background image

NORA ROBERTS 

GOŚCINNE WYSTĘPY 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

To nie była jej pierwsza wizyta w Cordinie. Pierwszy raz gościła tu prawie siedem lat 

temu; miała wtedy wrażenie, jakby znalazła się w trójwymiarowej bajce. Teraz była starsza, 

choć niekoniecznie mądrzejsza. I w bajki już nie wierzyła. To dobre dla młodych i naiwnych. 

Lub dla szczęśliwców, dodała w myślach. 

Pałac,  w  którym  mieszkała  książęca  rodzina,  wciąż  zapierał  dech  w  piersiach.  Eve 

Hamilton  przyglądała  mu  się  z  zafascynowaniem  i  podziwem.  Stara,  potężna  budowla 

połyskiwała  bielą  na  szczycie  wzgórza;  rozpościerał  się  z  niej  wspaniały  widok  zarówno  na 

morze, jak i na miasto. 

Białe wieże zdawały się przebijać błękit nieba. Baszty i mury z blankami świadczyły o 

obronnym charakterze budowli. Dawną fosę zlikwidowano; miejsce wody zajęły nowoczesne 

kamery oraz systemy alarmowe. Promienie słońca odbijały się w oknach. 

Podobnie  jak  gdzie  indziej  na  świecie,  tu  również  zdarzały  się  triumfy  i  tragedie, 

intrygi i wielkie miłości. Wciąż nie mogła uwierzyć, że w niektórych tych wydarzeniach ona. 

Eve Hamilton, brała udział! 

Podczas  swojej  pierwszej  wizyty  w  pałacu  wyszła  z  księciem  na  taras  i  całkiem 

nieoczekiwanie  przyczyniła  się  do  uratowania  mu  szycia.  Dziwny  bywa  los,  pomyślała,  nie 

odrywając oczu od szyby. Samochód, którym jechała z lotniska, minął wysoką żelazną bramę 

oraz  strażników  w  czerwonych  uniformach.  Raz  nam  sprzyja,  kiedy  indziej  się  od  nas 

odwraca. 

Siedem  lat  temu  przyleciała  do  maleńkiego  księstwa  razem  ze  swoją  siostrą,  Chris, 

która  była  przyjaciółką  szkolną  księżniczki  Gabrielli.  Tak  się  akurat  złożyło,  że  to  ją  książę 

Bennett  zaprosił  na  taras.  Równie  dobrze  mógł  wyjść  z  inną  kobietą,  lecz  wówczas  nie 

poznałaby  go  i  nie  stała  się  częścią  politycznej  intrygi,  która  od  dawna  prześladowała  jego 

rodzinę. 

Gdyby  nie  incydent  na  tarasie,  może  nie  miałaby  okazji  zamieszkać  w  pięknym, 

bajkowym pałacu. Może odleciałaby do Ameryki i zapomniała o Cordinie. A ona wracała tu 

raz po raz. Tym razem jednak nie przybyła w celach turystycznych czy towarzyskich. Została 

wezwana, a rodzime panującej się nie odmawia. Żałowała jedynie, że zaproszenie wyszło od 

jedynego członka książęcej rodziny, który ją irytował. 

Od księcia Aleksandra, najstarszego syna i spadkobiercy tronu. Jego Książęcej Mości 

Aleksandra Roberta Armanda de Cordina. Nawet nie pamiętała, skąd zna jego pełne imię. 

background image

Z  okien  samochodu  patrzyła,  jak  drzewa  pełne  różowych  pąków  kołyszą  się  na 

wietrze.  Szkoda,  że  Aleksander  tak  bardzo  różni  się  od  swego  brata.  Na  samą  myśl  o 

Bennetcie  Eve  uśmiechnęła  się  szeroko.  Miło  będzie  się  z  nim  znów  zobaczyć.  Bennett  jest 

czarującym  i  niezwykle  serdecznym  człowiekiem  -  w  przeciwieństwie  do  Aleksandra,  który 

dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę  nosi  na  głowie  koronę,  wprawdzie  niewidoczną,  ale... 

Tak, Aleksander jest jak jego ojciec; myśli wyłącznie o obowiązkach, o ojczyźnie i rodzime. 

Nie zostawia mu to wiele czasu na przyjemności. 

W  porządku,  bądź  co  bądź  ona  też  nie  przyjechała  do  Cordiny  dla  przyjemności. 

Przyjechała w interesach, na rozmowę z Aleksandrem. Nie była już młodą, łatwo rumieniącą 

się dziewczyną, którą peszy obecność monarchy i boli jego dezaprobata. Zresztą Aleksander 

nigdy  nikogo  wprost  nie  krytykował,  był  na  to  zbyt  dobrze  wychowany,  ale  jak  mało  kto 

potrafił wyrazić dezaprobatę samym spojrzeniem. Gdyby nie to, że miała ochotę spędzić kilka 

dni  w  Cordinie,  nalegałaby,  aby  sam  przyleciał  do  Houston.  Zawsze  wolała  podpisywać 

umowę na swoim gruncie i na swoich warunkach. 

Z uśmiechem na ustach wysiadła z samochodu. Podpisywać umowy na swoim gruncie 

nie  będzie,  to  jasne,  ale  jeśli  chodzi  o  warunki,  nie  zamierzała  iść  na  żadne  ustępstwa. 

Zwycięstwo w pojedynku z Aleksandrem sprawi jej autentyczną satysfakcję. 

Wspinała  się  po  szerokich  kamiennych  schodach,  kiedy  nagle  otworzyły  się  drzwi 

pałacu. Zatrzymała się w pół kroku, po czym z figlarnym błyskiem w oczach dygnęła. 

- Wasza Wysokość. 

- Eve! 

Wybuchnąwszy  radosnym  śmiechem,  Bennett  zbiegł  na  dół.  Oho,  pomyślała,  kiedy 

pochwycił  ją  w  ramiona:  przed  chwilą  wyszedł  ze  stajni.  Pachniał  bowiem  sianem  i  końmi. 

Kiedy  poznała  go  siedem  lat  temu,  był  przystojnym,  wrażliwym  na  kobiece  wdzięki 

młodzieńcem uwielbiającym dobrą zabawę. 

Oswobodziła  się,  chcąc  mu  się  lepiej  przyjrzeć.  Troszkę  się  postarzał,  ale  poza  tym 

niewiele się zmienił. 

-  Jak  cudownie  cię  znów  widzieć.  -  Ponownie  zgarnął  ją  w  ramiona  i  przywarł 

wargami do jej ust, ale był to czysto przyjacielski pocałunek. - Zbyt rzadko nas odwiedzasz, 

maleńka. Od twojej ostatniej wizyty minęły już dwa lata. 

- Jestem kobietą pracującą - odparła, ściskając go za rękę. - Jak się miewasz, Bennett? 

Sądząc  po  twoim  wyglądzie,  wiedziesz  szczęśliwy  żywot.  A  sądząc  po  tym,  co  piszą 

brukowce, należysz do bardzo zajętych ludzi. 

-  Zgadza  się.  -  Błysnął  w  uśmiechu  zębami.  -  I  jedno,  i  drugie.  Chodźmy  do  środka, 

background image

zrobię  ci  coś  do  picia...  Wiesz  co?  Nikt  nie  potrafił  udzielić  mi  informacji,  na  jak  długo 

przyjechałaś. 

- Bo sama tego nie wiem. To zależy. 

Weszli  razem  do  pałacu.  Wewnątrz  panował  miły  chłód.  Na  prawo  od  wejścia 

znajdowały się szerokie schody prowadzące łukiem na piętro. Lubiła to miejsce; stare mury i 

antyczne  meble  stwarzały  poczucie  stałości,  bezpieczeństwa.  Na  ścianach  wisiały  wspaniałe 

gobeliny,  gdzieniegdzie  połyskiwały  skrzyżowane  ostrza  szabli  i  szpad.  Na  stoliku  z  okresu 

panowania Ludwika XIV stała posrebrzana misa wypełniona po brzegi pachnącym jaśminem. 

- Jak minęła podróż? 

-  Dobrze.  -  Z  holu  skręcili  do  elegancko  urządzonego,  jasnego  salonu.  Spłowiałe 

zasłony  i  obicia  świadczyły  o  tym,  że  promienie  słońca  często  wpadały  tu  przez  okna.  W 

kilku kryształowych wazonach stały ogromne bukiety róż. Eve usiadła i wciągnęła w nozdrza 

ich upojny aromat. - Ale zdecydowanie wolę mieć ziemię pod nogami. Powiedz mi, Ben, co u 

was słychać. 

Jak się czuje twoja siostra? 

-  Brie?  Świetnie.  Zamierzała  wyjechać  po  ciebie  na  lotnisko,  ale  jej  najmłodsza 

pociecha zaczęła trochę pociągać nosem... 

Wyjął z barku dwie szklanki, do każdej wrzucił po dwie kostki lodu, po czym zalał je 

wytrawnym  wermutem.  Między  innymi  na  tym  polega  jego  urok,  pomyślała  Eve;  Ben,  jak 

mało który  mężczyzna,  doskonale znał  gusty zaprzyjaźnionych z nim pań i zawsze pamiętał 

ich preferencje. 

-  To  śmieszne  -  dodał  po  chwili  -  ale  wciąż  nie  mogę  uwierzyć,  że  moja  siostra  jest 

matką, w dodatku czwórki małych rozrabiaków. 

-  To  prawda.  Mam  dla  niej  list  od  Chris.  Obiecałam,  że  wręczę  go  osobiście,  a  po 

powrocie zdam Chris szczegółowe sprawozdanie na temat jej chrześniaczki. 

- Która to? Camilla? Straszna diablica! Doprowadza swoich braci do białej gorączki. 

- I słusznie. Od czego są siostry? - Uśmiechając się, przyjęła szklankę z wermutem. - 

A jak Reeve? 

-  W  porządku,  choć  pewnie  byłby  szczęśliwszy,  gdyby  przez  okrągły  rok  mieszkał  z 

rodziną  na  farmie  w  Ameryce.  Ponieważ  jednak  Brie  ma  sporo  obowiązków 

reprezentacyjnych, nie mogą na stałe wyjechać z Cordiny. Myślę, że Reeve w skrytości ducha 

marzy  o  tym,  żeby  Aleks  wreszcie  się  ożenił.  Wtedy  jego  żona  przejęłaby  na  siebie  część 

obowiązków, które teraz spoczywają na Brie. 

Eve pociągnęła łyk wermutu. 

background image

- No a ty? - spytała. - Twoje małżeństwo też by odciążyło Brie. 

-  Kocham  swoją  siostrę,  ale  nie  do  tego  stopnia,  żeby  się  dla  niej  żenić.  -  Usiadł  na 

sąsiedniej kanapie. 

- Więc nie ma źdźbła prawdy w plotkach o tobie i lady Alice Winthrop? Chociaż nie. 

zdaje się, że ostatnio pokazywałeś się z hrabianką Jessicą Mansfieid? 

-  Sympatyczne  dziewczyny  -  oznajmił.  -  Widzę,  że  taktownie  pominęłaś  milczeniem 

księżną Milano? 

- Jest dziesięć lat od ciebie starsza - rzekła Eve tonem pełnym dezaprobaty, po czym 

wybuchnęła śmiechem. - A taktowna bywam zawsze. 

- Powiedz lepiej, co u ciebie? - Gdy nie chciał mówić na jakiś temat, po mistrzowsku 

potrafił robić uniki. 

-  Wyjaśnij  mi,  dlaczego  osoba  tak  urodziwa  wciąż  jest  samotna?  Jak  opędzasz  się 

przed adoratorami? 

- Mam czarny pas w karate. Siódmy stopień dań. 

- Faktycznie. Zapomniałem. 

- To dziwne, skoro dwa razy z tobą wygrałam. 

-  Nie  dwa,  tylko  raz.  -  Rozparł  się  wygodnie  na  poduszkach.  Sprawiał  wrażenie 

odprężonego, pewnego siebie. I taki był. - W dodatku dałem ci fory. 

- Dwa razy cię powaliłam. - Pociągnęła łyk wermutu. - I nie dałeś mi żadnych forów. 

Byłeś wściekły, że przegrałeś. 

- Po prostu sprzyjało ci szczęście. Poza tym jako dżentelmen nie mógłbym skrzywdzić 

kobiety. 

- Pieprzysz. 

-  Moja  droga,  sto  lat  temu  za  tak  lekceważący  stosunek  do  rodziny  panującej 

mogłabyś stracić swoją śliczną główkę. 

-  Pieprzysz  -  powtórzyła,  posyłając  mu  kokieteryjny  uśmiech.  -  Z  chwilą  gdy  Wasza 

Książęca  Mość  przy  stępuje  do  walki,  natychmiast  przestaje  być  dżentelmenem.  Gdyby 

Wasza Książęca Mość mógł pierwszy rzucić mnie na matę, na pewno by się nie zawahał. 

Przyznał jej w duchu rację. 

- Masz ochotę znów spróbować? - spytał. 

Zawsze  była  gotowa  stawić  czoło  wyzwaniu.  Dopiwszy  do  końca  wermut,  podniosła 

się z kanapy. 

- Oczywiście. 

Bennett również wstał, po czym jedną nogą odsunął na bok stół. Odgarnął ręką włosy, 

background image

zmrużył oczy. 

-  Hm,  jak  to  było?  Jeśli  dobrze  pamiętam,  chwyciłem  cię  od  tyłu...  o  tak!  -  Zacisnął 

ramię wokół jej talii. 

- A potem... 

Nie dane mu było dokończyć. Jednym sprawnym ruchem podcięła mu nogę. Po chwili 

leżał na wznak. 

- No właśnie. - Przyglądając mu się z góry, otrzepała ręce. - Dobrze pamiętasz. 

-  To  niesprawiedliwe  -  zaprotestował.  -  Nie  byłem  jeszcze  gotów.  -  Podparł  się  na 

łokciu. 

-  W  miłości  i  na  wojnie  wszystkie  chwyty  są  dozwolone  -  rzekła  ze  śmiechem,  po 

czym kucnęła obok na podłodze. - Nie ucierpiałeś? 

- Ja nie, tylko mój honor - mruknął pod nosem i po ciągnął ją za kosmyk włosów. 

Gdy  Aleksander  wszedł  do  salonu,  zobaczył  leżącego  na  dywanie  brata  z  ręką  w 

ciemnej czuprynie Eve. Ich uśmiechnięte twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. 

- Wybaczcie, że wam przeszkadzam - rzekł szorstkim tonem następca tronu. 

Na  dźwięk  jego  głosu  Bennett  obejrzał  się  leniwie,  Eve  zaś  poczuła,  jak  serce  jej 

łomocze. Aleksander wyglądał dokładnie tak, jak go pamiętała: wysoki, przystojny, o gęstych 

ciemnych  włosach  zakrywających  uszy.  Twarz  miał  srogą,  nieprzeniknioną;  rzadko  się 

uśmiechał.  Emanował  siłą,  władzą.  Podobny  był  do  swoich  przodków,  których  portrety 

wisiały  w pałacowej  galerii: wysokie kości policzkowe, śniada  cera, oczy piwne, niemal tak 

czarne  jak  włosy,  usta  pięknie  wykrojone,  lecz  gniewnie  zaciśnięte.  Jak  zawsze,  był 

elegancko ubrany. W przeciwieństwie do niego  ona sama była brudna, potargana, zmęczona 

po podróży. 

- Eve dała mi kolejną lekcję w sztuce walk Wschodu - oznajmił Bennett. Zmieniwszy 

pozycję horyzontalną na pionową, ujął Eve za rękę i podciągnął ją na nogi. 

- Pokonała mnie. Po raz któryś z rzędu. 

-  Widzę.  -  Spoglądając  na  Eve,  Aleksander  skinął  na  powitanie  głową.  -  Panno 

Hamilton... 

Dygnęła; w jej oczach nie było ani figlarnego błysku. ani w ogóle żadnego. 

- Wasza Książęca Mość. 

-  Przepraszam,  że  nie  mogłem  osobiście  odebrać  pani  z  lotniska.  Mam  nadzieję,  że 

miała pani przyjemny lot? 

- Bardzo. 

- Może chce się pani odświeżyć, zanim wyjaśnię, po co panią wezwałem? 

background image

Tak  jak  się  spodziewał,  uniosła  dumnie  głowę,  poczym  sięgnęła  po  małą  czarną 

torebkę, leżącą na kanapie. 

- Wolałabym od razu przejść do rzeczy. 

- Jak pani sobie życzy.  Zapraszam na  górę, do  moje go  gabinetu. Bennett, czy to nie 

dziś masz wygłosić przemówienie w klubie jeździeckim? 

-  Tak,  ale  dopiero  za  dwie  godziny.  -  Odwróciwszy  się,  Bennett  cmoknął  Eve  w 

czubek  nosa  i  mrugnął  do  niej  porozumiewawczo.  -  Do  zobaczenia  na  kolacji.  Włóż  jakąś 

szałową kreację, dobrze? 

-  No  jasne  -  obiecała.  Uśmiech  znikł  jej  z  twarzy,  kiedy  popatrzyła  na  Aleksandra.  - 

Wasza Wysokość... 

Skinieniem głowy wskazał drzwi. Szli po schodach w milczeniu. Eve wyczuwała jego 

złość,  lecz  nie  rozumiała  jej  przyczyny.  Chociaż  minęły  dwa  lata,  odkąd  widzieli  się  po  raz 

ostatni,  miała  wraże  nie,  że  Aleksander  wciąż  odnosi  się  do  niej  krytycznie,  z  dezaprobatą. 

Zastanawiała  się,  jaki  może  być  tego  powód.  To,  że  jest  Amerykanką?  Chyba  nie.  Reeve 

MacGee też urodził się i wychował w Ameryce, a nikt nie sprzeciwił się jego małżeństwu z 

Brie. Może to, że pracuje w teatrze? 

Uśmiechnęła się w duchu. Tak, to by pasowało do Aleksandra: lekceważący stosunek 

do  ludzi  teatru.  Wprawdzie  Cordina  mogła  pochwalić  się  wspaniałym  Centrum  Sztuk 

Pięknych,  w  którym  mieścił  się  najlepszy  ośrodek  teatralny  na  świecie,  ale  to  o  niczym  nie 

ś

wiadczyło. 

Pierwsza przestąpiła próg gabinetu. 

- Kawy? 

- Nie, dziękuję. 

- Proszę, niech pani usiądzie. 

Gabinet,  urządzony  ze  staromodną  elegancją,  stano  wił  odzwierciedlenie  osobowości 

księcia.  Nie  było  tu  żadnych  przedmiotów  dekoracyjnych,  żadnych  ozdóbek  czy  bibelotów, 

tylko  solidne  antyczne  meble,  a  na  podłodze  gruby  dywan,  nieco  spłowiały  ze  starości.  W 

powietrzu unosił się zapach skóry i kawy. Wysokie szklane drzwi prowadziły na balkon, ale 

były zamknięte, jakby gospodarz nie chciał wpuścić do środka szumu oceanu ani zapachów z 

ogrodu. 

Widoczne  wszędzie  oznaki  bogactwa  bynajmniej  jej  nie  onieśmielały.  Sama  również 

pochodziła z zamożne go domu, a odkąd się usamodzielniła, potrafiła całkiem nieźle zarobić 

na swoje utrzymanie. Była spięta nie z powodu różnicy w hierarchii społecznej między sobą a 

Aleksandrem, lecz z powodu jego urzędowego stylu bycia. 

background image

-  Jak  się  miewa  pani  siostra?  -  spytał.  Wyjął  papie  rosa,  po  czym  spojrzał  na  Eve 

wyczekująco. 

Skinęła głową; dym jej nie przeszkadzał. 

-  Dobrze  -  odparła,  kiedy  potarł  zapałkę.  -  Zamierza  odwiedzić  Gabriellę,  kiedy  ta  z 

rodziną wróci do Stanów. Bennett wspomniał, że jedno z dzieci jest chore... 

-  Dorian.  Biedaczek  przeziębił  się.  -  Rysy  jego  twarzy  złagodniały.  Spośród 

wszystkich dzieci Brie mały Dorian najmocniej przypadł mu do serca. - Niełatwo go zmusić 

do leżenia w łóżku. 

- Chciałabym zobaczyć dzieciaki, zanim wyjadę. Nie widziałam ich od czasu chrzcin 

Doriana. 

-  To  już  dwa  lata...  -  Pamiętał.  Aż  za  dobrze.  -  My  ślę,  że  uda  nam  się  zaaranżować 

wizytę  na  farmie.  -  Po  chwili  miejsce  troskliwego  wujka  ponownie  zajął  suro  wy  następca 

tronu. - Mój ojciec musiał wyjechać. Prosił, żeby panią serdecznie pozdrowić, jeżeli nie zdąży 

wrócić przed pani wyjazdem. 

- Czytałam, że jest w Paryżu. 

-  Tak.  -  Na  moment  zamilkł.  -  Cieszę  się,  że  ze  chciała  pani  przylecieć  do  Cordiny. 

Tym bardziej że sam nie miałbym czasu na podróż do Stanów. Czy mój sekretarz przedstawił 

pani moją propozycję? 

-  W  ogólnych  zarysach  -  rzekła.  Powitanie  zakończone,  pora  przejść  do  interesów.  - 

Wasza  Wysokość  chce,  abym  wraz  ze  swoim  teatrem  przyjechała  na  miesiąc  do  Cordiny  i 

dała cztery przedstawienia w Centrum i Sztuk Pięknych. Dochód z przedstawień wspomógłby 

Fundusz Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym. 

- Tak. 

-  Proszę  mi  wybaczyć,  książę,  ale...  sądziłam,  że  to  księżniczka  Gabriella 

przewodniczy tej fundacji? 

- Owszem, a ja jestem prezesem Centrum Sztuk Pięknych. Podczas pobytu w Stanach 

Gabriella  widziała  kilka  pani  przedstawień.  Była  zachwycona.  I  uznała,  że  skoro  Cordinę 

łączą  silne  więzy  z  Ameryką,  to  występy  teatru  amerykańskiego  w  Cordinie  pomogą  zebrać 

tak bardzo potrzebne pieniądze dla fundacji. 

- Czyli był to pomysł Gabrielli? 

- Na który ja, po namyśle, postanowiłem przystać. 

-  Rozumiem.  -  Jednym  starannie  wypielęgnowanym  paznokciem  zaczęła  stukać  w 

oparcie krzesła. - To znaczy, że Wasza Wysokość się wahał? 

- Nigdy nie byłem na żadnym pani przedstawieniu. 

background image

-  Zaciągnął  się  papierosem,  po  czym  wypuścił  z  ust  kłęby  dymu.  -  Oczywiście 

miewaliśmy w przeszłości artystów z Ameryki, ale po pierwsze, nie gościliśmy ich tyle czasu, 

a po drugie, ich występy nie były, że tak powiem, preludium do wielkiego balu, który również 

ma wspomóc finansowo Fundusz Pomocy Dzieciom. 

- Może Wasza Wysokość chciałby zobaczyć próbkę naszych możliwości? 

Na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech. 

- Przyznam się, że przemknęło mi to przez myśl. 

-  Naprawdę?  -  Wstała.  Z  satysfakcją  zauważyła,  że  dobre  maniery  nie  pozwoliły 

Aleksandrowi  pozostać  w  pozycji  siedzącej.  -  W  ciągu  zaledwie  pięciu  lat  aktorzy  Teatru 

Hamilton zdobyli szacunek krytyki i sympatię publiczności. Cieszą się zasłużonym uznaniem. 

Nie  widzę  najmniejszej  potrzeby,  żeby  musieli  dawać  jakiekolwiek  próbki.  Ani  w  Cordinie, 

ani gdziekolwiek indziej. Jeżeli zgodzę się przyjechać tu z zespołem, zrobię to wyłącznie ze 

względu na Gabriellę i fundację, której przewodniczy. 

Bacznie  ją  obserwował.  W  trakcie  tych  siedmiu  lat,  odkąd  zobaczył  ją  po  raz 

pierwszy, przeobraziła się z młodej naiwnej dziewczyny w pewną siebie, atrakcyjną kobietę. 

W  dodatku  znacznie  piękniejszą  niż  dawniej.  Miała  jasną,  idealnie  gładką  cerę,  leciutko 

zaróżowioną  na  policzkach,  twarz  owalną  o  regularnych  rysach,  usta  pełne,  nabrzmiałe, 

wielkie błękitne oczy oraz burzę gęstych czarnych włosów, nieco potarganych, które sięgały 

jej do połowy pleców. 

Była szczupła, drobnej budowy. Wielokrotnie zastanawiał się nad tym, jak by się czuł, 

trzymając  ją  w  objęciach.  Nawet  gdy  się  złościła,  gdy  z  trudem  panowała  nad  emocjami, 

mówiła  wolno,  z  typowym  akcentem  teksańskim.  Aleksandra  przejął  dreszcz.  Jej  głos 

omywał go niczym letni wiaterek, przyprawiał o gęsią skórkę. Sta rając się niczego po sobie 

nie okazać, zgniótł w popielniczce papierosa. 

- Skończyła pani, panno Hamilton? 

- Rany boskie! Mam na imię Eve. Proszę tak się do mnie zwracać. Znamy się już tyle 

lat. 

Zniecierpliwiona, podeszła do drzwi balkonowych i otworzyła je na oścież. Ponieważ 

stała  tyłem  do  pokoju,  nie  zauważyła,  jak  Aleksander,  zaskoczony  jej  bezceremonialnością, 

uśmiecha się pod nosem. 

-  Dobrze.  A  więc  Eve...  -  Na  moment  zamilkł.  -  Odnoszę  wrażenie,  że  się  nie 

zrozumieliśmy.  Nie  kryty  kuję  twojego  teatru.  Nie  śmiałbym,  skoro,  jak  już  mówiłem,  nie 

widziałem ani jednego z waszych przedstawień. 

- Jak tak dalej pójdzie, pewnie tak zostanie. 

background image

- Och, wtedy naraziłbym się na gniew Brie. A tego wolałbym uniknąć. Usiądź, Eve. 

Odwróciła się, lecz nie ruszyła się z miejsca. 

- Proszę cię - dodał, wskazując ręką krzesło. 

Posłuchała, balkon jednak pozostawiła otwarty. Do środka wdzierał się szum fal oraz 

zapach róż i wanilii. 

- W porządku. Siedzę - oznajmiła po chwili, zakładając nogę na nogę. Nie podobał mu 

się  jej  ostry,  wojowniczy  ton,  ale  podziwiał  jej  odwagę  i  niezależność.  Sam  nie  był  pewien, 

jak można jednocześnie odczuwać podziw i dezaprobatę. Eve Hamilton zawsze wzbudzała w 

nim sprzeczne emocje. 

Usiadł naprzeciwko i popatrzył jej w oczy. 

-  Jako  członek  rodziny  książęcej  i  prezes  Centrum  Sztuk  Pięknych  muszę  bacznie 

uważać,  kogo  zapraszam  na  występy  do  Cordiny.  W  tym  wypadku  całkowicie  polegam  na 

opinii  Gabrielu.  Chciałbym,  żebyś  przyjechała  do  nas  ze  swoim  zespołem.  Czy  sądzisz,  że 

będzie to możliwe? 

-  Nie  wiem.  -  Była  kobietą  interesu.  Nigdy  nie  po  zwalała,  aby  subiektywne  oceny 

wpływały  na  jej  zawodowe  poczynania.  Teraz  też  nie  zamierzała  na  to  pozwolić.  -  Zanim 

podejmę  decyzję,  chciałabym  ponownie  obejrzeć  teatr.  Poza  tym  musiałabym  mieć 

zapewnioną  w  kontrakcie  pełną  swobodę  artystyczną  oraz  odpowiednie  warunki 

mieszkaniowe dla siebie i zespołu na czas pobytu w Cordinie. Ponieważ dochód ze sprzedaży 

biletów  ma  być  przeznaczony  na  cele  dobroczynne,  jestem  gotowa  przyjąć  niższe  niż 

zazwyczaj  wynagrodzenie.  Natomiast  w  sprawach  artystycznych  decydujący  głos  należy  do 

mnie i moje postanowienia nie podlegają dyskusji. 

-  Przypilnuję,  aby  ktoś  oprowadził  cię  po  Centrum.  Kontraktem  niech  się  zajmą 

prawnicy, twoi i nasi. Jeśli chodzi o sprawy artystyczne... - Położył dłonie na biur ku i splótł 

palce. - To oczywiście twoja domena. Chętnie wysłucham twoich propozycji, ale nie mogę ci 

z  góry  zagwarantować  pełnej  swobody.  Pomysł  jest  taki,  aby  zespół  dał  cztery 

przedstawienia.  Jedno  na  tydzień.  Sztuki,  które  wybierzesz,  powinnaś  jednak  przedstawić 

nam wcześniej do akceptacji. 

- A konkretnie komu, książę? - spytała Eve. - Tobie? 

- Zgadłaś. - Wzruszył niedbale ramionami. 

Nie kryła niezadowolenia. 

- Przepraszam, ale jakie Wasza Wysokość ma kwalifikacje? 

- Słucham? 

- Co wie o teatrze? Przecież książę jest politykiem. 

background image

-  Powiedziała  to  z  lekką  pogardą  w  głosie.  -  Mam  ciągnąć  aktorów  tysiące 

kilometrów,  żeby  zagrali  to,  co  Wasza  Wysokość  dla  nich  wybierze?  W  dodatku  za  ułamek 

tego, ile zazwyczaj zarabiają? A niby dlaczego? 

Niełatwo  było  Aleksandra  wyprowadzić  z  równowagi.  Lata  pracy,  silna  wola  oraz 

ogromna  determinacja  sprawiły,  że  nauczył  się  panować  nad  sobą.  Nie  odrywając  oczu  od 

twarzy Eve, oznajmił z niezmąconym spokojem: 

-  Dlatego,  że  występy  gościnne  w  Cordinie  mogą  być  ważnym  krokiem  w  twojej 

karierze.  Tylko  bardzo  głupia  i  niedoświadczona  osoba  odrzuciłaby  takie  zaproszenie.  - 

Pochylił się do przodu. - A ty, Eve, nie jesteś chyba głupia. 

- Chyba nie. - Podniosła się z krzesła. Po chwili Aleksander również wstał. - Najpierw 

chciałabym obejrzeć teatr i wszystko przemyśleć. Kiedy już sama będę wiedziała, czego chcę, 

przedyskutuję sprawę przyjazdu z aktorami. 

- To twój zespół. Nie mylę się, prawda? 

Odgarnęła z oczu kosmyk włosów. 

-  Prawda,  Wasza  Wysokość.  Ale  zapominasz,  że  w  Ameryce  panuje  demokracja.  Ja 

nikomu nie chcę i nie mogę niczego narzucać ani kazać. Jeżeli po obejrzeniu Centrum uznam, 

ż

e  odpowiada  mi  tutejsza  scena,  i  jeżeli  zespół  wyrazi  ochotę  na  przyjazd,  wówczas 

omówimy warunki kontraktu. A teraz przepraszam, ale chciałabym się przebrać do kolacji. 

- Zaraz poproszę, aby odprowadzono cię do twojego apartamentu. 

- Znam drogę. - Przystanąwszy w drzwiach, wykonała niedbałą namiastkę dygnięcia. - 

Wasza Wysokość. 

Wyszła z wysoko uniesioną głową. 

-  Witaj  w  Cordinie,  Eve  -  szepnął  Aleksander,  spoglądając  na  jej  oddalającą  się 

sylwetkę. 

Nie  była  osobą  źle  wychowaną.  Powtarzała  to  sobie  w  myślach,  wybierając  strój  na 

wieczór. Prawdę mówiąc, wszyscy mieli o niej jak najlepsze zdanie. 

Owszem, w interesach bywała twarda i nieustępliwa, ale co innego odmowa pójścia na 

kompromis, a co innego arogancja czy nieuprzejmość w kontaktach z ludźmi. 

Sam  się  o  to  prosił,  uznała,  wkładając  obcisłą  jedwabną  suknię  bez  rękawów. 

Potraktował ją chłodno, z rezerwą, w dodatku protekcjonalnie. Nie zamierza tego tolerować. 

On  co  prawda  jest  księciem,  ale  ona  nie  jest  żebraczką.  Nie  musi  wstydzić  się  swojego 

pochodzenia.  Rodzice  posyłali  ją  do  najlepszych  szkół.  Nie  czuła  się  tam  dobrze,  nie  lubiła 

większości  lekcji,  ale  nie  w  tym  rzecz.  Od  dziecka  stykała  się  z  ludźmi  bogatymi  i 

wpływowymi,  jednakże  sukces  osiągnęła  nie  dzięki  rodzinie  czy  znajomym,  lecz  dzięki 

background image

własnym umiejętnościom i pracowitości. 

Dość wcześnie zorientowała się, że nie zostanie wybitną aktorką, o czym marzyła od 

lat, ale jej miłość do teatru nie wygasła. Nieco później okazało się, że ma wrodzony talent do 

interesów  i  ogromne  zdolności  organizacyjne.  Postanowiła  założyć  własny  zespół.  Teatr 

Hamilton  zdobywał  coraz  większą  popularność  w  Stanach.  Występował  zarówno  w  Lincoln 

Center, jak i w Kennedy Center, i zbierał same pochlebne recenzje. 

Dlatego  zezłościło  ją  podejście  Aleksandra,  który  zachowywał  się  tak,  jakby 

wyświadczał  jej  wielką  przysługę.  Całe  życie  ciężko  pracowała,  starała  się  pozyskać  do 

zespołu  najzdolniejszych  ludzi,  dbała  o  nich,  hołubiła  młode  talenty,  a  on,  wielki  książę, 

rozmawia z nią jak z podwładną! Marszcząc gniewnie czoło, zapięła wokół szyi złotą obrożę. 

Teatr  Hamilton  doskonale  sobie  radzi.  Odnosi  zasłużone  sukcesy  i  nie  potrzebuje  aprobaty 

księcia Aleksandra. Ona też jej nie potrzebuje. I nie zamierza o nią zabiegać. Może unieść się 

honorem i... 

Z  drugiej  strony  wiedziała,  że  rzeczywiście  byłaby  głupia,  odmawiając  przyjazdu  na 

występy  do  Cordiny.  Podniosła  z  toaletki  szczotkę  i  przeciągnęła  ją  po  włosach.  Nagle 

spostrzegła,  że  tylko  w  jednym  uchu  ma  kolczyk.  Boże,  przez  tego  aroganta  i  zarozumialca 

nawet  nie  potrafi  się  do  końca  ubrać!  Po  chwili  wyjęła  z  pudełeczka  nieduży  szafir  w 

kształcie łezki. 

Dlaczego  to  Ben  nie  może  być  prezesem  Centrum  Sztuk  Pięknych?  Albo  dlaczego 

Brie, skoro jest przewodniczącą Fundacji, sama o wszystkim nie decyduje? 

Z Benem lub Brie czułaby się odprężona, inaczej by z nimi rozmawiała. Też chciałaby 

najpierw obejrzeć scenę i porozumieć się ze swoim zespołem, ale przynajmniej oszczędziłaby 

sobie nerwów. 

Wpięła drugi kolczyk i przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Dokładnie pamiętała 

chwilę, kiedy ujrzała Aleksandra po raz pierwszy. Miała dwadzieścia lat; on, choć niewiele od 

niej  starszy,  wydał  jej  się  taki  dorosły  i  nieprzystępny.  Tańczyła  na  balu  z  Bennettem,  ale 

kątem  oka  nieustannie  obserwowała  jego  brata.  W  owym  czasie  lubiła  bujać  w  obłokach; 

wyobrażała  sobie  Aleksandra  jako  dzielnego  rycerza,  który  wybawia  z  opresji  piękne 

dziewice  i  zabija  mieczem  smoki.  Tamtego  wieczoru  miał  u  boku  szablę,  ale  była  to  część 

stroju, a nie narzędzie służące do odparcia ataku. 

Na  szczęście  fascynacja  przystojnym  księciem  szybko  jej  minęła.  Może  miała  zbyt 

bogatą  wyobraźnię,  ale,  jak  zauważył  Aleksander,  nie  była  głupia.  Kobiety  rzadko  marzą  o 

tym, by znaleźć się w ramionach mężczyzny, który traktuje je wyniośle i z pogardą. Ponownie 

skierowała uwagę na Bennetta. 

background image

Jaka szkoda, przemknęło jej przez myśl, że się wtedy w sobie nie zakochali. Księżna 

Eve.  Roześmiawszy  się  cicho,  odłożyła  szczotkę  na  toaletkę.  Nie,  jakoś  tytuł  księżnej  nie 

pasuje  do  niej.  Chyba  więc  dobrze  się  stało,  że  zamiast  więzów  miłości  połączyły  ich,  ją  i 

Bennetta, więzy przyjaźni. 

Poza  tym  ma  swój  zespół.  Prowadzenie  teatru  było  dla  niej  czymś  więcej  niż 

zaspokojeniem  ambicji;  było  sensem  życia.  Obserwowała  przyjaciół,  którzy  stawali  na 

ś

lubnym  kobiercu,  potem  się  rozwodzili  i  znów  żenili  albo  zmieniali  partnerów  jak 

rękawiczki. Najczęściej powodem tego była nuda. Co jak co, ale akurat jej nuda nie groziła. 

Gdyby  tylko  chciała,  mogłaby  pracować  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  I  czasem 

musiała,  bez  względu  na  to.  czy  miała  ochotę,  czy  nie.  Kiedy  z  rzadka  się  zapominała  i 

ulegała fascynacji jakimś mężczyzną, praca oraz własna przezorność sprawiały, że szybko się 

opamiętywała.  Tak  więc  w  sprawach  sercowych  nie  traciła  głowy  i  nie  popełniała  błędów. 

Przynajmniej dotąd... 

Wyjąwszy  z  kosmetyczki  flakonik  perfum,  skierowała  pachnący  strumyk  na  szyję  i 

ramiona,  i  opuściła  pokój.  Miała  nadzieję,  że  Bennett  skończył  przemawiać  w  klubie 

jeździeckim  i  wrócił  już  do  pałacu.  W  jego  towarzystwie  nie  irytowała  się.  nie  siedziała 

spięta.  Swoim  wesołym  usposobieniem  potrafił  rozproszyć  najczarniejsze  chmury,  rozjaśnić 

najbardziej ponure oblicza. Uwielbiała go za jego pogodę ducha, ciepło i optymizm. 

Schodziła na dół, trzymając się gładkiej poręczy  schodów. Ciekawe, ile par nóg tędy 

stąpało, ile rąk gładziło drewnianą poręcz. Przebywając w pałacu, Eve nigdy nie zapominała o 

tym, że jest to stara siedziba panującego rodu. Może nie rozumiała Aleksandra, ale rozumiała 

jego  poczucie  dumy.  Pierwszą  osobą,  jaką  ujrzała  po  wejściu  do  salonu,  był  właśnie  on. 

Przystając w progu, rozejrzała się nerwowo, szukając oczami Bennetta. 

Boże,  ależ  ona  jest  piękna!  Kiedy  na  dźwięk  kroków  odwrócił  się  twarzą  do  drzwi, 

uroda  Eve  dosłownie  go  poraziła.  Uroda,  a  nie  strój  czy  klejnoty.  Mogłaby  mieć  na  sobie 

jutowy  wór,  a  niczego  by  to  nie  zmieniło.  Ciemnowłosa,  niebieskooka,  promieniała 

zmysłowością. Żaden mężczyzna nie byłby w stanie się jej oprzeć. 

Widząc,  jak  rozgląda  się  po  salonie,  zacisnął  zęby.  Dobrze  wiedział,  kogo  miała 

nadzieję zastać na dole. Bennetta. 

- Mojego brata zatrzymały na mieście obowiązki - wyjaśnił. - Kolację zjemy dziś we 

dwoje. 

Nie  ruszyła  się  z  miejsca,  zupełnie  jakby  wykonanie  jednego  kroku  i  minięcie  progu 

było ponad jej siły. 

-  Wasza  Wysokość  nie  musi  sobie  zawracać  mną  głowy.  Jeśli  ma  pan  inne  plany  na 

background image

wieczór, chętnie zjem sama w swoim pokoju. 

- Jesteś moim gościem, Eve. I nie mam innych planów. - Podszedł do barku. - Śmiało, 

wejdź. Przyrzekam, że nie położę cię na łopatki; nie znam żadnych chwytów zapaśniczych. 

-  Nie  wątpię  -  rzekła.  -  A  dla  ścisłości,  to  nie  były  zapasy,  lecz  karate.  I  nie  ja 

wylądowałam na łopatkach, tylko Bennett. 

Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Była wiotka jak trzcina i ledwie sięgała mu do 

ramion. Jak to możliwe, by osoba tak drobna i szczupła mogła pokonać Bennetta, mężczyznę 

silnego i sprawnego fizycznie? 

-  Czyżby?  W  takim  razie  postaram  się  być  grzeczny  i  nie  denerwować  cię  -  rzekł  z 

uśmiechem. 

Nastała cisza. Eve pierwsza ją przerwała. 

-  Z  tego,  co  pamiętam,  książę,  dawniej  rzadko  bywał  pan  wieczorami  w  domu.  Na 

pewno nie wzywają pana żadne obowiązki? 

Ponownie  powiódł  po  niej  wzrokiem.  W  panującym  w  salonie  półmroku  jej  skóra 

wydawała się gładka jak jedwab. Przypuszczalnie taka też była w dotyku. 

-  Na  pewno.  Ale  jeśli  wolisz,  dzisiejszą  kolację  mogę  potraktować  jak  miły 

obowiązek. 

-  Doskonale.  -  Przyjrzała  mu  się  uważnie.  -  A  więc  co  Wasza  Wysokość  proponuje? 

Uprzejmą, zdawkową rozmowę o błahostkach czy dyskusję o polityce światowej? 

-  Polityka  nie  sprzyja  jedzeniu.  Zwłaszcza  gdy  dyskutanci  w  wielu  sprawach  mają 

odmienne zdania. 

-  To  prawda,  rzadko  się  ze  sobą  zgadzamy.  Zatem  pozostaje  uprzejma,  zdawkowa 

rozmowa. - Podobnie jak on, uczyła się w szkole sztuki konwersacji. Podszedłszy do wazonu 

z  różami,  pogładziła  czerwone  płatki.  -  Czytałam,  że  Wasza  Wysokość  spędził  zimą  kilka 

tygodni w Szwajcarii. Mam nadzieję, że warunki narciarskie były dobre? 

-  Bardzo  dobre  -  potwierdził.  Nie  wyjaśnił  prawdziwego  powodu  swojej  wizyty  w 

Szwajcarii,  nie  wspomniał  o  godzinach  spędzonych  na  naradach  i  dyskusjach.  Starał  się  nie 

patrzeć na długie palce Eve gładzące jedwabiste płatki róż. - A ty jeździsz na nartach? 

-  Tak,  chociaż  rzadko.  I  głównie  w  Kolorado.  -  Wzruszyła  ramionami.  Nie  miała 

zamiaru  mu  tłumaczyć,  że  należy  do  osób  zapracowanych,  którym  nie  starcza  czasu  na 

przyjemności  i  rozrywki.  -  W  Szwajcarii  nie  byłam  od  ukończenia  szkoły.  Jako  rodowita 

mieszkanka Houston wolę letnie sporty. 

- Na przykład? 

- Pływanie. 

background image

- W takim razie korzystaj z basenu. Kiedy tylko zechcesz. 

- Dziękuję. 

Znów zapadło milczenie. Im dłużej trwało, tym bardziej Eve stawała się spięta. 

-  Kończą  nam  się  bezpieczne  tematy,  a  jeszcze  nie  zasiedliśmy  do  kolacji  - 

powiedziała  wreszcie.  -  Przejdźmy  więc  do  stołu.  -  Podał  jej  ramię.  Eve  zawahała  się,  po 

czym  skinęła  głową.  -  Kucharz  pamiętał,  że  ostatnim  razem  bardzo  ci  smakowała  jego 

poisson bonnefemme. 

-  Pamiętał?  -  ucieszyła  się.  -  Jak  miło.  Robił  też  świetny  mus  czekoladowy.  Po 

powrocie  do  domu  tak  długo  zamęczałam  naszą  biedną  kucharkę,  aż  w  końcu  przyrządziła 

coś w miarę podobnego. Ale oczywiście daleko temu było do oryginału. 

- Myślę, że dzisiejszy deser cię usatysfakcjonuje. 

- Deser pewnie tak, kalorie nie. - Przystanęła w progu jadalni. - Zawsze podobał mi się 

ten pokój - oznajmiła cicho. - Jego ponadczasowy charakter. 

Przez  chwilę  rozglądała  się  wkoło,  najdłużej  zatrzymując  wzrok  na  dwóch 

fantazyjnych żyrandolach; rzucały blask na ogromny drewniany stół, który - jak podejrzewała 

- mógł śmiało pomieścić ze sto osób. 

Zazwyczaj  wolała  mniejsze,  bardziej  przytulne  wnętrza,  ale  jadalnia  w  książęcym 

pałacu miała w sobie coś magicznego. Była urzekająca nie tylko ze względu na swój wiek, ale 

również pewną tajemniczość. Eve zawsze odnosiła wrażenie, że wystarczy stanąć w niej bez 

ruchu, cichutko, zamknąć oczy i mocno się skupić, aby słyszeć rozmowy, jakie toczyły się tu 

na przestrzeni dziejów. 

- Kiedy pierwszy raz zaproszono mnie do pałacu na kolację, trzęsłam się jak liść osiki. 

- Naprawdę? - zdziwił się Aleksander. - Wydawałaś mi się wyjątkowo opanowana. 

- To tylko pozory. Maska. Bo wewnątrz byłam przerażona. Ale to chyba zrozumiałe? 

Młoda dziewczyna, świeżo upieczona maturzystka, przybywa do pałacu książęcego... 

- A teraz? Też się trzęsiesz? 

Sama  nie  wiedziała  dlaczego,  ale  na  wszelki  wypadek  cofnęła  rękę.  Może  aby  nie 

wyczuł jej drżenia? 

- Od matury minęło już wiele lat - odparła. 

Na  stole  stały  dwa  nakrycia,  obok  nich  świeczniki  oraz  wazon  z  kwiatami.  Eve 

usiadła, zostawiając Aleksandrowi miejsce u szczytu stołu. 

- Jakie to dziwne - powiedziała, kiedy służący nalał Im wino do kieliszków. - Ilekroć 

wcześniej tu gościłam, paląc tętnił życiem. Słychać było śmiech, głosy... 

-  Tak,  teraz  zrobiło  się  cicho  -  przyznał.  -  Gabriella  z  Reeve'em  i  dziećmi  rzadko  tu 

background image

nocują, odkąd zamieszkali na farmie. A raczej na dwóch farmach. Bo połowę czasu spędzają 

na wsi w Cordinie, a potowe na ranczu Reeve'a w Stanach. 

- Czy są szczęśliwi? 

Aleksander uniósł brwi. 

- Szczęśliwi? 

- Tak, szczęśliwi. Wiem, że Wasza Wysokość na pierwszym miejscu stawia obowiązki 

i  powinności,  ale  dla  nas,  zwykłych  śmiertelników,  najbardziej  liczy  się  w  życiu  szczęście, 

zdrowie, miłość. 

Czekał w milczeniu, aż kelner postawi na stole półmisek z homarami. Eve oczywiście 

ma rację. Nawet gdyby chciał, nie mógłby szczęścia przedkładać nad obowiązki. 

- Siostra nigdy mi się nie skarżyła. Kocha swojego męża, dzieci i ojczyznę. 

- Wiem. Nie o to pytam. 

-  Rodzina  stara  się  ją  maksymalnie  odciążyć.  Przejąć  na  siebie  większość  jej 

zobowiązań. 

- Czy to nie wspaniałe, że po tym koszmarze, który przeżyła, wszystko się tak dobrze 

ułożyło? 

Aleksander  ścisnął  widelec  z  taką  siłą,  że  kłykcie  mu  zbielały.  Widząc  to,  Eve 

odruchowo sięgnęła po jego dłoń. 

-  Przepraszam.  Mimo  że  minęło  już  tyle  czasu,  wspomnienia  tamtych  dni  na  pewno 

wciąż są bolesne. 

Przez  chwilę  bez  słowa  wpatrywał  się  w  drobną  rękę.  Jej  dotyk  działał  na  niego 

kojąco. Tego się nie spodziewał. 

- Nigdy nie zapomnę, że to ty uratowałaś moją siostrę i brata - oznajmił wreszcie. 

- Ja tylko pobiegłam po pomoc. 

- Zachowałaś zimną krew. Gdybyś wpadła w panikę, zmarliby. Oboje. 

-  Tak,  ja  też  często  o  tym  myślę.  -  Uświadomiwszy  sobie,  że  wciąż  dotyka  księcia, 

cofnęła dłoń i zacisnęła ją na kieliszku. - Do dziś pamiętam twarz tej kobiety. 

- Kochanki Deboque'a. - W głosie Aleksandra zabrzmiała ledwo skrywana furia. 

Eve poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. 

-  Pamiętam  wyraz  jej  oczu,  kiedy  stała  z  bronią  wycelowaną  w  Brie.  Właśnie  wtedy 

mój dziecięcy świat legł w gruzach. Przestałam wierzyć w bajki. Na szczęście wszyscy troje, 

kobieta, Loubet i Deboque, trafili do więzienia. 

- I długo tam posiedzą. Kłopot w tym, że Deboque bywa niebezpieczny nawet wtedy, 

gdy tkwi za kratkami. 

background image

- Znów coś próbował? Rozmawiałam z Bennettem... 

- Mój brat to straszna papla. 

Wstrzymała się z odpowiedzią, dopóki kelner nie zabrał brudnych talerzy i nie podał 

następnego dania. 

-  Nie  zdradził  mi  żadnych  tajemnic  państwowych  -  oznajmiła  z  irytacją.  - 

Wspominaliśmy  stare  czasy,  rozmowa  zeszła  na  temat  Deboque'a,  który  nie  ruszając  się  z 

więzienia, zorganizował porwanie Brie. Bennett powiedział wtedy, że nie zazna spokoju, póki 

ten drań żyje. Stwierdziłam, że chyba przesadza, ale może się myliłam. 

- Spokój osób znanych, żyjących na świeczniku, często bywa zakłócany - rzeki książę. 

Starał się zapomnieć o własnej bezradności, kiedy patrzył na  cierpienia  siostry. - Bissetowie 

od wieków rządzą Cordiną. Póki jesteśmy u władzy, poty mamy wrogów. Ale nie sposób ich 

wszystkich  osadzić  w  więzieniu.  Czuła,  że  to  nie  wszystko,  że  Deboque  musiał  znów  dać  o 

sobie  znać,  ale  nie  chciała  ciągnąć  Aleksandra  za  język.  Zresztą  niczego  by  nie  wskórała. 

Wiedziała też, że jeśli zacznie zżerać ją ciekawość, zawsze może porozmawiać z Bennettem. 

- Wygląda na to, że lepiej być prostym człowiekiem niż członkiem panującego rodu - 

powiedziała cicho. 

- O wiele lepiej - odparł ze smutnym uśmiechem i sięgnął po widelec. 

Kolacja minęła w przyjaznej atmosferze, znacznie bardziej przyjemnej, niż to się Eve 

wydawało  możliwe.  Jednakże  przez  cały  czas  Aleksander  był  spięty.  Zachowywał  się 

nienagannie,  ale  nie  potrafił  się  rozluźnić.  Eve  starała  się  temu  zaradzić,  sprawić,  by  się 

odprężył,  lecz  jej  próby  zakończyły  się  niepowodzeniem.  No  cóż,  wiedziała,  że  Aleksander 

nie jest człowiekiem, który chętnie przyjmuje pomoc od obcych. 

Pewnego  dnia  zasiądzie  na  tronie  Cordiny.  To  jego  powinność  i  przeznaczenie. 

Cordiną  była  małym,  uroczym  księstwem,  niemal  bajkową  krainą,  ale  tak  jak  w  bajkach,  tu 

też  prowadzono  intrygi.  Aleksander  poważnie  podchodził  do  życia  i  obowiązków.  Spokój 

oraz bezpieczeństwo ludności w znacznej mierze zależało od jego poczynań. Eve, jako osoba 

z  zewnątrz,  nie  potrafiła  zrozumieć  wszystkich  zawiłości;  często  widziała  tylko  to,  co 

dostrzegalne było gołym okiem: maskę, powierzchowność, zewnętrzną warstwę. 

Przynajmniej  się  nie  pokłócili,  pomyślała  z  satysfakcją,  delektując  się  deserem.  Z 

drugiej  strony  z  księciem  Aleksandrem  trudno  się  było  tak  naprawdę  pokłócić.  Przybierał 

kamienny wyraz twarzy, a jego rozmówca kipiał z furii i walił głową w mur. 

- To było przepyszne. - Oblizała się ze smakiem. 

- Nie wiem, jak to możliwe, ale z każdym rokiem tutejszy kucharz staje się lepszy. 

- Przekażę mu twoje słowa, na pewno się ucieszy. 

background image

Chciał, żeby została dłużej; pragnął kontynuować rozmowę o rzeczach sympatycznych 

i  błahych,  nie  dotyczących  spraw  państwa.  W  trakcie  ostatniej  godziny  prawie  udało  mu  się 

zapomnieć  o  presji,  pod  jaką  działał,  o  napięciu,  w  jakim  żył,  o  kłopotach  i  licznych 

obowiązkach.  Wzdrygnął  się  na  myśl  o  tym,  że  miałby  teraz  wstać  od  stołu,  wrócić  do 

gabinetu i zasiąść do pracy. 

- Eve, jeśli nie jesteś za bardzo zmęczona... 

I w tym momencie do jadalni wkroczył Bennett. 

-  Wszystko  zjedliście,  łasuchy  jedne?  Nic  mi  nie  zostawiliście?  -  Wysunął  krzesło  i 

usiadł koło Eve. - Nie będziesz tego kończyć? - Popatrzył na talerzyk z deserem, po czym nie 

czekając na odpowiedź,  zabrał się do konsumpcji. - Boże. żebyście wiedzieli, czym nas tam 

uraczono!  Kurczakami  o  smaku  gumy!  Żując  toto,  wyobrażałem  sobie,  jak  tu  siedzicie  i 

zajadacie się pysznościami. 

-  Nie  wyglądasz  na  zabiedzonego.  -  Eve  roześmiała  się  wesoło.  -  A  nasza  kolacja 

rzeczywiście była wyśmienita. Kucharz przeszedł samego siebie. 

- Och, nie dobijaj mnie! Słuchaj, jak zjem, może wyszlibyśmy  na dwór,  co? Po paru 

godzinach nudnego zebrania dobrze mi zrobi spacer w towarzystwie pięknej kobiety. 

- W takim razie zostawiam was samych. - Aleksander wstał od stołu. 

- Nie wygłupiaj się, Aleks - zaoponował brat. - Przejdź się z nami po ogrodzie. Tylko 

najpierw daj mi dokończyć swój mus czekoladowy. 

- Mam dziś jeszcze sporo pracy. 

- Jak zwykle - mruknął Bennett, sięgając po talerzyk. 

Eve  zerknęła  przez  ramię  i  odprowadziła  księcia  wzrokiem.  Ku  własnemu 

zaskoczeniu,  nagle  poczuła  silną  pokusę,  aby  wybiec  za  nim.  Stłumiwszy  ją,  przeniosła 

spojrzenie na Bennetta i uśmiechnęła się promiennie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Kiedy Aleksander obiecał, że ktoś mnie oprowadzi po Centrum nie sądziłam, że tym 

kimś będziesz ty. 

Jej  Wysokość  księżniczka  Gabriella  de  Cordina  roześmiała  się  wesoło,  po  czym 

pchnęła drzwi do teatru. 

- To miejsce jest naszą chlubą - powiedziała. - A co do przewodnika, podejrzewam, że 

Aleksander sam chętnie by cię oprowadził, gdyby nie miał wcześniejszych zobowiązań. 

Eve  puściła  to  mimo  uszu;  nie  chciała  tłumaczyć  przyjaciółce,  że  się  myli,  że 

Aleksander  na  pewno  wolałby  spędzić  cały  dzień  na  nudnych  zebraniach  niż  godzinę  w  jej 

towarzystwie. 

- Nie lubię się powtarzać, Brie, ale naprawdę wyglądasz świetnie. 

-  Och,  powtarzaj  się,  powtarzaj.  Nawet  nie  wiesz,  jakie  to  miłe.  Po  urodzeniu  dzieci 

kobieta łaknie komplementów. 

W eleganckim białym kostiumie, z włosami gładko zaczesanymi i upiętymi w prosty 

kok, wyglądała niezwykle dostojnie. Jednak patrząc na jej gładką twarz i młodzieńczą figurę, 

trudno  było  uwierzyć,  że  wydała  na  świat  czwórkę  dzieci.  Przez  moment  Brie  w  milczeniu 

obserwowała siostrę swojej najbliższej przyjaciółki. 

-  Pamiętam,  kiedy  pierwszy  raz  cię  zobaczyłam.  Pomyślałam  sobie:  jaka  śliczna 

dziewczynka.  Teraz  ta  śliczna  dziewczynka  dorosła  i  przeistoczyła  się  w  olśniewającą 

kobietę. Powiedz, czy Chris przestała się w końcu o ciebie martwić? 

-  Boże,  jak  ja  tego  nienawidziłam,  tej  nadopiekuńczości.  -  Eve  uśmiechnęła  się  na 

wspomnienie zbuntowanej nastolatki, która nieustannie toczyła walkę ze swoją starszą siostrą. 

-  Oczywiście  teraz,  kiedy  wyrosłam  z  okresu  młodzieńczego  buntu,  mam  nadzieję,  że  Chris 

nigdy  nie  przestanie  się  o  mnie  troszczyć.  Świadomość,  że  komuś  na  nas  zależy,  podnosi 

człowieka na duchu. To dziwne, ale im się jest starszym, tym bardziej docenia się rodzinę. 

-  To  prawda.  Nie  wiem,  co  bym  zrobiła  bez  mojej.  Tych  parę  miesięcy,  kiedy 

straciłam  pamięć,  kiedy  niczego  i  nikogo  nie  pamiętałam...  -  Gabriella  potrząsnęła  głową.  - 

To  mnie  nauczyło,  że  trzeba  cieszyć  się  każdym  dniem.  No  dobrze.  -  Wziąwszy  głęboki 

oddech, rozejrzała się wkoło. - Od czego zaczynamy? 

-  Od  kulis.  Bez  dobrego  zaplecza,  czyli  odpowiedniego  oświetlenia,  wygodnej 

garderoby i paru innych rzeczy nawet najlepsze przedstawienie pozostawia wiele do życzenia. 

Sam talent to nie wszystko. 

background image

- Znasz się na swojej pracy... 

- Mam nadzieję. 

Spędziły  w  teatrze  godzinę.  Eve  wchodziła  po  schodach,  zaglądała  do  magazynów, 

sprawdzała sprzęt. Tak jak się spodziewała, wszystko było w doskonałym stanie i najwyższej 

jakości.  Centrum  Sztuk  Pięknych  zbudowano,  by  uczcić  pamięć  matki  Gabrielli.  Nic 

dziwnego,  że  było  chlubą  rodziny.  Dzięki  Bissetom,  ich  pieniądzom  i  zaangażowaniu, 

mieszczący się tu kompleks teatralny uważano za jeden z najlepszych w świecie. 

Eve  czuła  narastające  podniecenie.  Miała  świadomość,  że  występy  w  takim  miejscu, 

przed  międzynarodową  widownią,  przebiłyby  wszystkie  dotychczasowe  osiągnięcia  jej 

zespołu. Wybiegając myślą naprzód, zaczęta się zastanawiać nad wyborem sztuk. Hm, cztery 

przedstawienia.  Najlepiej  byłoby  pokazać  sztuki  czterech  różnych  amerykańskich 

dramaturgów.  Tennessee  Williamsa,  Neila  Simona,  Arthura  Millera,  jeszcze  kogoś,  Na  brak 

nazwisk  nie  mogła  narzekać.  Oczywiście  będzie  nalegała  na  własnych  akustyków, 

elektryków, maszynistów, na własne charakteryzatorki, garderobiane, rekwizytorów. 

-  Słychać,  jak  w  twojej  głowie  obracają  się  tryby  -  powiedziała  z  rozbawieniem 

Gabriella. 

Eve postała jej uśmiech, po czym wyszła na scenę. Stanęła na środku i, maksymalnie 

skupiona,  zaczęła  się  rozglądać  po  widowni.  To  było  niesamowite.  W  pustym  teatrze 

wyczuwała  wibracje,  zapach  farby,  potu,  widziała  twarze,  słyszała  brawa.  Tak,  to  była 

wymarzona  scena.  Scena,  na  jakiej  pragnie  się  znaleźć  każdy  aktor.  Wznoszące  się  rzędy 

wygodnych  siedzeń,  pomiędzy  nimi  trzy  szerokie  przejścia,  podłoga  wyłożona  miękką 

granatowa  wykładziną.  Ogromne  kryształowe  żyrandole  zawieszone  na  pokrytym  freskami 

suficie.  Na  wprost  sceny  balkon.  Nawet  z  tej  odległości  widziała  lśniące,  piękne  rzeźbione 

poręcze. Ale nie to ją najbardziej cieszyło, nie dywany, poręcze czy żyrandole, lecz fakt, że z 

każdego miejsca na widowni idealnie było widać, co się dzieje na scenie. 

-  Dziś...  dziś  już  koniec,  tragiczny  finał.  Cokolwiek  uczyniliśmy,  cokolwiek 

osiągnęliśmy, przestaje się liczyć. Jutro wszystko zacznie się od nowa, tyle że bez nas. Bo nas 

już nie ma. 

Głos niósł się daleko, po ostatnie rzędy. Brzmiał głośno i wyraźnie. Eve uśmiechnęła 

się zadowolona. 

-  Fantastycznie.  -  Popatrzyła  na  Brie.  -  Nie  wiem,  kim  jest  wasz  architekt,  ale  spisał 

się na medal. 

-  Zasugeruję  ojcu.  aby  mu  przyznał  jakiś  medal,  Eve,  ten  tekst,  który  przed  chwilą 

recytowałaś... Nie kojarzę go. 

background image

-  Nic  dziwnego.  To  fragment  sztuki  początkującego  dramaturga  -  odparła  ze 

wzruszeniem ramion, nie przyznając się, że tym początkującym dramaturgiem jest ona sama. 

-  Brie,  kochanie,  takiego  teatru  każdy  mógłby  wam  pozazdrościć.  Kiedyś  w  przyszłości 

chętnie  przygotuję  coś  na  małą  scenę.  Ale  do  naszych  obecnych  celów  duża  jest  absolutnie 

wymarzona. 

- To dobrze. Miałam nadzieję, że ci się spodoba. 

-  Stukając  obcasami  o  podłogę,  Gabriella  podeszła  do  Eve.  -  Odkąd  wpadliśmy  z 

Aleksem na pomysł wspomożenia fundacji, z niecierpliwością czekałam na twoją reakcję. A 

więc? Przyjmujesz nasze zaproszenie? 

-  Jeżeli  dogadamy  się  co  do  koncepcji  i  szczegółów,  obejrzycie  cztery  genialne 

spektakle. 

- Cudownie. 

Eve  jeszcze  raz  rozejrzała  się  dookoła.  Ona  sama  nie  wystąpi  na  deskach  teatru  w 

Cordinie,  ale  może  kiedyś  w  przyszłości  któraś  z  jej  sztuk  zostanie  tu  wystawiona?  No  cóż, 

nie szkodzi pofantazjować. 

- W takim razie powinnam jak najszybciej wrócić do domu i brać się do pracy. 

-  Wykluczone.  Po  prostu  nie  zgadzam  się  i  już.  Na  jutro  zaplanowałam  rodzinny 

obiad.  U  siebie  na  farmie.  -  Brie  wzięła  przyjaciółkę  pod  rękę.  -  Słuchaj,  jedź  do  pałacu, 

poopalaj się, odpocznij. Potem naprawdę nie będziesz miała na to czasu. 

- To rozkaz? 

- Absolutnie. 

- W takim razie muszę go wykonać, prawda? 

Nie  było  to  wcale  takie  bolesne.  Przeciwnie,  leżąc  nad  basenem  i  patrząc,  jak  liście 

palm kołyszą się leniwie na wietrze, uznała, że jest to całkiem miła forma spędzania czasu. W 

młodości  specjalizowała  się  w  nicnierobieniu.  Teraz,  jako  osobie  dorosłej,  trudno  jej  było 

uwierzyć,  że  smażenie  się  na  słońcu  czy  snucie  bez  celu  mogło  ją  kiedykolwiek 

satysfakcjonować.  Oczywiście  nie  ma  nic  złego  w  tym,  że  człowiek  lubi  sobie  odpocząć, 

pomyślała, odchylając w tył oparcie leżaka. Odrobina lenistwa nikomu nie zaszkodziła. Tyle 

ż

e szkoda poświęcać na nie całe życie. 

Niewiele  brakowało,  aby  tak  się  stało  w  jej  wypadku.  Pochodziła  z  bogatego  domu. 

Miała  wszystko.  Wystarczyło  wyrazić  życzenie,  a  inni  je  spełniali.  Może  dalej  by  tak  żyta, 

zbijając  bąki,  gdyby  nie  odkryła  teatru.  Zaczęła  od  najniższego  szczebla.  Uczyła  się, 

zdobywała doświadczenie. Okazało się, że ma talent. Odnosiła sukcesy dzięki własnej pracy i 

talentowi,  a  nie  pomocy  ojca.  Ale  nie  występowała  na  scenie;  jej  związek  ze  sceną  miał 

background image

całkiem inny charakter. 

Teatr otworzył przed nią nowy świat, pozwolił poznać samą siebie. Przekonała się, że 

jest inteligentna, zaradna i ma umiejętności organizacyjne, o jakie nigdy siebie wcześniej nie 

podejrzewała. Założyła własny zespół, doskonale sprawdzała się w roli producentki. Nauczyła 

się  podejmować  ryzyko.  Nie  oszczędzała  się.  Wiedziała,  że  od  tego,  co  postanowi,  zależy 

kariera  i  egzystencja  wielu  ludzi.  Poczucie  odpowiedzialności  za  innych  sprawiło,  że  z 

bogatej, rozpieszczonej dziewczyny przeobraziła się w myślącą, zapracowaną młodą kobietę. 

Teraz  stała  przed  olbrzymią  szansą.  Międzynarodowa  sława  -  na  coś  takiego  nie 

liczyła w najśmielszych snach. Hm, musiałaby tylko podjąć właściwą decyzję, wybrać cztery 

sztuki,  wyprodukować  je,  zamówić  odpowiednie  kostiumy,  rekwizyty,  scenografię. 

Musiałaby też naradzić się z prawnikami, załatwić transport, być na każde zawołanie czterech 

reżyserów oraz siedemdziesięciu kilku aktorów oraz pracowników technicznych. 

A także księcia Aleksandra. 

Poprawiła  na  nosie  okulary  przeciwsłoneczne  i  westchnęła  cicho.  Życie  bez  wyzwań 

byłoby strasznie nudne. 

Nie  powinien  był  tu  przychodzić.  Spojrzał  na  zegarek.  Tak,  równo  za  dwadzieścia 

minut  ma  spotkanie.  Powinien  siedzieć  w  gabinecie  i  przygotowywać  się  do  rozmowy  z 

sekretarzem stanu. Co mu strzeliło do głowy, żeby pytać służącego, czy panna Hamilton już 

wróciła? Gdyby nie wiedział, że leży teraz nad basenem, udałby się na górę i zajął pracą. A 

tak... 

Sprawiała  wrażenie,  jakby  spała.  Miała  na  sobie  skąpe  czerwone  bikini,  które  ledwo 

cokolwiek zakrywało. Żeby równo i ładnie się opalić, zsunęła ramiączka; stanik utrzymywał 

się w miejscu tylko dlatego, że leżała bez ruchu. Ciemne okulary zasłaniały jej oczy;  gdyby 

były otwarte, na pewno zareagowałaby na jego obecność. 

Mógł się napatrzeć do woli. Posmarowana olejkiem skóra lśniła w słońcu. Jej zapach 

mieszał się z zapachem  rosnących w ogrodzie kwiatów. Ciemne włosy lepiły się do twarzy; 

oznaczało to, że Eve korzystała z basenu. 

Kiedy się nad nią pochylił, zatrzepotała rzęsami i otworzyła powieki. 

- Powinnaś uważać. Słońce silnie operuje. 

Zasłaniał  jej  głową  słońce;  wyglądało  to  niemal  tak,  jakby  otaczała  go  świetlista 

aureola.  Eve  zamrugała  oczami  i  przez  chwilę  milczała,  niepewna,  czy  to  jawa,  czy  sen. 

Pamiętała, że śnił się jej smok, którego zabija rycerz w srebrnej zbroi. Jednakże bardziej niż 

ze średniowiecznym rycerzem Aleksander kojarzył się jej z greckim bogiem. 

- Sądziłam, że Wasza Wysokość wyszedł. 

background image

Zapominając o rozpiętym staniku, oparła się na łokciu. Raptem poczuła, że stanik się 

osuwa.  Przeklinając  głośno,  przytrzymała  go  ręką.  Aleksander  obserwował  ją  bez  słowa, 

kiedy usiłując zachować resztki skromności, wiązała na szyi ramiączka. 

- Bo wyszedłem. Ale wróciłem. Masz bardzo jasną karnację. Spieczesz się na raka. 

Przemknęło  jej  przez  myśl,  że  zgodnie  z  etykieta  dworską  powinna  wstać  i  dygnąć. 

Uznała jednak, że dyganie w bikini byłoby po prostu śmieszne. 

-  Po  pierwsze,  wtarłam  w  siebie  pół  butelki  mleczka  z  filtrem,  po  drugie,  nie 

zamierzam  tu  długo  siedzieć,  a  po  trzecie,  kiedy  się  mieszka  w  Houston,  skóra  nabiera 

odporności. 

- Objawiającej się lekkim zaróżowieniem? - Przysunął sobie krzesło i usiadł. - Byłaś w 

Centrum? 

- Tak. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Rodzinie Bissetów należą się gratulacje. 

- To przyjedziesz z zespołem? 

-  Wszystko  zależy  od  warunków  umowy.  -  Podniosła  oparcie  leżaka.  -  Scena  jest 

pierwszorzędna, zaplecze wspaniałe. Jeżeli uda nam się porozumieć co do szczegółów, myślę, 

ż

e oboje będziemy zadowoleni. 

-  Szczegółami  niech  się  zajmują  prawnicy  i  księgowi  -  rzekł.  -  Pytanie  brzmi:  czy 

zgadzasz się na przyjazd? 

- Zgodę uzależniam od informacji, jakie uzyskam od prawników i księgowych. 

- Chyba stałaś się prawdziwą kobietą interesu. 

- Owszem. Wasza Wysokość nie pochwala kobiet prowadzących interesy? 

- Cordina jest nowoczesnym księstwem. Nie oceniamy tu ludzi na podstawie ich płci. 

-  Królewskie  „my”?  Istotnie,  świadczy  to  o  nowoczesności  i  postępowym  sposobie 

myślenia - zauważyła z ironią. - Nie za ciepło Waszej Wysokości w tej marynarce? 

- Jest lekki wiatr. 

- Czy zdarza się Waszej Wysokości zrzucić koronę? Biegać na bosaka? 

- Słucham? 

-  Mówiłam  w  przenośni.  -  Wzięła ze  stolika szklankę  soku  pomarańczowego.  Kostki 

lodu dawno się roztopiły, ale napój i tak był orzeźwiający. - Często Wasza Wysokość pływa? 

- Niestety, mało mam czasu na rozrywki. 

- Jest takie powiedzenie: praca lata skraca. 

- Obiło mi się o uszy. 

Zdobiący jego dłoń złoty pierścień z rubinem błysnął w słońcu. 

- Ale nie dotyczy ono książąt? 

background image

- Dotyczy. Żałuję, że nie mogę poświęcić d więcej czasu. 

-  Wcale  tego  nie  oczekuję.  -  Wstała.  Aleksander  również.  -  Na  miłość  boską,  proszę 

siadać,  książę!  -  fuknęła.  -  Przecież  nikogo  tu  poza  nami  nie  ma.  Nawet  sobie  Wasza 

Wysokość  nie  wyobraża,  jakie  to  irytujące,  kiedy  się  wstaje,  a  siedzący  obok  mężczyzna 

natychmiast podrywa się na nogi. 

- Naprawdę? - spytał z rozbawieniem, posłusznie siadając z powrotem na krześle. 

-  Tak,  naprawdę.  Powinien  książę  spędzić  trochę  czasu  w  Ameryce.  Tam  można  się 

pozbyć sztywności, wyluzować. 

- Wyluzować? Nie bardzo mogę sobie pozwolić na luz - oznajmił cicho. 

Złość jej minęła. 

- W porządku, ale nie rozumiem, dlaczego książę musi się tak oficjalnie zachowywać 

w moim towarzystwie. Jestem blisko zaprzyjaźniona z waszą rodziną, a poza tym nienawidzę 

zbędnej etykiety. 

- Tak? To dlaczego nie mówisz do mnie po imieniu? 

Zarumieniła się. Jego słowa wprawiły ją w zakłopotanie. 

- Sama powiedziałaś, że znamy się od lat... 

- Myliłam się - rzekła wolno, wyczuwając jakieś niewidoczne prądy. - W ogóle się nie 

znamy. 

- Do innych zwracasz się po imieniu... 

Zaschło jej w gardle. Pomógłby łyk soku. Ale szklanka stała na stoliku, a stolik obok 

krzesła, na którym siedział Aleksander. 

- To prawda - przyznała. 

- Zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje. Ale może powinienem ciebie o to spytać. 

Powiedz, Eve, dlaczego nie mówisz do mnie per ty? 

- Nie wiem. Jakoś wydaje mi się to niestosowne. 

Zadrżała. Czyżby była zdenerwowana? Zaintrygowany, przysunął się bliżej. 

- Czy kiedykolwiek byłem wobec ciebie niemiły? 

- Tak. Nie. 

Cofnęła się o krok. 

- Zdecyduj się. 

-  Nie,  książę.  Aleksandrze  -  poprawiła  się,  widząc  jego  karcące  spojrzenie.  -  Jesteś 

zawsze niezwykle uprzejmy. Mimo swojej niechęci do mnie... 

- Niechęci? Takie odniosłaś wrażenie? Że jestem do ciebie niechętnie nastawiony? 

Nie  zauważyła,  kiedy  podszedł  bliżej;  teraz  dzieliło  ich  zaledwie  kilka  centymetrów. 

background image

Eve postanowiła zastosować jedyną skuteczną metodę obrony, jaką znała: atak. 

- Zdecydowanie tak. 

- Należą ci się więc przeprosiny. 

Ujął jej rękę i podniósł ją do ust. Choć niebo było błękitne, bez chmur, Eve wydawało 

się, że powietrze drży od wyładowań elektrycznych. 

- Przestań być taki czarujący. 

Usiłowała zabrać rękę, lecz trzymał ją mocno. Uśmiech, który rozjaśnił jego twarz, był 

równie nieoczekiwany jak muśnięcie warg o jej dłoń. Nie miał już żadnych wątpliwości: Eve 

była zdenerwowana. Nie wiedzieć czemu, bardzo go to wzruszyło. 

- Wolałabyś, żebym był zgryźliwy i cyniczny? 

- Nie, wolałabym, żebyś był sobą. Nie lubię niespodzianek. 

- Ja też nie. 

Dojrzała coś w jego oczach. Czyżby wyzwanie? Nie zamierzała żadnego podejmować. 

- Ale czasem są miłe i urozmaicają życie - dodał po chwili. 

- Jednym urozmaicają, innych wprawiają w zakłopotanie. 

Jego  uśmiech  pogłębił  się.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  zauważyła  dołeczek  w  prawym 

policzku Aleksandra. 

Nie mogła oderwać od niego wzroku. 

- Czy to znaczy, że ja cię wprawiam w zakłopotanie? 

- Tego nie powiedziałam - rzekła. 

Utkwiła spojrzenie w jego oczach. Ale tak też było źle. 

- Czerwienisz się - szepnął, gładząc palcem jej brodę. 

- To od ciepła. - Nogi miała jak z waty. 

- Tak, faktycznie jest gorąco. - On też czuł niepokój i drgania powietrza, jakby gdzieś 

nieopodal szalała burza. - Chyba powinniśmy się ochłodzić. 

-  Tak.  Zresztą  muszę  się  przebrać.  Obiecałam  Bennettowi,  że  przed  kolacją  wybiorę 

się z nim do stajni. 

Błysk,  który  widziała  w  jego  oczach,  natychmiast  zgasł.  Usta  zacisnęły  się,  dołeczek 

w policzku znikł. 

- Więc nie zatrzymuję cię. Aha, na kolacji będzie ambasador Francji z żoną. 

- Postaram się nie siorbać. 

- Stroisz żarty ze mnie? - spytał gniewnie. - Czy z siebie? 

- Z nas obojga. 

- Nie siedź za długo na słońcu, bo się spieczesz. 

background image

Po  tych  słowach  odwrócił  się  na  pięcie  i  sprężystym  krokiem  ruszył  do  pałacu.  Eve 

odprowadziła go wzrokiem, po czym zamknęła oczy i skoczyła na głowę do basenu. Okazało 

się, że na kolację z ambasadorem zostali również zaproszeni Brie z Reeve'em. Eve siedziała 

między mężem Gabrielli a ambasadorem Francji, zadowolona, że w trakcie posiłku nie musi 

prowadzić rozmowy z Aleksandrem, który jako gospodarz i następca tronu siedział u szczytu 

stołu. Miejsce po jego prawej ręce zajmowała siostra, po lewej żona ambasadora. 

Wbrew  obawom  Eve,  kolacja  upłynęła  w  całkiem  sympatycznej  atmosferze. 

Ambasador  znał  mnóstwo  ciekawych  anegdot,  którymi  sypał  jak  z  rękawa.  Eve  słuchała  z 

przyjemnością,  co  chwila  wybuchając  śmiechem.  Potem  mile  zaskoczyła  gościa,  kiedy 

zaczęła konwersować z nim po francusku. Chociaż od lat nie mówiła w tym języku, lata nauki 

w szkole w Szwajcarii nie poszły na marne. 

- Jestem pod wrażeniem - powiedział Reeve, kiedy popatrzyła na niego z uśmiechem. 

Niewiele  się  zmienił  od  czasu  ślubu  z  Gabriellą,  pomyślała.  Może  na  skroniach 

przybyło  mu  kilka  siwych  włosów,  ale  to  wszystko.  Chociaż  nie,  nieprawda.  Sprawiał 

wrażenie  bardziej  odprężonego  niż  dawniej.  Wyglądało  na  to,  że  szczęście  i  radość  to 

najlepsze eliksiry młodości. 

- A tobie jak idzie nauka francuskiego? - spytała Eve. 

- Kiepsko. 

Dźgnął  widelcem  kawałek  kaczki  w  pysznym,  aromatycznym  sosie.  O  ileż  bardziej 

wolałby  zjeść  krwisty  stek  prosto  z  rusztu!  Nagle  dźwięczny  śmiech  Brie  wzbił  się  w 

powietrze.  Spoglądając  na  żonę,  Reeve  pomyślał  sobie,  że  ofiary,  jakie  musiał  ponieść,  aby 

być z tą nadzwyczajną kobietą, są niczym w porównaniu z tym, co zyskał w zamian. 

- Gabriellą mówi, że uparłem się pozostać ignorantem. 

- I co? 

- Chyba ma rację. 

Roześmiawszy się wesoło, Eve podniosła kieliszek. 

-  Wiesz,  nie  mogę  się  doczekać  jutra,  żeby  wreszcie  zobaczyć  waszą  farmę.  Chris 

mówiła, że macie śliczny dom. Podobno macie też konie? 

- Tak. Wszystkie dzieciaki jeżdżą konno. Nawet Dorian, tyle że on na kucyku. - Reeve 

odsunął  się,  pozwalając  służącemu  zabrać  talerz.  -  W  głowie  się  nie  mieści,  jak  one  się 

szybko wszystkiego uczą. 

-  Powiedz,  jak  się  tu  czujesz?  -  Nie  była  pewna  dlaczego,  ale  koniecznie  chciała 

usłyszeć  odpowiedź;  pytanie  wydało  jej  się  szalenie  ważne.  -  To  znaczy,  mieszkając  w 

Cordinie, zapuszczając nowe korzenie, poznając nowe obyczaje...? 

background image

Mógł  wzruszyć  ramionami  albo  dać  jakąś  zabawną,  lecz  wymijającą  odpowiedź.  Ale 

Reeve nigdy nie uciekał od prawdy. 

-  Z  początku  było  dość  ciężko,  zresztą  dla  nas  obojga.  A  teraz  traktuję  Cordinę  jak 

drugą ojczyznę. Jeden dom mamy tu, drugi w Wirginii. Oczywiście ucieszę się, kiedy Aleks 

się  ożeni  i  Brie  będzie  miała  mniej  obowiązków,  ale  co  robić?  Zakochałem  się  w  kobiecie, 

która akurat jest księżniczką. 

- A z tytułem wiąże się masa obowiązków, prawda? 

Całkiem nieświadomie skierowała wzrok na Aleksandra. 

-  O  tak  -  potwierdził  Reeve,  po  czym  widząc,  na  kogo  Eve  spogląda,  dodał  cicho:  - 

Rzecz jasna, on ma ich najwięcej. 

Czym prędzej skupiła uwagę na swoim rozmówcy. 

- Nic dziwnego. Któregoś dnia zasiądzie na tronie. 

-  Jest  stworzony  do  rządzenia.  Sądzę,  że  od  chwili,  gdy  przyszedł  na  świat, 

przygotowywano go do tej funkcji. 

I  nagle pomyślał, że  chyba instynkt nie mylił Gabrielli. Chyba istotnie coś się działo 

między  Eve  a  Aleksandrem.  Jakoś  nigdy  wcześniej  nie  zwrócił  na  to  uwagi,  wydawało  mu 

się, że Brie przesadza, ale dziś nie był tego taki pewien. Jeżeli Brie ma rację, Eve nie będzie 

miała łatwego życia. 

Przez  chwilę  Reeve  wpatrywał  się  w  kieliszek  wina,  po  czym,  nie  podnosząc  głosu, 

dodał: 

- Jednego się nauczyłem, odkąd jestem z Brie. Ze niektórzy nie mają wyboru. Dla nich 

i dla tych, którzy ich kochają, obowiązek to rzecz święta. 

Jeżeli miała jakiekolwiek wątpliwości, słowa Reeve’a do reszty je rozwiały. 

- No tak, oczywiście - szepnęła, po czym, chcąc rozładować napięcie, odwróciła się w 

stronę ambasadora francuskiego i opowiedziała mu jakiś dowcip. 

Na kawę i koniak przeszli do salonu. Po paru minutach, gdy inni zajęci byli rozmową, 

Bennett ujął Eve za rękę. 

- Powietrza! - szepnął jej do ucha. - Wymknijmy się do ogrodu. 

- Nie wypada. 

- Wypada. Oni tu będą jeszcze co najmniej godzinę. 

A  ja  mam  prawo,  wręcz  obowiązek  przypilnować,  aby  wszyscy  goście  się  dobrze 

bawili. Więc ty też. Wyjdźmy chociaż na taras, co? 

Trudno  było  oprzeć  się  pokusie.  Obejrzawszy  się,  Eve  zobaczyła,  że  Aleksander  stoi 

pochłonięty rozmową z ambasadorem francuskim, a Brie i Reeve konwersują z jego żoną. 

background image

- No dobrze - zgodziła się. - Ale tylko na chwilę. 

Nie  przerywając  wypowiedzi,  Aleksander  dojrzał  kątem  oka,  jak  Eve  kieruje  się  z 

Bennettem w stronę drzwi na taras. 

-  Bosko  -  stwierdził  Bennett,  wciągając  głęboko  powietrze.  -  Znacznie  milej  niż  w 

ś

rodku. 

- Nie narzekaj. Było całkiem sympatycznie. 

-  Owszem,  ale  wolałbym  wybrać  się  z  przyjaciółmi  na  pizzę  i  piwo.  -  Podszedł  do 

krawędzi tarasu i oparł się o balustradę. - Im jestem starszy, tym mniej mam czasu na zwykłe 

przyjemności. 

- Niełatwo ci, prawda? 

- Co? 

- Być tym, kim jesteś. 

Objął ją ręką w pasie. 

- Są też i plusy. 

- Zawsze to robisz - powiedziała z wyrzutem. - Wykręcasz się od odpowiedzi. 

Cofnęła  się  pół  kroku,  żeby  mu  się  lepiej  przyjrzeć.  Był  przystojny  i  silny.  Silny 

fizycznie i psychicznie. 

-  Naprawdę  chcesz  wiedzieć?  -  Wsunął  ręce  do  kieszeni.  -  To  trudne  pytanie. 

Urodziłem się w tej rodzinie, nie znam innego życia. Ale masz rację; czasem bywa piekielnie 

ciężko.  Człowiek  nigdy  nie  jest  sam.  Wszędzie  towarzyszy  mu  ochrona,  śledzą  go 

przedstawiciele  prasy.  Staram  się  nie  zwracać  na  to  uwagi,  inaczej  bym  zwariował.  Ale  ja  i 

Brie jeszcze nie mamy najgorzej. Żadne z nas nie zasiądzie na tronie. 

- Żałujesz? 

- No co ty! - powiedział to z takim oburzeniem, że Eve uśmiechnęła się w ciemności. 

- Obce jest ci uczucie zazdrości, prawda, Ben? 

- Aleksowi nie ma czego zazdrościć. Odkąd pamiętam, biedak musiał lepiej się uczyć, 

więcej  pracować,  być  silniejszy,  mądrzejszy,  rozsądniejszy.  Za  nic  w  świecie  nie 

zamieniłbym się z nim na miejsca. Dlaczego pytasz? 

-  Sama  nie  wiem.  Może  dlatego,  że  jak  wszystkich  Amerykanów,  fascynuje  mnie 

arystokracja. 

- Zbyt długo nas znasz, aby być nami zafascynowana. 

- Tylko niektórych z was znam. - Potrząsnęła głową, jakby sobie coś przypomniała. - 

Pamiętasz ten wieczór, wtedy na balu, kiedy wyszliśmy na balkon? 

- Trudno, żebym o nim zapomniał. 

background image

- Myślałam, że będziesz chciał mnie pocałować. 

Uśmiechnął się i zawinął wokół palca kosmyk jej włosów. 

- Nie zdążyłem. 

- Tak. Zamiast tego zostałeś postrzelony. Byłeś taki dzielny. 

- Bardzo dzielny. - Obiema rękami objął ją w pasie. 

- Wiesz, gdybym cię teraz pocałował, czułbym się tak, jakbym dobierał się do swojej 

młodszej siostry. 

- Wiem. - Położyła głowę na jego ramieniu. - Cieszę się, że jesteśmy przyjaciółmi. 

-  Nie  masz  przypadkiem  siostry  stryjecznej,  kuzynki  czy  jakiejś  młodej  ciotki,  która 

wygląda tak jak ty? 

- Niestety. - Podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy. 

- Szkoda. 

- Bennett. 

Na  dźwięk  głosu  Aleksandra  Eve  podskoczyła  jak  dziecko  przyłapane  na  kradzieży 

cukierka. Przeklinając w duchu, odwróciła się i zacisnęła dłonie w pięści. 

-  Wybaczcie,  że  wam  przeszkadzam.  -  Stał  tuż  za  drzwiami,  gdzie  nie  docierało 

ś

wiatło księżyca. - Ale pan ambasador szykuje się do wyjścia. 

- Co, już? - Nie przejmując się chłodem w głosie brata, Bennett ścisnął Eve za ramię. - 

W porządku, chodźmy się pożegnać. 

-  Dobrze  -  powiedziała,  ale  nie  ruszyła  się  z  miejsca.  Miała  nadzieję,  że  Aleksander 

wejdzie za Bennettem do salonu, a ona zostanie chwilę sama. 

-  Zapraszam,  Eve,  do  środka.  Z  tobą  również  pan  ambasador  chciałby  się  pożegnać. 

Oczarowałaś go. 

- Już idę. - Podeszła do drzwi, ale nie mogła przejść; zagradzał jej drogę. - Coś jeszcze 

chcesz mi powiedzieć? 

- Tak. - Zacisnął palce na jej brodzie, zaskakując tym gestem zarówno siebie, jak i ją. - 

Bennett  jest  szlachetnym,  wspaniałomyślnym  człowiekiem,  ale  bywa  niestały  w  uczuciach. 

Uważaj na siebie, żebyś nie cierpiała. Gdyby ktokolwiek inny to powiedział, roześmiałaby się 

i tyle. Ale kiedy tak stała, patrząc w oczy Aleksandra, nie było jej do śmiechu. 

- Ostrzegasz mnie dziś po raz drugi. Wcześniej, żebym się nie spaliła na słońcu, teraz, 

ż

ebym  miała  się  na  baczności  przed  Bennettem.  Oba  razy  niepotrzebnie,  Wasza  Książęca 

Mość - dodała lodowatym tonem. - Jestem Amerykanką, Amerykanki zaś potrafią same się o 

siebie troszczyć. 

- Nie miałem najmniejszego zamiaru troszczyć się o ciebie - oznajmił uszczypliwie. 

background image

Zabolałoby ją to, gdyby nie była taka wściekła. 

- Całe szczęście! 

- Jeżeli jesteś zakochana w Bennetcie... 

-  Słucham?  -  spytała  oburzona.  -  Jakim  prawem  zadajesz  mi  takie  pytanie?  -  Nie 

rozumiała, co ją rozsierdziło, ale z każdym słowem czuła, jak narasta w niej złość. - To, czy 

jestem zakochana, czy nie, to wyłącznie moja sprawa. Ciebie to nie powinno obchodzić. 

- Zapominasz, że Bennett jest moim bratem. 

-  No  właśnie,  bratem.  Nie  poddanym.  Nie  rządzisz  nim,  a  już  na  pewno  nie  rządzisz 

mną. Moje uczucia względem Bennetta czy kogokolwiek innego nie powinny cię interesować. 

-  Mylisz  się.  Interesuje  mnie  wszystko,  co  się  dzieje  w  moim  domu  i  dotyczy  mojej 

rodziny. 

-  Aleks  -  powiedziała  cicho  Brie,  która  nagle  pojawiła  się  na  tarasie.  Jej  szept 

wyraźnie kontrastował z ich podniesionymi głosami. - Ambasador czeka. 

Nie patrząc na Eve, Aleksander skierował się do salonu. 

- Twój brat to idiota - mruknęła pod nosem Eve. 

-  Owszem,  pod  wieloma  względami  -  zgodziła  się,  Brie,  uściskiem  próbując  dodać 

przyjaciółce  otuchy.  -  A  teraz  weź  głęboki  oddech  i  chodź  pożegnać  się  z  naszymi  gośćmi. 

Potem możesz pójść do siebie i skopać krzesło czy rzucić czymś w ścianę. Ja tak robię, kiedy 

jestem wściekła. 

Eve wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 

- Kochana jesteś. Dzięki za radę. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

ROMANS KSIĘCIA BENNETTA Z AMERYKAŃSKĄ DZIEDZICZKĄ 

Popijając poranną kawę, Eve przeczytała nagłówek w gazecie i aż się zakrztusiła. Po 

chwili,  przełknąwszy  kawałek  rogalika,  który  miała  w  ustach,  ponownie  spojrzała  na  tytuł  i 

tym razem zaczęła chichotać. Biedny Ben, przemknęło jej przez myśl; wystarczy, że spojrzy 

na kobietę, a już mu przypisują romans. Odłożyła rogalik na talerz i przystąpiła do lektury. 

W trakcie swojego pobytu w Cordinie Eve Hamilton, córka milionera T.G. Hamiltona, 

zamieszkała w książęcym pałacu. Bliska przyjaźń łącząca księcia Bennetta Z panną Hamilton 

została zawiązana siedem lat temu, kiedy... 

Dalej  następował  opis  wydarzeń,  które  miały  miejsce  w  pałacu  podczas  nieudanego 

porwania księżniczki, oraz dokładne wyszczególnienie ran odniesionych przez Bennetta. Eve 

uśmiechnęła  się  pod  nosem,  czytając  mocno  przesadzoną  relację  o  własnym  bohaterstwie. 

Według gazety, w ciągu tych siedmiu lat mieli z Bennettem kilka sekretnych schadzek. 

Sekretne  schadzki?  Hm.  Owszem,  Bennett  przyjechał  do  Houston  na  przyjęcie  z 

okazji jej dwudziestych pierwszych urodzin. Właśnie wtedy zakochała się w nim po uszy jej 

najlepsza  przyjaciółka.  Parę  lat  później  poproszono  Eve,  aby  pokazała  Bennettowi 

Waszyngton.  Kilka  razy  odwiedziła  Cordinę  wraz  ze  swoją  siostrą.  A  raz,  zupełnym 

przypadkiem,  wpadła  na  Bennetta  w  Paryżu.  Trudno  nazwać  sekretną  schadzką  obiad,  jaki 

zjedli  razem  w  jednej  z  paryskich  restauracji,  ale  widocznie  dziennikarze  nie  mieli  o  czym 

pisać, więc... 

Artykuł  kończył  się  pytaniem:  Czy  kolejny  członek  królewskiej  rodziny  poślubi 

Amerykankę? 

Nie poślubi, odparła w myślach Eve i odłożyła na bok gazetę. Ciekawe, o czym prasa 

będzie  pisać,  kiedy  w  końcu  Bennett  naprawdę  się  zakocha  i  ustatkuje?  Kręcąc  z 

rozbawieniem  głową,  podniosła  z  talerzyka  stygnący  rogalik.  Oj,  długo  trzeba  będzie  na  to 

czekać. Kto wie. Czy do tego czasu dzieci Brie nie założą już własnych rodzin? 

- Interesująca lektura? 

Zerknęła  przez  ramię  w  stronę  drzwi.  Powinna  była  wiedzieć,  że  Aleksander  nie 

pozwoli jej zjeść w spokoju śniadania. 

- Śmieszą mnie te artykuły - odparła. 

- Uważasz, że są zabawne? 

-  Tak,  chociaż  wyobrażam  sobie,  że  Bena  mogą  denerwować.  Bo  jest  to  trochę 

background image

irytujące:  ilekroć  spojrzy  na  jakąś  kobietę,  dziennikarze  zaraz  umieszczają  ją  na  liście  jego 

potencjalnych kandydatek na żonę. 

- Ben nic sobie nie robi z takich plotek. Nawet lubi drobne skandale. 

Ponieważ  powiedział  to  bez  oburzenia  czy  pretensji  w  głosie,  Eve  uśmiechnęła  się. 

Jeżeli chciał puścić w niepamięć ich wczorajszą sprzeczkę, nie miała nic przeciwko temu. 

- A kto nie lubi? - zażartowała. 

Przyjrzała  mu  się  uważniej.  Aleksander  sprawiał  wrażenie  spiętego  i  zmęczonego. 

Zrobiło się jej go żal. 

- Jadłeś śniadanie? Mogę ci zaproponować kawę i ciepłe rogaliki. 

- Za rogaliki dziękuję, ale kawy chętnie się napiję. 

Wstawszy od stołu, wyjęła z kredensu czystą filiżankę. 

- Dopiero dziesiąta, a wyglądasz tak, jakbyś miał za sobą długi, męczący dzień. 

Przez  chwilę  nie  odzywał  się.  Przywykł  do  tego,  że  niektóre  informacje  należy 

zachowywać  w  tajemnicy.  Ale  potem  zmienił  zdanie.  Niedługo  cały  świat  się  o  wszystkim 

dowie. 

-  Z  samego  rana  otrzymałem  wiadomość  z  Paryża.  W  naszej  ambasadzie  podłożono 

bombę. 

Odruchowo zacisnęła palce na uchwycie dzbanka. 

- O Boże. Twój ojciec...? 

-  Na  szczęście  nic  mu  się  nie  stało.  Drobne  obrażenia  odniósł  jego  sekretarz.  -  Na 

moment książę zamilkł. 

- Zginął Seward, asystent ministra - dokończył cicho, ale głos nawet mu nie zadrżał. 

-  Tak  strasznie  mi  przykro.  -  Odstawiwszy  dzbanek,  Eve  położyła  rękę  na  ramieniu 

Aleksandra. - Czy wiadomo, kto to zrobił? 

-  Na  razie  nikt  się  nie  przyznał.  Domyślamy  się,  czyja  to  robota,  ale  nie  mamy 

ż

adnych dowodów. 

- Czy książę Armand wróci teraz do domu? 

Aleks  popatrzył  przez  okno  na  błękitne  niebo  i  kwitnące  w  ogrodzie  kwiaty.  Chciał, 

ż

eby ojciec czym prędzej wyjechał z Francji, lecz wiedział, że to niemożliwe; życie monarchy 

wymagało wielu poświęceń. 

- Ma jeszcze parę spraw do załatwienia w Paryżu. 

- Ale... 

-  Wróci,  kiedy  będzie  mógł.  -  Podniósł  do  ust  parującą  filiżankę  czarnego  napoju.  - 

Podobnie  jak  większość  państw  na  świecie,  Cordina  zdecydowanie  sprzeciwia  się 

background image

terroryzmowi. Winni zostaną znalezieni i ukarani. 

-  Oby.  -  Eve  odsunęła  talerzyk  z  rogalikiem  na  gazetę.  Artykuł  o  romansie  z 

Bennettem już jej nie bawił. 

- Dlaczego niewinni ludzie muszą płacić za poglądy polityczne garstki fanatyków? 

Zacisnął palce na uszku filiżanki. 

- Polityka i terroryzm nie mają z sobą nic wspólnego - oświadczył, tłumiąc gniew. 

- To prawda. - Wielu rzeczy nie rozumiała, na  wielu się nie znała, lecz wiedziała, że 

chowanie głowy w piasek nie przynosi żadnego pożytku. - Oczywiście masz rację. 

- Seward pozostawił żonę z trójką dzieci. 

- To okropne. Czy już ich powiadomiono? 

- Nie. Właśnie się do nich wybieram. 

- Może mogłabym jakoś pomóc? Chcesz, żebym z tobą pojechała? 

- To nie twoja sprawa, Eve. 

Postanowiła się nie narzucać. Powtarzała sobie, że jest głupia, czując się urażona jego 

odmową. Kiedy wstał od stołu, wbiła wzrok w pustą filiżankę po kawie. Zastanawiał się, po 

jakie licho tu przyszedł. Ale znał odpowiedź. Chciał poinformować Eve o tragedii, podzielić 

się z nią swoim smutkiem, frustracją, złością. 

Człowiek  rządzący  państwem  nie  powinien  szukać  współczucia,  pocieszenia  czy 

wsparcia  emocjonalnego.  Całe  życie  uczono  go,  żeby  polegał  wyłącznie  na  sobie.  Mimo  to 

przyszedł do niej. Potrzebował jej bliskości. 

-  Eve...  -  zaczął.  Zwykła  prośba  z  trudem  przechodziła  mu  przez  usta;  męczył  się, 

jakby toczył z sobą walkę. - Czułbym się raźniej, gdybyś wybrała się ze mną. Myślę, że żonie 

Sewarda może się przydać obecność kobiety. 

- Tylko wezmę torebkę - powiedziała, zrywając się od stołu. 

Sewardowie mieszkali w ładnym murowanym domku z małym, starannie utrzymanym 

ogródkiem.  Wzdłuż  ścieżki  prowadzącej  do  drzwi  rosły  białe  kwiaty.  Na  podjeździe  przed 

garażem  stał  czerwony  rower.  Eve  poczuła  ostre  kłucie  w  sercu.  Wiedziała,  co  to  znaczy 

stracić rodzica; znała ból i cierpienie, które towarzyszą takiej stracie - ból, z którego człowiek 

nigdy tak do końca się nie otrząsa. 

Aleksander  pierwszy  wysiadł  z  samochodu,  po  czym  podał  Eve  rękę.  Przyjęła  ją  z 

wdzięcznością. 

- Jeżeli zmieniłaś zdanie i wolałabyś... 

- Absolutnie nie. 

Ruszyli  razem  do  drzwi.  Eve  czuła  na  sobie  spojrzenie  kierowcy,  który  pozostał  na 

background image

miejscu,  nie  zdawała  sobie  jednak  sprawy  z  obecności  ochroniarzy  rozstawionych  wzdłuż 

ulicy. 

Drzwi  otworzyła  Atena  Seward,  pulchna  kobieta  w  średnim  wieku  o  ciemnych 

włosach,  pięknych  dużych  oczach  i  potarganych  włosach.  Najwyraźniej  była  w  trakcie 

sprzątania. Na widok następcy tronu na jej twarzy odmalowało się zdumienie, szybko jednak 

wzięła się w garść. 

- Wasza Wysokość... 

-  Proszę  nam  wybaczyć  tę  niespodziewaną  wizytę,  madame  Seward.  Czy  możemy 

wejść? 

- Oczywiście. - Zerknęła przez ramię na meble, których nie zdążyła jeszcze odkurzyć, 

i rozrzucone po podłodze zabawki. - Czy Wasza Wysokość napije się kawy? 

- Nie, dziękuję. Pani pozwoli, że przedstawię jej pannę Eve Hamilton. 

-  Bardzo  mi  miło.  -  Atena  Seward  wyciągnęła  na  powitanie  dłoń.  -  Proszę,  niech 

państwo usiądą. 

Wiedząc,  że  gospodyni  będzie  stała,  dopóki  on  nie  usiądzie,  Aleksander  spoczął  na 

najbliższym krześle. 

- Madame Seward, nadeszła dziś przykra wiadomość z Paryża. 

Eve, która siedziała na tej samej kanapie co Atena Seward, poczuła, jak kobieta nagle 

sztywnieje. 

- Słucham... 

- W naszej ambasadzie podłożono dwie bomby. Zanim je znaleziono, jedna wybuchła. 

-  Wiedział  z  doświadczenia,  że  nawet  najgorszą  wiadomość  powinno  się  podać  szybko,  bez 

długich wstępów. - Pani mąż zginął. 

- Maurice? - Nieświadoma tego, że chwyciła Eve za rękę, z całej siły zacisnęła palce 

na jej dłoni. - Maurice nie żyje? 

-  Tak,  madame.  Poniósł  śmierć  na  miejscu.  Mój  ojciec  przesyła  pani  najgłębsze 

wyrazy współczucia. Ja i reszta rodziny również pragniemy złożyć pani szczere kondolencje. 

-  Nie  ma  mowy  o  żadnej  pomyłce?  -  Nie  płakała;  oczy  miała  suche,  ale  jej  palce 

wpijały się w rękę Eve. 

Najbardziej  w  świecie  nienawidził  uczucia  bezradności.  Nie  mógł  pomóc  Atenie  ani 

oferować jej nadziei, a słowa otuchy tak niewiele znaczyły. 

- Niestety, madame. W chwili detonacji pani mąż był sam w gabinecie. 

- Koniak - wtrąciła nagle Eve. - Madame Seward, gdzie trzyma pani koniak? 

- Co? - Gospodyni popatrzyła na nią nieprzytomnym wzrokiem. - Na półce w kuchni. 

background image

Eve przeniosła spojrzenie na Aleksandra. To wystarczyło; bez słowa wstał i wyszedł. 

-  Jeszcze  wczoraj  z  nim  rozmawiałam  -  szepnęła  Atena.  -  Był  zmęczony,  ale  to 

zrozumiałe.  Te  spotkania  zawsze  ciągną  się  godzinami.  Kupił  dla  naszej  córki  broszkę,  W 

przyszłym  miesiącu  są  jej  urodziny.  -  Głos  jej  zadrżał.  -  Musiała  nastąpić  jakaś  pomyłka. 

Prawda, mademoiselle? 

I nagle z oczu Ateny trysnął strumień łez. 

Eve  uczyniła  jedyną  rzecz,  jaka  w  tym  momencie  przyszła  jej  do  głowy:  objęła 

zrozpaczoną kobietę. Kiedy Aleksander wrócił do pokoju, Atena siedziała z twarzą wtuloną w 

pierś Eve, ta zaś z oczami lśniącymi od leź gładziła ją po włosach. 

Nie bacząc na protokół i nie zastanawiając się nad tym,  co jemu jako następcy tronu 

wypada  robić,  a  czego  nie  wypada,  Aleksander  kucnął  obok  zapłakanych  kobiet  i  wcisnął 

wdowie do ręki kieliszek koniaku. 

- Madame, o ile się orientuję, ma pani siostrę  -  rzekł łagodnie. - Czy  chciałaby  pani, 

ż

ebym do niej zadzwonił? 

- Moje dzieci... 

- Poślę po nie kierowcę. 

Atena Seward pociągnęła łyk koniaku. 

- Gdyby Wasza Wysokość mógł zadzwonić do mojej siostry... 

- Gdzie jest telefon? 

- Na końcu korytarza. W gabinecie Maurice'a - rzekła, kładąc głowę na ramieniu Eve. 

Po chwili zaniosła się szlochem. 

-  Zachowałaś  się  wspaniałomyślnie  -  powiedział  Aleksander,  kiedy  wrócili  do 

samochodu. 

Eve oparła głowę o tył siedzenia i zacisnęła powieki. 

- Moja szlachetność czy wspaniałomyślność nic jej nie pomoże - szepnęła. 

Nie  odpowiedział.  Sam  czuł  dokładnie  to  samo.  Mimo  władzy,  jaką  dzierżył,  był 

bezradny wobec aktów przemocy. 

- Co z nią teraz będzie? - spytała Eve. 

-  Wsparcie  finansowe  na  pewno  otrzyma.  Tyle  dla  niej  i  jej  dzieci  możemy  zrobić.  - 

Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. - Niestety rany... rany tylko czas może zagoić. 

Słyszała w jego głosie mieszaninę goryczy i frustracji. 

- Chcesz tego drania ukarać, prawda? 

Zapalił papierosa. Zauważył, że Eve nie spuszcza z niego oczu. 

- Nie tylko chcę, ale i ukarzę. 

background image

Przebiegły ją ciarki. Aleksander nie żartował. Był władny ukarać winowajcę, władny 

bynajmniej nie z racji tytułu czy urodzenia; gdyby przyszedł na świat w rodzime skromnego 

wieśniaka, też byłby w stanie to zrobić. Miał w sobie jakąś niezwykłą siłę. która ją przerażała, 

a zarazem fascynowała. 

- Kiedy udałeś się do telefonu, Atena spytała, kto podłożył bombę.  Odparłam, że nie 

wiem. Kiedy minie jej pierwszy szok. na pewno przyjdzie z tym pytaniem do ciebie. 

- Kiedy mija szok, nastaje pragnienie zemsty. 

- Chcesz się mścić? 

- To mógł być mój ojciec! 

Po raz pierwszy w życiu Eve widziała, jak Aleksander traci panowanie nad sobą. Jego 

oczy płonęły wściekłością, po chwili jednak wziął się w garść. 

-  Jesteśmy  odpowiedzialni  za  to,  co  spotyka  nasze  księstwo  i  naszych  obywateli. 

Ś

mierci Sewarda nie puścimy płazem. 

- Myślisz, że ładunek przeznaczony był dla twojego ojca? - Ujęła go za rękę. - Że to 

on miał zginąć? 

-  Bombę  podłożono  w  jego  gabinecie.  Tak  się  akurat  złożyło,  że  chwilę  przed 

wybuchem ojciec wyszedł do innego pokoju. Gdyby nie wyszedł, zginęliby obydwaj. 

- Więc tym bardziej powinien wrócić do Cordiny. 

-  Tym  bardziej  powinien  zostać.  Władca  nie  może  okazywać  strachu.  Strach  władcy 

ś

wiadczy o słabości jego państwa. 

- Do jasnej cholery! Przecież to twój ojciec! 

- Owszem, ale to również książę Armand, władca Cordiny. 

-  Ależ  nie  wygaduj  bzdur!  Liczy  się  człowiek,  nie  funkcja!  -  Nie  potrafiła  ukryć 

zdenerwowania.  - Jeżeli sądzisz, że twojemu ojcu cokolwiek zagraża, powinieneś przekonać 

go, aby natychmiast wrócił do domu. 

- Gdyby ojciec pytał mnie o zdanie, powiedziałbym mu, że jeśli wróci do Cordiny, nie 

zakończywszy interesów w Paryżu, popełni duży błąd. 

Cofnęła rękę. 

-  Bennett  mówił,  że  jesteś  surowy  i  nieugięty.  Ze  musisz  taki  być.  Ale  nie  miałam 

pojęcia,  że  aż  do  tego  stopnia.  -  Kiedy  samochód  zatrzymał  się  przed  schodami 

prowadzącymi do pałacu, Eve pierwsza wysiadła. 

-  Przez  chwilę,  zanim  wyjechaliśmy  do  Ateny  Seward,  wydawało  mi  się,  że 

dostrzegam  w  tobie  ciepło,  jakieś  oznaki  człowieczeństwa.  Ale  się  pomyliłam.  Trudno 

wymagać uczuć od kogoś, kto ma kamień zamiast serca. 

background image

Chwycił ją za ramię, zanim doszła do drzwi. 

-  Nic  nie  rozumiesz.  A  ja  nie  mam  obowiązku  tłumaczyć  ci  się  z  czegokolwiek.  - 

Obowiązku nie miał, ale czuł potrzebę. Nie chciał, aby Eve go potępiała. 

-  Zginął  człowiek.  Porządny,  dobry,  uczciwy  człowiek,  z  którym  jeździłem  na 

polowania i z którym od czasu do czasu uprawiałem hazard. Zostawił pogrążoną w rozpaczy 

ż

onę, osierocił trójkę dzieci, a ja nic na to nie mogę poradzić. Nic. 

Puścił jej ramię, po czym odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach. Przyglądała mu 

się, dopóki nie skręcił do ogrodu i nie zniknął jej z pola widzenia. 

Stała  bez  ruchu,  oddychając  ciężko.  Oczy  piekły  ją  od  łez.  Wciągnęła  głęboko 

powietrze, raz, drugi, trzeci, po czym ruszyła za księciem do ogrodu. 

Psiakość! Eve Hamilton sprawiała, że zapominał o tym, kim jest i co do niego należy. 

Różnił  się  od  innych  ludzi;  musiał  utrzymywać  wyraźny  dystans  pomiędzy  uczuciem  a 

obowiązkiem,  pomiędzy  tym,  o  czym  marzy,  a  tym,  co  mu  wolno.  W  końcu  był  księciem, 

następcą  tronu.  W  gronie  rodzinnym  mógł  zachowywać  się  swobodnie,  ale  już  w  obecności 

przyjaciół  wiedział,  że  musi  mieć  się  na  baczności.  Ktoś.  kto  poważnie  traktuje  swoje 

powinności i na kim ciąży odpowiedzialność za losy państwa, nie może pozwolić sobie nawet 

na chwilę beztroski i nieuwagi. Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło w Paryżu. 

Stracił  wiernego  przyjaciela.  Dlaczego?  Bo  członek  jakiejś  bezimiennej  grupy 

terrorystycznej podłożył ładunek wybuchowy? Nie. Z rosnącego nieopodal krzaka Aleksander 

zerwał barwny pąk. Człowiek nie jest źdźbłem trawy czy łodygą, którą łamie się bezmyślnie, 

od niechcenia. Terrorystom nie chodziło o Sewarda. Seward zginął przez pomyłkę. 

Celem ataku był jego ojciec. On, Aleksander, nie miał co do tego wątpliwości. A siłą 

sprawczą był Deboque. 

- Wasza Wysokość... 

Odwróciwszy  się,  ujrzał  Eve.  Dookoła  niej  rosła  bujna,  tropikalna  roślinność.  Eve... 

Pasuje  do  niej  to imię,  a  ona  pasuje  do  ogrodu.  Tyle  że  w  wypadku  jej  słynnej  imienniczki, 

biblijnej Ewy, zakazanym owocem było jabłko, a nie ona sama. 

-  Chciałam  cię  przeprosić  -  oznajmiła  szybko.  Zawsze  wolała  przemilczać  własne 

błędy, niż się do nich głośno przyznawać. - Czasem postępuję bezmyślnie; mówię, co mi ślina 

na język przyniesie. Wierz mi, czuję się bardzo niezręcznie. 

- Wierzę, Eve. Wierzę też, że powiedziałaś to, co uważałaś za słuszne. 

Otworzyła usta, żeby zaprotestować, potem jednak się rozmyśliła. 

- To prawda - przyznała. - Ale ty też. 

Obserwował  ją  z  zaciekawieniem.  Wciąż  była  zła  z  powodu  ich  wcześniejszej 

background image

wymiany zdań, a także z powodu wyrzutów sumienia. Jak dobrze znał to uczucie! Ileż to razy 

sam miał ochotę wygarnąć komuś prawdę i ileż to razy musiał nad tym zapanować! 

- Na znak zgody - rzekł, wręczając jej zerwany z krzaka pąk. - Jesteś moim gościem. 

Nie wypada, żebym się na ciebie gniewał. 

Przyjęła  kwiat  i  przysunąwszy  go  do  nosa,  wciągnęła  w  nozdrza  lekko  waniliowy 

zapach. 

- A gdybym nie była gościem? Wtedy mógłbyś się gniewać? 

- Jesteś bardzo dociekliwa. I nie masz zwyczaju niczego owijać w bawełnę. 

- Lubię wiedzieć, na czym stoję. - Wetknęła kwiat we włosy. - Całe szczęście, że nie 

jestem jedną z twoich poddanych. 

- To prawda. 

Podniósł  głowę.  Niebo  miało  odcień  błękitu,  jaki  widuje  się  jedynie  na  fotografiach. 

Eve  ponownie  dostrzegła  w  oczach  księcia  smutek  i  napięcie,  i  ponownie  wyciągnęła  do 

niego rękę. 

- Czy dworska etykieta zezwala ci cierpieć wyłącznie w samotności? 

Skierował  na  nią  wzrok.  Widział  w  jej  twarzy  współczucie,  serdeczność,  przyjaźń. 

Tak długo się wzbraniał, nawet przed bezinteresownie okazywaną przyjaźnią. Ale dłużej nie 

potrafił.  Uginał  się  pod  brzemieniem  odpowiedzialności.  Zamknął  oczy  i  w  odpowiedzi  na 

pytanie Eve pokręcił głową. 

-  Chociaż  dzieliła  nas  duża  różnica  wieku,  Maurice  Seward  był  jednym  z  niewielu 

ludzi,  z  którymi  mogłem  swobodnie  rozmawiać.  Rzadko  spotka  się  kogoś  tak  szlachetnego, 

tak uczciwego, pozbawionego cienia zawiści. 

- Był twoim przyjacielem. - Podeszła krok bliżej i zanim zorientował się, co zamierza, 

objęła go mocno w pasie. - Źle cię zrozumiałam. Przepraszam. 

Ofiarowała  mu  serce,  dobroć,  czułość,  podczas  gdy  on  potrzebował  czegoś  więcej. 

Powoli  obrócił  ją  twarzą  do  siebie.  Zapach  jej  włosów  i  skóry  atakował  jego  zmysły; 

poddawał mu się bez oporów. 

Przyzwyczajony  był  do  czynu,  do  walki  oraz  obrony,  teraz  jednak  stał  bez  ruchu, 

bezwolny i bezbronny. Dookoła rosły krzewy, które zasłaniały go niczym kurtyna. Ale nie... 

to  nie  wchodzi  w  rachubę.  Po  prostu  nie  wyobrażał  sobie,  aby  mógł  pożądać  kogoś  lub 

czegoś, co należy do jego brata. 

Nie  było  to  łatwe.  Bo  mimo  książęcego  tytułu  i  władzy,  jaką  posiadał,  był  tylko 

człowiekiem,  mężczyzną  z  krwi  i  kości.  Rzadko  odczuwał  tak  wielki  ból  jak  teraz,  gdy 

trzymał w objęciach Eve. Ból mieszał się ze smutkiem i złością. 

background image

Powoli  tracił  nad  sobą  kontrolę,  a  tego  się  najbardziej  obawiał.  Miał  bowiem 

ś

wiadomość, że uczucia tłumione prędzej można zignorować niż te, którym dało się upust. 

Gwałtownym ruchem odsunął od siebie Eve. 

-  Wybacz,  ale  czeka  mnie  mnóstwo  obowiązków  -  rzekł.  Spojrzenie  miał  harde, 

pochmurne,  a  wewnętrzna  walka,  jaką  toczył,  nadała  jego  głosowi  nieprzyjemne,  szorstkie 

brzmienie. - Sprawdzę, czy Bennett nie mógłby ci dotrzymać towarzystwa podczas lunchu. 

Energicznym krokiem skierował się do drzwi pałacu. Eve bez słowa wpatrywała się w 

jego oddalającą się sylwetkę, dopóki nie znikł za gęstwiną krzewów. 

Pogrążyła  się  w  zadumie.  Czy  naprawdę  nic  poza  pracą  go  nie  obchodzi?  Czy 

naprawdę  jest  pozbawiony  normalnych  ludzkich  odruchów?  Czy  śmierć  przyjaciela  w  ogóle 

nim  nie  wstrząsnęła?  Przez  moment  wydawało  jej  się,  że  tak,  że  czuł  to  samo  co  ona.  Nie 

bądź głupia, skarciła się w myślach. 

Parę metrów dalej spostrzegła kamienną ławkę. Usiadła. Kolana tak bardzo jej drżały, 

ż

e  nie  była  w  stanie  iść  dalej.  Kiedy  objęła  Aleksandra  w  pasie,  po  prostu  chciała  go 

pocieszyć.  Jednakże  z  chwilą,  gdy  poczuła  bijące  od  niego  ciepło,  wszystko  się  zmieniło. 

Miała  ochotę  stać  tak  w  nieskończoność,  z zamkniętymi  oczami,  z  policzkiem  przytkniętym 

do jego piersi. Ale jemu najwyraźniej przeszkadzał jej dotyk. 

Wolał trzymać się od niej na dystans. I dzięki Bogu; powinna się z tego tylko cieszyć. 

Wiele  kobiet  nie  miałoby  nic  przeciwko  zostaniu  księżną,  lecz  większość  z  nich  pewnie  nie 

zdawała  sobie  sprawy,  że  oznaczałoby  to  utratę  prywatności,  ograniczoną  swobodę, 

konieczność podporządkowania się sztywnym regułom i etykiecie. Zresztą Aleksander chyba 

nie  był  człowiekiem  łatwym  we  współżyciu.  Cechował  go  upór,  niecierpliwość,  dążenie  do 

perfekcji. Denerwowały wady i słabości innych. 

Mimo  to  pragnęła  go.  Na  krótką  szaloną  chwilę  przeniosła  się  w  inny  świat. 

Zapomniała,  że  Aleks  jest  następcą  tronu;  marzyła  o  tym,  aby  ją  obejmował,  tulił,  kochał. 

Chciała  sprawić,  by  z  jego  twarzy  znikło  zmęczenie  i  napięcie,  a  na  wargach  zagościł 

uśmiech. 

To minie, pocieszała się. Była osobą zbyt praktyczną, zbyt trzeźwo patrzącą na życie, 

aby  fantazjować  o  rzeczach  niemożliwych.  Poza  wszystkim  innym,  nie  miała  czasu  bujać  w 

obłokach.  Czekało  ją  sporo  pracy;  musiała  przecież  wyprodukować  cztery  przedstawienia,  a 

potem zorganizować wyjazd licznego zespołu. 

Jutro  z  samego  rana  wylatywała  z  Cordiny.  Zanim  ponownie  tu  zawita,  będzie 

skupiona na czymś innym. Aleksander nie będzie zaprzątał jej myśli. 

Nie  do  końca  przekonana,  czy  zdoła  wybić  go  sobie  z  głowy,  podniosła  się  z  ławki. 

background image

Postanowiła odnaleźć Bennetta. On na pewno poprawi jej nastrój. 

- Ale tu się zmieniło, Brie. Wprost nie do wiary! 

Odpoczywając  na  dużej,  ocienionej  werandzie,  Eve  patrzyła  na  idealnie  utrzymane 

trawniki, na padoki, na ciągnące się za nimi wzgórza i pagórki. Najmłodsze dziecko Gabrieli! 

i Reeve'a siedziało na schodach, głaszcząc małego kotka. 

-  Tak,  czasem  ja  też  nie  wierzę  własnym  oczom  -  oznajmiła  Brie,  spoglądając  na 

swoje starsze pociechy bawiące się piłką.  - Całe  życie o marzyłam o takim domu, ale nigdy 

nie  sądziłam,  że  moje  marzenia  się  spełnią.  Byłam  w  ciąży  z  Krisrian,  kiedy  kupiliśmy  tę 

ziemię. Prosto ze szpitala przyjechaliśmy już tu. Od tej pory minęło pięć lat. 

- Zaledwie pięć? Boże, ten dom wygląda tak, jakby stał tu od zawsze. 

- Dzieci faktycznie nie znają innego. One... 

Nagle rozległ się przeraźliwy pisk. 

-  Dorian,  kochanie!  -  zawołała  Brie.  -  Trochę  delikatniej!  Nie  można  tak  tarmosić 

kotka. 

Chłopiec, miniatura ojca, wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu. 

- Mruczy - oznajmił, nie przerywając głaskania. 

- Tak, ale jak będziesz ciągał go za uszy, to cię podrapie. 

- Ależ tu cudownie. - Eve westchnęła błogo. - Czy to miejsce choć trochę przypomina 

waszą farmę w Wirginii? 

- Dom w Wirginii jest znacznie starszy. - Oderwawszy oczy od syna, Brie przeniosła 

spojrzenie na męża i braci krążących wokół stodoły. Wiedziała, o czym rozmawiają. Wybuch 

bomby w ambasadzie w Paryżu nikomu nie dawał spokoju. - ciągle coś w nim reperujemy. A 

to dach, a to okna. Reeve chciałby spędzać tam więcej czasu, ale na razie to niemożliwe. 

-  Brie,  złotko,  naprawdę  nie  musisz  zabawiać  mnie  rozmową.  Wiem,  że  boisz  się  o 

ojca i martwisz ostatnimi wydarzeniami w Paryżu. 

- Żyjemy w niespokojnych czasach. - Brie ponownie skierowała wzrok na dzieci. Były 

całym  jej  światem.  -  Ale  tak  już  jest.  Musimy  zaciskać  zęby  i  robić,  co  do  nas  należy.  Mój 

ojciec bezustannie myśli o Cordinie. 

- Powinien myśleć również o sobie. 

-  On  i  Cordina  to  jedno.  -  Na  moment  blask  w  oczach  Gabrielli  przygasł,  starała  się 

jednak  robić  dobrą  minę  do  złej  gry.  -  Tak  samo  jak  Aleks.  Obcym  najtrudniej  właśnie  to 

zrozumieć. Aleks nie jest ci obojętny, prawda. Eve? 

- Oczywiście, że nie. 

-  Oczywiście,  że  nie  -  powtórzyła  za  nią  Brie,  po  czym  pochwyciła  z  ziemi  syna. 

background image

zanim w pogoni za kotem zdążył wczołgać się pod werandę. Kiedy niezadowolony zaczął się 

wiercić, pocałowała go w policzek i usadowiła sobie na biodrze. - Tyle że ja mam co inne go 

na  myśli.  W  każdym  razie,  jeżeli  kiedykolwiek  dojrzejesz  do  tego  uczucia,  czeka  cię  wiele 

pułapek.  A  jeże  li  będziesz  chciała  pogadać,  pamiętaj,  że  zawsze  możesz  przyjść  do  mnie. 

Hej,  brudasku!  -  zawołała  ze  śmiechem,  kiedy  Dorian  pociągnął  ją  za  włosy.  -  Trzeba  cię 

wypucować przed kolacją. 

- Zajmij się małym - powiedziała Eve. - A ja przyprowadzę resztę. 

Nie  ruszyła  się  jednak  z  miejsca.  Jeżeli  kiedykolwiek  dojrzeje  do  tego  uczucia?  Do 

jakiego  uczucia?  Lubiła  Aleksandra,  tak  jak  lubiła  jego  brata,  siostrę  i  ojca.  Byli  dla  niej 

niczym  druga  rodzina.  Nie  ukrywała,  że  Aleksander  ją  pociąga.  Ale  nic  dziwnego,  inne 

kobiety  też,  łypały  na  niego  pożądliwym  okiem.  No  dobrze,  może  czasem  fascynacja  nim 

stawała się zbyt intensywna. Ale kto by się tym przejmował. 

Ż

adnych  pułapek  sobie  nie  życzyła.  Do  tej  pory  udawało  jej  się  zgrabnieje  omijać. 

Zwłaszcza w sprawach sercowych wystrzegała się kłopotów i komplikacji. Dla tego tak długo 

z nikim nie była związana. Rzecz jasna, spotykała interesujących mężczyzn, ale... 

Zawsze było jakieś „ale”. Zamiast jednak przemyśleć, sytuację, zastanowić się, co jej 

nie odpowiada, wycofywała się, tłumacząc sobie, że i tak nie ma czasu na romanse. 

Krzyki  dzieci  wyrwały  ją  z zadumy.  Poderwawszy  się  na  nogi,  zbiegła  ze  schodów  i 

skierowała  w  stronę  rozbrykanej  grupki.  Dzieciaki  zaczęły  protestować,  wcale  nie  miały 

ochoty iść do domu i myć się przed kolacją. Zgodziły się, kiedy Eve obiecała, że po jedzeniu 

pomoże im zorganizować wielki mecz piłkarski. 

Nastała  cudowna  cisza.  Eve  zrobiło  się  żal,  że  nie,  może  się  nią  rozkoszować  -  ale 

musiała  iść  do  pomieszczeń  gospodarczych  po  resztę  domowników.  Szkoda,  chętnie 

posiedziałaby sobie na werandzie, zamknęła oczy, opróżniła umysł z wszelkich myśli, skupiła 

się  na  rozbrzmiewającej  wkoło  ciszy.  Oczywiście  takie  słodkie  lenistwo  byłoby  nie  do 

zniesienia  na  co  dzień,  byłoby  nie  do  wytrzymania  nawet  przez  jeden  dzień  w  tygodniu,  ale 

raz w miesiącu... 

Lubiła pośpiech, zabieganie. Potrafiła rzucić się w wir pracy, nie dosypiać, nie dojadać 

i  nie  czuć  zmęczenia.  Ale  raz  czy  dwa  razy  w  roku  miło  byłoby  posiedzieć  na  wsi,  nic  nie 

robić, wsłuchiwać się jedynie w śpiew ptaków. 

Roześmiawszy  się  w  duchu,  skierowała  się  do  stajni.  Po  chwili  weszła  do  środka. 

Zmrużywszy oczy, czekała, aż wzrok przywyknie do panującego wewnątrz półmroku. 

- Bennett, czy... 

Ale to nie był Bennett. Postać, która stała przed boksem, była trochę wyższa i szersza 

background image

w ramionach. 

- Och, przepraszam. - Natychmiast się spięła. - Myślałam, że to Bennett. 

-  Nie.  -  Aleksander  ponownie  odwrócił  się  twarzą  do  stojącego  w  boksie  konia.  - 

Bennett poszedł z Reeve'em obejrzeć nowego byka. 

- Kolacja jest prawie  gotowa. Obiecałam twojej siostrze, że... O Boże, jaka śliczna. - 

Eve podeszła bliżej, żeby pogłaskać klacz po czole. - Kiedy Brie skończyła oprowadzać mnie 

po  domu,  zapomniałam,  że  została  mi  jeszcze  do  zwiedzenia  stajnia.  Tak,  ślicznotko,  masz 

piękne  ślepia.  -  Przeciągnęła  dłonią  po  końskiej  grzywie.  -  Jak  się  nazywa?  -  Popatrzyła 

pytająco na Aleksa. 

- Kleks. 

Wybuchnęła śmiechem. 

- Dziwne imię dla konia. 

- Podarowałem go Adrienne na urodziny. Małej spodobał się Kleks. - Podrapał konia 

po uszach. - Uznaliśmy, że ma prawo ochrzcić zwierzę jak chce. 

-  Tak  czy  inaczej  klacz  jest  wspaniała.  Ja  swojego  pierwszego  konia  nazwałam  Sir 

Lancelot. Widocznie miałam trochę bujniejszą wyobraźnię. 

Chociaż oboje głaskali konia po pysku, ich palce ani razu się nie zetknęły. 

- Nie sądziłem, że przepadasz za rycerzami w lśniących zbrojach. 

- Sześcioletnie dziewczynki lubią takie... - Urwała, bo nagle koń trącił ją łbem w ramię 

i pchnął na Aleksandra. - Ojej, Wasza Wysokość! Przepraszam. 

-  Przestań  z  tą  Waszą  Wysokością.  -  Odruchowo  zacisnął  wokół  niej  ramiona.  - 

Czasem niespodziewanie ci się wyrywa. 

Ś

wiat  zawirował  jej  przed  oczami,  nogi  się  pod  nią  ugięły.  Wiedziała,  że  powinna 

zrobić  krok  do  tyłu,  czym  prędzej  uwolnić  się  z  objęć  Aleksa.  A  ona  stała  bez  ruchu,  czuła 

bicie jego serca, wsłuchiwała się w otaczającą ich ciszę i marzyła... 

Wsunął palce w jej włosy. 

- Czy naprawdę tak trudno ci widzieć we mnie mężczyznę z krwi i kości? 

- Nie. Tak, Nie. - Nie mogła złapać tchu. Powietrze w stajni było duszne, nagrzane. - 

Muszę poszukać Bennetta. 

- Nic puszczę cię - przytulił ją mocniej - dopóki nic wypowiesz mojego imienia. 

W  jego  źrenicach  dostrzegła  złote  punkciki.  Nigdy  ich  wcześniej  nie  widziała.  Teraz 

zaś nie mogła oderwać od nich wzroku. 

- Aleksander - szepnęła. 

- Powtórz - poprosił zmienionym głosem. 

background image

- Aleksander - powiedziała, po czym przywarła ustami do jego ust. 

Było tak, jak sobie wymarzyła. Zarzuciła mu ręce na szyję, a ziemia zadrżała jej pod 

nogami.  Odwzajemniał  pocałunki  z  taką  pasją,  jakby  czekał  na  nią  całe  życie.  Zapomniał  o 

tym,  kim  jest,  jaką  sprawuje  funkcję.  Myślał  tylko  o  kobiecie,  którą  trzymał  w  ramionach. 

Oboje płonęli; trawił ich ogień pożądania. 

Ona była jak afrodyzjak, a on rozkoszował się jej smakiem, zapachem, dotykiem. 

- Eve? 

Nagle drzwi stajni zaskrzypiały; do środka wpadł cienki strumień światła. 

- Eve, jesteś tam? Nie zgubiłaś się w ciemnościach? 

Przez chwilę dyszała ciężko. 

- Nie, Bennett, nie zgubiłam się. Już idziemy. 

Zacisnęła rękę na szyi. 

- Pośpiesz się. Umieram z głodu. 

Drzwi  się  zamknęły.  Stajnia  znów  utonęła  w  mroku.  Aleksander  otrząsnął  się.  Tak 

niewiele brakowało pomyślał. Jakim prawem ona się tak zachowuje? Jakim prawem wzbudza 

w nim żądzę? Teraz stoi oparta o ścianę boksu, piękna i milcząca. Wygląda niewinnie, jakby 

grzech nie odcisnął na niej najmniejszego piętna. 

- Łatwo zmieniasz upodobania, Eve. 

Zdziwiona, otworzyła usta. W pierwszej chwili nie rozumiała, co Aleks ma na myśli. 

Potem  przemknął  ją  ból.  Ale  zanim  odebrał  jej  siły,  wysunęła  rękę  i  z  furią  wymierzyła  mu 

policzek. Głośne plaśnięcie rozeszło się echem po stajni. 

- Przypuszczam, że możesz mnie za to deportować z Cordiny - oznajmiła lodowatym 

tonem. - Jeżeli zdecydujesz się na takie posunięcie, pamiętaj, że sam jesteś sobie winien. W 

pełni na to zasłużyłeś. 

Miała ochotę odwrócić się na pięcie i puścić biegiem, lecz oparła się pokusie i ruszyła 

do drzwi wolnym, dostojnym krokiem. 

Pozwolił  jej  odejść.  Nie  pobiegł  za  nią,  chociaż  bardzo  go  korciło.  Tak,  pragnął  ją 

ukarać.  Nie,  nie  za  to,  że  go  uderzyła,  ale  za  to,  co  powiedziała  i  jak  na  niego  patrzyła. 

Dlaczego uważała, że zasłużył na jej gniew? Że powinien mieć wyrzuty sumienia? Przecież to 

ona, bez najmniejszych skrupułów, gotowa jest zamienić jednego brata na drugiego. 

A jednak jej pożądał. Pragnął kobiety, z którą związany był jego brat Pragnął od lat, 

odkąd ujrzał ją po raz pierwszy. Huknął pięścią w ścianę. Konie zarżały nerwowo. 

Dotychczas  tłumił  swoje  uczucia  do  Eve.  Jakoś  mu  się  udawało.  Obiecał  sobie,  że 

nadal będzie to robił. Nie ma wyboru. Nie może skrzywdzić Bennetta. Psiakrew! 

background image

Wyszedł ze stajni. Niech szlag trafi miłość! 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Ciągle gdzieś latasz. Nie sposób zastać cię w domu. 

Eve schowała do walizki swój ukochany dres, po czym spojrzała na siostrę. 

- Pracowałam bez wytchnienia. Istne szaleństwo. I na razie nie zanosi się na to, żebym 

mogła odpocząć. 

- Wróciłaś z Cordiny dwa miesiące temu, a częściej rozmawiałam z twoją sekretarką 

automatyczną niż z tobą. 

Przysiadłszy  na  brzegu  łóżka,  Chris  popatrzyła  na  przygniecioną  dresem  jedwabną 

bluzkę.  Już  chciała  zaproponować,  by  ją  przełożyć  na  wierzch  lub  przynajmniej  owinąć  w 

cienki papier, ale ugryzła się w język. 

Jej malutka Eve jest teraz dorosłą kobietą. Obie siostry miały  gęste, ciemne włosy, o 

ile  jednak  Eve  lubiła  swoje  splatać  w  warkocz,  Chris  wolała  swobodniejszą  fryzurę; 

najchętniej  zostawiała  włosy  rozpuszczone,  opadające  na  ramiona.  Podobieństwo  rodzinne 

widoczne było w wystających kościach policzkowych, w gładkiej, mlecznej cerze. Siostry nie 

tyle dzieliła różnica wieku, co styl. 

Chris,  która  od  lat  zajmowała  się  rynkiem  sztuki  i  kontaktowała  z  ludźmi  o  dość 

wypchanych portfelach, cechowała chłodna elegancja. Eve zaś, bez względu na to, w co była 

ubrana,  promieniała  zmysłowością.  Kiedyś  taki  stan  rzeczy  napawał  jej  starszą  siostrę 

nieustanną troską. Dziś Chris wiedziała, że Eve potrafi dać sobie radę w życiu. 

- A teraz znów wyjeżdżasz. Zęby się z tobą zobaczyć. pewnie będę musiała odwiedzić 

cię w Cordinie. 

-  Miło  by  było.  -  Eve  wsunęła  do  torby  podręcznej  małą  skórzaną  kosmetyczkę,  - 

Przydałoby mi się wsparcie moralne. 

- Denerwujesz się? - Chris podciągnęła kolana do brody i objęła je rękami. - Ty? 

- Tak, ja. Jeszcze nigdy w życiu nie robiłam czegoś na tak dużą skalę. - Po raz trzeci 

sprawdziła zawartość torby podręcznej. - Ciągnę do Europy aktorów, techników, asystentów, 

krawcowe  i  kupę  innych  ludzi.  Przed  międzynarodową  publicznością  będziemy  wystawiać 

cztery  sztuki,  udawać,  że  reprezentujemy  teatr  amerykański.  -  Zerknęła  do  notesu,  który 

wyjęła z torby. Po chwili skinęła głową i schowała go na miejsce. - Trzeba mieć niezły tupet. 

- Nie przesadzaj. - Chris odgarnęła włosy z czoła. 

- Zresztą Teatr Hamilton jest amerykańskim teatrem, prawda? 

- No tak, ale... 

background image

- I gra sztuki amerykańskich dramaturgów? 

- Owszem, ale... 

-  Żadnych  ale.  -  Chris  machnęła  ręką,  oddalając  zastrzeżenia  siostry.  -  Po  prostu 

reprezentujecie teatr amerykański i już. I dacie cztery wspaniałe przedstawienia. 

-  Widzisz?  -  Eve  pochylała  się  nad  walizką  i  cmoknęła  siostrę  w  policzek.  -  Dlatego 

cię potrzebuję. 

-  Postaram  się  przylecieć  na  pierwsze  przedstawienie.  Chociaż  będziesz  pewnie  tak 

zajęta, że nawet nie zamienisz ze mną słowa. 

-  Zamienię.  Obiecuję.  -  Umieściła  w  walizce  spodnie,  które  wcześniej  starannie 

złożyła. - Najgorsze są przygotowania, cała ta robota papierkowa. 

- Poradzisz sobie. Jesteś doskonale zorganizowana - powiedziała Chris, mimo to miała 

ochotę spytać Eve, czy przypadkiem nie zostawiła w szufladzie paszportu. 

- Zobaczysz, wszystko pójdzie jak z płatka. 

Czy  spakowała  czerwony  kostium?  Eve  wsunęła  rękę  do  walizki,  po  chwili  jednak 

wyprostowała się. Na pewno. Ile razy można sprawdzać? 

-  Szkoda,  że  nie  lecimy  razem.  Mogłabyś  mi  codziennie  powtarzać,  że  wszystko 

będzie dobrze. 

- Bissetowie ci ufają. Inaczej by cię nie zaprosili. Pamiętaj, że zawsze możesz Uczyć 

na Brie, Aleksa i Bennetta. 

Eve zaciągnęła suwak. 

- Na Brie i Bena tak. Z Aleksem... wolałabym go jak najrzadziej widywać. 

- Nadepnął ci na odcisk? 

- Niby nie. Ale... sama nie wiem. Na widok Brie czy Bena jakoś nigdy mnie nie korci, 

ż

eby dygnąć i pokazać im język. A kiedy pojawia się Aleks... 

- Oj, nie radziłabym! - Chris parsknęła śmiechem. 

- On bardzo poważnie traktuje swoją funkcję. Zresztą słusznie. 

- Może. 

-  Eve,  nie  rozumiesz,  co  to  znaczy  być  pierworodnym  synem  następcy  tronu.  Ja  do 

pewnego  stopnia  potrafię  wczuć  się  w  jego  położenie.  Wprawdzie  Hamiltonowie  nie  rządzą 

ż

adnym księstwem, ale mają własne miniimperium. - Westchnęła cicho, wiedząc, że wybory, 

jakich dokonywała w życiu, nigdy nie zadowalały jej ojca. - Ponieważ rodzice nie doczekali 

się  potomka  płci  męskiej,  ojciec  uparł  się,  żebym  to  ja,  jako  najstarsza,  przejęła  rodzinne 

interesy. Kiedy uświadomił sobie, że nic z tego nie będzie, zaczął na gwałt szukać mi męża z 

ż

yłką do interesów. Pewnie dlatego nigdy nie wyszłam za mąż. 

background image

- Nie wiedziałam... 

- Z tobą było inaczej. 

-  Istotnie.  Żadnej  presji,  żadnych  nacisków.  -  Oparłszy  się  o  komodę.  Eve  rozejrzała 

się  po  pokoju,  który  opuszczała  na  wiele  miesięcy.  -  Oczywiście  posyłano  mnie  do 

najlepszych szkół, liczono, że będę się dobrze uczyła i zachowywała tak, żeby nie przynieść 

rodzinie  wstydu,  ale  to  wszystko.  Gdybym  później,  po  maturze,  chciała  wylegiwać  się  nad 

basenem, nikt nie miałby nic przeciwko temu. 

- Dość długo skrywałaś fakt, że posiadasz inteligencję. 

- Prawda? Przed sobą również. - Eve błysnęła zębami w uśmiechu. - Kiedy to odkryto, 

miałam  już  własny  teatr.  Ojciec  wiedział,  że  nie  rzucę  wszystkiego,  aby  pomagać  mu  w 

interesach. Masz rację, Chris. Nie wiem, jak to jest być pierworodnym dzieckiem, które tylko 

w niewielkim stopniu może decydować o swoim losie. Mimo to jakoś nie umiem współczuć 

Aleksandrowi. 

- Nie musisz. Myślę, że on akurat chętnie poddał się woli swojego ojca. Sprawowanie 

władzy  leży  w  jego  naturze.  -  Z  wazonika  na  komodzie  wyjęła  białą  stokrotkę  i  wsunęła  ją 

siostrze  w  dziurkę  od  guzika.  -  Szkoda,  że  stosunki  między  wami  są  takie  napięte.  Skoro 

jednak będziecie współpracować, lepiej, żebyście na siebie nie warczeli z byle powodu. 

Eve  wyjęła  z  wazonu  pozostałe  kwiaty;  owinęła  chustką  ociekające  wodą  łodygi  i 

podała siostrze bukiet. 

- Nie sądzę, abyśmy mieli współpracować. 

- To Aleks nie jest prezesem Centrum? 

-  Jest.  Ale  przecież  nie  zajmuje  się  wszystkim  osobiście.  -  Zajrzała  do  torebki,  żeby 

upewnić  się,  czy  nie  zapomniała  biletów  lotniczych.  -  Wierz  mi,  ani  jemu  nie  zależy  na 

bliskiej współpracy ze mną, ani mnie z nim. - Zamknęła z trzaskiem torebkę. - Podejrzewam, 

ż

e jego niechęć do mnie jest nawet większa niż moja do niego. 

-  Czy  coś  się  stało,  kiedy  byłaś  tam  ostatnim  razem?  -  Wstawszy  z  łóżka,  Chris 

położyła  dłoń  na  ramieniu  siostry.  -  Po  powrocie  z  Cordiny  zachowywałaś  się  niespokojnie, 

jakby coś cię dręczyło. Uznałam, że to skutek przepracowania, ale teraz myślę, że... 

-  Lepiej  nie  myśl  -  przerwała  jej  lekkim  tonem  Eve.  -  Nic  się  nie  stało,  jedynie 

potwierdziły się moje przypuszczenia, że Aleksander  Bisset to zarozumiały,  arogancki  gbur. 

Gdyby  całe to przedsięwzięcie nie było tak ważne, chętnie machnęłabym  na nie  ręką.  Boże, 

na samo wspomnienie Aleksa ogarnia mnie złość. 

-  Widzę.  -  Chris  postanowiła  jak  najszybciej  napisać  do  Gabrielli  i  o  wszystko  ją 

dokładnie wypytać. - Miejmy nadzieję, że wasze kontakty będą sporadyczne. 

background image

- Bardzo na to liczę - oznajmiła Eve. 

Słysząc  zawziętość  w  jej  głosie,  Chris  uznała,  że  list  za  długo  będzie  szedł.  Mądrzej 

będzie porozumieć się z Brie telefonicznie. 

-  No  dobra,  jestem  już  spakowana.  To  co,  nic  rozmyśliłaś  się?  Odwieziesz  mnie  na 

lotnisko? 

-  Jasne.  Teraz  potrzeba  nam  z  pięciu  rosłych  tragarzy.  żeby  znieśli  twój  bagaż  do 

samochodu. 

Aleksander przyzwyczajony był nie tylko do stałej obecności ochroniarzy, ale również 

fotoreporterów. Towarzyszyli mu niemal na każdym kroku. Dlatego starał się stać spokojnie, 

nie  krążyć  od  ściany  do  ściany  niczym  lew  w  klatce.  Na  widok  lądującego  bezpiecznie 

samolotu odetchnął z ulgą. Spóźnienie wynosiło dwadzieścia minut. 

Od  tygodni  nie  rozmawiał  z  Eve.  Wszelkie  plany  ustalenia  dokonywane  były 

pisemnie,  w  dodatku  poprzez  sekretarki  oraz  asystentów.  Chociaż  od  jej  wyjazdu  z  Cordiny 

minęły  ponad  dwa  miesiące,  ich  ostatnie  spotkanie  w  stajni  na  farmie  Brie  utknęło  mu  w 

pamięci tak wyraźnie, jakby miało miejsce zaledwie dzień czy dwa temu. W nocy budził go 

zapach skóry Eve; w ciągu dnia, gdy popadał w zadumę, widział przed oczami jej twarz. 

Nie powinien o niej myśleć, ale nie umiał się powstrzymać. Bo jak miał zapomnieć o 

gorącej  fali  namiętności,  która  go  zalała,  kiedy  trzymał  Eve  w  ramionach?  Jak  miał 

zapomnieć o żądzy i tęsknocie, która zżerała go niemal codziennie od tamtej pory? 

Próbował  znaleźć  ukojenie  w  pracy.  Nie  pomogło.  Obowiązki  nie  zdołały  przysłonić 

mu  obrazu  Eve.  Ojciec  wrócił  do  Cordiny.  Odbył  się  pogrzeb  Sewarda.  Sprawcy  wybuchu 

pozostawali  nieznani,  a  przynajmniej  nikomu  nie  udowodniono  winy.  Księstwu  zagrażała 

destabilizacja, a on wciąż rozmyślał o kobiecie, której nie miał prawa pożądać. 

Gdy  wysiadła  z  samolotu,  zapragnął  jej  z  podwójną  siłą.  Musiała  być  zmęczona 

podróżą,  mimo  to  tryskała  energią.  Włosy,  zaplecione  w  warkocz,  miała  upięte  na  czubku 

głowy, okulary przeciwsłoneczne zasłaniały pół twarzy. Idąc, mówiła coś do towarzyszących 

jej osób, a jednocześnie usiłowała włożyć jaskrawoczerwony żakiet. W prawej ręce trzymała 

aktówkę,  przez  lewe  ramię  przewiesiła  sobie  torbę  podręczną.  W  ciągu  tych  dziesięciu  czy 

piętnastu sekund, jakie upłynęły, odkąd pojawiła się w hali przylotów miejscowego lotniska, 

Aleksander zauważył każdy szczegół jej wyglądu. 

Szminkę  miała  startą,  policzki  lekko  zaróżowione.  Czerwony  żakiet  zdobiły  złote 

guziki. Kosmyk włosów wysunął się z warkocza i opadał luźno nad lewym uchem. Przy lewej 

piersi,  w  dziurce  od  guzika,  tkwiła  biała  stokrotka  -  mocno  zwiędła.  Ciekaw  był,  kto  ją  tam 

umieścił; kto odprowadził Eve na lotnisko i patrzył, jak jej samolot odrywa się od ziemi. 

background image

Nagle go spostrzegła. Kolor odpłynął jej z twarzy, i w ruchach pojawiło się napięcie. 

Nie  spodziewała  się,  że  przyjedzie  po  nią  na  lotnisko.  Wiedziała,  że  będzie  jakieś  oficjalne 

powitanie,  ale  nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  Aleksander  osobiście  się  pofatyguje.  Zupełnie 

inaczej wyobrażała sobie ich pierwsze spotkanie. Miała być wypoczęta, wykąpana, ubrana w 

długą  wieczorową  suknię,  którą  kupiła  specjalnie  w  tym  celu.  A  do  niego,  następcy  tronu, 

zamierzała odnosić się uprzejmie, lecz z chłodną rezerwą. 

Teraz  myślała  tylko  o  jednym:  jak  wspaniale  się  prezentuje.  Był  wysoki,  przystojny, 

dobrze  zbudowany  Oczy  miał  czarne,  spojrzenie  nieprzeniknione;  natychmiast  zapragnęła 

poznać  wszystkie  jego  tajemnice.  Chciała  uśmiechnąć  się  szeroko,  rzucić  mu  się  na  szyję, 

wyrazić radość ze spotkania. Powstrzymała jednak ten odruch. 

- Wasza Wysokość... - Dygnęła. 

Nie widział błysków fleszy ani tłumu dziennikarzy. Skupiony był na niej - na jej lekko 

wydętych ustach i oczach, w których czaiło się wyzwanie. 

- Panno Hamilton. - Wyciągnął rękę. Po chwili wahania podała mu swoją. Gdyby nie 

to wahanie, po prostu by ją uścisnął, a tak złożył na niej pocałunek. Usłyszał, jak Eve wciąga 

powietrze. - Serdecznie witam w Cordinie. 

- Dziękuję, Wasza Wysokość. 

Usiłowała uwolnić rękę, lecz trzymał ją zbyt mocno. 

- O bagaż proszę się nie martwić, właśnie trwa rozładunek. - Uśmiechnął się; od czasu 

jej  wyjazdu  nie  czuł  się  tak  szczęśliwy.  -  Dwaj  moi  pracownicy  odwiozą  pani  zespół  do 

hotelu i przypilnują, żeby nikomu niczego nie brakowało. 

Wbiła mu w dłoń paznokcie. 

- Książę jest bardzo miły. 

Słyszał drwinę i złość w jej głosie. 

-  Wszyscy  pragniemy,  aby  jak  najlepiej  wspominała  pani  swój  pobyt  w  Cordinie. 

Ż

adnych  pytań!  -  oznajmił,  zwracając  się  do  napierających  dziennikarzy.  -  Panna  Hamilton 

musi  odpocząć  po  męczącym  locie.  Na  jutrzejszej  konferencji  prasowej  udzieli  wam 

wyczerpujących odpowiedzi. 

Widząc,  że  kilku  przedstawicieli  prasy  nie  zamierza  ustąpić,  wziął  Eve  za  łokieć  i 

skierował się do wyjścia. 

Zaprotestowała: 

- Rozsądniej będzie, jeśli zostanę z aktorami. 

- Masz asystentkę? 

- Oczywiście. 

background image

Musiała przyśpieszyć kroku, żeby dotrzymać mu tempa. 

- Ona cię we wszystkim wyręczy. - Z dala od mikrofonów i błysków fleszy mówił do 

Eve  po  imieniu.  -  A  ciebie,  moja  miła,  zabieram  do  pałacu,  inaczej  wpadniesz  w 

dziennikarskie sidła. 

- Dam sobie radę - rzekła. - Zresztą do kolacji, w pałacu zostało kilka ładnych godzin. 

-  Ale  nie  masz  powodu  jechać  do  hotelu.  -  Pod  czujnym  okiem  ochrony  wyszli  z 

lotniska  bocznym  wyjściem  i  ruszyli  do  czekającej  przy  krawężniku  limuzyny.  -  Twoja 

asystentka i moi pracownicy wszystkiego dopilnują. 

- Tak, ale... - wsiadła do samochodu - chciałabym się odświeżyć, rozpakować. Chyba 

z rozmową o sprawach urzędowych możemy się wstrzymać parę godzin? 

- Oczywiście, że tak. 

Aleksander usiadł naprzeciwko Eve i skinął do kierowcy. 

- W takim razie po co masz odwozić mnie do hotelu, skoro mogę zabrać  się z resztą 

zespołu? 

- Nie mieszkasz w hotelu, tylko w pałacu. 

- Nie zgadzam się. Chcę być tam, gdzie moi ludzie. 

- To zły pomysł. - Pochylił się i wcisnął jakiś przycisk. Oczom Eve ukazał się nieduży 

barek. - Co ci można zaproponować? 

- Nic - warknęła. - Stanowczo żądam wyjaśnienia, dlaczego mnie porywasz. 

Nie  pamiętał,  że  potrafi  być  taka  zabawna.  Nalawszy  sobie  szklankę  wody, 

uśmiechnął się. 

-  Ostre  słowa,  Eve.  Mój  ojciec  zdziwiłby  się,  gdyby  wiedział,  że  zaproszenie  do 

pałacu nazywasz kidnapingiem. 

- To nie ma nic wspólnego z twoim ojcem. 

- Zaproszenie wyszło od niego. Oczywiście w hotelu też wzmocniono ochronę. 

- Dlaczego? 

- Żyjemy w niespokojnych czasach. 

- To samo przed paroma miesiącami mówiła mi twoja siostra. Posłuchaj, Aleks, jeżeli 

istnieje jakiekolwiek niebezpieczeństwo, wolałabym być z moim zespołem. 

-  Rozumiem.  -  Postawił  szklankę  na  blacie.  -  Hotel  jest  bezpieczny,  Eve.  Nikomu  z 

zespołu  nic  nie  grozi.  Natomiast  z  uwagi  na  twoje  powiązania  z  naszą  rodziną...  Po  prostu 

lepiej,  abyś  zamieszkała  w  pałacu.  Unikniesz  dziennikarzy,  którzy  przez  kilka  najbliższych 

tygodni  będą  koczować  w  holu,  no  i  sprawisz  radość  mojemu  ojcu,  który  darzy  cię 

autentyczną sympatią. 

background image

- Tak to ująłeś, że byłabym niewdzięcznicą, gdybym postawiła na swoim. 

Uśmiechnął się i ponownie sięgnął po szklankę. 

-  No  dobrze,  przyjmuję  zaproszenie.  I  poproszę  o  coś  do  picia,  najchętniej  z  dużą 

zawartością kofeiny. 

- Zmęczyła cię podróż? 

-  Owszem  -  przyznała,  patrząc,  jak  Aleks  wrzuca  do  szklanki  dwie  kostki  lodu.  -  I 

podróż,  i  trwające  kilka  tygodni  przygotowania.  Zebrania,  dyskusje,  castingi,  próby.  Spałam 

najwyżej  po  pięć  godzin  na  dobę.  -  Potarła  palcami  białe  płatki  stokrotki  wystającej  z 

kieszonki  w  żakiecie.  -  No  i  ta  koszmarna  biurokracja.  Nie  sądziłam,  że  będziemy  tak 

dokładnie  sprawdzani,  zanim  dostaniemy  pozwolenie  na  wjazd  do  Cordiny.  W  ostatniej 

chwili  przyjęłam  do  zespołu  dwie  nowe  osoby.  Bałam  się,  że  nie  zdążymy  załatwić 

formalności. No cóż, mam nadzieję, że trud się opłaci. 

Wypiła łyk coli, marząc o tym, aby kofeina wreszcie zadziałała. 

- Wątpisz w to? 

-  Tylko  z  dziesięć  razy  na  dzień.  -  Całkiem  nieświadomie  wysunęła  stopy  z  butów. 

Powoli zaczęła się odprężać. - Z dwójki nowych aktorów jestem bardzo zadowolona. Ona jest 

ś

wieżo po studiach, ale  ma ogromny  potencjał.  Zamierzam ją wykorzystać do ewentualnego 

zastępstwa  w  sztuce  Neila  Simona.  Z  kolei  Russ  Talbot  to  prawdziwy  zawodowiec. 

Występował  w  wielu  teatrach.  U  mnie  będzie  grał  Bricka  w  „Kotce  na  gorącym  dachu”. 

Sztuka Williamsa idzie na pierwszy ogień. 

Pociągnęła  kolejny  łyk.  Nie  była  pewna,  czy  nie  popełnia  błędu.  „Kotka”  to  sztuka 

pełna  żaru  i  namiętności.  Przez  kilka  tygodni  Eve  biła  się  z  myślami,  czy  jednak  jako 

pierwszej nie wystawić komedii. Ale instynkt podpowiadał jej, aby pozostała przy Tennessee 

Williamsie. 

-  Wysłałam  na  adres  Centrum  kopie  wszystkich  sztuk  wraz  ze  swoim  komentarzem. 

Przypuszczam, że ktoś je przeczytał. 

-  Tak,  zostały  przeczytane  -  oznajmił  Aleksander.  Nie  dodał,  że  przez  niego.  -  I 

wstępnie zaaprobowane. 

- Wstępnie... - Był to jeden z warunków umowy, na który przystała wbrew sobie. - Nie 

rozumiem,  dlaczego  nalegałeś  na  możliwość  podmiany.  Zarówno  z  artystycznego,  jak  i  z 

czysto  praktycznego  punktu  widzenia  jest  to  duże  utrudnienie.  Bądź  co  bądź  zaczynamy  za 

trzy tygodnie. 

-  To  dość  czasu,  aby  dokonać  zmiany,  jeśli  któraś  z  przygotowanych  przez  ciebie 

produkcji okaże się nie do przyjęcia. 

background image

- Nie do przyjęcia? Przez kogo? Niby kto o tym będzie decydował? Ty? 

Przez  chwilę  wpatrywał  się  bez  słowa  w  szklankę  wody.  Poza  członkami  najbliższej 

rodziny  nikt  nie  śmiałby  mówić  do  niego  takim  tonem.  Eve  wystawiała  jego  cierpliwość  na 

ciężką  próbę.  Zastanawiał  się,  czy  zuchwałość  i  bezceremonialność  są  cechami  wszystkich 

Amerykanów, czy też Eve należy do wyjątków. 

- Jako prezes w każdej sprawie mam decydujący głos. 

-  Świetnie.  -  Znów  podniosła  szklankę  do  ust.  -  Widzę,  że  sporo  się  jeszcze  tu 

namęczę. Posłuchaj, wybrałam akurat te cztery... 

-  Jutro  mi  wszystko  wyjaśnisz.  Mamy  wyznaczone  spotkanie  o  dziewiątej  rano. 

Poznasz Comeliusa Mandersona, kierownika Centrum. Przyjdzie również Gabriella. 

- Całe szczęście. Ona nie wytnie mi jakiegoś głupiego numeru. 

- Eve, dlaczego jesteś tak bojowo nastawiona? 

- Uczono mnie tego w harcerstwie. 

- Czego? 

-  Tego,  że  zawsze  trzeba  być  przygotowanym.  Atakować,  zanim  wróg  zaatakuje.  - 

Uśmiechnęła się speszona. - W porządku, dziś zaniecham walki. Ale jutro... Jutro będę twardo 

broniła swoich racji. Przekonasz się, że niełatwo mnie pokonać. 

- Już teraz to wiem. - Ciekaw był jutrzejszego dnia. 

-  Eve,  postarajmy  się,  żeby  nasze  kontakty  służbowe  nie  rzucały  cienia  na  nasze 

relacje osobiste. 

Wyjrzała  przez  okno.  Ilekroć  wcześniej  przekraczała  bramy  pałacu,  ogarniało  ją 

uczucie spokoju. Tym razem tak nie było. 

- Relacje osobiste? Żadne nas nie łączą. 

- Jesteś pewna? 

Zdziwiła  się.  widząc  jego  rozbawione  spojrzenie.  Trocheja  to  zbiło  z  tropu.  Chyba 

wolała marsy i grymasy od uśmiechów; przynajmniej wiedziała, jak na nie reagować. 

-  Absolutnie.  To,  co  się  wydarzyło  ostatnim  razem,  nie...  nie...  -  Zamilkła,  nie 

potrafiąc znaleźć właściwych słów. 

- Nie powinno się było w ogóle wydarzyć - dokończył za nią Aleks, po czym wyjął jej 

z ręki pustą szklankę i odstawił na bok. - A przynajmniej nie w taki sposób. Chcesz, żebym 

cię przeprosił? 

- Wolałabym nie. 

- Dlaczego? 

- Bo wtedy musiałabym przyjąć twoje przeprosiny. 

background image

-  Popatrzyła  mu  prosto  w  twarz.  -  Póki  ich  nie  przyjmę,  mogę  dalej  się  na  ciebie 

złościć. Tak długo jak mnie irytujesz, tamta sytuacja się nie powtórzy. 

- W twoim rozumowaniu jest pewien brak logiki. 

Samochód  zatrzymał  się  przed  schodami  wiodącymi  do  pałacu.  Nawet  gdy  kierowca 

otworzył mu drzwi, Aleksander nie ruszył się z miejsca. Nie spuszczał oczu z Eve. 

-  Większość  czasu  cię  irytuję,  a  jednak  zdarzyło  nam  się  na  parę  minut  zapomnieć  o 

otaczającym nas świecie. 

Wysiadł z samochodu i podał jej rękę. Nie miała wyboru - musiała ją przyjąć. 

- Punkt dla ciebie, książę. Nie sądziłam, że lubisz gry. 

- Ależ lubię. 

- Tak; szachy, szermierkę, polo. - Wzruszyła ramionami. - Ja mówię o czymś innym. 

O graniu na ludzkich uczuciach. 

Wciągnął  nozdrzami  jej  zapach.  Pachniała  tak  samo  jak  wtedy,  gdy  trzymał  ją  w 

objęciach.  Właśnie  ta  delikatna  woń  budziła  go  w  nocy,  gdy  Eve  była  po  drugiej  stronie 

Atlantyku, tysiące kilometrów od Cordiny. 

- Nazwałaś mnie politykiem. A czyż politycy nie grają na uczuciach wyborców? 

Wielkie solidne drzwi pałacu otworzyły się bezgłośnie. Eve weszła do środka. 

-  Mój  ojciec  pragnie  się  z  tobą  zobaczyć  -  oznajmił  po  chwili  Aleksander.  - 

Zaprowadzę cię do niego. Twój bagaż powinien niedługo dotrzeć. 

Ruszyła po schodach na górę. 

- Jak się czuje książę Armand? - spytała. - Czy... 

- Dobrze. 

Nie  pozwolił  jej  zadać  kolejnego  pytania.  Sprawa  wybuchu  w  ambasadzie  w  Paryżu 

nie została jeszcze wyjaśniona; nie chciał rozmawiać na ten temat. 

- Innymi słowy, lepiej, żebym w jego obecności nie wspominała o tym, co się stało we 

Francji, tak? 

- Nie ma najmniejszego powodu. 

- Oczywiście. - Poczuła się urażona. - W końcu co mnie to obchodzi? 

Przyśpieszyła  kroku,  zostawiając  Aleksa  w  tyle.  Potem  jednak  musiała  na  niego 

poczekać, albowiem drzwi do gabinetu księcia Armanda były zamknięte. 

-  Łatwo  wpadasz  w  złość  -  zauważył  Aleks.  Ponieważ  sam  od  lat  tłumił  emocje, 

zazdrościł Eve swobody w okazywaniu uczuć. - Nie chciałem cię obrazić. 

- Robisz to nawet wtedy, kiedy nie chcesz. 

- Przykro mi. 

background image

-  Mnie  też,  ale  z  innego  powodu.  Nie  rozumiesz,  że  ja  naprawdę  lubię  księcia?  Że 

przejmuję się tym, co go spotyka? - Skrzyżowała ręce na piersiach. - Nie zapukasz? 

Nie  zapukał.  Następca  tronu  nie  powinien  się  mylić.  A  jeżeli  się  myli,  powinien 

przyznać się do błędu. 

-  Ojciec  schudł.  Wygląda  nie  najlepiej.  Incydent  w  Paryżu  odcisnął  na  nim  piętno.  - 

Popatrzył na zamknięte drzwi gabinetu; były niczym barykada, za którą kiedyś i on będzie się 

chował. - Ostatnimi czasy kiepsko sypia. 

- Co mam zrobić? 

- Nic. - Miał ochotę położyć głowę na jej ramieniu, poczuć jej ciepło i siłę. - Być sobą. 

To wystarczy. 

Zastukał do drzwi. 

- Entrez. 

- Ojcze. - Aleksander odsunął się na bok. - Przyprowadziłem ci gościa. 

Książę  Armand  wstał  z  fotela.  Wysoki,  przystojny,  prosty  jak  trzcina.  Kiedy  po  raz 

pierwszy  go spotkała, włosy miał poprzetykane siwymi nitkami. Teraz były  stalowoszare, w 

tym samym odcieniu co jego oczy. Na widok Eve rozciągnął usta w uśmiechu; rysy z miejsca 

mu złagodniały. 

- W dodatku niezwykle urodziwego - ucieszył się. 

Poczytała  sobie  za  wyraz  sympatii,  kiedy  okrążył  biurko  i  w  przyjaznym  geście 

wyciągnął do niej ręce. Dygnęła. Ale po chwili, nie zważając na etykietę dworską, wspięła się 

na palce i pocałowała staruszka w oba policzki. 

- Miło znów być w Cordinie. 

-  To  nam,  kochanie,  miło  znów  cię  tu  gościć.  Aleksandrze,  dlaczego  mi  nie 

powiedziałeś, że Eve jest jeszcze piękniejsza niż dawniej? 

- Pewnie nie zauważył. - Eve obejrzała się przez ramię. 

-  Przeciwnie.  Po  prostu  uznałem,  że  nie  ma  sensu  mówić  ojcu  o  czymś,  co  sam 

zobaczy na własne oczy. 

- Urodzony z niego dyplomata! - Stary książę wybuchnął śmiechem. - Aleks, zadzwoń 

do kuchni i poproś, żeby przyniesiono nam tu herbatę. Nacieszmy się Eve, zanim rzuci się w 

wir  pracy.  -  Wysunął  dla  niej  krzesło.  -  Czyli  co,  kochanie?  Założyłaś  własny  zespół 

teatralny, który zadziwi nas swoim kunsztem? 

- Mam nadzieję. 

- Mój syn twierdzi, że wszystkie cztery spektakle będziemy oglądać z zapartym tchem. 

Ż

e Teatr Hamilton zdobywa w Stanach coraz większe uznanie i możemy być dumni, że wasz 

background image

pierwszy zagraniczny występ odbędzie się właśnie w Cordinie. 

Eve uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Bennett to pochlebca. 

- Zgadza się. - Armand wyjął papierosa. - Ale opinię tę wygłosił Aleks, nie Bennett. 

- Aleks? - Zaskoczona popatrzyła na następcę tronu, który usiadł na sąsiednim krześle. 

- Eve nie oczekuje ode mnie komplementów, ojcze. 

- Aleksander podał ojcu ogień. - Spodziewa się raczej krytyki. 

-  Nic  dziwnego,  skoro  od  siedmiu  lat  nieustannie  mnie...  -  Urwała  w  pół  zdania, 

zreflektowawszy  się,  że  to  nie  miejsce  na  spory.  -  Przepraszam,  Wasza  Książęca  Mość  - 

zwróciła się do władcy Cordiny. 

- Ależ nie masz za co, kochanie. Moje dzieci ciągle się spierają; przywykłem do tego. 

- Zerknął na drzwi, w których pojawiła się służąca. - A oto i herbata. Nalejesz nam, Eve? 

- Oczywiście. 

Służąca  postawiła  tacę  na  stoliku  obok  gościa.  Książę  Armand  odchylił  się  w  fotelu, 

wyraźnie rozluźniony. 

-  Aleksander  mówił  mi,  że  wybrałaś  cztery  bardzo  interesujące  sztuki.  Podobno 

pierwsza jest pełna... jakich to słów użyłeś, Aleks? 

- Żaru i namiętności. 

- No właśnie. Pełna żaru i namiętności opowieść o rodzinie mieszkającej na południu 

Stanów... 

-  Tak,  Wasza  Wysokość.  -  Eve  podała  mu  filiżankę.  -  Autor  w  niezwykle  ciekawy 

sposób  pokazuje  walkę  o  władzę,  pieniądze,  miłość.  Walkę  toczącą  się  pomiędzy  ojcem, 

człowiekiem  bogatym  i  despotycznym,  dwoma  braćmi,  z  których  jeden  jest  czarną  owcą,  a 

drugi  potulnym  słabeuszem,  i  ich  przebiegłymi  żonami.  To  opowieść  nie  tylko  o 

namiętnościach,  jakie  targają  ludźmi,  ale  również  o  ich  potrzebach,  dążeniach  i 

rozczarowaniu. 

-  Innymi  słowy,  historia  uniwersalna,  zrozumiała  na  całym  świecie,  bez  względu  na 

kulturę, wiarę, pochodzenie. 

-  Na  to  liczę.  -  Unikając  wzroku  Aleksandra,  wręczyła  mu  filiżankę  aromatycznego 

złocistego  napoju.  -  Wybrane  przeze  mnie  sztuki  koncentrują  się  na  opisie  ludzkich  emocji, 

chociaż dwie komedie pokazują je od nieco lżejszej strony. W każdym razie cały zespół jest 

bardzo  przejęty  szansą  zaprezentowania  się  w  Cordinie.  Chciałam,  książę,  serdecznie 

podziękować za stworzenie nam takiej możliwości. 

- To  Aleks o wszystkim  zadecydował i to on przekonał radę Centrum.  Z  tego, co mi 

background image

wiadomo, niektórzy członkowie rady nadzorczej to zatwardziali konserwatyści. 

Jego syn wzruszył ramionami. 

- Wystarczyło im przemówić do rozsądku. 

Eve  zdumiała  się.  Po  chwili  jednak  uzmysłowiła  sobie.  że  przecież  nie  zrobił  tego  z 

mysią o niej; chodziło mu o fundację, którą miał wspomóc dochód ze sprzedanych biletów. 

- Tak czy inaczej, jestem ogromnie wdzięczna. Postaram się nie zawieść publiczności. 

-  Jestem  pewien,  że  nie  zawiedziesz  -  rzekł  książę  Armand.  -  Jak  rozumiem,  resztę 

zespołu poznam wieczorem podczas kolacji? 

-  Tak,  Wasza  Książęca  Mość.  -  Eve  wstała,  domyśliwszy  się.  że  spotkanie  dobiegło 

końca. - A teraz, jeśli można, chciałabym się rozpakować... - Kierując się impulsem, schyliła 

się i znów pocałowała księcia w policzek. - Bardzo się cieszę, że mogłam tu wrócić. 

Wprawdzie  bagaże  jeszcze  nie  dotarły  z  lotniska,  ale  pokój  czekał  na  nią  od  rana. 

Zsunęła buty, zdjęła żakiet i rozejrzała się wkoło. Stojący na stole bukiet świeżych kwiatów 

wydzielał  intensywną  woń,  a  wpadający  przez  otwarte  okno  wiaterek  wydymał  zasłony. 

Odciągnęła je na bok. 

Widok  zapierał  dech  w  piersiach.  Tak  było  za  każdym  razem:  najpierw  patrzyła  ze 

zdumieniem, nie wierząc. że istnieje na świecie coś tak pięknego, potem ogarniała ją radość, 

ż

e to jednak jawa, a nie  sen. W dole rozciągał się bajeczny ogród pełen  barwnych kwiatów, 

które ku jej uciesze rosły gdzie popadnie, pojedynczo, w kępach, trochę tu, trochę tam, nie zaś 

w równych rzędach. Na końcu ogrodu znajdował się omywany wodą kamienisty falochron, na 

którym  mewy  i  inne  ptaki  budowały  gniazda.  A  dalej  było  morze,  czyste,  bezkresne, 

szmaragdowe. 

Zobaczyła  ścigającą  się  z  wiatrem  łódź  o  czerwonych  żaglach  oraz  ogromny, 

luksusowy  jacht  leniwie  przecinający  fale.  Ktoś  pruł  na  nartach  wodnych.  Zmrużyła  oczy, 

usiłując dostrzec, czy to mężczyzna, czy kobieta, ale z tej odległości nie była w stanie poznać. 

Zachwycona, usiadła na ławie pod oknem, podparta brodę na dłoni i obserwowała toczące się 

w oddali życie. 

Z zadumy wyrwało ją pukanie do drzwi. Pewnie bagaże, pomyślała. 

Entrez, s'il vous pidit - rzuciła przez ramię, nie wstając z miejsca. 

- Przyszedłem ci powiedzieć, że będziesz miała własną pokojówkę. 

Słysząc  głos  Aleksandra,  podskoczyła  tak  gwałtownie,  że  o  mało  nie  straciła 

równowagi. 

- Dziękuję, ale to nie jest konieczne. 

Aleksander polecił służącej zostawić bagaż przy drzwiach. 

background image

-  Kiedy  po  nią  zadzwonisz,  wróci,  żeby  rozpakować  twoje  rzeczy.  Ma  na  imię 

Collette. Nie będzie ci przeszkadzała. 

- Dobrze. Dziękuję. 

-  Sprawiasz  wrażenie  zmęczonej.  -  Bez  żakietu  wydawała  mu  się  bardziej  krucha  i 

przystępna. Miał ochotę pogładzić ją po włosach. - Może powinnaś się położyć, zdrzemnąć... 

- Nie jestem zmęczona. Po prostu podziwiam widok. 

Czekała,  aby  opuścił  pokój,  on  jednak  podszedł  bliżej  i  jeszcze  bardziej  odciągnął 

zasłony. 

- U siebie w pokoju mam identyczny. 

- Więc jesteś przyzwyczajony. Ja mogłabym go oglądać godzinami. 

- Tuż po świcie wypływają z portu kutry rybackie. - Oparł dłoń na parapecie. Na palcu 

połyskiwał mu sygnet rodowy. - Wyglądają jak małe łupinki. Codziennie wieczorem wracają, 

ż

eby nazajutrz znów wypłynąć. 

Fascynowały  ją  jego  dłonie.  Pamiętała,  jak  jej  dotykały,  pieściły.  Była  w  nich  siła 

dająca poczucie bezpieczeństwa, a zarazem wzbudzająca strach. W tym momencie nie czuła 

strachu. 

-  Kiepski  ze  mnie  żeglarz  -  powiedziała  cicho  -  ale  lubię  patrzeć  na  wodę.  Kiedy 

byłam  mała,  ojciec  miał  żaglówkę.  Bez  przerwy  plątały  mi  się  liny  albo  bom  walił  mnie  w 

głowę.  Po  pewnym  czasie  ojciec  uznał,  że  to  nie  ma  sensu,  i  kupił  motorówkę.  Wtedy 

postanowiłam nauczyć się jeździć na nartach wodnych. 

- Lepiej ci szło? 

- Nie bardzo. - Zmrużyła oczy, szukając śmigającego po wodzie narciarza. Akurat gdy 

go  wypatrzyła,  wywinął  kozła.  Śmiejąc  się,  wskazała  palcem  na  pechowca.  -  Mniej  więcej 

tak. 

- Czyli co? Wolisz pływać? 

- Zdecydowanie tak. Lubię mieć kontrolę. Dlatego zaczęłam ćwiczyć karate. W karate 

wszystko zależy ode mnie; nie muszę walczyć z wiatrem, nartą czy liną. 

-  Żeglując,  człowiek  nie  walczy  z  wiatrem;  korzysta  z  jego  siły,  czasem  stara  się  go 

przechytrzyć. 

- Może ty, nie ja. 

- Mógłbym ci pokazać, jak to się robi. 

Zdziwiona,  nie,  raczej  zaskoczona,  podniosła  wzrok.  Wyobraziła  sobie,  jak  pływają 

razem: na niebie świeci słońce, wiatr lekko dmie w żagle, wysmarowane oliwką ciało Aleksa 

lśni zapraszająco... 

background image

- Szkoda twojego czasu. Mój ojciec stwierdził, że zupełnie się do tego nie nadaję. 

- Wtedy byłaś dzieckiem. Teraz nim nie jesteś. 

- To prawda. - Zbita z tropu, ponownie wyjrzała przez okno. - Nie sądzę jednak, aby 

podczas  mojego  pobytu  w  Cordinie  którekolwiek  z  nas  miało  czas  na  lekcje żeglarstwa.  Od 

jutra ruszam z pracą. 

- A dziś? 

Serce  podskoczyło  jej  do  gardła.  Była  osobą  twardo  stąpającą  po  ziemi,  rzadko 

miewała huśtawkę nastrojów. Postanowiła czym prędzej wziąć się w garść. 

-  Nie  wiem,  czego  ode  mnie  chcesz  -  rzekła.  -  Nie...  -  Urwała,  gdy  przysunął  rękę  i 

delikatnie odgarnął jej z policzka kosmyk włosów. 

- Myślę, że wiesz. 

- Nie. - Najwyższym wysiłkiem woli potrząsnęła głową. - To niemożliwe. 

-  Też  to  sobie  mówiłem  -  powiedział,  a  ona  nagle  dostrzegła  w  jego  oczach  to,  co 

sama czuła: pożądanie i tęsknotę. - A jednak... 

Ujął ją za brodę. 

- Aleks. nie powinniśmy, nie wypada... 

- Do diabła z wypada! 

Porwał ją w ramiona i zaczął całować. Od pierwszej chwili gdy ją ujrzał, wiedział, co 

go czeka. Ze będzie toczył walkę z góry skazaną na porażkę. 

Ona  też  wiedziała,  że  nie  ma  sensu  się  oszukiwać.  Pragnęła  Aleksa  z  całego  serca. 

Marzyła o tym, by zjednoczyć się z nim psychicznie i fizycznie. 

Jej ciało drżało z podniecenia. On również ledwo nad sobą panował.  I nagle... Nagle 

pojął, że musi natychmiast zdusić ogień pożądania, inaczej oboje ulegną namiętności, zedrą z 

siebie ubranie i... Nie, nie może na to pozwolić. Nie tu i nie teraz. Przeklinając cicho, odsunął 

Eve od siebie. 

- Musisz dokonać wyboru - powiedział ochryple. - I to niezwłocznie. 

Drżącą ręką potarła policzek. 

- Nie rozumiem - szepnęła. 

-  Nie  zamierzam  przegrywać.  -  Na  moment  zamilkł.  -  Nie  przeprosiłem  cię  za 

pocałunek w stajni i za ten też nie przeproszę. 

Odwróciwszy się na pięcie, wyszedł z pokoju. 

Eve  osunęła  się  na  ławę  pod  oknem;  kręciło  się  jej  w  głowie,  jakby  wypiła  za  dużo 

wina albo siedziała zbyt długo na słońcu. Musiała się skupić, dokładnie wszystko przemyśleć. 

Kłopot w tym, że nie wiedziała, od czego zacząć. 

background image

Wzdychając głęboko, przytknęła palce do oczu. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

W teatrze czuła się jak ryba w wodzie; cieszyła się z przygotowanego dla niej gabinetu 

i z tego, że całe dnie będzie spędzała poza pałacem. Z dala od Aleksandra. 

Była  kobietą  interesu,  która  kochała  swoją  pracę  i  odnosiła  w  niej  sukcesy.  Teraz 

czekało  ją  największe  wyzwanie  w  jej  dotychczasowej  karierze.  Miała  dyrygować  zespołem 

złożonym  niemal  ze  stu  osób,  podejmować  za  nich  decyzje,  wydawać  im  polecenia.  Nie 

mogła nocami ciskać się z boku na bok, usiłując rozgryźć Aleksa. Po prostu obowiązki jej na 

to nie pozwalały. 

Ale  kiedy  się  całowali  w  otwartym  oknie  sypialni,  czując,  jak  do  środka  wkrada  się 

słonawy  zapach  morza...  Trudno  jej  było  wyrzucić  to  z  pamięci,  podobnie  zresztą  jak  i 

pierwszy  pocałunek.  Stojąc  w  objęciach  Aleksandra,  zrozumiała,  że  pragnie  go  całą  sobą, 

fizycznie i psychicznie. Nie pragnęła jakiegoś mężczyzny, jakiegoś kochanka czy przyjaciela 

-  pragnęła  konkretnie  tego  jednego:  Aleksandra  Bisseta.  To  z  nim  chciała  kochać  się  przed 

otwartym oknem, od czasu do czasu zerkając na urokliwy błękit morza i nieba. 

Kochać? Przyciskając palce do oczu, pokręciła głową. Nie, to byłby seks, czysty seks. 

A tego nie chciała. Zależało jej na czymś więcej. 

Dochodziła  druga  po  południu.  Poranne  zebranie  przebiegło  bez  niespodzianek. 

Aleksander był taki, jak zwykle: chłodny, rzeczowy, stanowczy. Z takim Aleksem dotychczas 

się stykała i wiedziała, jak się z nim obchodzić. Natomiast zupełnie nie umiała sobie radzić z 

człowiekiem, jakim był wczoraj, pełnym żaru, którego sam dotyk sprawiał, że świat wirował 

jej przed oczami. 

Wieczorem podczas kolacji zachowywał się jak idealny gospodarz. Może był odrobinę 

za  sztywny,  ale  na  członkach  jej  zespołu  wywarł  duże  wrażenie.  Zwłaszcza  na  kilku 

aktorkach.  No  cóż,  będzie  musiała  pilnować  dyscypliny.  W  ciągu  najbliższych  paru  tygodni 

nie zamierzała tolerować żadnych romansów. Cudzych ani swoich. Przedsięwzięcie, którego 

się podjęła, wymaga najwyższego skupienia. 

Zaczęła  sprawdzać  listę  rzeczy,  którymi  należy  się  zająć.  Uroki  teatru,  pomyślała, 

pocierając  szyję.  Psiakość,  ile  zapakowali  na  drogę  tubek  podkładu?  I  gdzie  one  są,  do 

cholery?  A  skrzynia  z  kablami?  Wysłana  z  Houston,  dotarła  do  Nowego  Jorku,  lecz  nie  do 

Cordiny. Jeżeli do czwartej nie zadzwonią z lotniska, że się znalazła... 

Zmęczona, podniosła głowę. 

- Wejdź, Russ. Tylko błagam, nie mów mi, że już są jakieś problemy. Swoją drogą, co 

background image

tu robisz? Zespół do jutra ma przecież wolne. 

- Wiem, ale chciałem obejrzeć teatr. A problem niestety mamy. 

Russ  miał  trzydzieści  kilka  lat,  choć  wyglądał  na  dziesięć  mniej.  Był  mężczyzną 

dobrze  zbudowanym,  o  mocno  zarysowanej,  lekko  wystającej  szczęce.  Podobał  się  Eve  od 

samego  początku,  mimo  to  trzykrotnie  wzywała  go  na  przesłuchanie.  Falujące  jasne  włosy  i 

niebieskie oczy stanowiły niewątpliwy atut, ona jednak szukała głębi. Gdyby jej nie znalazła, 

na pewno nie powierzyłaby mu roli Bricka. 

- No dobrze. - Westchnęła głośno. - Jaki? 

- Mistrzowi oświetlenia coś nie pasuje. Postanowił poeksperymentować, ale gdzieś się 

zapodziała skrzynia z reflektorami. 

-  W  porządku,  zaraz  do  niego  zejdę.  A  teraz  wyjaśnij  mi,  dlaczego  nie  korzystasz  z 

plaży  i  słońca,  póki  masz  okazję?  -  Uśmiechając  się,  wsunęła  za  ucho  ołówek.  -  Nikt  ci  nie 

mówił,  jakim  jestem  strasznym  tyranem?  Każdego,  kto  pojawia  się  w  teatrze,  natychmiast 

zaganiam do pracy. 

- Właśnie na to liczyłem - odparł. 

Akcent miał niemal idealny, ale chciała, żeby jeszcze poćwiczył. Brick mówił wolno, 

w sposób typowy dla mieszkańców Południa, leniwie przeciągając słowa. 

-  To  miejsce  -  zatoczył  ręką  łuk,  jakby  próbował  objąć  cały  budynek  -  zwala  z  nóg. 

Rozglądam się wkoło i nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Plażę i słońce mam wszędzie, a taki 

teatr...  Nie  wiem,  może  mi  odbiło,  ale  rwę  się  do  roboty.  Może  bym  chociaż  pomógł 

rozpakowywać pudła? 

-  Rzeczywiście  ci  odbiło  -  przyznała  ze  śmiechem,  po  czym  wstała  od  biurka.  - 

Chętnie jednak skorzystam z oferty pomocy. Pudeł i skrzyń jest od groma, więc... 

Tym razem nie było pukania. Drzwi otworzyły się na oścież. 

- Powiedziano mi, że tu cię znajdę - rzekł Bennett szczerząc zęby od ucha do ucha. - 

Zapracowaną i warcząca. 

- Nie warczę. Jeszcze nie. - Uścisnęła przyjaciela. 

- Poznajcie się. Russ Talbot, książę Bennett. 

Russ  zawahał  się,  niepewny,  co  ma  robić:  wyciągnąć  rękę,  skłonić  się  wpół,  skinąć 

głową. 

-  Nigdy  nie  wiem,  jak  się  człowiek  powinien  witać  z  członkami  rodu  książęcego  - 

przyznał. 

-  Wystarczy  zwykłe  dzień  dobry  -  wyjaśnił  Bennett,  po  czym  zwrócił  się  do  Eve.  - 

Przykro mi, że nie mogłem być wczoraj na kolacji. 

background image

-  Oj,  żałuj.  -  Podniosła  z  biurka  notes.  -  Nawet  nie  wiesz,  ile  przyjechało  pięknych 

aktorek, z którymi mógłbyś sobie poflirtować. 

- A ile? - Puścił oko do Russa. 

- Dużo - odparła Eve. 

- Cudownie! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Co ty na to, żebym porwał cię na 

spacer? 

- Dobrze. - Zerknęła do notatek. - Ale nie teraz. Za kilka godzin. 

- Dwie? 

- Lepiej trzy. 

- Zapracujesz się na śmierć. 

-  Tak  myślisz?  -  Ze  śmiechem  wypchnęła  go  z  gabinetu.  -  Ja  nawet  jeszcze  nie 

zaczęłam  pracy.  Ale  spacer  dobrze  mi  zrobi.  To  co?  -  Spojrzała  na  zegarek.  -  O  wpół  do 

szóstej? 

- W porządku. Chyba że... 

- Chyba że wolisz zostać z nami. Właśnie idziemy rozpakowywać skrzynie. 

-  Wrócę  o  wpół  do  szóstej.  -  Cmoknął  ją  w  policzek.  -  Miło  mi  było  pana  poznać, 

panie Talbot. 

Po chwili znikł bez śladu. 

- Pewnie ma ciekawsze rzeczy do roboty. - Russ zaśmiał się pod nosem. 

- Uwielbiam Bennetta - powiedziała Eve. - Ale tylko by nam przeszkadzał. 

- Różni się od swojego brata, prawda? 

- Kto? Ben? Zdecydowanie. 

- Często trafia do gazet. 

Eve nie umiała powstrzymać się od śmiechu. 

-  W  dodatku  lubi  się  chwalić,  że  to,  co  o  nim  wypisują  dziennikarze,  to  wszystko 

prawda. 

- A tak nie jest? 

Spojrzała ukosem na Russa. 

- Nie wiem - odparła chłodniejszym tonem. 

- Przepraszam. - Aktor wsunął ręce do kieszeni spodni. - Nie chciałem być wścibski. 

Po  prostu...  każdy  czyta  plotki  o  osobach  znanych  i  sławnych.  Ja  też.  Tam,  gdzie  się 

wychowałem, nie było żadnych książąt czy arystokracji. 

-  To  tacy  samy  ludzie  jak  my.  -  Zatrzymała  się  przy  drzwiach  prowadzących  do 

jednego  z  magazynów.  -  Może  nie  całkiem  tacy  jak  my,  ale  naprawdę  są  bardzo  mili. 

background image

Przekonasz się. 

Otworzywszy drzwi, cofnęła się z cichym jękiem. Russ zajrzał do środka. 

- Oj, przydałoby nam się z dziesięć par rąk - powiedział na widok stosów pudeł. 

- Dobra, ty idź wezwać wojsko - Eve podciągnęła rękawy - a ja biorę się do roboty. 

Po  trzech  godzinach  wreszcie  zapanował  jako  taki  porządek.  Z  pomocą  Russa, 

magazyniera  i  maszynisty  część  skrzyń  została  rozpakowana,  a  część  ustawiona  pod  ścianą, 

gdzie miała czekać, aż ich zawartość będzie potrzebna. Eve nie oszczędzała się; przesuwała, 

podnosiła,  dyszała  i  stękała  z  wysiłku  tak  samo  jak  mężczyźni.  Mniej  więcej  po  dwudziestu 

minutach Russ przestał ją zanudzać, żeby tego nie ruszała, a tamtego nie dźwigała. Przekonał 

się, że ani jemu, ani pozostałym mężczyznom nie ustępuje wytrwałością i siłą. 

O piątej była brudna, spocona, potargana, ale zadowolona. 

- Russ, wracaj do hotelu. 

Marzyła o czymś zimnym do picia. 

- A ty? 

- Mną się nie przejmuj. No, zmykaj. Nie chcę, żebyś jutro podczas prób był zmęczony. 

- Wierzchem dłoni przetarta czoło. - Dzięki za pomoc. 

Przytknął rękaw do twarzy, żeby osuszyć pot, po czym z rozbawieniem i podziwem w 

oczach popatrzył na Eve. 

- Nie znałem dotąd producentów o brudnych nosach. 

Eve zerknęła na swoje ręce i skrzywiła się, widząc, jakie są czarne. 

-  Jednego  poznałeś.  No  dobra,  zaczynamy  jutro  o  dziesiątej.  Przyjdź  świeży, 

wypoczęty i wyspany. 

- Tak jest, psze pani. Przekazać coś reszcie grupy? 

-  Żeby  miło  spędzili  wieczór,  ale  jak  jutro  ktoś  będzie  miał  kaca,  niech  nie  liczy  na 

taryfę ulgową. 

- Powtórzę. I sam zapamiętam. Nie pracuj za ciężko. 

Odprowadziła go wzrokiem do drzwi, po czym wsparłszy ręce na biodrach, rozejrzała 

się po magazynie. 

- Łatwo powiedzieć - szepnęła. 

Chyba istotnie dość się już dziś napracowała. Najwyższa pora przestać. Jeszcze tylko 

jedno  pudło.  Opierając  się  o  nie  plecami,  zaczęła  pchać  je  pod  ścianę.  Słysząc  na  korytarzu 

jakiś szmer, wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy. 

- Daj to Gary'emu, dobrze? Inaczej biedak się tu jutro nie dostanie. - Zajęta pchaniem 

pudła, nawet nie obejrzała się za siebie. 

background image

-  Chętnie  spełniłbym  twoją  prośbę,  gdybym  tylko  wiedział,  kim  jest  Gary  i  gdzie  go 

szukać. 

Skierowała  oczy  tam,  skąd  dochodził  głos.  Aleks  miał  na  sobie  beżowy  sweter, 

spodnie  bez  najmniejszej  plamki  brudu,  buty  lśniące  czystością,  włosy  starannie  uczesane. 

Poczuła się jak kocmołuch. 

- Myślałam, że to jeden z maszynistów. 

-  Nie,  to  ja.  -  Kiedy  wyprostowała  się,  oddał  jej  klucze.  -  Eve,  co  ty  najlepszego 

wyrabiasz? 

-  Rozpakowuję  skrzynie...  -  Schowała  za  siebie  brudne  ręce.  -  Przygotowuję  rzeczy, 

które będą nam jutro potrzebne. 

- Przesuwasz wielkie pudła, zbyt ciężkie dla kobiety. 

- Zbyt ciężkie dla kobiety? 

- W porządku, zbyt ciężkie dla osoby twojego wzrostu i budowy. 

Nie zaprotestowała tylko dlatego, że bolały ją plecy. 

- Miałam paru pomocników - wyjaśniła. 

- Jeśli będziesz potrzebowała więcej, wystarczy powiedzieć. 

- Dzięki, ale poradzimy sobie. Zresztą najgorsze mamy za sobą. - Usiłowała przetrzeć 

ręce.  -  Myślałam,  że  już  dawno  wróciłeś  do  pałacu.  Czy...  czyżbyśmy  o  czymś  zapomnieli 

podczas dzisiejszego zebrania? 

Wszedł  głębiej  do  pomieszczenia  służącego  za  magazyn.  Eve  wciąż  stała  oparta 

plecami o pudło. 

- Nie przywiodły mnie interesy. 

- Aha. - Odruchowo zwilżyła wargi. - Muszę zanieść Gary'emu klucze i przebrać się, 

zanim przyjdzie po mnie Bennett. 

Wykonała krok do przodu. Aleks zagrodził jej drogę. 

- Benetta zatrzymały na mieście obowiązki. Ja cię odwiozę do pałacu. 

- Niepotrzebnie się fatygowałeś. - Odsunęła się w bok. - Przyjechałabym taksówką. - 

Ponieważ  również  postąpił  krok  w  lewo,  cofnęła  się.  -  Zresztą  na  czas  pobytu  w  Cordinie 

zamierzam wynająć auto. 

Pachniała jak świeżo wypieczona bułeczka czekająca na schrupanie. 

- Masz coś przeciwko mnie i mojemu samochodowi? 

-  Oczywiście,  że  nie.  -  Doszła  do  kufra;  dalej  nie  mogła  się  cofnąć.  -  Zagradzasz  mi 

przejście. 

-  Owszem,  zagradzam.  -  Czubkiem  palca  delikatnie  obrysował  jej  policzek.  Z 

background image

satysfakcją poczuł, że Eve drży. - Jesteś brudna. 

- Wiem. I chciałabym się umyć, więc jeśli ci się spieszy, pojadę taksówką. 

-  Poczekam.  To  niesamowite,  że  twoja  uroda  przebija  spod  warstwy  brudu.  Jesteś 

piękna. - Potarł palcem jej wargi. - Pociągająca. 

- Aleks, dlaczego... dlaczego się tak zachowujesz? 

Przesunął rękę niżej, wzdłuż jej szyi. 

- Nie rób tego - powiedziała. 

- Czego? 

- Nie próbuj mnie uwieść. 

- Nie zamierzam wcale próbować. Zamierzam osiągnąć cel. 

-  To  śmieszne.  -  Usiłowała  wykonać  krok  do  przodu,  ale  znów  zagrodził jej  drogę.  - 

Przecież nawet mnie nie lubisz, a ja... - Oczy miał ciemne, hipnotyzujące, ale migotały w nich 

wesołe iskierki. - Ja... Zawsze wydawało mi się, że... 

- Nigdy dotąd się nie jąkałaś. 

Przeczesała ręką włosy. 

- Denerwuję się przez ciebie. 

- Wiem. I bardzo mi się to podoba. 

- A mnie nie. Oj, nie! - jęknęła cicho, kiedy zbliżył wargi do jej ust. 

Tym  razem  pocałunek  był  delikatny  i  czuły.  Nie  imała  siły  protestować.  Stała  bez 

ruchu, nie dotykając Aleksa, rozkoszując się smakiem jego warg. 

Powinien  był  triumfować.  Udało  się.  Mógł  z  nią  robić,  co  chciał.  Była  uległa, 

całkowicie  bezwolna,  gotowa  spełnić  wszystkie  jego  życzenia.  Ale  zamiast  radości  poczuł 

dojmujący smutek. 

- Idź i umyj twarz - rzekł ochryple, odsuwając się na bok. 

Wybiegła z magazynu ile sił w nogach. 

Przez chwilę stała bez ruchu, przyglądając się sobie w lustrze. Tak być nie może; nie 

będzie  dłużej  robić  z  siebie  idiotki.  Z  jakiegoś  powodu  Aleksander  postanowił  się  zabawić; 

prowadził  grę.  której  reguły  znał  tylko  on.  Nie  musi  iść  mu  na  rękę  ani  tolerować  jego 

zachowania. Wiele rzeczy potrafiła znieść, ale nie to, gdy ktoś z niej kpił czy ją poniżał. Była 

dumna  z  tego,  kim  jest  i  do  czego  doszła  w  życiu.  Nie  zamierzała  skakać  z  radości  tylko 

dlatego, że Aleksander nagle dojrzał w niej świetny materiał na kochankę. 

Przełknęła  ślinę.  Dawno  temu  marzyła,  by  Aleks  zwrócił  na  nią  uwagę.  Cierpiała  z 

powodu jego cichej dezaprobaty. 

Umyła  ręce  -  po  raz  trzeci.  Problem  chyba  polegał  na  tym,  że  zaczęła  myśleć  o  nim 

background image

jako o mężczyźnie. Gdyby widziała w nim księcia, pełnego rezerwy, dumnego następcę tronu, 

oszczędziłaby sobie cierpień. 

Dlaczego to robił? Schowała szczotkę do torebki. To całkiem nie w jego stylu. Gdyby 

napisała sztukę, której bohaterem byłby mężczyzna pokroju Aleksa, i  gdyby umieściła  go w 

takiej sytuacji, jaka przed chwilą miała miejsce, krytycy nie zostawiliby na niej suchej nitki. 

Może... Tak, spyta Aleksa wprost. Zażąda odpowiedzi, a potem będzie patrzeć, jak on 

się rumieni, jąka, szuka właściwych słów. 

Wyszła z łazienki. 

- Zdecydowanie lepiej - oznajmił, biorąc ją pod ramię. 

- Musimy porozmawiać. 

- W porządku. - Wyprowadził ją z budynku. - Możemy udać się na przejażdżkę. 

- Po co? Rozmowa aż tyle nam nie zajmie. 

-  Ale  świeże  powietrze  dobrze  ci  zrobi.  Zwłaszcza  po  całym  dniu  spędzonym  w 

dusznym magazynie. 

Otworzył drzwi stalowoszarego mercedesa. 

- Co to? - spytała Eve. 

- Mój samochód. 

- A gdzie kierowca? 

- Chcesz obejrzeć moje prawo jazdy? - Widząc wahanie w jej oczach, uśmiechnął się. 

- Chyba nie boisz się być ze mną sam na sam? 

-  Oczywiście,  że  nie  -  oburzyła  się,  ale  zerknęła  niepewnie  za  siebie.  Parę  metrów 

dalej  stało  dwóch  potężnie  zbudowanych  ochroniarzy.  -  Zresztą  i  tak  nigdy  nie  jesteśmy 

całkiem sami. 

Skierował spojrzenie tam, gdzie ona patrzyła. 

- Niestety - powiedział cicho. 

- Nienawidzisz tej stałej ochrony, prawda? 

Zaskoczyło go, że wyczytała w jego oczach coś, co tak starannie ukrywał. 

-  Jest  konieczna  -  odparł,  zapraszającym  gestem  wskazując  siedzenie.  Kiedy  Eve 

zajęła  miejsce,  zatrzasnął  drzwi  i  okrążył  samochód.  Na  ochroniarzy  nawet  nie  spojrzał.  - 

Zapnij się - mruknął, przekręcając kluczyk w stacyjce. 

-  Co?  A,  chodzi  ci  o  pas?  -  Posłusznie  wykonała  polecenie.  -  Uwielbiam  jazdę  po 

Cordinie. 

Bądź  miła  i  przyjazna,  powtarzała  sobie  w  myślach.  Do  ataku  przystąp,  kiedy  on  się 

tego najmniej będzie spodziewał. 

background image

- To takie cudne miasto. Niska zabudowa, żadnych drapaczy chmur czy wymyślnych 

konstrukcji... 

-  Tak,  nie  przepadamy  za  nowoczesnością.  -  Zatrzymał  się  na  czerwonym  świetle.  - 

Od czasu do czasu jakaś sieć hotelowa stara się o pozwolenie na budowę wielkiego ośrodka 

wypoczynkowego.  Oczywiście,  miałoby  to  niewątpliwe  korzyści:  wzrost  zatrudnienia, 

napływ tury stów... 

- Nie. - Pokręciła głową. - Rozwój turystyki nie jest tego wart. 

- I to mówi córka przedsiębiorcy budowlanego? 

- Tata buduje inne obiekty i w całkiem innych miejscach. Obiekty, które nie szkodzą 

architekturze miasta. Houston... Houston różni się od Cordiny. Jako miasto dopiero się rodzi. 

- U nas w radzie miejskiej są osoby, które uważają, że trzeba iść z duchem czasu. Że 

nie wolno opierać się zmianom. 

- Nie mają racji. Twój ojciec słusznie postępuje, nie zgadzając się na zmiany. A ty co 

zrobisz, gdy przejmiesz władzę? Pozwolisz, żeby w Cordinie wyrosły wieżowce? 

- Nie. - Skręcił w drogę biegnącą wzdłuż morza. 

- Najwyższą budowlą w księstwie jest książęcy pałac.  I tak pozostanie, póki mieszka 

w nim choć jeden Bisset. 

- Przemawia przez ciebie duma? 

- Dziedzictwo. 

-  Jesteśmy  tacy  inni  -  powiedziała  cicho.  -  Tobie  dziedzictwo  kojarzy  się  z 

odpowiedzialnością  i  setkami  lat  tradycji.  Mnie  z  przedsiębiorstwem  mojego  ojca  albo  z 

kryształową misą mojej mamy. Dla większości Amerykanów dziedzictwo to rzecz konkretna, 

namacalna. Z kolei dla ciebie to coś tajemniczego i nieokreślonego, coś,  przed czym nie ma 

ucieczki. 

Przez chwilę milczał, a ona nawet nie zdawała sobie sprawy, jak głęboko poruszyły go 

jej słowa. 

- Rozumiesz to znacznie lepiej, niż sądziłem. 

Odwróciła wzrok. Nie chciała ulegać emocjom. 

- Dlaczego to robisz? 

- Co? 

- Dlaczego wieziesz mnie malowniczą drogą wzdłuż morza? Dlaczego przyszedłeś do 

teatru? Dlaczego mnie pocałowałeś? 

Wypatrywał jakiegoś ustronnego miejsca przy falochronie. 

- To chyba oczywiste - rzekł. - Bo naszła mnie ochota. 

background image

- Nigdy wcześniej cię nie nachodziła. 

-  Kobiety  wcale  nie  są  tak  spostrzegawcze,  za  jakie  się  uważają.  -  Zatrzymawszy 

samochód,  zgasił  silnik,  po  czym  wsunął  kluczyki  do  kieszeni  spodni.  -  Chciałem  cię 

pocałować, odkąd cię tylko zobaczyłem. Przejdziemy się? 

Oszołomiona,  nie  ruszyła  się  z  miejsca.  Aleksander  obszedł  samochód  i  otworzył 

drzwi od strony pasażera. 

- Musisz odpiąć pas. 

- Nieprawda. 

- Inaczej trudno ci będzie wysiąść. 

Odpięła pas i wyskoczyła z auta. 

-  Mówiąc  „nieprawda”,  miałam  na  myśli  to,  co  powiedziałeś.  Podczas  naszego 

pierwszego spotkania w ogóle na mnie nie patrzyłeś. A jeśli już, to z niechęcią. 

- Nie mogłem oderwać od ciebie oczu. - Ujął ją za rękę i ruszył w stronę piaszczystego 

brzegu. - Wolę plażę wieczorem, kiedy turyści wracają do hoteli na kolację. 

- To śmieszne. 

- Ze wolę pustą plażę? - spytał z czarującym uśmiechem. 

- Przestań wszystko przekręcać. - Wyrwała rękę i zwolniła kroku. - Nie wiem, w co się 

ze mną bawisz. 

- A w co chciałabyś się bawić? - Z przyjemnością obserwował jej zmieszanie. 

-  Aleks,  wtedy  przed  laty  wcale  mi  się  nie  przyglądałeś.  Wiem,  bo...  -  Urwała. 

Owszem, wodziła za nim rozmiłowanym wzrokiem, ale przecież nie musiała mu tego mówić. 

- Bo? 

-  Po  prostu  wiem  i  już.  -  Skierowała  się  w  stronę  wody.  -  Nie  rozumiem,  dlaczego 

nagle uznałeś, że jestem wolna i atrakcyjna. 

- Ze jesteś atrakcyjna, wiem od dawna. 

Położył  rękę  na  jej  ramieniu.  Eve  odwróciła  się.  Słonce  chyliło  się  ku  zachodowi, 

powlekając krajobraz ciepłym, złocistym blaskiem. 

- A to, czy jesteś wolna, nie ma znaczenia - kontynuował. - Pragnę cię. I tylko to się 

liczy. 

Skrzyżowała ręce na piersiach. Jej oczy, niebieskie jak morze, ciskały pioruny. 

- A ponieważ jesteś księciem, uważasz, że możesz mieć wszystko, czego zapragniesz? 

Zapomniał o plaży, o zachodzie słońca, o ochroniarzach stojących na chodniku. 

-  Ponieważ  jestem  księciem,  znacznie  trudniej  mi  zaspokoić  moje  pragnienia. 

Zwłaszcza gdy dotyczą one kobiety. 

background image

- W dodatku Amerykanki. - Oddech miała szybki, urywany. O ileż prościej byłoby o 

nic  nie  pytać,  pomyślała.  Nie  pytać,  nie  kwestionować,  nie  roztrząsać,  lecz  przysunąć  się 

bliżej,  przytulić,  pocałować.  -  Amerykanki  zafascynowanej  teatrem,  która  nie  pochodzi  z 

ż

adnej  utytułowanej  rodziny.  Innymi  słowy,  lepiej  byłoby,  żeby  członek  książęcej  rodziny 

miał romans z jakąś europejską arystokratką, prawda? 

- Prawda - przyznał; nie chciał jej oszukiwać. - Wielu przedstawicieli rady oraz wielu 

wysoko  postawionych  urzędników  państwowych  wolałoby,  żebym  związał  się  z  kobietą 

należącą do arystokracji. 

- Oczywiście... Czyli byłoby wskazane, żebym zgodziła się na pokątny romans? 

Uśmiech znikł z jego warg, rysy twarzy stały się napięte, spojrzenie nieprzeniknione. 

- O nic takiego cię nie prosiłem. 

- Ale poprosiłbyś. To tylko kwestia czasu. - Czuła się upokorzona. Tylko dzięki złości, 

jaka  w  niej  narastała,  nie  wybuchnęła  płaczem.  -  Wasza  Wysokość  pozwoli,  że  nie 

skorzystam  z  jego  wspaniałomyślnej  oferty?  Kiedy  kocham  się  z  mężczyzną,  robię  to  bez 

wstydu. Będąc z kimś, nie widzę powodu, żeby ukrywać się przed światem. 

- Mam tego świadomość. 

Zamierzała odejść, ale coś w jego tonie sprawiło, że zawahała się. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Znajomości z moim bratem przed nikim nie ukrywasz - rzekł chłodno. - Bez wstydu 

okazujesz mu uczucie. 

Zamiast skulić się z bólu, z furią przystąpiła do ataku. 

- Więc o to chodzi, tak? O jakąś kretyńską rywalizację? Jakim prawem brat coś może, 

a ja nie? Uznałeś, że nie jesteś gorszy? Że też chcesz spróbować? 

- Licz się ze słowami, Eve. 

-  Szlag  by  cię  trafił,  Aleks!  -  Nie  była  w  stanie  pohamować  złości.  -  Może  jesteś 

arystokratą,  księciem,  władcą,  ale  to  tylko  powłoka.  W  środku  jesteś  takim  samym  durniem 

jak większość mężczyzn. A ja się przed durniami nie tłumaczę. Jeśli chodzi o Bennetta, sporo 

mógłbyś  się  od  niego  nauczyć.  Ma  wielkie  serce  i  autentycznie  kocha  kobiety.  Nie  traktuje 

ich jak przedmiot... 

- Skończyłaś? 

- Skończyłam. 

-  Moje  uczucia  do  ciebie  nie  mają  z  Bennettem  nic  wspólnego.  A  zarazem  są  z  nim 

ś

ciśle powiązane. Odwiozę cię do pałacu. 

Odwrócił  się  na  pięcie  i  ruszył  do  mercedesa.  Dwaj  ochroniarze,  którzy  dyskretnie 

background image

obserwowali scenę na plaży, wsiedli do drugiego samochodu. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Ethel, potrzebna będzie biała halka do „Kotki”. 

Z notatnikiem w ręku przeglądała stroje do czterech przedstawień. 

- W porządku. Biała halka. Rozmiar trzydzieści cztery. 

- Z niezbyt dużym dekoltem. Zależy mi na subtelności. 

- W porządku. Subtelna biała halka. Rozmiar trzydzieści cztery. 

Eve roześmiała się pod nosem. 

-  Pamiętaj,  że  musimy  trzymać  się  ustalonego  budżetu.  Halka  może  więc  być 

nylonowa, byleby wyglądała jak z jedwabiu. 

- Szefowa chce, żebym dokonywała cudów! - Krawcowa wzniosła oczy do nieba. 

-  To  prawda  -  przyznała  Eve.  -  Aha,  marynarki  ojca  trzeba  poszerzyć.  I  wszyć 

poduchy w ramiona. 

Przeżuwając  miętową  gumę,  Ethel  zapisywała  polecenia.  Od  dwudziestu  dwóch  lat 

pracowała  w  teatrze  jako  krawcowa  i  garderobiana.  Gdyby  zaszła  taka  potrzeba,  w  ciągu 

godziny byłaby w stanie uszyć prawie wszystko. 

-  Jeśli  aktorzy  codziennie  będą  jadać  takie  porcje  jak  podczas  wczorajszej  kolacji, 

nikomu nie trzeba będzie wszywać żadnych poduch. 

- Wiem. I zamierzam mieć ich na oku. 

Ethel przesunęła okulary na czubek nosa i popatrzyła na Eve znad oprawek. 

- Ciebie, złotko, też powinno się mieć na oku. Chyba w ogóle nie sypiasz? 

-  Sypiam,  ale  krótko.  -  Krytycznym  wzrokiem  przyjrzała  się  kostiumom  dzieci.  - 

Niewykluczone, że trzeba będzie dokonać tu jakichś drobnych poprawek. Jutro odbywają się 

przesłuchania  do  ról  dwóch  małych  potworów.  Mam  nadzieję,  że  uda  nam  się  znaleźć 

odpowiednich kandydatów. 

-  Mogę  ci  pożyczyć  moją  dwójkę  -  oznajmiła  ze  śmiechem  Gabriella,  wchodząc  do 

garderoby. 

- Brie! Jak to miło, że przyszłaś! - Eve uścisnęła przyjaciółkę. 

-  Chciałam  przyjść  wczoraj,  ale  miałam  cztery  wizyty  u  dentysty,  dwie  wizyty  u 

fryzjera  i  spotkanie  z  członkami  komisji  budżetowej,  którzy  bardzo  nie  lubią  wydawać 

pieniędzy. 

-  Innymi  słowy,  leniłaś  się  cały  dzień.  Przedstawiam  ci  pannę  Ethel  Cohen,  która  za 

pomocą igły i nici potrafi wyczarować prawdziwe cuda. Ethel, poznaj księżniczkę Gabriellę. 

background image

Krawcowa, wyraźnie przejęta, dygnęła niezdarnie. 

Gabriella wyciągnęła na powitanie dłoń. 

- Boże, ile tu kostiumów. - Rozejrzała się po zastawionym wieszakami pomieszczeniu. 

Obok,  na  podłodze  i  stolikach  walały  się  pudła  pełne  butów,  rękawiczek,  apaszek.  -  I  pani 

potrafi się w tym wszystkim połapać? 

- Tak. Mam specjalny system, który  mi pomaga. To znaczy pomaga, dopóki inni nie 

zaczną czegoś dotykać i przekładać. - Zmrużywszy oczy, popatrzyła znacząco na Eve. 

- Ja tylko sprawdzam. Niczego nie dotykam - zaprotestowała Eve. 

- I bardzo dobrze. 

-  Czy  mnie  się  wydawało,  czy  ktoś  tu  mówił,  że  trzeba  mieć  naszą  Eve  na  oku?  - 

spytała Brie. 

- O tak. Wasza Wysokość, zdecydowanie trzeba. Wygląda jak truposz. Chodzi spięta i 

niewyspana. I tylko mi przeszkadza. 

- Widzisz, Brie, jakim szacunkiem mnie tu darzą? 

-  Widzę,  że  panna  Cohen  troszczy  się  o  ciebie.  Eve,  kochanie,  zrób  sobie  przerwę. 

Mam dwadzieścia minut czasu. Napijemy się kawy, pogadamy... 

- Oj, Brie, nie mogę. 

- Księżniczkom się nie odmawia. A dwadzieścia minut cię nie zbawi. 

Eve westchnęła. 

- No dobrze. Ale tylko kwadrans. I u mnie w gabinecie. 

- Świetnie. - Brie objęła przyjaciółkę w pasie i skierowała się do wyjścia. W drzwiach 

obejrzała się przez ramię i mrugnęła do Ethel. Dwadzieścia minut, szepnęła bezgłośnie. 

- Jak to możliwe, że masz wolną chwilę w ciągu dnia? - spytała Eve. 

-  Dopisało  mi  szczęście.  Dzieci  zostały  z  nianią  na  farmie,  Reeve  pojechał  na 

spotkanie  z  ojcem  i  Aleksem,  a  osobę,  z  którą  byłam  umówiona  dziś  po  południu,  powaliła 

grypa. 

- Nie wydajesz się tym faktem zasmucona. 

-  Jestem  wniebowzięta!  Nie  cierpię  siedzieć  przy  stole,  zmuszając  się  do  jedzenia 

jakichś  ohydnych  kanapek,  i  z  kobietą,  która  ma  więcej  zadęcia  niż  wyobraźni  czy  rozumu, 

planować wielką imprezę charytatywną. Mam nadzieję, że grypa potrwa jeszcze z pięć dni i 

ż

e wszystko zdołam zaplanować sama. 

Eve otworzyła drzwi do gabinetu i zapraszającym gestem wskazała przyjaciółce fotel. 

-  Całkiem  tu  miło  -  oceniła  Brie.  -  Ale  przydałyby  się  świeże  kwiaty  i  coś  na  ścianę 

zamiast tego paskudnego malowidła. 

background image

- Nawet go nie zauważam. - Eve włączyła ekspres. 

- Kawa zaraz będzie gotowa. 

Położywszy torebkę na biurku, Brie podeszła do okna. 

- Szkoda, że nie masz ładniejszego widoku. 

- Nie żartuj. W Cordinie nie ma brzydkich widoków. 

-  Wiesz,  Eve,  zajrzałam  na  moment  do  pałacu.  Aleksander  chodzi  z  taką  samą 

zasępioną miną jak ty. 

- Pewnie też ma mnóstwo spraw na głowie - odparła Eve, wyjmując filiżanki. 

-  Nie  wątpię.  Podejrzewam  jednak,  że  trapią  go  nie  tylko  ważne  kwestie  natury 

politycznej. Powiedz: pokłóciliście się? 

- Mieliśmy drobną sprzeczkę. Czarną czy z mlekiem? 

- Czarną. - Wyciągnęła rękę po filiżankę. - Chcesz o tym pogadać? 

- Nie będziesz obiektywna. To twój brat. 

- A ty jesteś moją przyjaciółką. - Brie odstawiła kawę na biurko. - Myślę, że stać mnie 

na bezstronność. Więc co? Bardzo ci się naraził? 

- Bardzo. 

- To w jego stylu. - Brie uśmiechnęła się w duchu. 

- Czasem Aleks bywa koszmarnie irytujący. Co takiego zrobił? 

Eve wypiła kawę do dna, po czym wstała, żeby nalać sobie drugą filiżankę. 

- Pocałował mnie. 

Brie na moment zadumała się. 

- To takie straszne? - spytała wreszcie. 

- Och, przestań, Brie! - fuknęła Eve. - Mówimy o księciu Aleksandrze, następcy tronu. 

A poza tym - dodała, chcąc usprawiedliwić swój wybuch - nie tylko pocałował mnie, ale też 

próbował uwieść! 

-  Muszę  przyznać,  że  zajęło  mu  to  dużo  czasu.  -  Widząc  zdumienie  na  twarzy 

przyjaciółki,  Brie  kontynuowała  pośpiesznie:  -  Może  Aleks  jest  sztywniakiem,  ale  nie  jest 

ś

lepcem czy idiotą. Nie rozumiem twojego zdziwienia. 

- Zdziwienia? Byłam zszokowana! - Eve westchnęła głęboko. - No dobrze, może to za 

dużo powiedziane. Ale na pewno się czegoś takiego nie spodziewałam. 

- Odwzajemniłaś pocałunek? 

Gdyby nie chodziło o Aleksandra, Eve parsknęłaby śmiechem. 

- To nieważne, Brie. 

- Ważne, mała, ważne. Ale oczywiście powinnam pilnować własnego nosa. 

background image

- Niczego takiego nie powiedziałam. 

- Wiem. - Gabriella przysunęła filiżankę do ust. - Jeżeli zwykły pocałunek wzbudza w 

tobie takie emocje, to znaczy, że coś więcej musi się za tym kryć. 

Eve zaczęła krążyć po pokoju. 

- Pocałował mnie wyłącznie z powodu Bennetta. 

- Wybacz, kochanie, ale nie bardzo rozumiem, co ma Bennett do ciebie i Aleksa? 

- To takie typowe - mruknęła pod nosem Eve. Obiecała sobie, że nie będzie myślała o 

tym,  co  zaszło  podczas  wczorajszego  spaceru  po  plaży.  A  przynajmniej  że  nie  będzie  się 

irytować. Obiecanki, cacanki. - Zupełnie jak dziecko, które chce mieć wielką czerwoną piłkę 

tylko dlatego, że kolega ma taką. A ja, cholera, nie jestem żadną piłką. - Odstawiła filiżankę 

na spodek. 

- Nie jestem niczyją własnością. 

Gabriella wolno pokiwała głową. 

- Chyba zaczynam kapować. Przerwij mi, jeśli się mylę. Uważasz, że Aleks próbował 

cię uwieść, bo wydaje mu się, że Bennett już tego dokonał. 

- No właśnie. 

- To absurd. 

- Też tak sądzę. I to samo mu powiedziałam, ale bardziej dosadnie. 

- Nie, nie rozumiesz. Absurdem jest myśleć, że Aleks i Ben z sobą rywalizują. Nigdy 

tego nie robili. 

Nie  na  taką  reakcję  Eve  liczyła.  Wprawdzie  bracia  i  siostry  często  stają  po  tej  samej 

stronie, ale Gabriella była kobietą. Powinna przyjąć kobiecy punkt widzenia. 

- Tak? To dlatego powiedział, że spałam z Benem? 

- Kto? Aleks? 

- Tak. A może myślisz, że kłamię? 

- Nie, kochanie. Ale może ci się coś przywidziało? Może coś niewłaściwie odczytałaś? 

Może... 

-  Niczego  źle  nie  odczytałam  -  przerwała  jej  Eve.  -  Aleks  uważa,  że  Ben  i  ja...  -  Na 

moment zamilkła. - Zresztą może wszyscy tak myślą? 

- Każdy, kto ma oczy, wie, że ciebie i Bena łączy jedynie przyjaźń - powiedziała Brie. 

Kąciki jej ust zadrgały. - Przynajmniej każdy, kto ma dobry wzrok. 

- Wybacz, ale to mnie wcale nie bawi. 

- A ja się cieszę, że Aleks związał się osobą, która kocham i szanuję. 

- Nie związał się. 

background image

- Hm. 

- Przestań z tym „hm”. Przypominasz mi Chris. 

- To dobrze. Jeśli będziesz traktować mnie jak starszą siostrę, może zastosujesz się do 

moich rad. 

Tym razem Eve nie zdołała powstrzymać uśmiechu. 

- Chris pierwsza by ci powiedziała, że rzadko słucham czyichkolwiek rad. 

-  Zrób  dla  mnie  wyjątek.  Bo  ja  naprawdę  wiem,  jak  to  jest  pałać  uczuciem  do 

człowieka, który wydaje się całkiem nieodpowiedni dla ciebie. 

- Nie pałam żadnym uczuciem do Aleksa - oznajmiła wolno Eve. - Ale nawet gdyby, 

to...  on  nie  nadaje  się  dla  mnie,  a  ja  dla  niego.  Mam  pracę,  którą  uwielbiam,  pochodzę  z 

innego  kraju,  lubię  zachowywać  się  naturalnie,  nie  zastanawiając  się,  jak  to  inni  odbiorą. 

Nienawidzę  zakazów  i  nakazów,  czemu  niejednokrotnie  dawałam  wyraz  w  szkole. 

Aleksander  zaś  nie  może  żyć  spontanicznie,  musi  przestrzegać  ustalonych  reguł,  nie  łamać 

wpajanych mu od dzieciństwa zasad... 

- To prawda. - Gabriella skinęła głową. - Twoim argumentom nic nie można zarzucić. 

- Nic? - W głosie Eve zabrzmiała nuta żalu. - No widzisz? 

- Widzę, kochanie. Ze mną było dokładnie tak samo. 

Eve nalała sobie trzecią filiżankę kawy. 

- I co zrobiłaś? 

- Poślubiłam Reeve'a. 

-  No  tak.  -  Eve  przysiadła  na  brzegu  biurka.  -  Innymi  słowy,  świat  należy  do 

odważnych? 

Gabriella odstawiła pustą filiżankę. Zauważyła, że Eve pije już trzecią kawę. Kofeina 

zaś nerwów nie koiła. 

- Kochasz Aleksa? - spytała cicho. 

Tak  łatwo  byłoby  zaprzeczyć.  Uczciwość  wymagała  znacznie  więcej  wysiłku  niż 

kłamstwo. Eve jednak uznała, że Brie zasługuje na prawdę. 

- Staram się o tym nie myśleć. 

-  Albo  kochasz,  albo  nie.  Myślenie  nie  ma  tu  nic  do  rzeczy.  Ale  nie  będę  cię 

zadręczać. 

Eve ujęła przyjaciółkę za rękę. 

- Nie zadręczasz. 

- Bo się powstrzymuję. - Na moment zamilkła. - Eve, pamiętaj o jednym. Każdy kraj 

potrzebuje  silnego,  bezstronnego  władcy.  Aleksa  od  dziecka  uczono,  żeby  nie  okazywał 

background image

emocji. Nie zawsze było mu łatwo. 

- Wiem. - Eve westchnęła ciężko. Bała się zajrzeć w głąb swojej duszy, przekonać się, 

co  w  niej  tkwi.  Bała  się,  że  gdy  raz  otworzy  drzwi,  zaleje  ją  silna  fala  uczuć,  którym  nie 

będzie umiała sprostać.  - Posłuchaj, Brie. Ty i twoja rodzina jesteście mi  bardzo bliscy.  Ale 

nie  mogłabym  się  związać  z  kimś,  kto  na  pierwszym  miejscu  stawia  obowiązki,  honor, 

ojczyznę. Może brzmi to strasznie samolubnie... 

- Wcale nie. To całkiem zrozumiałe. 

- Kochana jesteś. Wiesz, gdyby... 

Nagle zadzwonił telefon. Gabriella wstała. 

- Poczekaj, nie odchodź - poprosiła ją Eve, podnosząc słuchawkę. - Halo? 

- Eve Hamilton? 

- Tak. 

- Jesteś bliską znajomą książęcej rodziny. Jeżeli leży ci na sercu ich dobro, przekaż im 

ostrzeżenie. 

Ten głos, zimny, mechaniczny, bezpłciowy, przejął ją nie mniejszym przerażeniem niż 

słowa, które wypowiedział. 

- Kto dzwoni? 

- Ktoś, kto pragnie sprawiedliwości. A teraz słuchaj. Albo Francois Deboque zostanie 

w  ciągu  czterdziestu  ośmiu  godzin  wypuszczony  z  więzienia,  albo  zginie  jeden  z 

mieszkańców książęcego pałacu. 

Przez  moment  Eve  siedziała  bez  ruchu.  Jeden  z  mieszkańców  pałacu...  To  byli  jej 

przyjaciele,  jej  rodzina!  Ten  drań  kieruje  groźbę  przeciw  konkretnym  ludziom,  w  dodatku 

takim, których ona kocha. Zaciskając rękę na słuchawce, wzięła głęboki oddech. 

- Tylko tchórz ucieka się do szantażu. 

-  To  jest  ostrzeżenie  -  poprawił  ją  głos  -  którego  nie  radzę  lekceważyć.  Więcej 

ostrzeżeń nie będzie. Powtarzam: czterdzieści osiem godzin. 

Połączenie zostało przerwane. 

Wyczuwając strach przyjaciółki, Gabriella objęta ją ramieniem. 

- Co się stało? 

Niepokój wyzierający z oczu Brie sprawił, że Eve wzięła się w garść. 

- Gdzie są twoi ochroniarze? - spytała. 

- Na korytarzu. 

- A samochód? 

- Przed budynkiem. 

background image

- Przyjechałaś z kierowcą? 

- Nie, sama. 

-  Musimy  natychmiast  udać  się  do  pałacu.  Niech  jeden  ochroniarz  jedzie  z  nami. 

Wyjaśnię ci wszystko po drodze. 

W  gabinecie  księcia  Armanda  trzej  mężczyźni  siedzieli  pogrążeni  w  rozmowie.  W 

powietrzu wisiał dym papierosowy; mieszał się z zapachem obitych skórą mebli i stojących w 

wazonach kwiatów. Niekiedy uważa się, że gabinet człowieka odzwierciedla jego osobowość. 

W gabinecie starego księcia wyczuwało się nastrój powagi i dostojeństwa. Decyzje, które tu 

zapadały, musiały być dokładnie przemyślane, podjęte na chłodno, a nie pod wpływem złości 

czy wzburzenia. 

Książę  Armand  z  uwagą  wpatrywał  się  w  swojego  zięcia,  człowieka,  któremu  ufał  i 

którego szanował. Reeve MacGee był przyjacielem, członkiem rodziny oraz - jako że kiedyś 

służył w siłach specjalnych - doradcą w sprawach bezpieczeństwa. 

- Nic więcej nie można zrobić, inaczej pałac zamieni się w twierdzę. 

-  Nie,  na  to  się  nie  zgadzam.  -  Armand  Bisset  przekładał  z  ręki  do  ręki  gładki  biały 

kamień. - A co z ambasadą? 

-  Oczywiście  wzmocniono  środki  bezpieczeństwa.  Ale  moim  zdaniem,  póki  ty  jesteś 

w Cordinie o ambasadę w Paryżu możemy być spokojni. 

Armand  pokiwał  głową.  Wiedział,  że  to  on  był  celem  terrorystów  w  Paryżu  i  teraz 

musi żyć ze świadomością, że inny człowiek zginął zamiast niego. 

- Mów dalej. 

- Więzienie jest silnie strzeżone, ale żadna ilość krat nie przeszkodzi Deboque'owi w 

wydawaniu rozkazów. Rzecz jasna, czytamy jego pocztę, facet jest jednak zbyt inteligentny, 

ż

eby cokolwiek umieszczać na piśmie. A prawa do widzeń nie można mu zabrać. 

-  Czyli  zgadzamy  się,  że  wybuch  w  Paryżu  i  parę  wcześniejszych  incydentów,  na 

szczęście mniej tragicznych w skutkach, to jego robota? 

-  Zdecydowanie  tak.  I  podłożenie  bomby  w  ambasadzie,  i  zuchwała  kradzież 

brylantów  z  muzeum  przed  dwoma  laty.  Zza  więziennych  krat  Deboque  wciąż  kieruje 

przemytem  narkotyków.  Za  trzy  lata  wyjdzie  na  wolność.  A  nawet  dwa,  jeśli  zostanie 

przedterminowo zwolniony. 

- A jeśli udowodnimy, że Seward zginął z jego rozkazu? 

- Wtedy posiedzi dłużej. Ale trudno będzie zdobyć dowody. 

- Rozmawiamy o wzmożonych środkach bezpieczeństwa. O skuteczniejszej ochronie. 

- Aleksander zgniótł w popielniczce papierosa. - Może zamiast się bronić, powinniśmy sami 

background image

przystąpić do działania? 

Armand odłożył biały kamień na biurko. Lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał swojego 

najstarszego potomka; często widział, jak hamuje furię czy tłumi gniew. 

Dumny  był  z  syna,  a  jednocześnie  bardzo  mu  współczuł;  rola  następcy  tronu  nie 

należała do łatwych. 

- Masz jakąś sugestię, Aleks? 

-  Im  dłużej  nic  nie  robimy,  tym  więcej  on  ma  czasu  na  planowanie  kolejnych 

posunięć.  Zgodnie  z  prawem,  mogą  go  odwiedzać  różni  ludzie.  Każdy,  kto  przychodzi  do 

niego  do  więzienia,  jest  z  nim  jakoś  powiązany.  Przypuszczam,  że  Reeve  ma  informacje  o 

wszystkich,  którzy  pojawili  się  u  Deboque'a  w  ciągu  ostatnich  siedmiu  lat.  -  Popatrzył 

pytająco na szwagra; ten skinął głową. 

-  Wiemy,  co  to  za  ludzie  i  czym  się  zajmują.  Może  czas  najwyższy,  żebyśmy  coś  z 

tym zrobili? 

- Robimy. Przyjaciele Deboque'a są pod stałym nadzorem. 

- Nadzór na niewiele się zdaje. Infiltracja, ojcze. To jedyne wyjście. 

-  Aleksander  ma  rację  -  poparł  go  Reeve,  wydmuchując  w  powietrze  kłęby  dymu.  - 

Też  się  nad  tym  zastanawiałem.  Trzeba  znaleźć  odpowiedniego  człowieka,  który  zdobędzie 

zaufanie Deboque'a. Tyle że ta infiltracja może zająć ładnych kilka miesięcy. Ale nieważne. 

Teraz chodzi o to, aby ktoś zeznał pod przysięgą, że Deboque nie tylko o wszystkim wie, ale 

ż

e sam ustala szczegóły i wydaje rozkazy. 

Aleksander nie mógł usiedzieć w miejscu; poderwał się na nogi i zaczął  przemierzać 

gabinet.  Rozum  mówił  mu,  że  Reeve  zna  się  na  swojej  robocie.  Ze  pokonanie  Deboque'a 

będzie wymagało czasu i cierpliwości. 

Ale...  Nie  chciał  czekać.  Pragnął  tego  drania  jak  najszybciej  zniszczyć.  Niestety,  nie 

miał wyjścia. Jak zawsze, racja stanu była ważniejsza od jego marzeń i preferencji. 

- Znasz odpowiedniego człowieka? 

Reeve strząsnął popiół do popielniczki. 

- Muszę się rozejrzeć. Potrzebuję mniej więcej tygodnia. 

- A tymczasem? 

-  Tymczasem  musimy  mieć  oczy  i  uszy  szeroko  otwarte.  Bo  Deboque  na  pewno  nie 

próżnuje. - Mówiąc to, Reeve popatrzył na Armanda. 

Stary książę pokiwał głową. 

- Skontaktuj się z Jermaine w ambasadzie w Paryżu. I porozum z Unnotem w kwestii 

ś

rodków bezpieczeństwa w pałacu. 

background image

- Dobrze. 

- A teraz skończmy wreszcie ten ponury temat. Powiedz mi lepiej, jak się mają moje 

wnuki. 

- Świetnie. Strasznie rozrabiają. Damien powyrywał kwiaty w ogrodzie. 

Książę Armand roześmiał się cicho. 

- Obyśmy nie mieli większych zmartwień. 

Zdziwił  się,  słysząc  głośne  pukanie.  Na  ogół  nikt  im  nie  przerywał,  kiedy  odbywali 

naradę rodzinną. Skinął na Aleksa, by otworzył drzwi. 

Aleksander  natychmiast  zauważył  bladość  powlekającą  twarz  Eve  i  przerażenie 

wyzierające z jej oczu. 

-  Aleks!  -  Padła  mu  w  objęcia.  Dzięki  Bogu,  jest  cały  i  zdrowy.  Ale  strach  wciąż 

ś

ciskał ją za gardło. 

Gabriella położyła rękę na jej ramieniu. 

- Musimy porozmawiać z ojcem - wyjaśniła bratu. 

- Gdzie jest Bennett? 

- W Hawrze. Wraca jutro. 

O  nic  nie  musiał  pytać.  Wystarczyło  spojrzeć  na  kobiety.  Bez  słowa  odsunął  się  na 

bok, aby mogły wejść do środka. 

Eve zapomniała o obowiązującej etykiecie; me witając się, podbiegła do biurka księcia 

Armanda. 

-  Wasza  Wysokość,  parę  minut  temu  odebrałam  w  Centrum  telefon.  W  ciągu 

czterdziestu ośmiu godzin musicie zwolnić Deboque'a z więzienia. 

Książę dźwignął się z fotela. 

- To prośba czy żądanie? 

Zanim Eve zdołała odpowiedzieć, Gabriella ponownie położyła rękę na jej ramieniu. 

-  Ostrzeżenie.  Przekazane  Eve  przez  telefon.  Człowiek,  który  do  niej  zadzwonił, 

powiedział, że jeżeli nie wypuścimy Deboque'a, zginie ktoś z książęcej rodziny. 

Eve nie odrywała oczu od księcia. Nie mogła się nadziwić, że władca Cordiny stoi z 

kamienną miną. Dlaczego się nie boi o siebie, o swoją rodzinę? Po chwili wskazał jej krzesło. 

- Aleksandrze, myślę, że Eve dobrze by zrobił kieliszek koniaku. 

- Oj, Wasza Wysokość, mną się proszę nie przejmować. Mnie nic nie grozi. 

- Usiądź, moje dziecko. Jesteś bardzo blada. 

-  Ale  ja  nie...  -  Urwała.  Starając  się  opanować  zdenerwowanie,  kilkakrotnie  głęboko 

odetchnęła.  -  Wasza  Wysokość,  nie  sądzę,  żeby  to  były  czcze  pogróżki.  Myślę,  że  jeżeli 

background image

Deboque nie zostanie wypuszczony, dojdzie do próby zamachu na kogoś z rodziny Bissetów. 

Aleks  wsunął  jej  do  dłoni  kieliszek.  Podniosła  wzrok  i  na  moment  zapomniała  o 

innych  osobach  w  pokoju.  To  możesz  być  ty!  -  pomyślała  z  przerażeniem.  Gdyby  zginął, 

umarłaby z rozpaczy. 

Uzmysłowiwszy to sobie, poczuła straszliwy ból. Mimo że była blada jak trup, zbladła 

jeszcze  bardziej.  Utkwiła  oczy  w  blacie  biurka.  Kochała  Aleksa,  kochała  go  od  samego 

początku.  Przedtem  jednak  skutecznie  wypierała  ten  fakt  ze  swej  świadomości.  Teraz,  gdy 

groziło  mu  śmiertelne  niebezpieczeństwo,  nie  miała  siły  ani  ochoty  czegokolwiek  dłużej 

ukrywać. 

- Eve? 

Przytknęła palce do skroni; czekała, aż przestanie się jej kręcić w głowie. 

- Przepraszam, zamyśliłam się - rzekła po chwili. 

- Postaraj się przypomnieć sobie jego dokładne słowa. - Głos Reeve'a brzmiał ciepło i 

spokojnie. - Jeśli możesz, opowiedz nam przebieg całej rozmowy. 

- Dobrze. - Upiła niewielki tyk. - Najpierw upewnił się, czy mówi z Eve Hamilton. 

- Jesteś przekonana, że to był mężczyzna? 

Skinęła energicznie głową, po czym zawahała się. 

-  Nie,  właściwie  to  nie.  Głos  wydał  mi  się  dziwny,  jakby  mechaniczny.  W  każdym 

razie rozmówca stwierdził, że wie, że jestem bliską znajomą książęcej rodziny, i chce, żebym 

przekazała  ostrzeżenie.  Albo  Francois  Deboque  zostanie  w  ciągu  czterdziestu  ośmiu  godzin 

wypuszczony,  albo  zginie  jeden  z  mieszkańców  książęcego  pałacu.  Kiedy  spytałam,  kto 

mówi, odparł: „Ktoś, kto pragnie sprawiedliwości”. I dodał, że więcej ostrzeżeń nie będzie. - 

Zacisnęła  gniewnie  wargi,  po  czym  upiła  kolejny  łyk  koniaku.  -  Powiedziałam  mu,  że  tylko 

tchórz ucieka się do szantażu. 

Nie  zauważyła  pochwały  w  spojrzeniu  Aleksandra.  Trzymał  rękę  na  oparciu  jej 

krzesła, leciutko gładząc ją po włosach; chociaż nie czuła jego dotyku, ogarnął ją spokój. 

-  Jaki  miał  akcent?  -  spytał  Reeve.  -  Nie  wiesz,  czy  był  Amerykaninem?  Czy  może 

pochodził z Europy? 

Zacisnąwszy powieki, usiłowała się skupić. 

- Mówił bez obcego akcentu. Wolno. Dość płaskim, metalicznym głosem. 

- Czy dzwonił przez centralę? 

- Nie mam pojęcia - odparła. 

- Sprawdzimy. Skoro raz się Eve posłużył, może to zrobić ponownie. Trzeba założyć 

podsłuch w jej gabinecie i przydzielić jej ochronę. 

background image

- Po co? - oburzyła się. - Mnie mc nie grozi. To o Waszą Wysokość się boję. O całą 

rodzinę. Chciałaby m pomóc... 

Książę Armand obszedł biurko i położywszy ręce na ramionach Eve, pocałował ją w 

oba policzki. 

- Twoja troska wzrusza mnie, moje dziecko. Pozwól mi jednak odwzajemnić się tym 

samym. 

-  Jeżeli  przydzielenie  mi  ochrony  sprawi,  że  książę  będzie  spokojniejszy,  to 

oczywiście zgadzam się. 

Stary książę uśmiechnął się pod nosem. Eve Hamilton nie była głupia ani tchórzliwa; 

była tak samo silna, uparta i nieustraszona jak jego własne dzieci. 

- Dziękuję. 

Jeśli wyczuła lekką ironię w jego głosie, nic dała tego po sobie poznać. 

- Co Wasza Wysokość zrobi? - spytała. 

- To, co należy. 

- Deboque pozostanie za kratkami? 

- Absolutnie. 

Tego  się  spodziewała.  Uleganie  szantażowi  nie  powstrzymuje  szantażysty  przed 

kolejnymi żądaniami. 

-  Ale...  -  Powiodła  wzrokiem  po  twarzach  osób  zebranych  w  gabinecie  księcia.  - 

Będziecie na siebie uważać? Podejmiecie jakieś dodatkowe środki ostrożności? 

Przez moment nie spuszczała oczu z Aleksandra. A on miał wrażenie, że widzi w jej 

spojrzeniu  coś  więcej  niż  zwykłą  troskę.  Pragnął  zapomnieć  o  bożym  świecie,  o  groźbach  i 

szantażu,  porwać  ją  w  ramiona,  przytulić,  rozkoszować  jej  ciepłem.  Ale  nie  ruszył  się  z 

miejsca. 

- Nie po raz pierwszy, i zapewne nie po raz ostatni grożono naszej rodzinie. 

Eve odwróciła się do Brie, jakby szukała u niej wsparcia. 

- Gabriello... 

-  To  prawda,  Eve.  Nie  możemy  ulegać  groźbom.  Ciąży  na  nas  odpowiedzialność  za 

kraj, za jego obywateli. 

- Zrozum, petite. - Stary książę ujął ją za ręce. - Mury pałacu są po to, żeby ich bronić, 

a nie po to, żeby się za nimi chować. 

- Ależ Wasza Wysokość nie może żyć tak, jakby nic się nie stało. Jakby nie było tego 

telefonu z ostrzeżeniem. 

-  Uczynimy  co  w  naszej  mocy,  aby  zapewnić  sobie  bezpieczeństwo  -  rzekł 

background image

stanowczym tonem książę Armand. - Nie zamierzam niepotrzebnie narażać siebie ani moich 

bliskich. 

Stanowili  jedność.  Armand,  Aleksander,  Gabriella.  Nawet  Reeve  popierał  we 

wszystkim  księcia.  Eve  pomyślała  o  Benie,  wesołym  i  beztroskim.  Wiedziała,  że  on  też 

sprzeciwiłby się uwolnieniu Deboque'a. 

- A więc życie toczy się dalej? 

-  Tak,  kochanie.  -  Armand  pocałował  jej  dłoń.  - Traktuję  cię  jak  córkę.  Jako  ojciec  i 

przyjaciel proszę cię, abyś mi zaufała. 

- Dobrze. Pod warunkiem, że wolno mi będzie martwić się o was. 

- Masz moje pozwolenie. 

Nic więcej nie mogła zrobić, do niczego nie mogła Bissetów zmusić. Owszem, darzyli 

j ą przy jaźni ą, traktowali jak członka rodziny, ale nie była z nimi spokrewniona. 

- Muszę wrócić do teatru. - Podniósłszy torebkę, popatrzyła na Reeve'a. - Opiekuj się 

nimi. 

Dygnęła, po czym pośpiesznie opuściła gabinet. Była prawie na parterze, kiedy nagle 

uświadomiła sobie, że nie ma samochodu. Zacisnęła dłoń w pięść. Miała ochotę się rozpłakać. 

Zwolniwszy  kroku,  wzięła  trzy  głębokie  oddechy.  Niewiele  pomogły.  Po  chwili  uznała,  że 

nadmiar energii spożytkuje na spacer. Przejdzie do teatru na piechotę. 

- Eve. Przecież nie masz czym jechać. 

Obejrzała  się  za  siebie.  Stała  na  najniższym  stopniu,  Aleksander  na  półpiętrze. 

Emanowała z niego siła, pewność siebie. Wyglądał jak wojownik, który chętniej przystępuje 

do ataku niż obrony; jak król, który prędzej karze niż wybacza; jak mężczyzna, który raczej 

żą

da niż prosi. 

Obserwując  go,  jak  schodzi  na  dół,  jak  z  każdym  krokiem  się  do  niej  przybliża, 

zrozumiała, że tego mu zazdrości. Tej siły, opanowania, może nawet arogancji. 

- Nie chcę, żeby cokolwiek złego cię spotkało. - Słowa same wymknęły się jej z ust. 

Nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy,  jakie  wywarły  na  nim  wrażenie. Jej  obawy,  strach, 

troska były jak ciepła pierzyna chroniąca ciało przed zmarznięciem. 

- To ojciec pozwolił ci się o nas martwić. Nie ja. 

Ogień w jej oczach zamienił się w lód. 

- W takim razie rób, co chcesz. Daj się zabić, jeśli ci na tym zależy. 

- Potrafisz w ciągu sekundy z cukiereczka przeobrazić się w zołzę. Ale na tym polega 

twój urok. 

- Idź do diabła. 

background image

-  Zrozum,  nie  chcę  twojej  troski  ani  współczucia  -  szepnął,  jeszcze  bardziej 

zmniejszając dzielący ich dystans. - Chcę czegoś więcej. 

- Ode mnie? Nie dostaniesz. - Stała wciśnięta pomiędzy Aleksa a poręcz schodów. 

- Dostanę. - Ujął w dłonie jej twarz. Właśnie to mu było potrzebne: od czasu do czasu 

dotknąć  Eve,  podrażnić  się  z  nią,  rzucić  jej  wyzwanie,  nie  myśleć  o  świecie,  który  istnieje 

poza murami pałacu. - Twoje oczy i usta nie zawsze mówią to samo. 

Czyżby  tak  łatwo  było  ją  rozszyfrować? Sama  do  końca  nie  rozumiała  tego,  co  się  z 

nią dzieje. Postanowiła się bronić. 

- Zapomniałeś o Bennetcie? 

Opuścił ręce, a po chwili zacisnął palce na jej ramieniu. 

-  A  ty?  Pamiętałaś  o  nim,  kiedy  trzymałem  cię  w  objęciach?  Nie.  I  nie  będziesz 

pamiętała, kiedy pójdziesz ze mną do łóżka. 

Jakoś  podświadomie  czuła,  że  w  łóżku  Aleksa  mogłaby  znaleźć  wszystko,  czego 

kiedykolwiek pragnęła. Ale nie zamierzała mu ulegać. 

-  Nie  pójdę,  Aleks.  -  Oswobodziła  ramię  z  jego  uścisku.  -  Tobie  nie  zależy  na  mnie, 

tobie zależy na uwiedzeniu kochanki brata. - Głos jej drżał, ale mówiła dalej: - W historii, w 

legendach i w literaturze znane są takie przypadki, ale na ogół wszystkie się źle kończą. 

Zabolały  go  jej  słowa.  Z  coraz  większym  trudem  przychodziło  mu  tłumienie  złości. 

Eve Hamilton jest silnym i krnąbrnym przeciwnikiem. 

- Ale ty mnie pragniesz - oznajmił cicho. - Widzę to. Czuję to. 

-  Owszem  -  potwierdziła.  Wpatrywała  się  w  niego  z  wyzwaniem  w  oczach.  -  Ale 

podobnie jak ty, na pierwszym miejscu stawiam obowiązek, honor i odpowiedzialność, a na 

drugim  własne  chęci  i  marzenia.  Może  któregoś  dnia  przyjdziesz  do  mnie  jako  zwykły 

mężczyzna, a nie władca. Może usłyszę, czego pragniesz z głębi serca, a nie czego żądasz. - 

Odwróciwszy  się,  ruszyła  w  stronę  drzwi.  -  Za  propozycję  podwiezienia  mnie  do  teatru 

dziękuję, ale nie skorzystam. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Szlag by ją trafił! - pomyślał Aleksander nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich dwóch 

dni. Przez nią czuł się jak kretyn. Ba, zachowywał się jak kretyn. 

Zawsze  pogardzał  mężczyznami,  którzy  wykorzystywali  swoją  siłę  fizyczną,  aby 

zastraszyć kobietę lub zmusić ją do uległości. Jego zdaniem świadczyło to o braku inteligencji 

i podłym charakterze. A teraz sam tak postępuje. Nie do wiary! Ta kobieta sprawia, że on robi 

to, przeciwko czemu wewnętrznie się buntuje. 

Czy  kiedykolwiek  wcześniej  tak  się  zachowywał?  Nie.  Czy  kiedykolwiek  wcześniej 

korciło  go,  aby  zaciągnąć  kobietę  do  łóżka,  nie  bacząc  na  jej  zgodę  lub  sprzeciw?  Nie.  Czy 

kiedykolwiek  tak  bardzo  którejś  pragnął,  że  nie  był  w  stanie  na  niczym  innym  się  skupić? 

Nie. 

Wszystko zaczęło się od Eve. A zatem ona za wszystko ponosi winę. 

Ponieważ  jednak  był  człowiekiem  logicznie  myślącym,  widział  błąd  w  swoim 

rozumowaniu.  Eve  nie  wykręca  mu  ręki,  do  niczego  go  nie  zmusza.  Czyli  jednak  wina 

spoczywa na nim. 

Szlag by ją trafił! 

Widząc  ironiczny  uśmiech  na  twarzy  swego  pana,  Gilchrist,  wieloletni  lokaj 

Aleksandra,  odetchnął  z  ulgą.  W  trakcie  dziesięciu  lat  służby  w  pałacu  nauczył  się,  kiedy 

może mówić, a kiedy powinien milczeć. Teraz postanowił przemówić. 

-  Jeśli  wolno  mi  coś  powiedzieć...  Od  pewnego  czasu  źle  się  Wasza  Wysokość 

odżywia. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie prosić krawca o zwężenie ubrań. 

Aleksander  chciał  zbyć  tę  uwagę  wzruszeniem  ramion,  ale  zawahał  się.  Po  chwili 

wsunął kciuk za pasek od spodni. Faktycznie, miał tam sporo luzu. 

Psiakrew! Wszystko przez tę babę! 

W porządku, koniec, obiecał sobie. Nie da się zwariować. 

-  Postaram  się  coś  z  tym  zrobić,  Gilchrist.  Nie  możemy  przysparzać  krawcowi 

dodatkowej roboty, prawda? 

- Mnie chodzi o zdrowie Waszej Wysokości, a nie o rozmiar jego ubrań. 

- Wiem, wiem - rzekł książę, po czym słysząc pukanie, skinął na lokaja, aby otworzył 

drzwi. 

W  progu  stanął  Henri  Blachami,  który  od  dwudziestu  lat  wiernie  służył  książęcej 

rodzinie; od ośmiu lat pełnił funkcję osobistego sekretarza następcy tronu, wcześniej zaś był 

background image

sekretarzem księcia Armanda. 

- Bonjour, Henri. Powiedz mi, proszę, co mnie jutro czeka. 

- Niestety, Wasza Wysokość, dzień dość pracowity. 

Aleksander  wiedział,  że  staruszek  będzie  stał,  dopóki  on  pierwszy  nie  spocznie. 

Przysiadł więc na oparciu fotela. 

-  Usiądź,  Henri.  Ten  terminarz,  który  trzymasz  w  ręku  pewnie  waży  z  tonę  -  Henri 

posłusznie  zajął  miejsce,  przez  chwilę  wiercił  się,  jakby  mościł  sobie  gniazdo,  po  czym  z 

kieszeni kamizelki wydobył nieduże okulary i przystąpił do rytuału nasadzania ich na nos. To 

podsuwał  je  wyżej,  to  zsuwał  niżej,  a  wszystko  razem  trwało  bez  końca.  Gdyby  robił  to 

ktokolwiek  inny,  Aleksander  dawno  straciłby  cierpliwość,  ale  staruszka  darzył  autentyczną 

sympatią.  Ich  znajomość  zaczęła  się  dwadzieścia  lat  temu,  kiedy  Henri,  wiedząc  o  długim 

wykładzie, jakiego młody książę musiał wysłuchać na temat zasad dobrego wychowania, dał 

mu na pocieszenie kawałek czekolady. 

-  Wasza  Wysokość  pamięta,  oczywiście,  o  dzisiejszej  kolacji  u  państwa  Cabotów? 

Atrakcją wieczoru będzie występ mademoiselle Cabot, która zagra na fortepianie. 

- Dość wątpliwa to atrakcja, Henri. 

- Jak Wasza Wysokość uważa. - Oczy staruszka zalśniły wesoło, ale jego głos pozostał 

neutralny.  -  Wśród  zaproszonych  gości  będzie  członek  rady,  monsieur  Trouchet. 

Przypuszczalnie zechce omówić z Waszą Wysokością projekt nowej ustawy zdrowotnej. 

- Dzięki za ostrzeżenie, Henn. 

Aleks  zastanawiał  się,  czy  zdoła  wytrzymać  na  przyjęciu  i  nie  umrzeć  z  nudów. 

Podejrzewał,  że  czcigodna  madame  Cabot  posadzi  go  pomiędzy  sobą  a  swoją  szkaradną, 

mówiącą piskliwym głosem niezamężną córką. 

Wiele by dał, aby móc zostać w domu, a wieczorem, w blasku księżyca, przejść się po 

ogrodzie. Z Eve, która pachniałaby piękniej niż porastające ogród kwiaty. Której skóra byłaby 

bardziej  jedwabista  od  płatków  jaśminu.  Która  patrzyłaby  na  niego  swoimi  wielkimi, 

niebieskimi oczami, kusiła go spojrzeniem, uśmiechem, szeptem. Która powoli wyciągnęłaby 

ręce i zarzuciła mu je na szyję. Która... 

Szlag by ją trafił! 

- A jutro? Co mnie czeka? - Aleksander wstał z fotela i podszedłszy do  okna, utkwił 

wzrok w rozciągającej się za ogrodem gładkiej tafli morza. 

Henri natychmiast poderwał się na nogi. 

-  O  ósmej  Wasza  Wysokość  zje  śniadanie  z  prezesem  firmy  spedycyjnej  Dynab 

Shipping - powiedział, zerkając do terminarza. - O dziesiątej piętnaście pojawi się na otwarciu 

background image

Muzeum  Morskiego  w  Hawrze.  O  wpół  do  drugiej  wygłosi  krótkie  przemówienie  podczas 

uroczystego  lunchu,  z  którego  dochód  będzie  przeznaczony  na  szpital  St.  Alban.  O  trzeciej 

czterdzieści pięć... 

Aleksander westchnął; resztę jutrzejszych planów puścił mimo uszu. Przynajmniej jest 

u  siebie,  w  Cordinie,  pocieszał  się.  Zimą  wyruszy  z  oficjalną  wizytą  do  kilku  państw 

europejskich; już teraz czynione są przygotowania. 

Kiedyś  odwiedzi  wrzosowiska  w  Kornwalii  i  winnice  we  Francji  niejako 

przedstawiciel Cordiny, lecz jako zwykły turysta. Kiedyś obejrzy zabytki oraz porozmawia z 

ludźmi o ich życiu i marzeniach - on, Aleks, a nie Aleksander Bisset, następca tronu. Kiedyś 

to zrobi. Ale nie dziś i nie jutro. 

- Dziękuję, Henri - rzekł i, niezadowolony, zaklął cicho. Henri w niczym nie zawinił. 

Wina  leży  wyłącznie  po  jego,  Aleksa,  stronie.  Gdyby  nagle  nie  ogarnęło  go  to  dziwne 

pragnienie wolności... 

Odwrócił  się  od  okna  i  z  uśmiechem  popatrzył,  jak  starzec  zdejmuje  okulary,  a 

zdejmował je z równym namaszczeniem, jak wkładał. 

- Powiedz, Henri, jak się miewa twoja najmłodsza wnuczka? 

-  Dobrze,  Wasza  Wysokość.  Urocze  z  niej  stworzenie!  -  W  głosie  staruszka 

pobrzmiewała duma. 

- Niech no sobie przypomnę... Pewnie ma ze trzy miesiące, prawda? 

- Tak. Jutro będzie równe trzy. - Radość rozjaśniła twarz Henriego. 

Aleksander wiedział, że takie drobne rzeczy - pytanie o zdrowie, prośba o przekazania 

pozdrowień - często sprawiały ludziom największą przyjemność. 

-  Podejrzewam,  że  nosisz  przy  sobie  zdjęcie...  Annabella,  tak?  Zdjęcie  małej 

Annabelli? 

- Oczywiście, Wasza Wysokość. 

Starzec,  rumieniąc  się  jak  panna,  z  kieszeni  na  piersi  wyciągnął  portfel.  Po  chwili 

podał  Aleksowi  zdjęcie  łysej,  pyzatej  dziewczynki.  Nie  była  pięknością,  ale  na  widok  jej 

wytrzeszczonych oczu i bezzębnego uśmiechu Aleksandrowi zrobiło się wesoło. 

-  Jesteś  prawdziwym  szczęściarzem,  Henn.  Nie  każdy  może  pochwalić  się  tak 

wspaniałą wnuczką. 

- Dziękuję, Wasza Wysokość. A ta koronkowa sukienka, którą Annabella ma na sobie, 

to prezent od księżniczki Gabrielu; przedtem należała do młodej księżniczki Louisy. 

-  Aż  dziw,  że  przetrwała.  Louisa  wszystko  potrafi  zniszczyć  -  powiedział  Aleks, 

wzruszony  gestem  siostry.  -  Przekaż  swojej  rodzinie  najlepsze  życzenia  ode  mnie,  dobrze, 

background image

Henri? 

-  Nie  omieszkam,  Wasza  Wysokość.  A  na  razie  wszyscy  z  niecierpliwością 

oczekujemy, kiedy Wasza Wysokość podaruje Cordinie potomka. To będzie wielki dzień. 

Aleksander  oddał  starcowi  zdjęcie  wnuczki  i  zadumał  się.  Tak,  naród  czeka  na 

potomka. Jego syn, od dnia narodzin, będzie następcą tronu, przyszłym władcą Cordiny. Tego 

nic  nie  zmieni.  Matka  dziecka  -  lub  dzieci  -  musiałaby  zaakceptować  reguły,  które  zostały 

ustalone przed wiekami. Od swojej żony on, Aleksander, wymagałby nie mniej niż od siebie. 

Gdyby  się  pomylił,  dokonał  niewłaściwego  wyboru,  cierpiałby  do  końca  życia.  Albowiem 

jako władca Cordiny nie mógłby wziąć rozwodu. 

W  wieku  trzydziestu  lat  Aleksander  był  najstarszym  nieżonatym  następcą  tronu  w 

historii  Cordiny,  o  którym  to  fakcie  dziennikarze  bez  przerwy  mu  przypominali.  Jednakże 

małżeństwo nigdy go dotąd nie kusiło. 

Henri chrząknął, chcąc przywołać swego pana do rzeczywistości. 

- O wpół do szóstej przychodzi trener szermierki. 

A kolacja u Cabotów zaczyna się o wpół do dziewiątej. 

- Nie zapomnę. 

Dziesięć  minut  później zszedł z  góry  ubrany  w  białe  spodnie  i  białą  bluzę.  Napięcie, 

które  towarzyszyło  mu  od  kilku  dni,  nie  chciało  zelżeć.  Nie  pomagały  żadne  argumenty  ani 

wywody,  którymi  usiłował  przekonać  samego  siebie.  Toczyła  się  w  nim  zacięta  walka  - 

obowiązek kontra przyjemność, odpowiedzialność kontra pokusa. 

Był na parterze, kiedy drzwi wejściowe otworzyły się. Stanął w pół kroku, pewien, że 

za moment ujrzy Eve. Zamiast niej ujrzał młodą zgrabną dziewczynę o burzy rudych włosów, 

trzymającą pod rękę Bennetta. 

-  Nawet  nie  wiesz,  jaka  to  dla  mnie  frajda!  -  szczebiotała  podniecona.  -  Książęcy 

pałac! 

Aleks z miejsca rozpoznał jedną z aktorek. 

- Jesteś pewien, że nam wolno? 

-  Ależ,  kotku,  ja  tu  mieszkam  -  stwierdził  z  rozbawieniem  Bennett,  głaszcząc  swoją 

nową przyjaciółkę po ramieniu. 

-  No  tak,  faktycznie.  -  Roześmiała  się  nerwowo.  -  Ciągle  zapominam,  że  jesteś 

księciem. 

-  To  dobrze.  Nawet  wolę,  żebyś  myślała  o  mnie  jak  o  normalnym...  Cześć,  Aleks.  - 

Bennett odsunął się od kobiety i wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiech. - Znasz Doreen? 

Eve przyjęła ją do zespołu tuż przed samym wyjazdem ze Stanów. 

background image

- Tak. Poznaliśmy się na przyjęciu w zeszłym tygodniu. Miło mi panią znów widzieć. 

- Mnie pana też, Wasza Wysokość. 

Zgodnie z panującym zwyczajem, dygnęła. A Bennettowi przemknęło przez myśl, że 

w Aleksie jego czarująca przyjaciółka natychmiast wyczuła księcia. 

-  Pański  brat,  to  znaczy  książę  Bennett,  obiecał  pokazać  mi  pałac.  -  Posłała 

Bennettowi płomienne spojrzenie. 

-  To  wspaniale  -  rzekł  Aleks.  Oczywiście  nikt  poza  Benem  nie  umiałby  wychwycić 

ironii w jego głosie. 

- Może zechciałaby pani najpierw zwiedzić salon? - Nie zważając na zdumioną minę 

brata,  wziął  aktorkę  pod  rękę.  -  Jest  ciekawie  urządzony,  wiele  mebli  pochodzi  z 

siedemnastego wieku... Nie będzie się pani nudziła, prawda? Ben zaraz do pani dołączy, tylko 

zamienię z nim słowo. 

- Ależ proszę się nie spieszyć. Wasza Wysokość. 

Przystanąwszy  w  progu,  Doreen  rozejrzała  się  po  salonie,  po  czym  ruszyła  w  stronę 

kominka,  nad  którym  stały  piękne  ceramiczne  naczynia  ze  słynnej  angielskiej  manufaktury 

Wedgwooda. 

-  Bardzo  sprytnie  -  powiedział  Bennett,  patrząc  na  brata.  -  A  teraz  wyjaśnij,  cóż 

takiego  chciałeś  mi  zakomunikować?  -  I  nagle  przestraszył  go  grymas,  który  pojawił  się  na 

twarzy Aleksandra. - Mów! Co się stało? Ojciec...? 

-  Nie.  -  Kiedy  indziej  Aleks  starałby  się  zapewnić  brata,  że  ojcu  nic  nie  dolega,  tym 

razem jednak co innego zaprzątało jego uwagę. - Jak mogłeś ją tu przyprowadzić? 

-  Co?  -  Bennett  odetchnął  z  ulgą;  przez  chwilę  stał  skonfundowany,  po  czym  ryknął 

głośnym, zaraźliwym śmiechem. - Chodzi ci o Doreen? Aleks, przyrzekam ci, że nie uwiodę 

jej w galerii portretów. 

- To uwiedziesz gdzie indziej. Przy pierwszej okazji, jaka się nadarzy. 

Bennett  spoważniał.  Tolerował  bzdury  wypisywane  przez  dziennikarzy.  Gotów  był 

przyznać,  że  swoim  zachowaniem  może  faktycznie  zasłużył  na  tytuł,  jakim  go  ochrzcili: 

Książę Playboy. Ale nie zamierzał tolerować uwag Aleksa na temat tego, z kim się spotyka. 

-  Kiedy,  gdzie  i  kogo  uwodzę  to  wyłącznie  moja  sprawa,  Aleks.  W  przyszłości 

będziesz rządził krajem, ale mną nie będziesz ani w przyszłości, ani teraz. 

- Nie interesuje mnie, z kim się zadajesz - rzekł z ledwo tłumioną wściekłością starszy 

z braci. - Jeśli chcesz, możesz nawet zalecać się do pokojówki, bylebyś to robił dyskretnie. 

Bennett nie odpowiedział. 

- Nic cię nie obchodzą jej uczucia? - kontynuował Aleks. - Naprawdę musisz zabawiać 

background image

się z inną tuż pod jej nosem? W dodatku z jedną z jej aktorek? Nie sądziłem, że potrafisz być 

okrutny, Bennett. Bezczelny? Owszem. Nierozważny? Tak. Ale okrutny? 

-  Poczekaj.  -  Bennett  potarł  ręką  twarz,  po  czym  przeczesał  włosy.  -  Czegoś  tu  nie 

rozumiem.  Mówisz  o  Eve?  Uważasz,  że  będzie  niepocieszona,  bo...  bo  flirtuję  z  jej 

pracownicą? 

Mając  najpiękniejszy  brylant,  człowiek  nie  powinien  rozglądać  się  za  pospolitym 

agatem, pomyślał Aleks. 

-  Nie  mógłbyś  przynajmniej  dochować  jej  wierności,  póki  mieszka  pod  naszym 

dachem? 

- Wierności? - Bennett potrząsnął głową. - Pogubiłem się. Komu mam być wiemy? Bo 

chyba...  -  Nagle  urwał.  Zrozumiał,  dlaczego  brat  się  go  czepia.  Po  chwili  nie  wytrzymał  i 

ryknął  tubalnym  śmiechem.  -  Myślisz,  że  ja  i  Eve...  -  Rechocząc  wesoło,  oparł  się  o 

trzystupięćdziesięcioletnią  rzeźbioną  balustradę  zakończoną  gałką  w  kształcie  kociego  łba.  - 

Nie do wiary! Oj, braciszku, kto jak kto, ale ty powinieneś być mądrzejszy i nie wierzyć w te 

wszystkie bzdury, jakie wypisują brukowce. 

Aleksander stał bez ruchu, z trudem panując nad wściekłością. 

- Mam oczy - oznajmił chłodno. - Wierzę w to, co sam widzę. 

-  Masz  kiepski  wzrok,  ot  co.  Naprawdę  myślisz,  że...  jak  by  to  ująć?  -  Bennett 

ponownie potarł twarz, ale uśmiechu nie zdołał wymazać. - Że między mną a Eve doszło do 

zbliżenia? 

- Więc twierdzisz, że nie jesteście kochankami? 

- Kochankami? Dobry Boże! Nigdy w życiu jej nie dotknąłem. Jakżebym mógł? - W 

jego głosie pobrzmiewało autentyczne zdumienie. - Ona niemal należy do rodziny. Traktuję ją 

jak siostrę. 

Aleks poczuł, jak wstępuje w niego nadzieja. 

-  Ale  widziałem,  jak  spacerowaliście  razem  po  ogrodzie  i  szeptaliście  sobie  coś  do 

ucha. 

Wtem Bennett doznał olśnienia i uśmiech znikł z jego twarzy. Zrozumiał bowiem, co 

się stało. Aleksander zakochał się w Eve i cierpiał, ponieważ chciał być lojalny wobec brata. 

- Eve jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. 

To  wszystko,  Aleks.  -  Podszedł  krok  bliżej.  Zastanawiał  się,  od  jak  dawna  jego 

dumny, uparty brat przeżywa katusze. - Gdybyś wcześniej mnie spytał, powiedziałbym ci. 

Aleks westchnął. Napięcie powoli go opuszczało. 

- Może ty traktujesz ją jak siostrę - rzekł. - Ale skąd wiesz, że ona ciebie nie kocha? 

background image

Uśmiech ponownie zawitał na twarzy Bennetta. 

- Bo wiem. Akurat na kobietach to ja się znam. Ale jeśli mi nie wierzysz, porozmawiaj 

z Eve. 

- Rozmawiałem. I nie zaprzeczyła. 

- Chciała zrobić ci na złość. Pewnie nie spodobał się jej twój ton albo sposób, w jaki 

zadałeś pytanie. 

Aleks przypomniał sobie tamtą scenę, swoje wymówki, pretensje, gniew. Nie, Eve nie 

zaprzeczyła. Ale i nie potwierdziła; pozwoliła mu wyciągnąć błędne wnioski. Czy mógł ją o 

to winić? 

Spoglądając  na  brata,  domyślił  się,  że  Ben  odgadł  jego  tajemnicę.  W  młodości 

mnóstwo  ich  łączyło:  poczucie  humoru,  gust,  upodobania.  Na  szczęście  nie  musieli 

konkurować o kobiety; każdemu podobały się inne. 

- Jak możesz jej nie pragnąć? 

Bennett  słuchał  z  niedowierzaniem.  Nareszcie  komuś  udało  się  przebić  twardy 

pancerz, za którym Aleks się chował. 

- Pragnąłem. Na samym początku. Kiedy ją pierwszy raz ujrzałem, pomyślałem sobie, 

ż

e w życiu nie widziałem tak urodziwego stworzenia. Tylko nie wyzywaj mnie na pojedynek 

- dodał ze Śmiechem, widząc, jak Aleks mruży oczy. - Zresztą, gdybyś wyzwał, wybór broni 

należałby do mnie. A jestem lepszym strzelcem od ciebie. 

- Dlaczego cię to tak bawi? 

- Bo cię kocham, braciszku. I rzadko się zdarza, żebym widział cię zachowującego się 

zwyczajnie, jak normalny facet. Myślę, że ta odrobina zazdrości dobrze ci zrobi. 

-  Nie  jestem  zazdrosny  -  oznajmił  z  irytacją  następca  tronu.  -  Po  prostu  od  paru 

miesięcy źle sypiam. 

- Bardzo dobrze ci zrobi - kontynuował Bennett, jakby nie słyszał wtrętu Aleksa. - Ale 

ż

eby dokończyć temat Eve, przyznam ci się, że owszem, wpadła mi w oko, ja jej chyba też, 

ale zanim do czegokolwiek między nami doszło, wylądowałem w szpitalu. Odwiedzała mnie 

codziennie. 

- Pamiętam. 

- Krzątała się wokół mnie, poprawiała mi poduszki, gderała mi nad głową, pilnowała, 

ż

ebym  jadł  te  ohydne  papki,  którymi  mnie  karmiono.  Wzajemna  fascynacja  minęła.  Kiedy 

wyzdrowiałem, byliśmy już kumplami. I tak zostało do dziś. - Ze stojącego nieopodal wazonu 

Bennett wyjął różę, zamierzając podarować ją Doreen. 

-  Jeśli  nie  masz  więcej  pytań,  pozwolisz,  że  cię  opuszczę?  W  salonie  czeka  na  mnie 

background image

dziewczę  o  nogach  do  szyi.  -  Ruszył  przed  siebie  żwawym  krokiem,  ale  przystanął,  zanim 

doszedł  do  drzwi.  -  Chociaż  wiem,  że  ich  nie  cierpisz,  to  jednak  dam  ci  dobrą  radę.  Jeżeli 

zależy  ci  na  Eve,  bądź  szczery  i  bezpośredni.  Ona  nie  lubi  żadnych  gierek,  podchodów, 

flirtów. 

Jeśli ktokolwiek znał się na kobietach, rozumiał ich psychikę, wiedział, jak działa ich 

umysł, był to Bennett. Po raz pierwszy od początku rozmowy Aleksander uśmiechnął się. 

- Postaram się to zapamiętać. 

Po  chwili  Bennett  znikł za  drzwiami  salonu;  sekundę  później  rozległ  się  tam  perlisty 

ś

miech.  Aleks  zadumał  się,  próbując  uporządkować  sobie  wszystko  w  głowie.  A  zatem  Eve 

nie  jest  kochanką  Bena.  I  nigdy  nią  nie  była.  Łączy  ich  przyjaźń.  Doskonale.  Mógł  więc  z 

czystym sumieniem przystąpić do działania. 

Miała za sobą koszmarny dzień. Zmęczona, wściekła na cały świat, weszła do pałacu 

wschodnim  wejściem.  Tylko  rodzina  i  przyjaciele  używali  bocznego  wejścia  od  strony 

ogrodu.  Zazwyczaj  wchodziła  głównymi  drzwiami,  ale  dziś  chciała  być  sama;  nie  miała 

ochoty z nikim rozmawiać, nikogo widzieć. 

Reżyser  od  rana  był  podminowany,  na  wszystkich  warczał.  Aktorom  stopniowo 

udzielał  się  jego  zły  humor.  Atmosfera  stawała  się  nie  do  wytrzymania.  Doszło  do  tego,  że 

kiedy ktoś zapominał kwestię albo się mylił, reszta natychmiast na niego naskakiwała. 

Jako  producent  Eve  nie  musiała  uczestniczyć  w  próbach.  Ale  to  był  jej  teatr;  ona  go 

wymyśliła, założyła i jak troskliwa matka dbała, aby jej „dziecku” nie działa się krzywda. 

Dlatego ostatnie dwie godziny spędziła na zwołanym przez siebie zebraniu, na którym 

zarówno personel techniczny, jak i aktorzy mogli wykrzyczeć swoje pretensje, wypowiedzieć 

ż

ale, wyładować złość. 

Pomogło.  Po  zebraniu  wszyscy  prócz  niej  rozeszli  się  do  swoich  zajęć  w  lepszych 

humorach, spokojniejsi. 

W  drodze  do  pałacu  uświadomiła  sobie,  że  napięcie,  które  towarzyszy  jej  od  paru 

tygodni,  nie  ma  nic  wspólnego  z  pracą.  To  Aleks  doprowadzał  ją  do  stanu  skrajnego 

wyczerpania. Podczas gdy ona wierciła się w nocy z boku na bok, a w ciągu dnia nie mogła 

na  niczym  skupić,  on  zachowywał  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało.  Jakby  nie  było  telefonu  z 

pogróżką. 

Czterdzieści osiem godzin zbliżało się do końca. Deboque nadal tkwił w więzieniu. A 

Bissetowie nie zamierzali ulegać szantażowi. Zastanawiała się, kiedy spełni się przekazane za 

jej pośrednictwem ostrzeżenie. 

Wciąż  miała  przed  oczami  widok  Bennetta  leżącego  w  kałuży  krwi  na  kamiennym 

background image

tarasie. Nie musiała zbytnio wysilać wyobraźni, aby na miejscu Bennetta ujrzeć Aleksa. 

Bała  się,  że  na  zawsze  go  straci.  W  porządku,  może  jej  nie  kochać,  może  jej  nie 

szanować, może nie mieć do niej zaufania, ale chciała, by żył, by nie spotkała go najmniejsza 

krzywda. 

Może  to  była  czcza  pogróżka?  Nie  mając  siły  dalej  iść,  Eve  oparła  się  o  chłodne 

drewniane  drzwi  i  zacisnęła  powieki.  Bissetowie  nie  potraktowali  szantażysty  poważnie. 

Gdyby  mu  uwierzyli,  chyba  widziałaby  przy  bramie  więcej  strażników,  a  na  terenie  pałacu 

jakieś  wzmożone  środki  bezpieczeństwa?  Niczego  takiego  nie  zauważyła,  wiedziała 

natomiast,  że  żaden  z  członków  książęcej  rodziny  niczego  nie  zmienił  w  swoim 

harmonogramie  zajęć.  Wszyscy  sumiennie  wykonywali  swoje  obowiązki.  Zarówno 

zawodowe, jak i prywatne. 

A termin podany przez szantażystę mija dziś po południu. 

Może  faktycznie  nic  się  nie  zdarzy?  Z  drugiej  strony...  Dlaczego  tylko  ona  jedna  ma 

nerwy napięte do granicy wytrzymałości? 

Książęta!  Czy  wydaje  im  się,  że  skoro  w  ich  żyłach  płynie  błękitna  krew,  są 

niezniszczalni? Czy myślą, że książęcy tytuł działa niczym niewidzialna tarcza, która ochrom 

ich przed kulą? Nawet Bennett nie chciał jej słuchać. Ba, nawet nie chciał z nią rozmawiać o 

jakimkolwiek zagrożeniu. Jakby się zmówili! 

Wiedziała,  że  musi  wziąć  -  się  w  garść,  przestać  się  zadręczać.  Ma  inne  sprawy  na 

głowie, teatr, aktorów, przygotowania do premiery. 

Nagle usłyszała kroki, szepty. Zamarła. 

W  pierwszym  odruchu  niemal  rzuciła  się  do  ucieczki.  W  drugim  przyjęła  pozycję 

obronną. 

Oddychając głęboko, stanęła w rozkroku, na lekko ugiętych kolanach. Wolno uniosła 

ręce.  Wojownicy  od  wieków  przyjmowali  tę  pozycję,  kiedy  w  walce  z  wrogiem  musieli 

polegać wyłącznie na swojej inteligencji i sile mięśni. 

Kiedy  szepty  zaczęły  się  przybliżać,  odciągnęła  do  tyłu  prawą  rękę.  Ramiona  miała 

idealnie  proste.  Wydając  z  siebie  gniewny  okrzyk,  wyskoczyła  zza  rogu,  gotowa  zadać 

ś

miertelny  cios.  Zatrzymała  rękę  dosłownie  centymetr  przed  zgrabnym,  arystokratycznym 

nosem Bennetta. 

-  Boże,  Eve!  Nie  sądziłem,  że  aż  tak  cię  zezłości  i  moja  randka  zjedna  z  twoich 

aktorek. 

-  Ben!  -  Osunęła  się  bezsilnie  na  ścianę.  Krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  -  Mogłam 

wyrządzić ci straszną krzywdę. 

background image

Męska duma nie pozwoliła Benowi potulnie zaakceptować tego faktu. 

- Wątpię - rzekł. - Swoją drogą, co tu robisz? Dlaczego się tak skradasz? 

-  Nie  skradam  się.  Przed  chwilą  weszłam.  -  Przeniosła  wzrok  na  rudowłosą 

towarzyszkę Bennetta. No tak. Powinna była się domyślić, że w tłumie aktorek Ben wypatrzy 

akurat tę. - Cześć. Doreen. 

- Dzień dobry, panno Hamilton. 

Chcąc pokryć zmieszanie, Eve strzepnęła z dżinsów niewidoczny pyłek. 

-  Ben,  gdybym  przeprowadziła  cios  do  końca,  złamałabym  ci  szczękę.  Na  miłość 

boską, czego tu szukasz? 

- Niczego. Ja... - Urwał. Tego brakowało, żeby zaczął się tłumaczyć, czego szuka we 

własnym domu. 

Pokręcił  z  niedowierzaniem  głową:  jak  to  możliwe,  że  widząc  go  razem  z  Eve, 

Aleksander  uznał,  iż  coś  ich  łączy?  -  Przed  kolacją  postanowiłem  oprowadzić  Doreen  po 

pałacu. A szczęki na szczęście mi nie zgruchotałaś. 

- Na szczęście. - Zacisnęła ręce. - Wszyscy są już w domu? 

-  Tak.  -  Wzruszony  jej  troską,  pociągnął  Eve  za  kosmyk  włosów.  -  Wszyscy  są  na 

miejscu. Aleksander z nosem na kwintę, ale... 

- Co się stało? - Chwyciła go za koszulę. - Czy... ? 

-  Uspokój  się.  Nic  mu  nie  jest.  I  uważaj,  bo  mi  oderwiesz  guziki.  -  Jeżeli  wcześniej 

miał  jakiekolwiek  wątpliwości,  co  Eve  czuje  wobec  Aleksa,  teraz  nie  miał  już  żadnych.  - 

Widziałem go niecałą godzinę temu - dodał, próbując ratować swoją nową jedwabną koszulę. 

- Skarcił mnie za to, że... hm, paraduję z lilią, kiedy mogę wąchać różę, jeśli wiesz, co mam 

na myśli. 

Wiedziała. 

- Idiota - burknęła. 

-  Zgadza  się.  W  każdym  razie  wyprowadziłem  go  z  błędu.  Problem  został  więc 

rozwiązany,  ku  zadowoleniu  wszystkich  zainteresowanych.  -  Uśmiechnął  się  czarująco, 

zadowolony, że mógł się przysłużyć bratu i przyjaciółce. 

-  Wyprowadziłeś  z  błędu,  tak?  -  Eve  zmrużyła  gniewnie  oczy.  -  Uważasz,  że  masz 

prawo wypowiadać się w moim imieniu? 

-  Wypowiadałem  się  w  swoim  -  sprostował.  -  Najzwyczajniej  w  świecie  wyjaśniłem 

mu, że... - nagle przypomniał sobie o stojącej obok, zasłuchanej Doreen - że nigdy nic... że do 

niczego nie doszło. Wydawał się tym usatysfakcjonowany. 

- Tak? Ogromnie się cieszę. - Eve wsunęła ręce do kieszeni spodni. - Ale pozwolisz, 

background image

ż

e  w  przyszłości  sama  będę  za  siebie  mówiła.  -  W  jej  głosie  pobrzmiewała  słodycz 

doprawiona nutką goryczy. - Nie wiesz, dokąd się udał? 

Rad, że Eve zamierza na kimś innym wyładować swą furię, Bennett błysnął zębami w 

uśmiechu. Żałował jedynie, że nie dane mu będzie obejrzeć tej fascynującej rozgrywki. 

- Ponieważ był ubrany w strój do szermierki, sądzę, że jest w sali gimnastycznej. 

-  Dobra.  -  Energicznym  krokiem  skierowała  się  w  stronę  schodów.  Po  chwili,  nie 

doszedłszy do nich, rzuciła przez ramię: - Próbę zaczynamy punktualnie o dziewiątej, Doreen. 

Masz być wypoczęta. 

Może  dlatego,  że  sama  była  osobą  wysportowaną,  doceniała  to,  że  całe  wschodnie 

skrzydło  pałacu  Bissetowie  przerobili  na  pomieszczenia  sportowe.  Podobał  się  jej  kontrast 

pomiędzy starymi ścianami i wysokim sufitem pokrytym stiukami a nowoczesną aparaturą do 

ć

wiczeń:  bieżnią,  rowerem,  maszyną  do  wiosłowania,  atlasem,  hantlami.  Nie  docierał  tu 

zapach  morza,  nie  stały  wazony  ze  świeżo  ściętymi  kwiatami,  za  to  można  było  podziwiać 

przepiękne stare witraże w oknach. 

Minęła solarium, saunę i basen. Kiedy indziej z przyjemnością wskoczyłaby do wody i 

pozbyła się napięcia, ale nie dziś. Zza kolejnych drzwi dolatywał metaliczny brzęk. 

Wsunęła głowę do środka. Zobaczyła salę bez okien, o drewnianej posadzce, na której 

leżała  plansza  szermiercza.  Jedna  ze  ścian  składała  się  z  lustra,  wzdłuż  którego  biegł 

kilkumetrowej  długości  drążek.  W  lustrze  odbijały  się  dwie  ubrane  na  biało  postaci 

wykonujące dziwny taniec. 

Obaj  szermierze  byli  wysocy,  szczupli  i  ciemnowłosi.  Obaj  mieli  twarze  zasłonięte 

maskami  ochronnymi.  Eve  jednak  bez  problemu  rozpoznała  Aleksandra.  Rozpoznała  po 

ruchach. 

W  milczeniu  przyglądała  się  walce.  Mężczyźni  nie  odstawali  od  siebie 

umiejętnościami. Wiedziała, że Aleksander nigdy nie wybrałby na przeciwnika kogoś, kogo z 

łatwością mógłby pokonać. Uwielbiał wyzwania. 

Gdyby żył w innych czasach, wywijałby w walce szablą lub mieczem, dzielnie broniąc 

przed wrogiem swojego kraju i dziedzictwa. 

Teraz  też  wywijał.  Częściej  był  w  ataku  niż  w  obronie.  Kilka  razy  zauważyła,  jak 

odsłania się i wykonuje działania zaczepne. Zastanawiała się, czy walczyłby tak brawurowo, 

gdyby broń zakończona była ostrym szpikulcem. 

Znała odpowiedź na to pytanie. 

Tak,  w  sporcie  pozwalał  sobie  na  ryzyko  i  brawurę,  której  wystrzegał  się  w  życiu 

codziennym, kiedy zajmował się sprawami dotyczącymi państwa. Nagromadzonego napięcia 

background image

pozbywał się na planszy, bieżni lub w basenie. 

-  Świetnie!  Gratuluję  zwycięstwa,  Wasza  Wysokość  -  oznajmił  jego  przeciwnik, 

zdejmując z twarzy maskę. 

Był  to  przystojny  mężczyzna  z  zawadiackim  uśmiechem  i  ciemnym  wąsem.  Ponad 

ramieniem Aleksa napotkał wzrok Eve. - Mamy publiczność, Wasza Wysokość. 

Aleksander  obrócił  się  i  poprzez  drucianą  siatkę  w  masce  zobaczył  stojącą  na  końcu 

sali  Eve.  Zaintrygowany,  odsłonił  twarz.  W  oczach  Eve  dojrzał  wściekłość,  ale  również 

podniecenie. I pożądanie. 

- Dzięki za pojedynek, Jermaine - powiedział, nie odrywając wzroku od Eve. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  strome.  -  Jermaine  był  Francuzem;  na  odległość 

wyczuwał, gdy między dwojgiem ludzi coś iskrzyło. Bez najmniejszych oporów zrezygnował 

więc  ze  zwyczajowego  kieliszka  wina,  jaki  wypijał  po  meczu  ze  swym  uczniem,  a  zarazem 

przyjacielem. - Do zobaczenia za tydzień. 

- Dobrze. - Aleksander nawet na niego nie spojrzał. 

Starając się zachować powagę, Jermaine odłożył szablę i maskę na miejsce, po czym 

ruszył do drzwi. 

- Bon soir, mademoiselle. 

-  Bon  soir.  -  Eve  zwilżyła  wargi.  Kiedy  drzwi  się  zamknęły,  skinęła  lekko  głową.  - 

Wasza Wysokość jest w doskonałej formie. 

Nie  dał  się  zwieść  komplementowi.  Była  zła  jak  osa.  W  geście  pozdrowienia  uniósł 

szablę. 

- Mademoiselle również. 

- Dziękuję, ale nie przyszłam tu, żeby słuchać pochlebstw. 

- Tak sądziłem. 

-  Spotkałam  przed  chwilą  Bennetta.  -  Obiecała  sobie,  że  nie  straci  panowania,  że 

pokona  Aleksa  spokojem,  rozsądkiem,  sensownymi  argumentami.  -  Podobno  odbyliście 

rozmowę. - Postąpiła parę kroków naprzód. - Na mój temat. 

- Rozmowę, do której nie musiałoby dojść, gdybyś była ze mną szczera. 

- Szczera? - Niemal zakrztusiła się z oburzenia. - Nigdy cię nie okłamałam. 

-  Pozwoliłaś  mi  wierzyć,  i  z  tego  powodu  cierpieć,  że  ty  i  mój  brat  jesteście 

kochankami. 

- Sam sobie to ubzdurałeś. - Cierpiał z tego powodu? Chyba się nie przesłyszała. Bała 

się jednak spytać o wyjaśnienie. - A ja postanowiłam niczemu nie zaprzeczać, bo uznałam, i 

nadal uważam, że to nie twój interes. 

background image

- Nie mój interes? Przecież wiem, co czułaś, kiedy trzymałem cię w ramionach. - Wbił 

wzrok w czubek szabli. - Śnię o tobie każdej nocy, a każdego ranka nienawidzę się za to, że 

pożądam czegoś, co należy do mojego brata. 

- Czegoś? - Złość, która zaczęła jej przechodzić po jego pierwszych słowach, wróciła 

ze  zdwojoną  siłą.  -  Nawet  nie  kogoś,  tylko  czegoś?  Sądziłeś,  że  jestem  własnością  Bena,  a 

kiedy odkryłeś prawdę, uznałeś, że będę twoją? 

- Będziesz moja, Eve. 

Po plecach przebiegły jej dreszcze. 

-  Mylisz  się.  Do  nikogo  nie  należałam  i  nie  będę  należeć.  -  Ze  stojaka  na  sprzęt 

wyciągnęła szablę. - Uważasz się za lepszego, bo jesteś mężczyzną, w dodatku z książęcego 

rodu? 

Przypomniała  sobie  te  dwa  lub  trzy  razy,  kiedy  trzymał  ją  w  objęciach,  a  potem 

wycofywał się, zanim do czegokolwiek więcej pomiędzy nimi doszło. Wycofywał się, bo był 

pewien, że coś j ą łączy z jego bratem. Ani razu nie pomyślał o niej, nie spytał, co ona czuje, 

o czym marzy, czego pragnie. 

-  W  Ameryce  traktujemy  ludzi  jak  ludzi,  nie  jak  przedmioty.  -  Przecięła  szablą 

powietrze, testując jej ciężar. - Gdybym chciała się z tobą przespać, dawno bym to zrobiła. - 

Rozległ się kolejny świst: szabla znów przecięła powietrze. - Wasza Wysokość... - Wykonała 

gest, jaki szermierze wykonują na powitanie. 

Ogarnęła go fala pożądania. Eve, ubrana na czarno, z włosami ściągniętymi do tyłu, z 

lśniącą szablą w prawej ręce, rzucała mu wyzwanie. 

- Nie zapraszałem cię do mojego łóżka. 

Po raz pierwszy od wejścia uśmiech rozjaśnił jej twarz. 

-  Nie  potrzebuję  zaproszenia.  Gdybym  chciała,  mogłabym  sprawić,  że  na  kolanach 

błagałbyś mnie o chwilę czułości. 

Zmrużył oczy. W tym, co mówiła, tkwiło jakieś ziarno prawdy. 

- Gdybym uznał, że nadeszła odpowiednia pora, na pewno bym nie klęczał. - Zbliżył 

się do niej na odległość szabli. - A ty drżałabyś na całym ciele. 

Wiedziała, że faktycznie tak by było. 

- Kłopot w tym - rzekła - że za często zadajesz się z uległymi kobietami. - Niewiele się 

zastanawiając,  sięgnęła  po  maskę  oraz  kamizelkę  ochronną.  -  A  nie  dość  często  - 

kontynuowała  -  z  kobietami  równymi  sobie.  Może  nie  wygram,  ale  nie  pozwolę  się  łatwo 

pokonać. - Włożywszy maskę i kamizelkę, podeszła do planszy i zajęła pozycję. - To co, nie 

boisz się przegrać z kobietą? 

background image

Zafascynowany, podszedł bliżej. 

- Eve, uprawiam szermierkę od lat. 

- Podczas ostatniej Olimpiady zdobyłeś nawet srebrny medal. - Poczuła  niesamowity 

przypływ adrenaliny. - To powinien być bardzo interesujący mecz. En garde

Widział, że Eve nie żartuje. Nasunął maskę na twarz. Był sporo od niej wyższy, miał o 

połowę dłuższy zasięg ramion. 

- Co chcesz udowodnić, Eve? 

- Że jesteśmy sobie równi. Tu, na planszy, i poza nią. 

Wyciągnęła  ramię;  czubki  ich  szabli  się  zetknęły.  Przez  chwilę  stali  bez  ruchu,  po 

czym przystąpili do walki. Aleks był wyższy i silniejszy, ona jednak miała drobną przewagę - 

a  był  nią  element  zaskoczenia.  Widziała  przed  laty,  jak  Aleks  walczy.  Z  szablą  w  ręku 

wyglądał wspaniale. Oczywiście prędzej dałaby sobie język uciąć, niż przyznała się do tego, 

ż

e  to  pod  jego  wpływem  nauczyła  się  szermierki.  Podczas  każdej  lekcji,  a  potem  każdego 

meczu,  zastanawiała  się,  czy  kiedykolwiek  będzie  miała  okazję  spotkać  się  z  Aleksem  na 

planszy. Okazja wreszcie się nadarzyła. 

Chociaż serce waliło jej mocno, była skupiona i opanowana. Wiedziała, że Aleks woli 

natarcia. W porządku; postanowiła zadowolić się obroną. 

Obserwował ją z przyjemnością i podziwem. Doskonale się poruszała, robiła świetne 

wypady. Była naprawdę groźnym i godnym szacunku przeciwnikiem. 

Zwarli się. Przez moment przyglądali się sobie przez druciane siatki w maskach. 

Aleks dostrzegł w oczach Eve ten sam żar, który w nim płonął. Pragnął jej. Chciał się 

z nią kochać tu i teraz. 

Ona dostrzegła w jego spojrzeniu nieokiełznaną żądzę, która poruszyła w niej głęboko 

skrywane marzenia i tęsknoty. Miała ochotę ściągnąć z twarzy maskę, odrzucić na bok szablę 

i ulec namiętnościom, które targały nimi obojgiem. Czy to by oznaczało jego zwycięstwo, jej 

porażkę? Chyba nie. Ale niepewność kazała jej dalej walczyć. 

Rezygnując z taktyki obronnej, przystąpiła do natarcia. Aleks, zaskoczony, cofnął się 

o krok. I poczuł trafienie. 

- Miałaś dobrego nauczyciela. 

- Byłam dobrą uczennicą. 

Roześmiał  się  wesoło.  Ze  smutkiem  zdała  sobie  sprawę,  że  jest  to  dźwięk,  który 

stanowczo zbyt rzadko daje się słyszeć. 

- En garde, cherie. 

Zademonstrował  jej,  co  naprawdę  potrafi.  Ucieszyła  się.  Nie  chciała  żadnych  forów 

background image

ani łagodnego traktowania. 

Raz  po  raz  rozlegał  się  metaliczny  brzęk.  W  ogromnym  lustrze  widać  było  dwie 

pojedynkujące się postaci, jedną w czerni, drugą w bieli. Mężczyznę i kobietę. Oddechy mieli 

szybkie, urywane. Nacierali na siebie, cofali się, niczym w jakimś dziwnym rytualnym tańcu. 

Nagle  Aleks  wykonał  ruch,  który  ją  zdumiał.  Zdjął  maskę  -  i  upuścił  z  brzękiem  na 

podłogę.  Pot  spływał  mu  z  twarzy,  włosy  lepiły  się  do  czoła.  Następnie  skierował  szablę 

końcem  do  dołu.  To  samo  zrobił  z  jej  szablą.  Po  chwili  jej  maska  też  wylądowała  na 

podłodze. 

Kiedy  objął  ją  w  pasie,  zesztywniała,  ale  nie  cofnęła  się.  Wciąż  patrzyli  na  siebie  z 

wyzwaniem  w  oczach.  Wreszcie  ich  wargi  się  zetknęły.  Jej  namiętność  dorównywała  jego 

namiętności. Tak bardzo go pragnęła. 

Lecz  nie  potrafiła  zdecydować  się  na  ten  krok.  Najwyższym  wysiłkiem  woli 

oswobodziła się z jego objęć. 

- Eve... 

-  Nie.  -  Potarta  ręką  twarz.  -  Tu  nie  ma  zwycięzców  i  pokonanych,  Aleks.  Ale...  po 

prostu tak nie umiem. 

- Wystarczy zamknąć oczy... 

-  I co? Marzyć? Ja wiem, czego pragnę.  I wiem, jak to osiągnąć.  Lecz krótka chwila 

szczęścia mnie nie interesuje. 

- Powiedz, czego oczekujesz? Na co liczysz? 

Zacisnęła powieki i wzięła głęboki oddech. 

-  Skoro  pytasz,  to  znaczy,  że  nie  jesteś  gotów  mi  tego  dać.  Nie!  Proszę  cię  - 

zaprotestowała,  kiedy  usiłował  ją  objąć.  -  Chcę  być  sama.  Muszę  wszystko  na  spokojnie 

przemyśleć. 

Skierowała się pośpiesznie do wyjścia, bojąc się, że jeszcze chwila, a ulegnie. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Nie  była  w  stanie  zasnąć.  Długo  wpatrywała  się  w  wielki  srebrzysty  księżyc,  który 

zaglądał do okna, w odciągnięte na bok firanki, które tańczyły na wietrze. 

Praca  nie  pomogła.  Papierowe  teczki  walały  się  na  stole,  kanapie,  podłodze.  Nie 

potrafiła  się  skupić  na  kostiumach,  biletach  czy  przepalonych  żarówkach;  cały  czas 

rozmyślała o Aleksie. 

Bała się o niego. Niepotrzebnie przebywał w miejscach publicznych, narażając się na 

niebezpieczeństwo. Dziś, na przykład, udał się na proszoną kolację. Co za głupota! Krążąc po 

pokoju w krótkim niebieskim szlafroku, przeczesała ręką włosy. 

Po  kolacji,  popijając  kawę  czy  koniak,  pewnie  prowadził  z  kimś  uprzejmą,  choć 

zdawkową rozmowę, podczas gdy ona, Eve, ze zdenerwowania ani nie mogła nic przełknąć, 

ani zasnąć. 

Wyszedł  z  pałacu,  nie  bacząc  na  konsekwencje.  Nie  bacząc  na  nic.  Ona  po  tym 

pocałunku  wciąż  nie  mogła  dojść  do  równowagi.  A  on,  jak  gdyby  nigdy  nic,  siedział 

pomiędzy ludźmi, jedząc i gawędząc. 

Boże, co się z nią dzieje? Przetarła oczy. Najpierw była wściekła na Aleksa, że chce 

rywalizować z bratem. Potem że odtrąca ją wbrew własnym pragnieniom, bo uważa, że spała 

z Bennettem. Jeszcze później, że nadal jej pragnie, mimo iż zna już prawdę. A teraz że może 

wcale nie pała do niej żadnym gorącym uczuciem. 

A ona? Czego pragnęła? W jednej chwili gotowa była oddać wszystko, by znaleźć się 

w  jego  ramionach,  w  następnej  wręcz  odwrotnie,  chciała  trzymać  się  od  niego  na  dystans, 

wiedziała  bowiem,  że  nie  ma  co  marzyć  o  wspólnej  przyszłości.  Aleksander  powinien 

spłodzić  potomka,  kolejnego  następcę  tronu.  Za  żonę  powinien  pojąć  kobietę  należącą  do 

europejskiej arystokracji. 

Potrząsnęła głową. Znała mężczyzn, ich psychikę. Wiedziała, jak z nimi postępować. 

Dlaczego  więc  Aleks  pozostaje  dla  niej  zagadką?  Tyle  godzin  spędziła  na  szukaniu 

odpowiedzi, na próbach znalezienia jakiegoś klucza. Klucza do Aleksa nie znalazła. Zajrzała 

jednak w głąb samej siebie. 

Kochała go. I bała się tej miłości. 

Ż

yła  pod  kloszem,  chroniona  przez  wyrozumiałego  ojca  i  troskliwą  siostrę.  Kilka  lat 

temu postanowiła się usamodzielnić. Założyła teatr. Przestała liczyć na rodzinę. Powodzenie 

lub  porażka  zależały  wyłącznie  od  niej.  Dzięki  ciężkiej  pracy,  uporowi  i  zdolnościom 

background image

odniosła  sukces.  Wiedziała  jednak,  że  jeśli  noga  się  jej  powinie,  rodzina  na  pewno  ją 

wspomoże. 

Z  Aleksandrem  sprawa  jest  znacznie  bardziej  skomplikowana.  W  razie  potknięcia 

może się porządnie poturbować. Ryzyko było ogromne, ale pokusa też. 

Rozum  mówił  jej  jedno,  serce  co  innego.  Niepewna,  co  robić,  podeszła  do  okna  i 

usiadła na ławie, pozwalając, by chłodne morskie powietrze ostudziło jej rozognioną twarz. 

Bał  się,  że  nie  wytrzyma  kolejnej  nocy.  Boso,  z  gołym  torsem,  chodził  tam  i  z 

powrotem po sypialni, próbując uporządkować myśli i zapanować nad emocjami. Wiszące na 

ś

cianach  pejzaże  morskie  zazwyczaj  potrafiły  natchnąć  go  spokojem,  dziś...  Dziś  nic  nie 

pomagało. 

Wsunął  ręce  do  kieszeni  spodni.  Kolacja  dłużyła  się  niemiłosiernie,  ale  przecież  nie 

mógł wyjść w trakcie drugiego dania. Na szczęście był już z powrotem w pałacu, ale... Tak, 

bał się, że nie wytrzyma kolejnej nocy. 

Eve  mieszka  tuż  obok,  zaledwie  kilka  pokoi  dalej.  Dziesiątki  razy  pokonywał  w 

myślach ten dystans. Pewnie śpi. Wkrótce zegar wybije północ. O północy ludzie już śpią. 

Ona  śpi,  a  on  cierpi.  Żadna  szkoła,  żaden  trening,  żadne  rady  ojca  czy  matki  nie 

przygotowały go na tak wielki ból. 

Ból, który narastał stopniowo przez lata. 

Czasem  wydawało  mu  się,  że  już  jej  nie  pragnie.  Oszukiwał  się,  może  nawet  w  to 

wierzył?  W  każdym  razie  ból  ustępował.  Zdarzało  się,  że  całymi  miesiącami  nie  widywał 

Eve. To znaczy nie widywał w rzeczywistości, bo w marzeniach i snach stale mu się jawiła. 

Ale  wtedy  panował  nad  sytuacją.  Tłumaczył  sobie,  że  wyobraźnia  płata  mu  figla,  a  on 

przecież ma ważniejsze sprawy na głowie. 

Kiedy jednak Eve była na wyciągnięcie ręki, nie potrafił się okłamywać. Nie potrafił 

stłumić pożądania, tęsknoty, udawać, że nic nie czuje, że jest mu obojętna. 

Co miał jej do zaoferowania? Albo potajemne schadzki, ułudę, fałsz, albo życie pełne 

zobowiązań i poświęceń. Gdyby została jego kochanką... Nie, gdyby została jego żoną... 

Potarł  skronie.  Jakżeby  mógł  poprosić  ją  o  rękę?  Żona  musiałaby  bezwarunkowo 

zaakceptować jego styl życia. Czy osoba tak silna i niezależna jak Eve potrafiłaby pogodzić 

się z ograniczeniami, jakie pociągałby za sobą tytuł księżnej? Czy potrafiłaby zrezygnować z 

kariery,  z  prywatności,  z  ojczyzny?  Czy  umiałaby  żyć  w  złotej  klatce?  Tej,  w  której  on 

przyszedł  na  świat?  Czy  zdołałaby  pokochać  jego  kraj,  być  dumną  z  jego  tradycji,  kultury, 

osiągnięć naukowych? 

Czy on, Aleks, ma prawo ją o to prosić? 

background image

Nie. Ale może ją poprosić o jedną noc. Gdyby się zgodziła, może to by wystarczyło. 

Wyjrzał  przez  okno,  to,  z  którego  widać  było  ten  sam  skrawek  nieba,  ten  sam 

fragment ogrodu i morza, co z okna Eve. Jedna noc, pomyślał; wtedy kolejne zdoła przetrwać. 

Nie  zapukał.  Drzwi  otworzyły  się  bezgłośnie.  Chociaż  siedziała  zwrócona  tyłem, 

natychmiast wyczuła jego obecność. 

Nie  wstała;  wolno  odwróciła  głowę.  Kiedy  tak  siedziała  w  oknie,  obserwując 

roziskrzone  gwiazdami  niebo,  domyśliła  się,  że  tej  nocy  Aleks  do  niej  przyjdzie.  Że  dziś 

spełni się to, czego oboje pragnęli, z czym walczyli i czego się bali. 

- Pozwolisz, że się nie ukłonię - rzekła. 

Uniósł brwi; nie była pewna, czy ze zdziwieniem, czy z rozbawieniem. 

- A ty, że nie padnę na kolana. 

Dreszcz  podniecenia  przebiegł  jej  po  plecach.  Spojrzała  na  swoje  dłonie,  po  czym 

skierowała  wzrok  na  Aleksa.  Tak  wiele  o  nim  wie  i  tak  wiele  wciąż  pozostaje  dla  niej 

tajemnicą.  Z  każdym  uderzeniem  serce  biło  jej  mocniej.  Tak  bardzo  chciała  wstać,  podejść 

bliżej, zarzucić Aleksowi ręce na szyję. Ale nie ruszyła się z miejsca. 

- Może byś mi wyjaśnił, po co przyszedłeś... 

- Po co? Bo cię pragnę. I potrzebuję. 

Zapadła  cisza.  Oboje  w  milczeniu  trawili  te  słowa.  Widział  w  jej  oczach  zdumienie, 

potem radość i przyzwolenie. 

Wyciągnęła do niego rękę. Ujął ją. 

Dotyk  zastąpił  słowa.  Aleks  przysunął  złączone  dłonie  do  ust.  W  pokoju  nadal 

panowała cisza. Gdzieś w oddali zegar wybił północ. Emocje, tak długo tłumione i skrywane, 

wreszcie znalazły ujście. Tama pękła. Swobodnie, bez skrępowania wyrażali swoje pragnienia 

- ustami, językiem, dłońmi. 

Nie  odrywając  od  niej  warg,  gładził  ją  po  ramionach,  po  plecach.  Próbował  sobie 

wyobrazić, co się kryje pod jedwabnym szlafrokiem. Tyle razy widział ją nagą, tyle razy tulił 

i obejmował we śnie. Rzeczywistość okazała się o wiele wspanialsza. 

Gdyby był poetą, opiewałby Eve w wierszach. Gdyby był muzykiem, komponowałby 

dla  niej  pieśni.  On  jednak  był  zwykłym  księciem  zauroczonym  piękną  kobietą  skąpaną  w 

srebrzystym blasku księżyca. 

Nie potrzebowała wierszy ani pieśni. Wystarczył jej zachwyt w jego oczach. 

Po chwili oboje byli nadzy. 

Wziął ją na ręce. Materac ugiął się, pościel cichutko zaszeleściła. Powoli, niespiesznie, 

rozkoszując  się  swoją  bliskością,  poznawali  się  nawzajem.  Badali  się  dotykiem,  węchem, 

background image

odkrywali tajemnice swych ciał. On instynktownie wyczuwał, czego ona  pragnie; był  czuły, 

delikatny, cierpliwy. Odwzajemniała się tym samym. Na tę chwilę czekali siedem lat. Oboje 

wiedzieli, że czas na dziką namiętność nadejdzie później. 

Skończyli  razem.  Cicho,  cudownie,  jednocześnie.  Księżyc  wciąż  wisiał  na  niebie, 

firanki powiewały na wietrze. Jakby nic się nie zmieniło, a przecież zmieniło się tak wiele. 

Leżała  z  głową  na  ramieniu  Aleksa  i  czuła  się  tak,  jakby  tu  było  jej  miejsce.  Istniała 

między nimi idealna harmonia. 

- Siedem lat - powiedziała, przerywając ciszę. - Pragnęłam tego od siedmiu lat. 

W milczeniu gładził palcami jej twarz. 

- Od początku? - spytał cicho. 

Uśmiechnęła się, słysząc niepewność w jego głosie. 

- Miałeś na sobie szykowny mundur. W sali było pełno pięknych kobiet i przystojnych 

mężczyzn.  Ale  ja  widziałam  tylko  ciebie.  -  Zalała  ją  fala  wspomnień.  -  Czułam  się  jak  we 

ś

nie.  Pamiętam  kwiaty,  mnóstwo  kwiatów.  Świeży  wiosenny  zapach  wypełniał  powietrze. 

Pamiętam też wspaniałe żyrandole, srebrne tace, kryształowe kieliszki, skrzypce. No i szablę 

u  twojego  boku.  Marzyłam  o  tym,  żebyś  poprosił  mnie  do  tańca.  Żebyś  chociaż  mnie 

zauważył. 

- Zauważyłem - szepnął, całując ją w czoło. 

- Faktycznie. Zmierzyłeś mnie gniewnym wzrokiem. - Zmieniła pozycję i oparła się na 

łokciu.  -  Cały  czas  tańczyłeś  ze  śliczną  blondynką  o  brzoskwiniowej  cerze.  Natychmiast  ją 

znienawidziłam. 

Czubkiem palca przesunął po jej wardze. Po raz pierwszy od dawna czuł  się w pełni 

odprężony. 

- Nawet jej nie pamiętam. 

- To była... 

- Pamiętam za to, że ty miałaś na sobie czerwoną suknię bez rękawów, z dekoltem na 

plecach. - Zbliżył usta do jej nadgarstka. - A tu, na ręku, miałaś bransoletę. Szeroką, ze złota, 

wysadzaną rubinami. Uznałem, że to prezent od kochanka. 

-  Od  ojca  -  rzekła,  zaskoczona  jego  wyznaniem.  -  Podarował  mi  ją,  kiedy  zdałam 

maturę. - Potrząsnęła z niedowierzaniem głową. - Więc naprawdę mnie zauważyłeś. 

-  Tak  -  Cieszył  się,  że  nie  musi  dłużej  siebie  oszukiwać.  -  I  od  tamtej  pory  nie 

przestałem o tobie myśleć. 

Chciała mu wierzyć. Ale jeśli nawet przesadził, nie miało to większego znaczenia. 

- Nie poprosiłeś mnie do tańca... 

background image

- Całkiem świadomie. - Pociągnął ją za kosmyk włosów. - Bałem się, że zwariuję, jeśli 

wezmę cię w ramiona. A potem zobaczyłam, jak razem z Bennettem opuszczasz salę balową. 

- Byłeś zazdrosny? - Przygryzła wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. 

-  Zazdrość  to  takie  brzydkie,  a  zarazem  pospolite  uczucie.  -  Na  moment  zamilkł.  - 

Pożerała mnie. 

Dźwięczny, radosny śmiech wypełnił sypialnię. 

- Och, Aleks, nawet nie wiesz, jak się cieszę! 

- Chciałem za wami wyjść. Ale uznałem, że tylko bym się wygłupił. Gdybym jednak 

nie posłuchał głosu rozsądku... 

- Nie. - Przyłożyła palce do jego ust. - Nie wiadomo, czym by się to skończyło. 

Delikatnie odsunął jej rękę. 

-  Zobaczyłem,  jak  wracasz.  Sama,  przeraźliwie  blada.  I  drżąca  na  całym  ciele. 

Pomyślałem,  że  Bennett  musiał  cię  czymś  urazić.  Kiedy  do  ciebie  podszedłem,  akurat 

opowiadałaś  Reevelowi  i  mojemu  ojcu  o  tym,  co  się  wydarzyło  na  tarasie.  Chociaż  byłaś 

bliska omdlenia, zaprowadziłaś nas do nich. 

- Boże, ile tam było krwi! - Na samo wspomnienie przeniknął ją dreszcz. - Ben leżał 

na podłodze... Byłam pewna, że nie żyje. - Zamknęła oczy. Pamiętała wszystko tak wyraźnie, 

jakby  to  się  zdarzyło  zaledwie  wczoraj.  Po  chwili  otworzyła  je  i  wpatrując  się  w  srebrzystą 

tarczę  księżyca,  ciągnęła:  -  Kiedy  aresztowano  Janet  Smithers  i  Loubeta,  sądziłam,  że  to 

koniec. Że odtąd wszyscy będą bezpieczni. A teraz znów... 

- Wszyscy są bezpieczni. 

-  Nieprawda.  -  Potrząsnęła  gniewnie  głową.  -  Nie  traktuj  mnie  jak  kogoś  obcego, 

Aleks.  Szantażysta  zadzwonił  do  mnie.  Mnie  kazał  przekazać  wam  ostrzeżenie.  Wiem,  co 

Deboque potrafi zdziałać zza więziennych krat Byłam tu siedem lat temu. I jestem dziś. 

- Nie myśl o Deboque'u. 

- Przestań! Uważasz, że kobietę powinno się traktować jak dziecko? 

Nie umiał powstrzymać uśmiechu. 

- Nawet jeśli kiedyś uważałem, Gabriella dawno wybiła mi to z głowy - powiedział. - 

Chodzi mi wyłącznie o to, że zamartwianie się nic nie da. A Deboque'owi nie pomogą żadne 

szantaże.  -  Czubkiem  palca  obrysował  jej  twarz.  -  Jeśli  to  cię  uspokoi, zdradzę  ci,  że  Reeve 

próbuje znaleźć rozwiązanie. 

- Za każdym razem, kiedy mijasz bramę, boję się, że coś złego ci się przydarzy. 

Ma belle, przecież nie mogę tkwić w pałacu, czekając, aż Deboque umrze. - Widząc 

jej  przerażoną  minę,  wiedział,  że  musi  wyjaśnić  Eve  sytuację.  -  Sądzisz,  że  to  się  kiedyś 

background image

skończy? Nie, kochanie. Deboque został osadzony w więzieniu w Cordinie. Dopóki nie wyda 

z siebie ostatniego tchu, będzie szukał zemsty. 

- Więc przenieście go do więzienia gdzie indziej. 

- To niczego nie zmieni. On dobrze wie, że to mój ojciec wsadził go za kratki. 

- Reeve mówił, że Interpol. 

- Tak, ale bez pomocy ojca, bez informacji zebranych przez naszą policję, może wciąż 

byłby  na  wolności.  Zrozum,  Eve,  nie  możemy  ulegać  szantażom,  pozwalać,  aby  strach 

kierował naszym życiem. 

Wtuliła się w jego ramiona. 

- Nie zniosłabym, gdyby coś ci się stało. 

- Nie stanie się. Wierz mi. A teraz powiedz mi, cherie, gdzie nauczyłaś się szermierki? 

Próbował zmienić temat, odwrócić jej myśli od ponurych spraw. Słusznie. Kochali się, 

byli szczęśliwi. Dlaczego Deboque miał im to zepsuć? 

- W Houston. 

- Nie sądziłem, że w Stanach sztuka władania białą bronią stoi na wysokim poziomie. 

Rozbawiły ją jego słowa. 

- A co, Ameryka bardziej kojarzy się z kowbojami niż z szermierzami? Zaręczam ci, 

ż

e szermierzy też mamy niezłych. Nie musisz się wstydzić, że ze mną przegrałeś. 

- Nie przegrałem. - Przewrócił ją na wznak. - Przerwaliśmy mecz. 

- Było jedno trafienie. Moje. Ale jeśli wolisz, możemy zachować to w tajemnicy. 

- Zdaje się, że powinniśmy zakończyć, co rozpoczęliśmy. 

-  Koniecznie  -  szepnęła.  Oczy  lśniły  jej  gorączkowo,  a  po  wargach  błąkał  się 

szelmowski uśmiech. 

Ciszę  rozdań  przeraźliwy  terkot  budzika.  Eve  półprzytomna  wyciągnęła  rękę.  Przez 

chwilę  szukała  na  oślep  przycisku;  wreszcie  znalazła  -  w  sypialni  znów  nastała  cisza.  Raz 

mogę  się  spóźnić,  pomyślała  sennie.  Niech  zaczną  beze  mnie.  Przewróciła  się  na  bok, 

zamierzając przytulić się do Aleksandra. 

Jego jednak nie było. 

Odgarniając  włosy  z  oczu,  usiadła.  Firanki  wciąż  poruszały  się  na  wietrze,  przez 

uchylone okno wciąż wpadał słonawy zapach morza, ale na zewnątrz świeciło już słońce. 

Szlafrok, który wcześniej leżał na podłodze, teraz leżał w nogach łóżka. Rozejrzała się 

dookoła. Po Aleksie nie było najmniejszego śladu. 

Znikł.  Bez  słowa.  Nawet  nie  wiedziała,  kiedy  ją  opuścił.  Nie  żeby  to  miało 

jakiekolwiek znaczenie. Wciągnąwszy szlafrok, podeszła do okna. 

background image

Kutry  wypłynęły  już  w  morze.  Duży  biały  jacht  stał  zacumowany  w  porcie;  nikt  się 

nie  kręcił  po  pokładzie.  Plaża  była  pusta,  jeśli  nie  Uczyć  mew  i  krabów,  których  z  tej 

odległości  i  tak  nie  widziała.  Tuż  pod  jej  oknem  ogrodnik,  pogwizdując  cicho,  podlewał 

rośliny.  Trzy  motyle  o  jasnożółtych  skrzydłach  wzbiły  się  w  powietrze,  uciekając  przed 

strumieniem  wody.  Wilgotne  liście  lśniły  w  promieniach  słońca,  a  zapach  kwiatów  niemal 

przyprawiał o zawrót głowy. 

Nie  żałowała  tego,  co  się  stało.  Spełniły  się  jej  marzenia:  spędziła  z  Aleksem 

cudowną,  zaczarowaną  noc.  Ujrzała  jego  inną  twarz,  przekonała  się,  jakim  jest  wspaniałym 

człowiekiem.  Przez  kilka  godzin  liczyli  się  tylko  ni.  Teraz,  gdy  noc  minęła,  oboje  musieli 

zająć się czym innym, wrócić do obowiązków. 

Dla Aleksa była to rzecz święta. Obowiązków nie zamierzał zaniedbywać dla nikogo, 

ani dla niej, ani dla Deboque'a. Skoro go kochała, czy mogła tego nie akceptować? 

Nie.  Mimo  to  szkoda  jej  było,  że  nie  mogą  razem  podziwiać  budzącego  się  do  życia 

dnia. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Z pomostu nad sceną Eve śledziła przebieg próby. Co pewien czas zapisywała coś w 

notesie.  Mijała  szósta  godzina  pracy,  a  doszło  tylko  do  dwóch  krótkich  scysji.  Czyli 

wczorajsze zebranie wszystkim wyszło na dobre. 

Miała rację co do obsady, pomyślała z satysfakcją, patrząc na Russa i Linde grających 

role  Bricka  i  Maggie.  Bez  przerwy  wyczuwało  się  między  nimi  napięcie  seksualne.  Kiedy 

pojawiali  się  na  scenie,  temperatura  rosła  o  kilka  stopni.  Maggie  jako  tytułowa  Kotka  była 

pełna temperamentu, Brick zaś z pozoru wydawał się chłodny, lecz w rzeczywistości targały 

nim  namiętności.  Aktorzy  grający  drugorzędne  role,  postaci  stale  z  sobą  walczące,  też  byli 

znakomici. 

W dodatku wyglądało na to, że budżet nie zostanie przekroczony. 

Reżyser  poprosił,  by  cofnęli  się  o  dwa  akty.  Linda  po  raz  piąty  w  ciągu  godziny 

powtórzyła  swą  kwestię;  po  raz  piąty  ona  i  Russ  odegrali  tę  samą  scenę.  Eve  podziwiała 

aktorów  za  ich  anielską  cierpliwość.  I  pomyśleć,  że  kiedyś  chciała  być  aktorką!  Znacznie 

lepiej sprawdzała się w roli producentki. 

Spoglądała na dekoracje, kiedy nagle coś ją tknęło. Hm, wszystko jest lśniące, nowe. 

Zmrużyła oczy, próbując sobie wyobrazić, jak ma wyglądać pokój, w którym toczy się akcja. 

Powinien  być  brzydszy,  brudniejszy.  Jeden  element  powinien  przykuwać  wzrok.  Czuła 

narastające  podniecenie.  Coś  dużego  i  kiczowatego.  Wielki  wazon  w  jaskrawym  kolorze. 

Umieszczą w nim kwiaty, których Matka będzie dotykać i wąchać, żeby tylko nie patrzeć na 

dezintegrację swej rodziny. 

Ledwo  Eve  zapisała  to  w  notesie,  kiedy  reżyser  ogłosił  przerwę.  Ostrożnie,  żeby  nie 

przewrócić się o liny, krętymi schodami ruszyła w dół. 

-  Pete  -  zwróciła  się  do  rekwizytora,  zanim  ten  zdążył  zapalić  papierosa.  -  Chcę 

wprowadzić kilka zmian. 

- Koniecznie, panno Hamilton? 

-  Drobnych  -  pocieszyła  go.  Wyszli  razem  na  środek  sceny.  -  Trzeba  wszystko 

postarzyć. 

Pete podrapał się z namysłem po brodzie. 

- O ile? 

- O jakieś dziesięć lat W końcu rodzina mieszka tu nie od dziś, a meble wyglądają tak, 

jakby kupiono je przed chwilą. Gdyby kanapa była trochę bardziej wyblakła... 

background image

- Wyblakła? 

- Tak, Pete. Tkaniny mają to do siebie, że z czasem płowieją. Gdybyś zdjął obicia i dał 

je do kilkakrotnego prania... powinno wystarczyć. Warto by też przyciemnić te złocone ramy, 

ż

eby tak nie lśniły. I jeszcze... - Nagle doznała olśnienia. - Serwetki. Koronkowe serwetki. 

- I ja mam je zdobyć? 

- Kiedyś chwaliłeś się, że nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych. 

-  W  porządku,  szefowo -  mruknął  pod  nosem.  - Spłowiałe  obicia,  zaśniedziałe  ramy, 

koronkowe serwetki. Coś jeszcze? 

-  Tak,  wazon.  -  Przebiegła  wzrokiem  po  scenie.  Najlepiej,  żeby  stał...  -  O,  tu.  Tu  go 

postawimy. - Wskazała stolik obok fotela. - Ma być duży i wzorzysty. Nie za ładny. Chętnie 

czerwony, żeby rzucał się w oczy. 

Pete ponownie podrapał się po brodzie. 

- Pani tu rządzi. 

- Wierz mi, będzie dobrze. Aha, postaraj się nie przekroczyć trzydziestu dolarów. 

- Zrobi się, szefowo. 

-  Wiedziałam,  że  mogę  na  ciebie  liczyć.  Teraz,  jeśli  chodzi  o  sypialnię  Bricka  i 

Maggie... Wydaje mi się, że na toaletce powinna leżeć jakaś krzykliwa biżuteria. 

- Już tam stoją buteleczki, flakoniki, pojemnik z pudrem. 

-  Lepsza  będzie  biżuteria.  Może  garderobiana  znajdzie  coś  w  naszych  kufrach,  a  jak 

nie,  to  kupimy  jakieś  świecidełka.  Pogadaj  z  Ethel  i  daj  mi  znać.  Przez  najbliższych 

dwadzieścia minut będę u siebie w gabinecie. 

- Panno Hamilton...? 

- Słucham, Pete. 

-  Prawdę  mówiąc,  nigdy  nie  lubiłem  za  dużo  pracować.  -  Włożył  do  ust  papierosa.  - 

Ale praca dla pani to... to co innego. Pani się zna na swojej robocie. 

- Dziękuję, Pete. 

-  Więc  zdobędę  te  serwetki.  -  Potarł  zapałkę.  -  Rozejrzę  się  po  sklepach,  ale  potem 

poproszę którąś z kobiet, żeby je kupiła. 

-  Przedsiębiorczy  z  ciebie  mężczyzna,  Pete.  Zawsze  takich  podziwiałam  -  rzekła  z 

poważną miną. 

Roześmiała  się  dopiero  wtedy,  gdy  była  poza  zasięgiem  jego  słuchu.  Zawsze  ją 

fascynowało, skąd taki człowiek jak Pete wziął się w teatrze. Bardziej wyglądał na kowboja 

przeganiającego  bydło  przez  prerie  czy  ranczera.  A  jednak  pracował  w  teatrze,  dbał  o 

rekwizyty jak o największe skarby, pamiętał, w której sztuce dana rzecz występuje. 

background image

Otworzywszy  drzwi  do  swego  gabinetu,  wyciągnęła  z  włosów  klamerki.  Potrząsnęła 

głową,  pozwalając  włosom  opaść  na  ramiona,  a  klamerki  schowała  do  kieszeni.  Następnie 

włączyła  ekspres  do  kawy.  Wiedząc,  że  musi  odbyć  kilka  rozmów  telefonicznych,  z  lewego 

ucha usunęła klips i wrzuciła do tej samej kieszeni, w której przed chwilą umieściła klamerki. 

Zanim jednak zdążyła podnieść słuchawkę, telefon sam zabrzęczał. 

- Halo? 

- Książęca rodzina popełniła duży błąd. 

Natychmiast rozpoznała ten głos. Odruchowo zacisnęła rękę w pięść. 

- Książęca rodzina nie ulega szantażowi - oznajmiła. 

Rozmowa była nagrywana. Mimo że strach dławił ją za krtań, Eve wiedziała, że musi 

zrobić wszystko, aby dzwoniący jak najdłużej nie przerywał połączenia. 

- Powiedz swojemu szefowi, żeby nie liczył na zwolnienie; odsiedzi karę do końca. 

-  Sprawiedliwości  stanie  się  zadość.  Książęca  rodzina  i  ludzie  im  bliscy  zapłacą  za 

nasze krzywdy. 

-  Już  ci  mówiłam:  tylko  tchórz  występuje  anonimowo,  a  trudno  bać  się  tchórza.  -  A 

jednak się bała. 

- Raz poplątałaś nam szyki. Drugi raz ci się nie uda. 

- Ja też nie ulegam szantażowi. - Dłonie miała wilgotne ze zdenerwowania. 

- Nikt nie znajdzie bomby. Może ciebie też nie znajdą. 

Usłyszała  ciągły  sygnał.  Rozmówca  rozłączył  się.  Bomba?  W  Paryżu  podłożono 

bombę. Drżącą ręką Eve odłożyła słuchawkę. Nie, draniowi nie chodziło o tamtą bombę. Miał 

na myśli nowy wybuch. Dziś. W Cordinie. Aleksander! 

Zamierzała wybiec, by  go ostrzec, kiedy nagle  coś sobie uprzytomniła. „Drugi raz ci 

się nie uda.... Może ciebie też nie znajdą”. 

Teatr!  To  tu,  w  teatrze,  podłożono  ładunek  wybuchowy!  Serce  podskoczyło  jej  do 

gardła.  Otworzyła  drzwi  gabinetu  i  jak  strzała  wypadła  na  zewnątrz.  Pierwszą  osobą,  jaką 

ujrzała, była Doreen, która chwaliła się przed kolegami nową bransoletą. 

- Wychodźcie stąd! Wszyscy wracajcie do hotelu! Pędem! 

- Ale za parę minut przerwa się kończy i... 

-  Nie  będzie  żadnej  próby.  Macie  natychmiast  opuścić  budynek  i  wrócić  do  hotelu.  - 

Wiedziała, że na wieść o bombie wpadną w panikę. Chciała tego uniknąć, dlatego ograniczyła 

się do wydawania suchych poleceń. - Gary - zwróciła się do kierownika sceny. - Przypilnuj, 

ż

eby  nikt  tu  nie  został.  Wszyscy  mają  wrócić  do  hotelu.  Aktorzy,  pracownicy  techniczni, 

garderobiane, oświetleniowcy. Wszyscy bez wyjątku. 

background image

- Ale, Eve... 

-  Żadnych  ale!  -  Minąwszy  go,  wbiegła  na  scenę.  -  Uwaga,  uwaga!  -  krzyknęła 

najgłośniej jak potrafiła. 

-  Proszę  natychmiast  opuścić  teatr,  udać  się  do  hotelu  i  zaczekać  tam  na  mnie.  Nie 

zdejmujcie, kostiumów. 

- Spojrzała na zegarek. Kiedy nastąpi eksplozja? Czy ją usłyszy? - Macie równo dwie 

minuty! 

Umiała  wzbudzić  posłuch.  Słyszała  pomruki  niezadowolenia,  widziała  zdziwienie  w 

oczach,  jednakże  wszyscy  posłusznie  skierowali  się  do  wyjścia.  Na  wszelki  wypadek 

postanowiła  sprawdzić  magazyny,  garderoby  i  inne  pomieszczenia;  może  ktoś  tam  był  i  nie 

słyszał co mówiła? 

Zobaczyła Pete'a; zamykał na klucz pokój, w którym trzymał swe cenne rekwizyty. 

-  Powiedziałam:  dwie  minuty.  -  Chwyciwszy  go  za  koszulę,  pociągnęła  w  stronę 

wyjścia. - Zostaw to. 

- Ale za wszystkie te rzeczy jestem odpowiedzialny. Nie chcę, żeby coś zginęło. 

- Masz dziesięć sekund. Jeśli natychmiast nie wyjdziesz, wywalę cię z pracy. 

Wiedział,  że  Eve  Hamilton  nie  rzuca  słów  na  wiatr.  W  pierwszej  chwili  chciał 

zaprotestować, ale potem uznał - i słusznie - że nie ma sensu się kłócić. 

- Jak coś ukradną, sama będzie pani sobie winna - burknął, oddalając się korytarzem. 

W  jednej  z  garderób  znalazła  aktora,  który  drzemał.  Potrząsnęła  nim  gwałtownie. 

Kiedy  otworzył  oczy,  wypchnęła  go  za  drzwi.  Zaspany  i  zdezorientowany,  poczłapał  boso 

przed budynek. 

W  środku  chyba  już  nikogo  nie  było.  Ale  czy  na  pewno?  Słyszała  w  głowie  tykanie 

zegara. Ile jeszcze ma czasu? Może pięć minut, a może pięć sekund. Trudno, musi sprawdzić. 

Zamierzała pobiec schodami na górę, kiedy nagle ktoś położył rękę na jej ramieniu. 

Krzyknęła  wystraszona.  Chociaż  kolana  miała  jak  z  waty,  obróciła  się  z uniesionymi 

rękami, gotowa do obrony. 

- Spokojnie. - Russ cofnął się o krok. - Chciałem się tylko dowiedzieć, co się dzieje. 

- Dlaczego nie jesteś na zewnątrz? Kazałam wszystkim opuścić budynek. 

- Wiem. Waśnie wróciłem z przerwy i widzę, że drzwiami wylewa się strumień ludzi. 

W dodatku nikt nic nie wie. Co się stało, Eve? Gdzieś wybuchł pożar czy co? 

- Idź do hotelu, Russ, i tam czekaj. 

- Ale o co chodzi? Nie spodobała ci się dzisiejsza próba i postanowiłaś... 

-  Nie  wygłupiaj  się!  -  Nie  dała  rady  dłużej  panować  nad  emocjami.  Kropelki  potu 

background image

wystąpiły jej na czole, ściekały po plecach. - Miałam telefon z pogróżką. Chyba podłożono tu 

bombę. Rozumiesz? 

Przez  moment  tkwił  jak  skamieniały.  Ocknął  się  dopiero  wtedy,  gdy  Eve  ruszyła  po 

schodach na górę. 

- Bomba? Tu, w teatrze? Do diabła, Eve, dokąd... 

Musimy uciekać! 

- Nie, muszę sprawdzić, czy wszyscy wyszli. 

- Cholera jasna! - Pognał za nią na piętro. - Już dawno wyszli! Eve, wracajmy na dół! 

Trzeba zadzwonić na policję, do straży pożarnej, gdzieś. 

- Zadzwonię, ale najpierw chcę się upewnić... 

Sprawdziła  wszystkie  pokoje.  Kiedy  ochrypła  od  krzyku  nabrała  pewności,  że  na 

górze  nikogo  nie  ma,  zaczął  ją  ogarniać  śmiertelny  lęk.  Chwyciła  Russa  za  rękę  i  ile  sił  w 

nogach rzucili się schodami na dół. Byli przy samych drzwiach, kiedy budynkiem wstrząsnął 

wybuch. 

- Monsieur Trouchet... dziękuję, że zechciał pan tu przyjść. 

-  Zawsze  jestem  do  usług  Waszej  Wysokości.  -  Trouchet  usiadł  naprzeciwko 

Aleksandra, w fotelu przeznaczonym dla gości. - Miło było spotkać pana wczoraj u Cabotów, 

książę,  ale  jak  sam  pan  powiedział,  takie  towarzyskie  okazje  nie  sprzyjają  rozmowom  o 

interesach. 

- No właśnie, a ponieważ do ustawy zdrowotnej przywiązuję duże znaczenie, chciałem 

omówić ją w skupieniu i bez pośpiechu. 

Aleksander  zapalił  papierosa.  Wiedział,  że  Trouchet  jest  przeciwny  wielu  punktom 

ustawy i jeżeli zechce, może przekonać członków rady, aby ją odrzucili. 

-  Cenię  pański  czas,  monsieur,  więc  od  razu  przejdę  do  sedna.  Mamy  tylko  dwa 

nowoczesne  szpitale.  Wielu  ludzi  mieszkających  na  wsi  lub  w  portach  rybackich  korzysta  z 

małych  prywatnych  klinik.  Kliniki  jednak  nic  przynoszą  zysku,  w  ciągu  ostatnich  pięciu  lat 

wiele z nich zbankrutowało... 

- Wiem. Dlatego uważam, że powinno je przejąć państwo. 

- A ja uważam, że ratunkiem dla klinik, a mówiąc o klinikach, mam na myśli zarówno 

lekarzy, jak pacjentów, byłaby pomoc państwa. Subwencje. 

Trouchet skrzyżował ręce na piersi. 

- Takie rozwiązanie jest dość niebezpieczne. 

- Zdaję sobie z tego sprawę - oznajmił Aleksander. 

- Ale myślę, że wspólnymi siłami zdołamy ominąć wszelkie... 

background image

Urwał  i  popatrzył  zirytowany  na  Bennetta,  który  bez  pukania  wtargnął  do  jego 

gabinetu. 

- Aleks. - Bennett nawet nie zauważył siedzącego po drugiej stronie biurka Troucheta. 

- Przed chwilą dzwonił Reeve. Doszło do wybuchu... 

Aleksander poderwał się z fotela. 

- Ojciec...? 

- Nie. W teatrze. 

Widząc, jak bratu krew odpływa z twarzy, Bennett podszedł bliżej, żeby w razie czego 

go podtrzymać. 

Aleks podniósł dłoń i zadał jedno jedyne pytanie: 

- Eve? 

-  Reeve  nic  nie  wie.  Proszę  nam  wybaczyć,  monsieur  -  Bennett  zwrócił  się  do 

Troucheta. - Książę Aleksander i ja musimy natychmiast udać się do Centrum. 

Zanim Trouchet się podniósł, obaj byli już za drzwiami. 

- Jak to się stało? - spytał Aleks, pędząc do samochodu. 

W  pierwszej  chwili  chciał  się  sprzeciwić,  kiedy  Bennett  usiadł  za  kierownicą,  ale 

potem uznał, że brat słusznie zrobił. On sam pewnie by ich pozabijał. 

- Rozmawiałem z Reeve'em dosłownie przez minutę. - Bennett ruszył z piskiem opon, 

za nim ochroniarze. 

-  Podobno  szantażysta  znów  zadzwonił.  Wspomniał  coś  o  bombie,  że  nikt  jej  nie 

znajdzie i... - Zamilkł. Nie był w stanie mówić dalej, widząc trupią bladość powlekającą twarz 

Aleksa. 

- I co? 

-  Domyślili  się,  że  bombę  podłożono  w  teatrze.  Policja  dotarta  na  miejsce  w  ciągu 

paru minut. Pięciu, góra siedmiu. Byli w drodze, kiedy rozległ się wybuch. 

- Gdzie była bomba? Gdzie dokładnie? 

- W gabinecie Eve. Ale jej tam nie było. Jest zbyt inteligentna, żeby... 

- Martwiła się o mnie, o nas - przerwał mu Aleks. - Ale nie o siebie. Boże, dlaczego 

nie pomyślałem o tym, że jej też może grozić niebezpieczeństwo? 

-  Nikomu  z  nas  to  nie  przyszło  do  głowy  -  stwierdził  ponuro  Bennett.  -  Po  co  ktoś 

miałby wciągać Eve w nasze sprawy? To bez sensu, Aleks. Totalnie bez sensu. 

- Sam powiedziałeś, że traktujesz ją jak członka rodziny. 

Od  Centrum  Sztuk  Pięknych  dzieliła  ich  jedna  przecznica.  Aleksander  czuł,  jak 

wszystkie  mięśnie  mu  drżą.  Zimny  strach  przenikał  go  do  szpiku  kości.  Wyskoczył  z 

background image

samochodu,  zanim  jeszcze  Bennett  zdążył  zaciągnąć  hamulec.  Reeve,  który  stał  przy 

głównym wejściu, rozmawiając z ludźmi z ochrony, zagrodził mu drogę. 

- Jej tu nie ma, Aleks. Jest w ogrodzie na tyłach teatru. Cała i zdrowa. - Widząc, że do 

Aleksa  nic  nie  dociera,  powtórzył:  -  Aleks,  Eve  żyje.  W  chwili  wybuchu  nie  było  jej  w 

gabinecie; była już prawie na dworze... 

Słowa  szwagra  nie  uspokoiły  go.  Musiał  zobaczyć  na  własne  oczy.  Ruszył  pędem 

wokół  budynku.  Nagle  ujrzał  potężną  dziurę  w  ścianie,  a  w  dole  na  trawie  setki  odłamków 

szkła.  Coś,  co  kiedyś  było  lampą,  a  teraz  poskręcaną  kupą  metalu,  leżało  na  środku  ścieżki 

prowadzącej do ogrodu. 

Gdyby  zajrzał  do  środka  przez  wybitą  w  ścianie  dziurę  Jego  oczom  ukazałby  się 

ogrom zniszczeń. Nie zrobił tego jednak. Nerwowo rozglądał się, szukając Eve. 

Siedziała na ławce, pochylona, z głową wspartą na dłoniach. Tuż za nią stali strażnicy, 

obok siedział jakiś mężczyzna. Aleksander odetchnął z ulgą. Żyła! Była cała i zdrowa. 

Usłyszała  go,  choć  wymówił  jej  imię  tylko  w  myślach.  Podniosła  wzrok,  po  czym 

rzuciła mu się w ramiona. 

- Och, Aleks, z początku myślałam, że chodziło mu o ciebie, a potem... 

- Nic ci nie jest? Nie jesteś ranna? Nic cię nie boli? 

- Nie. Tylko nogi mam jak z waty, a serce wali mi jak oszalałe. 

- Bałem się, że... 

Nie był w stanie dokończyć. Przywarł ustami do jej warg i całował ją, jakby od tego 

zależało jego życie. 

Strażnicy i ochrona starali się nie dopuszczać bliżej dziennikarzy, ale nazajutrz zdjęcie 

przytulonej pary i tak trafiło na pierwsze strony gazet. 

- Nic mi nie jest - powtarzała szeptem raz po raz, aż wreszcie sama w to uwierzyła. - 

Drżysz tak samo jak ja... 

- Powiedziano mi, że był wybuch. W teatrze. W twoim gabinecie... 

-  Och,  Aleks.  -  Przytuliła  się  jeszcze  mocniej.  Wyobraziła  sobie  koszmar,  jaki 

przeżywałaby,  gdyby  była  na  jego  miejscu.  -  W  chwili  wybuchu  wychodziliśmy  tylnymi 

drzwiami.  Policjanci  weszli  głównym  wejściem.  Dopiero  po  paru  minutach  znaleźli  nas  na 

dworze. 

Tak mocno ściskał ją za ramiona, że aż czuła ból. Ale nie próbowała się uwolnić. 

- A reszta zespołu? Nikt nie zginął? 

-  Nie.  Natychmiast  po  telefonie  zarządziłam  ewakuację.  Budynek  opuścili  wszyscy 

poza Russem... - Zerknęła za siebie na bladego, wystraszonego aktora. - Szłam na górę, żeby 

background image

upewnić się, czy nikt nie został, kiedy Russ... 

- Co?! - przerwał jej. - Szłaś na górę?! 

Skrzywiła się z bólu. Zrozumiał i rozluźnił uścisk. 

- Czyś ty zwariowała? Przecież bomba mogła być gdziekolwiek. Mogło ich być kilka. 

Przeczesywanie budynku należy do policji... 

- Tak, ale tam pracowali moi ludzie. Musiałam być pewna, że wszyscy są bezpieczni. 

Pete'a, na przykład, wyciągnęłam siłą, a.... 

- Mogłaś zginąć. 

Przeraziła ją wściekłość i gorycz w jego głosie. 

-  Mogłam,  Aleks.  Ale  równie  dobrze  mógł  zginąć  ktoś  z  moich  współpracowników. 

Czuję się za nich odpowiedzialna. Ty chyba najlepiej wiesz, co to znaczy, prawda? 

- Nie powinnaś była... 

- Powinnam. A ty powinieneś mnie zrozumieć. 

- Cholera, to przez moją rodzinę zostałaś narażona... - Urwał. - Znów cała drżysz. 

-  Jest  w  szoku  -  wyjaśnił  Reeve,  który  nadszedł  od  strony  budynku.  Zdjąwszy 

marynarkę, narzucił ją Eve na ramiona. - I ją, i Talbota, należałoby zawieźć do szpitala. 

Aleksander,  zły  na  siebie,  że  sam  o  tym  nie  pomyślał,  otworzył  usta,  aby  poprzeć 

Reeve'a, lecz zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Eve zaprotestowała: 

- Nie chcę. Wystarczy, jak przez kilka minut posiedzę sobie na ławce. - Zęby  głośno 

jej dzwoniły. 

- Akurat w tej kwestii nie masz nic do gadania. 

Skinął na jednego z ochroniarzy, aby pomógł Russowi dojść do samochodu. 

- Aleks, gdybyś dał mi kieliszek koniaku.... 

- Dam ci litr, ale najpierw zawiozę cię do doktora Franca. - Wziął ją na ręce, żeby nie 

zaczęła się wyrywać. 

-  Co  robisz? Jestem  silna  jak  koń.  -  Po  chwili  z  wdzięcznością  oparta  głowę  na  jego 

ramieniu. 

-  Uwierzę,  jak  to  potwierdzi  doktor  Franco.  Albo  jakiś  weterynarz.  -  Zerknął  na 

Reeve'a. - Zobaczymy się później? 

- Tak. Za godzinę lub dwie przyjadę do pałacu. 

Leżała  niezadowolona  na  białym  szpitalnym  łóżku,  poddając  się  oględzinom 

lekarskim. 

- Po co to wszystko? - mruknęła, kiedy doktor Franco poświecił jej w lewe oko małą 

latareczką. 

background image

- To ty nie wiesz, kochanie, że my, lekarze, uwielbiamy dręczyć pacjentów? - odparł 

lekarz, kierując strumień światła w prawe oko. 

Po chwili zgasił latarkę i zmierzył Eve puls. Dotyk miał delikatny, spojrzenie łagodne. 

- Nie szkoda panu czasu na badanie kogoś, komu nic nie dolega? 

-  Nie,  to  miła  odmiana.  -  Przysłonięte  siwym  wąsem  wargi  rozciągnęły  się  w 

uśmiechu.  -  A  kiedy  już  upewnię  się,  że  faktycznie  nic  ci  nie  dolega,  będę  mógł  uspokoić 

księcia. Chyba nie chcesz, żeby się zamartwiał? 

- Oczywiście, że nie - Westchnęła, patrząc, jak lekarz nakłada jej rękaw do mierzenia 

ciśnienia.  -  Po  prostu  nie  lubię  szpitali.  Kiedy  moja  mama  umierała,  przez  wiele  godzin  nie 

ruszaliśmy się z poczekalni szpitalnej. To był powolny i bolesny proces. Dla nas wszystkich. 

- Tak to już jest. Zarówno w wypadku śmierci, jak i choroby, najtrudniej jest nie tym, 

co  chorują  lub  umierają,  lecz  ich  bliskim.  -  Doskonale  rozumiał  jej  niechęć  do  szpitali,  ale 

pamiętał też, że kiedy książę Bennett trafił tu po zamachu, Eve odwiedzała go codziennie. 

-  Doznałaś  szoku,  ale  na  szczęście  masz  młody  i  silny  organizm.  Dlatego  z  czystym 

sumieniem mogę cię puścić do domu. 

- Świetnie. - Z radości usiadła na łóżku. 

- Ale chcę coś w zamian. 

-  To  szantaż.  -  Uśmiechnęła  się  słabo.  -  No  dobrze,  niech  panu  będzie.  Hm,  może 

darmowe bilety w pierwszym rzędzie na każdą z czterech premier? 

-  Nie  odmówiłbym.  -  Ciśnienie  miała  w  normie,  ale  nie  podobała  mu  się  jej 

przeraźliwa  bladość.  -  Wolałbym  jednak  co  innego.  Przyrzeczenie,  że  przez  następne 

dwadzieścia cztery godziny będziesz odpoczywała. 

- Odpoczywała? Przez dwadzieścia cztery godziny? Ależ muszę jutro... 

- Dwadzieścia cztery godziny - powtórzył łagodnie lekarz. - Albo mi to obiecasz, albo 

powiem księciu, że muszę cię zatrzymać na obserwacji do rana. 

- Więc co? Mam leżeć w łóżku? Cały boży dzień? 

- Niekoniecznie. Możesz się przejść po ogrodzie, wybrać na przejażdżkę nad morzem. 

Ale żadnej pracy, żadnych stresów. 

Zadumała  się.  Chyba  warto  przyjąć  tę  propozycję.  W  sypialni  ma  telefon,  natomiast 

gabinet w teatrze jest zdewastowany; minie kilka dni, zanim będzie mogła do niego wejść. 

-  W  porządku.  Dwadzieścia  cztery  godziny.  -  Usiadła  na  łóżku  i  wyciągnęła  rękę  na 

znak zgody. 

-  Doskonale.  Ubierz  się  i  zaraz  wyjdziemy.  Tam  na  korytarzu  czeka  pewien  bardzo 

niecierpliwy człowiek. 

background image

Faktycznie, Aleks chodził tam i z powrotem niczym lew w klatce. Bennett stał oparty 

o  ścianę,  wpatrując  się  w  drzwi  pokoju  lekarskiego.  Kiedy  się  otworzyły,  obaj  mężczyźni 

natychmiast  podeszli  bliżej.  Aleksander  wziął  Eve  za  rękę,  wzrok  jednak  utkwił  w  twarzy 

lekarza. 

- Doktorze...? 

- Pacjentka oczywiście przeżyła szok, ale jej ogólny stan zdrowia jest zadowalający. 

- Widzisz, Aleks? A nie mówiłam? 

- Jednakże zaleciłem jej dwadzieścia cztery godziny odpoczynku. 

- Niekoniecznie w łóżku - dodała szybko Eve. 

-  Nie,  niekoniecznie  -  przyznał  z  uśmiechem  doktor  Franco.  -  Ma  unikać 

jakichkolwiek silniejszych wzruszeń, wysiłku, stresu. Powinna teraz coś zjeść, no i odpocząć. 

- A leki? - spytał Aleksander. 

-  Żadnych  nie  potrzebuje.  Wystarczy  spokój  i  odpoczynek.  Aha,  radziłbym  usunąć  z 

jej pokoju telefon. Choćby na jeden dzień. - Kiedy Eve zaskoczona otworzyła usta, żeby się 

sprzeciwić,  poklepał  ją  łagodnie  po  ramieniu.  -  Ależ,  dziecko  moje,  nie  możemy  pozwolić, 

aby jakiś drań znów cię nękał. 

Po chwili oddalił się korytarzem. 

-  Cwana  bestia  -  mruknęła  pod  nosem  Eve.  Była  zbyt  zmęczona,  aby  protestować. 

Nagle rozejrzała się dookoła. - Gdzie Russ? 

-  Jeden  z  ochroniarzy  odwiózł  go  do  hotelu  -  odparł  Bennett.  -  Jest  roztrzęsiony,  ale 

poza tym nic mu nie dolega. Dostał środki uspokajające. 

-  No  dobrze,  zabieramy  cię  do  domu  -  powiedział  Aleksander,  przytrzymując  ją  za 

łokieć. - Cała rodzina chce się przekonać na własne oczy, że jesteś cała i zdrowa. 

Nadszedł  czas  na  odpoczynek.  Stara  niania,  która  najpierw  zajmowała  się  matką 

Aleksandra, potem nim, jego bratem i siostrą, a teraz trzecim pokoleniem Bissetów, pomogła 

Eve  się  rozebrać.  Rękami  poskręcanymi  od  reumatyzmu,  o  skórze  cienkiej  jak  pergamin  i 

pokrytej  starczymi  plamami,  odpięła  kilka  guzików,  ściągnęła  z  Eve  ubranie,  podała  jej 

piżamę, poprawiła poduszki. 

- Kiedy gosposia przyniesie posiłek, zjesz wszystko. 

- Tak, nianiu - zgodziła się potulnie Eve, podciągając kołdrę po brodę. 

Staruszka usiadła na krawędzi łóżka i podała Eve filiżankę złocistego płynu. 

-  Wypij.  Do  dna.  To  moja  własna  mikstura.  Zobaczysz,  zaraz  odzyskasz  rumieńce. 

Daję to moim dzieciom, kiedy są chore. 

- Dobrze, nianiu. 

background image

Nawet  książę  Armand  nie  wzbudzał  w  Eve  takiego  strachu  jak  ta  siwowłosa,  ubrana 

na  czarno  staruszka  mówiąca  z  silnym  słowiańskim  akcentem.  Podniosła  filiżankę  do  ust, 

spodziewając się jakiegoś paskudztwa. Orzechowo - herbaciany smak mile ją zaskoczył. 

- No widzisz? - Niania pokiwała głową, bardzo z siebie zadowolona. - Dzieciom leki 

zawsze  kojarzą  się  z  czymś  gorzkim  i  niesmacznym,  więc  wymyślają  różne  sztuczki,  żeby 

tylko ich nie brać. A ja wymyślam własne sztuczki, żeby poprawić smak leków. Dorian, kiedy 

tylko mu coś dolega, zaraz prosi o moją herbatkę. Pamiętam, kiedy dziesięcioletni Aleksander 

wrócił  od  doktora  Franco  po  wycięciu  migdałków.  Chciałam  dać  mu  lody,  ale  wolał  mój 

magiczny napój. 

Eve  usiłowała  sobie  wyobrazić  małego  Aleksandra,  ale  nie  potrafiła;  widziała 

dorosłego mężczyznę, wysokiego, o dumnym spojrzeniu. 

- Nianiu, jaki on był w dzieciństwie? 

-  Odważny,  pełen  temperamentu.  -  Staruszka  uśmiechnęła  się;  zmarszczki  na  jej 

twarzy  jeszcze  bardziej  się  pogłębiły.  -  Ale  i  odpowiedzialny.  Poczucie  odpowiedzialności 

wyssał  z  mlekiem  matki.  Chyba  już  jako  brzdąc  wiedział,  że  zawsze  będzie  miał  więcej  od 

innych,  a  zarazem  mniej.  -  Wstała  z  łóżka  i  nie  przerywając  monologu,  zaczęła  składać 

ubrania  Eve.  -  Był  posłusznym  dzieckiem.  Chociaż  w  jego  oczach  czasem  pojawiał  się 

sprzeciw,  to  jednak  nigdy  się  nie  buntował.  W  szkole  uczył  się  dobrze.  Różnił  się  od 

Bennetta;  mieli  całkiem  inne  usposobienia  i  oczywiście,  jak  to  bracia,  bezustannie  toczyli  z 

sobą wojnę. Ale lubili się, a z wiekiem ich wzajemna sympatia się umacnia. 

Zerknąwszy na Eve, z satysfakcją zauważyła, że filiżanka jest niemal pusta. 

- Cechuje go ogromna powaga. Większa niż Armanda. No, ale stary książę miał żonę, 

piękną Elizabeth, która potrafiła sprowadzić uśmiech na jego twarz. Aleksandrowi też by się 

przydał ktoś taki. 

Staruszka popatrzyła znacząco na swoją pacjentkę. 

- To zależy od niego - rzekła cicho Eve. 

- Kobieta, którą wybierze - kontynuowała niania, zabierając pustą filiżankę - powinna 

być  silna  i  gotowa  dzielić  z  nim  nie  tylko  radości,  ale  i  obowiązki.  Najbardziej  jednak  bym 

chciała, żeby był z nią szczęśliwy. Żeby częściej się śmiał. 

- Uwielbiam, jak się śmieje - szepnęła Eve, zamykając oczy. - Czy to widać, nianiu? 

Ze tak bardzo go kocham? 

-  Mam  stare  oczy.  -  Staruszka  wygładziła  kołdrę,  po  czym  przyciemniła  lampę.  -  A 

stare oczy widzą znacznie więcej niż młode. Śpij, maleńka. On przyjedzie do ciebie, nim noc 

dobiegnie końca. Znam swoje dzieci. 

background image

I  faktycznie,  dobrze  je  znała.  Kiedy  Eve  uniosła  powieki,  Aleksander  siedział  na 

brzegu łóżka, trzymając ją za rękę. 

- Niania dała mi magiczny napój... 

Przysunął jej dłoń do ust. 

- Który przywrócił twoim policzkom kolor. - Uśmiechnął się. - Wyspałaś się? Niania 

powiedziała, że wkrótce się obudzisz i będziesz głodna. 

- Jestem. - Oparła się o wezgłowie. - Jak wilk. 

W nogach łóżka stała taca. 

-  Sama  przygotowała  ci  posiłek.  Cóż  tu  mamy?  -  Zaczął  kolejno  unosić  pokrywki.  - 

Rosół z kury, chudy stek wołowy, sałatka, ziemniaki posypane tartym serem... 

- Och, przestań mnie torturować. - Eve pogładziła się po brzuchu. - Od śniadania nie 

miałam nic w ustach. 

- Dobrze, zaczniemy od rosołku. 

- Pachnie wspaniale. - Chwyciła łyżkę. 

Obserwował  ją  w  milczeniu.  Ze  wstępnego  raportu,  jaki  przekazał  mu  Reeve. 

wynikało, że ładunek podłożony w teatrze był tego samego rodzaju co bomba, która wybuchła 

w  ambasadzie  w  Paryżu.  Gdyby  ktoś  akurat  był  w  gabinecie  czy  nawet  przechodził  za 

drzwiami, skończyłoby się to dla niego tragicznie. 

Policja  uważała,  że  szantażyście  nie  zależało  na  śmierci  Eve.  Stąd  wcześniejsze 

ostrzeżenie. Wybuch był aktem terroru, który miał wprowadzić zamęt i wzbudzić strach. Ale 

gdyby Eve tak sprawnie nie zarządziła ewakuacji... 

Aleksander wolał o tym nie myśleć. 

Na szczęście mc się jej me stało. Była cała i zdrowa, a on zamierzał uczynić wszystko, 

aby  taka  pozostała.  Kiedy  skończyła  zupę.  podał  jej  drugie  danie.  Przekroiła  mięso.  Było 

idealnie wysmażone, w środku lekko zaróżowione. 

- Miło, że cała rodzina przyszła mnie odwiedzić. zobaczyć, jak się czuję. Nawet twój 

ojciec. 

- Ojciec darzy cię wielką sympatią - oznajmił Aleks. - Podobnie jak my wszyscy. 

Po tym, jak mocno trzymał ją w ramionach, kiedy odnalazł ją w ogrodzie, wiedziała, 

ż

e  mu  na  niej  zależy.  Ale  o  nic  nie  chciała  pytać.  Lepiej  skupić  się  na  czym  innym, 

pomyślała. 

-  Wiesz,  Aleks,  naprawdę  czuję  się  świetnie.  Może  więc  nie  ma  sensu  wyłączać 

telefonu... 

-  Za  późno.  -  Wyjął  z  kubełka  butelkę  wina  i  napełnił  dwa  kieliszki.  -  Zresztą  nie 

background image

musisz  jutro  nigdzie  dzwonić.  Brie  z  rodziną  wprowadza  się  na  jakiś  czas  do  pałacu. 

Dzieciaki nie pozwolą ci się nudzić. 

-  Aleks,  bądź  rozsądny.  Muszę  porozumieć  się  z  zespołem.  Biedacy  na  pewno 

odchodzą  od  zmysłów.  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  jak  bardzo  aktorzy  wszystko 

przeżywają. Poza tym doprowadzenie gabinetu do stanu używalności zajmie trochę czasu... 

- Masz wrócić do Houston. 

Wolno odłożyła na tacę nóż i widelec. 

- Co takiego? 

- Chcę, żebyście wszyscy wrócili do Stanów. Odwołuję wasze przedstawienia. 

Ogarnęła ją wściekłość. 

- Tylko spróbuj, a podam cię do sądu za złamanie kontraktu. 

- Eve, proszę cię. To, co się dziś wydarzyło... 

- Nie ma nic wspólnego z moim zespołem i bardzo niewiele ze mną. Oboje doskonale 

to wiemy. Gdyby komuś zależało na mojej śmierci, w Houston też nie byłabym bezpieczna. 

- Zrozum, Eve. Nie chcę cię tu. 

Zabolały ją jego słowa. 

-  Nic  z  tego,  Aleks.  Wyjadę  dopiero  wtedy,  gdy  mój  zespół  zagra  cztery  spektakle. 

Tak jak jest w kontrakcie. 

Wstał z łóżka i przeklinając po francusku, zaczął przemierzać pokój. Eve uśmiechnęła 

się  pod  nosem.  W  szkole  w  Szwajcarii,  nie  tyle  na  lekcjach,  co  w  internacie,  dostatecznie 

dobrze poznała francuski, by wiedzieć, co Aleks mówi. 

-  Niania  wspomniała,  że  zawsze  miałeś  dość  wybuchowy  temperament  -  rzekła, 

zbliżając widelec do ust. 

Całkiem  jej  się  podobało,  że  on,  taki  zrównoważony  i  opanowany,  wreszcie  nie 

wytrzymał.  Postanowiła,  że  sama  zachowa  stoicki  spokój.  -  Jakie  wspaniałe  wino.  Usiądź, 

Aleks, i skosztuj. 

-  Merde!  -  Odwrócił  się  do  niej  twarzą.  Miał  ochotę  chwycić  tacę  i  cisnąć  nią  o 

podłogę. - Czy wiesz, co czułem, myśląc, że możesz nie żyć? Ze w chwili wybuchu mogłaś 

być w gabinecie? 

Ponownie odłożyła sztućce i popatrzyła mu głęboko w oczy. 

-  Tak,  Aleks,  chyba  wiem.  Ja  to  samo  czuję,  ilekroć  wychodzisz  z  pałacu.  Dziś  rano 

długo stałam w oknie i myślałam o tobie. Wyszedłeś bez słowa... 

- Nie chciałem cię budzić. 

-  Nie  czynię  ci  wyrzutów.  -  Odsunęła  na  bok  tacę.  -  Po  prostu  tłumaczę,  co  czułam. 

background image

Spoglądałam w morze i wiedziałam, że jesteś gdzieś daleko, gdzie nie mogę ci pomóc. Mimo 

ż

e  cały  czas  towarzyszył  mi  strach  o  twoje  bezpieczeństwo,  bo  właśnie  upłynął  termin 

ultimatum, musiałam się ubrać i zająć własnymi sprawami. 

-  Eve,  nigdzie  nie  ruszam  się  sam.  A  od  czasu  wybuchu  w  Paryżu  każdemu  z  nas 

podwojono ochronę. 

- To ma mnie uspokoić? - Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuowała: - Chcesz, 

ż

ebym uciekła z Cordiny. Uciekniesz ze mną? 

- Wiesz, że nie mogę. To moja ojczyzna. 

-  A  ja  przyjechałam  tu  z  moim  teatrem  na  gościnne  występy.  Proszę  cię.  nie  każ  mi 

wracać do Stanów. 

-  Wyciągnęła  do  niego  rękę.  Po  chwili  wahania  podszedł  bliżej.  -  Jeśli  koniecznie 

chcesz być na mnie zły, poczekaj do jutra. A dziś zostań ze mną. Przytul mnie. 

- Potrzebujesz odpoczynku - powiedział, przygarniając ją do siebie. 

- Później odpocznę. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Pokój,  który  służył  jej  za  gabinet,  wyglądał  jak  pobojowisko.  Mimo  że wiedziała,  co 

się  stało,  bo  przecież  sama  omal  nie  zginęła,  mimo  że  słyszała  opowieści  innych  i  czytała 

relację w prasie, była zaskoczona widokiem, jaki ujrzała. 

Dotrzymała przyrzeczenia i przez dwadzieścia cztery godziny nie ruszała się z pałacu - 

głównie dlatego, że jej pilnowano. Teraz stała w progu gabinetu i rozglądała się wkoło. Gruzu 

i  śmieci  jeszcze  nie  usunięto.  Przez  cały  poprzedni  dzień  i  całą  noc  policjanci  dokładnie 

przeszukiwali teren. Na dziś rano zamówiono ekipę remontową. 

Eve specjalnie przyjechała wcześniej, żeby zobaczyć skalę zniszczeń. 

Wbrew  temu,  czego  się  spodziewała,  nie  czuła  strachu.  Jego  miejsce  zajęła 

wściekłość, dzika, niepohamowana, o dziwnie uzdrawiającej mocy. 

Wszystkie notatki uległy zniszczeniu. Weszła do pokoju i kopnęła leżący na podłodze 

kawałek sufitu. Tygodnie, miesiące, nawet lata pracy obrócone w popiół. 

Niektóre rzeczy były do odtworzenia, inne przepadły na zawsze. 

Między  innymi  wybuch  zniszczył  jej  ulubione  zdjęcie,  na  którym  była  z  Chris.  A 

także dramat, który kiedyś napisała, oraz sztukę, nad którą pracowała obecnie. 

Do  oczu  podeszły  jej  łzy  -  gniewu,  nie  smutku.  Może  nie  miała  talentu,  może  obie 

sztuki  cechowała  naiwność  i  chropowatość,  ale  co  z  tego?  Jakim  prawem  ktoś  je  zniszczył? 

Jakim prawem zniszczył jej marzenia i o mało nie zabił jej samej? 

Stojąc pośród gruzu, podjęła decyzję: nie ujdzie to tym draniom bezkarnie. Już ona się 

o to postara. 

- Eve... 

Wierzchem dłoni otarła łzy. 

- Chris?! 

W  jednej  sekundzie  przeistoczyła  się  z  dorosłej  kobiety,  producentki  teatralnej,  w 

młodszą siostrę. Potykając się o śmieci, rzuciła się Chris w ramiona. 

- Przyjechałaś? Jak dobrze, że jesteś! 

-  Oczywiście,  że  przyjechałam.  Wsiadłam  w  samolot,  kiedy  tylko  usłyszałam  tę 

wiadomość. - Napięcie, jakie towarzyszyło jej przez całą podróż, powoli znikało. - Najpierw 

udałam  się  do  pałacu.  Nigdy  nie  widziałam  tam  takiej  ochrony.  Gdyby  nie  Bennett,  pewnie 

wciąż przekonywałabym strażników, żeby wpuścili mnie do środka. Na miłość boską, Eve, co 

się tu dzieje? 

background image

- Wszystko zniszczyli, wiesz? To nasze wspólne zdjęcie zrobione przed moją pierwszą 

premierą.  Stało  na  biurku.  Małego  porcelanowego  kotka,  którego  mama  mi  dała,  kiedy 

miałam dziesięć lat. Wszędzie go z sobą zabierałam. Nic nie zostało, Chris. Nic. 

-  Ciii,  maleńka.  -  Powiodła  wzrokiem  po  pokoju.  Na  myśl  o  tym,  jak  niewiele 

brakowało,  by  straciła  siostrę,  poczuła  dreszcz  przerażenia.  -  Najważniejsze,  że  żyjesz.  - 

Odsunęła Eve od siebie i uważnie się jej przyjrzała. - Na pewno nic ci nie jest? 

- Na pewno. W chwili wybuchu byłam już prawie na dworze. Reeve mówił, że to była 

nieduża bomba o niedużej sile rażenia. 

-  Nieduża  bomba  -  powtórzyła  cicho  Chris,  jeszcze  mocniej  tuląc  siostrę  do  siebie.  - 

Taka  malutka.  -  Potrząsnęła  gniewnie  Eve  za  ramiona.  -  Boże,  wiesz,  jak  się  czułam,  kiedy 

usłyszałam wiadomość w radiu? 

-  Przepraszam,  Chris.  Wszystko  stało  się  tak  nagle...  Powinnam  była  zadzwonić  do 

ciebie. 

-  A  powinnaś  była,  powinnaś!  -  Urwała.  Wiedziała,  że  bez  sensu  w  takiej  chwili 

czynić  siostrze  wyrzuty.  -  Brie  do  mnie  zatelefonowała.  A  książę  Armand  zadzwonił 

osobiście  do  taty.  Ojciec  oczywiście  natychmiast  chciał  wsiąść  w  pierwszy  samolot  i 

przywieźć cię do domu. 

- Jezu! 

- Przekonałam go, że prędzej posłuchasz mnie niż Jego. 

- Zadzwonię do taty. Słowo honoru, nie sądziłam, że wiadomość tak szybko dotrze do 

Stanów. 

- Masz mi opowiedzieć wszystko od początku do końca. Dokładnie, ze szczegółami. - 

Odkąd  Eve  skończyła  piętnaście  lat,  głos  Chris  dość  często  przybierał  stanowcze,  matczyne 

brzmienie. - A teraz jedziemy do pałacu, żebyś się spakowała i... 

- Nie wracam, Chris. 

- Posłuchaj... - Cofnęła się o krok i odgarnęła włosy z czoła. 

- Kocham cię - przerwała jej Eve. - Rozumiem, jak musisz się czuć, kiedy widzisz to 

wszystko. - Ponownie rozejrzała się po rumowisku. I ponownie wstąpiła w nią wściekłość. - 

Ale  nie  zamierzam  uciekać.  Przyjechałam  tu,  żeby  wystawić  cztery  sztuki,  i  nie  wyjadę, 

dopóki tego nie zrobię. 

Chris  z trudem  powstrzymała  się,  by  nie  podnieść  głosu.  Wiedziała,  że  krzykiem  nic 

nie osiągnie. 

- Żabko, szanuję twoją pracę, ale sama doskonale wiesz, że nie jest tu bezpiecznie. Nie 

warto dla paru spektakli narażać życia. 

background image

- Ta bomba nie była przeznaczona dla mnie. Chciano nastraszyć Bissetów. - Zacisnęła 

rękę  na  ramieniu  starszej  siostry.  -  Nie  mogę  wyjechać,  Chris.  Zrozumiesz,  jak  ci  wszystko 

wytłumaczę. 

- Wątpię. Ale słucham... 

- Nie tu. - Eve cmoknęła Chris w policzek. - W pokoju kierownika. 

Wychodząc  na  korytarz,  zerknęła  ukradkiem  na  zegarek.  Najdalej  w  ciągu  godziny 

zamierzała wrócić do pracy. 

Dwadzieścia minut później siedziały na kanapie. Obie piły już drugą filiżankę kawy. 

- Deboque... - powiedziała Chris, drżącą ręką odstawiając filiżankę na talerzyk. - Tyle 

lat minęło, a on wciąż usiłuje ich skrzywdzić. 

-  Aleks  twierdzi,  że  nie  przestanie,  póki  żyją  -  dodała  Eve.  Nigdy  nie  sądziła,  że 

mogłaby komuś życzyć śmierci, a Deboque'owi życzyła jej z całego serca. - Pojęcia nie mam. 

co  to  za  człowiek.  Na  pewno  zły,  na  pewno  ogarnięty  jakąś  obsesją.  Facet,  który  do  mnie 

zadzwonił,  mówił  o  sprawiedliwości.  Oni  uważają,  że  sprawiedliwości  stanie  się  zadość, 

kiedy  książę  Armand  zginie.  Zdaniem  Reeve'a  wybuch  w  teatrze  stanowił  taki  mały  pokaz 

siły.  Ale...  nie  wiem,  skąd  to  wiem,  ale  wiem...  następnym  celem  ataku  będzie  ktoś  z 

Bissetów. 

- Zacisnęła mocno usta. - Dorosły, dziecko, Deboque'owi nie robi to różnicy. Dlatego 

Reeve z Brie i dzieciakami mieszkają na razie w pałacu. 

Przez chwilę Chris toczyła w myślach walkę z samą sobą, wreszcie westchnęła głośno. 

-  Eve,  wiesz,  co  czuję  do  Bissetów.  Są  moją  drugą  rodziną.  Ale  ciebie  kocham 

bardziej. Chcę. żeby ś wróciła ze mną do Stanów. Nie możesz tu zostać. 

-  Muszę,  Chris.  Z  dwóch  powodów.  Jeden  z  nich  to  mój  teatr.  Nie,  nic  nie  mów. 

Wysłuchaj mnie. - Nie pozwoliła sobie przerwać. Kiedy Chris skinęła głową, że gotowa jest 

słuchać,  Eve  wstała  i  zaczęła  krążyć  po  pokoju.  -  Wreszcie  mam  szansę  wykazać  się. 

Udowodnić wszystkim, sobie, tobie, ojcu, ludziom z branży, że coś potrafię. 

- Ależ, złotko, mnie nie musisz nic udowadniać. 

-  Muszę.  Bo  wiele  ci  zawdzięczam.  -  Na  moment  wzruszenie  ścisnęło  ją  za  serce.  - 

Jesteś  tylko  pięć  lat  starsza  ode  mnie,  ale  kiedy  mama  umarła,  robiłaś  wszystko,  abym  jak 

najmniej  cierpiała.  Starałaś  mi  się  ją  zastąpić.  Może  nie  zawsze  to  doceniałam,  ale  teraz... 

Chcę ci pokazać, że twoje poświęcenie nie poszło na mamę. 

Łzy nabiegły Chris do oczu. 

- Eve, po prostu byłam dla ciebie starszą siostrą. 

- Byłaś kimś znacznie więcej. Byłaś przyjaciółką. - Kucnąwszy przed Chris, wzięła ją 

background image

za ręce. - Nawet jeśli moje poczynania nie spotykały się z twoim uznaniem, zawsze mogłam 

na  ciebie  liczyć.  To  mi  dawało  siłę.  Dlatego  zależy  mi  na  tym,  żeby  odnieść  sukces  w 

Cordinie. To byłby mój sukces, ale i twój. 

- Złotko, nie wiem, co powiedzieć... 

- Nic. Po prostu słuchaj. Kiedy założyłam teatr, prawie nikt nie traktował mnie serio. 

Ludzie uważali, że rozpieszczona dziedziczka nudzi się, więc znalazła sobie nową zabawkę. 

Rzeczywiście nudziłam się. Wszystko, co wcześniej robiłam, było... miałkie i bez sensu. 

- Przesadzasz. 

- Ani trochę. - Nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy. - W szkole nie przykładałam się 

do  nauki.  Podczas  letnich  wakacji  wylegiwałam  się  nad  basenem.  Czytałam  pisma 

ilustrowane, a w przerwach patrzyłam, jak ojciec haruje, a ty z zapałem rozbudowujesz swoją 

galerię. Dopiero w teatrze uzmysłowiłam sobie, że dotąd brakowało mi celu w życiu. Kiedy 

po  raz  pierwszy  stanęłam  na  scenie,  doznałam  olśnienia.  Zrozumiałam,  że  tu  jest  moje 

miejsce - może nie na scenie, może w kulisach, ale na pewno w teatrze. Założyłam zespół. Po 

paru latach ludzie przestali się ze mnie śmiać. Teraz stanęłam przed szansą, której po prostu 

nie mogę zmarnować. 

- Wierz mi, żabko, jestem z ciebie dumna. - Chris pogładziła siostrę po policzku. - Na 

pewno odniesiesz wielki sukces. Warto do niego dążyć, lecz nie za wszelką cenę. Wstrzymaj 

się pół roku, może rok, a kiedy sytuacja się unormuje, wrócisz tu i... 

-  Nie  wyjadę,  Chris.  Nawet  gdyby  rozebrano  teatr,  nawet  gdyby  aktorzy  odlecieli  do 

Stanów, ja zostanę. - Wzięła głęboki oddech. - Mówiłam, że chcę zostać z dwóch powodów. 

Drugi to Aleksander. Kocham go. 

Chris zaniemówiła. 

-  Muszę  być  z  nim,  zwłaszcza  teraz.  Kiedyś  wydawało  mi  się,  że  teatr  jest 

najważniejszy.  Owszem,  jest  ważny,  ale  Aleksa  kocham  bardziej.  -  Na  moment  zamilkła.  - 

Wiem, że na dłuższą metę nic z tego nie będzie, ale na razie nie mogę wyjechać. 

- Kiedyś wydawało mi się, że może ty i Bennett... Wyobrażałam sobie was razem. Ale 

ty i Aleksander? 

-  Wiem.  -  Eve  ponownie  zaczęła  krążyć  po  pokoju.  -  Dziedzic.  Następca  tronu. 

Najśmieszniejsze jest to, że kocham go od lat, tylko sama przed sobą to ukrywałam. 

-  Wiesz,  kiedy  po  wstępnej  rozmowie  w  Cordinie  wróciłaś  do  Stanów,  nawet  się 

zastanawiałam, czy się przypadkiem nie zadurzyłaś. 

- Zakochałam się, nie zadurzyłam. To zasadnicza różnica. 

- Masz rację. - Chris westchnęła. - Czy on wie? 

background image

- Jest inteligentnym człowiekiem, więc chyba tak. 

- A on, Eve? Co czuje do ciebie? 

- Nie jestem pewna. Trudno go rozszyfrować. Od dziecka stara się nie uzewnętrzniać 

emocji. - Wzruszyła ramionami. - Zresztą to nie ma znaczenia. 

- Jak to? 

- Bo nie ma. - Zawsze uważała się za realistkę. - Jak ci mówiłam, wiem, że na dłuższą 

metę  nic  z  tego  nie  będzie.  Jestem  kobietą  pracującą.  Praca  zajmuje  mi  mnóstwo  czasu  i 

energii.  Nawet  gdyby  Aleks  był  zwykłym  facetem,  a  nie  następcą  tronu,  wątpię,  czy 

stworzylibyśmy udany związek. Małżeństwo i rodzina wymagają poświęcenia. Mnie na to nie 

stać. 

- Nie przekonałaś mnie, złotko. Ani siebie. 

- Nie wszystkim kobietom małżeństwo jest potrzebne do szczęścia. - Boże, ileż to razy 

w ciągu ostatniego tygodnia odbywała z sobą tę rozmowę! - Choćby tobie. 

- Tak, choćby mnie. - Chris roześmiała się smutno. 

-  Posłuchaj,  Eve.  Tylko  dlatego  nie  mam  męża  i  pół  tuzina  dzieci,  bo  nie  spotkałam 

mężczyzny, który byłby dla mnie ważniejszy od pracy. Ty spotkałaś. 

-  Tak,  ale  to  nieważne.  Zrozum,  Chris,  nie  żyjemy  w  próżni.  Muszę  brać  pod  uwagę 

rzeczywistość.  Jeśli  tego  nie  zrobię,  przegram.  A  nie  chcę  stracić  Aleksa.  Chcę  z  nim  być 

najdłużej,  jak  mogę.  -  Przeczesała  ręką  włosy.  -  Któregoś  dnia  Aleks  ożeni  się,  założy 

rodzinę. Spełni swój obowiązek wobec kraju. Ale do tego czasu chcę dzielić z nim życie. 

-  Tak  bardzo  go  kochasz?  -  spytała  Chris.  -  Sama  nie  wiem,  czy  cieszyć  się,  czy 

płakać. 

- Cieszyć. Jest zbyt wiele innych powodów do płaczu. 

-  Dobrze.  -  Chris  wstała  z  kanapy  i  objęła  siostrę.  -  A  zatem  cieszę  się  wraz  z  tobą. 

Słuchaj... może byś zrobiła sobie dziś wolne i polatała ze mną po sklepach? 

-  Nie  mogę.  Mam  dziesiątki  spraw  do  załatwienia.  Powinnam  być  na  próbie,  żeby 

uspokoić  zespół.  No  i  muszę  zorganizować  sobie  jakiś  prowizoryczny  gabinet.  -  Nagle 

urwała. - A co chcesz kupić? 

- Różne rzeczy. Niczego z sobą nie zabrałam. - Podniosła z podłogi niedużą skórzaną 

torbę,  która  stanowiła  cały  jej  bagaż.  -  Byłam  pewna,  że  jeszcze  dziś  wrócimy  razem  do 

Stanów.  A  teraz...  muszę  znaleźć  jakąś  szałową  kreację,  w  której  wystąpię  na  twojej 

premierze. 

- Zostajesz... 

- No pewnie. Myślisz, że znajdzie się dla mnie pokój w pałacu? 

background image

Eve uścisnęła siostrę. 

- Wstawię się za tobą. 

Wiele  godzin  później  siedziała  w  swoim  pokoju, pochylona  nad  maszyną  do  pisania. 

Dzień zleciał jej błyskawicznie, ale wieczór potwornie się dłużył. 

Aleks nie wrócił na kolację. Reeve i książę Armand też byli nieobecni. Bennett, choć 

starał  się  rozweselić  resztę  towarzystwa,  nie  potrafił  ukryć  zdenerwowania.  Natychmiast  po 

deserze przeprosił panie i gdzieś znikł. 

Eve  udała  się  do  siebie  na  górę,  gdzie  czekało  ją  sporo  pracy,  a  Chris  postanowiła 

pomóc Gabrielu ułożyć dzieciaki do snu. 

Teksty  czterech  sztuk,  pełne  uwag  na  marginesach,  uległy  zniszczeniu,  ale  już  przed 

południem dostarczono Eve nowe egzemplarze. Nie musiała ich przeglądać. 

Znała  na  pamięć  wszystkie  kwestie,  didaskalia,  wskazówki  reżysera.  Gdyby  zaszła 

konieczność, mogłaby zastąpić każdego z aktorów. 

Do  premiery  pierwszej  sztuki zostało  kilka  dni. Chociaż  wszyscy  byli  zdenerwowani 

niedawnym  wybuchem,  popołudniowa  próba  przebiegła  całkiem  sprawnie.  Praca  nad  drugą 

sztuką  też  szła  pełną  parą.  Próby  do  trzeciej  miały  się  rozpocząć  za  tydzień.  Bilety  na 

pierwsze trzy spektakle zostały już wyprzedane, na czwarty były jeszcze wolne miejsca, ale z 

każdym dniem ich ubywało. 

Kiedy  po  kolacji  Eve  wróciła  do  swojego  pokoju,  pomyślała  sobie,  że  warto  jeszcze 

raz sprawdzić budżet, ale zupełnie nie miała na to ochoty. Napuściła wody do wanny i wzięła 

kąpiel.  Dochodziła  dziesiąta,  kiedy  wyciągnęła  maszynę  do  pisania.  Aleksowi  nic  nie  jest, 

przekonywała się w duchu; po długim, męczącym dniu pewnie zwalił się do łóżka i śpi. 

Zamiast  się  zadręczać,  postanowiła  chwilę  popracować.  Jej  własną  twórczość 

zniszczył  wybuch.  Powinna  była  zrobić  kopie.  Ale  może  dobrze  się  stało,  że  nie  zrobiła. 

Pierwsza  sztuka,  napisana  przesadnie  kwiecistym  stylem,  była  zbyt  sentymentalna.  Druga... 

cóż, drugą pisała pół roku i wciąż nie mogła przebrnąć przez pierwszy akt. 

Zacznie  wszystko  od  nowa.  Nowy  pomysł,  nowe  miejsce,  i  w  pewnym  sensie  nowy 

autor. Wsunęła kartkę do maszyny. Akt pierwszy, scena pierwsza. 

Czas płynął. Kosz na śmieci zapełniał się, ale powoli rósł też stos świeżo zapisanych 

stron.  Obiecała  sobie,  że  tym  razem  się  uda.  Napisze  świetny  dramat,  a  potem  go  wystawi. 

Może  nawet  sama  wyreżyseruje?  Westchnęła  ciężko.  Czy  nie  to  samo  obiecywała  sobie  za 

pierwszym i drugim razem? 

Aleksander  zastał  ją  nad  maszyną.  Siedziała  skupiona,  ubrana  w  niebieski  szlafrok. 

Włosy miała niedbale upięte na czubku głowy, rękawy podwinięte. Lampka stojąca na biurku 

background image

oświetlała palce, które tańczyły po klawiaturze. 

Za  każdym  razem,  gdy  ją  widział,  zdumiewało  go,  jaka  jest  piękna.  Nigdy  nie 

podkreślała  swojej  urody,  zdawała  się  jej  nie  zauważać.  Ceniła  w  życiu  fachowość  i 

inteligencję.  Obserwując  Eve,  wiedział,  że  jest  kobietą,  która  potrafi  osiągnąć  wyznaczony 

cel. 

Sprawiała wrażenie kruchej, słabej, delikatnej, lecz miała w sobie ogromny hart ducha 

oraz  niebywałą  siłę  woli.  Dzięki  tym  cechom  nie  bała  się  stawić  czoła  rzeczywistości.  Czy 

dlatego ją kochał? Za jej wrażliwość, dobroć, odwagę? Potarł ręką twarz. Zrozumiał, że uroda 

jest rzeczą powierzchowną, przemijającą. Ze w życiu liczy się co innego. 

Powiedział kiedyś Eve, że jej potrzebuje, i była to prawda. Ale sam nie zdawał sobie 

sprawy, do jakiego stopnia. 

Kiedy  myślał,  że  zginęła  w  wybuchu,  że  stracił  ją  na  zawsze,  ogarnął  go  dziwny 

paraliż.  Serce  mu  stanęło,  przestał  oddychać,  widzieć,  słyszeć,  czuć.  Czy  tak  objawia  się 

miłość? Nie był pewien. Poza rodziną i ojczyzną nigdy nikogo nie kochał. Zawsze wzbraniał 

się  przed  jakimkolwiek  głębszym  uczuciem.  Teraz  też  się  wzbraniał,  ale  ono  okazało  się 

silniejsze. 

Rozum mówił mu, że powinien się wycofać, że miłość to ryzyko, na jakie on, następca 

tronu, nie może sobie pozwolić. Na pewno nie dziś, a może i nigdy. 

Było jednak za późno. 

Gdyby  spotkał  złotą  rybkę,  prosiłby  ją  o  jedno:  aby  przez  chwilę  mógł  wieść  z  Eve 

normalne  życie  w  normalnym  świecie.  Może  dzisiejszej  nocy  uda  im  się  przenieść,  choć  na 

parę godzin, do krainy marzeń? 

Nieświadoma jego obecności, przeciągnęła się, po czym splotła ręce na karku. 

- Miałaś się nie przepracowywać. 

Obejrzała się. Dostrzegł w jej oczach najpierw ulgę, potem radość. 

-  Przygarnął  kocioł  garnkowi.  -  Jej  płomienny  wzrok  sprawił,  że  opuściło  do 

zmęczenie. - Wyglądasz na skonanego. 

- Zebrania, narady. - Wszedł do pokoju. - Przykro mi, że nie mogliśmy spędzić razem 

wieczoru. 

- Tęskniłam za tobą. - Wyciągnęła do niego rękę. - I niepokoiłam się o ciebie. 

- Niepotrzebnie. Od piątej byłem w pałacu. 

-  Nawet  chciałam  kogoś  spytać,  gdzie  się  podziewasz,  ale...  -  Potrząsnęła  głową.  - 

Uznałam, że nie powinnam. 

- Przecież Bennett czy Gabriella by ci powiedzieli. 

background image

- Ważne, że teraz cię widzę. Jadłeś kolację? 

-  Tak,  w  gabinecie  ojca.  -  Ale  gdyby  spytała,  co  jadł,  nie  umiałby  odpowiedzieć.  - 

Podobno przyleciała twoja siostra? 

- Tak, dziś przed południem. - Eve wstała od biurka i z niedużej szafki wyjęła butelkę 

koniaku. - Była jednym wielkim kłębkiem nerwów. Mam nadzieję, że rozmowa z Brie zdołała 

ją trochę uspokoić. 

- Może siostrze uda się namówić cię do powrotu do Stanów. 

Podała mu kieliszek. 

- Na pewno nie. 

-  Moglibyśmy  zmienić  termin  przedstawień.  Przesunąć  je  o  kilka  miesięcy,  nawet  o 

rok. 

Uniosła ze zdziwieniem brwi. 

- Rozmawiałeś z Chris? 

- Nie, bo co? 

- Nic. - Uśmiechnąwszy się, podeszła do aparatury stereo. Pomyślała sobie, że jeśli się 

chce  uwieść  księcia,  warto  uciec  się  do  starych  wypróbowanych  sposobów.  Po  chwili  z 

głośników  popłynęła  cicha,  nastrojowa  muzyka.  -  Nie  wyjadę,  Aleks,  więc  nie  trać  czasu.  - 

Czubkiem języka oblizała brzeg kieliszka. 

-  Ale  z  ciebie  uparciuch.  Gdybym  tak  bardzo  nie  chciał  mieć  cię  przy  sobie,  może 

zdołałbym cię przekonać. .. 

-  Nie  zdołałbyś.  Aleks.  Nawet  nie  wiesz,  jak  się  cieszę  z  tego.  co  powiedziałeś.  Ze 

chcesz, abym była przy tobie. 

- Nie mówiłem ci tego wcześniej? 

- Nie. - Ujęła go za rękę. - Niewiele mi mówisz. 

- Przepraszam. - Uniósł jej dłoń do ust. 

- Nie masz za co. - Odstawiła na bok kieliszek. 

- Jesteś jaki jesteś, i nie chcę, żebyś się zmieniał. 

- Naprawdę? 

-  Naprawdę.  -  Instynktownie  wyczuwała,  że  potrzebuje  jej  siły  i  wsparcia.  - 

Chciałabym  jednak...  -  delikatnie  pogładziła  go  po  policzku  -  żebyś  choć  na  kilka  godzin 

zapomniał o kłopotach. 

-  Eve...  -  Nie  wiedział,  jak  zareagować:  czy  mówić  o  swoich  uczuciach,  czy  lepiej 

milczeć. Również odstawił kieliszek na biurko. - Ojej, o mało nie zachlapałem ci kartki... Za 

ciężko pracujesz. 

background image

- Przygarnął kocioł... 

Aleks roześmiał się. Potrafiła wprowadzić go w dobry nastrój. 

- Co to? Kolejna sztuka? 

- Tak. - Zaczęła zgarniać maszynopis. - Nic ważnego. 

- Poczekaj. - Przytrzymał jej rękę. - „Na zwolnionych obrotach”? Nie znam tego. To 

nie jest jedna z zapasowych... 

- Nie, nie - przerwała mu. Starała się odwrócić jego uwagę od stosu kartek. - Ten tekst 

nie ma nic wspólnego z naszymi występami w Cordinie. 

- Rozumiem. To coś, co chcesz wyprodukować kiedyś w przyszłości, tak? - Na myśl o 

tym, że prędzej czy później Eve wyjedzie, bo gdzieś tam w Stanach ma swoje życie i pracę, 

zrobiło mu się smutno. Najwyższym wysiłkiem woli usiłował okazać zainteresowanie. 

- O czym są te „Zwolnione obroty”? 

- Hm, sama nie wiem... Słuchaj, może byśmy... 

- Jakaś krótka ta sztuka. 

Uniósł  brzeg  stosu.  Na  oko  było  tego  ze  dwanaście  stron.  Powiódł  wzrokiem  po 

biurku.  Spostrzegł  dziesiątki  zmiętych  kartek.  Po  chwili  przypomniał  sobie  pochyloną 

sylwetkę Eve, jej skupienie... I nagle doznał olśnienia. 

- Ty to napisałaś... 

Zarumieniła się. 

- To takie hobby. 

- Czerwienisz się. 

-  Wcale  nie.  Nie  bądź  śmieszny.  -  Wzruszywszy  ramionami,  podniosła  kieliszek.  - 

Czasem w wolnych chwilach stukam sobie w maszynę, to wszystko. 

Cherie, w ciągu ostatnich paru tygodni nie miałaś pół wolnej chwili. - Odgarnął jej 

włosy za uszy. - Nie mówiłaś mi, że piszesz sztuki. 

- Jak się ma mierny talent, to się o nim nie opowiada. 

- Mierny? Może sam to osądzę. 

-  Nie!  -  Chwyciła  kartki,  zanim  zdążył  je  podnieść.  -  To  pierwsza  wersja. 

Niedopracowana. 

-  No  dobrze,  poczekam,  aż  ją  dopracujesz  -  powiedział,  lecz  nie  był  pewien,  czy 

wytrzyma. - Czy to twój debiut? 

- Nie. Jedną sztukę skończyłam, zaczęłam pisać drugą... Ta jest trzeci a. 

- Więc przeczytam tę skończoną. 

- Nie przeczytasz. - Łzy podeszły jej do gardła. - Leżała w biurku. W gabinecie. 

background image

-  Straciłaś  oba  maszynopisy?  -  Ujął  jej  twarz  w  obie  dłonie.  -  To  straszne,  Eve. 

Wydaje  mi  się,  że  kiedy  człowiek  coś  tworzy,  a  potem  to  traci,  czuje  się  tak,  jakby  stracił 

kawałek samego siebie. 

Nie spodziewała się takiej reakcji. Z trudem skryła wzruszenie. 

-  Nie  była  to  zbyt  dobra  sztuka  -  szepnęła.  -  Raczej  wprawka  pisarska.  Ale  mam 

nadzieję, że czegoś się nauczyłam i że to, nad czym pracuję teraz, będzie lepsze. 

- Od dawna chciałem cię o coś spytać... 

- No? 

- Kiedyś marzyłaś o tym, żeby zostać aktorką. Dlaczego zrezygnowałaś ze sceny? 

- Bo jako  aktorka musiałam słuchać reżysera. A jako producentka nie muszę słuchać 

nikogo. 

Aleks uśmiechnął się. 

- Poza tym - dodała po chwili - lepiej wypadam w roli producentki niż aktorki. 

- A pisanie? 

-  To  taki  mały  sprawdzian.  Któregoś  dnia  pomyślałam  sobie:  skoro  znasz  się  na 

teatrze, wiesz, co się publiczności podoba, i umiesz przygotować spektakle, to spróbuj sama 

coś napisać. Coś, co można by wystawić. - Dopiła koniak. - Pierwsza próba wypadła żałośnie. 

Uznałam, że kolejne mogą być już tylko lepsze. 

- Lubisz wyzwania. Teatr, szermierka, karate. 

- Lubię - przyznała. - Kiedy człowiek przezwycięża lęk, kiedy pokonuje kolejne progi, 

kiedy zdobywa nowe doświadczenia, wtedy czuje, że żyje. I że to życie ma sens. - Odstawiła 

pusty kieliszek. - A ty wszystko zepsułeś. 

- Zepsułem? 

- Tak. Zająłeś mnie rozmową, a ja chciałam cię uwieść. 

- Już milknę. - Kąciki warg mu zadrżały. - I czekam. 

- Często bywasz uwodzony? - Przeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku. 

- Czasem. 

Oparła się o drzwi. 

- Przez kogo? 

Rozciągnął usta w uśmiechu. 

- Mademoiselle, jestem dżentelmenem. 

- No dobrze. Zresztą to nie ma znaczenia. - Machnęła ręką. - Byleby uwodzicielką nie 

była ta blondyna z Anglii, z którą tańczyłeś przed siedmioma laty. 

Nie odpowiedział. Jak przystało na dżentelmena. 

background image

- Hm. Poczęstowałam cię kieliszkiem alkoholu. Włączyłam muzykę. Więc teraz... - W 

jej  oczach  pojawiły  się  figlarne  iskierki.  -  Już  wiem.  Pozwolisz,  że  na  moment  zostawię  cię 

samego? 

- Oczywiście. 

Znikła  w  przyległej  do  saloniku  sypialni.  Nie  wahając  się  nawet  przez  chwilę,  Aleks 

wysunął szufladę, w której Eve schowała tekst swojej nowej sztuki, i zaczął czytać. 

Dialog  pomiędzy  kobietą  w  średnim  wieku  a  jej  odbiciem  w  lustrze  wciągnął  go  od 

pierwszej strony. 

- Wasza Wysokość... 

Pośpiesznie zamknął szufladę. Zamierzał powiedzieć Eve, że sztuka jest wspaniała, że 

ona sama ma ogromny talent, ale kiedy się odwrócił, nie był w stanie wydobyć głosu. 

Miała  na  sobie  powabną  koszulę  nocną  oraz  rozpięty  jedwabny  szlafrok,  jedno  i 

drugie  w  kolorze  przydymionego  błękitu.  Rozpuszczone  włosy  opadały  jej  na  ramiona. 

Patrzyła na niego kusząco, spod półprzymkniętych powiek. 

Dał się skusić. Podszedł bliżej. Bez słowa wciągnęła go do sypialni. 

- Cały dzień czekałam na ciebie - szepnęła, wolno rozpinając mu koszulę. - Chciałam 

cię dotykać... - przesunęła ręką po jego klatce piersiowej - i czuć twój dotyk. 

- Kiedy jestem daleko od ciebie, na niczym nie potrafię się skupić. - Zsunął szlafrok z 

jej ramion. - A przy tobie odchodzę od zmysłów. 

- To dobrze, odchodź. 

W  pokoju  paliły  się  dziesiątki  świec.  Z  salonu  docierała  nastrojowa  muzyka.  Eve 

leciutko pchnęła go na łóżko i zaczęła spełniać jego najskrytsze marzenia. 

Myślał, że serce wyskoczy mu z piersi. Nigdy w życiu nie był tak podniecony. Jeszcze 

ż

adna kobieta go tak nie całowała, tak nie pieściła. Drżał na całym ciele. 

Cieszyła się i upajała swoją władzą. Nawet nie przypuszczała, że sprawianie rozkoszy 

może być tak cudownym przeżyciem. Tu, w jej łóżku, Aleks należał do niej. Był mężczyzną, 

nie księciem. Ojczyzna, obowiązki, etykieta, tradycja - takie rzeczy poszły w zapomnienie. 

Gdy popatrzył jej w oczy, dojrzał w nich wyzwanie. 

- Och, Eve, jesteś szalona - mruknął ochryple i przywarł ustami do jej ust. 

Ich pocałunki były namiętne, uściski miażdżące. Oboje doświadczali czegoś zupełnie 

nowego, utracili kontrolę, ogarnęła ich dzika, zwierzęca żądza. 

-  Aleksander...  -  Wydawało  jej  się,  że  krzyknęła  jego  imię.  ale  to  był  tylko  szept.  - 

Chcę cię, pragnę cię. - Błądziła rękami po jego ciele, aż odnalazła to, czego szukała. - Chodź, 

błagam. Chodź! 

background image

Posłuchał  jej.  Porwała  ich  obezwładniająca  fala.  Unosząc  się  na  niej,  oddalali  się  od 

brzegu.  Coraz  szybciej.  Gdy  wreszcie  dotarli  do  celu,  Aleks  zawołał  coś.  Po  francusku. 

Językiem miłości, językiem swego serca. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Po raz pierwszy w życiu obudziła się w jego ramionach. Świece dawno się wypaliły, 

ale w powietrzu wciąż unosił się ich kwiatowy zapach. 

- Aleksander... - szepnęła i przytuliła się mocniej. 

- Śpij. Jest jeszcze wcześnie. - Delikatnie próbował się oswobodzić. 

- A ty wstajesz? 

- Muszę. 

Nie chciała go puścić. 

- Dlaczego? Mówiłeś, że jest wcześnie. 

Roześmiawszy się cicho, uniósł ramię, którym usiłowała  go opleść, i pocałował ją  w 

rękę. 

- Z samego rana mam spotkanie. 

-  Ale  chyba  nie  aż  tak  wcześnie?  -  Popatrzyła  na  niego  zaspanym  wzrokiem.  Włosy 

miał potargane, ale spojrzenie bystre i przenikliwe. - Mógłbyś zostać godzinę dłużej. 

Chciał. Marzył o tym, aby spędzić z nią w łóżku kilka kolejnych dni. 

- To nie byłoby rozsądne. 

Zrozumiała, o co mu chodzi, i troszkę posmutniała. 

- Nie chcesz, żeby służba widziała, jak opuszczasz mój pokój? 

- Wierz mi, tak będzie lepiej. 

- Dla kogo? - spytała. 

Uniósł zdziwiony brwi. Rzadko się zdarzało, aby ktoś kwestionował jego decyzje. 

-  Posłuchaj.  Niech  to,  co  jest  między  nami,  pozostanie  naszą  tajemnicą.  Nie  chcę 

narażać cię na plotki. Po co mają pisać o tobie w brukowcach? 

Oparłszy się o wezgłowie, skrzyżowała ręce na piersi. 

- Pozwól, że sama będę się martwić o moją opinię. 

- Ależ proszę bardzo. - Pogładził jej gołe ramię. - Ale mnie chyba też wolno? 

- Dlaczego? 

Natura nie obdarzyła go cierpliwością. Całymi latami ją w sobie wyrabiał. 

-  Eve,  odkąd  pojawiło  się  w  prasie  nasze  zdjęcie  zrobione  po  wybuchu,  ludzie  snują 

różne domysły. 

- Co z tego? - Zraniły ją jego słowa. A człowiek zraniony, jak sama wiedziała, często 

zachowuje się irracjonalnie. - Nie wstydzę się tego, że jestem twoją kochanką. 

background image

- Uważasz, że ja się wstydzę? Tak? 

- Na to wygląda. Przychodzisz późno, kiedy wszyscy śpią. Wychodzisz przed świtem, 

ż

eby nikt nie wiedział, gdzie ani z kim spędziłeś noc. 

Zacisnął rękę na jej szyi. 

- Nigdy więcej tak nie mów. Nie pojmuję, jak możesz tak myśleć. 

- A jak mam myśleć? 

Zacisnął  rękę  jeszcze  mocniej.  Przerażona,  otworzyła  szeroko  oczy.  Po  chwili  z  całą 

siłą, niemal brutalnie, przytknął wargi do jej ust. Walczyła; pragnęła słów, zapewnień, a nie 

pocałunków. Nie zważał na to. Wreszcie uległa. Przestała się złościć, zaczęła czuć. Wkrótce 

znów pochłonęła ich szalona namiętność. 

Leżał  na  wznak,  wpatrując  się  w  sufit.  Eve  leżała  obok,  zwinięta  w  kłębek.  Nie 

dotykali się. Na zewnątrz słońce wypalało poranną mgłę. 

- Nie chcę cię skrzywdzić. 

Wolno wypuściła z płuc powietrze. 

- Nie skrzywdzisz mnie. 

- Jesteś tego pewna? - Chciał wziąć ją w objęcia, ale wolał nie ryzykować. - Musimy 

porozmawiać, Eve. Ale nie teraz. 

- Tak, później. 

Wstał; ona nie ruszyła się z miejsca. Słyszała, jak się ubiera, potem czekała na odgłos 

przekręcanego w zamku klucza. 

Niespodziewanie położył rękę na jej ramieniu. 

-  Wzbudzasz  we  mnie  wiele  różnych  odczuć,  ale  na  pewno  się  ciebie  nie  wstydzę. 

Poczekasz na mnie w teatrze? Postaram się przyjechać najdalej o szóstej. 

Nie odwróciła się. Bała się, że jeśli na niego spojrzy, rzuci mu się na szyję i zacznie go 

błagać, aby został. 

- Dobrze, zaczekam. 

- Prześpij się jeszcze z godzinkę. 

Nie  odpowiedziała.  Drzwi  otworzyły  się  i  zamknęły.  Zacisnęła  powieki.  Aleks 

ofiarował jej namiętność. Przedtem sądziła, że to wystarczy. Teraz wiedziała, że nie. Chciała 

posiąść  nie  tylko  jego  ciało,  ale  również  serce.  Innymi  słowy,  chciała  wszystko  albo  nic. 

Połowiczne rozwiązania jej nie zadowalały. 

Zwlokła się z łóżka. Pora wrócić do rzeczywistości. Nie zamierzała roztkliwiać się nad 

sobą ani snuć marzeń, które nie mają szansy się spełnić. 

Wszedł  do  gabinetu  ojca  i  skinął  na  powitanie  zebranym  tam  mężczyznom.  Ojciec, 

background image

który  właśnie  gasił w popielniczce papierosa, siedział przy biurku. Reeve - na kanapie obok 

Bennetta.  Malori,  szef  służb  specjalnych,  na  krześle.  Stojący  centralnie  stół  zawalony  był 

papierami. 

W tym samym składzie spotkali się wczoraj i zamierzali spotykać codziennie, dopóki 

nie  rozwiążą  sprawy  Deboque'a.  Pierwszy  zabrał  głos  Reeve,  który  opowiedział  o 

wzmożonych  środkach  bezpieczeństwa,  jakie  wprowadził  w  pałacu,  w  Centrum,  gdzie 

mieściły się teatry oraz siedziba fundacji zbierającej pieniądze dla dzieci niepełnosprawnych, 

oraz u siebie na farmie. A także na lotnisku i w porcie. 

-  Każdemu  z  nas  też  przydzieliłeś  dodatkową  ochronę  -  zauważył  ponuro  Bennett.  - 

Sądzisz,  że  znów  zadzwonią  do  Eve?  Chyba  wiedzą,  że  założyliśmy  u  niej  podsłuch 

telefoniczny i że wyszkoleni agenci nie spuszczaj ą jej z oka. 

Odpowiedzi udzielił mu Malori. 

- Największą słabością Deboque'a jest zbytnia pewność siebie - rzekł, pykając z fajki. 

- Myślę, że znów posłuży się panną Hamilton. I że zrobi to już wkrótce. 

- Uważam, że powinniśmy odesłać Eve do Stanów - oznajmił Aleksander, sięgając po 

paczkę papierosów. 

- To nie powstrzyma Deboque'a, Wasza Wysokość. 

- Ale przynajmniej ona będzie bezpieczna. 

-  Aleks...  -  zaczął  Reeve;  kontynuował  po  chwili,  gdy  jego  szwagier  schował 

zapalniczkę do kieszeni. - Jeśli nasze analizy są trafne, potrzebujemy Eve. Daj mi skończyć - 

powiedział  szybko,  spodziewając  się  protestu.  -  Gdyby  zgodziła  się  wyjechać,  sam  bym  ją 

wsadził  do  samolotu,  ale  skoro  upiera  się,  żeby  zostać,  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak 

przydzielić jej ochronę i czekać. 

- Czekać?! - Aleksander wypuścił z ust strumień dymu. - Czekać, aż znów znajdzie się 

w niebezpieczeństwie? Jeśli, tak jak przypuszczasz, wiadomość od Deboque'a przekazał jeden 

z pracowników teatru, to... 

-  Deboque'a  nie  interesuje  panna  Hamilton  -  oznajmił  cicho  Malori.  -  Ona  jest  tylko 

pionkiem. 

- A pionki, jak wiadomo, są na straty. 

- Aleksandrze... - Głos księcia był niewiele donośniejszy od szeptu, ale pobrzmiewała 

w nim siła i stanowczość. - Musimy zachować spokój i zimną krew. Wiesz, że dobro Eve leży 

mi na sercu nie mniej niż dobro własnych dzieci. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby 

zapewnić jej bezpieczeństwo. 

-  Przyjechała  tu  na  moje  zaproszenie.  Jest  naszym  gościem.  Jesteśmy  za  nią 

background image

odpowiedzialni. 

-  Wiem,  synu.  Jeżeli  któryś  ze  współpracowników  Eve  działa  w  imieniu  Deboque'a, 

ręczę  ci,  że  wkrótce  poznamy  jego  tożsamość.  Deboque  zaś  na  pewno  nie  będzie  próbował 

pozbyć  się  Eve;  straciłby  wtedy  swojego  agenta,  bo  cały  zespół  wróciłby  do  Stanów.  To 

logiczne. 

- A może on wcale nie myśli logicznie? 

-  Tacy  jak  on  zawsze  wszystko  na  trzeźwo  kalkulują.  Nie  ulegają  emocjom,  nie 

podejmują pochopnie decyzji. 

- Każdemu zdarza się popełnić błąd. 

- To prawda. - Armandowi stanął przed oczami Seward. Smutek, który przepełnił jego 

serce, pozostał jednak głęboko ukryty. - Ale my na żadne błędy nie możemy sobie pozwolić. - 

Skierował wzrok na Reeve'a. - A zatem sprawę bezpieczeństwa zostawiam w twoich rękach. 

Reeve skinął głową. 

-  Wydałem  już  odpowiednie  dyspozycje.  Wzmocniłem  straż,  każdemu  przydzieliłem 

dodatkową ochronę. Kolejnym krokiem będzie infiltracja organizacji Deboquela. Ustaliłem z 

Malorim, któremu agentowi powierzyć to zadanie. 

- Nie wiem, czy to dobry pomysł - mruknął Malori. 

- Dobry, dobry - powiedział Reeve, po czym wręczył Armandowi papierową teczkę. - 

Malori i ja uważamy, że nazwisko tego agenta powinno być znane wyłącznie nam trzem. 

- Sprawa dotyczy nas wszystkich - wtrącił Bennett. 

-  Zgadza  się,  ale  tu  chodzi  o  bezpieczeństwo  naszego  agenta.  Im  mniej  osób  będzie 

wiedziało,  kim  on  jest,  tym  większa  szansa,  że  plan  się  powiedzie.  Tyle  że  to  może  trwać 

bardzo długo. Kilka miesięcy, może nawet lat. 

-  Nieważne.  Po  prostu  chciałbym,  aby  za  mojego  życia  udało  się  zlikwidować  siatkę 

Deboque'a. - Stary książę nie zajrzał do teczki z poufnymi informacjami. Zamierzał zrobić to 

później, po czym schować ją do sejfu. - Proszę mnie regularnie informować o postępach. 

- Oczywiście. - Reeve zgarnął ze stołu resztę papierów. - Jeżeli schwytamy człowieka, 

którego Deboque opłaca w teatrze, i przesłuchamy go, może obejdzie się bez infiltracji. 

Kiedy mężczyźni zaczęli szykować się do wyjścia, Aleks zwrócił się do ojca: 

- Jeśli masz chwilę czasu, chciałbym z tobą porozmawiać. 

- Jadę do teatru - oznajmił Bennett, spoglądając na brata. - Postaram się nie spuszczać 

Eve z oka. 

- Dzięki. Tylko pamiętaj, rób to dyskretnie, bo inaczej wyrzuci cię na zbity pysk. 

-  Spokojna  głowa.  Znam  ją  nie  od  dziś.  -  Poklepał  brata  po  ramieniu,  następnie 

background image

podszedł do ojca i pocałował go w policzek. - Poradzimy sobie, tato. W jedności nasza siła. 

Stary książę odprowadził go wzrokiem do drzwi. Żadne wcześniejsze plany, rozmowy 

ani zapewnienia o wzmożonych środkach bezpieczeństwa nie rozproszyły jego obaw. Dopiero 

syn dodał mu otuchy - pocałunkiem i paroma prostymi słowami. 

- Spośród wszystkich moich dzieci jeden Bennett nie przestaje mnie zaskakiwać. 

- Ucieszyłby się, gdyby to usłyszał - powiedział Aleks. 

- Jako mały chłopiec znosił do pałacu ranne zwierzęta, chore koty, ptaki z połamanymi 

skrzydłami.  Wierzył,  że  potrafi  je  uzdrowić.  Czasem  mu  się  udawało.  Swoją  wrażliwością 

przypomina mi waszą matkę. - Armand podniósł się z fotela. - Napijesz się kawy, Aleks? 

- Nie, dziękuję. Muszę jechać do Hawru. Powitać statek. 

- Co za entuzjazm. 

- Zmobilizuję się. 

- Nie wątpię. Chciałeś porozmawiać o Eve? 

- Tak. 

Armand  otworzył  szeroko  okno.  Świeże  słone  powietrze  powinno  im  obojgu  dobrze 

zrobić. 

- Aleks, mam oczy. Widzę, co się dzieje, i wiem, co czujesz. 

- Może wiesz. Ja dopiero teraz zaczynam to sobie uświadamiać. 

- Kiedy byłem młodym  człowiekiem, młodszym  niż ty teraz, musiałem nagle zasiąść 

na  tronie  i  rządzić  krajem.  Oczywiście  od  dziecka  mnie  do  tego  przygotowywano.  Ale  nie 

sądziłem,  że  ten  moment  nadejdzie  tak  szybko.  Twój  dziadek  zachorował  i  trzy  dni  później 

już nie żył. Nie było mi łatwo. Miałem dwadzieścia cztery lata. Z uwagi na mój młody wiek i 

wybuchowy temperament wielu członków rady bało się, że sobie nie poradzę. - Uśmiechnął 

się pod nosem. - Muszę się przyznać, że nie zawsze potrafiłem być tak dyskretny i rozsądny 

jak ty. 

- Widzę, że nie wszystkie cechy Bennett odziedziczył po mamie. 

Po raz pierwszy od wielu dni stary książę parsknął śmiechem. 

-  Aż  tak  beztrosko  nigdy  się  nie  zachowywałem.  W  każdym  razie  -  kontynuował  po 

chwili - mniej więcej po roku złożyłem oficjalną wizytę w Anglii. Tam poznałem Elizabeth i 

nagle moje życie nabrało sensu. Prawdziwa miłość jest piękna, lecz bywa bardzo bolesna. 

- Wiem. 

Starzec przyjrzał się uważnie swojemu pierworodnemu synowi i westchnął ciężko. 

- Tak myślałem. Czy zastanawiałeś się, co by to oznaczało? 

-  Tak,  ojcze.  Ciągle  nad  tym  dumam  i  ciągle  sobie  powtarzam,  że  nie  mogę  tego  od 

background image

niej  żądać.  Zbyt  wiele  musiałaby  dla  mnie  poświęcić.  Jej  życie  zmieniłoby  się  w  sposób 

trudny do wyobrażenia. 

- Czy ona cię kocha? 

-  Tak.  -  Przycisnął  palce  do  oczu.  -  Przynajmniej  taką  mam  nadzieję.  Tyle  czasu 

próbowałem tłumić swoje uczucia, że... 

Annand pokiwał głową. Doskonale syna rozumiał. 

- Chcesz mojej rady czy błogosławieństwa? 

Aleks opuścił ręce wzdłuż ciała. 

- I tego, i tego. 

- Dobrze. A więc uważam, że dokonałeś trafnego wyboru. - Armand uśmiechnął się i 

podszedł do syna. - Cordina będzie dumna, mając taką księżną. 

-  Dziękuję,  ojcze.  -  Uścisnęli  sobie  dłonie.  -  Myślę  jednak,  że  bycie  księżną 

niekoniecznie ucieszy Eve. 

-  Amerykanie.  -  Armand  westchnął.  -  Pewnie  tak  jak  twój  beau  -  frere,  wolałaby  się 

obyć bez tytułu. 

- Tak, ale w przeciwieństwie do Reeve'a, nie miałaby wyboru. 

- Jeśli cię kocha, to korona, którą kiedyś włoży na głowę, nie będzie jej ciążyła. Twoja 

tobie też nie. 

Aleks puścił to mimo uszu. Wolał, by ojciec żył i sprawował władzę jak najdłużej. 

- Jestem ci wdzięczny za wsparcie - rzekł. - A teraz czekam na radę. 

-  Niewiele  osób  zasługuje  na  to,  żeby  otworzyć  przed  nimi  serce.  Kiedy  spotkasz 

kobietę,  z  którą  chcesz  dzielić  życie,  niczego  przed  nią  nie  ukrywaj.  Pamiętaj,  kobiety  mają 

silne ramiona. Nie bój się na nich wesprzeć. 

- Wesprzeć? Ale to ja chcę chronić żonę... 

- Oczywiście. Jedno drugiego nie wyklucza. Poczekaj, mam coś dla ciebie. 

Na moment Armand zniknął w sąsiadującej z gabinetem bibliotece. Kiedy wyłonił się, 

trzymał w ręce czarne aksamitne pudełeczko. 

- Często się zastanawiałem, co będę czuł w takiej chwili. - Wbił oczy w pudełeczko. - 

Czuję  smutek,  że to  do mnie  wróciło.  Czuję  radość  i  dumę, że  mam  syna,  któremu  mogę  to 

ofiarować.  -  Nie  potrafił  powściągnąć  emocji,  które  zawsze  tak  skrzętnie  skrywał.  -  Syna, 

którego nie tylko kocham, ale którego również darzę szacunkiem. - Wsunął pudełko do dłoni 

Aleksa. - Jest to pierścionek, który podarowałem twojej mamie, kiedy się jej oświadczyłem. 

Byłbym szczęśliwy, gdybyś zechciał podarować go Eve, kiedy poprosisz ją o rękę. 

-  Uczynię  to  z  największą  przyjemnością.  -  Aleks  nie  był  w  stanie  rozprostować 

background image

palców i otworzyć kasetki. - Dziękuję, tato. 

Patrząc  na  syna,  który  teraz  dorównywał  mu  wzrostem,  Armand  przypomniał  sobie 

jego narodziny, dzieciństwo, lata młodzieńcze. 

- Kiedy włożysz jej ten pierścionek na palec - powiedział wzruszony - przyprowadź ją 

do mnie. 

Eve  obserwowała  dwóch  młodych  maszynistów,  którzy  uzbrojeni  w  pędzle,  wałki  i 

puszki ze sprayem poprawiali scenografię. Przełykając ziewnięcie, zapisała w notesie kolejny 

punkt:  żeby  po  powrocie  do  Stanów  koniecznie  przeznaczyć  trochę  pieniędzy  na  kupno 

nowego  sprzętu.  Wracali  za  niecałe  pięć  tygodni.  Za  dwa  dni  miała  się  odbyć  premiera 

pierwszej  sztuki;  za  cztery  tygodnie  zespół  wystąpi  po  raz  ostatni.  Kilka  dni  będą 

potrzebowali na spakowanie rekwizytów, zdjęcie dekoracji, a potem... potem wylot. 

Na  jesieni  ruszą  w  objazd  po  Stanach.  Wszystko  od  dawna  było  zaplanowane.  A  w 

styczniu - właśnie ustalała warunki kontraktu - przez trzy tygodnie będą  występować  w  Los 

Angeles.  Podejrzewała,  i  chyba  się  nie  myliła,  że  po  powrocie  z  Cordiny  zaproszenia  na 

występy posypią się lawinowo. 

Przeszła  na  skraj  sceny,  gdzie  przy  niedużym  stoliku  siedział  reżyser,  i  usiłowała 

skoncentrować  się  na  próbie.  Aktorzy  byli  w  kostiumach,  ucharakteryzowani.  Wielki 

czerwony wazon, o który prosiła Pete'a, przyciągał wzrok. Nieco wyblakłe obicie kanapy już 

nie raziło świeżością. Na kredensie leżały wykrochmalone koronkowe serwetki. 

Wszystko było idealnie, tak jak sobie wymarzyła. Więc dlaczego nie czuła satysfakcji, 

radości? 

- Wygląda wspaniale - szepnął ktoś tuż nad jej uchem. 

Podskoczyła. 

-  Ben!  -  Przycisnęła  notes  do  piersi.  -  Co  tu  robisz?  To  próba  zamknięta.  Nie  dla 

widzów. 

- Nie jestem widzem. Wyjaśniłem to waszemu portierowi. 

Obejrzawszy się przez ramię, zobaczyła stojących nieopodal Bena ochroniarzy. 

- Nie masz nic ważniejszego do roboty? 

-  Od  paru  tygodni  haruję  jak  dziki  wół.  Należy  mi  się  kilka  godzin  relaksu.  -  Kiedy 

indziej  wykorzystałby  ten  czas  na  jazdę  konną.  -  Pomyślałem  sobie,  że  wpadnę  do  ciebie  i 

sprawdzę, jak wam idzie próba. 

- Jeśli szukasz Doreen, musisz iść na górę do sali B. Ale... no wiesz, przygotowujemy 

cztery sztuki... 

-  W  porządku,  pojąłem  aluzję.  Nie  będę  jej  przeszkadzał  -  powiedział,  choć  prawdę 

background image

mówiąc,  w  ogóle  nie  myślał  o  Doreen.  Przez  chwilę  spoglądał  w  milczeniu  na  scenę.  - 

Większość tych ludzi zatrudniasz pewnie od lat? 

-  Niektórych  tak,  niektórych  nie  -  odparła.  -  Zejdźmy  na  widownię.  Chcę  zobaczyć, 

jak to wygląda stamtąd. 

Usiedli w środkowym rzędzie na wprost sceny. Ochroniarze zajęli miejsca trzy rzędy 

dalej. 

-  Nieźle  -  powiedziała.  -  Wcześniej  siedziałam  w  ostatnim  rzędzie  na  balkonie. 

Wszystko idealnie widać i słychać. Macie tu fantastyczną akustykę. 

- Twoi współpracownicy... - Ben powrócił do tematu, który zaczął chwilę wcześniej. - 

Chyba dobrze ich znasz, prawda? W końcu spotykacie sienie tylko na stopie zawodowej, ale 

również prywatnej... 

-  Na  wyjazdach  jest  to  nieuniknione.  Ale  ludzie  teatru  nie  różnią  się  od  innych 

ś

miertelników.  Jedni  bardziej  udzielają  się  towarzysko,  inni  trzymają  się  na  uboczu.  - 

Uśmiechnęła się. - A co? Chcesz zmienić zawód? 

- Myślisz, że nadaję się na aktora? 

- Lepsza byłaby dla ciebie praca na zapleczu. Miałbyś więcej okazji do flirtów. 

- Zapamiętam to sobie. Powiedz, ile osób liczy w sumie zespół? 

- To zależy od tego, co wystawiamy. 

- A na przykład teraz? 

Zmarszczywszy brwi, przyjrzała mu się badawczo. 

- Dlaczego pytasz? 

- Z ciekawości. 

- Tak? Nigdy przedtem takie rzeczy cię nie interesowały. 

- Boże, Eve, nie można z tobą normalnie porozmawiać? 

- Można, Ben. Ale ponieważ wczoraj Reeve zadawał mi podobne pytania, stałam się 

podejrzliwa.  Wyjaśnij  mi,  proszę,  co  moi  pracownicy  mają  wspólnego  z  tym  draniem  za 

kratkami? 

Ben wyciągnął nogi i oparł je o fotel przed sobą. 

-  Nie  mogę.  Nie  ja  prowadzę  dochodzenie.  Skarbie,  kim  jest  ta  aktorka  w  halce? 

Chyba mi jej nie przedstawiono. 

- Przestań, Bennett - skarciła go Eve. - Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi. 

- Jesteśmy. 

- Więc bądź ze mną szczery. 

Wahał  się  tylko  przez  ułamek  sekundy.  Ponieważ  był  jej  przyjacielem  i  darzył  ją 

background image

szacunkiem, decyzję podjął błyskawicznie. 

- Nie sądzisz, że należy rozważyć wszystkie możliwości? - spytał. 

- To znaczy? 

-  Kiedy  szantażysta  odezwał  się  do  ciebie  po  raz  drugi,  dzwonił  z  tego  budynku.  - 

Widząc,  jak  Eve  wytrzeszcza  oczy,  pokiwał  smutno  głową.  -  Nie  powiedzieli  ci  o  tym, 

prawda? 

- Z tego budynku? Skąd dokładnie? 

- Nie potrafią tego ustalić. Ale wiedzą, że na pewno nie telefonowano z miasta. Poza 

tym  każdego  wejścia  pilnował  strażnik.  Nigdzie nie  było  śladów  włamania.  Ładunek  musiał 

być podłożony przez kogoś, kto tu pracuje. Przez osobę, która może swobodnie wchodzić do 

budynku, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. 

- Jeśli nawet, to dlaczego zawężasz krąg podejrzanych do moich ludzi? - spytała. - To 

jest  ogromny  kompleks.  Mieszczą  się  w  nim  jeszcze  trzy  inne  teatry.  W  każdym  pracują 

aktorzy, maszyniści, oświetleniowcy... 

- Wiem. - Zacisnął rękę  na jej dłoni. - Ale... Posłuchaj, Eve. To musiał być ktoś, kto 

ma  prawo  przebywać  w  tej  części  budynku.  Na  scenie,  za  kulisami,  w  garderobie,  w 

magazynie, nawet w twoim gabinecie. Ktoś, czyja obecność nikogo nie dziwi. 

- Ale dlaczego ktoś z moich pracowników miałby grozić twojej rodzinie? 

- Podobno Deboque hojnie płaci. 

- Nie wierzę, Ben. - Skierowała spojrzenie na scenę. - Gdybym sądziła, że masz rację, 

natychmiast bym przerwała próby i odesłała wszystkich do domu. Psiakość, Ben! Ci ludzie to 

aktorzy, krawcowe, fryzjerki, akustycy, a nie terroryści czy zamachowcy. 

-  Spokojnie,  Eve.  Nie  twierdzę,  że  któryś  z  nich  podłożył  ładunek,  ale  teoretycznie 

mógł. Przemyśl to. - Poklepał ją po ręce. - I uważaj na siebie. 

Nagle coś sobie uświadomiła i cała złość z niej wyparowała. 

- Boże, jeżeli przywiozłam tu kogoś, kto... 

-  Nawet  nie  kończ  -  przerwał  jej  Ben.  -  Bez  względu  na  to,  co  wykaże  dochodzenie, 

nie jesteś za nic odpowiedzialna. Winę ponosi wyłącznie Deboque. 

Eve westchnęła głośno. 

- Nigdy go na oczy nie widziałam. Nawet nie wiem, jak wygląda, a ciągle mam przez 

niego kłopoty. Trzeba go powstrzymać, zanim... 

-  Powstrzymamy.  -  Powiedział  to  cicho  i  łagodnie,  ale  w  jego  głosie  pobrzmiewała 

furia.  -  Reeve  przystąpił  już  do  działania.  Niestety  na  wynik  trzeba  będzie  trochę  poczekać, 

ale na pewno się uda. 

background image

- Tylko ty się do niczego nie mieszaj. Niech się wszystkim zajmą fachowcy. 

Rozciągnął usta w uśmiechu. 

- Nie denerwuj się, złotko. Bardziej interesują mnie kobiety i konie niż sława i chwała. 

- To dobrze. - Wstawszy z fotela, potarła skronie. 

- No, czas na mnie. Muszę iść na górę i obejrzeć kawałek drugiej próby. 

- Za ciężko pracujesz. Odbija się to na twojej twarzy. 

- Jak zwykle, jesteś bardzo szarmancki. 

- I przestań się martwić o Aleksa. 

- Możesz mi powiedzieć, jak mam to zrobić? 

-  Niestety.  -  Pociągnął  ją  za  kosmyk.  -  Zaufaj  losowi.  Aleks  będzie  rządził  Cordiną. 

Nic mu w tym nie przeszkodzi. 

-  Oby.  Wiesz,  kiedy  go  widzę,  jestem  spokojna.  Ale  z  dala  od  niego...  po  prostu  się 

boję. - Uścisnęła Bena na pożegnanie. - Do zobaczenia wieczorem. 

- Zagramy w remika? 

- Dalej jesteś mi winien pięćdziesiąt trzy dolary. 

- Kto by to liczył? 

- Ja - odparła z uśmiechem. 

Ruszyła  między  rzędami  do  przejścia,  po  czym  skręciła  w  lewo.  Parę  kroków  za  nią 

podążało dwóch ochroniarzy. 

Wczesnym  popołudniem  zajrzała  Gabriella  z  Chris;  usiłowały  namówić  Eve,  żeby 

wybrała  się  z  nimi  do  nadmorskiej  kawiarni.  Odmówiła  im.  Nie  chciała  też  kawy  i  ciastek, 

które  przygotowała  dla  niej  asystentka.  Podziękowała  uprzejmie  jednemu  z  aktorów,  który 

zaproponował, aby zdrzemnęła się w jego garderobie, oraz charakteryzatorce, która nieśmiało 

podsunęła jej krem likwidujący worki pod oczami. 

Kiedy próby dobiegły końca, była u kresu wytrzymałości. 

-  Jeżeli  jeszcze  jedna  osoba  powie  mi,  że  powinnam  odpocząć,  nie  ręczę  za  siebie  - 

mruknęła gniewnie, wędrując pustym korytarzem. 

- Ja tam nic nie mówię. 

Stanęła jak wryta, po czym wolno spojrzała w bok. Pete chował rekwizyty do skrzyń. 

- Myślałam, że wszyscy już wyszli. 

-  Pewnie  wyszli.  -  Wyprostował  się.  Zabrzęczały  wiszące  przy  pasku  klucze  do 

magazynu. - Ja też już prawie skończyłem. Muszę tylko znaleźć pudło na ten wielki wazon. 

- Zostaw go na wierzchu. Takiego szkaradzieństwa nikt nie ukradnie. 

- Sama pani mówiła, żeby kupić brzydki. 

background image

-  I  taki  kupiłeś.  -  Potarła  obolały  kark.  -  Jest  świetny.  Serwetki  również.  A  złodziei 

naprawdę nie musimy się obawiać. Teatr będzie zamknięty i strzeżony przez całą noc. Więc 

idź do hotelu, zjedz kolację... 

- Może ma pani rację - rzekł, ale nie ruszył się z miejsca. 

- O co chodzi, Pete? - spytała. 

- Chciałbym coś powiedzieć... 

- To mów. 

-  Trochę  się  tamtego  dnia  zezłościłem,  kiedy  kazała  mi  pani  opuścić  magazyn.  I 

jeszcze pociągnęła mnie za koszulę, a potem zagroziła wywaleniem z pracy. 

- Domyślam się, że nie byłeś zadowolony. 

- Na pewno bym się tak nie grzebał, gdybym wiedział, co się dzieje. - Podrapał się po 

brodzie,  po  czym  wbił  wzrok  w  buty.  -  Talbot  opowiedział  nam,  jak  to  pani  biegała  po 

piętrach, sprawdzając, czy wszyscy wyszli. Zachowała się pani odważnie. - Podniósł oczy. - 

Głupio, ale odważnie. 

- Ani głupio,  ani odważnie. Po prostu zrobiłam to, co musiałam. Ale dzięki za dobre 

słowo, Pete. 

- Chętnie bym panią zaprosił na kieliszek wina, szefowo. 

Zatkało ją. Znała Pete'a od wielu lat, lecz zawsze dotąd trzymał się na dystans. 

- Z przyjemnością, Pete. Dziś wieczorem jestem zajęta, może więc jutro po próbie? 

-  Dobrze,  może  być  jutro.  -  Ponownie  podrapał  się  po  brodzie,  po  czym  wolnym 

krokiem skierował się do wyjścia. 

Eve ruszyła w przeciwną stronę, do swojego nowego gabinetu. Spojrzała na zegarek: 

szósta piętnaście. Aleks się spóźnia. Cały dzień niecierpliwie czekała na szóstą. 

Cóż, poczeka chwilę dłużej. 

O  czym  chciał  z  nią  porozmawiać?  O  tym,  co  ich  łączy?  Że  niestety  nie  mogą  być 

razem? Pragnął jej. Nie miała co do tego wątpliwości. Ale jako człowiek prawy, sumienny i 

odpowiedzialny  zdawał  sobie  sprawę,  że  lepiej  zakończyć  potajemne  schadzki.  Sam  mówił, 

ż

e nie chce narażać jej na plotki. 

Niczego  nie  żałowała.  Od  początku  wiedziała,  na  co  może  liczyć.  Tak,  poczeka  na 

Aleksa, ale nie będzie siedzieć bezczynnie, wzdychając i użalając się nad sobą. 

Wziąwszy  z  półki  plik  notatek,  usiadła  przy  biurku.  Wokół  było  cicho  jak  makiem 

zasiał. I nagle powietrzem wstrząsnął huk. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Nawet  nie  zdążyła  wstać  od  biurka,  kiedy  usłyszała  odgłos  kroków.  Ktoś  biegł 

korytarzem.  Otwierając  drzwi,  zamierzała  jedynie  spytać,  co  się  dzieje;  przecież  próba  już 

dawno się skończyła i wszyscy mieli wrócić do hotelu na kolację. 

Wtem zobaczyła ciało. 

Znieruchomiała;  po  chwili  rzuciła  się  pędem  do  leżącego  na  podłodze  mężczyzny. 

Koszulę miał zakrwawioną. Wokół było pełno szkła - potłuczone szklanki i dzban, z którego 

wylała się woda. Niewiele się zastanawiając, ściągnęła sweter i okryła nim rannego. 

Telefon! Starając się zachować spokój, wróciła biegiem do gabinetu i drżącą, wilgotną 

ręką wykręciła numer. 

-  Tu  Eve  Hamilton.  Dzwonię  z  Teatru  Wielkiego  w  Centrum  Sztuk  Pięknych. 

Postrzelono  człowieka. Proszę  przysłać  karetkę.  I  policję.  -  Na  moment  wstrzymała  oddech; 

ktoś nadchodził korytarzem. - Tylko błagam, szybko! - dodała szeptem. 

Odłożywszy  słuchawkę,  rozejrzała  się  po  pokoju.  Nie  było  żadnej  drogi  ucieczki; 

jedyne wyjście prowadziło na korytarz. Kroki ucichły - ale jak daleko od drzwi stał zabójca? 

Dygocząc na całym ciele, obeszła cicho biurko. Wiedziała, że ktokolwiek tam jest, zabije ją, a 

potem... 

Spojrzała na zegarek. Szósta dwadzieścia. No tak, czekają na Aleksandra. Pot spływał 

jej z czoła, gdy wolno skradała się do drzwi. Musi ostrzec Aleksa! Musi znaleźć na to sposób. 

Wyciągnęła rękę, żeby szerzej uchylić drzwi, kiedy nagle ktoś pchnął je lekko od zewnątrz. 

Najpierw  zobaczyła  pistolet.  Potem  trzymającą  go  rękę.  Dławiąc  krzyk,  podniosła 

wzrok i spojrzała na przybysza. 

W  drzwiach  stał  mężczyzna,  z  którym  Aleks  trenował  szermierkę.  Już  wtedy,  gdy 

uśmiechnął się do niej jego twarz wydała się jej znajoma. Nic dziwnego. Przypomniała sobie, 

ż

e dzień czy dwa wcześniej widziała faceta tu, w teatrze. 

Teraz  nie  uśmiechał  się.  Patrząc  mu  w  oczy,  nie  miała  cienia  wątpliwości,  że  ten 

człowiek potrafi zabijać. 

- Mademoiselle... - zaczął. 

Nie czekała na dalszy ciąg. Prawą ręką wykonała gwałtowny zamach, celując w szyję 

bandyty. Kiedy pistolet upadł z brzękiem na podłogę, zamachnęła się po raz drugi, tym razem 

uderzając  kantem  dłoni  w  kark.  Dysząc  ciężko,  popatrzyła  z  góry  na  leżącą  u  swych  stóp 

postać. 

background image

Chwytając  nieprzytomnego  mężczyznę  pod  pachy,  wciągnęła  go  do  gabinetu.  W 

górnej  szufladzie  biurka  znalazła  klucz.  Przeskoczywszy  nad  ciałem,  wyszła  na  korytarz  i 

zamknęła za sobą drzwi. 

W głowie jej szumiało. Oparła się o ścianę, usiłując złapać oddech i oczyścić umysł. 

Słysząc, jak parę metrów dalej postrzelony mężczyzna jęczy, podbiegła do niego. 

- Ciii. Wezwałam karetkę. Zaraz lekarz opatrzy panu ranę. 

- Jermaine... 

-  Tak,  wiem.  Zajęłam  się  nim.  Proszę  nic  nie  mówić.  -  Pomyślała,  że  powinna 

zastosować  jakiś  ucisk,  żeby  zatamować  krwawienie.  Ale  jak?  Czym?  Może  ręcznik.  ..  - 

Niech pan się nie rusza. Zaraz wrócę. 

- Czekał... ukryty... 

- Wiem. Nikomu już nic nie zrobi. Zamknęłam go w moim gabinecie. A pan niech nic 

nie mówi. Za chwilę wrócę. 

Wstała.  Zamierzała  iść  do  najbliższej  łazienki  po  ręcznik,  kiedy  usłyszała  za  sobą 

hałas.  Obejrzała  się.  Korytarz  był  pusty.  Zwilżywszy  wargi,  popatrzyła  na  drzwi  gabinetu. 

Czyżby  bandyta  odzyskał  przytomność?  Nagle  z  przerażeniem  coś  sobie  uświadomiła.  Nie 

wzięła pistoletu. Broń była w gabinecie. 

Ni stąd, ni zowąd dobiegło ją wołanie. Skierowała się tam, skąd dochodziło. Po chwili 

wcisnęła  kontakt.  Światło  zalało  scenę.  Aleksander.  Szlochając  głośno,  rzuciła  mu  się  w 

ramiona, zanim zdążył ją przeprosić za spóźnienie. 

- Eve, co się stało? 

-  Ten  facet,  agent  Deboque'a,  jest  w  moim  gabinecie.  Zamknięty  na  klucz.  Postrzelił 

jednego ze strażników. Wezwałam już karetkę i policję. 

- Nic ci nie zrobił? - Przyjrzał się jej uważnie. - Skąd ta krew...? 

- To nie moja, to tego strażnika. Aleks, on potrzebuje pomocy. A w moim gabinecie... 

- Już dobrze. - Obejmując ją mocno, zwrócił się do swoich ochroniarzy. - Idźcie tam. 

Ja z nią zostanę. 

- Ale on ma broń... - zaczęła. 

-  Oni  też  -  przerwał  jej  Aleks.  Podprowadził  ją  do  kanapy  o  spranym,  spłowiałym 

obiciu. - Usiądź. I opowiedz mi, co się stało. 

-  Wydawało  mi  się,  że  wszyscy  poszli  do  domu.  Nagle  usłyszałam  strzał,  a  potem 

kroki.  Kiedy  wyjrzałam  z  gabinetu,  na  korytarzu  leżał  człowiek.  Wróciłam  do  telefonu.  I 

wtedy znów usłyszałam kroki. Aleks, to był ten twój partner od szermierki, Jermaine... 

- Jermaine został postrzelony? 

background image

- Nie! - Potrząsnęła głową. - To on pomaga Deboque'owi. Miał broń. Znokautowałam 

go... 

- Znokautowałaś Jermaine'a? 

- No tak. Strzelił do strażnika i wracał po... 

-  Eve.  -  Potrząsnął  ją  delikatnie  za  ramię.  -  Jermame  jest  szefem  ochrony. 

Przydzieliłem go, żeby chronił ciebie. 

- Ale... ale on... - Urwała. Miała kompletny mętlik w głowie. - W takim razie kto... 

-  Przepraszam,  że  wam przeszkadzam.  -  Z  lewej  kulisy  wyłonił  się  Russ.  Trzymał  w 

dłoni rewolwer z tłumikiem. 

- O Boże. - Aleksander poderwał się, zasłaniając sobą Eve. 

- Jak to miło, że Wasza Wysokość odesłał ochroniarzy. Obiecuję, że to będzie szybka, 

bezbolesna śmierć. Bądź co bądź jestem zawodowcem. 

- Nie! - Eve wysunęła się zza Aleksa. - Nie możesz, Russ. 

-  Przykro  mi,  Eve.  Ciebie  mi  naprawdę  szkoda.  -  W  jego  głosie  pobrzmiewała  nuta 

szczerości. - Jesteś najlepszą producentką teatralną, z jaką zdarzyło mi się współpracować. 

-  Nie  ujdzie  ci  to  płazem  -  oznajmił  cicho  Aleks,  wiedząc,  że  lada  moment  wrócą 

ochroniarze. 

-  Ujdzie.  Znam  ten  teatr  jak  własną  kieszeń.  W  ciągu  dziesięciu  sekund  zapadnę  się 

pod ziemię. Więcej czasu mi nie trzeba. A jeśli się nie uda... - Wzruszył ramionami. W oddali 

słychać było wycie policyjnych syren. - To trudno. 

Wycelował broń prosto w serce Aleksandra. 

- Osobiście nie mam nic przeciwko Waszej Wysokości... 

Stali  na  środku  sceny.  Obok  na  stoliku  połyskiwał  wielki  czerwony  wazon  pełen 

papierowych  kwiatów.  Światła  były  włączone.  Wyglądało  to  tak,  jakby  odbywała  się  próba. 

Tylko rewolwer był prawdziwy. 

Eve  krzyknęła.  Instynktownie,  bez  chwili  namysłu,  wysunęła  się  przed  Aleksandra  i 

przyjęła kulę, która była przeznaczona dla niego. 

Nie  umrze.  Nie  może  umrzeć.  Siedział  z  głową  wspartą  na  dłoniach  i  powtarzał  te 

słowa.  Wiedział,  że  w  poczekalni  są  inni,  ale  nie  zwracał  na  nich  uwagi  Gabriella  siedziała 

obok  niego,  myślami  i  spojrzeniem  starając  się  dodać  mu  otuchy.  Ojciec  stał  przy  oknie. 

Bennett siedział na niedużej kanapie, ściskając Chris za rękę. Reeve krążył: to wychodził, by 

porozmawiać z funkcjonariuszami policji, to wracał. 

Gdyby miał sekundę więcej, mógłby pchnąć Eve na podłogę, pociągnąć za siebie, coś 

zrobić,  żeby  nie  dosięgła  jej  kula.  Nie  zdążył.  Jej  okrzyk  wciąż  dźwięczał  mu  w  uszach. 

background image

Nigdy nie zapomni tego, jak zawyła z bólu, a potem wolno osunęła się na ziemię. 

Miał na rękach jej krew. Dosłownie i w przenośni. 

- Napij się, Aleks. 

Gabriella  podsunęła  mu  kubek  herbaty,  ale  potrząsnął  głową.  Po  chwili  zapalił 

kolejnego papierosa. 

-  Przestań  się  obwiniać.  Eve  będzie  potrzebowała  twojej  pomocy  i  wsparcia.  Musisz 

być silny. 

- Powinienem był ją ochronić. Nie narażać na niebezpieczeństwo. - Zacisnął powieki. 

Nie  pomogło.  Wciąż  miał  przed  oczami  obraz  Eve,  która  obejmuje  go  w  pasie,  własnym 

ciałem osłaniając przed kulą. - On chciał mnie zabić, nie ją. 

- Ciebie lub kogokolwiek z nas. - Gabriella położyła rękę na kolanie brata. - Wszyscy 

w  równym  stopniu  możemy  czuć  się  winni...  Aleks,  w  najgorszych  chwilach  mojego  życia 

byłeś przy mnie. Wiem, że odrzucałam twoją pomoc. Błagam, nie zachowuj się tak samo, nie 

zamykaj się. 

Poklepał  ją  po  ręce.  Na  nic  więcej  nie  było  go  stać.  Reeve  wrócił  do  poczekalni. 

Ś

cisnął żonę za ramię, potem podszedł do Armanda. Stary książę w milczeniu skinął głową. 

Nie mogąc usiedzieć w miejscu, Chris zaczęła chodzić od drzwi do okna i z powrotem. Wtem 

poczuła, jak Gabriella otaczają ramieniem. 

- Nie możemy jej stracić... 

-  Nie  stracimy  -  szepnęła  Brie.  Delikatnie  podprowadziła  przyjaciółkę  do  krzesła.  - 

Pamiętasz, jak w szkole opowiadałaś mi o Eve? Zastanawiałam się, jak to jest mieć siostrę. 

- Pamiętam. - Chris wzięła głęboki oddech. - Trochę mi nawet zazdrościłaś. 

-  Tak,  bo  sama  dorastałam  wśród  mężczyzn.  -  Uśmiechając  się,  popatrzyła  na  braci, 

ojca,  męża.  -  Pamiętam  też,  kiedy  pierwszy  raz  pokazałaś  mi  jej  zdjęcie.  Miała  dwanaście 

albo trzynaście lat. Była śliczna. Pomyślałam sobie, że to miło mieć kogoś, z kim można się 

wszystkim dzielić. 

- Opowiedziałam ci wtedy, jak ją przyłapałam w moim pokoju. Siedziała przy toaletce 

zawalonej  kosmetykami  i  moim  najlepszym  niebieskim  cieniem  malowała  sobie  powieki. 

Wyglądała koszmarnie. - Wierzchem dłoni Chris osuszyła łzy. - Jej się jednak wydawało, że 

wygląda rewelacyjnie. 

Pociągnęła  nosem  i  skinieniem  głowy  podziękowała  Gabrieli!  za  chustkę.  Po  chwili 

mówiła dalej. 

-  Była  niepocieszona,  kiedy  ojciec  wysłał  ją  do  szkoły  z  internatem.  Tata  uważał,  że 

tak  będzie  najlepiej,  i  nie  pomylił  się,  ale  Eve...  ona  nienawidziła  tej  szkoły.  A  my... 

background image

kochaliśmy smarkulę, ale nie wierzyliśmy, że cokolwiek w życiu osiągnie. Zamiast się uczyć, 

wertowała kolorowe pisma i godzinami słuchała muzyki. Okazało się jednak, że nie zbywało 

jej  na  inteligencji,  po  prostu  nie  chciała  marnować  czasu  na  coś,  co  jej  w  ogóle  nie 

interesowało. 

- Pisała do ciebie takie śmieszne listy. Czasem mi je czytałaś. 

-  Tak,  opisywała  dziewczyny  w  internacie,  nauczycieli.  Miała  niesamowity  zmysł 

obserwacji. Boże, Brie, jak długo to jeszcze potrwa? 

- Najwyżej parę minut Pamiętasz, myślałyśmy, że ona i Bennett... Wydawało nam się, 

ż

e  idealnie  do  siebie  pasują.  -  Popatrzyła  na  siedzącego  samotnie  Aleksandra.  -  Czy  to  nie 

dziwne, że dwoje ludzi, których uwielbiamy nad życie, odnalazło siebie? 

-  Ona  tak  bardzo  go  kocha.  -  Chris  również  skierowała  wzrok  na  Aleksandra.  - 

Chciałam,  żeby  wróciła  ze  mną  do  Houston.  Odmówiła.  Jakby  przeczuwała,  że  uratuje  mu 

ż

ycie. - Głos uwiązł jej w gardle. Dopiero po chwili była w stanie mówić dalej. - Powiedziała 

mi, że nie ma znaczenia, co Aleks do niej czuje; po prostu chce z nim być jak najdłużej. 

Brie westchnęła głośno. 

-  Zawsze  jest  taki  zamknięty  -  szepnęła.  -  Rzadko  uzewnętrznia  emocje.  Ale  teraz 

chyba już nikt nie może mieć żadnych wątpliwości. Aleks wini siebie za to, co się stało. Nie 

okoliczności, nie los, nie Deboque'a. Wyłącznie siebie. 

- Eve by go nie winiła. 

- Wiem. 

Chris  ponownie  otarta  łzy  i  zmusiła  się,  by  wstać.  Niełatwo  jej  było  przezwyciężyć 

wrogość  i  podejść  do  Aleksa.  Zrobiła  to  ze  względu  na  Eve.  Czuła  do  Aleksa  żal,  gniew, 

niechęć.  Kiedy  usiadła  obok  niego  na  kanapie,  popatrzył  na  nią  oczami  równie  smutnymi  i 

czerwonymi jak jej własne. 

- Nienawidzisz mnie, prawda? - spytał przytłumionym głosem. - Sam zionę do siebie 

jeszcze większą nienawiścią. Ale to pewnie słabe pocieszenie. 

Chciała uścisnąć jego rękę, lecz nie była w stanie. 

- To jej nie pomoże, Aleks. Musimy być silni. 

- Powinienem był ją zmusić do wyjazdu. 

-  Myślisz,  że  dałbyś  radę?  -  Uśmiechnęła  się  nieznacznie.  -  Wątpię.  Odkąd  Eve 

skończyła szkołę, nikomu nie pozwala za siebie decydować. 

- Nie obroniłem jej. - Zakrył twarz. - Oddałbym za nią życic, a jednak nie zdołałem jej 

obronić. 

Chris nie wytrzymała; wyciągnęła do niego dłoń. 

background image

-  Posłuchaj.  Eve  zasłoniła  cię  własnym  ciałem.  Świadomie  stanęła  tak,  by  kula 

dosięgła  ją  zamiast  ciebie.  Jeżeli  więc  koniecznie  chcesz  się  za  coś  winić,  wiń  się  za  to,  że 

ona  cię  kocha,  -  Na  moment  zamilkła.  -  Musimy  wierzyć,  że  Eve  z  tego  wyjdzie.  Że 

wyzdrowieje. 

Czekali.  Czas  mijał.  Kawa  stygła.  Popielniczki  były  coraz  bardziej  pełne.  Szpitalne 

zapachy przestały im przeszkadzać. O strażnikach pilnujących korytarzy zapomnieli. 

Wreszcie  w  drzwiach  ukazał  się  doktor  Franco.  Czepek  miał  mokry  od  potu,  przód 

fartucha  również.  Wszyscy  natychmiast  poderwali  się  na  nogi.  Lekarz  skierował  kroki  w 

stronę Chris. 

-  Pani  siostrą  zajmuje  się  chirurg,  ale  lada  moment  przewieziemy  ją  do  sali 

pooperacyjnej. Organizm pani siostry jest silny i nie ma zamiaru się poddawać. 

- Więc nic jej nie będzie? - spytała Chris, niemal miażdżąc w uścisku rękę lekarza. 

- Operację zniosła znacznie lepiej, niż się można było spodziewać. Jak już mówiłem, 

doktor  Thorette  to  jeden  z  najlepszych  specjalistów  na  świecie.  Sama  operacja  była  bardzo 

trudna; kula tkwiła tuż przy kręgosłupie. 

- Ale Eve nie będzie... - Aleksander z trudem dokończył zdanie - sparaliżowana? 

-  Jeszcze  za  wcześnie,  żeby  o  tym  mówić.  Doktor  Thorette  uważa  jednak,  że  nie 

doszło do trwałego uszkodzenia. Podzielam jego zdanie. 

-  A  ponieważ  pan,  doktorze,  nigdy  się  nie  myli,  myślę,  że  wszystko  będzie  dobrze  - 

oznajmił stary książę głosem ochrypłym od papierosów. 

- Też tak myślę, Wasza Wysokość. Aleksandrze... 

-  Doktor  Franco  był  przyjacielem  Bissetów  od  ponad  trzydziestu  lat,  rzadko  jednak 

zwracał się do członków książęcej rodziny po imieniu. - Eve ma młody, silny organizm. Nie 

widzę  powodu,  dlaczego  miałaby  nie  odzyskać  zdrowia.  Ale  musimy  poczekać.  Myśmy 

zrobili wszystko, co w naszej mocy. Reszta zależy teraz od niej. 

- Kiedy mogę ją zobaczyć? 

-  Sprawdzę,  kiedy  trafi  na  salę  pooperacyjną,  i  dam  ci  znać.  Chociaż  szansa,  żeby 

obudziła  się  przed  świtem,  jest  niewielka...  Nie.  nie  protestuj.  Nie  zamierzam  ci  niczego 

zabraniać. Przeciwnie, myślę, że twoja obecność przyśpieszy jej powrót do zdrowia. A teraz 

państwo wybaczą... 

Czuwał  przy  łóżku  Eve.  W  rogu  sali  paliło  się  niewielkie  światełko.  Na  stoliku  stała 

taca z jedzeniem. Aleks odsunął ją na bok; nie był w stanie nic przełknąć. 

Leżała bez ruchu podłączona do kroplówki. 

Nie spuszczał z niej oczu. Czasem brał ją za rękę i opowiadał jej o tym, jak pójdą na 

background image

spacer brzegiem morza, jak pojadą do Zurychu, gdzie jego rodzina ma letnią rezydencję, albo 

będą wypoczywać w ogrodzie. Czasem nic nie mówił, tylko siedział, uważnie wpatrując się w 

jej twarz. 

-  Nie  zostawiaj  mnie,  Eve  -  szepnął.  -  Zostań.  Proszę  cię.  Tak  bardzo  jesteś  mi 

potrzebna. Nie odchodź. 

Ani  na  moment  się  nie  zdrzemnął.  Kiedy  w  szparach  między  żaluzjami  pojawił  się 

pierwszy słaby promyk światła, Eve drgnęła. 

- Eve. - Aleks zacisnął rękę na jej dłoni. - Kochanie, wszystko będzie dobrze. Błagam, 

otwórz oczy. Słyszysz mnie? 

Owszem,  słyszała,  ale  jego  głos  docierał  z  bardzo  daleka.  Coś  było  nie  tak.  Miała 

wrażenie,  jakby  unosiła  się  na  wodzie.  I  te  sny...  Otworzyła  oczy.  Przez  moment  nic  nie 

widziała, potem wolno zaczęły wyłaniać się kształty. 

- Jestem tu - powtórzył. - Wszystko będzie dobrze. Powiedz, czy mnie słyszysz...? 

- Aleks? - Jego twarz była blisko, ale ona nie mogła jej dotknąć. Dziwne, pomyślała, 

wcześniej chyba nie miał zarostu? Uśmiech przebiegł po jej wargach. - Nie ogoliłeś się. 

Po chwili znów zapadła w sen. 

Ocknęła  się  parę  minut  później,  choć  jemu  wydawało  się,  że  upłynęło  co  najmniej 

kilka godzin. Tym razem pamiętała, co się stało. 

- Nie jesteś ranny? - spytała. 

- Nie. 

- Russ... 

Odruchowo zwinął dłoń w pięść. 

- Policja się nim zajęła. Nie martw się. 

Eve rozejrzała się po sali. Za swoim łóżkiem zobaczyła aparaturę medyczną. 

- Szpital! Nie chcę... 

-  To  nie  potrwa  długo,  ma  belle  -  powiedział,  zaskoczony  strachem  w  jej  oczach.  - 

Kiedy poczujesz się lepiej... 

- Nie chcę leżeć w szpitalu. 

- Będę tu z tobą. 

- Cały czas? 

- Tak - obiecał. 

- Aleks, powiesz mi prawdę? 

- Oczywiście. - Przywarł ustami do jej nadgarstka. 

- Czy ja umrę? 

background image

-  Nie.  -  Przysunął  się  bliżej.  -  Nie  umrzesz.  Doktor  Franco  mówi,  że  jesteś...  - 

przypomniał sobie określenie, jakiego sama kiedyś użyła - zdrowa jak koń. 

- Na pewno tak nie powiedział. 

- No dobrze, powiedział: jak ryba. 

Uśmiechnęła się. Nagle syknęła cicho. 

- Coś cię zabolało? 

- Tak. Plecy, w okolicach łopatki. 

Tam, gdzie tkwiła kula, pomyślał Aleks. Pocałował Eve w policzek i wstał. 

- Zawołam pielęgniarkę. 

- Nie odchodź. 

-  Zaraz  wrócę.  Przysięgam.  -  Kiedy  otworzył  drzwi,  zobaczył  idącego  korytarzem 

lekarza. - Obudziła się. Czuje ból w plecach. 

-  To  nieuniknione,  Wasza  Wysokość.  Zaraz  zobaczymy,  jak  jej  można  pomóc.  - 

Doktor Franco gestem wezwał pielęgniarkę. 

- Ona boi się tego miejsca, doktorze. 

- Tak, ma jakąś fobię na punkcie szpitali. Ale niestety, musi tu jeszcze trochę zostać. 

- W takim razie zostanę z nią. 

- Absolutnie wykluczone. 

- Słucham? - spytał Aleks. Następcy tronu na ogół nikt się nie sprzeciwiał. 

- Nie mogę pozwolić, aby Wasza Wysokość tkwił tu dzień i noc. Natomiast na zmianę 

z  siostrą  panny  Hamilton,  proszę  bardzo.  A  teraz  przepraszam,  ale  chciałbym  zbadać 

pacjentkę. 

Aleksander  usiadł  na  krześle  za  drzwiami.  Marzył  o  tym,  żeby  przez  parę  minut  być 

sam, zamknąć się w jakimś ciemnym pokoju i dać upust wściekłości, bólowi, przerażeniu. 

Po raz pierwszy od dwudziestu czterech godzin zamknął oczy. Otworzył je, gdy tylko 

na korytarzu ukazał się doktor Franco. 

-  Wasza  Wysokość  może  do  niej  na  chwilę  zajrzeć  -  powiedział  lekarz.  -  Ale  kiedy 

zjawi się tu panna Chris, proszę udać się do domu, zjeść solidny posiłek i przespać się kilka 

godzin. Inaczej zabronię Waszej Wysokości wstępu do szpitala. 

Aleksander potarł kark. 

-  Gdyby  nie  to,  że  przemawia  przez  pana  troska  o  pacjentkę,  zignorowałbym  pana 

polecenia, doktorze. Proszę mi powiedzieć: jak ona się czuje? 

-  Jest  osłabiona,  ale  nie  ma  żadnych  wewnętrznych  obrażeń.  Najważniejsze,  że  ma 

czucie w nogach. 

background image

- Czyli nie... 

-  Nie  grozi  jej  paraliż.  Potrzebuje  ciszy,  spokoju,  wsparcia  psychicznego.  Myślę,  że 

jutro przeniesiemy ją do zwykłej sali. 

- Doktorze, nawet pan nie wie, jaki jestem panu wdzięczny. 

- To dla mnie honor leczyć członków książęcej rodziny - rzekł doktor Franco. 

Aleksander poszukał w kieszeni etui z pierścionkiem. 

- Podziwiam pańską spostrzegawczość, doktorze. 

- Dziękuję, Wasza Wysokość. To co, umawiamy się, że teraz panna Hamilton posiedzi 

u siostry? 

- W porządku. Za parę minut wyjdę. 

Kiedy wszedł z powrotem do pokoju, Eve nie spała, wpatrywała się w sufit. 

- Myślałam, że poszedłeś sobie. 

- Przecież obiecałem, że wrócę. - Usiadł na łóżku i wziął ją za rękę. - Na kilka godzin 

zostawię cię z Chris, dobrze? Ani przez chwilę nie będziesz sama. 

-  Czuję  się  jak  idiotka  z  tym  swoim  strachem.  Aleks...  ten  strażnik,  którego  Russ 

postrzelił... Czy on...? 

- Żyje. Jest pod stałą opieką lekarską. Właśnie zamierzam do niego zajrzeć. 

- Być może ocalił mi życie - szepnęła. - I tobie. A ja nawet nie wiem, jak ma na imię. 

- Craden. 

Powtórzyła je kilka razy w myślach, żeby nie zapomnieć. 

- A Jennaine? Jak się czuje? 

Aleks uśmiechnął się. 

- Doszedł już do siebie. Tylko jego duma nadal trochę cierpi. 

- Niepotrzebnie. Przecież nie dostałam czarnego pasa za piękne oczy. 

- To prawda, cherie. Najlepiej będzie, jak sama mu to kiedyś wyjaśnisz. - Odgarnął jej 

z twarzy włosy. 

-  Jakie  przynieść  ci  kwiaty?  Mógłbym  nazrywać  ich  w  ogrodzie,  ale...  Nawet  nie 

wiem, czy masz ulubione. 

Łzy pociekły jej po policzkach. 

- Och, nie. Nie płacz, moja droga. 

-  To  ja  go  tu  sprowadziłam.  -  Zamknęła  oczy,  chcąc  powstrzymać  strumień  łez.  - 

Sprowadziłam Russa do Cordiny. Do ciebie. 

- Nie, kochanie. - Delikatnie otarł palcem jej twarz. - Deboque go sprowadził. Jeszcze 

nie mamy na to dowodów, ale znajdziemy je. 

background image

-  Jak  mogłam  być  taka  ślepa?  Sama  go  przesłuchiwałam,  rozmawiałam  z  ludźmi, 

którzy z nim pracowali, widziałam go w paru sztukach... Po prostu nie rozumiem. 

- Był fachowcem, Eve. Doskonałym aktorem. Ale zajmował się również czym innym. 

Zabijał  dla  pieniędzy.  Nie  dla  żadnej  sprawy,  tylko  właśnie  dla  pieniędzy.  Reeve  jest  w 

kontakcie z Interpolem. Może zdołamy dowiedzieć się czegoś więcej. 

- To się stało tak szybko... 

- Ale już po wszystkim. Russ nikomu już nie wyrządzi krzywdy. 

- Gdzie on teraz jest? 

Aleks zawahał się, uznał jednak, że Eve ma prawo znać prawdę. 

- Nie żyje. Jennaine zastrzelił go chwilę po tym, gdy... - Przed oczami stanął mu obraz 

Eve osuwającej się na podłogę. - Kiedy na moment odzyskał przytomność, Reeve wyciągnął z 

niego trochę informacji. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, jak już będziesz zdrowa. 

- Bałam się, że cię zabije... 

Powieki  zaczęły  jej  opadać.  Lekarstwo  zaaplikowane  przez  doktora  Franca 

najwyraźniej poskutkowało. 

- I zabiłby, gdyby nie ty. Nie wiem, jak mam ci się odwdzięczyć. 

Uśmiechnęła się sennie. 

- Spośród kwiatów w ogrodzie najbardziej lubię dzwonki. 

Przynosił  je  codziennie,  najpierw  do  szpitala,  a  potem,  gdy  pozwolono  Eve  odbyć 

dalszą kurację w pałacu pod okiem doświadczonej pielęgniarki, przynosił kwiaty na górę do 

jej sypialni. 

Kiedy  po  tygodniu  zaczęła  się  martwić  o  swoją  trupę,  poczuł  ulgę.  Oznaczało  to,  że 

zdrowieje. 

Dziennikarze obwołali ją bohaterką. W prasie pojawiło się mnóstwo artykułów o tym, 

co wydarzyło się w teatrze. Bennett czytał je Eve na głos, po czym żartował, że teraz pewnie 

będzie zadzierać nosa. 

Eve nalegała, żeby pierwsza premiera odbyła się zgodnie z planem. Potem wystraszyła 

się - przecież powinna być na miejscu, mieć wszystko na oku. 

Studiowała dokładnie każdą recenzję. Cieszyła się, że sztuka została dobrze przyjęta i 

ż

e  aktor,  który  zastąpił  Russa,  znakomicie  wywiązał  się  ze  swojego  zadania.  Żałowała 

jedynie, że sama nie mogła obejrzeć tego przedstawienia. 

Z coraz mniejszą chęcią poddawała się badaniom lekarskim. 

- Doktorze, kiedy pan wreszcie przestanie mnie dźgać i ugniatać? Czuję się już dobrze. 

Leżała na brzuchu, podczas gdy doktor Franco zmieniał jej opatrunek. 

background image

- Mówiono mi, moje dziecko, że źle sypiasz. 

- Bo nudzę się jak mops. Spacer po ogrodzie jest wielkim wydarzeniem. Chcę iść do 

teatru,  panie  doktorze.  Przegapiłam  pierwsze  przedstawienie.  Nie  chcę  przegapić  drugiej 

premiery. 

- Rozumiem. Podobno odmawiasz przyjmowania leków? 

- Bo ich nie potrzebuję. - Podparta głowę na dłoniach. - Naprawdę czuję się dobrze. 

-  Potwierdza  się  moja  teoria  -  oznajmił  z  uśmiechem  lekarz,  pomagając  Eve 

przewrócić się na wznak. 

- Jak pacjent marudzi, to znaczy, że zdrowieje. 

- Przepraszam, jeśli zachowuję się jak rozkapryszone dziecko. 

- Ależ wcale się tak nie zachowujesz. 

- Po prostu nie jestem przyzwyczajona, żeby tak się o mnie troszczono. Nawet ojciec... 

Gdyby  Chris  nie  przekonała  go,  żeby  wrócił  do  Houston,  chybabym  zwariowała.  Tata 

oczywiście był wspaniały, godzinami tu przesiadywał. Zresztą wszyscy są cudowni. Dzieciaki 

Gabrielli przynoszą mi laurki. Dorian przemycił nawet kotka. Rzecz jasna, to tajemnica. 

- Nikomu nie powiem. 

-  Książę  Armand  przychodzi  codziennie.  Dostałam  od  niego  tę  pozytywkę.  - 

Pogładziła  srebrną  szkatułkę.  -  Podarował  ją  swojej  żonie,  kiedy  urodziła  Aleksa... 

Powiedział, że na pewno by się cieszyła, wiedząc, że pozytywka jest w tak dobrych rękach. 

- Obie dałyście mu syna. 

- Panie doktorze, wcale nie czuję się jak bohaterka. 

-  Łzy  znów  podeszły  jej  do  gardła.  Nienawidziła  być  beksą,  ale  nie  umiała  ich 

powstrzymać. - Ja... muszę normalnie żyć. Leżąc tu, mam zbyt dużo czasu na rozmyślanie. 

- Niepokoją cię własne myśli? 

- Niektóre - przyznała. - Muszę się czymś zająć. 

- Proponuję mały eksperyment... 

- Jaki? - spytała podejrzliwie. 

- Dziś po południu spróbujesz zasnąć... 

- Ale doktorze... 

-  Proszę  mnie  do  końca  wysłuchać.  A  więc  dziś  po  południu  spróbujesz  zasnąć  - 

powtórzył.  -  Wieczorem  włożysz  elegancką  suknię...  bez  dekoltu  na  plecach,  żeby  nie  było 

widać  opatrunku,  i  pojedziesz  do  teatru.  Wyłącznie  w  charakterze  widza.  Po  przedstawieniu 

wrócisz do pałacu. Możesz zjeść lekką kolację. A potem, jak Kopciuszek, o dwunastej masz 

być w łóżku. Co ty na to? 

background image

Uradowana, wyciągnęła rękę na znak zgody. Zamierzała dotrzymać słowa i o północy 

znaleźć się w łóżku. A za kilka dni wrócić do pracy. 

Chris  z  Gabriellą  pomogły  się  jej  ubrać.  Kiedy  w  prostej  białej  sukni  i  ozdobionym 

koralikami  żakiecie  przyjrzała  się  sobie  w  lustrze,  uznała,  że  wygląda  znacznie  lepiej  niż 

przed  aferą  z  Russem.  Była  wypoczęta,  policzki  miała  delikatnie  zarumienione,  oczy 

błyszczące. 

Wyperfumowała się za uszami. Znów czuła się jak kobieta. 

- Jesteś piękna - powiedział z zachwytem Aleksander, kiedy przyszedł po nią na górę. 

W dłoni trzymał bukiecik dzwonków. 

-  Dziękuję.  -  Podniosła  kwiaty  do  nosa  i  wciągnęła  ich  słodkawy  zapach.  -  Po  raz 

pierwszy  od  wielu  dni  patrzysz  na  mnie  normalnie,  a  nie  jak  na  chorą,  niemal  umierającą 

istotę. 

Wziął  ją  pod  rękę  i  poprowadził  schodami  na  dół.  Przed  drzwiami  czekała  długa, 

lśniąca limuzyna; silnik cichutko warczał. Wnętrze wozu wypełniała muzyka Beethovena. Na 

wąskiej półce w kubełku z lodem chłodziła się butelka szampana. 

- Cudownie - szepnęła Eve, przysuwając swój kieliszek do kieliszka Aleksa, a potem 

całując go w usta. 

- Jestem taka szczęśliwa. 

- Cieszę się. - Sięgnął w bok do niedużej przegródki, z której wyciągnął długie, wąskie 

etui. - Czekałem z tym, aż wyzdrowiejesz. 

- Aleks, nie musisz mi dawać prezentów. 

- Ale chcę. - Włożył etui do jej dłoni. - Proszę cię, nie odmawiaj mi. 

Jakżeby  mogła?  Kiedy  uniosła  wieczko,  jej  oczom  ukazał  się  niezwykłej  urody 

naszyjnik  wysadzany  brylantami  i  szafirami.  Kamienie  zdawały  się  wisieć  na  cienkich 

srebrnych niteczkach. Spoglądając na ten wspaniały okaz sztuki jubilerskiej, Eve nie była  w 

stanie ukryć zachwytu. 

- Och, Aleks, jakie to wspaniałe. Po prostu brakuje mi słów. 

- Tak jak mnie, kiedy patrzę na ciebie. Włożysz to dzisiaj? 

-  Boże...  -  Nieskazitelne  piękno  naszyjnika  niemal  ją  przerażało.  Ale  nie  chciała 

sprawić ukochanemu przykrości. - Oczywiście. Z przyjemnością. Pomożesz mi? 

Delikatną  złotą  obrożę,  którą  włożyła  do  eleganckiej  białej  sukni,  zastąpił 

naszyjnikiem. Eve odruchowo przytknęła rękę do szyi. 

-  Pewnie  częściej  będę  myślała  o  tym  niż  o  sztuce  -  powiedziała.  Pochyliwszy  się, 

pocałowała Aleksa w usta. - Dziękuję. 

background image

Wchodząc  do  teatru,  była  zdenerwowana.  A  potem  przeżyła  jedną  z  największych 

niespodzianek  w  swoim  życiu.  Kiedy  pojawiła  się  w  książęcej  loży,  widzowie  zgotowali  jej 

owację na stojąco. 

Aleksander  podniósł  jej  rękę  do  ust.  Biorąc  z  niego  przykład,  Eve  uśmiechnęła  się  i 

skinieniem głowy podziękowała publiczności za tak serdeczne powitanie. 

- Mam nadzieję, że sztuka im się spodoba - szepnęła, czekając na odsłonięcie kurtyny. 

- Boże, jak strasznie chciałabym zajrzeć za kulisy i... 

- Nie tak się umawiałaś z lekarzem, cherie

- Wiem, ale... O, zaczyna się. 

Przez cały pierwszy akt trzymała go za rękę, a serce co rusz podchodziło jej do gardła. 

Wychwytywała  każde  najmniejsze  potknięcie:  a  to  ciut  za  długą  pauzę,  a  to  zbyt  szybkie 

kroki. Zapamiętywała miejsca, gdzie wprowadziłaby drobne poprawki. 

Dopiero  gdy  usłyszała  śmiech  publiczności,  uspokoiła  się.  Sztuka  była  bardzo 

amerykańska,  o  cierpkim  humorze  i  ostrych,  dowcipnych  dialogach,  ale  problem,  który 

poruszała - niemożność porozumienia się pary kochanków - przemawiał do wszystkich. 

Liczyła, ile razy publiczność wywoła aktorów. 

-  Dwanaście!  -  zwróciła  się  do  Aleksa.  -  Dwanaście  razy  się  kłaniali.  To  dobrze. 

Rzeczywiście zagrali świetnie. W drugim akcie zmieniłabym... 

- Niczego dziś nie będziesz zmieniać - powiedział, wyprowadzając ją z loży. 

Trzej ochroniarze poderwali się na baczność. Starała się o nich nie myśleć. 

- Szkoda, że całą noc trzeba czekać na recenzje. 

-  Westchnęła.  -  Nie  wiem,  jak  to  wytrzymam...  Słuchaj,  nie  moglibyśmy  na  chwilkę 

wstąpić do garderoby, żebym... 

- Nie tym razem. 

Na  dole  w  holu  kłębiło  się  od  dziennikarzy  i  fotoreporterów,  ochroniarze  jednak 

sprawnie sobie z nimi poradzili. Po chwili Eve z Aleksem siedzieli w limuzynie. 

- Trwało to stanowczo za krótko. - Położyła głowę na oparciu siedzenia i na moment 

przymknęła  oczy.  -  A  ja  byłam  taka  zdenerwowana.  W  dodatku  miałam  wrażenie,  jakby 

wszyscy na nas patrzyli. 

- I to cię peszyło? 

-  Trochę  -  przyznała.  -  Spróbuję  namówić  doktora  Franco,  żeby  następnym  razem 

pozwolił mi usiąść w kulisach. 

- Nie jesteś zmęczona? 

- Nic a nic. - Wciągnęła głęboko powietrze. - Czuję się niesamowicie przejęta. Tak jak 

background image

Kopciuszek ostatnie pięć minut przed północą. 

- Została ci jeszcze godzina. Chciałbym, żebyśmy ją spędzili razem. 

- Ja też. 

W  pałacu  panowała  niczym  nie  zmącona  cisza.  Skierowali  się  na  górę.  Tam  zamiast 

skręcić w lewo do jej pokoju, skręcili w prawo, do jego apartamentu. 

Zobaczyła  stół  nakryty  dla  dwóch  osób.  W  kryształowych  świecznikach  płonęły 

ś

wiece.  Z  niewidocznych  głośników  sączyła  się  nastrojowa  muzyka  -  tym  razem  był  to 

koncert skrzypcowy. 

- Teraz naprawdę czuję się jak Kopciuszek - rzekła Eve. 

Podeszła  do  stołu,  na  którym  stał  niski  wazon  pełen  kwiatów.  Delikatnie  pogładziła 

jedwabiste płatki. 

- Planowałem ten wieczór od dawna. Prawdę mówiąc, wszystko miałem przygotowane 

tamtego dnia, gdy... no wiesz. 

- Serio? - Odwróciła się zaskoczona. Czy jakikolwiek mężczyzna zadawałby sobie tyle 

trudu, aby oznajmić kobiecie, że z nią zrywa? Chyba nie. 

-  Tak.  A  twoje  zdziwienie  najlepiej  świadczy  o  tym,  że  nie  byłem  dotąd  zbyt 

romantyczny. Ale obiecuję, że się zmienię. - Przytulił ją do siebie. - Tak strasznie się bałem, 

ż

e cię stracę. Popełniłem mnóstwo błędów, ale tego jednego nigdy sobie nie wybaczę... 

- Przestań, Aleks. Jak możesz winić się za coś, czego dopuścił się inny człowiek? W 

dodatku człowiek, którego ja tu ściągnęłam. 

-  Uratowałaś  mi  życie.  -  Ujął  w  dłonie  jej  twarz.  -  Osłoniłaś  mnie  własnym  ciałem. 

Ten  obraz  ciągle  staje  mi  przed  oczami,  ale  w  wyobraźni  odpycham  cię  w  porę.  Kula  trafia 

mnie, nie ciebie. 

Rozpacz i gorycz w jego głosie poruszyły ją do głębi. 

- Boże, Aleks! Gdybyś zginął, myślisz, że ja bym chciała żyć? Tylko ty się dla mnie 

liczysz. Kocham cię. Kocham od lat, tyle że wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. 

Wypuścił z płuc powietrze. Więcej błędów nie popełni, obiecał sobie. Eve nie tylko go 

uratowała - dzięki niej nabrał chęci do życia. 

- Usiądź, proszę. 

- Ale nie dziękuj mi po raz kolejny, bo... 

- Eve, proszę cię. 

- No dobrze - zgodziła się łaskawie. - Ale wolałabym jeść przy stole. 

Był  tak  zdenerwowany,  że  musiał  wziąć  kilka  głębokich  oddechów.  Pomogło.  Kiedy 

po  chwili  ukląkł  u  jej  stóp,  Eve  otworzyła  szeroko  oczy.  A  kiedy  wyciągnął  z  kieszeni 

background image

pudełeczko, serce zabiło jej mocniej. 

- Aleks, już jeden prezent mi dzisiaj dałeś... - Głos jej drżał. 

- To nie jest prezent, Eve. To prośba. - Zacisnął rękę na jej dłoni. - Jeżeli zgodzisz się 

ją spełnić, przysięgam, że uczynię wszystko, żebyś była szczęśliwa. 

Wsunął  jej  do  ręki  pudełeczko.  Otworzyła  je.  W  środku  zobaczyła  pierścionek  z 

brylantów i szafirów stanowiący dopełnienie naszyjnika, który dostała wcześniej. 

- Należał do mojej matki. Kiedy powiedziałem ojcu, że chcę ci się oświadczyć, prosił, 

ż

ebym ci go dał. To coś więcej niż pierścionek, Eve. To również symbol tego, co cię czeka: 

obowiązków, które spadną na twoje ramiona, i powinności nie tylko wobec męża, ale i kraju, 

który automatycznie stanie się twoją ojczyzną. Poczekaj, jeszcze nic nie mów. 

Słysząc  w  głosie  Aleksa  ogromne  napięcie,  miała  ochotę  wyciągnąć  rękę,  pogładzić 

go po policzku, ale wiedziała, że nie powinna mu przeszkadzać. 

-  Z  wielu  rzeczy  musiałabyś  zrezygnować  -  kontynuował.  -  Choćby  z  domu  w 

Houston; tam co najwyżej mogłabyś jeździć z wizytą. I ze swojego teatru; musiałabyś założyć 

nowy  w  Cordinie.  Miałabyś  drastycznie  ograniczoną  swobodę;  nie  mogłabyś  żyć  tak  jak 

dotąd.  ciesząc  się  niczym  nie  skrępowaną  wolnością.  Czekałoby  cię  mnóstwo  obowiązków, 

zarówno ważnych, jak i nudnych. Każdy twój krok, każde słowo byłoby uważnie śledzone. I 

dopóki  żyje  Deboque,  nie  mogłabyś  się  czuć  w  pełni  bezpieczna.  Opracowaliśmy  pewien 

plan,  żeby  zlikwidować  zagrożenie,  ale  zanim  nam  się  uda,  mogą  minąć  lata.  Chciałbym, 

ż

ebyś to wszystko dokładnie przemyślała, nim udzielisz mi odpowiedzi. 

Popatrzyła  mu  w  oczy,  po  czym  przeniosła  spojrzenie  na  pierścionek  w  atłasowym 

pudełeczku. 

- Mówisz tak, jakbyś próbował mnie zniechęcić. 

- Nie. Chcę tylko, żebyś wiedziała, co cię czeka. 

-  Jesteś  rozsądnym,  logicznie  myślącym  człowiekiem,  Aleksandrze.  -  Obok  na  półce 

zauważyła  malutką  wagę  oraz  pojemnik  ze  szklanymi  kulkami.  -  A  zatem  rozważmy  twoją 

propozycję  w  sposób  logiczny  i  rozsądny.  -  Przysunęła  wagę  nieco  bliżej.  -  Obowiązki  i 

powinności...  -  Wyjęła  z  pojemnika  dwie  kulki  i  położyła  na  jednej  szali.  -  Zero  swobody  i 

prywatności... - Dołożyła trzecią kulkę. 

- Eve, to nie jest gra. 

-  Nie  przeszkadzaj.  Aleks.  Próbuję  rozważyć  wszystkie  za  i  przeciw.  Czyli  zero 

prywatności.  Do  tego  dochodzi  konieczność  zamieszkania  w  obcym  kraju.  -  Dorzuciła  trzy 

kulki.  -  Oraz  przymus  chodzenia  na  różne  imprezy,  na  których  Brie  potwornie  się  nudzi. 

Oprócz tego stale byłabym pod ostrzałem prasy. - Kolejne kulki trafiły na szalę. - Oczywiście 

background image

musiałabym  poznać  waszą  kulturę,  tradycje...  No  i  jest  jeszcze  Deboque.  -  Przez  moment 

uważnie wpatrywała się w twarz klęczącego przed sobą mężczyzny. - Za niego nie dokładam 

kulek. Moja decyzja niczego w tej kwestii me zmieni. A teraz, Aleks, odpowiedz mi na jedno 

pytanie. Dlaczego chcesz, abym przyjęła ten pierścionek? 

- Bo cię kocham. 

Uśmiech  rozświetlił  jej  oczy.  Reszta  kulek  trafiła  na  pustą  szalę,  która  pod  ich 

ciężarem opadła w dół. 

- No to sprawa jest przesądzona. 

Popatrzył na nią ze zdumieniem. 

- Wystarczyło, żebym wypowiedział te dwa słowa? 

-  Tak,  głuptasie.  -  Zarzuciwszy  mu  ręce  na  szyję.  nadstawiła  usta  do  pocałunku.  W 

tym  momencie  zamknął  się  jeden  rozdział  jej  życia  i  rozpoczął  nowy.  -  A  już  przestałam 

wierzyć w bajki - szepnęła sama do siebie. 

- Ja przestałem dawno temu. Dziś znów zacząłem. 

Zegar w holu zaczął wybijać północ. 

- Szybko, Aleks! Włóż mi pierścionek, zanim wybije dwunasta. 

Uczynił to z największą przyjemnością, po czym przysunął jej rękę do ust i złożył na 

niej pocałunek. 

-  Jutro  ogłosimy  światu  nasze  zaręczyny,  ale  dziś  cieszmy  się  we  dwoje.  -  Wstał  z 

kolan i podciągnął Eve na nogi. - Minęła północ, a ja jeszcze nie dałem ci kolacji. 

-  Możemy  ją  zjeść  w  łóżku.  -  Oparta  policzek  na  jego  piersi.  -  Doktor  Franco  nie 

mówił, że nikogo nie wolno mi zaprosić pod kołdrę. 

Ś

miejąc się wesoło, Aleks zgarnął jaw ramiona. 

- Cordinę czeka wiele niespodzianek. 

- Ciebie też, kochany. Ciebie też.