie. Ale może dobrze się stało, że nie zrobiła. 

Pierwsza sztuka, napisana przesadnie kwiecistym stylem, była zbyt sentymentalna. Druga... 

cóż, drugą pisała pół roku i wciąż nie mogła przebrnąć przez pierwszy akt.

Zacznie wszystko od nowa. Nowy pomysł, nowe miejsce, i w pewnym sensie nowy 

autor. Wsunęła kartkę do maszyny. Akt pierwszy, scena pierwsza.

Czas płynął. Kosz na śmieci zapełniał się, ale powoli rósł też stos świeżo zapisanych 

stron. Obiecała sobie, że tym razem się uda. Napisze świetny dramat, a potem go wystawi. 

Może nawet sama wyreżyseruje? Westchnęła ciężko. Czy nie to samo obiecywała sobie za 

pierwszym i drugim razem?

Aleksander zastał ją nad maszyną. Siedziała skupiona, ubrana w niebieski szlafrok. 

Włosy miała niedbale upięte na czubku głowy, rękawy podwinięte. Lampka stojąca na biurku 

oświetlała palce, które tańczyły po klawiaturze.

background image

Za   każdym   razem,   gdy   ją   widział,   zdumiewało   go,   jaka   jest   piękna.   Nigdy   nie 

podkreślała   swojej   urody,   zdawała   się   jej   nie   zauważać.   Ceniła   w   życiu   fachowość   i 

inteligencję. Obserwując Eve, wiedział, że jest kobietą, która potrafi osiągnąć wyznaczony 

cel.

Sprawiała wrażenie kruchej, słabej, delikatnej, lecz miała w sobie ogromny hart ducha 

oraz niebywałą siłę woli. Dzięki tym cechom nie bała się stawić czoła rzeczywistości. Czy 

dlatego ją kochał? Za jej wrażliwość, dobroć, odwagę? Potarł ręką twarz. Zrozumiał, że uroda 

jest rzeczą powierzchowną, przemijającą. Ze w życiu liczy się co innego.

Powiedział kiedyś Eve, że jej potrzebuje, i była to prawda. Ale sam nie zdawał sobie 

sprawy, do jakiego stopnia.

Kiedy myślał, że zginęła w wybuchu, że stracił ją na zawsze, ogarnął go dziwny 

paraliż. Serce mu stanęło, przestał oddychać, widzieć, słyszeć, czuć. Czy tak objawia się 

miłość? Nie był pewien. Poza rodziną i ojczyzną nigdy nikogo nie kochał. Zawsze wzbraniał 

się przed jakimkolwiek głębszym uczuciem. Teraz też się wzbraniał, ale ono okazało się 

silniejsze.

Rozum mówił mu, że powinien się wycofać, że miłość to ryzyko, na jakie on, następca 

tronu, nie może sobie pozwolić. Na pewno nie dziś, a może i nigdy.

Było jednak za późno.

Gdyby spotkał złotą rybkę, prosiłby ją o jedno: aby przez chwilę mógł wieść z Eve 

normalne życie w normalnym świecie. Może dzisiejszej nocy uda im się przenieść, choć na 

parę godzin, do krainy marzeń?

Nieświadoma jego obecności, przeciągnęła się, po czym splotła ręce na karku.

- Miałaś się nie przepracowywać.

Obejrzała się. Dostrzegł w jej oczach najpierw ulgę, potem radość.

-   Przygarnął   kocioł   garnkowi.   -   Jej   płomienny   wzrok   sprawił,   że   opuściło   do 

zmęczenie. - Wyglądasz na skonanego.

- Zebrania, narady. - Wszedł do pokoju. - Przykro mi, że nie mogliśmy spędzić razem 

wieczoru.

- Tęskniłam za tobą. - Wyciągnęła do niego rękę. - I niepokoiłam się o ciebie.

- Niepotrzebnie. Od piątej byłem w pałacu.

- Nawet chciałam kogoś spytać, gdzie się podziewasz, ale... - Potrząsnęła głową. - 

Uznałam, że nie powinnam.

- Przecież Bennett czy Gabriella by ci powiedzieli.

- Ważne, że teraz cię widzę. Jadłeś kolację?

background image

- Tak, w gabinecie ojca. - Ale gdyby spytała, co jadł, nie umiałby odpowiedzieć. - 

Podobno przyleciała twoja siostra?

- Tak, dziś przed południem. - Eve wstała od biurka i z niedużej szafki wyjęła butelkę 

koniaku. - Była jednym wielkim kłębkiem nerwów. Mam nadzieję, że rozmowa z Brie zdołała 

ją trochę uspokoić.

- Może siostrze uda się namówić cię do powrotu do Stanów.

Podała mu kieliszek.

- Na pewno nie.

- Moglibyśmy zmienić termin przedstawień. Przesunąć je o kilka miesięcy, nawet o 

rok.

Uniosła ze zdziwieniem brwi.

- Rozmawiałeś z Chris?

- Nie, bo co?

- Nic. - Uśmiechnąwszy się, podeszła do aparatury stereo. Pomyślała sobie, że jeśli się 

chce   uwieść   księcia,   warto   uciec   się   do   starych   wypróbowanych   sposobów.   Po   chwili   z 

głośników popłynęła cicha, nastrojowa muzyka. - Nie wyjadę, Aleks, więc nie trać czasu. - 

Czubkiem języka oblizała brzeg kieliszka.

- Ale z ciebie uparciuch. Gdybym tak bardzo nie chciał mieć cię przy sobie, może 

zdołałbym cię przekonać. ..

- Nie zdołałbyś. Aleks. Nawet nie wiesz, jak się cieszę z tego. co powiedziałeś. Ze 

chcesz, abym była przy tobie.

- Nie mówiłem ci tego wcześniej?

- Nie. - Ujęła go za rękę. - Niewiele mi mówisz.

- Przepraszam. - Uniósł jej dłoń do ust.

- Nie masz za co. - Odstawiła na bok kieliszek.

- Jesteś jaki jesteś, i nie chcę, żebyś się zmieniał.

- Naprawdę?

-   Naprawdę.   -   Instynktownie   wyczuwała,   że   potrzebuje   jej   siły   i   wsparcia.   - 

Chciałabym jednak... - delikatnie pogładziła go po policzku - żebyś choć na kilka godzin 

zapomniał o kłopotach.

- Eve... - Nie wiedział, jak zareagować: czy mówić o swoich uczuciach, czy lepiej 

milczeć. Również odstawił kieliszek na biurko. - Ojej, o mało nie zachlapałem ci kartki... Za 

ciężko pracujesz.

- Przygarnął kocioł...

background image

Aleks roześmiał się. Potrafiła wprowadzić go w dobry nastrój.

- Co to? Kolejna sztuka?

- Tak. - Zaczęła zgarniać maszynopis. - Nic ważnego.

- Poczekaj. - Przytrzymał jej rękę. - „Na zwolnionych obrotach”? Nie znam tego. To 

nie jest jedna z zapasowych...

- Nie, nie - przerwała mu. Starała się odwrócić jego uwagę od stosu kartek. - Ten tekst 

nie ma nic wspólnego z naszymi występami w Cordinie.

- Rozumiem. To coś, co chcesz wyprodukować kiedyś w przyszłości, tak? - Na myśl o 

tym, że prędzej czy później Eve wyjedzie, bo gdzieś tam w Stanach ma swoje życie i pracę, 

zrobiło mu się smutno. Najwyższym wysiłkiem woli usiłował okazać zainteresowanie.

- O czym są te „Zwolnione obroty”?

- Hm, sama nie wiem... Słuchaj, może byśmy...

- Jakaś krótka ta sztuka.

Uniósł   brzeg   stosu.   Na   oko   było   tego   ze   dwanaście   stron.   Powiódł   wzrokiem   po 

biurku.   Spostrzegł   dziesiątki   zmiętych   kartek.   Po   chwili   przypomniał   sobie   pochyloną 

sylwetkę Eve, jej skupienie... I nagle doznał olśnienia.

- Ty to napisałaś...

Zarumieniła się.

- To takie hobby.

- Czerwienisz się.

- Wcale nie. Nie bądź śmieszny. - Wzruszywszy ramionami, podniosła kieliszek. - 

Czasem w wolnych chwilach stukam sobie w maszynę, to wszystko.

Cherie, w ciągu ostatnich paru tygodni nie miałaś pół wolnej chwili. - Odgarnął jej 

włosy za uszy. - Nie mówiłaś mi, że piszesz sztuki.

- Jak się ma mierny talent, to się o nim nie opowiada.

- Mierny? Może sam to osądzę.

-   Nie!   -   Chwyciła   kartki,   zanim   zdążył   je   podnieść.   -   To   pierwsza   wersja. 

Niedopracowana.

- No dobrze, poczekam, aż ją dopracujesz - powiedział, lecz nie był  pewien, czy 

wytrzyma. - Czy to twój debiut?

- Nie. Jedną sztukę skończyłam, zaczęłam pisać drugą... Ta jest trzeci a.

- Więc przeczytam tę skończoną.

- Nie przeczytasz. - Łzy podeszły jej do gardła. - Leżała w biurku. W gabinecie.

- Straciłaś oba maszynopisy? - Ujął jej twarz w obie dłonie. - To straszne, Eve. Wydaje 

background image

mi się, że kiedy człowiek coś tworzy, a potem to traci, czuje się tak, jakby stracił kawałek 

samego siebie.

Nie spodziewała się takiej reakcji. Z trudem skryła wzruszenie.

- Nie była to zbyt  dobra sztuka - szepnęła. - Raczej wprawka pisarska. Ale mam 

nadzieję, że czegoś się nauczyłam i że to, nad czym pracuję teraz, będzie lepsze.

- Od dawna chciałem cię o coś spytać...

- No?

- Kiedyś marzyłaś o tym, żeby zostać aktorką. Dlaczego zrezygnowałaś ze sceny?

- Bo jako aktorka musiałam słuchać reżysera. A jako producentka nie muszę słuchać 

nikogo.

Aleks uśmiechnął się.

- Poza tym - dodała po chwili - lepiej wypadam w roli producentki niż aktorki.

- A pisanie?

-  To   taki   mały   sprawdzian.   Któregoś   dnia   pomyślałam   sobie:   skoro   znasz   się   na 

teatrze, wiesz, co się publiczności podoba, i umiesz przygotować spektakle, to spróbuj sama 

coś napisać. Coś, co można by wystawić. - Dopiła koniak. - Pierwsza próba wypadła żałośnie. 

Uznałam, że kolejne mogą być już tylko lepsze.

- Lubisz wyzwania. Teatr, szermierka, karate.

- Lubię - przyznała. - Kiedy człowiek przezwycięża lęk, kiedy pokonuje kolejne progi, 

kiedy zdobywa nowe doświadczenia, wtedy czuje, że żyje. I że to życie ma sens. - Odstawiła 

pusty kieliszek. - A ty wszystko zepsułeś.

- Zepsułem?

- Tak. Zająłeś mnie rozmową, a ja chciałam cię uwieść.

- Już milknę. - Kąciki warg mu zadrżały. - I czekam.

- Często bywasz uwodzony? - Przeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku.

- Czasem.

Oparła się o drzwi.

- Przez kogo?

Rozciągnął usta w uśmiechu.

- Mademoiselle, jestem dżentelmenem.

- No dobrze. Zresztą to nie ma znaczenia. - Machnęła ręką. - Byleby uwodzicielką nie 

była ta blondyna z Anglii, z którą tańczyłeś przed siedmioma laty.

Nie odpowiedział. Jak przystało na dżentelmena.

- Hm. Poczęstowałam cię kieliszkiem alkoholu. Włączyłam muzykę. Więc teraz... - W 

background image

jej oczach pojawiły się figlarne iskierki. - Już wiem. Pozwolisz, że na moment zostawię cię 

samego?

- Oczywiście.

Znikła w przyległej do saloniku sypialni. Nie wahając się nawet przez chwilę, Aleks 

wysunął szufladę, w której Eve schowała tekst swojej nowej sztuki, i zaczął czytać.

Dialog pomiędzy kobietą w średnim wieku a jej odbiciem w lustrze wciągnął go od 

pierwszej strony.

- Wasza Wysokość...

Pośpiesznie zamknął szufladę. Zamierzał powiedzieć Eve, że sztuka jest wspaniała, że 

ona sama ma ogromny talent, ale kiedy się odwrócił, nie był w stanie wydobyć głosu.

Miała   na   sobie   powabną   koszulę   nocną   oraz   rozpięty   jedwabny  szlafrok,   jedno   i 

drugie   w   kolorze   przydymionego   błękitu.   Rozpuszczone   włosy   opadały   jej   na   ramiona. 

Patrzyła na niego kusząco, spod półprzymkniętych powiek.

Dał się skusić. Podszedł bliżej. Bez słowa wciągnęła go do sypialni.

- Cały dzień czekałam na ciebie - szepnęła, wolno rozpinając mu koszulę. - Chciałam 

cię dotykać... - przesunęła ręką po jego klatce piersiowej - i czuć twój dotyk.

- Kiedy jestem daleko od ciebie, na niczym nie potrafię się skupić. - Zsunął szlafrok z 

jej ramion. - A przy tobie odchodzę od zmysłów.

- To dobrze, odchodź.

W pokoju paliły się  dziesiątki świec.  Z salonu docierała  nastrojowa muzyka. Eve 

leciutko pchnęła go na łóżko i zaczęła spełniać jego najskrytsze marzenia.

Myślał, że serce wyskoczy mu z piersi. Nigdy w życiu nie był tak podniecony. Jeszcze 

żadna kobieta go tak nie całowała, tak nie pieściła. Drżał na całym ciele.

Cieszyła się i upajała swoją władzą. Nawet nie przypuszczała, że sprawianie rozkoszy 

może być tak cudownym przeżyciem. Tu, w jej łóżku, Aleks należał do niej. Był mężczyzną, 

nie księciem. Ojczyzna, obowiązki, etykieta, tradycja - takie rzeczy poszły w zapomnienie.

Gdy popatrzył jej w oczy, dojrzał w nich wyzwanie.

- Och, Eve, jesteś szalona - mruknął ochryple i przywarł ustami do jej ust.

Ich pocałunki były namiętne, uściski miażdżące. Oboje doświadczali czegoś zupełnie 

nowego, utracili kontrolę, ogarnęła ich dzika, zwierzęca żądza.

- Aleksander... - Wydawało jej się, że krzyknęła jego imię. ale to był tylko szept. - 

Chcę cię, pragnę cię. - Błądziła rękami po jego ciele, aż odnalazła to, czego szukała. - Chodź, 

błagam. Chodź!

Posłuchał jej. Porwała ich obezwładniająca fala. Unosząc się na niej, oddalali się od 

background image

brzegu.   Coraz   szybciej.   Gdy  wreszcie   dotarli   do   celu,  Aleks   zawołał   coś.   Po   francusku. 

Językiem miłości, językiem swego serca.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Po raz pierwszy w życiu obudziła się w jego ramionach. Świece dawno się wypaliły, 

ale w powietrzu wciąż unosił się ich kwiatowy zapach.

- Aleksander... - szepnęła i przytuliła się mocniej.

- Śpij. Jest jeszcze wcześnie. - Delikatnie próbował się oswobodzić.

- A ty wstajesz?

- Muszę.

Nie chciała go puścić.

- Dlaczego? Mówiłeś, że jest wcześnie.

Roześmiawszy się cicho, uniósł ramię, którym usiłowała go opleść, i pocałował ją w 

rękę.

- Z samego rana mam spotkanie.

- Ale chyba nie aż tak wcześnie? - Popatrzyła na niego zaspanym wzrokiem. Włosy 

miał potargane, ale spojrzenie bystre i przenikliwe. - Mógłbyś zostać godzinę dłużej.

Chciał. Marzył o tym, aby spędzić z nią w łóżku kilka kolejnych dni.

- To nie byłoby rozsądne.

Zrozumiała, o co mu chodzi, i troszkę posmutniała.

- Nie chcesz, żeby służba widziała, jak opuszczasz mój pokój?

- Wierz mi, tak będzie lepiej.

- Dla kogo? - spytała.

Uniósł zdziwiony brwi. Rzadko się zdarzało, aby ktoś kwestionował jego decyzje.

- Posłuchaj. Niech to, co jest między nami, pozostanie naszą tajemnicą. Nie chcę 

narażać cię na plotki. Po co mają pisać o tobie w brukowcach?

Oparłszy się o wezgłowie, skrzyżowała ręce na piersi.

- Pozwól, że sama będę się martwić o moją opinię.

- Ależ proszę bardzo. - Pogładził jej gołe ramię. - Ale mnie chyba też wolno?

- Dlaczego?

Natura nie obdarzyła go cierpliwością. Całymi latami ją w sobie wyrabiał.

- Eve, odkąd pojawiło się w prasie nasze zdjęcie zrobione po wybuchu, ludzie snują 

różne domysły.

- Co z tego? - Zraniły ją jego słowa. A człowiek zraniony, jak sama wiedziała, często 

zachowuje się irracjonalnie. - Nie wstydzę się tego, że jestem twoją kochanką.

- Uważasz, że ja się wstydzę? Tak?

background image

- Na to wygląda. Przychodzisz późno, kiedy wszyscy śpią. Wychodzisz przed świtem, 

żeby nikt nie wiedział, gdzie ani z kim spędziłeś noc.

Zacisnął rękę na jej szyi.

- Nigdy więcej tak nie mów. Nie pojmuję, jak możesz tak myśleć.

- A jak mam myśleć?

Zacisnął rękę jeszcze mocniej. Przerażona, otworzyła szeroko oczy. Po chwili z całą 

siłą, niemal brutalnie, przytknął wargi do jej ust. Walczyła; pragnęła słów, zapewnień, a nie 

pocałunków. Nie zważał na to. Wreszcie uległa. Przestała się złościć, zaczęła czuć. Wkrótce 

znów pochłonęła ich szalona namiętność.

Leżał   na   wznak,   wpatrując   się   w   sufit.   Eve   leżała   obok,   zwinięta   w   kłębek.   Nie 

dotykali się. Na zewnątrz słońce wypalało poranną mgłę.

- Nie chcę cię skrzywdzić.

Wolno wypuściła z płuc powietrze.

- Nie skrzywdzisz mnie.

- Jesteś tego pewna? - Chciał wziąć ją w objęcia, ale wolał nie ryzykować. - Musimy 

porozmawiać, Eve. Ale nie teraz.

- Tak, później.

Wstał; ona nie ruszyła się z miejsca. Słyszała, jak się ubiera, potem czekała na odgłos 

przekręcanego w zamku klucza.

Niespodziewanie położył rękę na jej ramieniu.

- Wzbudzasz we mnie wiele różnych odczuć, ale na pewno się ciebie nie wstydzę. 

Poczekasz na mnie w teatrze? Postaram się przyjechać najdalej o szóstej.

Nie odwróciła się. Bała się, że jeśli na niego spojrzy, rzuci mu się na szyję i zacznie go 

błagać, aby został.

- Dobrze, zaczekam.

- Prześpij się jeszcze z godzinkę.

Nie   odpowiedziała.   Drzwi   otworzyły   się   i   zamknęły.   Zacisnęła   powieki.   Aleks 

ofiarował jej namiętność. Przedtem sądziła, że to wystarczy. Teraz wiedziała, że nie. Chciała 

posiąść nie tylko jego ciało, ale również serce. Innymi słowy, chciała wszystko albo nic. 

Połowiczne rozwiązania jej nie zadowalały.

Zwlokła się z łóżka. Pora wrócić do rzeczywistości. Nie zamierzała roztkliwiać się nad 

sobą ani snuć marzeń, które nie mają szansy się spełnić.

Wszedł do gabinetu ojca i skinął na powitanie zebranym tam mężczyznom. Ojciec, 

który właśnie gasił w popielniczce papierosa, siedział przy biurku. Reeve - na kanapie obok 

background image

Bennetta. Malori, szef służb specjalnych, na krześle. Stojący centralnie stół zawalony był 

papierami.

W tym samym składzie spotkali się wczoraj i zamierzali spotykać codziennie, dopóki 

nie   rozwiążą   sprawy   Deboque'a.   Pierwszy   zabrał   głos   Reeve,   który   opowiedział   o 

wzmożonych   środkach   bezpieczeństwa,   jakie   wprowadził   w   pałacu,   w   Centrum,   gdzie 

mieściły się teatry oraz siedziba fundacji zbierającej pieniądze dla dzieci niepełnosprawnych, 

oraz u siebie na farmie. A także na lotnisku i w porcie.

- Każdemu z nas też przydzieliłeś dodatkową ochronę - zauważył ponuro Bennett. - 

Sądzisz,   że   znów   zadzwonią   do   Eve?   Chyba   wiedzą,   że   założyliśmy   u   niej   podsłuch 

telefoniczny i że wyszkoleni agenci nie spuszczaj ą jej z oka.

Odpowiedzi udzielił mu Malori.

- Największą słabością Deboque'a jest zbytnia pewność siebie - rzekł, pykając z fajki. 

- Myślę, że znów posłuży się panną Hamilton. I że zrobi to już wkrótce.

- Uważam, że powinniśmy odesłać Eve do Stanów - oznajmił Aleksander, sięgając po 

paczkę papierosów.

- To nie powstrzyma Deboque'a, Wasza Wysokość.

- Ale przynajmniej ona będzie bezpieczna.

-   Aleks...   -   zaczął   Reeve;   kontynuował   po   chwili,   gdy   jego   szwagier   schował 

zapalniczkę do kieszeni. - Jeśli nasze analizy są trafne, potrzebujemy Eve. Daj mi skończyć - 

powiedział szybko, spodziewając się protestu. - Gdyby zgodziła się wyjechać, sam bym ją 

wsadził do samolotu, ale skoro upiera się, żeby zostać, nie pozostaje nam nic innego, jak 

przydzielić jej ochronę i czekać.

- Czekać?! - Aleksander wypuścił z ust strumień dymu. - Czekać, aż znów znajdzie się 

w niebezpieczeństwie? Jeśli, tak jak przypuszczasz, wiadomość od Deboque'a przekazał jeden 

z pracowników teatru, to...

- Deboque'a nie interesuje panna Hamilton - oznajmił cicho Malori. - Ona jest tylko 

pionkiem.

- A pionki, jak wiadomo, są na straty.

- Aleksandrze... - Głos księcia był niewiele donośniejszy od szeptu, ale pobrzmiewała 

w nim siła i stanowczość. - Musimy zachować spokój i zimną krew. Wiesz, że dobro Eve leży 

mi na sercu nie mniej niż dobro własnych dzieci. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby 

zapewnić jej bezpieczeństwo.

-   Przyjechała   tu   na   moje   zaproszenie.   Jest   naszym   gościem.   Jesteśmy   za   nią 

odpowiedzialni.

background image

- Wiem, synu. Jeżeli któryś ze współpracowników Eve działa w imieniu Deboque'a, 

ręczę ci, że wkrótce poznamy jego tożsamość. Deboque zaś na pewno nie będzie próbował 

pozbyć się Eve; straciłby wtedy swojego agenta, bo cały zespół wróciłby do Stanów. To 

logiczne.

- A może on wcale nie myśli logicznie?

-   Tacy   jak   on   zawsze   wszystko   na   trzeźwo   kalkulują.   Nie   ulegają   emocjom,   nie 

podejmują pochopnie decyzji.

- Każdemu zdarza się popełnić błąd.

- To prawda. - Armandowi stanął przed oczami Seward. Smutek, który przepełnił jego 

serce, pozostał jednak głęboko ukryty. - Ale my na żadne błędy nie możemy sobie pozwolić. - 

Skierował wzrok na Reeve'a. - A zatem sprawę bezpieczeństwa zostawiam w twoich rękach.

Reeve skinął głową.

- Wydałem już odpowiednie dyspozycje. Wzmocniłem straż, każdemu przydzieliłem 

dodatkową ochronę. Kolejnym krokiem będzie infiltracja organizacji Deboquela. Ustaliłem z 

Malorim, któremu agentowi powierzyć to zadanie.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł - mruknął Malori.

- Dobry, dobry - powiedział Reeve, po czym wręczył Armandowi papierową teczkę. - 

Malori i ja uważamy, że nazwisko tego agenta powinno być znane wyłącznie nam trzem.

- Sprawa dotyczy nas wszystkich - wtrącił Bennett.

- Zgadza się, ale tu chodzi o bezpieczeństwo naszego agenta. Im mniej osób będzie 

wiedziało, kim on jest, tym większa szansa, że plan się powiedzie. Tyle że to może trwać 

bardzo długo. Kilka miesięcy, może nawet lat.

- Nieważne. Po prostu chciałbym, aby za mojego życia udało się zlikwidować siatkę 

Deboque'a. - Stary książę nie zajrzał do teczki z poufnymi informacjami. Zamierzał zrobić to 

później, po czym schować ją do sejfu. - Proszę mnie regularnie informować o postępach.

- Oczywiście. - Reeve zgarnął ze stołu resztę papierów. - Jeżeli schwytamy człowieka, 

którego Deboque opłaca w teatrze, i przesłuchamy go, może obejdzie się bez infiltracji.

Kiedy mężczyźni zaczęli szykować się do wyjścia, Aleks zwrócił się do ojca:

- Jeśli masz chwilę czasu, chciałbym z tobą porozmawiać.

- Jadę do teatru - oznajmił Bennett, spoglądając na brata. - Postaram się nie spuszczać 

Eve z oka.

- Dzięki. Tylko pamiętaj, rób to dyskretnie, bo inaczej wyrzuci cię na zbity pysk.

-   Spokojna   głowa.   Znam   ją   nie   od   dziś.   -   Poklepał   brata   po   ramieniu,   następnie 

podszedł do ojca i pocałował go w policzek. - Poradzimy sobie, tato. W jedności nasza siła.

background image

Stary książę odprowadził go wzrokiem do drzwi. Żadne wcześniejsze plany, rozmowy 

ani zapewnienia o wzmożonych środkach bezpieczeństwa nie rozproszyły jego obaw. Dopiero 

syn dodał mu otuchy - pocałunkiem i paroma prostymi słowami.

- Spośród wszystkich moich dzieci jeden Bennett nie przestaje mnie zaskakiwać.

- Ucieszyłby się, gdyby to usłyszał - powiedział Aleks.

- Jako mały chłopiec znosił do pałacu ranne zwierzęta, chore koty, ptaki z połamanymi 

skrzydłami. Wierzył, że potrafi je uzdrowić. Czasem mu się udawało. Swoją wrażliwością 

przypomina mi waszą matkę. - Armand podniósł się z fotela. - Napijesz się kawy, Aleks?

- Nie, dziękuję. Muszę jechać do Hawru. Powitać statek.

- Co za entuzjazm.

- Zmobilizuję się.

- Nie wątpię. Chciałeś porozmawiać o Eve?

- Tak.

Armand otworzył szeroko okno. Świeże słone powietrze powinno im obojgu dobrze 

zrobić.

- Aleks, mam oczy. Widzę, co się dzieje, i wiem, co czujesz.

- Może wiesz. Ja dopiero teraz zaczynam to sobie uświadamiać.

- Kiedy byłem młodym człowiekiem, młodszym niż ty teraz, musiałem nagle zasiąść 

na tronie i rządzić krajem. Oczywiście od dziecka mnie do tego przygotowywano. Ale nie 

sądziłem, że ten moment nadejdzie tak szybko. Twój dziadek zachorował i trzy dni później 

już nie żył. Nie było mi łatwo. Miałem dwadzieścia cztery lata. Z uwagi na mój młody wiek i 

wybuchowy temperament wielu członków rady bało się, że sobie nie poradzę. - Uśmiechnął 

się pod nosem. - Muszę się przyznać, że nie zawsze potrafiłem być tak dyskretny i rozsądny 

jak ty.

- Widzę, że nie wszystkie cechy Bennett odziedziczył po mamie.

Po raz pierwszy od wielu dni stary książę parsknął śmiechem.

- Aż tak beztrosko nigdy się nie zachowywałem. W każdym razie - kontynuował po 

chwili - mniej więcej po roku złożyłem oficjalną wizytę w Anglii. Tam poznałem Elizabeth i 

nagle moje życie nabrało sensu. Prawdziwa miłość jest piękna, lecz bywa bardzo bolesna.

- Wiem.

Starzec przyjrzał się uważnie swojemu pierworodnemu synowi i westchnął ciężko.

- Tak myślałem. Czy zastanawiałeś się, co by to oznaczało?

- Tak, ojcze. Ciągle nad tym dumam i ciągle sobie powtarzam, że nie mogę tego od 

niej żądać. Zbyt wiele musiałaby dla mnie poświęcić. Jej życie zmieniłoby się w sposób 

background image

trudny do wyobrażenia.

- Czy ona cię kocha?

- Tak.  -  Przycisnął   palce   do  oczu.  -  Przynajmniej  taką   mam   nadzieję.  Tyle   czasu 

próbowałem tłumić swoje uczucia, że...

Annand pokiwał głową. Doskonale syna rozumiał.

- Chcesz mojej rady czy błogosławieństwa?

Aleks opuścił ręce wzdłuż ciała.

- I tego, i tego.

- Dobrze. A więc uważam, że dokonałeś trafnego wyboru. - Armand uśmiechnął się i 

podszedł do syna. - Cordina będzie dumna, mając taką księżną.

-   Dziękuję,   ojcze.   -   Uścisnęli   sobie   dłonie.   -   Myślę   jednak,   że   bycie   księżną 

niekoniecznie ucieszy Eve.

- Amerykanie. - Armand westchnął. - Pewnie tak jak twój beau - frere, wolałaby się 

obyć bez tytułu.

- Tak, ale w przeciwieństwie do Reeve'a, nie miałaby wyboru.

- Jeśli cię kocha, to korona, którą kiedyś włoży na głowę, nie będzie jej ciążyła. Twoja 

tobie też nie.

Aleks puścił to mimo uszu. Wolał, by ojciec żył i sprawował władzę jak najdłużej.

- Jestem ci wdzięczny za wsparcie - rzekł. - A teraz czekam na radę.

- Niewiele osób zasługuje na to, żeby otworzyć przed nimi serce. Kiedy spotkasz 

kobietę, z którą chcesz dzielić życie, niczego przed nią nie ukrywaj. Pamiętaj, kobiety mają 

silne ramiona. Nie bój się na nich wesprzeć.

- Wesprzeć? Ale to ja chcę chronić żonę...

- Oczywiście. Jedno drugiego nie wyklucza. Poczekaj, mam coś dla ciebie.

Na moment Armand zniknął w sąsiadującej z gabinetem bibliotece. Kiedy wyłonił się, 

trzymał w ręce czarne aksamitne pudełeczko.

- Często się zastanawiałem, co będę czuł w takiej chwili. - Wbił oczy w pudełeczko. - 

Czuję smutek, że to do mnie wróciło. Czuję radość i dumę, że mam syna, któremu mogę to 

ofiarować. - Nie potrafił powściągnąć emocji, które zawsze tak skrzętnie skrywał. - Syna, 

którego nie tylko kocham, ale którego również darzę szacunkiem. - Wsunął pudełko do dłoni 

Aleksa. - Jest to pierścionek, który podarowałem twojej mamie, kiedy się jej oświadczyłem. 

Byłbym szczęśliwy, gdybyś zechciał podarować go Eve, kiedy poprosisz ją o rękę.

-   Uczynię   to   z   największą   przyjemnością.   -  Aleks   nie   był   w   stanie   rozprostować 

palców i otworzyć kasetki. - Dziękuję, tato.

background image

Patrząc na syna, który teraz dorównywał mu wzrostem, Armand przypomniał sobie 

jego narodziny, dzieciństwo, lata młodzieńcze.

- Kiedy włożysz jej ten pierścionek na palec - powiedział wzruszony - przyprowadź ją 

do mnie.

Eve obserwowała dwóch młodych maszynistów, którzy uzbrojeni w pędzle, wałki i 

puszki ze sprayem poprawiali scenografię. Przełykając ziewnięcie, zapisała w notesie kolejny 

punkt:   żeby   po   powrocie   do   Stanów   koniecznie   przeznaczyć   trochę   pieniędzy   na   kupno 

nowego   sprzętu.  Wracali   za   niecałe   pięć   tygodni.   Za   dwa   dni   miała   się   odbyć   premiera 

pierwszej   sztuki;   za   cztery   tygodnie   zespół   wystąpi   po   raz   ostatni.   Kilka   dni   będą 

potrzebowali na spakowanie rekwizytów, zdjęcie dekoracji, a potem... potem wylot.

Na jesieni ruszą w objazd po Stanach. Wszystko od dawna było zaplanowane. A w 

styczniu - właśnie ustalała warunki kontraktu - przez trzy tygodnie będą występować w Los 

Angeles. Podejrzewała, i chyba się nie myliła, że po powrocie z Cordiny zaproszenia na 

występy posypią się lawinowo.

Przeszła   na   skraj   sceny,   gdzie   przy  niedużym   stoliku   siedział   reżyser,   i   usiłowała 

skoncentrować   się   na   próbie.   Aktorzy   byli   w   kostiumach,   ucharakteryzowani.   Wielki 

czerwony wazon, o który prosiła Pete'a, przyciągał wzrok. Nieco wyblakłe obicie kanapy już 

nie raziło świeżością. Na kredensie leżały wykrochmalone koronkowe serwetki.

Wszystko było idealnie, tak jak sobie wymarzyła. Więc dlaczego nie czuła satysfakcji, 

radości?

- Wygląda wspaniale - szepnął ktoś tuż nad jej uchem.

Podskoczyła.

- Ben! - Przycisnęła notes do piersi. - Co tu robisz? To próba zamknięta. Nie dla 

widzów.

- Nie jestem widzem. Wyjaśniłem to waszemu portierowi.

Obejrzawszy się przez ramię, zobaczyła stojących nieopodal Bena ochroniarzy.

- Nie masz nic ważniejszego do roboty?

- Od paru tygodni haruję jak dziki wół. Należy mi się kilka godzin relaksu. - Kiedy 

indziej wykorzystałby ten czas na jazdę konną. - Pomyślałem sobie, że wpadnę do ciebie i 

sprawdzę, jak wam idzie próba.

- Jeśli szukasz Doreen, musisz iść na górę do sali B. Ale... no wiesz, przygotowujemy 

cztery sztuki...

- W porządku, pojąłem aluzję. Nie będę jej przeszkadzał - powiedział, choć prawdę 

mówiąc,   w  ogóle   nie   myślał   o   Doreen.   Przez   chwilę   spoglądał   w  milczeniu   na   scenę.   - 

background image

Większość tych ludzi zatrudniasz pewnie od lat?

- Niektórych tak, niektórych nie - odparła. - Zejdźmy na widownię. Chcę zobaczyć, 

jak to wygląda stamtąd.

Usiedli w środkowym rzędzie na wprost sceny. Ochroniarze zajęli miejsca trzy rzędy 

dalej.

-   Nieźle   -   powiedziała.   -   Wcześniej   siedziałam   w   ostatnim   rzędzie   na   balkonie. 

Wszystko idealnie widać i słychać. Macie tu fantastyczną akustykę.

- Twoi współpracownicy... - Ben powrócił do tematu, który zaczął chwilę wcześniej. - 

Chyba dobrze ich znasz, prawda? W końcu spotykacie sienie tylko na stopie zawodowej, ale 

również prywatnej...

-   Na   wyjazdach   jest   to   nieuniknione.  Ale   ludzie   teatru   nie   różnią   się   od   innych 

śmiertelników.   Jedni   bardziej   udzielają   się   towarzysko,   inni   trzymają   się   na   uboczu.   - 

Uśmiechnęła się. - A co? Chcesz zmienić zawód?

- Myślisz, że nadaję się na aktora?

- Lepsza byłaby dla ciebie praca na zapleczu. Miałbyś więcej okazji do flirtów.

- Zapamiętam to sobie. Powiedz, ile osób liczy w sumie zespół?

- To zależy od tego, co wystawiamy.

- A na przykład teraz?

Zmarszczywszy brwi, przyjrzała mu się badawczo.

- Dlaczego pytasz?

- Z ciekawości.

- Tak? Nigdy przedtem takie rzeczy cię nie interesowały.

- Boże, Eve, nie można z tobą normalnie porozmawiać?

- Można, Ben. Ale ponieważ wczoraj Reeve zadawał mi podobne pytania, stałam się 

podejrzliwa. Wyjaśnij mi, proszę, co moi pracownicy mają wspólnego z tym  draniem za 

kratkami?

Ben wyciągnął nogi i oparł je o fotel przed sobą.

- Nie mogę. Nie ja prowadzę dochodzenie. Skarbie, kim jest ta aktorka w halce? 

Chyba mi jej nie przedstawiono.

- Przestań, Bennett - skarciła go Eve. - Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi.

- Jesteśmy.

- Więc bądź ze mną szczery.

Wahał  się   tylko  przez   ułamek  sekundy.  Ponieważ   był  jej   przyjacielem  i  darzył   ją 

szacunkiem, decyzję podjął błyskawicznie.

background image

- Nie sądzisz, że należy rozważyć wszystkie możliwości? - spytał.

- To znaczy?

- Kiedy szantażysta odezwał się do ciebie po raz drugi, dzwonił z tego budynku. - 

Widząc,   jak   Eve   wytrzeszcza   oczy,   pokiwał   smutno   głową.   -   Nie   powiedzieli   ci   o   tym, 

prawda?

- Z tego budynku? Skąd dokładnie?

- Nie potrafią tego ustalić. Ale wiedzą, że na pewno nie telefonowano z miasta. Poza 

tym każdego wejścia pilnował strażnik. Nigdzie nie było śladów włamania. Ładunek musiał 

być podłożony przez kogoś, kto tu pracuje. Przez osobę, która może swobodnie wchodzić do 

budynku, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

- Jeśli nawet, to dlaczego zawężasz krąg podejrzanych do moich ludzi? - spytała. - To 

jest ogromny kompleks. Mieszczą się w nim jeszcze trzy inne teatry. W każdym pracują 

aktorzy, maszyniści, oświetleniowcy...

- Wiem. - Zacisnął rękę na jej dłoni. - Ale... Posłuchaj, Eve. To musiał być ktoś, kto 

ma   prawo   przebywać   w   tej   części   budynku.   Na   scenie,   za   kulisami,   w   garderobie,   w 

magazynie, nawet w twoim gabinecie. Ktoś, czyja obecność nikogo nie dziwi.

- Ale dlaczego ktoś z moich pracowników miałby grozić twojej rodzinie?

- Podobno Deboque hojnie płaci.

- Nie wierzę, Ben. - Skierowała spojrzenie na scenę. - Gdybym sądziła, że masz rację, 

natychmiast bym przerwała próby i odesłała wszystkich do domu. Psiakość, Ben! Ci ludzie to 

aktorzy, krawcowe, fryzjerki, akustycy, a nie terroryści czy zamachowcy.

- Spokojnie, Eve. Nie twierdzę, że któryś z nich podłożył ładunek, ale teoretycznie 

mógł. Przemyśl to. - Poklepał ją po ręce. - I uważaj na siebie.

Nagle coś sobie uświadomiła i cała złość z niej wyparowała.

- Boże, jeżeli przywiozłam tu kogoś, kto...

- Nawet nie kończ - przerwał jej Ben. - Bez względu na to, co wykaże dochodzenie, 

nie jesteś za nic odpowiedzialna. Winę ponosi wyłącznie Deboque.

Eve westchnęła głośno.

- Nigdy go na oczy nie widziałam. Nawet nie wiem, jak wygląda, a ciągle mam przez 

niego kłopoty. Trzeba go powstrzymać, zanim...

- Powstrzymamy. - Powiedział to cicho i łagodnie, ale w jego głosie pobrzmiewała 

furia. - Reeve przystąpił już do działania. Niestety na wynik trzeba będzie trochę poczekać, 

ale na pewno się uda.

- Tylko ty się do niczego nie mieszaj. Niech się wszystkim zajmą fachowcy.

background image

Rozciągnął usta w uśmiechu.

- Nie denerwuj się, złotko. Bardziej interesują mnie kobiety i konie niż sława i chwała.

- To dobrze. - Wstawszy z fotela, potarła skronie.

- No, czas na mnie. Muszę iść na górę i obejrzeć kawałek drugiej próby.

- Za ciężko pracujesz. Odbija się to na twojej twarzy.

- Jak zwykle, jesteś bardzo szarmancki.

- I przestań się martwić o Aleksa.

- Możesz mi powiedzieć, jak mam to zrobić?

- Niestety. - Pociągnął ją za kosmyk. - Zaufaj losowi. Aleks będzie rządził Cordiną. 

Nic mu w tym nie przeszkodzi.

- Oby. Wiesz, kiedy go widzę, jestem spokojna. Ale z dala od niego... po prostu się 

boję. - Uścisnęła Bena na pożegnanie. - Do zobaczenia wieczorem.

- Zagramy w remika?

- Dalej jesteś mi winien pięćdziesiąt trzy dolary.

- Kto by to liczył?

- Ja - odparła z uśmiechem.

Ruszyła między rzędami do przejścia, po czym skręciła w lewo. Parę kroków za nią 

podążało dwóch ochroniarzy.

Wczesnym popołudniem zajrzała Gabriella z Chris; usiłowały namówić Eve, żeby 

wybrała się z nimi do nadmorskiej kawiarni. Odmówiła im. Nie chciała też kawy i ciastek, 

które przygotowała dla niej asystentka. Podziękowała uprzejmie jednemu z aktorów, który 

zaproponował, aby zdrzemnęła się w jego garderobie, oraz charakteryzatorce, która nieśmiało 

podsunęła jej krem likwidujący worki pod oczami.

Kiedy próby dobiegły końca, była u kresu wytrzymałości.

- Jeżeli jeszcze jedna osoba powie mi, że powinnam odpocząć, nie ręczę za siebie - 

mruknęła gniewnie, wędrując pustym korytarzem.

- Ja tam nic nie mówię.

Stanęła jak wryta, po czym wolno spojrzała w bok. Pete chował rekwizyty do skrzyń.

- Myślałam, że wszyscy już wyszli.

-   Pewnie   wyszli.   -   Wyprostował   się.   Zabrzęczały   wiszące   przy   pasku   klucze   do 

magazynu. - Ja też już prawie skończyłem. Muszę tylko znaleźć pudło na ten wielki wazon.

- Zostaw go na wierzchu. Takiego szkaradzieństwa nikt nie ukradnie.

- Sama pani mówiła, żeby kupić brzydki.

- I taki kupiłeś. - Potarła obolały kark. - Jest świetny. Serwetki również. A złodziei 

background image

naprawdę nie musimy się obawiać. Teatr będzie zamknięty i strzeżony przez całą noc. Więc 

idź do hotelu, zjedz kolację...

- Może ma pani rację - rzekł, ale nie ruszył się z miejsca.

- O co chodzi, Pete? - spytała.

- Chciałbym coś powiedzieć...

- To mów.

-  Trochę   się   tamtego   dnia   zezłościłem,   kiedy   kazała   mi   pani   opuścić   magazyn.   I 

jeszcze pociągnęła mnie za koszulę, a potem zagroziła wywaleniem z pracy.

- Domyślam się, że nie byłeś zadowolony.

- Na pewno bym się tak nie grzebał, gdybym wiedział, co się dzieje. - Podrapał się po 

brodzie,  po czym  wbił  wzrok  w  buty.   - Talbot  opowiedział  nam,  jak  to pani  biegała  po 

piętrach, sprawdzając, czy wszyscy wyszli. Zachowała się pani odważnie. - Podniósł oczy. - 

Głupio, ale odważnie.

- Ani głupio, ani odważnie. Po prostu zrobiłam to, co musiałam. Ale dzięki za dobre 

słowo, Pete.

- Chętnie bym panią zaprosił na kieliszek wina, szefowo.

Zatkało ją. Znała Pete'a od wielu lat, lecz zawsze dotąd trzymał się na dystans.

- Z przyjemnością, Pete. Dziś wieczorem jestem zajęta, może więc jutro po próbie?

- Dobrze, może być jutro. - Ponownie podrapał się po brodzie, po czym wolnym 

krokiem skierował się do wyjścia.

Eve ruszyła w przeciwną stronę, do swojego nowego gabinetu. Spojrzała na zegarek: 

szósta piętnaście. Aleks się spóźnia. Cały dzień niecierpliwie czekała na szóstą.

Cóż, poczeka chwilę dłużej.

O czym chciał z nią porozmawiać? O tym, co ich łączy? Że niestety nie mogą być 

razem? Pragnął jej. Nie miała co do tego wątpliwości. Ale jako człowiek prawy, sumienny i 

odpowiedzialny zdawał sobie sprawę, że lepiej zakończyć potajemne schadzki. Sam mówił, 

że nie chce narażać jej na plotki.

Niczego nie żałowała. Od początku wiedziała, na co może liczyć. Tak, poczeka na 

Aleksa, ale nie będzie siedzieć bezczynnie, wzdychając i użalając się nad sobą.

Wziąwszy z półki plik notatek, usiadła przy biurku. Wokół było cicho jak makiem 

zasiał. I nagle powietrzem wstrząsnął huk.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Nawet   nie   zdążyła   wstać   od   biurka,   kiedy   usłyszała   odgłos   kroków.   Ktoś   biegł 

korytarzem. Otwierając drzwi, zamierzała jedynie spytać, co się dzieje; przecież próba już 

dawno się skończyła i wszyscy mieli wrócić do hotelu na kolację.

Wtem zobaczyła ciało.

Znieruchomiała; po chwili rzuciła się pędem do leżącego na podłodze mężczyzny. 

Koszulę miał zakrwawioną. Wokół było pełno szkła - potłuczone szklanki i dzban, z którego 

wylała się woda. Niewiele się zastanawiając, ściągnęła sweter i okryła nim rannego.

Telefon! Starając się zachować spokój, wróciła biegiem do gabinetu i drżącą, wilgotną 

ręką wykręciła numer.

-   Tu   Eve   Hamilton.  Dzwonię   z   Teatru   Wielkiego   w   Centrum   Sztuk   Pięknych. 

Postrzelono człowieka. Proszę przysłać karetkę. I policję. - Na moment wstrzymała oddech; 

ktoś nadchodził korytarzem. - Tylko błagam, szybko! - dodała szeptem.

Odłożywszy  słuchawkę,  rozejrzała   się  po  pokoju.  Nie  było  żadnej  drogi   ucieczki; 

jedyne wyjście prowadziło na korytarz. Kroki ucichły - ale jak daleko od drzwi stał zabójca? 

Dygocząc na całym ciele, obeszła cicho biurko. Wiedziała, że ktokolwiek tam jest, zabije ją, a 

potem...

Spojrzała na zegarek. Szósta dwadzieścia. No tak, czekają na Aleksandra. Pot spływał 

jej z czoła, gdy wolno skradała się do drzwi. Musi ostrzec Aleksa! Musi znaleźć na to sposób. 

Wyciągnęła rękę, żeby szerzej uchylić drzwi, kiedy nagle ktoś pchnął je lekko od zewnątrz.

Najpierw  zobaczyła   pistolet.  Potem  trzymającą  go  rękę.   Dławiąc  krzyk,   podniosła 

wzrok i spojrzała na przybysza.

W drzwiach stał mężczyzna, z którym Aleks trenował szermierkę. Już wtedy, gdy 

uśmiechnął się do niej jego twarz wydała się jej znajoma. Nic dziwnego. Przypomniała sobie, 

że dzień czy dwa wcześniej widziała faceta tu, w teatrze.

Teraz nie uśmiechał się. Patrząc mu  w oczy,  nie miała cienia wątpliwości, że ten 

człowiek potrafi zabijać.

- Mademoiselle... - zaczął.

Nie czekała na dalszy ciąg. Prawą ręką wykonała gwałtowny zamach, celując w szyję 

bandyty. Kiedy pistolet upadł z brzękiem na podłogę, zamachnęła się po raz drugi, tym razem 

uderzając kantem dłoni w kark. Dysząc ciężko, popatrzyła z góry na leżącą u swych stóp 

postać.

Chwytając   nieprzytomnego   mężczyznę   pod   pachy,   wciągnęła   go   do   gabinetu.   W 

background image

górnej szufladzie biurka znalazła klucz. Przeskoczywszy nad ciałem, wyszła na korytarz i 

zamknęła za sobą drzwi.

W głowie jej szumiało. Oparła się o ścianę, usiłując złapać oddech i oczyścić umysł. 

Słysząc, jak parę metrów dalej postrzelony mężczyzna jęczy, podbiegła do niego.

- Ciii. Wezwałam karetkę. Zaraz lekarz opatrzy panu ranę.

- Jermaine...

-   Tak,   wiem.   Zajęłam   się   nim.   Proszę   nic   nie   mówić.   -   Pomyślała,   że   powinna 

zastosować jakiś ucisk, żeby zatamować krwawienie. Ale jak? Czym?  Może ręcznik. .. - 

Niech pan się nie rusza. Zaraz wrócę.

- Czekał... ukryty...

- Wiem. Nikomu już nic nie zrobi. Zamknęłam go w moim gabinecie. A pan niech nic 

nie mówi. Za chwilę wrócę.

Wstała. Zamierzała iść do najbliższej łazienki po ręcznik, kiedy usłyszała za sobą 

hałas. Obejrzała się. Korytarz był pusty. Zwilżywszy wargi, popatrzyła na drzwi gabinetu. 

Czyżby bandyta odzyskał przytomność? Nagle z przerażeniem coś sobie uświadomiła. Nie 

wzięła pistoletu. Broń była w gabinecie.

Ni stąd, ni zowąd dobiegło ją wołanie. Skierowała się tam, skąd dochodziło. Po chwili 

wcisnęła   kontakt.   Światło   zalało   scenę.  Aleksander.   Szlochając   głośno,   rzuciła   mu   się   w 

ramiona, zanim zdążył ją przeprosić za spóźnienie.

- Eve, co się stało?

- Ten facet, agent Deboque'a, jest w moim gabinecie. Zamknięty na klucz. Postrzelił 

jednego ze strażników. Wezwałam już karetkę i policję.

- Nic ci nie zrobił? - Przyjrzał się jej uważnie. - Skąd ta krew...?

- To nie moja, to tego strażnika. Aleks, on potrzebuje pomocy. A w moim gabinecie...

- Już dobrze. - Obejmując ją mocno, zwrócił się do swoich ochroniarzy. - Idźcie tam. 

Ja z nią zostanę.

- Ale on ma broń... - zaczęła.

- Oni też - przerwał jej Aleks. Podprowadził ją do kanapy o spranym, spłowiałym 

obiciu. - Usiądź. I opowiedz mi, co się stało.

- Wydawało mi się, że wszyscy poszli do domu. Nagle usłyszałam strzał, a potem 

kroki. Kiedy wyjrzałam z gabinetu, na korytarzu leżał człowiek. Wróciłam do telefonu. I 

wtedy znów usłyszałam kroki. Aleks, to był ten twój partner od szermierki, Jermaine...

- Jermaine został postrzelony?

- Nie! - Potrząsnęła głową. - To on pomaga Deboque'owi. Miał broń. Znokautowałam 

background image

go...

- Znokautowałaś Jermaine'a?

- No tak. Strzelił do strażnika i wracał po...

-   Eve.   -   Potrząsnął   ją   delikatnie   za   ramię.   -   Jermame   jest   szefem   ochrony. 

Przydzieliłem go, żeby chronił ciebie.

- Ale... ale on... - Urwała. Miała kompletny mętlik w głowie. - W takim razie kto...

- Przepraszam, że wam przeszkadzam. - Z lewej kulisy wyłonił się Russ. Trzymał w 

dłoni rewolwer z tłumikiem.

- O Boże. - Aleksander poderwał się, zasłaniając sobą Eve.

- Jak to miło, że Wasza Wysokość odesłał ochroniarzy. Obiecuję, że to będzie szybka, 

bezbolesna śmierć. Bądź co bądź jestem zawodowcem.

- Nie! - Eve wysunęła się zza Aleksa. - Nie możesz, Russ.

- Przykro mi, Eve. Ciebie mi naprawdę szkoda. - W jego głosie pobrzmiewała nuta 

szczerości. - Jesteś najlepszą producentką teatralną, z jaką zdarzyło mi się współpracować.

- Nie ujdzie ci to płazem - oznajmił cicho Aleks, wiedząc, że lada moment wrócą 

ochroniarze.

- Ujdzie. Znam ten teatr jak własną kieszeń. W ciągu dziesięciu sekund zapadnę się 

pod ziemię. Więcej czasu mi nie trzeba. A jeśli się nie uda... - Wzruszył ramionami. W oddali 

słychać było wycie policyjnych syren. - To trudno.

Wycelował broń prosto w serce Aleksandra.

- Osobiście nie mam nic przeciwko Waszej Wysokości...

Stali   na   środku   sceny.   Obok   na   stoliku   połyskiwał   wielki   czerwony  wazon   pełen 

papierowych kwiatów. Światła były włączone. Wyglądało to tak, jakby odbywała się próba. 

Tylko rewolwer był prawdziwy.

Eve krzyknęła. Instynktownie, bez chwili namysłu, wysunęła się przed Aleksandra i 

przyjęła kulę, która była przeznaczona dla niego.

Nie umrze. Nie może umrzeć. Siedział z głową wspartą na dłoniach i powtarzał te 

słowa. Wiedział, że w poczekalni są inni, ale nie zwracał na nich uwagi Gabriella siedziała 

obok niego, myślami i spojrzeniem starając się dodać mu otuchy. Ojciec stał przy oknie. 

Bennett siedział na niedużej kanapie, ściskając Chris za rękę. Reeve krążył: to wychodził, by 

porozmawiać z funkcjonariuszami policji, to wracał.

Gdyby miał sekundę więcej, mógłby pchnąć Eve na podłogę, pociągnąć za siebie, coś 

zrobić, żeby nie dosięgła jej kula. Nie zdążył. Jej okrzyk wciąż dźwięczał mu w uszach. 

Nigdy nie zapomni tego, jak zawyła z bólu, a potem wolno osunęła się na ziemię.

background image

Miał na rękach jej krew. Dosłownie i w przenośni.

- Napij się, Aleks.

Gabriella   podsunęła   mu   kubek   herbaty,   ale   potrząsnął   głową.   Po   chwili   zapalił 

kolejnego papierosa.

- Przestań się obwiniać. Eve będzie potrzebowała twojej pomocy i wsparcia. Musisz 

być silny.

- Powinienem był ją ochronić. Nie narażać na niebezpieczeństwo. - Zacisnął powieki. 

Nie pomogło. Wciąż miał przed oczami obraz Eve, która obejmuje go w pasie, własnym 

ciałem osłaniając przed kulą. - On chciał mnie zabić, nie ją.

- Ciebie lub kogokolwiek z nas. - Gabriella położyła rękę na kolanie brata. - Wszyscy 

w równym stopniu możemy czuć się winni... Aleks, w najgorszych chwilach mojego życia 

byłeś przy mnie. Wiem, że odrzucałam twoją pomoc. Błagam, nie zachowuj się tak samo, nie 

zamykaj się.

Poklepał ją po ręce. Na nic więcej nie było go stać. Reeve wrócił do poczekalni. 

Ścisnął żonę za ramię, potem podszedł do Armanda. Stary książę w milczeniu skinął głową. 

Nie mogąc usiedzieć w miejscu, Chris zaczęła chodzić od drzwi do okna i z powrotem. Wtem 

poczuła, jak Gabriella otaczają ramieniem.

- Nie możemy jej stracić...

- Nie stracimy - szepnęła Brie. Delikatnie podprowadziła przyjaciółkę do krzesła. - 

Pamiętasz, jak w szkole opowiadałaś mi o Eve? Zastanawiałam się, jak to jest mieć siostrę.

- Pamiętam. - Chris wzięła głęboki oddech. - Trochę mi nawet zazdrościłaś.

- Tak, bo sama dorastałam wśród mężczyzn. - Uśmiechając się, popatrzyła na braci, 

ojca, męża. - Pamiętam też, kiedy pierwszy raz pokazałaś mi jej zdjęcie. Miała dwanaście 

albo trzynaście lat. Była śliczna. Pomyślałam sobie, że to miło mieć kogoś, z kim można się 

wszystkim dzielić.

- Opowiedziałam ci wtedy, jak ją przyłapałam w moim pokoju. Siedziała przy toaletce 

zawalonej kosmetykami i moim najlepszym niebieskim cieniem malowała sobie powieki. 

Wyglądała koszmarnie. - Wierzchem dłoni Chris osuszyła łzy. - Jej się jednak wydawało, że 

wygląda rewelacyjnie.

Pociągnęła nosem i skinieniem głowy podziękowała Gabrieli! za chustkę. Po chwili 

mówiła dalej.

- Była niepocieszona, kiedy ojciec wysłał ją do szkoły z internatem. Tata uważał, że 

tak   będzie   najlepiej,   i   nie   pomylił   się,   ale   Eve...   ona   nienawidziła   tej   szkoły.  A  my... 

kochaliśmy smarkulę, ale nie wierzyliśmy, że cokolwiek w życiu osiągnie. Zamiast się uczyć, 

background image

wertowała kolorowe pisma i godzinami słuchała muzyki. Okazało się jednak, że nie zbywało 

jej   na   inteligencji,   po   prostu   nie   chciała   marnować   czasu   na   coś,   co   jej   w   ogóle   nie 

interesowało.

- Pisała do ciebie takie śmieszne listy. Czasem mi je czytałaś.

-  Tak,   opisywała   dziewczyny   w   internacie,   nauczycieli.   Miała   niesamowity   zmysł 

obserwacji. Boże, Brie, jak długo to jeszcze potrwa?

- Najwyżej parę minut Pamiętasz, myślałyśmy, że ona i Bennett... Wydawało nam się, 

że idealnie do siebie pasują. - Popatrzyła na siedzącego samotnie Aleksandra. - Czy to nie 

dziwne, że dwoje ludzi, których uwielbiamy nad życie, odnalazło siebie?

-   Ona   tak   bardzo   go   kocha.   -   Chris   również   skierowała   wzrok   na  Aleksandra.   - 

Chciałam, żeby wróciła ze mną do Houston. Odmówiła. Jakby przeczuwała, że uratuje mu 

życie. - Głos uwiązł jej w gardle. Dopiero po chwili była w stanie mówić dalej. - Powiedziała 

mi, że nie ma znaczenia, co Aleks do niej czuje; po prostu chce z nim być jak najdłużej.

Brie westchnęła głośno.

- Zawsze jest taki zamknięty - szepnęła. - Rzadko uzewnętrznia emocje. Ale teraz 

chyba już nikt nie może mieć żadnych wątpliwości. Aleks wini siebie za to, co się stało. Nie 

okoliczności, nie los, nie Deboque'a. Wyłącznie siebie.

- Eve by go nie winiła.

- Wiem.

Chris ponownie otarta łzy i zmusiła się, by wstać. Niełatwo jej było przezwyciężyć 

wrogość i podejść do Aleksa. Zrobiła to ze względu na Eve. Czuła do Aleksa żal, gniew, 

niechęć. Kiedy usiadła obok niego na kanapie, popatrzył na nią oczami równie smutnymi i 

czerwonymi jak jej własne.

- Nienawidzisz mnie, prawda? - spytał przytłumionym głosem. - Sam zionę do siebie 

jeszcze większą nienawiścią. Ale to pewnie słabe pocieszenie.

Chciała uścisnąć jego rękę, lecz nie była w stanie.

- To jej nie pomoże, Aleks. Musimy być silni.

- Powinienem był ją zmusić do wyjazdu.

-   Myślisz,   że   dałbyś   radę?   -   Uśmiechnęła   się   nieznacznie.   -   Wątpię.   Odkąd   Eve 

skończyła szkołę, nikomu nie pozwala za siebie decydować.

- Nie obroniłem jej. - Zakrył twarz. - Oddałbym za nią życic, a jednak nie zdołałem jej 

obronić.

Chris nie wytrzymała; wyciągnęła do niego dłoń.

-   Posłuchaj.   Eve   zasłoniła   cię   własnym   ciałem.   Świadomie   stanęła   tak,   by   kula 

background image

dosięgła ją zamiast ciebie. Jeżeli więc koniecznie chcesz się za coś winić, wiń się za to, że 

ona   cię   kocha,   -   Na   moment   zamilkła.   -   Musimy   wierzyć,   że   Eve   z   tego   wyjdzie.   Że 

wyzdrowieje.

Czekali. Czas mijał. Kawa stygła. Popielniczki były coraz bardziej pełne. Szpitalne 

zapachy przestały im przeszkadzać. O strażnikach pilnujących korytarzy zapomnieli.

Wreszcie w drzwiach ukazał się doktor Franco. Czepek miał mokry od potu, przód 

fartucha również. Wszyscy natychmiast poderwali się na nogi. Lekarz skierował kroki w 

stronę Chris.

-   Pani   siostrą   zajmuje   się   chirurg,   ale   lada   moment   przewieziemy   ją   do   sali 

pooperacyjnej. Organizm pani siostry jest silny i nie ma zamiaru się poddawać.

- Więc nic jej nie będzie? - spytała Chris, niemal miażdżąc w uścisku rękę lekarza.

- Operację zniosła znacznie lepiej, niż się można było spodziewać. Jak już mówiłem, 

doktor Thorette to jeden z najlepszych specjalistów na świecie. Sama operacja była bardzo 

trudna; kula tkwiła tuż przy kręgosłupie.

- Ale Eve nie będzie... - Aleksander z trudem dokończył zdanie - sparaliżowana?

- Jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Doktor Thorette uważa jednak, że nie 

doszło do trwałego uszkodzenia. Podzielam jego zdanie.

- A ponieważ pan, doktorze, nigdy się nie myli, myślę, że wszystko będzie dobrze - 

oznajmił stary książę głosem ochrypłym od papierosów.

- Też tak myślę, Wasza Wysokość. Aleksandrze...

- Doktor Franco był przyjacielem Bissetów od ponad trzydziestu lat, rzadko jednak 

zwracał się do członków książęcej rodziny po imieniu. - Eve ma młody, silny organizm. Nie 

widzę   powodu,   dlaczego   miałaby   nie   odzyskać   zdrowia.  Ale   musimy   poczekać.   Myśmy 

zrobili wszystko, co w naszej mocy. Reszta zależy teraz od niej.

- Kiedy mogę ją zobaczyć?

- Sprawdzę, kiedy trafi na salę pooperacyjną, i dam ci znać. Chociaż szansa, żeby 

obudziła się przed świtem, jest niewielka... Nie. nie protestuj. Nie zamierzam ci niczego 

zabraniać. Przeciwnie, myślę, że twoja obecność przyśpieszy jej powrót do zdrowia. A teraz 

państwo wybaczą...

Czuwał przy łóżku Eve. W rogu sali paliło się niewielkie światełko. Na stoliku stała 

taca z jedzeniem. Aleks odsunął ją na bok; nie był w stanie nic przełknąć.

Leżała bez ruchu podłączona do kroplówki.

Nie spuszczał z niej oczu. Czasem brał ją za rękę i opowiadał jej o tym, jak pójdą na 

spacer brzegiem morza, jak pojadą do Zurychu, gdzie jego rodzina ma letnią rezydencję, albo 

background image

będą wypoczywać w ogrodzie. Czasem nic nie mówił, tylko siedział, uważnie wpatrując się w 

jej twarz.

-   Nie   zostawiaj   mnie,   Eve   -   szepnął.   -   Zostań.   Proszę   cię.  Tak   bardzo   jesteś   mi 

potrzebna. Nie odchodź.

Ani na moment się nie zdrzemnął. Kiedy w szparach między żaluzjami pojawił się 

pierwszy słaby promyk światła, Eve drgnęła.

- Eve. - Aleks zacisnął rękę na jej dłoni. - Kochanie, wszystko będzie dobrze. Błagam, 

otwórz oczy. Słyszysz mnie?

Owszem, słyszała, ale jego głos docierał z bardzo daleka. Coś było nie tak. Miała 

wrażenie, jakby unosiła się na wodzie. I te sny... Otworzyła oczy. Przez moment nic nie 

widziała, potem wolno zaczęły wyłaniać się kształty.

- Jestem tu - powtórzył. - Wszystko będzie dobrze. Powiedz, czy mnie słyszysz...?

- Aleks? - Jego twarz była blisko, ale ona nie mogła jej dotknąć. Dziwne, pomyślała, 

wcześniej chyba nie miał zarostu? Uśmiech przebiegł po jej wargach. - Nie ogoliłeś się.

Po chwili znów zapadła w sen.

Ocknęła się parę minut później, choć jemu wydawało się, że upłynęło co najmniej 

kilka godzin. Tym razem pamiętała, co się stało.

- Nie jesteś ranny? - spytała.

- Nie.

- Russ...

Odruchowo zwinął dłoń w pięść.

- Policja się nim zajęła. Nie martw się.

Eve rozejrzała się po sali. Za swoim łóżkiem zobaczyła aparaturę medyczną.

- Szpital! Nie chcę...

- To nie potrwa długo,  ma belle  - powiedział, zaskoczony strachem w jej oczach. - 

Kiedy poczujesz się lepiej...

- Nie chcę leżeć w szpitalu.

- Będę tu z tobą.

- Cały czas?

- Tak - obiecał.

- Aleks, powiesz mi prawdę?

- Oczywiście. - Przywarł ustami do jej nadgarstka.

- Czy ja umrę?

-   Nie.   -   Przysunął   się   bliżej.   -   Nie   umrzesz.   Doktor   Franco   mówi,   że   jesteś...   - 

background image

przypomniał sobie określenie, jakiego sama kiedyś użyła - zdrowa jak koń.

- Na pewno tak nie powiedział.

- No dobrze, powiedział: jak ryba.

Uśmiechnęła się. Nagle syknęła cicho.

- Coś cię zabolało?

- Tak. Plecy, w okolicach łopatki.

Tam, gdzie tkwiła kula, pomyślał Aleks. Pocałował Eve w policzek i wstał.

- Zawołam pielęgniarkę.

- Nie odchodź.

- Zaraz wrócę. Przysięgam. - Kiedy otworzył drzwi, zobaczył idącego korytarzem 

lekarza. - Obudziła się. Czuje ból w plecach.

- To nieuniknione, Wasza Wysokość. Zaraz zobaczymy, jak jej można pomóc. - Doktor 

Franco gestem wezwał pielęgniarkę.

- Ona boi się tego miejsca, doktorze.

- Tak, ma jakąś fobię na punkcie szpitali. Ale niestety, musi tu jeszcze trochę zostać.

- W takim razie zostanę z nią.

- Absolutnie wykluczone.

- Słucham? - spytał Aleks. Następcy tronu na ogół nikt się nie sprzeciwiał.

- Nie mogę pozwolić, aby Wasza Wysokość tkwił tu dzień i noc. Natomiast na zmianę 

z   siostrą   panny   Hamilton,   proszę   bardzo.   A   teraz   przepraszam,   ale   chciałbym   zbadać 

pacjentkę.

Aleksander usiadł na krześle za drzwiami. Marzył o tym, żeby przez parę minut być 

sam, zamknąć się w jakimś ciemnym pokoju i dać upust wściekłości, bólowi, przerażeniu.

Po raz pierwszy od dwudziestu czterech godzin zamknął oczy. Otworzył je, gdy tylko 

na korytarzu ukazał się doktor Franco.

- Wasza Wysokość może do niej na chwilę zajrzeć - powiedział lekarz. - Ale kiedy 

zjawi się tu panna Chris, proszę udać się do domu, zjeść solidny posiłek i przespać się kilka 

godzin. Inaczej zabronię Waszej Wysokości wstępu do szpitala.

Aleksander potarł kark.

- Gdyby nie to, że przemawia przez pana troska o pacjentkę, zignorowałbym pana 

polecenia, doktorze. Proszę mi powiedzieć: jak ona się czuje?

- Jest osłabiona, ale nie ma żadnych wewnętrznych obrażeń. Najważniejsze, że ma 

czucie w nogach.

- Czyli nie...

background image

- Nie grozi jej paraliż. Potrzebuje ciszy, spokoju, wsparcia psychicznego. Myślę, że 

jutro przeniesiemy ją do zwykłej sali.

- Doktorze, nawet pan nie wie, jaki jestem panu wdzięczny.

- To dla mnie honor leczyć członków książęcej rodziny - rzekł doktor Franco.

Aleksander poszukał w kieszeni etui z pierścionkiem.

- Podziwiam pańską spostrzegawczość, doktorze.

- Dziękuję, Wasza Wysokość. To co, umawiamy się, że teraz panna Hamilton posiedzi 

u siostry?

- W porządku. Za parę minut wyjdę.

Kiedy wszedł z powrotem do pokoju, Eve nie spała, wpatrywała się w sufit.

- Myślałam, że poszedłeś sobie.

- Przecież obiecałem, że wrócę. - Usiadł na łóżku i wziął ją za rękę. - Na kilka godzin 

zostawię cię z Chris, dobrze? Ani przez chwilę nie będziesz sama.

- Czuję się jak idiotka z tym swoim strachem. Aleks... ten strażnik, którego Russ 

postrzelił... Czy on...?

- Żyje. Jest pod stałą opieką lekarską. Właśnie zamierzam do niego zajrzeć.

- Być może ocalił mi życie - szepnęła. - I tobie. A ja nawet nie wiem, jak ma na imię.

- Craden.

Powtórzyła je kilka razy w myślach, żeby nie zapomnieć.

- A Jennaine? Jak się czuje?

Aleks uśmiechnął się.

- Doszedł już do siebie. Tylko jego duma nadal trochę cierpi.

- Niepotrzebnie. Przecież nie dostałam czarnego pasa za piękne oczy.

- To prawda, cherie. Najlepiej będzie, jak sama mu to kiedyś wyjaśnisz. - Odgarnął jej 

z twarzy włosy.

- Jakie przynieść ci kwiaty?  Mógłbym nazrywać ich w ogrodzie, ale... Nawet nie 

wiem, czy masz ulubione.

Łzy pociekły jej po policzkach.

- Och, nie. Nie płacz, moja droga.

- To ja go tu sprowadziłam. - Zamknęła oczy, chcąc powstrzymać strumień łez. - 

Sprowadziłam Russa do Cordiny. Do ciebie.

- Nie, kochanie. - Delikatnie otarł palcem jej twarz. - Deboque go sprowadził. Jeszcze 

nie mamy na to dowodów, ale znajdziemy je.

- Jak mogłam być  taka ślepa?  Sama go przesłuchiwałam, rozmawiałam z  ludźmi, 

background image

którzy z nim pracowali, widziałam go w paru sztukach... Po prostu nie rozumiem.

- Był fachowcem, Eve. Doskonałym aktorem. Ale zajmował się również czym innym. 

Zabijał   dla   pieniędzy.   Nie   dla   żadnej   sprawy,   tylko   właśnie   dla   pieniędzy.   Reeve   jest   w 

kontakcie z Interpolem. Może zdołamy dowiedzieć się czegoś więcej.

- To się stało tak szybko...

- Ale już po wszystkim. Russ nikomu już nie wyrządzi krzywdy.

- Gdzie on teraz jest?

Aleks zawahał się, uznał jednak, że Eve ma prawo znać prawdę.

- Nie żyje. Jennaine zastrzelił go chwilę po tym, gdy... - Przed oczami stanął mu obraz 

Eve osuwającej się na podłogę. - Kiedy na moment odzyskał przytomność, Reeve wyciągnął z 

niego trochę informacji. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, jak już będziesz zdrowa.

- Bałam się, że cię zabije...

Powieki   zaczęły   jej   opadać.   Lekarstwo   zaaplikowane   przez   doktora   Franca 

najwyraźniej poskutkowało.

- I zabiłby, gdyby nie ty. Nie wiem, jak mam ci się odwdzięczyć.

Uśmiechnęła się sennie.

- Spośród kwiatów w ogrodzie najbardziej lubię dzwonki.

Przynosił je codziennie, najpierw do szpitala, a potem, gdy pozwolono Eve odbyć 

dalszą kurację w pałacu pod okiem doświadczonej pielęgniarki, przynosił kwiaty na górę do 

jej sypialni.

Kiedy po tygodniu zaczęła się martwić o swoją trupę, poczuł ulgę. Oznaczało to, że 

zdrowieje.

Dziennikarze obwołali ją bohaterką. W prasie pojawiło się mnóstwo artykułów o tym, 

co wydarzyło się w teatrze. Bennett czytał je Eve na głos, po czym żartował, że teraz pewnie 

będzie zadzierać nosa.

Eve nalegała, żeby pierwsza premiera odbyła się zgodnie z planem. Potem wystraszyła 

się - przecież powinna być na miejscu, mieć wszystko na oku.

Studiowała dokładnie każdą recenzję. Cieszyła się, że sztuka została dobrze przyjęta i 

że   aktor,   który   zastąpił   Russa,   znakomicie   wywiązał   się   ze   swojego   zadania.   Żałowała 

jedynie, że sama nie mogła obejrzeć tego przedstawienia.

Z coraz mniejszą chęcią poddawała się badaniom lekarskim.

- Doktorze, kiedy pan wreszcie przestanie mnie dźgać i ugniatać? Czuję się już dobrze.

Leżała na brzuchu, podczas gdy doktor Franco zmieniał jej opatrunek.

- Mówiono mi, moje dziecko, że źle sypiasz.

background image

- Bo nudzę się jak mops. Spacer po ogrodzie jest wielkim wydarzeniem. Chcę iść do 

teatru,   panie   doktorze.   Przegapiłam   pierwsze   przedstawienie.   Nie   chcę   przegapić   drugiej 

premiery.

- Rozumiem. Podobno odmawiasz przyjmowania leków?

- Bo ich nie potrzebuję. - Podparta głowę na dłoniach. - Naprawdę czuję się dobrze.

-   Potwierdza   się   moja   teoria   -   oznajmił   z   uśmiechem   lekarz,   pomagając   Eve 

przewrócić się na wznak.

- Jak pacjent marudzi, to znaczy, że zdrowieje.

- Przepraszam, jeśli zachowuję się jak rozkapryszone dziecko.

- Ależ wcale się tak nie zachowujesz.

- Po prostu nie jestem przyzwyczajona, żeby tak się o mnie troszczono. Nawet ojciec... 

Gdyby   Chris   nie   przekonała   go,   żeby   wrócił   do   Houston,   chybabym   zwariowała.   Tata 

oczywiście był wspaniały, godzinami tu przesiadywał. Zresztą wszyscy są cudowni. Dzieciaki 

Gabrielli przynoszą mi laurki. Dorian przemycił nawet kotka. Rzecz jasna, to tajemnica.

- Nikomu nie powiem.

-   Książę   Armand   przychodzi   codziennie.   Dostałam   od   niego   tę   pozytywkę.   - 

Pogładziła   srebrną   szkatułkę.   -   Podarował   ją   swojej   żonie,   kiedy   urodziła   Aleksa... 

Powiedział, że na pewno by się cieszyła, wiedząc, że pozytywka jest w tak dobrych rękach.

- Obie dałyście mu syna.

- Panie doktorze, wcale nie czuję się jak bohaterka.

-   Łzy   znów   podeszły   jej   do   gardła.   Nienawidziła   być   beksą,   ale   nie   umiała   ich 

powstrzymać. - Ja... muszę normalnie żyć. Leżąc tu, mam zbyt dużo czasu na rozmyślanie.

- Niepokoją cię własne myśli?

- Niektóre - przyznała. - Muszę się czymś zająć.

- Proponuję mały eksperyment...

- Jaki? - spytała podejrzliwie.

- Dziś po południu spróbujesz zasnąć...

- Ale doktorze...

- Proszę mnie do końca wysłuchać. A więc dziś po południu spróbujesz zasnąć - 

powtórzył. - Wieczorem włożysz elegancką suknię... bez dekoltu na plecach, żeby nie było 

widać opatrunku, i pojedziesz do teatru. Wyłącznie w charakterze widza. Po przedstawieniu 

wrócisz do pałacu. Możesz zjeść lekką kolację. A potem, jak Kopciuszek, o dwunastej masz 

być w łóżku. Co ty na to?

Uradowana, wyciągnęła rękę na znak zgody. Zamierzała dotrzymać słowa i o północy 

background image

znaleźć się w łóżku. A za kilka dni wrócić do pracy.

Chris z Gabriellą pomogły się jej ubrać. Kiedy w prostej białej sukni i ozdobionym 

koralikami żakiecie przyjrzała się sobie w lustrze, uznała, że wygląda znacznie lepiej niż 

przed   aferą   z   Russem.   Była   wypoczęta,   policzki   miała   delikatnie   zarumienione,   oczy 

błyszczące.

Wyperfumowała się za uszami. Znów czuła się jak kobieta.

- Jesteś piękna - powiedział z zachwytem Aleksander, kiedy przyszedł po nią na górę. 

W dłoni trzymał bukiecik dzwonków.

- Dziękuję. - Podniosła kwiaty do nosa i wciągnęła ich słodkawy zapach. - Po raz 

pierwszy od wielu dni patrzysz na mnie normalnie, a nie jak na chorą, niemal umierającą 

istotę.

Wziął ją pod rękę i poprowadził schodami na dół. Przed drzwiami czekała długa, 

lśniąca limuzyna; silnik cichutko warczał. Wnętrze wozu wypełniała muzyka Beethovena. Na 

wąskiej półce w kubełku z lodem chłodziła się butelka szampana.

- Cudownie - szepnęła Eve, przysuwając swój kieliszek do kieliszka Aleksa, a potem 

całując go w usta.

- Jestem taka szczęśliwa.

- Cieszę się. - Sięgnął w bok do niedużej przegródki, z której wyciągnął długie, wąskie 

etui. - Czekałem z tym, aż wyzdrowiejesz.

- Aleks, nie musisz mi dawać prezentów.

- Ale chcę. - Włożył etui do jej dłoni. - Proszę cię, nie odmawiaj mi.

Jakżeby   mogła?   Kiedy   uniosła   wieczko,   jej   oczom   ukazał   się   niezwykłej   urody 

naszyjnik   wysadzany   brylantami   i   szafirami.   Kamienie   zdawały   się   wisieć   na   cienkich 

srebrnych niteczkach. Spoglądając na ten wspaniały okaz sztuki jubilerskiej, Eve nie była w 

stanie ukryć zachwytu.

- Och, Aleks, jakie to wspaniałe. Po prostu brakuje mi słów.

- Tak jak mnie, kiedy patrzę na ciebie. Włożysz to dzisiaj?

-   Boże...   -   Nieskazitelne   piękno   naszyjnika   niemal   ją   przerażało.  Ale   nie   chciała 

sprawić ukochanemu przykrości. - Oczywiście. Z przyjemnością. Pomożesz mi?

Delikatną   złotą   obrożę,   którą   włożyła   do   eleganckiej   białej   sukni,   zastąpił 

naszyjnikiem. Eve odruchowo przytknęła rękę do szyi.

- Pewnie częściej będę myślała o tym niż o sztuce - powiedziała. Pochyliwszy się, 

pocałowała Aleksa w usta. - Dziękuję.

Wchodząc do teatru, była zdenerwowana. A potem przeżyła  jedną z największych 

background image

niespodzianek w swoim życiu. Kiedy pojawiła się w książęcej loży, widzowie zgotowali jej 

owację na stojąco.

Aleksander podniósł jej rękę do ust. Biorąc z niego przykład, Eve uśmiechnęła się i 

skinieniem głowy podziękowała publiczności za tak serdeczne powitanie.

- Mam nadzieję, że sztuka im się spodoba - szepnęła, czekając na odsłonięcie kurtyny. 

- Boże, jak strasznie chciałabym zajrzeć za kulisy i...

- Nie tak się umawiałaś z lekarzem, cherie.

- Wiem, ale... O, zaczyna się.

Przez cały pierwszy akt trzymała go za rękę, a serce co rusz podchodziło jej do gardła. 

Wychwytywała każde najmniejsze potknięcie: a to ciut za długą pauzę, a to zbyt szybkie 

kroki. Zapamiętywała miejsca, gdzie wprowadziłaby drobne poprawki.

Dopiero   gdy   usłyszała   śmiech   publiczności,   uspokoiła   się.   Sztuka   była   bardzo 

amerykańska,   o   cierpkim   humorze   i   ostrych,   dowcipnych   dialogach,   ale   problem,   który 

poruszała - niemożność porozumienia się pary kochanków - przemawiał do wszystkich.

Liczyła, ile razy publiczność wywoła aktorów.

- Dwanaście!  -  zwróciła  się  do Aleksa.  - Dwanaście  razy  się  kłaniali. To dobrze. 

Rzeczywiście zagrali świetnie. W drugim akcie zmieniłabym...

- Niczego dziś nie będziesz zmieniać - powiedział, wyprowadzając ją z loży.

Trzej ochroniarze poderwali się na baczność. Starała się o nich nie myśleć.

- Szkoda, że całą noc trzeba czekać na recenzje.

- Westchnęła. - Nie wiem, jak to wytrzymam... Słuchaj, nie moglibyśmy na chwilkę 

wstąpić do garderoby, żebym...

- Nie tym razem.

Na   dole   w   holu   kłębiło   się   od   dziennikarzy   i   fotoreporterów,   ochroniarze   jednak 

sprawnie sobie z nimi poradzili. Po chwili Eve z Aleksem siedzieli w limuzynie.

- Trwało to stanowczo za krótko. - Położyła głowę na oparciu siedzenia i na moment 

przymknęła   oczy.  -  A  ja  byłam  taka  zdenerwowana.  W  dodatku  miałam  wrażenie,  jakby 

wszyscy na nas patrzyli.

- I to cię peszyło?

- Trochę - przyznała. - Spróbuję namówić doktora Franco, żeby następnym razem 

pozwolił mi usiąść w kulisach.

- Nie jesteś zmęczona?

- Nic a nic. - Wciągnęła głęboko powietrze. - Czuję się niesamowicie przejęta. Tak jak 

Kopciuszek ostatnie pięć minut przed północą.

background image

- Została ci jeszcze godzina. Chciałbym, żebyśmy ją spędzili razem.

- Ja też.

W pałacu panowała niczym nie zmącona cisza. Skierowali się na górę. Tam zamiast 

skręcić w lewo do jej pokoju, skręcili w prawo, do jego apartamentu.

Zobaczyła   stół   nakryty   dla   dwóch   osób.   W   kryształowych   świecznikach   płonęły 

świece.   Z   niewidocznych   głośników   sączyła   się   nastrojowa   muzyka   -   tym   razem   był   to 

koncert skrzypcowy.

- Teraz naprawdę czuję się jak Kopciuszek - rzekła Eve.

Podeszła do stołu, na którym stał niski wazon pełen kwiatów. Delikatnie pogładziła 

jedwabiste płatki.

- Planowałem ten wieczór od dawna. Prawdę mówiąc, wszystko miałem przygotowane 

tamtego dnia, gdy... no wiesz.

- Serio? - Odwróciła się zaskoczona. Czy jakikolwiek mężczyzna zadawałby sobie tyle 

trudu, aby oznajmić kobiecie, że z nią zrywa? Chyba nie.

-   Tak.  A  twoje   zdziwienie   najlepiej   świadczy   o   tym,   że   nie   byłem   dotąd   zbyt 

romantyczny. Ale obiecuję, że się zmienię. - Przytulił ją do siebie. - Tak strasznie się bałem, 

że cię stracę. Popełniłem mnóstwo błędów, ale tego jednego nigdy sobie nie wybaczę...

- Przestań, Aleks. Jak możesz winić się za coś, czego dopuścił się inny człowiek? W 

dodatku człowiek, którego ja tu ściągnęłam.

- Uratowałaś mi życie. - Ujął w dłonie jej twarz. - Osłoniłaś mnie własnym ciałem. 

Ten obraz ciągle staje mi przed oczami, ale w wyobraźni odpycham cię w porę. Kula trafia 

mnie, nie ciebie.

Rozpacz i gorycz w jego głosie poruszyły ją do głębi.

- Boże, Aleks! Gdybyś zginął, myślisz, że ja bym chciała żyć? Tylko ty się dla mnie 

liczysz. Kocham cię. Kocham od lat, tyle że wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Wypuścił z płuc powietrze. Więcej błędów nie popełni, obiecał sobie. Eve nie tylko go 

uratowała - dzięki niej nabrał chęci do życia.

- Usiądź, proszę.

- Ale nie dziękuj mi po raz kolejny, bo...

- Eve, proszę cię.

- No dobrze - zgodziła się łaskawie. - Ale wolałabym jeść przy stole.

Był tak zdenerwowany, że musiał wziąć kilka głębokich oddechów. Pomogło. Kiedy 

po   chwili   ukląkł   u   jej   stóp,   Eve   otworzyła   szeroko   oczy.  A  kiedy  wyciągnął   z   kieszeni 

pudełeczko, serce zabiło jej mocniej.

background image

- Aleks, już jeden prezent mi dzisiaj dałeś... - Głos jej drżał.

- To nie jest prezent, Eve. To prośba. - Zacisnął rękę na jej dłoni. - Jeżeli zgodzisz sieją 

spełnić, przysięgam, że uczynię wszystko, żebyś była szczęśliwa.

Wsunął   jej   do   ręki   pudełeczko.   Otworzyła   je.   W  środku   zobaczyła   pierścionek   z 

brylantów i szafirów stanowiący dopełnienie naszyjnika, który dostała wcześniej.

- Należał do mojej matki. Kiedy powiedziałem ojcu, że chcę ci się oświadczyć, prosił, 

żebym ci go dał. To coś więcej niż pierścionek, Eve. To również symbol tego, co cię czeka: 

obowiązków, które spadną na twoje ramiona, i powinności nie tylko wobec męża, ale i kraju, 

który automatycznie stanie się twoją ojczyzną. Poczekaj, jeszcze nic nie mów.

Słysząc w głosie Aleksa ogromne napięcie, miała ochotę wyciągnąć rękę, pogładzić go 

po policzku, ale wiedziała, że nie powinna mu przeszkadzać.

-   Z   wielu   rzeczy   musiałabyś   zrezygnować   -   kontynuował.   -   Choćby   z   domu   w 

Houston; tam co najwyżej mogłabyś jeździć z wizytą. I ze swojego teatru; musiałabyś założyć 

nowy w  Cordinie.  Miałabyś  drastycznie  ograniczoną  swobodę;  nie  mogłabyś  żyć  tak  jak 

dotąd. ciesząc się niczym nie skrępowaną wolnością. Czekałoby cię mnóstwo obowiązków, 

zarówno ważnych, jak i nudnych. Każdy twój krok, każde słowo byłoby uważnie śledzone. I 

dopóki żyje Deboque, nie mogłabyś się czuć w pełni bezpieczna. Opracowaliśmy pewien 

plan, żeby zlikwidować zagrożenie, ale zanim nam się uda, mogą minąć lata. Chciałbym, 

żebyś to wszystko dokładnie przemyślała, nim udzielisz mi odpowiedzi.

Popatrzyła mu w oczy, po czym przeniosła spojrzenie na pierścionek w atłasowym 

pudełeczku.

- Mówisz tak, jakbyś próbował mnie zniechęcić.

- Nie. Chcę tylko, żebyś wiedziała, co cię czeka.

- Jesteś rozsądnym, logicznie myślącym człowiekiem, Aleksandrze. - Obok na półce 

zauważyła malutką wagę oraz pojemnik ze szklanymi kulkami. - A zatem rozważmy twoją 

propozycję w sposób logiczny i rozsądny. - Przysunęła wagę nieco bliżej. - Obowiązki i 

powinności... - Wyjęła z pojemnika dwie kulki i położyła na jednej szali. - Zero swobody i 

prywatności... - Dołożyła trzecią kulkę.

- Eve, to nie jest gra.

-   Nie   przeszkadzaj.  Aleks.   Próbuję   rozważyć   wszystkie   za   i   przeciw.   Czyli   zero 

prywatności. Do tego dochodzi konieczność zamieszkania w obcym kraju. - Dorzuciła trzy 

kulki. - Oraz przymus chodzenia na różne imprezy, na których Brie potwornie się nudzi. 

Oprócz tego stale byłabym pod ostrzałem prasy. - Kolejne kulki trafiły na szalę. - Oczywiście 

musiałabym poznać waszą kulturę, tradycje... No i jest jeszcze Deboque. - Przez moment 

background image

uważnie wpatrywała się w twarz klęczącego przed sobą mężczyzny. - Za niego nie dokładam 

kulek. Moja decyzja niczego w tej kwestii me zmieni. A teraz, Aleks, odpowiedz mi na jedno 

pytanie. Dlaczego chcesz, abym przyjęła ten pierścionek?

- Bo cię kocham.

Uśmiech   rozświetlił   jej   oczy.   Reszta   kulek   trafiła   na   pustą   szalę,   która   pod   ich 

ciężarem opadła w dół.

- No to sprawa jest przesądzona.

Popatrzył na nią ze zdumieniem.

- Wystarczyło, żebym wypowiedział te dwa słowa?

- Tak, głuptasie. - Zarzuciwszy mu ręce na szyję. nadstawiła usta do pocałunku. W tym 

momencie zamknął się jeden rozdział jej życia i rozpoczął nowy. - A już przestałam wierzyć 

w bajki - szepnęła sama do siebie.

- Ja przestałem dawno temu. Dziś znów zacząłem.

Zegar w holu zaczął wybijać północ.

- Szybko, Aleks! Włóż mi pierścionek, zanim wybije dwunasta.

Uczynił to z największą przyjemnością, po czym przysunął jej rękę do ust i złożył na 

niej pocałunek.

- Jutro ogłosimy światu nasze zaręczyny, ale dziś cieszmy się we dwoje. - Wstał z 

kolan i podciągnął Eve na nogi. - Minęła północ, a ja jeszcze nie dałem ci kolacji.

- Możemy ją zjeść w łóżku. - Oparta policzek na jego piersi. - Doktor Franco nie 

mówił, że nikogo nie wolno mi zaprosić pod kołdrę.

Śmiejąc się wesoło, Aleks zgarnął jaw ramiona.

- Cordinę czeka wiele niespodzianek.

- Ciebie też, kochany. Ciebie też.


Document Outline